Conan 23 Conan obrońca

background image

ROBERT JORDAN



CONAN OBROŃCA

TYTUŁ ORYGINAŁU CONAN THE DEFENDER
PRZEŁOŻYŁ CEZARY FRĄC

PROLOG

Promienie słońca wpadające przez ostrołukowe okna oświetlały gobeliny zdobiące ściany
komnaty oraz pięcioro zamyślonych osób. Nikt nie zwracał uwagi na służących, którym
przezornie powyrywano języki. Na niemy znak swojego pana, słudzy bezszelestnie opuścili
komnatę.
Cantaro Albanus, gospodarz, wpatrywał się pilnie w swoich gości. Mimowolnie bawił się
przy tym złotym łańcuchem, który zwisał mu na piersiach, na tle szkarłatnej tuniki. Jedyna
kobieta w tym gronie udawała, że podziwia skomplikowany wzór gobelinów. Mężczyźni
skupili się na winie.
Przedpołudnie, dumał Albanus, jest odpowiednią porą na takie spotkania, chociaż bez
wątpienia niepokoi spiskowców. Dotąd zgromadzenia takie odbywały się nocą, w tajemnych
komnatach, do których prawo wstępu miało jedynie księżycowe światło. Któż by uwierzył,
któż mógłby podejrzewać, że najświetniejsi Nemedianie zebrani w środku dnia w samym
sercu stolicy zamyślają zdradzić swego króla?
Pociągłe, drapieżne oblicze Albanusa pociemniało na tę myśl, a jego czarne, posępne oczy
rozbłysły niczym okruchy obsydianu. Albanus miał jastrzębi nos i pasma srebra we włosach
na skroniach, co nadawało mu wygląd sędziwego wodza armii. Rzeczywiście był on kiedyś
żołnierzem. Przez niecały rok. Kiedy liczył sobie siedemnaście lat, ojciec kupił dlań oficerski
patent w oddziale Złotych Lampartów, od niepamiętnych czasów będącym przyboczną strażą
władców Nemedii. Po śmierci ojca Albanus porzucił wojsko. Nie dla niego była mozolna
wędrówka po kolejnych szczeblach władzy, nawet znacznie ułatwiona dzięki wysokiemu
urodzeniu. Nie dla kogoś, kto z woli przeznaczenia winien być królem! Dlatego zdecydował
się na zdradę.
— Dostojny Albanusie — rzekł nagle Barca Vegentius — słyszeliśmy wiele o… o
specjalnych środkach, jakie przygotowałeś, by wesprzeć nasze przymierze. Słyszeliśmy wiele,
ale jak na razie niczegośmy nie widzieli. — Obecny dowódca Złotych Lampartów chlubił się
potężną posturą, miał kwadratową twarz i szerokie ramiona. Mówił ostrożnie i z namysłem,
starając się maskować akcent z dzielnic nędzy Belverus.
— Takie rozważne słowa są dowodem twego lęku, Vegentiusie — wtrącił z powagą
Demetrio Amarianus. Szczupły młodzian podniósł do nosa flakonik z pachnidłem, lecz nie
zdołał skryć za nim szyderczego uśmiechu, który wypełzł na jego pełne, niemal kobiece usta.
— Ale ty wszak zawsze posługujesz się ostrożnymi słowy, nieprawdaż? Wszyscy wiemy, że
jesteś tutaj tylko po to…
— Dość! — szczeknął Albanus.
Demetrio i Vegentius ucichli jak dobrze wyszkolone zwierzęta na trzask bicza tresera.
Kłócili się stale, a Albanus tolerował ich sprzeczki nie bardziej, niż musiał. Dzisiaj
postanowił nie tolerować ich wcale.
— Wszyscy — rzekł — czegoś chcecie. Ty, Vegentiusie, pragniesz dowodzić armią, czego
odmawia ci król Garian. Ty, Demetrio, chcesz zwrotu posiadłości zagarniętych twemu

background image

dziadowi przez ojca Gariana. Ty, Stephano, pragniesz zemścić się na Garianie, bowiem
powiedział ci, że woli młodsze kobiety.
— Tak oględne stwierdzenia zaiste są częścią twych ustalonych zwyczajów — odparła z
goryczą kobieta. Dostojna Stephana Galerianus miała twarz w kształcie serca, fiołkowe oczy i
kruczoczarne włosy spływające poniżej ramion. Jej czerwona jedwabna szata była rozcięta
tak, by odsłaniać wewnętrzne krzywizny wspaniałych piersi oraz długie nogi.
— A czego ja chcę? — zapytał czwarty mężczyzna.
Pozostali aż podskoczyli, jakby dopiero teraz przypomnieli sobie o jego obecności. A łatwo
było zapomnieć o Constanto Meliusie, bowiem cechowała go szara, nieokreślona
powierzchowność. Miał około pięćdziesięciu lat, a jedynym jego znakiem szczególnym były
stale mrugające oczy.
— Ty pragniesz, by słuchano twojej rady — odparł Albanus. — I tak będzie, gdy ja zasiądę
na tronie. — A twe rady będą wysłuchiwane tak długo, ile czasu zajmie wydanie rozkazu
skazującego cię na banicję, dodał w myślach. Garian popełnił błąd, odtrącając tego głupca i
pozostawiając go w stolicy, gdzie ten z powodu zranionej dumy przyłączył się do spisku.
— Jak się zdaje, pominęliśmy to, o czym mówił Vegentius — rzekła porywczo Stephana.
— Ja także chciałabym zobaczyć, na jaką to pomoc z twej strony możemy liczyć, Albanusie.
Demetrio i Vegentius przynoszą wieści z pałacu. Melius i ja dostarczamy złota, by płacić za
„wywoływanie ulicznych zamieszek i palenie zboża. Ty zachowujesz swoje plany dla siebie i
tylko mówisz o czarach, które mają sprawić, że Garian odda ci tron. Chciałabym je zobaczyć!
Inni zmieszali się tak otwartym postawieniem sprawy, ale Albanus uśmiechnął się tylko.
Wstając szarpnął za brokatowy sznur na ścianie, po czym podszedł do stojącego w kącie
stołu. Leżały na nim jakieś przedmioty przykryte bogato haftowaną kapą.
— Chodźcie — rzekł do swych gości. Nagle ich ciekawość się ulotniła. Zbliżyli się powoli i
jakoś niechętnie.
Albanus odrzucił kapę teatralnym gestem i przez chwilę rozkoszował się przerażeniem
spiskowców. Wiedział, że przedmioty zgromadzone na stole: szafirowa statuetka, miecz z
falistym ostrzem i jelcem pokrytym starożytnymi runami, kilka kryształów i rzeźbionych
klejnotów, były, z jednym wyjątkiem, niemal bezużyteczne. Księgi, które z mozołem
odczytywał, przypisywały im niewielką przydatność. Atrybuty prawdziwej mocy przezornie
trzymał gdzie indziej.
Dziesięć lat wcześniej niewolnicy z jego północnych posiadłości odkryli podziemną
komorę. Szczęśliwym trafem był tam wówczas i rozpoznawszy skarbiec czarnoksiężnika,
osobiście dopilnował, by niewolnicy starannie opróżnili jamę, a następnie zostali w niej
pogrzebani.
Dopiero po roku zdołał odkryć, jak bardzo starożytny był ów schowek. Pochodził z czasów
Archeonu — mrocznego cesarstwa rządzonego przez najnikczemniejszych magów, które
ponad trzy milenia wcześniej obróciło się w proch. Albanus przez następne lata uparcie
studiował zawartość skrytki. Unikał pomocy mistrzów czarnej magii ze strachu, że jakiś
podstępny czarnoksiężnik zagarnie znalezisko dla siebie. Była to mądra decyzja, ponieważ
gdyby wyszło na jaw, że zgłębia wiedzę tajemną, z pewnością stałby się ofiarą pogromu
czarowników przeprowadzonego niedawno na rozkaz Gariana. Myśląc o przeszłości, Albanus
lewą ręką podniósł ze stołu małą kulę z czerwonego kryształu.
— Nie ufam takim rzeczom — rzekła Stephana z drżeniem w głosie. — Byłoby lepiej,
gdybyśmy polegali na bardziej naturalnych sposobach. Subtelna trucizna…
— …sprowokowałaby wybuch wojny domowej o sukcesję — dokończył Albanus. —
Chyba nie muszę jeszcze raz wam powtarzać, że nie mam zamiaru walczyć o tron z dziesiątką
pretendentów. Jak mówiłem, korona zostanie mi oddana bez walki.
— Uwierzę, gdy zobaczę to na własne oczy — burknął z powątpiewaniem Vegentius.

background image

W tym momencie do komnaty weszła wezwana dziewka służebna i Albanus gestem nakazał
ciszę. Dziewczyna miała ledwie szesnaście lat, jasne włosy i kremową karnację. Jej prosta
biała tunika z wyhaftowanym na rąbku znakiem domu Albanusa nie zasłaniała drobnych
piersi. Dziewczyna uklękła natychmiast na marmurowej posadzce i nisko schyliła głowę.
— Nazywa się Omphala — rzekł jej pan.
Dziewczyna drgnęła na dźwięk swego imienia, ale nie podniosła głowy. Została sprzedana
za długi ojca i służyła w pałacu od niedawna, ale pewnych rzeczy niewolnik uczy się szybko.
Albanus wyciągnął kryształową kulę na długość ramienia, prawą dłonią zaś uczynił tajemny
znak i zaintonował:
— An–naan naa–thaan Vas–ti no–entei!
Ponad kryształem zamigotał spiczasty płomień, długi na łokieć i bardziej materialny niż
zwyczajny ogień. Wewnątrz pulsującej czerwieni i żółci dwa ciemniejsze miejsca,
niepokojąco przypominające oczy, poruszały się, tak jakby oglądały komnatę i obecnych w
niej ludzi. Wszyscy cofnęli się odruchowo — z wyjątkiem Albanusa i Omphali, która skuliła
się na swoim miejscu.
— Pierwiastku ognia — rzekł Albanus łagodnym tonem — zabij Omphalę.
Usta blondynki rozwarły się do krzyku, lecz nie wydobył się z nich dźwięk, płomień
skoczył ku dziewczynie i spowił ją całkowicie. Niewolnica zerwała się z podłogi i zaczęła
miotać w środku kłębu ognia, który powoli stawał się nieprzejrzysty. Płomień skwierczał i
syczał, a przez te odgłosy przedzierał się cichutki krzyk, dobiegający jakby z coraz większej
odległości. Po chwili kłąb ognia zniknął z głuchym cmoknięciem, pozostawiając po sobie
jedynie mdląco słodki zapach.
— Ale bałagan — mruknął Albanus, pocierając pantoflem oleistą czarną plamę na
marmurowej posadzce, tam gdzie jeszcze przed chwilą klęczała dziewczyna.
Pozostali wpatrywali się w niego z przerażeniem i niewiarą, jak gdyby zmienił się w
legendarnego smoka Xutharcana. Zdumiewające, ale to Melius pierwszy odzyskał głos.
— Te przybory, Albanusie, czy my również nie powinniśmy mieć niektórych? — Jego
podkrążone oczy zamrugały niespokojnie, gdy inni go nie poparli. — Jako dowód, że
wszyscy jesteśmy równi — dokończył niepewnie.
Albanus uśmiechnął się. Już niedługo im pokaże, jacy są równi…
— Oczywiście — rzekł gładko. — Sam o tym myślałem — wskazał na stół. — Bierzcie, a
ja wyjaśnię, jaką moc posiada wybrany przez was przedmiot — mówiąc te słowa wsunął do
sakiewki u pasa czerwoną kulę.
Melius zawahał się, wyciągnął dłoń i zawiesił ją tuż nad rękojeścią miecza.
— Jaką… jaką moc ma to?
— Przemienia każdego, kto go dzierży, w mistrza fechtunku. — Albanus po odkryciu tej
właściwości broni nie dociekał dalej. Nie interesowało go bycie bohaterem, on chciał zostać
królem. — Weź miecz, Meliusie. Albo jeżeli się boisz, może Vegentius… — Albanus
podniósł pytająco brwi i zerknął na żołnierza.
— Ja nie potrzebuję żadnych magicznych sztuczek — odparł z pogardą Vegentius. Nie
ruszył się z miejsca.
— Demetrio? — rzekł Albanus. — Stephano?
— Nie lubię czarów — szczupły młodzieniec pośpiesznie cofnął się od stołu.
Stephana była z twardszego materiału, ale równie szybko potrząsnęła głową.
— Jeżeli te czary mogą ściągnąć Gariana ze Smoczego Tronu, to mi wystarczy. A jeżeli nie
mogą… — przez chwilę patrzyła Albanusowi w oczy, po czym spuściła wzrok.
— Ja wezmę miecz — odezwał się Melius. Podniósł broń, sprawdził wyważenie i roześmiał
się. — Chciałbym zostać mistrzem miecza i nie mam takich skrupułów jak Vegentius.
Albanus uśmiechnął się dobrotliwie, ale po chwili jego rysy stwardniały.

background image

— Teraz słuchajcie — zaczął, przeszywając ich po kolei lodowatym spojrzeniem. —
Pokazałem wam ledwie małą cząstkę mocy, która pozwoli mi przejąć tron Nemedii i spełnić
wasze marzenia. Wiecie, że nie ścierpię poczynań, które mogłyby przeszkodzić mym
zamiarom. Nic nie może stanąć między mną a Koroną Smoka. Nic! Idźcie już!
Cofnęli się tyłem do wyjścia, jak gdyby Albanus już siedział na Smoczym Tronie.

I

Wysoki, muskularny młodzieniec kroczył ulicą Belverus, stolicy Nemedii, czujnie i z ręką
w pobliżu rękojeści miecza. Błękitne oczy i podbity futrem płaszcz świadczyły, iż pochodził z
Północy. Belverus w lepszych czasach widywało wielu barbarzyńców ogłupionych
wielkomiejskimi przybytkami i z łatwością rozstających się ze swym srebrem czy złotem.
Częstokroć straż miejska wywlekała ich ze spelunek, bowiem nie rozumiejąc tutejszych
zwyczajów, chwytali za miecz, gdy ograno ich w kości. Jednakże ten człowiek, aczkolwiek
liczący sobie ledwie dwadzieścia dwa lata, szedł z pewnością kogoś, kto szlifował bruki miast
równie wielkich, a nawet większych; Arenjum, Shadizar zwanego Przeklętym, Sultanapuru
czy Aghrapur, a nawet legendarnych miast dalekiego Khitai.
Szedł ulicą Wysoką w Dzielnicy Targowisk, biegnącej mniej niż pół mili od pałacu
Gariana, króla Nemedii. Przed otwartymi sklepami stały stoły z wyłożonymi towarami. Tłum
kłębił się między nimi, oceniając tkaniny z Ophiru, wina z Argos i inne dobra z Koth i
Korynthii, a nawet Turami. Ceny sprawiały, że Conan z niepokojem zastanowił się, jak długo
zdoła przeżyć w tym mieście.
Między sklepami tłoczyli się żebracy, okaleczeni, ślepi albo jedno i drugie. Ich jękliwe
prośby o jałmużnę konkurowały z krzykami przekupniów zachwalających towary. Na każdym
rogu wałkoniła się gromada wyrostków, którzy bawili się rękojeściami mieczy, bez żenady
ostrzyli sztylety lub podrzucali pałki. Ich bezczelne i pożądliwe oczy śledziły przemykające
bojaźliwie, smukłe dziewczyny. Co chwila gwizdali na ladacznice w brązowych i
miedzianych bransoletach oraz głęboko porozcinanych sukniach, ukazujących przeznaczone
na sprzedaż wdzięki. Wszędzie unosił się smród wymiotów, moczu i ekskrementów. Rosłemu
młodzieńcowi ta mieszczańska dzielnica przypominała jedną z tuzina widzianych przezeń
dzielnic nędzy.
Naraz sześciu opryszków odzianych w strzępy strojnych ubrań i najpodlejsze łachmany
zatrzymało przejeżdżający skrzyżowanie wózek sprzedawcy owoców. Chudy przekupień stał
w milczeniu, ze spuszczonymi oczami i pobladłą z niepokoju twarzą, a oni grzebali w jego
towarze, gryząc owoce i rzucając je na bruk. Wypchawszy zanadrza tunik, poszturchując się i
przechwalając jeden przez drugiego, zebrali się do odejścia. Ich zuchwałe spojrzenia
onieśmielały wszystkich przechodniów, którzy zachowywali się tak, jakby mężczyźni ci byli
niewidzialni.
— Nie przypuszczam, byście zamierzali zapłacić — zajęczał sprzedawca, nie podnosząc
głowy.
Jeden z bandziorów, zarośnięty drab w haftowanym złotogłowiem brudnym płaszczu,
pokazał w szerokim uśmiechu poczerniałe pieńki zębów.
— Zapłacić? A masz zapłatę! — uderzył sprzedawcę w twarz, a ten zwalił się z jękiem na
kamienie. Zbir z chrapliwym śmiechem przyłączył się do pozostałych, którzy przystanęli, by
nacieszyć oczy widokiem leżącego w błocie sprzedawcy. Po chwili ruszyli w swoją drogę, a
mieszczanie rozstępowali się przed nimi bez słowa.
Muskularny młodzieniec z Północy zatrzymał się krok od wózka.
— Nie wezwiesz miejskiej straży? — zapytał z zaciekawieniem.
Sprzedawca wyprostował się z obawą. — Proszę… Muszę nakarmić rodzinę. Są inne
wózki.

background image

— Nie kradnę owoców ani nie biję bezbronnych — rzekł oschle młodzieniec. — Nazywam
się Conan. Czemu strażnicy cię nie bronią?
— Strażnicy? — roześmiał się gorzko starzec. — Siedzą w koszarach i dbają tylko o własną
skórę. Sam widziałem, jak trzech takich zbójów powiesiło jednego z nich za pięty i
wykastrowało. Tyle sobie robią ze straży — wytarł drżące ręce o przód tuniki i nagle
uświadomił sobie, że rozmawiając z barbarzyńcą na środku skrzyżowania, za bardzo rzuca się
w oczy. — Muszę iść — mruknął. — Muszę iść — schylił się do dyszla wózka i podreptał nie
patrząc na Cymmerianina.
Conan spoglądał za nim z litością. Przybył do Belverus, aby wynająć się jako żołnierz.
Niegdyś był już najemnikiem, podobnie jak złodziejem, przemytnikiem i bandytą. Jak na
razie wyglądało na to, że ten, kogo będzie stać na skorzystanie z jego usług, na nieszczęście
nie będzie tym najbardziej potrzebującym ochrony.
Niektórzy ze sterczących na rogu opryszków zwrócili uwagę na rozmowę Conana z
handlarzem i zamierzali rozerwać się nieco, zaczepiając cudzoziemca. Jednakże gdy omiotło
ich spojrzenie oczu zimnych niczym górskie lodowce Cymmerii, zrozumieli, że tego dnia
sama Śmierć wyszła na przechadzkę ulicami Belverus. Zadecydowali, że gdzie indziej znajdą
łatwiejszy łup i za chwilę zniknęli ze skrzyżowania.
Kilka osób spojrzało na Conana z wdzięcznością, bowiem na pewien czas uczynił to
miejsce bezpiecznym. Cymmerianin z niezadowoleniem potrząsnął głową. Był zły w połowie
na siebie, w połowie na nich. Przybył tu, by wynająć swój miecz dla złota i sławy, a nie po to,
by oczyszczać ulice z miejscowych kanalii.
Strzęp pergaminu niesiony przez wiatr zahaczył o jego wysoki but. Podniósł go odruchowo
i przeczytał wypisane na nim starannie słowa.

Król Garian w Belverus wszechwładnie nam włada,
Król Garian samotnie do uczty zasiada.
Gdy ty w pocie czoła na swój chleb harujesz,
I na miejskich ulicach przemożny strach czujesz,
Nie znajdziesz u króla cnej sprawiedliwości,
Lecz może u niego śmierć wkrótce zagości.
Król Garian samotnie w komnatach ucztuje,
Niech Mitra przed nędzą Nemedię ratuje!

Puścił pergamin i pozwolił, by powędrował dalej, przyłączając się do innych kartek
wirujących na ulicy. Zobaczył, że ludzie podnoszą je i czytają. Jedni odrzucali je z
pobladłymi twarzami, inni darli w gniewie, ale niektórzy ukradkiem chowali te okruchy buntu
do sakiewek.
Belverus było niczym dojrzała, gotowa do zerwania śliwka. Conan widział takie znaki
wcześniej, w innych miastach. Wkrótce lęk przeminie, a zaciśnięte pięści zaczną otwarcie
wygrażać pod królewskim pałacem. Niejeden silniejszy tron zachwiał się w posadach z mniej
ważnych powodów.
Nagle przepchnął się obok niego człowiek z przerażeniem w oczach, za nim przebiegła
kobieta z ustami otwartymi w bezgłośnym krzyku i gromadka dzieciaków wrzeszczących coś
niezrozumiale.
Krzyki, wrzaski i płacz stawały się coraz głośniejsze. Po chwili na skrzyżowanie wpadł
przerażony tłum. Strach udzielił się innym, którzy nie wiedząc, co się dzieje, rzucili się do
ucieczki. Conan z trudnością dotarł pod kram opuszczony przez właściciela. Ciekawe, o co im
chodzi, pomyślał.
Ludzki potok zrzedniał i zniknął, pozostawiając po sobie liczne ciała. Niektóre były
stratowane, inne, leżące dalej, pozbawione ramion czy głów. Środkiem ulicy maszerował

background image

mężczyzna w bogato haftowanej niebieskiej tunice, uzbrojony w miecz o dziwnym, falistym
ostrzu ociekającym krwią na całej długości. Z kącika ust idącego spływała nitka śliny.
Conan położył dłoń na rękojeści miecza, ale cofnął ją szybko. Za złoto, przypomniał sobie,
nie dla zemsty za niewinnych przechodniów. Odwrócił się, by wejść głębiej w cień.
W tym momencie ze sklepu, wprost na szaleńca, wyskoczyła nie więcej niż ośmioletnia
dziewczynka. Zanosiła się płaczem, bose stopki zamigotały nad ziemią. Szaleniec wzniósł z
rykiem miecz i rzucił się za nią.
— Na wnętrzności i pęcherz Erlika! — zaklął Conan. Jego szeroki miecz lekko wysunął się
z podniszczonej pochwy.
Dziecko minęło szaleńca, który zatrzymał się. Z bliska, mimo bogatego stroju, rzedniejące
włosy i worki pod oczami nadawały mu wygląd podrzędnego urzędnika. Jednak w tych
zmętniałych, brązowych oczach błyszczało szaleństwo, a z gardła wyrywały się
niezrozumiałe warknięcia. Nad owocami rozrzuconymi przez uliczników brzęczały muchy.
Pozostało mu rozsądku przynajmniej na tyle, że nie rzucił się bezmyślnie na mój miecz,
stwierdził Conan.
— Hej, ty tam! — zawołał. — Nie jestem uciekającym dzieckiem czy sklepikarzem, byś
miał mnie uderzyć w plecy. Dlaczego nie…
Conan miał wrażenie, że prócz brzęczenia much słyszy jakieś metaliczne zawodzenie. W
chwilę później zwierzęcy ryk, który wydarł się z gardła mężczyzny, zagłuszył wszystko.
Szaleniec rzucił się nań ze wzniesionym mieczem.
Cymmerianin podniósł broń, by sparować cios, lecz faliste ostrze z oszałamiającą
prędkością zmieniło kierunek. Conan odskoczył. Czubek ostrza rozciął mu tunikę na brzuchu
i lekką kolczugę z taką łatwością, jakby to był pergamin. Cymmerianin znów cofnął się o
krok, by przygotować sobie miejsce do ataku, ale szaleniec podążył szybko za nim.
Skrwawione ostrze cięło powietrze niczym błyskawica i składało się do pchnięć z
niewiarygodną siłą. Wbrew woli muskularny młodzieniec zaczął ustępować pola.
Conan ze zdumieniem zdał sobie sprawę, że broni się przed atakami drobnego, pospolitego
człowieczka. Cała jego szybkość i umiejętności pozwalały mu jedynie utrzymać się przy
życiu, a i tak krwawił już z co najmniej pół tuzina zadraśnięć. Zrozumiał, że może zginąć.
— Na Pana Góry, nie! — wrzasnął rozsierdzony. — Na Croma i stal! — Ale widząc przed
sobą migoczące złowrogo ostrze, ciągle musiał się cofać.
Nagle nastąpił na nadgryzione jabłko i runął z łoskotem na ziemię. Upadł na plecy, a
srebrne punkciki zatańczyły mu przed oczami. Walcząc o oddech patrzył, jak faliste ostrze
szaleńca wznosi się, by położyć kres jego życiu. Conan jednakże daleki był od tego, by
pozwolić się zarżnąć jak ofiarne zwierzę. Odturlał się na bok, gdy nieznajomy ciął z
rozmachem. Skrwawione ostrze wykrzesało iskry z bruku w miejscu, w którym przed chwilą
leżał Conan. Cymmerianin dotoczył się do ściany, zerwał na nogi i oparł plecami o mur.
Szaleniec znów skoczył, unosząc miecz.
Naraz w powietrzu rozległ się brzęk jakby rozeźlonych szerszeni i w jednej chwili szaleniec
upodobnił się do poduszeczki do igieł. Conan zamrugał. Wreszcie przybyła straż miejska —
dziesięciu łuczników w czarnych płaszczach. Trzymając się z tyłu, ponownie napięli łuki,
ponieważ przeszyty strzałami szaleniec stał nadal. Z jego wąskich, przypominających bliznę
ust dobywały się nieartykułowane dźwięki. Ostatkiem sił zamierzył się na wielkiego
Cymmerianina.
Miecz Conana zbił dziwne ostrze, które raz jeszcze zadźwięczało na kamieniach. Strażnicy
ponownie zwolnili cięciwy. Szaleniec, przeszyty drugą dziesiątką strzał, zatoczył się i osunął
na kolana. Obłęd gorejący w jego oczach zniknął na chwilę, zastąpiło go niewysłowione
przerażenie. Upadł na bruk już martwy. Żołnierze powoli, z przygotowaną na wszelki
wypadek bronią, zbliżyli się do trupa.

background image

Barczysty Cymmerianin mruknął gniewnie i schował miecz do pochwy. Pierwszy raz w
życiu po walce nie musiał wycierać z ostrza krwi. Każda z ran bolała go nie z powodu
wielkości, ale wstydu. Nie zdołał wyprowadzić ani jednego ataku!
Jeden ze strażników złapał zabitego za ramię i przewrócił go na plecy, łamiąc przy tym z
pół tuzina strzał.
— Spokojnie, Tulio — warknął inny. — To nasze pieniądze poszły na te bełty. Dlaczego…
— Na Tron Czarnego Erlika! — sapnął z grozą Tulio. — To dostojny Melius!
Grupka odzianych w kolczugi mężczyzn cofnęła się, pozostawiając Tulia nad trupem.
Niedobrze było znajdować się zbyt blisko martwego pana wysokiego rodu, gdy przyłożyło się
rękę do jego zabicia. Bez względu na to, co ów zrobił. Niezbadane były wyroki Sądu
Królewskiego, gdy chodziło o szlachetnie urodzonych.
Szpakowaty sierżant z siną blizną na czole, znikającą pod okapem hełmu, podszedł do Tulia
i splunął na ziemię obok zabitego.
— Nic tu po nas, Tulio! — strażnik nagle uświadomił sobie, że stoi sam obok ciała i aż
podskoczył. — Zarzuć płaszcz na… dostojnego pana! — zawołał. — Rusz się, człowieku! —
Tulio niechętnie wypełnił polecenie. Sierżant zawołał innych. — Abydius, Crato, Jocor,
Naso! Złapcie go za ręce i nogi. Biegiem! A może chcecie tu stać, dopóki muchy go nie
zeżrą?
Czwórka mężczyzn podeszła niechętnie i mamrocząc przekleństwa podniosła ciało. Sierżant
wraz z resztą ludzi ruszył za nimi. Nikt nawet nie spojrzał na Conana.
— Takiś się powolny zrobił, Cymmerianinie? — zapytał niespodziewanie ochrypły głos.
Conan zawirował, wściekła riposta zamarła mu na ustach, gdy zobaczył brodacza
opierającego się o ścianę domu.
— Nadal jestem szybszy od ciebie, Hordo, stary łajdaku!
Brodacz wyprostował się. Był prawie tak wysoki jak Conan i nawet szerszy w ramionach.
Skórzana opaska zasłaniała mu lewe oko, a spod niej w dół policzka biegła blizna, na stałe
wykrzywiająca kącik ust w szyderczym uśmiechu. W tej chwili nie było go widać, bowiem
brodacz szczerzył się szeroko. Ciężkie złote kolczyki zwieszały się z jego uszu, ale jeśli
stanowiły pokusę dla złodziei, to podniszczony szeroki miecz i sztylet u pasa odstraszały
znacznie bardziej.
— Może i tak, Conanie — powiedział. — Ale co robisz w Nemedii poza braniem lekcji
fechtunku od podstarzałego szlachcica? Kiedy widziałem cię po raz ostatni, byłeś w drodze
do Aghrapur, gdzie miałeś zaciągnąć się jako żołnierz u króla Yildiza.
Hordo był przyjacielem, ale nie zawsze tak było. Gdy spotkali się po raz pierwszy, ten
jednooki mężczyzna wraz z gromadą bandziorów ścigał Conana po równinach Zamory na
rozkaz Kareli, rudowłosej bandytki znanej jako Czerwony Jastrząb. Później razem pojechali
w góry Kezankian na poszukiwanie skarbu ukradzionego przez czarnoksiężnika Amanara. Z
tej wyprawy ledwo zdołali wynieść życie, skarb zaś przepadł. Spotkali się jeszcze dwukrotnie.
Za każdym razem próbowali zdobyć bogactwo, i za każdym razem udawało się im zgarnąć
jedynie tyle, że wystarczyło na jedną porządną hulankę w najbliższej oberży. Conan był
ciekaw, czy jeszcze raz będą mieli szansę zdobyć złoto.
— I zrobiłem to — rzekł głośno — ale porzuciłem służbę w Turanie ponad rok temu.
— Znając ciebie, założę się, że z powodu kłopotów spowodowanych przez kobietę —
zachichotał Hordo.
Conan wzruszył ramionami. Wyglądało na to, że zawsze miał kłopoty przez kobiety. Ale, z
drugiej strony, jaki mężczyzna jest od nich wolny?
— A co z tą dziewoją, która upolowała cię w Sultanapurze, Hordo? Kiedy się
rozstawaliśmy, siedziałeś we własnej karczmie z pulchną turańską żoną i przysięgałeś, że już
nigdy nie będziesz szmuglował niczego prócz słodyczy, i że nie wytkniesz nosa poza mury
Sultanapuru, dopóki nie wyniosą cię na stos pogrzebowy.

background image

— To przez Karelę — odparł jednooki niskim z zakłopotania głosem i szarpnął za gęstą
brodę. — Cały czas starałem się czegoś o niej dowiedzieć, a moja żona nie mogła
powstrzymać się od zrzędzenia. Mówiła, że robię z siebie widowisko. Ludzie gadają,
powtarzała bez końca, śmieją się za twoimi plecami, mówią, że mam nie po kolei w głowie.
Nie musiała dodawać, że poślubiła człowieka bez piątej klepki. Ona nie mogła przestać, ja też
nie, więc pewnego dnia powiedziałem jej: żegnaj i odszedłem nie oglądając się za siebie.
— Nadal szukasz Kareli?
— Ona żyje. Jestem pewien, że żyje — brodacz złapał Conana za ramię, a w jego oczach
błysnęło wzruszenie. — Nie słyszałem o niej ani słowa, ale wiedziałbym, gdyby coś jej się
stało. Ja to czuję. Niczego nie słyszałeś? W ogóle niczego? — w jego głosie zadźwięczała
udręka.
Conan wiedział, że Czerwony Jastrząb przeżyła wyprawę w góry Kezankian, ale gdyby to
powiedział, musiałby też wyjaśnić, że ostatni raz widział ją nagą, skutą w łańcuchy i pędzoną
na targ niewolników. Musiałby wyjaśniać, że miał wtedy tylko kilka miedziaków w sakiewce,
grubo za mało, by pokusić się o wykupienie zgrabnej, zielonookiej niewolnicy. Musiałby
także wspomnieć o przysiędze, jaką na nim wymusiła, że nigdy nie podniesie ręki w jej
obronie. Karela była dumną kobietą. Może naprawdę była. Skoro Hordo nie miał o niej
żadnych wieści, to być może niewola załamała ją i teraz tańczyła nago dla uciechy swego
pana. Conan wolał więc milczeć, bo gdyby wyjawił te myśli, to równie dobrze mógłby zabić
starego przyjaciela; człowieka, który zawsze nazywał siebie wiernym psem Kareli.
— Ostatni raz widziałem ją w górach Kezankian — rzekł stanowczo. — I jestem pewien, że
wyjechała stamtąd żywa. Żadna banda górali nie miałaby z nią szans.
Hordo pokiwał głową i westchnął ciężko.
Ludzie powoli wracali na ulicę, wytrzeszczając oczy na ciała zabitych przez szaleńca. Tu i
ówdzie kobiety padały na kolana przy martwym mężu czy dziecku.
Conan rozejrzał się w poszukiwaniu miecza szaleńca. Broń leżała przed kramem z
tkaninami. Właściciel zniknął. Zapewne był jednym z zabitych. Cymmerianin podniósł miecz
i wytarł zakrzepłą krew w belę żółtego adamaszku.
Machnął mieczem, wyczuwając jego równowagę. Jelec wykuty był z filigranową maestrią,
co świadczyło o jego starożytnym pochodzeniu, a brzeszczot pokrywały znaki pisma, jakich
nigdy wcześniej nie widział. Ktokolwiek zrobił tę broń, musiał być prawdziwym mistrzem.
Miecz natychmiast stał się naturalnym przedłużeniem jego ramienia. Nie. Przedłużeniem
umysłu! Jednakże Conan nie mógł przestać myśleć o tych, których ten miecz niedawno zabił.
Mężczyźni. Kobiety. Dzieci. Atakowani z tyłu, gdy uciekali. Cięci i rozrąbywani, gdy
próbowali się odczołgać. Te sceny nadal żyły w jego myślach. Wciąż wyczuwał zapach
strachu i krwi.
Z jego ust wyrwało się pełne odrazy przekleństwo. Niby stal nie była niczemu winna, a
jednak nie mógł zatrzymać tej broni. Zabrać, tak — miecz był zbyt cenny, by go zostawiać.
Mógł wzbogacić chudą sakiewkę Conana o kilka sztuk złota.
— Chyba nie chcesz go zatrzymać? — w głosie Horda rozbrzmiało zdumienie. — Ostrze
jest splamione krwią kobiet i dzieci — splunął i uczynił znak odżegnujący zło.
— Nie na tyle, by nie można było go sprzedać. — Conan niewiele myśląc zerwał płaszcz z
ramion i owinął nim miecz. Dzięki archaicznym wzorom zbyt łatwo było go rozpoznać, a
jawne obnoszenie się z mieczem, który sprowadził tyle śmierci na ulice Belverus, nie byłoby
zbyt rozsądne.
— Jesteś spłukany? Jeżeli chcesz, mogę pożyczyć ci nieco srebra.
— Mam dość. — Conan zważył w myślach swą sakiewkę. Starczy na cztery dni, jeżeli
zatrzyma się w oberży. Na dwa tygodnie, jeżeli będzie spał w stajniach. — Ale jak to się
stało, że ty jesteś na tyle bogaty, by szastać srebrem? — zapytał głośno. — Wróciłeś do
złodziejskiego rzemiosła, czy też znów parasz się przemytem?

background image

— Ćśśś! — Hordo przysunął się bliżej, rozglądając niespokojnie. — Nie mów głośno o
przemycie — rzekł szeptem. — Karą za ten proceder jest powolne nadziewanie na pal, a
nagrody dla donosicieli są tak wielkie, że nawet moja babka dałaby się zwieść na pokuszenie.
— Zatem dlaczego się w to wmieszałeś?
— Wcale nie mówiłem… — jednooki brodacz wyrzucił w górę sękate ręce. — Na
Kamienie Hanumana! Tak, siedzę w tym po uszy. Czyżbyś był ślepy i głuchy, że nie wiesz,
jakie ceny są w tym mieście? Cło jest większe od początkowej wartości towarów. Przemytnik
może zbić fortunę. O ile przeżyje.
— Może brakuje ci wspólnika? — zapytał z nadzieją Conan.
Hordo zawahał się.
— Tu jest inaczej niż w Sultanapurze. Każda beczułka wina czy bela jedwabiu, która omija
posterunek mytnika, jest przemycana przez jedną tylko szajkę.
— Jedną na całą Nemedię? — spytał z niedowierzaniem Cymmerianin.
— Uhmm. Dzieje się tak, mniej więcej od ponad dwóch lat. Sam jestem tu od roku i jak
dotąd niewiele wiem. Dbają o zachowanie tajemnicy. Ja dostaję rozkazy od człowieka, który
dostaje swoje od kogoś, kogo nigdy nie widziałem, a ten prawdopodobnie otrzymuje rozkazy
od jeszcze kogoś innego — potrząsnął głową. — Spróbuję, ale nie mogę niczego obiecać.
— Nie sądzę, żeby to było takie trudne — zaprotestował Conan. — Przecież zostałeś
jednym z nich będąc tu nie więcej niż rok.
Hordo zachichotał i potarł nos szerokim paluchem.
— Jestem wyjątkiem. Byłem w Koth, w tawernie w Khorshemish, bo usłyszałem
pogłoskę… nieważne, to nie ma nic do rzeczy. W każdym razie niejaki Hassan, pracujący dla
szajki w Koth, stał obok, gdy zadawałem pytania. Słyszał o Czerwonym Jastrzębiu i
podziwiał ją bezgranicznie. Kiedy dowiedział się, że z nią jeździłem, zaproponował rai robotę
tu, w Belverus. Wtedy nie śmierdziałem groszem i właśnie doszedłem do tego, by ugotować
sobie na zupę swój pas, więc przyjąłem ofertę. Gdyby Hassan tu był, wciągnąłbym cię do
szajki w mgnieniu oka, ale on został w Koth.
— Dziwne… — zdumiał się Conan — że nie zatrzymał cię przy sobie, skoro tak podziwia
Czerwonego Jastrzębia. Nieważne. Zrób, co możesz.
— Spróbuję. — Hordo zerknął na słońce chylące się nad zachodnim horyzontem i
zakłopotany rozłożył ręce. — Słuchaj, teraz muszę coś zrobić dla szajki. Zaprosiłbym cię,
żebyśmy mogli pogawędzić o starych dobrych czasach, ale oni nie patrzą przyjaźnie na ludzi,
których nie znają.
— Mamy mnóstwo czasu.
— Jasne, słuchaj. Spotkamy się w oberży „Pod Bodącym Wołem”, na ulicy Żalów, mniej
więcej pół klepsydry po zachodzie słońca — roześmiał się i walnął Conana w ramię. —
Wypijemy za przejście z jednej strony miasta na drugą.
— Ze szczytu na dno — zgodził się Conan.
Gdy jednooki kamrat odszedł, Cymmerianin ścisnął pod pachą owinięty w płaszcz miecz i
odwrócił się. W połowie ulicy stała bogato zdobiona lektyka ze szkarłatnymi zasłonami oraz
złoconymi drągami do niesienia. Miejscowe opryszki trzymały się od niej z daleka. Jednakże
to nie lektyka przyciągnęła uwagę Conana. Widywał wiele innych, należących do tłustych
kupców czy wiotkich dam ze szlachetnych rodów. Zaintrygowało go to, że w chwili gdy się
odwrócił, zasłony zostały szczelnie zaciągnięte. Jedynie kątem oka dostrzegł kobietę w
szarym woalu. I, mimo tego przelotnego spojrzenia, mógłby przysiąc, że ta kobieta patrzyła
na niego. Nie, nie patrzyła. Wpatrywała się weń z nienawiścią.
Nagle lektyka drgnęła. Najwyraźniej rzucono rozkaz, bowiem tragarze unieśli ją i ruszyli
szybko ulicą, oddalając się od potężnego Cymmerianina.
Conan potrząsnął głową, obserwując niknącą w tłumie lektykę. Niezbyt dobry początek w
Belverus, pomyślał. Nie znał tu nikogo prócz Horda. Poprawił pod pachą owinięty w płaszcz

background image

miecz. Przed udaniem się na spotkanie z przyjacielem postanowił rozejrzeć się lepiej po
mieście, w którym, jak miał nadzieję, czeka go jakaś obiecująca przyszłość.

II

Ulica Żalów biegła na skraju Wrót Piekieł — dzielnicy nędzy Belverus. Mieszkańcy tej
ulicy walczyli desperacko zębami i pazurami, byle tylko nie stać się częścią Wrót Piekieł.
Wielu z nich przeniosło się tu właśnie stamtąd i teraz ludzie ci uparcie udawali, że nie czują
smrodu przynoszonego przez wiatry z południa, który mówił im, jak niewielką odległość
zdołali pokonać.
Na tej ulicy wszyscy pragnęli zapomnieć o tym, co leży zaraz za południowym zakrętem, o
tym, co może czekać ich następnego poranka. Na ulicy Żalów trwał nieustający, obłąkany
karnawał. Wędrowni muzykanci z lutniami, cytrami i fletami wygrywali szaleńczą muzykę,
która konkurowała z napełniającym powietrze śmiechem — chrapliwym, pijackim lub
histerycznym… Kuglarze z piłkami, obręczami, pałkami lub nożami popisywali się swoją
sztuką obok ulicznic, które szlifowały bruk, na wpół nagie w kusych jedwabiach,
polerowanych brązowych bransoletach i sandałach na koturnach wystawiając swój towar na
pokaz każdemu, kto miał choć trochę grosza. Ich najbardziej lubieżne wygibasy i bezwstydne
pieszczoty były przeznaczone dla dobrze ubranych przybyszów z Wyższego Miasta. Ci
odróżniali się od tutejszego pstrego motłochu tak, jakby nosili szyldy, a przychodzili tutaj po
to, aby obejrzeć to, co uważali za dno moralnego upadku. I nad tym wszystkim bez przerwy
unosił się czyjś desperacki śmiech.
Gospoda „Pod Bodącym Wołem” była taka, jak Conan się spodziewał. W jednym końcu
wielkiej izby, cuchnącej skwaśniałym winem, stała mała platforma, na której trzy pulchne
kobiety w żółtych jedwabiach kołysały krągłymi biodrami i wielkimi piersiami w rytm
hałaśliwej muzyki fletów. Większość mężczyzn, tłoczących się przy stołach, bardziej jednak
zajmowało picie, karty czy kości. Miedzianowłosa ladacznica z pojedynczym pasem z
ciemnoniebieskiego jedwabiu owiniętym wokół ciała tak, żeby możliwie najmniej zasłaniał,
stała z przylepionym do twarzy zawodowym uśmiechem, podczas gdy tłusty Korynthianczyk
w pasiastych szatach podszczypywał ją z delikatnością krokodyla.
Inna, o niewiarygodnie ogniście rudych włosach, zmierzyła wzrokiem szerokość barów
Conana i poprawiła pozłacany stanik. Ruszyła ku barbarzyńcy znacząco przeciągając
językiem po uróżowionych ustach, lecz po chwili stanęła rozczarowana i ściągnęła brwi, gdy
młodzieniec przecząco potrząsnął głową. Nie widział nigdzie Horda, a na kobiety przyjdzie
czas, gdy będą razem.
Jedna z nich odróżniała się od pozostałych. Siedziała sama pod ścianą, przed nią zaś stał
nietknięty kubek wina. Zdawało się, że jest jedyną osobą z uwagą oglądającą popisy tancerek.
Długie czarne włosy spływały jej na ramiona, a twarz z ogromnymi oczami barwy laskowych
orzechów zaćmiewała urodą wymalowane oblicza wszystkich ladacznic. Bez wątpienia nie
była jedną z sióstr nocy. Świadczyła o tym jej prosta suknia z białej bawełny, spowijająca ją
od szyi po kostki. Nie była dość krzykliwa ani frywolna jak na szatę ulicznej dziewki. Z kolei
materiał był zbyt surowy i brakowało mu bogatych haftów, by właścicielka sukni mogła
uchodzić za jedną z kobiet z Wyższego Miasta, które przychodziły tu, by zakosztować
dreszczu emocji pocąc się pod kimś, kto mógł być mordercą czy nawet kimś gorszym.
Odzienie to było równie nie na miejscu jak sama dziewczyna.
Kobiety później, przypomniał sobie Conan. Przesunął owinięty w płaszcz miecz i rozejrzał
się w poszukiwaniu wolnego stołu.
Z czegoś, co wyglądało raczej na stertę łachmanów niż na człowieka, wychynęła koścista
ręka i złapała go za tunikę. Z bezzębnych ust dobył się cienki, zgrzytliwy głos:
— Hej, Cymmerianinie, a dokąd to idziesz z tym przeklętym ostrzem?

background image

Conan poczuł, że włos mu się jeży na karku. Wychudzony starzec miał brudną szmatę na
oczach. Ale nawet gdyby widział, skąd mógł wiedzieć, co jest w tym płaszczu? Albo że
Conan pochodzi z Cymmerii…
— Co o mnie wiesz, starcze? — zapytał. — I w jaki sposób, skoro jesteś ślepy?
Starzec zarechotał i zakrzywionym kosturem dotknął opaski na oczach.
— Kiedy bogowie zabrali mi wzrok, dali inne sposoby widzenia.
— Słyszałem o czymś takim — mruknął Conan. — Ale dalej zdaje mi się to dziwne. Co
jeszcze możesz mi powiedzieć?
— O, niemało, paniczu. Poznasz miłość wielu kobiet, królowych, wieśniaczek, i wielu
pomiędzy nimi. Będziesz żył długo i zdobędziesz koronę, a twoja śmierć będzie owiana
legendą.
— Bycze łajno! — warknął Hordo, pojawiając się u boku Conana.
— Zastanawiałem się, gdzie jesteś — powiedział Conan. — Ten stary wie, że jestem
Cymmerianinem.
— Ma czułe ucho, rozpoznał twój barbarzyński akcent. Chodźmy do stołu i weźmy dzban
wina.
Conan potrząsnął głową.
— Nic nie mówiłem, ale on wiedział. Powiedz mi, starcze, co czeka mnie wkrótce, a nie za
całe lata.
Ślepiec słuchał go przekrzywiając głowę. Na jego usta wrócił bezzębny uśmiech.
— Co do tego… — podniósł rękę, pocierając kciukiem o podbródek, po czym gwałtownie
rozprostował dłoń. — Jestem biednym człowiekiem, jak widzisz, paniczu.
Wielki Cymmerianin wetknął dwa palce w sakiewkę u pasa. Była ona dość chuda, zawierała
więcej miedziaków niż srebra, ale wyciągnął srebrną monetę i wcisnął ją w dłoń twardą
niczym kamień.
Hordo wyraził zniecierpliwienie głębokim westchnieniem.
— Znam kapłana odczytującego los z wnętrzności ofiarnych zwierząt oraz trzech
astrologów, którzy obsłużyliby cię za połowę tego.
Starzec przesunął czubkami palców po awersie monety.
— Hojnyś, paniczu — wymruczał. Moneta zniknęła pod łachmanami. — Daj mi rękę.
Prawą.
— Chiromanta bez oczu — zakpił Hordo, ale Conan wyciągnął rękę.
Palce tak samo szybko, jak badały monetę, prześledziły linie na szorstkiej i porytej bliznami
dłoni Conana. Starzec zaczął mówić i choć jego głos nadal był cienki, zniknął zeń uprzedni
chichot. Teraz była w nim siła, a nawet moc:
— Strzeż się kobiety szafirów i złota. Z miłości do władzy zechce przypieczętować twój
los. Strzeż się kobiety szmaragdów i rubinów. Z miłości do ciebie zapragnie ujrzeć twoją
śmierć. Strzeż się człowieka, który pożąda tronu. Strzeż się człowieka, którego dusza jest z
gliny. Strzeż się wdzięczności królów — w uszach Conana monotonny głos starca brzmiał
coraz głośniej, ale nikt inny nie podniósł głowy znad wina. — Uratuj tron, uratuj króla, zabij
króla lub umrzyj. Cokolwiek się stanie, cokolwiek jest, pilnuj się, by uciec w odpowiednim
czasie.
— Dość ponure, by skwasić młode wino — stwierdził Hordo.
— I niewiele w tym sensu — dodał Conan. — Nie możesz wyrażać się jaśniej?
Starzec wzruszył ramionami i puścił rękę Conana.
— Gdybym mógł wyrażać jaśniej swe przepowiednie — rzekł oschle — żyłbym w pałacu, a
nie w tym chlewie.
Stukając kosturem pokuśtykał na ulicę, zręcznie omijając stoły i pijaków.

