background image

BENTE PEDERSEN 

Ś

LAD NA PUSTKOWIU 

background image

Nie  miał  nic  oprócz  marzeń.  Za  wszelką  cenę  starał  się  od  nich  uwolnić.  Próbował 

zerwać  wszystkie  nitki  wspomnień,  które  tak  często  go  krępowały.  Wspomnienia  bywały 

niebezpieczne dla duszy i ciała. Być wolnym - to zapomnieć. 

Knut  w  swej  młodzieńczej  naiwności  sądził,  że  tylko  ciało  jest  źródłem  bólu.  Rana, 

którą widać gołym okiem. Mylił się. 

Jak  bardzo  się  mylił!  Dopiero  gdy  poznał  Annę,  objawiło  mu  się  prawdziwe  oblicze 

bólu. 

Robił wszystko, żeby o niej zapomnieć. 

-  Zostaniesz  u  nas  na  całe  lato?  -  Dziewczyna,  która  zadała  mu  to  pytanie,  strzelała 

oczyma  jak  gronostaj.  Jej  spojrzenie  rzadko  zatrzymywało  się  na  czymś  dłuższą  chwilę. 

Ciemna, niesforna grzywka sięgała jej do połowy czoła. Uśmiechnęła się do Knuta, czekając 

na  odpowiedź.  Miała  na  imię  Elen  i  była  dla  niego  stanowczo  za  młoda.  Ailo  twierdził,  że 

skończyła zaledwie piętnaście lat. Ona sama nie poruszała tego tematu. - Ailo powiedział, że 

może zostaniesz. - W głosie dziewczyny pojawiła się nutka rozczarowania. 

- Ailo zawsze bierze nadzieje za rzeczywistość - prychnął Knut. - Sądziłem, że lepiej 

znasz swego kuzyna, Elen. Nie mam tu nic do roboty. Nic mnie nie wiąże z tym miejscem. 

- Wiąże cię coś z jakimś innym miejscem? 

Usta Elen lekko zadrżały. Knut obrzucił ją marzycielskim spojrzeniem, którym zwykł 

zmiękczać kobiece serca. 

- Tu nie mam zupełnie nic - oświadczył. - Zupełnie. W domu mam trochę więcej. 

Pożałował tych słów, nim je wypowiedział do końca. Nigdy jej niczego nie obiecywał. 

Wziął  od  niej  tylko  tyle,  ile  sama  chciała  mu  dać.  Ailo  miał  jednak  rację.  Elen  była  bardzo 

młoda.  Ciągle  jeszcze  żyła  marzeniami  i  fantazjami.  Z  ich  dwojga  na  razie  tylko  Knut 

wiedział, jak niebezpieczne mogą być marzenia. 

-  Na  pewno  znajdą  ci  zacnego  męża  -  powiedział,  jakby  to  mogło  pocieszyć  tę 

dziewczynę o bystrych, ciemnych oczach. 

- Na pewno - przytaknęła i zabrzmiało to bardzo dorośle. - Ale co będzie z tobą, Knut? 

Kto się o ciebie zatroszczy? 

- Sam się o siebie zatroszczę - odparł. - Potrafię dać sobie radę. 

Właściwie nie podjął decyzji, póki go Elen nie zapytała. Rzecz jasna, zastanawiał się 

nad tym. Rozważał wszystkie możliwości. 

background image

Wcale  nie  miał  ochoty  wracać  do  Alty.  Nie  ma  sensu  stać  nad  grobem,  na  którym 

widnieje jej imię. Skoro jednak padły już te słowa, zdecydował się naprawdę odejść. 

Ailo to przewidział. Ailo miał nieomylną intuicję. Jeden Pan Bóg wie, skąd wziął się 

ten jego dar. Ailo żartował sobie, że w jego rodzie musiał być jakiś noaida. 

- Pewnie nie będzie cię tu, gdy śniegi zaczną topnieć? Dziewczyna powtórzyła słowa 

Ailo.  Zbliżało  się  wiosenne  zrównanie  dnia  z  nocą  -  dni  stawały  się  jaśniejsze,  zrobiło  się 

więcej czasu na pożegnania. Może właśnie dlatego... 

Oczy  Ailo  błyszczały  tym  przedziwnym  światłem,  które  wahało  się  pomiędzy 

wieloma najróżniejszymi barwami, nie utożsamiając się z żadną z nich. Jego policzki zapadły 

się  nieco  podczas  zimy.  Zima  była  bowiem  cięższa,  niż  się  zapowiadała.  Zabrała  mnóstwo 

dzieci. I wielu starców. Tylko najsilniejsi mieli powitać jaśniejszą porę roku. 

Ailo bardzo się przejmował takimi sprawami. Był pełen współczucia i troski. 

-  Pójdę  zabrać  to,  co  do  mnie  należy  -  powiedział  Knut,  nie  spuszczając  wzroku  z 

Ailo.  -  Nie  zamierzam  zaglądać  do  Alty,  chcę  wziąć  tylko  to,  co  jest  moją  własnością.  I 

zacząć żyć. Bóg jeden wie, co to będzie za życie, ale w każdym razie nie w biedzie. 

Objął  ramionami  kolana.  Kobiety  zatroszczyły  się  o  odzienie  dla  tego  jasnowłosego, 

sympatycznego obcego, który szybko stał się jednym z nich. Zręczne, pracowite palce uszyły 

mu  spodnie  i  kaftan,  nagolenniki  i  dork,  czapki  i  rękawice,  wszystkiego  po  kilka  sztuk,  by 

zawsze mógł się przebrać w coś czystego. 

Teraz  wyglądał  jak  Lapończyk  w  spodniach  i  kaftanie  z  brązowej  skóry,  która 

pociemniała  i  zmiękła  od  używania.  Na  nogach  miał  kumagi,  wymoszczone  turzycą  i 

przewiązane pięknymi, wyszywanymi taśmami. W tej osadzie nie brakowało blondynów, ten 

i ów miał podobnie jak Knut brązowe oczy, wyróżniał go jednak wzrost oraz wąska twarz. 

Knut rozumiał, że to całkiem inny świat niż ten, do którego przywykł. Dostosował się 

do obowiązujących tu zasad, intuicja pomogła mu przyswoić reguły właściwego zachowania. 

Zaczął nawet myśleć jak ludzie, którzy  go otaczali. Nie uważał wcale, by cokolwiek na tym 

stracił.  Mógłby  zresztą  w  każdej  chwili  powrócić  do  życia  wśród  Finów,  z  równą  łatwością 

stałby  się  członkiem  jakiejkolwiek  norweskiej  społeczności.  Pod  tym  względem  był 

nieodrodnym  synem  Raiji,  choćby  poprzez  fakt,  iż  wszystkie  te  sposoby  życia  miał  niejako 

we krwi. Czułby się uboższy, gdyby nie doświadczył ich na własnej skórze. 

-  Pamiętasz  -  odezwał  się  Ailo  -  pamiętasz  ten  dzień  dawno,  dawno  temu?  Jakiejś 

jesieni? Czy raczej zimy. Znalazłem cię wtedy na płaskowyżu. Prosiłeś,  żebym się wybrał z 

tobą na poszukiwanie twojego złota. Pamiętasz to jeszcze? 

- A ty odmówiłeś. Powiedziałeś, że nie potrzebujesz mojego złota. Pamiętasz to, Ailo? 

background image

Wymienili uśmiechy. Wysoki blondyn i niski brunet. 

- Tak mówiłem, zanim zaczęła się ta zima - potwierdził Ailo. - Człowiek jest mocny w 

gębie,  gdy  ma  co  do  garnka  włożyć,  staruszku.  Minionej  zimy  zgłodniałem  na  tyle,  by 

zrozumieć,  że  twoje  kamyczki  mają  swoją  wartość.  Gdyby  nie  to,  co  ze  sobą  przyniosłeś, 

zostałoby nas jeszcze mniej. 

- Czy to znaczy, że idziesz ze mną? 

-  Jeśli  w  dalszym  ciągu  jesteś  skłonny  się  podzielić.  Knut  się  uśmiechnął,  choć  nie 

robił tego zbyt często. 

-  Oczywiście,  Ailo.  Podzieliłbym  się  z  tobą  nawet  wtedy,  gdybyś  nie  kierował  się 

takimi  szlachetnymi  pobudkami.  Podzieliłbym  się  z  tobą,  nawet  gdybyś  był  chciwy  i  skąpy, 

nawet gdybyś miał zamiar schować wszystko dla siebie. 

Ailo uśmiechnął się krzywo. 

-  Ja  również  chciałbym  zacząć  żyć.  I  pomóc  żyć  innym.  Los  tylu  ludzi  leży  mi  na 

sercu,  Knut.  Zrozumiałem  to  dobrze  tej  zimy.  Mam  nadzieję,  że  wystarczy  twoich  kamieni. 

Mam nadzieję, że nie były to tylko czcze przechwałki, że nie łudziłeś nas wszystkich... 

- Wystarczy ich dla dziesięciu takich wspólnot - zapewnił go Knut. - Co najmniej. 

- Porozmawiam o tym ze starszyzną. - Ailo rozprostował kości, po czym przysunął się 

do paleniska. - Wiem, że potrzebują mojej pomocy. Wszystkim będzie znacznie trudniej, gdy 

ciebie  zabraknie,  na  to  jednak  byli  przygotowani.  Nikt  nie  sądził  natomiast,  że  ja  zniknę 

razem z tobą. Tak niewielu nas zostało... 

- Zostało was tak niewielu, że nie trzeba tylu rąk do pracy. 

Ailo podzielał jego zdanie, nigdy jednak nie wypowiedziałby tego na głos. 

- Wszyscy zrozumieją chyba, że dobrze będzie, jeśli z tobą pojadę. Złoto przyda się na 

czarną  godzinę.  Gdy  nie  dopisze  pogoda  i  ryba,  jeśli  zawiodą  kupcy  i  nawet  Rosjanie  nie 

zechcą sprzedać taniej swoich towarów, czeka nas równie ciężka zima jak ta, która minęła. 

-  Trochę  lepiej  wiodło  się  wam  nad  fiordem...  Ich  myśli  biegły  najwyraźniej 

podobnym torem. 

- Wybierasz się tam później? 

Knut  nie  był  pewien,  czy  tego  chce.  Czy  chce  wrócić  do  domu.  Do  Lyngen.  Do 

Skibotn. 

Wzywały go obowiązki. Miłość. Zew krwi. 

- A pojechałbyś ze mną? - zapytał zamiast odpowiedzieć. - To również twoje rodzinne 

strony. Będziesz się czuł tam tak samo, jak ja tutaj. 

- Jeśli mógłbym... 

background image

A  zatem  Ailo  miał  ochotę  wrócić.  Nawet  większą  niż  Knut.  Traktował  Lyngen  jak 

swoje  strony  rodzinne.  W  jurcie  panował  półmrok.  Ciepło  bijące  od  paleniska  rozleniwiało 

młodych mężczyzn. Gdy milkli, słyszeli plusk fal rozbijających się o przybrzeżne kamienie. Z 

początkiem  wiosny  nadchodził  czas  połowów.  Lapończycy  rozbijali  obozowiska  nad 

fiordami. Rozstawiali swe jurty i czuli się tu jak w domu, podobnie zresztą jak w paru innych 

miejscach. 

Tym razem jurty stanęły nad fiordem położonym na dalekim, północno - wschodnim 

krańcu Norwegii. Słyszeli plusk wody fiordu Varanger. Jeszcze dalej na wschodzie leżał inny 

bezkresny kraj. Może tam żyła teraz kobieta, którą Knut nazywał matką. 

Ailo  bawił  się  nożem.  Nigdy  nie  wypuszczał  go  z  rąk.  Zawsze  coś  strugał,  a  to 

kawałek  drewna,  a  to  róg  renifera  czy  kość.  Knut  widział  go  kiedyś  nawet  z  muszlą  w 

rękach... 

-  Moglibyśmy  być  braćmi  -  odezwał  się  Ailo.  Ostrze  noża  błyskało  mu  między 

palcami,  nie  pozostawiając  najdrobniejszego  nawet  zadrapania.  Knut  westchnął,  obserwując 

sztuczki  przyjaciela.  Sam  wolał  mieć  do  czynienia  z  innymi  narzędziami.  Brakowało  mu 

zręczności, jaką Ailo miał w palcach. 

Knut pokiwał głową. Mogło się tak rzeczywiście zdarzyć. 

-  Ale  możemy  być  prawie  braćmi  -  ciągnął  Ailo  z  uśmiechem,  choć  jego  spojrzenie 

wcale nie było wesołe. Za śmiechem i żartami skrywał powagę. Często się tak zachowywał. 

Czasem trudno było odgadnąć, czy sobie dworuje, czy mówi serio. - To trochę głupie. Może 

nawet dziecinne. Ale nie chodzi o zabawę. 

W dawnych czasach ludzie w ten sposób sobie ślubowali. Wiązali się jak rodzina. I o 

to właśnie mi chodzi. Nie o żadną zabawę. Chcę cię uczynić bratem, którego nie mam. Kimś, 

kogo obdarzę największym zaufaniem. Zgadzasz się? 

Knut popatrzył na nóż. Wiedział, że jest bardzo ostry. Wiedział też, że Ailo potrafi się 

nim  posługiwać  lepiej  niż  ktokolwiek  inny.  Knut  kochał  Ailo  jak  brata.  Nie  potrzebował 

ż

adnych pogańskich ceremonii dla potwierdzenia swych uczuć. 

Ailo został wychowany przez ojca, który śmiał się z runicznych kamieni i lapońskich 

bożków,  pamiętał  też  matkę,  która  wierzyła  w  działanie  sił  nadprzyrodzonych,  mieszkał  z 

babką,  która  modliła  się  wprawdzie  do  Chrystusa,  ale  nie  zdołała  się  całkiem  uwolnić  od 

wiary  przodków  i  nieustannie  mieszała  lapońskie  obrzędy  z  tym,  co  słyszała  na  temat  Syna 

Bożego. 

Ailo potrzebował rytualnego potwierdzenia więzów przyjaźni. 

- Zgoda - szepnął Knut i podwinął prawy rękaw. 

background image

Ailo  pochylił  się  w  stronę  przyjaciela  i  także  podwinął  rękaw.  Spojrzeli  na  siebie, 

porozumiewając się bez słów. 

Ailo błyskawicznym ruchem naciął sobie naskórek na nadgarstku. Skrzywił się trochę. 

Nie należał do twardych mężczyzn. W obecności Knuta mógł sobie pozwolić na ujawnienie 

prawdziwych uczuć. Knut przełknął ślinę, patrząc na krople krwi, które zaczęły kapać z rany. 

Teraz on wyciągnął rękę. Zamknął oczy,  gdy zimne ostrze noża dotknęło jego skóry. Ostrze 

ześlizgnęło się po nadgarstku. Właściwie nie poczuł bólu. Otworzył oczy ze świadomością, że 

czoło ocieka mu potem. Ailo przyłożył swój nadgarstek do ręki przyjaciela. Niewielkie ranki 

zetknęły  się  ze  sobą,  a  czerwone  krople  pomieszały,  Knut  czuł  wyraźnie  ciepło  krwi  i  nie 

potrafiłby powiedzieć, do kogo ta krew należy. Mężczyźni nie mieli wspólnej matki. Spłodzili 

ich inni ojcowie. Ale ta  milcząca, a zarazem podniosła ceremonia związała ich tak, jakby  w 

ich żyłach naprawdę płynęła ta sama krew. 

Ailo wyssał krew ze swojej rany. Knut nie był pewien, czy to także część rytuału, na 

wszelki wypadek zrobił to samo. 

-  Dzięki  ślinie  szybciej  się  zagoi  -  wyjaśnił  Ailo  z  uśmiechem.  -  Nikomu  o  tym  nie 

mów  -  dodał.  -  To  tylko  nasza  sprawa.  Możesz  zawsze  na  mnie  liczyć.  Stawię  się  na  każde 

twoje wezwanie. Niezależnie od okoliczności. Niezależnie od czasu. I oczekuję tego samego 

od ciebie. 

Knut pokiwał głową. 

- Jasne. To nie miałoby przecież sensu, gdyby obowiązywało tylko ciebie. Teraz jesteś 

moim bratem. Do tej pory miałem tylko siostry, a to bardzo męczące... 

Ailo  się  także  uśmiechnął.  Mężczyźni  byli  prawie  rówieśnikami.  Najbliższej  zimy 

Knut  miał  skończyć  dwadzieścia  lat.  A  on  dwadzieścia  jeden  na  początku  lata.  W  ich  życiu 

powinien królować jeszcze śmiech. Życie mieli jeszcze wciąż przed sobą. 

- Może powinieneś zmusić się do odwiedzenia jej grobu - podsunął Ailo, przyglądając 

się uważnie przyjacielowi swymi wąskimi oczami. - Nie wiem, czy tak naprawdę przyjąłeś do 

wiadomości jej śmierć. 

-  Jak  to  nie?  -  wykrzyknął  Knut.  -  Przecież  to  ja  ją  odnalazłem.  Przecież  to  ja 

wyrąbałem  dziurę  w  lodzie  i  wyciągnąłem  ją  z  wody.  Sam  zaniosłem  ją  na  plebanię. 

Trzymałem  jej  ciało  w  ramionach  i  mogę  cię  zapewnić,  iż  przekonałem  się,  że  umarła. 

Położyłem  ją  na  sofie  w  tym  eleganckim  pokoju.  Nie  martw  się,  Ailo,  dobrze  wiem,  że  ona 

nie  żyje.  Byłem  na  pogrzebie.  Jak  ktoś  obcy.  Tamci  mnie  traktowali  jak  obcego.  Dobrze 

wiem, że Anna nie żyje, i nie muszę oglądać jej grobu, by o tym pamiętać. Wiem o tym aż za 

dobrze... 

background image

Głos mu się załamał. Pojawił się w nim ton, którego Knut nie słyszał od czasu mutacji. 

Poczuł, jak wzruszenie dławi mu gardło. Rozpaczliwie próbował zaczerpnąć powietrza, jakby 

walczył  o  życie.  Wreszcie  udało  mu  się  złapać  oddech  i  ze  zdziwieniem  poczuł  coś 

nieznanego i ciepłego na policzkach. 

Podniósł dłoń, by dotknąć skóry.  Była mokra. Łzy płynęły  ciurkiem, a on nie mógł i 

nie chciał ich powstrzymać. 

Potrzebował tych łez. Dobrze, że się pojawiły. 

Knut  nic  już  przez  nie  nie  widział.  Wszystko  się  w  nim  nagle  spiętrzyło.  Ból,  żal, 

gniew, bezsilność... 

Wszystko to skrywał w głębi serca, od chwili gdy zostawił martwe ciało Anny na sofie 

pastora.  Opancerzył  się  wieloma  warstwami  obojętności,  które  miały  go  uchronić  przed 

bólem. 

Łzy rozpuściły ten pancerz. 

Pozostało tylko jądro bólu, od którego nigdy się już nie uwolni. 

Poczuł się lepiej dopiero wtedy, gdy Ailo objął ramionami jego drżące plecy. Wczepił 

się dłońmi w ramiona przyjaciela i nie chciał go puścić. Bez Ailo byłby w tej chwili zupełnie 

bezradny i samotny. Nikt nie powinien być aż tak samotny. Knut z trudem łapał oddech i nie 

poznawał  swego  głosu.  Choć  przecież  to  był  jego  własny  głos.  I  jego  najprawdziwsze,  nie 

osłonięte  niczym  ja.  Całkiem  bezbronne...  Ailo  z  pewnością  nigdy  nie  wykorzysta  tego 

przeciwko  niemu.  Bez  obawy  można  przed  nim  ujawnić  słabość.  Teraz  bardziej  niż 

kiedykolwiek.  Knut  czul  się  fatalnie,  gdy  w  końcu  przestał  płakać.  Spuchła  mu  cała  twarz. 

Przekonał  się  o  tym,  gdy  ocierał  ostatnie  łzy  opuszkami  palców.  Wilgotne  policzki  wydały 

mu  się  dziwnie  sztywne.  Oczy  go  piekły.  Gardło  także.  Zagryzał  wargi,  by  powstrzymać 

szloch. Nie na wiele się to jednak zdało. 

- Zdaje się, że to powinno podziałać odświeżająco - stwierdził, zauważając, że zatkał 

mu się zupełnie nos. - Oczyszczająco... 

-  Nie  widziałem,  byś  płakał,  od  kiedy  się  tu  pojawiłeś.  Nie  wiem  nawet,  czy 

kiedykolwiek  płakałeś,  Knut.  Długo  tłumiłeś  w  sobie  łzy.  Dźwigałeś  swój  ból,  nie  próbując 

go w żaden sposób uzewnętrznić. 

- Wydawało mi się, że nie potrafię już płakać. 

-  Już  niedługo  poczujesz  się  lepiej  -  zapewnił  go  Ailo.  -  Nie  dlatego,  że  zapomnisz. 

Ale ból zmieni swój charakter. A gdy się wreszcie wypłaczesz, zaczniesz nowe życie. Chyba 

tego właśnie chcesz. Prawda? 

background image

-  A  więc  powiedziałeś  to  celowo?  -  Knut  obrzucił  przyjaciela  badawczym 

spojrzeniem. - Specjalnie mnie rozgniewałeś, prawda? 

Ailo wzruszył ramionami i wbił czubek noża w bierwiono. 

-  Najważniejsze,  że  podziałało.  Uznałem,  że  pora  naruszyć  twoją  skorupę.  Nikt  poza 

mną nie mógłby tego zrobić. 

- Dzięki - szepnął Knut całkiem szczerze, choć zdziwiła go własna wdzięczność. 

Wspólne  przeżycia  w  znacznie  większym  stopniu  niż  krwawy  rytuał  uczyniły  ich 

braćmi. 

Za  ścianami  jurty  wiał  coraz  silniejszy  wiatr.  Fale  z  wściekłością  uderzały  o 

kamienisty brzeg. 

Podmuchy wiatru z północnego wschodu przejmowały chłodem. 

W  szum  wiatru  i  morza  wplotły  się  nagle  jakieś  głosy.  Ubity  śnieg  skrzypiał  pod 

ciężkimi stopami. 

W  lapońskiej  wspólnocie  przed  nastaniem  zimy  mieszkało  siedemdziesięciu  ludzi. 

Teraz  zostało  ich  zaledwie  pięćdziesięciu  -  rówieśników  Knuta  i  Ailo.  Kilka  rodzin,  które 

straciły  już  dzieci.  Wszyscy  okazywali  sobie  wiele  wzajemnej  troski  po  z  góry  przegranej 

zimowej walce o życie z siłami natury. 

Kroki i głosy zbliżały się wyraźnie do jurty Ailo. Gniewne, niespokojne głosy... 

Tkanina  w  otworze  drzwiowym  uniosła  się  w  górę  i  do  jurty  wkroczyło  czterech 

mężczyzn.  Przybysze  stanęli  nad  Ailo  i  Knutem,  którzy  siedzieli  przy  palenisku,  usiłując 

podtrzymać ledwo tlący się ogień. 

Mężczyźni  nie  opuścili  tkaniny  przesłaniającej  wejście.  Podmuchy  zimnego  wiatru 

omiotły wnętrze i niewiele brakowało, a zgasiłyby ogień. To również był zły znak. 

Knut czuł na sobie przeszywające spojrzenia przybyszów. Patrzyli wprost na niego. Po 

raz pierwszy od chwili, gdy się tu pojawił, poczuł się jak intruz. 

Knut się przestraszył. 

-  Zasłońcie  wejście  -  poprosił  Ailo  łagodnie,  ale  stanowczo.  -  Jesteście  gośćmi  i 

proszę, byście to uczynili. 

Jego  słowa  zabrzmiały  cokolwiek  prowokacyjnie,  choć  wypowiedział  je  nad  wyraz 

spokojnie. Polecenie zostało spełnione. 

Ailo odniósł zatem niewielkie zwycięstwo. Knut obawiał się jednak, że jemu się to nie 

uda. Nie wiedział wprawdzie, czego chcą ci mężczyźni, przeczuwał jednak, że nie są do niego 

przyjaźnie nastawieni. 

background image

-  Czy  Elen  tu  dzisiaj  była?  Knut  pokiwał  głową.  Uświadomił  sobie  nagle,  że  czterej 

przybysze są braćmi Elen. Zaczął sobie gwałtownie przypominać, co też jej dzisiaj i dawniej 

powiedział. Czyżby potraktowała któreś z jego słów jak obietnicę? 

-  Elen  była  dziś  zapewne  w  wielu  różnych  miejscach  -  zauważył  Ailo.  W  jego 

spojrzeniu pojawiła się czujność. Podniósł się i stanął na rozstawionych nogach, podobnie jak 

tamci. Dłonie oparł na biodrach. I nie spuszczał wzroku ze swych gości. - Czyżby nie wróciła 

do domu? 

- Wróciła i odeszła - oznajmił krótko jeden z braci, gniewnie zaciskając pięści. 

- Tu jej nie ma - Ailo zatoczył ramieniem koło. 

- Wiemy o tym - uciął kolejny z przybyszy lodowatym tonem. - Chcemy usłyszeć, co 

on jej powiedział... 

- mówiąc to wskazał palcem Knuta. Wszyscy czterej bez przerwy patrzyli na Knuta. 

- Elen nie żyje  - dodał najstarszy. - Wbiła sobie  nóż w piersi. Trzy razy.  Nikt jej nie 

słyszał. Co jej powiedziałeś? 

- Nic szczególnego - odparł błyskawicznie Ailo. - Ja także tu byłem. Sam nie wiem, do 

którego z nas przyszła. Rozmawialiśmy o tym i o owym... 

Knut przełknął ślinę. Nie miał odwagi spojrzeć na Ailo. Do licha, nie miał pojęcia, że 

Ailo potrafi kłamać jak z nut. 

-  Nie  rozmawialiście  o  tym,  że  on  powinien  się  ożenić  z  Elen?  -  zapytał  znów 

najstarszy. - Nie rozmawialiście na ten temat? Nie mówiłeś mu, że w tej sytuacji powinien tak 

postąpić? 

Knut  zamknął  oczy.  Zaczynał  powoli  rozumieć...  Pozwoliła  mu  na  to...  A  on  nie 

pomyślał,  że  przecież  ma  do  czynienia  z  młodziutką  dziewczyną.  Nie  upewnił  się,  nie 

zapytał... To on był wszystkiemu winien. 

Ona traktowała tę przygodę zupełnie inaczej. Do Knuta dopiero teraz to dotarło. 

-  Elen  nie  mówiła,  że  spodziewa  się  jego  dziecka?  Knut  przełykał  i  przełykał  ślinę, 

czując, że niemy krzyk zaczyna rozrywać mu piersi. 

- Wcale o tym nie rozmawialiśmy - odparł Ailo. - Nie było żadnego powodu, by o tym 

mówić. 

- Chcesz powiedzieć, że to nie on był ojcem? Ze moja siostra sypiała z kim popadnie? 

Ailo pokręcił głową. 

- To było moje dziecko. I chciałem się z nią ożenić. 

background image

Knut wiele razy przypominał sobie tę chwilę. 

Wydawało mu się później, iż zamierzał powiedzieć, że Ailo kłamie. Nie zachował się 

jak prawdziwy mężczyzna, kryjąc się za plecami przyjaciela. Ostre spojrzenie Ailo kazało mu 

przełknąć  słowa,  które  miał  już  na  końcu  języka,  choć  paliły  go  i  dławiły.  Oczy  Ailo  roz-

błysły miodowym blaskiem tak samo jak dawnymi laty błyszczały oczy Mikkala. Prosiły, by 

Knut milczał, a on posłuchał ich bez wahania. Choć musiał przełknąć swoją dumę. Stosowna 

chwila minęła. Czterej bracia Elen patrzyli to na Ailo, to na Knuta. Patrzyli na tego, którego 

znali od zawsze, i tego, który był tu obcy. 

-  Kłamiesz,  żeby  go  osłonić  -  zarzucił  Ailo  najstarszy  z  braci,  wskazując  Knuta 

ruchem głowy. Nie popatrzył jednak w jego stronę. Patrzył tylko na Ailo, który mężnie znosił 

to spojrzenie. Knut nigdy  przedtem nie widział przyjaciela tak wyprostowanego. Poczuł, jak 

pot  występuje  mu  na  czoło.  Gdy  zerknął  na  ranę  na  nadgarstku  Ailo,  spostrzegł  kilka  kropli 

nie zakrzepłej jeszcze krwi. 

-  Czyżbym  często  kłamał?  -  zapytał  Ailo.  -  Słyszałeś  kiedykolwiek,  bym  kłamał, 

Sarak? 

W  jurcie  zapadła  cisza.  Knut  śledził  wzrokiem  dym,  który  wolniutko  unosił  się  znad 

paleniska, by zniknąć po jakimś czasie w otworze w dachu. Gdyby tylko mógł, umknąłby tą 

samą drogą razem z dymem. Byłe jak najdalej stąd. 

Bracia Elen przyjęli do wiadomości słowa Ailo. Na razie. 

-  Nie  spodziewałem  się  tego  po  tobie,  Ailo  synu  Mikkala!  -  wykrzyknął  najstarszy  z 

braci, Sarak, po czym wszyscy czterej opuścili jurtę. 

Knut zrozumiał, że Sarak był zaskoczony kłamstwem Ailo. Bracia Elen nie uwierzyli 

w  to,  co  usłyszeli,  nie  mogli  jednak  podawać  w  wątpliwość  słów  jednego  ze  swoich 

współplemieńców.  Obraziliby  go  w  ten  sposób.  Knut  nie  mógł  wydusić  z  siebie  ani  słowa. 

Ailo  ostrzegawczym  gestem  przyłożył  palec  do  ust.  Lepiej  nie  rozmawiać,  gdy  tamci  są 

jeszcze blisko. 

- Dlaczego? - spytał w końcu Knut, na wszelki wypadek po fińsku. 

-  Chcieli  obarczyć  kogoś  winą.  Pomścić  siostrę.  Nie  wiem,  czy  udałoby  mi  się 

uratować cię w inny sposób. 

-  Ailo  uśmiechnął  się  ze  smutkiem.  -  A  poza  tym  w  gruncie  rzeczy  wcale  nie 

skłamałem. To mogło być moje dziecko... - Knut zamrugał oczami ze zdziwienia. 

background image

- Elen czuła chyba, że to dla ciebie nic ważnego. Była taka młoda. Zdaje się, że miała 

nadzieję, że opowiem ci o nas... - Ailo wzruszył ramionami. - To był tylko ten jeden raz. Ale 

nie  da  się  wykluczyć,  że  to  ja  byłem  ojcem.  Żaden  z  nas  nie  jest  święty,  prawda?  Wiele  się 

zdarzyło minionej zimy. Najlepiej nie myśleć już o tym wszystkim. 

Knut  westchnął.  Nie  miał  pewności,  czy  powinien  uwierzyć  przyjacielowi.  Elen  nie 

znaczyła dla niego za wiele, ale gdy myślał o niej w ramionach Ailo... 

Ailo jednak nie zwykł kłamać. 

- Co teraz będzie? 

- Pozwolą mi wyjechać  - odparł  Ailo. - Dojdą do wniosku, że to wystarczająca kara. 

Wykluczą  mnie  ze  wspólnoty.  Ale  dadzą  mi  szansę  poprawy.  I  w  ten  sposób  wszyscy  będą 

zadowoleni... 

-  Nie  mów  tak!  -  wykrzyknął  Knut.  -  Ona  była  więcej  warta.  Pójdę  i  powiem,  że  to 

moja wina. Nie pozwolę, by ucierpiał twój honor. 

-  Miałeś  okazję  to  zrobić,  gdy  stali  tu  nad  nami  -  Ailo  mówił  bardzo  poważnie.  - 

Wtedy milczałeś. Jeśli teraz do nich pobiegniesz, pomyślą, że próbujesz mnie osłonić. To mi 

zaszkodzi jeszcze bardziej... 

Knut  się  poddał.  To  było  najprostsze  rozwiązanie.  Ailo  poszedł  sam  do  naczelnika. 

Knut chciał mu towarzyszyć, ale Ailo mu zabronił. 

- Nie potrzebuję obrońców - wzruszył ramionami. - Nie chcę, żeby mnie podejrzewali 

o tchórzostwo. 

Knut chciał wykrzyknąć: „A co sobie o mnie pomyślą?”, ale się powstrzymał. Dobrze 

wiedział,  co  sobie  pomyślą.  Ale  to  nie  miało  żadnego  znaczenia,  skoro  i  tak  niedługo  ich 

opuści. 

Czas dłużył się Knutowi w nieskończoność, gdy czekał na powrót Ailo. Nie miał siły 

wyjść  z  jurty.  Nie  zniósłby  spojrzeń  wszystkich  tych,  którzy  podejrzewali,  że  to  on  jest 

winien. Nie zniósłby ich pogardy. 

Wiedział,  że  zapomni  o  Elen.  Nawet  po  tym,  co  się  stało.  Wiedział,  że  jej  twarz 

zniknie  we  mgle,  i  to  było  najgorsze.  Nikt  nie  będzie  wspominał  tej  dziewczyny  tak,  jak  on 

wspomina Annę. Nikt nie będzie jej w ten sposób żałował. 

Ż

aden człowiek nie powinien tak odchodzić. 

Ailo może mówić, co mu się podoba, ale nie ulega wątpliwości, że na jego rodzie, że 

na rodzie Knuta, ciąży przekleństwo. 

background image

Takie  przypadki  nikomu  się  nie  przytrafiają.  W  każdym  razie  nikomu  spośród  ludzi, 

których Knut znal. Za to w dziejach jego rodziny można znaleźć mnóstwo podobnych historii. 

Nie bez powodu. 

Może niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy się kogoś zbyt mocno pokocha? Albo 

gdy jest się przez kogoś tak właśnie kochanym? 

Wreszcie wrócił Ailo. Był blady. 

-  Ruszamy  -  rzucił  krótko  i  przeczesał  grzywkę  dłonią.  -  Starszy  wspólnoty  chce, 

ż

ebyśmy obaj byli na pogrzebie. To jedyny warunek, jaki postawił. Potem możemy jechać. I 

długo nie wracać. Ludzie zajmą się moim stadem. A jeśli wrócę i udowodnię, że znów mogę 

być jednym z nich, odzyskam stado. Gdyby mi się nie udało, nie mam czego tu szukać. 

-  I  to  wszystko  dla  mnie...  -  Knut  czuł  się  podle.  Trudno  mu  było  spojrzeć  Ailo  w 

oczy. Trudno przyjąć taką ofiarę ze strony przyjaciela. 

-  Nieźle  mi  przecież  zapłacisz  -  uśmiechnął  się  Ailo.  -  Połowę  tego,  co  ci  zostawił 

ojciec.  To  chyba  dobra  cena?  A  przy  okazji  dzięki  tobie  czeka  mnie  wspaniała  przygoda. 

Gdyby nie ty, w moim życiu byłaby tylko praca i praca. Widziałbym tylko te same miejsca co 

roku.  Robiłbym  na  okrągło  to  samo,  wśród  tych  samych  ludzi.  Wyprawy  na  jarmark  do 

Lyngen były największymi przygodami w moim życiu, Knut. Pomyśl tylko o tym, zwłaszcza 

ż

e  ty  uciekłeś  z  Lyngen.  Chcę  być  kimś  innym  niż  Ailo  syn  Mikkala.  Kimś  innym  niż 

niechciany przez ojca syn. Kimś innym niż Ailo, który miał matkę wariatkę i ojca, który nie 

widział świata poza Raiją. Chcę udowodnić sobie, że jestem kimś więcej. Nie chcę być tylko 

owocem pomyłki mojego ojca. Rozumiesz? 

Knut ze zrozumieniem pokiwał głową. 

- Ja chyba też tak myślałem - wyznał z ociąganiem. Wydawało mu się, że kiedyś, całe 

wieki temu, powiedział dokładnie to samo Idzie. 

- Gdy wrócę tu ze złotem, z połową twojego skarbu, Knut, wtedy wszyscy zapomną. 

My, Lapończycy, wybaczamy sobie nawzajem wszystkie słabości. Dajemy winowajcom czas 

na przemyślenie błędów. Ja także z nią spałem, nie zapominaj o tym. Gdyby mi powiedziała o 

dziecku, wziąłbym ją za żonę. Byłaby równie dobra jak każda inna. 

- I twój los byłby powtórką losu Mikkala - wyrwało się Knutowi. 

Ailo obrzucił go ostrym spojrzeniem. 

- Niezupełnie, mój przyjacielu. W moim życiu nie ma żadnej Raiji! 

- Naprawdę? - zdziwił się Knut, ale wolał nie drażnić przyjaciela. - Powiedziałem jej, 

ż

e wyjeżdżam - ciągnął. - Dałem jej wyraźnie do zrozumienia, że nic mnie tu nie trzyma i że 

może gdzieś ktoś na mnie czeka. Dlatego wybrała śmierć. 

background image

- Może wybrałaby życie, gdybym otworzył przed nią swoją jurtę. 

Brązowe  oczy  natknęły  się  na  złotobrązowozielone  spojrzenie.  W  oczach  Ailo 

migotało tyle barw. Odziedziczył je raczej po matce niż po ojcu. Przejrzyste, ale niezgłębione. 

-  Nie  wiadomo,  co  myślała,  gdy  brała  do  ręki  nóż.  Żaden  z  nas  nie  jest  bez  winy. 

Ż

aden nie uniknie kary. Niezależnie od tego, co powiem, wszyscy i tak myślą, że chodziło o 

ciebie. To, co o tobie teraz myślą, Knut, jest chyba większą karą niż ta, którą ja wziąłem na 

siebie. 

Knut spuścił wzrok. 

Uważał, że to on jest  głównym  winowajcą i że  kara, którą ponosi, jest łatwiejsza niż 

to, co spotkało Ailo. 

Pogrzeb  Elen  wyglądał  zupełnie  inaczej  niż  pogrzeb  Anny.  Knut  nigdy  dotąd  nie 

uczestniczył  w  podobnej  ceremonii.  Dawniej  w  Lyngen  grzebało  się  zmarłych  tak,  by  czuć 

ich obecność. Często czyniono to we własnej zagrodzie. Jeśli umierający zdążył przed śmier-

cią  powiedzieć,  gdzie  chce  być  pogrzebany,  spełniano  jego  życzenie.  Ciało  składano  w 

drewnianej trumnie, a potem urządzano stypę. 

Knut  wiedział,  że  teraz  mieszkańcy  Lyngen  wożą  swoich  zmarłych  na  drugą  stronę 

fiordu,  by  ich  pogrzebać  na  parafialnym  cmentarzu.  Każdy  powinien  znaleźć  miejsce 

ostatniego spoczynku w poświęconej ziemi, i to jak najszybciej. Jeśli nie można było urządzić 

pogrzebu wystarczająco szybko, należało umieścić ciało w szopie czy w składzie, nie kładąc 

go wszakże na ziemi. Robaki nie odróżniają przecież ciała ludzkiego od zwierzęcej padliny. 

Knut  wiedział,  że  czasem  zmarli  długo  czekali  na  pogrzeb.  Zdarzało  się,  że  w 

charakterze tymczasowych grobów wykorzystywano zagłębienia w skałach czy jaskinie. 

Pamiętał wielkie zbiorowe pogrzeby, które odbywały się latem. Wówczas mężczyźni 

wracali z morza i w odtajałej ziemi można było pochować wszystkich, którzy odeszli zimą. 

Rodzina  Elen  zgodnie  z  dokumentami  była  ochrzczona,  podobnie  jak  większość 

Lapończyków  zamieszkujących  Finnmark.  O  budowę  kościołów  na  północy  troszczyli  się 

przedstawiciele  różnych  państw  i  różnych  wyznań.  Zjawiało  się  tu  wielu  kaznodziejów, 

którzy  w  znacznie  większym  stopniu  byli  ambasadorami  własnych  rządów  niż  głosicielami 

Słowa Bożego. 

Na  płaskowyżu  nie  brakowało  cmentarzy.  Nietrudno  było  znaleźć  kawałek 

poświęconej ziemi. 

Jeszcze  łatwiej  było  jednak  o  skrawek  ziemi,  na  którym  nigdy  nie  stanęła  stopa 

kapłana. 

background image

- Elen postanowiła umrzeć właśnie tu - oświadczył jej najstarszy brat. - I tu zostanie na 

zawsze. 

Knut  przypominał  sobie,  że  samobójców  nie  wolno  chować  w  poświęconej  ziemi. 

Ż

aden z braci Elen o tym nie wspominał. Nie mówił o tym także nikt inny. 

I dobrze. 

Bracia  dziewczyny  odgarnęli  śnieg  ze  skrawka  ziemi  graniczącego  z  obozowiskiem, 

położonego  jednak  na  tyle  daleko,  by  duch  zmarłej  nie  zakłócał  spokoju  żywym,  i  na  tyle 

blisko, by Elen mogła na nich popatrzeć, gdyby miała ochotę. Przez pół dnia w tym miejscu 

płonęło ognisko. Po to, by rozmrozić możliwie najgrubszą warstwę ziemi. 

Jeszcze  nie  wystygły  popioły,  gdy  zaczęli  kopać.  Ailo  zaproponował  im  pomoc,  w 

imieniu  własnym  i  Knuta.  Sarak  jej  nie  przyjął.  Obrzucając  ich  jadowitym  spojrzeniem,  nie 

omieszkał  powiedzieć,  co  o  nich  myśli.  Ogień  ułatwił  nieco  sprawę,  ale  gdy  udało  się 

wykopać dół głęboki po kolana, bracia Elen znów natrafili na zlodowaciałą ziemię. Kopali na 

zmianę, dwójkami. 

Wieczorem otwór w ziemi okazał się dostatecznie głęboki. Kiedy Knut wyjrzał z jurty, 

by po raz ostatni sprawdzić, jak idzie kopiącym, z dołu wystawały już tylko ich głowy. 

Następnego dnia Knuta obudziły głosy. Ailo nie pozwolił mu wyjrzeć na dwór. 

- Ubiorą ją teraz odświętnie i złożą w saniach -  wyjaśnił spokojnie jak zawsze. - My 

też powinniśmy założyć swoje najlepsze ubrania. Starszy wspólnoty kazał nam stawić się na 

pogrzebie. I posłuchamy go. 

Założyli więc swoje najlepsze ubrania. Obwiązali kumagi najbarwniejszymi taśmami. 

Ailo  zapiął  swój  srebrny  pas.  Knut  odnalazł  najpiękniejszy,  skórzany.  I  dopiero  wtedy,  gdy 

już stał na wzgórzu, w ostatnim rzędzie żałobników, przypomniał sobie, że ten pas zrobiła mu 

Elen. To Elen żuła skórę tak długo, by stała się miękka, to jej zręczne palce przekłuwały skórę 

igłą... 

Knut poczuł się jak drań. 

Ś

wiadomość,  że  wszyscy  mieszkańcy  osady  podzielają  tę  opinię,  nie  poprawiła  mu 

humoru. 

Sanie,  na  których  spoczęła  niespełna  szesnastoletnia  Elen,  dziewczyna,  która 

zakochała  się  w  synu  rybaka  znad  fiordów,  zostały  złożone  w  wykopanym  przez  jej  braci 

grobie.  Potem  bracia,  bratankowie,  wujowie,  kuzyni  zaczęli  w  milczeniu  zasypywać  ciało 

ziemią. Silne były więzy rodzinne między Lapończykami, synami tego wolnego ludu, którego 

domem był płaskowyż. 

background image

Ani Knuta, ani Ailo nikt o pomoc nie poprosił. Taki zaszczyt nie mógł im przypaść w 

udziale.  Nie  należeli  przecież  do  rodziny.  Knut  czul,  że  pomimo  panującego  chłodu  spociły 

mu  się  ręce.  Nie  założył  rękawic,  a  od  wschodu  wiał  przenikliwy  wiatr.  Knut  zauważył,  że 

dziewczynę ułożono nogami w stronę wschodu. Tam też zatknęli wygładzony przez wodę bal 

wyłowiony  z  morza.  Knut  zastanawiał  się,  dlaczego,  chwila  nie  sprzyjała  jednak  zadawaniu 

takich  pytań.  Po  drugiej  stronie,  w  głowach,  Sarak  ustawił  coś  w  rodzaju  krzyża.  W  dolnej 

części pionowej belki umocował skośnie dość długi kawałek drewna. 

- Co to za krzyż? - spytał Knut Ailo. Ten uciszył go pospiesznie. 

- Tak ma być - szepnął bezgłośnie. - To krzyż ze wschodu. - Wskazał głową kierunek, 

z którego wiał wiatr. Krainę, której nie mogli dostrzec gołym okiem. 

Knut  przyjął  to  wyjaśnienie  do  wiadomości.  Nie  wiedział,  że  Sarak  umieścił  nad 

głową Elen prawosławny krzyż. 

Prorocy, którzy od czasu do czasu nadciągali tu ze wschodu, zrobili na rodzinie Elen 

największe  wrażenie.  Jednak  ceremonia,  którą  przygotowali  zmarłej  bracia,  niezupełnie 

przypadłaby do gustu rosyjskim misjonarzom. 

Gdy  ziemia  przykryła  już  cały  grób,  Knut  uznał,  że  uroczystość  dobiegła  końca,  i 

chciał odejść. Ailo jednak go zatrzymał. 

-  To  jeszcze  nie  wszystko.  Bracia  zmarłej  przynieśli  zgromadzone  wcześniej  drwa, 

choć w obozowisku dotkliwie brakowało opału. 

Knut ze zdziwieniem obserwował, jak  Lapończycy  stawiają na mogile  Elen domek z 

wyrzuconych  przez  morze  bali.  Przykryli  go  spadzistym  dachem,  mocując  go  przy  użyciu 

czegoś  w  rodzaju  gwoździ  z  drewna  jałowca.  W  szczycie  zachodniej  ścianki  zrobili  nawet 

okienko. 

Przed dokończeniem dachu schowali do środka łopatę, którą kopali dół, kilka misek z 

jedzeniem i mlekiem renifera oraz parę drobnych monet. 

Gdy  domek  był  gotów,  cały  orszak  ruszył  do  rodzinnej  jurty  dziewczyny,  by  tam  ją 

wspominać, zaśpiewać jej joik, by jeść i pić dla okazania zmarłej szacunku. 

Ailo i Knut odłączyli się od żałobników. Nikt się za nimi nie obejrzał. Nikt się ich nie 

spodziewał na stypie. 

- Co to wszystko ma znaczyć? - nie mógł się nadziwić Knut. - Zimą zmarło tu przecież 

wielu  ludzi  i  nikogo  nie  chowano  w  ten  sposób.  Wszystkich  zawieziono  na  cmentarz,  gdzie 

urządzono im całkiem zwyczajny pogrzeb. 

Ailo zdjął pas. 

background image

- Wszyscy, którzy zmarli zimą, odeszli w sposób naturalny. Elen nie mogłaby zostać 

pochowana  na  cmentarzu.  Ktoś  z  pewnością  by  zapytał,  skąd  się  wzięły  rany  na  jej  ciele.  I 

szybko  by  się  wydało,  że  zabiła  się  sama.  Albo  jeszcze  gorzej:  tamci  mogliby  pomyśleć,  że 

zabił  ją  ktoś  z  naszej  wspólnoty.  Ucierpiałoby  zarówno  jej  dobre  imię,  jak  i  honor  rodziny. 

Bracia zrobili wszystko, by pochować ją jak najgodniej. Zgodnie ze starodawnym obyczajem. 

W dawnych czasach tak właśnie wyglądały nasze pogrzeby. 

-  Ale  ten  dom...  jedzenie...  pieniądze...  -  Knut  bezradnie  rozłożył  ręce.  -  To  przecież 

okropne... 

- Dlaczego? - Oczy Ailo rozbłysły. - Dlatego, że wy, Norwegowie i Finowie, robicie 

to całkiem inaczej? 

Knut nie odpowiedział. Ściągnął kaftan, by przynajmniej na chwilę ukryć swoją twarz 

przed wzrokiem Ailo. 

- Dokąd twoim zdaniem poszła Elen? - Ailo nie dawał mu spokoju. - Do nieba czy do 

piekła? 

Knut  przełknął  ślinę.  Wpajano  mu  przekonanie,  że  ten,  kto  sam  odbiera  sobie  życie, 

kończy w ogniu piekielnym. 

- My, Lapończycy, nie znamy żadnego piekła - wyjaśnił mu łagodnie Ailo. - Ci, którzy 

od  nas  odchodzą  na  zawsze,  żyją  dalej  w  Jabmi -  aimo,  świecie  zmarłych.  Albo  w  Mubbe  - 

aimo, w drugim świecie... - Głos Ailo brzmiał bardziej obco niż zwykle. - Nie mamy piekła, 

mamy  za  to  niebo.  Saivo.  Myślę,  że  Elen  tam  właśnie  trafiła.  Miała  taką  jasną  duszę.  Była 

taka młoda. Sądzę, że wzięli to pod uwagę... 

Knut  wstrzymał  oddech,  wpatrując  się  w  przyjaciela.  Przypuszczał,  że  ci,  którzy 

powinni  wziąć  to  pod  uwagę,  to  starzy  lapońscy  bogowie.  Nigdy  przedtem  nie  pomyślał,  że 

Ailo  może  w  nich  wierzyć.  Reijo  twierdził,  że  Mikkal  za  nic  miał  zarówno  dawnych,  jak  i 

nowych bogów. 

-  W  Saivo  zmarli  żyją  tak  samo  jak  my.  Ale  tam  nie  ma  surowych  zim  i 

nieurodzajnych lat. W Saivo wszyscy są szczęśliwi. Dobrze im tam. Niczego im nie brak, ani 

zwierzyny, ani ryb. A ich jurty i chaty są znacznie piękniejsze od naszych... 

- Wierzysz w to? - spytał Knut. Zaskoczył go ton własnego głosu. Pojawiła się w nim 

nuta lekceważenia, choć wcale nie było to jego zamiarem. 

Ailo spojrzał mu prosto w oczy. 

-  A  ty  wierzysz  w  raj?  -  zapytał.  -  Czy  nasze  Saivo  tak  bardzo  różni  się  od  twojego 

raju? - Knut się zawstydził. - Zostawili jej trochę jedzenia i pieniędzy, żeby jakoś dała sobie 

radę,  zanim  stanie  na  nogi  na  tamtym  świecie.  A  łopaty,  którą  kopali  grób,  i  tak  lepiej  nie 

background image

wykorzystywać  do  niczego  innego.  Elen  może  mieć  z  niej  jakiś  pożytek.  -  Ailo  wzruszył 

ramionami.  Jego  głos  brzmiał  poważnie,  ale  w  kącikach  ust  igrał  lekki  uśmieszek.  Knut  nie 

wiedział, jak to rozumieć. Czy przyjaciel rzeczywiście wierzy w to, co mówi? 

- A dom? - Knut miał jeszcze sporo wątpliwości. - Co z oknem? Dostaję gęsiej skórki, 

gdy na nie patrzę. 

- Elen nie przyprawiała cię o gęsią skórkę, gdy jeszcze żyła - odrzekł Ailo ostro. Stał 

teraz  nagi  od  pasa  w  górę,  a  ciało,  pomimo  że  był  niewielkiego  wzrostu,  miał  umięśnione  i 

mocne. - Elen z pewnością nie jest teraz bardziej niebezpieczna niż za życia. Okno w domu 

może się jej przydać. Kto wie, może zapragnie popatrzeć, co się też tu dzieje. Albo sprawdzić 

pogodę... 

Ailo zaczął zakładać codzienne ubranie, a w jego oczach pojawił się figlarny błysk. 

Tym razem Knut nie miał już wątpliwości co do tego, że przyjaciel żartuje. 

- To stary obyczaj - wyjaśnił po chwili Lapończyk. - Nikt nie pamięta, skąd się wziął. 

A ściślej rzecz biorąc, każdy tłumaczy to inaczej. Tak to już jest z rytuałami. 

Knut zrozumiał. 

Wyruszyli  w  drogę  jeszcze  przed  zakończeniem  stypy.  Długo  jeszcze  słyszeli 

spokojne dźwięki joik. To śpiewał o Elen ktoś z jej rodziny. 

Knut  pomyślał,  że  śpiewak  musiał  dobrze  znać  zmarłą.  Ta  młoda  dziewczyna  była 

właśnie jak ten śpiew: zwykle pełna spokoju, choć i nieobliczalna. W joik Elen mieściło się to 

wszystko. 

Pieśń  odcisnęła  trwały  ślad  w  duszy  Knuta.  Wiedział, że  będzie  pamiętał jej  dźwięki 

znacznie dłużej niż twarz dziewczyny. 

Przez pustkowie brnęły dwa niewielkie zaprzęgi. Sanie każdego z mężczyzn ciągnęło 

jego własne zwierzę. 

Jechali  na  zachód.  Po  pewnym  czasie  mieli  zamiar  skręcić  na  południe,  by  znaleźć 

wzniesienie, które w swoim wnętrzu kryło skarb pozostawiony Knutowi przez ojca. 

Jechali mniej uczęszczanym szlakiem, dlatego nie spotkali Andersa i jego towarzyszy, 

wracających  do  domu  z  jarmarku  z  Skibotn.  Gdy  Anders  dotarł  do  obozowiska  dwa  dni  po 

pogrzebie Elen, dowiedział się tylko, że Knut i Ailo wyruszyli na zachód. Nie przyszło mu do 

głowy, by powiązać ten fakt ze śmiercią Elen. 

Pozdrowienia, które przywiózł im znad fiordu, musiały czekać. 

A  tymczasem  bracia  krwi  przemierzali  płaskowyż.  Jak  magnes  przyciągał  ich  złoty 

blask z południowego zachodu. 

background image

Na płaskowyżu nigdy nie brakowało wędrowców i marzycieli. Swoje ślady zostawiali 

tu często ci, którzy szukali zapomnienia albo schronienia. 

Na  zachód  zmierzali  właśnie  dwaj  wędrowcy,  podczas  gdy  inny  samotnie  szedł  na 

wschód.  Nie  wiedzieli  o  sobie  nawzajem,  choć  ich  życiowe  ścieżki  już  się  skrzyżowały  w 

przeszłości. Kolejne zaś spotkanie miało być bardzo szczególne i brzemienne w skutki. 

Samotny  wędrowiec  miał  niebieskie  oczy  pod  ściągniętymi  brwiami.  Na  jego  twarzy 

prawdopodobnie  rysowała  się  kiedyś  chłopięca  miękkość,  choć  trudno  było  w  to  uwierzyć, 

patrząc  na  ostro  zarysowane  kości  policzkowe.  Mężczyzna  był  barczysty,  długonogi,  o 

mocnych rękach. Bez trudu dało się odgadnąć, że trapi go jakieś zmartwienie. 

Ciemnoblond grzywka zrobiła się wyraźnie za długa i była postrzępiona. Jej właściciel 

od dawna nie troszczył się już o swą brodę i nie zwracał uwagi na robactwo, które zalęgło się 

mu  we  włosach.  Całkiem  niedawno  opuścił  Skibotn,  ale  przedtem  wiele  wędrował  po 

nieznanych  szlakach.  Przywykł  do  trudnych  warunków.  Wszyscy,  którzy  go  spotykali, 

odgadywali  natychmiast,  że  przeżył  ciężkie  chwile.  Wskazywało  na  to  jego  dojrzałe 

spojrzenie, tak nie pasujące do młodego wieku. 

Simon  chciał  zatrzeć  za  sobą  ślady.  Nigdzie  się  nie  spieszył.  Szedł  przed  siebie  bez 

celu. 

Pragnął zniknąć, by ułatwić życie Mai. 

Pewnego  dnia  trafił  na  jakieś  dziwne  towarzystwo.  Żaden  z  pięciu  mężczyzn, 

siedzących dokoła ogniska, nie mówił dużo o sobie. Simon pasował do nich. Wiele lat spędził 

wśród ludzi tego pokroju. Znał doskonale obowiązujące wśród nich zasady gry, wiedział, co 

należy im powiedzieć, a co zachować dla siebie. 

Każdy  z  tych  mężczyzn  sprzedałby  własną  rękę,  gdyby  tylko  ktoś  mu  chciał  za  to 

nieźle  zapłacić.  Nie  mieli  żadnych  skrupułów,  gdy  w  grę  wchodziły  jakieś  korzyści.  Simon 

dał im do zrozumienia, że i on jest ulepiony z tej samej gliny. 

Rozmawiali  tylko  na  jeden  temat.  O  pieniądzach.  O  tym,  jak  się  szybko  wzbogacić. 

Niekoniecznie zgodnie z prawem. Rozmawiali o złocie. 

-  Wszyscy  wiedzą,  że  w  Finnmarku  można  znaleźć  złoto  -  oświadczył  Albert, 

najstarszy  z  nich  wszystkich,  postawny  czterdziestolatek,  dość  przystojny,  ale  nie  budzący 

zaufania.  Wodził  rej  wśród  kompanów.  Jego  wyraźnie  młodszy,  jasnowłosy  i  szarooki  brat 

miał  na  imię  Helmer.  Obaj  mieli  przebiegłe  spojrzenia  i  zręczne  palce.  Helmer  nie  był  tak 

background image

przystojny jak brat i należał do osób znacznie bardziej zamkniętych w sobie niż Albert, który 

chętnie wypowiadał się na każdy temat, czyniąc to zresztą z pewnym wdziękiem. 

