background image

BENTE PEDERSEN 

WĘDROWNY PTAK 

background image

- Można by pomyśleć, że się zakochałeś w tej łajbie! - powiedziała Olga, opierając się 

o  jedną  z  portowych  szop.  Spojrzała  w  kierunku  statku,  który  kiedyś  nazywał  się  „Raija”, 

potem „Raisa”, a teraz znów „Raija”. 

Michaił podążył wzrokiem za jej spojrzeniem. 

Miał  na  sobie  proste,  połatane  w  wielu  miejscach  samodziałowe  spodnie  i  szeroką, 

błękitną  koszulę.  W  pasie  przewiązany  był  kolorowym  szalem.  Tylko  buty:  skórzane,  grubo 

smarowane tłuszczem zdradzały, że nie był zwykłym marynarzem. Olga wiedziała o tym, bo 

sama o nie zadbała. 

Michaił nie miał jeszcze szesnastu lat, ale został już pryncypałem. Armatorem. 

-  Niedługo  popłyniemy  na  zachód  -  powiedział  cicho  chłopak.  Nie  udało  mu  się 

cofnąć  szybko  spojrzenia,  choć  może  powinien.  Olga  z  pewnością  znów  uzna,  że  jest 

dziecinny.  Ale  naprawdę  kochał  ten  statek!  Nic  nie  mógł  na  to  poradzić.  Miał  być  na  nim 

kapitanem! 

To jego statek! 

Te słowa śpiewały mu we krwi. Nie umiał jej tego wytłumaczyć. Nawet nie próbował 

opisywać uczuć, jakie wywoływał w nim statek noszący imię jego matki. 

To była jego pieśń. 

Muzyka jego krwi. Tylko jego. Tym nie umiał się z nikim podzielić. Nawet z Olgą. 

Dziewczyna zaśmiała się. Zabrzmiało to tak smutno, że Michaił spojrzał na nią. Jakże 

chciałby cofnąć czas! Znów co prawda byłby chłopcem, ale to byłoby warte nawet tego. 

Wiele rzeczy powinno było ominąć Olgę. 

Olga...  Szesnaście  lat,  ciemne  loki  związane  tasiemką,  brązowe  oczy,  którym  nigdy 

nic  nie  umknęło.  Drobna  twarz  o  zdecydowanym  wyrazie.  Ładna  na  swój  sposób.  Dumnie 

wyprostowany  kark.  Podbródek  zawsze  uniesiony  w  górę.  Wstrząsała  głową  i  trzymała  ją 

prosto zupełnie jak Raija. 

Olga nauczyła się tych gestów wtedy, gdy wszyscy oprócz jego matki ją opuścili. 

W jej ruchach Michaił dostrzegł to samo dziecko, porzucone przez Olega i Tonie. Jego 

matka stała się na jakiś czas matką i dla niej. Potem Tonią i Oleg wrócili i znów wzięli ją do 

siebie. Zażądali miłości, której wcześniej się wyrzekli. 

Te  myśli  były  nowe  dla  Michaiła.  Odkrywał  nowe  ścieżki.  Nie  mógł  teraz  iść  ich 

ś

ladem, ale zapamiętywał je i obiecywał sobie, że kiedyś je zgłębi. 

background image

Olga miała w oczach otchłań. Zima zamroziła kąciki jej ust, luty pochylił jej ramiona. 

On  załatwił  pieniądze  na  zabieg.  Ona  położyła  się  na  zniszczonym  stole  w  nędznej 

lepiance. 

Teraz wokół nich był maj. Późny maj. Lód schodził z Morza Białego. 

Michaiłowi  oczekiwanie  ściskało  gardło.  Jego  spojrzenie  często  podążało  na  zachód. 

Nie  miał  czasu  na  nic  więcej  poza  przygotowaniami.  Deptał  Olegowi  po  piętach,  chcąc 

nauczyć się jak najwięcej. Nie poświęcał ostatnio Oldze zbyt dużo czasu. 

-  Nie  będę  mogła  mieć  dzieci.  Wiedziałeś  o  tym?  -  Brązowe  oczy  wpatrzyły  się  w 

jego, żądając uczciwej odpowiedzi. 

Michaił podążył wzrokiem za lecącą mewą. Zapragnął, by też mógł tak uciec. 

- Tak. 

-  Mama  powiedziała  mi  dopiero  dzisiaj.  Michaił  uderzał  piętami  w  beczkę,  na  której 

siedział, wzbudzając w niej głuche echo. 

- Mogłeś mi powiedzieć! - Oskarżenie w jej głosie było niczym ostrze noża. Już ona to 

umiała.  Tylko  jego  matka  była  w  tym  lepsza  od  Olgi.  Kiedyś  podsłuchał  matkę,  gdy 

rozmawiała z kupcami. Potrafiła wytargować ceny, o jakich inni mogli tylko marzyć... 

- Zabroniono mi - odparł Misza zgodnie z prawdą. Tym razem ona spuściła wzrok. 

- Tak, pewnie nie mogłeś - westchnęła ledwie dosłyszalnie Olga. 

Nadal  ubierała  się  w  intensywne  kolory.  Bluzkę  miała  czerwoną.  Spódnicę 

jaskrawoniebieską, że aż kłuła w oczy. Wąską talię ścisnęła brązowym paskiem tak mocno, że 

powinna mieć kłopoty z oddychaniem. Miedziana klamra u paska stanowiła okaz niezłej ro-

boty rzemieślniczej. 

Olga  przyprawiała  widza  o  szok.  Była  na  swój  sposób  ładna,  ale  jej  uroda  uderzała 

jakby nazbyt intensywnie, gwałtownie... 

- Powiedziałam mamie, że nie wyjdę za Nikołaja! Miał ochotę jej przyklasnąć. Dobrze 

było znów usłyszeć jej pełen sprzeciwu ton głosu. Brakowało mu go. Już sądził, że go nigdy 

nie  usłyszy.  A  przecież  Olga  nie  była  Olgą  bez  nagłych  zmian  humoru,  bez  błyskawic 

bijących z oczu. 

- Nie musisz. 

-  Mama  mówiła,  że  niewielu  chciałoby  małżonki,  tak,  tego  słowa  użyła,  małżonki, 

która nie może mieć dzieci. A dopiero teraz mi o tym powiedziała. I nawet płakała! 

-  Nie  musisz  o  tym  nikomu  mówić  -  stwierdził  Michaił.  Nigdy  nie  podobała  mu  się 

propozycja Nikołaja, z którą wystąpił pewnej rozświetlonej zorzą polarną lutowej nocy. 

background image

-  Nikołaj  nie  dba  o  mnie  bardziej  niż  o  swoją  fajkę!  -  Olga  wstrząsnęła  głową  i 

odwróciła się do chłopaka plecami. Stała, objąwszy się ramionami jak tarczą. 

Michaił  nie  mógł  nie  przyznać,  że  Olga  wyglądała  w  tym  momencie  wspaniale. 

Niektórym kobietom było do twarzy z dumą. Olga do nich należała. 

-  On  zawsze  będzie  czcił  pamięć  Jelizawiety.  Zawsze  będzie  w  niej  zakochany.  Ona 

nie żyje, ale on jest ciągle tak samo zakochany. Sądzę, że ma wyrzuty sumienia, gdy patrzy na 

twoją matkę. 

-  Na  mamę?  -  spytał  Michaił,  oszołomiony.  Olga  odwróciła  się  i  z  pobłażliwym 

uśmiechem pogładziła go czule po policzku. Już nie osłaniała się tarczą. 

-  Misza,  mały  Misza!  Dostrzegasz  tylko  statki,  prawda?  Nie  zauważyłeś,  że  Nikołaj 

jest  zadurzony  w  Raiji  -  Raisie?  -  Olga,  zwłaszcza  gdy  była  rozczulona,  nadal  używała 

imienia, które nadała opiekunce w dzieciństwie. 

- Mama jest ze dwa razy starsza od Nikołaja! Chyba zwariowałaś! 

Dziewczyna zaśmiała się. Gestem dała mu do zrozumienia, że chce koło niego usiąść. 

Michaił zeskoczył i podniósł ją na beczkę. Olga była tak szczupła w talii, że jego palce niemal 

się zetknęły na jej plecach. Potem sam wskoczył na beczkę. Oparli się o ścianę szopy. 

-  Nikołaj  ma  tak  bezbronny  wyraz  twarzy,  gdy  patrzy  na  twoją  starą  matkę  - 

uśmiechnęła się Olga. - Ma wyrzuty sumienia, jakby Jelizawieta stała tuż obok niego. Nikołaj 

wcale nie uważa, że Raija - Raisa jest stara. A na pewno nie jest od niego dwa razy starsza! 

Nie mogłaby być jego matką! 

Michaił poczuł się głupio. Jego matka była ładna, nie mógł temu zaprzeczyć. Zawsze 

uważał, że jego matka jest najpiękniejsza na świecie. 

Ale trudno mu było spojrzeć na nią oczami mężczyzny, który mógł jej pożądać. 

Trudno i za życia ojca, i teraz. Raija to jego matka! 

Na matki nie sposób patrzeć inaczej. 

- Czy uważasz, że to ważne mieć dzieci? Synów? To niesprawiedliwe, że ona zadaje 

takie pytanie! 

Michaił niemal zdrętwiał z zimna, mimo że słońce świeciło mocno jak na tę porę roku. 

Przecież on dopiero zaczynał się zastanawiać, w jaki sposób się robi dzieci... A ona go 

pyta, czy to ważne mieć dzieci! On jeszcze o tym nie myślał! 

Często sam czuł się jak dziecko. 

- Nie wiem - odparł szczerze. 

background image

-  Mama  mówi,  że  wszyscy  mężczyźni  chcą  mieć  synów  -  stwierdziła  Olga  tonem 

kobiecej mądrości. Była dorosła na inny sposób niż on. Doświadczyła czegoś, czego on sobie 

nawet nie wyobrażał. 

- Matki nie zawsze mają rację - obwieścił Michaił z przekonaniem. Mimo to czuł się 

równie  głupio  jak  przedtem.  Ramię  Olgi  dotykało  go  miękko.  Jego  ręce  były  kanciaste. 

Ostatnio  urósł  jeszcze  bardziej,  podczas  gdy  Olga  pozostała  niewysoka.  To  budziło  w  nim 

ciepło.  -  Nikołaj  zapewniał,  że  może  poczekać  -  dodał,  gdy  cisza  pomiędzy  nimi  stała  się 

przytłaczająca. 

- Tak - odparła cicho, nie patrząc na niego. 

- Nie musisz jeszcze odpowiadać - dorzucił. - Nie. 

Cisza  była  niczym  wielki,  czarny  ptak  o  ogromnych  skrzydłach,  które  zasłaniały 

słońce i chłodziły świat. 

- Nie chcę wchodzić w tę okropna rodzinę! Pamiętasz jego matkę? Tę lodowatą babę? 

Nawet  nie  chce  mi  się  nazywać  jej  klępą,  bo  obrazę  dla  każdej  szanującej  się  klepy 

stanowiłoby porównanie z madam Norkiną. 

- Może ona umrze, zanim ty się zdecydujesz? 

- A może Nikołaj zmieni zdanie? - W głosie Olgi zabrzmiała nadzieja. 

Zsunęła się z beczki i znów objęła się ramionami. Nagle Michaił uświadomił sobie, że 

ona  zawsze  tak  spała,  gdy  już  -  wtedy  -  zrozumiała,  że  Tonią  i  Oleg  odeszli  od  niej.  Nigdy 

wcześniej tego nie skojarzył, dopiero teraz. 

- Możesz już iść z powrotem do tej swojej ukochanej! - uśmiechnęła się Olga blado i 

odeszła bez słowa pożegnania. Skraj jej spódnicy przelotnie muskał ziemię. 

Michaił miał niejasne poczucie, że Olga próbowała mu powiedzieć coś, czego on nie 

umiał pojąć. 

Bo  on  nic  nie  rozumiał!  Sprawiało  to,  że  czul  się  zdezorientowany  i  zły.  Wydawało 

mu się, że Olga zawiodła się na nim. 

Maj  przeszedł  w  czerwiec.  Michaił  nie  miał  zbyt  wiele  czasu  na  myślenie  o  Oldze. 

Zresztą o niczym, co nie miało związku z jego podróżą na zachód. 

Już  tak  długo  podróż  wydawała  się  ułudą.  Czymś,  o  czym  się  mówiło:  „latem”  i 

„wkrótce”. 

A teraz Michaił niemal tego dotykał. Plany były gotowe. Oleg miał płynąć z nim. Sam 

siebie ze śmiechem mianował bosmanem. Powiedział, że jest kapitanem  tylko na „Antonii”. 

Michaił  wiedział,  że  Oleg  postanowił  tak  tylko  po  to,  żeby  mu  pomóc.  Był  mu  za  to 

wdzięczny. I tak czuł się mały i przerażony. 

background image

Raija  płynęła  z  nimi.  Musiała,  nawet  gdyby  miał  ją  ciągnąć  za  włosy.  Chciał  z  nią 

porozmawiać. 

Wkrótce. 

Michaił  znów  to  odkładał.  Raija  pojechała  do  domu  nad  Dwiną.  On  do  późnej  nocy 

pomagał przy załadunku. To, że był pryncypałem, nie zwalniało go z niczego. Ojciec też by 

pomagał. Michaił czuł, że jako armator chce być podobny do ojca. Ale nie wiedział, czy chce 

być do niego podobny jako mężczyzna. 

Michaił  spal  w  ich  budynku  w  porcie.  W  lecie  było  to  możliwe.  Mimo  że  noce 

potrafiły  jeszcze  schłodzić  swym  oddechem,  mógł  napalić  w  piecu  tak,  że  siedział  z 

podciągniętymi  rękawami.  Gdyby  miał  jednak  marznąć,  zawsze  mógł  chwycić  za  jedną  z 

butelek likieru Olega. Zasoby te, o których Antonia nie wiedziała, albo udawała, że nie wie, 

służyły do pomocy przy zawieraniu transakcji handlowych. 

Raija uśmiechała się na myśl o tych butelkach i tajemnicy Olega. Michaił podejrzewał, 

ż

e Antonia reagowała tak samo. 

Po tym, jak w czasie tej zimy obserwował swoją matkę przy pracy, Michaił poznał ją z 

nowych  i  obcych  stron.  Zrozumiał,  że  kobiety  posiadają  cechy,  których  nie  okazują  na  co 

dzień.  Skoro  nawet  własna  matka  była  w  stanie  go  zaskoczyć,  większość  innych  kobiet 

stanowiła dla niego tajemnicę. 

Nawet Olga. 

Właśnie tajemnicza Olga weszła do jego kantorka, niosąc razowy chleb, soloną rybę i 

masło, a w dzbanku kwas zrobiony przez Antonię. 

- Mama była pewna, że umierasz z głodu - rzuciła lekkim tonem, odstawiając koszyk 

na  jego  biurko.  Biurko  było  jaśniejsze  pośrodku,  wzdłuż  brzegów  i  na  rogach.  Najczęściej 

używane szuflady też były jaśniejsze od pozostałych. 

Olga  usiadła  na  biurku.  Miała  na  sobie  wysokie,  sznurowane  buty,  ponad  którymi 

bielała halka przykryta czarną spódnicą. Ściskał ją ten sam skórzany pas, co zwykle. Nad nim 

błękitniała  bluzka  kolorem  jesiennego  nieba  nad  żółknącymi  polami.  Michaił  szybko 

otrząsnął z siebie tę wizję. W obecności Olgi niebezpiecznie było tracić wątek. 

Zaczął  jeść.  Olga  była  najwyraźniej  spragniona  towarzystwa,  bo  nie  ruszała  się  z 

miejsca.  Nie  chciała  jedzenia,  ale  chętnie  popijała  kwas  z  tego  samego  dzbanka,  co  Misza. 

Nie chciało im się niepotrzebnie brudzić kubków. Akurat pod tym względem się zgadzali. 

- Błagałabym, żeby z wami płynąć - rzuciła Olga, dyndając nogami - gdyby nie to, że 

macie zabrać Walerija. 

background image

A więc mogła już wymówić jego imię. Dużo czasu na to potrzebowała. Drogo musiała 

zapłacić za znajomość z nim. I on nigdy nie miał się o niczym dowiedzieć. Olga wymusiła i 

na ojcu, i na Michaile, że nic nie powiedzą. 

-  Przecież  Nikołaj  dowodzi  „Antonią”.  Tam  znalazłoby  się  miejsce  -  rzucił  Michaił 

bez zastanowienia. 

-  Sądzisz,  że  mama  by  mi  na  to  pozwoliła?  -  spytała  Olga  z  uśmieszkiem.  -  Ja  i 

Nikołaj!  Zgadza  się,  bym  mu  powiedziała  „tak”,  ale  nie  wysłałaby  mnie  razem  z  nim  w 

wielomiesięczną podróż w obce kraje! Dobrze mnie teraz pilnuje. Dba, bym nie znalazła się 

sam na sam z mężczyzną. - Westchnęła. - Bóg jeden wie, co o mnie myśli. 

Michaił  jadł  w  milczeniu.  Nie  wspomniał,  że  teraz  Olga  była  sam  na  sam  z  nim. 

Wiedział,  że  Tonią  nie  zalicza  go  jeszcze  do  mężczyzn.  Jego  nie  uznaje  za  zagrożenie.  W 

pewien sposób było to zawstydzające, jakby był niewinną owieczką... 

Olga podeszła do pieca, dołożyła kilka szczap i usiadła na sofie, podwijając pod siebie 

nogi. Wyglądała zarazem jak mała dziewczynka i jak dorosła Olga. 

Michaił nadal jadł, mimo że był już syty. 

- Uważasz, że jestem ładna, Misza? Chłopak zaczerwienił się, zaskoczony. 

- Nooo - zawahał się - nie jesteś gorsza od innych... chyba - wykrztusił, chowając się 

za dzbanek z kwasem. Czul, że jego dłonie są ogromne, a ramiona długie jak nigdy przedtem. 

- O Boże, po co go pytam? - Olga przewróciła oczami i westchnęła tak, że i ściany by 

jej współczuły. 

-  Jesteś...  ładna  na  swój  sposób,  Olgo.  Michaił  trzymał  oburącz  dzbanek  z  kwasem. 

Tonią pewnie obawiałaby się, czy go nie zgniecie. 

Dziewczyna uśmiechnęła się, zrezygnowana. 

- Znam cię, Misza, choć jest wiele rzeczy, których o tobie nie wiem. Jakie dziewczyny 

ci się podobają?. 

- Dziewczyny? Nie wiem... 

- Nigdy nie byłeś zakochany? 

- Nie... Chyba nie. W kim miałbym się zakochać? Czy to takie ważne? 

-  Chodź  tu!  -  rozkazała,  poklepując  miejsce  obok  siebie  na  sofie.  Michaił  posłuchał. 

Od  dawna  wiedział,  że  nie  warto  sprzeciwiać  się  Oldze.  Nauczyła  go  tego,  jeszcze  zanim 

postawił pierwsze kroki. - Noga mi zdrętwiała. Zdejmij mi but! 

Michaił  rozsznurował  jeden  i  drugi,  bo  oba  wylądowały  na  jego  kolanach.  Olga  była 

bez pończoch. Bose nogi podwinęła pod siebie i poprosiła o kwas. 

- Nie chcę wyjść za Nikołaja. 

background image

- Nikt cię nie zmusza. 

- Lubisz mnie? 

- Ale masz pytania! Lubię cię, choć jesteś męcząca - zaśmiał się Misza nerwowo. Ona 

nie dołączyła się do żartu. Nie miał pojęcia, do czego zmierzała. 

-  Męczę  cię  teraz?  -  Olga  weszła  mu  na  kolana,  zamykając  go  w  rogu  sofy.  Usiadła 

twarzą do niego, z kolanami po obu stronach jego nóg. Spódnica ledwo przykrywała jej nogi. 

- Co u diabła...? Olga objęła go za szyję i oparła czoło o jego czoło. 

-  Męczę  cię  teraz?  -  powtórzyła  pytanie.  Jej  oczy  znalazły  się  tak  blisko  jego,  że 

Michaił nie mógł odczytać ich wyrazu. Była tak blisko... pachniała sobą, świeżo, ale i inaczej. 

- Do cholery, Olga, co to znaczy? 

- A jak myślisz? Uśmiechnęła się i zwilżyła usta. Wpółotwartymi wargami pocałowała 

go.  Przechyliła  do  tyłu,  aż  poczuł  twardy  kant  oparcia  sofy  pod  karkiem.  Przytuliła  się  tak 

mocno,  że  prawie  nie  mógł  oddychać.  Dopiero  po  chwili  wpadł  na  to,  że  powinien  to  robić 

przez nos. 

Jej  miękkie  wargi...  Łaskoczący  go  koniuszek  języka  bawił  się  wewnątrz  jego  ust. 

Sprawił,  że  Misza  poczuł  mrowienie  w  wargach.  Twarde  piersi  napierały  na  niego,  uda 

ś

ciskały jego nogi... 

Michaił nic nie rozumiał. 

To  było  przerażające.  Dziwne.  Nie  chciał  tego.  Nie  rozumiał.  Nie  chciał  zrozumieć, 

czego ona chce. Nie chciał. Tego też nie. 

Ale nie odsunął jej. Objął jej szczupłą talię. Dłońmi przesuwał po jej plecach, czując 

ciepło jej ciała. Nie miała nic pod bluzką. 

-  Dotykaj  mnie!  -  wyszeptała.  -  Zobacz,  jaka  jestem!  Puściła  go  jedną  ręką  i  znów 

zaczęła całować. 

Drażniła i pieściła. Wolną dłonią ujęła jego dłoń i skierowała ku dekoltowi. Rozpięła 

kilka guzików i wprowadziła jego dłoń pod materiał. 

Niezgrabnie  ujął  jej  pełną  pierś.  Poczuł  sutek  niczym  twardą  bazię.  Ścisnął  -  może 

zbyt mocno... 

Michaił  całował  Olgę  z  otwartymi  oczami.  Ona  też.  Patrzył  w  głąb  jej  dekoltu.  Ona 

patrzyła na jego dłoń. 

Jej miękkie usta kierowały nim, palce pieściły kark. 

Jego  druga  ręka  powędrowała  na  jej  spódnicę.  Znalazła  kolano  i  przesuwała  się  po 

wewnętrznej stronie uda, pomiędzy jej gładką skórą a szorstkim materiałem jego spodni. 

background image

Prosiła  go  o  zdjęcie  jej  butów  po  to,  by  dostrzegł,  że  nic  nie  ma  na  nogach!  Misza 

zrozumiał to i znów się przestraszył. Ona go przerażała. 

Ale Olga wiedziała, co robi. 

Jego  dłoń  znalazła  cel.  Wtedy  Olga  uniosła  się  nieco  i  opadła  na  nią.  Wzdychała  w 

uniesieniu  wprost  w  jego  usta,  gdy  jego  niezgrabne  palce  starały  się  jej  dogodzić.  Zakręciło 

mu się w głowie. Musiał zamknąć oczy i uwolnić usta od jej pocałunków. Znalazł jej szyję. 

Wtedy  zeszła  z  jego  kolan  i  z  szelestem  materiału  położyła  się  na  sofie,  podciągając 

spódnicę nad kolana niemal tak wysoko, że zobaczył wszystko. 

Przesunął się za nią, przykrywając ją sobą. Ostatnie guziki w jej bluzce odskoczyły z 

trzaskiem.  Jego  dłoń  odsunęła  spódnicę,  a  dziewczyna  rozchyliła  uda.  Szeroko  otwartymi 

oczami,  niczym  brązowymi  studniami,  wpatrywała  się  w  niego.  Mógł  się  niemal  w  nich 

przejrzeć. 

Jej dłonie rozpinały jego pas. Michaił bał się. Oślepł. Ogłuchł. I pewnie oszalał. 

Ona była taka wilgotna... 

Bał się. 

Ale Olga nie zmuszała go. Dotknęła go przez spodnie, ale on sam wydostał to, co tam 

miał. Sam wśliznął się w gniazdo, które dla niego przygotowała. I był ledwo w połowie drogi, 

gdy zaszumiało mu w uszach. 

Michaił  opadł  na  nią  z  palącymi  wstydem  policzkami.  Olga  pewnie  pomyśli,  że  z 

niego dzieciak... 

Ale on był dzieckiem... 

Szaleństwo  pozostawiło  po  sobie  lęk.  Michaił  zapiął  bluzkę  Olgi.  Zapiął  spodnie  i 

zacisnął pas. 

Pogłaskał ją po włosach. 

-  Jestem  draniem  -  powiedział  przez  zaciśnięte  usta,  próbując  ułożyć  jej  loki  na 

miejsce. - Nie jestem ani trochę lepszy od Walerija. Nawet nie w połowie. 

- Chciałam tego! Od początku - stwierdziła Olga stanowczo. Usiadła blisko Michaiła, 

bliżej  niż  on  chciał.  -  Nie  będzie  z  tego  dziecka  -  dodała  z  cieniem  goryczy  w  głosie.  - 

Chciałbyś  mieć  dzieci,  Misza?  -  spytała  cicho,  patrząc  na  niego  szeroko  otwartymi  oczami. 

Wzrokiem prosiła o zaprzeczenie. 

Ręce znów wydały mu się za długie. Jednym ramieniem objął Olgę i nie wiedział, co 

ma począć z drugim. Ona położyła głowę na jego piersi. 

- Podobało ci się, co zrobiliśmy razem? 

- O rany, Olga, musimy o tym jeszcze mówić? Pokiwała głową. 

background image

- Wiele o tym myślałam. Bałam się znów to zrobić. Przecież potem było tak brzydko. 

Ale przedtem było dobrze... Wtedy chciałam tego. Z Walerijem. Ale pomyślałam, że powinno 

móc być dobrze przez cały czas, nie tylko przed. I bałam się, że nie będzie. Ale nie sądziłam, 

ż

e ty zrobiłbyś to brzydko. Chciałam przeżyć to z tobą. Jesteś na mnie zły? 

Michaił westchnął. 

- Tak, trochę. Nie, u diabła, nie! Nie wiem! Nigdy tak o tobie nie myślałem... 

- A teraz będziesz? - Nie dawała mu spokoju pytaniami. - Będziesz o mnie myślał, gdy 

popłyniesz na zachód? Będziesz za mną tęsknił? Za tym, żeby to jeszcze ze mną zrobić? 

- Nie wiem, Olga, nie wiem! Nie naciskaj mnie! Może... 

- Ja chcę, żebyś za mną tęsknił. 

- Dlaczego? Jej śmiech brzmiał wyzywająco. 

-  Teraz  cię  przestraszę  tak,  Misza,  żebym  była  pewna,  że  będziesz  o  mnie  myślał  w 

podróży!  -  Olga  nabrała  oddechu  i  oświadczyła  uroczyście:  -  Zamierzam  wyjść  za  ciebie  za 

mąż. 

- Zwariowałaś, dziewczyno? Olga pokręciła głową. 

-  Dobrze  to  przemyślałam.  To  świetne  rozwiązanie.  Zatrzymamy  nasze  statki. 

Oczywiście to źle, że nie mogę mieć dzieci, ale zawsze możemy jakieś przygarnąć. Wiele jest 

biednych  rodzin,  które  nie  mają  za  co  się  utrzymać.  Znamy  się  dobrze.  Wiemy  o  sobie 

wszystko. Byłam dla ciebie tą pierwszą. I zamierzam być jedyną. 

- Chyba zupełnie oszalałaś! 

- No i może cię lubię - dodała z uśmiechem dziewczyna. - Obejmij mnie, Misza! Zaraz 

muszę iść. Mama nie powinna zacząć o tobie źle myśleć. 

Misza objął ją posłusznie, ciesząc się niepomiernie, że Olga wkrótce sobie pójdzie. 

- Raija - Raisa też jedzie - mówiła dalej. - Tata nie chciał, lecz ona tylko prasnęła ręką 

w stół i powiedziała, że to jej syn jest pryncypałem. Ależ ta twoja mama jest ładna! 

Michaił westchnął. Niemal czuł się zawiedziony. 

Wszyscy podejmowali decyzje za jego plecami. W jego imieniu. Dla niego. Olga. Jego 

matka. 

- No to nie będę musiał jej przekonywać - rzucił. - Chcę pokazać jej Norwegię. 

Włosy  Olgi  łaskotały  jego  szyję.  Czuł  ją  niczym  rozżarzony  węgiel  na  swoich 

kolanach. Nie mógł zamknąć powiek, bo wtedy  wspomnienia tego, co przed chwilą przeżył, 

stawały żywe przed oczami. Czuł się na zmianę oszołomiony i zawstydzony. 

background image

-  Nie  masz  szansy,  Misza!  -  Olga  pocałowała  jego  szyję.  Wzdrygnął  się,  jakby  go 

oparzyła. - Sądzę, że urodziłeś się dla mnie, wiesz? - Zaśmiała się cicho i mrugnęła okiem. - 

Jesteś dokładnie dziewięć miesięcy młodszy ode mnie. Zrobiono cię dla mnie! 

-  Wolałbym  sam  wybrać  sobie  żonę  -  wykrztusił  Misza.  Nadal  czuł,  jakby  miał  zbyt 

długie ręce. 

- Oczywiście, że sam wybierzesz! Mnie! 

background image

Już  długo  żeglowali.  Wiatry  im  sprzyjały.  Morze  niosło  ich  na  zachód  wzdłuż 

ubogiego wybrzeża północnej Norwegii. 

Już rozpoznawali okolice. 

Zatrzymywali się tak rzadko, jak mogli. 

Nie  popłynęli  na  zachód  Morza  Białego.  Błogosławieństwo  otrzymali  w  porcie  w 

Archangielsku. Przybył na nie mnich, którego Antonia znała z czasów, o których nikt już nie 

wspominał.  Nie  przywitali  się  zbyt  serdecznie.  Oleg  starał  się  zachować  obojętność,  ale  nie 

bardzo mu się udawało. 

Walerij  już  nie  chciał  płynąć  na  zachód.  Przysłał  Raiji  list,  który  przeczytała 

wszystkim.  W  zawiły  sposób  Walerij  prosił  ją  o  wybaczenie  czegoś,  o  czym  nikt  nie  miał 

pojęcia.  Pisał,  że  chce  pozostać  na  Wyspach  Sołowieckich.  Nie  pragnął  już  niczego  innego. 

Znalazł  spokój.  Światło,  o  którego  istnieniu  wcześniej  nie  wiedział.  Odnalazł  siłę  w  wierze. 

Chciał zostać mnichem. 

Trudno  było  wyobrazić  sobie  Walerija  jako  mnicha.  Olga  śmiała  się  w  głos.  Nawet 

Michaił z trudem wyobrażał sobie Walerija pobożnego i pokornego, w prostym habicie. 

Tylko Raija przyznała, że to dobrze, że odnalazł własną drogę. Tylko ona nie wątpiła 

w jego zapał. 

Podróż od razu nabrała innego charakteru. Obecność Walerija rzuciłaby na nią cień. 

Płynęli  już  kilka  tygodni.  Zdecydowani,  prowadzeni  doświadczeniem  Olega.  Z 

Michaiłem  jako  najmłodszym  pryncypałem.  Oleg  nie  pamiętał,  by  kiedykolwiek  słyszał  o 

młodszym. 

Był  niedoświadczony.  Oleg  rozumiał  tych  z  załogi,  którzy  zrezygnowali  z  rejsu. 

Rozumiał też tych, którzy zostali, narzekając. 

Młody  chłopak  obarczony  taką  odpowiedzialnością...  To  dlatego  Oleg  popłynął  jako 

bosman. Według niektórych: jako prawdziwy kapitan. 

Zrobił  to  dla  Jewgienija.  Jewgienij  był  jego  najstarszym  i  najlepszym  przyjacielem. 

Zasłużył na to, by Oleg przez jakiś czas czuwał nad jego synem. 

Michaił i tak był całkiem rozsądny, jak na chłopaka w tym wieku. Pływał już z ojcem. 

Bawił  się  w  porcie,  od  kiedy  ledwo  odrósł  od  ziemi.  Więcej  wiedział  o  statkach  niż  jego 

rówieśnicy.  Wyrósł  wśród  ludzi  morza.  Osłuchał  się  z  językiem  marynarzy,  jeszcze  zanim 

sam zaczął mówić. 

background image

Był urodzony na kapitana. 

Ale wszyscy sądzili, że przejdzie przez wszystkie stopnie wtajemniczenia. Uważali, że 

będzie starszy, kiedy obejmie dowodzenie statkiem. 

A teraz miał szesnaście lat i całą flotę pod swoim dowództwem. 

I  nikt  nie  był  w  stanie  odwieść  go  od  tego  rejsu.  Oleg  nawet  próbował  rozmawiać  o 

tym z Raiją, ale bez skutku. Była równie uparta jak syn. 

Oleg domyślał się, dlaczego ona też chciała płynąć. 

To nie był zwykły rejs po ryby wzdłuż wybrzeża północnej Norwegii. 

Mieli ważniejsze powody. 

Michaił musiał tu przypłynąć. 

Raija też. 

Oleg nie mógł ich powstrzymać. I nie chciał. 

Raija miała prawo, by tam powrócić. By odnaleźć tych, których kiedyś zostawiła. By 

zebrać okruchy własnego niegdysiejszego życia. Wszyscy mają prawo do swojej przeszłości. 

A Jewgienij przecież nie żyje. 

To  już  go  nie  dotyczy.  Przeżył  swoje  życie  tak,  jak  chciał.  Zdobył  jedyną  kobietę, 

którą pragnął. Uczynił ją szczęśliwą. Miał z nią syna. 

Jeszcze nocą rozpoczęli wpływanie do tego fiordu. Trudno zresztą było określić porę. 

Noce miały jedynie czerwonawą poświatę. Tarcza słoneczna zbliżała się do horyzontu, potem 

jakby się odbijała i wracała na niebo, świecąc coraz jaśniej. 

Teraz było późne przedpołudnie. 

Długo  podziwiali  strome  góry  schodzące  do  morza.  Tylko  u  ich  podnóża  widniał 

wąski  pasek  zieleni,  na  którym  osiedlili  się  ludzie.  Widzieli  ich  łodzie  na  kamienistym 

brzegu. Szopy i domki nieco wyżej. 

Oleg  odnalazł  Raiję  stojącą  na  dziobie  statku.  Nie  miał  wcześniej  czasu,  by  z  nią 

porozmawiać. 

Nadal była piękną kobietą. Zimą skończyła czterdzieści jeden lat Jej życie nie należało 

do  najłatwiejszych.  Gdy  się  lepiej  przypatrzyło,  dało  się  dostrzec  zmarszczki  wokół  oczu  i 

ust, na czole ślady po przeżytych troskach. 

Ale jej włosy pozostały czarne. Oczy nadal iskrzyły się niczym węgiel. 

Rozpuściła kok na karku, pozwalając, by wiatr bawił się jej długimi do pasa włosami. 

Z  daleka  można  ją  było  wziąć  za  dziewczynę.  Oczywiście,  z  upływem  łat  jej  ciało 

nabrało obfitszych kształtów, ale po nagłej śmierci Jewgienija znów schudła. Bardzo przeżyła 

jego stratę. Stała się jakby inna, coś obcego zagościło na jej twarzy. 

background image

Dopiero teraz Oleg uświadomił sobie, co to było. Wcześniej nie umiał tego skojarzyć. 

Teraz wiedział, kogo mu ona przypomina. 

Kobietę, którą wzięli na pokład pewnej nocy właśnie na tym fiordzie dawno temu. 

Oleg domyślił się, że ona też to pamiętała. 

Wróciła jej pamięć. 

- Byłaś tu wcześniej - powiedział cicho, stając obok Raiji. 

- Wiem - odparła. Nie mógł dostrzec jej twarzy. Ciemne loki, żyjące własnym życiem, 

ukrywały ją przed nim. 

- Obiecałem Jewgienijowi, że nigdy ci o tym nie powiem. 

Dopiero  teraz  Raija  spojrzała  na  towarzysza.  Spojrzenie  było  przepastnie  czarne,  ale 

nie oskarżające. Raija założyła najbardziej niesforne loki za ucho. 

-  I  uważam,  że  powinieneś  dotrzymać  tej  obietnicy.  To  już  nie  ma  znaczenia.  - 

Uśmiechnęła  się  do  Olega  tak,  jak  tylko  ona  potrafiła.  Uśmiechem,  który  trafiał  prosto  do 

serca. - Pamiętam to, co pamiętam. Nikt nie musi mi nic opowiadać. 

Wpatrzyła się w głąb fiordu. Oleg też go sobie przypominał. 

-  Zawsze  nienawidziłam  tych  gór  -  stwierdziła  zdziwiona  -  a  teraz  czuję  się  tu 

swojsko, jakbym wracała do domu. Czy to nie dziwne? 

Oleg nie odpowiedział. Nie był w stanie. Nie mógł wydobyć głosu. Poczuł wyraźnie, 

ż

e  przyczynił  się  wobec  niej  do  wielkiej  niesprawiedliwości.  Za  późno  było  na  przeprosiny. 

Gdyby  nawet  je  wypowiedział,  ona  spojrzałaby  tylko  na  niego  swymi  ciemnymi  oczami  i 

spytała: „Za co przepraszasz?”. 

Nie potrafił tego zrobić. 

Raija  nigdy  nie  przypominała  żadnej  kobiety,  którą  znał.  Oleg  żałował,  że  Tonią  nie 

płynie z nimi. Tonią może by zrozumiała Raiję. 

Ale Raija była jedyną kobietą na pokładzie. Nikogo nie dziwiło, gdy kapitan zabierał 

ze sobą w rejs żonę, ale nigdy nie zdarzało się, by na statku płynęła więcej niż jedna kobieta. 

Załoga by tego nie zniosła. 

Nadal  zagłębiali  się  w  fiord  Lyngen.  Wspomnienia  napływały  ku  Raiji  szeroką  falą. 

Rozpoznawała  szczyty  gór.  Przypominała  sobie  ich  nazwy.  Wiedziała,  jak  nazywają  się 

osady, koło których przepływali. Po obu stronach fiordu. 

Opuścili kotwicę jak najbliżej lądu. 

Raija dostrzegła domek na cyplu. Dobry Boże, jakiż on mały! 

Ale pamiętała, jaki był zaciszny. Przebiegła wzrokiem po zielonej trawie dochodzącej 

do ścian domu, po wydeptanej ścieżce prowadzącej do obory i na brzeg do szopy i łódki. 

background image

Zobaczyła dym idący z komina. Słaba smużka unosiła się leniwie ku niebu. 

Michaił  podszedł  do  Raiji.  Cały  dzień  stała  na  pokładzie.  Widziała  zbliżający  się 

cypel. 

Najpierw tylko go sobie wyobrażała. Potem ujrzała na własne oczy. 

Teraz już nic nie widziała, bo płakała. Poczuła dłoń syna na ramieniu. 

- To tu - powiedziała Raija pewnym tonem. - Spuść łódkę na wodę, Misza! Jesteśmy 

na miejscu. 

-  Wcześnie  przypłynęli  w  tym  roku  -  powiedział  Reijo,  śledząc  wzrokiem  żagle 

kolorowego statku. Wydawał się płynącym kwiatem. 

Już szesnasty rok obserwował rosyjskie statki. 

Mattiego nie interesowały statki. Pochodził z głębi lądu i morze go nie pociągało. 

Sedolf zerknął ponad ramieniem Reijo i stwierdził, że tego statku nie pamięta. 

-  Ale  i  tak  trudno  dopatrzyć  się  pomiędzy  nimi  różnicy  -  dodał.  -  Przemalowują  je 

chyba co roku. I nie można się zorientować w tych ich literach. Nawet jak znasz swoje, i tak 

nie rozczytasz tego, co tam skrobią. Ich litery przypominają ślady wron na śniegu... 

Mężczyźni  poświęcili  dzień  na  przygotowanie  narzędzi  do  wyrębu.  Ostrzyli  siekiery, 

wymieniali  trzonki,  gdzie  było  trzeba.  Przygotowywali  toporki  i  noże.  Byli  sami  w  domu, 

podczas gdy Elise i Ida z dziećmi gospodarowały w domu  Idy i Sedolfa. Lepiej, żeby dzieci 

nie kręciły się pod nogami, gdy tyle niebezpiecznych narzędzi leżało wokół. 

Mieli ścinać drzewa na nowy dom Mattiego i Elise. Miejsce, za które w swoim czasie 

Ida  i  Sedolf  podziękowali,  Reijo  oddał  swojej  wychowanicy  i  jej  mężowi,  bratu  Raiji. 

Mattiemu z trudem przyszło przyjęcie daru, wolałby budować swój dom na ziemi, którą kupił. 

Ale  nie  mógł  odmówić.  Ten,  kto  nic  nie  posiada,  nie  może  odmawiać.  Będzie  miał 

dług wobec Reijo. Mógł trafić dużo gorzej. 

Tam,  na  polanie,  gdzie  góry  nie  przytłaczały  aż  tak  bardzo,  zamierzał  postawić  swój 

dom. Z widokiem na lasy i fiord, i na niebo. Lepszego i szerszego widoku nie mogli mieć w 

Finlandii.  Do  rzeki  było  daleko,  ale  w  pobliżu  polany  płynął  strumyk.  Reijo  obiecał,  że 

pogłębią go i będą mieli studnię. 

Reijo po stracie Heleny chciał być czymś ciągle zajęty. - Wydaje mi się, że spuszczają 

łódkę - rzucił Sedolf. - Płyną tu. Pewnie po wodę. Dziwne, że tak blisko zakotwiczyli. 

-  Tak  -  potwierdził  Reijo.  Zerknął  raz  i  drugi,  ale  nie  chciał,  by  młodzi  wzięli  go  za 

starego głupca. 

Już kilka lat temu pogodził się z rzeczywistością. Strata Heleny nie zmieniła tego. 

background image

- Jest z nimi kobieta - zaśmiał się Matti, ale nagle jego twarz stężała, potem rozjaśniła 

się. - No, u diabła! - rzucił i popędził na dwór. 

Reijo  popatrzył  przez  okno  i  zrozumiał,  dlaczego  Matti  zniknął.  W  łódce  było  troje 

ludzi. Potężny mężczyzna wiosłował. Drugi, szczupły, siedział za plecami kobiety. 

Jej włosy powiewały na wietrze niczym skrzydła kruka. 

Raija siedziała z twarzą zwróconą ku lądowi. Domek nie wydawał się większy, nawet 

gdy się zbliżyli. Ściany już dawno nie były smołowane, zauważyła. Smużka dymu unosiła się 

z komina i niknęła pod niebem. 

Raija nie mogła uzmysłowić sobie, co czuła. 

Może  pewnego  dnia  wydobędzie  to  wspomnienie  i  nazwie  swoje  uczucia.  Teraz  nie 

była w stanie. 

Oczy patrzyły. 

Uszy  nasłuchiwały.  Dźwięki  były  tak  znane...  Rytmiczne  uderzenia  wioseł  o  wodę. 

Twarz Olega, jego oczy wpatrzone w nią intensywnie. Wydawał się rozumieć więcej z tego, 

co ona przeżywała, niż ona sama. 

Misza  siedział  za  nią.  On  też  patrzył  na  ląd.  Raija  cieszyła  się,  że  nie  widzą  siebie 

nawzajem. Nie chciała, by syn zajrzał w głąb jej duszy. 

Powinna  przypłynąć  całkiem  sama.  Ale  Misza  stanowił  część  całości.  Oleg  też.  Od 

samego początku. 

Dno łódki zaszurało o kamienie. Przybijali do lądu. Oleg odłożył wiosła i wyskoczył 

do wody. Wciągnął łódkę na brzeg. 

Raija  stanęła  niepewnie  na  kiwającym  się  podłożu.  Czuła,  że  Michaił  ją  wspiera. 

Uniosła spódnicę, gdy wychodziła z łódki. Zamoczyła buty, ale to się nie liczyło. 

A więc znów tu stała. Jej stopy stały na ziemi, do której należała - i nie należała. 

Postaci mężczyzn przed domem... Rozpoznała dwóch z nich. Trzeci trzymał się z tyłu. 

Został na schodach domu, gdy dwaj pierwsi pobiegli na brzeg. 

Antti  też  przypominał  skałę,  a  Reijo  był  podobny  do  ojca.  Kiedyś  jego  włosy  były 

niczym  łan  zboża  w  słoneczny  dzień.  Teraz,  gęste  i  krótko  przycięte,  połyskiwały  srebrem 

księżyca.  Oczy  jak  zielone  klejnoty.  Teraz  wiedziała,  do  czego  mogła  je  porównać.  Jej  usta 

wymawiały słowa, których nie wypowiadała wcześniej pomiędzy ścianami z bali w Lyngen. 

Reijo miał oczy jak szmaragdy. Może po upływie tych lat bez tak iskrzącego spojrzenia, ale 

Raija była pewna, że nic się nie zmieniło. 

Nie mogła uwierzyć, kogo jeszcze zobaczyła. Była przekonana, że Matti będzie chciał 

wrócić do domu. Do Finlandii. 

background image

Matti zawsze miał ojczyste lasy we krwi. 

Matti podszedł dwa kroki przed Reijo. Miał szerokie barki,  ale zbyt szczupłe. Ojciec 

też  był  taki.  Dziwne,  jak  bardzo  synowie  przypominali  swych  ojców.  Patrzyła  na  nich  i 

widziała Erkkiego i Anttiego. 

Jej  stopy  chciały  poczuć  coś  innego  niż  tylko  kamienie.  Wiatr  rozwiewał  jej  włosy. 

Panowała cisza. Nikt nic nie mówił. Oleg i Misza nie poruszali się. 

Także Matti i Reijo zatrzymali się. 

Było tak cicho... 

Raija  ruszyła  czas.  Jej  stopy  przeszły  po  piasku,  po  soczystej  trawie.  Stanęły  przed 

tym, którego oczy tak przypominały jej oczy. Który uśmiechał się jej uśmiechem. 

Pokręcili  głowami  w  zadziwieniu.  Ich  uśmiech  pokonał  lata.  Był  poszukujący, 

niedowierzający... 

Rozpoznający. 

-  Siostro!  -  powiedział  Matti,  otwierając  ramiona.  Otoczyły  ją  mocnym  uściskiem. 

Jego mięśnie były twarde. 

- Masz za długie włosy, mały Matti! - potargała mu je, śmiejąc się i ściskając go. Ich 

ś

miech zbliżał ich do siebie. Pomagał pokonywać dzielący ich czas. 

Matti nie chciał jej puścić, lecz nagle przypomniał sobie o Reijo. Cofnął ręce z ramion 

Raiji i odszedł na bok. Nie zasłaniał już tego drugiego. 

Raija  poczuła  dreszcz.  Pozostał  jej  jeszcze  kawałek  drogi  do  przejścia.  Zrozumiała 

teraz, dlaczego Wasilij już od pierwszego wejrzenia wydał jej się tak znajomy. W jego oczach 

rozpoznała oczy Reijo: zielone, przejrzyste, zamyślone, przenikające... Pełne tajemnicy, któ-

rej nigdy nie rozwiązała ani u Wasilija, ani u Reijo. 

Pozwolił, by podeszła. Nie uczynił żadnego  gestu, by jej dotknąć. Nie obejmował jej 

inaczej niż tym swoim przenikliwym spojrzeniem. 

-  Wiele  czasu  upłynęło,  Reijo  -  powiedziała.  Już  tak  dawno  nie  mówiła  po  fińsku. 

Tylko w myślach bawiła się słowami, które odnalazła nocą po śmierci Jewgienija. 

- Tak, wiele. 

- Wróciłam. Pokiwał głową. 

- Widzę. 

- To długa historia. 

Reijo przeczesał palcami włosy. Raija poznała ten gest z dawnych czasów, widziała go 

tysiące razy przedtem. Nagle tyle pamiętała. 

background image

-  Większość  historii,  których  warto  wysłuchać,  jest  długa  -  powiedział.  -  A  gdzie 

Jewgienij? 

- Nie żyje - odparła Raija sztywno. - Umarł jesienią zeszłego roku. Tragicznie. 

Reijo pokiwał głową. 

- Nie mam do niego żalu - westchnął. - Skłamał. Wrócił i powiedział mi, że nie żyjesz. 

Wiedziałaś o tym? 

Raija pokręciła głową. 

- Masz tylko syna? 

-  Miałam  jeszcze  córkę  -  Raija  nie  chciała  ujawniać  swego  bólu.  -  Umarła.  To  część 

mojej historii. Nie będę jej teraz opowiadać, ale pragnę, byś jej wysłuchał. Chociaż nie chcę 

niszczyć ci życia... 

Przez twarz Reijo przeleciał uśmiech, jednocześnie czuły i gorzki, zrezygnowany. 

-  Nigdy  nikogo  nie  znalazłeś?  -  pytanie  zabrzmiało  niczym  okrzyk,  niczym  prośba  o 

wybaczenie.  -  Może  dobrze,  że  nigdy  nie  łączyła  nas  wielka  namiętność,  że  nie  było 

pomiędzy nami wielkiego uczucia! Od jesieni wiele o tobie myślałam. Marzyłam, byś znalazł 

kogoś, kogo pokochałbyś wielką miłością. Ty nie powinieneś być sam, Reijo! 

-  Ona  nie  żyje  -  rzucił  Reijo.  Cień  bólu  przemknął  po  jego  twarzy.  Dał  świadectwo 

wielkiej  miłości.  -  To  też  długa  historia,  Raiju.  Czy  mamy  czas,  by  wymienić  się  długimi 

opowieściami?  Czy  tym  razem  statek  zaczeka?  Mam  w  sobie  wiele  bólu.  Wolę  bronić  się 

przed nowym cierpieniem. Za nic nie chcę dać się znów zranić. 

- Nikogo nie zranię, jeśli przestąpię próg twojego domu? 

Reijo  pokręcił  głową.  Słońce  operowało  w  srebrze  jego  włosów.  Bruzdy  zmarszczek 

także  świadczyły  o  jego  przejściach.  Jego  słowa  mogły  je  wytłumaczyć.  Tak,  jak  jej  słowa 

miały wyjaśnić jej zmarszczki. 

Odwróciła się do Olega i Miszy. Wywołała uśmiech na twarz. Wciągnęła i ich w swój 

krąg. Pokazała im tę cześć jej życia. 

- Mój młodszy brat - powiedziała z czułością w głosie. Byli do siebie tak podobni, że 

nietrudno było się tego domyślić. - Matti. I Reijo. Był moim mężem, gdy stąd wyjeżdżałam. - 

Nabrała  głęboko  powietrza.  -  Chyba  wobec  Boga  i  władz  nadal  jesteśmy  małżeństwem.  Nie 

jestem  Raisą  Bykową,  tylko  Raiją  Kesaniemi.  Przykro  mi,  Misza...  To  mój  syn,  Michaił  - 

przeszła  znów  na  fiński.  -  I  mój  najstarszy  rosyjski  przyjaciel,  Oleg  Jurków.  On  mówi  po 

norweska Misza tylko po rosyjsku. 

Matti wyciągnął dłoń i uścisnął dłoń Olega i Miszy. 

background image

- U diabła, Raija - uśmiechnął się zażenowany. - Nie bałaś się duchów, gdy wybierałaś 

mu imię! 

