background image

Informacje o tek

ś

cie: 

 
1) ostrze

Ŝ

enie (od autorki) PG-13 za j

ę

zyk 

2) długo

ść

 opowiadania: prolog + 7 cz

ęś

ci 

3) autor: Plumeria 
4) link do oryginału: http://www.debbiesfics.com/darkness00.html 
5) non-canon 
 
Betowały: Citzen, eM, Mar

ć

, Aleksandretta 

 
Prolog 
 
Wychodz

ą

c z szatni dla zawodników Draco zatrzymał si

ę

 przed lustrem, 

Ŝ

eby po raz ostatni sprawdzi

ć

 

swój wizerunek. 
 
Chciał wygl

ą

da

ć

 najlepiej, jak si

ę

 dało, nawet je

ś

li wiatr w przeci

ą

gu kilku minut miał rozwia

ć

 jego szaty, a 

włosy zamieni

ć

 w bezładn

ą

 pl

ą

tanin

ę

. I to jeszcze zanim wst

ą

pi na boisko – jako kapitan, powinien 

wygl

ą

da

ć

 jak dobra partia. Godny podziwu. Szacunku. Opanowany. 

 
Przebiegł palcami przez włosy, upewniaj

ą

c si

ę

 niepotrzebnie, 

Ŝ

e ka

Ŝ

dy srebrnoblond kosmyk jest idealnie 

na miejscu, opadaj

ą

c perfekcyjnymi – i tylko takimi – pasmami wokół jego twarzy. Skórzane ochraniacze 

połyskiwały, zielone szaty gładko opływały jego ciało, stał dumny i wyprostowany, trzymaj

ą

c swoj

ą

 

Supernow

ę

 10. Tak, to wystarczy. 

 

Ś

licznie – powiedziało jego odbicie z aprobat

ą

. Draco u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 słabo w odpowiedzi; ju

Ŝ

 si

ę

 

odwracał, zwołuj

ą

c wszystkich członków swojej dru

Ŝ

yny. 

 
Reaguj

ą

c na jego wezwanie, natychmiast zebrali si

ę

 przy wyj

ś

ciu. Zamiast marnowa

ć

 czas na jak

ąś

 

umoralniaj

ą

c

ą

 gadk

ę

, po prostu spojrzał ka

Ŝ

demu w oczy – powoli, wyczekuj

ą

co – wiedz

ą

c, 

Ŝ

e da to du

Ŝ

lepsze efekty ni

Ŝ

 jakiekolwiek słowa. Potem, tu

Ŝ

 przed jedenast

ą

, odwrócił si

ę

 i spokojnie wypu

ś

cił ich na 

boisko. 
 
Po raz pierwszy, odk

ą

d sko

ń

czył trzeci rok w Hogwarcie, meczem rozpoczynaj

ą

cym sezon był mecz 

Slytherin kontra Gryffindor; w odró

Ŝ

nieniu od jego trzeciego roku, tym razem zamierzali gra

ć

 według 

planu. 

ś

adnych zło

ś

liwych hipogryfów, 

Ŝ

adnej niesprzyjaj

ą

cej pogody – 

Ŝ

adnych okoliczno

ś

ci, które 

wymagałyby manipulacji czymkolwiek, chocia

Ŝ

 to akurat zawsze było zabawne. Ten mecz miał mie

ć

 wielki 

wpływ na cały sezon dla obu dru

Ŝ

yn. I był przekonany, 

Ŝ

e tym razem to Slytherin znajdzie si

ę

 na szczycie. 

 
Przez boisko szła dru

Ŝ

yna przeciwników, wyró

Ŝ

niaj

ą

ca si

ę

 błyszcz

ą

cymi, czerwonymi szatami. Prowadził 

j

ą

 Harry Potter; jego czarne włosy nie potrzebowały pomocy wiatru, by tworzy

ć

 bezładn

ą

 pl

ą

tanin

ę

 wokół 

twarzy. W centrum pola utworzyli zwarty szereg, patrz

ą

c na nich. Draco dawno zauwa

Ŝ

ył t

ę

 osobliw

ą

 

ochot

ę

, by anga

Ŝ

owa

ć

 si

ę

 we wzrokowe pojedynki z Harrym: blizna w kształcie błyskawicy nad oczami 

chłopaka w jaki

ś

 sposób zmuszała go, by patrzył, stał z tamtym oko w oko, oddziałuj

ą

c na niego tak samo, 

jak tamten na niego, gdy wyzywali si

ę

 nawzajem werbalnie. 

 
- Tym razem to ty przegrasz, Potter – wysyczał, kiedy wymieniali przepisowy u

ś

cisk dłoni. 

Zielone oczy zw

ę

ziły si

ę

- Masz na my

ś

li, 

Ŝ

e przegram w taki sam sposób, jak za ka

Ŝ

dym razem, kiedy grali

ś

my przeciwko sobie? 

Och, czekaj. To byłe

ś

 ty. 

Wzruszył ramionami. 
- Ka

Ŝ

dego czasem opuszcza szcz

ęś

cie. Dzisiaj twoja kolej. 

 
Odpowied

ź

 Harry’ego została uci

ę

ta przez pani

ą

 Hooch, która poinformowała obie dru

Ŝ

yny, 

Ŝ

e maj

ą

 gra

ć

 

fair i przygotowa

ć

 si

ę

; chwil

ę

 pó

ź

niej dmuchn

ę

ła w gwizdek. Czternastu zawodników odbiło si

ę

 od ziemi i 

wystrzeliło w powietrze. 
 

background image

Był pi

ę

kny listopadowy poranek, zimny i rze

ś

ki. Czysty, z kilkoma białymi chmurkami podkre

ś

laj

ą

cymi 

ę

kit nieba. Kiedy Draco wzniósł si

ę

 na poziom, na którym zwykle latał, poczuł si

ę

, jakby mógł zobaczy

ć

 

wszystko, a

Ŝ

 po kra

ń

ce ziemi przez bezlistne drzewa. Jego przyszło

ść

 rozpo

ś

cierała si

ę

 przed nim jak 

horyzont; to był jego ostatni rok. Ostatni rok, 

Ŝ

eby cho

ć

 troch

ę

 si

ę

 zabawi

ć

, zanim upomni si

ę

 o niego jego 

przyszło

ść

, zanim zostanie zmuszony, by zobaczy

ć

, gdzie presti

Ŝ

 i mo

Ŝ

liwo

ść

 bycia Malfoyem otwieraj

ą

 

przed nim wszystkie mo

Ŝ

liwo

ś

ci przewodzenia 

ś

wiatu. 

 
To była tak

Ŝ

e jego ostatnia szansa, by pokona

ć

 Harry’ego Pottera. Tłuczek przeleciał obok niego, 

wyrywaj

ą

c go z zadumy, i przekl

ą

ł sam siebie za to, 

Ŝ

e pozwolił kilku cennym chwilom umkn

ąć

 bez 

wypatrywania znicza. Szukaj

ą

cy Gryffindoru uplasował si

ę

 na 

ś

rodku pola; Draco podleciał niedaleko, by 

zaj

ąć

 tak

ą

 sam

ą

 pozycj

ę

, na wypadek gdyby musiał zanurkowa

ć

 po mał

ą

, złot

ą

 piłeczk

ę

 – kiedykolwiek 

miała si

ę

 pokaza

ć

 
- Znajd

ź

 sobie własny punkt obserwacyjny! – krzykn

ą

ł do niego Harry ponad wrzaskami tłumu. 

- Raczej nie, tutaj bardzo mi si

ę

 podoba – odpowiedział Draco leniwie, mru

Ŝą

c lekko oczy dla ochrony 

przed sło

ń

cem, kiedy przeszukiwał wzrokiem boisko. – Masz jaki

ś

 problem? Boisz si

ę

, o ile szybsza od 

twojej starej Błyskawicy oka

Ŝ

e si

ę

 moja Supernowa 10? 

- Błyskawica nadal lata 

ś

wietnie, dzi

ę

kuj

ę

 
Draco zaryzykował krótki rzut okiem na chłopaka i ucieszył si

ę

, widz

ą

c, 

Ŝ

e Gryfon zagryzł z

ę

by w 

odpowiedzi na obelg

ę

. Zdecydował si

ę

 na zastosowanie swojego triku, i skierował miotł

ę

 do zapieraj

ą

cego 

dech w piersiach, wywracaj

ą

cego 

Ŝ

ą

dek nurku. Harry, my

ś

l

ą

c, 

Ŝ

e co

ś

 zauwa

Ŝ

ył, natychmiast poleciał za 

nim. Grunt zbli

Ŝ

ał si

ę

 bardziej i bardziej, i Draco, w momencie, gdy prawie stracił kontrol

ę

, sekundy przed 

zderzeniem idealnie wypracowanym ruchem poderwał swoj

ą

 miotł

ę

. Wtedy zacz

ą

ł si

ę

 

ś

mia

ć

 ze swojego 

przeciwnika, który spó

ź

nił si

ę

, hamuj

ą

c kilka cali za nim. 

 
- Mówiłe

ś

 co

ś

ś

lamazaro? 

 
Jednak zamiast odpowiedzie

ć

 na obelg

ę

, Gryfon odwrócił si

ę

 nagle na miotle i, wykr

ę

caj

ą

c głow

ę

, Draco 

zdołał zobaczy

ć

, dlaczego: wypuszczono znicza. 

 
Natychmiast rozpocz

ą

ł si

ę

 wy

ś

cig. Ka

Ŝ

dy chłopak zamierzał zako

ń

czy

ć

 gr

ę

 szybko i błyskawicznie ogłosi

ć

 

zwyci

ę

stwo swojej dru

Ŝ

yny. 

Ś

migali slalomem przez pole w gorliwym po

ś

cigu za mał

ą

, uskrzydlon

ą

 

piłeczk

ą

, a kafel, tłuczki i koledzy z dru

Ŝ

yny przelatywali obok w szalonym p

ę

dzie, zamieniaj

ą

c si

ę

 w 

rozmazane plamy. Dwa razy obaj zgubili złoty kształt w blasku niskiego listopadowego sło

ń

ca, ale za 

ka

Ŝ

dym razem który

ś

 w przeci

ą

gu sekund na nowo odnajdywał przedmiot i po

ś

cig trwał. 

 
Cała uwaga Draco skupiła si

ę

 na małym, złotym obiekcie; ledwo dostrzegał to, co go otaczało, kiedy 

ś

cigał go pod siedzeniami, a potem mi

ę

dzy i przez obr

ę

cze. Czuł Harry’ego po swojej lewej; wiedział, 

Ŝ

czerwona plama była zdeterminowana, by udowodni

ć

 swoj

ą

 wy

Ŝ

szo

ść

 przynajmniej tak jak on sam. 

Piłeczka była tylko kilka stóp przed nimi… bli

Ŝ

ej… bli

Ŝ

ej… unikn

ę

li niespodziewanego tłuczka… znów 

przelatywali przez p

ę

tle… Cholera! Zatrzymała si

ę

 tu

Ŝ

 poza zasi

ę

giem jego dłoni. 

 
W akcie skrajnej desperacji Draco nagle poderwał miotł

ę

 w prawo, kiedy znicz skierował si

ę

 przed niego. 

W tym momencie bardziej skupiał si

ę

 na tym, by nie podnosi

ć

 głowy, ni

Ŝ

 na tym, by go złapa

ć

 
Stuk! Mała piłeczka uderzyła dło

ń

 Draco tak mocno, 

Ŝ

e prawie j

ą

 upu

ś

cił. Przez jeden zamarły moment 

spojrzał w szoku na swoj

ą

 r

ę

k

ę

. Czy to prawda? Czy naprawd

ę

 widział te małe skrzydełka, uderzaj

ą

ce go 

w nadgarstek? Tak! 
 
Odkrycie prawdy zaj

ę

ło mu milisekund

ę

; kiedy tylko do niego dotarła, poruszył r

ę

k

ą

, by podnie

ść

 j

ą

 

wysoko w gór

ę

 – gest, który chciał wykona

ć

 przez sze

ść

 długich lat. 

 
Odwrócił si

ę

, by spojrze

ć

 za siebie; widok przegranej na twarzy Gryfona był wart wszystkich tych lat, w 

czasie których go

ś

cił on na jego twarzy. 

 

background image

- Zgubiłe

ś

 co

ś

? – zachichotał, machaj

ą

c zniczem w powietrzu. 

 
Pocz

ą

tkowe zaskoczenie zmieniło si

ę

 w triumf i Draco zastygł w chwili euforii; wtedy twarz Harry’ego 

nagle przybrała zupełnie nowy, niespodziewany wyraz. Strach. Strach? 
 
- Uwa

Ŝ

aj! – wykrzykn

ą

ł ciemnowłosy chłopak w chwili, gdy Draco poczuł, 

Ŝ

e tyłem głowy trzasn

ą

ł w co

ś

 

naprawd

ę

 twardego. Ból rozprzestrzenił si

ę

 po jego czaszce i pod

ąŜ

ył w dół wzdłu

Ŝ

 kr

ę

gosłupa. Znicz 

wy

ś

lizgn

ą

ł si

ę

 z jego palców. 

 
I ostatni

ą

 rzecz

ą

, któr

ą

 zobaczył, zanim ogarn

ę

ła go ciemno

ść

, był Harry Potter, wychylaj

ą

cy si

ę

 do 

przodu, aby go złapa

ć

 
Rozdział 1 

Ś

wiat ciemno

ś

ci 

 
 
The eyes that shone 
Now dimmed and gone 
~Thomas Moore 
 
“… I wtedy, w 1752, olbrzym Melvin Markotny przypadkowo rozdeptał kilka goblinów. Przerwało to 
nadchodz

ą

c

ą

 rebeli

ę

, lecz rozpocz

ę

ło wojn

ę

 mi

ę

dzy goblinami a olbrzymami, która trwała siedemna

ś

cie 

lat i dwana

ś

cie dni. Przez ten czas…” 

 
Draco powstrzymał ch

ęć

 zatrza

ś

ni

ę

cia ksi

ąŜ

ki tylko po to, by uciszy

ć

 nieprzerwane i irytuj

ą

ce buczenie. 

Historia magii była wystarczaj

ą

co nudna sama w sobie. Czy zakl

ę

cie, które sprawiało, 

Ŝ

e ksi

ąŜ

ki czytały 

mu na głos, musiało by

ć

 równie monotonne? To rzeczywi

ś

cie brzmiało prawie jak profesor Binns; po 

pewnym czasie nawet jego podr

ę

cznik z eliksirów wydawał si

ę

 nudny. 

 
Potarł oczy zm

ę

czonym ruchem. Ten odruch został, cho

ć

 one ju

Ŝ

 nie pracowały. Ksi

ąŜ

ka terkotała dalej. 

Zmusił si

ę

Ŝ

eby uwa

Ŝ

a

ć

, w przyszłym tygodniu miał test z historii z materiału, który mieli powtórzy

ć

 przez 

wakacje i chciał mie

ć

 nauk

ę

 za sob

ą

 jak najszybciej. A to oznaczało dostarczanie do mózgu jak 

najwi

ę

kszej ilo

ś

ci informacji za pierwszym podej

ś

ciem, co minimalizowało to, ile razy musiał słucha

ć

 tych 

cholernych akapitów. 
 
Od wypadku w czasie meczu Quidditcha min

ę

ły dwa miesi

ą

ce, dwa miesi

ą

ce pełne ciemno

ś

ci. W swoim 

triumfie głupio zapomniał, jak blisko p

ę

tli leciał. Omyłka ta kosztowała go utrat

ę

 wzroku. Czarodziejskie 

lekarstwa mog

ą

 wyleczy

ć

 wiele rzeczy, ale nie mog

ą

 (z przykro

ś

ci

ą

 poinformowali go uzdrowiciele) 

odwróci

ć

 zniszcze

ń

, które zaszły w mózgu. Rana płatu potylicznego z tyłu głowy, powiedzieli, i nie ma nic, 

co mo

Ŝ

na by w tej sprawie zrobi

ć

. I chocia

Ŝ

 ojciec im groził, jego matka błagała, a on sam z 

niedowierzaniem zasi

ę

gał drugiej, trzeciej, dwunastej porady, odpowied

ź

 specjalistów magomedycyny 

była zawsze ta sama: czekała go 

ś

lepota. 

Trwała. 
 
*** 
 
Harry przeszukiwał półki z tyłu biblioteki, dopóki nie znalazł ksi

ąŜ

ki, której potrzebował na zaj

ę

cia 

zielarstwa: przegl

ą

du specjalistycznych grzybów. Otrzepał j

ą

 z kurzu, pobie

Ŝ

nie rzucił okiem na tre

ść

, a 

potem wetkn

ą

ł pod rami

ę

. Było tam te

Ŝ

 kilka ksi

ąŜ

ek, których b

ę

dzie potrzebował pó

ź

niej, ale postanowił, 

Ŝ

e przyjdzie po nie jutro. Nie był Hermion

ą

, która potrafiła przebi

ć

 si

ę

 przez stos antycznych, wysuszonych 

ksi

ą

g w ci

ą

gu jednej nocy. W porównaniu z jego zwykłym wysiłkiem na dzi

ś

 wieczór ta jedna w zupełno

ś

ci 

wystarczy. A skoro ju

Ŝ

 o tym mowa, w przyszłym tygodniu miał by

ć

 test z historii magii, powinien zacz

ąć

 

si

ę

 uczy

ć

, zanim Hermiona zacznie go 

ś

ciga

ć

 razem ze swoimi znaczonymi na kolorowo notatkami. 

 
Kiedy lawirował mi

ę

dzy regałami z powrotem, wzdłu

Ŝ

 tylnej 

ś

ciany, usłyszał niski, monotonny głos. 

Brzmiał on zupełnie jak profesor Binns, tylko jeszcze mniej interesuj

ą

co. Zaciekawiony, wetkn

ą

ł nos do 

background image

jednego z bocznych pokoików wyłaniaj

ą

cych si

ę

 zza 

ś

ciany. I natychmiast si

ę

 zatrzymał. 

 
W o

ś

wietlonym 

ś

wieczkami pokoju siedział Draco Malfoy, z głow

ą

 opart

ą

 na pi

ęś

ci. Jego podr

ę

cznik le

Ŝ

ał 

otwarty przed nim na stole… i była to ksi

ąŜ

ka, która najwyra

ź

niej potrafiła mówi

ć

. Albo kto

ś

 jeszcze tam 

był i miał Peleryn

ę

 Niewidk

ę

, bo Draco z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 nie mówił gło

ś

niej ni

Ŝ

 szeptem, a nikogo innego 

nie było wida

ć

 
- Kimkolwiek jeste

ś

, powiniene

ś

 albo si

ę

 odezwa

ć

, albo wynie

ść

. Nie ceni

ę

 sobie zbytnio, kiedy kto

ś

 si

ę

 

na mnie gapi. 
- Eee… - powiedział Harry, zaskoczony. Zobaczył, jak Draco si

ę

 odwraca – nie po to, by patrze

ć

, lecz by 

słucha

ć

. Jego głowa obróciła si

ę

 tylko tyle, 

Ŝ

e jego lewe ucho skierowane było w stron

ę

 drzwi, tam, gdzie 

Harry stał. – To ja, Harry. Potter. Ja… hmm… nie chciałem przeszkadza

ć

. A poza tym, sk

ą

d wiedziałe

ś

Ŝ

e tu jestem? 

- Przez twoje kroki, idioto, a przez có

Ŝ

by innego? Szkolne buty nigdy nie poruszały si

ę

 specjalnie cicho po 

kamiennych podłogach. 
- Och – Harry poczuł si

ę

 głupio; o tym nie pomy

ś

lał. – Wi

ę

c… yy… czy to twoja ksi

ąŜ

ka mówi? I nie 

musisz czyta

ć

? Zastanawiałem si

ę

, jak sobie z tym radzisz. 

Draco westchn

ą

ł, poirytowany. 

- Tak, tak to teraz działa. Rzucam zakl

ę

cie na ksi

ąŜ

k

ę

 i sama si

ę

 odtwarza. Zupełnie jak czytanie dziecku 

bajki na dobranoc, tylko du

Ŝ

o mniej interesuj

ą

ce. Przychodz

ę

 si

ę

 uczy

ć

 tutaj, wi

ę

c głos ksi

ąŜ

ki nikomu nie 

przeszkadza. Nie potrzebuj

ę

 ludzi, gapi

ą

cych si

ę

 na mnie z powodu hałasu. 

Harry wszedł do pokoiku. Teraz słyszał głos ksi

ąŜ

ki du

Ŝ

o wyra

ź

niej. 

- Có

Ŝ

, brzmi nudno. Czy wszystkie ksi

ąŜ

ki mówi

ą

 tak samo? 

- Dokładnie. 
- Nie mo

Ŝ

esz tego jako

ś

 zmieni

ć

- Nie. – głos 

Ś

lizgona był szorstki. – A teraz, je

ś

li ju

Ŝ

 sko

ń

czyłe

ś

 bawi

ć

 si

ę

 w dwadzie

ś

cia pyta

ń

chciałbym wróci

ć

 do nauki. 

- Wiesz – zaproponował Harry, podchodz

ą

c, by stan

ąć

 przed drugim chłopakiem. – Ja mógłbym ci 

poczyta

ć

 zamiast niej. 

 
Blondyn poruszył głow

ą

, by wyra

ź

niej go słysze

ć

, i Harry poczuł si

ę

 lekko zdenerwowany swoim 

pierwszym bli

Ŝ

szym spojrzeniem na twarz Draco od czasu wypadku; ta sama blada, spiczasta twarz, teraz 

dziwnie pusta. Przyzwyczaił si

ę

 do szarych oczu, rzucaj

ą

cych w niego sztyletami spojrze

ń

; teraz 

wygl

ą

dały jak kamienne 

ś

ciany – płytkie i niezgł

ę

bione, skupione na niczym. 

 
- A niby po co? – warkn

ą

ł blondyn. Harry poczuł si

ę

 dziwnie uspokojony faktem, 

Ŝ

e przynajmniej głos 

Malfoya nadal zawiera w sobie jakie

ś

 sztylety. 

- Có

Ŝ

, pomy

ś

lałem tylko, 

Ŝ

e to mogłoby nie by

ć

 tak nudne, gdybym… 

Malfoy prychn

ą

ł. 

- Nie potrzebuj

ę

 twojej lito

ś

ci. 

- To nie jest lito

ść

! To… 

- To co? 
- Próbuj

ę

 tylko pomóc, dobra? Co w tym takiego złego? Ty si

ę

 nudzisz, a ja proponuj

ę

 jako

ś

 t

ę

 nud

ę

 

zmniejszy

ć

- No tak. Jak mogłem zapomnie

ć

? – wycedził niewidomy chłopak. – Harry Potter, bohater wszystkich. 

ś

aden problem nie jest zbyt trywialny dla naszego Cudownego Chłopca. 

- Jaki masz do cholery problem, Malfoy? – Harry zaczynał si

ę

 zło

ś

ci

ć

, nie był pewien, czy na siebie czy na 

Ś

lizgona. Co do u diabła nakłoniło go do zaoferowania pomocy temu gnojkowi? 

- Mój problem? Moim problemem jest to, 

Ŝ

e pchasz si

ę

, gdzie nie trzeba, i w zasadzie przeszkadzasz mi 

w pracy. Teraz, je

ś

li wybaczysz, mam mas

ę

 nauki. Id

ź

 uratowa

ć

 jak

ąś

 panienk

ę

 w potrzebie, skoro tak 

bardzo chcesz pomóc. – po tych słowach Draco znów pochylił si

ę

 nad ksi

ąŜ

k

ą

, przewrócił stron

ę

, która 

sko

ń

czyła si

ę

, kiedy si

ę

 kłócili, i pozwolił jej wróci

ć

 do czytania. 

 
Harry odszedł, w

ś

ciekły jak nigdy. 

 
Jednak

Ŝ

e ju

Ŝ

 nast

ę

pnego dnia był tam z powrotem. Powiedział sobie, 

Ŝ

e poszedł odnale

źć

 dodatkowe 

background image

ksi

ąŜ

ki, których potrzebował do eseju, i w zasadzie taki miał cel. Udało mu si

ę

 zignorowa

ć

 fakt, 

Ŝ

e nie 

musiał szuka

ć

 ich w tylnym korytarzu, w samych skarpetkach, z butami w r

ę

ce, 

Ŝ

eby go osi

ą

gn

ąć

. Harry 

nie był zupełnie pewny, co tutaj robił i dlaczego, ale po wczorajszej wymianie zda

ń

 był ciekawy, jak Draco 

sobie radzi. Od wypadku nie widywał swojego byłego nemezis zbyt cz

ę

sto – tamten wyjechał, a potem 

zamkn

ą

ł si

ę

 w sobie. Nie dokuczał wi

ę

cej Harry’emu i jego przyjaciołom, z nikim wła

ś

ciwie nie rozmawiał, 

nie licz

ą

c momentów, kiedy kazał mu nauczyciel. Niby wygl

ą

dało na to, 

Ŝ

e jako

ś

 sobie radzi – wrócił do 

szkoły, całkowicie nadrobiwszy materiał, który go omin

ą

ł, był przygotowany na wszystkie zaj

ę

cia i Harry 

rzadko widywał, by prosił o pomoc w… czymkolwiek. Ale jak to robił? 
 
Prze

ś

lizgn

ą

ł si

ę

 do małego pokoiku do nauki, zdecydowany nie da

ć

 si

ę

 złapa

ć

 tym razem, ale kiedy ju

Ŝ

 

tam dotarł, zrozumiał, 

Ŝ

e wcale nie musiał zadawa

ć

 sobie trudu z ukrywaniem. Zamiast spoczywa

ć

 na 

nadgarstku, głowa Malfoya, tym razem, oparta była na stole. Miał zamkni

ę

te oczy i wygl

ą

dał, jakby 

zupełnie zapomniał o buczeniu otwartej przed nim ksi

ąŜ

ki do historii. Widocznie nuda zrobiła swoje. To 

podsun

ę

ło Harry’emu pomysł. 

 
Wszedł do pokoju, wskazał ksi

ąŜ

k

ę

 ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ą

 i wyszeptał: „Finite Incantatem”. Głos umilkł. Wtedy ostro

Ŝ

nie 

odsun

ą

ł sobie krzesło i usiadł, kład

ą

c swoj

ą

 torb

ę

 na podłodze tak cicho, jak tylko mógł, czekaj

ą

c, a

Ŝ

 drugi 

chłopak si

ę

 obudzi. Nie trwało to długo: najwyra

ź

niej był zwolennikiem krótkich drzemek. 

 
Blondyn usiadł z j

ę

kiem, 

ś

pi

ą

co przecieraj

ą

c oczy, i rozejrzał si

ę

 za ucichł

ą

 ksi

ąŜ

k

ą

, jakby wystraszył si

ę

 

panuj

ą

cej w pokoju ciszy. 

- Głupie zakl

ę

cie – burkn

ą

ł. 

Harry przerwał mu, zanim Draco zd

ąŜ

ył znowu aktywowa

ć

 czar. 

- Cudowny Głos dostarczył dzi

ś

 zbyt du

Ŝ

o wra

Ŝ

e

ń

Malfoy podskoczył, obracaj

ą

c głow

ę

 w kierunku Harry’ego. 

- Potter, co ty do diabła tutaj robisz? Cholera, prawie przyprawiłe

ś

 mnie o zawał serca. 

Harry wzruszył ramionami, zapominaj

ą

c, 

Ŝ

e drugi chłopak go nie widzi. 

- Byłem po s

ą

siedzku, zobaczyłem, 

Ŝ

ś

pisz, i przyszedłem powtórzy

ć

 moj

ą

 propozycj

ę

- Musimy znowu do tego wraca

ć

? Mówiłem ci, nie… 

- Tak, tak, wiem. Nie potrzebujesz lito

ś

ci. Ale nie mog

ą

 ci

ę

 te

Ŝ

 usypia

ć

 twoje własne podr

ę

czniki. Zobacz, 

ja te

Ŝ

 musz

ę

 si

ę

 uczy

ć

 na ten głupi test. Wi

ę

c, tak długo jak robi

ę

 post

ę

py w walce z materiałem, mog

ę

 go 

równie dobrze powtarza

ć

 z tob

ą

- Czemu nie powtórzysz go z twoimi małymi przyjaciółmi Gryfonami? – spytał Malfoy ostro. 
- Bo Hermiona musi dzisiaj przewodniczy

ć

 na spotkaniu prefektów, a Ron wychodzi ze swoj

ą

 dziewczyn

ą

Mandy. Słuchaj, tracimy tutaj czas. Ja musz

ę

 si

ę

 uczy

ć

, ty musisz si

ę

 uczy

ć

, a materiał jest cholernie 

nudny. I, ostatecznie, przynajmniej powstrzymamy si

ę

 nawzajem od snu – Harry nie mógł odmówi

ć

 sobie 

dodania pewnej zło

ś

liwo

ś

ci. – Wygl

ą

da na to, 

Ŝ

e przydałoby ci si

ę

 to jak

ąś

 chwil

ę

 temu. 

Draco spochmurniał. 

Ś

wietnie – ust

ą

pił. Pchn

ą

ł ksi

ąŜ

k

ę

 w kierunku Harry’ego. – Oczywi

ś

cie w przeciwnym razie masz zamiar 

nigdy mnie nie zostawi

ć

. Je

Ŝ

eli jeste

ś

 a

Ŝ

 tak zdeterminowany, by ochrypn

ąć

, czytaj

ą

c, mo

Ŝ

esz u

Ŝ

y

ć

 do 

tego mojej ksi

ąŜ

ki. Ale przynajmniej spróbuj by

ć

 interesuj

ą

cy. 

Harry u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 krzywo, kiedy podniósł tekst do oczu. 

- W

ą

tpi

ę

Ŝ

e nawet bli

ź

niacy Weasleyowie mogliby zrobi

ć

 co

ś

 interesuj

ą

cego z wojen pomi

ę

dzy goblinami 

a olbrzymami, ale spróbuj

ę

Cofn

ą

ł si

ę

 o kilka stron i zacz

ą

ł czyta

ć

- „Po podpisaniu Traktatu Smarkotrawnego w 1796, Olfred T

ę

py zało

Ŝ

ył nowe społecze

ń

stwo obok mało 

znanego miasteczka, Herringsfordu…” 
 
*** 
 
Draco zaczynał ka

Ŝ

dy ranek, le

Ŝą

c w swoim łó

Ŝ

ku, oddychaj

ą

c cicho i nie

ś

piesznie, i próbuj

ą

c ustali

ć

, czy 

ju

Ŝ

 si

ę

 obudził czy nie. Otwieranie oczu nie przynosiło efektów, wi

ę

c zwykle ustalenie, czy jego ciało było 

przytomne, a on sam 

ś

wiadom otoczenia, czyli nie 

ś

pi

ą

cy, zajmowało mu kilka minut. Tego ranka zi

ą

b w 

powietrzu przywrócił go do przytomno

ś

ci bardzo szybko, wi

ę

c si

ę

gn

ą

ł po ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

, któr

ą

 ka

Ŝ

dej nocy 

zostawiał w tym samym miejscu na swojej szafce nocnej. Wy

ć

wiczonym ruchem wskazał na zegarek, 

który stał obok na równie konkretnym miejscu. 

background image

 
„Tempus” – mrukn

ą

ł. 

- Szósta dwadzie

ś

cia trzy – powiedział mu zegar. 

 
Usiadł, ziewaj

ą

c, przerzucił nogi nad kraw

ę

dzi

ą

 łó

Ŝ

ka i postawił stopy na zimnej, kamiennej podłodze. To 

zawsze bardzo szybko go budziło. Ostro

Ŝ

nie poruszaj

ą

c si

ę

 wokół łó

Ŝ

ka odnalazł swój kufer, ukl

ę

kn

ą

ł, 

znalazł swój płaszcz k

ą

pielowy, a potem, wodz

ą

c palcami wzdłu

Ŝ

 

ś

ciany, skierował si

ę

 na zewn

ą

trz, w 

stron

ę

 hallu, do pryszniców. Wolał tam chodzi

ć

 wcze

ś

niej, bo zawsze była ostra rywalizacja o ciepł

ą

 

wod

ę

Albo ludzie, którzy si

ę

 na niego gapili. 

 
~*~*~ 
 
Kiedy magomedycy odkryli, 

Ŝ

e z jego wzrokiem nie b

ę

dzie ju

Ŝ

 ani lepiej, ani gorzej i wyleczyli przewlekłe 

psychiczne bóle, został wysłany do domu z nauczycielem, 

Ŝ

eby opanowa

ć

 kilka przydatnych umiej

ę

tno

ś

ci. 

Jak porusza

ć

 si

ę

 wokół. Jak lepiej u

Ŝ

ywa

ć

 pozostałych mu zmysłów. Jak rzuca

ć

 zakl

ę

cia na tekst tak, 

Ŝ

eby sam czytał mu na głos; podobne zakl

ę

cie zostało zastosowane na male

ń

kich tabliczkach, wszytych 

w jego ubranie, aby samo mu si

ę

 opisywało. Jak kroi

ć

 składniki eliksirów bez utraty własnych palców, 

u

Ŝ

ywa

ć

 ró

Ŝ

d

Ŝ

ki z odpowiedni

ą

 precyzj

ą

. Oraz kilka innych sztuczek, potrzebnych, by sko

ń

czy

ć

 szkoł

ę

 i 

przetrwa

ć

 w realnym 

ś

wiecie. Unikał czegokolwiek, co wymagałoby pomocy innej osoby, jak tylko mógł. 

 
Malfoy nie prosi o pomoc; Malfoy nie polega na nikim, kto mógłby go zawie

ść

. Zabraniano mu okazywania 

słabo

ś

ci przez całe 

Ŝ

ycie; z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 nie miał zamiaru teraz zaczyna

ć

. Zwłaszcza, 

Ŝ

e jego ojciec 

prawie natychmiast stracił całe zainteresowanie jego osob

ą

 
Nie był ju

Ŝ

 dłu

Ŝ

ej przeznaczony Czarnemu Panu ani 

Ŝ

adnym innym 

ź

ródłom mocy, skoro Lucjusz uwa

Ŝ

ał 

go za uszkodzonego i słabego. Wła

ś

ciwie, teraz nie miał ju

Ŝ

 po

Ŝ

ytku z syna. Kiedy starszy Malfoy był w 

pobli

Ŝ

u, był tak uprzejmy, jak ka

Ŝ

dy z magomedyków, ale to nie było to. Draco był tak bardzo 

zdeterminowany, by udowodni

ć

Ŝ

e nadal jest zdolny do funkcjonowania jak czarodziej – jak człowiek – 

Ŝ

eby móc w przyszło

ś

ci pokaza

ć

 mentalny j

ę

zyk temu, który go odrzucił. Utrata przyszłej kariery 

obchodziła go mniej; tak naprawd

ę

, nikt nigdy nie dał mu wyboru w tej sprawie i teraz, kiedy ju

Ŝ

 go miał, 

nie wybiegał my

ś

lami w przyszło

ść

 tak daleko. Jego umysł był zbyt skupiony na tym, by z powrotem 

stan

ąć

 na nogi i trzyma

ć

 si

ę

 od wszystkich z daleka. 

 
Tak szybko, jak tylko mógł, strz

ą

sn

ą

ł z siebie troskliwe ramiona matki i Enida – ludzkiego słu

Ŝą

cego, 

którego zatrudniono, by mu pomagał (skrzaty domowe były za małe, by móc go wsz

ę

dzie zaprowadzi

ć

). 

Na niewielkich dystansach – dookoła swojego pokoju i w dół do toalety – radził sobie sam, id

ą

ostro

Ŝ

nymi krokami, czasem z r

ę

k

ą

 na 

ś

cianie. Na dłu

Ŝ

sze wycieczki dostał Przewodnika. Był on drogi, 

ale za

Ŝą

dał go, kiedy tylko jego nauczyciel powiedział mu o jego istnieniu. 

 
- Co mam zrobi

ć

, za ka

Ŝ

dym razem znajdywa

ć

 kogo

ś

, kto b

ę

dzie mnie prowadził wsz

ę

dzie, dok

ą

d zechc

ę

 

pój

ść

 w Hogwarcie, jak małe dziecko, które nigdy nie nauczyło si

ę

 przechodzi

ć

 przez ulic

ę

? – zagadn

ą

ł 

którego

ś

 wieczoru podczas kolacji. 

- Draco, kochanie, ale na ludziach mo

Ŝ

na o tyle bardziej polega

ć

 – odpowiedziała jego matka niepewnie. 

– Co je

ś

li… ten Przewodnik… co

ś

 przeoczy? 

Zwrócił si

ę

 w stron

ę

 jej głosu. 

- Wiesz, ile razy Enid przeoczył mały krok w gór

ę

, kiedy kamienie s

ą

 nierówne, albo gorzej, co

ś

 mało 

stabilnego? Moi koledzy b

ę

d

ą

 zupełnie tacy sami. Zostaw mnie Crabbe’owi i Goyle’owi, a równie dobrze 

mo

Ŝ

esz od razu, tu i teraz, skr

ę

ci

ć

 mi kark. Jak s

ą

dzisz, dlaczego Przewodnik tyle kosztuje? Mój 

nauczyciel mówi, 

Ŝ

e jest najlepszy. 

 
Jego nauczyciel miał racj

ę

. Wystarczyła odrobina praktyki, głównie po to, by nabrał pewno

ś

ci siebie i 

wiary w urz

ą

dzenie, i wkrótce mógł podró

Ŝ

owa

ć

 samodzielnie niemal wsz

ę

dzie, gdzie zapragn

ą

ł si

ę

 uda

ć

podaj

ą

c tylko kierunki, jak i, w znajomych miejscach, jedynie cel w

ę

drówki. Przewodnik, mała kula 

rozmiaru mniej wi

ę

cej pomara

ń

czy, unosiła si

ę

 w powietrzu tu

Ŝ

 przed nim na wysoko

ś

ci jego głowy i była 

zaprogramowana tak, by wyczuwa

ć

 przeszkody, schody, kraw

ę

dzie i wszystko inne, co mogłoby 

background image

przeszkodzi

ć

 mu w poruszaniu si

ę

 bezpiecznie. Informował go, kiedy stan

ąć

, skr

ę

ci

ć

, uwa

Ŝ

a

ć

 na stopy, 

kiedy dotarł do szczytu lub ko

ń

ca schodów oraz kiedy musiał si

ę

 zatrzyma

ć

 przed kolein

ą

 albo 

skrzy

Ŝ

owaniem, i to we wła

ś

ciwym czasie. Musiał tylko stukn

ąć

 w niego ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ą

 i wypowiedzie

ć

 

odpowiednie zakl

ę

cie, 

Ŝ

eby go aktywowa

ć

 za ka

Ŝ

dym razem, kiedy dok

ą

d

ś

 szedł, i pó

ź

niej uwa

Ŝ

nie 

wypełnia

ć

 jego wskazówki. Chocia

Ŝ

 tego nie widział, wiedział, 

Ŝ

e Przewodnik 

ś

wiecił lekko, kiedy si

ę

 

poruszali, 

Ŝ

eby ostrzega

ć

 innych dookoła. Prawie zupełnie wyeliminowało to konieczno

ść

 zatrzymywania 

si

ę

, by nie wpada

ć

 na kogokolwiek, bo ludzie, nawet ci, którzy nie wiedzieli, do czego urz

ą

dzenie słu

Ŝ

yło, 

automatycznie skr

ę

cali w bok. Nie lubił ogłaszania swojego stanu w ten sposób, ale maj

ą

c za alternatyw

ę

 

poleganie na innych, którzy prowadzili go zdecydowanie mniej uczciwie, niech

ę

tnie to zaakceptował. 

 
Sprawdzian nadszedł w styczniu, kiedy sko

ń

czyła si

ę

 przerwa 

ś

wi

ą

teczna i wrócił do Hogwartu, po raz 

pierwszy od czasu katastrofy. Jego wypadek miał miejsce w 

ś

rodku listopada, dlatego reszt

ę

 jesiennego 

semestru sp

ę

dził najpierw w szpitalu, a potem w domu, ucz

ą

c si

ę

 technik prze

Ŝ

ycia w swoim nowym, 

ciemnym 

ś

wiecie. Nalegał na kontynuowanie nauki – sytuacja była ju

Ŝ

 wystarczaj

ą

co zła w jego my

ś

lach, 

odmówił wi

ę

c pogarszania jej jeszcze ryzykiem powtarzania roku czy zostania w tyle. Jego dodatkowi 

nauczyciele przynosili mu zatem co weekend troch

ę

 materiałów, coraz wi

ę

cej, w miar

ę

 jak poprawiały si

ę

 

jego zdolno

ś

ci nauki. 

 
Sam profesor Snape odezwał si

ę

 kilka razy; nauczył Draco wa

Ŝ

y

ć

 najwa

Ŝ

niejsze eliksiry, a potem 

zaproponował spotkanie ze starszym Malfoyem podczas kolacji. Draco jadał jednak w swoim pokoju tak 
cz

ę

sto, jak tylko mógł. 

 
A wi

ę

c, kiedy wysiadł z poci

ą

gu po przerwie 

ś

wi

ą

tecznej, był mniej wi

ę

cej gotowy, by poradzi

ć

 sobie z 

wi

ę

kszo

ś

ci

ą

 przedmiotów, i teoretycznie zmotywowany do wyrównania wi

ę

kszo

ś

ci wyników. Jednak

Ŝ

e, 

jego spotkanie z rzeczywisto

ś

ci

ą

 nowego 

Ŝ

ycia w Hogwarcie okazało si

ę

 by

ć

 troch

ę

 inne. 

 
~*~*~ 
 
Wilgotny, ale ju

Ŝ

 nie ociekaj

ą

cy wod

ą

, ubrany w szlafrok k

ą

pielowy Draco wrócił do swojego dormitorium i 

podszedł do szafy. Szarpni

ę

ciem otworzył jej prawe skrzydło i si

ę

gn

ą

ł po koszul

ę

 od uniformu, która 

wisiała z tej strony wraz z innymi. 
 
„Biała. Sztywna.” – powiedziała mu tabliczka, kiedy ju

Ŝ

 wymówił odpowiednie zakl

ę

cie. Chocia

Ŝ

 nie było 

zbytnich w

ą

tpliwo

ś

ci co do tego, czy wzi

ą

ł wła

ś

ciw

ą

 koszul

ę

 – był doskonale 

ś

wiadomy, jak 

zorganizowane s

ą

 jego ubrania, tak samo jak tego, jakie s

ą

 w dotyku – jego 

ś

lizgo

ń

ska cz

ęść

 nie byłaby 

zaskoczona, gdyby jego współlokatorzy w

ś

lizgn

ę

li si

ę

 do dormitorium i pozamieniali rzeczy miejscami, ot 

tak, dla 

Ŝ

artu. Wyci

ą

gn

ą

ł swoje spodnie, krawat, swój „Szary. Zielone zdobienia.” sweter, hogwarck

ą

 szat

ę

 

i bielizn

ę

, po czym szybko si

ę

 przebrał. 

 
- Twoje włosy potrzebuj

ą

 grzebienia – zestrofowało go jego odbicie; na drzwiach szafy wisiało lustro. 

- Tak, tak – gderał, szukaj

ą

c dło

ń

mi szlufek od paska. – Daj mi minut

ę

. – Przeci

ą

gni

ę

cie paska, a potem 

przygładzenie wilgotnych włosów zaj

ę

ło mu tylko kilka chwil. Mi

ęś

nie nadal pozostawały zr

ę

czne. 

- Du

Ŝ

o lepiej – zabrzmiała odpowied

ź

 odbicia. Draco przeci

ą

gn

ą

ł powoli dło

ń

mi w dół ciała, jeszcze raz 

sprawdzaj

ą

c swój wygl

ą

d dotykiem. Nie wygl

ą

dało na to, by lustro zamierzało wprowadzi

ć

 go w bł

ą

d, ale 

nadal niezupełnie wierzył oszlifowanemu szkłu. Có

Ŝ

, to było wszystko, co miał, patrz

ą

c na alternatyw

ę

pytanie kogo

ś

 codziennie rano, czy wygl

ą

da w porz

ą

dku, jak potrzebuj

ą

ce dziecko albo, co gorsza, 

pró

Ŝ

na dziewczyna. Nie, dzi

ę

ki. 

 
- Accio Przewodnik– wyci

ą

gn

ą

ł r

ę

k

ę

 i poczuł, jak gładka kula opada mu delikatnie na dło

ń

. – Tendo – 

powiedział. Usłyszał ciche brz

ę

czenie, gdy urz

ą

dzenie si

ę

 aktywowało, i poczuł leciutki powiew, kiedy 

uniosło si

ę

, by zawisn

ąć

 w swojej zwykłej pozycji obok jego głowy. – Wielka Sala. 

 
- Prosto. 
 
Wyszedł za drzwi (Skr

ęć

 w lewo.) Prawie nie potrzebował urz

ą

dzenia, 

Ŝ

eby trafi

ć

 do najcz

ęś

ciej 

odwiedzanych pomieszcze

ń

. Stawał si

ę

 dobry w zapami

ę

tywaniu, ile jeszcze stopni, ile schodów mu 

background image

zostało i kiedy b

ę

dzie nast

ę

pny zakr

ę

t. Ale nadal musiał na nim polega

ć

, by ostrzegało go o znikaj

ą

cych 

stopniach, przeszkodach zostawionych na podłodze przez Irytka i innych zagro

Ŝ

eniach. Dzisiejsza podró

Ŝ

 

na 

ś

niadanie, jednak

Ŝ

e, odbyła si

ę

 bez specjalnych wydarze

ń

. Przewodnik doprowadził go do ko

ń

ca stołu 

Slytherinu, gdzie zwykle siedział, i zaj

ą

ł swoje zwykłe miejsce bez oklasków. 