Trzeci mężczyzna, Hans, pochodził ze Szwecji. Mówił z akcentem, który przypominał 

Simonowi  sposób  mówienia  Reijo.  Hans  urodził  się  zapewne  w  okolicy,  w  której  mówiono 

także  po  fińsku.  Tornedalen  rozciągała  się  przecież  po  obydwu  stronach  rzeki  Torne, 

stanowiącej granicę między Finlandią a Szwecją. Simon domyślał się, że w takich miejscach 

języki i obyczaje mieszają się ze sobą. Trzeba znacznie więcej niż rzeki, by podzielić ludzi. 

Simon  słyszał  kiedyś,  że  wygnańcy  z  Tornedalen  często  uciekają  do  Norwegii.  Do 

nich należał prawdopodobnie Hans. 

Hans  był  rówieśnikiem  Simona.  Jego  twarde  spojrzenie  pasowało  do  cynicznych 

wypowiedzi.  Zimny  człowiek.  Trudno  go  lepiej  opisać.  Właściwie  to  on  powinien  być 

przywódcą.  Albert  nie  dorównywał  mu  przebiegłością.  Simon  nie  potrafiłby  powiedzieć, 

który  z  nich  był  autorem  najbardziej  podstępnych  planów.  Często  wydawało  mu  się,  że  to 

Hans jest mózgiem tej grupy i że tak sprytnie podsuwa pomysły Albertowi, by tamten uważał 

je za swoje własne. 

To było całkiem prawdopodobne. 

Mojżesz  i  Benjamin  natomiast  nie  kryli  w  sobie  żadnych  zagadek.  Simon  wiedział 

wprawdzie, że z taką oceną nie należy się spieszyć, bo nawet najłagodniejszy człowiek może 

sprawić niespodziankę, ale bliźniacy pochodzący z jakiejś odległej wyspy naprawdę nie byli 

wewnętrznie  skomplikowani.  Ich  życie  obracało  się  wokół  jedzenia  i  spania.  Od  czasu  do 

czasu  potrzebowali  też  kobiety,  nie  robiło  im  jednak  różnicy,  w  jakich  okolicznościach  i  w 

jaki sposób. 

Pochodzili 

religijnej, 

przynajmniej 

na 

pozór, 

rodziny. 

Ojciec 

nadał 

dziewiętnaściorgu swych dzieci biblijne imiona. Co prawda nie było pośród nich Judasza, ale 

nawet  godni  szacunku  patroni  nie  uchronili  Mojżesza  i  Benjamina  przed  zboczeniem  ze 

ś

cieżki cnoty. 

Bliźniacy jako jedyni z tej grupki bez mrugnięcia okiem chwalili się przed Simonem 

swymi wyczynami. Kradzieżami, których nie potrafili nawet zliczyć. Grabieżą cudzego bydła. 

Gwałtami,  o  których  opowiadali  z  uśmieszkiem.  Wyjaśniali,  że  chodziło  przecież  tylko  o 

Laponki, a wszak wszyscy dobrze wiedzą, że nie należy ich uważać za ludzi. 

Bliźniacy byli dorośli, ale w ciałach dojrzałych  mężczyzn w  gruncie rzeczy kryły się 

niedojrzałe dzieci. 

Z  taką  właśnie  uroczą  gromadką  zasiadł  Simon  przy  ognisku.  Zamierzał  im 

towarzyszyć przynajmniej przez jakiś czas. 

background image

- W Finnmarku można znaleźć złoto - powtórzył Albert. 

Nikt  się  nie  odezwał.  Twarz  Simona  nawet  nie drgnęła,  choć  w  zanadrzu  ukrył  kilka 

bryłek,  które  dowodziły  słuszności  słów  Alberta.  Simon  nie  zamierzał  jednak  się  nimi 

chwalić. Nie ruszył się z miejsca. Okazał tyle samo zainteresowania,  co  pozostali. Podobnie 

jak tamci czekał na to, co powie Albert. 

Simon przeżył więzienie, w którym było znacznie gorzej niż w tym towarzystwie. 

- Jeśli mi nie pokażesz, gdzie - odezwał się leniwie Hans - nie ruszę się z miejsca. Nie 

będę się wysilał dla niepewnej zdobyczy. Możesz to sobie wybić z głowy. 

Hans  wyprostował  nogi  i  zadrżał  z  chłodu.  Zima  nie  odeszła  jeszcze  na  dobre,  a 

darniowa chata była podszyta wiatrem. Próbowali ją wprawdzie uszczelnić, ale żadnemu nie 

chciało się pracować. Nie zamierzali tu przecież długo zabawić. Po co się wysilać? Żeby z ich 

pracy skorzystał ktoś inny? 

Simon  marzł  tak  samo  jak  pozostali,  musiał  jednak  jakoś  się  trzymać.  W  tym 

towarzystwie lepiej się nie wyróżniać. 

-  W  Alcie  są  jacyś  Finowie,  którzy  płacą  złotem  -  rzucił  Albert  tak  obojętnie,  jakby 

mówił o pogodzie. 

Wszystkie spojrzenia skierowały się ku niemu. Udało mu się przyciągnąć ich uwagę, 

co bardzo lubił. 

Dobry  Boże,  żeby  to  tylko  nie  był  Knut!  pomyślał  Simon.  Knut  był  naiwnym 

ż

ółtodziobem w porównaniu z tymi osobnikami. 

- Skąd wiesz? - zapytał błyskawicznie Helmer, któremu brat najwyraźniej nie zdradzał 

wszystkich tajemnic. 

- Wiem - wyjaśnił wyczerpująco Albert. - Od dawna jest tam dwóch starszych Finów, 

którzy nie mają pieniędzy i płacą kamieniami. Złotymi okruchami, chłopcy. Wszyscy wiemy, 

co to oznacza... 

A więc jednak nie Knut! Simonowi wyraźnie ulżyło. Nie mógł się troszczyć o nikogo 

poza  tymi,  na  których  najbardziej  mu  zależało,  jeśli  miał  być  tym  drugim,  okrutnym 

Simonem. 

Nie  powinien  sobie  pozwalać  na  ciepłe  uczucia  względem  zbyt  wielu  osób.  Miłość 

czyni serce miękkim. A w jego obecnym życiu nie ma miejsca na takie słabości. 

- Może znaleźli te bryłki wiele lat temu - zauważył Helmer. 

- Może już nic nie zostało - podchwycił jego myśl Benjamin. 

Hans splunął. Simon poczuł na sobie jego spojrzenie. Nie dowierzali sobie nawzajem. 

Albert całkowicie zignorował słowa Benjamina. Miał w tym już pewną wprawę. 

background image

-  Wystarczy  odnaleźć  tych  Finów.  Alta  nie  jest  duża,  a  nas  jest  sześciu.  -  Spojrzał 

wymownie  na  Simona  i  długo  mu  się  przyglądał.  Czekał,  aż  towarzysze  także  zwrócą 

spojrzenia w jego kierunku. - O ile ruszasz z nami? 

Simon patrzył Albertowi prosto w oczy, nie mrugnąwszy nawet powieką. 

-  Jasne  -  oświadczył  lakonicznie.  Grał  wobec  nich  rolę  małomównego,  bo  do  tego 

rodzaju  ludzi  przywykli.  Atmosfera  nieco  zelżała.  Bliźniacy  zaśmiali  się  trochę  nerwowo. 

Obaj zabrali się skwapliwie do klepania Simona po ramieniu, by powitać go w swoim gronie. 

Simon podróżował z nimi już od trzech tygodni. 

- Nie potrzebujemy szczurów okrętowych - podkreślił Helmer zjadliwie. 

- To znaczy tchórzy, chłopcze. 

-  Wiem,  co  to  jest  szczur  okrętowy.  -  Simonowi  także  zdarzało  się  zachowywać 

bezmyślnie.  Wygłaszając  ten  komentarz,  zdradził  się,  że  mieszkał  kiedyś  na  wybrzeżu.  - 

Daleko stąd do Alty? - zapytał, by dać towarzyszom do zrozumienia, że nie zna tej okolicy. 

-  Dość  daleko  -  odparł  Albert  enigmatycznie.  Nawet  gdyby  go  spytać  o  pogodę, 

odpowiedziałby  tak,  jakby  chodziło  o  tajemnicę  państwową.  -  Wędrowcy  nie  są  czymś 

wyjątkowym  w  tej  okolicy.  Podzielimy  się.  Musimy  wprowadzić  jednego  człowieka 

pomiędzy Finów. Kogoś, kto może udawać, że jest jednym z nich. 

Simon spojrzał na Hansa. 

- On mówi po fińsku? - zagadnął. - Tak żeby móc udawać Fina? 

- Tak - poinformował go Albert. Hans się nie odezwał. Posłał jednak Simonowi spoj-

rzenie, w którym nie było ciepłych uczuć. 

- Trochę to za proste - pokręcił głową Simon. 

-  Bo  to  jest  proste  -  pouczył  go  Helmer.  Nie  podobał  mu  się  ten  przybłęda,  który 

powątpiewał w genialność planu jego brata. 

-  Możesz  się  jeszcze  wycofać  -  oświadczył  niespiesznie  Hans.  -  Jesteśmy 

prawdziwymi mężczyznami i nie potrzebujemy pośród nas tchórzliwych gówniarzy. 

- My nie jesteśmy gówniarzami - odezwali się jednym głosem Mojżesz i Benjamin. 

- Idę z wami. - Simon chciał rozwiać wszelkie wątpliwości. - Tylko nie lubię się w nic 

bez  sensu  wkopywać.  Muszę  wiedzieć  dokładnie,  w  co  wchodzę.  Jestem  już  za  stary  na 

zabawy, a na razie to wszystko wygląda na zabawę. 

Być może posunął się za daleko, ale skłoniły go do tego słowa tamtych. Były jak ciosy 

prosto w twarz. 

background image

- Wszystko w swoim czasie. - Simon najwyraźniej przypadł Albertowi do gustu, skoro 

wziął  jego  stronę.  -  Ustalimy  szczegóły,  gdy  już  dotrzemy  na  miejsce.  Gdy  posłuchamy  i 

poobserwujemy. Dopiero wtedy wszystko zaplanujemy... 

- Ale przecież... - odezwał się zbity z tropu Mojżesz. - Przecież my tak nie robimy. Ty 

nie lubisz nic planować, Albert. 

- Zamknij się! Nikt cię nie pytał o zdanie. - Albert wymagał posłuchu. 

Hans  pochwycił  porozumiewawcze  spojrzenie  Simona  i  uśmiechnął  się  nieznacznie. 

Oni dwaj rywalizowali wprawdzie ze sobą, ale to i owo ich łączyło. 

Simon przeczuwał jednak, że Hans może być niebezpieczny. 

Podzielili się i w stronę Alty  ruszyli dwójkami. Bliźniacy byli do siebie tak podobni, 

ż

e wędrowali razem, by nie wzbudzać niepotrzebnie podejrzeń. Między Helmerem i Albertem 

również dało się zauważyć rodzinne podobieństwo. Tak więc Hans i Simon, chcąc nie chcąc, 

musieli wyruszyć razem. 

- Nie obchodzi mnie, czy się lubicie, czy nie. - Albert nie owijał niczego w bawełnę. - 

Teraz się lubicie. Hans jest Finem. Spotkaliście się w drodze na północ. Nie obchodzi mnie, 

jak  się  będziecie  do  siebie  odnosić  na  osobności,  ale  jeśli  ktoś  na  was  będzie  patrzył,  macie 

udawać  przyjaciół.  Resztę  bajeczki  musicie  wymyślić  sami.  Nie  mogę  przecież  odwalić  za 

was całej roboty? 

A  więc  to  był  cały  plan  Alberta!  W  Alcie  Hans  i  Simon  musieli  sobie  radzić  sami. 

Bagatelka,  wystarczyło  tylko  wmieszać  się  między  mieszkańców  miasta.  Wystrychnąć  na 

dudka  Finów,  którzy  płacili  złotem.  Przede  wszystkim  jednak  znaleźć  tych  Finów.  Niestety, 

Albert nie wiedział, gdzie ich szukać. 

Hans  nie  był  zachwycony  tym  pomysłem,  podobnie  zresztą  jak  Simon.  Ruszyli  w 

drogę jako pierwsza z grupek. Simon nie mógł się zresztą wyzbyć wrażenia, że poza nimi nikt 

do Alty się nie wybiera. 

-  Zaczynasz  już  chyba  rozumieć,  że  to  my  dwaj  mamy  zdobyć  złoto  -  odezwał  się 

Hans  po  kilkugodzinnym  milczeniu.  Musieli  ze  sobą  rozmawiać  podczas  postojów.  Łatwiej 

było się ignorować, gdy jechali gęsiego na nartach. 

Simon  musiał  przyznać,  że  przyszło  mu  to  do  głowy.  Zastanawiał  się  jednak,  na  ile 

Hans jest lojalny wobec swych towarzyszy. 

- Albert i Helmer zawsze biorą największą dolę - poinformował go Hans, przeżuwając 

suszone  mięso  swymi  mocnymi  zębami,  które  błyskały  w  promieniach  wiosennego  słońca. 

Simon uzmysłowił sobie, że Hans bardzo rzadko się śmieje. 

- Są chyba przywódcami - zaczął ostrożnie Simon. 

background image

-  Sądzisz,  że  nadają  się  na  przywódców?  Simon  wzruszył  ramionami.  Napotkał 

spojrzenie  swego  towarzysza.  Rozumieli  się  bez  słów.  Obaj  wiedzieli,  że  spośród  sześciu 

mężczyzn, którzy jeszcze niedawno siedzieli razem przy palenisku w darniowej chacie, tylko 

dwóch nadaje się na przywódców. Popatrzyli sobie prosto w oczy. 

- Od dawna z nimi jesteś? - zapytał Simon, dbając o to, by w pytaniu nie ujawniło się 

za wiele ciekawości. Jakby pytał tylko ot tak sobie, dla podtrzymania rozmowy. 

- Rok - splunął Hans. - Prawie dwa. Czy czas tu coś znaczy? 

Simon nie mógł nie przyznać mu racji. 

-  A  ty?  -  Hans  zaczął  przyglądać  się  towarzyszowi,  mrużąc  oczy.  Miał  bardzo 

wyrazistą  twarz.  Czarna  grzywka  zawsze  przesłaniała  mu  czoło.  Simon  nigdy  nie  spotkał 

człowieka o takich chłodnych, brązowych oczach. - Zawsze jesteś sam? 

Każdy  z  nich  próbował  wzbudzić  w  towarzyszu  trochę  zaufania.  Kłamali  w  żywe 

oczy.  Albo  mówili  półprawdy.  Żaden  nie  byłby  w  stanie  sprawdzić  słów  drugiego.  Mogli 

jednak  gromadzić  informacje  i  kontrolować,  czy  nie  pojawiają  się  nowe,  które  przeczą 

poprzednim. 

- Mam kobietę - oświadczył Simon z krzywym uśmieszkiem i poczuł jakby lodowate 

igiełki  w  piersiach.  Przed  oczami  stanęła  mu  twarz  Mai,  widział  ją  tak  wyraźnie,  jakby 

pojawiła się tuż przed nim. Zagłuszył jednak w sobie ten ból, przed którym próbował uciec. - 

Ale pewnie nie o to mnie pytasz, prawda? - Hans się nawet nie poruszył, więc Simon dodał: - 

Siedziałem. W więzieniu. Tam człowiek szybko się uczy, by na nikim nie polegać. 

- Długo? 

- Wystarczająco. Wtedy Hans się uśmiechnął. Simon musiał w duchu przyznać, że ten 

uśmiech  wzbudził  w  nim  niepokój.  Przywykł  już  do  posępnego  i  nieprzeniknionego  wyrazu 

twarzy towarzysza podróży. 

- Czy tamci zjawią się w Alcie? - zastanawiał się głośno Simon. Hans nie troszczył się 

o  kontynuowanie  rozmowy.  Może  dowiedział  się  już  tego,  czego  chciał.  Miał  wyjątkowy 

talent do trzymania ludzi w niepewności. 

- Albert by nie pozwolił, żeby taka pewna zdobycz przeszła mu koło nosa. 

Simon zwilżył sobie wargi. Zdecydował się zasugerować Hansowi możliwość zdrady 

reszty  grupy.  Sporo  ryzykował,  ale  wszystko  wskazywało  na  to,  że  Hans  nie  darzy  Alberta 

szczególnie głębokim respektem. 

-  A  mogłoby  się  tak  stać?  -  zapytał.  Spojrzenie  Hansa  pozostało  obojętne,  twarz 

nieporuszona, tylko jeden z kącików ust uniósł się ku górze. 

- Albert nie zdołał cię zastraszyć, prawda? Simon powoli pokręcił głową. 

background image

- Na razie nie. 

- No cóż... - Hans poskrobał się po brodzie. Jako jedyny z całej szóstki dbał trochę o 

siebie. Golił się regularnie i mył, mimo że ledwo co przeminęły najtęższe mrozy i kontakt z 

lodowatą  wodą  nie  należał  do  przyjemności.  Zwracał  też  uwagę  na  ubranie.  -  Albert  nie 

wygląda na groźnego, ale spośród tych, których kiedykolwiek spotkałem, najsprawniej włada 

nożem.  -  Simon  powinien  był  się  domyślić,  że  nie  tylko  spryt  sprawił,  iż  Albert  został 

przywódcą grupy. - Aha. 

- Rzecz jasna, nawet on nie może się równać ze mną... 

Hans  popatrzył  na  Simona  nader  wymownie.  Simon  wytrzymał  spokojnie  to 

spojrzenie.  Nie  można  pozwolić  sobie  na  strach,  stojąc  twarzą  w  twarz  z  tego  rodzaju 

mężczyzną. Musi z nim rozmawiać jak równy z równym. 

- Tak dobrze sobie radzisz z nożem? Simon wiedział doskonale, że Hans wcale się nie 

przechwala.  Hans  zawsze  nosił  nóż  za  pasem,  jakby  był  z  nim  zrośnięty.  Simon  nigdy  nie 

widział  go  w  czasie  awantury,  ale  zapamiętał,  że  gdy  Hans  używa  noża  w  najzwyklejszych 

sytuacjach, robi to z zadziwiającą zręcznością. 

-  Nie  najgorzej  -  odparł  Hans.  -  A  ty?  Simon  roztarł  dłonie  i  tylko  się  uśmiechnął. 

Cieszył się, że Maja nie zna go w tym wcieleniu. Cieszył się, że Maja nigdy się nie dowie, z 

jaką  łatwością  przychodzi  mu  grać  tego  drugiego  Simona,  z  którym  ona  nie  chciałaby  mieć 

nic wspólnego. 

- Dobrze - powiedział Hans. - Potrafisz chyba sprawić rybę? A umiesz strzelać? 

Simon otworzył usta ze zdziwienia. 

- Biedacy nie miewają broni palnej - wyjaśnił. Hans nawet nie mrugnął okiem. 

-  Nigdy  nic  nie  wiadomo  -  stwierdził.  -  Jest  nas  tylko  dwóch.  Musimy  się  bronić. 

Może drzemią w nas jakieś ukryte umiejętności. 

Simon  nie  dał  się  sprowokować.  Następny  krok  należał  do  Hansa.  To  przecież  on 

spędził więcej czasu z bandą Alberta. 

- Nie sądzisz, że Albert i jego ludzie niewiele znaczą w porównaniu z nami.” 

- Chyba masz rację. 

Hans uśmiechnął się otwarcie. 

-  Mojżesz  i  Benjamin  mają  mocne  pięści,  sami  nie  potrafią  zrobić  z  nich  użytku. 

Helmer  nie  umie  się  bić,  a  myśli  za  niego  Albert.  Albert  ma  swój  nóż.  My  mamy  niezłe 

głowy, noże i pięści. 

Hans przedstawił sprawę w dużym uproszczeniu, acz całkiem prawdziwie. 

- Podział na małe grupki był nieźle pomyślany. 

background image

- Albert zakładał, że my się nie lubimy. - Hans wyszczerzył

 swoje białe zęby. - Albert 

w gruncie rzeczy też jest dużym dzieckiem. Łatwo go zmylić. Ja od razu widziałem, że jesteś 

ulepiony z tej samej gliny co i ja. I że możemy zostać przyjaciółmi. 

Simon  też  się  uśmiechnął.  Wydawało  mu  się,  że  słowo  „przyjaciele”  brzmi  jak 

bluźnierstwo  w  ustach  Hansa.  I  wcale  nie  był  pewien,  czy  może  zaufać  towarzyszowi 

podróży. Robił jednak dobrą minę do złej gry. 

-  Ja  bym  tego  nie  odważył  się  zaproponować!  Nie  wiedziałbym,  jak  to  zrobić,  skoro 

jesteś związany z tamtymi. 

Nie zamierzał dodawać nic więcej. Nie można przecież kłamać bez końca. Zwłaszcza 

ż

e nie musiał już przeciągać rozmowy. 

- Działam na własny rachunek - wyjaśnił z naciskiem Hans. - Chyba podobnie jak ty. 

-  Nie  mam  nikogo,  o  kim  musiałbym  myśleć  -  odparł  Simon  lekko.  -  A  przy  tym 

bardzo lubię samego siebie. Można nawet powiedzieć, że jestem swoją jedyną miłością. 

Wreszcie udało mu się znaleźć właściwy ton. 

- I nie boisz się nawet, gdy pomyślisz, co nas może czekać ze strony Alberta? 

Simon kopnął grudę śniegu. Zamknął swój plecak z kory brzozowej i postawił z boku. 

Gdyby Hans wiedział, co kryje się pod ubraniami! 

- Mam bardzo kiepską fantazję - wyjawił - i nie potrafię sobie wyobrazić, co nas może 

czekać ze strony Alberta. 

Hans chciał usłyszeć właśnie coś w tym rodzaju. 

- Na każdego przypadnie o wiele więcej, jeśli podzielimy wszystko na dwóch zamiast 

na sześciu - dorzucił jeszcze Simon. 

- Niegłupi z ciebie gość. Zabrzmiało to jak słowa uznania i Simon wiedział, że na nie 

zasłużył. 

- Dla Alberta świat się kończy na Finnmarku - rzekł Hans. - Nie będzie nas ścigał bez 

końca.  Jeśli  uda  nam  się  znaleźć  złoto,  będzie  tylko  nasze.  Możemy  wyjechać,  dokąd  tylko 

zechcemy. Osobno albo razem. 

Simon  pokiwał  głową  na  znak,  że  zrozumiał.  Wolał  na  razie  nie  zdradzać,  którą 

możliwość wybierze. 

- To w dalszym ciągu trochę za proste. - Simon musiał to powiedzieć, bo Hans czekał 

na  takie  słowa.  Wzbudziłby  podejrzenia  towarzysza,  gdyby  ich  nie  wypowiedział.  -  Nigdy 

przedtem nie miałem okazji się wzbogacić. Nie  aż tak. Gdyby to było takie proste,  wszyscy 

byliby bogaczami. 

background image

- Albertowi wydało się to proste. - Hans zabrał się ochoczo za sznurowanie własnego 

skórzanego worka. 

Piękna ręczna robota, Simon potrafił to ocenić. - Albert przyzwyczaił się już do tego, 

ż

e ja za niego obmyślam szczegółowy plan. Zakłada z góry, że to zrobię, a potem uważa, że 

sam wszystko wymyślił. Oczywiście, że to nie jest taka prosta sprawa. Większość słyszała co 

nieco o złocie. Krążą plotki na ten temat. Nikt nie jest pewien, ile w nich prawdy. A ten, kto 

naprawdę  ma  złoto,  na  pewno  jest  ostrożny.  Dlatego,  że  są  ludzie  tacy  jak  my.  -  Znów 

błysnęły jego białe zęby. 

- Jeśli się nie wie, kto i gdzie, to sprawa nie jest prosta - podsumował Simon. 

-  Ale  tym  razem  sprawa  jest  dziecinie  prosta  -  ciągnął  Hans  wyraźnie  rozbawiony.  - 

Dla nas sprawa jest prosta. Wiemy gdzie. A na dodatek ja wiem, kto. 

Simon spojrzał na Hansa. 

-  To  ja  opowiedziałem  Albertowi  o  złocie.  Zapomniałem  tylko  dodać,  że  znam  tych, 

co płacą złotem. Nie ma nic prostszego, Simon. 

background image

Hans doprowadził Simona do zamieszkanej przez Finów części Alty, położonej z dala 

od  wielkich  domostw,  daleko  od  norweskich  zagród.  Na  fińską  osadę  składały  się  darniowe 

chaty  i  zgrabne  domki  z  bali,  wszystkie  niewielkie  i  szare  pod  równie  szarym  wiosennym 

niebem. 

Nie  we  wszystkich  maleńkich  okienkach  były  szyby.  Mało  kto  mógł  sobie  pozwolić 

na  taki  luksus  w  natłoku  codziennych  wydatków.  Ruija  nie  rozpieszczała  swych  fińskich 

mieszkańców. 

Hans  zapukał  do  zniszczonych  przez  deszcze  i  śniegi  drzwi.  Obaj  musieli  pochylić 

głowy, wchodząc do środka. 

Pomieszczenie  było  ciepłe  i  bardzo  prosto  urządzone.  Punkt  centralny  stanowił  piec 

ustawiony  na  jednej  z  krótszych  ścian.  Pod  dłuższą  ścianą  z  półkami  stał  stół  i  dwie  długie 

ławy. Pod piecem skrzynia na opał i stołek zrobiony z szerokiego pnia. 

Panował tu porządek, a w powietrzu unosił się domowy zapach. 

Dwaj starsi mężczyźni powitali Hansa serdecznym uśmiechem. A Hans odpowiedział 

im tak szerokim uśmiechem, jakiego Simon nie widział u niego w ciągu tych trzech tygodni, 

które spędzili razem. 

Simon  wcale  się  nie  zdziwił,  gdy  tamci  zwrócili  się  do  Hansa  całkiem  innym 

imieniem. 

Nazwali go Heino. 

- Kogo tym razem ze sobą przyprowadziłeś, Heino? 

Simon  przedstawił  się,  podając  im  dłoń.  Zdradził  Finom  tylko  swoje  imię. 

Gospodarze, bez wątpienia bracia, zwali się Hannu i Jussi. 

-  Ten,  kto  nie  chce  zdradzić  swego  nazwiska,  na  pewno  nie  powie  także,  skąd 

pochodzi  -  uśmiechnął  się  Hannu,  mrugając  okiem.  W  jego  głosie  nie  było  wrogości  i 

podejrzliwości. - Nie będę więc pytał. 

Simonowi przyszło do głowy, że ten człowiek jest chyba głupi. Albo tylko poczciwy. 

- Nie zabawisz tu długo? i Hans zaprzeczył. 

- Tacy jak ja nie potrafią długo zagrzać miejsca. Sądziłem, że już o tym wiesz. 

- Cały czas mam nadzieję, że kiedyś wydoroślejesz. Hans się uśmiechnął. 

- Jestem z siebie całkiem zadowolony. I chyba taki już zostanę do końca życia. 

background image

-  Możesz  mieć  nadzieję,  że  zostaniesz  piękny  i  młody,  ale  mógłbyś  przynajmniej  się 

pomodlić,  żeby  ci  przybyło  rozumu  -  poradził  mu  Jussi  tonem  dobrego  wujka.  Gospodarze 

wyciągnęli wszystko, czym chata bogata, i przygotowali prawdziwą ucztę dla gości. 

Simon wolał nie patrzeć na Hansa. Kim jest ten człowiek? Plotkował z gospodarzami i 

całkiem  nieźle  j  się  bawił.  Zachowywał  się  zupełnie  inaczej  niż  jeszcze  f  niedawno,  pod 

gołym niebem na pustkowiu. 

Zupełnie jakby zamykając za sobą drzwi tej chaty, zmienił się w kogoś innego. 

- Musisz coś zjeść - napomniał Simona Hannu, gdy spostrzegł, że gość raczej grzebie 

w jedzeniu niż je. - O ile dobrze znam Heino, to sporo czasu upłynie, nim znów siądziecie do 

porządnego posiłku. 

Hans jadł z apetytem i posłał Simonowi zachęcające spojrzenie. Simon przełknął ślinę 

i poszedł w jego ślady. 

Gospodarze  chcieli  odstąpić  przybyszom  swoje  łóżka,  Hans  jednak  zdecydowanie 

odmówił. 

- Położę się w szopie, jak zwykle. I tak się stało. 

- Kim ty właściwie jesteś? - zapytał Simon, gdy znaleźli się już sam na sam i mościli 

sobie posłania w suchym sianie. 

- Jestem po prostu ostrożny - odparł Hans. 

-  Jesteś  Hans  czy  Heino?  Czy  może  jesteś  aż  tak  ostrożny,  że  nie  możesz  mi  tego 

zdradzić? 

-  Urodziłem  się  jako  Heino  -  oznajmił  Hans  wymijająco  -  ale  czasami  wolę  być 

Hansem. 

- Jesteś Finem? - dopytywał się Simon. 

-  Z  pochodzenia  -  przyznał.  -  To  bogacze  decydują  o  narodowości,  Simon.  Prości 

ludzie, którzy umierają za nich na wojnach, nie mają wiele do powiedzenia. 

Ciągle go zaskakiwał ten Hans, nie, ten Heino. 

-  Czy  to  Hannu  i  Jussi  mają  złoto?  -  Simonowi  zaschło  w  ustach  na  samą  myśl  o 

dwóch miłych, starszych Finach, którzy w dobrej wierze podzieli się z nimi tym, co mieli. 

- Tak. 

- Skąd wiesz? 

-  Hannu  pokazał  mi  kilka  kamyków  ostatnim  razem.  Powiedział,  że  je  dostał. 

Mieszkał  u  nich  pewien  człowiek,  który  znalazł  złoto.  Ale  zniknął  nie  wiadomo  gdzie  już 

dawno temu. 

Knut, to musiał być Knut. Simon przełknął ślinę i starał się spokojnie oddychać. 

background image

- Pokazał ci złoto? Kim ty dla nich jesteś? 

- Kimś, komu ufają. 

- A ty chcesz ich okraść? 

-  Złodzieje  kradną  -  odparł  Heino  spokojnie,  obracając  się  na  sianie.  Simon  też 

odwrócił się do niego plecami. Nie był całkiem pewien, że to bezpieczne, postanowił jednak 

pokazać, że nie boi się swego towarzysza. 

Rozmowa dobiegła końca. Heino nie chciał powiedzieć nic więcej. Simon wsłuchiwał 

się w dźwięki nocy, w spokojny, równy oddech Heino. W końcu on także zasnął. 

Sny miał jednak równie zagmatwane jak życie. 

Obudziły  go przyciszone głosy. Simon nie podniósł się ze swego posłania. Próbował 

nadal miarowo i powoli oddychać. Po chwili rozpoznał głosy Heino i Hannu. 

- Wszystkie męty tu ściągają, od kiedy rozeszła się plotka... 

- Tylko ja jeden wiem - przerwał mu Heino. - O ile ufasz handlarzowi. 

- Jemu można zaufać. A ty? Nikt cię nie podejrzewa? 

-  Dobrze  wiesz,  jaką  mam  reputację,  Hannu.  A  gdy  Simon  i  ja  znikniemy  z  waszym 

złotem, będą tacy, którzy uznają nas za prawdziwych bohaterów. 

- Kim jest ten Simon? Ufasz mu? 

-  Może.  Jeszcze  nie  jestem  pewien.  Jeśli  gra,  to  robi  to  lepiej  ode  mnie.  W  każdym 

razie  na  pewno  nie  jest  taki  jak  tamci.  Tyle  wiem  na  pewno.  Może  się  jeszcze  przydać.  Ale 

trzeba pamiętać, że nie jest jednym z nas. 

-  Knut  Olsson  wciąż  siedzi  w  areszcie.  Tym  razem  namiestnik  przesadził.  Żadnego 

Kwena  nie  można  bezkarnie  więzić  tak  długo.  Nie  pozwolimy  mu  w  ten  sposób  traktować 

jednego z naszych. Prędzej zburzymy to więzienie niż pozwolimy, by Knut tam zgnił. 

- Gdzie kamienie? 

- Napełniłem już twoją torbę, chłopcze. Starczy, żeby przekonać twoich „przyjaciół”. 

Mamy tego więcej. Starczy na wszystko. 

Simon  słyszał,  jak  tamci  wychodzą,  wciąż  rozmawiając,  i  doszedł  do  wniosku,  że 

rozumie jeszcze mniej niż przedtem. 

Hannu oddał złoto Hansowi? 

Co może znaczyć ta rozmowa o ostrożności i zaufaniu, o więzieniu i namiestniku? 

Heino  był  nader  tajemniczy  nawet  wtedy,  gdy  Simon  uważał  go  po  prostu  za  Hansa. 

Zmiana imienia nie uprościła sprawy. 

Simon uznał, że najlepiej będzie, jeśli uda, że śpi. 

background image

Heino  wrócił  na  swoje  posłanie.  Simon  słyszał,  jak  towarzysz  podróży  się  kładzie  i 

zaczyna  chrapać.  Postanowił,  że  nie  wstanie.  W  co,  u  licha,  się  znowu  wpakował?  Chciał 

przecież wieść spokojne życie. Choćby miało być szare. Pragnął uniknąć wszelkich awantur i 

komplikacji. A tymczasem wylądował w samym środku zagadkowego labiryntu. 

Simon  nie  zasnął  już  więcej  tej  nocy.  Pozwolił  jednak,  by  Heino  „obudził”  go  o 

ś

wicie, gdy na dworze było jeszcze szaro. 

Słyszał, jak Heino wstaje, jak składa swoje koce, wychodzi na chwilę, by zaraz wrócić 

do szopy. 

- Wstawaj, stary, nie zamierzasz chyba teraz spać. 

Simon  zerwał  się  na  równe  nogi,  zupełnie  tak,  jakby  wciąż  jeszcze  siedział  w 

więzieniu. Natychmiast obrzucił Heino przytomnym i ostrożnym spojrzeniem. 

Musiał  udawać,  że  jest  spokojny,  choć  w  gruncie  rzeczy  nie  czuł  się  bezpiecznie  w 

towarzystwie Heino. 

Nie miał też pojęcia, czego się spodziewać po Hannu i Jussim. 

- Uchroniłem twoją duszę przed tym, co najgorsze - rzucił Heino. Na plecach miał już 

swój worek. Chociaż? 

Simon  przyjrzał  się  dokładniej  workowi  i  stwierdził,  że  to  nie  ten  sam,  choć  bardzo 

podobny. 

Simon chwycił swój plecak i podniósł go szybko, mimo że był ciężki. 

- Mam już złoto, chłopcze. Ruszamy. 

Simon położył dłoń na ramieniu Heino, by go zatrzymać w pół kroku. Miał przy tym 

nadzieję, że tamten nie słyszy jego dudniącego serca. 

Głos zabrzmiał na szczęście całkiem twardo. A że w szopie panował wciąż półmrok, 

Heino nie mógł dojrzeć twarzy Simona. 

- Nikt nie mówi do mnie „chłopcze”! 

Atmosfera  zrobiła  się  nieprzyjemna.  Po  chwili  Heino  się  uśmiechnął.  Jeszcze  nie 

zdążył wcielić się w rolę Hansa. 

-  Simon  -  poprawił  się.  Gdyby  kiedyś  przyszło  im  ;  się  zmierzyć  ze  sobą,  nie 

wiadomo, jaki byłby rezultat. Ale ta chwila jeszcze nie nadeszła. 

Simon pokiwał głową i wypuścił powietrze. Cofnął dłoń z ramienia towarzysza. Gdy 

już maszerowali przez pogrążoną we śnie wioskę, przeczesał włosy dłonią, by usunąć z nich 

siano. 

Simon się zastanawiał, czy Hannu i Jussi patrzą teraz w ślad za nimi. 

- Już uciekamy? - zapytał. 

background image

- Czy ja wiem... 

- Jak mam cię teraz nazywać? 

-  Jeśli  spotkamy  Alberta  albo  kogoś  w  tym  typie,  nazywam  się  Hans.  Również  dla 

obcych. Tych, którzy mówią do mnie Heino, jest niewielu. 

- Może i ja powinienem wymyślić sobie jeszcze kilka imion - mruknął Simon. - To się 

może przydać. Od czasu do czasu wygodniej by było być kawalerem... 

-  Używam  dwóch  imion,  bo  to  konieczne,  a  nie  dlatego,  że  lubię  oszukiwać 

wszystkich napotkanych ludzi. 

Heino był najwyraźniej skłonny do moralizowania mimo tak wczesnej pory. 

Simon  uzmysłowił  sobie  w  pewnej  chwili,  że  wbrew  jego  przypuszczeniom  -  wcale 

nie oddalają się od osady. 

-  Najlepiej  ukryć  się  tam,  gdzie  nikt  nas  nie  będzie  szukał  -  oznajmił  stanowczym 

tonem Heino. 

Zatrzymali się przed domkiem, który został najprawdopodobniej zbudowany fińskimi 

rękami. Miał typowy, spadzisty dach, choć był mniejszy niż domek Hannu i Jussiego. Heino 

zachowywał  się  tu  równie  swobodnie  jak  w  obejściu,  które  niedawno  opuścili.  Nie  pukając, 

próbował  otworzyć  drzwi.  Gdy  się  okazało,  że  są  zamknięte,  wsunął  dłoń  w  jakąś  szparę  i 

wydobył stamtąd klucz. Po chwili obaj weszli do środka. 

W środku było ciemno. Heino zapalił lampkę oliwną, stojącą na środku stołu. Zrzucił 

z  pleców  worek,  który  z  hukiem  spadł  na  podłogę.  Simon  ostrożnie  postawił  obok  swój 

plecak. 

Domek  pachniał  tak,  jakby  ktoś  tu  mieszkał.  W  powietrzu  unosiła  się  woń  jedzenia, 

popiołu, skór... 

Ogień w palenisku jeszcze nie wygasł. Domek składał się najprawdopodobniej tylko z 

tego  jednego  pomieszczenia,  nie  było  bowiem  widać  innych  drzwi.  Właściciel  najwyraźniej 

gdzieś wyszedł, przedtem jednak dołożył obficie do ognia. 

Dziwne.  Biedacy  nie  szastają  tak  opałem.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  ktoś  się 

spodziewał Heino i Simona. 

- Nikt na ciebie nie wyskoczy z żadnego kąta. Możesz spokojnie usiąść - rzekł sucho 

Heino. Potem dołożył drew do ognia. Tylko tyle, by podtrzymać płomień. 

- Co się stało z Hannu i Jussim? 

-  Jakoś  to  zniosą  -  wzruszył  ramionami  Heino.  Z  wolna  przybierał  wyraz  twarzy 

Hansa,  zimnego,  cynicznego  człowieka.  Simon  z  przerażeniem  patrzył  na  tę  przemianę.  - 

Kawałek sznura im nie zaszkodzi. 

background image

Simon wiedział, że Heino kłamie. Gdyby jednak nie podsłuchał nocnej rozmowy, nie 

wątpiłby ani przez chwilę w prawdziwość słów Heino. Sposób mówienia Heino, jego gesty i 

mina, wszystko to było nader przekonujące. 

Skoro tamten grał, Simon postanowił uczynić to samo. 

-  Mam  nadzieję,  że  nic  złego  się  nie  stało.  Nie  mam  zamiaru  brać  udziału  w 

mordowaniu starszych ludzi. Jeśli to zrobiłeś, sam będziesz za to odpowiadał. Nawet złota nie 

można kupować za taką cenę. 

Heino nie zareagował. Rozsznurował worek i zaczął w nim grzebać. Simon orientował 

się, że ten worek nie należy do Heino. 

- Nie chcesz obejrzeć? - zdziwił się Heino, rzucając na stół garść niewielkich grudek. 

Simon  przełknął  ślinę.  Grudki  były  brudne,  ubabrane  w  ziemi  i  ubłocone.  Gdy  je 

zobaczył, nie miał już wątpliwości, że pochodzą od Knuta. Knut bardzo się starał pobrudzić 

złote grudki tak, by upodobniły się do zwyczajnych kamieni. 

Ostrożnie,  prawie  nie  oddychając,  wziął  do  ręki  kilka  z  nich.  Próbował  sobie 

przypomnieć, jak się czuł, trzymając złoto po raz pierwszy w swej dłoni. 

-  Dobry  Boże  -  szepnął.  Wargi  całkiem  mu  wyschły,  więc  je  oblizał  językiem. 

Oczarowany przyglądał się błyszczącym kamieniom. Wszystko było jak przedtem. Nic się nie 

zmieniło.  Nawet  kamienie  potrafią  obudzić  w  tobie  pożądanie,  Simonie.  Simon  wiedział,  że 

ma znacznie więcej takich grudek w plecaku, ale mimo to pożądał tych kamieni. Pragnął mieć 

ich jeszcze więcej. Całe morze takich błyszczących odłamków. 

Heino trzymał się w pewnej odległości. Bawił się kamieniami, przesypywał je między 

palcami, pozwalając, by spadały na stół. 

-  Wielu  ludzi  mogłoby  się  wyżywić  dzięki  temu  zlotu  -  stwierdził  głosem,  który  nie 

był głosem Hansa. - A ja siedzę tu sobie i bawię się nimi... 

Simon odłożył złote grudki, jakby się poparzył. Oczy mu błyszczały. Teraz nie musiał 

już grać. 

- Długo tu zostaniemy? - zapytał. 

-  Aż  Albert  pomyśli,  że  coś  nam  się  przytrafiło.  Chyba  że  chcesz  sprawdzić,  który  z 

was lepiej i szybciej włada nożem. 

- Twierdziłeś, że ty jesteś lepszy - przypomniał Simon. 

-  Nie  lubię  takiej  zabawy.  -  Heino  zgarnął  kamienie  ze  stołu  i  wrzucił  je  do  worka, 

który  następnie  starannie  zasznurował.  -  Nie  zabijam  dla  przyjemności.  Nawet  Albert  ma 

prawo żyć. 

- Kto tu mieszka? Heino zaczął rozwiązywać taśmy przy kumagach. 

background image

Bardzo powoli. 

- Ktoś, kto nazywa mnie prawdziwym imieniem - oznajmił. Heino lubił najwyraźniej 

roztaczać wokół siebie aurę tajemnicy. - Anjo. 

-  Jedna  z  twoich  kobiet?  -  Gospodyni  mogła  być  nawet  żoną  Heino.  Simon  wiedział 

przecież  o  nim  tak  niewiele.  Choć  z  drugiej  strony  znał  go  lepiej  niż  niejednego  ze 

współwięźniów, z którymi przesiedział bite trzy lata. 

- Anjo mogłaby być moją matką. Prawie. A poza tym ona nie lubi, by ją traktować w 

ten sposób. Na twoim miejscu w jej obecności uważałbym na słowa. 

- Jasne. Dobrze, że mnie uprzedziłeś. 

-  Anjo  służy  u  namiestnika  -  dodał  Heino  nie  pytany.  Simon  skinął  głową.  Znów 

namiestnik. Przypomniało mu się nawet, że Matti kiedyś mu o nim opowiadał. 

- Zdaje się, że to nie jest dobry człowiek? Heino zaśmiał się chrapliwie. 

- Można to i tak ująć. Kjeldsen nie jest dobrym człowiekiem. 

To  nie  była  przyjemna  noc  dla  żadnego  z  nich. Nie  ufali  sobie  wzajemnie.  Nie  mieli 

wspólnych  tematów.  A  byli  skazani  wyłącznie  na  własne  towarzystwo  aż  do  powrotu 

gospodyni. Nawet Heino nie wiedział, kiedy to nastąpi. 

- Ten szakal wykorzystuje swoich służących, każe im pracować dłużej, niż powinni. 

Postanowili  się  położyć.  Heino  zrzucił  kilka  skór  z

  ławy  na  podłogę  przed 

paleniskiem. 

Położyli się dość daleko od siebie. Podejrzliwość kazała im zachować dystans. 

Minęło pól doby, nim zbudził ich powiew chłodnego wiatru i lekkie kroki gospodyni. 

Sen był sprzymierzeńcem takich ludzi jak Heino czy Simon. Nikt nie zdołałby ich zaskoczyć 

we śnie. 

- Heino, mój chłopcze, znów się w coś wpakowałeś? Simon nie mógł jeszcze dojrzeć 

kobiety. Zgasili lampę, gdy kładli się spać, a ogień w palenisku wygasł. Anjo była dla niego 

na razie tylko głosem, ciepłym głosem pośród tego całego zamieszania. 

Heino zerwał się na równe nogi. Simon doszedł do wniosku, że jego towarzysz musi 

całkiem  nieźle  widzieć  w  ciemnościach,  podszedł  bowiem  pewnym  krokiem  do  kobiety  i 

objął ją ramionami. Anjo zaśmiała się pogodnie. Śmiech miała równie ciepły jak głos. Choć 

może  Simon  sądził  tak  dlatego,  że  od  dawna  nie  przebywał  już  w  kobiecym  towarzystwie. 

Nie widział przecież żadnej od chwili, gdy opuścił dom. 

- Nie przesadzaj, chłopcze. Gdzie, u licha, podziało się moje krzesiwo? 

Simon składał właśnie swoje skóry, gdy Heino zapalił lampę. 

Kobieta uniosła brwi, zdradzając zaskoczenie. 

background image

- Kim jesteś? Jeszcze jedną zbłąkaną owieczką Heino? Simon podniósł się, otarł dłoń 

o spodnie i uścisnął prawicę gospodyni. 

- Simon - przedstawił się. - Po prostu Simon. Anjo się roześmiała. 

- Nie pytamy o nazwiska. Po prostu Simon, wystarczy. 

Anjo potrafiła bez trudu narzucić swoją wolę. Posadziła ich po tej samej stronie stołu i 

sprawiła,  że  poczuli  się  jak  mali  chłopcy.  W  ciasnym  domku  zrobiło  się  natychmiast 

przytulnie, bezpiecznie i ciepło. Z kątów wyzierała bieda, ale Anjo najwyraźniej się tym nie 

przejmowała. Jej przyrodzona hojność i szczodrobliwość promieniowała w dziwny sposób na 

otoczenie. 

Gospodyni była drobna i niewysoka. Niższa od Mai. Simon czym prędzej odegnał od 

siebie myśli o żonie, grzebiąc je w najdalszym zakamarku pamięci. 

Anjo  miała  jędrne  i  jednocześnie  pulchne  ciało.  Nad  fiordem  określono  by  ją  jako 

niezły  kawałek  kobiety.  Głowę  Anjo  okalał  gruby,  starannie  zapleciony  żółtobrązowy 

warkocz,  w  świetle  lampy  połyskujący  tu  i  ówdzie  czerwienią.  W  jasnych  oczach  drzemała 

głębia,  a  na  policzkach  zaznaczyły  się  dołeczki.  Anjo  często  się  śmiała,  nieco  leniwym, 

perlistym  śmiechem,  szemrzącym  jak  listki  na  szczycie  brzozy.  Simon  nigdy  przedtem  nie 

spotkał takiej kobiety. 

-  Ktoś  ukradł  pieniądze  -  oznajmiła  swym  gościom  z  wesołym  błyskiem  w  oku.  - 

Jacyś okropni ludzie pobili dwóch biednych Finów i zabrali im dorobek całego życia. I teraz 

te  złodziejaszki  rozsiewają  plotki,  że  brudni  Kwenowie  śpią  na  złocie.  Panowie  zrobili  się 

natychmiast podejrzliwi, bo żaden  Kwen nigdy  nie zgłaszał, że posiada złoto.  I żaden nigdy 

nie zapłacił od tego podatku. Trwają poszukiwania tych okropnych złoczyńców... 

Heino uśmiechnął się od ucha do ucha. 

-  Hannu  znów  przesadził  -  westchnęła  Anjo.  Simon  przestał  cokolwiek  rozumieć.  - 

Kazał Jussiemu nabić sobie guza. Biedny Jussi. Ale znasz przecież Hannu... - Anjo pokręciła 

głową. 

-  Plotki  rozchodzą  się  bardzo  szybko  -  orzekł  Heino  po  namyśle.  -  Z  pewnością 

niedługo  zjawi  się  Albert.  Albo  któryś  z  jego  ludzi.  Będą  wypytywać.  Musisz  mieć  oczy  i 

uszy otwarte, Anjo. 

- Tacy jak Albert nie przychodzą za dnia do namiestnika, Heino. Ciekawe zresztą, czy 

mnie pozna. 

Simon  otworzył  usta  i  zamknął  je  po  chwili.  Patrzył  to  na  Heino  to  na  Anjo,  aż 

wreszcie zapytał: 

- Czy żądam za dużo, prosząc o wyjaśnienie? O co tu właściwie chodzi? 

background image

- On nic nie wie? - Anjo podniosła oczy do nieba, po matczynemu zatroskana. 

Heino pokręcił głową. 

- Kim on jest? 

- Sama sobie odpowiedz, Anjo. Anjo ufała swojej intuicji i nie zwykła owijać spraw w 

bawełnę. Obrzuciła Simona badawczym spojrzeniem. 

- Wyglądasz na sympatycznego chłopa, Simon. Tylko czy można ci zaufać? 

-  Mówił,  że  siedział  w  więzieniu  -  wtrącił  Heino.  Anjo  się  nie  przejęła  tą 

wiadomością. 

- Ludzie, którzy wyszli z aresztu bywają moim zdaniem często porządniejsi i uczciwsi 

niż ci, którzy zasiadają przy stole namiestnika. Ta wiadomość jeszcze nic nie znaczy. 

-  Nie  jestem  zwyczajnym  przestępcą  -  mruknął  Simon,  łypiąc  okiem  na  Heino.  -  I  z 

tego, co  rozumiem, Heino także nim nie jest. Zdaje się, że to wszystko ma coś wspólnego z 

Albertem  i  może  nawet  z  namiestnikiem.  Rozumiem  także,  że  Hannu  i  Jussi  biorą  w  tym 

udział.  -  Simon  wziął  głęboki  oddech  i  spojrzał  na  Heino.  -  Wiem,  że  Hannu  dał  ci  złoto, 

chociaż chcesz, żeby to wyglądało na kradzież. 

-  Możemy  mu  zaufać  -  oświadczyła  Anjo.  -  A  na  dodatek  on  ma  całkiem  nieźle 

poukładane w głowie. 

Heino nie był tego taki pewien, ale opinia Anjo wiele znaczyła w jego oczach. 

- W porządku - zgodził się. - Ale jeśli nas zdradzisz w jakikolwiek sposób, Simon, to 

już po tobie. Wcale nie przesadzałem, gdy ci opowiadałem, jak dobrze sobie radzę z nożem. 

-  Żaden  mężczyzna  nie  radzi  sobie  tak  dobrze  ze  szlachtowaniem  bydła  jak  ten 

chłopak - potwierdziła Anjo z dumą w głosie. 

-  Dajcie  mi  szansę  -  poprosił  Simon.  -  Wolałbym  się  w  nic  nie  mieszać.  Chciałbym 

ż

yć  całkiem  zwyczajnie.  Ale  jeśli  to  jakaś  ważna  sprawa,  to  może  warto  się  dla  niej 

poświęcić. 

- Kim jesteś? - dopytywał się Heino. Simon opowiedział swoją historię. 

-  Z  kobietami  zawsze  są  same  problemy  -  stwierdził  Heino  stanowczo,  gdy  Simon 

zamilkł. 

Anjo  się  uśmiechnęła.  Pochyliła  się  i  poczochrała  ciemną  grzywkę  Heino.  Simon 

pomyślał, że mało kto może sobie pozwolić na taki gest wobec Heino. 

-  Nasz  chłopiec  miał  być  pastorem  -  zdradziła  Simonowi.  -  Biedak,  syn  ubogiego 

gospodarza z Tornedalen, mógł studiować za darmo. Taki był mądry. Ale przerwał studia w 

połowie. Zagrzebał się tutaj, żeby się zemścić. 

- Miałem tylko jednego ojca - oświadczył Heino hardo. - Zginął właśnie tutaj. 

background image

- Twój ojciec nie wierzył w sens zemsty - zauważyła Anjo. - Petri nie był mściwy. 

-  A  ja  jestem  -  odciął  się  Heino,  wstając.  Zaczął  krążyć  nerwowo  po  domku, 

opowiadając o sobie. 

Simon słuchał uważnie. 

- Przyłączysz się do nas? - zapytał w końcu Simona. Simon przytaknął. 

-  Przyłączam  się  -  potwierdził.  A  jednak,  gdy  kładł  się  spać  na  skórach,  którymi 

wymościła podłogę Anjo, uświadomił sobie, że wcale im nie powiedział, co trzyma w swoim 

plecaku. 

Nie potrafił nikomu zaufać. 

background image

Plotki  wystarczyły,  by  sprawa  nabrała  rozgłosu.  Takiej  wrzawy  nie  byłoby  nawet, 

gdyby Hannu i Jussi stracili życie. Wszystko zmienił magiczny refren „złoto - złoto - złoto”. 

Lensman  niezbyt  długo  ścigał  złodziei,  choć  Hannu  i  Jussi  musieli  udać  się  na 

przesłuchanie zarówno do niego, jak i do namiestnika. 

Miejscowi  notable  chcieli  wiedzieć,  czy  w  plotkach  jest  jakieś  ziarno  prawdy.  Ale 

Hannu i Jussi nie znali treści plotek. Wyznali przedstawicielom władzy, że kiepsko mówią po 

norwesku. 

Gdy  usłyszeli,  że  chodzi  o  złoto,  zaczęli  się  śmiać.  Hannu  śmiał  się  naprawdę 

serdecznie. Ludzie opowiadali później, że po policzkach ciekły mu łzy. 

Ależ skąd, oni przecież nigdy nie uchylali się od płacenia podatków. Ktoś tak robi? To 

chyba karalne? Oni nigdy w życiu by tak nie postąpili. A złoto? Ależ skąd, złoto jest tylko w 

bajkach. Biedacy znajdują je tylko w bajkach. 

Notable  długo  się  zastanawiali,  aż  wreszcie  doszli  do  wniosku,  że  plotkarze  wyssali 

wszystko  z  palca.  Niemożliwe,  by  ci  dwaj  Kwenowie  zdobyli  jakimś  cudem  złoto.  Nie 

zaprotokołowano wprawdzie, że bracia Kemijarvi są głupcami, ale lensman zanotował swym 

gęsim piórem, że to bardzo prości ludzie. 

Hannu  opisał  to  spotkanie  zupełnie  inaczej  niż  lensman.  Sam  opowiedział  o 

wszystkim Simonowi i Heino. Przyszedł odwiedzić Anjo. Heino zażartował nawet, że ludzie 

zaczną gadać, iż smali do niej cholewki. Hannu, zaprzysięgłemu staremu kawalerowi, ten żart 

nie przypadł do gustu. 

-  Ledwo się powstrzymałem - oświadczył z zawziętością w  glosie  Hannu. - Gdybym 

nie był tak dobrze wychowany, splunąłbym im prosto w twarz. 

- A wówczas dołączyłbyś do Knuta Olssona siedzącego w areszcie - zauważył Heino. 

- Bardzo dobrze postąpiłeś. Czy Albert już się pokazał? 

Hannu pokręcił głową. 

-  Nic  mi  o  tym  nie  wiadomo.  Nie  widziałem  też  żadnego  z  jego  ludzi.  Chyba  nie 

dowiedzieli się, kim jest Anjo? 

Heino zaprzeczył. 

-  Sądziłem,  że zwabi  ich  tu  plotka.  Myślałem,  że  spróbuje  nas  odnaleźć.  -  Heino  był 

wyraźnie zmartwiony. - Lepiej nie lekceważyć Alberta. 

background image

Heino zamknął oczy. Simon przeczuwał, że to, co nastąpi, nie wyjdzie im na zdrowie. 

Zaczął  się  zastanawiać,  dlaczego  jeszcze  nie  zwiał.  Nic  tu  po  nim.  Przecież  to  nie  jego 

sprawa. 

- Albert musi się wreszcie pojawić. Musimy go zwabić. Niezależnie od kosztów. 

Hannu  skinął  głową.  On  i  Heino  myśleli  podobnie.  Trudno  powiedzieć,  który  ma 

decydujący  głos.  Postronnemu  obserwatorowi  wydawać  by  się  mogło,  że  Hannu.  Ale 

pomysły często pochodziły od Heino. 

- Dwa tygodnie, Simon... - zawahał się Heino. - Ile podejrzeń w nim wzbudzimy, jeśli 

pojawimy się po dwóch tygodniach? 

-  Mnóstwo  -  odrzekł  Simon.  Nie  potrzeba  wielkiej  znajomości  ludzkich  dusz,  by  to 

stwierdzić. 

-  A  jeśli  powiem,  że  to  jedyna  szansa...  -  Heino  spojrzał  Simonowi  prosto  w  oczy. 

