background image

        Dziewczyny z Buffalo, wyjdźcie                                 

                            

dzisiejszej nocy... 

 

 

 
 
 
 
 
 

Le Guin Ursula 

 
 
 

   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Le Guin Ursula

 

 

 

 

Ursula Kroeber Le Guin (ur. 21 października 1929 w 
Berkeley (Kalifornia)) – amerykańska pisarka SF i 
fantasy; wiele jej ksiąŜek, przede wszystkim cykl 
Ziemiomorze, weszło do klasyki gatunku. Wielokrotnie 
nagradzana nagrodami Hugo i Nebula. 
Jest córką antropologa Alfreda Kroebera i pisarki 
Theodory Kroeber. W 1951 ukończyła uczelnię w 
Radcliffe, w 1952 zdobyła na University of Columbia 
stopień M.A. (odpowiednik polskiego magistra nauk 
humanistycznych). Zainteresowanie antropologią 
kulturową jest wyraźnie widoczne w jej twórczości. Le 
Guin nie ukrywa swoich fascynacji ideą anarchistyczną, 
co przejawia się równieŜ w jej twórczości. Spośród 
opublikowanych przez nią ksiąŜek do kręgu utopii 
społecznej moŜna zaliczyć przede wszystkim 
opowiadania: Ci, którzy odchodzą z Omelas, Dzień przed 
rewolucją oraz powieści Wracać wciąŜ do domu (polskie 
wydanie – Wydawnictwo "Prószyński i s-ka", 1997 r.) i 
najsłynniejszą: Wydziedziczeni (nagrody "Nebula" i 
"Hugo" w 1975, polskie wydanie w tłumaczeniu Łukasza 
Nicpana Wydawnictwo "Phantom Press" 1993 r.) 

 

background image

Dziewczyny z Buffalo... 

 

- Spadłaś z nieba - powiedział kojot.  
WciąŜ zwinięta w kłębek, leŜała na boku, przyciskając się plecami do wiszącej nad nią skały i 
jednym okiem obserwowała kojota. Drugie oko zakrywała wybrzuszoną dłonią zwróconą 
grzbietem do pyłu podłoŜa.  
- Coś się wypaliło w niebie, o tam, nad skałą i stamtąd spadłaś - powtórzył cierpliwie kojot, 
jakby wiadomość ta stała się juŜ cokolwiek przestarzała. - Czy coś ci się stało?  
- Czuła się całkiem dobrze. Siedziała w samolocie z panem Michaelsem i motor tak ryczał, Ŝe 
nie rozumiała, co do niej mówił nawet wtedy, gdy krzyczał, no i to, w jaki sposób wiatr tłukł 
o skrzydła, wywoływał w niej mdłości, ale poza tym wszystko było w porządku. Lecieli do 
Canyonville.  
Wróciła na ziemię. Kojot wciąŜ siedział w tym samym miejscu. Ziewnął. Był duŜy, dobrze 
odŜywiony, a futro miał srebrzyste i gęste. Ciemna linia rozciągająca spojówkę podłuŜnego 
bursztynowego oka zaznaczała się tak wyraźnie jak u dachowego kota.  
Dziecko powoli usiadło; ciągle przyciskało rękę do prawego oka.  
- Straciłaś oko? - zapytał kojot z zainteresowaniem.  
- Nie wiem - odparła. Nabrała w płuca powietrza i zadrŜała. - Zimno mi.  
- Pomogę ci go poszukać - obiecał kojot. - Wstawaj! Jak zaczniesz się ruszać, przestaniesz się 
trząść. Słońce juŜ wzeszło.  
Zimna, niczym nie zakłócona jasność zalewała opadającą równinę - setki mil porośnięte 
bylicą. Kojot z oŜywieniem dreptał to tu, to tam, węsząc pod kępkami trawy i zajęczego 
szczawiu, skrobiąc łapą pod skałami.  
- Nie będziesz szukać? - zapytał siadając nagle na tylnych łapach i zaprzestając poszukiwań. - 
Znałam kiedyś taką sztuczkę... - teraz okazało się, Ŝe była to ona, kojocica, a nie on. - Ŝe 
mogłam rzucić swoje oczy wysoko w górę, na drzewo, wszystko stamtąd obejrzeć, potem 
zagwizdać i one wracały z powrotem do głowy. Ale skradł mi je ten cholerny facet-sójka i 
kiedy zagwizdałam, nic nie wróciło. Musiałam zamiast oczu włoŜyć sobie kulki z sosnowej 
Ŝ

ywicy, Ŝeby w ogóle widzieć. Ty teŜ mogłabyś spróbować. Ale właściwie jedno oko masz w 

porządku, to po co ci drugie? Idziesz, czy będziesz tu zdychać?  
Dziecko przycupnęło, drŜąc.  
- CóŜ, chodź jeśli masz ochotę... - rzekła kojocica. Znów ziewnęła, kłapnęła na pchłę, wstała, 
obróciła się i długim zboczem, które ciągnęło się daleko w głąb równiny leŜącej w smugach 
długiego cienia krzaczków bylicy, potruchtała w dół, między rzadkie kępki szałwii i 
zajęczego szczawiu. Trudno było nadąŜyć wzrokiem za tym szczupłym, Ŝółto-szarym 
zwierzęciem. Zniknęło, choć dziewczynka nie spuszczała zeń oczu.  
Dziecko z trudem podniosło się i - bez słowa, choć w duszy powtarzało sobie: "Zaczekaj , 
proszę, zaczekaj" - pokuśtykało za kojocicą. Mała cały czas przyciskała rękę do prawego 
oczodołu. Patrząc jednym okiem, nie widziała głębi, dlatego wszystko odbierała jak wielki, 
płaski obraz. Kojocica przysiadła nagle pośrodku tego obrazu i odwróciła się, by spojrzeć na 
dziewczynkę; miała otwartą paszczę i zmruŜone, śmiejące się oczy. Dziewczynka nie czuła 
juŜ takiego drŜenia w nogach, i w głowie jej tak nie łomotało, ale nie opuszczał jej głęboki,  
mroczny ból. JuŜ prawie zrównała się z kojocicą, gdy ta znów odbiegła. Tym razem mała 
przemówiła:  
- Zaczekaj, proszę!  
- Dobra - odparło zwierzę, ale biegło dalej. Mała szła za nim, schodząc w ten płaski obraz 
krokami, z których kaŜdy miał głębię. KaŜdy z nich był inny, kaŜdy krzaczek szałwii czuło 
się inaczej, a mimo to tak samo. Idąc śladem kojocicy, wyszła z cienia nawisowych skał i 
słońce stojące nad horyzontem oślepiło jej lewe oko. Jasne ciepło od razu przeniknęło jej 

background image

mięśnie i kości. Powietrze, które całą noc z takim trudem wciągała w płuca, teraz okazało się 
słodkie i łagodne. Kępki szałwii wsysały w siebie cienie, a słońce rozgrzewało plecy 
dziewczynki idącej krawędzią Ŝlebu za zwierzęciem. Po niedługim czasie kojocica przecięła  
ś

cięte zbocze, a dziecko mozolnie przedzierało się za nią - przez karłowate wierzby do 

wąskiego strumyka w szerokim piaszczystym korycie. Piła jedna i druga.  Kojocica przeszła 
na drugą stronę strumienia; nie rzucała się niedbale w wodę i nie chlapała jak pies, nie. 
Stawiała nogę za nogą, cichuteńko, jak kot, i cały czas ogon miała nisko opuszczony. 
Dziewczynka zawahała się, wiedząc, Ŝe mokre buty nacierają na stopach pęcherze, a potem 
mozolnie przebrnęła przez wodę, robiąc najmniej kroków, jak tylko się dało. Od nieustannego 
trzymania ręki przy oku bolało ją prawe ramię.  
- Potrzebny mi bandaŜ - powiedziała kojocicy.  
Zwierzę podniosło głowę, ale nie odezwało się słowem. Wyciągnęło przed siebie przednie 
łapy i leŜało patrząc w wodę; kojocica odpoczywała, choć wciąŜ zachowywała czujność. 
Dziecko usiadło obok, na gorącym piasku, i próbowało poruszyć prawą ręką. Zaschnięta krew 
skleiła ją ze skórą wokół oka. Dziewczynka spróbowała delikatnie oderwać rękę i jęknęła, 
choć nie bolało aŜ tak bardzo; przestraszyła się.  
Kojocica podeszła do niej i wcisnęła swój szpiczasty pysk w twarz dziecka. Małą uderzył w 
nozdrza jej mocny, ostry zapach. Zwierzę zaczęło lizać tę straszną, obolałą ciemność. 
Czyściło ranę raz po raz podwiniętym, dokładnym, silnym, mokrym językiem, aŜ dziecko 
płaknęło sobie z ulgą, znalazłszy wreszcie ukojenie. Dziewczynka pochylała głowę tuŜ przy 
szaro-Ŝółtych Ŝebrach samicy, widziała jej twarde sutki i białawe futro na brzuchu. Objęła 
kojocicę, głaszcząc jej ostrą sierść na grzbiecie i bokach.  
- No dobra - rzuciła tamta. - Idziemy! - ruszyła, nie oglądając się za siebie.  
Mała pozbierała się z trudem i poszła jej śladem.  
- Ale dokąd idziemy? - spytała.  
A kojocica, truchtając nad potokiem, odrzekła:  
- Dalej, dalej w dół strumienia.  
Musiała zasnąć w trakcie marszu, bo był taki moment, kiedy miała wraŜenie, Ŝe się budzi, ale 
wciąŜ szła, tyle Ŝe juŜ jakby w innym miejscu. Nadal wędrowały wzdłuŜ strumienia, choć 
wąwóz niemal całkiem przeszedł w równinę i wciąŜ jak okiem sięgnąć majaczyły kępki 
bylicy. Oko, to dobre oko, było jak nowo narodzone. To drugie wciąŜ bolało, chociaŜ nie tak 
mocno, no i nie było sensu się nad tym zastanawiać.  
Ale, ale gdzie ten kojot?! Zatrzymała się. Otchłań zimna, w którą wpadł samolot, znów się 
pod nią otworzyła i dziewczynka zaczęła się zapadać. Stała, lecąc w dół, a w krtani jej 
narastał cichy skowyt.  
Odwróciła się.  
Zobaczyła zwierzę. PrzeŜuwało na wpół wysuszone truchło wrony; czarne wargi i wąską 
paszczę kojota oblepiały ciemnogranatowe pióra. Zobaczyła ogorzałą kobietę klęczącą przy 
ognisku; dorzucała szczyptę czegoś do stoŜkowatego naczynia. Słyszała, jak wewnątrz 
bulgocze woda, mimo Ŝe kobieta zestawiła juŜ naczynie z ognia i oparła je o kamienie. Jej 
włosy były Ŝółto-szare, związane sznurkiem na karku. Miała bose nogi. Podeszwy stóp 
twardością i kolorem przypominały zelówki butów, ale jej stopa wysklepiała się wysoko, a 
palce tworzyły dwa schludne zaokrąglone rowki. Ubrana była w dŜinsy i starą, białą koszulę. 
Spojrzała na dziewczynkę.  
- Chodź! Chodź na wronę! - zawołała.  
Dziecko powoli podeszło do niej i do ogniska, i ukucnęło. Dziewczynka przestała juŜ spadać, 
czuła się bardzo lekka i pusta, a język miała sztywny i obcy niczym wetknięty w usta kołek.  
Kojota dmuchała teraz w garnek czy koszyk, czy co to tam było. Wsadziła do środka dwa 
palce i zaraz je wyciągnęła, otrzepując rękę i krzycząc:  