 
- Jajka sadzone masz przed lew

ą

 r

ę

k

ą

, tosty nad talerzem, i muesli po prawej od tego – powiedział mu 

Blaise. – Och, a dzbanek z herbat

ą

 jest – Draco usłyszał stuk! jakby dzbanek został popchni

ę

ty w jego 

praw

ą

 stron

ę

 – obok twojego prawego łokcia. 

 
Tutaj znajdowało si

ę

 jedyne miejsce, gdzie Draco był zmuszony prosi

ć

 o pomoc; bez osoby, która by mu o 

tym powiedziała, nie miałby poj

ę

cia o tym, co wła

ś

ciwie zostało podane ani gdzie znajduje si

ę

 na stole. 

Skrzaty domowe robiły du

Ŝ

o rzeczy z przyzwyczajenia tak samo, ale nawet one nie kładły potraw 

precyzyjnie w to samo miejsce ka

Ŝ

dego dnia ani nie podawały tego samego jedzenia, a i tak przedmioty 

były ju

Ŝ

 zwykle poprzesuwane przez innych uczniów zanim on w ogóle tam dotarł. Blaise i Pansy byli 

informatorami, na których w tej kwestii mo

Ŝ

na było polega

ć

 najbardziej; po dwóch rankach typu „mleko 

jest tam” ze strony Crabbe’a i Goyle’a przestał ich pyta

ć

 
- Dzi

ę

ki – mrukn

ą

ł, wci

ąŜ

 nienawidz

ą

c tego, 

Ŝ

e musiał prosi

ć

 o asyst

ę

 przy czymkolwiek. Wzi

ą

ł sobie 

troch

ę

 jedzenia i zjadł w ciszy. Słuchał swoich współlokatorów potykaj

ą

cych si

ę

 o stół, ziewaj

ą

cych i 

trajkocz

ą

cych przed pierwsz

ą

 lekcj

ą

, ale do nich nie doł

ą

czył. Wiedział, 

Ŝ

e podczas gdy kiedy

ś

 był 

znanym przywódc

ą

 Domu, teraz był postrzegany jako nikt wi

ę

cej ni

Ŝ

 upadły król. Co mógł zrobi

ć

 

niewidomy ucze

ń

 dla Domu, którego jedynym pragnieniem była pot

ę

ga? Nie chciał te

Ŝ

 ich lito

ś

ci czy 

pogardy - bo nie mógł lata

ć

, bo stracił swoje złote miejsce w dru

Ŝ

ynie. Jego poprzednie tak zwane 

przyja

ź

nie nigdy nie były zbyt bliskie, powiedział sobie – były raczej zaniedbywane albo stanowiły cz

ęść

 

nieko

ń

cz

ą

cej si

ę

 gry o władz

ę

 
I nawet nie my

ś

lał o jakich

ś

 romantycznych wi

ę

ziach. Tak jak z jego karier

ą

, dorastał, nigdy nie s

ą

dz

ą

c, 

Ŝ

b

ę

dzie miał w przyszło

ś

ci du

Ŝ

o do powiedzenia. Malfoyowie zwykle 

Ŝ

enili si

ę

 z powodów politycznych, a 

nie miło

ś

ci. Gdy Draco okazał si

ę

 gejem, w najmniejszym stopniu nie powstrzymało to Lucjusza– w ko

ń

cu, 

zawsze mo

Ŝ

na trzyma

ć

 kochanków na stronie. Ale chocia

Ŝ

 

ś

lepota kupiła mu wolno

ść

, była to 

ś

lepa 

uliczka; nie potrafił sobie teraz wyobrazi

ć

, by ktokolwiek go pragn

ą

ł. 

 
Du

Ŝ

o łatwiej było odepchn

ąć

 wszystkich, zamiast samemu zosta

ć

 odrzuconym. Zamkn

ą

ł si

ę

 w sobie, 

Ŝ

ył 

tak normalnie, jak to mo

Ŝ

liwe, i sam radził sobie ze swoj

ą

 prac

ą

 

Ŝ

, jakby nie patrze

ć

, do poprzedniego dnia. Draco powiedział sobie, 

Ŝ

e zrobił to tylko po to, 

Ŝ

eby Gryfon 

w ko

ń

cu si

ę

 zamkn

ą

ł, ale musiał przyzna

ć

Ŝ

e uczenie si

ę

 z Harrym było zaskakuj

ą

co przyjemne. Miał 

głos naprawd

ę

 dobry do czytania. I nawet pocz

ą

tkowe sprzeczki nie były takie złe, nie kłócili si

ę

 tak 

nigdy… przedtem. To był prawdopodobnie najbardziej normalny sposób, w jaki kto

ś

 go potraktował, nawet 

mimo 

Ŝ

e sam tego nie chciał. Ich dalsze kłótnie, jednak

Ŝ

e, były du

Ŝ

o uprzejmiejsze, kiedy sprzeczali si

ę

 

nad czytanym materiałem i wynikł

ą

 z niego wy

Ŝ

szo

ś

ci

ą

 niektórych er nad innymi w czasie przygotowa

ń

 do 

testu Binnsa. 
 

Ś

niadanie dobiegło ko

ń

ca, zasun

ą

ł za sob

ą

 krzesło. 

 
- Tendo – eliksiry – powiedział swojemu Przewodnikowi, automatycznie zwracaj

ą

c si

ę

 w prawo, gdzie 

znajdowały si

ę

 drzwi. Dzisiaj przynajmniej zacznie lekcje od przedmiotu, który lubił, nawet je

ś

li – jak 

wszystko inne – był teraz dla niego du

Ŝ

o trudniejszy. 

 
 
Rozdział 2 
Nauka 
 
 
It is not so much our friends’ help that helps us 
As the confident knowledge that they will help us. 

background image

~Epicurus 
 
 
- Gdzie byłe

ś

 wczoraj w nocy? – zapytała Harry’ego Hermiona, kiedy tylko zszedł tego ranka do pokoju 

wspólnego. 
- Te

Ŝ

 si

ę

 ciesz

ę

Ŝ

e ci

ę

 widz

ę

 – odparł z u

ś

miechem. 

Hermiona lekko si

ę

 zarumieniła. 

- Przepraszam. Ale wiesz, 

Ŝ

e si

ę

 o ciebie martwi

ę

. Nie widziałam ci

ę

, odk

ą

d wróciłam ze spotkania 

prefektów. Musiałe

ś

 by

ć

 gdzie

ś

 indziej do pó

ź

na – skin

ę

ła głow

ą

 Ronowi, który pojawił si

ę

 za Harrym, 

ziewaj

ą

c. – Co do ciebie, to jestem pewna, 

Ŝ

e byłe

ś

 gdzie

ś

 indziej do pó

ź

na. Szczerze, Ron, nocna 

randka w szkole? 
 
Ron wyszczerzył z

ę

by w u

ś

miechu. 

- Nie bój si

ę

, tak si

ę

 składa, 

Ŝ

e uczyli

ś

my si

ę

 w przerwach mi

ę

dzy… eee… robieniem innych rzeczy. 

Mandy jest Krukonk

ą

, pami

ę

tasz? 

 
Harry osobi

ś

cie był przekonany, 

Ŝ

e Ron umawiał si

ę

 z Krukonkami, dlatego 

Ŝ

e przypominały mu 

Hermion

ę

, ale trzymał usta na kłódk

ę

 
- Och, 

ś

wietnie – powiedziała, niecierpliwie machn

ą

wszy r

ę

k

ą

. – I prosz

ę

, oszcz

ę

d

ź

 nam opisu tych 

„innych rzeczy”. A ty? – zwróciła si

ę

 do Harry’ego. – Nie byłe

ś

 gdzie

ś

 indziej te

Ŝ

 robi

ą

c „inne rzeczy”, 

prawda? Nie zapominaj, 

Ŝ

e ju

Ŝ

 za kilka dni mamy ten test u profesora Binnsa. 

 
Harry przewrócił oczami. 
- Wiesz, 

Ŝ

e akurat teraz nie jestem nikim zainteresowany. I, tak wła

ś

ciwie, uczyłem si

ę

Hermiona zamrugała, w oczywisty sposób nie spodziewaj

ą

c si

ę

 takiej odpowiedzi. Zwykle musiała z

ę

bami 

i pazurami walczy

ć

 z przyjaciółmi, 

Ŝ

eby zacz

ę

li si

ę

 uczy

ć

 tak wcze

ś

nie, jak ona uwa

Ŝ

ała za konieczne. 

- Naprawd

ę

? Gdzie byłe

ś

- W bibliotece. 
- Serio? Zwykle tego nie cierpisz. 
- Có

Ŝ

… - Harry zawahał si

ę

, a potem zdecydował si

ę

 po prostu powiedzie

ć

 prawd

ę

. To w ko

ń

cu nie była 

taka wielka sprawa. – Poszedłem tam, 

Ŝ

eby wzi

ąć

 wi

ę

cej ksi

ąŜ

ek do swojej pracy na zielarstwo i 

sko

ń

czyłem, ucz

ą

c si

ę

 z Malfoyem. 

- Z Malfoyem? – powtórzył Ron, marszcz

ą

c nos. Hermiona po prostu stała w miejscu z szeroko otwartymi 

ustami. 
- To nie była taka wielka sprawa – bronił si

ę

 Harry. 

- Có

Ŝ

, to z pewno

ś

ci

ą

 nie jest normalne – odparła Hermiona, odzyskawszy głos. – Co ci

ę

 do diabła 

op

ę

tało, 

Ŝ

eby to zrobi

ć

Harry wytłumaczył, na czym polegała teraz nauka Draco, i jak poczuł si

ę

 zobowi

ą

zany, by poł

ą

czy

ć

 

własn

ą

 nauk

ę

 z czynieniem 

Ŝ

ycia niewidomego 

Ś

lizgona odrobin

ę

 prostszym. 

- Oboje byli

ś

cie zaj

ę

ci, a ja musiałem si

ę

 uczy

ć

 tego samego co on – czemu by nie? 

- Czemu nie… - prychn

ą

ł Ron z niedowierzaniem. – Mógłbym ci poda

ć

 kilka powodów, czemu nie… 

Zapomniałe

ś

, kto to jest, Harry? 

- Có

Ŝ

, zeszłej nocy był wystarczaj

ą

co zno

ś

ny. Stoj

ę

 tutaj zupełnie nieposiniaczony, nieprawda

Ŝ

- Prawdopodobnie tylko dlatego, 

Ŝ

e nie mógłby zobaczy

ć

, gdzie ci

ę

 uderzy

ć

 – wymamrotał Ron po cichu. 

Hermiona tylko potrz

ą

sn

ę

ła głow

ą

- Có

Ŝ

Ŝ

adnych ran. Tej nocy mo

Ŝ

emy ju

Ŝ

 pracowa

ć

 razem – mam przygotowane wszystkie notatki i… 

- Niezupełnie – przerwał jej Harry. – Ja… yy… powiedziałem, 

Ŝ

e wróc

ę

 do biblioteki dzi

ś

 w nocy, 

Ŝ

eby

ś

my 

mogli razem doko

ń

czy

ć

 powtarzanie rozdziału. 

ś

artujesz sobie ze mnie? – głos Rona podniósł si

ę

 wraz z jego brwiami. – Wracasz tam dobrowolnie? Do 

niego? Dlaczego? 
- Bo powiedziałem, 

Ŝ

e przyjd

ę

 – powiedział Harry z uporem. – Wiesz, naprawd

ę

 za bardzo to 

wyolbrzymiasz. To… 
- Och, zapomnijcie o Malfoyu – przerwała Hermiona, przewracaj

ą

c oczami. – Chod

ź

my na 

ś

niadanie, 

jestem głodna i chc

ę

 pój

ść

 troch

ę

 wcze

ś

niej na eliksiry, wiecie, ile zajmuje wła

ś

ciwe posiekanie 

ś

ledziony 

nietoperza. 

background image

- Ugh, jak mo

Ŝ

esz w ogóle wspomina

ć

 

ś

ledzion

ę

 nietoperza i 

ś

niadanie w tym samym zdaniu? – j

ę

kn

ą

ł 

Ron, kiedy popchn

ą

ł portret, by otworzy

ć

 przej

ś

cie. Harry, zadowolony ze zmiany tematu, u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 

do niego szeroko, kiedy prze

ś

lizgiwał si

ę

 pod portretem, i cała trójka zeszła na 

ś

niadanie. 

 
~*~*~ 
 
Kiedy Harry zjadł swojego tosta, zorientował si

ę

Ŝ

e patrzy przez cał

ą

 Wielk

ą

 Sal

ę

 na stół Slytherinu. To, 

samo w sobie, nie było a

Ŝ

 tak niezwykłe – on i Draco przez lata wymienili wiele gro

ź

nych spojrze

ń

. Ale 

Draco nie było w szkole przez ostatnich sze

ść

 tygodni poprzedniego semestru, wi

ę

c nie było tam nikogo, 

na kogo mo

Ŝ

na by było patrze

ć

. A potem, kiedy wrócił, prawie całkowicie zamkn

ą

ł si

ę

 w sobie i nie 

wygl

ą

dał na skłonnego do tego, by kogokolwiek prowokowa

ć

 w sposób, w jaki robił to zazwyczaj. 

Wła

ś

ciwie w ogóle na Harry’ego nie patrzył. Tak samo Harry prawie zupełnie pozbył si

ę

 zwyczaju 

prawdziwego patrzenia na Draco, poza raczej pod

ś

wiadomym zauwa

Ŝ

aniem jego obecno

ś

ci w klasie jako 

innego ucznia. 
 
Jednak

Ŝ

e, po nauce ze 

Ś

lizgonem zeszłej nocy i złapaniu z nim kontaktu bardziej osobistego ni

Ŝ

… 

prawdopodobnie przez cały okres ich szkolnej kariery, Harry zorientował si

ę

Ŝ

e znów dokładniej 

obserwuje blondyna, nagle zaciekawiony, jakie jeszcze taktyki stosuje Draco, aby zrekompensowa

ć

 sobie 

swoj

ą

 strat

ę

. Wygl

ą

dało na to, 

Ŝ

e ze 

ś

niadaniem radzi sobie całkiem nie

ź

le, u

Ŝ

ywaj

ą

c kromki chleba, aby 

wepchn

ąć

 jajka na widelec. Ale nawet mi

ę

dzy swoimi gaw

ę

dz

ą

cymi kolegami siedział, jakby był sam; z 

nikim nie rozmawiał, nawet z Blaisem Zabinim, który siedział tu

Ŝ

 obok niego. Harry zauwa

Ŝ

ył ju

Ŝ

Ŝ

e Draco 

zwykle radził sobie sam na tych kilku lekcjach, które mieli razem, ale był lekko zaskoczony, kiedy 
zobaczył, 

Ŝ

e odnosiło si

ę

 to równie

Ŝ

 do towarzyskich relacji. Wygl

ą

dało na to, 

Ŝ

Ś

lizgon w ogóle nie 

nawi

ą

zywał 

Ŝ

adnych kontaktów, zarówno z wrogiem, jak i z przyjacielem. 

 
Lekcja Eliksirów tego ranka tylko potwierdziła podejrzenia Harry’ego. Kiedy reszta uczniów porozumiewała 
si

ę

 ze swoimi partnerami na temat dzisiejszego eliksiru cichymi szeptami, Harry dojrzał Draco, 

pracuj

ą

cego w ciszy, siekaj

ą

cego swoj

ą

 

ś

ledzion

ę

 nietoperza ze zdumiewaj

ą

c

ą

 dokładno

ś

ci

ą

: jego palce 

były zagi

ę

te pod narz

ą

d, aby unikn

ąć

 skaleczenia. I był prawie tak szybki, jak Hermiona. Co

ś

, co 

wygl

ą

dało jak samopisz

ą

ce pióro, robiło za niego notatki, kiedy profesor Snape wykładał podczas procesu 

duszenia na wolnym ogniu; Harry miał tylko nadziej

ę

Ŝ

e wykonywało prac

ę

 staranniej ni

Ŝ

 to, które 

posiadała Rita Skeeter. 
 
Tego dnia była to jedyna lekcja, któr

ą

 mieli razem ze 

Ś

lizgonami. Podczas lunchu Harry był zbyt zaj

ę

ty 

ś

mianiem si

ę

 z historii opowiedzianej przez Deana i Seamusa, by skupi

ć

 si

ę

 na czymkolwiek innym, ale 

przy kolacji, kiedy wszyscy zajmowali si

ę

 zadaniem domowym, przypomniał sobie o swoich planach. 

Jeszcze raz zauwa

Ŝ

ył, 

Ŝ

e potajemnie przypatruje si

ę

 swojemu partnerowi do nauki przez Wielk

ą

 Sal

ę

Chłopak znowu siedział przy ko

ń

cu stołu, cichy i odseparowany od reszty swojego Domu. 

Kiedy zobaczył, 

Ŝ

e Draco wstaje i idzie za swoj

ą

 rozjarzon

ą

 kulk

ą

 przez główne drzwi, Harry wytłumaczył 

si

ę

Ŝ

e musi i

ść

 po ksi

ąŜ

ki do Wie

Ŝ

y Gryffindoru, a potem skierował si

ę

 prosto do biblioteki. W chwili, w 

której tam dotarł, drugi chłopak siedział ju

Ŝ

 w małym bocznym pokoiku, 

ś

wieczki płon

ę

ły, a on sam ju

Ŝ

 si

ę

 

uczył. Fragment pokrytego notatkami pergaminu uprzejmie recytował wykład dnia; brzmiało to jak 
numerologia. 
 
Harry zawahał si

ę

 na progu i odchrz

ą

kn

ą

ł, 

Ŝ

eby przeczy

ś

ci

ć

 gardło. 

- Um… to znowu ja. Harry. 
Draco zdj

ą

ł z notatek zakl

ę

cie do czytania. 

- Potter. A wi

ę

c, znowu z powrotem? 

- Powiedziałem, 

Ŝ

e przyjd

ę

, co nie? 

- Tak, ale to zwykle nie oznacza zbyt wiele dla wi

ę

kszo

ś

ci ludzi. Nadal zdecydowany, by przyprawi

ć

 si

ę

 o 

chryp

ę

 przez t

ę

 cał

ą

 błyskotliw

ą

 histori

ę

Harry wszedł do pokoju i przysun

ą

ł sobie do stołu drugie krzesło. 

- Tak. Eee… to znaczy, dopóki w niczym nie przeszkadzam. 
- Nie, po prostu powtarzałem troch

ę

 materiału z numerologii, ale mog

ę

 to zrobi

ć

 pó

ź

niej – zacz

ą

ł zwija

ć

 

pergamin, ale Harry si

ę

gn

ą

ł r

ę

k

ą

Ŝ

eby go powstrzyma

ć

- Czekaj chwil

ę

 – Harry wyci

ą

gn

ą

ł szyj

ę

, by zajrze

ć

. Dla niego nie miało to 

Ŝ

adnego sensu, ale tak

Ŝ

background image

wygl

ą

dało na zupełnie rozs

ą

dne, nie tak jak wszystkie nieprecyzyjne notatki, które robiło pióro Rity 

Skeeter. – Czy to zostało zrobione samopisz

ą

cym piórem? 

- Tak – odpowiedział Draco szorstko, wyci

ą

gaj

ą

c mu pergamin z r

ę

ki i zwijaj

ą

c go. – Chocia

Ŝ

 nie 

przypominam sobie, 

Ŝ

eby miało to cokolwiek wspólnego z histori

ą

. – Schylił si

ę

 i wetkn

ą

ł notatki do 

plecaka obok stóp. 
- Có

Ŝ

, przepraszam, 

Ŝ

e spytałem – Harry, zirytowany, kopn

ą

ł nog

ą

 swoj

ą

 torb

ę

. – Po prostu moje 

do

ś

wiadczenia z tymi cholernymi rzeczami wskazywały raczej na to, 

Ŝ

e nie s

ą

 one specjalnie dokładne, 

wi

ę

c zastanawiałem si

ę

, jak to mo

Ŝ

liwe, 

Ŝ

e mo

Ŝ

na ich u

Ŝ

ywa

ć

 do szkolnych notatek czy czegokolwiek 

takiego. 
- Och, maj

ą

 ró

Ŝ

ne ustawienia co do prawdy, nie wiedziałe

ś

? – odpowiedział Draco troch

ę

 bardziej 

uprzejmie. – Je

Ŝ

eli nie musisz by

ć

 naprawd

ę

 precyzyjny, działa szybciej na ni

Ŝ

szym. Ale mo

Ŝ

esz je 

ustawi

ć

 na bycie do

ść

 skrupulatnym. 

- Ona mogłaby u

Ŝ

y

ć

 ni

Ŝ

szego ustawienia – burkn

ą

ł Harry do siebie. Potem si

ę

 rozejrzał. – Eee… Czy 

mog

ę

 ci zada

ć

 jeszcze jedno pytanie? 

- Wła

ś

nie to zrobiłe

ś

Harry chciałby, 

Ŝ

eby przewracanie oczami robiło na chłopaku jakie

ś

 wra

Ŝ

enie. 

- Dlaczego m

ę

czysz si

ę

 ze 

ś

wieczkami? – wykonał niepotrzebny gest w stron

ę

 ogarków o

ś

wietlaj

ą

cych 

pokój. 
- Potrafisz czyta

ć

 w ciemno

ś

ciach? 

- Có

Ŝ

… nie. Ale zapaliłe

ś

 je tak

Ŝ

e wtedy, kiedy byłe

ś

 tu sam. 

- Wiesz, jak na kogo

ś

, kto przez lata powtarzał, 

Ŝ

e chce by

ć

 normalny, bywasz czasem do

ść

 grubia

ń

ski – 

odpowiedział Draco, marszcz

ą

c brwi. – To, 

Ŝ

e nie widz

ę

, nie ma znaczenia, wszystko działa tak samo jak 

przedtem. Ł

ą

cznie ze 

ś

wieczkami. 

Harry musiał przyzna

ć

Ŝ

e miało to sens. 

- Yy… dzi

ę

ki za wytłumaczenie – wymamrotał. Nagle przyszło do głowy mu tysi

ą

c innych pyta

ń

, ale 

wiedział, 

Ŝ

e lepiej nie nadu

Ŝ

ywa

ć

 szcz

ęś

cia. Zamiast tego wyci

ą

gn

ą

ł swoj

ą

 ksi

ąŜ

k

ę

 do historii. – 

Zaczynamy? Chyba sko

ń

czyli

ś

my na pladze chochlików w 1803. 

I ze 

ś

wieczkami, migocz

ą

cymi w ciemno

ś

ciach wokół nich, zabrali si

ę

 do pracy. 

 
<*>*<*>*<*> 
 
Draco posadził sobie 

ś

wiergotnika na ramieniu, drug

ą

 r

ę

k

ą

 nie

ś

wiadomie głaszcz

ą

c piórka na jego piersi, 

kiedy przysłuchiwał si

ę

, jak Pansy i Millicenta narzekaj

ą

 na jego upierzenie, najwyra

ź

niej o

ś

lepiaj

ą

ce. 

Pióro wydawało z boku ciche, skrzypi

ą

ce odgłosy, sun

ą

c po pergaminie, kiedy notowało ich rozmow

ę

Przypuszczalnie mógł zdoby

ć

 sensown

ą

 informacj

ę

 na temat wygl

ą

du ptaka mi

ę

dzy bełkotem instrukcji 

Hagrida, paplanin

ą

 dziewczyn i swoj

ą

 Potworn

ą

 Ksi

ę

g

ą

 Potworów, informacj

ę

 lepsz

ą

 ni

Ŝ

 ta, któr

ą

 mógł 

zdoby

ć

, u

Ŝ

ywaj

ą

c własnych r

ą

k. 

 
Ptak był tak samo cichy jak on, dzi

ę

ki Zakl

ę

ciu Uciszaj

ą

cemu, które na niego rzucono – było ono 

niezb

ę

dne dla ka

Ŝ

dego, kto nie chciał popa

ść

 w obł

ę

d, słuchaj

ą

c jego 

ś

piewu. Draco był zadowolony, 

Ŝ

tym razem uciszano 

ź

ródło hałasu, zamiast osłaniania uszu potencjalnych słuchaczy. W zeszłym tygodniu 

omawiali na zielarstwie zaawansowane przesadzanie dorastaj

ą

cych mandragor i znienawidził noszenie 

przepisowych nauszników. Praca bez wzroku i słuchu jednocze

ś

nie nale

Ŝ

ała do koszmarnie 

dezorientuj

ą

cych. 

 
Ale teraz nic nie zakłócało jego słuchu. Kiedy zaj

ę

cia dobiegły ko

ń

ca, a on zacz

ą

ł kierowa

ć

 si

ę

 w stron

ę

 

zamku, usłyszał - i poczuł – zbli

Ŝ

aj

ą

ce si

ę

 kroki. 

- Malfoy? To Harry – znajomy głos opadł do poziomu Draco, kiedy ten ukl

ę

kn

ą

ł, metodycznie upychaj

ą

swoje rzeczy do torby. 
- Wiesz, nie musisz si

ę

 przedstawia

ć

 za ka

Ŝ

dym razem, Potter. Po całym tym czasie całkiem nie

ź

le 

rozpoznaj

ę

 twój głos. 

- Och. Ee… przepraszam. W ka

Ŝ

dym razie – tu nast

ą

piła krótka przerwa – nie mog

ę

 si

ę

 dzi

ś

 z tob

ą

 uczy

ć

Ron i ja musimy wkrótce odda

ć

 zaległy projekt z wró

Ŝ

biarstwa i naprawd

ę

 powinienem z nim nad tym 

popracowa

ć

Draco wzruszył ramionami. 
- Odk

ą

d napisali

ś

my test Binnsa rano, zorientowałem si

ę

Ŝ

e nasze małe spotkania i tak si

ę

 sko

ń

czyły. 

background image

Rób, co chcesz, Potter. Nie potrzebujesz mojego pozwolenia. 
- Yy, wi

ę

c okej. Nic ci nie b

ę

dzie? 

- Zapewniam ci

ę

 – odparł Draco z nut

ą

 zniecierpliwienia – 

Ŝ

e, nudne czy nie, mog

ę

 sobie całkiem nie

ź

le 

poradzi

ć

, u

Ŝ

ywaj

ą

c zwykłych zakl

ęć

 czytaj

ą

cych. Wracaj do swoich przyjaciół Gryfonów. Nic mi nie 

b

ę

dzie. 

- Och. Oczywi

ś

cie - Harry brzmiał, jakby poczuł si

ę

 odrzucony. – Có

Ŝ

, zakładam, 

Ŝ

e do zobaczenia. – 

Draco usłyszał cichy szelest, kiedy chłopak wstawał, a potem słabn

ą

ce odgłosy jego kroków. 

- Nawzajem – wymamrotał. – Czy te

Ŝ

, w moim przypadku, nie do ko

ń

ca. 

 
~*~*~ 
 
Widłow

ąŜ

 
Poczuł ciepły podmuch powietrza, kiedy pokój wspólny 

Ś

lizgonów otworzył si

ę

 dla niego i 

ś

miało zrobił 

krok do przodu, ukrywaj

ą

c swoje zm

ę

czenie. Ignoruj

ą

c rozmowy kolegów – z których wielu brzmiało, jakby 

wła

ś

nie wrócili na noc – poszedł prosto do swojego pokoju i zamkn

ą

ł drzwi. Dopiero wtedy pozwolił sobie 

na okazanie znu

Ŝ

enia; przygotował si

ę

 do snu, dezaktywował Przewodnika i skulił si

ę

 pod kołdr

ą

. Ale nie 

zasn

ą

ł. 

 
Był zm

ę

czony, owszem, ale jego umysł po prostu nie chciał si

ę

 wył

ą

czy

ć

. Odtworzył sobie w głowie cały 

dzie

ń

: swoj

ą

 porann

ą

 rutyn

ę

, test z historii magii, transmutacj

ę

, lunch, opiek

ę

 nad magicznymi 

stworzeniami, OPCM, kolacj

ę

 i nauk

ę

. Zupełnie normalny dzie

ń

. Nawet test nie był taki zły – on i Harry 

naprawd

ę

 porz

ą

dnie si

ę

 do niego przygotowali, a to nie był jaki

ś

 wi

ę

kszy egzamin czy co

ś

 takiego. Po 

prostu powtórka tego, co mieli zrobi

ć

 przez wakacje. Niemniej jednak był zm

ę

czony. Wszystko, co jeszcze 

trzy miesi

ą

ce temu robił bez zastanowienia, teraz kosztowało go dwa razy wi

ę

cej energii. Chodzenie na 

lekcje, jedzenie posiłków, nauka. Bo

Ŝ

e, nawet chodzenie do łó

Ŝ

ka. Niewa

Ŝ

ne, jak bardzo był zm

ę

czony 

ka

Ŝ

dej nocy, zawsze musiał po

ś

wi

ę

ci

ć

 czas na odwieszenie ubra

ń

 na wyznaczone miejsca w szafie, je

ś

li 

chciał mie

ć

 jak

ą

kolwiek nadziej

ę

 na to, 

Ŝ

e je pó

ź

niej odnajdzie. Jego ró

Ŝ

d

Ŝ

ka musiała si

ę

 znale

źć

 na 

wyznaczonym miejscu na jego szafce nocnej. Wszystko wymagało dodatkowego wysiłku albo polecenia. 
 
Czuł si

ę

 spi

ę

ty do granic mo

Ŝ

liwo

ś

ci przez cały czas, próbuj

ą

c po prostu funkcjonowa

ć

. Był 

zdeterminowany, by samemu sobie poradzi

ć

, i zrobi to. Zacisn

ą

ł pi

ęś

ci. Zrobi to. Ale był tak cholernie 

zm

ę

czony. Zm

ę

czony tym, 

Ŝ

e wszystko było teraz dla niego tylko troch

ę

 trudniejsze, kiedy inni mogli sobie 

chodzi

ć

 nie

ś

wiadomi, zachowuj

ą

c energi

ę

 na prawdziwe wyzwania. 

 
Nawet nauka wyko

ń

czyła go tej nocy; mimo swojej irytuj

ą

cej ciekawo

ś

ci, Potter rzeczywi

ś

cie uczynił 

nauk

ę

 troszk

ę

 łatwiejsz

ą

. Nie był ani pobła

Ŝ

liwy, ani protekcjonalny, a teraz odszedł, wykonawszy swój 

mały poczuj-si

ę

-lepiej obowi

ą

zek. Wrócił do własnego 

Ŝ

ycia. Tymczasem Draco znowu był sam w tym 

małym pokoiku, słuchaj

ą

c swoich ksi

ąŜ

ek, próbuj

ą

c utrzyma

ć

 motywacj

ę

, kiedy wszystko, co chciał zrobi

ć

 

pod koniec dnia, to po prostu krzycze

ć

 z frustracji z powodu niesprawiedliwo

ś

ci tego wszystkiego. 

 
Poczuł ukłucie łzy w rogu swoich bezu

Ŝ

ytecznych oczu i bolesny w

ę

zeł, tworz

ą

cy si

ę

 w gardle. Ale 

zamrugał, wzi

ą

ł gł

ę

boki oddech i pozbył si

ę

 tego uczucia. Nie było sensu płaka

ć

. To by niczego nie 

rozwi

ą

zało. To nie przywróciłoby mu wzroku ani nie pomogło w odniesieniu sukcesu. Musiał by

ć

 silny. 

 
Draco odwrócił si

ę

 na bok i zmusił si

ę

, by oczy

ś

ci

ć

 umysł ze wszystkich my

ś

li poza t

ą

 jedn

ą

 
Sam odniesie sukces. 
 
~*~*~ 
 
Dwa dni pó

ź

niej, kiedy zmagał si

ę

 z do

ść

 trudnym zadaniem z transmutacji, usłyszał kroki zbli

Ŝ

aj

ą

ce si

ę

 

do jego małego pokoju do nauki. Poczuł si

ę

 niewytłumaczalnie pełen nadziei, a potem przekl

ą

ł sam siebie 

za samo my

ś

lenie o czym

ś

 takim. Harry z nim sko

ń

czył i to by było na tyle. I, jak sobie przypomniał, 

nikogo nie potrzebował, nikogo nie chciał. Na ludziach nie mo

Ŝ

na było polega

ć

. Na zakl

ę

ciach owszem. I 

kiedy kroki omin

ę

ły jego pokój, zdał sobie spraw

ę

 z tego, 

Ŝ

e i tak były zbyt lekkie jak na Harry’ego. Wi

ę

background image

mo

Ŝ

e była to dziewczyna albo mo

Ŝ

e młodszy ucze

ń

, dokonuj

ą

cy sekretnych poszukiwa

ń

 na tylnych 

półkach. 
 
Głupi uczniowie. 
 
Przygryzł warg

ę

 i spróbował z powrotem skupi

ć

 si

ę

 na zadaniu przed sob

ą

. Transmutacja nigdy nie była 

jego ulubionym przedmiotem, ale teraz stała si

ę

 jeszcze trudniejsza, bo musiał polega

ć

 na pozostałych 

mu zmysłach, 

Ŝ

eby wiedzie

ć

, czy dobrze wykonał swoj

ą

 prac

ę

. I nie wszystko chciało by

ć

 dotkni

ę

te po 

tym, jak ju

Ŝ

 to transmutował. Dzisiaj, na przykład, zmieniali kwiat w motyla, co było raczej delikatnym 

procesem, wymagaj

ą

cy zaawansowanych i precyzyjnych umiej

ę

tno

ś

ci, i nie było sposobu, by upewni

ć

 si

ę

Ŝ

e zmienił si

ę

 on zupełnie w porz

ą

dku bez mo

Ŝ

liwo

ś

ci przypadkowego zranienia. I nadal nie był pewien, 

czy dobrze stworzył wymagany wzór kropek. Na szcz

ęś

cie, profesor McGonagall robiła okr

ąŜ

enia wokół 

sali, komentuj

ą

c prac

ę

 wszystkich po kolei i mógł zyska

ć

 zewn

ę

trzne oko, by dowiedzie

ć

 si

ę

 jak mu 

poszło, bez uczucia, 

Ŝ

e został wykluczony. 

 
Wi

ę

c teraz siedział, słuchaj

ą

c jak notatki przypominały mu o ró

Ŝ

nych wa

Ŝ

nych sylabach i intonacjach, 

które tworzyły skomplikowane zakl

ę

cie, i próbuj

ą

c zapomnie

ć

 o d

ź

wi

ę

ku zwodniczych kroków, wci

ąŜ

 

odbijaj

ą

cym si

ę

 echem gdzie

ś

 w jego głowie. W rzeczywisto

ś

ci poszło mu tak dobrze, 

Ŝ

e był zupełnie 

zaskoczony, kiedy usłyszał czyj

ś

 głos. Niezauwa

Ŝ

enie czyjej

ś

 obecno

ś

ci nie zdarzało mu si

ę

 zbyt cz

ę

sto. 

 
- Malfoy? 
Draco został gwałtownie wytr

ą

cony ze swojego skupienia. 

- Uch? 
-To… có

Ŝ

, wiesz, to ja. Mog

ę

… Mog

ę

 przyj

ść

 si

ę

 znowu z tob

ą

 pouczy

ć

Draco był podejrzliwy. 
- Dlaczego? Czy

Ŝ

by

ś

 nie wykonał wystarczaj

ą

cej liczby dobrych uczynków tygodniowo? 

- Nie! To… tak naprawd

ę

, to dla mnie – usłyszał, 

Ŝ

e Harry wszedł do pokoju i przysun

ą

ł sobie krzesło. – 

Wiesz, 

Ŝ

e dostali

ś

my dzisiaj wyniki testu? 

- Taa – chłopcy nie mieli tych zaj

ęć

 wspólnie, ale poszczególne lekcje mieli w te same poranki. 

- Có

Ŝ

, ten był najlepszy, jaki napisałem u Binnsa przez siedem lat. Powa

Ŝ

nie. Nawet Hermiona nie mogła 

w to uwierzy

ć

. Wi

ę

c… zastanawiałem si

ę

, czy… czy mogliby

ś

my nadal uczy

ć

 si

ę

 wspólnie? W dalszym 

ci

ą

gu b

ę

d

ę

 musiał pracowa

ć

 z Ronem nad wró

Ŝ

biarstwem i paroma innymi rzeczami kilka razy w 

tygodniu, ale co do reszty… Có

Ŝ

… 

- Chcesz, 

Ŝ

ebym pomógł ci si

ę

 uczy

ć

- Raczej tak. Mam na my

ś

li… tak samo, jak uczyli

ś

my si

ę

 razem, ja czytam na głos, a ty zauwa

Ŝ

asz, co 

omijam… Nie wiem: wygl

ą

da na to, 

Ŝ

e po prostu w ten sposób lepiej si

ę

 ucz

ę

 – roze

ś

miał si

ę

. – 

Niedobrze, 

Ŝ

e nie zauwa

Ŝ

yłem tego siedem lat wcze

ś

niej. Tak byłoby dla mnie du

Ŝ

o lepiej, zwłaszcza na 

SUMach. 
- Nie przypominam sobie, 

Ŝ

eby

ś

 sobie nie radził – zauwa

Ŝ

ył Draco. – Czy

Ŝ

by

ś

 jednak nie zaszedł tak 

daleko, dziel

ą

c jeden mózg z Weasleyem i Granger? 

- Taa, było ok. Ale zbli

Ŝ

aj

ą

 si

ę

 OWUTEMy i wiesz, jakie s

ą

 wa

Ŝ

ne. A nauka w tym roku jest du

Ŝ

trudniejsza – nie chc

ę

 nawet my

ś

le

ć

 o tym, co McGonagall zamierza kaza

ć

 nam zrobi

ć

 jutro… 

- Nie, nie chcesz – prychn

ą

ł Draco, przypominaj

ą

c sobie motyla. 

- …i skoro wygl

ą

da na to, 

Ŝ

e w ten sposób radz

ę

 sobie du

Ŝ

o lepiej, có

Ŝ

, po prostu pomy

ś

lałem, 

Ŝ

e je

Ŝ

eli 

tobie te

Ŝ

 to pasuje, to mo

Ŝ

e mogliby

ś

my nadal pracowa

ć

 razem? Przynajmniej przez jaki

ś

 czas? – znów 

usłyszał lekki 

ś

miech. – Wiesz, ostatecznie nie mog

ę

 czyta

ć

 na głos w pokoju wspólnym, nie 

przeszkadzaj

ą

c innym ludziom. 

 
Draco przemy

ś

lał to. Poczuł si

ę

 troch

ę

 l

Ŝ

ej na my

ś

l o pracowaniu z Harrym ponownie, ale jednocze

ś

nie 

był przera

Ŝ

ony tym, 

Ŝ

e pozwalał sobie asystowa

ć

 w czym

ś

 tak podstawowym. Ale z drugiej strony, to nie 

było tak całkiem jednostronne… 
 
- Dobra – powiedział w ko

ń

cu Gryfonowi. – Mo

Ŝ

esz tu przychodzi

ć

Ŝ

eby si

ę

 uczy

ć

. Ale tak naprawd

ę

 nie 

potrzebuj

ę

 pomocy, zrozumiano? – wtedy na jego twarzy pojawił si

ę

 chytry u

ś

miech. – Z drugiej strony, 

nie mog

ę

 si

ę

 doczeka

ć

Ŝ

eby usłysze

ć

, jak próbujesz wymówi

ć

 kilka nazw tych ro

ś

lin z zielarstwa. 

Teraz, kiedy mandragory zostały ju

Ŝ

 przesadzone, zacz

ę

li sadzi

ć

 rzadkie w

ę

gierskie paprocie o bardzo 

background image

pl

ą

cz

ą

cych j

ę

zyk nazwach. 

Harry j

ę

kn

ą

ł. 

- Zgadzasz si

ę

 na to tylko po to, 

Ŝ

eby

ś

 mógł si

ę

 ze mnie po

ś

mia

ć

, co? – wtedy ton jego głosu stał si

ę

 

powa

Ŝ

niejszy. – Ale dzi

ę

ki. Doceniam to. 

Draco wzruszył lekcewa

Ŝą

co ramionami, popychaj

ą

c notatki z transmutacji w kierunku Harry’ego. 

- Skoro jeste

ś

 taki ch

ę

tny, 

Ŝ

eby si

ę

 ze mn

ą

 uczy

ć

, mo

Ŝ

e mogliby

ś

my zacz

ąć

 od tego? Mógłby

ś

 zaskoczy

ć

 

jutro McGonagall tym, jak du

Ŝ

o ju

Ŝ

 wiesz. 

 
 
My nie tyle potrzebujemy pomocy przyjaciół 
co wiary, 

Ŝ

e tak

ą

 pomoc mo

Ŝ

emy uzyska

ć

~ Epikur  
 
Rozdział 3 
Pojedynek 
 
 
 
But it was thou, a man mine equal, my guide and my acquaintance 
~ Psalm 55 
 
 
- A wi

ę

c, chcesz dzisiaj popracowa

ć

 nad esejem z eliksirów? – zapytał Harry, gdy tylko pojawił si

ę

 w 

pokoju którego

ś

 sobotniego popołudnia. On i 

Ś

lizgon szybko popadli w rutyn

ę

, pracuj

ą

c razem w niektóre 

dni i samotnie nad cz

ęś

ci

ą

 przedmiotów w inne. Min

ę

ło dopiero kilka tygodni, ale Harry ju

Ŝ

 czuł, 

Ŝ

e pewne 

przedmioty rozumie du

Ŝ

o lepiej. 

 
Draco był zaj

ę

ty przetaczaniem swojej ró

Ŝ

d

Ŝ

ki mi

ę

dzy palcami. Odwrócił głow

ę

, kiedy Harry wkroczył do 

pokoju. 
 
- Nie. My

ś

lałem o małym treningu OPCM. Te wszystkie uroki, przeciwzakl

ę

cia i inne taktyki, których si

ę

 

uczyli

ś

my. Gotów na pojedynek? – cie

ń

 znanego u

ś

miechu zamajaczył na jego wargach. - Czysto 

przyjacielski, oczywi

ś

cie. Tylko dla praktyki. 

- Tutaj? – Harry niepewnie rozejrzał si

ę

 po pokoju. 

- Nie, ty młotku – odpowiedział Draco z odrobin

ą

 rozdra

Ŝ

nienia. – Czy ty chcesz wzbudzi

ć

 gniew 

Bibliotecznego Zwierzchnika? Reguły mo

Ŝ

e i s

ą

 po to, by je łama

ć

, ale nawet ja nie jestem tak szalony. 

- Pani Pince nie mo

Ŝ

e by

ć

 Zwierzchnikiem. Jest kobiet

ą

 – Harry nie mógł si

ę

 oprze

ć

 pokusie, 

Ŝ

eby mu to 

wytkn

ąć

- Przesta

ń

 si

ę

 tak głupio szczerzy

ć

. Tak, robisz to, słysz

ę

. I wiesz, co miałem na my

ś

li. To jak, 

ć

wiczymy 

czy nie? 
- Gdzie? 
- A jak s

ą

dzisz? Na zewn

ą

trz. 

- Malfoy… - zawahał si

ę

 Harry. – Czy to nie b

ę

dzie troch

ę

 nie fair? To znaczy, ja ci

ę

 widz

ę

, ale… 

- Potter, jestem niewidomy, nie bezu

Ŝ

yteczny. Moje pozostałe zmysły pracuj

ą

 po prostu idealnie, 

nauczyłem si

ę

 tych samych uroków co ty – a przynajmniej przypuszczam, 

Ŝ

e to zrobiłem, bior

ą

c pod 

uwag

ę

Ŝ

e nie mamy tych zaj

ęć

 razem – i nadal mog

ę

 wskaza

ć

 ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ą

 prawie wszystko, w co chc

ę

 

uderzy

ć

. Poza tym, byłoby dobrze sprawdzi

ć

, jak 

ś

wietnie mog

ę

 si

ę

 obroni

ć

 teraz, a nie wtedy, kiedy 

zdecyduje si

ę

 mi zagrozi

ć

 jaki

ś

 dwumetrowy szkarłatny sługa zła, nie s

ą

dzisz? 

Harry przygryzł warg

ę

- Przepraszam. Masz racj

ę

. – nadal dziwnie si

ę

 z tym czuł, ale Draco miał racj

ę

. Poza tym, chciał 

po

ć

wiczy

ć

 swoje zdolno

ś

ci podczas pojedynku. – Jasne, chod

ź

my. 

Ś

wietnie – Draco zerwał si

ę

 na nogi. – Tendo: hall wej

ś

ciowy. 

 
Harry szedł o krok za nim, kiedy schodzili do głównych drzwi zamku. Chocia

Ŝ

 widywał Draco 

przychodz

ą

cego i odchodz

ą

cego podczas wspólnych lekcji i obserwował go na odległo

ść

 w Wielkiej Sali, 

to był pierwszy raz, gdy mógł z bliska zobaczy

ć

 Przewodnika w akcji. Był zaskoczony, 

Ŝ

e ten sprawiał 

background image

wra

Ŝ

enie tak dobrze pracuj

ą

cego i zdusił w sobie impuls, by „pomóc”. Nawet podczas ich lekcji i sesji 

naukowych mógł zauwa

Ŝ

y

ć

, jak zawzi

ę

cie Draco starał si

ę

 radzi

ć

 sobie sam; dziwnie przypominało to 

Harry’emu jego samego – z pewno

ś

ci

ą

 on te

Ŝ

 zmierzył si

ę

 w 

Ŝ

yciu z wieloma wyzwaniami. 

 
Ale wiedział te

Ŝ

, jak bardzo czuł si

ę

 wtedy samotny. 

 
Dotarli do głównych drzwi i zatrzymali si

ę

- Gdzie chcesz 

ć

wiczy

ć

? – zapytał Harry, przeszukuj

ą

c grunty wzrokiem. – Boisko by si

ę

 nadało, ale 

płaskie pole jest te

Ŝ

 nad jeziorem i na ł

ą

ce mi

ę

dzy Zakazanym Lasem i chat

ą

 Hagrida. 