Zmusił  go  do  tego  samego.  Heino  byłby  wspaniałym  pastorem.  Miał  wyjątkowy  dar 

przekonywania. - Jestem gotów sam podjąć to wyzwanie. Zrobię to sam. Zrobię to na pewno. 

Z  tobą  albo  bez  ciebie.  Bez  ciebie  będzie  trudniej.  Dwaj  mają  większe  szanse  przeciwko 

czterem niż jeden. 

Simon ruszył tam gdzie go oczy poniosą, by się pozbyć samego siebie. By zniknąć na 

zawsze. Do tej pory nikt nie otworzył przed nim takiej wspaniałej możliwości jak Heino. 

Simon wiedział, że ta wyprawa może zakończyć się jego śmiercią. 

Maja byłaby wówczas wolna. 

-  Trzeba  będzie  to  nieźle  rozegrać  -  stwierdził.  -  Ale  jeśli  ty  potrafisz,  to  ja  nie  będę 

gorszy. Nie mamy wiele czasu do stracenia, prawda? 

Wymknęli się z domku Anjo, gdy tylko mrok stał się na tyle gęsty, by zatrzeć rysy ich 

twarzy. 

Stracili  całe  trzy  dni,  nim  znaleźli  Alberta.  Albert  nie  miał  zwyczaju  spędzać  wiele 

czasu w jednym miejscu. Tym razem postawił prowizoryczną chatę pod skalistym wzgórzem, 

z dala od uczęszczanych szlaków, by nikt niepowołany mu nie przeszkadzał. Na szczęście tuż 

obok płynęła rzeka, wody mieli więc pod dostatkiem. 

Simona  i  Heino,  a  właściwie  Hansa,  nie  czekało  szczególnie  serdeczne  powitanie. 

Simonowi  przyszło  do  głowy,  że  Albert  prawdopodobnie  nigdy  nie  słyszał  przypowieści  o 

zagubionej owcy. 

Albert był sam. Skinął głową, gdy rozpoznał nadchodzących. 

- Już wróciliście? - zapytał ironicznie. - Przypuszczaliśmy, że jesteście w Szwecji. Że 

o nas zapomnieliście. Albo postanowiliście o nas zapomnieć. 

background image

Heino rzucił worek Albertowi pod nogi wystudiowanym, obojętnym gestem. 

- Zrobiliśmy to po swojemu - oświadczył. Powiało chłodem. 

Simon  spojrzał  nerwowo  na  swój  plecak.  Żałował,  że  go  nie  zostawił  u  Anjo.  Tam 

byłby bezpieczny. 

Heino  nie  zwracał  uwagi  na  swój  worek.  Obserwował  wyraz  twarzy  Alberta. 

Przyglądał  mu  się  z  krzywym  uśmieszkiem  z  domieszką  pogardy  na  tyle  niewielką,  by  nikt 

mu nie mógł nic zarzucić, na tyle jednak wyraźną, by nie uszła uwagi Alberta. 

-  Możesz  sobie  pooglądać,  Albert  -  odezwał  się  wreszcie  Heino  bardzo  powoli. 

Oparłszy  się  o  ścianę,  podrapał  się  w  łydkę  stopą.  Simon  nie  mógł  się  oprzeć  wrażeniu,  że 

chata zaraz się zawali. Nie wyglądała przecież na wystarczająco solidną, by wytrzymać takie 

obciążenie. - To piękne kamyki. Trochę ciężkie. Ale nikt ich nie szuka. 

-  Nie?  -  W  spojrzeniu  Alberta  znów  się  pojawił  cień  ostrożności.  Na  jego  górnej 

wardze rozbłysły kropelki potu. Spoczywające na kolanach dłonie zadrżały. Widać było, że z 

trudem powstrzymuje się, by nie rzucić się natychmiast na worek. 

-  Kwenowie  byli  na  tyle  sprytni,  by  zaprzeczyć  pogłoskom,  jakoby  mieli  złoto  - 

wyjaśnił Heino życzliwie. Gdy przybierał maskę Hansa, jego przyjazny ton był chyba nawet 

straszniejszy niż gniew. Hans był lodowaty i nieprzenikniony. 

- Lensman szuka więc czegoś, czego nie ma? 

-  Wszyscy  sądzą,  że  była  to  zwyczajna  bójka  między  Kwenami.  Nie  byłoby  w  tym 

zresztą nic dziwnego. Sam bym z to uwierzył, gdybym nie wiedział, że było inaczej. 

Albert wciąż panował nad sobą. 

- Jak wam się to udało? 

Heino  wzruszył  ramionami.  Simon  wiedział,  że  siła  Hansa  polega  między  innymi  na 

tym,  że  nigdy  się  nie  przechwala.  Przyjął  strategię  niedopowiedzeń,  tak  by  inni  mogli  sobie 

wiele wyobrażać. 

-  Masz  przed  sobą  dwóch  silnych  chłopów  i  pytasz,  jak?  Simon  ma  pięści  nie  od 

parady. Ja nieźle posługuję się nożem. Czy trzeba czegoś więcej? 

- A gdybym tak pomyślał, że mieliście zamiar zwiać ze złotem... 

Albert  nie  patrzył  w  stronę  Simona.  Nie  liczył  się  z  nim  zupełnie.  Przynajmniej  na 

razie.  Skrzętnie  ukrywana  walka  o  władzę  między  Albertem  a  Hansem  wyszła  wreszcie  na 

jaw. 

-  Możesz  sobie  myśleć,  co  chcesz  -  wzruszył  ramionami  Heino.  Jego  twarz  nigdy 

przedtem  nie  przypominała  tak  bardzo  nadmorskich  skal.  Nigdy  przedtem  w  jego  głosie  nie 

background image

było tyle pogardy i obojętności. - Złoto leży u twoich stóp, Albert.  I niezależnie od tego, co 

sobie myślisz, żądamy, byś wydał nam naszą dolę. To my je zdobyliśmy. 

Heino  podszedł  do  Alberta.  Zręcznymi  ruchami  rozsznurował  worek  i  zamaszystym 

gestem wysypał jego zawartość u stóp szefa bandy. Nikt nie zwrócił uwagi na jedzenie, które 

wypadło najpierw, wszyscy śledzili wzrokiem kamienie. Nawet Heino. 

Albert  rzucił  się  na  podłogę  i  chwycił  kilka  nierównych  bryłek  szlachetnego  metalu. 

Pożądliwie zacisnął na nich palce. 

Heino cisnął worek, obrócił się na pięcie i wyszedł bez słowa. 

Simon ruszył za nim. Wiedziony nagłym impulsem zostawił na podłodze swój plecak. 

Nie  mógł  przecież  zawsze  włóczyć  go  ze  sobą.  Powinien  zachować  zimną  krew  tak  jak 

Heino. 

Maszerowali  w  milczeniu  w  stronę  zamarzniętej  rzeki.  Tu  i  ówdzie  lód  zaczął  już 

pękać. Nad nimi krążył czarny kruk, kracząc szyderczo z wysoka. 

- Nie wyzywasz losu? - zaniepokoił się Simon. Heino nawet na niego nie spojrzał. 

-  Boisz  się?  Strach  cię  obleciał?  Wiem,  jak  go  dopaść.  Gdybym  zachował  się 

łagodniej, zacząłby kombinować. Nie powinieneś go lekceważyć. Jest bardziej niebezpieczny, 

niż ci cię zdaje. I bystrzejszy, niż udaje. 

Nagle z dwóch różnych stron pojawili się bliźniacy. Sprawdzali, czy coś nie wpadło w 

sidła. Tylko Helmera nie było. 

-  Czyżby  Helmer  dał  drapaka?  -  zdziwił  się  Heino.  Wszyscy  razem  zasiedli  przy 

krzywym stole, by zjeść zająca, który powinien kruszeć jeszcze przynajmniej przez tydzień. 

- Helmer wpadł do rzeki - oznajmił Benjamin z dziwnie radosnym uśmiechem. 

-  Niestety,  nie  udało  nam  się  go  uratować  -  poinformował  ich  Albert,  który 

najwyraźniej nie był pogrążony w żałobie po bracie. 

- Nazwał Alberta idiotą - dorzucił Benjamin. 

Simon i Heino nie mieli odwagi spojrzeć na siebie. Albert nic już nie dodał. Wszystko 

wskazywało jednak na to, że Helmer nie zginął w nieszczęśliwym wypadku. 

Dopiero  po  posiłku  Albert  przyniósł  worek,  patrząc  na  niego  tak  jak  na  ukochane 

dziecko. Z westchnieniem wyrzucił jego zawartość na stół, przy którym siedzieli mężczyźni. 

Heino znów zdołał zachować kamienny wyraz twarzy. Benjaminowi i Mojżeszowi ta 

sztuka się nie udała. Rozdziawili usta, całkiem osłupiali, i nie mogli złapać tchu. 

Simon spostrzegł, że Albert ma bardzo podobną minę. Zauważył także, że szef bandy 

z  trudem  się  opanował,  gdy  Mojżesz  i  Benjamin  zrobili  to,  co  każdy  człowiek  zrobiłby  w 

takiej sytuacji: dotknęli złota. Nie mogli się powstrzymać, by nie wziąć kamieni do rąk. 

background image

Simon  doszedł  do  wniosku,  że  Albert  nie  znosi  bliźniaków.  Pogardzał  nimi,  ale 

potrzebował ich pięści i siły. A poza tym stanowili teraz jego jedyną widownię. 

Simon  zacisnął  mocno  pięści,  by  nie  ulec  pokusie.  Złoto  miało  niezwykłą  moc, 

potrafiło  opętać  człowieka.  Heino  panował  nad  sobą  siłą  woli,  choć  nawet  na  jego  twarzy 

Simon  spostrzegł  cień  pożądania.  W  gruncie  rzeczy  Heino  wcale  nie  był  taki  obojętny.  Ale 

potrafił świetnie grać. Simon postanowił mu w tym dorównać. 

- O Jezu! - mruknął. - Co można za to kupić? 

Benjamin oniemiał. Albert obracał w palcach jeden z kamieni. Jeden z największych. 

Ciężar kamienia zadziwił Alberta do tego stopnia, że trzymał go na dłoni przez cały czas. 

- To nie wszystko - odezwał się w końcu Heino. 

Wszystkie  spojrzenia  obróciły  się  ku  niemu.  Bliźniacy  wciąż  siedzieli  z  otwartymi 

ustami. Albert zamarł na swoim miejscu. 

Nawet Simon spojrzał na Heino. Pozostali nawet nie zauważyli jego zaskoczenia. 

- To nie wszystko - ciągnął Heino - ale staruch nie chciał powiedzieć, gdzie schowali 

resztę...  -  Heino  zerknął  z  ukosa  na  Simona  i  uśmiechnął  się  pod  nosem.  Uśmieszek  na 

lodowatej twarzy wyglądał przerażająco. - Nie chcieliśmy się posunąć za daleko w stosunku 

do tych starców. Mogliby zabrać swoją tajemnicę do grobu. 

-  Ale  obiecaliśmy  im,  że  jeszcze  wrócimy  -  wtrącił  Simon,  czując  na  sobie  pełne 

uznania spojrzenie Heino. 

-  Jeszcze  więcej  złota...  -  Albert  był  podniecony  i  nie  potrafił  tego  ukryć  mimo 

najszczerszych chęci. 

- Ile? - szepnął Mojżesz. Oczy mu błyszczały jak gwiazdy. 

- Więcej. Kwenowie nie wyrażali się zbyt precyzyjnie - wzruszył ramionami Heino. - 

W każdym razie więcej. 

- Kiedy pójdziecie po resztę? Heino przymrużył oczy i spojrzał na Alberta. 

-  Gdy  ustalimy  nowe  warunki.  Zapadła  cisza.  Albert  ciężko  dyszał,  a  Mojżesz  i 

Benjamin nie spuszczali z niego wzroku. Czekali na znak, by wkroczyć do akcji. 

- Odwaliliśmy kawał dobrej roboty. Wiemy, kto ma złoto. Nieźle ich nastraszyliśmy. 

Możemy zrobić, co trzeba, jeszcze raz, ale nie za darmo. 

-  Zdaje się, że zaczynasz mieć wygórowane żądania, Hans! - „W głosie  Alberta dało 

się  słyszeć  zdenerwowanie.  Jego  pozycja  przywódcy  została  wystawiona  na  próbę,  a  nawet 

podana w wątpliwość. 

background image

- Jest nas dwóch. - Simon postanowił pokazać pazury. - Chcemy dostać tyle samo, co 

ty. Nie interesuje nas, ile zamierzasz dać Benjaminowi i Mojżeszowi, to już sprawa pomiędzy 

wami. Ale jeśli mamy znów wykonać czarną robotę, musisz nam za to zapłacić. 

Albert nic nie odpowiedział. 

- Oczywiście możemy odstąpić od tych  wygórowanych żądań, jeśli zabierzesz się do 

dzieła i sam się zajmiesz robotą. - Głos Hansa zrobił się miękki jak aksamit. - Ty decydujesz. 

Nie zamierzamy sami się narażać. W każdym razie nie za darmo. Do tej pory ty kryłeś się w 

krzakach, Albert, a my mogliśmy trafić za kratki. Jeśli mamy się zadowolić mniejszą częścią, 

musisz udowodnić, że potrafisz coś więcej, niż siedzieć na tyłku i myśleć. 

To, co mówił Hans, graniczyło ze zniewagą. 

Złoto połyskiwało w świetle lampy. Przyciągało spojrzenia niczym magnes. Kamienie 

leżały i świeciły jak gwiazdy na chybotliwym stole. Gwiazdy bliskie na wyciągnięcie dłoni. 

Któż by się oparł takiej pokusie? 

Heino nieźle znał się na ludziach. 

- Całe zamieszanie już ucichło - oświadczył Simon. - Nikt się nas teraz nie spodziewa. 

Wszyscy myślą, że jesteśmy już za siedmioma górami. 

- My też tak myśleliśmy - zaśmiał się Benjamin. - Prawda, Albert? Mówiłeś przecież, 

ż

e te dwa dranie zwiały ze złotem... 

- Zamknij się! - warknął Albert. 

Wyraźnie walczył ze sobą. Do tej pory zachowywał ostrożność. Nie lubił się narażać. 

Wszyscy czekali. 

Tym razem Albert nie zdołał okiełznać chciwości. Pokusa okazała się zbyt wielka. 

- Ja i Hans zajmiemy się tymi staruchami. Mojżesz i Benjamin zostaną w odwodzie. 

- A co ze mną? 

Albert  spojrzał  na  Simona  spod  przymrużonych  powiek.  Nie  był  pewien  tego 

człowieka. Simon za bardzo przypominał Hansa. 

-  Pójdziesz  z  nami,  ale  zostaniesz  poza  Altą.  Jeśli  będziemy  potrzebowali  pomocy, 

damy ci znać. 

- Tak czy inaczej, chcę dostać taką samą część jak wy dwaj. 

- Masz duże wymagania jak na żółtodzioba. Simon pokiwał głową. 

- Bo jestem tego wart. Heino poparł Simona. 

- Nie pójdę bez Simona. On i ja albo my trzej. A teraz decyduj o cenie, Albert. 

background image

Albert  nie  miał  ochoty  podejmować  tego  rodzaju  decyzji  w  obecności  bliźniaków.  Z 

irytacją zgarnął złoto do worka, wyrywając bliźniakom drobne kamyki, które usiłowali ukryć 

za pazuchą. 

-  Zajmę  się  tym  -  warknął.  -  Będę  spał  na  tym  worku.  Pozycja  Alberta  została 

wyraźnie  zachwiana.  Nawet  Mojżesz  i  Benjamin  to  zauważyli.  Słali  teraz  niepewne 

spojrzenia Hansowi. Nikt nie powinien liczyć na ich lojalność. Zatańczą tak, jak się im zagra. 

Jeśli nowy wódz okaże się silniejszy, pójdą za nim. Teraz usiłowali ocenić sytuację. 

Albert  wsunął  worek  pod  swoje  posłanie.  Traktował  skarb  tak,  jak  zazdrosny 

kochanek narzeczoną. 

-  Do  diabła!  -  ryknął  na  towarzyszy,  którzy  śledzili  go  wzrokiem.  -  Nie  macie  nic 

lepszego do roboty? 

Heino podniósł się z miejsca i wyszedł bez słowa. Simon ruszył za nim. Bliźniacy nie 

rozumieli subtelnych aluzji, zostali więc przy stole. 

-  Chciwość  zwyciężyła.  -  Heino  zaczął  grzebać  w  kieszeniach  w  poszukiwaniu 

tytoniu.  Simon  zauważył,  że  Heino  nie  miał  żadnego  innego  nałogu.  -  On  się  panicznie  boi 

miejsc, w których jest pełno ludzi. Boi się osad. Podejrzewa, że mimo upływu lat ludzie wciąż 

pamiętają. I tym razem się nie myli. Anjo bardzo się ucieszy, widząc, że upadł tak nisko. 

- Co zrobicie, jeśli wszystko się powiedzie? - zapytał Simon. - Namiestnik pewnie nie 

podda  się  tak  łatwo  i  nie  wyjedzie  stąd,  gdy  tylko  go  zobaczy.  Będzie  wszystkiemu 

zaprzeczał. 

-  Latem  wytoczymy  mu  sprawę  przed  tingiem.  -  Heino  znał  się  nieźle  na  prawie.  - 

Oskarżymy  go.  Jeśli  Knut  Olsson  doda  do  tego  swoje  trzy  grosze,  sprawa  zrobi  się  całkiem 

poważna. Nawet dla przyjaciół Kjeldsena. 

Simon nie był tego tak bardzo pewien. Przekonał się na własnej skórze, że wielcy tego 

ś

wiata potrafią sobie skutecznie pomagać. 

-  Nieźle  się  dziś  zachowałeś.  Zupełnie  się  tego  nie  spodziewałem.  -  Simon  czuł  się 

mile podbechtany, słysząc pochwałę. - Albertowi wydaje się, że dobrze mnie zna i że wie, do 

czego dąży Hans. Dzięki tobie udało nam się zbić go z tropu. Albert nie jest zachwycony, że 

się trzymamy razem, czuje się z tego powodu mniej pewnie. Chce mieć władzę za każdą cenę. 

- Tacy jak on zawsze się tak zachowują... 

- Niekoniecznie. - Heino spoważniał. - Ten człowiek jest zły aż do szpiku kości. 

Zapadła cisza. Po chwili Heino znów się odezwał: 

- Ludzie mówią, że on szuka pewnej kobiety. I że dlatego wciąż jest w tej okolicy. Ale 

ludzie mają długie języki. 

background image

- Wcale nie wygląda na takiego. - Simon ulepił śnieżkę i rzucił ją w stronę skrzeczącej 

wrony. - Nie wygląda na takiego, który może kogoś kochać. 

- Zdaje się, że szuka tej kobiety z nienawiści, a nie z miłości. 

Twarz  Heino  przybrała  nagle  bardzo  dziwny  wyraz.  Jakby  wypadł  ze  wszystkich 

swoich ról. Zdziwiło to Simona, ale nie otrzymał żadnego wyjaśnienia. 

Plecak przyniósł mu pecha. Od początku się na to zanosiło. Gdy Albert wyszedł nagle 

z podszytej wiatrem chaty, trzymając plecak w rękach, Simon wiedział już, że go nie docenił. 

Simonowi przypomniały się wszystkie opowieści na temat Alberta, gdy tamten zbliżał 

się ku niemu, trzymając przed sobą nieszczęsny plecak niczym tarczę. 

Twarz  Alberta  nie  byłaby  bardziej  nieruchoma  nawet,  gdyby  ktoś  ją  wyrzeźbił  w 

kamieniu.  Z  oczu  wionęło  chłodem  jak  od  zamarzniętej  rzeki,  usta  zamieniły  się  w  wąską 

kreskę.  Albert  oddychał  przez  nos  i  z  miną  równie  obojętną  jak  przedtem  Heino  wysypał 

zawartość plecaka u ich stóp. 

Ubrania  Simona  i  kamienie,  które  Knut  posłał  swojej  siostrze.  Złoto  płonęło  niczym 

ogień między łachami śniegu. Jak odłamki lodowatego słońca. 

-  Czy  to  jest  złoto,  które  chcecie  wykraść  z  Alty?  -  Głos  Alberta  ciął  powietrze  jak 

bicz  nagą  skórę.  -  Czy  to  jest  złoto,  które  chcecie  dzielić  ze  mną  na  równe  części?  -  Za 

plecami  Alberta  pojawili  się  bezszelestnie  Mojżesz  i  Benjamin.  Teraz  nie  mieli  już 

wątpliwości, kto jest ich szefem. 

-  Do  diabła,  skąd  ty  to  masz?  -  krzyknął  Heino.  Simon  pochylił  głowę.  Nie  miał 

odwagi na niego spojrzeć. Heino rzucił się na niego błyskawicznie i powalił na ziemię niczym 

szmacianą  kukłę.  Usiadł  na  nim  okrakiem,  chwycił  za  przeguby  i  zmusił  do  spojrzenia  mu 

prosto w oczy. - Skąd masz to złoto, Simon? Nie zabrałeś go chyba tym.... 

Simon zamknął oczy. 

Szkoda, że ci nie zaufałem, pomyślał trochę za późno. 

Usłyszeli głos Alberta. 

-  Niezłe  przedstawienie,  Hans.  Rozumiesz  chyba,  że  tobie  także  nie  mogę  zaufać  po 

tym  wszystkim.  Muszę założyć,  że  obaj  chcieliście  ukryć  przede  mną  złoto.  Muszę założyć, 

ż

e obaj zamierzaliście mnie oszukać. Okazałbym się głupcem, gdybym zachował się inaczej. 

Chyba się ze mną zgodzicie... 

-  Cholera  -  zaklął  Heino.  Simon  poczuł,  że  coś  ciepłego  spływa  mu  po  policzku.  Z 

pewnością zasłużył sobie na to. 

Albert  poruszył  nieznacznie  głową.  Nie  musiał  robić  nic  więcej.  Wciąż  był  tu 

wodzem. 

background image

Heino zaczął szukać noża, ale Albert zdążył  go uprzedzić, wbijając mu nóż w prawe 

ramię. Simon usłyszał jęk i oprzytomniał na tyle, by spróbować się podnieść. 

Mojżesz  i  Albert  wykręcili  Heino  ręce.  Gdy  Albert  trzymał  go  już  sam,  Mojżesz  z 

uśmiechem zdzielił Heino pięścią w twarz. Heino tylko zamrugał i osunął się na ziemię. 

Uradowany  awanturą  Benjamin  wziął  się  za  Simona.  Zanim  Simon  podniósł  się  z 

klęczek, poczuł potężny cios między oczy. Nie zdążył się uchylić, bo Mojżesz i Benjamin byli 

bez wątpienia mistrzami w swoim fachu. 

Albert pokiwał z zadowoleniem głową. 

-  Zabieramy  ich  do  środka.  Po  co  ktoś  miałby  ich  oglądać?  A  poza  tym  chcemy 

przecież z nimi porozmawiać. Niewykluczone, że zarówno Hans, jak i nasz nowy przyjaciel 

mają nam do powiedzenia więcej ciekawych rzeczy, niż się spodziewaliśmy. 

background image

- Chcesz wrócić do Alty? Coś cię tam ciągnie, prawda? Knut pokiwał głową. Dotarli 

do miejsca, w którym musieli podjąć decyzję co do dalszej marszruty. 

Ból narastał z każdą pokonaną milą i Knut nic na to nie mógł poradzić. Widok krzyża 

z imieniem Anny niczego już nie pogorszy. 

Ailo  nie  nalegał.  Nie  zamierzał  też  podejmować  za  niego  decyzji.  Ostatnie  słowo 

należało do Knuta. 

Tam  nad  fiordem  śnieg  zaczął  już  pewnie  topnieć.  Spod  śniegu  wyłaniała  się  powoli 

ziemia. Zima króluje już tylko na płaskowyżu. 

Wypadałoby odwiedzić Hannu i Jussi. Dowiedzieć się, co słychać u Knuta - Kwena... 

Wizyta  na  cmentarzu  będzie  bolesna.  Knut  powiedział,  że  powinien  doprowadzić  się 

do porządku, nim stanie na ziemi, w której spoczęła Anna. 

- Głupstwa gadasz - machnął ręką Ailo. - Ona tego nie zauważy. To ty cierpisz, Knut. 

Ona nie żyje. 

Ktoś  postawił  plotek  wokół  grobu.  Knut  zatrzymał  się  w  stosownej  odległości.  Kolo 

grobu nie dostrzegł żadnych śladów. Pastor zapewne wyjechał stąd po śmierci córki. 

-  Sporo  się  zmieniło  -  stwierdził  Ailo,  który  stanął  za  Knutem.  -  Dziwne,  że  nie 

pochowali jej w kościele. Na przykład pod ołtarzem. 

- Pewnie nie było miejsca - wzruszył ramionami Knut. 

- Pamiętam, że wisiało tam mnóstwo tablic pamiątkowych. 

- Pastor nie powinien się pysznić - mruknął Ailo, rozglądając się dokoła. 

Knut  go  nie  usłyszał.  Krzyż  Anny  został  obramowany  złotym  kantem.  Wyglądało  to 

bardzo  pięknie.  Jej  imię  również  wypisano  złotymi  literami.  Knut  poczuł  się  dziwnie.  Jego 

Anna i jego dziecko. 

Knut po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że żadne inne słowa nie znaczyły  dla niego 

tak wiele. Zrozumiał także, że nigdy jej już nie zobaczy. Ona naprawdę wymknęła się życiu. 

Knut  nie  był  pewien,  czy  wierzy  w  istnienie  po  śmierci.  Chociaż  byłoby  wspaniale,  gdyby 

istniał taki świat, jaki niedawno mu opisywał Ailo... 

-  Jak  myślisz,  czy  ci,  którzy  nie  są  Lapończykami,  mogą  trafić  do  Saivo?  -  zapytał 

bezradnie. Na nic innego nie mógł mieć nadziei. Tylko na niechrześcijański raj. 

- Może - szepnął Ailo. - A może idą do jakiegoś podobnego miejsca. 

background image

Knut długo stał nad grobem. Myślał o tym, co dla niego najważniejsze. Tymi myślami 

nie  mógł  się  podzielić  nawet  z  Ailo.  Odnalazł  także  pokryty  śniegiem  grób  ojca.  Na 

osmaganym  wiatrem  krzyżu  nie  dało  się  odczytać  imienia.  I  niech  tak  pozostanie.  Także  za 

ż

ycia Kalle Elvejord nie pozostawił po sobie zbyt wielu śladów. 

Hannu aż się cofnął, gdy otworzył drzwi i ujrzał, kto za nimi stoi. 

-  Sądziłem,  że  nie  żyjesz  -  rzucił  spontanicznie,  gdy  Knut  i  Ailo  zdjęli  z  siebie 

wierzchnie odzienie. - Gdy stąd wyjeżdżałeś, miałeś zamiar zniknąć na zawsze. Wydawało mi 

się, że to niezły pomysł. Ze względu na twój ból. Byłeś u niej? - Knut przytaknął. - Pamiętasz 

Hansa Fredrika Feldta? 

Knut  zmarszczył  brwi.  To  nazwisko  z  czymś  mu  się  kojarzyło,  ale  nie  mógł  sobie 

przypomnieć, skąd je zna. 

- Zobaczysz kobietę, która znała twoją matkę - oznajmił Hannu. - A w każdym razie 

spotkała ją i wciąż ją pamięta. 

- Gdzie ją spotkała? 

- W twierdzy Vardohus. Słowa spadły na Ailo i Knuta jak wielkie kamienie. 

Przypomniały  ten  okres  życia  Raiji,  o  którym  Knut  wolał  nic  nie  wiedzieć.  Jego 

własne  wspomnienia  z  owych  czasów  były  mgliste  i  skąpe.  Udało  mu  się  je  zepchnąć  na 

margines i nie miał zamiaru wywlekać ich znów na światło dzienne. 

-  Feldt...  -  Nazwisko  raniło  mu  usta.  Tak,  przypomniał  sobie.  -  Był  kapitanem 

twierdzy. Ścigał Raiję i zastrzelił Mikkala... 

- Pamiętasz jego twarz? - drążył Hannu. - Pamiętasz tego człowieka? 

- Byłem wtedy mały... 

- On jeszcze żyje. 

Ailo i Knut wyprostowali się jak na komendę. Zaczęli słuchać uważniej. 

Hannu  wyglądał  staro.  Lata  pozostawiły  na  jego  twarzy  swoje  piętno.  A  przecież  ta 

twarz wyglądała całkiem inaczej, gdy Knut odjeżdżał stąd późną jesienią. 

-  Niewiele  pomogła  wyprawa  Knuta  Olssona  do  króla  w  Kopenhadze  -  wyjaśniał 

Hannu.  -  Wcale  nie  jest  nam  lepiej,  Knut.  Wciąż  nie  mamy  żadnych  praw,  tylko  same 

obowiązki.  Ci,  którzy  próbują  podnieść  głowę,  nieźle  obrywają.  Giną  nasze  zwierzęta. 

Łodzie. Ludzie. 

Hannu  obejrzał  się  przez  ramię.  Knut  i  Ailo  spostrzegli,  że  gospodarz  robi  to  bardzo 

często,  jakby  Kwen  nie  mógł  mówić  swobodnie  i  czuć  się  bezpiecznie  nawet  we  własnym 

domu. 

background image

- Tylko że nic nie możemy udowodnić - ciągnął Hannu. - Jest nas niewielu, niewielu 

tych,  którzy  próbują  cokolwiek  zmienić.  Po  cichu.  Znamy  człowieka,  który  popełnił  wiele 

nieprawości. On posługuje się teraz innym imieniem, ale jesteśmy pewni, że to właśnie Feldt. 

-  Gdzie  można  go  znaleźć?  -  zapytał  Ailo.  -  Mikkal  był  moim  ojcem.  Jeśli  jego 

zabójca jest tu gdzieś blisko, muszę go znaleźć. Muszę pomścić ojca! 

Hannu pokręcił głową: 

- Zemsta nie uleczy zła. Trudno to wytłumaczyć wam, synom. Nie ty jeden pragniesz 

zemsty, mój chłopcze - dodał zmęczonym głosem. - Może będziesz musiał poczekać na swoją 

kolej. - Nic więcej nie dodał, westchnął tylko ciężko. 

- Czy namiestnik ma z tym coś wspólnego? 

- Niebezpiecznie o tym mówić. 

- Ale tak właśnie sądzicie? Hannu przytaknął. 

- Zajmujemy się tą sprawą. Niedługo spotkacie Anjo. A może i Heino. Jeśli wszystko 

pójdzie po naszej myśli. Rozpoczęliśmy niebezpieczną grę, Knut. Użyłem twojego złota jako 

przynęty. Mówią, że Hans Fredrik Feldt jest bardzo chciwy. 

- Czy Anjo jest tą kobietą, która znała moją matkę? 

-  Anjo  także  trafiła  do  Vardohus  oskarżona  o  czary.  Słyszała  krzyki  twojej 

torturowanej matki. Pamięta, jak wiele znaczyła ucieczka Raiji. Komendant wystraszył się do 

tego  stopnia,  że  wypuścił  wszystkie  uwięzione  w  twierdzy  kobiety.  Twoja  matka  uratowała 

więc  życie  Anjo.  Niestety  Anjo  zdążyła  poznać  Hansa  Fredrika  Feldta.  On  najbardziej  wbił 

się jej w pamięć. 

- Wygląda na to, że zabawimy tu trochę - stwierdził Knut. - I tak jest za wcześnie na 

wyprawę po resztę złota. 

- Zamierzasz zabrać to, co ci zostawił ojciec? 

-  Dzięki  złotu  można  zrobić  wiele  dobrego.  Zamierzam  się  podzielić,  Hannu.  Może 

dzięki temu złoto nie stanie się moim przekleństwem. 

Gdy zapadł wieczór, Jussi przyprowadził Anjo. Musieli uważać, by nie pokazywać się 

u niej za często. Ludzie uwielbiali plotki, a przecież byłoby lepiej, gdyby nie gadali o nich za 

wiele. Sprawa była zbyt poważna. 

Knut  zobaczył  najpierw  czarny  szal,  który  otulał  połowę  jej  ciała  i  twarzy,  z  której 

spozierały badawczo jasne oczy. 

Szal obudził w nim wspomnienia, które Knut czym prędzej odpędził od siebie. 

Anjo  zatrzymała  się  na  środku  izby  i  przez  chwilę  mu  się  przyglądała.  Potem 

przygarnęła go do piersi. 

background image

- A więc to ty jesteś jej synem! - rzekła wzruszona, ocierając łzę rąbkiem szala. Hannu 

nie  mógł  sobie  przypomnieć,  czy  kiedykolwiek  widział  Anjo  płaczącą.  -  Twoja  matka  była 

odważna. 

Anjo nie wypuszczała Knuta z objęć. Nie mogła się napatrzeć na syna kobiety, której 

zawdzięczała życie. 

-  Była  bardzo  odważna,  chłopcze.  Nazywasz  się  Knut,  prawda?  Traktował  ją 

najgorzej,  bo  nie  krzyczała.  Stawiała  opór  i  tym  samym  naraziła  się  na  szczególne 

okrucieństwo  kapitana.  Krzyknęła  dopiero  wtedy,  gdy  niemal  straciła  przytomność.  Gdy  już 

nie kontrolowała swego ciała. Była naprawdę dzielna! 

- Ona nie żyje - oświadczył Knut odsuwając się od Anjo. Bezpośredniość tej kobiety 

go zaskoczyła. Poczuł się przy niej jak chłopiec. 

- Raija znikła - wyjaśnił Ailo. Jemu Anjo się bardzo spodobała. W przeciwieństwie do 

Knuta uważał, że kobieta powinna być jak ożywczy wiatr. Knut wolał leciutki wietrzyk. 

Anjo  zdjęła  szal,  gruby  płaszcz,  rozpięła  kurtkę  i  w  okamgnieniu  przeobraziła  się  w 

drobną  kobietę,  choć  wierzchnie  ubranie  sugerowało  coś  całkiem  innego.  Bluzka  miała 

wprawdzie wysoko pod szyją zapięty kołnierzyk, ale serdeczność emanująca z Anjo przyda-

wała jej kobiecego charakteru. Anjo nawet w mundurze stanowiłaby uosobienie matczynego 

ciepła. 

Knut  ze zdziwieniem  stwierdził,  że  Hannu  traktuje  ją  jak  równą  sobie,  choć  przecież 

miał  bardzo  jednoznaczne  zdanie  co  do  miejsca  należnego  kobietom:  w  kuchni  i  w  łóżku. 

Hannu w gruncie rzeczy bał się trochę kobiet. Wiedzieli o tym jednak tylko ci, którzy znali go 

najlepiej. Gdyby go o to zapytać, zaparłby się w żywe oczy. 

- Martwi mnie, że nie dali do tej pory znaku życia - wyznał Hannu. 

-  Heino  zawsze  chadza  własnymi  ścieżkami.  -  Anjo  mówiła  o  nim  tak,  jakby  był  jej 

synem. - Heino jest ostrożny. A i ten chłopak, którego przyprowadził, bardzo mi się spodobał. 

-  Pochodził  z  twoich  stron.  -  Hannu  spojrzał  na  Knuta.  -  Chłopak  w  twoim  wieku. 

Wysoki. Przedstawił się jako Simon. 

Knut  niczemu  się  już  nie  dziwił.  On  i  Ailo  wymienili  pełne  troski  spojrzenia.  Obaj 

pomyśleli o Mai. Czy Maja wie już o tym, że Simon jest na wolności? I dlaczego właściwie 

Simon wędruje po Finnmarku? 

-  To  mąż  mojej  siostry  -  powiedział  Knut.  -  W  każdym  razie  był  nim  wtedy,  gdy 

wyjeżdżałem. Gdzie on teraz jest? Czy on także jest w to wszystko wmieszany? 

- To chyba jakieś zrządzenie losu - orzekła Anjo. - Tak, on również jest w to wplątany. 

I  to  bardzo.  On  i  Heino  pojechali  szukać  Feldta.  Feldt  jest  szefem  bandy,  która  grasuje  po 

background image

Finnmarku. Heino zdobył jego zaufanie. Mamy nadzieję, że Feldt ufa także Simonowi. - Anjo 

wzięła głęboki oddech i  powiedziała: - Feldt najprawdopodobniej zabił ojca Heino. Chłopak 

ma więc swoje własne powody, by pochwycić go w pułapkę. Heino jest ostrożny. Ale Hannu 

ma rację: powinien się już odezwać. Za dużo czasu już upłynęło. 

- Co możemy zrobić? - Ailo był niezwykle wzburzony. - Mamy za wiele powodów do 

zemsty, by siedzieć tu spokojnie. 

-  Feldt  nie  przyjmie  następnych  podejrzanych  ludzi  do  swojej  bandy.  -  Anjo  była 

wprawdzie  zmartwiona,  ale  nie  traciła  poczucia  rzeczywistości.  -  Można  o  nim  powiedzieć 

wszystko, ale nie to, że jest głupi. Heino wie, że czekamy. Z pewnością przekaże nam jakąś 

wiadomość. Nie powinniście się w to mieszać, dopóki Heino się nie pojawi. Musimy z nim o 

was  porozmawiać.  -  Anjo  przyglądała  się  przez  chwilę  Knutowi.  Dostrzegła  z  pewnością 

jakieś podobieństwo do Raiji. - Lepiej nie mów mu o niej. Nie mów Heino, czyim jesteś sy-

nem. Nie musi tego wiedzieć. 

Knut obrzucił kobietę ostrym spojrzeniem, czując, że Anjo coś przed nim ukrywa. 

-  Kim  on  jest?  Jednym  z  kochanków  mojej  matki?  -  Trudno  mu  było  ukryć 

rozgoryczenie. 

-  Heino  nigdy  jej  nie  spotkał  -  powiedziała  Anjo.  -  Ale  w  pewien  sposób  jest  z  nią 

związany.  Nie  tak,  jak  myślisz.  A  poza  tym  nie  sądź  jej  zbyt  surowo!  Kobiety  są  przecież 

bezbronne i jakoś muszą sobie radzić. Żaden mężczyzna tego nie zrozumie, Knut. Nie sądź jej 

pochopnie! 

Znów  potraktowała  go  jak  chłopczyka.  Ta  kobieta  nie  przypadła  mu  do  gustu. 

Potrafiła  mówić  miękkim,  ciepłym  głosem,  potrafiła  być  łagodna  jak  baranek,  ale  nie 

spodobała mu się. W jakiś przedziwny sposób deprecjonowała go. 

Knut  zbyt  długo  uważał  się  za  mężczyznę,  by  pozwolić,  żeby  go  traktowała  jak 

smarkacza. A nie miał wątpliwości, że właśnie smarkacza w nim widziała. 

Postanowił  potraktować  nową  znajomą  jak  zwyczajną  przekupkę,  która  lubi  wsadzać 

nos  w  nie  swoje  sprawy.  Nic  gorszego  nie  był  w  stanie  sobie  wyobrazić.  Trochę  mu  to 

pomogło. 

Knut zupełnie nie rozumiał, dlaczego Hannu odnosi się do Anjo z takim szacunkiem. 

W  jego  oczach  była  najzwyklejszą  kobietą.  Nie  miał  zamiaru  zaprzątać  sobie  głowy 

myśleniem na jej temat. 

Do izby wpadł nagle jakiś chłopak, blady jak trup i zapuchnięty od płaczu. 

- Hannu - wyjąkał. - Hannu, musisz zaraz przyjść. Chłopak spostrzegł Anjo i przeraził 

się jeszcze bardziej. 

background image

- Koło twojego domu - szepnął z trudem. Potem obrócił się na pięcie i już go nie było. 

Tylko drzwi zakołysały się na zawiasach. 

Wszyscy popatrzyli po sobie niepewnym wzrokiem, przestraszeni. Pierwsza podniosła 

się z miejsca Anjo. 

Nie  założywszy  wierzchniego  ubrania,  rzuciła  się  w  stronę  drzwi,  by  pobiec  za 

chłopcem, który znikł w ciemnościach, nie mówiąc, co go tak przeraziło. 

Knut i Ailo ruszyli natychmiast za nią. Nie wiedzieli wprawdzie, gdzie mieszka Anjo, 

promienie  księżyca  odbijały  się  jednak  od  jej  włosów,  połyskując  srebrem.  Nie  złotem,  ale 

srebrem, uzmysłowił sobie Knut. 

Anjo  pędziła  przez  przydomowe  grządki.  Na  szczęście  o  tej  porze  wszystkie  rodziny 

miały inne zajęcia, skupiały się najczęściej wokół ledwo tlącej się lampy we wspólnej izbie. 

Nikt nie szafował oliwą. Ani tranem. Nikogo nie było stać na zapalenie kilku lamp. O 

tej porze wszystkie okienka były zatrzaśnięte. 

Na samym końcu biegli Hannu i Jussi, zadyszani. Wreszcie znaleźli Anjo klęczącą na 

progu swego własnego domku. 

Gdyby  spojrzeli  nieco  dalej,  ujrzeliby  rzęsiście  oświetlony  najwspanialszy  dom  w 

okolicy, zwany przez ludzi „pałacem”. 

Rezydencję namiestnika. 

Anjo  mruczała  coś  pod  nosem.  Jakieś  fińskie  słowa.  Knut  rozpoznał  niektóre,  Ailo 

znacznie więcej. 

Kobieta  była  jednak  zadziwiająco  spokojna,  nie  wpadła  w  panikę,  nie  histeryzowała. 

Jej dłonie nawet nie zadrżały, gdy badała leżące na progu ciało. 

Knut  i  Ailo  rozpoznali  je  dopiero  po  chwili,  bo  leżało  w  nienaturalnej  pozycji. 

Skulone jak płód. 

Hannu  rzucił  Anjo  tylko  jedno  spojrzenie,  po  czym  obaj  z  Jussim  okrążyli  domek  i 

zaczęli iść jakimś śladem. 

-  Trzeba  go  natychmiast  wnieść  do  środka!  -  komenderowała  Anjo.  -  Jeden  Pan  Bóg 

wie, czy jeszcze żyje. 

Na  dworze  było  zimno,  ale  ona  nie  zwracała  na  to  uwagi.  Wydobyła  klucz  z  jakiejś 

skrytki, wsunęła go do zamka i przekręciła. 

Knut  i  Ailo  unieśli  ciało  mężczyzny.  Spostrzegli  tylko,  że  to  mężczyzna  i  że  to  na 

pewno nie Simon. 

Mężczyzna  nie  poruszył  się,  gdy  go  nieśli,  nie  poruszył  się,  gdy  go  układali  na 

posłaniu, które Anjo umościła w pobliżu paleniska. 

background image

- Nie żyje? 

Hannu  i  Jussi  weszli  do  izby.  Jussi  zamknął  drzwi  na  skobel.  Anjo  klęczała  obok 

leżącego, ocierając mu twarz wilgotną szmatką. Obmyła zakrzepłą brunatną krew. 

Resztę kolorów mógł usunąć tylko czas. 

- Nie wiem. Jeden Pan Bóg wie, czy oddycha. 

- Przyczołgał się tutaj - powiedział Hannu. - Ślady, które znaleźliśmy, wskazują na to, 

ż

e się przyczołgał. I że był sam. 

Czując na sobie pytające spojrzenia Knuta i Ailo, Anjo wyjaśniła: 

- Tak, to jest Heino. Też chciałabym wiedzieć, co się stało. I co się dzieje z Simonem. 

Albert - Hans Fredrik Feldt posługuje się teraz tym imieniem - miał zaufanie do Heino. Heino 

był jego prawą ręką. 

Ailo  pomógł  kobiecie  ściągnąć  ubranie  z  rannego.  Trochę  kłopotów  sprawiała  im 

koszula,  która  przykleiła  się  do  pleców.  Nie  mieli  pojęcia  dlaczego,  dopóki  nie  odwrócili 

nieruchomego ciała Heino. 

Nawet  Anjo  z  trudem  opanowała  mdłości,  choć  widziała  coś  takiego  nie  po  raz 

pierwszy. Sama tego przecież doświadczyła. Wspomnienia ożyły w niej na nowo. 

Plecy  Heino  zamieniły  się  w  jedną  wielką  ranę.  Koszula  przykleiła  się  do  zakrzepłej 

krwi. 

- Ten diabeł potraktował go biczem. Feldt uwielbia posługiwać się tak zwanym kocim 

ogonem:  mnóstwem  skórzanych  rzemyków  przywiązanych  do  drewnianego  pałąka.  Chwalił 

się,  że  to  najlepsze  drewno,  jakie  można  zdobyć  w  Europie.  Nie  pytajcie  mnie,  jak  się  to 

nazywa. To straszne, że potrafił się tym chwalić. Na każdym rzemyku był węzeł. Jak to bola-

ło...  Właśnie  tym  kocim  ogonem  potraktował  Heino.  Tylko  to  katowskie  narzędzie 

pozostawia takie rany. 

- On żyje - Ailo zdołał wreszcie odnaleźć słaby puls na szyi rannego. 

Anjo  zagrzała  wodę.  Obmyła  zakrwawioną  i  poszarpaną  skórę  na  plecach  Heino. 

Woda przybrała czerwony kolor. 

- Nic więcej nie da się zrobić - westchnęła. - Tylko czas i powietrze mogą mu pomóc. 

Z  trudem  zdjęli  z  Heino  resztę  ubrań.  Na  jego  ciele  nie  znalazłoby  się  ani  jedno 

miejsce naturalnej barwy. Wszędzie lśniły żółte albo fioletowozielone plamy. 

Anjo  dotykała  dłonią  skóry  Heino,  odgadując,  jaki  rodzaj  bólu  kryje  się  za  każdą 

szramą, za każdym siniakiem. 

- Na szczęście go nie przypiekał - orzekła w końcu z westchnieniem ulgi. - Może tylko 

kobiety traktuje rozpalonym żelazem. Na szczęście dla Heino. 

background image

-  Rzeczywiście,  całe  szczęście,  że  zbił  go  tylko  biczem  po  twarzy  i  po  plecach  - 

mruknął  cokolwiek  sarkastycznie  Hannu.  -  Szkoda,  że  Heino  nie  miał  dotąd  żadnej  kobiety. 

Teraz nie będzie już taki przystojny jak przedtem. 

- Nie myśl, że tylko twoja szkaradna gęba odstrasza od ciebie kobiety, Hannu - rzekła 

kąśliwie  Anjo.  -  Heino  dostanie  wszystko,  co  najlepsze,  niezależnie  od  tego,  jak  będzie 

wyglądał. Byle tylko z tego wyszedł. 

Niewiele mogli dla Heino zrobić. Przenieśli go na łóżko Anjo, które było dla niego za 

krótkie. Nogi mu wystawały, ale leżał przynajmniej pośród miękkich i ciepłych skór. 

Anjo  zabrała  się  do  prania  jego  ubrań.  Szukała  sobie  zajęcia,  byle  nie  stać  cały  czas 

nad rannym. 

Hannu zaproponował, że zostanie u niej na noc. 

- Powinien tu być jakiś mężczyzna - podkreślił. - Nie wiemy przecież, co się naprawdę 

stało. Może ty także jesteś w niebezpieczeństwie. 

Anjo początkowo nie chciała jednak o tym słyszeć. Później się poddała. 

- W takim razie niech zostaną dwaj młodzi - zdecydowała. - Doskonale się obejdę bez 

opieki, którą ty możesz mi zaoferować, Hannu.  Musisz wreszcie zrozumieć, że teraz zostało 

ci przede wszystkim to, co masz w głowie. A młodzi wciąż mają mocne pięści. A poza tym 

tak będzie lepiej ze względu na moją opinię - dodała, widząc, że Hannu potraktował jej słowa 

zbyt  poważnie.  Znał  ją  przecież  na  tyle,  by  wiedzieć,  że  Anjo  ma  cięty  język  i  specyficzne 

poczucie humoru. Niestety, potrafiła też go ugodzić w czułe miejsce. 

Zrobili tak, jak chciała. 

Młodzi  bez  wahania  położyli  się  na  podłodze.  Nie  przywykli  do  wygodnych  i 

miękkich łóżek. Anjo podała im coś do jedzenia, nie przestając przy tym  mówić. Przez cały 

czas zerkała na mężczyznę, leżącego pod wełnianym kocem. Plecy miał odkryte, by lepiej się 

goiły. Anjo napaliła tak, że choremu było ciepło. Knut doszedł nawet do wniosku, że wnętrze 

izdebki zaczyna przypominać sobotnią saunę, jakiej zażywał dawnymi czasy. 

Przyszło  mu  też  do  głowy,  że  Anjo  pasowałaby  do  Reijo.  Była  chyba  w  tym  samym 

wieku, co i on - dobrze po trzydziestce. I w pewnym sensie przypominała Reijo. 

Przypadliby sobie do gustu i do serca. 

Może powinien zabrać ją ze sobą do domu... 

Knut  nie  pomyślał  o  tym,  że  Reijo  miał  wiele  lat  na  to,  by  znaleźć  sobie  żonę. 

Zapomniał też, że ojczym nie należał do ludzi, którzy pozwoliliby się wyswatać. 

Ś

witało już, gdy Knut obudził się na dźwięk znajomego imienia. 

background image

Wyprostował się i rozejrzał po nieznanym wnętrzu, ale nim sobie przypomniał, gdzie 

jest, znów usłyszał wydobywany z trudem szept jakby z innego świata: 

- Simon... Simon... nóż... Simon... Ailo spał w najlepsze. 

Anjo siedziała koło łóżka, ocierając wilgotną szmatką pot z czoła rannego. 

Knut  zerwał  się  bezszelestnie  na  równe  nogi.  Podbiegł  do  łóżka  i  zauważył,  że 

mężczyzna poruszył się w nocy. 

- Gorączka - wyjaśniła  Anjo szeptem. - Ale to dowód na to, że żyje. Majaczy już od 

kilku godzin. 

Knut wziął od niej szmatkę. Zanurzył ją w wodzie i przyłożył do czoła chorego. 

- Nie zmrużyłaś oka? 

Anjo pokręciła głową. Włosy, które wieczorem były upięte, sięgały jej teraz do pasa. 

Knut pomyślał, że do tej pory tylko młode dziewczyny widywał z rozpuszczonymi włosami. 

Anjo była pierwszą dojrzałą kobietą, którą widział w takiej fryzurze. Nie licząc matki. Ale to 

było dawno temu. 

Na  twarzy  Anjo  malowało  się  zmęczenie,  a  dookoła  jej  oczu  uwydatniły  się  drobne 

zmarszczki. 

Wszystko wskazywało na to, że jest bardzo śpiąca. 

- Pewnie wkrótce musisz iść do swoich obowiązków? Anjo skinęła głową. 

-  Połóż  się!  -  Zabrzmiało  to  jak  rozkaz.  -  Dobrze  się  spało  na  posłaniu,  które 

przygotowałaś. - Uśmiechnął się do niej i, o dziwo, przyszło mu to całkiem łatwo. Łatwiej mu 

było  zaakceptować  ją  teraz,  gdy  padała  ze  zmęczenia  i  nie  zarzucała  go  potokiem  bystrych 

słów, tak zaskakujących w ustach kobiety. 

- Teraz ja będę czuwał - dodał. - A jeśli Heino się ocknie, z pewnością cię obudzę. 

- Nie ocknie się tak szybko - westchnęła ze smutkiem Anjo. - Cały czas mówi tylko o 

Simonie i o nożu. I o złocie. - Anjo umilkła i spojrzała na Knuta. - Obawiam się, że wiem, co 

się mogło przydarzyć Simonowi. 

- Nie myśl o tym - poprosił Knut. - Spij. 

- Jesteś nieodrodnym synem twojej matki - orzekła kobieta. Jej oczy zapatrzyły się w 

przeszłość, o której wolałaby zapomnieć. 

W końcu położyła się posłusznie. 

Cała  odpowiedzialność  spoczęła  na  Knucie.  Poczuł  jednak,  że  dzięki  tej  rozmowie 

poznał Anjo trochę lepiej i że nawet ją odrobinę polubił. 

Ale  strach  siał  coraz  większe  spustoszenie  w  jego  sercu,  gdy  Heino  powtarzał  z 

wielkim wysiłkiem wciąż jedno i to samo imię: 

background image

- Simon... 

background image

Anjo  z  poszarzałą  twarzą  przygotowywała  się  do  wyjścia.  Wciąż  była  raczej  noc  niż 

dzień. Biedacy musieli zrywać się o tej właśnie porze, niezależnie od tego, czy pracowali na 

swoim czy na cudzym. 

Ailo  obudził  się  jakiś  czas  temu.  Słuchał  teraz  z  Knutem  urywanych  westchnień  i 

jęków chorego. 

- Co robisz u namiestnika? - zapytał Ailo. 

- Gotuję - wykrzywiła się Anjo. - Rządzę jego kuchnią, żeby on mógł rządzić Altą. 

- Ważne zajęcie - mruknął Knut. - Namiestnik mógłby przecież zachorować... 

Spojrzał znacząco w jasnoniebieskie źrenice Anjo swoimi brązowymi oczami. 

Ta  myśl  nie  była  jej  obca.  Ani  jej,  ani  tym,  którzy  podobnie  jak  ona  marzyli  o 

wolności i sprawiedliwości. 

-  Owszem,  mógłby  zachorować  -  przytaknęła.  -  Ale  to  ostateczne  wyjście.  To 

oznaczałoby mój koniec. Namiestnik znaczy o wiele więcej niż jakaś baba z Finlandii. 

- Jesteś odważna - stwierdził Ailo z podziwem. Knut na znak zgody skinął głową. Nie 

zwykł szafować komplementami. Wolał wyrazić to w inny sposób. 

- Nie mam innego wyjścia - westchnęła Anjo i niechętnie zaczęła się ubierać. Musiała 

iść  do  domu  namiestnika.  Należała  do  osób,  których  nikt  nie  zauważał,  gdy  były  na 

posterunku,  wszyscy  natomiast  się  za  nimi  rozglądali,  gdy  ich  przypadkiem  zabrakło.  Miała 

ochotę coś dodać, ale zrezygnowała. 

- Wiecie, co robić - powiedziała na odchodnym. - Jeśli się ocknie, powinien coś zjeść. 

Hannu  niedługo  się  tu  zjawi.  Nie  spodziewam  się  nikogo  innego...  -  Ostatnie  słowa 

zabrzmiały jak ostrzeżenie, którego nie wypowiedziała wprost. 

Stojąc w drzwiach, rzuciła im na pożegnanie coś w rodzaju komplementu: 

-  Jesteście  dorośli  i  macie  swój  rozum.  A  także  pięści,  gdyby  mogły  się  na  coś 

przydać. Ufam wam. 

- To ci kobieta - Ailo pokręcił głową z podziwem. 

- Gdyby była dziesięć lat młodsza, poleciałbyś za nią - zażartował Knut. - Zdaje się, że 

dla ciebie jest uosobieniem ideału. 

Ailo się uśmiechnął. 

- Wiek nie ma takiego znaczenia, Knut. Anjo wcale nie jest stara. 

background image

Knut  obrzucił  go  podejrzliwym  spojrzeniem,  jakby  chciał  się  przekonać,  czy  Ailo 

przypadkiem  nie  żartuje.  Wszystko  wskazywało  jednak  na  to,  że  przyjaciel  mówi  całkiem 

poważnie. 

-  Mogłaby  być  twoją  matką  -  skrzywił  się  Knut.  -  Miała  piersi  już  wtedy,  gdy  ty 

leżałeś w kołysce. 

-  Najważniejsze,  że  ma  je  do  tej  pory  -  wzruszył  ramionami  Ailo.  -  Za  dużą  wagę 

przykładasz do  wyglądu zewnętrznego, Knut. A  wygląd nic nie znaczy.  Anjo jest wspaniałą 

kobietą. 

- Wydawało mi się, że pasowałaby do Reijo - oznajmił Knut. - Ale skoro ty masz na 

nią ochotę... 

Twarz Ailo zrobiła się nieprzenikniona. 

Zabrali się do jedzenia kwaśnego ciemnego chleba i suszonego mięsa, które wydobyli 

ze swoich zapasów. 

Anjo nie zdążyła nic przygotować przed wyjściem. Knut i Ailo mieli nadzieję, że zje 

coś w kuchni swego pana. 

- Nie, nie, nie! - krzyknął rozpalony gorączką Heino. Chciał się przewrócić na plecy, 

ale Ailo chwycił go za ramię i przytrzymał. Heino wciąż nie odzyskiwał przytomności. 

Wyglądało na to, że się uspokaja. Oblewały go poty, ale leżał nieruchomo. 

- Simon - jęknął bezsilnie po jakimś czasie. Knut zwilżył mu czoło i otarł pot. Plecy 

chorego znów zaczęły krwawić. Jeden Pan Bóg wie, kiedy się zagoją i czy w ogóle się zagoją. 

Po raz pierwszy  w życiu Knut zaczął się zastanawiać, przez jakie tortury przeszła Raija. Do 

tej pory udawało mu się o tym nie myśleć. 

Dopiero gdy ujrzał plecy Heino, musiał się nad tym zastanowić. 

Anjo  nie  przeraziła  się  aż  tak  bardzo.  Prawdopodobnie  sama  wyglądała  kiedyś 

znacznie gorzej. 

