background image

Leigh Jo 

 
Ostatnia część układanki 

 

 

 
Jack był kiedyś jednym z najlepszych policjantów w mieście. Teraz dochodzi do 
siebie po ciężkim postrzale i myśli o zmianie zawodu Zmuszony do opieki nad 
córeczką sąsiada, zostaje niespodziewanie wciągnięty w wir groźnych wydarzeń. 
Wraz z nianią małej Megan, piękną Hailey, musi stawić czoło bezwzględnym 
przestępcom i nagle, wbrew czyhającemu zewsząd niebezpieczeństwu, jego życie 
znów nabiera barw... 

 

 

 
 
 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
- Rzucaj, palancie! - ryknął Jack, od lat wierny kibic koszykarskiej drużyny Chicago Bulls. - No nie, 
zgubił piłkę... Jak Byki znów przegrają, rozwalę to pudło! - Spojrzał z nienawiścią na ekran. - 
Dlaczego tego jeszcze nie zrobiłem?! 
Dawniej nigdy nie marnował czasu na telewizję. Wiadomości, od czasu do czasu jakiś mecz, to tak, 
ale generalnie uważał, że te skrzynki z obrazkami wymyślono po to, by robić ludziom wodę z mózgu. 
Jedynym cokolwiek wartym programem był teleturniej Va Banąue, jednak ostatnio Jack miał duże 
kłopoty, by odpowiedzieć na finałowe pytania. Najlepszy dowód, jak dramatycznie maleją jego 
możliwości intelektualne. Mózg zamieniał się w galaretę, podobnie zresztą jak ciało. Po co żyć, kiedy 
tak naprawdę tylko się wegetuje? 

background image

Jo Leigh 
Chwycił butelkę z piwem i gwałtownie pociągnął potężny łyk. 
Było już późno, a on wciąż nie kładł się do łóżka. Odwlekał tę chwilę. Może jednak dziś nie będzie 
przewracał się w ciemności z boku na bok, wsłuchując się w odgłosy dobiegające z sąsiednich 
mieszkań? Może uda mu się zasnąć; może choć raz będzie inaczej? 
Wziął do ręki pilota i zaczął przeskakiwać z kanału na kanał. Ależ kretyńska sieczka! Kto to ogląda? 
Nagle natrafił na czarno-biały film i zaraz się uspokoił, bo lubił stare filmy. Próbował ułożyć się 
wygodnie na kanapie, ale nie było to łatwe, bo diabelnie bolało go biodro. Ten cholerny ból stał się 
nierozłącznym towarzyszem Jacka i zarazem jego zmorą. Na ekranie pojawił się Humphrey Bogart z 
tym swoim sarkastycznym uśmiechem, w dwurzędowym garniturze i w kapeluszu, który jak zawsze 
przysłaniał większą część twarzy. 
Nie zaszkodziłoby wypić jeszcze jedno zimne piwko, pomyślał Jack. Musiałby jednak wstać i pójść 
do kuchni, a nie miał ochoty na kolejną porcję nieznośnego bólu. Dlatego sobie odpuścił. 
Jak zza światów dotarło do niego głośne walenie do drzwi. Powoli otworzył oczy. A więc zasnął. 
Spojrzał na zegarek. Była czwarta osiemnaście. Telewizor wciąż grał. Ten sprzęt był odporny na 
wszystko. Przetarł ręką oczy. Kto, u diabła, dobijał się o czwartej nad ranem? Wziął do ręki laskę i 
zaczął się podnosić. Ostry ból przeszył ciało. Jack zaklął pod nosem, ale się nie poddał. Przez chwilę 
zdawało mu się, że straci równowagę. 
- Co jest, do jasnej cholery? - warknął. 
Sięgnął po pistolet i ruszył w stronę drzwi. Walenie 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 

nie ustawało. Spojrzał przez wizjer i zobaczył jakiegoś mężczyznę. Wyglądał znajomo, ale Jack nie 
mógł sobie przypomnieć, skąd go zna. Niezdarnie odsunął zasuwę. 
- Co jest, u licha? - powtórzył, a w jego głosie słychać było zdenerwowanie. Zmierzył faceta od stóp 
do głów i zamarł. Trzymał on bowiem kurczowo dwa zawiniątka. Niby żadna rewelacja, ale gdy 
pierwsze zawiniątko okazuje się dzieckiem opatulonym w kocyk, a drugie poszewką pełną bambetli, 
to naprawdę można się zdumieć. 
Jack jeszcze raz przyjrzał się natrętowi i nagle zaskoczył: 
- Ach, Roy! Tak, Roy Chandler z dołu. 
- Potrzebuję twojej pomocy. - Roy zaczął wsuwać się do mieszkania. 
- Stary, przecież widzisz, co ze mną jest... Raczej zadzwoń na policję. 
- Nie, nie o to chodzi. Moja żona... muszę zabrać ją do szpitala. 
- Potrzebujesz samochodu? 
Roy wcisnął mu w ramiona dziecko. Zdezorientowany Jack złapał je niezdarnie, a laska z wielkim 
hukiem upadła na podłogę. 
- Co do cholery? 
- Muszę jechać do szpitala - powtórzył Roy, rzucając poszewkę na podłogę. - Nie mogę zabrać ze sobą 
córki. Za jakąś godzinę, najwyżej dwie będę z powrotem. - Zaczął się wycofywać. Zerknął w dół, a 
potem znowu na Jacka. Jego oczy były pełne desperacji. - Zajmij się nią. Wrócę... Ona jest 
wszystkim... - Odwrócił się na pięcie i zbiegł po schodach. 
- Ej! - Jack gwałtownie ruszył do przodu, ale 

background image

10 
Jo Leigh 
natychmiast zdał sobie sprawę, że to był błąd. Zawył z bólu i omal nie upuścił dzieciaka. 
Z trudem dokuśtykał do kanapy. Zrzucił leżące na niej gazety i ułożył dziecko. Rozchylił kocyk. Jego 
oczom ukazała się słodka, mała dziewczynka. Miała cztery, może pięć lat, jasne loczki i bladziutką 
buźkę. Smacznie sobie spała. Co on ma z nią zrobić? Nie miał pojęcia. Musiał zorientować się w 
sytuacji. Pokuśtykał więc w stronę drzwi. Na jego czoło wystąpił kroplisty pot. Laska, pistolet... 
Walcząc z bólem, dotarł wreszcie do wyjścia. Czuł się jak nieporadny starzec, choć kiedyś był jednym 
z najlepszych gliniarzy. Wszystko przez ten postrzał cztery miesiące temu. Odwrócił się. Mała nadal 
spała, jakby nic nadzwyczajnego się nie działo. Gdy wyszedł na klatkę, przebiegł go zimny dreszcz. 
Nocą ulice w Houston nie były zbyt przyjemne. -Otrząsnął się i po chwili zauważył Roya. Jeszcze nie 
odjechał, tylko wpatrywał się w samochód, który właśnie wjeżdżał na parking. Był to ciemny ford 
taurus z dwoma facetami w środku. Wiele takich aut posiadał departament policji. To trochę uspokoiło 
Jacka. Zwolnił nieco. Uzmysłowił sobie, że Roy nawet nie wspomniał, w jakim szpitalu należy go 
szukać, i co się stało z jego żoną. Dlaczego nie zabrał ze sobą córki, tylko zostawił ją w domu, i to 
akurat koniecznie z nim? Przecież nie miał pojęcia o dzieciach. Wiedział o nich tylko tyle, że są głośne 
i denerwujące. Dotarł do schodów. Starfowiły dla niego przeszkodę prawie nie do pokonania. Musiał 
bardzo uważać. Udało mu się zrobić zaledwie kilka kroków, gdy dobiegł go charakterystyczny 
dźwięk. Natychmiast wydobył broń. Nie mógł się mylić. Ktoś dwa razy strzelał z pistoletu 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
11 
z tłumikiem. Pokuśtykał do okna na półpiętrze i spojrzał w dół. Na ziemi leżał Roy. Dopiero teraz 
jeden z gliniarzy wyskoczył z samochodu, by upewnić się, czy osiągnął swój cel. Nie zdołał dostrzec 
w ciemności jego twarzy. Jack zamarł. Próbował przyspieszyć kroku, ale nie był w stanie. Po chwili 
usłyszał pisk opon. Cholera, za późno, pomyślał. Gdzieś za nim skrzypnęły drzwi. Obejrzał się. To 
zaintrygowana hałasem sąsiadka wytknęła nos na klatkę. 
- Zadzwoń pod 911! - krzyknął. - Szybko! Głowa cofnęła się, a zaraz potem rozległ się trzask 
drzwi i zgrzyt zamykanej zasuwy. Miał nadzieję, że rzeczywiście zadzwoni na tę cholerną policję. 
Karetka też przyjedzie, ale to pewnie tylko marnowanie benzyny... 
Krok za krokiem poczłapał na dół. Roy leżał w kałuży krwi. Lekko się poruszył, zamrugał, minimalnie 
uniósł głowę. Coś próbował powiedzieć. Jack pochylił się nad nim, by wychwycić sens słów. 
- ...chroń ją... weź pieniądze... i... - Sylaby zlewały się w niezrozumiały bełkot. - Gliny... nie... 
Royem wstrząsnął dreszcz, po chwili znieruchomiał. Jack położył dłoń na jego szyi, by sprawdzić 
puls. Cisza. Odwrócił się w kierunku budynku. Tu i ówdzie paliły się światła, ale nikt nie pojawił się w 
oknie. Ludzie łudzili się, że tak jest bezpieczniej. Z oddali dobiegło wycie syren. 
Jack wiedział, że kiepsko pograł. Ledwie kontaktował, to prawda, ale to go nie usprawiedliwia. 
Powinien był wydusić z Roya, o co chodzi, a potem siłą zatrzymać go w domu. A tak ma na karku 
trupa i dzieciaka, a za chwilę gliniarze zasypią go gradem 

background image

12 
Jo Leigh 
pytań, na które nie znał odpowiedzi. W tym na najważniejsze: dlaczego Roya poczęstowano ołowiem. 
Kilka metrów od niego zatrzymał się radiowóz, z którego wyskoczył Bill Haggart. Jack wiedział, że 
nie był zbyt lotny, ale od lat pracował w tym regionie i dobrze wiedział, co w trawie piszczy. 
- Nudziło ci się, co? - rzucił Haggart. 
- No - mruknął Jack. - Skończyłem krzyżówki, w telewizji nudy. 
Marzył, by wreszcie usiąść. Zerknął w stronę radiowozu. W pierwszej chwili nie rozpoznał faceta, 
który siedział za kółkiem. A, to Fetzer, przypomniał sobie w końcu, Paul Fetzer. Młody gówniarz, 
bardzo ambitny, stara się o przydział w wydziale zabójstw. Zanim jednak dopnie tego, musi odsłużyć 
swoje. W sumie i tak nieźle trafił. 
- Go się stało? - zapytał, podchodząc do Haggarta. 
- Widzisz... 
- Znasz go, Jack? - Bill miał trochę znudzoną minę. 
- Tak. Mieszka w tym domu. - Postanowił nie wspominać o nieoznakowanym policyjnym wozie. Nie 
wiedział jeszcze dlaczego, ale po wielu latach pracy nauczył się ufać swojemu instynktowi. Postrzał w 
biodro cały czas mu przypominał, co może przytrafić się gliniarzowi, gdy nie słucha głosu intuicji. 
- Wiesz, o co chodzi? 
- Nie bardzo. Widziałem samochód... opel sedan, chyba niezbyt stary. Słyszałem dwa strzały. Użyli 
tłumika. 
- Użyli? - podchwycił Paul. - Ilu ich było? 
- Dwóch mężczyzn. Kierowca i pasażer. Nie widziałem ich twarzy. No cóż, sam rozumiesz, nie 
zostało we mnie zbyt wiele z pantery. 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
13 
- Wybacz szczerość, ale wyglądasz jak śmierć - rzucił Bill. - Za chwilę będzie karetka. Może powinni 
zająć się tobą? Jemu i tak już nic nie pomoże. 
- Dzięki. Dla mnie możesz ich odwołać. Lepiej zadzwoń do prokuratury. 
- Dotykałeś czegoś? - Podszedł bliżej i zapalił latarkę. 
Roy miał rozerwaną klatkę piersiową. Niezły kaliber, pomyślał Jack. 
- Nie, tylko szyi, żeby sprawdzić puls. 
- Ale właściwie jakim cudem widziałeś to zajście? Jest przecież środek nocy! - wypalił Haggart. 
- Bezsenność - odpowiedział Jack. Nie skłamał, choć zarazem nie powiedział całej prawdy. 
- Wyszedłeś w środku nocy na przechadzkę? - naciskał Bill. 
- Nie. Usłyszałem głuchy strzał i wyjrzałem przez okno. Jednak zbyt dużo czasu zajęło mi kuśtykanie 
na dół. Roy już nie żył, a sprawcy zwiali. 
- Jak on się nazywa? 
- Roy Chandler. Mieszkał chyba na drugim piętrze. 
W oddali rozbrzmiewał ryk syreny karetki pogotowia. Po chwili wjechała na parking. Jack westchnął 
ciężko. Za dużo chodził i ból w biodrze dawał się jeszcze bardziej we znaki. Bill, widząc jego 
strapioną twarz, podszedł bliżej. 
- Dlaczego nie pozwolisz, by trochę się tobą zajęli? Albo przynajmniej idź już do domu. Poradzimy 
sobie. Jeżeli będę miał jakieś pytania, wpadnę do ciebie. 
Tak, faktycznie o niczym innym nie mógł już myśleć, jak tylko o tym, żeby wreszcie usiąść. Poza tym 
dzieciak był sam i w każdej chwili mógł się obudzić. 

background image

14 
Jo Leigh 
- Rzeczywiście tak będzie lepiej. 
Z karetki wyskoczyła młoda lekarka i uklękła koło Roya. Paul poczuł się najwyraźniej urażony, gdy 
poprosiła go, żeby się na chwilę oddalił, ale Jacka to nie obchodziło. Kiwnął ręką na pożegnanie i 
powoli ruszył w stronę domu. Przejście przez parking było przerażająco ciężkie, a marsz po schodach 
niemal zabójczy. Kiedy wreszcie dowlókł się do mieszkania, był ledwo żywy. Na szczęście dzieciak 
wciąż spał. 
Po trzech silnych tabletkach przeciwbólowych i krótkim odpoczynku Jack jako tako doszedł do siebie. 
Stanął nad małą i dopiero teraz zauważył, że przytula do siebie coś, co pewnie było lalką. Czegoś 
podobnego nigdy jeszcze nie widział: zmierzwione włosy przypominające kołtun, dziury w głowie, 
wyłupiaste oczy, a całość zapaskudzona, czym tylko się da. Co za noc! Nie dość, że znowu prawie nie 
zmrużył oka, to jeszcze ci gliniarze, którzy strzelają do bezbronnego faceta, no i ta mała. Co jej powie, 
kiedy rano zapyta o rodziców? Pewnie będzie się drzeć w niebogłosy... 
Chryste! Powoli usiadł na kanapie. Powinien zadzwonić do pogotowia opiekuńczego, i to jak najszyb-
ciej. A potem będzie musiał skontaktować się z Billem i opowiedzieć mu, jak było naprawdę, zanim 
sprawa skomplikuje się jeszcze bardziej. 
Złoży zeznania i koniec pieśni, był przecież poza nawiasem. Nigdy już nie będzie rozwiązywać 
zagadek kryminalnych. Nie w tym wcieleftiu. Jedyne, co mu pozostało i do czego świetnie się 
nadawał, to oglądanie durnej telewizji. 
Kiedy się obudził, wpatrywała się w niego para jasnych, niebieskich oczu. Małej udało się wdrapać 
mu 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
15 
na kolana, jakimś cudem nie urażając biodra. A może instynktownie wyczuła, że to bolesne miejsce? 
- Gdzie mój tata? - spytała. Kocyk i lalkę trzymała pod pachą. Wyglądała zaskakująco spokojnie. 
Dziwne, pomyślał Jack, przecież obudziła się w zupełnie obcym miejscu. 
- Siusiu... 
Cudownie. Dziecięce sikanie. Czy powinien jej jakoś pomóc? Chyba nie nosiła już pieluch... Nie, na 
pewno nie. A zatem należało zaprowadzić ją do łazienki. 
- Złaź, ale uważnie. 
Natychmiast go posłuchała. Zsunęła się na podłogę i stanęła obok niego. Nawet na sekundę nie 
odrywała od jego twarzy oczu. 
- Poradzisz sobie sama? 
- Ale co? 
- No, czy sama zrobisz siusiu? 
Kiwnęła głową tak energicznie, że jasne loczki poleciały do przodu. 
- Świetnie. Ubikacja jest po lewej stronie — powiedział, wskazując przedpokój. 
Mrugnęła oczkami, a potem wybiegła z lalą i kocykiem z pokoju. Jack dźwignął się powoli. Musiał 
koniecznie napić się kawy. Noga była bardziej obolała i sztywniejsza niż zwykle, ale po takiej nocy to 
nic dziwnego. Lekarze obiecywali, że potrwa to nie dłużej niż kilka miesięcy. Ale dla niego tych kilka 
miesięcy to wieczność. Na czas rekonwalescencji musiał dostosować kuchnię, by mieć wszystko w 
zasięgu ręki: kawa, filtry, ekspres, lodówka... Spojrzał na zegarek. Była siódma trzydzieści. Jeszcze za 
wcześnie, żeby dzwonić 

background image

16 
Jo Leigh 
do pogotowia opiekuńczego. Usłyszał jakiś hałas. To mała przybiegła do kuchni. Stanęła w drzwiach, 
wpatrując się w niego z niepojętą wręcz intensywnością. 
- Gdzie jest mój tatuś? - zapytała znowu. 
Nie wiedział, co powiedzieć. Jak się rozmawia z kilkulatkami, i to o tak tragicznych sprawach? 
Zamrugała kilka razy, jakby jeszcze bardziej chciała skupić na nim swój wzrok. 
- Ja chcę do Hailey - wyrzuciła z siebie. Hailey? A to niespodzianka. Do jasnej cholery, kim 
jest ta Hailey? - pomyślał zdenerwowany. Zaraz, zaraz... 
- Masz na myśli tę panią, która mieszka na końcu korytarza? Tę blondynkę? 
Mała kiwnęła głową. 
- Ona jest moją nianią. 
Gdzieś widział ostatnio tę kobietę. Tak, to było w pralni. Była z małą. Potem pomogła mu zanieść 
rzeczy na górę. 
- OK, chodźmy zatem do Hailey. 
- A mój tatuś też tam jest? 
- Zobaczymy - powiedział spokojnie, choć był przerażony. Przecież kiedyś będzie musiał powiedzieć 
tej małej prawdę. 
Dziewczynka pobiegła w stronę drzwi, położyła lalkę na podłodze i wspięła się na palce, by sięgnąć 
do klamki. Po kilku próbach w końcu udało jej się otworzyć drzwi. Nie była zdenerwowana, nie 
panikowała. Wzięła lalkę i czekała spokojnie, aż Jack wyjdzie i zamknie mieszkanie. Coś było nie tak. 
Nie wiedział zbyt wiele o dzieciach, ale spodziewał się, że w takiej sytuacji dziewczynka powinna być 
śmiertelnie przerażona. Obce miejsce, obcy facet... Dziwne. 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
17 
Zaprowadziła go pod drzwi Hailey i zatrzymała się. Włożyła lalkę pod pachę i zaczęła ssać kciuk. Jack 
zapukał do drzwi. Nikt nie odpowiadał. Spojrzał z niepokojem na małą i zapukał jeszcze raz. Modlił 
się w duchu, żeby ktoś wreszcie otworzył. Po chwili pojawiła się Hailey. Była w szlafroku. 
Zaskoczona przetarła oczy i dopiero wtedy dostrzegła dziewczynkę. 
- Megan! 
- Jest u ciebie mój tatuś? Hailey znowu spojrzała na Jacka. 
- Co jest grane? - spytała. 
- Możemy porozmawiać? 
Zaniepokojona zmarszczyła brwi, ale nie naciskała. Wzięła dziewczynkę na ręce i poprosiła Jacka, by 
wszedł do środka. 
Tak też zrobił. Wiedział, że była to słuszna decyzja. Mała czuła się tu jak u siebie i była bezpieczna. 
Nawet on poczuł się bezpiecznie. Ta kobieta coś w sobie miała. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 
Hailey poznała go. Nie pamiętała wprawdzie, jak się nazywa, ale wiele razy mijała się z nim na 
korytarzu czy przed domem. Wiedziała także, że jest gliną. Teraz stał pośrodku jej salonu oparty o 
laskę. Ciekawe, czy został postrzelony podczas akcji? 
- Co się stało? - zapytała, głaszcząc dziewczynkę po główce. Megan mocno się do niej przytuliła. 
Pokręcił głową. Zrozumiała jego.intencje. Nie chciał rozmawiać przy dziecku. Więc to coś 
poważnego, pomyślała z przerażeniem. Owinęła małą kocykiem i usadowiła ją na podłodze przed 
telewizorem. 
- Obejrzysz sobie bajkę? Megan kiwnęła głową. 
- A jakiego napijesz się soku? 
- Mmm... jabłkowego. 
- Zaraz przyniosę. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
19 
Włączyła odbiornik. Kiedy wróciła z kuchni z sokiem, Megan pochłonięta była kreskówką. Cały czas 
przytulała do siebie lalkę. 
Hailey z niepokojem spojrzała na sąsiada. Naprawdę nie wyglądał dobrze. Wychudłą twarz pokrywał 
krótki, niechlujny zarost. Najwyraźniej się nie golił od kilku dni. Był bardzo blady i miał zapadnięte 
oczy. Malował się w nich lęk, szczególnie gdy patrzył na Megan. Wyglądało na to, że miała jakieś 
problemy, a on je znał. 
Dała mu znak, żeby poszedł za nią do kuchni. Z trudem dokuśtykał do stojącego przy drzwiach krzesła 
i ciężko wzdychając, usiadł. 
- Kawy? - zapytała. 
- Byłoby cudownie. 
- Czarna? 
- Zawsze czarna - powiedział, bacznie przyglądając się Hailey. - Wiesz, widziałem cię już kiedyś. 
- Ja ciebie też, ale nie wiedziałam, że znasz Roya i Megan. 
- Żadna znajomość. Był u mnie kilka razy, to wszystko. 
Nalała kawę do kubków i postawiła je na stole. 
- Powiesz mi, co się stało? 
- Nie słyszałaś żadnego hałasu w nocy? 
- Owszem, sygnał karetki. Więc jednak coś się stało? Myślałam, że to był sen. 
- To nie był sen. - Zniżył głos do szeptu. - Dziś nad ranem ktoś zamordował Roya. 
Hailey zatrzepotała powiekami, a kubek z kawą niemal wypadł jej z dłoni. 
- Skąd wiesz? Jesteś pewien, że nie żyje? 

background image

20 Jo Leigh 
- Niestety to prawda. 
- Ale jak?! - krzyknęła. Przysunęła się do Jacka i powtórzyła cicho: - Jak? 
- Został zastrzelony. 
- Byłeś tam? A Megan? Czy coś widziała? 
- Nie, była bezpieczna i nie nie widziała. Roy nie zginął podczas przypadkowej strzelaniny. Ktoś 
starannie zaplanował tę robotę. 
- O mój Boże... Roy zabity? Przecież to absurd! A jakim cudem mała znalazła się u ciebie? 
- To dziwna historia. Roy pojawił się u mnie w nocy, dosłownie wcisnął mi Megan w ramiona i 
powiedział, że musi zawieźć żonę do szpitala. 
- Żonę? Co ty opowiadasz, przecież jego żona nie żyje od dwóch lat. 
Spojrzał na Hailey spod oka. Wcale nie był zaskoczony, że Roy go okłamał. 
- Czy Megan ma jakąś rodzinę? 
- Jeśli nawet, to nie w Houston. Co powiedziała policja? 
- Tyle co nic. Spróbuję czegoś się dowiedzieć. 
- Chcesz, żebym zajęła się małą? 
- Tak. Jeszcze nie skontaktowałem się z pogotowiem opiekuńczym. 
Hailey poczuła, jak przeszywa ją zimny dreszcz. 
- Nie, proszę, nie dzwoń do nich. Zajmę się nią. 
- Dzisiaj... A co będzie później? 
- Dam sobie radę... Zaraz, coś sobie przypominam. Mała ma ciotkę, chyba na Florydzie. Ale tym 
zajmiemy się ^później, jak Megan trochę okrzepnie. Biedactwo... 
- Tak... Ta sprawa śmierdzi. 
- Może Roy zostawił ci jakieś ubrania małej? 
 

background image

Ostatnia część układanki 
21 
- Rzucił na podłogę poszewkę wypchaną jej rzeczami. Jest w moim mieszkaniu. Jeszcze nie zdążyłem 
jej przejrzeć. 
- Co byś powiedział, gdybyśmy zrobili to teraz? Najpierw ubiorę Megan„a potem przygotuję 
śniadanie. 
- Nie musisz iść do pracy? 
- Nie - odparła z uśmiechem. - Pracuję w domu. Projektuję strony internetowe. 
Jeszcze raz przyjrzał jej się uważnie. Była atrakcyjna, ale nie to w niej go zafrapowało. Miała w sobie 
coś... spokój, szczerość i otwartość, cechy obecnie tak rzadko spotykane. Nic dziwnego, że Megan 
chciała tu przyjść. 
- Coś nie tak? - zapytała, zaniepokojona wyrazem jego twarzy. 
- Nie. - Pokręcił powoli głową. - Chodźmy. Miała piękne, niebieskie oczy. Głębokie i ciepłe. 
Patrzyły teraz na niego. 
- Poczekaj chwilę. Muszę się ubrać. Jak chcesz, weź sobie jeszcze kawy. Zaraz wracam. - Wyszła z 
kuchni. 
Jack odwrócił się w stronę małej. Była taka cicha i spokojna. Nie miała pojęcia, co ją czeka... Znowu 
stanęły mu przed oczami niedawne wydarzenia. Może jednak nie był to samochód policyjny? Było 
ciemno, nie widział dokładnie. No i znał prawie wszystkich chłopaków. Który z nich mógłby przejść 
na drugą stronę, do świata zbrodni? Lecz jeśli to nie byli gliniarze, to kto? Zresztą gliniarze czy nie, i 
tak najpewniej będą próbowali go dopaść, bo był jedynym świadkiem. 
W drzwiach kuchni pojawiła się Hailey. Miała na sobie dżinsy i jasnoniebieski sweter, który 
delikatnie podkreślał jej smukłą figurę. 

background image

22 Ja Leigh 
- Poczekaj jeszcze moment - szepnęła, po czym zwróciła się do Megan: - Co byś powiedziała, gdybyś-
my się ubrały? 
- Najpierw chcę obejrzeć Ulicę Sezamkową, później się umyję. A w ogóle to chcę do domu - 
powiedziała i wydęła dolną wargę. 
Hailey wzięła małą na ręce. 
- O rety, ale jesteś już duża. Jeszcze trochę, a mnie przerośniesz! - Gdy Megan zachichotała, 
powiedziała ciepło: - Na razie nie możemy pójść do domu, Żabko. Jeszcze nie teraz. 
Mała wtuliła główkę w jej ramiona. 
- Szkoda... 
Jack wstał z krzesła. Biodro bolało go niemiłosiernie. Gdyby nie ta dodatkowa tabletka, pewnie wyłby 
jak potępieniec. Kiedy Hailey z małą na rękach podeszła do drzwi, ruszył w stronę telewizora, przed 
którym leżał kocyk z lalką. 
- Nie, poczekaj - rzuciła szybko, przewidując, co chce zrobić. - Ja to wezmę. 
- Poradzę sobie - wycedził ze złością. - Zajmij się dzieckiem. 
- Przepraszam... 
Cholera, nie chciał zachowywać się jak gbur, ale nie był żadnym paralitykiem i musiał jej to 
udowodnić. 
- Bardzo cię boli? - zapytała z przejęciem. Wzruszył ramionami. 
- Jakoś przeżyję. 
Westchnęła i odwróciła się do drzwi. 
- To chyba trudne tak bez przerwy zgrywać macho? Uśmiechnął się. 
- Jeśli będziesz miła, rozbiję sobie na głowie wielką 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 23 
butlę whisky i nawet się nie skrzywię. Dla ciebie to zrobię, maleńka. 
- Och, naprawdę, kowboju? - zapiszczała radośnie. 
- Dla mnie rozwalisz sobie łeb? 
- Tak - odparł z dumą. Nagle zmarkotniała. 
- Szkoda whisky... 
Ładna, bystra, z poczuciem humoru... Kiedyś przepadał za takimi kobietami. Lecz teraz był wrakiem, 
a nie facetem. 
Weszli do mrocznego mieszkania Jacka. Hailey zdawało się, że przez przypadek znalazła się w nie-
dźwiedziej gawrze, pośrodku której ktoś umieścił olbrzymi telewizor. Nie było tu żadnych zbędnych 
rzeczy, żadnych obrazów czy roślin, tylko sterty starych gazet i puste butelki po piwie. 
- Rety, jak tu ciemno! - zawołała, a po chwili wahania dodała: - Przydałoby się też trochę posprzątać. 
- A mi się podoba. Tutaj spałam. - Megan wskazała na kanapę. 
- To jest ta poszewka, o której ci mówiłem - powiedział Jack. - Weźcie ją i... myślę, że możecie już 
iść... 
- Jack, jeśli można, wolałabym zostać u ciebie, aż wyjaśni się ta sprawa, no wiesz... 
Spojrzał na nią spod oka. Szukała w nim oparcia i on to rozumiał. Wrak nie wrak, musiał to jeszcze 
trochę pociągnąć. 
- Jak uważasz... 
- Pozwolisz, że umyję małą? 
- Proszę. Wanna jest czysta, a ręczniki są w szafce. 
- Odwrócił się i kuśtykając, ruszył w stronę sypialni. Z niejakim zaskoczeniem uzmysłowił sobie, że 
rozkład 

background image

24 Jo Leigh 
ich mieszkań był identyczny. Poza tym żadne inne porównanie nie miało najmniejszego sensu. 
Hailey patrzyła za nim ze współczuciem. Znowu zaczęła się zastanawiać, kto i w jakiej sytuacji go 
postrzelił. Widziała, że każdy krok przysparza mu cierpienia. Aż ściskało się serce... Nagle dostrzegła 
książkę wystającą spod programu telewizyjnego. Nie mogła opanować ciekawości. Uniosła lekko 
gazetę „Słońce też wschodzi" Hemingwaya. Zadumała się na chwilę. W Jacku było coś ze starego 
Ernesta, romantycznego piewcy honoru, odwagi i męskiej siły, z którego okrutny los uczynił kalekę. 
Do pokoju wszedł Jack. Miał na sobie białą koszulę i dżinsy. Twarz mu zszarzała jeszcze bardziej. 
- Masz. - Podał jej kartkę. 
Wzięła ją, nie patrząc, co jest na niej napisane. Nie rozumiała samej siebie. Jack absolutnie nie był w 
jej typie, a jednak dziwnie ją pociągał. A przecież stanowczo wolała spokojnych, delikatnych i 
czułych facetów. 
- Pod tym numerem zawsze mnie znajdziesz - wyjaśnił. 
W mgnieniu oka wróciła do rzeczywistości. Gdzieś czaił się morderca... 
- Sądzisz, że grozi nam niebezpieczeństwo? - zapytała cicho. 
- Nie to miałem na myśli. To ńa wypadek, gdybyście czegoś potrzebowały, no wiesz, mleka, 
pieczywa, coś na obiad... 
- Aha... rozumiem. W porządku. - Nie uwierzyła Jackowi. Dobrze wiedziała, o co mu chodziło. 
Stał w przedpokoju i wkładał kurtkę. Kiedy uniósł ręce, ujrzała pistolet w kaburze umieszczonej pod 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 25 
pachą. Jeszcze nigdy z tak bliska nie widziała broni palnej. To był szok. O rany, pomyślała, toż to 
prawdziwy pistolet, taki, którym zabija się ludzi. Ugięły się pod nią nogi. 
- Powiesz jej? - zapytał, ściszając głos.   
- Tak - odparła szeptem i mocno ścisnęła rączkę Megan. - A teraz już idź. Spróbuj się czegoś 
dowiedzieć i... uważaj na siebie. Będziemy na ciebie czekać. 
Na krótko zawiesił na nich wzrok, a potem odwrócił się i wyszedł. 
Hailey zastanawiała się, jak sobie radzi z prowadzeniem samochodu, ale nie chciała o to pytać. Nie 
teraz. Szła z małą do łazienki, wsłuchując się w odgłos zatrzaskiwanych drzwi i klucza przekręcanego 
w zamku. Nie czuła się zbyt bezpiecznie. Stwierdziła z zaskoczeniem, że obecność Jacka uspokajała 
ją. Dopiero teraz, kiedy została sama, zaczęła się naprawdę bać. Kto i dlaczego zabił Roya Chandlera? 
Był miłym, wyciszonym facetem, no i dobrze jej płacił za opiekę nad Megan. Zresztą poza córką nie 
widział świata. Cudownie było na to patrzeć. Cała ta historia wydawała jej się kompletnie 
irracjonalna. Musiała zajść jakaś fatalna pomyłka. Ale jakie miało to znaczenie dla małej? Zginął jej 
ojciec i została na świecie całkiem sama. Ciotka na Florydzie to wybieg, którego użyła Hailey, żeby 
powstrzymać Jacka od telefonu do opieki społecznej. Nie chciała, żeby Megan znalazła się w domu 
dziecka. Wprost nie mogła o tym myśleć. 
Musiała przyznać, że łazienka Jacka była wprost nieskazitelna. Tego się nie spodziewała. Wszystko 
lśniło czystością. Całkiem nie pasowała do reszty mieszkania.    W szafce    znalazła    górę pachnących 

background image

26 
Jo Leigh 
ręczników. Nalała wodę do wanny, sprawdzając, czy nie jest za gorąca. Mała szybko wskoczyła do 
środka. Uwielbiała się pluskać i zwykle wyczyniała prawdziwe cuda w kąpieli, piszczała i 
szczebiotała jak ptaszek. Ale nie dzisiaj. Dziś była zadziwiająco poważna, jakby rozumiała, co się 
wydarzyło. Prędko się umyła i wcale nie chciała się bawić. A teraz stała, ociekając wodą, z oczami 
przepełnionymi strachem. 
- Zaprowadzisz mnie do tatusia? 
Hailey doskonale wiedziała, że nadszedł ten moment, kiedy musi jej to jakoś powiedzieć. Czuła, że nie 
wolno dłużej ukrywać prawdy. Nie ma nic gorszego jak niepewność. Boże, ile by dała, żeby nie 
musieć wypowiadać tych słów. Wzięła z szafki duży miękki ręcznik i otuliła nim Megan. Wyjęła ją z 
wanny i delikatnie zaczęła wycierać. 
- Posłuchaj, Żabko... - Starała się, aby jej głos brzmiał jak najspokojniej. - Tata... - Przerwała i wzięła 
głęboki oddech. - Tata nas opuścił, kochanie. Wcale tego nie chciał, ale musiał. 
- Gdzie poszedł? 
- Tata poszedł do nieba, Megan. Poszedł zobaczyć się z twoją mamą. 
Dziewczynka milczała. Jej oczy stały się okrągłe i wypełniły się łzami, a ciałko zaczęło drżeć. 
- Megan, kochanie, tatuś bardzo cię kocha i nie chciał cię opuszczać. Gdyby tylko mógł, na pewno 
zostałby z tobą. 
- Czy ja też mogę pójść do nieba? 
Hailey zamknęła oczy, starając się powstrzymać łzy. 
- Jeszcze nie teraz, kochanie. Jeszcze nie pora... Broda Megan zaczęła drżeć, a w jej oczach ukazały 
 
 
 

background image

27 Ostatnia część układanki 
się łzy. Po chwili zaczęły spływać po policzkach nieprzerwanym strumieniem. Hailey chciało się 
krzyczeć. Dlaczego Bóg zrobił to tej małej dziewczynce? Wszędzie panowała kompletna cisza, tylko 
rozpaczliwy dziecięcy płacz odbijał się głucho od ścian. Z każdego kąta wyzierał smutek i żal. Mocno 
przytuliła do siebie małą i siedziały tak przez długi czas, aż do chwili, kiedy Megan przestała się trząść 
i ucichła. Pociągając nosem, odsunęła się nieco od Hailey i spojrzała jej głęboko w oczy. 
- Mogę z tobą zostać? - zapytała prawie niesłyszalnym głosem. 
Hailey kiwnęła głową. 
- Oczywiście, kochanie. Nie bój się, zawsze będę z tobą. 
Jack z trudem wysiadł z dżipa i oparł się o drzwi. Było diabelnie zimno i mokro, obrzydliwy wilgotny 
chłód przenikał wszędzie. Poza -tym jazda samochodem też mu się nie przysłużyła. Nie powinien pro-
wadzić, a tak w ogóle nigdy nie powinien był wstępować do policji. 
- Cholerne biodro - zaklął pod nosem. Zdecydował, że na razie nic nie powie o tym 
nieoznakowanym samochodzie. Najpierw musi zebrać więcej dowodów. Nierozważne oskarżenie 
któregoś z kolegów mogłoby się kiepsko skończyć. Postawiłoby Jacka poza środowiskiem, kumple 
uznaliby go za wroga. A przecież nie miał żadnej pewności... Wziął głęboki oddech i ruszył w 
kierunku windy. Przez chwilę wyobraził sobie, co teraz dzieje się w jego mieszkaniu. Dobrze, że to 
właśnie Hailey powie małej 

background image

28 
Jo Leigh 

o ojcu, i że są same. On robiłby tylko niepotrzebne zamieszanie. 
Gdy wjechał na pierwsze piętro, wyjął z portfela swój identyfikator. Nie była to zwyczajna 
przepustka. Ten identyfikator, to on - detektyw z wydziału zabójstw z dwunastoletnim stażem. W 
oczach wielu - mały, wredny skurczybyk. Wystarczyła jedna głupia kula, by przestał istnieć. 
Zniweczyła wszystko, co osiągnął; zrujnowała mu życie. Jedna pieprzona kula. 
Zdecydowanym ruchem otworzył drzwi i wszedł d.o, tak mu dobrze znanego, pomieszczenia. Za 
biurkiem, przy wejściu, jak zawsze siedziała Jenny Cole. Na jego widok uśmiechnęła się szeroko, 
jednak gdy zobaczyła, z jakim trudem się porusza, uśmiech zamarł jej na twarzy. 
- Cześć, Jenny - powiedział, starając się iść tak lekko i szybko, jak tylko mógł. 
- Cześć, Jack. Jak się masz? 
- Dzięki, w porządku. - Mówiąc to, podał jej pistolet i przeszedł przez bramkę wykrywacza metali. 
- Brakowało nam ciebie. Martwiliśmy się... - zawiesiła głos. 
- Niepotrzebnie. Właśnie rozpocząłem nową karierę. Wstąpiłem do baletu. 
Niby uśmiechnęła się pod nosem, ale jej oczy przepełnione były smutkiem. 
Schował pistolet i powolnym krokiem ruszył w stronę windy, czując na sobie spojrzenie Jenny. Na 
korytarzu nie było nikogo. Duże, kuloodporne drzwi oddzielały dwa światy: ten w środku - świat 
gliniarzy, czysty 
i zorganizowany, z własnym kodeksem życia i śmierci, i ten na zewnątrz, całkiem inny, brudny i 
zagmatwany. 
 
