background image

 

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

 

 

 

LINIA NOCNA 

10 SNÓW 

 

Jerzy Sosnowski 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © by Jerzy Sosnowski 2002 

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

 

 

 

 

Spis treści 

 

 

Przystanek  (4) 

 

Wszystko dla Basi  (8) 

 

Rozmowa z  (12) 

 

Mała futrzasta śmierć  (16) 

 

Pogodzony  (22) 

 

Jak zostać królem  (26) 

 

Ostatni film moralnego niepokoju  (33) 

 

Woda  (38) 

 

Raport  (44) 

 

Linia nocna  (49) 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

Przystanek 

 

 

W słoneczne wrześniowe popołudnie stanął w drzwiach mieszkania moich rodziców 

Marek z Ŝoną i synem. Mnie nie było akurat w domu, ale matka zawsze bardzo lubiła Basię, 

tylko ojciec patrzył zdziwiony, jakby zobaczył ich po raz pierwszy. Chłopczyk zajął się zaraz 

kolekcją metalowych samochodzików, która z dawnych czasów została na mojej półce nad 

łóŜkiem. Kiedy przyszedłem z pracy – odwiesiłem w przedpokoju kurtkę, postawiłem neseser 

– zobaczyłem ich wszyst kich skupionych nad filiŜankami z pachnącą kawą, wokół okrągłego 

stołu, który po renowacji wrócił właśnie na swoje miejsce. Pod nogami dorosłych bawił sie 

mały Tomek, wwwwuu!, mówił do samochodów, Prince Henry Vauxhall pokonał brzeg 

wytartego dywanu, a z tyłu, na jasnobeŜowej ścianie, domagającej się zresztą od dawna 

malowania, słońce znad parku kładło długi, jasny jęzor. Nie wiem dlaczego, przez chwilę 

witali mnie w ciszy, filiŜanki ze złotym brzegiem parowały powoli, oparłem się o futrynę i tak 

mierzyliśmy się wzrokiem z jakąś niewypowiedzianą czułością, jak na kiczowatym filmie z 

muzyką Maurice'a Jarre'a; moŜe zresztą nie trwało to tak długo, smuga słońca podgryzana na 

dole cieniem parkowych klonów przesunęła się najwyŜej o milimetr, kiedy matka podniosła 

się, o, Andrzej!, zawołał Marek z przesadną gwałtownością, cześć, chłopie, i dawaj mnie 

ś

ciskać; wszczął się hałas, wszyscy mówili jednocześnie, nawet milkliwy ojciec bąkał coś, 

jakich mam miłych przyjaciół w tej Pile; tak, kawę, chętnie, powiedziałem i zanim dodałem, 

ze zwykłą małoduszną pauzą, ale ja zrobię, matka juŜ była w kuchni, co tu robicie, pytałem, 

duŜy chłopak. – A to nasz syn, mówiła Basia, i miałem dziwne wraŜenie, Ŝe powtarza to po raz 

trzeci. Mogę go sobie wziącć?, Tomek machał Markowi przed nosem modelem Rolls-

Royce'a, pamiętam, jak go dostałem od babci na Gwiazdkę w tysiąc dziewięćset 

siedemdziesiątym, rok później juŜ nie Ŝyła, czasem zdaje mi się, Ŝe choinkowe lampki 

migoczą w zielonkawej karoserii, jeśli się dobrze przyjrzeć, nieładnie, Tomeczku, tłumaczył 

Marek, ten samochód jest wujka, a ja na to: niech bierze, wiesz, Tomku, bo Tomek masz na 

imię? To jest mój prezent dla ciebie. - No coś ty, powiedziała Basia. Przez chwilę czułem na 

sobie wzrok ojca, zrobiło mi się go Ŝal, miał nieopanowaną skłonność do takich staroci, do 

wszelkich pamiątek, wszelkich śladów tego, co odeszło. Ale juŜ Tomek dziękował wujkowi, 

uwiesił mi się na szyi, poklepałem go, zamiast przytulić – cmoknął mnie w policzek, miał 

lepkie usta, jakby właśnie jadł landrynkę, i poczułem się trochę skrępowany, jak zwykle z 

małymi dziećmi. Matka przyniosła mi kawę. 

 

Na Basię patrzyłem zawsze z przyjemnością, miała takie śmiejące się oczy, 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

jasnobrązowe, prawie Ŝółte, a krótka czupryna dodawała jej delikatnej figurce jakiejś 

zawadiackości. Kiedyś – tak, kiedyś, to w końcu ja ich poznałem, pojechaliśmy wtedy z Basią 

nad morze i był tam Marek, potem wyjechali, co teŜ naopowiadali rodzicom pod moją 

nieobecność? Ledwie, Ŝe wysyłaliśmy do siebie kartki na święta. Przyjaciele z Piły? Ale 

kochałem ich oboje, tak jest, oboje, i zreszta, to juŜ tyle lat, nie ma czego wspominać. Opodal 

górował Marek, juŜ łysawy, z rabinacką brodą, skrywającą śmiesznie małe usta, co jednak 

pamiętałem ze szkoły, bo teraz ginęly w gęstwinie kędzierzawych włosków. Jesteśmy 

przejazdem, mówiła Basia, ale chcielibyśmy wszystkich państwa zabrać ze sobą, bo u naszych 

przyjaciół, ty ich, Andrzejku,kiedyś poznałeś u nas, Rybaków, co? Nie poznałeś? Oni 

mieszkają na śoliborzu, będzie koncert, oni tam urucha miają takie studio i zaprosili faceta, 

który na keyboardach robi podobno fantastyczne rzeczy. Państwo teŜ muszą, koniecznie, i 

moja matka, która zaczęła juŜ coś mówić w stylu: to tylko wy młodzi, nagle odpowiedziała 

uśmiechem na uśmiech Basi i powiedziała: dobrze, tylko muszę się ubrać. Było coś nie tak w 

tej gotowości, przecieŜ zawsze odmawiala, zawsze wolała siedzieć w domu, niepewna, czy jej 

obecność gdziekolwiek da się czymkolwiek usprawiedliwić. Zwłaszcza w towarzystwie 

moich rówieśników. A tymczasem poderwała się jak młoda dziewczyna, słońce było wciąŜ w 

tym samym miejscu, a ona juŜ stała między nami w kwiaciastej sukience, której nie wkładała 

od lat, i ty teŜ, męŜu, powiedziała do ojca, który kręcił się niespokojnie na krześle. Wyjęłam ci 

garnitur, ten szary. Naprawdę nie będziemy przeszkadzać? – Bach! bach!, Tomek zaczął 

zderzać miniaturowe woziki, wystające resory wbijały się między osie, Ford T przewrócił się 

pod ciosem Bentleya, Tomku, bo popsujesz, Basia zaczęła poprawiać synowi majtki, brzegiem 

cukiernicy spacerowała mucha. 

 

Więc ojciec rad nierad takŜe się podniósł i podreptał do drugiego pokoju, gdzie stoi 

wielka szafa z ubraniami, a potem przemknął śmiesznie do łazienki, Ŝebyśmy jak najkrócej 

widzieli go w perspektywie korytarza, jakby lękał się swojej nagości, choć brakowało mu 

tylko krawata i zapachu Old Spice, którego uŜywał jeszcze w czasach, kiedy był to rarytas z 

Peweksu. W łazience syknął dezodorant, mnie się nie chciało przebierać, więc zaraz 

podnieśliśmy się wszyscy i znaleźliśmy w przedpokoju, który był za mały, Ŝeby stało tam 

jednocześnie pięć dorosłych osób i dziecko, więc ojciec cofnął się za próg łazienki, mówiąc 

do Basi: proszę, z tą swoją rozbrajającą od pół wieku uprzejmością, ale Basia prowadziła za 

rękę Tomka, który uwiązł między futryną pokoju stołowego i korpulentną sylwetka mojej 

mamy, a ja z kolei nie mogłem otworzyć drzwi wyjściowych, bo z jednej strony blokował 

mnie neseser, a z drugiej Marek z podróŜną torbą, i zrobil się korek, więc ojciec cofnął się 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

jeszcze raz do łazienki, prawie przysiadł na pralce, za nim wcisnął się tam Marek, wtedy ja 

wreszcie wyszedłem na klatkę schodową, a za mną tamci – i na końcu ojciec, uśmiechający 

się z zakłopotaniem, jakby to on był wszystkiemu winien. 

 

Właściwie to będziemy za wcześnie, powiedział Marek juŜ na podwórku. Słońce stało 

nad parkiem jak zaczarowane, te póŜnoletnie popołudnia, pomyślałem, wdychając ciepłe 

powietrze, to moŜe przejdziemy się jeden przystanek, ładnie jest, powiedziała matka. Więc 

statecznym krokiem, jakim kiedyś chodziliśmy całą rodziną do kościoła, kiedy jeszcze Ŝyła 

moja babcia, ruszyliśmy  –  zresztą dokładnie tą samą trasą: obok Szewca, gdzie teraz 

uruchomiono sklep komputerowy, a dalej koło Cukierenki, z której rozchodził się jak zawsze 

zapach kakao, i pod wiaduktem z bocznicą kolejową. Tomek trzymał Basię za rękę, jakŜe 

pięknie wyglądała w tej roli, kiwając głową na jego dziecięce wywody o trzymanym 

tryumfalnie samochodziku, podczas gdy Marek zagadywał o coś ojca – chyba jak dawno tu 

mieszka i jak to wszystko wyglądało kiedyś. Dla ojca nie było lepszego tematu, oŜywił się 

wyraźnie i gdyby nie przytulal się do matki – ni to z troską, ni to w poszukiwaniu opieki, 

kiedy tylko trzeba było przekroczyć krawęŜnik albo gdy płyty chodnikowe zadygotały pod 

ich stopami – moŜna byłoby sądzić, Ŝe perorując, nie zwraca na nią uwagi. Szedłem trochę z 

tyłu, bo dla mnie nie starczalo juŜ miejsca, i czułem taki spokój; jakby nazajutrz miała być 

sobota, jakby nazajutrz miały być wakacje, a ja byłem chłopcem, któremu najgorsza rzecz, 

jaka moŜe się przytrafić, to zapomnieć spodenek gimnastycznych na lekcję wf. Czy sprawiała 

to nieruchomość ciemniejącego nieba? Obecność Basi (i Marka)? (Marka i Basi). Słodkawy 

posmak powietrza? (zza szeregu poszarzałych kamienic?) (sad?). 

 

Przystanek był tuŜ przy sklepie Z zabawkami, w którego witrynie szczerzyła się teraz 

dziura rozmiarów dorosłego człowieka. Tomek chciał zaraz przeleźć przez nią na wystawę, 

ale Basia trzymała go mocno za rękę. Uuuu! śal mi się zrobiło malca, tramwaj miał 

przyjechać dopiero za dziesięć minut, poza nami nie było na ulicy nikogo, w sklepie teŜ, więc 

– czyŜby chcąc zaimponować Basi? – wspiąłem się i przecisnąłem między ostrymi 

krawędziami do środka. Stąpałem wśród okruchów szkła i roztrąconych lalek, przewróconego 

dziecinnego wózka, konika leŜącego z biegunami zadartymi do góry – i zastanawiałem się, co 

właściwie mam zrobić, Ŝeby stąd wyjść (dosłownie) z honorem. PrzecieŜ nie chciałem 

niczego ukraść, a Tomek patrzył z taką nadzieją. Na regale leŜalo pudełko ze składanym 

samochodzikiem, mialo metkę z ceną, więc wydostałem z kieszeni portfel, odliczyłem sumę i 

dokonałem zamiany. Taki zakup, wyjaśniłem pluszowej małpie, która wbijała we mnie wzrok. 

Samoobsługa. Przyszło mi do głowy, Ŝeby sprawdzić, czy w pudełku są wszystkie części – i 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

nagle słyszę, jak matka krzyczy: jedzie tramwaj, jedzie!, z ręki wyleciało mi kółko i potoczyło 

się w kąt sklepu, rzuciłem się za nim, zobaczyłem przez szybę, jak tamci przechodzą przez 

jezdnię na przystanek, tylko ojciec solidarnie stoi jeszcze na chodniku, rzucając ku mnie 

niespokojne spojrzenia. Tramwaj zajechał i otworzył drzwi; matka, Basia z Tomkiem i Marek 

wsiedli, oglądając się, do drugiego wagonu; podniosłem kółko, przecisnąłem się przez dziurę 

w szybie, minąłem ojca, który pokuśtykal za mną, wpadłem do środka, ale motorniczy nie 

czekał dłuŜej: zamknął drzwi i ruszyliśmy. Dlaczego nikt nie pociągnął za dzwonek? Marek 

tłumaczył matce, Ŝe zaraz, przy poczcie, wysiądziemy i tam spotkamy się z ojcem, który 

przecieŜ dojedzie następnym, a ja patrzylem na oddalającą się sylwetkę, patrzyłem na 

zmniejszającego się w oczach ojca: siwiał z kaŜdą sekunda, naraz wiatr rozszarpał mu 

gwałtownie poły marynarki, od góry do dołu, co jest? Przytuliłem twarz do szyby, która 

ustąpila pod moim czołem niby tafla wody, obejrzałem się na nich, nierozumiejących, 

nieistniejących, poruszali bezgłośnie ustami, potem nie mogłem się juŜ odwrócić, coś 

skrępowalo mi ruchy, i nigdzie ojca, i nie spotkamy się więcej, jak mogłem zapomnieć, Ŝe nie 

Ŝ

yje, jak mogłem go tak zostawić.

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

Wszystko dla Basi 

 

 

Nikt nigdy nie wzruszał mnie tak jak ona. Często mówiłem jej o miłości, a przecieŜ, w 

gruncie rzeczy, nie miałem odwagi wyjaśnić jej, co kryje się za tym słowem: rozczulenie, tkliwość, 

coś na granicy łez, pełne melancholii – bo nawet w raju nie byłoby warunków, na które zasługiwała, 

których potrzebowała, a cóŜ dopiero tu. Basia nie byłaby z tego stanu uczuć zadowolona. Tak 

strasznie chciała, Ŝeby ją traktować powaŜnie, chciała budzić zachwyt, nie czułość, czekała na 

wyrazy podziwu, a nie uśmiech, który wypełzał mi na usta, ilekroć na nią patrzyłem. Nie traktujesz 

mnie serio, narzekała, podczas gdy ja, sunąc dłonią po jej policzku, robiłem wszystko, Ŝeby przydać 

swemu dotykowi erotyzmu – a przecieŜ pieściłem ją jak dziecko, jak male zwierzątko. Mimo to nie 

miała racji: była dla mnie wszystkim – narzeczoną, córeczką, kotem i domem. Starałem się spełniać 

jej marzenia, grałem role, których ode mnie oczekiwała. Czy mogło być coś powaŜniejszego? I 

tylko ukradkiem podpatrywałem ją: jak z dziwną starannością układa na blacie stołu dłonie, jedna 

przy drugiej, niczym łapki; jak w trakcie romantycznego spaceru w parku zaczyna kopać kasztan, 

który spadł nieoczekiwanie na asfalt alejki; jak (zupełnie po kociemu) przekrzywia głowę na widok 

czegoś, co ją zaskoczyło; jak, podczas snobistycznego przyjęcia, sądząc, Ŝe nikt nie widzi, 

dyskretnie ociera się ramieniem o pluszową kotarę, która jest przecieŜ taka miła w dotyku. 

 

Basia studiowała zoologię, co oczywiście fatalnie utrudniało sytuację: z moich słownych 

czułości musiały zniknąć najdrobniejsze wzmianki o faunie, juŜ nie tylko banalne piesku i kotku, ale 

nieco bardziej wymyślne: foczko, lwiczko, zającu, budziło to wszystko protesty: studiuję Ŝycie 

zwierząt, nie jestem jednym z nich. Kiedy próbowałem tłumaczyć, Ŝe przyroda od dawna 

dostarczała motywów do miłosnych zaklęć, usłyszałem: moŜesz do mnie mówić Sępie. Nie byłem w 

stanie mówić Sępie do kogoś, kogo najchętniej trzymałbym w kieszeni na piersiach. 

Zrezygnowałem. NajwaŜniejsze, Ŝeby Basia czuła się szczęśliwa. 

 

Ale kiedy dowiedziałem się, Ŝe w ramach staŜu wzięła do domu małego krokodyla, 

wpadłem w panikę. Na próŜno uspokajała mnie, Ŝe krokodyl jest oseskiem, Ŝe trzyma go w 

akwarium pod lampą i odda z powrotem do ogrodu, gdy bestia podrośnie – myśl, Ŝe mogłaby 

przeoczyć właściwy moment, Ŝe krokodyl mógłby ją ugryźć, sprawić jej ból, moŜe nawet oszpecić, 

nie dawała mi spokoju. ZaŜądałem kraty na wierzchu akwarium, choć rzeczywiście to coś, co 

pełzało po jego dnie, przypominało zaledwie podrośniętą kijankę. Ale rosło (a ja nie wiedziałem, z 

jaką szybkością). Jedynym argumentem, zamykającym mi usta, był szczęśliwy uśmiech Basi, z 

którym wpatrywała się w swojego podopiecznego. Nie chciałem jej robić przykrości. Tyle Ŝe 

codziennie, gdy się spotykaliśmy, dopytywałem o długość krokodyla. Kiedy przekroczy 

dwadzieścia centymetrów, myślałem, osobiście wywiozę go do zoo, choćby przemocą. Na razie 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

miał piętnaście. 

 

Tymczasem Basia musiała nieoczekiwanie wyjechać do chorej babci, na tydzień lub dwa – i 

to postawiło sprawę piętnastocentymetrowej bestii w nieoczekiwanym świetle. A raczej: to 

postawiło mnie wobec nieoczekiwanej prośby. Posłuchaj, mówiła Basia błagalnie, obiecałam, Ŝe 

pohoduję go do końca marca, nie mogę teraz wyjść na idíotkę, pomóŜ mi. Zaopiekuj się nim przez 

ten czas, wytłumaczę ci jak. Co mialem zrobić? Ostatecznie przez dwa tygodnie moja ukochana 

miała być całkowicie bezpieczna. A jej oczy za chwilę mogły napełnić się łzami. Wszystko, tylko 

nie to; więc powiedziałem: dobrze, dostałem klucze od jej mieszkania – i zostałem opiekunem 

małego krokodyla. 

 

Tego dnia skończyła mi się taśma do drukarki – więc pojechałem na Gocław, do hurtowni, 

Ŝ

eby kupić od razu dwie, i to taniej. Porozmawiałem trochę ze sprzedawcą – odkąd Basia 

wyjechała, starałem się moŜliwie często gadać z ludźmi, Ŝeby zagłuszyć w sobie tęsknotę – a potem 

postanowiłem przejść się jeszcze nad Wisłę. W początkach naszej znajomości łaziliśmy tutaj często 

i Basia pokazywała mi rozmaite Ŝyjątka, jakie moŜna spotkać w nadbrzeŜnych trzcinach. Rozmaite 

Ŝ

yjątka... zszedłem z wału przeciwpowodziowego i z nagłym lękiem zacząłem zastanawiać się, 

kiedy ostatni raz dałem krokodylowi jeść. Po jej wyjeździe odwiedziłem go raz, a potem, chcąc 

zająć czymś uwagę, siadłem do projektowania dawno obmyślonego programu. Chyba straciłem 

rachubę czasu, zdałem sobie sprawę, i zrobiło mi się gorąco. Który to dzisiaj dzień? Czwartek? 

Poniedziałek? Basia wyjechała w sobotę. Więc moŜe poniedziałek? Ale nie, sprzedawca mówił coś 

o czwartku. I Ŝe czwartek – Chryste Panie! – Ŝe czwartek był przedwczoraj. Krokodylowi miałem 

dawać jeść co dwa dni. Jeśli czwartek był przedwczoraj, to dzisiaj jest sobota. Czy mały krokodyl 

moŜe przeŜyć tydzień bez jedzenia? Co zrobię, jeśli go zagłodziłem? JuŜ nie chciałem iść nad 

Wisłę; zawróciłem gwałtownie i wybiegłem na ulicę. Nie miałem przy sobie pieniędzy na 

taksówkę, więc zacząłem rozglądać się, gdzie jest najbliŜszy przystanek. Ani po lewej, ani po 

prawej stronie nie było go widać. Zacząłem iść ku śródmieściu, cały czas próbując zrozumieć, jak 

to się mogło stać, Ŝe zawiodłem moją ukochaną, i jednocześnie próbując przypomnieć sobie, co 

wiem o krokodylach i czy przypadkiem one, tak jak węŜe, nie trawią wyjątkowo długo. Tymczasem 

za zakrętem w odległości kilkuset metrów zobaczyłem przystanek – i nieomal w tym samym 

momencie minął mnie autobus, ochlapując błotem z jakiejś zapomnianej kałuŜy. Zerwałem się do 

biegu, ale w ogóle się nie zatrzymał; kiedy zdyszany dobiegłem pod czerwoną wiatę, zobaczyłem 

na tabliczce drobne literki ,,na Ŝądanie”. Rozkład jazdy był zerwany, nie mogłem więc ustalić, jak 

długo mam czekać. Postanowiłem iść dalej, ale zaledwie ruszyłem, zza pleców dobiegł mnie warkot 

silnika. Zawróciłem pędem, zdecydowany rzucić się przed maskę, byleby tym razem wsiąść. Na 

szczęście kierowca widział mnie z daleka, a moŜe jechał nieco przed czasem, bo zatrzymał się i 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

10 

czekał z otwartymi drzwiami. 