background image

- O, jasna cholera! Ŝe teŜ nigdy nie mam Ŝadnych łyŜek! - Odłamała uschniętą gałązkę bylicy, 
zanurzyła w garnku i oblizała. -Mmm... Pycha! No chodź!  
Dziecko przysunęło się bliŜej, odłamało gałązkę, umoczyło. Patyczek oblepiała grudkowata, 
róŜowawa papka. Dziewczynka wysunęła język. Papka miała głęboki i delikatny smak.  
- Co to takiego? - zapytała po dłuŜszej chwili maczania i oblizywania.  
- śarcie. Papka z suszonego łososia - odparła Kojota. - Stygnie. -Jeszcze raz wetknęła dwa 
palce w garnek, tym razem zagarniając obficie, i zręcznie je wylizała.  
Dziewczynka poszła w jej ślady i umazała sobie całą brodę. To było tak, jak z pałeczkami: 
wymagało praktyki. A więc ćwiczyła. Jadły, raz jedna, raz druga, aŜ nic nie zostało w garnku 
prócz trzech kamyków. Dziecko nie spytało, po co w garnku kamienie. Wylizały je do czysta. 
Potem Kojota wylizała wnętrze naczynia, przepłukała je raz w potoku i włoŜyła na głowę. 
Dobrze leŜało, tworząc rodzaj stoŜkowatego kapelusza. Ściągnęła z siebie dŜinsy.  
- Sikaj w ognisko! - zawołała i wysikała się w ogień, stając okrakiem nad paleniskiem. - Aaa, 
jakie miłe ciepło między nogami!  
Dziewczynka, cała zakłopotana, myślała, Ŝe i ona powinna zrobić to samo, ale nie chciała i 
nie zrobiła. Z obnaŜonym tyłkiem, Kojota tańczyła wokół zmoczonego ogniska, wyrzucając 
w górę długie, chude nogi i podśpiewując: Dziewczyny z Buffalo, wyjdźcie dzisiejszej nocy, 
Dzisiejszej nocy, dzisiejszej nocy. Dziewczyny z Buffalo, wyjdźcie dzisiejszej nocy 
Zatańczyć w świetle księŜyca.  
Naciągnęła z powrotem dŜinsy. Dziecko zasypywało resztki ognia piaskiem z potoku, z całą 
powagą formując z niego kopczyki, bo chciało zrobić to jak naleŜy. Kojota przyglądała się 
małej.  
- To ty? Dziewczyna z Buffalo? Co się stało z resztą!?  
- Z resztą? - Dziecko spojrzało na siebie z przestrachem.  
- Z resztą twoich.  
- A! Hm, mama zabrała Bobby'ego,to mój młodszy braciszek, razem z wujkiem Normem. Tak 
naprawdę to on nie jest moim wujkiem , ani nic w tym rodzaju. No a pan Michaels i tak miał 
tam jechać, więc miał mnie zawieźć do mojego prawdziwego taty, w Canyonville. Linda, 
moja przyrodnia matka, no wiesz, nie miała nic przeciwko temu. W kaŜdym razie przez 
wakacje, a potem mieliśmy zobaczyć. No i ten samolot...  
W ciszy, która zapadła twarz dziewczynki stała się ciemno-czerwona, później szarobiała. 
Kojota patrzyła na nią, urzeczona.  
- Ach!- wyrwało się małej. - Ach! Ach! Pan Michaels... on na pewno... Czy on ...?  
- Idziemy! - rzuciła Kojota i odmaszerowała.  
- Powinnam wrócić... - zawołało dziecko.  
- Po co? -zapytała Kojota. Zatrzymała się, obróciła, by popatrzeć na małą, a potem 
przyspieszyła kroku.- Chodź, Dziewczyno! - W jej ustach zabrzmiało to jak imię. MoŜe to i 
było imię małej -miała na imię Myra - tyle Ŝe w języku Kojoty...?  
Zrozpaczone dziecko nie wiedziało, co robić i znów zaprotestowało, ale mimo to podąŜyło jej 
ś

ladem.  

- Dokąd idziemy? Gdzie my jesteśmy?  
- To jest mój kraj - odparła z godnością Kojota i długim, powolnym gestem ręki wskazała 
daleki horyzont. -Ja go stworzyłam. KaŜdą zasraną kępkę bylicy tu stworzyłam.  
I szły dalej. Kojota miała swobodny chód, nawet troszkę powłóczyła nogami, ale Ŝwawo 
przemierzała teren; dziewczynka robiła wszystko, Ŝeby nie zostać z tyłu. Spod skał i 
krzaczków znów zaczęły się wyciągać cienie. Zostawiwszy za sobą strumień, Kojota i 
dziecko szły teraz w górę długiego, niewysokiego i nierównego zbocza, które kończyło się 
gdzieś hen, daleko, na tle nieba, wśród skał. Ciemne drzewa wyrastały to tu, to tam, jako coś, 
co ludzie nazywali jałowcowym laskiem, lasem pustynnym, takim, co to ma więcej miejsca 
między drzewami niŜ samych drzew. KaŜdy mijany przez nie jałowiec ostro pachniał - dzieci 

background image

w szkole nazwałyby tę woń "kocie siki,, - ale małej się to podobało, bo zdawało się jej, Ŝe 
zapach ten idzie prosto do głowy, Ŝe jest silnie rozbudzający. Zerwała z krzaka jagodę i 
potrzymała w ustach, ale po chwili wypluła. Ból wracał wielkimi, ciemnymi falami i zaczęła 
się potykać.  
Zorientowała się, Ŝe siedzi na ziemi. Kiedy spróbowała wstać, okazało się, Ŝe nogi jej się 
trzęsą i odmawiają posłuszeństwa. Czuła się głupio i bała się. Zaczęła płakać.  
-Jesteśmy w domu! -wołała Kojota gdzieś z góry.Dziecko spojrzało na nią zapłakanym okiem 
i ujrzało bylicę, jałowiec, trawę i skały. Usłyszało krótki urywany okrzyk Kojoty 
rozmywający się hen, w gasnącym słońcu. U podnóŜa skał zobaczyła maleńkie miasteczko: 
kartonowe domki, szałasy, wszystkie niepomalowane. Znów usłyszała nawoływanie Kojoty.  
- Chodź no, kicia! Chodź, Dziewczyno, jesteśmy w domu!  
Nie mogła się podnieść, więc na czworakach usiłowała przejść tę daleką drogę pod górę aŜ do 
domków u stóp skał. Na długo zanim tam dotarła, jacyś ludzie wyszli jej naprzeciw. Z 
początku myślała, Ŝe to dzieci, ale wkrótce uświadomiła sobie, Ŝe większość z nich to dorośli, 
tyle Ŝe bardzo niskiego wzrostu; byli mali, krępi, grubi i mieli drobne, delikatne dłonie i 
stopy. Ich oczy spoglądały Ŝywo i pogodnie. Jakieś kobiety pomogły się jej podnieść i iść, 
wspierając miłym słowem: "JuŜ niedaleko, zaraz będziesz na miejscu". W tym późnym 
zmierzchu bijące z drzwi i nieuszczelnionych spojeń w kartonach światło miało ostro Ŝółtą  
barwę. W spokojnym powietrzu wisiał słodki zapach palonego drewna". Mali ludzie cały czas 
cicho ze sobą rozmawiali i śmiali się. "Gdzie ona się zatrzyma?", "Zakwaterujmy ją u Drozda; 
tam juŜ wszyscy śpią!,,, "Och, moŜe przespać się u nas".  
- Gdzie jest Kojota? - zachrypiała dziewczynka.  
- Poleciała zapolować - odparli.  
- Ktoś nowy w mieście? - zapytał czyjś głęboki głos.  
- Tak, mamy nową osobę - odpowiedział jeden z nieduŜych męŜczyzn.  
Pomiędzy tym małym ludkiem właściciel głębokiego głosu swymi rozmiarami robił spore 
wraŜenie. Był wysoki i barczysty, miał silne dłonie, duŜą głowę oraz krótką szyję. Rozstąpili 
się przed nim z szacunkiem. On poruszał się spokojnie i teŜ zachowywał wobec nich respekt. 
Spojrzał na dziecko. Miał zdumiewające oczy. Mrugnięcia jego powiek przywodziły na myśl 
przesunięcie ręki przed płomieniem świecy.  
- To ledwie pisklę - oznajmił. - Co dałaś sobie zrobić z okiem, nowa osobo?  
- Nie wiem... Lecieliśmy...  
- Jesteś za młoda, Ŝeby latać - rzekł swoim niskim, miękkim głosem. - Kto cię tu sprowadził?  
- Kojota.  
- Przyszła tu z Kojotą, Młody Sowo - potwierdził jeden z małych męŜczyzn.  
- No to moŜe powinna spędzić tę noc w domu Kojoty - zaproponował ten duŜy.  
- Tam tak pusto i tylko te kości... - odezwała się niewielka kobieta o tłustych policzkach, 
ubrana w koszulę w paski. - MoŜe pójść do mnie.  
To zdaje się przesądziło sprawę. Pucułowata kobieta poklepała dziewczynkę po ramieniu i 
zabrała ze sobą, wiodąc ją mimo kilku chat i szałasów do małego domku bez okien. Drzwi 
okazały się tak niziutkie, Ŝe nawet dziecko musiało mocno schylić głowę, Ŝeby wejść do 
ś

rodka. Wewnątrz zaroiło się od ludzi; niektórzy juŜ tam byli, a niektórzy wepchali się za 

pucułowatą gospodynią. W kącie, w skrzyneczkach - kołyskach, głębokim snem spało 
kilkanaścioro niemowląt. W chacie płonął porządny ogień i unosił się dobry zapach, jakby 
praŜonego ziarna sezamowego. Dziewczynka dostała jedzenie i trochę zjadła, ale w głowie jej 
się kręciło i mrok prawego oka wciąŜ zachodził na lewy, tak, Ŝe przez chwilę nie widziała w 
ogóle nic. Nikt nie spytał ją o imię, ani teŜ nie powiedział, jak ma się do nich zwracać. 
Słyszała, Ŝe dzieci nazywają kobietę o tłustych policzkach Wiewiórką. Zebrała się wreszcie 
na odwagę i spytała:  
- Czy mogę się gdzieś połoŜyć, pani Wiewiórko?  

background image

- Jasne, chodź. O, tutaj - powiedziała jedna z córek i zaprowadziła dziewczynkę do pokoju na 
tyłach chaty. Pokój był tylko częściowo odgrodzony od zatłoczonego pomieszczenia 
głównego, ale panowała w nim ciemność, a i ludzi zdawało się tam być mniej. Rzędem przy 
ś

cianach stały duŜe półki z materacami.  