 
 
 

background image

29 Ostatnia część układanki 
Kulawy Jack nie należał do żadnego z nich. 
Zrobił jeszcze jeden krok. Przeszywający ból nie dawał choćby na moment o sobie zapomnieć, i 
jeszcze ta cholerna laska... Jack czuł się jak marionetka z poucinanymi sznurkami - zupełnie zbędny i 
niepotrzebny. Jedyne, co mu pozostało, to umysł, który wciąż działał jak należy. No i komputer... 
Wątpił jednak, by na dłuższą metę mu to wystarczyło. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 
Hailey siedziała na brzegu kanapy i wpatrywała się w śpiącą Megan. Biedna mała, tak bardzo była 
przerażona tym, co się stało, i wyczerpana łkaniem, że zasnęła. To dobrze, pomyślała Hailey, dzięki 
temu odzyska siły. Przytulona do ukochanej lalki i owinięta niebieskim kocykiem, wyglądała jak 
aniołek. No właśnie, na ostatnie Boże Narodzenie kupiła jej nową, piękną lalkę. Megan bardzo 
grzecznie podziękowała, ale lalka siedziała na półce wśród innych, nigdy nieru-szanych zabawek. Za 
to Tottie towarzyszyła jej zawsze i wszędzie, mimo że była pomazana i na wpół wyłysiała. Hailey 
pamiętała jednak, że w dzieciństwie też miała ukochaną lalkę, z którą nigdy się nie rozstawała. 
Oderwała wzrok od dziewczynki i rozejrzała się po pokoju. To było naprawdę dziwne miejsce. 
Centralnym punktem był ogromny telewizor. Nie pasował do 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
31 
jej wyobrażenia o Jacku. Wiedziała od jednej z sąsiadek, Grace, że wciąż był sam, choć podobno dużo 
kobiet przewijało się przez jego mieszkanie. Raz otworzył jej w samych slipach. Twierdziła, że jest 
najlepiej zbudowanym facetem, jakiego w swym sześćdziesięcioletnim życiu widziała; 
najatrakcyjniejszym od czasów Elvisa Presleya. Kiedy o tym rozmawiały? A, przed Wielkanocą, jak 
zaniosła jej pieczoną szynkę. Wtedy Jack był jeszcze OK. Dopiero, jakieś dwa miesiące temu, kiedy 
spotkała go w pralni, chodził o lasce. Była tam z Megan. Mimo że zachowywał się bardzo 
powściągliwie i był nieco szorstki, pomyślała, że jest szalenie przystojny. Miał w sobie coś 
magicznego... coś niezwykle pociągającego. 
Zajrzała do kuchni. W zlewie leżało kilka brudnych talerzy i kubków, a obok zużyte filtry do kawy i 
puste puszki po piwie. Otworzyła lodówkę i jęknęła. Czegoś takiego jeszcze nie widziała. Powiało 
chłodem i pustką, oprócz musztardy i kilku puszek piwa nie było bowiem nic. Jak ten facet chce 
wrócić do zdrowia na takiej diecie? Doszła do wniosku, że chyba w ogóle nie najlepiej sobie radził. W 
szafce znalazła płyn do zmywania naczyń. Odkręciła wodę i przystąpiła do robienia porządków. 
Zawsze jej to pomagało w doprowadzaniu swych myśli do ładu. A miała nad czym się zastanawiać. 
Kiedy Jack wróci, z pewnością będzie chciał zadzwonić do opieki społecznej, a Hailey musi zrobić 
wszystko, by do tego nie dopuścić. Na samą myśl, że Megan miałaby trafić do domu dziecka lub 
kompletnie obcych ludzi, robiło jej się słabo. Za wszelką cenę zatrzyma małą przy sobie, zgodnie z 
prawem czy 

background image

32 Jo Leigh 
wbrew niemu. Była absolutnie zdeterminowana. Z góry wykluczała wszelkie inne rozwiązania. 
Skończyła zmywać, starła blat i wyczyściła ekspres do kawy. Potem pozbierała stare gazety i ułożyła 
je pod zlewem. Starła jeszcze kurze, a później, nie mając nic innego do roboty, skierowała się do 
sypialni. 
- Cały Jack - mruknęła, zaglądając do środka. 
Były tu tylko niezbędne sprzęty: łóżko, szafa i nic więcej. Łóżko oczywiście nieposłane. Ale cóż, nie 
należało spodziewać się cudów. Zastanawiała się? kiedy ostatnio Jack zmieniał pościel. Z pewnością 
ból w biodrze sprawiał, że wykonywał tylko absolutnie konieczne czynności. 
Chętnie pościeliłaby łóżko, ale czy nie będzie to zbyt... osobiste? Jack może się zezłościć. Tak 
naprawdę w ogóle się nie znali, a ona wtyka swój nos w jego życie... E tam, bez przesady, powinien się 
ucieszyć. W szafie znalazła dwa czyste komplety, obydwa beżowe. Jakie to praktyczne, pomyślała, 
ale jakże pozbawione fantazji. Szybko zmieniła pościel. Chciała jeszcze odkurzyć, ale doszła do 
wniosku, że hałas odkurzacza może obudzić Megan. Zrobi to później. Nie to, żeby była wściekłą 
pedantką, ale chciała jakoś podziękować Jackowi. W końcu też im pomagał. 
Zajrzała do salonu. Dziewczynka wciąż jeszcze spała przytulona do Tottie. Hailey spojrzała na worek 
z rzeczami. Kiedy wzięła go do ręki, by zobaczyć, co jest w środku, usłyszała zgrzyt klucza w zamku. 
Zesztywniała, jednak po chwili odetchnęła z ulgą, gdy w drzwiach zobaczyła Jacka. Szedł bardzo 
wolno. Wyglądał na kompletnie wykończonego. Spojrzał na śpiącą małą, potem na Hailey, i 
uśmiechnął się. 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 33 
- Właśnie miałam zamiar przejrzeć te rzeczy - powiedziała. - Po kąpieli wyciągnęłam tylko czyste 
ubranko dla Megan. 
Kiwnął głową, zdjął kurtkę, oparł się o drzwi i podwinął sobie rękawy koszuli. Miał mocne, 
umięśnione ręce. Bardzo męskie, pomyślała. Grymas bólu przebiegł przez jego twarz, gdy ruszył w 
stronę kuchni. Już chciała zaproponować, że mu pomoże, ale przypomniała sobie jego niedawną 
reakcję w podobnej sytuacji.. Zaskoczyło ją, że patrząc na niego, i ona cierpiała. 
- A co to? - zapytał, zapalając światło w kuchni. 
- Mam nadzieję, że nie będziesz się gniewał, ale nie mogłam siedzieć z założonymi rękami. 
Mrucząc coś pod nosem, nalał sobie szklankę wody. Wypił łapczywie i wierzchem dłoni obtarł usta. 
Odwrócił się, jakby czuł, że cały czas go obserwowała. 
- Powiedziałaś jej? - spytał szeptem. 
- Tak... Była bardzo dzielna, choć-długo płakała. Z pewnością upłynie dużo czasu, nim pogodzi się z 
myślą, że już nigdy nie zobaczy ojca. 
Jack podszedł do stołu i ciężko opadł na krzesło. Hailey starała się zachować spokój, ale minę miała 
niewyraźną. Laska z hałasem osunęła się na podłogę, ale Jack nawet się nie obejrzał. 
- Hailey, to nie koniec kłopotów... 
Usadowiła się naprzeciwko niego i spojrzała mu w oczy. 
- Co masz na myśli? 
- Na przykład to, że jej ojciec wcale nie nazywał się Roy Ghandler. 
- Co ty mówisz! 
- Taka jest prawda. 

background image

34 Jo Lełgh 
- To kim on był? 
- Pewnym przyjemniaczkiem, który zwał się Barry Strangis. Pochodził z Oklahomy. Dwa razy go 
przymknęli za napady z bronią w ręku, najpierw w siedemdziesiątym drugim, a potem w 
osiemdziesiątym. 
- O matko... - jęknęła przerażona. 
Patrzył w stronę pokoju, w którym spała Megan. W jego wzroku było coś niepokojącego. Obejrzała 
się, sądząc, że to mała stoi w drzwiach. Jednak nie było jej tam. Nadal smacznie spała. Zauważyła, że 
spojrzenie Jacka było skierowane na krzesło stojące pośrodku salonu. Wyglądało to tak, jakby czegoś 
stamtąd potrzebował. Podeszła więc tam i wzięła środki przeciwbólowe. Położyła je przed Jackiem, a 
obok postawiła szklankę z wodą. Potem znowu usiadła. On jednak wcale nie wyglądał na 
zadowolonego. Nachmurzył się i zacisnął usta. W końcu wreszcie zapytał: 
- Co ty robisz? 
- Przyniosłam ci tabletki i wodę - bąknęła. 
- To widzę, ale dlaczego? 
- Bo zdaje mi się, że czas, abyś wziął lekarstwa. 
- Skąd wiesz? 
- Z wyrazu twojej twarzy. Widać, że cierpisz. 
- Pozazdrościć truposzom. Ich już nic nie boli - warknął. 
Uśmiechnęła się, ale szybko się zreflektowała. A jednak nie tak szybko, jak by należało. 
- Bawi cię to? - Głos Jacka stał się jeszcze bardziej szorstki i obcy. 
- Uwielbiam czarny humor. 
- Robisz sobie ze mnie żarty? Kiwnęła głową. 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 35 
- Owszem... 
- To łaskawie przestań. 
- To ty przestań się zgrywać i weź tabletkę. Próbował zmrozić ją wzrokiem, ale gdy nic nie 
osiągnął, zrezygnował. Odkręcił buteleczkę i wyjął z niej pigułkę. Niemal jednym haustem wypił całą 
szklankę wody. 
W tym momencie zdała sobie sprawę, że Jack przypomina jej Marlona Brando. Szorstki, ale w jakiś 
przedziwny sposób pociągający. 
- Więc co jest w tej tajemniczej poszewce? - zmienił temat. 
Podniosła ją z podłogi i wysypała zawartość na stół. Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła jej się w oczy, było 
zdjęcie w ramce. Spojrzała na podpis umieszczony z tyłu. 
- To matka Megan. Patricia. 
- Bardzo ładna... - mruknął Jack. 
- Mała jest do niej podobna. 
- Wyrośnie na piękną kobietę. 
- Oby miała szczęśliwsze życie... 
- Wiesz, kiedy umarła? 
- Zaczęłam pracować dla Roya dwa lata temu i już wtedy był wdowcem. 
- A to co? - Wskazał ręką na kartkę papieru wsuniętą do plastikowej koszulki. 
Na poplamionej kartce widniał odręcznie napisany przepis na gulasz cielęcy. 
- Dlaczego dał to Megan? 
- Nie wiem, może napisała to jej matka? - Jack wzruszył ramionami, odłożył kartkę i przejrzał 
książeczkę czekową. 

background image

36 Jo Leigh 
- Czterysta pięćdziesiąt dolarów zdeponowanych na Megan. 
- Kiedy była ostatnia wpłata? 
- Na Boże Narodzenie. 
Zaczęła przeglądać ubrania. Dżinsy, kilka koszulek, parę sukienek i kurtka. Oprócz tego trochę 
bielizny, trzy pary butów i kilka piżam. 
- Niezłe wyposażenie. Jakby wiedział, że go przez jakiś czas nie będzie - mruknął Jack. 
- Albo że nigdy nie wróci... Zastanawia mnie jeszcze jedno. Roy wiedział, że jestem w domu. 
Dlaczego więc przyniósł małą do ciebie? 
- Tylko jedno przychodzi mi do głowy: bo jestem gliną. 
- Wiedział więc, że jest w poważnych tarapatach. 
- Był zdesperowany, bał się. I jak widać, miał czego się bać... 
- Powiedział coś jeszcze? 
Patrząc na nią badawczo, zaprzeczył ruchem głowy. Miała wrażenie, że nie mówi jej całej prawdy. 
Może tak było zresztą lepiej? Bezpieczniej? 
Jack podniósł się i ruszył w kierunku salonu. 
- Czas zadzwonić, Hailey. Wbiła w niego wzrok. 
- Nie zadzwonimy. 
- Słucham? 
- Po prostu nie zadzwonimy. Megan zostanie ze mną. 
- Nie możesz tego zrobić... 
- Nie mogę, ale zrobię - wpadła mu w słowo. Ciężko wzdychając, opadł na krzesło. 
- To niezgodne z prawem. 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 37 
- Mam w nosie takie prawo! - krzyknęła. - Obiecałam jej, że zostanie ze mną. Megan nie ma nikogo, 
tylko ja jej zostałam. Nie pozwolę, by trafiła do domu dziecka lub do obcych ludzi. To okrutne i 
bezduszne! 
- Była bardzo wzburzona. - Zrozum, Jack, to ją załamie, zrujnuje jej życie. - Oczy Hailey lekko się 
zaszkliły. 
- Rozumiem, oczywiście że rozumiem - mruknął. 
- Ale gliny i tak się dowiedzą, że Roy miał córkę. To rutynowy obowiązek, odstawić osierocone dzieci 
do opieki społecznej. 
- Rutynowy obowiązek... odstawić... Słyszysz, jak to brzmi? Wiem, często jest to konieczne, by dzieci 
nie błąkały się po ulicach, ale Megan ma mnie! 
- Tak, ale policja... 
- Wykiwamy ją! 
- Hailey... 
- Przekonamy jakoś gliniarzy, że Megan tu nie ma. Że pewnie przebywa u rodziny Roya lub Patricii. 
Nie wierzę, by twoim zapracowanym kolegom chciało się uganiać po całych Stanach za jakąś tam 
czterolatką. -Prędzej zagada Jacka na śmierć, niż odpuści.-A jeśli... 
Na chwilę przymknął powieki. 
- Jak rozumiem, też mam okłamać gliniarzy? Moich kolegów? 
- Proszę, Jack... Spójrz tylko na Megan. Jest taka słodka i ufna, a ja jej obiecałam, że nigdy jej nie 
opuszczę... 
- Hailey, naprawdę to rozumiem. Dobrze, trochę miniemy się z prawdą i mała zostanie u ciebie przez 
jakiś czas. Ale nie wiem, na jak długo to wystarczy. 
- Jak wszystko się trochę uspokoi, naradzimy się, co robić dalej. Zgoda? 

background image

38 Jo Leigh 
- Powinnaś była zostać prawnikiem... - Jack , zwrócił głowę w stronę pokoju. - Zobacz, kto tam się 
obudził... 
Hailey obejrzała się za siebie. Megan siedziała z kciukiem w buzi i przytulała do siebie lalkę. 
- Cześć, Żabko - powiedziała Hailey, pochylając się nad nią. - Długo spałaś... 
- Chcę do domu... 
- Wiem, kochanie, ale nie możemy tam jeszcze pójść. Pan McCabe i ja będziemy się tobą opiekować. 
Pamiętasz? 
Powoli kiwnęła głową, nie wypuszczając kciuka z buzi. Przez moment Hailey myślała, że mała znowu 
się rozpłacze, ale pomyliła się. 
- Tottie jest bardzo głodna - powiedziała Megan z przejęciem. 
- Nic dziwnego. Założę się, że i ty jesteś głodna. Zostań z panem McCabe'em, a ja skoczę do siebie i 
przyniosę dla nas wszystkich coś do zjedzenia. 
- Ja też chcę pójść! 
- Nie będzie mnie tylko kilka minut. Obiecuję, że zaraz wrócę. Pokaż w tym czasie panu McCabe'owi 
swoją lalę. 
Mała kiwnęła głową na znak zgody. Zdziwiło to ją. Megan, choć na ogół słodka i miła, jednak bywała 
też uparta i gdy nie dostawała tego, na co miała ochotę, potrafiła rzucić się ze złości na podłogę. By 
tego uniknąć, należało z nią umiejętnie negocjować. A tu z miejsca ustąpiła... 
Hailey wiedziała, że dziewczynka będzie potrzebowała teraz bardzo dużo ciepła i że będzie musiała 
wykazać się ogromną cierpliwością i wyrozumiałością. 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
39 
- Zaraz wracam - rzuciła do Jacka, otwierając drzwi. 
- Pomogę ci - powiedział, schylając się po laskę. 
- Nie, nie ma takiej potrzeby. Lepiej zostań z naszą Żabką. 
Zanim zdążył zareagować, była już na zewnątrz. Idąc korytarzem, poczuła się nieswojo, jakby ktoś ją 
obserwował. Spojrzała w stronę parkingu, ale nie było tam nikogo. Tylko kilka samochodów. 
Przyspieszyła kroku, by jak najszybciej znaleźć się w swoim mieszkaniu. Prędko zatrzasnęła za sobą 
drzwi. Mimo to nie opuszczało jej przykre uczucie. Czy teraz będzie już tak zawsze? 
- To jest Garfiełd i on jest kotem, wiesz? A to są pszczółki, cała rodzina: mama, tata i dzidziuś. 
Widzisz? - Megan przesuwała paluszek po kocyku. 
Jack kiwnął głową. Nie znał się na dzieciach i nie wiedział, jak należy się zachować w takiej sytuacji. 
Nudziła go ta paplanina. Dziewczynka pokazywała mu po kolei wszystkie postaci na kocyku i 
opowiadała, kim są. Była przy tym bardzo poważna. Po każdej prezentacji czekała, aż kiwnie głową 
na znak, że wszystko zrozumiał. Prawdę mówiąc, nie bardzo jej słuchał, tylko kiwał głową, kiedy 
przerywała. Zastanawiał się nad sytuacją, w jakiej Megan się znalazła. Została sierotą. Hailey chciała 
ją zatrzymać, ale prędzej czy później zainteresuje się nią państwo, a to nigdy nie było dobrym 
rozwiązaniem. Niewątpliwie byłoby dla niej najlepiej, gdyby Hailey ją oficjalnie adoptowała, ale jako 
osoba samotna może mięć z tym problemy. Gdyby pojawił się ktoś z krewnych Megan, do tego osoba 
nieźle sytuowana, ciesząca się dobrą opinią i mająca pełną rodzinę, sąd z pewnością jej przyznałby 
opiekę 

background image

40 
Jo Leigh 
nad małą. A jeśli Megan mocno przywiąże się do Hailey... tak zresztą chyba już się stało... będzie to 
dla niej następna tragedia. Straci ostatnią bliską osobę. Wiele razy widział już takie historie. Choć 
prawo głosi co innego, dobro dzieci często traktowane jest bardzo powierzchownie i instrumentalnie. 
No i kto wie, jaki spadek zostawił Roy? Jeśli spory, dopiero zacznie się piekło... 
- ...tatę? 
Na to słowo otrząsnął się z rozmyślań. 
- Słucham? 
- Znasz mojego tatę? 
Cholera, miał nadzieję, że to pytanie nigdy nie padnie. Co miał odpowiedzieć? I gdzie, do diabła, 
podziewa się Hailey? Próbował zebrać myśli. 
- Pewnie! 
- Hailey powiedziała, że poszedł do nieba, żeby spotkać się z moją mamusią. 
Gdzie ona jest? Dlaczego nie wraca? Ile potrzeba czasu, żeby przynieść trochę żarcia? 
- Tak, Hailey jest bardzo mądra i na pewno ma rację. 
- Hailey też jest twoją nianią? 
- Niezupełnie... - Uśmiechnął się. 
- Wiesz, ludzie nie wracają z nieba... 
Ścisnęło mu się gardło. Wiedział, że powinien coś powiedzieć, ale nie znalazł odpowiednich słów. 
Spojrzał w duże, niebieskie oczy, które wpatrywały się w niego z nadzieją, że może zaprzeczy. 
Nerwowo zamrugał, ale nadal milczał. Mała nawet się nie poruszyła. 
- Oglądasz czasem telewizję? - Musiał przerwać jakoś tę ciszę. 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 41 
- Tak - odpowiedziała po cichu, ale była wyraźnie zawiedziona. - Lubię Kaczora Donalda i Kubusia 
Puchatka - dodała nieśmiało. 
- Aha... Pewnie nie lubisz oglądać piłki nożnej? Tylko wzruszyła ramionkami. 
- Uwierz mi, to jest naprawdę fajne. - Odwrócił się w stronę telewizora i wziął do ręki pilota. 
Przebiegał przez kanały tak długo, aż znalazł mecz, po czym ciężko opadł na fotel. 
Megan podeszła do niego. 
- Taki film widziałam w domu. 
- Tak? To świetnie. To najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek wymyślono. 
- A mój tata mówił, że piłka nożna jest dla głupków. Spojrzał na nią zaskoczony. 
- Słucham? 
- No, powiedział, że jest dla głupków - powtórzyła. 
- Ach tak, w takim razie może lepiej przerzucimy na Donalda, co? 
- Dobrze. 
Znowu zaczął skakać po kanałach, aż w końcu trafił na jakąś kreskówkę. Nie był to wprawdzie 
Donald, ale także nie piłka nożna. Mała podeszła jeszcze bliżej i zanim zdążył cokolwiek zrobić, 
wdrapała mu się na kolana. Jak zwykle przytuliła do siebie lalkę i wzięła do buzi kciuk. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 
Jack siedział tak jakiś czas, nie wiedząc, co ma zrobić. Czuł się bezradny w kompletnie nowej dla 
siebie sytuacji. Telepatycznie próbował nadać sygnał SOS do Hailey, ale bezskutecznie. Megan 
zdawała się jednak nie odczuwać jego rozterek i wyglądała na zadowoloną. Przylgnęła do niego, 
opierając główkę na jego ramieniu. Na szczęście usadowiła się po zdrowej stronie, więc nie 
przysporzyła Jackowi dodatkowego cierpienia. Ale i tak niczego bardziej nie pragnął, jak zdjąć Megan 
ze swoich kolan i postawić na podłodze. Nie chciał jej jednak przestraszyć, więc nie zrobił tego. Żadne 
z rozwiązań, które przyszły mu do głowy, nie było wiele lepsze. Nie mógł przecież tak po prostu 
wyjść. Była małym dzieckiem i na pewno zaczęłaby głośno płakać. Oglądał więc kreskówkę, na której 
jakaś wściekła gruba baba z całej siły przyłożyła kotu patel- 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
43 
nią w głowę, aż biedak stracił przytomność. Jack zastanawiał się, czy karmienie dzieci opowiastkami, 
w których agresja jest głównym tematem, jest zdrowe dla ich psychiki. 
Z rozmyślań wyrwał go dziwny, a zarazem niezwykle urokliwy zapach. Perfumy... zapach kobiety... 
nie, to było coś dużo delikatniejszego. Coś, co przywołuje na myśl niewinność. 
Po raz pierwszy spotkał dzieciaka, który nie śmierdział i był spokojny. Megan niemal się nie 
poruszała. Ssała kciuk i wyglądało na to, że bardzo jej dobrze na jego kolanach. O nic nie pytała, nie 
marudziła, i co najdziwniejsze, wcale się go nie bała. Z ulgą wypuścił długo wstrzymywany oddech. 
Właściwie dlaczego miałbym od niej uciekać? - zapytał sam siebie. Jego myśli powędrowały do 
Hailey, do tej urokliwej, niebieskookiej blondynki. Jej oczy były bardzo podobne do oczu Megan - 
bystre, a zarazem niewinne i łatwowierne. Nie powinna dać się wciągnąć w to bagno. Jeśli zabójcy 
Roya wiedzieli, że miał dziecko, nie zajmie im dużo czasu, by zorientować się, gdzie ono przebywa... 
I skórę też ma jak dziecko, miękką i aksamitną, wprost idealną... A nos? Normalny, nieduży, wąski... 
A usta? O, to było bardziej interesujące. Kilka razy zawiesił na nich wzrok. Często się uśmiechały, i to 
jak cudownie. Śmieszne, na pierwszy rzut oka nie wydawała się atrakcyjna, ale odkąd zbliżyli się do 
siebie, nie mógł przestać o niej myśleć. Miała w sobie coś magicznego, szczególnie, kiedy się 
uśmiechała. No i była bardzo zgrabna: nie za chuda, bardzo kobieca. 
Ciekawe, bo stanowczo nie była w jego typie. Nie marzył o wspólnych, rodzinnych obiadkach i 
miłości aż 

background image

44 
Jo Leigh 
do grobowej deski. Preferował szybkie numerki w stylu: „Miło było, kochanie. Cześć. Zadzwonię do 
ciebie". Oczywiście najczęściej nie dzwonił. Tego właśnie chciał i z tym było mu dobrze. Zresztą 
kobiety traktowały go podobnie. Znał je na wylot, bez trudu odgadywał ich myśli i zamiary. Leciały 
na niego, bo uchodził za przystojniaka, w łóżku radził sobie znakomicie, no i potrafił je rozbawić. I tak 
to szło przez lata jak w telenoweli, odcinek za odcinkiem, wszystkie na jedno kopyto, pamięta się ze 
trzy ostatnie, a reszta to zamazany obraz. Nad niczym się nie zastanawiać, brać, co w ręce wpadnie, a 
jutro będzie nowy dzień. 
Postrzał położył temu kres. Nawet jeśli Jack całkiem się z niego wyliże i wróci do dawnej formy 
fizycznej, będzie innym człowiekiem. Już nim się stał. Jeszcze nie przemyślał tego wszystkiego jak 
należy, ale te straszne tygodnie, kiedy był bezradny jak dziecko siedzące na jego kolanach, odmieniły 
go na zawsze. 
Megan oderwała oczy od ekranu i spojrzała z nadzieją na Jacka. Wyjęła z ust kciuk. 
- Hailey wróci, prawda? - zapytała, po czym natychmiast wsunęła palec do buzi. 
- Oczywiście. Wróci już za chwilę. 
Znowu zamilkła. Na ekranie telewizora przesuwały się postaci z innej kreskówki. Kota i mysz zastąpił 
królik Bugs. Jack postanowił, że zaczeka jeszcze parę minut, a później pójdzie sprawdzić, co tak długo 
zatrzymuje Hailey. 
W tej właśnie chwili drzwi się otworzyły i do środka weszła Hailey. Jack nie mógł się ruszyć z 
miejsca, gdyż Megan nadal siedziała mu na kolanach. Był przekona- 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
45 
ny, że za moment zeskoczy i podbiegnie do niani, ale pomylił się. 
- Widzę, że zdążyliście się zaprzyjaźnić. 
- Hm, no wiesz... - Jack spojrzał znacząco. 
- Lubicie spaghetti? - zapytała Hailey, machając dwiema siatkami pełnymi zakupów. 
- Pomóc ci? - Och, jak bardzo chciał usłyszeć „tak". Srodze się jednak zawiódł. 
- Nie, posiedźcie jeszcze. Poradzę sobie. Cholera, zaklął Jack w duchu. 
Hailey położyła torby na blacie i uśmiechnęła się do siebie. Niby niewinne pytanie Jacka nie zmyliło 
jej. Był taki nieporadny wobec Megan. To zabawne i głupie zarazem: duży facet, który obawia się 
małej dziewczynki. Zarazem jednak biło od niego dziwne ciepło... 
Rozpakowała zakupy: warzywa i owoce, mleko, makaron, sos, pieczywo, zupy w puszkach, soki, 
płatki owsiane, sery, wędliny... Trochę wykorzystają dzisiaj, a reszta zostanie u Jacka. Chciała, by 
miał jakieś zapasy. 
Musiała przyznać, że kuchnia wyposażona była całkiem dobrze. Udało jej się nawet znaleźć 
odpowiednio duży garnek na makaron oraz durszlak. 
Spojrzała na Jacka. Siedział dziwnie wygięty, że aż chciała się roześmiać. Zaraz jednak pomyślała, że 
Megan sprawia mu ból. A to już wcale nie było śmieszne. 
- Żabko, kochanie, chodź, pomożesz mi przygotować coś do zjedzenia. 
Mała wyjęła palec z buzi i zgrabnie zsunęła się na podłogę. Hailey widziała, jak Jack odetchnął z ulgą. 
Ciekawe, że mimo bólu tak długo znosił tę sytuację. Za to mała wyglądała dużo lepiej niż przedtem. 
Nie miała 

background image

46 Jo Leigh 
już zaczerwienionych oczu, wciąż jednak była smutna i blada. Boże, niech to jak najszybciej minie, 
pomyślała Hailey. Z szafki wyjęła trzy talerze i podała je małej. 
- Nakryjesz do stołu, kochanie? 
Megan kiwnęła głową. Położyła lalkę na podłodze, wzięła od Hailey talerze i ustawiła je 
pieczołowicie na stole. Potem wróciła do kuchni po dalsze polecenia. Była taka cicha i poważna, 
zupełnie do siebie niepodobna. Hailey poprosiła ją jeszcze o zaniesienie sztućców i serwetek, i po 
chwili stół był przygotowany do posiłku. Hailey doprawiła szybko spaghetti i wymieszała sałatkę, 
cały czas zastanawiając się, co powinna zrobić: zabrać Megan do siebie czy dla bezpieczeństwa 
zostawić ją tutaj. Nie mogła uwierzyć, że morderca Roya będzie chciał kontynuować porachunki z 
czteroletnią dziewczynką. Z drugiej strony nie wiedziała, dlaczego zabito Roya. A jeśli Megan 
zobaczyła coś, czego zobaczyć nie powinna? Pewnie jej zeznania nie miałyby znaczenia dla sądu, ale 
dla policji mogłyby stać się cennym tropem... W co wpakował się Roy? Narkotyki? Nieudane 
włamanie? Czy może kogoś sypnął? Idiota! Cholerny idiota! Jak mógł w ten sposób postępować, 
mając pod opieką małe dziecko... 
- Potrzebujesz wsparcia? 
Obejrzała się. Jack stał obok lodówki. Była tak pochłonięta myślami, że nie usłyszała, kiedy wszedł. 
- Nie, dziękuję. Już prawie jesteśmy gotowe. Daj nam jeszcze tylko chwilkę. 
Ale Jack nie wychodził. Domyśliła się, że chciałby z nią porozmawiać. 
- Jesteś nadzwyczaj dzielna - zwróciła się do małej. 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
47 
- Zasłużyłaś na odpoczynek. Idź i pobaw się chwilkę, sama wszystko dokończę. 
Megan grzecznie kiwnęła głową, wzięła Tottie i poszła do pokoju. 
Sałatka stała już na stole. Hailey odcedziła makaron i przysiadła obok Jacka. 
- Myślałam, co z tym wszystkim zrobić. 
- Tak? - Jack zmrużył oczy, jakby chciał storpedować każdy jej pomysł. 
- Lepiej będzie, jeśli zabiorę ją do siebie. Tam poczuje się pewniej, w końcu znamy się od dwóch lat. 
- Zdajesz sobie sprawę, że będą cię przesłuchiwać? A gdy dowiedzą się, że Megan jest z tobą, 
natychmiast powiadomią opiekę społeczną. 
- Dlaczego mieliby mnie przesłuchiwać? 
- Bo tutaj mieszkasz. Wszystkich z tego domu będą przesłuchiwać. 
- Powiem, że o niczym nie wiem. Jack pokręcił głową. 
- Płacił ci do ręki? 
- Czasami wypisywał czek. Ale o co chodzi? 
- Sąsiedzi wiedzą, że opiekujesz się małą? 
- No dobra, celny strzał. Ale co z tego, że jestem jej nianią? 
- U kogo byś zostawiła swoje dziecko? U kogoś obcego czy u opiekunki? 
- Powiem, że tego nie zrobił. 
- A ja musiałbym zataić, że Roy zostawił Megan u mnie; Czyli też skłamać. Tego chcesz? 
Wzięła głęboki oddech, zyskując przez to trochę czasu na odpowiedź. Co właściwie miała mu do za-
proponowania? 

background image

48 
Jo Leigh 
- Tak - wyrzuciła z siebie w końcu. - A ja powiem, że jej nie widziałam, że z tego co wiem, pojechała 
w odwiedziny do jakichś kuzynów. 
- A gdy spytają o adres? 
- To powiem prawdę, że nie wiem. 
- Innymi słowy, chcesz wpuścić policję w maliny. To zbyt ryzykowne... 
- Dlaczego? W ten sposób uchronimy Megan przed kolejnym szokiem. Ile może znieść takie małe 
dziecko? To będzie dla niej najlepsze. 
- Masz rację, ale... pomyśl także o sobie. Obie będziecie w niebezpieczeństwie. 
- Jakoś sobie poradzimy... 
- Nie wiesz, o czym mówisz - powiedział zirytowany, - Nigdy nie byłaś w podobnej sytuacji. 
- Skąd wiesz? 
- Wystarczy na ciebie popatrzeć. - Uśmiechnął się. - Może kiedyś jechałaś zbyt szybko albo nie 
oddałaś książek do biblioteki... 
- A co, jeśli pan się myli, panie wszystkowiedzący? 
- Czyżby? 
- Kiedyś miałam całkiem poważne kłopoty - stwierdziła z emfazą. 
- Ile miałaś wtedy lat? - zapytał czujnie. Oblała się rumieńcem. 
- Jedenaście. To fakt, trochę dawno to było. 
- Zbiłaś okno? 
- Tak, ale w kościele, i bardzo długo miałam kłopoty. - Spojrzała na niego. Jego oczy wyrażały 
niejakie rozbawienie. Nie dziwiła mu się. Sama zachichotała. - Jack, mówmy poważnie. To prawda, 
dotąd nie byłam w żadnych poważnych tarapatach, ale 
 

background image

Ostatnia część układanki 49 
nie płynie stąd wniosek, że nie poradzę sobie z trudnym problemem. 
- Oczywiście, ale najlepiej jest omijać wszelkie problemy. 
- Niby tak... 
- Niby? 
- Czegoś nie rozumiesz. - Z wielką powagą spojrzała mu w oczy. - Kocham Megan, jest dla mnie jak 
córka. Nie oddam jej. 
- Uff... - westchnął ciężko. - Cóż, w takim razie muszę poważnie się zastanowić. Może znajdzie się 
jakieś wyjście. 
Kiwnęła głową i zawołała małą do stołu. Jedli w milczeniu. Nawet Megan, przybita ciężką atmosferą, 
nie powiedziała ani słowa, choć zazwyczaj nieustannie paplała. Kiedy skończyła, wstała, wzięła do 
ręki swój talerz i odstawiła go na blat koło zlewu. Jak żołnierz. A potem wyszła z kuchni. 
- Słuchaj, zapomniałam zabrać od siebie kilka rzeczy - powiedziała nagle Hailey. 
- Ale zaraz wrócisz? - W jego głosie słychać było panikę. 
- Nim zdążysz się obejrzeć. - Włożyła sweter. - Jeśli Megan będzie chciała pić, to w lodówce jest sok. 
Podeszła do małej. Wciąż oglądała telewizję, ale oczy miała na wpół przymknięte. Wyglądało na to, 
że zaraz zaśnie. Widok jej bladej buźki sozdzierał serce Hailey. Cichutko podreptała z powrotem do 
kuchni. 
- Już prawie śpi. Nie obawiaj się... 
- Dobrze, ale pospiesz się, prószę. 
- Jasne. 
Szybkim krokiem przemierzyła korytarz. Chciała 

background image

50 Jo Leigh 
przygotować mieszkanie dla Megan. Posłała łóżko w pokoju gościnnym, a na kołdrze położyła 
króliczka dziewczynki, rozejrzała się dokoła i usiadła zrezygnowana. To nie było pomieszczenie 
odpowiednie dla dziecka. Spełniało swoją rolę, gdy Megan przebywała u niej podczas dnia, ale teraz, 
kiedy miała zostać u niej na zawsze, musiała je inaczej urządzić. Sięgnęła do szuflady po klucz, który 
dał jej kiedyś Roy, chwyciła plastikowy kosz i wyszła na klatkę schodową. Cały czas zastanawiała się 
nad tym, co powinna stamtąd wziąć. Na pewno ubrania, trochę zabawek i koniecznie zdjęcie Roya, to 
w oprawce, które stało w salonie. Megan z pewnością się ucieszy. 
Otworzyła drzwi i omal nie zemdlała. Całe mieszkanie przewrócone było do góry nogami. A więc ktoś 
tu był, pomyślała z przerażeniem, i usilnie próbował coś znaleźć. Pocięte meble, obrazy pozrzucane ze 
ścian, pootwierane szafy, a ich zawartość wybebeszona na podłogę... Ten widok zmroził ją. Stała tak 
przez dłuższy czas, nie mogąc się poruszyć. 
Nagle zdała sobie sprawę, że dotychczasowy świat Megan przestał istnieć. Co za cholerne draństwo, 
zaklęła w duchu, zamykając za sobą drzwi. Właśnie wyjmowała z zamka klucz, kiedy poczuła czyjąś 
dłori na swoim ramieniu. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 
Ogarnięta bez reszty paniką, Hailey zamachnęła się i z całym impetem uderzyła napastnika koszem w 
brzuch. Kątem oka dostrzegła, że upadł. Dopiero wtedy obejrzała się za siebie i z przerażeniem stwier-
dziła, że ma na sobie policyjny mundur. 
- O mój Boże! O, Boże! - Upuściła koszyk i chwyciła się za głowę. Policjant gramolił się powoli z 
podłogi. Jego twarz była czerwona z wściekłości; ciężko dyszał. Kilka sekund stali naprzeciwko 
siebie, jakby za chwilę mieli stoczyć walkę. Hailey bała się poruszyć, choć niczego bardziej nie 
pragnęła, jak uciec. Ale dokąd? 
- Przepraszam - wyjąkała wreszcie. - Bardzo mnie pan przestraszył, dlatego tak zareagowałam. Proszę 
mi wybaczyć. 
- To nie pani wina - stwierdził niezbyt uprzejmym tonem. - Nie powinienem był zachodzić pani od 
tyłu. 

background image

52 Jo Leigh 
- Więc dlaczego pan to zrobił? Chodzi o to, co się' stało z mieszkaniem Roya?   
- Była pani w środku? - spytał, otrzepując spodnie z kurzu. 
- Tak. Przyszłam po pranie. Mało nie zemdlałam, kiedy to zobaczyłam. Straszny widok, wszystko wy-
wrócone do góry nogami! Wie pan może, gdzie jest Roy i jego córka? 
Młody gliniarz spojrzał na nią badawczo. Zauważyła, że miał krótko przycięte włosy i wąskie usta. 
- Chciałem zadać pani to samo pytanie. 
- Nie zrozumiem... Zaraz, czy to znaczy, że zniknęli? 
Zmierzył ją wzrokiem. 
- Jak się pani nazywa? 
- Hailey Bishop. 
- Mieszka pani w tym domu? 
- Tak, pod 3301. 
- Co panią łączyło z Royem Chandlerem? 
- Czasami opiekowałam się Megan. Poza tym robiłam pranie i trochę zajmowałam się domem. 
- Kiedy pani ostatni raz widziała Chandlera? 
- Jakieś cztery dni temu - powiedziała bez zająknięcia. Zresztą to była akurat prawda. 
- Może Chandler wspominał coś, że ma zamiar wyjechać z miasta? 
- Nie, nic. Przez kilka godzin Megan była u mnie, a potem przyszedł i zabrał ją. Zamieniliśmy tylko 
kilka słów. - Udawała, że nie dostrzega podejrzliwego wzroku policjanta. - Mam prośbę. Czy nie 
będzie pan miał nic przeciwko temu, jeśli zajrzę tam jeszcze raz? 
Ściągnął ze zdziwienia brwi. 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 53 
- A po co? 
- Chciałabym zobaczyć, czy coś ocalało w pokoju Megan. Przechowałabym te rzeczy do jej powrotu. 
Inaczej małej będzie przykro, że przepadły jej ulubione zabawki. 
- To miejsce przestępstwa. Nie może pani tam wchodzić. 
- A nie mógłby pan pójść ze mną? Przyrzekam, że nie dotknę niczego bez pozwolenia. - Wiedziała, że 
jest bez szans. Żaden policjant nie zgodziłby się na to. Ale musiała przecież spróbować. Dlaczego ten 
facet tak się na nią gapi? Zerknęła na jego identyfikator. Oficer Nxkols. Dlaczego milczy? Coraz 
bardziej się denerwowała. 
W końcu powiedział: 
- No dobrze, pójdę z panią, choć to wbrew przepisom. Ale proszę niczego nie dotykać bez mojego 
pozwolenia. 
- Oczywiście. Ogromnie panu dziękuję - powiedziała i uśmiechnęła się z wdzięcznością, jakby wy-
świadczył jej niesłychaną przysługę, choć dopiero teraz ogarnęło ją prawdziwe przerażenie. Dlaczego 
chciał złamać przepisy? Czy wciągnie ją do mieszkania i zrobi coś strasznego? A może zabije ją i 
podejrzenia zrzuci na Roya? - Nie, to zły pomysł. Nie chciałabym, żeby miał pan przeze mnie kłopoty. 
Może więc lepiej... - zaczęła się wycofywać. 
- Proszę się nie obawiać, nic się nie stanie. Myślę, że jeżeli chodzi o małą, to ma pani rację. 
Zobaczymy, czy coś da się uratować. 
Hailey podjęła desperacką próbę wymyślenia kolejnej wymówki, ale Nickols otworzył drzwi i 
przytrzymał ją za ramię. Nie było rady, musiała wejść do środka. 

background image

54 Jo Leigh 
Salon wyglądał jak po przejściu tornada. Wszystkie meble były doszczętnie zniszczone. Najwyraźniej 
ktoś czegoś usilnie szukał, wcale się przy tym nie patyczkując. Hailey miała nadzieję, że znalazł, 
cokolwiek by to było, i poszedł sobie w siną dal. Jednak instynkt jej podpowiadał, że tak się nie stało i 
że oficer Nickols dobrze o tym wiedział. Pewnie liczył, że niania naprowadzi go na jakiś trop. 
Poszła do pokoju małej, Nickols ruszył za nią. Gdy stanęła w drzwiach, krzyknęła przerażona. 
Wszystko, nawet zabawki Megan, było pocięte na drobne kawałki. Co mam jej powiedzieć? - myślała 
gorączkowo. Z przeszłości dziewczynki, poza wspomnieniami i tym, co Roy schował do poszewki, 
nie pozostało nic. Ktoś z furią podarł nawet zdjęcie Roya. I jak Megan zapamięta teraz ojca? 
- Cóż, nie ma sensu niczego stąd zabierać - powiedział Nickols. 
- Ma pan rację. Nie tego się spodziewałam. Dziękuję, że chciał mi pan pomóc. Pójdę już. Jak 
rozumiem, czeka pana mnóstwo roboty. 
- Jeśli można... Czy wie pani coś o rodzinie Roya? 
- Kiedyś coś mi wspominał... chyba o siostrze na Florydzie. A może to był brat? Nie jestem pewna. 
- Ale na pewno chodziło o Florydę? 
- Chyba tak. A może jednak Georgia? Nie pamiętam dokładnie. 
- Ma pani jakieś kontaktowe numery telefoniczne Chandlera? 
- Tylko do pediatry. Ale... co tu się właściwie stało? - Hailey zmieniła taktykę i przeszła do ofensywy. 
- Kto to zrobił? 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
55 
- Sądzę, panno Bishop - powiedział po chwili milczenia - że powinna pani oddać te klucze. Nie byłoby 
dobrze, gdyby pani tu jeszcze zaglądała. 
Drżącą ręką wyjęła klucze z kieszeni spodni i podała je policjantowi. Przez przypadek dotknęła jego 
dłoni. Była lepka od potu. 
- Komu je oddaję? Ach, oficer Nickols... Spojrzał w bok, a potem znowu na nią. Znała ten typ 
zachowania. Przerabiała to na zajęciach z neurolingwis-tyki. Wiedziała, że policjant zamierza 
skłamać. 
- Zajmuję się tą sprawą. 
- Czy będę przesłuchiwana? 
- Ktoś się z panią skontaktuje - powiedział wymijająco. - A teraz będzie lepiej, jeśli pani już pójdzie. 
- Tak, tak. Naturalnie. - Jeszcze raz spojrzała na pokój Megan. Po plecach przeszły jej ciarki. - To 
okropne - szepnęła. - Naprawdę okropne... 
Nickols odprowadził Hailey do drzwi. Wciąż prześladowała ją straszna myśl, że ten facet zaraz ją 
zastrzeli. Dlatego, gdy wreszcie znalazła się na korytarzu, odetchnęła z ogromną ulgą. Przyspieszyła 
kroku, żeby jak najszybciej znaleźć się w mieszkaniu Jacka. Drżącą ręką nacisnęła klamkę, wpadła do 
środka jak bomba i z łoskotem zamknęła drzwi na zasuwę. 
Jack stał w kuchni i otwierał właśnie piwo. Kiedy zobaczył Hailey, natychmiast podszedł do niej. 
- Co się stało? 
Rozejrzała się w poszukiwaniu Megan. Dzięki Bogu mała zasnęła. Położyła kosz na podłodze i 
pociągnęła Jacka za sobą do kuchni, Próbowała zapanować nad sobą. 

background image

56 
Jo Leigh 
- Usiądź - powiedział, widząc, jak bardzo jest zdenerwowana. 
Usłuchała go. 
- Poszłam do mieszkania Roya - wydusiła wreszcie. 
- Go zrobiłaś? 
- Ciii... Wiem, co chcesz powiedzieć, ale nie pomyślałam... 
- Lepiej będzie, jeśli zaczniesz - przerwał jej arogancko. 
- Och, przestań! - Rozdrażnił ją tą uwagą. - Nie przesadzaj. 
- Wcale nie przesadzam, Hailey. Co to za pomysł? Jak na to wpadłaś? Nie wiem, co się wydarzyło, ale 
w tej chwili to niebezpieczne miejsce. Mógł cię tam nawet ktoś zabić. 
Niestety Jack miał rację. Do czego by doszło, gdyby ci, którzy zamienili mieszkanie w pobojowisko, 
wciąż tam byli? 
- Ale nie zabił - rzuciła hardo. 
- Hailey... - Machnął ręką. - Powiedz, co się stało. 
- Mieszkanie wygląda tak, jakby wybuchła w nim bomba. Wszystko jest porozbijane w drobny mak. 
Nawet obrazy są pocięte. 
Jack zacisnął dłonie w pięści. 
- To jasne, ktoś czegoś szukał - mruknął. - Ale to chyba nie wszystko? 
- Był tam policjant. 
- W środku? 
- Nie. Zatrzymał mnie, kiedy byłam przy drzwiach. Jack powoli kiwnął głową. 
- Był sam? 
- Tak mi się zdaje. Nie widziałam nikogo Innego. 
 

background image

Ostatnia część układanki 57 
Twierdził, że nazywa się Nickols. Takie nazwisko widniało na identyfikatorze. Jack odchylił się do 
tyłu. 
- Brett Nickols? 
- Tego nie wiem. Nie pytałam, jak ma na imię. Ale zachowywał się co najmniej dziwnie. 
- To znaczy? 
- Pozwolił mi wejść do środka, a kiedy chciałam zrezygnować, nalegał, żebym weszła. 
- Słucham? 
- No właśnie, też mnie to zdziwiło. Jakby spodziewał się, że naprowadzę go na to... - zawiesiła na 
chwilę głos - czego ktoś tam szukał. 
- Nickols, Nickols... Jak on wygląda? 
- Wąskie usta, krótkie włosy, mniej więcej twojego wzrostu... Rzuciło mi się w oczy, że ma bardzo 
długie palce. 
- Długie palce? - powtórzył ze zdziwieniem Jack. 
- Tak, jak u pianisty. 
Dziwne, pomyślał Jack. Jeśli to naprawdę był Nickols, będzie się musiał mocno tłumaczyć. W 
żadnym wypadku nie powinien był wpuszczać nikogo do mieszkania. Co on tam robił? Dlaczego nie 
przyjechał z całą ekipą? 
Z zadowoleniem dostrzegł, że Hailey nieco się uspokoiła. Zdjęła sweter i zawiesiła go na poręczy 
krzesła, jakby była u siebie. 
- I jeszcze coś - powiedziała. - Nie był zaskoczony tym, co zobaczyliśmy w mieszkaniu. Tę całą 
demolkę. Albo się tego spodziewał, albo wręcz wiedział, że wszystko zostało rozwalone w drobny 
mak. 
- Sam mógł to zrobić - mruknął Jack. 

background image

58 
Jo Leigh 
- Co?! No jasne! - Uśmiechnęła się. - Że też o tym nie pomyślałam. To on, oczywiście że on! - 
krzyknęła z zapałem. - Miał na sobie mundur, a zatem wiedział, że nie będzie wzbudzał podejrzeń. 
Każdy pomyśli, że jest policjantem, który wykonuje czynności służbowe. A to nie był żaden glina, 
tylko przebieraniec. 
- Spokojnie, Hailey, za bardzo się nie podniecaj - rzucił Jack. - Tak naprawdę to jeszcze nic nie 
wiadomo. Może on, a może i nie. A może właśnie próbował się zorientować w sytuacji. 
- Wyglądało jednak na to, że czegoś szuka. Węszył jak pies. Zrozum, to pewnie on jest zabójcą. 
- Może, ale to nic pewnego. - Podobał mu się sposób, w jaki mówiła, jej burzliwe reakcje i urokliwy 
uśmiech. A przy tym zdawała się pamiętać każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Jednak nie do końca 
zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie jej groziło. Nie docierało do niej, że być może 
uczestniczy w grze o najwyższą stawkę. W grze na śmierć i życie. 
Długo jeszcze rozmawiali o całym zajściu, o tym, co mogło wydarzyć się w mieszkaniu Roya, o 
ewentualnych podejrzanych i o dziwnym niby-glinie. Hailey była bardzo podekscytowana, jakby 
brała udział w niezwykłej przygodzie. Najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia, w jakim 
się znaleźli. 
- Zajrzę do Megan. Trochę się niepokoję, że tak długo śpi - powiedziała w końcu. 
- Wydaje mi się, że lepiej będzie, jeśli zostaniecie na noc u mnie - mruknął Jack. 
- Dziękuję, to miło z twojej strony. Przyznam, że chętnie skorzystam z tej propozycji. Ale co będzie 
jutro i pojutrze? 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 59 
- Nie wiem. 
Hailey wstała i już chciała wyjść z kuchni, ale nagle się zatrzymała. 
- Mógłbyś mi coś wytłumaczyć? 
- Tak? O co chodzi? 
- Przepraszam... ale nie rozumiem, jak to się dzieje, że niczym nie jesteś zaskoczony. 
- Zaskoczony? A czym miałbym być zaskoczony? 
- No, na przykład tym, że wpadłam na tego gliniarza, a on wpuścił mnie do mieszkania, choć nie 
powinien, i w ogóle... 
- Jasne, że jestem zdziwiony - zaprotestował Jack. 
- Wcale nie. Kiedy ci o tym opowiadałam, kiwałeś tylko głową, jakby to wszystko było oczywiste. 
Czyżbyś coś wiedział, o czym ja nie wiem? Dowiedziałeś się czegoś na komisariacie? 
Westchnął. Była bardziej dociekliwa i bardziej inteligentna, niż sądził. Nie docenił jej. A do tego 
miała całkiem niezłą intuicję. Będzie musiał zachować większą ostrożność, bo inaczej gotowa 
wpakować się w kłopoty, z których nikt nie będzie w stanie jej wyciągnąć. 
- Wiem, że coś przede mną ukrywasz. Powiedz! Mam prawo znać prawdę. 
- Prawa nie masz, ale ci powiem. 
Znów usiadła naprzeciw niego w oczekiwaniu, że usłyszy coś, co wyjaśni całą tę zagadkę. 
- Kiedy grzebałem w informacjach dotyczących Roya, odkryłem, że pracował dla Craiga Faradaya. 
- To ten facet z wielkiej firmy komputerowej? - 
- Tak, z UTI. - Zastanawiał się, czy dobrze robi, nie mówiąc jej wszystkiego. Było bowiem bardzo 
prawdopodobne, że w sprawę byli zamieszani również 

background image

60 Jo Leigh 
gliniarze, którzy postanowili sobie dorobić do pensji przestępczą działalnością. - Pracował dla niego 
Wraz z żoną, a nazwisko zmienił, gdy wyszło na jaw, że ukradł coś z UTI. Roy zatarł za sobą ślady i 
pewnie czekał na odpowiedni moment, by zażądać od Faradaya forsy za zwrot tego, co zwędził. W 
każdym razie taka jest robocza wersja... 
- I co, myślisz, że oni właśnie tego szukali? 
- Na to wychodzi. Mógł to zlecić Faraday lub ktoś, kto po Royu chciał przejąć interes... - Przerwał, 
gdyż usłyszał za sobą cichy, niepokojący pisk. Ach, pomyślał z rozbawieniem, przecież to Megan. 
- Co to było? - zapytał zdziwiony. 
- Właśnie usłyszałeś, jak ziewają małe dziewczynki. - Hailey wstała z krzesła i uśmiechając się, 
ruszyła do salonu. 
Jack także podniósł się, by sięgnąć po butelkę piwa, którą odstawił, gdy weszła Hailey. Przez czas 
jakiś patrzył na nią, jak krząta się koło małej, podwija kocyk, przytula ją i głaszcze. Lulała teraz 
Megan na kolanach. Dziewczynka natychmiast wzięła do buzi kciuk i zamknęła oczy. Takie rzeczy 
były mu całkiem obce, oglądał więc tę scenę z zaciekawieniem. Kobiece ramiona kojarzyły mu się z 
wieloma miłymi chwilami, ale na pewno nie z poczuciem bezpieczeństwa. Tym bardziej go zadziwiło 
to, co zobaczył. Dla Megan bowiem wszelkie problemy nagle przestały istnieć. 
- Jak tam, dobrze spałyście z Tottie? - zapytała Hailey. 
Dziewczynka, nie wypuszczając kciuka z buzi, kiwnęła głową. 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 61 
- To świetnie. Jak obudzisz się na dobre, to sobie w coś zagramy. Chcesz? 
Znowu kiwnięcie głową, już bardziej energiczne. 
- A potem pomożesz mi przygotować kolację - ciągnęła Hailey. - Bo wiesz co? Będziemy tutaj dziś 
spały i zrobimy sobie wspaniałe przyjęcie. Co ty na tó? 
Tym razem Megan nawet nie drgnęła. Jack był przekonany, że myśli o swoim pokoju, łóżku, 
ukochanych lalkach i zabawkach... Jeszcze nie wiedziała, że ten świat już nie istnieje, że runął w 
gruzach i nigdy nie wróci. Na pewno jednak wyczuwała wiszące w powietrzu zagrożenie. Dzieci 
miały dużo lepszą intuicję niż dorośli. Był przekonany, że nawet jeśli nie rozumiała do końca śmierci, 
to świetnie zdawała sobie sprawę z jej nieubłaganej nieodwracalności. Ucieczka w sen i nienaturalna 
małomówność potwierdzały jego przypuszczenia. W sumie doskonale pojmowała, co się dzieje. 
Pewnie czuła przez skórę, że już nigdy nie wróci do swojego domu. 
- Siusiu... 
Jack pokręcił głową. Dzieciaki to dziwne, małe stworzonka całkowicie zależne od dorosłych. Jakież to 
pole do nadużyć... Zamknął oczy i wsłuchiwał się w to, co mówiła Hailey. Brzmienie jej głosu 
wpływało na niego kojąco. Nic dziwnego, że Megan tak chętnie chowała się w jej ramionach. 
Zniknęły w łazience. Jack spojrzał na zegarek. Dochodziła druga. Wyciągnął materiały, które przy-
niósł z posterunku. Wreszcie otworzył piwo i poszedł do sypialni. Biodro i noga bolały jakby trochę 
mniej. Mimo to krzywił się w oczekiwaniu, że zaraz przeszyje go porażający ból. Może gdyby 
stosował się do zaleceń 

background image

62 Jo Leigh 
rehabilitanta, szybciej powróciłby do zdrowia. Przynajmniej tak twierdził jego lekarz, ale Jack mu nie 
wierzył. Był przekonany, że chce go tylko pocieszyć, a naprawdę i tak skazany jest na kalectwo. Może 
jednak nie miał racji? Nie, nie, lepiej nie robić sobie złudnych nadziei. Tym większy będzie zawód i 
rozczarowanie. 
Przechodząc koło łazienki, usłyszał radosny, kobiecy śmiech. Jakie to miłe, pomyślał. W drzwiach 
sypialni stanął jak wryty. Zobaczył pieczołowicie pościelone łóżko i świeżo powleczoną pościel. 
Hailey nie musiała tego robić. Czuł się nieco skrępowany, że widziała, jak żyje naprawdę. Z 
pewnością myślała, że jest okropnym flejtuchem. I co gorsza, to była prawda. A wszystko przez ten 
cholerny wypadek... Dawniej wszystko wyglądało inaczej. Ale'skąd mogła o tym wiedzieć? 
- A niech to... - zaklął pod nosem. 
Wziął pod pachę laptopa. Hailey projektowała strony internetowe, może uda mu się na którąś z nich 
natknąć. Był przekonany, że była w tym dobra. Szkoda, że nie spotkał jej sześć miesięcy wcześniej. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
Zmywała po kolacji, od czasu do czasu zerkając do salonu. Jack i Megan siedzieli przed telewizorem i 
oglądali Simpsonów. Akcja kreskówki całkowicie ich pochłonęła. Hailey zastanawiała się, czy Jack 
kojarzy ją z czasów przed wypadkiem. Gdy skończyła, nasmarowała ręce kremem i weszła do salonu. 
- Czy jesteś pewna, że to jest przeznaczone dla dzieci? - zapytał Jack. 
- I dla dzieci, i dla dorosłych. Simpsonowie są trochę głupkowaci, ale bardzo ich lubię. Świetnie się 
przy nich bawię. 
- Aha - mruknął pod nosem. W dalszym ciągu patrzył w ekran, ale widać było, że jest zaskoczony. 
- Jak rozumiem, nie oglądasz takich bzdur, tylko wiadomości, sport i Discovery Channel. 
Uśmiechnął się. 