background image

— Ale zważ moje słowa, Conanie z Cymmerii! — zawołał przez ramię od drzwi. — Bo
moje przepowiednie zawsze się sprawdzają! — Zniknął w rozgorączkowanym tłumie na
zewnątrz.
— Stary głupiec — warknął Hordo. — Jeżeli chcesz dobrej rady, to idź do sławnego
astrologa. Nie do żadnego z tych pokątnych szarlatanów.
— Ani razu nie wypowiedziałem swego imienia — rzekł Conan cicho.
Hordo zamrugał i potarł usta grzbietem dłoni.
— Muszę się napić, Cymmerianinie.
Szkarłatnowłosa ladacznica wstała od stołu, prowadząc za rękę krzepkiego ophiryjskiego
draba. Poszli w kierunku schodów wiodących na piętro, gdzie mieściły się izby
wynajmowane na czas potrzebny na przesypanie się piasku w klepsydrze. Conan opadł na
zwolniony stołek, wskazując Hordowi drugi. Gdy położył na stole owinięty w płaszcz miecz,
jednooki złapał za ramię służebną dziewkę o oczach łani. Dwa pasy zielonego muślinu ledwie
przysłaniały jej bujne piersi i pośladki.
— Wina! — rozkazał Hordo. — Największy dzban jaki macie. I dwa kubki.
Dziewczyna zwinnie wyślizgnęła się z jego ramion i umknęła.
— Rozmawiałeś o mnie ze swymi przyjaciółmi? — spytał Conan.
Hordo westchnął ciężko i potrząsnął głową.
— Rozmawiałem, ale odpowiedź brzmi: nie. Praca jest lekka, a złoto płynie strumieniem,
lecz ja tylko odbieram rozkazy od człowieka imieniem Eranius, tłustego, zezowatego bękarta.
Ten worek łajna zrobił mi wykład. Wyobrażasz sobie mnie, słuchającego spokojnie czyichś
pouczeń na temat ufania nieznajomym w tych niebezpiecznych czasach? Niebezpieczne
czasy! Uff!
— To nie ma znaczenia — rzekł Conan lekko, choć jednak miał nadzieję popracować z tym
brodatym niedźwiedziem.
Służąca wróciła i postawiła na surowych deskach dwa skórzane kubki oraz nieforemny
gliniany dzban większy od ludzkiej głowy. Napełniła kubki i znieruchomiała z wyciągniętą
ręką.
Hordo wyjął miedziaka i podał dziewczynie, równocześnie podszczypując ją łobuzersko.
— Zmykaj, mała — zaśmiał się — zanim uznamy, że chcemy więcej, niż jesteś chętna
sprzedać.
Dziewczyna odeszła pocierając pośladek, ale rzucone Conanowi powłóczyste spojrzenie
mówiło, że gdyby tylko chciał kupić, to nie miałaby nic przeciwko, by sprzedać.
— Powiedziałem mu, że nie jesteś obcy — kontynuował Hordo — powiedziałem mu wiele
o tobie, o tym, jak razem paraliśmy się przemytem w Sultanapurze. Nawet nie słuchał.
Powiedział, że musisz być niebezpieczny. Kazał mi trzymać się od ciebie z daleka.
Wyobrażasz sobie? Chyba nie myśli, że wykonam taki rozkaz!
Naraz Cymmerianin poczuł delikatny ruch przy sakiewce. Jego wielka dłoń błyskawicznie
zacisnęła się na szczupłym nadgarstku.
Złociste loki otaczały niewinną dziewczęcą twarz o szczerych, niebieskich oczach.
Wrażenie to niweczyły bujne piersi napinające wąski pas czerwonego jedwabiu. Pas z
miedzianych monet na biodrach, z którego zwieszały się strzępy przezroczystego, także
czerwonego materiału z ledwością zasłaniające pośladki, jednoznacznie określały profesję
dziewczyny. Pięść uwięziona w ręku Conana była mocno zaciśnięta.
— Oto kobieta w szafirach i złocie — zakpił Hordo. — Jaka jest twoja cena, dziewczyno?
— Następnym razem — rzekł do niej Conan — nie okradaj człowieka, który jest na tyle
trzeźwy, by zauważyć twój brak zręczności.
Twarz dziewczyny przemieniła się w maskę ozdobioną uwodzicielskim uśmiechem.
— Mylisz się. Chciałam tylko cię dotknąć. Od kogoś tak przystojnego nie wezmę dużo, a
zielarz mówi, że jestem już całkiem zdrowa.

background image

— Zielarz! — Hordo parsknął przez nos winem, które akurat popijał. — Nie dotykaj jej,
Conanie! W tym mieście jest dwadzieścia i dziewięć rodzajów syfilisu, a jeżeli nawet ona
miała kiedyś tylko jeden, to teraz bez wątpienia zdołała posiąść dwadzieścia osiem
pozostałych.
— I powiedz mi, lepiej od razu… — ciągnął Conan ściskając mocniej nadgarstek
dziewczyny. Pot zrosił jej czoło, a z rozwartych ust wyrwał się cichy jęk. Palce rozchyliły się
i na wolną rękę Cymmerianina spadły dwie srebrne monety. Błyskawicznie przyciągnął ją
bliżej. Wykręcił jej rękę i zgniótł pełne piersi o swój masywny tors. Wlepiła w niego
przerażone, błękitne oczy.
— …Całą prawdę, dziewczyno — dokończył. — Jesteś złodziejką, ladacznicą, czy jednym i
drugim? Prawdę, a puszczę cię wolno. Jak tylko pomyślę, że kłamiesz, zabiorę cię na górę i
wezmę sobie równowartość tych pieniędzy. A ukradłaś sporo…
Powoli zwilżyła językiem usta.
— Naprawdę pozwolisz mi odejść? — wyszeptała.
Conan skinął, a przylegające do jego ciała piersi naparły nań wraz z głębokim
westchnieniem.
— Nie jestem ladacznicą — powiedziała w końcu.
Hordo chrząknął.
— Zatem złodziejką. Jednak dalej idę o zakład, że jest chora.
— Bierzesz udział w ryzykownej grze, dziewczyno — rzekł Conan.
Wyzywająco poderwała głowę.
— Kto zwróci uwagę na jeszcze jedną ladacznicę wśród tylu innych? Biorę tylko po kilka
monet od każdego i wszyscy myślą, że utopili je w winie. A jak mnie ktoś złapie, to
napomykam o zielarzu i wtedy żaden nie chce tego, co według nich sprzedaję — gwałtownie
zbliżyła usta do jego warg. — Nie jestem dziwką — wymruczała kusząco — ale z
przyjemnością spędziłabym noc w twych ramionach.
— Nie dziwka — roześmiał się Conan — ale złodziejka. Znam złodziei! Przebudziłbym się
bez sakiewki, płaszcza, miecza i może nawet butów.
Oczy jej rozbłysły. Szczerość zastąpił gniew. Szarpnęła się bezradnie w żelaznej obręczy
jego ramienia.
— Szczęście cię dziś opuściło, dziewczyno. Czuję to — barbarzyńca puścił ją nagle.
Przez chwilę stała patrząc na niego z niedowierzaniem. Potem jego dłoń trzepnęła ją w tyłek
z taką siłą, że aż podskoczyła i zapiszczała, co wywołało śmiech przy sąsiednich stołach.
— Ruszaj w swoją drogę, dziewczyno. I pamiętaj, szczęście cię opuściło.
— Pójdę, gdzie zechcę — odparła ze złością i zniknęła w tłumie.
Conan przestał zaprzątać sobie nią głowę, odwrócił się do wina i pociągnął długi łyk. Znad
krawędzi skórzanego kubka uchwycił spojrzenie innej dziewczyny, tej, która wydawała się
tutaj nie na miejscu. Popatrzyła na niego z wyraźną aprobatą, po czym zaczęła pisać na
skrawku pergaminu. Conan poszedłby o zakład, że na całej tej ulicy nie ma nawet dziesięciu
kobiet i mężczyzn potrafiących przeczytać i napisać coś więcej prócz swych imion.
— Nie dla nas — rzekł Hordo spoglądając w tę samą stronę. — Kimkolwiek jest, sądząc po
stroju, na pewno nie jest córką ulicy.
— Nie dbam o to, kim ona jest — powiedział Conan, niecałkiem zgodnie z prawdą. Była
piękna, a on chętnie przyznawał się do słabości do pięknych kobiet. — W tej chwili obchodzi
mnie jedynie znalezienie jakiejś roboty. Dopiero wtedy będę mógł pozwolić sobie na kobietę.
Spędziłem dzień na wędrówce po mieście. Widziałem wielu ludzi ze strażnikami. Takie
zajęcie nie daje tyle złota co przemyt, ale robiłem to wcześniej, więc zapewne znów się tym
zajmę.
Hordo skinął.

background image

— Takiej roboty tu nie brak. Każdy, kto rok temu najmował jednego strażnika, teraz ma
pięciu. Niektórzy z bogatszych kupców, jak Fabius Palian i Eardo Ostorian, utrzymują całe
kompanie. Tu właśnie kryją się prawdziwe pieniądze; w wynajmowaniu własnej kompanii
najemników!
— Tyle że trzeba mieć złoto, by ją zebrać — rzekł z sarkazmem Conan. — Na razie nie stać
mnie na uzbrojenie nawet dla jednego człowieka, a co tu mówić o całej kompanii.
Jednooki mężczyzna palcem rozmazał na stole kałużę rozlanego wina.
— Od czasu gdy zaczęły się kłopoty, połowa przemycanego towaru to broń. Myto za dobry
miecz jest wyższe niż cena u płatnerza — spojrzał Conanowi w oczy. — Moglibyśmy ukraść
dość, by za darmo uzbroić całą kompanię.
— My, Hordo?
— Na Kamienie Hanumana, człowieku! Kiedy zaczęli mi mówić, kto może być moim
przyjacielem, a kto nie, przemyt przestał mi się podobać.
— Zatem pozostaje zdobycie srebra na pierwszy żołd. Dla, powiedzmy, pięćdziesięciu
ludzi…
— Złota — przerwał mu Hordo. — Obecna stawka wynosi jedną złotą markę na głowę.
Conan gwizdnął przez zęby.
— Sądzę, że jeszcze długo nie zobaczę tyle w swoim trzosie. Chyba że ty…
Hordo ze smutkiem potrząsnął głową.
— Znasz mnie, Cymmerianinie. Za bardzo lubię kobiety, wino i kości, by złoto długo się
mnie trzymało.
— Złodziej! — krzyknął ktoś. — Złapaliśmy złodziejkę! Conan obejrzał się. Blondynka o
twarzy niewinnego dziecka szamotała się między krzepkim, zarośniętym mężczyzną w
zatłuszczonej niebieskiej tunice i wysokim chudzielcem o blisko osadzonych chytrych
oczach.
— Złapałem ją z ręką na moim mieszku! — wrzasnął brodacz.
Pijacy ryknęli gromkim śmiechem i zaczęli wykrzykiwać sprośne rady.
— A mówiłem, że szczęście ją opuściło — mruknął Conan.
Blondynka krzyknęła rozpaczliwie, gdy brodacz zdarł z niej stanik. Potem rzucił
dziewczynę chudzielcowi, który tymczasem wlazł na stół. Mimo jej rozpaczliwej obrony,
szybko zerwali z niej resztę skąpego przyodziewku i nagą rozciągnęli na stole.
Brodacz potrząsnął nad głową kubkiem z kośćmi.
— Ten, kto wyrzuci najwięcej, będzie zaraz po mnie… Wokół stłoczyli się
rozgorączkowani mężczyźni.
— Idziemy — rzekł Conan. — Nie chcę na to patrzeć. — Wziął owinięty w płaszcz miecz i
ruszył do wyjścia.
Hordo spojrzał żałośnie na w połowie pełny dzban z winem i ociągając się podążył za nim.
Przy drzwiach Conan raz jeszcze uchwycił spojrzenie młodej kobiety w prostej, bawełnianej
sukni. Znów na niego patrzyła, ale tym razem jej twarz wyrażała gniew i rozczarowanie. Co
takiego zrobiłem? — zastanowił się, ale tylko przelotnie, bowiem miał na głowie większe
zmartwienia. Wyszedł na ulicę.

III

Na ulicy Żalów było już całkiem ciemno, a szaleństwo mieszkańców przybrało na sile.
Ladacznice już nie stąpały zmysłowo, ale raczej biegały od jednego przechodnia do drugiego.
Akrobaci robili rzeczy przeczące prawu ciążenia, wykręcali sobie stawy, jakby występowali
w królewskim pałacu, i nie zaprzestawali starań, choć w zapłacie otrzymywali jedynie pusty,
pijacki śmiech.

background image

Conan zatrzymał się, by obejrzeć występ żonglera pochodniami. Sześć płonących głowni
zakreślało wolne łuki nad łysą głową sztukmistrza. Otaczał go mały, wciąż zmieniający się
pierścień gapiów. Gdy Conan przystanął, trzech widzów zdążyło przyjść, a dwóch odejść w
poszukiwaniu większych atrakcji. Conan wyłuskał miedziaka i rzucił go w czapkę leżącą
przed żonglerem. Były tam tylko dwie inne monety. Ku zdziwieniu Conana sztukmistrz nie
zaprzestając żonglerki skłonił mu się głęboko, a wyprostowawszy się, zaczął podskakiwać.
Płonące żagwie wirowały teraz tak, że zdawało się, iż stopy żonglera znajdują się w środku
kreślonego przez nie kręgu.
Hordo szarpnął Conana za ramię i pociągnął muskularnego młodzieńca w głąb ulicy.
— Za miedziaka — mruknął z goryczą. — Były czasy, że trzeba było sztuki srebra, by
jeden z nich zrobił coś takiego. A nawet i więcej.
— To miasto wpada w obłęd — rzekł Conan. — Jeszcze nigdy nie widziałem tak wielu
żebraków po tej stronie morza Vilayet. Biedacy są tu biedniejsi i liczniejsi niż w innych
miastach. Handlarze wyznaczają ceny, które zrujnowałyby Gildię Kupiecką w Sultanapurze, a
wyglądają niewiele lepiej od żebraków. Więcej niż połowa srebrnika za dzban wina, ale
żongler pokazuje swe najlepsze sztuczki za nędznego miedziaka! Nie widziałem w Belverus
nikogo, kto wyglądałby na troszczącego się o jutro. Co się dzieje?
— A kimże ja jestem, Cymmerianinie? Bakałarzem? Kapłanem? Mówi się, że na Smoczym
Tronie ciąży klątwa, że Garian jest przeklęty przez bogów.
Conan mimowolnie nakreślił znak odpędzający zło. Z klątwami nie należało igrać. Kilka
osób zauważyło, co zrobił i natychmiast odsunęło się od barczystego młodzieńca. Mieli dość
własnego zła bez kuszenia tego, które kłopotało obcego.
— Ta klątwa — rzekł Cymmerianin po chwili — jest prawdziwa? To znaczy, czy mówią o
niej kapłani i astrologowie? Potwierdzili ją?
— Nic takiego nie słyszałem — przyznał Hordo. — Ale tak mówi się na rogach ulic.
Wszyscy to wiedzą.
— Na Croma! — prychnął Conan. — Wiesz równie dobrze jak ja, że to, co wszyscy
wiedzą, najczęściej jest kłamstwem. Czy w ogóle są jakieś dowody na tę klątwę?
— Tak, Cymmerianinie — powiedział Hordo, szturchając Conana dla podkreślenia wagi
wypowiadanych słów. — Tego samego dnia, w którym Garian zasiadł na Tronie Smoka,
zważ, tego samego dnia, potwór przebiegł ulicami Belverus. Zabił ponad dwie dziesiątki
ludzi. Wyglądał tak jak człowiek ulepiony z gliny, a później mocno rozmoczony. Rzecz w
tym, że ludzie, którzy go widzieli, klną się, iż przypominał Gariana.
— Człowiek z gliny… — rzekł cicho Conan, myśląc o przepowiedni ślepca.
— Nie zaprzątaj sobie głowy tym ślepym głupcem — poradził Hordo. — Owo monstrum
nie żyje, choć nie zabili go ci wiecznie przesiadujący w koszarach miejscy strażnicy. Stara
kobieta, która z przerażenia odeszła od zmysłów, rzuciła weń oliwną lampę. Strawił go
płonący olej. Nie pozostało po nim nic prócz kupki popiołu. Potem straż chciała zabrać
staruszkę na „przesłuchanie”, jak powiedzieli, ale jej sąsiedzi przepędzili ich jak psów.
Obrzucili ich nocnikami, wyobrażasz sobie?
— Chodź — powiedział Conan, skręcając w wąską uliczkę.
Hordo zawahał się.
— Zdajesz sobie sprawę, że wchodzimy we Wrota Piekieł?
— Ktoś nas śledzi od „Bodącego Wołu”. Chcę się dowiedzieć kto. Tędy.
Ulica zwężała się i wiła. Śmiech i światła ulicy Żalów szybko zostały w tyle. Smród
odpadków i uryny zgęstniał tak, że trudno było oddychać. Ulica nie była brukowana. Szczęk
ich butów na żwirze i szmer oddechów były najgłośniejszymi słyszalnymi dźwiękami.
Wędrowali przez ciemność przerywaną z rzadka kałużami światła padającego z okien
umieszczonych na tyle wysoko, by mieszkańcy czuli się w miarę bezpiecznie.
— Mów! — szepnął Conan. — Jakim królem jest Garian?

background image

— Jeszcze mi rozkazuje! — mruknął zirytowany Hordo. — Niech Bel broni nas przed
twoją… — machnął ręką. — Jest królem. Co więcej? Nie przyjaźnię się z królami. W każdym
razie nie więcej niż ty.
— Masz rację, ale mów. Jesteśmy pijani i zbyt beztroscy, by zachowywać się cicho w
środku Wrót Piekieł po nocy — poluzował miecz w pochwie. Strużka światła przemknęła po
jego twarzy. Oczy Conana zapłonęły niczym ślepia leśnego drapieżnika.
Hordo wdepnął w coś, co zachlupotało pod jego butem.
— Na wnętrzności i kości Vary! Zastanówmy się… Garian zrobił porządek z
czarnoksiężnikami. Ostatecznie wolę królów od tej hołoty.
— Jak to zrobił? — zapytał Conan. Słuchał nie tylko Horda, ale też odgłosów
dochodzących z tyłu. Do kogo należały te stopy chrzęszczące po żwirze?
— Trzy dni po objęciu tronu kazał ściąć wszystkich przebywających na dworze magów.
Gethenius, jego ojciec, miał ich w pałacu na tuziny. Garian nie zdradził nikomu, co zamierza.
Tuż po północy wydał rozkaz Złotym Lampartom. Do świtu każdy mieszkający w pałacu
czarnoksiężnik został wywleczony z łoża i ścięty. Ci, którzy uciekli, zdaniem Gariana byli
prawdziwymi czarnoksiężnikami. Ci, którzy nie potrafili przewidzieć jego posunięcia, byli
szarlatanami i darmozjadami. Całe ich bogactwo kazał rozdać biedakom, nawet tym we
Wrotach Piekieł. Ostatnia dobra rzecz, jaką zrobił!
— Ciekawe — stwierdził Conan bez zainteresowania. Jego wyostrzony wzrok przenikał
cienie. Przed nimi było skrzyżowanie. A z tyłu? Tak. To był pomruk kogoś, kto wlazł w to
samo, czym teraz śmierdziały buty Horda. — Mów dalej — przynaglił. Ostrze zaszeleściło,
gdy wysunął je z pochwy.
Jednooki zdumionym wzniesieniem brwi skwitował jego ruch, po czym sam dobył miecza.
Obaj mężczyźni ruszyli dalej z bronią niedbale kołyszącą się w dłoniach.
— Ta klątwa — podjął lekkim tonem Hordo. — Gethenius rozchorował się w czwartą noc
po zakończeniu siewów i gdy tylko legł w łożu, nastała susza. Padało w Ophirze i Orythunii.
Padało w Aquilonii. Ale nie w Nemedii. Im bardziej chory stawał się Gethenius i im bliżej
władzy był Garian, tym susza stawała się dotkliwsza. W dniu, w którym zasiadł na tronie,
pola były już suche niczym sproszkowana kość. I takie też dały plony. Powiedz mi, czyż nie
jest to dowodem przekleństwa?
Dotarli do jakiegoś zaułka. Conan skoczył w cienie pod murem, gestem nakazując, by
Hordo szedł dalej. Krzepki, jednooki brodacz poczłapał w ciemność. Jego słowa powoli
cichły w dali:
— Po nieudanych żniwach Garian kupił ziarno w Aquilonii. Wtedy jakieś bandy na granicy
zaczęły palić furgony ze zbożem. Wówczas Garian kilkakrotnie podniósł cło, by wynająć
więcej strażników i zakupić więcej ziarna, które ci głupcy na granicy dalej palą. Wysokie
myto uczyniło przemyt opłacalnym, ale ja…
Conan czekał, nasłuchując. Przez chwilę rozważał, czyby nie rozpakować broni szaleńca,
ale wzdragał się na myśl o jej użyciu. Oparł pakunek o ścianę za sobą. Kroki zbliżały się
coraz bardziej; pośpieszne i niepewne. Teraz był pewien, że tropi go jedna osoba.
Na skrzyżowaniu pojawiła się szczupła, otulona płaszczem postać. Zatrzymała się w
ciemności, nasłuchując cichnących kroków Horda. Conan ruszył do przodu. Uchwycił lewą
ręką ramię nieznajomego, obrócił go i trzasnął nim o ścianę. Oddech ze świstem uciekł z
piersi tajemniczego przeciwnika. Conan przyłożył mu miecz do gardła i wciągnął głębiej w
zaułek, gdzie mrok rozjaśniała plama światła. Szczęka mu opadła, gdy zobaczył twarz
pojmanego. Była to dziewczyna, która tak bardzo wyróżniała się „Pod Bodącym Wołem”.
W ogromnych orzechowych oczach błyszczał strach, ale jej głos był opanowany:
— Zamierzasz mnie zabić? Opuszczasz kobiety z wielką łatwością, nie sądzę zatem, by
zabicie jednej było dla ciebie czymś trudnym.

background image

— O czym ty mówisz? — prychnął zdumiony barbarzyńca. — Pracujesz dla bandziorów,
dziewczyno? — Pomyślał, że raczej trudno w to uwierzyć, ale widywał już dziwniejsze
rzeczy.
— Oczywiście, że nie — zaprzeczyła z oburzeniem. — Jestem poetką. Nazywam się
Ariana. Jeśli nie masz zamiaru poderżnąć mi gardła, to może lepiej zabierz ten miecz? Czy
wiesz, co oni jej robili, gdy wychodziłam? Czy masz o tym jakieś pojęcie?
— Na Croma! — mruknął zbity z tropu potokiem słów. Opuścił miecz.
Dziewczyna głośno przełknęła ślinę i wbiła wzrok w barbarzyńcę.
— Rzucali kości, kto ma pójść z nią na górę. Wszyscy mężczyźni chcieli rzucać. I dla
zabawy chłostali ją tak, że wkrótce zaczęła przypominać dojrzałą śliwkę.
— Aha, ta blondynka. — Conan pojął wreszcie, o co jej chodzi. — Mówisz o tej złodziejce?
Czy śledziłaś mnie do Wrót Piekieł wyłącznie po to, by mi o tym powiedzieć?
— Nie wiedziałam, że idziesz do Wrót Piekieł — odparła ze złością. — Poszłam za tobą
bez namysłu. Ale co cię obchodzi, dokąd chodzę? Nie jestem niewolnicą, a już z pewnością
nie twoją. Biedna dziewczyna! Wtedy, jak ją puściłeś, pomyślałam, że potrafisz współczuć, że
może różnisz się od innych mimo swej brutalnej powierzchowności, ale…
— Wiedziałaś, że jest złodziejką? — przerwał jej.
Jej twarz przybrała wyniosły wyraz.
— Ona też chce żyć. Nie sądzę, byś wiedział, co doprowadza ludzi do tego, że zaczynają
kraść. Nie sądzę, byś wiedział co to bieda i głód. Nie ty, z tym wielkim mieczem, potężnymi
muskularni i…
— Zamknij się! — Warknął, lecz natychmiast zniżył głos i rozejrzał się czujnie. Zwracanie
na siebie uwagi w miejscu takim jak Wrota Piekieł nie było rzeczą rozsądną. Kiedy znów
spojrzał na nią, wpatrywała się w niego z otwartymi ustami. — Wiem, co to znaczy cierpieć
biedę — rzekł cicho — wiem, co znaczy głodować i kraść. Zaznałem tego wszystkiego, nim
podrosłem na tyle, by zacząć się golić.
— Przykro mi, przepraszam — powiedziała powoli.
Conan nie wiedział, czy jej słowa odnosiły się do jego młodzieńczej niedoli, czy do
wcześniejszego zarzutu.
— Co się tyczy tej dziewczyny, odrzuciła szansę, jaką jej dałem. Powiedziałem jej, że
szczęście ją opuściło.
— Może powinnam była porozmawiać z nią wtedy, gdy ją złapałeś — westchnęła Ariana.
Conan potrząsnął głową.
— Kim ty jesteś? Przesiadujesz w spelunie na ulicy Żalów zamartwiając się losem złodziei.
Jesteś ubrana jak niewinna córka sklepikarza, a mówisz jak dama z wysokiego rodu. Idziesz
za mną do Wrót Piekieł, by mi nawymyślać — zaczął się śmiać. — Kiedy wróci Hordo,
odprowadzimy cię na ulicę Żalów i niech Mitra chroni przed tobą ladacznice i pechowe
złodziejki, poetko…
W oczach Ariany zapaliły się gniewne skry.
— Jestem poetką, i to dobrą. A co złego w tym, jak się ubieram? Przypuszczam, że
wolałbyś, bym miała na sobie czerwone fatałaszki i wdzięczyła się niczym…
Conan zakrył jej usta szeroką dłonią i na chwilę wstrzymał oddech. Nasłuchiwał. Jej oczy
stały się ogromne. Rozległ się dźwięk, którego Conan nie mógł nie rozpoznać nawet we śnie.
Szczęk stali wysuwanej z pochwy.
Pchnął dziewczynę pod ścianę i odwrócił się w chwili, gdy runął na niego jeden z
oprychów. Ostrze Cymmerianina gładko przecięło mu gardło.
Pierwszy z trzech następnych potknął się o osuwającego się na ziemię kamrata i wrzasnął,
gdy stal Conana wgryzła mu się w kark. Zza pleców napastników dobiegł wrzask zakończony
charkotem i okrzyk: „Czerwony Jastrząb!” oznaczający, że Hordo włączył się do walki.

background image

Mężczyzna zwrócony twarzą do barbarzyńcy przyjął obronną postawę i nie tracąc z oczu
młodzieńca próbował zobaczyć, co dzieje się z tyłu.
Conan krzyknął i podniósł ramię, jakby zamierzał zadać cios z góry. Miecz przeciwnika
błysnął składając się do sparowania. Cymmerianin dokończył zwód i jego ostrze wysunęło się
na stopę z pleców opryszka. Spojrzał w oczy umierającego, mimo ciemności rozpoznając
rozpacz, która nadeszła wraz ze świadomością śmierci. Wyszarpnął klingę i wytarł ją w
płaszcz zabitego.
— Nic ci nie jest, Conanie?! — zawołał Hordo, przechodząc nad ciałami powalonych.
— Tylko wycieram miecz… — Conan skrzywił się, gdy paskudny odór napełnił mu
nozdrza. — Na Croma! Co tak śmierdzi?
— Wlazłem w jakieś świństwo i przewróciłem się — odparł kwaśno Hordo. — Dlatego nie
było mnie tak długo. Kim jest ta dziewucha?
— Nie jestem dziewuchą! — powiedziała ostro Ariana.
— Nazywa się Ariana — oznajmił Conan. Podniósł brwi, widząc sztylet chowany w fałdy
sukni. — Nie wyciągnęłaś go chyba na mnie, dziewczyno.
— Może myślałam, że będzie mi potrzebny. To nie wasi przyjaciele?
— Opryszki — prychnął z pogardą.
Hordo podniósł się znad jednego trupa.
— Może powinieneś rzucić okiem, Conanie. Są za dobrze ubrani jak na Wrota Piekieł.
— Widocznie należeli do znaczniejszej bandy. — Cymmerianin znów skrzywił nos. —
Hordo, gdy tylko odprowadzimy Arianę na ulicę Żalów, musisz znaleźć łaźnię. To znaczy,
jeżeli ciągle chcesz się ze mną napić.
Hordo w odpowiedzi mruknął coś pod nosem.
— Jeżeli to nie musi koniecznie być łaźnia… — zaczęła Ariana i niezdecydowana
przygryzła dolną wargę. Wreszcie skinęła głową. — To nic złego — rzekła do siebie. —
Niedaleko ulicy Żalów jest karczma „U Thestis”. Są tam czynne wanny. Możecie zatrzymać
się w niej jako moi goście, przynajmniej na tę noc.
— Thestis! — zapiał Hordo. — Kto słyszał o gospodzie nazwanej imieniem bogini muzyki?
— Ja — odparła Ariana cierpko. — Skoro jesteście zaproszeni, łóżko, jedzenie i wino
dostaniecie za darmo, ale byłoby miło, gdybyście złożyli jakiś datek. Zrozumiecie, jak
zobaczycie. Zgoda? Idziecie, czy chcesz tak cuchnąć, póki nie zapłacisz dwóch sztuk srebra
za łaźnię?
— Co ci się stało? — zapytał Conan. — Chwilę wcześniej nie byłaś taka przyjazna.
— Intrygujesz mnie — odparła Ariana po prostu.
Hordo parsknął śmiechem i Conan nagle pożałował, że jednooki śmierdzi tak paskudnie, bo
gdyby nie to, natychmiast zdzieliłby go po łbie. Odwrócił się i wziął oparty o ścianę miecz.
— Chodźmy stąd, zanim przyjdzie więcej bandziorów — oznajmił.
Pośpiesznie ruszyli z powrotem ku ulicy Żalów.

IV

Albanus, wchodząc do wyłożonego kobiercami przedpokoju swej sypialni, ze złością
poprawił sznur opasujący haftowany szlafrok. Złote lampy rzucały łagodny blask na ściany,
na których widniały płaskorzeźby przedstawiające sceny z życia Bragorasa, starożytnego, na
wpół legendarnego króla Nemedii, od którego, jak twierdził Albanus, wywodził się jego ród
zarówno ze strony ojca, jak i matki.
Pan o jastrzębich rysach rozkazał, by obudzono go natychmiast po przybyciu Vegentiusa i
Demetria. Obaj wyglądali tak, jakby wcale nie spali. Płaszcz żołnierza, ozdobiony
wizerunkiem złotego lamparta, był pomięty i zabłocony, a oczy szczupłego młodzieńca
sprawiały wrażenie nieprzytomnych.

background image

— Czego się dowiedzieliście? — zapytał bez wstępów Albanus.
Demetrio wzruszył ramionami i podniósł do nosa nieodłączny flakonik z pachnidłem.
Vegentius, rozgniewany tonem gospodarza, odparł szorstko:
— Niczego. Miecz zniknął. I niech tak będzie. Nie potrzebujemy go. Skazałeś Meliusa,
dając mu tę broń, chociaż, Mitra świadkiem, niewielka to strata.
— Skąd miałem wiedzieć, że to magiczne ostrze zawładnie jego umysłem? — przerwał mu
Albanus. Splótł ręce, by powstrzymać je od drżenia. Po chwili odzyskał zimną krew. —
Trzeba odnaleźć ten miecz — rzekł nieco spokojniejszym tonem. — Jeszcze jeden podobny
wypadek, jeszcze jeden człowiek wpadający w obłęd z mieczem w ręku, a Garian dowie się,
że w Nemedii znów uprawia się czary. Mimo że nie cierpi magii, dla własnej ochrony może
sprowadzić na dwór jakiegoś czarnoksiężnika, który przejrzy naszą intrygę. Myślisz, że tak
łatwo zgodzę się na pokrzyżowanie moich planów?
— Naszych planów — przypomniał Demetrio nie oddalając nosa od flakonu.
Albanus uśmiechnął się lekko. Było to ledwie dostrzegalne skrzywienie warg.
— Naszych planów — zgodził się. Jego nieznaczny uśmiech zniknął. — Strażnicy zostali
przesłuchani, prawda, Vegentiusie? Ostatecznie zabili dostojnego Meliusa.
Vegentius skinął głową.
— Wszyscy z wyjątkiem sierżanta, który zniknął z koszar, gdy moje Złote Lamparty
przyszły ich pojmać. On musiał coś wiedzieć.
— Bardzo możliwe — mruknął Demetrio. — Wiedział, jak wygląda przesłuchanie…
— Chyba że zabrał miecz — rzekł Albanus. — Co powiedzieli łucznicy w czasie
przesłuchania?
— Niewiele — westchnął Vegentius. — Przez większość czasu błagali o zmiłowanie.
Twierdzili, że rozkazano im zatrzymać szaleńca, który zarzynał ludzi w dzielnicy targowej.
Znaleźli go walczącego z jakimś barbarzyńcą i zabili. Kiedy zobaczyli, że to pan ze
szlachetnego rodu, wpadli w takie przerażenie, że nie pomyśleli o mieczu. Nawet nie
sprowadzili barbarzyńcy.
— To on żyje? — zdziwił się Albanus. — Musi być prawdziwym mistrzem miecza.
Vegentius zaśmiał się lekceważąco.
— Melius ledwo odróżniał czub od głowicy.
— Szermierczą zręczność zaklęto w samym ostrzu — rzekł Albanus. — By je wykonać,
zabito sześciu fechmistrzów. Ich krwi użyto do hartowania, a kości do rozniecenia ognia, w
którym rozgrzewano klingę. W tym metalu zamknięto samą esencję ich sztuki.
— Tnij i rąb, to wszystko, co zna Vegentius — głos Demetria ociekał szyderstwem. — Ale
sztuka walki… — ostrze wysunęło się z pochwy. Demetrio ugiął kolana i zatańczył po
barwnym kobiercu. Jego miecz kreślił zawiłe wzory w powietrzu.
— Te wygibasy mogą być dobre w czasie pojedynków do pierwszej krwi, w jakich lubują
się szlachetnie urodzone paniczyki — zadrwił Vegentius. — W bitwie, gdy życie człowieka
zależy od jego broni, liczy się co innego.
— Dość! — syknął Albanus. — Obaj! — Z trudnością hamował gniew. Pewnego dnia
pozwoli im na pojedynek, a potem każe wbić zwycięzcę na pal. Ale na razie nie pora na to.
Trzydzieści lat pracował nad swym planem. Zbyt wiele czasu, zbyt wiele wysiłku, zbyt wiele
poniżającego strachu, by pozwolić to wszystko zniszczyć. — Może ten barbarzyńca zabrał tę
broń. Znajdźcie go i odbierzcie miecz!
— Ja już zacząłem — rzucił z zadowoloną miną oficer. — Wysłałem wieści do Tarasa.
Przez całą noc będzie polował na te uliczne szczury.
— Dobrze. — Albanus zatarł ręce. Rozległ się dźwięk ; przypominający szelest suchego
pergaminu. — A ty, Demetrio? Co zrobiłeś, by odnaleźć ostrze?

background image

— Zadałem dziesięć tysięcy pytań — odparł znudzonym głosem szczupły szlachcic. — Od
ulicy Żalów po „Dom Tysiąca Orchidei”. Niczego się nie dowiedziałem. Gdyby Vegentius
powiedział mi o tym barbarzyńcy, to ułatwiłoby mi poszukiwania.
Vegentius z uśmiechem zadowolenia przyglądał się własnym paznokciom.
— Nigdy bym nie wpadł na to, by szukać cię w „Domu Tysiąca Orchidei”. Oni dostarczają
swym klientom tylko kobiet…
Demetrio schował miecz do pochwy tak, jakby pakował go w serce oficera. Nim zdążył
otworzyć usta, odezwał się Albanus:
— Nie czas na te szczenięce kłótnie. Znajdźcie miecz. Ukradnijcie go, kupcie, nieważne, ale
zdobądźcie go. I bez zwracania uwagi.
— A jeśli ten barbarzyńca odkrył jego właściwości? — zapytał Demetrio.
— Zatem trzeba go zabić — odparł Albanus i ruszył do drzwi.
— Jeszcze jedno — rzucił nagle Vegentius. — Taras chce się z tobą spotkać.
Albanus odwrócił się. W jego oczach zamigotały czarne iskry gniewu.
— Jak ta wesz śmie? Powinien lizać bruk z wdzięczności za złoto, jakie dostaje.
— Boi się — mówił Vegentius. — On i kilku innych, którzy domyślają się, co się szykuje.
Mogę ich zastraszyć, ale nawet złoto nie tchnie w nich odwagi. Musisz stanąć z nim twarzą w
twarz i osobiście zapewnić, że wszystko będzie tak, jak im mówiono.
— Na Mitrę! — oczy Albanusa powędrowały do płaskorzeźb na ścianach. Czy Bragoras też
miał do czynienia z takimi szumowinami? — Dobrze, zorganizuj spotkanie w jakimś
ustronnym miejscu.
— Wedle rozkazu — odparł służbiście żołnierz.
Albanus uśmiechnął się nagle, a był to pierwszy szczery uśmiech, jaki od początku
rozmowy pojawił się na jego twarzy.
— Kiedy zasiądę na tronie, ten Taras i jego nożownicy zostaną żywcem odarci ze skóry na
placu Królów. Dobry władca winien strzec swych poddanych przed takimi kanaliami —
zaniósł się chrapliwym śmiechem. — Teraz idźcie. Kiedy zobaczę was po raz kolejny, chcę
usłyszeć pomyślne wieści.
Odszedł bez słowa, tak jak przyszedł, bowiem już teraz uważał, że nie obowiązuje go
zwykła grzeczność. Zresztą Demetrius i Vegentius byli głupcami niezdolnymi pojąć, że w
jego oczach nie ma żadnej różnicy między nimi a Tarasem i czeka ich taki sam los. Wszak
skoro zdradzili jednego króla, mogli też zdradzić drugiego!
Znalazłszy się w swej mrocznej sypialni, szybkim krokiem zbliżył się do wiszącej na
ścianie olbrzymiej tafli przezroczystego kryształu. Lśniącą płytę zdobiły jedynie dziwne znaki
wyryte na brzegach. W świetle jednej małej lampy były one prawie niewidoczne, ale palce
Albanusa wyćwiczone długą praktyką dotknęły właściwych we właściwej kolejności.
Jednocześnie Albanus wypowiadał słowa w języku martwym od trzech tysiącleci.
Gdy palce oderwały się od ostatniego znaku, kryształ pociemniał do głębokiego błękitu.
Powoli ukształtowały się w nim obrazy. Ludzie poruszali się i rozmawiali, choć nie było
słychać żadnego dźwięku. Albanus wpatrywał się zimno w Gariana, który myśląc, że jest
bezpieczny w swym królewskim pałacu, rozmawiał właśnie z długobrodym Sulpiciusem i
łysym Malarikiem, dwoma najbardziej zaufanymi doradcami.
Król był wysokim mężczyzną, dobrze umięśnionym, co było zasługą młodości spędzonej w
armii. Jednak półroczny brak ruchu sprawił, że pod skórą pokazała się gładka warstwa
tłuszczu. Twarz o kwadratowej szczęce i głęboko osadzonych ciemnych oczach straciła wiele
z niegdyś typowej dlań otwartości. Za tę zmianę również odpowiedzialne było brzemię
władzy.
Ręce Albanusa przesunęły się wzdłuż boków kryształu i oblicze Gariana zaczęło się
powiększać, aż zajęło całą taflę.
— Dlaczego robisz to tak często?

background image

Blondynka mówiąca te słowa leżała na satynowych poduszkach łoża Albanusa i patrzyła na
niego szafirowymi, kocimi oczami. Przeciągnęła się lubieżnie. W mroku jej skóra
połyskiwała niczym wysmarowana miodem kość słoniowa, a nogi tancerki, gdy wyciągnęła
palce stóp, zdawały się o wiele dłuższe niż w rzeczywistości. Jędrne piersi wznosiły się
kusząco, kiedy wygięła w łuk szczupłe plecy. Albanusowi zaschło w gardle.
— Dlaczego nie odpowiadasz? — zapytała. W jej głosie brzmiała czysta niewinność.
Suka, pomyślał.
— Bo wtedy jest tak, jakby on tu był, Sulario. Jakby patrzył na swą kochankę wijącą się i
jęczącą pode mną.
— Więc tylko tym dla ciebie jestem? — jej głos był teraz niczym rozgrzana oliwa. —
Sposobem poniżenia Gariana?
— Tak — przyznał okrutnie. — Gdyby miał żonę czy córkę, one zamieniałyby się z tobą w
moim łóżku.
Jej oczy przesunęły się na twarz w krysztale.
— On ma mało czasu na kochankę, a jeszcze mniej na żonę. Oczywiście, ty jesteś
odpowiedzialny za kłopoty, które kradną mu teraz czas. Co pomyśleliby jego doradcy, gdyby
wiedzieli, że podjąłeś ryzyko uwiedzenia królewskiej kochanki?
— Jakie ryzyko? — rysy Albanusa stwardniały niebezpiecznie. — Narażasz mnie na
ryzyko?
Przesunęła poduszki tak, że jej głowa była zwrócona ku niemu, a biodra wykręcone, co
podkreślało ich bujną krzywiznę.
— Nie — powiedziała miękko. — Pragnę jedynie ci służyć.
— Dlaczego? — zapytał. — Na początku tylko chciałem cię mieć w swoim łożu, ale ty z
własnej woli zaczęłaś szpiegować w pałacu. Przychodziłaś na klęczkach do mych stóp i
szeptałaś, kto co zrobił i co powiedział. Dlaczego?
— Dla władzy — wydyszała. — Posiadam pewien dar. Potrafię wyczuć moc w człowieku,
rozpoznać tych, którzy zdobędą władzę. Ciągnę ku nim niczym ćma do płomienia. Wyczułam
w tobie tę moc, przewyższającą moc Gariana.
— Wyczuwasz moc… — przysłonił oczy powiekami i mówił jakby do siebie. — Ja
również czuję w sobie moc. Zawsze ją czułem, wiedziałem, że jest we mnie. Urodziłem się,
by zostać królem i uczynić z Nemedii imperium. A ty jesteś pierwszą osobą, która to
zrozumiała. Wkrótce lud wylegnie na ulice Belverus i zażąda, by Garian zrzekł się tronu na
moją korzyść. Już niedługo. A tego dnia wyniosę cię do godności szlachetnie urodzonej,
Sulario. Dostojna Sulario.
— Dziękuję ci, królu.
Nagle rozwiązał pas, zrzucił szlafrok i odsunął się tak, by człowiek w krysztale, gdyby mógł
coś widzieć, miał widok na całe łoże.
— Chodź i oddaj cześć swemu władcy! — rozkazał.
Sularia uśmiechnęła się pożądliwie i przypełzła do niego.

V

Conan, schodząc następnego ranka do głównej izby karczmy „U Thestis”, zastanawiał się
po raz kolejny, czy nie znalazł się przypadkiem w domu obłąkanych. Dwie liry, cztery cytry,
trzy flety i sześć harf różnych rozmiarów czyniły taki harmider, że uszy puchły. Muzycy
zajmowali wszystkie kąty przestronnego pomieszczenia i każdy grał co innego niż sąsiad.
Jeden człowiek deklamował swoje wiersze do ściany, a gestykulował przy tym tak zawzięcie,
jakby popisywał się przed zamożnym patronem. Tuzin młodych mężczyzn i kobiet przy
olbrzymim stole zastawionym rzeźbami przekrzykując tę kocią muzykę wytykało sobie
nawzajem błędy w rzemiośle. Trzej mężczyźni u stóp schodów również darli się jeden przez

background image

drugiego albo wszyscy naraz. Przedmiotem ich hałaśliwej dysputy było znalezienie
odpowiedzi na pytanie, czy moralnie karygodne zachowanie jest moralne niezbędne. W
każdym razie Conan sądził, że mniej więcej o to im chodzi. Wszyscy w karczmie, a nikt nie
miał więcej niż dwadzieścia pięć lat, darli się na ten czy inny temat.
Conan wraz z Hordem przybyli tu wieczorem. Wówczas w karczmie, o ile to była karczma,
w co Conan mocno powątpiewał, gościło ledwie dwie dziesiątki osób. Większość z nich
gapiła się na nich tak, jakby Ariana przyprowadziła dwa brythuńskie niedźwiedzie. A
zważywszy, że nikt nie cię był uzbrojony, pomijając kilka noży do krajania jedzenia, zapewne
faktycznie tak myśleli.
Podczas gdy Hordo poszedł się wykąpać, dziwaczni młodzieńcy stłoczyli się wokół
Conana. Napełniali mu kubek cienkim winem, gdy tylko miało ukazać się dno, nakłaniali do
opowiadania swych przygód. Po powrocie Horda rzucili się również na niego. Niemal do
białego rana Conan i jego jednooki towarzysz współzawodniczyli o to, kto opowie
barwniejszą historię.
Dziwni mężczyźni i kobiety; jedni zwali się artystami, inni muzykami, a jeszcze inni
filozofami, słuchali tak, jest jakby opowieści dotyczyły innego świata. Często ci, którzy
mienili się filozofami, czynili komentarze cudaczniejsze od samych opowieści. Conan
częstokroć nie miał pojęcia, o co cię im chodzi, i dopiero po pewnym czasie zorientował się,
że inni również nic nie rozumieją. Po każdym z komentarzy zapadała krótka cisza, podczas
której wszyscy pozostali obserwowali komentatora, by zobaczyć, czy mają poważnie pokiwać
głowami, czy też roześmiać się niczym z dowcipnego powiedzenia. Raz czy dwa Conan
pomyślał, że stroją sobie z niego żarty, ale powstrzymał się od rozbicia kilku łbów. Zabicie
człowieka, którego winy nie był pewien, nie leżało w jego naturze.
Rozepchnął filozofów dyskutujących zażarcie u stóp schodów, żaden z nich nawet go nie
zauważył, i zatrzymał się skamieniały ze zdumienia. W rogu pomieszczenia na stole stała
Ariana. Naga. Była szczupła, ale piersi miała przyjemnie pełne, a talię wąską nad kusząco
zaokrąglonymi biodrami.
Ściągnął płaszcz z ramion — miecz o niezwykłym ostrzu był bezpiecznie ukryty w izbie —
przemaszerował przez salę i zarzucił go poetce na plecy.
— Masz, dziewczyno. Nie nadajesz się do tej roboty. Jeżeli brakuje ci pieniędzy, mam dość,
by wykarmić nas oboje przez jakiś czas.
Oparła ręce na biodrach i przez chwilę patrzyła na niego z nieodgadnionym wyrazem
twarzy, po czym wprawiła go w jeszcze większe zdumienie, bowiem odrzuciła w tył głowę i
zaniosła się dźwięcznym śmiechem. Twarz mu poczerwieniała. Wyśmiewanie zupełnie go nie
bawiło. Dziewczyna natychmiast przybrała skruszoną minę i przyklękła na stole. W ten
sposób jej piersi zakołysały się w odległości piędzi od nosa Conana, co sprawiło, że czoło
barbarzyńcy pokryło się potem.
— Przepraszam, Conanie — rzekła cicho, przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe w
tym zgiełku. — Być może to najmilsza rzecz, jaką w życiu słyszałam. Nie powinnam była się
śmiać.
— Jeżeli chcesz pokazywać się goła — rzekł szorstko — dlaczego nie pójdziesz do jakiejś
tawerny, gdzie dostaniesz za to trochę grosza?
— Widzisz tych ludzi? — wskazała na trzech mężczyzn i dwie kobiety siedzące w pobliżu
stołu, każde z arkuszem pergaminu przymocowanym do deski i kawałkiem węgla w dłoni.
Wszyscy niecierpliwie patrzyli na dziewczynę. — Pozuję dla nich. Nie mają pieniędzy, by
kogoś wynająć, więc wyświadczam im przysługę.
— Tak przed wszystkimi? — zapytał zdumiony.
— Tu jest mało miejsca, Conanie — odparła z rozbawieniem. — A poza tym, wszyscy tutaj
są artystami. Nawet nie zwracają uwagi.

background image

Mierząc wzrokiem jej kształty założyłby się o wszystkie pieniądze, że jest inaczej, ale
powiedział:
— Przypuszczam, że wolno ci robić to, na co masz ochotę.
— Przypuszczam, że masz rację.
Machnęła ręką do szkicujących i zeskoczyła ze stołu.
Conan najwyższym wysiłkiem woli powstrzymał się przed przerzuceniem jej sobie przez
ramię i zabraniem na górę do izby. Potem zauważył błysk w jej oczach i lekki rumieniec na
policzkach. Wiedziała, jakie wrażenie na nim wywiera. Zręcznie wyjęła płaszcz z jego rąk i
owinęła się nim szczelnie.
— W tej chwili chciałabym napić się wina. Z tobą — powiedziała i otuliła się jeszcze
szczelniej. Conan spojrzał na nią pytająco, a ona zachichotała: — Na stole to co innego, tam
pozuję. Na podłodze jestem po prostu naga. Chodź, zwalnia się miejsce.
Skoczyła spiesznie, a on podążył za nią. Zastanawiał się po drodze, jaki wpływ na oglądanie
nagości wywiera odległość od blatu stołu do podłogi. Nie był pewien, czy kiedykolwiek uda
mu się zrozumieć kobiety. Gdy usiadł naprzeciwko Ariany, ktoś postawił na szorstki blat
gliniany dzban wina, dwa poobijane metalowe kubki i zniknął, nim Conan miał czas sięgnąć
do sakiewki. Barbarzyńca z niedowierzaniem potrząsnął głową.
— Pierwszy raz widzę karczmę, w której nie żąda się zapłaty przed napełnieniem kubka.
— Czy nikt ci tego nie wyjaśnił? — zapytała ze śmiechem.
— Może i tak, ale wczoraj polało się trochę wina.
— Naprawdę zrobiłeś to wszystko, o czym opowiadałeś? — pochyliła się ku niemu z
zainteresowaniem, co sprawiło, że rozchyliły się poły płaszcza. Conan zastanowił się, czy
zrobiła to specjalnie czy przypadkiem.
— Niektóre — odpowiedział. Prawdę mówiąc, nie pamiętał, jakie historie opowiadali.
Wieczorem przelało się dużo więcej niż trochę wina. Napełnił kubki.
— Tak myślałam — rzekła z satysfakcją. — A co do pieniędzy, dasz tyle, ile możesz.
Wszyscy zatrzymujący się tutaj tak robią, chociaż niektórzy przychodzą tylko w dzień i nie
dają nic. Część z nas dostaje pieniądze od rodzin i wpłacamy je tutaj. Nasze rodziny nie
pochwalają tego trybu życia, ale wolą trzymać nas z dala od siebie. Przynosimy im wstyd. Za
to, co nam zostaje, kupujemy chleb i sól i rozdajemy nędzarzom we Wrotach Piekieł. To
niewiele — westchnęła — ale głodujący docenia nawet okruchy.
— Niektórzy z was mają rodziny na tyle bogate, że dają wam pieniądze? — Conan z
niedowierzaniem rozejrzał się po izbie.
— Mój ojciec jest panem z wysokiego rodu — powiedziała Ariana takim tonem, że Conan
odniósł wrażenie, iż dla dziewczyny bycie wielmożem lub córką takowego jest
przestępstwem.
— Dlaczego mieszkasz tu, na skraju Wrót Piekieł, i pozujesz nago na stole? Nie możesz
pisać wierszy w ojcowskim pałacu?
— Och, Conanie — westchnęła. — Nie rozumiesz, że to źle, gdy szlachetnie urodzeni mają
złoto i żyją w pałacach, podczas gdy żebracy umierają z głodu w swoich norach?
— Może i tak — przyznał Conan — ale ja nadal lubię złoto, chociaż miewam go raczej
niewiele. A co do biedy, skłamałbym mówiąc, że nie napełniłbym wielu brzuchów za to, co
dotąd wydałem.
— Jakiej innej odpowiedzi się spodziewałaś? — wtrącił chudy mężczyzna, przysuwając
sobie stołek. Jego pociągła twarz nosiła wyraz wiecznego niezadowolenia. Podniósł kubek
Ariany i wypił połowę wina.
— To uczciwa odpowiedź, Stephano — powiedziała Ariana.
Stephano parsknął. Conan przypomniał go sobie. Poprzedniej nocy nazwał się rzeźbiarzem i
zawzięcie zalecał się do Ariany. Wyglądało na to, że dziewczyna nie miała nic przeciwko, ale
teraz ze złością wyrwała mu kubek.

