background image

Powrót do reakcji? – 

Adam Tomasz Witczak 

Aktualizacja: 2011-10-14 10:17 pm 

O niespodziewanym sukcesie wyborczym formacji Janusza Palikota powiedziano w ostatnich dniach 
wiele. Większość komentatorów z obszaru szeroko pojętej „prawicy” zgadza się, że jest to wydarzenie 
przełomowe, swego rodzaju znak naszych czasów, objaw przemian, które zaszły w Polsce w ciągu 
ostatnich kilkunastu lat – a których często ani Kościół, ani prawica nie chciały dostrzec wystarczająco 
wyraźnie. Oczywiście były już wcześniejsze sygnały, jak choćby wydarzenia na Krakowskim 
Przedmieściu, gdzie oglądać można było explozję antyklerykalizmu i antychrystianizmu nie tylko 
agresywnego, ale wręcz prymitywnego, dzikiego prawie tak, jak furia francuskich sankiulotów w okresie 
Rewolucji. Niemniej jednak wyborczy tryumf Ruchu Poparcia Palikota jest zjawiskiem najbardziej 
znaczącym. Po raz pierwszy do Parlamentu weszli: były ksiądz, działacz „środowisk gejowskich” i 
dumny z siebie transseksualista. Po raz pierwszy entuzjaści tego rodzaju postaw policzyli się – i okazało 
się, że jest ich więcej, niż mogłoby się dotąd wydawać. Pamiętajmy przy tym, że jest jeszcze spora 
grupa osób, które w zasadzie podzielają postulaty Palikota, ale ostatecznie albo wybrały PO lub SLD, 
albo nie poszły głosować – z powodu zniechęcenia polityką, zbyt młodego wieku czy czegokolwiek 
innego.

Są i tacy, którzy bagatelizują wynik Palikota. W ich ujęciu Ruch Palikota to cyrk dobry na jeden raz, 
który szybko się wypali i zniknie ze sceny. Sam przywódca ruchu ma zaś być bezgranicznym cynikiem, 
nie posiadającym żadnych poglądów i zdolnym jedynie manipulować hasłami popularnymi w najbardziej 
antykościelnie nastawionych kręgach społeczeństwa.

To prawda, że partia Palikota może obumrzeć i rozproszyć się, a on sam wylądować na śmietniku 
historii najnowszej — nie zmienia to jednak faktu, że pewne granice zostały przekroczone, że coś pękło. 
Runął (symbolicznie) mit Polski jako kraju „mimo wszystko” znacząco bardziej konserwatywnego i 
katolickiego niż „zgniły Zachód”. Rok temu lemingi wynurzyły się na Krakowskim Przedmieściu jako 
rozwrzeszczana hałastra, teraz ruszyły gremialnie do urn wyborczych, by „dać głos”. Za tym stadem 
pójdzie niechybnie kolejne. Co w tej sytuacji robi (szeroko pojęta) prawica, a co zrobić powinna? W 
jakim kierunku potoczą się jej losy?

Na Zachodzie prawica katolicka czy też „chrześcijańska” walkę już dawno przegrała. Rzecz jasna 
istnieją rozmaite ugrupowania utożsamiane z prawicą (zwłaszcza narodową) i atakujące establishment, 
ale większość z nich tkwi w wiecznej opozycji (często pozaparlamentarnej). Do tego wcale 
niekoniecznie są one aż tak bardzo konserwatywne obyczajowo, a cóż dopiero – katolickie (czy też 
chrześcijańskie). Laicki, obojętny religijnie nacjonalizm żerujący na lęku przed muzułmańskimi 
emigrantami („którzy zabronią kobietom spodni, a mężczyznom, o zgrozo, każą nosić brody!”) jest 
częstym zjawiskiem, ale nie on jest w tym momencie przedmiotem mojego zainteresowania. Pytam o 
prawicę katolicką, religijną, a także o Kościół.