background image

64 Jo Leigh 
- Jakbyś zgadła. 
- Jesteś jedynakiem, prawda? 
- Skąd wiesz? 
- Nie wiem, ale tak mi się zdaje. 
Poprawił się na fotelu, a Megan jeszcze mocniej przytuliła się do niego. 
- A ty... poczekaj, niech się zastanowię... Ty jesteś środkowa. Zgadłem? 
- Zgadłeś. Jak ci to przyszło do głowy? 
- Lubisz opiekować się ludźmi, a przy tym jesteś naprawdę miła... To typowe dla środkowych: z jednej 
strony zajmują się młodszym rodzeństwem, z drugiej zaś muszą dojść do ładu ze starszym. 
- Hm... nie do końca tak było, jak... 
- Być może, ale przyznaj, chyba coś jest na rzeczy. Chcesz, żeby wszystkim wokół ciebie działo się 
jak najlepiej. 
- Wiem, to głupie. Chciałam to jakoś zmienić, ale... 
- Żartujesz? 
- Nie, wcale. To tylko tobie wydaje się takie fajne. 
- Jesteś pewna? To może zapytamy Megan? Mała, słysząc swoje imię, obróciła główkę w stronę 
Jacka i przez krótki moment wpatrywała się w jego twarz. Hailey uśmiechnęła się. 
- No dobra, jasne, może to i nie jest takie złe, ale czasami pakowałam się w takie sytuacje... - Zawiesiła 
głos. 
Jack milczał, czekając na ciąg dalszy, lecz nie padło żadne wyjaśnienie. Dopiero po dłuższej chwili 
Hailey odezwała się ponownie: 
- Faceci, z którymi byłam, zbytnio mnie nie rozpieszczali. Pozwoliłam się Im wykorzystywać. 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 65 
- Mogę sobie wyobrazić... 
- A najgorsze w tym wszystkim, że jestem taka przewidywalna. - Usiadła na kanapie. - Chciałam się 
buntować, ale efekt był jeszcze gorszy. Dlatego zdarzało się, że postępowałam wbrew wszelkiemu 
rozsądkowi. Ale nie dzisiaj... i proszę, nie bierz tego do siebie. 
- Czyżby? Mało kto wpadłby na pomysł, żeby pójść do mieszkania Roya. 
- To było głupie. Ale tak bardzo było mi przykro ze względu na małą... 
- Rozumiem. 
- Świetnie. I co teraz, detektywie? - Wypowiadając to słowo, wiedziała już, że był to błąd. Zagryzła 
dolną wargę, ale było za późno. 
- Idziemy spać - odparł Jack spokojnie, nie dając po sobie poznać, że go ta uwaga zabolała. Nie był już 
detektywem i chociaż bardzo tego pragnął, zdawał sobie sprawę, że powrót do zawodu będzie bardzo 
trudny. Ale to przecież nie jej wina. - Co dalej, pomyślimy rano. 
- Nie jestem jeszcze zmęczona. Nigdy nie chodzę tak wcześnie spać. 
Jack przyglądał się usilnie reklamie jakiegoś nowego hamburgera. Potem spojrzał na Hailey i 
powiedział: 
- Niestety nie mam ci nic specjalnego do zaproponowania. 
- Telewizja wystarczy. 
- W sypialni mam też trochę książek. Może wybierzesz coś dla siebie. 
Potrząsnęła głową i zwinęła się na kanapie. Wyglądała jak kot wpatrujący się w ekran. 
Czuła na sobie spojrzenie Jacka, ale jej to nie 

background image

66 
Jo Leigh 
przeszkadzało. Mimo pozornej szorstkości było ciepłe i przyjazne. Całkiem inne niż oficera 
Nickolsa... Wiedziała, że Jackowi może bezwzględnie zaufać. Było jej wręcz przyjemnie. Poprawiła 
włosy. Jaki on właściwie jest? Niby twardziel i samotnik, ale była w nim jakaś delikatność, jakaś 
głębia. Ciekawe, czy stał się taki dopiero po tym postrzale? Miesiące refleksyjnej zadumy, samotność, 
życiowy zakręt... A może z natury był taki dwoisty, z wierzchu twarda skorupa, a w środku... 
Kompletnie nie miał pojęcia o dzieciach, jednak instynktownie nieźle radził sobie z Megan. Zerknęła 
na niego spod oka i ich spojrzenia się spotkały. Miał ciemne, nieprzeniknione oczy i diabelsko długie 
rzęsy, prawdziwe firany. Wyczuwała w jego zachowaniu pewną bezradność. Domyślała się, że to 
odczucie było dla niego czymś nowym. Zawsze .był odważny, zdeterminowany i aktywny. Pomagał 
słabym i przytłoczonym ciężarem, którego nie byli w stanie udźwignąć. A kto jemu pomoże? Ona 
przecież nie. Sama walczyła o przetrwanie i niezależność. Potrzebowała kogoś mocnego, kogoś, przy 
kim czułaby się bezpieczna. 
Powoli odwrócił wzrok. 
- Jack? 
- Tak? 
- Czy to normalne? 
- Co? 
- Ze jestem taka przerażona. Może dla ciebie to normalne, ale ja... 
- Głowa do góry! Świetnie sobie poradziłaś. 
- Całe szczęście. Ani nie zemdlałam, ani nie pisnęłam słówka - starała się dodać sobie otuchy. 
- Sam bym tego lepiej nie rozegrał. 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 67 
- Już dobrze, nie pocieszaj mnie... Już nigdy nic nie będzie jak dawniej, prawda? 
- Chciałbym powiedzieć ci coś innego, ale nie będę cię okłamywać. Wcale jednak nie znaczy, że 
będzie źle. Na pewno inaczej... 
Hailey spojrzała na małą dziewczynkę, która siedziała na kolanach Jacka, i do oczu napłynęły jej łzy. 
- Musi być dobrze. Lecz jeśli będzie jeszcze gorzej? 
- Najlepiej nie myśl za dużo. To i tak nie zmieni 
biegu rzeczy. 
- To twój sposób na życie? Tak właśnie sobie radzisz? - zapytała napastliwie. 
- Coś w tym jest - powiedział szorstko. - Hailey, nie wiem, czy to właściwa odpowiedź, ale za to 
jedyna, jaka przyszła mi na myśl. 
Westchnęła ciężko i zaczęła masować skronie, jakby te słowa przyprawiły ją o ból głowy. 
- Wszystko w porządku? Źle się czujesz? Kiwnęła głową. 
- Boję się... - szepnęła i zamknęła oczy. 
- Hailey! 
Zaskoczona podniosła powieki. Jack stał pochylony nad nią, a jego ręka spoczywała na jej ramieniu. 
- Co się stało? - spytała nieprzytomnie. 
- Zasnęłaś dwie godziny temu. Byłoby lepiej, gdybyś położyła się do łóżka. Jeśli prześpisz tu całą noc, 
będziesz jutro jak z krzyża zdjęta. Połóż się w sypialni. - Uśmiechnął się lekko. - Pościel jest czysta. 
- Nie, Jack. Tu będzie mi dobrze. Idź do łóżka. Pokręcił głową. 
- I tak tu prawie zawsze śpię. Przyzwyczaiłem się... 

background image

68 Jo Leigh 
- Dlatego masz takie bóle. Nie potrafisz zadbać o siebie. Idź i wyśpij się porządnie choć ten jeden raz, 
a zobaczysz, że lepiej się poczujesz. Jesteś tak samo padnięty jak ja. 
Chciał zaprotestować, ale położyła palec na ustach. Cóż, koniec dyskusji, pomyślał z rozbawieniem. 
- Zostanę przy Megan. 
Dziewczynka spała zwinięta w kłębek na fotelu opatulona swym ulubionym kocykiem. 
Przydałoby się jeszcze coś do przykrycia, pomyślała Hailey. Wiedziała jednak, że mała najbardziej 
potrzebowała spokojnej nocy. 
- Jeśli chcesz, można przenieść ją do sypialni. 
- Nie, tu jest jej dobrze. Jeszcze się obudzi... Proszę, skończmy już tę przepychankę. - Wstała i po-
deszła do szafy w przedpokoju, skąd wzięła komplet pościeli i dwa koce. Jednym z nich okryła 
Megan. 
Mała otworzyła oczy. 
- Hailey? 
- Tak, kotku... 
- A moja bajka na dobranoc? 
- Oczywiście. Ale potem idziemy spać. Dziewczynka była taka słodka i bezradna zarazem... Hailey 
usiadła obok niej i zaczęła opowiadać historię 
o śpiącej królewnie. Jack także przysłuchiwał się tej opowieści. Najpierw oparł się o kanapę, a potem 
usiadł na niej i wygodnie opadł na poduszki. Jasne, znał tę historię. Każdy ją znał, ale sposób, w jaki 
Hailey ją opowiadała, był całkiem odmienny. Jej głos działał jak balsam na duszę, był ciepły, miękki i 
uspokajający, a mala królewna do złudzenia przypominała Megan. Jack nie wytrzymał I wybuchnął 
śmiechem, tak bardzo 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
69 
rozbawiła go Hailey, gdy wcieliła się w rolę dobrej wróżki. Postanowił jednak, że wycofa się do 
sypialni Był bardzo zmęczony i gdyby dalej przysłuchiwał się tej uroczej opowieści, z pewnością 
zasnąłby na kanapie. Podniósł się więc powoli, wykrzywiając twarz z bólu, łyknął tabletki i jeszcze 
raz spojrzał na Megan. Mała spała. Kciuk wysunął się z buzi, a rączka zwisała bezwładnie poza fotel. 
Wyglądała jak aniołek. Hailey nachyliła się nad nią i pocałowała w główkę. Opatuliła małą kocem, a 
potem jeszcze raz cmoknęła w nosek. Dopiero teraz dostrzegła Jacka. 
- O, nie sądziłam, że jeszcze nie śpisz. 
- Właśnie wychodziłem... Nadal upierasz się, żeby 
spać tutaj? 
- Yhm...

 

- Niech więc tak będzie - westchnął Jack i chciał 
już wyjść z pokoju, lecz kątem oka dostrzegł wahanie na twarzy Hailey. - Jakiś problem? Zmarszczyła 
nos. 
- Nie masz przypadkiem jakiejś piżamy, którą mogłabym włożyć? 
- Zaraz zobaczę. Może coś się znajdzie. 
- Powiedz tylko, gdzie mam szukać. Nie miał siły na kolejną dyskusję. 
- Trzecia szuflada od dołu. Tylko nie grzeb w mojej bieliźhie. 
Roześmiała się cicho. 
- A co, ukrywasz jakieś wstydliwe tajemnice? 
- W piekle jest specjalny kocioł dla ciekawskich kobiet. 
- A dla ciekawskich facetów nie ma? 

background image

70 
Jo Leigh 
- Och, ci to dopiero mają prżechlapane. Muszą pilnować tych kobitek. 
Znów się roześmiała. 
Kobiecy śmiech... jak miło znowu go słyszeć. Lepiej będzie jednak, jeśli zachowa odpowiedni 
dystans. Po co się niepotrzebnie przyzwyczajać... 
Umył się i poszedł do sypialni. Zastanawiał się, którą z piżam wybrała Hailey. Miał ich sporo, było 
więc w czym przebierać. Pewna ciotka z Rhode Island co roku przysyłała mu jedną na Boże 
Narodzenie. W większości były z bawełny, no i strasznie duże. Na samą myśl, jak Hailey będzie w 
czymś tak przepastnym wyglądać, uśmiechnął się do siebie. 
Rozległo się pukanie do drzwi i stanęła w nich Hailey. Przyszła powiedzieć mu dobranoc. Całkowicie 
go zaskoczyła. Nie spodziewał się, że zajrzy do niego. Ze zdziwieniem stwierdził, że wybrała tę 
ciemnozieloną, no i że włożyła tylko bluzę. 
- Wyłącz już światło - powiedziała. - Potrzebujesz czegoś, może przynieść ci szklankę wody? 
- Właśnie miałem zamiar sobie nalać. 
- Zostań, przyniosę ci. 
- Matka Teresa z Houston. A raczej od siedmiu boleści. - Chciał się uśmiechnąć, bo to był to żart, 
przynajmniej w jego rozumieniu, ale nagle poczuł silny ból w biodrze. Jack zbladł i syknął. 
Zaraz jednak doszedł do siebie, a wtedy Hailey stwierdziła surowo: 
- Za kpiny z bliźnich Bozia zsyła karę. 
- Tak, proszę pani. 
Po chwili wróciła z kuchni i postawiła na nocnym stoliku szklankę. Wzięła do ręki leżące tam kartki 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
71 
z opisem ćwiczeń, które Jack najwyraźniej powinien wykonywać. 
- Nieźle - powiedziała. - Nie byłabym w stanie zrobić nawet połowy z nich... 
- Niby powinno mi pomóc, ale to stek bzdur. 
- I co, nie robisz ich? 
- Robię dostatecznie dużo... Hailey zmarszczyła brwi. 
- Ciekawe... A ile to jest „dostatecznie dużo"? 
- Do łóżka, siostro! - rozkazał, węsząc kolejny podstęp. - Już się na dzisiaj napracowałaś. - Roześmiał 
się serdecznie. 
Odłożyła kartki, a rękaw całkowicie przysłonił jej dłoń. Wyglądała w tej piżamie jak małe dziecko, 
które koniecznie chce udowodnić, jakie jest już duże. Oczywiście z wyjątkiem krągłości, które lekko 
odznaczały się pod bluzą. 
- No i z czego się śmiejesz? 
- Z niczego. 
- Twoje szczęście - prychnęła i skierowała się do wyjścia. Lecz w drzwiach odwróciła się jeszcze. 
- Jack, dziękuję... 
- Za co? - spytał zaskoczony. 
- Że nie oddałeś Megan. 
Pokiwał głową. No cóż, akurat to było najmniejszym problemem. Jutro czekał ich naprawdę ciężki 
dzień. Muszą przygotować się na mnóstwo pytań i ustalić odpowiedzi, żeby nie padło na nich żadne 
podejrzenie. Czuł jednak, że i on będzie spał spokojniej, wiedząc, że Hailey i Megan są bezpieczne. 
Zamknął oczy. 
Powoli docierało do niego, że ktoś jest w pokoju. Jakieś dziwne odgłosy, jakiś jęk... Nie, to jego głos, 
to 

background image

72 Jo Leigh 
on stękał z bólu. Ale nie, znowu skrzypnęła podłoga... Jego dłoń szybko powędrowała pod poduszkę. 
Chwycił pistolet i dopiero teraz powoli otworzył oczy. Jeszcze jeden krok... i łóżko ugięło się pod 
czyimś ciężarem. Poczuł na swoim ramieniu delikatną, ciepłą dłoń... 
To Hailey. Kobieta w jego łóżku... O Boże, jakie to cudowne uczucie. Jej ręka zsunęła się w dół, gdzie 
koncentrował się ból, i poczęła poruszać się miarowo, po okręgu, coraz intensywniej. Jack stęknął. 
- Ciii... 
Jej głos był tak miękki jak dotyk dłoni. Jednak Jack czuł się trochę zażenowany. 
- Co robisz? 
- Usłyszałam twoje jęki. Musiało cię bardzo boleć. Kiedy tu przyszłam, jeszcze spałeś, ale bardzo nie-
spokojnie. 
- Muszę wziąć tabletkę - powiedział, próbując wstać. 
Zatrzymała go. 

 

- Za chwilę. Proszę, pozwól sobie pomóc. Wahał się przez chwilę, ale gdy poczuł jej dłonie na 
swoich plecach, nie miał już żadnych wątpliwości. Była to mieszanina bólu i rozkoszy, lecz z 
upływem czasu coraz bardziej cierpienie ustępowało miejsca wszechogarniającej przyjemności. Nie 
czuł już tego cholernego biodra. Koncentrował się teraz wyłącznie na dotyku rąk Hailey, na jej 
oddechu, na cieple jej ciała. 
- Odpręż się - powiedziała cicho. - Pozwól odpłynąć bólowi. Wyobraź sobie, że jesteś w jakimś 
miejscu, które bardzo lubisz... góry albo morskie fale... Rozluźnij ramiona i oddychaj głęboko. 
Obiecuję, poczujesz się lepiej. 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 73 
Jej ręce poruszały się miarowo, delikatnie pocierając skórę. Cały czas przemawiała do niego, ale nie 
miało znaczenia, co mówiła. Ważny był rytm i ciepło rozlewające się po jego obolałym ciele; i ten 
zapach, słodki zapach kobiety. Masowała teraz jego ramiona, coraz mocniej i mocniej. Głośno 
westchnął, gdyż po raz pierwszy od miesięcy poczuł prawdziwą ulgę. Hailey pobudziła go do życia, 
przywróciła siłę i wiarę. Opanowała jego myśli bez reszty. 
- Odpręż się, rozluźnij... - szepnęła. - Znów jesteś 
spięty. 
Nachyliła się nad nim, by dotrzeć do jego karku. Poczuł ciepło jej piersi i przebiegł go dreszcz. Był 
rozdarty pomiędzy niebem a piekłem. Zapragnął, by dotykała go całkiem gdzie indziej. Chciał poczuć 
smak jej ust, chciał poczuć pod sobą jej gorące, rozedrgane ciało. Jęknął przeciągle. W odpowiedzi 
pochyliła się jeszcze niżej, przyciskając piersi do jego muskularnych pleców. 
- Ciii... - Jej ręce nie ustawały. 
- Nie, już nie - powiedział w końcu. To była niebezpieczna gra. Wcale nie pociągał tej kobiety, tylko 
chciała być miła i złagodzić jego cierpienie. Po prostu pomóc... - Nie, proszę - powtórzył, zdejmując z 
karku jej dłonie. - To nie jest najlepszy pomysł. 
- Sprawiam ci ból? 
- Nie, ależ skąd. Nie chodzi o ciebie. 
- Nie rozumiem. 
Wziął głęboki oddech, dziękując Bogu, że w pokoju jest ciemno. 
- Wiem, ale nie przejmuj się, nie zrobiłaś nic złego. Muszę wziąć tabletkę, to wszystko. 

background image

74 
Jo Leigh 
Przez kilka sekund nawet nie drgnęła. Jack czuł jednak cały czas jej dłonie na swoim ciele, choć 
wiedział, że już go nie dotyka. 
- Przepraszam - szepnęła. 
- Nie, nie przepraszaj. Naprawdę czuję się lepiej, uwierz mi. Po prostu... - Nie dokończył. 
- Zobaczymy się rano - ucięła krótko. 
- Hailey, poczekaj... 
- Dobranoc. 
Poruszyło się łóżko, podłoga skrzypnęła, a potem usłyszał cichy trzask drzwi. Odstraszył ją. Nie umiał 
tego lepiej rozegrać. Jego pokój zmienił się jednak nie do poznania. Po Hailey pozostało coś 
fascynującego, choć nieuchwytnego: słodki zapach, echo jej głosu, rozbrzmiewające wciąż w jego 
uszach... Od miesięcy nie czuł się tak... tak pobudzony do życia, tak rozogniony. A tak się bał, że to 
koniec, że coś podobnego nigdy mu się już nie przydarzy. 
Może byłoby łatwiej, gdyby tak właśnie się stało. Od wielu tygodni czuł się jak chodzący trup. 
Siedział w domu odizolowany od świata, przytłoczony ciężarem żalu i wściekłości, przykuty do 
kanapy i telewizora. Taki zombi, żywy trup. A tu nagle pojawia się w jego sparszywiałym życiu 
kobieta i natychmiast w cudowny sposób sprawia, że znowu zaczyna świtać w jego skołatanej głowie 
nadzieja. Znów poczuł się nie tylko człowiekiem, ale i mężczyzną. 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 
Hailey otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła. No tak, to przecież mieszkanie Jacka. Megan wciąż 
spała i trochę ją to zaniepokoiło. Dziewczynka zawsze była rannym ptaszkiem. Ile to godzin przespała 
w sumie? Jakieś dwanaście albo i więcej... Ale czemu się dziwić, przecież była przerażona tym, co się 
wydarzyło, i niepewna przyszłości. Sen dawał jej zapomnienie, nie musiała ani myśleć, ani o nic się 
martwić. 
Niestety prawda była taka, że świat Megan nigdy nie będzie już taki jak dotąd. Zresztą życie Hailey 
też zmieni się radykalnie. Wczoraj podjęła trudną, choć zarazem oczywistą, bo płynącą z głębi serca 
decyzję, ze zatrzyma małą u siebie. Jeżeli pod względem prawnym okaże się to możliwe, zaadoptuje 
ją. I będzie o mą walczyć do końca, czyli do zwycięstwa. Przegranej w ogóle nie brała w rachubę. 
Przysięgła, że Megan z nią 

background image

76 
Jo Leigh 
zostanie, i tak się stanie. Po śmierci Roya była dla niej jedyną bliską osobą, tylko przy niej 
dziewczynka mogła odzyskać poczucie bezpieczeństwa. Da jej tyle miłości, ile tylko zdoła. 
Musi przekonać Jacka, że tak będzie najlepiej dla Megan. Jack musi stać się jej sojusznikiem, bo tylko 
on, w tych trudnych dniach, które ich czekały, może zapewnić dziewczynce bezpieczeństwo. 
Przekonać Jacka? Czuła, że to będzie łatwe. Ufała mu, wiedziała, że się na nim nie zawiedzie. Potrafi 
być sarkastyczny, a nawet zgryźliwy, poczęstuje ją kilkoma złośliwymi uwagami, ale zrobi to, co 
nakaże mu honor i poczucie sprawiedliwości. A także co nakaże mu serce. Tak to już jest z tymi 
twardymi facetami o gołębich duszach... 
Uśmiechnęła się, przeciągnęła kilka razy i wygrzebała z pościeli, po czym poszła do kuchni i 
nastawiła kawę. Odwróciła się i jeszcze raz spojrzała na małą, która spała owinięta kocykiem. Jack 
także jeszcze nie wstał. Pomyślała więc, że może wyjść na chwilę. By jednak to zrobić, potrzebowała 
kluczy od mieszkania Jacka. Bezszelestnie wśliznęła się do jego sypialni. Spał mocno, a jego klatka 
piersiowa unosiła się w równomiernym oddechu. Poduszki i cienka kołdra leżały na podłodze. Zdaje 
się, że miał kiepską noc. Nie powinna była wtrącać się w jego sprawy ani na siłę pomagać. 
Najwyraźniej jeszcze bardziej popsuła mu nastrój, choć wcale tego nie chciała. 
Podniosła kołdrę i delikatnie okryła Jacka. Podeszła do nocnego stolika, na którym leżały klucze. 
Wyciągnęła rękę i najostrożniej, jak potrafiła, uniosła je, a następnie wycofała się na palcach, 
bezgłośnie zamykając za sobą drzwi. 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
77 
W salonie włożyła na piżamę sweter, na bose stopy wsunęła buty i wyszła po cichu na klatkę. Na 
dworze było bardzo zimno, niemal mroźnie, i do tego całkiem szaro. Taki martwy, ponury krajobraz - 
żadnego ptaka czy przejeżdżającego samochodu, żadnych oznak życia. Zamknęła drzwi i pospiesznie 
ruszyła w kierunku swojego mieszkania. Czuła się nieswojo, jakby ją ktoś obserwował, i choć zdawała 
sobie sprawę, że to tylko wyobraźnia, była przerażona. Idąc po schodach, próbowała samą siebie 
przekonać, że to absolutny nonsens, ale bezskutecznie. W końcu dopadła do swego mieszkania i 
szybko weszła do środka, zatrzaskując za sobą czym prędzej drzwi. Oparła się o nie i starała się 
zapanować nad oddechem. Miała wziąć tylko parę rzeczy i się wykąpać. Zamarzyła, żeby pojechać z 
małą do Galvestone, do letniego domku rodziców. Po drodze wstąpiłaby do supermarketu i kupiła 
Megan wszystko, czego potrzebowała. Mogłyby zostać na wyspie do czasu, aż zabójcy Roya zostaną 
złapani. Zdjęła sweter i otworzyła drzwi do sypialni, zastanawiając się, co powinna zapakować. Nie 
miała pojęcia, ile czasu jej nie będzie, więc powinna założyć, że potrwa to długo, by uniknąć 
przykrych niespodzianek. Z drugiej strony nie powinna przesadzać z ubraniami, bo w Galvestone była 
i pralka, i suszarka. Jedyny problem to praca. Jasne, że pojedzie z laptopem, ale to nie wszystko. 
Domek letniskowy wyposażony był tylko w jedną linię telefoniczną. Niby da się z tym żyć, ale zawsze 
Jakieś utrudnienie. Wybranie ubrań zajęło jej kilka chwil. Dżinsy, sweter, grube skarpety, a do tego 
parę ulubionych bluzek. To wystarczy, pomyślała i ruszyła 

background image

78 
Jo Leigh 
w stronę łazienki. Odkręciła kran. Tak, to jej dobrze zrobiło. Szum wody zawsze ją uspokajał. 
- Cholera, muszę ogolić nogi - szepnęła pod nosem, lustrując swoje łydki. Zwykle zimą odpuszczała 
sobie te tortury, ale teraz... Właśnie miała zdejmować górę od piżamy, kiedy kątem óka dojrzała jakiś 
dziwny kształt. Z przerażeniem odwróciła głowę w momencie, gdy facet bez twarzy rzucił się na nią. 
W ostatniej chwili odruchowo wyciągnęła przed siebie ręce, unikając uderzenia o ścianę. Zatoczyła 
się w stronę wanny i poczuła gorącą wodę na twarzy i plecach. Próbowała się wyprostować, a wtedy 
znowu poczuła silne, męskie ręce i ostry ból. Napastnik uderzył ją w kark i Hailey upadła na podłogę. 
Sparaliżowana panicznym lękiem, zastanawiała się nad obroną. Nagle pod ręką wymacała żyletkę. 
Bandzior znowu był przy niej. Ujął ją wpół i uniósł do góry, jak gdyby w ogóle nic nie ważyła. W tym 
momencie zdała sobie sprawę, że ten człowiek ma naciągniętą na głowę kominiarkę. A więc dlatego 
pozbawiony był twarzy, przemknęło jej przez myśl... Ale to nie był ten sam mężczyzna co wczoraj. 
Był dużo większy i silniejszy, a do tego o wiele bardziej zdecydowany w działaniu. Hailey była 
pewna, że chce ją zabić. 
- Gdzie ona jest? - ryknął jej wprost do ucha. 
- Kto? - Próbowała ze wszystkich sił złapać się drzwi kabiny od prysznica, jednak bezskutecznie. W 
dłoni trzymała żyletkę i czekała na dogodny moment do ataku. Gdy tylko poczuje pod stopami pod-
łogę, potnie tę wredną, ukrytą za maską gębę. 
Jednak napastnik wyczuł jej zamiary, bo gdy tylko się zamachnęła, natychmiast chwycił ją za 
nadgarstek. Znowu krzyknęła z bólu i na moment zawładnęło nią 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 79 
uczucie bezradności, lecz zaraz zebrała się w sobie i z całym rozmachem kopnęła go w krocze. Tego 
się nie spodziewał. Ryknął z bólu i puścił jej rękę. W jednej chwili znalazła się przy drzwiach. Zaczęła 
szamotać się przy zamku, który właśnie teraz musiał się zaciąć. 
- Cholera - jęknęła przerażona. 
Dłonie drżały jej z przejęcia i w żaden sposób nie mogła sobie z nim poradzić. Każda kolejna próba 
kończyła się fiaskiem. Ogarnęła ją panika. Słyszała, jak bandzior wychodzi z łazienki, przebiega przez 
salon... Słyszała już niemal jego oddech i... wreszcie zasuwa odskoczyła. Jak z katapulty wypadła na 
klatkę schodową i pognała przed siebie, ale on już był za nią, tuż, tuż... dwa kroki... krok... już prawie 
czuła jego łapy na swoim ciele. 
- Nie! - wrzasnęła na całe gardło. - Nie! Ratunku! Ratunku! Policja! - darła się jak opętana. Nigdy 
wcześniej nie przyszłoby jej do głowy, że może wydać z siebie tak straszny ryk. Gotowa na wszystko, 
zacisnęła dłonie w pięści, jak uczono ją na zajęciach samoobrony. 
Nagle drzwi po prawej stronie otworzyły się. 
- Co tu się do cholery... 
- Gary! Pomóż mi! Błagam! Zadzwoń po policję! 
- Poczekaj, mam pistolet... 
Mężczyzna w masce zamarł na moment. Potem odwrócił się i zaczął co sił w nogach zbiegać po 
schodach. Przez dłuższą chwilę słychać było jego ciężkie kroki i szaleńczy oddech, a potem ostre 
szarpnięcie drzwi. 
Zapadła cisza, tylko w uszach Hailey wciąż jeszcze rozbrzmiewało głośne dudnienie. Nie wiedziała, 
czy to 

background image

80 Jo Leigh 
echo kroków bandyty, czy też jej oszalałe z przerażenia serce. A mimo to żałowała, że nie wzięła od 
Garry'ego broni i nie pognała za zamaskowanym draniem... 
- Dobry Boże! Hailey, co to było? - Garry Baget stał w drzwiach i przyglądał się jej z 
niedowierzaniem. 
Spojrzała na niego rozbieganym wzrokiem. 
- Dziękuję ci - powiedziała ledwo słyszalnym, jakby nieobecnym głosem. 
- Na miłość boską, kto to był? 
- Nie wiem. 
- Nie martw się. Zaraz zajmie się nim policja. Powoli, niemal niedostrzegalnie kiwnęła głową. 
W tym momencie zdała sobie bowiem sprawę, co się za chwilę wydarzy. Przed jej oczami ukazały się 
kolejne ujęcia, jakby oglądała kadry dobrze znanego filmu: przyjeżdżają policjanci, prowadzą 
szczegółowe przesłuchanie, dowiadują się o małej... 
Stop! Nie, nie może do tego dopuścić. Biegiem puściła się w stronę apartamentu Jacka i zaczęła 
okładać drzwi pięściami. Jego klucze zostawiła w swoim mieszkaniu. 
- Otwieraj! Otwieraj! Jack! 
Usłyszała zgrzyt zamka i drzwi zaskrzypiały. Stała w nich Megan. Mała, słodka, zaspana 
dziewczynka. Na widok bosej, odzianej w o wiele za dużą piżamę Hailey, z ociekającymi wodą 
włosami i szalonym wyrazem twarzy, oczy małej wypełniły się łzami. 
Boże, kolejny szok dla tej niewinnej istotki, przemknęło jej przez głowę. Dlaczego? Boże, dlaczego 
do tego dopuściłeś? Z wnętrza mieszkania odezwał się męski głos: 
- Co tam się dzieje, do diabła? 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
81 
Usłyszała ciężkie kroki i po chwili Jack zjawił się w korytarzu, potargany, w rozpiętej piżamie. W 
osłupieniu wpatrywał się w Hailey, jakby zobaczył zjawę. Na jego nieogolonej twarzy malowało się 
niepomierne zdziwienie i przerażenie zarazem. Chciała mu powiedzieć, co się stało, ale nie mogła 
wydusić z siebie słowa. Czuła się, jakby na jej szyi zacisnęły się ręce napastnika, którego jakimś 
cudem zdołała przepędzić. Stała więc tak milcząc, i trzęsła się... 
Jack ruszył energicznie w jej kierunku, a z każdym krokiem jego zdenerwowanie wzrastało. Kiedy 
znalazł się przy niej, odrzucił laskę, chwycił Hailey za ramiona i potrząsnął. 
- Co się stało? Hailey, co się stało? Na litość boską... Otworzyła usta, ale nie wydobyło się z nich ani 
jedno 
słowo. Jack przytulił ją i mocno przycisnął. Przywarła do niego całym ciałem, jak małe dziecko, które 
znów pragnie poczuć się bezpiecznie. 
Nie mieli dużo czasu. Musieli uciekać, szybko uciekać... 
- Czy to był ten sam facet? - żapytał ostrożnie. Zadrżała, słysząc te słowa. 
- Nie... - odparła po chwili. Jej głos brzmiał inaczej niż zwykle. Miała wrażenie, że jest jakby martwy. 
- To nie był on. To był ktoś inny. 
- Przyjrzałaś mu się uważnie? 
- Miał na głowie kominiarkę. Widziałam tylko jego rozwścieczone oczy. 
- Zrobił ci coś? 
W odpowiedzi po jej policzkach zaczęły płynąć łzy. 
- O, Boże... Hailey... Co on ci zrobił? - Jack był przerażony. 

background image

82 Jo Leigh 
Widząc jego reakcję, szybko zaprzeczyła ruchem głowy. 
- Nie - udało jej się wreszcie wydusić. - Nic. - Otarła rękawem oczy. - Ale musimy stąd jak najprędzej 
uciekać. 
- Uciekać? Ale dokąd? 
- Jest takie miejsce... Zrozum, musimy ją stąd wywieźć... 
Jack popatrzył na Megan, a potem znowu na Hailey. Nic nie pojmował. 
- Powiedz, co się stało? 
- W samochodzie. Teraz nie mogę. Proszę, spakuj się szybko. Ja zajmę się Megan. 
- A ty, co z tobą? - zapytał z obawą w głosie. 
- Tam, w moim mieszkaniu, już go nie ma. Pójdziemy razem i wezmę torbę, którą zdążyłam 
naszykować. I twoje klucze. I swoje... 
- Dobrze. Jesteś pewna, że możesz zająć się małą? 
- Maszę, ale będę czuła się znacznie lepiej i bezpieczniej, gdy stąd wyjedziemy. 
Na twarzy Jacka widoczne było wahanie. W końcu mrucząc coś pod nosem, z zaciśniętymi zębami, 
wypuścił ją z uścisku i ruszył w stronę swojego pokoju, Hailey zaś podbiegła do Megan i wzięła ją na 
ręce. Przytulając do siebie małą, schwyciła po drodze poszewkę z jej rzeczami i weszły do łazienki. W 
duszy dziękowała Bogu, że tym razem udało jej się przekonać Jacka bez dłuższych dyskusji, i że od 
razu, bez sprzeciwu przystał na jej plan. Nie liczyła, że pójdzie tak łatwo. Naprawdę ją zaskoczył. Nie 
minęło nawet dwadzieścia minut, gdy byli gotowi do wyjścia. Wprawdzie Hailey nie wykąpała się I 
włożyła na siebie wczorajsze ubranie, ale jakie to 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 83 
miało znaczenie. Wykąpie się w Galvestone, kiedy dotrą szczęśliwie na miejsce. Zresztą Jack też 
zrezygnował z porannego mycia, nawet się nie ogolił, ale za to wziął kubek z kawą. 
Drzwi do jej mieszkania stały otwarte na oścież. Odstawili wszystkie torby i Jack ruszył przodem, 
ciężko podpierając się laską. W wolnej ręce trzymał pistolet. Na kilka sekund Hailey przestała niemal 
oddychać. Po chwili jednak Jack wrócił, zapewniając ją, że wszystko jest w porządku. Jeszcze nigdy w 
życiu nie była aż tak przerażona. Megan cały czas drżała i choć nie odezwała się słowem, jasne było, 
że doskonale wyczuwa atmosferę strachu i przerażenie swojej opiekunki. Hailey postawiła małą na 
podłodze i weszła do środka. Wróciła z dwoma parami kluczy w ręku. 
- Lepiej będzie - zwróciła się do Jacka - jak pójdziesz z małą do samochodu. Mam niebieskiego vana, 
stoi w rogu na parkingu - powiedziała zdecydowanie i podała mu kluczyki do samochodu. 
Jack bez słowa kiwnął głową. Zarzucił swoją torbę na ramię, ale nie poruszył się z miejsca. 
- Nie chcę cię tu zostawiać. 
- To potrwa najwyżej dwie minuty. Będę na dole jeszcze przed tobą. Idź - upierała się. 
- Dobrze, ale lepiej, żeby Megan została z tobą. Sprawdzę, czy nie ma tam nikogo podejrzanego. 
- W porządku - zgodziła się, ale jej serce zadrżało! Mimo to próbowała przywołać na twarz uśmiech. - 
Chodź, Żabko, musimy się spakować - powiedziała, biorąc małą za rękę. 
- Ja chcę do domu! - Bliska płaczu Megan zaczęła ciągnąć ją w przeciwnym kierunku, używając do 
tego 

background image

84 
Jo Leigh 
wszystkich sił. - Do domu... - powtórzyła bezradnie. 
- Do mojego tatusia... - Po jej policzkach potoczyły się ogromne łzy. 
- Wiem, malutka... - Boże, jakie to było strasznie trudne. Ile dałaby, by móc te słowa po prostu zig-
norować; udawać, że nie ma to dla niej żadnego znaczenia. To było jednak niemożliwe, Słysząc w gło-
sie dziewczynki tak wiele żalu i smutku, po prostu topniała. Pochyliła się i szepnęła tak ciepło, jak 
tylko umiała: - Wiem, kochanie, wiem, że chcesz do swojego domku. Ale dziś muszę cię poprosić o 
coś całkiem specjalnego... 
Megan zmarszczyła nos, mocno przytuliła do siebie Tottie i bez słowa, w oczekiwaniu na to, co powie 
Hailey, patrzyła jej prosto w oczy. 
- Muszę koniecznie pojechać do mojego domku na plaży. Byłaś kiedyś na plaży? 
Mała potrząsnęła przecząco głową. 
- No widzisz... Tam jest bardzo pięknie i jest dużo muszelek, które będziemy mogły razem zbierać. I 
jeszcze... będziemy budować zamki z piasku. Miałam nadzieję, że zechcesz pojechać tam ze mną. Co 
ty na to? Chciałabyś? 
Megan wpatrywała się w nią przez dłuższy czas, nie mówiąc ani słowa. Nagle z oddali dobiegł ją 
dźwięk syreny policyjnej. 
- No i co, pojedziesz ze mną? - powtórzyła. 
- Dobrze - powiedziała mała niepewnie i skinęła główką. 
- Świetnie! W takim razie musimy się szybko spakować, bo Jack nam ucieknie. Na wyścigi, dobra? 
- Zanim Megan zdążyła odpowiedzieć, Hailey trzy- 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 85 
mała ją już na rękach i biegła w stronę sypialni. Posadziła ją na łóżku i szepnęła: - Poczekaj tu chwilkę, 
Żabko. 
Schwyciła walizkę i na oślep zaczęła wrzucać do niej, co tylko wpadło jej w rękę: bieliznę, piżamy, 
skarpety, swetry. Poruszała się po całym pokoju w zawrotnym tempie, jakby funkcjonowała na 
przyspieszonych obrotach. Mała patrzyła na nią z niejakim rozbawieniem, ale i z przerażeniem 
zarazem, widząc, jak Hailey bezładnie wrzuca do walizy koszulki, buty, spodnie... aż do momentu, 
gdy zapełniła ją po brzegi. Potem prędko zapięła zamki, wsunęła pod pachę laptopa, a do kieszeni 
portfel. Syreny stawały się coraz głośniejsze. Hailey wiedziała, że nie wzięła żadnych kosmetyków, 
ale machnęła ręką. Kupi je w Galvestone lub gdziekolwiek indziej. Złapała małą za rękę i już były za 
drzwiami. Jeszcze tylko przekręciła w zamku klucz i jak na komendę zaczęły niemal biec w stronę 
wyjścia. Były już na zewnątrz, gdy podjechał pierwszy radiowóz. Nie oglądając się za siebie, Hailey 
pobiegła w stronę swojego auta. 
Jack czekał z włączonym silnikiem. Prędko usadowiła małą z tyłu w foteliku i przypięła pasem, 
walizkę położyła obok niej, a sama wskoczyła na siedzenie obok kierowcy i syknęła przez zęby: 
- Jedź! 
Jack ruszył, jakby nigdzie się nie spieszył. Powoli wyjechał z parkingu i dopiero wtedy przycisnął gaz. 
Policjanci nawet nie zauważyli ich odjazdu. 
- Dokąd jedziemy? - zapytał po chwili. 
- Kieruj się na I 45, na Galvestone. 
- Dlaczego akurat tam? 