 

W środku było zupełnie pusto; usiadłem z twarzą w dłoniach. Próbowałem wyrównać 

oddech. Czułem, Ŝe ogarnia mnie panika; w jakimś idiotycznym pomieszaniu zaczałem zastanawiać 

się, czy jestem w stanie odkupić krokodyla, gdyby ten, którym pod nieobecność Basi miałem się 

opiekować, jednak zdechł. Z zamyślenia wybudził mnie nieoczekiwany zakręt w prawo: zamiast 

jechać w kierunku mostu Łazienkowskiego, oddalaliśmy się od Wisły. Zerwałem się: Co się stało?!

wrzasnąłem wściekły, objazd, lakonicznie rzucił kierowca. Jechaliśmy uliczkami Saskiej Kępy, było 

coraz później. Próbowałem się uspokajać, Ŝe parę minut w tę czy w tę nie robi juŜ róŜnicy, skoro 

przegłodziłem zwierzę przez tydzień, ale najgorsze miało sie okazać za chwilę: przy Paryskiej 

autobus stanął na dobre, a kierowca oświadczył, Ŝe wypadł z kursu i wobec tego wraca na pętlę, na 

Gocław. Próbowałem go przekonać, Ŝeby wiózł mnie dalej, do śródmieścia; oczywiście, bez skutku. 

Zaczął padać deszcz; w strugach wody dotarłem piechotą na rondo Waszyngtona i wtedy okazało 

się, Ŝe w Alejach Jerozolimskich ruch jest zablokowany, bo po drugiej süonie mostu 

Poniatowskiego maszeruje jakaś demonstracja. Wsiadłem w tramwaj jadący Zieleniecką, wzdłuŜ 

rzeki; ale Ŝe nigdy nie znałem dobrze komunikacji na Pradze, więc wywiózł mnie, idiotycznie, w 

okolice Dworca Wschodniego. Tam przesiadłem się do autobusu i prawie się rozpłakałem, gdy, juŜ 

w środku, spojrzałem uwaŜniej na opis trasy i zorientowałem się, Ŝe zamiast na Bielany, gdzie 

mieszkała Basia, zmierzam na Tarchomin. Dlaczego nie udaje mi się przedostać przez Wisłę?, 

myślałem. Ile to juŜ trwa? Godzinę? Dwie? Trzy? 

 

Było mi duszno, poruszałem się tak strasznie wolno, a czas mknął jak oszalały. Z 

Tarchomina musiałem wrócić na wysokość mostu Gdańskiego, zajęło mi to następną godzinę. Na 

mieście zaczęły się przedwieczorne korki. Kiedy o zmierzchu wpadłem do mieszkania Basi, 

przepocony i mokry od deszczu – nie miałem juŜ Ŝadnej nadziei. Od progu poczułem ten zapach, 

odór jakby rozkładających się ryb. Zawiodłem ją. Cała moja miłość nie była warta funta kłaków ani 

zwłok małego krokodyla. 

 

LeŜał tam. LeŜał na dnie akwarium, całkiem bez ruchu. Stałem nad nim, pochylony, i 

myślałem ze zdziwieniem, Ŝe płaczę nad gadem, którego obecność w tym mieszkaniu jeszcze 

tydzień wcześniej przyprawiała mnie o trwogę. Ale nie płakałem przecieŜ nad nim, płakałem na 

myśl o oczach Basi, kiedy dowie się, co zrobiłem. Nie, nie chodziło mi wcale o to, Ŝe nie będzie 

mnie chciała znać; byłem gotów odmówić sobie prawa do widzenia jej, do podpatrywania, jak 

kopie w parku kasztan, jak na brzegu stołu starannie składa dłonie, niby dwie łapki – byleby moŜna 

było cofnąć tę krzywdę, byleby to wszystko tak głupio, tak dziwnie się nie stało. A moŜe śnię?, 

myślałem w głupiej nadziei, moŜe to tylko zły koszmar; przecieŜ nie mogłem nagle zgubić jednego 

tygodnia, zagłodzić zwierzęcia, nad którym opiekę powierzył mi ktoś ukochany, ktoś najwaŜniejszy 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

11 

na świecie?... Sięgnąłem ręką do sczerniałego trupka; nie, to nie był trup, tylko pusta powłoka, 

wysuszona skóra walała się w ciepłym świetle lampy. Rozejrzałem się, tknięty jakąś nadzieją. Odór 

rozkładających się ryb wzmógł się jeszcze. Dywan pod moimi stopami poruszył się nieznacznie, 

byl purpurowy i wilgotny. Szerokie okno na całą ścianę, którym kończył się pokój, miało jakieś 

dziwne ozdoby, zwieszające się z sufitu: szereg trójkątnych form, wąskich, ostro zakończonych. 

Obejrzałem się: czemuŜ to nie widziałem za sobą drzwi wyjściowych? Tylko zwęŜającą się 

gwałtownie, oŜebrowaną gardziel? 

 

Dywan zafalował znowu, jakby podając mnie w głąb, ku czeluści śmierdzącej trupami ryb. I 

zdałem sobie sprawę, Ŝe słyszę jego myśli: 

 

– Byłem małym krokodylem. Teraz jestem głodnym krokodylem. Czekałem. Teraz juŜ nie  

czekam. Jeśli cię nie przełknę, umrę z głodu. A zresztą Basia płakałaby bardziej po mnie, niŜ będzie 

płakać po tobie. 

 

Ma rację, uświadomiłem sobie. Robiło się coraz ciemniej, sufit był coraz niŜej. Purpurowy 

jęzor owinął się wokół moich stóp.

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

12 

Rozmowa z 

 

 

Kiedy dowiedziałem się, Ŝe jeszcze Ŝyje, powinienem nie móc w to uwierzyć; ale było to 

drugie zdziwienie tego dnia, a pierwsze wyczerpało juŜ moją energię psychiczną. Zaczęło się od 

odkrycia tej oferty w Internecie: Muzeum Historii Najnowszej proponowało wizyty – 

konwojowanych, naturalnie – zbrodniarzy wojennych. Skazani na doŜywocie, a chyba równieŜ (jak 

wyczytałem, zdawało mi się, między wierszami) na karę śmierci, z biegiem czasu zyskali, w drodze 

półoficjalnej łaski, prawo do odwiedzania zwykłych ludzi, sobie ku pouczeniu, tamtym ku 

przestrodze. Najsłynniejsi zbrodniarze, którymi niegdyś, jak informowało ogłoszenie, dysponowalo 

Muzeum, w wiekszości juŜ oczywiście nie Ŝyli. Zresztą, pomyślałem sobie zaraz, mógł to być 

chwyt reklamowy – cóŜ im szkodzilo dopisać do długiej listy Adolfa Hitlera z adnotacją, jak przy 

innych nazwiskach: ,,Nieaktualne”? Moje zaufanie do całego przedsięwzięcia obudziły przede 

wszystkim ceny – zawrotne. Siedząc po południu przed ekranem, przeglądałem kolejne pozycje: 

byli tam jacyś wataŜkowie z Bałkanów, dwóch osadzonych za gwałt na Wietnamce marines, 

kilkunastu stuletnich hitlerowców. Naturalnie oni zaintrygowali mnie najbardziej. W pewnej chwili 

zobaczyłem wśród nich znane nazwisko i cenę, która okazała się niewygórowana. Tak, pomyślałem 

z drŜeniem, na niego byłoby mnie stać. Wahałem sie chwilę, a potem gorączkowo, jakby 

niespokojny, Ŝe kaŜda chwila moŜe mi na zawsze uniemoŜliwić to spotkanie, wystukałem na 

klawiaturze zamówienie: Karl Günther, zabójca Brunona Schulza. 

 

I oto siedział przede mną starzec Z nogami owiniętymi kraciastym pledem, przywieziony 

przed chwilą na wózku przez stylowego konwojenta w mundurze amerykańskiej Military Police z 

1945 roku w kolorze khaki. StraŜnik zajął miejsce na składanym krzesełku przed drzwiami 

mieszkania, sprawdziwszy najpierw okna i wysokość dzielącą je od ulicy (doprawdy, nawet on nie 

przeŜyłby tego skoku, a co dopiero ten tu, pomyślałem); tymczasem ja przyglądałem się 

niedogolonej bestii o półprzymkniętych oczach, z wąskimi ustami, w których kąciku wzbierała 

powoli banieczka śliny. Dopiero teraz zastanowiłem się, o czym chcę tak naprawdę z nim mówić i – 

refleksja doprawdy warta, by podjąć ją wcześniej – czy przypadkiem goszczenie go, nawet w 

upokarzającym charakterze eksponatu, nie jest robieniem mu zaszczytu, na który nie zasłuŜył. Z 

tego wszystkiego zerwalem się zza biurka i zacząłem spacerować wielkimi krokami po pokoju, a 

potem, nie pytając go i nie częstując, zapaliłem papierosa. Chciałem podkreślić w ten sposób, Ŝe nie 

uwaŜam go za równego sobie, Ŝe jest dla mnie zaledwie człowiekiem, z pewnością niegodnym 

szacunku; ale to znowuŜ przywiodło mi na pamięć filmy wojenne, których naoglądałem się w 

dzieciństwie: dokładnie tak jak ja teraz zachowywali się tam oficerowie gestapo, zanim zaczynali 

wrzaskiem i torturami zmuszać swoje ofiary do składania zeznań. Speszony, wróciłem na fotel. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

13 

Przez cały ten czas Günther – o ile to był Günther, przeleciała mi przez głowę wątpliwość – siedział 

nieruchomo, z półprzymkniętymi oczami, jakbym naleŜał do świata, w którym juŜ go nie ma, który 

juŜ go nie dotyczy. CóŜ – jeśli tak, w gruncie rzeczy miał rację. 

 

– I co, często zabierają pana na takie wizyty? – odezwałem się w końcu. 

 

Bez odpowiedzi. Starzec mógłby uchodzić za nieboszczyka, gdyby nie banieczka śliny w 

kąciku ust, która pękła z cichym pyknięciem. 

 

– Pamięta pan coś? – zapytałem znowu, a poniewaŜ wciąŜ milczał, ciągnąłem: – Odezwie  

się pan do mnie? Jeśli nie, zaraz pana odeślę i nie zapłacę ani grosza. A u mnie chyba jest mimo 

wszystko milej niŜ w celi, co? 

 

Günther powoli otworzył oczy. Były nieprawdopodobnie wodniste, kiedyś zielone, dziś 

mętne, zaledwie widoczne w jamach czaszki. Przez chwilę blądził wzrokiem gdzieś nad moją 

głową, wreszcie popatrzył na mnie bez wyrazu, zupełnie jakby stał przed nim pusty fotel. 

 

– Słyszy mnie pan? – zapytałem. 

 

ś

adnej reakcji. Przypomniałem sobie cenę, jaką zobowiązałem się uiścić po wizycie, i szlag 

mnie trafił. Podniosłem się, Ŝeby zawołać straŜnika; ale gdy przechodziłem obok gościa, moich 

uszu dobiegł jakiś szmer. Günther mamrotał coś, nie wiem, do siebie czy do mnie. Pochyliłem się 

nad nim: 

 

– Słucham? 

 

– Wszystko przez Jürgena. Mówiłem mu, Ŝeby zawsze sprawdzał, czy w czajniku jest woda, 

zanim postawi go na kuchni, ale szelma nie zwracał na mnie uwagi, i kiedy przyszli mnie 

odwiedzić, w całym pokoju było nadymione, i jak to miało dobrze wypaść, naprawde się wtedy 

starałem, ale nigdy nic nie wychodziło mi jak naleŜy, to inni awansowali, mieli piękne kobiety i 

stanowiska jak się patrzy, zawsze byłem od brudnej roboty, zasrane to Ŝycie, nic nie jest 

sprawiedliwe, często śni mi się, Ŝe w nocy wstaje i idę do toalety, i potem człowiek budzi się 

zafajdany albo w szczynach, i kto po mnie posprząta, wszyscy się brzydza starych ludzi, a straŜnik 

to zupę najchętniej podawałby mi na kiju, powiada, Ŝe śmierdzę, on teŜ by śmierdział, jak by w tym 

wieku został sam, ja juŜ mam dziewięćdziesiąt osiem lat, panie, to jest wiek, prawda? To się nie 

kaŜdemu udaje tyle przeŜyć, ale ja, jak byłem młody, zawsze lubiłem świeŜe warzywa; warzywa, 

panie, i spacery na świeŜym powietrzu, to jest gwarancja zdrowia... 

 

– Chciałbym porozmawiać z panem o Schulzu – huknąłem mu do ucha. 

 

– Najlepiej jak się natarło marchwi i wymieszało z porem i selerem, i trochę kwasku 

cytrynowego, miałem kiedyś jedną taką, co umiała to robić, dobra była w kuchni, i befsztyk taki 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

14 

nieprzesmaŜony, ale teraz, od lat, to juŜ nie dla mnie, jak nie uwaŜam i zjem nawet tej zupy, co mi 

daja, ale za duŜo, to potem mam wzdęcia, a straŜnik to najchętniej zupę na kiju by mi podsuwał... 

 

– Drohobycz! – wrzasnąłem. – Pamięta pan Drohobycz? 

 

Zamilkł i bardzo powoli odwrócił głowę w moją stronę. Spojrzał przytomniej, po raz 

pierwszy spojrzał na mnie, nie przeze mnie. Przypatrywał mi się z uwagą, z napięciem, jakby chciał 

wyczytać z mojej twarzy, co moŜe mu się przytrafić. 

 

– śyd? – zapytał w końcu. 

 

Machnąłem ręką, odpędzając pokusę, Ŝeby odpowiedzieć. Nie jemu, nie komuś takiemu jak 

on. 

 

– Czy pamięta pan Drohobycz? 

 

Zamyślił się, a potem znowu spojrzał na mnie bystro: 

 

– śyd? 

 

– Niech będzie, Ŝe śyd. Czy pamięta pan Drohobycz? 

 

Pokiwał głową. 

 

– Ja wiedziałem, Ŝe tak będzie. Śniło mi się wiele razy, jeszcze w dzieciństwie. Trzeba 

wierzyć w sny. Teraz dopiero rozumiem, ale pamiętam ten sen bardzo wyraźnie, taki koszmar: 

siedzę w pokoju, nie mogę się ruszyć, i przesłuchuje mnie śyd. 

 

– Ale nie, jaki tam śyd – wyrwało mi się. Byłem coraz bardziej zirytowany, czułem, Ŝe 

pomysł z zamówieniem tej rozmowy był idiotyczny, Ŝe będę musiał teraz wietrzyć swoje 

mieszkanie przez długie godziny, Ŝe sam nurzam się w czymś, na co moŜe nie wystarczyć kąpiel. – 

Interesuje mnie Bruno Schulz. Pan go znał, prawda? 

 

– Ale oczy to ma pan jakieś takie... – wciąŜ przyglądał mi się badawczo. W jego wzroku 

było coś wstrętnego, coś, co sprawiło, Ŝe szarpnąłem go za ramię. 

 

– Czy pamięta pan, jak było w Drohobyczu? 

 

Skrzywił się. Wyciągnął spod pledu rękę, dłoń miał bladą i wychudzoną, przypominała 

kurze łapy, które widuję za szybą chłodziarki, w sklepie mięsnym na osiedlu. Dotknął barku, 

syknął, zakaszlał. 

 

– Nie trzeba szarpać, panie. .la mam dziewięćdziesiąt osiem lat, panie, to jest wiek, prawda? 

To się nie kaŜdemu udaje, tyle przeŜyć, ale ja, jak byłem młody, zawsze lubiłem świeŜe warzywa... 

 

Złapałem go za tę obrzydliwą dłoń i ścisnąłem. Zdawało mi się, Ŝe coś chrupnęło pod moimi 

palcami. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

15 

 

– Zabiłeś Schulza, draniu, i gadasz mi o warzywach – warknąłem. 

 

– Najlepiej jak się natarło marchwi i wymieszało z porem i selerem, i trochę kwasku 

cytrynowego... 

 

Uderzylem go. Tak, uderzyłem: otwartą dłonią w twarz. A poniewaŜ wózek odjechał pod 

wpływem uderzenia i wywrócił stolik z ksiąŜkami, więc złapałem Günthera za połę koszuli, chcąc 

uniknąć dalszych zniszczeń. Nie przyszło mi do głowy, Ŝe jest taki lekki, Ŝe ściagnę go z siedzenia; 

materiał rozdarł mi się w ręku, puściłem go ze wstrętem i ciało osunęło się na ziemię, łupnął 

głucho, pomyślałem, Ŝe nie obmyję się z tego nigdy, i wściekły, kopnąłem go, a potem znowu, ale 

zaraz podniosłem go, zły i zawstydzony, tylko Ŝe poczułem na ręce jego ślinę, która ciekła struŜką z 

półotwartych ust, więc popchnąłem go w głąb pokoju, Ŝeby był jak najdalej ode mnie: poleciał 

bezwładnie, upadł na rozsypane ksiąŜki, a tam leŜało Sanatorium pod Klepsydrą, i ten fakt 

rozwścieczył mnie jeszcze bardziej, więc dopadłem go i zacząłem okładać pięściami, co się ze mną 

dzieje, nie rozumiałem, zerwałem się, czując wzbierające wymioty, cofnąłem się i wpadłem na 

tamtego młodzieńca w mundurze Military Police, którego zwabił do mieszkania hałas. Nie umiałem 

mu spojrzeć w oczy. Podtrzymał mnie; wyszarpnąłem mu się z uścisku i odszedłem w stronę 

biurka. Zapaliłem papierosa. To się nie dzieje naprawdę, pomyślałem, wyglądając przez okno. Za 

moimi plecami usłyszałem jakiś ruch. 

 

StraŜnik stanął nad ciałem i przyglądał mu się obojętnie. 

 

– Zawsze to samo – stwierdził. – Ludzie inaczej nie reagują. Jak pan sądzi, jaką by trzeba 

wyznaczyć dopłatę, Ŝeby nam nie zuŜywali eksponatów? No patrz pan: chyba go pan skończył – 

wrzucił Günthera na wózek i ruszył niespiesznie w stronę wyjścia. 

 

Nie odzywałem się. Czekałem, Ŝeby umyć ręce, jak najszybciej. 

− 

W kaŜdym razie – zadudniło jeszcze za nim – razem z rachunkiem przyślemy panu 

katalog. Zapraszamy do korzystania z naszych zbiorów. Ma pan klucz do windy? Bo na 

dole była gałka, a tu jest na klucz. Stara ta winda, aŜ strach wchodzić.

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

16 

Mała futrzasta śmierć 

 

 

To był marzec, a moŜe koniec lutego: nijaka pora roku, mokra i rozmazana, kiedy nic 

jeszcze nie zapowiada wiosennego oŜywienia, a po Gwiazdce nie zostało nawet najodleglejsze 

wspomnienie. Siedzieliśmy z Lidką przy kolacji, gapiąc się w telewizor. śadnemu z nas nie chciało 

się gadać, w kaŜdym razie na pewno nie mnie, ale chyba i jej, choć między sportem a pogodą 

zauwaŜyłem kątem oka jej rozŜalone spojrzenie. Kęsy kanapki z Ŝółtym serem i papryką rosły mi w 

ustach, właściwie najlepiej byłoby pójść zaraz spać, ale przecieŜ tak się nie robi, nie o tej porze; a 

pustka nadchodzących kilku godzin była poraŜająca. Sięgnąłem po gazetę, co jest po dzienniku?

zapytałem, nic, juŜ sprawdzałam, odpowiedziała Lidka. Rzeczywiście, nie było nic, co by się 

chciało obejrzeć; nic, na co ochotę moŜna byłoby sobie bodaj wmówić. Wysłuchaliśmy zatem, Ŝe 

jutro spodziewane są dalsze opady deszczu ze śniegiem, Ŝe na Suwalszczyźnie temperatura minus 

cztery, w centrum około zera, wiatr słaby i umiarkowany z kierunków wschodnich – i kiedy zaczęły 

się reklamy, wyłączyłem z westchnieniem telewizor. W ciszy, która zapadła, słychać było tylko 

ciche pobrzękiwanie naszych obrączek o ucha filiŜanek, chrzęst gryzionej papryki, cichy bulgot 

przełykanej herbaty. A w ogóle to jak dzień? – zapytałem w końcu nieco drewnianym głosem, z 

którego miało wynikać, Ŝe ogólnie kocham moją Ŝonę, ale nie spodziewam się po jej odpowiedzi 

szczególnych rewelacji. Cicho! – odpowiedziała. 

 

Podniosłem głowę, zdziwiony, bo nie wydawało mi się, by moje pytanie, zadawane zresztą 

od wielu wieczorów, usprawiedliwiało właśnie dzisiaj tak obcesową reakcję – ale Lidka, pochylona 

nad stołem, ze zmarszczonymi brwiami, patrzyła za moje plecy, w stronę ciemnego przedpokoju, 

więc zrozumiałem, Ŝe dzieje się tam coś interesującego i teŜ zacząłem nasłuchiwać. Na tle 

szumiących monotonnie samochodów z pobliskiej ulicy i postękiwania windy coś zakwiliło 

Ŝ

ałośnie, i jeszcze raz. Dziecko? – próbowała zgadnąć. Nie był to najszczęśliwszy temat do 

ewentualnej konwersacji, dziecko? Na schodach? – odparłem zatem, wzruszając ramionami. 