background image

— Jest wspaniałomyślnym człowiekiem, Stephano, i myślę, że byłbyś taki również jako
bogacz — przeniosła spojrzenie z powrotem na Conana. — Czy nie widzisz, że to, co robimy,
nie wystarcza? We Wrotach Piekieł żyją ludzie, których nie stać na chleb, podczas gdy wielcy
panowie ucztują w swych pałacach, tłuści kupcy zaś z dnia na dzień stają się coraz bogatsi.
Garian nie jest sprawiedliwym królem. Jasne jest, co musimy zrobić.
— Ariano! — zganił ją ostro Stephano. — Stąpasz po niebezpiecznym gruncie. Powściągnij
język.
— A co mi zostało poza mówieniem? — rozgrzewała się coraz bardziej własnymi słowami.
— Cokolwiek istnieje między nami, nie jestem twoją własnością.
— Wcale cię tak nie nazywam — odparł rzeźbiarz z równym żarem. — Proszę tylko, byś
mnie posłuchała. Nie rozmawiaj tak otwarcie z nieznajomymi.
Ariana gwałtownie uniosła głowę, w jej wielkich oczach nagle zalśnił lód.
— Jesteś pewien, że nie przemawia przez ciebie zazdrość, Stephano? Że nie chodzi ci o
pozbycie się rywala?
Twarz rzeźbiarza poczerwieniała na te słowa.
— Może i jest nieznajomym — kontynuowała bezlitośnie Ariana — lecz jest człowiekiem,
jakiego szukamy. Wojownikiem. Myślisz, że nie słyszałam, jak Taras powtarzał ci to setki
razy? Potrzebujemy wojowników…
— Na miłosierdzie Mitry! — jęknął Stephano. — Ariano, czy ty w ogóle nie dbasz o
zachowanie ostrożności? To barbarzyńca z Północy, który pewnie nigdy nie znał swego ojca i
który sprzedałby honor za sztukę srebra. Powściągnij język!
Conan wyciągnął lewą ręką miecz z pochwy na tyle, by ostrze zabłysło nad stołem.
— Kiedy byłem chłopcem — rzekł lodowatym tonem — widziałem śmierć ojca, który
zginął z mieczem w dłoni. Tym samym ostrzem zarąbałem człowieka, który go zabił. Chcesz
mnie obrażać dalej?
Oczy Stephana nieledwie wyskoczyły z orbit, gdy wlepił je w miecz, a jego groźna mina
natychmiast zniknęła. Nerwowo oblizał usta. Oddech miał krótki i urywany.
— Widzisz, Ariano? Widzisz, co to za człowiek? — stołek zaszurał o podłogę, gdy
rzeźbiarz wstawał od stołu. — Chodź ze mną, Ariano. Zostaw go.
Dziewczyna przesunęła kubek w stronę Conana.
— Czy mógłbyś nalać mi wina? — nie spojrzała na Stephana. Zachowywała się tak, jakby
przestał istnieć. Conan dolał jej wina, a ona wypiła.
Stephano popatrzył na nią niepewnie, po czym cofnął się o krok.
— Powściągnij język! — syknął i odskoczył z takim pośpiechem, że mało nie wywrócił
sąsiedniego stołu.
— Powściągniesz język? — zapytał cicho Conan.
Ariana przez pewien czas spoglądała w kubek z winem.
— Z opowiedzianych przez ciebie historii wynika, że twój miecz wiedzie cię tam, gdzie
czeka złoto. Czy wybierasz tylko tych, którzy płacą najwięcej?
— Nie. Prędzej splunę na złoto niż wykonam niesprawiedliwy rozkaz — westchnął i dodał
zgodnie z prawdą: — Ale lubię złoto.
Ariana wstała, otulając się płaszczem.
— Może porozmawiamy o tym później. Czekają na mnie, bym skończyła pozowanie.
— Ariano… — zaczął, ale przerwała mu.
— Stephano myśli, że ma do mnie prawo. Ale nie ma żadnego! — uciekła prawie tak
szybko jak rzeźbiarz.
Conan opróżnił kubek mrucząc pod nosem przekleństwa, a potem odwrócił się, by
popatrzeć na dziewczynę wspinającą się na stół. Po chwili Ariana spojrzała na niego, po czym
spiesznie odwróciła wzrok. Znów spojrzała mu w oczy i znów je spuściła. Jej krągłe piersi
wznosiły się i opadały niespokojnie. Na policzki wystąpiły jej czerwone plamy,

background image

powiększające się stopniowo, aż w końcu cała twarz okryła się rumieńcem. Nagle poetka
wydała zduszony okrzyk, zeskoczyła na podłogę i nie patrząc na Conana porwała płaszcz.
Owinęła się nim w biegu, lawirując między stołami. Stopy migały jak błyskawice, gdy
pędziła po schodach.
Cymmerianin uśmiechnął się z zadowoleniem i nalał sobie wina. Nie było takie złe, jak się
wydawało.
Na stołek po drugiej stronie stołu osunął się Hordo.
— Słyszałeś, co się tutaj mówi? — zapytał, posępnie marszcząc brwi. — Gdyby tu był jakiś
strażnik, ich głowy od razu zatknęliby na pikach za podżeganie do buntu.
Conan rozejrzał się czujnie, by sprawdzić, czy nikt nie słucha.
— Czy do rebelii?
— Co za różnica? — parsknął drwiąco jednooki. — Równie dobrze mogą pójść wprost do
kata i poprosić, by im ściął głowy. Nie chodzi mi o to, że miasto do tego nie dojrzało. Wręcz
przeciwnie, ale obawiam się, że ci tutaj mają takie same szanse jak nowo narodzone dziecko.
— Ale jeśli mają pieniądze? Złoto na wynajęcie wojowników?
Hordo, który podniósł kubek, gdy Conan zaczął mówić, teraz zakrztusił się winem.
— Skąd zdobyliby tyle złota? Gdyby któreś z nich miało możnego protektora, to możesz
założyć się o swoje uszy, że nie mieszkaliby na skraju Wrót Piekieł.
— Ojciec Ariany jest szlachcicem — wyjaśnił cicho Conan. — Mówiła mi, że niektórzy z
pozostałych też wywodzą się z zamożnych rodów.
Jednooki brodacz starannie dobierał słowa:
— Myślisz, że naprawdę planują rebelię? Czy tylko im się tak wydaje?
— Na pewno spiskują Stephano i Ariana.
— Zatem wynośmy się stąd. Może i mają jakieś talenty, ale organizowanie rebelii do nich
nie należy. Jeżeli poznali cię wczorajszej nocy i tak wiele powiedzieli już dzisiaj, to co
opowiadają innym? Pamiętaj, że nasze głowy równie łatwo mogą ozdobić groty pik.
Conan powoli pokręcił głową, chociaż Hordo w zasadzie miał rację.
— Podoba mi się tu — powiedział tylko.
— Podoba ci się ta poetka o krągłym zadku — rzekł zapalczywie Hordo. — Zobaczysz,
jeszcze umrzesz przez kobietę. Pamiętaj tego ślepego wróżbitę.
— A niedawno mówiłeś, że to głupiec — zaśmiał się Cymmerianin. — Pij, Hordo, i daj
sobie spokój z resztą. Porozmawiajmy o naszej wolnej kompanii.
— Jeszcze nie widzę ni śladu złota — skwitował gorzko jednooki.
— Znajdę złoto — zapewnił go Conan z większym przekonaniem, niż naprawdę odczuwał.
Nie miał pojęcia, skąd mógłby je wytrzasnąć, jednak dobrze było wszystko z góry
zaplanować.
— Zdobędę je — powtórzył. — Mówisz, że możemy… pożyczyć broń ze składów
przemytników. Czy to dobra broń? Widziałem raz przeszmuglowaną kolczugę tak zżartą
przez rdzę, że rozpadła się w rękach, i miecze, które pękały przy pierwszym ciosie.
— Nie, Cymmerianinie. To zacny oręż. W składach są miecze, których nazwy słyszałem po
raz pierwszy w życiu. Tulwary z Vendhii, shamshiry z Iranistanu, macherasy z Korynthii.
Pięćdziesiąt tego rodzaju, sto innego. Dość, by uzbroić pięć tysięcy ludzi.
— Tak dużo? — mruknął Conan. — Po co aż tyle trzymają w składach? I to tyle rodzajów?
Przechowywanie mieczy nie przynosi zysku.
— Przywoziłem do Belverus to, za co mi płacili złotem. Nie obchodzi mnie, czy broń
rdzewieje w składach, póki dostaję pełną sakiewkę za każdą wyprawę. — Hordo odwrócił
dzban do góry dnem. Do kubka spłynęło kilka kropel. — Wina! — ryknął.
W pomieszczeniu zapadła martwa cisza. Wszyscy odwrócili się i spojrzeli ze zdumieniem
na obu mężczyzn. Do stołu zbliżyła się niepewnie szczupła dziewczyna w prostej, długiej do

background image

kostek sukni, przypominającej strój Ariany. Postawiła drugi dzban. Hordo pogmerał w
sakiewce i rzucił jej sztukę srebra.
— Reszta dla ciebie, maleńka.
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy na monetę, potem roześmiała się i złożyła głęboki
szyderczy ukłon. Podjęto przerwane rozmowy, muzycy powrócili do wygrywania swoich
melodii, a poeta znów przystąpił do wygłaszania oracji do ściany.
— Śliczne dziewki — mruknął Hordo, napełniając kubek. — Ale ubrane jak świątynne
dziewice.
Conan skrył uśmiech. Jego towarzysz spił się paskudnie poprzedniej nocy i na razie jeszcze
nie odkrył, że nie musi płacić za wino. Niech więc składa daninę za dwóch.
— Słuchaj, Hordo. Ci artyści nie znają się na walce, ale taka dziwaczna kolekcja broni do
nich pasuje.
— Znowu zaczynasz? — stęknął rozmówca. — Po pierwsze, nie wydaje mi się, by ten, kto
rządzi szajką, chciał obalić Gariana. Te głupie opłaty celne może i grożą biedocie śmiercią
głodową, ale czynią przemyt wielce zyskownym zajęciem. Po drugie… — twarz mu
pociemniała, a blizna widoczna pod przepaską zbielała. — Po drugie, przeżyłem z tobą jedną
rebelię. Czy może zapomniałeś jazdę do vendhiańskiej granicy o pół kroku przed mieczem
kata?
— Pamiętam. Nie mówiłem ani słowa o przyłączeniu się do buntu.
— Nie mówiłeś nic, ale myślałeś wiele — rzekł ze skargą w głosie Hordo. — Jesteś
romantycznym głupcem, Cymmerianinie. Zawsze taki byłeś i zawsze będziesz. Na Kamienie
Hanumana, człowieku, nie mieszaj mnie w kolejne powstanie. Skup się na złocie dla wolnej
kompanii.
— Ja zawsze myślę o złocie — odparł Conan. — Może zbyt wiele.
Hordo jęknął, ale nic nie powiedział, bowiem przy stole pojawiła się szczupła dziewczyna,
która wcześniej przyniosła wino. Przekrzywiła głowę i zaszczyciła wielkiego Cymmerianina
spojrzeniem na wpół wstydliwym, na wpół zapraszającym. Conan odniósł wrażenie, że w
izbie nagle zrobiło się cieplej.
— Jak ci na imię, dziewczyno? — zapytał Hordo. — Śliczna z ciebie bestyjka. Zrzuć te
bawełniane powijaki, przystrój się odrobiną jedwabiu, a znajdziesz pracę w każdej tawernie w
Belverus.
Dziewczyna odrzuciła w tył głowę i roześmiała się wesoło. Jedwabiste brązowe włosy
zafalowały jej na ramionach.
— Dziękuję, miły panie, za to i za hojny datek. — Hordo zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.
— Mam na imię Kerin — mówiła dalej, patrząc pożądliwie na barbarzyńcę. — A sądząc z
szerokości ramion, ty musisz być tym Conanem, o którym wspominała Ariana. Pracuję w
glinie, choć mam nadzieję, że pewnego dnia moje rzeźby będą odlewane w brązie. Czy
zechciałbyś dla mnie pozować? Nie mogę ci zapłacić, ale może… — jej usta rozchyliły się,
pełna dolna warga opadła lekko, oczy zaś nie pozostawiały wątpliwości co do tego, jaki
rodzaj umowy chciałaby zawrzeć z barbarzyńcą.
Conan ledwo jej słuchał po wzmiance o pozowaniu. Przypomniał sobie nagą Arianę za stole
i nagle z zakłopotaniem zdał sobie sprawę, że czerwienieje. Z pewnością nie chodziło jej,
by… nie mogła chcieć…
Z trudem przełknął ślinę i chrząknął.
— Wspomniałaś o Arianie. Czy masz od niej jakąś wiadomość?
— Dlaczego to ona zobaczyła cię pierwsza? — westchnęła tęsknie Kerin. — Tak, przesyła
ci parę słów. Czeka w twoim pokoju. Ma coś ważnego do powiedzenia — zakończyła z
domyślnym uśmiechem.
Conan odsunął stołek.

background image

— Dziewczyno — rzekł Hordo, gdy Cymmerianin wstał od stołu. — Co to jest pozowanie?
Może ja bym się nadał?
Kerin wsunęła się na miejsce zwolnione przez Cymmerianina. Przez całą drogę na górę
Conan czekał na pełen wściekłości ryk Horda, ale gdy wreszcie zerknął przez ramię, jednooki
brodacz z zadowoleniem kiwał głową. Conan roześmiał się. Wyglądało na to, że jego
przyjaciel za swoją sztukę srebra otrzymał wyśmienity towar.
Na górze wzdłuż wąskiego korytarza znajdowały się liczne pokoje. Pierwotne
pomieszczenia zostały prowizorycznie podzielone na mniejsze klitki. Conan pchnął drzwi do
jednej z nich. Ariana stała pod umieszczonym wysoko małym oknem. Nadal otulała się
szczelnie jego płaszczem, zaciskając ręce pod szyją. Cymmerianin zamknął drzwi i oparł się o
nie plecami.
— Pozuję… — zaczęła bez wstępów. W jej oczach błyszczało coś, czego Conan nie potrafił
określić. — Pozuję dla przyjaciół, których nie stać na wynajęcie modeli. Robię to często i
nigdy nie czułam się skrępowana. Nigdy, do dzisiaj.
— Przecież tylko na ciebie spojrzałem — powiedział cicho.
— Patrzyłeś na mnie — z jej gardła wyrwał się ni to śmiech, ni szloch. — Patrzyłeś na
mnie, a ja poczułam się jak jedna z tych dziewczyn z karczmy „Pod Bodącym Wołem”,
wyginających się w takt lubieżnej muzyki ku uciesze pijaków. Niech Mitra przeklnie twoje
oczy! Jak śmiałeś sprawić, że tak się poczułam?
— Jesteś kobietą. Patrzyłem na ciebie tak, jak mężczyzna patrzy na kobietę.
Uniosła głowę i spojrzała na popękany sufit.
— Matko Wszechrzeczy Hamo, dlaczego drżę przez prostackiego barbarzyńcę, za którego
myśli jego miecz?
Na twarzy Conana pojawił się pobłażliwy uśmiech, który natychmiast zgasł pod wpływem
błysku wściekłości w jej orzechowych oczach.
— Mężczyzna może mieć tyle kobiet, ile zapragnie! — powiedziała ostro. — Nie godzę się
na mniejszą wolność. To moja sprawa, ilu mężczyzn gości na mojej macie i czy jestem
wierna. Czy przyjmiesz mnie taką, jaka jestem?
— Czy matka nigdy ci nie mówiła, że mężczyzna nie lubi być pytany? — roześmiał się
Conan.
— Niech Mitra przeklnie twoje serce! — warknęła. — Dlaczego tracę czas? — poły
płaszcza rozchyliły się, gdy mrucząc pod nosem ruszyła do drzwi.
Conan wyciągnął potężną rękę i objął ją w talii. Zdążyła jedynie krzyknąć zduszonym
głosem, nim Conan podniósł ją i przycisnął do szerokiej piersi. Płaszcz spłynął na podłogę.
— Zostaniesz ze mną, Ariano? — zapytał, patrząc w jej przerażone oczy.
Zanim zdołała odpowiedzieć, wplótł wolną rękę w jej włosy i przyciągnął jej usta do
swoich. Drobne piąstki bezskutecznie tłukły jego twarde ramiona. Drobne stopy daremnie
kopały po goleniach. Powoli przestała się szamotać, a kiedy zmysłowy pomruk nabrzmiał w
jej gardle, Conan puścił jej włosy. Zadyszana dziewczyna opuściła głowę na jego pierś.
— Zmieniłeś zdanie? — zdołała wysapać po dłuższej chwili.
— Nie zmieniłem — odparł.
Spojrzała w górę, przestraszona, a on uśmiechnął się szeroko.
— Ja wiem, czego pragnę.
Śmiejąc się gardłowo Ariana odrzuciła głowę do tyłu.
— Matko Wszechrzeczy Hamo! — zawołała. — Czyż nigdy nie zrozumiem tych dziwnych
stworzeń zwanych mężczyznami?
Położył ją delikatnie na macie i przez długi czas jedynie wyrywające się z jej ust namiętne
westchnienia zakłócały ciszę izdebki.

VI

background image


Ulica Żalów rankiem doskonale pasowała do nastroju Conana. Na bruku walały się
pozostałości nocnej hulanki. Kilka napotkanych osób brnęło chwiejnie do domów,
odwracając zamglone oczy i zapadnięte twarze. Conan odkopnął z drogi jakiś śmieć i
warknięciem odpowiedział na warczenie żerującego w odpadkach zbłąkanego psa.
Conan spędził „U Thestis” dziesięć sielankowych nocy wtulony w ramiona Ariany. Jej
namiętność rozbudzała jego własną nawet wówczas, gdy był zaspokojony. Stephano topił
zazdrość w winie, a strach przed Cymmerianinem kazał mu trzymać język za zębami. Hordo,
oczarowany urokiem szczupłej Kerin, przeniósł do jej pokoju swoje rzeczy z gospody leżącej
trzy ulice dalej. Wieczorami razem z Conanem pili i łgali, póki nie rozdzieliły ich powaby
Ariany i Kerin. Tak wyglądały noce. Dnie wyglądały inaczej.
Conan zatrzymał się, słysząc tupot śpieszących za nim kroków. Po chwili ruszył dalej w
towarzystwie Horda.
— Dziś rano też mieliśmy pecha? — zapytał brodacz, wpatrując się badawczo w twarz
Cymmerianina.
Conan skinął krótko.
— Kiedy powaliłem wszystkich trzech strażników dostojnego Heraniusa, ten zaproponował
mi od razu trzy złote marki za to, bym najął się jako ich dowódca. Potem za każde dziesięć
dni mam dostawać po dwie marki.
— To pech?! — zawołał Hordo. — Na Mitrę! To dwakroć więcej niż zwykle dostają
strażnicy. Kusi mnie, by rzucić przemyt. W służbie u możnych przynajmniej nie grozi
człowiekowi topór kata!
— Ale musiałbym złożyć przysięgę na swego boga, że nie porzucę służby bez pozwolenia
przed upływem dwóch lat.
— Aha.
Conan walnął pięścią w dłoń z taką siłą, że rozległ się trzask przypominający uderzenie kija
o naprężoną skórę. Zataczający się przechodzień z wrażenia aż podskoczył i wpadł w kałużę
wymiotów. Conan niczego nie zauważył.
— Wszędzie to samo — zgrzytnął zębami. — To odnosi się zarówno do wolnych kompanii,
jak i pojedynczego najemnika. Wszyscy żądają przysięgi, niektórzy na trzy lata, jeśli nie pięć!
— Zanim zaczęto wymagać przysiąg — westchnął Hordo — niektórzy najemnicy
codziennie zmieniali panów, za każdym razem biorąc o sztukę srebra więcej. Słuchaj.
Dlaczego nie iść na służbę do tego, kto proponuje najwięcej? Do owego Heraniusa na
przykład. Kiedy postanowisz odejść, jeżeli nie będzie chciał cię zwolnić z danego słowa, po
prostu odejdziesz. Przysięga, która czyni człowieka niewolnikiem, nie jest przysięgą.
— A kiedy tak zrobię, będę musiał opuścić Belverus, a może nawet Nemedię. — Conan
milczał przez dłuższą chwilę, kopiąc pęknięty dzban po winie. W końcu powiedział: — Na
początku było to tylko gadanie, Hordo, ta cała wolna kompania, którą miałbym dowodzić.
Teraz to coś więcej. Nie zaciągnę się na służbę, póki nie będę mógł stanąć na czele własnej
kompanii.
— Tak wiele to dla ciebie znaczy? — zapytał zdumiony Hordo. Umknął spiesznie przed
wylewanymi z pierwszego pietra nieczystościami i rzucił soczyste przekleństwo.
— Tak — rzekł Conan, ignorując wybuch jednookiego. — Ostatecznie człowiek ma tylko
siebie; silną rękę i stal, którą w niej dzierży. Jednak by dokonać czegoś wielkiego, musi
dowodzić innymi. Byłem złodziejem, a jednak swego czasu dowodziłem armią Turanu, i
robiłem to dobrze. Nie wiem, jak wysoko zajdę ani dokąd zawiedzie mnie ścieżka, po której
kroczę, jednakże mam zamiar wspiąć się tak wysoko, na ile pozwoli mi rozum i dobry miecz.
Będę miał własną wolną kompanię!
— Kiedy tak się stanie — rzekł oschle Hordo — bądź pewien, że każesz ludziom złożyć
przysięgę.

background image

Skręcili w ulicę wiodącą do karczmy „U Thestis”.
Gdy Conan roześmiał się w odpowiedzi, trzej mężczyźni z mieczami w dłoniach
zatarasowali całą szerokość uliczki. Dźwięk dobiegający z tyłu sprawił, że Cymmerianin
rzucił okiem przez ramię. Dwaj następni blokowali odwrót. Ostrze Cymmerianina z szumem
wysunęło się z wytartej pochwy z zielonkawej skóry. Hordo, również błyskawicznie
dobywając miecza, obrócił się, by stawić czoło tym z tyłu.
— Z drogi! — zawołał Conan do trzech opryszków. — Znajdźcie sobie łatwiejszy łup gdzie
indziej.
— Nie było mowy o drugim — mruknął bandzior stojący po lewej, krzywiąc chudą,
szczurzą twarz.
Mężczyzna po prawej, którego wygolona czaszka błyszczała w porannym słońcu, niechętnie
uniósł miecz.
— Nie możemy wziąć jednego bez drugiego.
— Weźmiecie tutaj tylko własną śmierć — warknął Conan. Lewą ręką rozpiął brązową
zapinkę podtrzymującą płaszcz i przerzucił go luźno przez ramię.
Przywódca, wysoki mężczyzna z krótko przyciętą brodą, odezwał się po raz pierwszy;
— Zabijcie ich! — jego ostrze skoczyło w kierunku brzucha Conana.
Muskularny barbarzyńca z gracją pantery przesunął się na bok, kopnął napastnika w krocze
i wywinął płaszczem, oplatając nim jego klingę. Jednocześnie miecz Cymmerianina odbił
ostrze łysego. Przywódca, łapczywie chwytając powietrze, próbował się wyprostować, ale
Conan wyskoczył w górę i jego lewa stopa trafiła brodacza w bok głowy i rzuciła go pod nogi
ruszającego do ataku bandziora o szczurzej twarzy. Obaj zwalili się na ziemię. Napastnik z
wygoloną głową wytrzeszczył oczy na powalonych kamratów. Zawahał się i z tego powodu
umarł. Połyskująca stal Cymmerianina niemalże odrąbała mu głowę. Jasnoczerwona krew
trysnęła z rozciętego gardła, po czym oprych zwalił się na kolana i runął twarzą w błoto.
Szczurza twarz zerwał się i spróbował desperackiego cięcia znad głowy. Ostrze Conana
zadźwięczało na jego mieczu, odbiło go w bok i utkwiło w piersi łotra.
Conan kopnął konającego i w ten sposób uwolnił brzeszczot. Ciało zwaliło się obok
pierwszego, a barbarzyńca zwrócił się ku przywódcy, który stał już na nogach. Jego wąska,
brodata twarz krzywiła się z gniewu. Zamachnął się, gdy wielki Cymmerianin jeszcze się
obracał, i spojrzał nań ze zdziwieniem, bo Conan ugiął kolana i przysiadł na piętach. Stal
barbarzyńcy nakreśliła krwawą linię na brzuchu wysokiego, który wrzasnął jak kobieta, rzucił
miecz i szaleńczo, acz daremnie próbował przytrzymać wypływające wnętrzności. Śmierć
zeszkliła mu oczy, zanim osunął się na brudny bruk uliczki.
Conan poszukał wzrokiem Horda i zdążył zobaczyć, jak ostrze jednookiego odrąbuje głowę
ostatniego napastnika. Głowa jeszcze podskakiwała na kamieniach, gdy Hordo spiorunował
Conana wzrokiem. Krew sączyła się z cięcia na prawej ręce przemytnika i drugiego
mniejszego na czole.
— Jestem już na to za stary, Cymmerianinie!
— Zawsze tak mówisz. — Conan schylił się, by zajrzeć do sakiewki jednego z zabitych
przez siebie ludzi.
— To prawda — uparł się Hordo. — Gdyby nie byli tak głupi, by tracić czas na gadanie,
posiekaliby nas na żarcie dla psów. Ci dwaj i tak trochę mnie napoczęli. Mówię, że jestem za
stary.
Conan wyprostował się i pokazał towarzyszowi sześć niedawno wybitych złotych marek.
Podrzucił je na dłoni.
— Może i byli głupcami, ale przysłano ich po jednego z nas. Ktoś zapłacił za to dziesięć
złotych marek — wskazał głową na dwóch zabitych przez Horda. — Przy każdym z nich
znajdziesz po dwie monety.

background image

Hordo wymamrotał przekleństwo i schylił się nad ciałami. W sakiewkach znalazł cztery
złote marki. Z zadowoleniem ścisnął je w dłoni.
— Ten o szczurzej twarzy mówił, że nie spodziewał się dwóch. Na Mitrę, kto zapłacił
dziesięć złotych marek za jednego z nas?
Z zaułka, niecałe dziesięć kroków dalej, wyłonił się niezgrabny chudy chłopak. Na widok
trupów wrzasnął z przerażenia i umknął co sił w nogach, a jego zawodzenie szybko ucichło w
dali.
— Chodźmy lepiej do „Thestis” — zaproponował Conan — zanim pojawi się więcej
gapiów.
— Z naszym szczęściem — mruknął Hordo — będzie to jeden ranek na pół roku, gdy
zajdzie tu patrol straży miejskiej.
Do karczmy nie było daleko, ale oczywiście nikt z bywalców nie słyszał odgłosów
potyczki. Jedynie Kerin poświęciła im baczniejszą uwagę, gdy weszli do wielkiej izby. O tak
wczesnej porze artyści odsypiali nocne szaleństwa i nikt chwilowo nie męczył harfy ani cytry.
— Hordo? — zapytała szczupła dziewczyna — co ci się stało w rękę?
— Przewróciłem się na stłuczony dzban po winie — odparł jednooki z krzywym
uśmiechem.
Kerin spojrzała nań podejrzliwie i odeszła. Po chwili wróciła z naręczem czystych szmat i
dzbanem wina. Zaczęła polewać nim ranę na ramieniu Horda.
— Nie! — wrzasnął pacjent, wyrywając jej dzban z ręki. Zdumiony uśmiech przemknął po
wargach dziewczyny.
— Hordo, przecież to nie boli aż tak bardzo.
— To wcale nie boli — warknął brodacz. — Ale można zrobić z tego wina stosowniejszy
użytek.
I podniósł dzban do ust, wolną ręką udaremniając próbę odebrania naczynia. Dopiero gdy
przestał pić, by złapać oddech, Kerin wyszarpnęła mu dzban, polała resztką wina gałgany i
przyłożyła do jego czoła.
— Uspokój się, Hordo — nakazała surowo. — Później przyniosę ci więcej.
Po drugiej stronie izby Conan zauważył dziwną w tej karczmie osobę. Przy stole w kącie
siedział przystojny młodzian w bogato haftowanej tunice z czerwonego aksamitu. Rozmawiał
z Graecusem, smagłym rzeźbiarzem, który najwięcej czasu spędzał w towarzystwie Stephana.
Pamiętając, że ktoś może pragnąć jego śmierci, Conan poczuł zakradający się w jego duszę
cień podejrzenia. Dotknął ramienia Kerin.
— Ten człowiek. Ten, który rozmawia z Graecusem. Kim on jest? Jest za dobrze ubrany jak
na artystę.
— Demetrio artystą? — prychnęła dziewczyna. — To próżniak i w dodatku skończony
łajdak. Mówią, że ma wielki rozum, ale ja nie doszukałam się go u niego. Kiedy nie szlaja się
po domach rozpusty, często lubi olśniewać tych z nas, których olśniewają tacy ludzie.
— Myślisz, że to on? — zapytał Hordo.
Conan wzruszył ramionami.
— On albo ktokolwiek inny.
— Na Erebusa, Conanie, jestem już na to za stary!
— O czym wy mówicie? — spytała ostro Kerin. — Nie. Wolę nie wiedzieć — wstała i
pociągnęła Horda za sobą niczym nimfa wiodąca niedźwiedzia. — Trzeba przyłożyć ci maść
na to cięcie na ręku.
— Jak wrócę — zawołał Hordo przez ramię — możemy zacząć rozglądać się za
potrzebnymi nam ludźmi! Dzięki uprzejmości naszego wroga, no nie?
— Zgoda! — odkrzyknął Conan, podnosząc się. — I zabiorę ten miecz. Powinien przynieść
jedną czy dwie monety.

background image

W swej izbie Cymmerianin podważył obluzowaną deskę w podłodze i wyjął faliste ostrze.
Światło z małego okienka przebiegło po błyszczącej stali i zamigotało na jelcu. Plugawa aura
unosiła się z tej broni niczym trujący opar.
Conan starannie owinął miecz płaszczem pociętym przez wysokiego opryszka. Wolał nie
dotykać tego przeklętego ostrza gołą ręką. Przyprawiało go to o mdłości.
Kiedy Cymmerianin wrócił do wspólnej izby, mężczyzna w czerwonej tunice czekał u stóp
schodów. Pod orlim nosem trzymał flakonik z pachnidłem, a jego oczy ospale patrzyły na
barbarzyńcę. Conan zauważył jednak, że miecz młodzieńca nosi ślady częstego używania,
ręka zaś trzymająca flakonik pokryta jest odciskami, jakie powoduje jedynie rękojeść. Ruszył
obok niego.
— Przepraszam — rzekł szczupły młodzieniec. — Nazywam się Demetrio. Kolekcjonuję
starożytne miecze, a słyszałem, że posiadasz taki i życzysz sobie go sprzedać.
— Nie pamiętam, bym mówił coś o jego starożytności — odparł sucho Conan. W stojącym
przed nim mężczyźnie było coś ze żmii, coś, czego Cymmerianin nie cierpiał. Demetrio
uśmiechał się, ale jednocześnie jakby wbijał nóż w serce.
— Może po prostu wyobraziłem sobie, żeś nazwał go starożytnym — wybrnął gładko
młodzieniec. — Jeżeli nie jest stary, nie interesuje mnie. Ale jeśli tak, mógłbym go kupić —
zmierzył wzrokiem pakunek pod ręką Conana. — Masz go przy sobie?
Conan wsunął rękę w fałdy płaszcza i wyciągnął miecz.
— To ten miecz — zaczął i urwał, gdy Demetrio odskoczył w tył, łapiąc za własną broń.
Cymmerianin wyciągnął ku niemu miecz rękojeścią w przód. — Może chcesz sprawdzić, jak
jest wyważony?
— Nie — wypowiedział to słowo drżącym szeptem. — Wystarczy mi to, co widzę. Chcę go
kupić.
Usta Demetria zbladły i ściągnęły się. Conanowi przemknęła myśl, że szczupły mężczyzna
boi się tego miecza, ale odegnał ją od siebie jako głupią. Rzucił miecz na pobliski stół. Miał
wrażenie, że jego ręka jest brudna. I to także było głupie.
Demetrio przełknął ślinę i odetchnął z ulgą, widząc ostrze leżące bezpiecznie.
— Ten miecz… — powiedział, nie patrząc na Cymmerianina. — Czy posiada jakieś…
właściwości? Jakąś magię?
Conan potrząsnął głową.
— Nic o tym nie wiem. Ile dasz?
— Trzy złote marki — rzucił szybko Demetrio. Wielki Cymmerianin zamrugał z
niedowierzaniem. Do tej pory rozważał cenę raczej w sztukach srebra, lecz skoro miecz
przedstawiał dla tego młodzieńca tak wielką wartość, należało się potargować.
— Za tak starożytne ostrze wielu kolekcjonerów zapłaciłoby dwadzieścia.
Szczupły mężczyzna spojrzał na niego badawczo.
— Nie mam tyle przy sobie — mruknął.
Zdumiony Conan zastanowił się, czy może przypadkiem ten miecz nie należał do jakiegoś
dawno zmarłego króla. Demetrio nawet nie udawał, że zamierza się targować. Jego
doświadczone oko złodzieja oszacowało wysadzaną ametystami bransoletę na nadgarstku
Demetria na jakieś pięćdziesiąt złotych marek, a zapinkę z rubinem w tunice na dwakroć tyle.
Tego człowieka z łatwością dałoby się naciągnąć na dwadzieścia marek.
— Zaczekam — zaczął Conan, ale Demetrio zsunął z ręki bransoletę i podał mu.
— Weźmiesz to? Nie chciałbym ryzykować, że ktoś go kupi, gdy ja pójdę po pieniądze.
Ręczę, że jest warta więcej niż dwadzieścia marek. Ale dodaj ten płaszcz, żebym nie musiał
chodzić z obnażonym mieczem.
— Płaszcz i miecz są twoje — zgodził się pośpiesznie Cymmerianin. Ogarnęła go radość,
gdy poczuł w dłoni wysadzane ametystami złoto. Jego wolna kompania była teraz w zasięgu
ręki!

background image

— Chciałbym zapytać — dodał — dlaczego ta broń jest tak cenna? Czy należała może do
jakiegoś starożytnego króla, czy bohatera?
Demetrio przerwał na chwilę ostrożne pakowanie miecza. Zupełnie jakby było to
niebezpieczne zwierzę, pomyślał Conan.
— Jak cię zwą? — zapytał szlachcic.
— Conan.
— Masz rację, Conanie. To miecz starożytnego króla. Prawdę mówiąc, to miecz Bragorasa.
— Demetrio roześmiał się, jak gdyby powiedział najzabawniejszą rzecz pod słońcem.
Zanosząc się śmiechem zabrał miecz i pośpieszył do wyjścia.

VII

Albanus zatrzymał się przy drzwiach. Niezgrabne zawiniątko pod jego pachą nie pasowało
do obwieszonej gobelinami, zasłanej kobiercami komnaty. Przed wysokim lustrem siedziała
Sularia. Z jej kremowych ramion spływała złocista jedwabna szata. Niewolnica szczotkowała
miodowe jedwabiste włosy swej pani. Sularia dostrzegła Albanusa w zwierciadle i pozwoliła,
by suknia zsunęła się odsłaniając jej bujne piersi.
Mężczyzna o jastrzębiej twarzy strzelił palcami. Niewolnica obejrzała się, skłoniła i
umknęła, błyskając bosymi stopami.
— Przyniosłeś mi prezent? — zaciekawiła się Sularia. — Opakowany dość dziwnie —
obejrzała swą twarz w lustrze i pędzelkiem z miękkiego włosia lekko roztarta róż na
policzkach.
— To nie dla ciebie — zaśmiał się Albanus. — To miecz Meliusa.
Zdjął klucz ze złotego łańcucha na szyi i otworzył stojącą pod ścianą skrzynię. Obracał
klucz najpierw w jedną, potem w drugą stronę w ustalonej kolejności. Wcześniej powiedział
Sularii, że gdyby ktoś niewtajemniczony spróbował otworzyć skrzynię, to przemyślnie
skonstruowana machina trysnęłaby w jego twarz strugą zatrutych żądeł.
Albanus podniósł wieko, odrzucił sponiewierany płaszcz i ostrożnie odłożył miecz na
miejsce, które dla niego przygotował. We wnętrzu skrzyni znajdowały się opakowane w
warstwy jedwabiu i oprawione w skórę dziewic księgi ze starożytnego Archeonu oraz
najważniejsze magiczne przybory ze skrytki czarnoksiężnika. Palce Albanusa spoczęły na
chwilę na pęku zwojów pergaminu. Szkice i obrazy przedstawiające Gariana nie miały
magicznego znaczenia, ale na razie zasługiwały na miejsce w skrzyni. Na honorowym
miejscu, na poduszce leżącej na złotym postumencie, spoczywała kryształowa kula. Miała
barwę najczystszego błękitu, a wewnątrz niej tańczyły srebrne cętki.
Sularia zrzuciła jedwabną szatę i naga stanęła obok Albanusa. Jej język wysunął się
spomiędzy warg, gdy patrzyła na miecz.
— To on zabił tak wielu? Nie jest już niebezpieczny? Czy nie powinieneś go zniszczyć?
— Jest zbyt pożyteczny. Gdybym wcześniej wiedział to, co wiem teraz, nigdy nie dałbym
go temu głupcowi. Dopiero teraz zrozumiałem znaczenie znaków na jelcu.
— Ale dlaczego Melius tak zabijał?
— Ci, którzy wykuli tę broń, uwięzili w stali dusze sześciu mistrzów miecza. — Albanus
pogładził palcami ostrze, wyczuwając zawartą w nim moc. — I stąd wzięło się szaleństwo
Meliusa — wyciągnął rękę, jakby chciał ująć miecz, ale zatrzymał ją z rozczapierzonymi
palcami tuż nad rękojeścią. — Starczy, by ta sama ręka po trzykroć zacisnęła się na rękojeści,
a rozum, który nią rządzi, rozpada się w pył i miesza z szaleństwem starożytnych
fechmistrzów. Pędź! Zabijaj i pędź! Zabijaj! Zabijaj! — Spojrzał na Sularię. Miała otwarte
usta, a w błękitnych oczach, wpatrzonych w wiszącą nad mieczem rękę, błyszczał strach.
— Ile razy używałeś tego miecza? — wyszeptała.

background image

Roześmiał się i cofnął dłoń. Podniósł kryształową kulę. Trzymał ją w palcach delikatnie,
prawie z czcią, chociaż wiedział, że nie ma na świecie siły, która mogłaby choćby zadrasnąć
jej pozornie kruchą powierzchnię.
— Boisz się tego miecza? — zapytał cicho. Jego twarde spojrzenie przeszywało serce
kobaltowobłękitnej kuli. — Oto rzecz, której naprawdę należy się bać, ponieważ z jej pomocą
wzywa się i zmusza do posłuszeństwa istotę; demona? boga? nie wiem. Istotę tak potężną, że
nawet księgi Archeonu mówią o niej z nabożną grozą.
A on miał stać się jej panem. Panem posiadającym władzę większą niż wszyscy królowie
świata. Jeszcze nie ośmielił się jej wezwać, bowiem akt ten niósł w sobie niebezpieczeństwo,
że wzywający stanie się niewolnikiem, zabawką nieśmiertelnego monstrum, mającego dla
swej rozrywki całą wieczność. Lecz czyż on — Albanus nie pochodził od Bragorasa,
starożytnego króla — herosa, który zabił smoka Xutharcana i spętał demona Dragona w
głębinach Morza Zachodniego? Mimowolnie z jego ust popłynęły słowa wezwania:
— Af–far Mea–roth. Omini deas kaan. Eath–far be–laan Opheah cristi…
Niebo nagle pociemniało nad miastem, jakby zapadł nagły zmierzch. Błyskawice rozcięły
bezchmurne niebo, a ziemia zadygotała.
Albanus zatoczył się i z przerażeniem spojrzał na ściany komnaty falujące niczym płachty
płótna na wietrze. Jeszcze za wcześnie! Szaleństwem było próbować. Na szczęście nie
skończył inkantacji. Pośpiesznie odłożył rozżarzoną teraz kulę na poduszkę. Starannie
oczyścił umysł. Nie mógł sobie pozwolić nawet na najmniejszą myśl o wezwaniu.
Powoli światło rozjaśniające kryształową kulę przygasło, a ziemia przestała się kołysać.
Błyskawice zniknęły i słońce rozbłysło nad Belverus.
Przez długi czas Albanus nie patrzył na Sularię. Niech powie jedno słowo, myślał posępnie,
tylko jedno słowo, że tym przedstawieniem zrobiłem z siebie głupca, a wypruję jej flaki i
uduszę ją własnymi wnętrznościami. Zaledwie jedno słowo. Zwrócił ku niej oblicze mroczne
jak twarz ukryta pod katowskim kapturem.
Lecz Sularia wpatrywała się w niego z czystą żądzą w oczach.
— Taka moc — wyszeptała. — Jesteś człowiekiem mocy tak wielkiej, że patrząc na ciebie
boję się, iż oślepnę. Czy to za jej pomocą zniszczysz Gariana?
— Garian nie jest tego wart — zadrwił Albanus. — Stworzę człowieka i tchnę w niego
życie własnymi rękami. W taki sposób przypieczętuję los uzurpatora.
— Jesteś aż tak potężny? — wydyszała kobieta.
Albanus lekceważąco machnął ręką.
— To drobnostka. Już raz to zrobiłem, a tym razem nie popełnię wcześniejszych błędów —
nagle wplótł rękę w jej włosy i zmusił ją, by uklękła na marmurowej posadzce. Nie musiał jej
zmuszać, sama zrobiłaby to chętnie z własnej woli.
— Nic nie stanie mi na przeszkodzie — powiedział, rozciągając ją na podłodze. Sularia
krzyknęła, a on usłyszał w jej krzyku skandowanie ludu uznającego w nim swego króla i
boga.

Stephana wstała z zarzuconego poduszkami łoża. Jej ciało błyszczało od potu. Pełne piersi
kołysały się leniwie.
Spoczywający na łożu mężczyzna, młody kapitan Złotych Lampartów, podniósł się na
łokciu. Jego ciemne oczy z uwielbieniem wpatrywały się w kobietę.
— Jesteś czarodziejką, Stephano? Za każdym razem myślę, że umrę z rozkoszy. Za każdym
razem jestem przekonany, że przeżywam największą w życiu ekstazę. I za każdym razem ty
dajesz mi więcej, niż mógłbym marzyć.
Stephana uśmiechnęła się z zadowoleniem.
— A jednak myślę, Beatisie, że jesteś mną zmęczony.
— Nigdy! — zawołał żarliwie. — Musisz mi wierzyć. Jesteś żywym wcieleniem Derketo.

background image

— Ale nie chcesz wyświadczyć mi takiej drobnej przysługi…
— Stephano — jęknął — nie wiesz, o co prosisz. Moim obowiązkiem…
— Drobnej przysługi — powtórzyła, wracając powoli do łóżka.
Śledził ją z głodem w oczach. Nie była szczupłą dziewczyną, ale kobietą dojrzałą, cudem,
na który wszyscy mężczyźni patrzyli zachłannie. Wyciągnął rękę, ale ona cofnęła się poza jej
zasięg.
— Otwarte drzwi, Beatisie — rzekła miękko. — Nie strzeżony korytarz. Czy odmawiasz
swemu królowi prawa do niespodziewanego zaznania rozkoszy, jakimi ty sam się radujesz?
Młody kapitan westchnął ciężko i zamknął oczy.
— Zgoda, ale ja muszę tam być — odparł w końcu.
— Oczywiście — zapewniła szybko i przytuliła się do niego. — Oczywiście, Beatisie, mój
ukochany — jej uśmiech był fałszywy, a w fioletowych oczach czaiła się śmierć. Niech
Albanus głowi się nad planami. Ona zada ostateczny cios, gdy on nadal będzie nimi zajęty.
Szkoda, że Beatis umrze z Garianem. No, ale to należało do przyszłości. Westchnęła z
ukontentowaniem i zatraciła się w ekstazie.