- Jewgienij je wybrał - odparła cicho. - To też część historii. 

Reijo też się przywitał. Uśmiechnął się ciepło, niemal po ojcowsku, do Miszy. 

-  Podobny  do  ciebie,  Raiju.  Teraz  nawet  bardziej  niż  ostatnio.  To  twoje  cechy 

przebijają  się  we  wszystkich  twoich  dzieciach.  Różne  twoje  cechy  w  każdym  z  nich.  Misza 

jest bardzo podobny do Idy. 

Raija zachwiała się, nagle zabrakło jej powietrza. Reijo schwycił ją, objął ramionami. 

Spojrzeli sobie w oczy. Wcześniej się oceniali. Powstrzymali się. Próbowali przykładać ramię 

i wyważać drzwi, za którymi stało to drugie. 

Teraz już to nie było możliwe. Zamki pękły. Żadne z nich nie musiało szukać klucza, 

który zardzewiał i zaginął. 

Drzwi stanęły otwarte na oścież. 

Ramiona  Reijo  wokół  talii  Raiji.  Jej  ramiona  na  jego  karku.  Oboje  unieśli  brwi  -  on 

proste, a ona wygięte w łuk. Policzek otarł się o policzek. Skóra rozpoznała skórę. 

-  Jeden  rok  -  powiedział  Reijo  głosem  grubym  ze  wzruszenia.  Odsunął  lekko  Raiję  i 

przyjrzał się jej, przekrzywiając głowę. Patrzył na jej twarz, próbował dostrzec minione lata. - 

Nadal jesteś tak piękna,  że mógłby minąć tylko jeden rok. -  Uśmiechnął  się. - Tęskniłem za 

tobą,  ty  urwisie.  Nie  chciałem  uwierzyć,  że  nie  żyjesz.  Nawet  po  rozmowie  z  Jewgienijem. 

Nawet  po  tym,  gdy  się  dowiedziałem,  że  dałaś  mu  syna.  Tęskniłem  za  tobą,  Raiju.  O  Boże, 

jakże ja za tobą tęskniłem! 

-  A  dzieci?  -  spytała  Raija  bez  tchu,  patrząc  ponad  ramieniem  Reijo  na  mężczyznę 

siedzącego  na  schodach  domu.  To  nie  był  Knut.  Jej  starszy  syn  był  blondynem,  a  ten  miał 

ciemne włosy. 

-  Knut  i  Maja  są  w  Finlandii.  -  Reijo  uśmiechnął  się  przelotnie  i  pogładził  Raiję  po 

policzku.  Gdy  już  odważył  się  jej  dotknąć,  było  to  dobre  uczucie.  Była  prawdziwa  pod 

opuszkami  jego  palców.  Nie  znikała,  nawet  gdy  zamykał  oczy.  Nie  rozwiewała  się  w  po-

wietrzu, nawet gdy jej nie dotykał. - Ailo też jest w Finlandii - dodał z bólem, który zawsze 

towarzyszył wzmiankom o Ailo. - Ida i Elise są tu. Elise wyszła za twojego brata. Jak zawsze 

mamy zawikłane relacje rodzinne! 

Raija  szeroko  otwartymi  oczami  wpatrzyła  się  w  Mattiego.  Ten  rozłożył  ręce  i 

uśmiechnął się szeroko. 

-  Taka  ładna  wyrosła  z  niej  dziewczyna!  -  powiedział  tonem  usprawiedliwienia.  - 

Wszystko odbyło się bardzo przyzwoicie! 

background image

Reijo uśmiechnął się pod nosem i skinął głową w stronę domu: 

-  To  mąż  Idy,  Sedolf.  Świetny  chłopak  ze  złej  strony  fiordu.  -  Pogładził  Raiję  po 

włosach. - Nadal jak jedwab - stwierdził ze zdziwieniem. Odnalazł w nich siwe ślady, ale i tak 

jej nie postarzały, tylko dodawały uroku. - Jesteś kobitą z piekła rodem, która nie brzydnie z 

latami!  Ty  nie  blakniesz.  Jak,  u  licha,  ty  to  robisz,  co?  -  Westchnął.  -  Jeszcze  kilka 

dokumentów nie jest całkiem w porządku w naszej rodzinie. Nie tylko my namieszaliśmy. Ida 

wyszła za Ailo. 

Raija  poczuła,  jakby  grunt  usuwał  jej  się  spod  nóg.  To  brzmiało  tak  właściwie:  jej 

córka i syn Mikkala! 

To  stanowiło  właściwe  zakończenia  bajki.  Ale  przecież  na  schodach  domu  Reijo 

siedział ciemnowłosy mężczyzna, nie Ailo, a jednak mąż Idy. 

- Powiedziałeś przecież, że Ailo jest w Finlandii? 

-  Ida  ma  dokumenty  zaświadczające,  że  Ailo  nie  żyje  -  odrzekł  Reijo.  -  Nasza  córka 

jest  bardziej  twoja  niż  moja.  To  jej  historia.  Sama  niech  ci  opowie.  Nazywa  ją  „Sagą  o 

mężczyźnie w masce”. Masz już wnuki, kochana. Jesteś babcią! To też długa historia. 

Raija  zadrżała.  Wsparła  się  o  Reijo,  gdy  odwróciła  się  do  syna  i  Olega.  W  wielu 

miejscach  czuła  się  jak  w  domu.  Tutaj  też.  Z  dłonią  Reijo  ściskającą  jej  dłoń.  Z  jego 

ramieniem wspierającym jej ramię. Stał w jej cieniu. 

- Zostaję tu - rzuciła do Michaiła i Olega. - Płyńcie z powrotem na „Raiję”. Ja muszę 

ich spotkać - sama. 

-  Ale  to  też  moja  rodzina!  -  powiedział  Michaił,  prostując  kark.  Raija  rozpoznała  w 

tym swój ruch, choć zwykle widziała w synu więcej z cech Jewgienija. 

- Tak, to też twoi krewni, mój Miszo. Spotkasz się z nimi. Ale teraz muszę być sama. 

To moje życie. Kiedyś moje. Odrzuciłam je, wybrałam inne drogi niż te, które wiodły tutaj. 

-  To  tata  milczał!  -  Misza  wreszcie  wykrzyczał  swój  gniew.  -  On  to  przemilczał. 

Kłamał! 

Raija pokiwała głową. 

-  Tak,  ja  wiem.  Wiem,  dziecko.  Ale  przedtem  ja  dokonałam  wyboru.  Ja.  Nie  twój 

ojciec.  Nikt  inny.  I  tego  też  nie  żałuję.  To  długa  historia,  którą  ci  opowiem.  Zanim  poznasz 

swoje rodzeństwo... 

Michaił  uważnie  patrzył  na  matkę.  Żałował,  że  nie  rozumiał  nic  z  tego,  o  czym  oni 

mówili po fińsku. Wreszcie pokiwał głową. 

- Wrócę wieczorem - powiedział. 

background image

-  Dobrze.  Raija  puściła  dłoń  Reijo  i  pocałowała  syna  w  oba  policzki,  zanim  odszedł. 

Oleg pogładził ją po głowie. 

- Cieszę się, że ich odnalazłaś - rzucił szczerze. 

- Ja też, Oleg. Raija patrzyła za nimi, jak płynęli w stronę statku. 

Stała  na  brzegu  i  napawała  się  widokiem.  Reijo  stanął  za  nią  i  położył  jej  ręce  na 

ramionach. Jego oddech musnął jej ucho. 

-  Poślę  Mattiego  i  Sedolfa  po  Idę.  Mieszka  na  twojej  ziemi.  Teraz  będziemy  ścinać 

nasz pierwszy las, Raiju. Twój i mój. 

- Jesteś podobny do swojego ojca. 

- Wiem - rzucił Reijo z uśmiechem. - On też cię bardzo kochał, Raiju. 

background image

Dłonie  Raiji  wielokrotnie  gładziły  zniszczoną  powierzchnię  stołu.  Z  czułością, 

szacunkiem, zupełnie jakby dotykała czegoś uświęconego... 

Reijo  po  drugiej  stronie  stołu,  z  jedną  dłonią  przykrywającą  drugą.  Patrzył  na  nią. 

Twarz miał poważną i spokojną. 

- Jesteś zły? - spytała nagle. - Nienawidzisz mnie? Nienawidziłeś? 

- Nie - odparł, opierając podbródek o rękę. - Nienawiść to strata czasu. Ja nie miałem 

czasu.  Czułem,  że  masz  swoje  powody,  by  zostać.  -  Zamilkł  na  dłuższą  chwilę.  -  Ale 

czekałem  wiele  lat.  I  nigdy  nie  uwierzyłem,  że  nie  żyjesz.  Pogodziłem  się  z  tym,  że  cię  nie 

ma, ale nie, że nie żyjesz. Rozumiesz? 

-  Pamiętasz  Kallego?  -  spytała  Raija  z  powagą.  -  To  mi  się  też  przytrafiło.  Wtedy... 

Kalle  chyba  najbardziej  chciał  uciec  od  wszystkiego.  Zawsze  wybierał  najłatwiejsze 

rozwiązania.  Nigdy  nie  wierzyłam,  że  możliwe  jest  po  prostu  stracić  przeszłość.  Nie 

rozumiałam tego. Ale potem mnie to spotkało. Może dlatego, że potrzebowałam ucieczki. A 

gdy Jewgienij umarł, wszystko do mnie powróciło. Nie umiem tego wytłumaczyć. Przedtem 

czułam  to  jako  skałę,  lodowatą  ciemność,  która  mnie  zatrzymywała  za  każdym  razem,  gdy 

próbowałam przez nią przejść. Ale skała po śmierci Jewgienija rozstąpiła się! Wszystkie sny i 

fragmenty  przeszłości,  których  nie  rozumiałam,  nagle  stały  się  częścią  całości.  Byłam  jak 

naczynie, które znów się napełniło. Tak długo byłam pusta, Reijo... 

- Co z Jewgienijem? On wiedział... 

-  Jewgienij  milczał  -  odparła  Raija  zrezygnowanym  tonem.  -  Oleg  milczał.  Antonia 

milczała.  Nie  było  więcej  wtajemniczonych.  Oni  byli  moimi  najbliższymi.  Ten  zawód  boli 

najbardziej. 

Raija  nie  wspomniała  o  Miszy.  Na  nim  wymuszono  milczenie.  Rozumiała  to. 

Zobaczyła,  jak  on  wyraźnie  się  odprężył,  gdy  zrozumiał, że  pamięć  jej  wróciła.  Spoczywała 

na  nim  zbyt  duża  odpowiedzialność.  -  Nie  ma  zbyt  wielu  ludzi,  którzy  mnie  nigdy  nie 

zawiedli - uśmiechnęła się Raija. Ostrożnie dotknęła palcem dłoni Reijo. - Ty tego nigdy nie 

zrobiłeś. Wasilij też nie. Tylko wy. A ja zawiodłam wszystkich. Wszystkich. 

- Wasilij? 

- Jego też kochałam - odparła Raija. - Na swój sposób. On był ojcem mojej córeczki 

Natalii.  Nadal  boli  mnie  wspomnienie  o  niej.  Ona  też  jest  częścią  historii,  którą  chcę  ci 

opowiedzieć.  Teraz  tylko  trochę,  by  uwolnić  nieco  bólu.  Wasilija...  Wasię...  straciłam. 

background image

Popełnił samobójstwo. Aż tak było to dla niego poważne. Cały Archangielsk traktował mnie 

jak  wdowę  po  nim,  jakby  nie  było  w  tym  ani  trochę  mojej  winy.  Natalia  umarła.  Jewgienij 

umarł.  Odprowadziłam  moich  najbliższych  na  cmentarz.  Tam,  na  wschodzie,  pozostał  mi 

tylko Misza. 

- Tutaj masz wielu. 

- Nie wiem - odparła. - Śnię Mikkala. To nie są zwykłe sny. On do mnie przychodzi 

wtedy, gdy odpływam. Natalia go widziała w morzu. 

Reijo wzdrygnął się, ale nic nie powiedział. 

-  Chciałabym  być  z  nim  pochowana  -  mówiła  dalej  Raija.  -  Umarłemu  pewnie 

wszystko jedno, ale często o tym myślę, że chcę spocząć razem z nim w grobie. Z Mikkalem. 

-  Ty  też  przychodziłaś  do  mnie  w  moich  snach  -  odezwał  się  Reijo  ochryple.  - 

Prosiłaś, bym zadbał, żebyś spoczęła w morzu. 

Spojrzała na niego pytająco. 

-  Straciliśmy  ciało  Mikkala  -  wyjaśnił  Reijo.  -  Straciliśmy  łódkę  z  jego  ciałem. 

Zatonęła w morzu... 

- Opowiedz mi! Reijo opowiedział o podróży na wschód wzdłuż wybrzeża Finnmarku. 

Była  to  opowieść  pełna  bólu.  Ravna  im  wybaczyła.  Powiedziała,  że  morze  to  dobre  miejsce 

na grób. Wyznała, że staje nad grobem syna za każdym razem, gdy staje nad brzegiem morza. 

-  To  wiele  tłumaczy.  -  Raija  zbladła.  Dłonią  obracała  nerwowo  jeden  z  guzików 

bluzki, aż go urwała. Bluzkę miała jasnoniebieską, spódnicę o ton ciemniejszą. Reijo uważał, 

ż

e wygląda w tych kolorach bezbarwnie. Powinna nosić intensywne kolory, w których sama 

by promieniowała. 

- Przecież nie mogłam tego wiedzieć... Jej słowa zawisły w powietrzu pomiędzy nimi. 

Nie mogła tego wiedzieć. Ale wiedziała. Nie potrafili te go wytłumaczyć. 

- Coś jest. Potem - dodała Raija pewnym tonem. - Jest druga strona. Naprawdę. Ja tam 

wędrowałam. 

Wracałam w mrozie, tak jak kiedyś. Ale teraz jest mi trudniej. Nie chcę wracać. 

- Pamiętasz, że nie chciałem w to uwierzyć? - uśmiechnął się Reijo. Miał czterdzieści 

dwa  lata,  ale  wyglądał  młodziej,  zwłaszcza  gdy  się  uśmiechał.  Można  było  w  twarzy 

dorosłego odnaleźć młodzieńca. - Maja też to miała. Uratowała moje życie. Przyszłaś do niej 

we śnie i dałaś jej ten... dar. 

-  Też  to  śniłam.  -  Raija  wyciągnęła  dłonie  i  dotknęła  go  chłodnymi  palcami.  Jego 

dłonie były tak ciepłe! Ciepłe, szorstkie, dobre dłonie. 

- Ida też coś ma - dodał Reijo. - Jakąś nadwrażliwość. Przeczucia. 

background image

Raija  milczała.  Stół  pomiędzy  nimi  tak  naprawdę  ich  nie  rozdzielał,  a  raczej  spajał. 

Gdy  myślała  o  wspólnocie,  przede  wszystkim  przechodził  jej  przez  myśl  stół,  a  nie  łóżko. 

Rodzina zgromadzona wokół stołu na posiłek - to był dla niej symbol wspólnoty. 

Ten stół kiedyś był jej. Teraz tak myślała o innym stole. 

- Dzieci? - To pytanie przyszło jej z wielkim trudem, ale już nie mogła czekać. Reijo 

opowiadał tak ostrożnie... 

-  W  skrócie?  -  spytał,  ściskając  jej  dłonie.  Reijo  już  jako  chłopak  był  małomówny. 

Jego  oczy  obserwowały.  Mógł  wiele  przekazać  uściskiem  dłoni,  uśmiechem,  mrugnięciem 

oka.  Upływające  lata  rysowały  zmarszczki,  ale  nie  były  w  stanie  zmienić  człowieka.  Raija 

czuła wyraźnie, że Reijo nadal jest jej przyjacielem. Najlepszym, jakiego kiedykolwiek miała. 

Najlepszym, jakiego ktokolwiek mógł mieć. 

- Z Elise i Mattim było najmniej kłopotów. Starał się też o nią pewien Simon Bakken, 

pamiętasz  jego  krewnych?  Ale  Elise  wiedziała,  kogo  chce.  A  Matti  okazał  się  porządnym 

mężem.  Pojechali  zaraz  po  ślubie  do  Finlandii.  Niedawno  wrócili.  Nie  było  im  tam  lekko. 

Wrócili z czworgiem dzieci. Dwoje tam pochowali. - Reijo uśmiechnął się przelotnie i potarł 

jej dłonie kciukiem. - Mają Eija - Marię, Reino, Mikaela i Inkeri Raiję. 

- Babcia? - Raija pokręciła głową. - Nie czuję się aż tak stara... 

- Masz więcej wnucząt, babciu! - zaśmiał się, drocząc się. Ale zamilkł, gdy dostrzegł 

jej  zagubione  spojrzenie.  -  Mamy  jedno  wspólne,  no  i  Mikkal,  gdyby  żył...  Mały  Mikkal. 

Podobny  do  ciebie  jak  dwie  krople  wody.  To  synek  Idy  i  Ailo.  Urodziła  bliźniaki. 

Dziewczynka  umarła  w  zeszłym  roku.  Ida  ciężko  to  przeżyła.  Nazywaliśmy  ją  małą  Raiją. 

Niezwykle podobna do Mikkala. Już jako noworodki miały ukształtowane twarze. Nie mogły 

się nazywać inaczej! Musiały nosić wasze imiona. - Reijo westchnął. - Ida wyszła za Ailo. On 

wyruszył  na  wschód,  a  wylądował  w  Finlandii.  Maja  tam  była.  Potrzebowała  go.  Pomiędzy 

nimi istniała więź... 

- Byli rodzeństwem... - rzuciła Raija. 

-  Tak,  byli  rodzeństwem  -  powtórzył  Reijo.  -  Przeszli  przez  wiele  cierpienia.  Ailo 

został poważnie poparzony. Ida ci opowie. Mówi, że on już nie ma twarzy, że to tylko maska. 

On  już  nie  wrócił.  Maja  napisała,  że  Ailo  nie  żyje.  Ida  i  Sedolf  zakochali  się  w  sobie.  Jej 

córeczka umarła. I wtedy pojechali do Finlandii... 

Reijo puścił dłonie Raiji. Musiał wstać i przejść po izbie. Dzień był jasny, ale trzymał 

się  z  dała.  Reijo  dołożył  do  paleniska.  Ściany  z  bali  nie  dopuszczały  zbyt  dużo  ciepła  z 

zewnątrz. 

background image

-  Mówię  o  wszystkich  naraz...  Sedolf  jest  kuzynem  Simona.  Maja  zaszła  w  ciążę  z 

Simonem. Pobrali się niechętnie. On wylądował w więzieniu i wrócił odmieniony. 

Reijo usiadł obok Raiji i objął ją ramieniem. Pamiętał to uczucie z dawnych czasów, 

znał  jej  barki,  zaokrąglenie  ramienia.  Jego  dłoń  tak  dobrze  tam  pasowała.  To  spotkanie 

przywołało 'wszystkie wspomnienia. 

-  Maja  sądziła,  że  ja  potrafiłbym  wypełnić  jej  pustkę.  Były  chwile,  że  i  ja  w  to 

wierzyłem. Byłem samotny. To jest coś więcej niż uczucie. To ból tak konkretny, że niemal 

można  go  dotknąć.  -  Uśmiechnął  się  blado.  -  No  i  tu  opowieść  się  plącze.  To  tak,  jak  gdy 

używa  się  zbyt  wiele  kolorów  przy  tkaniu.  Zlewają  się  w  jedno,  jak  gęsto  rosnące  krzaki. 

Knut  powędrował  do  Finnmarku.  Simon  też.  To  było  przed  Idą  i  Ailo.  Matti  pojechał  do 

Finlandii z Elise. Ta opowieść to istny gąszcz! 

- Dobrze opowiadasz. 

-  Pamiętasz  dziewczynę  z  lochów  Vardo?  -  spytał  nagle  Reijo.  -  Finka.  Nieduża 

blondynka, niczym się nie wyróżniająca. Ale miała w sobie coś dobrego. Nazywała się Anjo. 

Ona cię pamięta. 

Raija pokręciła głową. 

- Mało stamtąd pamiętam. To nadal czarna plama. Opowiadałam o tym Mikkalowi, ale 

to było dawno. Nie przypomnę sobie tego, nie chcę. 

-  Chłopcy  się  spotkali.  Ailo  był  z  Knutem.  Poznali  Anjo  i  młodego  Fina,  Heino.  - 

Reijo  zamilkł  na  chwilę.  -  To  był  syn  Petriego.  Petri  pojechał  do  Finnmarku  szukać  ciebie  i 

tam  zmarł.  Heino  chciał  odnaleźć  ojca  i  ciebie.  Nienawidził  cię  za  to,  że  ojciec  nie  mógł  o 

tobie zapomnieć. 

Raija zbladła. Pozostawiła wiele kręgów na wodzie. Mętnej wodzie... 

- Odnaleźli złoto Kallego. Knut rozdzielił je wśród wszystkich. Ożenił się z Anjo. Ona 

jest  niemal  w  naszym  wieku,  ale  jeśli  któreś  z  naszych  dzieci  jest  naprawdę  szczęśliwe,  to 

właśnie  Knut.  Mają  dwoje  dzieci,  Karla  i  Ailę.  Trzy  latka  i  niecały  rok...  Mieszkają  u  Mai. 

Porzucili  wszystko  po  tej  stronie  granicy.  Simon  umarł  na  północy.  Knut  wrócił  do  domu  z 

ż

oną,  Ailo  i  Heino.  Ailo  i  Ida  byli  dla  siebie  stworzeni.  A  Heino  roztopił  lodową  powłokę 

Mai. Nigdy wcześniej wiosna nie przyszła gwałtowniej... Pobrali się i pojechali na południe, 

do  Finlandii.  Dobrze  im  się  powodziło,  aż  Heino  zginął  w  pożarze,  zresztą  to  było  bardziej 

zawikłane. Maja wyszła niespodziewanie za mąż za fińskiego arystokratę. Jest teraz panią na 

wyspie Hailuoto, niedaleko Oulu. Jest panią Marią Runefelt. William to dobry człowiek. Mają 

syna - Williama Henrika Reijo. 

- Więc ty też pozostawiłeś ślad - uśmiechnęła się Raija. - W sercach... 

background image

Zażenowany Reijo udał, że nie słyszy. 

- Ailo znalazł schronienie pod opiekuńczymi skrzydłami Mai. Ma żonę,  Annę Kajsę. 

To  córka  z  nieprawego  loża  ojca  Williama.  Wiesz,  biedni  ludzie  zawsze  ulegali  bogatym... 

Knut, Anjo i dzieci też u niej są. 

Spojrzał na Raiję. Niemal czuł jej ból. Było jej ciężko. 

-  Helena  przybyła  znikąd  -  powiedział  Reijo  ciepłym  tonem.  Mówienie  o  niej 

sprawiało  ból,  ale  zarazem  dobrze  było  dać  się  pochłonąć  wspomnieniom.  Zanurzyć  się  w 

czułości.  Zanurzyć  po  szyję.  Tak  pragnął  móc  cofnąć  czas!  Wrócić,  dotknąć  tego,  co  było. 

Ale Helena nie żyje. - To część mojej historii, Raiju. Była Finką. Młodsza od Idy. Ale z nią 

nigdy nie czułem się staro. Miała w sobie tyle radości! Dobra, ciepła... Mam syna, Raiju. Ivar 

Antti.  Ma  rok.  Jakoś  moje  dzieci  chowają  się  bez  matek...  Po  tamtej  stronie  fiordu  zeszła 

lawina.  Jumala  jeden  wie,  dlaczego  Helena  wypłynęła  łódką  w  taką  mgłę.  Mnie  nie  było  w 

domu. Wyrzuciło ją na ląd na naszym brzegu. 

Reijo  spojrzał  poważnie  na  Raiję.  Chciał  być  uczciwy  aż  do  bólu.  Wiedział,  że  jego 

słowa mogą ją dotkliwie zranić. 

-  Gorzej  było  stracić  ją  niż  ciebie,  Raiju.  Moja  radość  zależała  od  niej.  Drzwi  do 

największego i najbardziej czułego uczucia są teraz zamknięte. Zaryglowane. Ona ma klucze. 

Utonęły  wraz  z  nią.  To  jej  twarzy  będę  szukał  po  tamtej  stronie,  jeśli  istnieje.  Teraz  będę 

wierzył, że tak. Nic innego mnie tu nie trzyma. Wierzę, że ona tak po prostu nie zniknęła. Że 

gdzieś jest, gdzieś indziej. Że kiedyś ją obejmę. No i Ivar. On mnie potrzebuje. Chcę widzieć, 

jak dorasta. To mnie trzyma przy życiu. Daje sens dniom. Nie oczekuję więcej od życia. Ty 

powróciłaś z przeszłości, Raiju. 

Wiedziała. Zrozumiała, co jej przekazał. Wiedziała, jakie inne słowa mógł wybrać. 

-  Jestem  brudna  -  stwierdziła.  -  Wszystko  mnie  swędzi.  Rozgrzejesz  dla  mnie  saunę, 

Reijo? 

Zaśmiał  się  i  delikatnie  pogłaskał  palcami  jej  policzek.  Nie  była  to  już  skóra 

dziewczyny, ale nadal zachowała miękkość. 

- Napalę tak, że pęknie - obiecał. - Niewiele się zmieniłaś, Raiju. 

Zdążyli  jeszcze  podzielić  się  wieloma  myślami,  zanim  sauna  się  rozgrzała.  Raija  z 

podwiniętymi  nogami  siedziała  na  ławie  w  kuchni.  Pamiętała  te  niezliczone  razy,  gdy  tak 

siadała, dzieląc śmiech i smutek. Razem z Reijo. Razem z Anttim. 

Myślała o tych z jej dzieci, które też tak siadywały. Starała się je sobie wyobrazić, ale 

mimo to były nadal nierzeczywiste. Okruchy czegoś, do czego nie miała prawa. 

Nie było jej tu wtedy. 

background image

Dla nich nie żyła. 

-  Czy  dobrze  zrobiłam,  że  wróciłam?  -  spytała  nagle.  -  O  Boże,  Reijo,  może  ja  tego 

wcale  nie  przemyślałam?  Uważasz,  że  nie  powinnam?  Czułam,  że  muszę.  I  chyba  nie 

myślałam o was... 

-  Ja  się  cieszę,  że  wróciłaś  -  przyznał  Reijo  szczerze  i  z  powagą.  -  Mimo  wszystko, 

Raiju. 

-  Powinnam  wziąć  ze  sobą  coś  na  zmianę!  -  Raija  rozłożyła  ręce.  -  Ale  gdy 

zobaczyłam ten dom, o niczym już nie myślałam. Musiałam na ląd. 

-  Spaliłem  ubrania  Heleny  -  rzucił  Reijo.  -  Były  porządne,  ale  nie  mógłbym  znieść 

widoku kogokolwiek innego w nich. Ty nie zostawiłaś po sobie tyle, by starczyło na ognisko. 

Patrzył  na  nią  przez  dłuższą  chwilę.  Nagle  stali  się  dla  siebie  kimś  nowym.  Raija 

zawstydziła się jakby. Nie było to jak na nią zwyczajne. Kiedyś była swobodną i szalona jak 

wiosenne wiatry, które bez pytania ogałacały ziemię z zimowej szaty. 

- Mógłbym popłynąć po twoje rzeczy, ale możesz coś od nas pożyczyć. Jest ubranie, 

które Ida dała Elise. Powinno na ciebie pasować. Nasza córka ma podobną figurę do twojej. 

Nadal trzymasz się młodo, Raiju. 

-  Ty  też  niewiele  się  zmieniłeś,  Reijo!  -  zaśmiała  się  Raija.  -  Znasz  mnie  aż  nadto 

dobrze. Widzisz, jak teraz się boję? 

- Może pójdziesz sama? Pokręciła głową. 

- Nie stanowimy dla siebie zagrożenia, Reijo. I po tym, co narozrabialiśmy, to nawet 

nie będzie grzech... 

Ujęli  się  za  ręce  i  razem  przeszli  przez  podwórze.  Wyglądali  na  parę,  która  dzieliła 

stół i łoże wystarczająco długo, by znać się na wskroś. Nawet szli tym samym rytmem. 

No i przecież była to prawda. 

- Nigdy nie widziałem twoich ran jako blizn. - Reijo potrząsnął głową, bliski łez. 

Mikkal płakał nad nimi, a potem je pieścił. Jewgienij i Wasilij tak samo. Na niej samej 

już nie robiły wrażenia. Stały się jej częścią. Znała je - białawe i poskręcane. 

Teraz  pamiętała  nawet,  w  jaki  sposób  powstały.  Wiedziała,  które  powstały  po 

poparzeniu, które po uderzeniach szpicrutą. Jej ciało zostało naznaczone. Ale jej dusza nigdy 

się nie ugięła w lochach twierdzy Vardo. 

Jej  skóra  nadal  nosiła  te  ślady,  ale  nie  dała  się  uznać  za  czarownicę.  Wyszła  z  tego 

dumnie wyprostowana. Może bardziej niż przedtem. 

background image

-  Anjo  opowiadała  nam,  co  ci  robili  -  powiedział  Reijo  cicho.  Jego  spojrzenie  nie 

odrywało się od blizn. Znał ciało Raiji. Już go nie kusiło, choć kiedyś marzył o nim. Kochał je 

- myślami, dłońmi, ustami, skórą - duszą i ciałem. 

Jej nagość nie budziła w nim pożądania. Te blizny wywoływały w nim tylko czułość. 

- Anjo opowiadała - powtórzył. - A ja pamiętałem rany, krew, twój ból. Podeszłe ropą 

oparzenia. Ślady po pejczu, po nożu... A Anjo ubrała je w słowa. 

- Tej części historii ci nie opowiem. Więcej razy nie mogę, Reijo. - Raija zmusiła się 

do  położenia  na  jednej  z  pólek.  Nie  na  tej  najwyższej,  tam  gorąco  uderzało  jak  ściana.  Nie 

rozumiała, jak Reijo mógł tam wysiedzieć. Nie wyglądało na to, by ciężka para wodna jakoś 

mu szkodziła. - Przecież miałam wrócić - powiedziała wreszcie. Spojrzała przelotnie na Reijo. 

Jego ciało wydawało się nadal zwarte. Widać było, że dużo chodził bez koszuli tego lata. Na 

plecach był ciemniejszy  niż na brzuchu, a nogi miał białe. Mężczyźni właśnie tak wyglądali 

po lecie. - Wtedy nie uciekałam na zawsze, Reijo. Miałam wrócić. Wiedziałam, że się jakoś 

ułoży.  Zawsze  byliśmy  sobie  bliscy,  zawsze  byliśmy  przyjaciółmi.  Uważałam,  że  to  równie 

dobra podstawa jak namiętność. Ona wszystko w końcu pożera, jak ogień suchą trawę. 

- Wiem, że tego chciałaś - odparł Reijo łagodnie. - Teraz wiem. 

Włosy  przykleiły  mu  się  do  czoła,  pociemniałe.  Raija  dostrzegła,  że  mu  się 

przerzedziły, linia czoła podeszła wyżej. 

- Nie miałaś nad tym władzy - dodał. 

- Ja miałam wrócić - powiedziała Raija cicho. Para wodna dochodziła do sufitu. Raija 

dostrzegała ślady po ociosywaniu belek siekierą. - Miałam być matką. 

Reijo  nie  mógł  dostrzec  jej  uśmiechu,  ale  słyszał  go  w  jej  glosie.  Wiedział,  że  ona 

najbardziej oskarżała siebie. Wiedział, że oskarża siebie o to, czego nie była winna. 

-  Całą  zimę  zajęło  mi  układanie  fragmentów  w  całość.  Czułam  się,  jakbym  siedziała 

nad dwunastoma potłuczonymi szklankami. I miałam jej poskładać... Całą zimę trwało, zanim 

zrozumiałam  i  mogłam  spojrzeć  w  przeszłość  bez  goryczy.  I  nie  mogłam  się  tym  z  nikim 

podzielić. 

- Nie mamy wpływu na nasze życie - powiedział Reijo. - Nawet nie możemy wpływać 

na  najważniejsze  zmiany,  Raiju.  Kiedyś  wierzyłem,  że  los  leży  w  moich  rękach,  że  jest 

niczym  glina, którą mogę ugniatać, jak tylko  chcę.  Życie to nie  glina. To zbiór ścieżek. Dla 

jednych  wielu,  dla  innych  kilku.  Dla  nas  kręcą  się  one  w  sposób  niezwykły.  Moja  ścieżka 

wiodła przez piękne tereny. Teraz stoję na polanie. Nigdy nie sądziłem, że tu dotrę. Myślę, że 

tu  kiedyś  byłem,  ale  las  się  przecież  zmienia,  prawda?  Wszystko  rośnie,  coś  znika.  Nic  nie 

jest dokładnie takie samo, jak dawniej. Ja też nie jestem ten sam. Patrzę z innej perspektywy. 

background image

Patrzę  oczami,  które  widziały  wiele  od  ostatniego  czasu.  Jumala,  chyba  rozumiesz,  co  mam 

na myśli? 

- Może. 

-  Nie  wyrzekłbym  się  czasu  z  Heleną.  Reijo  skurczył  się  w  sobie  po  wypowiedzeniu 

jej imienia. Ból zastygł w twarzy. Oczy pod jasnymi brwiami ściemniały. 

- A może ta ścieżka była równie dobra jak inne? - rzuciła Raija, siadając i sięgając po 

chochlę z wodą. Polała nią kamienie. Zasyczało, para uniosła się ciężko i położyła, gorąca, na 

skórze. Zapiekła. 

-  Ona  rozświetlała  wszystko  wokół  siebie  -  powiedział  Reijo.  -  Przybyła  ze  świata, 

który  w  niczym  nie  przypominał  naszego.  Nie  umiała  szorować  podłogi  ani  prać  ubrań. 

Przypaliła  strasznie  dużo  garnków,  zanim  nauczyła  się  gotować.  Płakała  nad  swoim 

pierwszym chlebem. Jadłem go i sądziłem, że stracę na nim wszystkie zęby... Ale robiłem to 

dla niej. Próbowała. Starała się. Była jednym z najbardziej upartych ludzi, których znałem w 

ż

yciu.  -  Uśmiechnął  się,  odprężony.  Spojrzał  Raiji  w  oczy.  -  Może  w  tym  przypominała 

ciebie. Ale poza tym wcale. Była delikatna, ciepła i ustępliwa. 

- No, ja na pewno nie jestem ustępliwa! - Raija zlizała pot z górnej wargi. Smakował 

morzem. Niemal unosiła się na parze wodnej. 

- Na pewno ciebie nie przypominała - Reijo wiedział, że Raija nie atakowała Heleny. 

Słuchała. Dobrze było opowiedzieć o Helenie komuś, kto nic o niej nie wiedział. 

Opowiadał więc. O tym, jak nastała w ich życiu. Jak z niego odeszła. 

Tajemniczo. 

Opowiadał jej o ranach, które nosił w sercu i duszy. Jak rozdrapywał te rany, zrywał 

cienkie warstwy strupów, by utrzymywać pamięć o niej. Opowiadał Rraiji o bólu. 

-  Boję  się,  że  nadejdzie  dzień,  gdy  już  nie  poczuję  bólu.  Nie  chcę  go  utracić.  Nadal 

chcę  go czuć niczym szpony drapieżnego ptaka w moim sercu. Boję się, że o niej zapomnę. 

Ona na to nie zasłużyła. 

- Ból znika - powiedziała Raija bez ogródek. Wiedziała, że on nie chce tego słyszeć, 

ale przedstawiła mu swój ból. W całej okazałości. Oboje niczego przed sobą nie ukrywali. 

W  parę  wodną  popłynęły  nowe  fragmenty  tej  połowy  życia,  którą  spędzili  osobno. 

Obrazy.  Szybkie  szkice.  Wybierali  je  bez  zwracania  uwagi  na  kolejność  wydarzeń,  zupełnie 

jakby  zrywali  kwiaty  na  łące.  Szli  tam,  dokąd  prowadziły  ich  oczy,  na  skróty,  w  poprzek... 

Taki bukiet zawsze będzie ładny. Wiązanka polnych kwiatów nie może być inna. 

Chwile z ich życia nie przypominały może rumianków, dzwonków czy jaskrów, ale i 

tak nie mogli wstydzić się swojego bukietu. 

background image

-  Jewgienij  postawił  wszystko  na  jedną  kartę.  -  Reijo  potrząsnął  głową.  Nie  umiał 

wczuć  się  w  sytuację  mężczyzny,  który  dał  Raiji  pełną  garść  kłamstw.  Który  trzymał  się 

konsekwentnie tych kłamstw aż do śmierci. Który z własnej woli dał się wplątać w lepką sieć, 

którą sam rozwinął. 

-  Brak  mi  słów.  Muszę  przyznać,  że  trochę  go  podziwiam.  To  wymagało  wielkiej 

odwagi.  To  nie  twoja  wina,  Raiju,  że  dla  ciebie  mężczyźni  tracą  głowę.  Cieszę  się,  że  Ida 

trafiła na Sedolfa. Już zaczynała za bardzo przypominać ciebie, Mały Kruku... 

Nie  sądziła,  że  ktokolwiek  jeszcze  nazwie  ją  tym  przydomkiem.  Właściwe  było, 

gdyby  to  mówił  Mikkal.  To  było  jego  pieszczotliwe  imię  dla  niej.  Od  pierwszego  dnia,  gdy 

stanęli  twarzą  w  twarz.  Ona,  zapłakana  ośmiolatka,  i  on,  czternastolatek,  który  bez  chwili 

wahania wziął na siebie odpowiedzialność za nią. Który obiecał, że będzie zawsze o nią dbał. 

Mały Kruk. 

Może ona właśnie nim się stała? 

-  Czy  dzieci  mają  do  mnie  żal?  Zawiodłam  ich  bardziej  niż  ciebie.  Matti  i  tak  mnie 

kocha,  jesteśmy  tej  samej  krwi.  Ty  wybaczasz.  Liczyłam  na  to,  bo  ty  jesteś  takim 

przyjacielem, który nigdy, przenigdy nie zawodzi. 

-  Mai  tu  nie  ma,  Raiju.  Przykro  mi  to  mówić,  ale  cieszę  się,  że  jej  nie  spotkasz.  Ze 

względu  na  Maję.  Teraz  jest  jej  dobrze,  jest  szczęśliwa.  Udało  jej  się  wypchnąć  ciebie  ze 

ś

wiadomości. Jej nie powinnaś ruszać, Raiju! 

- Oto mój najgłębszy smutek... 

-  Maja  powinna  się  dowiedzieć,  że  żyjesz.  Ale  nie  -  spotkać.  Ja  też  kocham  Maję. 

Stała się moją ulubienicą, może bardziej niż Ida. 

- Chcesz, bym odpłynęła, Reijo? 

- A chciałaś zostać? 

- Nie wiem - odparła Raija. 

background image

- Dlaczego on tak gna? - Elise osłoniła oczy dłonią i patrzyła, jak Matti popędza konia 

niczym szalony woźnica. Sedolf trzymał się mocno wozu obiema rękami. Obaj wyglądali na 

zadowolonych figlarzy. 

-  Tata?  Może  coś  z  tatą?  -  Ida  zerwała  się,  otrzepała  spódnicę  i  poprawiła  grzywkę. 

Nadal  starała  się  ładnie  wyglądać,  gdy  nadchodził  Sedolf.  -  Nie,  oni  się  szczerzą  - 

odpowiedziała  sama  sobie,  ściągając  brwi,  pomiędzy  którymi  utworzyła  się  podwójna 

zmarszczka. 

Elise dostrzegła ją i przypomniała sobie, u kogo ją widywała dawno temu... Wzruszył 

ją ten widok. 

Matti objął Elise i okręcił ją wokół w rytm jakiegoś tańca, aż spódnica jej zafurkotała. 

Ucałował ją soczyście w oba policzki, puścił i szybko podniósł w górę Idę. 

- Chyba całkiem już zwariowałeś! - prychnęła Ida. - Postaw mnie na ziemi, Matti! 

- Co za dzień, gołąbeczki! - śmiał się Matti, spełniając prośbę siostrzenicy. 

Sedolf  stał  oparty  o  wóz  i  uśmiechał  się  pogodnie.  Nie  spuszczał  jednak  czujnego 

spojrzenia z żony. 

- Co się stało? - Ida patrzyła to na jednego, to na drugiego. Nawet dzieci przestały się 

bawić i zerkały na dorosłych. 

Matti nabrał powietrza. To, co w nim wzbierało, znalazło ujście w słowach pędzących 

niczym wodospad: 

-  Ona  wróciła!  Jumala,  sam  nie  mogę  w  to  uwierzyć!  Ale  ona  wróciła!  Raija  jest  na 

cyplu! 

-  Kto?  -  spytała  Ida,  choć  słowa  Mattiego  niemal  namacalnie  wisiały  w  powietrzu. 

Jednak musiała spytać: - Kto? 

- Twoja matka - odpowiedział Sedolf, podchodząc do Idy. Objął ją, pogłaskał, ustami 

dotknął  jej  czoła.  Jego  spojrzenie  miało  siłę  odbijającą  jej  własną,  o  której  na  chwilę 

zapomniała. - Przypłynął rosyjski statek, moja Ido. Twoja matka jest na brzegu. Jesteś do niej 

podobna, nietrudno ją poznać. A chłopak jest już niemal dorosły. 

-  A  on?  Jej  Rusek?  O  Boże,  co  na  to  tata?  Biedny  tata!  Dlaczegóż,  u  diabła,  Helena 

musiała umrzeć? 

-  Raija!  -  niemal  śpiewał  Matti.  -  Nasza  Raija!  -  Kręcąc  głową,  usiadł  na  ziemi,  by 

zaraz  się  zerwać.  -  Raija,  Elise!  Nigdy  wcześniej  nie  doświadczyłem,  by  ktoś  powrócił  z 

background image

zaświatów. Nigdy w takie coś nie wierzyłem. Może też nie całkiem wierzyłem, że Raija nie 

ż

yje, ale nie miałem nadziei na cud. To się nie zdarza. Ale to naprawdę ona! Raija! 

Elise  nic  nie  odpowiadała.  Milczała,  pełna  niedowierzania.  Próbowała  pojąć  coś,  co 

zakrawało na szaleństwo. Sen w środku dnia! Nieoczekiwany, nagły. Raija... 

-  A  tata?  -  domagała  się  odpowiedzi  Ida.  -  Boże  jedyny,  dlaczego  ona  to  robi  ojcu? 

Czy już nie cierpiał wystarczająco z jej powodu? Chyba musi to rozumieć? 

- Reijo otworzył dla niej ramiona  - odparł Sedolf spokojnie. Na ustach miał uśmiech 

pełen czułości. 

- Nie bądź Mają! - poprosił Matti. Nie chciał, by jego radość przesłoniły jakieś cienie. 

- Reijo ją objął. 

-  Dopiero  co  pochowaliśmy  Helenę!  -  Ida  wysunęła  się  z  objęć  Sedolfa  i  odgrodziła 

się przed nim, splatając przed sobą ramiona. Odwróciła się do nich plecami. 

Matti  i  Sedolf  wymienili  spojrzenia.  Dopiero  co  widzieli  takie  same  gesty,  to  samo 

wstrząśnięcie głową... 

- Reijo się ucieszył - wytłumaczył Matti, nie zwracając uwagi na mur, który wzniosła 

Ida. Położył dłonie na jej ramionach, przyłożył policzek do jej włosów. - Posłuchaj swojego 

starego, mądrego wujka - uśmiechnął się, próbując zmienić jej niespodziewany nastrój. - Re-

ijo jest pełen ciepła, mała. Stali o kilka kroków od siebie, aż wreszcie nie było pomiędzy nimi 

dystansu. 

- Nie wierzę ci - upierała się Ida, nadal dumnie wyprostowana. 

-  To  nie  było  płomienne  spotkanie  -  mówił  Matti,  gładząc  ją  po  policzku.  Ida 

pozwalała mu na to, choć nie dawała się rozbroić. - Nie takie. Ale oni nadal żywią do siebie 

uczucie. Inny rodzaj miłości... 

Matti pamiętał Mikkala. Pamiętał Raiję i Mikkala razem. Jednak według niego nigdy 

wcześniej  Raija  i  Reijo  nie  wydawali  się  sobie  bliżsi  niż  właśnie  teraz.  To  nie  był  ogień 

palący  skórę,  tylko  coś  delikatnego  i  wielkiego.  Czułość.  Bliskość.  Coś  większego  niż 

przyjaźń.  Poczucie  wspólnoty  w  przestrzeni,  której  nikt  nie  mógł  ograniczyć.  Właśnie  taką 

otwartą, wielką wspólnotę dzielili Raija i Reijo. 

Nadal. 

-  Ty  i  Ailo  także  dzielicie  ból  -  odezwał  się  opornie  Sedolf.  -  To  nie  jest  do  tego 

podobne, Ida. To, co dzielicie z Ailo, czy tego chcecie, czy nie, jest nowsze, bardziej bolesne, 

a poza tym jesteście innymi ludźmi. Ona nie jest tobą, Ida. A Reijo to nie Ailo. To, co ty czu-

jesz, nie jest tym, co czują oni. Ty zostawiłaś dużo bólu w Finlandii. Jeśli tam wrócisz, nadal 

background image

go znajdziesz. Ale Reijo i twoja matka spotkali się radośnie. Matti nie kłamie. Jest tak, jak on 

mówi: to inny rodzaj miłości. 

-  Nie  wierzę  wam  -  upierała  się  Ida.  Trzymała  się  tego  jak  skały.  Gniew  wzbierał  w 

niej jak wody przypływu. - Dlaczego ona wróciła? Czy nie mogłaby nie żyć? O Boże, nie to 

miałam na myśli, tylko czy nie mogła tam pozostać? 

-  Ja  chcę  się  z  nią  zobaczyć!  -  odezwała  się  Elise.  -  Czy  mogę?  Czy  ona  tego  chce? 

Muszę ją zobaczyć! 

- Ona chce - Matti pokiwał głową. Nadal trzymał Idę za ramiona. 

- Teraz - zażądała Elise. 

-  Ja  nie  chcę  -  rzuciła  Ida.  -  Nie  mogę.  Zapadła  cisza.  Nikt  się  już  Idzie  nie 

sprzeciwiał. 

Nikt  nie  próbował  przekonywać.  Matti  puścił  ją.  Jej  chłód  aż  poczuł  na  swoich 

dłoniach.  Sedolf  został  z  Idą.  Cicho  poprosił  Mattiego  i  Elise,  żeby  pojechali.  Niczego  nie 

obiecywał. Pozostał obok Idy, nie naruszając jej szańców obronnych. 

Wóz  zaskrzypiał,  odjeżdżając.  Jeszcze  długo  go  słyszeli.  Mikkal  nie  rozumiał, 

dlaczego Matti, Elise i ich dzieci tak nagle zniknęli. Kolana Sedolfa wynagrodziły mu trochę 

ten zawód. 

-  Dlaczego  ja  tak  to  odbieram?  -  Ida  odwróciła  się  gwałtownie  w  stronę  męża.  - 

Przecież nie jestem Mają! To nie jest nienawiść. Nie możesz sądzić, że jej nienawidzę. Ale po 

prostu  nie  mogę...  Nie  mogę,  Sedolf!  Rozumiem,  że  tata  się  cieszy,  a  jednocześnie  nie 

rozumiem. Przecież tak niedawno umarła Helena... 

- Ona nie jest rywalką Heleny - odparł Sedolf. - Nie byłaby nią, nawet gdyby Helena 

ż

yła. 

Ida  westchnęła.  Czuła  się  samotna,  bezsilna.  Nie  pragnęła  jego  objęć.  Musiała  sama 

poszukać rozwiązania. 

- Chyba pójdę się przejść - powiedziała. 

Raija  wykręcała  włosy.  Stała,  bosa,  na  podwórku,  w  cudzym  ubraniu.  Czuła,  że  to 

obejście stało się dla niej w pewien sposób obce. 

Reijo nie dopiął koszuli. Z sauny nadal unosił się słaby dym. 

-  Pamiętam,  jak  kiedyś  tak  stałaś  -  odezwał  się,  zaczesując  włosy  palcami.  -  To 

przedziwne, ile takich drobiazgów powraca mi w pamięci, gdy ciebie widzę. One gdzieś tam 

leżały i nawet mi się nie przypominały. Ale teraz wiele powraca. Twoje włosy na wietrze... 

- Ja to nie tylko włosy! 

background image

-  Tak,  wiem.  Ale  stanowią  najwyraźniejszą  część  obrazu  przedstawiającego  ciebie. 

Gdy próbowałem wyobrazić sobie twoją postać, nie potrafiłem nadążyć za upływem lat. Nie 

mogłem cię postarzyć... 

Reijo  uśmiechnął  się.  Patrzył  na  Raiję  badawczo.  Światło  nie  było  dla  niej  łaskawe, 

ale to mu nie przeszkadzało. 

- Teraz widzę, że mogłem wyobrazić sobie twoje zmarszczki, każdą z nich. Pamiętam, 

jak się uśmiechałaś i w jaki sposób twój uśmiech mógł wyrzeźbić te linie koło oczu, koło ust. 

Wiem,  jak  marszczyłaś  brwi,  by  powstały  te  dwie  kreski  pomiędzy  nimi.  Widzę  twoje  lata. 

Lata,  kiedy  ja  żyłem  tutaj.  Czas  przeszedł  przez  nasze  twarze  w  innych  butach.  Pozostawił 

inne ślady. To dziwne, Raiju. Minęło przecież tyle lat. A teraz wydaje mi się, że tak niedawno 

wyjechałaś. 

-  Mam  dwa  życia  -  powiedziała  Raija,  wstrząsając  głową.  Reijo  widział  ten  ruch  u 

wszystkich  dzieci.  Jedynie  u  Idy  przyprawiło  go  to  o  najmocniejszy  dreszcz.  Ida  nie  mogła 

pamiętać matki. Był to ruch, który otrzymała wraz z krwią, a nie podpatrzony. - Jedno, zanim 

zapomniałam - mówiła dalej Raija - i drugie, od wypadku do śmierci Jewgienija. 

- A teraz? - spytał Reijo. 

- To przedłużenie jednego z nich - odparła z powagą. - Nie jestem pewna, którego. Ale 

to ciąg dalszy. Ścieżki prowadzą dalej. 

Reijo nie pytał, dokąd. Albo nie chciał, albo sam się domyślał. 

Zbliżali  się  do  siebie.  Oboje  to  wyczuwali.  Ich  bliskość  była  nadwrażliwa.  Nawet 

słońce i wiatr jej szkodziły. 

- Oto są! - Reijo uświadomił sobie, że poczuł ulgę. Niemal go to rozzłościło. Przecież 

to  była  Raija!  Pomimo  Że  dzielące  ich  lata  chwilami  wydawały  się  nie  do  przejścia,  Raija 

stała  przed  nim  tak  bliska,  że  wydawała  się  częścią  niego  samego.  Świadomość  tego 

sprawiała mu niemal ból. Reijo wolał mieć na to inne słowo, ale nie umiał go znaleźć. 

Jego radość była tak wielka, że aż bolesna. 