Podobnie jak Raija. 

Knut nigdy nie rozmawiał o tym z Reijo. 

Jeśli  dotrze  do  domu,  zapyta  ojczyma,  bo  on  powinien  to  wiedzieć.  Zapewne  tortury 

pozostawiły swój ślad. I to w podwójnym tego słowa znaczeniu. 

- Ja nie wiedziałem... nie wiedziałem... o złocie.... 

Heino  poruszył  się  niespokojnie,  z  trudem  wypowiadając  słowa,  za  którymi  czaił  się 

strach. Usta chorego były nabrzmiałe i zakrwawione. Mówienie musiało mu sprawiać wielki 

ból. Choć może nie czuł tego, skoro był nieprzytomny. 

- Simon... nóż... Boże mój! Nie rób tego! Nie rób tego! Powiedz mu! Powiedz! 

background image

Knut otarł własne czoło. Ailo podwinął rękawy koszuli. 

- To straszne. 

-  Wiele  oddałbym  za  to,  żeby  się  dowiedzieć,  co  mu  się  zwiduje.  -  Knut  wyżął 

szmatkę  przed  przyłożeniem  jej  do  rozpalonego  czoła  chorego.  Okład  przynosił  Heino  ulgę 

przynajmniej na chwilę. Odpędzał koszmary. 

Nie na długo. 

-  Tak,  chcieliśmy...  chcieliśmy  cię  oszukać...  Dobry  Boże,  człowieku...  zostaw  go!  - 

Szept Heino przeszył dreszczem Ailo i Knuta. - Simon... 

Heino  krzyczał,  jakby  rozdzierał  go  nieopisany  ból.  W  pewnej  chwili  uniósł  się  na 

ramionach, otworzył oczy i popatrzył na Knuta i Ailo. 

Po czym znów opadł wycieńczony na łóżko. Powieki zakryły mu oczy, krzyk zamarł 

w gardle, a usta zastygły w bolesnym grymasie. 

Knut  zamknął  oczy  i  pomyślał  o  Mai.  Maja  miała  dopiero  dwadzieścia  jeden  lat. 

Dwudziestojednoletnia wdowa? 

Może to jednak jakiś inny Simon... 

Heino  powtarzał  te  urywane  słowa  przez  cały  dzień.  Strzępy  zdań,  z  których  trudno 

było wyłowić sens. Wydawało mu się, że znów jest dzieckiem i rozmawia z ojcem. Czasem 

nie  mogli  się  oprzeć  wrażeniu,  że  Heino  jest  całkiem  przytomny,  kilka  zdań  łączyło  się  w 

sensowną całość. 

Zorientowali się, że w tym wszystkim chodzi o złoto. I o zdradę. Heino i Simon byli 

poddawani torturom, które miały ich zmusić do mówienia na temat złota. Więcej Ailo i Knut 

nie zdołali się domyślić. A Hannu się nie pojawił. 

Zrozumieli  w  każdym  razie,  że  Heino  kłamał  i  że  powiedział  więcej,  niż  chciał,  by 

ratować  Simona.  Simon  natomiast  zdołał  zachować  milczenie.  W  majakach  Heino  wciąż 

powracał nóż. Chory wciąż od nowa błagał Simona, by ten zaczął mówić, prosił o litość. 

Gdy  zaczynał  mówić  o  nożu,  ogarniało  go  jeszcze  większe  przerażenie.  Sens  słów 

ginął  pośród  urwanych  sylab.  Kiedy  indziej  Heino  tylko  jęczał  i  zapadał  w  bardziej 

niespokojny sen. 

Mogli  więc  tylko  zgadywać,  do  czego  był  zdolny  człowiek,  zwany  Hansem 

Fredrikiem Feldtem. 

Wyobraźnia podsuwała im najstraszliwsze z możliwych rozwiązań. 

Ailo powiedział w końcu na głos to, o czym wszyscy myśleli: 

- On na pewno nie żyje. Simon był przyjacielem Knuta. Ailo zaś prawie go nie znał. 

Knut nie chciał przyjąć do wiadomości, że mogło dojść do najgorszego. 

background image

-  Widzisz  przecież,  co  mu  zrobili  -  Ailo  złożył  ręce  tak,  że  aż  zatrzeszczało  mu  w 

stawach. - A wszystko wskazuje na to, że Simona potraktowali jeszcze gorzej. Heino nie jest 

w stanie nam tego powiedzieć nawet w malignie. To musiało być potworne. Czy możesz so-

bie wyobrazić coś gorszego niż to, przez co przeszedł Heino? Sądzisz, że Simon zdołałby to 

przetrzymać? 

- Czy ty wiesz, przez co przeszła mama? 

Ailo  spojrzał  na  niego  i  pokręcił  głową.  Wtedy  on  także  był  tylko  dzieckiem. 

Dzieciom nie opowiada się o takich sprawach. Ailo pamiętał jednak, z jaką tkliwością Mikkal 

dotykał Raiji... Słyszał, jak szeptali o bliznach... 

- Reijo nigdy o tym nie mówił. Tylko tyle, że wiele wycierpiała. Anjo przeszła przez 

to samo, powinna więc wiedzieć. I jakoś przeżyła... 

Knut nie tracił nadziei. Simon był jego przyjacielem i mężem Mai. 

Ailo nie rozwiewał jego złudzeń, choć w dalszym ciągu był przekonany, że Simon nie 

ż

yje. Nie miał też pewności, czy Heino z tego wyjdzie. Plecy wyglądały koszmarnie. No i te 

siniaki... 

Nie wszystkie powstały na skutek ciosów pięści. Oprawcy zabrali się do dzieła nader 

gruntownie, używając również pałek. 

Niedobrze. 

Heino  może  mieć  uszkodzone  wnętrzności.  Może  nawet  umrzeć.  Knuta  i  Ailo 

przerażeniem  napawał  fakt,  że  jeszcze  nie  odzyskał  przytomności.  Nawet  straszliwy  ból  nie 

wyrwał go z tego niebezpiecznego stanu. 

Anjo wróciła do domu bardzo późno, śmiertelnie zmęczona. Towarzyszył jej Hannu. 

-  Ten  diabeł  zażyczył  sobie  potrawy,  której  nazwy  nie  potrafi  nawet  wymówić.  Nikt 

nie ma pojęcia, jak to smakuje! Ale on słyszał, że podają ją na zamku w Kopenhadze - rzekła 

Anjo  z  pogardą.  -  Zwariował  na  punkcie  Kopenhagi,  od  kiedy  Knut  Olsson  stamtąd  wrócił. 

Boi się! Puszcza bąki ze strachu! 

Hannu spojrzał z niepokojem na Heino. 

- Ocknął się? 

- Nie, ale sporo mówił. Zamierzam wyruszyć na poszukiwanie Simona. 

Hannu i Anjo wymienili spojrzenia. 

- Nie możecie powiedzieć, że nie znam okolicy - stwierdził stanowczo Knut. - Znam te 

strony jak własną kieszeń. Dam sobie radę. Jestem najbliższym powinowatym Simona, więc 

powinienem go szukać. 

- Maja jest także moją siostrą - wtrącił Ailo. 

background image

-  Nie  możecie  odejść  stąd  razem.  -  Hannu  patrzył  to  na  jednego,  to  na  drugiego  z 

młodzieńców.  -  Anjo  ma  rację.  Na  moją  opiekę  nie  ma  co  liczyć.  Młody  człowiek  poradzi 

sobie znacznie lepiej niż stary dziad. Tylko jeden z was może wyruszyć. Nie odważyłbym się 

wysłać was obu. 

Knut podniósł się z miejsca. 

- Sprawa jest jasna. Heino na pewno zostawił ślady. W tym stanie musiał się czołgać, 

a nie iść... 

Hannu  pokiwał  głową.  Spojrzał  badawczo  na  Knuta.  Po  raz  pierwszy  w  życiu 

pożałował, że nie ma syna, na przykład takiego jak Knut. Spodobał mu się ten chłopak, który 

najwyraźniej nie uznawał półśrodków. 

- Wstałem dziś z samego rana i sprawdziłem - wyjawił. - Heino rzeczywiście zostawił 

ś

lady. Uznałem, że lepiej będzie, jeśli je zatrę, zwłaszcza w pobliżu osady. Również ktoś inny 

mógłby pójść jego śladem. 

Knut pokiwał głową z podziwem. Sam o tym nie pomyślał. 

-  Ale  z  ciebie  spryciarz,  Hannu  -  wyraziła  swe  uznanie  Anjo,  łagodząc  tym  samym 

przykrość, którą wyrządziła Hannu poprzedniego wieczoru. 

-  Pokażę  ci,  w  jakim  kierunku  prowadziły  ślady  -  obiecał  zmieszany  nieco  Hannu, 

który  uważał,  że  z  pochwałami  też  można  przesadzić.  A  nie  powinno  się  tego  robić,  nawet 

jeśli chwalonemu sprawia to przyjemność. - Znasz tę okolicę. 

Knut zdziwił się nieco, słysząc pewność w głosie Hannu. 

- Doskonale - potwierdził Knut. 

- Po jej śmierci - wyjaśnił Hannu, nie wymawiając imienia Anny - gdy chodziłeś jak 

nieprzytomny  przez  cały  tydzień,  dużo  mówiłeś.  Na  szczęście  tylko  ja  słyszałem  twoje 

zwierzenia  na  temat  skarbu.  -  Knut  pobladł.  -  Powiedziałeś  mi,  gdzie  go  szukać.  Ale  ja  tam 

nie  byłem.  Ani  wtedy,  ani  teraz.  To  z  tamtej  strony  przyszedł  Heino.  Na  pewno  znajdziesz 

jego ślady. O ile śnieg nie stopniał podczas tych kilku cieplejszych nocy... 

- Bogu dzięki za te cieplejsze noce. W przeciwnym razie Heino zamarzłby na śmierć. 

Wędrówka  zabrała  mu  zapewne  wiele  dni.  Nie  sądzę,  by  Feldt  przebywał  blisko  Alty.  On 

unika ludzi. Może się wstydzi? 

Anjo odrzuciła tę myśl. 

- Nie, on z pewnością niczego nie żałuje! On nie ma sumienia. Myślę, że nie ma także 

duszy. Jeśli diabeł wybrał się na wycieczkę na ziemię, to chyba wcielił się w tego człowieka. 

- Nie przesadzaj! - przestrzegł ją Hannu. - To tylko człowiek. Bardzo zły człowiek, ale 

człowiek. 

background image

Heino jęknął cicho, jakby pogrążył się w głębszym śnie. 

Anjo,  czuwająca  przy  łóżku  Heino,  pogłaskała  go  po  czole,  jakby  był  dzieckiem. 

Mruknęła  coś  pod  nosem  po  fińsku,  chociaż  Heino  nie  mógł  tego  usłyszeć.  Ailo 

przyciszonym głosem powtarzał Hannu, co zrozumieli z majaczeń chorego. 

Knut  nie  chciał  tego  słuchać.  Gwałtownym  ruchem  odkroił  trochę  mięsa  od  kości. 

Znalazł jakiś talerz, położył na nim mięso i chleb i podał Anjo. 

- Jedz - przykazał. - Wyglądasz strasznie. Musisz coś zjeść. Pomyśl trochę o sobie. 

Anjo  słyszała  kilka  milszych  komplementów  w  swoim  życiu,  ale  doszła do  wniosku, 

ż

e  ten  powinna  uznać  za  najszczerszy.  Było  w  nim  najwięcej  troski.  Chłopakowi  brakowało 

stylu, ale najwyraźniej myślał o ludziach, którzy go otaczali. 

Heino  znów  zaczął  bredzić  o  nożu.  Ciągle  do  tego  wracał.  Mruczał  i  stękał  słowa, 

których nikt nie potrafił zrozumieć. 

Anjo  otarła  rannemu  pot  z  czoła.  Wciąż  przy  nim  czuwała,  choć  w  ciągu  ostatniej 

doby spała zaledwie kilka godzin. 

- Czy nie możemy owinąć mu jakoś pleców? - Hannu nie mógł patrzeć na rany Heino. 

Wolał się nie zastanawiać, jak bardzo są głębokie. 

- Póki śpi, lepiej go nie bandażować. - Anjo martwiła się stanem chorego nie mniej niż 

Hannu, ale lepiej to ukrywała. 

Knut także nie mógł patrzeć na skatowane ciało tego człowieka, choć go właściwie nie 

znał. Usadowił się możliwie najdalej od niego. 

-  Knut  powinien  się  przespać  -  stwierdził  Hannu,  zauważywszy,  że  chłopak  jest 

znacznie bardziej przygnębiony, niż to okazuje. - Idź do Jussiego i połóż się tam. 

-  Anjo  potrzebuje  snu  o wiele  bardziej  niż  ja.  - Knut  nie  chciał,  by  traktowano  go  w 

szczególny sposób, a poza tym Anjo naprawdę była zmęczona. 

Gospodyni posłała mu pełen wdzięczności uśmiech. 

- Jutro wyruszasz w długą drogę, chłopcze. Będę czuwać przy Heino. Jestem do tego 

przyzwyczajona. Nigdy nie spałam za długo... 

Knut wolał nic nie wiedzieć o tym okresie jej życia, w którym dzieliła doświadczenia 

Raiji. 

Pewnego  dnia  zapyta  ją  o  to.  Ale  jeszcze  nie  teraz.  Teraz  trzeba  się  skupić  na 

odnalezieniu Simona. Żywego. 

-  Jeśli  coś  nowego  się  wydarzy,  zanim  wyruszysz  w  drogę,  damy  ci  znać  -  obiecał 

Hannu.  -  Nie  chcę,  byś  błąkał  się  po  płaskowyżu  całkiem  wyzuty  z  sił.  Jeśli  masz  stanąć 

background image

twarzą  w  twarz  z  Feldtem,  musisz  być  przytomny.  Głodny  i  niewyspany  nie  masz  żadnych 

szans. Nie sądź bynajmniej, że i on nie dosypia. 

Knut dał się w końcu przekonać, choć uczynił to bardzo niechętnie. 

-  Weź  jednego  renifera  i  sanie  -  poradził  mu  Ailo  przed  pożegnaniem.  -  Mieliśmy 

zawsze się wspierać w takich sytuacjach - uśmiechnął się ze smutkiem. 

Knut  kiwnął  głową,  ale  był  jakby  nieobecny  duchem.  Nie  potrafiłby  wyjaśnić  tego 

stanu  nikomu,  nawet  Ailo.  Tym  razem  pragnął  sprostać  wyzwaniu  bez  niczyjej  pomocy. 

Chodziło tu bowiem nie tylko o Simona, ale o i Raiję, a także o niego samego. 

- Jeśli wezmę zaprzęg, szybko się uwinę - zapewnił przyjaciela. - Wystarczy mi kilka 

dni. Nawet jeśli go nie znajdę, niedługo wrócę. 

Ailo skinął głową. 

-  Bylebyśmy  tylko  nie  musieli  potem  szukać  również  ciebie!  Pamiętaj,  że  kocha  cię 

wielu ludzi, Knut. 

Knut  się  wykrzywił.  Nie  lubił  rozmów  o  uczuciach.  Ten  rozdział  był  już  dla  niego 

zamknięty. Od chwili, w której wylał ostatnie łzy po Annie. 

Od tamtej pory nie miał zamiaru poddawać się żadnym uczuciom. 

Naciągnął  czapkę  na  uszy  i  uśmiechnął  się  trochę  krzywo,  napotkawszy  spojrzenie 

Anjo.  Gdy  tak  czuwała  nad  Heino,  wydawała  się  Knutowi  uosobieniem  matczynej  troski. 

Włosy miała wciąż upięte, ale zapewne niedługo rozsypią się jej na ramionach. Kilka loczków 

już  wysunęło  się  na  czoło.  Z  rozpuszczonymi  włosami  wyglądała  znacznie  młodziej,  uznał 

Knut. 

Pół żartem, pół serio powiedział szeptem do przyjaciela: 

- No cóż, właściwie zostajesz z nią sam na sam. Staraj się wystrzegać tego, czego i ja 

się wystrzegam. Choć będziesz miał świetną okazję. 

- Nie obrażaj mnie! I Anjo! 

Ż

art nie przypadł Ailo do gustu. Syn Mikkala prawie wypchnął Knuta za drzwi. 

Knut sam nie rozumiał, skąd mu się wzięła ochota do żartów w tak poważniej sytuacji. 

Poszedł do domu Jussiego. Udało mu się zasnąć, a litościwy Bóg oszczędził mu snów. 

Następnego  ranka  rozpoczął  poszukiwania.  Samotnie.  Ruszył  drogą,  którą  znał  na 

pamięć tak dobrze, że mógłby posuwać się nią z zamkniętymi oczami. 

Wcześniej  Hannu  powiedział  mu,  że  Heino  wciąż  jeszcze  się  nie  ocknął,  ale  jakby 

trochę się uspokoił. Tyle zauważył wczoraj wieczorem. 

Nic  nowego  się  chyba  nie  zdarzyło,  skoro  nie  przysłali  żadnej  wiadomości.  Było  tak 

wcześnie, że Anjo nie wyszła jeszcze do domu zarządcy. 

background image

Zapowiadał się piękny dzień. Północną krainę owiało nieco łagodniejsze powietrze. 

Knut  miał  nadzieję,  że  nie  zrobi  się  za  ciepło.  Gdyby  tak  się  stało,  niewielki  miałby 

pożytek z sań. Musiałby objuczyć renifera i posuwałby się tak wolno, jakby sam niósł bagaże. 

Znalazł  ślady  Heino  w  dość  znacznej  odległości  od  osady.  Hannu  dotarł  znacznie 

dalej, niż można się było spodziewać. 

Knut zatrzymał renifera, by zbadać ślady z bliska. 

Dni były cieple, a noce mroźne. Spod śniegu tu i ówdzie wyłoniły się już wątłe pędy 

roślin. 

Ktoś,  kto  obrzuciłby  ślady  pobieżnym  spojrzeniem,  mógłby  uznać,  że  jechały  tędy 

sanie.  Tylko  że  nie  widać  było  żadnych  śladów  człowieka  lub  zwierzęcia,  które  ciągnęło 

sanie. Tu i ówdzie natomiast odcisnęły się ślady rąk. 

Wiosenne  słońce  powiększyło  je  wprawdzie  i  zmieniło  nie  do  poznania,  ale  ten,  kto 

wiedział czego szuka, rozpoznał je bez trudu. Knut spostrzegł kilka wgłębień w miejscach, w 

których Heino odpoczywał. 

Przez  dwa  dni  szedł  tropem  rannego.  Potem  zgubił  go,  ale  dość  szybko  znalazł 

ponownie.  Ruszył  dalej.  Pamiętał  wprawdzie,  że  obiecywał  Ailo,  iż  wróci  za  parę  dni. 

Wiedział,  że  będą  się  o  niego  martwić.  Nie  mógł  się  jednak  zatrzymać,  skoro  ślady 

prowadziły go jeszcze dalej. Simon był przecież jego przyjacielem. 

Ostatniego dnia domyślił się, dokąd doprowadzi go Heino. 

W  tym  miejscu  Heino  był  jeszcze  w  stanie  iść.  Knut  próbował  sobie  wyobrazić 

ucieczkę człowieka, który leżał teraz w łóżku Anjo. 

W końcu zdecydował się pójść na skróty. Znał przecież tę okolicę jak własną kieszeń. 

Knut  przejechał  przez  rzekę  w  miejscu,  w  którym  lód  pokrywała  jeszcze  gruba  warstwa 

ś

niegu. 

Nic się tu nie zmieniło. Serce mu zabiło mocniej, gdy ujrzał pochyłą skałę i osypisko. 

Ktoś postawił koślawy domek na brzegu jego rzeki, w cieniu jego wzgórza. 

Knut  przełknął  ślinę.  Wiedział  już,  że  nie  musi  błąkać  się  dalej  po  pustkowiu.  Choć 

może bardziej to przeczuwał, niż wiedział. 

Na dworze było wciąż tak zimno, że mieszkańcy domku nie obyliby się bez ognia. Ale 

nad koślawym domkiem zbudowanym tam, gdzie kiedyś stała jego chata, nie unosił się dym. 

Domek był opuszczony. 

Knut  ruszył  szybko  przed  siebie.  Każdy  wędrowiec  zatrzymałby  się  w  tym  miejscu. 

Wokół chylącej się ku upadkowi chaty było mnóstwo śladów. 

Knut wciągnął powietrze do płuc. Dziś nikt nie palił tu ognia. 

background image

Nogi ciążyły mu jak kłody, gdy wchodził do środka. 

Po chwili wyszedł stamtąd i osunął się na ziemię. 

Nie musiał już więcej szukać. 

background image

Knut  wyruszył  przed  czterema  dniami.  Ailo  był  niespokojny.  Knut  należał  do 

mężczyzn,  którzy  lubili  udawać  bohatera.  A  on  wolałby  nie  stać  się  przyjacielem  martwego 

bohatera. 

Heino  odzyskiwał  czasami  przytomność  na  tyle,  by  Anjo  zdołała  go  napoić.  Potem 

znów pogrążał się w malignie. 

Nie  jadł  nic  od  tygodnia.  Temperatura  nie  spadała,  ale  plecy  zaczynały  się  powoli 

goić. Wszystko trwało tak długo. 

O  innej  porze  roku  Ailo  mógłby  wykorzystać  umiejętności,  które  zdobył  dzięki 

Ravnie. Babka świetnie się znała na ziołach. Ale na razie żadne rośliny jeszcze nie wzeszły na 

łąkach,  a  on  nie  wziął  ze  sobą  suszonych  ziół.  Wybierali  się  w  tę  podróż  w  tak  wielkim 

pośpiechu. 

Ailo zapytał Anjo, czy ona nie ma przypadkiem jakichś leczniczych roślin. 

- Myślisz, że coś się u mnie znajdzie, skoro mnie oskarżali o czary? Nigdy nie znałam 

się na ziołach. Nie miałam do tego głowy. Choć taki młody człowiek jak ty na pewno w to nie 

uwierzy...  -  roześmiała  się.  -  Dziś  rzeczywiście  trudno  dać  temu  wiarę,  ale  oskarżono  mnie 

dlatego,  że  byłam  bardzo  piękna.  No  i  dlatego,  że  byłam  obca.  Wtedy,  gdy  Feldt  rządził  w 

twierdzy, było nam jeszcze gorzej niż tu w Alcie pod władzą Kjeldsena. 

-  Moim  zdaniem  wciąż  jesteś  piękna  -  wyznał  Ailo,  czym  przyprawił  Anjo  o 

rumieniec. 

Ostatnimi czasy żyło jej się jeszcze trudniej niż zwykle, choć nie narzekała. Każdego 

ranka punktualnie stawiała się w domu namiestnika. Pracowała długo, a po powrocie do domu 

czuwała przy łóżku Heino. 

Ale gdy Heino wreszcie odzyskał przytomność, akurat siedział przy nim Ailo. 

Heino oprzytomniał na tyle, że jego dłoń powędrowała natychmiast w stronę uda, gdy 

tylko zobaczył obcego. Tam zazwyczaj przypinał swój nóż. 

Teraz leżał jednak bezbronny i nagi pod poplamionym wełnianym kocem. 

- Kim jesteś? Gdy się odezwał, popękała mu skóra na wargach, a głos zabrzmiał tak, 

jakby należał do kogoś innego. W ustach mu zaschło, język wprost kleił się do podniebienia. 

-  Jestem  szwagrem  Simona  -  powiedział  Ailo  spokojnie,  nie  wstając  z  miejsca.  - 

Nazywam się Ailo. Siedziałem tu przez cały czas, od kiedy cię znaleźliśmy. 

background image

Heino  długo  przeżuwał  słowa  Ailo  i  przyglądał  mu  się  podejrzliwie.  Poruszył  się 

ostrożnie, krzywiąc twarz z bólu. 

- Mogę usiąść? - zapytał, zagryzając zęby. 

- Na twoim miejscu bym nie ryzykował - ostrzegł  go Ailo. - Na plecach w ogóle nie 

masz skóry. Trzeba przyznać, że wyglądasz kiepsko. 

Heino  znów  położył  głowę  na  posłaniu,  a  z  bezsilności,  wściekłości  i  bólu  mocno 

zacisnął dłonie na krawędzi łóżka. 

- Bicz - rzucił krótko. - Używanie czegoś takiego powinno być zakazane. 

Poprosił o wodę. 

Dopiero wtedy Ailo wstał. W spojrzeniu, którym chory śledził każdy jego ruch, wciąż 

czaiła się podejrzliwość. Ailo zadbał o to, by Heino widział go przez cały czas. 

Podał rannemu kubek, a gdy upewnił się, że Heino zdoła go utrzymać, odsunął się na 

bok.  Chory  wylał  parę  kropel,  ale  resztę  wody  wypił  łapczywie.  Co  najważniejsze, zrobił  to 

samodzielnie. 

Pusty kubek spadł na podłogę i potoczył się pod stół. Żaden z nich się jednak tym nie 

przejął. 

-  Anjo?  -  zapytał  Heino  szeptem.  Ailo  odparł,  że  Anjo  pewnie  wciąż  jest  w  kuchni 

namiestnika. Heino skinął głową, jakby dopiero teraz dotarło do niego, że powinna tam być. - 

Od dawna tu jestem? 

- Prawie tydzień - wyjaśnił mu Ailo. - Dokładnie pięć dni. 

Heino leżał z zamkniętymi oczami. 

- Simon nie żyje - oświadczył. 

Ailo  się  nie  zdziwił,  był  na  to  przygotowany,  ale  mimo  wszystko  coś  go  zakłuło  w 

piersiach. 

Miał przed oczami twarz Mai. Mai, a nie Simona. Nie pamiętał, jak wyglądał Simon. 

-  Wszystko  przez  to  diabelskie  złoto  -  jęknął  Heino.  -  Nie  pisnął  nawet  słówkiem  o 

tym diabelskim zlocie! I wszystko przepadło... 

Heino  jeszcze  mocniej  zacisnął  dłonie  na  krawędzi  łóżka.  Dławił  go  potężny  gniew, 

który nie mógł znaleźć ujścia i rozsadzał go od środka. 

-  Wiemy,  po  co  tam  poszliście  -  Ailo  dal  mu  do  zrozumienia,  że  może  mówić 

swobodnie. 

-  Jeszcze  wody!  -  poprosił  Heino.  Ailo  podał  mu  kubek.  Każdy  najmniejszy  ruch 

stanowił nie lada przedsięwzięcie. Nawet uniesienie głowy przyprawiało go o nieznośny ból. 

background image

- Zastawiliśmy na niego pułapkę... - Heino mówił bardzo cicho, czasem zniżał głos do 

szeptu.  Zaciskał  palce  na  sienniku,  a  gdy  wspomnienia  były  zbyt  bolesne,  przebijał 

paznokciami  wytartą  powłokę  i  wygrzebywał  suchą  turzycę.  -  Chcieliśmy  go  skusić  tym,  że 

można zdobyć więcej złota. Ale Simon miał złoto w plecaku. Licho wie skąd. Nic mi o tym 

nie powiedział. Jemu też nie. A on pomyślał sobie, że go zdradziliśmy... 

Ailo nie miał wątpliwości co do tego, że owym „onym” był Feldt. 

-  Bili  nas  pięściami  i  pałkami.  Nie  wszystko  zresztą  pamiętam.  Chyba  zemdlałem. 

Zdaje się, że związali mnie przed biciem. A potem on wyciągnął ten diabelski bicz... Simon 

nawet  nie  otworzył  ust.  Nie  usłyszałem  ani  jednego  jęknięcia.  To  było  najstraszliwsze...  W 

końcu powiedziałem, że schowaliśmy to złoto, żeby go oszukać. Tylko po to, żeby wreszcie 

przestał. 

Heino  zamilkł.  Całe  jego  ciało  ogarnęło  drżenie.  Ailo  widział,  że  mówienie  jest  dla 

rannego zbyt wielkim wysiłkiem. Heino spływał potem. 

-  Błagałem  go,  żeby  przestał...  -  ciągnął  jeszcze  ciszej.  -  Błagałem,  ale  on  się  tylko 

ś

miał. Śmiał się! Simon nie żyje. 

Nie chciał więcej mówić. Ailo nie nalegał. Na pewno kiedyś opowie o wszystkim sam. 

Nie ma pośpiechu, skoro Simon nie żyje. Heino długo jeszcze poleży na łóżku Anjo. 

-  Wymknął  się  nam  ten  drań  -  jęknął  Heino.  -  Tym  razem  się  wymknął,  ale  ja  go 

jeszcze dopadnę, choćby miała to być ostatnia rzecz, jaką zrobię w moim życiu. 

Ailo poprzysiągł po cichu to samo. 

Po  chwili  zjawiła  się  Anjo.  Pełna  ciepła  i  miłości  kobieta,  której  Heino  ufał 

bezgranicznie. Pociągnęła nosem, gdy zobaczyła, że chory odzyskał przytomność. 

- Długo czekaliśmy na ciebie - uśmiechnęła się i odgarnęła niesforną grzywkę z jego 

czoła. 

- Jeśli ktoś zasługuje na śmierć - szepnął z trudem Heino - to jest to z pewnością ten 

człowiek. 

Anjo pokiwała głową. 

- Nie próbowali mnie zatrzymać. - Heino dobrowolnie podjął opowieść. Anjo trzymała 

jego wielkie dłonie w swoich rękach, jakby chciała oddać mu swoją siłę. - Uciekłem, a oni nie 

zrobili  nic,  żeby  mnie  zatrzymać.  Pozwolili  mi  odejść,  ale  ja  przez  cały  czas  straszliwie  się 

bałem. Myślałem, że to tylko taka gra, że lada moment mnie dogonią. Nie mam pojęcia, jak 

długo szedłem. Ale trwało to bardzo długo. Simon pewnie nie żyje... 

- Żył, kiedy odchodziłeś? - wtrąciła się Anjo ostrożnie. Heino pokiwał głową. 

background image

- Ten zapach krwi, Anjo... Wszystko podchodziło mi do gardła. Nie widok, ale zapach 

był najgorszy. Nie miałem pojęcia, że to takie okropne. Ty dobrze o tym wiesz, prawda? 

Anjo  znów  potwierdziła.  Jej  twarz  poszarzała.  Ailo  pomyślał,  że  pewnie  broni  się 

przed  strasznymi  wspomnieniami.  Anjo  była  silna,  ale  nawet  ona  musiała  uciekać  przed 

wspomnieniami, by jakoś sprostać codziennym obowiązkom. 

-  On  to  potrafi  robić...  -  Heino  znów  podjął  opowieść,  używając  słów,  które  tylko 

dotykały istoty rzeczy, nie wydobywając jej na światło dzienne, nie nazywając jej po imieniu. 

-  Potrafił  doprowadzić  torturowanego  do  samej  granicy  wytrzymałości  i  tam  się  zatrzymać. 

Pamiętał  o  tym,  by  przerwać,  zanim  nieszczęśnik  straci  przytomność.  Tamci  dwaj  bili 

zwyczajnie, oni po prostu lubią to robić. A on był zimny i cholernie wyrafinowany. Przerywał 

za  każdym  razem,  gdy  byłem  bliski  omdlenia.  I  czekał,  aż  dojdę  do  siebie,  żeby  zacząć 

wszystko jeszcze raz... 

- Taki właśnie jest Hans Fredrik Feldt! - Anjo bez trudu rozpoznała człowieka, którego 

nienawidziła najbardziej na świecie. - Nie przypiekał was? - zapytała. 

-  Nie...  Myślałem,  że  on  potrafi  posługiwać  się  tylko  nożem.  Szkoda,  że  cię  nie 

posłuchałem,  Anjo...  On  nie  zabija...  -  W  oczach  Heino  pojawił  się  wyraz  całkowitej 

bezsilności. - Dlatego pozwolił mi odejść. Powiedział Mojżeszowi i Benjaminowi, że musimy 

to przeżyć... 

- Co zrobił z Simonem, Heino? 

-  Simon  nic  nie  powiedział.  Nie  powiedział  ani  słowa.  Nie  krzyczał,  choć  bił  go 

znacznie brutalniej niż mnie. Nie wiem, jak mógł to przetrzymać. A Feldt wrzeszczał, że albo 

wydusi  z  niego  wszystko  tu  i  teraz,  albo  Simon  już  nigdy  nie  powie  ani  słowa...  -  Heino 

przełknął ślinę. Poprosił o wodę. Podali mu kubek, ale on nie mógł wypić ani kropli. - I nie 

ż

artował.  Ale  nie  zabił  Simona.  Powinienem  był  tam  zostać.  Oni  na  pewno  sobie  poszli  i 

porzucili  go.  Ale  ja  się  bałem  o  swoje  życie,  o  swoje  przeklęte  życie.  Wydawało  mi  się,  że 

zdążę sprowadzić kogoś, żeby go uratować. 

-  Co  zrobił  Feldt?  -  Anjo  nie  bała  się  zapytać  wprost.  -  Wiem,  że  trudno  ci  o  tym 

myśleć,  Heino.  Rozumiem.  Zdaję  sobie  przecież  sprawę,  do  czego  jest  zdolny  ten  człowiek. 

Ale musimy się wszystkiego dowiedzieć. Niewykluczone, że niebezpieczeństwo grozi jeszcze 

jednej osobie. Komuś, kto szuka teraz Simona. 

- Kto to jest? 

- Nie znasz go. To ktoś z rodziny. 

background image

- Ktoś, kto przyszedł tu razem z tobą? - Heino spojrzał na Ailo. Ailo przytaknął. Nie 

mógł  patrzeć,  jak  Heino  się  męczy,  starając  się  odsunąć  od  siebie  obraz,  który  najwyraźniej 

przez cały czas stawał mu przed oczami. 

- To było straszne. - Heino zaciskał powieki, ale obraz nie znikał. 

Leżał  wtedy  na  brzuchu,  tak  samo  jak  teraz.  W  ustach  miał  smak  krwi.  Zapach  krwi 

wisiał w powietrzu. A przed jego oczami przesuwały się ciężkie cienie. Nie widział ich zbyt 

dobrze. Nie słyszał też najlepiej, bo jeden z oprawców uderzył go w ucho. 

Feldt  stał  nad  Simonem,  nad  którym  przez  całą  wieczność  znęcali  się  Mojżesz  i 

Benjamin.  Twarz  kapitana  poczerwieniała  z  gniewu.  Złoto  leżało  koło  paleniska,  w  którym 

bez przerwy płonął ogień. Podsycali go nieustannie. 

Potrzebowali światła, które dawały płomienie. 

Simon milczał. 

Nie  stracił  przytomności.  Heino  spostrzegł,  że  na  jego  twarzy  pojawił  się  cień 

uśmiechu, i z przerażeniem pomyślał, że już zdołali odebrać mu rozum. 

Feldt lodowatym głosem polecił Simonowi opowiedzieć o zdradzie, o planach... 

-  Mów  własnymi  słowami!  -  zażądał.  -  Nie  spiesz  się.  Mamy  czas.  Chcę  usłyszeć 

prawdę. Potrafię ją z ciebie wydobyć. Nie jesteś pierwszym, który próbuje mi się sprzeciwić 

Skąd  wziąłeś  złoto?  Jak  chcieliście  mnie  oszukać?  Czy  ty  to  wymyśliłeś?  A  może  Hans? 

Namówił cię? Może wymyśliliście to razem? A może ktoś wam to podsunął? 

Simon milczał. 

Heino zacisnął powieki, tak samo jak wtedy. Wciąż jednak czuł okropny zapach krwi. 

I słyszał świst bicza, uderzającego pozbawione właściwie skóry ciało Simona. 

Razy trafiające w żywe mięso i świst bicza w powietrza.. 

Nawet Mojżesz i Benjamin tego nie wytrzymali i wyszli. 

Feldt powtórzył swoje pytania. Tym samym lodowatym głosem. Te same pytania. 

Simon  milczał.  Nawet  nie  krzyknął.  Nie  reagował  na  nic.  Patrzył  tylko  na  Feldta 

szeroko otwartymi oczami. Z lekko uniesionym w uśmiechu kącikiem ust. Chyba ten uśmiech 

bardziej niż milczenie doprowadził w końcu Feldta do białej gorączki. 

Heino nie potrafił zapomnieć brzmienia głosu kapitana. Pamiętał, że sam uchylił nieco 

powieki i uniósł się na kolanach. Potem podniósł się, podpierając się cały czas o ścianę. I stał, 

chwiejąc się na nogach. 

Zobaczył błysk noża i ostrzegł Simona. 

background image

-  Nóż,  Simon.  Na  miłość  boską,  powiedz  coś!  Cokolwiek!  Powiedz,  że  zabraliśmy 

złoto,  że  go  zdradziliśmy!  Nóż,  nóż...  -  Ale  Simon  milczał  i  uniósł  w  uśmiechu  drugi  kącik 

ust. 

Heino próbował obudzić ludzkie uczucia w Feldcie. Miał nadzieję, że ten potwór ma 

w sobie coś z człowieka. 

Teraz wiedział już, że się mylił. 

-  Schowaliśmy  złoto.  Ja  je  tam  schowałem.  Chcieliśmy  cię  oszukać.  To  było 

idiotyczne, ale przecież jesteśmy żółtodziobami. Warto było spróbować. Sam zrobiłbyś to sa-

mo. Zlituj się nad nim, na miłość boską, zlituj się nad nim! Nie rób tego! Ja też w tym brałem 

udział. To także moja wina. Simon, powiedz coś, do diabła, powiedz coś! 

Głos Feldta zabrzmiał bardzo wyraźnie: 

- No cóż, skoro nie chcesz mówić, kiedy ktoś ciebie o to prosi, to widocznie w ogóle 

nie musisz mówić. A więc nie powiesz już ani słowa do końca życia. 

W  świetle  płomieni  ostrze  noża  błysnęło  czerwono.  To  był  wielki  nóż  z  wielkim 

ostrzem.  Rękojeść  miał  z  najrzadszego  drewna,  jakie  można  dostać  w  Europie.  Czy  może 

raczej z najlepszego? Heino nie pamiętał już przechwałek Feldta. 

Pamiętał  natomiast  doskonale  swój  własny  krzyk.  Kątem  oka  spostrzegł  Benjamina. 

Potem, chwiejąc się, wybiegł z izby. Krzyk Simona wypełnił całe nocne niebo. Wtórował mu 

ś

miech Feldta. 

Najpierw biegł. Ciągle słyszał bicie własnego serca i krzyk Simona, który już dawno 

ucichł. Czuł zapach krwi, choć otaczała go tylko przyroda. 

Noc była dość ciepła. Heino biegł, potem szedł, potem pełzł. 

A w jego uszach przez cały czas brzmiał krzyk Simona. 

Heino opowiedział im o wszystkim. Nie pominął nawet najstraszliwszych szczegółów. 

Odtworzył wszystko tak by ujrzeli to samo, co on przez cały czas miał przeć oczami. 

W końcu wydusił z siebie: 

-  On  uciął  Simonowi  język.  Ailo  wybiegł  na  dwór.  Wymiotował  tak  długo,  że 

wszystkie  wnętrzności  się  w  nim  skręciły.  Później  wdychał  chłodne,  wieczorne  powietrze  i 

wydawało mu się, że czuje zapach krwi. Heino opisał wszystko aż za bardzo wyraziście. Ailo 

zaczął modlić się bezgłośnie. Niebo było zachmurzone. Oby tylko nic się nie stało Knutowi. 

To nic, że Knut nie dotrzymuje słowa. Oby mu się tylko nic nie stało. 

Ailo wrócił do izby nieco zawstydzony. Nie zachował się jak mężczyzna. Może gdyby 

miał lepszy żołądek... 

background image

Anjo siedziała nieporuszona. Chłodziła rozpaloną twarz chorego letnią wodą. Mówiła 

do niego łagodnie. Spojrzała na Ailo z pełnym zrozumieniem, dodając mu otuchy. 

-  To  było  straszne  -  powiedziała.  -  Znam  tego  człowieka.  On  jest  zdolny  do 

najpotworniejszych rzeczy. 

Heino  zdołał  coś  przełknąć  dopiero  następnego  dnia.  Cieniutki  krupnik  z  paroma 

kawałkami mięsa natychmiast wylądował na podłodze. Heino zaklął pod nosem. 

Potem  poprzysiągł,  że  wróci  do  zdrowia.  Przynajmniej  po  to,  żeby  zobaczyć,  jak 

umiera Hans Fredrik Feldt. 

Minęło  już  osiem  dni  od  czasu,  gdy  Knut  wyjechał  na  poszukiwanie  Simona.  Ailo 

miał  ochotę  ruszyć  jego  śladem.  Dręczył  go  niepokój.  Niepokój,  który  spotęgowała  jeszcze 

opowieść Heino. 

Hannu go powstrzymywał. 

-  Znam  tę  okolicę.  Nie  ma  tu  wielu  miejsc,  w  których  można  by  się  zatrzymać  i 

schronić przed wiatrem. Z tego, co mówi Heino, Feldt zatrzymał się pod wzgórzem Knuta. Na 

piechotę  idzie  się  tam  cały  tydzień.  Co  najmniej.  Zaprzęgiem  jedzie  się  niewiele  krócej. 

Pogoda się przecież popsuła. Nie wiadomo, jakie warunki panują na płaskowyżu. 

Heino odzyskał trochę sił i śledził ich rozmowy. Dostrzegał już coś więcej niż własny 

ból. 

- Wzgórze Knuta? - zapytał podejrzliwie. 

-  Złoto  musi  przecież  skądś  pochodzić,  prawda?  -  Hannu  był  niemal  tak  samo 

zmęczony  jak  Anjo.  Nie  dźwigał  wprawdzie  na  swoich  barkach  tak  wielkiej 

odpowiedzialności, ale nie miał czasu na odpoczynek i sen. - Knut, szwagier Simona, znalazł

 

złoto. I choć może brzmi to bardzo dziwnie, znalazł je dokładnie tam, gdzie Feldt rozbił obóz 

Feldt spał na złocie. Los bywa złośliwy. Bardzo złośliwy. Heino roześmiał się głośno. Przydał 

mu się ten mały triumf pośród wszystkich nieszczęść i bólu. 

-  Lubiłem  Simona  -  przyznał.  -  Lubiłem  go,  choć  nic  mi  nie  powiedział  o  tym 

przeklętym złocie. 

Ailo wyjaśnił mu tę zagadkę. 

- Knut posłał do domu trochę złota przez mojego wuja. Dla swoich sióstr. Simon miał 

najprawdopodobniej przy sobie złoto Mai. 

-  Odszedł  od  żony  -  wtrącił  Heino.  -  Przepraszam.  Czy  to  twoja  siostra?  Ty  i  Knut 

jesteście braćmi? 

background image

-  W  pewnym  sensie.  -  Twarz  Ailo  przybrała  dziwny  wyraz.  Przy  odrobinie  fantazji 

można  by  doszukać  się  w  niej  uśmiechu.  -  Maja  jest  naszą  wspólną  siostrą.  Mój  ojciec  był 

także jej ojcem. A matka Knuta była jej matką. Pochodzimy z bardzo dziwnej rodziny. 

-  Simon  twierdził,  że  od  niej  odszedł,  ale  sądzę,  że  wciąż  ją  kochał.  Jeśli  to  jest  dla 

ciebie jakieś pocieszenie. Z tego, co zrozumiałem, to ona go już nie chciała. 

Ailo  wcale  się  nie  zdziwił.  Maja  nigdy  nie  darzyła  Simona  zbyt  ciepłym  uczuciem. 

Zdaje się, że miała nadzieję, że jej mąż już nie wróci z więzienia. 

Wątpił  jednak,  by  znalazła  sobie  innego.  To  nie  w  jej  stylu.  Maja  była  lojalna  do 

końca. Ale jej uczucia wobec Simona ochłodły. 

-  Wydaje  mi  się,  że  on  chciał  umrzeć  -  dodał  Heino.  Ailo  popatrzył  w  jego  ciemne 

oczy.  Czoło  chorego  błyszczało  od  potu,  a  jego  policzki  wciąż  były  zaczerwienione  od 

gorączki. 

Heino miał pewnie rację. 

-  Kobiety  z  rodziny  Mai  mają  dziwny  wpływ  na  mężczyzn  -  zadumał  się  Ailo.  - 

Mężczyźni kochają je bez pamięci i umierają dla nich. 

- Żadna kobieta nie jest tego warta. Ailo nic nie odpowiedział. 

Knut  dotarł  do  osady  dziesiątego  dnia.  Renifer,  który  ciągnął  sanie,  był  równie 

wycieńczony jak idący obok mężczyzna. 

Knut szedł całą drogę. 

Na  sanie  załadował  ciało  Simona.  Simon  był  przecież  jego  przyjacielem  i  nie 

powinien leżeć w niepoświęconej ziemi. 

Maja  zaś  była  jego  siostrą.  Powinna  dostać  dokument,  który  zaświadczy,  że  jest 

wdową. 

Ludzie zebrali się wokół Knuta, ale jego zaniedbany wygląd odstręczał ich na tyle, że 

nie  podeszli  zbyt  blisko.  Ten  człowiek  miał  coś  dziwnego  w  oczach.  Rzadko  się  spotyka 

młodych mężczyzn o tak hardym spojrzeniu. 

Ż

aden  z  gapiów  go  nie  poznał.  Nikt  by  nie  powiedział,  że  ten  obdartus  o  ziejącym 

nienawiścią  spojrzeniu  ma  coś  wspólnego  z  sympatycznym  młodzieńcem,  który  mieszkał  u 

Hannu w ubiegłym roku. 

Włóczęga był obcy, może nawet niebezpieczny. 

Zatrzymał się i spojrzał na zebranych. Nie rozumiał, skąd to zamieszanie. 

-  Macie  tu  pastora?  -  zapytał  dziwnym  głosem.  W  ciągu  kilku  ostatnich  dni  mógł 

rozmawiać tylko sam z sobą. Więcej płakał, niż rozmawiał. 

background image

Ludzie pokiwali  głowami. Ktoś chciał mu pokazać drogę. Jakby Knut jej nie znał na 

pamięć! 

Pociągnął za wodze, by renifer poszedł za nim. 

Gdy przechodził przez zbiegowisko, ludzie poczuli zapach trupa. 

Ktoś pobiegł po lensmana. 

Dogonili Knuta, gdy stał już przed plebanią. Zatrzymał się przed głównym wejściem. 

Przysiągł kiedyś, że nie wejdzie do tego domu tylnymi drzwiami. 

Tym  razem  jednak  w  ogóle  nie  mógł  tam  wejść.  Lensman  zagrodził  mu  drogę  i 

zainteresował się saniami. 

Knut  nie  wyglądał  na  Lapończyka.  Lensman  nie  mógł  zrozumieć,  skąd  wobec  tego 

wziął zaprzęg z reniferem. 

- Co wieziesz na tych saniach? Knut popatrzył na niego ponuro. Nie wiedział, kim jest 

ten człowiek. 

Co ma w saniach? 

Lensman podszedł do podejrzanego, manifestując swój autorytet przed mieszkańcami 

osady. Uniósł skóry przykrywające ładunek. 

Zapach  rozkładającego  się  trupa  uderzył  zebranych  w  nozdrza.  Stojący  najbliżej 

cofnęli  się  odruchowo.  Nawet  lensman.  Przedstawiciel  władzy  spojrzał  na  Knuta 

przymrużonymi oczami. 

Przybysz był tak zaniedbany, że mógłby być przestępcą, choć na takiego nie wyglądał. 

- Chyba musisz się wytłumaczyć. 

Knut nie ruszył się z miejsca. Zmęczenie niemal ścinało go z nóg. Ostatnie doby były 

dla  niego  bardzo  trudne.  Zrobiło  się  za  ciepło.  Śnieg  stopniał.  Najwyższy  czas  pochować 

Simona. 

- Kim jest ten... trup, którego wieziesz na saniach? - Lensman chciał zapytać „kim jest 

ten człowiek”, ale w ostatniej chwili zaczai wątpić, czy to rzeczywiście był człowiek. Głowa, 

którą  ujrzał  przez  moment,  była  tak  zniekształcona,  że  można  było  mieć  wątpliwości. 

Zwłaszcza że ciało zaczęło się już rozkładać. - Zabiłeś go? Knut pokręcił głową. 

-  Na  miłość  boską  -  zdenerwował  się  -  trzeba  go  czym  prędzej  pochować.  Zaczyna 

gnić.  Nazywa  się  Simon  Arturson  Bakken.  Jest  moim  szwagrem.  Trzeba  go  pochować  w 

poświęconej ziemi... 

Lensman  wolał  się  nie  wypowiadać  na  ten  temat.  Nie  był  wcale  pewien,  czy  ciało 

leżące na saniach zasługuje na spoczynek w poświęconej ziemi... 

- Zapłacę - szepnął Knut. Musiał oprzeć się o renifera, by utrzymać się na nogach. 

background image

- Obawiam się, że raczej pójdziesz ze mną - oświadczył lensman i wyciągnął rękę, by 

chwycić Knuta za ramię. 

Ailo zrobił to jednak pierwszy. To Jussi zauważył nadchodzącego Knuta. Ailo i Hannu 

zjawili się w samą porę. Ailo podtrzymał przyjaciela. Hannu pospieszył z wyjaśnieniem. 

- Knut szukał Simona przez cały tydzień. Simon zaginął podczas polowania. 

Hannu zerknął na sanie. Zagryzł zęby i czym prędzej zasłonił ciało skórami. 

-  Musiał  się  natknąć  na  jakąś  bandę.  Knut  jest  jego  szwagrem.  Byli  prawie  braćmi. 

Knut  nie  mógłby  nikogo  zabić.  Znam  go,  bo  mieszkał  u  mnie.  -  Hannu  zdecydował  się 

wyciągnąć ostatnią kartę, którą miał w zanadrzu. - To on znalazł córkę starego pastora, gdy... 

zginęła tak nieszczęśliwie. 

Lensman popatrzył na Knuta. Wydało mu się, że zaczyna poznawać tę twarz. 

Swego czasu krążyły różne plotki o mężczyźnie, który znalazł ciało córki pastora. 

- Jeśli rzeczywiście za niego ręczysz... Hannu skwapliwie przytaknął. 

- Oczywiście. Lensman może mnie wsadzić do paki, jeśli Knut zrobi coś złego. 

- A co z trupem? 

Hannu próbował nie wciągać powietrza nosem. 

- Trzeba go pochować. 

-  Pochowamy  go  w  kościele  -  oprzytomniał  Knut,  podtrzymywany  przez  Ailo.  - 

Zapłacę za to, by się znalazło dla niego miejsce koło ołtarza. 

Lensman spojrzał na niego zdumiony. 

-  Zapłacę  -  powtórzył  Knut.  Hannu  zaczął  się  obawiać,  by  przyjaciel  nie  powiedział 

nic na temat złota. 

- Chcesz porozmawiać z pastorem? W takim razie najlepiej będzie, jeśli się najpierw 

wymyjesz i prześpisz - doradził Knutowi. 

Lensman najwyraźniej podzielał jego zdanie. 

- On może zapłacić? - zdziwił się na odchodnym. - Żeby pochować... to w kościele? 

- Chyba tak - odparł Hannu. 

Pastor i lensman znaleźli jednak powód, który to uniemożliwił. 

Simon Arturson Bakken nie spoczął pod ołtarzem. Pastor i lensman doszli do wniosku, 

ż

e trupa w takim rozkładzie lepiej pochować na zewnątrz. 

Zwyczajni ludzie musieli się pogodzić z tym wyjaśnieniem. 

Nawet jeśli byli w stanie zapłacić za pogrzeb. 

background image

Knut  zasnął  w  saunie.  Hannu  rozpalił  ogień,  mimo  że  nie  było  to  żadne  święto.  W 

samą porę wszedł tam razem z Ailo, żeby wyciągnąć stamtąd śpiącego. Potem zanieśli Knuta 

na łóżko Hannu, gdzie spał przez bite dwie doby. 

Knut  nie  uczestniczył  w  przyspieszonym  pogrzebie  Simona.  Hannu  uznał,  że  to  nie 

takie  ważne,  przecież  rodzinę  reprezentował  Ailo.  Zresztą  dla  Simona  nie  miało  to  już  i  tak 

ż

adnego znaczenia. 

„W  tym  samym  czasie  Heino  zdołał  wstać  z  łóżka.  Od  Jussiego,  który  był  potężnie 

zbudowanym mężczyzną, pożyczył koszulę - wystarczająco szeroką, by nie przyklejać się do 

zmasakrowanych  pleców  Heino.  Wcześniej  Anjo  postanowiła  usunąć  bandaże  i  opatrunki. 

Kazała Heino zagryźć zęby i cierpieć w milczeniu podczas tej operacji. 

Heino  z  niecierpliwością  czekał  na  spotkanie  z  Knutem.  Nie  tylko  dlatego,  że  ten 

przybysz  znalazł  złoto,  ale  również  dlatego,  iż  przywożąc  ciało  Simona  udowodnił,  że  jest 

prawdziwym mężczyzną. 

Gdy się wreszcie spotkali, długo patrzyli na siebie. Knut miał tę przewagę, że widział 

Heino już wcześniej. Musiał jednak przyznać, że Heino prezentował się teraz znacznie lepiej 

niż wówczas, gdy leżał nieprzytomny i bredził w malignie. 

Heino  przewyższał  Knuta  wzrostem  i  był  potężnie  zbudowany.  Ciemna  czupryna  z 

niesforną grzywką jakby nie do końca pasowała do jego sylwetki. 

Knut  nie  mógł  się  oprzeć  wrażeniu,  że  Heino  mu  kogoś  przypomina.  Już  przedtem 

miał takie poczucie, ale teraz, gdy spojrzał w brązowe oczy pod prostymi, gęstymi brwiami, 

nabrał pewności. Wiedział jednak, że nigdy nie spotkał Heino. 

-  Zachowałeś  się  odważnie  -  pochwalił  Knuta  Heino,  potrząsając  jego  dłonią.  Knut 

uśmiechnął się nieznacznie. Ailo opowiedział mu już historię nowego znajomego. 

-  Nie  mogłeś  go  uratować  -  zapewnił  go  Knut.  -  Był  straszliwie  skatowany.  Stracił 

przytomność i wykrwawił się na śmierć. Albo udusił się własną krwią. 

- Nie od razu - wtrącił Heino. - Długo słyszałem jego krzyk. 

Knut nic nie odpowiedział. Gdy odnalazł Simona, twarz zmarłego była zniekształcona 

nie  do  poznania.  Musiała  wyglądać  strasznie,  jeszcze  zanim  robactwo  i  rosnąca  temperatura 

dokończyły dzieła. Z pewnością nie umarł spokojny. 

Zakrwawione  ręce  świadczyły  o  tym,  że  usiłował  zatamować  krwotok,  zanim 

zrozumiał, że to niemożliwe. Simon nie potrafił czytać ani pisać. Znał jednak niektóre litery. 

background image

Na jednym z kamieni paleniska narysował swoją własną krwią nieduże „M”. 

Knut wspomniał o tym tylko Ailo i nie był pewien, czy powie o tym Mai. Heino nie 

musi o tym wiedzieć. 

- Znalazłem ich ślady - rzekł, próbując rozszyfrować wyraz twarzy Heino. Nie było to 

łatwe, bo choć opuchlizna zaczęła powoli ustępować, siniaki wciąż były wyraźne. 

Heino pochylił się do przodu i mocno zacisnął pięści. 

- Skoro nie mogą się pokazać wśród ludzi, ale muszą się trzymać blisko osad, to chyba 

się domyślam, dokąd pojechali. 

- Na północ? - upewnił się Heino drżącym ze zdenerwowania głosem. 

Knut skinął głową. 

- Zaczekasz, aż moje plecy się zagoją? 

-  Simon  był  moim  przyjacielem  i  mężem  mojej  siostry.  Nie  pozwolę,  żeby  uszli 

sprawiedliwości. 

- Feldt zabił mojego ojca. - Twarz Heino pociemniała. -  A poza tym  chodzi tu o coś 

więcej niż nasze zranione uczucia. Gdy  go schwytamy, zrobimy porządek z innym draniem, 

przez którego cierpi mnóstwo ludzi. 

Obaj  doskonale  rozumieli,  jak  ważnym  zadaniem  jest  pozbycie  się  namiestnika,  ale 

teraz zeszło ono na dalszy plan. Nawet dla Heino. 

-  Idę z wami - wtrącił się Ailo. - Nie powinniśmy  się tak spieszyć, niech się poczuje 

bezpiecznie. - Ailo spojrzał na Heino. - On zabił także mojego ojca. 

Anjo  słuchała  ich  rozmowy.  Rozmowy  trzech  młodych  mężczyzn,  którym  się 

wydawało, że znają życie, choć przecież tak mało wiedzieli o złu, o bólu. 

- Musicie zabrać mnie ze sobą - wtrąciła. - Ja jedna znam Feldta. Pamiętajcie, że wcale 

nie jesteśmy pewni, że Albert i Feldt to ta sama osoba. 

- Ależ jesteśmy! - zaprotestował Heino. Anjo pokręciła głową. 