- Nad jeziorem – szybko odpowiedział Draco. – Nie jestem w nastroju, by zbli

Ŝ

a

ć

 si

ę

 gdziekolwiek w 

pobli

Ŝ

e tych błotoryjów, skoro nie musz

ę

. – Harry zgodził si

ę

 całym sercem. Poniewa

Ŝ

 sko

ń

czyli nauk

ę

 o 

ś

wiergotnikach, Hagrid którego

ś

 dnia przedstawił ich bagiennym bestiom; kilku uczniów ledwo unikn

ę

ło 

pogryzienia. 
 
Kiedy schodzili w stron

ę

 jeziora, Harry nie mógł si

ę

 powstrzyma

ć

, by nie zwróci

ć

 si

ę

 do towarzysza z 

pytaniem: 
- Dwumetrowy szkarłatny sługa zła? 
Draco zachichotał. 
- Có

Ŝ

, nigdy nie masz pewno

ś

ci. Gdzie

ś

 tu mog

ą

 przecie

Ŝ

 by

ć

. I kto wtedy b

ę

dzie si

ę

 

ś

miał ostatni, 

Potter? 
- Och, ty, oczywi

ś

cie. 

- Cholerna racja, Potter. Jak zawsze. 
 
<*>*<*>*<*> 
 
- Czysto – zaszumiał Przewodnik tu

Ŝ

 obok prawego ucha Draco. Wcze

ś

niej powiedział „nierówny grunt”. 

Draco przestał tak bardzo skupia

ć

 si

ę

 na ostro

Ŝ

nym stawianiu stóp. 

- My

ś

l

ę

Ŝ

e to tutaj wygl

ą

da na dobre miejsce – usłyszał słowa Harry’ego po swojej lewej. 

- Dokładnie tutaj? 
- Tak. Mo

Ŝ

esz zosta

ć

 wła

ś

nie tam, gdzie teraz. 

Draco od razu przestał si

ę

 porusza

ć

. Przyzwyczaił si

ę

 do natychmiastowego wykorzystywania wskazówek 

Przewodnika, aby unikn

ąć

 zranienia. 

- Nie kazałe

ś

 mi stan

ąć

 dokładnie dwa kroki przed kraw

ę

dzi

ą

 wody, 

Ŝ

eby

ś

 mógł po prostu patrze

ć

, jak do 

niej wpadam i zamarzam na 

ś

mier

ć

, prawda? 

- Czy to twoje… co

ś

 do oprowadzania… pozwoliłoby ci podj

ąć

 takie ryzyko? 

- Nazywa si

ę

 Przewodnik – automatycznie Draco poprawił. - I przypuszczam, 

Ŝ

e pewnie nie. – Nie był 

przyzwyczajony do tego, by człowiek dawał mu wskazówki. Na chwil

ę

 zapomniał, 

Ŝ

e urz

ą

dzenie wci

ąŜ

 

mogło przemówi

ć

, bez wzgl

ę

du na to, co powiedział Harry. – Po prostu nie próbuj niczego podst

ę

pnego. 

- To pojedynek. Powiniene

ś

 zało

Ŝ

y

ć

Ŝ

e b

ę

d

ę

 podst

ę

pny – odpowiedział Harry. Jego głos si

ę

 oddalał. – 

Słyszysz mnie? – zawołał. Draco przygryzł warg

ę

, zwracaj

ą

c si

ę

 w kierunku Harry’ego. Spróbował 

przypomnie

ć

 sobie wła

ś

ciw

ą

 odległo

ść

 pojedynkow

ą

, której si

ę

 uczyli – w przybli

Ŝ

eniu około sze

ś

ciu 

metrów. Tak, to brzmiało prawdopodobnie. 
 
- Tak – wyci

ą

gn

ą

ł swoj

ą

 ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

 i zaj

ą

ł wła

ś

ciw

ą

 pozycj

ę

. – B

ę

d

ę

 gotowy wtedy, kiedy ty, Potter. 

- Rictusempra! 
Draco usłyszał lekki szelest, który zawsze tworzyła p

ę

dz

ą

ca magia, nadchodz

ą

cy z jego prawej. Z 

łatwo

ś

ci

ą

 zrobił krok w lewo. Nast

ą

piło buch!, kiedy zakl

ę

cie trafiło prosto w traw

ę

- Zbyt łatwe, Potter – zakpił. – Jeste

ś

my na siódmym roku czy na drugim? – rzucił swoje zakl

ę

cie w 

kierunku głosu Harry’ego. – Tarantallegra! 
Nast

ą

piło buch! podobne do poprzedniego i delikatny 

ś

wist trawy, kiedy jego przeciwnik si

ę

 poruszył. 

- Zobacz, kto to mówi – powiedział Harry, znajduj

ą

cy si

ę

 teraz lekko po prawej w odniesieniu do 

poprzedniej pozycji. – B

ę

dziesz musiał zrobi

ć

 co

ś

 wi

ę

cej, je

Ŝ

eli chcesz pokona

ć

 tego dwumetrowego 

szkarłatnego sług

ę

 – roze

ś

miał si

ę

. – Constringo! 

To nadeszło szybciej. Draco odskoczył w bok, kiedy zakl

ę

cie uderzyło w ziemi

ę

. Prawie natychmiast 

poczuł traw

ę

, wyci

ą

gaj

ą

c

ą

 si

ę

 w gór

ę

, by zwi

ą

za

ć

 jego golenie. Szybko rzucił czar rozwikłania, 

Ŝ

eby móc 

si

ę

 uwolni

ć

, po czym smagn

ą

ł ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ą

 w kierunku chichotu Harry’ego. – Turbos! 

background image

 
Kl

ą

twy i uroki przecinały powietrze, staj

ą

c si

ę

 coraz ci

ęŜ

sze, w miar

ę

 jak obaj chłopcy próbowali 

przypomnie

ć

 sobie najgorsze, jakie znali. Harry trafił Draco jednym, zaprojektowanym tak, by zmusi

ć

 go 

do stani

ę

cia na głowie. Ten jednak szybko zako

ń

czył zakl

ę

cie i z satysfakcj

ą

 uderzył Harry’ego dwie rundy 

ź

niej, zmieniaj

ą

c go w krasnoludka. 

 
- Zapłacisz za to, Malfoy! – wrzasn

ą

ł Harry. Brzmiał podobnie do piszcz

ą

cego Flitwicka i był mniej wi

ę

cej 

tego samego wzrostu. Draco zagryzł wargi, 

Ŝ

eby si

ę

 nie za

ś

mia

ć

, kiedy usłyszał, jak chłopak wypiskuje 

czar uwalniaj

ą

cy. W 

ś

lad za nim natychmiast pod

ąŜ

yło Tremoro! – głos Harry’ego znów był normalny. 

 
Zdekoncentrowany, Draco spróbował unikn

ąć

 nadchodz

ą

cego zakl

ę

cia, ale nie zd

ąŜ

ył wystarczaj

ą

co 

szybko przesun

ąć

 si

ę

 w lewo. Nast

ą

piło złowieszcze chrup!, dziwnie niepodobne do d

ź

wi

ę

ku uderzenia w 

ziemi

ę

 
- O kurwa! – Harry zakl

ą

ł, zanim zd

ąŜ

ył si

ę

 powstrzyma

ć

. – My

ś

l

ę

Ŝ

e wła

ś

nie rozbiłem twojego 

Przewodnika. 
Draco zamarł w miejscu. 
- Czy on… czy jest zniszczony? – przełkn

ą

ł 

ś

lin

ę

, nagle przera

Ŝ

ony tym, co mógł usłysze

ć

. Po raz 

pierwszy, odk

ą

d pojawił si

ę

 w domu po powrocie ze szpitala, był poza terytorium, które znał, bez niczego, 

co by go poprowadziło czy ostrzegało. Poczuł si

ę

 zagubiony, zdezorientowany - to sprawiło, 

Ŝ

e zdał sobie 

spraw

ę

, jak niewiele mu brakowało, by sta

ć

 si

ę

 bezbronnym. Jak zaledwie kilka podstawowych zakl

ęć

 i 

urz

ą

dze

ń

 utrzymywało go w pełni sił. Bez nich… 

 
Usłyszał biegn

ą

cego Harry’ego; jego kroki uderzały w ziemi

ę

. Poczuł niewielk

ą

 ulg

ę

 – przynajmniej miał 

co

ś

, dzi

ę

ki czemu mógł si

ę

 orientowa

ć

. Gryfon musiał ukl

ę

kn

ąć

, bo kiedy znowu przemówił, jego głos 

rozległ si

ę

 w pobli

Ŝ

u goleni Draco. 

 
- Nie, nie s

ą

dz

ę

 – powiedział powoli. – Tylko pop

ę

kany. Te rzeczy najwyra

ź

niej nie lubi

ą

 gwałtownych 

wstrz

ą

sów. Jest mi naprawd

ę

, naprawd

ę

, naprawd

ę

 przykro z jego powodu. Czy kto

ś

 mo

Ŝ

e go naprawi

ć

- Profesor Flitwick, tak my

ś

l

ę

. – ulga Draco była ogromna. Malutki czarodziej zapewnił go na pocz

ą

tku 

semestru, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e wykona

ć

 ka

Ŝ

de zaawansowane zakl

ę

cie, którego mogłaby wymaga

ć

 naprawa czy 

konserwacja urz

ą

dzenia. Wyci

ą

gn

ą

ł r

ę

k

ę

- Daj zobaczy

ć

Poczuł, jak okr

ą

gły ci

ęŜ

ar wypełnia mu dło

ń

, kiedy Harry go w niej umie

ś

cił. 

- Uwa

Ŝ

aj, niektóre kraw

ę

dzie s

ą

 ostre. 

 
Draco skin

ą

ł głow

ą

, lekko przebiegaj

ą

c palcami po kulce, wyczuwaj

ą

c miejsca, w których pop

ę

kała. Była 

bez w

ą

tpienia rozbita, ale wygl

ą

dało na to, 

Ŝ

e da si

ę

 j

ą

 naprawi

ć

. U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 gorzko. 

- Powinienem nało

Ŝ

y

ć

 na niego zakl

ę

cie ochronne. Na stałe. Nie mog

ę

 uwierzy

ć

Ŝ

e nie pomy

ś

lałem o tym 

wcze

ś

niej. Mój ojciec by… Powinienem był wiedzie

ć

 lepiej. 

- Ja te

Ŝ

 bym o tym nie pomy

ś

lał – powiedział Harry po krótkiej przerwie. – Ale naprawd

ę

 nie celowałem w 

to twoje… twojego Przewodnika. Nie mog

ę

 uwierzy

ć

Ŝ

e go potłukłem! – westchn

ą

ł. – Naprawd

ę

 mi 

przykro, Malfoy. 
- Tak, ju

Ŝ

 to mówiłe

ś

. Spodziewasz si

ę

Ŝ

e rzuc

ę

 na ciebie kl

ą

tw

ę

Ŝ

eby ci

ę

 ukara

ć

- Có

Ŝ

… - Draco słyszał niepewno

ść

 w głosie Harry’ego. Prawie si

ę

 u

ś

miechn

ą

ł, kiedy wyobraził sobie 

chłopaka, przest

ę

puj

ą

cego z nogi na nog

ę

. Jego twarz stanowiła, niestety, raczej zaciemniony obszar. – 

Gdyby to zdarzyło si

ę

 w zeszłym roku, prawdopodobnie byłbym ju

Ŝ

 poddany wpływowi zakl

ę

cia 

wi

ąŜą

cego, czy co

ś

 
Draco roze

ś

miał si

ę

 bez cienia rado

ś

ci, kiedy wsun

ą

ł nadtłuczonego Przewodnika do jednej z kieszeni 

swoich szat. 
- W zeszłym roku nie potrzebowałem tej cholernej rzeczy. W zasadzie ju

Ŝ

 si

ę

 na siebie wkurzyłem za 

niezabezpieczenie jej wcze

ś

niej, ale spetryfikowanie siebie samego byłoby zupełnie bez sensu, dlatego 

nie zamierzam rzuca

ć

 na ciebie zakl

ę

cia wi

ąŜą

cego, bo to ty odprowadzisz mnie do mojego pokoju 

wspólnego. Bez wpychania moich łydek w jakiekolwiek dziury albo wprowadzania mnie w 

ś

ciany. My

ś

lisz, 

Ŝ

e dasz sobie z tym rad

ę

background image

- Eee… Mam nadziej

ę

. Wła

ś

ciwie nie mam wyboru, nie? 

- Nie, nie masz. Uznaj to za swoj

ą

 kar

ę

. I moj

ą

 te

Ŝ

 – słuszna konsekwencja bł

ę

du w przezorno

ś

ci: 

przymusowa zale

Ŝ

no

ść

. – Powiem ci teraz, 

Ŝ

e nienawidz

ę

 polega

ć

 na ludziach, dlatego na pierwszym 

miejscu stawiam Przewodnika. Wi

ę

c… spróbuj powstrzyma

ć

 mnie przed skr

ę

ceniem sobie karku 

pomi

ę

dzy tym miejscem a pokojem wspólnym Slytherinu, a zastanowi

ę

 si

ę

 nad rezygnacj

ą

 ze zmienienia 

ci

ę

 w zmia

Ŝ

d

Ŝ

onego muchomora, kiedy ju

Ŝ

 tam dotrzemy. 

- Dobrze wiesz, jak kogo

ś

 zmotywowa

ć

, prawda? – parskn

ą

ł Harry. – 

Ś

wietnie… co mam robi

ć

- Sta

ń

 tutaj – Draco wskazał swoj

ą

 praw

ą

 stron

ę

. Poczuł, jak szaty Harry’ego szeleszcz

ą

 naprzeciw niego, 

kiedy chłopak zajmował pozycj

ę

. – Pozwól mi złapa

ć

 si

ę

 za rami

ę

… i 

Ŝ

adnych 

Ŝ

artów na temat 

odprowadzania mnie do przej

ś

cia albo mimo wszystko rozwa

Ŝę

 t

ę

 muchomorow

ą

 kl

ą

tw

ę

- Dobrze wi

ę

c. Ani słowa. 

 
Draco zahaczył praw

ą

 dłoni

ą

 o lewy łokie

ć

 Harry’ego. 

- Ok, dobrze, teraz idziemy. Powiedz mi, je

ś

li na ziemi lub nad moj

ą

 głow

ą

 s

ą

 jakie

ś

 zagro

Ŝ

enia – jakie

ś

 

gał

ę

zie drzew, czy co

ś

. Je

Ŝ

eli s

ą

 tu schody, daj zna

ć

 ile i czy id

ą

 w gór

ę

, czy w dół. Je

ś

li mamy poruszy

ć

 

si

ę

 w lewo lub w prawo albo stan

ąć

, b

ę

d

ę

 polega

ć

 na twoich ruchach, 

Ŝ

eby wiedzie

ć

, co robi

ć

. Ty 

poruszysz si

ę

 w jak

ąś

 stron

ę

, ja zrobi

ę

 to samo pół sekundy pó

ź

niej. A wi

ę

c miej to na uwadze. I nie 

narób zamieszania. 
 
Usłyszał, 

Ŝ

e Harry mamrocze: „

ś

adnej presji, tak?”, kiedy ruszyli, ale zignorował to. Po miesi

ą

cach 

samodzielno

ś

ci z Przewodnikiem, Draco nagle stał si

ę

 

ś

wiadomy, jak bardzo zale

Ŝ

ny jest od tego 

chłopaka, by dosta

ć

 si

ę

 z powrotem w bezpieczne miejsce w jednym kawałku. Przystosowanie si

ę

 do 

chodzenia samodzielnie i zapami

ę

tanie, 

Ŝ

e z przedmiotem jest przynajmniej tak bezpieczny (a pewnie 

bezpieczniejszy) jak z omylnym człowiekiem, zaj

ę

ło mu troch

ę

 czasu. Teraz, trzymaj

ą

c si

ę

 Harry’ego, 

poczuł si

ę

 pozbawiony odwagi, w ten sposób powierzaj

ą

c swoje zaufanie i 

Ŝ

ycie innej osobie zamiast 

Przewodnikowi, na którym zawsze mo

Ŝ

na było polega

ć

 
Ale wygl

ą

dało na to, 

Ŝ

e Harry podszedł do swojego zadania bardzo powa

Ŝ

nie, du

Ŝ

o bardziej ni

Ŝ

 jego 

asystent czy matka we Dworze. 
- Jest tu kilka lu

ź

nych kamieni, wi

ę

c si

ę

 na nich nie po

ś

lizgnij – powiedział, kiedy szli drog

ą

 powrotn

ą

 do 

zamku. Draco poczuł, 

Ŝ

e skr

ę

caj

ą

 lekko w lewo. – Błotnista kału

Ŝ

a – wyja

ś

nił drugi chłopak. 

Draco zdusił w sobie ch

ęć

 wyja

ś

nienia Harry’emu, 

Ŝ

e nie musi by

ć

 a

Ŝ

 tak skrupulatny; Gryfon robił w 

ko

ń

cu to, co mu kazano, prawda? 

- Jeste

ś

my ju

Ŝ

 prawie na schodach do zamku. Jest ich…yy… 

- Osiemna

ś

cie w gór

ę

. Tak, pami

ę

tam – uci

ą

ł Draco, chc

ą

c jako

ś

 pokaza

ć

 Harry’emu, 

Ŝ

e nie jest zupełnie 

zagubiony. Od czasu wypadku nie wychodził na zewn

ą

trz zbyt cz

ę

sto, ale wci

ąŜ

 miał zaj

ę

cia zielarstwa i 

opieki nad magicznymi stworzeniami, na które musiał chodzi

ć

, i wszystkie wymagały podró

Ŝ

owania po 

tych schodach w regularnych odst

ę

pach czasu. Poczuł, 

Ŝ

e krok Harry’ego lekko zwalnia, kiedy doszli do 

pierwszego stopnia, wtedy wspi

ę

li si

ę

 w gór

ę

, a

Ŝ

 jego pomocnik ogłosił ostatni stopie

ń

 
Byli ju

Ŝ

 w połowie drogi do lochów Slytherinu, kiedy do Draco dotarło, 

Ŝ

e powinien zapyta

ć

- Sk

ą

d wiedziałe

ś

, któr

ę

dy powinni

ś

my i

ść

- Co? 
- Pokoje Slytherinu. Nie powiniene

ś

 wiedzie

ć

, gdzie s

ą

- Och! Ee… yy… Crabbe i Goyle powiedzieli nam na drugim roku. 
- Nam? 
- Mi. Powiedzieli mi. Teraz jest klatka schodowa w dół, zaczyna si

ę

… porusz stop

ą

. Tak, zaczyna si

ę

 tutaj. 

Wygl

ą

da na około dziesi

ęć

 stopni w dół. 

- Jedena

ś

cie. Bez w

ą

tpienia Crabbe i Goyle nie wspomnieli o tym, kiedy wypaplali ci wszystkie nasze 

sekrety – powiedział z kamienn

ą

 min

ą

- Och, zamknij si

ę

 – odpowiedział Harry, troch

ę

 si

ę

 

ś

miej

ą

c. – Zapomnij o tym. 

 
Draco poczuł nagle łokie

ć

 Harry’ego, szturchaj

ą

cy go w 

Ŝ

ebra, i złapał rami

ę

 drugiego chłopaka, kiedy 

nieprzewidziany kuksaniec wytr

ą

cił go lekko z równowagi. 

- Hej, co ty próbujesz zrobi

ć

? Zrzuci

ć

 mnie ze schodów? 

Poczuł, 

Ŝ

e Harry si

ę

ga po jego drugie rami

ę

 jak błyskawica, i szybkim u

ś

ciskiem szukaj

ą

cego ustawia go 

background image

z powrotem w stabilnej pozycji. 
- Ee… przepraszam za to – nadszedł głos Gryfona, z powrotem całkowicie powa

Ŝ

ny. – Tylko 

Ŝ

artowałem. 

Nie pomy

ś

lałem o tym… To znaczy, nie chciałem ci

ę

 szturchn

ąć

 tak mocno. – nadal trzymał go za 

ramiona, mimo 

Ŝ

e Draco szybko odzyskał równowag

ę

 
Nagle poczuł, 

Ŝ

e jest zbyt zm

ę

czony, 

Ŝ

eby bardzo si

ę

 zezło

ś

ci

ć

 na bezmy

ś

lny post

ę

pek Harry’ego. 

Wiedział, 

Ŝ

e stał dokładnie na progu ostatniej kondygnacji schodów, i wszystko, czego chciał, to po prostu 

j

ą

 pokona

ć

, dosta

ć

 si

ę

 z powrotem do swojego dormitorium, gdzie mógł porusza

ć

 si

ę

 sam, wysła

ć

 sow

ę

 

do Flitwicka i udawa

ć

Ŝ

e cała ta sytuacja z podległo

ś

ci

ą

 nigdy si

ę

 nie zdarzyła. 

 
- Zapomnij o tym, Potter – wymamrotał, kiedy Harry uwolnił jego drugie rami

ę

. – Po prostu… miejmy ju

Ŝ

 t

ę

 

ko

ń

cówk

ę

 za sob

ą

, dobrze? 

Ruszyli w dół i w ci

ą

gu kilku minut stali przed kamienn

ą

 

ś

cian

ą

, gdzie usytuowane było wej

ś

cie do 

Slytherinu. 
- Wystaw r

ę

k

ę

. Tu jest wej

ś

cie – poinformował go Harry. Wtedy, pół lekko, pół nerwowo, dodał – 

Przypuszczam, 

Ŝ

e ju

Ŝ

 za pó

ź

no, by mie

ć

 nadziej

ę

, ze zapomniałe

ś

 o rzuceniu na mnie kl

ą

twy? 

Draco udał, 

Ŝ

e si

ę

 zastanawia. 

- Có

Ŝ

, przed chwil

ą

 prawie udało ci si

ę

 skr

ę

ci

ć

 mi kark, i rzeczywi

ś

cie potłukłe

ś

 mojego Przewodnika, 

ale… dobrze sobie poradziłe

ś

 – przyznał. – Przynajmniej lepiej, ni

Ŝ

 ktokolwiek inny przedtem. – Praw

ą

 

r

ę

k

ą

 otarł si

ę

 o r

ę

kaw Harry’ego, kiedy zabierał j

ą

 z jego ramienia, drug

ą

 utrzymuj

ą

c naprzeciw zimnego 

kamienia, by zachowa

ć

 orientacj

ę

. – S

ą

dz

ę

Ŝ

e zapomn

ę

 o kl

ą

twie. Przynajmniej tym razem. 

- Innymi słowy, stała czujno

ść

? – roze

ś

miał si

ę

 chłopak. 

- Dokładnie, zawsze stała czujno

ść

 
<*>*<*>*<*> 
 
Harry zastanawiał si

ę

 nad nagł

ą

 powag

ą

 w głosie Draco. Uwa

Ŝ

nie przyjrzał si

ę

 twarzy przed sob

ą

 – 

przy

ć

mione 

ś

wiatło pochodni w lochach sprawiło, 

Ŝ

e to, i

Ŝ

 oczy Draco „patrzyły” niewidz

ą

co gdzie

ś

 na 

wysoko

ść

 prawego ucha Harry’ego zamiast na jego twarz, i 

Ŝ

e w tym morzu szaro

ś

ci nie było nic oprócz 

pustki, wydawało si

ę

 mniej oczywiste. 

 
Czasami zapominał o ułomno

ś

ci Draco, kiedy siedzieli w bibliotece, 

dyskutuj

ą

c nad zaawansowanymi metodami przeszczepu na zielarstwo albo kłócili si

ę

 o wy

Ŝ

szo

ść

 

sproszkowanego korzenia ostrokrzewu nad utartym na eliksiry. Ale wtedy Draco odwracał swoj

ą

 twarz w 

cało

ś

ci w stron

ę

 Harry’ego jakim

ś

 w wa

Ŝ

nym momencie, o

Ŝ

ywiony, i on sam orientował si

ę

Ŝ

e nagle gubi 

w

ą

tek, wytr

ą

cony z równowagi przez pust

ą

 szaro

ść

, bierno

ść

 tam, gdzie powinno si

ę

 znajdowa

ć

 ostre 

spojrzenie. Nawet mimika jego twarzy lekko si

ę

 zmieniła – u

ś

miechy czy gro

ź

ne miny nigdy nie si

ę

gały 

jego oczu, jakby powoli zapominał, 

Ŝ

e ta cz

ęść

 jego twarzy w ogóle istniała. 

 
- Potter? 
- Yy? Co? – Harry zamrugał. Zaprzeczaj

ą

c jego rozmy

ś

laniom o mimice twarzy, jedna brew uniosła si

ę

 w 

gór

ę

. Bladozłota linia łapała 

ś

wiatło pochodni inaczej ni

Ŝ

 reszta przy

ć

mionej przestrzeni. 

- Mo

Ŝ

esz ju

Ŝ

 i

ść

 – głos Draco wskazywał, 

Ŝ

e był rozbawiony faktem, 

Ŝ

e Harry nadal tam stał. 

- Och. Okej. Nie chcesz, 

Ŝ

ebym ci

ę

 odprowadził do twojego pokoju czy co

ś

- Czy to jest wymówka, by zobaczy

ć

 słynny pokój wspólny Slytherinu? – dokuczył mu chłopak. – Nie, dam 

sobie rad

ę

, Potter. Ale te

Ŝ

 nie zamierzam wypowiedzie

ć

 hasła, dopóki nie znajdziesz si

ę

 poza zasi

ę

giem 

słuchu. Wystarczaj

ą

co 

ź

le, 

Ŝ

e wiesz, gdzie jeste

ś

my. 

 
Harry si

ę

 skrzywił. 

- Wiesz, mo

Ŝ

na mi zaufa

ć

- Podałby

ś

 mi swoje hasło? 

- Có

Ŝ

, niech

ę

tnie… Nie. 

- A wi

ę

c, mnie nie mo

Ŝ

na zaufa

ć

- Nie! To nie tak… có

Ŝ

, nie mo

Ŝ

na było, ale teraz… to tylko… - Harry westchn

ą

ł z rezygnacj

ą

. – Dobrze, 

pójd

ę

 sobie. Dzi

ę

ki za pojedynek treningowy i jeszcze raz przepraszam za stłuczenie twojego 

Przewodnika. Do zobaczenia w poniedziałek w bibliotece, jak zwykle? 

background image

 
Draco wzruszył ramionami. 
- Zale

Ŝ

y od ciebie. Ja b

ę

d

ę

 si

ę

 tam uczył, w ka

Ŝ

dym razie. Flitwick powinien go naprawi

ć

 do tego czasu. 

- Przyjd

ę

 
Lecz jeste

ś

 nim ty, równy ze mn

ą

, przyjaciel, mój zaufany 

~ Psalm 55  
 
Rozdział 4 
 
Test dotykowy 
 
 
 
touch + stone (noun): a test or criterion 
for determining the quality or genuineness of a thing 
~ Merriam – Webster Dictionary 
 
 
 
Kiedy Draco był ju

Ŝ

 znów bezpieczny w pokoju wspólnym, Harry uznał, 

Ŝ

e powrót do biblioteki w celu 

doko

ń

czenia pozostałych zada

ń

 domowych nie ma sensu. Zamiast tego poszedł do swojego pokoju 

wspólnego, by zobaczy

ć

 w jakim stanie s

ą

 Hermiona i Ron. 

 
Jednak

Ŝ

e, kiedy w ko

ń

cu wspi

ą

ł si

ę

 przez dziur

ę

 w portrecie, w polu widzenia znajdowała si

ę

 tylko 

Hermiona. 
- Nie spodziewałam si

ę

 ciebie z powrotem tak szybko. Czy zwykle o tej porze nie uczysz si

ę

 jeszcze z 

Malfoyem? 
 
Harry podzielił si

ę

 z ni

ą

 skrócon

ą

 wersj

ą

 wydarze

ń

 – jak razem z Draco wybrali si

ę

 po

ć

wiczy

ć

 swoje 

umiej

ę

tno

ś

ci na OPCM, jak przypadkowo stłukł Przewodnika i jak potem odprowadził niewidomego 

chłopaka do kwater Slytherinu. 
 
- Wi

ę

c, tak czy inaczej, postanowiłem, 

Ŝ

e wykorzystam dodatkowy czas i w ko

ń

cu sp

ę

dz

ę

 go z wami – 

zako

ń

czył, rozgl

ą

daj

ą

c si

ę

. – Gdzie jest Ron? 

- Z Mandy, oczywi

ś

cie – odpowiedziała Hermiona. – Naprawd

ę

 mam nadziej

ę

Ŝ

e ona zmusi go w 

pewnym momencie, 

Ŝ

eby zacz

ą

ł powtarza

ć

 do swoich OWUTEMów. Zostało tylko troch

ę

 ponad trzy 

miesi

ą

ce! 

- Nic mu nie b

ę

dzie, Hermiono – łagodził Harry, rzucaj

ą

c si

ę

 na wysiedziany fotel po jej prawej. Wyci

ą

gn

ą

ł 

szyj

ę

Ŝ

eby popatrze

ć

 na jej notatki. – Nad czym pracujesz? 

- Numerologia. Niedługo mamy spor

ą

 prezentacj

ę

, du

Ŝ

o ju

Ŝ

 o tym czytałam, ale szkoda, 

Ŝ

e nasza 

biblioteka nie miała wi

ę

cej ksi

ąŜ

ek na ten temat. 

Harry ukrył u

ś

miech, kiedy skierował wzrok na olbrzymi stos tu

Ŝ

 za ni

ą

- Taak, Malfoy wspominał co

ś

 o konieczno

ś

ci zrobienia jakich

ś

 poszukiwa

ń

 i zdobycia materiałów. Nie 

mam poj

ę

cia, jak zamierza cokolwiek znale

źć

, skoro ty masz, b

ą

d

ź

 co b

ą

d

ź

, wszystkie materiały 

ź

ródłowe 

– roze

ś

miał si

ę

 
Hermiona wygl

ą

dała na lekko ura

Ŝ

on

ą

- Sko

ń

cz

ę

 to ju

Ŝ

 za kilka dni i wszystkie b

ę

d

ą

 z powrotem w bibliotece, zapewniam ci

ę

. Poza tym, 

wi

ę

kszo

ść

 z nich ma wi

ę

cej ni

Ŝ

 jedn

ą

 kopi

ę

. Mówisz zupełnie, jakbym mogła celowo zatrzyma

ć

 wa

Ŝ

ne 

materiały, 

Ŝ

eby jakikolwiek ucze

ń

 nie mógł ich przeczyta

ć

. Nawet Malfoy. – zmarszczyła brwi. – A skoro 

ju

Ŝ

 o tym mowa… chc

ę

 z tob

ą

 o nim porozmawia

ć

, Harry. 

- O czym? 
- Dlaczego to robisz? 
- Co robi

ę

? Dlaczego si

ę

 z nim ucz

ę

Skin

ę

ła głow

ą

background image

- Sama widziała

ś

, jak znacz

ą

co poprawiłem si

ę

 u profesora Binnsa – wzruszył ramionami. – Pomy

ś

lałem, 

Ŝ

e si

ę

 ucieszysz, 

Ŝ

e nadal chc

ę

 robi

ć

 post

ę

py. Wiem, 

Ŝ

e wy dwoje jeste

ś

cie prawdopodobnie troch

ę

 

smutni, 

Ŝ

e nie sp

ę

dzam tyle czasu z wami, ale przysi

ę

gam, nadal… 

 
Hermiona machn

ę

ła niecierpliwie r

ę

k

ą

- Wiem o tym. Nie martwi

ę

 si

ę

Ŝ

e wybierasz jego zamiast nas czy co

ś

 takiego. Przyznaj

ę

Ŝ

e naprawd

ę

 

nie rozumiem, dlaczego tak si

ę

 dzieje, dlaczego nie mo

Ŝ

esz uzyska

ć

 takich rezultatów z nami, ale – 

wzruszyła ramionami – tak rzeczywi

ś

cie jest. Nie udaje mi si

ę

 za to zrozumie

ć

, jak mo

Ŝ

esz znie

ść

 

przebywanie z nim przez tyle czasu (albo w ogóle, szczerze mówi

ą

c), bior

ą

c pod uwag

ę

, kim wy dwaj dla 

siebie jeste

ś

cie, ale nie w tym rzecz. 

Harry zmarszczył brwi. 
- Wi

ę

c w czym? 

- Rzecz w tym – przerwała, jakby uwa

Ŝ

nie dobierała nast

ę

pne słowa – chc

ę

 tylko upewni

ć

 si

ę

Ŝ

e robisz to 

z wła

ś

ciwych pobudek. Przez sze

ść

 lat nie potrafisz powiedzie

ć

 o nim jednego dobrego słowa, potem on 

ś

lepnie podczas gry, w której ty grałe

ś

, a teraz nagle oferujesz, 

Ŝ

e b

ę

dziesz mu czytał i odprowadzasz go 

do jego pokoju wspólnego i… Po prostu b

ą

d

ź

 pewien swoich motywów, Harry. To wszystko, co chc

ę

 

powiedzie

ć

- Sugerujesz, 

Ŝ

e robi

ę

 to tylko z lito

ś

ci i dlatego, 

Ŝ

e czuj

ę

 si

ę

 winny? – zapytał, czuj

ą

c nagły przypływ 

zło

ś

ci. 

- Nie wiem! – zamachała r

ę

kami w obronnym ge

ś

cie – To po prostu troch

ę

 dziwnie wygl

ą

da, wiesz? Och, 

Harry, nie staram si

ę

 ci

ę

 rozzło

ś

ci

ć

. I mo

Ŝ

e nic w tym rodzaju nie jest twoim powodem. Wychodziłe

ś

 mu 

czyta

ć

 cały miesi

ą

c a

Ŝ

 do teraz, obserwujesz go za ka

Ŝ

dym razem, kiedy jeste

ś

cie w tym samym 

pomieszczeniu, jakby

ś

 si

ę

 upewniał, czy wszystko z nim w porz

ą

dku. I wiem, 

Ŝ

e lubisz pomaga

ć

 

wszystkim, którzy s

ą

 w potrzebie. To jedna z twoich mocy i jedna z rzeczy, które w tobie kocham. Ale 

s

ą

dz

ę

Ŝ

e Malfoy nie jest typem, który chce ratunku. I je

ś

li sp

ę

dzasz z nim czas pod fałszywymi 

pretekstami, próbuj

ą

c mu pomóc jak zranionemu piskl

ę

ciu, podczas gdy on uwa

Ŝ

a ci

ę

 tylko za partnera w 

nauce, to nie jest to w porz

ą

dku. 

Harry skrzy

Ŝ

ował ramiona na klatce piersiowej. 

- I kiedy zacz

ę

ła

ś

 tak bardzo martwi

ć

 si

ę

 o Malfoya? 

- Nie zacz

ę

łam – odpowiedziała krótko. – Przykro mi, 

Ŝ

e został ranny i wcale nie zazdroszcz

ę

 mu tych 

wszystkich przeszkód, którym musi teraz stawi

ć

 czoła. Naprawd

ę

. Ale pami

ę

tam te

Ŝ

, jakim draniem był 

dla nas wszystkich i nie stał si

ę

 nagle dla mnie niewini

ą

tkiem tylko dlatego, 

Ŝ

e nie widzi. Martwi

ę

 si

ę

 o 

ciebie. Je

Ŝ

eli nie robisz tego z wła

ś

ciwych powodów, je

Ŝ

eli robisz to z powodu lito

ś

ci albo poczucia winy, 

albo heroizmu czy czegokolwiek takiego, a on si

ę

 o tym dowie, mo

Ŝ

esz dozna

ć

 krzywdy. Wi

ę

c… po 

prostu przemy

ś

l to, ok? 

 
Wi

ę

c Harry my

ś

lał. My

ś

lał, kiedy wczytywał si

ę

 w swoje notatki z zielarstwa, i my

ś

lał, kiedy zeszli na 

kolacj

ę

. Tam doł

ą

czył do nich Ron, spuszczaj

ą

c w ko

ń

cu wzrok ze swojej dziewczyny i w

ś

lizguj

ą

c si

ę

 na 

miejsce przy stole po drugiej stronie Hermiony. Harry’emu udało si

ę

 powstrzyma

ć

 od zamy

ś

lenia 

wystarczaj

ą

co długo, by nawi

ą

za

ć

 rozmow

ę

 z członkami swojego domu, ale potem przegrał 

spektakularnie z Ronem wieczorn

ą

 parti

ę

 szachów, bo nie potrafił skupi

ć

 si

ę

 na pionkach. I długo w nocy 

nie spał, nadal my

ś

l

ą

c. 

 
W ciemnym dormitorium, maj

ą

c przy łó

Ŝ

ku zaci

ą

gni

ę

te zasłony i zdj

ę

te okulary, zastanowił si

ę

, czy tak 

wła

ś

nie wygl

ą

dało to dla Draco. Ka

Ŝ

dego dnia. Jak 

Ś

lizgon to znosił – sam ze swoimi my

ś

lami i dotykiem 

koców, spi

ę

trzonych wokół niego – nie maj

ą

c niczego, co mogłoby zmniejszy

ć

 mrok? 

 
Po prawej stronie Harry’ego wida

ć

 było tylko lekkie, zamazane pasmo 

ś

wiatła ksi

ęŜ

yca, tam, gdzie nie 

udało mu si

ę

 zaci

ą

gn

ąć

 zasłon do ko

ń

ca. Był z tego zadowolony. Nagle zdał sobie spraw

ę

Ŝ

e gdyby 

stracił t

ę

 odrobin

ę

 widocznego 

ś

wiatła, mógłby uton

ąć

 w ciemno

ś

ci. 

 
Zorientował si

ę

Ŝ

Ŝ

al mu Malfoya, i zastanowił si

ę

, czy słowa Hermiony były prawd

ą

. Czy zachowywał 

si

ę

 tak tylko z powodu lito

ś

ci? Prawdopodobnie czuł przynajmniej niewielk

ą

 odrobin

ę

 poczucia winy. 

Wszyscy mówili, 

Ŝ

e to si

ę

 stało zbyt szybko, 

Ŝ

e nic nie mogło powstrzyma

ć

 Draco od uderzenia w słup. I, 

przewa

Ŝ

nie, wierzył im. Ale gdzie

ś

, w gł

ę

bi umysłu, gdzie nadal czaiło si

ę

 poczucie winy z powodu 

Cedrika, był jeszcze cichy głos, którego nigdy nie udało si

ę

 Harry’emu wyciszy

ć

 do ko

ń

ca. Mogłe

ś

 ostrzec 

background image

go wcze

ś

niej. Przynajmniej był w stanie zapobiec dalszym urazom, łapi

ą

c rannego chłopca, kiedy si

ę

 

ze

ś

lizgn

ą

ł, utrzymuj

ą

c go półpodpartego na swojej miotle czyst

ą

 sił

ą

 i adrenalin

ą

, dopóki nie dostali si

ę

 na 

ziemi

ę

. Ale nawet mimo to. Co by było, gdyby zauwa

Ŝ

ył niebezpiecze

ń

stwo pół sekundy wcze

ś

niej albo 

krzyczał troch

ę

 gło

ś

niej? Czy zrobiło by to jak

ąś

 ró

Ŝ

nic

ę

 
W ka

Ŝ

dym razie, nawet gdyby na pocz

ą

tku stycznia motywowała go lito

ść

 czy poczucie winy, z pewno

ś

ci

ą

 

nie było tak teraz. Dostawał tyle samo pomocy, ile ofiarowywał. W zamian za czytanie Malfoyowi i 

ć

wiczenie zakl

ęć

, roztrz

ą

saj

ą

c z nim wyniki uczył si

ę

 drugorz

ę

dnych ró

Ŝ

nic w zapachu, jaki wytwarza 

eliksir podczas procesu duszenia na wolnym ogniu i jak u

Ŝ

y

ć

 tej informacji, by wiedzie

ć

, kiedy nadchodzi 

czas na zdj

ę

cie go z ognia czy dodanie kolejnego składnika. Na zielarstwie radził sobie lepiej z 

diagnozowaniem dolegliwo

ś

ci ro

ś

lin odk

ą

d dotykał ich, zamiast tylko obserwowa

ć

. Wszystkie jego zmysły 

sprawiały wra

Ŝ

enie wyostrzonych, jakby dopiero teraz zacz

ą

ł ich u

Ŝ

ywa

ć

 w pełnym zakresie. Wraz ze 

wzbogacon

ą

 zdolno

ś

ci

ą

 zapami

ę

tywania, któr

ą

 zdobył przez czytanie na głos, te poł

ą

czone umiej

ę

tno

ś

ci 

dawały mu kilka najlepszych stopni, jakie kiedykolwiek miał. 
 
I chocia

Ŝ

 kochał Rona i Hermion

ę

 i miało tak by

ć

 zawsze, odkrył tak

Ŝ

e, 

Ŝ

e naprawd

ę

 lubi towarzystwo 

Draco. Wygl

ą

dało na to, 

Ŝ

e wszystko, za co wcze

ś

niej si

ę

 nawzajem nienawidzili, w jaki

ś

 sposób umacnia 

ich przyja

źń

. Drwiny i sprzeczki były podobne, ale nie niosły ze sob

ą

 zło

ś

liwo

ś

ci z młodszych lat. Teraz był 

to po prostu 

Ŝ

ywy sposób na dodanie pikanterii nieko

ń

cz

ą

cym si

ę

 

ć

wiczeniom typu szelest-i-prztyczek 

oraz rozdziałom o wojnach trolli. 
 
Czy to, 

Ŝ

e czuł si

ę

 dobrze, bo wygl

ą

dało na to, 

Ŝ

e Draco tolerował jego obecno

ść

, a wszystkich innych 

odrzucał, było złe? Czy dotrzymywał Draco towarzystwa z lito

ś

ci? A mo

Ŝ

e tak po prostu wygl

ą

dała 

przyja

źń

? Harry pomy

ś

lał o kilku rzeczach, które widział i słyszał: o Draco, który, najwyra

ź

niej, wymieniał 

ze swymi s

ą

siadami przy stole podczas posiłków zaledwie kilka najprostszych słów, trzymał si

ę

 na uboczu 

na lekcjach, zapewniaj

ą

c za ka

Ŝ

dym razem, nawet gdy został wezwany do odpowiedzi, 

Ŝ

e poradzi sobie 

sam. Zastanawiał si

ę

, dlaczego Draco sprawiał wra

Ŝ

enie w ogóle nie zainteresowanego sp

ę

dzaniem 

czasu ze swoimi współlokatorami, tymi samymi, którzy tak ch

ę

tnie gromadzili si

ę

 wokół niego zaledwie 

kilka miesi

ę

cy temu. Czy

Ŝ

by si

ę

 mylił? Czy Draco nadal nawi

ą

zywał z nimi kontakt w zaciszu pokoju 

wspólnego 

Ś

lizgonów? Wszystko wskazywało na to, 

Ŝ

e nie – w przeciwnym razie cz

ęść

 tych kontaktów na 

pewno wyszłaby na jaw podczas posiłków czy lekcji. 
 
Oprócz tego była jeszcze niech

ęć

, jak

ą

 Draco okazywał do wspominania swego niegdy

ś

 ubóstwianego 

ojca, i te tajemnicze uwagi na temat stałej czujno

ś

ci. W niektórych przypadkach nie zmienił si

ę

 tak bardzo. 

Nadal sprawiał wra

Ŝ

enie złego czy zgorzkniałego, je

ś

li co

ś

 mu si

ę

 nie udało, ale ró

Ŝ

nica polegała na tym, 

Ŝ

e zatrzymywał to dla siebie, zamiast si

ę

 skar

Ŝ

y

ć

 albo próbowa

ć

 manipulacji, 

Ŝ

eby poprawi

ć

 swoj

ą

 

sytuacj

ę

. W dodatku do tych wszystkich pozorów, 

Ś

lizgon odci

ą

ł si

ę

 od wszystkich – swojej rodziny, 

współlokatorów i na wi

ę

ksz

ą

 skal

ę

 nawet od nauczycieli. Jedyn

ą

 osob

ą

, z któr

ą

 rozmawiał z jak

ą

kolwiek 

systematyczno

ś

ci

ą

, był Harry. 

 
Z dreszczem, Harry u

ś

wiadomił sobie, 

Ŝ

e jego my

ś

li odbiegły od tematu, i zwrócił je z powrotem ku 

problemowi, który miał jak na dłoni. Teraz zaczynał si

ę

 powa

Ŝ

nie martwi

ć

 o drugiego chłopaka, ale to nie 

była lito

ść

. Tylko… obawa. Przyjacielska. Szczerze mówi

ą

c, zaczynał zapomina

ć

 o ułomno

ś

ci Draco na 

powa

Ŝ

nie, dopóki co

ś

 nie sprawiło, 

Ŝ

e stawała si

ę

 oczywista – jak na przykład połamany Przewodnik. 

 
~*~*~ 
 
Kiedy min

ą

ł kolejny miesi

ą

c, pogoda ociepliła si

ę

 na tyle, 

Ŝ

e pozwoliła im czasami uczy

ć

 si

ę

 na zewn

ą

trz, 

chocia

Ŝ

 nadal potrzebowali płaszczy. Chłopcy odpoczywali nad jeziorem, obaj w bardzo dobrych 

humorach – odrobili ju

Ŝ

 dzisiejsze zadanie z eliksirów i wła

ś

nie robili sobie przerw

ę

 przed powrotem do 

innych. Dookoła nich powiewał wczesny wiosenny wietrzyk. 
 
- Nie 

Ŝ

ebym si

ę

 nie cieszył, 

Ŝ

e jeste

ś

 tutaj ze mn

ą

, ale… czy ty w ogóle nie t

ę

sknisz za swoimi 

współlokatorami? – zapytał Harry, strz

ą

saj

ą

c z twarzy zawiany przez wiatr kosmyk włosów. 