Stawiam tezę – być może odważną – że taka prawica powinna już teraz zacząć zmieniać zarówno swój 
język, jak i faktycznie wyznawane przez siebie poglądy. Klęską naszych środowisk „katolicko-
konserwatywnych” (PiS, Gazeta Polska, Fronda etc.) jest to, że wciąż próbują desperacko wtapiać się w 
dominujący dyskurs demokratyczno-liberalny, wykorzystywać język „systemu” dla własnych celów, 
powoływać się na przysługujące im „prawa”, odwoływać się do „uniwersalnych wartości” i „rzeczy 
oczywistych”. Widać to wyraźnie w sporach o krzyż (zarówno ten w szkole, jak i ten w Sejmie czy 
szpitalu), gdzie pierwszym argumentem większości „opiniotwórczych” środowisk katolickich i 
prawicowych jest ten o konstytucyjnie przysługującej wszystkim „wolności wyznania”, drugim zaś – 
mętne rozważania na temat „związków polskości z katolicyzmem”, „uniwersalnego znaczenia symbolu 

1

background image

krzyża”, „korzeni europejskiej kultury” itd. Praktycznie nigdy (dopóki nie wejdziemy na portale typu 
legitymizm.org czy stronę Bractwa św. Piusa X) nie pada argument, że krzyż powinien być, bo 
katolicyzm jest Prawdą przez duże P. To, co powinno być kwitowane wzruszeniem ramion i 
stwierdzeniem: „Chcemy w tym miejscu krzyża, bo mamy rację – a wy nie”, jest zawijane w sreberka 
„praw człowieka”, „równości wobec prawa”, „autorytetu papieża-Polaka”, „tego, co przecież zawsze było 
i nikomu nie przeszkadzało” etc. Niestety, ludzie z drugiej strony barykady spoglądają na te wysiłki z 
politowaniem i nie bardzo chcą wierzyć w to, że „świstak siedzi i…”. Stopniowo ich politowanie 
przeradza się w irytację. I mają w tym słuszność. Dlaczego?

Cóż, tu właśnie tkwi clou sprawy. Otóż na gruncie liberalnej demokracji, państwa tolerującego różne 
światopoglądy, państwa akceptującego wolność wyznania i sumienia etc. – na tym gruncie Janusz 
Palikot i jemu podobni mają po prostu rację. Mają rację, gdy mówią, że w Sejmie albo nie powinien 
wisieć żaden symbol religijny (bo przecież III RP nie jest formalnie „państwem katolickim”), albo powinny 
wisieć wszystkie, jakich tylko sobie zażyczą konkretni posłowie. Mają rację, gdy mówią, że w 
państwowej szkole nie powinny odbywać się za pieniądze podatnika lekcje religii katolickiej – albo że 
powinny odbywać się lekcje dowolnej religii czy systemu etycznego, jakiego zażyczą sobie rodzice. 
Mają rację, gdy zwracają uwagę na fakt, że nie ma racjonalnego powodu, by w uroczystościach 
państwowych brali udział biskupi — a nie przedstawiciele wszystkich (lub żadnych) religii. Mają pełną 
słuszność, ponieważ jeśli uznajemy wolność wyznania, neutralność religijną państwa, prawo do 
głoszenia swoich przekonań etc. – wówczas trudno o jakiekolwiek sensowne argumenty na rzecz 
wywyższania czy uprzywilejowywania chrześcijaństwa czy tym bardziej katolicyzmu.

Prawie wszystkie argumenty, które prawica (np. na portalu Fronda.pl) wyciąga przeciwko „palikoterii” są 
połowiczne i łatwe do zbicia. Tomasz Terlikowski pyta (w swoim mniemaniu chyba retorycznie i 
ironicznie, o ile dobrze odczytałem jego intencje), czy poseł Grodzka (dawniej: Ryszard Grodzki) pozwie 
do sądu Kongregację Nauki Wiary. Przypomina w tym lewicowego polityka Tomasza Nałęcza, który 
mówi, że „jemu” krzyż nie przeszkadza, a poza tym – czy komuś przeszkadzają krzyże przed Stocznią 
Gdańską. Otóż, panie redaktorze Terlikowski – oczywiście, że poseł Grodzka (dawniej: Ryszard 
Grodzki) pozwie KNW! Ba, pozwie i samego papieża (już są tacy, którzy z jakichś przyczyn chcą to 
uczynić). A jeśli nie ona (dawniej: on), to ktokolwiek inny z tej paczki.