- Wcale nie. Wszystko wskazuje na to, że to on. Nie wyobrażam sobie, by mogło być 

inaczej.  To  prawie  niemożliwe.  Ale  musimy  być  całkiem  pewni.  Przede  wszystkim  dlatego, 

ż

e jesteśmy tu obcy, a on jest Norwegiem. Swego czasu piastował nawet ważne stanowisko. 

Niewykluczone, że wciąż ma jakichś przyjaciół. A nawet jeśli nie są już jego przyjaciółmi, to 

mogą chcieć go wesprzeć. Ze źle rozumianego poczucia obowiązku czy lojalności, nieważne 

zresztą,  dlaczego...  -  Anjo  wzięła  głęboki  oddech,  pierś  jej  uniosła  się  i  opadła.  -  Wcale  nie 

mam ochoty na to spotkanie. Ale tylko ja mogę potwierdzić, że to na pewno on. Założę się, że 

Feldt nie zbliży się z własnej woli do Alty. Ale Anjo go dobrze zna. A jeśli mamy odrobinę 

szczęścia, to okaże się, że Feldt pamięta także Anjo. 

background image

- To nie będzie żadna wycieczka - przestrzegł ją Knut. Nie potrafił sobie wyobrazić tej 

kobiety  w  wędrówce  przez  płaskowyż.  -  Nie  możemy  zamartwiać  się  o  ciebie,  dość  mamy 

innych problemów. 

- Sama potrafię się o siebie zatroszczyć - zapewniła. 

- To prawda - poparł ją Heino, choć w gruncie rzeczy podzielał zdanie Knuta. - Ale to 

może być dla ciebie niebezpieczne. 

-  Niebezpieczne?  -  prychnęła  Anjo.  By  przerwać  jałową  dyskusję,  rozpięła  bluzkę  i 

gorsecik. 

Zmieszani  mężczyźni  odwrócili  wzrok.  Anjo  uniosła  bieliznę,  obnażając  krwiście 

czerwoną pierś. 

-  Nie  jesteście  chyba  aż  takimi  mięczakami,  że  boicie  się  spojrzeć?  -  huknęła.  -  Nie 

zamierzam  was  uwodzić,  szczeniaki!  Pokazuję  wam  tylko,  co  ten  człowiek  ze  mną  zrobił. 

Ż

ebyście  zrozumieli,  jak  bardzo  go  nienawidzę.  Żebyście  się  dowiedzieli  czegoś  o  bólu, 

zwłaszcza o tym, który długo, długo trawi człowieka od wewnątrz. Żebyście zrozumieli, że ja 

już się niczego nie przestraszę. W każdym razie nie tak jak wtedy, kiedy byłam dziewczyną. 

Nie lękam się żadnych niebezpieczeństw. Chcę zobaczyć jego upadek. Będę się śmiać i pluć 

mu w twarz. Chcę przy tym być, żeby mu splunąć w twarz. Popatrzcie na mnie! Popatrzcie i 

zrozumcie choć cząstkę mego bólu! 

Spojrzeli. 

Trzy  pary  oczu  zwróciły  się  w  stronę  Anjo,  która  drżącymi  dłońmi  odkrywała  swoje 

ciało. 

Knut  przełknął  ślinę.  W  uszach  mu  szumiało.  Dostał  właśnie  odpowiedź  na  pytania, 

które chciał zadać Anjo, i zrozumiał, że już ich nie zada. 

Piersi i mostek były pokryte strasznymi bliznami po oparzeniach i razach bicza. 

Blizny układały się w krzyż pokrywający cały jej tułów od pasa w górę. 

Najbardziej przerażająco wyglądały piersi pozbawione brodawek sutkowych. 

-  Już  wtedy  znakomicie  posługiwał  się  nożem  -  rzekła  Anjo  twardym  głosem.  -  I 

uwielbiał przykładać rozżarzone żelazo do ciał. Ubóstwiał zabawę z biczem. Gdybyście mogli 

usłyszeć  jego  głos  podczas  tej  zabawy...  Był  taki  wulgarny...  pełen  pogardy...  i 

samozadowolenia. 

Zapięła bluzkę. 

Ż

aden z nich nie śmiał spojrzeć jej w oczy. 

- Pójdziesz z nami - powiedział w końcu Heino. - Potrafisz troszczyć się o siebie. Nie 

będziemy cię traktować w sposób szczególny. 

background image

Ailo i Knut przytaknęli. 

Po  paru  tygodniach  na  plecach  Heino  pojawiła  się  cieniutka  warstewka  skóry.  Jego 

ciało odzyskało naturalną barwę, a mięśnie dawną sprężystość. 

Ailo  i  Knut  zamieszkali  u  Hannu  i  Jussiego.  Ludzie  byli  przyzwyczajeni,  że  bracia 

Kemijarvi  często  gościli  pod  swoim  dachem  różnych  Finów.  Goście  przejęli  część 

obowiązków gospodarzy. Łowili ryby, zastawiali sidła, pomagali rąbać drewno. 

Heino zazdrościł im takiego życia. 

Sam ukrywał się u Anjo. Nikt nie powinien się dowiedzieć, że tam mieszka. Nikt nie 

powinien go zobaczyć. 

W północnej krainie rozpoczęło się coś w rodzaju lata. 

Anjo  przez  cały  czas  chodziła  do  pracy.  Stawiała  się  w  kuchni  namiestnika  na  długo 

przed  przebudzeniem  gospodarza  i  zostawała  do  późna,  choć  i  ona,  i  Kjeldsen  doskonale 

wiedzieli, że nigdy jej za to nie zapłaci. 

Ż

aden z mieszkańców „pałacu” nie interesował się jej życiem. Nikt nie zwracał uwagi 

na to, że czasem była zmęczona. 

W  gruncie  rzeczy  nie  wiedzieli  zupełnie  nic  o  Anjo.  O  kobiecie,  która 

przygotowywała im jedzenie. 

Pewnego dnia Anjo po prostu znikła. 

Hannu od samego początku był temu przeciwny. 

-  Anjo  jest  zbyt  ważna  dla  naszej  sprawy,  by  włóczyć  się  po  płaskowyżu  za  tym 

rzeźnikiem.  Potrzebujemy  jej  tu,  w  Alcie.  Poza  nią  mamy  w  domu  Kjeldsena  tylko  jednego 

człowieka, a on za mało znaczy, by mógł się na cokolwiek przydać. 

-  Nie  jestem  niezastąpiona,  Hannu.  Często  mi  to  sam  mówiłeś.  Możecie wprowadzić 

tam kogokolwiek. Porozmawiajcie trochę z tymi, którzy tam pracują. Gdybym umiała pisać, 

zostawiłabym ci długą jak moje ramię listę nazwisk! 

Hannu umiał pisać. Lista była rzeczywiście długa, choć nie zrównała się z ramieniem 

Anjo. 

Potem Hannu próbował jej wytłumaczyć, że wyprawa może być niebezpieczna. Heino 

mrugnął  do  Knuta  i  Ailo.  Czy  znowu  rozepnie  bluzkę  i  podwinie  bieliznę,  żeby  przekonać 

Hannu? Zdołała go jednak przekonać i bez tego. 

- Możesz sobie tu siedzieć i opowiadać, jaka to niebezpieczna wyprawa. A tymczasem 

ja  ruszam  z  chłopcami.  Ot  i  już.  Jadę.  Może  ci  się  to  nie  podobać,  nie  mam  na  to  wpływu. 

Jadę i tyle. Mam poczucie, że wezmę udział w czymś bardzo ważnym, zwłaszcza dla mnie. I 

ż

aden Kemijarvi mnie od tego zamiaru nie odwiedzie! 

background image

Ze  względu  na  Anjo  wyruszyli  wieczorem.  Co  prawda  noce  nie  były  już  na  tyle 

ciemne, by mogli się skryć w mroku, ale większość mieszkańców Alty o tej porze już spała. 

Całe  szczęście,  że  renifery  ciągnęły  ich  bagaże.  Byłoby  znacznie  gorzej,  gdyby 

musieli  nieść  wszystko  na  własnych  grzbietach.  Zresztą  Heino  i  tak  nie  byłby  w  stanie  im 

pomóc,  bo  jego  plecy  wciąż  jeszcze  się  nie  zagoiły.  Posuwali  się  bezdrożami.  Nie  minęło 

wiele czasu, gdy Anjo zaczęła narzekać na niesprawiedliwy porządek tego świata. 

-  Kto,  u  licha,  zarządził,  że  kobiety  mają  nosić  spódnice?  -  westchnęła,  bo  rąbek  jej 

spódnicy bez przerwy zaczepiał o jakieś krzaki i zarośla. - Pewnie jakiś mężczyzna, który nie 

chciał, żeby jego baba oddalała się od domu. 

Heino omal się nie roześmiał. 

-  Możesz  zawrócić,  kiedy  tylko  zechcesz.  Zdaje  się,  że  sama  chciałaś  z  nami  iść. 

Przecież o to prosiłaś. 

-  Możesz  też  pożyczyć  od  któregoś  z  nas  spodnie  dorzucił  Knut.  -  Używane.  Pachną 

może nie najpiękniej, no ale od tego są spodnie. 

Wszyscy  trzej  się  roześmieli,  wyobraziwszy  sobie  kobietę  w  spodniach.  Na  cóż 

kobiecie spodnie? Do jej bioder najlepiej pasuje przecież spódnica. 

- Spójrz prawdzie prosto w oczy, Anjo - dodał Heino. - Kobiety nie są stworzone do 

noszenia spodni. 

-  Bo  wtedy  nie  mielibyście  pod  co  wkładać  łap,  prawda?  -  prychnęła  Anjo  i 

pomaszerowała  dalej.  Kiedy  kolejny  raz  zaczepiła  o  jakiś  krzak,  uniosła  spódnicę  i 

umocowała ją w pasie szalem. 

-  Może  nie  wygląda  to  zbyt  elegancko  -  oświadczyła.  -  Niezbyt  elegancko,  ale  za  to 

praktycznie. 

Przed  wyprawą  założyła  grube  wełniane  pończochy,  dzięki  czemu  teraz  nie  marzła  i 

nie  czuła  ukąszeń  dokuczliwych  komarów.  Mężczyźni  ocenili  spojrzeniami  jej  nogi  i  doszli 

do wniosku, że Anjo nie ma się czego wstydzić. Nie mogła narzekać na brak ruchu - dzień w 

dzień kręciła się przecież po kuchni namiestnika. 

Anjo dotrzymywała mężczyznom kroku. Nawet jeśli była zmęczona, zagryzała zęby i 

szła. 

Zauważyli natomiast, że mówiła znacznie mniej. 

Knut dostrzegł to ostatni, ale od tej chwili częściej wsłuchiwał się w oddech Anjo. 

Wyprawa była dla niej męcząca. 

background image

Knut z dumą myślał o tym, że Anjo nie narzeka i nie prosi o odpoczynek. Zarządzał 

jednak postoje znacznie częściej właśnie ze względu na nią. Wydawało mu się nawet, że Anjo 

uśmiechała się do niego z wdzięcznością. 

Nic jednak nie mówiła. 

Ailo  i  Heino  postępowali  tak  samo  jak  Knut.  Mieli  wzgląd  na  Anjo.  Wbrew 

wcześniejszym zapowiedziom traktowali ją w sposób szczególny. 

Nastał już późny ranek, gdy postanowili zatrzymać się na „nocny” spoczynek. Dotarli 

do zagajnika, w którym rosły drzewa, sięgające Ailo do czubka głowy. Rozłożyli obozowisko 

na  skraju  tego  lasku.  Znaleźli  nawet  miniaturowe  źródełko,  które  dostarczyło  im  świeżej 

wody. 

Mieli pod ręką chrust na ognisko i miękki mech, na którym mogli się wyciągnąć pod 

chroniącymi od wiatru drzewami. Renifery znalazły tu dość pożywienia. 

-  Wspaniałe  miejsce  -  westchnął  Ailo,  który  wreszcie  poczuł  się  jak  w  domu  w 

otwartym pejzażu. Wreszcie zaczął się jego ukochany świat. 

Anjo  osunęła  się  na ziemię  tam,  gdzie  stała.  Leżała,  spoglądając  w  niebo,  po  którym 

płynęły obłoki, które zmieniały kształty, jakby pragnęły dostarczyć jej rozrywki. 

- Nieźle zaczęliśmy - powiedział Heino, choć wszyscy wiedzieli, że to nieprawda. 

- Do licha! Czuję się idiotycznie! - jęknęła zawstydzona Anjo. Podparła się na łokciu i 

zakryła  oczy,  by  nie  patrzeć  na  swoich  towarzyszy  i  by  oni  nie  widzieli  jej  twarzy.  -  Łatwo 

było  się  wymądrzać  w  domu.  Ale  wiele  już  miesięcy  minęło  od  czasu,  gdy  byłam  chyżą 

dziewczyną biegającą po lesie. Zapomniałam całkiem, że teraz mam trzydzieści cztery lata i 

ważę ze dwa razy więcej. 

Mężczyźni usiedli. Byli zmieszani słowami Anjo i nie wiedzieli, co powiedzieć. Knut 

i  Ailo  patrzyli  wymownie  na  Heino,  bo  on  najlepiej  znał  Anjo.  Ale  nawet  on  milczał 

bezradny. 

Anjo usiadła i popatrzyła na całą trójkę. 

- Jestem wam kulą u nogi? 

- No nie.... 

- Zaszlibyście o wiele dalej, gdyby nie ja i mój głupi upór. Szlam tak szybko, jak tylko 

mogłam,  ale  wciąż  zbyt  wolno.  Traktujecie  mnie  szczególnie.  Tylko  mi  nie  wmawiajcie,  że 

zatrzymywalibyście się za każdą górką, gdyby nie ja! 

- Chcesz wracać? - zapytał Heino. Anjo w milczeniu pokręciła głową. 

- Skoro nie, to nie ma o czym mówić. Teraz już wiesz, na co cię stać. Podobnie jak i 

my. Zdecydowaliśmy się zabrać cię ze sobą i wcale nie jesteś mniej ważna niż inni. Owszem, 

background image

bez  ciebie  zaszlibyśmy  dalej,  ale  jesteś  z  nami.  I  musimy  to  wziąć  pod  uwagę.  My  się 

dostosujemy do twojego tempa, a ty będziesz musiała jakoś to przeżyć, nie urządzając histerii. 

Knut  nie  mógł  się  powstrzymać  od  uśmiechu,  bo  jakoś  nie  potrafił  wyobrazić  sobie 

histeryzującej Anjo. 

-  Na  szczęście  mamy  ze  sobą  najlepszą  kucharkę  w  całym  Finnmarku  -  dorzucił 

Heino. - Szefa kuchni samego namiestnika. 

Oczy Anjo znów rozbłysły uśmiechem. 

Knut  uzmysłowił  sobie,  że  cieszy  się  z  obecności  Anjo.  Początkowo  wydawało  mu 

się, że będzie im kulą u nogi. Teraz nie mógł jednak sobie wyobrazić takiej długiej wyprawy 

bez jej przyjacielskiego dogadywania i uszczypliwych żartów. 

Anjo była ważnym, potrzebnym i pełnoprawnym uczestnikiem wyprawy. 

Choć o tej porze roku jasność panowała przez całą dobę, jakoś trudno im się spało za 

dnia. 

Ułożyli  się  w  miarę  wygodnie  na  mchu  po  obu  stronach  żarzącego  się  ogniska, 

przykrywając się kocami. 

- Niewiele o sobie wiemy - odezwała się Anjo po chwili. - To znaczy ja i Heino znamy 

się dobrze i wy dwaj także. Ale poza tym możemy tylko zgadywać, co się w nas kryje. Może 

poopowiadalibyśmy trochę o sobie? 

Heino westchnął. Leżał na brzuchu i grzebał patykiem w ognisku. 

- Nie ma sensu przypominać starych dziejów - oświadczył ponuro. - „Wspomnienia są 

bolesne. 

- Masz przecież także piękne wspomnienia - wzruszyła ramionami Anjo. - Niech Ailo 

i  Hannu  dowiedzą  się,  kim  jesteś.  Dlaczego  jesteś  taki  a  nie  inny.  Przeszłość  wciąż  w  tobie 

ż

yje, Heino, jeśli nam o niej opowiesz, to i tak niczego to nie zmieni. 

- Skoro tak bardzo ci zależy, to sama zacznij - rzucił Heino, udając obojętność. 

Anjo zapatrzyła się w niebo. Założyła ręce za kark. 

-  Przyjechałam  w  te  strony  jako  bardzo  młoda  dziewczyna  -  rozpoczęła  nieco 

rozmarzonym głosem. - Mój narzeczony ożenił się z inną, więc uciekłam z rodzinnej wioski. 

Wylądowałam  w  Vardo.  Nie  było  mi  tam  źle.  Podczas  sezonu  czasami  gotowałam  dla 

rybaków.  Służyłam  też  w  bogatych  domach,  choć  nie  było  ich  tam  za  wiele.  Skończyłam 

osiemnaście lat tego roku, gdy Hans Fredrik Feldt postanowił pojmać wielką czarownicę. Gdy 

na szańcach twierdzy zaczęły płonąć stosy. 

background image

Anjo  wzięła  głęboki  oddech,  by  móc  kontynuować  opowieść.  Sprawiała  wrażenie 

twardej kobiety, ale w głębi duszy była niezwykle wrażliwa. Żaden z nich nie miał co do tego 

wątpliwości. 

Knut słuchał historii Anjo z zamkniętymi oczami. Nawet nie wiedział, kiedy zacisnął 

powieki. 

To, co usłyszał, było straszniejsze niż historie o duchach, które pamiętał z dzieciństwa. 

- Jedna z córek państwa, u których służyłam, uznała, że jej narzeczony zbyt często na 

mnie  patrzy.  Wtedy  mogłam  się  jeszcze  pochwalić  urodą,  bo  to  było  dawno  temu.  Feldt 

tymczasem  schwytał  największą  czarownicę.  Ludzie  powiadali,  że  była  Laponką,  a  może 

Finką.  Tak  czy  inaczej,  'wszyscy  obcy  czuli  się  niepewnie...  Wystarczyło,  by  zazdrosna 

dziewczyna  doniosła  na  mnie  do  twierdzy,  a  już  mnie  zamknęli.  Kapitan  Feldt  zrobił 

wszystko, co w jego mocy, by zniszczyć mnie i całe moje życie. Nie miałam pojęcia, że góra 

Domen  była  w  ich  wyobraźni  siedliskiem  wszystkich  diabłów.  Skąd  mogłam  wiedzieć? 

Wylądowałam w ciemnym ciasnym lochu, głęboko pod ziemią, bez żadnego okienka oprócz 

judasza w ciężkich drzwiach. Widziałam światło tylko wtedy, gdy po mnie przychodzili albo 

gdy raz na jakiś czas, bynajmniej nie codziennie, przynosili coś do jedzenia. Słyszałam krzyki 

innych kobiet.  Zamknęli nawet jednego mężczyznę oskarżonego o czary.  Zdaje się, że go  w 

końcu spalili. Ale największa czarownica Feldta była traktowana najgorzej. Mój Boże, jak ja 

ją  podziwiałam.  Słyszałam,  jak  żołnierze  opowiadali  sobie,  co  on  z  nią  robi.  Mówili  z 

podziwem  i z  przerażeniem.  Stawiała  opór,  choć  przez  to  torturowali  ją  jeszcze  gorzej.  Gdy 

udało jej się uciec, wszystkie przeżyłyśmy chwilę triumfu. Nawet gdybyśmy miały spłonąć na 

stosie albo zostać utopione w fosie, to umierałybyśmy z poczuciem, że można mieć nadzieję 

na sprawiedliwość, skoro jej się udało uciec. 

Anjo  przełknęła  ślinę.  Knut  zrobił  to  samo.  Wiedział,  że  Ailo  słucha  tej  opowieści  z 

takim  samym  napięciem  jak  i  on.  Przecież  Raija  była  w  pewnym  sensie  także  jego  matką, 

choć go nie urodziła. 

- Feldt postanowił odnaleźć uciekinierkę. To była sprawa jego honoru. Ludzie mówili, 

ż

e pod koniec swojej służby w Vardohus kazał spalić jakąś kobietę, ale to nie mogła być ona. 

Wypuścił wszystkie więźniarki, które siedziały w najgłębszym lochu. Wyjechałam z Vardo i 

poprzysięgłam, że nigdy tam nie powrócę. Wylądowałam w Alcie. Pięć, sześć lat temu zjawił 

się  w  Alcie  pewien  mężczyzna.  Fin,  prawie  tak  piękny  jak  Heino.  -  Anjo  uśmiechnęła  się 

ciepło. - To był brat mojego dawnego narzeczonego. Okazało się, że zostawił dom i wszystko, 

co  miał,  by  odnaleźć  pewną  kobietę.  To  on  pomógł  jej  w  ucieczce  z  Vardohus.  A  teraz  jej 

szukał. Miał w sobie jaskółczy niepokój... 

background image

- Robisz z niej świętą - wtrącił Heino. 

- Bo była święta - orzekła stanowczo Anjo. - Dla mnie była święta i dla twojego ojca 

także, Heino. 

Heino  nic  nie  odpowiedział.  Knut  otworzył  oczy.  Teraz  zrozumiał,  skąd  zna  twarz 

Heino, kogo mu przypominał ten Fin. Odnalazł właściwy portret w tym zakamarku pamięci, 

który próbował zasłonić. 

- Potem ten człowiek znikł - ciągnęła Anjo. - Stało się to mniej więcej w tym samym 

czasie,  gdy  bandyta  zwany  Albertem  zaczął  grasować  na  drogach  i  bezdrożach.  Albert  był 

szefem bandy i wyróżniał się wyjątkową brutalnością. Heino znalazł swojego ojca. Ograbio-

nego i martwego. Rozpoznał jego skórzaną kamizelkę... 

- To był on - stwierdził stanowczo Heino. - Zginął, ponieważ utonął w bezsensownych 

marzeniach  o  kobiecie,  która  nie  była  tego  warta.  Trzeciorzędna  dziwka,  która  mieszkała  z 

rybakami.  A  on  zakochał  się  w  niej  jak  dureń.  W  tym  czasie  udało  mu  się  prawie  spłacić 

gospodarstwo...  -  Heino  uśmiechnął  się  krzywo.  -  Malutkie  gospodarstwo,  ale  prawie 

spłacone. Zdołał zgromadzić nawet posag dla moich dwóch sióstr, które szczęśliwie wydał za 

mąż.  W  domu  były  jeszcze  dwie,  miały  już  narzeczonych.  Ja  mogłem  dalej  się  uczyć,  bo 

uznali,  że  mam  dość  rozumu,  by  zostać  pastorem.  I  właśnie  wtedy  ojciec  znikł.  Powiedział 

mamie, że musi znaleźć tamtą. Tę drugą. Mama tego nie wytrzymała i zmarła. Gospodarstwo 

przepadło.  Teraz  mieszkają  tam  obcy.  Narzeczeni  moich  sióstr  się  ulotnili,  bo  nie  mieliśmy 

pieniędzy, by uskładać dla nich na posag. Obie musiały iść na służbę. A ja przerwałem naukę, 

ż

eby  go odnaleźć.  I udało mi się. Znalazłem go,  znalazłem Anjo. Teraz szukam mordercy.  I 

tej, która jest winna śmierci mego ojca w takim samym stopniu jak Feldt. Kobiety, którą Anjo 

traktuje jak bohaterkę, a którą ojciec nazywał Raiją. 

- Jesteś synem Petriego - szepnął Knut zesztywniały mi wargami. 

Heino spojrzał na niego zdziwiony, bo przecież nie wymienił imienia ojca. 

Ailo  także  pamiętał  Petriego.  Z  kościoła  w  Tornedalen.  On  również  zauważył 

podobieństwo. 

- Nie znałeś jej, Heino - powiedział Ailo. 

- Jestem synem Raiji - dodał ze smutnym uśmiechem Knut. 

background image

10 

Teraz Heino wysłuchał opowieści Ailo i Knuta. Wysłuchał dwóch mów obronnych o 

Raiji. 

-  To  niczego  nie  zmienia  -  stwierdził.  -  Nie  mamy  wpływu  na  to,  kim  jesteśmy.  Nie 

wybieramy  sobie  rodziców.  Nie  obchodzi  mnie,  czyim  jesteś  synem,  Knut.  Nie  czuję  do 

ciebie  nienawiści,  Knut.  Nie  znienawidziłem  też  Ailo  za  to,  że  ją  kochał.  Ale  też  wcale  nie 

zmniejszyła się moja nienawiść wobec Raiji. Jeśli ją spotkam, spróbuję ją ukarać za krzywdę, 

którą wyrządziła mojemu ojcu. I mojej matce. Całej mojej rodzinie. 

- Ona nie żyje - przerwał mu Knut. - Jest już za późno, Heino. A poza tym nie możesz 

jej obwiniać za to, co zrobił twój ojciec. 

Heino milczał. 

Anjo  usiadła  na  swoim  posłaniu.  Zwierzenia  okazały  się  bolesne  dla  wszystkich,  ale 

Anjo  nie  straciła  przekonania,  że  wyjaśnienie  sytuacji  było  konieczne.  Do  tego  przecież 

dążyła. 

-  Znałaś  całą  prawdę!  -  Heino  przejrzał  jej  zamiary.  -  Znałaś,  ale  nie  chciałaś  o  niej 

mówić! 

- Dobrze, że wiemy, kim jesteśmy - stwierdziła stanowczo, patrząc na nich po kolei. - 

Dobrze dla wszystkich. 

To  była  mądra  kobieta.  Knut  w  końcu  to  zrozumiał.  Przedtem  żartował  sobie  na  jej 

temat,  ale  teraz  był  już  pewien,  że  Anjo  nie  jest  głupią  gęsią.  Teraz  łatwiej  mu  było  pojąć, 

dlaczego Hannu darzy ją takim szacunkiem. 

Knut zaczynał ją nawet lubić. Miał nadzieję, że Ailo porzucił swoje idiotyczne plany, 

jakie snuł w związku z jej osobą... 

Oczami wyobraźni ujrzał, jak Ailo ją obejmuje, i się obruszył. 

Anjo  to  nie  pierwsza  lepsza  podstarzała  i  nieco  zwariowana  kobieta.  Ona  jest  więcej 

warta! 

Odpoczywali do późnego popołudnia. Uzgodnili, że przejdą jeszcze kawałek i na noc 

rozbiją obozowisko. W dalszą drogę ruszą dopiero nazajutrz. 

Gdy  dotarli  na  płaskowyż,  rozciągał  się  przed  nimi  ten  sam  niezmienny  krajobraz, 

dający poczucie, że bez trudu można dotknąć nieba. Niebo było tuż - tuż. 

Nawet  Anjo  zapomniała,  jak  jej  ciężko.  Północna  kraina  pokazała  im  swe 

najpiękniejsze i najłagodniejsze oblicze. Anjo wolała się zachwycać zamiast utyskiwać. 

background image

Knut, Ailo i Heino nie raz już wędrowali po płaskowyżu, ale z radością słuchali Anjo 

zachwycającej  się  wątłymi  górskimi  kwiatkami  i  wspominającej  czasy,  gdy  jej  życie  było 

jeszcze pełne oczekiwania i nadziei, które później skutecznie zniszczył zły człowiek. 

Dzięki Anjo wędrówka była przyjemniejsza. 

- Nie powiedziałeś o niej zbyt wiele - rzekła Anjo ściszonym głosem do Knuta, który 

szedł tuż obok. Zrobiło się dość późno, szukali już miejsca nadającego się na obozowisko, ale 

teren  był  tu  całkiem  płaski  i  skąpany  w  czerwonozłotym  słonecznym  świetle,  a  na  dodatek 

roiło się od komarów. - Nie powiedziałeś, kim była - ciągnęła Anjo. - Ale mieszkam w Alcie 

długo i dobrze je wszystkie pamiętam. To mogła być tylko ta jedna. - Knut milczał. Nie chciał 

mówić. Wsunął ręce do kieszeni i zacisnął pięści, by zamknąć w nich swój ból. - Szkoda, że 

wszystko  się  skończyło  tak  jak  się  skończyło  -  ciągnęła.  Knut  uznał,  że  Anjo  brak  de-

likatności. Nie powinna się mieszać w jego życie. 

A już ją polubił! Teraz wróciła dawna niechęć. Nikt nie ma prawa rozmawiać z nim o 

Annie! 

- Pasowalibyście do siebie. Ty byś się z pewnością dobrze opiekował Anną. Dla niej 

nie  byłaby  to  aż  tak  wielka  zmiana.  Za  swoje  złoto  mógłbyś  wiele  kupić.  Gdybyście  się 

osiedlili  gdzieś  dalej,  nikt  by  się  nawet  nie  domyślił,  że  pochodzisz  z  ubogiej  rodziny.  Ty 

miałbyś pieniądze, ona wiedziałaby, co z nimi zrobić. 

Knut  z  trudem  się  opanował.  Niewiele  brakowało,  a  uderzyłby  Anjo  za  to,  że  tak 

brutalnie  obeszła  się  z  jego  wspomnieniami.  Potraktowała  ich  związek  jak  mezalians.  A 

przecież wcale tak nie było. Dla nich różnica pochodzenia nie miała żadnego znaczenia. 

- Byliśmy sobie równi - rzucił ostro. 

Anjo poklepała go po policzku. Gdyby się tego spodziewał, odsunąłby się na bok. Nie 

zdążył, zagryzł więc tylko wargi. Przyspieszył kroku, ale nie zdołał przed nią uciec. 

- To była prawdziwa miłość - oświadczył, znów zwalniając. Poczuł, że Anjo powinna 

się o tym dowiedzieć. Nigdy nie rozmawiał z żadną kobietą o Annie. Kobiety inaczej patrzą 

na życie, inaczej traktują uczucia. Knut chętnie zwierzyłby się Idzie. A nawet Mai, choć ona 

potrafiła  być  jeszcze  bardziej  szorstka  niż  jego  towarzyszka  podróży.  -  Anna  była  córką 

pastora, ale nigdy nie dała mi odczuć swojej wyższości. 

- Nigdy? - zapytała Anjo. Knut umilkł. Poczuł krew napływającą do policzków. 

-  Dobrze,  że  pamiętasz  tylko  to,  co  piękne  -  ciągnęła  Anjo.  -  Ale  nie  upiększaj 

własnych  wspomnień.  Anna  wprawdzie  nie  żyje,  ale  to  nie  oznacza,  że  była  aniołem  w 

ludzkiej skórze. Wychowano ją jak przystało na córkę pastora. Na pewno dała ci odczuć, że 

background image

jesteś Kwenem i biedakiem. Może nie chciała tego robić, ale na pewno nie potrafiła zachować 

się inaczej. Każdy z nas jest tym, na kogo go wychowano. 

- Nie mów tak o niej! 

Knut  odskoczył  na  bok.  Byle  dalej  od  Anjo.  Przykucnął,  oparł  łokcie  o  kolana  i 

pochylił głowę. 

Ailo i Heino udali, że tego nie widzą. Woleli nie mieszać się w sprawy uczuć. Zajęli 

się  przygotowywaniem  paleniska:  wykopali  trochę  torfu  i  ułożyli  krąg  z  kamieni,  a  w  nim 

suche patyki. Potem wybrali się na poszukiwanie wody. 

Anjo przyglądała się przez chwilę Knutowi. 

-  Jesteś  na  mnie  zły?  Knut  podniósł  na  nią  przymrużone  błyszczące  oczy.  Pokiwał 

głową, po chwili jednak milcząco zaprzeczył. 

-  Wcale  nie  chciałam  niszczyć  twoich  pięknych  wspomnień.  -  Na  twarzy  Anjo 

malowała  się  powaga.  -  Powinieneś  je  zachować  w  sercu  na  zawsze.  Chodziło  mi  o  coś 

innego. Nie chciałam też mówić o niej gorzej, niż na to zasługiwała. Nie zrozum mnie źle! 

-  Zdaje  się,  że  zrobiłaś  to,  czego  nie  chciałaś.  Anjo,  nie  zważając  na  wrogie 

nastawienie Knuta, usiadła tak blisko chłopaka, że mogła odganiać komary od nich obojga. 

-  Uciekasz  przed  życiem  -  stwierdziła.  -  Jesteś  taki  młody,  a  uciekasz  przed  życiem. 

Wspomnienia to piękna rzecz, ale człowiek nie może się w nich zamykać. 

- Każdy ma prawo do żałoby! - bronił się Knut z uporem. 

Anjo pokiwała głową i zerknęła na Heino. 

-  Tylko  że  żałoba  nie  może  zastępować  życia.  Heino  także  marnuje  swoje  życie. 

Interesuje  go  tylko  zemsta.  A  na  co  ty  liczysz?  Na  co  czekasz?  Na  spotkanie  w  raju?  Na 

ś

mierć? 

Nikt nie mówił w ten sposób do Knuta. Nawet Ailo. Zresztą Knut i tak nikogo by nie 

słuchał. 

- Wcale jej nie znałaś - rzucił. 

- Nie. Ale widziałam ją. Widywałam ją latami. Widziałam ją w jej własnym świecie. 

W  pierwszej  ławce  w  kościele.  Przy  stole  namiestnika.  Zawsze  wiedziała,  który  widelec 

należy  podnieść,  grzecznie  milczała  w  towarzystwie  i  była  posłuszna.  Haftowała  kwiatki  na 

powłoczkach  i  obrusach...  Nie  miała  pojęcia,  jak  uszyć  lapońskie  spodnie  z  samodziału,  nie 

miała pojęcia, jak sprawić rybę i co z nią później zrobić. Potrafiłaby przygotować torf na opał 

na zimę? 

background image

- Wcale by nie musiała tego robić! Sama mówiłaś! - Knut podniósł się i obrzucił Anjo 

wściekłym  spojrzeniem.  -  Nie  musiałaby  tego  robić!  Miałem  przecież  wrócić  z  tym 

przeklętym złotem! 

Anjo zachowała całkowity spokój. 

- Myślisz, że to twoja wina? 

- Nie! 

Knut  rzucił  się  na  ziemię.  Mech  mienił  się  czerwienią,  a  nie  zielenią  lata.  Krwawą 

czerwienią.  Wszystkie  myśli  Knuta  krążyły  wokół  krwi.  Muszą  wreszcie  znaleźć  tego 

przeklętego kata, może wtedy przestanie widzieć wszędzie krew. 

- Tak - poprawił się po chwili. - Oczywiście, że to moja wina, Anjo. Przede wszystkim 

moja. 

Opowiedział Anjo o swych marzeniach. 

Naszkicował przed nią obraz tego, co mogłoby się zdarzyć, gdyby on, Knut, wcześniej 

zdobył się na odwagę, gdyby zachował się jak mężczyzna i zabrał Annę. Gdyby naraził ją na 

parę miesięcy trudnego życia. Ale Anna by żyła. A on przecież w końcu znalazłby złoto. To 

przeklęte  złoto.  Opowiedział  Anjo  o  dziecku.  O  swoim  synu.  Wiedział,  że  to  będzie  syn. 

Pragnął  tego,  jak  każdy  mężczyzna.  Wyobrażał  sobie  swój  dom  i  wszystko,  czym  chciał  go 

wypełnić, by uradować ukochaną. Wszystko, czego chciał się dla niej nauczyć. Opowiedział 

Anjo o goryczy. I o własnej głupocie. 

Wszystko,  co  Knut  tak  długo  nosił  w  sobie,  znalazło  ujście.  Również  to,  co  w  sobie 

stłamsił i stłumił. Strach przed wyciągnięciem Anny spod szklanego klosza i przeniesieniem 

jej w sam środek jego świata. Lęk przed tym, że Anna go kiedyś znienawidzi, jeśli przyjdzie 

jej żyć w ubóstwie. 

Powróciło podwójne poczucie winy. 

Anjo potrafiła słuchać zwierzeń. Dzięki temu zdobyła paru przyjaciół. 

- Ailo twierdzi, że jestem głupcem - zakończył Knut, czując, że pozostała w nim tylko 

pustka. 

- Nie jesteś głupcem - zapewniła Anjo. - Jesteś marzycielem. Mężczyźni nie powinni 

być marzycielami, a jednak zdziwiłbyś się, gdybyś się dowiedział, ilu nimi jest. 

-  To  samo  można  powiedzieć  o  tobie  -  rzucił  spontanicznie.  Ugryzł  się  w  język  i 

dodał: - Przepraszam. Nie chciałem tego powiedzieć. 

- Chciałeś, chciałeś. Nic nie szkodzi. Nie zawsze byłam sama, ale nigdy nie zdarzyło 

się  nic  poważnego.  Nie  przepadam  za  swoim  ciałem,  Knut.  I  przez  to  nie  mogę  się  w  pełni 

cieszyć  miłością.  Żaden  z  mężczyzn,  których  spotkałam,  nie  potrafił  tego  zaakceptować. 

background image

Każdy mógł wprawdzie żyć z moim ciałem, ale nie z moimi własnymi uczuciami względem 

niego. -  Anjo przerwała  nagle na moment. - Ty tego nie zrozumiesz, Knut. Jesteś za młody, 

by to zrozumieć. 

Knut popatrzył na nią w zadumie i odrzekł: 

-  Chyba  rozumiem,  Anjo.  Wreszcie  zapadła  cisza.  Na  długo.  Nie  zwracali  uwagi  na 

komary, które tymczasem urządziły sobie ucztę, wykorzystując ich nagie ramiona. W końcu 

spostrzegli,  że  tuż  obok  płonie  niewielkie  ognisko  i  że  Heino  i  Ailo  postawili  namiot,  który 

przypominał  trochę  lapońską  jurtę  i  który  miał  chronić  przed  owadami.  Knut  pierwszy 

przerwał milczenie. 

- Wiesz, Anjo, chyba bym nie chciał żyć w ten sposób... tak jak żyją panowie - rzekł, 

dziwiąc się własnej szczerości. Nawet przed Ailo nigdy nie zdradził tych myśli. - Na pewno 

nauczyłbym  się  właściwego  zachowania.  Mógłbym  nawet  nosić  tamte  ubrania.  Ale  nie 

mógłbym mieć służby, Anjo. 

-  Ona  by  cię  wszystkiego  nauczyła.  Zresztą  nie  musiałbyś  budować  pałacu. 

Wystarczyłoby jej znacznie mniej niż to, do czego była przyzwyczajona, byłeś tylko nie kazał 

jej żyć w zupełnej nędzy. 

- Chciałem dać jej wszystko, co najlepsze. 

- Ale tego też się bałeś? I teraz wydaje ci się, że dlatego ponosisz winę za jej śmierć? 

Słowa Anjo były bardziej precyzyjne niż uczucia Knuta. Trafnie je odzwierciedlały. 

-  Myśli  nikogo  jeszcze  nie  zabiły.  Po  prostu  wróciłeś  za  późno.  Ona  spodziewała  się 

dziecka, ale przecież mogła wyjechać. Mogła uciec. Mogła schronić się u kogoś, u Hannu... 

Sama wybrała, Knut. To nie twoje myśli ją zabiły. 

-  Czułaś  kiedyś  coś  takiego?  Czułaś  tak  bezbrzeżną  rozpacz?  Miałaś  takie  wyrzuty 

sumienia?  I  poczucie,  że  to  nie  do  końca  twoja  wina...  i  jeszcze  gorsze  wyrzuty  sumienia 

spowodowane tym wykręcaniem się od odpowiedzialności? Byłaś w takiej żałobie? Ona tam 

teraz gnije. Nic nie przywróci jej życia. Czułaś coś takiego, Anjo? 

- Nie w ten sposób - odrzekła Anjo. - Nigdy nikogo nie kochałam. Hans Fredrik Feldt 

odebrał mi tę możliwość. 

Ż

adne  z  nich  nie  miało  już  nic  więcej  do  dodania.  Żadne  słowo  nie  wypełniłoby  tej 

pustki. Przysunęli się do ogniska i do namiotu. Zmęczona Anjo szybko zasnęła. 

- Mieliście sobie sporo do powiedzenia - zauważył Ailo z błyskiem w oku. - Czyżbyś 

zaczął się ze mną zgadzać? 

background image

- Nie w tym sensie, jaki masz na myśli. Ale ona jest inna niż sądziłem. Choćby to, że 

była  w  twierdzy  wtedy,  kiedy  mama...  No  i  ma  głowę  na  karku.  Nie  przypuszczałem,  że 

kobieta może być taka mądra. 

Ailo  nie  wspomniał  o  Annie.  Cały  czas  o  niej  myślał,  ale  nie  wypowiedział  jej 

imienia. 

- Mam ochotę zadusić Feldta własnymi rękami również za to, co zrobił Anjo - ciągnął 

zamyślony  Knut.  -  Należy  mu  się  kara  za  wszystko,  za  to,  że  mógł  zabić  mamę,  że  zabił 

Simona... Sądzę jednak, że zasłużył sobie na to, co najgorsze, już za samą krzywdę, którą wy-

rządził Anjo. 

- Knut, obrońca kobiet, sierot i uciśnionych. A co zrobisz później? 

- Później? - zdziwił się Knut, który zupełnie się nad tym nie zastanawiał. 

-  Jeśli  on  nas  dopadnie,  to  nie  będziemy  się  musieli  martwić  o  przyszłość  -  gorzko 

zażartował  Ailo.  -  Miałem  jednak  nadzieję,  że  nie  przewidujesz  takiego  zakończenia.  Co 

zrobisz później? Gdy już znajdziesz złoto? 

- Może pojadę do domu? - zastanawiał się Knut. Nie był jednak pewien, że podoba mu 

się ten pomysł. 

- Anjo nie ma po co wracać do Alty. Kjeldsen na pewno nie przyjmie już jej na służbę. 

Nie wezmą jej także do żadnego z dwóch pozostałych piętrowych domów. 

-  Anjo  nie  życzyłaby  sobie,  żebyśmy  podejmowali  za  nią  decyzję  -  dorzucił  Heino, 

który właśnie wrócił z rekonesansu i usłyszał ostatnie zdanie. 

-  Myślisz,  że  uda  nam  się  Feldta  przycisnąć  do  muru?  -  zapytał  z  powątpiewaniem 

Ailo. 

- Chodzi ci o to, czy pomoże nam oskarżyć namiestnika o znęcanie się nad Kwenami? 

- Heino zaczął żuć jakieś źdźbło. - To zależy, jak bardzo go przyciśniemy. Mam nadzieję, że 

bardzo... - Heino umilkł na chwilę. - Choć w gruncie rzeczy wolałbym zobaczyć go w grobie. 

Anjo z pewnością ma rację, kiedy twierdzi, że kieruje mną raczej pragnienie osobistej zemsty 

niż chęć odsunięcia Kjeldsena od władzy. 

- Jaki jest Feldt? - zapytał Knut, a w jego głosie ciekawość mieszała się z nienawiścią. 

- Widziałeś moje plecy, moje ciało. Znalazłeś Simona. Wszystko wiesz. Jaki może być 

człowiek zdolny do tego wszystkiego? Widziałeś też Anjo. 

- Nie ma w nim żadnych ludzkich uczuć? 

-  Nie  -  odparł  Heino  zdecydowanie.  -  Żadnych.  Ale  jest  bystry.  I  sądzę,  że  może  się 

podobać kobietom. Czasem bywa rozmowny, czasem zamknięty w sobie. Wszystko zależy od 

background image

dnia.  Ma  w  sobie  coś,  co  przyciąga  ludzi.  Jest  bezwzględny,  ale  działa  skutecznie.  Damy 

sobie z nim radę, jeśli będzie sam. 

- To znaczy? - zaniepokoił się Ailo. Słowa Heino zabrzmiały złowróżbnie. 

-  To  znaczy,  że  musi  być  sam  -  powtórzył  z  naciskiem  Heino.  -  Najpierw  trzeba  się 

pozbyć  tamtych  dwóch,  Mojżesza  i  Benjamina.  A  jeśli  do  jego  bandy  przyłączył  się  ktoś 

jeszcze,  jego  także  musimy  wyeliminować.  Chodzi  o  ważną  sprawę,  o  Finów  z  Alty.  Choć 

przyznam, że zrobiłbym to samo nawet wtedy, gdybym nie musiał o nich myśleć. 

-  Nienawiść  to  potężne  uczucie  -  zgodził  się  łagodny  z  natury  Ailo.  Od  czasu,  gdy 

opuścił swoich, on także się zmienił. 

- Nawet Anjo byłaby zdolna go zabić - zakończył Knut. - To najlepiej świadczy o tym, 

jaki to człowiek. 

Okazało  się,  że  Knut  i  Heino  nie  zgadli,  dokąd  zmierza  Feldt  ze  swymi  wiernymi 

pomocnikami.  Nie  popełnili  jednak  zbyt  wielkiej  pomyłki  i  udało  im  się  na  nowo  znaleźć 

ś

lady. 

Banda krążyła znacznie bliżej osad, niż zakładali ścigający. 

Wędrówka  po  okolicach  zamieszkanych  przez  ludzi  była  mniej  monotonna,  ale  trzej 

przystojni  młodzieńcy  podróżujący  w  towarzystwie  drobnej  kobiety  budzili  spore 

zainteresowanie. Napotkani ludzie nie mogli się powstrzymać od komentarzy. 

-  Mam  nadzieję,  że  plotki  nie  dotrą  do  Feldta  -  zaniepokoił  się  Heino.  -  Was 

wprawdzie  nigdy  nie  widział,  ale  mnie  na  pewno  pozna  nawet  na  podstawie  pobieżnego 

opisu. 

Zmierzali  na  północ.  Lato  tu  jeszcze  nie  zagościło,  gdzieniegdzie  wciąż  królowała 

zima. 

Dotarli  do  ostatniej,  niewielkiej  i  podupadłej  osady  rybackiej.  Mieszkańcy  powitali 

przybyszy przyjaźnie. Ale ze wszystkich kątów wyzierała bieda, na której widok Knut poczuł 

ukłucie w sercu. 

Nie  tak  daleko  stąd  znajduje  się  przecież  jego  wzgórze  ze  złotem,  które  mogłoby 

całkowicie odmienić życie tych ludzi. 

Wędrowcy  postanowili  ostrożnie  zasięgnąć  języka.  Najwięcej  mówiła  Anjo.  Jej 

wylewność i serdeczność otwierała serca nawet najbardziej niechętnych. 

Nie  zdradzili,  rzecz  jasna,  dlaczego  szukają  tego  potężnego  człowieka  o  zimnych 

oczach  i  jego  dwóch  młodszych  towarzyszy,  braci  o  niedźwiedzich  kształtach.  Nikt  ich 

zresztą o to nie pytał, choć natychmiast uzyskali odpowiedź. 

background image

- Człowiek o lodowatych oczach był tu tydzień temu. Albo może dwa tygodnie temu. 

Nie pamiętam tak dokładnie. Ale wtedy mieliśmy niezły połów. To musiało być dwa tygodnie 

temu,  bo  ostatnio  jest  kiepsko  z  rybami.  Tak,  tak,  był  tu  ten  człowiek.  Trudno  zapomnieć 

takie  oczy.  Zaczął  już  siwieć,  prawda?  To  ten?  No  i  jeszcze  tamci  dwaj,  którym  chyba 

brakowało  rozumu.  Ale  może  on  nie  zwraca  uwagi  na  to,  z  kim  podróżuje.  Kupił  trochę 

jedzenia  u  sąsiada.  Zapłacił,  a  i  owszem,  ale  nie  podobało  mi  się  jego  spojrzenie.  Nie 

podobały  mi  się  jego  oczy.  Nigdy  bym  mu  nie  zaufał  -  powiedział  im  gadatliwy  rybak  w 

połatanej koszuli. Pamięć miał dobrą. Dokąd odjechali? 

Na północ. Jeszcze dalej na północ. Ten człowiek o lodowatym spojrzeniu mówił coś 

na temat łodzi, którą chcieli zdobyć. Wybierali się pewnie na jakąś wyspę. 

Knut, Ailo, Heino i Anjo także ruszyli więc na północ. Za Feldtem, który był tu jakieś 

dwa tygodnie przed nimi. 

-  Jesteśmy  już  tak  blisko,  że  czuję  wyraźnie  chłód  bijący  od  tego  człowieka  - 

oświadczyła Anjo, gdy rozłożyli się w szopie, która wyglądała na dawno opuszczoną Ściany 

nie  stanowiły  dobrej  osłony  przed  północnym  wiatrem,  wzmagającym  się  szczególnie 

wieczorem i nocą. 

-  Trudno  nam  będzie  dotrzeć  niepostrzeżenie  na  wyspę  -  zmartwił  się  Knut.  -  Feldt 

dobrze wie, co robi. 

Ailo niepokoiło coś innego. 

- Nie znoszę łodzi. Anjo podzielała jego zdanie. Ona również nie czuła się pewnie na 

morzu. 

-  Do  tej  pory  nie  użył  jeszcze złota  - zauważył  Heino.  -  Cały  czas  płacił  pieniędzmi. 

Mojżesz i Benjamin pochodzą z jakiejś wyspy... 

Anjo zmarszczyła brwi, zastanawiając się, co też Heino ma na myśli. 

- Chce się pozbyć Mojżesza i Benjamina - uznał Heino. - Teraz już ich nie potrzebuje. 

Są  wprawdzie  od  niego  silniejsi,  ale  nie  grzeszą  rozumem.  A  Feldt  nie  zamierza  się  z  nimi 

dzielić, co do tego nie mam wątpliwości. Tyle że oni chcą dostać swoją dolę. Złoto ich także 

opętało. Widziałem to. 

- Myślisz, że tak naprawdę wcale nie wybiera się na żadną wyspę? 

Heino pokręcił głową. Spojrzał na Knuta i zamyślił się. 

- Chce, żeby myśleli, że jadą do domu, żeby mu ufali... Gdy poczują się bezpiecznie, 

bez  trudu  ich  oszuka.  Wystarczy  trochę  gorzałki.  A  potem  nóż  i  za  burtę.  Nic  się  nigdy  nie 

wyda. Nikt na nich nie czeka. A nawet gdyby ktoś się o nich pytał, to przecież byli w drodze 

na wyspy. 

background image

Jednemu człowiekowi znacznie łatwiej się ukryć niż trzem. 

Jeden człowiek znacznie dłużej może żyć z tego złota niż trzej. 

-  Czy  on  jest  aż  tak  perfidny?  -  zdziwił  się  Knut.  Heino  odpowiedział  mu  tylko 

spojrzeniem. 

-  Nie  możesz  być  taki  jak  on,  Heino!  -  wystraszyła  się  Anjo.  -  Nie  wczuwaj  się  tak 

bardzo w jego myśli, Heino! 

- Musimy poszukać wysp - orzekł Knut. - A potem rozejrzeć się w głębi lądu na mniej 

więcej tej samej wysokości. 

Heino pokiwał głową. 

Ten plan bardzo pasuje do Hansa Fredrika Feldta. 

background image

11 

Gdy  stanęli  na  krańcu  półwyspu  Porsanger,  mieli  przed  oczami  morze  i  spory 

fragment lądu. 

-  Feldt  miał  niezły  wybór  -  stwierdziła  Anjo.  Tym  razem  się  nie  pomylili.  Znaleźli 

ludzi, którzy zbudowali swoje domy na tym skrawku jałowej ziemi otoczonej zewsząd skała-

mi i wodą. 

Mieszkańcy  chatynek  nie  widzieli  tu  nikogo  obcego.  Uśmiechali  się  gorzko 

uśmiechem zadziwiająco podobnym do tutejszego krajobrazu. 

-  Nie  było  tu  żadnych  żywych  obcych  -  wyjaśnił  chłopak,  którego  zagadnęli.  Był 

młodszy  od  Knuta,  ale  stał  oparty  o  własną  łódź.  Twierdził,  że  już  od  czterech  lat  sam  się 

wyprawia  na  połów.  -  W  zeszłym  tygodniu  fale  wyrzuciły  na  brzeg  jednego  trupa.  Prawie 

kwadratowego. Pięści jak kamienie. Poza tym trudno powiedzieć, jak mógł kiedyś wyglądać. 

Ryby i kraby już się nim poczęstowały. 

Knut i Heino wymienili znaczące spojrzenia. 

- Nikt nie próbował tu kupić łodzi? - zapytała Anjo. Chłopak zmarszczył brwi. 

- Nic o tym nie wiem. A na pewno bym wiedział, gdyby ktoś próbował. Trzeba mieć 

trochę grosza, żeby kupić łódź. Przyślijcie go do mnie, jeśli go spotkacie. Możesz zamieszkać 

u mnie ze swoimi synami, jeśli chcecie tu zostać. - Chłopak był pełen dobrych chęci. Oprócz 

lodzi miał też najwyraźniej własny dom. - Nie zedrę z was skóry... 

-  Nie  chcemy  tu  zostać  -  ucięła  Anjo  zdecydowanie.  Nie  musieli  się  już  trzymać 

brzegu morza. W głębi lądu nie brakowało stawów i rzeczek oraz dzikiej zwierzyny. 

Tylko  serce  Knuta  zabiło  żywiej  na  widok  słonej  wody.  Pozostali  nie  tęsknili  za 

morzem. 

Gdy wrócili na płaskowyż i rozłożyli obozowisko, Anjo była dziwnie milcząca. Do tej 

pory, jeśli nie liczyć pierwszego ranka wyprawy, wcale nie przejmowała się tym, że wszyscy 

dostosowują się do jej tempa. 

Do tej pory była po prostu sobą. Dopisywał jej doskonały humor. 

Teraz  jednak  nie  chciała  jeść.  Odsunęła  się  od  towarzyszy.  Usiadła  na  skale,  oplotła 

kolana rękami i zapatrzyła się w morze. 

-  Tak  to  jest  z  kobietami  -  skomentował  jej  zachowanie  Heino,  choć  i  on  był  trochę 

zaniepokojony. - Raz w miesiącu. Ona raczej nie jest jeszcze na to za stara. 

background image

- Porozmawiaj z nią! - poprosił Knut. - Serce się kraje, gdy na nią patrzę. Gdyby to się 

przytrafiło któremuś z nas, ona pierwsza wyciągnęłaby pomocną dłoń. 

Heino znał nieźle Anjo, ale nie znał się na ludzkich uczuciach. 

Gdy w grę wchodziły uczucia, a na dodatek kobiety, ogarniała go wielka niepewność. 

-  Może  ty  z  nią  porozmawiasz?  -  bronił  się.  -  Nieźle  się  dogadujecie.  Przecież  jesteś 

synem jej wielkiej bohaterki! 

Knut już otwierał usta, by się odgryźć, ale jakoś to przełknął. 

Anjo  wcale  nie  podziwiała  krajobrazu.  Siedziała  na  wietrze  i  płakała.  Nie  słyszała 

Knuta, który podszedł od tyłu i usiadł koło niej, spuszczając nogi ze skały. 

- Co u licha...? - zaczął  Knut, nim dostrzegł łzy  w jej oczach. Widok płaczącej Anjo 

był  tak  nieprawdopodobny,  że  Knut  zaniemówił.  Nie  zastanawiając  się,  otarł  łzy  z  jej 

policzka. 

-  Dzięki!  -  uśmiechnęła  się  Anjo,  nie  przestając  płakać.  Knut  siedział  koło  niej  bez 

słowa. Wiedział, że Anjo ze wszech miar zasługuje na pocieszenie. Nie miał jednak pojęcia, 

jak jej okazać, że nie jest sama w swym bólu. 

- Co się dzieje? 

Zabrzmiało  to  nad  wyraz  niezręcznie,  ale  musiał  zadać  to  pytanie.  Niemożliwe 

przecież, by płakała bez powodu. 

Gdyby był Idą, objąłby ją ramionami i milczał razem z płaczącą. Przygarnąłby ją tylko 

mocno i nic poza tym. 

Ida była jednak młodsza od niego. Ida była jego siostrą. Anjo miała wiele więcej lat - 

jej młodość przypadała na lata młodości jego własnej matki. 

- Nic takiego - chlipała Anjo, wydmuchując nos wcale nie po kobiecemu. To już nieco 

bardziej przypominało Anjo taką, jaką znał Knut. O ile w ogóle ją znał. 

Nie przyjął do wiadomości jej wykrętnej odpowiedzi. 

- Nie masz przecież zwyczaju siadywać sobie na skale i płakać, Anjo. Jesteś zmęczona 

podróżą? Masz dość? 

Anjo pokręciła głową. 

-  Boisz  się  spotkania  z  Feldtem?  Jesteśmy  już  blisko  i  spotkamy  go  prędzej  czy 

później. Obleciał cię strach? 

W odpowiedzi znów pokręciła głową. 

- Niczego się nie boję. 

- No to o co chodzi? - zapytał zrezygnowany Knut, patrząc jej prosto w oczy. - Bardzo 

kiepsko mi idzie zgadywanie. 

background image

-  O  bzdurę.  -  Przyznała  jednak,  że  jej  łzy  mają  jakąś  przyczynę.  -  O  błahostkę,  o 

głupstwo. 

- Skoro to takie głupstwo, to możesz chyba powiedzieć - uśmiechnął się do niej Knut. 

- Nawet mnie. 

- Stracę twój szacunek - chlipała Anjo, która wciąż nie mogła się powstrzymać od łez. 