Draco wzruszył ramionami. 
- Niekoniecznie – odpowiedział. 

background image

Harry nie dowierzał. 
- Jak tak mo

Ŝ

esz? Wygl

ą

dało na to, 

Ŝ

e kiedy

ś

 

ś

wietnie si

ę

 bawili

ś

cie, razem dokuczaj

ą

c reszcie szkoły. 

Nie 

Ŝ

ebym chciał zobaczy

ć

, jak wracasz do tego typu rzeczy, ale… w ogóle ci tego nie brakuje? 

- Słuchaj, Potter, powiedziałem, 

Ŝ

e nie t

ę

skni

ę

, i nie t

ę

skni

ę

. Jeste

ś

my 

Ś

lizgonami, nie słodkimi i lepkimi 

Puchonami, Krukonami o poł

ą

czonych mózgach czy tym czym

ś

, co wy, Gryfoni, widzicie w sobie 

nawzajem. Ka

Ŝ

dy d

ąŜ

y do swojej własnej pot

ę

gi, i wszystkie przyja

ź

nie słu

Ŝą

 temu, by albo zdoby

ć

 jej 

wi

ę

cej, albo otrzyma

ć

 co

ś

 w zamian. Po wypadku dałem sobie z tym spokój – mała gra, zbyt głupia, by si

ę

 

w ni

ą

 bawi

ć

 
- Wi

ę

c po prostu poddałe

ś

 si

ę

 te

Ŝ

 co do nich? Nie ma nikogo, czyjego towarzystwa nadal by

ś

 pragn

ą

ł? 

- Có

Ŝ

, jestem teraz twoim przyjacielem, prawda? 

Harry poczuł si

ę

 dziwnie mile połechtany. 

- Taak, jeste

ś

. Ale ja nie pochodz

ę

 z twojego Domu. Co robisz, kiedy wracasz do swojego pokoju 

wspólnego? 

Ś

piewam bez podkładu stare musicale. Jakie znaczenie ma to, co robi

ę

? Potrafi

ę

 sobie poradzi

ć

 całkiem 

nie

ź

le sam, wiesz. – Draco odwrócił głow

ę

 i zamiast tego zwrócił j

ą

 w kierunku wiatru. 

- Nigdy nie mówiłem, 

Ŝ

e nie mo

Ŝ

esz. Po prostu sprawiasz wra

Ŝ

enie… osamotnionego. Za bardzo. 

Draco nie poruszył si

ę

- Powiedziałem, 

Ŝ

e nic mi nie jest – powtórzył sztywno w kierunku jeziora. – I co ty mo

Ŝ

esz wiedzie

ć

 o 

samotno

ś

ci? Masz hord

ę

 wielbicieli, pod

ąŜ

aj

ą

c

ą

 za tob

ą

, gdziekolwiek idziesz. 

Harry zagryzł z

ę

by. 

- Sp

ę

dziłem dziesi

ęć

 lat swojego 

Ŝ

ycia i wi

ę

cej ni

Ŝ

 połow

ę

 ka

Ŝ

dego lata od tamtego czasu zupełnie sam, 

powiem ci szczerze. Okej, 

ś

wietnie, przez pi

ęć

 lat przynajmniej dostawałem listy. Ale moje codzienne 

Ŝ

ycie składało si

ę

 z ignorancji. Je

Ŝ

eli nie byłem ignorowany, byłem traktowany jak brud. Oddałbym 

wszystko, 

Ŝ

eby mie

ć

 wokół siebie ludzi. Ty ich masz, dlaczego wi

ę

c z nimi nie by

ć

- Potter, czy kiedykolwiek przyszło ci na my

ś

l, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e ja nie chc

ę

 by

ć

 z nimi? 

- Dlaczego nie, u diabła? – Harry zastanowił si

ę

 przez moment. – No dobrze, nie 

Ŝ

ebym ja chciał by

ć

 z 

którym

ś

 z nich, ale… radziłe

ś

 sobie z nimi po prostu 

ś

wietnie przez prawie siedem lat. Dlaczego teraz ju

Ŝ

 

nie? 
- Mo

Ŝ

e nie chc

ę

 ich lito

ś

ci, okej? – wyra

ź

nie słyszalny w głosie Draco gniew odbijał si

ę

 echem od wody. 

- Mo

Ŝ

e jedynym człowiekiem, który si

ę

 nad tob

ą

 lituje, jeste

ś

 ty sam – odwrzasn

ą

ł Harry, sfrustrowany. – I 

patrz na mnie, kiedy do ciebie mówi

ę

 
Cisza. 
 
- Nie mog

ę

 – odpowiedział Draco zimno. – A mo

Ŝ

e nagle zapomniałe

ś

- Có

Ŝ

, mo

Ŝ

esz cholernie dobrze stan

ąć

 ze mn

ą

 twarz

ą

 w twarz, kiedy rozmawiamy, nie? – powiedział 

ostro. 
- Jak

ą

 to robi ró

Ŝ

nic

ę

? Słysz

ę

 ci

ę

 równie dobrze, czy stoj

ę

 z tob

ą

 twarz

ą

 w twarz czy nie. W zasadzie 

my

ś

l

ę

Ŝ

e słyszała ci

ę

 nawet wielka kałamarnica, tak gło

ś

no krzyczałe

ś

Harry z wysiłkiem 

ś

ciszył głos, chocia

Ŝ

 frustracja nadal w nim pobrzmiewała. 

- To nie to samo. Kiedy nie stoimy twarz

ą

 w twarz… to jest jak… jakby

ś

 nie uwa

Ŝ

ał. Jakby ci

ę

 to nie 

obchodziło – z roztargnieniem zastanowił si

ę

, dlaczego to było dla niego takie wa

Ŝ

ne. 

- Słucham. Słuchałem ka

Ŝ

dej cholernej rzeczy, któr

ą

 powiedziałe

ś

, odk

ą

d zacz

ę

li

ś

my sp

ę

dza

ć

 ze sob

ą

 

czas. Słucham czy chc

ę

, czy nie, bo nie mog

ę

 robi

ć

 nic oprócz słuchania. I słysz

ę

 znacznie wi

ę

cej rzeczy, 

ni

Ŝ

 tylko twoje słowa, powiem ci szczerze. – Zacz

ą

ł je odhacza

ć

 na palcach. Harry patrzył z ciekawo

ś

ci

ą

czuj

ą

c jak cz

ęść

 gniewu znika. – Masz ten dziwny pomysł, 

Ŝ

e potrzebuj

ę

 ci

ą

głej adoracji i towarzystwa, a 

idealnym miejscem, w którym mog

ę

 to dosta

ć

, jest mój własny Dom. My

ś

lisz, 

Ŝ

e tylko dlatego, 

Ŝ

e tak jest 

w twoim przypadku, powinno si

ę

 to te

Ŝ

 odnosi

ć

 do mnie. Lubisz uwag

ę

- Ja n… 
- Nie kłó

ć

 si

ę

 ze mn

ą

. I tak, lubisz. Inaczej nie przeszkadzało by ci tak bardzo, gdyby

ś

 pomy

ś

lał, 

Ŝ

e nie 

zwracam uwagi na twoje Pot

ęŜ

ne Słowa M

ą

dro

ś

ci. 

 
Harry zmarszczył brwi i rzucił mu spojrzenie spode łba. To nie tak, 

Ŝ

e lubi uwag

ę

 wszystkich - tylko 

konkretnych ludzi. Ale musiał przyzna

ć

: Draco był jednym z nich. Przez siedem lat był na tym lepszym 

ko

ń

cu listy ludzi, którzy otrzymywali uwag

ę

 Draco, i nawet je

ś

li jej wi

ę

kszo

ść

 była negatywna, był do tego 

background image

przyzwyczajony. I z pewno

ś

ci

ą

 zrozumiał, 

Ŝ

e w ko

ń

cu polubił mniej agresywne towarzystwo drugiego 

chłopaka. 
- Co jeszcze? – spytał niech

ę

tnie. 

 
Z u

ś

miechem znawcy, Draco w ko

ń

cu odwrócił si

ę

, by stan

ąć

 twarz

ą

 w twarz z Harrym, odhaczaj

ą

c to na 

ostatnim palcu, kiedy to zrobił. 
- Mog

ę

 te

Ŝ

 powiedzie

ć

Ŝ

e marszczysz teraz brwi. 

- Nie robi

ę

 tego! – Harry po

ś

piesznie spróbował zetrze

ć

 ten grymas z twarzy. 

- Tak, robisz. Albo robiłe

ś

. Próbujesz to teraz zmieni

ć

, prawda? 

Złapany, Harry nie mógł si

ę

 powstrzyma

ć

 przed krzywym u

ś

miechem. 

- Udowodnij to – zadrwił. 
Ku jego zaskoczeniu, Draco wyci

ą

gn

ą

ł r

ę

k

ę

 w jego kierunku, dotkn

ą

ł jego ramienia i przyci

ą

gn

ą

ł Harry’ego 

ku sobie za r

ę

kaw. 

- Co ty robisz? 
- „Patrz

ę

” na ciebie, Potter. Zamierzam spojrze

ć

 na twoj

ą

 twarz i udowodni

ć

Ŝ

e mam racj

ę

 
Harry pozwolił, by Draco przyci

ą

gn

ą

ł go bli

Ŝ

ej siebie, patrz

ą

c, jak blade palce wyci

ą

gn

ę

ły si

ę

 delikatnie, 

odnalazły jego twarz i rozpocz

ę

ły badanie – najpierw jego brwi, potem prze

ś

lizguj

ą

c si

ę

 po mostku jego 

okularów i w dół po nosie a

Ŝ

 do ust. 

 
- No dobrze, mo

Ŝ

e nie zmarszczone – ju

Ŝ

 nie – ale definitywna powaga. 

Ś

ci

ą

gni

ę

ta skóra mi

ę

dzy twoimi 

brwiami i tak dalej. Uwa

Ŝ

aj na to albo sko

ń

czysz cały przedwcze

ś

nie pomarszczony. 

 
Harry’emu nie udało si

ę

 powstrzyma

ć

 

ś

miechu przed wymskni

ę

ciem. 

 
- To niekoniecznie jedno z moich najwi

ę

kszych zmartwie

ń

, ale b

ę

d

ę

 miał to na uwadze, dzi

ę

ki – zacz

ą

ł si

ę

 

odsuwa

ć

, ale palce Draco kontynuowały w

ę

drówk

ę

 przez rysy jego twarzy, prze

ś

lizguj

ą

c si

ę

 lekko wzdłu

Ŝ

 

brzegu jego szcz

ę

ki, przez ko

ś

ci policzkowe do nosa i raz jeszcze przez jego wargi. 

 
- Wcale si

ę

 nie zmieniłe

ś

, prawda, Potter? – wymamrotał Draco po cichu. Wygl

ą

dało na to, 

Ŝ

e mówił 

bardziej do siebie ni

Ŝ

 do Harry’ego. 

 
Harry stał zupełnie nieruchomo, kiedy palce drugiego chłopaka poruszyły si

ę

 z powrotem do mostka na 

jego nosie i delikatnie zdj

ę

ły przeszkadzaj

ą

ce okulary jedn

ą

 dłoni

ą

. Trzymał je, czekaj

ą

c, dopóki Harry nie 

wyj

ą

ł ich z jego r

ę

ki, zanim wrócił do swojego obur

ę

cznego 

ś

ledztwa. W gór

ę

, przez i dookoła jego oczu – 

zamkn

ą

ł je automatycznie, by ochroni

ć

 przed d

ź

gni

ę

ciem i poczuł otarcie przez rz

ę

sy i powieki zanim je 

znowu otworzył. Dłonie przesun

ę

ły si

ę

 w gór

ę

 do linii jego włosów i przez kilka ich kosmyków, i wtedy… 

 
- Ach, tak. Blizna. Jak mogłem zapomnie

ć

 
Harry nagle nie wiedział, gdzie patrze

ć

, kiedy Draco nakre

ś

lił form

ę

 jego blizny w kształcie błyskawicy. 

Chciał spojrze

ć

 w gór

ę

, na r

ę

ce Draco, chciał patrze

ć

 na dół, w ziemi

ę

, chciał spojrze

ć

 na twarz Draco, 

nawet pomimo tego, 

Ŝ

e płytkie, nieskupione szare oczy nadal odrobin

ę

 go denerwowały. I chciał zamkn

ąć

 

swoje własne i skupi

ć

 si

ę

 zupełnie na odczuciu, 

Ŝ

e kto

ś

 dotyka go w tak dziwnie intymny sposób. 

 
Przez dług

ą

 chwil

ę

 

Ŝ

aden z chłopców si

ę

 nie poruszył. Potem 

Ś

lizgon w ko

ń

cu odsun

ą

ł swoje dłonie i 

Harry, trz

ę

s

ą

cymi si

ę

 palcami, wło

Ŝ

ył okulary z powrotem na twarz. 

 
- Có

Ŝ

 – powiedział Draco w ciszy. – Teraz, kiedy mamy ju

Ŝ

 za sob

ą

 t

ę

 odrobin

ę

 melodramatu, i ustaliłem, 

Ŝ

e faktycznie jeste

ś

 Harrym Potterem, a nie jakim

ś

 bystrym oszustem, czaj

ą

cym si

ę

 w pobli

Ŝ

u z jego 

głosem, mo

Ŝ

e powinni

ś

my wróci

ć

 do ksi

ąŜ

ek? 

 
Harry zamrugał. 
 
- Eee… racja – rozejrzał si

ę

 dookoła, oszołomiony. – Mam tu mój podr

ę

cznik do transmutacji. Masz swoje 

notatki? 

background image

 
<*>*<*>*<*> 
 
Kilka godzin pó

ź

niej, Draco nadal o tym my

ś

lał. 

 
To było uczucie, jakby widział Harry’ego po raz pierwszy, ale te

Ŝ

 jakby wracał do długo zagubionego 

wspomnienia. Dotykanie go, wyczuwanie linii jego twarzy, rozczochranych włosów, nawet blizny, sprawiło, 

Ŝ

e Harry stał si

ę

 realny. Realny jak nikt inny, odk

ą

d stracił wzrok. Dotykał składników eliksirów i ksi

ąŜ

ek, i 

Ŝ

d

Ŝ

ek, ale one były przedmiotami, nie lud

ź

mi. Dotykał Harry’ego przedtem – bior

ą

c go za rami

ę

 po 

p

ę

kni

ę

ciu Przewodnika, pomagaj

ą

c mu wyczu

ć

 ró

Ŝ

nic

ę

 mi

ę

dzy dwoma podobnymi ro

ś

linami – takie 

rzeczy. Ale te r

ę

ce i ramiona, i nawet głos mogły z łatwo

ś

ci

ą

 nale

Ŝ

e

ć

 do kogokolwiek, nawet b

ę

d

ą

c tak 

podobne. Za to twarz była inna: to był wyra

ź

nie, bezbł

ę

dnie Harry, perfekcyjnie oddaj

ą

cy to, co pami

ę

tał o 

gryfo

ń

skim chłopcu. 

 
Miał bardzo du

Ŝ

o obrazów Harry’ego w swoim umy

ś

le – oficjalnych pojedynków i zabronionych walk oraz 

wyzywaj

ą

cych spojrze

ń

 przez Wielk

ą

 Sal

ę

. Cał

ą

 bibliotek

ę

 wspomnie

ń

. Obrazem, który wbił mu si

ę

 w 

pami

ęć

 najbardziej ze wszystkich, był nadal ten, który stanowił jego ostatnie spojrzenie – obraz Harry’ego, 

wyci

ą

gaj

ą

cego si

ę

 w jego stron

ę

. Jego ostatnie spojrzenie. Jak cz

ę

sto wyobra

Ŝ

ał sobie t

ę

 chwil

ę

 w 

umy

ś

le? Była z nim przez cały czas, ci

ą

gle odtwarzana jak czarodziejska fotografia, czekaj

ą

ca, by j

ą

 

wydoby

ć

 i przestudiowa

ć

 za ka

Ŝ

dym razem, gdy niesko

ń

czona ciemno

ść

 okazywała si

ę

 by

ć

 zbyt wielka. 

Smakował ten ostatni prezent wzroku, nawet pomimo tego, 

Ŝ

e szczegóły były zamazane przez szok i ból, 

nawet pomimo tego, 

Ŝ

e jego punkt centralny stanowił jego znienawidzony rywal. 

 
Znienawidzonym rywalem był kiedy

ś

, ale na pewno ju

Ŝ

 nie teraz. Zupełnie jakby zobaczył albo zapami

ę

tał 

ostatni moment, w którym Draco widział, albo po prostu dlatego, 

Ŝ

e był cholernym Gryfonem, Harry 

kontynuował wychylanie si

ę

 ku niemu. Najpierw dla szkolnej pracy, a potem, jak udowodniła kłótnia nad 

jeziorem, tak

Ŝ

e emocjonalnie. Draco nie chciał tego – nie chciał, by ludzie si

ę

 do niego wychylali, by go 

rozpieszcza

ć

 albo si

ę

 nad nim litowa

ć

. Ale, pomy

ś

lał, nie to robił Harry. Przez wi

ę

kszo

ść

 czasu traktował 

Draco fair, oczekuj

ą

c od niego nie mniej ni

Ŝ

 oczekiwałby przedtem. By

ć

 mo

Ŝ

e na pocz

ą

tku pojedynku 

zacz

ą

ł troch

ę

 zbyt łatwo, ale pod koniec z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 dawał z siebie wszystko i Draco wykonał nawet 

kilka udanych uderze

ń

 
W rzeczywisto

ś

ci, Harry był tym, który zawsze motywował Draco najbardziej. Oczywi

ś

cie wcze

ś

niej w 

zajadłej, nieugi

ę

tej konkurencji, kiedy ka

Ŝ

dy z chłopców starał si

ę

 prze

ś

cign

ąć

 drugiego. Teraz był to 

raczej kooperatywny wy

ś

cig równych. Ka

Ŝ

dy z nich wiedział, mimo wszystko, do czego zdolny był drugi. 

Nawet mimo tego, 

Ŝ

e nienawi

ść

 odeszła, mi

ę

dzy nimi nadal kr

ąŜ

yło niewypowiedziane oczekiwanie. „No 

dalej, Potter, czy to najlepsze, na co ci

ę

 sta

ć

?”, „Hej, Malfoy, zało

Ŝę

 si

ę

Ŝ

e umiem transmutowa

ć

 ten 

kałamarz szybciej ni

Ŝ

 ty!”. Draco pomy

ś

lał o swoich innych kolegach z klasy – nikt inny nie motywował go 

tak bardzo. Tylko Potter. 
 
Widzie

ć

 go znowu – naprawd

ę

 go widzie

ć

, nawet je

ś

li przez dłonie, a nie oczy – było jak cofanie zegara, 

dało mu co

ś

, czego nie posiadał od czasu wypadku. Jego palce wci

ąŜ

 pami

ę

tały dotyk policzków 

Harry’ego, jego podbródka, tej cholernej blizny. To był doskonały obraz Harry’ego. Dotyk zmienił si

ę

 w 

Ŝ

ywy mentalny obraz i, poniewa

Ŝ

 tyle razy patrzył na Harry’ego w przeszło

ś

ci, Draco mógł teraz 

przypomnie

ć

 sobie t

ę

 twarz du

Ŝ

o wyra

ź

niej ni

Ŝ

 prawie wszystko inne. Nie zdawał sobie sprawy, jak wiele 

go omin

ę

ło, kiedy patrzył tej jednej osobie w twarz przez prawie siedem lat. Dotykanie Harry’ego tego 

popołudnia wypełniło miejsce w jego 

Ŝ

yciu, o którym nawet nie wiedział, 

Ŝ

e mu go brakuje. 

 
Chciał to zrobi

ć

 ponownie. 

 
Rozdział 5 
Wzloty i upadki 
 
 
Two are better than one; for they have a good reward for their labour. For if they fall, the one will lift up his 
fellow; but woe to him that is alone when he falleth; for he hath not another to help him. 

background image

~ Ecclesiastes 4 : 9-11 
 
 
- Nie mog

ę

 si

ę

 jutro z tob

ą

 uczy

ć

 – powiedział Harry przepraszaj

ą

co, wepchn

ą

wszy swoje pióra i atrament 

z powrotem do torby. 
- Och? Pełna nami

ę

tno

ś

ci randka? – za

Ŝ

artował Draco. 

Harry parskn

ą

ł. 

- Cholernie nieprawdopodobne. 
- Och, no tak. Zapomniałem. Dziewczyny nie lubi

ą

 szczupłych, ciemnowłosych, bystrych hetero-typów. 

- Zamknij si

ę

- Czyli to raczej kwestia „wi

ę

cej zabawy jest z blondynami”… 

- Czy ty chcesz, 

Ŝ

ebym ci

ę

 trzasn

ą

ł? 

- Hmm... doda

ć

 „perwersyjny” do listy potterowych cech – Draco zamy

ś

lił si

ę

. Na jego twarzy zacz

ą

ł si

ę

 

pojawia

ć

 szeroki u

ś

miech. – Kto by pomy

ś

lał, 

Ŝ

e jeste

ś

 takim masochist

ą

- Malfoy… - uprzedził Harry. – Wiesz, nie jestem akurat zainteresowany 

Ŝ

adn

ą

 dziewczyn

ą

. Wi

ę

c… do

ść

 

teorii o „pełnych nami

ę

tno

ś

ci randkach”. Nie mog

ę

 si

ę

 jutro z tob

ą

 zobaczy

ć

, bo zbli

Ŝ

a si

ę

 mecz z 

Ravenclawem i mamy zaplanowany dodatkowy trening Quidditcha. 
Nast

ą

piła przerwa. 

- Och, jasne. Quidditch – ostatecznie troch

ę

 sztywno odpowiedział Draco. 

Harry przygryzł warg

ę

. Nagle przypomniał sobie, 

Ŝ

e to była jedyna rzecz, której Draco ju

Ŝ

 nigdy nie b

ę

dzie 

mógł robi

ć

Ś

lizgon grał niegdy

ś

 dla swojej dru

Ŝ

yny z tak

ą

 dum

ą

 i zawzi

ę

to

ś

ci

ą

, jak Harry dla swojej a

Ŝ

 do 

teraz, ale nigdy ju

Ŝ

 o tym nie wspominał. 

- Przepraszam – wymamrotał Harry. – Powinienem był… 

ś

aden problem, Potter – przerwał Draco ze zbyt jasnym u

ś

miechem. – Do zobaczenia w pi

ą

tek? 

- Tak, oczywi

ś

cie, ale… - Harry popatrzył na przyjaciela z trosk

ą

. Twarz Draco pod u

ś

miechem wygl

ą

dała 

na raczej spi

ę

t

ą

. – Wszystko w porz

ą

dku? 

U

ś

miech lekko ze

ś

lizgn

ą

ł si

ę

 z rysów jego twarzy. 

- Nic mi nie jest – krótko odpowiedział blondyn. – I, mimo wszystko, nie mo

Ŝ

emy dopu

ś

ci

ć

Ŝ

eby

ś

 przegrał, 

tym razem z Krukonami, prawda? Id

ź

 trenowa

ć

. Do zobaczenia w pi

ą

tek – odwrócił si

ę

 i zacz

ą

ł 

skrupulatnie pakowa

ć

 swoje ksi

ąŜ

ki i materiały do torby. 

- Jasne – powiedział Harry z westchnieniem, wiedz

ą

c, 

Ŝ

e nic wi

ę

cej nie osi

ą

gnie. Wstał i skierował si

ę

 do 

drzwi. – Do zobaczenia w pi

ą

tek. 

 
~*~*~ 
 
Kiedy szedł do swojego pokoju wspólnego, zacz

ą

ł si

ę

 zastanawia

ć

, dlaczego nigdy wcze

ś

niej tak 

naprawd

ę

 nie zauwa

Ŝ

ył, 

Ŝ

e Draco unikał jak plagi nawet wspominania o Quidditchu. I w ogóle 

czymkolwiek, co by si

ę

 do niego odnosiło. Tak jakby gra ju

Ŝ

 dłu

Ŝ

ej dla niego nie istniała. Harry 

przypomniał sobie, jak 

Ś

lizgon natychmiast odrzucił pomysł pojedynkowania si

ę

 na boisku, ale nie podał 

Ŝ

adnego uzasadnienia; wytłumaczył tylko, dlaczego chciał unikn

ąć

 terenu obok chaty Hagrida. Czy był na 

ostatnim meczu Slytherinu z Hufflepuffem? Trudno było dostrzec pojedyncz

ą

 twarz w tłumie uczniów, ale 

bior

ą

c pod uwag

ę

 jego dzisiejsze zachowanie, Harry podejrzewał, 

Ŝ

e nie. Dla Harry’ego wystarczaj

ą

co 

straszne było zobaczy

ć

 ciemnowłosego Laynee Gruena, graj

ą

cego jako szukaj

ą

cy Slytherinu zamiast 

znajomego blondyna. Prawdopodobnie dla Draco przyj

ść

 i słucha

ć

, jak komentator mówi o jego zast

ę

pcy, 

byłoby zbyt bolesne. Mimo to… nie mógł unika

ć

 tego wiecznie, prawda? Quidditch znaczył zbyt wiele dla 

całego czarodziejskiego 

ś

wiata. 

 
Harry oparł si

ę

 pokusie uderzenia głow

ą

 w por

ę

cz, kiedy wspinał si

ę

 po schodach do wie

Ŝ

y Gryffindoru. 

Przez to, 

Ŝ

e nie pomy

ś

lał o uczuciach Draco wcze

ś

niej, czuł si

ę

 teraz jak niewra

Ŝ

liwy idiota, ale był te

Ŝ

 

równie zły na Draco za unikanie tematu tak długo. Zbyt du

Ŝ

o było tego, czego unikał. 

 
Poza tym, jak on sam by si

ę

 czuł, gdyby co

ś

 nie pozwoliło mu ju

Ŝ

 nigdy wi

ę

cej zagra

ć

 w Quidditcha? 

Wn

ę

trzno

ś

ci Harry’ego zamarzły na sam

ą

 my

ś

l o tym. Czy byłby w stanie chodzi

ć

 na mecze i dobrze si

ę

 

bawi

ć

 jedynie jako widz? Uwielbiał ogl

ą

da

ć

 gry, które go nie dotyczyły, ale tylko dlatego, 

Ŝ

e miał pewno

ść

Ŝ

e b

ę

dzie miał swoj

ą

 kolej na niebie. Co, gdyby nie na tym to polegało? 

 

background image

Harry westchn

ą

ł. Tak wiele było rzeczy, które dla niego były oczywiste, a dla Draco ju

Ŝ

 nie, a on nadal 

nalegał na zachowywanie pozorów normalno

ś

ci. 

 
~*~*~ 
 
Dzie

ń

, który przywitał odziane na czerwono i niebiesko dru

Ŝ

yny, był do

ść

 pochmurny, kiedy weszli w 

sobot

ę

 na boisko. Przeciwniczk

ą

 Harry’ego była Bethany, blondwłosa dziewczyna z pi

ą

tego roku, zupełna 

antyteza Cho. Zaskakuj

ą

co oboj

ę

tnym wzrokiem Harry ocenił, 

Ŝ

e była raczej ładna. Jej włosy z pewno

ś

ci

ą

 

mogły zosta

ć

 uznane za najbardziej przyci

ą

gaj

ą

c

ą

 oko cech

ę

, z długimi, srebrzystymi pasmami 

ś

ci

ą

gni

ę

tymi w warkocz wzdłu

Ŝ

 pleców. Ale zorientował si

ę

 tak

Ŝ

e, 

Ŝ

e zupełnie nie był zainteresowany ni

ą

 

jako cało

ś

ci

ą

. Chocia

Ŝ

 Ron prawdopodobnie byłby. S

ą

dz

ą

c po tym, jak długo trwał jego zwi

ą

zek z Mandy, 

Harry pomy

ś

lał, 

Ŝ

e nie byłby zaskoczony, gdyby przyjaciel spróbował w jaki

ś

 sposób zbli

Ŝ

y

ć

 si

ę

 do tej 

dziewczyny. 
 
Gra si

ę

 rozpocz

ę

ła i Harry usun

ą

ł si

ę

 z toru akcji przy owalnych p

ę

tlach, wypatruj

ą

c połysku złotego 

znicza. Złapał si

ę

 jednak na tym, 

Ŝ

e od czasu do czasu rzuca okiem w dół, na kibiców, próbuj

ą

wypatrze

ć

, czy Draco przyszedł obejrze

ć

 spotkanie. Kilka razy zauwa

Ŝ

ył srebrnozłoty błysk niedaleko 

siebie i jego głowa odwracała si

ę

 automatycznie tylko po to, by przypomnie

ć

 sobie, 

Ŝ

e to była szukaj

ą

ca 

Ravenclawu. Trybuny były pełne i trudno było dostrzec pojedyncze osoby, ale, tak jak przewidywał, Draco 
w

ś

ród hordy wrzeszcz

ą

cych fanów nie było. 

 
Spróbował wyrzuci

ć

 chłopaka z my

ś

li. Cały sens dodatkowej sesji treningowej w tym tygodniu polegał na 

pobiciu dobrze wyszkolonej dru

Ŝ

yny Ravenclawu, a ich szukaj

ą

ca była jedn

ą

 z najbardziej uzdolnionych 

graczy. Wyciszył Deana – który przej

ą

ł rol

ę

 komentatora – tłum i tyle akcji, ile mógł zignorowa

ć

 bez 

ryzyka, 

Ŝ

e si

ę

 z czym

ś

 zderzy, i skoncentrował si

ę

 wył

ą

cznie na wymanewrowaniu swojej przeciwniczki. 

Rezultat był bli

Ŝ

ej ni

Ŝ

 by sobie 

Ŝ

yczył, bo na ko

ń

cu jego miotły, i wystarczyło mu odpowiednio długie 

si

ę

gni

ę

cie. Spocony, ale triumfuj

ą

cy, zamkn

ą

ł dło

ń

 wokół małej, trzepotliwej piłeczki i podniósł j

ą

 w gór

ę

Ŝ

eby wszyscy zobaczyli. Zwyci

ę

stwo! 

 
Jego dru

Ŝ

yna zebrała si

ę

 wokół niego w euforii. Dzi

ę

ki tej wygranej nadal uczestniczyli w wy

ś

cigu o 

Puchar Quidditcha, mimo swojej wcze

ś

niejszej pora

Ŝ

ki ze Slytherinem. B

ę

d

ą

 po prostu musieli upewni

ć

 

si

ę

Ŝ

e próg ich wygranej z Hufflepuffem jest wystarczaj

ą

co wysoki. W powodzi 

ś

miechu, planów imprezy i 

radosnego „robienia p

ę

tli – wokół p

ę

tli”*, wyl

ą

dowali na ziemi, przyj

ę

li gratulacje od swojego Domu i cał

ą

 

chmar

ą

 ruszyli w stron

ę

 zamku, by zacz

ąć

 

ś

wi

ę

towa

ć

 
Bez Harry’ego. 
 
Kiedy Dean i Seamus posadzili go sobie uroczy

ś

cie na ramionach, Harry zauwa

Ŝ

ył Draco. Samego – nie 

na gwałtownie pustoszej

ą

cych trybunach, ale stoj

ą

cego po odległej stronie boiska na neutralnym terenie. 

 
Harry wypl

ą

tał si

ę

 z u

ś

cisku przyjaciół. 

- Id

ź

cie beze mnie, b

ę

d

ę

 za minut

ę

 – powiedział im. 

W odpowiedzi podnie

ś

li jedne ciemne i jedne piaskowoblond brwi, a potem wzruszyli ramionami i 

wyszczerzyli z

ę

by, my

ś

lami wróciwszy ju

Ŝ

 do 

ś

wi

ę

towania. 

- Tylko niech to nie potrwa za długo – powiedział mu Seamus. – Mama Collina i Dennisa przysłała im 
ostatnio wielkie pudło słodyczy z Miodowego Królestwa i oszcz

ę

dzali je na dzisiaj. Poza tym, co to za 

impreza bez szukaj

ą

cego? 

Harry u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do niego szeroko. 

- Uratuj kilka dla mnie, dobrze? I jestem pewien, 

Ŝ

e impreza uda si

ę

 po prostu 

ś

wietnie, nasi 

ś

cigaj

ą

cy 

zwykle 

ś

wi

ę

tuj

ą

 wystarczaj

ą

co gło

ś

no za cały Dom! – Wszyscy si

ę

 roze

ś

miali. Wtedy, machaj

ą

c im, 

odwrócił si

ę

 i utorował sobie drog

ę

 przez szybko szczuplej

ą

cy tłum, odbieraj

ą

c gratulacje lub unikaj

ą

spojrze

ń

 tych, których mijał, a

Ŝ

 w ko

ń

cu dotarł do samotnego 

Ś

lizgona. Draco stał cicho na skraju boiska, 

z twarz

ą

 odchylon

ą

 w niebo, jakby niewidoczna gra nadal si

ę

 toczyła. 

 
- Nie byłem pewny, czy nadal przychodzisz na mecze – powiedział 
Harry z wahaniem, kiedy podszedł bli

Ŝ

ej. 

background image

Blondyn wzruszył ramionami, wykonuj

ą

c głow

ą

 ten niezupełnie kompletny obrót, jakby nie mógł si

ę

 

zdecydowa

ć

, czy skierowa

ć

 w stron

ę

 Harry’ego oczy czy uszy. 

- Nie przychodz

ę

. Ale dzisiaj było tak gło

ś

no, 

Ŝ

e wsz

ę

dzie w zamku słyszałem wrzaski – powiedział. – 

Wi

ę

c pomy

ś

lałem, 

Ŝ

e skoro nie mog

ę

 si

ę

 uczy

ć

, równie dobrze mog

ę

 wyj

ść

 i usłysze

ć

 rzeczywisty wynik. 

Harry nie mógł powstrzyma

ć

 u

ś

miechu. Przypuszczał, 

Ŝ

e Draco nie mówił zupełnie całej prawdy na temat 

swoich nonszalanckich przyczyn bycia tutaj – to nie tak, 

Ŝ

e dzisiejszy mecz był chocia

Ŝ

 troch

ę

 gło

ś

niejszy 

ni

Ŝ

 ka

Ŝ

dy inny. Ale nie był pewien, czy go to obchodziło. Liczyło si

ę

Ŝ

e Draco tutaj był. Postawił stop

ę

 na 

boisku. I widział – no, słyszał – jak Harry gra. 
- No i co my

ś

lisz? 

Draco przerwał, 

Ŝ

eby si

ę

 nad tym zastanowi

ć

- To du

Ŝ

o mniej interesuj

ą

ce, tylko o tym słysze

ć

, a nie widzie

ć

. Przez wi

ę

kszo

ść

 czasu nie miałem 

poj

ę

cia, co zamierzałe

ś

 ty albo szukaj

ą

cy Ravenclawu, a

Ŝ

 do samego ko

ń

ca, kiedy 

ś

cigali

ś

cie si

ę

 o znicz. 

Opis Thomasa skupiał si

ę

 głównie na innych graczach. – wzruszył ramionami. – Było okej. Gratulacje, tak 

przy okazji – obdarzył go skromnym u

ś

miechem. 

- Dzi

ę

ki – odpowiedział Harry, próbuj

ą

c wymy

ś

li

ć

 sposób, by Draco do

ś

wiadczył tego, co go omin

ę

ło. – 

Nie przegapiłe

ś

 zbyt du

Ŝ

o, naprawd

ę

. Wiesz, jak jest: latasz w pobli

Ŝ

u, kr

ę

c

ą

c młynka kciukami przez 

wi

ę

kszo

ść

 gry, a potem masz pi

ęć

 minut wariackich uników, 

ś

cigania si

ę

 i gwałtownego pikowania, by 

pobi

ć

 drugiego szukaj

ą

cego. 

Mina Draco lekko zbladła. 
- Tak – odpowiedział powoli. - Pami

ę

tam. 

Harry zagryzł warg

ę

. Czuł si

ę

, jakby wszystko robił 

ź

le; próbował odnie

ść

 to do

ś

wiadczenie do sytuacji, a 

nie sprawi

ć

, by 

Ś

lizgon zacz

ą

ł bardziej t

ę

skni

ć

. Przeszukał wzrokiem puste teraz boisko, próbuj

ą

pomy

ś

le

ć

 o czym

ś

, co mógłby powiedzie

ć

 albo zrobi

ć

, by przypomnie

ć

 ten dreszcz emocji. Wtedy jego 

wzrok padł na Błyskawic

ę

, nadal zaci

ś

ni

ę

t

ą

 w jego uchwycie. 

- Hej – powiedział w ko

ń

cu drugiemu chłopakowi – czemu nie polatasz sobie ze mn

ą

Draco nachmurzył si

ę

- To nie jest 

ś

mieszne, Potter. 

- Nie, mówi

ę

 powa

Ŝ

nie. Wiesz, mo

Ŝ

esz usi

ąść

 za mn

ą

, moja miotła jest wystarczaj

ą

co silna. Wtedy znowu 

b

ę

dziesz mógł lata

ć

. Zało

Ŝę

 si

ę

Ŝ

e nie robiłe

ś

 tego od… no wiesz… wyp… 

- Nie ma mowy. – Draco przerwał mu, potrz

ą

saj

ą

c głow

ą

. – Potter, nie mog

ę

Ale Harry był zdeterminowany. Mo

Ŝ

e i były rzeczy, których Draco ju

Ŝ

 nie mógł robi

ć

 – jak by

ć

 szukaj

ą

cym 

– ale latanie w duecie było z pewno

ś

ci

ą

 mo

Ŝ

liwe. Nigdy wi

ę

cej wymigiwania si

ę

- Owszem, mo

Ŝ

esz – powiedział do Draco, ustawiaj

ą

c miotł

ę

 na pozycji pomi

ę

dzy nimi. – Tutaj. – Wspi

ą

ł 

si

ę

 na miotł

ę

, potem odwrócił si

ę

 i chwycił dło

ń

 chłopaka, kieruj

ą

c j

ą

 do r

ą

czki za sob

ą

. – Tu jest miotła. Ja 

jestem z przodu, wi

ę

c mo

Ŝ

esz po prostu si

ę

 mnie przytrzyma

ć

. Nie musisz si

ę

 martwi

ć

 kierowaniem czy 

co

ś

Widział, jak Draco odruchowo zamkn

ą

ł palce wokół r

ą

czki miotły i instynktownie przerzucił gór

ą

 nog

ę

Ś

wietnie wi

ę

c – powiedział Harry, szczerz

ą

c z

ę

by, kiedy z powrotem odwracał si

ę

 do przodu. – No to 

lecimy! 
I z tymi słowami odepchn

ą

ł si

ę

 od ziemi. Wznie

ś

li si

ę

 w gór

ę

 
<*>*<*>*<*> 
 
Kiedy miotła si

ę

 wzniosła, Draco chwycił si

ę

 dla bezpiecze

ń

stwa ciała przed nim, trzymaj

ą

c jedn

ą

 dło

ń

 

zaci

ś

ni

ę

t

ą

 na r

ą

czce miotły, a drug

ą

 ciasno przyciskaj

ą

c do torsu Harry’ego. Jak, u diabła, pozwolił si

ę

 na 

to namówi

ć

? Kiedy poczuł miotł

ę

 w r

ę

ce, dosiadł jej automatycznie, nie my

ś

l

ą

c – ale była ona ostatnim 

miejscem, w którym chciał si

ę

 znajdowa

ć

 
To prawda, 

Ŝ

e t

ę

sknił za lataniem. Potrafił lata

ć

 na miotle odk

ą

d pami

ę

tał i był wyj

ą

tkowo zirytowany tym, 

Ŝ

e Harry wygrał pozycj

ę

 w dru

Ŝ

ynie swojego Domu jako pierwszoroczny, zwłaszcza bior

ą

c pod uwag

ę

Ŝ

wiedział, i

Ŝ

 jego zdolno

ś

ci były równie dobre. Kiedy tylko potrzebował chwili dla siebie albo musiał pozby

ć

 

si

ę

 troch

ę

 frustracji (zwykle przez Harry’ego), chodził lata

ć

. Ale od czasu wypadku nie tylko został 

uziemiony, ale te

Ŝ

 próbował całkowicie wyrzuci

ć

 latanie z głowy. Bezsensowne było rozpami

ę

tywanie 

tego, co stracił, a ka

Ŝ

de wspomnienie latania, które przyszło mu na my

ś

l, zawsze ko

ń

czyło si

ę

 

chorobliwym chrz

ę

stem i ciemno

ś

ci

ą

. Unikał chodzenia na boisko czy zwracania uwagi na rozgrywki 

Quidditcha i opuszczał pokój, je

ś

li usłyszał kogokolwiek dyskutuj

ą

cego o czymkolwiek cho

ć

by pobie

Ŝ

nie 

background image

zwi

ą

zanego z miotł

ą

 
Ale tego ranka co

ś

 przyci

ą

gn

ę

ło go na boisko; powiedział sobie, 

Ŝ

e to przez hałas w zamku, ale w 

rzeczywisto

ś

ci chciał wiedzie

ć

, jak radzi sobie Harry. Mimo całego swojego w

ś

cibstwa i innych irytuj

ą

cych 

zwyczajów, Gryfon stał si

ę

 przyjacielem, kim

ś

 coraz wa

Ŝ

niejszym w 

Ŝ

yciu Draco pomimo jego lepszego 

systemu warto

ś

ci. 

 
A skoro mowa o sprzeciwianiu si

ę

 jego lepszemu systemowi warto

ś

ci – teraz był tutaj, z tyłu miotły 

Harry’ego, trzymaj

ą

c si

ę

, jakby od tego zale

Ŝ

ało jego 

Ŝ

ycie. Odkrywał, 

Ŝ

e przebywanie w powietrzu z 

niemo

Ŝ

no

ś

ci

ą

 widzenia było niewiarygodnie dezorientuj

ą

ce. Na ziemi przynajmniej wiedział, w jakim szedł 

kierunku, tutaj nie miał w ogóle 

Ŝ

adnych czuciowych wskazówek oprócz tego, co mogło mu przekaza

ć

 

jego skonsternowane i przepracowane ucho wewn

ę

trzne. Przy pierwszym skr

ę

cie, który zrobił Harry, 

powieki Draco automatycznie si

ę

 zacisn

ę

ły. Je

ś

li nie mógł widzie

ć

, mógł przynajmniej udawa

ć

Ŝ

e było to 

celowe. Jako

ś

 czyniło to łatwiejszym do zniesienia, ni

Ŝ

 trzymanie oczu otwartych, łzawi

ą

cych na wietrze, 

bezskutecznie próbuj

ą

c dostarczy

ć

 informacje zdezorientowanemu mózgowi. 

 
- Wszystko w porz

ą

dku tam, z tyłu? - usłyszał, jak Harry woła przez wiatr. 

- Czułem si

ę

 ju

Ŝ

 lepiej. Nie skr

ę

caj tyle – j

ę

kn

ą

ł, kiedy poczuł, 

Ŝ

e miotła znowu si

ę

 obróciła. – Chyba si

ę

 

pochoruj

ę

Poczuł, 

Ŝ

e poziom lotu si

ę

 obni

Ŝ

a i jego wewn

ę

trzne ucho wreszcie si

ę

 dopasowało. 

- Przepraszam za to – dobiegł go głos Gryfona. Draco przyciskał cały bok twarzy do pleców chłopaka; 
wibracje przebiegły mu koło policzka. – Czy tak jest lepiej? 
- Troch

ę

. Powiedz mi, je

ś

li planujesz jeszcze co

ś

 zabawnego – czuł bicie serca chłopaka pod swoimi 

palcami, jego własne dudniło szale

ń

czo z przera

Ŝ

enia pod swetrem. Ekstrawaganckie ruchy nie tylko go 

oszołomiły, ale tak

Ŝ

e przypominały mu o jego ostatnim dzikim po

ś

cigu – epizodzie, który sko

ń

czył si

ę

 dla 

niego strzaskaniem głowy. Nie miał poj

ę

cia, czy były jakiekolwiek przeszkody, poj

ę

cia, jak wysoko lecieli 

czy czegokolwiek o ich pozycji w ogóle. Ale kiedy lot si

ę

 wyrównał i nic wielkiego si

ę

 nie wydarzyło, zacz

ą

ł 

si

ę

 minimalnie rozlu

ź

nia

ć

- Malfoy, musz

ę

 zawróci

ć

, zbli

Ŝ

am si

ę

 za bardzo do Zakazanego Lasu – znowu zawołał Harry. – Mam 

zamiar zrobi

ć

 zwrot w prawo. Gotowy? 

- Taa, tak my

ś

l

ę

 – odpowiedział Draco, przygotowuj

ą

c si

ę

 na wi

ę

ksz

ą

 dezorientacj

ę

. Ale ta nigdy nie 

nadeszła. Z ostrze

Ŝ

eniem Harry’ego zorientował si

ę

Ŝ

e przechyla si

ę

 w dokładnie odpowiednim kierunku, 

zachowuj

ą

c mentalne drogowskazy, z której strony był „dół”. Jeszcze nie mógł naprawd

ę

 powiedzie

ć

, jak 

du

Ŝ

y był to zakr

ę

t, ale kiedy miotła si

ę

 wyprostowała, usiadł razem z ni

ą

 i do

ś

wiadczył tylko krótkiego 

momentu niepewno

ś

ci, zanim znów zadziałał jego własny balans. Otworzył oczy. 

 
Nico

ść

 
Draco nagle uderzyło, jak wiele po prostu tracił. Nie tylko było trudniej utrzyma

ć

 równowag

ę

 ze wszystkimi 

kierunkami otwartymi na ruch, ale był te

Ŝ

 cały wizerunek 

ś

wiata, który zablokował w swojej pami

ę

ci. I 

teraz sobie przypominał. 

ś

adnych widoków wierzchołków drzew, 

Ŝ

adnych kolorowych malutkich 

krajobrazów pod nim. 