VIII

Każda ze słomianych kukieł była wielkości tułowia człowieka. Conan ustawił ostatnią i
skoczył na siodło, by podjechać do czekających sto pięćdziesiąt kroków dalej ludzi, których
wraz z Hordem zebrał w ciągu minionych pięciu dni. Żałował, że nie było z nim jednookiego
kamrata, ale Hordo zajmował się jeszcze przemytem i teraz doglądał przenoszenia towarów z
jednego składu do drugiego przed „niespodziewaną” inspekcją królewskiego mytnika.
Cymmerianin ściągnął wodze czarnego aquilońskiego ogiera przed czterema dziesiątkami
ludzi. Podniósł krótki i mocny łuk.
— Przyjrzyjcie się!
Łuki te były szczęśliwą zdobyczą, bowiem łucznictwo z końskiego grzbietu było sztuką nie
znaną na Zachodzie i Conan liczył, że dzięki temu jego wolna kompania przyciągnie uwagę
możnych patronów. Broń ta całkiem niedawno leżała w składzie przemytników. Każdy z
czterdziestu ludzi wyposażony był również w inne skradzione ze składu rzeczy: metalowe
kolczugi na pikowanych kaftanach i spiczaste hełmy. Przy każdym siodle wisiała okrągła
tarcza, a przy każdym pasie porządna turańska szabla nosząca znak cesarskiej kuźni w
Aghrapur.
Conan uważał, że jak na Nemedię ich uzbrojenie jest odpowiednio egzotyczne. Ludzie
zazwyczaj wierzyli, że cudzoziemcy znają niezwykłe sposoby walki i chętniej ich zatrudniali.
Biorąc pod uwagę owe łuki, w przypadku jego kompanii mógł to być osąd trafny. Wraz z
Hordem wybrali tylko ludzi posiadających konie, gdyż złota starczało jedynie na żołd, nie na
zakup wierzchowców. Dopilnowali też, aby wszyscy potrafili strzelać z łuku. Jednak żaden z
najemników nie miał pojęcia o strzelaniu z konia i dlatego Cymmerianin przyprowadził ich na
tę polanę pod Belverus.
— Wszyscy jesteście przyzwyczajeni do zakładania na kciuki łuczniczych pierścieni —
mówił. — Kiedy jednak walczy się z konia, człowiek musi szybko zmieniać broń. Sięgać od
łuku do miecza, od miecza do włóczni i na odwrót. Pierścień tylko w tym przeszkadza.
— Więc jak naciąga się to cudo? — zapytał szpakowaty mężczyzna z siną blizną w poprzek
szerokiego nosa. Wyciągnął łuk na długość ramienia i spróbował go napiąć. Cięciwa ustąpiła
nie więcej niż o dłoń, co wywołało śmiechy wśród zebranych.
Szpakowaty mężczyzna nazywał się Machaon. Nie poznał Conana, lecz Cymmerianin
pamiętał, że był on sierżantem straży miejskiej, której oddział zabił oszalałego Meliusa.
— Złap palcami za cięciwę — rzekł Conan, gdy śmiechy przycichły — i ciągnij w ten
sposób.

background image

Muskularny Cymmerianin założył strzałę i, przykładając cięciwę do policzka, pchnął
drzewce łuku krótkim, potężnym wyrzutem ramienia. Trącił konia kolanem i karosz obrócił
się posłusznie. Chociaż snopki słomy zdawały się kołysać przed oczami, Conan pewnie
zwolnił cięciwę. Z głuchym odgłosem grot utkwił dokładnie w środku celu. Wśród
zaskoczonych ludzi rozległ się pomruk uznania.
— To strzelanie z końskiego grzbietu jest bardziej niż dziwne — mruknął wysoki
mężczyzna o zapadniętych policzkach. Miał głęboko osadzone oczy i wyglądał jak
wyniszczony przez chorobę, chociaż ci, którzy go znali, mówili, że nie trawi go gorączka, ale
smutek. — Jeżeli jest pożyteczne, dlaczego nie widzieliśmy go w armiach Nemedii, Aquilonii
czy innych cywilizowanych krajów?
Conan nie musiał odpowiadać, wyręczył go Machaon:
— Otwórz swój umysł, Narusie, i choć raz nie pozwól, by twój ponury nastrój zaciemniał
wszystko, na co patrzysz. Pomyśl. Możemy wyskoczyć, zaatakować i zniknąć, podczas gdy
piesi łucznicy będą jeszcze przygotowywać się do obrony, a włócznicy i zwyczajna piechota
będą zacieśniać szeregi w obawie przed konnym atakiem. Wroga jazda będzie dopiero zniżać
lance, by przygotować się do szarży, gdy nasze strzały uderzą w ich serca. Narusie,
rozchmurz się i uśmiechnij na myśl, jaką niespodziankę sprawimy wrogom.
Narus złośliwie pokazał zęby w szerokim uśmiechu, co sprawiło, że bardziej niż
kiedykolwiek wyglądał na ofiarę zarazy. Fala śmiechu skwitowała jego starania.
— Machaon ma rację — oznajmił Conan. — Mianuję go sierżantem tej oto wolnej
kompanii.
Na pokrytej bliznami twarzy Machaona pojawił się wyraz zdumienia, a reszta ludzi
mruknęła z aprobatą.
— Teraz — kontynuował Conan — niech każdy spróbuje trafić w snop. Najpierw z
nieruchomego konia.
Przez trzy pełne obroty klepsydry Cymmerianin pokazywał, jak strzelać z siodła, najpierw
jadąc stępa, potem kłusem i wreszcie w pełnym galopie. Wszyscy znali sztukę jazdy konnej i
łucznictwo, czynili więc szybkie postępy. Co prawda po tych ćwiczeniach najemnicy nie
strzelali tak dobrze jak lekka turańska jazda, jednakże ich umiejętności mogły zaskoczyć i
zadziwić mieszkańców zachodnich krajów. Machaon i Narus byli najlepsi po Conanie.
Po tej zaprawie Conan powiódł ich z powrotem do Belverus, do mieszczącej się pod
murami stajni, gdzie wszyscy oddali wierzchowce pod opiekę stajennych. Nakazał ludziom
stawić się jutro w tym samym miejscu i dał wszystkim wolne. Na progu stajni zatrzymał go
Machaon.
— Chwileczkę, kapitanie. — Machaon musiał być niegdyś przystojnym młodzieńcem, ale
obecnie jego twarz była mapą przebytych kampanii. Prócz blizny na szerokim nosie chlubił
się małym tatuażem na lewym policzku, przedstawiającym sześcioramienną gwiazdę z Koth,
na prawym uchu kołysały się trzy cienkie złote koła z Argos, a włosy miał przycięte na modłę
mieszkańców aphirskiego pogranicza.
— Byłoby dobrze, kapitanie, gdybyś jak najszybciej znalazł kompanii jakąś pracę. Chociaż
minęło ledwie kilka dni od złożenia przysięgi, już słyszałem skargi, że nie zarabiamy złota.
— Powiedz im, że niedługo zaczniemy służbę — odparł Conan, jednocześnie zastanawiając
się, dlaczego nie ma ochoty zaciągnąć się u jednego z kupców, których stać było na wynajęcie
najemników. — Widzę, że dobrze wybrałem sobie sierżanta.
Machaon zawahał się i po chwili zapytał cicho:
— Wiesz, kim jestem?
— Wiem, kim jesteś, ale nie obchodzi mnie, kim byłeś. — Conan patrzył mu prosto w oczy,
póki Machaon w końcu nie skinął głową.
— Zajrzę do ludzi, kapitanie.

background image

Conan poszedł do karczmy „U Thestis”. Po drodze na ulicach było dwa razy więcej
żebraków i ze trzy razy więcej oprychów niż dziesięć dni wcześniej. Żaden pulchny kupiec
czy wielmoża o wyniosłej twarzy nawet w Wyższym Mieście nie pokazywał się bez silnej
eskorty, a niesione przez niewolników lektyki, obojętnie czy siedziała w nich gibka córka
wysokiego rodu czy gorącooka kurtyzana, nie podróżowały bez oddziału zakutych w zbroje
strażników. Straży Miejskiej nie było ani śladu.
„U Thestis” były tłumy. Jak zawsze w południe, młodzi artyści szukali tu darmowego
posiłku. Ich kłótnie i muzyka tworzyły kakofonię, którą Cymmerianin już nauczył się
ignorować.
Złapał za ramię Kerin przebiegającą z dzbanami wina w rękach.
— Hordo wrócił? — zapytał.
Dziewczyna postawiła jeden z dzbanów z takim animuszem, że naczynie omal nie pękło, a
wino chlusnęło na stół. Nie zwracając uwagi na gniewne okrzyki ochlapanych artystów
powiedziała zimno:
— Przysłał wiadomość przez chłopaka. Masz się z nim spotkać „Pod Pełnią Księżyca”, na
ulicy Żalów, jedną klepsydrę po południu.
— Dlaczego tam? Czy powiedział, dlaczego nie chce przyjść tutaj?
Oczy Kerin przemieniły się w rozjarzone złością szczeliny.
— Chłopak mówił coś o jakiejś tancerce, z piersiami… — wycedziła. — Dość! Jeżeli
chcesz wiedzieć więcej, dowiedz się od tego żałosnego jednookiego kozła!
Cymmerianin siłą powstrzymał uśmiech cisnący się na wargi. Miał nadzieję, że Hordo
jedynie patrzył na tę tancerkę, bo za coś więcej przyjdzie mu drogo zapłacić, gdy znów
znajdzie się w pobliżu Kerin.
Myślał właśnie, czy przed wyjściem na spotkanie z Hordem rozprawić się z misą gulaszu,
kiedy Ariana położyła mu dłoń na ramieniu. Uśmiechnął się i pomyślał, że może lepiej
spożytkuje wolną chwilę.
— Chodź do mojej izby — powiedział, obejmując ją w talii. Przyciągnął ją bliżej i mrugnął
okiem. — Moglibyśmy podyskutować o poezji.
Ariana bezskutecznie próbowała zdusić chichot.
— Jeżeli przez poezję rozumiesz to, o czym ja myślę, to wątpię, byś chciał ograniczyć się
do rozmowy — jej uśmiech zniknął, a oczy spojrzały nań badawczo. — Jest coś ważniejszego
do omówienia, ale musisz przysiąc, że nigdy nie powtórzysz nikomu ani słowa z tego, co ci
powiem. Musisz dać słowo.
— Przysięgam — rzekł powoli.
Teraz zrozumiał, dlaczego dotąd nie wynajął swojej wolnej kompanii. Gdyby zaciągnął się
u jakiegoś kupca czy dostojnika, to w przypadku wybuchu rebelii musiałby stanąć po stronie
tronu. A on nie chciał brać udziału w mordowaniu Ariany i jej przyjaciół.

— Od dawna zastanawiałem się — podjął po chwili — kiedy zechcesz ze mną
porozmawiać o tej waszej rewolcie.
Ariana sapnęła i szybko położyła mu palec na ustach.
— Zatem wiesz! Chodź ze mną.
Podążył za nią na tyły karczmy. Tam, w małej izdebce, naradzali się spiskowcy.
Przygarbiony Stephano z chmurną miną opierał się o brudną ścianę, Graecus, przysadzisty
rzeźbiarz, szczerząc zęby siedział okrakiem na ławie, a Leucas, chudy mężczyzna z wielkim
nosem, mieniący się filozofem, przycupnął ze skrzyżowanymi nogami na podłodze i w
zadumie żuł dolną wargę.
— On wie — powiedziała Ariana, gdy zamknęła drzwi, a oni wszyscy aż podskoczyli.
Conan niedbale położył dłoń na rękojeści miecza.

background image

— On wie! — zawołał Stephano. — Mówiłem ci, że on jest niebezpieczny. Mówiłem ci, że
nie powinnaś mieć z nim do czynienia. Wojownicy to nie nasza sprawa.
— Ciszej! — skarciła go ostro Ariana. — Czy chcesz oznajmić to wszystkim w gospodzie?
Stephano zamilkł, a ona mówiła dalej, zwracając się również do pozostałych:
— To prawda, że werbowanie ludzi takich jak Conan nie do nas należy, ale słyszałam, jak
wszyscy skarżyliście się, że chcecie dokonać czegoś większego niż to, co wam nakazano.
— Ty przynajmniej możesz pisać wiersze piętnujące Gariana — mruknął Graecus. — Ja
mogę je tyko kopiować i rozrzucać po ulicach. Nie mogę stworzyć rzeźby, która porwie lud.
— „Król Garian w Belverus wszechwładnie nam włada” — zaczął recytować Conan.
Wszyscy spojrzeli na niego ze zdumieniem. — „Król Garian samotnie do uczty zasiada…”
Czytałem ten wiersz. Ty go pisałaś, Ariano?
— To robota Galii — odparła oschle. — Ja piszę dużo lepiej.
— To nie ma nic do rzeczy — pisnął Stephano. — Wszyscy wiemy, dlaczego mu zaufałaś,
Ariano — napotkał lodowato błękitne oczy Conana i ciężko przełknął ślinę. — Myślę, że to,
co robimy, jest niebezpieczne. Powinniśmy zostawić wynajmowanie… tego rodzaju ludzi
Tarasowi. On ich zna. My nie.
— Znamy Conana — upierała się Ariana. — I wszyscy zgodziliśmy się, ty także, Stephano
— że trzeba szukać wojowników, bez względu na to, co mówi Taras. Z Conanem zyskamy
nie jednego, ale czterdziestu.
— O ile za nim pójdą — mruknął Graecus.
— Pójdą za mną wszędzie tam, gdzie jest złoto — rzucił niedbale Conan.
Graecus wyglądał na zbitego z tropu, a Stephano roześmiał się szyderczo.
— Złoto!
— Głupcy! — zwołała Ariana. — Ile razy rozmawialiśmy o tych, którzy twierdzą, że
rewolucja powinna być czysta, że tylko ci, którzy walczą w imię sprawiedliwości, mogą brać
w niej udział? Ilu z nich zostało nadzianych na pal za tę swoją czystość?
— Nasza sprawa jest czysta — syknął Stephano. — A złoto ją splami.
Ariana potrząsnęła głową.
— Kłóciliśmy się o to niejeden raz. Teraz nie ma na to czasu, Stephano. Jak myślisz, w jaki
sposób Taras zbierze wojowników? Za złoto, Stephano. Za złoto!
— I od początku byłem temu przeciwny — odparł chudy rzeźbiarz. — Lud…
— Podąży za nami i powstanie — ucięła Ariana. — Ale skoro żaden z nas nie będzie umiał
walczyć, zginie wielu.
— Nasze ideały… — mruknął Graecus.
— Nie wystarczą — po kolei, błyszczącym wzrokiem patrzyła na swych towarzyszy, a oni
wiercili się niespokojnie pod jej spojrzeniem. Conan zdał sobie sprawę, że największa siła
woli kryje się we właścicielce tych słodkich krągłości, które pieścił przez ostatnie noce.
— Pragnę jednego — oznajmił Graecus. — Walki z mieczem w ręku. Conanie, czy mogę
jechać z tobą w ten wielki dzień?
— Nie powiedziałem, że się do was przyłączę — rzekł Conan.
Ariana sapnęła, splatając ręce na piersiach. Jej twarz zmieniła się w maskę odrazy. Graecus
znieruchomiał z otwartymi ustami.
— Mówiłem ci, że on nie jest godzien zaufania — burknął Stephano.
— Moi ludzie pójdą za mną — mówił Cymmerianin nie zwracając na niego uwagi — ale
nie wtedy, gdy powiodę ich pod topór kata albo na pal. Nie mogę przyłączyć się do was nie
wiedząc, jakie macie szanse i plany.
— On może nas zdradzić — wtrącił szybko Stephano.
— Siedź cicho! — zganiła go Ariana. Milcząc wpatrzyła się w twarz Cymmerianina.
— Nie jestem dość cywilizowany — rzekł niewzruszenie Conan — by zdradzać swoich
przyjaciół.

background image

Drżąco potrząsnęła głową. Stephano próbował się odezwać, ale uciszyła go gniewnym
gestem.
— Taras wynajmuje wojowników. Mówi, że potrzebujemy co najmniej tysiąca i że niedługo
będzie miał tylu. Jednakże naszą główną siłą jest lud. Gniew i głód są tak wielkie, że lud obali
Gariana gołymi rękami. Niektórzy jednak dostaną broń. Mamy miecze dla dziesięciu tysięcy.
Część tej broni z pewnością przemycił twój przyjaciel, Hordo.
— Dziesięć tysięcy? — powtórzył z niedowierzaniem Conan, przypominając sobie, że
Hordo ocenił liczbę mieczy na pięć tysięcy sztuk.
— Dziesięć — przytaknął Graecus. — Taras pokazał mi pełen magazyn.
I na pewno pozwolił ci policzyć, pomyślał drwiąco Conan.
— Uzbrojenie dziesięciu tysięcy ludzi, nawet tylko w miecze, wymaga dużo złota. A
jeszcze więcej potrzeba na wynajęcie tysiąca najemników. Wy dostarczacie to złoto?
— Części, tak — rzekła niepewnie Ariana. — Ale jak wiesz, nie zarabiamy wiele, a
większość tego, co dostajemy od rodzin, idzie na utrzymanie tej karczmy.
— Są tacy — rzekł wyniośle Stephano — którzy mimo posiadanego bogactwa wierzą, że
mamy rację i że Garian wyniszcza Nemedię. Oni dali Tarasowi to, czego trzeba do zdobycia
broni i ludzi.
— Kim oni są? — spytał Conan. — Czy poprą was otwarcie, gdy wylegniecie na ulice?
— Oczywiście — powiedział Stephano, ale natychmiast spuścił z tonu. — To znaczy,
przypuszczam, że tak zrobią. Widzisz, oni wolą pozostać anonimowi — roześmiał się
niepewnie. — To nic, że nikt z nas ich nigdy nie widział, ważne, że ich pieniądze płyną
bezpośrednio do Tarasa.
— Stephanowi chodzi o to — zaczęła Ariana, gdy rzeźbiarz umilkł — że oni boją się, iż
nam się nie powiedzie i sami trafią pod topór kata. Zapewne myślą, że jesteśmy ich
narzędziami i że rewolucja pomnoży ich majątki i poprawi pozycję. Ale jeżeli faktycznie tak
jest, zapominają, że to my dowodzimy ludem. I tysiącem zbrojnych.
Tysiącem zbrojnych, którzy dostają złoto od tych tajemniczych dobroczyńców, pomyślał
zirytowany Conan.
— Ale jaki jest wasz plan? — zapytał głośno. — Chyba nie zamierzacie wyjść na ulice i
zacząć rozdawać miecze?
Graecus uśmiechnął się szeroko.
— Nie jesteśmy takimi głupcami, za jakich być może nas uważasz, Conanie. Ci z nas,
którzy rozdają chleb we Wrotach Piekieł, znaleźli ludzi godnych zaufania i wyznaczyli tych,
którzy przyjdą, gdy padnie hasło. Oni dostaną broń. My poprowadzimy ich na pałac
królewski, podczas gdy Taras z tysiącem najemników opanuje bramy miasta i przystąpi do
oblężenia koszar straży miejskiej.
— A co z wolnymi kompaniami i strażnikami możnych? — dociekał Conan. — Jest ich w
mieście jakieś trzy tysiące, a ci, którzy im płacą, z pewnością staną po stronie króla.
— Tak — powiedziała Ariana — ale każdy wielmoża, gdy zobaczy, co się dzieje, będzie
trzymał strażników blisko siebie. Jeżeli okaże się to konieczne, pozbędziemy się ich później,
po kolei. Setka najemników ulegnie tysiącowi nędzarzy, dla których śmierć nie jest niczym
więcej, jak tylko wyzwoleniem od głodu! — Wyglądała na gotową do osobistego
poprowadzenia takiego ataku. Odrzuciła w tył głowę, wyprostowała ramiona, przez co piersi
kusząco napięły materiał sukni. W rozjaśnionych oczach płonął orzechowy ogień. Conan
wiedział, że powiedziała prawdę. Ludzie, dla których śmierć jest wybawieniem, są w bitwie
straszliwymi przeciwnikami, ale łatwo jest rozprawić się z nimi w czasie dłuższej kampanii.
— A co z armią? — zapytał.
— Najbliższy tysiąc stacjonuje w Heranium — odpowiedział Graecus. — Dwa następne w
Jeraculum. Dotarcie do Belverus zajmie im pięć dni marszu, ale żołnierzy będzie za mało, by
cokolwiek zrobić, skoro będziemy trzymać bramy. A co do sił na aquilońskiej granicy, nie

background image

wiadomo, czy zdecydują się wyruszyć, bowiem Aquilonia zażądała ostatnio jakiejś poprawy
granic.
— Dziesięć dni marszu od granicy — rzekł z zadumą Conan. — Dwa dni szybkiej jazdy dla
posłańca, który ich zawiadomi. Możecie zatem liczyć na dwanaście dni, zanim będziecie
musieli stawić czoło machinom oblężniczym i wyszkolonym żołnierzom atakującym mury.
Może spóźnią się trochę, ale lepiej na to nie liczyć.
— Masz głowę do takich rzeczy — pochwalił go Graecus. — Nasz plan opiera się właśnie
na dwunastu dniach.
— A z pewnością nie będziemy tylu potrzebować — wtrącił Stephano, podkreślając swe
słowa lekceważącym gestem. — Na długo przed tym tyranizowani mieszkańcy tego miasta
powstaną, by do nas dołączyć. Sto tysięcy ludzi opasze mury, ramię przy ramieniu.
Wezwiemy Gariana do abdykacji…
— Do abdykacji?! — wykrzyknął Conan. Inni podskoczyli, patrząc lękliwie na ściany.
Cymmerianin ściszył głos: — Zaczniecie rebelię, a potem każecie Garianowi abdykować? To
szaleństwo. Złote Lamparty wytrzymają w pałacu półroczne oblężenie, może nawet dłuższe.
Wy macie dwanaście dni.
— To nie mój pomysł — powiedziała z rozgoryczeniem Ariana. — Od początku mówiłam,
że musimy zdobyć pałac w pierwszym dniu powstania.
— I zabić wszystkich jego mieszkańców! — zawołał Stephano. — Wtedy nie będziemy
lepsi od Gariana, nasza wiara i nasze ideały okażą się pustymi słowami!
— Nie pamiętam — rzekł wolno Graecus — kto pierwszy powiedział, że mamy żądać
abdykacji Gariana. Na pierwszy rzut oka to, co proponuje Ariana; natychmiastowy atak, gdy
Złote Lamparty będą jeszcze sądzić, że nasze poczynania nie są niczym więcej jak ulicznymi
zamieszkami, może wydawać się najlepszym wyjściem. Ale nie możemy w ten sposób
odrzucić ideałów, w imię których walczymy. Poza tym — zakończył z uśmiechem, jakby
znalazł rozwiązanie — wiadomo, że wzgórze, na którym stoi królewski pałac, jest zryte przez
setki przejść, z których jedno może doprowadzić nas do środka.
— Wszyscy o nich wiedzą — powiedziała Ariana, a jej głos aż ociekał jadem — ale czy ty
wiesz, gdzie znaleźć choć jedno z nich? Tylko jedno…
— Możemy kopać — zaproponował niepewnie krępy mężczyzna.
Ariana parsknęła śmiechem, a on zamilkł.
Conan potrząsnął głową.
— Garian nie abdykuje. Żaden król by tego nie zrobił. Tylko stracicie czas, którego i tak nie
będziecie mieć za dużo.
— Jeżeli nie abdykuje — oznajmił buńczucznie Stephano — wtedy lud ruszy szturmem na
pałac i za popełnione zbrodnie gołymi rękami rozedrze Gariana na strzępy.
— Lud — powiedział Conan, wpatrując się w rozmówcę tak, jakby nigdy wcześniej go nie
widział. — Przed chwilą mówiłeś, by zapobiec rzezi, która zszargałaby wasze ideały. A co z
tysiącami, którzy zginą biorąc szturmem pałac? Oni mogą?
— Poszliśmy na kompromis wynajmując wojowników za złoto — dowodził uparcie
Stephano. — Nie możemy dalej naginać naszych ideałów. Wszyscy, którzy polegną, będą
męczennikami sprawiedliwej i chwalebnej sprawy.
— Kiedy więc nastanie ten chwalebny dzień? — zapytał z ironią Conan.
— Gdy tylko Taras zbierze tysiąc najemników — odparł Graecus.
— Zatem to Taras decyduje o waszym powstaniu?
Graecus w odpowiedzi powoli pokiwał głową, a na jego twarzy odbiło się powątpiewanie.
Conan mówił dalej:
— Wobec tego zanim zdecyduję się do was przyłączyć, muszę porozmawiać z Tarasem.
Oczy Ariany rozszerzyły się ze zdumienia.

background image

— To znaczy, że nadal możesz się od nas odwrócić? Po tym, jak otworzyliśmy przed tobą
nasze serca?
— Powiedzieliśmy mu wszystko! — krzyknął Stephano, a jego głos z każdym słowem
stawał się coraz bardziej piskliwy. — On może nas zdradzić! Oddaliśmy się w ręce tego
barbarzyńcy!
Rysy Conana stwardniały. Wyszarpnął miecz, złapał go obiema rękami i podniósł tak, że
rękojeść znalazła się przed jego twarzą. Stephano, piszcząc jak kobieta, uciekł w kąt, a
Graecus zerwał się na nogi przewracając ławkę. Ariana zbladła, lecz nie ruszyła się z miejsca.
— Na tę stal — zaczął Conan — i na Croma, Pana Góry, przysięgam, że nigdy was nie
zdradzę — jego lodowate niebieskie oczy spojrzały w twarz dziewczyny. — Pierwej umrę.
Ariana zrobiła krok w stronę barbarzyńcy i położyła dłoń na jego policzku.
— Różnisz się od wszystkich znanych mi mężczyzn — wyszeptała, a głośniej dodała: — Ja
mu wierzę. Zorganizujemy spotkanie z Tarasem. Zgoda, Stephano? Graecusie?
Dwaj mężczyźni niepewnie pokiwali głowami.
— Leucasie? Leucasie!
— Co? — kościsty filozof podskoczył jak człowiek wyrwany nagle z głębokiego snu. —
Cokolwiek mówisz, Ariano, zgadzam się z tobą całym sercem — w tej chwili dostrzegł
obnażone ostrze Conana. Na ten widok cofnął się tak gwałtownie, że aż walnął głową o
ścianę. Pozostał tak, wlepiając w miecz przerażone oczy.
— Filozofowie… — mruknęła pobłażliwie Ariana.
— Muszę iść — powiedział Conan, chowając miecz do pochwy. — Mam spotkanie z
Hordo.
Stephano wyglądał tak, jakby nagle rozbolał go brzuch.
— Zatem do zobaczenia wieczorem — rzekła Ariana. — I, Conanie — dodała dziewczyna,
gdy barbarzyńca odwrócił się do wyjścia — ręczę za ciebie życiem.
Jej życie, myślał Cymmerianin, wychodząc z gospody. Dziewczyna była zamieszana w
spisek, co nie rokowało długiego życia. Powstanie mogło się udać, jeżeli Taras, jak twierdzi,
rzeczywiście zbierze tysiąc wyszkolonych najemników. Jeżeli lud powstanie i nie ucieknie,
gdy zagrozi mu osłonięta tarczami piechota, szarżująca jazda i machiny oblężnicze. Jeżeli
rebelianci odłożą na bok swe chlubne ideały i zaatakują pałac królewski, zanim Złote
Lamparty zdążą się spostrzec. Zbyt wiele tych jeżeli. Ariana związała życie ze sprawą
skazaną na pewną przegraną. A jednak Conan złożył przysięgę. Teraz złożył drugą; przyrzekł
sobie, że uratuje jej życie, nawet wbrew jej woli.

IX

Na ulicy Żalów już w południe zaczynała się właściwa dla niej hulanka, aczkolwiek daleko
jej jeszcze było do nocnego szaleństwa. Na razie tam, gdzie wieczorem miały być ich
dziesiątki, tylko kilku żonglerów podrzucało swoje piłki, pałki, obręcze, noże i płonące
głownie. Setka ulicznic, wymalowanych, wyperfumowanych i obwieszonych bransoletami,
wałęsała się tam, gdzie wkrótce miał być ich tysiąc. Między nimi przechadzali się bogato
odziani, pilnowani przez jednego bądź dwóch strażników kupcy i szlachetni panowie. Tuziny
lektyk, dźwiganych przez dobrze zbudowanych niewolników i otoczonych przez zbrojnych,
niosły szczupłe, gorącokrwiste kobiety, które szukały tu rozpusty i zapomnienia. Wśród tego
tłumu snuli się żebracy w łachmanach.
Conan, obojętny na tłum i harmider, nagle wybuchnął śmiechem na widok szyldu oberży
„Pod Pełnią Księżyca”. Wisząca nad drzwiami pomalowana deska przedstawiała nagą
kobietę, klęczącą i pochyloną tyłem do patrzącego. Jej pośladki błyszczały jak samo słońce.
To mówiło co nieco o rozkoszach, jakie mogły zatrzymać tu Horda.

background image

Nagle Cymmerianin zwrócił uwagę na jedną z lektyk, ze szkarłatnymi zasłonami. Jej czarne
drążki do noszenia i konstrukcja podtrzymująca zasłony zdobione były złotem. Niewątpliwie
była to ta sama lektyka, którą widział pierwszego dnia pobytu w Belverus. Szkarłatna zasłona
przesunęła się lekko i Conan raz jeszcze ujrzał zawoalowaną twarz pasażerki. Z takiej
odległości nie mógł rozpoznać barwy, a jednak te lekko skośne oczy wydały mu się znajome.
Gdyby tylko mógł przypomnieć sobie, gdzie je widział!
Potrząsnął głową. Wspomnienia i wyobraźnia potrafiły wyczyniać dziwne sztuczki. Setki
kobiet, które znał, i tysiące, których nie znał, mogły mieć takie same oczy. Ruszył do
karczmy.
Z tyłu, przebijając się przez uliczny gwar, dobiegł go ni to śmiech, ni szloch. Cymmerianin
zawirował, a lodowate ciarki przebiegły mu po kręgosłupie. Ten śmiech wydał się tak
znajomy, że był pewien, iż gdyby spojrzał raz jeszcze i otworzył usta, wypłynęłoby z nich
odpowiednie imię. Ale na ulicy poza ladacznicami nie było już innych kobiet. Lektyka
zniknęła w tłumie.
Cymmerianin poluzował miecz i sztylet w pochwach. Tym gestem chciał rozproszyć
nieokreśloną obawę. Powiedział sobie, ze niepokoi się o los Ariany. Dobrze by było upić się
teraz z Hordo i pozalecać do wspomnianej przez niego bajecznej tancerki. Przekroczył próg.
Główna izba pachniała skwaśniałym winem i starymi perfumami. Toporne, drewniane stoły
o tej porze zapełnione były ledwie w jednej trzeciej. Ludzie garbili się nad szklanicami, topiąc
w winie nękające ich lęki. Siedem kobiet tańczyło przy dźwiękach dwóch fletów i cytry.
Każda tancerka odziana była tylko w pas przejrzystego czerwonego jedwabiu; raz używanego
do przysłonięcia twarzy, raz do ukrycia nagich piersi. Na cienkich złoconych przepaskach
noszonych nisko na biodrach wisiały osłaniające łona mosiężne płytki, na których wypisana
była cena, za jaką dana tancerka gotowa jest wydobyć swe wdzięki spod mosiądzu.
Chociaż wszystkie dziewczęta były przyjemnie zaokrąglone, Conan nie mógł jakoś
doszukać się tej wyjątkowej, która mogłaby konkurować z Kerin o względy Horda. Może
mają tu inne, które pojawią się później, pomyślał. Gdy zajął miejsce obok platformy, na której
pląsały dziewczyny, przy jego łokciu pojawiła się pulchna dziewka z pojedynczym pasem
muślinu na biodrach.
— Wina — zażądał.
Siedział sycąc oczy widokiem tancerek i nagle zdał sobie sprawę, że ktoś na niego patrzy.
Do stołu z wahaniem zbliżył się chudy filozof, Leucas.
— Muszę… Czy mogę z tobą porozmawiać, Conanie?
Chudzielec rozglądał się niespokojnie. Jedynymi gośćmi, którzy nie zajmowali się winem,
byli trzej ciemnoskórzy Kothyjczycy. Włosy, splecione w cieniutkie warkocze, mieli ujęte w
metalowe obręcze, a na ich przedramionach widniały przywiązane rzemieniami sztylety z
Karpash. Spierali się właśnie o to, czy tancerki warte są cen wypisanych na płytkach. Leucas
opadł na stołek naprzeciwko Conana, pochylił się nad stołem i zaczął szeptać tak szybko,
jakby się bał, że ktoś go powstrzyma. Jego słowa z każdą chwilą płynęły coraz szybciej.
— Muszę z tobą porozmawiać, Conanie. Szedłem za tobą. Twój miecz. Kiedy go
zobaczyłem, zrozumiałem. To ty jesteś człowiekiem, który może to zrobić. Ja… ja nie. Po
prostu nie jestem człowiekiem czynu — pot zrosił jego wąską twarz, chociaż w tawernie było
chłodno. — Rozumiesz, prawda?
— Ani słowa.
Leucas zmrużył oczy i mruknął coś pod nosem. Kiedy znów podniósł powieki, wyglądało
na to, że wziął się w garść.
— Zgadzasz się, że Garian musi zostać usunięty, prawda?
— Chyba właśnie to planujecie — odparł Conan.
— Ale… — głos Leucasa zabrzmiał alarmująco głośno. Filozof z widocznym wysiłkiem
zmusił się, by mówić ciszej. — Ale teraz to się zmieniło. Już nie możemy dłużej czekać.

background image

Kilka dni temu słońce pociemniało i zatrzęsła się ziemia. Bogowie odwrócili się od Nemedii!
To był znak, ostrzeżenie, że musimy zgładzić Gariana, zanim bogowie zniszczą go wraz z
całym Belverus.
Bóg Conana, mroczny Pan Góry, dawał człowiekowi życie oraz wolę i nic ponadto. Conan
widział niewiele dowodów świadczących, że inni bogowie robili coś więcej. Co do
pociemniałego nieba i drżącej ziemi, uważał, że ktoś w Belverus mimo zakazu Gariana para
się czarami. Cymmerianin nie lubił magii, ale skoro nie dotyczyła go bezpośrednio, nie
zamierzał się wtrącać, powiedział jedynie:
— Zatem uważasz, że wasze powstanie powinno zostać rozpoczęte dużo wcześniej? Ale
dlaczego mi o tym mówisz?
— Nie, nie rozumiesz. Nie te plany. Coś innego. Coś bardziej skutecznego — twarz
chudego filozofa błyszczała od potu, głos mu drżał, chociaż starał się mówić po cichu. —
Mamy zostać wprowadzeni do pałacu. Z nożami. Garian musi umrzeć. Natychmiast. Ale ja
nie mogę, nie nadaję się do tego. Ty jesteś człowiekiem przemocy. Zrób to za mnie.
— Nie jestem skrytobójcą! — warknął Conan.
Leucas krzyknął, jego oczy szaleńczo omiotły wnętrze gospody.
— Mów ciszej — załkał. — Nie rozumiesz. Muszę…
— Rozumiem, o co prosisz — uciął zimno Conan. — Poproś raz jeszcze, a będziesz szukał
swoich zębów po całej izbie — nagle wpadła mu do głowy pewna myśl. — Czy Ariana wie o
tym?
— Nie mów jej! Nie mów nic nikomu. Nie powinienem był z tobą rozmawiać! — Leucas
raptownie zerwał się ze stołka. Odsuwając się od stołu wymachiwał rękami jak szaleniec. —
Rozważ to, Conanie. Zrobisz tak? Po prostu się zastanów.
Cymmerianin zacisnął pięść i udał, że chce wstać. Filozof z krzykiem rzucił się do ucieczki
i wypadł na ulicę.
Złość wykrzywiła rysy barbarzyńcy. Jak ten człowiek śmiał uznać go za skrytobójcę, za
mordercę? Jasne, zabijał, i nadal będzie to czynił, ale tylko uzbrojonych wrogów w otwartej
walce. Jednak najważniejsza była Ariana. Conan nie potrafił sobie wyobrazić, jak taki pocący
się ze strachu tchórz zdoła bezkarnie wejść do królewskiego pałacu. A gdy zostanie złapany,
co będzie nieuniknione, i gdy poczuje żar rozpalonych szczypiec, wyśpiewa wszystkie znane
sobie imiona, łącznie z imieniem własnej matki. Cymmerianin mógł uciec, ale Ariana byłaby
bezradna niczym łania w matni. Postanowił, że gdy pojawi się Hordo, znajdzie Arianę i
ostrzeże ją przed Leucasem.
Myśl o kamracie przypomniała mu o winie. Gdzie ta służebna?
Nie było jej w zasięgu wzroku. W całej tawernie nie poruszał się nikt prócz tancerek i
trzech Kothyjczyków, zbliżających się do sceny, najwyraźniej w celu dokładniejszego
obejrzenia pląsającego towaru.
Conan wstał, by pójść na poszukiwanie dziewczyny, a wtedy jeden z Kothyjczyków
wrzasnął:
— Mówiłem ci, że to moja kobieta, barbarzyńco!
Kothyjczycy wyciągnęli sztylety z wprawą doświadczonych zabójców. Flety ucichły, a
tancerki rozbiegły się z piskiem, gdy mężczyźni z nożami rzucili się na Cymmerianina.
Conan jedną ręką dźwignął stół i rzucił go przed siebie.
— Głupcy, mylicie mnie z kimś!
Dwaj napastnicy tanecznymi zwrotami rozsunęli się na boki, a trzeci upadł, przetoczył się
do stóp Conana i pchnął, gdy tylko zdołał uklęknąć. Conan wciągnął brzuch, gdy ostrze
zgrzytnęło po kolczudze. Nim nożownik zdążył się uchylić, but Conana trafił w kościstą
twarz, wybijając mu zęby. Z ust mężczyzny bryzgnęła krwawa miazga. Nim sztylet wypadł z
pozbawionej czucia ręki i napastnik zwalił się bez przytomności na brudną podłogę, Conan
miał już w dłoniach miecz i sztylet.

background image

— Pomyliliście się — powtórzył.
Pozostali zabójcy rozdzielili się i skoczyli z kocią lekkością. Przy wszystkich stołach
zapanowało poruszenie. Goście zaczęli robić zakłady.
— Nigdy nie widziałem ani ciebie, ani twojej kobiety!
Mężczyźni starali się otoczyć Cymmerianina. Noże trzymali nisko, by ostrza mogły gładko
wejść pod lekką zbroję barbarzyńcy.
— To ty — powiedział jeden, a kiedy Conan zerknął na niego, drugi zaatakował.
Jednakże Cymmerianin spodziewał się podstępu. Jeszcze nie skupił spojrzenia na
mówiącym, gdy jego miecz zatoczył półkole. Kothyjczyk wrzasnął, a fontanna krwi trysnęła z
miejsca, w którym dotąd znajdowała się jego prawa dłoń. Desperacko ścisnął kikut
nadgarstka, zatoczył się i osunął na podłogę. Przód jego tuniki z każdym uderzeniem serca
stawał się coraz czerwieńszy.
Conan zwrócił się, by stawić czoło trzeciemu, ale ten nie miał zamiaru dotrzymać mu pola.
Z przerażeniem wlepiał oczy w kamratów na podłodze; jednego nieprzytomnego, a drugiego
wykrwawiającego się na śmierć.
Wielki Cymmerianin podniósł miecz.
— Ty. Powiedz mi…
Wtem w drzwiach tawerny stanęli miejscy strażnicy z mieczami w rękach. Pierwszy
wskazał na Conana.
— Tu jest! — zawołał. Żołnierze hurmem wpadli do środka rozpychając gapiów,
wywracając stoły i ławy.
— Na Croma! — mruknął Conan. Widać było, że strażnicy nie mają zamiaru pytać, kto
zaczął i dlaczego. Barbarzyńca wskoczył na scenę i rzucił się do drzwi używanych przez
tancerki. Były zamknięte.
— Brać go! — zawył dowódca. Jego podwładni, tratując umykających klientów tawerny,
popędzili na scenę.
Conan cofnął się i trzasnął barkiem w drzwi, w deszczu drzazg przedarł się na drugą stronę.
Piszczące tancerki zbiły się w gromadkę w wąskim korytarzu, na końcu którego znajdowały
się drzwi wiodące na zewnątrz. Cymmerianin rozepchnął skąpo odziane stadko. Przy
drzwiach zatrzymał się, odwrócił, wywinął mieczem nad głową i ryknął, przybierając jak
najgroźniejszy wyraz twarzy. Tancerki, wrzeszcząc z nowym zapałem, w panicznym
pośpiechu wypadły na scenę. Rozległy się dzikie krzyki, gdy strażnicy nagle znaleźli się w
tłumie rozhisteryzowanych i na wpół nagich kobiet.
To powinno ich powstrzymać, pomyślał Conan. Schował miecz do pochwy i wybiegł w
zaułek za tawerną. Uliczka była niewiele szersza od jego ramion, wiła się niczym wąż i
śmierdziała wymiotami i odchodami. Conan rzucił się w lewo, płosząc stada brzęczących
much.
Nim dotarł do pierwszego zakrętu, usłyszał okrzyk:
— Tam ucieka!
Spojrzał przez ramię stwierdzając, że strażnicy nie zaprzestali pościgu. Conan zastanowił
się, jak wielkiego musiał mieć pecha natykając się na jedynych w Belverus strażników
dbających o wykonywanie swoich obowiązków. Oddział w czarnych opończach, klnąc i
rozdeptując nieczystości, niezmordowanie deptał mu po piętach.
Conan puścił się biegiem, z trudem utrzymując równowagę. Wpadał na ściany przy każdym
zakręcie uliczki. Jego masywne ramiona zdzierały tynk z łuszczących się, porośniętych
pleśnią ścian. Skręcił w inną, podobną uliczkę, kilka kroków dalej zobaczył kolejne
skrzyżowanie. Rzucił się w mroczny zaułek, wijący się między czarnymi murami. Pościg nie
ustawał. Cymmerianin cały czas słyszał tupot i przekleństwa strażników.
Zdał sobie sprawę, że znajduje się w labiryncie przejść rozciągających się w kwadracie
normalnych ulic. Obskurne budynki wyglądały tak, jakby w każdej chwili miały się zawalić.

background image

W takiej okolicy dla człowieka, uciekającego niczym lis przed psami, znalezienie drogi na
zewnątrz przed spotkaniem pościgu było jedynie kwestią szczęścia. Ale szczęście Conana
było tego dnia zezowate. Jednak dla kogoś, kto wychował się wśród stromych zboczy
górzystej Cymmerii, istniało jeszcze inne wyjście.
Conan odbił się potężnie i złapał za skraj najbliższego dachu. Wciągnął się nań i położył
płasko na skośnych dachówkach. Przekleństwa i krzyki strażników rozlegały się coraz bliżej,
po chwili tuż pod nim, potem coraz dalej…
— Tam jest! — wrzasnął nagle jeden. — Widzę jego nogę!
— Na wnętrzności i pęcherz Erlika! — mruknął Conan. Jego szczęście nie było zezowate.
Było zupełnie ślepe.
Gdy strażnicy zaczęli niezdarnie wdrapywać się na dach, Cymmerianin skoczył na sąsiedni
dom, a potem na trzeci. Nadwątlone krokwie z trzaskiem ustąpiły pod jego stopami i Conan
wpadł do pokoju poniżej.
Wylądował przy akompaniamencie brzęku i trzasku łamanych dachówek. Natychmiast zdał
sobie sprawę, że nie jest sam. W cieniu pod przeciwległą ścianą stał olbrzymi mężczyzna w
kosztownym błękitnym płaszczu. Zaklął jak pospolity mieszkaniec najgorszej dzielnicy.
Drugi, z krótką brodą okalającą twarz poznaczoną dziobami po jakiejś chorobie, z
niedowierzaniem wytrzeszczył oczy.
Uwagę Conana przyciągnął jednak trzeci mężczyzna w szarym płaszczu zarzuconym na
szkarłatną tunikę. Jastrzębie rysy, obsydianowe oczy, ciemne włosy upstrzone na skroniach
siwizną nadawały mu wygląd urodzonego przywódcy. On też wydał rozkaz:
— Zabić go.
Na Croma, pomyślał Conan, sięgając po miecz. Czy wszyscy w Belverus chcą mojej
śmierci? Dziobaty położył rękę na rękojeści.
— Na dole! — zabrzmiał okrzyk na dachu. Nikt w izdebce nie poruszył się, jedynie
policzek dziobatego zadrżał w mimowolnym skurczu. — Przez tę dziurę w dachu! Sztuka
srebra dla człowieka, który pierwszy zejdzie na dół!
Mężczyzna o ostrych rysach, z twarzą pociemniałą niczym oblicze demona mordu, podniósł
dłoń o zakrzywionych drapieżnie palcach, jakby pragnąc dosięgnąć Conana przez całą
szerokość pomieszczenia. Na górze rozległo się szybkie dudnienie.
— Nie ma czasu — warknął przywódca, po czym odwrócił się i wybiegł z pokoju. Pozostali
dwaj poszli w jego ślady.
Conan nie miał zamiaru ani czekać na strażników, ani pędzić za tamtymi. Jego oczy
spoczęły na wystrzępionej tkaninie, wiszącej na ścianie niczym gobelin. Odsunął ją i zobaczył
przejście do sąsiedniego pomieszczenia, pełnego kurzu i tym razem pustego. Kolejne drzwi
wychodziły na korytarz. Gdy zamknął je cicho za sobą, usłyszał dudnienie butów ludzi
wskakujących przez dziurę w suficie.
Zakrawało na cud, ale ten korytarz prowadził prosto na ulicę. Na niej Conan nie zobaczył
nikogo prócz podstarzałego niechluja, który uchylił drzwi i obdarzył go szczerbatym, acz
zapraszającym uśmiechem. Conan wzdrygnął się i popędził dalej.
„U Thestis” pierwszą napotkaną osobą był Hordo, siedzący z chmurną miną nad kubkiem
wina. Conan opadł na stołek po drugiej stronie stołu.
— Hordo, czy przysłałeś wiadomość, że mam się z tobą spotkać „Pod Pełnią Księżyca”?
— Co? Nie. — Hordo potrząsnął głową, nie odrywając wzroku od kubka. — Powiedz mi
coś, Cymmerianinie. Czy rozumiesz choć trochę kobiety? Przyszedłem tutaj, powiedziałem
Keri, że ma najładniejsze oczy w Belverus, a ona trzasnęła mnie w gębę i krzyknęła, jak
śmiałem twierdzić, że jej piersi nie są dość duże — westchnął żałośnie. — Poza tym nie
odezwała się do mnie słowem.
— Może zdołam wyjaśnić twój kłopot — rzekł Conan i po cichu opowiedział o wszystkim,
co zaszło „Pod Pełnią Księżyca”.

background image

Hordo natychmiast zrozumiał.
— Więc to ciebie chcą dostać. Kimkolwiek są. Gdyby nie zadźgali cię ci nożownicy, mieli
to zrobić ludzie ze straży miejskiej.
— Tak — zgodził się Conan. — Kiedy żołnierze ścigali mnie tak zawzięcie, domyśliłem
się, że ich dłonie zostały grubo posmarowane złotem. Ale nadal nie wiem, kto mógłby to
zrobić.
Hordo mazał palcem w kałuży rozlanego wina.
— Czy myślałeś o opuszczeniu Belverus, Conanie? Moglibyśmy pojechać na południe. W
Ophirze także zanosi się na rebelię, ale nie ma tam takiej drożyzny. Mówię ci, na myśl o
nieznajomym, który pragnie twojej śmierci, ciarki mnie przechodzą. Wiedziałem, że
powinieneś poważnie potraktować przepowiednie tego ślepego wróżbity.
— Wiedziałeś… — Conan potrząsnął głową. — Gdy ruszę na południe, Hordo, stracę
kompanię. Niektórzy odejdą dla złota, które czeka tutaj, a ja nie będę miał pieniędzy, by
płacić reszcie do czasu znalezienia służby w Ophirze. Poza tym mam tu pewne sprawy,
których muszę dopilnować.
— Sprawy? Conanie, powiedz mi, czy nie wplątałeś nas w tę… w tę rewoltę żałosnych
młokosów?
— Niedokładnie.
— Niedokładnie! — powtórzył głucho Hordo. — Zatem powiedz mi, co masz zamiar
zrobić. Dokładnie.
— Zarobić trochę złota. Odkryć, kto chce mnie zabić i rozprawić się z nim. Aha! I uratować
Arianę przed katowskim toporem. Ty też chyba nie chcesz, by śliczna główka Kerin
potoczyła się po szafocie, prawda?
— Może i nie — przyznał niechętnie jednooki.
Conan rozejrzał się po izbie. Zauważył Kerin i skinął.
Dziewczyna zawahała się, lecz podeszła do stołu.
— Jest Ariana? — zapytał. Pierwsza część planu uratowania głowy dziewczyny polegała na
tym, by powiadomić ją o zamiarach Leucasa.
— Wyszła. — Kerin patrzyła tylko na Cymmerianina, jakby Hordo w ogóle nie istniał. —
Powiedziała, że musi umówić twoje spotkanie.
— Co do tej przedpołudniowej wiadomości… — zaczął nagle Hordo.
Kerin pochyliła się i mimochodem wylała nań zawartość kubka. Hordo, miotając
przekleństwa, zerwał się na nogi, ona zaś odeszła z dumnie podniesioną głową.
— Ścięcie dla niej to za mało! — warknął brodacz. — Skoro obaj zostaliśmy porzuceni,
chodźmy na ulicę Żalów. Znam jaskinię rozpusty tak nikczemną, że nawet najgorsza
ladacznica rumieni się na samą wzmiankę.
— Mam nadzieję, że to nie „Pełnia Księżyca” — rzekł ze śmiechem Conan.
— W żadnym razie, Cymmerianinie. — Hordo zaczął śpiewać głosem, który przypominał
charczenie duszonego koguta: — Och, znałem dziewkę z Alcebiny, miała sutki jak rubiny,
oraz tylko jedną wadę, trochę zbyt gorący zadek, a jej… — w izbie zapadła cisza, którą
przerywały jedynie pełne oburzenia pochrząkiwania. — Nie śpiewasz, Conanie?
Conan ze śmiechem zerwał się od stołu i dwaj przyjaciele, rycząc prawdziwie obleśną drugą
zwrotkę, wymaszerowali żegnani zbiorowym westchnieniem ulgi.