background image

86 Jo Leigh 
- Moi rodzice mają tam letni domek. 
Kiwnął z aprobatą głową i skręcił w kierunku autostrady. Spojrzała na niego. Był bardzo spokojny, 
jakby udawał się właśnie na sobotnie zakupy. Może dla niego nie miało aż takiego znaczenia, co stanie 
się z małą. A może po prostu tak doskonale potrafił zapanować nad emocjami. Podziwiała go za to. 
Wciąż jeszcze drżała od środka po porannym napadzie i zdawała sobie sprawę, że dużo czasu minie, 
nim otrząśnie się z tej koszmarnej przygody. 
- Jack? 
- Tak... 
- Miałam rację, prawda? 
- Co masz na myśli? 
- Policja jest zamieszana w tę historię? Kompletnie zignorował jej pytanie. Żadnej reakcji, 
jakby nic nie powiedziała. Swym milczeniem domagał się, by porzuciła ten temat. 
Ale jednak nie zaprzeczył, pomyślała Haiłey. 
- Powiedz mi, jesteś mi to winny - wycedziła przez zęby. - Chyba mam prawo wiedzieć... Jack! 
Odwrócił się i spojrzał na Megan. Mimowolnie i ona popatrzyła w jej kierunku. Mała siedziała 
grzecznie na swoim miejscu i wyglądała przez okno. Jak zwykle przytulała do siebie Tottie i kocyk, no 
i oczywiście ssała kciuk. W sumie zdawała się spokojna. 
- Boże, jakaż ona jest jeszcze mała i bezradna... 
- szepnęła Hailey. 
- Sam nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi 
- powiedział cicho. - Nie jestem pewien, wolę nie spekulować... 
- A niby dlaczego? - przerwała mu niecierpliwie. 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 87 
Wyminął ciężarówkę i zatrzymał się na światłach. Na ulicy utworzył się korek, jak zwykle o tej porze. 
- Widziałem, co tam się wtedy działo. Wszystko widziałem, tylko nie byłem w stanie dostatecznie 
szybko działać. Jestem prawie pewien, że zabójcy przyjechali nieoznakowanym wozem policyjnym. 
- Mój Boże... 
- Choć nie jestem do końca pewien... Nie wiem, kto to był. Ale wczoraj... to dziwne zachowanie 
Nickol-sa... - urwał w pół słowa. 
Hailey oparła się o fotel i spojrzała w lusterko. Ależ była blada... No cóż, wypadki ostatnich dni dały 
jej się we znaki. Nagle jej uwagę przyciągnął żółty volkswagen jadący tuż za vanem. Kobieta, która 
siedziała za kierownicą, właśnie malowała sobie rzęsy. 
- I co teraz zrobimy, Jack? - zapytała bezradnie Hailey. 
- Najpierw upewnię się, że jesteście bezpieczne w Galvestone, a później rozwiążę tę zagadkę. 
- To ryzykowne... 
- Wkurzyłem się jak diabli i na pewno nie popuszczę - warknął. 
- Ale jak chcesz to zrobić? 
- Co znaczy jak? Jestem przecież detektywem, zapomniałaś? Co z tego, że przy tym kulawy dziadyga? 
Pocisk szczęśliwie ominął głowę. Ta działa bez zarzutu. A co, może nie? - zakończył zaczepnie. 
- Nie złość się. Po prostu bardzo się boję. Podziwiam cię, że tak do tego podchodzisz, jak do sprawy, 
którą trzeba załatwić. Chciałam wiedzieć, co zamierzasz zrobić, to wszystko. 
Rzucił jej krótkie spojrzenie, po czym włączył 

background image

88 Jo Leigh 
kierunkowskaz i skręcił w stronę południowo-zachodniej autostrady. Nie odezwał się aż do momentu, 
gdy wyjechali na prostą. 
- Nie wiem jeszcze, co zrobię. Muszę wszystko dokładnie przemyśleć. Ale jakoś sobie poradzę. 
- Jack, nie możesz nas tam zostawić... 
- Nie martw się, tam będziecie bezpieczne. Wszystko będzie w porządku, zobaczysz. 
- Nie! Nie możesz tego zrobić - powiedziała głośniej, niż chciała. - Nic nie będzie w porządku i wcale 
sobie bez ciebie nie poradzimy. 
- Hailey, uspokój się, przecież nikt nie wie, dokąd jedziemy. 
- Nigdzie nie będę czuła się bezpieczna, nawet na Księżycu. Nie możesz nas tam zostawić... 
Spojrzał na wsteczne lusterko. 
- Hailey... 
- Przecież to ty zapukałeś do moich drzwi, pamiętasz... - obstawała przy swoim. - Jack, mógłbyś 
chociaż... - Rzuciła mu spojrzenie pełne wyrzutu i zamarła. Na jego twarzy malowała się najwyższa 
czujność. - Co się... 
- Trzymaj się mocno - przerwał jej i raptownie skręcił, chcąc wydostać się ze zjazdu na autostradę. - 
Polują na nas! - Zauważył, że jeden z kierowców miał na głowie kominiarkę. 
Odwróciła się automatycznie i dostrzegła biały samochód, który najwyraźniej śledził ich od jakiegoś 
czasu. Rozległ się pisk hamulców. Hailey ogarnęło przerażenie, za to Megan w ogóle nie zareagowała. 
Siedziała, patrząc przez okno, jakby już nic nigdy nie miało zrobić na niej najmniejszego wrażenia. 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
89 
Przez moment Hailey zdawało się, że Jack stracił panowanie nad kierownicą, i że za chwilę 
przekoziołkują przez jezdnię, by wylądować w rowie. Z jej piersi wyrwał się okrzyk przerażenia. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 
Jack widział kątem oka pobladłą twarz Hailey, ale nie mógł pozwolić sobie na żaden kompromis. 
Sytuacja była poważniejsza, niż początkowo sądził. W lusterku znowu dostrzegł biały samochód, 
którego kierowca próbował wykonać podobny manewr do tego, który jemu przed chwilą szczęśliwie 
się udał. Jednak zamaskowany napastnik podczas gwałtownego hamowania stracił kontrolę nad 
wozem i rozkraczył się w poprzek drogi. Zewsząd rozległy się klaksony. Zniecierpliwieni kierowcy 
rzucali w stronę białego samochodu, który zatamował ruch, niecenzuralne pogróżki. Jack upewnił się, 
czy nikt inny nie pojawił się za nimi, i ruszył pełną parą do przodu. 
W końcu zerknął na Megan. Wyglądało na to, że nic jej się nie stało. Oczywiście wystraszyła się, ale 
nie płakała. Przyciskała tylko mocno lalkę i ssała kciuk. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

91 Ostatnia część układanki 
Jack pomyślał, że dobrze jest mieć taką lalkę o nadzwyczajnych właściwościach, która śpieszy z 
pomocą w każdej podbramkowej sytuacji. 
Przeniósł wzrok na Hailey. Ona też nie miała żadnej magicznej lalki. Siedziała wciśnięta w fotel i 
kurczowo ściskała go dłońmi, aż pobielały jej koniuszki palców. Oczy miała szeroko rozwarte, a twarz 
białą jak papier. 
- Hailey? Jak się czujesz? Wszystko w porządku? - zapytał niepewnie. 
Powoli kiwnęła głową. 
- Coś ci się stało? Uderzyłaś się? 
- Nie. - Wzięła głęboki oddech. - Mam nadzieję, że ten ktoś naprawdę za nami jechał - syknęła. - Bo 
jeśli nie, to wskakuj na moje miejsce, dalej prowadzę ja! - Teraz już prawie krzyczała. 
- Uspokój się, przecież nikomu nic się nie stało. Nie miałem wyboru. Zgubiliśmy faceta, a o to 
przecież chodziło. Przyznaję, że metoda była trochę drastyczna, ale za to skuteczna. 
Hailey nic nie odpowiedziała, tylko odwróciła się do małej i spojrzała na nią z niepokojem. 
- Dobrze się czujesz, kochanie? 
Megan kiwnęła głową, ale milczała. Przez chwilę obserwował ją w lusterku. Była dziwnie otępiała. 
Musiał jak najszybciej dowieźć je na miejsce, by mogły się zrelaksować, dojść do siebie. Do 
Galvestone było jeszcze około czterdziestu minut drogi. 
- Może chcesz się tu zatrzymać i coś zjeść? 
- Nie - odpowiedziała Hailey. - Chcę się stąd jak najszybciej wydostać. Boję się. Dlaczego oni nas śle-
dzą? Z pewnością wiedzą o mnie wszystko. To mnie przeraża. 

background image

92 Jo Leigh 
- Domyślam się... - powiedział ciężko i skręcił w kierunku stacji benzynowej. - Na kogo zarejest-
rowany jest samochód? 
- Na moich rodziców. 
- Cholera... Jeśli uda im się do nich dotrzeć, zaczną grzebać, gdzie się da, i wreszcie dokopią się do 
domku letniskowego. 
- Nie. Dom jest na nazwisko Rogers, a nie Bishop. Musisz wiedzieć, że to już trzecie małżeństwo 
mojej mamy - powiedziała sarkastycznie, wpatrując się w Megan. Potem uśmiechnęła się pod nosem. 
- Nie będzie im łatwo do mnie dotrzeć. 
- Nie figurujesz w żadnych dokumentach? 
- Sądzisz, że będą kopać aż tak głęboko? 
- Pamiętaj, że patrząc na to od strony prawnej, porwałaś Megan. Ktoś może się podszyć pod rodzinę i 
wtedy uzyska dostęp do wielu informacji. A jeśli są to gliny... potrafimy nielegalnie docierać do 
najbardziej strzeżonych danych, nie zostawiając żadnych śladów. Są to tak zwane informacje 
operacyjne, o których nigdy nie dowiaduje ani sąd, ani prokurator. Dzięki temu łapiemy wielu 
przestępców. Ale w tym wypadku... 
- Jack, nie ma takiej siły, żeby mogli powiązać mnie z Galvestone. 
- Dobra, ma razie załóżmy, że tak jest. - Jack nie do końca uwierzył Hailey. Cóż, miał doświadczenie 
w tych sprawach, a ona nie. - W takim razie chyba im zwialiśmy. Jest jeszcze tylko jedna rzecz... - 
Mimowolnie uśmiechnął się, bowiem Hailey spojrzała na niego tak, jakby nie miała najmniejszej 
ochoty już nigdy niczego od niego usłyszeć. - Jeśli potrzebujesz gotówki z banku, zrób to teraz. 
Potem, aż do wyjaśnienia 
 
 
 

background image

93 Ostatnia część układanki 
sprawy, pod żadnym pozorem nie korzystaj ani z czeków, ani z kart kredytowych. 
- Rozumiem. Mam konto w Banku One. Wystarczy, że podjedziemy do jakiegoś bankomatu. 
Potrzebuję pieniędzy na jedzenie, no i muszę obkupić Megan. 
- Hailey, mam pewien pomysł... Daj mi swoją komórkę. 
- Proszę. - Wyjęła aparat z torby. 
Jack szybko wystukał numer. W telefonie odezwał się zaspany głos. 
- Kto to, do diabła? 
Było jeszcze wcześnie, to fakt, ale akurat w przypadku Crystal nie miało to żadnego znaczenia. Gdyby 
zadzwonił o dwunastej, też by spała. 
- To ja - odezwał się i odczekał chwilę. Słyszał, jak Crystal zapala papierosa i głęboko zaciąga się 
dymem. 
- Dziwi mnie, że pamiętasz jeszcze mój numer... 
- Owszem, pamiętam. Wyrył się w mojej pamięci... jak pewna deszczowa noc. 
Usłyszał głębokie westchnięcie. 
- Czego potrzebujesz, Jack? 
- Przysługi. 
- To ci nowina - sarknęła. 
- Potrzebuję na trochę twego cadillaca. Chciałbym też zostawić w twoim garażu moją furgonetkę. 
- Proszę, proszę... przypomniałeś sobie o mnie. Jack spojrzał na Hailey. Uśmiechała się do Megan. 
Miło było patrzeć na nią. Jej policzki nabrały wreszcie trochę kolorów i nie była już tak przerażająco 
blada. 
- Na jak długo? - usłyszał znowu głos Crystal. 
- Nie jestem pewien. 
- Chyba nie ma większego sensu pytać, co się stało. 

background image

94 Jo Leigh 
- Kochanie, znasz mnie przecież... 
- Aż za dobrze... - Zawiesiła głos i zaciągnęła się papierosem. - Wszystko w porządku, Jack? 
- Tak. Mam się świetnie - powiedział z przekonaniem. - Naprawdę, jak nigdy. 
- Łżesz - rzuciła z przekąsem. 
- Będę za piętnaście minut, dobrze? 
- Dlaczego by nie... 
- Dzięki, Crystal, jesteś jak zwykle urocza. 
Bez słowa pożegnania odłożyła słuchawkę. Nigdy nie lubiła pożegnań. 
- Pożyczamy samochód? - zapytała Hailey. 
- Moja znajoma ma kilka i prawie nigdy ich nie używa. Prezent rozwodowy... 
- A, rozumiem. 
- Zostawimy vana w jej garażu i nikt go tam nie znajdzie. 
Hailey patrzyła na niego z zaciekawieniem. 
- To twoja była dziewczyna? 
- Była żona. 
- I twoje samochody? Kiwnął głową. 
- A... - wyrwało się jej. Była mocno zaskoczona. Widział, że skręca się z ciekawości, ale krępuje 
zapytać o cokolwiek. I bardzo dobrze, pomyślał. Wcale nie miał bowiem ochoty o tym rozmawiać. 
Wszelkie wyjaśnienia i dyskusje na ten temat wprawiały go w irytację. 
Przez Jakiś czas jechali w milczeniu. Po drodze natrafili na właściwy bankomat. Wybranie pieniędzy 
zajęło tylko chwilkę, a potem udali się do domu Crystal w West University. Kiedy znowu spojrzał w 
lusterko, 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
95 
stwierdził z zadowoleniem, że Megan zasnęła w foteliku. Biedactwo... 
- Chciałabym wstąpić do jakiegoś supermarketu, kiedy już będziemy mieli tego cadillaca. OK? 
- Dobrze... A potem? - Zerknął na nią. Gryzła dolną wargę. To było takie dziecinne i rozbrajające. 
- Właśnie, co potem? - zapytała bezradnie. 
- Nie martw się! Zabierzemy się do całej sprawy krok po kroku. 
- A jaki będzie nasz pierwszy krok? Uśmiechnął się. 
- Zdobędziemy za chwilę cadillaca - powiedział triumfalnie. 
- No tak... 
Miała dziwny wyraz twarzy. Pewnie zastanawiała się nad czymś. Nie wiedział jednak nad czym. 
Crystal otworzyła drzwi ubrana w zwiewny peniuar. Cienki, przezroczysty materiał opływał jej 
zgrabne ciało. Była piękna. Patrząc na nią, Hailey zastanawiała się, czy należą w ogóle do tego 
samego gatunku. Ujrzała siebie w piżamie Jacka i przyznała w duchu, że porównanie wypadło 
nadzwyczaj mizernie. Nie zdziwiłaby się, gdyby więcej nawet na nią nie chciał spojrzeć. Wobec takiej 
piękności, jaką była Crystal, wydała się sobie osobą niegodną choćby najmniejszego zainteresowania. 
- Nie sądziłam, że przyprowadzisz tu całą rodzinę - powiedziała Crystal, przyglądając się z pewnym 
niesmakiem małej dziewczynce wtulającej się w ramiona Hailey. 
- No to masz niespodziankę. Dasz mi kluczyki? 
- Ciekawe, dlaczego rozwiodłam się z tak uroczym 

background image

96 
Jo Leigh 
facetem jak ty? Sama siebie nie rozumiem. - Mówiąc to, uniosła lekko w górę brwi. 
- Zapewne było to związane z chwilową niepoczytalnością - powiedział Jack, wyciągając w jej kierun-
ku otwartą dłoń. 
Z wdziękiem opuściła na nią kluczyki do samochodu. 
- Chwilowa niepoczytalność była początkiem naszego związku, a nie końcem. 
- Chyba masz rację. - Z trudem przeniósł ciężar ciała na obolałą nogę i mocniej oparł się na lasce. 
Crystal zmarszczyła nienaganne, niezbrukane choćby najmniejszą skazą czoło. 
- A to co? - zapytała zszokowana. - Nic mi nie mówiłeś, że chodzisz o lasce. - Zmierzyła go wzrokiem. 
- Minie jak ból zęba. Nie warto wspominać. 
- Jack, okłamałeś mnie. Powiedziałeś, że pocisk zaledwie cię drasnął - powiedziała z pretensją w 
głosie. 
Hailey wiedziała, jak bardzo nie lubił o tym rozmawiać. Teraz też aż się skręcał. Czuł się zażenowany, 
że przytrafiło mu się coś tak niefortunnego. Nie powinien był ulec jakiemuś tam pociskowi. W końcu 
był supergliną... 
- Dzięki za pomoc - rzucił krótko, ignorując jej słowa. - Zatankuję pod korek, zanim go odstawię. 
Crystal popatrzyła raz jeszcze na Hailey. 
- Powodzenia, kochana, bo sądząc po tym, co się dzieje, będziesz go przez jakiś czas potrzebowała. 
Hailey nie była pewna, czy powinna się uśmiechnąć, czy też nie. Nic chcąc jednak wyjść na 
zazdrośnicę, na wszelki wypadek wyszczerzyła zęby. 
Zazdrośnica czy nie, intensywnie zastanawiała się 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 97 
jednak, jakie układy panują między Jackiem i jego byłą żoną. 
Wielu rzeczy Hailey nie rozumiała. Nigdy dotąd nie spotkała nikogo, kto choćby w niewielkim 
stopniu przypominał Jacka. Zaskoczył ją beznamiętnym wyrazem twarzy, kiedy patrzył na Crystal. 
Nie wyobrażała sobie, że jest to w ogóle możliwe. 
Przerzucili wszystko do cadillaca. 
- Gotowa? - zapytał, wkładając laskę za swoje siedzenie. 
Sprawdziła raz jeszcze, czy Megan jest dobrze przypięta. Kto wie, co jeszcze je czeka w tej podróży. 
Strzeżonego pan Bóg strzeże, pomyślała. Wszystko było jednak w najlepszym porządku. Mała 
siedziała bezpiecznie w swoim foteliku. 
- Tak, ale podjedźmy najpierw do McDonalda. Megan powinna coś zjeść. 
- Nie ma sprawy. 
Po chwili usłyszała cichy, rytmiczny szmer silnika i ruszyli z miejsca. Hailey spojrzała na dom, w 
którym mieszkała Crystal. Średniej wielkości, z cegły, z wypielęgnowanym trawnikiem. W takich 
gustowali urzędnicy, bankowcy, lekarze, w ogóle przedstawiciele tak zwanych solidnych zawodów, 
którzy musieli dbać o swój mieszczański wizerunek. „Proszę, oto cały ja. Jestem zamożny, bo 
osiągnąłem sukces w pracy, ale nie rozrzutny, bo znam wartość pieniądza. Naprawdę można mi 
zaufać". Jak to się stało, że, akurat właśnie tu wylądowała ta przedziwna kobieta? A może to jego dom, 
może Jack tu kiedyś mieszkał? Ale wydało jej się to mało prawdopodobne. Jack z kosiarką w ręku? 
Jack zapraszający na grilla sąsiadów i ględzący o polityce, 

background image

98 
Jo Leigh 
filmach, notowaniach giełdowych? Kompletnie nie pasował do tego idyllicznego miejsca. 
Wreszcie dojechali do Galvestone. Hailey dopiero teraz się uspokoiła. Była pewna, że długie łapy ban-
dziorów, którzy zamordowali ojca Megan, tutaj nie sięgną. Zaczęła wyładowywać rzeczy z 
samochodu i wnosić je do domku. Jack wyglądał na bardzo zmęczonego. Widziała po jego minie, że 
biodro ostro daje mu się we znaki. Dochodziła już czwarta, a ostatnią tabletkę przeciwbólową wziął 
jeszcze przed śniadaniem. Za to w nią wstąpił nowy duch. Uwijała się jak fryga. Poukładała wszystkie 
rzeczy w szafie, wykąpała małą, przebrała ją i nakarmiła. Potem rozpakowała zakupy, które zrobili w 
sklepiku po drodze, powlekła pościel i rozplanowała, kto gdzie śpi. Jack siedział na wygodnym, 
ciężkim krześle i przyglądał się jej. Nie dało się ukryć, iż czynił to z dużą przyjemnością. Wodził za 
nią oczami i uśmiechał się pod nosem. 
W końcu Hailey zadbała również o siebie. Wykąpała się i przebrała w czyste ubranie. Miała teraz na 
sobie czarne legginsy i podkoszulek z napisem University of Texas. Szkoda, że nie włożyła czegoś 
bardziej kobiecego, pomyślał. Gdy jednak pochyliła się i dojrzał przez wykrój dekoltu kształtne piersi, 
dziwnym trafem polubił tę koszulkę. 
Westchnął głęboko i z trudem odwrócił wzrok. Doszedł do wniosku, że najwyższy czas zająć się 
sprawą nieszczęsnego Roya i jego osieroconej córki. Zaczął rozmyślać o białym samochodzie, który 
próbował ich ścigać. Był przekonany, że to nie była sprawka policji, mimo że usiłowano lm to 
zasugerować. Niestety nie dostrzegł twarzy kierowcy, bo miał na sobie kominiar- 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 99 
kę. Kto to mógł być? I czy istniał jakiś związek między nim a gliniarzem z apartamentu Roya albo 
napastnikiem z mieszkania Hailey, albo tymi dwoma typami w nieoznakowanym samochodzie 
policyjnym? Jedno było pewne, nie była to żadna prywatna wendeta, bo zbyt dużo osób maczało w 
tym palce. A to oznaczało, że stoją za tym pieniądze i władza. Nie mógł tylko pojąć, po jaką cholerę 
potrzebna im była Megan. Dlaczego ten drań, który napadł na Hailey w jej mieszkaniu, pytał o małą? 
Co mogła mieć z tym wszystkim wspólnego czteroletnia dziewczynka? Nic rozsądnego nie 
przychodziło mu do głowy. Czy Megan mogła mieć coś, co było istotne dla sprawy? Po kolei 
przebiegł w myślach wszystko, co Hailey wydobyła z poszewki, nie znalazł jednak niczego, co 
mogłoby mieć jakieś znaczenie dla przestępców. Może zdjęcie? Powinien lepiej mu się przyjrzeć. A 
może przepis? Może był to kod, który należało rozszyfrować? 
- Hailey? 
- Słucham? - odkrzyknęła z kuchni. 
- Czy komórkę masz nadal w torebce? 
- Tak, ale za tobą jest stacjonarny telefon. Obok zielonego wazonu. 
- Zauważyłem, ale nie chcę, by nas ktoś namierzył. -Wstał i przez chwilę nie poruszał się. Znowu dał 
mu się we znaki ten niemiłosierny ból. Przez twarz Jacka przebiegł grymas. Wchodząca do pokoju 
Hailey natychmiast to zauważyła. 
- Może powinieneś wziąć coś przeciwbólowego? - wyrwało się jej. 
- Tak, ale najpierw zadzwonię. - Wyjął z torebki Hailey komórkę i poszedł do małej sypialni, którą 
miał 

background image

100 Jo Leigh 
zajmować przez kilka najbliższych dni. Była bardzo przytulna, choć zdecydowanie za bardzo kobieca. 
Pod ścianą stało duże łoże przykryte narzutą w kwiaty (tapety miały zresztą podobny wzór), a obok 
toaletka, na której piętrzyły się flakoniki z perfumami, kremy i szczotki do włosów. Podrapał się po 
głowie, ale w sumie wydało mu się to zabawne, szczególnie po tak długim okresie spędzonym 
samotnie w poszarzałym, przygnębiającym mieszkaniu. W końcu nie zostaje tu na wieczność, 
pocieszył się. Rozejrzał się i spostrzegł szklankę z wodą stojącą na szafce przy łóżku. Pomacał ręką 
kieszenie. W jednaj z nich znalazł opakowanie ze środkami przeciwbólowymi. Było już prawie puste. 
Wyłuskał trzy tabletki i natychmiast połknął. Jeszcze dziś powinienem kupić nowe leki. 
Najchętniej by się położył, ale jeszcze nie mógł sobie na to pozwolić. Skierował się do małego 
saloniku, który zdobiły przeróżne morskie akcenty: stateczki, miniaturki latarni morskich, muszelki i 
duża liczba zdjęć. Zauważył także fotografię Hailey. Miała na nim może osiemnaście lat albo i mniej. 
Była taka świeża, apetyczna, prześliczna... Wiele się nie zmieniła od tamtego czasu, pomyślał... 
Dość tych bzdur, bierz się do roboty! - ofuknął się w duchu i wystukał numer. 
- O'Neill, słucham? 
- Cześć, Frank. 
- Jack! Gdzie się podziewałeś? Od rana próbuję cię namierzyć. 
- Co się stało? 
- Mam bilety na Bullsów. Mecz jest jutro. Najlepsze miejsca, Moglibyśmy zadzwonić do tych 
wesołych 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 101 
bliźniaczek, no wiesz, podrywaliśmy je w barze i były raczej chętne... 
- Wybacz, ale nie mam czasu. 
- Nie będziemy dużo chodzić. Stary, to wyjątkowa okazja! 
- Wiem, ale na jakiś czas wyjechałem z miasta. Zrobiłem sobie wakacje. 
- Wakacje? Przecież ostatnio nic nie robisz, tylko siedzisz na tyłku. Przywarłeś do fotela jak stara 
pleśń. 
- Dzięki, stary, brakowało mi twojej subtelności - mruknął zgryźliwie Jack. Frank O'Neill, jego były 
partner, znany był z kompletnego braku manier, a coś takiego, jak delikatność, było dla niego 
pojęciem nieznanym. Jednak nie składał się z samych wad. Był niegłupi, dobrze wykonywał swoją 
robotę, nigdy nie nawalał ani nie kręcił. Jack mu ufał. 
- Jakiej subtelności? Mówię prawdę. Co, może nie przyrosłeś do fotela jak zeschnięte gówno do gaci? 
Pocałuj mnie w dupę. Spadaj. 
- Nie ma sprawy, z miłą chęcią. Ale przejdźmy do rzeczy. Nie sądzisz chyba, że dzwonię do ciebie, bo 
stęskniłem się za twoimi pieszczotliwymi słówkami. Potrzebuję twojej pomocy. 
- O co chodzi? 
- Chcę, żebyś poszperał tu i tam, ale tak, by nikt się o tym nie dowiedział. Najpierw sprawdź mi Craiga 
Faradaya, a potem faceta o nazwisku Barry Strangis. Nie wiem, czy go pamiętasz. 
- Nie pamiętam. Ale sprawdzę. 
- OK. Chcę też, żebyś sprawdził glinę, który nazywa się Nickols. 
- Brett Nickols? 

background image

102 Jo Leigh 
- Tak, właśnie ten. I spróbuj wywęszyć, czy jest pomiędzy nimi jakiś związek. 
- Aha... - Frank milczał przez chwilę. 
Jack mógłby założyć się, że siedzi teraz przy swoim biurku z ołówkiem w zębach, obstawiony 
kubkami z niedopitą kawą, i patrzy przez okno. 
- Rozwiniesz temat? - spytał w końcu Frank. 
- Tak, ale nie teraz. Zrób, o co cię proszę. Bardzo mi zależy na tych informacjach. Jeśli miałbyś jakieś 
problemy, pogadaj z Bobem Dorranem. Pamiętaj, z nikim innym, tylko z Bobem. Rozumiemy się? 
- Jasne, stary. Wiesz przynajmniej, w co się ładujesz? 
- Nie do końca. Ale nie mogę odpuścić. Zadzwonię za kilka dni. 
- Zostaw mi swój numer. Dam ci znać, kiedy czegoś się dowiem. 
- Nie, zadzwonię do ciebie. 
- Słucham? - Frank zdumiał się. A więc nie ufał mu do końca, dlatego nie chciał zostawić namiarów na 
siebie. - O co chodzi? 
- Dowiesz się. I dzięki za wszystko, Frank. 
- OK, nie ma za co. 
Jack wyłączył komórkę i podniósł wzrok. Dopiero teraz zauważył, że kilka kroków od niego stała 
Hailey. Pewnie słyszała cała rozmowę. 
- Dzwoniłem do byłego partnera - wyjaśnił, widząc w Jej oczach obawę. 
- Możesz mu ufać? 
  - Tak, akurat Jemu całkowicie ufam. 
- Ą Jednak nie podałeś mu numeru. 
- Im mniej wie, tym Jest bezpieczniejszy. 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 103 
- A Bob Dorran? 
- To facet, z którym byłem w akademii. Ręczę za niego. 
- Myślisz, że coś znajdą? 
- Na pewno. Sami też możemy trochę poszperać. Mam na myśli twój komputerek. 
Uśmiechnęła się do niego uroczo, z takim zniewalającym ciepłem. Coś zaczęło się dziać w okolicy 
jego serca. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczył. Wiele kobiet pożądał, bywał zakochany, 
ale tu pojawiało się coś zupełnie nowego. Nie umiał tego nazwać. 
- Jak rozumiem, jeśli jest coś do znalezienia, to my to znajdziemy, czyż nie tak? 
- Świetnie to ujęłaś. 
- No dobra, kolacja będzie mniej więcej za godzinę. Megan jest w sypialni mamy i ogląda film 
rysunkowy, więc nie będzie ci przeszkadzać. Mam propozycję nie do odrzucenia: prześpij się trochę. 
Wyglądasz jak śmierć na chorągwi, szeryfie. 
Zazwyczaj nie lubił, gdy skakano wokół niego, ale teraz się uśmiechnął. 
- Niezły pomysł, ale raczej się wykąpię. Tak się jakoś złożyło, że rano nie zdążyłem. - Potarł dłonią 
zarośnięte policzki. - Wyglądam jak menel, muszę coś z tym zrobić. - Z zasady nie przejmował się 
swym wyglądem, ale teraz nagle zaczęło mu zależeć, by upodobnić się do ludzi. 
- W łazience są czyste ręczniki - powiedziała Hailey i już miała wyjść, gdy nagle spojrzała na niego z 
czułością. - Jack... 
- Tak? 
- Bardzo ci dziękuję za pomoc. Bez ciebie, zginęłybyśmy. 

background image

104 JoLeigh 
- Ach, daj spokój. - Wzruszył ramionami. - Taki mam zawód. 
- Wiem. - Znów ruszyła w stronę kuchni, i znów się zatrzymała. - Lubisz mięso? 
- Ubóstwiam! 
- Doskonale. - Uśmiechnęła się i zniknęła za drzwiami. 
Znowu poczuł tę zadziwiającą falę ciepła wokół serca. Tym razem jeszcze gorętszą i jeszcze bardziej 
porywającą. 
- Dziwne, cholernie dziwne - mruknął pod nosem. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
Hailey podłączyła komputer do sieci i usiadła obok Jacka. Tak blisko, że ich nogi stykały się ze sobą. 
Czuła przyjemny zapach wody po goleniu, męski i zdecydowany, całkiem inny niż te, które znała do 
tej pory. No, choćby Steven nigdy nie pachniał tak podniecająco i nigdy nie prosił jej o pomoc ani o 
radę... no, prawie nigdy. Parę razy zapytał ją o coś w obecności jej rodziców, tak na pokaz. A byli ze 
sobą w końcu całe trzy lata. Na ogół jednak ignorował wszystko, co powiedziała. Tak, tak, wiele 
kosztował ją ten związek, ale jakoś sobie w końcu z tym poradziła. Czuła, że z Jackiem było całkiem 
inaczej. Ufał jej, więcej, darzył szacunkiem. Dobrze o tym wiedziała. Często rozumieli się bez słów. 
- O, mamy połączenie z Internetem - ucieszyła się Hailey. - Kto pierwszy na tapetę? 

background image

106 Jo Leigh 
- Barry Strangis - powiedział Jack. - Zobaczymy, co uda się ściągnąć. 
Okazało się jednak, że jest mnóstwo Barrych Stran-gisów, i przeszukiwanie wszystkich odnośników, 
aż do trafienia na ten właściwy, mogłoby zająć całą noc. 
- No dobra, spróbujmy zatem z Craigiem Faradayem. Może lepiej nam pójdzie. 
Tym razem mieli więcej szczęścia. Faraday był osobą znaną i popularną, dlatego łatwo go 
zlokalizowali. Mieli do dyspozycji mnóstwo artykułów i wywiadów, informacje o organizacjach 
charytatywnych, w których się udzielał, i tak dalej. 
- Masz drukarkę? - spytał Jack. 
- Niestety... zaraz, przecież mam! - Pobiegła do swojej sypialni, chwilę pogrzebała w szafie i wyjęła 
zakurzoną drukarkę. Kiedy kupiła sobie laserówkę, tę starą przywiozła tutaj, tak na wszelki wypadek. 
Przechodząc przez pokój, zerknęła na małą. Wszystko było w najlepszym porządku. Megan spała 
smacznie, jak zwykle przyciskając do siebie ukochaną lalkę. W łazience przetarła drukarkę z kurzu i 
triumfalnie weszła do jadalni. 
- Popatrz tylko! Wprawdzie jest stara i wolna, ale... 
- Fantastycznie, Hailey! - ucieszył się Jack. 
- Trzymaj kciuki, bo nie wiem, czy jeszcze działa. Ale nie martw się, najwyżej jutro zdobędziemy 
inną. - Postawiła drukarkę na stole, podłączyła kable i kilka razy przedmuchała miejsce, w które 
wsuwa się papier. Następnie przeszła na swoją stronę internetową, by na próbę wydrukować swój 
cennik usług. Wszystko poszło Jak należy. 
- Kochana staruszka - powiedziała Hailey. 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
107 
- Oby tylko starczyło papieru i atramentu. Zresztą zawsze można podskoczyć do sklepu. Myślę 
jednak, że moglibyśmy tę komputerową zabawę odłożyć do jutra. Dzisiaj był ciężki dzień. Jesteś na 
pewno bardzo zmęczona. 
Hailey spojrzała na monitor. 
- Masz rację, zostawmy to do jutra. Wystarczy na dziś wrażeń. Jedyne, o czym marzę, to szklaneczka 
dobrego wina i wygodne miejsce na kanapie. 
- Jak rozumiem, mam zniknąć i do rana dać ci spokój? - zapytał z uśmiechem. 
Wiedziała, że się z nią jedynie droczy, więc też się uśmiechnęła. 
- W lodówce stoi pyszne piwko. Nazwałam je Radość Jacka. Może chcesz spróbować? 
- Zimne piwko... - rozmarzył się. - To napój bogów. 
- Bogów? Ciekawe jakich? - Hailey przeniosła komputer na mały stolik przy ścianie. . 
- Sporo ich, zapewniam cię - powiedział z satysfakcją, próbując rozprostować nogę. Na jego twarzy 
pojawił się grymas bólu. - Na przykład bóg piłki nożnej, koszykówki, bejsbolu... 
- Tak, a pokarmem bogów są słone paluszki - wpadła mu w słowo. 
- I pieczone żeberka. 
- Ci, to wiedzą, jak sobie dogodzić. 
Parsknęli śmiechem, lecz Jack zaraz się skrzywił, bo spróbował ponownie przesunąć nogę. 
- Naprawdę powinieneś robić te ćwiczenia - rzuciła niby mimochodem Hailey. 
- O co ci chodzi? - zapytał trochę za ostro. 

background image

108 Jo Leigh 
- Powinieneś robić ćwiczenia, które zalecił ci lekarz. Nigdy nie widziałam, żebyś podjął choćby naj-
mniejszą próbę. 
- Miałem ostatnio za dużo roboty. Czyżby coś ci umknęło? 
- Za to teraz masz dużo czasu - powiedziała twardo. 
- Nie - odparł oschle, kuśtykając w stronę krzesła. 
- Jakoś nie mam nastroju na tortury. 
- Jest aż tak źle? - zapytała, idąc w jego kierunku. 
- Naprawdę? 
Kiedy spojrzała na niego, nie potrzebowała potwierdzenia. Było z nim naprawdę kiepsko. Poszarzała 
twarz, podkrążone oczy, grymas bólu zastygły na ustach... 
- Marnie wyglądasz, Jack. Może mogłabym ci jakoś pomóc? Wiem, że wczoraj w nocy sprawiłam ci 
ból... Przepraszam, ale wierz mi, uczyłam się masażu, nawet jakiś czas pracowałam na pół etatu jako 
masażystka. 
- Nie potrzebuję żadnego masażu - żachnął się. 
- Oczywiście, że potrzebujesz, i doskonale o tym wiesz. 
- Nic o tym nie wiem i nie chcę wiedzieć. - Odwrócił się od jej bacznego spojrzenia. 
Hailey pokręciła głową. Co za uparciuch! Czy uda jej się namówić go na ćwiczenia? Trudna sprawa... 
Trochę znała się na tym i wiedziała, że jeśli poważnie nie weźmie się za siebie, do końca życia będzie 
chodził z laską. Nie pozwoli na to. Tylko że z tymi twardzielami to gorzej niż z dziećmi... 
Weszła do kuchni i otworzyła butelkę białego wina. Leżało już jakiś czas w lodówce, więc całkiem 
porządnie się schłodziło. Boże, co za cudowny smak, pomyślała, upijając łyk ze szklaneczki. Dla 
Jacka wyjęła piwo. 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 109 
- Proszę - powiedziała, wchodząc do pokoju i podając mu butelkę. 
Natychmiast pociągnął potężny łyk. 
- Dzięki. Tego było mi trzeba. 
Zauważyła z przyjemnością, że się ogolił. W ogóle lubiła na niego patrzeć. Lecz dziś wyglądał 
naprawdę źle. Za dużo zamieszania, jak na kogoś, kto jest poważnie chory. Bardziej niż ona 
potrzebował odpoczynku. Na rozmowy i tak będą mieli dużo czasu. 
Jack poczuł dotknięcie dłoni na policzku. Po chwili kolejne, mocniejsze. Powoli uniósł ciężkie od snu 
powieki i ze zdziwieniem zobaczył buźkę Megan oddaloną kilka centymetrów od swojej twarzy. Mała 
była w piżamce i po raz pierwszy nie trzymała Tottie pod pachą. Przyglądała mu się uważnie. 
- Cześć - powiedział, zastanawiając się, która może być godzina. Wydawało mu się, że dopiero świta, 
i że mógłby spać jeszcze wiele godzin. 
.- Hailey powiedziała, że masz wstawać, bo zaraz będzie śniadanie. 
- Tak? 
Mała potrząsnęła główką pełną loków. 
- Tak - powiedziała poważnie. - Hailey mówi, że musisz wstać i się wykąpać. 
- Aha... 
- I mówi, że będziesz dziś miał ciężką głowę. 
- Że co? 
- Że będziesz miał ciężką głowę, bo wypiłeś dużo piwa. 
- Ciężką głowę? - powtórzył z niesmakiem. 
- To nie jest brzydkie słowo - pospieszyła z wyjaśnieniem Megan. - Zapytałam o to Hailey. 

background image

110 Jo Leigh 
- No dobrze, już dobrze. Lepiej będzie, jak posłucham Hailey, bo inaczej jeszcze na mnie nakrzyczy. 
A ty idź jej trochę pomóż. Zaraz do was przyjdę. 
- Dobrze. 
Przyglądał się, jak Megan wychodzi z pokoju. Jakież to maleństwo, pomyślał. Odrzucił kołdrę i 
spróbował wstać. Oczywiście biodro natychmiast dało o sobie znać. Może rzeczywiście powinien 
zacząć ćwiczyć? Może Hailey miała rację? Jednak zupełnie nie miał na to ochoty, a już na pewno nie 
w jej towarzystwie. Połknął środek przeciwbólowy i ruszył, zgodnie z poleceniem, pod prysznic. 
Gdy przechodził przez korytarz, usłyszał śmiech Hailey. Zapragnął natychmiast ją zobaczyć i wziąć w 
ramiona. Zamiast tego wszedł do łazienki i zamknął za sobą drzwi. Nie wierzył, by między nimi 
mogło się coś wydarzyć. Nie chciał litości. Zresztą nawet gdyby ona czegoś od niego chciała, to i tak z 
pewnością on nie zdoła stanąć na wysokości zadania. A takiej porażki by nie przeżył. Odkręcił 
prysznic i ściągnął piżamę. Spojrzał na bliznę na biodrze: głęboka, czerwona pręga złośliwie 
uśmiechała się do niego. Szczęście, że Hailey tego nie widziała. Na pewno nie byłaby w stanie czegoś 
podobnego zaakceptować, a on nie mógłby mieć do niej o to żalu. 
Sterta papierów była zastraszająca. Faraday cieszył się zainteresowaniem mediów i każdy jego krok 
był dokładnie udokumentowany, ale nic nie wskazywało na jego powiązania z Barrym Strangisem. 
Przekopanie się przez to wszystko zabierze im cały dzień. No cóż, bez sensu było narzekać, Jako że 
O'Neill i Dorran 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 111 
odwalali i tak większość roboty, która w normalnych warunkach spadłaby na Jacka. Niestety było to 
niemożliwe. Mógł tylko przebrnąć przez te papierzyska, przemyśleć całą tę historię i czekać. Zerknął 
na Hailey. Siedziała na drugim końcu kanapy, podwinęła pod siebie stopy. Uśmiechnął się pod nosem, 
gdy zobaczył jej różowe skarpetki. Wyglądała jak cukiereczek w niebieskim sweterku, chabrowych 
legginsach i tych śmiesznych różowiutkich skarpetach. Zastanawiał się, czy lubi takie zestawienia, 
czy też akurat tak wyszło z powodu niewielkiej ilości garderoby, jaką zabrała ze sobą. 
- No i co, czytamy? - Hailey od jakiegoś już czasu przyglądała mu się z zainteresowaniem. 
- Tak, tak. Przepraszam, zamyśliłem się - mruknął i powrócił do artykułu, który trzymał w ręku. Jakieś 
głupawe politykowanie, ale na wszelki wypadek przejrzał i to. Jego uszu dobiegły dźwięki 
pochodzące z kreskówki o Króliku Bugsie. Powoli stawał się znawcą takięh filmów. Zżył się z Willym 
Kojotem, Jattsonami, Simpsonami... Megan jak zwykle oglądała telewizję. Siedziała na swoim 
ulubionym kocyku i gapiła się w ekran. Czasem też bawiła się sama ze sobą. 
Za każdym razem, obserwując ją podczas takiej zabawy, ciekaw był, o czym myślała. Dzieci to 
niezwykłe istoty. Te magiczne przedmioty, lalki, miśki czy smoczki, to wszystko było dla Jacka nie-
pojęte. Westchnął ciężko. Ależ nudne jest to piśmidło, pomyślał z rozdrażnieniem. Jeszcze raz 
spojrzał w stronę Hailey. Ona też była dziwną istotą, całkiem inną niż kobiety, które znał do tej pory. 
-Crystal była jak dynamit, niecierpliwa, nieprzewidywalna 

background image

112 Jo Leigh 
i humorzasta, a przy tym egoistyczna jak on. Choć musiał przyznać, że był taki czas, kiedy starała się 
mu dogodzić. Jakież to było dla niej nietypowe. A Haiłey? Była przede wszystkim cierpliwa. Trudno 
było ją wyprowadzić z równowagi. A poza tym miała w sobie wprost niespotykaną niewinność. 
Często zachowywała się, jakby nie była pewna siebie, tego co mówi i robi. Lecz z drugiej strony 
zadziwiała witalnością i niby niewidocznym, ale olbrzymim temperamentem. Delikatna, spokojna, 
wyciszona i nieśmiała, a zarazem twarda, energiczna, stanowcza. Doprawdy, niezwykła kombinacja. 
Było w niej tyle samo z dorosłej i świadomej swych celów kobiety, co z małej, zagubionej 
dziewczynki. Uśmiechnął się z rozczuleniem. 
- Z czego się śmiejesz? Zaskoczyła go. 
- Z niczego - odparł jakby nigdy nic i znów zaczął czytać artykuł. 
- Nie oszukasz mnie. To był znaczący uśmieszek, drogi panie. 
- Ach, myślałem o Crystal... 
Dostrzegł, że się zaczerwieniła. To dziwne, przecież tylko powiedział... Zaraz, czyżby Hailey była 
zazdrosna? Nie, to głupi pomysł. To niemożliwe. Na pewno nie myślała o nim w ten sposób. Zerknął 
na nią raz jeszcze i zauważył, że mocno zacisnęła palce na kartce papieru, którą miała w ręku. 
- Ta kobieta się nigdy nie zmieni. Myślałem, jak bezsensowne było nasze małżeństwo. 
- Co proszę? - Hailey popatrzyła na niego ze zdziwieniem. 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 113 
- Miał być związek na całe życie, a wyszedł kiepski żart. Od początku to była jedna wielka pomyłka. 
- Więc dlaczego się z nią ożeniłeś? 
- Byliśmy w Las Vegas. Sporo wypiliśmy, poszliśmy do kasyna i wygraliśmy mnóstwo forsy. 
Uznaliśmy więc... w pijanym widzie... że to znak, że szczęście nigdy nas nie opuści. Wypiliśmy 
jeszcze trochę i wzięliśmy ślub. 
Hailey zachichotała. Po usłyszeniu tej historyjki od razu poprawił się jej humor. 
Więc może rzeczywiście była zazdrosna? I co byś na to powiedział, stary draniu? Jack znów się 
uśmiechnął. 
- Jak długo byliście ze sobą? 
- Całą wieczność, która w tym wypadku trwała niecałe dwa lata. 
- Przykro mi, że się wam nie udało. 
- Nie żałuj nas. Los nam dał to, na co zasłużyliśmy, a może nawet trochę odpuścił. Za głupotę należał 
nam się taki czyściec. 
- A jak to się stało, że wylądowała z tymi samochodami? 
Jack zaśmiał się, choć ta sprawa wcale nie była dla niego zabawna. 
- To taka kara... 
- Kara? Za co? 
- Za to, że wierzyłem w miłość. 
Nie powiedziała już nic, ale popatrzyła na niego, jakby potwierdziły się jej przypuszczenia. Ale jakie? 
Że był kompletnym dupkiem? 
Z najwyższym trudem przejrzał do końca artykuł i wreszcie odłożył go na bok. Natychmiast jednak 
sięgnął po kolejną porcję lektury. Opisywała ona wkład 

background image

114 Jo Leigh 
Faradaya w zwalczanie głodu na świecie. Jednak ciężko szło mu to czytanie. Po chwili doszedł do 
wniosku, że musi napić się piwa. Spojrzał na zegarek. Było prawie południe. W porządku, najwyższa 
pora na pierwsze. Gdyby był u siebie, do śniadania wypiłby co najmniej jedno. Podniósł się i walcząc 
z bólem, ruszył w stronę kuchni. Pomyślał, że mógłby też coś przekąsić do tego piwka. Jakieś chipsy 
albq... Albo może lepiej nie. I tak już trochę za dużo mu przybyło. 
Otworzył lodówkę, ale nigdzie nie dostrzegł piwa. Schylił się i pogrzebał pod kartonami z sokiem. 
Tam go jednak też nie było. Ani jednej butelki. O co chodzi, zdziwił się, przecież nie wypił wczoraj 
całego sześciopaku... Niemożliwe. Wyprostował się. 
- Hailey? 
- Tak? - odezwała się natychmiast z przedziwną słodyczą w głosie. 
- Może wiesz, co stało się z piwem? 
- Wiem. 
- A zechcesz mi powiedzieć? - Ze złością zamknął lodówkę i odwrócił się. Hailey stała ze słodką 
minką tuż za nim. - No dobra, co jest grane? - zapytał nieco rozzłoszczony. 
- Zaraz wracam - odparła tajemniczo i pobiegła do swojej sypialni. 
O co jej chodzi? Dlaczego zabrała stąd piwo? Jack nic nie rozumiał. 
Hailey pojawiła się w drzwiach z dużym, brązowym rulonem pod pachą i rozwinęła go na podłodze. 
Była to mata do ćwiczeń. Jakoś nie wydawało mu się, by sama zamierzała robić różne wygibasy. A to 
oznaczało tylko jedno. Postanowił jednak udawać, że nie wie, o co chodzi. 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
115 
- Co to? 
- Mata do ćwiczeń - powiedziała spokojnie. 
- A na co to komu i co to ma wspólnego z moim piwem? 
- Więcej, niż sądzisz. - Wstrzymała oddech. Trochę się bała, ale zarazem była zdeterminowana. 
- Co to ma znaczyć? Chyba sobie żartujesz! - Spojrzał na nią ostro. Jego rozdrażnienie narastało z każ-
dym jej słowem. 
Z przestrachu cofnęła się o krok, ale zaraz zacięła usta i spojrzała Jackowi prosto w oczy. 
- Wcale nie żartuję. 
- Hailey, to nie jest zabawne. 
- Masz rację, nie jest. Musisz się rozruszać, jeśli chcesz wrócić do normalnego życia. Chyba że wolisz 
na zawsze zostać kaleką... Ale nie wierzę, że tego chcesz. Dlatego układ jest taki: poćwiczysz, to 
dostaniesz piwo. I jesteś bez szans! Tylko daruj sobie krzyki, nic tym nie wskórasz, nie przestraszę się 
ciebie. Masz więc wybór: gimnastyka i piwo albo nic. 
- Hailey, daj spokój, gdzie jest piwo? 
- Nie powiem! 
- Do jasnej cholery, co to ma znaczyć?! Nie jestem jakimś smarkaczem, żebyś mnie tak traktowała. 
- Naprawdę? W takim razie dlaczego zachowujesz się jak smarkacz? 
- Ostrzegam cię! Nie igraj ze mną! - Był wściekły, mało brakowało, by eksplodował. - Hailey, 
przestań! 
- Nic z tego. Nie! - Na wszelki wypadek cofnęła się jeszcze o krok. 
- Co to znaczy „nie"? 
- Po prostu nie i już! Którego słowa nie rozumiesz? 