ś

adnych wy

ś

cigów pomi

ę

dzy ptakami dookoła wie

Ŝ

 zamku czy podziwiania morza 

bieli po 

ś

nie

Ŝ

ycy. 

 
Znowu zamkn

ą

ł oczy. Jego mózgowi nie robiło to ró

Ŝ

nicy, ale tak jak wcze

ś

niej, było jako

ś

 łatwiej 

pogodzi

ć

 si

ę

 z brakiem, je

ś

li udawał, 

Ŝ

e był tylko stan przej

ś

ciowy, pod jego kontrol

ą

 – opuszczone 

powieki, nie zniszczone komórki nerwowe. 
 
Z zamkni

ę

tymi oczami i Harrym, krzycz

ą

cym do niego przed ka

Ŝ

d

ą

 zmian

ą

 kierunku, któr

ą

 wykonywał, 

Draco zacz

ą

ł zwraca

ć

 wi

ę

ksz

ą

 uwag

ę

 na poczucie lotu. 

Ś

mig przemykaj

ą

cego obok wiatru był 

rozlu

ź

niaj

ą

cy; uczucie miotły poni

Ŝ

ej wygodne, nawet je

ś

li do

ś

wiadczenie nie mogło by

ć

 kompletne. To 

tutaj zawsze uwielbiał przebywa

ć

. W powietrzu. 

 
I tym razem z Harrym, który, chocia

Ŝ

 Draco zawsze to wy

ś

miewał, dawał poczucie bezpiecze

ń

stwa – t

ą

 

cholern

ą

 osobowo

ś

ci

ą

 „bohatera”, któr

ą

 zawsze roztaczał. Rozlu

ź

nił swój paniczny u

ś

cisk na chłopaku, 

ale pozostawił rami

ę

 dookoła niego dla dodatkowej równowagi, czuj

ą

c, 

Ŝ

e jego serce dopasowuje si

ę

 

background image

bardziej do lekkich uderze

ń

 pod jego r

ę

k

ą

; dr

Ŝą

ce pod wpływem lotu, ju

Ŝ

 nie wal

ą

ce z przera

Ŝ

enia. Harry 

nadal miał na sobie swoj

ą

 szat

ę

 do Quidditcha – Draco rozpoznał materiał dru

Ŝ

ynowych szat i swetra – i 

nadal był troch

ę

 spocony po wy

ś

cigu o znicz. Przechylony w kierunku ciepła Gryfona, wdychaj

ą

c znany 

zapach ci

ęŜ

kiej gry, Draco znów zacz

ą

ł czu

ć

 si

ę

 bardziej sob

ą

. Po kilku nast

ę

pnych zakr

ę

tach i paru lekko 

odwa

Ŝ

niejszych ruchach zdecydował, 

Ŝ

e był zdolny do czego

ś

 wi

ę

cej. 

 
- Zanurkuj – zawołał. 
Poczuł, 

Ŝ

e Harry lekko odwraca si

ę

 do tyłu, jakby próbował na niego spojrze

ć

- Jeste

ś

 pewien? 

- Taa. Tylko mi powiedz, kiedy masz zamiar to zrobi

ć

- Okej – w jego głosie nadal było troch

ę

 niepewno

ś

ci, ale Draco wiedział, 

Ŝ

e Harry uwielbia odwa

Ŝ

ne 

ruchy; nie było mowy, 

Ŝ

eby nie skorzystał z okazji. Gryfon powiedział „trzymaj si

ę

, daj mi tylko wróci

ć

 na 

boisko, nie wyobra

Ŝ

am sobie nurkowania w pobli

Ŝ

u jeziora” wystarczaj

ą

co pewnie. 

 
Min

ę

ło kilka minut, podczas których Harry wykrzyczał jeszcze kilka zmian kierunku. Draco prawie ich teraz 

nie potrzebował, był zupełnie skupiony na poczuciu miotły pod sob

ą

 i orientacyjnych wskazówkach, które 

dawało mu skr

ę

caj

ą

ce przed nim ciało Harry’ego. 

- Dobra – nadeszło ostrze

Ŝ

enie. – Lecimy… teraz! 

 
Dno 

Ŝ

ą

dka Draco cofn

ę

ło si

ę

, kiedy poczuł miotł

ę

 przechylaj

ą

c

ą

 si

ę

 stromo w przód i wyrywaj

ą

c

ą

 si

ę

 ku 

ziemi. To, 

Ŝ

e nie wiedział, jak du

Ŝ

o zostało mu do uderzenia, było troch

ę

 denerwuj

ą

ce, ale prawie go to 

nie obchodziło. Na dnie jego umysłu znajdowało si

ę

 niewypowiedziane przera

Ŝ

enie, 

Ŝ

e si

ę

 o co

ś

 

roztrzaska, ale jego ufno

ść

 w umiej

ę

tno

ś

ci latania Harry’ego je przemogła. Po prostu si

ę

 trzymał, 

pozwalaj

ą

c grawitacji przycisn

ąć

 si

ę

 zupełnie do ciała przed nim, zachwycaj

ą

c si

ę

 prze

Ŝ

yciem, chocia

Ŝ

 

przez cztery długie miesi

ą

ce zmuszał si

ę

, by o nim nie my

ś

le

ć

ś

miesznie krótkim czasie poczuł, 

Ŝ

e miotła wyrównuje poziom i nagle zwalnia. 

- Mam zamiar si

ę

 teraz zatrzyma

ć

 – powiedział Harry, nie musz

ą

c ju

Ŝ

 krzycze

ć

, teraz, kiedy wylecieli ju

Ŝ

 z 

wiatru. – Równie dobrze mog

ę

, skoro i tak jeste

ś

my ju

Ŝ

 tak nisko. 

 
Draco po prostu skin

ą

ł głow

ą

, zapominaj

ą

c na chwil

ę

Ŝ

e Harry siedzi plecami do niego i nie mógł tego 

zobaczy

ć

. Jego uszy nadal wypełniał szum wiatru i nagle przestał ufa

ć

 swojemu głosowi, 

Ŝ

e uda mu si

ę

 

przemówi

ć

 
Otworzył oczy i rozlu

ź

nił swój uchwyt wokół chłopaka, kiedy Harry zsiadł, czuj

ą

c nagły chłód po utracie 

kontaktu z drugim ciałem. I wtedy Gryfon był ju

Ŝ

 obok niego, bior

ą

c dło

ń

 Draco i kład

ą

c j

ą

 na swoim 

ramieniu, 

Ŝ

eby da

ć

 mu poczucie, jak wysoko nad ziemi

ą

 znajdowała si

ę

 miotła, i on sam zsiadał – 

trz

ę

s

ą

cy si

ę

 i przytłoczony, i niepewny, czy chce mu si

ę

 

ś

mia

ć

 czy płaka

ć

- Dzi

ę

ki, Potter – powiedział, dr

Ŝą

c

ą

 r

ę

k

ą

 odgarniaj

ą

c sobie włosy z oczu. 

ś

aden problem – nadeszła odpowied

ź

. – Wiem, 

Ŝ

e w zasadzie ci

ę

 do tego zmusiłem, ale wygl

ą

da na to, 

Ŝ

e poradziłe

ś

 sobie całkiem nie

ź

le. Chciałby

ś

 kiedy

ś

 zrobi

ć

 to jeszcze raz? 

Chciał, ale… 
- Jestem pewny, 

Ŝ

e masz do roboty lepsze rzeczy ni

Ŝ

 zabieranie mnie na przeja

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

 – Draco 

odpowiedział ze wzruszeniem ramion, kiedy rzeczywisto

ść

 nagle zdusiła ekscytacj

ę

, któr

ą

 wła

ś

nie czuł. – 

A poza tym, ju

Ŝ

 do

ść

 dla mnie zrobiłe

ś

- Wi

ę

c? To oferta. I ty te

Ŝ

 du

Ŝ

o dla mnie robisz, wiesz. Moje stopnie si

ę

 poprawiły i odk

ą

d z tob

ą

 pracuj

ę

mam wi

ę

ksze szanse na zdanie moich OWUTEMów. 

Zlekcewa

Ŝ

ył argument Harry’ego. 

- To nie to samo. Przecie

Ŝ

 nigdy w ogóle nie radziłe

ś

 sobie a

Ŝ

 tak 

ź

le. Ale robisz dla mnie pewne rzeczy, 

których ja nie mog

ę

 zrobi

ć

 dla ciebie, i tego nienawidz

ę

… - przerwał i zni

Ŝ

ył głos. – Bez urazy, Potter. Ale 

po prostu nie mog

ę

 prosi

ć

 ci

ę

 o robienie czegokolwiek wi

ę

cej. 

- Powtórz

ę

 – to oferta. 

Ś

wietnie si

ę

 bawiłem; nigdy przedtem nie latałem w duecie, poza jednym razem z 

Hermion

ą

, i du

Ŝ

o wi

ę

cej zabawy było z lataniem z tob

ą

, z kim

ś

, kto to rozumie. 

- Z kim

ś

, kto próbuje połama

ć

 ci 

Ŝ

ebra, chciałe

ś

 powiedzie

ć

 – odci

ą

ł si

ę

, przypominaj

ą

c sobie, raczej z 

zakłopotaniem, w jaki sposób 

ś

ciskał Harry’ego niczym przera

Ŝ

one dziecko. 

- Tylko przez kilka minut. W ka

Ŝ

dym razie, to i tak była moja wina, bo nie powiedziałem ci, co robi

ę

. Sam 

mi mówiłe

ś

, wtedy, kiedy ci

ę

 odprowadzałem, 

Ŝ

e musisz wiedzie

ć

, co si

ę

 dzieje, a ja zapomniałem. 

background image

- Ale nie powiniene

ś

 musie

ć

 mi mówi

ć

! – dłonie Draco nagle zacisn

ę

ły si

ę

 w pi

ęś

ci. – Latałem tak dobrze 

jak ty, a teraz spójrz na mnie! Potrzebuj

ę

 pomocy ze wszystkim! 

- To nieprawda, ty… 
- To prawda – powtórzył uparcie. Cz

ęść

 jego umysłu zastanawiała si

ę

, dlaczego mówi Harry’emu to 

wszystko, ale nagle to w nim zawrzało, niemo

Ŝ

liwe do powstrzymania. – Nawet kiedy robi

ę

 co

ś

 sam, 

umo

Ŝ

liwia mi to jakie

ś

 zakl

ę

cie, eliksir albo – parskn

ą

ł na to okre

ś

lenie – technika zast

ę

pcza. O 

wszystkich tych rzeczach, które ty robisz bez zastanowienia, ja musz

ę

 my

ś

le

ć

! Bez pomocy nie mog

ę

 ju

Ŝ

 

nic zrobi

ć

ś

adnego pisania, 

Ŝ

adnego chodzenia, 

Ŝ

adnego latania – potrz

ą

sn

ą

ł głow

ą

, kiedy powróciło do 

niego wspomnienie wznoszenia si

ę

ś

wie

Ŝ

e i jasne, z tej popołudniowej przygody. – Zwłaszcza latania – 

wyszeptał. – W ogóle nawet nie próbowałem wsi

ąść

 na miotł

ę

 od wypadku, ale wcze

ś

niej latałem przez 

cały czas i… - nagle jego krta

ń

 si

ę

 zacisn

ę

ła i musiał sił

ą

 wydoby

ć

 słowa. – A teraz nie mog

ę

 i… 

 
To wszystko było zbyt wiele. Pobyt z powrotem w powietrzu, robienie czego

ś

, co kochał tak zawzi

ę

cie, 

otworzyło co

ś

 gł

ę

boko w jego wn

ę

trzu, poczucie straty, które tak długo próbował zdławi

ć

. Opadł na 

ziemi

ę

, kiedy jego ci

ęŜ

ko zdobyte opanowanie zupełnie si

ę

 rozpadło. 

 
- Dlaczego? – krzykn

ą

ł, a krzyk rozpłyn

ą

ł si

ę

 w szloch. 

W całym swoim 

Ŝ

yciu nigdy nie czuł si

ę

 bardziej beznadziejny, nawet kiedy lekarze powiedzieli mu o 

swoich rokowaniach. Nie pozwolił na to. Po prostu przełkn

ą

ł wiadomo

ść

 i ci

ęŜ

ko pracował, 

Ŝ

eby wróci

ć

 do 

normalno

ś

ci. Tylko 

Ŝ

e nie wrócił. Ju

Ŝ

 nigdy nie b

ę

dzie normalnie. Przez reszt

ę

 

Ŝ

ycia b

ę

dzie ograniczony – 

przez magi

ę

, przez rzeczy, przez ludzi – zamiast by

ć

 dumnym, pot

ęŜ

nym człowiekiem, na którego był 

wychowywany. 
 
Harry spróbował co

ś

 powiedzie

ć

, ale Draco uci

ą

ł to, niezdolny do zaprzestania płaczu, nie chc

ą

c słysze

ć

 

Ŝ

adnych słów, które chłopak chciałby powiedzie

ć

. Mijały długie momenty w czasie których w

ś

ciekał si

ę

 na 

niesprawiedliwo

ść

 tego wszystkiego, w ko

ń

cu wylewaj

ą

c z siebie wszystko, co tłumił: swoje uczucie 

pora

Ŝ

ki i zm

ę

czenie, i zło

ść

 
W ko

ń

cu, jednak

Ŝ

e, kiedy zabrakło mu łez, poczuł, 

Ŝ

e Harry kl

ę

ka po jego boku i ciepła r

ę

ka dotkn

ę

ła jego 

ramienia. 
- C

śśś

. No dalej, Draco – wymamrotał Gryfon. – Wszystko b

ę

dzie dobrze. 

 
Draco uchylił si

ę

 od oferowanej mu wygody. 

- Nie! Nie, nie b

ę

dzie! B

ę

d

ę

 taki ju

Ŝ

 zawsze, zawsze b

ę

d

ę

 si

ę

 z tym borykał! – spróbował odepchn

ąć

 

Harry’ego, odbiec i uciec w 

Ŝ

alu i upokorzeniu, ale chłopak szybko go przytrzymał. 

- Draco, prosz

ę

! – błagał Harry. – Prosz

ę

, po prostu… zosta

ń

 tutaj i mów do mnie. Nikogo tu nie ma. 

Nikogo oprócz nas, i obiecuj

ę

Ŝ

e nikomu nie powiem. – przerwał. – Posłuchaj, ja… masz racj

ę

, ja nie 

wiem, jak to jest. Ale ty nie musisz zatrzymywa

ć

 tego dla siebie. Powiedz mi wi

ę

cej o tym, jak to jest. 

Mo

Ŝ

e… Mo

Ŝ

e to ci troch

ę

 pomo

Ŝ

e? 

Potrz

ą

sn

ą

ł głow

ą

, grzebi

ą

c w kieszeni w poszukiwaniu swojej chusteczki. 

- To niczego nie naprawi. Mógłbym mówi

ć

 dopóty, dopóki Longbottom nie zrobiłby jakiego

ś

 eliksiru 

wła

ś

ciwie, i nadal nie byłbym zdolny do… - przetarł nos i wzi

ą

ł gł

ę

boki oddech, próbuj

ą

c pozbiera

ć

 si

ę

 do 

kupy. – Wiesz, to niczego by nie zmieniło. 
Kolejna przerwa. Draco chciałby móc zobaczy

ć

, co robi chłopak: odniósł wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e Harry my

ś

li. Jego 

dło

ń

 nadal wygodnie spoczywała na ramieniu Draco, i Draco zauwa

Ŝ

ył nieobecnie, 

Ŝ

e w którym

ś

 

momencie Harry musiał zdj

ąć

 swoje r

ę

kawice. Jeszcze jedna rzecz, której nie był w stanie zobaczy

ć

- Nie dam ci twojego wzroku z powrotem, to prawda – powiedział w ko

ń

cu Gryfon. – Ale… wiem te

Ŝ

 z 

do

ś

wiadczenia, 

Ŝ

e milion razy trudniej jest robi

ć

 co

ś

 samemu ni

Ŝ

 z przyjaciółmi. Kiedy Ron był na mnie 

w

ś

ciekły podczas Turnieju Trójmagicznego… có

Ŝ

… powiem tylko, 

Ŝ

e du

Ŝ

o trudniej było stawi

ć

 czoła 

pierwszemu zadaniu ni

Ŝ

 innym, kiedy ju

Ŝ

 si

ę

 pogodzili

ś

my. Po prostu czu

ć

Ŝ

e ludzie ci

ę

 rozumiej

ą

, albo 

Ŝ

e mo

Ŝ

esz si

ę

 komu

ś

 poskar

Ŝ

y

ć

, kiedy czujesz si

ę

, jakby 

Ŝ

ycie ju

Ŝ

 nie mogło by

ć

 gorsze… Wiesz, tak jak 

powiedziałem wcze

ś

niej, ty masz ludzi dookoła siebie. Je

ś

li nie chcesz rozmawia

ć

 ze mn

ą

, mo

Ŝ

e mógłby

ś

 

porozmawia

ć

 z jednym ze swoich współdomowników. 

 
Draco wydał z siebie krótki 

ś

miech pozbawiony rado

ś

ci. 

ś

artujesz? Tak jak powiedziałem wcze

ś

niej, jeste

ś

my 

Ś

lizgonami. Nie s

ą

dz

ę

, aby ktokolwiek z nas w 

background image

ogóle zwierzał si

ę

 komukolwiek innemu z czego

ś

 naprawd

ę

 osobistego. Przez cały czas, odk

ą

d tu jestem. 

No, mo

Ŝ

e poza plotkami, kto z kim sypia. 

- A twoi rodzice? 
Kolejne prychni

ę

cie. 

- Mój ojciec nie zrobił nic oprócz zdradzenia mnie, teraz, kiedy moim przeznaczeniem nie jest ju

Ŝ

 zosta

ć

 

Ś

miercio

Ŝ

erc

ą

. My

ś

l

ę

Ŝ

e przygotowuje innego chłopaka do zaj

ę

cia mojego miejsca – jakiego

ś

 

czwartorocznego, którego rodzice wyl

ą

dowali w Azkabanie. 

- Powinienem był wiedzie

ć

Ŝ

e zamierzałe

ś

 zosta

ć

 

Ś

miercio

Ŝ

erc

ą

 – wymamrotał Harry. A potem dodał z 

ciekawo

ś

ci

ą

 – a co z twoj

ą

 matk

ą

- Moja matka stała si

ę

 kompletn

ą

 paranoiczk

ą

 – Draco skrzywił si

ę

. – A jak my

ś

lisz, dlaczego jestem taki, 

jaki jestem? Zmuszam si

ę

, by udowodni

ć

 mojemu ojcu, 

Ŝ

e nie potrzebuj

ę

 go, by osi

ą

gn

ąć

 sukces i 

uchroni

ć

 moj

ą

 matk

ę

 przed posiadaniem chimerów, czy jakkolwiek to, u diabła, nazywaj

ą

Harry zachichotał. 
- Przepraszam, ale… „chimery”? Czy ludzie tak jeszcze mówi

ą

- Niektórzy – odpowiedział Draco ze wzruszeniem ramion. Nagle poczuł si

ę

 bardzo zm

ę

czony. 

Przez kilka minut siedzieli w ciszy. Wtedy nagle Harry wybuchn

ą

ł: 

- Przepraszam. 
 
Draco odwrócił si

ę

 w stron

ę

 głosu chłopaka. 

- Za co? – zapytał, pragn

ą

c po raz milionowy móc naprawd

ę

 go widzie

ć

, a nie tylko musie

ć

 odgadywa

ć

 

jego min

ę

 i mow

ę

 ciała na podstawie głosu. 

- Za zaproponowanie ci latania. Powiedziałe

ś

 nie, a ja i tak ci

ę

 do tego zmusiłem. Pomy

ś

lałem, 

Ŝ

e b

ę

dzie 

zabawnie… co

ś

 ci zwróci

ć

, wiesz? – w jego głosie kryła si

ę

 rezygnacja. – Nie chciałem sprawi

ć

Ŝ

b

ę

dziesz my

ś

lał o wszystkich złych rzeczach. 

- Nic nie zrobiłe

ś

 – odpowiedział Draco ze zm

ę

czeniem. – wi

ę

c mo

Ŝ

esz przesta

ć

 czu

ć

 si

ę

 winnym. Jestem 

po prostu zagubiony, to nie twoja wina. Mam ju

Ŝ

 zwyczajnie dosy

ć

 ogranicze

ń

… to znaczy, nie mog

ę

 

nawet zobaczy

ć

 ciebie, a siedzisz tu

Ŝ

 obok. – podci

ą

gn

ą

ł si

ę

 na nogi. – A teraz, skoro ju

Ŝ

 zrobiłem z 

siebie totalnego głupka, s

ą

dz

ę

Ŝ

e zamierzam wróci

ć

 do swojego pokoju i spróbowa

ć

 zbyt wiele nie 

my

ś

le

ć

- Czekaj. – usłyszał, 

Ŝ

e Harry gramoli si

ę

 na nogi. – Mo

Ŝ

esz. 

 
Odwrócił si

ę

- Co mog

ę

- Mo

Ŝ

esz mnie zobaczy

ć

. Pami

ę

tasz? – poczuł, 

Ŝ

e chłopak łapie jego praw

ą

 dło

ń

 i podnosi j

ą

 do swojej 

twarzy. – W ten sposób. 
 
Draco zamarł, z dłoni

ą

 na policzku Harry’ego. Była tam, znowu, ta stała, realna, znajomo kanciasta twarz. 

Jak wiele razy od czasu tego pierwszego chciał znowu „zobaczy

ć

” Harry’ego, zamiast polega

ć

 jedynie na 

pami

ę

ci? Mnóstwo. Ale to było co

ś

, co mo

Ŝ

na zrobi

ć

 tylko raz, czy

Ŝ

 nie? Tylko po to, by udowodni

ć

Ŝ

e w 

tamtej chwili wiedział, jaka była mina Harry’ego. Nie mógł po prostu zacz

ąć

 od „wi

ę

c, co my

ś

lisz o 

ostatnim zadaniu z OPCMu, i, tak przy okazji, mog

ę

 ci

ę

 znowu dotkn

ąć

Ŝ

ebym mógł zobaczy

ć

, jak teraz 

wygl

ą

dasz?”. Ale Harry tu był, oferuj

ą

c mu szans

ę

, by go zobaczył. Znowu. Palce Draco wst

ę

pnie 

przesun

ę

ły si

ę

 po linii szcz

ę

ki Harry’ego, w dół ku dziwnie w

ą

skiemu podbródkowi. Poczuł i usłyszał, jak 

Harry unosi r

ę

ce i zdejmuje okulary; zauszniki klikn

ę

ły, kiedy je zło

Ŝ

ył. Potem, z tym dodatkowym 

przyzwoleniem, Draco nagle poczuł si

ę

 upowa

Ŝ

niony do wykorzystania okazji, któr

ą

 mu dano – jego 

dłonie w

ę

drowały przez cał

ą

 twarz Gryfona, przez jego brwi i cz

ęść

 jego niesfornej grzywki, prze

ś

lizguj

ą

si

ę

 wzdłu

Ŝ

 blizny, a potem w dół nosa. Muskaj

ą

c wierzchołki rz

ę

s, które, jak pami

ę

tał, były czarne, i przez 

spierzchni

ę

te od wiatru wargi. Usta były teraz nieruchome i powa

Ŝ

ne, ale pami

ę

tał, 

Ŝ

e widział je 

ś

miej

ą

ce 

si

ę

 i wykrzywiaj

ą

ce w grymasie, opadaj

ą

ce z zaskoczenia i zaci

ś

ni

ę

te w determinacji. To wszystko – 

włosy, szcz

ę

ka, usta, nos, blizna – uzupełniało wspomnienie Harry’ego, które nosił w pami

ę

ci, 

przywracaj

ą

c obrazy w jego umy

ś

le do pełnej ostro

ś

ci, 

Ŝ

ywe pod opuszkami jego palców. 

 
- Mog

ę

 spróbowa

ć

? – wyszeptał Harry. 

Zaskoczony, Draco zabrał r

ę

ce. 

- Spróbowa

ć

 czego? 

- Mog

ę

… ci

ę

 dotkn

ąć

? Zobaczy

ć

 ci

ę

 dło

ń

mi, tak jak ty widzisz mnie? 

background image

- Ale ty ju

Ŝ

 mnie widzisz. 

- To nie to samo. Powiedziałe

ś

Ŝ

e nie wiem, jakie to dla ciebie jest. Có

Ŝ

… chc

ę

 spróbowa

ć

. Czy to b

ę

dzie 

w porz

ą

dku? 

Draco zawahał si

ę

, a potem złagodniał. 

- Dobrze – wyszeptał. – Zamknij oczy. 
 
Przypuszczał, 

Ŝ

e Harry tak zrobił, poniewa

Ŝ

 nast

ę

pn

ą

 rzecz

ą

, jak

ą

 poczuł, był dotyk palców niepewnie 

muskaj

ą

cych bok jego szyi, jakby nie były pewne, dok

ą

d zmierzaj

ą

. Draco zamarł w zupełnym bezruchu, 

kiedy drugi chłopak si

ę

 orientował, czuj

ą

c dłonie Harry’ego przemykaj

ą

ce po jego twarzy i pod

ąŜ

aj

ą

ce 

ś

cie

Ŝ

k

ą

 podobn

ą

 do tej, któr

ą

 on wytyczył w swoich własnych badaniach. W gór

ę

 czoła Draco i przez jego 

brwi, 

ś

ledz

ą

c brzeg jego nosa i wgł

ę

bienie nad jego warg

ą

. Zimniejsza 

ś

cie

Ŝ

ka pojawiała si

ę

 tam, gdzie 

palce Harry’ego zostawiły smug

ę

 po kilku pozostałych łzach z jego policzków. Miał delikatny dotyk, ale 

odciskał on swoje pi

ę

tno nawet gł

ę

boko w 

Ŝ

ą

dku Draco, jakby Harry gładził jego dusz

ę

 tak samo jak 

jego powieki. Czy dla Harry’ego te

Ŝ

 wygl

ą

dało to w ten sposób? 

 
- Masz sp

ę

kane wargi – wymamrotał wreszcie Gryfon, przesuwaj

ą

c jednym palcem po jego ustach. 

- Ty te

Ŝ

 – u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 Draco, próbuj

ą

c nie ugry

źć

 Harry’ego w palec, kiedy mówił. – To od latania. 

- Taa, prawdopodobnie… - dło

ń

 cofn

ę

ła si

ę

 na jego policzek i zatrzymała si

ę

 tam, wn

ę

trzem ocieraj

ą

c si

ę

 

o bok jego twarzy. Potem ust

ą

piła. 

 
Cisza rozci

ą

gała si

ę

 dookoła nich i Draco nie był pewny, czy chciał j

ą

 przerwa

ć

, czy nie. To była chwila, 

kiedy nic innego nie istniało. 

ś

adne kłopoty, 

Ŝ

adni ludzie. Tylko oni. 

- My

ś

l

ę

… My

ś

l

ę

Ŝ

e powinni

ś

my ju

Ŝ

 wraca

ć

 – mrukn

ą

ł Harry po dłu

Ŝ

szej chwili. – Robi si

ę

 zimno. 

Draco nagle u

ś

wiadomił sobie zi

ą

b; zastanawiał si

ę

, czy si

ę

 zachmurzyło, skoro wcze

ś

niej było cieplej. 

- Tak, s

ą

dz

ę

Ŝ

e tak. 

 
Usłyszał delikatne klikni

ę

cie rozkładanych okularów Harry’ego, które ten przypuszczalnie zało

Ŝ

ył na nos. 

Spróbował nie by

ć

 zazdrosny, 

Ŝ

e chłopak znowu mógł mie

ć

 jaki

ś

 po

Ŝ

ytek ze swoich oczu. 

- A wi

ę

c, dowiedziałe

ś

 si

ę

 czego

ś

? – spytał, kiedy ruszyli drog

ą

 powrotn

ą

 do zamku. 

- Eee… twój nos odchyla si

ę

 lekko w prawo. 

Niespodziewana riposta wywołała cztery razy bardziej niespodziewany chichot. 

Ś

wietnie, 

ś

wietnie, wytykaj mi moje wady. 

- To nie jest wada – uparcie powiedział Harry. – Tylko nigdy wcze

ś

niej nie zwróciłem na to uwagi. 

 
Razem dotarli do ko

ń

ca drogi, rozł

ą

czaj

ą

c si

ę

 w pustym holu wej

ś

ciowym. 

- Do zobaczenia w poniedziałek, jak przypuszczam. – W niedziele uczyli si

ę

 osobno. 

- Jasne – odparł Draco. Nagle poczuł, 

Ŝ

e mógłby spa

ć

 a

Ŝ

 do poniedziałku, tak zm

ę

czony był 

wydarzeniami tego popołudnia. – Hej, Potter, je

ś

li chodzi o dzisiaj… Mo

Ŝ

emy po prostu zapomnie

ć

Ŝ

e to 

si

ę

 w ogóle wydarzyło? 

- Je

ś

li chcesz – odpowiedział Harry powoli. – Ale… có

Ŝ

, nie bierz tego do siebie, ale jestem z tego troch

ę

 

zadowolony. Z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 bardzo wiele zaprz

ą

ta ci głow

ę

Draco potrz

ą

sn

ą

ł głow

ą

. Nadal bardzo pragn

ą

ł, 

Ŝ

eby całe to rozklejanie si

ę

 w ogóle nie miało miejsca. 

- Tak s

ą

dz

ę

 – wymamrotał. Skierował si

ę

 w stron

ę

 lochów Slytherinu, ale nagle odwrócił si

ę

 w stron

ę

 

odgłosu kroków Harry’ego. – Hej, Potter? 
- Tak? 
- Dzi

ę

ki. Za lot, za wysłuchanie, za to, 

Ŝ

e pozwoliłe

ś

 mi si

ę

 zobaczy

ć

- Drobiazg. 
------------------------------------------------------------------------------- 
 
Lepiej jest dwom ni

Ŝ

 jednemu, gdy

Ŝ

 maj

ą

 dobry zysk ze swej pracy. Bo gdy upadn

ą

, jeden podniesie 

drugiego. Lecz samotnemu biada, gdy upadnie, a nie ma drugiego, który by go podniósł. 
 
~Ksi

ę

ga Koheleta 4:9-11 

 
*oryg. Loop-the-loops 
 

background image

Rozdział 6 
My

ś

li 

 
 
The thoughts of the day become the dreams of the night 
~ Chinese proverb 
 
 
Harry patrzył, jak Draco przechodzi przez klatk

ę

 schodow

ą

, pod

ąŜ

aj

ą

c za swoj

ą

 mał

ą

 naprowadzaj

ą

c

ą

 

kulk

ą

, a potem wspi

ą

ł si

ę

 po swoich stopniach do wie

Ŝ

y Gryffindoru. Na jego szcz

ęś

cie, schody 

postanowiły dzi

ś

 pozosta

ć

 w swojej zwykłej pozycji – był zbyt zaj

ę

ty my

ś

leniem o tym, czego do

ś

wiadczył, 

Ŝ

eby zwraca

ć

 jak

ą

kolwiek uwag

ę

 na to, dok

ą

d idzie. Zamiast tego pozwolił swoim stopom automatycznie 

wybiera

ć

 kierunki, a

Ŝ

 dotarł do znajomego portretu Grubej Damy. 

- Hasło? 
- D

Ŝ

ubd

Ŝ

ub ptakoj

ę

k*. 

 
Portret odchylił si

ę

 w tył. 

Ś

ciana 

ś

wiatła i d

ź

wi

ę

ku, która powitała Harry’ego, prawie go przewróciła. 

Impreza. Zupełnie zapomniał. Spojrzał w dół i troch

ę

 zaskoczyło go, 

Ŝ

e nadal jest w swoich szatach do 

Quidditcha. Gra wydawała si

ę

 odby

ć

 tak dawno… 

 
- Harry, gdzie

ś

 ty był? – Ron podbiegł do niego, kiedy właził przez dziur

ę

 od portretu. – Impreza trwa ju

Ŝ

 

całe wieki! 
- Co…? Och, ja… eee… co

ś

 mi wypadło i musiałem si

ę

 tym zaj

ąć

Brwi Rona zmarszczyły si

ę

 z trosk

ą

- Co

ś

 ci wypadło? Wszystko w porz

ą

dku? 

- Tak, tak, nic mi nie jest. Po prostu musiałem co

ś

 zrobi

ć

 i trwało to dłu

Ŝ

ej ni

Ŝ

 my

ś

lałem, przepraszam. – 

u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 lekko. – Ale ju

Ŝ

 jestem. Daj mi tylko minut

ę

 na wydostanie si

ę

 z tego pancerza, dobra? 

- No jasne – Ron zlustrował go z góry na dół, lekko marszcz

ą

c brwi. – Tak, lepiej id

ź

 si

ę

 przebra

ć

. Jeste

ś

 

pewny, 

Ŝ

e wszystko w porz

ą

dku? Wygl

ą

dasz na wyko

ń

czonego. 

 
Harry zbył go machni

ę

ciem r

ę

ki. 

- Nic mi nie jest. Wróc

ę

 za minut

ę

. – wspi

ą

ł si

ę

 po schodach do swojego dormitorium, słysz

ą

c krzyki Rona 

„Hej, wszyscy! Harry w ko

ń

cu przybył!” i odpowiadaj

ą

ce mu wrzaski rado

ś

ci odbijaj

ą

ce si

ę

 echem w 

pokoju wspólnym. Upu

ś

cił miotł

ę

 i przebrał si

ę

 tak szybko, jak tylko mógł, a potem poszedł do łazienki, by 

ochlapa

ć

 twarz wod

ą

. Zatrzymał si

ę

 jednak na widok swojego odbicia w lustrze, uwa

Ŝ

nie przygl

ą

daj

ą

c si

ę

 

swoim rysom. Co widział Draco, kiedy go dotkn

ą

ł? Z zamkni

ę

tymi oczami przesun

ą

ł mokrymi palcami po 

twarzy, przypominaj

ą

c sobie dotyk drugiego chłopaka. Woda na jego dłoniach przypomniała mu, jak starł 

z policzków Draco kilka mimowolnych łez, a pó

ź

niej o kompletnym załamaniu tamtego, którego był 

ś

wiadkiem. 

 
Z pokoju wspólnego podniósł si

ę

 gło

ś

niejszy ryk 

ś

miechu, przerywaj

ą

c jego zadum

ę

. Racja. Impreza. 

Otrz

ą

sn

ą

wszy si

ę

 z my

ś

li, Harry osuszył swoje dłonie i twarz, przesun

ą

ł raz szybko grzebieniem po 

włosach i po

ś

pieszył po schodach w dół. 

 
Osaczono go w tej samej minucie, w której pojawił si

ę

 w pokoju wspólnym. „

Ś

wietna gra, Harry!”, „Harry, 

uratowali

ś

my dla ciebie troch

ę

 słodyczy od Mamy!”, „Harry, wła

ś

nie omawiamy najwa

Ŝ

niejsze momenty: 

opowiedz nam o tym skr

ę

cie z korkoci

ą

giem pod koniec gry.” Kto

ś

 rzucił mu przemycon

ą

 butelk

ę

 

kremowego piwa, kto

ś

 inny wcisn

ą

ł mu w dłonie wi

ę

cej jedzenia. Mimo 

Ŝ

e impreza trwała ju

Ŝ

 od jakiego

ś

 

czasu, powrót brakuj

ą

cego gracza w jaki

ś

 sposób napełnił Gryfonów now

ą

 energi

ą

. Zorientował si

ę

Ŝ

jest ci

ą

gany od jednej grupy do drugiej, dyskutuje o grze, unika fajerwerków Filibustera i przyjmuje raczej 

rozchichotane wyrazy podziwu od grupy trzeciorocznych dziewczyn. 
 
Jednak

Ŝ

e jego umysł w ogóle nie skupiał si

ę

 na 

ś

wi

ę

towaniu i prawie niemo

Ŝ

liwe wydawało mu si

ę

 

zaanga

Ŝ

owanie w jakikolwiek rodzaj spójnej konwersacji, maj

ą

c tyle my

ś

li przetaczaj

ą

cych si

ę

 przez 

mózg. Strz

ą

sn

ą

wszy z siebie dziewcz

ę

ta, ze

ś

lizgn

ą

ł si

ę

 na krzesło i usiadł, poci

ą

gaj

ą

c długi łyk swojego 

kremowego piwa. Patrzył, jak współmieszka

ń

cy jego domu 

ś

miej

ą

 si

ę

 i rozmawiaj

ą

, przedstawiaj

ą

c sob

ą

 

background image

obraz idealnej rado

ś

ci, i zamiast tego pomy

ś

lał o pewnym chłopcu, który płakał z rozpaczy. 

 
Przypuszczał ju

Ŝ

 wcze

ś

niej, 

Ŝ

e Draco tłumi swoje emocje, ale nigdy by nie pomy

ś

lał, jak bardzo 

gwałtownie zachowa si

ę

, kiedy w ko

ń

cu p

ę

knie. To był moment zupełnej słabo

ś

ci. W

ą

tpił, 

Ŝ

e ktokolwiek 

kiedy

ś

 widział – albo jeszcze zobaczy – t

ę

 stron

ę

 Draco. Chocia

Ŝ

 Harry podejrzewał te

Ŝ

Ŝ

e to on sam, 

poprzez zabranie go lata

ć

, niechc

ą

cy spowodował p

ę

kni

ę

cie i w efekcie rozpad tej tamy. Nadal czuł si

ę

 

ogłuszony faktem, 

Ŝ

e był tam i wzi

ą

ł w tym udział. I je

ś

li miał by

ć

 ze sob

ą

 szczery, raczej si

ę

 cieszył, 

Ŝ

Ś

lizgon powiedział mu, jak si

ę

 czuje. Przynajmniej troch

ę

 
Cała ta sytuacja wzi

ę

ła Harry’ego kompletnie z zaskoczenia. Draco bywał wkurzony ju

Ŝ

 przedtem, jak 

wtedy, kiedy kłócili si

ę

 przy jeziorze, ale zawsze panował nad swoimi emocjami. Tym razem jednak 

załamał si

ę

 całkowicie i z pocz

ą

tku Harry nie wiedział, co powinien był powiedzie

ć

 czy zrobi

ć

. Gdyby to 

była Hermiona, zamkn

ą

łby j

ą

 w u

ś

cisku. Gdyby Ron, natychmiast poło

Ŝ

yłby mu r

ę

k

ę

 na ramieniu. Ale 

Draco był inny – nadal emitował t

ę

 niebezpieczn

ą

 aur

ę

 dumy, barier

ę

 ochronn

ą

, która nie zapraszała do 

dotyku nawet pod wpływem skrajnych emocji. A bior

ą

c pod uwag

ę

 to, 

Ŝ

e musiał wyrzuci

ć

 z siebie tak 

du

Ŝ

o, lepszym pomysłem wydawało si

ę

 po prostu pozwoli

ć

 mu kontynuowa

ć

 i zbli

Ŝ

y

ć

 si

ę

 dopiero potem. 

 
- Hej, Harry, zobacz! Wła

ś

nie sko

ń

czyłem wywoływa

ć

 zdj

ę

cia z gry. – Colin Creevey stał koło łokcia 

Harry’ego ze stosikiem fotografii w dłoni. Harry, który patrzył gdzie

ś

 w ogie

ń

, zagubiony w my

ś

lach, 

podskoczył na d

ź

wi

ę

k głosu młodszego chłopca. 

- Hmm? Och, to super, Colin – powiedział nieobecnym tonem. Z wysiłkiem skupił uwag

ę

 na zdj

ę

ciach. – 

To co, poogl

ą

damy je? 

 
Promieniej

ą

c, Colin pokazał mu obrazy. Mały entuzjasta aparatu opanował ostatecznie skomplikowany 

proces czarodziejskiej fotografii na trzecim roku i zaledwie rok pó

ź

niej dorobił si

ę

 tym sposobem posady 

oficjalnego fotografa dru

Ŝ

yny. 

 
- My

ś

l

ę

Ŝ

e ta jest najlepsza – ekscytował si

ę

, wyławiaj

ą

c jedn

ą

 ze sosu i kład

ą

c j

ą

 na wierzchu. Było to 

zbli

Ŝ

enie Harry’ego pod koniec gry, efekt zoomu Colina. Zobaczył, jak jego fotograficzne ja zmarszczyło 

brwi z koncentracj

ą

, a potem rozlu

ź

niło si

ę

 i u

ś

miechn

ę

ło szeroko z triumfem, kiedy złapał znicza. 

 
- Bardzo ładne – wymamrotał, po

ś

piesznie przerzucaj

ą

c pozostałe zdj

ę

cia. Zbli

Ŝ

enia nadlatuj

ą

cych graczy 

interesowały go mniej ni

Ŝ

 wi

ę

ksze zdj

ę

cia tłumu; prawdopodobnie które

ś

 mogłoby wskaza

ć

, w którym 

momencie gry pojawił si

ę

 Draco. Niestety, 

Ŝ

adne z uj

ęć

 Colina nie było skierowane we wła

ś

ciw

ą

 stron

ę

Ukrywaj

ą

c swoje rozczarowanie, Harry przykleił u

ś

miech do twarzy i pochwalił młodszego chłopca, a 

potem obserwował, jak z powrotem przedziera si

ę

 przez tłumy, by podzieli

ć

 si

ę

 swoimi skarbami z reszt

ą

 

członków dru

Ŝ

yny. 

 
Kiedy Colin odszedł, pomy

ś

lał o zdj

ę

ciu samego siebie z przybli

Ŝ

enia, w szczególno

ś

ci o ró

Ŝ

nych 

wyrazach twarzy, wy

ś

wietlonych na fotografii. Przypomniał sobie, jak Draco po raz pierwszy dotkn

ą

ł go, 

by udowodni

ć

Ŝ

e mo

Ŝ

e powiedzie

ć

, jaki wyraz twarzy przybrał Harry. To było do

ś

wiadczenie czysto 

akademickie, ale jego wpływ na Harry’ego był uderzaj

ą

cy. Drugi raz… dzisiaj… było tam jeszcze co

ś

 

zupełnie innego. I chocia

Ŝ

 to on sam go zainicjował, kład

ą

c r

ę

k

ę

 Draco na swoim policzku, nadal czuł, 

Ŝ

na sam

ą

 my

ś

l łapie nagły wdech. 

 
Ale nic nie przygotowało go na to, jakim uczuciem b

ę

dzie samemu dotkn

ąć

 Draco. Okr

ąŜ

anie rysów jego 

twarzy z zamkni

ę

tymi oczami było zdumiewaj

ą

co intymnym do

ś

wiadczeniem. Odkrywał ró

Ŝ

ne rzeczy o 

twarzy, o której my

ś

lał, 

Ŝ

e zna j

ą

 tak dobrze; twarzy, w któr

ą

 warczał jako młodszy chłopiec i uwa

Ŝ

nie 

obserwował nad ksi

ąŜ

kami i piórami przez kilka ostatnich miesi

ę

cy. Jego oczy mówiły mu, 

Ŝ

e skóra Draco 

była blada, 

Ŝ

e jego usta mogły by

ć

 uformowane w co

ś

 innego ni

Ŝ

 szyderstwo, 

Ŝ

e te szare oczy nadal 

uderzały, pomimo swojej pustki. Ale jego palce powiedziały mu o małym odchyleniu w jego nosie, i jak 
drobne były jego rz

ę

sy, i jak ciepły i 

Ŝ

ywy był nadal on sam, pod cał

ą

 swoj

ą

 powierzchown

ą

 

pow

ś

ci

ą

gliwo

ś

ci

ą

. Efekt ko

ń

cowy był intensywny, w jaki

ś

 sposób bardziej osobisty ni

Ŝ

 załamanie 

emocjonalne, którego 

ś

wiadkiem był Harry. Kiedy Harry poło

Ŝ

ył dło

ń

 na policzku Draco, zwalczył nagł

ą

 

ch

ęć

, by si

ę

 pochyli

ć

 i pocałowa

ć

 drugiego chłopca; to sprawiało wra

Ŝ

enie naturalnej kolei rzeczy, któr

ą

 

powinno si

ę

 zachowa

ć

background image

 
Potrz

ą

sn

ą

ł głow

ą

, upominaj

ą

c si

ę

. Miał wtedy zamkni

ę

te oczy – mógł dotyka

ć

 ka

Ŝ

dego. Ka

Ŝ

dej 

dziewczyny, ka

Ŝ

dego chłopaka. Nie było 

Ŝ

adnego powodu, by my

ś

le

ć

Ŝ

e w tym nagłym pragnieniu co

ś

 

było. Oczywi

ś

cie, gdyby jego oczy były otwarte, gdyby widział, kogo dotyka, nie pomy

ś

lałby o niczym 

takim. 
 
Harry my

ś

lał ju

Ŝ

 wcze

ś

niej o całowaniu, seksie i innych tego typu czynno

ś

ciach – pod tym wzgl

ę

dem był 

normalnym nastoletnim chłopcem. Ale w wi

ę

kszo

ś

ci odbywało si

ę

 to przy okazji 

ś

miechu, chwil zło

ś

liwo

ś

ci 

ze swoimi przyjaciółmi (głównie płci m

ę

skiej), słuchaj

ą

c o ich wyczynach albo dokuczaj

ą

c im co do tych 

przyszłych. Pocałował kilka dziewczyn tu i tam, ale nigdy nie czuł koszmarnie silnego pragnienia, by 
samemu i

ść

 du

Ŝ

o dalej. Przypuszczał, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e by

ć

 lekko opó

ź

niony, mentalnie wzruszaj

ą

c ramionami. W 

jaki

ś

 sposób realia 

Ŝ

ycia sprawiały wra

Ŝ

enie mie

ć

 wy

Ŝ

sz

ą

 warto

ść

 ni

Ŝ

 jakiekolwiek romantyczne relacje. 