Pewnie jakieś zwierzę. Lidka popatrzyła na mnie, chyba pierwszy raz dzisiaj zetknęliśmy się 

oczami: jakie zwierzę, ni to stwierdziła, ni to zapytała, przecieŜ płacze

 

Uświadomiłem sobie, Ŝe siedząc dalej zostanę za chwilę potworem bez serca, więc 

podniosłem się i ruszyłem do drzwi. Prawdopodobieństwo, Ŝe ktoś nam podrzucił na słomiankę 

niemowlaka było niewielkie, trzeba było uciąć kwestię jak najszybciej i wrócić do kanapki z Ŝółtym 

serem. Odciągnąłem zasuwkę, nacisnąłem klamkę, a Ŝe na klatce panowały ciemności, zrobiłem 

parę kroków do przełącznika. Rozejrzałem się. Było pusto i cicho, tylko gdzieś z oddali zabrzęczał 

echem dŜingiel bloku reklamowego telewizyjnej Jedynki. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

17 

 

Ale gdy chciałem wejść z powrotem do mieszkania – zobaczyłem go. Stał na środku 

przedpokoju, hipnotyzując wzrokiem Lidkę, która wpatrywała się w niego z niedowierzaniem i 

zachwytem. Sterczący czarny ogon drŜał lekko, czarne ciałko z rudym prawym uchem dygotało, 

jakby niepewne, czmychać czy iść dalej. Kot obejrzał się na mnie i usiadł, starannie zawijając ogon 

na przednie łapki. W piersiach charkotało mu coś, nie wiem: chorobliwie czy miłośnie. 

 

– Czyj ty jesteś? – zapytała Lidka jakimś dziwnym głosem: melodyjnym i słodkim. 

 

Domyślałem się juŜ, Ŝe nasz. Nie wiedziałem jeszcze, kogo tak naprawdę wpuściłem tego 

wieczora do domu. 

 

 

 

Był osłabiony, ale szybko dochodził do siebie. Bez przekonania rozwiesiłem rano przy 

windach ogłoszenia o znalezisku: Lidka patrzyła na mnie z wyrzutem, a potem przez parę dni 

dziwnie wolno podchodziła do telefonu; ale z drugiej strony kot wydawał się zbyt ufny jak na 

zwierzę, które nie chowałoby się z ludźmi, więc naleŜało utrzymać choćby pozory przyzwoitości. 

Swoim heroicznym uporem juŜ trzeciej nocy wywalczył prawo do spania w nogach łóŜka; 

mówiłem, Ŝe to niehigieniczne, Ŝe będziemy mieli robaki, ale kiedy próbowałem zamykać drzwi do 

sypialni, darł się po tamtej stronie tak niemiłosiernie, Ŝe musiałem ustąpić. Weterynarz, do którego 

pognała zaraz Lidka, powiedział zresztą podobno (nie do końca jej wierzyłem), Ŝe jest zadziwiająco 

czysty. A raczej: czysta – dziewczynka!, oświadczyła Lidka z tryumfem, kiedy nazajutrz wróciłem z 

pracy i potrzebowałem przynajmniej kilku sekund, by zrozumieć, o kim mowa. Właściciel jednak 

się nie zgłosił, a po tygodniu sam skrzętnie pozdzierałem kartki sprzed wind, poniewaŜ zaczęło mi 

się to wszystko dość podobać. W kaŜdym razie nie byliśmy juŜ złodziejami kotów. Mruczenie o 

poranku, połączone z trącaniem mnie zimnym nosem (czwartej nocy zaczęła się batalia o spanie na 

poduszce, zakończona błyskawicznym sukcesem), jakkolwiek bez wątpienia interesowne, bo 

dotyczące śniadania, moŜna było od biedy rozumieć jako objawy sympatii. Napady 

niepowstrzymanej ruchliwości, które przypadały co wieczór po kolacji, oŜywiły nasz dom – i tylko 

przez pierwszych kilka dni zdawało mi się, Ŝe mnie to męczy. Mimo nieszczelnych tego sezonu 

okien przestało doskwierać mi zimno, bo gdziekolwiek usiadłem, zaraz na kolanach zjawiał mi się 

on – i grzał. Czarne futro prowokowało do głaskania i moje dłonie odzyskały nagle pieszczotliwość, 

o której prawie juŜ zapomniałem. Odtąd zdarzało się coraz częściej, Ŝe wieczory spędzaliśmy 

wieczorem na kanapie we trójkę: ja w środku, po jednej stronie tarmoszony za rudym uchem albo 

drapany po brzuchu kot, po drugiej stronie Lidka, której włosy odzyskały wabiący połysk. A kiedy 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

18 

którejś nocy obudził nas hałas, który okazał się efektem skutecznego polowania w kuchni na 

karalucha, obywatelstwo kota w naszym domu zostało przypieczętowane. Dostał wtedy kawałek 

polędwicy w nagrodę, którą przyjął godnie, jakby w poczuciu zrozumiałej zasługi. 

 

Minęło pół roku, kiedy po powrocie z pracy zastałem Lidkę z twarzą poszarzałą, 

niespokojną. Coś mu jest – powiedziała Ŝałośnie – rzyga od popołudnia. Kot siedział pod szafką i 

przypatrywał mi się okrągłym okiem, kiedy przemawiałem do niego uspokajająco. Po chwili 

wypełzł i, wstrząsany torsjami, zostawił na podłodze małą, Ŝółtą kroplę. Nic mu nie będzie – 

powiedziałem bez przekonania, ale widząc minę Ŝony ubrałem się bez słowa i poszedłem z nim do 

weterynarza. Struł się czymś – usłyszałem. Mieliście państwo rozłoŜoną trutkę na szczury? – Na 

szczury? W mieszkaniu? – No nie wiem, dam mu zastrzyk na wzmocnienie, gdyby nie było lepiej, 

proszę przyjść jutro. Jechałem potem windą, z kotem za pazuchą, który nie miał nawet siły bać się 

nieznanych zapachów. Przeleciało mi wtedy przez głowę, jak teŜ będzie wyglądało nasze Ŝycie bez 

kota, ale poniewaŜ poczułem nagle, Ŝe się rozmruczał, stwierdziłem z ulgą, Ŝe ulegam histerii. 

Kiedy od drzwi rzucił się do swojej miseczki z wodą, odetchnąłem, a i w poczerwieniałych oczach 

Lidki zaświeciło jakieś światełko. 

 

Ale rano – była sobota – zastaliśmy go leŜącego bezwładnie na progu kuchni i kiedy na nasz 

widok zamiauczał cicho, było dosyć oczywiste, Ŝe to koniec. Lidka nie chciała zostać sama w 

domu; poszliśmy więc oboje do weterynarza, który dał mu jeszcze kroplówkę i zaproponował, 

Ŝ

ebyśmy się przeszli, podczas gdy on zadecyduje, co dalej. Chodziliśmy trochę po osiedlu, milcząc; 

kiedy wróciliśmy po godzinie, weterynarz rozłoŜył ręce. Jak państwo się, mam nadzieję, domyślili, 

wysyłam w takich razach właścicieli na spacer, Ŝeby ochłonęli. Nie są zresztą przy tym potrzebni. To 

jest bezbolesna śmierć, naprawdę. Pokiwaliśmy głowami i wróciliśmy do domu.  

 

Coś dławiło mnie w gardle, ale powiedziałem sobie, Ŝe nie będę przecieŜ kota opłakiwał, 

więc z kamienną miną wyciągnąłem odkurzacz i zacząłem sprzątać. Dopiero gdy przyszło do 

odstawienia miseczek za szafę, nie dałem rady. Siedliśmy z Lidką na kanapie i przytuliliśmy się do 

siebie, siąkając nosami. 

 

 

 

Tego wieczoru nie mogliśmy wysiedzieć w mieszkaniu – pozbawione naszego kudłatego 

przyjaciela zrobiło się zbyt puste – więc wyciągnąłem Lidkę do kina. Nie pamiętam, o czym był 

film; wracaliśmy spacerem, nie chcąc jeszcze przez chwilę mierzyć się z nieprzytulną przestrzenią, 

ze śmiesznymi, nagle rozŜalającymi wspomnieniami. Mimo wszystko pomyślałem sobie, Ŝe Ŝycie 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

19 

nasze wróci jakoś do normy, cokolwiek miało to znaczyć; na krótko przed pojawieniem się kota 

zacząłem w niejasnych celach odwiedzać Ewę, sąsiadkę z mieszkania na końcu korytarza, z którą 

rozmawialiśmy często o ksiąŜkach – lubiła Marqueza, jak ja – i choć nie zdarzyło się między nami 

nic niestosownego, z dziwnym drŜeniem uświadomiłem sobie, Ŝe dawno u niej nie byłem. 

Tymczasem wsiedliśmy do windy, a poniewaŜ, nie wiedzieć czemu, nie chciała zatrzymać się na 

naszym piętrze, pojechaliśmy wyŜej. Lidka schodziła przede mną i kiedy zatrzymała się jak wryta, 

wpadłem na nią, prawie spychając z ostatniego stopnia. JuŜ miałem powiedzieć coś przykrego, 

kiedy usłyszałem – o Jezu

 

I juŜ jej nie było, juŜ biegła do naszych drzwi, pochylała się i brała coś Ŝywego z 

wycieraczki, i juŜ mruczał jej w ramionach, czarny z rudym uchem, jak gdyby nigdy nic. Popatrz, 

zupełnie taki sam – powiedziała, ale oboje doskonale rozumieliśmy, Ŝe nie taki sam ale ten sam; ileŜ 

w końcu czarnych kotów ma rude prawe ucho? Dlatego, kiedy juŜ w sypialni, po zgaszeniu światła, 

poczułem ostroŜne kroki lekkich łapek na swoim brzuchu, nie zdziwiłem się, słysząc głos Lidki: czy 

moŜliwe, Ŝeby weterynarz nas oszukał? Nie poruszyłem się, poczułem przy twarzy mruczące futro, 

pachnie trochę inaczej, przeleciało mi przez głowę, ale nie odezwałem się. Dopiero po chwili: mogę 

jutro pójść i go zapytać, bąknąłem. Długo trwała cisza, mącona tylko przez delikatny chrzęst 

udeptywanej poduszki. Ale po co właściwie, odparła Lidka. I z tym poszliśmy spać. 

 

Kiedy opowiedziałem o tym Ewie, roześmiała się, nie wierząc oczywiście w ani jedno moje 

słowo. Koty Ŝyją siedem razy, przecieŜ wiesz – pogłaskała mnie po ręku. Przytrzymałem tę jej dłoń, 

podniecająco smukłą. UwaŜasz, Ŝe zwariowałem – szepnąłem, zastanawiając się, co dalej. – Po 

prostu kłamiesz bardzo interesująco; lubię cię słuchać. W zamku zachrzęścił klucz, mąŜ Ewy 

wracał właśnie z pracy. Zaproponował wspólną kawę, ale wymówiłem się, z jakiegoś powodu 

rozdraŜniony. Uspokoiło mnie dopiero, gdy w ciemnym przedpokoju Ewa nadstawiła mi na 

poŜegnanie policzek, a gdy się pochyliłem, lekko przesunęła głowę tak, Ŝe pocałowałem ją 

przypadkiem w sam kącik ust. To było miłe, choć wracając do mieszkania myślałem sobie, Ŝe 

zbliŜyliśmy się chyba do granicy, za którą trzeba będzie się czegoś wstydzić. 

 

Ale Lidka nie dostrzegła mojego pomieszania. W ogóle zacząłem mieć od tego dnia 

wraŜenie, Ŝe sprawa kota zdominowała jej Ŝycie. Jeśli nie miała dyŜurów w radiu, przesiadywała w 

fotelu, wpatrując się w zwierzaka w napięciu; kiedy wracałem, zaledwie odpowiadała mi cześć, nie 

spuszczając z niego oczu, jakby chciała długotrwałą obserwacją wydobyć na jaw tajemnicę tamtego 

weekendu. Kot zrobił się jakiś ocięŜały, niechętnie gonił za srebrnymi kuleczkami, które jak 

dawniej wyrabiałem z papierków od czekoladek, aŜ któregoś wieczoru rozbestwił się do tego 

stopnia, Ŝe nie poszedł do kuchni na kolację, tylko łaskawie pozwolił się karmić, leŜąc na fotelu. 

Próbowałem protestować. – Boję się, Ŝeby znowu nie odszedł – odparła Lidka. Boję się. Mógłbyś to 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

20 

raz zrozumieć. 

 

Tłumaczyłem sobie, Ŝe to nadchodząca jesień czyni go tak nieruchawym, ale z początkiem 

listopada zacząłem się powaŜnie lękać, czy obawy Lidki nie mają czasem charakteru 

samosprawdzającej się przepowiedni. Przekarmiany, jak mi się wydawało, przez moją Ŝonę, kot 

leŜał ciągle na kaloryferze – futerko odciskało mu się wtedy w prąŜki, jakby potraktował je 

lokówką – albo na kanapie, albo w progu kuchni. Wiele razy widywaliśmy, jak dyszy cięŜko, 

wywalając na całą długość róŜowy język. Czasem, kiedy brałem go na ręce, pomiaukiwał 

ostrzegawczo. Lidka biegała z nim do przychodni za parkiem – do tamtego weterynarza nie 

mieliśmy odwagi pójść – karmiła go jakimiś pastylkami, zawijanymi w plasterki polędwicy, ale nie 

wyglądało to na udaną kurację. W domu zrobiło się ponuro; bąknąłem kiedyś, Ŝe mam dosyć tego 

kociego hospicjum, ale Lidka nie odezwała się nawet, więc widocznie zrobiłem jej przykrość 

większą, niŜ zamierzałem. Co gorsza, powiedziałem to w złą godzinę, bo trzy dni później, ubierając 

się do pracy, zastaliśmy go w łazience, koło kuwety z piaskiem, sztywnego i zimnego. Bez słowa 

włoŜyłem czarne truchełko do plastikowej reklamówki i wyniosłem do zsypu. – Co z nim zrobiłeś? 

– zapytała Lidka drŜącym głosem, kiedy otwierałem drzwi mieszkania. – Oddałem dozorcy, Ŝeby go 

zakopał – odparłem. CóŜ, brzmiało to lepiej; a zresztą nie okłamywałem jej przecieŜ po raz 

pierwszy. 

 

 

 

Kiedy półtorej doby później usłyszeliśmy pod drzwiami miauczenie, byłem zdania, Ŝeby nie 

otwierać. Lidka jednak wstała i juŜ po chwili zobaczyłem ją w drzwiach pokoju, z kotem w 

objęciach. Ten teŜ był czarny, z rudą plamą na prawym uchu. Uśmiechała się do mnie, jak oceniłem, 

dość głupio: jak to zrobiłeś? – zapytała, jakby wszystko było moim dowcipem. Nie odezwałem się, 

jadłem dalej kolację, gapiąc się uparcie w telewizor. Nawet jak to jest, ja w to nie wierzę – 

zastrzegłem tylko, idąc spać. 

 

Miałem na szczęście o czym myśleć, bo dłuŜsze zastanawianie się nad wielokrotnymi 

ś

mierciami naszego zwierzaka musiałoby, nie miałem wątpliwości, doprowadzić mnie do gabinetu 

psychiatry. Tymczasem mąŜ Ewy wyjechał w kilkudniową delegację i, cóŜ, pozostało mi uporanie 

się jakoś z faktem, Ŝe właśnie zdradzam moją Ŝonę. Próbowałem sobie wyjaśnić, Ŝe wolę 

przebywać tam, po drugiej stronie korytarza, poniewaŜ nie było tam pół-Ŝywego stworzenia – ale 

przecieŜ wiedziałem, Ŝe to wymówka nie do przyjęcia nawet dla mnie. Losy mojego romansu i kota 

splotły się zresztą wkrótce. Któregoś razu, wychodząc od Ewy, zobaczyłem w drzwiach naszego 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

21 

mieszkania Lidkę. Zanim skończyłem bełkotać jakieś upokarzające wyjaśnienie, okazało się, Ŝe 

tymczasem przeciąg otworzył okno, a kot wykorzystał nadarzającą się okazję do wykonania 

samobójczego skoku z jedenastego piętra. Lidka szlochała całą noc i pewnie sama nie wiedziała do 

końca, czy opłakuje kota, czy moją zdradę. W kaŜdym razie od tej pory, kiedy przechwytywałem jej 

spojrzenie, była w nim odraza, jakbym to ja zabił tego cholernego zwierzaka. 

 

Tydzień upłynął w całkowitym milczeniu. Wstrząśnięty wszystkim, co się stało, przestałem 

odwiedzać kochankę, a kiedy raz zagadnęła mnie na parkingu, odpowiedziałem jej coś opryskliwie. 

W domu nie było wcale lepiej i zacząłem rozumieć, Ŝe męŜczyźni w takich razach zaczynają szukać 

mieszkania do wynajęcia. W pracy pytano mnie, dlaczego tak źle wyglądam. Odparłem 

wymijająco, Ŝe mam kłopoty. 

 

Pewnego wieczoru, kiedy wróciłem, nie zastałem Lidki. Nie miałem pojęcia, dokąd mogła 

pójść i zacząłem się powaŜnie niepokoić, coraz wyraźniej zdając sobie sprawę, Ŝe wszystko 

potoczyło się w moŜliwie najgorszym kierunku i to niestety przeze mnie. Kręciłem się po pustych 

pokojach, aŜ w końcu pomyślałem, Ŝe tymczasem zrobię sobie kąpiel, Ŝeby zebrać myśli. W szumie 

lejącej się wody zdawało mi się, Ŝe ktoś zastukał. Czy Lidka mogła zapomnieć kluczy? Wybiegłem 

z łazienki w samych slipach, odsunąłem zasuwkę. Na korytarzu nie było nikogo, przynajmniej nie 

na wysokości oczu. Opuściłem wzrok i zobaczyłem go: siedział na wycieraczce i przypatrywał mi 

się z bezczelną ufnością. 

 

– Spierdalaj – powiedziałem dobitnie i zamknąłem z hałasem drzwi.