background image

116 Jo Leigh 
Jack podszedł do niej na tyle blisko, że zauważyła, jak z wściekłości drżą mu ręce. Trzymała fason, 
choć naprawdę się bała. Nie odsunęła się jednak ani o milimetr. 
- To niewiarygodne... - jęknął. 
Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. 
- Masz rację, to niewiarygodne. Nigdy nie zachowałam się w ten sposób. Zawsze byłam łagodna jak 
baranek. Ale dość tego, nie będę bezczynnie patrzeć, jak marnujesz sobie życie. 
- Dla mnie nie musisz się zmieniać. 
- A właśnie że muszę. Nie wiem dlaczego, ale muszę. Jack nic z tego nie zrozumiał. Była przerażona, 
a zarazem nieugięta; wściekła, choć potulna, a do tego całkowicie zdeterminowana. 
- Przecież wiesz, że w każdej chwili mogę wziąć samochód i pojechać do sklepu. 
- Przewidziałam to. 
Zamknął oczy i powoli policzył do dziesięciu. Kiedy je otworzył, wciąż miał ochotę ją udusić. 
- Schowałaś kluczyki? 
Uśmiechnęła się przepraszająco i kiwnęła głową, potrząsając przy tym włosami, jak robiła to Megan. 
Ogarnęła go prawdziwa wściekłość i lepiej byłoby dla Hailey, żeby zeszła mu z drogi. 
- Słuchaj, doskonale wiem, że powinienem robić te pieprzone ćwiczenia. I będę je robił, ale na pewno 
nie teraz! - ryknął. 
- A kiedy? 
- Jeszcze tego nie wiem. Kiedy będę gotowy. 
- Zatem dam ci piwo, kiedy będę na to gotowa, w porządku? 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
117 
- Nie masz prawa w ten sposób się zachowywać! 
- Wiem, ale będę. 
- Ja... ty... - Nie był w stanie zebrać myśli ani wykrztusić żadnego rozsądnego zdania. Zatkało go. Nikt 
do tej pory nie mówił do niego w taki sposób. Nikt! Powinien... pocałować ją? Wziąć w ramiona i 
całować, czego pragnął już od dłuższego czasu? Całować tak, żeby jej kolana stały się miękkie, a ciało 
pełne pożądania? Aż usłyszy jej dzikie uderzenia serca, a z piersi wydobywać się będzie jedno 
westchnienie za drugim? Zrobił krok w jej kierunku, a potem drugi i trzeci. W oczach Hailey odbijały 
się' wszystkie jego myśli. Wiedziała, co zaraz nastąpi. Gwałtownie wstrzymała oddech. Jeszcze jeden 
krok i... pochylił się nad nią. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
Centymetr po centymetrze przybliżał się do jej ust. Miała czas, by dojrzeć każdy szczegół jego twarzy, 
każdą najmniejszą bruzdę, miała czas, by się wycofać. Lecz nie zrobiła tego. Urzeczona 
odzwierciedlającą się w jego oczach mieszaniną uczuć - wściekłości, podniecenia i czegoś jeszcze, 
czego nie potrafiła nazwać, a co wzbudziło w niej silne pożądanie - stała w oczekiwaniu i nie mogła 
wydusić z siebie ani słowa. Była jak zahipnotyzowana. Poczuła jego usta i przeszył ją dreszcz. 
Dopiero teraz zamknęła oczy i bezwolnie poddała się rozkoszy. Jack objął ją silnymi ramionami i 
przyciągnął do siebie. Z każdą chwilą jego pocałunki stawały się mocniejsze, głębsze, bardziej 
szalone... 
Nie wiedziała już, gdzie jest i jak się nazywa, nie pamiętała ani o zagrożeniu, ani o przestępcy, ani 
nawet o Megan. To było tak cudowne uczucie, jakby otwo- 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
119 
rzyły się przed nią bramy raju. Ciepło, jasność i rozkosz... 
Otworzyła oczy. Jack wpatrywał się w nią władczo, pragnąc dostrzec w jej spojrzeniu pożądanie. 
Usatysfakcjonowany przesunął ręką po jej plecach i ponownie przyciągnął do siebie, by poczuć 
drżące z rozkoszy ciało. Dotknął jej ust, lecz przez zapomnienie oparł się całym ciężarem na chorej 
nodze. Jęknął z bólu i tracąc równowagę, chciał przytrzymać się Hailey. Ta jednak, nie spodziewając 
się niczego, potknęła się o matę do ćwiczeń i omal nie upadła. Przez chwilę jeszcze oboje walczyli, 
wywijając w powietrzu rękami, by w końcu złapać równowagę. Ubawiona Hailey wybuchnęła 
śmiechem, lecz Jackowi daleko było do śmiechu. Czuł się upokorzony. Stał sztywno z zaczerwienioną 
twarzą i patrzył w bok. 
- Jack... przecież nic się nie stało. 
Jego ręce ciężko spoczywały na lasce. Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Nie powinna była się 
odzywać, lecz w żaden sposób nie mogła pojąć, dlaczego taki drobiazg wywołał w nim tyle irytacji. 
Jack mocno kulał. Widocznie ból był silniejszy niż pożądanie. Cały ten dreszcz, który jeszcze przed 
chwilą ogarnął ich całkowicie, teraz znikł gdzieś bez śladu. 
Co za paradoks: namiętny, pełen pożądania pocałunek przerodził się niemal w tragedię. Nie wiedziała, 
co ma zrobić. Jej serce wyrywało się do Jacka, lecz czuła, że lepiej będzie, jeśli zostawi go na jakiś 
czas w spokoju. Co za pech, pomyślała. Było przecież tak cudownie... Ten pocałunek poruszył w niej 
czułą nutę, obudził pożądanie, jakiego dotąd nie znała. Obawiała się, że wszystko przepadło. Jack, 
pomny przykrego 

background image

120 Jo Leigh 
doświadczenia, już nigdy więcej nie odważy się zbliżyć do niej. Ta wizja wydała się przerażająca. 
Bała się też, że i ona nie znajdzie w sobie tyle siły i pewności siebie, by wykazać inicjatywę. 
Wiedziała, że mimo palącego pragnienia, nie mogła na siebie liczyć. Sama nie rozumiała, jakim 
cudem schowała mu piwo... 
Właśnie, piwo... O to przecież poszło. Wspięła się na krzesło i zdjęła z górnej szafki butelki. Szkoda, 
że gra się skończyła, zanim tak naprawdę się rozpoczęła. To jest właśnie jej parszywe szczęście. W 
duchu wyrzucała sobie, że powinna być mądrzejsza. Inne kobiety instynktownie wiedzą, jak należy 
zachować się w takiej sytuacji. O tym była przekonana. Wstawiła piwo do lodówki i poszła do jadalni. 
Po chwili wszedł tam Jack, ale nawet nie spojrzał na Hailey, tylko stanął przy macie i schylił się. Przez 
moment myślała, że podniesie ją i wyrzuci do śmietnika. Ale on, mocno opierając się na lasce, usiadł 
na podłodze. Wprost nie wierzyła swoim oczom. Przetarła je, chcąc upewnić się, że się nie myli. 
Z piersi Jacka wydobył się cichy jęk. Siedział na macie z wyprostowanymi nogami i ćwiczył skłony. Z 
trudem pochylał się do przodu, próbując sięgnąć do kolan. 
- Raz, dwa... Raz, dwa... - odliczał szeptem. 
Wykonywał ćwiczenie o wiele za szybko. Na pierwszy rzut oka widać było, że nie ma o tym 
najmniejszego pojęcia. Powinien policzyć przynajmniej do dziesięciu. Jeśli zaoferuje mu swą pomoc, 
czy znów -poczuje się tym dotknięty? Może nawet przestanie ćwiczyć? E tam, do diabła, gorzej już 
nie będzie, a gdyby pozwolił sobą pokierować... 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 121 
Popatrzył na nią spod oka, kiedy podeszła do niego. Uśmiechnęła się i uklękła przy nim. Jack nieprze-
rwanie ćwiczył w swoim obłąkanym tempie, to pochylał się, to prostował. Hailey delikatnie położyła 
dłonie na jego plecach. 
- Nie potrzebuję twojej pomocy - stwierdził lodowato. 
- Oczywiście, jasne, że nie. Ćwiczysz jednak za szybko - powiedziała miękko. - Licz do pięciu zamiast 
do dwóch. 
Przez dłuższą chwilę nawet nie drgnął, ale Hailey nie zdjęła dłoni z jego pleców. Po prostu czekała. 
Wziął głęboki oddech i powoli opuścił tułów, a Hailey liczyła: 
- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć. 
Jack wyprostował się, wypuszczając powietrze. I znowu odezwała się po cichu: 
- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Bardzo dobrze, Jack, ale wypuszczaj powietrze, gdy się podnosisz. 
- Dobrze. 
Westchnęła. A jednak udało się. Jack jeszcze dziesięć razy powtórzył ćwiczenie i szło mu naprawdę 
dobrze. Liczyła razem z nim, oddychała w rytmie jego skłonów, po każdym zapewniając go, że robi to 
doskonale. Teraz przesunęła się w stronę jego stóp. Był w butach. Szybko, zanim zdążył 
zaprotestować, zdjęła je. 
- Połóż się na plecach. 
Bez słowa wykonał polecenie. .Ujęła jego nogę i przygięła do klatki piersiowej. Potem drugą, chorą. 
Przez jego twarz przebiegł grymas bólu, ale nawet nie stęknął. Ćwiczyła z nim jakiś czas, zawsze 
licząc przy tym do pięciu. 
- Pamiętaj o oddechu, Jack. 

background image

122 Jo Leigk 
Po chwili zauważył, że ból staje się mniejszy. Oddychało mu się także lżej. Co pięć zgięć zmieniała 
nogę. Ciało Jacka pokryło się potem. 
- Przekręć się na brzuch - zakomenderowała. 
- Po co? Nie mam zaleconych żadnych ćwiczeń, które musiałbym wykonywać na brzuchu. 
- Wiem, ale proszę cię, przekręć się. 
Nie protestował więcej. Hailey poszła do sypialni, skąd wzięła poduszkę i balsam. Wracając, zajrzała 
do małej w nadziei, że śpi, panowała bowiem absolutna cisza. Lecz Megan nie spała. Siedziała z 
kciukiem w buzi, zapatrzona w ekran telewizora. Podeszła do niej i ucałowała ją w główkę. 
Dziewczynka tylko na ułamek sekundy oderwała wzrok od bajki, spojrzała z uśmiechem na Hailey, po 
czym znowu pochłonęły ją przygody filmowego bohatera. 
Wróciła do salonu. Jack wciąż leżał na brzuchu i ciężko oddychał. Zastanawiała się, czy dwadzieścia 
minut, jak na pierwszy raz, to nie za dużo. Może trzeba było zacząć od dziesięciu. Przysiadła okrakiem 
na jego plecach, upewniając się, czy nie jest dla niego za ciężka. 
- Ściągaj koszulę - rozkazała. 
- Nie chcę, żebyś mnie masowała. 
- Nie zawiodłeś mnie. - Roześmiała się. - Wiedziałam, że będziesz oporny. 
- Hailey, ja... 
Mimo jego protestu pomogła mu zdjąć koszulę i położyła ręce na jego plecach. Podała mu poduszkę. 
- Weź to pod głowę. A teraz proszę cię, skoncentruj się na oddychaniu. - Tym miękkim głosem uśpiła 
niejednego ze swoich klientów. - Wsłuchuj się w każdy 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
123 
oddech... Wyobraź sobie światło o cudownych, leczniczych właściwościach, które przepływa przez 
twoje ciało. - Rozprowadziła balsam na dłoniach, a potem pochyliła się nad Jackiem i rozpoczęła 
masaż. 
Jack natychmiast zesztywniał. Oczywiście spodziewała się tego, szczególnie po tym pocałunku. Nie 
zamierzała się jednak poddać. Co prawda od roku już nie pracowała jako masażystka, ale nie miało to 
znaczenia. Jej ręce nadal świetnie orientowały się, co, gdzie i jak powinny robić. Tak, tego się nie 
zapomina, jak jazdy na rowerze. Jack rozluźnił się dopiero po dobrych dziesięciu minutach. Miała 
wrażenie, że jest zbyt zmęczony swoim protestem, żeby z nią dalej walczyć. Powoli posuwała się 
coraz niżej i niżej. Jęknął, ale tym razem nie był to wyraz bólu. Powróciła więc na górę i masowała mu 
ramiona. Używała wszelkich tricków ze swojego bogatego arsenału. 
Nagle jednak sama gdzieś odpłynęła. Przypomniała sobie, co czuła, kiedy jego usta dotknęły jej warg. 
A teraz leżał przed nią prawie nagi... Co by było, gdyby i ona była naga? Otworzyła oczy. Boże, gdyby 
byli sami... 
Poczuła, jak jego dłonie przytrzymują jej ręce. 
- Co się stało? - zapytała w obawie, że sprawiła mu ból. 
- Przestań... proszę cię, przestań. 
- Ale... 
- Na miłość boską, kobieto, przestań! 
Wciąż przekonana, że przysporzyła mu cierpień, wycofała dłonie. Dopiero po chwili dotarło do niej, 
co miał na myśli. To nie ból, w każdym razie na pewno nie ten fizyczny... Wstała i wyszła z pokoju, 
zażenowana, że 

background image

124 Jo Leigh 
jej myśli były aż tak łatwe do odgadnięcia. Dotąd nigdy jej się to nie przydarzyło, nawet wtedy, gdy 
masowała tego przystojniaka z drużyny Rocketów, bożyszcze wszystkich kobiet. 
Jack leżał nadal na brzuchu i podpierał głowę dłońmi. Hailey wyjęła z lodówki butelkę piwa i ot-
worzyła ją. Jack nie poruszył się nawet wtedy, gdy podeszła do niego. 
- Hej, mam coś dla ciebie. 
Otworzył jedno oko i spojrzał na nią spode łba. Kiedy jednak dostrzegł piwo, szeroko się uśmiechnął. 
- Nie robiłem tego dla piwa... 
- Dobra, dobra, bądźmy ze sobą szczerzy. 
- Jestem szczery. — Obrócił się na plecy i usiadł z trudem. Wziął z jej ręki butelkę i pociągnął duży 
łyk. Skrzywił się nieco. - Szkoda, że nie jest zimne. 
- Jeśli chcesz, przyniosę ci trochę lodu. 
- Lodu do piwa? 
- Ojej, przepraszam, nie sądziłam, że to jakieś przestępstwo. 
- Widać, że nie masz o tym pojęcia. Kto to słyszał, lód do piwa... - Pokręcił głową. 
- Dobra, panie Mądry, za to wiem inne rzeczy. - Roześmiała się. - Lepiej powiedz, dlaczego zacząłeś 
ćwiczyć. Jeśli nie dla piwa, to po co? 
Popatrzył na nią zdziwiony. 
- Przecież wiesz... 
Przemknęło jej przez myśl, że być może sama mogłaby odpowiedzieć na to pytanie, ale nie była 
pewna. 
- Powiedz... 
- Zrobiłem to, bo mnie o to prosiłaś. 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
125 
Jej serce załópotało, a policzki nagle nabrały rumieńców. 
- To miło z twojej strony. Jutro znowu cię o to poproszę, ale już nie będę chować piwa. 
Westchnął głęboko i kiwnął głową. A potem zrobił coś bardzo dziwnego. Wciągnął do Hailey dłoń i 
powiedział: 
- No to pomóż kalece! - Mówiąc to, uśmiechał się pod nosem. 
- I co? I to ma być śmieszne? - oburzyła się Hailey. 
- O przepraszam, zapomniałem. Nie jestem kaleką, jestem sprawny inaczej. 
- Jack, dobrze wiesz, że tak nie myślę. 
- Nie? A co o mnie myślisz? 
Stał tak blisko niej, że mogła dostrzec lśniące w jego oczach gwiazdy. 
- Dlaczego milczysz? Czy jest aż tak źle? 
Zdała sobie sprawę, że nie odpowiedziała na jego pytanie. 
- Co o tobie myślę? Jesteś tajemniczy, twardy, inteligentny, ale przewrażliwiony na punkcie swojej 
męskości. 
- Hm, przewrażliwiony... Pewnych rzeczy się nie zmieni. - Delikatnie objął dłońmi jej drobną twarz. - 
Nawet jeśli kiedyś znów zacznę normalnie chodzić, nigdy nie będę facetem, za jakiego mnie uważasz. 
- A skąd wiesz, co naprawdę o tobie myślę? Uśmiechnął się. 
- Bo masz wszystko wypisane na twarzy. W tych twoich pięknych oczach niczego nie zdołasz ukryć. 
Chciała się odwrócić, ale ją przytrzymał. 
- Zobaczysz, któregoś dnia spotkasz odpowiedniego 

background image

126 Jo Leigh 
mężczyznę - powiedział z nutką zawodu. - Szczęśliwy skurczybyk... - mruknął. 
Teraz ona przytrzymała jego dłonie. 
- No i kto tu jest naiwny? 
Wskazał na laskę, a ona mu ją podała. Wypił kolejny łyk piwa i ruszył w kierunku kanapy. Hailey 
odsunęła się. Była zawiedziona. Lubiła, kiedy Jack był blisko niej, lubiła jego ciepło. 
- Proszę, a oto nasz posłaniec ze świata kreskówek - powiedział z uśmiechem, wskazując na 
wchodzącą do pokoju Megan. 
Hailey odwróciła się. Dziewczynka trzymała pod pachą ukochaną lalkę. 
- Cześć. Tottie jest głodna - powiedziała Megan. 
- A ty? Ty też jesteś głodna? Mała kiwnęła główką. 
- Jakieś specjalne życzenia? Znowu kiwnięcie jasnej główki. '- A co byś chciała? 
- Hot doga! Mniam, mniam. 
- To świetny pomysł - pochwaliła ją Hailey i pocałowała w czoło. - Zaraz przygotuję ci wielkiego, 
pysznego hot doga. 
- A czy Tottie może napić się piwa? Hailey zaśmiała się. 
- Jest jeszcze za mała, żeby pić piwo. 
Megan westchnęła ciężko, z trudem akceptując odmowę. Ale uśmiech nie pojawił się na jej twarzy. W 
ogóle prawie nigdy tam nie gościł. Ani gdy oglądała telewizję, ani kiedy się razem w coś bawiły, ani 
rano, ani wieczorem. Ta mała dziewczynka i ten duży, przewrażliwiony facet mieli ze sobą więcej 
wspólnego, 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
127 
niż można by się było tego spodziewać. Obydwoje utracili coś bardzo cennego i najbardziej ze wszyst-
kiego potrzebowali wiary w przyszłość, w to, że czekały na nich nie tylko cienie, ale i blaski tego 
świata. Hailey chwilami wątpiła, że zdoła pomóc Jackowi, ale jeśli chodzi o Megan, nie podda się za 
żadne skarby. 
- Pomożesz mi przygotować obiad? 
- Yhm... - pisnęła dziewczynka i pobiegła za Hailey do kuchni. Kiedy przechodziły obok Jacka, 
odwróciła się do niego i zapytała: - A ty nie pomożesz? 
Zaskoczyło go to pytanie, lecz szybko zebrał myśli i odparł: 
- Ależ oczywiście! Z przyjemnością. Wyciągnęła w jego kierunku małą rączkę. Jack 
odstawił butelkę na stół i ująwszy delikatnie dłoń małej, pomaszerował do kuchni. Hailey, bacznie 
wsłuchując się w tę rozmowę, musiała z całych sił powstrzymywać łzy. 
- Sentymentalna idiotka - mruknęła do siebie. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 
Hailey spojrzała na Jacka i zrobiło jej się ciepło wokół serca. Rozmawiał przez telefon i trzymał w 
ręku,., nie piwo, ale wodę mineralną. Z uśmiechem odwróciła się do Megan i rozpoczęły grę, w którą 
grały już od miesięcy. Wcześniej, kiedy żył jeszcze Roy, bawiły się w przeróżne gry. Ale od jego 
śmierci mała uznawała tylko tę, z Tottie i kocykiem, jedynymi przedmiotami, które pozostały jej z 
rodzinnego domu. Hailey zadawała pytania dotyczące obrazków widniejących na kocyku, a Megan na 
nie odpowiadała. Po raz tysięczny już chyba pytała, kto to jest pani pszczoła, dokąd idzie mała 
dziewczynka, co to za litera czy liczba. W końcu doszła do wniosku, że skoro dla Megan ta gra jest tak 
ważna i sprawia jej tyle przyjemności, nie ma sensu namawiać jej do czegoś innego. Poza tym był to 
doskonały sposób nauki. Hailey nie przeszkadzało, 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 129 
że wciąż powtarzały te same pytania, skoro Megan w ten sposób odreagowywała traumatyczne 
przeżycia. Dziewczynka z kocyka nie miała bowiem nikogo na świecie i nie wiedziała, dokąd pójść. 
Dziś jednak Hailey nie potrafiła skoncentrować się na zabawie, bo równocześnie chciała słyszeć, o 
czym mówi Jack. Rozmawiał ze swoim przyjacielem, Bobem Dorranem. Z urywanych zdań 
wywnioskowała, że udało mu się odkryć coś, co częściowo wyjaśniało zagadkę śmierci Roya 
Chandlera, a właściwie Barry'ego Strangisa. Ciekawe, dlaczego musiał zmienić nazwisko? Tylko 
niewielu mających kłopoty ludzi uciekało się do aż tak radykalnych rozwiązań- Czemu wpakował się 
w sytuację, z której nie było wyjścia... i dlaczego nie pomyślał o swojej małej córeczce? O tym, że 
zostanie na świecie całkiem sama. Zastanawiała się, czy w mieszkaniu Roya przestępcy znaleźli akt 
urodzenia Megan i czy wystawiony został na nazwisko Chandler, czy też Strangis. Jeśli na prawdziwe 
nazwisko, to dla bandytów byłaby to bardzo ważna informacja, bo dzięki niej będą mogli do woli 
kopać w przeszłości Roya. Nie potrafiła tego wyjaśnić, ale czuła, że to bardzo źle. 
- Hailey? - Mała patrzyła na nią swoimi okrągłymi oczkami. 
- Tak, kochanie? 
- Popatrz. - Megan wskazała paluszkiem na obrazek kotka. - To jest Molly i ona miauczy w nocy. 
Tatuś powiedział, że gdy będę wystarczająco duża, by się nim zająć, to dostanę prawdziwego kotka. - 
Megan posmutniała. Zacisnęła usta i zmarszczyła czoło. - Teraz to już nigdy nie będę miała kotka - 
dodała z wyrzutem. 

background image

130 Jo Leigh 
- Dlaczego nie? 
- Bo nigdy nie będę na tyle duża, żeby się nim zająć. 
- Dlaczego tak mówisz, Megan? Wytłumacz mi to, kochanie. 
- Bo niedługo pójdę do nieba. 
Tłumiąc łzy, Hailey podniosła dziewczynkę i mocno do siebie przytuliła. 
- Z całą pewnością nie pójdziesz jeszcze do nieba, moja malutka. Do tego trzeba też dorosnąć. Teraz 
będziesz mieszkała ze mną. Będzie nam dobrze razem, zobaczysz. Przecież jesteśmy najlepszymi 
przyjaciółkami. A jak tylko wrócimy do domu, weźmiemy do siebie także kotka. Na pewno będziesz 
potrafiła się już nim zająć. 
- To ja będę mieszkać w twoim mieszkaniu? 
- Oczywiście, że tak. Myślałaś, że cię komuś oddam? Co to, to nie. Powiem więcej, niedługo 
przeniesiemy się do innego mieszkania i będziesz miała swój pokój. Urządzimy go tak, jak zechcesz. 
- A Jack też będzie z nami mieszkał? 
- Nie, kochanie, choć teraz trochę z nami zostanie. 
- A dlaczego nie może mieszkać u ciebie? 
- Bo ma swoje mieszkanie. - Hailey postanowiła z grubsza wyjaśnić dziewczynce sytuację. - Jack jest 
policjantem. A wiesz, kto to jest policjant? Policjant to taki pan, który dba o bezpieczeństwo ludzi, to 
znaczy żeby im się nic złego nie stało. To bardzo trudna praca. 
Mała zamyśliła się. na chwilę, a potem podbiegła do kocyka i nie wiedzieć czemu, zaczęła 
wyszukiwać paluszkiem wszystkie czerwone kwadraciki. Hailey z zainteresowaniem się jej 
przyglądała. 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 131 
- Hailey? 
- Tak, Żabko? 
- A dlaczego Jack tak dziwnie chodzi? 
- Bo miał wypadek. Właśnie dlatego robiliśmy dzisiaj te wszystkie ćwiczenia, żeby poczuł się lepiej i 
ładniej chodził. 
- Ale powiedziałaś, że to on pomaga ludziom, a tak naprawdę to ty pomagasz Jackowi. 
- Jeśli tylko chcesz, też możesz mu pomóc, by szybko wrócił do zdrowia. 
Megan spojrzała na nią z wielką powagą. 
- Jeszcze nie umiem pomagać. Mam dopiero cztery latka. 
Hailey usłyszała za swoimi plecami chrząknięcie. A więc Jack skończył już telefonować. Była tak po-
chłonięta rozmową z małą, że tego nie zauważyła. Po cichu zwróciła się do Megan: 
- Dlaczego sama go nie zapytasz, w czym mogłabyś mu pomóc? Myślę, że na pewno znajdzie się coś 
takiego. Pogadaj z nim, a ja pójdę do kuchni i przygotuję lody. Jak ci się podoba taki pomysł? 
- Dobrze. - Megan się oblizała. - Lubię lody. - Wzięła Tottie pod pachę i ruszyła w stronę Jacka. 
Hailey z trudem powstrzymała śmiech, gdy zauważyła reakcję Jacka na jej podstępny plan. Wyglądał, 
jakby był pewien, że za chwilę nastąpi koniec świata. Była przekonana, że dobrze mu zrobi taka 
chwilka z Megan. Przynajmniej na moment oderwie się od swoich problemów. 
Po chwili Jack ciężko opadł na kanapę. Mała wspięła się na palce, wdrapała się na górę i usiadła obok 
niego. Podniosła główkę i odrzuciła opadające na oczy loki. 

background image

132 Jo Leigh 
Przez jakiś czas siedzieli w milczeniu. W końcu Jack przerwał ciszę: 
- Cześć. 
Megan usadowiła na kolanach Tottie. 
- Cześć. 
- Rozmawiałaś z Hailey? Mała kiwnęła głową. 
- Hailey powiedziała, że potrzebujesz naszej pomocy. 
- Tak powiedziała? - W głosie Jacka zabrzmiało oburzenie. Spojrzał na podstępną kobietę, i gdyby 
wzrok mógł zabijać, to z całą pewnością już by nie żyła. Po chwili pozbierał się jednak i dodał: - Skoro 
tak powiedziała, to pewnie ma rację. 
- Mówiła też, że ja też powinnam ci pomóc. 
- Aha... A powiedziała, w jaki sposób? 
- Nie, ale powiedziała, że ty mi powiesz. 
- Świetnie... 
- Mogłabym ci coś podawać... albo przenosić - zaproponowała nieśmiało. 
Kiwnął głową. 
- Wiesz co? To jest właśnie to, czego najbardziej potrzebuję. To znaczy żeby ktoś mi pomógł nosić 
różne rzeczy, kiedy gdzieś idę. 
Megan odetchnęła z ulgą. 
- Wiesz, zawsze noszę Tottie, bo ona jeszcze nie umie chodzić, ale nie muszę jej nosić cały czas. 
- To bardzo miło z twojej strony - pochwalił Jack. 
- Wiem - padło w odpowiedzi. Uśmiechnął się i nachylił się do Megan. 
- Czy Hailey wciąż nas obserwuje? - szepnął jej do ucha, ale na tyle głośno, żeby dotarło również do 
samej zainteresowanej. 
 

background image

Ostatnia część układanki 
133 
Megan kiwnęła głową. 
- A czy przypadkiem nie powinna teraz przygotowywać dla nas lodów? 
Mała raz jeszcze kiwnęła głową. 
- Dobra, poddaję się - powiedziała Hailey, niechętnie ruszając w stronę kuchni. 
Lubiła się im przyglądać. Gdy Jack rozmawiał z małą, czuła dziwny ucisk w krtani. W porównaniu z 
Megan był tak olbrzymi, że bez trudu mógłby podnieść ją do góry jedną ręką niczym piórko. A jedno-
cześnie był tak czuły w stosunku do małej... Z pewnością byłby wspaniałym ojcem. Przez ułamek 
sekundy zawładnęła nią szalona myśl: zapragnęła, żeby Jack zamieszkał razem z nimi. Megan bardzo 
potrzebowała ojca... Lecz już po chwili rozwiały się jej złudne marzenia. Wiedziała, że tak nigdy nie 
będzie. 
Poustawiała miseczki na stolę i wyciągnęła z za-mrażalnika lody. Nakładając je, jeszcze raz zatopiła 
się w zdarzeniach dzisiejszego popołudnia. Z drżeniem przypominała sobie smak ust Jacka, dotyk rąk, 
zapach skóry, sprężystość jego mięśni... Czuła to .wszystko i miała przed oczami, jakby działo się 
naprawdę. Również wtedy, kiedy przygotowywała kolację, kiedy siedzieli razem przy stole, kiedy 
zmywała naczynia... Także gdy kąpała Megan i opowiadała jej bajkę na dobranoc. Obrazy te nie 
opuszczały jej nawet na moment, ani na chwilę nie dawały wytchnienia. 
Boże, jak ten mężczyzna ją pociągał, jak nikt dotąd. No i co z tego, zapytała samą siebie; i tak nic się 
między nimi nie wydarzy. Tak przecież powiedział. Naprawdę nie miała szczęścia do facetów, a 
ostatnia historia że Stevenem jest najlepszym tego przykładem. 

background image

134 Jo Leigh 
Lecz jeżeli również Jack był taki jak Steven? Nie, to przecież niemożliwe. Jaki on właściwie jest? Ta 
jego Crystal i cała ta historia z ich małżeństwem... i ten jego apartament... Wyłącznie rzeczy 
niezbędne, całkowicie bezosobowy, jak skromnie wyposażony pokój hotelowy. Hailey McCabe, 
Hailey McCabe... powtarzała w myślach, ale zdawało jej się, że nie brzmi to zbyt dobrze. 
Westchnęła ciężko. Cóż, chyba jednak nie był jej pisany. To okoliczności ich połączyły, a nie prze-
znaczenie. Zbyt wiele romansów przeczytała i koniecznie chciała przetestować je w życiu. 
- A życie to nie jest bajka - szepnęła, próbując otrząsnąć się z marzeń. 
Jack łyknął kolejną tabletkę przeciwbólową i czekał, aż Hailey skończy usypiać małą. Po dzisiejszych 
ćwiczeniach czuł się trochę obolały, ale Hailey miała rację, powinien się za siebie wziąć. Wtedy i 
tylko wtedy będzie mógł po jakimś czasie odstawić laskę. Nie wierzył jednak, że w ogóle nie będzie 
kulał, a poza tym pozostaną przykre wspomnienia. Nie było sensu się łudzić, nigdy nie będzie już tym 
samym Jackiem McCabe'em co kiędyś, ani tym, którym chciałby być. 
Nigdy też nie będzie z tą wspaniałą kobietą. Nie ma na to najmniejszych szans. Była tak ciepła i 
kochająca, a przy tym, Boże, jak na niego działała, jaka była podniecająca. Pożądał jej całym sobą, jak 
żadnej innej kobiety. Może dlatego, że nie mógł jej mieć? 
Ale przecież nie chodziło tylko o seks. Był jej ciekaw niczym jakiegoś nadprzyrodzonego zjawiska; 
taka była niezwykła. Chciał wiedzieć o niej wszystko: z jakiego 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 135 
domu pochodzi, jakie miała dzieciństwo, do czego dąży... To był całkiem nowy wymiar. Jack nie znał 
tego ze swoich poprzednich związków. 
Obawiał się, że trudno będzie mu wrócić do normalnego życia, jeśli to, co działo się ostatnio, można w 
ogóle nazwać życiem. Ale w końcu jeszcze niedawno wydawało mu się całkiem w porządku... Kiedy 
ten bałagan się już skończy, każde z nich wróci do swoich spraw. Co do tego nie było żadnych 
wątpliwości. Lepiej więc zachować odpowiedni dystans. Gdyby nie ten cholerny postrzał, wszystko 
ułożyłoby się inaczej. A tak jego świat, dom, wnętrze - wszystko świeciło pustką. 
Usłyszał jej kroki. 
- Usnęła - powiedziała Hailey, siadając obok niego na kanapie. Uniosła do góry ręce i przeciągnęła się 
słodko. - Trochę mnie niepokoi, że Megan tak nieregularnie chodzi spać. 
- Daj jej trochę czasu. Przecież ostatnio tyle przeszła. 
- Lepiej by się czuła, gdybyśmy były w domu. 
- Tak... 
Jej obecność była dla niego wręcz bolesna. Siedziała tuż obok, dzieliło ich zaledwie kilka głupich 
centymetrów. Jakże cudownie wyglądałaby teraz nago, bez tej rozciągniętej koszulki. Tak pięknie 
była zbudowana. Mógł z niezwykłą dokładnością wyobrazić sobie, co czułby, gdyby trzymał w 
ramionach Hailey. 
- Jack? 
- Tak, słucham? - Był trochę nieprzytomny. 
- Co powiedział twój przyjaciel? 
- Mój przyjaciel? 

background image

136 Jo Leigh 
- Ten, z którym rozmawiałeś przez telefon. - Przyglądała mu się uważnie, lekko się uśmiechając. 
- A, Bob Dorran... - Podciągnął się na kanapie. - W zasadzie potwierdził moje przypuszczenia. Craig 
Faraday jest najwyraźniej zamieszany w tę całą nieprzyjemną historię. 
Hailey zamrugała nerwowo. 
- Czyli w co dokładnie? Powiedz, proszę! 
- W zorganizowaną przestępczość. 
- Masz na myśli mafię? Kiwnął głową, a po chwili dodał: 
- Nie mamy jeszcze dowodów, ale Frank zdobył już pewne istotne informacje. A jak Frank coś mówi, 
to na pewno tak jest. 
- Co to dla nas oznacza? 
- Jeszcze nie wiem, jednak dziwne, że Faraday tu jest. 
- Tu? To znaczy gdzie? - Rozejrzała się nerwowo. Jack uśmiechnął się. 
- Oczywiście nie w Galvestone. Miałem na myśli Houston. Właśnie otwiera nowe biura. Jak się 
okazało, jest tu już od miesiąca i roztacza wokół swój czar. Chodzą też słuchy, że inwestuje w 
platformy wiertnicze, co jest o tyle śmieszne, że współpracuje z ludźmi od ochrony środowiska 
naturalnego. 
- Czegoś tu jednak nie rozumiem. Co to wszystko ma wspólnego z Royem? 
- Jeśli Faraday ma konszachty z mafią, to jest wielce prawdopodobne, że Roy też był w to umoczony. 
Wersja, o której wcześniej ci wspominałem, a mianowicie że Roy podprowadził coś z UTI, odpada. 
Chodzi o coś poważniejszego, sprawa dotyczy mafii. Pode- 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
137 
jrzewam, że naraził się jakiemuś bossowi i dostał wyrok śmierci albo pożyczył mafijne pieniądze i nie 
był w stanie ich oddać. 
- Naprawdę zabijają ludzi za takie rzeczy? 
- Za dużo mniejsze... 
- Zaraz, ale przecież mówiłeś, że kiedy zginął Roy, widziałeś nieoznakowany policyjny samochód. 
- Owszem, tak. 
- Więc o co chodzi? Policja czy mafia? Jack wzruszył ramionami. 
- Kto powiedział, że jedno wyklucza drugie? 
- A niech to szlag trafi! - Hailey przeraziła taka możliwość. Żeby nie stracić głowy, wpatrywała się 
tępo w małą plamkę na dywanie, starając się zebrać myśli. 
- Ładnie to ujęłaś. 
- Podsumujmy więc - powiedziała po chwili. - Policja współpracuje z mafią, a Roy, który za coś 
podpadł, został zamordowany. Jednak sprawa nie została rozwiązana, bowiem nie odzyskano tego, co 
przed śmiercią gdzieś schował Roy. Dlatego przekopano jego mieszkanie, dlatego pojawił się Nickols. 
- Masz rację. 
- Podejrzewali, że Roy ma u siebie coś, czego potrzebowali. Pewnie chodziło o pieniądze lub jakieś 
informacje... Ale w takim razie dlacżego ten facet, który wtargnął do mojego mieszkania, chciał 
koniecznie wiedzieć, gdzie jest Megan? 
- Może właśnie Megan jest kluczem do tej zagadki? 
- Przecież ma dopiero cztery lata, co mogłaby wiedzieć? 
- Nie, nie sądzę, żeby im chodziło o dziewczynkę, ale raczej o coś, co posiada. 

background image

138 Jo Leigh 
- Tak, poszewkę na poduszkę - powiedziała sarkastycznie Hailey. 
- Nie, nie sądzę. 
- Przecież tyle razy przeglądaliśmy jej rzeczy. Co, przepis? Czy myślisz, że to jakiś szyfr? 
- Nie, nie wydaje mi się. A nawet jeśli, i tak nie jestem w stanie go złamać. - Pokręcił głową. - Nie 
przypuszczam, żeby był to jakiś przedmiot, który znajdował się w tej nieszczęsnej poszewce. Myślę, 
że to coś innego, co do tej pory uszło naszej uwadze. 
- Co na przykład? 
- Nie wiem, naprawdę nie wiem. - Bezradnie pokręcił głową. 
- Dobrze, jutro jeszcze raz przejrzymy wszystkie rzeczy... Jak trochę odpoczniemy. Teraz nie byłabym 
w stanie powiedzieć, ile jest dwa razy dwa. 
- Co się dzieje? 
- Nic, po prostu jestem zmęczona... no i przerażona. Mam mętlik w głowie. 
- Nie spałaś dobrze zeszłej nocy? 
- Nie bardzo. 
- Dlaczego? 
- Śniły mi się jakieś koszmary. 
- Nic dziwnego, po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło - mruknął, walcząc ze sobą, żeby nie 
przytulić Hailey. 
- Boję się, Jack. Po raz pierwszy w życiu tak bardzo się boję. Morderstwo, mafia... i to nie jest film 
kryminalny, ale rzeczywistość, która mnie zagarnęła wbrew mojej woli. - Spojrzała na niego 
wylęknionym wzrokiem. - A co, jeśli w ogóle nie będę mogła wrócić do domu? Już nigdy? - W jej 
oczach pojawiły się łzy. 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 139 
- Hailey, do tego na pewno nie dopuszczę. 
- A co ty sam możesz poradzić przeciwko mafii? Wziął głęboki oddech. Te słowa bardzo zabolały. 
- Na szczęście ten pocisk nie rozwalił mi mózgu, tylko biodro. 
- Wiesz, że nie o to mi chodziło. Nie wątpię, że jesteś dobry w tym, co robisz. Miałam na myśli, że 
jesteśmy zdani na siebie. 
- Jest jeszcze Frank i Bob... 
- Świetnie, to jest nas troje, nie, przepraszam, czworo. Cóż to znaczy w porównaniu z mafią? 
Zraniona duma Jacka uspokoiła się nieco. Wiedział, że" Hailey ma rację i trudno było znaleźć 
rozsądny kontrargument. 
- Poradzimy sobie, uwierz mi. Na pewno sobie poradzimy. 
Pokiwała bez przekonania głową. Jack ujął jej dłoń i popatrzył Hailey prosto w oczy. 
- Posłuchaj, cokolwiek by się nie działo, zrobię wszystko, żebyście ty i Megan były bezpieczne. Nie 
pozwolę, by coś wam się przytrafiło, żeby ktoś was skrzywdził. 
Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w niego, jakby chciała się upewnić, że nie oszukuje. 
- Wierzę ci - powiedziała w końcu. - Ale i tak się bardzo boję. 
Chciał wycofać ręce, ale nie pozwoliła mu. 
- Jack... 
- Tak? 
- Mogę prosić cię o przysługę? 
- Jasne... 
- Posiedź ze mną jeszcze chwilę. 