- Wdrap się do środka! - zachęcała jedna z córek Wiewiórki, klepiąc dziewczynkę w ramię we 
właściwy im wszystkim, dobrotliwy sposób.  
Dziecko wspięło się na półkę i wślizgnęło pod koc. Mała ułoŜyła głowę do snu.  
Nie umyłam zębów... - pomyślała.  
Obudziła się. Znów zasnęła. W sypialni Wiewiórki zawsze było duszno, ciepło i panował tam 
półmrok, dzień i noc, na okrągło. Ludzie wchodzili, spali, wstawali i wychodzili. Cały czas. 
Zapadała w drzemkę i zasypiała. Zeszła na dół, by ze stojącego we frontowym pokoju wiadra 
zaczerpnąć warząchwią wody i napić się. Potem wróciła na pryczę, Ŝeby dalej drzemać i spać.  
Siedziała na półce; nogi dyndały jej w powietrzu. Nie czuła się juŜ źle, tylko sennie i słabo. 
Namacała kieszeń w dŜinsach. W lewej przedniej tkwił mały grzebyczek i opakowanie po 
gumie balonowej; w prawej dwa banknoty jednodolarowe i dwie monety: dwadzieścia pięć i 
dziesięć centów. Do środka weszła Wiewiórka w towarzystwie bardzo ładnej, pulchnej, 
ciemnookiej kobiety.  
- Ha! Więc zbudziłaś się akurat na swój taniec! - powitała ją Wiewiórka ze śmiechem i 
usiadła koło niej, obejmując dziewczynkę ramieniem.  
- Sójek wydaje taniec dla ciebie -wyjaśniła ciemnooka. -Będziesz jak nowa. Musimy cię 
przygotować.  
Gdzieś tam, pod skałami, wytryskało źródło, które przechodziło tu w mulistą sadzawkę o 
porośniętych trzciną brzegach. Chlapiąca się w niej grupka hałaśliwych dzieciaków uciekła i 
na czas kąpieli dziewczynka z dwiema kobietami zostały same.  
Woda była ciepła na powierzchni, ale głębiej marzły w niej stopy i nogi. Zupełnie nagie, dwie 
ś

miejące się kobiety o łagodnych głosach, krągłych brzuchach i piersiach, szerokich biodrach 

i pośladkach lśniących ciepłem w późnopopołudniowym słońcu ochlapały dziewczynkę 
wodą, umyły i wygłaskały jej nogi, ramiona i włosy, skończenie delikatnie wyczyściły 
okolice jej prawego oka - kość policzkową i brew - podziwiając ją namydliły, spłukały i 
rozchlapując wodę, wygoniły na brzeg, gdzie wysuszyły małą i siebie nawzajem, ubrały się,  
ubrały małą, zaplotły jej włosy i nawzajem swoje własne, uwiązały piórka na końcach 
warkoczy, znów ją podziwiały, potem podziwiały siebie nawzajem, by wreszcie sprowadzić 
ją znów do maleńkiego miasteczka o rozsianych domkach, na jakieś podwórze, czy moŜe 
ubity plac pomiędzy chatami. Nie było tam ulic, tylko ścieŜki i pyląca się ziemia; Ŝadnych 
ogródków ani trawników, tylko szałwia i kurz. Na placu zebrała się całkiem spora grupka 
ludzi; część z nich, wystrojona w kolorowe koszule, barwne sukienki, sznury korali i 
kolczyki, przechadzała się to tu, to tam.  
- Cześć, Wiewiórko ! Cześć, Biała Łapko! - wszyscy pozdrawiali obie kobiety.  
Na spotkanie wyszedł im męŜczyzna w nowych dŜinsach, w czystej, spranej, niebieskiej, 
roboczej koszuli podjaskrawoniebieską aksamitną kamizelką. Był bardzo przystojny, spięty i 
waŜny.  
- No dobra. Dziewczyno! - odezwał się ostro i głośno, co brzmiało zaskakująco na tle tych 
wszystkich jakŜe cicho mówiących ludzi. - Dziś wieczorem naprawimy ci to twoje oko! Ty 
sobie tu tylko usiądź i niczym się nie martw.  
Ujął jej nadgarstek - delikatnie mimo swego dyrektorskiego, szorstkiego sposobu bycia - i 
zaprowadził do utkanej maty, leŜącej na zbrylonej ziemi prawie w centrum placu. Tam 
musiała usiąść, choć czuła się idiotycznie; przykazano jej się nie ruszać.  
Szybko pozbyła się wraŜenia, Ŝe wszyscy na nią patrzą, gdyŜ nikt nie obdarzał jej więcej niŜ 
przelotnym spojrzeniem i tylko Wiewiórka i ciemnooka kobieta; bądź ich rodziny, posyłały 
jej krzepiące mrugnięcia. Co pewien czas Sójek podbiegał do niej i rzucał coś na kształt: 

background image

"Będzie jak nowe!", po czym wracał do innych, by tam się rządzić, pokrzykując i 
wymachując długimi niebieskimi ramionami.  
Ktoś szczupły, ogorzały, swobodnym krokiem wspinał się na pagórek, zbliŜając do placu i 
dziecko juŜ zaczęło podskakiwać, gdy nagle przypomniało sobie, Ŝe ma siedzieć spokojnie, 
więc zamarło i cicho krzyknęło:  
- Kojota! Kojota!  
Kojota przyszła, powłócząc nogami. Spojrzała na dziecko. Wyszczerzyła się w uśmiechu.  
- Nie daj się spieprzyć temu Sójkowi, Dziewczyno - rzuciła i niespiesznie poszła dalej.  
Dziecko odprowadziło ją pełnym bólu, stęsknionym wzrokiem.  
Zebrani usiedli teraz z jednej strony placu, tworząc nierówne półkole wciąŜ rozrastające się 
na końcach. Wreszcie powstał niemal pełen krąg ludzi, którzy siedzieli w kurzu wokół 
dziewczynki; byli oddaleni od niej o jakieś dziesięć czy piętnaście kroków. Wszyscy mieli na 
sobie ten rodzaj ubrania, do jakiego dziewczynka przywykła - dŜinsowe spodnie i kurtki, 
koszule, kamizelki, bawełniane sukienki - ale wszyscy byli bosonodzy i wydawali się jej 
piękniejsi od ludzi, których znała; kaŜdy na swój sposób, jakby kaŜdy z nich stwarzał własny 
rodzaj piękna. Ale teŜ niektórzy wyglądali bardzo dziwnie: szczupli, ciemni, lśniący, o 
szepczących głosach, a wśród nich znalazła się jakaś długonoga kobieta z oczami jak 
paciorki. Był tam równieŜ ten wielki męŜczyzna zwany Młodą Sową; miał senny i godny 
wyraz twarzy, zupełnie jak sędzia McCown, właściciel rancza liczącego sobie sześćdziesiąt 
tysięcy akrów. A koło niego siedziała kobieta, która zdaniem dziecka mogłaby być jego 
siostrą; podobnie jak on miała haczykowaty nos i duŜe, silne ręce, ale była chuda i ciemna, a 
w jej ognistych oczach czaiło się coś szalonego. Oczy miała bursztynowe, lecz okrągłe,  
nie skośne jak Kojoty.Była teŜ i Kojota. Ziewała i drapała się z nudów pod pachą.  
Naraz w owym kręgu ktoś się pojawił - męŜczyzna ubrany jedynie w coś w rodzaju szkockiej 
spódniczki i pelerynę malowaną, bądź wyszywaną koralikami w romby. Tańczył w rytm 
grzechotki, którą potrząsał szybko i z furkotem. Miał grube, a mimo to pręŜne ciało tudzieŜ 
kończyny, i miękkie, lejące się ruchy. Dziewczynka nie odrywała odeń wzroku, kiedy tak 
tańczył: to obok niej, to wokół niej i znowu obok. Kołatka w jego dłoni poruszała się tak 
szybko, Ŝe była niemal niewidoczna. W drugiej dłoni trzymał coś cienkiego i ostrego. Ludzie 
siedzący w kręgu zaczęli śpiewać. Śpiewali ledwie kilka dźwięków powtarzających się w 
rytm kołatki -cicho i bez melodii.  
Było to podniecające i nudne zarazem, obce i skądś jakby znajome. Grzechotnik coraz 
bardziej zacieśniał pętlę tańca wokół dziecka, co raz gwałtowniej wysuwając przed siebie 
rękę. Za pierwszym razem dziewczynka zrobiła unik. Przestraszyła się jego nagłego wypadu 
w przód i płaskiej, zimnej twarzy o wąskich oczach. Później, poznawszy swoją rolę, siedziała 
juŜ spokojnie. Taniec trwał nadal. Śpiew teŜ. AŜ wreszcie i taniec i śpiew uniosły ją gdzieś 
poza granicę nudy, gdzie kołysała ją jakaś fala, fala która mogłaby ją tak kołysać na wieki.  
Teraz do kręgu wkroczył Sójek i stanął obok niej. Nie umiał śpiewać, więc tylko pokrzykiwał 
tym swoim donośnym, szorstkim głosem :"Hej!Hej!Hej!Hej!".-Zewsząd odpowiadano mu 
tym samym, a spod skał, na kształt drugiej odpowiedzi, wracało echo. Sójek w jednej ręce 
dzierŜył patyk zakończony czymś krągłym, a w drugiej coś, co przypominało szklaną kulkę. 
Patyk okazał się fajką. Sójek wciągał z niej dym do ust i wydmuchiwał go na cztery strony 
ś

wiata, w górę i w dół, a potem dmuchał na kulkę, za kaŜdym razem wypuszczając jeden 

obłoczek dymu. Wtem grzechotanie ustało i na kilka oddechów wszystko zamarło. Sójek 
ukucnął i z głową przekrzywioną na jedną stronę intensywnie wpatrywał się w dziecko.  
Wyciągnął rękę w przód, mrucząc coś pod nosem w rytm znów narastającego grzechotania i 
ś

piewu. Teraz ludzie śpiewali jeszcze głośniej. Sójek dotknął prawego oka dziecka w samym 

ś

rodku mrocznego bólu. Dziewczynka cofnęła się, ale wytrzymała. Dotknięcie nie było 

delikatne. W jego dłoni ujrzała kulkę, matową Ŝółtą gałkę jakby z pszczelego wosku. Potem 
zamknęła widzące oko i zacisnęła zęby.  

background image

- JuŜ! - krzyknął Sójek. - Otwieraj! No dalej! PokaŜ nam!  
Zwarła szczęki jak imadło, otworzyła oboje oczu. Powieka prawego zaparła się i ciągnęła z 
tak rozdzierającym jaskrawym bólem, Ŝe niewiele brakowało, a dziewczynka 
zwymiotowałaby na oczach siedzącej w krąg widowni.  
- Hej, widzisz coś? No jak tam? Wygląda świetnie! - Sójek ponaglał ją, potrząsał za ramię. - 
No i jak się z tym czujesz? Widzisz?  
To, co widziała było niewyraźne, zamazane i Ŝółtawe. Niebawem odkryła - a wszyscy kolejno 
do niej podchodzili, oglądali ją, z uśmiechem głaskali, poklepywali jej ręce i ramiona - Ŝe 
jeśli zamykała to bolące oko i patrzyła drugim, wszystko stawało się ostre i płaskie. Kiedy zaś 
patrzyła obojgiem oczu, świat jawił sie co prawda rozmazany i Ŝółtawy, ale zyskiwał na głębi.  
tuŜ obok zobaczyła długi nos, wąskie oczy i uśmieszek Kojoty. - co to jest. Sójek? - pytała 
Kojota, zaglądając w prawy oczodół. - Tym razem skradłeś jedno z moich?  
- To sosnowa Ŝywica! - wykrzyknął Sójek wściekły. - Co ty sobie myślisz?! śe uŜyłbym 
jakiegoś głupiego, przechodzonego oka kojota? Ja jestem lekarzem!  
- No, no, no ... Lekarzem! -prychnęła Kojota. -Jejej, aleŜ to dopiero brzydactwo! Dlaczego nie 
poprosiłeś Królika o jedno z jego miotu? To wygląda jak kawałek gówna! - Przysunęła swą 
chudą twarz jeszcze bliŜej. Dziewczynka pomyślała, Ŝe ją pocałuje, tymczasem Kojota 
wysunęła cienki, długi język i znowu liznęła ją dokładnie w sam środek bólu, kojąc go i 
oczyszczając. Kiedy mała ponownie otworzyła oczy, świat wyglądał juŜ całkiem nieźle.  
- Widzę zupełnie nienajgorzej - powiedziała.  
- Hej, wy tam! - wrzasnął Sójek. - Ona mówi, Ŝe nienajgorzej widzi! Udało się! Udało! Sama 
to powiedziała! Nie mówiłem wam? A nie mówiłem? - Odszedł, wykrzykując i wymachując 
ramionami. Kojota zniknęła. Wszyscy się rozchodzili. Dziecko wstało, zesztywniałe od 
długiego siedzenia. Zrobiło się niemal ciemno, jedynie odległy zachód utrzymywał głęboką, 
bladą poświatę. Na wschodzie, równiny  
zatapiały się w noc W niektórych chatach zapłonęło światło. Gdzieś tam, na skraju osady 
piszczące skrzypeczki wygrywały tęskną, szczebiotliwą melodię.  
Ktoś podszedł do niej i cicho zapytał:  
- U kogo się zatrzymasz?  
- Nie wiem - odpowiedziało dziecko. Było przeraźliwie głodne. - Czy mogę zamieszkać z 
Kojotą?  
- Nieczęsto bywa w domu - odparła cicho kobieta. - Nocowałaś u Wiewiórki, prawda? A 
moŜe zamieszkasz z Królikiem, albo z Zającem? Oni mają dzieci...  
- A czy pani ma dzieci? - zapytała dziewczynka, spoglądając na delikatną kobietę o łagodnym 
wejrzeniu.  
- Dwa jelonki - odrzekła z uśmiechem kobieta. - Ale do miasta ściągnęłam dopiero co, na 
taniec.  
- Naprawdę chciałabym zamieszkać z Kojotą - powiedziała po chwili dziewczynka, nieśmiało 
lecz z uporem.  
-Dobrze, w porządku. Tam jest jej dom.-Łania podprowadziła dziecko do rozpadającej się 
chaty na wyŜszym krańcu miasta. Ze środka nie dochodziło Ŝadne światło. Przed wejściem 
walało się mnóstwo rupieci. Nie było schodka prowadzącego do wpół otwartych drzwi. 
Krzywo przybita, sponiewierana sosnowa deska informowała :"Chwilutka".  
- Hej Kojota, jesteś tam? Masz gościa - zawołała Łania. Cisza. Łania otworzyła szerzej drzwi 
i zajrzała do środka.  
-Nie ma jej. Chyba poluje. Muszę juŜ wracać do jelonków. Dasz sobie radę? KaŜdy tutaj da ci 
coś do jedzenia. Poradzisz sobie...?  
-Tak, tak. Dam sobie radę. Dziękuję pani - odrzekło dziecko.  