-  To  więcej,  niż  się  mogłam  spodziewać  -  wykrztusiła  Raija,  wciąż  obejmując 

szczupłe  ciało  Elise.  Ona  też  była  jej  dzieckiem.  Pamięta  jeszcze  dziewczynkę  o  krągłych 

ramionach i włosach jak łan zboża w lipcu. Zmieniła się, ale nadal pozostała Elise. Jej dziec-

ko. Jedyne, które wybrała. 

Matti  przytulał  całą  gromadkę  dzieci  o  czujnych  oczach.  Patrzyły  na  mamę,  która  w 

jednej chwili stała się niczym obca. Płakała na ramieniu tej nieznanej, ładnej pani, o której im 

powiedziano,  że  jest  ich  ciocią  i  babcią.  Nic  nie  rozumiały.  Dobrze,  że  ramiona  taty  się  nie 

zmieniły. Mimo że mówił im te dziwne rzeczy, sam się nie zmienił. Targał im włosy tak samo 

background image

jak  zawsze  i  mówił,  że  ta  pani  nazywa  się  Raija  i  jest  jego  siostrą.  I  prawie  mamą  mamy. 

Zupełnie, jakby mógł istnieć ktoś taki jak prawie mama... 

- Prawdziwa ciocia i prawie babcia - tłumaczył Matti, ale to nie pomagało. 

- Nie wiem, czy mogę w to wierzyć - powiedziała Raija. Jej słowa brzmiały dla dzieci 

trochę  dziwnie,  ale  wypowiadała  je  po  fińsku.  Coś  w  ich  melodii  było  obce,  ale  to  tylko 

pomagało wyobrazić sobie ją jako kogoś, kto przybył z nieznanej im bajki. 

-  Tak  jest  dobrze.  Tak  dobrze!  -  musiała  to  powtórzyć,  żeby  jej  uczucie  stało  się 

realne.  Przekonać  sama  siebie,  że  mówi  prawdę.  Po  chwili  dodała:  -  Nic  dobrego  nigdy  nie 

trwało dla mnie zbyt długo. 

- Możesz wyciągnąć ręce - odezwał się Reijo. 

Palce  Raiji  zaczęły  chwytać  powietrze.  Dzieci  Elise  i  Mattiego  roześmiały  się, 

rzucając  ukradkowe  spojrzenia  na  tą  dorosłą,  niemal  starą  panią,  która  robiła  takie  głupie 

rzeczy. Bawiła się w kota albo drapała powietrze. Przecież to niemożliwe! 

-  Nie  wiem,  czy  ja  mogę  mieć  cokolwiek  w  rękach  -  powiedziała  Raija.  Przeleciała 

wzrokiem  po  dorosłych.  Z  trudem  mogła  patrzeć  na  dzieci.  Przypominały  jej  ból  z 

przeszłości. Ból, od którego tak tanio się wykręciła. 

Czy miała teraz zapłacić? Oczekiwano tego po niej? 

To  Matti  wypowiedział  przy  wszystkich  te  słowa.  Te,  które  Reijo  litościwie  tylko 

wspomniał. Matti nie zrobił tego ze złej woli, nie po to, by ją zranić. Został tak wychowany, 

by  widzieć  wszystko  w  klarownych  liniach.  Pamiętał,  że  sama  Raija  żądała  tego  od  niego 

pewnej zimy w środku Finlandii. 

-  Po  tym  całym  czasie  nie  możesz  tak  po  prostu  odpłynąć.  Bardziej  czujesz  się  w 

domu tam na wschodzie czy tu? 

-  Nie  wiem  -  odparła  po  długiej  chwili  namysłu.  -  Teraz  sama  nie  wiem,  gdzie  się 

czuję jak w domu. Może nigdzie? 

-  Tu  zawsze  jest  dla  ciebie  miejsce  -  powiedział  Reijo,  choć  nie  musiał.  Raija 

wiedziała, że on nadal ją wspiera, nawet w czas sztormów. 

-  Jeszcze  żyją  tacy,  którzy  mnie  pamiętają.  -  Raija  wielokroć  o  tym  myślała,  gotowa 

niemal z tego powodu zrezygnować z podróży. 

- No i co z tego? - spytał Matti bez zastanowienia. 

- Reijo ożenił się z Heleną - odparła Raija cicho. - Urodził im się syn. Ja dla nich nie 

ż

yłam, braciszku. Ale naprawdę żyłam, nadal żyję. Też wyszłam za mąż. Ani Reijo, ani ja nie 

mogliśmy tego zrobić. Według prawa nadal jesteśmy małżeństwem. To wielki grzech. Ludzie 

nie przeoczą tego. Nie tutaj. Nie, jeśli chodzi o mnie. 

background image

-  Nie  mów  tak  -  mruknął  Reijo.  Skrzywił  twarz  w  uśmiechu.  On  też  zdążył  o  tym 

pomyśleć, ale nie widział tego tak czarno jak Raija. - Oni jeszcze mogą cię zaskoczyć, ci nasi 

ludzie znad fiordu. Nie jest tu tak ciasno, jak myślisz. Są tacy, którzy potrafią patrzeć szeroko, 

wspiąć się na szczyty gór. A nawet na płaskowyżu można znaleźć takich, którzy mają wąskie 

horyzonty. Nie oceniaj ich zbyt surowo! 

Raija nie odpowiedziała. Zresztą Reijo tego nie żądał. 

Ich spojrzenia odczuwała na skórze. Nie umiała na nie odpowiedzieć. Słowa pozostały 

niewypowiedziane, lecz wyraźne jak kręgi na wodzie. 

- Będziemy ścinać drzewa na dom Mattiego - powtórzył Reijo to, co mówił w saunie. - 

Potem będę wypalał dziegieć. Nie ustawię zbyt wielkiego mielerza. Nie wierzę, że obecność 

kobiet  przynosi  temu  nieszczęście.  Już  kiedyś  pomagałaś  przy  tym,  Raiju,  córko  Erkkiego. 

Byłaś dokładna i porządna, gdy tak postanowiłaś. 

- Nie lubię się ukrywać - odparła, mimo że nadal nie udzieliła ostatecznej odpowiedzi. 

- Musisz dać szansę Idzie! - Elise nie mogła dłużej milczeć na ten temat. 

- Statek będzie stał tak długo, jak ja będę chciała - oznajmiła Raija stanowczo. 

Znów  to  uczucie  rozpoznawania!  Reijo  stwierdził,  że  Raija  coraz  bardziej  staje  się 

sobą  z  dawnych  czasów.  Wychodziła  z  zasłon  oddalenia.  Ukazała  swoją  władczość  niczym 

ostrze  noża.  Nie  było  to  dla  niego  niczym  nowym.  Piętnastoletnia  Raija  była  równie 

zdecydowana. Jej ostry języczek niejeden raz wychłostał jego lub Kallego. 

Nie można się aż tak zmienić. 

-  Ale  ja  nie  chcę  się  ukrywać!  I  nie  przyjechałam  tu,  by  komukolwiek  zaszkodzić. 

Zrobił się z tego obosieczny miecz. Sądziłam, że potrafię wybrać... 

-  Cokolwiek  wybierzesz  -  rzucił  Reijo  z  mocą  -  nie  będziesz  musiała  się  ukrywać. 

Musimy o tym porozmawiać. Ty i ja. Dotychczas tylko wspominaliśmy, moja mała Raiju. 

Wymienili  spojrzenia.  Niczego  nie  postanowili.  Nadal  pozostawało  im  wiele  do 

opowiedzenia. 

Dzień  przeszedł  w  wieczór.  Niebo  założyło  sukienkę  o  różowych  brzegach, 

przejrzyście niebieską na górze. Gdyby się podeszło wystarczająco blisko, można by zajrzeć 

prosto do raju. 

Statek leżał ciężko na wodach fiordu.  Załamywał na sobie fale, tworząc  nowe wzory 

na lustrze, w którym odbijało się niebo. Małe fale przeszkadzały niebu uwierzyć, że i tam ono 

sięga. 

background image

Jedli, siedząc wokół stołu o zniszczonym blacie. Różne wiatry przyniosły ich do tego 

domku na cyplu, ale byli tu na swoim miejscu. Łamali ciemny chleb i moczyli w zupie rybnej. 

Mogli posmarować go masłem. W każdym kęsie spożywali dary Boże. 

Ramię  przy  ramieniu.  Dotykali  się  nawzajem,  bo  zrobiło  się  ciasno.  Przywoływali 

wspomnienia sprzed lat. Ale wtedy byli to inni ludzie. Inna wspólnota. 

Panował  spokój.  Nawet  cisza  nie  była  wymuszona,  lecz  odprężająca.  Spojrzenia  na 

twarze innych nie wymuszały tematów, których jeszcze nie mogli poruszać. Stanowili całość. 

Przynajmniej  w  czasie  tego  posiłku.  W  czasie  wieczoru.  Dalej  nie  sięgali.  Nie  należało 

wypłaszać  czasu  z  jego  gęstwiny.  Nawet  ptaszki  czuły  się  najbezpieczniej  w  gnieździe 

ukrytym przed ludzkimi oczami. 

Ida nie była zła. Nie była zła na Raiję. Tym razem nie. Ale czuła „coś”. 

Coś, co popędziło ją w góry przez brzozowy zagajnik i podmokłe łąki. Co podarło jej 

spódnicę, zmoczyło nogi, na których brakowało już miejsca na nowe zadrapania. 

Coś... 

Spocona,  zdyszana,  zmoczona  aż  po  uda,  z  podrapanymi  do  krwi  dłońmi,  wreszcie 

usiadła. 

Na  kamieniu,  który  nie  znał  niczego  poza  widokiem,  niebem  i  górą,  poza  mchem, 

który  pokrywał  go  delikatną  wilgocią,  śpiewem  ptaków,  chmurami,  które  albo  płynęły  po 

niebie, albo ściskały chłodem. Może to nie tak mało? 

Wszystko  leżało  pod  nią.  Statek  ze  wschodu  także.  Ten  statek,  na  który  jej  ojciec 

czekał przez połowę życia. Na który w końcu przestał czekać. 

Dlaczego przyjechała właśnie teraz? 

Za późno na bycie matką. Nikt nie nadrobi tylu lat. 

Ida  zapłakała.  Siedziała,  mając  cały  swój  świat  pod  sobą,  piękny,  skąpany  w 

promieniach słońca. 

Ona powinna przypłynąć w deszczu! We mgle! Przekraść się na ląd otulona mgłą, tak 

jak uciekła pod osłoną nocy. 

Wiatr wiejący łagodnie znad fiordu osuszył jej łzy. Nie ocierała ich. 

Cisza śpiewała w jej uszach, szeptała melodie, które przemawiały do jej duszy. Ale nic 

nie było w stanie uciszyć tego „czegoś”. 

Przygniatało jej piersi. Było niczym hak, na który nadziała się jak ryba. 

Trudne, ciężkie, niedobre... 

Ludzie podpłynęli już, by pohandlować z Rosjanami. Łódki krążyły wokół statku. 

To bolało. 

background image

Z  komina  domku  na  cyplu  unosił  się  dym.  Szara  smużka,  która  opowiadała  o 

zacisznym wnętrzu, w którym jej nie było. 

To bolało. 

Ida  dostrzegała  ludzi  na  pokładzie  statku.  Jej  serce  też  biło  mocniej,  gdy  rosyjskie 

statki zawijały do fiordu. Najpierw dlatego, że przejęła tęsknotę ojca. Potem chciała zyskiwać 

wrażenia z innego świata, choć nawet nie rozmawiała z załogą. 

W końcu nadeszły marzenia o tym bracie, którego miała gdzieś tam, na wschodzie. O 

tym, którego nie było jej dane poznać. 

Ból.  To  bolało.  Długo  bolało.  Myśli  mogły  też  spowodować  rany  równie  łatwo  jak 

cienkie rzemienie ciężkiego plecaka. 

Była  za  daleko,  by  rozróżnić  kogoś  na  pokładzie.  Ludzi  z  osady  poznawała  po  ich 

łódkach.  Czy  umiałaby  poznać  jego?  Czy  ten  brat  jest  na  tyle  podobny  do  nich,  by  go 

poznała? Czy istniało coś takiego jak więź krwi, która łączyła ze sobą krewnych? 

Ida nie wiedziała. 

Tkwiło w niej tyle bólu. Tyle tego „czegoś”, czego nie chciała nazwać. 

Była przemoczona, przepocona, włosy miała przyklejone do czoła. Wieczór dmuchnął 

zimnym powietrzem tak, że zaczęła szczękać zębami. Łzy ogrzewały jej policzki tylko przez 

chwilę. 

Złość uderzyła w nią samą. Czy miała tu siedzieć jak naburmuszone dziecko? Płakać 

aż do nocy? Zapiekły ją dłonie, gdy ocierała oczy i nos. Spódnicy nie pomogło już otrzepanie 

z gałązek. Ubranie kleiło się do niej zimno. 

Ale  kark  nadal  umiała  trzymać  prosto.  Plecy  przypominały  młodą  sosnę,  która 

potrafiła oprzeć się każdemu wiatrowi. 

Dumnie  jak  królowa  zaczęła  schodzić  w  dół.  Uważnie  stawiała  kroki,  nie  gnała  jak 

wtedy,  pod  górę.  Wszystko,  co  widziała  w  dole,  było  jej.  Nie  miała  powodów,  by  od  tego 

uciekać. Nic nie mogło jej stamtąd wygnać. 

To nadal siedziało w niej. Ciężkie, czarne. Nienazwany ból. Coś. 

Ida  wyszła  z  lasu  ponad  cyplem.  Stanęła  oblana  różowozłotą,  letnią  poświatą 

wieczoru.  Wdychała  rześkie  powietrze  przywracające  zdrowy  rozsądek.  Kumagi  były  tak 

mokre,  że  zdjęła  je  i  przewiesiła  przez  ramię  za  kolorowe  rzemyki.  Odwlekała  spotkanie. 

Zbocze było nierówne i niezbyt wygodne, by chodzić po nim na bosaka. Dlatego szła, powoli 

przebywając ten kawałek, który zwykle pokonywała biegiem. 

background image

Ida trzymała myśli na uwięzi. Niemal ją oślepiały. Nie chciała patrzeć na ściany z bali, 

które  oddzielały  ją  od  nich.  To  zawsze  był  jej  dom  rodzinny.  Zawsze  czuła  się  tu  mile 

widziana. 

Tylko nie teraz. 

Tym razem stała poza. 

Weszła  prosto  na  chłopaka,  który  szedł  od  strony  morza.  Ubrany  porządnie,  na 

niebiesko.  Był  dużo  wyższy  od  niej,  o  długich  kończynach.  Może  trochę  za  szczupły,  ale  to 

pewnie wina wieku. Z latami powinien nabrać mięśni. 

Wszystkie  jej  myśli  krążyły  wokół  wyglądu  tego  chłopaka.  Ida  stała  bosa  na  trawie. 

Wstrząsnęła głową, odgarniając grzywkę z oczu. Zobaczyła, że on powtarza jej gest i potem 

dłonią  zaczesuje  swoje  czarne,  gęste  włosy  do  tyłu.  Na  próżno,  zaraz  znów  opadły  mu  na 

czoło. 

Był ciemnooki i ładny. Może nawet za ładny. Nos. Uśmiech. Mrok w spojrzeniu. 

Oczywiście,  że  istniały  więzy  krwi!  Oczywiście,  że  go  poznała!  Aż  ją  to  przeraziło  i 

położyło się ciężarem na sercu. 

Ale on był jej bratem. Nigdy nic złego jej nie zrobił. Nie prosił się na ten świat. 

Ida pokonała dzielącą ich odległość. Objęła go ramionami, ufając, że on ją zrozumie. 

Nie  wiedziała,  czy  on  rozumie  ich  język,  zresztą  nie  była  pewna,  czy  uda  jej  się  wydobyć 

głos.  Ale  musiała  go  objąć.  I  poczuła  związek  krwi,  gdy  on  delikatnie  pogładził  ją  po 

włosach. 

Ida zamknęła oczy i poczuła, że jej ból nie jest bezdenny. 

Gdy cofnęła ramiona, skinęła głową w stronę drzwi. On pokiwał głową w odpowiedzi. 

Dłoń Idy odnalazła dłoń Michaiła. 

To był jej dom. Nie musiała pukać. 

background image

Nie  potrzebowali  ich  przedstawiać.  Raija  zrozumiała,  że  Reijo  nie  przesadzał  -  Ida 

była do niej podobna. No i do Michaiła. Nie dałoby się zataić ich pokrewieństwa. 

Jej dzieci. 

Ramię przy ramieniu, w drzwiach. Ręka w rękę. Ida z mokrymi kumagami wiszącymi 

w  drugiej  dłoni.  Michaił  w  wysokich  butach  do  konnej  jazdy.  To  Antonia  zaraziła  ich 

wszystkich swoimi zwyczajami. 

Ida, niemal jak młoda Raija... Inne kolory, ale równie intensywne. 

Raija zrozumiała, co Reijo miał na myśli, gdy mówił, że Ida najbardziej ze wszystkich 

jest jej dzieckiem.  I dlaczego cieszył się, że trafiła na Sedolfa. Jednak mimo wszystko Raija 

ż

ałowała, że to nie Ailo. 

To wydawało się takie słuszne. Niczym zadośćuczynienie za wszystko, za życie, jakie 

przeżyli ona i Mikkal. Za wszystko, co odrzucili. 

Raija  podniosła  się  powoli.  Jej  dwudziestoletnia  córka...  To  dziecko,  którego 

właściwie  nigdy  nie  poznała.  Nawet  pamiętała  uśmiech  na  jej  okrągłej  twarzyczce,  rude 

kosmyki  włosów,  iskrzące  się  zielono  oczy.  Pamięta,  jak  podobna  była  do  Reijo  wtedy, 

maleńka i zależna od niej. Otoczona jej miłością i opieką. 

Dawno temu. 

To  Ida najbardziej ze wszystkich jej dzieci została pozbawiona matki. Tu najbardziej 

było  widać  zawód,  jaki  sprawiła.  Gorycz...  Raija  wystarczająco  dobrze  znała  Reijo,  by 

wierzyć  jego  słowom,  że  żadne  z  jej  dzieci  jej  nie  nienawidziło.  Reijo  umiał  je  od  tego 

odwieść. 

Ida  i  Michaił.  Tacy  podobni.  Z  tak  różnym  dzieciństwem.  Trzymający  się  w  tak 

naturalny sposób za ręce. 

Reijo ujął dłoń Raiji. Podniósł się i pociągnął ją za sobą. Szedł pierwszy. Wspierali się 

nawzajem. 

-  Oto  nasza  córka,  Raiju  -  powiedział.  Ciepło  płynące  z  jego  dłoni  było  tak  dobre, 

zapewniające  bezpieczeństwo.  Puścił  ją  tylko  po  to,  by  ją  objąć  ramieniem.  -  Jest  równie 

piękna jak matka - dodał i położył dłoń na ramieniu Idy, uśmiechając się do niej krzepiąco. 

-  I  równie  mądra  jak  jej  ojciec,  mam  nadzieję...  -  Słowa  Raiji  brzmiały  niepewnie. 

Czuła, jakby spotykała siebie samą. Też była kiedyś tak dumna, butna, uparta. 

background image

Nie  przypuszczała,  że  któreś  spotkanie  będzie  aż  tak  trudne.  Ida  nie  pomagała  jej. 

Puściła  tylko  dłoń  Michaiła.  Wydawało  się,  jakby  tych  dwoje  stało  po  przeciwnej  stronie 

barykady. Jej dzieci, które sama urodziła. 

Nawet spojrzenie Miszy wydało jej się oskarżające. Zupełnie jakby on też ją oceniał. 

-  Ida,  nie  umiem  przejść  słowami  nad  tą  przepaścią,  ale  muszę  cię  objąć.  Pozwolisz 

mi? 

Ida  pokiwała  głową.  Pozwoliła,  by  otoczyły  ją  ramiona  tej  kobiety,  która  była  jej 

matką. Poczuła jej zapach. Nie mogła nawet porównać go ze wspomnieniami, bo nawet jeśli 

istniały, zostały zagłuszone przez wszystkie późniejsze. 

Raija chciałaby ją trzymać w ramionach jeszcze długo, ale wszystko w Idzie wyrażało 

sprzeciw. To Raija narzuciła jej tę bliskość, której ona nie chciała. Jeszcze nie. Nie taką. 

Więc  Raija  się  wycofała.  Poczuła  dłoń  Reijo  na  ramieniu.  Jego  palce  gładziły  ją 

uspokajająco.  Jego  wymowne  gesty  -  równie  stare  jak  ich  przyjaźń.  Takie,  jaki  był  Reijo: 

znany i dający poczucie bezpieczeństwa. 

-  Minęło  tyle  czasu  -  rzuciła  Ida  niepewnie.  Nie  tłumaczyła  więcej.  Nie  wiedziała 

zresztą, czy tego po niej oczekują. Nie chciała spełniać żadnych oczekiwań, szczególnie tych, 

których mogła spodziewać się ze strony matki. Na Reijo nawet nie patrzyła. Nie mogła znieść 

tego,  że  wziął  stronę  Raiji.  Nie  mogła  patrzeć  na  to,  co  on  okazywał  Raiji.  Ida  nawet  nie 

chciała wiedzieć, co to jest. 

- Już poznałaś Michaiła - wydobyła z siebie Raija. - Jesteście tacy podobni... 

Może to nie był niebezpieczny temat? 

- Jego poznałam, tak. - Ida potrafiła wyrazić wiele przy pomocy niewielu słów. - Jego 

było miło spotkać. Dużo o nim myślałam, od kiedy dowiedziałam się, że istnieje. Będę miała 

czas na poznanie go? Chyba nie mówi żadnym z języków, które znam, prawda? 

- Statek pozostanie tu tak długo, jak Raija zechce - powtórzył Reijo słowa Raiji. 

- Doprawdy? - Pytanie zawisło w ciszy. Miało wymowę, której Ida nie chciała mu dać. 

Dziwny posmak w ustach... 

- Dlaczego musiałaś tu przyjechać? - spytała. Może nie powinna, ale z przemilczanej 

goryczy rosną tylko chwasty i dławią wszelkie dobro. 

- Ida! - rzucił Reijo oburzony. Już dawno nie widziała u niego takiego spojrzenia. 

- Ona ma prawo pytać - sprzeciwiła się Raija przygnębiona. Pobladła. 

Zapadła  cisza.  W  powietrzu  wisiało  ciężkie  oskarżenie.  Ida  wiedziała,  że  skierowane 

jest przeciwko niej. Oni byli źli na nią, a nie na Raiję! 

background image

Jej  matka  pławiła  się  w  ich  współczuciu  i  zrozumieniu.  Żadne  z  nich  nie 

wypowiedziało słowa: zawód... 

Raija usiadła. Dłońmi gładziła stół. Czuła, jakby dotykała żyjącego przyjaciela. 

Reijo stał przy Idzie, czujny, jakby miał zamiar zareagować, gdyby córce przyszło coś 

szalonego do głowy. Aż tak nie był jej pewny. Aż tak mało ją rozumiał... 

Michaił  żałował,  że  nie  może  wtopić  się  w  ścianę.  Wyczuwał  konflikt.  Widział 

napięcie w twarzach. Słyszał ostry ton  głosu dziewczyny, która okazała  się być jego siostrą. 

Widział bezsilność Raiji. Chciał móc jej bronić, ale nie mógł. Przynajmniej wtedy, gdy stał za 

plecami swojej siostry. Było to dla niego całkiem nowe i silne uczucie: czuć się związanym z 

kimś takimi więzami. 

Mieć rodzeństwo. 

- Mam wytłumaczenie, dlaczego dopiero teraz przypłynęłam. Dlaczego teraz stało się 

dla mnie ważne odnalezienie was. 

Ida  patrzyła  uważnie  na  Raiję.  Poznała  ubranie.  Widziała  wcześniej  smużkę  dymu  z 

sauny. Widziała rozczochrane włosy ojca. Coś ścisnęło się jej w brzuchu. 

Przecież  Helena  jeszcze  nie  tak  długo  leży  w  grobie!  Jak  on  mógł?  Co  takiego 

nadzwyczajnego jest w tej Raiji? 

Oczywiście,  jest  ładna,  ale  nic  takiego,  co  powalało  na  kolana.  Nie  widziała  nic 

szczególnego  w  jej  rysach.  I  nie  rozumiała,  dlaczego  twarz  matki  wydała  jej  się  taka 

zwyczajna i znajoma. 

- Nie jest ci dobrze tam, w Rosji? - Ida skrzyżowała ramiona na piersi. Kumagi wisiały 

niczym broń gdzieś koło jej kolan. - Jeżeli masz władzę nad statkiem, chyba nie możemy cię 

ż

ałować.  Wspięłaś  się  w  hierarchii.  My  niczego  nie  możemy  ci  ofiarować.  Nadal  jesteśmy 

biedni. 

- Ida! - ojciec ponownie ją upomniał. - Ida, wystarczy. Już od dobrej chwili wystarczy. 

- To was straciłam - powiedziała Raija, ściskając krawędź stołu. Czy ona też była taka 

uparta i nieprzejednana w młodości? Tak, odpowiedziało coś w niej, tak... - Najważniejsze dla 

mnie było odnalezienie was. 

- My też cię straciliśmy - odparła Ida twardym tonem. - Pogodziliśmy się z tym, że cię 

nie ma. Długie lata trwało, zanim się od ciebie uwolniliśmy. Pomyślałaś o tym? 

-  My  się  cieszymy,  że  cię  znów  widzimy,  Raiju!  -  Reijo  próbował  łatać  to,  co  Ida 

rozerwała. Szybko znalazł łaty, pomyślała Ida. - My tak nie myślimy. 

-  Ida  tak  -  odparła  Raija.  -  I  ma  do  tego  całkowite  prawo.  Nasza  córka  jest  dorosła. 

Nigdy  przy  niej  nie  byłam.  Ty  musiałeś  być  dla  niej  i  ojcem,  i  matką.  I  dla  moich  dzieci. 

background image

Nigdy  nie  będę  mogła  podziękować  ci  odpowiednio  za  wszystko,  co  dla  mnie  uczyniłeś.  I 

nigdy nie będę mogła prosić o wybaczenie tego, co zrobiłam tobie i moim dzieciom. Nigdy. 

Żą

dałabym zbyt wiele. 

Zamilkła na chwilę, wodząc wzrokiem od Reijo przez Elise do Idy. 

-  Może  Ida  ma  rację.  Może  powinnam  była  tam  zostać.  Mogę  tylko  powiedzieć,  że 

myślałam o sobie. Że nie potrafiłabym się czuć kompletna, nie mogłabym umrzeć, gdybym tu 

nie przyjechała. Czułam, że muszę... 

- Ja się cieszę, że przyjechałaś! - powiedział Reijo, kładąc nacisk na każde słowo. Jego 

zielone oczy pociemniały z gniewu. Spojrzał ostro na córkę. - Nawet Helena by to zrozumiała 

-  dodał.  Pojmował,  z  czego  mogła  się  wziąć  połowa  goryczy  Idy.  -  Nic  nie  działoby  się 

inaczej, gdyby Helena żyła. 

-  Może  tylko  nie  rozpaliłbyś  w  saunie  -  odgryzła  się  Ida.  Niczego  nie  zamierzała 

owijać w bawełnę. Sam Reijo wychował ją tak, by była szczera. Co prawda zwykle wymagał, 

by to nikogo nie raniło. To, co mogło sprawić przykrość, należało powiedzieć w inny sposób. 

Ale poza tym był zwolennikiem nazywania rzeczy po imieniu. 

-  Nie  muszę  się  przed  tobą  tłumaczyć,  Ida!  -  Reijo  zbliżał  się  niebezpiecznie  do 

granicy swego prawdziwego gniewu. - Mimo że dorosłaś, nadal jesteś moją córką i żądam od 

ciebie szacunku! 

Ida  pochyliła  głowę.  Przełknęła  ślinę.  Wiedziała,  że  przesadziła.  Pewnie  by  tego  nie 

powiedziała, gdyby Sedolf tu był. On umiał sprawić, że trzymała się w ryzach. Wydobywał z 

niej  najlepsze  cechy.  Poskramiał  przebłyski  charakteru  szalonej  dziewczyny,  które  nadal  w 

niej drzemały. Nie szkodziły, dopóki nie wpadała w złość. 

- Nie powinnam tego powiedzieć - przyznała cichutko. - Przepraszam. Tych myśli nie 

powinnam wypowiadać. Wybacz mi. 

-  W  porządku  -  Reijo  nie  był  pamiętliwy.  To  mu  wystarczyło.  Nie  chciał  tego 

przeciągać  i  bardziej  ją  upokarzać.  I  on,  i  pozostali  wiedzieli  jasno,  że  Ida  świadomie 

skierowała przeprosiny tylko do niego. Raiji nie prosiła o wybaczenie. 

Ale Reijo znał dobrze swoją córkę. Była ulepiona z tej samej gliny, co Raija. Różnica 

polegała  na  tym,  że  Raija  była  starsza.  Krawędzie,  które  nadal  ostre  u  Idy,  u  Raiji  się 

wygładziły. 

Idy nie dało się do niczego zmuszać, bo wtedy sprzeciwiała się ze zdwojoną siłą. A to 

mogło okazać się bolesne dla wszystkich. 

-  Pójdę  do  domu  -  oznajmiła  Ida.  -  Nic  już  więcej  nie  powiem.  I  nie  oczekuję  też 

ż

adnej odpowiedzi. 

background image

-  Bardzo  chcę  z  tobą  porozmawiać  -  odezwała  się  Raija.  Nadal  siedziała,  ale  widać 

było, że się odprężyła. Już nie ściskała krawędzi stołu. - Chcę odpowiedzieć na twoje pytania, 

Ido. Masz do tego prawo. 

-  Może  jutro.  -  Ida  wstrząsnęła  głową,  rozczesując  palcami  swoje  wilgotne,  splątane 

włosy. 

Raiję  aż  zakłuło  w  sercu.  Poczuła,  jakby  widziała  siebie  samą.  To  były  jej  ruchy! 

Młoda Raija widoczna była we wszystkich ruchach Idy. 

-  Będziesz  tu  jutro?  Raija  pokiwała  głową.  Lata  życia  nauczyły  ją  ostrożności  w 

składaniu obietnic. Ale tej musi dotrzymać. 

- Odwiozę cię, ty mała oso! - Matti zerwał się na nogi. Spojrzeniem poprosił Elise, by 

pozostała.  -  Twój  stary,  połamany  podagrą  wujek  podwiezie  cię  do  domu.  Ja  wiem,  że 

dałabyś  radę  pójść  sama.  Ale  jesteś  teraz  tak  rozogniona,  że  mogłabyś  użądlić  sama  siebie. 

Lepiej więc, byś żądło wbiła we mnie. Moja gruba skóra zniesie wszystko. 

Z  cudem  graniczyło,  że  Ida  mu  się  nie  sprzeciwiła.  On  był  wujkiem  Mattim  i  nadal 

ceniła go wysoko. Poza tym czuła zmęczenie. Bolały ją nogi. Ciało wołało o spędzenie choć 

godziny w gorącej saunie. Nie odmówiłaby, o, nie! Ale Sedolf chyba nie był aż tak domyślny. 

Pewnie zaczynał się niepokoić. Powinna wrócić, zanim wyruszy na jej poszukiwanie. 

Wypuściła  Mattiego  pierwszego.  Pamiętała,  by  życzyć  wszystkim  dobrej  nocy.  Do 

Michaiła  nawet  się  uśmiechnęła,  otrzymując  w  odpowiedzi  od  przyrodniego  brata  lustrzane 

odbicie własnego uśmiechu. 

Wywołało to w niej przedziwne emocje. 

- Uważasz, że powinnam być dla niej milsza? 

Ida  objęła  wzrokiem  wieczorny  krajobraz.  Podobały  jej  się  kolory,  które  słońce 

malowało na jej górach. 

- Powinnaś. 

- Ty masz chociaż o niej wspomnienia, wujku Matti! 

Ida  siedziała  na  koźle  obok  Mattiego.  Łokcie  oparła  na  kolanach;  nie  musiała  się 

trzymać, bo jechali powoli. 

-  Ja  jej  nie  pamiętam.  Łatwiej  było  myśleć  o  niej  łagodnie  i  miło,  gdy  nie  miałam 

ż

adnych prawdziwych wspomnień. Człowieka z marzeń można kształtować dokładnie tak, jak 

się chce. Łatwiej było mieć mamę z marzeń niż tą, która siedzi przy stole obok taty. 

- To był kiedyś też jej stół. 

- Ja nie uważam, by ona jeszcze miała do niego prawo. 

background image

Matti objął Idę ramieniem i przytulił. W rodzie Alatalo nie szczędzono sobie dotyku. 

Matti  obcował  z  tym  od  dzieciństwa.  Dopiero  po  nagłej  śmierci  ojca  i  ponownym 

zamążpójściu matki uściski zniknęły. Przez moment Matti zastanowił się, jak się wiedzie jego 

matce. W drodze na północ nie zatrzymali się w Tornedalen. Przejechali przez dolinę, nie za-

trzymując się w żadnej zagrodzie, jak obcy. 

Zastanawiał się, czy Kari jest do niego podobny. 

- Sądzisz, że ona tu zostanie? - spytała Ida. Matti otrząsnął się ze swoich myśli. 

- A jakże by mogła? - Matti odpowiedział jej pytaniem. Sam wiedział, co powiedział 

Raiji,  ale  wiedział  też,  jak  przedstawia  się  rzeczywistość.  -  Sama  pomyśl,  Ida!  Ona  nie  jest 

głupia,  oboje  mają  głowy  na  karku.  Jak  mogłaby  zostać?  Dla  wszystkich  tutaj  ona  nie  żyje. 

Od razu by powstały o niej legendy. Ci, którzy ją pamiętają, nie są jeszcze tak starzy. Nie są-

dzisz  chyba,  że  jej  nie  poznają?  Sądzisz,  że  można  znać  twoją  matkę,  i  po  prostu  ją 

zapomnieć? Aż tak bardzo się nie zmieniła. Ja od razu ją poznałem, gdy kiedyś pojawiła się 

koło kościoła w Tornedalen. Ona nie może zostać, to niemożliwe. Sama powiedziała, że nie 

może niszczyć życia Reijo. 

Ida  westchnęła  i  oparła  głowę  o  ramię  wuja.  Może  schudł  przez  te  lata  szukania 

szczęścia na południu Finlandii, ale ramię miał nadal silne. 

I nadal był rozsądny. 

- We mnie nie ma złości - tłumaczyła Ida. - Nie sądzę. Nie nienawidzę jej. Nawet nie 

wiem, czy będę jej nie lubić. Ale nie  chcę też jej lubić. Nie mam ochoty jej zrozumieć. Nie 

chcę jej wysłuchać! 

- Jesteś do niej podobna. 

- Chyba mam oczy! - odcięła się Ida zirytowana. 

-  Nie  mam  na  myśli  wyglądu.  Oczywiście,  twarz  i  ciało  macie  podobne,  choć 

przypominasz też Reijo. Może bardziej w tym, czego nie widać, Idusiu. Ty masz naturę Raiji. 

Ona  nigdy  nie  wybaczyła  mamie  małżeństwa  z  Akim.  Potrafiła  być  uprzejma  i  pokazywała 

gładką twarz. Tobie może przychodzi to z większym trudem. Jesteś nieprzejednana. Dla cie-

bie  każda  rzecz  jest  albo  dobra,  albo  zła.  Ona  pewnie  też  w  głębi  serca  tak  myślała.  Ale 

potrafiła  udawać  tak,  by  nie  uznano  jej  za  nieuprzejmą.  Ale  nie  przesadzała.  Ja  dobrze 

wiedziałem, co ona naprawdę uważa. Mama też. Według Raiji małżeństwo mamy z Akim to 

był zawód. To, że przeszła z biedy do domu gospodarza. Ze u pasa zawiesiła ciężki pęk klu-

czy. Dla mnie były to ciężkie lata, ale już nie głodowałem. Dlatego rozumiem mamę. Ona nie 

wyszła za mąż z miłości, tylko z rozsądku. I może zasłużyła na wybaczenie. Przez całe życie 

ciężko  pracowała.  Za  życia  taty  harowała.  Wiele  ich  łączyło,  ale  bieda  to  wymazała.  Ona 

background image

zasłużyła na te klucze, na masło na chlebie, na  mięso kilka razy w tygodniu. Ale dla Raiji i 

tak był to zawód. 

- Dlaczego mi to opowiadasz, Matti? 

- Sądziłem, że powinnaś o tym wiedzieć. 

-  Ida  myśli  albo  na  czarno,  albo  na  biało  -  tłumaczyła  Elise.  Starała  się  załagodzić 

konflikt,  bo  zbyt  wszystkich  kochała,  by  przyjąć  go  do  wiadomości.  -  Reijo  nie  wychował 

nas, byśmy myśleli o tobie z goryczą. 

- Wiem. - Raija usiadła, wygładzając dłońmi spódnicę. Materiał był gładki i znoszony. 

-  Poznaję  to  myślenie  na  czarno  i  biało,  wiem,  skąd  ona  je  ma.  Z  latami  pojawi  się  więcej 

kolorów.  Ida  jest  jeszcze  młoda.  Trudno  jej  z  tym.  -  Uśmiechnęła  się  do  Elise.  -  Tobie  się 

udało, kochana. Nie masz naszej krwi. Pochodzisz z łagodniejszego rodu. 

-  Tu  nie  chodzi  tylko  o  ród  -  odezwał  się  Reijo.  Czuł  zawód.  -  Ale  choćby  o  dobre 

maniery. 

- Ona jest dorosła! 

- Chodzi mi o szacunek - mówił dalej Reijo. - Może nie wbijałem im tego do głów, ale 

nauczyli się zasad. I nauczyli się szanować starszych, przodków. Ida powinna to wiedzieć! 

-  Ty  też  nie  pochodzisz  od  Alatalo  -  powiedziała  Raija  łagodnie.  -  Jesteś  z  rodu 

Kesaniemi. To też łagodniejszy ród. 

- Za dużo usprawiedliwiasz. - Reijo nie chciał spojrzeć łaskawiej na Idę. Zawiódł się 

na córce. 

- Ja dopiero z latami zaczęłam dostrzegać więcej barw - tłumaczyła Raija. 

Ivar  wyszedł  z  grupki  dzieci  i  potargał  ojca  za  nogawkę.  Uśmiechnął  się,  pokazując 

kilka ząbków. 

- Powinieneś już dawno być w łóżku, łobuzie uśmiechnął się do malca Reijo i wziął go 

na ręce. Jego głos stał się łagodny niczym miód. 

Oczy Raiji przesłoniła melancholia. Przypomniała sobie Reijo stojącego tak z Knutem. 

Gdy odzyskała pamięć, wszystko trafiło na miejsce. Fragmenty wspomnień tworzyły nad nią 

gwiaździste niebo. Gdziekolwiek by spojrzała, nachodziły ją nowe wspomnienia. 

Elise zaczęła zaganiać oporne dzieci do łóżka. 

Raija  nalała  miodu  i  poczęstowała  Michaiła.  Poprosiła,  by  coś  zjadł,  ale  on  tylko 

odłamał kawałek razowego chleba. Jego oczy wędrowały wzdłuż ścian. Po raz pierwszy był w 

norweskim domu. Ich szopy na Soroya nie liczyły się. To był prawdziwy dom. 

To też był dom jego matki. 

background image

Reijo  przekazał  Ivara  w  ramiona  Elise.  Mały  nie  protestował.  Też  był  zmęczony. 

Dzień przyniósł za wiele wrażeń jak dla rocznego człowieka. 

- Muszę wrócić na statek - oznajmiła Raija po cichej rozmowie z Michaiłem. Niczego 

mu nie tłumaczyła dokładnie, wypytała tylko o handel. - Nie powinniśmy kupować tu za dużo 

ryby, bo może się zepsuć. A musimy też popłynąć na południe. Może. 

- Ale tu potrzeba mąki. - Reijo uśmiechnął się lekko. - Nie mam ryby na wymianę, ale 

mogę zapłacić. 

-  Nie  będziesz  mi  za  nic  płacił,  Reijo  Kesaniemi!  -  Raija  wstrząsnęła  głową.  -  Ty 

dostaniesz za darmo. I tak mój dług się nie zmniejszy. 

-  A  wrócisz?  Nie  możesz  znów  zniknąć.  Dziś  w  nocy  statek  nie  podniesie  kotwicy  i 

nie odpłynie... - Reijo otrząsnął się z bolesnych wspomnień. 

- Pewnych rzeczy  nie powtórzę, Reijo. A tym razem nie mam przed czym uciekać.  I 

nie  wracam  z  przeszłości.  Tego  nie  powtórzę.  Przyjechałam.  Te  lata,  które  minęły,  istnieją. 

Wrócę na ląd jutro rano. Ty chyba nadal wcześnie wstajesz? 

- Poranny połów nie czeka - uśmiechnął się Reijo. - Moje zwyczaje pozostały te same. 

I  to  nie  fiord  zabrał  mi  Helenę.  To  coś  innego,  nad  czym  nie  mam  władzy.  Ten  kawałek 

morza  jest  mój.  Napawam  się  nim  w  spokoju  co  rano.  Rozmawiam  z  niebem,  morzem  i 

samym sobą. Zdarza się, że uzyskuję niezłe odpowiedzi, najczęściej od siebie. Morze i niebo 

to małomówni kumple. 

- Ja jeszcze nadal nie lubię morza. - Raija zapatrzyła się na widok z okna. Wody fiordu 

Lyngen były o wiele mniejsze niż Morze Białe. 

Tak  się  kiedyś  bała  wód  fiordu.  A  teraz  spędziła  tygodnie  na  pokładzie  statku. 

Odzwyczaiła się od chodzenia po podłodze, która się nie kołysała. 

Ale nadal nie lubiła morza. 

-  Morze  nie  jest  dla  kobiet  -  uśmiechnął  się  Reijo  półgębkiem.  Raija  nie  podjęła 

wyzwania. 

Rozległo  się  pukanie.  Żadne  z  nich  nie  zauważyło,  by  ktokolwiek  się  zbliżał,  jednak 

do domku prowadziło wiele ścieżek. 

Raija  siedziała  nieporuszona,  patrząc  pytająco  w  stronę  Reijo.  Wzrok  Michaiła 

wędrował pomiędzy nimi. Nadal z trudem rozumiał sytuację, wiele zgadywał. 

- Do diabła! - mruknął Reijo. - Idź do alkowy! 

- Do diabła! - odpowiedziała, wstrząsając głową. Uśmiechała się lekko, na twarzy nie 

było  śladu  strachu.  Oczy  miotały  czarne  błyskawice.  Siedziała  tak  samo  jak  Reijo,  z  nie  po 

background image

kobiecemu  szeroko  rozstawionymi  nogami.  -  Czyżbyś  nie  wpuszczał  gości  do  środka,  Reijo 

Kesaniemi? - spytała wyzywająco. Reijo ochrypłym głosem rzucił „proszę!”. 

-  Nie  sądziłem,  że  będziesz  w  domu  -  rzucił  przybysz.  Był  w  wieku  Reijo.  Miał 

jaśniejsze od niego włosy, przechodzące w siwe, czuprynę nadal gęstą. Szczupły, niewysoki. 

Mieszkańcy ziemi nad fiordem nie bywali wysocy. Raija popatrzyła na niego przez zmrużone 

powieki. Kogoś jej przypominał. Jego sposób chodzenia, ruchy, ręce... 

Mężczyzna  minął  wzrokiem  Reijo,  zamykając  za  sobą  drzwi.  Szczęka  mu  opadła, 

ukazując  braki  w  uzębieniu.  Dopiero  gdy  już  zamknął  usta,  Raija  skojarzyła,  kogo  on  jej 

przypominał. I kim jest. To kuzyn Kallego, Kristoffer! Kalle mógłby wyglądać jak on, gdyby 

ż

ył. 

-  Raija?  -  spytał  z  niedowierzaniem  Kristoffer.  Zbladł,  z  głowy  ściągnął  czapkę,  by 

mieć  co  gnieść  w  dłoniach.  Spojrzeniem  szukał  pomocy  u  Reijo,  ale  ten  siedział,  milcząc, 

przy stole. Jeden kącik ust drgał mu w zapowiedzi uśmiechu. 

- U diabła... nie, nie mogę przeklinać! Przecież niedługo umrę, więc nie powinienem. 

Ty  nie  żyjesz!  To  nie  jest  Raija!  To  pewnie  jej  córka!  -  stwierdził  z  ulgą.  -  Właśnie!  Córka 

Raiji,  ta,  która  pojechała  do  Finlandii.  Słyszeliśmy,  że  wyszłaś  za  mąż  niejeden  raz...  Maju, 

no  właśnie,  Maja.  Ale...  -  znów  pytający  wzrok  powędrował  ku  Reijo,  lecz  i  tym  razem  nie 

uzyskał pomocy. - Boże! Też nie powinienem nadużywać Jego imienia... to niedobrze, moja 

dusza  nie  zazna  spokoju.  Przecież  ona  miała  te  blizny.  Boże,  Reijo,  u  ciebie  w  domu  są 

duchy? Przecież ona nie żyje! Wszyscy wiemy, że nie żyje! 

- Ja nie jestem duchem, Kristoffer - Raija wstała i podeszła do niego, choć ten cofnął 

się do drzwi. Ujęła go za rękę, zanim uciekł. Uścisnęła go na dowód, że żyje. - Minęło wiele 

czasu.  Lata  pozostawiły  ślady  także  na  tobie.  Ale  nadal  tak  przypominasz  Kallego,  że  nie 

mogłabym się pomylić. 

-  Raija?  -  wyszeptał.  Patrzył  na  Reijo  spojrzeniem,  w  którym  mieszały  się 

niedowierzanie i strach. 

- Nie jestem żadnym duchem - powtórzyła ze smutnym uśmiechem. - Ale nie wiem na 

pewno,  czy  nadal  jestem  Raiją.  Tam,  na  wschodzie,  nazywam  się  Raisa  Bykowa.  Statek 

zakotwiczony na fiordzie należy do mnie. 

background image

- Nie sądziłem, że wieści rozejdą się aż tak szybko - powiedział Reijo przygnębionym 

tonem,  gdy  biegnący  Kristoffer  był  już  tylko  ciemnym  kształtem  na  brzegu  morza.  -  Nawet 

nie powiedział, dlaczego przyszedł - zaśmiał się. - Niezłym byłaś duchem, Raiju. Myślisz, że 

bardziej by zbladł, gdyby spotkał czarta? 

Nie zdołali wytłumaczyć sytuacji, nawet niczego nie próbowali tłumaczyć temu, który 

posiadał teraz ziemię Elvejordów. 

- Co ludzie powiedzą? - wyszeptał do nich na odchodnym. 

-  Co  ludzie  powiedzą?  -  powtórzyła  jego  pytanie  Raija  smutnym  tonem.  Pogładziła 

Reijo po policzku i po włosach. Włosy były inne w dotyku niż w młodości. Dziwne, nawet to 

jej się przypomniało! 

-  Nie  wiem  -  Reijo  pokręcił  głową.  -  Ale  ty  wiedziałaś,  które  drzwi  prowadzą  do 

alkowy.  Wolałaś  zostać  i  pokazać  się.  To  wymagało  odwagi.  I  twojej,  i  mojej.  Teraz  mogę 

tylko  powiedzieć,  że  podziwiam  twoją  odwagę.  Ale  doprawdy  nie  wiem,  czy  ty  jednak 

zachowałaś rozsądek, Alatalo. 

-  Ściśle  rzecz  biorąc,  jestem  Kesaniemi.  -  Raija  pobladła.  -  Nie  mam  już  własnego 

nazwiska, Reijo. Czy to był błąd? 

-  Już za  późno,  by  coś  zmienić,  kochana.  Kristoffer  dawno  już  nie  biegał  tak  szybko 

od  czasu,  gdy  zdzierał  kumagi  za  Elen.  To  będzie  niczym  pożar  na  suchym  pastwisku.  Już 

dawno nie mieli o czym gadać od czasu... 

Zamilkł. 

Od czasu śmierci Heleny. Od przybycia Mattiego i Elise. Wygląda na to, że to głównie 

jego rodzina zagrzewa plotkarzy w osadzie do pracy. 

Raija oparła policzek o jego ramię. Było jej ciężko na sercu. Chyba już taki jej los, by 

parzyć sobie palce. Nie żyłaby, gdyby wciąż nie czuła jakiegoś bólu. 

-  Płyniemy  na  statek,  Misza  -  rzuciła  nagle.  Poczuła,  że  musi  się  stąd  wyrwać. 

Potrzebowała  samotności.  Chciała  pomyśleć  o  domu  nad  Dwiną,  przywołać  z  pamięci  jego 

zapach, odgłosy. Jej dom. Chciała usłyszeć wokół siebie rosyjski, ten galopujący język, który 

łaskotał jej podniebienie. - Przypłynę jutro rano,  Reijo. Muszę. Może powinnam była zostać 

rozpoznana. Może to mnie powstrzyma przed ucieczką... 

- Tego nigdy nie wiemy - odparł Reijo równie poważnym tonem. - Ty zawsze miałaś 

swoje powody, choć nie zawsze je rozumiałem. Nie możesz mnie już zawieść. Ale na pewno 

background image

się  ucieszę,  gdy  jutro  rano  zobaczę  statek.  Nie  będę  czuwał,  żeby  się  upewnić.  Na  to  już  za 

późno. Ale ucieszy mnie, jeśli dotrzymasz słowa, Mały Kruku. 

- Znalazłaś to, czego szukałaś? - Oleg przyszedł do jej kajuty i zadawał pytania, które 

trafiały w sedno. Michaił bał się ich zadać. Wciąż czekał, by ona sama opowiedziała. 

Niewiele było do opowiadania. 

- Znalazłam wiele osób, Oleg. Nie sądziłam, że spotkam Mattiego. Ożenił się z moją 

wychowanką.  Mają  dzieci,  wśród  nich  córkę,  którą  nazwali  Inkeri  Raija.  Niedługo  skończy 

dwa  latka.  Jest  tam  też  chłopczyk,  Mikkal,  mój  wnuk.  Zarazem  wnuk  tego,  kogo  kochałam 

niezwykle mocno. 

Raija nalała koniaku do szklanki Olega i sobie odrobinę na dno. 

-  Pamiętasz  te  strzały,  gdy  uciekałam?  Dzień  wcześniej,  zanim  weszłam  na  pokład. 

Były  skierowane  do  mnie.  A  on  mnie  osłonił.  Tyle  dla  niego  znaczyłam.  A  może  byłoby 

lepiej, gdyby trafiły mnie... 

Raija  westchnęła.  Długo  patrzyła  na  Michaiła.  Ujrzenie  go  obok  Idy  było  dla  niej 

wstrząsem.  Wtedy  uświadomiła  sobie,  że  on  jest  podobny  do  niej  samej.  Zwykle  w  synu 

doszukiwała się cech Jewgienija. Zawsze widziała w nim Jewgienija Bykowa. 

Alatalo. 

Michaił odziedziczył wiele cech rodu Alatalo. 