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

22 

Pogodzony 

 

 

Nie mogę pogodzić się, Ŝe odeszłaś, więc wciąŜ cię śledzę, chowam się po bramach, za 

drzewami, pod wiatami przystanków, udaję, Ŝe czytam gazetę albo oglądam nowości na wystawach 

księgarń, a potem bieg do tramwaju, wołanie taksówki, czasem się nie udaje i tracę cię z oczu na 

dłuŜej, ale potem znowu odnajduje trop, a ty mnie nie widzisz albo udajesz, Ŝe nie dostrzegasz, w 

geście zrozumienia dla mojego wariactwa, albo przeciwnie, okazując, jak bardzo mnie 

lekcewaŜysz; w kaŜdym razie sam nigdy nie odkryłbym tego miejsca, poczatkowo nie potrafiłem 

zrozumieć, co prowadzi cię do tej zakazanej dzielnicy, czemu ryzykujesz uwalanie błotem swoich 

czarnych czółenek – na ścieŜce biegnącej skosem przez jakieś nieuŜytki, między opuszczonymi 

magazynami, wśród dogorywających fabryczek, daleko za pętlą autobusu, co robisz tutaj w swoim 

eleganckim płaszczu, którego kołnierz uparcie ci podnosiłem, a ty mówiłaś mi: nie, nie mam nastu 

lat, Ŝeby stylizować się na zbuntowaną dziewczyneczkę, a ja na to, Ŝe przecieŜ tak jest ładniej, to kup 

sobie lalkę, mówiłaś, i teraz twój płaszcz migocze dwieście metrów przede mną, odczekuję, bo na 

takim pustkowiu nie mogłabyś juŜ udawać, Ŝe mnie nie dostrzegasz, wreszcie biegnę niespokojny, 

Ŝ

e całkiem stracę cię z oczu, tu, gdzie akurat naprawdę moŜesz potrzebować mojej pomocy, i kiedy 

znajduję się przed wielką bramą, nie mam czasu sprawdzić napisu na czerwonej tablicy – ale dalej 

jest hangar ze szklanymi drzwiami, za którymi dostrzegam znajomą sylwetkę w otoczeniu dwóch 

męŜczyzn w białych fartuchach, z którymi ruszasz w głąb, więc po chwili wahania wsuwam się do 

wnętrza i kuląc, wędruję waszym śladem, kryję się za wielkimi stołami o białych blatach, a starszy 

męŜczyzna podaje ci chusteczkę, za co dziękujesz mu dystyngowanym skinięciem głową, które tak 

uwielbiam, które było zupełnie inne niŜ wszystko, co kiedykolwiek mnie w Ŝyciu spotkało, i 

pochylasz się, i pewnie przeciagasz czarne noski swoich butów, Ŝeby wszystko było na swoim 

miejscu, wszystko skomponowane, staranne; ruszacie dalej, boję się, Ŝe zdradzi mnie przyspieszony 

oddech, ale w tej części hali panuje przenikliwy gwizd, który zagłusza wszystko, monotonny 

przydźwięk generatora, skręcacie do schodów po lewej stronie, i nie jestem pewien, co mam dalej 

robić, odkąd odeszłaś, nigdy nie byłem tak blisko ciebie, to zaledwie kilka metrów, w końcu 

decyduję się i zstępuje za wami, tu jest ciemniej, nierówne betonowe stopnie, ściana pociągnięta 

poszarzałą farbą, jeden podest, zakręt, następny podest, zakręt, coraz niŜej, juŜ dawno pod 

powierzchnią ziemi; zdaje mi się, Ŝe za rogiem słyszę wasze podniesione głosy, ty mówisz: o tak, o 

to mi chodziło, więc wyglądam ostroŜnie i widzę rozległe pomieszczenie, wypełnione ludźmi, 

wypełnione kobietami, wypełnione tobą: stoicie przed calym zgromadzeniem kobiet w płaszczach, 

czarne włosy, zielone oczy, o których mówiłem z emfazą, Ŝe są szmaragdowe, choć chyba nigdy nie 

widziałem szmaragdu naprawdę, te twoje oczy, z wyrazem uprzejmego zdziwienia, z którym 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

23 

przyjmowałaś wszystko, co ci się przydarzało, młodszy z męŜczyzn mówi: niech pani stanie między 

nimi, chcę zaprotestować, ale wtedy zdradziłbym, Ŝe tu jestem, więc obserwuję bezsilnie, jak 

wtapiasz się w ten tłum swoich sobowtórów, przez chwilę jeszcze znaczną, bo one wszystkie mają 

podniesione kołnierze, ale ty rozglądasz się i takŜe podnosisz kołnierz, a potem zamieniasz się 

miejscami ze swoją sąsiadka po prawej i jeszcze z jedną; wtapiasz się w tłum, starszy męŜczyzna 

pyta: czy o lo pani chodziło?, a ja wtedy juŜ nie mogę wytrzymać, więc wypadam na środek i 

wołam: co to jest?!, a wtedy chór głosów, wszystkie naraz mówicie do mnie: to dla ciebie, mój 

drogi, teraz będziesz mógł podzielić się mną z całym światem, nie będziesz wreszcie nudził

męŜczyźni klaszczą z uznaniem i wycofują się na schody, mówiąc coś do siebie, bardzo uradowani, 

a na mnie patrzy teraz kilkadziesiąt par zielonych oczu, ta sama twarz jakby skserowana w wielu 

kopiach, smutna, prawie bez wyrazu, i nie wiem, gdzie jesteś, ale chcę cię stąd wyrwać, tak 

strasznie nienawidzę tych uzurpatorek, które przywłaszczyły sobie twoją twarz, twoje ruchy, twoje 

gesty, twój płaszcz, perfumy, sposób, w jaki otwierasz torebkę, Ŝeby sprawdzić, czy zabrałaś bilet 

miesięczny, i jedna z nich podchodzi do mnie i mówi: to dla ciebie, miły, a ja wyciągam nagle z 

kieszeni nóŜ i oganiam się od niej, sam nie wiem, z obrzydzeniem czy trwogą, nie wziąłem tylko 

pod uwagę, Ŝe ona się nie cofnie, czuję przez chwilę lekki opór, a potem ostrze znowu tnie 

powietrze, kobieta pada z głową prawie odjętą, i juŜ druga mówi: kocham cię, i wyciąga do mnie 

ręce, muszę cię znaleźć w tym tłumie, więc ją takŜe zabijam, i następną, wołam cię po imieniu, 

jestem, odpowiadają wszystkie, i otaczają mnie coraz ściślej, nie ma cię tu, uświadamiam sobie, 

byłaś tą pierwszą, która powiedziała mi, Ŝe to dla mnie, i przecieŜ nie cofnę juŜ swego noŜa. 

 

 

 

Nie mogę się pogodzić, Ŝe odeszłaś, więc kiedy powiedziałaś mi, Ŝe mam cię odwiedzić, nie 

namyślając się wiele, włoŜyłem szarą marynarkę, o której zawsze mówiłaś, Ŝe jest taka miła w 

dotyku, i po raz pierwszy od naszego rozstania uŜyłem wody Aramis, którą kupiłaś dla mnie, i tak 

wystrojony wstępowałem na schody w twojej kamienicy, a gipsowy anioł stróŜ na półpiętrze, 

obrzucony kolorowymi refleksami z resztek witraŜa w oknie, uśmiechał się – myślałem – na dobrą 

wróŜbę; w powietrzu unosił się zapach chloru po niedawnym myciu stopni, jakby nie dość bylo 

seledynowych kafelków na ścianach, zawsze śmiałem się, Ŝe mieszkasz w łaźni, i poczułem znowu 

podniecenie, jak zawsze, gdy cię odwiedzałem, pewny, Ŝe zaledwie otworzysz mi drzwi, będziemy 

sie całować i rozbierać w pośpiechu, podejrzewam, Ŝe nigdy nie mógłbym skorzystać z łaźni 

publicznej, uwarunkowany erotycznie na chlor i kafelki, ale tym razem otworzyła mi twoja matka, 

obrzuciła niechętnym spojrzeniem, niechętnym, a moŜe tylko smutnym, i powiedziała: to ja idę do 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

24 

siebie, dzieci, i wyszła, i to, Ŝe tak się do nas zwróciła, przydało mi otuchy, Ŝe teraz wszystko się 

jakoś ułoŜy, wyszłaś mi na spotkanie z głębi mieszkania, nie patrząc mi w oczy, rozedrgana, 

niespokojna, zapraszam, powiedziałaś cicho i cofnęłaś się do pokoju, którego okna wychodziły na 

ulicę, a po drugiej stronie, nienormalnie blisko, była druga kamienica z wielkimi loggiami na 

trzecim piętrze; uświadomiłem sobie, Ŝe nie mam kwiatów, a przecieŜ przydałyby się kwiaty, 

dlaczego kwiatów zapomniałem, nie potrafiłem zrozumieć i powiedziałem coś o tych kwiatach, a ty, 

Ŝ

e niewaŜne, i zaczęłaś skubać brzeg obrusa, wciąŜ ze spuszczoną głowa, jak ci jest?, zapytałaś, 

niewaŜne, mówię i przysuwam się do ciebie, i zaczynam ostroŜnie bawić się twoimi włosami, a ty 

nagle przytulasz się, więc choć miałem być spokojny, choć to mogło wszystko zepsuć, nie potrafię 

się opanować i zanurzam twarz w twoje włosy, ten zapach, nie zdawałem sobie sprawy, Ŝe tak do 

niego tęsknię, Ŝe oddychałem od wielu tygodni zaledwie szczytem płuc, płytko, niechętnie, a teraz 

jest wreszcie tak jak naleŜy, tak jak być powinno, a ty podnosisz twarz do pocałunku, i twoje usta, 

wilgotne i gorące, większe niŜ naprawdę, bardziej gorące, słodsze, niŜ pamiętałem, i zarazem takie 

jak zawsze, czuję twój język, błądzący między moimi wargami, oddycham twoim oddechem, 

obracamy się powoli, opierasz się o ścianę, tuŜ koło okna, rozpinasz mi koszulę, i tylko nie wiem, 

czy odnajdujemy się, czy to jeszcze jedno poŜegnanie, boję się, Ŝe Ŝegnasz się ze mna, w ten 

sposób, więc odrywam twoje dłonie od siebie i rozkrzyŜowuję cię, jakbym w ten sposób mógł 

zapobiec złu, które się jeszcze moŜe stać, a ty nagle wyszarpujesz się i wyzywającym gestem 

podnosisz sukienkę, jesteś tam naga, wejdź, szepczesz, i twoje wąskie palce sięgają do zapięcia 

moich spodni, i oplatasz mnie udami, podtrzymuje cię, Ŝeby nie upaść, i czuję, jak wpuszczasz 

mnie, wilgotna i zachłanna, nie mogę Ŝyć bez ciebie, wołam, i ja, i ja nie mogę Ŝyć bez ciebie

odpowiadasz, zaciskając kolana na moich biodrach, jesteśmy razem, spojeni, zlepieni, kołyszący się 

gorączkowo, wbijam się w ciebie, modląc się, Ŝebyś otworzyła oczy i Ŝeby usłyszeć twój krzyk, 

ostry, przeszywający, podniecający nawet bardziej, jeszcze bardziej niŜ twoje cialo, spocone, 

otwierające się na moje ciosy, i nagle widzę po drugiej stronie ulicy jakiś ruch, to stara kobieta 

wspina się niezgrabnie na brzeg loggii na trzecim piętrze, jest nią twoja matka, a ty zawodzisz coraz 

głośniej, twoja matka rzuca się w dół ulicy, a ja wlewam się w ciebie, choć chcę to zatrzymać, i jest 

jeden krzyk, rozkoszy i rozpaczy, bo wiem, Ŝe to koniec, Ŝe skoro twoja matka tam leŜy, martwa, 

skoro wokół leŜącego ciała zbierają się ludzie, zadzierają głowy i pokazują okna po tamtej i po tej 

stronie, pokazują nas palcami, tak, skoro pokazują nas palcami, to teraz rozstaniemy się juŜ na 

zawsze. 

 

 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

25 

 

Nie mogę pogodzić się, Ŝe odeszłaś, więc co niedziela siadam w łachmanach na twojej 

drodze do kościoła, choć wiem, Ŝe miniesz mnie, idąc z nim, a jednak wyciągam rękę, proszę o 

wsparcie, i czasem wydaje mi się, Ŝe patrzysz, ale pochylam głowę pokornie i tylko wsłuchuję się w 

twoje kroki, coraz wolniejsze, jakbyś domyślała się, Ŝe to ja, i nie była pewna, czy masz się cieszyć 

na moje spotkanie, czy gniewać, czy niecierpliwić, a potem przyspieszasz, i w mojej dłoni czasem 

błyszczy drobny pieniąŜek, a czasem nie; a gdy cię nie ma, bo i tak się zdarza, wtedy nie wracam do 

siebie na noc, tylko zostaję w tym samym miejscu i tak siedzę przez cały tydzień, odliczając 

godziny do tej jednej chwili, kiedy znów usłyszę twój krok – właśnie siedzę tak od czternastu dni i 

juŜ nie pochylam glowy, juŜ wypatruję niecierpliwie, i dzięki temu widzę cię nareszcie, dziś w 

otoczeniu kilku męŜczyzn: rozmawiacie głośno, jesteś jakaś inna, palisz papierosa i masz 

zarumienioną twarz, twoje oczy błyszczą, podchodzicie do mnie, przyglądasz mi się wrogo, tak, 

czuję to wyraźnie, Ŝe wrogo, i chcę wstać, ale jeden z męŜczyzn przytrzymuje mnie cięŜką dłonią i 

oblewa czymś gęstym; i kiedy odchodzicie, a ty rzucasz w moją stronę niedopałek, wybucham 

nagłym ogniem, zamieniam się w rozpaloną ranę, skwierczące mięso, urwany krzyk – i gdy tak 

ciemną smugą dymu szpecę pogodne niebo, i gdy juŜ nic nie boli, zupełnie nic, nareszcie – myślę, 

pogodzony, Ŝe świat chociaŜ jeden problem umiał rozwiązać jak naleŜy.

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

26 

Jak zostać królem 

 

 

Teraz opowiem wam, jak zostałem królem. Taka wiedza kaŜdemu moŜe się kiedyś przydać. 

Mało jest marzeń równie powszechnych. Co do mnie: państwo, które wybrałem na swoją 

intronizację, miało juŜ, ściśle biorąc, swojego króla. Król jednak wybrał się jesienią ubiegłego roku, 

aby polować na łosie, i jak dotąd nie wrócił. Zachodziła więc obawa, co mówię!, istniała nadzieja, 

Ŝ

e koronę królewska nosi teraz po puszczy jakiś łoś. 

 

W tych okolicznościach, po gruntownym przeanalizowaniu sytuacji, widziałem przed sobą 

dwie drogi. Jedna prowadziła do lasu, gdzie naleŜało dopaść łosia królobójcę i zabić bez 

wysłuchiwania wyjaśnień, Ŝe koronę nawlókł sobie na rogi przypadkiem, znalazłszy ją, dyndającą 

bezpańsko na krzaku. Druga wiodła wprost do zamku. I tą właśnie poszedłem – jak się później 

okazało, uratowało mi to Ŝycie – nałoŜywszy na tę okazję swoją paradną czarną zbroje. 

 

Zgodnie z moimi przypuszczeniami, w zamku od kilku miesięcy trwała hulaszcza uczta, 

która zaczęła się jako stypa jeszcze w grudniu, a wobec przedłuŜającej się nieobecności martwego 

władcy (który by ją usprawiedliwił), jak i władcy Ŝywego (którego przybycie zmieniłoby ją 

natychmiast w uroczystość dziękczynienia za jego szczęśliwy powrót) – przedzierzgnęła się 

ostatecznie z początkiem marca w obchody ku czci p.o. króla Immanuela Oxygeniusza. Wyglądało 

na to, Ŝe przepijany jest właśnie budŜet państwa na następny rok. W ogromnej komnacie kłębiło się 

mnóstwo goblinów, hobbitów, płanetników i latawic, czy jak się to towarzystwo nazywało, 

niektórzy obdarzeni przez matkę naturę ogonami, płetwami, skrzydłami błoniastymi i pierzastymi, 

ryjkami i paszczami, niektórzy zionący ogniem, niektórzy zaś nie. Wielopierśne dziwoŜony 

maczały swoje obwisłe biusty w pucharach z winem i spryskiwały nim biesiadników, którzy z 

głowami odchylonymi bezwładnie na oparcia krzeseł nie byli w stanie juŜ pić; większość jednak, co 

musiałem stwierdzić z uznaniem, zachowywała podziwu godny hart ducha i trzymała się prosto, 

chlustając co najwyŜej nadmiarem spoŜytego alkoholu wprost do dzbanów skrytych pod stolami, 

gdzie przesłaniała je taktownie zwisająca do ziemi brudna serweta. SłuŜba, podejrzanie kudłata, 

miotała się ogromnym tłumem, pozorując cięŜką pracę, a Ŝe sporo teŜ było gości, którzy 

przepychali się do otwartych okien, by zaczerpnąć świeŜego powietrza lub, przeciwnie, pragnęli 

wrócić do pozostawionych na chwilę kielichów, łatwo było ulec stratowaniu przez cięŜkie buty, 

pazurzaste łapska lub kopyta, jeśli nieczujnie znalazło się przy podłodze; w istocie, kiedy 

próbowałem rozeznać się w tym rozgardiaszu, lokaj porośnięty rudawą szczecią zamiatał właśnie w 

stronę wyjścia jakąś purpurową miazgę, prawdopodobnie resztkę biesiadnika, który niegdyś musiał 

zsunąć się z krzesła na krótką drzemkę, dziś juŜ wieczną. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

27 

 

ś

eby zostać królem, nie naleŜy przesadzać ze współczuciem. ToteŜ odmówiwszy 

pospiesznie requiescat in pace, rzuciłem zaraz okiem, gdzie znajduje się krzesło, opróŜnione w ten 

sposób przez tego – lub  tę – znajdującego właśnie miejsce spoczynku na złotej szuielce lokaja. 

Miałem szczęście (naleŜy je mieć, jeśli się chce być królem): w lesie głów wokół stołu zobaczyłem 

wyrwę stosunkowo blisko tronu, na którym spoczywał Oxygeniusz. Ruszyłem zatem w tamtą 

stronę z impetem, rozbryzgując czarnym napierśnikiem plączący się tłum, jak morskie odmęty. 

Gwar w komnacie wzbogaciły być moŜe okrzyki bólu potrącanych przeze mnie stworów, a mój 

naramiennik roziskrzył się nawet raz od jakiegoś rzuconego w moją stronę magicznego 

przekleństwa; gobliny czy teŜ hobbity (nie umiałem nigdy tego spamiętać) umiały wyczyniać takie 

sztuki, na szczęście w panujacym rozgardiaszu nie było warunków, Ŝeby czarujący mógł się 

odpowiednio skupić. NajwaŜniejsze, Ŝe niebawem siedziałem przy stole. Po mojej lewej ręce kiwał 

się jakiś mnich o pomarszczonej twarzy: problem Boga to wielki problem nas wszystkich, rzucił mi 

na przywitanie; pieczyste zagryzał suchym chlebem. Być moŜe chciał wieść dalej rozmowę, którą 

rozpoczął najwyraźniej nie ze mną; moŜe z tym na szufelce (on miał ten problem juŜ rozwiązany). 

Po prawej trubadur o długich, sterczących uszach gladził melancholijnie drewniany przedmiot. Był 

to, jak się zorientowałem po chwili, gryf od mandoliny, złamany czy raczej odgryziony od strony 

pudła rezonansowego i osmalony, bez strun. Siedzący po przeciwnej stronie stołu typ w 

purpurowym Ŝabocie, którego wydatne szczęki, zębiska, a nade wszystko dym unoszący się z 

nozdrzy nie budziły doprawdy zaufania, szczeknął w moją stronę: pan zajmuje się muzyką, 

towarzyszu pancerny? Zaprzeczyłem. To dobrze, bo okropnie ja muzyki nie lubię. Nie zdołałem 

odpowiedzieć, bo co innego zajęło w tym momencie moją uwagę. 

 

Były to oczy: roziskrzone, szmaragdowe, mrugające ku mnie zachęcająco. Znałem je skądś, 

z jakiegoś dawnego Ŝycia, i mało brakowało, a osunąłbym się w czeluść innego świata, w którym 

nie byłem rycerzem, świata bez dziwoŜon i tronów, bez biesiad i zamczysk; na szczęście zdołałem 

przytrzymać się kurczowo stołu i niebezpieczeństwo znikło. Właścicielka oczu, wiedziałem to 

skądś, miała na imię Ewa, ale tu, jak dowiedziałem się wkrótce, zwano ją pieszczotliwie Owieczka. 

Jej drobną twarz otaczały złociste loki, niby aureola na świątobliwych malowidlach. Nie na 

Jeruzalem, lecz na Babilon kierowały jednak jej usta, wielkie i czerwone, gdy oblizała je po 

spoŜyciu ostatniego kęsa ociekającej sosem pieczeni. Mrugnęła do mnie znowu. Uznałem to za 

zachętę do rozmowy. Musiałem w końcu dowiedzieć się jakichś szczegółów o osobniku, który 

zajmował mój tron. 

 

Jego wygląd, trzeba to przyznać, uświadomił mi dobitnie trudność przedsięwzięcia. 

Liczyłem się bowiem z ludzkim przeciwnikiem. Immanuel Oxygeniusz natomiast, pora to wyznać, 

nie tylko nie był człowiekiem, ale nawet istotą z naszym gatunkiem spokrewnioną, jak płanetnik 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

28 

czy wąpierz, który snobując się, jak wiadomo, na pokrewieństwo z Ryszardem III, będzie Ŝądał, by 

zwracać się do niego per vampire. Takie słabości przeciwnika dają się zawsze wykorzystać w naszej 

drodze do tronu; płanetnik na przykład źle znosi załoŜenie w zamku centralnego ogrzewania, które 

czyni powietrze zbyt suchym, a hobbit opuszcza okolicę, strząsając pył z sandałów, natychmiast po 

odczytaniu mu urywka z dzieł Ludwika Wittgensteina. Marzącego o koronie mnicha moŜna złamać, 

podsuwając mu na uczcie intronizacyjnej gotowany kawior (jeśli przeŜyje, powróci do swej 

pustelni), centaury zasię umierają po wysłuchaniu bodaj pięciominutowego fragmentu 

skomponowanego przez dodekafonistów. Ale co moglo podziałać na obiekt rozpierający się właśnie 

u szczytu stołu? 

 

Immanuel Oxygeniusz miał kształt kulisty. Dokładnie rzecz ujmując, był kulą połyskującą 

metalicznie, z niewielkim głośniczkiem na szczycie. Otaczały ją druciane kółka w liczbie czterech 

czy pięciu, przecinające się pod rozmaitymi kątami; na kaŜde nawleczony był jasnozielony koralik. 

Mówiąc wprost, przypominał ów władca model atomu Bohra, jaki stał na szafie w pracowni 

fizycznej, w szkole, do której niegdyś uczęszczałem. Zrozumiałem w jednej chwili dramat państwa, 

w którym rozpoczął niebacznie ucztę: w gwarze głosów, nie mogąc wezwać lektyki, nie mógł teŜ 

samodzielnie wstać od stołu, państwo skazane było zatem na wyniszczające skarb opilstwo, uczta 

nie miała się skończyć juŜ nigdy. Postanowiłem zapamiętać ten przydatny dla mnie argument. 

Tymczasem jednak zapytalem Owieczki: czy Oxygeniusz pije cokolwiek? – AleŜ skąd, powiedziała, 

otwierając jeszcze szerzej szmaragdowe oczy. A czy je on? Roześmiała się, ukazując olśniewająco 

białe ząbki: a czymŜe on miałby jeść? Nie ma ust, piękny rycerzu, i oblizała się lubieŜnie. To czymŜe 

się Ŝywi nasz władca?, indagowałem dalej, teraz juŜ drŜącym głosem, powtarzając sobie, Ŝe mając 

na celu koronę, nie mogę poddawać się od razu urokom płci niewieściej, choćby tak sprawnej w 

oblizywaniu i gryzieniu mięsiwa, jak to zapowiadały usta pięknej dzieweczki. Myślami naszymi się 

Ŝ

ywi, piękny nieznajomy, odparła, sunąc dłonią po gładkim dekolcie. Dlatego ci z nas, którzy zbyt 

długo tu juŜ przebywają, mają zupełnie pusto w głowach, nic prawie. Jeśli nie chcesz, czarny 

rycerzu, by poŜarł wszystkie twoje myśli, wyjdź ze mną. – Wyjdźmy zatem. No i wyszliśmy. 