background image

Łania odchodziła w perłowy zmrok. Była niezwykle elegancka w ruchach i drobiła małymi 
kroczkami niczym kobieta na wysokich obcasach - szybka, dokładna, lekka jak piórko. 
Dziewczyna odprowadziła ją wzrokiem.  
Wewnątrz "Chwilutki" panował zbyt wielki mrok, by dało się cokolwiek zobaczyć i tak tam 
było zagracone, Ŝe dziewczynka padała przy kaŜdym kroku. Nie umiała się połapać gdzie i 
jak rozpalić ogień. Namacała coś, co zdawało się być łóŜkiem, ale kiedy się tam połoŜyła, 
zapach i to, co wyczuwała pod sobą, sprawiało raczej  
wraŜenie sterty brudów. Coś gryzło ją w nogi, ręce, szyję i w plecy. Była okropnie głodna.  
Kierując się węchem, dotarła do czegoś, co musiało być śniętą rybą i zwisało z sufitu w rogu 
chaty. Po omacku zerwała zeń tłustą skórę i skosztowała. To był wędzony, suszony łosoś. 
Odrywała jeden mięsisty kawałek po drugim, aŜ wreszcie poczuła się syta. Wylizała palce do 
czysta. TuŜ przy otwartych drzwiach gwiaździsta poświata oświetlała wodę w jakimś 
naczyniu. Dziewczynka ostroŜnie ją powąchała, ostroŜnie spróbowała i wypiła tylko tyle, by 
ugasić pragnienie, bowiem woda miała błotnisty smak, była ciepła i stęchła. Potem wróciła na 
łoŜe z brudnych szmat i pcheł, i połoŜyła się. Mogłam pójść do domu Wiewiórki, czy  
innych przyjaznych domostw - myślała leŜąc samotnie na brudnym posłaniu Kojoty. Ale nie 
poszłam... Tłukła pchły tak długo, dopóki nie zapadła w sen.  
Gdzieś w środku nocy usłyszała czyjś głos...  
-Posuń się, kicia.  
... i tuŜ koło niej zrobiło się nagle ciepło.  
Ś

niadanie, jedzone na siedząco w zalanych słońcem otwartych drzwiach, składało się z papki 

ze sproszkowanego suszonego łososia. Kojota polowała dzień i noc, ale nie jadały świeŜej 
dziczyzny tylko łososia, suchy proszek, i wszelkie sezonowe jagody. Dziewczynka nie pytała 
dlaczego. Wydawało jej się to logiczne. Chciała natomiast zapytać Kojotę, dlaczego spała w 
nocy, a czuwała w dzień, jak dwunoŜni ludzie, nie odwrotnie, jak to miały w zwyczaju kojoty. 
Kiedy jednak sformułowała juŜ w myślach pytanie, uświadomiła sobie, Ŝe po to jest dzień, 
Ŝ

eby czuwać i noc, by spać. I to teŜ było logiczne. Ale pewnego upalnego dnia jedno pytanie 

jednak zadała; akurat obie leŜały, oganiając się od pcheł.  
- Nie mogę zrozumieć, dlaczego wyglądacie jak ludzie.  
- Jesteśmy ludźmi.  
- Nie, nie, myślę o takich ludziach jak ja, na dwóch nogach.  
- Podobieństwo tkwi w oku patrzącego - odparła Kojota. - A tak przy okazji, jak miewa się to 
twoje pokiereszowane oko?  
-Dobrze. Ale... No, Ŝe nosicie ubrania... i mieszkacie w domach, macie ogień no i to 
wszystko...  
- To ty tak myślisz. Gdyby ten pyskacz Sójek nie wmieszał się w całą sprawę, pokazałabym 
ci, co znaczy dobra robota.  
Dziewczynka juŜ całkiem przywykła do tego, Ŝe Kojota nie lubiła trzymać się jednego 
tematu, za to lubiła się przechwalać. Pod niektórymi względami, Kojota przypominała wiele 
znanych dziewczynce dzieci. Pod innymi nie.  
- Chcesz powiedzieć, Ŝe to, co widzę tak naprawdę to nie istnieje? śe to nie jest prawdziwe? 
ś

e to taka telewizja, albo coś w tym rodzaju...?  

- Nie - odparła Kojota.-O, masz kleszcza na kołnierzu!-Wyciągnęła rękę, strzepnęła kleszcza, 
podniosła jednym palcem, rozgryzła i wypluła resztki.  
- Łeee...- powiedziało dziecko. - No więc?  
- A więc dla mnie zasadniczo jesteś szaro-Ŝółta i biegasz na czterech nogach. Dla tamtej 
reszty - tu machnęła lekcewaŜąco ręką w stronę zbitych w gromadę małych domków u stóp 
wzgórza -jesteś podskakującym stworzeniem, co to ciągle wykrzywia nos. Dla Jastrzębia 
jesteś jajkiem, a moŜe juŜ obrastasz puchem? Sama widzisz... Wszystko zaleŜy, jak się na co 
patrzy. Są tylko dwa gatunki ludzi.  

background image

- Na dwóch nogach i na czterech?  
- Nie. Ci, którzy mówią: "Są dwa gatunki ludzi" i ci, którzy tego nie mówią. - Kojota pękała z 
dumy, tłukąc się po udach i chichocząc z radości, Ŝe tak się jej udał dowcip. Dziecko nie 
rozumiało go i czekało.  
- No dobra - zaczęła Kojota. - Więc są ci pierwsi ludzie, no i ta reszta. To właśnie te dwa 
rodzaje...  
- A ci pierwsi to kto?  
- My, zwierzęta... i tak dalej. Wszyscy ci starzy. No wiesz. I wy maluchy, dzieciaki, 
Ŝ

ółtodzioby. Wszyscy ci, co byli najpierw.  

-A... ci drudzy?  
- Oni - wyjaśniała Kojota. - No wiesz. Ci inni. Ci nowi. Ci, co przyszli. - Jej drobna, ostra 
twarz nabrała powagi, stała się groźna. Z krótkotrwałą złotawą przenikliwością spojrzała 
wprost na dziecko; rzadko się jej to zdarzało. - Jesteśmy tu. Jesteśmy tu od zawsze - 
powtórzyła. - Jesteśmy tutaj od zawsze. Tam gdzie jesteśmy, jest "tutaj". Ale to teraz ich kraj. 
Oni tu rządzą... Szlag! Nawet mnie się to lepiej udawało!  
Dziecko dumało czas jakiś i podsunęło słowo tak często słyszane:  
- To są nielegalni imigranci.  
- Nielegalni! - parsknęła Kojota szyderczo i z pogardą. - Nielegalny moŜe być podrzutek. Co 
to do cholery znaczy "nielegalny"? Chcesz od kojoty usłyszeć kodeks sprawiedliwości? 
Wydoroślej, dzieciaku!  
- Nie chcę.  
- Nie chcesz dorosnąć?  
- Stanę się tym drugim rodzajem, jak dorosnę.  
- Hm. No tak - rzekła Kojota i wzruszyła ramionami. - Takie jest Ŝycie. - Wstała i poszła za 
dom, a dziecko słyszało, jak sika na podwórku.  
Wiele było rzeczy trudnych do zniesienia w Kojocie-matce. Na czas, kiedy odwiedzali ją jej 
męscy przyjaciele, dziewczynka nauczyła się wychodzić z domu i spędzać noc u Królików, 
albo u Wiewiórki, bowiem Kojota i jej dobiegacz nie raczyli nawet zaczekać, aŜ znajdą się w 
łóŜku, tylko zaczynali to robić juŜ na podłodze, a nawet od razu na podwórku. Kilka razy 
zdarzyło się, Ŝe Kojota wróciła późną porą z polowania ze swoim amantem i mała musiała 
wciskać się w ścianę, tam, razem z nimi, w łóŜku, słysząc i czując, co robią tuŜ za jej plecami. 
Było to coś pośredniego między walką a tańcem i miało swój rytm, i nie przeszkadzałoby to 
jej zbytnio, tyle Ŝe nie bardzo dawało się przy tym spać.  
Którejś nocy zbudziła się czując, Ŝe bieŜący przyjaciel Kojoty w jakiś oślizgły sposób 
głaszcze ją po brzuchu. Nie wiedziała, co zrobić, ale Kojota się obudziła, zorientowała, co 
tamten wyrabia, ugryzła go mocno i wykopała z łóŜka. Noc spędził na podłodze, a następnego 
ranka kajał się, mówiąc:  
-Tam do licha, Ko! Zapomniałem, Ŝe jest z nami dzieciak! Myślałem, Ŝe to ty...  
Nieudobruchana Kojota wrzeszczała:  
- Myślisz, Ŝe jestem bez zasad?! Myślisz, Ŝe pozwoliłabym jakiemuś kojotowi zgwałcić 
dzieciaka w moim łóŜku?! -Wyniosła go na kopach z chaty i do końca dnia na niego 
utyskiwała. Ale zaraz potem znów przyszedł tam na noc i razem z Kojotą robili to ze trzy czy 
cztery razy.  
Kolejną dość kłopotliwą sprawą było to, Ŝe Kojota sikała gdzie popadło, ściągając majtki w 
miejscach publicznych. Ale większość tutejszych ludzi zdawała się tego nie zauwaŜać. Tym, 
co dziewczynkę najbardziej zawstydzało, były chwile, gdy Kojota w dowolnym miejscu 
robiła coś grubszego, po czym odwracała się do tego i przemawiała. To było okropne. 
Zupełnie tak, jakby Kojota była - co często mogło przychodzić na myśl, a to przecieŜ 
nieprawda - niespełna rozumu.  