-  Miał  na  imię  Mikkal.  Słyszysz,  jak  podobne  są  wasze  imiona?  Ale  to  nie  ja 

wybrałam twoje dla ciebie. To twój ojciec. Bóg jeden wie, dlaczego. 

Przełknęła łyczek koniaku, krzywiąc się. Poczuła, jak grzeje jej usta, przełyk... 

-  Był  moją  pierwszą  miłością.  Może  tego  nie  zrozumiesz,  Misza,  nie  wiem.  Nie 

umiem  ci  przekazać,  ile  on  dla  mnie  znaczył.  Mój  ojciec  pewnego  zimowego  dnia 

wyprowadził mnie z domu. Pochodzę z biedoty, rodzice nie mogli mnie dłużej utrzymywać. 

Mróz  ściął zboże  tej  jesieni,  i  poprzedniej. Wysłali  mnie  na  północ,  do  nadmorskiego  kraju, 

powierzając opiece lapońskiej rodziny. Miałam osiem lat i rozumiałam, że już ich więcej nie 

zobaczę.  Ani  mamy,  ani  taty,  ani  braciszka,  który  nie  miał  jeszcze  roku,  leżał  w  kołysce  i 

patrzył  na  mnie  najbardziej  brązowymi  oczkami  w  Tornedalen.  Płakałam,  gdy  patrzyłam  na 

oddalającego  się  ojca.  Zima  się  kończyła,  padał  śnieg  z  deszczem.  Wypłakiwałam  oczy  na 

tym deszczu i wietrze. Otulona byłam brązowym szalem mojej mamy, kumagi miałam mokre. 

Wtedy podszedł on i przytulił mnie. Miałam osiem lat. Zapłakana dziewczynka o szarpanych 

wiatrem  czarnych  włosach.  On  miał  czternaście  lat.  Powiedział,  że  zawsze  się  będzie  mną 

opiekował. Odważył się mnie przytulić. Nazwał Małym Krukiem. On też miał czarne włosy. 

Twarz kanciastą, ale ładną. Niezwykłe oczy: brązowo - bursztynowe. Nigdy wcześniej takich 

background image

nie widziałam, dopiero u Mai. Jego rodzice mieli zabrać mnie do Norwegii i znaleźć rodzinę, 

która by mnie przygarnęła. 

Raija  zamrugała  powiekami.  Nie  chciała  pozwolić  na  łzy.  Półmrok  kajuty  ukrywał 

przed nią twarze Olega i Miszy. Zresztą nie chciała spojrzeć im w oczy. Nie chciała zobaczyć, 

jakie  wrażenie  robi  na  nich  historia  jej  życia.  Może  nie  była  najpiękniejsza,  ale  była  jej. 

Własna. 

-  Zostałam  u  Ravny  i  Pehra  jako  młodsza  siostra  Mikkala.  Byłam  za  młoda  na 

cokolwiek  innego.  Za  mała,  by  pojmować  coś  z  uczuć.  Ale  Mikkal  rozumiał,  był  sześć  lat 

starszy. Miał gorącą krew. Jego ojciec odesłał mnie, gdy miałam trzynaście lat. Zamieszkałam 

tu, nad fiordem Lyngen. W Skibotn. Gdy miałam piętnaście lat, zaszłam w ciążę z Mikkalem. 

I wyszłam za przyjaciela Reijo, Kallego. Karl był Norwegiem. Moja opiekunka też. Może już 

wtedy  powinnam  wyjść  za  Reijo,  nie  wiem.  Ale on  był  Finem,  i  nie  wypadało.  Urodziła  się 

Maja. Mikkal też się ożenił i urodził mu się syn, Ailo. Później się spotkaliśmy. 

Oleg napełnił szklanki do połowy. Wyjął też szklankę dla Michaiła. 

- Chłopak jest już wystarczająco dorosły, Raiju - Raiso. A do twojej historii potrzeba 

czegoś mocniejszego... 

Pokiwała  głową.  Przełknęła  łyk  trunku.  Zastanawiała  się,  ile  z  tej  historii  Oleg  już 

znał.  Co  przekazał  mu  Jewgienij.  Co  opowiedział  Miszy.  Jej  pozostało  tylko  opisanie  im 

wszystkiego, co wreszcie poskładała w całość. 

- Karl zaginął na morzu. Ja wzięłam do siebie Elise. Jej ojciec był na tej samej łodzi, 

co  Kalle,  a  matka  z  rozpaczy  odebrała  sobie  życie.  Knut  urodził  się  zimą.  Reijo  musiał 

odebrać  poród,  a  był  strasznie  pijany.  Nigdy  nie  widziałam,  by  ktoś  równie  szybko  wy-

trzeźwiał!  Reijo  wprowadził  się  do  mnie.  Niedługo  potem  wyruszyliśmy  na  północ.  Zimą. 

Było  bardzo  ciężko.  Pojawił  się  Karl,  który  jednak  przeżył.  Mówił  coś  o  złocie  i  przed 

ś

miercią  dał  mi  mapę.  Wyszłam  za  Reijo.  Ale  przez  cały  czas  Mikkal  istniał.  Ofiarował  mi 

swoje  życie.  Jego  żona  postradała  rozum  i  wspólnota  osądziła,  że  jest  wolny.  Ale  ja  nie 

mogłam  z  nim  być.  -  Pokręciła  głową.  -  Przypłynął  rosyjski  statek.  Jednego  z  załogi 

postrzelono,  ja  wycięłam  mu  kulę.  To  był  twój  wujek,  Misza.  Aleksiej.  Chyba  nigdy  nie 

widziałam  piękniejszego  mężczyzny  -  Jej  uśmiech  sprawił,  że  cienie  zatańczyły.  Szklanki 

posyłały  iskry,  które  chwytały  od  lampy.  Poziom  złocistego  koniaku  w  naczyniu  Raiji  nie 

zmniejszał się. 

- Następnego lata twój ojciec podpalił mój sklep. 

Nasze  pierwsze  spotkanie  było  awanturą,  krzyczałam  na  niego,  wściekła...  Potem 

odszedł Reijo. Ida urodziła się zimą, w Wigilię. Ruda. Nigdy nie miałam dziecka, które by tak 

background image

wrzeszczało, jak ona. Popłynęłam na wschód z twoim ojcem i Aleksiejem. Miałam wyjść za 

twojego  wuja.  Pewnego  razu  pomiędzy  nimi  powstała  bójka.  Aleksiej  upadł,  uderzył  się  w 

głowę  i  umarł.  Twój  ojciec  już  wtedy  poprosił  mnie  o  rękę,  ale  ja  zeszłam  na  ląd  na 

wschodzie  Finnmarku.  Przezimowałam  w  lepiance  razem  z  dziećmi.  Bóg  jeden  wie,  jak  to 

przeżyliśmy.  Wiosną  najęłam  się  jako  kucharka  dla  fińskich  rybaków.  Oskarżono  mnie  o 

czary  i  wtrącono  do  lochu  w  Vardo.  Blizny  na  moim  ciele  pochodzą  stamtąd.  Wreszcie 

wrzucono mnie do wody, by udowodnić, że jestem czarownicą. Gdy wypłynęłam, czekali na 

mnie  Reijo,  Petri  i  Santeri.  No  i  Mikkal.  Zorganizowali  mi  ucieczkę.  Ścigano  mnie  i  nie 

miałam  wyboru.  Uciekłam  z  Mikkalem  i  jego  synem  na  płaskowyż.  Reijo  zajął  się  moimi 

dziećmi.  My  powędrowaliśmy  do  Finlandii  i  odnalazłam  moją  matkę  i  brata.  Ojciec  dawno 

nie  żył.  Spędziliśmy  razem  całą  zimę:  ja,  Mikkal,  Ailo  i  Matti.  Dobrze  nam  było,  ale 

musiałam  wrócić.  Przybyliśmy  na  czas  jesiennego  jarmarku.  Postanowiłam,  że  zostanę  w 

domku  na  cyplu.  Mikkal  wiedział  o  tym.  Nie  mogliśmy  razem  żyć  tak,  by  kogoś  nie  ranić. 

Zawsze  był  ktoś,  kto  nas  potrzebował  bardziej  niż  my  siebie  nawzajem.  Zawsze 

poświęcaliśmy tę drugą osobę. Miałam zostać z Reijo. Byłam mu to winna. I moim dzieciom. 

Nie zdążyłam długo z nimi być. Zdołałam tylko je zawieść, nic innego. 

Raija  przełknęła  jednym  haustem  zawartość  szklanki.  Skrzywiła  się.  Trunek  był 

mocny, grzał w brzuchu. Ale znieczulił język tak, by mogła opowiedzieć o tym, co bolało. 

-  Ten  mężczyzna  z  twierdzy  Vardo  musiał  być  szalony.  Ten,  który  mnie  torturował. 

Ś

ledził  mnie,  od  kiedy  zniknęłam.  Odnalazł  mnie  wśród  jarmarcznych  bud.  Chciał  mnie 

zastrzelić.  Mikkal  zasłonił  mnie  sobą.  Umarł  na  moich  rękach,  z  ustami  przy  moich  ustach. 

Ofiarował  za  mnie  swoje  życie.  A  ja  znów  uciekłam.  Reijo  zawiózł  mnie  na  rosyjski  statek 

czekający  na  wodach  fiordu.  Mniej  więcej  tu,  gdzie  zakotwiczyliśmy.  Bosmanem  był  Oleg 

Jurków, a kapitanem pewien Jewgienij Byków. Miałam zostać rok i potem wrócić. 

- Ja opowiedziałem Miszy o tej podróży na wschód - rzekł Oleg. - Opowiedziałem, jak 

to, co się zdarzyło, mogło się zdarzyć. O jego ojcu. O tobie. O tym, jak uratowałaś mu życie. 

O dziecku, które straciłaś. 

- Tata też mi trochę opowiedział - rzucił Michaił ochryple. Nie czuł się dorosły. Nawet 

nie teraz, ze szklanką koniaku w dłoniach i ogniem w żołądku. - Wybierał, co mi powiedzieć. 

Przekazał to na swój sposób. Sprawił, że przyrzekłem milczenie. Ale po tym, jak tu byliśmy, 

obiecałem  sobie,  że  cię  tu  kiedyś  przywiozę.  Uważałem,  że  masz  do  tego  prawo.  Jestem  na 

niego zły! 

Michaił  pochylił  głowę  i  ujrzał  odbicie  swojej  twarzy  w  powierzchni  koniaku. 

Zakołysał szklanką, by nie patrzeć sobie w oczy. 

background image

- Nie powinieneś być zły na Jewgienija. Ja mu wybaczyłam - powiedziała Raija. - On 

nie mógł żyć inaczej. Za bardzo mnie kochał. My byliśmy dla niego wszystkim. 

-  Byłaś  z  tatą.  Z  Wasilijem.  Wujkiem  Aleksiejem...  -  Michaił  nie  chciał  spojrzeć  na 

matkę.  Utkwił  wzrok  w  szafce  ze  szklankami,  ponad  głową  Raiji.  -  Wyszłaś  za  mąż  za 

Kallego. Potem za Reijo. No i jeszcze ten... Mikkal. 

- Było ich więcej - ucięła Raija  głosem ostrym niczym świeżo naostrzony  nóż. - Nie 

tak  wielu  więcej,  ale  kilku  wam  nie  wymieniłam.  Jesteś  moim  synem,  ale  nie  masz  prawa 

znać wszystkich stron mojego życia. Coś zachowuję dla siebie. Wyliczyłam tych, którzy po-

zostawili jakieś ślady. Może nigdy mnie nie zrozumiesz. Jesteś mężczyzną i nigdy całkowicie 

nie  zrozumiesz  kobiety.  Ale  jesteś  moim  synem.  Coś  ze  mnie  jest  też  i  w  tobie,  czy  tego 

chcesz,  czy  nie.  Nie  jestem  jak  inne  matki.  Zawsze  najbardziej  byłam  sobą,  a  mniej  matką. 

Mniej żoną. Najbardziej byłam Raiją. 

- Więc jego kochałaś najbardziej? Tego Mikkala? 

Raija  poszukała  wzrokiem  oczu  syna.  Teraz  widziała  w  nim Jewgienija.  Dziwne,  jak 

to  może  się  zmienić.  Gdy  stali  obok  siebie  z  Idą,  wyraźnie  widziała  ich  podobieństwo  do 

siebie, cechy rodu Alatalo. 

-  Kochałam  ich  wszystkich  -  powiedziała.  -  Wypełniali  różne  przestrzenie  mojego 

serca. W każdym z nich coś było. Żaden nie był podobny do drugiego. 

- Wasia był podobny do Reijo! - Michaił dostrzegł to, co i ona zauważyła. 

-  Może  tak  -  zgodziła  się.  Jej  syn  miał  bystre  spojrzenie.  Dobrze  było  wiedzieć  coś 

takiego. Raija ceniła tę cechę, mogła pomóc mu w życiu. Niebezpiecznie jest być ślepym. 

- Czy najbardziej kochałaś Mikkala? 

- Zasługiwaliśmy na siebie - Raija unikała bezpośredniej odpowiedzi na jego pytanie. - 

Może byliśmy sobie przeznaczeni i zostaliśmy ukarani za to, że uciekaliśmy od swego losu. 

Już  nie  wiem.  Wielu  rzeczy  nie  rozumiem,  mój  Miszo.  Im  bardziej  się  starzeję,  tym  mniej 

rozumiem.  Gdy  miałam  piętnaście  lat,  uważałam,  że  wiem,  co  jest  dla  mnie  najlepsze.  Dla 

Mikkala. Dla nas wszystkich. Ale z tego wszystkiego powstało najwięcej bólu. Skrzywdziłam 

każdego,  do  kogo  się  zbliżyłam.  Nigdy  nie  rozświetliłam  mu  życia,  a  raczej  go  oparzyłam. 

Ale chciałam dobrze!  I żadnemu z nich nie kłamałam. Nigdy nie wyznałam miłości, gdy jej 

nie  czułam.  Zawsze  byłam  ostrożna,  jeśli  chodziło  o  to  słowo.  Nawet  twojemu  ojcu  nie 

skłamałam. On nigdy nie zrozumiał, co czułam do Wasi, ale mi wybaczył. Może dlatego, że 

czuł, że jest wobec mnie winny, nie wiem. Ale ja nie kłamałam. 

- Ja tego nie rozumiem - przyznał Michaił szczerze. Już nie myślał o kłamstwie ojca, 

jakoś się z tym pogodził. Obiecał tylko sobie, że nigdy tak nie postąpi. Kłamstwo pociągało 

background image

za sobą jedynie zło. - Nie rozumiem tego z mężczyznami. Jak to było możliwe? Przecież nie 

jesteś... łatwa. 

- Nie jestem rozwiązła? - Raija użyła mocnego słowa, aż syn się zaczerwienił. - Nie, 

nie  jestem  -  odpowiedziała  sobie  sama.  -  Nie  umiem  tego  wytłumaczyć.  Mogę  tylko 

powtórzyć, co już mówiłam. Zawsze najbardziej byłam Raiją. 

- Przecież nie mogłaś kochać ich wszystkich? 

- Jesteś taki młody, Misza! - westchnął Oleg. - Tak strasznie młody! Żebyś wiedział, 

ile  spojrzeń  może  pochwycić  twoje!  Ile  kobiet  chciałbyś  objąć.  Za  iloma  będziesz  tęsknić. 

Większości nie dostaniesz, niektóre dostaniesz w marzeniach. A niektóre w rzeczywistości. O 

niektórych zapomnisz. Ale nadal jesteś młody... 

-  Istnieje  wiele  rodzajów  miłości  -  stwierdziła  Raija  cicho.  -  Jest  wiele  sposobów 

kochania  drugiego  człowieka.  Ja  kochałam  wielu  mężczyzn.  Może  zbyt  wielu,  ktoś  mógłby 

powiedzieć.  Raz  wróżyła  mi  ciotka  Mikkala,  albo  ciotka  jego  ojca,  już  nie  pamiętam 

dokładnie. Była stara i mówili, że jest szalona. Może była szamanką. Powiedziała, że w moim 

ż

yciu  będzie  więcej  mężczyzn  niż  dzieci.  -  Raija  zaśmiała  się  i  dodała  żartobliwie:  -  Dzieci 

też  nazbierałam  niezłą  gromadkę,  mimo  wszystko.  Ale  mężczyzn  było  więcej.  Jej  wróżba 

sprawdziła  się.  Powiedziała,  że  nigdy  nie  osiągnę  szczęścia.  Widziała  dla  mnie  ból. 

Powiedziała,  że  poświęcę  dziecko.  Gdyby  wiedziała,  ile  ich  było!  I  widziała  Reijo  jako 

przyjaciela  -  na  zawsze.  Wtedy  sądziłam,  że  mówi  o  Mikkalu.  -  Raija  nabrała  oddechu.  - 

Pamiętasz mężczyznę, którego Natalia widziała w morzu? Pamiętasz, jak mi pomógł? 

Michaił  pokiwał  głową.  Były  takie  obszary  w  życiu  matki,  które  akceptował  bez 

rozumienia.  Wiele  go  niepokoiło.  Ale  Natalia  widziała  jakiegoś  mężczyznę  i  potrafiła  go 

opisać. Teraz przypomniał sobie, że dopiero co usłyszał podobny opis. Chwilę potrwało, za-

nim zrozumiał, kogo kiedyś opisywała jego siostrzyczka. 

- Ja tego też nie pojmuję - przyznała Raija, blada. - Ale Natalia widziała Mikkala. Ja 

też go widziałam. Był młody... Czekał na mnie. Przygotował wszystko. Już wiele razy czułam 

pokusę odejścia razem z zorzą polarną. 

-  Z  zorzą  polarną?  -  Michaił  poczuł  mdłości.  Nie  chciał  myśleć.  Nie  chciał  wiedzieć 

tego,  do  czego  go  zmuszała.  Coś,  co  było  czymś  jednym,  okazywało  się  czymś  zupełnie 

innym.  Nie  wierzył  w  to,  co  ona  prawie  powiedziała.  A  może  wtedy,  kiedyś,  naprawdę 

uderzyła się w głowę za mocno? 

Michaił i w to nie chciał wierzyć. Nie sądził, by jego matka była szalona. 

Ale różniła się od innych matek. 

Sama to powiedziała. Zawsze najbardziej była Raiją. 

background image

Nie wiedział tylko, czy właśnie taką matkę chciał mieć. 

Chciał mieć po prostu mamę! Nadal jej potrzebował. Nie był gotów dorosnąć, nie tak 

szybko. 

-  Mikkal  czeka  na  mnie  w  Saivo  -  powiedziała,  jakby  mówiła  o  jakimś  kraju,  do 

którego się podróżuje. 

Michaił wiedział lepiej. To była obca nazwa wzięta z języka, który był dla niego obcy. 

Języka z przeszłości należącej do Mikkala. 

Michaił źle się czuł, wymawiając imię Mikkala nawet w myślach. Brzmiało podobnie 

do  jego  własnego,  choć  z  akcentem  na  innej  sylabie.  Jego  imię  było  niczym  krok  w  dzikim 

tańcu, a tego mężczyzny - podmuchem wiatru na płaskowyżu północy. 

Dźwięk  był  podobny.  I  jego  ojciec  sam  je  dla  niego  wybrał.  Michaił  zawsze  miał  je 

nosić ze sobą jak pamiątkę straconego życia Raiji. Życia, które mogła przeżyć. 

- Nie chcę o tym słuchać! - rzucił. Przełknął resztkę koniaku i zakaszlał. Chciał wlać 

go w siebie jak dorosły, ale nim nie był. Nie  chciał być! Nie chciał rozumieć... - Pragnę ich 

poznać - powiedział szybko. Słowa toczyły się niczym lawina. - Poznać moje rodzeństwo. No 

i twoje wnuki, babuszko! - Uśmiechnął się szeroko. Dziwnie było nazywać tak własną matkę. 

Wcale nie wyglądała na babcię. - Lubię Reijo. Chcę ich poznać. Też mam do tego prawo. Są 

moją rodziną! 

- Poznasz ich - obiecała Raija. - Cała osada teraz wie, że tu jestem. Ze żyję. Nie mam 

pojęcia,  dlaczego  chciałam  się  ujawnić.  Ale  już  to  wiedzą.  Nie  wiem,  czy  nie  utrudniłam 

sprawy... Ale na pewno ich spotkasz, Misza. To twoi krewni. 

- Jesteś szczęśliwa? - spytał Oleg. Już wcześniej zadawali sobie osobiste pytania, nie 

uchylali się nawet przed zadawaniem drugiemu rany. 

- Bardziej kompletna. Jestem zbyt oszołomiona, by czuć szczęście. To tu jest moje, i 

zarazem  nie  moje.  Byłoby  inaczej,  gdyby  żył  Mikkal.  Wtedy  bym  została.  Musiałabym 

zostać. Ale Mikkal nie żyje. Jest w Saivo, dokąd nie idzie się za życia. I gdy już się przyjdzie, 

nigdy się nie wraca. Są chwile, gdy chcę już tam trafić... 

-  Gdybyś  miała  dostać  to,  na  co  zasłużyłaś  -  Oleg  zaśmiał  się  rubasznie  -  powinnaś 

spędzić wieki w piekle z tym, kogo tu najmniej lubiłaś... 

Raija nie przejęła się jego słowami. On zresztą nie chciał jej zranić. 

-  Rozumiesz,  Misza  -  powiedziała  zmęczonym  głosem  -  że  życie  w  Rosji  było  dla 

mnie aż za dobre? Nie powinieneś być zły na ojca! On chciał dla mnie jak najlepiej. Ale gdy 

już sobie przypomniałam... musiałam wrócić. - Zaśmiała się ponuro. - Mój ojciec prosił, bym 

mu wybaczyła, gdy ode mnie odchodził. Wtedy nie płakał, ale potem widziałam po jego ple-

background image

cach,  że  płakał.  Prosił  o  wybaczenie  i  mówił,  że  kiedyś  go  zrozumiem.  Wiele  lat  trwało, 

zanim zrozumiałam. Długo sprawiało mi to ból. A teraz ja muszę wielu prosić o wybaczenie. 

Nawet ciebie, Misza. 

- Dlaczego? - Chłopak nie mógł odstawić szklanki na stół. Była niczym jego kotwica. 

Musiał czuć jej chłód i ciężar, inaczej odpłynąłby gdzieś od wszystkiego, co niby było znane. 

Nie czułby dna. 

-  Dlatego,  że  nie  pochwalasz  życia,  o  jakim  ci  opowiedziałam.  -  Raija  siedziała 

niczym  cień  w  swoim  krześle.  Szklankę  odstawiła  na  stół.  W  cięciach  szkła  odbijało  się 

ś

wiatło  lampy.  -  Dla  ciebie  nie  będę  nikim  innym,  mimo  że  teraz  wiesz  wszystko.  Ja  to 

wszystko przeżyłam, zanim zostałam twoją mamą. I jeśli jestem taka, jak o mnie myślisz, mój 

chłopcze, to już wtedy nią byłam. Byłam nią przez całe twoje życie. Znasz moje życie tam, w 

domu. Nie sądź mnie. Żyłam tak, jak musiałam, zawsze do ostatecznych granic. Zawsze jako 

Raija.  Nawet  wtedy,  gdy  nie  byłam  pewna,  kim  jestem,  moje  serce  podpowiadało  mi,  co 

robić. 

-  Nie  mam  nic  do  wybaczenia  -  odparł  Misza  ochrypłym  głosem.  Nie  rozumiał,  jak 

matka mogła wyczuć jego myśli. Przecież w końcu czytać w myślach nie umiała! A on ledwo 

zdążył cokolwiek pomyśleć! 

- Kiedyś może zrozumiesz - Raija chciała nieco złagodzić słowa. I tak chłopak będzie 

miał  ciężką  noc.  Ale  musiała  tak  postąpić.  -  Maja,  twoja  najstarsza  siostra,  urodziła  się  w 

tysiąc siedemset dwudziestym szóstym. Wiosną. Ochrzciłam ją Maria, ale nazywałam Mają, i 

tak już zostało. Jest córką Mikkala. Reijo mówi, że ona ma do mnie największy żal. Mieszka 

w  Finlandii,  nie  spotkasz  jej.  Knut  urodził  się  w  tysiąc  siedemset  dwudziestym  siódmym, 

podczas  jesiennego  jarmarku.  Syn  Kallego,  bardzo  do  niego  podobny.  Też  mieszka  na 

południu Finlandii, u Mai. Elise jest moją przybraną córką, to ta blondynka, którą widziałeś, 

urodzona w dwudziestym trzecim. Wyszła za mojego braciszka, Mattiego. Matti jest o siedem 

lat ode mnie młodszy. Nasze losy się plączą... No i Ida, do której jesteś tak podobny, urodziła 

się  w  dwudziestym  dziewiątym.  Wszyscy  założyli  rodziny.  Mają  dzieci.  Ida  wyszła  za  syna 

Mikkala.  Reijo  nie  chciał  opowiedzieć  mi  o  nich  wszystkiego,  mówił,  że  to  Ida  musi.  Mieli 

dwoje  dzieci,  Mikkala  i  małą  Raiję.  Dziewczynka  umarła.  Tyle  jest  bólu,  gdziekolwiek  się 

spojrzy... Czworo z moich wnucząt nie żyje. Ośmioro żyje. Trudno mi to wszystko ogarnąć. 

Reijo  ma  rocznego  synka.  Ponownie  się  ożenił;  wierzył,  że  nie  żyję.  Jego  żona  utonęła  w 

fiordzie. Niedawno ją pochował. Tyle jest bólu, mój Miszo, tyle bólu... Można zacząć wierzyć 

w klątwy... 

background image

-  Już  trochę  pohandlowaliśmy  -  Oleg  przerwał  trudne  tematy.  -  Nie  musimy  płynąć 

dużo dalej, Bykowa. Jeżeli chcesz, możemy tu zostać przez tydzień. Będziesz miała czas. 

- Teraz cała osada wie, że tu jestem - powtórzyła Raija. - Ujawniłam się. Dlaczego to 

zrobiłam?  Dla  wszystkich  byłoby  lepiej,  gdybym  pozostała  niewidoczna.  Łatwiej  byłoby 

zostać. Łatwiej odjechać. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam... 

- Porozmawiamy o tym jutro - Oleg nie chciał, by Raiję znów porwały wspomnienia. 

Nie chciał, by znów odpłynęła w swoją podróż. Niczego bardziej się nie bał, zwłaszcza teraz. 

Widział  to  wiele  razy,  lecz  nadal  się  bał.  -  Teraz  jesteś  tutaj.  Wróciłaś.  Oni  nie  uciekną. 

Możesz  spać  spokojnie,  Raiju  -  Raiso.  Misza  i  ja  zadbamy,  by  na  łajbie  wszystko  było  w 

porządku.  Może  pozwolimy  marynarzom  jutro  wyjść  na  ląd?  Długo  już  pływali,  zasłużyli 

sobie na to. 

-  Nie  chcę  żadnych  awantur  z  tymi,  którzy  tu  mieszkają!  -  rzuciła  ostro  i 

zdecydowanie Raija. 

- Nasi ludzie nie robią awantur - zapewnił Oleg równie stanowczo. 

-  Mogłabyś  tu  zostać,  a  my  popłyniemy  kawałek  na  południe  i  zabierzemy  cię  w 

drodze powrotnej - zaproponował jeszcze inne rozwiązanie Misza. 

- Muszę się przespać - odrzekła tylko Raija. Była skonana. Nadal nie wiedziała, czego 

chce. Domek na cyplu był jej celem. Dalej nie wybiegała myślami. Nie odważyła się. A teraz 

musiała. Gdy nadejdzie ranek, będzie musiała wiedzieć. 

background image

Lato mogło być takie piękne nad fiordem Lyngen. Jykea. Ivguvuotna. Bez względu na 

nazwę, jaką mu nadano w każdym z używanych nad nim języków. 

Jest łagodne. Ciepło może leżeć warstwami otoczone górami na północnym zachodzie, 

wschodzie  i  południu.  Słońce  toczy  się  swoją  trasą  przez  dzień  i  noc.  Chowa  się  tylko  za 

ostrymi  szczytami  gór  Lyngsalpene,  po  czym  wraca,  czerwone,  na  niebo,  niemal  dotykając 

promieniami  cichych  wód  fiordu.  Świeci  całą  dobę,  niezmordowane.  Błogosławi  ziemię 

niezliczonymi promieniami, życiodajną pieszczotą. 

Raija  wcześnie  stanęła  na  pokładzie.  Wody  fiordu  były  niebieskie,  o  ton  ciemniejsze 

niż  niebo.  Bezchmurne  niebo.  Dopiero  gdzieś  nad  Finlandią  widniały  przezroczyste  smugi 

chmur, jakby ktoś próbował coś wymazać, ale mu się nie udało. 

Las  był  tak  zielony,  że  aż  kłuł  w  oczy.  Łąki,  które  dostrzegała,  świeżo  skoszone. 

Leżały jasne i nagie, otoczone brzozami i ciemnozielonymi sosnami. Najlepiej na piaszczystej 

glebie rosły tu sosny. Raija stała, chłonąc ten widok, i czuła całą sobą, że to jej ziemia. Jej. 

Reijo  też  wcześnie  wstał,  widziała  dym  wydobywający  się  z  komina.  Dobrze 

wiedziała, jak się rozpala ogień na tamtym palenisku. Znała jego narowy. 

Serce jej się ścisnęło. 

Było już za późno. 

Przez  wiele  lat  powinna  tam  być.  Wstawać  pierwsza  i  rozpalać  na  palenisku.  Przez 

wiele lat powinna patrzeć na fiord. 

Cofnęła  się,  gdy  zobaczyła,  że  Reijo  wychodzi.  Nie  chciała,  by  ją  dostrzegł.  Poranki 

należały  do  niego.  Nie  chciała  mu  odebrać  tej  chwili  i  stać  się  częścią  czegoś,  do  czego  nie 

miała  prawa.  Obserwowała,  jak  wyciąga  łódkę,  wchodzi  do  niej  i  na  stojąco  odpycha  się 

wiosłem od dna. Szybko robiło się głęboko i wkrótce Reijo usiadł. 

Przepełniła ją czułość. Stała, trzymając się tak mocno lin, że aż kostki jej zbielały. 

Jego ciało było takie samo. Starsze - ale takie samo. Dobrze wiedziała, w jaki sposób 

Reijo pochyla się nad wiosłami, gdy wprawia je w ruch. Widywała pracę jego mięśni. Tyle o 

nim wiedziała. Tak dobrze znała. 

Słońce  oszukało  jej  wzrok  i  sprawiło  wrażenie,  że  włosy  Reijo  są  złociste.  Mogłaby 

sądzić, że on jest równie młody jak wtedy, gdy go opuściła, i że teraz właśnie jest chwila, gdy 

wraca. 

Ale wiedziała, że są srebrne. 

background image

Już za późno dla nich dwojga. Już na tyle weszli w zmierzch, że oświetlał ich jedynie 

księżyc. A światło księżyca nie niesie ze sobą życia. Jest tylko odbiciem dnia. 

Było za późno. 

Raija  stała,  zastanawiając  się,  dlaczego  Reijo  aż  tak  długo  żył  samotnie.  Ich  uczucie 

wygasło,  zanim  trafiła  do  Vardo,  zanim  urodziła  się  Ida.  Zanim  wyruszył  w  drogę,  gdy  ich 

dom mu nie wystarczył, nie mieścił jego tęsknot. 

Ona też czasem za tym tęskniła. Też chciała żyć, mając niebo za jedyny dach. 

Reijo  był  przystojny.  Miał  w  sobie  coś,  co  podobało  się  kobietom.  Dawał  poczucie 

bezpieczeństwa.  Był  niczym  opoka,  choć  nie  wyróżniał  się  wzrostem.  Siła  pochodziła  nie 

tylko z jego ciała. Był zarazem mocny i łagodny. Czuły. 

Raija  rozumiała,  dlaczego  Wasilij  tak  łatwo  zdobył  jej  zaufanie.  Wszedł  w  jej  życie 

niczym nóż w miękkie masło. Wasia i Reijo na pewno by się polubili. 

Dlaczego  Reijo  tak  długo  czekał?  Dlaczego  tak  dużo  czasu  upłynęło,  zanim  znalazł 

kobietę? 

Wytłumaczenie stanowiły jej dzieci. Było ich wiele i trzymały  go mocno przy ziemi. 

Nawet  gdy  opuściły  gniazdo,  nadal  pozostawały  z  nim  związane,  co  niewiele  kobiet  by 

zaakceptowało. 

No i wciąż był Finem... 

Antti,  jego  ojciec,  też  nie  ożenił  się  powtórnie.  A  może  po  prostu  mężczyźni  z  rodu 

Kesaniemi są wybredni? Powinna to wiedzieć, przecież ich znała. 

Ale  mogła  tylko  zgadywać,  przepełniona  czułością.  Śledziła  go  wzrokiem  i 

obserwowała, jak szuka swoich miejsc do łowienia, jak zarzuca sznur z haczykami. Widziała 

jego szerokie plecy. Łowił ryby, siedząc twarzą do słońca. Może udawał, że wszystko jest tak 

jak zwykle. 

Może udawał, że jej wcale tu nie ma. 

Raija  mogła  tylko  zgadywać,  patrząc  na  niego.  Dochodziły  do  niej  poranne  odgłosy 

pracy na statku, tak obce dla Reijo. Stała z nogami w obu światach. 

Nigdzie nie należała. 

Minęło tyle czasu. 

Zrobiło się za późno. 

Ale  był  przystojny.  Jej  przyjaciel.  Srebro  księżyca  i  skała.  Szmaragdowe  spojrzenie. 

Kiedyś  utka  jego  obraz.  Z  iskrząco  zielonym  kolorem,  jeśli  tylko  znajdzie  roślinę,  która 

użyczy takiego barwnika wełnie. Z pasmami brązowego i niebieskiego, jak bejcowana łódka i 

background image

wody  fiordu.  Utka  jego  ramiona,  dłonie  trzymające  wiosła.  Utka  jego  uśmiech,  oczy  i  gęste 

włosy. Przedstawi go jako górę o ciepłej skórze. Kiedyś... 

Reijo przepełniał ją tak ogromną czułością... 

Ale było o wiele za późno. 

Michaił  przywiózł  ją  na  ląd,  gdy  już  wiedziała,  że  nie  zakłóci  porządku  porannych 

obowiązków. Widziała, jak jakiś czas temu Reijo dobił do brzegu z połowem. 

Raija miała nadzieję, że złowił młode dorsze z czarnymi grzbietami, a nie te zwykłe. 

Nic na świecie nie smakowało bardziej niż świeżo złowione dorszyki ugotowane w morskiej 

wodzie do momentu, gdy skóra na nich się marszczy, a mięso twardnieje. 

Miała na sobie własne ubranie. Pożyczone niosła pod pachą. Zamierzała przeprosić, że 

nie mogła go uprać. 

Dobrze  było  chodzić  w  butach  do  konnej  jazdy.  Zastanawiała  się,  czy  znów 

przywykłaby do kumagów. 

Bluzka  jej  miała  hafty  wokół  szyi  i  mankietów.  Wzory,  których  nie  znano  tu  nad 

fiordem, a które wydawały jej się podobne do haftów cynową nitką ze skórzanych kaftanów z 

osady lapońskiej Mikkala. 

Odjechała z Tornedalen w brązowym szalu okręconym wokół głowy i zawiązanym za 

plecami. Ona była mała, a szal duży. 

Teraz okryta była innym szalem. Też wełniany, ale o innych kolorach. Był niebieski z 

dodatkiem 

najzimniejszego 

ż

ółtego, 

jakiego 

potrafiła 

uzyskać. 

dodatkiem 

krwistoczerwonego.  Szal  był  obszerny  i  dobrze  grzał.  Zimowymi  nocami  stała  i  marzła  pod 

niebem nad Morzem Białym, patrząc aż do bólu oczu na zorzę polarną. Latem ta zorza grzała 

jej ramiona. 

-  Wcześnie  wstałaś  -  przywitał  ją  Reijo.  Był  świeżo  ogolony.  Raija  musiała  się 

powstrzymać, by nie pogłaskać go po twarzy. Jej palce chciały go dotykać. 

- Nie sądziłam, że mnie dostrzeżesz - uśmiechnęła się w odpowiedzi. Dobrze się czuła, 

rozmawiając z nim. Stał na schodach w samej koszuli. Był boso, spodnie miał podwinięte do 

kolan.  Spodnie  były  połatane  widocznymi  łatami.  Helena  pewnie  umiała  haftować,  ale  jej 

wychowanie nie obejmowało łatania spodni z samodziału. 

Raija od razu pożałowała, że coś takiego przyszło jej do głowy. 

Nie miała żadnego • prawa do sądzenia. Helena uszczęśliwiła Reijo, inaczej by jej nie 

wybrał. Ona sama bynajmniej nie była panią, a też nie umiała łatać. Ledwo szyła. Dobrze się 

złożyło, że przy Jewgieniju niczego jej nie brakowało. 

background image

-  Widzę  to,  co  chcę  zobaczyć  -  odpowiedział.  -  Jako  dziewczyna  nie  byłaś  taka 

dyskretna. To wzruszające. Zmieniłaś się, Raiju! 

Pogładził  ją  po  policzku.  Spojrzeniem  musnął  jej  czerwoną  bluzkę  wyszywaną  w 

maki. Wydawały się całą łąką. Ale Reijo ich nie znał. 

- Co zrobiłaby piętnastoletnia Raija? - spytał z uśmiechem. 

- Piętnastoletnia Raija wdrapałaby się przez burtę i błagała, bym ją ze sobą zabrała... 

Reijo  usiadł  na  najwyższym  stopniu  schodów.  Raija  usiadła  obok  niego.  Wiele  razy 

tak siadywali. Z nim przyjaźniła się najdłużej. To ważne. 

-  Misza  włóczy  się  po  brzegu  -  powiedziała  i  zaśmiała  się  sama  z  siebie.  -  Jakie  to 

dziwne,  że  znajduję  takie  słowa!  Tak  dawno  ich  używałam.  Nie  wiedziałam,  że  znam  inny 

język niż rosyjski. Pamiętałam kilka słów po fińsku, ale nie miałam pojęcia, co znaczą. Nikt 

wokół mnie ich nie rozumiał. 

- Jakie to słowa? - spytał zaciekawiony Reijo. Raija zachichotała. 

-  Głównie  przekleństwa.  Dziwne,  że  właśnie  one  zdołały  pierwsze  przeniknąć  przez 

ten mur zapomnienia! 

-  Były  najmniej  niebezpieczne  -  stwierdził  Reijo.  -  Nic  dla  ciebie  nie  znaczyły. 

Używałaś ich tylko po to, by zrobić wrażenie i podkreślić, że jesteś inna. Po nic innego. 

- Dlaczego ty tyle wiesz? 

-  Dobrze  cię  znałem,  przyjaciółko.  Chyba  równie  dobrze,  jak  ty  siebie.  A  czasem 

lepiej.  Wraz  z  tobą  straciłem  wiele  z  twojego  życia.  Mimo  to  czuję,  że  nadal  cię  znam.  Ale 

mnie zaskakujesz. Kiedyś tak nie było. Zawsze mogłem przewidzieć twoje reakcje. 

Ponad  nimi  zaskrzeczała  mewa,  bijąc  białymi  skrzydłami  na  tle  błękitnego  nieba.  Jej 

błyszczące  oczka  dostrzegały  wszystko,  a  żółty  dziób  gotów  był  do  natychmiastowego 

połknięcia najmniejszego kawałka czegoś nadającego się do jedzenia. 

- Elise już oprawiła  ryby -  westchnął Reijo, spoglądając na swoje dłonie.  - Czuję się 

zbędny.  Ale  ona  chce  wszystko  robić,  chce  zapracować  na  to,  że  tu  mieszkają.  A  przecież 

miejsca jest dosyć, jesteśmy sami z Ivarem. Dobrze ich tu mieć. Ale Elise i Matti bardzo chcą 

za siebie płacić. 

-  Wczoraj  w  nocy  opowiedziałam  Michaiłowi,  kim  była  jego  matka  -  rzuciła  Raija. 

Zsunęła szal z ramion. Dzień robił się cieplejszy. 

- I jak to przyjął? 

-  Pyta,  dlaczego  miałam  tylu  mężczyzn...  -  zaśmiała  się  smutno  Raija.  Włosy 

rozpuściła.  Nigdy  nie  lubiła  ich  wiązać.  Teraz  powinna  nosić  przyzwoity  kok  nad  karkiem. 

background image

Wdowieństwo zobowiązywało. Ale ona nigdy nie robiła tego, czego po niej oczekiwano. Nie 

dawała rady. Zawsze była Raiją. 

Tylko Raiją. Na dobre i na złe. 

Reijo  objął  ją  ramieniem.  Wiele  razy  tak  siedzieli,  śmiejąc  się,  płacząc,  rozmawiając 

aż do głębi duszy. 

- Lubię tego chłopaka - powiedział Reijo szczerze. - Polubiłem go od pierwszego razu, 

gdy  go ujrzałem. - Zaśmiał się. - Ponieważ nie miałem najmniejszej wątpliwości, czyim jest 

synem, sprawa była przesądzona. Nie mogłem go nie polubić. Zresztą Jewgienija też lubiłem. 

- Dlaczego? - chciała wiedzieć Raija. 

Dzika  kaczka  załopotała  skrzydłami  niedaleko  kamieni  na  brzegu.  Stadko  piskląt 

pływające  po  wodzie  zaniepokoiło  się.  Wysoki  syn  Raiji  przeszedł  pomiędzy  szopami.  Był 

obcy w świecie wybrzeża. Ptaki o tym wiedziały. 

- Jewgienij kochał - odpowiedział Reijo z policzkiem opartym o jej czoło. Nie było nic 

złego  w  tym,  że  tak  siedzieli.  Znali  się  już  od  tak  dawna:  ona  miała  trzynaście,  a  on 

czternaście lat. Oddzielała ich zawsze tylko skóra. Nawet wtedy, gdy byli tylko przyjaciółmi, 

a nie kochankami, oddzielała ich tylko skóra. 

Trudno o taką przyjaźń. 

- Jewgienij był mężczyzną. Wierzył w coś i trzymał się tego. Uważał, że dał ci życie, 

na  jakie  zasługiwałaś,  że  dał  ci  szczęście.  Wierzył,  że  kłamstwo  wytrzyma.  Rozumiesz? 

Niezależnie  od  tego,  co  zrobił,  on  cię  kochał.  Ofiarował  ci  wszystko.  Wtedy  tego  nie 

wiedziałem, lecz go polubiłem. Był człowiekiem, którego chciałbym mieć za przyjaciela. No i 

wasz  syn...  gdy  go  ujrzałem,  wiedziałem,  że  chciałbym  mieć  takiego  syna.  Żałuję,  że  nie 

znamy  wspólnego  języka,  bo  chciałbym  poznać  twojego  syna,  Raiju.  Wydaje  się  być 

ś

wietnym chłopakiem! 

- Masz własnego syna, Reijo - odparła Raija czule. 

-  Ivar  może  też  będzie  świetnym  chłopakiem.  -  Głos  Reijo  od  razu  zyskał  na  cieple, 

gdy  o  nim  wspomniał.  -  Jest  późnym  błogosławieństwem  mojego  życia.  Na  pewno  nie 

zasłużył, by tak wcześnie zostać pozbawionym matki. 

- Ja zawiodłam wszystkich. - Raija patrzyła daleko na fiord. Pamiętała, jakie polecenia 

wydała dziś rano przy stole. Wiedziała, że Michaił myśli o nich właśnie teraz. - Misza może 

miał  prawo  pytać,  dlaczego  było  tylu  mężczyzn.  Nie  opowiedziałam  mu  o  Krwawym  Ole. 

Tego nie jestem w stanie opowiedzieć. 

- Winny ci jestem moje życie - Reijo uścisnął ją za ramiona. - Wykupiłaś moje życie, 

Raiju Alatalo, córko Erkkiego. 

background image

-  Mam  dokumenty  świadczące,  że  jestem  Raisą  Bykową  -  odparła,  jakby  pragnąc 

ocalić kawałek siebie. 

- Może one nam pomogą - zastanowił się Reijo. - Ja mam dokumenty mówiące o tym, 

ż

e  jesteś  moją  żoną.  Ale  wtedy  nazywałaś  się  Raija  Elvejord,  córka  Erkkiego,  wdowa  po 

Karlu Elvejord. 

- Czy to tylko ja? - spytała Raija. - Czy to tylko ja, Reijo? Mówiłam Miszy, że żyłam 

tak, jak musiałam. W jedyny sposób, jaki mi odpowiada. Czy to takie proste? 

- A jakie miałoby być? 

- Ty nie lubisz takich słów - powiedziała Raija niemal zażenowana. - Klątwa... 

Reijo patrzył na nią przed dłuższą chwilę. Uśmiechnął się, ściągnął brwi, potargał jej 

grzywkę i przytulił. Chciał otrząsnąć ją z tej myśli. 

-  Ta  powaga  do  ciebie  nie  pasuje!  Nie  było  z  tobą  aż  tak  źle,  moja  mała.  Miałaś  też 

szczęście w życiu. I tu, i tam na wschodzie. 

-  Ale  było  też  wiele  bólu  -  odparła  Raija  cicho.  -  Tak  okropnie  dużo  bólu.  A 

marzenia... nigdy się nie spełniły. To szczęście, na które czekałam, nigdy do mnie nie trafiło! 

- powiedziała z goryczą. Raija oczekiwała więcej po życiu. Czuła, że było jej to obiecane. 

-  Moja  Raiju!  -  Zielone  oczy  Reijo  spojrzały  w  głąb  jej  duszy.  Znów  ją  rozumiał. 

Podążył  zawiłymi  ścieżkami  jej  myśli.  -  Pamiętasz  tych,  z  którymi  wyrastaliśmy,  prawda? 

Byli mniej więcej w naszym wieku. 

Nie  było  nas  wiele:  ty  i  ja,  Kalle,  Sandra,  Ludvig,  Lisa,  Ole  Hans.  Pamiętasz  ich, 

prawda? 

Pokiwała  głową.  Z  nimi  się  nie  przyjaźniła,  ale  znała.  Trzymała  się  razem  z  Reijo  i 

Kallem. Ale i tak ona i Reijo wyróżniali się jako Finowie. Nieważne, jak długo mieszkali nad 

fiordem,  nigdy  nie  byli  tacy  jak  reszta.  Nie  wszyscy  z  tych,  którzy  tu  żyli,  byli  równie 

norwescy.  Jednak  urodzili  się  tutaj.  Mówili  po  lapońsku,  ale  nie  hodowali  reniferów.  Nie 

wędrowali. I wielu z nich nosiło skórzane kaftany. 

Raija pamiętała ich. Byli mniej więcej rówieśnikami. Nawet pamiętała ich twarze. 

- Sandra wyszła za Kristoffera z Karnes. On już wtedy miał dzieci w naszym  wieku. 

Przed Sandrą wyniszczył trzy żony. Ona jeszcze żyje. Pamiętasz, że była  ładna? Nie tak jak 

ty, ale ładna. A Kristoffer był jak zużyty kumag. Nadal żyje, choć jest niedołężnym, śliniącym 

się, gadającym od rzeczy starcem. Tak, wiedział, co robi, gdy brał sobie młodą żonę! Dzieci 

uciekły z domu, ale Sandra musi zostać. Pracuje w polu, łowi ryby, sprzedaje swetry. Zawsze 

ma robótkę w rękach. Kristoffer trzy razy w ciągu zeszłego roku próbował podpalić dom. On 

już nie wie, co robi, cofnął się do czasów dzieciństwa. A Sandra pewnie też miała marzenia, 

background image

Raiju. - Reijo nabrał oddechu. - Ludvig wziął sobie za żonę dziewczynę znad fiordu Ulls. Ma-

ją szesnaścioro dzieci. Troje z nich umarło. Muszą się mocno starać, by wyżywić wszystkie. 

Rzadko aż tyle przeżywa. Żona jest pracowita, a Ludvig prawie nie śpi. Gdyby nie sprzedawał 

skór, nie daliby rady. Lisa Perssenów najęła się jako służąca w Malselv. Wróciła do domu z 

bękartem.  Mówiono,  że  to  dzieło  gospodarza  domu,  ale  Lisa  nie  pisnęła  słowa.  Ona  pewnie 

też  miała  marzenia.  A  teraz  dba  o  starych  rodziców.  Syn  urósł  i  wyjechał  stąd,  pewnie  nie 

miał  najlepszych  wspomnień.  Ole  Hans  gospodarował  tak  nieumiejętnie,  że  gospodarstwo 

poszło  za  długi.  On,  żona  i  dziewięcioro  dzieci  zostali  bez  dachu  nad  głową.  Żona  służy  u 

ludzi, dzieci rozdano, żadnego tu nie ma. Ole Hans żyje wódką, którą udaje mu się wymienić. 

Nie  sądzisz,  że  on  też  miał  marzenia?  A  może  też  mówi  o  klątwie?  Mogę  ci  opowiedzieć  o 

takich  samych  klątwach  za  każdymi  drzwiami  wzdłuż  naszego  fiordu.  Myślisz,  że  oni  są 

szczęśliwi? 

-  Wiesz  dobrze,  o  co  mi  chodzi  -  zaprotestowała  Raija  słabo.  Siedziała  z  pochyloną 

głową. Próbowała sobie ich wyobrazić. Nie umiała. Poczuła się skarcona. Nie spodziewała się 

tego po Reijo. I nie była pewna, czy jej się to podoba. Czuła, jakby on ją zawiódł. Jakby nie 

był tym, kogo się spodziewała spotkać. A przecież nie mógł się aż tak zmienić od wczoraj. 

Czyżby podjęła złą decyzję? 

-  Ty  zawsze  wierzyłaś  w  miłość  -  uśmiechnął  się  Reijo  ciepło.  - Jesteś  dorosła  i  tyle 

przeżyłaś.  Tyle  bólu.  Kochałaś  i  byłaś  kochana,  i  mimo  to  wierzysz  w  to  jedyne,  wielkie 

uczucie? 

Raija uciekła od jego głosu i ramion. Od jego ciepła. Od rozsądku i tego, co ściągało 

ją  na  ziemię.  Reijo  zawsze  twardo  stąpał  po  ziemi.  On  zawsze  sprowadzał  na  ziemię  jej 

marzenia,  jedno  po  drugim.  Ściągał  je  tak  nisko,  że  już  nie  widziała  w  nich  niczego 

nadzwyczajnego. 

Z  ramionami  skrzyżowanymi  na  piersiach  odeszła  na  skraj  zbocza.  Dziwiła  się, 

dlaczego  nikt  nie  wychodzi,  przecież  o  tej  porze  raczej  nie  śpią.  Dzieci  na  pewno  nie.  Było 

tak ciepło, że mogłyby biegać na bosaka po trawie. Nie widziała też żadnych cieni za oknem. 

Tylko  światło  słońca  się  w  nim  odbijało.  Pamiętała,  że  jeśli  patrzyło  się  pod  odpowiednim 

kątem  i  z  głową  odpowiednio  przekrzywioną,  na  szybie  widać  było  delikatne  kręgi,  które 

sprawiały,  że  świat  na  zewnątrz  wydawał  się  trochę  nierzeczywisty.  Z  zewnątrz  szyba 

wyglądała jak powierzchnia wody zmącona przez wrzucony do niej kamień. 

