Myślą, że polskie jedzenie grozi straszną śmiercią


"Myślą, że polskie jedzenie grozi straszną
śmiercią"
Irlandczycy dzielą się na tych, którzy nic nie wiedzą o Polsce oraz na tych, którzy byli w
Krakowie i myślą, że coś wiedzą o Polsce. Jedni i drudzy nic nie wiedzą o Polsce. Ich
podstawowa wiedza na ten temat bierze się z tego, co widzą u siebie w domu, a to dla
odmiany nierzadko rozmija się z rzeczywistością - pisze Piotr Czerwiński w felietonie dla
Wirtualnej Polski.
Dzień dobry państwu albo dobry wieczór. Tak, to prawda. Irole niewiele wiedzą o Polsce.
To jest zresztą zmora narodowa w wielu krajach na tak zwanym Zachodzie, że ich
mieszkańcy w pewnych dziedzinach wiedzy nie czują się najlepiej, a geografia należy do
czołówki tych dziedzin. Europa wschodnia jest dla nich regionem na tyle egzotycznym, że
nie są pewni gdzie dokładnie leży, a także czy aby na pewno używa się tam prądu.
Spotkałem Irlandczyka, który był przekonany, że Polska leży między Francją i Niemcami.
Inny twierdził, że kraj nasz istnieje dopiero od kilku lat, ponieważ wcześniej był od zawsze
częścią Rosji. Jeszcze inny uważał, że Polska jako państwo nie istnieje w ogóle, a jego
mieszkańcy są po prostu narodem wędrownym. Facet niestety nie żartował, a jestem coraz
bliższy wniosku, że nawet miał absolutną rację. Wątek francuski jest zresztą dużo
powszechniejszy, ponieważ na wieść o tym, że w Polsce działał ruch oporu, odpowiedziano
mi kiedyś z uśmiechem, że to wzruszające, jak wielu Francuzów zechciało umrzeć za nasz
kraj. Wiedza moich rozmówców na temat drugiej wojny światowej pochodziła z serialu
 Allo- Allo .
Trochę bardziej rozgarnięci Irole, którzy w szkole woleli książki od hurlingu, ewentualnie z
zapałem oglądają Discovery Channel, mają dla odmiany przekonanie, że Polska jest drugą
Etiopią, aczkolwiek z klimatem podbiegunowym. Po naszych ulicach biegają białe
niedzwiedzie, pokarmy z paczek czerwonego krzyża przyjmuje się tylko raz w tygodniu,
słońce jest konstytucyjnie wyłączone, zaś wszyscy Polacy są robotnikami, nie znają języków
obcych i owszem, może i pracują za trzech, ale to betka wobec ich wysokich kwalifikacji w
chamstwie i spożyciu. Od krajanów z Ameryki oraz terminujących w Wielkiej Brytanii
napływają sygnały o podobnej treści, przez co statystyczny Irol wyobraża sobie straszne
rzeczy na temat statystycznego Polaka. A przecież my tacy fajni i nawet Szopena mieliśmy,
co to nikt nie wie, że my, a nie Francuzi. Tu oczywiście powraca wątek francuski.
"Nie każdy Polak 'niepiśmiennym Cześkiem"'
Trzeba niemal terapeutycznych zabiegów, by udowodnić, że jesteśmy dużo bardziej
cywilizowaną nacją, niż się komukolwiek wydaje, nie każdy Polak jest niepiśmiennym
Cześkiem i nie wszyscy Polacy pochodzą z Southampton. Ponieważ jak wiadomo, jest ono
obecnie największym polskim miastem na świecie i zamieszkuje w nim kwiat polskiej
inteligencji, a wszelkie próby dowiedzenia, że jest inaczej, to akt politycznej manipulacji. Z
całym szacunkiem dla cześkowej braci.
Mam swoje ulubione sposoby na zwalczanie stereotypów. Kiedy słyszę pytanie: "z Polski?