background image

Któregoś dnia, gdy Kojota spała, dziewczynka pozbierała wszystkie zeschnięte bobki 
walające się wokół domu i zakopała je w pewnym piaszczystym miejscu, dokąd na dłuŜsze 
posiedzenia chodziła i ona, i Ryś, i większość tamtejszych ludzi.  
Kojota zbudziła się, leniwie wywlokła się z "Chwilutki", ziewając czochrała swe gęste, jasne, 
szarawe futro i wystarczyło, Ŝe raz tylko rozejrzała się tymi swoimi wąskimi oczyma i 
natychmiast zapytała:  
- Hej! A gdzie one są? - A potem krzyknęła: - Gdzie jesteście!? Gdzie wy jesteście!?  
Dało się słyszeć słaby chórek dochodzący spod kupy piasku:  
- Tu jesteśmy, mamusiu!  
Kojota podbiegła tam truchtem, kucnęła, wygrzebała spod ziemi wszystkie bobki i długo 
potem do nich przemawiała. Wróciła do domu i nie odezwała się w tej sprawie słowem, ale 
czerwona na twarzy dziewczynka powiedziała z bijącym sercem:  
- Przepraszam, Ŝe to zrobiłam.  
- Łatwiej jest, kiedy są w pobliŜu - wyjaśniła Kojota, myjąc ręce. Mimo brudu panującego w 
domu, na swój sposób dbała o czystość osobistą.  
- Ciągle na nie nadeptywałam - tłumaczyło się dziecko, próbując usprawiedliwić swój 
uczynek.  
-Biedne małe gówienka...-skomentowała Kojota, ćwicząc jakiś taneczny krok.  
- Kojoto - zaczęło dziecko nieśmiało - czy ty kiedykolwiek miałaś dzieci? Mam na myśli 
prawdziwe szczeniaki.  
- Czy miałam dzieci?! Czy miałam dzieci? Dobre sobie! Pamiętasz tego, który próbował cię 
podmacywać? Wiesz który? To był mój syn. Szmatławiec.... Posłuchaj, Dziewczyno, miej 
córki. Jak juŜ musisz coś mieć, miej córki. One przynajmniej się zmywają.  
Dziecko myślało o sobie, Ŝe jest Dziewczyną, ale teŜ czasem, Ŝe jest równieŜ Myrą. O ile 
wiedziała, była jedyną osobą w mieście o dwóch imionach. Musiała o tym myśleć jak równieŜ 
i o tym, co Kojota mówiła o dwóch rodzajach ludzi; musiała myśleć, gdzie jest jej miejsce. 
Niektórzy w mieście dawali jej jasno do zrozumienia, Ŝe jeśli o nich idzie, do ich społeczności 
ona z pewnością nie naleŜała. Na wskroś paliło ją wściekłe spojrzenie Jastrzębia, dzieci 
Ś

mierdziela robiły głośne uwagi na temat jej zapachu. I mimo, Ŝe Wiewiórka i Zajęczyca  

otaczały ją Ŝyczliwością, była to serdeczność duŜych rodzin, w których jedna osoba mniej czy 
więcej nie czyni Ŝadnej róŜnicy. Gdyby to jedno z nich, Zając czy Królik, znaleźli ją 
zagubioną i na wpół ślepą na pustyni, czy zatrzymaliby się przy niej tak, jak to zrobiła 
Kojota? To właśnie było to - szaleństwo, które nazywali szaleństwem Kojoty. Ona się nie 
bała. Mieszała się z obydwoma rodzajami ludzi, przechodziła od jednych do drugich. Kozioł i 
Łania wraz ze swymi pięknymi dziećmi bały się naprawdę, bo Ŝyły w stałym zagroŜeniu. 
Grzechotnik się nie bał, poniewaŜ sam był niebezpieczny. A moŜe się jednak i bał, bo nigdy z 
nią nie rozmawiał i nigdy się do niej nie zbliŜał. śadne z nich nie traktowało jej tak, jak 
Kojota. Nawet wśród dzieci jej jedynym stałym towarzyszem zabaw był młodszy od niej, 
absurdalnie śmieszny i nieustraszony chłopiec zwany Dzieckiem Rogatej Ropuchy. Razem 
kopali i budowali za miastem pośród szałwii, i bawili się w polowanie, zbieranie, w dom i w 
tańce, we wszystkie te wspaniałe zabawy. Blady, przycupnięty chłopiec o mocno 
zaznaczonych brwiach... Był pełnym rezerwy, a jednak oddanym jej przyjacielem; i duŜo 
wiedział jak na swój wiek.  
- Nie ma tu nikogo takiego jak ja - powiedziała pewnego dnia dziewczynka, kiedy siedzieli 
nad sadzawką w porannym słońcu.  
- Takich jak ja nie ma specjalnie nigdzie - odparło Dziecko Rogatej Ropuchy.  
- No wiesz, co mam na myśli.  
- Uhm... Wydaje mi się, Ŝe kiedyś byli tu tacy jak ty.  
- Jak się nazywali?  
-No... ludzie. Tak jak wszyscy.  

background image

- Ale gdzie mieszkają ci moi ludzie? Mają miasta. Kiedyś mieszkałam w mieście. Nie wiem, 
gdzie oni są i gdzie jest wszystko inne. Powinnam się dowiedzieć. Nie wiem, gdzie jest moja 
mama, ale tata jest w Canyonville. Właśnie tam leciałam, kiedy... .  
- Spytaj Konia - rzucił roztropnie chłopiec. Odsunął się od wody, której nie lubił i nigdy nie 
pił, i zaplatał sitowie.  
-Nie znam Konia.  
- Na ogół kręci się przy Sterczącym Wzgórzu. Czeka, aŜ się jego wuj zestarzeje, a wtedy da 
mu kopa i sam zostanie za wielkiego ogiera. Pan starszy i kobiety nie chcą go tymczasem 
oglądać. Konie są dziwne. Mniejsza z tym, to jego właśnie trzeba zapytać. On duŜo bywa i 
jego ludzie przybyli tu z tymi nowymi, w kaŜdym razie tak mówią.  
Nielegalni imigranci - pomyślała dziewczynka. Posłuchała rady Dziecka Rogatej Ropuchy i 
któregoś długiego dnia, kiedy Kojota wybyła na jedną z tych swoich niezapowiedzianych i 
niewyjaśnionych eskapad, zabrała ze sobą sakiewkę pełną suszonego łososia i tak zwanych 
łososiowych jagód, i wyruszyła samotnie na południowy zachód, do Sterczącego Wzgórza, 
odległego o wiele mil od miasta.  
U stóp góry znajdowało się przepiękne źródełko, a przy nim ścieŜka z mnóstwem czyichś 
ś

ladów. Czekała pod wierzbą, obok przejrzystej sadzawki i juŜ po chwili nadbiegł Koń. Był 

wspaniały, o miedzianoognistej skórze, długich, silnych nogach, szerokiej klatce, ciemnych 
oczach i czarnej grzywie, która biła go w biegu po grzbiecie.  
Zatrzymał się, zupełnie nie przestraszony, i spojrzawszy na nią, prychnął.  
-Kim jesteś?  
Nikt w mieście nigdy jej tego pytania nie zadał. Teraz wiedziała juŜ, Ŝe to prawda: Koń 
przybył tu z innymi ludźmi, z ludźmi, którzy musieli wzajemnie się pytać, kto kim jest.  
- Mieszkam u Kojoty - odparła ostroŜnie.  
- A tak, słyszałem o tobie - rzekł Koń. Przyklęknął, by napić się z sadzawki. Pił długimi, 
głębokimi łykami, nurzając ręce w chłodnej wodzie. Kiedy się juŜ napił, otarł usta, przysiadł 
na piętach i oznajmił:  
- Będę królem.  
- Królem koni?  
-Tak jest! Całkiem niedługo. Mógłbym juŜ wykończyć Starego, ale co tam, zaczekam. Niech 
się nacieszy tym, co ma - powiedział Koń. Zarozumiały. Wielkoduszny.  
Dziecko wpatrywało się weń, zakochane na wieki.  
- Mogę ci uczesać grzywę, jeśli chcesz - zaproponowało.  
- Świetnie! - stwierdził Koń i usiadł, a ona stała za nim, ciągnąc z wysiłkiem swój 
kieszonkowy grzebyczek przez jego twarde, na jard długie, czarne, lśniące włosy.  
Długo trwało, zanim rozczesała wszystkie. Kiedy juŜ była gotowa, związała je wierzbową 
witką w olbrzymi koński ogon. Koń nachylił się nad wodą, Ŝeby podziwiać swe odbicie.  
- Wspaniale - pochwalił. -Naprawdę pięknie!  
- Czy czasem chodzisz tam... gdzie są inni ludzie? - zapytała cicho.  
Nie odpowiadał na tyle długo, Ŝe juŜ myślała, iŜ wcale nie odpowie, lecz wtem się odezwał:  
- Masz na myśli te miejsca z metalu? Ze szkła? Te dziury? Bywam w tamtych okolicach. 
Teraz tam same mury. Kiedyś nie było ich tak wiele. Babka mówiła, Ŝe dawniej w ogóle nie 
było murów. Znasz Babkę? - zapytał naiwnie spoglądając na dziecko wielkimi, ciemnymi 
oczyma.  
-Twoją babkę?  
- No tak... Babkę, no wiesz... Tą, która snuje pajęczynę. No, wszystko jedno. Wiem, Ŝe trochę 
moich ludzi, koni, teŜ tam jest. Widziałem ich za murami. Zachowują się po wariacku. Wiesz, 
sprowadziliśmy tu nowych ludzi. Nie doszliby tutaj bez nas, bo mają tylko dwie nogi i te 
metalowe pudełka. Mogę ci opowiedzieć całą tę historię. Król musi znać wszystkie historie.  
- Bardzo lubię róŜne historie.  

background image

- Całe opowiadanie zajęłoby trzy noce. Co chcesz o nich wiedzieć?  
- Właśnie sobie myślałam, Ŝe moŜe powinnam tam pójść. Tam do nich.  
- To niebezpieczne. Naprawdę niebezpieczne. Nie moŜna się tam dostać. Złapią cię.  
- Chciałabym tylko znać drogę.  
- Drogę to ja znam - powiedział Koń i po raz pierwszy zabrzmiało to zupełnie dorośle i 
odpowiedzialnie. Wiedziała, Ŝe to prawda. -Dla młodego konia to kawał drogi. - Znów 
spojrzał na nią. - Mam kuzynkę, która jedno oko ma w jednym kolorze, a drugie w innym - 
rzekł, przenosząc wzrok z prawego oka dziecka na lewe. - Jedno brązowe, a drugie niebieskie. 
Ale ona jest Paluzyjką.  
- To Ŝółte zrobił mi Sójek - wyjaśniło dziecko. - Straciłam swoje własne. W tym... kiedy... 
Myślisz, Ŝe nie mogłabym się tam dostać?  
- A po co?  
- Jakoś tak czuję, Ŝe muszę.  
Koń kiwnął głową. Podniósł się. Dziewczynka stała bez ruchu.  
- Sądzę, Ŝe mógłbym cię tam zabrać - stwierdził.  
- Mógłbyś? Kiedy?  
- Myślę, Ŝe choćby i teraz. Jak juŜ zostanę królem, nie będę mógł tak sobie odchodzić, 
rozumiesz sama. Trzeba chronić kobiety. No i z całą pewnością nie pozwoliłbym swoim 
ludziom zbliŜać się do tych miejsc! - Dreszcz przeszedł przez całe jego wspaniałe ciało, a 
mimo to odrzucając głowę dodał: - Oczywiście, mnie nie daliby rady złapać, ale inni nie 
umieją tak biegać jak ja.  
- Ile czasu by nam to zajęło?  
Koń chwilę się zastanawiał.  
- Hm, najbliŜsze takie miejsce jest za czerwonymi skałkami. Gdybyśmy ruszyli teraz, 
bylibyśmy z powrotem jutro koło południa. To tylko mała dziura. Nie wiedziała, co miał na 
myśli mówiąc "dziura", ale nie zapytała go o to.  
- Chcesz się tam wybrać? -spytał Koń, odrzucając w tył zebraną w węzeł grzywę.  
- Tak... - powiedziała dziewczynka, czując jak ziemia usuwa się jej spod nóg.  
- Umiesz biegać?  
Potrząsnęła głową.  
- Ale sama tu przyszłam.  
Roześmiał się, swobodnym, pogodnym śmiechem.  
- Wskakuj - rzucił i ukląkł, zginając wykręcone do tyłu ręce, by mogła mu wejść na barki jak 
przy pomocy strzemion. - Jak cię nazywają? - droczył się z nią, podnosząc się z łatwością i z 
miejsca ruszając biegiem. - Komar? Mucha? Pchła?  
- Kleszcz, bo nie dam się oderwać! - krzyknęła, ściskając wierzbową witkę, oplatającą czarną 
grzywę. Śmiała się ze szczęścia, Ŝe oto nagle urosła na osiem stóp i na podobieństwo trawy, 
nie kiwając palcem, gna przez pustynię jak wiatr.  
Była noc po pełni. KsięŜyc wstał, by oświetlić im równinę. Koń nieprzerwanie biegł przed 
siebie, zdawało się, Ŝe bez Ŝadnego wysiłku. Głęboką nocą zatrzymali się w obozowisku 
Sowy Pigiriejki. Trochę podjedli i odpoczęli. Większość sów udała się na polowanie, lecz 
pewna stara dama zabawiała ich przy ognisku opowiadaniem historyjek o duchu świerszcza i 
o wielkich niewidzialnych ludziach.  
Dziewczynka słuchała tych przypowieści, to zapadając w drzemkę, to na wpół budząc się i 
znów zasypiając, jak gdyby wplatała je we własne sny. Później Koń posadził ją sobie na 
grzbiecie i niemęczącym wolnym kroczkiem ruszyli w drogę. KsięŜyc chował się za ich 
plecami, a przed nimi niebo jaśniało juŜ złotem i róŜem. Zniknął lekki, nocny wiatr, a 
powietrze było ostre, zimne i nieruchome. Pachniało, czy raczej niosło w sobie delikatny 
zapach spalenizny. Dziecko czuło, jak zmienia się krok Konia, jak staje się napięty, 
skrępowany.  