background image

140 Jo Leigh 
- Oczywiście, nigdzie się nie wybieram. Uśmiechnęła się, a na jej policzkach pojawił się 
delikatny rumieniec. 
- Nie będzie ci przeszkadzało, Jeśli się trochę do ciebie przytulę? 
Chciał coś powiedzieć, zaprzeczyć, ale nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Po chwili, gdy Hailey 
ułożyła się na jego torsie, zapytał tylko: 
- Wygodnie ci? 
Ciepło jej ciała obezwładniało go. Próbował walczyć ze sobą, odwracać uwagę, nie myśleć, nie 
pragnąć, nie pożądać... Ale takiemu zadaniu największy mocarz by nie podołał. Uczucie do tej 
anielskiej kobiety było dużo silniejsze od Jacka. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 
Następnego ranka, gdy tylko Hailey obudziła się, jej myśli natychmiast powędrowały do Jacka. Jakże 
wyraziście stanęły jej przed oczami sceny z wczorajszego wieczoru. Jack z taką czułością patrzył na 
nią, tak mocno trzymał ją w ramionach, jakby się obawiał, że zniknie nagle bez śladu. 
Potem pomyślała o Megan i do oczu napłynęły jej łzy. Boże, dlaczego ci podli ludzie chcieli 
skrzywdzić małe, niewinne dziecko? Nie mogła tego pojąć. 
Całe szczęście, że los zesłał im Jacka. Bez niego wszystko byłoby o wiele trudniejsze. Tak dobrze się 
czuła, kiedy znajdował się blisko niej. Jakże byłaby szczęśliwa, gdyby mogła się z nim kochać... 
Rozejrzała się dokoła i dostrzegła, że Megan nie było w łóżku. Wyskoczyła szybko z pościeli. 
Najchętniej pobiegłaby pod prysznic, ale najpierw musiała 

background image

142 Jo Leigh 
sprawdzić, czy małej nie przytrafiło się nic złego. Czyżby Jack już wstał? Sięgnęła do szafy i wyjęła 
szlafrok swojego ojczyma, mężczyzny naprawdę potężnego. Dlatego w tym szlafroku bez trudu 
zmieściłyby się dwie Hailey. 
Ze zdziwieniem stwierdziła, że drzwi do pokoju Jacka są zamknięte. Wyglądało więc na to, że Jack 
jeszcze spał. Ogarnęła ją panika. W poszukiwaniu Megan przebiegła przez wszystkie pomieszczenia, 
począwszy od łazienki, poprzez kuchnię i komórkę. Dopiero gdy wpadła do salonu, jej serce wróciło 
do swego normalnego rytmu. Megan siedziała na podłodze i wskazując paluszkiem obrazki na 
kocyku, po cichu opowiadała swoją historię, którą Hailey słyszała już wiele razy: 
- Pewna mała dziewczynka była całkiem sama na świecie. Chodziła sobie do sklepu, gdzie mogła 
oglądać książki i rysunki i... 
Nagle serce Hailey podskoczyło do gardła. Podeszła bliżej i dokładniej przyjrzała się kocykowi. 
Niektóre obrazki były w niebieskich ramkach, inne w czerwonych, a pozostałe w ogóle pozbawione 
były ramek. Dotarło do niej, że kiedy Megan opowiadała swoją historyjkę, zawsze wskazywała tylko 
te w czerwonych ramkach, żadnych innych. 
Hailey zadrżała. Czyżby mała była kluczem do rozwiązania zagadki? Jeszcze raz przestudiowała 
słowo po słowie, obrazek po obrazku i... O Boże! Zdawało jej się, że zdołała poukładać te wszystkie 
puzzle w jedną całość. 
Natychmiast pomknęła do sypialni Jacka i jak huragan wpadła do środka. 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
143 
- Co się dzieje? - wymamrotał nieprzytomny. 
- Jack, mogę? 
- Proszę, zresztą i tak już tu jesteś... - Przetarł oczy. 
- Jack! 
Usiadł powoli, opierając się na poduszkach i owijając się kołdrą. Zauważyła, że nie miał na sobie 
piżamy. 
- Co się stało? 
- Chyba znalazłam odpowiedź na nasze pytania - powiedziała jednym tchem. 
- Jakie pytania? Jak odpowiedź? O czym ty właściwie mówisz? 
- O tym, co się wokół nas dzieje. - Usiadła na łóżku obok Jacka, - Pamiętasz tę historię, którą zawsze 
opowiada Megan? Tę związaną z obrazkami ną jej kocyku? 
Kiwnął głową. Już nie był zaspany. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach. 
- Oczywiście... I myślisz, że tu jest klucz? 
- To nie historyjka, to rebus. 
- Wyjaśnij mi wszystko dokładniej. 
- To obrazkowy rebus, który można dwojako odczytać. Jest to zarazem historyjka o małej 
dziewczynce, jak i ukryty przekaz dotyczący czegoś zupełnie innego. Na przykład sklep jest 
zwyczajnym sklepem jak i magazynem, gdzie coś się przechowuje. Wiesz, takie skrytki do wynajęcia. 
- Skąd wiesz? 
- Wstawaj, pokażę ci to na kocyku. - Poderwała się i gwałtownie pociągnęła za kołdrę. W myślach 
analizowała po kolei wszystkie obrazki w czerwonych ramkach. Czy dobrze to wykombinowała? Tak, 
to musi być prawda. Wprawdzie brakowało jeszcze paru 

background image

144 Jo Leigh   
elementów, ale to drobiazg. Mając tyle danych, na pewno sobie poradzą. Tylko dlaczego Jack wciąż 
nie wstaje? 
- Hailey, czy mogłabyś na chwilę wyjść? Chciał- ! bym się ubrać. 
- Ach, tak. Oczywiście. - Zapomniała, że nie ma na sobie piżamy. A może by tak... Nie, chwila była 
całkiem nieodpowiednia... 
- Proszę... 
- Tak, już, ale pospiesz się. 
- Dobrze, ale najpierw wyjdź. 
Pobiegła do łazienki i w rekordowym tempie wzięła prysznic. Przyczesała włosy i niczym torpeda 
wpadła do , swojej sypialni. Posłała łóżko i ubrała się. Po chwili stała znowu w salonie. Po drodze 
zderzyła się z Jackiem. Musiał oprzeć się o ścianę, by nie stracić równowagi. Uśmiechnęła się 
przepraszająco. 
- Chodź, chodź. - Machnęła na niego. - Kochanie - zwróciła się do Megan - możesz coś dla mnie 
zrobić? 
Dziewczynka spojrzała na nią. Wciąż miała na sobie piżamkę w tańczące niedźwiadki. 
- Tak, ale co? 
- Mogłabyś opowiedzieć Jackowi swoją historyjkę? Mała spojrzała najpierw na Jacka, potem na 
Hailey, 
przytuliła do siebie Tottie i wstała. Ciągnąc za sobą kocyk, podeszła do nich i zaczęła opowiadać o 
małej, bezdomnej dziewczynce. Hailey czuła oddech Jacka na swoim ramieniu i po chwili zdała sobie 
sprawę, że trudno jej się skoncentrować na słowach Megan. Jack jednak słuchał bardzo uważnie. Był 
całkowicie skupiony na opowieści i na rysunkach umieszczonych na kocyku. Nagle dostrzegła, że 
zrozumiał sens rebusu, 
 

background image

Ostatnia część układanki 145 
o którym mówiła przed chwilą. Roy nauczył małą pewnej historyjki, aby zapewnić jej 
bezpieczeństwo. To była cała jej przyszłość. Chodziło o spadek. Coś, co miało dużą wartość, czekało 
na nią gdzieś, w jakimś sklepie czy magazynie. Stało się to jasne jak słońce, a wskazywały na to i 
literki, i obrazki. 
- Popatrz - powiedział Jack, nachylając się do Hailey - pszczoły! Pszczoły w magazynie! Masz książkę 
telefoniczną? 
Podbiegła do stolika przy kanapie i energicznie otworzyła szufladę. 
- Mam - powiedziała i wyciągnęła opasłe tomisko. Wyszukała część, dotyczącą magazynów i szybko 
przebiegała palcem alfabetyczny spis treści. - Zobacz! - wykrzyknęła po jakimś czasie, nie wierząc 
własnym oczom. - Zobacz, magazyn Pszczółka przy Hillcroft. 
Jack kiwnął głową. 
- Świetnie, a co z kluczem? 
Hailey wyrwała stronę z książki telefonicznej i podeszła do Jacka. Spojrzała raz jeszcze na 
staroświecki kluczyk wyszyty na kocyku i na różowe serduszko widniejące obok niego. W sercu 
wymalowana była dziurka od klucza. Przypomniała jej się pewna gra z dzieciństwa. Chodziło w niej o 
to, żeby znaleźć podobne rysunki i połączyć je w logiczny ciąg. Jako dziecko była w tym dobra, ale 
tym razem zadanie przekraczało siły Hailey. Bezradnie spojrzała na Jacka. 
- Przecież w kocyku nie może być klucza - powiedział Jack, drapiąc się w głowę. 
Hailey schyliła się i pomacała kocyk, ałe nic nie znalazła. Wtedy zwróciła się do Megan: 
- Kochanie, czy wiesz może, gdzie jest kluczyk, 

background image

146 Jo Leigh 
który pasuje do tej dziurki? - zapytała miękko Hailey i wskazała serduszko na kocyku. Megan 
spokojnie kiwnęła głową. 
- W magicznym pudełeczku. 
Pod Hailey ugięły się nogi. Wszelkie nadzieje na szybkie rozwiązanie zagadki odpłynęły w siną dal. 
Magiczne pudełeczko! Boże, co to miało znaczyć? 
- Ach tak, dziękuję ci... 
- Hailey? 
- Tak? - Czyżby Megan chciała coś jeszcze powiedzieć? 
- Kiedy będzie śniadanie? Hailey uśmiechnęła się słabo. 
- Już, kochanie. Mogę się założyć, że chcesz coś specjalnego. 
- Yhm - pokiwała główką Megan. - Płatki z mlekiem. 
- Świetny wybór. - Hailey wstała i porozumiewawczo spojrzała na Jacka. - Napijesz się kawy? 
- Co? A, kawy... Tak, chętnie - odparł, nie odrywając wzroku od kocyka. - Serce, serce... - mruczał pod 
nosem. - Hailey, gdzie ostatnio widzieliśmy serce? Pamiętasz może? W tej poszewce chyba nie, więc 
gdzie to było? 
- Wcale nie jestem pewna, że nie w poszewce. Wtedy nie byliśmy nastawieni na szukanie jakiegoś tam 
serca. 
- Masz rację, przejrzę te rzeczy jeszcze raz. Gdzie one są? 
- W mojej sypialni - odparła. 
Kulał mocniej niż zwykle. Trochę ją to zaniepokoiło, ale przecież po takiej porcji gimnastyki to nic 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
147 
dziwnego. Kiedyś wreszcie musi rozruszać te swoje mięśnie. Nic nie powstrzyma jej od 
kontynuowania ćwiczeń. Po kilku dniach Jack z pewnością odczuje znaczną poprawę. Nie popuści 
mu, będzie ćwiczył aż do momentu, kiedy wreszcie odrzuci tę cholerną laskę. Zresztą później też. 
Hailey twardo postanowiła, że przeprowadzi z nim rehabilitację do samego końca. Ostatniej nocy 
odkryła jeszcze jeden sekret dotyczący Jacka. Długo nie mogła pojąć, dlaczego nie przespał się z nią, 
choć przecież wpakowała mu się do łóżka. Nie mógł tego nie zauważyć. Widziała zresztą w jego 
oczach, że pragnął jej i pożądał. Jeszcze bardziej jednak był zażenowany swoim kalectwem i bał się, 
że nie stanie na wysokości zadania. Chciała pogadać o tym zeszłej nocy, ale zabrakło jej odwagi. Jack 
był przewrażliwiony na punkcie swojej męskości, dlatego nie lubił takich tematów. A ona nie miała 
śmiałości. 
Gdy wyjmowała z szafki płatki, do kuchni wbiegła Megan i wspięła się na krzesło, by sięgnąć po 
miseczkę. 
- Wcześnie dzisiaj wstałaś, kochanie. Coś cię przeraziło? 
Mała kiwnęła główką. 
- Chcesz o tym porozmawiać? 
Megan zamarła z rączką wyciągniętą w kierunku półki, a jej oczy wypełniły się łzami. 
Hailey podeszła do niej i pomogła jej zejść. Obie usiadły przy stole. Bródka małej poczęła drżeć, a po 
jej policzkach potoczyły się łzy. 
- To był jakiś zły sen? 
- Ktoś chciał skrzywdzić mojego tatusia - powiedziała w końcu. 
Hailey ujęła jej rączkę. 

background image

148 Jo Leigh 
- To musiało być dla ciebie przerażające... 
- Tatuś umarł... To było okropne. 
- O, moje kochanie... Wiem, że to boli, ale kiedyś minie... 
- Czy mój tatuś jeszcze do mnie wróci? 
Hailey powoli zaprzeczyła głową. Nie miała prawa jej okłamywać. 
- Ale nie myśl, że tatuś cię nie kocha. Kocha cię, przygląda ci się z nieba i na pewno jest dumny ze 
swojej córeczki. Wcale nie chce, żebyś była smutna. 
- A czy mamusia też mi się przygląda? 
- Tak, oczywiście, i też bardzo cię kocha. Razem patrzą na ciebie. 
- Chciałabym, żeby byli tutaj - powiedziała Megan, pociągając nosem. 
- Oni także by tego chcieli... 
- Naprawdę? 
- Jasne! Trochę lepiej się już czujesz? 
Megan kiwnęła głową i wytarła oczy rękawem piżamy. Potem spojrzała poważnie na Hailey. 
- Będziemy mieć kotka? 
- Ależ tak, przecież ci obiecałam. 
- Mogę sama go wybrać? 
- Pewnie... 
Na twarzy małej pojawił się lekki uśmiech. Hailey pocałowała ją w nosek. Potem wzięła z półki 
kolorową miseczkę, sięgnęła do lodówki po mleko i postawiła przed Megan, która zaczęła jeść z 
apetytem. 
Hailey zaparzyła dzbanek kawy. Zastanawiała się, czy Jackowi udało się do końca rozwiązać zagadkę 
z kocyka. Była przekonana, że to, co znajdą w magazynie Pszczółka, wyjaśni tę przedziwną sytuację. 
Zresztą 

background image

Ostatnia część układanki 
149 
czego by tam nie znaleźli, zdecydowana była zwrócić to natychmiast komu trzeba i zniknąć, jeśli taka 
będzie potrzeba. Może nawet zmienić nazwisko. Zrobi wszystko, by zapewnić Megan 
bezpieczeństwo, nawet gdyby musiała wyrzec się miłości swego życia, czyli Jacka, choć wiedziała, 
jak bardzo by przez to cierpiała. 
Z rozmyślań wyrwał ją właśnie on. Wszedł do kuchni z poszewką w ręce, lecz minę miał ponurą. 
Czyli nic nie znalazł. 
Ale na pewno jest głodny, pomyślała Hailey i zabrała się do robienia omletów. 
- Nie znalazłem nic, po prostu nic - powiedział zirytowany. - Także w przepisie nie ma nic ani 
o kluczu, ani o sercu. Przejrzałem wszystkie ubrania 
i nic. 
Hailey obserwowała, jak wyjmował rzecz po rzeczy i wykładał je na stół: ubranka, zdjęcie, przepis... 
Spojrzała na fotografię matki Megan. Może lepiej byłoby, gdyby mała nie oglądała jej zbyt często, a 
szczególnie po dzisiejszej rozmowie. Podeszła do stołu i wzięła fotografię, by przyjrzeć się jej raz 
jeszcze z bliska. Nagle Jack chwycił ją za rękę. 
- Co się stało? 
- Poczekaj... serce! - wykrzyknął. - Serce matki! - Sięgnął po zdjęcie i wydobył je z ramki. Na odwrot-
nej stronie fotografii, w miejscu, gdzie znajdowało się serce Patricii, przyklejony był klucz 
Hailey i Jack spojrzeli na siebie z triumfem. 
W magazynie byli przed drugą. Kiedy Jack pokazywał swoją legitymację, faceci w biurze przyglądali 
się im badawczo. Hailey mocno przytulała do siebie małą. Nie miała zaufania do tych ludzi. Dużo 
czasu zajęła 

background image

150 Jo Leigh 
identyfikacja skrytki zarejestrowanej na riazwisko Roya Chandlera. Na tyle długo, że Hailey zaczęła 
się bać. Najwyraźniej również Megan wyczuwała dziwną atmosferę. A jeśli oni byli wtajemniczeni w 
ten podstępny plan i cały czas obserwowali to miejsce, czekając, kiedy się zjawią? Nie powinni byli 
przyprowadzać tu ze sobą Megan. Lecz z drugiej strony, co mieli zrobić? Jack nie poradziłby sobie 
sam, zwłaszcza jeśli w skrytce znajdowało się coś dużego. Hailey czuła się, jakby ktoś trzymał i ją, i 
Megan na muszce. 
W końcu pojawił się jakiś facet z plikiem dokumentów. Jack zaczął je szybko przeglądać. Próbowała 
zajrzeć mu przez ramię. Roy wynajął tę skrzynkę trzy lata temu. Opłaty wnosił zawsze w terminie, 
ostatnią dwa tygodnie temu. 
Jack poprosił o kopie wszystkich dokumentów, jednak facet ociągał się. 
Megan ścisnęła Hailey za rękę. 
- Chcę już stąd iść. - Pociągnęła ją do drzwi. 
- Wiem, kochanie. Jeszcze tylko kilka minut i zaraz pójdziemy. 
- Tu brzydko pachnie... 
Miała rację. W magazynie unosił się dziwny, nieprzyjemny zapach. Hailey nie miała nawet ochoty 
domyślać się, co to było. 
Wreszcie Jack otrzymał potrzebne papiery i mogli udać się do skrytki. Wszyscy troje, kiedy wyszli 
wreszcie na zewnątrz, odetchnęli z ulgą. Po tym zaduchu dobrze zrobiło im świeże powietrze. Hailey 
nie opuściło jednak przeczucie, że są obserwowani. 
- Wszystko w porządku - powiedział Jack, gdy wsiedli już do samochodu. 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
151 
- Nie wiem. Dziwnie się tu czuję - odparła Hailey. 
- Już niedługo. - Jack zapalił silnik i ruszył w kierunku skrytki Roya. 
- Jack... ja... - Spojrzała wymownie na Megan. 
- Nie przejmuj się. - Pogładził ją po dłoni. 
Na krótką chwilę pomogło. Wiedziała, że bez tego czułego gestu trudno byłoby jej wytrzymać to 
straszne napięcie. 
Zatrzymał samochód przed czymś, co przypominało garaż. Dookoła nie było nikogo. Jack wysiadł, 
podszedł do drzwi i bez problemów otworzył je kluczem. Weszli do środka. Hailey wymacała na 
ścianie włącznik światła. Pomieszczenie było puste. Czyżby ich ktoś uprzedził? Spojrzeli na siebie 
wymownie. Czy cała ta zwariowana akcja pozbawiona była sensu? I wtedy wzrok Jacka padł na 
zieloną torbę, która leżała w rogu pod ławką. 
- Co my tu robimy? - zapytała z niepokojem Megan. - Nie podoba mi się tutaj. 
- Zaraz stąd pójdziemy, kochanie. 
Mała kiwnęła głową, a Ha}ley wzięła ją na ręce. 
- Jesteś coraz cięższa, moja maleńka. Niedługo to ty będziesz mnie nosić - zażartowała. 
W tym czasie Jack dotarł do torby. Gdy zajrzał do środka, aż gwizdnął z wrażenia. Hailey zaraz 
dołączyła do niego. 
- Nieźle - szepnęła przerażona. 
- Jasny gwint-syknął Jack i wydobył ze środka plik banknotów. - Same setki, cała torba. 
- Ile tego może być? 
- Pewnie koło miliona. 
- Dlaczego taki majątek trzymał tutaj? 

background image

152 Jo Leigh 
- Bo to bez wątpienia trefna forsa. Tylko tyle wiemy. Cholernie mało. Sprawdźmy, czy jest tu coś 
jeszcze. 
Zaczął wyładowywać pieniądze. Gdy wreszcie skończył, na dnie torby zobaczył duży czarny zeszyt. 
Gdy go otworzył, zmarszczył brwi. 
- Co to? - zapytała Hailey. 
- Wygląda na jakiś szyfr. 
- Zapakujmy wszystko i uciekajmy. Zastanowimy się nad tym w domu. 
- Masz rację. 
Wrzucił banknoty z powrotem do torby, a zeszyt położył na wierzchu. Szybko, jakby ich ktoś gonił, 
wskoczyli do auta, a po kilku minutach mknęli autostradą. 
- Przynajmniej jedno jest jasne - powiedziała Hailey. - Wiadomo, dlaczego chcieli go dopaść. 
- Być może wcale nie chodziło o pieniądze, a w każdym razie nie tylko o nie. Myślę, że rozwiązanie 
znajdziemy w tym zeszycie. 
- Ale to przecież kupa forsy, Jack! 
- Dla jednych tak, dla innych to drobiazg... Ale masz rację, można by się za to nieźle urządzić. 
- Jednak Roy mieszkał w tym naszym bloku... Pewnie nie chciał rzucać się w oczy, chciał zniknąć w 
tłumie. 
- Jasne... Sądzę jednak, że ta forsa to nie wszystko. 
- Dlaczego tak uważasz? 
Dłuższy czas patrzył na nią, po czym odwrócił wzrok i powiedział: 
- Gdyby chodziło tylko o kasę, gliniarze nie siedzieliby w tym po uszy. Za duże ryzyko, rozumiesz? 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
153 
- Milion dolarów to wielka pokusa, nawet dla gliniarza - powiedziała trochę zgryźliwie. 
- Oczywiście... Ale raczej nie mamy tu do czynienia z jednym czy dwoma gliniarzami, którzy czegoś 
się dowiedzieli i postanowili zgarnąć worek pieniędzy. To wygląda na zorganizowaną akcję, a z tego 
wniosek, że obok mafii uczestniczy w tym jakaś tajna policyjna struktura. Czy myślisz, że powstała 
ona po to, by przechwycić nędzny milion dolarów? To czysty absurd, nie te środki, nie ten zysk, nie to 
ryzyko. Stawka musi być dużo większa. I choć nie wiemy, kto tym kieruje, raczej nie jest to zwykły 
gliniarz. 
- Więc chodzi im o ten zeszyt? 
- Tak mi się wydaje. 
- Na pierwszy rzut oka wygląda jak ewidencja, ale jak już mówiłeś, to na pewno szyfr. Zakodowane 
informacje... na przykład dowód na konszachty policji ż mafią... 
- To brzmi bardzo logicznie. 
- Ale oznacza również, że ten zeszyt stanowi śmiertelne zagrożenie dla każdego, kto ma go w ręku. 
- No właśnie... 
Dali się nieźle wmanewrować. Po plecach Hailey przebiegł zimny dreszcz. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 
Kiedy znaleźli się w domu, Jack wyciągnął zeszyt i usiadł na kanapie. Korciło go, żeby go otworzyć, 
ale postanowił poczekać na Hailey. Megan była bardzo zmęczona wyprawą i Hailey zadecydowała, że 
musi natychmiast iść spać. Jednak dziewczynka miała odmienne zdanie w tej kwestii. Zaczęła tupać i 
płakać, ale na nic się to nie zdało. On w takiej sytuacji dawno by sobie odpuścił, ale Hailey była 
twarda. Bunt trwał wprawdzie dłuższą chwilę, lecz w końcu mała się uspokoiła i kiedy Hailey niosła ją 
do sypialni, zasypiała jej na rękach. 
Nastała cisza, więc Jack mógł skupić się na sprawie Roya. Już dawno uznał, że to morderstwo było 
egzekucją. A potem przeszukano mieszkanie i ruszono w pościg za Megan w nadziei, że dzięki niej 
uda się zdobyć potrzebne informacje. Zabili Roya, bo nie mogli ich od 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
155 
niego wydobyć lub stanowił zbyt wielkie zagrożenie, i dalej szukali. Jack uznał, że jest to całkiem 
niezła robocza hipoteza. 
Spojrzał na zeszyt, coraz bardziej się niecierpliwiąc. Oczywiście nic by się nie stało, gdyby zajrzał do 
środka, jednak tego nie zrobił. To głupie, przecież w magazynie już go przeglądał. Dlaczego więc 
teraz miał takie opory? Odpowiedź sama się narzucała: bo Hailey byłaby niezadowolona. Wprawdzie 
nie powiedziałaby ani słowa, bo nie lubiła narzekać... i właśnie dlatego nie mógł jej tego zrobić. 
Nagle pomyślał o Crystal. Gdyby znalazła się w takiej sytuacji, natychmiast pozbyłaby się kłopotu. Z 
miejsca oddałaby Megan do pogotowia opiekuńczego i szybko by o wszystkim zapomniała. Nie lubiła 
kłopotów, nienawidziła obowiązków. I, co najważniejsze, dla niej liczyła się tylko ona. 
Ale czy on nie był taki sam? Kogo chciał oszukać? Skoncentrowany wyłącznie na swoich problemach 
egoista i tyle. Reszta świata mogłaby dla niego nie istnieć. Natomiast Hailey była całkiem inna. 
Poprzysięgła, że będzie z nim ćwiczyć, i był więcej niż pewny, że dotrzyma słowa, ponieważ w 
przeciwieństwie do niego zależało jej na innych ludziach. Miała cholernie dobre serce i właśnie 
dlatego wpakowała się w te kłopoty. 
Jack usłyszał kroki na korytarzu. 
- Wreszcie zasnęła - powiedziała Hailey, ciężko opadając na kanapę. 
- Świetnie sobie z nią poradziłaś. 
Wzruszyła ramionami, a potem zerknęła na zeszyt. 
- No i co? O co w tym wszystkim chodzi? 

background image

156 Jo Leigh 
- Nie wiem, jeszcze go nie przeglądałem. 
- Jak to nie przeglądałeś? Dlaczego? 
- Czekałem na ciebie. 
Jej jedno spojrzenie powetowało mu długie chwile oczekiwania. Naprawdę było warto. Dotąd żadna 
kobieta nie patrzyła na niego w ten sposób. 
Wreszcie otworzył zeszyt, trzymając go w taki sposób, by oboje mogli widzieć, co jest w środku. Na 
pierwszej stronie była długa lista inicjałów. Przy każdym z nich znajdował się jakiś numer, najczęściej 
dość długi. Tu i ówdzie widniały też ptaszki, kreski, kółeczka, krzyżyki... Niektóre wpisy były 
przekreślone. Następna strona była taka sama, jedynie w niektórych miejscach pojawiały się numery 
telefonów. Każdy z nich opatrzony był prefiksem Chicago. 
- Spójrz, to się powtarza. - Hailey wskazała palcem na jeden z inicjałów. - PB było już na pierwszej 
stronie. 
Jack przerzucił z powrotem kartkę. Rzeczywiście widniało tam identyczne PB, a zaraz obok 72000 4 
BB 330. Zerknął raz jeszcze na numer zapisany na drugiej stronie. Różnił się. Obok PB wpisano 
125000 4 BB 330. Jeśli to forsa, mamy tu całkiem niezłe sumki, pomyślał. Przekartkował zeszyt do 
końca i stwierdził, że praktycznie cały jest zapisany. Jeżeli notki faktycznie dotyczyły pieniędzy, to w 
grę wchodziły grube miliony. 
- Poczekaj, widziałeś to? 
- Co takiego? 
Hailey zajrzała na przedostatnią kartkę. Był tam wycinek z gazety, a właściwie samo zdjęcie. Wzięła 
je do ręki i dokładnie mu się przyjrzała. 
- Przecież to nasz dobry znajomy Craig Faraday. 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 157 
- Jakoś mnie to nie dziwi... - mruknął. 
- Zobacz, kto za nim stoi. Czy ten policjant kogoś ci nie przypomina? 
Jack przyjrzał się dokładniej. 
- Nigdy go nie widziałem. 
- To glina z apartamentu Roya! - krzyknęła, ale po chwili pokręciła głową. - Nie, zaraz, ten ze zdjęcia 
ma z pięćdziesiąt lat, a tamten był sporo młodszy. 
- Hailey, czy on przypomina ci Bretta Nickolsa. 
- A co o nim wiesz? 
- Wiem, że jest detektywem, ale ledwie kilka razy mi mignął. Przyszedł do nas na krótko przed... - 
zawiesił głos - nim ja odszedłem. Skądś go przenieśli, ale nie wiem skąd. 
- Może z Chicago? - spytała podekscytowana. 
- Nie wiem, ale to łatwo sprawdzić. 
- Dzwoń - podała mu telefon. Jack wystukał szybko numer. 
- Słucham, Dorran. 
- Hej, tu Jack. 
- Witam cię, chłopie. - Bob zniżył głos. - I co tam? 
- Chcę cię prosić o przysługę. 
- Powiedz tylko słowo... 
- Znasz Bretta Nickolsa? 
- Znam, a o co chodzi? 
- Sprawdź, skąd został przeniesiony, i poniuchaj, czy ma jakieś powiązania z Faradayem. 
W słuchawce odpowiedziała mu cisza, a zaraz potem w pomieszczeniu, w którym znajdował się Bob, 
dał się słyszeć kobiecy głos. Zdawało mu się, że to Kelly, asystentka szefa. 

background image

158 Jo Leigh 
- Słuchaj, stary - powiedział Bob przytłumionym głosem - nie wiem, czy to dobry pomysł. 
Jackowi przyszło na myśl, że Bob osłania słuchawkę dłonią. 
- Dlaczego? - zapytał Jack, niemal szepcząc. 
- To człowiek, z którym lepiej nie zadzierać. Ma niezwykle mocne plecy. Rozsądniej będzie o nim 
zapomnieć. 
- Stary, nie mogę. To naprawdę poważna sprawa. A poza tym mam już dość telewizji... 
- Jak się nudzisz, to zacznij robić na drutach. Mniejsze ryzyko. 
- Wiesz, gdzie możesz sobie wsadzić te druty... Bob westchnął głęboko. 
- Dobra, spróbuję coś znaleźć. Ciekawe, czy zdajesz sobie sprawę, że zatrudniłeś co najmniej połowę 
wydziału? 
- To świetnie. Kapitan poda cię do odznaczenia, bo połowa chłopaków przestała gadać o babach, żreć 
ciastka i gapić się w telewizor. 
- Masz tupet, stary... Trzymaj się. 
Jack odłożył słuchawkę i natychmiast wystukał numer do informacji, by zdobyć telefon do Faradaya. 
Wprawdzie ludzie z górnej półki z zasady mieli zastrzeżone prywatne telefony, ale co szkodzi 
spróbować. Niestety było tak, jak się Jack obawiał. Dlatego poprosił o ten numer Franka. 
- Chcesz zadzwonić do Faradaya? To zbyt ryzykowne - zaoponowała Hailey. 
- Jeśli dobrze rozegram rozmowę, to nie. W słuchawce zgłosiła się recepcjonistka. 
- Tu detektyw Regan z departamentu policji 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
159 
w Houston - powiedział Jack i poprosił o połączenie z Faradayem. 
Hailey otworzyła szeroko oczy, ale on w odpowiedzi tylko się do niej uśmiechnął. 
- Faraday, słucham? - Jego głos brzmiał dziwnie nieprzyjemnie. Był zniecierpliwiony, wręcz 
rozdrażniony, jakby wyrwano go z ważnego spotkania. 
Nadęty dupek, pomyślał Jack. 
- Dzień dobry. Nazywam się Regan, detektyw Regan. Jestem z departamentu policji w Houston. 
Chciałbym zadać panu kilka pytań. 
- W jakiej sprawie? 
- W sprawie pańskiego byłego pracownika, Barry'ego Strangisa. 
W słuchawce zapadło milczenie. Jacka dochodził tylko przyspieszony oddech Faradaya. 
- Strangis... Strangis... coś sobie przypominam, ale to było tyle lat temu... 
- Zdaję sobie sprawę, lecz gdyby zechciał być pan tak miły... Jakimi sprawami się zajmował, dlaczego 
trafił do więzienia, czy miał jakąś rodzinę? 
- Nie mam pojęcia, ledwie go pamiętam, a pan tu pyta o takie szczegóły. - Faraday był mocno 
zirytowany. 
Zamilkł na dłuższą chwilę i Jack sądził, że za moment odłoży słuchawkę. Ale tego nie zrobił. Ode-
tchnął ciężko i powiedział: 
- Barry pracował u mnie jako służący, a jego żona zajmowała się kuchnią. 
- A z jakiej przyczyny przestali dla pana pracować, jeśli można spytać? 
- Ponieważ ukradli blisko dwadzieścia tysięcy dolarów - odparł bez wahania. 

background image

160 Jo Leigh 
- Zapewne macie to w dokumentacji... 
- Oczywiście, aczkolwiek jest ona trochę niekompletna. 
- Ma pan jakieś informacje o jego rodzinie? 
- O ile sobie przypominam, miał brata, ale mogę się mylić. Ale zaraz, nie, z pewnością... Jego brat 
mieszkał w Oklahomie. Tak, Tulsa w Oklahomie. 
- To bardzo ważna informacja, dziękuję. Czy jest jeszcze coś, co mógłby mi pan powiedzieć na temat 
Strangisa? 
- Chyba nie, nie widziałem go od tylu lat... Chwileczkę... chyba miał córkę. 
- Tak? 
- Tak, ale to przecież już pan na pewno wie. Jack odkaszlnął, ale nie wpadł w tę pułapkę. Po 
chwili usłyszał zniecierpliwiony głos Faradaya. 
- Czy to wszystko, detektywie? 
- Jeszcze jedno. Słyszałem, że przenosi pan swoje biuro. 
- No właśnie, i dlatego nie mam już czasu. 
- Przenosi się pan do innego stanu? 
- Owszem, tak. Słuchaj, Regan, chętnie odpowiedziałbym na dalsze pytania, ale mam teraz robotę. 
Prześlijcie mi je pocztą, a moja sekretarka dostarczy wam wszelkich informacji. 
- Dziękuję, bardzo mi pan pomógł, panie Faraday. W słuchawce rozległo się głuche brzęknięcie. 
- A więc być może Roy miał brata - powiedział Jack. 
- Myślisz, że był w to zamieszany? 
- Nie wiem, ale jeśli naprawdę istnieje, to jest wujem... 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
161 
Odwróciła się od Jacka. Nie chciała, aby widział, jak bardzo poruszyła ją ta informacja. 
- Hailey, dotrzeć do prawdy to nasz obowiązek. 
- Ale ja nie chcę tego wiedzieć! 
Mocno opierając się na lasce, wstał z kanapy. 
- Oczywiście, że chcesz. Właśnie tak należy postąpić. To prawda, że jesteś cudowna dla tej małej i ona 
cię kocha, ale jeśli... Hailey, musisz poznać prawdę. Chyba nie chcesz ukrywać się przez całe życie? 
- A jeżeli jestem innego zdania? 
Ujął jej rękę, a Hailey nie wyrwała się. To był dobry znak. 
- Słuchaj, to przecież tylko przypuszczenia. Nic nie wiemy na pewno. Przyrzekłem, że zrobię 
wszystko, abyście były bezpieczne i szczęśliwe, i dotrzymam słowa. 
- Chciałabym ci wierzyć - powiedziała miękko. 
- Czy kiedykolwiek cię okłamałem? Uśmiechnęła się pod nosem. 
- Nie mam zielonego pojęcia. 
- Zaufaj mi, proszę - powiedział żarliwie. Pogłaskała go delikatnie po policzku. 
- Boże, co ja mam z tobą zrobić? 
- Hailey, musisz być bardzo ostrożna. Pamiętaj, że Megan bezgranicznie ci ufa i nie możemy jej 
zawieść. 
- Wiem, ale nie o to mi chodziło. 
- W tej chwili nie mogę ci nic innego zaoferować. 
- Dlaczego? - Spojrzała mu prosto w oczy. - Dlaczego nie możemy spróbować? 
Wałczył ze sobą, by nie chwycić jej w ramiona. Marzył, by dać jej wszystko, co tylko mógł, jednak 

background image

162 Jo Leigh 
prawda była zbyt bolesna. Wszystko z jego strony znaczyło prawie nic. 
- Czy chodzi ci o to? - Wymownie spojrzała na laskę. 
- Nie tylko. 
- Więc co jeszcze? 
• - Hailey, nie mamy teraz na to czasu. Muszę pojechać na posterunek i porozmawiać z Frankiem. 
- Nie, teraz nie wyjdziesz, nie pozwolę ci. 
- O co ci chodzi? Czego właściwie ode mnie oczekujesz? 
Stała nieporuszona. Nie drgnęła jej nawet powieka. 
- Chcę... Myślę, że my razem... 
- Jesteś przerażona i... - Nie dokończył. - Zrozum, połączył nas tylko zbieg okoliczności. 
- Nie mów mi, co czuję, a czego nie czuję. Wszyscy uważają, że mają obowiązek mi objaśniać, co 
powinnam odczuwać. A ja wiem, że poza zbiegiem okoliczności jest coś jeszcze i tylko mi nie 
wmawiaj, że to nieprawda. Bo też o tym wiesz. 
Wiedział i to aż za dobrze. Chciał tego samego, chciał ją pieścić i całować, czuć ciepło jej powabnego 
ciała... 
- Nie mogę... - zabrzmiało to nad wyraz sztucznie. - Nie mogę - westchnął ciężko. 
- Gówno prawda. Nie chcesz, a to zupełnie co innego. 
Hailey weszła do kuchni, nalała sobie kieliszek wina i z trzaskiem zamknęła lodówkę. Była na niego 
wściekła i nikt nie mógł mieć o to do niej pretensji. Wiele ją kosztowało wypowiedzenie tych słów. 
Zdobyła się na odwagę, na którą jego nie było stać. Był tchórzem i wiedział o tym. Pieprzonym, 
zasmarkanym tchórzem. 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 163 
- Wychodzisz? - zapytała, nalewając sobie kolejny kieliszek wina. 
- Tak. 
- Długo cię nie będzie? 
- Dokładnie nie wiem, kilka godzin. 
- A jeśli coś się wydarzy? 
- Poradzę sobie... 
- Nie mówiłam o tobie - wpadła mu w słowo. - Mówiłam o Megan i o sobie. Co mam zrobić, jeśli nie 
wrócisz? 
Wyjął z kieszeni kalendarz i zapisał na kartce numer do Franka i do Boba. Po chwili wahania dopisał 
także numer Crystal. 
- Proszę, to na wszelki wypadek... 
Kiwnęła głową, nawet nie spoglądając na kartkę. - 
- Całe życie miałam wrażenie, że nie jestem wystarczająco mądra, wystarczająco ładna, a także 
wystarczająco dobra. Musiałam zawsze o wszystko walczyć, nic nie przychodziło mi łatwo, Jack. Ale 
nie będę cię błagać. Powiedziałeś nie, to trudno. Twój wybór, jesteś dorosły. 
Zamknął oczy. Jak mogła sądzić, że nie jest wystarczająco ładna, dobra czy mądra. Była przecież kimś 
wyjątkowym... i dlatego nie powinna się łączyć z egois^ tycznym, wypalonym i kalekim gliniarzem. 
Był przekonany, że nie nadawał się do trwałego związku. Jak miał ją o tym przekonać, że zasługiwała 
na kogoś innego? Że zasługiwała na lepszy los... 
- Jeśli to coś pomoże, Hailey, chciałbym, żebyś wiedziała, że pod każdym względem jesteś cudowna i 
zasługujesz na wszystko, co najlepsze. 
- Ale nie na ciebie, prawda? 

background image

164 Jo Leigh 
- Hailey, nie miałem tego na myśli. Zrozum... 
- Jedź już na ten swój posterunek i daj sobie spokój z wyjaśnieniami. Wiem, że kiedy cała ta historia 
się wyklaruje, tak czy owak po prostu znikniesz. 
Przeklinając w duchu swój los i ten pocisk, który tak parszywie odmienił jego życie, odwrócił się i 
podszedł do drzwi. Założył kaburę z pistoletem, potem marynarkę i zaczął grzebać w kieszeniach w 
poszukiwaniu kluczyków do samochodu. Nawet gdy je znalazł, nie wyszedł, tylko stał 
zdezorientowany pośrodku przedpokoju. 
- No i co, na co jeszcze czekasz? 
- Sam nie wiem... Nie chcę cię tak zostawiać. 
- To znaczy jak? 
- Jesteś wściekła na mnie. 
- Nie wściekła, tylko rozczarowana. - Podeszła do niego. - Przejdzie mi. 
Boże, jak ona pachniała. Ten zapach odbierał mu rozum. Znowu ogarnęła go niepohamowana żądza, 
żeby kochać się z Hailey, kochać aż do utraty tchu. Przypomniał sobie smak jej ust, aksamitność skóry 
i miał wrażenie, że za chwilę oszaleje. Ale przecież nie miał do niej prawa. Była dla niego za 
delikatna, za dobra, za wrażliwa... Kiedy zakończy sprawę Roya, ich drogi się rozejdą. Nie miał jej nic 
do zaofiarowania, a ona zasługiwała na wszystko. 
- Jest mi bardzo przykro - powiedział i westchnął ciężko. 
- Mnie też. 
- Niedługo wrócę. - Starając się jak najmniej kuleć, ruszył w stronę wyjścia. 
Słyszał, jak Hailey zamyka za nim drzwi. W tym momencie niebo rozdarła błyskawica, jakby bogowie 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
165 
chcieli wyrazić swoje niezadowolenie. No cóż, nic już nie było w stanie go zaskoczyć, ale zdało mu 
się, że ten piorun z całym impetem uderzył w ruinę, w którą obróciło się jego życie. 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 
Zajrzała do Megan. Mała spała smacznie, trzymając w objęciach swoją ukochaną Tottie. Oczy Hailey 
wypełniły się łzami, lecz tym razem nie chodziło o tę małą sierotkę, ale o nią samą i o Jacka. Dobrze 
wiedziała, że oboje pragnęli się nawzajem. Nigdy nie była niczego bardziej pewna. Łączyło ich coś 
niewypowiedzianego. Gdyby razem ruszyli drogą życia, zdobyliby najcenniejsze wartości, jakie tylko 
dostępne są ludziom. Nie mogła pojąć, czym kierował się Jack, dlaczego odrzucił jej uczucie... Jakież 
to było frustrujące. Jej serce wypełniały żałość i rozgoryczenie. Goś jej jednak podpowiadało, że ten 
człowiek wart był tego, by o niego walczyć. 
Przechodząc przez salon, spojrzała na zdjęcie swojej matki. Nie nauczyła się od niej, na czym polega 
dobry i udany związek pomiędzy kobietą i mężczyzną. Wciąż 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
167 
kłóciła się ze swoimi partnerami, więc Hailey nie miała zbyt przyjemnych wspomnień z dzieciństwa, 
tym bardziej że z niej również nigdy nie była zadowolona. Gdy przynosiła do domu czwórkę, zawsze 
pytała, dlaczego nie piątkę. Nie podobały się jej również koleżanki Hailey. Przez całe dzieciństwo 
towarzyszył jej lęk, że robi wszystko nie tak. Wpojono w nią przekonanie, że czego tylko się dotknie, 
i tak nic z tego nie wyjdzie. Kiedy skończyła osiemnaście lat, obawiała się każdego swego kroku. 
Dziś, z perspektywy czasu, dobrze rozumiała, dlaczego związała się ze Stevenem. Przypominał jej 
rodziców. Zawsze negatywnie nastawiony i wciąż niezadowolony, stworzył jej podobne warunki, 
jakie miała w rodzinnym domu. Mimo że było to dla niej bolesne, potrafiła w tym dobrze 
funkcjonować. Gdy wreszcie rozpoczęła życie na własny rachunek, z daleka od rodziców i 
mężczyzny, którego, jak jej się wówczas zdawało, kochała, straciła całą życiową energię. Minęły lata, 
a w jej uszach nadal rozbrzmiewały głosy krytyki z dzieciństwa i wczesnej młodości, gdy próbowała 
wykazać się inicjatywą. 
Tak było aż do poznania Jacka. Przy nim czuła się silna i prysły gdzieś wszelkie wątpliwości, umilkły 
zdradzieckie podszepty. Jack wsłuchiwał się w nią i ufał jej, powodował, że czuła swą wartość i 
niezwykłą wewnętrzną moc. Wiedziała, że potrafi być dla Megan dobrą i kochającą matką. To jednak 
nie było tak bardzo trudne, bo zawsze chciała i potrafiła innych obdarowywać miłością. Jednak 
dopiero przy Jacku uwierzyła, że sama też jest godna miłości. 
Boże, gdyby tyko Jack przestał walczyć ze światem 

background image

168 Jo Leigh 
i z pokorą przyjął to, co zesłał mu los. Tak wiele mogli sobie dać, tak wiele nauczyć się od siebie... 
Wyjęła z lodówki kurczaka. Zamierzała przyrządzić go z warzywami i ryżem. Nic wymyślnego, ale 
zauważyła, że Jack woli tradycyjną kuchnię. Wiedziała, że będzie mu smakowało i ta myśl sprawiła 
jej radość. Walka z tym, co czuła, naprawdę nie miała sensu. Była w nim śmiertelnie zakochana i nic 
tego nie zmieni. 
Właśnie przestało padać, gdy Jack wjeżdżał na parking przed siedzibą departamentu policji. Zapar-
kował na najwyższym poziomie, by nie wzbudzać zainteresowania cadillakiem. Przez kilka minut sie-
dział w samochodzie i spoglądał przez szybę. Nie, żeby dostrzegł coś szczególnego. Po prostu siedział 
i myślał. Zastanawiał się, co ma począć z tym, co tak nagle było mu dane, choć z drugiej strony 
zdawało się tak niedostępne. Nic sensownego jednak nie przychodziło mu do głowy. Czuł się tak, 
jakby przegrał w rozgrywce z losem. Szach - mat. Ta jedna kula odebrała mu wszystko: pracę, życie 
osobiste, tożsamość... Jak mógł więc kochać kogoś, skoro nie był już prawdziwym Jackiem 
McCabe'em. Skoro właściwie nie istniał. Nie mógł nawet mamić się tym śledztwem w sprawie 
Chandlera. To tylko farsa... Całą robotę odwalali przecież Bob i Frank. Nawet Hailey zrobiła więcej 
niż on. Jedyna rzecz, w której nie miał sobie równych, to przerzucanie kanałów telewizyjnych przy 
piwie. I to miał zaoferować takiej kobiecie? Szkoda gadać... 
Dlaczego chciała z nim być? Tego w żaden sposób nie mógł pojąć. Sądził, że zrozumie wkrótce swój 
błąd i wycofa się, że otworzą jej się oczy i zobaczy, iż 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
169 
zafascynowała się jakąś iluzją, ułudą, której pragnęła doświadczyć. 
Pchnął drzwi i po raz kolejny rozpoczął rytuał wysiadania z samochodu: dobrze ustawić laskę, mocno 
wesprzeć się na niej, dźwignąć ociężałe cielsko do góry... Gdyby miał choć odrobinę rozumu i 
godności, zostawiłby tę historię z Royem tym, którzy naprawdę się do tego nadawali. Kogo próbował 
oszukać? Był nędznym obłudnikiem, który za wszelką cenę chciał udowodnić sobie, że jeszcze się do 
czegoś może przydać. Co za upadek... 
Zamknął samochód i ruszył powolnym krokiem w stronę windy. Miał cichą nadzieję, że nie zastanie w 
biurze ani Boba, ani Franka. Nienawidził tej mieszaniny żalu i współczucia, które malowały się w ich 
oczach, kiedy na niego spoglądali. Niezauważony przez nikogo z wyjątkiem dwóch starych kumpli, 
których udało mu się zbyć jakimś kłamstewkiem, dotarł do swojego biurka, to znaczy do biurka, które 
kiedyś było jego, i włączył komputer. Chciał sprawdzić dane z zeszytu i spróbować coś na tej 
podstawie wykoncypować. No, na przykład G.W. Pod tymi literami mógł kryć się Geórge Winslow, 
dobrze mu znany komisarz policji... albo ktoś zupełnie inny. Jakiś fatalny pechowiec, który przez 
dziwny zbieg okoliczności został wplątany w tę zawikłaną sprawę. Zamierzał posprawdzać nazwiska 
ludzi związanych z urzędem miasta i wszystkich, którzy zasiadali na wyższych stołkach w policji, a 
także numery telefonów zapisane przy niektórych inicjałach. Przyszło mu też do głowy, że te 
dziewięciocyfrowe to mogą być numery polis ubezpieczenia. Jeśli tak jest, będzie można na tej 

background image

170 JoLeigh 
podstawie rozpocząć normalne śledztwo. Zdecydował, że przedtem, dla bezpieczeństwa, skontaktuje 
się z FBI. Nie miał prawa zbytnio ryzykować. 
Wpisał do komputera hasło, ale ku jego zaskoczeniu pojawił się na ekranie napis, że hasło jest 
nieprawidłowe. A więc tak wyglądały ich obietnice i zapewnienia, że póki nie wydobrzeje, może, gdy 
tylko zechce, wykonywać .wszelkie roboty biurowe. Najzwyczajniej w świecie okłamali go, wiedząc, 
że nigdy już nie będzie mógł wykonywać swojej pracy. Padł więc ofiarą własnej naiwności. Przecież 
był nikomu niepotrzebnym kaleką. Wyłączył komputer i sięgnął po laskę. 
- Witaj, Jack. Czego tu węszysz? 
To był głos Franka. Mimo że wcześniej marzył o tym, by na niego nie natrafić, teraz był szczęśliwy, 
słysząc przyjaciela. Cieszył się, że przynajmniej na niego mógł liczyć. 
- Cześć. Jak się masz, Sparky? - Nazywali go tak w Akademii Policyjnej. 
- Idę się odlać. Zapraszam do towarzystwa. 
- Jak zwykle uroczy z ciebie facet. - Czuł się zażenowany, opierając się na lasce. 
Frank uśmiechnął się szeroko i ruszyli w dół korytarza, w stronę męskiej toalety. Gdy znaleźli się w 
środku, Frank upewnił się, że nikogo nie ma i zamknął drzwi na klucz. 
- A więc najpierw Brett Nickols. Jest na służbie od dwóch lat, ale nie awansuje zbyt szybko. Przyjęto 
go na prośbę tatusia, który siedzi na stołku od dwudziestu ośmiu lat i zgadnij, dla kogo pracuje? 
- Dla Faradaya? 
- Bingo, stary. 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
171 
Jack kiwnął głową. Nie rozumiał jednak, czego ci dwaj faceci mogli chcieć od małej Megan. 
- Ale zaraz, stary, co ty tu właściwie robisz, do jasnej cholery? - Frank w mgnieniu oka bardzo spo-
ważniał. 
- Przyszedłem, żeby popracować na komputerze... ale moje hasło nie wchodzi. Już mnie wykopali... 
- Jakoś mnie to nie dziwi - powiedział Frank, wyjmując z kieszeni paczkę papierosów. Oczywiście nie 
po to, aby zapalić. To nie byłoby zgodne z przepisami. Ale odkąd się znali, Frank lubił trzymać 
papierosa w ręku. Pewnie go to uspokajało. Wsuwał sobie jeden za ucho, drugi międlił w palcach, a 
trzeci trzymał w kąciku ust. Takie głupie przyzwyczajenie. Jack już dawno przestał zwracać na to 
uwagę. - Ostatnio mówi się o tobie. Naprawdę nie powinieneś tu przychodzić. 
- Tak? - zdziwił się Jack. - A co się mówi? 
- Tego nie wiem. Wszyscy wiedzą, że się przyjaźnimy, więc przy mnie zamykają mordy. Ale wszyscy 
wiedzą, dlaczego nie ma cię w domu i dlaczego zniknąłeś w dzień po zamordowaniu Chandlera. 
- Pieprzę ich - syknął Jack. Był wściekły, że nie mógł dostać się do bazy danych, a resztę naprawdę 
pieprzył. 
- Łatwo powiedzieć, stary, ale powinieneś uważać. To wyjątkowo śmierdząca sprawa. - Frank 
znacząco pokręcił głową. - Bob sprawdza dla ciebie Faradaya. Ja ugrzęzłem w innej historii. Przecież 
mieliśmy się spotkać dzisiaj wieczorem i zastanowić, o co w tym wszystkim chodzi. 
- W porządku. Zrobię listę potrzebnych informacji i przyniosę ci to jutro. 