X

— Jesteś pewien? — zapytał ostro Albanus. Złote lampy zwieszające się ze sklepionego
sufitu rzucały na jego twarz cienie upodobniające ją do wilczego pyska.
Demetrio nastroszył się z powodu powątpiewającego tonu Albanusa, a także dlatego, że
musiał czekać nań w przedpokoju.

background image

— Chciałeś, bym śledził Stephanę — mruknął. — Obserwowałem ją i jestem pewien. Czy
przychodziłbym po nocy, gdyby było inaczej?
— Chodź za mną — rozkazał Albanus tonem, jakim zwracał się do służby.
Pobladłym ustom Demetria i jego zaciśniętym w bezsilnej złości pięściom nie poświęcił
więcej uwagi niż podobnym oznakom gniewu u niewolnika. Albanus już przyoblekł się w
królewskie dostojeństwo. Ostatecznie zdobycie tronu było tylko kwestią dni. Dziś wykonał
ostatni istotny ruch. Teraz udał się prosto do komnaty, w której tak często zabawiał się z
Sularią. Szarpnął brokatowy sznur od dzwonka, po czym podszedł do biurka.
— Kiedy? — zapytał, wyjmując zatyczkę ze srebrnego kałamarza. Ujął pióro, arkusz
pergaminu i zaczął pisać pośpiesznie. — Ile mam czasu?
— Nie zostałem wtajemniczony w jej plan — odparł cierpko Demetrio. — Nie wystarczy,
że wezwała swoich siepaczy?
— Głupiec! — warknął Albanus.
Zamaszystym ruchem posypał piaskiem wilgotny od inkaustu pergamin, potem zapalił
ogień pod małą brązową czarką z lakiem. Wszedł niewolnik w białej tunice. Albanus
zignorował go na razie, zdmuchnął piasek, zwinął pergamin i zapieczętował go swym
sygnetem.
— Czy wszyscy spiskowcy stawili się u Stephany, Demetrio?
— Mój szpieg przyszedł do mnie natychmiast po przybyciu trzeciego. Nie zwoływałaby
trzech, gdyby nie zamierzała uderzyć dziś w nocy.
Albanus zaklął i podał pergamin niewolnikowi.
— Oddaj go w ręce komendanta Vegentiusa, nim przesypie się ćwierć klepsydry. Twoje
życie zależy od pośpiechu. Idź!
Niewolnik skłonił się i wybiegł z komnaty.
— Jeżeli jeszcze wszyscy nie przyszli — rzekł Albanus — powstrzymamy ich, nim dotrą do
pałacu — podszedł spiesznie do skrzyni z laki i otworzył ją wiszącym na szyi kluczem. — A
ja powstrzymam ją.
Demetrio niespokojnie spojrzał na skrzynię i jej tajemniczą zawartość.
— Jak? Zabijesz ją?
— Nie nadajesz się na króla — zaśmiał się Albanus. — Dopasowywanie kary do
przestępstwa i przestępcy to subtelna sztuka. Stań z boku i milcz.
Szczupły młody szlachcic nie potrzebował drugiego ponaglenia. Zdenerwowany wsunął nos
do nieodłącznego flakonu. Czyż nie mówi się, ze wszystkim czarom towarzyszą wielce
nieprzyjemne wonie? Żałował głęboko, że w tej chwili nie znajduje się zupełnie gdzie indziej.
Albanus niedbałym ruchem zmiótł ze stołu bezcenną kryształową czarę i na jej miejscu
położył okrągłą srebrną tacę. Wyryty na niej wzór był tak skomplikowany, że próbujące go
prześledzić oko zaczynało łzawić z wysiłku. Mag pośpiesznie podwinął szerokie rękawy
niebieskiej tuniki, otworzył fiolkę i wylał szkarłatną ciecz na część wygrawerowanego wzoru,
mrucząc przy tym zaklęcia. Rubinowy płyn wypełnił wyryte w srebrze linie.
Do moździerza z czaszki dziewicy Albanus wsypał sproszkowane włosy Stephany — jej
służebna z łatwością dała się przekupić i dostarczyła włosy zebrane ze szczotki. Skrupulatnie
odmierzył inne składniki na złotej wadze i wszystko roztarł tłuczkiem z udowej kości
niemowlęcia.
Tę miksturę wsypał na inne linie pokrywające tacę. Proszek i płyn utworzyły odrębne
zamknięte figury, które chociaż żadna nie dotykała drugiej, zdawały się wzajemnie przenikać.
Te wspólne fragmenty zmieniały się bez przerwy, a zbyt długie patrzenie na nie przyprawiało
obserwatora o mdłości i zawroty głowy.
Albanus przerwał na chwilę magiczne zabiegi. Rozkoszował się podnieceniem
wynikającym z oczekiwania. Po raz pierwszy miał w taki sposób uderzyć w ludzką istotę.

background image

Własna moc oszałamiała jak dobre wino lub rozkosz czerpana z kobiecego ciała. Każda
upływająca chwila powiększała tę przyjemność. Ale wiedział, że nie ma czasu.
Rozpostarł ramiona i zaczął zawodzić monotonnie w języku martwym od trzydziestu
wieków. Jego głos wzywał, rozkazywał. Proszek i płyn zaczęły się jarzyć, a słowa zaklęcia
stały bardziej naglące.
Demetrio zaczął się cofać, gdy tajemnicze sylaby przeszyły jego mózg. Nie zatrzymał się,
póki nie natknął plecami na ścianę. Nie rozumiał ani słowa, jednak gdzieś w głębi duszy czuł
ich znaczenie, bowiem zło, które w sobie hołubił, dostroiło się do zła zawartego w zaklęciach.
Chciał krzyknąć, ale przerażenie ścisnęło mu gardło. Wrzask odbijał się echem jedynie w
mrocznych pieczarach jego umysłu.
Głos Albanusa nie przybierał na sile, jednak zdawało się, że jego słowa trzęsą ścianami.
Gobeliny drżały jak żywe. Blask nad srebrną tacą narastał, stawał się coraz jaśniejszy, aż
zaczął przenikać przez zaciśnięte powieki niczym ognista brzytwa. Wtedy proszek i płyn
zniknęły, a ich miejsce zajęła płonąca mgła, która zachowała kształt magicznego wzoru.
W komnacie niczym grzmot rozległo się nagłe klaśnięcie i mgła zniknęła. Blask ociągał się
jeszcze przez chwilę, a potem on również przepadł. Taca została pusta i czysta.
Albanus westchnął ciężko i opuścił ręce.
— Zrobione — mruknął. — Już po wszystkim. — Spojrzał na Demetria. Szczupły
mężczyzna dygotał na całym ciele.
— Albanusie, panie mój — rzekł młodzian, zmagając się z dławiącym gardło strachem. —
Chciałbym zapewnić cię raz jeszcze, że służę ci najlepiej, jak potrafię, i że nie pragnę niczego
bardziej niż tego, by zobaczyć, jak zajmujesz należne ci miejsce na Tronie Smoka.
— Jesteś dobrym sługą? — usta Albanusa skrzywiły się w grymasie okrutnego rozbawienia.
Twarz młodego wielmoży poczerwieniała z gniewu, ale wydukał:
— Jestem.
Głos Albanusa był teraz gładki i ostry jak nóż chirurga.
— Zatem milcz i czekaj, póki nie wezwę cię, byś znów mi służył.
Demetrio zbladł. Albanus zauważył to, ale nie odezwał się ni słowem. Ten młodzieniec
zaczynał uczyć się właściwego zachowania. Dotychczas Albanus jedynie wykorzystywał go
do zbierania informacji, może jednak jeśli ten chłystek pozna swoje miejsce, pozwoli mu żyć.
Starannie zamknął skrzynię.
— Chodź — powiedział, odwracając się do Demetria. — Mamy niewiele czasu na
spotkanie z innymi.
Zobaczył pytanie drżące na ustach młodzieńca. Kiedy nie padło, pozwolił sobie na nikły
uśmiech. Tak należało zachowywać się w obecności króla: godzić się na wszystko, co się
dostaje. Byłoby przyjemnie, gdyby wszyscy w Nemedii byli tacy. Ale już niedługo będą. I
może nie tylko w Nemedii. Dlaczego granice miałyby go powstrzymać?
Zarzucili płaszcze i opuścili mury pałacu. Czterech niewolników, dwóch z przodu i dwóch z
tyłu, niosło latarnie. Dziesięciu uzbrojonych strażników, których kolczugi poskrzypywały
cicho, otoczyło Albanusa i Demetria.
Nie napotkali nikogo, choć często słyszeli szybkie kroki, gdy złodzieje i im podobni
umykali w noc schodząc idącym z drogi. Od czasu do czasu docierało do nich niesione
wiatrem echo szaleństwa na ulicy Żalów. Za ciemnymi oknami ci, co nie mogli pozwolić
sobie na wynajęcie strażników, zapadali w niespokojny sen, modląc się, by ich domy nie
znalazły się wśród tych, które zostaną obrabowane tej nocy.
Kiedy zbliżyli się do alabastrowego muru otaczającego pałac Stephany, w dole ulicy
rozbłysły latarnie. Albanus zatrzymał się w pewnej odległości od bramy i milcząc czekał na
właściwe powitanie.
— Czy to ty, Albanusie? — dobiegło warknięcie Vegentiusa. — Paskudna noc i paskudną
rzeczą jest podrzynanie gardła jednemu z własnych kapitanów.

background image

Albanus skrzywił się pogardliwie. Nie odzywał się, póki Vegentius, jego świta i dwie
dziesiątki Złotych Lampartów w płaszczach odrzuconych na plecy tak, by łatwiej było
sięgnąć po broń, nie podeszli bliżej.
— Przynajmniej udało ci się pozbyć Beatisa. Znalazłeś barbarzyńcę?
— Taras nie przysłał żadnych wieści — rzekł żołnierz. — Możliwe, że jest tylko
pospolitym złodziejem czy mordercą. Nikim, kto mógłby nas niepokoić.
Albanus zaszczycił go pogardliwym spojrzeniem.
— Niepokoi mnie wszystko, co przerywa takie spotkanie. Dlaczego straż go ścigała? Od
dawna nie okazywali takiego zapału.
— To nie ma nic wspólnego ze sprawą Meliusa. Nie mam powodu, by przesłuchać
strażników.
— To znajdź jakiś! — rozkazał Albanus. — A teraz otwórz tę bramę!
Vegentius przyciszonym głosem wydał rozkazy swoim ludziom. Sześciu z nich podeszło
szybko do muru i podzieliło się na dwie grupy. Dwaj w każdej trójce złapali się za ręce i
podnieśli trzeciego, który przelazł na drugą stronę. Wkrótce zza muru dobiegł urwany w
połowie, zduszony krzyk. Zaszczekały zasuwy i wrota stanęły otworem.
Albanus wmaszerował do środka, nawet nie spojrzawszy na strażnika leżącego w kałuży
krwi.
Vegentius kazał kilku ludziom pozostać przy bramie. Reszta podążyła za Albanusem przez
wspaniały ogród prosto do pałacu. Czterech żołnierzy rzuciło się naprzód i z trzaskiem
wyłamało wysokie brązowe odrzwia.
W rozległej sali znajdowało się sześciu mężczyzn. Wszyscy podskoczyli z przerażenia i
wytrzeszczyli oczy na otaczających ich żołnierzy z obnażonymi mieczami w dłoniach.
— Pozbyć się ich — rozkazał Albanus, nie zwalniając kroku. Ruszył prosto do
alabastrowych schodów. Za nim jak cień sunął Demetrio.
Żołnierze zabrali ludzi, którzy zaczęli błagać o miłosierdzie.
— Nie! — krzyczał kościsty mężczyzna z wielkim nosem. — Ja tego nie zrobiłem. Ja… —
Vegentius pchnął go tak silnie, że mężczyzna zwalił się z hukiem na posadzkę.
Albanus szedł znajomymi korytarzami, które nieraz przemierzał szukając rozkoszy. Nigdy
jednak, pomyślał otwierając drzwi sypialni, nie oczekiwał czegoś tak przyjemnego.
Demetrio wślizgnął się za nim do komnaty i rozejrzał bojaźliwie, wypatrując zniszczeń,
jakie musiały poczynić czary. Zdawało się, że nic nie zostało uszkodzone. Stephana leżała na
łożu, ale nie poruszyła się ani nie dała znaku, że zauważyła ich wtargnięcie. Była naga, w
ręku ściskała szlafrok z błękitnego jedwabiu tak, jakby miała go założyć, ale nagle zmieniła
zdanie i zamiast tego postanowiła się położyć. Albanus zachichotał. Był to suchy dźwięk,
przypominający szczęk łusek grzechotnika.
Szczupły młodzieniec ostrożnie zbliżył się do łoża. Oczy kobiety były otwarte. Bez
wątpienia żyły i widziały. Dotknął jej ramienia i aż sapnął. Ręka była twarda jak kamień.
— Ciągle żyje — oznajmił Albanus. — Żyjący posąg. Teraz nie musi się martwić, że jej
uroda przeminie z wiekiem.
Demetrio zadrżał.
— Czy nie prościej byłoby ją zabić?
Mag obrzucił go spojrzeniem, które było tym bardziej przerażające, że widniała w nim
pewna dobroduszność.
— Król musi myśleć o dawaniu przykładu. Ten, komu wpadnie do głowy myśl, by mnie
zdradzić, pomyśli zaraz o losie Stephany i zastanowi się nad własnym. Śmierci dużo łatwiej
jest stawić czoło niż takiemu przeznaczeniu. Czy zdradziłbyś mnie teraz, Demetrio?
Wyperfumowany młodzian, mając usta zbyt suche, by wykrztusić choć słowo, milcząco
potrząsnął głową.
Wtem do komnaty wpadł zanoszący się śmiechem Vegentius.

background image

— Powinieneś był słyszeć te krzyki i błagania. Całkiem jakby ich łzy i prośby mogły
powstrzymać naszą stal!
— Zatem pozbyłeś się ich? — zapytał, a raczej stwierdził Albanus. — Wszystkich, którzy
znajdowali się pod tym dachem? Również niewolników?
Wielki mężczyzna o surowej twarzy przeciągnął palcem po gardle i zaśmiał się chrapliwie.
— Wszyscy pływają teraz w dole kloacznym. Był tam jeden, gadał, że nazywa się Leucas,
jeżeli ma to jakieś znaczenie. Szlochał jak kobieta i twierdził uparcie, że to nie on, ale niejaki
Conan to zrobił. Nie wiem, o… Co ci się stało, Albanusie?
Jastrzębia twarz maga nagle pobladła. Wpił oczy w Demetria.
— Conan. To imię człowieka, od którego kupiłeś miecz. — Demetrio skinął głową, lecz
Albanus, mimo że patrzył na niego, ujrzał nagle własne przeznaczenie. Zaczął szeptać,
mimowolnie wypowiadając na głos myśli: — Zbieg okoliczności? To wola bogów, a kiedy
oni splatają nici ludzkiego przeznaczenia, czynią to nie bez powodu… Nie ośmielę się
ryzykować!
— To nie może być ten sam człowiek — zaprotestował Vegentius.
— Dwóch o takim barbarzyńskim imieniu? — odparował Albanus. — Nie sądzę. Znajdź go
— jego obsydianowe oczy przewierciły po kolei stojących przed nim mężczyzn, którzy
skamienieli pod wpływem zawartego w nich gniewu. — Chcę głowy tego Conana!

XI

Conan wylał sobie na głowę kolejny kubeł wody i rozejrzał się zamglonym wzrokiem po
dziedzińcu „U Thestis”. Pierwszą osobą, na której spoczęły jego oczy, była Ariana. Stała ze
skrzyżowanymi ramionami i zdegustowaną miną.
— Gdy człowiek wyrusza na włóczęgę po podłych tawernach — zaczęła ostro — pijąc i
hulając do białego rana, musi spodziewać się bólu głowy.
— Nie boli mnie głowa — zaprzeczył Conan, podnosząc szorstki ręcznik, by wytrzeć twarz
i włosy. Miał nadzieję, że dziewczyna nie zacznie krzyczeć. Gdyby to zrobiła, czaszka bez
wątpienia pękłaby mu na dwoje.
— Szukałam cię zeszłej nocy — mówiła. — Twoje spotkanie z Tarasem jest już umówione.
Mówi, że nie znamy się na wojownikach, że nie wiemy, jak odróżnić dobrego od złego.
Jednak po tym, jak opowiedziałam mu o tobie, zmienił zdanie, a przynajmniej zgodził się
spotkać z tobą i wtedy zdecydować. Ale będziesz musiał iść sam. Taras w ten sposób chce
dać do zrozumienia, że jest zły.
— Może. — Conan odrzucił ręcznik i rzekł, starannie dobierając słowa: — Muszę z tobą o
czymś porozmawiać. O Leucasie. Naraża cię na niebezpieczeństwo.
— Leucas? — zapytała z niedowierzaniem. — A cóż on mógłby mi zrobić?
— Wczoraj przyszedł do mnie z jakąś głupią gadką o skrytobójczym zamordowaniu
Gariana. Jeżeli spróbuje…
— To niedorzeczne! — przerwała mu. — Leucas nie nadaje się nawet do tego, by mówić o
przemocy. Nie obchodzi go nic poza filozofią i kobietami.
— Kobietami? — roześmiał się Cymmerianin. — Ta chuda gąsienica i kobiety?
— Tak, naprawdę, mój muskularny przyjacielu — odparła, łobuzersko mrugając okiem. —
Dlaczego nie, kobiety uważają go za niezłego kochanka.
— Jesteś jedną z nich? — warknął, zaciskając masywne pięści.
Przez chwilę patrzyła na niego zimno, a potem jej oczy rozbłysły gniewem.
— Nie jesteś moim właścicielem, Cymmerianinie. Nie masz prawa wypytywać mnie, czy
coś robiłam, czy nie robiłam z Leucasem, czy kimkolwiek innym.
— O co chodzi z Leucasem? — powiedział Graecus, wchodząc na podwórze. —
Widzieliście go? Może wiecie, gdzie jest?

background image

— Nie — odburknęła zarumieniona Ariana. — Dlaczego skradasz się jak szpieg?
Zdawało się, że Graecus nie usłyszał niczego poza jej zaprzeczeniem.
— Nie ma go od wczoraj. Ani Stephana. Kiedy usłyszałem jego imię… — roześmiał się
niepewnie. — Może moglibyśmy znieść stratę jednego czy trzech filozofów, ale jeżeli tym
razem znikną rzeźbiarze… — znów się roześmiał, lecz jego twarz była chorobliwie zielona.
Ariana opanowała się.
— Wrócą — uspokajająco położyła dłoń na ramieniu krępego mężczyzny. — Możliwe, że
spędzili noc na pijaństwie, które teraz odsypiają. Ten tu Cymmerianin robił to samo.
— Dlaczego mieliby nie wrócić? — zapytał Conan.
Ariana przeszyła go spojrzeniem ostrym jak sztylet.
Zamiast niej odpowiedział Graecus:
— Kilka miesięcy temu zniknęło czterech naszych przyjaciół, malarzy. Prócz dwóch, żaden
nie był nigdy widziany. To znaczy znaleziono tylko dwa ciała, w stercie odpadków za murami
miasta, tam gdzie pogrzebali je żołnierze ze Złotych Lampartów. Myślimy, że Garian chciał
w ten sposób zmusić nas do uległości.
— Nie przypomina to sposobu postępowania królów — rzekł Conan marszcząc brwi. —
Oni wolą publiczne egzekucje i dawanie przykładu.
Graecus wyglądał tak, jakby miał zamiar zwymiotować. Ariana spojrzała chmurnie na
Conana.
— Czy nie powinieneś przygotować się do spotkania z Tarasem? — Nie czekając na
odpowiedź odwróciła się do Graecusa i mrucząc uspokajająco zaczęła gładzić go po czole.
Conan z kwaśną miną, mamrocząc coś pod nosem na temat dziwactw Ariany, założył
pikowany kaftan i kolczugę. Gdy przypasał miecz, dziewczyna znów odezwała się do niego.
— Musisz iść uzbrojony jak na wojnę? — zapytała uszczypliwie, nadal zła jak osa. — Nie
będziesz musiał z nim walczyć.
— Mam swoje powody — odburknął Conan.
Nawet za worek złota wielki jak beczka nie powiedziałby jej, że ktoś w mieście czyha na
jego życie. W swym obecnym nastroju uznałaby, że jest zazdrosny o Graecusa i próbuje
jedynie zyskać jej współczucie. Niech Erlik porwie wszystkie kobiety, pomyślał barbarzyńca.
Zakładając szpiczasty hełm, rzekł zimno:
— Powiedz mi, gdzie mogę znaleźć Tarasa.
Jej twarz, gdy mówiła, dokąd ma iść, była równie chłodna jak jego głos.
Na ulicy Kowali, na którą doprowadziły go wskazówki Ariany, znajdowały się warsztaty i
kramy nie tylko płatnerzy i kowali, ale również rzemieślników pracujących w złocie, srebrze,
miedzi, brązie i mosiądzu. Odgłosy kucia mieszały się z krzykami przekupniów
zachwalających towary i tworzyły hałas niemal nie do zniesienia. Gildia pilnowała, by
człowiek zajmujący się jednym metalem nie tykał innego oraz wynajmowała strażników,
którzy strzegli całej ulicy. Z tego względu nie było tu włóczęgów i innych obiboków, a
robiący zakupy spacerowali z beztroską niespotykaną nigdzie indziej w Belverus.
Im bardziej Conan zbliżał się do miejsca spotkania — pokoju, do którego wchodziło się
schodami przylegającymi do warsztatu mistrza pracującego w miedzi — tym mniej pragnął
tam wejść. Nie miał powodu, by spodziewać się kłopotów, ale ostatnio zbyt często ktoś
próbował go zabić.
Niedaleko warsztatu przystanął, by obejrzeć wypolerowany miecz, kilka kroków dalej
zainteresował się srebrną czarą ozdobioną skomplikowanym wzorem. Przez cały czas okiem
wyostrzonym przez lata złodziejskiej praktyki obserwował budynek, do którego miał wejść.
Dwóch strażników Gildii zatrzymało się i spojrzało nań podejrzliwie, gdy stał przed
kramem zastawionym wyrobami ze srebra. Conan podniósł do ucha jedną czarę i stuknął w
nią palcem.

background image

— Za cienka — pokręcił głową i rzucił naczynie na stół. Odszedł wolno, ścigany
przekleństwami rzemieślnika, ale strażnicy przestali zwracać na niego uwagę.
Za warsztatem miedziorytnika biegł wąski zaułek, cuchnący pleśnią i moczem. Conan
wsunął się weń i przyśpieszył kroku. Zerknął w kierunku ulicy, by upewnić się, że nikt nie
patrzy za nim, po czym palcami wyszukał szczelinę między kamieniami. Dla każdego innego
takie przedsięwzięcie byłoby niewykonalne, zwłaszcza w ciężkiej kolczudze i butach, ale dla
kogoś wychowanego w górach Cymmerii szczeliny w kamieniu były tak samo dobre jak
szeroka aleja. Conan wspiął się na dach budynku tak szybko, że ktoś, kto obserwując go na
chwilę odwróciłby wzrok, mógłby odnieść wrażenie, iż Cymmerianin rozpłynął się w
powietrzu.
Gdy przywarł do czerwonych dachówek, uśmiech rozjaśnił jego twarz. W dachu był
świetlik umieszczony dokładnie nad pokojem, którego szukał.
Ostrożnie, by nie postrącać dachówek i nie stoczyć się na ulicę, ruszył do świetlika.
Pokrywający go pergamin był dość przejrzysty, by wpuszczać światło, ale nie można było
niczego przezeń zobaczyć. Conan wyjął sztylet i zrobił szczelinę, do której przyłożył oko.
Izba była wąska i mroczna. Stało w niej czterech mężczyzn, z tego dwóch z
przygotowanymi do strzału kuszami. Obserwowali drzwi, którymi miał wejść Conan.
Wielki Cymmerianin potrząsnął głową, zarazem z gniewu i zdumienia. Jedną rzeczą było
zachowywanie czujności i liczenie się z możliwymi kłopotami, a inną natknięcie się na nie.
— Przyjdzie czy nie? — zapytał z irytacją jeden z ludzi bez kuszy. Miał głęboką bliznę na
czubku głowy, gdzie kiedyś otrzymał cios, który powinien był go zabić.
— Przyjdzie — zapewnił drugi. — Dziewczyna powiedziała, że przyśle go prosto tutaj.
Conan zamarł. Ariana! Czy mogłaby wysłać go na pewną śmierć?
— Co jej powiesz, Tarasie? — zapytał człowiek z blizną. — Ma wpływy tak duże, że może
narobić kłopotów.
— Że go wynająłem — odparł ze śmiechem Taras. — I wysłałem z miasta, by przyłączył
się do innych. Jest przekonana, że ich wynająłem. To powinno ją ucieszyć.
Leżący płasko na dachu Cymmerianin odetchnął z ulgą.
Cokolwiek zrobiła Ariana, uczyniła to niechcący. I wierzyła, że Taras wynajął
wojowników. Tego się obawiał! Młodzi rebelianci zostali oszukani. Conan miał wiele pytań
do Tarasa. Jego szeroki miecz cicho wysunął się z pochwy.
— Bądźcie czujni — powiedział Taras do kuszników. — I strzelajcie, gdy tylko wejdzie do
izby. Ci barbarzyńcy umierają powoli.
— Już teraz jest martwy — odparł jeden. Drugi roześmiał się i znacząco poklepał kuszę.
Wilczy uśmiech wykrzywił rysy Conana. Czas zobaczyć, komu śmierć pisana. Podniósł się
cicho jak duch i skoczył.
— Crom! — ryknął, gdy jego stopy przebijały świetlik. Ludzie na dole ledwie zdążyli
wykręcić szyje, gdy buty Conana uderzyły jednego z kuszników w głowę. Mężczyzna zwalił
się na podłogę z pękniętym kręgosłupem. Drugi kusznik rozpaczliwie wywinął swoją bronią,
próbując wycelować. Conan lądując, z kocią zręcznością utrzymał równowagę. Jego sztylet
błysnął nad kuszą i utkwił w krtani żołnierza. Człowiek, który przed chwilą mówił o śmierci,
oddał życie z gardłowym charkotem. W ostatniej chwili konwulsyjnie nacisnął spust kuszy.
Mężczyzna z blizną wrzasnął i zwalił się z na wpół dobytym mieczem. Bełt przebił mu lewy
oczodół.
Używając sztyletu jak dźwigni, Conan rzucił bezwładne ciało kusznika na Tarasa
rozpoznając jego poznaczoną dziobami twarz. Taras był na spotkaniu, które on przerwał
swym pierwszym niespodziewanym wejściem przez dach.
Dziobaty zatoczył się i złapał za miecz.
— Ty! — sapnął, po raz pierwszy wyraźnie widząc twarz Cymmerianina.

background image

Conan warknął i uderzył. Jego ostrze zachrzęściło na rękojeści częściowo wysuniętego
miecza. Odcięte palce upadły na podłogę. Taras wrzasnął, lecz nie myślał o poddaniu.
Chociaż krew płynęła z okaleczonej prawej ręki, lewą wyszarpnął z pochwy sztylet. Z dzikim
krzykiem rzucił się na Conana.
W takich okolicznościach zabicie Tarasa byłoby rzeczą prostą, ale Conan najpierw pragnął
uzyskać odpowiedzi na swoje pytania. Uskoczył w bok, waląc głowicą miecza w kark
dziobatego. Taras z wrzaskiem upadł na ciało człowieka z blizną. Zadygotał, stęknął i
znieruchomiał.
Conan zaklął, po czym odwrócił go na plecy. Bezwładne palce Tarasa zsunęły się z
rękojeści sztyletu tkwiącego w jego piersiach. Niewidzące oczy wpatrzyły się w
Cymmerianina.
— A niech cię Erlik — mruknął Conan. — Chciałem, żebyś żył.
Wytarł ostrze w tunikę trupa i schował miecz do pochwy, zastanawiając się co dalej. Taras
sam się przyznał, że oszukał młodych rebeliantów. Poza tym spotkał się z dwoma, którzy,
sądząc z ubioru i zachowania, byli ludźmi posiadającymi majątek i pozycję. Conan musiał
założyć, że tamto spotkanie miało podobny cel i że ktoś rzeczywiście spiskuje przeciwko
Garianowi, używając Ariany i jej przyjaciół jako narzędzi. Narzędzi, które zostaną połamane i
wyrzucone, gdy zrobią to, co do nich należy.
Conan właśnie wyciągał sztylet z gardła kusznika, kiedy drzwi nagle stanęły otworem.
Przykucnął z przygotowanym ostrzem i zobaczył Arianę z Graecusem.
Przysadzisty rzeźbiarz skamieniał, a oczy niemalże wyskoczyły mu z orbit. Ariana spojrzała
na Conana z nieskończonym smutkiem.
— Pomyślałam, że Taras nie miał racji wykluczając nas z tego spotkania — rzekła wolno.
— Pomyślałam, że powinniśmy być tutaj i wstawić się za tobą… — urwała z cichym
westchnieniem.
— Chcieli mnie zabić, Ariano — powiedział Conan. Popatrzyła na leżącą na podłodze
strzaskaną ramę świetlika, a potem na otwór w dachu.
— Który z nich skoczył z góry, Conanie? Wydaje się jasne, kto wszedł w ten sposób. By
zabić. Zdziwiło mnie, gdy brałeś broń i zbroję i nie powiedziałeś dlaczego. Modliłam się,
bym nie miała racji.
Dlaczego ta głupia dziewczyna tłumaczy wszystko na opak, pomyślał ze złością Conan.
— Podsłuchiwałem przy świetliku, Ariano. Wskoczyłem po tym, jak usłyszałem, że
rozmawiają o zabiciu mnie. Myślisz, że przygotowali kusze, aby strzelać do szczurów?
Spojrzała na niego spokojnie, ale w jej oczach brakowało życia. Conan ze świstem wciągnął
powietrze.
— Posłuchaj mnie, Ariano! Ten człowiek, Taras, nie wynajął żadnych zbrojnych dla
wsparcia waszej rebelii. Słyszałem, jak sam to mówił. Musicie…
— Zabiłeś ich! — ryknął Graecus. Twarz mu płonęła i sapał jak po wielkim wysiłku. —
Tego obawiał się Stephano. Czy jego też zabiłeś? I Leucasa? Chcesz wybić nas wszystkich?
Nie uda ci się! Nie dasz rady! Są nas setki! My zabijemy cię pierwsi! — nagle zerknął na
korytarz i z dzikim okrzykiem wypadł z pokoju. Ariana nie poruszyła się.
W drzwiach, spojrzawszy przelotnie na umykającego rzeźbiarza, stanął Hordo. Jego jedyne
oko spoczęło na ciałach.
— „U Thestis” słyszałem, jak dziewczyna i ten drugi planują cię śledzić, więc ja z kolei
postanowiłem podążyć za nimi.
Ariana wyrwała się z odrętwienia.
— Czy mnie też zamordujesz, Conanie?
Cymmerianin spojrzał na nią ze złością.
— Czyżbyś nie znała mnie na tyle dobrze, by sądzić, że zrobię ci krzywdę?

background image

— Myślałam, że cię znam — odparła głucho. Jej oczy wędrowały z jednego trupa do
drugiego. Roześmiała się histerycznie. — Nie wiem o tobie nic. Nic!
Conan wyciągnął ku niej rękę, ale ona cofnęła się pośpiesznie.
— Nie mogę z tobą walczyć — wyszeptała — ale jeżeli mnie tkniesz, mój sztylet znajdzie
moje serce.
Cofnął rękę jak oparzony. W końcu rzekł zimno:
— Nie zostawaj tu zbyt długo. Trupy przyciągną padlinożerców, a te dwunogie znajdą w
tobie kolejny łup.
Ariana nawet nań nie spojrzała.
— Chodź, Hordo — warknął.
Jednooki wyszedł za nim z izby.
Na ulicy ci, którzy dostrzegli pociemniałą twarz Cymmerianina i lód w jego błękitnych
oczach, szybko ustępowali mu z drogi. Hordo poprosił o wyjaśnienie, gdy znaleźli się z dala
od ulicy Kowali.
Conan spojrzał nań ze śmiercią w oczach, ale zwięźle opowiedział, jak poszedł na spotkanie
z Tarasem, co usłyszał i czego się domyślił.
— Jestem już na to za stary — jęknął Hordo. — Nie dość, że musimy strzec się Graecusa i
innych, by nie wpakowali nam noża w plecy, to w dodatku, nie wiedząc, kto spośród
wielmożów i kupców jest w to wmieszany, nie możemy zaciągnąć się na służbę. Dokąd teraz
pójdziemy, Cymmerianinie?
— Pozostało nam jedno miejsce — odrzekł ponuro Conan. — Do króla, Hordo. Do króla.

XII

Przerażony człowiek wspinający się po szerokich marmurowych schodach świątyni Mitry
upuścił klatkę z gołębiami na widok wolnej kompanii ciągnącej wąską ulicą. Był tak
zaskoczony widokiem konnych i uzbrojonych ludzi w Dzielnicy Świątyń, że obserwował ich
z otwartymi ustami nawet nie zauważając, że klatka otworzyła się i niedoszłe ofiary odleciały
łopocząc białymi skrzydłami.
Siodło Horda zaskrzypiało, gdy mężczyzna pochylił się do przodu i wyszeptał do Conana:
— To szaleństwo! Będziemy mieli szczęście, jeżeli na szczycie wzgórza nie natkniemy się
na bojowy szyk Złotych Lampartów!
Conan w odpowiedzi potrząsnął głową. Wiedział dobrze, że niezapowiedziany wjazd do
królewskiego pałacu z czterema dziesiątkami zbrojnych daleko odbiega od właściwego
sposobu proszenia o przyjęcie do królewskiej służby. Wiedział również, że nie ma czasu na
tradycyjne metody, takie jak łapówki, pozostawało mu więc tylko to.
Prawdę mówiąc, niepokoiły go nie tyle Złote Lamparty, co młodzi rebelianci.
Zdesperowani, wierzący, że ich zdradził albo że ma zamiar to zrobić, mogli spróbować
wszystkiego. A te kręte uliczki, które pięły się na pałacowe wzgórze, były doskonałym
miejscem na zasadzkę.
Ulice te były pozostałością dawnych czasów. Niegdyś, w mrocznej przeszłości to, co stało
się pałacem królewskim, było fortecą, wokół której powstała wieś, a ta przez wieki rozrosła
się w Belverus. Mimo iż forteca przekształciła się w najpiękniejszy pałac Nemedii, a toporne
wiejskie chaty zostały zastąpione przez świątynie z alabastru, marmuru i polerowanego
granitu, wąskie ulice pozostały.
Sam pałac zachował wiele cech fortecy, chociaż jego mury były teraz wyłożone białym
marmurem, a wewnątrz wzniesiono wieże z porfiru i bazaltu. Spuszczana krata w bramie
wykuta była z żelaza pokrytego złotem, zwodzony most wisiał nad suchą fosą o dnie
najeżonym pikami. Rosnąca wokół fosy trawa, przycięta krótko niczym w ogrodzie,
oddzielała pałac od Dzielnicy Świątyń, która otaczała szczyt wzgórza.

background image

Conan zatrzymał kompanię na skraju trawnika.
— Czekajcie tutaj — rozkazał.
— Z przyjemnością — burknął Hordo.
Conan samotnie pojechał do bramy. Jego, wielki czarny ogier tańczył i wysoko podnosił
kopyta. Zwodzonego mostu strzegli dwaj wartownicy z włóczniami i w złotych płaszczach. Z
barbakanu wyszedł mężczyzna w grzebieniastym hełmie oficera. Wielki Cymmerianin
ściągnął wodze.
— Czego tu szukasz? — zapytał ostro oficer. Podejrzliwie zmierzył wzrokiem resztę wolnej
kompanii, ale najemnicy stali daleko i nie byli liczni.
— Chciałbym zaciągnąć swoją kompanię do służby króla Gariana — rzekł Conan. —
Wyuczyłem ludzi sposobu walki nie znanego w Nemedii i zachodnim świecie.
Oficer uśmiechnął się drwiąco.
— Jeszcze nigdy nie słyszałem o wolnej kompanii, która nie znałaby jakiejś sekretnej sztuki
walki. Na czym polega twoja?
— Pokażę ci. Lepiej obejrzeć niż słuchać. — Conan odetchnął z ulgą. Obawiał się, że nie
będą chcieli z nim mówić.
— Dobrze — rzekł powoli oficer, raz jeszcze rzucając okiem na resztę kompanii. — Ty sam
możesz wejść i pokazać, co umiesz. Ale strzeż się, jeżeli ten twój sekret zna każdy rekrut w
Nemedii, a tak jest z większością sztuczek najemników, zostaniesz wychłostany na oczach
twoich zbirów.
Conan dotknął ostrogami boków wielkiego ogiera. Koń ruszył stępa. Wartownicy zniżyli
włócznie, a oficer przyglądał się czujnie. Cymmerianin pozwolił sobie na chłodny uśmiech.
— To nic znanego w Nemedii, chociaż rekruci mogą się tego wyuczyć.
Oficer ściągnął wargi, słysząc jego ton.
— Myślę, że inni też chcieliby to obejrzeć, barbarzyńco — obejrzał się i wydał rozkazy.
Żołnierz w złocistym płaszczu, który wyszedł na rozkaz oficera, obrzucił Conana
szacującym spojrzeniem i pobiegł do pałacu. Gdy barbarzyńca przejeżdżał przez bramę, z
barbakanu wyszli inni żołnierze. Cymmerianin zastanowił się, czy idą zobaczyć jego popis,
czy pilnować, by przypadkiem w pojedynkę nie zdobył pałacu.
Brukowany zewnętrzny dziedziniec mierzył sobie w każdym kierunku cztery setki kroków,
a otoczony był przez arkady wysokie na trzy piętra. Za nimi, naprzeciw bramy, wznosiły się
wieże oraz właściwy pałac.
Żołnierze, idący za Conanem, cofnęli się na widok oficerów. Było ich ze dwudziestu, a na
czele szedł mężczyzna zbudowany równie potężnie jak Cymmerianin. Oficer, który
przyprowadził Conana, skłonił mu się z szacunkiem.
— Bądź pozdrowiony, Vegentiusie. Mam nadzieje, że ten barbarzyńca dostarczy ci
godziwej rozrywki.
— Tak, Tegha — rzekł z roztargnieniem Vegentius, nie odrywając wzroku od Conana.
Cymmerianin spostrzegł, że dowódca przygląda mu się niezwykle czujnie. Nagle wielki
oficer zapytał: — Ja znam ciebie, barbarzyńco, a czy ty znasz mnie?
Conan potrząsnął głową.
— Nie znam cię, panie. — Jednakże, gdy się nad tym zastanowił, ten Vegentius istotnie
wyglądał znajomo, jak ktoś widziany przelotnie. Mniejsza o to, pomyślał barbarzyńca.
Wspomnienie samo wróci, jeśli jest ważne.
Vegentius wyraźnie się odprężył, słysząc słowa Cymmerianina. Uśmiechnął się dziarsko i
dodał:
— Zobaczymy, co masz do pokazania. Tegha, przynieś wszystko, czego ten barbarzyńca
potrzebuje.
— Potrzebny mi snopek słomy — rzekł Conan — albo jakiś inny cel.
Śmiech zabrzmiał wśród oficerów, gdy Tęgha wydawał polecenie dwóm żołnierzom.

background image

— Łucznik — zadrwił głośno jeden. — Widziałem ten łuk przy jego siodle, ale myślałem,
że to prezent dla dziecka.
— Może strzela jedną ręką! — ryknął drugi.
Conan milczał, choć przytyki stawały się coraz bardziej grubiańskie. Tylko mięśnie szczęki
mu nabrzmiały. Zdjął krótki łuk z łęku siodła i sprawdził napięcie cięciwy.
— Harfa! — krzyknął ktoś. — Gra na nim niby na harfie!
Conan przelotnie dotknął czterdziestu strzał w kołczanie za siodłem, raz jeszcze upewniając
się, że są na miejscu.
— Musi często chybiać, skoro nosi tyle strzał!
— Niee, używa lotek do podniecania kobiet. Bierze je za kostkę, widzisz, unosi nogę…
Drwinom nie było końca, chwilowa cisza zapadła jedynie wówczas, gdy wrócili żołnierze
ze snopem.
— Postawcie go tam — zarządził Conan, wskazując miejsce oddalone o jakieś pięćdziesiąt
kroków.
— To niewielka odległość, barbarzyńco.
— Ale to jest dziecinny łuk!
Conan odetchnął kilka razy głęboko, by się uspokoić. Odjechał od grupy oficerów i
zatrzymał wierzchowca jakieś dwieście kroków od snopa. Założył strzałę i znieruchomiał.
Ten pokaz miał być doskonały, dlatego musiał skoncentrować się wyłącznie na celu i nie
pozwolić, by te paplające pawiany wytrąciły go z równowagi.
— Na co czekasz, barbarzyńco?! — zawołał Vegentius. — Zsiadaj i…
Conan z dzikim krzykiem podniósł łuk i strzelił. Nim grot utkwił w celu, ścisnął kolanami
boki ogiera i pognał w pełnym galopie. Wielkie kopyta wierzchowca krzesały iskry na
kamieniach dziedzińca. Conan, wrzeszcząc bojowe zawołanie swego klanu, pędził
wypuszczając jedną strzałę za drugą.
Pociski mknęły prosto do snopa. W odległości stu kroków od celu Conan trącił konia
kolanem i ogier bezbłędnie skręcił w prawo. Cymmerianin, skupiając umysł i oko na strzale i
celu, znów ścisnął boki karosza, a wyćwiczony wierzchowiec przysiadł na zadzie, zawirował i
błyskawicznie zmienił kierunek. Barbarzyńca nadal strzelał, teraz wracając jak burza do
miejsca, z którego wyruszył. Kiedy w końcu położył rękę na wodzach, w kołczanie pozostały
ledwie cztery strzały. Wiedział, że gdyby przeliczyć opierzone brzechwy, którymi usiany był
snopek, byłoby ich równo trzydzieści i sześć. Pocwałował do milczących teraz oficerów.
— Czy to czary? — zapytał ostro Vegentius. — Czy twoje strzały zostały zaczarowane, że
pomknęły bezbłędnie do celu, podczas gdy ty pędziłeś jak szaleniec?
— Nie czary — odrzekł ze śmiechem Conan. Teraz była jego kolej na śmiech z ogłupiałych
min oficerów. — To wymaga zręczności, chociaż nie przesadnej. Człowiek może trafić z łuku
do biegnącego jelenia, a tu trzeba pójść jeden krok dalej. Ja sam nie miałem pojęcia o
łucznictwie, gdy uczono mnie strzelać.
— Uczono! — zawołał Tegha, nie zauważając wściekłego spojrzenia, jakim obrzucił go
Vegentius. — Kto? Gdzie?
— Daleko na wschodzie. Tam łuk jest najważniejszą bronią lekkiej jazdy. W Turanie…
— Cokolwiek robią w tych dziwnych krajach — przerwał szorstko Vegentius — nie nadaje
się tutaj. Nie potrzebujemy tych cudzoziemskich sposobów. Falanga dobrej, nemedyjskiej
piechoty oczyści pole bitwy bez tych cudacznych łuczników na koniach.
Conan miał mu właśnie powiedzieć, co kilka tysięcy konnych turańskich łuczników
mogłoby zrobić z jego falangą, ale nim się odezwał, zbliżyła się druga grupa i wszyscy
oficerowie skłonili się nisko.
Orszak wiódł wysoki mężczyzna w koronie na głowie. Zdobiący ją złoty smok z
rubinowymi ślepiami i wielką perłą w pazurach dowodził, że mężczyzna ten jest królem
Garianem. Conan jednak nie patrzył na niego ani na otaczających go doradców, ani na

background image

dworaków ciągnących z tyłu, ale na idącą obok kobietę. Gdyby ta długonoga blondynka o
pełnych piersiach była szlachetnie urodzoną damą, nie nosiłaby sukni z przejrzystego
czerwonego jedwabiu podtrzymywanej przez perłowe zapinki na ramionach i zebranej w talii
przez podwójny sznur pereł oprawionych w złoto. Ona również spojrzała na Conana, co
prawda nie tak otwarcie jak on, ale za to z żarem, który przyśpieszył mu bicie serca.
Conan zobaczył, że Garian się zbliża, i odwrócił wzrok. Miał nadzieję, że król nie widział,
gdzie przed chwilą patrzył.
— Podziwiałem twój kunszt z galerii — rzekł ciepło Garian — i przyznaję, że nigdy nie
widziałem czegoś podobnego — jego brązowe oczy były przyjazne, chociaż nie tak szczere
jak oczy kogoś, kto nie zasiada na tronie. — Jak się nazywasz?
— Jestem Conan z Cymmerii. — Barbarzyńca nie zauważył, że krew odpłynęła z twarzy
Vegentiusa.
— Czy przyszedłeś tutaj jedynie po to, by zaoferować nam rozrywkę, Conanie?
— Przyszedłem, by ci służyć, panie. Z porucznikiem i czterema dziesiątkami ludzi
wyszkolonych do używania łuku w taki sam sposób.
— Wspaniale — rzekł Garian, poklepując ogiera po łopatce. — Zawsze interesowały mnie
nowości w sztuce wojennej. Od dzieciństwa żyłem w wojskowych obozach. Teraz — ślad
goryczy zakradł się do jego głosu — nie mam nawet czasu na ćwiczenia z mieczem.
— Królu — rzekł z szacunkiem Vegentius — ta rzecz nie jest niczym więcej jak sztuczką,
zabawą, z której nie ma pożytku na wojnie — gdy to mówił, jego oczy przesunęły się na
Conana. Cymmerianin pomyślał, choć nie mógł w to uwierzyć, że w tym spojrzeniu czai się
nienawiść i strach.
— Nie, dobry Vegentiusie. — Garian potrząsnął głową. — Twoja rada często jest mądra,
ale tym razem się mylisz. — Vegentius otworzył usta, ale Garian ciągnął dalej: — Posłuchaj
mnie, Conanie z Cymmerii. Jeżeli wstąpisz do służby, dam każdemu z twoich ludzi po trzy
złote marki i dalsze trzy co każde dziesięć dni. Ty dostaniesz dziesięć marek i kolejną
każdego dnia służby.
— Przyjmuję — powiedział szczerze Conan. Żaden kupiec nie zapłaciłby mu więcej niż
połowę sumy zaproponowanej przez króla.
Garian pokiwał głową.
— Zatem zgoda. Ale będziesz musiał jeszcze fechtować się ze mną codziennie, przez pół
klepsydry, bowiem po stanie rękojeści twego miecza wnoszę, że władanie tą bronią również
nie jest ci obce. Vegentiusie, zadbaj, by Conan otrzymał kwaterę w pałacu, i to przestronną.
Garian zwyczajem królów, wydawszy polecenia, odszedł bez słowa. Dworzanie i doradcy
pociągnęli za nim. Blondynka także odeszła, ale jej oczy zatrzymały się na twarzy Conana.
Był w nich żar równy temu buchającemu z paleniska.
Conan kątem oka dostrzegł, że Vegentius także zamierza odejść.
— Komendancie Vegentiusie! — zawołał — czyż król nie powiedział, że moja kompania
ma zostać zakwaterowana?
Vegentius prychnął z pogardą.
— Król powiedział, że ty masz otrzymać kwaterę, barbarzyńco. Nie rzekł ni słowa o tych
szmaciarzach, których nazywasz kompanią. Niech śpią w rynsztoku!
Radość Conana nieco zmalała. Nie mógł przecież pobiec z płaczem do Gariana i poskarżyć
się, że Vegentius nie ma zamiaru przydzielić kwater jego ludziom. U stóp wzgórza było pełno
gospod, ale nawet w najtańszej będzie musiał płacić za swoich ludzi z własnej sakiewki. To
mogło nadszarpnąć jego nowe, zdawałoby się obfite źródło dochodów. Jednak nie to było
najgorszym zmartwieniem Cymmerianina. Dlaczego Vegentius go nienawidził? Postanowił
znaleźć odpowiedź, nim zostanie zmuszony do zabicia tego człowieka. I będzie musiał
powściągnąć zapędy wobec tej blondynki, bo nadmiar zapału łatwo może zakończyć się
spotkaniem z katem. Niemniej Conan miał nadzieję, że będzie mógł cieszyć się jej

background image

względami. To mogło być kłopotliwe, ale czy ktoś, kto urodził się na polu bitwy, mógł znieść
życie bez kłopotów?
Conan ze śmiechem pojechał do bramy, by przekazać swym ludziom szczęśliwą
wiadomość.

XIII

Pochodnie oświetlały łukowo sklepioną piwnicę o ścianach z surowego szarego kamienia.
Na zewnątrz prowadziły jedne, dobrze strzeżone drzwi. Albanus nie mógł ryzykować, że
tajemnice skrywane w tej komorze wyjdą na światło dzienne. Już samo patrzenie na
przygotowane tu materiały sprawiało, że mag czuł się wszechpotężny. Na środku
pomieszczenia stała kamienna platforma wysoka na dwie stopy, a na niej spoczywał olbrzymi
prostokątny blok gliny. Była to glina, która miała dać Albanusowi Tron Smoka.
— Dostojny Albanusie, raz jeszcze żądam odpowiedzi, dlaczego mnie tu przywiedziono i
uwięziono?
Albanus zmusił się do uśmiechu i dopiero wtedy odwrócił się do nachmurzonego
mężczyzny o krzaczastych brwiach, który śmiał przemawiać doń takim tonem.
— To nadgorliwość ze strony strażników, dobry Stephano. Powiedziałem im tylko, by
przyprowadzili do mnie wielkiego rzeźbiarza Stephano, a oni przerośli w nadgorliwości
samych siebie. Zapewniam cię, że każę ich wychłostać.
Stephano lekceważącym gestem dał znać, iż ostatnie słowa nie mają znaczenia, ale Albanus
zwrócił uwagę, że rzeźbiarz nie poprosił, by oszczędzono strażnikom chłosty.
— Słyszałeś o mnie? — zapytał rzeźbiarz, wypinając dumnie pierś.
— Oczywiście — odparł Albanus, z trudem powstrzymując się od śmiechu. Ten człowiek
był równie łatwy do rozszyfrowania jak stronica zapisana wielkimi literami. — Dlatego chcę,
byś wyrzeźbił dla mnie ten posąg. Jak widzisz, masz tu wszystkie narzędzia — wskazał na
niski stół, na którym leżały wszelkiego rodzaju szpachle i gładziki.
— Wszystko jest nie tak — powiedział wyniośle Stephano. — Gliny używa się do małych
figur. Posągi robi się z kamienia lub brązu.
Uśmiech pozostał na ustach Albanusa, ale jego oczy były niczym zamrożony ogień.
— Ta glina została sprowadzona z Khitai — nie znał dalej leżącego kraju. — Kiedy
zostanie wypalona, stwardnieje niczym brąz, a przy tym będzie lżejsza od zwyczajnej gliny.
Na stole leżą szkice, według których masz rzeźbić. Obejrzyj je.
Stephano, patrząc z powątpiewaniem na blok gliny, podniósł pergaminy, rozwinął je i
sapnął zdumiony.
— To Garian!
— Nasz miłościwy król — przyznał obłudnie Albanus, chociaż prawie udławił się tymi
słowami. — To ma być prezent dla niego. Niespodzianka.
— Ale jak mam go ubrać? — zapytał rzeźbiarz, wertując szkice. — Na wszystkich jest nagi.
— I taka też ma być rzeźba. — Albanus uprzedził pytanie Stephana i dodał: — Taki jest
khitajski obyczaj dotyczący posągów z tej gliny. Są ubierane w taki strój, jaki danego dnia
nosi władca, i w ten sposób posąg zawsze nadąża za modą — był dumny z tego pomysłu.
Zastanowił się, czy po przejęciu tronu nie chciałby mieć takiego posągu przedstawiającego
siebie.
Stephano roześmiał się nagle. Był to ostry, zgrzytliwy dźwięk, jak gdyby ktoś drapał nożem
po kamiennej płycie.
— A co się stanie z nagim posągiem Gariana, gdy Garian nie będzie już zasiadał na tronie?
— To mało prawdopodobny wypadek — rzekł sucho Albanus.
Stepnano wyglądał na przestraszonego, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że
niepotrzebnie odkrywa swe myśli.

background image

— Oczywiście, oczywiście… — rysy mu stwardniały, gęste brwi ściągnęły się
niespokojnie. — Jednak dlaczego miałbym przyjmować zamówienie po nocy spędzonej w
twoich lochach?
— Godna pożałowania pomyłka, za którą przeprosiłem. Czy zgodzisz się na tysiąc złotych
marek?
— Nie pociąga mnie złoto — odparł szyderczo rzeźbiarz.
— By rozdać je biednym — dodał gładko Albanus. — Wiele słyszałem o twojej
dobroczynności we Wrotach Piekieł. — Twarz Stephana nie złagodniała, ale Albanus znalazł
inne rozwiązanie, jego głos zmiesił się w hipnotyzujący szept: — Pomyśl, ile dobra mógłbyś
sprawić mając tysiąc sztuk złota. Pomyśl, jak za twoim przykładem pójdą inni. Założę się, że
nikt nie rozdał nawet dziesiątej części tej sumy.
Stephano, patrząc na ścianę tak, jakby widział na niej opisaną przez Albanusa scenę, powoli
pokiwał głową.
— Pomyśl, jak cię będą wysławiać, idąc w krok za tobą. Jak wielki staniesz się w ich
oczach! — Albanus zamilkł i czekał.
Stephano zdawał się rosnąć. Nagle zadrżał i zaśmiał się zakłopotany.
— Z pewnością wiele dobrego można uczynić z taką ilością złota. Zadumałem się myśląc o
tym.
— Oczywiście — gospodarz uśmiechnął się, a jego głos stał się bardziej ożywiony. — To
ma być niespodzianka dla Gariana. Dlatego nikt nie może wiedzieć, że tu jesteś. Jedzenie i
wino dostaniesz na miejscu. I kobietę, jeśli zapragniesz. Codziennie możesz wychodzić do
ogrodów, o ile będziesz pamiętał o zachowaniu ostrożności. Teraz zabieraj się do pracy, bo
czas ucieka.
Albanus wyszedł z komnaty i stanął, drżąc na całym ciele. Robiło mu się niedobrze, że
musiał pozwolić Stephanowi na to, by ten traktował go jak równego sobie! To było
karygodne. Jednakże, ku swemu żalowi, odkrył już, że takich ludzi nie można było zmusić do
pracy wyłącznie groźbami czy torturami.
Pełne szacunku dotknięcie rękawa jego tuniki sprawiło, że wyprostował się i obnażył zęby
w gniewnym warknięciu.
Niewolnik cofnął się z nisko pochyloną głową.
— Wybacz, panie, ale komendant Vegentius czeka, wielce zaniepokojony.
Albanus odegnał niewolnika i ruszył korytarzem. Miał już obmyślone wszystkie szczegóły
spisku. Jeżeli żołnierz zniszczył jakąś część tego planu, wykastruje go własnoręcznie.
Vegentius czekał w ozdobionym kolumnami holu wejściowym. Chodził niespokojnie z
twarzą pokrytą kropelkami potu. Zaczął mówić, gdy tylko zobaczył Albanusa:
— Conan, ten barbarzyńca, który walczył z Meliusem i zabrał jego miecz. Ten, o którym
wspomniał Leucas, mówiąc, że bierze udział w spisku Stephany. Teraz człowiek noszący to
imię przyciągnął uwagę Gariana i wstąpił doń na służbę. A ja go poznałem; to ten, który
przerwał nasze spotkanie z Tarasem. Cztery razy wmieszał się do naszych planów, Albanusie,
i to mi się nie podoba. To zły omen.
— Czyżby bogowie mieszali się do moich spraw? — wyszeptał Albanus, nie zdając sobie
sprawy, że mówi na głos. Czyżby nie byli ze mnie zadowoleni? — pomyślał, a głośno dodał:
— Nie mów o złych znakach. Dziś rano wróżbita powiedział mi, że przed śmiercią
przywdzieję Smoczą Koronę. Kazałem go zabić, by powściągnąć jego język. Cóż może zrobić
jeden barbarzyńca, skoro gwiazdy mówią, że odniosę zwycięstwo?
Żołnierz wysunął nieco miecz z pochwy.
— Z łatwością mógłbym go zabić. Jest sam w pałacu, nikt go nie pilnuje.
— Głupcze! — warknął Albanus. — Morderstwo w pałacu! Garian natychmiast pomyśli o
własnym bezpieczeństwie i zdwoi straże. Nie chcemy, by miał się na baczności.
Vegentius uśmiechnął się szyderczo.

background image

— Jego bezpieczeństwo spoczywa w moich rękach. Jeden na trzech Złotych Lampartów jest
lojalny wobec mnie, a nie Gariana.
— A dwóch na trzech odwrotnie. Żadna część mojego planu nie przewiduje wydobycia
ostrzy w murach pałacu. Muszę wyglądać na człowieka, który ratuje Nemedię przed buntem
motłochu.
— Zatem ma żyć? — wybuchnął z niedowierzaniem Vegentius.
— Nie, umrze — oznajmił mag.
Czy naprawdę ten Conan jest wzniesioną przeciw mnie bronią bogów? — zastanowił się
Albanus. Nie. Jego przeznaczeniem było założyć Koronę Smoka. Urodził się, by zostać
najpierw królem, a potem, dzięki mocy błękitnej kuli, żyjącym bogiem. — Trzeba wydać
rozkazy Tarasowi — rzekł stanowczo. — Powiedz mu, że te człowiek musi umrzeć z dala od
pałacu, w miejscu gdzie jego śmierć będzie można przypisać pijackiej burdzie.
— Wydaje się, że Taras zniknął, Albanusie.
— Zatem go znajdź! — szczeknął ze złością mag. — I pamiętaj; w murach pałacu tego
barbarzyńcę należy obserwować, ale nie wolno go tknąć. Zabij go, kiedy stamtąd wyjdzie!