background image

- Cześć, KsiąŜę! - odezwał się czyjś cienki, ganiący głos.  
Dziewczynce wydał się znajomy i połączyła go z osobą, jak tylko ją ujrzała. Tamta siedząca 
na jałowcu; schludnie ubrana, miała na głowie starą,, czarną czapkę.  
- Witaj, Sikoro! - odpowiedział Koń, podchodząc bliŜej i zatrzymując się przy drzewie. 
Jeszcze w miasteczku Kojoty dziewczynka zauwaŜyła, Ŝe wszyscy traktowali Sikorę z 
szacunkiem. Nie rozumiała dlaczego. Sikora zdawała się być kimś najzwyklejszym w 
ś

wiecie; ruchliwa i gadatliwa jak większość małych ptaków, nie była tak przymilna jak 

Przepiórka, ani tak imponująca jak Jastrząb czy Wielka Sowa.  
- Wybierasz się gdzieś tą drogą? - zapytała Sikora Konia.  
- Mała chce zobaczyć czy mieszkają tam jej ludzie - odparł Koń, zaskakując tym 
dziewczynkę. Czy rzeczywiście tego chciała...?  
Sikora, jak to się jej często zdarzało, sprawiała WraŜenie niezadowolonej. W zamyśleniu 
zagwizdała kilka dźwięków - to teŜ naleŜało do jej przyzwyczajeń - po czym wstała.  
-Idę z wami.  
- Wspaniale - rzekł Koń z wdzięcznością.  
- Lecę na zwiad - oznajmiła Sikora i z niebywałą szybkością odleciała, wysforowując się 
przed nich, gdy tymczasem Koń wpadł w swój równy, długi krok.  
Kwaśny zapach w powietrzu przybrał na sile. Sikora zatrzymała się na niewielkim 
wzniesieniu, daleko przed nimi i zamarła w bezruchu. Koń zwolnił do kroku spacerowego i 
wreszcie stanął.  
- Jest - powiedziała cicho.  
Dziewczynka wypatrywała oczy. W dziwnym świetle i lekkiej mgle poprzedzającej wschód 
słońca nie widziała zbyt wyraźnie, a kiedy tak wytęŜała wzrok, zdawało się jej, Ŝe na lewe 
oko całkiem oślepła.  
- Co to takiego? - wyszeptała.  
-Jedna z dziur. Po drugiej stronie muru. Widzisz?  
Wyglądało to tak, jakby biegła tam jakaś prosta, urywana linia przeciągnięta przez równinę 
bylicy, a na jej odległym końcu... Nic? CzyŜby to mgła? Coś tam się ruszyło...  
- To bydło! - zawołała.  
Koń stał w milczeniu, niepewny. Sikora juŜ do nich wracała.  
- To ranczo. A tam jest płot i mnóstwo herefordów - powiedziała dziewczynka. Słowa te 
nabrały w jej ustach smaku Ŝelaza, smaku soli. Nazwane przez nią rzeczy zachwiały się przed 
jej oczyma i rozpłynęły, nie zostawiając nic tylko dziurę w świecie, wypalone miejsce, jak 
popiół z papierosa. - Podejdź tam - ponaglała Konia. Chcę to zobaczyć.  
Jakby winien jej był posłuszeństwo, ruszył przed siebie. Był spięty, ale nie próbował z nią 
dyskutować.  
Podfrunęła do nich Sikora.  
- Nikogo nie ma - informowała swym cienkim, oschłym głosem - ale zbliŜa się jeden z tych 
obłych szybkich przedmiotów.  
Koń skinął głową, lecz nadal parł do przodu. Kurczowo trzymając się jego barków,  
dziewczynka wpatrywała się w pustkę. I naraz, jakby słowa Sikory wyostrzyły jej wzrok, 
znów zobaczyła: rozsypane białe twarze - niektóre z nich spoglądały w ich stronę, 
przewracając niebieskawymi oczyma - ogrodzenia, na wzgórzu dach domu z kominem, i 
wysoką stodołę... Nagle, gdzieś w oddali coś się poruszyło, poruszyło się i zaczęło bardzo 
szybko biec, coraz szybciej i szybciej, zbyt szybko, pędziło nad ziemią, dokładnie na nich, z 
potworną prędkością.  
- Uciekaj! - wrzasnęła. - Uciekaj! Uciekaj!  
Koń zawrócił i jakby puściły wszelkie pęta, gnał maksymalnie wyciągnięty w powietrzu, 
wyrzucając nogi daleko przed siebie. Uciekał od słońca, od ogniście płonącego pojazdu, od 

background image

zapachu kwasu, Ŝelaza, śmierci. A Sikora frunęła przed nimi niczym popiół unoszony 
podmuchem świtu.  
 
- Koń?! - dziwowała się Kojota. - Ten kutas? Pierniczysz!  
Kojota była juŜ w domu, gdy dziewczynka dotarła do Chwilutki, ale najwyraźniej nie 
martwiła się o dziecko, moŜe nawet nie spostrzegła jego nieobecności. Miała paskudny 
nastrój i wszystko to, co dziewczynka usiłowała jej wyjaśnić, rozumiała opacznie.  
- Jeśli masz zamiar robić takie głupoty, w przyszłości rób je ze mną. Ja przynajmniej mam w 
tym wprawę - rzekła ponuro, przygarbiona za drzwiami. Dziecko widziało, jak Kojota kuca, 
jak dźga patykiem stary, biały bobek i usiłuje nakłonić go do odpowiedzi na jakieś pytania. 
Bobek uparcie milczał. Później tego dnia dziewczynka zauwaŜyła, Ŝe w pobliŜu źródła snują 
się dwa kojoty. Jeden był młody, drugi stary, o dość parszywym wyglądzie. Kręciły się i 
spoglądały w stronę Chwilutki.  
Dziewczynka postanowiła, Ŝe dobrze będzie tę noc spędzić gdzieś poza domem. Wizja 
zatłoczonych pokojów Wiewiórki nie wydała się jej atrakcyjna. Znów zapowiadała się ciepła, 
księŜycowa noc. DlaczegóŜ by nie przespać się na dworze? Gdyby tylko mogła mieć 
pewność, Ŝe nie przyplącze się gdzieś w pobliŜe nikt w rodzaju Grzechotnika... 
Niezdecydowanie stanęła w połowie miasta, gdy nagle odezwał się oschły głosik:  
- Cześć, Dziewczyno.  
- Cześć, Sikoro.  
Schludna kobieta w czarnej czapce stała na progu swego domu, wytrzepując chodnik. Dom 
był równie uporządkowany i schludny jak ona sama. Po wyprawie na pustynię dziecko 
wiedziało juŜ - choć nadal nie umiałoby tego ująć w słowa - dlaczego Sikora naleŜała do osób 
Szanowanych.  
- Pomyślałam sobie, Ŝe moŜe dziś będę spać na dworze... - rzuciła niepewnie.  
- Niezdrowo - stwierdziła Sikora. - A od czego są gniazda?  
- Mama jest... trochę zajęta.  
- Hm! - prychnęła Sikora i z oburzeniem strzepnęła chodnik. - A ci jej mali przyjaciele? To są 
w kaŜdym razie porządni ludzie.  
- Mały Rogaty Ropuch? Ma takich nieśmiałych rodziców...  
- No cóŜ. Skoro tak, to wejdź do środka i posil się - rzekła Sikora.  
Dziewczynka pomagała jej przygotować kolację. Wiedziała juŜ, dlaczego w garnku są 
kamienie.  
- Pani Sikoro - zaczęła - wciąŜ tego nie rozumiem... Czy mogę spytać? Mama mówi, Ŝe to 
zaleŜy od patrzącego, ale mimo to... Chcę powiedzieć, Ŝe skoro widzę, Ŝe nosicie ubrania tak 
jak my, ludzie na dwóch nogach, to jak to się dzieje, Ŝe gotujecie w taki sposób, w koszykach, 
rozumie pani... No i nie uŜywacie takich rzeczy, jakie mają ci, u których byliśmy dziś rano z 
Koniem.  
- Nie wiem - odparła Sikora. We wnętrzu domu jej głos brzmiał całkiem ciepło i przyjemnie. - 
Wydaje mi się, Ŝe robimy wszystko tak, jak to robiliśmy dawniej, kiedy twoi ludzie i moi Ŝyli 
razem, wiesz. I razem ze wszystkim dokoła. No rozumiesz, z kamieniami, roślinami i tak 
dalej. - Spojrzała na koszyk z wierzbowych witek, korzenia paproci i Ŝywicy, i na sczerniałe 
kamienie, które grzały się w ogniu. - Sama widzisz, jak to wszystko do siebie pasuje...  
- Ale macie ogień... To całkiem inaczej niŜ... ?  
- Ach! - rzuciła niecierpliwie Sikora. - CóŜ wy ludzie właściwie sobie wyobraŜacie? Zdaje się 
wam, Ŝe to wy wynaleźliście słońce?  
Wzięła drewniane szczypce i ująwszy rozgrzane kamienie, wrzuciła je do wypełnionego wodą 
koszyka; buchnęła para, rozległ się przeraźliwy syk i głośny bulgot. Dziecko wsypało do 
ś

rodka utłuczone nasiona i zamieszało.  