background image

172 Jo Leigh 
- Nie rób tego. Masz przecież komputer i podłączenie do Internetu... Mam na myśli tam, gdzie teraz 
jesteś. 
Jack kiwnął głową. 
- Dam ci moje hasło. - Frank zawiesił na chwilę głos. - W ten sposób dostaniesz się do bazy danych i 
nikt się nie zorientuje. 
- Dzięki, choć nie wiem, czy uda mi się wszystko zdobyć. 
- Spróbujesz. A jeśli nie, to wprowadzimy plan B. 
- Czyli? 
- A skąd mogę wiedzieć? Cholera, coś się wymyśli. Jack uśmiechnął się. 
- Dobra. 
W tym momencie ktoś szarpnął za klamkę, próbując otworzyć drzwi do łazienki. 
- Spadamy - szepnął Frank. - Odprowadzę cię do samochodu. 
,      - Nie musisz. Trafię. 
- Wiem, głupku, ale chcę - mruknął, po czym otworzył drzwi.   
Obok nich przemknął jakiś zdesperowany gość w mundurze i nawet na nich nie patrząc, zniknął w 
jednej z kabin. 
- Widzisz, stary, jak mus... 
- To mus - dokończył za Jacka Frank. 
Megan spała już od dwóch godzin. Hailey zastanawiała się, czy nie obudzić jej, żeby potem normalnie 
przespała noc. Zdecydowała jednak, że poczeka jeszcze chwilę, a na razie sprawdzi pocztę 
internetową. Nie zaglądała tam już od wielu dni i przerażała ja sama myśl 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
173 
o ilości maili, które do niej nadeszły. Zapewne masa korespondencji od klientów, a nie mogła sobie 
pozwolić na utratę choćby jednego z nich, zwłaszcza że miała teraz pod opieką Megan. 
Czekało na nią czterdzieści siedem maili. Szybko zaczęła je przeglądać. Trzy pierwsze były od 
klientów, następny z banku, a gdy kliknęła na kolejny, odezwał się minutnik w piekarniku. Wstała 
więc i poszła do kuchni, by wyjąć kurczaka. Pachniał naprawdę cudownie. Idąc z powrotem do 
pokoju, zastanawiała się, jaką powinna zrobić sałatkę. Usiadła na krześle i spojrzała na ekran. Po 
plecach przebiegł jej zimny dreszcz. Jeszcze raz przeczytała powoli: 
Oddaj nam dziecko albo sami je sobie weźmiemy. A to na pewno ci się nie spodoba. Przywieź matą 
do swojego mieszkania w piątek o 20.30. Jeżeli zrobisz to, o co cię prosimy, nic nikomu się nie 
stanie. 
Żadnego podpisu, żadnej wzmianki, o co tak naprawdę chodzi. Tylko to, że chcą Megan... Mail 
pochodził sprzed dwóch dni. A zatem już ją namierzyli. Może nie ją, ale jej stronę internetową. Serce 
Hailey waliło jak oszalałe. Dlaczego nie było przy niej Jacka? Czemu zostawił ją samą? Nie miała 
nawet broni. Wstała i pobiegła do pokoju Megan. Mała spała jednak spokojnie. Podeszła do okna i 
nerwowo szarpnęła za uchwyt. Pamiętała, że je zamykała, ale teraz nie była już niczego pewna. Zamki 
trzymały na szczęście mocno. Potem pobiegła do sypialni, pokoju Jacka, łazienki i na końcu do 
kuchni. Sprawdzała po kolei każde z okien. Drzwi były także zaryglowane. Logika podpowiadała jej, 
że nie wiedzieli, gdzie jest. Inaczej nie czekaliby przecież ani chwili. Ale zaczęła ogarniać ją panika. 
Tłumaczyła 

background image

174 Jo Leigh 
sobie, że łatwo jest znaleźć adres internetowy, co innego ustalić miejsce pobytu. Przynajmniej jakiś 
czas była więc bezpieczna. Marzyła jednak tylko o tym, by Jack wreszcie wrócił. 
Frank wyszedł pierwszy. Po niebie sunęły ciemne chmury. Zdawało się, że to już wieczór, a było 
dopiero wpół do piątej. Zanosiło się na niezłą ulewę. Tak więc droga do Galvestone nie zapowiadała 
się zbyt sympatycznie, zwłaszcza że zbliżała się godzina szczytu. 
- A jak tam twoje biodro, Jack? 
- Bez większych zmian. 
- Robisz coś? Jakieś ćwiczonka, które zapisał ci lekarz? 
- Tak, coś zacząłem. 
- No to weź się w garść, bo inaczej nie zapiszę się do twojej drużyny. Facet, potrzebujemy cię z 
powrotem... 
- Nie licz na to. Widzisz, co jest grane. Frank machnął lekceważąco dłonią. 
- Takie tam pierdoły. Wszystko się wyklaruje i będzie znowu jak dawniej. 
Jack jednak wiedział, że nic już nie będzie jak dawniej. Nawet jeśli rozsupłają tę sprawę, dla niego i 
tak się wiele nie zmieni; nigdy nie będzie już nic normalnie. Frank sięgnął po papierosa, który wciąż 
tkwił za jego uchem, i zapalił. 
- To co, tak sobie odpuścisz, poddasz się? 
Jack zesztywniał. Zamienił się w słuch.' Coś mu nie pasowało. Sięgnął do kabury i wtedy usłyszał 
strzał z pistoletu z tłumikiem. Frank padł jak kamień, a Jack rzucił się za olbrzymiego rovera. Jedna z 
kul rozwaliła w nim szybę, a odłamki szkła posypały mu się na głowę. 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
175 
Nie widział niczego poza nieruchomym ciałem Franka. Oparł się o zderzak i nasłuchiwał. Dookoła 
panowała jednak absolutna cisza. Przed oczami stanęła mu Hailey i poczuł, jak ściska mu się krtań. Co 
ona zrobi, jeśli nie wróci do Galvestone? Kto ją obroni, kiedy on zginie? Usłyszał warkot zapalanego 
silnika. Nie mógł się jednak ruszyć z miejsca, nie mógł ryzykować. Te dranie nie miałyby 
najmniejszych skrupułów, żeby wpakować mu kulkę w łeb. Samochód ruszył z piskiem opon i Jack 
dostrzegł, jak zza innych aut wyłania się szary pontiac. Schował się. Zastrzelą go? Nie, najwyraźniej 
nie mieli takiego zamiaru. Samochód szybko zniknął za zakrętem. Prędko doczołgał się do Franka. 
Nigdzie nie było widać krwi. Wyciągnął w jego stronę rękę, gdy ten usiadł i potrząsnął głową. 
- - Co się stało? - zapytał. 
- Myślałem, że nie żyjesz... 
Frank dotykał po kolei klatki piersiowej, nóg i ramion w poszukiwaniu rany. 
- Jeśli nie dostałem, to czemu padłem jak kawka? Jack wskazał na jego głowę. 
- Dostałeś, stary, tutaj. Krwawisz. Frank pomacał się po skroni. 
- Faktycznie, drasnęła mnie kula. - Rękę miał całą we krwi. 
- Pieprzony szczęściarz z ciebie - powiedział Jack. 
- Milimetr i chlałbyś niebieskie piwo. 
Frak zaklął pod nosem. Jego głos wyraźnie drżał. Powoli wstał, podnosząc jednocześnie laskę Jacka. 
- Masz, stary. Lepiej zniknij, zanim ktoś zacznie nam zadawać głupie pytania. 
- Jesteś pewien, że wszystko w porządku? 

background image

176 Jo Leigh 
- Tak, nie martw się o mnie. Jest już późno, minie kilka godzin, nim znajdziesz się w domu, a na 
promie o tej porze tłok... Bob i ja zajmiemy się wszystkim, a jak widać, nie będzie ń*am się nudzić. 
Spadaj. 
- Dobra, trzymaj się. - Jack wyciągnął dłoń, ale Frank mocno go uścisnął. 
- Spadaj i uważaj na siebie. 
- Ty też. 
Jack wsiadł do samochodu i uruchomił silnik. Raz jeszcze spojrzał na Franka, który stał nieopodal 
drzwi, a krew spływała mu po twarzy. 
Kto wie, móże był tu już po raz ostatni? Lunął deszcz. Nie zwlekając, Jack ruszył z miejsca. Ktoś 
chciał go zabić? To śmieszne! Po co? Przecież jego życie nie było warte funta kłaków... Ale była 
jeszcze Hailey i ona go potrzebowała. Więc może jednak nadszedł czas, żeby zacząć na siebie trochę 
uważać? 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 
Hailey omal nie umarła ze strachu, gdy usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Chwyciła ogromny nóż, 
który leżał na kuchennym blacie, i ukryła się za drzwiami. Po chwili wychyliła głowę i zobaczyła 
Jacka. 
- To ty? - Serce waliło jej jak młot. 
- Oczywiście. - Zamknął za sobą drzwi i spojrzał na nią zdziwiony. - A to po co? - Ruchem głowy 
wskazał na nóż. 
- W razie czego - sapnęła. - Sądziłam, że będę musiała się bronić. 
- Nie chciałbym się na ciebie natknąć w ciemnej alejce. 
- Następnym razem nie będę taka miła. 
- Już się boję. - Jack zdjął marynarkę i odpiął kaburę. Potem zajrzał do salonu. - Gdzie Megan? 

background image

178 Jo Leigh 
- Bawi się w sypialni. Dobrze, że jesteś, bo właśnie kończę przygotowywać kolację. Umyjcie ręce. 
- Za chwilę. Póki co, skorzystajmy z tego, że nie ma tu małej. 
- Coś się stało? - zapytała nerwowo. Przecież i ona miała dla niego złą wiadomość, ale zamierzała 
powiedzieć mu o mailu dopiero po kolacji. A może on już wie... 
- Ktoś do mnie strzelał - powiedział prosto z mostu Jack. 
Za wszelką cenę starała się pozbierać, by nie wpaść w panikę. Boże, o mały włos zostałyby z Megan 
same! To zbyt straszne. 
- Usiądźmy - poprosiła, gdyż poczuła silny zawrót głowy. - Usiądźmy... - Zrezygnowana opadła na 
kanapę. 
- Nie wiem, Hailey, czy po tym zajściu nadal powinnaś tu być. - Zamknął na chwilę oczy. - Nie wiem, 
czy jesteście tu bezpieczne. Nie mam najmniejszej pewności, że mnie nikt nie śledził. Jest jakieś inne 
miejsce, w którym mogłabyś się ukryć z małą? 
- Nie, Jack, nie mam innej kryjówki. Ich spojrzenia spotkały się. 
- To, że po śmierci Roya nagle zniknąłem, narobiło sporo szumu. Uznano, że mam z tą sprawą coś 
wspólnego, więc siłą rzeczy i z tobą. Podejrzewają, że jesteś pod moją opieką. 
- Wiedzą... - szepnęła Hailey i podciągnęła kolana pod brodę. 
- Co masz na myśli? 
- Przysłali mi maila... Nietrudno jest znaleźć mój adres... - W Jej oczach pojawiły się łzy. - Wystarczy 
zajrzeć na moją stronę internetową. 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 179 
Jack zacisnął dłonie w pięści. 
- Czego chcą? 
- Megan. Zażądali, żeby przyprowadzić ją do mojego mieszkania, dziś- wieczorem. 
- Jest jakiś adres zwrotny? 
- Kawiarenka internetowa. 
- Tyle co nic... Kiedy to wysłali? 
- Dwa dni temu. 
- Cholera - zaklął Jack pod nosem. - Wydrukowałaś to? 
Hailey wzięła ze stołu kartkę i podała ją Jackowi. Dłuższą chwilę wpatrywał się w tych kilka linijek, a 
w końcu spojrzał na nią zrezygnowany. 
- Frank i ja właśnie wychodziliśmy z budynku departamentu policji na parking, gdy ktoś zaczął do nas 
strzelać. Frank padł jak kamień... Myślałem, że zginął, ale na szczęście tylko drasnęło go w głowę. Na 
jakiś czas stracił przytomność, ale to nic poważnego. 
- A ty? 
- W porządku, nie oberwałem. 
- A twoje biodro? 
Wziął sążnisty łyk piwa i obtarł mankietem usta. Nie lubił, kiedy poruszała ten temat, a już na pewno 
nie w takiej sytuacji. Potem podniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy. 
- Muszę ćwiczyć - powiedział z przekonaniem. 
-Dziś... 
- Dzisiaj się dość nalatałeś. Może lepiej poczekać do jutra. 
- Nie, nie będę na nic czekał. Dosyć straciłem już czasu. Będę ćwiczył i dziś, i jutro, i pojutrze, aż 
wreszcie zacznę normalnie żyć. 

background image

180 Jo Leigh 
Zadziwił ją tą nagłą determinacją. Nie wiedziała, dlaczego to powiedział, ale była bardzo szczęśliwa, 
że podjął taką decyzję. Domyślała się, że nie mógł już znieść poczucia bezradności, które 
towarzyszyło mu od kilku miesięcy, a którego z całego serca nienawidził. 
- Cieszę się, Jack. Położył dłoń na jej kolanie. 
- To również twoja zasługa. 
Uśmiechnęła się ciepło, a on nachylił się w jej stronę. Hailey zamknęła oczy w oczekiwaniu na uprag-
niony pocałunek. Zamiast tego jednak usłyszała nerwowe chrząknięcie i poczuła, jak Jack wycofuje 
swoją dłoń. Ile razy jeszcze będzie musiała przeżywać dojmujące poczucie pustki i zawodu? Było jej 
strasznie głupio, wstała więc i zaczęła nakrywać do stołu. Chciała wypełnić czymś tę pustkę. 
A on patrzył na nią, obserwował każdy ruch i choć płonął z pożądania, nie był w stanie przebić muru, 
który sam między nimi postawił. Chciała i siebie, i jego oszukać. Nie była w końcu świętą, lecz 
kobietą z krwi i kości, i na pewno w głębi duszy wcale nie chciała wiązać się z kaleką, patrzeć na jego 
blizny i słabość. Pewnego ranka zbudziłaby się i przejrzała na oczy; zobaczyłaby, kim jest naprawdę i 
znienawidziłaby go za to, że zmarnował jej rok czy dwa... Nie, tego nie mógł jej zrobić. Ani jej, ani 
sobie. 
Z rozmyślań wyrwał go jej radosny śmiech. Przebierała małą w piżamkę i jak zwykle bawiły się przy 
tej okazji w różne gry. Jaka była śliczna... Boże, gdyby była inną osobą, może by zaryzykował... 
- Jack, ktoś ci chce powiedzieć dobranoc! - Trzymając się za ręce, podbiegły do kanapy. 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
181 
- Dobranoc? A kto taki? - Spojrzał zdziwiony na Megan, starając się zachować powagę. 
- To ja - wyjaśniła mała, podchwytując zabawę. 
- Jaki ja? Ja, czyli kto? 
- Megan. 
- Megan? Jaka Megan? 
- No, Megan Chandler. 
- Hm... - Jack poskrobał się po brodzie. - Megan Chandler? Megan Chandler? Czy w ogóle kogoś 
takiego znam? 
Dziewczynka parsknęła śmiechem i zerknęła na Hailey. 
- Śmieszne, co? - powiedziała. 
- Bardzo śmieszne. 
Mała wdrapała się na kanapę i usadowiła na kolanach Jacka, a potem położyła mu swoje małe, ciepłe 
rączki na policzkach. To było tak nieoczekiwane, że poczuł, jak sznuruje mu się gardło. 
- Znasz mnie przecież, jestem tą małą dziewczynką, która tu mieszka - tłumaczyła mu cierpliwie. 
- Aha, ta Megan. Trzeba było od razu tak mówić. Mała zaśmiała się radośnie, pochyliła się i pocałowa-
ła go .w policzek. 
- Ojej - zawołała - twoja buzia kłuje! 
- Na pewno nie. To twoje rączki kłują. 
- Nieprawda, nieprawda! To ty masz mrówki, a nie ja! - Uniosła otwarte dłonie. - Widzisz? 
- Faktycznie, chyba masz rację. Mała sięgnęła po lalkę. 
- Tottie też chce buziaka na dobranoc. Spojrzał z niejakim przerażeniem na obdartą lalkę, 

background image

182 Jo Leigh 
a potem na Hailey. Ale ta nie zamierzała mu pomóc. Stała obok z uśmiechem na twarzy. 
- A nie mógłbym cię pocałować drugi raz? 
- O nie. Teraz Tottie - pokręciła głową Megan. 
Jack pocałował szybko lalkę i uśmiechnął się szeroko. Nie chciał pokazać, jak bardzo głupio czuł się 
w tej sytuacji. 
Mała kiwnęła z aprobatą główką i zeskoczyła na podłogę. Podbiegła do Hailey i patrząc jej prosto w 
oczy, powiedziała: 
- Poproś go, to ciebie też pocałuje na dobranoc. 
- Dobrze, zrobię tak, ale później. Teraz muszę ciebie i Tottie zapakować do łóżka. 
Wyszły z pokoju, trzymając się za ręce. A co by było, gdyby należały do niego? Gdyby nie był to 
przypadkowy zbieg okoliczności... Otrząsnął się i rozejrzał w poszukiwaniu maty. Będzie ćwiczył! 
Postanowił tak, więc będzie ćwiczył, nawet gdyby nic to nie miało dać. Będzie ćwiczył, bo 
poprzysiągł sobie zrobić wszystko, co w jego mocy, by powrócić do zdrowia. Położył się na podłodze 
i zaczął gimnastykę, odliczając do pięciu. Wdech - wydech, jak nauczyła go Hailey. I znowu od 
początku. Lubił, kiedy stała przy nim, lubił jej ciepły, miękki głos i dłonie na plecach. Zachowywał się 
jak zakochany gnojek. To pragnienie było jednak silniejsze od rozumu i bardziej bolesne od rany 
postrzałowej. Przecież nigdy nie będzie miał Hailey. Taka była prawda. 
Stała w drzwiach i przypatrywała mu się z zadowoleniem. Nie spodziewała się, że mała tak szybko 
zaśnie, zwłaszcza że tyle czasu spała po południu. Była cudowna, takie prawdziwe słoneczko. 
Uśmiechnęła się do 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
183 
swoich myśli. Pokochała ją szczerze i pragnęła zostać z nią na zawsze. Co to będzie... Nie, nie chciała 
teraz o tym myśleć. Nie dzisiaj. Była już wystarczająco przestraszona. Popatrzyła na Jacka i zrobiło jej 
się ciepło od środka. Ale uczucie do niego było dużo bardziej skomplikowane niż to do małej. Na jego 
widok odczuwała podniecenie, szybciej zaczynała krążyć krew i bić serce. Wystarczająco się już 
ośmieszyła w jego oczach. Nie przeżyłaby kolejnej porażki, kolejnego odrzucenia. Nie czuła się na 
tyle silna, by to znieść, ale chciała mu pomóc. Uklękła więc obok, ujęła w ręce jego stopę i oparła ją o 
piersi. Zaczęła liczyć w znanym im już rytmie, lecz dziś była bardzo spięta. Cały czas czuła na sobie 
jego wzrok. Odwróciła głowę w bok, by przed nim uciec. Nie potrafiła jednak uciec przed sobą i przed 
falą podniecenia, która ją ogarnęła. Wiedziała, że i on dostrzega, jak bardzo się miota i jak nie może 
poradzić sobie z uczuciami. I mimo iż pamiętała dobrze jego słowa, że nic między nimi nie może się 
wydarzyć, to jednak łudziła się... To było widać w jej oczach i ruchach. 
Wymieniali bez słowa ukradkowe spojrzenia, niby nic nieznaczące muśnięcia. Choć czerwieniła się, 
nie chciała odwrócić wzroku. Czuła pod dłońmi, jak jego mięśnie na przemian tężeją i miękną, jak 
pręży się przed nią, chcąc dać z siebie wszystko. 
Nagle Jack usiadł i chwycił ją za nadgarstek. Szkoda, więc już koniec, pomyślała z żalem. Teraz 
nakaże jej odejść i zostawić go w spokoju. Nie padło jednak żadne zbędne słowo. Jack pociągnął ją do 
siebie, a uścisk ten był tak silny, że aż poczuła ból. Zaraz potem przylgnął gorącymi wargami do jej 
spragnionych ust. Całował ją 

background image

184 Jo Leigh 
z taką namiętnością i z takim pożądaniem, że nie sposób było się temu oprzeć. Zresztą wcale nie 
chciała się opierać. Stało się wreszcie to, o czym tak bardzo marzyła. Z rozkoszą oddychała jego 
zapachem, smakowała rozgrzaną skórę i poddawała się pieszczotom. Gdy ręce Jacka zsunęły się w dół 
jej pleców, zadrżała w oczekiwaniu na to, co miało za chwilę nastąpić. 
- Nie tu... - chwyciła jego rękę drżącymi palcami. -Megan... może się zbudzić-szeptała, urywając 
słowa. 
Kiwnął głową, ale dostrzegła w jego oczach wahanie. Nie był więc do końca przekonany... Mogła się 
jeszcze wycofać, obrócić to w żart, udawać, że nic się nie stało. Zamiast tego wstała i wyciągnęła w 
jego stronę dłoń, by go ponaglić. Oplótł ją ramionami i powoli ruszyli w stronę sypialni. Hailey 
uśmiechała się do siebie. Czy to naprawdę ona? Wstydliwa, cicha Hailey? Jak on ją odmienił, dodał 
odwagi, oczarował. 
- Hailey... nie jestem pewny, czy... - zaczął, kiedy znaleźli się w sypialni. 
- Ale ja jestem pewna. - Zamykając drzwi, uśmiechnęła się do Jacka. 
- Chciałbym, żeby było to dla ciebie niezapomniane przeżycie, zasługujesz na to. 
- Będzie, wierz mi, będzie. - Pocałowała go mocno. 
Kiedy się obudziła, poczuła na sobie jego wzrok. Zadrżała. Odwróciła się do niego i szepnęła: 
- Jack, och, Jack... 
- Tak, kochanie. - Przytulił ją do siebie. - Jesteś taka cudowna, to twoja zasługa i tylko twoja. - Nie 
spodziewał się, że coś tak niezwykłego mu się jeszcze przytrafi, że ktoś zaakceptuje go takim, jakim 
był. A już 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 185 
na pewno nie ktoś taki jak ona. Przypomniał sobie, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy. Miała na rękach 
Megan. Pomyślał wtedy, że on nigdy nie czuł się w ramionach kobiety tak bezpieczny jak to dziecko. 
Nigdy, aż do dzisiaj. Czuł się tak, jakby po długim czasie znowu powrócił do domu. Ale czy był to 
domek z kart? 
- Kiedyś zapytałaś mnie, co tak naprawdę stało się z moim biodrem, pamiętasz? 
Pogładziła go po torsie i pocałowała w policzek. 
- Nie musisz mi opowiadać, jeśli nie chcesz. 
- Ale chcę... Ucałowała go w ramię. 
- Kilka miesięcy temu prowadziliśmy z Frankiem dochodzenie w sprawie morderstwa. Nic 
specjalnego, jedynie może to, że sprawca próbował być sprytny i upozorował samobójstwo. 
Znaleźliśmy jednak dowody. Był hazardzistą i musiał spłacić długi, a ona miała pieniądze, 
samochody, biżuterię... 
- Znalazł niezły sposób, żeby rozwiązać swoje kłopoty - skwitowała Hailey. 
- Nie da się ukryć. Trochę czasu upłynęło, nim dowiedliśmy, że to on ją zastrzelił... I prawie by się 
facetowi udało, gdyby nie nitki... 
- Nitki? Jakie nitki? 
- Małe strzępki tkaniny, które nie pochodziły z jej sukienki... Trzeba było znaleźć człowieka, który 
miał pasujące do nich ubranie. Mieliśmy już na niego oko. 
- A on o tym wiedział? 
- Tak, i na wszelki wypadek nosił ze sobą cały arsenał. Niestety nie zauważyłem jednego z jego 
pistoletów... 

background image

186 Jo Leigh 
- To musiało być dla ciebie straszne... 
- Dopadliśmy go, ale już po tym, jak... - Jack zawiesił głos. 
- Zniszczył cały twój świat? - zakończyła za niego miękko. 
- Zawsze chciałem być tylko gliną. Zaciągnąłem się zaraz po college'u... To ciekawe, bo nikt z mojej 
rodziny nie był w policji, a ja się uparłem... 
- Ale przecież nadal jesteś gliną. 
- Sama dobrze wiesz, żę to mrzonki. 
- Musisz po prostu ćwiczyć. 
- I tak nie ma żadnej gwarancji... 
- Nie pisz scenariusza za życie. Los pokaże, co będzie. Nie ma po co martwić się na zapas. Musisz 
chcieć i iść do przodu, krok za krokiem. 
- Nie jestem pewien, Czy potrafię... 
Hailey usiadła na łóżku i położyła dłonie na jego policzkach. 
- Potrafisz wszystko, czego naprawdę chcesz, a ja ci w tym pomogę. Zawsze będę przy tobie, kiedy 
będziesz mnie potrzebował. 
Chciał wykrzyknąć: „Razem pokonamy najgorsze zło!", ale przecież nie taka była prawda. Nie miał 
do Hailey żadnego prawą. 
- Nie prosiłem cię o pomoc. 
- Wiem - wycofała swoje dłonie, a jej entuzjazm znikł bez śladu. 
- Nie jestem tego pewien. Opowiedziałem ci to wszystko, żebyś zrozumiała, że nie mamy przed sobą 
żadnej przyszłości. 
Odwróciła się od niego, a kiedy znowu spojrzała mu w twarz, jej oczy pałały wściekłością. 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
187 
- Za każdym razem tego słuchać, to naprawdę średnia przyjemność! 
- Wiem, ale uważałem, że muszę ci to wyjaśnić. 
- No to wyjaśniłeś. Szkoda tylko, że musiałeś zepsuć tę piękną chwilę... 
- Wierz mi, że nie chciałem niczego zepsuć. 
- Ale zrobiłeś to. Jesteś tak cholernie przerażony, że nie potrafisz cieszyć się z odrobiny szczęścia, 
którą zechciało ci ofiarować życie. Jesteśmy razem, teraz i tu, i to jest realne, to jest rzeczywiste. 
Przeżyliśmy coś wspaniałego, a ty co? 
Patrzył na nią, na jej oczy miotające błyskawice, i nagle się roześmiał. 
- Co w tym śmiesznego? - warknęła. 
- A to, że jestem idiotą i dupkiem do kwadratu. 
- Sama prawda bije z twych ust. 
Widział, jak się uśmiechnęła. Przyciągnął ją do siebie i przytulił. 
- Przebaczysz mi? 
- Nie. Nigdy. 
- Nigdy? To brzmi jak wieczność. 
- I dobrze. Tak miało brzmieć. 
- A czy mógłbym spróbować coś wymyślić... 
- Próbować sobie możesz, kwadratowy dupku. 
- A co powiesz na to? - Delikatnie przesunął ręką po jej udach. 
Źrenice Hailey rozszerzyły się, a jej oddech stał się urywany. 
- Dobra, masz rację, do dzieła... 
Znowu go rozbawiła. Lecz już po chwili ich ramiona splotły się ze sobą, a on całował ją jeszcze 
mocniej i jeszcze goręcej. 

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY 
Jack otworzył oczy. Rozejrzał się wokół zdezorientowany. Coś wyrwało go ze snu, ale to nie była 
Hailey. Smacznie spała, zwinięta obok niego w kłębek. Wyglądała naprawdę prześlicznie... jak anioł. 
Jasne, lekko potargane włosy, lśniąca skóra i te długie rzęsy... 
Jak mogły nie przeszkadzać jej paskudne blizny na jego ciele? Jak mogła go pokochać? Nigdy by 
siebie nie podejrzewał, że kiedykolwiek będzie się tak o kogoś troszczył. Ta delikatna kobieta 
otworzyła przed nim drzwi, których istnienia nawet nie podejrzewał. Pokazała mu, że i on ma serce, 
które potrafi kochać i które łatwo zranić. 
Zegar wybił szóstą. Co też go mogło zbudzić? Rozejrzał się raz jeszcze dokoła, ale wszędzie zdawała 
ile panować cisza i spokój. Może to ta wczorajsza hlitorla % Frankiem? Wróć do teraźniejszości, 
podkręcił 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
189 
samego siebie, wstań, umyj się i bądź zadowolony, że spotkało cię tyle szczęścia. 
Powoli podniósł się z łóżka, uważając, by nie narobić hałasu, wsparł się na nocnym stoliku i 
pokuśtykał w stronę drzwi. Ku swemu zdziwieniu całkiem nie najgorzej poradził sobie bez laski, którą 
zostawił wczoraj w salonie. Czyżby zadziałały już ćwiczenia? Wszystko jedno, ale z pewnością był to 
dobry znak. To także zasługa Hailey... i Megan. To one wyprowadziły go z ciemności. Ze 
zdziwieniem uświadomił sobie również, że podśpiewuje pod nosem piosenkę z dawnych lat; piosenkę 
Glena Campbella o Galvestone. On śpiewa? Nie pamiętał, kiedy ostatnio mu się to zdarzyło. Próbował 
skoncentrować się na goleniu, i gdy po raz kolejny spojrzał do lustra, zobaczył odbicie pewnej 
przepięknej kobiety. 
- Dzień dobry - powiedział z uśmiechem. 
- Dzień dobry - mruknęła zaspana. 
- Obudziłem cię? 
- Nie. - Przeciągnęła się słodko. 
- Zaraz stąd wychodzę. 
- Nie, nie musisz się spieszyć. 
Usiadła na brzegu wanny. Szlafrok rozsunął się na boki i jego oczom ukazały się kształtne, smukłe 
nogi. Z miejsca przyszło mu do głowy, że powinni odłożyć kąpiel i wrócić do sypialni. Hailey 
zanuciła tę samą piosenkę, którą przed chwilą śpiewał. „Galvestone, przecież to...". Maszynka do 
golenia wypadła mu z ręki i kurczowo chwycił się umywalki. Hailey natychmiast znalazła się przy 
nim. 
- Co z tobą? Jack, jesteś biały jak kreda! 
Wziął ręcznik i wytarł nim twarz. Zaczął przypominać sobie rozmowę z Frankiem, słowo po słowie. 

background image

190 Jo Leigh 
- Jack, co się dzieje? Przełknął z trudem. 
- Wczoraj, po strzelaninie Frank powiedział, żebym jechał już do domu, bo zabierze mi to parę 
godzin... 
- Co w tym dziwnego? 
- Nigdy mu nie mówiłem, gdzie jesteśmy. I jeszcze dodał, że prom będzie zatłoczony. Skąd o tym 
wiedział? 
Na jej twarzy malował się strach, lecz próbowała zachować spokój. 
- Może to były tylko domysły... 
- A jeśli nie? Ale Frank przecież nie zrobiłby mi czegoś takiego. Nie on. To porządny facet, dlaczego 
miałby kazać mnie zastrzelić? 
- To musi być jakiś fatalny zbieg okoliczności. Niepotrzebnie się tym przejmujesz... Może napom-
knąłeś coś przez telefon? 
- Na pewno mu nic nie powiedziałem... 
- Trudno w to uwierzyć, Jack. 
- Coś mi tu nie pasuje. - Odłożył ręcznik. - Zdrada... Wykąp się prędko, a potem musimy się pakować. 
Tu zrobiło się niebezpiecznie. 
- Dokąd pójdziemy? 
- O tym pomyślimy później, a teraz do roboty. Pogłaskała go z czułością po głowie. 
- Razem na pewno sobie z tym poradzimy. 
- Tak... 
Hailey działała szybko. Starała się nie panikować, by nie wystraszyć Megan. Wrzuciła swoje rzeczy 
do walizki, a potem sięgnęła po jedną z walizek matki i włożyła do niej rzeczy małej. Kiedy 
skończyła, zauważyła, że również torba Jacka jest spakowana i stoi w salonie. 
 

background image

Ostatnia część układanki 
191 
Megan siedziała w kuchni przy stole i zajęta była rysowaniem. Wysunęła koniuszek języka i z 
zacięciem malowała jakiś obrazek. Z każdym dniem jej miłość do tej dziewczynki stawała się coraz 
większa. Poczuła ukłucie w sercu, gdyż nie wiedziała,, czy uda jej się zapewnić małej bezpieczeństwo. 
Ale przecież musiało być jakieś wyjście z tej sytuacji... Myślała o tym przez cały poranek. Spojrzała 
na zatroskaną twarz Jacka i od razu zrozumiała, że jego głowę zaprzątało to samo. Na myśl przyszedł 
jej tylko jeden pomysł, lecz była niemal pewna, że Jack go nie zaakceptuje. Jak ma go przekonać, że to 
ich jedyna szansa? Podeszła do niego, a on ujął jej dłoń i przycisnął do ust. 
- Przepraszam... - szepnął. 
- Za co? 
.- Że dzisiejszy dzień wygląda tak, jak wygląda. 
- Jack, to przecież niczego nie zmienia. Westchnął głęboko. 
- Nie powinniśmy byli używać komputera. - Przymknął na chwilę oczy, a potem znów spojrzał na nią. 
- I nie będę więcej dzwonił do Franka ani do Boba. Poza sobą nie możemy ufać nikomu. 
Wspięła się na palce i delikatnie pocałowała go w usta. 
- Mam pewien pomysł, ale... 
- Zamieniam się w słuch. 
- Powinniśmy dostać się do biura Faradaya. I to najlepiej w nocy, pod jakimkolwiek pretekstem... Dziś 
w nocy... 
- Włamać się? Kiwnęła głową. 
- Nikt nam w tym nie pomoże, a musimy znaleźć 

background image

192 Jo Leigh 
powiązania między nim a inicjałami i numerami z zeszytu Roya. 
- Ale zaraz, co nam da włamanie do jego biura? A nawet jeśli, to nie możemy tak bardzo ryzykować. 
- Ty nie, ale ja mogę. 
- Słucham? - Jack zdumiał się niepomiernie.. - O nie, co to, to nie. Nie ma mowy! 
Spodziewała się takiej reakcji, ale teraz uśmiech zniknął z jej twarzy. 
- Jack, posłuchaj, co wymyśliłam. Musimy stąd wyjechać, choć nie mamy pojęcia dokąd. Trzeba 
działać! Znam pewien mały sklepik, który ułatwi nam naszą misję. To sklep z wyposażeniem dla 
detektywów. Jest w nim wszystko: maleńkie mikrofony, kabelki, kamery... Wszystko, rozumiesz? 
Będziemy więc w stałym kontakcie. 
Jack otworzył usta, by znów zaoponować, ale przykryła je dłonią. 
- Nic mi się nie stanie... 
- A co z ochroną, kamerami, alarmem? 
- Będę ostrożna, a nawet jeśli coś pójdzie nie tak, ucieknę w mgnieniu oka. 
- Nie, Hailey - powiedział, ale już mniej stanowczo niż na początku. 
- Jack, nie możemy ani tu zostać, ani wrócić do domu. Nie możemy też nikogo prosić o pomoa A 
musimy coś zrobić, bo inaczej dopadną Megan. 
- Ale nie... nie mogę się zgodzić, byś ty tam poszła. Nawet nie wiesz, czym to grozi... 
- Jack, nie chcę siedzieć z założonymi rękami! Będziesz śledził każdy mój krok. Nie będę sama. Jeżeli 
powiesz, że mam się wycofać, usłucham cię, obiecuję. 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 193 
- A co z małą? 
- Ó tym też pomyślałam. Myślisz, że twoja była żona zechce się nią zaopiekować? 
- Crystal miałaby zaopiekować się Megan? - zaśmiał się sarkastycznie. - Ta kobieta ma uczulenie na 
dzieci. 
- Mógłbyś chociaż zapytać... Może się zgodzi. 
- No dobra, może... choć to bardzo wątpliwe. I co, i pojedziemy do twojego sklepu, kupimy wszystko, 
co tylko nam do głowy przyjdzie z kostiumem Jamesa Bonda włącznie, i co ci to pomoże, kiedy 
znajdziesz się w tarapatach? Hailey, to świetnie strzeżony obiekt. Nie będę mógł ci pomóc na 
odległość! Nie będę mógł, rozumiesz? 
- Wiem - dodała cicho - ale jestem gotowa podjąć takie ryzyko. Nie mogę żyć w ciągłym strachu z 
myślą, że ktoś czyha na Megan... i na ciebie. Wolę zginąć niż widzieć, że któreś z was cierpi. 
- A co będzie, jeśli cię złapią? Pomyślałaś o tym? Co stanie się z małą? 
- Nie zginę. Jeżeli tylko będę miała wątpliwości, opuszczę biurowiec. Przecież nie ma innego wyjścia, 
Jack! 
Nic nie odpowiedział. Dłuższą chwilę patrzył na nią nieprzytomnym wzrokiem, a potem nagle żachnął 
się. Wiedziała, że pomyślał o Franku, swoim byłym przyjacielu. 
- Najgorsze w tym wszystkim jest to, że na nikogo nie możemy liczyć. Ba, nie mogę liczyć nawet na 
siebie. Choćbym zaćwiczył się na śmierć, i tak niewiele mi to pomoże. Jestem kaleką i nikt tego nie 
może zmienić, nawet ty. 

background image

194 Jo Leigh 
- Czy przez to, że kulejesz, stałeś się gorszy? Jack, jesteś najbardziej wartościowym facetem, jakiego 
spotkałam. Jesteś czuły i silny, masz poczucie humoru i jesteś inteligentny, no i cholernie przystojny. 
Dobrze rozumiem, dlaczego Crystal. się w tobie zakochała. 
- Zastanawiała się, czy powinna dodać coś jeszcze, ale niedowierzanie w jego oczach odwiodło ją od 
tego zamiaru. Patrzył na nią tak, jakby była szalona. 
- Czyżbyś nie słuchała, co do ciebie mówię? Nie mam ci nic do zaoferowania. Kiedyś byłem gliną, ale 
już nie jestem i na tym koniec. 
- Masz rozum i odwagę... 
Ruchem ręki dał jej znać, żeby przestała, a potem odwrócił się. Poczuł, jak sznuruje mu się gardło. 
Kiedy znowu na nią spojrzał, jego oczy wypełnione były łzami. 
- Bardzo chciałbym ci uwierzyć, ale... 
- Zatem uwierz! 
- Nie wiem, czy potrafię. Leciutko ucałowała go w policzek. 
- Potrafisz, musisz tylko bardzo chcieć. - Pogłaskała go po ramieniu, a potem podeszła do Megan. 
- Wiesz kochanie - starała się opanować drżenie głosu 
- pojedziemy odwiedzić tę panią, która jest przyjaciółką Jacka, pamiętasz? 
Mała spojrzała na nią swoimi ogromnymi, błękitnymi oczami i kiwnęła główką. Wtedy Hailey wzięła 
ją na ręce i poczuła, jak drobne rączki zaplatają się wokół jej szyi. Musi mi się udać, próbowała 
utwierdzić się w trudnej decyzji. Nie ma innego wyjścia. Robiła to przecież dla Megan, żeby była 
spokojna i bezpieczna. Dość już przeszła w swoim młodym życiu.. W końcu 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
195 
jest chyba na tym świecie jakaś sprawiedliwość? - pomyślała z irytacją. 
- Nie zrobisz tego! - Jack pokręcił z desperacją głową. - Nie zgadzam się. 
- Jeśli mi nie pomożesz, zrobię to sama, bez twojej pomocy, więc jak uważasz. 
Poprosił Hailey o komórkę, wystukał numer i czekał, aż ktoś podniesie słuchawkę. Trwało to w 
nieskończoność. 
- Crystal? Witaj. Muszę cię jeszcze o coś poprosić... - zaczął bez ogródek. 
- Dobry Boże, co za niespodzianka... 
- To bardzo ważne, inaczej nie prosiłbym cię o pomoc. 
Słyszał, jak westchnęła. Była fantastyczną kobietą, ale nie mogła równać się z Hailey. 
- Mów, o co chodzi? 
- Chciałbym cię prosić, żebyś przypilnowała dziecko, tylko dzisiaj wieczorem. 
Roześmiała się, rozbawiona tą ofertą. 
- Mam zostać nianią? 
- Tak, właśnie ty. 
- Frank mówił mi, że wpakowałeś się w coś po samą szyję. Teraz widzę, że miał rację. 
Jack wstrzymał oddech. 
- Rozmawiałaś z Frankiem? 
- Tak. 
- Powiedziałaś mu, że Hailey i Megan są ze mną? -Nie. 
- To dobrze. - Odetchnął z ulgą. 
- To on mi o tym powiedział. 
- Cholera - zaklął cicho. Zatem Frank musiał 

background image

196 Jo Leigh 
śledzić go aż do Galvestone. Tak, to miało sens, choć trudno było uwierzyć, że przyjaciel pracował dla 
kogoś takiego jak Faraday. 
- Jesteś tam jeszcze? — zapytała po chwili Crystal. 
- Tak, przepraszam, oczywiście, że jestem. Przywieziemy ją za jakąś godzinę. To bardzo miły i dobry 
dzieciak. Polubisz ją. I jeszcze... ^ 
- Tak? 
- Bądź tak dobra i nie mów o tym nikomu, również Frankowi. , 
- Jak sądzę, wyjaśnisz mi, dlaczego... 
- Kiedy się to wszystko już wreszcie skończy, wytłumaczę ci, obiecuję. 
Cały ten plan zupełnie nie był po jego myśli. Ale nie mógł przecież zabronić Hailey tego szaleństwa. 
Była w końcu dorosła. Ubolewał jednak nad tym, że nie udało mu się odwieść jej od realizacji tego 
zwariowanego pomysłu. 
Do biura Faradaya dotarli krótko po pierwszej w nocy. Jack wolno okrążał budynek, żeby zorientować 
się, jak rozstawiona jest ochrona. Przy wejściu, w jasno oświetlonej recepcji, siedział strażnik. 
- Nie sądziłam, że mają ochronę całodobową. - Hailey westchnęła ciężko. 
- To co, dotarło do ciebie, że to nie żarty? Proszę cię, zrezygnuj... 
- I co, mam opuścić stan i zmienić nazwisko? Choć i to nie pomogło Royowi. Dobrze, że chociaż 
Megan jest póki co bezpieczna - mruknęła pod nosem. 
Jack zaklął po cichu. 
- Jestem więcej niż pewien, że mała nauczy się paru niezłych rzeczy przy Crystal. 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 197 
Hailey uniosła brwi w zdziwieniu. 
- Przypadkiem nie mówisz mi o tym trochę za późno? 
- Nie martw się, nie miałem nic złego na myśli. 
- Poklepał ją po dłoni. 
- No dobra, skupmy się. Muszę jakoś przejść koło tego strażnika... 
- Jak zamierzasz to zrobić, jeśli można spytać? 
- Właśnie nie bardzo wiem... 
- Jeżeli mają kamery, a jestem pewien, że tak jest, to będą mieć niezły ubaw. Jutro będziesz na 
pierwszych stronach gazet, masz to jak w banku. 
- W takim razie trzeba się dowiedzieć, czy obserwują cały obiekt. Może monitorują tylko korytarze? 
- Hailey, jesteś kompletnie szalona - stwierdził Jack, parkując samochód. - Nie powinienem był do 
tego dopuścić, i to z wielu powodów. 
- Znasz moje zdanie - odparła oschle. 
- Nie wiem, czy będę potrafił zastąpić Megan matkę, jak coś ci się stanie. - Wiedział, że to cios poniżej 
pasa, ale jakie miał wyjście... 
- Nie martw się, nie będziesz musiał - żachnęła się. 
- Bądźmy tylko cały czas w kontakcie, a wszystko pójdzie jak z płatka. 
- A jeśli nie? 
- Ucieknę tak szybko, że nawet nie zdążysz mrugnąć okiem. 
- Naprawdę przeceniasz swoje możliwości. 
- Nie wydaje mi się. 
Spojrzał na nią. W świetle latarni doskonale widział w jej lśniących, niezwykłych oczach gigantyczną 
wprost determinację. Nagle pocałowała go, a on zaraz 

background image

198 Jo Leigh 
przypomniał sobie wszelkie szczegóły minionej nocy. Ich pierwszej i prawdopodobnie ostatniej 
wspólnie spędzonej nocy. 
- Życz mi szczęścia. A ty też sobie poradzisz, bo ci na mnie zależy. 
- Czyżby? 
- Mhm. 
- Nie chcę cię stracić. Zrozum, Hailey, nic tak cudownego jak ty nie przytrafiło mi się nigdy w życiu 
— rzucił desperacko. 
- Nie stracisz mnie. Zobaczysz, wszystko będzie OK. Zaufaj mi i uwierz wreszcie, że moje przeczucia 
nie mogą mnie mylić. 
Jack marzył o tym, żeby ktoś Hailey powstrzymał, zanim spotka ją coś strasznego. Najlepiej, żeby na 
samym początku zawrócił ją strażnik. 
Było po drugiej, kiedy wyśliznęła się z jego objęć. 
- Jeśli nie wrócisz za pół godziny, zadzwonię po kawalerię. 
- Przecież w pół godziny nic nie zrobię. Wrócę... piętnaście po czwartej. - Wysiadła z samochodu. 
-Trzymaj za mnie kciuki. - Zatrzasnęła ciężkie drzwi. 
Natychmiast włożył słuchawki i włączył krótkofalówkę. Ona również zamontowała swoją słuchawkę 
i przetestowała połączenie. 
- Słyszysz mnie? Jack aż podskoczył. 
- Nie musisz krzyczeć. 
- Teraz lepiej? 
- Tak. Jakbyś robiła to całe życie. 
- Ty też mów ciszej. 
Dobre sobie. Był tak zdenerwowany, że nie mógł 
 

background image

Ostatnia część układanki 199 
opanować drżenia głosu. Gdyby tylko to było możliwe, kazałby jej zawrócić, zanim sprawy wymkną 
się spod kontroli. Wiedział jednak, że to na nic, że go nie posłucha. 
- Życz mi mnóstwo szczęścia. - Przeszła na drugą stronę ulicy. 
- Wracaj do mnie cała i zdrowa - szepnął do mikrofonu. - Tylko o to jedno cię proszę. Nie chcę bez 
ciebie żyć. 
- Obiecuję, wrócę. 
- Jeśli tylko zauważysz coś podejrzanego, natychmiast uciekaj. 
- Jack? 
- Co? 
- Zamknij się. Wchodzę. 
Poczuł, jak adrenalina zaczyna na dobre buzować mu we krwi. Zastanawiał się, czy dostanie zawału 
serca, gdy Hailey będzie próbowała sforsować strażnika, czy też dopiero potem. Szlag by to trafił. 
Dlaczego był taki bezużyteczny? Z bezsilności rąbnął pięścią w tablicę rozdzielczą, ale nie ulżyło mu. 
Gdyby nie to cholerne biodro, nie musiałby patrzeć bezradnie, jak kobieta odwala za niego brudną 
robotę. I to jego kobieta. Czy można upaść jeszcze niżej? Usłyszał jej głos. Dotarło do niego, że 
brzmiał podobnie do głosu Crystal: był niski i pociągający. I ta jej bzdurna historyjka, coś o diamento-
wym naszyjniku i żonie Craiga Faradaya. W mig omotała sobie strażnika wokół palca. Kilka tygodni 
temu nie potrafiłaby tego dokonać. Z całą pewnością nie była tą samą kobietą, którą spotkał kiedyś w 
pralni. Jak bardzo się zmieniła od tego czasu. 
- O, dziękuję panu, bardzo panu dziękuję - usłyszał 

background image

200 Jo Leigh 
w słuchawkach Jack. Miał wrażenie, że coś mu z tej rozmowy umknęło. Słyszał, jak Hailey idzie 
korytarzem. Stukot jej obcasów odbijał się o ściany. 
- Na pewno nie będę dłużej niż pięć minut - rozległ się ponownie jej głos. - Dziękuję. 
Miała rację, że włożyła sukienkę. Sprytna dziewczyna. A on upierał się, by włożyła coś wygodnego, 
najlepiej spodnie i podkoszulek. Lecz nie posłuchała go i ubrała się w elegancką, czarną sukienkę, 
która idealnie podkreślała jej wspaniałą figurę. 
Po charakterystycznym szumie zorientował się, że przywołuje windę. Pogłośnił, pragnąc jak 
najszybciej dowiedzieć się, co się dzieje. 
- Nie, nie - dotarło wyraźnie do jego uszu. - Proszę się nie fatygować. Wiem, że jest pan bardzo zajęty. 
Naprawdę zajmie mi to tylko chwilkę. Podpiszę, jak będę wychodziła. Tak, oczywiście. 
Jack nie wierzył własnym uszom. Strażnik otwierał jej drzwi i wpuszczał ją samą do środka. 
- Jack? 
- Tak? 
- Jestem w środku! 
- Wiem. 
- Zamierzam poszperać w biurku Faradaya. 
- Pospiesz się. 
- Jasne. Jack? 
- Tak? 
- Miałam rację z tą sukienką. 
- Pozwól, że ci pogratuluję, kiedy stamtąd wyjdziesz. 
- Mam nadzieję. 
- Przestań gadać i pospiesz się. O rany! Jakiś 
 

background image

Ostatnia część układanki 
201 
samochód stoi na parkingu. Widzę główne wejście. Jeśli ktoś będzie nim wchodził, powiem ci. 
- Dobra. 
Usłyszał dźwięk otwieranej szuflady. Grzeczna dziewczynka. Nie stała przy drzwiach i nie paplała do 
mikrofonu, lecz wzięła się do dzieła. 
- Jack, chciałabym ci jeszcze coś powiedzieć. 
- Co? 
- Zakochałam się w tobie. 