Przez lata podziwiał kilka dziewczyn, a raz nawet chłopaka – obro

ń

c

ę

 Ravenclawu o imieniu Benjamin, 

który uko

ń

czył szkoł

ę

 rok temu. Harry, jednak

Ŝ

e, przypisał to podziwowi dla sposobu, w jaki drugi chłopak 

grał, i nigdy długo nad tym nie my

ś

lał. 

 
To, co poczuł wcze

ś

niej z Draco, było czym

ś

 zupełnie innym. Ale mimo to nie oznaczało tak naprawd

ę

Ŝ

chciał go pocałowa

ć

, prawda? Mo

Ŝ

e jego ciało było po prostu zdezorientowane sposobem, w jaki Draco 

przycisn

ą

ł si

ę

 tak blisko do niego w czasie lotu… 

 
- Harry, wszystko w porz

ą

dku? 

- Hmmm? – spojrzał w zmartwion

ą

 twarz Hermiony, a potem si

ę

 rozejrzał. Impreza powoli zanikała i wielu 

uczniów pojawiło si

ę

 z powrotem z ksi

ąŜ

kami, zostawiaj

ą

c tylko kilka niereformowalnych osób w rogu, by 

dalej paplały o zwyci

ę

stwie dru

Ŝ

yny. Zauwa

Ŝ

ył Rona, który zmierzał w ich stron

ę

, rozpakowuj

ą

c jedn

ą

 z 

ostatnich ocalałych czekoladowych 

Ŝ

ab. 

- Cały czas pocierasz usta; przeszkadzaj

ą

 ci twoje wargi? – zapytała. – Mam jeszcze garnuszek tego 

balsamu, który dała mi pani Pomfrey, je

Ŝ

eli ci

ę

 przewiało. 

Harry po

ś

piesznie zabrał palce z ust, po których najwyra

ź

niej nie

ś

wiadomie je przesuwał. 

- Nie, Hermiono, nic mi nie jest. Po prostu si

ę

 zamy

ś

liłem. 

- Jeste

ś

 pewny? 

 
Roze

ś

miał si

ę

 lekko. 

- Brzmisz jak Ron. Tak, jestem pewny. 
- Kto brzmi jak Ron? – zapytał Ron. 
- Najwyra

ź

niej ja – odparła Hermiona. – Czy

Ŝ

by

ś

 pytał go wcze

ś

niej, czy wszystko w porz

ą

dku? 

Ron wzruszył ramionami. 
- Wygl

ą

dał na troch

ę

 wyko

ń

czonego, to wszystko. – spojrzał na Harry’ego. – Jaki

ś

 problem, kumplu? 

Ostatnio nie mówisz zbyt wiele. 
- Wszystko w porz

ą

dku. Naprawd

ę

. Po prostu kilka rzeczy mnie zastanawia, ale to nic, czym powinni

ś

cie 

si

ę

 martwi

ć

. – Harry przeci

ą

gn

ą

ł si

ę

. – Ale jestem te

Ŝ

 wyko

ń

czony. My

ś

l

ę

Ŝ

e pójd

ę

 wcze

ś

niej do łó

Ŝ

ka. 

 
Hermiona uniosła brew. 
- A co z kolacj

ą

- Przecie

Ŝ

 wiesz, 

Ŝ

e prawie nigdy nie schodzimy na kolacj

ę

 po zwyci

ę

stwie, za du

Ŝ

o jedzenia jest na 

imprezie – odparł Ron. 
Hermiona, k

ą

tem oka łowi

ą

c zmia

Ŝ

d

Ŝ

one opakowanie 

Ŝ

aby w jego r

ę

ce, niech

ę

tnie przyznała mu racje. 

- A poza tym – dodał Harry – je

ś

li obudz

ę

 si

ę

 pó

ź

niej i czego

ś

 zechc

ę

, zawsze mog

ę

 zakra

ść

 si

ę

 na dół i 

poprosi

ć

 skrzaty domowe. 

- One te

Ŝ

 potrzebuj

ą

 snu – Hermiona prychn

ę

ła automatycznie, a potem przewróciła oczami. – Tak, wiem. 

„Ale one lubi

ą

 nas obsługiwa

ć

.” – jej ton na

ś

ladował to, co on i Ron przez lata tyle razy próbowali 

zaznaczy

ć

. – 

Ś

wietnie, id

ź

 wi

ę

c. Wygl

ą

dasz na troch

ę

 zm

ę

czonego. – znowu spojrzała na niego z trosk

ą

– Jeste

ś

 pewien, 

Ŝ

e wszystko w porz

ą

dku? 

- Tak – powtórzył stanowczo. – po prostu to był długi dzie

ń

. Zobaczymy si

ę

 rano, ok? – i z u

ś

miechem, by 

rozproszy

ć

 obawy przyjaciół, Harry zwlókł si

ę

 z krzesła i wszedł po schodach do swojego pokoju. To nie 

było kłamstwo - naprawd

ę

 był zm

ę

czony. Wszystkie te emocjonalne wzloty i upadki dzisiejszego dnia: 

najpierw zwyci

ę

stwo z Ravenclawem i latanie w duecie z Draco, potem patrzenie bezradnie, jak 

Ś

lizgon 

background image

si

ę

 załamał, a na ko

ń

cu wzajemny dotyk, pozostawiły go wyczerpanym. 

 
Wrócił na gór

ę

 i ze znu

Ŝ

eniem wyci

ą

gn

ą

ł pi

Ŝ

am

ę

, szykuj

ą

c si

ę

 do łó

Ŝ

ka. Ale nagle, w 

ś

rodku 

rozsznurowywania butów, zatrzymał si

ę

. „Nie wiesz, jak to jest”, usłyszał echo głosu Draco w swojej 

głowie. I była to prawda – nie miał poj

ę

cia, jak to było by

ć

 

ś

lepym. Nawet pomimo tego, 

Ŝ

e Harry nie mógł 

funkcjonowa

ć

 dobrze bez swoich okularów, nadal widział przynajmniej nieostre kształty i mógł mniej 

wi

ę

cej powiedzie

ć

, co ogólnie dzieje si

ę

 wokół niego. Zdj

ą

ł swoje buty i popatrzył na nie. Jak trudne 

byłoby, tak naprawd

ę

, wykona

ć

 proste zadanie rozebrania si

ę

 i wej

ś

cia do łó

Ŝ

ka bez u

Ŝ

ycia wzroku? 

 
Nagle zdecydował, 

Ŝ

e spróbuje, zaciskaj

ą

c oczy. Jak na ironi

ę

, nadrz

ę

dn

ą

 kwesti

ą

 stało si

ę

 zdj

ę

cie 

okularów, 

Ŝ

eby o nic nie zahaczyły, kiedy b

ę

dzie 

ś

ci

ą

gał ubranie. Zsuni

ę

cie ich było łatwe, ale musiał 

pomaca

ć

 teren dookoła, 

Ŝ

eby znale

źć

 swoj

ą

 szafk

ę

, na któr

ą

 mógł je bezpiecznie odło

Ŝ

y

ć

. Teraz… gdzie 

była jego pi

Ŝ

ama? Przecie

Ŝ

 miał j

ą

 minut

ę

 temu – poło

Ŝ

ył j

ą

 na łó

Ŝ

ku, prawda? Grzebi

ą

c nerwowo pod 

zasłonami, przywalił goleni

ą

 w ram

ę

. Auu! 

 
Powieki Harry’ego, reaguj

ą

c na ból, natychmiast si

ę

 rozwarły. I, z zamazanym widokiem czy bez, 

natychmiast dostrzegł swoj

ą

 pi

Ŝ

am

ę

 przerzucon

ą

 przez kolumienk

ę

 łó

Ŝ

ka, gdzie j

ą

 zostawił - ja

ś

niejsza 

plama na purpurowej pierzynie. Tylko o stop

ę

 dalej od miejsca, w którym szukał. Z westchnieniem 

zako

ń

czył swoje przygotowania do snu jak zwykle, z otwartymi oczami. Był naprawd

ę

 zbyt zm

ę

czony, by 

spróbowa

ć

 czego

ś

 innego, ale nawet ta krótka lekcja… có

Ŝ

… otworzyła mu oczy. Jego podziw dla Draco 

wzrósł jeszcze bardziej. 
 
Bo to było wła

ś

nie to, prawda? Podziw. 

 
<*>*<*>*<*> 
 
Draco spał przez wi

ę

kszo

ść

 tego popołudnia, zm

ę

czony emocjonuj

ą

cym 

dniem. Obudził si

ę

 w porze kolacji i pierwszym, o czym pomy

ś

lał, było wysłanie wiadomo

ś

ci do skrzata 

domowego, by przyniósł mu troch

ę

 jedzenia. 

 
Ciepło zarumieniło jego policzki na my

ś

l o tym, co powiedział Harry’emu, jak bardzo musiał on by

ć

 tym 

skr

ę

powany, i po prostu nie był pewien, czy b

ę

dzie mógł stan

ąć

 z chłopakiem twarz

ą

 w twarz tak szybko. 

Nawet, pomimo tego, 

Ŝ

e siedzieli po przeciwnych stronach Wielkiej Sali, nadal byliby w jednym 

pomieszczeniu, i o ile Harry nie zmienił swoich zwyczajów przez cztery ostatnie miesi

ą

ce, Gryfon zawsze 

siedział twarz

ą

 w jego stron

ę

. I wtedy przypomniał sobie gr

ę

. Wiedział, 

Ŝ

e wygrywaj

ą

ca dru

Ŝ

yna raczej 

rzadko pokazywała si

ę

 na kolacji tego dnia, gdy

Ŝ

 byli zaj

ę

ci 

ś

wi

ę

towaniem. Imprezy Slytherinu cz

ę

sto 

ci

ą

gn

ę

ły si

ę

 do pó

ź

nej nocy albo dopóki Snape nie przyszedł, by rzuci

ć

 im piorunuj

ą

ce spojrzenie. 

 
Decyduj

ą

c si

ę

 zaryzykowa

ć

, Draco ze znu

Ŝ

eniem wstał na nogi i przygładził włosy i ubranie, os

ą

dzany 

przez swoje odbicie, przygryzaj

ą

c warg

ę

, kiedy przypomniał sobie swój wcze

ś

niejszy wybuch. „Potrzebuj

ę

 

pomocy ze wszystkim!”; ale wtedy, kiedy jego dłonie upewniły go, ze ka

Ŝ

dy włos był dokładnie na swoim 

miejscu, nagle zachichotał ze zm

ę

czeniem – porównuj

ą

c dotyk swoich gładkich pasm z dzikimi str

ą

kami 

Harry’ego. On mógł przynajmniej wyszykowa

ć

 si

ę

 tak, 

Ŝ

eby wygl

ą

da

ć

 odpowiednio. Z nieposłuszn

ą

 szop

ą

 

Harry’ego nie pomogłoby nic, co mogło powiedzie

ć

 jego odbicie. 

 
Lekko pocieszony ta wizj

ą

, Draco zszedł na kolacj

ę

 i zaj

ą

ł swoje zwykłe miejsce przy ko

ń

cu stołu. Pansy 

pokierowała go do wieczornego gulaszu wieprzowego, rogalików i masła, i zjadł w ciszy, jak zwykle. Tego 
wieczoru rozmowa dotyczyła, jak mo

Ŝ

na si

ę

 było spodziewa

ć

, gry, a dokładniej Krukonów, jako ze 

nast

ę

pny grał z nimi Slytherin. Draco pocz

ą

tkowo zamierzał sko

ń

czy

ć

 gulasz i wyj

ś

c tak szybko, jak to 

mo

Ŝ

liwe; był wyczerpany, a słuchanie rozmowy o Quidditchu, w który ju

Ŝ

 nigdy nie b

ę

dzie mógł zagra

ć

nadal było bardzo trudne. Ale wtedy usłyszał imi

ę

 Harry’ego, wspomniane z typow

ą

 

ś

lizgo

ń

sk

ą

 pogard

ą

, i 

nagle pomy

ś

lał, 

Ŝ

e wolałby jednak zosta

ć

 
- Powinni

ś

my łatwo wygra

ć

. Nawet Potter zdołał j

ą

 wyrolowa

ć

 
Uszy Draco podniosły si

ę

, kiedy jego współbiesiadnicy wspominali strz

ę

py gry, w jaki

ś

 sposób czyni

ą

c j

ą

 

background image

du

Ŝ

o ja

ś

niejsz

ą

 ni

Ŝ

 komentarze Deana Thomasa; by

ć

 mo

Ŝ

e było tak dlatego, 

Ŝ

e teraz mieli czas wolny, by 

rozło

Ŝ

y

ć

 na cz

ęś

ci pierwsze prawie cał

ą

 akcj

ę

, zamiast próbowa

ć

 wyłapa

ć

 główne punkty wtedy, kiedy 

miały miejsce. Ignoruj

ą

c ci

ą

gły ból utraty, słuchał, jak imi

ę

 Harry’ego wyłoniło si

ę

 kilka razy, wyobra

Ŝ

aj

ą

sobie Gryfona sun

ą

cego przez powietrze tak, jak pó

ź

niej robił to z Draco. Przypomniał sobie poczucie 

Harry’ego pod swoj

ą

 dłoni

ą

, spoconego i zamarłego w dreszczu emocji lotu, przypomniał sobie ciepło jego 

ciała i sposób, w jaki do siebie pasowali. To było jakby byli jedn

ą

 lataj

ą

c

ą

 osob

ą

 i, w poł

ą

czeniu z opisem 

gry, jaki zapewnili mu jego współlokatorzy, prawie jakby mimo wszystko jednak grał w Quidditcha. 
 
- Czy Potter tutaj jest? – zapytał nagle, przerywaj

ą

c zjadliw

ą

 krytyk

ę

 

ś

cigaj

ą

cych Ravenclawu. Przy stole 

zapanowała cisza. Draco przekl

ą

ł si

ę

 za bezmy

ś

lno

ść

; od swojego powrotu nie wypowiedział do nikogo 

wi

ę

cej ni

Ŝ

 dziesi

ę

ciu słów, a teraz pewnie wszyscy oni na niego patrzyli, nie tylko z powodu przemówienia, 

ale tak

Ŝ

e zadania tak dziwnego pytania. 

 
- Eee… nie – powiedział kto

ś

 (Malcolm Baddock, s

ą

dz

ą

c po głosie.) – prawie nikogo nie ma przy ich stole. 

Pewnie wszyscy zostali na zwyci

ę

sk

ą

 imprezow

ą

 herbatk

ę

 czy co

ś

. – wokół stołu rozległy si

ę

 rozmaite 

prychni

ę

cia. – Czemu pytasz? 

- Z ciekawo

ś

ci – wzruszył ramionami, próbuj

ą

c brzmie

ć

 lekcewa

Ŝą

co. Tak czy owak, wła

ś

ciwie dlaczego 

go to obchodziło? Ledwie pół godziny temu próbował unika

ć

 Harry’ego. Przecie

Ŝ

 nie zamierzał nagle do 

niego podej

ść

 i… co? Znowu go dotkn

ąć

? Znowu polata

ć

 we dwóch? Z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 powinien wróci

ć

 i 

znowu pój

ść

 spa

ć

Ŝ

eby móc logicznie my

ś

le

ć

- Chciałby

ś

 przypomnie

ć

 Potterowi, jak go zmia

Ŝ

d

Ŝ

yłe

ś

 ostatnim razem? – tym razem przemówił Blaise. – 

To by go powstrzymało przed staniem si

ę

 zbyt zarozumiałym. 

Wi

ę

cej 

ś

miechu dookoła stołu. 

- Co

ś

 w tym stylu – wymamrotał Draco, nadal dziwnie si

ę

 czuj

ą

c, kiedy mówił do ludzi tak zwyczajnie po 

całym tym czasie. Có

Ŝ

, przypominał sobie ostatni raz, kiedy latał – tyle 

Ŝ

e z Harrym, nie przeciwko niemu. 

 
Potem konwersacja znowu potoczyła si

ę

 bez niego i słuchał ich paplania chwil

ę

 dłu

Ŝ

ej przed udaniem si

ę

 

do swojego pokoju. Chocia

Ŝ

 nadal było wcze

ś

nie, Draco był na tyle zm

ę

czony, 

Ŝ

e postanowił podarowa

ć

 

sobie wszelk

ą

 nauk

ę

, któr

ą

 mógłby si

ę

 zaj

ąć

. Zamiast tego, wydobył swoj

ą

 pi

Ŝ

am

ę

, bezwypadkowo 

przeszedł przez wieczorne rytuały i z powrotem wspi

ą

ł si

ę

 na łó

Ŝ

ko. My

ś

lał, 

Ŝ

e natychmiast zapadnie w 

sen, ale odkrył, 

Ŝ

e w nieruchomo

ś

ci pokoju nie ma nic, co odwróciłoby jego uwag

ę

 od przytłaczaj

ą

cych 

prze

Ŝ

y

ć

 tego dnia. Jego łó

Ŝ

ko nagle wydało mu si

ę

 bardzo zimne i puste, i przez moment jego 

osamotnienie i niedola zagroziły, 

Ŝ

e pochłon

ą

 go raz jeszcze. Ale przełkn

ą

ł 

ś

lin

ę

, przypomniał sobie 

sposób, w jaki Harry pozwolił mu znowu si

ę

 „zobaczy

ć

”. Sposób, w jaki si

ę

 czuł, kiedy Harry dotkn

ą

ł jego 

w odpowiedzi. 
 
Nadal był zakłopotany przez załamanie si

ę

 przed drugim chłopakiem. Wolałby raczej załama

ć

 si

ę

 w 

samotno

ś

ci… wolałby raczej w ogóle si

ę

 nie załamywa

ć

. Lecz, z wszystkimi swoimi zapewnieniami, 

Ŝ

e nie 

cierpi polega

ć

 na ludziach, i pomimo swojego zakłopotania, Draco musiał przyzna

ć

… był zadowolony, 

Ŝ

Harry pojawił si

ę

 w jego 

Ŝ

yciu. W Gryfonie było ciepło, za

Ŝ

yło

ść

, która przes

ą

czała si

ę

 przez jego skór

ę

jakby przez cały czas dawał z siebie wszystko. Draco zorientował si

ę

Ŝ

e odpowiada na to ciepło, pragn

ą

wi

ę

cej mimo swoich l

ę

ków. 

 
I z r

ę

k

ą

 owini

ę

t

ą

 wokół poduszki, 

ś

nił o lataniu. 

 
<*>*<*>*<*> 
 
Niedziela min

ę

ła dla Harry’ego do

ść

 normalnie. Poszedł na 

ś

niadanie z 

Ronem i Hermion

ą

, potem zrobił z nimi troch

ę

 pracy domowej, na wyra

ź

ne pro

ś

b

ę

 Hermiony. Chocia

Ŝ

 

wci

ąŜ

 my

ś

lał o nadzwyczajnych wydarzeniach poprzedniego dnia, zdołał popracowa

ć

 z Ronem nad ich 

zadaniem z tarota na wró

Ŝ

biarstwo bez wi

ę

kszego problemu. 

 
- Okej, Sze

ść

 Mieczy – powiedział Harry, pokazuj

ą

c kart

ę

 w odczytaniu Rona – wskazuje specjaln

ą

 

wiedz

ę

 – po raz kolejny zajrzał do swojej ksi

ąŜ

ki. – Kiedy ukryte powi

ą

zania stan

ą

 si

ę

 widoczne, z 

zaskoczeniem zdasz sobie spraw

ę

 z tego, 

Ŝ

e były aktywne przez cały czas. Musisz najpierw przestawi

ć

 

swój umysł, aby dokładnie zobaczy

ć

 czynniki, które zwykle uwa

Ŝ

asz za pewnik. Najwyra

ź

niej je

ś

li 

background image

spojrzysz w gł

ą

b siebie i przestudiujesz sytuacj

ę

, b

ę

dziesz wiedział, co zrobi

ć

, i masz ju

Ŝ

 

ś

rodki, aby to 

uczyni

ć

 
Ron j

ę

kn

ą

ł. 

- I to ma mi pomóc odkry

ć

, czym si

ę

 zaj

ąć

 po uko

ń

czeniu szkoły? „Spogl

ą

danie w gł

ą

b siebie” jest mniej 

wi

ę

cej tak łatwe, jak „relaksowanie wewn

ę

trznego oka” i wszystkie te inne głodne kawałki, którymi karmi 

nas profesor Trelawney. – westchn

ą

ł, patrz

ą

c jak posta

ć

 na karcie ta

ń

czy wokoło, wymachuj

ą

c broni

ą

. – 

Ŝ

, przypuszczalnie je

Ŝ

eli ju

Ŝ

 mam 

ś

rodki, aby to uczyni

ć

, czymkolwiek to jest, my

ś

l

ę

Ŝ

e spokojnie 

mo

Ŝ

emy wykluczy

ć

 karier

ę

 we wró

Ŝ

biarstwie. 

- Tak, to raczej bezpieczny zakład – roze

ś

miał si

ę

 Harry, zbieraj

ą

c karty Rona. – Hmm… dobrze sobie 

radzisz ze zwalczaniem byków i innych takich – pami

ę

tasz, kiedy miałe

ś

 zamiar „ocali

ć

” mnie przed 

Syriuszem? – dumał. – I wygl

ą

da na to, 

Ŝ

e uwielbiasz beznadziejne przypadki. Jak Armaty z Chudley. 

Albo ja. – Ron, który ju

Ŝ

 miał zacz

ąć

 broni

ć

 Armat, roze

ś

miał si

ę

 na ten komentarz z dezaprobat

ą

 dla 

samego siebie. – Mo

Ŝ

e powiniene

ś

 zaj

ąć

 si

ę

 OPCM, jak Lupin – sko

ń

czył Harry. 

- Nie wiem – wzruszył ramionami rudy chłopak. – Czy to nie jest raczej twoja działka? 
 
Harry skrzywił si

ę

- Wygl

ą

da na to, 

Ŝ

e zajmuj

ę

 si

ę

 tym wystarczaj

ą

co, czy chc

ę

, czy nie. My

ś

l

ę

Ŝ

e raczej wolałbym nie 

wybiera

ć

 tego jako codzienn

ą

 prac

ę

Ron podał mu tali

ę

 i zacz

ą

ł tasowa

ć

- Nie zapomnij my

ś

le

ć

 o swoim pytaniu – podpowiedział. 

- Eee… dobra. Po prostu pomy

ś

l

ę

 o zbli

Ŝ

aj

ą

cych si

ę

 zaj

ę

ciach – odpowiedział Harry wymijaj

ą

co. Nie był 

do ko

ń

ca pewny, jak to uj

ąć

, ale miał na my

ś

li sytuacj

ę

 z Draco. Podejrzewał, 

Ŝ

e chciał tylko mie

ć

 lepsze 

poj

ę

cie o tym, co si

ę

 działo, i jak sobie z tym poradzi

ć

Podzielił karty tak, jak poinstruowała profesor Trelawney; Ron rozdał je i zacz

ą

ł pomaga

ć

 Harry’emu 

tłumaczy

ć

 ich odczytanie. 

- …no i, w miejscu Sytuacji – powiedział, w połowie drogi do ko

ń

ca – masz „

Ś

mier

ć

”. 

- Trelawney byłaby zachwycona – odparł Harry, przewracaj

ą

c oczami. Obaj zacz

ę

li wertowa

ć

 swoje 

ksi

ąŜ

ki, „Wszystko Jest W Kartach: Tłumaczenie Tarota”, w poszukiwaniu tej konkretnej interpretacji. 

- Huh. Prawd

ę

 mówi

ą

c, mo

Ŝ

esz mimo wszystko rozczarowa

ć

 starego nietoperza – powiedział Ron po 

chwili. – Wygl

ą

da na to, 

Ŝ

e ona nie ma w ogóle nic wspólnego ze 

ś

mierci

ą

Harry przebiegł palcem wzdłu

Ŝ

 strony, czytaj

ą

c na głos: 

- Id

ź

 dalej i przyjmij nastawienie konieczne, by poradzi

ć

 sobie z t

ą

 now

ą

 sytuacj

ą

. Karta 

Ś

mierci w tej 

pozycji sugeruje, 

Ŝ

e siła natury albo zmiana autorytetu mo

Ŝ

e ci

ę

 zmusza

ć

, by

ś

 zmienił swoje 

przyzwyczajenia zwi

ą

zane z robieniem ró

Ŝ

nych rzeczy. 

Ron u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 szeroko. 

- Widzisz? O ile „zmie

ń

 swój sposób robienia ró

Ŝ

nych rzeczy” nie oznacza „nie b

ę

dziesz mógł zrobi

ć

 nic, 

bo b

ę

dziesz martwy”, nie masz si

ę

 czym martwi

ć

Chłopcy roze

ś

miali si

ę

 ponownie, a potem próbowali dopasowa

ć

 interpretacje do reszty kart. 

- Czyli, eee… zmiana, cierpliwo

ść

 i odpowiedzialno

ść

, i co

ś

, co najwyra

ź

niej oznacza zarówno szcz

ęś

cie, 

jak i potrzeb

ę

 dalszej pracy w d

ąŜ

eniu do szcz

ęś

cia – powiedział Harry, przegl

ą

daj

ą

c rezultaty. – Bóg 

jeden wie, w jaki sposób uda mi si

ę

 to poskłada

ć

 w jaki

ś

 rodzaj sensownego wypracowania. 

- Taa. A co z moim? Kozioł ofiarny, praca zespołowa, „ ju

Ŝ

 masz to w sobie” i troch

ę

 innego badziewia. Ma 

to mniej wi

ę

cej tyle sensu, co ta cała tyromancja*, której musieli

ś

my si

ę

 nauczy

ć

 w zeszłym semestrze. 

Nie mogłem potem spojrze

ć

 na kawałek sera przez całe tygodnie. Ugh.– mówi

ą

c, wyci

ą

gał paczk

ę

 kart do 

Eksploduj

ą

cego Durnia. – Co powiesz na partyjk

ę

, zanim ruszymy dalej? Nie było okazji przez wieki. 

- Chłopaki! – wtr

ą

ciła si

ę

 Hermiona, patrz

ą

c na nich znad góry swoich prac.– Podobno mieli

ś

cie 

pracowa

ć

- My pracujemy – zapewnił Ron, całkowicie niewinnie. – Tylko zrobili

ś

my sobie krótk

ą

 przerw

ę

. Wiesz, 

Ŝ

eby przeczy

ś

ci

ć

 nasze wewn

ę

trzne oko, zanim napiszemy nasze wypracowania. – Hermiona przewróciła 

oczami. – A poza tym – ci

ą

gn

ą

ł – zawsze mo

Ŝ

emy powiedzie

ć

 profesor Trelawney, 

Ŝ

e siedzieli

ś

my nad 

kartami całe popołudnie. Po prostu nie powiemy, którymi kartami. 
- Och, no dobrze – westchn

ę

ła. – Ale lepiej niech to b

ę

dzie jedna albo dwie gry. Nadal mam zamiar 

sprawdzi

ć

 wasze prace jeszcze dzi

ś

 wieczór, zanim je oddacie, wi

ę

c mam nadziej

ę

Ŝ

e zamierzacie je 

sko

ń

czy

ć

 do kolacji. Chc

ę

 te

Ŝ

 powtórzy

ć

 kilka pyta

ń

 do OWUTEMów z zielarstwa praktycznego. 

Ron skrzywił si

ę

background image

- Ale ja miałem po kolacji spotka

ć

 si

ę

 z Mandy! 

- Ronaldzie Weasley, twoja dziewczyna mo

Ŝ

e i jest Krukonk

ą

, ale nawet przez minut

ę

 nie wierzyłam, 

Ŝ

masz zamiar wieczorem si

ę

 z ni

ą

 uczy

ć

 – Hermiona spojrzała na niego ostro. – I dobrze wiesz, 

Ŝ

OWUTEMy si

ę

 zbli

Ŝ

aj

ą

: musimy si

ę

 przygotowa

ć

Ron poddał si

ę

 i westchn

ą

ł, rozdaj

ą

c karty do Eksploduj

ą

cego Durnia z entuzjazmem odrobin

ę

 mniejszym 

ni

Ŝ

 ten, który okazywał kilka minut wcze

ś

niej. 

- Rozchmurz si

ę

 – powiedział przyjacielowi Harry, kiedy zacz

ę

li gra

ć

. – Przynajmniej zobaczysz j

ą

 na 

kolacji. 
 
Sam te

Ŝ

 nie mógł si

ę

 doczeka

ć

 kolacji. Jego ostatnie zerkni

ę

cie na Draco w porze obiadowej nagle 

wydawało si

ę

 mie

ć

 miejsce wieki temu. 

 
<*>*<*>*<*> 
 
Draco sp

ę

dził cały dzie

ń

 w tym samym co zwykle pokoju w bibliotece, pracuj

ą

c nad zadaniem domowym z 

numerologii i robi

ą

c wst

ę

pn

ą

 powtórk

ę

 z trudniejszych przedmiotów. Bez Harry’ego pokój był opustoszały i 

zdał sobie spraw

ę

, ze nadal pół ucha miał skierowane na zewn

ą

trz, aby usłysze

ć

 kroki Gryfona, nawet 

mimo 

Ŝ

e wiedział, 

Ŝ

e tego dnia chłopak b

ę

dzie w swoim pokoju wspólnym. 

ś

eby odwróci

ć

 od tego swoj

ą

 

uwag

ę

, rzucił si

ę

 w wir pracy, w ko

ń

cu odpływaj

ą

c, kiedy jego 

Ŝ

ą

dek zacz

ą

ł zrz

ę

dzi

ć

 
- Tempus – wymamrotał, wskazuj

ą

c ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ą

 na zegarek. 

 
- Osiemnasta-pi

ęć

dziesi

ą

t – zaczarował swoje zegarki, aby u

Ŝ

ywały dwudziestoczterogodzinnego 

czasomierza, bo nie mógł u

Ŝ

ywa

ć

 obecno

ś

ci lub braku 

ś

wiatła dziennego, by oddzieli

ć

 dziewi

ą

t

ą

 rano od 

dziewi

ą

tej wieczorem. 

 
Czas na kolacj

ę

 – i szansa, by nareszcie zrobi

ć

 sobie przerw

ę

. Z ziewni

ę

ciem zasun

ą

ł krzesło i 

przeci

ą

gn

ą

ł si

ę

, krzywi

ą

c z powodu obolałych mi

ęś

ni. Wczorajszy lot obudził bóle w jego plecach, nogach 

i brzuchu; w mi

ęś

niach, których nie u

Ŝ

ywał od wypadku. W zasadzie było to raczej miłe uczucie. Mo

Ŝ

jednak mógłby poprosi

ć

 Harry’ego, 

Ŝ

eby kiedy

ś

 znowu zabrał go w gór

ę

. Mo

Ŝ

e. 

 
Schodz

ą

c w dół do Wielkiej Sali, pomy

ś

lał o kolacji poprzedniego wieczoru. Chocia

Ŝ

 nie miał zamiaru 

przemówi

ć

, jego komentarz nie spotkał si

ę

 ani z pogard

ą

, ani z lito

ś

ci

ą

; pomijaj

ą

c pocz

ą

tkow

ą

 pauz

ę

, jego 

najbli

Ŝ

si współbiesiadnicy odpowiedzieli raczej normalnie. Mo

Ŝ

e Harry miał racj

ę

, by

ć

 mo

Ŝ

e rzeczywi

ś

cie 

niepotrzebnie si

ę

 odizolował. Mo

Ŝ

e nie był ju

Ŝ

 dłu

Ŝ

ej widziany jako pełny pot

ę

gi lider, ale nawet mniej 

istotni 

Ś

lizgoni mieli jakich

ś

 kompanów. Nie czuł si

ę

 wystarczaj

ą

co komfortowo, by mówi

ć

 dzisiaj zarówno 

podczas 

ś

niadania jak i obiadu, ale pomy

ś

lał, zach

ę

cony wzrostem samotno

ś

ci z powodu braku 

Harry’ego, 

Ŝ

e teraz mo

Ŝ

e spróbowa

ć

 ponownie. 

 
Usiadł na swoim zwykłym miejscu przy ko

ń

cu, jedz

ą

c kurczaka i pasztetow

ą

, i słuchał. Tym razem, 

jednak

Ŝ

e, słuchał po to, by wzi

ąć

 w tym udział, uwa

Ŝ

niej ni

Ŝ

 jako outsider, czyli w sposób, w jaki czynił to 

przez te wszystkie miesi

ą

ce, kiedy całkowicie zamkn

ą

ł si

ę

 w sobie. 

 
- W przyszły weekend jest wizyta w Hogsmeade – pisn

ą

ł chłopiec kilka siedze

ń

 dalej. – Kto idzie? – Draco 

nie mógł od razu umiejscowi

ć

 głosu; prawdopodobnie jeden z młodszych uczniów. Ale była to dla niego 

wa

Ŝ

na informacja: nie mog

ą

c zobaczy

ć

 notatki o Hogsmeade i nie maj

ą

c nikogo, kto by mu powiedział o 

tym, 

Ŝ

e notatka tam jest, to wyj

ś

cie było pierwszym, o którym wiedział. 

 
Dał si

ę

 słysze

ć

 chór głosów, wskazuj

ą

cych swoje plany na weekendowy wypad. 

- Nie ja – zrz

ę

dził Blaise tu

Ŝ

 za Draco. – Pieprzone OWUTEMy. Musz

ę

 zacz

ąć

 powtarza

ć

- Och, no dalej, Blaise – namawiała Pansy z drugiej strony stołu. – Na pewno mo

Ŝ

esz po

ś

wi

ę

ci

ć

 jeden 

dzie

ń

Draco przypuszczał, 

Ŝ

e Blaise musiał potrz

ą

sn

ąć

 głow

ą

, bo ci

ą

gn

ą

ł bez słownej odmowy. 

- Zwiałem ju

Ŝ

 ze zbyt wielu weekendów tego semestru. Ojciec mówi, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e załatwi

ć

 mi dobr

ą

 prac

ę

je

ś

li si

ę

 sprawdz

ę

 z ocenami: miejsce, gdzie mog

ę

 zarobi

ć

 kup

ę

 galeonów, i, jak mówi, szybko si

ę

 

porusza

ć

. Wi

ę

c – westchn

ą

ł – musz

ę

 si

ę

 uczy

ć

. W tym semestrze jest całkiem sporo materiału, którego 

background image

zupełnie nie rozumiem. 
- A wy, chłopaki? – zapytała Pansy. 
Do których „chłopaków” mówiła, natychmiast stało si

ę

 jasne. 

- Nie wiem – nadeszło powolne cedzenie Crabbe’a. – Mo

Ŝ

e b

ę

d

ę

 potrzebował wi

ę

cej kwachów. Ty, 

Goyle? 
- Taa. Karaluchowy blok sko

ń

czył si

ę

 wieki temu. No i w pubie b

ę

d

ą

 te

Ŝ

 dziewczyny. 

Draco praktycznie słyszał, jak oblizuje si

ę

 z po

Ŝą

daniem. Współczuł jakimkolwiek dziewczynom, które 

mogłyby si

ę

 znajdowa

ć

 na złym ko

ń

cu niezdarnych dłoni Goyla. Jakimi dziwkami by nie były, nie 

zasługiwały na to. 
- A co z tob

ą

, Pansy? – wst

ę

pnie zaryzykował Draco. – Wybierasz si

ę

- Och, nie wiem – odpowiedziała. – Mo

Ŝ

e pójd

ę

 na chwil

ę

, ale przez zeszłe cztery lata byli

ś

my tam tyle 

razy, 

Ŝ

e to si

ę

 robi raczej nudne, nie s

ą

dzisz? 

Draco wzruszył ramionami w sposób, który miał nadziej

ę

Ŝ

e wygl

ą

dał wymijaj

ą

co. Tak, by

ć

 mo

Ŝ

e widział 

ju

Ŝ

 wszystko, ale te

Ŝ

 nie wyobra

Ŝ

ał sobie znale

źć

 wiele do roboty teraz, kiedy nie widział w ogóle. 

- Pewnie te

Ŝ

 b

ę

d

ę

 si

ę

 uczył – powiedział, zastanawiaj

ą

c si

ę

, czy Harry zostanie, czy raczej wyjdzie razem 

z innymi swoimi przyjaciółmi. 
- Hmmm… - odpowiedziała Pansy. – Nie planowałam jeszcze wielu powtórek. Hej, Blaise – za

Ŝ

artowała. – 

Czy twój ojciec ma jeszcze inne prace do zaoferowania? Te

Ŝ

 chciałabym tak

ą

 pozycj

ę

, wiec mog

ę

 

pokaza

ć

 si

ę

 tam ze swoj

ą

 starsz

ą

 siostr

ą

- Sorry, Pans, rad

ź

 sobie sama. Tak czy inaczej, jakbym zamierzał pozwoli

ć

 ci ubiega

ć

 si

ę

 o moj

ą

 prac

ę

 – 

parskn

ą

ł Blaise. – Pewnie by

ś

my si

ę

 pozabijali. 

- Bo

Ŝ

e, jakim bukietem przegranych stali

ś

my si

ę

 wszyscy – wtr

ą

ciła si

ę

 Millicenta swoim 

charakterystycznym nosowym j

ę

kiem. – Swego czasu wszyscy pokazaliby

ś

my temu miastu, kto rz

ą

dzi 

szkoł

ą

, troch

ę

 nimi wstrz

ą

sn

ę

li. A teraz patrzcie. Mole ksi

ąŜ

kowe i po

Ŝ

eracze łakoci. 

- I dziewczyn – zadudnił Goyle. 
- Cokolwiek – odpowiedziała lekcewa

Ŝą

co Millicenta. – Spójrzcie tam. Zało

Ŝę

 si

ę

Ŝ

e nawet ci porz

ą

dniccy 

Gryfoni bawi

ą

 si

ę

 teraz lepiej ni

Ŝ

 my. Widzicie, Idealny Potter i jego mali kumotrzy te

Ŝ

 si

ę

 

ś

miej

ą

, podczas 

gdy my rozmawiamy tylko o szkole i pracy. 

ś

ałosne. 

 
Draco przygryzł warg

ę

 w nagłej ch

ę

ci, by broni

ć

 Harry’ego. Nie był to najlepszy sposób, by złagodzi

ć

 swój 

powrót do atmosfery społecznej Slytherinu. Mimo to, komentarz Millicenty ogrzał go w 

ś

rodku; wiedział na 

pewno, 

Ŝ

e Harry tu był, w tym samym pomieszczeniu co on. I nawet chocia

Ŝ

 nie siedzieli przy tym samym 

stole, podejrzewał, 

Ŝ

e Harry siedzi twarz

ą

 do niego, bior

ą

c pod uwag

ę

 jego wcze

ś

niejsze zwyczaje i to, 

Ŝ

Millicenta mogła od razu powiedzie

ć

, co robi. 

 
Kiedy jego współdomownicy zacz

ę

li si

ę

 sprzecza

ć

 o wy

Ŝ

szo

ść

 domowej dumy nad poszkolnymi 

ambicjami, Draco powrócił do swojego posiłku i si

ę

 u

ś

miechn

ą

ł. 

_______________________________________________________________ 
My

ś

li za dnia staj

ą

 si

ę

 snami w nocy 

- Chi

ń

skie przysłowie.  

 
 
Rozdział 7 
 
Nil 
 
 
But love is blind, and lovers cannot see 
The pretty follies that themselves commit 
~ Shakespeare (The Merchant of Venice) 
 
- Transforma furca. 
Harry patrzył, jak Draco pracuje nad transmutowaniem skarpetki w widelec. 

Ć

wiczyli „transmutacje 

niepowi

ą

zane” - zamian

ę

 przedmiotu w co

ś

 zupełnie innego zarówno pod wzgl

ę

dem kształtu, jak i 

sposobu zastosowania. 
 

background image

- Hmm… - wymamrotał Draco, przesuwaj

ą

c palcami wzdłu

Ŝ

 powstałego przedmiotu. – Wydaje si

ę

 by

ć

 

okej. Tym razem zdecydowanie metalowy, z ostrymi z

ą

bkami. Czego nie zauwa

Ŝ

am? – 

Ś

lizgon zawsze 

nalegał, 

Ŝ

e b

ę

dzie samodzielnie oceniał, czy transmutacja była kompletna, ale jednocze

ś

nie doceniał 

działaj

ą

c

ą

 par

ę

 oczu, która obejmowała wszystkie aspekty. 

 
- Có

Ŝ

, nie jest to widelec do wełny, jak ten poprzedni. Ale nadal ma szlaczek w polo - Harry u

ś

miechn

ą

ł 

si

ę

 szeroko. 

- Szlag. – Draco machni

ę

ciem ró

Ŝ

d

Ŝ

ki odwrócił zakl

ę

cie i przygotował si

ę

, by spróbowa

ć

 ponownie. 

 
Harry rozparł si

ę

 na krze

ś

le, podczas gdy drugi chłopak powtarzał 

ć

wiczenie. Jak dot

ą

d była to dobra 

sesja naukowa. Był zadowolony, 

Ŝ

e wrócił do swojej rutyny z Draco po tej rozł

ą

ce. A

Ŝ

 dziwne, jak szybko 

uczenie si

ę

 ze 

Ś

lizgonem stało si

ę

 bardziej normalne ni

Ŝ

 nauka z jego własnymi współlokatorami. 

 
Jego wzrok powoli przesun

ą

ł si

ę

 na twarz Draco; oczy były stosunkowo oboj

ę

tne, jak zwykle, ale jego usta 

były zaci

ś

ni

ę

te na znak koncentracji. Harry przypomniał sobie, jak poprzedniego wieczoru zamiast tego 

wyrazu zobaczył u

ś

miech. Był wła

ś

nie w 

ś

rodku wyja

ś

niania bardzo zakłopotanemu Neville’owi jak działa 

telewizja, 

ś

miej

ą

c si

ę

 z tego, jak bł

ę

dne wnioski wyci

ą

gn

ą

ł on z mugolskiej ksi

ąŜ

eczki dla dzieci, kiedy 

podczas jednego ze swoich zwykłych zerkni

ęć

 na stół Slytherinu, zauwa

Ŝ

ył go. Draco nie u

ś

miechał si

ę

 

cz

ę

sto – a przynajmniej nie w taki zrelaksowany, szczery sposób. Czasami dokuczał Harry’emu z 

wymuszonym grymasem i okazjonalnie chichotał, ale wszystkie typowe u

ś

miechy zwykle zawierały w 

sobie nut

ę

 goryczy. Ten u

ś

miech był zupełnie rozlu

ź

niony i ogrzał Harry’ego przez cał

ą

 Wielk

ą

 Sal

ę

 
Jednocze

ś

nie znowu go zaniepokoił. W niedziel

ę

 chłopak nie był emocjonalnie niestabilny tak, jak w 

sobot

ę

, ale u

ś

miech miał na niego dokładnie taki sam wpływ. Mo

Ŝ

e chodziło o rzadko

ść

 widywania takiej 

rzeczy? Z pewno

ś

ci

ą

 był zadowolony, 

Ŝ

e Draco czuł si

ę

 lepiej i 

Ŝ

e istniało co

ś

, co sprawiało, 

Ŝ

e si

ę

 

u

ś

miechał, cokolwiek to było. 

 
- Teraz – głos Draco wdarł si

ę

 w jego zadum

ę

. – Ten w jaki

ś

 sposób sprawia wra

Ŝ

enie troch

ę

 ci

ęŜ

szego. 

Czy to znaczy, 

Ŝ

e kolor te

Ŝ

 jest poprawny? 

Harry nachylił si

ę

 i wyj

ą

ł widelec ze szczupłych palców Draco. 

- Tak, zupełnie metalowy – powiedział, obracaj

ą

c go w dłoniach. – Bez 

ś

ladu polo, tweedu czy 

czegokolwiek w tym rodzaju. 
- Nareszcie! – mrukn

ą

ł Draco. – Cholera, ten przedmiot po wypadku stał si

ę

 o wiele trudniejszy. Ju

Ŝ

 

prawie zrezygnowałem na tyle, 

Ŝ

eby je

ść

 widelcami we wzorki i w jaki

ś

 sposób przekona

ć

 McGonagall, 

Ŝ

wiem, 

Ŝ

e tak jest, i 

Ŝ

e tego chciałem. 

 
Harry zacz

ą

ł si

ę

 

ś

mia

ć

, odwracaj

ą

c si

ę

, by spojrze

ć

 na drugiego chłopaka. I wtedy przestał. Po wielu 

przekle

ń

stwach i szarpaniu si

ę

 z tym zadaniem, samozadowolenie na twarzy 

Ś

lizgona stanowiło jasny 

kontrast. Zamiast zaci

ś

ni

ę

cia, jego wargi rozci

ą

gn

ę

ły si

ę

 w lekki u

ś

miech, ze 

ś

ladem wymuszonego 

grymasu z powodu swojego 

Ŝ

artu. 

 
Pochylony tak blisko Draco, Harry poczuł nagł

ą

, nieodpart

ą

 ch

ęć

, by wyci

ą

gn

ąć

 si

ę

 i dotkn

ąć

 go znowu, 

pogratulowa

ć

 mu jego dokonania, i gdzie

ś

 na granicy tej my

ś

li nadeszło pragnienie, by równocze

ś

nie go 

pocałowa

ć

 
Odsun

ą

ł si

ę

 nagle, a jego krzesło przejechało kilka cali po kamieniu. Okeeeej… Nie był do ko

ń

ca pewny, 

co si

ę

 dzieje, ale dystans nagle wydawał si

ę

 dobrym pomysłem. 

 
Głowa Draco obróciła si

ę

 na ten hałas. 

- Idziesz gdzie

ś

- Co? Nie, ja tylko… eee… straciłem na chwil

ę

 równowag

ę

 – odpowiedział Harry, nadal podenerwowany. 