Misza  usiadł  na  brzegu.  Raija  wyczuwała,  że  podoba  mu  się  widok.  Nie  miał  tego 

nieprzyjemnego uczucia co ona, gdy patrzyła na góry i morze. 

background image

Dla  Miszy  morze  było  życiem.  A  góry  pewnie  czymś  najwspanialszym,  co  widział. 

Zafascynowały go. Jego oczy błądziły po szczytach. 

Raija rozumiała go. Można było się zachwycić tym krajobrazem. Ale chciałaby zabrać 

syna w głąb wąskiej doliny, wyżej, tam gdzie się rozszerzała i stawała płaskowyżem. Wtedy 

może  by  zrozumiał,  jak  tam  jest  wspaniale.  Zrozumiałby,  czego  jej  oczy  zawsze  szukały, 

gdzie  się  czuła  szczęśliwa.  Może  wtedy  zrozumiałby,  dlaczego  tak  jej  było  dobrze  nad 

Morzem Białym. 

Ona  potrzebowała  przestrzeni  dla  swoich  myśli.  Musiała  mieć  szeroki  widok  na 

horyzont, ku któremu mogły szybować jej marzenia. 

-  Co  powiedzą  ludzie,  Reijo?  -  spytała.  Usłyszała,  że  podszedł  do  niej,  widziała  go 

kątem oka. Zresztą zawsze wyczuwała jego bliskość. 

Może  nie  tak  silnie  jak  Mikkala.  Ich  związek  był  szczególnie  mocny.  Nie  można  go 

porównać z niczym innym. Zostali ze sobą związani na zawsze tego szarego przedpołudnia w 

Tornedalen w tysiąc siedemset osiemnastym roku. 

Stała na cyplu i patrzyła na fiord Lyngen. Może nie zasłużyła, by powrócić... 

Raija  uświadomiła  sobie,  że  tylko  trzech  mężczyzn  pozostawiło  trwałe  ślady  w  jej 

duszy.  Trzech,  z  którymi  czuła  się  naprawdę  związana.  Których  kochała  w  taki  sposób,  że 

zawsze będą dla niej żywi. 

Reijo. Wasilij. 

Mikkal. 

Mikkal najbardziej ze wszystkich. 

Wszyscy byli kimś więcej niż kochankami. Przyjaciółmi. Znała ich tak dobrze, aż do 

bólu. I nie lubiła wszystkich ich cech. Ale nie chciała ich zmieniać. 

Marzyła  o  miłości.  Marzyła,  by  tak  kochać  jednego,  by  wykluczało  to  kogokolwiek 

innego. 

Nigdy tak się nie stało. 

Ale  Reijo  oczywiście  się  nie  mylił.  Jej  życie  to  nie  tylko  łzy.  Mimo  wszystko  miała 

być za co wdzięczna losowi. Tutaj wielu ciężko walczyło o codzienny chleb. Nie było łatwo 

się  najeść,  choć  fiord  leżał  u  ich  stóp.  Nic  tu  nie przychodziło  łatwo,  no, może  z  wyjątkiem 

płodzenia dzieci... 

Raija pamiętała smak chleba pieczonego z mielonej kory. Pamiętała, jak  ciężko leżał 

w brzuchu i jak nadal czuła głód pomimo tego ciężaru. Pamiętała mdłości, rwanie w jelitach... 

Z trudem odgrzebywała te wspomnienia. To działo się tak dawno! 

background image

- Wezmę na siebie część odpowiedzialności - powiedziała cicho, nie patrząc na Reijo. 

Spoglądała  na  drobne  fale  i  wiedziała,  jak  wyglądają  te  duże,  wielkości  domu...  -  Będziesz 

miał  kłopoty.  Szkoda,  że  nie  schowałam  się  w  alkowie.  Ale  ta  moja  cholerna  duma!  Muszę 

być  uparta.  Muszę  stawiać  czoło  wyzwaniom.  I  zapominam,  jak  często  parzyłam  palce, 

bawiąc  się  z  ogniem.  -  Zaczerpnęła  oddechu.  -  Ale  tym  razem  nie  ucieknę.  Spróbuję 

wytłumaczyć,  przedstawić  moją  wersję.  Pewnie  kościół  nas  potępi,  da  nam  pokutę.  Ale 

przecież nie każą wykopać twojej żony, prawda? Tak się nie robi? Może żyła w grzechu, ale 

nieświadomie! 

-  Nie,  tak  się  nie  robi  -  odparł  Reijo  ochryple.  Nie  był  pewien.  Pogłoski  rozejdą  się 

szeroko... 

-  Wzięłam  ze  sobą  moje  rzeczy  -  Raija  wreszcie  spojrzała  na  towarzysza.  -  Misza  i 

Oleg popłyną aż do Tromso. Mamy tam klientów. To potrwa kilka tygodni. 

- A ty? 

- Zostanę tu - stwierdziła Raija stanowczo. 

background image

Michaił zjadł śniadanie z rodziną na cyplu. Z rodziną matki. Jego rodziną. 

Bawił się z dziećmi. Zawsze miał do nich podejście. 

Te  przypominały  mu  o  Natalii.  Nigdy  jej  nie  zapomni,  mimo  że  nie  mówił  o  niej 

często.  To  zbyt  bolało.  Siostrzyczka  stanowiła  część  jego  życia.  Zawsze  nią  będzie,  nawet 

jeśli nie ma jej na tym świecie. 

Wiedział, że matka go nie odepchnęła, ale jej decyzja bolała. 

-  Dasz  sobie  radę,  mamo?  -  pytał  już  któryś  raz.  Dziwnie  to  brzmiało  i  wiedział, 

dlaczego. Zwykle Raija zadawała mu to pytanie. To ona opiekowała się nim, bała się o niego. 

A teraz on niepokoił się o nią. - Jesteś pewna, że dasz radę? 

Raija uścisnęła go za ramię. Już nie dosięgała wyżej, nie mogła potargać mu włosów. 

Jej chłopak wyrósł na wysokiego. 

-  Nie  jestem  u  obcych  -  powiedziała.  -  Jestem  u  swoich,  Misza.  No  i  twoich.  To 

miejsce  było  kiedyś  moim  domem.  Oczywiście,  że  dam  sobie  radę.  Jak  zawsze.  Nie 

wiedziałeś? 

Zaśmiała się żartobliwie. Ale nie dodała mu pewności. 

Bolało  go,  że  matka  nie  chce,  by  z  nią  został.  Misza  czuł  to  jak  głuchy  ból  w  piersi. 

Pamiętał, że kiedyś już przeżywał coś podobnego. 

Wtedy powodem był Wasilij. 

Wiedział, że inny mężczyzna mógł matkę zabrać rodzinie. 

Michaił był wtedy zły, choć najbardziej w imieniu ojca. Mimo wszystko Wasilij nigdy 

nie zagrażał pozycji Miszy u Raiji. 

Teraz to coś innego. 

To nie żaden mężczyzna chciał go usunąć w cień. 

To inni, którzy stali jej tak samo blisko jak on. Ona miała tu inne dzieci. 

I  Raija  nie  chciała,  by  tu  przebywał,  gdy  będzie  wracała  dawnymi  ścieżkami.  To 

bolało. 

-  Michaił,  ja  potrzebuję  czasu  -  powiedziała  Raija.  Objęła  go.  Była  tak  nieduża,  a 

miała tak wiele siły. Nie wyglądała na to. - Muszę ich poznać na nowo. Chcę się dowiedzieć, 

kim są, zanim będę mogła pośredniczyć pomiędzy tobą a nimi. Rozumiesz, Misza? 

Nie rozumiał, ale i tak pokiwał głową, aż zatańczyła jego gęsta, czarna grzywka. 

background image

-  Kocham  cię  tak  samo  mocno,  mimo  że  nie  chcę,  byś  tu  został  -  uśmiechnęła  się 

Raija, znużona. 

Czuła się, jakby przeniosła się w czasie. Jej ojciec też ją prosił, by zrozumiała. Patrzył 

na  nią  ciemnymi  oczami  Alatalo  w  tamten  szary  dzień  i  powiedział,  że  kiedyś,  gdy  będzie 

dorosła, zrozumie. 

Minęło wiele lat, zanim tak się stało. Długo dźwigała brzemię goryczy, zanim mogła 

powiedzieć, że on mówił wtedy prawdę. 

Teraz powtarzała słowa Erkkiego Alatalo swojemu najmłodszemu synowi. 

- Te ścieżki muszę przejść sama - powtórzyła swojemu ulubieńcowi. - Nie mogę cię ze 

sobą wziąć, Misza, mimo że bym chciała. Pogodził się z tym. 

-  Jesteś  naprawdę  pewna,  że  sobie  poradzisz,  mamo?  -  musiał jednak  jeszcze  spytać. 

Może  brzmiało  to  dziecinnie,  może  ona  uważa  teraz,  że  jeszcze  nie  jest  mężczyzną.  Ale 

musiał spytać. Musiał się upewnić, że ona naprawdę tego chce. Nie podobała mu się decyzja 

matki, ale czuł, że jej od niej nie odwiedzie. Jego matka była uparta. 

Nie można zawrócić przypływu. 

-  Nie  mamy  czasu  -  uśmiechnęła  się  Raija.  -  Jesteś  pryncypałem,  Michaile 

Jewgienijewiczu  Byków!  Masz  zadania.  -  Uśmiechnęła  się  czule.  -  Dam  sobie  radę,  synku. 

Wzrusza mnie twoja troska. Mój czas jeszcze nie nadszedł, zapewniam cię! 

Michaił  wierzył  jej.  Mówiła  to  z  taką  pewnością.  Nigdy  by  tego  przed  nikim  nie 

przyznał,  ale  wierzył  święcie,  że  ona  będzie  znała  swoją  godzinę  śmierci.  To  było 

przerażające, ale matka miała zdolności, których nie umiał wytłumaczyć. Takie, nad którymi 

lepiej  się  nie  zastanawiać.  Uznawał  je,  bo  bywał  świadkiem  ich  działania.  Zwłaszcza  w 

przypadku Natalii. 

Było  w  niej  coś  wyjątkowego.  Czasami  zastanawiał  się,  czy  siostrzyczka  nie  jest 

aniołem. 

Czasami czuł wdzięczność wobec losu, że Natalia umarła. Może nie za sposób, w jaki 

to się stało, ale że umarła jako dziecko. Nosiła ciężkie brzemię dziedzictwa. Za ciężkie. 

Niekiedy Misza bał się, że i on może coś takiego w sobie nosić. W mniejszym stopniu, 

ale jednak coś. 

Bał się odkryć w sobie nowe strony. Nowe zdolności, których nie chciał. 

Nie wiedział, czy można się od nich uwolnić. Za bardzo był podobny do matki... 

Michaił  zapragnął,  by  nie  musiał  przekazać  tego  dalej.  To  był  rodzaj  przekleństwa, 

coś, od czego nie można uciec. Dziedziczone z krwią. 

Olga. 

background image

Gdyby wybrał Olgę, nie przekazałby tego nikomu. 

Dużo  o  niej  myślał.  Myślał  o  tej  chwili,  którą  mu  ofiarowała.  O  słowach,  które 

powiedziała.  O  doświadczeniu,  które  mu  dała:  dobrym,  delikatnym  i  ładnym.  Mimo  to 

Michaił czuł się niepewnie, gdy o tym myślał. Nie sądził, by się sprawdził jako mężczyzna. 

Olga była taka zdecydowana. Uparta i niezmordowana, gdy już obrała sobie jakiś cel. 

Teraz wybrała go nie tylko dla siebie, ale i dla niego. To go zniechęcało. 

On nie był tak pewien jak Olga. 

Podobała mu się. Myśl o niej przepełniała go gorącem. Policzki zaczynały palić. Ciało 

przestawało go słuchać. 

Jednak nie był przekonany, czy może złożyć swoje życie w jej dłonie. 

Michaił nie lubił, gdy inni decydowali za niego. 

Nie może myśleć o Oldze! 

Jednak była najlepszym wyborem, gdyby chciał powstrzymać złe dziedzictwo. 

Jego matka nie powinna wiedzieć, o czym on teraz myśli. Tego był pewien. 

- Wszystko będzie dobrze - zapewniła go Raija. - To tylko kilka tygodni, Misza. Dasz 

sobie  radę.  Musisz  pełnić  obowiązki  kapitana  bez  matki  u  boku.  Zyskasz  większy  szacunek 

załogi. A Oleg będzie cię wspierał. Możesz go o wszystko pytać. 

Michaił  wiedział  o  tym.  Powtórzył  jeszcze,  że  wróci  za  parę  tygodni,  uściskał  ją  i 

wszedł do łódki. 

Raija stała i patrzyła za nim, na jego równe, silne pociągnięcia wioseł. Na jego twarz. 

Wyglądał tak młodo, a jednak wkrótce miał stać się mężczyzną. 

Stała  i  patrzyła,  jak  przygotowują  statek  do  odpłynięcia.  Stała,  a  serce  ciążyło 

kamieniem w jej piersi. Czuła zbliżający się płacz, ale nie zapłakała. 

To był jej pierwszy raz. 

Michaił  był  jej  najmłodszym  dzieckiem,  ale  ona  nigdy  wcześniej  nie  przeżyła 

odchodzenia dziecka. To miało boleć. Miała tego świadomość. 

Rozstania są bolesne. 

A przecież stanowią naturalną kolej rzeczy... 

Dzieci dorastają, przecinają więzy łączące je z rodzicami. Tworzą własne życie. 

Kiedyś  następował  moment  zerwania  więzi.  To  musiało  boleć.  Musiało  zawierać 

tęsknotę. 

Może  za  bardzo  się  do  niego  przywiązała...  Ale  był  tak  wspaniałym  chłopcem!  Jej 

ulubieńcem, choć nigdy nie maminsynkiem. Należał bardziej do niej niż do Jewgienija, nawet 

background image

zewnętrznie  bardziej  podobny  do  niej.  Z  Jewgienijem  dzielił  tylko  miłość  do  morza.  Ojciec 

uniknął tego bólu, który teraz przeżywała... 

- Nie będziesz tu marzła! - stwierdził Reijo. 

Raija nie spojrzała na niego, ale wyczuła jego ciepło i poczucie bezpieczeństwa, jakie 

roztaczał. 

Zatrzymał  się  obok  niej.  Patrzył  na  nią  długo,  zanim  narzucił  szal  na  jej  ramiona. 

Zrobiło się chłodno, wiatr tańczył w kierunku fiordu. 

- Nie musisz stać tu i patrzeć, jak odpływają, moja Raiju! 

Wiedziała to, ale nie mogła zmusić się do odejścia. Stała wśród kamieni i wodorostów 

zniszczonych przypływami i odpływami. Stała z ramionami skrzyżowanymi na piersiach, nie 

spuszczając wzroku ze statku, który stanowił źródło utrzymywania dla niej, Michaiła, Olega... 

Wiedziała, że oni nie mają czasu, by na nią patrzeć. Zdawała sobie sprawę z tego, że 

Michaił  jest  teraz  zajęty.  Nie  był  kapitanem  tylko  z  tytułu.  Miał  swoje  zadania.  Raija 

wiedziała, co dzieje się na pokładzie w chwili podniesienia kotwicy. 

Ale  chciała  choćby  w  ten  sposób  być  z  nimi.  Nie  mogła  pójść  do  domu  i  stamtąd 

patrzeć na nich. To nie byłoby to samo. 

Po  dwóch  godzinach  statek  zaczął  wypływać  z  fiordu.  Do  ostatniej  chwili  trwał 

jeszcze  handel.  Ludzie  nie  wiedzieli,  że  mieli  szansę  zrobienia  lepszego  interesu  niż  gdzie 

indziej. 

Raija o to zadbała. 

Nie  musieli  płacić  rybą  złowioną  przez  cały  sezon  za  worek  mąki.  Łatwiej  im  było 

dokonać korzystnej wymiany. 

Wreszcie żagle napełniły się wiatrem i statek skierował się ciężko na północ, ku ujściu 

fiordu Lyngen. Kolorowy statek kołyszący się na falach. Wróci dopiero za kilkanaście dni. 

Raija  machała  ręką,  choć  nikt  nie  odpowiadał.  I  tak  machała.  Nie  mogła  przestać, 

dopóki żagle nie stały się tylko plamami na horyzoncie. 

Wtedy Reijo położył jej ręce na ramionach i wyszeptał do ucha: 

- No, teraz idziesz do domu, Raiju. Dość się namarzłaś. Porozmawiamy sobie, ty i ja. 

Coś wymyśliłem, zobaczysz! 

Elise  działała  w  domu.  Dbała  o  czystość,  zamiatała  i  sprzątała.  Wypełniała  go 

zapachem jedzenia. Dzieci miały czyste ubranka i zawsze coś do zabawy w dłoniach, czy to 

kłębek wełny, czy kawałek patyka. Nuciła im piosenki. Wyklaskiwała rymowanki. Pilnowała, 

by nie oszukiwały, choć przymykała oczy na drobne nieporozumienia. 

background image

Dobrze im zrobi dawanie sobie rady na własną rękę! Ona sama wyrosła w gromadce, 

która czasami się kłóciła, no i wszyscy wyszli na ludzi. 

Elise  była  bardzo  opiekuńcza.  Jak  tylko  Reijo  i  Raija  weszli,  przysunęła  zydel  do 

paleniska i usadziła na nim Raiję. 

-  Na  pewno  przemarzłaś  na  kość,  stojąc  tam  godzinami!  -  skarciła  ją  i  zaraz 

zachichotała.  -  Trochę  dziwnie  cię  upominać,  mamo  Raiju,  ale  skoro  jesteś  tak  nierozsądna, 

sama będziesz za to odpowiadać! 

Raija  tylko  się  uśmiechnęła  i  posłusznie  przyjęła  miskę  z  zupą  rybną  zagęszczoną 

kaszą. Chętnie zjadła gorącą potrawę. 

Reijo  mrugnął  do  niej.  Trzymał  Ivara  na  kolanach  i  w  sposób  mistrzowski  godził 

zabawianie syna i zjedzenie dwóch misek zupy. 

-  Elise  nie  oszczędza  na  kaszy  -  uśmiechnął  się  szelmowsko,  skubiąc  Elise  za 

warkocz. 

- Już tak dawno nie musiałam oszczędzać! - broniła się. - Lubię gotować! Czy to źle? 

Reijo pokręcił głową i poprosił o jeszcze jedną miskę zupy. Śmiech Elise powiedział 

mu, że wybaczyła. 

U pogodnej i wesołej Elise nietrudno było o śmiech. Reijo zaczął dostrzegać w niej tę 

dawną Elise, młodą dziewczynę o krągłych kształtach, rozmawiającą z nim aż do nocy. Ona 

na ławie pod oknem, on po drugiej stronie stołu. Jej młodzieńcze myśli... 

Dzieci po kolei dzieliły się z nim zwierzeniami z ławy pod oknem. Reijo żałował, że 

nie może odstąpić Raiji wspomnień któregoś z wieczorów. 

Elise  zaczynała  przypominać  dziewczynę,  jaką  pamiętał.  Z  okrągłymi,  rumianymi 

policzkami. 

Znów młoda być nie mogła,  ale według Reijo powinna jeszcze trochę się zaokrąglić, 

wygładzić zmarszczki, wypełnić bluzkę obfitszym biustem. 

Oczywiście  nie  przejmował  się,  że  nie  oszczędza  na  kaszy.  Cieszył  się,  że  lubi 

gotować. 

Ja  nie  zbiednieję,  pomyślał.  W  domku  z  bejcowanych  belek  na  cyplu  starczyło  dla 

nich  miejsca  zarówno  w  pomieszczeniach,  jak  i  w  sercu.  I  na  pewno  nikt  nie  będzie  tu 

głodował, jakem Reijo Kesaniemi! 

Przyda  się  trochę  więcej  ciała  zarówno  Mattiemu,  Elise,  jak  i  dzieciom.  Powinien 

częściej  łowić  tłuste  dorsze  o  czarnych  grzbietach  i  gotować  je  wraz  z  wątróbką.  Wtedy 

wszyscy szybciej nabiorą ciała! 

background image

-  Jak  dobrze,  że  tu  jesteś,  Raiju!  -  rzuciła  Elise  z  głębi  serca.  -  Ale  dwa  tygodnie  to 

strasznie  mało  czasu!  Nie  zdążysz  nadgonić  takiego  kawału  życia!  Przepraszam!  - 

uśmiechnęła  się  przelotnie  i  zerwała  na  nogi.  -  Nie  miałam  na  myśli  niczego  złego.  Matti 

mówi, że ja gadam, zanim pomyślę. Ale to nieprawda. Tylko jakby chcę przekazać wszystkie 

moje myśli na raz! 

- Nic nie szkodzi. - Raiję wzruszyła jej troska i okazane ciepło. - Jesteś szczera, Elise. 

Nie  zaszkodziło  ci  wychowanie  się  wśród  tylu  Alatalo.  My  komplikujemy  nasze  relacje. 

Czasami  nie  jesteśmy  mili.  Ale  ty  nie  potrafiłabyś  nikogo  zranić  swoimi  słowami.  Masz 

gorące serce. Twoi rodzice byli dobrymi ludźmi. Nie niesiesz trudnego dziedzictwa. 

-  Niby  nie  -  uśmiechnęła  się  Elise  szeroko  -  ale  w  końcu  wybrałam  sobie  jednego  z 

rodu  Alatalo!  Więc  może  trochę  mi  zaszkodziło...  -  Po  chwili  dodała  żarliwie:  -  I  jestem  z 

tego dumna, Raiju! Jestem dumna z Mattiego. Dumna, że to on jest ojcem naszych dzieci. Że 

one stały się częścią rodu Alatalo! Ani ty, ani ja nie mamy się czego wstydzić. Jestem dumna, 

ż

e weszłam w tę rodzinę! 

-  Jesteś  za  dobra  dla  nas  -  wyznała  Raija.  -  Mój  brat  nie  wie,  jakie  to  szczęście,  że 

zostałaś jego żoną! 

- Czy Matti pojechał? - wtrącił Reijo. Elise pokiwała głową. 

-  Spakowałam  już  was  -  powiedziała  i  podzieliła  się  jeszcze  jedną  myślą:  - 

Porozmawiam z Idą. Ona jest tak przepełniona uczuciami, emocjami. Ale w głębi duszy jest 

rozsądna. Stanowi taką  dziwną mieszankę. -  Błękitne oczy Elise rozświetliły ogniki. - Może 

to  nic  dziwnego.  Często  zapominam,  kto  jest  czyim  dzieckiem  w  naszej  gromadce!  Wydaje 

mi się nawet, że ja jestem podobna do Reijo! Chociaż on jest tylko moim przybranym ojcem! 

- Mimo to otrzymałaś bardzo dużo od Reijo - rzuciła Raija. 

-  W  każdym  razie  -  mówiła  dalej  Elise  -  Ida  tak  naprawdę  jest  równie  rozsądna  jak 

Reijo! 

-  To  dobra  cecha  rodu  Kesaniemi  -  Raija  zrobiła  minę  do  Reijo.  -  Za  to  uczucia 

odziedziczyła po mnie. Niczego innego nie można więc oczekiwać. 

- Ida wydawała się bardziej dorosła, gdy była dzieckiem - stwierdziła Elise. 

Przypomniała  sobie  letnie,  jasne  noce  w  ich  alkowie.  Ona  i  Maja  naciągały  sobie  na 

głowę  przykrycie,  nurkowały  w  ciemność  i  chichocząc,  dzieliły  ze  sobą  tajemnice.  Tak 

niewiele wiedziały! Tylu spraw nie ważyły się poruszać! 

No  i  Ida.  Wciskała  swoje  zimne  stopy  pod  ich  przykrycie  i  wkradała  się  do  nich. 

Zadawała  pytania,  na  które  nie  umiały  odpowiedzieć.  Żądała  podzielenia  się 

doświadczeniami, których nie miały, ale do czego za nic w świecie nie chciały się przyznać. 

background image

Chyba i tak Ida to wiedziała. Ona miała coś mądrego i wszystkowiedzącego w swoich 

zielonych, przejrzystych oczach. 

Naprawdę była bardzo dorosła jako dziecko. 

Za to teraz wielu rzeczy nie wiedziała. 

- Idę od razu zalewają emocje - tłumaczyła Elise. - Kipią. A dopiero potem ona myśli. 

I jeśli dochodzi do wniosku, że się pomyliła, pierwsza wyciąga rękę i przeprasza. 

-  Tego  na  pewno  nie  odziedziczyła  po  Alatalo!  -  stwierdziła  Raija  stanowczo.  -  My 

trzymamy się aż do końca nawet błędnych przekonań... - Uśmiechnęła się i nabrała oddechu. - 

Dajmy Idzie czas, którego potrzebuje. Ja nie przyjechałam tu, by cokolwiek utrudniać jej ani 

komukolwiek z was. 

Miała  dwa  tygodnie.  Nie  powiedziała  im,  dlaczego  się  zjawiła.  Nie  powiedziała,  co 

chciała osiągnąć. Już nawet sama tego nie wiedziała. Wiele spraw zmieniło się tak szybko, nie 

tylko przez te lata. 

- Dlaczego nas spakowałaś? - przypomniała sobie Raija słowa Elise. Nie widziała już 

swojej  torby  podróżnej  tam,  gdzie  ją  zostawiła.  Stała  koło  drzwi,  przekazując  sygnał,  że  jej 

właścicielka zostaje. 

Na jakiś czas. 

Zostawiła też sporo rzeczy na statku jako znak dla Michaiła, że zamierza wrócić. 

-  Podjąłem  postanowienie  za  nas  oboje  -  powiedział  Reijo,  podrzucając  Ivara  aż  pod 

sufit.  Chłopczyk  śmiał  się,  zachwycony.  Miał  śmiech  ojca.  Oba  głosy  zlały  się  ze  sobą, 

wypełniając serce Raiji ciepłym uczuciem. Malec nie miał podobnych rysów twarzy do Reijo. 

Raija  próbowała  odnaleźć  w  nim  tę  nieznaną  jej  Helenę,  ale  nie  umiała.  Miała  nadzieję,  że 

będzie umiała ją sobie wyobrazić dzięki opowieści Reijo. 

Chciała tego. 

Chciała poznać tę młodą kobietę, którą on kochał tak mocno i która dala mu tak wiele. 

- Pozwoliłem sobie podjąć postanowienie za nas oboje, Raiju, i mam nadzieję, że nie 

ukarzesz mojej zuchwałości swoim słynnym alatalowskim milczeniem! 

Popatrzyli na siebie i wybuchnęli śmiechem. 

-  Pamiętasz,  jak  się  do  mnie  nie  odzywałaś  całymi  dniami,  gdy  byłaś  na  mnie  zła?  - 

spytał  Reijo.  -  Odpowiadałaś  mi  najkrócej,  jak  umiałaś,  albo  przekazywałaś  polecenia 

poprzez Elise. 

- Pamiętam to! Teraz sobie przypominam! Uważałam, że to było straszne, bo tak was 

oboje  kochałam!  -  Przerwała  sobie  sama:  -  Ech,  słyszycie,  jak  ja  mówię?  Chyba  nigdy  nie 

wrócę do norweskiego! 

background image

Norweski był językiem ojczystym Elise, ale z Mattim rozmawiała tylko po fińsku. On 

nie  miał  zdolności  do  języków,  choć  rozumiał  i  norweski,  i  lapoński.  Z  dziećmi  mówili  po 

fińsku. Ale Elise usłyszała nagłe, że nadal mówi  dialektem z południa Finlandii! A przecież 

tak dawno stamtąd wyjechali! 

-  Chyba  będzie  tu  niezły  ścisk  -  powiedział  Reijo  z  powagą.  -  Jesteś  największą 

sensacją od czasu śmierci Heleny. Przysiągłbym, że teraz mówią o tobie wszędzie. Plotki już 

wspinają się w góry i przechodzą do Manndalen. 

Zaśmiał  się  i  zakołysał  Ivara  na  kolanie.  Chłopiec  trzymał  się  mocno  palców  taty 

małymi, pulchnymi łapkami. Reijo kołysał syna cierpliwie. 

-  Nie  radziłem  się  ciebie,  Raiju,  ale  raczej  zgodzisz  się  ze  mną.  To  ułatwi  sprawę.  - 

Nabrał powietrza. - Tutaj chodzi o wiele osób. O Elise, Mattiego i dzieciaki. O Idę, Sedolfa i 

małego Mikkala. O tego tu Ivara. O naszych w Finlandii. Ale przede wszystkim, Raiju, chodzi 

o  ciebie  i  mnie.  Musimy  sobie  wiele  opowiedzieć  i  wytłumaczyć.  Wiele  węzłów  musimy 

rozwiązać.  Będziesz  miała  na  to  czas.  Ale  przede  wszystkim  myślałem,  że  powinniśmy 

spędzić  trochę  czasu  sami.  -  Twarz  Reijo  rozjaśniła  się.  -  Załatwiłem  nam  odroczenie  tego 

piekła, które nas tu czeka. Zabieram cię w góry! 

- W góry? Reijo pokiwał głową. 

-  Słuch  ci  nie  szwankuje,  babciu!  Słyszysz  równie  dobrze  jak  dziewczyna!  Ty  i  ja 

idziemy w góry! 

-  Chyba  nie  spakowałam  dosyć  ubrań  -  wtrąciła  Elise  -  ale  uważałam,  że  ważniejsze 

jest, byście zabrali jedzenie. Będziecie to wszystko nieść na plecach. 

-  Na  pewno  zadbałaś  najlepiej,  jak  to  jest  możliwe  -  odparł  Reijo,  patrząc  wciąż  na 

Raiję.  -  Matti  albo  Sedolf  zawiozą  nas  wozem  jak  najwyżej.  Potem  pójdziemy  na  własnych 

nogach. 

Zerknął na jej wypucowane buty do konnej jazdy. 

- Myślę, że powinnaś zmienić buty. Do takiej  wędrówki najlepiej nadają się kumagi. 

Od  tych  wspaniałości  dostaniesz  tylko  odcisków.  Wyglądasz  w  nich  zresztą  jak  poborca 

podatkowy! 

Raija udała, że nie słyszy. 

-  W  górach  musi  być  teraz  ładnie  -  powiedziała.  -  Wszystko  niebieskie.  Niebo, 

jeziora... 

Rozmarzyła  się.  Przypominała  sobie  pory  roku  na  płaskowyżu.  Pamiętała,  jak  się 

zmieniają:  czasem  gwałtownie,  a  czasem  łagodnie,  powoli,  jakby  sama  natura  napawała  się 

tymi  zmianami.  -  Zieleń  jest  tak  zielona,  zanim  straci  kolor!  Jakby  iskrzyła  po  raz  ostatni, 

background image

zanim  nadejdzie  zimno. Niektóre  liście  już  są  żółte,  choć  to  jeszcze  nie  pora.  Wszystko  jest 

stonowane. No i ta niebieskość. Przejrzyste powietrze. Zieleń. Plamy żółtego... 

-  ...i  czerwonego,  które  nie  dbają  o  twoje  stonowane  kolory!  -  żartował  Reijo  z 

błyskiem w oczach. Rozumiał jej uczucia. Sam odczuwał to piękno, które malowała. Sam je 

widział i wielbił tak jak ona. Nie miał żadnej ulubionej pory roku, dla niego wszystkie miały 

w sobie coś. Były równie ważne. Gdyby którejś zabrakło, pozostałe by się zmieniły. 

Reijo  nie  umiał  sobie  tego  wyobrazić,  ale  był  pewien,  że  żadna  pora  roku  nie 

istniałaby bez innych. Trudno byłoby mu przekazać te myśli słowami, ale Raija pewnie by go 

zrozumiała. Umiała spojrzeć szeroko. 

-  Twój  kwiat  też  teraz  krzyczy  -  dodał.  -  Twój  jaskier  lodowy,  Raiju.  Pamiętam,  jak 

zawsze podobał ci się ten niepozorny kwiatek. Ja też widziałem go wiele razy na płaskowyżu, 

kwitnący  tuż  obok  ostatnich  łach  śniegu.  On  potrafi  rosnąć  wręcz  na  kamieniu,  na  lodzie. 

Biały, pulchny i pełen woli życia. - Glos mu niemal odmówił posłuszeństwa. Musiał odwrócić 

spojrzenie. Ogarnęło go tyle wspomnień. Tyle, którymi jeszcze nie mógł podzielić się z Raiją. 

- Kucałem koło niego. Gładziłem jego płatki tak, jak ludzie gładzą kociaki. Rozmawiałem z 

nim.  Tak  wysoko  w  górach  nikt  nie  zwraca  uwagi,  z  kim  się  gada.  Myślałem  sobie  -  twój 

kwiat, Raiju. Lubisz go ty i renifery. Jest biały przez całe lato, dopiero gdy idzie jesień, staje 

się  czerwony,  niemal  fioletowy.  Zupełnie  jakby  krzyczał.  Wtedy  jest  widoczny  na  śniegu. 

Zabiera trochę ciepła dla siebie. Kusi ostatnie promienie słońca swoim czerwonym kolorem. 

- Naprawdę tak myślałeś? - spytała Raija z niedowierzaniem, wpatrując się w niego z 

uwagą. 

-  Czemu  nie?  Raija  nie  umiała  wytłumaczyć,  dlaczego  ją  to  tak  zdziwiło.  Reijo  był 

mężczyzną z pokładami czułości. Wiedziała o tym. Był tak silny, że mógł pozwolić sobie na 

delikatność. 

Ale jego wyznanie poruszyło coś w głębi jej duszy. 

- A co z twoim synkiem? - spytała. - Zabierzesz go ze sobą? 

Raiji  przypomniała  się  jej  ucieczka  z  Vardo.  Mikkal  i  Ailo.  To  właśnie  syn  Mikkala 

uczynił z ucieczki coś normalnego. To on dbał o to, by ich dni codzienne przeplatały święta. 

Gdyby  ona  i  Mikkal  byli  sami,  zniszczyliby  siebie  nawzajem.  Może  ich  wspólna 

podróż trwałaby krócej niż ten rok. 

Ailo stanowił jasny punkt tamtego roku. 

Mikkal chyba ją zawiódł. Teraz mogła to przyznać. Przyznanie się już nie bolało. Nie 

musiała kłamać. 

Nie kochała go mniej z tego powodu. Ale on ją zawiódł. 

background image

-  Młody  Kesaniemi  zatęskni  za  tatą  dziś  wieczorem  -  odparł  Reijo.  -  Ale  jutro  rano 

będzie zadowolony z opieki Elise. Ida też o niego zadba, zaleje go czułością. Nie będzie źle 

małemu Ivarowi Anttiemu, mimo że ojciec ucieknie w góry na kilka dni. Chyba to tata będzie 

za nim tęsknił! 

Reijo  potarł  czubek  nosa  o  nosek  małego.  Raija  przypomniała  sobie,  jak  robił  tak  z 

Mają, z Knutem... 

-  Tu  chodzi  o  nas,  Raiju.  Musimy  sobie  wiele  wytłumaczyć.  Zmierzymy  się  z  tym 

wszystkim  razem,  ale  najpierw  musimy  uniknąć  wszelkich  niespodzianek.  Musimy 

opowiedzieć  sobie  nasze  życie.  Będziemy  przed  sobą  bardziej  nadzy  niż  wczoraj  w  saunie, 

kochana. 

Raija pokiwała głową. Mądrze to wymyślił. No bo był mądry! 

- Masz dla mnie kumagi? - spytała. - Oczywiście, że idę z tobą w góry! 

background image

-  Obawiam  się,  że  jest  coś,  czego  nie  uda  nam  się  uniknąć  -  powiedział  Reijo, 

podsadzając Raiję nawóz. 

Matti  wrócił  niedawno.  Nazajutrz  mieli  z Sedolfem  rozpocząć  ścinkę  drzew  na  dom. 

Nie opowiadał wiele o Idzie, wzruszył tylko ramionami i rzucił, że była małomówna. 

Raija domyślała się, co Reijo miał na myśli. Sama się tego bała. Siedziała na wozie w 

swojej  czerwonej,  haftowanej  bluzce,  okryta  niebieskim  szalem,  z  czerwoną  wstążką  we 

włosach. 

Zwykle niczego się nie bała, ale tego - tak. 

-  Moglibyśmy  ukryć  cię  na  wozie  i  jechać,  jak  gdyby  nigdy  nic  -  mówił  dalej  Reijo, 

ś

ciskając jej dłonie, - Ale ani ty, ani ja nie jesteśmy tacy, prawda, Mały Kruku? 

- Ale ty będziesz mówił - odparła. Reijo pokiwał głową i wspiął się na wóz obok niej. 

Matti  powoził  sam  na  koźle.  Reijo  siedział  ramię  w  ramię  z  Raiją,  ale  jej  nie 

obejmował ani nie trzymał za rękę. 

Pomachał do tych, którzy patrzyli na nich z okna domku. Zostawili cypel za sobą. 

- Zatrzymaj się tutaj - rzucił do Mattiego, gdy dojechali nad brzeg morza. Zeskoczył z 

w  o  z  u  i  podał  rękę  Raiji.  -  Chodź!  Nic  złego  się  nie  stanie.  Trochę  się  u  nas  zmieniło  od 

czasów,  gdy  tu  byłaś,  Raiju.  Nie  jest  tak,  jak  się  obawiasz.  Nie  jesteśmy  tacy  źli,  my  znad 

fiordu. 

Raija nie była całkiem pewna, czy mu wierzy, ale to on tu mieszkał przez te lata. To 

on się najbardziej narażał. Przecież nadal będzie tu mieszkał. 

Ona miała wrócić. Znów mogła uciec. 

To była tylko wizyta. 

Przy łodziach zgromadziło się kilkunastu mężczyzn. Nie mieli teraz nic do roboty, gdy 

już rosyjski statek odpłynął. 

Oczywiście, mieli o czym mówić! 

Większość sądziła, że Raija odpłynęła. 

Niektórzy  uważali,  że  Kristoffer  musiał  być  pijany  i  nie  wiedział,  o  czym  mówi.  To, 

co  opowiadał,  było  zbyt  nieprawdopodobne.  Uśmiechali  się  pod  wąsem.  Jeśli  już  opowiada 

się żart, powinien być choć trochę realny. 

Ktoś  widział  jakąś  kobietę  stojącą  na  brzegu  przy  szopie  Reijo,  gdy  statek  odpływał, 

ale z daleka. 

background image

A tu nadchodzi Reijo, obejmując ją ramieniem! Czuli się, jakby zobaczyli ducha. 

-  Przyprowadziłem  tę,  o  której  pewnie  mówicie  -  powiedział  Reijo,  zatrzymując  się 

pośród nich. Mężczyźni byli ich rówieśnikami, w takim wieku, by ją pamiętać. 

Nie mogli oderwać od niej oczu. To zresztą zawsze było trudne z powodu jej urody. 

-  Sądziliśmy,  że  Kristoffer  zmyśla!  -  odezwał  się  w  końcu  jeden  z  nich.  -  To  się  nie 

trzymało kupy! 

Raija  spojrzała  na  nich,  wytrzymując  ich  wzrok.  W  archangielskim  porcie  musiała 

znosić bardziej lepkie spojrzenia. 

Może Reijo jednak miał rację? 

- U diabła, nie spodziewaliśmy się jej jeszcze zobaczyć! - zaśmiał się ktoś nerwowo. 

- Nie możesz narzekać na brak kobiet, Kesaniemi! Same przychodzą! - rzucił inny. 

- Ech, zamknij się! - ktoś go uciszył. 

-  Nie  mogę  was  prosić,  byście  o  tym  nic  nie  mówili  -  powiedział  Reijo.  -  Nie  mogę 

was  zmusić  do  milczenia.  Ale  wierzcie  mi,  wszystko  ma  swoje  uzasadnienie.  Nie  ja  o  tym 

powinienem mówić. To jej historia. 

Spojrzał na Raiję. 

-  Tak,  winnam  wam  ją  -  przyznała  cicho,  a  oni  aż  wstrzymali  oddech,  by  dobrze 

usłyszeć jej głos. Wszędzie by go rozpoznali. - Ale Reijo najbardziej. Potrzebuję czasu, by z 

nim porozmawiać. 

- Idziemy razem w góry - dodał Reijo. 

- By... rozmawiać? - rzucił znacząco jeden, wypluwając przeżuwaną trawę. 

Reijo uśmiechnął się. To były ich żarty. Nie zamierzali ranić. 

-  Potrzebuję  kilku  dni  -  mówił  dalej.  -  Potem  mogę  spotkać  się  z  wójtem,  księdzem 

czy diabłem, kto tam będzie chciał. 

Zamilkł i popatrzył na nich po kolei. Chciał, by go zrozumieli. 

- Poproszę was o coś. I nie oczekuję, że teraz odpowiecie. Gdy wrócimy, i tak dowiem 

się, co się działo. 

Zebrani  pokiwali  głowami.  Raija  nagle  poczuła  coś,  czego  wcześniej  nie  znała. 

Uznanie.  Nie  dla  siebie,  na  tyle  nie  była  próżna.  Była  dumna,  że  owym  uznaniem  darzono 

Reijo. 

A więc stał się dla nich kimś więcej niż tylko Kwenem z cypla! 

- Na wschodzie nazywają ją Raisa - mówił dalej Reijo, nadal obejmując ją ramieniem. 

- Statek, który właśnie odpłynął, to jej statek. Pewnie zauważyliście, że mąka w tym roku była 

taka tania? Za to możecie podziękować Raisie Bykowej! 

background image

Raija nie odezwała się, zanim Matti nie pogonił konia i nie oddalili się od mężczyzn 

na brzegu. 

- Przez chwilę się bałam - wyznała. - Oni nie mogliby mnie skrzywdzić, ale się bałam. 

Zamilkła.  Zastanawiała się, spoglądając na Reijo. Próbowała zgadnąć, o  czym myśli, 

ale nie umiała. Przedtem tak. Odbierała to jako znak wzajemnej bliskości, tego, jak dobrze się 

znają, jaka przyjaźń ich łączyła. 

Teraz  zrozumiała,  że  to  było  dlatego,  że  żyli  tak  blisko  i  że  ich  świat  był  tak  mały. 

Wtedy łatwo zgadnąć, o czym myśli ta druga osoba. 

- Poczułaś jeszcze coś? - spytał Reijo, splatając luźno dłonie na kolanach. 

-  Sympatię  -  odrzekła  Raija  bez  zastanowienia.  -  Jesteś  teraz  jednym  z  nich,  Reijo. 

Długo to trwało, ale cieszę się, że nie ma pomiędzy wami barier. 

-  Tak  łatwo  nie  jest!  -  zaśmiał  się,  ale  spoważniał.  -  To  ciepło  skierowali  także  ku 

tobie, Raiju. Może tego nie wiesz, ale nadal mieszkałaś pomiędzy nami.  Byłaś inna, niczym 

rzadki  kwiat.  Zawsze  dziwi  jego  obecność,  ale  coś  w  nim  jest.  A  gdy  znika,  zawsze  się  go 

pamięta. Staje się częścią tej natury, do której wcześniej nie należał. Tak też było z tobą. 

Nie  wiedziała,  co  ma  odpowiedzieć.  Nie  mogła  jeszcze  mówić  mu  o  pieśniach 

ś

piewanych w karczmach Archangielska, o historiach opowiadanych wokół Morza Białego i 

wzdłuż rzek płynących na południe. Nie mogła opowiedzieć Reijo o Carycy. Jeszcze nie. 

-  Stałaś  się  naszym  rzadkim  kwiatem  -  uśmiechnął  się  Reijo.  -  Naszym  obcym 

ptakiem. Nieznanym i obcym, tak. Ale jednak naszym. Rozumiesz? 

- Co się teraz stanie? - spytała. Zastanawiała się, co on wymyślił, dlaczego zatrzymał 

się przy mężczyznach, dlaczego ją ze sobą zabrał, wręcz im pokazał. To nie było ot, tak sobie. 

Na tyle znała Reijo. 

- Nie wiem - odparł Reijo szczerze. - Mam pewną nadzieję. Ale niektórych rzeczy nie 

można mówić zbyt wyraźnie. Nikt nie lubi, gdy  się za niego myśli. Mam nadzieję, że to, co 

wyczułaś, przejdzie na innych. Nie dowiemy się niczego przed powrotem. Jeśli nic z tego, na 

co  liczę,  się  nie  zdarzy,  mamy  inne  możliwości.  Twój  stary  mąż  nigdy  nie  traci  rezonu.  - 

Zaśmiał się. - Chyba naprawdę jestem twoim mężem! Drogi Boże, jakże to życie się z nami 

obeszło, Raiju! 

Droga  dla  wozów  skończyła  się.  Musieli  zejść.  Reijo  zdjął  plecaki  i  pomógł  Raiji 

założyć  jej  na  plecy.  Zrobiony  był  z  miękkiej  skóry,  takimi  ściegami,  które  można  było 

podziwiać  jak  dzieła  sztuki.  Jon  przyniósł  jeden  dla  Reijo.  Ida  też  taki  dostała.  Matti  go 

przywiózł ze sobą. 

Ida nie przesyłała pozdrowień, ale pożyczyła Raiji swój plecak. 

background image

To ogrzało serce Raiji. Gest ten zawierał w sobie źdźbło nadziei. 

- Uważajcie na siebie! - Matti czuł, że powinien im to powiedzieć. 

Reijo zaśmiał się, a Raija przewróciła oczami. 

- Ja znam te trasy, kolego! - odparł Reijo. - Mógłbym wrócić bezpiecznie z większości 

miejsc  niemal  na  ślepo.  A  Raija  ma  góry  we  krwi.  Będzie  niczym  dziewczyna,  gdy  tylko 

poczuje pod kumagami mchy i porosty, gdy zaczepi spódnicą o wrzosy. Poprowadzę ją przez 

najgęstsze chaszcze karłowatej brzozy, które znajdę, by znów poczuła się jak w domu! 

- Tak, dacie sobie radę  - zaśmiał się Matti. - Raija jest jak kot, teraz wiem. A diabeł 

dba o swoich, więc o ciebie, Reijo, też nie muszę się martwić! 

- Pilnujcie porządku w domu - rzucił Reijo, podając Raiji dłoń. 

Pomógł  jej  wspiąć  się  na  pierwszą  stromiznę.  Matti  nie  patrzył  za  nimi.  Zawrócił 

konia  i  wóz  i  pojechał  w  stronę  fiordu.  Nie  oglądał  się  za  siebie.  To  była  sprawa  pomiędzy 

Raiją a Reijo. 

Teren  na  początku  drogi  okazał  się  trudny.  Stwórca  musiał  być  wtedy  szczególnie 

kapryśny. Skały oddzielały kępy wrzosów i mchu, po których niepewnie się stąpało. 

Teren  wznosił  się  w  górę.  Stromo.  Nie  było  żadnej  ścieżki,  kierowali  się  od  kępy 

mchów do następnej. Wspinali się tam, gdzie to było możliwe. Obchodzili zbocza tam, gdzie 

niemożliwe. 

Nie rozmawiali wiele ze sobą w czasie pierwszego wejścia. Podawali sobie nawzajem 

pomocną dłoń, gdy zachodziła taka potrzeba, uważali na siebie. 

Nie po raz pierwszy szli razem w góry. 

Gdy  już  nad  ich  głowami  pojawiło  się  więcej  nieba,  napięte  rysy  ich  twarzy  zaczęły 

się rozluźniać. 

Oddychali swobodniej. 

Pospieszyli dalej, wyżej. Chcieli się poczuć jeszcze bardziej wolni. Biegli tam, gdzie 

to było możliwe. Śmiali  się z siebie. Starali utrzymać się na nogach, mimo że teren pod ich 

stopami usiłował ich schwytać. 

I wreszcie roztoczył się przed nimi widok. Patrzyli dalej niż na drugą stronę rzeki. W 

dole  widzieli,  jak  płynie  leniwie,  zakręcając  tu  i  ówdzie.  Popatrzyli  w  górę.  Wiedzieli,  że 

czeka ich jeszcze kawałek wspinaczki, zanim zobaczą widok znacznie szerszy. 

Kraina otworzy się przed nimi dopiero za chwilę. 

To tam się kierowali. Jeszcze od celu dzieliło ich kilka godzin marszu. Ale mieli czas, 

mnóstwo czasu. Nie musieli się nigdzie spieszyć. 

background image

Usiedli  na  kamieniu  wystarczająco  dużym,  by  oboje  mieli  miejsce.  Odsapnęli, 

ocierając pot. Zdjęli plecaki i rozprostowali ramiona. Pokazali sobie nawzajem swoje górskie 

twarze. Mieli specjalny rodzaj wolności w oczach, w uśmiechu, w ruchach. 

- Jednak zapomniałam, jak może być tu ładnie - powiedziała Raija. - Pamiętałam tylko 

niebieskość,  a  nie  jak  wspaniale  może  tu  być.  Pamiętałam  rzekę,  ale  nie  to,  jaka  potrafi  być 

biała. Pamiętałam tylko, jak dusiła mnie dolina. Jaka się czułam mała, jakby góry stały nade 

mną i mnie pilnowały. Zawsze widziałam w nich tysiące oczu. - Popatrzyła w dół, a potem z 

tęsknotą  w  górę.  -  Ale  zapomniałam,  jak  dobrze  było  pójść  w  górę,  wydostać  się  ponad 

wszystko. Ponad ludzkie spojrzenia. Gdy wchodzę w górę, opuszczają mnie wszelkie cienie. 

To dobrze. To takie cudowne uczucie! 

Przycisnęła dłonie do piersi. 

Rei  jo  rozumiał  ją,  choć  sam  pewnie  by  tego  nie  wyraził.  Raija  zawsze  umiała  się 

wysłowić, choć potrafiła i jego pochwalić. 

- No i co, dobrze wymyśliłem? Raija pokiwała głową z przekonaniem. 

- W Rosji jest inaczej? 

- Tak. Raija nie wiedziała, jak mogła mu to wytłumaczyć. 

Tam  wszystko  było  wielkie,  szerokie,  jakby  powiększona  wersja  wszystkiego,  co 

znała. 

Tutaj  była  różnorodność.  Tam  bardziej  do  siebie  podobne,  jakby  w  zgodzie  ze  sobą 

nawzajem. 

-  Nie  umiem  ci  tego  teraz  wytłumaczyć!  -  powiedziała  w  końcu.  -  Później.  Muszę 

znaleźć  właściwe  słowa.  Tak  długo  tam  mieszkałam,  że  jest  to  dla  mnie  oczywiste,  nie 

musiałam nikomu tego opisywać. Rozumiesz? 

Rozumiał. Podniósł jej plecak. Ruszyli w dalszą drogę. 

Dalej. 

Wyżej. 

Jeszcze nie u celu, lecz bliżej. 

Często  odpoczywali,  siedząc  w  niemal  nabożnym  skupieniu  pomiędzy  niebem  a 

ziemią,  będąc  tu  i  tam  w  tym  samym  momencie.  Nie  rozmawiali  wiele.  Odkładali  to  na 

później. 

Teraz  był  czas  na  przeżywanie,  patrzenie,  chowanie  wrażeń  w  sercu.  Chłonięcie 

wszystkimi zmysłami. 