XIV

Mosiężny dzwonek zaśpiewał nad małym dziedzińcem, gdy Conan zablokował opadające
ostrze i płynnie przyjął obronną postawę. Pot błyszczał na jego masywnej klatce piersiowej,
ale oddech miał równy, oczy bystre, a rękę pewną.
Garian krążył wokół wielkiego Cymmerianina. On również był rozebrany do pasa i potężnie
zbudowany, chociaż jego muskuły okrywał tłuszcz będący następstwem braku ruchu. Krople
potu spływały po jego ramionach, a ostrze chwiało się nieznacznie.
— Dobry jesteś, barbarzyńco — wysapał.
Conan w milczeniu obracał się tak, by cały czas zwracać się twarzą do przeciwnika. W
czasie walki, nawet ćwiczebnej, nie było miejsca na gadanie.
— Ale mało rozmowny — ciągnął król, i mówiąc te słowa pchnął mieczem w kierunku
brzucha Cymmerianina.
Conan przesunął się odrobinę. Jego potężny nadgarstek skręcił się, ostrze półkoliście
pomknęło w dół i trafiło w miecz króla, bezpiecznie odwodząc stal w bok. Zamiast odepchnąć
ostrze dalej, Conan ugiął kolana, przysiadł na prawej nodze, lewą wyciągając w bok. Jego
miecz ześlizgnął się z ostrza przeciwnika, pomknął w przód i zatrzymał, dotykając brzucha
Gariana. Nim zaskoczony król zdołał zareagować, Conan odskoczył i zajął obronną pozycję.
Garian cofnął się ciemniejąc na twarzy.
— Starczy na dziś — rzekł ponuro i odszedł.
Conan podniósł tunikę i zaczął wycierać pot. Kiedy Garian zniknął w bramie dziedzińca, z
cienia pod balkonem wyłonił się Hordo. Potrząsnął kudłatą głową i powiedział:
— Dobrze, że nie wiedział, że tu byłem, Cymmerianinie, bo w przeciwnym wypadku obaj
moglibyśmy znaleźć się w lochach. Jednak pamiętaj, że królowie nie lubią przegrywać, nawet
wtedy, gdy inni tego nie widzą.
— Gdybym zgodził się przegrywać ćwicząc, wkrótce przegrana znalazłaby mnie w
prawdziwej walce.
— Ale czy nie mógłbyś być choć trochę ostrożniejszy, człowieku? Ostatecznie on jest
królem. Chyba nie warto ryzykować odprawy przed wypłatą.
— Nie znam innego sposobu walki, Hordo, poza dążeniem do wygranej. Jak mają się
ludzie?
— Dobrze — odparł brodacz, sadowiąc się na kamieniu. — To łatwe życie; picie i szastanie
złotem.
Conan naciągnął tunikę i schował miecz do pochwy.

background image

— Widziałeś jakieś oznaki świadczące o tym, że Ariana i inni są gotowi wysłać ludzi na
ulice?
— Ani śladu — westchnął jednooki. — Conanie, nie mówię, żeby ich zdradzić, bo cień
Kerin prześladowałby mnie do końca życia, gdybym to zrobił, ale czy nie moglibyśmy
przynajmniej szepnąć Garianowi, że słyszeliśmy pogłoski o rodzącym się powstaniu? Za takie
ostrzeżenie dałby nam więcej złota, a gdyby on miał się na baczności, do rewolty by nie
doszło. Nie lubię wyobrażać sobie, jak Kerin i Ariana umierają w rynsztoku. Ale tak się
stanie, jeżeli dojdzie do rebelii. Ja nie mógłbym na nich ruszyć, Cymmerianinie.
— Ani ja, Hordo. Ale i tak powstaną, niezależnie od tego, czy Garian będzie się strzegł czy
nie, chyba że źle odczytałem ogień płonący w oczach Ariany. Aby ich powstrzymać, musimy
się dowiedzieć, kto ich wykorzystuje. Ten człowiek, który spotkał się z Tarasem, mógłby nam
wiele powiedzieć.
— Kazałeś mi wypatrywać człowieka o jastrzębiej twarzy i szpakowatych skroniach, ale
jeżeli uda nam się go znaleźć, będzie to prawdziwy dar od bogów.
Conan z rozgoryczeniem skinął głową.
— Wiem. Ale możemy robić tylko to, co możemy. Chodźmy do mojej komnaty. Mam
dobre wino.
W Turanie i Vendhii stały wspanialsze pałace, ale ten też mógł zaimponować. Znajdowało
się tu wiele dziedzińców i ogrodów. Niektóre były małe, zawierały nie więcej niż jedną
marmurową fontannę w kształcie jakiejś bajecznej bestii, inne ogromne i wznosiły się w nich
alabastrowe wieże ze złotymi kopułami. Wielkie obeliski mierzyły w niebo, a ich boki
pokrywały napisy opowiadające o wszystkich królach Nemedii. Conan idący chłodnymi
arkadami obok ogrodu, w którym krzyczały pawie i dumnie stąpały złotopióre bażanty, nagle
zatrzymał się. Z pobliskich drzwi wyłoniła się kobieta odziana w szarą woalkę i najwyraźniej
ich nie zauważając, ruszyła w swoją stronę. Cymmerianin był pewien, że to ją dwa razy
widział w lektyce. Zdecydował, że teraz nadeszła odpowiednia chwila, by dowiedzieć się,
dlaczego patrzyła na niego z taką nienawiścią. Ale gdy ruszył ku niej, Hordo złapał go za
ramię i wciągnął za kolumnę.
— Chcę porozmawiać z tą kobietą. — Conan mówił cicho, bo głos niósł się w arkadach. —
Ona mnie nie cierpi, jestem tego pewien. I nie wątpię, że widziałem ją wcześniej, bez tych
woali. Ale gdzie?
— Ja również ją widziałem — odparł Hordo chrapliwym szeptem — chociaż nie bez woali.
To dostojna Tiana. Ludzie mówią, że ma twarz zeszpeconą przez jakąś chorobę. Nie pozwala,
by ktokolwiek ją zobaczył.
— Nie poproszę jej, by pokazała mi swe oblicze — rzekł Conan niecierpliwie.
— Słuchaj — nalegał błagalnie jednooki — raz poszedłem za Eraniusem, gdy udał się po
rozkazy. Zawsze chodził na ulicę Żalów, choć za każdym razem do innej tawerny. Tym razem
wyszedł z miasta i w gaju za murami spotkał się z dostojną Tianą.
— Zatem ona bierze udział w przemycie. Ta wiedza może mi się przydać, jeżeli nie zechce
odpowiedzieć na moje pytania.
— Nie rozumiesz, Cymmerianmie. Nie byłem na tyle blisko, by słyszeć, o czym
rozmawiali, ale widziałem wyraźnie, jak Eranius się przed nią płaszczył. Nie robiłby tego,
gdyby nie stała wysoko, bardzo wysoko w hierarchii szajki. Przyczep się do niej, a dwie setki
szmuglerów w tym mieście zaczną szukać twojej głowy.
— Może już to robią — z pewnością ktoś to robił. Dlaczego nie miałaby to być kobieta,
która nienawidziła go z niewiadomo jakiego powodu? Conan strząsnął z ramienia rękę
przyjaciela. — Zniknie mi z oczu, jeżeli zaraz nie pójdę.
Ale zatrzymał się, bowiem dostojna Tiana dotarła do końca arkady i właśnie pojawiła się
przed nią blondynka, która wcześniej towarzyszyła Garianowi. Conan wiedział już, że ma
imię Sularia i jest kochanką Gariana. Zawoalowana kobieta chciała ją minąć, ale Sularia, w

background image

złotych napierśnikach i jedwabnej spódniczce nie szerszej od męskiej dłoni, zastąpiła jej
drogę.
— Pozdrowiam cię, dostojna Tiano — rzekła Sularia z ironicznym uśmiechem na
zmysłowych ustach. — Dlaczegóż to ubrałaś się tak ciężko w taki piękny dzień? Jestem
pewna, że byłoby ci przyjemniej, gdybyś dała namówić się na jedwabie i bransolety.
Ręka zawoalowanej kobiety mignęła jak błyskawica i zadudniła na twarzy Sularii z taką
siłą, że blondynka runęła na ziemię. Conan osłupiał. Taki cios wymagał niepospolitej siły!
Sularia zerwała się na nogi. Gniew przemienił jej twarz w koszmarną maskę.
— Jak śmiałaś mnie uderzyć? — splunęła. — Ja…
— Do psiarni, suko! — syknęła trzecia kobieta, pojawiając się obok dwóch pierwszych.
Wysoka i gibka, była tak piękna jak Sularia, ale miała jedwabiste czarne włosy i władcze
ciemne oczy osadzone w wyniosłej twarzy. Błękitna, wyszywana maleńkimi perłami szata
sprawiała, że blondynka w swych fatałaszkach wyglądała przy niej jak dziewka z tawerny.
— Nie mów tak do mnie, dostojna Jelanno — odparła ze złością Sularia. — Nie jestem
służącą i niedługo… — urwała nagle.
Jelanna uśmiechnęła się szyderczo.
— Jesteś ladacznicą i niedługo Garian też dojdzie do takiego wniosku. A teraz zmykaj, bo
wezwę niewolnika, by cię wychłostał.
Sularia zadrżała na całym ciele. Na jej usta wypełzł jadowity grymas. Z pomrukiem
wściekłości minęła dwie kobiety i przebiegła obok Conana i Horda ukrytych za kolumną.
Conan patrzył chwilę w ślad za nią. Kiedy się odwrócił, Jelanna i Tiana zniknęły.
Spoglądając spode łba na Horda, oparł się plecami o kolumnę.
— W tym miejscu mogę daremnie szukać jej nawet i przez dziesięć dni — warknął. —
Powinienem był porozmawiać z nią od razu, zamiast pozwalać, byś odciągał mnie niczym
bakałarz.
— Na Mitrę, Conanie, wyjedźmy z tego miasta — jedyne oko Horda błagalnie wpatrzyło
się w Cymmerianina. — Zapomnij o dostojnej Tianie. Zapomnij o Garianie i jego złocie.
Złoto znajdziemy w Ophirze, a kiedy się tam zaciągniemy, to przynajmniej będziemy
wiedzieli, kto chce nas zabić.
Conan potrząsnął głową.
— Nigdy nie uciekaj przed wrogami, Hordo. To zły nawyk, którego później trudno się
pozbyć. Idź do tawerny. Ja pójdę do swojej komnaty i zastanowię się, jak znaleźć Tianę.
Poszukam cię później i postawię ci dwa dzbany wina za twój jeden.
Gdy Cymmerianin odwrócił się, by odejść, Hordo powiedział:
— Dotychczas zawsze wiedziałeś, kto jest twoim wrogiem!
Ale Conan nawet się nie zatrzymał. Mądry człowiek nie odwraca się plecami do nieznanego
wroga, ale próbuje dowiedzieć się, kim on jest. Lepiej umrzeć niż uciec, ponieważ gdy raz
zacznie się uciekać, to można już nigdy nie przestać. Ten, komu nie brakowało woli, winien
szukać swego wroga i stanąć z nim twarzą w twarz.
Conan dotarł do swej komnaty i przyłożył rękę do drzwi, które uchyliły się pod jego
dotknięciem. Zasuwa była odciągnięta. Barbarzyńca wyciągnął miecz i przesunął się w bok.
Czubkiem ostrza dźgnął drzwi, które trzasnęły o ścianę, ale prócz tego nie rozległ się żaden
inny dźwięk. Nic się nie poruszyło.
Wielki Cymmerianin wskoczył do pokoju. Przekoziołkował unikając przypuszczalnego
ciosu z tyłu i stanął na nogach z mieczem w pogotowiu.
Na łóżku siedziała Sularia. Miała skrzyżowane zmysłowo nogi i klaskała z uciechy.
— Jeździec, łucznik, fechmistrz i akrobata! Jakie jeszcze znasz sztuczki, barbarzyńco?
Trzymając gniew na wodzy, Conan zamknął drzwi. Nie bawiło go robienie z siebie głupka,
zwłaszcza przed piękną kobietą. Kiedy odwrócił się do niej, jego oczy przypominały błękitne
lodowce.

background image

— Po co tu przyszłaś?
— Jesteś wspaniały z tym potem, który nadal pokrywa twe ciało — wydyszała. —
Pokonałeś go, prawda? Garian nie miałby z tobą szans.
Conan pośpiesznie przeszukał pokój. Zajrzał za każdy gobelin, wyjrzał przez okno, czy na
gzymsie nie czyha jakiś zabójca. Sprawdził nawet, czy ktoś nie kryje się pod łóżkiem, lecz w
końcu śmiech Sularii sprawił, że z przekleństwem zaprzestał poszukiwań.
— Czego szukasz, Conanie? Nie mam męża, który wyskoczyłby z szafy.
— Masz króla — warknął Cymmerianin. Jedno spojrzenie na nią; złote napierśniki ledwo
mieściły bujne piersi, wąskie pasmo jedwabiu zaś zaledwie oplatało biodra, wystarczyło, by
poznać, że nie może mieć przy sobie broni większej od szpilki.
— Króla, który umie mówić tylko o zbożu, podatkach i stokroć nudniejszych rzeczach —
namiętny uśmiech zaigrał na jej wargach. Położyła się na plecach, oddychając głęboko. —
Ale ty, barbarzyńco, nie jesteś nudny. Wyczuwam w tobie moc. Chyba kiedyś zostaniesz
królem.
Conan zmarszczył brwi. Te słowa obudziły jakieś głęboko pogrzebane wspomnienie. Że
posiada moc. Że będzie królem. Przestał o tym myśleć. Bajki dla dzieci, nic więcej.
Położył miecz na łóżku nad głową Sularii. Miał być blisko pod ręką na wypadek
niespodziewanej wizyty.
Blondynka spojrzała na nagie ostrze i zwilżyła językiem usta, jakby podniecała ją jego
bliskość. Conan złapał złoty sznur łączący napierśniki i szarpnął go gwałtownie. Szafirowe
oczy Sularii oderwały się od miecza i zatrzymały na twarzy barbarzyńcy.
— Igrałaś ze mną, kobieto — wyszeptał Conan. — Teraz moja kolej.
Żadne z nich nie widziało, że drzwi uchyliły się i przez szczelinę zajrzała kobieta w szarym
woalu. Stała przez pewien czas, a w jej oczach płonął szmaragdowy ogień.

XV

Następnego popołudnia, gdy Conan szedł przez pałac, dopędził go zdyszany Hordo.
— Dobrze cię widzieć, Cymmerianinie. Bałem się, gdy nie przyszedłeś wczoraj do
gospody.
— Znalazłem ciekawsze zajęcie — odparł z uśmiechem Conan.
Niewolnicy przebiegli korytarzem, trzymając się blisko ścian. Środek przejścia
przeznaczony był dla szlachetnie urodzonych, którzy nadeszli z naprzeciwka, olśniewając
bogato haftowanymi aksamitami, satyną oraz złotymi łańcuchami ze szmaragdami i rubinami.
Wielmoże zaszczycili obu wojowników zaciekawionymi spojrzeniami.
Hordo popatrzył na nich podejrzliwie, po czym zniżył głos i pochylił się do ucha Conana.
— Mam nadzieję, że minionej nocy miałeś czas zastanowić się nad tym, co zaszło wczoraj.
Być może w tej chwili oprawcy Gariana rozgrzewają żelaza. Chodźmy do koni i jedźmy, póki
jeszcze można.
— Skończ tę głupią gadkę — roześmiał się Conan. — Przed chwilą fechtowałem się z
Garianem i nie powiedział mi złego słowa. Prawdę mówiąc, śmiał się często, z wyjątkiem
chwili, gdy zarobił w łeb.
Jednooki z wrażenia aż zmylił krok.
— Cymmerianinie, chyba nie… Na Mitrę! Chyba nie dałeś królowi po łbie!
— Nie, Hordo, Garian poślizgnął się na liściach przygnanych wiatrem i padając uderzył
twarzą we własną rękojeść. Ma siniaka, nic więcej.
— Siniaki mogą mieć tacy ludzie jak ty i ja. — Hordo podniósł palec i przemówił niczym
jeden z filozofów „U Thestis”: — Natomiast królowie doświadczają fizycznego uszczerbku
majestatu.
— Obawiam się, że masz rację — westchnął Conan. — Zestarzałeś się.

background image

— Też tak uważam — przytaknął machinalnie Hordo i zacisnął zęby z wściekłym błyskiem
w oku, gdy uświadomił sobie, co właściwie powiedział wielki Cymmerianin.
Conan stłumił śmiech na widok zacietrzewionego oblicza brodacza. Hordo mógł sam siebie
nazywać starym, ale gotów był zamordować każdego, kto ośmieliłby się powiedzieć to o nim.
Po chwili wesołość Cymmerianina ulotniła się jak dym.
Weszli na dziedziniec, na którym stały ze dwie dziesiątki Złotych Lampartów otaczających
szerokim kręgiem Vegentiusa. Wszyscy, łącznie z komendantem, byli rozebrani do pasa. W
cieniu pod arkadami, po drugiej stronie dziedzińca kryła się mała grupka wielmożów. Nieco z
boku, samotnie wśród kolumn, stała Sularia.
Vegentius, prężąc ramiona nad głową, obracał się w kręgu żołnierzy.
— Kto następny?! — wołał. — Jeszcze się nawet nie spociłem. — Jego naga klatka
piersiowa była potężna, ramiona szerokie i muskularne. — Nie ma ochotnika? Ty, Oaxis!
Żołnierz wyszedł z kręgu i przyjął zapaśniczą postawę. Dorównywał wzrostem
Vegentiusowi, ale nie był tak dobrze zbudowany. Vegentius zaśmiał się i zaczął krążyć na
ugiętych nogach. Oaxis robił to samo, ale bez cienia uśmiechu.
Nagle zwarli się, a ich stopy zaszurały na kamieniach. Conan widział, że szczuplejszy
mężczyzna posiada dużą zręczność i umie walczyć. W chwili gdy to myślał, Oaxis uwolnił
ramię i jego pięść pomknęła w kierunku brzucha Vegentiusa. Lecz żołnierz przypomniał
sobie, kogo zamierza uderzyć i w ostatniej chwili zawahał się. Pozbawione siły uderzenie nie
wywołało nawet stęknięcia u szczerzącego zęby Vegentiusa.
Dowódca nie miał takich skrupułów. Jego wolna ręka uderzyła w bok szyi Oaxisa z
trzaskiem przypominającym uderzenie kamienia o drewno. Oaxis zachwiał się, ale Vegentius
nie pozwolił mu upaść. Dwa razy jego pięść wzniosła się i opadła, grzmocąc w kark
przeciwnika. Za pierwszym razem Oaxis zadygotał, za drugim zwisł bezwładnie. Vegentius
puścił go i żołnierz osunął się na ziemię jak kupa łachmanów.
— Kto następny? — ryknął komendant Złotych Lampartów. — Czy nie ma tu nikogo, kto
chciałby się ze mną zmierzyć?
Dwaj żołnierze wyrwali się z kręgu i odciągnęli pokonanego towarzysza. Wielki mężczyzna
nadal obracał się, a na jego twarzy widniał szyderczy uśmiech. Po chwili dostrzegł Conana, a
wtedy zatrzymał się i wyszczerzył zęby.
— Ty, barbarzyńco! Spróbujesz, czy też północne mrozy zmroziły ci odwagę?
Twarz Conana ściągnęła się. Spojrzenie Sularii działało niczym ostroga. Nie miał nic
przeciwko popisowi przed piękną kobietą. Odpasał miecz i podał go Hordo. Wśród szlachty
rozległ się pomruk. Zaczęto robić zakłady.
— Masz więcej odwagi niż rozumu — burknął jednooki. — Co zyskasz poza potężnym
wrogiem, Conanie, jeśli go pokonasz?
— On już jest moim wrogiem — odparł Conan i dodał ze śmiechem: — A przynajmniej
jednym z nich.
Cymmerianin ściągnął tunikę, rzucił ją na ziemię i zbliżył się do kręgu otaczającego
Vegentiusa. Szlachetnie urodzeni z podziwem spojrzeli na jego masywne barki i zaczęli
zmieniać stawki. Vegentius, pewien, że śmiech Conana był drwiną z niego, czekał z
grymasem na twarzy. Żołnierze cofnęli się, poszerzając krąg po wejściu Conana.
Nagle Vegentius zaszarżował, wyciągając ramiona, by zmiażdżyć przeciwnika. Potężna
pięść Conana trzasnęła go w bok głowy osadzając w miejscu. Cymmerianin przysiadł lekko i
wbił drugą pięść pod żebra wielkiego żołnierza. Nim Vegentius odzyskał dech, Conan złapał
go za gardło i pas, uniósł w powietrze, zakręcił nad głową i cisnął o ziemię.
Groza błysnęła w oczach przypatrujących się walce żołnierzy. Nigdy wcześniej nie widzieli,
by ktoś podniósł Vegentiusa. Zakłady wśród szlachetnie urodzonych znów uległy zmianie.

background image

Conan czekał, oddychając z łatwością, stojąc pewnie na nogach, podczas gdy Vegentius
niezdarnie dźwigał się z ziemi. Na twarzy komendanta malował się szok. Potem zastąpiła go
wściekłość.
— Barbarzyński bękarcie! — zawył wielki żołnierz. — Pluję na grób twojej matki! —
Wyprowadził cios, który uśmierciłby każdego normalnego człowieka.
Ale teraz również twarz Conana płonęła z zimnej furii, a w oczach zabłysła mu lodowata
śmierć. Był zbyt wściekły, by myśleć o obronie, przyjął cios, który zakołysał jego potężnym
ciałem. W tym samym momencie jego pięść wybiła przednie zęby Vegentiusa. Przez długą
chwilę dwaj giganci stali naprzeciw siebie, zadając i przyjmując ciosy, które zabiłyby
dorodnego buhaja.
Potem Cymmerianin zrobił krok do przodu, Vegentius zaś krok w tył. Desperacja
wykrzywiła rysy żołnierza. W oczach Conana widniał zimny błysk żądzy zniszczenia.
Cymmerianin nieustępliwie napierał na przeciwnika. Jego pięści waliły bezlitośnie, zmuszając
komendanta do cofania się w kierunku arkady. Stał tam powiększający się z każdą chwilą
tłum gapiów, którzy wrzeszcząc z podniecenia, zapomnieli o swoim dostojeństwie.
W pewnej chwili muskularny żołnierz zatoczył się pod wpływem szczególnie potężnego
uderzenia i cofnął na chwiejących się nogach. Szlachetnie urodzeni rozstąpili się przed nim,
aż w końcu Vegentius oparł się plecami o ścianę cienistej arkady. Z wysiłkiem wyprostował
się, zatoczył i upadł jak długi. Jedna jego noga poruszyła się jeszcze, jakby jakaś część mózgu
Vegentiusa nadal domagała się, by powstał, lecz potem znieruchomiała.
Rozradowani żołnierze, nie zważając na powalonego dowódcę, otoczyli Conana. Dworzanie
i damy dworu ruszyli ku niemu. Niektórzy dotykali go nieśmiało, jakby próbowali pogłaskać
tygrysa.
Conan nie słyszał ich pochwał. W chwili gdy Vegentius stał w cieniu arkady, przypomniał
sobie, gdzie już go widział. Wydostał się z wiwatującego tłumu i wrócił do Horda.
— Pamiętasz — zapytał cicho — jak mówiłem ci o tym, że pierwszy raz zobaczyłem
Tarasa, gdy wpadłem przez świetlik na to tajne spotkanie? Mówiłem też o wielkim człowieku,
który stał w cieniu?
Oko Horda zerknęło na Vegentiusa, znoszonego z placu przez żołnierzy. Szlachetnie
urodzeni rozchodzili się.
— On? — zapytał z niedowierzaniem.
Conan przytaknął skinieniem głowy, a brodacz wyszeptał z kwaśną miną:
— Cymmerianinie, jeszcze raz powtarzam, że powinniśmy zebrać kompanię i jechać do
Ophiru.
— Nie, Hordo — oczy Conana nadal połyskiwały posępnie, a jego twarz przypominała
pysk wybierającego się na polowanie wilka. — Mamy teraz trop, Hordo. Czas atakować, nie
uciekać.
— Na Mitrę! — sapnął Hordo. — Jeżeli zginę przez twoją głupotę, będę cię straszyć w
każdą pełnię księżyca!
Nim Conan zdążył odpowiedzieć, przybiegła niewolnica. Przyklękła przed Cymmerianinem
i powiedziała:
— Masz szybko udać się do króla Gariana, panie.
Jednooki zesztywniał.
— Spokojnie — rzekł Conan. — Gdyby król Garian pragnął mojej głowy, nie przysyłałby
po mnie takiej ślicznej pary łydek.
Niewolnica spojrzała na niego z zainteresowaniem.
— Nie ufam nikomu — burknął Hordo. — I nie zaufam, póki nie dowiemy się, kto pragnie
twojej śmierci. Albo dopóki nie zostawimy Nemedii daleko za plecami.
— Powiem ci, kiedy nadejdzie czas wyjazdu za granicę — zaśmiał się Conan. — Prowadź,
dziewczyno.

background image

Król Garian czekał w komnacie obwieszonej bronią i trofeami myśliwskimi, ale jego myśli
nie były zajęte łowami. Na licznych stołach, a nawet na podłodze piętrzyły się zwoje
pergaminu. Po wejściu Conana Garian ze wstrętem cisnął jeden ze zwojów w kąt. Siniak na
policzku wyraźnie odróżniał się od całości zaczerwienionego ze złości oblicza.
— Nigdy nie chciej być królem, Conanie.
— A dlaczego? — zapytał zaskoczony Conan.
Uczciwa twarz Gariana wyrażała czystą odrazę, gdy rozłożył ręce i wskazał na zwoje i
pergaminy.
— Myślisz, że to plany jakiejś wielkiej kampanii? Albo jakiejś wspaniałej ceremonii dla
uczczenia pamięci mego ojca? Tak uważasz?
Conan potrząsnął głową. Niejeden raz jego życie zostało zmienione przez plany i strategie
tego czy innego władcy, ale nigdy nie brał udziału w obmyślaniu owych planów. Popatrzył na
pergamin leżący u swoich stóp. Był on pokryty kolumnami cyfr.
Garian przeszedł przez komnatę, zmiatając zwoje ze stołu na podłogę.
— Należy oczyścić miejskie ścieki, tak twierdzi Gildia Medyków, bo wyziewy wywołają
zarazę. Inni polecają odnaleźć i zasypać starożytne przejścia pod pałacem, by uczynić go
bardziej bezpiecznym. Trzeba przebudować część murów miasta. Armia zalega z wypłatami
żołdu. Trzeba kupić zboże. Jeszcze więcej zboża! — Urwał, patrząc chmurnie na rogi
wielkiego jelenia na ścianie. — Upolowałem go w dziczy na brythuńskiej granicy. Jak bardzo
chciałbym tam być!
— Czy twoi doradcy nie potrafią zaradzić twoim kłopotom, panie?
Król roześmiał się gorzko.
— Potrafią, ale tu chodzi o złoto. Złoto, Conanie! Jestem zmuszony użerać się o nie niczym
chciwy przekupień.
— Skarbiec państwa…
— …świeci pustkami. Im więcej ziarna muszę kupić w Ophirze i Aquilonii, tym wyższe
stają się ceny. Jakieś obłąkane bandy na granicy palą furgony, które nie jadą pod strażą, i
wiele z tych, które są chronione. Już kazałem przetopić niektóre ozdoby, ale nawet gdybym
odarł ze złota cały pałac, i tak by nie starczyło.
— Co chcesz zrobić, panie? — zapytał Conan. Zawsze wyobrażał sobie, że królowie
posiadają nieprzebrane bogactwo. To, że król może martwić się o złoto tak samo jak on, o ile
nie bardziej, było dlań rzeczą nową.
— Pożyczyć. Liczni panowie wysokiego rodu i niektórzy kupcy posiadają bogactwo
mogące rywalizować z moim. Niech więc przyłożą rękę do ratowania naszego ludu przed
głodową śmiercią. — Garian przekładał pergaminy, dopóki nie znalazł jednego
zapieczętowanego Smoczą Pieczęcią Nemedii. — Zaniesiesz to szlachetnemu Cantaro
Albanusowi. To jeden z najbogatszych ludzi w Nemedii, tak więc znajdzie się wśród
pierwszych poproszonych o złożenie nadzwyczajnej daniny — rysy mu stwardniały. Podając
pergamin Conanowi dodał: — Albo podatku, jeżeli nie zechce pożyczyć.
Król ruchem ręki kazał Conanowi odejść, ale wielki Cymmerianin pozostał na miejscu.
Miał do załatwienia delikatną sprawę, a nie będąc człowiekiem przywykłym do finezji, czuł
niezwyczajne skrępowanie. Garian spojrzał nań ze zdziwieniem.
— Na ile ufasz Vegentiusowi, panie? — wyrzucił z siebie Conan.
— Na tyle, by mianować go dowódcą mej straży przybocznej — odparł Garian. —
Dlaczego pytasz?
Conan nabrał powietrza i zaczął przemowę, którą ułożył sobie w drodze do tej komnaty:
— Gdy zobaczyłem go w dzień przybycia do pałacu, nie opuszczała mnie myśl, że
widziałem go już wcześniej. Dzisiaj sobie przypomniałem. Widziałem go w tawernie w
mieście, pogrążonego w poufnej rozmowie z człowiekiem zwanym Tarasem, tym, który
zasłynął mówiąc, że byłoby lepiej, gdyby ktoś inny zasiadał na Tronie Smoka.

background image

— To poważne oskarżenie — rzekł z wolna Garian. — Vegentius służył mi dobrze, a
wcześniej przez wiele lat memu ojcu. Nie wyobrażam sobie, by chciał mej zguby.
— Ty jesteś królem, panie, jednak ja też znam jedną z zasad królowania. Człowiek, który
nosi koronę, musi strzec się ambicji innych.
Garian odrzucił w tył głowę i wybuchnął śmiechem.
— Może jesteś dobrym fechmistrzem, Conanie, ale królowanie pozostaw mnie. Mam nieco
większe doświadczenie w noszeniu korony niż ty. Teraz idź. Chciałbym, by dostojny Albanus
otrzymał tę wiadomość jak najszybciej.
Conan skłonił się i wyszedł. Miał nadzieję, że jego słowa posiały w Gadanie ziarno
podejrzenia, choć ta słowna szermierka nie sprawiła mu najmniejszej przyjemności. Był
człowiekiem czynu. Wolał z bronią w ręku stanąć twarzą w twarz z wrogiem i miał nadzieję,
że wkrótce do tego dojdzie.

XVI

U pałacowej bramy czekał na Conana Hordo z Machaonem, Narusem i dwoma dziesiątkami
najemników. Cymmerianin spojrzał na Horda pytająco, a jednooki brodacz wzruszył
ramionami.
— Słyszałem, że masz zanieść wiadomość do jakiegoś dostojnika. Na Mitrę! Czuję, że on
mógłby być tym drugim człowiekiem na spotkaniu z Tarasem. Albo tym, który chce twojej
śmierci. Albo jednym i drugim.
— Stajesz się podejrzliwy jak stara baba, Hordo — odparł Conan, wskazując na siodło.
Nagle z bramy wyłonił się Vegentius, posiniaczony i opuchnięty, lecz w pełnym rynsztunku
i w hełmie z czerwonym grzebieniem. Za nim podążało dziesięciu Złotych Lampartów. Kiedy
oczy komendanta spoczęły na ludziach Conana, zatrzymał się, a gniewny grymas wykrzywił
mu usta. Zawrócił, wściekle rozepchnął swoich żołnierzy i pognał jak burza z powrotem do
pałacu.
— Może i jestem podejrzliwy — powiedział cicho Hordo — ale przynajmniej mam dość
rozsądku, by pamiętać, że niektórzy z twoich wrogów mają znajome nam twarze. Poza tym
miasto zmieniło się w ciągu minionych kilku dni.
Gdy Conan wyjechał na wyludnione ulice, zmiany te stały się jasne i dla niego. Tłumy
zniknęły. Gdzieniegdzie warczał pies z wystającymi żebrami. Od czasu do czasu ktoś
przemykał chyłkiem, jak ścigany, choć wokół nie było żywego ducha. Okna domów
zasłonięto okiennicami, drzwi zabarykadowano. Sklepy były pozamykane, nigdzie nie
rozlegały się okrzyki przekupniów. W powietrzu wisiała martwa, wręcz namacalna cisza.
— Zaczęło się to wkrótce po naszym przyjeździe do pałacu — objaśnił Hordo. Rozejrzał się
wokół i zgarbił, jak gdyby jechał wśród grobów. — Zaczęło się od tego, że raptem z ulic
zniknęli wszyscy porządni obywatele. Pozostali jedynie bandyci, żebracy i ladacznice.
Rabusie wszelakiej maści mieli więc miasto dla siebie i napadali każdego, kto ośmielał się
wystawić nos za drzwi. Wczoraj oni również zniknęli — popatrzył na Conana znacząco. —
Wszyscy w czasie potrzebnym na przesypanie piasku w klepsydrze.
— Jakby na rozkaz?
Jednooki skinął.
— Może jednak Taras rzeczywiście wynajął zbrojnych, znaczy się kupił usługi tych
bandytów.
— Ale nie po to, by pomóc Arianie. — Cymmerianin milczał przez pewien czas, patrząc na
ciche budynki. — Masz o niej jakieś wieści? — zapytał w końcu.
Hordo nie musiał dopytywać, o kogo mu chodzi.
— Ma się dobrze. Dwa razy byłem „U Thestis”. Patrzyli na mnie, jakby trędowaty
przyszedł na obiad. Kerin zajęła się Graecusem.

background image

Conan skinął w milczeniu i w ciszy dojechali do wrót pałacu Albanusa. Cymmerianin
zabębnił pięścią w bramę.
W otworze nie większym od męskiej dłoni błysnęły podejrzliwe oczy.
— Czego tu szukasz? Kim jesteś?
— Nazywam się Conan. Otwórz bramę, człowieku. Przynoszę wiadomość dla twego pana
od samego króla Gariana.
Po drugiej stronie bramy dała się słyszeć krótka wymiana zdań, potem rozległ się stukot
wyciąganej zasuwy i jedno skrzydło uchyliło się na tyle, by mógł przecisnąć się człowiek.
— Ty możesz wejść — zawołał głos z wewnątrz — ale inni nie.
— Conanie… — zaczął Hordo.
Cymmerianin ucieszył go ruchem ręki.
— Spokojnie, Hordo — i wsunął się za bramę.
Wrota z głuchym łoskotem zamknęły się za jego plecami. Conan zobaczył przed sobą
czterech mężczyzn z dobytą bronią. Piąty, z tyłu, przycisnął czubek miecza do jego żeber.
— Mów, kim jesteś? — warknął ten, który dziurawił mu tunikę.
Conan, żałując, że nie starczyło mu rozumu, by włożyć kolczugę przed opuszczeniem
królewskiego pałacu, odwrócił głowę i spojrzał w wąską twarz i szeroko rozstawione oczy
pytającego, któremu brakowało koniuszka nosa.
— Mówiłem ci — sięgnął pod tunikę i znieruchomiał, gdy czubek miecza mocniej nacisnął
jego skórę. — Chcę tylko pokazać ci pismo. Jakich kłopotów mógłbym narobić z mieczem
między żebrami?
Mówiąc te słowa pomyślał, że wartownik stoi za blisko. Człowiek, o ile nie chce zostać
obezwładniony, nigdy nie powinien dotykać mieczem drugiego. Jeden szybki wyrzut
ramienia odrzuciłby ostrze na bok, potem jego właściciel potoczyłby się na swoich kamratów
i… Cymmerianin uśmiechnął się, a inni poruszyli się niespokojnie. Bez wątpienia
zastanawiali się, co śmiesznego widzi w swym położeniu.
— Pokaż mi list — zażądał wartownik z obciętym nosem.
Conan wyjął pergamin. Mężczyzna wyciągnął rękę, ale pismo umknęło spoza jego zasięgu.
— Stąd także widać pieczęć — mruknął Conan. — Pismo jest przeznaczone dla dostojnego
Albanusa, nie dla ciebie.
— Prawda, to Pieczęć Smoka — mruknął strażnik. Z wyraźną niechęcią odsunął miecz od
żeber Conana. — Wobec tego chodź za mną i nie zgub się.
Conan potrząsnął głową, gdy ruszyli kamiennym chodnikiem w kierunku masywnej
budowli ze smukłymi kolumnami oraz wielką złoconą kopułą, której blask zaćmiewał słońce.
Biorąc pod uwagę sytuację, jaka panowała w mieście, podejrzliwość ze strony wartowników
była jak najbardziej uzasadniona, ale ich niechęć powinna zniknąć po tym, jak dowiedzieli
się, że jest królewskim posłem. To gburowate zachowanie niezbyt dobrze wróżyło planom
Gariana. Często ludzie mimowolnie przyjmują sposób bycia swego pana.
W ozdobionym licznymi, rzeźbionymi kolumnami przedpokoju przewodnik Conana
naradził się szeptem z siwobrodym mężem w tunice ozdobionej herbem Albanusa i z wielkim
kluczem u pasa. Wartownik odszedł, wracając na posterunek przy bramie, a siwobrody zbliżył
się do Conana.
— Jestem szambelanem dostojnego Albanusa — powiedział bez śladu grzeczności. — Daj
mi pismo.
— Oddam je do rąk własnych dostojnego Albanusa — odparł sucho Conan.
Nie miał najmniejszego powodu, by nie oddać pisma szambelanowi, skoro to właśnie on
załatwiał tego rodzaju sprawy. Jednak Cymmerianin był zbyt wyprowadzony z równowagi.
Posłaniec króla zasługiwał na co najmniej szklanicę schłodzonego wina i wilgotny ręcznik do
otarcia kurzu.

background image

Twarz szambelana stężała. Przez chwilę Conan był przekonany, że człowiek ten zacznie się
z nim wykłócać, ale zamiast tego starzec rzekł krótko:
— Chodź za mną — poprowadził Cymmerianina po marmurowych schodach do małej
komnaty. — Czekaj tu — rozkazał i wyszedł, uprzednio rozejrzawszy się wokół tak, jakby
zapamiętywał wyposażenie pokoju w obawie, że gość o lepkich palcach uszczupli jego stan.
Pokój był mały, ale luksusowy. Na ścianach wisiały gobeliny, posadzka była z marmuru, a
meble wyłożone macicą perłową i lapis lazuli. Łukowe wejście wychodziło na balkon
górujący nad ogrodową fontanną. Ale nie było tu ani ręcznika, ani wina. Taki afront w
stosunku do osobistego posłańca rzeczywiście źle wróżył Garianowi.
Conan, mrucząc do siebie, wyszedł na balkon i spojrzał w dół. Natychmiast zapomniał o
lekceważącym traktowaniu i aż jęknął ze zdziwienia. W ogrodzie zobaczył pijanego
Stephana, na wpół niesionego przez dwie dziewczyny w skąpych tunikach.
Rzeźbiarz zatrzymał się przy fontannie, pochylił i prawie wpadł do wody.
— Nie! — zawołał ze śmiechem do podtrzymujących go dziewczyn. — Nie chcę wody,
chcę jeszcze wina! — chichocząc razem z nim, służki odciągnęły go od fontanny i cała trójka
zniknęła wśród egzotycznych krzewów.
Ktoś chrząknął za plecami Conana i Cymmerianin obrócił się.
Za nim, jedną rękę ściskając pod szyją niedopasowaną togę, stał pulchny mężczyzna
średniego wzrostu.
— Masz dla mnie wiadomość?
— Dostojny Albanus? — zapytał Conan.
Mężczyzna skinął i wyciągnął rękę. Conan powoli podał mu zapieczętowany pergamin.
Ręka mężczyzny zacisnęła się na nim niczym szczęki pułapki.
— Idź już — powiedział. — Mam pismo. Idź!
Conan odszedł.
Siwobrody szambelan, który czekał tuż za drzwiami, odprowadził go do wyjścia z pałacu,
gdzie natychmiast przejął barbarzyńcę strażnik z obciętym nosem i jeszcze jeden żołnierz.
Razem ruszyli do bramy.
Hordo podprowadził Conanowi konia. Ulga rozjaśniła jego poznaczoną bliznami twarz.
— Jeszcze chwila, a wlazłbym za tobą przez mur.
— Wszystko w porządku — rzekł Conan, dosiadając wierzchowca. — Królewski poseł jest
nietykalny. Aha, kiedy następnym razem zobaczysz Arianę, powiedz jej, że Stephano żyje.
Obecnie mieszka w tym pałacu, ciesząc się wdziękami służek.
— Chyba dziś ją zobaczę. — Hordo z zadumą wlepił oko w bramę. — Dziwne, że nie
raczył zawiadomić swych przyjaciół o tym, jak dobrze mu się powodzi.
— Nie tak dziwne jak szlachetny pan z połamanymi paznokciami i odciskami na rękach —
odparł Cymmerianin.
— Fechmistrz?…
— Nie, Hordo. Potrafię poznać odciski, jakich nabywa się od rękojeści miecza. No, ale to
nie nasza sprawa. Zajmijmy się Vegentiusem. Dziś w nocy mam zamiar uciąć sobie z nim
pogawędkę. — Conan z nachmurzoną miną odjechał od wrót, a inni dwójkami pogalopowali
za nim.

Albanus kopnął klęczącego pulchnego człowieka, teraz odzianego jedynie w brudną
przepaskę. Ten jeszcze bardziej zniżył twarz do marmurowej posadzki.
— I jak, Variusie? — zapytał swego szambelana. Jego okrutna twarz pociemniała z
niecierpliwości. — Czy dał się nabrać, że ten pies to ja? — znów kopnął klęczącego. — Czy
myślał, że jesteś szlachetnym panem, psie? Co powiedział?

background image

— Tak, panie — głos niewolnika był pełen przerażenia, nie śmiał oderwać oczu od
posadzki. — Zapytał tylko, czy jestem dostojnym Albanusem, potem dał mi pergamin i
wyszedł.
Albanus warknął ponuro. Bogowie zabawili się z nim, przysyłając człowieka, którego
śmierci pragnął, pod jego własny dach, gdzie nie mógł go tknąć nie ściągając podejrzeń
wprost na siebie i gdzie musiał ukrywać się, by nie zostać rozpoznanym. Pod własnym
dachem! I do tego w pierwszy dzień triumfu. Spojrzał na drżącego ze strachu, klęczącego
człowieka.
— Nie mogłeś znaleźć kogoś bardziej godnego, Variusie? Uwłacza mi, że w oczach tego
barbarzyńcy ten nikczemnik musiał uchodzić za moją osobę.
— Wybacz mi, panie — powiedział szambelan, kłaniając się głęboko. — Było mało czasu,
a musiałem znaleźć kogoś, na kogo pasowałaby ta toga.
Albanus skrzywił się z obrzydzeniem.
— Spal ją. Już nigdy jej nie założę. A tego odeślij z powrotem do kuchni. Jego widok
przyprawia mnie o mdłości.
Varius skinął lekko i mężczyzna na klęczkach umknął z komnaty.
— To wszystko, panie?
— Nie. Znajdź tego pijanego durnia Stephano i każ mu przyjść do pracowni. Ale najpierw
każ go otrzeźwić.