 

Wdzięczny za uratowanie mego umysłu (kiedy chce się zostać królem, naleŜy doceniać 

przeciwnika, tego zaś z początku zaniedbałem), pozwoliłem się poprowadzić zamkowym 

korytarzem aŜ do buduaru Owieczki. W moim rycerskim ciele było mnóstwo dziur po 

nieprzyjacielskich pociskach i po zdjęciu pancerza wyglądałem trochę jak ser szwajcarski, 

obawiałem się więc tego, co teraz nastąpi: wyobraźnia Owieczki obróciła jednak mą przypadłość na 

obopólną korzyść. Wpieszczając się w jamy mego ciała, wkładając ręce i nogi tu, a wyciągając je 

ówdzie, zespoliła się ze mna mocniej, niŜ kobieta moŜe zazwyczaj zespolić się z męŜczyzną; gdy 

więc, zmęczeni, zapadliśmy przed wieczorem w sen, czuliśmy się jednością bardziej, niŜ to bywa w 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

29 

baśniach. 

 

Tym straszniejszy okazał się poranek: obudziłem się w pustym łóŜku, którego zbełtana 

pościel pokryta plamami potwierdziła wprawdzie słodką realność wspomnień, zamieszanie 

dochodzące z zewnątrz podpowiadało jednak, Ŝe właśnie zaczęły się kłopoty. Przywdziałem swoją 

zbroję i wyjrzałem ostroŜnie na korytarz: bezładnie biegały po nim samice-sierściuchy, łopocząc 

połami róŜowych peniuarów, niektóre nieuczesane, niektóre z kokardkami na głowie, piersiach i 

udach, związanymi jednak uderzająco pospiesznie. Pod oknem rozmawiało dwóch Ŝołnierzy i 

poznany wczoraj przeze mnie mnich; ów, zbyt długo widocznie przebywający w towarzystwie 

Oxygeniusza, zupełnie nie mógł skupić się na temacie rozmowy i wciąŜ nawracał do początku. 

Nadstawiłem ucha: problem Boga to wielki problem nas wszystkich. – Ale to nie Bóg, to rebelianci 

mrówkopodobni. – Šciśle mówiąc, do zamku wdarl się podobno Dziad Leśny Krzywy Ryj. To on ją 

wyciągnął. – Ale Bóg na to pozwolil, a jest to wielki problem nas wszystkich. – PrzecieŜ ultimatum 

przysłali mrówkopodobni. – Bóg nie przysyła niestety nigdy ultimatum. Wszystkiego trzeba się 

samemu domyślać. To wielki problem nas wszystkich. – Przypuszczam, Ŝe nie musiał jej wyciągać. 

Pewnie chciała, by ją obłapił. Zawsze powtarzala, Ŝe nie umie sobie wyobrazić, jak to jest z 

Krzywym Ryjem. – Bóg stworzył kobietę. Dlaczego nam to zrobił? To wielki problem nas wszystkich. 

– Pst! ZauwaŜyli mnie dopiero teraz i wpatrywali się z napięciem. Przez chwilę panowała krępująca 

cisza. Porwali Owieczkę, odezwał się wreszcie jeden z Ŝołnierzy. ZwaŜywszy, panie, Ŝe wychodzisz z 

jej komnaty, powinno cię to obejść. O poranku wymknęła się z Dziadem Leśnym; widocznie nie 

dogodzileś jej wystarczająco. – To wielki problem nas wszystkich, odezwał się znowu mnich. 

Szperał przez chwilę w fałdach swojej szaty, aŜ wreszcie wyciągnął kiszonego ogórka, pokrytego 

jakimiś brunatnymi frędzlami, zapewne z wnętrza swej kieszeni. Mimo to ugryzł go soczyście, aŜ 

Ŝ

ołnierze, podobnie jak ja sam, otrząsnęli się ze wstrętem. I co zamierzasz zrobić ze swą hańbą, o 

czarny rycerzu?, zapytał jeden z nich. 

 

W mgnieniu oka zdałem sobie sprawę, Ŝe teraz oto moja moc się przesili. Mogę albo stać się 

pośmiewiskiem całego dworu, co pogrzebie moje szanse na tron, albo desperacką odwaga zdobyć 

poklask wszystkich, których myśli nie wyssał jeszcze Immanuel Oxygeniusz. Organizuje wyprawę 

ratunkową, oświadczyłem zatem. Kto ze mną? Sierściuchy, przysłuchujące się naszej rozmowie, 

rozbiegły się z piskiem, to będzie wielki problem nas wszystkich, zamruczał mnich, wylizując palce 

z ogórkowego soku, a drugi z Ŝołnierzy wzruszył ramionami: chyba nie wiesz, co mówisz, 

cudzoziemcze. Las jest pełen szkieletów tych, którzy zadarli z mrówkopodobnymi. – Miałbym piękny 

temat na pieśń. Tylko na czym mam ją wygrać? – rozległo się za moimi plecami. Tak to jest 

zadawać się z ludźmi w pierwszym pokoleniu. Ojciec smok, dziadek smok, to w końcu zawsze dym z 

nosa wyjdzie. Obejrzałem się: stał tam długouchy trubadur. JuŜ miałem go przegnać, ale umysł mój, 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

30 

niczym w jasnowidzeniu, podpowiedział mi, jak mam postąpić. śeby zostać królem, naleŜy słuchać 

głosu swego wnętrza. 

 

Nie masz juŜ instrumentu i jako muzyk jesteś skończony, powiedziałem zatem z 

okrucieństwem. Właściwie to tylko otworzyłem usta, a słowa potoczyły się same. Gdy trubadur 

podniósł na mnie załzawione oczy, pełne zdziwienia, dokończyłem: a skoro nie masz nic do 

stracenia, pójdziesz ze mną. Ty, panie, zwróciłem się do milczącego Ŝołnierza, nic nie mówisz, więc 

chcesz wziąć udział w wyprawie, zwłaszcza Ŝe ma w niej uczestniczyć taki ciura jak on. Duma nie 

pozwoli ci zostać. Jak ci na imię? – Ferdynand. – Będziesz sławny, Ferdynandzie. A ty, to było do 

mnicha, rozwíąŜesz wreszcie problem nas wszystkich. ZwycięŜymy. W drogę! 

 

Nie minął kwadrans, a mieliśmy osiodłane konie. Ruszyliśmy stępa; odniosłem wraŜenie, Ŝe 

z okien komnaty biesiadnej wypatrują nas setki oczu. Wieść o porwaniu Owieczki musiała dotrzeć 

nawet do wyŜartych przez Oxygeniusza umysłów. Na podgrodziu otoczyły nas tłumem brudne, ale 

urodziwe mieszczki i usmoleni męŜczyźni o zaciśniętych ustach. U bramy prowadzącej w stronę 

lasu jakiś Ŝebrak zawodził jękliwie godzinki. Wstrzymałem tu konia. Widziałeś Dziada Leśnego z 

Owieczką?, zapytalem go. MoŜe widziałem, panie, odparł. Przybądź nam, miłościwa Pani, ku 

pomocy... Sypnąłem złotym groszem do miseczki u jego kulasów (jeśli chce się zostać królem, 

naleŜy być szczodrym): jak dawno to było? – A, ze trzy godzinki. Przybądź nam, miłościwa Pani, ku 

pomocy... – Patrzyłeś, gdzie dalej pojechali? Poczułem jego cięŜki wzrok na trzosie. Brząknąłem 

nim znacząco. Tak, panie, powiedział z nieoczekiwanym pośpiechem. Pojechali w stronę lasu, tam 

na horyzoncie. Ona zaczęła strasznie krzyczeć. On uciekł, a ona weszła w las, jak zaczarowana. 

Otrzepywała się tylko. – Dobry masz wzrok, mruknął powątpiewajaco trubadur. O panie, Dziada 

Leśnego natura obdarzyła krzywym ryjem, ciebie słuchem, a mnie wzrokiem. JakŜebym mógł inaczej 

przeŜyć, gdybym z daleka nie potrafił odróŜnić karbowańca od karbowego? – Dziada natura 

obdarzyła nie tylko krzywym ryjem, dobiegło mnie westchnienie mnicha, to wielki problem nas 

wszystkich. Nie chciałem tego słuchać; rzuciłem Ŝebrakowi cały trzos i ruszyliśmy w dalszą drogę. 

 

Znalezienie w lesie obozu rebeliantów nie nastręczyło trudności. Ferdynand był sprawnym 

tropicielem, zresztą rebelianci nie kryli się wcale, ufni w moc swoich szczęk, drobnych, ale 

milionowych. Na środku polanki, u której brzegu skryliśmy się w krzakach, siedziała Owieczka w 

rozpiętej sukni; obejmowała ramionami kolana i rozglądała się wokół z przeraŜeniem. U jej stóp 

kręcili się mrówkopodobni z maleńkimi sztucerami, kosami, dzidami i pałaszami. Kilku, czemu 

przyglądałem się przez chwilę z niedowierzaniem, rychtowało mikroskopijne armaty; do kaŜdej 

zaprzęŜono po dwa Ŝuki gnojaki, niby parę opancerzonych wołów. Obliczałem, ile kroków dzieli 

mnie od porwanej, nie znałem jednak sprawności mrówczych gąb; walające się tu i ówdzie kości, 

obgryzione do cna, sugerowały wszakŜe, iŜ jest ona dość znaczna. Oparłem się o porośnięty 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

31 

brązowawym mchem głaz, Ŝeby skupić myśli – i  w tym momencie poczułem, Ŝe głaz westchnąl. 

Zerwałem się na równe nogi, ryzykując odkrycie przez rebeliantów. Cicho, powiedział głaz, 

przeszkadzasz mi marzyć. Po tych słowach rozwinął się z kłębka i pokazał w całej krasie. Jestem 

marzącym mrówkojadem, powiedział, brakuje mi odwagi, więc przychodzę tu co dzień, marząc o 

uczcie. Moi towarzysze pokiwali ze zrozumieniem głowami, tylko ja trąciłem go końcem buta i 

szepnąłem: czego tu się bać, jesteś od nich większy. GroŜnym spojrzeniem nakazałem milczenie 

trubadurowi, który chciał coś powiedzieć, i kusiłem dalej: słuchaj, mrówkojad, oni są maleńcy. I 

bardzo smaczni. No idź, poŜyw się, co ci zaleŜy. Co ty właściwie jesz? - Głównie igliwie, mruknął 

ponuro. Mrówkojad, nie kompromituj się. PrzecieŜ to nie wypada, Ŝebyś jadał igliwie. Mrówkojad 

jada mrówkopodobnych. – Pogryzą mnie. – No moŜe odrobinkę. Ale co sobie pojesz, to twoje... 

Czułem juŜ prawie ten chwościk, rozpychający się pod pancerzem, rogi i diabelskie kopyto. A 

przecieŜ nie mialem wyjścia. PrzecieŜ od niego wszystko zaleŜało. Nie ja urządzałem ten świat. Dał 

się w końcu przekonać. Zachrumkał i – rzucił się na polanę. To, co się działo w ciągu następnej 

minuty, będzie mi się śnić do końca moich dni. Zaskoczenie było całkowite i mrówkojad w 

mgnieniu oka wessał z pół miliona rebeliantów. Wkrótce jednak pokryły go miliony innych, 

strzygąc w straszliwym chrzęście chitynowych paszcz jego szczeć, odsłaniając jego ścięgna, 

wydobywając na światło dzienne płuca i wątrobę, i misterne rusztowanie Ŝeber. Korzystając z 

zamieszania, wpadłem na polanę, porwałem na plecy Owieczkę i rzuciłem się z powrotem. Mijając 

drgające ciało, wyświadczyłem mu jeszcze łaskę, wbijając między gasnące oczy miecz. Tyle bylem 

mu winien. W pośpiechu wsiedliśmy na konie, puściliśmy się galopem, słysząc za sobą przez jakiś 

czas niepokojący tupot maleńkich nóŜek. Zwolniliśmy dopiero u bram miasta. Dziwka jesteś, nie 

Ŝ

adna dama, odezwał się nagle mnich. Najwyraźniej skutki przebywania w towarzystwie 

Oxygeniusza zaczęły stopniowo zanikać. Co za pomysł, chędoŜyć się z Dziadem. O małośmy nie 

zginęli przez ciebie. Popatrzyl na mnie i dodał: a ty – świnia, nie Ŝaden rycerz. Za czasów naszego 

zmarłego króla rozmawiałem z mrówkojadem o filozofii. Co wieczór. Nie uczestniczył w uczcie 

Oxygeniusza, bo ma alergię na metal. A teraz co? 

 

A teraz zaczną się wiwaty, chciałem odburknąć: w istocie, widząc naszą grupę, wracającą 

szczęśliwie, całe podgrodzie wyległo na ulicę, na dziedziniec zamku zaś – wszyscy ucztujący. 

Wzięli mnie na ręce i ponieśli do komnaty biesiad, Oxygeniuszu, wolali, Oxygeniuszu, ten oto 

rycerz uwolnił ofiarę mrówkopodobnych! Postawili mnie wreszcie, Oxygeniusz zabrzęczał coś, 

czego nie zrozumiałem. Było mi zresztą wszystko jedno, co mówi. Mieczem, jeszcze ciepłym od 

krwi mrówkojada, przebiłem go na wylot, a potem zakręciłem rękojeścią, aŜ na podłogę posypały 

się tranzystory. Zerwałem jedno z drucianych kół i wsadziłem je sobie na czoło. Tłum za mną 

zamilkł i wpatrywał się we mnie wielkimi oczami, jakby nie było oczywiste, co robię i po co, tylko 

Owieczka rzuciła się naprzód i przypadła mi do kolan: o panie, szeptała, ja nie poszłam chędoŜyć 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

32 

się z Dziadem Leśnym, wtrąć oszczerczego mnicha do lochu, obraził twój majestat, ja poszłam 

zebrać dla ciebie ziół do lasu, nazbierać Iubczyku, byś nigdy mnie nie opuścił. Odsunąłem ją 

ostroŜnie nogą: później, oświadczyłem (gdy chce się być królem, naleŜy być rozwaŜnym). Teraz ja 

tu będę królem – powiedziałem głośno. Trubadur i Ferdynand do mnie, zostajecie ministrami

Podbiegli z pośpiechem, a wszyscy się ukłonili, mnich nawet gorliwej od pozostałych – 

stwierdziłem z przyjemnością. Nic zresztą nie uratuje go od kaŜni, pomyślałem, obiecując sobie 

obmyślić przed zaśnięciem jakiś podniecający zestaw tortur. Będę je oglądał z Owieczką, niepewną, 

czy jest tylko widzem, czy zostanie teŜ aktorką tego przedstawienia... 

 

l tak zostałem królem. Więc teraz juŜ wiecie.

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

33 

Ostatni film moralnego niepokoju 

 

 

Nie chciałem brać tego tematu, juŜ prawie pytałem, kogo to dzisiaj obchodzi, ale w porę 

ugryzłem się w język, przypominając sobie, Ŝe naczelny był jednak głośnym opozycjonistą i tak 

bezczelnej zaczepki mógłby nie znieść. Tyle mojego, Ŝe roześmiałem sie urągliwie, kiedy mi 

powiedziano, Ŝe bohaterka mojego reportaŜu mieszka kilkadziesiąt metrów poniŜej willi 

Jaruzelskiego, na tym samym osiedlu, i Ŝe w 1988 wyszła za mąŜ za Zygmunta J., ekonomistę, 

który z ,,Solidarnością" miał doprawdy niewiele wspólnego. Nie gadaj tyle, jedź, obciął mnie 

naczelny. J. wydaje teraz ksiąŜkę, to będzie waŜny tekst, znam ją ze szczotek. W końcu kaŜdy ma 

prawo zmienić poglądy. A Halina jest naprawdę w porządku, to była świetna dziewczyna w tamtych 

latach i ma mnóstwo do opowiedzenia. Na rocznicę podpisania Porozumień będzie jak znalazł. W 

najgorszym razie przedstawi się ją w druku jako Ŝonę Zygmunta, bo dzisiaj jego nazwisko znaczy 

więcej, ale dwadzieścia lat temu to ona była kimś, nie on. Umówiłem was, czeka na ciebie. Więc nie 

miałem wyjścia, pojechałem. 

 

Otworzyła mi wysoka, szczupła blondynka o ostrych rysach, po czterdziestce. Ruszała się 

szybko, mówiła głośno. Pan jest pewien, Ŝe to o mnie chodzi, nie o Zygmunta?, zapytała od razu, bo 

on teraz ksiąŜkę ma wydać... Zaprzeczyłem, nie wdając się w wyjaśnienia, Ŝe z dwojga złego 

wolałbym rzeczywiście porozmawiać z nim. Wyrecytowałem za to, Ŝe warto podtrzymywać pamięć 

o tym, dzięki komu Ŝyjemy w wolnej Polsce, skoro większość Polaków uwaŜa Generała za 

wielkiego patriotę. To teraz państwa sąsiad, wyrwało mi się. Tak, odpowiedziała, nie zauwaŜając 

ironii, ale on Ŝyje na uboczu

 

Włączyłem dyktafon i zacząłem z nią rozmawiać. Kiedy zetknęła się pani z ruchem 

opozycyjnym? – Jeszcze na studiach. – Jak to było? – Wynajmowałam w Warszawie mieszkanie, 

maleńkie, ale samodzielne, i koledzy przyszli w pewnej chwili do mnie, pytając, czy nie 

przechowałabym czegoś dla nich. To było świeŜo po zamordowaniu Pyjasa... Słuchałem tego 

jednym uchem, rozglądając się po pomieszczeniu, w którym siedzieliśmy. Był to duŜy pokój, 

pełniący jednocześnie funkcję holu, salonu i kuchni. Wchodziło się tu z maleńkiego przedpokoiku, 

wystarczającego zaledwie, Ŝeby pomieścić szafkę z butami i wieszak na ubrania. W jednej trzeciej 

poziom podłogi obniŜał się o dwa schodki, wyŜej znajdowała się część kuchenna, oddzielona od 

niŜszej szerokim barem; za nim, po stronie salonu znajdowały się dwa lub trzy wysokie stołki, a 

dalej niska ława ze skupionymi wokół niej fotelami klubowymi, szafka z kase tami wideo i potęŜny 

telewizor. Za przeszkloną ścianą zieleniło się patio; spacerowało tam wielkie kocisko o 

stalowoniebieskim futrze i granatowych oczach. Kobieta przerwała na chwilę; spojrzałem na nią, 

nieco spanikowany, bo zagapiłem się na tego kota i przestałem jej słuchać. To Milicjant

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

34 

uśmiechnęła się. Nazywamy go Milicjant, bo cały niebieski. Kartuz, taka rasa z Francji. – 

Przepraszam, powiedziałem; mrugnęla do mnie, wstała i przyniosła nam po drinku. Wiesz co?

rzuciła, przejdźmy na ty. Jestem od ciebie wystarczająco duŜo starsza, a łatwiej się będzie gadać. 

Mam na imię Halina (Andrzej, bąknąłem). Ja przecieŜ rozumiem, Ŝe dla twojego pokolenia to jak 

historie o KrzyŜakach. Gówno cię to obchodzi, i w gruncie rzeczy masz rację. Ale kazali ci to 

napisać, a przecieŜ jak nie znajdziesz punktu zaczepienia, czegoś, co cię rusza, to wyjdzie ci taka 

piła, Ŝe... nic z tego nie będzie. Ja byłam dziennikarka, wiem, jak się rzeźbi takie niechciane tematy. 

 

Powinienem zachować się jakoś dyplomatycznie: zaprzeczyć, powiedzieć coś miłego, ale 

tak mnie zaskoczyła tą rzeczowością i precyzyjnym nakreśleniem mojej sytuacji, Ŝe spytałem tylko, 

z glupia frant: pani... Ty byłaś dziennikarką? Kiwnęła głowa: skończyłam dziennikarstwo. W 

zawodzie pracowałam niezbyt długo. A teraz wiesz, Zygmunt mnie potrzebuje w domu. Robi karierę. 

Prawdziwą, zasłuŜoną, dodała prędko, z naciskiem. Zresztą nie sądzę, Ŝebym dzisiaj się w tym 

wszystkim umiała odnaleźć. Oglądanie kolegów, tego, co się z nimi stało... To nawet na ekranie 

telewizora bywa dosyć przykre. 

 

Pociągnąłem w zamyśleniu drinka i usłyszałem: to zapytaj mnie o coś, co cię naprawdę 

interesuje. Odezwałem się z wahaniem: w jakich okolicznościach przestałaś działać, dlaczego 

znikłaś? Wzruszyła ramionami: naprawdę chcesz wiedzieć? Nauczyłam się rezygnować ze swoich 

spraw dla czegoś większego. – Chodzi ci o karierę męŜa?, zdziwiłem się chyba zbyt szczerze, bo 

zacisnęla usta i powiedziała po prostu: nie chcę o tym mówić. Mieliśmy rozmawiać o przeszłości... o 

dalekiej przeszłości. Zrozumiałem, Ŝe nie ma sensu się upierać, więc zajrzałem do notesu, jakbym 

naprawdę miał tam jakieś zapiski, i rzuciłem: wtedy, jak zaczynałaś, było rzeczywiście tak źle? 