Knut  poczuł  się  jak  podczas  wiosennego  wylewu  rzeki  w  Alcie.  -  Wszyscy  będziecie  się 

ś

miać z głupoty starego babska. 

-  Nie  ma  tu  żadnego  starego  babska  -  napomniał  ją  Knut  całkiem  szczerze.  Zupełnie 

nie  zwracał  uwagi  na  wiek  Anjo.  Widział  w  niej  przede  wszystkim  pełnego  ciepła, 

wspaniałego człowieka. 

Rzadko mu się przypominało, że Anjo była prawie dorosła, gdy on się urodził. 

- Właśnie, że jestem starym babskiem - upierała się Anjo. Uspokajała się powoli, ale 

jej  twarz  wciąż  jeszcze  wykrzywiał  płacz.  Łzy  pozostawiły  po  sobie  jaśniejsze  smugi  na 

zakurzonych  w  czasie  wędrówki  policzkach.  -  Jestem  starym,  brzydkim  babskiem,  na  tyle 

głupim,  że  czuje  się  całkiem  młodo.  -  Knut  zaczynał  rozumieć,  o  co  może  chodzić.  Czyżby 

któryś z nich był na tyle nietaktowny, by rzucić jakąś uwagę na temat jej wieku? 

Nie  wydawało  mu  się  to  prawdopodobne.  Dla  nich  była  przecież  po  prostu  Anjo. 

Wszyscy się o nią troszczyli. 

- Nie słyszałeś, co powiedział ten przeklęty smarkacz? Knut zrozumiał, że chodzi jej o 

chłopca,  od  którego  dziś  rano  dowiedzieli  się  o  znalezionym  na  brzegu  trupie.  Nie 

przypominał sobie jednak, by chłopiec powiedział coś szczególnego. 

-  Myślał,  że  jestem  waszą  matką  -  wyrzuciła  z  siebie  wreszcie  Anjo.  -  Przecież  nie 

wyglądam aż tak staro! Knut? Powiedz mi, proszę. Powiedz szczerze. Knut, czy ja naprawdę 

jestem taka stara? 

Knut pokręcił głową. 

Zdaje się, że dla Anjo była to niezmiernie ważna sprawa. W jej oczach pojawił się lęk, 

którego  Knut  nie  potrafił  zrozumieć.  Dla  mężczyzny  wiek  nie  ma  takiego  znaczenia  jak  dla 

kobiety. 

-  Wiem  oczywiście,  że  jestem  stara  -  ciągnęła  Anjo  -  ale  żeby  aż  tak?  - W  jej  głosie 

pobrzmiewała nutka nadziei. 

- W ogóle się nad tym nie zastanawiałem - odparł Knut. - Podobnie jak Ailo i Heino. 

Jesteś po prostu jedną z nas. Jakbyś miała tyle samo lat, co i my. 

Anjo  wciąż  powątpiewała.  Knut  powiedział  wprawdzie  to,  co  pragnęła  usłyszeć,  ale 

uwaga tamtego chłopca zapadła głęboko w jej serce. Ugodziła ją w czuły punkt. 

background image

Knut  zerknął  na  namiot,  który  tu  rozstawili.  Ailo  i  Heino  śledzili  ich  wzrokiem.  Nie 

mogli słyszeć rozmowy, ale nie spuszczali z nich oka. 

Anjo na pewno się z niczym nie zdradzi, jeśli nawet jej powie prawdę. 

-  Rozmawialiśmy  o  tobie  -  zaczął.  -  Ja  i  Ailo.  Zaraz  po  pierwszym  spotkaniu.  Ailo 

marzy o mądrej, rozsądnej i zręcznej kobiecie, która by przy tym wszystkim nieźle wyglądała. 

Powiedziałem mu, że spełniasz wszystkie jego wymagania... - Knut przeczesał palcami swoją 

jasną czuprynę. - A on nie zaprzeczył. - Podnosząc się pospiesznie, pocałował ją w policzek. 

Policzek był słony, ciepły i miękki. - Muszę powiedzieć, że mam podobny gust jak Ailo. 

Knut  poczuł  krew  napływającą  do  twarzy  i  poszedł  w  stronę  ogniska  z  rękami 

wciśniętymi  do  kieszeni,  gwiżdżąc  coś  pod  nosem.  Napotkawszy  zdziwione  spojrzenia 

towarzyszy, pomyślał, że oto dokonał czegoś wielkiego. 

- To był przyjacielski gest - wyjaśnił, nim zdążyli o cokolwiek zapytać. 

-  Nikomu  nie  wolno  jej  ranić!  -  Heino  spojrzał  na  Knuta  przymrużonymi  oczami. 

Zaczął  się  widocznie  zastanawiać,  czy  Knut  nie  ma  jakichś  ukrytych  zamiarów  względem 

Anjo. 

- Chciałem ją tylko pocieszyć - zapewnił Knut. 

- O co chodziło? - Ailo także przyglądał się Knutowi podejrzliwie. 

-  O  szczeniaka  znad  morza,  który  myślał,  że  Anjo  jest  naszą  matką  -  wyjaśnił  Knut. 

Czuł się trochę tak, jakby zdradził Anjo, ale wszyscy czworo żyli na tyle blisko, że powinni 

wiedzieć o sobie tego rodzaju rzeczy. 

- Anjo nie przejmuje się takimi głupstwami! - wykrzyknął Heino. - Przecież to bzdury. 

Tylko podlotki mogą przejmować się czymś takim. 

- A jednak Anjo się przejęła - odparł Knut z powagą. - Jest przecież kobietą, prawda? 

Pod tym względem wszystkie kobiety są takie same. Niezależnie od wieku. 

- Nie musiałeś jej chyba całować! - Z twarzy Heino nie zniknęło napięcie. 

Knut wzruszył ramionami. Nie przejmował się podejrzeniami Heino. 

-  Może  i  nie.  Ale  to  ją  ucieszyło.  Mnie  także.  Zrobiłem  to  całkiem  szczerze  i  po 

przyjacielsku. Czy warto się tak pieklić z powodu niewinnego pocałunku? 

- Wiedziałem, że będą problemy, jeśli zabierzemy ze sobą kobietę! - warknął Heino i 

odszedł. 

- Jakie znowu problemy? - zdziwił się Knut. Ailo też nie rozumiał Heino. A gdy Anjo 

zeszła  wreszcie  ze  swojej  skały,  była  uśmiechnięta,  oczy  jej  błyszczały  i  zachowywała  się 

prawie kokieteryjnie. 

background image

Nie  uszło  jej  uwagi  dziwne  zachowanie  Heino.  Patrzył  na  nią  niemal  z  odrazą.  Z 

dziwną młodzieńczą pogardą pomieszaną z lękiem. 

Anjo  wszystko  to  zauważyła,  ale  milczała  aż  do  czasu,  gdy  uznała,  że  wszyscy  już 

zasnęli. Wówczas podpełzła do posłania Heino i usiadła koło niego. 

- Jesteś na mnie zły, Heino? - zagadnęła, widząc, że nie śpi. 

- Nie jestem zły - szepnął. - Tylko nic nie rozumiem. 

- Dlatego, że Knut mnie pocałował w policzek? 

- Nie wiem. 

- Nie widziałeś we mnie kobiety, prawda? Heino pokręcił głową. 

- Masz dwadzieścia pięć lat, Heino. Jestem tylko dziewięć lat starsza od ciebie. Wcale 

nie  byłam  dorosła,  gdy  się  urodziłeś.  Byłam  małą  dziewczynką.  Pamiętam  ciebie  z  czasów, 

gdy  byłeś  chłopcem.  Wcale  nie  jestem  taka  stara.  I  czuję.  Wszystko,  co  może  czuć  kobieta, 

Heino. 

Heino  nie  patrzył  w  jej  stronę.  Mówiła  cicho,  prawie  szeptem.  Nad  jego  głową 

brzęczał jakiś komar, szukający ofiary. 

-  Bolą  mnie  słowa,  które  wydają  mi  się  niestosowne.  Wiek  wcale  tego  nie  zmienia. 

Przez cały czas miałam wrażenie, że jestem jedną z was. I świetnie się wśród was czułam. Nie 

jestem przyzwyczajona do życia wśród innych. Nie mam rodziny. Nie mam dzieci. Jestem już 

taka stara, że pewnie nie będę ich miała. 

Niewielu  mężczyzn  chciałoby  mieć  żonę  w  moim  wieku.  Zwłaszcza  że  i  ja  jestem 

wymagająca.  -  Anjo  wzięła  głęboki  oddech  i  mówiła  dalej:  -  Już  dawno  zapomniałam,  że 

jestem  kobietą.  Mam  tyle  innych  spraw  na  głowie.  Ale  ten  nieszczęsny  chłopak  sprawił,  że 

poczułam  się  tak,  jakbym  stała  już  nad  grobem.  Niewiele  brakowało,  a  skoczyłabym  z  tej 

skały, Heino. Gdyby Knut się mną nie zainteresował i nie sprawił, że znów się poczułam jak 

kobieta,  prawie  jak  piękna  kobieta.  Niewiele  mi  trzeba,  Heino.  Wystarczy  pocałunek  w 

policzek. Wystarczy na długo. 

-  Traktowałem  cię  jak...  ciotkę  -  wyznał  Heino.  -  Jak...  matkę.  Nie  miałem  nikogo 

oprócz ciebie. Bo ty znałaś mojego ojca... 

- A matki nie wolno pożądać - wtrąciła cynicznie Anjo. - Matki nie czują pożądania. 

Twój  ojciec  był  dużo  starszy  ode  mnie  -  westchnęła  Anjo.  -  Należał  do  innego  pokolenia. 

Moim  narzeczonym  był  jego  najmłodszy  brat.  Twój  najmłodszy  stryj.  Niewiele  starszy  od 

ciebie. Traktowałeś go jak stryja, czy jak kolegę? 

- Jak kolegę - przyznał Heino. 

background image

- Kobiety traktujesz zupełnie inaczej - westchnęła Anjo. Przez chwilę żałowała nawet, 

ż

e nie jest mężczyzną. - Boisz się mnie dlatego, że jestem kobietą? 

Heino nie odpowiedział. Przykrył się tylko aż po samą brodę. 

Anjo zaśmiała się po cichu. 

- Nie zjem cię, Heino. Jasne, że kiedy patrzę na młode ciało, to go pragnę - nie ma się 

co czerwienić, chłopcze - ale ty możesz czuć się bezpiecznie. Za dobrze cię znam. Jesteśmy 

sobie zbyt bliscy. Jeśli nie traktuję cię jak syna, to przynajmniej jak bratanka. 

- Nie chciałbym się za ciebie wstydzić. Nie chciałbym się wstydzić za to, co robisz... 

- Wcale się nie zmieniłam. Tylko nie zwracałeś  uwagi na pewne sprawy. Czy miałeś 

powody, by wstydzić się ciotki Anjo? 

W rzeczy samej, nie miał. 

- Pamiętaj jednak, że to dotyczy nie tylko mnie - upomniała go Anjo przed powrotem 

na swoje posłanie. - Byłabym szalenie rozczarowana, gdybym musiała się wstydzić za ciebie, 

Heino. 

Knut  podsłuchiwał  i  nawet  nie  czul  z  tego  powodu  zażenowania.  Wiele  go 

kosztowało, by leżeć cicho. 

W  ciągu  paru  następnych  dni  pozycja  Anjo  w  grupie  bardzo  się  zmieniła.  Ona 

zachowywała się wprawdzie tak samo. Jak kumpel. 

Ale oni traktowali ją inaczej. 

Wcześniej zachowywali się tak, jakby należała do całkiem innego świata. Albo jakby 

była  ich  matką.  Szybko  się  przekonali,  że  to  niewłaściwe  podejście.  A  gdy  przyjrzeli  się  jej 

nieco uważniej, musieli uznać, że wcale nie jest taka stara. 

Nawet po nocnej rozmowie Heino czuł się zakłopotany, gdy przychodziło mu spojrzeć 

na tę nową Anjo. Anjo, która bez wątpienia była kobietą. 

Ailo zwrócił na ten fakt uwagę już na początku. Wiek Anjo mu nie przeszkadzał. 

Knut obudził się dość późno. A Heino trzeba było siłą otworzyć oczy. 

Teraz wszyscy trzej zaczęli uważnie śledzić swoje poczynania. I zachowanie Anjo. 

Pewnego dnia się okazało, że zbliżają się do znanych sobie okolic. 

- Czyżby zamierzał schronić się u namiestnika - zaczął się zastanawiać Knut. 

Heino w to jednak powątpiewał. 

-  Za  dużo  się  o  nim  mówi.  Wielu  ludzi  słyszało  o  Albercie.  Kjeldsen  nigdy  by  nie 

zaryzykował. Jest przecież chytry jak lis. Podobnie zresztą jak Feldt. 

- Anjo powinna była zostać w domu. - Tym razem tę opinię wyraził Knut. 

- A dlaczegóż to, jeśli wolno spytać? - wykrzyknęła Anjo, biorąc się pod boki. 

background image

Knut nie odpowiedział na jej pytanie. 

-  Niedługo  wszyscy  znajdziemy  się  w  domu  -  wyjaśnił  Heino.  -  Nie  dokonaliśmy 

niczego,  tyle  tylko  że  się  nałaziliśmy  jak  głupcy.  Równie  dobrze  mogłaś  zostać  w  Alcie. 

Pilnować  swojego  zajęcia.  Twoja  pozycja  w  domu  namiestnika  była  dla  nas  bardzo  ważna. 

Nigdy już nie uda nam się tam umieścić swojego człowieka. Hannu pęknie ze śmiechu, gdy 

usłyszy, czego dokonaliśmy! 

Zaczęli się już czuć zmęczeni własnym towarzystwem. 

Kłócili  się  o  głupstwa,  stawiając  namiot  w  pobliżu  nielicznych  zabudowań.  Na 

wodach  fiordu  kołysało  się  kilka  łodzi.  Dwie  łodzie  rybackie  wracały  właśnie  do  domu  z 

połowu. 

W zatoce rozlegał się śmiech. 

Rozbili  swój  namiot  wysoko,  w  cieniu  stromej  góry,  tak  że  mogli  obserwować 

otoczenie,  sami  nie  widziani.  Na  tej  wysokości  nawet  dym  ich  ogniska  stawał  się  całkiem 

niewidoczny na tle nieba. 

Heino długo stał na skale i przyglądał się wesołemu towarzystwu tam na dole. 

Mieszkańcy osady i rybacy bawili się na całego. Śmiali się, tańczyli i nie przejmowali 

niczym. Wydawało mu się nawet, że są tam jakieś kobiety. 

Poczuł rozpierającą go energię. 

-  Tu  jeszcze  nie  próbowaliśmy  zasięgnąć  języka  -  powiedział  niewinnie  i  sam  się 

musiał uśmiechnąć. - Do diabła. - Pociągnął nosem. - Śmierdzę? 

- Kąpaliśmy się przecież trzy dni temu - pocieszył go Ailo. - A można by pomyśleć, że 

to było wczoraj. 

-  Wyglądasz  znacznie  gorzej,  niż  pachniesz,  Heino.  -  Knut  nie  mógł  sobie  odmówić 

złośliwostki. 

-  Muszę  zobaczyć  jakichś  ludzi  -  oświadczył  Heino,  patrząc  na  Anjo.  -  Muszę 

zobaczyć  innych  ludzi,  bo  zwariuję.  Muszę  zobaczyć  kogoś  poza  wami,  muszę  z  kimś 

porozmawiać. - Wszyscy go rozumieli. Sami tego potrzebowali, choć może nie tak bardzo jak 

on. 

Ailo starannie umył twarz lodowatą wodą z potoku, który płynął tuż koło ich namiotu. 

-  Miałbyś  coś  przeciwko  temu,  gdybym  poszedł  z  tobą?  -  zapytał  beztrosko.  -  Zdaje 

się, że tam na dole można przynajmniej ugasić pragnienie. Moglibyśmy pójść wszyscy razem. 

-  Anjo  nie  powinna  tam  iść  -  sprzeciwił  się  Heino.  -  To  nie  najlepsze  towarzystwo. 

Brakuje im kobiet. A tego rodzaju mężczyźni myślą tylko o jednym, gdy widzą kobietę. 

Ailo przełknął ślinę, czując, że trochę pospieszył się z tą propozycją. 

background image

- To ja też zostanę - zaproponował. 

-  Idźcie  sobie!  -  huknął  Knut.  -  Patrzeć  już  nie  mogę  na  wasze  gęby.  Wytrzymam 

jeszcze kilka dni o suchym pysku. 

- Chodzi ci o to, że ktoś mnie musi pilnować? - wtrąciła Anjo, której nikt nie zapytał o 

zdanie, co ją naturalnie rozwścieczyło. Choć jednocześnie z tkliwością pomyślała, że bardzo 

się  o  nią  wszyscy  troszczą.  Było  to  całkiem  nowe  uczucie  dla  kogoś,  kto  przez  całe  życie 

musiał dbać sam o siebie. 

- Niewykluczone, że jeden czy dwaj rybacy zapuszczą się aż tutaj - stwierdził Heino. 

Anjo w końcu ustąpiła, bo nie miała siły na kłótnie. 

-  W  porządku  -  odparła  niemal  obojętnie.  -  Idźcie  i  niech  Knut  ze  mną  zostanie.  W 

jego towarzystwie czuję się całkiem bezpiecznie. Zresztą nawet jeśli coś się wydarzy, to Anjo 

nie da sobie w kaszę dmuchać. 

-  Bezpiecznie  -  mruknął  Heino,  zerkając  spode  łba  na  Knuta.  Wyglądało  na  to,  że 

zaczyna mieć pewne wątpliwości. 

Zwyciężyła  jednak  ochota  na  wycieczkę  do  osady.  Heino  i  Ailo  znikli  wkrótce  na 

ś

cieżce prowadzącej w dół. 

- Jeśli masz ochotę pójść z nimi, idź. Poradzę sobie sama. 

Knut pokręcił głową. 

-  Wcale  mnie  to  nie  kusi  -  odparł,  odwracając  się  plecami  do  bawiących  się  nad 

morzem. 

- Nie masz ochoty się rozerwać razem z ludźmi w twoim wieku? 

Knut  spojrzał  na  Anjo  uważnie.  Odpoczywała  swobodnie  oparta  o  własne  bagaże. 

Włosy miała zaplecione. Pogoda pozwoliła jej zrezygnować z szala i kurtki, siedziała więc w 

samej  bluzce  i  spódnicy.  Zdjęła  kumagi  i  położyła  bose  stopy  na  grzanych  żarem  ogniska 

kamieniach. 

- Zdaje się, że wciąż dużo myślisz o swoim wieku, Anjo? 

Kobieta pokiwała głową w milczeniu. Ręce złożyła na kolanach i starała się zachować 

spokój. 

Doświadczenia nauczyły ją, że nie warto się denerwować. 

Knut  podszedł  do  ogniska  i  usiadł  naprzeciwko  Anjo,  w  stosownej  odległości. 

Popatrzył na nią tak, jakby zobaczył ją po raz pierwszy. 

Skłamałby,  twierdząc,  że  wyglądała  młodziej,  niż  na  to  wskazywał  jej  wiek.  Nawet 

poprzez  smugę  dymu  widać  było  zmarszczki  wokół  ust  i  oczu.  Łagodne  linie,  które 

pozostawił po sobie śmiech. 

background image

Knut spostrzegł też kilka innych zmarszczek, które w kąciku ust wyżłobiło cierpienie. 

Ale  skóra  Anjo  zachowała  gładkość  i  miękkość.  Dołeczki  w  policzkach,  które 

tworzyły  się  przy  każdym  uśmiechu,  ożywiały  jej  twarz  jak  krople  rosy  błyszczące  w 

porannych promieniach słońca. 

W  roziskrzonych,  jasnych  szaroniebieskich  oczach  odbijały  się  doświadczenie  i 

mądrość. 

Niewielkie usta potrafiły rozpromieniać twarz Anjo wspaniałym uśmiechem, ukazując 

mocne zęby. 

Twarz  Anjo  miała  kształt  serca,  zwłaszcza,  gdy  jej  właścicielka  upinała  wysoko 

włosy.  Knut  był  na  tyle  młody,  że  podobały  mu  się  włosy  rozpuszczone.  Anjo  wyglądałaby 

wspaniale w takiej fryzurze. Może to i niezbyt praktyczne, ale mężczyźni nigdy nie biorą tego 

pod uwagę. Knut wiedział, co się kryje pod bluzką. Hoże, choć naznaczone bliznami ciało. 

Anjo  miała  szerokie  biodra,  na  których  mogła  wygodnie  wesprzeć  dłonie,  gdy  była 

zła. Kształt nóg, okrąglejszych wprawdzie niż te, o których śnił Knut, był wcale pociągający. 

Ailo  pierwszy  to  wszystko  zauważył.  Trzeba  mu  przyznać,  że  był  nader 

spostrzegawczy pod tym względem. 

Anjo była atrakcyjną kobietą. 

Odgadła, o czym myśli Knut. Kobiety o jej doświadczeniu wyczuwały to na odległość. 

Knuta wcale to jednak nie zmieszało. Nie bał się jej. 

- Jesteś taki młody - powiedziała, poprawiając włosy. Wystarczyło wyciągnąć szpilki i 

gumkę,  by  opadły  swobodnie  na  ramiona.  Anjo  nie  zrobiła  tego  celowo.  J  u  ż  od  dawien 

dawna  nie  spotkała  mężczyzny,  któremu  chciałaby  się  podobać.  Zapomniała  więc  o  tego 

rodzaju chwytach. - Właściwie jesteś jeszcze dzieckiem, Knut. 

Spojrzenie  chłopaka  zatrzymało  się  na  jej  rozpuszczonych  włosach.  Choć  już  długo 

nie były myte, w nowej fryzurze Anjo wydala się Knutowi całkiem inną kobietą niż ta, którą 

widział przed chwilą. 

- Mam dwadzieścia lat. Prawie - oznajmił. - Ale czuję się znacznie starzej. 

Anjo czuła się tak, jakby sama miała dwadzieścia lat. No, może troszeczkę więcej. W 

każdym razie nie czuła się staro. 

-  W  każdej  chwili  możesz  zejść  na  dół.  Do  tamtych.  Knut  pokręcił  głową,  jasna 

grzywka zatańczyła nad czołem. Dołożył drew do ognia, by zająć czymś ręce. 

- Nie powinieneś... - Anjo zwilżyła wargi językiem, nie spuszczając z niego wzroku. 

Knut położył palec na ustach i uśmiechem poprosił Anjo, by zamilkła. 

background image

-  Czternaście  lat  -  zaczęła  mimo  wszystko  i  chciała  dodać  coś  jeszcze,  ale  Knut  jej 

przerwał. 

- Nie widzę w tobie matki - zapewnił ją, podchodząc bliżej. Wyciągnął ku niej ręce, a 

ona chwyciła je i pozwoliła, by przygarnął ją do siebie. Knut trzymał dłonie Anjo pomiędzy 

swymi. - Nie widzę w tobie matki, tylko kobietę. 

Ostrożnie  pochylił  się  nad  nią.  Poczekał,  aż  Anjo  uniesie  głowę  i  rozchyli  usta  na 

powitanie. A potem ją pocałował, pieszcząc językiem jej podniebienie, pozwalając jej bawić 

się tym pocałunkiem. 

- Żałujesz? - zapytała Anjo, gdy tylko ich usta się rozdzieliły. - Wciąż jeszcze możesz 

się wycofać. Zrozumiem. 

Knut znów pokręcił głową. Żałować? Czegóż miałby żałować? 

-  Chciałbym  czegoś  więcej  niż  pocałunku  -  szepnął.  Jej  ramiona  zacisnęły  się  wokół 

jego pasa. Czuł oddech Anjo na swojej szyi. 

- Mam dość doświadczenia i lat, by to rozumieć - usłyszał tuż koło swego ucha. - Nie 

gadaj  tyle,  lepiej  od  razu  weź  się  do  roboty  -  dodała  nieoczekiwanie,  gdy  Knut  całował  jej 

skroń i policzki. 

Napięcie  znalazło  ujście  w  śmiechu.  Teraz  nie  musieli  się  nawet  dotykać,  by  czuć 

napięcie, jakie zrodziło się między nimi. 

Anjo wskazała głową namiot. 

-  Jestem  jednak  trochę  pruderyjna  -  uśmiechnęła  się,  przytrzymując  tkaninę 

zasłaniającą  wejście.  Knut  był  o  wiele  wyższy  niż  ona  i  musiał  się  pochylić,  by  wejść  do 

ś

rodka. 

Chwycił ją w ramiona, nim tkanina za nimi opadła. Gorączkowo szukali swych ciał i 

ust. Nie wiedzieli, ile mają czasu. Nie tracili  go  na rozbieranie się, po prostu dłonie szukały 

nagiej skóry tam, gdzie można ją było znaleźć. 

Knut  położył  Anjo  na  skórzanym  posłaniu.  W  namiocie  było  tak  gorąco,  że  nie 

musieli się przykrywać. 

Pobrudzona spódnica owinęła się wokół talii kobiety, jej dłonie szybko uporały  się z 

pasem Knuta i z jego guzikami. Dobrze wiedziały, czego szukają i jak się z tym obchodzić. 

Palce  Knuta  zakradły  się  między  jej  uda.  Knut  natychmiast  się  zorientował,  że  Anjo 

już na niego czeka. 

Anjo uniosła biodra i pomogła Knutowi dotrzeć tam, gdzie się spieszył. 

Przypominała  giętkiego  kota,  nieobliczalnego  i  niezależnego,  wcale  nie  zamierzała 

posłusznie  podążać  za  każdym  jego  ruchem.  Gdy  ponosiła  go  namiętność  i  zachowywał  się 

background image

zbyt  gwałtownie,  sprawiała,  że  musiał  ochłonąć  na  tyle,  by  mogła  nauczyć  go  siebie,  by 

mogła pokazać mu, czego pragnie. Knut był pojętnym uczniem. 

Podporządkował  się  rytmowi  jej  ciała,  a  gdy  uniesienie  sięgnęło  szczytu,  gdy  oboje 

pofrunęli  wysoko,  by  razem  opaść,  zadrżał.  Anjo  nie  wypuściła  go  z  siebie,  odpoczywała  w 

jego ramionach. 

Jeszcze  dwa  razy  przeżyli  podobne  chwile,  choć  Knut  nie  miał  pojęcia,  jak  to  się 

mogło  stać.  Za  każdym  razem  czuł  się  tak,  jakby  stracił  już  całą  energię,  ale  po  paru 

sekundach równie gorąco pożądał Anjo. 

- Ech, ta młodość - zaśmiała się Anjo, gdy odsunęli się wreszcie od siebie. 

Sporo czasu minęło od wygaśnięcia ognia w palenisku. Dawno temu zapadł wieczór. 

Anjo  usiadła  i  zaczęła  zaplatać  warkocze  wprawnymi  ruchami.  U  nasady  włosów 

pojawiły się kropelki potu. 

- Jak na takiego smarkacza, niezły z ciebie kochanek - uśmiechnęła się Anjo. 

Knut pokazał jej język. 

- Tobie też nie brak wigoru, babuniu. Śmiech bardzo im pomógł. Pojawił się wówczas, 

gdy mogliby się poczuć skrępowani. 

Anjo zerwała się na równe nogi i odchyliła zasłonę namiotu. 

- Lepiej będzie, jeśli wywietrzymy. Pachnie tu miłością na kilometr. 

Knut  podniósł  się  niechętnie.  Wolałby  wciąż  leżeć  i  trzymać  ją  w  ramionach. 

Przeciągnąć tę chwilę tak, by miała posmak wieczności. 

Anjo stała już na zewnątrz, pośród jasnej nocy. 

Pocałowała go delikatnie w policzek. 

- Wiesz, co to było, Knut? - powiedziała drżącym ze smutku głosem. - Coś, co nigdy 

się nie powtórzy. To był tylko ten jeden jedyny raz. 

Knut wiedział. Żadne z nich nie złożyło żadnej obietnicy. Oboje mieli ochotę na to, co 

się miedzy nimi zdarzyło. 

Knut w milczeniu pokiwał głową. Przyjął jej warunki. 

Wciąż jednak królowała nad nimi noc, której nie warto było tracić na sen. 

background image

12 

Knut  zasnął  na  dworze.  Anjo  nakryła  go  skórą.  Próbował  pozbierać  jakoś  myśli, 

korzystając  z  rześkiego  nocnego  powietrza,  ale  sen  zmorzył  go,  zanim  zdołał  cokolwiek 

uporządkować. 

W pewnej chwili Knut poczuł, że ktoś dotyka jego policzka. 

To  próbował  go  obudzić  Ailo.  Siedział  obok  niego,  nie  wyglądał  najlepiej.  Miał 

przekrwione oczy. 

- Heino już jest? - zapytał. 

- A powinien być? - Knut potarł powieki i zajrzał do namiotu. 

Ailo nie wstał z miejsca. 

- Niełatwo było się tu wdrapać - wyjaśnił. - Świetny z ciebie strażnik, skoro nie wiesz, 

czy ktoś do was przyszedł. Anjo, czy Heino się zjawił? 

Anjo była radosna jak skowronek. Pokręciła  głową, wychodząc na dwór. Knut na jej 

widok  przełknął  ślinę  i  zaczął  się  zastanawiać,  czy  zdoła  przemienić  minioną  noc  we 

wspomnienie. 

Od razu jednak zauważył, że Anjo patrzy na niego dokładnie tak samo jak przedtem. 

Nie wiedział, co o tym sądzić. 

- Czujesz się dobrze, Ailo? - zapytała Anjo.  I choć w jej spojrzeniu nie było niczego 

szczególnego, usiadła obok Knuta bez skrępowania. - Bo nie wyglądasz najlepiej. Heino jest 

w podobnym stanie? 

Ailo  uśmiechnął  się  krzywo  i  zerknął  na  płynące  nieopodal  źródło,  w  którym  można 

się było przejrzeć. 

Potem zanurzył w wodzie całą głowę i otrząsnął się. 

- Było nieźle - oświadczył. - Całkiem nieźle. Mnóstwo ludzi. I wszyscy zachowywali 

się  jak  przyjaciele.  Mieliście  stąd  świetny  widok.  Widzieliście,  jak  Heino  wdrapywał  się  na 

maszt? Założył się z kimś, że to zrobi. Nigdy bym nie przypuszczał, że taki z niego akrobata. 

Anjo i Knut nic nie widzieli. 

-  To  co  wyście,  u  licha,  robili?  -  zapytał.  Popatrzył  na  Knuta  i  na  Anjo  i  jego  twarz 

rozpromieniła się w uśmiechu. - Czyżby Knut wywarł na tobie tak dobre 'wrażenie, że...? - nie 

dokończył. 

- Zamknij się! - uciął Knut. - Jeszcze nie wytrzeźwiałeś. 

background image

Anjo  uniosła  jedną  brew.  Ciepło,  które  zgromadziło  się  w  jej  sercu,  usposabiało  ją 

przychylnie wobec świata. 

-  Dobrze  wiem,  o  czym  myślał  -  tłumaczył  jej  Ailo.  -  Najpierw  mnie  to  przyszło  do 

głowy.  Takie  nieprzystojne  myśli.  A  potem  on  je  podchwycił,  choć  nie  pozwalał  mi  o  tym 

mówić... - dokończył ze śmiechem. 

Anjo także się uśmiechnęła, ale Knut miał ponury wyraz twarzy. 

-  Lepiej będzie, jeśli przestaniesz już mówić, Ailo - poradziła mu Anjo. - Bo później 

możesz  żałować.  Dlatego,  że  zrobi  ci  się  wstyd,  albo  dlatego,  że  Knut  nie  wytrzyma  i 

rozkwasi ci nos. 

Ailo  nie  zupełnie  rozumiał,  dlaczego  zdaniem  Anjo  powiedział  za  dużo.  Powiedział 

przecież tylko to, co wszyscy wiedzieli. 

-  Gdzie  łodzie?  Pospałbym  jeszcze,  ale  oni  musieli  już  wypłynąć.  O  barbarzyńskiej 

porze. 

- Powinni cię wrzucić do morza! 

-  A  Heino?  Nie  byliście  razem?  Ailo  usiłował  sobie  przypomnieć.  Rozbolała  go  od 

tego tylko głowa. 

- Kobieta - powiedział wreszcie. - Zdaje się, że była tam jakaś kobieta i że Heino z nią 

rozmawiał.  -  Mokra  grzywka  przykleiła  się  mu  do  czoła.  -  Potem  znikł  strasznie  szybko. 

Ledwo  się  zabawa  zaczęła,  a  on  już  znikł.  -  Ailo  wzruszył  ramionami.  -  Pewnie  bardzo  po-

trzebował kobiety. 

Parę godzin później zjawił się Heino w równie opłakanym stanie jak Ailo. 

- Nareszcie jesteś! - wykrzyknęła Anjo. - Starczy ci już na jakiś czas innych ludzi? 

Heino nie odpowiedział, choć nie miał zwyczaju ignorować słów Anjo. Zatrzymał się 

przed Ailo i spojrzał na niego dziwnym wzrokiem. 

- Martwiłem się o ciebie - powiedział ochrypłym głosem. - Ale nic nie mogłem zrobić. 

-  Martwiłeś  się?  -  zapytał  Ailo.  -  Jestem  przecież  dorosły,  no  i  nie  pierwszy  raz 

bawiłem się wśród marynarzy. 

Heino się uśmiechnął. 

- Nigdy jeszcze nie bawiłeś się w takim towarzystwie. Nigdy. 

- W bardzo podobnym - zapewnił go Ailo. 

-  Nigdy  przedtem  nie  piłeś  w  towarzystwie  największego  mordercy  w  Finnmarku  - 

oświadczył Heino, siadając ciężko. 

Ailo  patrzył  na  Heino  szerokimi  oczami.  Chwycił  się  za  głowę,  zmarszczył  brwi  i 

zaczął się zastanawiać, choć od myślenia głowa go okrutnie bolała. 

background image

- Po tym, jak się wspinałeś na maszt... - Ailo mrużył oczy z wysiłku. - Gdy napłynęła 

ostatnia łódź... 

Heino pokiwał głową. 

-  Byłeś  wtedy  po  drugiej  stronie.  Nie  mogłem  nawiązać  z  tobą  kontaktu,  choć 

próbowałem.  Postanowiłem  więc,  że  się  ulotnię,  żeby  nie  zepsuć  wszystkiego.  I  tak  nie 

mogliśmy go tam dopaść. Było za dużo ludzi. 

-  Wielkie  nieba  -  westchnął  Ailo.  Ręce  mu  drżały,  gdy  zrywał  kolejne  źdźbło  trawy. 

Poprzednie  dawno  już  przeżuł  i  wypluł.  -  Kto  by  przypuszczał...  -  dodał,  nie  pojmując,  jak 

mógł  pić  razem  z  mordercą  ojca.  Z  człowiekiem,  który  zabił  Simona...  -  Wyglądał  tak 

zwyczajnie. Ubrany tak samo jak inni. Szary sweter. Spodnie z samodziału. Tylko patrzył tak 

jakoś  chłodno...  -  Ailo  podniósł  wzrok  na  towarzyszy.  -  Tyle  się  mówiło  na  temat  jego 

lodowatego spojrzenia, że spodziewałem się czegoś innego, bardziej niezwykłego. Sądziłem, 

ż

e od razu można po nim poznać, jaki jest niebezpieczny. 

-  Teraz  wiesz  już,  jak  wygląda  -  powiedział  Heino.  -  A  ja  wiem,  w  którym  kierunku 

popłynął.  Nie  w  stronę  morza,  jak  reszta  łodzi,  ale  w  głąb  fiordu.  Jest  na  tyle  bezczelny,  że 

wraca. 

- My też możemy kupić łódź - zaproponował Knut. - Złota powinno wystarczyć. 

Anjo miała całkiem inne pomysły. Podobnie jak Ailo. 

-  Potrzebujemy  raczej  reniferów  -  zasugerował.  -  Mógłbym  się  nimi  zająć.  Potem 

wybieram  się  przecież  do  Lyngen.  Zapomniałeś  chyba,  Knut,  że  masz  tam  rodzinę.  Obaj 

mamy  siostrę,  która  powinna  się  dowiedzieć  o  losie  Simona.  A  ja  nie  zamierzam  nieść  tego 

wszystkiego aż do Skibotn. 

Słowa Ailo brzmiały rozsądnie. 

- Chciałbym, żeby to się wreszcie skończyło! - wybuchnął Heino. - Mam już dość tej 

nie kończącej się wędrówki. 

- Wracasz do domu? - zapytała Anjo. - Chcesz później wrócić do Finlandii? 

Heino nie był pewien, co zrobi. Nikt nie zapytał Anjo o jej plany na przyszłość. 

Knut jej unikał. Na tyle, na ile było to możliwe w tych warunkach. 

Nie  czuł  się  najlepiej,  trzymając  się  od  Anjo  z  dala,  miał  się  jednak  znacznie  gorzej, 

gdy przychodziło mu słuchać z bliska jej oddechu. 

Nie potrafił znieść myśli, że mógłby jej dotknąć, gdyby tylko chciał. 

Najmocniej  cierpiał  nocami.  Zdarzało  mu  się  przecież  nawet  leżeć  tuż  obok  i 

wyobrażać sobie, że czuje ciepło jej ciała. 

background image

Zastanawiał się czasami, czy Anjo zaspokoiła swoje potrzeby. Czy chodziło jej tylko o 

to,  by  się  do  kogoś  przytulić,  by  poczuć  czyjeś  ciepło  i  pożądanie,  czy  chodziło  tylko  o 

fizyczną bliskość. 

Anjo  chciała  go  utwierdzić  w  przekonaniu,  że  po  prostu  wykorzystali  wzajemnie 

swoje ciała, że nie pojawiła się między nimi nuta prawdziwego ciepła i bliskości. 

Ale  Knut  nazwał  to  w  myślach  kochaniem,  choć  wiedział,  że  Anjo  by  zesztywniała, 

usłyszawszy to słowo. 

Anjo  nie  chciała,  by  uwierzył,  że  za  tym  wszystkim  kryły  się  jakieś  wyższe  uczucia. 

Oboje wykorzystali chwilę pożądania, ot i tyle. Knut cierpiał jednak na myśl, że to się nigdy 

nie powtórzy. 

Zbliżali się już do Alty. Przenocowali na tej samej polanie, na której rozbili pierwszy 

obóz podczas tej wyprawy. 

Ailo chciał porozmawiać z Knutem w cztery oczy. 

- Jesteś jakiś nieswój - zaczął bez owijania w bawełnę. - Co się dzieje? 

Knut rzucił kamieniem najdalej jak potrafił. Potem chwycił następny. 

-  Sądziłem,  że  możemy  być  wobec  siebie  szczerzy  -  nie  ustępował  Ailo.  -  Że 

naprawdę będziemy braćmi. A tymczasem ty coraz bardziej zamykasz się w sobie. 

-  Polowanie  na  tego  człowieka  wcale  mnie  już  nie  bawi.  -  Knut  trafił  następnym 

kamieniem w jakiś krzak. - Nie wiem, czy potrafiłbym kogoś zabić. 

- Wcale nie o to chodzi. Przecież zamierzamy z nim porozmawiać. 

Knut popatrzył na przyjaciela i pokręcił głową, jakby go przejrzał. 

- Wiesz równie dobrze jak i ja, o co tu chodzi. Znajdziemy go i zabijemy. Ty, ja albo 

Heino. Czasem wydaje mi się, że nawet Anjo mogłaby to zrobić. 

-  Może.  -  Ailo  przyznał,  że  wszyscy  o  tym  myślą,  że  to  dodaje  im  sił.  Że  w  gruncie 

rzeczy  chodzi  właśnie  o  zabicie  Feldta,  a  nie  o  sprowadzenie  go  po  to,  by  świadczył 

przeciwko namiestnikowi. - Ale wcale nie dlatego chodzisz wciąż z grobową miną, Knut. 

-  Głupiec  ze  mnie  -  rzekł  Knut  niechętnie.  Jego  spojrzenie  powędrowało  w  stronę 

namiotu,  ale  nie  dostrzegł  tam  Anjo.  -  Igrałem  z  ogniem.  -  Knut  opadł  na  mech  i  zaczął 

wyrywać kępki, by następnie drzeć je na strzępy. 

- Zdaje się, że nie przespałeś tamtej nocy przy ognisku - odgadł Ailo. - W przeciwnym 

razie nie zdołałbyś podtrzymać ognia przez całą noc. 

Knut nie pomyślał o tym. 

- Spałem niewiele - wyznał. - I? 

background image

-  I  czuję  się  beznadziejnie,  fatalnie,  jak  dziecko,  jak  przegrany...  Jeśli  chcesz  coś 

jeszcze  usłyszeć,  to  proszę  bardzo.  Ale  to  wystarczy:  jestem  przegrany.  Ja,  Knut  Elvejord, 

przegrałem. 

- Akurat. 

- Dla niej nie miało to żadnego znaczenia - ciągnął Knut. - Przygoda jednej nocy i nic 

więcej. A ja czuję się podle... 

-  To  dla  ciebie  nie  nowina.  Przeżyłeś  parę  takich  przygód  ostatniej  zimy...  -  wtrącił 

Ailo. 

Knut dobrze o tym wiedział. Między innymi dlatego miał takie wyrzuty sumienia. 

-  A  jak  było?  -  Ailo  nie  mógł  powściągnąć  ciekawości.  Knut  rzucił  w  niego 

kawałkiem mchu, ale nie trafił. 

- Świetnie - powiedział w końcu. Pamiętał, że przedtem zwykł barwnie opisywać tego 

rodzaju doświadczenia. Tym razem jednak nie potrafiłby tego zrobić. 

- To w czym problem? 

-  Raczej  w  kim.  We  mnie  -  wyznał  przyjacielowi.  -  Problem  jest  we  mnie.  Ona 

zapowiedziała,  że  to  się  nigdy  nie  powtórzy.  I  jestem  pewien,  że  nie  kokietowała,  mówiła 

całkiem poważnie. A było tak fantastycznie... tak... - Knutowi zabrakło słów podziwu. - Ale 

się skończyło. I nie powinienem się łudzić nadzieją. 

- Zakochałeś się w niej? - zagadnął Ailo, patrząc uważnie na przyjaciela. 

- Nie wiem. Do diabła! - Knut uderzył pięścią w ziemię. - Skąd mam wiedzieć, skoro 

trudno przewidzieć, do czego to wszystko doprowadzi. Ona się okopała fosą, Ailo. 

- Pokonywałeś już takie przeszkody - wzruszył ramionami Ailo. - Sam sobie stwarzasz 

problemy,  Knut.  Dlaczego  sądzisz,  że  Anjo  nie  zmieni  zdania?  Przecież  było  fantastycznie, 

prawda? Chyba dla niej też? Chyba nie myślałeś tylko o sobie, gdy to robiliście? 

Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Ailo nigdy by już nie wstał. 

- Myślisz, że ona nie boi się cierpienia? Sądzisz, że potrafi sobie wyobrazić przyszłość 

u twojego boku? Na pewno nawet o tym nie marzy. Bezpieczniej powiedzieć „dosyć” po tym 

jednym  razie  i  nazwać  wszystko  zabawą.  Ale  nie  spuszcza  z  ciebie  wzroku,  Knut.  Nie 

zauważyłeś tego, bo koncentrujesz się na tym, by jej unikać wzrokiem. Ale ja zauważyłem. I 

Heino także. Gdziekolwiek tylko się ruszysz, Anjo śledzi cię spojrzeniem. 

Trudno  uwierzyć  w  coś,  czego  człowiek  sam  nie  widzi.  Zwłaszcza  gdy  nie  jest 

pewien, że to może być prawda. 

background image

-  Czy  czternaście  lat  to  dużo?  -  zapytał  Knut,  nawet  nie  patrząc  na  Ailo.  Bał  się,  że 

dojrzy uśmiech na twarzy przyjaciela, że spotka się z szyderstwem z jego strony. - Nie mam 

nawet dwudziestu lat. W porównaniu z nią jestem gówniarzem. 

Ailo spojrzał w stronę Anjo, która energicznie przygotowywała posiłek. 

Jej  ciało  nie  było  ciałem  młodej  dziewczyny.  Anjo  nie  odzyska  już  młodzieńczej 

sylwetki. Ale kto powiedział, że szczęście wiąże się z młodością? Czy radość można znaleźć 

tylko u boku kogoś bardzo podobnego? 

Czyż życie nie jest piękniejsze dzięki różnicom? Uroda życia polega przecież na tym, 

ż

e każdy dzień jest całkiem inny niż poprzedni, że nic się nie powtarza. 

- Ona tyle przeszła - dorzucił Knut. Ailo wyciągnął nóż, odciął kawałek gałęzi grubej 

jak palec i zaczął ostrzyć go na końcu. Gdy miał zajęte ręce, najlepiej mu się myślało. 

-  Jeśli  masz  z  tym  jakiś  problem  -  powiedział  spokojnie  -  to  rzeczywiście  poważna 

sprawa. 

-  Myślisz,  że  ona  jest  brzydka?  -  Głos  Knuta  brzmiał  niepewnie.  Knut  zaczął  się 

obawiać,  czy  nie  postradał  rozumu.  Przecież  Anjo  nie  mogła  się  równać  urodą  z  młodymi 

dziewczętami,  do  których  go  przedtem  ciągnęło.  A  już  w  najmniejszym  stopniu  nie 

przypominała Anny. 

Trudno by było je pod jakimkolwiek względem porównać. 

-  Rozmawialiśmy  już  na  ten  temat  -  westchnął  Ailo.  -  Wtedy  napadłeś  na  mnie, 

podejrzewałeś, że zwariowałem. Nie, ja wcale nie uważam, że Anjo jest brzydka. Uważam, że 

jest  wspaniała.  Mądra.  Bystra.  Zabawna.  I  jeśli  mam  być  całkiem  szczery,  to  chętnie 

zawarłbym z nią jeszcze bliższą znajomość. 

Knut zamknął oczy i próbował sobie wyobrazić, jak wraca do domu z Anjo. Anjo ma 

prawie  tyle  samo  lat,  co  Reijo.  Knut  nie  potrafił  przewidzieć  reakcji  ojczyma.  Ida  by  się 

szalenie zdziwiła, ale zaakceptowałaby Anjo. Anjo odznaczała się przecież mnóstwem cech, 

które Ida tak bardzo ceniła. 

Maja...  Maja  miałaby  go  w  pogardzie.  Może.  Knut  nie  był  pewien  jej  reakcji.  Lata 

zmieniły ją nie do poznania. 

Z całą pewnością cały fiord huczałby od plotek. 

- Nie chcę się nad tym zastanawiać. - Knut odsunął od siebie te myśli. Można i w ten 

sposób  podchodzić  do  własnych  problemów.  -  Najpierw  musimy  załatwić  sprawę  Feldta.  I 

złota. Dopiero potem się zastanowię. Może przejdzie mi do tego czasu. To pierwsza kobieta, 

wobec której coś poczułem od czasu Anny. 

- A było ich sporo - rzucił Ailo z sarkazmem, wciąż zajęty ociosywaniem gałęzi. 

background image

-  To,  co  istotne,  nie  zaczyna  się  w  spodniach,  tylko  w  głowie.  -  Knut  zdziwił  się 

trafnością własnych słów. - Nigdy przedtem o tym nie myślałem, ale to prawda. Tym razem 

jest całkiem inaczej. 

- To może i ja bym spróbował? - zagadnął Ailo beztrosko. - Może ona miałaby ochotę 

na jeszcze jedno jędrne ciało, a ja bez trudu pogodziłbym się z tym, że chodzi tylko o jedną 

noc. 

Knut  siedział  okrakiem  na  przyjacielu,  nim  ten  skończył  mówić.  Wyrwał  mu  nóż  i 

przycisnął go do ziemi, patrząc na niego pociemniałymi z gniewu oczyma. 

- Nawet o tym nie myśl! - syknął między zębami. - Nawet o tym nie myśl, Ailo. Zabiję 

cię, jeśli się zorientuję, że z nią spałeś. Nawet nie próbuj! Obetnę ci ręce. I nie tylko ręce. 

Ailo zagwizdał przeciągle, a Knut stoczył się na mech. 

-  O  rany,  co  się  ze  mną  dzieje!  -  jęknął,  leżąc  z  twarzą  wtuloną  w  ziemię.  - 

Pociemniało mi w oczach, gdy to powiedziałeś. Nie zdołałem się opanować. 

- To poważna sprawa - zgodził się Ailo. Udało mu się znaleźć i nóż, i język w gębie. 

- Co strugasz? - zapytał Knut, pragnąc wreszcie zmienić temat. 

- Ptaka. Zawsze strugam ptaki. Czasem udaje mi się dokończyć, ale najczęściej nie. To 

będzie ptak w locie. - Ailo pokazał Knutowi swoje dzieło. 

-  Mama  miała  kiedyś  coś  takiego  -  przypomniał  sobie  Knut.  -  Nosiła  go  na  szyi,  na 

rzemyku. Chyba twój ojciec go dla niej zrobił. 

Ailo pokiwał głową. On także pamiętał tamtego ptaka. Pierwszą zabawką, którą dostał 

od ojca, był także ptak. Mikkal często je strugał. Ailo poszedł w jego ślady. 

Ptak  w  locie,  z  rozpostartymi  szeroko  skrzydłami,  stał  się  symbolem  Mikkala. 

Symbolem  jego  tęsknoty  za  wolnością,  za  życiem  w  zgodzie  z  naturą.  Lecący  ptak  był  jak 

Mikkal, jak Raija... 

Teraz ptak stał się symbolem Ailo. Jego znakiem rozpoznawczym. 

- Pozwól mi podarować  tego ptaka Anjo! - poprosił Knut żarliwie. Pomysł przyszedł 

mu do głowy nagle i niespodziewanie. 

Ailo wzruszył ramionami i znów zaczął się bawić nożem. Robił malusieńkie nacięcia, 

wygładzał  powierzchnię  i  żłobił  łuki  tak,  by  ptak  wyglądał  jak  żywy.  Wykorzystując 

niewielki sęk, wyciął ledwo widoczną dziurkę ponad jednym skrzydłem. W ten sposób można 

było nanizać wisiorek na sznurek. 

Podał gotowe dzieło Knutowi. Ten przełknął ślinę, wzruszony i uradowany. 

- Musisz tylko znaleźć jakiś sznurek. 

Knut zdjął skórzaną kurtkę, która zawsze miała za długie rękawy. 

background image

Bez chwili zastanowienia odciął kawałek rękawa i zrobił rzemyk wystarczająco wąski, 

by mógł posłużyć do zawieszenia ozdoby. 

Ailo się uśmiechnął. 

- Mnie by to nie przyszło do głowy - przyznał. - Wydaje mi się, że naprawdę mocno 

się w to zaangażowałeś, Knut. Nie rezygnuj z tej szansy. 

Knut  podniósł  się  z  miejsca.  Jego  wielkie  palce  nie  nadawały  się  do  precyzyjnej 

roboty. Zwłaszcza że dłonie mu drżały. 

Tymczasem zbliżała się ku nim Anjo. 

Anjo stała się znacznie bardziej kobieca. Niewiele miała wspólnego z dawną pyskatą 

Anjo, która starała się jak najbardziej upodobnić do mężczyzny. 

Ostatnio  upinała  włosy  luźno  na  karku.  Okalały  jej  twarz  miękką  ramą,  powiewały 

przed oczami. Anjo wyglądała na pogodniejszą i szczęśliwszą. 

Knutowi wydawało się, że Anjo płynie ku nim ponad mchem. Jakby jej stopy prawie 

nie dotykały ziemi. Jakby była przebranym za kobietę aniołem. 

- Mam się ulotnić? - szepnął Ailo, gotów natychmiast się oddalić. 

Knut  pokręcił  głową.  Nie  zniósłby  spotkania  z  cztery  oczy.  Nie  poukładał  jeszcze 

sobie tego wszystkiego w głowie. Tak czy inaczej miał jednak zamiar podarować jej wisiorek. 

-  Nie  przeszkadzam?  -  zapytała  Anjo.  Knut  pospieszył  z  zaprzeczeniem.  Jakże  by 

mogła przeszkadzać? On jej, i owszem, unikał, ale skoro inicjatywa wyszła od niej... 

-  Heino  jest  taki  niespokojny  -  westchnęła  Anjo.  -  Znów  wyruszył  na  rekonesans. 

Sprawdzić,  czy  nie  nadpływa  łódź...  -  Anjo  załamała  dłonie.  -  Powinnam  się  cieszyć,  że  ten 

diabeł  jest  już  tak  blisko,  ale  wszystko  się  we  mnie  przewraca.  Czuję  mdłości,  gdy  o  nim 

myślę.  Sama  nie  wiem,  czy  chcę,  byśmy  go  dopadli.  Najbardziej  bym  chciała,  żebyśmy 

znaleźli go zagryzionego przez wilka albo niedźwiedzia. 

- Niezbyt to miłosierna modlitwa za nieprzyjaciół - uśmiechnął się Ailo. 

-  To  się  niedługo  skończy  -  pocieszył  Anjo  Knut,  nie  patrząc  jej  w  oczy.  Miał 

nadzieję, że Anjo nie pomyśli sobie, że on mówi o czymś zupełnie innym. - Ale nie wyręczy 

nas żadne dzikie zwierzę. 

Anjo dobrze o tym wiedziała i dlatego czuła się tak fatalnie. 

W  ciszy,  która  zapadła  po  jego  słowach,  Knut  wyciągnął  przed  siebie  rękę  z 

wisiorkiem. Nie przywykł do wręczania prezentów i zupełnie nie wiedział, jak się zachować. 

-  To  dla  mnie?  -  zapytała  Anjo  z  niedowierzaniem.  Uśmiech  rozjaśnił  jej  oczy  i 

wyżłobił dołeczki w policzkach. 

background image

Knut  pokiwał  głową.  Coś  dziwnie  ściskało  go  w  gardle.  Zazwyczaj  wygadany,  tym 

razem nie mógł znaleźć słów. Brakowało mu nawet powietrza. 

- Dla ciebie - potwierdził i złożył ptaszka w jej dłoniach. 

Anjo  była  prawdziwie  poruszona.  Musnęła  palcami  maleńkie  cudo.  Ptak  wyglądał 

naprawdę jak żywy, jakby miał lada moment ulecieć z jej dłoni ku niebu. 

- Jaki piękny - szepnęła prawie bez tchu. Zwróciła w stronę Knuta wzruszoną twarz. - 

Sam to zrobiłeś? 

Knut pokręcił głową. Zaśmiał się trochę i skinął w stronę Ailo. 

- To prawdziwy mistrz noża. 

-  Ale  rzemyk  jest  od  Knuta  -  wyjaśnił  Ailo  z  powagą.  -  To  kawałek  rękawa  jego 

kurtki. 

Anjo zamrugała oczami pełnymi łez. 

- Nigdy w życiu nie dostałam nic równie pięknego od dwóch przystojnych mężczyzn! 

-  Spontanicznie  zarzuciła  ramiona  na  szyję  Ailo  i  uściskała  go.  Potem  obróciła  się  w  stronę 

Knuta, popatrzyła na niego przez chwilę i uniosła ku niemu ręce. 

Knut postąpił krok w jej kierunku i wziął ją w ramiona. Zanurzył twarz w jej włosach i 

przytulał ją długo, stanowczo za długo. 

Dotknął ustami jej ucha. Nie pocałował, tylko dotknął. Anjo się nie wyrywała, ale też 

nie poddała się całkowicie. Knut ją puścił. 

Samym spojrzeniem poprosił ją o wybaczenie, ona zaś wybaczyła mu nic nie mówiąc. 

Ailo odwrócił się dyskretnie. 

Na  twarzy  Knuta  dostrzegł  coś,  czego  nigdy  przedtem  nie  widział:  dojrzałość  i 

zdecydowanie. 

- Pomożesz mi założyć wisiorek, Knut? - zapytała Anjo, drżącym nieco głosem. 

Knut skinął głową. 

Czuł się jak niezdara, gdy jego palce miały zawiązać cieniutki rzemyczek na jej szyi. 

Anjo  uniosła  węzeł  ciężkich  włosów.  Knut  starał  się  nie  dotknąć  jej  dłoni.  Musnął 

jednak skórę na szyi. 

Poczuł,  jak  przeszywa  go  płomień.  Anjo  też  poruszyła  się  niespokojnie.  Czyżby 

poczuła to samo? Czy jej ciało też ogarnęła płomienista niemoc? 

Serce Knuta biło coraz szybciej i szybciej... 

- Za ciasno? - zapytał, przeklinając w duchu swoją niezręczność. 

- W sam raz - odparła. Czy nie kryło się za tym nic więcej? 

Czy on działał na nią tak samo jak ona na niego? 

background image

Knut  wolał  się  nad  tym  nie  zastanawiać.  Skupił  się  na  motaniu  węzełka.  Potem 

odwrócił Anjo ku sobie, chwytając ją mocno za ramiona. Chciał zobaczyć, czy do twarzy jej 

w wisiorku. 