background image

Sikora wyniosła kosz drobnych czarnych jagód. Usiadły na dopiero co wytrzepanym  
chodniku i jadły. Dziewczynka znacznie juŜ udoskonaliła technikę nabierania jedzenia 
dwoma palcami.  
- CóŜ, moŜe pyłu nie wymyśliłam, ale jestem lepszą kucharką niŜ Kojota - odezwała się 
Sikora.  
Dziecko skinęło głową, nie przerywając jedzenia.  
- Nie wiem, dlaczego zmusiłam Konia, Ŝeby mnie tam zabrał - powiedziała dziewczynka, 
kiedy juŜ się najadła. - Kiedy to zobaczyłam, zlękłam się tak samo jak on. Ale teraz czuję, Ŝe 
znów chciałabym tam wrócić. Ale teŜ chcę zostać tutaj, z moimi przyjaciółmi, z Kojotą... Nic 
z tego nie rozumiem.  
- Kiedy mieszkaliśmy razem, wszystko to było jednym miejscem - zaczęła Sikora swym 
niespiesznym, domowym głosem. - Ale teraz ci inni, ci nowi ludzie, mieszkają osobno. I te 
ich miejsca są takie przytłaczające. Wpychają się na nasze tereny, wciskają, wyrywają je, 
wysysają, wyŜerają je, wygryzają w nich dziury, przepełniają... Niewykluczone, Ŝe jeszcze 
trochę, a znów będzie tylko jedno miejsce, ich miejsce na ziemi. A z nas nikt tu juŜ nie 
zostanie. Znałam kiedyś Bizona, tam za górami. Znałam Antylopę, mieszkała tutaj. O tam, na  
zachodzie byli teŜ Niedźwiedź Grizzly i Szary Wilk. Nie ma ich juŜ. Nikogo z nich nie ma. A 
ten łosoś, którego jesz w domu Kojoty... To jest bajkowy łosoś, to jest prawdziwe jedzenie. 
Ale ile takich jeszcze zostało? Gdzie są te rzeki, które aŜ czerwieniały na wiosnę? Kto teraz 
tańczy, gdy Pierwszy Łosoś składa siebie w ofierze? Kto tańczy nad rzeką? O! O to właśnie 
powinnaś zapytać Kojotę. Ona wie więcej ode mnie. Ale ona zapomina... Jest zupełnie 
beznadziejna, jeszcze gorsza od Kruka. Musi wciąŜ sikać na kaŜdym rogu, okropnie prowadzi 
dom - głos Sikory zabrzmiał ostro. Zagwizdała coś krótko i zamilkła.  
Po chwili dziecko zapytało cicho:  
- Kto to jest Babka?  
- Babka... - powtórzyła Sikora. Spojrzała na dziewczynkę i w zamyśleniu zjadła kilka jagód. 
Wygładziła ręką chodnik, na którym siedziały. - Gdybym rozpaliła ogień na chodniku, 
wypaliłabym w nim dziurę - zaczęła. - Zgadza się? A zatem ogniska budujemy na piasku, w 
pyle drogi... Wszystko jest ze sobą splecione. A więc tę, która jedno z drugim splata, 
nazywamy Babką. - Zagwizdała cztery dźwięki, wpatrując się w otwór w dachu, którym 
uchodził dym. - W końcu - dodała - być moŜe całe to miejsce, moŜe i inne miejsca... moŜe 
wszystko to razem jest tylko jedną stroną tego, co się przędzie? Nie wiem. Umiem patrzeć 
raptem jednym okiem naraz, więc skąd miałabym wiedzieć, jak głęboko to sięga?  
Zawinięta w koc Sikory na podwórku za jej domem, dziewczynka słuchała szumu i zrywów 
wiatru w topolowym zagajniku w dole kotlinki. A potem, zmordowana minioną, jakŜe długą 
nocą, głęboko zasnęła. Góry na wschodzie nabrały barwy mglistej, ciemnej czerwieni, jakby 
podświetlało je z tyłu nisko zawieszone światło podobne do tego, które widać przez dłoń 
trzymaną przed ogniem. Na tytoniowym poletku - jedynym rolniczym zajęciem, jakim 
ktokolwiek się tam parał, była drobna uprawa dzikiego tytoniu - Jaszczurka z śukiem nuciły 
coś w rodzaju pieśni na szybsze wzejście zbiorów, bądź na ich błogosławienie. Brzmiało to 
jak ciepłe i cokolwiek chaotyczne hu-hu-hu-hu, hu-hu-hu-hu, i leŜąc tak zwinięta i rozgrzana 
na ziemi dziewczynka czuła, jak pod wpływem ich pieśni w ziemię tę wrasta, jak się na niej i 
w niej kołysze tak, Ŝe nie wiedziała juŜ, gdzie kończą się jej palce, a zaczyna pył podłoŜa. 
Zupełnie jakby była martwa... Ale przecieŜ Ŝyła, była Ŝyciem tej planety!  
Wstała tańcząc, w gnieździe Sikory, na pustym juŜ łóŜku zostawiła elegancko zwinięty koc i 
tanecznym krokiem wspinała się na wzniesienie, do Chwilutki. W na wpół otwartych 
drzwiach zaśpiewała:  
Tańczyłem z dziewczyną w dziurawej pończosze, Dziurawej pończosze, dziurawej  
pończosze, jej kolana stukały, a pięty tupały, Tańczyłem w świetle księŜyca!  

background image

Wyszła Kojota. Rozczochrana, ledwie trzymając się na nogach, przyjrzała się dziecku spod 
zmruŜonych powiek.  
- Cholera... -mruknęła. Wyssała coś spomiędzy zębów i skierowała się do czerpaka przy 
drzwiach, by schlapać sobie wodą całą głowę. Otrząsnęła się; na wszystkie strony posypał się 
deszcz kropel. - Wynieśmy się stąd - rzuciła. - Mam tego dosyć. Nie wiem, co mnie napadło. 
Jeśli jestem w ciąŜy, w moim wieku... A niech to szlag! Wynośmy się z miasta. Potrzebuję 
jakiejś odmiany.  
W zatęchłym mroku chaty dziewczynka dojrzała co najmniej dwa głośno chrapiące kojoty; 
leŜały rozciągnięte na łóŜku i na podłodze.  
Kojota podeszła do starego, białego bobka i przykopała mu.  
- Dlaczego mnie nie powstrzymałeś?! - krzyknęła.  
- Mówiłem ci - odmruknął bobek, nadąsany.  
- Głupie gówno! - burknęła Kojota. - Chodź, Dziewczyno. Idziemy.  
- Dokąd? Nie czekała na odpowiedź. - JuŜ wiem. Chodź!  
I ruszyła przez miasto tym swoim niby leniwym, wyciągniętym chodem, za którym tak trudno 
było nadąŜyć. Ale dziecko kipiało wigorem i szło za nią tańcząc, tak Ŝe i Kojota teŜ zaczęła 
tańczyć i podskakiwać, kręcić piruety i wygłupiać się całą drogę w dół zbocza, aŜ do 
rozległych równin. Tam skręciła na północny- wschód. Końska Góra została za ich plecami, 
malejąc gdzieś w oddali.  
Około południa dziewczynka powiedziała:  
- Nie wzięłam niczego do jedzenia.  
- Coś się znajdzie - uspokoiła ją Kojota. -Na pewno. I bardzo niedługo zboczyła z drogi, 
trafiając wprost do maleńkiego, szarego szałasu ukrytego za dwoma na wpół uschniętymi 
jałowcami i kępką zajęczego szczawiu. Cuchnęło tam okropnie. Napis u wejścia głosił: Lis. 
Teren prywatny. Obcym wstęp wzbroniony, ale Kojota jednym pchnięciem otworzyła drzwi, 
weszła i zaraz potem stamtąd wytruchtała, przynosząc połówkę nieduŜego, wędzonego 
łososia.  
- Nikogo w domu prócz nas nieboraczków - stwierdziła ze słodkim uśmiechem.  
- Czy to nie jest kradzieŜ? - spytało dziecko, zaniepokojone.  
- Tak - odparła Kojota, nie zmieniając kroku.  
Przy wyschniętym potoku zjadły pachnącego lisem łososia, trochę się zdrzemnęły i ruszyły w 
dalszą drogę. Niedługo później dziecko poczuło ów kwaśnopiekący zapach i zatrzymało się.  
Dziewczynka miała wraŜenie jakby czyjaś wielka, cięŜka ręka naciskała jej na pierś, i jakby ją 
odpychała, a jednocześnie ogarnął ją jakiś silny i obezwładniający prąd, który ciągnął ją 
mocno do przodu.  
- Hej, juŜ się zbliŜamy! - oznajmiła Kojota i stanęła, Ŝeby wysikać się pod uschniętym 
jałowcem.  
- Do czego?  
- Do ich miasta. Widzisz? - Wyciągnęła rękę w stronę nakrapianych szałwią pagórków. 
Między nimi rozciągała się przestrzeń szarawej pustki.  
-Nie chcę tam iść.  
-Nie wejdziemy do środka. Nie ma mowy! Podejdziemy tylko trochę i popatrzymy. Mówię ci, 
to prawdziwa zabawa! -obiecywała Kojota, przymilnie przechylając głowę w bok. - Oni tyle 
dziwnych rzeczy wyrabiają w powietrzu!  
Dziecko ociągało się. Kojota przybrała wyraz twarzy osoby odpowiedzialnej i znającej się na 
rzeczy.  
- Będziemy bardzo ostroŜne - oznajmiła. - I będziemy się wystrzegać duŜych psów, zgoda? Z 
małymi umiem dać sobie radę. No to co, juŜ dobrze? Zatem w drogę!  

background image

Kojota ruszyła i nie odwracając się, szła przodem. Pozornie była jak zwykle niedbała, wciąŜ 
powłóczyła nogami, ale głowę niosła wysoko, z napiętą czujnością, a w jej Ŝółtych oczach 
pojawiły się równie spięte błyski.  
Dziewczynka poszła za nią.  
Ciśnienie wokół nich rosło. Było to tak, jakby samo powietrze na nie napierało, jakby czas 
biegł zbyt szybko, zbyt gwałtownie, jakby nie płynął, a cięŜko łomotał, coraz szybciej, 
mocniej, aŜ wreszcie zaczął terkotać jak kołatka Grzechotnika. "śpieszcie się, śpieszcie!" - 
mówiło wszystko wokół. "Śpieszcie się, nie ma czasu!,, - wołało. Coś mijało je pędem, z 
krzykiem i dreszczem. Coś odwracało się, błyskało, ryczało, cuchnęło, znikało. W polu 
widzenia pojawił się jakiś chłopiec, zupełnie nagle, pojawił się ,tyle Ŝe nie na ziemi, nie, 
poruszał się parę cali nad nią, bardzo szybko wyginając nogi w bok w Jakimś szalonym,  
kołyszącym się tańcu... Pojawił się i naraz... zniknął. Dwadzieścioro dzieci siedziało rzędami 
w powietrzu i piskliwie śpiewało, gdy wtem przywaliły je ściany. Koszyk, nie, garnek, nie, to 
metalowy pojemnik, pojemnik na śmieci wypełniony łososiem o cudownym zapachu, nie, 
cuchnący jelenimi skórami i zgniłymi kapuścianymi głąbami... Trzymajcie się od tego z dala! 
Kojota! GzieŜ ona jest?  
- Mamo! - krzyknęło dziecko. - Mamo! - wołało, stojąc przez moment u wylotu zwykłej 
uliczki małego miasta, opodal stacji benzynowej, a juŜ w następnej chwili pogrąŜając się w 
przeraŜającej ciemności, wśród niewidocznych murów, okropnych zapachów, napierającego 
ciśnienia, wszechogarniającego porywu Czasu, który po prostu toczył je bezradne niczym 
gałązkę ścigającą się z wodospadem.  
Dziewczynka spięła się w sobie i trwała tak, usiłując utrzymać równowagę.  
- Mamo!  
Kojota znalazła się przy duŜym koszu z łososiem. ZbliŜała się doń ostroŜnie, ale była na 
odkrytej przestrzeni, w pełnym słońcu, na pełnym wietrze! Tymczasem z długiego, 
porośniętego szałwią stoku wzniesienia na tyłach stacji schodzili chłopiec i męŜczyzna. Szli 
pod wiatr. Obydwaj w czerwonych kapeluszach, obydwaj mieli strzelby. Myśliwi. Był czas 
zabijania.  
- Ty, spójrz no tylko na tego cholernego kojota! W biały dzień, no! Wielki jak dupsko mojej 
Ŝ

ony!- powiedział męŜczyzna, odwiódł kurek, wymierzył i strzelił.  