Milczała chwilę, teraz ona jakby bardziej interesowała się kotem. Ale gdy zamierzałem juŜ 

powtórzyć pytanie, odezwała się: to zaleŜy, co masz na myśli. Jak człowiek wzrasta w pewnych 

warunkach, to uwaŜa je za normalne. Więc nie, nie było źle. Nie czuło się, Ŝe jest źle. – Więc po 

co..., zastanawiałem się przez chwilę, jak taktownie wyrazić swoją wątpliwość, więc po co było się 

angaŜować? Kwestia przygody? Roześmiała się. Widzisz, powiedziała, kiedy do mnie przyszli z tymi 

ulotkami, to było jak zapuszczenie do organizmu kontrastu. Rozumiesz, jak się robi USG jamy 

brzusznej. Ja nagle uświadomiłam sobie, Ŝe od zawsze się bałam. Teraz się bałam jeszcze bardziej, 

ale to był strach uświadomiony, a tamten nie, chociaŜ jak rodzice włączali Wolną Europę, to 

stawiali mnie zawsze na czatach, czy ktoś nie podsłuchuje pod drzwiami. I ja nagle zrozumiałam 

sens tego gestu, strasznie upokarzający... kiedy juŜ rozumiałam. Tak samo wkrótce do mnie dotarło, 

Ŝ

e nie ma obowiązku chodzić na wybory, konstytucyjnie nie ma. A szło się, no bo nie chciało się 

kłopotów. Okazało się nagle, Ŝe robimy w Ŝyciu mnóstwo rzeczy z nieokreślonego przymusu. śe 

przyjmujemy do wiadomości jakieś idiotyzmy, nie dopuszczając nawet do świadomości, Ŝe to są 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

35 

idiotyzmy. I wśród tych ludzi, których zaczęłam poznawać, ta jasna świadomość to było dla mnie 

coś zupełnie nowego. Przestałam się szarpać. Jak mieć sukces i jednocześnie zachować cnotę. 

Czułam, Ŝe Ŝycie jest bez sensu, Ŝe wszystko jest niemoŜliwe, ale byłam spokojna. Wiedziałam, Ŝe 

Ŝ

ycie nie musi być podwójne, Ŝe moŜesz mówić to, co myślisz, Ŝe moŜesz robić to, na co masz ochotę, 

to, co uwaŜasz za słuszne. To było wspaniałe. 

 

Wydała mi się teraz zupełnie inna niŜ przed chwilą; niby tak samo energetyczna, ale jakby 

młodsza, świeŜsza, radośniejsza. Oczy jej zabłysły, gestykulowała Ŝywo, i uświadomiłem sobie z 

pewnym rozbawieniem, Ŝe zaczęła mi się podobać jako kobieta. No ładnie, pomyślałem, 

wspomnienia kombatantki jako afrodyzjak... Przeszkadzało mi tylko coś w rodzaju déjà vue: jej 

słowa były mi skądś znajome. 

 

– Wybrałam i nigdy tego nie Ŝałowałam – mówiła dalej. – Nasza działalność skazywała nas 

na śmierć cywilną, byliśmy właściwie poza prawem, choć przecieŜ nie działaliśmy przeciwko 

niemu. Czasem było cięŜko. Ale jak się przyzwyczaiłeś, to bywało dość zabawnie... 

 

– Zabawnie? – powtórzylem ze zwątpieniem. Halina podniosła się i przyniosła do stołu 

butelkę z wódką i karton soku jabłkowego. Wyjąlem jej to wszystko z rąk i zabrałem się do 

uzupełniania drinków, podczas gdy ona zapalała papierosa: 

 

– Zabawnie, kochany. Zdarzały ci się bardzo zabawne sytuacje. A poza tym, wiesz: 

spotykasz się i pracujesz ze wspaniałymi ludźmi. Bawi cię robienie tajniaków w konia. A przy tym 

cholernie przyjemnie jest się niczego nie bać, to naprawdę duŜa przyjemność. A jak siedzisz w 

pierdlu, to sobie myślisz: no co mi zrobią, przecieŜ nie mogą mnie wsadzić do więzienia... 

 

To, co mówiła, a moŜe raczej to, jak mówiła, poruszylo mnie bardziej, niŜ chciałem. 

Jednocześnie przypomniałem sobie, skąd znam jej słowa, dlaczego od pewnego czasu brzmiały mi 

tak znajomo: oglądałem niedawno Człowieka z Ŝelaza Wajdy i – nie  nie mogłem się mylić – Halina  

powtarzala teraz kwestie Jandy ze sceny, kiedy Agnieszkę odwiedza w areszcie Winkel. Ale to nie 

było waŜne, nagle poczułem, jak pod wpływem jej wzroku, jej błyszczących oczu ta historia robi 

się moją historią, i to tak bardzo, Ŝe aŜ (zdawało mi się) w ciągu sekundy przybyło mi lat. A 

poniewaŜ ona zamilkła nagle i teraz ja musiałem się odezwać, zacząłem zbierać slowa, niepewny, 

co właściwie mam powiedzieć. Nie chciałem przyznać się do wzruszenia, z wielu powodów było 

mi to nie na rękę: po prostu nie, i koniec. Więc ostatecznie, chcąc zasłonić się jakimś czytelnym dla 

nas obojga znakiem, mruknąłem: 

 

– Wiesz, to, co mówisz, przypomina mi strasznie Człowieka z Ŝelaza... 

 

Poderwała się, jak ugodzona, jej oczy napełniły się łzami, a potem odeszła gwałtownie od 

stołu do tego baru, co przecinał pomieszczenie na pół. Oparła się o niego i po drŜeniu pleców 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

36 

domyśliłem się, Ŝe płacze. Halina..., szepnałem. Odwróciła się do mnie z twarzą zaczerwienioną z 

gniewu i zaczęła na mnie krzyczeć: Ŝe jestem bezczelnym gówniarzem, jeŜeli sądzę, Ŝe ona sobie to 

wszystko zmyśliła, Ŝe nie trzeba być młodym zdolnym facetem, Ŝeby mieć swoją godność, 

wypierdalaj, krzyczała, wypierdalaj stąd, Ŝebym cię więcej nie widziała, ale juŜ, a ja stałem przed 

nią, zupełnie nie wiedząc, jak poradzić sobie z tym wybuchem wściekłości, jak cofnąć czas o te 

kilka sekund; w tej chwili chciałbym odgryźć sobie język, naprawdę. Nawet nie myślałem o 

reportaŜu, tylko o tym, Ŝe mnie nie zrozumiała, Ŝe to miało być inaczej, Ŝe chodziło mi o coś 

innego, a poniewaŜ, gdy się zbliŜyłem, rzuciła się na mnie z pięściami, płacząc, instynktownie 

zlapałem ją za nadgarstki i przytuliłem. To był odruch, ale juŜ po chwili pomyślałem, Ŝe moŜe ten 

gest powie więcej niŜ jakiekolwiek słowo, skoro to slowem właśnie ją zraniłem – i miałem chyba 

rację, bo szlochając na mojej piersi, uspokajała się wyraźnie. Jej włosy pachniały jak opium, 

przecieŜ była wspaniała, przecieŜ nie o słowa chodziło, ale o to spojrzenie, o ten błysk nagłej 

swobody w jasnych oczach; zniŜyłem usta do jej skroni, ale wciąŜ nie byłem pewien, czy coś 

mówić, więc tylko musnąłem ustami tę skroń pulsującą szybko. Nie poruszyła się, jej oddech 

ucichł, jakby nasłuchiwała samej siebie. Pocalowałem ją w ucho, a potem w szyję, delikatnie, czule. 

Nie, nie chciałem jej uwieść. Nie byłem pewien, czego właściwie chcę, ale na pewno nie tego. 

Chodziło mi o to, Ŝeby wiedziała, Ŝe jestem po jej stronie. 

 

– Dotknij mnie - usłyszałem. A moŜe zdawało mi się, Ŝe słyszę. Teraz ja wstrzymałem 

oddech i zastanawiałem się, co dalej. Mimo wszystko, pomyślałem, przytula się do mnie raczej jak 

starsza siostra niŜ jak kochanka, więc ten szept musial być złudzeniem. Lecz jeśli nie... Z wahaniem 

puściłem jej nadgarstek i wsunąłem rękę do wnętrza jej dłoni. Niech sama zdecyduje. Podniosła ją i 

dotknęła swoich ust. Raczej domyśliłem się tego, niŜ wiedziałem na pewno; w kaŜdym razie 

poczułem na palcach ciepło. 

 

Niemal w tej samej chwili jakby zesztywniała mi w ramionach. Patrzyła teraz gdzieś w bok. 

Powoli spojrzałem za jej wzrokiem: w drzwiach stał siwy, zwalisty męŜczyzna w szarym 

prochowcu; wygląda jak tajniak, przeleciało mi przez głowę. Spojrzał na nas bez zainteresowania i 

wrócił do przedpokoju zdjąć płaszcz. Halina odsunęla się ode mnie. Znałem przecieŜ twarz jej męŜa 

z telewizji, ale nie zdawałem sobie sprawy, Ŝe jest o tyle starszy od niej. 

 

Wracał właśnie, uśmiechając się do niej grzecznie. Minął mnie, jakbym był meblem, i 

wręczył Ŝonie błyszczący arkusz. 

 

– Dzień dobry, kochanie. Przyszedłem ci pokazać, jaką fotografię wybrali w końcu na 

czwartą stronę okładki. Nie jestem przekonany, czy najlepsza. A poza tym mam coś dla ciebie... na 

zewnątrz. 

 

Siłą rzeczy widziałem to zdjęcie ponad jego ramieniem: stał w jakimś parku, pod drzewem, 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

37 

w koszulce z krótkim rękawem, i spoglądał raŜno w obiektyw. Halina studiowała je uwaŜnie, jakby 

scena przed chwilą w ogóle nie miała miejsca, a ja – jakbym dawno juŜ wyszedł. Niewątpliwie to 

właśnie naleŜało zrobić. Rad nierad cofnąłem się o krok, sięgnąłem po swój dyktafon i wtedy 

pomyślałem, Ŝe byłby on niezłym dowodem, co tu zaszło, i Ŝe wbrew pozorom nie stało się między 

nami nic (no, prawie nic) niewłaściwego. Z tą myślą odwróciłem się do małŜonków, ale naraz 

przypomniałem sobie jej szept, którego co prawda na taśmie nie mogło być słychać, na pewno nie, 

ale kto mógł zaręczyć?... Speszyło mnie to na tyle, Ŝe skierowałem się jednak ku drzwiom. Tam 

znowu przyhamowałem. Nie, nie mogłem jej tak opuścić. 

 

Przepraszam bardzo, odezwałem się. Oboje spojrzeli na mnie z uprzejmymi uśmiechami, 

jakby jeszcze przed sekundą nie udawali, Ŝe mnie nie ma. Ja koniecznie muszę powiedzieć dwie 

rzeczy. Po pierwsze, Ŝe wprawdzie w dalszym ciągu nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi, ale 

dzięki pani zobaczyłem w przeszłości jakąś wartość. Brzmiało to okropnie drętwo, ale brnąłem 

dalej: A po drugie, Ŝe ta fotografia pana Zygmunta jest bardzo udana. Do widzenia. Halina 

uśmiechnęła się do mnie szerzej, jakby z wdzięcznością za podjętą grę, i odparła: tak, ja teŜ tak 

sądzę, ale Zygmunt, jak wszyscy męŜczyźni, wstydzi się swojego ciepła. Ale poniewaŜ J. nie odzywał 

się, tylko patrzył przez szybę na patio, juŜ nadto wyraźnie czekając, Ŝe wyjdę, więc odwróciłem się 

i zamknąłem za sobą drzwi. 

 

Na ulicy ogarnęły mnie wątpliwości. Kim był ten męŜczyzna, z którym się związała, nie 

wiem, w jakich okolicznościach, który trzymał ją w domu i zjawiał się jak duch? Skąd mogłem 

wiedzieć, czy po moim wyjściu jej nie uderzy, a przynajmniej nie zrobi awantury, na którą nie 

zasłuŜyła, bo przecieŜ tylko wzruszyła mnie swoją opowieścią, a potem wpadła w histerię, z której 

musiałem ją jakoś wyprowadzić? Ale, pomyślałem zaraz cierpko, jako mąŜ sam bym się 

zdenerwował, widząc, Ŝe obcy, znacznie młodszy gość tuli w ramionach moją Ŝonę. Więc 

zatrzymałem się znowu, w bezpiecznej odległości od willi, gotów wrócić na kaŜde wezwanie 

 

Minęło kilka minut i małŜonkowie wyszli na ganek: Zygmunt pierwszy, Halina za nim. 

Widziałem ich w zielonkawym cieniu wysokich drzew. Stali przez chwilę spokojnie, w 

ciemniejącym powoli powietrzu przed tym ich domem, dostatnim i solidnym, a zza ich nóg 

wydreptało coś niebieskiego – musiał to być puszysty Milicjant. MęŜczyzna zagarnął Ŝonę 

ramieniem i usłyszałem jego głos, stłumiony przez dzielącą nas przestrzeń, rzeczowy, ale podszyty 

dumą: to, Halínko, przywiozłem dla ciebie. Przed garaŜem, obok otwartego czerwonego kombi, 

stała na trawniku wpół rozpakowana zmywarka.

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

38 

Woda 

 

 

– Tomasz ...ewski, Instytut Gospodarki Wodnej – powiedział gość, pokazując błyszcząca 

legitymację. 

 

– Pan Andrzej Walczak, jak sądzę? Mam do pana bardzo waŜną sprawę. Nie da się tego ująć 

w dwóch zdaniach. Czy moŜe mi pan poświęcić kwadrans? Nie więcej. 

 

Z westchnieniem otworzyłem drzwi. W gruncie rzeczy nie miałem nic konkretnego do 

roboty: po przydługim śniadaniu konczyłem jeszcze czytać gazetę, jak zwykle w sobotnie jałowe 

przedpołudnia. Nie było powodu, Ŝeby być nieuprzejmym, tym bardziej Ŝe znał moje nazwisko –  

czułbym się głupio, zamykając mu drzwi przed nosem. Więc posadziłem go w fotelu i z 

przepraszającym pomrukiem zabrałem do kuchni talerz z niedojedzoną kanapką. 

 

– Słucham – usiadłem naprzeciw, podczas gdy on wyciagał jakieś papiery. 

 

– W zeszłym roku 12 maja był pan w Kracławiu. 

 

Przyglądałem mu się chwilę najzimniejszym wzrokiem, na jaki mnie stać. 

 

– Pan wybaczy – odezwalem się wreszcie. – Pan coś mówił o gospodarce wodnej, nie o 

ś

ledzeniu mnie. 

 

– Jeśli chodzi o ścisłość, pracuję rzeczywiście w Instytucie Gospodarki Wodnej, w Wydziale 

ds. Metod Niekonwencjonalnych. I wiem, Ŝe moja misja jest delikatna. Dlatego nie pisałem listu, 

ale przyszedłem osobiście. W zeszłym roku w Kracławiu mieliśmy powódź, pan pamięta? 

 

Pokręciłem głową: 

 

– Nie było w końcu powodzi. 

 

– Więc jednak był pan w Kracławiu – uśmiechnął się z tryumfem jak początkujący tajniak. – 

Dobrze, zacznijmy inaczej. Prowadzimy w tej chwili badania nad zapobieganiem klęskom 

Ŝ

ywiołowym przy wykorzystaniu teorii chaosu. Na pewno pan slyszal... 

 

– Słyszałem. 

 

– Na pewno pan słyszał – powtórzył niezraŜony – najkrótszą formułę tej teorii: „PoniewaŜ 

nad Tokio przelatuje motyl, w Nowym Jorku będzie padał deszcz”. W przypadku tak 

skomplikowanych układów, jak mechanizmy hydrologiczno-meteorologiczne, najmniejsze bodźce, 

z pozoru niebiorące w nich udziału, mogą odegrać decydującą rolę w przebiegu wydarzeń. 

Geometryczny postęp i efekt domina, pan rozumie... OtóŜ narodziła się koncepcja, Ŝeby przejąć 

kontrolę nad tymi akcydentalnymi czynnikami. Mówiąc obrazowo: aby przejąć kontrolę nad 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

39 

motylem w Tokio, chroniąc w ten sposób Nowy Jork przed deszczem. 

 

– Nie widzę związku z moją osobą. 

 

– Nie wierzę. Ale tłumacze do końca. W zeszłym roku, jak pan pamięta, 12 maja przez 

Kracław przeszła fala powodziowa, która jednak nie poczyniła w miasteczku szkód. Mało 

brakowało, bo poziom wody sięgnął szczytu wałów. A jednak... Obliczyliśmy potem, naturalnie 

szacunkowo: Kracław w zasadzie powinien być zalany. 

 

Spojrzałem na zegarek, miałem nadzieję, Ŝe wymownie. 

 

– JuŜ kończę. OtóŜ w tym roku mamy znowu zagroŜenie powodziowe, a prognozy są nad 

wyraz niepokojące. Kracławka nie przybierze moŜe aŜ tak bardzo, ale od zeszłego roku nie 

zdąŜyliśmy wzmocnić wałów i tym razem niŜszy poziom wody moŜe je przerwać. Zwrócono się 

zatem do naszego Wydziału, Ŝebyśmy, zapewne przedwcześnie, ale w stanie wyŜszej konieczności, 

zastosowali w praktyce wnioski z naszych badań. Przejmujemy kontrolę nad motylem. I do tego jest 

nam pan potrzebny. 

 

– WciąŜ nie rozumiem. 

 

– Niech pan łaskawie spojrzy – rozłoŜył przede mną plan miasteczka upstrzony punkcikami; 

przy kaŜdym figurowało nazwisko. – Udało się nam z pomocą policji, urzędu meldunkowego, 

dyrekcji uzdrowiska i tak dalej zrekonstruować pełną, jak sądzimy, listę osób przebywających 12 

maja ubiegłego roku w Kracławiu. Na szczęście było to poza sezonem... Staramy się je zebrać 

ponownie, by odtworzyły swoje czynności sprzed roku. O ile to moŜliwe, dokładnie, co do słowa. 

W ten sposób wspomoŜemy, sumą oddziaływań słabych, odporność wałów przeciwpowodziowych. 

Stąd moja prośba, Ŝeby przyjechał pan na dzień do Kracławia. Zwracamy koszty podróŜy i 

zakwaterowania, oficjalnie zwalniamy z pracy. Proszę nam pomóc zatrzymać katastrofę. 

 

Pokręciłem głową. 

 

– Nie ma mowy. 

 

– Pan lubi to miasto. 

 

Podniosłem się i ruszyłem do przedpokoju. Usłyszałem jeszcze, jak mówi: 

 

– śadnego zagroŜenia, proszę pana. Gdyby się nie udało, czekają amfibie. Ewakuacja 

odbędzie się w ciągu kilku minut. 

 

Otworzyłem drzwi na korytarz. Zbierał chwilę papiery, posmutniały. Kiedy przechodził 

obok mnie, podniósł nagle głowę, a jego czarne oczy rozjarzył ogień. 

 

– Ja przecieŜ wiem, Ŝe to nie chodzi o zagroŜenie – powiedział z naciskiem. – Ale ja 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

40 

wcześniej rozmawiałem z panią Lidia. l ona się zgodziła. 

 

 

 

IleŜ to razy byliśmy z Lidką w Kracławiu, przechadzając się podcieniami renesansowych 

kamieniczek, sącząc wino w podziemiach ratusza, patrząc z baszty Szewskiej na wzgórza 

otaczające miasto albo wylegując się na skraju księŜowskiego sadu, na łące za klasztorem. Podczas 

pierwszych pobytów przemieszkiwaliśmy w Domu Turysty, blisko przystanku PKS; później 

odkryliśmy Hotel Parkowy, do którego wiodła nastrojowa aleja starych dębów, jakby przeniesiona z 

czasów, kiedy Ŝyło się wolniej i kochało mocniej. Cały zresztą Kracław był zjawiskiem nie z tej 

epoki, i wiele razy, zwłaszcza przyjeŜdŜając na Wielkanoc, marzyliśmy o znalezieniu pracy w 

tutejszym domu kultury albo w muzeum regionalnym i przeniesieniu się tu na stałe, daleko od 

całego naszego zgiełku. Tymczasem nazywaliśmy po swojemu okolicę: wzniesienie z księŜowskim 

sadem ochrzciliśmy (nie pamiętam juŜ dlaczego) Wzgórzem Pajaca, drogę z bramy Szewskiej przez 

las, do starych kamieniołomów – Szlakiem Tysiąca Szaraków, a o Kracławce mówiliśmy ,,Pocok", 

podchwytując, zdaje się, śmieszną wymowę jakiegoś dziecka, podsłuchaną na naszym ulubionym 

drewnianym mostku. 