Zobaczył jednak tylko jej usta. Wszystko poza nimi zaszło mgłą. Zapomniał całkiem o 

ptaszku i widział tylko wilgotne, kuszące półotwarte usta, a ich widok znów sprowokował go 

do marzeń, których jeszcze niedawno śmiertelnie by się wstydził. 

Głośno przełknął ślinę, ale to go nie  uspokoiło. Krew tętniła w jego żyłach tak samo 

jak przedtem. 

Palce  zacisnęły  się  jeszcze  mocniej  na  jej  ramionach,  zostawiając  prawdopodobnie 

ś

lady na skórze. On jednak o tym wcale nie myślał. 

Nagle ją pocałował. Zupełnie nie wiedział, jak do tego doszło, przecież nic takiego nie 

zamierzał... 

Ale gdy dotknął jej ust, gdy oddała mu pocałunek, nie miał siły się od niej oderwać. 

Czul, że trzyma ręce na jej plecach, i nie miał pojęcia, kiedy je tam przesunął. 

Czuł jej miękkie ramiona na swojej szyi, jej palce zanurzone w jego włosy. 

I usta, które oddawały mu pocałunek. 

Czas przestał istnieć. Wyciągnął ku niej dłoń, gdy wymknęła się z jego objęć. 

Anjo oddychała tak samo ciężko jak on. 

Wydawało jej się, że stoi tak całą wieczność tuż koło niego, zbierając siły, by odsunąć 

się jeszcze dalej. 

-  Ustaliliśmy  przecież,  ustaliliśmy,  że  to  się  nie  powtórzy  -  powiedziała  wreszcie.  I 

uciekła. Miała zamiar go powstrzymać, gdyby pobiegł za nią. 

Twarz Knuta wykrzywił grymas. 

Ailo podszedł do niego cicho i objął ramieniem. 

- To poważna sprawa, mój stary. Chyba nie tylko dla ciebie. 

Knut się wykrzywił. 

- Poczekam, aż to minie. 

background image

13 

Heino świetnie znał Feldta. Nie na darmo towarzyszył mu przez tyle miesięcy. 

Właśnie Heino zauważył i rozpoznał łódź. 

Nie wyglądał na zaskoczonego, gdy przyniósł nowinę przyjaciołom. 

- Ten czort jest na tyle bezczelny, że zjawił się w Alcie. Zacumował już przy brzegu i 

poszedł do osady. 

Cała  czwórka  była  zmęczona.  Wyczerpała  ich  wędrówka  po  pustkowiu  śladem 

człowieka, odpowiedzialnego za tyle bólu i cierpienia. 

Człowieka najwyraźniej górującego sprytem. 

- Koło się zamknęło - rzekła w zadumie Anjo. 

A  więc  znów  jest  w  Alcie.  Nie  tego  się  spodziewała,  gdy  ruszała  w  drogę  w 

towarzystwie  trzech  młodzieńców.  Nawet  w  najśmielszych  marzeniach  nie  potrafiłaby  sobie 

wyobrazić  tego,  co  się  stało  podczas  wyprawy.  Myślała  tylko  o  sprawie.  Przypuszczała,  że 

powrócą z tarczą. Miała nadzieję, że triumfalnie wniosą oskarżenie przeciwko namiestnikowi, 

oczami  wyobraźni  widziała  już  zwycięstwo,  widziała,  jak  Kjeldsen  ucieka  z  Alty,  jak 

wypuszcza na wolność Knuta Olssona, Knuta - Kwena... 

Nie brakowało jej marzeń, ale o miłości nie marzyła. 

-  Chcę  do  domu  -  powiedziała  Anjo,  siadając.  Nie  miała  siły  biec  na  skałę,  by 

popatrzeć  na  łódź  Hansa  Fredrika  Feldta.  -  Chcę  się  wykąpać  i  zasnąć  we  własnym  łóżku. 

Chcę  zapomnieć,  że  kiedykolwiek  spotkałam  człowieka,  który  się  nazywał  Hans  Fredrik 

Feldt. 

- Możesz zrobić wszystko z wyjątkiem tego ostatniego  - oznajmił Heino.  - Wciąż na 

ciebie  liczymy.  Najpierw  musimy  jednak  porozmawiać  z  Hannu.  Jestem  bardzo 

zaniepokojony. 

- Feldt planuje na pewno jakieś świństwo - westchnęła Anjo, bardzo zmęczona. - Czy 

wie, że to Hannu i Jussi mieli złoto? 

Heino popatrzył na Knuta i powiedział z westchnieniem. 

- No właśnie. Wszyscy wiedzą, kto został obrabowany, ale tylko Feldt wie, co zginęło. 

Do diabla, zupełnie o tym nie pomyślałem. Nigdy sobie nie wybaczę, jeśli cokolwiek im się 

stało.  -  Heino  popatrzył  na  swych  towarzyszy.  -  Nie  mamy  wyboru.  Musimy  zostawić  tu 

Anjo. Anjo sama dotrze do domu. My musimy pędzić jak najprędzej do Alty. 

Nawet Knut uznał, że nie ma innego wyjścia, i liczył na to, że Anjo to zrozumie. 

background image

- Zostawimy renifery w letniej szopie Hannu - zaproponował, choć wiedział, że w ten 

sposób będą musieli nadłożyć drogi. 

-  Wystarczy,  że  jeden  z  nas  pomoże  Anjo  je  tam  zaprowadzić.  -  Heino  zaczął  się  z 

miejsca zachowywać jak urodzony przywódca. 

Ailo ofiarował się, że to zrobi. 

-  Obaj  macie  więcej  powodów  do  zemsty  -  westchnął.  -  No  i  ja  najszybciej  biegam. 

Powiedzcie tylko, gdzie to jest. 

Knut szybko mu wytłumaczył. 

Anjo nie spodobał się ten plan. Oczywiście mogła wrócić do domu sama, ale uważała, 

ż

e Knut i Heino nie powinni iść tylko we dwóch na spotkanie temu potworowi. 

-  On  jest  w  gorszej  sytuacji  niż  my  -  uspokajał  ją  Heino,  choć  sam  nie  był  o  tym  do 

końca przekonany. - Nas jest dwóch. 

Anjo  pogłaskała  dłonią  ich  policzki.  Popatrzyła  Knutowi  prosto  w  oczy  i  chciała  coś 

powiedzieć, ale zaraz zamknęła usta. 

-  Bądźcie  ostrożni  -  poprosiła.  -  Nie  wiem,  czy  potrafię  się  za  was  modlić.  Nie 

pamiętam chyba, jak to się robi. 

- Wystarczy, że będziesz o nas myśleć - oświadczył  Knut, patrząc jej prosto w oczy. 

Szukał jakiegoś znaku w jej spojrzeniu, ona jednak nie zamierzała odsłonić przed nim swego 

serca. Całymi latami wprawiała się w sztuce ukrywania uczuć. 

-  Będę  na  pewno.  -  Anjo  umilkła  na  chwilę,  a  potem  wybuchła:  -  Nie  oszczędzajcie 

go! Niech cierpi jak najwięcej! Niech przeżyje jak najgorsze upokorzenie! 

- Popełniliśmy błąd, mówiąc, że jest jeszcze więcej złota. - Heino wziął na siebie całą 

winę. - Ale nic lepszego nie przyszło nam do głowy. Nic lepszego nie wymyśliłem. Simon od 

początku  był  zdania,  że  to  kiepski  pomysł.  No  i  nie  pisnął  nawet  słówkiem,  skąd  ma  złoto. 

Błąd. Okropny błąd. 

- Nie myśl o tym! - Knut nie miał ochoty rozmawiać o Simonie. Natychmiast znowu 

ujrzał jego zmasakrowane ciało. Tak właśnie miał pamiętać Simona. W jego wspomnieniach 

nie pozostał czarujący, roześmiany, żartujący Simon, ale trup. 

Ruszyli biegiem. Od czasu do czasu zamienili parę słów. Tyle przecież mieli sobie do 

powiedzenia, a nie wiedzieli, czy starczy im na to czasu. 

- To musiała być niezwykła kobieta - rzucił niespodziewanie Heino, zwalniając tempo. 

- Kto? 

background image

-  Twoja  matka.  -  Heino  patrzył  prosto  przed  siebie.  -  Ludzie  gadają,  że  Feldt  jej 

właśnie  szuka.  To  niewykluczone.  Ojciec  też  jej  szukał.  Zapewne  dlatego  się  spotkali  i 

dlatego ojciec zginął. 

-  Nie  obwiniaj  jej  o  to!  -  poprosił  Knut.  -  Bardzo  cię  proszę!  Raija  nie  jest 

wszystkiemu winna. 

- Chyba pierwszy raz wymówiłeś jej imię? Knut uśmiechnął się z goryczą. 

- Właściwie wcale jej nie znalem. Nigdzie nie zagrzewała miejsca. Zawsze w drodze. 

Byłem bardzo mały, gdy z nią mieszkaliśmy. Potem musiała uciekać, bo oskarżono ją o czary. 

Razem z ojcem Ailo wyjechała do Finlandii. Zabrali ze sobą Ailo. On pamięta ją lepiej niż ja. 

- A ty? I twoje rodzeństwo? 

- Raija wyszła za mąż po raz drugi. Nasze stosunki rodzinne są bardzo zawikłane. Jej 

drugi mąż był ojcem mojej najmłodszej siostry i najlepszym przyjacielem mojego ojca. 

Heino wzniósł oczy do nieba. 

-  Feldt  zabił  Mikkala,  ojca  Ailo.  Próbował  zastrzelić  mamę,  ale  Mikkal  ją  zasłonił. 

Raija znów musiała uciekać, tym razem z Rosjanami. Miała wrócić po roku, ale nigdy się nie 

pojawiła. Wiele lat minęło od tamtych wydarzeń. Czternaście lat. Raija pewnie nie żyje. 

- Ojciec nie był więc jedyny... - zamyślił się Heino. - Co to była za kobieta? Zupełnie 

nie potrafię sobie jej wyobrazić. Ojciec nie miał szczególnie trudnego życia. 

Mama  nie  była  gorsza  niż  inne  żony.  Wszyscy  mężczyźni  miewali  jakieś  przygody, 

ale żaden nie opuścił gospodarstwa i pięciorga dzieci. 

- Nie wiem.  - Knut był  całkiem szczery.  -  Żałuję, że jej nie znałem. Choć prawie jej 

nie pamiętam, to wiem, że była piękna. Miała ciemne, niemal czarne oczy, których nigdy nie 

zapomnę.  Reszty  nie  jestem  pewien.  Należała  w  każdym  razie  do  osób,  które  wszyscy 

kochają. Są tacy ludzie. 

- Ale nie w ten sposób. 

- Moja siostra jej nienawidzi - wyznał Knut. - Ta, która była żoną Simona, Maja... 

Heino dobrze rozumiał uczucia Mai. 

-  Wy  także  staliście  się  ofiarami.  W  gruncie  rzeczy  nie  mieliście  przecież  matki. 

Dziewczęta znacznie bardziej to przeżywają. Dla chłopców ważniejszy jest ojciec. 

Knut pokiwał głową. 

-  Co  potrafisz?  -  Heino  bez  uprzedzenia  zmienił  temat.  Zbliżali  się  już  do  Alty.  - 

Potrafisz się bić? Masz mocne pięści? 

background image

-  Chyba  tak  -  zawahał  się  Knut,  bo  nie  lubił  bójek.  -  Jestem  wytrwały,  jeśli  to  ma 

jakieś  znaczenie.  I  mam  nóż.  Tylko  że  nie  posługuję  się  nim  najlepiej.  Wszyscy  mówili,  że 

nie spotkali nikogo, kto byłby bardziej niezręczny przy szlachtowaniu reniferów... 

- To dobrze. Czy nie tego chciała Anjo? Żebyśmy zrobili to w najgorszym stylu. 

Anjo  i  Ailo  również  pędzili  co  sił  w  nogach.  Anjo  ledwo  nadążała.  Myślała  jednak 

tylko  o  tym,  że  Knut  i  Heino  będą  potrzebowali  pomocy  Ailo.  Znów  czuła  się  jak  zbędny 

balast, jak ktoś zupełnie bezużyteczny. 

-  Wolałbyś  być  razem  z  nimi?  Ailo  nie  miał  ochoty  kłamać  i  zaprzeczać.  Anjo  się 

zatrzymała.  Byli  już  nieopodal  zamieszkałej  przez  Kwenów  Alty.  Nieopodal  jej  maleńkiego 

domku. 

- Nieważne, co ludzie o mnie gadają - stwierdziła Anjo. - Przywiąż renifery do mojego 

płotu.  Jeden  renifer  czy  cztery,  to  przecież  nie  ma  znaczenia,  ludzie  i  tak  będą  plotkować.  - 

Ailo zawahał się przez chwilę, bo propozycja była kusząca. Nie wiedzieli przecież, jak daleko 

zaszły  sprawy.  Mężczyzna,  z  którym  Ailo  niedawno  pił  gorzałkę,  wypłynął  na  wody  fiordu 

sam.  Ale  to  było  parę  dni  temu,  a  w  Finnmarku  nie  brakowało  włóczęgów  spod  ciemnej 

gwiazdy. Feldt mógł z powodzeniem skaptować paru rzezimieszków. A na dodatek Feldt był 

człowiekiem, który zamordował ojca Ailo. 

-  Tu  chodzi  o  twoje  życie,  Anjo  -  powiedział  Ailo  z  powagą.  -  Niewykluczone,  że 

Feldt wcale nie jest u Hannu i Jussiego. Może być niebezpieczny także dla ciebie. 

Anjo uśmiechnęła się odważnie. 

-  Zaryzykuję.  Ja  się  tak  bardzo  nie  liczę.  Trzeba  myśleć  o  innych  i  pamiętać,  że  ten 

człowiek nie zrobił nigdy nic dobrego. 

- Knut nigdy by mi nie darował, gdyby ci się coś przytrafiło, wiesz? 

Dłonie Anjo dotknęły wisiorka, palce zaczęły się bawić ptakiem. 

- Wiem - odparła ze smutkiem. - Wiem, Ailo. Wracam do domu. 

Ailo uścisnął ją mocno. 

- Szkoda, że nie mogę cię pocałować! - wyrwało mu się. 

- Nie rób tego! - Anjo uśmiechnęła się z wysiłkiem. 

- Popatrz tylko, jak na tym wyszedł ten, który to zrobił ostatnio. 

Po  chwili  byli  już  w  osadzie.  Anjo  znalazła  klucz  tam,  gdzie  go  zostawiła.  Ailo 

rozładował bagaże i zniósł je do domku. Zwierzęta przywiązał do płotu. 

-  Jesteś  chyba  na  tyle  rozsądna,  by  nie  wychylać  stąd  nosa?  -  Ailo  spojrzał  na  nią 

badawczo. Bardzo pragnął, by to wszystko się dobrze skończyło. Również dla Anjo. 

background image

-  W  każdym  razie  za  bardzo  się  boję,  by  iść  za  tobą  -  wyznała  Anjo  szczerze.  - 

Musicie tu przyjść później. I opowiedzieć mi o wszystkim. 

Ailo dobrze ją rozumiał. Spojrzeniem można powiedzieć bardzo wiele, zwłaszcza to, 

czego nie da się wyrazić słowami. 

- Obiecuję - odparł Ailo. - Za nas wszystkich. 

Anjo nie napominała go, by był ostrożny, by się pilnował... Wiedziała, że do pewnego 

momentu będzie ostrożny, a potem wszystkie przestrogi stracą znaczenie. 

Nienawiść potrafi zmienić każdego człowieka. 

Okna  były  zasłonięte.  Pierwszy  niepokojący  znak,  który  dowodził,  że  ich 

przypuszczenia  mogą  się  potwierdzić.  I  że  u  Hannu  i  Jussiego  nie  wszystko  jest  tak  jak 

należy. 

-  On  ma  przewagę.  -  Heino  zatrzymał  się  przed  sąsiednim  domkiem.  Oparł  się  o 

drewnianą  ścianę  i  zmarszczył  brwi.  -  Nie  zdołamy  go  tam  zaskoczyć,  jeśli  jeszcze  stamtąd 

nie wyszedł. Łódź jest wciąż na brzegu... 

- Co gorsza, może się zdarzyć, że trzyma Hannu i Jussi w charakterze zakładników - 

Knut dokończył myśl Heino. - Dziwne, ale wcale się go nie boję - dodał zaskoczony. - Strach 

mnie jednak ogarnia, gdy pomyślę, co mógł zrobić z naszymi dwoma przyjaciółmi. O siebie 

wcale się nie lękam. 

Heino  pokiwał  głową  i  wziął  głęboki  oddech.  Wyprostował  się  i  dotknął  noża,  który 

wsunął za pas. Nóż był na swoim miejscu. 

- Nie będziemy tu tak stać... 

Wcale się nie umawiali, ale obaj jednocześnie przystąpili do dzieła. Podeszli do drzwi 

i zapukali. 

Ż

adnej odpowiedzi. Nikt nie otworzył drzwi. Heino znów zapukał. 

- Knut zawołał niezbyt głośno: 

- Hannu! Jussi! To tylko my! Cisza, która zapadła po tych słowach, zaniepokoiła ich 

tak, że wymienili spojrzenia. Zapukali ponownie. Nic. 

-  Albert  -  powiedział  Heino  głośno.  -  Jeśli  tam  jesteś,  wpuść  nas!  Porozmawiajmy 

przynajmniej. Nie rób nic tym dwóm! 

Cisza stała się jeszcze bardziej niepokojąca. 

- Albert - powtórzył Heino. - To ja, Hans. Żyję i mam się świetnie. Chciałbym z tobą 

pogadać. 

Wstrzymali oddech. 

background image

-  Wyważam  drzwi  -  szepnął  Knut.  -  Nie  możemy  tak  tu  stać  i  krzyczeć.  Za  chwilę 

zleci się pół wsi. Licho wie, co on wtedy zrobi. 

Heino przyłożył ucho do drzwi i zaczął nasłuchiwać. 

- Ktoś tam jest - szepnął. - Gdyby wszystko było w porządku, bylibyśmy już w środku. 

Hannu i Jussi nie mają zwyczaju bawić się w chowanego. 

Knut podjął błyskawicznie decyzję. Najbardziej męskim i stanowczym tonem, na jaki 

go było stać, powiedział: 

- Hansie Fredriku  Feldt! Wiemy, że tam jesteś.  Chcemy z tobą porozmawiać. Jestem 

też pewien, że ty chętnie porozmawiasz ze mną. 

Po długiej chwili usłyszeli ostry głos: 

- Kim jesteś? 

- Synem Raiji. 

W środku przewrócił się jakiś sprzęt. Stołek stojący pod piecem, zgadł Knut. Usłyszeli 

kroki. Deski podłogowe skrzypiały jak zawsze. 

W zamku zazgrzytał klucz. 

- Wchodźcie! - rozkazał im głos, który idealnie nadawał się do komenderowania. 

Teraz  trzeba  było  działać  rozważnie.  Pracować  głową.  Nie  pozwalać,  by  nienawiść  i 

gniew zmąciły im umysły. W przeciwnym razie wejście do domu byłoby ostatnią rzeczą, jaką 

przedsięwzięli w swym życiu. 

Weszli do środka. 

Knut zamknął za sobą drzwi. Przekręcił klucz, ale celowo nie zasunął zasuwy. W razie 

potrzeby z kluczem poradzą sobie bez trudu, gorzej z ciężką zasuwą. 

Sam nie wiedział, skąd się wzięły takie trzeźwe myśli. Nie miał pojęcia, jakim cudem 

udaje mu się tak doskonale nad sobą panować. 

- Gdzie staruszkowie? - zapytał Heino ostro. - Gdzie Hannu i Jussi? 

Mężczyzna,  który  stał  przed  nimi,  wskazał  głową  drugi  pokój.  Śledził  ich  bacznym 

spojrzeniem przymrużonych oczu. Trzymał nóż w pogotowiu. U jego pasa wisiał bicz. 

Podszedł do nich powoli. Najpierw do Heino. Dobrze wiedział, czego się może po nim 

spodziewać.  Nie  mógł  tego  natomiast  powiedzieć  o  Knucie.  Przyłożył  nóż  do  gardła  Heino. 

Ostrze znalazło się tuż nad żyłą, której pulsowanie widać było gołym okiem. 

Knut nie miał wątpliwości, że Feldt jest gotów użyć tego noża. Pamiętał, jak wyglądał 

Simon. Stał jednak nieporuszenie. 

Feldt zabrał nóż zza pasa Heino. 

- Zawsze miałeś tylko ten jeden - zaśmiał się cicho. - Czy to nie głupota? 

background image

Heino nie odpowiedział. 

-  Co  się  stało  z  Hannu  i  Jussim?  -  zapytał.  Stracił  nóż,  ale  nie  stracił  godności.  - 

Zrobiłeś im coś? Chcę ich zobaczyć. 

-  Nie  chcieli  mi  powiedzieć,  gdzie  jest  reszta  złota  -  wyjaśnił  Feldt  miłym,  prawie 

przyjacielskim  tonem.  -  W  ogóle  nie  chcieli  przyznać,  że  było  go  więcej.  Jakże  można  tak 

kłamać?  Zwłaszcza  w  takim  wieku.  Musiałem  im  zdradzić,  że  słyszałem  o  tym  od  ich 

dobrego przyjaciela, Hansa, a Hans nigdy nie kłamie. Musiałem być dość surowy, by... 

- Jak surowy? Feldt nie raczył odpowiedzieć na to pytanie. 

-  Pomyślcie  tylko,  że  niedaleko  jest  wzgórze  z  jaskinią  wypełnioną  złotem  -  ciągnął 

Feldt,  jakby  prowadził  rozmowę  towarzyską  przy  kawie.  -  Całe  wielkie  wzgórze!  Właściwy 

człowiek  potrafiłby  wiele  dokonać,  gdyby  miał  tyle  złota.  Czegóż  ja  bym  wówczas  nie 

dokonał? 

- Zasiałbyś jeszcze więcej zła - przerwał mu Heino - Chcę zobaczyć Hannu i Jussiego. 

Feldt zdecydowanym ruchem pokręcił głową. 

-  Niemożliwe,  byś  mówił  poważnie,  Hans.  Ty,  taki  mądry  chłopak  -  to  mówiąc, 

chwycił  Heino  i  przycisnął  nóż  jeszcze  mocniej  do  jego  skóry,  tak  że  parę  kropel  krwi 

spłynęło po ostrzu. - Nóż! - rzucił w stronę Knuta. - Nie będziesz chyba taki głupi jak on? 

Knut oddał nóż Feldtowi. 

Teraz  nie  mógł  ryzykować.  Feldt  uzyskał  chwilową  przewagę.  W  dalszym  ciągu 

jednak ich było dwóch, a on jeden. Trzeba mieć oczy i uszy otwarte, a nadejdzie chwila, gdy 

oni będą górą. 

Feldt był także tylko człowiekiem, musi więc popełniać błędy. 

- Jesteś mądrzejszy niż twoja matka! Feldt puścił Heino i odsunął się od nich. Postawił 

stołek,  który  się  przedtem  przewrócił,  i  usadowił  się  na  nim  wygodnie.  W  dłoni  mocno 

dzierżył nóż i ani na chwilę nie spuszczał młodzieńców z oka. 

Odebrane noże położył koło paleniska, wsuwając ich ostrza w żar. Knut przypomniał 

sobie opowieść Anjo o tym, jak bardzo Feldt lubił posługiwać się przy torturach rozpalonym 

ż

elazem. 

Knut i Heino wciąż stali. 

- W pewnym sensie nie kłamałeś - powiedział Feldt do Heino. - Cała góra złota to była 

dla ciebie wielka pokusa. Jesteś do mnie podobny, Hans. Jesteś do mnie bardzo podobny. 

Heino pokręcił głową. 

- Mylisz się, Feldt. Nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz! 

- Moje nazwisko! Skąd znasz moje nazwisko? Heino uśmiechnął się chytrze. 

background image

- Zastanów się. 

- Wiesz, gdzie jest ta góra? - Feldt nie spuszczał z niego oka. 

Knut  musiał  przyznać,  że  spojrzenie  tamtego  naprawdę  tchnęło  lodem.  Choć 

jednocześnie miało w sobie pewien niepokojący czar. 

Heino nie odpowiedział na pytanie. 

-  Na  nic  się  nie  zda  milczenie.  Dobrze  wiesz,  że  każdego  potrafię  zmusić  do 

mówienia. Nawet ciebie. 

- Nie każdego - wtrącił się Knut. Nienawiść wobec tego człowieka wzięła w nim górę. 

Może ryzykował za wiele, ale uznał, że ktoś musi się mu przeciwstawić. Nie powinien czuć 

się  bezkarny,  sądząc,  że  jest  panem  wszystkich  i  wszystkiego.  -  Moja  matka  nic  nie  powie-

działa, prawda? Nie udało ci się zmusić jej do zeznań. 

Feldt przełknął ślinę i błysnął zębami. Nie lubił, gdy ktoś mu o tym przypominał. 

Syn tej czarownicy, co za skandal! 

-  Gdzie  ona  jest?  -  zapytał  bardziej  poruszony  niż  zazwyczaj.  -  Zawsze  potrafiła  się 

wymknąć, ta czarownica! 

- Ona nie była czarownicą. - Knut pokręcił głową. - To nie czarownica cię zwyciężyła, 

Feldt.  Całkiem  zwyczajna  kobieta.  Drobna,  zwyczajna  kobieta.  Nic  ci  nie  pomoże,  że 

będziesz ją nazywał czarownicą. To niczego nie zmieni! 

- Znajdę ją jeszcze i zabiję! 

Knut  nigdy  w  życiu  nie  widział  tak  zmienionej  twarzy,  nigdy  nie  widział  takiej 

wściekłości, takiego szaleństwa. 

Feldt powtórzył to kilkakrotnie, całkiem spokojnie. 

- Nieważne, gdzie się schowała, i tak ją znajdę. I zabiję - powtórzył spokojniej Feldt. 

- Nie dasz rady - rozwiał jego złudzenia Knut. 

Feldt nie znosił, gdy ktoś podawał w wątpliwość jego słowa. 

-  Sam  mnie  do  niej  doprowadzisz  -  uśmiechnął  się  złośliwie.  -  To  nawet  lepsze 

rozwiązanie, niż zakładałem. A ja ją zabiję. 

- Mama nie żyje, Feldt - wyjaśnił Knut. - Nie żyje. Uniknęła twojej zemsty. 

Feldt mu nie uwierzył i uwierzył zarazem. Sam nie wiedział, na co się zdecydować. 

Chłopak mógł z powodzeniem kłamać, ale mógł też mówić prawdę. 

-  Co  zrobiłeś  ź  Hannu  i  Jussim?  -  dopytywał  się  Heino,  powoli  podchodząc  do 

mężczyzny siedzącego na stołku. Pochylił się nad nim, nie spuszczając z niego wzroku. 

Hans Fredrik Feldt w okamgnieniu zerwał się na równe nogi, wyciągając przed siebie 

nóż. Stanął przed paleniskiem, nie chcąc dopuścić, by wzięli stamtąd swoją broń. 

background image

Knut  nie  ruszył  się  z  miejsca.  Domyślał  się,  do  czego  dąży  Heino,  i  wiedział,  jakie 

zadanie jemu przypadnie w udziale. 

-  Słyszałem,  że  mnie  śledzicie  -  odezwał  się  nieoczekiwanie  Feldt.  -  Wiedziałem,  że 

ktoś  się  o  mnie  wypytuje,  że  ktoś  depcze  mi  po  piętach.  Wiedziałem,  że  to  ty,  Hans.  Nie 

wątpiłem, że żyjesz, bo twarda z ciebie sztuka. Słyszałem, że było was czworo. Trzech męż-

czyzn i jedna kobieta. 

Heino  podszedł  do  Feldta,  a  Knut  niepostrzeżenie  cofnął  się  o  krok.  Stał  z  rękami 

założonymi za siebie. 

- Czy to była ona? - Feldt spojrzał na Knuta, który zastygł w bezruchu. Chłopak miał 

nadzieję,  że  kapitan  nie  zauważył,  iż  zmienił  pozycję.  -  Czy  to  była  Raija?  Twoja  matka...? 

Ona żyje, prawda? 

-  Dałeś  się  we  znaki  wielu  innym  kobietom,  Feldt  -  wtrącił  się  Heino.  -  Pamiętasz 

którąś z nich? 

-  Ależ  skąd!  -  Feldt  był  najwyraźniej  oburzony  tą  sugestią.  -  Dlaczego  miałbym  je 

pamiętać? 

- No jasne, dlaczego? 

Heino  nie  obejrzał  się  za  siebie,  nie  uczynił  żadnego  znaku,  ale  Knut  wiedział,  że 

nadeszła  chwila,  w  której  Heino  rzuci  się  na  mężczyznę  uzbrojonego  w  nóż.  Rzuci  się  z 

gołymi pięściami. 

W tej samej chwili Knut skoczył do drzwi i przekręcił klucz. Do domku wpadł Ailo. 

Heino  był  tak  samo  silny  jak  Feldt,  ale  Feldt  miał  nóż.  Heino  zdołał  odsunąć  rękę  z 

nożem od swojego gardła, uniknął śmiertelnego ciosu. 

Feldt zranił go jednak w oba ramiona. 

Teraz  Knut  i  Ailo  rzucili  się  na  kapitana.  Trzem  młodzieńcom  nie  zdołał  sprostać 

nawet najstraszliwszy niegdyś kat Finnmarku. 

Wyrwali mu nóż. Nóż trafił w ręce Knuta, jakby on miał największe prawo do zemsty. 

Heino  powalił  przeciwnika  na  podłogę  i  rzucił  się  na  niego  z  pięściami.  Na  oślep 

bombardował ciosami Feldta, przytrzymywanego w żelaznym uścisku przez Ailo i Knuta. 

Heino bił i bił tak długo, aż zaczęły go boleć pięści. Feldt ledwo żył, ale wciąż jeszcze 

nie stracił świadomości. 

-  Podzielimy  się  -  szepnął  popękanymi  ustami.  -  Schowałem  swoje  złoto.  Możecie 

dostać część... nawet wszystko... - Nie miał już szans na wygraną, ale próbował przynajmniej 

się  targować.  -  Złoto  za  moje  życie...  Chłopcy  się  roześmiali.  Heino  usiadł  okrakiem  na 

piersiach powalonego. 

background image

- Zabiłeś mojego ojca - zaczął. - Nie wiedziałeś jednak wszystkiego, Feldt. Nazwałem 

się  Hansem,  bo  to  było  twoje  prawdziwe  imię.  Pomyślałem,  że  kiedyś  zrozumiesz  ten  żart. 

Naprawdę  nazywam  się  inaczej.  Heino.  Heino  Aalto.  Moje  nazwisko  niewiele  ci  mówi,  bo 

masz kiepską pamięć. Mój ojciec nazywał się Petri Aalto, a ty go zabiłeś z zimną krwią. 

- Pamiętam go. - Feldt przełknął ślinę. - Twój ojciec był tchórzem. On także jej szukał, 

choć był dla niej stanowczo za stary. Jak mogła się nim przejmować? A poza tym czarownice 

nikogo nie kochają. 

- Zabiłeś go! - Tak. 

Heino splunął. Ailo spojrzał z nienawiścią na pokrwawioną twarz Feldta. 

- Mojego ojca także zabiłeś - powiedział Ailo, próbując zachować zimną krew, spokój 

i trzeźwy umysł, by nie okazać ani cienia słabości człowiekowi, którym pogardzał. 

- Lapończyka? Wątpię. 

- Ona go kochała - uśmiechnął się Ailo. - Ta czarownica, której szukasz. Raija i mój 

ojciec się kochali. To ją próbowałeś zabić, ale on ją zasłonił. Pamiętasz strzał, który oddałeś 

podczas jarmarku, dawno, dawno temu? Wtedy zabiłeś mojego ojca, choć on był tysiąc razy 

więcej wart niż ty. Nie dałeś mu żadnej szansy. My cię teraz potraktujemy tak samo. 

Feldt zamknął oczy i ujrzał przeszłość jak na dłoni. 

Nigdy by nie przypuścił, że to możliwe. Raija nie mogła kochać Lapończyka! 

Dlaczego  wciąż  pamiętał  twarz  tamtego?  Dlaczego  pamiętał  jego  szerokie  plecy? 

Dlaczego sam podarował tamtemu taką piękną śmierć? 

Zastrzelił go, a on wyzionął ducha w jej ramionach. Pocałowała go na pożegnanie. 

Ailo splunął. 

Knut także. 

Mężczyzna nawet się nie wykrzywił. Ślina ciekła mu po policzkach, zamknął oczy. 

-  To  za  mamę  -  wyjaśnił  Knut.  -  Za  wszystko,  co  jej  zrobiłeś  w  twierdzy.  I  za  nasze 

stracone  dzieciństwo.  Za  to,  co  mnie  samemu  zrobiłeś.  -  Knut  splunął  jeszcze  raz.  -  A  to za 

Simona.  Simon  był  mężem  mojej  siostry.  Nie  zasługiwał  na  taką  potworną  śmierć,  jaką  mu 

zgotowałeś. - Knut splunął po raz trzeci. - A teraz za Anjo. Anjo, której nawet nie pamiętasz, 

choć torturowałeś ją tak samo jak mamę. W twierdzy. Za Anjo, którą musiałeś wypuścić, bo 

się wystraszyłeś. Za Anjo, która jest milion razy więcej warta niż ty. 

Wszystko,  co  mu  chcieli  powiedzieć,  już  padło.  Wymienili  wszystkie  drogie  swoim 

sercom ofiary tego kata. 

Ale  nienawiść  nie  przygasła.  Płonęła  takim  samym  ogniem.  Feldt  nie  może  się  im 

wymknąć. Żaden z nich nie chciał jednak być tym pierwszym, który uniesie nóż. 

background image

-  Zabijałeś  na  zlecenie  namiestnika?  -  Heino  przypomniał  sobie,  że  mieli  coś 

ważniejszego  do  załatwienia.  -  Kradłeś,  podpalałeś  i  niszczyłeś  na  czyjś  rozkaz?  Za 

pieniądze? 

Wtedy Hans Fredrik Feldt otworzył oczy. Ślina oślepiła mu jedno z nich. Zaśmiał się 

jednak ochryple. 

- Chcecie wiedzieć? Opowiem wam to i owo za cenę mojego złota i mojego życia. 

Oczy mu rozbłysły, gdy poczuł nadzieję, że ma jeszcze jakąś szansę. 

- Wolę już iść do piekła! - Ailo puścił ramię leżącego, zagryzł zęby i wbił nóż w pierś 

kapitana aż po rękojeść. Czubek noża utkwił w podłodze. 

Heino  i  Knut  także  puścili  Feldta.  Patrzyli,  jak  walczy  ze  śmiercią.  Patrzyli  na  krew, 

która trysnęła strumieniem, gdy Ailo wyciągnął nóż. 

Knut wyjął narzędzie zemsty z ręki przyjaciela. Zważył je w dłoni i zrobił to samo co 

Ailo. 

Potem  w  milczeniu  podał  nóż  Heino,  który  jako  ostatni  przebił  ciało  Hansa  Fredrika 

Feldta. 

Potem umyli nóż. Zmyli starannie każdą kroplę krwi tego złego człowieka. 

Wszyscy trzej milczeli. 

Nie przykryli ciała. Żaden nie mógł się na to zdobyć. Feldt leżał na środku w kałuży 

krwi. Bez wątpienia martwy. Mógł go zabić którykolwiek z nich. 

- Wcale tego nie żałuję - powiedział Ailo. Knut się nie odezwał. On żałował. Wbił nóż 

w  ciało  drugiego  człowieka,  w  ciało  bezbronnego,  choć  złego  człowieka.  Nie  zrobił  tego  w 

obronie własnej i dlatego czuł się fatalnie. Heino otworzył drzwi do sąsiedniej izby, po czym 

szybko je zamknął. 

- Martwi - zakomunikował towarzyszom. Knut poczuł się nieco lepiej. 

- Idźcie do Anjo i zostańcie tam - polecił im Heino. - Nie było was tutaj. 

Nie chcieli, by to się tak skończyło. Mieli zamiar wziąć na siebie odpowiedzialność za 

wszystko, w czym uczestniczyli. 

-  Sprowadzę  lensmana  -  oznajmił  Heino.  Jego  spojrzenie  zrobiło  się  dziwnie 

nieprzeniknione.  -  Niewykluczone,  że  on  zrozumie  wszystko  lepiej,  niż  wam  się  zdaje.  Nie 

wszyscy wysocy urzędnicy lubią Kjeldsena. 

Knut  i  Ailo  popatrzyli  na  Heino.  Domyślali  się,  co  ma  na  myśli,  choć  wiedzieli,  że 

nigdy nie wypowie tego głośno. Posłusznie podnieśli się z miejsc. 

- Powiedzcie Anjo, że już po wszystkim. Wrócę, gdy wszystko załatwię. 

background image

14 

Musieli wspierać się na sobie wzajemnie, choć do domu Anjo nie było daleko. 

Wszystko,  co  się  zdarzyło,  miało  nieprzewidziane  konsekwencje.  Jak  początek  i 

koniec snu. 

Anjo zdążyła się przebrać. Wystarczyło jedno spojrzenie, by odgadła, co się stało. 

Chwiejąc się na nogach, podeszli do łóżka i rzucili się na nie. Brakowało im słów, by 

opowiedzieć jej o wszystkim. Zabrakło im łez. 

- Co z Heino? - zapytała ze strachem. - Wszystko w porządku? 

Knut pokiwał głową. 

- Został, by coś załatwić. Z lensmanem. Czy lensman jest w to zamieszany? 

-  Niezupełnie  -  wyjaśniła  Anjo.  -  Ale  nie  miałby  nic  przeciwko  temu,  by  Kjeldsen 

zniknął stąd na zawsze. 

- Dziwne i skomplikowane to wszystko - pokręcił głową Knut. 

Gdy znów ujrzał Anjo, choć przecież równie dobrze mógł nie wrócić, poczuł, że życie 

odzyskało  sens.  Ze  wszystkich  sił  pragnął  żyć.  Ailo  oparł  się  na  jego  ramieniu  i 

wyciągnąwszy  nóż,  zaczął  wycierać  go  o  nogawkę  spodni.  Szukał  kropli  krwi,  które  już 

dawno znikły z ostrza. 

-  To  ten  nóż?  -  zapytała  Anjo  i  wytarła  dłonie  w  spódnicę,  nie  odrywając  oczu  od 

ostrza. 

Ailo skinął głową. 

- Ty to zrobiłeś? Ailo potwierdził. 

-  I  ja  też  -  dodał  Knut.  -  I  Heino.  My  wszyscy.  Feldt  wiedział,  kim  jesteśmy  i  kogo 

chcemy  pomścić.  Wymieniliśmy  także  ciebie,  Anjo.  -  Anjo  oparła  się  o  stół.  -  Wcale  nie 

jestem z tego dumny - ciągnął Knut. - Sądziłem, że będę, ale czuję się całkiem inaczej. 

- A ja niczego nie żałuję - powtórzył raz jeszcze Ailo. - Jeśli ktokolwiek zasłużył sobie 

na  śmierć,  to  właśnie  ten  człowiek.  Zamordowałby  nas  bez  wahania.  Widziałeś,  co  zrobił  z 

Hannu i Jussim. 

Anjo pobladła. Usiadła naprzeciwko mężczyzn, po drugiej stronie stołu. 

- Nie żyją? 

- Nie żyją. 

background image

-  Próbował  się  targować.  Opowiedziałby  wszystko  o  Kjeldsenie,  gdybyśmy  mu 

obiecali życie i złoto - opowiedział Knut. - Ailo do tego nie dopuścił. Żałuję, że pierwszy się 

nie zdecydowałem. 

- To był zły człowiek - Anjo mówiła przyciszonym głosem. - Zły aż do szpiku kości. 

Ale już po wszystkim. Nie myślcie już o tej drugiej sprawie! Nie tak łatwo zrzucić ze stołka 

wielkiego człowieka. Teraz trzeba się zająć sprawą Knuta Olssona. Podobno przywiózł list od 

króla,  choć  Kjeldsen  temu  zaprzecza.  Niewykluczone,  że  ktoś  będzie  musiał  jeszcze  raz 

pojechać do Kopenhagi. Skoro udało się to staremu człowiekowi, to młodzieniec tym bardziej 

da sobie radę... 

Knut chętnie by to dla niej zrobił. Gdyby go o to poprosiła, pojechałby do Kopenhagi. 

Ale Anjo go nie poprosiła. Nie zaplątał się w wielkie słowa i obietnice. 

Ailo  schował  nóż  do  pochwy.  Nie  mógł  przecież  znienawidzić  tego  noża,  skoro  był 

tylko ślepym narzędziem w jego dłoni. 

-  Czuję  się  tak  podle!  -  Knut  w  trudem  tłumił  w  sobie  płacz.  -  Czuję  się  fatalnie. 

Jakbym wcale nie był lepszy niż on. 

Ailo  mógł  powiedzieć  o  sobie  to  samo.  Nie  żałował  wprawdzie  tego,  co  zrobił,  ale 

czuł się tak samo jak Knut. 

-  Oczywiście,  że  jesteś  lepszy  -  uspokajała  go  Anjo.  -  Wszyscy  trzej  jesteście  milion 

razy lepsi od tego człowieka. Jego życie musiało się tak zakończyć. Przykro wprawdzie, że to 

wy  musieliście  wbić  ten  nóż,  choć  z  drugiej  strony  była  w  tym  pewna  sprawiedliwość  losu. 

Trzeba było go zlikwidować, by wreszcie przestał rozsiewać zło. Żeby na pustkowiu nie było 

już więcej krwawych śladów... 

-  On  znów  zacząłby  zabijać.  -  Ailo  wiedział,  że  przynajmniej  tyle  można  wyrazić 

słowami. - A ja na pewno nigdy już tego nie zrobię. Nigdy. 

Anjo  uśmiechnęła  się  blado,  choć  oczy  i  twarz  miała  poważne.  Tylko  na  ustach 

pojawił się zmęczony, smutny uśmiech. 

- I na tym polega różnica między nim a wami. Widzicie i czujecie, że zabijanie to coś 

złego. A on robił to wciąż na nowo, nawet się nad tym nie zastanawiając. 

- To nie takie proste - pokręcił głową Knut. - To znacznie bardziej skomplikowane. - 

Zapatrzył się w dal, a po chwili wybuchnął. - Jestem taki brudny! 

Anjo uznała, że to nie tylko przenośnia. 

- Nie mam tu sauny  - zmartwiła się. - A  w tej sytuacji nie możemy  przecież używać 

sauny Hannu. Niech się Pan Bóg zlituje nad jego duszą. I nad duszą Jussiego. Nie zasługiwali 

na taką śmierć... - Głos Anjo zadrżał niebezpiecznie. - Ale jeśli przyniesiecie wody, to ją wam 

background image

zagrzeję.  Trzeba  napełnić  balię.  Gdy  tylko  zmyjecie  to  wszystko  z  siebie,  poczujecie  się 

znacznie  lepiej.  - Wszyscy  dobrze  wiedzieli,  że woda  nie  wystarczy,  by  się  oczyścić,  ale  od 

czegoś trzeba przecież zacząć. 

Na  podłodze  stanęła  drewniana  balia.  Przesunęli  garnek  w  sam  środek  żaru  i  zaczęli 

napełniać go wodą. Anjo zadbała o to, by woda nie zaczęła wrzeć. Ailo i Knut przelali ją do 

balii. Pozostawało tylko dolać kilka wiader zimnej wody. 

Gdy wnosili ostatnie wiadra, w domku Anjo zjawił się Heino. 

- Niektórzy przychodzą na gotowe - zażartował Knut, próbując poprawić nastrój. 

Nie udało mu się. 

Woda miała jednak przestygnąć w sposób naturalny. 

-  Nie  pochowają  go  w  poświęconej  ziemi  -  rzekł  Heino.  -  Wymyśliliśmy  prostą 

historię,  w  której  tkwi  ziarno  prawdy.  Feldt  napadł  na  Hannu  i  Jussiego  i  zabił  ich  obu. 

Tymczasem  ja  przyszedłem  do  nich  w  odwiedziny.  Udało  mi  się  go  powalić  i  zadźgać  w 

obronie własnej. Kim naprawdę był ten  człowiek, wiemy tylko my i lensman. Nie ma sensu 

tego teraz rozgłaszać. 

Wszyscy  się  z  tym  zgodzili,  choć  nie  mogli  się  oprzeć  wrażeniu,  że  jednak  Hans 

Fredrik Feldt odniósł połowiczne zwycięstwo po śmierci. 

- Anjo się będzie kąpać, czy wy? - zdziwił się Heino. 

Anjo prychnęła. 

Heino spojrzał na swoje dłonie i pokazał je towarzyszom. 

- Widzę krew. Bardzo wyraźnie. Gdy wyciągnąłem nóż, trysnęła krew... i wciąż mam 

to przed oczami. Wiem dokładnie, w którym miejscu były krople, i do tej pory je tam widzę. 

-  Ty  także  powinieneś  się  wykąpać.  Ja  wypiorę  wam  ubrania.  Z  resztą  sami  sobie 

musicie poradzić. 

- Nie chcesz przynajmniej popatrzeć? - zażartował Ailo. 

-  A  uważajcie,  uważajcie!  -  huknęła  Anjo.  -  Może  nie  oprę  się  pokusie.  Choć 

właściwie mam zamiar wyciągnąć się na łóżku, odwrócić się do ściany i zasnąć. 

Heino doszedł do wniosku, że zachowywał się  głupio, żyjąc w przekonaniu, że tylko 

on jeden znaczy coś dla ciotki Anjo. Traktował ją prawie jak matkę. Niesłusznie. 

Anjo  była  niewiele  starsza  od  nich.  A  podczas  wyprawy  ukazała  całkiem  inną, 

jaśniejszą  i  pogodniejszą  stronę  swej  natury.  Była  radośniejsza  i  bardziej  kobieca.  No  i 

znacznie bardziej atrakcyjna. 

Nie potrafił już myśleć o niej jak o ciotce Anjo. Stała się dla niego kobietą. 

background image

- Może się jednak z nami wykąpiesz - powiedział z błyskiem w oku. Miał nadzieję, że 

Anjo zrozumie, iż za żartem kryje się prawdziwe uznanie i prośba o wybaczenie. 

Anjo  się  zdziwiła.  Nie  oczekiwała  takich  słów  ze  strony  Heino.  Spodziewała  się 

raczej,  że  zamknięty  w  sobie,  chłodny  Heino  znów  się  obruszy  na  myśl,  że  można  w  niej 

widzieć kobietę, że i ona może mieć pragnienia takie jak inne przedstawicielki jej płci. Pomy-

liła się. I zrobiło się jej całkiem miło. 

Zrozumiała  podtekst  jego  słów.  On  tymczasem  bez  zażenowania  ściągnął  koszulę  i 

spodnie. 

- Nie brak tu miejsca - dorzucił Ailo, który także zdążył już zdjąć koszulę. 

Tylko Knut ociągał się z rozbieraniem. 

Anjo musiała przełknąć ślinę, by opanować drżenie. 

- Nie tym razem. Ale dajcie znać, gdy będziecie wybierać się do sauny. Nie odmówię 

sobie takiej uczty. 

Anjo  zorientowała  się,  że  Knut  nie  jest  zachwycony  jej  swobodnym  zachowaniem, 

choć uśmiecha się tak samo jak inni. 

Jego  spojrzenie  błąkało  się  po  kątach,  unikał  jej  wzroku.  Koszulę  ściągnął  przez 

głowę, by nie patrzeć w jej stronę. 

Na  plecach  Knuta  wciąż  widać  było  ślady  jej  palców.  Anjo  je  zauważyła  i 

uśmiechnęła się pod nosem. Potem odwróciła się w stronę ściany, ale jakoś nie mogła zasnąć. 

Ś

miech  szybko  ucichł.  Nie  mieli  przecież  za  wiele  powodów  do  radości.  Rozmowa 

stała się poważna. 

Oczyścili się na zewnątrz, ale woda nie obmyła ich od środka, a przecież prawdziwy 

brud zagnieździł się właśnie tam. Blizny i plamy z krwi już na zawsze naznaczyły ich dusze. 

Wszyscy  trzej  zrozumieli,  że  życie  jest  bardzo  kruche,  że  w  każdej  chwili  może  się 

skończyć.  Tak  niewiele  do  tego  potrzeba.  Ujrzeli  życie  w  całkiem  innym  świetle:  było  jak 

największy skarb, jaki znalazł się w ich posiadaniu. 

- Nigdy już tu nie powrócę - oświadczył Knut z naciskiem. - Gdy wydobędę tyle złota, 

ile  trzeba,  by  nie  martwić  się  o  nic  do  końca  życia  i  zapewnić  lepszy  los  rodzinie,  wyjadę 

stąd.  Postąpię  tak,  jak  mi  radził  Hannu  poprzednim  razem.  Zgłoszę  część  złota  i  zapłacę 

należny podatek. I nigdy już nie wrócę do Alty. 

- To miejsce nie jest przecież niczemu winne - tłumaczył mu Heino. - Tylko ludzie są 

winni.  Miejsca  nigdy  nie  są  złe  same  w  sobie.  To  taka  piękna  okolica.  Miałeś  pecha,  bo 

przeżyłeś tu same nieszczęścia. 

background image

- No, może niezupełnie - wtrącił się Ailo, zerkając w stronę Anjo, która poruszyła się 

nieznacznie, gdy Knut zaczął mówić. Czyżby płakała? 

- Nie muszę przecież narażać się na nieprzyjemne wspomnienia - upierał się Knut. 

-  Ja  jeszcze  nie  wiem,  co  zrobię  -  westchnął  zmęczony  Heino,  wychodząc  z  balii  i 

ustępując miejsca Ailo. Wycierał się, drżąc trochę z zimna. - Nie liczyłem na to, że wszystko 

się  skończy  tak  szybko.  Wiele  lat  swego  życia  poświęciłem  na  pogoń  za  tym  człowiekiem. 

Sądziłem,  że  to  potrwa  jeszcze  bardzo  długo.  A  tymczasem  wszystko  minęło  jak  z  bicza 

strzelił.  Nie  wiem,  czy  warto  było  się  tak  poświęcać.  Nie  wiem  nawet,  czy  mój  staruszek 

ucieszyłby się, że go w ten sposób pomściłem. On nie był mściwy. A ja przecież zrujnowałem 

sobie  własną  przyszłość,  skupiając  się  na  zemście.  To  było  straszne.  Nie  tak  łatwo  mi  to 

przyszło i do końca życia będę pamiętał śmierć Feldta, choć nie jest tego wart... 

- Dzięki nam nie zrobi już nikomu nic złego - Ailo obstawał przy swoim. - I tego nie 

powinniśmy  się  wstydzić.  Ale  nie  ma  się  także  czym  chwalić.  Doskonale  rozumiem,  co 

czujesz. To nie było bohaterstwo. 

-  Zrobiliśmy,  co  zrobiliśmy,  i  musimy  z  tym  jakoś  żyć  -  podsumował  Knut.  -  Nie 

podoba  mi  się  historia,  którą  wymyśliliśmy,  żeby  uniknąć  kary,  choć  rozumiem,  że  nie  ma 

innego wyjścia. 

-  Tamci,  którzy  siedzą  na  górze,  też  nie  grają  uczciwie  -  oświadczy!  Heino 

zdecydowanym tonem. - Nie możemy zagrać z nimi w otwarte karty.  Nie wierzę już w taką 

możliwość.  Albo  obie  strony  są  uczciwe,  albo  i  tak  nie  będzie  sprawiedliwości.  Z  tego 

powodu nie mam żadnych wyrzutów sumienia. 

- I ty chciałeś być pastorem? - uśmiechnął się Knut, zapinając spodnie. Jego spojrzenie 

powędrowało w stronę Anjo i nic nie mógł na to poradzić. 

- Kiedy człowiek jest młody, często wierzy w ideały. Dopiero wtedy, gdy zaczyna się 

zwyczajne życie, ujawniają się jego ciemne strony. Za młodu patrzy się na wszystko zupełnie 

inaczej. Wtedy człowiek myśli, że zdoła zmienić świat. 

Knut potarł nie ogoloną brodę. 

- Staruszek Knut musi się ogolić, zanim znów wyruszy na pustkowie, w przeciwnym 

razie za parę dni wyrośnie mu siwa broda. 

-  Wyruszasz  od  razu?  -  zapytał  Heino  jakby  trochę  zrezygnowany.  Tak  długo  żył 

zawieszony w próżni. Miewał wprawdzie różnego rodzaju towarzyszy, ale przecież w gruncie 

rzeczy nic go z nimi nie łączyło. Odzwyczaił się od rozmów, zamknął w sobie, zapomniał, jak 

to miło z kimś pogadać. 

background image

Simon  był  do  niego  pod  tym  względem  podobny,  mogliby  się  nawet  zaprzyjaźnić, 

gdyby  sobie  zaufali.  Przed  Simonem  było  paru  innych  młodych  chłopców,  którzy 

przypadkiem  trafili  do  bandy  Alberta.  Heino  pomagał  im  się  z  tego  wyplątać.  Ale  żadna  z 

tych  znajomości  nie  zakończyła  się  przyjaźnią.  Każdy  z  nich  czuł,  że  ma  ogromny  dług 

wdzięczności względem Heino, a w takiej sytuacji trudno się otworzyć. Od czasu, gdy opuścił 

Tornedalen,  by  szukać  marnotrawnego  ojca,  Knut  i  Ailo  stali  się  jego  najbliższymi 

przyjaciółmi. Za przyjaciółkę uważał Anjo, ale przecież ona była mimo wszystko kobietą, a z 

kobietami rozmawia się całkiem inaczej. 

- Wyruszam,  gdy tylko  załatwię tu parę spraw. - Knut był zdecydowany. - Mówiłem 

już, że nie znoszę Alty. Wyjadę i nigdy nie wrócę. Zostawię tu kilka grobów, ale zmarli nawet 

nie zauważą mojej nieobecności. Ważniejsze, by zawsze mieli swoje miejsce w mojej pamięci 

niż zadbany grób. 

- Wydawało mi się, że mimo wszystko coś cię tu trzyma - zauważył Heino. 

Knut pochylił głowę. 

- To nie jest mój dom. Nie ma co się łudzić. Choć zawsze będą mnie z tym miejscem 

wiązać jakieś nitki... 

- Ailo idzie z tobą? Knut potwierdził. 

- W tej skalnej pieczarze jest pełno złota - powiedział nagle. Mokra grzywka sterczała 

mu  na  wszystkie  strony.  -  Więcej  niż  kiedykolwiek  mogę  potrzebować.  Nie  damy  rady 

załadować za wiele, skoro będziemy jechać tak daleko letnią porą. Kamienie są ciężkie, a do 

Lyngen daleko. Dlaczego nie pójdziesz z nami, Heino? 

-  Dlatego,  że  mnie  nie  zapraszaliście  -  odparł  Heino  cierpko.  Nie  miał  odwagi 

uwierzyć  w  to,  co  mu  właśnie  zaproponował  Knut.  Pamiętał  przy  tym  podniecenie,  które 

poczuł, trzymając złoto w swych dłoniach. 

- A chciałbyś? 

- Jeśli naprawdę chcecie, żebym wam towarzyszył. Zarówno Knut, jak i Ailo chcieli. 

Spojrzeli  po  sobie  porozumiewawczo,  a  na  ich  twarzach  pojawił  się  nieco  zawadiacki, 

chłopięcy uśmiech. 

Ailo,  ociekający  wodą,  wyszedł  z  balii.  Dookoła  jego  nóg  na  podłodze  zrobiła  się 

niewielka kałuża. 

-  Staniesz  się  bogaty  i  wtedy  będziesz  mógł  zrobić,  co  zechcesz  -  powiedział.  -  Ale 

najpierw  musisz  przejść  pewną  próbę.  Trochę  dziecinną.  -  Ailo  zaczął  szukać  noża  między 

fałdami brudnych ubrań. - Nie może nam towarzyszyć ktoś, kto nie znosi widoku krwi - dodał 

z krzywym uśmiechem. 

background image

Odrobina czarnego humoru nigdy nie zawadzi. 

-  Taki  skarb  oznacza,  że  musimy  mieć  do  siebie  pełne  zaufanie  -  oznajmił  Knut.  - 

Musimy być solidarni i podzielić się równo. Krótko mówiąc, powinniśmy być jak bracia. 

Heino zrozumiał, o co chodzi. Wyciągnął rękę i zagryzł zęby, żeby lepiej znieść ból. 

Ailo szybkim ruchem naciął jego skórę. Potem naciął przegub Knuta i własny. 

Wszyscy trzej wstali i uroczyście połączyli swe ręce tak, by krople krwi zmieszały się 

ze  sobą.  Potwierdzili  przyjaźń  w  najbardziej  symboliczny  sposób,  jaki  zdołali  wymyślić.  W 

pradawnym rytuale, znanym od tysięcy łat. 

- Nie możemy mieć już więcej braci - oświadczył Knut, wysysając krew ze swej rany. 