Równie mętna jest argumentacja oparta na tym, że (rzekomo) w jakichś innych krajach („i to znacznie 
mniej religijnych niż Polska”) nikt nie widzi nic niestosownego w obecności krzyża w miejscu publicznym 
albo w wypowiadaniu się duchownych na tematy polityczne – a z takim rozumowaniem, które ma 
czegoś dowodzić, czasami się spotykamy. Jeszcze bardziej złudne jest powoływanie się na to, że 
np. trzydziestoprocentowy wynik PiS i liczba osób uczęszczających na Mszę św. (w zestawieniu z liczbą 
osób przychodzących na homo-parady) dowodzą, iż roszczenia Palikota są nieuprawnione.

Te drogi prowadzą donikąd, ponieważ ufundowane są na kruchej podstawie, na zjawiskach chwilowych 
i tymczasowych. Co zrobią redaktorzy posługujący się retoryką „większości w społeczeństwie” czy 
„przykładu innych państw”, gdy opisywany przez nich stan rzeczy przestanie być aktualny?

Ostatecznie droga jest tylko jedna – katolicka prawica musi zacząć zmierzać (być może – stopniowo, 
ale na pewno konsekwentnie) ku zdecydowanej polaryzacji społeczeństwa. A w tym celu musi nie tylko 
zmienić swój język, ale i przełamać autentycznie w niej zakorzenione myślenie kategoriami 
demokratyczno-liberalnymi. Powiedzmy sobie jasno – od retoryki „chcemy, by zapanowała autentyczna 
równość, w której znajdzie się miejsce także i dla nas” musi przejść do retoryki „chcemy, by miejsce 
było tylko dla nas”. Prędzej czy później będzie musiała sięgnąć po tę argumentację – a jeśli tego nie 
zrobi, to czeka ją kompletne rozmiękczenie i laicyzacja, los partii „prawicowych”, „chadeckich” i 
„centrowych” na Zachodzie.

2

background image

Środowiska katolicko-konserwatywne powinny więc zacząć stopniowo przygotowywać swoją „klientelę” 
na zmianę kursu i języka. Oczywiście taki postulat może się wydawać naiwny i utopijny. To prawda, że 
obecnie da się jeszcze tu i ówdzie wykorzystywać zgniły potencjał „równości”, „tolerancji” i „wolności 
sumienia” z korzyścią dla katolików i konserwatystów. Kościół czy sprzyjające mu kręgi są jeszcze w 
stanie, szermując „systemowymi” pojęciami, nie tyle coś wywalczyć, ile utrzymać istniejący stan, 
ewentualnie wzruszyć nieco bardziej ugodowych przedstawicieli strony lewicowej czy liberalnej. Tych 
mianowicie, którzy autentycznie wierzą w slogany o równouprawnieniu poglądów lub po prostu nie 
wypaliły się im jeszcze ostatnie czujniki zdroworozsądkowej „normalności”.

Śmiem jednak sądzić, że to już końcówka tego okresu – przede wszystkim dlatego, że na dłuższą metę 
ów pakiet wartości demoliberalnych jest zwyczajnie nie do pogodzenia z katolicyzmem. Niemożliwe jest 
takie zorganizowanie społeczeństwa, w ramach którego na równych prawach i bezkonfliktowo 
funkcjonować będą obok siebie światopoglądy diametralnie odmienne i zarazem w naturalny sposób 
expansywne. Inaczej: jest to możliwe, ale tylko wówczas, gdy światopogląd katolicki zejdzie nie tyle 
nawet do sfery prywatnej, ile raczej – intymnej. A więc do sfery skrytej tak jak dziedzina załatwiania 
potrzeb fizjologicznych. To zresztą jest celem ludzi pokroju Magdaleny Środy i Janusza Palikota. 
Możesz być katolikiem, oczywiście, ale zdaj sobie wreszcie sprawę z tego, że to coś wstydliwego, coś z 
obszaru wypróżniania się i grzebania nicią pomiędzy zębami, zjawisko nie do oglądania i nie do 
przedstawiania publicznie. Rzecz, która nie powinna mieć wpływu na jakąkolwiek twoją aktywność 
publiczną, rzecz, o której nie chcemy nawet wiedzieć.