– Wi

ę

c… yyy… czym powinni

ś

my si

ę

 zaj

ąć

 teraz? 

- My

ś

lałem, 

Ŝ

e mogliby

ś

my popracowa

ć

 nad zapami

ę

tywaniem składników i instrukcji z listy eliksirów, 

któr

ą

 dał nam profesor Snape. 

Coraz cz

ęś

ciej wymagano od uczniów, aby pracowali z pami

ę

ci; Draco uczył Harry’ego kilku technik 

zapami

ę

tywania, u

Ŝ

ywanych przez siebie. Stosował je, by ograniczy

ć

 liczb

ę

 razów, ile co

ś

 musiało by

ć

 mu 

background image

przeczytane. 
 
Zacz

ę

li dyskutowa

ć

 o ró

Ŝ

nych eliksirach z listy, zamieniaj

ą

c si

ę

 kolejkami, wracaj

ą

c i posuwaj

ą

c si

ę

 dalej 

z tym, co sobie przypominali. Ale Harry uwa

Ŝ

ał tylko połowicznie. Kiedy drugi chłopiec mówił, Harry odkrył, 

Ŝ

e jego usta przyci

ą

gaj

ą

 oczy, niezale

Ŝ

nie, jak bardzo próbował to ukróci

ć

. Nagle był zadowolony, 

Ŝ

tamten nie mógł zobaczy

ć

, jak si

ę

 gapi. 

 
Pomy

ś

lał o tym, jak blisko siebie siedzieli przy stole, w tym małym bocznym pokoju, gdzie nikt nigdy nie 

wchodził. Pomy

ś

lał o rozmawianiu i uczeniu si

ę

, i o otarciu si

ę

 o dło

ń

 

Ś

lizgona swoj

ą

 własn

ą

. O 

wyci

ą

gni

ę

ciu si

ę

, zwyczajnie, i pocałowaniu Draco, kiedy mówił, czuj

ą

c, jak to jest dotyka

ć

 tych warg 

własnymi wargami, nie palcami. Wyobraził sobie przyci

ą

gni

ę

cie drugiego chłopca bli

Ŝ

ej, przebiegni

ę

cie 

dłoni

ą

 przez srebrnoblond włosy albo po jego skórze. 

 
Obrazy w jego głowie stały si

ę

 wyra

ź

niejsze, ja

ś

niejsze, tak realne, 

Ŝ

e odkrył, i

Ŝ

 trudno mu uwierzy

ć

Ŝ

tak naprawd

ę

 nie pochyla si

ę

, by pocałowa

ć

 Draco. I był tak niebezpiecznie blisko, by po prostu to zrobi

ć

Jego zahamowania wydawały si

ę

 dłu

Ŝ

ej nie funkcjonowa

ć

 i miał kłopoty z przypomnieniem sobie, 

Ŝ

e drugi 

chłopak prawdopodobnie byłby zszokowany, zdegustowany i jedynie Bóg wie, co by to zrobiło z ich 
przyja

ź

ni

ą

. Wdychaj

ą

c mocno, Harry wbił paznokcie w swoje dłonie i zamkn

ą

ł oczy, próbuj

ą

c przej

ąć

 

kontrol

ę

 nad rzeczywisto

ś

ci

ą

 
- Wszystko w porz

ą

dku? 

Oczy Harry’ego otworzyły si

ę

 gwałtownie. Draco odwrócił si

ę

 w jego stron

ę

, lekko marszcz

ą

c czoło. 

- Tak, n-nic mi nie jest. Czemu? – przełkn

ą

ł 

ś

lin

ę

, z oczami ponownie przyklejonymi do twarzy chłopaka. 

Te usta. 
- Przez kilka ostatnich minut dziwnie mówiłe

ś

, a na moje ostatnie pytanie nie odpowiedziałe

ś

 w ogóle. 

Spróbował zatrzyma

ć

 dezorientuj

ą

c

ą

 orgi

ę

 w swoim umy

ś

le. 

- Przepraszam, jakie? 
- O eliksir wykrywaj

ą

cy trucizny. Nie mogłem sobie przypomnie

ć

, czy marrantill* miał by

ć

 dodany jako 

napar czy wywar. 
- Napar – wykrztusił Harry. Nie był pewien, jak długo jeszcze b

ę

dzie zdolny si

ę

 powstrzymywa

ć

, zanim 

zrobi co

ś

 w niezgodzie z samym sob

ą

. Co si

ę

 z nim działo? Przez cały rok nie był nikim zainteresowany. I 

zdecydowanie nigdy nie był zainteresowany 

Ŝ

adnym chłopakiem, chyba 

Ŝ

e policzysz obro

ń

c

ę

 

Ravenclawu, i to nie było nic nawet prawie tak intensywnego jak to. Sp

ę

dzał z Draco za du

Ŝ

o czasu. Tak, 

musiało chodzi

ć

 o to. Zbyt du

Ŝ

o czasu – stał si

ę

 zdezorientowany. Musi st

ą

d odej

ść

, pomy

ś

lał 

gor

ą

czkowo, umie

ś

ci

ć

 mi

ę

dzy nimi troch

ę

 przestrzeni, dopóki nie przypomni sobie, jak by

ć

 blisko kogo

ś

 

bez bycia do niego niewła

ś

ciwie przyci

ą

ganym. 

 
- Przepraszam – powiedział szorstko, przerywaj

ą

c recytacj

ę

 Draco na temat przechowywania i u

Ŝ

ywania 

eliksiru. Odepchn

ą

ł swoje krzesło, tym razem celowo, i zacz

ą

ł na 

ś

lepo wpycha

ć

 swoje rzeczy z powrotem 

do torby. – Zapomniałem… Musz

ę

 i

ść

 
- Teraz? – zapytał Draco, wygl

ą

daj

ą

c na zmieszanego. – Co si

ę

 stało? 

- Nic… Wszystko w porz

ą

dku! Ja tylko… to… ja tylko musz

ę

 i

ść

. – do tego momentu Harry był ju

Ŝ

 bliski 

paniki. – Porozmawiamy pó

ź

niej, dobrze? 

I mówi

ą

c to, złapał swoj

ą

 torb

ę

, i wyfrun

ą

ł przez drzwi. 

 
~*~*~ 
 
Pobiegł prosto do sanktuarium pokoju wspólnego Gryffindoru, gdzie okazało si

ę

Ŝ

e Hermiona odpytuje 

Rona z zielarstwa. 
 
- Harry! Co ty tu robisz tak wcze

ś

nie? – zapytała, patrz

ą

c na niego znad ksi

ąŜ

ki, kiedy potkn

ą

ł si

ę

wchodz

ą

c przez dziur

ę

 za portretem. 

- Ja… - Harry nagle odkrył, 

Ŝ

Ŝ

adne słowa nie przychodziły mu na my

ś

l. Ani prawda, ani wymówki. Jakby 

jego mózg zupełnie przestał pracowa

ć

. – To nic. – zdołał wykrztusi

ć

, opadaj

ą

c na najbli

Ŝ

szy fotel i 

rozpraszaj

ą

co przesuwaj

ą

c r

ę

k

ą

 przez włosy. 

background image

- Nie wygl

ą

da jak nic – odparła Hermiona. – Czy co

ś

 si

ę

 stało? 

Harry zwalczył ch

ęć

, by ukry

ć

 twarz w dłoniach. 

- Nie chc

ę

 o tym rozmawia

ć

. Ja tylko… Ja tylko zamierzam znowu przez jaki

ś

 czas uczy

ć

 si

ę

 z wami, 

okej? 
Patrzył, jak przygryza warg

ę

, maj

ą

c nadziej

ę

Ŝ

e nie ka

Ŝ

e mu tłumaczy

ć

 dalej. 

 
- Jasne, Harry – odpowiedziała w ko

ń

cu. – Cieszymy si

ę

Ŝ

e do nas wróciłe

ś

. Znacznie fajniej b

ę

dzie 

znowu uczy

ć

 si

ę

 razem. 

- Nie wierz

ę

Ŝ

e to mówi

ę

, ale prawdopodobnie z Malfoyem byłoby ci lepiej – j

ę

kn

ą

ł Ron, smutno zezuj

ą

na swoj

ą

 szachownic

ę

. – Hermiona maglowała mnie w kwestii technik 

ś

cinania gał

ę

zi ro

ś

lin mi

ę

so

Ŝ

ernych 

przez ostatni

ą

 godzin

ę

 
- Tak, có

Ŝ

, było raczej oczywiste, 

Ŝ

e tego potrzebowałe

ś

, nie sadzisz? – odwróciła si

ę

 do Harry’ego, który 

pocierał skronie. – Jeste

ś

 pewien, 

Ŝ

e wszystko w porz

ą

dku? 

- Wiesz, b

ę

dzie w porz

ą

dku, je

ś

li przestaniesz wierci

ć

 mu dziur

ę

 w brzuchu. Jego przepytaj z tematów na 

zielarstwo, je

ś

li tak bardzo chcesz zadawa

ć

 miliony pyta

ń

Harry rzucił Ronowi wdzi

ę

czne spojrzenie. 

- Taa, wszystko okej. Chciałem tylko sp

ę

dzi

ć

 wi

ę

cej czasu z wasz

ą

 dwójk

ą

, to wszystko. 

W my

ś

lach nadal miał Draco, ale teraz, kiedy si

ę

 od niego fizycznie odseparował, Harry zacz

ą

ł czu

ć

Ŝ

mo

Ŝ

e mógłby by

ć

 zdolny do ponownego przej

ę

cia kontroli nad własnymi uczuciami. 

- No dobrze – odpowiedziała troch

ę

 niepewnie. – Có

Ŝ

, jak mówił Ron, powtarzamy zielarstwo. Chcesz, 

Ŝ

ebym ciebie te

Ŝ

 sprawdziła? 

Zupełnie nie był pewien, jak zdoła si

ę

 skupi

ć

, ale była jaka

ś

 szansa, 

Ŝ

e nauka bardziej przykuje jego 

uwag

ę

. Dzielnie przekopuj

ą

c si

ę

 przez swoj

ą

 po

ś

piesznie spakowan

ą

 torb

ę

, Harry wyci

ą

gn

ą

ł swoj

ą

 

ksi

ąŜ

k

ę

 i westchn

ą

ł. 

- Och, jasne, czemu nie? 
 
~*~*~ 
 
Kilka nast

ę

pnych dni było dla Harry’ego niezno

ś

ne. Unikał przyjaciela na ka

Ŝ

dej wspólnej lekcji i ka

Ŝ

dy 

wieczór sp

ę

dzał w pokoju wspólnym w Gryffindorze, zako

ń

czywszy swoje sesje naukowe nagle i bez 

Ŝ

adnego wytłumaczenia. Ale mimo jego wysiłków, jego pełen nadziei plan, by wyrzuci

ć

 Draco z my

ś

li 

przez odseparowanie si

ę

 od niego, nie okazał si

ę

 sukcesem. W czasie posiłków, jego oczy nadal były 

skierowane przez cał

ą

 długo

ść

 Wielkiej Sali, niewa

Ŝ

ne jak bardzo starał si

ę

 przyci

ą

gn

ąć

 je z powrotem. I 

ka

Ŝ

dej nocy, kiedy usadowił si

ę

 nad ksi

ąŜ

kami z Ronem i Hermion

ą

, zastanawiał si

ę

, co robi 

Ś

lizgon. 

Pytania Hermiony, zamiast odwróci

ć

 jego uwag

ę

, za bardzo przypominały mu o sposobie, w jaki pracował 

z Draco - sp

ę

dził cały ten czas, porównuj

ą

c mentalnie ich metody powtarzania i t

ę

skni

ą

c za chłopakiem 

jeszcze bardziej. Dlatego te

Ŝ

 po tym pierwszym wieczorze wykr

ę

cił si

ę

 i tylko usiadł obok, z ksi

ąŜ

k

ą

 na 

kolanach, pozwalaj

ą

c im pracowa

ć

 bez niego. Przez wi

ę

kszo

ść

 czasu nie zdołał w ogóle zacz

ąć

 si

ę

 

uczy

ć

, zamiast tego przez długie godziny wpatrywał si

ę

 w ogie

ń

, zagubiony w my

ś

lach. Kiedy tylko 

Ronowi udało si

ę

 namówi

ć

 go na okazjonaln

ą

 parti

ę

 szachów, jego wie

Ŝ

e cz

ę

sto ko

ń

czyły schodzeniem z 

planszy tupi

ą

c, zupełnie zdegustowane nieuwag

ą

 Harry’ego. 

 
Trzeciego dnia Ron i Hermiona zaci

ą

gn

ę

li go do dormitorium chłopców z siódmego roku zaraz po tym, jak 

wrócili z kolacji, i za

Ŝą

dali wiedzy o tym, co si

ę

 dzieje. 

- No dobra – Hermina skrzy

Ŝ

owała ramiona, kiedy Harry usiadł ostro

Ŝ

nie na skraju łó

Ŝ

ka. – Co

ś

 jest nie 

tak. Co to takiego? 
- Nic, ju

Ŝ

 wam mówiłem… 

Ron machn

ą

ł niecierpliwie r

ę

k

ą

- Daj spokój, Harry! Dziwnie si

ę

 zachowujesz, odk

ą

d do nas wróciłe

ś

, zupełnie nienormalnie. 

Harry spojrzał na nich. 
- Co si

ę

 stało z niechceniem, by inni wiercili mi dziur

ę

 w brzuchu? – zapytał Rona. 

- No wiesz, taki ju

Ŝ

 los facetów, 

Ŝ

e musz

ą

 trzyma

ć

 si

ę

 razem, nie wiedziałe

ś

? – Ron zignorował uniesion

ą

 

brew Hermiony. – No i to było zanim przestałe

ś

 si

ę

 do wszystkich odzywa

ć

, zrobiłe

ś

 si

ę

 całkiem 

przygn

ę

biony, zacz

ą

łe

ś

 zapomina

ć

 je

ść

 przez połow

ę

 czasu i znowu patrze

ć

 na Malfoya przez Wielk

ą

 

Sal

ę

. Nie grałe

ś

 w szachy tak beznadziejnie, odk

ą

d byli

ś

my pierwszorocznymi. 

background image

- Harry – powiedziała bardziej delikatnie Hermiona, podchodz

ą

c, by usi

ąść

 obok niego na łó

Ŝ

ku. – Po 

prostu si

ę

 o ciebie martwimy. 

- Czy on ci co

ś

 zrobił? – przerwał Ron. 

- Kto? 
- Malfoy. Czy on ci co

ś

 zrobił? Czy to dlatego przestałe

ś

 si

ę

 z nim uczy

ć

? Wiedziałem, 

Ŝ

e to był zły 

pomysł. I nie obchodzi mnie, czy jest 

ś

lepy, czy nie. Je

ś

li ci

ę

 skrzywdził, ja… - Ron uderzył pi

ęś

ci

ą

 w dło

ń

- Ron – ostrzegła Hermiona. A potem odwróciła si

ę

 do Harry’ego. – Wiem, mówiłe

ś

Ŝ

e nie chcesz o tym 

rozmawia

ć

, ale co

ś

 wyra

ź

nie jest nie tak i chcemy pomóc. Tak robi

ą

 przyjaciele, pami

ę

tasz? 

 
Harry przygryzł warg

ę

. Przyjaciele. 

- Mog

ę

 was o co

ś

 zapyta

ć

? – spytał, patrz

ą

c na nich oboje. 

- Oczywi

ś

cie – odpowiedziała Hermiona. 

- Okej, jeste

ś

my przyjaciółmi. Dobrymi przyjaciółmi. Zgadza si

ę

? – kiwn

ę

li głowami. – Czy… czy które

ś

 z 

was kiedykolwiek my

ś

lało o pocałowaniu jednego z nas? 

Ron si

ę

 roze

ś

miał. 

- Mog

ę

 uczciwie pomy

ś

le

ć

Ŝ

e nigdy nie chciałem pocałowa

ć

 ciebie, Harry. Bez urazy. 

Harry si

ę

 u

ś

miechn

ą

ł. 

- Bez obaw. – odwrócił si

ę

 do Hermiony. – A jak u ciebie? 

Poci

ą

gn

ę

ła za kosmyk włosów, co Harry rozpoznał jako oznak

ę

Ŝ

e my

ś

li. 

- Podejrzewam, 

Ŝ

e ten pomysł przemkn

ą

ł mi przez my

ś

l, kiedy byli

ś

my młodsi – odpowiedziała powoli. – 

Ale wiedziałam, 

Ŝ

e wy i ja zawsze b

ę

dziemy lepsi jako przyjaciele. Wi

ę

c… nie, raczej nie. – wtedy 

zmarszczyła brwi. – Harry, czy to ma co

ś

 wspólnego z Malfoyem? 

- Có

Ŝ

… - Harry zawahał si

ę

, patrz

ą

c na zmian

ę

 na swoich przyjaciół. Potem wzi

ą

ł gł

ę

boki wdech i opu

ś

cił 

oczy na podłog

ę

. Ju

Ŝ

 nie było ucieczki. – Tak – wyszeptał. 

 
- Pocałowałe

ś

 Malfoya?! – wrzasn

ą

ł Ron. – Fuuj! 

- Ron, prosz

ę

! – wtr

ą

ciła si

ę

 Hermiona. Harry poczuł jej dło

ń

 na swoim podbródku i uniósł głow

ę

, by 

spojrze

ć

 w jej zaniepokojone oczy. – Harry? 

- Nie, nie zrobiłem tego. – powiedział im. Potem przełkn

ą

ł 

ś

lin

ę

. – Ale chciałem. 

Pobie

Ŝ

nie wytłumaczył, co wydarzyło si

ę

 tamtej nocy w pokoju do nauki. Ron zmarszczył lekko brwi. 

- Chcesz powiedzie

ć

Ŝ

e jeste

ś

 gejem? 

- Nie wiem! – za

Ŝ

enowany, Harry zeskoczył z łó

Ŝ

ka i zacz

ą

ł przemierza

ć

 pokój z r

ę

koma zwini

ę

tymi w 

pi

ęś

ci. – To znaczy, lubiłem Cho. Bardzo. I były te

Ŝ

 inne dziewczyny. Ale potem był Benjamin… 

- Benjamin? – przerwał mu znowu Ron. – Ten obro

ń

ca Ravenclawu? 

Harry skin

ą

ł głow

ą

 ponuro. 

- Ale my

ś

lałem, 

Ŝ

e to nie było na powa

Ŝ

nie, tylko… nie wiem. Podziw stylu, w jakim grał, czy co

ś

. Tyle, 

Ŝ

z Malfoyem jest inaczej. Naprawd

ę

 

ź

le… Nie wiem, co jest ze mn

ą

 nie tak. My

ś

l

ę

Ŝ

e sp

ę

dzałem z nim za 

du

Ŝ

o czasu, czy co

ś

, dlatego musiałem uciec. 

- Niekoniecznie co

ś

 jest z tob

ą

 „nie tak”, Harry. – powiedziała koj

ą

co Hermiona. – Niektórzy ludzie s

ą

 

wła

ś

nie tacy, biseksualni. – podeszła i poło

Ŝ

yła mu r

ę

k

ę

 na ramieniu. – A teraz pozwól mi zada

ć

 to samo 

pytanie, jakie ty zadałe

ś

 nam. Czy kiedykolwiek chciałe

ś

 pocałowa

ć

 które

ś

 z nas? 

- Nie – odpowiedział natychmiast. 
Hermiona zachichotała, przewracaj

ą

c oczami. 

- Dobrze wiedzie

ć

Ŝ

e chocia

Ŝ

 po

ś

wi

ę

ciłe

ś

 temu my

ś

l – powiedziała trze

ź

wo. – Ale widzisz? Nasza trójka 

sp

ę

dziła ze sob

ą

 du

Ŝ

o wi

ę

cej czasu - sze

ść

 i pół roku i cz

ęść

 niektórych wakacji - i nic si

ę

 nigdy nie 

wydarzyło, prawda? 
- Oprócz tych wszystkich prawie u

ś

miercaj

ą

cych do

ś

wiadcze

ń

, ma na my

ś

li – powiedział Ron. 

Harry u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 szeroko mimo woli. 

- Oprócz nich, nie. 
- Wi

ę

c… to dlatego my

ś

l

ę

Ŝ

e to, co czujesz do Malfoya, nie ma nic wspólnego z liczb

ą

 czasu, jaki z nim 

sp

ę

dzasz. 

- Och. – opadł z powrotem na łó

Ŝ

ko, pokonany. 

- Harry, mówisz powa

Ŝ

nie? – spytał Ron z niedowierzaniem. – Ty naprawd

ę

… lubisz… Malfoya? 

Spojrzał w pełn

ą

 emocji twarz przyjaciela. 

- Znienawidzisz mnie, je

ś

li powiem, 

Ŝ

e tak? 

Ron westchn

ą

ł. 

background image

- Có

Ŝ

, nie nienawidz

ę

 ci

ę

 za to, 

Ŝ

e jeste

ś

… za to, 

Ŝ

e najwyra

ź

niej lubisz i chłopców, i dziewczyny. Ale 

musz

ę

 przyzna

ć

Ŝ

e te

Ŝ

 niespecjalnie chwytam. Mama i tata maj

ą

 kilku przyjaciół gejów… My

ś

l

ę

Ŝ

e to nie 

taka wielka sprawa, nawet je

ś

li nadal sprawia wra

Ŝ

enie nieco dziwnej. – przeszedł kilka kroków wokół 

pokoju, z nieco pochmurniej

ą

c

ą

 min

ą

. – Chodzi tylko o to… Malfoy? Czy to musi by

ć

 Malfoy? Nie mog

ę

 

uwierzy

ć

Ŝ

e zakochałe

ś

 si

ę

 w tym gnojku! 

- To nie tak, 

Ŝ

e to zaplanowałem – odpowiedział Harry obronnym tonem. – I, tak czy inaczej, on jest teraz 

inny. Ju

Ŝ

 wcale nie przypomina tej paskudnej osoby, co kiedy

ś

. Po wypadku po prostu… zacz

ą

ł zostawia

ć

 

ludzi w spokoju i powiedział mi, 

Ŝ

e jego ojciec… - Harry zawahał si

ę

, chc

ą

c chroni

ć

 prywatno

ść

 Dracona – 

Ŝ

, nie idzie do Voldemorta ani nic – zako

ń

czył. 

- No, jestem szcz

ęś

liwa, 

Ŝ

e to słysz

ę

 – odpowiedziała Hermiona. – I mog

ę

 ci

ę

 zapewni

ć

Ŝ

e od wypadku 

nie powiedział do mnie nawet dwóch słów, ani miłych, ani nie. Ale nadal nie wiem, jak mo

Ŝ

esz tak po 

prostu zapomnie

ć

 sze

ść

 lat zniewagi, Harry. Przez te lata zrobił ci kilka naprawd

ę

 okropnych rzeczy. 

 
- I wam dwojgu tak

Ŝ

e – Harry wyraził swoim głosem to, co Hermiona zostawiła niedopowiedziane; 

wiedział, 

Ŝ

e i tak wszyscy o tym my

ś

l

ą

. – Wiem, wiem – westchn

ą

ł. – Ale… to tak, jakby on był teraz inn

ą

 

osob

ą

, a tym draniem był kto

ś

 zupełnie inny. Jeste

ś

my teraz przyjaciółmi. 

- No dobrze – Hermiona westchn

ę

ła po chwili. – Có

Ŝ

, b

ę

dziemy musieli trzyma

ć

 ci

ę

 za słowo. – a potem 

spojrzała na niego bardziej stanowczo. – Ale musisz z nim porozmawia

ć

- Co? – Harry wzdrygn

ą

ł si

ę

 na sam

ą

 my

ś

l. – Nie. Nie, nie mog

ę

- Harry, musisz. Je

Ŝ

eli naprawd

ę

 jeste

ś

cie przyjaciółmi tak, jak mówisz, to nie mo

Ŝ

esz tak sobie 

przeskoczy

ć

 czego

ś

 takiego. Zało

Ŝę

 si

ę

Ŝ

e nie powiedziałe

ś

 mu nawet, dlaczego uciekłe

ś

. Prawda? 

- I co mam powiedzie

ć

? „Sorry, nie mog

ę

 si

ę

 ju

Ŝ

 z tob

ą

 uczy

ć

, bo wolałbym si

ę

 z tob

ą

 migdali

ć

”? 

- Za du

Ŝ

o informacji – wymamrotał Ron. 

- Có

Ŝ

, musisz co

ś

 powiedzie

ć

 – nalegała. 

Harry tylko potrz

ą

sn

ą

ł głow

ą

- Nie mog

ę

 
<*>*<*>*<*> 
 
Draco Malfoy był w

ś

ciekły. 

 
Najpierw był zdezorientowany. Potem zraniony. Teraz przeszedł do w pełni rozwini

ę

tego gniewu. 

 
Zachowanie Harry’ego na pocz

ą

tku tygodnia było dziwne. Chocia

Ŝ

 po niedzielnych wydarzeniach 

wydawał si

ę

 raczej normalny, a ich spotkanie na opiece nad magicznymi stworzeniami w poniedziałek 

odbyło si

ę

 zbyt powierzchownie, by to ocenia

ć

, do tego wieczora stawał si

ę

 coraz bardziej sztuczny. A 

potem nagle znikn

ą

ł w potoku słów, które nie miały 

Ŝ

adnego sensu i stanowczo nie wystarczały na 

wytłumaczenie. 
 
Na pocz

ą

tku si

ę

 zmartwił. Czy Harry był chory? Co

ś

 si

ę

 stało? Koszmary? Mo

Ŝ

e miał kłopoty? Tego 

wieczoru Draco sko

ń

czył prac

ę

 sam, jednym k

ą

tem umysłu cały czas odtwarzaj

ą

c od nowa, co stało si

ę

 

tej nocy w pokoju do nauki, i zastanawiaj

ą

c si

ę

, co było nie tak. Dobrze si

ę

 czuł w towarzystwie drugiego 

chłopaka; zgodnie z obietnic

ą

, Harry nie wspominał o jego emocjonalnym załamaniu w niedziel

ę

 i Draco 

zorientował si

ę

Ŝ

e zamiast uczyni

ć

 wszystko niezr

ę

cznym, to wydarzenie w jaki

ś

 sposób spowodowało, 

Ŝ

e poczuł si

ę

 bli

Ŝ

szy Harry’emu. Jakby dzielili ze sob

ą

 sekret. I mie

ć

 go znowu obok… to sprawiło, 

Ŝ

Draco czuł si

ę

 dobrze. Ale wtedy tamten nagle wyj

ą

kał jakie

ś

 puste wymówki i wybył, gwałtownie 

cichn

ą

cymi krokami, zostawiaj

ą

c za sob

ą

 ogłuszaj

ą

c

ą

 pustk

ę

 
Na eliksirach raczej rzadko była okazja do rozmowy, bo profesor Snape przewa

Ŝ

nie skutecznie zmuszał 

ich do pracy. Poza tym, Harry siedział z przyjaciółmi przy stole za Draco, pozostawiaj

ą

c małe szanse na 

nawi

ą

zanie bezpo

ś

redniego kontaktu. Ale podczas zaj

ęć

 nast

ę

pnego dnia zauwa

Ŝ

ył, 

Ŝ

e Harry był 

dokładnie przed nim w kolejce po składniki od Snape’a, bo usłyszał jak Gryfon odpowiada na pytanie 
profesora. Oceniaj

ą

c szanse, zdecydował si

ę

 chwyci

ć

 pierwsz

ą

 rzecz, jak

ą

 napotkał, która okazała si

ę

 by

ć

 

ramieniem Harry’ego. 
 
- Wszystko w porz

ą

dku? – wyszeptał, kiedy drugi chłopak odwrócił si

ę

Ŝ

eby odej

ść

. – Dok

ą

d wtedy 

background image

poszedłe

ś

Ale Harry wyszarpn

ą

ł si

ę

 z uchwytu i znikn

ą

ł z zasi

ę

gu bez słowa, sprawiaj

ą

c, 

Ŝ

e Draco pocz

ą

tkowo 

zw

ą

tpił w swoje rozpoznanie. Był prawie pewny, 

Ŝ

e złapał wła

ś

ciw

ą

 osob

ę

; ciepło, promieniuj

ą

ce z jego 

skóry, ta charakterystyczna aura, która go otaczała, były wyczuwalne nawet przez szaty. A głos, który 
wcze

ś

niej słyszał, z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 nale

Ŝ

ał do Harry’ego. 

 
A mimo to… zawsze istniała mo

Ŝ

liwo

ść

Ŝ

e obok Harry’ego znajdował si

ę

 inny ucze

ń

, i mo

Ŝ

e chwycił 

niewła

ś

ciw

ą

 osob

ę

. Nie było innej okazji, 

Ŝ

eby wyłoni

ć

 chłopaka z reszty klasy, ale kiedy Harry nie zdołał 

pojawi

ć

 si

ę

 w ich zwykłej porze nauki, stało si

ę

 ra

Ŝą

co jasne, 

Ŝ

e chłopak go unika. Czemu? 

 
Zastanawiał si

ę

, czy to mimo wszystko nie przez sobot

ę

. Wygl

ą

dało na to, 

Ŝ

e Harry wzi

ą

ł to wszystko z 

dystansu, ale przypuszczalnie Draco powiedział za du

Ŝ

o, był za słaby. Harry był Gryfonem, mimo 

wszystko, odwa

Ŝ

nym i silnym, i posiadał wszystkie inne cechy, które zachwalała Tiara Przydziału. Nie było 

miejsca na słabo

ś

ci. Skrytykował ju

Ŝ

 Draco za u

Ŝ

alanie si

ę

 nad sob

ą

 na długo przed tym, zanim sam 

Draco zdołał si

ę

 do tego przyzna

ć

. Czy o to chodziło? Czy opu

ś

cił Draco dlatego, 

Ŝ

e zacz

ą

ł mie

ć

 do

ść

 

konieczno

ś

ci radzenia sobie z nim i jego ułomno

ś

ci

ą

 
Ale co z dotykaniem twarzy? Ten niesamowity moment pomi

ę

dzy nimi – a przynajmniej tak niesamowity 

dla niego. Nie s

ą

dził, 

Ŝ

e mógł wtedy 

ź

le zinterpretowa

ć

 uczucia Harry’ego… nie było kłamstwa dla dotyku. 

 
Harry nigdy nie był dobry w utrzymywaniu emocji z dala od twarzy, wi

ę

c przypuszczalnie nawet wtedy, 

gdyby czuł co

ś

 negatywnego, Draco powinien by

ć

 zdolny do pochwycenia tego własnymi dło

ń

mi. 

 
Z drugiej strony, ten moment nast

ą

pił zaraz po innych wydarzeniach. Gryfon wła

ś

nie zagrał pełen mecz 

Quidditcha, potem zabrał Draco na lot, do

ś

wiadczył jego wybuchu i zaraz przeszedł do dotykania go. 

Mo

Ŝ

e dopiero półtora dnia pó

ź

niej rozwa

Ŝ

ył ponownie swoj

ą

 pozycj

ę

 
Tu zagnie

ź

dził si

ę

 ból. Draco wmówił sobie stanowczo, 

Ŝ

e nie b

ę

dzie na nikim polegał, nie oka

Ŝ

e słabo

ś

ci, 

nie otworzy si

ę

. A i tak to zrobił. Pozwolił Harry’emu sobie pomóc, nawet je

Ŝ

eli chłopak zapewniał, 

Ŝ

niemo

Ŝ

liwo

ś

ci

ą

 byłoby to równa

ć

 z pomoc

ą

, któr

ą

 otrzymywał w zamian. Powiedział mu rzeczy, których 

nigdy nie powiedział nikomu. Dotykał go, latał z nim jak jedna osoba, czuł bicie jego serca pod palcami… 
a teraz on odszedł. 
 
Reakcj

ą

 Draco, kiedy tylko zagnie

ź

dziło si

ę

 w nim zrozumienie, było odizolowa

ć

 si

ę

 ponownie. Zamkn

ą

ł w 

sobie pierwsze plany kroków, które miał zamiar poczyni

ć

 w kierunku swoich 

ś

lizgo

ń

skich znajomych, i 

znowu sp

ę

dził cały dzie

ń

, nie rozmawiaj

ą

c z nikim, o ile nie było to konieczne. Poniewa

Ŝ

 jednak 

spróbował chocia

Ŝ

 tej odrobiny towarzystwa swoich współdomowników i sp

ę

dził cały ten czas z 

Gryfonem, nagła samotno

ść

 była rozdzieraj

ą

ca. Ale ju

Ŝ

 zdecydował. Ponownie przekonał si

ę

 do swojej 

determinacji, by poradzi

ć

 sobie samemu, bez nikogo. Nikogo. Nawet Harry’ego. Zwłaszcza Harry’ego. 

 
Ale nie mógł przesta

ć

 my

ś

le

ć

 o Harrym. Im dłu

Ŝ

ej my

ś

lał, przez wszystkie godziny siedzenia w 

samotno

ś

ci, tym bardziej stawał si

ę

 zły. Harry zawsze powtarzał Draco, 

Ŝ

e powinien wi

ę

cej mówi

ć

. Mówi

ć

 

do ludzi, zamiast si

ę

 izolowa

ć

, mówi

ć

 o swoich problemach, mówi

ć

, mówi

ć

, mówi

ć

. A teraz Harry wycofał 

si

ę

 bez jednego pieprzonego słowa wyja

ś

nienia. Draco odsłonił si

ę

 przed nim, wyznaj

ą

c wszystko, co 

działo si

ę

 w jego wn

ę

trzu. Harry mógł si

ę

 przynajmniej wytłumaczy

ć

. Zmusił Draco, by stawił czoła 

niektórym swoim demonom – na przykład lataniu – a teraz uciekł od swojego obecnego problemu, 
czymkolwiek, kurwa, był. 
 

Ŝ

ś

wietnie. Draco go nie potrzebował. Nigdy go nie potrzebował. I tylko po to, 

Ŝ

eby udowodni

ć

 sobie 

samemu, 

Ŝ

e był lepszy ni

Ŝ

 on, pod koniec tygodnia zdecydował si

ę

 mimo wszystko wróci

ć

 do społecznej 

sfery Slytherinu. Nie otworzyłby si

ę

 przed nimi tak, jak przed Gryfonem, ale zdecydował, 

Ŝ

e w doł

ą

czaniu 

do nich raz na jaki

ś

 czas dla jakiej

ś

 wewn

ą

trzdomowej bitwy było niewiele krzywdy. Zastanawiał si

ę

, czy 

Harry nadal siedzi twarz

ą

 do 

Ś

lizgonów; miał nadziej

ę

Ŝ

e tak. Niech zobaczy Draco, rozmawiaj

ą

cego z 

Blaisem, 

ś

miej

ą

cego si

ę

 z głupich 

Ŝ

artów Malcolma i dogaduj

ą

cego si

ę

 z nimi po prostu 

ś

wietnie. 

 
Ale pó

ź

no w nocy, w 

ś

wiecie pod kloszem z jego zasłonek przy łó

Ŝ

ku, 

ś

miech cz

ę

sto zmieniał si

ę

 w łzy. 

background image

Łzy zło

ś

ci na siebie i Harry’ego. I łzy utraty, za czym

ś

 nienazwanym, co si

ę

 podkradło i uczyniło jego 

Ŝ

ycie 

lepszym, co dało mu kilka razy ujrze

ć

 w przelocie jasno

ść

 w swoim ciemnym wszech

ś

wiecie. Jego r

ę

ce 

przesuwały si

ę

 po jego własnej twarzy, przez wilgotne rz

ę

sy i nieruchome usta, próbuj

ą

c przypomnie

ć

 

sobie moment, w którym delikatne palce Harry’ego dotkn

ę

ły nie tylko jego twarzy, ale całego jego 

jestestwa. I wszystko, co mu zostało, to głucha pustka, w której rozchodziło si

ę

 echo nienazwanej emocji. 

 
Ale takie uczucia dawno zostały usuni

ę

te z jego słownika i nie pozwoliłby sobie zrozumie

ć

, czym było to, 

czego pragn

ą

ł. 

 
____________________________________________________________________- 
 
Ale 
Miło

ść

 jest 

ś

lepa; kochankowie nigdy 

Nie widz

ą

 szale

ń

stw, jakie popełniaj

ą

~ Szekspir, Kupiec wenecki  
 
Rozdział 8 
 
Kroki 
 
 
Love looks not with the eyes, but with the mind; 
And therefore is winged Cupid painted blind 
~ Shakespeare (A Midsummer Night’s Dream) 
 
 
Ten tydzie

ń

 wydawał si

ę

 nie mie

ć

 ko

ń

ca dla Draco, który sp

ę

dził go próbuj

ą

c ignorowa

ć

 Harry’ego na 

zaj

ę

ciach tak bardzo, jak bardzo był ignorowany przez niego, i ucz

ą

c si

ę

 do pó

ź

na w nocy. Raz po raz 

zastanawiał si

ę

, o co chodziło Gryfonowi, i dlaczego odszedł. W ko

ń

cu jednak nadeszła niedziela, dzie

ń

 

wizyty w Hogsmeade. Oczywi

ś

cie o pój

ś

ciu z Harrym nie było mowy i Draco, pomimo zaproszenia 

Millicenty do wspólnego stołu i kilku gł

ę

bszych w Trzech Miotłach, postanowił zosta

ć

 w zamku. Nie był w 

nastroju, by uczestniczy

ć

 w jej desperackich wysiłkach, aby pozostawi

ć

 w mie

ś

cie znak 

Ś

lizgonów, i nie 

miał 

Ŝ

adnej konkretnej sprawy, któr

ą

 naprawd

ę

 musiałby si

ę

 zaj

ąć

, a której nie mogła du

Ŝ

o szybciej 

załatwi

ć

 sowa. 

 
Przypuszczał, 

Ŝ

e Harry poszedł do miasta jako cz

ęść

 Wielkiej Trójcy i poczuł jednocze

ś

nie ulg

ę

 i pustk

ę

 

na my

ś

l, 

Ŝ

e dzi

ś

 nie b

ę

dzie musiał sobie radzi

ć

 z niewidzialn

ą

 obecno

ś

ci

ą

 chłopaka. 

 
Sp

ę

dził poranek, ucz

ą

c si

ę

 w samotno

ś

ci (jak zwykle), a potem przeszedł (jak zwykle) do (innej ni

Ŝ

 

zwykle) cichej Wielkiej Sali, kiedy nadszedł czas obiadu. Jedynym innym siódmorocznym 

Ś

lizgonem, 

który został, był Blaise i kiedy jedli, rozmawiał z Draco przelotnie o eliksirach. 
 
- Mog

ę

 ci

ę

 o co

ś

 spyta

ć

? – zapytał nagle Blaise z ustami pełnymi jedzenia. 

Draco wzruszył ramionami. 
- Jasne – odparł, spodziewaj

ą

c si

ę

 kolejnego pytania o trudny proces przygotowywania Veritaserum. 

- Co

ś

 ty zrobił Potterowi? 

- Co? – głowa Draco podskoczyła gwałtownie. – Jak to? 
- Gapi si

ę

 na ciebie przez cały posiłek. W sumie to gapi si

ę

 na ciebie od kilku dni, ale teraz, kiedy nie ma 

koło siebie tego swojego kumoterstwa, wydaje si

ę

 to bardziej oczywiste. 

 
Nawet po tym całym czasie bez wzroku, jego pierwszym odruchem było odwrócenie si

ę

Ŝ

eby spojrze

ć

 i 

zweryfikowa

ć

 to własnymi oczami. 

- Potter jest sam? – spytał, z wysiłkiem kontroluj

ą

c swój głos i bezsensowny odruch. 

- Taa. Najwyra

ź

niej nie jeste

ś

my jedynymi nieudacznikami, których ominie wizyta w Hogsmeade – 

powiedział Blaise, 

ś

miej

ą

c si

ę

. – No, to co mu zrobiłe

ś

? Co mogłe

ś

 mu zrobi

ć

 

background image

Draco zignorował bezmy

ś

lny komentarz. Gniew powrócił nagle z cał

ą

 moc

ą

. Czyli Harry nie mógł 

powiedzie

ć

 do niego dwóch słów, ale mógł siedzie

ć

 i gapi

ć

 si

ę

 na niego przez cały weekend? Nie, 

wytłumaczy mu si

ę

, i to teraz. Nie było 

Ŝ

adnych osób postronnych, które mogły wle

źć

 mu w drog

ę

Ŝ

adnych lekcji, na które mógłby uciec. Odepchn

ą

ł swoje krzesło. 

- Tendo: Stół Gryffindoru. – powiedział Przewodnikowi, pod

ąŜ

aj

ą

c za jego wskazówkami tak szybko, 

Ŝ

gdyby ktokolwiek stan

ą

ł na jego drodze, kula nie byłaby zdolna ostrzec go na czas. 

- U celu – nadszedł głos Przewodnika. Nie mógł on rozpoznawa

ć

 konkretnych ludzi, jedynie miejsca. A 

wi

ę

c teraz był przy stole, nie maj

ą

c poj

ę

cia gdzie dokładnie jest Harry. Zacz

ą

ł i

ść

 wzdłu

Ŝ

 stołu, po 

zewn

ę

trznej stronie, gdzie chłopak musiał siedzie

ć

, skoro na niego patrzył. 

 
- Potter, musimy porozmawia

ć

. Teraz. – powiedział cicho, ale wyra

ź

nie, jedn

ą

 dłoni

ą

 muskaj

ą

c oparcia 

krzeseł, kiedy szedł w stron

ę

 

ś

rodka stołu. 

Bez odzewu. 
- Chcesz, 

Ŝ

ebym podniósł głos i powiedział to całej sali? 

- Przesta

ń

 – sykn

ą

ł Harry; ostry ton doszedł z tyłu, z miejsca, gdzie Draco ju

Ŝ

 min

ą

ł. Cofn

ą

ł si

ę

 w stron

ę

 

d

ź

wi

ę

ku, a

Ŝ

 powstrzymała go dło

ń

 na jego nadgarstku. Wiele mówi

ą

ce ciepło Harry’ego prawie 

natychmiast przenikn

ę

ło przez jego skór

ę

. Draco odwrócił głow

ę

- Chcesz, 

Ŝ

ebym przestał? 

Ś

wietnie. Masz zamiar rozmawia

ć

 
Nast

ą

piła przerwa. 

- Nie tutaj – zabrzmiał w ko

ń

cu Gryfon, puszczaj

ą

c jego nadgarstek. Usłyszał skrzypi

ą

ce krzesło. – Na 

zewn

ą

trz. Hol wej

ś

ciowy. 

 
Kroki zacz

ę

ły si

ę

 od niego oddala

ć

, kiedy podawał swojemu Przewodnikowi okre

ś

lony kierunek. 

 
<*>*<*>*<*> 
 
Zap

ę

dzony w kozi róg, Harry przekroczył hall wej

ś

ciowy kilka razy w ci

ą

gu tych paru chwil, które zaj

ę

ły 

Draco doł

ą

czenie dla niego. Tego ranka zbył Rona i Hermion

ę

, zapewniaj

ą

c, 

Ŝ

e jest zbyt zm

ę

czony, 

Ŝ

eby 

doł

ą

czy

ć

 do nich w Hogsmeade i 

Ŝ

e musi odrobi

ć

 zadanie. W

ą

tpił, i

Ŝ

 którekolwiek z przyjaciół uwierzyło w 

jego wymówki, ale zgodzili si

ę

, zostawiaj

ą

c go samego, by rozmy

ś

lał i obserwował. 

 
Draco wszedł do hallu i zatrzymał si

ę

 na chwil

ę

, wyra

ź

nie próbuj

ą

c okre

ś

li

ć

 pozycj

ę

 Harry’ego. 

- Słysz

ę

 kroki - uprzedził, kiedy tylko ci

ęŜ

kie drzwi si

ę

 za nim zamkn

ę

ły. – Je

ś

li masz zamiar mi si

ę

 

wy

ś

lizgn

ąć

, Potter, to nie zadziała. 

Harry przestał spacerowa

ć

- Jestem dokładnie tutaj, wi

ę

c mo

Ŝ

esz sko

ń

czy

ć

 z gro

ź

bami. – Patrzył, jak drugi chłopak zmierza w jego 

kierunku, zatrzymuj

ą

c si

ę

, gdy jego Przewodnik ostrzegł o zbli

Ŝ

aj

ą

cej si

ę

 kolizji. – Czego chcesz? – 

wypalił, ostrzej ni

Ŝ

 zamierzał. 

- A jak my

ś

lisz? Chc

ę

 wiedzie

ć

, co si

ę

 z tob

ą

, kurwa, dzieje. 

Harry przygryzł warg

ę

. Powinien był wiedzie

ć

Ŝ

e Draco w ko

ń

cu za

Ŝą

da wyja

ś

nie

ń

- Ze mn

ą

? Czuj

ę

 si

ę

 

ś

wietnie – odparł, całkowicie zmieniaj

ą

c taktyk

ę

 i zmuszaj

ą

c si

ę

 do lekkiego, 

niefrasobliwego tonu. 
- Có

Ŝ

, nie wydawałe

ś

 si

ę

 czu

ć

 

ś

wietnie, w zeszły poniedziałek, kiedy wyszedłe

ś

 tak nagle – odgryzł si

ę

 

Draco. – I nie rozmawiasz ze mn

ą

 od tygodnia. Zawsze zmuszałe

ś

 mnie do mówienia. Teraz twoja kolej. 

Wytłumacz si

ę

 
Oprócz znajdowania si

ę

 na złym ko

ń

cu zło

ś

ci 

Ś

lizgona, Harry zorientował si

ę

Ŝ

e po raz kolejny 

niekorzystnie wpływa na niego blisko

ść

 chłopaka. Wzi

ą

ł gł

ę

boki oddech i odwrócił wzrok na lewo od 

Draco, unikaj

ą

c spogl

ą

dania na niego bezpo

ś

rednio. 