 

Kiedy zaczęło się psuć między nami, ustały wyjazdy do Kracławia, i sam juŜ nie wiem, co 

było tu przyczyną, a co skutkiem. Pamiętam, Ŝe w pewnej chwili wprost zbojkotowałem podróŜ 

zimą, przewidując, Ŝe będziemy się kłócić, i nie chcąc, by narastający konflikt zatarł wspomnienia z 

dawnych pobytów, czyste i dobre. I kiedy wreszcie uświadomiłem sobie, Ŝe zabrnęliśmy w uliczkę 

bez wyjścia, Ŝe nie stać mnie na trwanie w tej fikcji i Ŝe moŜemy juŜ tylko umniejszać się z Lidką 

bez końca – a ona powiedziała mi: to pojedźmy na weekend do Kracławia, zrozumiałem, Ŝe rzuca 

na szalę ostatni argument, wspomnienia, i Ŝe muszę się zgodzić; jestem jej to winien. Choć nie było 

we mnie ani wiary, ani moŜe nawet dobrej woli, tylko Ŝal – jej i siebie, i domyślałem się, Ŝe będą to 

tylko dodatkowe dwa dni koszmaru. 

 

Poprzedni tydzień upłynął nam w strasznym napięciu – wciąŜ te same rozmowy, tylko coraz 

cichsze, coraz bardziej beznadziejne – Ŝadne z nas nie czytało gazet, w telewizor patrzyliśmy 

niewidzącymi oczami, jakby w mieszkaniu leŜały zwłoki kogoś bliskiego, i zwyczajnie 

przeoczyliśmy informację, Ŝe idzie powódź. Dopiero na szosie, blisko celu, zastanowily nas długie 

kolumny samochodów, traktorów, furmanek. Recepcjonistka w Hotelu Parkowym trzy razy 

dopytywała się, czy wiemy, co się dzieje, i czy naprawdę chcemy zostać. Lidka wyciagnęła w 

końcu legitymację dziennikarską, ja kiwałem tylko głową, a moŜe nawet tyle nie. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

41 

 

To był piątek wieczorem, 10 maja. Nazajutrz chodziliśmy po Kracławiu, przyglądając się 

brunatnym wodom Pocoka, chłonąc nastrój wyludnionych uliczek pod sinofioletowymi chmurami i 

rozmawiając – na wszelki wypadek – tylko o tym, co rozgrywało się na naszych oczach. 

Rozgrywało się na szczęście wiele. Oddzielony groźbą kataklizmu od tematu przyszłości naszego 

małŜeństwa, nawet poweselałem: jakkolwiek brzmi to okropnie, miałem tej kwestii juŜ tak dosyć, 

Ŝ

e przystałbym nawet na potop, byle nie musieć znowu jej roztrząsać. W niedzielę rano Lidka 

wzięła mój humor za dobrą monetę i choć nikomu w Kracławiu nie było tego dnia do śmiechu (po 

mieście jeździł radiowóz, powtarzający komunikat o zbliŜającej się fali kulminacyjnej), przez całe 

przedpoludnie przekomarzaliśmy się jak dzieci. 

 

Ale im bardziej Lidka wierzyła, Ŝe udało się uratować nasz związek, tym bardziej czułem w 

ś

rodku chłód. Nie miałem się co czarować: złościła mnie ulga w jej oczach, a perspektywa 

wspólnego powrotu do domu wzbudziła we mnie grozę większą niŜ dotąd konieczność 

powiedzenia: Ŝegnaj. 

 

GdybyŜ jeszcze nie czuła się tak pewnie. Ale idąc ze mną po kolacji nad rzekę, podskoczyła 

jak młoda koza – tak pomyślałem, nie umiejąc powstrzymać ogarniającej mnie wściekłości – i  

zaczęła wygłaszać jakieś banały o połówkach pomarańczy, o związkach, które krzepią przeŜyte 

wspólnie niebezpieczeństwa, i coś jeszcze o drzewie, domu i dziecku. A ja myślałem, zdumiewając 

się własną niegodziwością: BoŜe, niech się stanie coś okropnego, Ŝebym juŜ dłuŜej tego nie słuchał. 

Kiedy się ocknąłem, staliśmy u wejścia na mostek, dalej grodziła nam drogę biało-czerwona taśma, 

a ja musiałem milczeć od dawna, bo Lidka patrzyła na mnie znowu z lękiem. 

 

I zrodziła się we mnie jakaś podwójność, jakbym był jednokomórkowcem przyłapanym w 

trakcie podziału, bo widziałem przed sobą kobietę, której wielokrotnie szczerze wyznawałem 

miłość, zwłaszcza tu, w Kracławiu – a równocześnie w jej oczach, przeraŜonych i błagalnych, było 

coś nie do zniesienia, coś, co sprawiło, Ŝe chciałem ją uderzyć, więc zamiast tego powiedziałem 

nagle: 

 

– OdejdŜ. 

 

– Andrzej, co ty? Dlaczego wszystko niszczysz? 

 

– Odejdź. Spakuj się, wyjedź, nie chcę cię więcej widzieć, skończyło się. Rozumiesz? Ile 

razy moŜna to powtarzać? Nie kocham cię, odejdź, zostaw mnie samego. 

 

Ona jeszcze ze dwa razy powtórzyła moje imię, i zrobiło mi się nagle Ŝal, i poczułem lęk, i 

pomyślałem nawet, Ŝe jeŜeli powtórzy: Andrzej, jeszcze raz, to nie wiem jak, ale wszystko jakoś 

odkręcę, odwołam. Usłyszałem jednak tylko coś, czego w pierwszej chwili nie zrozumiałem, 

zdziwiony gorzkim uśmiechem, który na moment wykrzywił jej twarz. A potem Lidka odwróciła 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

42 

się i uciekła, i dopiero wtedy dotarło do mnie, Ŝe mówiła: Pocok. Po co? Pocok. Więc zagapiłem się 

na Kracławkę, potrącali mnie jacyś ludzie, woda pieniła się pod brzuchem mostu, a kiedy po 

godzinie niebezpieczeństwo powodzi minęło, wiedziałem juŜ, idąc długą dębową aleją, Ŝe Lidki nie 

będzie, Ŝe w naszym pokoju stoi tylko mój bagaŜ. 

 

– Pani Lidia się zgodziła – powtórzył urzędnik. Szacował chwilę efekt i dodał: – Ona to 

zniesie, a pan nie? 

 

 

 

Więc szła ze mną pod rękę i podskakiwała, jakby naprawdę nie wiedziała, co, zgodnie ze 

scenariuszem, odegramy za chwilę, jakby wbrew temu, co zrobiłem przed rokiem, umiała być przez 

chwilę szczęśliwa. I opowiadała, Ŝe ludzie są jak połówki pomarańczy i Ŝe tak naprawdę nie ma na 

ś

wiecie idealnych związków, które trwają, niedraśnięte ani razu poczuciem beznadziei, 

zniecierpliwieniem, chęcią zmiany skóry, wiec co dopiero: zmiany partnera. A kiedy się przez to 

przejdzie, mówiła, to jest, jakbyśmy przepłynęli przez morze i odkryli, Ŝe tam teŜ jest brzeg, i fakt, Ŝe 

się razem przeŜyło niebezpieczeństwo, jest spoiwem, czymś niebywale cennym. A na nowym brzegu

mówiła, czeka świat do urządzenia, i o to chyba chodzi w tym powiedzenia, Ŝe męŜczyzna powinien 

w Ŝyciu zbudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić dziecko. Dojrzały męŜczyzna, który ze swoją 

kobietą przeszedł próbę i ocalał. Więc mówiła o tym wszystkim, podczas gdy ja robiłem bilans 

ostatniego roku, zastanawiałem się, co właściwie zyskałem, i czy to puste mieszkanie z telewizorem 

zamiast kogoś Ŝywego, plus jasna świadomość, Ŝe mój udzial w Ŝyciu przyjaciół jest tyleŜ miły, co 

niekonieczny – czy zatem to wszystko właśnie chciałem sobie zafundować. Stanęliśmy przed biało-

czerwoną taśmą, która przegradzała wejście na mostek. Wydało mi sie, Ŝe drŜał pod naporem wody. 

Lidka spojrzała na mnie lękliwie, a ja przypomniałem sobie ze złością, Ŝe przed dziennikarstwem 

zdawała bez powodzenia na wydział aktorski i Ŝe ten wieczór jest spełnieniem jej ambicji. A moŜe, 

zreflektowałem się, przypomniała sobie wreszcie dalszy ciąg scenariusza? Sam myślałem o nim ze 

wstrętem. Ale i z ulgą. I ze wstrętem. Więc w takim rozdwojeniu wziąłem głęboki wdech i 

powiedziałem – pewnie ciszej niŜ przed rokiem: 

 

– Odejdź. 

 

– Andrzej, co ty? Dlaczego wszystko niszczysz? 

 

A ja przecieŜ nie wiedziałem dlaczego, i z przeraźliwą jasnością zdałem sobie sprawę, Ŝe nie 

jestem w stanie wygłosić znowu tamtych zdań, choćbym miał zakłócić przebieg eksperymentu i 

tym samym zniszczyć caly sens koszmaru, w którym uczestniczyliśmy od rana. Przed oczami stanął 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

43 

mi urzędnik z Instytutu Gospodarki Wodnej, Wydział ds. Metod Niekonwencjonalnych, i jego 

przymilny uśmieszek, a metr ode mnie czekała na moje słowa kobieta, która była przecieŜ 

waŜniejsza od jakiegoś szemranego sposobu przeciwdziałania powodzi – dlaczego to ona ma płacić, 

Ŝ

e ktoś nie zadbał o wzmocnienie nadrzecznych wałów, zabełkotało coś we mnie – więc złapałem ją 

za rękę i zacząłem wołać, Ŝe nie, Ŝe odwołuję wszystko, Ŝe trzeba spróbować jeszcze raz. Lidka 

wyszarpnęła się i powiedziała: co ty mówisz, miałeś mówić coś innego, a ja na to, gorączkowo: 

jesteś wspaniała, Ŝe się na to godzisz, ale Kracław nie jest tego wart, ani jakiś chrzaniony 

eksperyment, wszystko nieprawda, co wtedy powiedziałem. – Andrzej! Andrzej!, próbowała mi 

przerwać, mostek uniósł się ze stęknięciem i nagle zniknął, po stokach wału splywala woda, 

rozdzielili nas ludzie, porwane nurtem łodzie, amfibie, a w chmurach zadudnil helikopter, którego 

reflektor szperał po rozpłukiwanej ziemi, po wzbierających wodą uliczkach i tam, w snopie 

Ŝ

ólknącego światła, zobaczylem nagle jasną głowę Lidki, niesioną z prądem jak dziecięca piłka, 

coraz dalej, pomiędzy wykrzywione fasady kamienic, w głąb zdziczalego kanionu, moŜe mi się 

zresztą zdawało, na pewno mi się zdawało, powtarzałem sobie, podczas gdy jakieś ręce wciągnęły 

mnie na amfibię, a inne otuliły kocem. Spieprzył pan sprawę, usłyszałem. Jaki wstyd. Jaki 

szyderczy uśmiech gościa, podającego mi herbatę w metalowym kubku.

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

44 

Raport 

 

 

Proces, na który chciałbym zwrócić państwu uwagę, toczy się być moŜe coraz szybciej. Nie 

wiem, kiedy się zaczął; dane, które zebrałem, pochodzą jedynie z moich własnych obserwacji i są 

przez to bardzo niedoskonałe. Co gorsza, nie jest dla mnie oczywiste, jak daleko zaszły zmiany i 

czy są odwracalne. Przy pesymistycznej interpretacji posiadanej przeze mnie wiedzy sens pisania 

niniejszego raportu wydaje się co najmniej wątpliwy. Nie umiejąc ocenić szans na skuteczne 

przeciwstawienie się złu, próbuję jednak. MoŜe nie wszystko stracone. 

 

Najwcześniejsze wydarzenie, które zdradza związki z tematem, dopiero po latach zostało 

zrozumiane przeze mnie właściwie. Musiał to być rok 1965, moŜe 1966. Moja ciotka otrzymała 

wtedy nowe mieszkanie na warszawskiej Woli. Z tej okazji było u niej sporo krewnych. Jako 

kilkulatek bawiłem się wśród wielkich szarych pudel i poustawianych chaotycznie mebli. W 

pewnym momencie zachciało mi się pójść do łazienki. Nacisnąłem klamkę i wówczas, zza 

zamkniętych drzwi, rozległo się wołanie wuja: partyjne! 

 

Wuj zawołał wyraźnie: partyjne!, nie mam co do tego wątpliwości. Wielokrotnie 

analizowałem swoje wspomnienia, porównywałem z innymi sytuacjami, zapamiętanymi z tego 

okresu, zastanawiałem się, czy mogę się mylić. Nie; mówię to z całą mocą: okrzyk brzmiał 

partyjne! , choć kontekst nakazywał oczywiście rozumieć go jako: ,,zamknięte!" lub „zajęte!” – i  

tak go właśnie zrozumiałem. Ale zgłoski ułoŜyły się całkowicie jednoznacznie w dźwięk: partyjne!

oznaczający chwilowo ,,zamknięte, zajęte”. Byłem w okresie, kiedy ciągle jeszcze uczymy się 

poszczególnych słów; nie ma jednak mowy o pomyłce właśnie dlatego między innymi, Ŝe 

stosunkowo świeŜo powstały słownik dziecka kaŜe mu zwracać pilną uwagę na niestandardowe 

uŜycie wyrazów. 

 

Obudzona wówczas podejrzliwość natury, ośmielę się tak to nazwać, lingwistycznej czy, 

precyzyjnie, leksykologicznej, kazała mi od tej pory studiować ze skupieniem mowę dorosłych. 

MoŜna powiedzieć, Ŝe zacząłem ich namiętnie podsłuchiwać, a nawet, Ŝe zostało to mi do tej pory. 

Dosyć szybko uderzyło mnie, jak migotliwe są sensy słów uŜywanych najczęściej: wyjdź mogło 

znaczyć: ,,opuść pomieszczenie" albo, wprost przeciwnie: „zostań”, ewentualnie: ,,przeproś mnie”. 

Nic minie jest z reguły znaczy: „jestem w złym humorze”. Jeszcze bardziej zafrapowało mnie, a 

program języka polskiego zaledwie pozwalał mi nazwać to zjawisko – miałem  wtedy moŜe 

dwanaście lat – Ŝe niekiedy podmiana sensu przenosiła wypowiedź do innej kategorii składniowej, 

gdy, formalnie rzecz biorąc, pytanie: Ale o co ci chodzi?, stawało się zdaniem twierdzącym, które 

trafnie oddałaby peryfraza: „Masz okropny charakter”. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

45 

 

Wszystko to są spostrzeŜenia dosyć oczywiste i świadomie rozpoczynam od nich: nie tylko 

dlatego, Ŝe najwcześniej je poczynilem, ale takŜe dlatego, Ŝe – mam nadzieję – uwiarygodnią one 

moją relację. Wkrótce zaczęło mi się bowiem przydarzać, Ŝe słyszałem w ustach moich bliźnich 

całkowicie błędne uŜycie słów, na co tylko ja zwracałem uwagę. O zgrozo, jeśli wypowiadałem 

swoje wątpliwości głośno – co zdarzało mi się dość często, zanim doświadczenie pouczyło mnie o 

daremności takiego przeciwstawiania się złu – uznawano mniew najlepszym razie za osobę 

niedosłyszącą, częściej za dziwaka, w najgorszym zaś i najpospolitszym przypadku za 

impertynenta. Święte oburzenie i doskonale niewinny wzrok kazały mi wierzyć, Ŝe nie mam do 

czynienia z kłamstwem, chwytem erystycznym, świadomą Ŝonglerką słowną, lecz z powszechną 

chorobą języka, który w wyniku działania niedocieczonego mechanizmu przeobraŜa się 

równocześnie w wielu głowach, tylko moją pozostawiając bez zmian. 

 

Zdaje mi się więc, Ŝe zaledwie wczoraj słowo ,,przyjaźń" oznaczało jedyną i wyłączną więź 

łączącą ludzi tej samej płci, wyjątkowo zaś tylko – płci przeciwnej. Na określenie słabszych 

emocjonalnie relacji uŜywało się rzeczowników: znajomy, kolega, towarzysz, kompan, kumpel... Z 

kolei wobec związków miłosnych słownik przewidywał takie określenia, jak: narzeczony, starający 

się, epuzer, absztyfikant, kochanek, konkubent, mąŜ; tudzieŜ Ŝona, konkubina, kochanka, flama... 

Tak, to właśnie w tym szeregu doszło do zakłóceń, gdy, jeszcze w czasach mojego dzieciństwa, 

zaczęto nazywać seksualną partnerkę „moją dziewczyną”, choć „dziewczyna”, spospoliciały 

wariant archaicznej ,,dziewicy", doprawdy mało ma wspólnego z kontekstami przywoływanymi z 

tej okazji. Miałem się jednak z pyszna, gdym kiedyś poprawił znajomego, który przedstawił swoją 

flamę jako przyjaciółkę. Nie było to stworzenie, z którym mógł się przyjaźnić męŜczyzna na jakim 

takim poziomie umysłowym, natomiast spółkowanie, dziś znane jako miłość, mogło być z tą panią 

całkiem atrakcyjnym doznaniem. Awantura, znana dziś lepiej jako nieporozumienie lub wymiana 

zdań, pozbawiła mnie wówczas tej znajomości, którą skądinąd ceniłem. Sprawa była zresztą 

przegrana: wszyscy zaczęli się ze sobą przyjaźnić, nie pozostawiając w zasobach polszczyzny ani 

jednego określenia na prawdziwie serdeczną więź i, z drugiej strony, kamuflując globalne 

rozluźnienie obyczajów. 

 

Przez jakiś czas z pasją przysluchiwałem się pod kątem mych zainteresowań 

przemówieniom dostojników; od zwyczaju tego jednak odstąpiłem, kaŜdorazowo bowiem 

przypłacałem swoją uwagę bólem głowy, a dochodziłem do wniosku wciąŜ jednego: Ŝe ci panowie 

uŜywają języka jedynie z pozoru będącego językiem polskim. Po bliŜszym przyjrzeniu się temu 

ostatniemu zdaniu kaŜdy zrozumie, Ŝe w ten sposób odkryłem kolejne słowo tracące pospiesznie 

swój pierwotny sens. Nie dziwilo mnie juŜ narzecze, którym posługiwali się młodzi ludzie, a takŜe 

ich pedagodzy; przyjąłem teŜ, acz z bólem, do wiadomości, Ŝe wszechstronność semantyczna słów 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

46 

„kurwa”, ,,pierdolić" i „chuj” (chujowo się pierdoli tę kurwę odnotowałem kiedyś w znaczeniu 

,,niedobrze się pije to ciepłe piwo") jest zaledwie najłatwiej uchwytnym przejawem procesu, 

którego studiowanie przedsięwziąłem. 

 

Do dziś jednak nie umiem wspominać bez zgrozy momentu, kiedy okazało się, Ŝe przedmiot 

owych studiów wdzierał się na nowo do mojego prywatnego Ŝycia, całkowicie je pustosząc. Moja 

narzeczona okazała się osobą wyjątkowo podatną na chorobę (której nie nazwałem w 

fatalistycznym przekonaniu, Ŝe termin wkrótce zmieni swe znaczenie, jak wszystko, i próba 

uporządkowania rzeczywistości pomnoŜy jedynie chaos). Odkryłem mianowicie, Ŝe ta 

nieszczęśliwa kobieta nie rozumie pierwotnego sensu słowa „uczony”, tym mniej – „filozof”, jakim 

próbowałem tamto objaśnić. Konsekwentnie uŜywała zaś pojęcia ,,dziwak" i „czubek”, a gdy 

zapytałem rzeczowo: czubek czego?, trzasnęła drzwiami i więcej jej nie spotkałem. 

Zarejestrowałem tylko, iŜ na określenie moich notatek z całym przekonaniem znajdowała słowa z 

całkowicie błędnego zasobu leksykalnego, a to: „śmieci”, „makulatura”, a nawet ,,gówno”. Jak 

wszyscy dotknięci obłędem próbę uświadomienia go zniosła fatalnie: nie potrafiła wszakŜe 

odpowiedzieć na moje pytanie, jak w takim razie nazwie masę pozostałą po defekacji, zgoła 

nieprzypominającą tego, co starałem się pomieścić wokół mego biurka, na jego blacie i w czterech 

szufladach. 

 

Tymczasem w sklepach zaczęto opatiywać naklejka „miód” substancję, przy której 

powstaniu nie uczestniczyła ani jedna pszczoła; o czekoladzie, maśle, konfiturach juŜ nawet nie 

wspomnę, czy o przechowywanym przeze mnie w zamraŜalniku dŜemie pomarańczowym, 

zrobionym z dyni. Teleturnieje organizowano podczas imprez pod gołym niebem, nie w telewizji; 

niedawno zresztą zarejestrowałem istnienie teleturnieju, który nadawała wprawdzie telewizja, ale 

pozbawiony został elementu rywalizacji. W tym stanie rzeczy zacząłem się zastanawiać, dlaczego 

ulica nie jest wypełniona gwarem kłócących się ludzi, czemu tak trudno mi zanotować rozmowy, w 

których niedwuznacznie słychać rozmijanie się uŜytych terminów z opisywanymi obiektami. 