To pracujesz w pubie?", odpowiadam: "nie, jestem pisarzem". On na to "pisarzem? A to ci
dopiero". I zamiera w głupawym uśmiechu. Ja mu wtedy: "Widzi pan, pozory mylą. Pan na
przykład wygląda na inteligentnego". Pewnie pójdzie do domu i będzie opowiadał żonie,
jaka straszna szajba odbija tym nieszczęsnym Polakom, od tego ciągłego tyrania w pubach.
1
Kiedyś pytali o budowy, ale od kiedy nastał kryzys w budownictwie, przestawili się na
skojarzenia gastronomiczne. Nie żebym miał coś przeciwko pracy w pubie.
Dużo trudniej rozmawia się z tymi, którzy wierzą, że obcokrajowiec nie ma prawa znać
angielskiego, przez co do każdego obcokrajowca mówią, jakby był upośledzony albo miał
trzy lata. Są to z reguły ludzie przekonani na własnym przykładzie, że nie można nauczyć
się żadnych języków obcych, co jest dość typowe u anglofonów. Ich wiara jest tak silna, że
nawet kiedy odpowiada się do nich w ich ojczystym narzeczu, nie dają się zbić z tropu i
dalej cedzą słowa lub nie odzywają się wcale, pokazując wszystko na migi. Oczywiście
zawsze istnieje możliwość, że ci na których trafiam, są upośledzeni albo mają trzy lata albo
anemię. Nigdy nie wiadomo.
Przypomina mi się też Irlandka, która na wieść o tym, że w polskich knajpach dla snobów
podaje się chleb ze smalcem, odrzekła przemądrzale: "w biednych krajach to normalne".
Zapytałem wtedy czy w bogatych krajach na śniadanie należy jeść kaszankę, a na wszystkie
inne posiłki wiadro kartofli, tak jak w krainie bajobongo, ale nie doczekałem się
odpowiedzi, ponieważ rozmowa nagle zeszła na tory informatyczne. Inny Irol, zapytany, czy
pensja aby na pewno wpłynie na konto tego samego dnia, kiedy została wysłana, parsknął
śmiechem: "człowieku, to nie Polska!". Człowieku, ale ja właśnie dlatego pytam!
Bigos jak granat ręczny?
Skoro już o jedzeniu mowa to muszę się pochwalić, że jestem lokalnym promotorem
polskiej żywności w osiedlowym spożywczaku. Zostałem nim, kiedy dwie babcie ostrożnie
oglądały słoik bigosu jakby był granatem ręcznym, następnie odłożyły go delikatnie na
półkę, by nie eksplodował. Ludzie w tych stronach przypuszczalnie uważają, że polskie
jedzenie może być jedzone wyłącznie przez Polaków, ponieważ wszystkim innym narodom
grozi śmiercią w strasznych męczarniach, po siedmiodniowej biegunce i majakach
przedstawiających Pałac Kultury. Uznałem się więc za patriotę i wyjaśniłem, że nasze żarcie
jest w całości organiczne, ponieważ wszystkie nasze chemikalia wysyłamy na eksport za
granicę. Dzięki czemu bigos, pasztet i klopsiki na tej półce są ostatnim zdrowym
pożywieniem na świecie. Jak wiadomo składu chemicznego zachodnioeuropejskiej
żywności nie powstydziłaby się rakieta Sojuz T-7. Obie babcie, które były z tych
inteligentniejszych, oglądających Discovery Channel i wiedzących co w trawie piszczy,
kiwając z podziwem głowami oddaliły się więc do kasy zaopatrzone w zapas bigosu i
klopsików dla całej rodziny, włączając wszystkie trzydzieścioro wnucząt. Od tej pory
wciskam te same kity wszystkim babciom, kiedy tylko jakaś zatrzyma się przy bigosie.
Myślę poważnie o audiencji u kierownika tego interesu; będę wnioskował, żeby zaczęli mi
za to płacić.