Nasz Drogi Dostojny Cantaro Albanusie. Pozdrawiamy cię i wzywamy przed Smoczy Tron,
byś udzielił Nam rady w kwestiach drogich Naszemu sercu. Wierzymy, że jako jeden z tych,
którzy kochają Nas i Nemedię, przybędziesz niezwłocznie.
Garian, Król

Dziki żar zapłonął w czarnych oczach Albanusa, gdy darł pergamin palcami zakrzywionymi
niczym szpony.
— Przyjdę do ciebie wystarczająco szybko — wyszeptał. — Swoją miłość okażę
łańcuchami i gorącym żelazem, póki na kolanach nie uznasz mnie królem. Albanus, król
Nemedii! Będziesz żebrał o śmierć z mojej ręki!
Rzucił strzępy i udał się do pracowni. Czterej strażnicy przed drzwiami wyprężyli się z
szacunkiem, ale on minął ich nie poświęcając im najmniejszej wagi.
Na podwyższeniu w środku pomieszczenia stał gliniany posąg Gariana, wreszcie
ukończony. A raczej prawie ukończony, pomyślał z uśmiechem mag. Rzeźba doskonała w
każdym szczególe, była tylko odrobinę większa od żyjącego pierwowzoru, zdawała się iść
przed siebie i miała otwarte usta. I zawierała więcej z Gariana, niż wyglądało to na pierwszy
rzut oka. Zanim Stephano zaczął rzeźbić, w glinę w trakcie magicznego obrzędu zostały
wmieszane włosy i ścinki paznokci Gariana oraz jego pot, krew i nasienie dostarczone przez
Sularię.
Za platformą wybudowano ogromny piec do wypalania, a także znajdował się tam
skomplikowany system pochylni i bloków przeznaczonych do przesuwania posągu. Ani piec,
ani pochylnie nie miały zostać użyte, jednakże Albanus pozwolił Stephanowi je zbudować,
żeby nie wzbudzić jego podejrzeń.
Teraz mag wspiął się na platformę i zaczął spychać drewnianą maszynerię na podłogę. Nie
był przyzwyczajony do wykonywania nawet najlżejszej pracy, a jednak chciał to zrobić
samodzielnie. Gdyby zawołał Stephana do pomocy, musiałby wymyślać zawiłe kłamstwa
mające zaspokoić ciekawość rzeźbiarza, a Albanus już od dawna był zmęczony
utrzymywaniem Stephana w przekonaniu, że jego pytania warte są odpowiedzi. Lepiej było
wykonać tę pracę samemu.

background image

Albanus zrzucił ostatni lewar z platformy i zeskoczył na podłogę, dla zachowania
równowagi jedną ręką opierając się o piec. Zaklął i odskoczył od szorstkiej powierzchni. Była
gorąca.
Drzwi otworzyły się i do środka wpadł Stephano, potykający się i zielony na twarzy, ale
dużo trzeźwiejszy niż wcześniej.
— Chcę, żeby wszyscy zostali wychłostani — wybełkotał pocierając usta grzbietem dłoni.
— Czy wiesz, co zrobili mi twoi niewolnicy na rozkaz Variusa? Oni…
— Głupcze! — zagrzmiał Albanus. — Rozpaliłeś w piecu! Czy nie mówiłem, byś nie robił
niczego bez mojej zgody?
— Figura jest gotowa — zaprotestował Stephano. — Musi być dzisiaj wypalona, bo inaczej
nie stwardnieje, ale się rozkruszy. Zeszłej nocy…
— Czy nie słyszałeś mego rozkazu, że tylko ja mogę palić ogień w tym pomieszczeniu?
Myślisz, że bawi mnie, gdy osobiście zapalam lampy?
— Jeżeli te olejki w glinie są tak łatwopalne — mruknął ponuro rzeźbiarz — jak zniesie ona
żar…
— Milcz! — syknął Alvanus. Jego obsydianowe spojrzenie sprawiło, że język Stephana
raptem przykleił się do podniebienia, a on sam znieruchomiał, jakby został nadziany na pikę.
Albanus lekceważąco odwrócił się doń plecami. Wyjął spod szaty trzy małe fiolki, skrawek
pergaminu i pióro. Otworzył pierwszą fiolkę — zawierała ona krew Gariana z dodatkiem
tynktury zapobiegającej krzepnięciu — zanurzył w niej pióro i starannie wypisał na
pergaminie imię króla. Posypał pergamin proszkiem z drugiej fiolki i krew natychmiast
sczerniała i wyschła. Ostatni pojemnik zawierał krew Albanusa, pobraną dziś rano. Nią,
większymi literami, na imieniu Gariana mag wypisał własne imię. Znów proszkiem wysuszył
krew.
Następnie, mrucząc inkantacje, złożył pergamin i wsunął zwitek w otwarte usta glinianej
figury.
Stephano, opierający się teraz o ścianę, zachichotał głupawo.
— Zastanawiałem się, po co kazałeś zrobić takie usta… — Na widok twarzy Albanusa
ugryzł się w język i ciężko przełknął ślinę.
Albanus wyjął kredę ze Stygii i wokół stóp figury nakreślił niekompletny pentagram, a
wewnątrz niego gwiazdę w obrębie koła. W punktach zbiegania się linii ustawił cuchnące
czarne świece, które szybko zapalił i zamknął pentagram. Cofnął się, rozpostarł szeroko
ramiona i wypowiedział słowa zaklęcia:
— Elonai me’roth sancti, Urd’vass teoheem…
W miarę jak słowa mocy spływały z języka, powietrze gęstniało. Pojawiły się w nim
srebrzyste iskry. Płomienie świec zogromniały, zasiewając w mrocznym umyśle Albanusa
nasienie strachu. Płomienie! Nie może być tak jak ostatnio! Zwalczył strach. Nie potrzebował
strachu, lecz mocy!
— …arallain Sa’m’di com’iel mart’rass…
Płomienie rosły, ale w pracowni stawało się coraz ciemniej, jak gdyby ogień miast
dostarczać, pochłaniał światło. Płomienie, posłuszne zaklęciom posępnego wielmoży, sięgały
coraz wyżej, w końcu przewyższyły glinianą figurę. Powoli, jak gdyby ugięte przez jakiś nie
dający się wyczuć wiatr, skłoniły się ku sobie, aż ich czubki zlały się w jeden. W miejscu
spotkania narodziła się błyskawica, która spłynęła w dół i ugodziła w głowę posągu,
pogrążając go w oślepiającym blasku. Krąg ognia w kolorze najczystszej bieli wyssał całe
ciepło z powietrza.
Kłęby pary buchnęły z ust Albanusa, gdy zmusił swój głos do ryku:
— Na Nieczyste Moce Trójcy, zaklinam cię! Na krew i pot i nasienie, zdobyte i upodlone,
zaklinam cię! Wstań, chodź i bądź posłuszny, bowiem ja, Albanus, zaklinam cię!

background image

Gdy ścichły ostatnie sylaby, płomienie znikły, nie pozostawiając po sobie ani śladu świec.
Figura została, ale teraz była wysuszona i spękana.
Albanus zatarł zziębnięte dłonie i wsunął je pod pachy. Tylko żeby tym razem się udało!
Zerknął na Stephana, który kulił się pod ścianą błyszczącą od szronu. Rzeźbiarz był tak
przerażony, że jego oczy nieledwie wyskakiwały z orbit. Nie było sensu odkładać niczego na
później. Albanus odetchnął głęboko.
— Rozkazuję ci, Garianie, przebudź się!
Kawałek gliny odpadł z jednego ramienia posągu i zagrzechotał na deskach. Albanus
zmarszczył czoło.
— Garianie, rozkazuję ci, przebudź się!
Cała figura zadrżała, po czym skruszona, sproszkowana glina osypała się na platformę. Pod
nią ukazał się oddychający, żywy człowiek — doskonały sobowtór Gariana, bez jednej skazy.
Stwór strzepał pył z ramienia, potem znieruchomiał, w zdumieniu mierząc wzrokiem
Albanusa.
— Kim jesteś? — zapytał.
— Jestem Albanus — odparł mroczny pan. — A wiesz, kim ty jesteś?
— Oczywiście. Jestem Garian. Król Nemedii.
W uśmiechu Albanusa zawarte było najczystsze zło.
— Na kolana, Garianie — rzekł miękko. Replika bez protestu opadła na kolana. Albanus
roześmiał się wbrew sobie, a z jego ust popłynął potok komend: — Twarzą do ziemi! Czołgaj
się! Wstań! Bieg w miejscu! Szybciej! Szybciej! — Replika króla biegła i biegła.
Łzy potoczyły się po policzkach Albanusa, ale śmiech zamarł mu na ustach, gdy spojrzał na
Stephana. Rzeźbiarz powoli wyprostował się. Na jego twarzy walczyły niepewność i strach.
— Spokój, Garianie — rozkazał Albanus, nie spuszczając oka ze Stephana. Sobowtór
znieruchomiał, oddychając z łatwością.
Stephano ciężko przełknął ślinę.
— Moja… moja praca skończona. Pójdę już — odwrócił się do drzwi, lecz wrósł w ziemie
na dźwięk ostrego głosu Albanusa:
— Twoje złoto, Stephano. Z pewnością o nim nie zapomniałeś. — Albanus wyciągnął z
fałd tuniki krótki, gruby rulon, ciasno owinięty w skórę. Zważył go w dłoni. — Pięćdziesiąt
złotych marek.
Teraz na oblicze rzeźbiarza wypełzła chciwość. Z wahaniem oblizał usta.
— Umawialiśmy się na tysiąc.
— Jestem nagi — rzekł niespodzianie sobowtór.
— Oczywiście — odparł Albanus, najwyraźniej zwracając się do obydwóch.
Podniósł z podłogi brudną szmatę, której Stephano używał w czasie pracy, i starannie starł
nią pentagram. Wiedział, że różne rzeczy mogą się zdarzyć komuś, kto spróbuje wejść do
nasyconego magią, zamkniętego pentagramu, a każda z nich będzie okropniejsza od
poprzedniej. Wszedł na platformę i podał szmatę sobowtórowi, który owinął nią biodra.
— To pierwsza rata, Stephano — mówił dalej. — Resztę dostaniesz później — wcisnął
sakwę w rękę sobowtóra. — Daj to Stephanowi — pochylił się i dodał szeptem dalsze
polecenia.
Stephano drgnął niespokojnie, gdy żywa podobizna króla Gariana zeskoczyła z platformy.
— Tyle monet — mruknął głośniej Albanus — ile razy byłem zmuszony znosić paplaninę,
wylewającą się z twych ust.
Oczy rzeźbiarza zwęziły się i przemknęły z Albanusa na zbliżającą się figurę. Stephano
rzucił się do drzwi.
Z nieludzką szybkością sobowtór pomknął za nim. Nim Stephano zdążył zrobić krok, ręka
twarda jak kamień złapała go za gardło. Wrzasnął, gdy nieubłagane palce wbiły się w mięśnie
po obu stronach szczęki, zmuszając go do otwarcia ust. Na próżno Stephano darł paznokciami

background image

trzymającą go rękę, jego palce równie dobrze mogły atakować podeszwę buta. Sobowtór
jedną ręką, jakby rzeźbiarz był dzieckiem, rzucił go na kolana. Zbyt późno Stephano zobaczył
zniżający się ku jego ustom rulon z monetami i zbyt późno zrozumiał słowa Albanusa.
Rozpaczliwie schwycił zbliżający się nadgarstek, ale z równym powodzeniem mógłby
próbować zatrzymać ramię katapulty. Sobowtór bezlitośnie wciskał złoto coraz głębiej w
gardło rzeźbiarza.
Nawet rzężenie nie wydobyło się z ust Stephana, gdy sobowtór Gariana w końcu go puścił.
Z wytrzeszczonymi oczami i purpurową twarzą, rzeźbiarz bezsilnie złapał się za szyję. Plecy
wygięły mu się w łuk, tak że tylko głową i podrygującymi piętami opierał się o podłogę.
Albanus z uśmiechem przyglądał się śmiertelnym drgawkom, a kiedy Stephano
znieruchomiał, rzekł łagodnie:
— Dziewięćset pięćdziesiąt marek pójdzie z tobą do bezimiennego grobu. Dam, co
obiecałem — ramiona mu zadrżały, gdy zaniósł się bezgłośnym śmiechem. Po chwili
uspokoił się i odwrócił do podobizny Gariana, nadal stojącej nad ciałem rzeźbiarza.. — Co do
ciebie, jest mało czasu, a wiele do nauczenia. Dziś wieczorem…

XVII

Ariana siedziała przygnębiona, wpatrując się przed siebie. Wokół niej, w głównej izbie „U
Thestis”, panowała niezwyczajna cisza. Muzycy odłożyli instrumenty, filozofowie zaprzestali
jałowych dyskusji. Wszyscy skupili się przy stołach i szeptali. Wreszcie Ariana podjęła
decyzję, wstała i podeszła do stołu Graecusa.
— Muszę z tobą porozmawiać, Graecusie — rzekła cicho. Ta śmiertelna cisza udzieliła się
również jej.
— Później — mruknął krępy rzeźbiarz, nie podnosząc głowy. Przyciszonym, naglącym
tonem zwrócił się do innych przy stole: — Mówię wam, to nie ma znaczenia, że Taras nie
żyje. Wiem, gdzie jest przechowywana broń. W pół dnia…
Ariana poczuła napływ dawnego ognia.
— Graecusie! — W tej sali szeptów jedno ostre słowo zabrzmiało jak krzyk. Wszyscy
spojrzeli na nią. — Czy nie przyszło ci do głowy, że zostaliśmy zdradzeni?
— Conan… — zaczął Graecus, ale Ariana weszła mu w zdanie.
— Nie przez Conana.
— On zabił Tarasa — wtrąciła pulchna brunetka o jasnej skórze. — Sama to widziałaś. A
teraz otwarcie zaciągnął się na służbę u Gariana.
— Tak, Gallio — rzekła Ariana. — Ale gdyby Conan nas zdradził, czy Garian nie
przysłałby po nas Złotych Lampartów? — Odpowiedziało jej milczenie. — On nas nie
zdradził. Może mówił prawdę o Tarasie. Może nie czekają na nas żadni zbrojni. Może w
pewnej chwili odkryjemy, że jesteśmy jedynie bezmyślnymi wykonawcami czyjejś woli.
— Na Mitrę! — burknął Graecus — mówisz bzdury, Ariano.
— Możliwe — westchnęła dziewczyna — ale przynajmniej porozmawiajcie o tym ze mną.
Rozwiejcie moje wątpliwości, jeżeli zdołacie. Czy wy naprawdę nie macie żadnych?
Gallia parsknęła głośno.
— Czego można spodziewać się po kimś, kto spędza tyle czasu w towarzystwie tego
prostaka?
— Dziękuję ci, Gallio. — Ariana uśmiechnęła się po raz pierwszy od czasu, gdy zobaczyła
Conana stojącego nad ciałem Tarasa. Odeszła od stołu i zabrała swój płaszcz. Graecus oraz
pozostali popatrzyli na nią tak, jakby zwariowała.
Zrozumiała, że musi odnaleźć Horda. Oczywiście nie po to, by z nim porozmawiać. Gdyby
opowiedziała mu o swych wątpliwościach, on odburknąłby jej szorstko, że Conan nigdy
nikogo nie zdradził. Potem uszczypnąłby ją i spróbował znaleźć drogę do jej łóżka. Robił to

background image

już wcześniej. Ariana wspominając go przypomniała sobie jego słowa, że Stephano żyje i
przebywa w pałacu dostojnego Albanusa. Rzeźbiarz miał bystry umysł i lekki język, dopóki
nie skwasiła go zazdrość o Conana. Albo teraz Stephano rozproszy jej wątpliwości i
przekona, że wielki Cymmerianin jest winny, albo sam zmieni zdanie i powróci z nią do
„Thestis”, aby pomóc jej przekonać pozostałych. Szczelnie otuliła się płaszczem i wybiegła
na ulicę.
Kiedy dotarła do ulicy Żalów, zaczęła żałować, że opuściła „U Thestis”. Ta ulica, zawsze
tak pełna życia, obecnie świeciła pustkami. Hulał po niej jedynie wiatr, wlokący śmiecie po
bruku. Tu frunęła wielobarwna czapeczka żonglera, tam jakaś brudna i podarta szarfa… W
oddali zawył pies, a dźwięk ten odbił się echem w pustych ulicach. Ariana zadrżała i
przyśpieszyła kroku.
Do pałacu Albanusa dotarła biegiem, chociaż nikt jej nie ścigał. Poza pustką. Zadyszana
dopadła bramy, jej drobna piąstka załomotała w okute żelazem deski.
— Wpuśćcie mnie!
W małym otworze ukazało się podejrzliwe oko strażnika. Przesunęło się w obie strony, by
sprawdzić, czy ktoś jej towarzyszy.
— Na miłosierdzie Mitry, wpuśćcie mnie!
Szczęknęły zasuwy i strażnik uchylił skrzydło bramy na tyle, by mogła przecisnąć się do
środka.
Nim zrobiła krok, silne ramiona uniosły ją w górę. Rozległ się chrapliwy śmiech. Sapnęła,
gdy czyjaś ręka brutalnie ścisnęła jej pośladek. Zobaczyła wąską twarz, której brakowało
nosa.
— Świetna sztuka! Starczy, by nas rozgrzać. — Dziesiątka wartowników roześmiała się
wraz ze swym dowódcą.
Wesołość zniknęła z jego twarzy, gdy tuż nad uchem poczuł czubek krótkiego sztyletu.
— Jestem dostojna Ariana Pandarian — wysyczała zimno dziewczyna. Na Mitrę, ile czasu
minęło, od kiedy po raz ostatni użyła tego nazwiska i tytułu? — I jeżeli dostojny Albanus coś
z was zostawi, to nie wątpię, że mój ojciec zajmie się resztą.
Trzymające ją ręce opadły jak poparzone. Jej stopy zadudniły o ziemię.
— Przepraszam, dostojna pani — wystękał wartownik. Pozostali gapili się na nią z
rozdziawionymi ustami. — Pozdrawiamy cię, pani. Nie miałem zamiaru…
— Sama znajdę drogę — oznajmiła wyniośle i odeszła, podczas gdy on nadal próbował
znaleźć słowa przeprosin.
Przybywała do wielkopańskiego pałacu bez sług i strażników, co rzeczywiście mogło
wydać się dziwne. Idąc kamiennym chodnikiem zadecydowała, że jej jedyną nadzieją może
być właśnie bezczelność. Kiedy siwobrody mężczyzna otworzył przed nią jedne z wielkich,
rzeźbionych odrzwi, ogromne orzechowe oczy Ariany spojrzały nań twardo.
— Jestem dostojna Ariana Pandarian — oznajmiła. — Prowadź mnie do rzeźbiarza,
Stephano Melliarusa.
Szambelanowi szczęka opadła. Wyjrzał na chodnik, jakby wypatrując towarzyszącej
dziewczynie świty.
— Wybacz mi… pani… ale… nie znam nikogo o tym nazwisku.
Minęła go i weszła do ozdobionego licznymi kolumnami holu.
— Prowadź mnie więc do dostojnego Albanusa — rozkazała ostro, choć nie mogła
opanować wewnętrznego drżenia. Załóżmy, że Conan się pomylił. Może Stephana tu nie ma?
Jednak myśl o powrocie na te opuszczone ulice dodała jej sił.
Usta szambelana poruszyły się, a broda zatrzęsła, nim w końcu wydusił:
— Pójdź za mną, proszę — i po chwili dodał: — dostojna pani.
Pomieszczenie, w którym ją zostawił, zanim odszedł, by „zawiadomić dostojnego
Albanusa” o jej przybyciu, było rozległe. Gobeliny miały jasne barwy. Po mroku panującym

background image

na ulicach migotanie stojących tu złotych lamp zdawało się przyjazne i wesołe. Ale przytulne
otoczenie nie zmniejszyło jej napięcia. Co będzie, jeżeli szuka kogoś, kogo tu nie ma, robiąc z
siebie idiotkę? Jej fasada arogancji zaczęła wykruszać się kawałek po kawałku. Kiedy wszedł
Albanus, jego surowe spojrzenie zmiotło ostatnie resztki.
— Szukasz człowieka zwanego Stephano — powiedział bez wstępu. — Dlaczego myślisz,
że on tu jest?
Ariana przyłapała się na tym, że wykręca sobie palce i zamiast tego zacisnęła je kurczowo
na płaszczu, ale nie mogła pohamować strumienia słów:
— Muszę z nim pomówić. Nikt inny nie chce ze mną rozmawiać, a Taras nie żyje, Conan
mówi, że on nas zdradził i… — przerwała i wciągnęła długi, drżący oddech. — Wybacz,
szlachetny Albanusie. Jeżeli Stephana tu nie ma, pójdę już.
Ciemne oczy Albanusa rozszerzyły się w trakcie jej chaotycznej przemowy. Wsunął rękę do
sakiewki u pasa i powiedział:
— Zaczekaj. Widziałaś kiedyś coś takiego?
Wyjął kamień o barwie ognistej bieli. Przesunął go ku dziewczynie i wymruczał słowa,
których nie mogła dosłyszeć.
Oczy Ariany, mimo iż ona tego nie chciała, przywarły do kamienia niczym żelazo do
magnesu. Nagle z klejnotu wystrzelił blady promień, który oświetlił jej twarz. Sapnęła ciężko,
jak uderzona. Przepełniła ją panika. Musi uciekać! Ale mogła jedynie drżeć i dreptać
bezradnie w jednym miejscu, gdy jaskrawa biel zaćmiewała jej oczy. Biegnij! — krzyknęła w
myślach. Dlaczego? — nasunęło się pytanie. Panika zniknęła. Wola zniknęła. Promień
zamrugał, a ona stała, oddychając spokojnie, wpatrzona w blady kamień, który teraz zdawał
się bardziej ognisty niż wcześniej.
— Zrobione — usłyszała pomruk Albanusa — ale jak dobrze? — Głośniej rozkazał: —
Rozbierz się, dziewczyno.
Jakiś maleńki zakątek jej istoty przywiódł rumieniec na pobladłe policzki, ale Ariana
podporządkowała się poleceniu. Szybko zrzuciła płaszcz, rozwiązała wstążki podtrzymujące
suknię. Szaty opadły na stertę u jej stóp, a ona stała, opierając ręce na biodrach. Czekała.
Albanus zmierzył wzrokiem jej krągłą nagość i uśmiechnął się bez wesołości.
— Jeżeli tak chętnie wykonałeś ten rozkaz, to powiesz mi prawdę. Taras, dziewczyno.
Naprawdę nie żyje? Jak umarł?
— Conan go zabił — odpowiedziała obojętnym tonem.
— Niech Erlik porwie tego przeklętego barbarzyńcę! — warknął mag. — Nic dziwnego, że
Vegentius nie mógł znaleźć Tarasa. I jak mam teraz wydać rozkazy… — ucichł nagle i
spojrzał na nią z zadumą. — Ty jesteś jednym z tych głupich dzieciaków, które „U Thestis”
paplają o rebelii, prawda?
— Tak — odpowiedziała z wahaniem, bowiem jego słowa zdawały się wrogie. Jednakże
zdenerwowanie, jakie poczuła, było niewyraźne i odległe.
Palce Albanusa zacisnęły się na jej podbródku, podniosły głowę i wpiły się boleśnie w
policzki, ale ona nie zaprotestowała. Jej ogromne oczy otwarcie spojrzały w obsydianowe
szczeliny pod powiekami Albanusa.
— Kiedy zechcę, by ulice zapełniły się wyjącą tłuszczą — powiedział miękko mag — ty
zaniesiesz wiadomość do „Thestis” i powiesz dokładnie to, co każę.
— Tak. — Ariana poczuła coś jakby ugryzienie komara, jakiś nakaz wzywający do oporu,
ale po chwili to wrażenie przeminęło.
Mag pokiwał głową.
— Dobrze. Teraz ten Conan. Co ci powiedział o zdradzie?
— Że Taras nie wynajął żadnych zbrojnych, by nam pomogli. Że ktoś używa nas do
własnych celów.

background image

— Czy podał nazwisko? — zapytał ostro Albanus. Przecząco potrząsnęła głową. Mówienie
męczyło ją.
Chciała spać.
— Nieważne — mruknął Albanus. — Nie doceniłem tego barbarzyńcy. Z każdą chwilą
staje się coraz bardziej niebezpieczny. Variusie! Posłaniec do Vegentiusa! Szybko, jeżeli
cenisz własną skórę! Stań prosto, dziewczyno.
Ariana wyprostowała się posłusznie i bez zainteresowania patrzyła, jak Albanus pisze list.
Chciała tylko spać, ale wiedziała, że nie może tego zrobić bez zgody swego pana. Teraz
całkowicie podporządkowała się jego woli. Nie ostała się w niej nawet najmniejsza chęć
oporu.

XVIII

Głębokie dudnienie dzwonu ogłosiło upływ pierwszej godziny po zachodzie słońca. Conan
wysunął się zwinnie z łóżka w swej komnacie. Był już przygotowany do nocnej wyprawy.
Nie założył butów ani kolczugi, nie przypasał też miecza, który stanowiłby zawadę. Był
uzbrojony jedynie w sztylet.
Podszedł do okna, wszedł na kamienny parapet, wykręcił z kocią zręcznością i znalazł
uchwyt na wyższym gzymsie. Ludzie nie są przyzwyczajeni do patrzenia w górę, dzięki temu
najlepszym sposobem niezauważalnego przemieszczania się z miejsca na miejsce jest
chodzenie po dachach. Gnane wiatrem chmury omywały opasły księżyc, rzucając ruchliwe,
roztańczone cienie. Conan stał się jednym z nich.
Nawet na tym wygładzonym kamieniu zręczne palce rąk i nóg znajdowały szczeliny i
pęknięcia. Kamienne gzymsy i skraje fryzów pozwoliły Conanowi szybko dostać się na dach.
Po chwili barbarzyńca był po drugiej stronie. Tutaj, w obrębie pałacu, nie było straży.
Znajdował się teraz dwa piętra nad wyłożonym kamieniami dziedzińcem.
Nagle w pałacu rozległ się dźwięk rogu zwołującego żołnierzy. Conan zamarł wśród cieni.
Dotarły do niego okrzyki, ale nie mógł rozróżnić słów. Zmarszczył brwi. Vegentius z
pewnością zostanie wezwany. A jednak alarm nie był duży, ponieważ nowe światła nie
rozproszyły mroku panującego w krużgankach. W końcu hałas ucichł. Vegentius z pewnością
wróci teraz do swojej kwatery. Wilczy uśmiech wykrzywił twarz Cymmerianina. Po powrocie
komendant zastanie u siebie kogoś zadającego pytania i żądającego odpowiedzi.

Ruszył dalej po dachu, wspiął się na następny mur i pobiegł, nie zważając na śmierć, która
powitałaby go, gdyby tylko omsknęła mu się stopa czy zawiódł jakiś uchwyt. Wreszcie
zatrzymał się, położył płasko na brzuchu, przerzucił biodra i nogi nad krawędzią dachu i
opuścił się do okna kwatery Vegentiusa.
Sztylet wysunął się z pochwy i wielki Cymmerianin wszedł do pokoju cicho niczym duch.
Wewnątrz płonęło kilka brązowych lamp, oświetlających sypialnię i drugą komnatę. Jak się
spodziewał, obydwa pomieszczenia były puste. Z ponurym uśmiechem stanął przy drzwiach
wewnętrznego pokoju i zastygł w oczekiwaniu.
Długo czekał trwając bez ruchu, cierpliwie niczym drapieżny zwierz. Kiedy usłyszał
skrzypnięcie otwieranych drzwi zewnętrznej komnaty, poruszyła się jedynie ręka zaciśnięta
na sztylecie. Usłyszał kroki jednego człowieka i rozpłaszczył się na ścianie.
Do sypialni weszła wysoka postać, odziana w długi płaszcz i hełm z czerwonym
grzebieniem, noszonym jedynie przez dowódcę Złotych Lampartów. Pięść Conana trzasnęła
w kark mężczyzny, który z jękiem zwalił się na podłogę. Cymmerianin wytrzeszczył oczy. To
nie był Vegentius.
I wtedy do komnaty wlała się wyjąca horda w złocistych płaszczach. Conan ryknął z
wściekłości. Jego sztylet znalazł gardło jednego z żołnierzy, ale został wyrwany z jego ręki,

background image

gdy umierający osuwał się na podłogę. Conan zaczął walczyć gołymi rękami. Zęby sypały się
pod ciosami podobnej do młota pięści. Jednego żołnierza wyrzucił przez okno, którym sam
się zakradł, jednak zaraz potem ugiął się pod ciężarem napastników. Powalili go na plecy i po
trzech złapali za ręce i nogi. Conan wykręcił się i napinał mięśnie, lecz choć wielu z nich
pluło krwią, nie zdołał wywalczyć wolności.
W drzwiach pojawił się Vegentius, bez hełmu i płaszcza, za to z błyskiem mściwej
satysfakcji w podbitych oczach.
— Widzisz, że miałem rację — powiedział do kogoś w drugim pokoju. — Zamierzał zabić
mnie pierwszego. Wtedy, gdyby twoja śmierć została odkryta przed jego ucieczką, moja
nieobecność utrudniałaby śledztwo.
Do pokoju wszedł owinięty w płaszcz Garian. Siniak nadal odcinał się wyraźnie na jego
pobladłej twarzy. Stanął patrząc na powalonego Conana ze zdumieniem graniczącym z
przerażeniem.
— Nawet gdy widzę to na własne oczy, trudno mi uwierzyć — wyszeptał i zadrżał. —
Dziesiątki razy miał mnie na czubku miecza…
— Ale wtedy zostałby uznany za mordercę i nie miałby cienia szansy, by uciec — podsunął
gładko Vegentius.
— Kłamca! — Conan splunął na barczystego żołnierza. — Przyszedłem tutaj, by zmusić cię
do przyznania się do zdrady!
Twarz Vegentiusa pociemniała. Komendant położył dłoń na mieczu, ale Garian
powstrzymał go ruchem ręki. Król podszedł bliżej i zwrócił się do Cymmerianina:
— Posłuchaj mnie, Conanie. Przed zapadnięciem zmroku Vegentius aresztował tych, którzy
z tobą spiskowali. Mężczyznę imieniem Graecus, kobietę Gallię oraz czterech innych.
Zaprzeczysz, że ich znałeś albo że spiskowali przeciw tronowi?
Conanowi pociemniało w oczach. Czy Ariana była wśród pojmanych? Jeżeli zapyta o nią,
będzie to równoznaczne z wydaniem dziewczyny, jeśli jeszcze jej nie mają.
— Głupie dzieciaki — powiedział. — Strawiliby życie na próżnym gadaniu. Osiwieliby i
stracili zęby, nie czyniąc nikomu szkody. Ale ci, którzy chcieli ich wykorzystać, to co innego
— urwał i stęknął, gdy but Vegentiusa wbił mu się pod żebra.
Garian kazał cofnąć się żołnierzowi i mówił dalej:
— Vegentius poddał przesłuchaniu tych, których nazywasz nieszkodliwymi, i w przeciągu
dwóch obrotów klepsydry wydusił z nich prawdę. Przyprowadził do mnie zdrajców, którzy
mogli jeszcze mówić, i z ich ust usłyszałem wyznanie, że celem spisku było zamordowanie
mnie oraz że to ty miałeś dzierżyć narzędzie mordu.
— Nie jestem mordercą! — zaprotestował Conan, ale Garian kontynuował tak, jakby nie
usłyszał.
— Zaalarmowano straże, zaczęto cię szukać. I znaleziono, czekającego w zasadzce, ze
sztyletem w ręku. Tym postępkiem podpisałeś na siebie wyrok.
— Przed świtem zatknę jego głowę na pice — powiedział Vegentius.
— Nie — rzekł cicho Garian. — Ufałem mu — ceremonialnym gestem wytarł ręce w skraj
płaszcza. Jego oczy zimno wpatrzyły się w Conana. — Dużo czasu minęło, od kiedy ostatni
raz orzeczono starożytną karę za spiskowanie przeciwko temu, kto nosi Koronę Smoka. Niech
teraz kara ta zostanie przywołana do życia.
Vegentius spojrzał najpierw na niego, potem na Conana i wybuchnął śmiechem.
— Starożytna kara, barbarzyńco! Wspaniale! Do lochu z nim!
Jeden z tych, którzy trzymali Conana, przesunął się nieco. Cymmerianin zobaczył opadającą
głowicę miecza, a potem jego umysł spowiła ciemność.

XIX

background image

Albanus, siedzący w lektyce niesionej krętymi uliczkami Dzielnicy Świątyń do
królewskiego pałacu, uśmiechnął się do siebie. Rozkoszował się każdym krokiem tragarzy,
zbliżającym go do nieuchronnego zwycięstwa.
Przed lektyką kroczyli dwaj ludzie z pochodniami, a wokół dwudziestu strażników. Ulice
były puste niczym tysiącletni grobowiec. Najważniejsi słudzy szli po obu stronach lektyki,
odziani w ciężkie płaszcze i kaptury. Byli to Ariana i sobowtór Gariana.
Orszak zbliżył się do bram pałacu i Albanus rzucił krótki rozkaz. Lektykę postawiono na
ziemi. W chwili gdy mag wysiadł, na zwodzonym moście pojawił się Vegentius. Albanus
spojrzał na strażników i pytająco podniósł brwi.
— Tak jak chciałeś — zaczął cicho żołnierz — wszyscy ludzie trzymający dziś straż są mi
wierni. To moi najlepsi.
— Dobrze — powiedział Albanus. — A Conan?
— W lochach. Garian tyle gadał o starożytnej karze za zdradę, że nie mogłem zabić go od
ręki — czerwony grzebień hełmu zatrząsł się, gdy Vegentius splunął ze złością. — Ale może
iść do tego samego bezimiennego grobu co Garian.
Albanus roześmiał się cicho.
— Nie, Vegentiusie. Ta starożytna kara pasuje, by położyć kres plugawemu żywotowi tego
barbarzyńcy.
— Lepiej zabić go od razu — sprzeciwił się komendant, ale nie upierał się dalej. Zgarbił
plecy i spróbował zajrzeć pod kaptur stojącego za Albanusem sobowtóra. — Czy naprawdę
wygląda jak…
— Idziemy — uciął Albanus i ruszył do bramy. Ariana i fałszywy Garian podążali za nim.
Vegentiusowi nie pozostało nic innego, jak zrobić to samo.
Mag triumfalnie przemaszerował przez most i wszedł do pałacu. Niejeden raz kroczył tymi
korytarzami, ale teraz szedł jak zdobywca. Kiedy cienie poruszyły się nagle i przybrały postać
Sularii, spojrzał na nią z władczą furią.
— Co tutaj robisz, kobieto?! Kazałem ci czekać w swoich komnatach, póki po ciebie nie
poślę.
Odważnie spojrzała mu w twarz. Nawet w skąpym świetle widać było, że w jej oczach
płonie posępny żar.
— Chcę widzieć, jak padnie przed tobą na kolana.
Albanus z wolna pokiwał głową. To było nawet przyjemne.
— Ale milcz — ostrzegł. Odchylając ramiona do tyłu i zadzierając wysoko głowę, niczym
król we własnym pałacu, ruszył dalej.
Przed drzwiami do komnat króla stało czterech strażników. Wszyscy wyprężyli się
służbiście na widok nadchodzących.
Vegentius wysunął się do przodu.
— Śpi? — zapytał. Jeden ze strażników przytaknął ruchem głowy. — Kto z nim jest?
— Tylko służebna dziewka — odparł strażnik.
— Zabij ją — powiedział Albanus, a Vegentius wytrzeszczył oczy.
— Mówiłeś, że odbierzesz jej pamięć i skłonisz do posłuszeństwa, Albanusie. Ktoś może
zainteresować się jej zniknięciem.
— Tego sposobu można użyć tylko wobec jednej osoby naraz — odrzekł Albanus,
mimowolnie gładząc sakiewkę z białym kamieniem. — Zabij ją.
Vegentius skinął na strażnika. Mężczyzna wślizgnął się do komnaty i chwilę później wrócił
ze skrwawionym mieczem.
Albanus wkroczył do środka, nie poświęcając nawet jednego spojrzenia skulonym zwłokom
kobiety leżącym obok przewróconego stołka. Za drugimi drzwiami znajdowała się sypialnia
Gariana. Panował w niej półmrok knoty lamp były mocno przykręcone. Garian spoczywał na
łożu wśród skłębionej pościeli.

background image

— Podkręć lampy, Sulario — rozkazał szeptem Albanus. Blondynka, nie odrywając wzroku
od człowieka na łóżku, bez słowa spełniła polecenie. Do dwóch zakapturzonych postaci
powiedział: — Zdejmijcie płaszcze.
Vegentius sapnął na widok sobowtóra.
— To sam Garian!
Sularia odwróciła się od lamp, ale okrzyk zdumienia na widok bliźniaczego króla zamarł jej
na wargach, gdy zobaczyła Arianę.
— Kim ona jest?
Ariana patrzyła wprost przed siebie, bezwolnie czekając na kolejny rozkaz swego pana.
Sobowtór króla rozglądał się po komnacie.
Garian nagle usiadł. Z każdą chwilą bardziej zdumiony, przenosił spojrzenie z Albanusa na
Sularię i Vegentiusa.
— Co…? — zaczął, ale słowa zamarły mu w gardle. Z otwartymi ustami wlepił oczy w
kopię samego siebie. Fałszywy król zerknął nań z zaciekawieniem.
Albanus miał ochotę wybuchnąć śmiechem.
— Garianie — zaczął szyderczo — oto ten, kto przez ostatnie dni panowania twej dynastii
będzie zasiadał na Smoczym Tronie. Bowiem panowanie twe właśnie dobiegło końca.
— Straż! — krzyknął Garian. Wyciągnął spod poduszki sztylet i zeskoczył z łóżka. —
Straż!
— Bierz go — rozkazał Albanus sobowtórowi.
Uzbrojona ręka Gariana śmignęła jak błyskawica i z łatwością została schwytana przez
nieludzko silną dłoń. Zdumienie malujące się na twarzy króla ustąpiło bólowi, palce
zacieśniły uchwyt. Sztylet wypadł z pozbawionej czucia dłoni.
Nim ostrze zadźwięczało na podłodze, druga ręka sobowtóra zacisnęła się na gardle króla,
podnosząc go tak, że stopy Gariana straciły oparcie. Na twarzy sobowtóra nie uwidocznił się
ani ślad wysiłku, ani jakichkolwiek emocji, gdy wpatrywał się w czerwieniejące oblicze króla.
Szamotanina Gariana stopniowo słabła, a w końcu ustała. Sobowtór niedbale otworzył dłoń i
pozwolił, by bezwładne osunęło się na podłogę.
Albanus pochylił się nad królem. Siniaki znaczyły szyję Gariana jeszcze jeden widniał na
policzku, chociaż Albanus nie przypominał sobie, by sobowtór zadał jakiś cios. Szeroka
klatka piersiowa unosiła się i opadała. Garian żył.
Vegentius, który stał z otwartymi ustami i na poły dobytym mieczem od momentu, gdy
sobowtór ruszył na króla, teraz z trzaskiem schował broń i chrząknął. Ani na chwilę nie
spuszczał oczu z kopii Gariana.
— Nie każesz mu go zabić?
— Jestem królem Garianem — powiedział do żołnierza sobowtór.
Komendant zaklął pod nosem.
— Milcz — rozkazał Albanus i wyprostował się. Ten — trącił butem nieprzytomnego
Gariana — potwierdzi moje prawa do tronu, zanim pozwolę mu umrzeć.
— To niebezpieczne — zaprotestował Vegentius. — Miał umrzeć teraz.
— Dość! — warknął Albanus. — Zakuj go w łańcuchy i zamknij w lochach pod moim
pałacem. Nie chcę nic więcej słyszeć na ten temat.
Vegentius skinął niechętnie i odwrócił się do wyjścia.
— I, Vegentiusie — dodał cicho mag — dopilnuj, by ci, którzy wykonają to zadanie,
zniknęli. Im mniej języków, tym lepiej.
Wielki żołnierz przystanął sztywno przy drzwiach, po czym wyszedł bez słowa. Ale
Albanus był pewien, że wykona ten rozkaz.
— Kim jest ta kobieta? — zapytała ponownie Sularia.

background image

Albanus spojrzał na nią z rozbawieniem, zastanawiając się, czy w jej ślicznej główce jest
miejsce na dwie myśli naraz. Ze wszystkiego, co wydarzyło się na jej oczach, najważniejsza
była Ariana.
— Nie przejmuj się. Rano zostaniesz szlachetną panią. To — dotknął pozbawionej wyrazu
twarzy Ariany — to tylko narzędzie do wykucia drogi do Smoczego Tronu. Narzędzie, które
zostanie wyrzucone po wykorzystaniu.
Popatrzył drwiąco na Sularię i na jego twarzy pojawił się uśmiech. Narzędzie, które zostało
wykonane jedynie po to, aby wyrzucić je po wykonaniu zadania, powtórzył w myślach.

XX

Conan oprzytomniał i zdał sobie sprawę, że wisi rozpostarty na łańcuchach na środku lochu.
Dwie lampy na wysokich trójnogach rzucały na podłogę wielkie kręgi światła, ale ścian
nigdzie nie było widać. Łańcuchy skuwające nadgarstki ginęły w mroku nad głową. Te przy
kostkach były przymocowane do masywnych pierścieni osadzonych w chropowatych
kamiennych blokach posadzki. Tunika zniknęła. Cymmerianin miał na sobie jedynie wąską
przepaskę na biodrach.
Bez nadziei na to, że uda mu się uwolnić, napiął muskuły i ciągnął, póki pot nie zrosił mu
czoła i nie spłynął po szerokich piersiach. Łańcuchy nie ustąpiły nawet odrobinę.
Raptem z ciemności dobiegł szelest ubrania i męski głos:
— Oprzytomniał, pani. — I po chwili: — Tak, pani.
W kręgu światła pojawili się dwaj mężczyźni, krzepcy, z wygolonymi głowami, obnażeni
do pasa. Jeden miał bliznę na bezwłosych piersiach, jakby napiętnowano go kiedyś
rozżarzonym żelazem. Drugi od szyi w dół był owłosiony niczym małpa, a na jego okrągłej
twarzy malował się przerażająco dobroduszny uśmiech. Obaj trzymali w garściach zwinięte
bicze.
W milczeniu stanęli po obu stronach Cymmerianina, który wytężył oczy, by przebić
ciemność. Kim była ta „pani”?
Bicz zasyczał w powietrzu i użądlił Conana w pierś. Gdy pierwszy z oprawców brał
następny zamach, batog drugiego uderzył barbarzyńcę w biodra. Potem rzemień owinął się
wokół łydki. Ciosy były zadawane na oślep, nie można było przygotować się na przyjęcie
razów, które niczym kwas wżerały się w ciało.
Muskuły szczęk Conana nabrzmiały z wysiłku. Nie chciał nawet otworzyć ust, by wciągnąć
w płuca powietrze, którego domagało się udręczone ciało. Bał się, że gdyby tak zrobił, to nie
zdołałby powstrzymać jęku bólu, a stąd byłby tylko krok do nie kończącego się krzyku.
Kobieta obserwująca go z ciemności chciała, by krzyczał. On nie zamierzał dać jej tej
przyjemności.
Dwaj mężczyźni nie zaprzestali chłosty, póki ciało Conana nie zwisło bezwładnie na
łańcuchach, a głowa nie opadła na szerokie piersi. Pot palił żywym ogniem pręgi, które
pokryły go od kostek po ramiona. Z niektórych sączyła się krew.
Usłyszał dobiegający z ciemności brzęk monet i ten sam męski głos powiedział:
— Wielceś hojna, pani. Gdybyś nas potrzebowała, będziemy tuż za drzwiami — zapadła
cisza. Po chwili skrzypnęły zawiasy i zadudniły zamykane drzwi.
Conan podniósł głowę.
W krąg światła weszła powoli kobieta w szarym woalu. Zatrzymała się i wpatrzyła w niego.
— Ty! — warknął Cymmerianin. — Czy to ty próbowałaś mnie zabić? Czy jesteś jedną z
tych, którzy szczują na Gariana niedowarzonych młodzików „U Thestis”? Czy to ty
wpakowałaś mnie tutaj za pomocą kłamstw?

background image

— Próbowałam cię zabić — przyznała miękko. Oczy Conana zwęziły się. Ten głos był taki
znajomy! Ale do kogo należał? — Jednak powinnam była wiedzieć, że w Nemedii nie ma
człowieka, który mógłby tego dokonać.
W swym obecnym położeniu znalazłeś się wyłącznie dzięki sobie. Miło mi to widzieć,
Conanie z Cymmerii.
— Kim jesteś?
Jej ręka wzniosła się ku twarzy i odrzuciła woale. Ukazały się nie zniekształcenia po
chorobie, ale nieskazitelna skóra, gładka niczym kość słoniowa. Znad wysokich kości
policzkowych patrzyły lekko skośne szmaragdowe oczy. Twarz okalała burza kasztanowych
włosów.
— Karela — sapnął barbarzyńca. Zastanowił się, czy nie zaczyna majaczyć z bólu.
Czerwony Jastrząb, ognista bandytka z równin Zamory i turańskich stepów, w Belverus
udająca damę wysokiego rodu! Wydawało się to niewiarygodne.
Jej piękna twarz pozostała niewzruszona, głos opanowany.
— Nie przypuszczałam, że cię jeszcze zobaczę, Cymmerianinie. Kiedy ujrzałam cię owego
dnia w dzielnicy targowej, pomyślałam, że padnę trupem na miejscu.
— Widziałaś Horda? Musisz wiedzieć, że jest tutaj i nadal ma nadzieję, że cię odnajdzie. —
Conan zdobył się na krzywy uśmiech. — Pracuje z przemytnikami, którymi dowodzisz.
— Więc dowiedziałeś się tak wiele — powiedziała Karela ze zdumieniem. — Nikt poza
głupcem nie może uznać cię za głupca. Widok Horda w Khorshemish zaskoczył mnie prawie
tak samo, jak spotkanie ciebie. Jednak nie zdradziłam się przed nim. Był jednym z moich
najwierniejszych psów, inni również byli mi wierni, a jednak złoto wyznaczone za moją
głowę w Zamorze i Turanie okazało się silniejsze. Myślisz, że noszę te woale dla
przyjemności ukrywania twarzy?
— To było dawno, Karelo. Zapewne już o tobie zapomnieli.
Jej opanowanie w jednej chwili rozsypało się w pył.
— Czerwony Jastrząb nigdy nie zostanie zapomniany! — Szmaragdowe oczy rozbłysły,
gdy stanęła przed nim na rozstawionych nogach, pięściami podpierając się pod boki. Oczami
wyobraźni Conan zobaczył wysadzaną klejnotami rękojeść szabli na jej biodrze.
— Dlaczego pragnęłaś mojej śmierci, Karelo?
— Dlaczego? — syknęła w pełnym furii zdumieniu. — Czyżbyś już zapomniał, jak
zostawiłeś mnie nagą i skutą w łańcuchy w drodze na targ, gdzie miałam stać się własnością
tego, kto da najwyższą cenę?
— Związałaś mnie słowem, Karelo. Nigdy nie podnoś ręki w mojej obronie…
— Oby Derketo zniszczyła ciebie i twoje przysięgi, Cymmerianinie!
— Poza tym miałem w sakiewce pięć miedziaków. Myślisz, że sprzedano by cię za taki
lichy pieniądz?
— Kłamiesz! — wysyczała. — Nie chciałam przejść pod twoje rozkazy, więc pozwoliłeś
mnie sprzedać!
— Mówię ci…
— Kłamca! Kłamca!
Conan warknął i zagryzł zęby. Nie chciał się z nią dalej wykłócać. Ani błagać. Tego
ostatniego nigdy się nie nauczył.
Karela, chodząc nerwowo, miotała słowa niczym sztylety.
— Chcę, byś wiedział, jak zostałam poniżona, Cymmerianinie. Chcę, byś poznał moje
upodlenie i zapamiętał je na zawsze. Niech stanie się ono kolcem, który będzie cię kłuł, gdy
znajdziesz się w kopalniach. Niech przypomina ci o tym, że gdy król ogłosi amnestię, ja
dopilnuję, by złoto wsunięte we właściwe ręce sprawiło, że jeden więzień zostanie pominięty.
— Wiedziałem, że uciekniesz — mruknął Conan. — Co oczywiście zrobiłaś.

background image

Szmaragdowe oczy zamknęły się na chwilę. Karela zaczęła opowiadać bezbarwnym tonem,
nie patrząc na Conana.
— Kupił mnie kupiec Haffiz i umieścił w swym haremie z czterema dziesiątkami innych
kobiet. Tego samego dnia uciekłam. I tego samego dnia zostałam złapana i oćwiczona, trzciną
po piętach. Nie krzyczałam, ale przez cztery dni mogłam tylko kuśtykać. Za drugim razem
byłam wolna przez trzy dni. Po powrocie przydzielono mnie do kuchni, do szorowania garów.
Conan, mimo swego niewesołego położenia, zachichotał.
— Głupiec, myślał, że w ten sposób cię poskromi!
Odwróciła się ku niemu, i choć jej ton był łagodny, w oczach płonął morderczy ogień.
— Trzeci raz zostałam złapana już przy przełażeniu przez mur. Splunęłam Haffizowi w
twarz, powiedziałam, żeby mnie zabił, bo nigdy mnie nie złamie. Haffiz wybuchnął
śmiechem. Powiedział, że uważam się za mężczyznę i że trzeba nauczyć mnie czego innego.
Od tej pory przez cały czas chodziłam tak, jakbym zaraz miała pójść do łoża swego pana; w
najczystszych jedwabiach i namaszczona najwonniejszymi pachnidłami, z czernidłem na
powiekach oraz różem na ustach i policzkach. Musiałam nauczyć się tańczyć, grać na
instrumentach, recytować poezję. Jakiekolwiek uchybienie spotykało się z natychmiastową
karą. Ale, skoro byłam młodą dziewczyną, która uczyła się być kobietą, kara też musiała być
odpowiednia. Karano mnie niczym krnąbrne dziecko. Jakże on się śmiał!
Conan odrzucił w tył głowę i również ryknął śmiechem.
— Niczym dziecko!
Karela zawrzała gniewem. Wzniosła pięść i zamierzyła się. Wyglądała tak, jakby pragnęła
mieć siłę wystarczającą do pozbawienia go przytomności.
— Co ty możesz o tym wiedzieć, głupcze? Dziesięć razy na dzień musiałam wystawiać
pośladki pod rózgę. Wlewano mi łyżkami tran do gardła. Wstydzę się o tym nawet myśleć!
Śmiej się, ty barbarzyński ośle! W taki oto sposób przez rok byłam zmuszana do
posłuszeństwa. Żałowałam, że zamiast tego nie tyram w kopalniach!
Conan najwyższym wysiłkiem woli stłumił wesołość.
— Myślałem, że uciekniesz najdalej po pół roku. Ale Czerwony Jastrząb okazał się
drozdem w srebrnej klatce.
— Dniami i nocami wypatrywałam okazji — zaprotestowała żarliwie. — I uciekłam, z
mieczem w dłoni.
— Bo zmęczyło cię wysyłanie do łóżka bez kolacji? — Chichot zadudnił w potężnych
piersiach Conana.
— Oby Derketo przeklęła twoje oczy! — zawyła Karela. Podbiegła do niego i zabębniła
drobnymi piąstkami w wielką klatkę piersiową. — Niech cię Erlik porwie, ty cymmeriański
bękarcie! Ty… ty… — nagle zachwiała się i oparła o niego dla. — zachowania równowagi.
Delikatny policzek przywarł do jego piersi. Conan zdumiał się na widok łez w kącikach jej
oczu.
— Kochałam cię — wyszeptała. — Kochałam cię.
Muskularny Cymmerianin z niedowierzaniem potrząsnął głową. Jeżeli w taki sposób
traktowała ukochanego, to nie wyobrażał sobie losu kogoś, kogo nienawidziła.
Odepchnęła się od niego i cofnęła o krok, udając, że nie zauważa łez lśniących na długich
rzęsach.
— Nie ma w tobie strachu — wyszeptała. — Nie drżysz. Ani nie myślisz: „Skoro ona tyle
wycierpiała, to co zrobi, bym i ja cierpiał?”
— Nie obwiniam się za to, co ci się przydarzyło, Karelo — rzekł cicho.
Zdawało się, że nie słyszała.
— Ale jeżeli nie boisz się, to znaczy, że nadal jesteś mężczyzną — dziwny uśmiech zaigrał
na jej wargach.

background image

Odeszła nieco dalej. Dotknęła wstążek podtrzymujących szatę i w jednej chwili szare
jedwabie legły wokół szczupłych kostek. Karela zrobiła jeden wdzięczny krok i uwolniła się
od sukni. Była taka, jaką Conan zapamiętał, miała pełne piersi i zaokrąglone biodra, długie
nogi i gibką talię. Była zmysłową rozkoszą dla męskiego oka.
Powoli odwróciła się, podniosła ręce i przekrzywiła głowę, by jedwabiste loki pieściły raz
kremowe ramiona, raz gładkie piersi. Delikatnie kołysała biodrami, idąc ku niemu.
Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy jej piersi dotknęły jego brzucha, tuż poniżej żeber.
Przesunęła wilgotnym językiem po dolnej wardze i spojrzała na niego spod gęstych rzęs.
— Kiedy zostaniesz zabrany do kopalni — zaczęła namiętnym szeptem — nawet śmierć nie
zdoła wydobyć cię na powierzchnię. Będziesz żył w wilgotnym, cuchnącym powietrzu i
przyćmionym świetle dymiących łuczyw. Są tam kobiety, jeżeli chce się nazwać je kobietami.
Ich ręce są stwardniałe jak rzemień — jej palce pogładziły twardą niby żelazo klatkę
piersiową barbarzyńcy. — Ich włosy i skóra pokryte są brudem, ich oddech cuchnie, ich
pocałunki…
Wyciągnęła ramiona, splotła ręce na jego karku i podciągnęła się w górę tak, że jej twarz
znalazła się na wysokości jego twarzy.
— Nie dadzą ci pocałunków tak słodkich jak ten — wyszeptała i przycisnęła usta do jego
warg. Dziko odpowiedział na jej pocałunek. Karela odsunęła głowę ze zduszonym jękiem. Jej
szmaragdowe oczy miały drwiący wyraz, jego błękitne przypominały wymiecione wichrem
północne niebo.
— Już nigdy nie dostaniesz takiego pocałunku — wydyszała.
Zeskoczyła na kamienną posadzkę i cofnęła się, przygryzając dolną wargę. W jej zielonych
oczach pojawiła się niepewność.
— Teraz przez resztę życia będę dla ciebie jedyną kobietą — porwała suknie i pobiegła w
ciemność. Po chwili Conan usłyszał skrzyp otwieranych i zatrzaskiwanych drzwi.
Nie zmieniła się, pomyślał. Nadal była Czerwonym Jastrzębiem, gorącokrwistym jak każdy
drapieżnik. Ale jeżeli myślała, że on potulnie da się zagnać do kopalni albo podda się
wspomnianej przez Gariana starożytnej karze, to grubo się myliła. Jak zawsze.
Conan zerknął na krępujące go łańcuchy, ale już nie próbował ich zerwać. Jedna z lekcji,
jakich nauczył się wśród pokrytych śniegiem turni Cymmerii, brzmiała: czekaj, zachowuj
siły, wypatruj okazji. Cymmerianin wisiał więc na swych łańcuchach z cierpliwością
drapieżnego zwierza czekającego, aż ofiara podejdzie bliżej.