- No jasne, nie możemy przecież bez przerwy nacinać sobie skóry - potwierdził Ailo. 

Wszyscy trzej się uśmiechnęli. Odetchnęli z ulgą, gdy na moment udało im się uciec w 

krainę dzieciństwa. 

- Nie mam braci - rzekł Ailo. - Byłem sam. To znaczy była jeszcze Maja, ale to nie to 

samo. Z braćmi byłoby zupełnie inaczej. Knut rozłożył ręce. 

-  Skąd  miałbym  to  wiedzieć?  Przecież  mam  same  siostry.  A  to  nie  zawsze  jest 

przyjemne. 

- Ja też mam cztery siostry. 

Ubrali się i wynieśli na dwór balię, by ją tam opróżnić. Gdy wrócili do środka, Knut 

zerknął ukradkiem na Anjo. Domyślił się, że nie śpi. 

Przypuszczał,  że  nie  zmrużyła  nawet  oka  i  że  słyszała  słowa,  które  musiała  źle 

zrozumieć. 

Nigdy w życiu nie był tak pewien tego, co chce zrobić, jak w tej chwili. 

Nie mówiąc przyjaciołom ani słowa, założył kurtkę. 

-  Dokąd  się  wybierasz?  -  zdziwili  się  tamci,  zwłaszcza  że  włosy  mu  jeszcze  nie 

wyschły. 

-  Idę  z  wizytą.  -  Nie  chciał  nic  zdradzić.  -  Mam  pewną  sprawę  do  załatwienia. 

Wkrótce wrócę. Może przygotujecie tymczasem coś do jedzenia? Nie budźcie Anjo, ona po-

winna się wyspać. Wyprawa była dla niej bardzo wyczerpująca, a i w przyszłości nie będzie 

jej łatwo. Założę się, że nikt jej jeszcze nigdy nie przygotował jedzenia. 

- Co on mógł mieć na myśli? - zdziwił się Heino. Ailo miał swoje podejrzenia, ale nie 

chciał zdradzać tajemnicy Knuta. 

-  Chciał,  żebyśmy  przygotowali  coś  do  jedzenia  -  powiedział.  -  Od  dawna  nic  nie 

jedliśmy. 

background image

Knut złożył sobie samemu uroczystą obietnicę, że jego noga nigdy nie przestąpi progu 

plebanii w Alcie. 

Teraz miał poczucie, że od tamtej chwili dzieli go cała wieczność. 

Gdy  jednak  zobaczył  budynek  probostwa,  coś  go  ścisnęło  w  piersiach.  Pamiętał 

dokładnie, co czuł, gdy wnosił po tych schodach martwe, lodowate ciało Anny. Gdy zamykał 

oczy, zdawało mu się nawet, że czuje ten sam ciężar. 

Musiał odczekać chwilę, nim się uspokoił. 

Odwiedził cmentarz i tam pożegnał się z całym swym dotychczasowym życiem. 

Zatrzymał się przy trzech grobach: ojca, Anny i Simona. 

Zmądrzał na tyle, by nie szafować obietnicami, których być może nie mógłby spełnić. 

Nie sądził, by miał tu kiedykolwiek powrócić. 

Musnął  palcami  złoty  brzeg  krzyża  Anny.  Poczuł  przyjemny  chłód  metalu.  Jej  grób 

powinien  być  piękny,  tak  samo  jak  wspomnienia  o  niej.  Za  życia  nie  błyszczała  tak  jak  jej 

krzyż. Niewiele osób przekonało się, że jest prawdziwą perłą. Dla większości pozostała obcą 

córka pastora. 

Gdy  Knut  odchodził  od  jej  grobu,  w  plecy  świeciło  mu  popołudniowe  słońce. 

Wspomnienie  o  Annie  miało  pozostać  w  jego  duszy  na  zawsze.  Ale  zmarli  nigdy  już  nie 

powrócą i nie można budować na nich swego życia. 

Knut opuścił cmentarz, zamykając za sobą bramę, i przestąpił próg świata żywych. 

Zaczął od plebanii. 

Poczucie godności nakazało mu skierować się w stronę drzwi frontowych. 

Był przecież świeżo wykąpany, miał na sobie nie połatane ubranie, nosił nazwisko, z 

którego był dumny. Czemuż miałby zginać przed kimś kark? Nie wstydził się tego, kim jest. 

Dziewczyna,  która  mu  otworzyła  drzwi,  robiła  dziwne  miny,  ale  wpuściła  go  do 

ś

rodka.  Była  młodziutka,  a  Knut  ujął  ją  swym  najbardziej  czarującym  uśmiechem.  Wiatr 

osuszył już jego gęste włosy. Brązowe oczy harmonizowały z jasną czupryną. Knut wzbudzał 

zaufanie. Dziewczyna zaczerwieniła się, odpowiadając na pytanie, czy pastor jest u siebie. 

- Może mógłbym z nim porozmawiać? Dziewczyna wyraźnie się zawahała. 

- To sprawa życia i śmierci - wyjaśnił Knut, zniżając głos do dramatycznego szeptu. - 

To potrwa tylko chwilkę, a ty dostaniesz całusa, jeśli mnie wpuścisz. 

Odparła z rumieńcem, że nie powinien nawet o tym mówić tu, na plebanii. 

- Chyba możecie się tutaj przynajmniej całować? - zapytał niewinnie. 

Służąca  zachichotała  i  furkocząc  spódnicą,  znikła,  nie  czekając,  aż  gość  powie  coś 

jeszcze bardziej niestosownego. 

background image

Knut  był  przekonany,  że  wyjednał  sobie  widzenie  z  samym  pastorem.  Mógłby 

oczywiście wejść nieproszony, uznał jednak, że czasem warto przestrzegać reguł. 

Zwłaszcza  jeśli  się  złamało  już  kiedyś  kilka  zasad  i  nie  miało  się  zamiaru  na  tym 

poprzestać. Trwało to długo, ale w końcu dziewczyna wróciła. Uśmiechnięta. 

- Musiałam przerwać mu poobiednią drzemkę -  zdradziła Knutowi. - Trochę zrzędzi, 

ale skoro to potrwa tylko chwilkę, to chyba nic nie szkodzi. 

Knut chwycił ją za ramiona. 

- Naprawdę zasłużyłaś sobie na całusa - oświadczył i musnął jej miękkie wargi. 

Zarumieniła  się  aż  po  nasadę  włosów,  a  Knut  oddalił  się  z  uśmiechem.  Dziewczyna 

wyglądała  na  uszczęśliwioną,  a  jemu  przecież  nic  nie  ubyło.  Kto  wie,  może  to  jego  ostatni 

niewinny flirt. 

- Wiem, gdzie szukać pastora - wyjaśnił, zmierzając w stronę właściwych drzwi. 

- Już cię gdzieś widziałem - zmarszczył czoło pastor, który rzeczywiście wyglądał tak, 

jakby  go wyrwano ze snu. - To ty przywiozłeś trupa, to najbardziej odpychające ciało, jakie 

kiedykolwiek widziałem. Czy tym razem przychodzisz w podobnej sprawie? 

-  Wręcz  przeciwnie  -  pokręcił  głową  Knut.  -  Ale  w  równie  ważnej.  -  Wziął  głęboki 

oddech, popatrzył na człowieka, który przed nim siedział, próbując odgadnąć, co się kryje za 

sutanną. Nie było to łatwe. 

Pastor  to  pastor.  Przedstawiciel  władzy.  Dopiero  dzięki  Annie  zrozumiał,  że  w 

sutannach też chodzą zwykli ludzie. 

Mężczyźni. 

- Czy pastor bardzo przestrzega wszystkich formalności? - zapytał Knut. Zawahał się 

chwilę,  nim  użył  tego  trudnego  słowa.  Nauczył  się  go  od  Anjo.  Gdy  je  wypowiedział,  i  to 

prawidłowo, poczuł się znacznie pewniej. Słowa także potrafiły dzielić ludzi, wznosić między 

nimi mur. Każdy jednak mógł gromadzić słowa potrzebne, by zrobić wyłom w tym murze. 

- To zależy - odparł pastor powoli, unosząc brwi. Zastanawiał się, czy ten młodzieniec 

chodził  do  szkół.  Nie  spodziewał  się  usłyszeć  tak  trudnego  słowa  z  ust  kogoś,  kto  wedle 

wszelkiego prawdopodobieństwa żył pod gołym niebem. 

Ale życie bywa pełne niespodzianek. 

- Chcę się ożenić - oświadczył Knut. 

- W takim razie potrzebne ci są dokumenty. Na to potrzeba trochę czasu - zamyślił się 

pastor. - No i trzeba ogłosić zapowiedzi. 

background image

- Na to także potrzeba czasu - odrzekł wyprostowany jak struna Knut. - Właśnie tego 

chciałem  uniknąć.  Miałem  nadzieję,  że  na  takie  formalności  można  spojrzeć  z  innej 

perspektywy. 

- To byłoby bardzo trudne... Knut chrząknął. 

- Czy sprawa będzie prostsza, jeśli złożę jakąś brzęczącą ofiarę na kościół? 

Zaczął  grzebać  w  kieszeniach.  W  końcu  wyciągnął  skórzaną  sakiewkę,  rozsznurował 

ją i położył przed pastorem. 

Sakiewka była do połowy wypełniona bryłkami, złotymi bryłkami... 

- Na przykład taką... - dorzucił, patrząc duchownemu prosto w oczy. Nawet ten sługa 

Pana  nie  mógł  pozostać  obojętny.  Oblizał  swoje  wąskie  wargi  i  chwycił  się  stołu.  Nie  mógł 

się powstrzymać, by nie dotknąć metalu. 

- Czy taka ofiara coś by zmieniła? - zapytał Knut powtórnie. 

Zapadła długa chwila ciszy. 

W końcu pastor podniósł wzrok znad stołu. 

-  Taka  hojność  z  pewnością  ułatwi  trochę  sprawę...  Formalności  można  czasem 

załatwić  w  inny  sposób.  Wyglądasz  na  inteligentnego  młodzieńca,  więc  zapewne  to 

rozumiesz.  Wszystko  da  się  zrobić...  Musisz  tylko  przysiąc  na  Biblię,  że  ani  ty,  ani  twoja 

wybrana nie jesteście z nikim związani, bo małżeństwo byłoby nieważne. 

- Wszystko w porządku - zapewnił Knut. 

- Kiedy ma się odbyć uroczystość? 

- Dziś wieczorem. 

- To niemożliwe. Knut spojrzał wymownie na sakiewkę ze złotem. 

- Niemożliwe? - zdziwił się. - Naprawdę? To chyba nie takie trudne. 

Pastor  siedział  przez  chwilę  z  zamkniętymi  oczami.  Potem  z  determinacją  chwycił 

gęsie pióro, które leżało na stole. 

- Jak się nazywasz? - zapytał i zapisał imię i nazwisko Knuta. 

- A narzeczona? 

- Anjo. 

- Nazwisko? Knut nie miał pojęcia. Powinien był zapytać o to Heino, ale nie pomyślał 

o tym w porę. 

-  Była  kucharką  u  namiestnika.  Mieszka  tu  od  dawna...  Pastor  nie  wiedział,  o  kim 

mówi Knut. Pomyślał natomiast to i owo na temat tego małżeństwa. 

- Zostawimy wolne miejsce - oświadczył. - Spodziewam się, że narzeczona będzie w 

stanie uzupełnić tę błahą informację. 

background image

-  Chcę  wziąć  ślub  w  kościele  -  zażyczył  sobie  Knut.  Wytrzymał  jakoś  surowe 

spojrzenie pastora, który miał zamiar udzielić tego ślubu po cichu, w tajemnicy nawet przed 

służbą. 

-  W  kościele...  -  powtórzył  kapłan  z  rezygnacją.  -  Ale  nikomu  ani  słowa.  Możecie 

wejść przez zakrystię. Potrzebujecie tylko dwóch świadków. 

To stanowiło najmniejszy problem. 

- W takim razie schodzę już do kościoła - oświadczył pastor, który wolałby mieć już to 

wszystko za sobą. 

Knut się uśmiechnął, zostawiając sakiewkę na stole. 

- Świetnie. Zaraz tam będziemy. 

background image

15 

Knut  bardzo  się  spieszył.  Biegł  raczej,  niż  szedł  z  powrotem.  Śmiał  się,  zwracając 

twarz  w  stronę  słońca,  które  robiło  się  coraz  bardziej  czerwone,  w  miarę  jak  chyliło  się  ku 

linii horyzontu. 

Dzień, który zaczął się tak strasznie, miał się skończyć szczęśliwie. Knut zaplanował 

najpiękniejszy finał, jaki mógł sobie wyobrazić. 

- Trochę to trwało - zauważył Heino, gdy Knut wpadł do środka jak wicher. 

Anjo nakrywała właśnie do stołu. W jej oczach czaił się ból, którego Knut nie chciałby 

nigdy więcej w nich widzieć. 

- Zapomnijcie o jedzeniu! - zawołał. 

W  jednej  chwili  znalazł  się  tuż  koło  Anjo,  która  stała  z  drewnianym  talerzem  w 

rękach, nie mogąc się nadziwić jego szalonemu podnieceniu. Objął ją ramionami. Chciała go 

odepchnąć, ale nie pozwolił na to. 

- Anjo, bierzemy ślub! - wykrzyknął radośnie. 

- Zwariowałeś, chłopcze! - Na nic więcej nie mogła się zdobyć. 

-  Ależ  skąd!  Knut  pocałował  ją,  wcale  się  nie  wstydząc.  Całował  tak  długo,  aż 

sztywne i niechętne wargi zrobiły się miękkie i przyzwalające. 

-  Nie  chcesz?  -  zapytał.  -  Z  całego  serca  i  z  całej  duszy  proszę  cię  o  rękę,  a  ty  nie 

chcesz? 

-  Nie  mogę,  Knut.  -  Policzki  Anjo  poczerwieniały,  a  oczy  rozbłysły  tak,  jak  owej 

pamiętnej  nocy.  Usta  wypowiadały  słowa,  które  podsuwał  rozum,  ale  serce  mówiło  coś 

całkiem innego. - Mówiłam ci już. Mówiłam, że to się nigdy nie powtórzy. A ty twierdziłeś, 

ż

e się zgadzasz... 

- Kocham cię - przerwał jej Knut. 

-  Mogłabym  być  twoją  matką.  A  poza  tym  nie  mogę  żyć  z  mężczyzną.  To,  co  czuję 

wobec siebie, wobec swojego ciała, sprawia, że nie mogę żyć z żadnym mężczyzną... 

Knut  spodziewał  się,  że  Anjo  będzie  protestowała.  Nie  zabrakło  mu  wyobraźni,  by 

przewidzieć jej opór i argumenty. 

- Chcesz powiedzieć, że nie odczuwasz radości, gdy się kochasz? - zapytał. - Chcesz 

powiedzieć, że po prostu miałaś ochotę na moje ciało i nic więcej? 

Na  twarzy  Anjo  pojawiły  się  czerwone  plamy.  Rozpacz  walczyła  o  lepsze  ze 

szczęściem. 

background image

Nie chciała się roześmiać, ale jednocześnie pomysł wydal jej się tak zwariowany, że z 

trudem się od tego powstrzymywała. 

- Chcesz powiedzieć, że nie było ci ze mną dobrze? - drążył Knut. - Równie dobrze ja 

mógłbym powiedzieć, że nigdy nie trzymałem kobiety w ramionach. 

Anjo się roześmiała. Odchyliła głowę do tyłu i śmiała się tak, że aż trzęsło się całe jej 

ciało. Za plecami Knuta rozległo się coś, co do złudzenia przypominało chichot. Ailo i Heino 

też nie zdołali zachować powagi. 

-  Dobry  Boże  -  westchnął  Knut.  -  Panna  młoda  zwariowała,  a  świadkowie  też  nie  są 

szczególnie zdrowi na umyśle. 

-  Nie  mogę  zrujnować  twojego  życia  -  oświadczyła  Anjo  poważnie,  ocierając  łzy. 

Knut nie wypuszczał jej z ramion. I nie zamierzał jej puścić za żadną cenę. - Jestem za stara. 

Mam  za  wiele  gorzkich  wspomnień.  Nie  mogę  pozwolić,  byś  to  zrobił.  Muszę  jednak 

przyznać, że mnie kusisz. 

-  Wcale  cię  nie  kuszę  -  przerwał  jej  Knut  -  tylko  kocham.  Zrozum  to  wreszcie, 

kobieto. Kocham cię i mam zamiar się z tobą ożenić. Nie poddam się, dopóki nie powiesz, że 

ty też mnie kochasz i że wyjdziesz za mnie. 

Heino  nie  wiedział,  co  o  tym  myśleć.  Wszystko  zdarzyło  się  tak  nagle.  Ale  Knut 

najwyraźniej mówił całkiem poważnie. 

- Zdaje się, że spotkałaś  tego jedynego, Anjo - powiedział. - Mógł trafić  na znacznie 

gorszą kobietę niż ty. 

- Wystarczy jedno „tak” - błagał Knut. - Nigdy bym cię o to nie prosił, gdybym nie był 

pewien.  Chcę  dzielić  z  tobą  życie.  Chcę  ciebie.  Ciebie,  Anjo.  Nikogo  innego.  Nie  chcę 

młodszej.  Między  Anną  a  tobą  przewinęło  się  wiele  dziewcząt.  Wszystkie  były  młode  i 

piękne... nie miały żadnych blizn... Nigdy w życiu mi nie przyszło do głowy, że mógłbym się 

ożenić z którąś z nich. Nie myślałem poważnie o żadnej, póki cię nie spotkałem. Chcę tylko 

ciebie,  rozumiesz,  kobieto?  Ciebie  razem  z  twoim  ciałem  i  wszystkim,  co  masz  w  sobie. 

Ciebie razem z twoim oślim uporem. 

Knut musiał nabrać powietrza po tej długiej przemowie. Milcząc, ukląkł przed Anjo i 

wciąż ją obejmując, przyłożył czoło do jej kolan. 

- Proszę cię, Anjo, wyjdź za mnie! Mogę nawet położyć się na podłodze, jeśli wtedy 

powiesz „tak”... 

Anjo pociągnęła go za grzywkę. Starała się mówić surowo, choć śmiech cisnął się jej 

na  usta.  Śmiech  i  tkliwe  słowa.  Ten  chłopak,  dla  którego  miała  w  sobie  tyle  niebezpiecznej 

czułości, był zupełnie inny niż wszyscy. 

background image

-  Nie  zachowuj  się  jak  dzieciak,  Knut.  -  Anjo  zajrzała  mu  w  oczy  i  pozwoliła,  by 

chwycił ją za ręce. 

Decyzja była bardzo trudna. Gdyby się nie powiodło, nigdy by sobie nie wybaczyła. 

Ale w Alcie nie miała już zupełnie nic. 

- Dobrze - zgodziła się. - Wyjdę za ciebie. Zadowolony? 

Knut przytulił ją mocno, a potem czule ucałował. Zupełnie inaczej niż za pierwszym 

razem, gdy zdołał pokonać wysoki mur, którym odgrodziła się od świata. 

- Cudownie - powiedział, rozplatając jej warkocz. - Nie mamy czasu na te wszystkie 

kłótnie, bo pastor czeka już w kościele. 

- Co takiego? - Anjo cofnęła się o krok. - Chcesz powiedzieć, że pastor czeka na nas? 

Teraz? Mamy wziąć ślub tu i teraz? 

Knut kiwnął głową, a na jego ustach pojawił się figlarny uśmiech. 

Anjo już nie wiedziała, czy Knut żartuje, czy mówi poważnie. Już przedtem pozwalał 

sobie na śmiałe żarty, ale tym razem przeszedł samego siebie. 

A jeśli mówił poważnie, to też przeszedł wszystkie jej oczekiwania. 

- Tak - odparł krótko. - Oto właściwa odpowiedź na wszystkie pytania. - Tak. 

Anjo zaczynała powoli rozumieć, że Knut wcale nie żartuje. Miała rację: jest zupełnie 

inny niż wszyscy. 

-  Nie  mogę  wziąć  ślubu  w  tym  stroju  -  krzyknęła,  rozpinając  spódnicę  i  zanurzając 

głowę  w  skrzyni  z  ubraniami.  -  Mogłeś  przynajmniej  dać  mi  trochę  czasu  -  jęknęła.  -  Nie 

zdążyłam  się  nawet  wykąpać  po  tej  cholernej  wyprawie.  Mam  obtarte  nogi,  śmierdzę  na 

odległość, wyglądam okropnie... 

- Pastor nie będzie cię wąchał - przerwał jej Knut. - A my czuliśmy ten sam zapach od 

wielu dni i nie narzekaliśmy. Moim zdaniem jesteś piękna. Zawsze. To na mnie masz zrobić 

wrażenie, a nie na pastorze. 

Anjo  wydobyła  ze  skrzyni  świąteczną  spódnicę.  Śmiała  się  i  płakała  na  przemian, 

zmagając się z guzikami. 

-  Jeden  Pan  Bóg  wie,  czy  to  sen,  czy  jawa  -  łkała.  -  Jeśli  sen,  to  niech  trwa  jak 

najdłużej. Bo warto go zapamiętać. 

Obrzuciła  bluzkę  krytycznym  spojrzeniem,  ale  w  końcu  zaakceptowała.  Nie  mogła 

założyć  odświętnej  bluzki,  bo  brakowało  jej  guzika.  A  najwyraźniej  nie  ma  czasu,  by  go 

przyszyć. 

-  Może  być?  -  zapytała.  Czuła  się  równie  młoda  i  szalona  jak  Knut.  Wiedziała,  że 

nawet gdy była dziewczyną nie pozwalała sobie na takie szaleństwa. 

background image

Knut skinął głową. Pocałował ją w czubek nosa, chwycił za rękę i pociągnął za sobą. 

- Wyglądasz ślicznie - oświadczył. 

Ailo podążył za nimi bez zastanowienia. 

- Będziesz świadkiem -  rzucił Knut przez ramię. - Gdzie, u licha, podział się Heino? 

Musimy mieć dwóch świadków. 

Heino tymczasem siedział na schodach i plótł trochę krzywy wianek. 

Podał go Anjo z nieśmiałym uśmiechem. 

- Człowiek się nauczył tego i owego od sióstr - powiedział. - Jako panna młoda musisz 

mieć jakąś ozdobę. 

Wzruszona  Anjo  włożyła  wianek  na  głowę.  Zamrugała,  by  pozbyć  się  łez, 

napływających do oczu, i uścisnęła go serdecznie. 

- Ty też jesteś świadkiem - poinformował go  Knut. - Pastor nie będzie na nas czekał 

przez cały dzień. Pospieszmy się, zanim on albo narzeczona zmienią zdanie. 

Zatrzymali  się  dopiero  przed  drzwiami  zakrystii.  Wówczas  Knut  obrócił  się 

gwałtownie ku Anjo. 

- O rany, całkiem o tym zapomniałem. Byłoby głupio. 

Anjo  spodziewała  się  wszystkiego,  co  najgorsze.  Wyobraziła  sobie,  że  usłyszy  teraz, 

iż był to tylko żart. Bała się ośmieszenia... 

- Pastor będzie musiał jeszcze wpisać twoje nazwisko, bo ja go nie znałem. 

Anjo popatrzyła na niego bez słowa. Pewna, że to tylko sen. Rzeczywistość nie może 

być tak piękna. Heino zachichotał. 

- Raittila - wykrztusił z siebie. - Anjo Raittila. Potem wepchnął młodą parę do środka. 

-  Nie  zapomnę  tego  do  końca  życia.  Pastor  tracił  powoli  cierpliwość.  Czekał  już 

bardzo  długo.  Zaczął  nawet  mieć  wątpliwości,  czy  postąpił  słusznie.  Choć  kościół 

potrzebował darów... 

Ucieszył  się  na  widok  młodej  pary,  bo  zaczął  już  zmieniać  zdanie.  Chciał  nawet 

odwołać cały ten ślub. 

Zdziwił  się  stokrotnie,  ujrzawszy  narzeczoną.  Musiała  być  dużo  starsza  od  chłopaka, 

który rzucił mu złoto na stół. 

Długo im się przyglądał. 

Wszystko  wskazywało  na  to,  że  chłopak  jest  jej  prawdziwie  oddany.  Na  jej  twarzy 

malowała się zaś taka czułość, że pastor zaniepokoił się o powagę świętego miejsca. 

No cóż, to przecież ich życie. 

background image

- Dobrze - odezwał się najserdeczniej jak potrafił. - A zatem mamy tu Knuta Elvejorda 

i Anjo... 

- Raittila - wtrącił Knut. 

- A świadkowie? 

Ś

wiadkowie podali swe nazwiska. Pastor je zanotował i rozpoczął ceremonię. Skrócił 

modlitwy do minimum, dbając tylko o to, by małżeństwo było ważne. 

Anjo  przez  cały  czas  miała  ochotę  się  roześmiać,  bo  wszystko  wydawało  jej  się  tak 

nierzeczywiste. 

Stała  przed  ołtarzem  w  tym  samym  kościele,  w  którym  zazwyczaj  siadywała  w 

ostatnim  rzędzie.  Na  głowie  miała  wianek,  a  obok  niej  stał  młodszy  o  czternaście  lat 

mężczyzna, który twierdził, że ją kocha. Pastor wygłaszał stosowne formuły. 

Knut powiedział „tak” dźwięcznym i zdecydowanym głosem. 

Przyszła pora na Anjo. 

Ona także powiedziała „tak”, bo cóż mogła zrobić. 

- Jesteście teraz mężem i żoną - zakończył pastor. Uścisnęli sobie ręce. Knut podpisał 

jakiś dokument. 

Heino  złożył  zamaszysty  podpis.  Ailo  również  skreślił  swoje  nazwisko.  Anjo  nie 

przypuszczała, że on potrafi pisać. Nawet pastor nie umiał ukryć zdziwienia. 

Ona jako kobieta nie musiała brać pióra do ręki. 

I już było po wszystkim. 

Gdy  wyszli  z  kościoła,  Knut  wziął  ją  na  ręce.  Zatańczył  z  nią  na  trawie,  aż  Anjo 

musiała chwycić wianek, by nie spadł jej z głowy. 

- Anjo Elvejord - zawołał Knut radośnie. - Anjo Elvejord, czy już ci mówiłem, że cię 

kocham? 

Roześmiała  się  na  widok  jego  rozpromienionej  twarzy  i  uściskała  go.  Zasłoniła  się 

jednak, gdy chciał ją pocałować. 

- Jesteśmy przed kościołem, Knut! 

- I co z tego! - Knut uniósł ją jeszcze wyżej, jakby była małym dzieckiem, i ucałował 

ją  tak,  że  zapomniała  o  całym  bożym  świecie.  -  Cała  Alta,  co  ja  mówię,  cały  świat  musi 

wiedzieć, że cię kocham. 

Ś

miał się i pędził przez Altę, wołając: 

- To moja żona. 

Zanim dotarli do domu, cała osada znała już nowinę. Anjo pozwoliła się porwać temu 

szaleństwu. Miało nieznany jej do tej pory urok. 

background image

Heino  otworzył  im  drzwi.  Knut  przeniósł  żonę  przez  próg.  Posadził  ją  na  ławie  i 

popatrzył na nią uważnie. 

- Żałujesz? - zapytał nagle. Anjo pokręciła głową. 

-  Jeszcze  nie  zrozumiałam,  co  się  właściwie  stało  -  wyznała.  -  Daj  mi  trochę  czasu, 

nim zapytasz, czy nie żałuję. 

- Musimy się spieszyć - szepnął Knut. - Mamy bardzo mało czasu. Tylko tę jedną noc. 

A potem wyruszamy na poszukiwanie złota. 

Anjo  pokręciła  głową.  Zaczynała  rozumieć,  że  u  boku  tego  młodzieńca  czeka  ją 

barwne życie. Heino i Ailo zbierali swoje rzeczy. 

-  Prześpimy  się  w  szopie  Hannu.  Nie  jesteśmy  tak  bezmyślni,  by  wam  siedzieć  na 

głowie. Czeka was ważna noc. 

Knut zachichotał. Wciąż się uśmiechał, zamykając za nimi drzwi, przekręcając klucz i 

zasuwając zasuwę. 

- Jesteśmy małżeństwem, Anjo. Mój Boże, naprawdę udało mi się ciebie przekonać. 

Anjo pokiwała głową. Ona także była w podniosłym nastroju. 

- Naprawdę tego chcesz, Knut? Naprawdę chcesz, bym była twoją żoną? 

Teraz  on  skinął  głową.  Usiadł  tuż  obok  na  ławie,  wcześniej  kątem  oka  zauważył,  że 

ławę można rozłożyć na podwójną szerokość. 

- I nie będziesz żałował? - Nie. 

- A co powie na to twoja rodzina? Od razu zobaczą, że jestem dużo, dużo starsza... 

- Zobaczą przede wszystkim, że dzięki tobie jestem szczęśliwy - przerwał jej Knut. - I 

to wystarczy. Nigdy więcej nie powinnaś myśleć o wieku jako o czymś, co nas dzieli. Nic nas 

nie będzie dzielić. 

-  To  nie  do  pojęcia.  Anjo  wtuliła  się  w  jego  ramię.  Dobrze  się  poczuła,  otoczona 

zewsząd jego ciepłem. Była szczęśliwa, że cztery ściany chronią ich przed całym światem i że 

raz w życiu postąpiła tak nierozsądnie. Knut dotknął pieszczotliwie jej ramienia. 

- Ten dzień zaczął się tak okropnie... Zabiłem, a potem się ożeniłem. Takiego dnia nie 

da się zapomnieć, prawda? Będę miał do czego wracać wspomnieniami. 

- Obudzę się jutro rano i sen pryśnie. To nie może być prawda... 

Knut pokrył jej czoło pocałunkami. 

-  Jeśli  tak  bardzo  lękasz  się  przebudzenia,  Anjo,  moja  najdroższa,  to  nie  pozwolę  ci 

zasnąć przez całą noc. To nie jest sen. To rzeczywistość. Na szczęście ty też jesteś cudownie 

rzeczywista. Chcę cię cały czas trzymać w ramionach, chcę leżeć koło ciebie i wsłuchiwać się 

background image

w twój oddech, chcę cię obejmować, chcę się z tobą kochać, chcę z tobą zasypiać i z tobą się 

budzić... 

- Pocałuj mnie - poprosiła oszołomiona tym płomiennym wyznaniem miłości. 

Nie musiała powtarzać swojej prośby. 

Anjo wyrwała się, gdy Knut chciał zapalić lampę. 

- Jestem taka brzydka - tłumaczyła. - Nie chcę, żebyś na to patrzył! 

Knut pogłaskał ją po głowie i położył obie dłonie na jej policzkach. Ukląkł przed nią i 

pieścił ją wzrokiem. 

- Jesteś najpiękniejsza na świecie! - zapewnił ją. 

- Nigdy nie będę taka jak ona... 

- Nie. - Knut był równie poważny jak Anjo. - Nigdy nie będziesz taka jak Anna. Nie 

ożeniłem się z tobą po to, żeby mieć nową Annę. Wiedziałem, że żenię się z Anjo. Bo właśnie 

Anjo  pokochałem.  Anna  nie  żyje.  Ale  na  szczęście  moja  Anjo  żyje  i  ma  się  świetnie.  I  jest 

najpiękniejsza na świecie, chociaż przy tym jest okropnie głupia. 

-  Moje  blizny...  -  Anjo  była  zrozpaczona.  Tak  bardzo  się  bała  rozczarowania  i 

odrzucenia. 

W  mroku  mogłaby  się  ukryć.  W  mroku  człowiek  patrzy  tylko  rękami  i  wiele  można 

ukryć. W mroku sama nie musiałaby oglądać siebie z odrazą. 

-  Kocham  także  twoje  blizny.  Knut  zapalił  lampę,  ale  odstawił  ją  tak  daleko,  by  jej 

ś

wiatło  do  nich  prawie  nie  docierało.  Siedzieli  więc  w  swoistym,  dość  jasnym  mroku.  Knut 

położył  na  stole  wianek  Anjo.  Zdjął  go  z  jej  głowy  delikatnie,  jak  król  zdejmuje  koronę  z 

głowy swojej królowej. 

- Musimy go zachować - postanowił. - Wysuszyć. 

To  będzie  pamiątka  po  tym  dniu.  Zawiśnie  na  ścianie  w  naszym  salonie,  prawda, 

Anjo? 

Anjo się roześmiała. 

W salonie! 

Wypowiedział  to  słowo  tak  naturalnie,  jakby  urodził  się  w  domu,  w  którym  nie 

brakowało salonów. 

Przytulali się do siebie coraz mocniej. Ciągnęło ich ku sobie coraz bardziej. 

-  J  u  ż  nie  musimy  się  przed  tym  bronić  -  szepnął  Knut  z  uśmiechem.  Jej  palce 

majstrowały  przy  guzikach  jego  koszuli.  -  Teraz  mamy  do  tego  pełne  prawo.  Jesteśmy 

małżeństwem, Anjo Elvejord. - Z upodobaniem wypowiadał jej nowe nazwisko. Pasowało do 

imienia. 

background image

Brzmiało właściwie. 

- Teraz jest całkiem inaczej. 

-  Dlatego,  że  jest  jasno?  -  zapytał,  przypominając  sobie  gęsty  mrok,  który  panował 

wtedy w namiocie. 

Anjo skinęła głową. 

- Tak się boję - powiedziała. - Tak bardzo się boję, że zostanę zraniona. Tak bardzo się 

boję, że cię rozczaruję i że sama się rozczaruję... 

- To się nie zdarzy. Knut ucałował jej oczy. Ucałował policzki i lekko drżące usta. 

Objął ją jednym ramieniem, a drugim zaczął ją pieścić. 

- Kocham cię - szepnął i zabrał się do rozpinania guzików bluzki. 

Jej  spojrzenie  było  całkiem  bezbronne.  Na  policzkach  pojawił  się  znany  mu  już 

rumieniec, który dowodził, że ona pragnie tego samego. Jej ciało garnęło się ku niemu, ale w 

oczach czaił się strach. Potrzebowała tak bardzo całej jego miłości, całej czułości, jaką mógł 

jej ofiarować. Ciepła, którym mógł ją otoczyć. 

Bardzo  tego  potrzebowała,  ale  zarazem  nie  umiała  uwierzyć,  że  to  wszystko  jest  jej 

przeznaczone. 

Knut  zdjął  z  niej  bluzkę.  Złożył  ją  starannie  i  położył  na  ławie.  Pomyślał,  że  chyba 

ż

aden pan młody przed nim nie dbał aż tak bardzo o porządek podczas nocy poślubnej. 

Guziki  przy  spódnicy  trudniej  było  rozpiąć.  Anjo  ze  śmiechem  pomogła  mu  w  tym 

przedsięwzięciu. 

- Taka jestem próżna, że szyję spódnice, które są za wąskie w pasie - zdradziła mu. 

Knut zdjął jej spódnicę przez głowę. Strzepnął ją starannie i ułożył koło bluzki. 

Jego palce nie przywykły do tego rodzaju zadań, ale zabrał się do odpinania pończoch, 

po czym zsunął je z nóg żony. 

Anjo skuliła się w kłębek w samej bieliźnie. Nie chciała mu pozwolić, by zdjął z niej 

halkę. 

Czas... Potrzebowała czasu. 

Knut ułożył się na wąskiej ławie i przyciągnął Anjo do siebie. 

Nie  było  tu  żadnych  gałęzi  ani  skór,  którymi  mogliby  się  przykryć.  Pozostawały  im 

tylko ramiona. 

Knut osłonił Anjo własnym ciałem przed światłem, którego tak bardzo się bała. 

Jego  usta  wędrowały  między  jej  uchem  a  nasadą  szyi,  pieścił  językiem  skórę,  pod 

którą pulsowała krew. 

background image

Nie  mógł  uleżeć  spokojnie.  Jedno  kolano  wsunął  między  jej  nogi,  przycisnął  jej  udo 

własnym. Przylgnął do niej całym ciałem, by poczuła, jak bardzo jej pragnie. 

Namiętnymi,  kipiącymi  pożądaniem  ustami  szukał  jej  warg.  Ramionami  ogarnął 

jędrne ciało, głaskał je i pieścił. 

Bardzo  pragnął  dotknąć  jej  skóry.  Marzył  o  chwili,  w  której  będą  tak  blisko,  że  ich 

ciała  zleją  się  ze  sobą.  Przede  wszystkim  jednak  chciał  zdobyć  jej  zaufanie.  Pragnął,  by 

oddała się mu w poczuciu bezpieczeństwa. 

Tamta  noc,  którą  ze  sobą  spędzili,  była  całkiem  inna.  Niezobowiązująca.  Miała  być 

jedną jedyną i dlatego Anjo czuła się pewniej. 

Teraz Knut znaczył dla niej wiele więcej. 

Knut rozchylił jej usta językiem. Anjo westchnęła z rozkoszy. 

Knut  rozpiął  pas  i  spodnie.  Powolnym  ruchem  poprowadził  jedną  jej  dłoń  w  stronę 

swego przyrodzenia. Gdy go dotknęła, zaszumiało mu w uszach. 

Potem ujął jej dużą, krągłą pierś i poczuł, jak nabrzmiewa w nim pożądanie. 

Musiał ją pocałować, musiał dotknąć jej skóry językiem. 

Anjo  nie  chciała  obnażyć  górnej  połowy  swego  ciała  przy  zapalonej  lampie.  Tam 

przecież były najstraszliwsze blizny, które w znacznym stopniu odarły ją z kobiecości. 

Uparcie  odpychała  jego  dłonie  skradające  się  ku  piersiom  i  kierowała  je  w  stronę 

bioder. Uniosła halkę i wygięła się ku niemu. 

Palce  Anjo  najpierw  zataczały  kręgi  na  jego  szyi,  potem  wślizgnęły  się  pod  koszulę, 

by wyciągnąć ją ze spodni. W końcu Anjo rozpięła koszulę męża. Teraz już mogła napawać 

się pięknem jego ciała. 

On  ściągnął  z  niej  majtki,  tyle  że  tym  razem  nie  tracił  czasu  na  to,  by  je  porządnie 

poskładać. 

Rozsunął  uda  ukochanej,  a  ona  jęknęła  z  rozkoszy,  garnąc  się  ku  jego  delikatnym 

dłoniom. Knut pogrążył się w słodkiej, wilgotnej, obezwładniającej mgle. 

Kochał  ją  ustami  i  dłońmi  aż  do  utraty  tchu.  Prawdziwa  miłość  wymagała  znacznie 

większej bliskości i większego zaufania niż przypadkowy romans. 

Lęk zaczął powoli opuszczać Anjo. 

- Chodź do mnie - poprosiła. - Pragnę cię gorąco, Knut! 

Knut  zobaczył  pożądanie,  malujące  się  na  twarzy  żony.  Wiedział,  że  Anjo  jest  już 

gotowa na wszystko. 

Pocałował ją. Pocałunek pachniał miłością i łzami, bo Anjo płakała. Knut scałowywał 

jej łzy. 

background image

- Kocham cię - szepnął. - Kocham cię do szaleństwa. Zaczął rozsznurowywać jej biały 

gorsecik.  Objął  dłońmi  jej  ciężkie,  dojrzałe  piersi,  stwardniałe  od  blizn  pozostawionych  tam 

przez  człowieka,  który  już  nigdy  nikogo  nie  skrzywdzi.  Knut  całował  je  bez  opamiętania, 

całował ciemną skórę w miejscu, w którym kiedyś były brodawki sutkowe. Pożądał jej wciąż 

tak samo. 

Nie czuł odrazy. 

Anjo westchnęła i zamknęła oczy, przyciągając męża ku sobie. 

Ona także pragnęła go do szaleństwa. 

- Kocham cię, Knut - wyznała, gdy oboje dotarli do brzegu. 

background image

16 

Pakowali się przez pół nocy, a potem zjedli śniadanie w łóżku. Śmiali się i żartowali, 

karmili się nawzajem i pieścili, leżeli wtuleni w siebie, zapominając, że ławę można rozsunąć. 

Ailo  i  Heino  znaleźli  ich  uśpionych  i  splecionych  ramionami.  Przekręcili  klucz  w 

drzwiach, by Ailo i Heino mogli wejść do środka, i zasnęli całkiem wyczerpani i nasyceni. 

Na środku izby stały spakowane bagaże. 

- O rany! - jęknął Heino. - Więcej tego nie mieli? 

Obudzili nowożeńców. 

Anjo i Knut chwiejnie usiedli na ławie, wciąż spleceni ramionami. Skoro się wreszcie 

odnaleźli, skoro połączyła ich namiętność, nie mogli się od siebie oderwać. 

- Nie mieliście nic lepszego do roboty niż pakowanie? - zdziwił się Ailo. 

-  Od  czasu  do  czasu  trzeba  przecież  trochę  odpocząć.  -  Oczy  Knuta  rozbłysły.  - 

Człowiek się uspokaja, gdy zrobi coś pożytecznego. 

Oboje się roześmiali. Mieli już coś, co łączyło tylko ich dwoje. 

-  Już  zjedliśmy  -  powiedział  Ailo.  -  Zwlekaliśmy  tak  długo  jak  się  dało,  nim  tu 

przyszliśmy. Tacy jesteśmy taktowni... 

Anjo poruszała się dziwnie lekkim krokiem. Nuciła pod nosem, rozczesując włosy. 

Jeśli Heino miał nawet jakieś wątpliwości co do tego związku, to wszystkie prysły. 

Knut był właściwym człowiekiem dla Anjo. 

-  Czeka  nas  długa  wędrówka  -  oznajmił  Knut,  gdy  mocowali  bagaże  na  grzbietach 

reniferów.  Część  pakunków  mężczyźni  musieli  nieść  na  plecach.  On  i  Anjo  spakowali 

rzeczywiście  nieco  więcej  rzeczy  niż  powinni.  Knut  jednak  nie  chciał,  by  żona  musiała 

zostawić coś, co wolałaby zabrać ze sobą. Przecież to między innymi z jego powodu straciła 

dom w Alcie, w której mieszkała pół jego życia. 

Knut nie chciał odbierać Anjo tego, co jej jeszcze pozostało. 

- Bardzo żałuję, że nie mogę być na pogrzebie Hannu i Jussiego - westchnęła. 

Hannu był jej dobrym przyjacielem przez wiele lat. Mężczyźni czuli to samo co ona. 

-  Nie  możemy  zostać  dłużej  -  oświadczył  Knut.  -  Prędzej  czy  później  rozejdą  się 

plotki,  a  plotki  rozprzestrzeniają  się  szybciej  niż  chwasty,  Anjo.  Ludzie  przez  cały  czas 

mówią  o  złocie.  Gdy  tylko  minie  szok  po  śmierci  Hannu  i  Jussiego,  znów  zaczną  snuć 

domysły i szukać. Do tej pory musimy już wydobyć to, co chcemy, i odejść stąd. Złoto budzi 

w ludziach chciwość. Dobrze o tym wiem, bo sam to kiedyś przeżyłem. 

background image

Anjo zrozumiała. 

Spędzali całe dnie na wędrówce ku słońcu i marzeniom. Prawie się nie zatrzymywali. 

Spali tylko tyle, ile musieli. Lato było ciepłe i jasne. 

Noc  nie  stanowiła  przeszkody  dla  wędrowców.  Ziemia  pod  stopami  była  miękka, 

wyścielana mchem i drobnymi krzewinami. 

Wiele czasu minęło od dnia, w którym Knut szedł tą samą drogą po krwawych śladach 

Heino. 

Wiele tygodni temu śnieg wsiąknął w ziemię i nasączył ją życiodajnymi sokami. 

Heino  i  Knut  wspominali  tamte  dni,  gdy  ujrzeli  w  oddali  skałę  z  osypiskiem.  Nie 

powiedzieli jednak ani słowa. 

Zmierzali ku tej skale przez cały dzień. Wreszcie stanęli nad wodospadem. 

-  Zatrzymamy  się  tutaj?  -  zapytała  Anjo.  Noc  jeszcze  nie  zapadła.  -  Nie  jestem 

zmęczona. Mogę iść dalej. 

Heino usiadł i ściągnął obuwie, by ochłodzić nogi w zimnej, przejrzystej wodzie. 

- Nie idziemy dalej. - Nie potrafił powściągnąć triumfalnego uśmiechu. - To tu. 

-  Tu?  -  rozejrzała  się  Anjo  z  niedowierzaniem.  Choć  przecież  Knut  nigdy  jej  nie 

okłamał. 

- Tu? To naprawdę tu? - powtórzył pytanie Ailo. Knut skinął głową. Ailo zwrócił się 

w stronę skały i spojrzał na nią z szacunkiem. 

- To ta skała? - zapytał szeptem. 

- Owszem - odparł Knut. 

Anjo musiała się wesprzeć o męża. Knut objął ją ramieniem i oparł brodę o jej głowę. 

-  Jesteśmy  na  miejscu,  Anjo,  moja  kochana.  Za  parę  dni  będziemy  bogatsi  od 

wszystkich, których znamy. 

Anjo  się  roześmiała  ze  szczęścia,  z  radości.  Życie  z  Knutem  było  jednym  wielkim 

szaleństwem.  Od  chwili,  gdy  zaciągnął  ją  do  kościoła,  jej  życie  było  pełne  niespodzianek. 

Coraz trudniej było ją czymś zaskoczyć. 

- Nie znamy tak wielu bogatych ludzi. Nie trzeba zbyt wiele złota, by twoje słowa się 

sprawdziły. 

- Sprawdzą się jeszcze tej nocy - zapewnił ją z szelmowskim błyskiem w brązowych 

oczach. Pokazał jej swoje królestwo ręką. - Tam stała moja chata darniowa - wskazał podnóże 

skały. 

Anjo rozejrzała się po okolicy. 

background image

Rosły  tu  gęste,  niskie  krzaki,  stroma  skała  dawała  cień,  chroniła  przed  wiatrem  i 

ludźmi. Było tu pięknie. Pusto, ale pięknie. 

Heino  poszedł  sam  w  kierunku  dawnej  chaty  Knuta.  Zatrzymał  się  nieco  dalej,  obok 

kupki starych gałęzi. 

Knut chwycił Anjo nieco mocniej za ramię, a jego ciało się naprężyło. 

Wtedy Anjo sobie przypomniała. 

To tutaj Hans Fredrik Feldt wzniósł coś w rodzaju domku. 

- Tam zginął Simon - powiedział Knut. - Nigdy się nie zbliżę do tego miejsca. 

Anjo przytuliła się do męża i chwyciła go za rękę. Nie odzywała się, ale była z nim i 

dla niego. 

Heino wrócił z pobielałą i napiętą twarzą. Z tym miejscem wiązały go liczne i bolesne 

wspomnienia. 

-  Drewno  jest  za  suche,  byśmy  mogli  je  spalić  -  stwierdził.  -  Musi  tak  leżeć.  Chyba 

wiatr zburzył tamtą chatę. 

Nie rozmawiali więcej na temat pozostałości po chacie Feldta. I omijali je wzrokiem. 

Rozstawili  namiot  nieco  bliżej  rzeki  niż  stara  chata  Knuta,  by  być  jak  najdalej  od 

złowrogiego miejsca. 

Knut wydobył z bagaży oskardy, które zdobyli jakoś razem z Ailo znacznie wcześniej. 

Drżały mu ręce i głos, gdy podawał je przyjaciołom. 

Sam zabrał płonącą jeszcze lampę i pusty plecak. 

-  Nie  ma  na  co  czekać,  prawda,  chłopcy?  Oni  także  byli  podnieceni  i  niecierpliwi. 

Wreszcie tu dotarli. Zrezygnowali nawet z jedzenia, choć porządnie już zgłodnieli. 

Nie mogli już dłużej czekać. 

Pobiegli po osypisku. Ailo przypomniał sobie baśnie o rozbójnikach ze wschodu, gdy 

zobaczył  tę  skałę.  Wyobraził  sobie  całą  bandę,  która  spada  w  przepaść,  zwiedziona  przez 

fałszywego przewodnika w wietrzną i burzliwą noc. 

Nic  dziwnego,  że  to  skaliste  wzgórze  przyciągało  awanturników  wszelkiej  maści. 

Takich jak Feldt... 

- Musimy odsunąć te skalne odłamki. Knut odłożył narzędzia, by pokazać, którymi ka-

mieniami trzeba się zająć. 

Ailo  szybko  zrozumiał,  że  chodzi  o  skały,  na  których  mech  rósł  po  niewłaściwej 

stronie. 

Tylko człowiek, który żył w zgodzie z naturą, był w stanie to zauważyć. 

background image

-  Spostrzegawczy  z  ciebie  gość  -  mruknął  z  podziwem  do  Knuta.  -  Ja  bym  się  nie 

domyślił, że coś się za nimi kryje. 

Odsunęli wreszcie ostatnie kamienie. Heino i Ailo spojrzeli na skalną ścianę, leżącą w 

głębokim cieniu, i nic nie zauważyli. 

Czyżby Knut stroił sobie z nich żarty? 

Knut wskazał coś palcem. 

Wtedy spostrzegli jakiś ciemniejszy zarys. Jakieś zagłębienie. Nic więcej. 

Ailo  podszedł  bliżej.  Dopiero  gdy  znalazł  się  tuż  obok  skały,  zauważył  otwór 

prowadzący do jaskini. 

Otwór był mniejszy, niż się spodziewał, na tyle jednak duży, że mężczyzna mógł się 

przezeń wczołgać do środka bez trudu. 

Odszukał swój oskard i na czworakach wszedł do jaskini. 

Zorientował  się,  że  przyjaciele  poszli  jego  śladem,  słyszał  ich  oddechy,  nierówne  i 

rwące się, tak jak jego własny. 

Wszystko  było  tak  samo  jak  za  pierwszym  razem.  Knut  przeżywał  to  od  nowa. 

Posuwał  się  jako  ostatni.  Widział  tylko  podeszwy  Heino  i  czuł  jeszcze  większe  podniecenie 

niż wówczas, gdy czołgał się tą drogą sam. 

Tym razem przeżywał to razem z innymi. 

Ż

ałował,  że  nie  może  tu  zabrać  Anjo.  Nie  chciał  jednak,  by  czołgała  się  po  tych 

zimnych i wilgotnych kamieniach. Nie życzył sobie, by ją także dławiła okropna świadomość, 

ż

e nad głową wznosi się ogromna skała. 

Sam nie mógł opanować przyspieszonego bicia serca. Gdy o tym myślał, natychmiast 

pociły mu się ręce. 

W końcu korytarz zaczął się rozszerzać. 

Usłyszeli głos Ailo, który mruczał pod nosem jakieś lapońskie słowa, wciąż brnąc na 

czworakach. Pod jego kolanami trzeszczały kamienie. Za Ailo do groty wczołgał się Heino, a 

potem Knut, który zaświecił lampę. 

Zrobiło się jasno. 

Knut usiadł w wejściu do korytarza, którym tu dotarli. 

Patrzył na twarze przyjaciół, a nie na ściany. 

On dokładnie tak samo wyglądał rok temu, późną jesienią. 

Na  jego  twarzy  też  malowało  się  zdziwienie  pomieszane  z  marzeniami, 

niedowierzaniem i radością. 

background image

- Mój Boże - szepnął Ailo, wyznawca całkiem innej wiary. - Nie przypuszczałem, że 

to tak wygląda. 

Lampa  świeciła  mizernie,  a  światło  pochłaniały  czarne  ściany,  wygrawerowane  ręką 

natury ornamentami ze złota. 

Popiół i ziemia, którymi Knut starał się pomazać ściany, nie ukryły wszystkiego. 

Złote błyski tańczyły bez przeszkód między kamieniami. 

- O Boże, Knut! - wykrzyknął Heino. - Nie mogę w to uwierzyć. 

Heino i Ailo otworzyli usta. 

Podpełzli  do  ścian  i  zaczęli  ich  dotykać,  poklepywali  złote  żyły,  które  w  wielu 

miejscach miały grubość męskiego ramienia. 

- To nie do wiary. - Heino usiadł pod ścianą. - To niemożliwe. A przecież mogę tego 

dotknąć  w  każdej  chwili.  -  Pokręcił  głową  i  roześmiał  się.  -  Szaleństwo,  prawdziwe 

szaleństwo! 

Ailo  uśmiechał  się  od  ucha  do  ucha.  Knut  nie  raz  opowiadał  mu  o  tym  miejscu. 

Słyszał  tę  historię  tyle  razy,  że  stała  się  dla  niego  baśnią  taką  jak  inne.  Dostał  wprawdzie 

trochę złota od Knuta i wiedział, że jest go znacznie więcej... 

Nigdy jednak nie przypuszczał, że aż tyle! 

- Wyobraźcie sobie, jak się czułem, gdy to odkryłem. - Głos Knuta odbijał się echem 

od ścian jaskini. 

- Cała góra złota! - Ailo rozglądał się dokoła. - Cała góra! 

Knut  powtarzał  to  tyle  razy,  że  te  słowa  zamieniły  się  w  żart.  A  teraz  siedzieli  w 

samym środku tej góry. 

Dopiero teraz zaczynali rozumieć to, z czym Knut żył już od dawna. 

Dopiero teraz pojęli, jakie to ma dla nich znaczenie. 

Wszyscy trzej mieli teraz górę złota. 

-  Pora  się  zabrać  do  roboty  -  oznajmił  Knut.  Wcale  nie  był  tak  obojętny,  jakiego 

udawał, choć przecież widział te cuda już przedtem. 

Podniecenie nie mogło być równie wielkie za każdym razem. 

Zaczynał z wolna przyzwyczajać się do tego uczucia. 

Pracowali pół nocy. Wyczołgali się z jaskini, gdy napełnili worek do połowy. Zanieśli 

go  triumfalnie  Anjo,  która  pilnowała  ogniska,  robiąc  na  drutach,  i  spojrzała  na  mężczyzn, 

niezupełnie rozumiejąc ich euforię. 

Pomogła im jednak zapakować złoto do bagaży tak, by zostało równo podzielone. 

background image

Patrzyła na te brudne kamienie i dziwiła się, że są tyle warte. Szkoda, że zwykłe szare 

kamienie nie budzą takiego entuzjazmu w mężczyznach. 

Tak to już jednak jest na świecie, że wartość ma  tylko to, czego jest niewiele. Płacić 

można tylko tym, co tak trudno zdobyć. 

Z tego powodu na świecie nie może zapanować sprawiedliwość, uznała Anjo. 

Cieszyła się razem z mężczyznami, że od tej pory są już bogaci. 

Knut zasnął dopiero nad ranem, zupełnie wycieńczony i brudny, choć szczęśliwy w jej 

objęciach. 

Anjo długo wpatrywała się w jego twarz. Często to robiła. 

Patrzyła  i  nadziwić  się  nie  mogła,  że  leży  w  ramionach  tego  mężczyzny  o  twarzy 

młodzieńca. Patrzyła i utwierdzała się w przekonaniu, że kocha go całą swoją duszą. 

Tej nocy Knut uśmiechał się przez sen. 

Podobnie  zresztą  jak  Heino  i  Ailo.  Choć  jednocześnie  wszyscy  trzej  byli  jakby 

bardziej nieobecni z powodu skarbu, który posiedli. 

Anjo nie do końca to rozumiała, a nawet napawało ją to strachem. 

W końcu była kobietą, a kobiety nie znają się na takich sprawach. 

Anjo  nie  rozumiała  namiętności,  którą  wzbudził  w  nich  żółty  metal.  Ona  miała  już 

wszystko, czego pragnęła. 

Podniecenie  nie  opuściło  ich  w  ciągu  całych  tych  trzech  dni,  które  spędzili  z 

oskardami w jaskini. Najchętniej pracowaliby dopóty, dopóki nie wydobyliby wszystkiego. W 

pewniej chwili odezwał się jednak rozsądek. 

Nie zdołaliby zabrać ze sobą więcej. 

- Szkoda, że nie kupiliśmy konia i wozu w Alcie - narzekał Heino. 

Miał rację, ale poniewczasie. Gdyby wrócili po konia, plotki wybuchłyby ze zdwojoną 

siłą.  A  poza  tym  wóz  by  pozostawiał  wyraźne  ślady.  Wprawne  oko  znalazłoby  wówczas  to 

wzgórze  bez  wysiłku.  Reniferów  nie  brakowało  na  płaskowyżu,  ich  tropy  nie  były  więc  tak 

zdradzieckie. 

Ś

witało  już,  gdy  wtoczyli  skalne  bloki  na  miejsce.  Zamaskowali  wejście  do  pieczary 

jeszcze staranniej niż Knut. 

Zatarli za sobą wszystkie ślady. 

Bagaże  stały  się  znacznie  cięższe.  Musieli  nawet  skonstruować  coś  w  rodzaju  sań, 

które ciągnęły dwa renifery. 

Na razie nie byli w stanie ogarnąć nawet swego bogactwa. Zaświta! jasny dzień. 

Knut objął Anjo ramieniem. Tyle już osiągnęli, a ona wciąż się lękała. 

background image

- Wszystko będzie dobrze - obiecał jej. - Będziesz żyła jak księżniczka. Jedziemy do 

domu, Anjo, najdroższa. Do domu.