 
- Po prostu zdałem sobie spraw

ę

, jak bardzo brakowało mi Rona i Hermiony – skłamał. – Chciałem 

sp

ę

dzi

ć

 z nimi wi

ę

cej czasu. To wszystko. 

Draco zrobił krok w tył. 
- Nie wierz

ę

 ci. 

Harry wzruszył ramionami, maj

ą

c nadziej

ę

Ŝ

e Draco nie słyszy, jak szale

ń

czo jego serce wali w klatce 

background image

piersiowej. 
- Co jest takie niewiarygodne? Jeste

ś

my przyjaciółmi od wieków, to zupełnie naturalne, 

Ŝ

e zacz

ą

łem za 

nimi t

ę

skni

ć

- I prawie trzy miesi

ą

ce zaj

ę

ło ci zauwa

Ŝ

enie tego? A kiedy to zrobiłe

ś

, było to takim zagro

Ŝ

eniem, 

Ŝ

musiałe

ś

 uciec bez odpowiedniego wyja

ś

nienia? 

- No to co było przyczyn

ą

 twoim zdaniem? – rzucił wyzwanie Harry, desperacko odbijaj

ą

c piłeczk

ę

 na pole 

Draco. 
- Och, nie wiem, mo

Ŝ

e po prostu jeste

ś

 mn

ą

 

ś

miertelnie zm

ę

czony i nie masz jaj, 

Ŝ

eby mi o tym 

powiedzie

ć

? – Harry zobaczył, jak chłopak odwrócił głow

ę

, pozwalaj

ą

c włosom opa

ść

 mi

ę

dzy nich, jakby 

nie chciał by

ć

 widziany. – 

Ś

wietnie grałe

ś

 rol

ę

 kogo

ś

, kto rozumie, ale kiedy w ko

ń

cu to do ciebie dotarło, 

nie mogłe

ś

 ju

Ŝ

 znie

ść

 całego tego gówna. – wzi

ą

ł oddech. – Podległo

ś

ci, załamania… wszystkiego. 

- Och, nie, Draco - automatycznie odpowiedział Harry, chc

ą

c natychmiast wymaza

ć

 obrzydzenie do 

samego siebie, które pod blond pasmami zobaczył na twarzy chłopaka. 
Głowa Draco podskoczyła. 
- Jak 

ś

miesz?! 

- Co? 
- Moje imi

ę

. To ju

Ŝ

 drugi raz, kiedy u

Ŝ

ywasz mojego imienia. Nie o

ś

mielaj si

ę

 u

Ŝ

ywa

ć

 go, by mn

ą

 

manipulowa

ć

, nie je

ś

li zdecydowałe

ś

Ŝ

e nasza przyja

źń

 – zauwa

Ŝ

ył – jest tak nieistotna, 

Ŝ

e nawet nie 

mo

Ŝ

esz powiedzie

ć

 mi prawdy. 

Harry zakl

ą

ł po cichu. W ogóle nie pomy

ś

lał, zanim otworzył usta - to po prostu wy

ś

lizgn

ę

ło si

ę

 w 

odpowiedzi na emocj

ę

, któr

ą

 zobaczył. 

- Mówi

ę

 prawd

ę

 – powiedział. – Przysi

ę

gam: to nie ma w ogóle nic wspólnego z tym, 

Ŝ

e jeste

ś

 niewidomy. 

- No to z czym ma? Bez kłamstw, Potter. 
- Ju

Ŝ

 ci mówiłem, po prostu t

ę

skniłem… 

 
Zanim zd

ąŜ

ył mrugn

ąć

, dło

ń

 Draco wystrzeliła do przodu i chwyciła przód jego swetra. Tylko chwil

ę

 zaj

ę

ło 

szybkim palcom zorientowanie si

ę

 wystarczaj

ą

co, by wspi

ąć

 si

ę

 na twarz Harry’ego. 

- Co robisz? – j

ę

kn

ą

ł, próbuj

ą

c go odepchn

ąć

. Ale jedna dło

ń

 w

ś

lizgn

ę

ła si

ę

 za jego szyj

ę

, przytrzymuj

ą

go w miejscu. 
- „Patrz

ę

” na ciebie. Dowiaduj

ę

 si

ę

 prawdy. Twoje słowa, twój głos - nie mówi

ą

 tego samego i dla mnie to 

nie ma sensu. Ale nigdy nie byłe

ś

 dobry w utrzymywaniu z dala od swojej twarzy prawdy o tym, co 

naprawd

ę

 czujesz. 

 
Harry’ego sparali

Ŝ

owało uczucie dłoni Draco na jego skórze, ciepło ich blisko

ś

ci. Jedna wpl

ą

tała si

ę

 w 

jego włosy na karku, druga przesuwała si

ę

 przez jego brwi, wargi, wsz

ę

dzie. Twarz Draco wypełniła całe 

jego pole widzenia, i ch

ęć

, by pochyli

ć

 si

ę

 w stron

ę

 wn

ę

trza tej dłoni, które obj

ę

ło teraz jego policzek, była 

naprawd

ę

 przytłaczaj

ą

ca. Nie mógł znie

ść

 wiele wi

ę

cej. 

 
- Prosz

ę

, nie – wyszeptał. 

Dło

ń

 nie poruszyła si

ę

- Podaj mi jeden dobry powód, dlaczego nie. 
- Poniewa

Ŝ

… - Harry wzi

ą

ł gł

ę

boki oddech. Kciuk 

Ś

lizgona ze

ś

lizgn

ą

ł si

ę

 lekko po jego policzku; jego usta 

były zaledwie kilka milimetrów dalej. Czas wydawał si

ę

 zwalnia

ć

 i czuł, jak 

ś

ciany dookoła niego si

ę

 wal

ą

wal

ą

… 

- Poniewa

Ŝ

 – powtórzył lekko trz

ę

s

ą

cym si

ę

 głosem – sprawiasz, 

Ŝ

e chc

ę

 zrobi

ć

 to. 

I, bior

ą

c twarz Draco we własne dłonie, pochylił si

ę

 i zło

Ŝ

ył na ustach chłopaka mi

ę

kki pocałunek. 

 
A potem wykr

ę

cił si

ę

 z u

ś

cisku Draco i pofrun

ą

ł do pokoju wspólnego. 

 
Nie był do ko

ń

ca pewien, czy jeszcze kiedy

ś

 stamt

ą

d wyjdzie. 

 
<*>*<*>*<*> 
 
Draco stał u wylotu korytarza, zastanawiaj

ą

c si

ę

, czy ma zamiar zaraz rozpocz

ąć

 wielki po

ś

cig. 

 
Kiedy Harry pocałował go tego rana i znikn

ą

ł, Draco pozostał nieruchomy, ogłuszony. Dopiero kiedy 

background image

usłyszał, jak z Wielkiej Sali wyłaniaj

ą

 si

ę

 jacy

ś

 uczniowie, szepcz

ą

c z ciekawo

ś

ci

ą

 i bezmy

ś

lno

ś

ci

ą

 o jego 

konfrontacji z Harrym, jakby stracił nie tylko wzrok, ale i słuch, wycofał si

ę

 do biblioteki, by pomy

ś

le

ć

. Czuł 

si

ę

, jakby ostatnio nie robił nic oprócz my

ś

lenia o tym wszystkim, co przydarzyło si

ę

 jemu i im. Im. Odk

ą

stracił wzrok, Draco starannie unikał koncepcji „ich”. Sam do

ść

 w

ą

tpił w siebie, a ju

Ŝ

 zupełnie nie 

wyobra

Ŝ

ał sobie, 

Ŝ

e kto

ś

 jeszcze kiedy

ś

 b

ę

dzie chciał by

ć

 „nimi” z nim. Ale kto

ś

 najwyra

ź

niej chciał. Harry. 

Przynajmniej przypuszczaj

ą

c, 

Ŝ

e ten pocałunek co

ś

 oznaczał. I je

Ŝ

eli było co

ś

, z czym Harry radził sobie 

beznadziejnie, to był to podst

ę

p. Co oznaczało, 

Ŝ

e rzeczywi

ś

cie pragn

ą

ł Draco. 

 
I Draco tak

Ŝ

e pragn

ą

ł jego. Pierwszy raz pozwolił sobie w ogóle kontemplowa

ć

 takie rzeczy i, kiedy 

przezwyci

ęŜ

ył szok, instynktownie zorientował si

ę

Ŝ

e pragn

ą

ł Harry’ego od jakiego

ś

 czasu. Przypomniał 

sobie, jak do siebie pasowali na miotle, jakim uczuciem było ciepło Harry’ego pod jego dło

ń

mi. Jak 

popychali jeden drugiego, jak byli sobie równi, nawet chocia

Ŝ

 jego 

ś

lepota zwykle sprawiała, 

Ŝ

e czuł u 

siebie dysfunkcj

ę

. Nie wiedział, co b

ę

dzie, je

ś

li zmieni ich przyja

źń

, ale nie było mo

Ŝ

liwo

ś

ci, 

Ŝ

e zostawi ten 

pocałunek bez odpowiedzi. Nawet teraz czuł mi

ę

kkie wargi przyci

ś

ni

ę

te do jego własnych ust. 

 
Problemem było to, 

Ŝ

e Gryfon najwyra

ź

niej wyparował. Draco zdawał sobie spraw

ę

Ŝ

e Harry si

ę

 boi; sam 

zbyt dobrze znał ch

ęć

 odepchni

ę

cia od siebie sytuacji, w których brali udział inni ludzie, ludzie, których 

reakcjom nie mo

Ŝ

esz ufa

ć

. I Harry z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 nie znał uczu

ć

 Draco. Do

ść

 rozs

ą

dne, skoro on sam 

dopiero je zidentyfikował. No. Teraz jest czas, by go znale

źć

 i mu powiedzie

ć

. Tylko… gdzie on jest? 

 
Harry nie zszedł na kolacj

ę

. Draco nawet nie musiał pyta

ć

 – kiedy tylko usiadł, Blaise zachichotał, z serca 

gratuluj

ą

c mu przypuszczalnego zwyci

ę

stwa w walce, która, jak s

ą

dził, miała miejsce. Draco nie zadał 

sobie trudu, 

Ŝ

eby go poprawi

ć

. Zamiast tego siedział cicho, prze

Ŝ

uwaj

ą

c swój posiłek i zastanawiaj

ą

c si

ę

gdzie jest Harry. Wystarczaj

ą

co trudne było szukanie kogo

ś

 w tym gigantycznym zamku, kiedy jeszcze 

widział. Szukanie na 

ś

lepo, dosłownie, wydawało si

ę

 prawie niemo

Ŝ

liwe. 

 
Logiczne wydawało si

ę

 jednak rozpocz

ąć

 poszukiwania od domu Harry’ego, i wła

ś

nie dlatego tu teraz stał, 

u wylotu pewnego wschodniego korytarza obok Wielkiej Sali. Nie był nawet pewien, czy mo

Ŝ

e znale

źć

 

pokój wspólny Gryffindoru – nigdy wcze

ś

niej tam nie był, i nie miał bladego poj

ę

cia, jak si

ę

 tam dosta

ć

, nie 

licz

ą

c wspomnienia, 

Ŝ

e Gryfoni zawsze przychodzili i wychodzili tymi schodami. Jego Przewodnik został 

zaprojektowany specjalnie dla niego, wi

ę

kszo

ść

 stałych pokojów w Hogwarcie skartografowano 

wewn

ę

trznie, ale nie był pewny, jak obszerne były te informacje, bior

ą

c pod uwag

ę

Ŝ

e nikt nie 

podejrzewał, 

Ŝ

e b

ę

dzie zmierzał do jakiegokolwiek domu innego ni

Ŝ

 jego własny. 

- Eee… tendo pokój wspólny Gryffindoru – powiedział Przewodnikowi, spodziewaj

ą

c si

ę

Ŝ

e nie rozpozna 

on komendy. 
Ale urz

ą

dzenie nie wahało si

ę

- Dwadzie

ś

cia siedem stopni w gór

ę

 – wskazało. 

I, modl

ą

c si

ę

, by rzeczywi

ś

cie okazało si

ę

 to prawd

ą

, a celem urz

ą

dzenia nie stało si

ę

 zgubienie go w 

ę

biach zamku, przyspieszył, by pod

ąŜ

y

ć

 za wskazówkami. 

 
Bardzo rzadko chodził w jakie

ś

 nieznane miejsce, i podobnie jak lot w duecie, uznał to za zdumiewaj

ą

co 

dezorientuj

ą

ce. Jego klasy, pokój wspólny – wszystkie były miejscami, które kiedy

ś

 widział, a to sprawiało, 

Ŝ

e zaufanie Przewodnikowi i robienie sobie w głowie mentalnej mapy, kiedy szedł, było du

Ŝ

o prostsze. 

Teraz naprawd

ę

 szedł na 

ś

lepo, do miejsca z którego (gdyby co

ś

 poszło nie tak) nie miał szans si

ę

 

wydosta

ć

 bez widz

ą

cej osoby. Przypuszczaj

ą

c, 

Ŝ

e zdołałby jak

ąś

 znale

źć

 
Szedł w gór

ę

 i w gór

ę

, potem w dół rozbrzmiewaj

ą

cego echem korytarza, a potem znowu w gór

ę

 po 

schodach. Nic dziwnego, 

Ŝ

e Longbottom zeszczuplał przez lata, pomy

ś

lał. Te wszystkie schody ka

Ŝ

demu 

zapewniłyby zdrow

ą

 porcj

ę

 

ć

wicze

ń

. Tajemnic

ą

 było, dlaczego tacy chudzielce jak Weasleyowie nie 

znikn

ę

li zupełnie. 

 
I wła

ś

nie kiedy zaczynał by

ć

 przekonany, 

Ŝ

e Przewodnik został skonfundowany, a on sam sko

ń

czy gdzie

ś

 

na jakim

ś

 dachu, ten poinformował go, 

Ŝ

e dotarł do celu. 

 
Co teraz? Był „tam”, nie maj

ą

c poj

ę

cia, gdzie owo „tam” le

Ŝ

ało, jak wygl

ą

dało, i co miał wokół siebie. 

Przez długi czas nie czuł si

ę

 tak zagubiony i bezradny, i przez chwil

ę

 my

ś

lał nad poddaniem si

ę

 i 

background image

obmy

ś

leniem jakiego

ś

 innego planu. Jego postanowienie wzmocniła jednak potrzeba porozmawiania z 

Harrym, bycia z nim. Je

ś

li musi, po prostu b

ę

dzie stał tu, w tym miejscu, a

Ŝ

 jaki

ś

 Gryfon b

ę

dzie t

ę

dy 

przechodził. 
 
- Hasło? – głos starszej kobiety nagle przemówił ponad nim, poparty ziewni

ę

ciem. 

Prawie wyskoczył ze skóry na ten d

ź

wi

ę

k. 

- Co? – czy

Ŝ

by mieli jakiego

ś

 rodzaju dozorc

ę

- Musisz mi poda

ć

 hasło, kochanie. Bez niego nie mog

ę

 ci

ę

 wpu

ś

ci

ć

Draco zrobił krok w stron

ę

 głosu z jedn

ą

 r

ę

k

ą

 przed sob

ą

- Kim jeste

ś

? Prosz

ę

, po prostu musz

ę

 zobaczy

ć

 Harry’ego. Mogłaby

ś

 mu powiedzie

ć

Ŝ

e tu jestem? 

- Przykro mi… w dormitoriach nie ma 

Ŝ

adnych portretów. Musisz poda

ć

 mi hasło. 

Ś

ciana – ostrzegł Przewodnik w momencie, gdy r

ę

ka Draco odnalazła róg rze

ź

bionej ramy. Powróciły do 

niego wcze

ś

niejsze słowa rozmówcy. 

- Jeste

ś

 portretem? – zapytał. 

- Tak, kochanie, a czym innym miałabym by

ć

? A teraz zamierzasz poda

ć

 mi hasło czy nie? 

 

Ŝ

, teraz przynajmniej wiedział, na czym stoi. Nie był pewny, czy mówi

ą

cy obraz był bardziej czy mniej 

irytuj

ą

cy ni

Ŝ

 bezpłciowa kamienna 

ś

ciana. Bywały dni, kiedy nie zwracał uwagi na kroki i omin

ą

ł o kilka 

decymetrów wej

ś

cie do Slytherinu, a znalezienie go ponownie zawsze nastr

ę

czało trudno

ś

ci. 

- Nie… nie mog

ę

 – powiedział portretowi. - Ja… Czy to b

ę

dzie w porz

ą

dku, je

ś

li tylko tu poczekam? 

- Naturalnie – nadeszła odpowied

ź

. – A teraz, je

ś

li nie masz nic przeciwko, my

ś

l

ę

Ŝ

e wróc

ę

 do mojej 

drzemki… 
 
I Draco raz jeszcze znalazł si

ę

 zupełnie otoczony cisz

ą

. Został tam, gdzie był, licz

ą

c, 

Ŝ

e inny ucze

ń

 

nadejdzie, by wej

ść

 lub wyj

ść

, i b

ę

dzie wystarczaj

ą

co wspaniałomy

ś

lny, by pozwoli

ć

 mu wej

ść

 
Du

Ŝ

o pó

ź

niej usłyszał, jak portret odchyla si

ę

 ze skrzypni

ę

ciem i natychmiast si

ę

 odwrócił, maj

ą

c nadziej

ę

Ŝ

e to kto

ś

, kogo zna. 

- Co ty tu robisz? – dobiegł go chłopi

ę

cy głos. Có

Ŝ

, oni z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 znali jego, ale Draco nie mógł od 

razu zidentyfikowa

ć

 mówi

ą

cego. 

- Mógłby

ś

 poprosi

ć

 Pottera? Chc

ę

 mu co

ś

 powiedzie

ć

 – powiedział, modl

ą

c si

ę

, by, ktokolwiek to był, 

okazał si

ę

 ch

ę

tny do współpracy. 

- Słyszałem, 

Ŝ

e wyzwałe

ś

 go na obiedzie czy co

ś

 takiego. Próbujesz zakra

ść

 si

ę

 do 

ś

rodka, 

Ŝ

eby 

doko

ń

czy

ć

 robot

ę

? – szydził nieznajomy chłopak. 

Draco wstrzymał j

ę

zyk, powstrzymuj

ą

c si

ę

 przed najl

Ŝ

ejsz

ą

 ripost

ą

- Gdybym próbował si

ę

 zakra

ść

, nie prosiłbym ci

ę

 o wst

ę

p, prawda? – wypu

ś

cił oddech. – Wiesz, to 

wa

Ŝ

ne. Prosz

ę

W odpowiedzi dobiegło go westchnienie. 
- No dobra, daj mi minut

ę

. Wróc

ę

 i zobacz

ę

, gdzie jest. Nie widziałem go cały dzie

ń

 
Zamykany portret znowu zaskrzypiał, zostawiaj

ą

c Draco, by stał tam cał

ą

 wieczno

ść

 i zastanawiał si

ę

, czy 

chłopakowi nie b

ę

dzie wygodniej o nim zapomnie

ć

. Jednak nie musiał czeka

ć

 długo: po kilku minutach 

wej

ś

cie zaskrzypiało raz jeszcze. Ale nie był to Harry. 

- Malfoy, co ty tu robisz? 
- Granger. – Przynajmniej jej głos był łatwo rozpoznawalny. – Musz

ę

 co

ś

 powiedzie

ć

 Potterowi, mo

Ŝ

esz 

go poprosi

ć

- Nie mog

ę

- Nie mo

Ŝ

esz? Dlaczego, kurwa, nie? 

- Bo nie zejdzie na dół. Nawet dla nas. 
- Co?! – To si

ę

 robiło niedorzeczne. - No dobra, wystarczy – powiedział Hermionie, przygotowuj

ą

c si

ę

 do 

przepchni

ę

cia obok niej, je

ś

li b

ę

dzie musiał. – Jedynym powodem, dla którego w ogóle tu jestem, jest to, 

Ŝ

e on si

ę

 mnie czepiał. 

ś

ebym przestał si

ę

 tak izolowa

ć

. Sprawił, 

Ŝ

e było mi zajebi

ś

cie przykro i kazał 

przynajmniej spróbowa

ć

 wróci

ć

 do 

ś

wiata. Wi

ę

c niech b

ę

d

ę

 przekl

ę

ty, je

ś

li pozwol

ę

 mu teraz bawi

ć

 si

ę

 w 

chowanego. 
 
Nast

ą

piła przerwa. 

background image

- No dobra – powiedziała. 
- No dobra? 
- No dobra, mo

Ŝ

esz wej

ść

 
Draco nie czekał, a

Ŝ

 zmieni zdanie. Spróbował poruszy

ć

 si

ę

 do przodu, ale Przewodnik niemal 

natychmiast gło

ś

no ostrzegawczo zabrz

ę

czał – przeszkoda na drodze. Stan

ą

ł w miejscu, 

skonsternowany. 
- Przeszkoda? Granger, co to jest? 
- Wej

ś

cie jest dziur

ą

 około sze

ść

dziesi

ę

ciu centymetrów nad ziemi

ą

 – wyja

ś

niła. Poczuł chłodn

ą

 dło

ń

 

chwytaj

ą

c

ą

 go za nadgarstek i ci

ą

gn

ą

c

ą

 jego rami

ę

 w dół, a

Ŝ

 dotkn

ą

ł brzegu wej

ś

cia. Z jej pomoc

ą

 

wdrapał si

ę

 do 

ś

rodka. 

- Gdzie on jest? – zapytał, kiedy znowu był wyprostowany. 
- W swoim dormitorium, tak s

ą

dzimy. Ron widział jego okulary na szafce nocnej, a raczej 

nieprawdopodobne, by wy

ś

lizgn

ą

ł si

ę

 gdzie

ś

 bez nich. Ale – dodała mi

ę

kkim głosem – nie chce 

rozmawia

ć

 z 

Ŝ

adnym z nas. Jakie masz powody, by my

ś

le

ć

Ŝ

e przemówi do ciebie? 

- B

ę

dzie do mnie mówił – warkn

ą

ł Draco. – Po tym wszystkim, co… có

Ŝ

, jest kilka rzeczy, które powinien 

wiedzie

ć

. I, jak powiedziałem, ma wobec mnie kilka długów. Nie b

ę

dzie si

ę

 chował. Nie przede mn

ą

Malfoy… - znowu przerwała. – Wiesz, nie wiem, co dokładnie si

ę

 dzi

ś

 stało. Poszli

ś

my z Ronem do 

Hogsmeade, a on nie chciał. Jednak

Ŝ

e kilku ludzi, którzy te

Ŝ

 zostali, powiedziało, 

Ŝ

e mi

ę

dzy wami doszło 

do czego

ś

 w rodzaju konfrontacji. Harry pokonał ci

ę

 ju

Ŝ

 wi

ę

cej ni

Ŝ

 raz i tylko dlatego pozwoliłam ci wej

ść

Ale je

ś

li go skrzywdzisz… 

- Przysi

ę

gam, 

Ŝ

e nie przyszedłem tu, 

Ŝ

eby go otru

ć

 – odparł. Zawahał si

ę

 przez moment, w ko

ń

cu 

decyduj

ą

c si

ę

 zaryzykowa

ć

 i powiedzie

ć

 jej wi

ę

cej. Chocia

Ŝ

 słyszał w głosie dziewczyny, 

Ŝ

e nadal nie ma 

o nim najlepszego zdania, przynajmniej pomagała. – Nie jestem idealny, Granger, ale nie jestem te

Ŝ

 taki, 

jaki byłem kiedy

ś

. Wierz mi – dodał z drwi

ą

cym u

ś

miechem – je

Ŝ

eli kiedykolwiek stracisz cz

ęść

 siebie, te

Ŝ

 

zobaczysz 

ś

wiat inaczej. Nie prosz

ę

 o pomoc. Nigdy nie prosiłem. I nigdy nie poprosz

ę

. Ale całe moje 

Ŝ

ycie przewróciło si

ę

 do góry nogami i Potter, w swój denerwuj

ą

cy, bohaterski sposób wpakował si

ę

 w nie 

z buciorami i uczynił je… lepszym. Jest wiele rzeczy, które zrobił, a o nich nie wiesz, ale one musz

ą

 

zosta

ć

 przedyskutowane. I mog

ę

 si

ę

 zało

Ŝ

y

ć

Ŝ

e wszyscy Gryfoni w tym pomieszczeniu wła

ś

nie si

ę

 na 

mnie gapi

ą

, wi

ę

c je

ś

li mogłaby

ś

 mi powiedzie

ć

, gdzie jest jego pokój, to ju

Ŝ

 bym si

ę

 zwijał. 

 
Ku jego uldze, Hermiona roze

ś

miała si

ę

 w odpowiedzi. 

- Nie mam poj

ę

cia, sk

ą

d wiesz, ale masz racj

ę

. Chcesz, 

Ŝ

ebym zaprowadziła ci

ę

 osobi

ś

cie, na wypadek 

gdyby kto

ś

 próbował zrobi

ć

 co

ś

 innego ni

Ŝ

 gapi

ć

 si

ę

- Nie. – odpowiedział krótko - nadal miał naturaln

ą

 skłonno

ść

 do odmawiania ka

Ŝ

dej niepotrzebnej asysty, 

a pomysł bycia chronionym jak inwalida bardzo mu dokuczał. – Poradz

ę

 sobie. I, dzi

ę

ki Potterowi, nadal 

mog

ę

 rzuca

ć

 na ludzi najlepsze kl

ą

twy, jakie znam. Kierunki poprosz

ę

- Dobrze, dobrze. – odwróciła go lekko w lewo. – Jakie

ś

 sze

ść

 metrów przed tob

ą

 s

ą

 schody. Id

ź

 nimi na 

sam

ą

 gór

ę

, po prawej b

ę

dziesz miał drzwi. I, Malfoy… - przerwała. – Dzi

ę

kuj

ę

 
Odwrócił głow

ę

 w stron

ę

 jej głosu. 

- Za co? 
- Za to, 

Ŝ

e najwyra

ź

niej jeste

ś

 takim przyjacielem, jakim Harry mówił, 

Ŝ

e jeste

ś

 
Zastanawiał si

ę

, co tak naprawd

ę

 powiedział o nim Harry, ale pozwolił sobie odpowiedzie

ć

 na t

ę

 uwag

ę

 

jedynie skinieniem głowy. Tak naprawd

ę

 w ogóle nie chciał rozmawia

ć

 z Hermion

ą

. Cał

ą

 t

ę

 drog

ę

 

przeszedł dla Harry’ego. 
 
Wyruszył, by pokona

ć

 schody do ostatniej kondygnacji. 

 
<*>*<*>*<*> 
 
Harry le

Ŝ

ał w ciemnym pokoju, skulony pod kocami, po raz milionowy zastanawiaj

ą

c si

ę

, co go op

ę

tało, 

Ŝ

eby faktycznie pocałowa

ć

 Draco Malfoya. My

ś

lał o tym, marzył o tym zarówno we 

ś

nie, jak i na jawie. 

postanowił trzyma

ć

 si

ę

 z dala od 

Ś

lizgona tak długo, a

Ŝ

 pozb

ę

dzie si

ę

 go z głowy. A im wi

ę

cej o tym 

my

ś

lał, tym bardziej sensowna wydawała si

ę

 hipoteza Hermiony o tym, 

Ŝ

e był biseksualny. To nadal było 

background image

raczej nowe i do

ść

 kłopotliwe, ale teraz, gdy min

ą

ł prawie tydzie

ń

, wiedział te

Ŝ

Ŝ

e prawdziwe. Uznał, 

Ŝ

przypuszczalnie przyzwyczai si

ę

 do tego, tak jak przyzwyczaił si

ę

 do bycia czarodziejem. Nie, problemem 

był konkretnie jego poci

ą

g do Draco – tak ci

ęŜ

ko pracował, by wydoby

ć

 niewidomego chłopaka z jego 

skorupy i stworzy

ć

 t

ę

 dziwn

ą

 i ryzykown

ą

 przyja

źń

, tak inn

ą

 od tej mi

ę

dzy nim a Ronem i Hermion

ą

. I sam 

j

ą

 zrujnował swoim głupim po

Ŝą

daniem. Dzi

ę

ki Bogu, 

Ŝ

e nigdy nie chciał pocałowa

ć

 Hermiony ani Rona – 

nie był pewny, czy zniósłby utrat

ę

 którego

ś

 z nich. 

 
No i nie 

Ŝ

eby był szcz

ęś

liwy z powodu utraty Draco. Nawet mimo tego, 

Ŝ

e to on nalegał na zachowanie 

odległo

ś

ci, t

ę

sknił za przekomarzaniem si

ę

 w sposób, w jaki motywowali si

ę

 nawzajem bez bycia 

wyniosłym, jak Hermiona, czy rozleniwionym jak Ron. Przypomniał sobie jak dzielili jedn

ą

 miotł

ę

, sposób, 

w jaki razem latali. Przypomniał sobie gł

ę

bok

ą

 intymno

ść

 dotyku, która znowu skierowała jego my

ś

li na 

pocałunek. Słodki, gorzki i głupi, głupi, głupi. Przycisn

ą

ł nasady dłoni do oczu, pragn

ą

c wymaza

ć

 obraz, 

który wci

ąŜ

 od nowa odtwarzał si

ę

 w jego umy

ś

le. Obraz dłoni Draco, si

ę

gaj

ą

cej, by go dotkn

ąć

 
Drzwi do jego dormitorium zaskrzypiały. Le

Ŝ

ał nieruchomo, maj

ą

c nadziej

ę

Ŝ

e ktokolwiek to był, we

ź

mie 

po prostu to, czego potrzebuje, i pójdzie swoj

ą

 drog

ą

. Ron wszedł ju

Ŝ

 raz, wołaj

ą

c go, ale Harry odmówił 

odpowiedzi. Po prostu nie mógł. Nie mógł wytłumaczy

ć

 tego, co zrobił, ani jak ten pocałunek był 

jednocze

ś

nie cudowny i okropny. To było zbyt osobiste. A on był zbyt nieszcz

ęś

liwy. 

 
Kroki dosi

ę

gn

ę

ły łó

Ŝ

ka i usłyszał d

ź

wi

ę

k rozsuwanych zasłon. 

- Ron, mówiłem ci, po prostu nie mog

ę

 ci po… 

- To nie Weasley. 
Harry błyskawicznie usiadł w łó

Ŝ

ku. Miał zdj

ę

te okulary, a pokój za zasłonami jego łó

Ŝ

ka był ciemny, ale 

mógł dojrze

ć

 słabe cienie w ciemno

ś

ci. 

- Malfoy, jak si

ę

 tu dostałe

ś

- Olbrzym wrzucił mnie przez okno. A jak my

ś

lisz, jak si

ę

 tu dostałem? Wlazłem po tych dziesi

ę

ciu 

milionach schodów do waszego pokoju wspólnego i Granger pozwoliła mi wej

ść

. A nawiasem mówi

ą

c, czy 

wy, Gryfoni, nie mogliby

ś

cie wymy

ś

li

ć

 

Ŝ

adnej bardziej dystyngowanej metody wchodzenia, innej ni

Ŝ

 

wdrapywanie si

ę

 przez dziur

ę

 za portretem? 

- Czy

Ŝ

by

ś

 przeszedł cał

ą

 t

ę

 drog

ę

 po to, 

Ŝ

eby zniewa

Ŝ

a

ć

 mój dom? 

Z cienia dobiegło westchnienie. 
- Nie. Przyszedłem tu z tob

ą

 porozmawia

ć

 
Materac wygi

ą

ł si

ę

, kiedy Draco wspi

ą

ł si

ę

 na łó

Ŝ

ko, potem zasłony zostały zasuni

ę

te i znikn

ę

ły nawet 

rozmyte cienie. Harry podci

ą

gn

ą

ł kolana pod brod

ę

, daleko od ci

ęŜ

aru Draco, tworz

ą

c barier

ę

- Nie chc

ę

 rozmawia

ć

- Potter, wi

ę

kszo

ść

 kilku ostatnich miesi

ę

cy sp

ę

dziłe

ś

, przypominaj

ą

c mi, 

Ŝ

e odpychanie nie jest 

rozwi

ą

zaniem. Dlatego tu jestem. Ostatnio rozmawiałem z kilkoma moimi współlokatorami, dzi

ś

 wieczór 

rozmawiałem z Granger i kurewsko du

Ŝ

o rozmawiałem z tob

ą

. Mógłby

ś

 przynajmniej posłucha

ć

 własnej 

rady. Nie pozwoliłe

ś

 mi od tego uciec, a teraz ja nie pozwol

ę

 uciec tobie. Nie b

ę

dziesz si

ę

 wiecznie 

ukrywał. B

ę

dziesz rozmawiał. 

- Bo

Ŝ

e, stworzyłem potwora – j

ę

kn

ą

ł Harry. Potem ci

ęŜ

ko przełkn

ą

ł 

ś

lin

ę

. – Słuchaj, je

ś

li chodzi o 

pocałunek, na szcz

ęś

cie mog

ę

 powiedzie

ć

 niewiele. Przepraszam i przysi

ę

gam, 

Ŝ

e nigdy ju

Ŝ

 tego nie 

zrobi

ę

. Czy teraz mnie zostawisz? 

- Nie. 
- Czego jeszcze ode mnie chcesz? – krzykn

ą

ł Harry. Nie mógł uwierzy

ć

Ŝ

e Draco tak to przeci

ą

ga. 

Nast

ą

piła króciutka przerwa. 

- Co je

ś

li chc

ę

Ŝ

eby

ś

 zrobił to ponownie? 

- Co? 
- Pocałunek. – Materac przesun

ą

ł si

ę

, gdy Draco przysun

ą

ł si

ę

 bli

Ŝ

ej. Wyci

ą

gn

ą

ł dło

ń

 i odnalazł jego nog

ę

– Chciałe

ś

 go? 

 
Harry przycisn

ą

ł czoło do kolan, znowu pragn

ą

c zablokowa

ć

 to wspomnienie. 

- Tak – wykrztusił ledwo słyszalnym głosem. – Ja nie… To znaczy, próbowałem si

ę

 powstrzyma

ć

, ale nie 

mogłem, po prostu nie mogłem, i… - dotyk był szokiem dla jego organizmu. Chciał si

ę

 odsun

ąć

, ale 

jednocze

ś

nie nie zniósłby utraty kontaktu, którego tak pragn

ą

ł. – Prosz

ę

 – jego szept brzmiał prawie jak 

background image

j

ę

k. – Nie pomagasz. 

Dło

ń

 nie poruszyła si

ę

- A ty nie słuchasz – powiedział mi

ę

kko Draco. – Tak, musimy porozmawia

ć

 o tym, co si

ę

 dzi

ś

 wydarzyło. 

Ale nie dlatego, 

Ŝ

e ci

ę

 nienawidz

ę

. Ja… podobało mi si

ę

. A ty – Harry usłyszał, jak bierze wdech – 

chciałbym, 

Ŝ

eby

ś

 zrobił to jeszcze raz. Czy ty nadal… nadal jeste

ś

 zainteresowany? 

 
Harry nie poruszył si

ę

. Jego serce waliło gdzie

ś

 w gardle. 

- Nie mo

Ŝ

esz mie

ć

 tego na my

ś

li. 

- Harry, spójrz na mnie. 
Podniósł głow

ę

, ale niczego nie zobaczył. 

- Ja… nie mog

ę

. Tu jest kompletnie ciemno, a poza tym nie mam okularów. 

W ciemno

ś

ci rozległ si

ę

 mi

ę

kki 

ś

miech. 

- Naprawd

ę

? Có

Ŝ

, wi

ę

c jeste

ś

my na równym poziomie, co? 

Dło

ń

 na jego nodze przemkn

ę

ła po kocach a

Ŝ

 znalazła jego rami

ę

, a potem dło

ń

- No to… spójrz na mnie tak, jak ja na ciebie patrz

ę

. Swoimi palcami. Zobaczysz, jaka jest prawda. 

 
Harry poczuł, jak jego dło

ń

 jest ci

ą

gni

ę

ta do przodu, a

Ŝ

 dotkn

ą

ł twarzy Draco. Mi

ęś

nie twarzy chłopaka 

były zrelaksowane, bez 

ś

ladu napi

ę

cia czy podst

ę

pu. Rz

ę

sy szeptały cicho pod jego palcami, wargi 

wykrzywiały si

ę

 w lekkim u

ś

miechu. 

Ś

lizgon pochylił si

ę

 w stron

ę

 jego dłoni, kiedy otoczył ni

ą

 lekko 

zaro

ś

ni

ę

ty policzek i przesun

ą

ł kciukiem po mi

ę

kkich ustach. J

ę

zyk Draco wysun

ą

ł si

ę

, by zaznaczy

ć

 

wskazówk

ę

, i Harry gwałtownie złapał powietrze na male

ń

ki wstrz

ą

s, który poczuł. 

 
- Widzisz? Rozumiesz? – to był najl

Ŝ

ejszy szept, mówi

ą

cy o tyle wi

ę

cej. 

 
Został pokonany. Nie było słów, które wyraziłyby jego uczucia, jego zachwyt, jego po

Ŝą

danie. Ale 

wygl

ą

dało na to, 

Ŝ

e Draco rozumie jego cicho

ść

. Dookoła jego szyi owin

ę

ła si

ę

 r

ę

ka, która przyci

ą

gn

ę

ła go 

bli

Ŝ

ej, i całowali si

ę

, z pocz

ą

tku niezr

ę

cznie, próbuj

ą

c znale

źć

 si

ę

 nawzajem w odpowiadaj

ą

cej im obu 

ciemno

ś

ci. Ale potem ich usta si

ę

 dopasowały, wargi rozdzieliły, a pocałunki stały si

ę

 silniejsze, 

pewniejsze. 
 
Ich j

ę

zyki przej

ę

ły rol

ę

 dłoni w odkrywaniu, poznawaniu nowych sekretów smaku, tekstury, ciepła. Je

Ŝ

eli 

wcze

ś

niejszy pocałunek był pytaniem, ten stanowił odpowied

ź

. Tak. 

 
Kiedy w ko

ń

cu si

ę

 rozdzielili, Harry odkrył, 

Ŝ

e nadal nie wie, co powiedzie

ć

- Wi

ę

c… ty te

Ŝ

 jeste

ś

 bi? – wyrzucił w ko

ń

cu z siebie. 

Draco roze

ś

miał si

ę

- Nie, prawd

ę

 mówi

ą

c uwa

Ŝ

am si

ę

 za oczywistego geja. Wiedziałem to od wieków. Najwyra

ź

niej moi 

przyjaciele s

ą

 bardziej godni zaufania, ni

Ŝ

 s

ą

dziłem - w lochach był to raczej otwarty sekret. 

- Och – wymamrotał Harry, zakłopotany. – Có

Ŝ

, ja… ja dopiero odkrywam pewne rzeczy. I – podniósł 

głow

ę

, chocia

Ŝ

 nadal było zbyt ciemno, 

Ŝ

eby co

ś

 zobaczy

ć

 – prawd

ę

 mówi

ą

c, słyszałem plotki… plotki, 

Ŝ

zamierzasz po

ś

lubi

ć

 jak

ąś

 Niemk

ę

 z czarnomagicznej rodziny. Sk

ą

d miałem wiedzie

ć

Ŝ

e tak naprawd

ę

 

jeste

ś

 gejem? 

 
Głos w ciemno

ś

ci stał si

ę

 niespodziewanie powa

Ŝ

ny. 

- To była prawda. Malfoyowie 

Ŝ

eni

ą

 si

ę

 dla polityki, moja orientacja w ogóle nie była brana pod uwag

ę

 

jako co

ś

 odstraszaj

ą

cego. Wszystko było zaaran

Ŝ

owane. 

 
Jego serce uton

ę

ło. 

- Och – powiedział znowu. – Wi

ę

c, my

ś

l

ę

Ŝ

e to oznacza… 

- Wesele odwołano – przerwał Draco, 

ś

miej

ą

c si

ę

 ostro. – My

ś

lisz, 

Ŝ

e Gegenfurtnerowie chcieli mie

ć

 

powi

ą

zania z bezsilnym, 

ś

lepym chłopcem? 

- Nie jeste

ś

 bezsilny! – zaprotestował Harry. 

- Dla nich jestem – spokojnie odpowiedział Draco. – Cokolwiek zrobi

ę

 w ko

ń

cu ze swoim 

Ŝ

yciem, nie 

b

ę

dzie to słu

Ŝ

ba Czarnemu Panu ani nic nawet odrobin

ę

 do tego podobnego. Nie chcieli mie

ć

 ze mn

ą

 nic 

wspólnego po wypadku. – zni

Ŝ

ył głos do szeptu, łapi

ą

c lekko powietrze. – Nie s

ą

dziłem, 

Ŝ

e kto

ś

 mnie 

jeszcze kiedy

ś

 zapragnie. Nie w ten sposób. 

background image

 
Harry si

ę

gn

ą

ł ostro

Ŝ

nie w przód, znajduj

ą

c rami

ę

 chłopaka i przesuwaj

ą

c po zgi

ę

ciu jego szyi w gór

ę

 a

Ŝ

 

do włosów. Przesun

ą

ł przez palce kilka gładkich pasm. 

- Ja ciebie pragn

ę

. Takim, jakim jeste

ś

 
Poczuł, 

Ŝ

e Draco ujmuje jego r

ę

k

ę

 i całuje wn

ę

trze jego dłoni. 

- I ja pragn

ę

 ciebie. Mo

Ŝ

e i od dłu

Ŝ

szego czasu wiedziałem, kim jestem, ale straciłem zdolno

ść

, by nim 

by

ć

. Kiedy straciłem wzrok, zacz

ą

łem wierzy

ć

Ŝ

e ju

Ŝ

 zawsze b

ę

d

ę

 sam i „chc

ę

” nie istniało. Ale kiedy 

pocałowałe

ś

 mnie dzisiejszego popołudnia, wszystko si

ę

 zmieniło: pozwoliłem sobie poczu

ć

 

zainteresowanie i było tam, czekało. Wi

ę

c, w pewien sposób, ja te

Ŝ

 tylko odkrywam pewne rzeczy. 

- Ja tylko chciałem wiedzie

ć

 wi

ę

cej, ni

Ŝ

 to w ogóle mo

Ŝ

liwe – westchn

ą

ł Harry. – To dlatego ja… 

spanikowałem, pewnie tak by

ś

 to nazwał. My

ś

lałem, 

Ŝ

e mój poci

ą

g do ciebie zrujnuje nasz

ą

 przyja

źń

, i 

Ŝ

je

Ŝ

eli na jaki

ś

 czas si

ę

 od ciebie odseparuj

ę

, mog

ę

 si

ę

 naprostowa

ć

. Nie wiedziałem, co robi

ć

- A wszystko, co ja wiedziałem, to to, 

Ŝ

e nagle straciłem jedyn

ą

 osob

ę

, któr

ą

 wydawałem si

ę

 obchodzi

ć

, i 

to bez 

Ŝ

adnego wyja

ś

nienia. 

 
Harry poczuł, jak jego policzki oblewaj

ą

 si

ę

 czerwieni

ą

- Przepraszam. 
- Có

Ŝ

, nie powiem, 

Ŝ

ebym ju

Ŝ

 całkiem si

ę

 z tego otrz

ą

sn

ą

ł, ale niewiele mi brakuje. – Delikatne palce 

przemkn

ę

ły po zewn

ę

trznej stronie jego dłoni. – Musiałem nauczy

ć

 si

ę

 sporo ufno

ś

ci przez te kilka 

ostatnich miesi

ę

cy, czego

ś

, w czym nigdy nie byłem specjalnie dobry. Ufa

ć

 Przewodnikowi, 

Ŝ

e nie 

wprowadzi mnie w 

ś

cian

ę

, ufa

ć

 piórom, 

Ŝ

e zrobi

ą

 odpowiednie notatki, ufa

ć

 temu, co ludzie mówili mi o 

otoczeniu - wszystkiemu. Ale ty sprawiłe

ś

Ŝ

e ci zaufałem. Przychodziłe

ś

, kiedy mówiłe

ś

Ŝ

e przyjdziesz, 

odprowadziłe

ś

 mnie w jednym kawałku, ponownie posadziłe

ś

 mnie na miotle i… widziałe

ś

 rzeczy, których 

nie widział nikt inny. Teraz twoja kolej. Obiecaj, 

Ŝ

e b

ę

dziesz mi ufał i rozmawiał ze mn

ą

, je

ś

li co

ś

 si

ę

 

stanie, zamiast znika

ć

Harry nie wahał si

ę

- Obiecuj

ę

 
Wiedział, 

Ŝ

e czasem słowa s

ą

 prostsze ni

Ŝ

 czyny; zbyt wielu ludzi składało obietnice i nigdy ich nie 

dotrzymywało. Ale Harry, który dorastał, nie maj

ą

c powodu, by ufa

ć

 komukolwiek, zdawał sobie spraw

ę

jak wa

Ŝ

ne to było. Czy nie zło

Ŝ

ył obietnicy na samym pocz

ą

tku - 

Ŝ

e dotrzyma swoich obietnic, by uczy

ć

 

si

ę

 z Draco? Potrz

ą

sn

ą

ł mentalnie głow

ą

, rozgoryczony, 

Ŝ

e sam złamał swoje własne zasady swoim 

zachowaniem z poprzedniego tygodnia. 
 
Nigdy wi

ę

cej. Draco wi

ę

cej ni

Ŝ

 raz zaufał mu całym sob

ą

Tym, co Harry przynajmniej mógł zrobi

ć

, było zaufanie mu całym sercem. 

 
Głos Draco przerwał cisz

ę

- O czym my

ś

lisz? 

Harry zamkn

ą

ł jego dło

ń

 w swojej i przyci

ą

gn

ą

ł chłopaka do siebie. 

- Chod

ź

 i sam zobacz. 

 
 
 
They say love is a blindness of heart; I say not to love is blindness. ~ Victor Hugo