Siedzieli  ramię  przy  ramieniu.  Stali  blisko.  Nie  dotykali  się,  lecz  i  tak  dzielili 

wszystko, co widzieli. 

background image

Oboje słyszeli krzyk siewki, samotnego ptaszka z płaskowyżów. 

Oboje  widzieli  myszołowa  szybującego  ponad  ich  głowami  wysoko  na  niebie.  On 

pewnie też ich widział: dwoje ludzi zagubionych pośród nieskończoności krajobrazu późnego 

lata. 

Oboje  czuli  łagodny  wiatr  z  południowego  wschodu,  wiejącego  od  świerkowych 

borów i jezior Finlandii, od pól, które pewnie stały ciężkie od dojrzałego zboża. 

Ich myśli szły przeróżnymi ścieżkami. Płynęły swobodnie, niosąc  często wzruszenia. 

Zwłaszcza  te,  które  poleciały  na  południowy  wschód  i  z  powrotem.  Wspomnienia  stamtąd 

miały  rozmaite  odcienie.  Strupy  pokrywające  rany  ich  duszy  stawały  się  grube,  lecz  prędzej 

pękały, niż pozwalały na powstanie nowej skóry. 

Szli  z  wiatrem  głaszczącym  ich  karki.  Wspinali  się  na  zbocza,  by  po  drugiej  stronie 

zejść  w  dół.  Z  trudem  łapali  równowagę  na  gołoborzach  sypkich  kamieni.  Zatrzymywali  się 

czasem,  podziwiając,  jak  porosty  tworzyły  obrazy  na  tych  kamieniach:  wspaniałe  obrazy  w 

kolorach czarnym, jasnozielonym i białym. 

Natura lubiła zabawę. 

Szli, choć nastała noc. Była jasna, mimo że słońce już dobrą chwilę temu schowało się 

za górami na północnym wschodzie. Wieczorem niebo przybierało inny odcień niebieskiego, 

jakby ten jaskrawy kolor dnia bladł, stawał się pastelowy, łatany chmurkami. 

Ten,  kto  miał  czas,  by  obserwować  wieczorne  niebo,  nigdy  nie  mógł  się  stać 

pesymistą.  Miał  tam  tysiące  obrazów,  tysiące  historii.  Ktoś,  kto  zachował  w  sobie  dziecięcą 

wrażliwość, nieskażoną powagą dorosłości i dnia codziennego. 

Wspinali się na wzgórza i stawali na szczycie, pijąc chciwie nocne powietrze niczym 

najczystszą  wodę.  Potem  zbiegali  na  drugą  stronę.  Kraina,  po  której  szli,  unosiła  się 

potężnymi fałami. 

Tygodnie  spędzone  na  pokładzie  sprawiły,  że  Raija  coraz  bardziej  odczuwała 

zmęczenie. 

Reijo  szedł  bez  wysiłku.  Podziwiała  go.  Przypominała  sobie  jego  miękkie,  kocie 

ruchy.  Wydawało  się,  że  wchodzenie  nic  go  nie  kosztuje.  Tam,  gdzie  Raija  walczyła  o 

oddech, on stał i spokojnie czekał, aż ona dojdzie do siebie. Wtedy zaczynała iść wcześniej, 

niż naprawdę mogła, by Reijo nie pomyślał, że straciła swoją dawną formę. 

Dlatego ucieszyła się, gdy Reijo z uśmiechem wskazał dłonią i powiedział, że wkrótce 

będą na miejscu. 

- Pomyślałem, że tu będzie miło się zatrzymać. Tylko po tej stronie, czy po tamtej? 

background image

Raija  spojrzała  w  tym  kierunku.  Nie  znała  tej  okolicy.  Po  ich  stronie  zbocza  były 

kamienie i czasem krzewy. Na tej wysokości, na której byli, mało co rosło powyżej kolan, ale 

tu ledwo sięgało ponad kostki. Po dnie doliny wiła się rzeczka wypływająca z małego jeziora. 

Po  tamtej  stronie  rosła  trawa.  Wiedziała,  że  to  oznacza  wilgoć,  ale  rosły  tam  także 

karłowate brzozy. Może znajdą coś na ognisko. 

Podłoże  wszędzie  było  z  kamieni,  ale  po  tamtej  stronie  wszystko  wyglądało  bardziej 

urodzajnie, miło i zachęcała bardziej otwarta przestrzeń. 

- Po tamtej - postanowiła, wzdychając w duchu. A więc jeszcze nie dotarli do celu. No 

ale przynajmniej nie musieli się już wspinać. Zeszli w dół nad rzeczkę w miejscu, gdzie mogli 

przejść po kamieniach i woda nie płynęła zbyt gwałtownie. 

- Dobrze byłoby mieć łódkę - powiedziała Raija, zawsze gotowa do marzeń. 

- Chciałbym widzieć, jak ciągniesz ze sobą tu łódkę - rzucił Reijo sucho. - Mogłabyś 

zacząć  zimą,  a  cieszyć  się  nią  następnego  lata,  jeśli  pogoda  do  tego  czasu  by  jej  nie 

zniszczyła. Ale sama myśl jest zabawna, przyznaję. 

Przeszli przez rzeczkę. Jak dzieci ze śmiechem przeskakiwali po kamieniach. Wybrali 

każde  swoją  drogę  i  ścigali  się  ze  sobą.  Dobrze  było  tak  się  odprężyć,  stracić  nieco  powagi 

osób dorosłych. 

- Będziemy spać pod gołym niebem - obwieścił Reijo. - Wiem, że byłoby przyjemniej 

mieć namiot, ale dopóki nie pada, damy sobie radę. Za dużo mielibyśmy do niesienia. 

Raija  pokiwała  głową.  Spociła  się  tak,  że  aż  drżała.  Pot  chłodził  jej  ciało.  Elise 

nakłoniła  ją,  by  pod  bluzkę  włożyła  jeszcze  wełnianą  koszulkę.  Teraz  była  jej  za  to 

wdzięczna.  Z  melancholią  wspomniała,  ile  razy  to  ona  upominała  Elise,  by  się  właściwie 

ubrała. 

Teraz nie wpadłaby na to. Lato, pamiętała, zwykle było ciepłe. 

-  Mamy  szopę  na  polowania  przy  jeziorze  bardziej  na  południowy  wschód  -  rzucił 

Reijo. - Ale leży na bardziej uczęszczanych traktach, dlatego tam nie chciałem iść. Nie wiem, 

czy umiałbym teraz cokolwiek wytłumaczyć. 

-  Tak  jest  dobrze  -  odparła  Raija,  zakładając  sweter,  który  miała  zawiązany  w  pasie. 

Był z grubej wełny i ogrzał ją aż do kości. 

Zaczęli  szukać  drewna  na  opał.  Znaleźli  sporo  świeżych  gałązek,  ale  mało  suchych  i 

grubszych.  Czasem  wypłaszali  ptaszki.  Raija  zatrzymywała  się  z  szacunkiem  za  każdym 

razem, gdy para niedużych skrzydełek podrywała się z traw pod jej stopami. Jej oczy śledziły 

to  małe  życie,  ukryte  pomiędzy  gałązkami  karłowatej  brzozy.  Pokryte  było  piórkami  w 

background image

kolorach, które albo ukrywały, albo przyciągały uwagę. Nie istniało nic pośredniego. Ptaszki 

były albo kwiatami na niebie, albo wyszukanymi zestawami maskujących kolorów. 

Znosili  naręcza  gałązek  i  korzeni  do  miejsca,  które  Reijo  wybrał  na  ognisko.  Raija 

oceniła, że było dobre: blisko jeziora, osłonięte kamieniami od strony wiatru, który zresztą w 

każdej chwili mógł się zmienić. 

Reijo rozpalił ogień. Noc od razu wydała się łagodniejsza. Przysunęli się do ogniska, 

zdjęli kumagi i umieścili jak najbliżej ciepła, by wyschły. 

Reijo  wyciągnął  ze  swego  plecaka  parę  białych,  grubych,  wełnianych  skarpet.  Raija 

zastanawiała  się,  co  tam  dodatkowo  zmieścił  z  rzeczy,  które  jeszcze  mogły  im  się  przydać. 

Najwyraźniej on niósł o wiele więcej niż ona. Choćby skóry. 

Raija nie lubiła,  gdy  ktoś się dla niej poświęcał.  Zawsze było jej trudno  przyjmować 

coś od kogoś. 

-  Skarpety  na  Lofoty,  Raiju!  -  Reijo  ujął  jej  nogę  i  naciągnął  na  nią  skarpetę. 

Wystawiła drugą. - Teraz ciepło? 

Pokiwała  głową.  Skarpety  sięgały  jej  niemal  do  kolan.  Robiło  je  się  zawsze  z  grubej 

wełny, co najmniej dwa razy za duże, potem prało w gorącej wodzie i filcowało, by stały się 

grubsze niż zwykłe. Mężczyźni łowiący ryby na Lofotach nie mogli marznąć w nogi. 

- Kto ci je zrobił? - spytała, bo nie mogła sobie wyobrazić, by któraś z jej córek była 

tak zdolna. 

-  Ida  -  zaśmiał  się  Reijo.  -  To  nie  miały  być  skarpety  na  Lofoty,  ale  Ida  właśnie  tak 

robi na drutach: 

wszystko za duże. Ale te dało się uratować. Ty nigdy nie byłaś w tym dobra - śmiał się 

dalej - Twoje córki też nie są. - Zamilkł na chwilę i spoważniał. - Ale Ailo jest złotnikiem. 

-  Mikkal  zawsze  umiał  coś  robić  -  odparła.  Wspominanie  go  nie  bolało.  -  Rzeźbił 

ptaki... 

- Ailo też tworzy figurki ptaków, ale nie rzeźbi. Wytapia w złocie i srebrze. Wyglądają 

prawie  jak  ptaszki  Mikkala.  Mają  tylko  inaczej  wychylone  skrzydła.  Pewnie  je  sobie 

przywołuje z pamięci, a przecież był wtedy dzieckiem, gdy je widział. 

Reijo zaczął rysować na ziemi kształty skrzydeł. 

- To ptak Mikkala. Raija rozpoznała go. Reijo obok narysował drugie skrzydło, niemal 

identyczne. 

-  To  jest  ostrzejsze,  inaczej  wykrojone.  Reijo  starł  rysunki  dłonią  i  uśmiechnął  się 

szeroko. 

background image

- Ailo przedstawia innego ptaka, choć pewnie o tym nie wie. Zbyt długo mieszka nad 

morzem. Ta, dla której go robił, mieszka nad morzem. Ailo wytapia mewę. Mikkal rzeźbił w 

kości, dlatego jego ptak też był biały, ale to nie mewa. 

-  Mikkal  rzeźbił  kruka  -  powiedziała  Raija  cicho  i  nawet  zerknęła  w  górę,  jakby 

spodziewając się widoku jego czarnych skrzydeł. O wiele szerszych niż skrzydła mewy. 

-  Helena  umiała  haftować  -  uśmiechnął  się  Reijo.  -  Stawiać  drobne  ściegi  na 

delikatnym materiale. U nas nie znalazła takich materiałów ani tak cienkich igieł. Zresztą, na 

cóż nam takie materiały? My musimy bronić się przed zimnem. Nie żyjemy tu dla ozdoby. U 

ciebie na wschodzie też nie? 

-  Niektórzy  tam  żyją  dla  ozdoby  -  odparła.  -  A  wielu,  wielu  z  ledwością  udaje  się 

obronić przed zimnem. Wszędzie jest tyle trudu. Wcześniej tego nie wiedziałam. - Wpatrzyła 

się w ogień i ciaśniej okryła szalem. - Tej zimy dużo myślałam o moim dzieciństwie. Po tym, 

jak znów je sobie przypomniałam, ciężko mi się zrobiło na duszy. I nikt nie mógł mi pomóc 

wypełnić  luk.  Zupełnie  jak  kamyki  leżące  obok  drogi.  Nie  wiem,  czy  należą  do  mnie.  Matti 

nic nie pamięta z tamtego czasu. On ma swoje dzieciństwo, ja moje. Wspólnych mamy tylko 

rodziców. Wydaje się to tak mało, Reijo... 

Zamilkła. 

Wokół nich natura i noc rozmawiały cicho ze sobą. Wiatr coraz częściej zawiewał ze 

wschodu, gotów wkrótce stłumić słaby płomień ich ogniska. 

- Sądzę, że i ja, i Matti nie przeżylibyśmy, gdyby oni mnie nie odesłali. 

- Musisz tak sądzić? - zastanawiał się Reijo, któremu wiek nie stępił ostrości sądów. Z 

plecaka wyjął suszone mięso. Odkrawał cienkie kawałki, które stawiały opór przy gryzieniu. 

-  Może  tak  wolę  -  przyznała  Raija.  -  Nie  mam  nic  do  zarzucenia  życiu,  które 

przeżyłam.  No,  może  z  pewnymi  wyjątkami.  Może  tam  nie  byłoby  inaczej.  Ale  nie  mogę 

znieść myśli, że moje odejście nic nie zmieniło. Nie umiem przyjąć, że przeżylibyśmy nawet, 

gdybym została. Nie było nam łatwo, to wiem. Puchliśmy z głodu, pamiętam. Tata wcześnie 

zmarł. Ale może... - Westchnęła. - Wiem, że była tam ciężka harówka. Ale wszędzie tak jest! 

-  Nigdy  nie  dowiesz  się,  jak  mogłoby  być  -  stwierdził  Reijo.  -  Matti  nie  może  ci 

odpowiedzieć.  Ojciec  też  nie.  Twoja  matka  żyje,  ale  pewnie  nie  chciałaby  usłyszeć  tego 

pytania.  Teraz  nie  jest  pora  na  dalekie  podróże.  Powinnaś  przyjechać  w  październiku  i  na 

dłużej niż dwa tygodnie. Ale to nie byłaby łatwa wyprawa. 

-  Wiem.  Ale  tamta  sprawa  nie  daje  mi  spokoju.  Wciąż  o  tym  myślę.  Może  łatwiej 

wrócić do własnego dzieciństwa i czuć, że to mnie sprawiono zawód. 

background image

- Ida się opamięta - Reijo podchwycił jej myśl. - To nie był zawód, sama wiesz. Nawet 

ja,  który  znam  tylko  fragmenty  historii,  rozumiem,  że  nie  zostałaś  ze  złej  woli.  Wróciłabyś, 

gdybyś mogła. Teraz wróciłaś. 

-  Trochę  późno  -  odparła,  wyciągając  przed  siebie  nogi.  Zdrętwiały  od  siedzenia  po 

turecku. 

Jak dawno nie była na płaskowyżu! 

Ż

uła  mięso.  Miało  smak  przeszłości.  Wiedziała,  że  Reijo  je  solił  i  wędził  w  saunie. 

Rozpoznawała  aromat  jałowca.  Soli  dodawał  Reijo  akurat  taką  ilość,  by  piekła  język  po 

zjedzeniu większej porcji mięsa. 

Tak właśnie wędził Antti. A on soli dawał tyle, ile matka Ravna. 

- Nie będziemy teraz rozmawiać o Idzie - postanowił Reijo. - A może jesteś zmęczona 

i chcesz spać? 

Pokręciła głową. Zmęczenie już jej minęło, a mieli tak mało czasu! 

-  Opowiedz  mi  o  swoich  pierwszych  latach.  Potem  ja  o  moich.  Wtedy  nadążymy  za 

sobą i będziemy mieli rozeznanie. 

Raija  przysunęła  się  do  niego  bliżej.  Zdradzieckie  podmuchy  wiatru  doszły  za  ich 

kamienie. Już nie było zacisznie, ale Reijo dawał nieco ochrony. 

- Wziąłeś jeszcze chleb? - spytała. 

- Ależ się stałaś wymagająca w tej Rosji! - zażartował Reijo, ale wyciągnął z plecaka 

okrągły,  razowy  chleb  pieczony  na  sposób  fiński,  z  otworem  pośrodku,  i  ułamał  dla  niej 

kawałek. - Ale karmić cię nie będę - zastrzegł, obejmując ją i dzieląc swoje ciepło. 

Raija  jadła.  Myślała  i  opowiadała.  Czasem  Reijo  zadawał  jej  jakieś  pytanie.  Czasem 

oboje milczeli. Czasem śmiali się. 

Raija  opowiadała  całą  sobą  i  to  ją  rozgrzewało.  Pomagała  sobie  gestami  dłoni,  by 

pokazać, co ma na myśli, by wytłumaczyć i podkreślić. Jej głos żył i zmieniał się. Malowała 

postaci ludzkie tak żywo, że Reijo czuł, jakby je znał. Mógł je rozróżniać na podstawie barwy 

głosu, jakiej Raija im użyczała. Był pewien, że robiła to właściwie. 

Potem  opowiadał  Reijo.  Cicho  i  inaczej  niż  Raija.  Ale  ona  posiadała  dar  wyobraźni, 

który  pozwolił  jej  ubarwić  jego  spokojny  opis.  Wzmacniała  jego  słowa  tam,  gdzie  była 

pewna, że on nie dopowiada. 

Razem podążali ścieżkami przeszłości. 

Fragmentami, inaczej nie było to możliwe. Ale rozumieli więcej. 

Nie tylko tego drugiego. Także siebie samego, swoje decyzje. 

background image

To była jasna, rześka noc. Ale nie marzli, mimo że nad ich słowami unosiła się biała 

para. 

background image

10 

Obudziło  ją  słońce.  Słońce  i  rybołówka.  Mewa  rzuciła  się  w  powietrze  i  zakręciła 

gwałtownie  ponad  ich  głowami.  Jej  czarny  kapturek  widziała  tak  blisko,  a  zaraz  potem  już 

wysoko. Rozpoznawała ją po kształcie skrzydeł i ostrym, przenikliwym krzyku. 

Słońce przebłyskiwało zza cienkiej zasłony chmur, które wiatr pewnie zaraz rozgoni. 

Dzień  miał  jeszcze  różową  poświatę.  Kolory  nocy  blakły  wraz  z  postępem  poranka. 

Woda  jeziorka  czasami  lekko  się  marszczyła.  Raija  dostrzegała  kręgi  pozostawiane  przez 

ż

erujące ryby. Miała nadzieję, że Reijo w swym przepastnym plecaku ma też linkę i haczyk. 

Ale nie obudziła go, by spytać o to. 

Ostrożnie  przeciągnęła  się,  choć  było  to  niemal  niemożliwe.  Leżała  bardzo  blisko 

przyjaciela. Okryli się jedną ze skór, którą on niósł. Ziemia była bardzo wilgotna. Nie znaleźli 

nic do podłożenia pod spód i musieli użyć drugiej ze skór, dlatego do przykrycia pozostała im 

tylko jedna. 

Mimo  wszystko  Raija  pomyślała,  że  Elise  mogła  im  spakować  nieco  mniej  jedzenia, 

za to choć jeszcze jeden sweter albo mały pled... 

Ognisko  paliło  się  długo.  Dołożyli  resztę  opalu,  gdy  się  kładli  spać.  Ptaki  już  dawno 

ś

wiergotały, gotowe na nowy dzień. Ich śpiew ukołysał ich do snu. 

Niebo było czyste w nocy, ale nie zmarzła. Może dlatego, że ucichł wiatr. 

Wody  jeziorka  były  spokojne  niczym  tafla  lustra.  Po  jej  powierzchni  ślizgały  się 

owady. Czasem od spodu atakowała je ryba, pozostawiając plusk i kręgi na wodzie. 

Było pięknie. 

Reijo stał się znów tak bliski. 

Wczoraj  zjedli  jeszcze  więcej  chleba  i  mięsa.  Ogrzewali  żeberka  nad  ogniskiem, 

parząc palce. Śmiali się i wspominali, pijąc miód z kubka, który Reijo też niósł w plecaku. 

Raija nie rozumiała, ile jego plecak mógł pomieścić. Domyślała się, że on musiał go 

sam spakować, nie Elise. To było w stylu Kesaniemi! 

Ona opowiadała. 

On opowiadał. 

Przeszli z grubsza przez wszystko. Ich własne historie. Dzieci. 

Powiedział,  że  to  od  Idy  powinna  się  dowiedzieć  o  Ailo,  jednak  musiał  jej  coś 

naszkicować. 

background image

Raija  próbował  odmalować  mu  życie  nad  Morzem  Białym,  pokazać  tę  Rosję,  którą 

znała, lubiła, nie lubiła, kochała. 

Tę Rosję, za którą już zaczynała tęsknić. 

Było to zadanie niemal niemożliwe jak na tak krótką noc. 

Zbliżyli się do siebie, bo marzli. Zasnęli właściwie z wyczerpania. 

Ś

cieżki szesnastu lat pokonane w jakże krótką noc! Przeznaczoną tylko na to, ale jakże 

krótką. 

Nadal  miała  pytania,  które  chciała  mu  zadać.  Takie,  na  które  musiała  uzyskać 

odpowiedź. Reijo też umiał zatrzymać się przed dotknięciem jej czułych punktów. Mądrze i 

czujnie się wycofał. 

Ale ona musiała spytać. Reijo też wreszcie spyta. A wobec niego będzie szczera. 

Udało jej się znaleźć pozycję, która nie była niewygodna. Napawała się promieniami 

słońca. Pełnia lata już minęła, ale słońce nadał grzało. Zresztą nie był to już wczesny ranek... 

Czekał ich piękny dzień. 

Nadal  lubiła  patrzeć  na  tarczę  słońca,  gdy  otwierała  oczy.  Jako  dziecko  bawiła  się  w 

myślach z promieniami słońca. 

Promienie słońca w Tornedalen. Te same w Varanger. Te same w Skibom. 

Reijo  miał  długie  rzęsy.  Były  tak  jasne,  że  normalnie  ich  się  nie  zauważało.  Teraz 

Raija widziała je dokładnie. Skóra Reijo postarzała się. 

To wszystko, czego nie dostrzegła od razu, z odległości, widziała teraz. 

Wyglądał ładnie we śnie. 

Wielu  ludzi  tak  wygląda.  Wtedy  niczego  nie  ukrywają,  nie  udają.  Raija  chciałaby 

kiedyś  zobaczyć,  jak  sama  wygląda,  gdy  śpi.  Może  wtedy  by  lepiej  zrozumiała  siebie. 

Dlaczego wolność jest dla niej taka ważna. 

Zrozumiała to właśnie wczorajszej nocy, gdy opowiadała Reijo swoje życie. Wtedy to 

do niej dotarło. Oczywiście, zawsze szukała też kogoś. 

Nie mogła żyć w samotności. 

Ale równie intensywnie chroniła swoją wolność. 

Tę, która nie nazywała się mama ani żona, ani przyjaciółka. 

Tę, która nosiła imię Raija. 

Która była nią. 

Nie  wiedziała  jeszcze,  dlaczego  taka  była.  Ale  może  jeszcze  to  zrozumie.  Jeżeli  nie 

dzisiaj, to wkrótce. 

background image

Nie tęskniła za Michaiłem. Nie bała się o niego jako matka. Nie zastanawiała się, czy 

podołał zadaniu. 

Nawet o nim nie pomyślała, od kiedy ruszyła w góry. 

Nie  śniła  też  o  Mikkalu.  Chociaż  godzinami  mówiła  o  nim  z Reijo,  on  nie  przyszedł 

do niej we śnie. 

W ogóle to coś śniła. Tyle wiedziała. Ale nie pamiętała, o czym. Sen uleciał wraz ze 

słońcem niczym poranna mgła. 

Tak długo spała. 

Reijo był taki ładny we śnie... 

Powinna  wstać  i  rozpalić  ogień,  ale  nie  chciała  obudzić  towarzysza.  Jednym 

ramieniem  nadal  ją  obejmował.  Raija  pomyślała  z  niepokojem,  że  pewnie  mu  dawno 

zdrętwiało. Nie rozumiała, jak on mógł tak dobrze spać w tej pozycji. 

Na jego twarzy widziała więcej zmarszczek. Rozumiała, jak powstawały. Linie wokół 

ust, między oczami. Ale śmiał się na tyle często, że miał też miłe zmarszczki koło oczu. Takie 

lubiła. 

Raija  rozumiała,  dlaczego  Helena  mogła  się  w  nim  zakochać  mimo  swojego  wieku  i 

pochodzenia. 

Właśnie  może  dlatego  Reijo  wydał  się  jej  najbezpieczniejszą  przystanią.  W  jego 

spojrzeniu  było  tyle  zrozumienia!  Jego  uśmiech  odmładzał  go  o  dwadzieścia  lat.  Reijo  był 

mądry. Miał ręce, które potrafiły być delikatne, ale którymi mógł ścisnąć, gdy potrzeba. 

Zagubione  ptaki  potrzebują  takiej  przystani.  Odpoczynku,  bezpieczeństwa  i  zarazem 

ciepła. 

Czułości. Delikatności. I siły. 

Nawet gdy spał, był tym wszystkim naraz. 

A  zmarszczki  świadczyły  o  śmiechu  i  poczuciu  humoru.  O  uśmiechu  zawsze  w 

pogotowiu. 

Dobrze było wrócić, choć na chwilę, i znów poczuć tę przyjaźń. 

- Wiercisz się jak robak na wiosennym słońcu! - Reijo otworzył oczy. 

Raija niemal podskoczyła. Nie zauważyła, by się budził. Oddech miał wciąż taki sam, 

powolny. Twarz mu nawet nie drgnęła. A więc ją oszukał! Leżał i wiedział, że ona na niego 

patrzy, a udawał sen! 

- Jak tam? - spytał, siadając. Miał rozczochrane włosy, a zarost zaczynał przebijać się 

przez ogoloną wczoraj skórę. 

background image

Raiji udało się usiąść, ale nie mogła skłamać i powiedzieć, że czuje się świetnie. Reijo 

zaśmiał się. 

-  A  byłaś  kiedyś  niczym  młody  renifer:  pędziłaś  jak  szalona,  gdy  tylko  poczułaś 

zapach płaskowyżu. Starość nie radość, co? 

Zaśmiali  się  razem.  Było  im  dobrze.  Przyjemnie  było  poruszyć  się  i  poczuć  ślady 

wczorajszej wędrówki w mięśniach i kościach. 

To było dobre zmęczenie. 

- Chcesz iść dalej czy pokręcić się po okolicy? - spytał Reijo, rozpalając ogień. - Jest 

tu  pełno  potoczków  -  mówił  dalej.  -  A  może  tak  połowić  ryby?  Co  powiesz  na  pstrąga 

pieczonego  w  żarze?  Pamiętasz  coś  takiego,  Raiju?  Chyba  nie  jesteś  tak  stara,  że  za-

pomniałaś? 

Pamiętała. Pamiętała głównie takie nieistotne szczegóły. A może właśnie istotne? To z 

takich  drobiazgów  składa  się  życie.  Jakiś  smak,  zapach...  Wspomnienie  pewnego  wiatru. 

Kwiat, przy którym się zatrzymało. Życie byłoby puste bez takich chwil. 

-  Nie  mogłabym  iść  daleko,  nawet  gdybym  chciała  -  uśmiechnęła  się  Raija. 

Przeciągnęła się, robiąc miny. Reijo zaśmiał się. Sam był irytująco rześki. Wyspany, sprawny 

- i zadowolony. 

- Zaoszczędźmy miód - powiedział. - Wystarczy nam górskie powietrze, nie uważasz? 

Dobrze byłoby mieć jednak namiot... 

- Nawet ty go nie wyczarujesz! - odgoniła Raija jego wizję. Sam dobrze wiedział, że 

to niemożliwe. 

Zjedli  śniadanie.  Raija  podwinęła  rękawy  bluzki.  Włosy  związała  tasiemką  w  luźny 

koński  ogon,  jak  lubiła.  W  tej  fryzurze  było  jej  do  twarzy.  Wraz  z  upływem  lat  zaczęła  na 

takie sprawy zwracać uwagę. W młodości wystarczał sam uśmiech. 

Wspaniale  było  znów  wsunąć  stopy  w  kumagi.  Wyściełająca  je  trawa  była  miękka, 

choć nie tak, jak zimą. Raija pamiętała, że nosząc kumagi, nigdy nie zmarzła w stopy. 

Ale nie mogła ich nosić w Archangielsku. 

Reijo  miał  ze  sobą  haczyki.  Wystrugał  patyki,  do  których  chciał  przywiązać  linkę. 

Zrobił wędkę też dla Raiji. Aż coś w niej kipiało z radości, że idą na ryby. 

Ostatnim razem szli tak chyba sto lat temu! 

Przywodziło to wspomnienia wspólnej wczesnej młodości. Nie tak bardzo różowe dla 

Raiji.  Za  bardzo  tęskniła  za  Mikkalem.  Za  bardzo  narzekała  na  nią  Kristina.  Raija  dla  swej 

przybranej matki nigdy nie była wystarczająco mądra, zdolna czy gospodarna. 

background image

Była  za  to  zbyt  ciemnowłosa,  ciemnooka,  drobna,  zbyt  uparta  i  łatwo  wpadająca  w 

gniew.  Sprzeciwiała  się  dorosłym.  Udawała,  że  zjadła  wszystkie  rozumy.  Mówiła  za  dużo  i 

myślała za dużo. 

Była  zbyt  fińska.  Kristina  zawsze  wynajdowała  u  niej  wady.  A  wszystko,  co  Raija 

ceniła, ona chciała zmienić. 

Była  Finką.  Nie  mogła  zapomnieć  o  swoim  pochodzeniu.  Poznała  też  życie 

Lapończyków. Stało się jej częścią. 

Uparcie  nie  dawała  się  tego  pozbawić.  Ale  nie  mogła  tego  zmienić,  nie  zmieniając 

siebie. 

Raija  teraz  to  zrozumiała.  To  też  stanowiło  część  jej  wolności.  Tej,  którą  nazywała 

Raiją. 

- Za dużo wspomnień? - spytał Reijo. Stał, mając słońce za sobą. Jego sylwetka była 

ciemna,  a  promienie  słońca  jakby  wychodziły  z  jego  głowy.  Zrobił  krok  w  bok  i  światło 

oślepiło Raiję. 

- Za dużo. I bolą. Zaczęła iść. Widziała, co ma pod nogami, ale nie wiedziała, dokąd 

idzie. 

Zostawiła  za  sobą  jeziorko.  Reijo  szedł  za  nią.  Nie  pozwalał,  by  się  zgubiła.  Nie 

zostawił jej samej. 

Nadal  jeszcze  błądziła  po  omacku  w  swojej  przeszłości.  Nadal  chciała  rozmawiać. 

Rozmawiać, pytać... Dzielić. 

Byli ludzie, którzy bali się dzielić - niezależnie, czy czymś dobrym, czy trudnym. Tak, 

jak bali się przyjmować coś od kogoś, nie będąc pewnym, czy będą mogli się odpłacić. 

Raija dzieliła się, bo musiała, bo nie umiała inaczej. 

Mieszała się w cudze sprawy, bo musiała. Przejmowała się innymi, bo musiała. 

Taką miała naturę. 

I  jeśli  ktoś  był  jej  bliski,  oczekiwała,  że  będzie  mogła  podzielić  z  nim  swój  ból.  Że 

ofiaruje jej swój czas tak, jak ona mogła jemu. 

To byli ludzie, za których chętnie oddałaby życie. Nie było ich wielu. Kilkoro w Rosji. 

Tylko Reijo wyszedł z zapomnienia. Ale on nie zawiódł. 

-  Sądziłam,  że  to  potrwa  kilka  dni  -  powiedziała.  Miała  nadzieję,  że  Reijo  ją  słyszy. 

Nie  szła  szybko  i  niemal  słyszała  jego  oddech.  -  Statek  miał  czekać  kilka  dni.  Ja  miałam 

przypłynąć na ląd. Porozmawiać. Chciałam przyjść i znów zniknąć. Powiedzieć tylko, że żyję. 

Ż

e mam swoje życie. Chciałam się upewnić, że wam się dobrze wiedzie. Że moja rodzina nie 

cierpi niedostatku. - Zatrzymała się i oddała Reijo swoją wędkę. Chyba nie mogła już łowić 

background image

ryb.  -  Miałam  nadzieję,  że  nie  będę  musiała  sprzedawać  wam  mąki.  Bałam  się,  że  to  może 

was  upokorzy.  Wyobrażasz  sobie?  Dorosła  osoba,  która  boi  się  czegoś  takiego?  Ale  chyba 

bałam  się  spotkać  twoją  rodzinę.  Wyobrażałam  sobie,  że  się  nie  ucieszą.  I  nigdy,  przenigdy 

nie chciałam ujawnić się w wiosce. Oni nigdy nie mieli się dowiedzieć. Wtedy bym odpłynęła 

do  domu.  Do  Archangielska.  Z  czystym  sumieniem.  I  żyłabym  sobie,  dopóki  Mikkal  nie 

zabrałby mnie do Saivo. 

-  Często  dzieje  się  inaczej,  niż  myślimy.  Reijo  wrócił  nad  jeziorko.  Odwrócił  się  od 

niej,  ale  mimo  to  był  razem  z  nią.  Chyba  ją  rozumiał.  Rozumiał,  że  tego  nie  dało  się 

powiedzieć twarzą w twarz. 

Zarzucił wędkę. Jako przynętę założył kawałek suszonego mięsa. Tutaj nie znalazłby 

ż

ywej  przynęty.  Raiję  to  cieszyło.  Nigdy  nie  mogła  znieść  widoku  wijącego  się  na  haczyku 

robaka, przebitego na wskroś, lecz jeszcze pełnego życia. 

- Chcę zobaczyć jej grób - stwierdziła Raija. Splotła dłonie, aż zbielały jej kostki. Nie 

była to prośba. - Grób Heleny. Chcę go zobaczyć, Reijo. Pozwolisz mi na to? 

- On jest po drugiej stronie fiordu - odpowiedział nagle ochrypłym  głosem. Ramiona 

mu stężały. 

- Nie masz nic przeciwko? - Nie. 

-  U  diabła,  Reijo,  chcę,  żebyś  był  wobec  mnie  uczciwy!  Jeśli  ci  to  nie  odpowiada, 

lepiej mi to powiedz! 

Reijo  odwrócił  się  do  niej,  wyciągając  linkę  z  wody.  W  spojrzeniu  miał  smutek,  ale 

nie kłamał. 

- Nie mam nic przeciwko temu. W pewien sposób by mnie to ucieszyło. Ale jej grób 

leży po tej złej stronie fiordu. Tam siedzi cała zwierzchność. Nie wiem, jaka będzie sytuacja, 

gdy wrócimy, Raiju. Po prostu nie wiem. Może i tak będziemy musieli tam razem pojechać... 

- Westchnął. - Ale zrobię, co będę mógł, byś go zobaczyła. Helena pewnie by to pochwaliła. 

Raija nie pomyślała o tym. Zawsze była jakaś zwierzchność, którą należało brać pod 

uwagę. Zawsze ktoś miał prawo do pilnowania maluczkich. 

- Jak jest poważne - zastanawiała się - to wielożeństwo? 

Reijo nie mógł się nie roześmiać. 

-  Tak  poważne,  że  ksiądz  przemówiłby  nam  do  sumienia.  Że  wypominałby  nas  z 

ambony jeszcze przez wiele lat. Tak poważne, że sporo by nas kosztowało oczyszczenie się z 

winy.  Nie  wiem,  czy  za  takie  coś  posyłają  do  więzienia.  Nigdy  się  nad  tym  nie  zasta-

nawiałem.  Ja  dopiero  po  dobrych  kilku  latach  zacząłem  zauważać  inne  kobiety.  Wtedy 

background image

wszyscy wierzyli, że nie żyjesz. Nie wiem, jak oni to ocenią, Raiju. I nie mam ochoty o tym 

teraz myśleć. A ty? 

Usiadła i patrzyła, jak on łowi ryby. Nie musiała nic mówić. 

Nic nie złowił. 

Położyła  się  na  wznak  i  czuła  ciepły  dotyk  promieni  słońca.  Podłoże  nie  było  tu 

wilgotne.  Cienka  warstwa  ziemi  nie  trzymała  długo  wody,  ponieważ  głównie  stanowiła 

splątaną sieć korzeni małych roślin. 

Wokół  niej  toczyło  się  życie.  Brzęczały  owady.  Meszki  gryzły,  ale  dawały  się 

odgonić. Nie chciała ich zabijać. 

Ptaki  śpiewały.  Słyszała  trzepot  ich  skrzydeł.  Przyzwyczaiły  się  do  ludzi.  Reijo  stał 

przy  jeziorku  i  tylko  zarzucał  i  wciągał  linkę.  Zarzucał  i  wciągał.  Nie  stanowił  dla  nich 

zagrożenia. 

A  ona  leżała  nieporuszona  wśród  krzewinek  i  kamieni.  Jej  skóra  piła  słońce.  Raija 

ż

ałowała,  że  nie  może  schować  takiej  chwili  i  przechować  na  długie,  ciemne,  zimowe 

wieczory. Wydobyć ją wtedy i znów poczuć ciepło słońca na policzkach i ramionach. 

Powinna  jak  dziecko  rozebrać  się  i  biegać  na  golasa  w  słońcu!  Gromadzić  zapasy 

energii na zimową porę ciemności. Może spróbować... 

Musiała  zasnąć.  Gdy  się  ocknęła,  słońce  oświetlało  ją  z  innej  strony.  Okryta  była 

szalem.  Wzrok  jej  padł  prosto  na  pęk  ryb  zawieszonych  tak  sprytnie,  że  ich  ogony  niemal 

dotykały jej twarzy. 

Tym  razem  nie  śmiała  się  razem  z  Reijo.  Nie  od  razu.  Nieważne,  że  zesztywniała  - 

zerwała  się  szybko  i  wyłożyła  mu  dosadnie,  co  o  tym  myśli.  Ze  takiej  dziecinady  nie 

powinien wymyślać on, dziadek! Że nie spodziewała się po nim czegoś takiego. 

Na szczęście spódnica nie zaczepiła się o nic, gdy zaczęła uciekać od jego śmiechu. 

W górę, w górę, wbrew temu, co sygnalizowało jej ciało. Nogi ją bolały. Plecy bolały. 

Wszystko bolało, lecz Raija zacisnęła zęby. Była na niego wściekła! 

Ż

e też takie głupstwa się go trzymały na stare lata! 

Przystanęła dopiero wysoko. Było tam dużo chłodniej. Ujrzała małe jeziorko leżące w 

kotlince,  osłonięte  przed  wiatrami  wiejącymi  na  szczycie.  Obok  niego  dostrzegła  łachę 

starego  śniegu!  Nie  mogła  uwierzyć  własnym  oczom.  Podeszła  do  szarawego  placka  i  do-

tknęła go. Palce jej zmarzły, lecz wpadła na pewien pomysł. Uformowała kulę. 

Ż

e  też  Reijo  był  tak  daleko!  Kiedyś  dobrze  rzucała,  najlepiej  ze  wszystkich 

dziewczyn, prostym zamachem. 

background image

Raija usiadła na kamieniu obok łachy śniegu i lepiła śnieżkę za śnieżką. Ugniatała je 

tak solidnie, że uderzenie mogło być bolesne. Ale bawiło ją to. 

Przesunęła się nieco wyżej, by dojść do najpóźniejszej warstwy śniegu,  która jeszcze 

pozwalała się formować. Pod nią śnieg nie dawał zrobić ze sobą nic rozsądnego. 

Rozsądnego! 

Raija  zaśmiała  się  ze  swojej  myśli  -  i  ujrzała  kwiat.  To  był  cud.  Czuła  się,  jakby 

stanęła w katedrze świętego Michała w Archangielsku, nawet jako niewierząca. 

Katedra zachwycała ją za każdym razem do tego stopnia, że była potem na siebie zła. 

Przecież zbudowali ją ludzie! Nie popi! I nie z pieniędzy, które oni zdobyli w pocie czoła. 

Ten  cud  nie  wzbudzał  w  niej  złości.  Na  niemal  nagim  kamieniu  wyrosła  kępka 

niepozornych  kwiatów.  Żaden  z  nich  nie  był  dłuższy  niż  palec  Raiji,  a  miała  przecież  i  tak 

drobne dłonie. 

Pręciki  były  kosmate  i  żółte.  Płatki  otaczały  je  postrzępioną  koroną.  Miały  kolor 

czerwonofioletowy, tylko niektóre z najmniejszych kwiatów były nadal białe. 

Mikkal nazwał go jej kwiatem. Jej i reniferów. Jaskier lodowy. 

Już całe wieki temu je widziała i dotykała, pewnie podczas ucieczki z Mikkalem i Ailo 

do Finlandii. 

Ailo jest teraz dorosły. To niepojęte, jak czas ucieka! 

Raija  niemal  płakała,  gdy  delikatnie  gładziła  kwiaty  opuszkami  palców.  Starała  się 

zapamiętać tę chwilę. 

-  Znalazłaś je? - Cień Reijo padł na kwiaty. Jego  głos brzmiał tak łagodnie, że Raija 

nie umiała się już na niego złościć. Już nie mogła. - Ładne - dodał, kucając koło niej. Mikkal 

też często tak robił. 

Dziwne,  jak  takie  rzeczy  się  przypominają!  Wspomnienia,  o  które  nie  prosiła.  Raija 

nie wiedziała, czy ich chciała, pomimo że już stały się częścią jej gobelinu. Łatwiej było się 

obejść bez czegoś, czego smaku się nie znało. 

-  Szkoda,  że  nie  mamy  nic,  w  co  moglibyśmy  go  włożyć  i  zasuszyć  -  powiedział 

Reijo. - Wtedy miałabyś go zawsze ze sobą. 

- Nie chcę martwego kwiatu! - Raija podniosła głos. 

Czyżby  on  tego  nie  rozumiał?  -  To  jest  mój  kwiat  tylko  wtedy,  gdy  tu  rośnie  - 

tłumaczyła. Uśmiechnęła się, jakby przepraszając jaskier. - On rośnie tam, gdzie jest za mało 

ziemi, za zimno, zbyt wietrznie... tam gdzie nie powinien rosnąć! Nie powinien, a jednak ro-

ś

nie.  Z  czystego  uporu!  Rośnie  i  gra  na  nosie  wiatrowi  i  zimnu.  Daje  sobie  radę.  Dlatego 

background image

właśnie go lubię. Mojego kwiatu nie powinno się zrywać. On powinien żyć na wolności. Do 

niej jest stworzony, a nie na klomb. To mój kwiat, Reijo, mój kwiat... 

Rei jo uśmiechnął się, ale powiedział poważnym tonem: 

-  Nawet  kwiaty,  które  lubisz,  są  takie  jak  ty:  przekorna  kobieta  żyjąca  z  czystego 

uporu! 

Wtedy  przydały  jej  się  śnieżki.  Raija  sięgnęła  za  siebie,  osłonięta  spódnicą.  Zerwała 

się na nogi i uciekając dalej od Reijo, rzuciła. Trafiła, zwłaszcza że Reijo nie spodziewał się 

ataku. 

Lodowaty pocisk ugodził go w ramię, pozostawiając mokry ślad. 

Raija ze śmiechu aż się zgięła wpół. 

- Powiedziałeś: przekorna i uparta? Dodaj jeszcze, że świetnie celująca! 

W  Reijo  też  nadal  mieszkał  chłopak.  On  nie  zapomniał,  jak  trafia  się  śnieżkami  w 

okryte spódnicą pupy dziewcząt! 

Raija  zebrała  niemal  wszystkie  przygotowane  śnieżki.  Reijo  musiał  lepić  swoje  i  nie 

miał więcej niż dwie na raz. 

Ale trafiał równie dobrze jak ona. I szybko lepił nowe. 

Po chwili oboje byli spoceni i mokrzy. I dobrze czuli te miejsca, w które oberwali. Ale 

ś

miali się. Poddali się jednocześnie. 

- Może jednak nie jesteś strasznie uparta - stwierdził Reijo. - A cela masz dobrego... - 

Złapał  się  za  krzyż.  -  Jeszcze  chwila,  a  znosiłabyś  mnie  na  dół,  kobieto!  Nadrabiałaś 

twardością kul. 

-  Wybaczam  ci  ryby  -  orzekła  Raija,  rozglądając  się  w  poszukiwaniu  tasiemki,  którą 

miała związane włosy. Nigdzie jej nie widziała. Biegali jak dzieci, rozdeptując łachę śniegu. 

Jednak jaskry nadal stały. Równie uparcie cieszyły się życiem, chłonąc ciepło słońca. 

Lato było krótkie, ale i tak udawało się żyć jak w raju. Późnym latem było jeszcze wiele czasu 

do zimy. 

- Powinnaś, jeśli zamierzasz je zjeść. Bo jeśli chcesz się jeszcze kłócić, zostaną z nich 

zwęglone szczątki. - Reijo zaczął schodzić ku jeziorku. Rzucił przez ramię: - Już i tak pewnie 

są spalone z jednej strony. Nie miałem w co ich zawinąć. Ale zęby nadal mam dobre. Jak tam 

u ciebie? 

Raija zaklęła po rosyjsku, choć on i tak zrozumiał. Wyszczerzył do niej te swoje dobre 

zęby. Raija też była zadowolona ze swoich, więc mu je pokazała w grymasie, rzucając za nim 

garścią śniegu. Odszedł już jednak zbyt daleko. 

background image

Raija  dotknęła  po  raz  ostatni  swojego  kwiatu,  uspokojona.  Znalazła  też  tasiemkę. 

Dopiero gdy związała włosy, zeszła do Reijo. 

-  Te  są  już  dobre  -  powiedział  Reijo.  Wyciągnął  z  żaru  dwie  mniejsze  ryby,  dwie 

większe  zostawiając  na  później.  Jak  przewidział,  były  przypalone  po  jednej  stronie.  -  Nie 

będziemy ich piec po drugiej stronie - stwierdził, zabierając się za jedzenie. 

Smakowało  świetnie,  przyznała  Raija.  Świeżo  złowiony  pstrąg  o  różowym  mięsie,  o 

lekko przypalonej skórze, ze szczyptą soli... Niczego więcej nie było trzeba. 

Jedzenie  ją  rozleniwiło.  Już  nie  czuła  się  jak  piętnastolatka,  a  raczej  bliżej  własnego 

wieku. 

Nieznany  jej  ptak  zanurkował  w  wodzie  w  pogoni  za  rybą.  Za  każdym  razem  z 

zapartym  tchem  czekała  na  rezultat  polowania  i  czuła  zawód,  gdy  pojawiał  się  z  pustym 

dziobem. 

A gdy trzymał w nim rybę, żałowała jej. 

- Trudno cię zadowolić - stwierdził Reijo. Rozwiesił koszulę na krzaku. Bluzka Raiji 

też była mokra, ale cienka, więc szybko schła. 

- Nie trudniej niż kiedyś. Zaśmiał się. 

- Mam na ten temat swoje zdanie! Co cię czeka w Archangielsku? - zmienił temat. 

-  Praca  Jewgienija,  dopóki  nie  przejmie  tego  Michaił.  -  Raija  siedziała  na  skórze 

renifera  i  czuła  się  świetnie.  Właściwie  nie  chciało  jej  się  rozmawiać  o  Archangielsku,  lecz 

wiedziała, że to jej nie ominie. - Dom. Nie jest duży, lecz to mój dom. 

- Większy niż domek na cyplu? 

- Większy - przyznała niechętnie. - Ale i tak mały! Jego śmiech otoczył ją i rozbroił. 

Zaśmiała się wraz z nim. 

- Oleg i Tonią. Ich córka Olga. 

-  Nie  masz  tam  nikogo  innego?  -  spytał  Reijo.  -  Nikogo,  kogo  możesz  nazwać 

przyjacielem? 

Raija wzruszyła ramionami. 

- Miałam Wasilija. Ale on nie żyje. Mówiłam ci. 

- Nie miałem na myśli twoich mężczyzn, tylko o ludzi bliskich tobie! 

-  Znam  wielu  -  odpowiedziała  sztywno.  -  Wielu  mnie  lubi.  Z  wieloma  lubię 

rozmawiać. 

- A do kogo idziesz, gdy chcesz się wypłakać? - naciskał Reijo. - Kto cię wspiera? Kto 

poza Olegiem, jego żoną, córką i Michaiłem? 

background image

-  Nie  wiem  -  odparła  Raija  szczerze.  Oni  byli  jej  przyjaciółmi,  bliskimi  jak  krewni. 

Jedynymi, do których odważyła się przywiązać. Zawsze była pod tym względem ostrożna. 

Mimo  to  była  pewna,  że  nie  cierpiałaby  biedy  w  Archangielsku.  Nie  głodowałaby, 

gdyby nie miała jedzenia. Była pewna, że ktoś zawsze by jej pomógł, gdyby zachorowała. 

Reijo  nie  mógł  tego  wiedzieć.  Jeszcze  nie  opowiedziała  mu  legend.  Nie  chciała  się 

popisywać, przed Reijo nie musiała. 

Ale teraz czuła, że musi mu objawić i tę stronę swojej historii. 

To też stanowiło prawdę. 

Było tą częścią jej życia, której ona nie stworzyła, ale która istniała. 

Ż

yła własnym życiem. 

- Opowiadałeś dzieciom bajki? - spytała, nie patrząc na Reijo. Zdziwiony odrzekł, że 

tak. 

-  O  stallo  i  ptakach,  i  kwiatach.  O  sprytnych  dziewczynach  i  głupich  chłopakach.  O 

łabędziach i okropnych rosyjskich piratach, którzy rabują nasze kościoły. 

-  W  Archangielsku  też  opowiadają  bajki  -  rzuciła  Raija  niemal  zażenowana.  Znała 

Reijo wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że domyśli się, kto jest ich bohaterką. Ale nie czuła 

się  zbyt  dobrze  w  tej  roli.  -  W  porcie,  w  szopach  zwanych  domami  -  rozpoczęła  lekko 

drżącym  głosem  -  opowiadają  dzieciom  o  kobiecie  ubranej  w  czarną  pelerynę,  która 

przychodzi  z  jedzeniem  ukrytym  w  fałdach  okrycia.  Opowiadają,  że  jej  dłonie  grzeją  i  że 

potrafią powstrzymywać krwotoki i przytrzymywać życie, które ucieka. Nazywają ją Carycą, 

chociaż prawdziwa caryca odebrałaby to jako zniewagę. 

- Ta bajka nie może być stara - zauważył Reijo. Raija napotkała jego wzrok i pokręciła 

głową. 

- Piętnaście, może szesnaście lat - powiedziała. 

- Rozumiem, że możesz się czuć tam bezpieczna - powiedział Reijo cicho, dokładając 

gałęzi do ognia. - Ale zastanawiam się, czy to ci wystarczy, Mały Kruku. 

background image

11 

Reijo poruszył najbardziej bolesny punkt. Nie mogła już patrzeć mu w oczy. 

Tak ważne było dla niej utrzymywanie, że tam na wschodzie działo się wspaniale. Ze 

jest jej dobrze. Ze ma to, czego potrzebuje, a nawet więcej! 

Nie kłamała, gdy tak twierdziła. Niczego jej nie brakowało. Ale zapomniała, komu to 

mówiła. 

Reijo zadał je teraz pytanie, którego nie zadał w nocy. 

Odsłaniał jej samotność. 

- To wszystko, co mam, Reijo. 