Tymczasem Myra puściła się z wrzaskiem pod prąd ogromnego, zatapiającego wszystko 
strumienia. Kojota minęła ją w pędzie, krzycząc:  
- Wyrywaj stąd! - Odwróciła się i juŜ jej nie było.  
Daleko od miasta, niewidoczne, bo ukryte w małej kotlince między niskimi wzniesieniami, 
siedziały i łapały ogromne, rozdzierającymi płuca hausty powietrza. Upłynęło sporo czasu, 
nim mogły oddychać bez trudu.  
- Mamo, aleŜ to było głupie! - powiedziało z wściekłością dziecko.  
- Rzeczywiście - zgodziła się Kojota. - Ale czy ty widziałaś to Ŝarcie?  
- Nie jestem głodna - rzekła dziewczynka markotnie. - Nie chcę jeść, dopóki stąd daleko nie 
odejdziemy.  
- Ale przecieŜ to twoi ludzie! - zaczęła Kojota. - Cali twoi! Z krwi i kości! Kuzyni i 
pociotkowie! Pif! Paf! O, jest Kojota! Pif! Wielka jak dupsko mojej Ŝony! Paf! O, tam coś się 
rusza! Pif! Pif! Strzelaj, stary! Paf! Paf!  
- Chcę do domu - oznajmiło dziecko.  
- Jeszcze nie - rzekła Kojota. - Muszę się wysrać. - Zrobiła, co miała zrobić, a potem 
odwróciła się do świeŜego bobka i nachyliła nad nim. - Mówi, Ŝe mam tu zostać - 
relacjonowała z uśmiechem.  
- Nic nie mówi! Słuchałam!  
- Ty akurat wiesz, co rozumieć! I tak wszystko słyszysz, panno Gumowe Ucho? Patrzcie no 
tylko, wszystko słyszy, wszystko widzi tym swoim kaprawym, gumowym okiem...  

background image

- Ty teŜ masz oczy z Ŝywicy! Sama mówiłaś.  
- To bujda - warknęła Kojota. - Nie umiesz nawet poznać, kiedy usłyszysz jakąś bzdurę. 
Wiesz co? Rób, co chcesz! To wolny kraj. Ja tu zostaję na noc. Lubię, jak coś się dzieje. - 
Usiadła na ziemi i zaczęła wystukiwać w kurzu jakiś cichy rytm w tempie na cztery czwarte. 
Nuciła pod nosem jedną z tych niekończących się pieśni tocz melodii, które zwalniały bieg 
czasu, wplatały się w korzenie drzew, w krzaki, paprocie i w trawy, tworząc pajęczynę, która  
przytrzymywała strumień w naleŜnym mu korycie, i skałę na właściwym miejscu, a wszystko 
to razem łączyła z ziemią. A dziecko leŜało, słuchając.  
- Kocham cię... - powiedziała dziewczynka.  
Kojota śpiewała.  
Słońce skryło się za ostatnim wzgórzem na zachodzie i zostawiło za sobą bladozieloną 
jasność nad pustynnymi pagórkami.  
Kojota zamilkła. Pociągnęła nosem.  
- Hej! -OŜywiła się. - Kolacja. ~ Wstała i pobiegła wzdłuŜ małej kotlinki. - No! -zawołała 
cicho, odwracając głowę. - Rusz się!  
Sztywno, bowiem lodowaty strach jeszcze nie rozpuścił się w jej stawach, dziewczynka 
podniosła się i podeszła do Kojoty. Jakby na przedłuŜeniu zbocza najbliŜszego pagórka widać 
było jedną z tych linii-  ogrodzenie. Nie patrzyła tam. Nic im nie zagraŜało. Znajdowały się 
po jego zewnętrznej stronie.  
-Spójrz tylko!  
Na nieduŜej macie z cedrowej kory leŜał wędzony łosoś, najprawdziwszy łosoś z Gór 
Skalistych!  
- Ofiara! Niech skonam! - Na Kojocie zrobiło to takie wraŜenie, Ŝe nawet nie zaklęła. - Od lat 
nie widziałam czegoś takiego! Myślałam, Ŝe juŜ zapomnieli!  
- Dla kogo ta ofiara?  
- Dla mnie! Dla kogóŜby innego? O rany, spójrz tylko na to!  
Dziecko podejrzliwie przyglądało się łososiowi.  
-Dziwnie pachnie.  
- Jak to dziwnie?  
- Jakby był spalony.  
-Jest wędzony, głupia ty! No to juŜ!  
- Nie jestem głodna.  
- Bardzo dobrze. I tak to nie twój łosoś, tylko mój. Ofiara dla mnie! Hej, wy tam! Ludzie! 
Ludzie, słyszycie? Kojota wam dziękuje! Trzymajcie tak dalej, a moŜe i ja odpłacę wam 
kiedyś czymś dobrym!  
-Nie wydzieraj się tak, mamo! Nie mogą być aŜ tak daleko.  
- Teraz oni wszyscy są moimi ludźmi - oznajmiła Kojota, zataczając ręką szerokie półkole. 
Potem usiadła ze skrzyŜowanymi nogami, odłamała duŜy kawałek łososia i zjadła. Wieczorna 
Gwiazda jarzyła się na czystym niebie niczym jasna sadzawka wody. Tymczasem, bliźniacze 
wzgórza przyoblekły się w niewyraźną poświatę, jakby we mgle. Dziecko oderwało od nich 
wzrok i znów spojrzało na gwiazdę.  
- O, szlag by to! - jęknęła Kojota. - O cholera!  
- Co się stało?  
-To nie było zbyt sprytne... Nie powinnam... Ten łosoś... -skarŜyła się Kojota, a potem 
chwyciła się nagle za brzuch i zaczęła trząść się, wrzeszczeć i dławić. Oczy uciekały jej w tył 
głowy, wyrzucała przed siebie swoje długie nogi i ramiona i wymachiwała nimi w powietrzu, 
a spomiędzy zębów ściekała jej piana. Jej ciało wygięło się straszliwym łukiem w tył, a 
gwałtowne skurcze wszystkich członków odepchnęły dziewczynkę, która usiłowała 
przytrzymać zwierzę. Dziecko wdrapało się nań z powrotem, chciało znów przytrzymać 

background image

Kojotę, lecz ciało zwierzęcia nadal podrygiwało w skurczach, nadal skręcało się i drŜało. 
Wreszcie znieruchomiało.  
O wschodzie Kojota była juŜ zimna. AŜ do tej pory pod tym brązowym futrem tyle było 
ciepła, iŜ dziewczynka myślała, Ŝe Kojota moŜe jeszcze Ŝyje, Ŝe moŜe jeśli tylko ją tak 
trzymać i ogrzewać, Kojota podniesie się, wydobrzeje. Dziecko przytulało się mocno, nie 
patrząc na jej czarne wargi, na obnaŜone zęby, ani na białka oczu. Ale gdy przez futro 
przeniknęło zimno, kiedy poczuła to świadectwo niechybnej śmierci, dziewczynka wypuściła 
z ramion szczupłe, sztywne zwłoki i zostawiła je na ziemi.  
Przeszła na bok i w kamiennym piasku kotlinki, wykopała dziurę, niewielkie, płytkie 
wgłębienie. Ludzie Kojoty nie grzebali swoich zmarłych, wiedziała o tym. Ale jej ludzie to 
robili. Przeniosła drobne ciało do dołka, ułoŜyła je w nim i przykryła swoją biało-niebieską 
chustą. Chusta nie była dość duŜa; wystawały spod niej cztery sztywne łapy. Dziewczynka 
usypała nad ciałem kopczyk z piasku i kamieni, kępek bylicy i z traw i docisnęła wszystko 
większymi kamieniami. Później z pyłu ziemi i skałek usypała jeszcze jeden kopczyk, nad 
szczątkami zatrutego łososia. A potem wstała i nie oglądając się wstecz, odeszła.  
Na szczycie wzniesienia stanęła i ponad kotlinką spojrzała w stronę mglistego blasku świateł 
miasta, leŜącego w dolinie między bliźniaczymi wzgórzami.  
- Mam nadzieję, Ŝe wszyscy umrzecie w bólach - powiedziała na głos. Odwróciła się i zeszła 
w dół, na pustynię.  
To Sikora spotkała ją drugiego dnia, wieczorem, na północ od Końskiej Góry.  
- Nie płakałam - rzekło dziecko.  
- Nikt z nas nie płacze - odparła Sikora. - Chodź teraz ze mną, tędy. Pójdziemy do domu 
Babki.  
Jej dom znajdował się pod ziemią, ale był bardzo duŜy, ciemny i duŜy, a sama Babka 
siedziała pośrodku, przy swoim tkackim warsztacie. Robiła chodnik czy koc ze wzgórz i 
czarnego, i białego deszczu, przeplatając to błyskawicami.  
Rozmawiała, nie przestając tkać.  
-Witaj, Sikoro. Witaj, Nowa Osobo.  
- Dzień dobry. Babko - powitała ją Sikora.  
- Nie jestem jedną z nich - oznajmiło dziecko.  
Oczy Babki były małe i zamglone. Uśmiechnęła się i tkała dalej. Czółenko przedzierało się 
przez osnowę.  
-A zatem. Stara Osobo - poprawiła się Babka. -Wracaj lepiej do siebie. Wnuczko. Tam, gdzie 
mieszkasz.  
- Mieszkałam z Kojotą. Kojota nie Ŝyje. Oni ją zabili.  
- Och, nie przejmuj się Kojotą! - rzekła Babka, wydając z siebie krótki, nieco rozdraŜniony 
ś

mieszek. - Ciągle ją zabijają.  

Dziecko stało bez ruchu. Patrzyło na niekończącą się tkaninę.  
-No to... Czy mogłabym wrócić do domu... do jej domu?  
- Nie sądzę, Ŝeby to się miało udać - stwierdziła Babka. -Aty, Sikoro?  
Sikora w milczeniu potrząsnęła głową.  
- Będzie tam teraz ciemno, pusto, pełno pcheł... Wypadłaś z czasu swoich ludzi i znalazłaś się 
u nas, ale myślę, Ŝe Kojota chciała cię zaprowadzić z powrotem. Na swój sposób, rozumiesz... 
Jeśli wrócisz teraz, jeszcze będziesz mogła z nimi Ŝyć. Czy nie mieszka tam twój ojciec?  
Dziecko kiwnęło głową.  
-Szukali cię.  
- Szukali?  
- O, tak. Od chwili, kiedy spadłaś z nieba. MęŜczyzna nie Ŝył, ale ciebie przy nim nie było, 
więc szukali.  

background image

- Dobrze mu tak. Dobrze im tak wszystkim - odparła dziewczynka. Zakryła dłońmi twarz i 
zaczęła strasznie płakać. Płakała bez łez.  
- Odwagi, maleńka, no, no. Wnuczko - uspokajała Pajęczyca. - Nie bój się. Będzie ci się z 
nimi dobrze Ŝyło. I wiesz, ja teŜ tam będę. W twoich snach, w wyobraŜeniach, ciemnych 
zakątkach piwnicy. Nie zabijaj mnie, bo ściągnę deszcz.  
- I ja zajrzę - zapewniła Sikora, - Przygotuj dla mnie ogrody.  
Dziewczynka wstrzymała oddech, zacisnęła dłonie, aŜ wreszcie łkanie ustało i pozwoliło jej 
mówić.  
- Czy zobaczę jeszcze kiedyś Kojotę?  
- Nie wiem - odpowiedziała Babka.  
Dziewczynka przyjęła to w milczeniu. Po chwili spytała:  
- Czy mogę zatrzymać oko?  
-Tak. Zatrzymaj swoje oko.  
- Dziękuję ci, Babko - rzekła. Odwróciła się i wyruszyła w górę nocnego wzgórza, w stronę 
kolejnego dnia. Długi czas prowadził ją w brzask poranka maleńki, lekkoskrzydły ptaszek w 
ciemnej czapeczce.