Owszem, czasem: narzeczona, która na chwilę przed opisanym rozstaniem zwracała się do mnie z 

zapewnieniami miłości; szacunek deklarowany przez podwładnego, który w ten sposób komunikuje 

szefowi pogardę; interesująca anegdota, opowiedziana mi przez znajomą nauczycielkę, do której 

były wychowanek zwrócił się był na ulicy słowami: gdzie posuwasz, stara torbo?, bez wątpienia 

chcąc wyrazić w ten sposób uznanie za trud pedagoga. Mimo wszystko, w porównaniu z 

intensywnością omawianego procesu, przykłady te są nader rzadkie. OtóŜ rozwiązanie leŜy w 

zasięgu ręki: zmiana w sensie słów zachodzi we wszystkich głowach jednocześnie lub prawie 

jednocześnie, do nieporozumień zaś moŜe doprowadzić jedynie zmiana asynchroniczna! Być moŜe 

kaŜdego ranka budzicie się z głowami solidarnie umeblowanymi na nowo, nie pamiętacie juŜ, co 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

47 

onegdaj znaczyło słowo ,,lubić”, „pasztet”, „akcja”, ,,kino”, „pedał”, ,,lojalność”. Jak liczna jest 

mniejszość, do której sam naleŜę? ByłŜebym całkiem samotny? W kaŜdym razie – notowany przez 

socjologów regres w czytaniu ujawnia, Ŝe jedyne, co zostaje tą drogą rzeczywiście zniweczone, to 

moŜliwość prawidłowego i automatycznego rozumienia tekstów zapisanych w przeszłości. Nic 

dziwnego, Ŝe ludzie nie chcą się męczyć. 

 

Po sformułowaniu tej hipotezy zacząłem spędzać całe dnie na ulicach, zastanawiając się, o 

czym mówią ludzie, których mijam. Których słyszę. MoŜe pytanie: Jak dawno jechało l67?, jakie 

zadał na przystanku autobusowym pewien młody człowiek, w niedostępnym mnie jednemu szyfrze 

oznacza: ,,Co mam począć z moim Ŝyciem?” Lub zgoła inaczej: „Która z pań ma ochotę na krótki 

akt seksualny pod wiata przystanku?" MoŜe, abym był zrozumiany prawidlowo, aforyzm: „Niebo 

gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”, powinienem zakląć w słowa: Rano słucham radia 

Pogoda, a wieczorami RMF FM? Jak powiedzieć „niebo”, „prawo", „gwiazda”, aby w umyśle 

czytelników czy słuchaczy skrystalizowały się odpowiednie obrazy i pojęcia? MoŜe na dźwięk 

słowa „niebo” ludzie widzą dziś ,,spodnie“? I, zatem, co za sens ma pisanie mego nieszczęsnego 

raportu? 

 

Tak, czuję to wyraźnie, piszę juŜ tylko dla siebie. Z niepokojem przypominam sobie pewną 

młodą damę, w której towarzystwie uŜyłem określenia „normy moralne": roześmiała się, a gdy 

starałem się dociec, o co chodzi, wyznała mi po przeprowadzeniu czasochłonnej indagacji, Ŝe 

usłyszała ,,nory oralne" i skojarzyło jej się to z seksem. Co wyczyta z mojego tekstu człowiek 

dotknięty procesem, któremu próbuje się przeciwstawić? Poradnik zdrowego Ŝywienia? Analizę 

meczów piłkarskich podczas ostatniej kolejki ligi? Jeśli tak – utonęliśmy, drogi czytelniku. Ale i to 

stwierdzenie zrozumiesz opacznie. 

 

Co gorsza, w ostatnich tygodniach proces ten wykroczył poza obszar ściśle językowy. 

Uświadomiłem sobie właśnie, Ŝe nazwy kolorów mogą zamieniać się miejscami bez najmniejszego 

trudu, bez szans na dekonspirację choroby języka – o ile tylko ludzie zaczną postrzegać rozmaicie 

pokolorowany świat, ale pokolorowany konsekwentnie. Jeśli wszędzie tam, gdzie ja postrzegam 

barwę niebieską, moi bliźni widzą jaskrawą Ŝółć, będą Ŝółć nazywali kolorem niebieskim i nigdy 

się nie przekonam, Ŝe spacerują pod niebem, które ja nazwałbym cytrynowym. Jakoś natychmiast, 

kiedy naszła mnie ta ostatnia refleksja, spostrzegłem z niepokojem, Ŝe powierzchnie, które 

spodziewałem się odczuć jako śliskie, okazują się chropawe; Ŝe zdarza mi się, dotykając czegoś, o 

czym wiem, Ŝe jest ciepłe, doświadczać przeraŜliwego zimna. Opierając dłonie o blat mego 

dębowego biurka, czuję czasem, jak delikatnie ugina się on pod lekkim naciskiem moich palców. 

Zacząłem teŜ widzieć coraz gorzej. Poszedłem zatem do okulisty (łudząc się, Ŝe chodzi jedynie o 

mój wzrok), a poniewaŜ zapomniał on jakiejś pieczątki na recepcie, na co zwrócono mi uwagę w 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

48 

aptece – choć czy trafnie zrozumiałem słowa sprzedawczyni? – nazajutrz udałem się do niego 

powtórnie. Tak, to ta druga wizyta zmobilizowała mnie wreszcie do spisania straszliwej wiedzy, 

gromadzonej przez całe moje Ŝycie. Wchodzę, patrzę: a tu zamiast blondyna z grzywka na prawą 

stronę, rumianego i wesołego, siedzi łysawy brunet o czerstwej cerze, w srebrnych okularach. 

Powiadam speszony: doktor śukowski?- Tak, odpowiada tamten, jak gdyby nigdy nic. Ale jeszcze 

wczoraj nie byłby pan doktorem śukowskim?, dopytuję się rozpaczliwie. l słyszę, jak wyrok: 

wczoraj moŜe i nie.

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

49 

Linia nocna 

 

 

I oto znajduję się jesienią 1983 roku na przystanku autobusu nocnego 601, obok pomnika 

Czterech Śpiących na warszawskiej Pradze. Jest koniec paŜdziernika, późny wieczór. Wracam. Od 

zawieszenia stanu wojennego lubiłem tak jeŜdzić, to była moŜe reakcja na odwołanie godziny 

milicyjnej, a moŜe przeczucie, Ŝe po zmroku stanę się kimś innym niŜ za dnia i spotkam innych 

ludzi niŜ ci spotykani zazwyczaj. W autobusie linii nocnej panowała atmosfera rodzinnej bliskości, 

jakbyśmy znaleźli się w taksówce (nieco tańszej niŜ rzeczywista): nic z rutyny powrotów do pracy, 

kołowrotu wciąŜ tych samych zdarzeń. Dla kaŜdego pasaŜera to przygoda, chwilowe zniesienie 

obowiązków, bo przecieŜ w Polsce o tej porze zazwyczaj się śpi. Jest nas mało i nikt nie moŜe być 

pewien przebiegu trasy, a i miasto prezentuje za oknami nieznane oblicze, ospałe, ciemne, 

opuchnięte od mroku. Nikt nie wie, gdzie wypadnie następny przystanek. Łatwo nawiązuje się 

rozmowy, oczywiste sojusze banitów z normalnego Ŝycia. Nawet pijacy są odświętni, teŜ naleŜą do 

tej małej resztki wspólnoty, bo po tamtej, wielkiej, nic nie zostało poza porcjami ciemnych 

sylwetek, które rozwoŜą po tajemniczym mieście chrypiące cięŜko wozy, dziwnie rozpędzone 

wśród opustoszałych ulic. 

 

Więc stoję na przystanku i wracam do siebie. Autobusy nocne zjeŜdŜają się wszystkie pod 

Dworcem Centralnym, skąd potem ruszą na sygnał, dalej i dalej, stado ryczących słoni; tylko ten 

jeden nie, na który czekam: bo 601 mknie osobno, w poprzek miasta, przez Wisłę, samotnik 

niezbaczający za stadem. Nie wiem, skąd jedzie i dokąd, nigdy nie pojechałem nim do końca; bo 

choć lubię tak jeździć nocami, nie przekraczam nigdy tych dwóch miejsc: okolicy, gdzie mieszkam, 

i przystanku w pobliŜu Czterech Śpiących. Jestem przecieŜ, mimo wszystko, odpowiedzialnym 

człowiekiem. I powaŜnym. A dalej byłoby za daleko. 

 

Ulicą zbliŜa się wreszcie czerwono-Ŝółty potwór, rycząc Ŝalośnie. Wsiadam do ciemnego 

wnętrza, po omacku odnajduje kasownik. Moszczę się na lepkiej podwójnej kanapie, vis-à-vis mnie 

– młoda dziewczyna ostrzyŜona krótko, przy skórze. W przepływających pospiesznie plamach 

ś

wiatła z ulicznych latarni widzę jej ładną twarz i niepokojące guzy, zniekształcające czaszkę. 

Obserwuje mnie uwaŜnie, odpowiadam na jej wzrok śmiało, inaczej niŜ za dnia. 

 

– Jak masz na imię? – pyta. Ledwo słyszę jej głos w warkocie silnika. Takie rzeczy zdarzają 

się w nocnych autobusach. Wymieniam swoje imię i odpowiadam pytaniem: 

 

– A ty jak? 

 

– Ajatak. 

 

Nie ma się co dziwić, niech się nazywa, jak chce. Więc kiwam głową z aprobatą i 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

50 

przyglądam się jej juŜ otwarcie: ma jaskrawo pomalowane usta, dostrzegam na światłach przy placu 

DzierŜyńskiego; chyba zielone oczy, domyślam się, kiedy ruszamy w dalszą drogę; patrzy na mnie 

z sympatią, dochodzę do wniosku na wysokości kościoła przy Lesznie. 

 

– To miłe – stwierdza po chwili. – To miłe, Ŝe się nie dziwisz. A jednak nie zrozumiałeś. 

 

– Czego nie zrozumiałem? – pytam  bo wiem, Ŝe to moja kolej. 

 

– Imienia nie zrozumiałeś. Ajatak, tak mam na imię. Naprawdę. Wierzysz? 

 

– Nie – śmieję się. – Ale to ładne. 

 

– Ajatak znaczy atak i ból, Ŝe trzeba atakować. Aj!-atak. MoŜe teŜ oznaczać, Ŝe muszę się 

ciągle przeciwstawiać, być ciągle inna, inaczej niŜ inni. Wy tak, A-ja-tak. – Zaczynam czuć się 

skrępowany, zgorszony posądzeniem mnie, Ŝe dam się nabrać na tę ciemną elokwencję, 

posądzeniem tym bardziej kompromitującym, Ŝe (czuję wyraźnie) ktoś nas podsłuchuje. – I 

wreszcie moŜe oznaczać gotowość czynienia jatki, gotowość stłumioną, bo nie chcę nikomu robić 

krzywdy, więc w ostatniej chwili moje imię się powstrzymuje i z A-jatl‹i zostaje Ajataka. Z Azjatki 

Itaka. 

 

Rozglądam się zakłopotany, nie chcę odpowiadać, wolę (przypominam sobie dziecinną grę 

w chińczyka) przeczekać swoją kolejkę. l nagle odkrywam podsłuchującego: z siedzenia po drugiej 

stronie przejścia wpatruje się we mnie elegancki szesnastolatek, stary malutki, ubrany jak z 

zachodniego Ŝurnala mód. Marynareczka, krawacik, beŜowy płaszczyk. Odpowiadam na jego 

wzrok zbyt długo, zbyt hardo. Zanim zdąŜyłem spojrzeć znowu na Ajatakę, tamten mówi coś do 

mnie ze złością. 

 

– Proszę? – pytam nieco oficjalnie. To powinno go ostudzić. 

 

– Słuchaj jej. Skoro zaczęła do ciebie mówić, to jej słuchaj. Ja jeŜdŜę za nią od miesięcy i 

nigdy nie odezwała się do mnie. A dzisiaj zniknie. 

 

– On ma rację – odzywa się Ajataka. – Jutro juŜ mnie nie będzie. Odprowadzisz mnie? 

 

– Twój ruch – dopowiada chłopak. – Wyrzuciłeś szóstkę. Graj. 

 

To autobus linii nocnej, przypominam sobie. Więc kiwam głową i staram się ostroŜnie 

zapytać, o co chodzi z tym zniknięciem, ale Ajataka wzrusza ramionami, a ja przyglądam się jej 

nieforemnej czaszce i czuję nagły lęk. Nie, nie chcę wiedzieć. Zamiast odpowiedzi wyciąga do 

mnie rękę, spoconą i lepką, w mroku mam przez chwilę wraŜenie, Ŝe doliczyłem się sześciu palców, 

którymi wpija się we mnie jakby w przeraŜeniu. Choć twarz ma spokojną. Po raz pierwszy w Ŝyciu 

nie wysiadam na swoim przystanku, 601 uwozi mnie gdzieś dalej, w niepokojącą otchłań 

przedmieść, parków i cmentarzy, za którymi od niedawna piętrzy się blokowisko. Tamten chłopak 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

51 

pilnuje mnie, ocenia, dba o swoją damę, która wybrała na rycerza mnie, nie jego. Autobus skręca 

gwałtownie, dziewczyna podnosi się, mówiąc coś niewyraźnie, a pod jej nogi upada gruba 

kobiecina z siatkami, z których wysypują się pomidory. 

 

– Zemdlała – odzywa się z zadumą jakiś pasaŜer. 

 

– Niech leŜy – dodaje inny. 

 

Pomógłbym jej, ale Ajataka zawraca do innych drzwi, zmuszając mnie, Ŝebym się cofnął. 

Chłopak usłuŜnie naciska guzik nad wejściem, koło kierowcy rozświetla się czerwony napis: „Na 

Ŝą

danie”. Autobus hamuje. Wysiadamy. 

 

Znajdujemy się między parterowymi chałupkami, zza których wychylają się betonowe bloki 

osiedla. Biorę Ajatakę pod rękę, bo mam wraŜenie, Ŝe za chwilę się przewróci. Stąpamy ostroŜnie 

po kocich łbach uliczki, obok ceglanego budynku z niebieskim neonem ,,Komisariat”. Na 

schodkach stoi milicjant, pali papierosa, odprowadza nas wzrokiem. Pilnuje. Chłopak próbuje 

prowadzić Ajatakę z drugiej strony, ale uchyla mu się, więc rad nierad idzie trochę z tyłu. Słyszę, Ŝe 

zaczyna mruczeć, robiąc długie pauzy, jakby wciąŜ rozpoczynał swoją kwestię: 

 

– Ja nie jestem stąd. Ja jestem obcy. Ja się nie zgadzam. Ja nie rozumiem. Ja stąd jeszcze 

wyjadę. Ja nie chcę. Ja ją kocham... 

 

Dziewczyna wysuwa mi się spod ręki, przystaje, odwraca się do niego. To jego wielki 

moment, myślę sobie, dostąpi nareszcie tego zaszczytu, który go omijał przez długie tygodnie, 

kiedy chodził za nią krok w krok, aŜ do dziś; Ajataka zdecydowała się przemówić do niego. 

 

– MoŜesz się wreszcie zamknąć? Wygadasz się, kiedy mnie juŜ nie będzie. 

 

Jakaś drapieŜna zrobiła się przez moment, a teraz znowu łagodnieje i bierze mnie za rękę, i 

czuję wyraźnie: ma sześć palców u dłoni. Chłopiec zwolnił kroku; zrobiło mi się go Ŝal. Ale muszę 

nadstawić ucha, bo Ajataka szemrze coś, prawie nie otwierając ust coś o sobie i o mnie. 

 

– Wszystko poszło opacznie. Poszło nie tak. PrzecieŜ spotykałiśmy się w innym czasie. I 

przecieŜ, cóŜ to szkodziło, mogłabym z tobą jeździć nad morze, na rozsłonecznioną plaŜę, całkiem 

pustą. Chodzilibyśmy na koncerty do filharmonii i co niedziela do kościoła, i przepadałabym 

rozmawiać z tobą wieczorami, popijając czerwone wino, ale wszystko się poplątało. MoŜe dlatego, 

Ŝ

e tak łatwo mówisz ,,nie"? Teraz wjedziemy razem na szóste piętro, odprowadzisz mnie do samych 

drzwi i nie zobaczymy się więcej. Tylko pamiętaj, proszę, Ŝe i ciebie coś ominęło, nie tylko mnie, to 

ja ciebie ominęłam, rozminęłam się z tobą, rozmyłam, miły, wymknęłam. A ty tu stój! – krzyknęła  

nieoczekiwanie u drzwi na klatkę schodowa. 

 

Ale chłopiec nie zamierzał się sprzeciwiać. Przyhamował lekko, wciąŜ kilka kroków za 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

52 

nami, i jak w zwolnionym tempie, obrócił się w stronę podwórka. Z piaskownicy gramolił się 

ciemny kształt: pies na trzech nogach, kulejący Ŝałośnie. Minął nas i pokuśtykał przez trawnik. 

 

– Ohyda – zatrząsł się z oburzeniem chłopak. – PrzecieŜ za dnia bawią się tutaj dzieci. 

Rakarzy to u was nie ma? 

 

– A ty tu niby skąd? – warknąłem. 

 

– Skądinąd. Stamtąd. Z ciepłych krajów. 

 

Ajataka wzruszyła ramionami i pociągnęła mnie do windy. W środku śmierdziało 

papierosami i moczem, patrzyłem na nią z czułością i obrzydzeniem, bo choć miała zielone oczy i 

czerwone usta, było w niej coś odraŜającego, coś obcego, coś, czego nie sposób było przytulić. A 

moŜe, gdybym się przemógł, potłumiłbym jej zaklęcia? Bo zawodziła teraz cicho, złowróŜbnie: 

 

– Mógłbyś zostać wielkim podróŜnikiem... ale beze mnie nie zostaniesz. Mógłbyś zostać 

wielkim świętym... ale beze mnie nie zostaniesz. Pamiętasz, jak rozmawialiśmy pod ogromnym 

oknem, za którym krąŜyły ptaki? Kamienie, które mijałeś? Mojego kota? Mógłbyś zostać wielkim 

kochankiem... ale beze mnie nie zostaniesz. 

 

Na szóstym piętrze poszliśmy mrocznym korytarzem, oblepionym poŜółkłymi gazetami: 

donosiły o lądowaniu Amerykanów na KsięŜycu i o wizycie Leonida BreŜniewa w Warszawie 

(mógłbyś zostać wielkim muzykiem... ale beze mnie nie zostaniesz), i o podpisaniu Porozumień, i o 

ogłoszeniu stanu wojennego (mógłbyś zostać wielkim uczonym... ale beze mnie nie zostaniesz), a 

potem zaczynały się jakieś inne, zdumiewające tytuły, które zrozumiałbym, gdybym zdołał się im 

przyjrzeć, ale Ajataka ciągnęła mnie za rękę, aŜ doszliśmy do końca, gdzie usłyszałem: 

 

– To juŜ tu. 

 

I wspięła się na palce, i pocałowała mnie w policzek (miała lepkie usta, jakby jadła 

landrynkę), i znikła, i juŜ jej nie było. Postałem chwilę, ale korytarz był zbyt pusty, Ŝeby tak trwać. 

A moŜe próbowałem dostukać się jej za zamkniętymi drzwiami? A moŜe pukalem teŜ do innych 

drzwi? Rozmawiałem z kimś? Kłóciłem się? Roznosiłem mleko? Tak, najpewniej roznosiłem 

mleko, bo kiedy wyszedłem, świtało. Chłopiec czekał na brzegu piaskownicy. Miętosił w ręku jakąś 

kartkę. 

 

– Wie pan, napisałem wiersz. Chce pan posłuchać? 

 

 

Skąd Litwini wracali do ciemnego kresu? 

 

Jak namioty ruchome z nocnej wracali wycieczki. 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl

background image

 

53 

 

Po złote runo nicości, ręce złamawszy na pancerz, 

 

Idą panny Ŝałobne – w śmierć nie odejdę bez sławy. 

 

Podoba się panu? 

 

Wybacz, pomyślałem z niechęcią. 

 

– Okropne. 

 

I ruszyłem, byle dalej od niego, i to była ucieczka, wiedziałem, ucieczka do siebie, do domu, 

więc Ŝeby było jeszcze szybciej, skróciłem sobie drogę przez trawnik, śladem tamtego psa, zupełnie 

nie biorąc pod uwagę, Ŝe moŜe tu być aŜ tak grząsko. Zapadając się coraz głębiej, odwróciłem się 

jeszcze do chłopca, chciałem go o coś zapytać, ale juŜ go nie było, byłem sam, coraz głębiej pod 

powierzchnią zielonego koŜucha, który z nieprzyjemnym chlupnięciem zamknął się nad moją 

głową. Poczułem, jak butwieje moja marynarka, jak mięknie i rozpada się na mnie, daremnie 

zszywana ze skórą oślizgłą fastrygą robaków. Liniałem pod nią, boleśnie obłaziłem z ciała – trwało  

to przez chwilę – kostki palców oddaliły się ode mnie jak małe podziemne okręciki, straciłem łydki, 

zaprzepaściłem gdzieś uda; głowa zmieniła się w ślepą i głuchą skorupę, w której telepał się 

wysychający mózg, niby orzech. Litościwie otuliło go ciepłe błoto, błoto wdarło się między 

szczęki, odepchnęło pokruszone Ŝebra, więc odpłynęły w gęstniejącej mazi, pozostawiając za sobą 

kręgosłup, osamotniony maszt. Ja juŜ nie było. Stało się ziemią. Odciskiem w skale. Jak dobrze 

(zawoła kiedyś archeolog). 

 

I wszystko mogło się zacząć od nowa. 

 

 

lipiec 1999 - grudzień 2001 

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: aura89@o2.pl