W ostateczności można co prawda przejść na pozycję mniej więcej taką: „My nie jesteśmy zobowiązani 
do tolerancji i akceptacji, nigdy się tak nie deklarowaliśmy, poczytajcie Grzegorza XVI, Piusa IX i Piusa 
X – ale wy, owszem, wy się do tolerancji zobowiązujecie i chyba nie chcecie powiedzieć, że dotyczy ona 
tylko waszego zaklętego kręgu wzajemnej adoracji?”, ale to oczywiście poczytane będzie za 
bezczelność.

Jeżeli więc Kościół w Polsce, a wraz z nim katolicka prawica, nie chcą całkowicie ustąpić pola siłom 
„postępowym”, to muszą wreszcie zacząć stawiać sprawę jasno i odwoływać się nie tyle do praw 
przysługujących im z mocy konstytucji (a tym bardziej – do „praw człowieka”) czy też do „katolickiej 
większości Polaków” – ale do koncepcji państwa wprost katolickiego, do katolicyzmu jako obiektywnej 
Prawdy, z której nie trzeba się wstydliwie tłumaczyć.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nawoływanie do tak zdecydowanej zmiany argumentacji i języka może 
zostać odebrane jako wyraz nieprzemyślanej egzaltacji i braku zrozumienia realiów. „Takiego języka 
nikt nie kupi, musimy operować tym, co mamy, walczyć na zadanych nam warunkach, dostosowywać 
się do okoliczności”. Pozornie taka krytyka brzmi trzeźwo i rozsądnie, ale jak już pisałem – nie da się na 
dłuższą metę operować językiem wroga i grać na jego zasadach. Rezultatem będzie w końcu 
zaplątanie się we własnych, coraz bardziej nieudolnych interpretacjach i machinacjach – albo zejście na 
kapitulanckie pozycje, znane z Zachodu.

Zaznaczam jednak, że pisząc o nawrocie do reakcji, do retoryki wprost z wieku XIX, powołującej się po 
prostu na prawa katolików (a nie prawa wszystkich, w tym katolików) z uwagi na prawdę przez nich 
głoszoną (właśnie przez nich), nie mam na myśli jakiegoś nagłego przełomu. Nie chodzi mi o to, by 
biskupi (albo prezes Kaczyński czy redaktor Terlikowski) wydali nagle oświadczenia, w których 
zadeklarowaliby, że żarty się skończyły i przechodzimy do ostrej krucjaty bez bawienia się w dialog, a w 
najbliższą niedzielę w każdej diecezji odczytujemy z ambony Syllabus Errorum. Niemniej chodzi mi o to, 
że to powinno stopniowo zmierzać w tę stronę – i że na to, na katolicyzm jako taki (i wynikające zeń 
pośrednio lub bezpośrednio zasady ustrojowe, obyczajowe etc.) powinien być przesuwany akcent.

3

background image

Niewątpliwie taka odważna taktyka doprowadzi do radykalnej polaryzacji społeczeństwa – i niewątpliwie 
na „stronę Palikota” (określenie umowne) przejdzie wielu z tych, którzy dziś jeszcze jako-tako, słabo i 
formalnie przywiązani są do Polski katolickiej i pewnych konserwatywnych wartości. Z drugiej strony być 
może pojawi się także odwrotne zjawisko – a mianowicie ożywienie wiary i zaangażowania (religijnego, 
politycznego, społecznego) przynajmniej u niektórych „letnich”, którzy zobaczą wówczas, że „tęczowa 
alternatywa” razi ich jeszcze bardziej niż pewna przesadna surowość i mało nowoczesny język 
radykalizującej się strony „ciemnogrodzkiej”.

Oczywiście taki hipotetyczny scenariusz mógłby się skończyć – czemu nie? – głębokim podziałem w 
poprzek rodzin, przyjaźni, stosunków sąsiedzkich, być może nawet przyniósłby rezultat w postaci 
ulicznych zamieszek, coraz surowszych ustaw z jednej strony i coraz wyraźniejszego nieposłuszeństwa 
z drugiej. Cóż, wielekroć przecież już to przerabiano. Klarowny podział na wrogów i przyjaciół to 
przecież fundament polityki. A w ostateczności pozostają jeszcze szczytne tradycje takich 
spontanicznych „klubów dyskusyjnych” jak francuska OAS… :-)

Adam Tomasz Witczak

Za: 

Organizacja Monarchistów Polskich - legitymizm.org 

(" http://www.legitymizm.org/powrot-do-

reakcji")

4


Document Outline