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY 
Hailey była zdenerwowana. Z trudem panowała nad drżeniem rąk. Wprawdzie do tej pory sprzyjało 
jej szczęście, ale z każdą chwilą stawało się coraz bardziej prawdopodobne, że ją nakryją. Strażnik, 
choć był taki miły, mógł już dawno zadzwonić do Faradaya. 
- Jack? 
- Tak? 
- Nie masz mi nic do powiedzenia? 
- Owszem, ale wolę zrobić to osobiście. 
- Jedna z szuflad jest zamknięta. Jak to załatwić? Jack zacisnął oczy i zaczął się zastanawiać, czy nie 
powinien skłamać i nie powiedzieć, że do budynku właśnie wchodzi Faraday. Jednak uznał, że tego 
nie zrobi. W końcu Hailey była już w środku i jeśli znajdzie jakieś konkretne dowody, będą uratowani 
i wreszcie bezpieczni. Nie, nie chodzi mu o jego życie, bo ono 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 203 
i tak niewiele jest warte. Chodzi mu o nią i o małą. Tak bardzo pragnął, by mogły wreszcie spokojnie 
i szczęśliwie żyć. Czemu musiał być aż tak bezradny? 
- Użyj wsuwki - powiedział rzeczowo. - Pamiętasz, pokazywałem ci, jak to zrobić. 
- Myślisz, że z tym zamkiem też mi się uda? 
- To bułka z masłem, poradzisz sobie. 
- Dobra, poczekaj... 
Jack wsłuchiwał się we wszystkie, choćby najcichsze odgłosy. Wszelkie zgrzytnięcia, skrzypnięcia, 
drapnię-cia rozbrzmiewały w słuchawkach głuchym echem. Słyszał też głośny oddech Hailey. 
Najwyraźniej robiła się coraz bardziej niecierpliwa. Wiedział, że się bardzo stara, trzymał więc kciuki 
za powodzenie akcji i milczał. Gdyby był w środku, na pewno otworzyłby tę szufladę w kilka sekund. 
Nic w tym dziwnego. Robił to przecież setki razy. A ona? Skąd miała mieć wprawę? I tak była 
cudowna. Jemu w żaden sposób nie udałoby się tak bezproblemowo wejść do biurowca, a już z całą 
pewnością nie udałoby mu się oczarować strażnika. 
Z rozmyślań wyrwało go silne, oślepiające światło. W pierwszej chwili zmrużył oczy i nie wiedział, 
co się dzieje. Gdy je otworzył, dostrzegł we wstecznym lusterku wolno podjeżdżający od tyłu 
samochód. Ściszył krótkofalówkę, zsunął się nieco niżej i skulił. Ale nie miało to zbytniego sensu. To 
był wóz policyjny departamentu w Houston. Cholera, zaklął w duchu, siedział przecież w cadillacu 
Crystal, a u niej znajdowała się teraz Megan. 
Radiowóz zatrzymał się dokładnie naprzeciw niego. Ponownie oślepiło go ostre światło, że musiał 
przysłonić oczy ręką. 

background image

204 Jo Leigh 
- Go jest grane? Jestem z policji! Przestańcie! 
- zawołał. 
O dziwo światło zgasło, a jego uszu dobiegł niski głos: 
- Z policji? 
- Tak. Jack McCabe. Proszę, oto mój identyfikator. 
- Zgadza się, znam cię. Widziałem cię już wcześniej. Kilka miesięcy temu miałeś postrzał - zabrzmiał 
wyższy głos. 
- To prawda - powiedział Jack, przecierając oczy i próbując rozpoznać któregoś z mężczyzn 
siedzących w samochodzie. Ale niestety nie znał żadnego z nich. 
- Co robisz tutaj o tej porze, McCabe? 
- Przysługę pewnej znajomej... lasce. Zostawiła coś w biurze i nie mogła zasnąć. 
Jeden z gliniarzy połknął haczyk. 
- Mmmm... laska. Nie da się bez nich żyć. 
- I niestety nie można ich zamknąć bez nakazu 
- dokończył drugi. 
Jack roześmiał się, jakby usłyszał dobry dowcip. Miał nadzieję, że radiowóz za chwilę odjedzie, a on 
będzie wreszcie mógł nawiązać kontakt z Hailey. 
- Powodzenia, detektywie. Zadziałało... Jack odetchnął z ulgą. 
- A może to była tylko podpucha, co, McCabe? 
- Dobranoc, chłopaki. Poszukajcie sobie lepiej jakiejś milutkiej laseczki na dobry sen... - Nic go już 
nie obchodziło. Chciał, żeby wreszcie znikli mu z oczu, a czy byli ną liście płac Faradaya, o tym 
przekona się już wkrótce. Gdy wyjechali z parkingu, Jack pogłośnił krótkofalówkę. 
- Jack, Jack! 
 

background image

Ostatnia część układanki 
205 
- Już jestem, wszystko w porządku. 
Jej głos drżał. Przez moment zdawało mu się, że płakała. 
- Dlaczego się nie odzywałeś? Co się stało? 
- Podjechał radiowóz, ale już odjechali - starał się mówić niefrasobliwie, jakby nic specjalnego się nie 
stało. Ale przecież równie dobrze mogli zjawić się tu za chwilę wraz z posiłkami. 
- O Boże, myślałam, że umrę na zawał serca! 
- Czy słyszałaś cokolwiek z tego, co powiedziałem? 
- Nie, nic nie słyszałam. Jack, otworzyłam szufladę. Jest tu kilka ponumerowanych dyskietek i kilka 
rejestrów telefonicznych z inicjałami. No to teraz zgaduj, co to za inicjały? 
- Te same, które już widzieliśmy. Bierz wszystko i wyłaź! 
- A co z dyskietkami? 
- Też weź! Pospiesz się, proszę. 
Słyszał, jak przekłada rzeczy z szuflady do torebki, a potem, jak zamyka szufladę. 
- Już mam. Wychodzę - szepnęła. - Ooo... 
- Co się stało? Hailey! Hailey! - Jack zamarł z przerażenia. - Hailey, odezwij się! Hailey! 
- Proszę postawić torebkę na podłodze! - usłyszał w słuchawkach. Był to męski głos, ale nie należał do 
strażnika. 
- Dobrze, ale niech pan zabierze ten pistolet - powiedziała Hailey. - Nie zamierzam stawiać oporu. 
- Świetnie. Proszę do mnie podejść... 
Jack wyjął komórkę Hailey i wystukał prędko 911. Zameldował, że ktoś miał atak serca w biurze 
Faradaya. 

background image

206 Jo Leigh 
Potem zadzwonił do Boba. Chociaż wiedział, że to ryzykowne, ale nie miał wyjścia. 
- Co jest? - usłyszał rozwścieczony głos przyjaciela. 
- Cześć - powiedział spokojnie. - Potrzebuje twojej pomocy. Przyjedź do biura Faradaya. 
Skrzyżowanie Czternastej z Alabama. Czwarte piętro. Mam kłopoty. 
- Już jadę! 
- Bob... 
- Co? 
- Nie mów nic Frankowi. Zapadło krótkie milczenie. 
- Jasne, nic nie powiem. 
Jack wyłączył telefon i skoncentrował się na tym, co działo się w biurowcu. Nie wiedział, ile 
przegapił, gdy rozmawiał przez telefon. Uspokoił się trochę, kiedy usłyszał głos Hailey: 
- Zaraz, zaraz, ja przecież pana znam... - powiedziała, powoli cedząc słowa. - To pana spotkałam w 
mieszkaniu Roya Chandlera. - A po chwili dodała - Tak, z pewnością to był pan. 
Cholera, wyglądało na to, że Hailey ma poważne problemy. Jack przysunął mikrofon blisko do ust i 
szepnął: 
- Trzymaj się, mała, pomoc już w drodze. Spróbuj go trochę zatrzymać, ale nie rób niczego, co 
mogłoby wzbudzić jego podejrzenia. Czuwam tu nad tobą, nie martw się. 
- A to co? - odezwał się znowu męski głos. - Co planowałaś zrobić z tymi rzeczami? - zapytał ostro. - 
No pięknie, moja droga, włamanie i kradzież. No pięknie - powtórzył. - Wygląda na to, że spędzisz 
jakiś czas za kratkami. 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
207 
- Nie słuchaj go, Hailey - powiedział cicho Jack. - To nie jest glina. Udaje. Rób tak, jakbyś chciała z 
nim podjąć współpracę. Zaraz tam będą, nie daj się zdenerwować. 
- A może cię po prostu zabiję i w ten sposób zaoszczędzę pieniądze podatników? 
Jack nie mógł tego dłużej słuchać. Otworzył drzwi samochodu i powoli zaczął wysiadać. Nie był w 
stanie wszystkiego ze sobą wziąć. W jednaj ręce trzymał pistolet, w drugiej krótkofalówkę. Obie te 
rzeczy były mu niezbędne. Musiał więc zrezygnować z laski. Trudno, jakoś sobie poradzi. Zatrzasnął 
drzwi i ruszył do przodu. Biodro bolało go niemiłosiernie, lecz zacisnął zęby i starał się myśleć tylko o 
Hailey. Wsłuchiwał się w każde słowo rozmowy, która toczyła się na górze. 
- Póki co, usiądź sobie, kochana, ale rączki, bądź tak miła, załóż na kark. 
- W porządku — usłyszał jej spokojny głos. Dzięki Bogu, potrafiła zapanować nad sobą, co w tej 
sytuacji wcale nie było takie łatwe. 
- Hailey, kochanie, posłuchaj mnie. Idę do ciebie. Za chwilę dotrą posiłki. Wytrzymaj jeszcze tylko 
kilka minut. Jesteś nadzwyczajna. 
Usłyszał, jak pociąga nosem. Miał wrażenie, że próbuje ukryć przed nim łzy. 
- Najdroższa, wierz mi, też cię kocham i nie potrzebuję już więcej czasu... Po prostu wiem... - Starał 
się iść jak najszybciej, by czym prędzej dotrzeć do wejścia. Przy kolejnym kroku źle postawił stopę i 
omal się nie przewrócił. Ból przeszył go na wylot, Jack zagryzł jednak zęby i szedł dalej. - Jesteś 
jedyną osobą, którą kocham. Błagam cię na wszystko, zachowaj 

background image

208 Jo Leigh 
spokój. Jestem skończonym idiotą. Nigdy nie powinienem był się zgodzić, byś tam poszła. Moje życie 
bez ciebie byłoby pozbawione wszelkiego sensu. Kochanie, kiedy wejdę do środka, spróbujemy się z 
nim jakoś dogadać. Oddamy im ten cholerny worek i ten zeszyt. Oddamy im wszystko, jeżeli tylko cię 
wypuszczą i zostawią w spokoju Megan. Nie ma dla mnie ważniejszych od was istot, słyszysz? 
- Hej! A to co za cacko? Pokaż no... 
Krótkie skrzypnięcie, a potem cisza. Nic, tylko głucha cisza. 
- Hailey, Hailey! Odezwij się... - nawoływał z rozpaczą w głosie, choć wiedział, że na nic się to nie 
zda. Za każdym razem odpowiadała mu głucha cisza. 
Ten sukinsyn zauważył kabel, pomyślał rozwścieczony Jack. Więc już wie, że nie jest sama, że 
najprawdopodobniej ma wspólnika i że być może zdążyła wezwać pomoc. Mógł ją teraz zastrzelić i 
zwiać lub wywieźć nie wiadomo dokąd. Muszę się do niej dostać, nawet gdybym miał się tam 
doczołgać, postanowił. Jednym pchnięciem otworzył szklane drzwi i tak bardzo wystraszył strażnika, 
że ten mało nie spadł ze stołka. 
- Halo! Co to ma być? - zawołał za nim, kiedy się tylko otrząsnął, ale Jack był już koło windy. 
- Jestem z policji! Za chwilę dotrze tu wsparcie. Powiesz im, że jestem na czwartym piętrze, w biurze 
Faradaya - krzyknął Jack. Ogarnęła go potworna wściekłość na siebie, że nie mógł wbiec po schodach 
i że w ogóle pozwolił Hailey na realizację tego szalonego planu. 
- Dzwonię po policję! - zawołał z oburzeniem strażnik. 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
209 
- Doskonale! Już to zrobiłem, ale popędź ich trochę - powiedział, zanim zamknęły się za nim drzwi 
windy. 
Przycisnął czwórkę i po chwili ruszył na górę. Jeszcze nigdy w życiu nie jechał czymś tak ślamazar-
nym. Wykorzystał ten czas, by się przygotować. Odbezpieczył pistolet i próbował uspokoić oddech. 
Przypomniał sobie, jak robiła to Hailey. Nagle drzwi windy otworzyły się bezszelestnie, lecz było to 
trzecie piętro, a nie czwarte. Przycisnął kilkakrotnie guzik opatrzony cyfrą cztery, lecz nic to nie dało. 
Winda nawet nie drgnęła. Cholerny strażnik, zaklął Jack pod nosem, pewnie wyłączył prąd, a Hailey 
była tam całkiem sama, oko w oko z bandytą. Z bezradności uderzył pięścią w ścianę, a potem ruszył 
korytarzem w stronę klatki schodowej. 
Hailey siedziała nieruchomo na krześle i starała się nie wpadać w panikę. Teraz, kiedy została 
zupełnie sama, nie było to łatwe. Tak bardzo pragnęła, by znalazł się przy niej Jack... Przyglądała się 
mężczyźnie, który mierzył do niej z pistoletu, i próbowała zapamiętać każdy szczegół. Doszła do 
wniosku, że nie jest zbyt bystry, ale o tym przekonała się już wcześniej, w apartamencie Roya. Wbrew 
pozorom wcale nie było to pocieszające. Wiedziała, że jest zdolny zastrzelić ją bez zmrużenia oka, a 
potem dopiero zastanawiać się, czemu wcześniej nie zadał jej kilku ważnych pytań. Doszła do 
wniosku, że najlepszym sposobem na tego faceta będzie zgrywanie idiotki. Kogoś bardziej 
inteligentnego z pewnością nie udałoby się przekonać o tym, że najpierw przez przypadek włamała się 
do biura Faradaya, a potem przez pomyłkę wykradła z zamkniętej szuflady dyskietki i inne ważne 

background image

210 Jo Leigh 
dokumenty. Nie wiedziała wprawdzie, czy udało się jej przekonać go o tym do końca, ale jakoś nie 
miało to dla niej specjalnego znaczenia... 
Najbardziej obawiała się o Jacka. Co pomyślał, kiedy nagle urwał się z nią kontakt? Wiedziała, że za 
wszelką cenę będzie chciał się tutaj dostać. W tej sytuacji naprawdę trudno zachować spokój. W ogóle 
nigdy, ale to nigdy nie przyszło jej do głowy, że kiedykolwiek wpadnie w takie tarapaty. Boże, prze-
mknęło jej nagle przez myśl, co stanie się z Megan, kiedy zabraknie i jej, i Jacka? W oczach Hailey 
pojawiły się łzy, ale to nie był dobry moment, żeby się rozklejać. 
Jack spojrzał z przerażeniem na schody, które wydały mu się Mount Everestem. Katorżnicza 
wyprawa, która zajmie całą wieczność! Nawet gdyby miał ze sobą laskę, wiele by mu to nie pomogło. 
Ale myśl o Hailey, o tym, że siedzi z bandziorem i liczy na jego pomoc, dodawała mu odwagi i 
motywowała go do działania. Zrobił pierwszy krok i zagryzł z bólu wargę, lecz wiedział już, że dopnie 
swego. Wprawdzie gdy dotarł do półpiętra, pot ściekał mu po twarzy, a mięśnie drżały z wysiłku, ale 
nie zamierzał się poddać. Przecież nie mógł pozwolić, by ból go zwyciężył. Mocno uchwycił poręcz i 
podciągał się krok po kroku, wyżej i wyżej. Wreszcie dotarł do czwartego piętra. Stanął na moment, 
żeby złapać oddech. Boże, jak bardzo się zmienił od czasu wypadku... Dawniej żadne, choćby 
najdłuższe schody nie były w stanie go przestraszyć. Mknął do góry, pokonując w zawrotnym tempie 
po dwa lub trzy stopnie naraz. Brzydził się swoim kalectwem. Z upływem czasu natrętne myśli 
stawały się bardziej okrutne niż ból. 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
211 
Zamienił się w słuch. Znikąd jednak nie dochodziły żadne głosy. Wszędzie panowała absolutna cisza. 
Wstrzymał oddech i ruszył wzdłuż korytarza. Dostrzegł tablicę informacyjną, dzięki której 
zorientował się, że biuro Faradaya znajdowało się po prawej stronie. Podążył za znakiem, trzymając w 
ręku pistolet gotowy do strzału. Gdy z najwyższym trudem dotarł prawie do celu, usłyszał szum 
windy. Więc ktoś wreszcie przyjechał. Albo Bob, albo policja, albo sam Faraday, przemknęło mu 
przez myśl. Niczego nie mógł być pewien. Schował się za drzwiami od łazienki. Dziękował w duchu 
Bogu, że nie były zamknięte. Nie widział teraz praktycznie nic, ale za to doskonale wszystko słyszał. 
Zadudniły czyjeś kroki. Był więcej niż pewien, że to tylko jedna osoba. Minęła drzwi, za którymi się 
ukrył, i weszła do biura. Nie wiedział, czy ktoś nie został przy windzie, ale miał mało czasu, musiał 
zaryzykować. Wysunął się ostrożnie zza drzwi i z ulgą stwierdził, że na korytarzu nikogo więcej nie 
było. Najszybciej jak mógł podążał w kierunku biura Faradaya. Kiedy dotarł do drzwi, usłyszał głos 
Boba Dorrana. Dzięki Bogu, pomyślał. Ale to, co dotarło do jego uszu, wydawało mu się po prostu 
niemożliwe. 
- Siedzi w samochodzie, zaraz za rogiem - usłyszał. - To kaleka, ale wciąż potrafi nieźle posługiwać 
się bronią. Bądź ostrożny i nie wypłosz go. A jak już będziesz go miał, strzelaj bez wahania. 
I to mówił Bob, jego serdeczny przyjaciel. Co stało się z tymi ludźmi? Poszaleli czy co? Ta zdrada go 
dobiła. Czuł się kompletnie zdruzgotany. Dobrze wiedział, że powinien w ułamku sekundy zniknąć 
spod drzwi. Zobaczył biurko recepcji i rzucił się w jego 

background image

212 Jo Leigh 
stronę, modląc się przy tym, by wewnątrz pokoju nikt nie dosłyszał niepokojących hałasów 
dochodzących z korytarza. Padł na ramię i poczuł straszny, przeszywający ból. Wczołgał się głębiej i 
zamarł. W chwilę później Nickols przeszedł obok niego i zniknął w windzie. Jack wstrzymał się 
jeszcze przez moment na wypadek, gdyby facet miał za chwilę wrócić, na przykład mógł czegoś 
zapomnieć. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Kwestia czasu, pomyślał Jack. Wróci, gdy tylko się 
zorientuje, że jego cel wyparował z cadil-laca. Nie miał zatem zbyt dużego pola manewru. Gdzie do 
cholery podziewa się policja? Gzy sam zdoła załatwić Dorrana? Skąd mógł wiedzieć, że w wyniku 
szamotaniny nie stanie się nic złego Hailey? Usłyszał jej głos. 
- Sądziłam, że jesteś przyjacielem Jacka. Myślałam, że ci na nim zależy - próbowała zyskać na czasie. 
- Tak było - odpowiedział Bob - zanim nie zaczął wtykać nosa w nie swoje sprawy. 
- Czy Frank też już o tym wie? Działacie razem? 
- Frank? On nigdy o niczym nie wiedział i się nie dowie. 
Hailey zmroził jego lodowaty, wyrachowany ton. I ten jego wygląd - zdesperowanego szaleńca. Miał 
mokre od potu włosy i wybrudzoną koszulę. Wyglądał, jakby oderwał się od ciężkiej pracy i przybył 
tu tylko na chwilę, by ich sprzątnąć. 
- Mów, gdzie to jest? 
- Nic z tego, nie powiem ci. 
Marszcząc z wściekłości czoło, podszedł bliżej do krzesła, na którym siedziała. Zrobiło się jej słabo. 
Marzyła o tym, by opuścić ręce. Mdlały jej już od jakiegoś czasu. 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 213 
- Myślisz, że nie wiem o dzieciaku i o tym, że Roy, to jest Barry, dał ten zeszyt właśnie swojej córce? 
- Mylisz się, ona już go nie ma. I sam wiesz, że to w ogóle tylko zbieg okoliczności... 
- Patrz na mnie! - krzyknął. - Patrz na mnie! Spojrzała w jego ciemne, szalone oczy i przeszył ją 
dreszcz. 
- Czy uważasz, że żal mi będzie jakiegoś przeklętego dzieciaka? Sądzisz, że nie będę potrafił jej 
zabić? 
Odwróciła wzrok. Wiedziała, że ten łajdak mówi prawdę. Nawet by się nie zastanawiał, nie 
zadrżałaby mu ręka. Dlaczego nie posłuchała Jacka? Teraz wszystko stracone... Od początku do końca 
miał rację. I na domiar złego jego też wciągnęła w to bagno. W rezultacie zginą oboje, i Megan, i Jack. 
Dwoje ludzi, których kochała najbardziej. A wszystko przez jej głupi upór... Wiedziała przy tym, że 
jeśli powie Dorranowi, gdzie jest zeszyt, natychmiast ją zabije. Lecz jeżeli za bardzo przeciągnie 
strunę, też zginie. 
- Słuchaj, suko, masz gadać! - ryknął, ściągając ją z krzesła. - Albo mi powiesz, albo pożałujesz, że nie 
jesteś martwa! 
Przeraził ją. Odwróciła od niego twarz, od tych jego szalonych oczu i okropnych słów. Zupełnie nie 
wiedziała, co ma zrobić. Jack, Jack, pomóż mi, powtarzała w myślach. A kiedy otworzyła oczy, 
rzeczywiście go zobaczyła. Nie wiedziała, czy to sen, czy jawa, czy może już nie żyje... Zobaczyła 
mężczyznę, którego kochała, a który dotarł tu jakimś cudem, żeby ją uratować. Ale czy zasługiwała na 
to, by narażał dla niej swoje życie? 
Jack przycisnął palec do ust, a potem wykonał nogą 

background image

214 Jo Leigh 
taki ruch, jakby chciał jej pokazać, że ma kopnąć Boba. Potem odliczył na palcach do trzech. 
Wywnioskowała z tego, że i ona powinna najpierw policzyć do trzech. Poruszał się bardzo wolno, 
okropnie przy tym kulejąc, ale za to idealnie cicho. 
Dorran dostrzegł w jej oczach rozkojarzenie, szarpnął nią, a potem jeszcze mocniej ścisnął za rękę. 
Wyglądało na to, że chce się odwrócić, by sprawdzić, co ją tak zaintrygowało. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY 
Jack zobaczył odwracającego się Dorrana i przez chwilę myślał, że już wszystko stracone, że za 
moment Dorran pociągnie za spust i zastrzeli Hailey. Ale zamiast tego wycelował w niego. Jack dał 
umówiony znak Hailey, rzucił się na Boba i przewrócił go na podłogę. 
- Uciekaj, Hailey! Uciekaj! - krzyknął na całe gardło i zaczął czołgać się w kierunku pistoletu, który 
wytrącił Bobowi z ręki. 
Dorran leżał przez chwilę ogłuszony. Najwyraźniej Hailey nieźle mu dołożyła, no i upadek dał mu się 
we znaki. Kiedy się jednak otrząsnął, jednym susem znalazł się przy Jacku. Po krótkiej szamotaninie 
zdobył nad nim przewagę i wyrwał mu pistolet. Lecz Hailey nie stała bezczynnie. W mgnieniu oka 
podbiegła do nich, Jack dostrzegł jej obcas wbijający się w dłoń 

background image

216 Jo Leigh 
Dorrana. Ten zawył z bólu i upuścił pistolet na podłogę. Na to właśnie czekała. Spokojnie schyliła się, 
podniosła broń, a potem wyciągnęła rękę do Jacka. W innej sytuacji czułby się zażenowany, że znowu 
zdany jest na jej pomoc, ale nie było czasu na marudzenie i z wdzięcznością przyjął jej dłoń. Po chwili 
stał o własnych siłach. Hailey drżała. Była wciąż przerażona, a mimo to uśmiechała się do niego. 
Prędko oddała mu pistolet, a on cmoknął ją w czoło. Zaraz potem spojrzał na Dorrana, na faceta, który 
kiedyś był jego serdecznym przyjacielem, i którego kiedyś osłonił przed kulą. Jaki był naiwny, 
myśląc, że bez zastanowienia może powierzyć mu swoje życie. 
- Zrobiłeś to dla forsy? - zapytał, wbijając w niego żelazny wzrok. 
Ale Bob nie patrzył w jego kierunku. Z podkulonymi nogami siedział w kącie i przyciskał zmiażdżoną 
rękę do klatki piersiowej. 
- Jack, on mówił coś o Franku, że Frank nic o tym nie wiedział. Myślę, że może teraz mieć kłopoty. 
- To oznacza, że Frank nie jest w to zamieszany? 
- Nie jestem pewna, ale wygląda na to, że nie. 
- Mogłabyś wykonać kilka telefonów? Hailey kiwnęła głową. 
- W takim razie zadzwoń na policję i powiedz, że w domu Franka wydarzył się wypadek. - Z pamięci 
wyrecytował adres, który Hailey drżącą ręką zanotowała na skrawku papieru. - Potem zadzwoń do 
departamentu. Poproś sierżanta Bittnera i powiedz, że Ni-ckols jest przy samochodzie i że proszę, by 
go zdjęli. A później do FBI. Niech ruszą wreszcie te swoje ciężkie tyłki i przyjadą. 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 217 
W momencie, w którym wzięła do ręki słuchawkę, drzwi otworzyły się ż hałasem. Jack odwrócił się 
gotów wypalić do powracającego Nickolsa, lecz okazało się, że był to jeden z sanitariuszy. Człowiek 
ten, dojrzawszy w ręku Jacka pistolet, zamarł w bezruchu i niezwłocznie podniósł ręce do góry. 
- Nazywam się Jack McCabe - powiedział. - Jestem z komendy głównej. Może pan opuścić ręce. Ten 
facet jest aresztowany. Proszę go opatrzyć. 
W drzwiach pojawił się drugi sanitariusz. Obaj spojrzeli po sobie, nic z tego nie rozumiejąc, a potem 
zabrali się do roboty. W tym czasie Jack podszedł do Boba i wyrecytował formułkę przeznaczoną dla 
aresztowanych osób. 
Dorran nie zareagował. Drżał na całym ciele, a na czoło wystąpił mu kroplisty pot. Nawet czteroletnia 
Megan zachowałaby więcej godności, pomyślał z niesmakiem Jack. 
- Rozmawiałam z sierżantem - zakomunikowała Hailey. - Obiecał, że zajmą się Nickolsem. 
Zawiadomiłam też FBI. Ktoś już jedzie do Franka. 
Była dużo spokojniejsza, ręce przestały jej drżeć, a głos stał się pewniejszy. Po raz pierwszy tej nocy 
także Jack mógł się nieco odprężyć. W każdym razie na tyle, żeby wziąć ją w ramiona i mocno 
pocałować. Jak zwykle działała na niego kojąco. 
- Gdzie jest twoja laska? - zapytała po chwili. 
- Nie mogłem jej ze sobą zabrać. Potrzebne mi były obie ręce: jedna do krótkofalówki, a druga, by 
trzymać w niej broń. Dobrze, że zmusiłaś mnie do tych ćwiczeń. 
Pokiwała głową. 

background image

218 Jo Leigh 
- Pewnie strasznie się potłukłeś? - Zmarszczyła nos. - Pozwolisz się obejrzeć sanitariuszom? 
- Nie, teraz nie. Jeśli to będzie konieczne, pójdę jutro do lekarza. 
- Ale to jest konieczne... 
- Może masz rację. - Nie rozumiał, dlaczego tak bardzo się nim przejmowała i dlaczego jemu, staremu 
egoiście, bardziej zależy na jej życiu niż na jego własnym. 
- A ty nie jesteś ranna? Nic ci się nie stało? 
- Nie, nic mi nie jest, oprócz tego, że czuję się, jakbym przebiegła kilometr w pół minuty. 
- To minie, kochanie, teraz potrzebujesz trochę odpoczynku. Ostatnie dni nie były dla ciebie zbyt 
przyjemne. 
- Powinniśmy go zabrać do szpitala - odezwał się jeden z sanitariuszy. - Ale jeżeli jest aresztowany, 
potrzebna nam będzie eskorta. 
Jack spojrzał na Hailey. Wcale nie miał ochoty jej opuszczać. 
- Wszystko w porządku - powiedziała, czytając w jego myślach. - Nie martw się. 
- No dobrze, ale nie wyjdziemy stąd, dopóki nie będę miał pewności, że Nickols jest aresztowany. 
Omiotła wzrokiem sanitariuszy i Dorrana, a potem zwróciła się do Jacka: 
- Moglibyśmy poczekać w innym pokoju? 
- Macie kajdanki? - spytał mężczyzn stojących przy noszach. 
Kiwnęli głowami, a jeden z nich wyjął z torby kajdanki. 
Nałożenie ich przypadło Jackowi. Bez słowa przykuł 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 219 
zdrową rękę Boba do noszy. Potem czas jakiś patrzył na niego z odrazą, nie mogąc wydusić z siebie 
słowa. Wreszcie wycedził przez zęby: 
- I czego oczekiwałeś od tej małej dziewczynki? Sądziłeś, że rozwiąże dręczącą cię łamigłówkę? Ma 
dopiero cztery lata... 
Dorran milczał. 
- Bądź pewien, że odpowiesz za to, sukinsynu - kontynuował Jack. - Ty, Faraday i każdy z depar-
tamentu, kto był w to zamieszany. - Odwrócił się i podszedł do Hailey. - Pozwolisz, że wesprę się na 
tobie? 
Kiedy obejmował ją ramieniem, zakręciły się jej w oczach łzy. 
- Teraz gramy w tej samej drużynie, nieprawdaż? 
- Prawda, kochanie. 
Wyszli na korytarz, a potem skręcili w pierwsze drzwi po prawej stronie. Jack przysiadł na biurku i 
wreszcie mógł rozprostować swoją obolałą, nadwerężoną nogę. Czuł się najszczęśliwszym 
człowiekiem na świecie. Megan była bezpieczna, a Hailey stała tuż obok niego. Przyciągnął ją do 
siebie i gorąco pocałował. Po chwili powiedziała cicho: 
- Przepraszam, Jack, nie powinnam była cię w to wciągać. 
- Żartujesz sobie ze mnie? To ja nie powinienem był za żadne skarby się zgodzić, byś przyszła tu 
sama. 
- Ale wszystko dobrze się skończyło, prawda? 
- Prawda, choć już myślałem, że koniec z nami... Mieliśmy sporo szczęścia. No i teraz Megan będzie 
naprawdę bezpieczna, a my zaczniemy żyć w spokoju, normalnie... 

background image

220 Jo Leigh 
- Normalnie? Co masz na myśli? Nie sądzisz, że jest już trochę za późno? 
Jack wpatrywał się w nią rozkochanymi oczami. Jego przejmujący wzrok przeszył ją na wylot. 
- Nigdy nie jest za późno, przynajmniej mam taką nadzieję - powiedział. - A poza tym mam doskonały 
pomysł. 
- A jakiż to, jeśli można wiedzieć? 
- A taki, że mam zamiar się z tobą ożenić. 
- Ale ja nie jestem sama... Pokiwał głową. 
- Wiem, nie zapomniałem przecież o Megań. 
- A co z twoimi wątpliwościami? 
- Wciąż jest ich wiele, ale teraz mam partnerkę na dobre i na złe. Razem jakoś sobie poradzimy. A jeśli 
chodzi o pracę, to wymyśliłem kilka nowych rozwiązań. Jeżeli nie będę mógł wrócić do departamentu, 
to mogę na'przykład zostać prywatnym detektywem. Ale kto wie, jeżeli będę robił te cholerne 
ćwiczenia, może przyjmą mnie ż powrotem. 
- Jack, ty nie żartowałeś? No wiesz, chodzi mi o to, co mówiłeś wcześniej. 
Pocałował ją w czubek nosa. 
- Każde moje słowo płynęło z głębi serca. 
- Boże, czy to prawda? Taka jestem szczęśliwa 
- wyszeptała i złożyła na jego ustach długi pocałunek. 
- Na pewno nie jesteś ranny? 
- Nie, skąd. Za to bardzo obolały, ale to nieważne. 
- Oczywiście, że ważne. Wszystko, co ciebie dotyczy, jest dla mnie ważne, Jack. 
- A dla mnie ty i Megan jesteście teraz ważne. Gdyby nie ty, nigdy bym się nie przekonał, że jestem 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 221 
zdolny do uczuć wyższych. Ty i mała stałyście się cudownym zbiegiem okoliczności, sensem mojego 
życia. 
Rozległo się pukanie do drzwi. Hailey odwróciła się, żeby zobaczyć, kto przyszedł. Był to mężczyzna 
średniego wzrostu, o ciemnych włosach i wyrazistych oczach. Do marynarki miał przypięty 
identyfikator FBI. 
Okazało się, że Faraday wraz dwoma oficerami policji, to jest Bobem Dorranem i Brettem Nickolsem, 
zawiązali spółkę, która zajmowała się praniem brudnych pieniędzy. Zamieszane w to były także setki 
innych osób. Odnaleziono je dzięki zapiskom w czarnym zeszycie Roya, a całą przestępczą trójkę, a 
także wielu ich pomagierów, osadzono w więzieniu. 
Ale Jack nie zajmował się już dalej tą sprawą. Był na to zbyt zajęty. Pięć razy w tygodniu chodził do 
siłowni i na rehabilitację. Po jakimś jego biodro było jak nowe. Miał też dużo czasu dla Megan. 
Prowadzili długie, poważne rozmowy i bardzo się ze sobą zaprzyjaźnili. Nie mówiąc już o tym, że z 
każdym dniem coraz bardziej kochał Hailey i zupełnie nie mógł zrozumieć, dlaczego właśnie jego 
spotkało takie szczęście. Błogosławił los, że dał mu drugą szansę i nie zamierzał jej zmarnować. 

background image

EPILOG 
Kiedy Hailey usłyszała słowa pastora, że oto Jack i ona stali się mężem i żoną, jej szczęście nie znało 
granic. 
Spojrzała Jackowi głęboko w oczy i to, co w nich zobaczyła, było czymś więcej niż płomienną 
miłością. Choć i sama miłość w pełni by jej wystarczyła. Odkryła w nich jednak również wielką 
przyjaźń, podziw dla jej odwagi i ogromny szacunek. To sprawiło, że poczuła się prawdziwie 
szczęśliwa. Poza tym dostrzegła w nich wesołe iskierki i diabelskie chochliki, co dobrze wróżyło na 
przyszłość i znaczyło, że ich dni przepełnione będą śmiechem i radością. Była przekonana, że nigdy 
nie będą się nudzić. Jack, po długim śnie, budził się znowu do życia. 
Gorącym pocałunkiem przypieczętowali słowa pastora. Wiedziała, że ten pocałunek pozostanie na 
zawsze w jej pamięci. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
223 
- Witaj, Hailey McCabe! - usłyszała słowa Jacka, a zaraz potem poczuła jego namiętne usta. 
- Cześć, McCabe! - odparła wzruszona. 
- Podaj mi swoją, nie, przepraszam, raczej moją dłoń - zażartował - a sprowadzę cię po schodkach na 
ziemię, czyli przed kościół, gdzie oczekują nas przyjaciele. 
Pastor ruszył jako pierwszy, a oni w ślad za nim w rytmie weselnego marsza. Jack wziął na ręce 
Megan, która, z tą swoją jasną, pełną loków główką i w błękitnej sukience z falbankami, wyglądała jak 
prawdziwy aniołek. Szli w trójkę i byli naprawdę szczęśliwi. A właściwie w czwórkę, gdyż Megan 
oczywiście zabrała ze sobą Tottie. Lalka przeszła renowację i miała teraz ładne włosy i sukienkę taką 
samą jak jej właścicielka. Oczywiście niektórych plam nie udało się wywabić, ale przecież jeśli się 
kogoś kocha, to nie patrzy się na takie drobiazgi. Jack już od dawna nie używał laski. Dzięki swemu 
uporowi i motywacji Hailey jedynie lekko utykał, choć dla postronnego obserwatora, który nic nie 
wiedział o jego przejściach, było to prawie nie do zauważenia. 
Na ślubie obecny był też Frank, świadek pana młodego. Trzeba przyznać, że po rekonwalescencji 
wyglądał doskonale. Tego pamiętnego dnia dostał postrzał w ramię, lecz na szczęście nie tak 
niebezpieczny jak ten Jacka. Dzięki szybkiej interwencji Hailey karetka dojechała na czas. I znowu 
Jack, jak dawniej, pracował ze swoim partnerem. Chłopaki z komendy nazywali ich „postrzeleńcami", 
w ten przewrotny sposób dając wyraz swemu uznaniu. Świadek pana młodego w żaden sposób nie 
mógł oderwać oczu od druhny 

background image

224 Jo Leigh 
panny młodej. Trzeba przyznać, że Crystal wyglądała olśniewająco w bordowej sukni z tafty. Od 
jakiegoś czasu stała się przyjacielem rodziny i niezastąpioną powier-niczką, a także ukochaną ciocią. 
Miała też całkiem specjalny prezent ślubny dla niezrównanie urokliwej pary: postanowiła zwrócić 
Jackowi jego cadillaca. 
Po zakończeniu uroczystości pojechali do sądu. Megan także była z nimi. Szła pośrodku, trzymając 
Hailey i Jacka kurczowo za ręce. Przemiła pani sędzina, która z całym przekonaniem stwierdziła, że 
mała nie posiada żadnych żyjących krewnych, popatrzyła na nią i zapytała: 
- Wiesz, dlaczego się tutaj znalazłaś, Megan? Mała kiwnęła energicznie główką, a loczki, jak 
zwykle w takiej sytuacji, zakryły jej oczy. 
- Żeby Jack został moim nowym tatą, a Hailey moją nową mamą - wyrecytowała. 
- I tego właśnie chcesz? 
- Tak, i Tottie też. 
- Oczywiście... - mruknęła sędzina. 
- Wie pani co? - dodała zaczepnie Megan. 
- Nie, ale chyba mi powiesz. 
- Będę miała malutką siostrzyczkę! 
- Naprawdę? 
Znowu zafalowały loczki na jej główce. 
- Jack mi obiecał. A jak on coś obiecuje, to na pewno tak będzie. 
- No, to się bardzo cieszę. 
Sędzina podpisała w ich obecności papiery adopcyjne, a potem podała je świeżo upieczonym 
małżonkom, by też złożyli na nich swoje podpisy. 
 
 

background image

Ostatnia część układanki 
225 
Hailey McCabe - jak dziwnie, lecz zarazem jakże cudownie to brzmiało. Trochę czasu upłynie, nim 
przyzwyczaję się do swojego nowego nazwiska, pomyślała rozmarzona. 
Gdy już wszystko zostało załatwione, Megan uniosła do góry rączki, jak czynią to małe dzieci, gdy 
chcą zobaczyć świat z innej wysokości. Jack wziął ją na ręce i przygarnął do siebie Hailey. Tak oto 
dorobił się wspaniałej rodziny. Nigdy by się tego nie spodziewał... 
- A co to było z tą siostrzyczką dla Megan? - zapytała po chwili Hailey. - Pierwsze słyszę... 
- Mam nadzieję, że braciszka też w razie czego zaakceptujesz, bo trudno jest tak precyzyjnie wszystko 
zaplanować... 
- Z pewnością... Ale jak słyszę, powstał całkiem konkretny plan. A ja nic o tym nie wiem... 
- To fakt, od jakiegoś czasu wciąż naradzamy się z Megan i ustalamy co i jak. 
- Ciekawe, że o wszystkim dowiaduję się ostatnia... - nadąsała się Hailey, ale po chwili na jej twarzy 
pojawił się uroczy uśmiech. 
Jack spojrzał raz jeszcze na swoją nową rodzinę, jakby wciąż nie wierzył, że mogło spotkać go coś tak 
niezwykłego. W jego oczach pojawiły się łzy szczęścia.