Ciężko powiedzieć, czy jakiegoś Irola kiedykolwiek nękał w majakach Pałac Kultury,
ponieważ jedyne polskie miasto, do którego jeżdżą, to Kraków. Dołączają tam do Angoli, by
razem pić hektolitry czyściochy i biegać po rynku bez ubrania. Kiedy wytrzezwieją, a
policja wypuści ich z aresztu, idą do dentysty, wymienić sobie całą szczękę w cenie jednej
dublińskiej plomby. Potem wyobrażają sobie, że cała Polska jest jednym wielkim
Krakowem, przez co nie wiem, czy się z tego cieszyć, czy smucić. Jako urodzonemu
warszawiakowi, który w Krakowie bywał w czasach studenckich mniej więcej w tym
samym celu, w którym bywają tam Irole i Anglicy, Polska wydaje mi się jednak dużo
bardziej złożonym krajem. Przecież jest tyle innych ciekawszych atrakcji, niż bieganie na
bani po krakowskim rynku. Można na przykład wziąć udział w demonstracji pod urzędem
2
rady ministrów, albo przeżyć wizytę na warszawskich Szmulkach, z naciskiem na przeżyć.
No, ale to już jest trochę inna historia.
Wracając zaś do irlandzkiego widzenia naszej ojczyzny, należy objaśnić, że Irlandia nie
należy do krajów przesadnie zindustrializowanych, a i sam Dublin ma dość rustykalny
charakter, który dowodzi, że w dziedzinie urbanizacji też można zrobić coś z niczego.
Bardzo sobie zresztą cenię jego zamglony, folklorystyczny, parterowy charakter, ponieważ
działa on jak szczepionka na doła i dzięki temu nie sposób jest w tym mieście spieszyć się
gdziekolwiek albo czymkolwiek przejmować.
Wracając jednak do rzeczy, Irole wyobrażają sobie, że nad Wisłą musi być o wiele
brzydziej, skoro przybyliśmy tutaj tak tłumnie i sprawiamy wrażenie, że wpuszczono nas do
raju. Kiedy oglądają zdjęcia polskich miast, są poważnie wstrząśnięci i odmawiają
komentarzy. Na pewno podejrzewają, że pokazano im fotomontaż z Paryża albo Manhattanu
i że ten przebiegły dziwak z łysą głową, udający Polaka, uprawia jakąś szemraną
propagandę. Myślę, że to dlatego piją tyle wódki, kiedy przyjadą do Krakowa - to z powodu
szoku, że fotomontaż wciąż nie znika.
Końcem końców należy zauważyć, że Irlandczycy często nie odróżniają poszczególnych
narodów ze wschodniej Europy ani tym bardziej wschodnioeuropejskich języków. Zwykło
się więc wszystkich przybyszów z tego regionu nazywać Polakami, ze względu na liczebną
przewagę tych ostatnich. Jest to pierwszy znany mi przypadek spełnienia polskich snów o
potędze, od czasu bitwy pod Grunwaldem.
I tym optymistycznym akcentem kończę, wyjaśniając, że hurling to sport irlandzki, który
mnie osobiście przypomina brakujące ogniwo między bejsbolem i hokejem, zaś
Szmulowizna (wolę bardziej swojską, potoczną nazwę - Szmulki) to dzielnica w Warszawie,
która miała swego czasu wstrząsające recenzje w kryminalnych rubrykach popołudniówek.
Aczkolwiek słyszałem, że obecnie przechodzi resocjalizację.
Dobranoc Państwu.
Ps. Oczywiście Irlandię zamieszkują również normalni Irole, którzy mają dużo większą
wiedzę i ogładę, niż bohaterowie mojego felietonu. Niestety są przez to wyjątkowo mało
widowiskowi, więc na użytek mojej podejrzanej propagandy postanowiłem o nich nie
wspominać.
Z Dublina specjalnie dla Wirtualnej Polski Piotr Czerwiński
(wp.pl)
2010-11-15 (10:00)
3


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
udowodnij, że polskie oświecenie ucząc bawiło (4)
Trzęsienie ziemi w jednym ze zborów na południu Polski !!!
Daily Star straszy przed przyjazdem do Polski
Romowa mistrza Polkarpa ze śmiercią(1)
Kain Dawid Spotkanie ze śmiercią

więcej podobnych podstron