-  Mogę  usiąść  obok  ciebie?  Tak  jakby  musiał  o  to  pytać!  Raija  pokiwała  głową  i 

zrobiła mu miejsce. Reijo dołożył więcej opału, zanim usiadł. 

-  To  mnie  smuci  bardziej  niż  wszystko  inne,  co  mi  opowiedziałaś  -  stwierdził 

poważnie. - Z wyjątkiem tego, że straciłaś swoją córeczkę. Miałem nadzieję, że jest inaczej. 

Dużo rozmyślałem o tobie i o tej sprawie. Jewgienij mówił mi, że masz przyjaciół. To mnie 

pocieszyło  na  jakiś  czas,  dopóki  nie  zacząłem  się  zastanawiać,  czy  mogłaś  się  tak  szybko 

zmienić. Czy tamtejsi ludzie tak bardzo się różnią od nas. - Pokręcił głową. - Wszędzie będzie 

tak samo. 

Raija poczuła, że wcale nie chciałaby się zmienić. 

-  Ja  potrzebuję  samotności!  -  broniła  się.  To  była  prawda,  której  niektórzy  nie  mogli 

zrozumieć. 

- Ale potrzebujesz też ludzi. Innych niż ci, którzy podziwiają cię z daleka. Którzy się 

ciebie troszkę obawiają, choć przychodzisz z jedzeniem pod peleryną, zatrzymujesz krwotoki 

i  przykładasz  okłady  z  ziół.  Jeśli  stracisz  Michaiła,  nie  będziesz  miała  tam  nikogo  swojego. 

Ta myśl nie daje mi spokoju! 

- To moja sprawa! 

Gwałtownym ruchem odwróciła twarz i popatrzyła w dal. Próbowała ścigać wzrokiem 

jakiegoś ptaka, ale nie mogła, nie zawadzając wzrokiem o Reijo. 

Nie była już dzieckiem! 

Reijo patrzył na nią wyczekująco. Badał jej twarz równie dokładnie, jak Raija wtedy, 

gdy on spał. Ona była lepiej wychowana! 

Gniew  Raiji  falował  niczym  sztorm,  lecz  rozbijał  się  o  brzeg,  nie  pozostawiając 

ś

ladów. 

background image

Palec ostrożnie dotknął linii twarzy Raiji. Brzegu szczęki, nosa, brwi, nasady włosów. 

Ust. 

Reijo z zamkniętymi oczami przesuwał palcem po twarzy Raiji, jakby ją rozpoznając. 

To dawało radość. 

Radość z dotknięcia drugiego człowieka. 

Skóra do skóry. 

Niczego  nie  żądał.  Dotykał  jej,  rozpoznawał  z  zamkniętymi  oczami.  Ale  gdy  je 

otworzył, stracił pewność. 

W spojrzeniu Raiji czaił się strach, który nie pasował do tej Raiji, którą znał. 

Tamta  miała  w  sobie  więcej  entuzjazmu  dla  życia.  Nie  chowała  tego  diablika,  który 

mieszkał na dnie jej brązowoczarnych oczu. Teraz zakrywała je zasłona. 

Sama powiedziała, że nadal najbardziej jest Raiją. Reijo rozpoznał ją pod opuszkami 

palców. Ale gdy otworzył oczy, ujrzał jeszcze kogoś. 

Kobietę, której nie znał. 

Raisę. 

Ważne było wywołać wspomnienia, które skusiłyby dawną Raiję do odsłonięcia się. 

Pogładził  jej  miękkie  usta.  Suche  usta.  Dawna  Raija  zwilżyłaby  je  koniuszkiem 

języka, gryząc go przy tym w palec. 

-  Pamiętam,  że  byłem  tu  kiedyś  z  ojcem  -  powiedział.  -  Spaliśmy  na  drugim  brzegu. 

Taty nie odstraszał cień. Powiedział, że tu będzie zbyt mokro. 

Uśmiechnął się. Wysunął kosmyk włosów z jej końskiego ogona i zwinął w palcach. 

Szukał czegoś znanego w spojrzeniu, które napotkał. 

-  To  była  jesień,  gdy  miałaś  piętnaście  lat.  Wiedziałem  już  o  Mikkalu.  To  bolało, 

pamiętam.  Kallego  umiałem  znieść.  W  młodzieńczej  naiwności  wierzyłem,  że  Kristina 

pozwoli  mi  wziąć  cię  za  żonę.  Kalle  nie  był  dla  mnie  rywalem.  Blady  i  chudy.  Ty  o  wiele 

częściej  drażniłaś  się  ze  mną  niż  z  nim.  -  Uśmiechnął  się  szeroko.  -  Ale  pewnie  tego  nie 

pamiętasz. Może nie robiłaś tego specjalnie. Potem nauczyłem się wiele o dziewczętach, gdy 

już przestałem być żółtodziobem. A ty byłaś chyba najtrudniejszą dziewczyną, jaką znałem. 

-  Sam  wiesz,  jak  się  wtedy  działo!  -  powiedziała  cicho  Raija.  Nie  chciała  iść  za  nim 

ś

cieżkami  tych  wspomnień,  ale  skusił  ją  słowami.  Jego  palce  niemal  bezwiednie  bawiły  się 

kosmykiem jej włosów. 

-  Przeszedłem  w  tym  miejscu  przez  rzeczkę  -  mówił  dalej  Reijo.  -  Był  środek  dnia. 

Ciepło. Tak ciepło, że się spociłem. A może to jednak było wcześniej niż jesienią? A może to 

była ciepła jesień? Trawa tutaj była sucha, dawno nie padało. A więc mogliśmy tu spać, tylko 

background image

ojcu  nie  chciało  się  przejść.  Zrozumiałem  to  wtedy.  Zrozumiałem,  że  ojciec  nie  jest 

wszechwiedzący.  Tata  umiał  wszystko.  Ale  wtedy  jakby  się  zmniejszył  w  moich  oczach. 

Nigdy mu tego nie powiedziałem. 

- Twój ojciec był wspaniały! 

Nikt  nie  może  niszczyć  obrazu  Anttiego  Kesaniemi,  jaki  nosiła  w  duszy!  On  stał  się 

dla  niej  drugim  ojcem.  Nie  było  nikogo,  kto  mógł  się  nim  stać,  poza  tym  jedynym  w 

Tornedalen, mimo przeżyć tamtego zimowego dnia. 

Ale  Antti  Kesaniemi  zbliżył  się  najbardziej  do  pozycji  Erkkiego  w  sercu  Raiji.  Dla 

niej on był nadal spokrewniony z Panem Bogiem! 

- Siedziałem tam, wyrywając garści trawy - mówił dalej Reijo, nie zwracając uwagi na 

jej protest i pochwały pod adresem ojca. - Przeklinałem i jednocześnie nadal lubiłem Mikkala. 

Ż

yczyłem mu śmierci. Kallemu też, za jednym zamachem. Mimo że był zbyt bezbarwny jak 

na twojego męża, według mnie. - Reijo wyplątał palce z kosmyka jej włosów. - Trudniej teraz 

opowiadać  ci  o  swoich  marzeniach,  Raiju.  Kiedyś  tak  robiliśmy.  Helena  była  mi  równie 

bliska. Ale nikogo innego nie obdarzyłem takim zaufaniem i czułością jak ciebie. 

- O czym marzył wtedy szesnastoletni Kesaniemi? - przerwała mu Raija. - Czy o mnie, 

skoro tak trudno ci o tym opowiedzieć? 

Reijo ze śmiechem objął ją ramionami i przytulił. 

Ze zdziwieniem zauważył, że ona też odważyła się otoczyć go ramionami. 

Może  słońce  zabłysło  w  kąciku  jej  oka,  a  może  to  Raija  pozwoliła  wymknąć  się 

czemuś z głębi swego serca... Reijo nie wiedział, ale  czuł, że wreszcie zaczęła przypominać 

dawną siebie. 

Jego  usta  dotknęły  jej  ust.  Już  nie  były  suche.  Czyżby  zwilżyła  je,  a  on  tego  nie 

zauważył? Już chciał o to spytać, zawahał się, ale jednak zadał to pytanie: 

-  Kiedy  zwilżyłaś  usta?  Nie  zauważyłem  tego!  Raija  zaśmiała  się  z  całego  serca. 

Zrozumiała, że przypominają mu się drobiazgi zwykle umykające uwagi. 

- Czy już nie mogę mieć przed tobą tajemnic? - spytała. - Nikt nie może aż tak dobrze 

znać  drugiego  człowieka.  Ja  tak  sądzę  i  nie  przekonasz  mnie,  że  jest  inaczej!  Choćbyś  nie 

wiem ile próbował! 

- Były miękkie - powiedział, patrząc wciąż na jej usta. - Zawsze mówiliśmy, że masz 

takie nadąsane usta. Ale zawsze o nich marzyliśmy. 

Przyciągnął ją, trzymając jedną ręką na jej karku, a drugą unosząc jej podbródek. 

Raija też obejmowała go mocno za nagie ramiona. 

background image

Pocałunek  smakował  rybą,  węglem,  słodyczą  -  mieszanką  tego  wszystkiego. 

Młodością. 

Raija  patrzyła  prosto  w  słońce.  Gdy  przymykała  oczy,  widziała  tańczące  kule  w 

mroku. Ale nie chciała zamykać oczu! 

Nie chciała! 

Chciała  pamiętać,  jak  bardzo  niebieskie  było  niebo!  Jakie  kształty  miały  chmury! 

Zarys wzniesienia po drugiej stronie jeziora. Śpiew ptaków. Krzyk mew. 

Wołanie siewki gdzieś daleko, daleko. Dla niej oznaczało przesłanie samotności. 

Chciała wszystko zapamiętać. 

Chciała wszystko odczuć. 

Reijo nadal ją obejmował, ale odpoczywali. Pocałunek uleciał z ich warg i poszybował 

na lekkich skrzydłach gdzieś pod niebo. 

Raija też go obejmowała. Nie rozumiała, w jaki sposób do tego doszli. 

Siedzieli  przecież  nadzy  w  saunie,  nie  czując  do  siebie  nawet  odrobiny  pożądania. 

Patrzyli na siebie bez tego rodzaju emocji. 

Jej głowa spoczywała na jego ramieniu. Było ciepłe. Jego koszula łopotała na wietrze, 

machając ku nim jednym rękawem. 

Jego  policzek  oparty  o  jej  włosy.  Obejmował  ją  ramionami,  splótłszy  palce. 

Wzajemnie się zamknęli w kręgu ramion i ciał. 

- Młody Kesaniemi marzył o tobie - powiedział cicho. - Chciałem zabrać cię tu. Tylko 

ty i ja. Spalibyśmy pod gołym niebem, miało być ciepło i słońce i chciałem się z tobą kochać 

właśnie na tej trawie. Chciałem robić z tobą to, co Mikkal, ale lepiej. Miałaś zrozumieć, że to 

ja jestem tym jedynym. Czy takie chłopięce marzenie było dziwne? 

- Wtedy nie byłeś taki mądry jak teraz. 

-  Ale  to  nie  dlatego  tu  przybyliśmy  -  zapewnił  ją  Reijo.  -  Musiałem  to  nosić  gdzieś 

głębiej  w  pamięci.  Wybrałem  to  miejsce  nieświadomie.  Dzisiaj  podczas  jedzenia  stanęło  mi 

jak  żywe  przed  oczami.  Pamiętam  obrazy,  które  miałem  wtedy  w  głowie.  Obrazy  nas 

samych...  Chyba  siedziałem  tu  długo,  wyobrażając  sobie  intensywnie  kąpiel  w  lodowatym 

potoku, by ojciec nie mógł zgadnąć, o jakich to grzesznych sprawach myślałem! 

Raija  zaśmiała  się.  To  była  dawna,  nieszkodliwa  historia.  Piękne  wspomnienie. 

Nieistotne. 

-  Staruszek  pewnie  miał  o  mnie  wysokie  mniemanie  -  rzucił  Rei  jo.  -  Ciekawe,  jak 

długo potrwa, zanim ty odkryjesz moje grzeszne chucie. 

background image

Nie chciała się śmiać. Ale nie mogła powstrzymać chichotu, gdy rzuciła spojrzenie na 

lędźwia Reijo. Chichotała jak ta dziewczyna, o której snuł pełne pożądania marzenia. 

- Lodowaty potok, Reijo - wyszeptała mu do ucha gorącym oddechem. 

- Mówisz poważnie? - zdziwił się. - A co byś powiedziała na zaspokojenie grzesznych 

chuci w sposób bardziej naturalny? 

Jego oczy były bardziej zielone niż kiedykolwiek oczy Wasilija. Nie były takie same. 

On nie był Wasią. Nie był odpowiedzią na jej niemy krzyk. 

Raija  wstała,  uwalniając  się  z  jego  objęć.  Nie  powstrzymywał  jej.  Jego  ramiona  nie 

stanowiły więzienia. 

Podeszła  do  zielonej  trawy,  tam  gdzie  była  najbardziej  soczysta.  Przykucnęła  i 

dotknęła podłoża. 

- Nie masz przypadkiem podagry? - spytała z uśmiechem. - Tacy staruszkowie jak ty 

cierpią na różne schorzenia, o ile wiem! Byłoby lepiej, gdybyś ich nie miał... 

Stanęła w słońcu i zaczęła rozpinać spódnicę. Odłożyła ja na suche miejsce, dołożyła 

halkę. Ściągnęła bluzkę przez głowę. Wyzwoliła z wełnianej podkoszulki. Usiadła na trawie i 

rozsznurowała kumagi. 

-  No,  gdzie  się  podział  tamten  chłopak?  -  spytała  wyzywająco,  opierając  się  na 

ramieniu. Niczego nie ukrywała. Zresztą on już wszystko widział. - Czy go szok zwalił z nóg? 

- Ja ci, u diabła, pokażę szok! - zawołał dawny chłopak, walcząc z paskiem do spodni. 

Potem  jeden  z  rzemyków  kumagów  tak  się  splątał,  że  musiał  go  rozciąć.  Ale  udało  mu  się 

uwolnić z ubrań bez uszczerbku na zdrowiu. 

Ciało  miał  brązowo  -  blade  i  ciepłe.  Raija  pamiętała  je  z  sauny  pierwszego  dnia. 

Potem o nim nie myślała. Wtedy patrzyła z podziwem, ale bez żadnych podtekstów. 

Teraz sama się zdziwiła, nie rozumiała siebie. Ale to przyszło z wnętrza. Miało radość 

i śmiech. Niebo było im dachem, słońce ogrzewało, a trawa była najbardziej miękkim łożem, 

jakiego mogła sobie życzyć, choć niezbyt zdrowym dla kości. 

Reijo  nigdy  nie  był  zachłanny  w  miłości.  Ale  to  spotkanie  wcale  nie  przypominało 

delikatnych i łagodnych marzeń szesnastolatka. 

Reijo pieścił jej kostki u nóg, wewnętrzną stronę ud aż do łona.  Otworzyła się przed 

nim. Usłuchał, gdy przycisnęła go do swego ciepła. Wreszcie Raija siłą oderwała go za włosy, 

żą

dając  czegoś  jeszcze.  Wtedy  utonął  w  jej  cieple.  Obejmował  ją  z  całej  siły.  Sam  nie 

wiedział, czy to on prowadzi, czy to ona powoduje, by spełniał jej pragnienia. 

Kotłowali się po zielonej trawie. Nadzy, rozgrzani, spoceni. Niechętnie się poddający. 

Oboje przyzwyczajeni do prowadzenia. 

background image

Trudno im było się podporządkować. Ale znaleźli wspólny rytm, taki, który sprawiał 

obojgu radość, którym żadne z nich nie sterowało. 

Ich zabawa była wolnością. 

Pocałunki  nie  zawierały  obietnic.  Opowiadały  drugiemu,  co  czują,  kiedy  jest 

wspaniale. Wydawali dźwięki, które nie były słowami, tylko świadectwami rozkoszy. 

Krzyczeli głosem siewki, ale ich krzyk nie brzmiał samotnością. 

Nawet się nie pieścili. Byli samą płcią, ustami i skórą. Ich ręce tylko trzymały mocno 

tego drugiego. 

Zjednoczeni. 

Krzyczeli  dwugłosem  ku  niebu,  słońcu,  ziemi  i  wodzie.  Ku  temu  wszystkiemu,  co 

dawało życie i było niezbędne do życia. 

Spoceni,  leżeli  na  wilgotnym  zboczu.  Pachnieli  ziemią  i  miłością.  Swoimi  sokami. 

Ogniskiem. Słońcem. 

Zapachy i smaki. 

Pocałunki, które zarówno pachniały, jak i smakowały. 

Całe ich ciała przenikało leniwe nasycenie. Nadal czuli ramiona i dłonie, którymi się 

dotykali. 

Ale  teraz  dotykali  się  tylko  opuszkami  palców.  Leżeli  i  oddychali  coraz  spokojniej. 

Leżeli, nasyceni. 

Byli blisko. 

Nie  było  im  trudno  napotkać  swoje  spojrzenia.  Przekręcili  głowy,  by  na  siebie 

popatrzeć. 

Uśmiechnęli się. 

Uśmiechnęli ustami i oczami. 

-  To  nie  było  podobne  do  niczego,  co  przeżyliśmy  wcześniej  -  rzucił  Reijo.  -  Nie 

wiem, dlaczego. Może nie jestem taki stary, jaki myślę? 

-  Masz  czterdzieści  dwa  lata,  Reijo  Kesaniemi!  Nie  odmładzaj  się!  Ja,  na  szczęście, 

mam  tylko  czterdzieści  jeden.  Ja  mogę  zwalić  winę  na  młodzieńczą  głupotę.  Ty  musisz 

wymyślić coś innego. 

-  Zmieniłaś  się  -  Reijo  pieścił  ją  wzrokiem.  -  Zmieniłaś  się,  Raiju.  Myślałem,  że  cię 

znam.  Miałem  wspomnienia  o  nas  z  czasów,  gdy  znałem  każdą  twoją  myśl,  zanim  ją 

pomyślałaś. Znałem cię. Kochałem przez jakiś czas. I oczekiwałem, że będziesz taka sama. I 

szukałem w tobie takiej Raiji. 

background image

- Długo tam żyłam - odpowiedziała cicho, nie spuszczając z niego spojrzenia. - To jest 

inny  świat,  Reijo.  Tornedalen  jednak  przypominało  Skibom.  Życie  w  jurcie  nie  było  aż  tak 

odmienne. Ale tam na wschodzie jest inny świat. W każdym razie tam, gdzie mieszkałam. 

- Dobrze trafiłaś - stwierdził pewnym tonem. 

- Tak, dobrze. Ale ja także żyłam, nie tylko dostawałam. Stałam się... nie inną Raiją. 

Aż tak nie możesz się mylić, Reijo. Nie jestem inna Raiją, tylko jeszcze bardziej Raiją! 

Trudno było to pojąć. Zaczęli też marznąć. Słońce starało się, jak mogło, ale spocona 

skóra szybko wychładzała się na górskim powietrzu. 

Reijo  wstał,  zawahał  się  przez  chwilę,  ale  rzucił  wyzywające  spojrzenie  na  Raiję  i 

wszedł  do  wody.  Zadrżał  lekko,  ale  zaśmiał  się.  Brodził,  aż  woda  sięgnęła  mu  do  kolan. 

Wtedy spytał towarzyszkę, czy do niego dołączy. 

Raija  wbiegła  do  wody  i  nie  zatrzymała  się,  dopóki  nie  zakryła  jej  ramion.  Reijo 

dogonił ją i rzucił się jak kłoda, rozbryzgując wodę. Raija nie pozostała mu dłużna i ochlapała 

go obficie. 

Ona  też  pierwsza  się  opamiętała  i  wycofała  na  brzeg.  Marzła  jeszcze  bardziej  niż 

przedtem, ale przynajmniej czuła się czysta. 

Reijo  objął  ją  mocno,  sam  drżąc.  Dawał  ciepło.  Powietrze  stało  się  chłodniejsze, 

słońce  zaczynało  się  chować  za  wzniesieniem.  Posyłało  im  ostatni  uśmiech  przed 

pożegnaniem. Widać nie chciało już być świadkiem ich igraszek. 

-  Właź  pod  skóry!  -  zakomenderował.  -  Nie  możemy  założyć  teraz  ubrań,  kobieto! 

Osuszymy się pod skórami i nie zamarzniemy. Dołożę do ognia. 

- Nie przypal tylko swojej męskiej dumy! - zachichotała Raija i szybko odwróciła się, 

by  jego  miażdżące  spojrzenie  dosięgło  tylko  jej  pleców.  Weszła  pod  skórę  i  skuliła  się, 

czekając na Reijo. Nie zazdrościła mu, że klęczy teraz i dmucha na iskry. Żar wygasł, gdy oni 

wywoływali wspomnienia młodości. 

Na chwilę zrobiło się zimniej, gdy przyszedł. Nie wystarczało im przykrycia i chłodne 

powietrze docierało do różnych części ciała. 

Ale wkrótce skóra ogrzała skórę. Obejmowali się ciasno i nie chcieli się przyznać, że 

już się rozgrzali. 

Nie było im tego dosyć. 

Leżeli  z  zamkniętymi  oczami,  wyczuwając  siebie  nawzajem.  Dłonie  gładziły, 

rozpoznając się na nowo. 

Nie przyznawali się do tego, co się działo. O tym nie marzyli. 

To po prostu się działo. 

background image

Było nowe i rzeczywiste. Delikatne i piękne. 

Ich własne. 

Na  trawie  przy  jeziorze  •walczyli  ze  sobą,  nie  chcąc  dać  sobą  kierować.  Walka  ich 

zjednoczyła. 

Teraz leżeli z zamkniętymi oczami i chcieli dawać - dawać, aż do kresu. Tworzyć coś 

wspólnie. 

Pocałunki  były  lekkie,  tak  samo  dotykanie  i  głaskanie.  Drażniące  usta,  które 

wymagały. Które chciały poznać smak tych drugich ust. Mocniej. 

Oni  musieli  leżeć  mocno  objęci.  Nie  chcieli  się  widzieć.  Nie  chcieli  napotkać 

spojrzenia tego drugiego. 

Tworzyli reguły bez porozumiewania się słowami. 

Wymyślali je. 

Rozumieli je. 

Uznawali je i czuli, jak ta druga osoba wprowadza je w życie. Rozszerzali, gdy ich nie 

rozumiała. 

Wszystko było delikatne i czule. 

Sucha, ciepła skóra dotykająca drugiej suchej, ciepłej skóry. Skóra renifera pod nimi i 

nad nimi. Łaskotanie włosia. Zapach zwierzęcia. Ich własny zapach. 

Mokre włosy dotykające drugiego czoła. 

Zęby gryzące lekko. 

Czubek języka szukający, smakujący... 

Skóra, która płonęła żarem. Obejmujące ramiona. Uda, obejmujące i zamykające. 

Spotkanie dwóch ciał, już nasyconych, ale które wciąż nie potrafią oprzeć się pokusie. 

- Ale tym razem się nie kąpię! 

Raija leżała na Reijo i patrzyła na jego twarz. Zlizała jego pot z górnej wargi, z czoła. 

Smakowało solą i nim. 

-  Nie  musisz,  jeśli  i  ja  nie  muszę  -  odparł  Reijo,  z  trudem  unosząc  głowę.  -  To  było 

wspaniałe. Ale nie rozumiem, skąd to nam się wzięło. 

- Dzięki! 

Raija jednak rozumiała, co on miał na myśli. On powiedział to z głębi serca. 

Raija  też  nie  rozumiała,  skąd  to  się  wzięło.  Z  czego  powstało.  Przecież  nie  to  jej 

przyszło do głowy, gdy pierwszy raz po powrocie ujrzała Reijo. 

Nie rozumiała tego. 

Ale on miał rację: to było wspaniałe. 

background image

Przecież nie dlatego potrzebowali dla siebie czasu. Nie po to poszli w góry, mimo że 

właśnie tego typu aluzje słyszeli od mężczyzn nad brzegiem morza. 

- Ubiorę się - Raija musiała powtórzyć to kilka razy, zanim Reijo ocknął się i uwolnił 

ze swych ramion. Sam nadal leżał z ręką pod karkiem i obserwował, jak się ubiera. - Możesz 

pójść po więcej opału - powiedział, gdy Raija wiązała kumagi. 

Zamknął oczy i w sekundę później już spał. 

Raija  dołożyła  do  ognia.  Spodnie  Reijo  umieściła  na  kumagach.  Związała  jeszcze 

rzemyk, który w zapale przeciął. 

Gdy zaczęła marznąć, weszła pod skórę renifera i skuliła się obok Reijo najbliżej jak 

mogła. I zasnęła. 

Powietrze było łagodne, jak zawsze tam. Bez najmniejszego podmuchu wiatru. Słońce 

pozdrawiało ją łagodnie. 

Pod  stopami  wyczuwała  miękką  trawę.  Dziwiło  ją,  dlaczego  ma  na  sobie  kumagi, 

przecież o tyle przyjemniej byłoby chodzić boso po tej soczystej trawie. 

Często chodziła boso. 

Mikkal. 

Szukała go. 

Zmęczyła  się  szukaniem.  Tak  zmęczyła,  że  musiała  usiąść.  Dobrze  było  odpocząć  w 

trawie. Położyła się, chciała popatrzeć na niebo. Odpocząć. 

Było tak miękko... 

Ale sen nie przychodził. Słońce grzało skórę i nie pozwalało zasnąć. Trawy łaskotały, 

nie dawały spokoju. 

Gdzie on był? 

Gdzie był Mikkal? 

Nigdzie  nie  widziała  smug  dymu.  Nie  dostrzegała  jurt.  Nie  widziała  obozowiska  z 

odgłosami rozmów i śmiechu tych, za którymi tęskniła. 

Nie  mogła  odnaleźć  jurty,  którą  jej  pokazał.  Tę,  o  której  powiedział,  że  postawił  dla 

nich. 

Dla niej. 

Czyżby się zgubiła? 

Czy to było gdzie indziej? 

Dlaczego nie odnalazła Mikkala? Gdzie on jest? Czy już na nią nie czeka? 

Zerwała się na nogi. Pobiegła. Wołała go. Wołała aż do ochrypnięcia. Jednak nikt nie 

odpowiadał. 

background image

Mikkala nie było. 

A przecież powiedział, że będzie na nią czekał. Obiecał jej to... 

-  Boże,  Raiju!  Obudź  się!  Spójrz  na  mnie!  To  nie  był  glos  Mikkala,  ale  Raija 

usłuchała. Popatrzyła. 

Poznała Reijo. 

-  Skąd  się  tu  wziąłeś?  -  spytała,  patrząc  szeroko  otwartymi  oczami.  -  Ja  szukam 

Mikkala.  Widziałeś  go?  Miał  na  mnie  czekać,  ale  nie  ma  go  tu.  Poszedł  gdzieś.  Chowa  się 

przede mną. Muszę go znaleźć! Muszę! Muszę znaleźć Mikkala! 

Chciała się wyrwać, ale uścisk Reijo był zbyt mocny. 

- Spójrz na mnie, u diabła! Raiju! Słyszysz mnie? Pokiwała głową. Nie musiał do niej 

krzyczeć. Słyszała go dobrze. Omiotła go wzrokiem. 

-  Nie  marzniesz?  -  spytała.  Marzł.  Była  noc  i  Reijo  szczękał  zębami.  Ale  bał  się  ją 

puścić. Nie miał pojęcia, co mogłaby wtedy zrobić. 

Ona nadal śniła. Bał się tego i jeszcze czegoś, czego nie chciał nazwać. 

Czegoś nieprzyjemnego. 

- Nie śpisz, Raiju! Słyszysz mnie? Powiedz coś! Rozumiesz, co mówię? 

- Nie krzycz! Ja muszę odnaleźć Mikkala. Puść mnie, Reijo! Muszę odnaleźć Mikkala! 

Uchwycił się tej możliwości. 

- Ubiorę się i pomogę ci szukać. Poczekaj na mnie, dobrze? 

Pokiwała  głową.  Patrzyła  na  niego,  zdziwiona,  gdy  wychodził  spod  okrycia  skóry 

renifera.  Zdeprymowało  go  to.  Ona  wydawała  się  teraz  bardziej  obca  niż  kobieta  o  imieniu 

Raisa. 

Spakował  ich  plecaki.  Zaczął  gasić  ognisko.  Zwinął  skóry  i  przyczepił  do  swojego 

plecaka. 

Raija  cały  czas  śledziła  go  wzrokiem.  Tym  spojrzeniem,  które  miewała  w  takich 

chwilach. 

Zastanawiał  się,  czy  też  tak  się  zachowywała  w  Rosji.  Czy  miała  na  jawie  to 

spojrzenie. 

- Spieszę się, jak mogę - powiedział. Ciekaw był, jak ona go teraz widzi. Czy takiego 

jak teraz, czy wziętego z przeszłości. A może zupełnie inaczej niż naprawdę. 

Mógł sobie wszystko wyobrazić, co dotyczyło ucieczki Raiji od rzeczywistości. 

Nie nazywał tego inaczej. 

Reijo czuł, że Raija się niecierpliwi. Ruszyła, zanim skończył. 

background image

Nie  mógł  temu  przeszkodzić.  Nigdy  by  nie  odszedł  od  niezagaszonego  ogniska.  Na 

szczęście Raija poszła wzdłuż rzeki w głąb doliny. I tak mieli tamtędy iść. 

Ale nie tak nagle. 

Musiał  nieść  też  jej  plecak,  który  nie  był  szczególnie  ciężki,  ale  stanowił  dodatkowe 

obciążenie. A Raija niemal biegła. 

A jeśli jej nie dogoni? 

- Mikkal! - rozległ się jej głos, żałosny i przenikliwy jak głos siewki. - Mikkal! 

Reijo szedł za jej głosem. Dostrzegał jej spódnicę, niebieski szal z zorzą polarną. 

-  Mikkal,  nie  odchodź!  Miałeś  na  mnie  czekać!  Reijo  przeszedł  dreszcz.  Przecież 

Mikkal  umarł  szesnaście  lat  temu...  Niemiło  było  słuchać,  jak  ona  go  woła.  Mimo  że  Raija 

niejako  sama  wróciła  z  krainy  umarłych,  Reijo  wiedział,  że  Mikkal  na  pewno  tego  nie 

dokona. 

Mikkal ponad wszelką wątpliwość nie żył. 

Raija zaczęła się męczyć. Częściej szła, niż biegła. I nie prostą drogą, ale zygzakami, 

co dawało Reijo szansę dogonienia jej. 

- Mikkal! Mikkal! 

Noc zbladła. Nic nie odpowiadało na wołanie. 

Raija  wystraszyła  niejednego  ptaszka,  ale  nie  zauważyła  tego.  Nie  słyszała  ich 

ostrzegawczych sygnałów o zbliżającym się niebezpieczeństwie. 

Czy  mógł  coś  zrobić  inaczej?  Reijo  nie  znajdował  odpowiedzi.  Zasnął.  Ona  też 

zasnęła. 

Przepełniał  go  spokój.  Wszystko  w  nim  było  spokojne  i  nasycone.  Ledwo  zauważył, 

gdy weszła pod skórę koło niego. 

A potem przeszyła powietrze nocy swoimi krzykami. Wołaniem Mikkala. 

Teraz znów zawołała: 

- Mikkal! Już prawie ją dogonił. Biegł, gdy jeszcze mógł. Nie miał pojęcia, skąd ona 

brała wytrzymałość. Zadziwiająco długo trzymała go na dystans. 

Reijo  bał  się,  co  się  może  stać,  gdy  Raija  w  końcu  straci  siły.  A  z  drugiej  strony 

obawiał się, że ona będzie biegła dłużej, niż on wytrzyma. 

Może się tu zgubić. 

- Mikkal! Krzyk był taki, że Reijo tylko czekał, by niebo pękło. 

Wreszcie  chyba  anioły  się  nad  nią  ulitują!  Reijo  nie  zdziwiłby  się,  gdyby  ujrzał 

Mikkala idącego jej na spotkanie. 

W jej krzyku było tyle bezdennej rozpaczy! 

background image

Reijo  czuł  się  za  nią  odpowiedzialny.  Przecież  za  kilka  tygodni  Raija  ma  wrócić  do 

Rosji! Do tego czasu on się nią opiekował. Nic się nie może jej stać! 

Reijo zaczął biec, aż pociemniało mu w oczach. Zobaczył, jak Raija pada na kolana i 

kryje twarz w dłoniach. Rzucił wtedy wszystko, co niósł, i ruszył ku niej. 

Raija  płakała.  Spojrzała  na  niego  i  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  Płakała,  wstrząsana 

szlochem. 

Reijo gładził ją i pocieszał. Popatrzył w niebo i przesłał tam nieme podziękowanie. 

Ona wróciła. 

background image

12 

Nie  poszli  nigdzie  dalej  tej  nocy.  I  nie  spali.  Siedzieli  przy  ognisku,  otuleni  skórami 

renifera. Obejmowali się. Nie mówili zbyt wiele, tyle tylko by odgonić mary plączące się  w 

myślach. 

Gdy nastał poranek, zgasili ogień i zatarli ślady postoju. 

Wędrowali wzdłuż rzeki do następnego jeziorka. W pewnym miejscu musieli przejść 

na drugą stronę. Woda sięgała, im po uda. 

Raija zmoczyła spódnicę, bo nie podwinęła jej wystarczająco wysoko. Kumagi miała 

przemoczone,  gdyż  nie  odważyli  się  pójść  boso.  Nie  znali  dna.  Reijo  bez  wstydu  zdjął 

spodnie. 

-  I  tak  już  widziałaś,  co  jest  do  oglądania  -  powiedział.  -  Nikogo  innego  tu  nie  ma. 

Gorzej mieć potem mokre spodnie. 

Marsz ich rozgrzał. Zmoczona spódnica klapała o nogi Raiji. 

Dobrze  było  rozmawiać  o  zwyczajnych  sprawach.  Tych  innych  nie  odważali  się 

poruszyć. 

- Nie wrócimy przed wieczorem? - spytała z nadzieją. 

-  Możemy  najwyżej  dojść  do  miejsca,  gdzie  Matti  i  Sedolf  ścinają  drzewa  -  odparł 

Reijo. 

- Tak? 

-  Oni  mają  namiot,  moglibyśmy  tam  się  przespać.  Już  się  robi  chłodno  pod  gołym 

niebem. A wydaje mi się, że się chmurzy. 

Popatrzył w niebo. Po południowo - wschodniej stronie zbierały się chmury. Było tam 

płasko, nieliczne wzniesienia nie powstrzymywały wiatrów. 

Poszli dalej. Łatwiej się teraz szło, podłoże okazało się mniej kamieniste. 

-  Co  się  ze  mną  dzieje?  -  spytała  nagle  Raija,  nie  zatrzymując  się.  -  Może  ja  nie 

miałam tu wracać? Boję się, Reijo! 

On też czuł strach. Ten  sam, co wiele lat temu na pustkowiu na płaskowyżu. Wtedy, 

gdy zimą szli na północ z zamiarem stworzenia dla siebie przyszłości. 

Raija  dotknęła  tam  czegoś  niebezpiecznego.  Wtedy  to  wszystko  się  zaczęło.  Reijo 

pamiętał, jak. Pamiętał dzień i jaka wtedy była pogoda. 

Ale najlepiej pamiętał swój strach. 

Reijo szedł obok Raiji. Blisko. Nie patrzyli na siebie, ale dostrzegali się kątem oka. 

background image

- Nigdy wcześniej tak nie było - rzuciła szybko. - Przecież z tobą rozmawiałam! 

Reijo nie mógł zaprzeczyć. Jego lęk krążył wokół tego, co ona poruszyła. 

-  Nigdy  nie  wracałam  na  jawę  w  trakcie  tego...  -  Raija  szukała  słów.  Wiedziała,  co 

chce  powiedzieć,  ale  to  było  niebezpieczne.  Przerażało  ją  nawet  w  myślach.  -  Nigdy  nie 

byłam  po  obu  stronach  w  tym  samym  czasie  -  powiedziała  wreszcie,  idąc  szybko,  jakby 

uciekała od własnych słów. Bała się, co odpowie Reijo. Bała się, że rozwieje jej wątpliwości, 

ż

e powie, że to nic takiego. 

Ale on tego nie zrobił. 

-  Nigdy  wcześniej  cię  takiej  nie  widziałem  -  stwierdził  z  powagą,  dotrzymując  jej 

kroku. - Nigdy wcześniej nie miałaś takich oczu, Raiju. Nie poznawałem cię. 

Wtedy  zatrzymała  się.  Zdjęła  plecak  i  usiadła  prosto  na  ziemi.  Nie  patrząc  na  Reijo, 

zaczęła rozsznurowywać kumagi. Wytrząsnęła z nich trawę. 

- Czy to początek końca? - spytała. 

Reijo przeszedł dreszcz. Usiadł koło niej i wyciągnął suszone mięso z plecaka. Zaczął 

kroić plastry. Jak długo miał zajęte ręce, nie dosięgała go rozpacz. 

To  było  coś  niesamowitego.  Szczerze  mówiąc,  nie  wiedział,  czy  ktokolwiek  mógł 

udzielić mu jakiejś rady, zrozumieć i powiedzieć, co to jest. 

-  A  jak  bywa  zwykle?  -  spytał  ochrypłym  głosem.  Miał  ochotę  się  roześmiać.  - 

Zwykle! - powtórzył. Jakby to coś było czymś zwykłym! 

- Przybywam tam, gdy znikam tu - powiedziała Raija przygnębiona. - Tonią nazywa to 

moją podróżą. Chyba lepiej nie można tego nazwać. Ja nie wiem, co to jest, Reijo! Nigdy tego 

nie  rozumiałam!  Potrafię  zdziałać  różne  rzeczy,  nad  którymi  nie  panuję.  Musiałam  nauczyć 

się z tym żyć. 

Zamilkła  na  dłuższą  chwilę.  Była  ślepa  i  głucha  na  wszystko,  co  ją  otaczało.  Miała 

tylko świadomość bliskości Reijo. Uchwyciła się jej jak tonący. 

- Nigdy nie opowiedziałam ci o Jumali - rzuciła. 

- Wzrastałem z Jumala w Biblii ojca co niedziela - odparł Reijo sucho. - Chyba i tak 

wymawiam jego imię zbyt często. „Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno”. 

Ja chyba jestem bardziej wierzący niż ty, Raiju. Ale nie żyję tak, jak powinienem, nie musisz 

mi tego wypominać. 

-  Nie  mówię  o  naszym  fińskim  Jumala  -  odparła  Raija.  -  Jumala  to  bogini  ze  złota. 

Ona istnieje. Szłam za nią przez tysiące lat, żyłam, umierałam i szłam za nią przez lata. Potem 

skrzyżowały  się  z  nią  drogi  Antonii.  Ona  ją  widziała,  dotykała.  Jumala  była  dokładnie  taka, 

jaką ją widziałam. Jej historia taka, jaką przeżyłam. 

background image

Raija opowiedziała mu ją cichym głosem. Rei jo żuł mięso, ale zapomniał kroić nowe 

plastry. Wciągnęła go ta niewiarygodna opowieść. 

- Co na to Jewgienij? Raija zadrżała i roztarta ramiona. Ochłodziło się. 

A ta historia zawsze przejmowała ją mrozem. 

- Jewgienij zawsze obawiał się tej mojej strony - odpowiedziała po chwili milczenia. - 

Nie  rozumiał  tego.  I  nie  chciał  rozumieć.  Wolał  udawać,  że  to  nie  istnieje.  Nie  szkodziło  to 

mi, dopóki umiałam sobie z tym poradzić. Ale on nawet nie chciał o tym rozmawiać. Chyba 

się  bał.  Ciężko  zniósł  fakt,  że  uratowałam  mu  wtedy  życie.  To  dziwne,  prawda?  Ale  on  by 

zmarł, gdyby nie ja... 

-  Wzięłaś  to  stąd.  To  było  twoje.  Reijo  łatwiej  rozumiał  Jewgienija.  Jego  działania 

opierały  się  na  jednym:  kochał  Raiję.  Chciał  ją  mieć  na  zawsze.  Miała  być  częścią  jego 

przyszłości, matką jego dzieci. 

-  To  nie  tylko  to  -  Raija  drążyła  temat.  -  Jewgienij  tego  nie  obejmował,  nie  panował 

nad tym. A chciał rozumieć, taki był. On musiał rozumieć i wiedzieć na pewno. Na wszystko 

inne  zamykał  oczy.  On  się  bał.  Najbardziej  tego,  że  poprzez  moje  podróże  mogłabym  sobie 

wszystko przypomnieć... - Uśmiechnęła się słabo. - I gdyby nie... to, może nadal żyłabym za 

moją skałą. Z przeszłością zaklętą w zimną, ciemną skałę. 

Reijo nie znalazł słów odpowiedzi. 

- Dlatego tak się bałam, gdy odkryłam, że Natalia to odziedziczyła... 

Ciężko jej było o tym opowiadać, ale miała tylko Reijo. 

Michaił coś wiedział. 

Antonia też. 

Ale  Raija  nie  chciała  wciągać  żadnego  z  nich  w  głębię  ciemności.  Tam,  dokąd  sama 

bała się udać myślami. 

- Natalia miała wizje. Widziała Mikkala, który wychodził z morza. Rozmawiała z nim. 

On  dla  niej  istniał.  Natalia  żyła  razem  z  nami,  ale  jednocześnie  w  innej  rzeczywistości.  Dla 

niej  nie  stanowiło  to  różnicy.  Siedziała,  bawiąc  się  i  rozmawiając  z  tymi,  którzy  byli  obok 

niej,  i  jednocześnie  nie  byli.  Opowiadała  o  tym,  co  się  zdarzyło,  i  co  się  miało  zdarzyć.  To 

wszystko istniało wokół niej, bez żadnych  granic. Ona nie wchodziła w to, po prostu w tym 

była. Gdy to zrozumiałam, strasznie się przeraziłam. Ona była moim dzieckiem. I to ja jej to 

przekazałam, to złe dziedzictwo. Wasia był zwyczajny, jak ty, jak inni. - Raija przytuliła się 

do  Reijo,  szukając  jego  ciepła.  -  Cieszę  się,  że  Wasia  tego  nie  doświadczył.  Tak  bardzo 

pragnął  dziecka.  Kochałby  Natalię  nad  życie.  Ale  cieszę  się,  że  tego  nie  przeżył,  że  nie 

zobaczył, co ode mnie dostała. W pewien sposób dobrze, że Natalia nie musiała z tym długo 

background image

ż

yć. Jako dziecko bawiło ją to. Nie rozumiała, że jest niezwykła. Nie zdawała sobie sprawy, 

ż

e inni nie widzą tego, co ona. Nie miała pojęcia, jaki ból mogłoby jej to sprawić, uczynić ją 

nieszczęśliwą. 

Zamilkła. Nie chciała wyobrażać sobie, co mogłoby się zdarzyć. 

Natalia nie żyła. 

Reijo  zaproponował  Raiji  plaster  mięsa,  ale  odmówiła.  Nie  była  ani  głodna,  ani 

spragniona. Nie zniosłaby jakiegokolwiek smaku w ustach. 

-  Zwykle  -  zaczęła  odpowiadać  na  jego  pierwsze  pytanie  -  zwykle  mam  granice. 

Wiem, że tam jestem we śnie. Po prostu wiem, że tam jestem. Jest zielono i pięknie. Jest lato i 

niebo  ma  najpiękniejszy  niebieski  odcień,  jaki  możesz  sobie  wyobrazić.  Pasą  się  tam  tłuste 

renifery. Nie uciekają, gdy podchodzisz. Nie boją się nikogo. Ich futro jest gładkie i lśniące. 

Widzę smugi dymu. Wiem, że dojdę do osady, jeśli pójdę w ich kierunku. Jeziora są czyste, 

potoki  przejrzyste.  Mogę  biegać  na  wietrze,  tańczyć.  Tam  przepełnia  mnie  radość.  No  i 

spotykam go. - Zaczerpnęła powietrza. - Najpierw go nie widziałam. Na początku go tam nie 

było. Ale wreszcie go ujrzałam, wcześniej jakby nie byłam gotowa. To takie dziwne, Reijo! 

- Nie umiem ci nic odpowiedzieć. Jeszcze nie - odparł Reijo na jej pytające spojrzenie. 

- Nie wiem, co o tym sądzę. Ale wierzę ci. To na pewno. Ale mnie to też przeraża. Byłbym 

głupi, gdybym tego nie przyznał. 

Jej uśmiech był niczym kwiat otwierający na chwilę swoje płatki. 

-  Mikkal  mówił,  że  na  mnie  czeka.  Że  ma  dla  nas  jurtę.  Widziałam  też  innych.  Nie 

pamiętałam ich imion, ale znałam ich. Nie dotykali mnie, trzymali się z dala, ale czułam, że 

byłam  im  bliska.  Czułam,  że  mnie  znają.  Uczucia  tam  są  tak  wyraźne,  nikt  niczego  nie 

ukrywa. Wszystko tam jest właściwe.  I jest tam Mikkal. Ma młodą twarz, jest silny.  I  czeka 

na mnie. Moja skóra jest tam gładka, to takie dziwne... 

Rzeka  płynęła  obok  nich,  tocząc  białą  pianę.  Jej  szum  wypełniał  im  uszy.  Niebo 

wisiało  nad  nimi  szare,  ale  nadal  wysokie.  Chmury  były  puste.  Płynęły  z  wiatrem  w  stronę 

morza, kładąc się niczym dach nad doliną, zamykając ją sobą. 

-  Coraz  gorzej  jest  wracać  -  westchnęła  Raija.  Reijo  z  trudem  przełknął  ślinę.  Już 

wcześniej o tym wspomniała. Teraz powtórzyła z pełną powagą. 

Oparła  się  policzkiem  o  kolana.  Otoczyła  je  ramionami.  Spojrzała  na  niego 

wyczekująco. Chciała dojrzeć jego reakcję na swoje słowa. 

-  Pragnę  tam  pozostać  -  powiedziała  jeszcze  wyraźniej  na  wypadek,  gdyby  nie 

zrozumiał lub nie chciał zrozumieć. Wyraźniej już nie mogła. 

background image

-  Wiesz,  co  to  oznacza?  -  spytał.  Kroił  więcej  mięsa,  niż  miał  na  nie  ochotę.  Musiał 

czymś  zająć  dłonie.  Mimo  to  czuł  niebezpieczeństwo.  O  czymś  takim  lepiej  było  nie 

rozmawiać. 

Raija pokiwała głową. 

Teraz  wiedziała,  kim  były  te  znajome  osoby  po  tamtej  stronie.  Wiedziała,  że  nigdzie 

indziej nie mogłaby ich spotkać, tylko •właśnie tam. 

Wiedziała, co to oznacza. Ciężko było o tym myśleć. 

Ale był tam Mikkal. Mikkal na nią czekał. 

Tylko  to  się  liczyło.  Tylko  w  tym  chciała  uczestniczyć.  Nie  odważyła  się  pomyśleć: 

ż

yć. To było coś innego. 

-  On  mnie  dotykał.  Obejmował  mnie  -  mówiła.  -  Czułam,  że  to  coś  zmienia.  Że  nie 

powinien  był  tego  zrobić.  Ze  przekroczył  pewien  próg.  Ale  nie  chciałam,  by  przestał. 

Chciałam trzymać go mocno. Pragnęłam, by to trwało... Sądzisz, że ja oszalałam, Reijo? 

-  Nie,  nie  sądzę.  Większość  ludzi  nie  umiałaby  tego  znieść.  Ty  umiesz.  Jesteś  silna, 

Raiju. Wielu oszalałoby po takich... podróżach. Po takich odwiedzinach. Po zobaczeniu tego, 

czego nikt nie powinien oglądać. - Ujął jej dłoń. - Mogłabyś zostać? Tak po prostu? Wybrać 

to, gdy tam jesteś? 

- Raczej tak - odparła Raija bez zastanowienia. Wcześniej już o tym myślała. - On też 

mógłby  mnie  zatrzymać,  ale  nie  robi  tego.  Wiem,  że  mógłby.  Ale  czuję,  że  to  ja  decyduję. 

Postanawiam, że wracam tu. Że jego czas jeszcze nie nadszedł. 

- Ja nie boję się umrzeć - stwierdził Reijo. - Ale boję się nie żyć. Rozumiesz różnicę? 

Ty się nie boisz? 

- Gdy jestem tam, nie. Ale tutaj umieram ze strachu. Teraz też. Najbardziej dlatego, że 

go tam nie było. Dlatego, że przebywałam w obu miejscach naraz. Co złego zrobiłam? Czy to 

przez nas, Reijo? 

Reijo  ucałował  jej  czoło,  włosy.  Objął  ją  mocno.  Sam  marzł.  Wmawiał  sobie,  że  się 

tak ochłodziło. Ale to nie powietrze było powodem wewnętrznego mrozu, który czuł. 

-  Nie  mieszaj  nas  do  tego,  Raiju!  Ja  wierzę  w  to,  co  mówisz.  Wierzę,  że  możesz  się 

tam  przenosić.  Wierzę,  że  Mikkal  tam  na  ciebie  czeka.  -  To  było  trudne.  Musiał  głęboko 

odetchnąć,  chwilę  pomyśleć.  -  Ale  wiem  także,  że  Mikkal  nie  żyje.  Ja  sam  płynąłem  z  jego 

ciałem  na  północ.  Utonęło  w  morzu.  On  umarł  jako  dorosły  mężczyzna.  I  wiem  też,  że  ty 

ż

yjesz,  moja  kochana!  Obejmuję  cię  i  czuję,  jak  jesteś  ciepła.  Jesteś  z  krwi  i  kości,  jest  w 

tobie życie. Wiem, że nie powinnaś obcować z... tą drugą stroną. Nie umiem tego nazwać. Ty 

tak. Ja ci wierzę. Nie zmyślałabyś tego wszystkiego. - Westchnął. Właściwie to byłoby prost-

background image

sze. Ale Raija nigdy nic nie zmyślała! - To, co robisz, to część życia. Nikogo nie musisz za to 

przepraszać.  Nikt  nie  może  wymagać,  byś  uznała  to  za  niebyłe.  Nikt  nie  może  wymagać, 

ż

ebyś przestała żyć jak Raija. Nikt nie może wymagać, żebyś się zmieniła tylko po to, by ich 

zadowolić. Ani po tej stronie, ani po tej drugiej. Jeśli Mikkal zrobił to specjalnie, zadał ci taki 

ból tylko po to, to niczego nie jesteś mu winna. Nie możesz być wierna komuś, kto nie żyje, 

Raiju! 

Ona to wiedziała. 

To dlatego tak się bała. 

Dlatego  czuła  lodową  obręcz  wokół  siebie.  Poczuła,  jakby  granice  zaczynały  się 

zacierać.  Powinna  mieć  tego  świadomość,  gdy  przechodziła  na  tamtą  stronę.  Powinna 

wiedzieć, gdzie jest. 

Powinna umieć wybrać. 

A nie wiedziała. 

Z szeroko otwartymi oczami szukała Mikkala. Wołała go. 

Tutaj. 

-  Czy  to  początek  końca?  -  spytała  znów.  -  Przyjechałam  tu.  Spotkałam  się  z  wami. 

Wiem, że dałam wam coś w rodzaju spokoju, przynajmniej niektórym. Muszę porozmawiać z 

Idą,  muszę  się  do  niej  zbliżyć.  To  dla  nas  ważne.  I  dlatego  się  boję,  że  jedyna  rzecz,  która 

mnie tu trzyma, to odrzucenie przez moją córkę. Może bym nie wróciła, gdyby ona tego nie 

zrobiła? Może nie ma tu dla mnie nic więcej do roboty? Czy to tak jest? 

- Boisz się? Raija pokiwała głową. 

-  Czyli  że  jest  coś  więcej.  Reijo  nie  był  tego  całkiem  pewny,  ale  włożył  w  te  słowa 

wiele stanowczości. Nie wiedział, czy ją przekona, czy nie. Raija słuchała. 

- Nie możesz wrócić z tym do Rosji! - Reijo pogłaskał ją po policzku. - Tam nikt tego 

nie rozumie. 

-  Tonią  -  zaprotestowała  Raija  słabo.  Nie  mogła  przyznać  się  przed  Reijo,  że  miał 

rację.  Nawet  Antonia  nie  rozumiała  mroku  jej  podróży.  Nie  rozumiała  bólu.  Nie  zdawała 

sobie sprawy, jak blisko krawędzi Raija balansowała. 

Reijo to rozumiał. 

- To może już nie będzie jak teraz - pocieszyła go. - Może jestem już blisko. 

-  Nie  sądzę,  żeby  to  miało  coś  wspólnego  z  miejscem,  gdzie  jesteś  -  zbijał  jej 

argumenty Reijo. - To za tobą idzie, Mały Kruku! 

Wyplątał  gałązkę  z  jej  włosów.  Przeczesał  je  palcami,  przesiał  jej  czarne  sploty. 

Czarne, gdzieniegdzie z dodatkiem jaśniejszego... Śladem mijających lat. 

background image

- Za tobą, Raiju. Czy umiałabyś żyć z tym samotnie? Czy potrafisz to unieść? 

Reijo  czuł  się zmęczony  i  obolały.  Współczuł jej  z  całego  serca.  Chciałby  pomóc  jej 

nieść jej brzemię, ulżyć w jej samotności. 

- Dotychczas tak robiłam. 

- A dalej? 

-  Coraz  częściej  chcę  tam  zostać  -  powtórzyła.  Nie  chciała  nazwać  tego  innymi 

słowami. Czuła, jakby wypełniały jej usta, stając się czymś, czego nie umiała ani przełknąć, 

ani wypluć. - Chcę zostać. Tam jest taki spokój. A ja jestem taka zmęczona, Reijo. Nie pragnę 

niczego  innego  poza  spokojem.  Poza  spokojnym  życiem,  bez  zmian  z  nocy  na  dzień.  Zbyt 

często moje życie wahało się między niebem a piekłem. Już tego nie wytrzymuję. Chcę żyć w 

spokoju... 

- Żyć? - Reijo uchwycił się tego słowa. - Żyć, Raiju? 

- Być - poprawiła niechętnie. Nie wierzył jej. 

- Przedstawię ci coś, czemu możesz się przyjrzeć - powiedział bez zastanowienia. Nie 

zdecydował  o  tym,  ale  brał  taką  możliwość  pod  uwagę.  Nie  był  przekonany  co  do 

powodzenia,  ale  nie  mógł  nie  spróbować.  -  Życie,  Raiju.  Ludzie,  których  znasz,  którzy  cię 

kochają.  Którzy  wymagają  czegoś  od  ciebie.  Którzy  robią  coś  dla  ciebie.  Dzieci,  które  cię 

potrzebują.  Dorośli,  którzy  pytają  cię  o  radę  nie  dlatego,  że  się  ciebie  boją  czy  czują,  że  są 

wobec  ciebie  dłużni,  ale  dlatego,  że  jesteś  jedną  z  nich.  Dom,  który  nie  wymaga  dużo 

zachodu.  Jedzenie  na  stole,  nie  w  nadmiarze,  ale  wystarczające.  Ubranie.  Nie  hafty  na 

cienkim materiale, ale proste bawełny i wełny. Rozgrzewana co tydzień sauna. Płaskowyże do 

wędrówek.  Lasy,  w  których  można  się  ukryć.  Wody  fiordu  jako  spiżarnia.  Góry,  które  nie 

chcą  cię  skrzywdzić,  tylko  cię  obejmują.  Nie  dławią,  ale  bronią.  Obejmują  cię  dlatego,  że 

jesteś ich częścią, a nie osobą, której można się bać. Nie taką, o której opowiada się historie. 

Ciche  życie  wśród  ścian  z  bali.  Ludzie,  którzy  cię  kochają.  Spokój.  Mężczyzna,  który  umie 

milczeć. Małe dziecko, które ma swoje wymagania, ale nic poza tym. Więcej ludzi nie będzie. 

Możesz to sobie wyobrazić, Raiju? Czy umiałabyś żyć takim życiem? Nie będzie to

 niebo, ale 

mogę ci obiecać, że na pewno nie piekło. Życie płynące równym strumieniem. Bez sztormów. 

Bez gwałtownych zmian. Spokojnie... 

- Ale bym żyła? Jesteś taki dobry, Reijo! Czy przemyślałeś to sobie? 

- Nie. Roześmiali się oboje. Mrok odsuwał się, gdy byli razem. Patrzyli w tym samym 

kierunku. Potrafili rozmawiać o trudnych sprawach. Umieli razem milczeć, ale nie o ważnych 

problemach. 

background image

-  Życie  Michaiła  to  statki.  Cała  jego  przyszłość  to  Archangielsk.  Michaił  jest 

Rosjaninem. Mojego syna nie będę przesadzała! 

-  Nie  pytałem  twojego  syna  -  odparł  poważnie  Reijo.  Zamyślił  się  na  chwilę.  - 

Pamiętasz, ile miałaś lat, gdy stałaś się samodzielna? Piętnaście. Miałaś piętnaście lat i byłaś 

w  ciąży.  Ja  miałem  szesnaście,  gdy  przetańczyłem  całą  noc  z  panną  młodą.  Pamiętam,  że 

czułem  się  dorosły.  Umiałem  wiele  i  dawałem  sobie  radę.  Nic  nie  straciłem  dlatego,  że 

wcześnie  musiałem  sobie  dawać  radę.  Nigdy  na  tym  nie  straciłem,  że  musiałem  być 

odpowiedzialny. 

- Pytasz, czy jestem w stanie zawieść jedyne dziecko, którego nie zawiodłam? 

- Mówię, że to dziecko nie jest już dzieckiem. On jest dorosły. I tak wkrótce stanąłby 

na  własne  nogi.  Założyłby  rodzinę.  Zbudował  dom.  On  ma  statki.  Będzie  zawsze  zajęty, 

Raiju. I nie zawsze będzie dla ciebie miejsce w jego życiu. Zapragnie wokół siebie powietrza 

i  przestrzeni,  jak  my  wszyscy  kiedyś.  I  to  nie  dlatego,  że  nie  byliśmy  przywiązani  do 

rodziców, ale dlatego, że chcieliśmy stworzyć coś własnego, niezależnego. 

Raija sama czuła, że zbyt kurczowo trzyma się Michaiła. Żyła poprzez niego. 

Był dla niej tak ważny... 

Raija była ważna dla niego. Ale czuła też, że zniszczyłaby coś z siebie, gdyby chciała 

zatrzymać go w domu, zobaczyć, jak staje się dorosły, żyć jego życiem. 

-  Sądzisz,  że  jako  jedyny  wybór  masz  tę  drugą  stronę!  -  Reijo  drążył  bezlitośnie, 

zrywał zasłony, za którymi chciała ukryć prawdę. - Sama wiesz, że Michaił wkrótce rozwinie 

skrzydła i odfrunie od  ciebie. Domyślasz się, że już tego próbuje. Wiesz, w jakim kierunku. 

Sama  wiesz,  że  wkrótce  się  ciebie  puści.  A  ty  przygotowujesz  się  na  spotkanie  z  innym 

ś

wiatem. Boisz się zostać sama w Rosji. Może i masz dużo. Ale mnie się wydaje, że wiele ci 

brakuje. Mówisz, że możesz wybrać inaczej. Może, ja nie wiem. Tylko ty to wiesz. Jeśli nie 

wybrać  ludzi,  to  inny  sposób  życia.  Słuchałem  ciebie  i  wiem,  że  to,  co  opowiedziałaś,  nie 

wypełni  ci  wystarczająco  życia,  by  dać  ci  radość.  Szczęście.  Dlatego  mówię  ci,  że  mam  dla 

ciebie wybór. Możesz wybrać domek na cyplu, Raiju. Nas. Mnie. 

- Jak? 

-  Zapłacimy  za  to,  jak  pokierowaliśmy  naszym  życiem.  Nie  chce  mi  się  wierzyć,  by 

wtrącili  nas,  starych,  do  więzienia.  Prędzej  skarżą  nas  na  odosobnienie  w  naszym  domu  na 

cyplu.  Ludzie  powoli  zapomną.  Albo  możemy  wziąć  ślub  na  nowo.  Mamy  nowego  księdza. 

Ja jestem wdowcem. Ty jesteś Rosjanką Raisą Bykową. Zdarzało się już wcześniej, że ludzie 

brali ślub z nagłej miłości. 

background image

-  Ludzie  się  dowiedzą  -  zaprotestowała  Raija.  Nie  wierzyła  w  powodzenie  jego 

rozwiązań. - Już mówią. 

- Mówią - zgodził się Reijo. - Ale to nie ma większego znaczenia. Zależy, kto mówi i 

kto  słucha.  Istnieje  wiele  tajemnic,  które  stały  się  własnością  publiczną  i  nie  zaszkodziły 

temu, kogo dotyczyły. Sądzę, że masz dużo możliwości wyboru, Raiju. 

- Muszę to przemyśleć. - Raija nie chciała go zranić, odmawiając od razu. 

Najgorsze, że mogłoby się stać właśnie tak, jak jej to przedstawił. 

Mogłoby być dobrze... 

O  takim  życiu  marzyła.  Spokojnym  i  bez  większych  zmartwień.  Pomiędzy  ludźmi. 

Ż

yciu  dla  kogoś.  Z  możliwością  ucieczki  do  samotności,  gdyby  chciała.  Rozpostarciem 

skrzydeł, gdyby chciała latać. 

Mogłoby być dobrze... 

-  Muszę  mieć  miejsce  na  moje  krosna  -  uśmiechnęła  się  przekornie.  W  wyobraźni 

ujrzała swoje wielkie krosna z domu nad Dwiną. Zwoje wełny, które trzymała w skrzyniach. 

- Mam miejsce - odparł Reijo. - Pokoje opustoszeją, gdy Elise i Matti się wyprowadzą. 

Zostanę tylko ja i Ivar Antti. Nie damy rady ich zapełnić. I nie jestem jeszcze tak niedołężny, 

by  potrzebować  kogoś  do  pomocy.  Nie  zamierzałem  szukać  żadnej  kobiety.  Skończyłem  z 

tym. Kochanie kogoś przysparza także bólu. Nie sądziłem, bym spotkał jeszcze kogoś, z kim 

chciałbym dzielić życie. Stałem się wybredny na stare lata. 

- Myślałby kto... - mruknęła, lecz nie mogła powstrzymać śmiechu. Poczuła, jakby los 

z  nią  igrał,  bezlitośnie  zamieniając  kolory  nici,  które  ona  tak  starannie  przygotowała  i 

zaplanowała do swego gobelinu. 

- Wiem, czego mogę się po tobie spodziewać - uśmiechnął się Reijo. - Nie chcę, byś 

teraz  odpowiadała.  Sama  postanowisz.  Jeśli  odpłyniesz,  zrozumiem,  że  to  ostateczna 

odmowa, że nie chciałaś powiedzieć mi tego w oczy, by nie zranić moich uczuć. 

Przygotowali  się  do  dalszego  marszu.  Niebo  poszarzało,  chmury  zgęstniały,  ale  nie 

wyglądały na deszczowe. Pewnie wypadały się gdzieś na pustkowiach. 

- Chciałabym pojechać do Finlandii - powiedziała Raija po dłuższej chwili marszu w 

milczeniu. - Może nie powinnam, ale chciałabym zobaczyć Maję. Knuta, Ailo. Nie wystarczą 

pozdrowienia,  nie  po  tym  czasie.  Nie  po  tym  wszystkim,  co  się  działo.  Wiem,  że  to 

niemożliwe, ale mimo to chciałabym tego. W moim sercu będą puste miejsca. 

Reijo rozumiał, co się w niej dzieje. Co w sobie budowała. Dlaczego. Bez względu na 

to, co on mówił, Raija czuła, że musi się usprawiedliwiać wobec tego, który nie mógł niczego 

od niej żądać. Tego po drugiej stronie. 

background image

Nie  był  to  czas,  by  ją  naciskać.  Nie  mógł  jej  zmuszać,  mimo  że  czuł,  że  jego 

propozycja będzie dla niej najlepsza. 

Bolało  go,  gdy  wyobrażał  sobie  ją  na  miejscu  w  Rosji.  Źle  by  się  czuł  ze 

ś

wiadomością, że ona tam jest. Ze tęskni. Że żyje pozbawiona tylu rzeczy. 

Szli  w  milczeniu,  pogrążeni  w  myślach.  Mimo  że  nie  dzielili  się  nimi,  nie  czuli  się 

samotni. 

Zrobiło  się  bardziej  stromo.  Opadła  mgła,  otulając  ich  gęstą  zasłoną  i  obdarzając 

wilgotną pieszczotą. 

Reijo i tak wiedział, gdzie są, znał te okolice. Zapewnił Raiję, że się nie zgubią. Może 

po nieco dłuższym czasie, ale dotrą wieczorem do namiotu chłopaków. Trochę będą musieli 

się  wspinać,  ale  nie  poważnie.  Nawet  kobieta  w  spódnicy  da  sobie  tu  radę,  no  i  starszawy 

mężczyzna też. Ale to tylko spacer wzdłuż rzeki. 

Przyjęła jego słowa. On  wiedział najlepiej, znał teren. Raija nie bała się ani skał, ani 

mgły.  Nadal  widzieli,  co  mają  przed  sobą.  Przyroda  nie  schowała  się  całkiem  przed  nimi. 

Rzekę zresztą było dobrze słychać. 

Raija przemoczyła kumagi. Jeden rzemyk się jej rozluźnił, rano nie chciało jej się go 

porządnie zacisnąć. 

Rozwiązywał  się  coraz  bardziej.  Nie  mogła  go  poprawić,  bo  akurat  musiała  trzymać 

się oburącz skały. 

Nie  chciała  mówić  o  tym  Reijo,  bo  ten  schodził  szybko  jak  kozica.  Wołał  do  niej, 

czego może się złapać, na czym stanąć. Brakowało jej czasu na zastanowienie. 

Już  wiele  lat  nie  poruszała  się  w  takim  terenie.  W  Rosji  wszystko  było  płaskie  i 

rozległe. 

O ile mogła dostrzec, miała już niedaleko. Pod sobą widziała gęste zarośla. 

Ufała, że Reijo nigdy nie zmusiłby jej do przejścia tej drogi, gdyby nie był pewien, że 

jest bezpieczna. Inaczej nie schodziliby po stromym zboczu we mgle! 

Znalazła  ścieżkę,  o  której  wspomniał  Reijo.  Szła  krok  za  krokiem.  Rzemyk  wisiał 

luźno, ale nie przeszkadzał jej, jeśli o nim nie myślała. Wolałaby tylko go nie zgubić. 

-  Już  niedaleko!  -  Reijo  wołał  do  niej  z  ziemi.  Raiji  ulżyło  na  sercu.  -  Na  prawo! 

Widzisz? Idź blisko skały, ale nie puszczaj trawy! 

Zrobiła, jak powiedział. Rzemyk zaczepił się o korzeń, obok którego przesunęła nogę, 

i przytrzymał ją, zanim znalazła coś, czego mogłaby się uchwycić... 

Spadła. 

background image

Krzewy  w  stóp  Reijo  przejęły  nieco  impetu  upadku,  ale  Raija  spadła  tak  nagle,  że 

Reijo nie zdążył jej złapać. Zanim się zorientował, ręce zagarnęły tylko powietrze. 

Ś

cieżka  szła  wzdłuż  półki  skalnej.  Do  rzeki  było  niedaleko.  Raija  spadła  z  półki  i 

potoczyła się w dół. 

Reijo słyszał jej krzyki, gdy zaczął biec ścieżką. I tak by nie pomogło, gdyby biegł po 

stromym. 

Zanim zdążył do niej dotrzeć, zapadła cisza. 

background image

13 

Spadła  aż  na  sam  dół.  Plecak  leżał  pod  jej  głową  i  karkiem.  Cud  boski  sprawił,  że 

przyjął na siebie ostatnie uderzenie. 

Reijo dobrze wiedział, że Raija mogła sobie złamać kark. 

Miała  na  sobie  ślady  potłuczeń  i  otarcia.  Krew  płynęła  z  policzka.  Reijo  bardziej  się 

bał takich krwotoków, których nie mógł widzieć. 

Stał  bezsilnie  kilka  minut.  Popatrzył  w  górę  na  skałę.  Była  wysoka  na  dziesięciu  - 

dwunastu ludzi. Miała tu i ówdzie występy. Raija mogła się o nie poobijać, ale przynajmniej 

zwolniły tempo upadku. 

Oddychała. Reijo wiedział, że mogłaby już nie oddychać, gdyby spadła prosto w dół. 

Nie wiedział, czy ma za to dziękować. Nie wiedział zresztą, komu. 

-  Prawie  ją  miałeś  -  rzucił  w  powietrze.  -  Mam  nadzieję,  że  jej  teraz  nie zatrzymasz. 

Ona jeszcze ma tu coś do załatwienia. Tobie się nie spieszy. Nic ci się nie stanie, jeśli sobie 

trochę  poczekasz.  Wieczność  jest  długa.  Ona  do  ciebie  przyjdzie.  Wtedy,  gdy  nastanie  jej 

czas. Wtedy będziesz ją miał na zawsze. Ale teraz jeszcze za wcześnie. 

Reijo przerwał sam sobie: 

- U diabła, stoję tu jak stary wariat i gadam sam do siebie. Albo do kogoś, kto dawno 

nie żyje! 

Ostrożnie  próbował  wyjąć  plecak  spod  głowy  Raiji,  ale  zaniechał  tego.  Uznał,  że 

ochrania jej kark. 

Nie wyglądało, by coś sobie złamała. 

Wolałby  chyba,  by  umarła,  niż  straciła  władzę  w  nogach.  Jej  wszystkie  marzenia  i 

tęsknoty związane były z możliwością poruszania się. 

Reijo podniósł Raiję i zarzucił sobie na kark. Trzymał za ręce i kostki u nóg. 

Musiał  zachować  wielką  ostrożność.  Posuwał  się  z  trudem,  a  miał  przed  sobą  długą 

drogę. 

Liczył, że dotrą do miejsca wyrębu przed wieczorem. Teraz musiał zdążyć. 

Przynajmniej - spróbować. 

Matti  i  Sedolf  zakończyli  pracę  na  dziś.  Ich  dni  rozpoczynały  się  wcześnie  i  trwały 

długo. Żaden z nich nie bał się pracy, zwłaszcza gdy wykonywali ją dla swego dobra. 

Matti  nie  mógł  się  doczekać,  kiedy  zamieszka  u  siebie.  Nie  był  pewny,  czy  zdążą 

przed  zimą.  Już  wcześniej  pomagał  przy  stawianiu  domów.  Wprawni  pracownicy  byli  w 

background image

stanie ustawić kilka bali w ciągu dnia. Trzeba było je dobrze wpasowywać tak, by nie pozo-

stały zbyt duże szpary. Nie powinno się wpychać pomiędzy bale zbyt wiele mchu. 

Mieli mało czasu. 

Drewno nie wyschło jeszcze porządnie, ale mimo to postanowił zaryzykować. 

W  domku  na  cyplu  nie  było  im  źle,  mieszkali  u  swoich.  Ale  Matti  żył  myślą  o 

własnych czterech ścianach. O drzwiach, które Elise zamknie wieczorem kluczem wiszącym 

w pęku u jej pasa. 

- Wymarzną się w tych górach - stwierdził Sedolf, wskazując głową na mgłę. Spłynęła 

po południu i zawisła na czubkach drzew. 

Siedzieli przy ognisku, przeciągając nieco wieczór. Dobrze było odpocząć, oddychając 

ś

wieżym powietrzem. W namiocie tylko spali. Namiot był prostszą odmianą lapońskiej jurty. 

Składał  się  z  długich  gałęzi  ustawionych  w  szpic  i  okrytych  skórami  i  wełnianymi  pledami. 

Na ziemi rozłożyli skóry i kolejne pledy. Nie mieli miejsca na palenisko. Bywało im zimno, 

ale wtedy raczej wstawali wcześniej i rozpoczynali pracę. Gdy się kładli, nigdy nie panowało 

aż takie zimno, by nie mogli zasnąć. 

-  Pewnie  się  rozgrzewają  -  odparł  Matti  ze  śmiechem  i  dwuznacznym  spojrzeniem.  - 

Ty pewnie też zauważyłeś gorącą krew rodu Alatalo u Idy, prawda? 

Sedolf nie mógł zaprzeczyć. 

- Naprawdę myślisz, że oni...? 

- No cóż - zastanowił się Matti, gryząc  gałązkę.  Zapomniał wziąć z domu tytoniu do 

ż

ucia  i  czasem  mu  tego  brakowało.  Radził  sobie,  jak  umiał.  -  Moja  siostra  jakoś  nie 

odmówiła.  A  ma  słabość  do  Reijo.  A  on  na  tyle  jest  mężczyzną,  że  wie,  jak  dobrze  jest  w 

kobiecych ramionach. Coś jest pomiędzy nimi, są sobie tak bliscy. Chociaż nie tak samo jak 

kiedyś  Raija  i  Mikkal.  Jak  ty  i  Ida.  Ja  i  Elise.  Ale  coś  istnieje,  rozumiesz?  Ja  mam  swoje 

zdanie o tej ich wyprawie. Sądzę, że Reijo jest bardziej przebiegły, niż sobie wyobrażamy. 

Zaśmiali  się,  zostawiając  ten  temat.  Mieli  suszone  mięso  i  chleb.  Kwaśne  mleko, 

masło i ser, które trzymali w chłodzie w jamie wykopanej w torfie. Mieli też piwo uwarzone 

przez  Idę  i  przesłane  z  upomnieniem,  by  nie  wypili  wszystkiego  od  razu.  Niczego  im  nie 

brakowało. 

- Czy to łoś? - Matti usiadł gwałtownie i wpatrzył się w cienie lasu. 

-  Nie  wypiłeś  aby  za  dużo?  -  spytał  Sedolf.  Uraczyli  się  z  dzbanka  po  dniu  dobrej 

pracy, to prawda. - A może to niedźwiedź? - dodał z roztargnieniem, bardziej zajęty chmarą 

meszek krążących mu nad głową. Odganiał je dmuchnięciem i z rozbawieniem obserwował, 

jak po chwili walczą o utracone pozycje. 

background image

-  Boże  jedyny!  -  zawołał  Matti.  Ton  jego  głosu  na  dobre  oderwał  Sedolfa  od  jego 

zajęcia. 

Reijo  z  trudem  wyszedł  z  zagajnika  brzozowego.  Raija  leżała  bez  życia  na  jego 

barkach. 

Zatrzymał  się,  gdy  ich  dostrzegł,  i  zachwiał  się.  Dobiegli  do  niego.  Sedolf  przejął 

Raiję, zaniósł ją do namiotu i położył, nie zdejmując z niej plecaka. Zbliżył dłoń do jej ust i 

sprawdził, że oddycha. 

- Żyje? - spytał Reijo mrocznym głosem. Nie usiadł. 

- Co się stało? - spytał Matti. 

- Gdzie macie konia? - spytał Reijo, nie odpowiadając na jego pytanie. 

- Ida nas tu przywiozła - odparł Sedolf. - Przyjedzie pojutrze. Tak zdecydowaliśmy, by 

nie zajmować się jeszcze koniem. 

-  Dobry  Boże!  -  stęknął  Reijo.  Wszedł  na  czworaka  do  namiotu  i  usiadł  obok  Raiji. 

Pogłaskał  ją  po  policzku.  -  Spadła  niemal  na  gołą  skałę.  Myślałem,  że  nie  żyje.  -  Pogładził 

pieszczotliwie  skórę  plecaka.  -  To  on  ocalił  jej  kark.  Gdyby  wylądowała  inaczej,  i  tak  nie 

byłoby istotne, że Ida przyjedzie dopiero pojutrze. Nie wiem, jak źle z nią jest, ale nie ocknęła 

się jeszcze. 

Sedolf zaczął wciągać sweter. 

-  Idę  po  wóz  -  rzucił.  -  Będzie  szybciej  niż  pojutrze.  Dojdę  na  dół  jeszcze  za  nocy. 

Wtedy  Ida  przyjedzie  wozem,  a  ja  pójdę  spać.  Jesteście  jej  najbliżsi,  będziecie  z  nią.  Mam 

nadzieję, że zdążę. 

Nie odwodzili go od tego pomysłu. Nic innego nie mogli zrobić. 

- Czy ona umrze? - spytała nie po raz pierwszy Ida. 

Sedolf  siedział  i  niemal  drzemał,  obejmując  Mikkala.  Nie  mieli  czasu,  by  odwozić 

chłopca do Elise na cypel. 

Zaprzągł tylko konia i załadował koce i mikstury, które  Ida dostała od Anjo. Nie był 

jednak pewien, czy Ida wiedziała, jak ich użyć. 

Był bardzo wczesny ranek. Nawet Reijo by jeszcze nie wypłynął na poranny połów. 

- Umrze? 

- Nie wiem - odparł Sedolf tak samo, jak wcześniej. 

- Czy ona wygląda, jakby miała umrzeć? - nie poddawała się Ida. 

-  Oddychała,  ale  nieprzytomna.  Krwawiła  i  była  potłuczona.  Zresztą  nie  wiem,  Ida. 

Reijo też nie wiedział. Skąd, u diabła, mam wiedzieć? Przecież od razu ruszyłem na dół! 

background image

- Nie musisz przeklinać! - odgryzła się  Ida. - Po  co tata zmuszał ją do wspinaczki? - 

spytała samą siebie. Sedolf musiał się uśmiechnąć. Ida była jedyna w swoim rodzaju. 

- Dlaczego ja zachowywałam się jak głupia? Jak rozpuszczony bachor? 

-  Może  taka  jesteś?  -  odparł  Sedolf  bez  zastanowienia.  Z  trudem  nadążał  za  jej 

słowami. Nie chciał też budzić Mikkala. Chłopczyk zasnął od razu, gdy go położyli na wozie, 

mimo  że  zdziwił  się,  gdy  go  wynieśli  z  łóżeczka.  Mały  tyle  podróżował  w  swoim  życiu,  że 

wiele rzeczy akceptował. Sedolf poczuł przypływ czułości do malca. - Ona spadła nie dlatego, 

ż

e się tak zachowywałaś - musiał jednak dodać. Ida zawsze ubarwiała rzeczywistość, dodając 

sobie znaczenia i oceniając los tak, jak jej pasowało. - Nawet cię tam nie było! - dodał,  gdy 

Ida nie odpowiadała. - Twój ojciec nie dlatego wziął ją w góry, że ty byłaś nieprzejednana. 

- A dlaczego? 

-  Boże,  Ida!  Ani  ty,  ani  ja  nie  mamy  z  tym  nic  wspólnego!  Tylko  ich  dwoje!  Oni  są 

twoimi rodzicami, ale nie muszą się przed tobą tłumaczyć ze swoich poczynań. 

Zamilkła. Sedolf widział, że ona płacze, ale to był jeden z tych razów, gdy lepiej było 

jej nie przytulać. 

Musiała być z tym sama. 

Sedolf zresztą poczuł się tak wyczerpany, że zasnął. 

- Czy ona umiera? - Ida rzuciła się na ojca. Płakała i była jednocześnie zła. - Dlaczego 

ją  tam  ciągnąłeś?  Przecież  ona  nie  chodziła  po  górach,  od  kiedy  żyje  w  Rosji!  Wszyscy 

mówią, że tam jest gładko jak na pupie dziecka! Czy nie myślałeś? 

Uderzyła go pięścią w klatkę piersiową, waliła niczym w bęben. Reijo pozwolił jej na 

to. Gdy uderzenia ustały, objął ją i otarł jej łzy kciukami. 

-  Obmyliśmy  jej  rany  -  powiedział  spokojnie.  -  Opatrzyliśmy.  Zużyliśmy  na  to  jej 

halkę. Raija na pewno się potłukła, ale niczego nie złamała. To zakrawa na cud. - Zaczerpnął 

powietrza. Sam nie spał zbyt wiele, pozwalał sobie tylko na krótkie drzemki. Nic nie jadł, nie 

miał  na  nic  ochoty.  -  Gdyby  odniosła  jakieś  wewnętrzne  obrażenia,  krwawiłaby.  Ale  nic  się 

nie dzieje. Tylko śpi. 

- Śpi? - Ida zadrżała. 

- Śpi - potwierdził Reijo zmęczony. - Podróżuje. Nazwij to, jak chcesz, moja Ido. 

- Zimnym snem? Pokiwał głową. 

- Na to nic nie możemy poradzić. Staramy się, by jej było ciepło. Siedziałem koło niej, 

trzymałem za rękę. Ale chyba ze mnie kiepska kotwica, Ida. Chyba już jest za późno. Nic nie 

może jej pomóc: żadne zioła czy lekarz. Nic nie pomoże puszczanie krwi czy modlitwy. Coś 

innego ma nad nią teraz władzę. 

background image

-  Nie  mogę  tak  czekać!  -  Ida  nigdy  nie  odznaczała  się  cierpliwością.  Wszystko 

musiało się dziać natychmiast. Sięgnęłaby po cuda. - Czy Maja mogłaby jej pomóc? 

-  Nie  wiem.  Ida  przebiegła  obok  niego,  weszła  na  kolanach  do  namiotu  i  zatrzymała 

się przy matce. Przyłożyła dłonie do jej policzków, ogrzewając je. 

Były takie zimne! 

- Dajcie tu koce! - zawołała Ida, wysuwając głowę z namiotu. 

Reijo posłuchał. Sedolf i mały Mikkal nadal spali na wozie. 

Obłożyli kocami skóry okrywające Raiję. Wiedzieli jedno: że ma jej być ciepło. 

Jednak ona nadal była zimna, gdy po dłuższej chwili sprawdzili. 

Posunęli się, robiąc miejsce jeszcze dla Mattiego. 

Najwcześniejsze  ptaki  odzywały  się  już  w  koronach  drzew.  Nie  wiadomo  było,  czy 

słońcu uda się przedrzeć przez mgłę. Próbowało, ale mgła nadal była gęsta jak mleko. 

- Rozmawialiśmy o tym  - powiedział w końcu Reijo. Nie czuł, by zawodził zaufanie 

Raiji. Musiał się tym z kimś podzielić. A Ida i Matti byli jej jeszcze bliżsi. Ta sama krew. - 

Ona podróżuje pomiędzy tym a rzeczywistością. Nie zawsze odróżnia te stany. Sama się lęka 

tego czegoś. Lęka się, że to straci albo że oszaleje. Ale naprawdę to coś staje się dla niej naj-

ważniejsze z tego, co ma. Michaił niedługo dorośnie. A w Archangielsku nie pozostawiła zbyt 

wiele.  Dobrze  jej  tam,  ale  wiele  jej  brakuje.  -  Reijo  zaschło  w  ustach.  -  To  nie  jest  łatwe  - 

mówił  dalej.  -  Ja  tego  też  nie  rozumiem.  Ona  przechodzi  do  świata,  gdzie  panuje  spokój. 

Gdzie  czeka  na  nią  Mikkal.  Rozmawia  z  nią.  Dotychczas  za  każdym  razem  wracała.  Ale 

mówi, że coraz niechętniej. Wolałaby zostać tam z Mikkalem. 

- O Boże, tato! - zawołała Ida. - Wierzysz w to? 

- Przecież sami to widzimy, prawda? 

Ida nie odpowiedziała. 

-  Dziś  w  nocy  coś  się  wydarzyło  -  mówił  dalej  Reijo.  -  Ona  znów  śniła.  Przeszła  na 

tamtą stronę. Ale gdy się ocknęła, nadal tam była. Rozmawiała ze mną, poznała mnie. Ale nie 

wiedziała,  gdzie  jesteśmy.  Szukała  Mikkala.  Biegła  godzinami,  wołając  go,  zanim  wróciła 

naprawdę. Z trudem za nią nadążałem. 

W namiocie zapadła cisza. 

- Ja nie wiem, czy ona zechce wrócić - powiedział Reijo smutnym tonem. - Skoro już 

tam jest... 

Ida wyszła. 

Reijo został, trzymając dłoń Raiji w swojej. Czasami zasypiał. Za każdym razem, gdy 

się budził, dłoń Raiji była równie zimna. 

background image

Reijo się bał. 

To  się  zdarzało  wcześniej,  nie  było  mu  nieznane.  A  Raija  może  już  wystarczająco 

długo żyła? Zdążyła pozostawić po sobie ślady. 

Jeśli  nie  powróci,  może  to  będzie  miało  sens.  Ale  będzie  za  nią  tęsknił.  Bardziej  niż 

wtedy, gdy zniknęła piętnaście lat temu. 

Tym  razem  czekał.  Widziała  go.  Stał  nieporuszony  i  czekał.  Patrzył  w  jej  kierunku. 

Wiedział, że przyjdzie. 

Co mogła zrobić innego, niż pobiec ku niemu? To z nim było jej najlepiej! 

Raija nie miała jednego  rzemyka u kumagów,  ale mimo to biegła.  Frunęła! Prosto  w 

jego objęcia. 

- Wiedziałeś, że przyjdę? - spytała, zdyszana, gładząc go po włosach. 

- Wołałem ciebie - odparł. - Ale potem żałowałem. 

-  Żałowałeś?  -  Musiała  się  mu  przyjrzeć.  Powaga  jego  głosu  zdziwiła  ją.  Oczy  mu 

pociemniały,  straciły  swój  bursztynowy  odcień.  -  Ja  cię  szukałam,  Mikkal.  Nie  słyszałeś 

mojego  wołania?  Myślałam,  że  mnie  porzuciłeś!  Sądziłam,  że  już  na  mnie  nie  czekasz!  A 

obiecałeś! Obiecałeś, że będziesz na mnie czekał. Dawno temu obiecałeś, że zawsze będziesz 

się mną opiekował. Zawsze. 

-  Opiekuję  się  tobą  -  powiedział  łagodnie.  Odsunął  ją  na  odległość  ramienia  i 

popatrzył z czułością. Uśmiechnął się swoim uśmiechem z młodości. Tym, który miał, zanim 

spotkały  go  wszystkie  zawody,  zanim  poznał  smak  goryczy,  zanim  zrozumiał,  że  poświęcił 

zbyt wiele. 

-  I  czekam  na  ciebie,  Mały  Kruku.  Powiedz  mu,  żeby  cię  tak  nie  nazywał.  Ty  jesteś 

moim Małym Krukiem. Czekam na ciebie. 

Pokazał jej tereny, które przypominały do złudzenia te, po których biegali jako dzieci. 

Ale nie te same. 

Stali obok siebie. Było lato. Zawsze było tam lato, gdy przychodziła. 

Raija nie chciała pytać, czy mają też tę błękitną jesień, którą kochała. Sama zobaczy. 

Mikkal pogładził jej twarz obiema dłońmi, delikatnie, pieszcząc każdy skrawek skóry. 

Ona nie mogła go dotknąć. Cofnął się, gdy podniosła ręce. 

- Ja czekam - zapewnił. - Nadal czekam. Czuję się samotny, lecz czas inaczej tu mija. 

Raija  nic  nie  odpowiedziała.  Nie  byłaby  uczciwa,  gdyby  stwierdziła,  że  nie  chce 

wracać. On to czuł. 

-  Nie  przyjdziesz  tu  przez  jakiś  czas  -  rzekł.  -  Oprę  się  pokusie  i  nie  będę  cię  wołał. 

Nie  przyjdę  do  ciebie.  Nie  będziesz  o  tym  myślała.  Nie  będziesz  myślała  o  mnie.  Podróże 

background image

tutaj już ci nie służą. Nie chcę, by ci się coś stało. Osiągniesz spokój, Mały Kruku. Ale gdy 

twój czas nadejdzie, przyjdę po ciebie. Moja jurta na ciebie czeka. Ja też. 

- Auu! Wszystko mnie boli! 

- Raija? - Głos Reijo gruby ze wzruszenia. Dłoń ściskająca jej dłoń. Palce były chyba 

jedyną częścią ciała, która jej nie bolała. 

- Mama? - Głos tak podobny do jej głosu. Chłodna dłoń na czole. - Jezu, jak dobrze, 

ż

e wróciła! Już będę święta do końca życia! 

- I tak nie wytrzymasz, Ida! - Głos Mattiego pełen był udawanej słodyczy. 

Raija  otworzyła  oczy.  Nawet  to  bolało.  Wszystko  ją  bolało.  Nad  sobą  ujrzała  trzy 

twarze.  Z  niedaleka  dobiegał  ją  odgłos  uderzeń  siekierą  i  chłopięcy  głosik,  mówiący  coś 

mieszanką  fińskiego  i  norweskiego.  Odpowiadał  mu  po  norwesku  męski  głos.  Rozpoznała 

głos męża Idy. 

- Ten cholerny rzemyk! - przypomniała sobie Raija. 

- No, w głowie ma wszystko na miejscu - stwierdził Matti. - Możesz poruszyć rękami i 

nogami? Boli cię coś? 

Raija chciała się zaśmiać, ale zbyt ją bolało. 

- Spytaj mnie jutro! Przecież tam nie było tak stromo... 

-  Poleciałaś  przez  następne  zbocze  -  rzucił  Reijo.  W  jego  oczach  coś  błyszczało.  Po 

prostu płakał i nie robił nic, by to ukryć. - Myślałem, że się zabiłaś, Raiju! Byłem pewien, że 

tym razem stamtąd nie wrócisz. Sądziłem, że on już cię zabrał do domu. 

Raija zamknęła oczy. Nadal czuła dłonie Mikkala na twarzy. Tęskniła za nimi. 

- „Więcej tam nie pójdę. Dopiero wtedy, gdy tam pozostanę na zawsze. 

Nie tłumaczyła więcej. 

- Cieszę się, że wróciłaś. - Ida klęczała obok ojca. Raija dostrzegła ich podobieństwo, 

a  zarazem  podobieństwo  do  siebie.  -  To  wszystko  źle  wyszło  -  mówiła  dalej  Ida.  - 

Przepraszam za to. Teraz mam nadzieję, że się poznamy. Że wybaczysz swojej głupiej córce. 

Już tyle czasu zmarnowałam! Gdybyś umarła, nigdy bym sobie tego nie darowała! Napiszę do 

Mai i opowiem jej wszystko! O mnie też. Może ona też zmieni zdanie. Napiszę i wyślę list po 

listopadowym  jarmarku  przez  kupców.  Musisz  trochę  u  nas  pomieszkać!  Przecież  kiedyś  to 

był twój dom! 

- Zupełnie jakbym słyszał ciebie, gdy byłaś w jej wieku - zaśmiał się Reijo. - A może 

nawet brzmi to gorzej, o ile to możliwe. Ale chyba będą z niej ludzie. 

Objął Idę ramieniem, promieniejąc ojcowską dumą. 

background image

- Poznamy się - obiecała Raija. Popatrzyła w oczy Reijo. - I może nie będziemy miały 

za  mało  czasu.  Twój  ojciec  prosił  mnie,  bym  przemyślała  coś,  co  kusi  mnie  coraz  bardziej. 

Zaproponował mi coś, czemu trudno odmówić. 

- Czy to oznacza „tak”? - zdumiał się Reijo. 

-  Nie  mogę  pokiwać  głową!  -  zaśmiała  się  Raija,  choć  uśmiech  też  ją  bolał.  -  Ale 

pragnę tego spokojnego życia, które mi obiecałeś. Domku na cyplu. Was. Ciebie. 

-  Dam  temu  radę  -  obiecał  Reijo  -  nawet  jeśli  miałbym  pójść  za  ciebie  do  więzienia. 

Chyba tego jeszcze nikt dla ciebie nie zrobił? 

- Tylko ty. 

-  Co...?  -  chciała  spytać  Ida.  Patrzyła  od  matki  do  ojca.  Zaczynała  coś  rozumieć,  ale 

nie była pewna. To wydawało się zbyt pospieszne. Pomyślała o Helenie. Ale uśmiechnęła się 

do nich i poczuła, jak radość rozchodzi się po jej duszy. 

-  Miałem  rację,  gdy  przepowiadałem  działanie  krwi  rodu  Alatalo  -  mruknął  Matti.  - 

Piekielnie gorąca... 

-  Twoja  matka  zgodziła  się  tu  zostać  -  wytłumaczył  Reijo  Idzie.  -  Oboje  nie  mamy 

teraz zbyt wiele oprócz siebie. Ci, z którymi dzieliliśmy dzieciństwo i młodość, odeszli. Tylko 

ja  i  ona  ich  pamiętamy.  Możemy  sobie  siedzieć  na  cyplu  i  wspominać.  Możemy  uczynić 

swoje  dni  jaśniejszymi.  Kochamy  się.  Raija  jest  moim  najstarszym  przyjacielem,  a  ja  jej. 

Mam nadzieję, że nie widzisz w tym nic złego. 

- Weźmiecie na nowo ślub? - Ida wpatrzyła się w niego z niedowierzaniem. 

- Nie wiem, jak się do tego zabierzemy - przyznał Reijo. - Ale na pewno jakoś to się 

musi udać. 

-  Zapomniałeś  działania  tej  krwi!  -  Matti  poklepał  Reijo  po  ramieniu  i  mrugnął 

znacząco do Raiji, zanim wycofał się z namiotu. - Wiem na pewno, że jest wrząca. Nieważne, 

jakie  usprawiedliwienia  starasz  się  nam  przedstawić.  Zresztą  krew  Kesaniemich  też  nie  jest 

spokojna! 

Strupy spadły i siniaki zbladły. Dopiero wtedy Raija zgodziła się na podróż na drugą 

stronę fiordu. 

- Nikt nie powinien myśleć, że zbiłeś mnie, by mnie dostać! - stwierdziła Raija bardzo 

stanowczo. 

I zaczekali. 

W  budowie  domu  doszli  już  do  okien.  Mężczyźni  liczyli,  że  uda  im  się  przed 

pierwszym  śniegiem  położyć  dach.  Już  nacięli  darni.  Kobiety  zebrały  dużo  mchu. 

background image

Przechowywały  go  w  workach  po  rosyjskiej  mące.  Niektóre  kobiety  szyły  z  tych  worków 

spodnie. Tylko Ida nie chciała ubrać w coś takiego Sedolfa. 

Teraz kobiety obierały brzozową korę, która miała leżeć pod pierwszą warstwą darni: 

tą kładzioną trawą do dołu. Druga warstwa miała mieć trawę na wierzchu. 

Wszyscy przykładali się do roboty. Dzieci pracowały i bawiły się na zmianę. 

Statek zawinął do fiordu. 

Raija nie przypuszczała, że będzie aż tak płakała, że już zacznie za nim tęsknić... 

Michaił nie był zaskoczony. 

Został  trzy  dni.  Pomógł  trochę  przy  budowie  domu  Mattiego.  Przenocował  u  Idy  i 

Sedolfa.  Siedzieli  wszyscy  wokół  stołu,  tworząc  wielką  rodzinę.  Raija  i  Oleg  tłumaczyli  tak 

szybko, że Misza nadążał za rozmowami. 

Michaił stał się częścią rodziny. Miał teraz rodzeństwo. 

- Będzie ci tu lepiej - powiedział, gdy Raija próbowała mu tłumaczyć swoją decyzję. - 

Stąd pochodzisz. Kochają cię. Tu jest twój dom! 

- Ty będziesz tak daleko, Misza! Wtedy on też zapłakał. Objęli się. Matka i syn płakali 

i rozmawiali przez całą noc. 

-  Wrócę  przyszłym  latem  -  powiedział  z  uśmiechem,  odpływając  na  statek.  - 

Przywiozę twoje krosna, mamo. I skrzynię z Wielikiego Ustiuga. I ikonę. 

- Bylebyś sam przyjechał, Misza! Uśmiechnął się. 

- Wezmę też Olgę, mamo. Chyba się z nią ożenię. Spokojnie, mamo! Nie od razu! 

To też działo się już dawno. Raija stała wtedy na brzegu, dopóki statek nie zniknął jej 

z oczu. 

Podjęła postanowienie. 

Teraz  stała  na  drugim  brzegu  fiordu  i  nie  czuła  się  najlepiej.  Była  ubrana  na  czarno. 

Reijo  miał  na  sobie  odświętne  spodnie,  białą  koszulę,  kamizelkę  i  kurtkę.  Odmówił  tylko 

włożenia kapelusza. 

Kristoffer  nie  czuł  się  bardziej  pewnie  w  swoim  niedzielnym  stroju.  Byli 

zdenerwowani, jakby szli w konkury. Raija musiał zagrozić im, że wskoczy do wody, gdy na 

ś

rodku fiordu zażyczyli sobie łyka wódki dla kurażu. 

Tego  jeszcze  brakowało,  żeby  śmierdzieli  alkoholem  przy  rozmowie  z  księdzem! 

Wolałaby wtedy odpłynąć do Archangielska! 

- Jesteś pewien, że potrafisz spojrzeć w oczy księdzu i przekonująco skłamać? 

-  Łyczek  wódki  na  pewno  by  pomógł  -  zaczął  Kristoffer  ostrożnie,  ale  po  spojrzeniu 

Raiji dodał: - Oczywiście, że bez niego też dam radę. 

background image

- Im szybciej przez to przejdziemy, tym prędzej się napijesz! 

Reijo pocił się w swoim stroju. Nic dziwnego, powietrze było jeszcze ciepłe, a on nie 

zakładał grubej niedzielnej kurtki na co dzień. 

- To jest kobieta, z którą chcesz się ożenić, Reijo Kesaniemi? 

Ksiądz,  mrużąc  oczy,  przypatrzył  się  Raiji.  Ujrzał  niewysoką  kobietę  o  nietutejszych 

rysach twarzy. 

- Tak, to ona - odparł Reijo. Nadal się pocił, ale stał pewnie jak kawaler oświadczający 

się ojcu o rękę jego córki. 

-  Rosjanka,  tak?  Trochę  czasu  zabrało  przetłumaczenie  jej  dokumentów  -  wyjaśnił 

ksiądz.  -  Musiały  zostać  odesłane  aż  do  Tromso,  gdzie  niektórzy  kupcy  opanowali  cyrylicę. 

To zupełnie inny alfabet od naszego. 

Reijo pokiwał głową. 

-  Chodzą  plotki,  że  ta  Raisa  Bykowa,  do  której  zapałałeś  uczuciem,  bardzo 

przypomina twoją zaginioną pierwszą żonę? 

Pytanie unosiło się przez chwilę w powietrzu. Reijo wiedział, że nie może przesadzić. 

Nie sądził jednak, żeby ktokolwiek przyszedł z tym aż do księdza. 

Ludzie z osady zachowali się tak, jak na to liczył. Wyłożył przynętę, a oni mieli czas, 

by wszystko omówić. 

Lata, które minęły od zaginięcia Raiji, wymazały to, co ją od nich dzieliło. 

Wspomnienia stały się milsze, łagodniejsze. 

Niektórzy nie mieli najczystszego sumienia, ale Reijo machał na to ręką. Ich sprawa. 

Do  ich  domku  na  cyplu  przyszła  grupka  ludzi.  Zrobiło  na  nich  wrażenie,  że  Raija 

niemal się zabiła tam w górach. Może to trochę pomogło. Nie ma tego złego... 

W każdym razie z powagą stwierdzili, że rozumieją, że chce zostać. 

Ż

yczyli jej wszystkiego dobrego. Była jedną z nich. 

Będą milczeć o jej przeszłości. 

Jeśli Reijo chce, by wszyscy wierzyli, że ona jest Raisą Bykową z Rosji, to niech tak 

będzie. To przecież prawie nie kłamstwo. 

Reijo stał przed księdzem i miał tylko nadzieję, że ludzie milczeli, jak obiecali. 

-  Może  ją  przypomina  -  Reijo  spojrzał  na  Raiję.  -  To  było  tak  dawno  temu.  Ksiądz 

rozumie na pewno, że wspomnienia z czasem bledną. Nawet ja nie umiem sobie przypomnieć 

rysów  tamtej  kobiety.  Była  bardzo  ładna,  miała  czarne  włosy  i  ciemne  oczy.  Raisa  też  jest 

ciemnowłosa.  To  pewnie  nie  przypadek,  że  im  człowiek  starszy,  tym  bardziej  szuka  kogoś 

przywołującego wspomnienia młodości. Chciałbym dać na zapowiedzi. Wiem, że to wcześnie 

background image

po  śmierci  mojej  drugiej  żony,  ale  mam  zaledwie  rocznego  syna.  Nie  staję  się  młodszy. 

Dobrze będzie mieć w domu kobietę. 

Ksiądz przyglądał mu się przez dłuższą chwilę. Przekonująco mówił ten Fin z drugiej 

strony fiordu. Nawet zrobił na nim wrażenie. 

Kobieta  była  ładna.  Umiał  sobie  wyobrazić,  że  w  grę  wchodziły  uczucia.  O  czymś 

innym wolał nie myśleć. 

-  Ogłoszę  zapowiedzi  na  najbliższym  nabożeństwie  -  powiedział,  szeleszcząc 

papierami.  -  Oczekuję,  że  będziecie  wtedy  w  kościele.  To  dotyczy  twojego  świadka  i  całej 

rodziny, Reijo Kesaniemi! Udzielę wam ślubu w czasie jesiennego jarmarku. Wtedy tu będę. 

Reijo podziękował i zapłacił. 

Kawałek  drogi  dalej  Kristoffer  wreszcie  dostał  swego  łyka  wódki.  Mężczyzna  był 

blady i przysięgał, że już nigdy więcej nie skłamie. 

-  Pomyśleć  tylko,  stałem  tam  i  przysięgałem,  że  ona  nie  jest  Raiją!  -  Ta  myśl  nadal 

sprawiała, że przechodziły go dreszcze. - Ksiądz podejrzewał, że nie mógłbym nie poznać tej, 

która wyszła za mojego siostrzeńca! Ja powiedziałem mu to prosto w oczy! 

-  Byłeś  przekonywający,  Kristoffer!  -  Reijo  wręczył  mu  całą  butelkę  wódki.  - 

Poczekaj na nas w łódce! Chyba nie wypada, byś pił tuż za plebanią. 

Raija uśmiechnęła się i ujęła Reijo pod rękę. 

- Pokażesz mi teraz grób Heleny? 

-  Właśnie  chciałem  cię  tam  zaprowadzić  -  odparł  Reijo.  Popatrzył  na  Raiję  dłuższą 

chwilę. - Cieszę się, że zostałaś.