XXI

Łańcuchy na rękach Conana szczęknęły i zaczęły się obniżać, opuszczając go na kamienną
podłogę. Cymmerianin nie zdołał stłumić jęku, gdy dotknął podłoża. Nie miał pojęcia, ile
godzin wisiał. Sadzawka światła i ciemność poza nią nie dawały żadnego znaku upływu
czasu.
Stopy dotknęły ziemi i długo wyprostowane kolana ugięły się pod ciężarem ciała. Conan
zwalił się na kamienie. Wytężył siły i spróbował podnieść się na rękach, ale one zbyt długo
były pozbawione pełnego dopływu krwi. Mógł jedynie lekko zaciskać palce.
Dwaj mężczyźni z biczami zaczęli zdejmować łańcuchy. Conan nie zdołał się sprzeciwić.
Skuli mu ręce na plecach i połączyli kostki ciężkim żelaznym łańcuchem. Oprawca z
wypaloną blizną był tak samo milczący i obojętny jak wcześniej, ale ten owłosiony i
złowieszczo przymilny gawędził jowialnie:
— Przez to zamieszanie myślałem, że będziesz wisiał jeszcze jeden dzień. Mocuj ciaśniej
— powiedział do drugiego. — Jest niebezpieczny.
Drugi oprawca stęknął i wbił bolec w żelazny pierścień na lewym nadgarstku Conana.

background image

— Moi ludzie — wycharczał Cymmerianin. Gardło miał wysuszone niczym skorupa
glinianego garnka.
— Och, oni też wzięli w nim udział — mężczyzna o okrągłej twarzy roześmiał się
serdecznie. — Pokonali Złotych Lampartów wysłanych, by ich pojmać, i zniknęli. Kiedy
indziej może by im się nie udało, ale tego dnia wydarzyło się więcej niż w czasie całego
dotychczasowego panowania Gariana. Najpierw król pod karą śmierci wypędził z miasta
wszystkich starych doradców. Potem ustanowił urząd Najwyższego Doradcy Nemedii, z
władzą dorównującą własnej i obdarzył nim dostojnego Albanusa, człowieka o złych oczach,
jeżeli go kiedyś widziałeś. Na dodatek nadał szlachecki tytuł swojej nałożnicy. Wyobrażasz
sobie, ta blond dziwka została damą! Teraz wszyscy wielmoże cackają się z nią jak z jajem,
bo mówią, że może zostać królową. Potem jeszcze były zamieszki. Dawaj resztę, Struto!
Milczek znów stęknął i odszedł w ciemność. Conan poruszył językiem, by nieco zwilżyć
usta.
— Zamieszki? — powtórzył pytająco.
Gadatliwy dozorca skinął.
— W całym mieście — rozejrzał się jakby w obawie, że ktoś mógłby go podsłuchać i dodał
szeptem: — Domagali się abdykacji Gariana. Może dlatego Garian pozbył się starych
doradców. Pewnie ma nadzieję, że te zmiany zadowolą tłum i na razie nie wysłał Złotych
Lampartów.
Ludzie Ariany w końcu ruszyli, pomyślał Conan. Może nawet rzeczywiście spowodują
zmiany — wyglądało na to, że już to zrobili — ale na lepsze czy na gorsze? Zmusił się do
zadania kolejnego pytania, słowo po słowie:
— Czy… mieli… z sobą… zbrojnych?
— Znowu myślisz o swojej kompanii, co? Nie, nie było nikogo poza ludźmi na ulicach,
chociaż zaskakująco dużo miało miecze i inną broń, tak słyszałem. Struto! Rusz się!
Wrócił mężczyzna z blizną. Targał długą belkę, którą obaj oprawcy wsunęli między plecy a
wykręcone do tyłu ręce Conana. Szerokimi rzemieniami przywiązali mu kloc do ramion. Ten
o okrągłej twarzy z sakiewki u pasa wyjął skórzany knebel i wepchnął go Cymmerianinowi w
zęby, wiążąc końce z tyłu głowy.
— Czas zaprowadzić cię przed oblicze króla — powiedział. — Biorąc pod uwagę to, co
zamierzają z tobą zrobić, wolałbyś pewnie być pod opieką dostojnej Tiany. No nie, Struto? —
zatrząsł się ze śmiechu. Struto nie zmienił wyrazu twarzy. — Tak, barbarzyńco, masz
niewiele czasu, by pogodzić się ze swymi bogami. Chodźmy, Struto.
Schwycili za oba końce kloca i zmusili Conana do powstania. Na wpół wlokąc i na wpół
popychając, wywlekli go z lochu i pociągnęli po schodach z surowego kamienia. Nim dotarli
do zdobionych sal, Cymmerianin odzyskał władzę w kończynach. Dumnie odrzucił pomoc
oprawców i szedł stawiając kroki na tyle duże, na ile pozwalały mu łańcuchy.
Ten z okrągłą twarzą spojrzał na niego i roześmiał się.
— Chcesz jak najszybciej mieć to za sobą, co? Pozwolili mu iść samemu, ale nadal trzymali
za końce
pala. Conan wyszczerzył zęby. Gdyby chciał, tym samym klocem mógłby ich zwalić z nóg.
Ale nadal byłby w łańcuchach w środku pałacu. Cierpliwości. Zajął się ćwiczeniem
ścierpniętych ramion, by przywrócić im pełną siłę.
Korytarze, którymi podążali, wyglądały na wyludnione. Niewolnicy przemykali jak dawniej
pod ścianami, ale wielmoże zniknęli. Trzej mężczyźni szli środkiem korytarzy.
Gdy skręcili ku rozległej sali o sklepieniu podtrzymywanym przez liczne pilastry, w
przeciwnym końcu korytarza pojawiła się druga procesja. Graecus, Gallia i czterej bywalcy
„U Thestis” brnęli pod okiem trzech strażników. Wszyscy byli zakneblowani i mieli związane
na plecach ręce. Oczy Graecusa rozszerzyły się na widok Conana, a Gallia spuściła wzrok.
— To partia do kopalni! — zawołał jeden ze strażników do ludzi eskortujących Conana.

background image

— Lepsze niż to, co czeka tego tu — odrzekł pucołowaty oprawca.
Strażnicy roześmieli się i pognali swych podopiecznych. Młodzi rebelianci ruszyli dalej,
najwyraźniej tak samo obawiając się Conana jak swych prześladowców.
Cymmerianin zignorował ich. Nie miał do nich żalu za kłamstwa, jakie o nim naopowiadali.
Niewielu mężczyzn i jeszcze mniej kobiet wytrzymałoby tortury doświadczonego oprawcy, a
gdyby nawet, to Vegentius i tak znalazłby sposób, by go uwięzić.
Na końcu korytarza sześciu żołnierzy w złocistych płaszczach pchnęło wielkie skrzydła
rzeźbionych drzwi i Conan wszedł do sali tronowej.
Podwójne rzędy smukłych kolumn podtrzymywały kopułę z alabastru. Światło ze złotych
lamp wiszących na srebrnych łańcuchach połyskiwało na polerowanych marmurowych
ścianach. Posadzkę pokrywała mozaika opowiadająca historię Nemedii. Ta sala tłumaczyła
pustkę panującą na korytarzach. Zgromadzili się tu wszyscy wielmoże, odziani w szaty z
aksamitu i złote łańcuchy na szyjach, oraz damy obwieszone klejnotami. Przez środek sali, od
wysokich drzwi do Tronu Smoka, biegło szerokie przejście. Rogaty łeb zdobiący tron wznosił
się nad siedzącym na nim mężczyzną, a podwinięte, wysadzane rubinami skrzydła służyły
jako oparcia dla jego łokci.
Conan ruszył w kierunku tronu, narzucając dozorcom własne tempo, chociaż oni próbowali
go popędzać. Nie chciał potknąć się o łańcuchy i wywołać śmiech dworaków. Zatrzymał się
przed tronem i spojrzał w twarz Gariana. Ludzie trzymający pal próbowali rzucić go na
kolana, ale on pozostał wyprostowany. Pomruk wzniósł się wśród zebranych. Na pomoc
oprawcom rzucili się żołnierze i bili go po plecach i nogach tak długo, aż Cymmerianin w
końcu osunął się na kolana.
Garian ani na chwilę nie zmienił wyrazu twarzy. Powstał, zarzucając na ramię połę płaszcza
ze złotogłowiu.
— Tego barbarzyńcę — oznajmił głośno — przyjęliśmy do naszego pałacu, zaszczyciliśmy
naszą uwagą, ale w końcu odkryliśmy, że hołubimy na swym łonie żmiję zdrady. Nasze
zaufanie zostało nadużyte w najpodlejszy sposób i…
Brzęczał monotonnie dalej, ale Conan patrzył nie na niego, ale na człowieka, który stojąc
tuż za Tronem Smoka przytakiwał słowom króla niczym nauczyciel pochwalający ucznia.
Jego ręka władczo spoczywała na oparciu tronu. Wisząca na złotym łańcuchu na szyi Pieczęć
Nemedii oznajmiła wszem wobec, iż jest on Najwyższym Doradcą Tronu, dostojnym
Albanusem. Lecz Conan poznał okrutną twarz widzianą w ciemności na spotkaniu z Tarasem
i Vegentiusem. Zastanowił się, czy przypadkiem w Nemedii do władzy nie doszło szaleństwo.
— …tak więc ogłaszamy, że za swą zdradę poniesie on starożytną karę — oznajmił król
grobowym tonem.
Te słowa sprowadziły Conana do rzeczywistości. Przypomniał sobie, jak wyglądała twarz
Gariana, gdy widział go po raz ostatni.
— Kiedy słońce znów wstanie i wzniesie się do zenitu, niedoszły królobójca zostanie
rzucony wilkom. Niech bestia zostanie pożarta przez bestie.
Gdy tylko przebrzmiały te słowa, Conan został poderwany na nogi i wywleczony z sali
tronowej. Nawet gadatliwy dozorca milczał, gdy prowadzili Conana z powrotem do lochów,
tym razem do małej celi o kamiennej posadzce zarzuconej słomą. Zdjęli mu knebel i wysunęli
pal, ale łańcuchy zostawili. Dodali jeszcze jeden, łączący okowy na kostkach z żelaznym
pierścieniem na ścianie.
Po odejściu dozorców Conan zaczął badać nowe więzienie. Gdyby nie miał rąk skutych na
plecach, mógłby sięgnąć do ciężkich drewnianych drzwi, ale nawet gdyby miał wolne ręce,
nie znalazłby niczego, na czym mógłby je zacisnąć. Nie wierzył również, że udałoby mu się
wyłamać wykute z żelaza zawiasy. Ściany były z surowych kamieni. Człowiek mający
odpowiednie narzędzia zapewne zdołałby wykuć sobie drogę na wolność, ale dopiero po roku
czy dwóch nieprzerwanej pracy! W słomie Conan nie znalazł nic oprócz na wpół ogryzionego

background image

szczurzego truchła. Cymmerianin zastanowił się, czy zwierzę zostało pożarte przez swoich
pobratymców, czy też przez ostatniego więźnia. Odkopnął padło w daleki kąt i miał nadzieję,
że nie będzie przebywał tu na tyle długo, by znosić smród rozkładającego się ścierwa.
Ledwie barbarzyńca zdążył usadowić się pod ścianą, gdy klucz zagrzechotał w ogromnym
żelaznym zamku. Drzwi skrzypnęły i stanęły otworem. Ku zdumieniu Conana do celi wszedł
Albanus, podnosząc czarną szatę, by nie powalać jej w śmierdzącej słomie. Za nim stanął
odziany w złotogłowie król. Głowa Gariana obracała się to w tę, to w tamtą stronę, gdy
ciekawie przyglądał się słomie i kamiennym murom. Raz spojrzał na Conana, ale w taki
sposób, jakby wielki Cymmerianin był tu tylko jednym z mebli.
— Znasz mnie, prawda? — odezwał się Albanus.
— Ty jesteś dostojnym Albanusem — odparł Conan.
— Znasz mnie — powtórzył pan o jastrzębich rysach, jakby potwierdzając swój domysł. —
Tego się obawiałem. Zatem dobrze uczyniłem.
Conan spiął się.
— Ty? — jego oczy przesunęły się na twarz Gariana. Dlaczego ten człowiek ważył się na
takie wyznanie w obecności króla?
— Nie spodziewaj się po nim żadnej pomocy — roześmiał się Albanus. — Przez pewien
czas, barbarzyńco, niepokoiłeś mnie, ale ostatecznie okazało się, że nie jesteś wcale
narzędziem bogów. Wilki zakończą twoje życie, a jedyna prawdziwa szkoda, jaką mi
uczyniłeś, jest właśnie naprawiana przez dziewczynę, którą przysłałeś na poszukiwanie
rzeźbiarza. Zatem w sumie jesteś tylko pomniejszym utrapieniem.
— Ariana — rzekł ostro Conan. — Co z nią uczyniłeś?
Albanus wybuchnął okrutnym śmiechem.
— Chodź, królu Garianie. Nic tu po nas.
— Co zrobiłeś Arianie?! — wrzasnął Conan.
Król zatrzymał się, by na niego spojrzeć.
Conan wlepił oczy w jego twarz z takim błaganiem w oczach, na jakie było go stać.
— Powiedz mi, co on zrobił…
Słowa zamarły mu na wargach, gdy król odwrócił się do wyjścia. Trzasnęły drzwi.
Oszołomiony Conan oparł się plecami o ścianę.
Po wejściu do sali tronowej Garian wydał mu się jakiś dziwny, ale nie zwrócił na to
szczególnej uwagi ze względu na własne położenie. Nikt, kto słucha wyroku śmierci, nie
odbiera normalnie rzeczywistości. Ale teraz, gdy nieco ochłonął, zauważył pewną drobnostkę.
Na policzku Gariana nie było siniaka. Garian nie był człowiekiem, który ukrywałby coś
takiego pod warstwą pudru jak kobieta i nie posiadał nadwornego czarnoksiężnika, który
usunąłby ową skazę szybkim zaklęciem. Nie było też czasu, by siniak zniknął w sposób
naturalny. Drobnostka, a jednak znacząca: ten, kto zasiadał na Smoczym Tronie i wydał
wyrok na Conana, nie był Garianem.
Cymmerianinowi zakręciło się w głowie, gdy próbował to zrozumieć. Albanus, spiskujący
przeciwko królowi, został doradcą króla, który nie był Garianem. Ale poprzedniej nocy w
kwaterze Vegentiusa był Garian. Co do tego Conan nie miał wątpliwości. Poczuł smród
czarów tak wyraźnie, jak woń gnijącej słomy, na której siedział.
Cierpliwości, przypomniał sobie. Zakuty w łańcuchy i zamknięty w celi nie mógł nic zrobić.
Wiele zależało od tego, czy przed rzuceniem wilkom na pożarcie zostanie uwolniony z pęt
czy nie. Człowiek z wolnymi rękami i żelazną wolą może wiele uczynić, nawet wśród
wilków. Conan miał nadzieję, że Albanus ku własnemu żalowi pozna tę prawdę.

Sularia leżała na okrytej ręcznikami ławie, podczas gdy zręczne ręce niewolnicy wcierały w
jej plecy wonne olejki. Dostojna Sularia, pomyślała, przeciągając się z zadowoleniem. Jak
cudownie było stać w sali tronowej wśród szlachty, a nie tłoczyć się z innymi nałożnicami

background image

pod tylną ścianą! Szacunek wypływający ze strachu, nieszczere uśmiechy i pozdrowienia
wymawiane przez zaciśnięte zęby sprawiały jej tym większą przyjemność, że ci, którzy teraz
tak ją traktowali, niegdyś zwracali się do niej niczym do niewolnicy. I to nigdy nie mogło
ulec zmianie. Skoro przestała być królewską kochanką i stała się równa dostojnikom,
dlaczego nie miałaby stanąć u boku Albanusa jako królowa Sularia?
Uśmiechnęła się na tę myśl, przekręciła głowę i spojrzała na służebną, pulchną siwowłosą
kobietę, jedyną, której ufała, a raczej którą darzyła najmniejszym brakiem zaufania.
— Czy ona nadal czeka, Latono? — zapytała.
Siwowłosa służąca przytaknęła.
— Już od dwóch obrotów klepsydry, pani. Nikt nie śmie sprzeciwiać się twoim rozkazom.
Blondynka, nie podnosząc głowy, skinęła z zadowoleniem.
— Przyprowadź ją tu, Latono. Potem zajmij się moimi włosami.
— Tak, pani — powiedziała Latona i wyszła. Wkrótce wróciła z dostojną Jelanną.
Wiotka pani spojrzała pytająco na Latonę, gdy ta zaczęła czesać włosy swej pani. Sularia
uśmiechnęła się niczym kotka na widok śmietanki. Służący nie opuszczali komnaty jedynie w
czasie spotkań z ludźmi niższego stanu. Jelanna była oburzona, ale długie czekanie w
niepewności nadwątliło jej arogancję.
Pozostało jej jednak na tyle, że zapytała:
— Dlaczego mnie wezwałaś?
Sularia pytająco wzniosła brwi. Po chwili Jelanna poprawiła się:
— Dostojna Sulario… — jej usta wykrzywiły się, jakby posmakowała czegoś wstrętnego.
— Od dzieciństwa mieszkałaś w tym pałacu, prawda? — zaczęła uprzejmie blondynka.
— Tak — odparła lakonicznie Jelanna.
— Bawiąc się w chowanego w korytarzach. Skacząc po dziedzińcach, pluskając się w
fontannach. Twoje wszystkie zachcianki były spełniane w mgnieniu oka.
— Czy poprosiłaś mnie tutaj, aby rozmawiać o moim dzieciństwie?
— Nie poprosiłam — rzekła ostro Sularia. — Wezwałam. Znasz Enardo Ostoriana?
Jeżeli wyniosła kobieta była zaskoczona tym pytaniem, to nie okazała tego.
— Tę odpychającą gadzinę? — prychnęła. — Znam kupców, ale z nim nigdy nie chciałam
mieć do czynienia.
Usta Sularii znów wykrzywiły się w kocim uśmiechu.
— Szuka żony.
— Tak?
— Młodej żony, ze szlachetnego rodu. — Sularia zobaczyła, że wreszcie zniszczyła
wyniosłość Jelanny i brnęła dalej: — Zamierza poślubić tytuł, którego nie był w stanie kupić.
I oczywiście chce mieć synów. Wielu synów. Garian — skłamała — prosił mnie, bym
zaproponowała odpowiednią kandydatkę.
Jelanna niepewnie oblizała pełne usta.
— Chciałabym, dostojna Sulario — zaczęła drżącym głosem — przeprosić, jeżeli cię w
jakiś sposób obraziłam.
— A znasz niejakiego Daria? Dozorcę królewskiej psiarni?
— Nie, pani — skłamała Jelanna.
— Mówiono mi, że to okropny człowiek i z woni, i z nawyków. Pałacowe niewolnice
uciekają przed nim, bowiem lubi zniewalać kobiety… — Sularia przerwała, z lubością
obserwując narastające na twarzy Jelanny przerażenie.
— Zastanów się, moja droga, co lepsze: spędzić jedną noc z nim, czy całe życie z
Ostorianem?
— Zwariowałaś — wykrztusiła szczupła dama. — Nie będę tego słuchać. Wyjadę do moich
posiadłości na prowincji, a jeżeli zostaniesz królową…

background image

— Za drzwiami czeka czterech żołnierzy — powiedziała Sularia, nie zważając na słowa
rozmówczyni. — Odprowadzą cię do Daria lub do małżeńskiego łoża, nigdzie indziej.
Z twarzy Jelanny znikły ostatnie ślady wyniosłości. Zastąpiła je bezbrzeżna rozpacz.
— Proszę — wyszeptała. — Będę się czołgać, jeżeli masz takie życzenie. Przed całym
dworem, na kolanach, będę błagać o wybaczenie…
— Wybieraj — nacisnęła Sularia — w przeciwnym razie ja zrobię to za ciebie. Żołnierze
jeszcze dziś zaprowadzą cię do Ostoriana. Razem z listem, z którego dowie się, że uważasz
go za odrażającą gadzinę — jej głos i twarz stwardniały. — Wybieraj!
Jelanna zachwiała się, jakby miała upaść.
— Ja… pójdę do Daria — zaszlochała.
Sularia przez chwilę rozkoszowała się jej słowami, na które czekała licząc ostatnie godziny.
— Idź, suko, do psiarni!
Jelannę wybiegającą z pokoju ścigał szyderczy śmiech Sularii. Jaką cudowną rzeczą jest
władza!

XXII

Kiedy drzwi otworzyły się po raz drugi, Conan pomyślał, że to Albanus postanowił go
zabić. Do celi wsunęli się dwaj mężczyźni z kuszami przygotowanymi do strzału i zajęli
pozycje po bokach Conana.
Cymmerianin zebrał się w sobie, by bronić się na tyle, na ile pozwolą mu łańcuchy, lecz
wtedy w drzwiach pojawił się pyzaty oprawca.
— Słońce stoi wysoko, barbarzyńco. Czas zabrać cię do wilczego dołu. Jeżeli spróbujesz
walczyć, gdy wraz ze Strutem będę zdejmować kajdany, ci dwaj strzelą ci w nogi i wtedy
będziemy musieli cię zawlec. Zrozumiano?
Conan zmusił się do przybrania ponurego i zrezygnowanego wyrazu twarzy.
— Zdejmujcie łańcuchy — burknął, przeszywając wściekłym wzrokiem strażników.
Dozorcy, rozkuwając kajdany młotami, przezornie ustawili się tak, by nie znaleźć się na
linii strzału. Zastanowił się, czy mają go za głupca. Potrafiłby pokonać ich i strażników mimo
ich całej ostrożności, jednakże usłyszał dobiegające z zewnątrz liczne głowy i kroki. Umrzeć
nie jest trudno, ale tylko głupiec daje się zabić za nic.
Conan, pocierając nadgarstki, wstał zwinnie i pozwolił wyprowadzić się z celi. Na
korytarzu czekało równo dwudziestu Złotych Lampartów.
— Nie trzeba tak wielu — rzekł nagle Struto.
Conan zamrugał. Był przekonany, że ten człowiek nie ma języka.
Twarz jowialnego kamrata Struta nie wyrażała zdumienia.
— W noc, w którą został pojmany, omal nie wyrwał się dziesięciu żołnierzom — wyjaśnił.
— Wiesz, że nie lubię, jak więźniowie uciekają. Dlatego prosiłem o dwakroć tyle. Ruszaj.
Król czeka.
Dziesięciu żołnierzy ruszyło przodem, a dziesięciu za Conanem, oprawcy zaś szli obok.
Kusznicy ciągnęli z tyłu po bokach, skąd mogliby bez przeszkód strzelać, gdyby więzień
spróbował ucieczki. Tak dotarli do pałacu i wędrowali znów pustymi korytarzami.

Conan kroczył niczym książę idący na koronację. Nawet nie myślał o ucieczce. Przy
wilczym dole z pewnością będzie fałszywy król i Albanus. W takich okolicznościach dobrze
byłoby ich zabić. Minęli część pałacu znaną Cymmerianinowi i szli dalej. Polerowane
marmury i alabastry ustąpiły miejsca gładzonemu granitowi, a później kamieniom tak
szorstkim jak te w lochach. Złote i srebrne lampy zostały zastąpione pochodniami
osadzonymi w żelaznych uchwytach.

background image

Kara wilczego dołu rzeczywiście była stara i zarzucona od czasów Bragorasa, panującego
dziewięć stuleci wcześniej. Sądząc z wyglądu, przez minione wieki chyba nikt nie zaglądał do
tej części pałacu. W korytarzach widać było ślady pośpiesznego sprzątania. Tu ze stropu
zwieszała się podarta sieć pajęczą, ówdzie pod ścianą piętrzyła się kupa śmieci. A potem
weszli do kolistej sali, na środku której znajdował się dół.
Ściany komnaty były z surowego granitu. Sklepienia nie podtrzymywały żadne kolumny ani
przypory. Całość oświetlały olbrzymie lampy na trójnogach dwakroć wyższych od człowieka.
Przedstawiciele najświetniejszych rodów Nemedii, śmiejący się i gawędzący wesoło niczym
widzowie w cyrku, otaczali szczelnie wysoki do piersi mur wokół wielkiego dołu.
Tłum rozstąpił się na widok skazańca i żołnierze podprowadzili Conana do muru.
Cymmerianin bez słowa przynaglenia wskoczył na jego szczyt i stanął patrząc z góry na tych,
którzy zgromadzili się, by zobaczyć jego śmierć. Pod jego lodowatym spojrzeniem widzowie
zamilkli powoli. Wyczuli, że jest on człowiekiem mającym w pogardzie ich tytuły i
rodowody. Oni byli pawiami, on orłem.
Po drugiej stronie dołu stał fałszywy król. Towarzyszył mu Albanus w granatowej szacie i
Vegentius, na którego twarzy nadal widniały siniaki. Dalej stała Sularia w szkarłatnych
jedwabiach i rubinach. Conan zastanowił się, dlaczego sądził, że jej tu nie będzie.
Poniżej sobowtóra znajdowała się wysoka na chłopa krata zasłaniająca wylot tunelu, z
którego miały wypaść wilki. Skomplikowany system łańcuchów służył do odciągania kraty na
bok. Conan nie dostrzegł między prętami żadnych nosów ani nie usłyszał żarłocznego
skomlenia i wycia. Może nie będzie musiał umrzeć.
Albanus dotknął ramienia człowieka noszącego Koronę Smoka, a ten zaczął:
— Zgromadziliśmy was…
Dziki wojenny okrzyk Cymmerianina odbił się echem od kamiennej kopuły. Krzyki i szepty
przebiegły przez szereg wielmożów, gdy Conan, wznosząc potężne ręce nad głowę, zeskoczył
do dołu. Żołnierze pośpiesznie przecisnęli się do krawędzi muru. Kusznicy złożyli do strzału.
Po wysypanym piaskiem dnie dołu Conan przechadzał się z arogancją wojownika, który
nigdy nie przegrał w równej walce. Albanus dał znak i strażnicy cofnęli się.
— Głupcy! — Conan zwrócił się do zgromadzonych. — Wy, którzy macie wśród siebie
fałszywego króla, przyszliście zobaczyć, jak umiera wojownik! Czy ten błazen w koronie ma
zagadać mnie na śmierć? Kończcie z tym, chyba że wątroby wam się pomarszczyły i nie
macie odwagi mnie zabić!
Odpowiedziały mu gniewne okrzyki. Albanus wyszeptał coś do ucha fałszywego Gariana,
który z kolei powiedział:
— Skoro tak bardzo chce umrzeć, wypuśćcie wilki.
— Wypuścić wilki! — ryknął ktoś, przekazując rozkaz dalej. — Szybko! — krata gładko
odsunęła się na bok.
Conan nie czekał na pojawienie się pierwszego wilka. Na oczach zdumionych dworaków
wbiegł do tunelu, wykrzykując swój okrzyk wojenny. Chwilę później do dołu rzucili się
wrzeszczący wielmoże, by złapać i zabić umykającego barbarzyńcę, który znieważył ich i
posądził o brak odwagi.
Conan znalazł się w środku warczącej watahy. Ostre zęby zaczęły szarpać jego ciało.
Odpowiadał warknięciem na warknięcie, jego pięści łamały kości i powalały na ziemię bestie
wielkości cielaka. Za moment ściskając w rękach jakieś warczące gardło, rozwalił wilczy łeb
o niski kamienny strop.
Wilki szybko poznały, że dzikość młodego olbrzyma jest równa ich własnej. Gdy Conan
wywalczał sobie drogę, wilki zaczęły prześlizgiwać się obok niego w kierunku dołu, szukając
łatwiejszej zdobyczy. Okrzyki gniewu szlachetnych rychło przemieniły się we wrzaski
przerażenia, gdy rozjuszone bestie wpadły pomiędzy nich, by zabijać.
Conan zobaczył przed sobą światło.

background image

— Przeklęte wilki! — dobiegł go głos. — Macie rozszarpać tego głupiego barbarzyńcę, a
nie…
Mężczyzna, który mówił te słowa, zająknął się na widok pędzącego nań Conana. Stał przy
na wpół otwartej żelaznej furcie u wylotu tunelu, z włócznią w ręku. Zamiast cofnąć się i
zatrzasnąć kratę, rzucił się na Cymmerianina.
Conan złapał włócznię obiema rękami i bez wysiłku wyrwał ją napastnikowi. Nim
mężczyzna zdołał sapnąć, drzewce jego własnej broni trzasnęło go w pierś. Zatoczył się na
kratę, a Conan ruszył naprzód. Dozorca zerwał się na nogi, w jego garści błysnęło długie na
łokieć ostrze, po czym zaatakował.
Conan zręcznie obrócił drzewce. Wystarczyło lekko wysunąć je do przodu i biegnący sam
nadział się na ostrze, które wysunęło mu się spomiędzy łopatek. Krzyk bólu i pełnej grozy
niewiary wyrwał się z jego gardła.
— Twoje wilki nie zabiją tego barbarzyńcy — warknął Conan i zdał sobie sprawę, że
przemawia do trupa.
Puścił włócznię i przebity mężczyzna osunął się na ziemię. Cymmerianin zamknął furtę,
założył na uchwyty ciężką żelazną sztabę i zamocował ją zasuwami. Wyważenie drzwi
zabierze niemało czasu, który on wykorzysta na ucieczkę. Na razie odbijające się echem w
tunelu krzyki, wycie i skowyty świadczyły, że żołnierze jeszcze nie rozprawili się z wilkami.
W pomieszczeniu, w którym znalazł się barbarzyńca, było niewiele rzeczy, które mogłyby
mu się przydać. Na ścianach, w zardzewiałych uchwytach dymiły łuczywa, oświetlające sześć
olbrzymich żelaznych klatek na kółkach. Nie było tu żadnej broni z wyjątkiem długiego,
zakrzywionego sztyletu, który Conan wyjął z palców trupa, i włóczni. Tę jednak
Cymmerianin pozostawił w ciele dozorcy, gdyż z powodu długości tylko zawadzałaby mu w
drodze przez stare i niskie kamienne korytarze. Poza jego własną przepaską oraz brudną,
przesiąkniętą krwią tuniką dozorcy nie było tu żadnej tkaniny, którą mógłby przewiązać rany
wyniesione z potyczki z wilkami.
Dozorca miał jednakże gliniany dzban pełen wina i ogromne pęto wędzonej kiełbasy.
Cymmerianin rzucił się łapczywie na jadło, rwąc kiełbasę silnymi zębami i popijając ją
dużymi łykami nadkwaśniałego wina. Nie jadł ani nie pił niczego od czasu uwięzienia. Nie
wątpił, że jego dozorcy uważali za marnotrawstwo karmienie kogoś, kto ma szybko umrzeć.
Po chwili Conan odrzucił pusty dzban na bok i wepchnął w usta ostatni kęs kiełbasy, po czym
zabrał jedną z pochodni i ruszył szukać wyjścia z pałacu.
Po niezbyt długim czasie doszedł do wniosku, że starożytne korytarze tworzą labirynt. Aby
sporządzić plan tych sekretnych przejść, trzeba by armii ludzi.
Nagle, przecinając kolejną mroczną komorę spostrzegł, że odciski jego stóp mieszają się z
innymi. Schylił się, obejrzał je i wyprostował się z przekleństwem. Oba tropy należały do
niego. Szedł po własnych śladach i mógł tak czynić, dopóki nie dopadnie go śmierć głodowa.
Zacisnął zęby i ruszył dalej do rozwidlenia korytarza. Szlak odciśnięty w kurzu skręcał w
lewo. On poszedł w prawo. Niedługo później znów natknął się na odciski własnych stóp, ale
tym razem nawet nie zaklął. Pośpieszył do najbliższego skrzyżowania i skręcił w stronę
przeciwną niż wcześniej. I jeszcze raz. I jeszcze.
Teraz tunele zdawały się lekko nachylać w dół, ale Conan nie tracił czasu na rozmyślanie.
Parł dalej, a niekiedy musiał wypalać sobie drogę przez korytarze zarośnięte pajęczynami,
które skwierczały sucho pod wpływem ognia. Nie miał wyboru. Powrót nie dawał większych
nadziei na ucieczkę niż marsz naprzód, zapewniał jedynie większą szansę spotkania Złotych
Lampartów.
Conan dotarł do skrzyżowania, odruchowo skręcił w prawo — ostatni raz poszedł w lewo
— i zatrzymał się. Daleko w przedzie dostrzegł przyćmiony blask, ale nie było to wyjście na
zewnątrz. Blask, podskakując lekko, zbliżał się.

background image

Zawrócił szybko i na rozwidleniu skoczył w drugie odgałęzienie. Bezgłośnie przebiegł
dwadzieścia kroków i cisnął pochodnię tak daleko, jak zdołał. Buchnęły płomienie, sypnęły
się iskry, potem ogień zamrugał i przygasł, pozostawiając go w ciemnościach.
Conan przykucnął, patrząc w stronę rozwidlenia. Sztylet trzymał w pogotowiu. Jeżeli ci,
którzy się zbliżają, pójdą dalej, pozostanie bez światła, ale żywy. Jeżeli nie…
Rozproszone światło rozjaśniło skrzyżowanie. W jego blasku ukazały się dwie postacie z
mieczami i pochodniami w dłoniach. Cymmerianin omal nie wybuchnął śmiechem. Byli to
Hordo i Karela, ale Karela taka, jaką znał dawno temu. Zniknęły woale i szare szaty
nemedyjskiej damy. Zastąpiły je złote napierśniki i wiszący nisko na zaokrąglonych biodrach
pas ze złota i szmaragdów, spod którego spływała spódnica z bladozielonego jedwabiu. Jej
ramiona spowijała szmaragdowa turańska peleryna.
— Hordo! — zawołał Conan — gdybym wiedział, że przyjdziesz, nie wypijałbym
wszystkiego wina — beztrosko wyszedł na ich spotkanie.
Para obróciła się, miecze i pochodnie skoczyły w górę. Z drugiego rozwidlenia wysunęli się
mężczyźni w kolczugach. W kręgu światła pojawił się Machaon, Narus i inne znajome twarze
najemników.
Hordo rzucił okiem na rany Conana.
— To do ciebie niepodobne — rzekł z przyganą — wypijać całe wino. Może jednak, jeżeli
poszukamy, znajdziemy więcej.
Karela rzuciła jednookiemu brodaczowi mordercze spojrzenie i wcisnęła swoją pochodnię
w dłoń Machaona. Delikatnie dotknęła ran Conana, krzywiąc się na widok zaschniętej krwi.
— Wiedziałem, że zmienisz zdanie — powiedział Conan, wyciągając ramiona.
Trzasnęła go w twarz i cofnęła się, płynnym ruchem podnosząc miecz.
— Powinnam rzucić cię z powrotem wilkom — wysyczała.
Gdzieś z ciemności za zbrojnymi dobiegł czyjś głos. Inny mu odpowiedział, oba były
stłumione i niewyraźne, bowiem rozmawiający znajdowali się w dużej odległości.
— Polują na mnie — mruknął Conan. — Jeżeli znasz wyjście, proponuję, żebyśmy ruszyli.
W przeciwnym razie będziemy musieli walczyć z kilkoma setkami Złotych Lampartów.
Karela, miotając przekleństwa, wyrwała pochodnię z rąk Machaona, rozepchnęła
najemników i zniknęła w drugim odgałęzieniu.
— Tylko ona zna drogę — rzekł pośpiesznie Hordo. Puścił się za nią, a za nim pognał
Conan. Machaon i reszta pociągnęli z tyłu. Ich buty poskrzypywały raźno w kurzu stuleci.
— Jak dostaliście się do pałacu? — zapytał Conan jednookiego kompana, pędząc truchtem
za kasztanowowłosą pięknością. — I co sprawiło, że Karela dała ci się poznać?
— Może zacznę od początku — sapnął Hordo. — Pierwszą rzeczą po twoim aresztowaniu
było przybycie Złotych Lampartów i…
— To wiem. Uciekliście. Co potem?
— Słyszałeś o tym, prawda? Jestem za stary na takie biegi, Cymmerianinie — wbrew
własnym słowom i zadyszce brodacz bez trudu dotrzymywał kroku Conanowi. — Zabrałem
kompanię do „Thestis”. Ostatnio Wrota Piekieł i ich okolice są najbezpieczniejszą częścią
miasta. Wszyscy mieszkańcy wylegli na Wyższe Ulice wymachując mieczami i wrzeszcząc o
rewolucji. I od czasu do czasu włamując się do domów bogaczy.
— A czegóż innego się spodziewałeś? — Conan zaśmiał się posępnie. — Są biedni i mają
bogactwo w zasięgu ręki. Ale mów o Kareli.
Hordo potrząsnął kudłatą głową.
— Dziś rano weszła do karczmy… Nie, wkroczyła, jakby po swoje psy, by poprowadzić je
na karawanę przewożącą złoto. Z tego, co mówiłeś, wynika, że wiedziałeś, że ona tu jest, co?
— Dowiedziałem się dopiero w lochach. Wyjaśnię ci później.
Nagle Karela zatrzymała się i wspięła na palce, by sięgnąć zardzewiałego uchwytu do
mocowania łuczyw. Próbowała go przekręcić.

background image

— Wygląda jak miejsce, w którym weszliśmy — mruknął cicho Hordo. — A również jak
dwadzieścia innych, jakie mijaliśmy.
Szmaragdowe oczy błysnęły pogardliwie i brodacz zamilkł.
W chwili gdy Conan zrobił krok do przodu, aby jej pomóc, uchwyt przekręcił się z ostrym
szczękiem. Kawałek dalej na tej samej ścianie był drugi uchwyt, który Karela również
przekręciła. Rozległ się trzask i gdzieś wewnątrz muru coś zadudniło basowo. Fragment
kamiennej ściany, wysoki na chłopa i szeroki na dwóch, zapadł się ze zgrzytem i ujawnił
opadające ceglane schody.
— Przestańcie jazgotać jak stare baby — powiedziała zjadliwie Karela. — Chodźcie za
mną. I uważajcie. Niektóre stopnie są wykruszone. Bolałabym wielce, gdybyś skręcił kark,
Cymmerianinie. Chciałabym zachować tę przyjemność dla siebie — dodała i zbiegła na dół.
Hordo z zakłopotaniem wzruszył ramionami.
— Mówiłem ci, tylko ona zna drogę.
Conan skinął.
— Za mną — powiedział Machaonowi — i przekaż dalej, że schody są wykruszone.
Barbarzyńca odetchnął głęboko i ruszył za Karelą po schodach oświetlonych jedynie przez
jej pochodnię, która w tej chwili wyglądała jak błędny ognik migoczący daleko w dole.
Raczej nie wierzył, by Karela, zamiast pozwolić mu zginąć z obcej ręki, postanowiła
wyprowadzić go tylko po to, by wpędzić we własną pułapkę. Jednak z drugiej strony nie był
tego do końca pewien. Karela czekała niecierpliwie u stóp schodów.
— Wszyscy weszli? — zapytała, gdy tylko Conan pojawił się w kręgu światła. Nie czekając
na odpowiedź zawołała: — Czy nikt nie został na korytarzu?!
Ktoś z góry odkrzyknął chrapliwie:
— Wszyscy weszli, ale słychać zbliżające się kroki.
Karela spokojnie położyła ręce na jednym z kamieni, który pod jej naciskiem wsunął się na
głębokość równą szerokości palca. Znów rozległ się zgrzyt dawno nie używanej maszynerii.
— Zamyka się! — krzyknął z niedowierzaniem ten sam głos.
Skośne oczy Kareli spoczęły na Conanie.
— Głupcy — syknęła, najwyraźniej mając na myśli wszystkich mężczyzn, a jego w
szczególności. — Idźcie za mną albo zostańcie — dodała szybko i ruszyła długim tunelem.
Światło pochodni zamigotało na wilgotnych ścianach.
Nawet powietrze jest zatęchłe, pomyślał Cońan, ruszając za nią.
— Jak mówiłem — podjął Hordo, maszerując dziarsko obok Cymmerianina — przyszła do
„Thestis”, aby objąć komendę. Nie powiedziała mi, gdzie była ani skąd wiedziała, że tam
jestem. Zagroziła, że naznaczy mi drugi policzek, jeżeli nie przestanę pytać.
Jego jedyne oko wyczekująco zerknęło na Conana, ale barczysty młodzieniec obserwował
Karelę i zastanawiał się, o czym ona myśli. Dlaczego przybyła mu na ratunek?
— I? — zapytał machinalnie, gdy uświadomił sobie, że Hordo zamilkł.
— I nikt mi nic nie mówi — burknął obrażonym tonem jednooki. — Miała z sobą kobietę.
Pamiętasz tę dostojną Jelannę? To była ona, ale tym razem nie tak wyniosła. Zszargana i
nieprzytomna ze strachu, z siniakami na twarzy i ramionach. „Ona nie przestanie”, zawodziła,
„dopóki mnie nie zniszczy”. A Karela pocieszała ją i patrzyła na nas tak, jakbyśmy byli winni
temu, co ją spotkało.
— Na Croma! — burknął Conan. — Mówże do rzeczy! Co Jelanna ma z tym wspólnego?
— To ona powiedziała Kareli, jak znaleźć przejście. Wygląda na to, że dostojna Jelanna
wychowała się w pałacu, bawiąc się w chowanego, jak wszystkie dzieci. Czasami szli do
starych części pałacu i ona znalazła trzy czy cztery sekretne przejścia. Sama wydostała się
przez jedno z nich. Chciała wyjechać z miasta, Cymmerianinie, więc przydzieliłem jej dwóch
ludzi, by odstawili ją do jej wiejskich włości. Przynajmniej to mogłem zrobić, a ona w zamian

background image

zdradziła nam tajemnicę jednego z tych przejść. Prawdę mówiąc, myślałem, że następnym
razem spotkamy się, gdy będziesz dął w Piekielną Trąbę.
— Nadal nie powiedziałeś mi, dlaczego postanowiła mi pomóc. — Conan ruchem głowy
wskazał na Karelę.
Ledwo przebrzmiały jego słowa, kasztanowowłosa kobieta odwróciła się do niego.
— Wilki są dla ciebie za dobre, ty wielki, cymmeriański ośle. Jeżeli jest ci pisane, byś
został rozdarty na strzępy, to chcę zrobić to własnymi rękami. Chcę słyszeć, jak żebrzesz o
wybaczenie, barbarzyński bękarcie! Mam do ciebie większe prawo niż ten głupiec Garian.
Conan uśmiechnął się i spokojnie zmierzył ją wzrokiem.
— Czy zatrzymałaś się dlatego, że zgubiłaś drogę, Karelo? Jeżeli sobie życzysz, ja
poprowadzę…
Karela warknęła i zamachnęła się pochodnią.
— Tutaj! — krzyknął Hordo, wskazując na ledwo widoczne w mroku krótkie schody
kończące się pod stropem. Z każdego słowa brodacza przebijała ulga: — Chodź,
Cymmerianinie — odciągnął Conana od rozwścieczonej kobiety. — Mieliśmy kłopoty z
założeniem jej z powrotem na wypadek, gdyby ktoś pojawił się po drugiej stronie, ale razem
powinniśmy ją podnieść. — Naglącym szeptem dodał: — Pilnuj języka, człowieku. Miotała
się jak poparzony kot, gdy Machaon i ci inni głupcy przyznali, że nigdy nie słyszeli o
Czerwonym Jastrzębiu.
Na widok dzikiej miny Kareli Conanowi udało się przemienić śmiech w atak kaszlu.
— O co chodzi z tą drugą stroną? Jeżeli tam ktoś jest, czy lubi walczyć?
— Nie ma szans — odparł ze śmiechem Hordo. — Podłóż ramię i pchaj.
Schody kończyły się pod olbrzymią kamienna płytą. To do pomocy przy jej podnoszeniu
Hordo namawiał Conana. Kiedy Cymmerianin naparł na nią barkiem, kamienny blok ustąpił.
Z pomocą Horda odsunął go na bok, po czym wyjrzał ostrożnie. Powietrze przesycał ciężki,
słodki zapach. Gdy nadeszli najemnicy z pochodniami, Conan zobaczył, że znajduje się w
pozbawionym okien pomieszczeniu zastawionym beczkami i pakami. Niektóre z nich były
otwarte, a wewnątrz znajdowało się wonne kadzidło.
— Świątynia? — zapytał z niedowierzaniem barbarzyńca. — Przejście kończy się w
świątynnych piwnicach?
Hordo roześmiał się i skinął głową. Nakazał zachować ciszę i wspiął się na drabinę
przymocowaną do ściany. Ostrożnie uniósł klapę. Wychylił głowę i rozejrzał się szybko,
potem dał znak, by inni podążyli za nim.
Conan wspiął się na drabinę i wszedł do pomieszczenia oświetlonego przez srebrne lampy
stojące między ogromnym, prostokątnym blokiem marmuru a wysokim posągiem. Zdał sobie
sprawę, że stoi między kamiennym ołtarzem a wizerunkiem Erebusa, w miejscu, w którym
poza wysokiej rangi kapłanami nikomu nie wolno przebywać. Ale z drugiej strony, jakie
znaczenie ma jeden więcej wyrok śmierci?
Wszyscy szybko wydostali się z piwnicy i przez wąski korytarz wyszli na dziedziniec za
świątynią. Tam czekali dwaj najemnicy z końmi oraz, jak z zadowoleniem zauważył Conan, z
kolczugą, hełmem i bronią dla niego. Ubrał się spiesznie i przypasał miecz.
— Możemy znaleźć się za murami miasta — rzekł Hordo, wykręcając się w siodle — nim
wpadną na pomysł, by szukać nas poza pałacem.
— Jeszcze nie możemy wyjechać — odparł spokojnie Conan. Założył hełm i skoczył na
siodło. — Ariana jest w rękach Albanusa.
— Jeszcze jedna kobieta?! — zapytała ostro Karela.
— Była przyjaciółką moją i Horda. W nagrodę za to pojmał ją Albanus. Przysiągłem, że
pomogę jej wyjść z tego cało i dotrzymam słowa.
— Ty i twoje przysięgi… — warknęła Karela.
Kiedy jednak Conan pogalopował w stronę pałacu Albanusa, ona pognała tuż za nim.

background image


XXIII

W jasne, popołudniowe niebo nad Belverus wznosiły się pióropusze dymu. Oznaczały one
położenie domów odwiedzonych przez rewolucjonistów. Od czasu do czasu rozlegały się
niesione wiatrem okrzyki tłumu, tworzące niezrozumiały, ale groźny pomruk.
Jadąc przez miasto Conan dostrzegł jedną z tych wyjących band, jakieś siedem czy osiem
dziesiątków mężczyzn i kobiet w łachmanach, walących siekierami, mieczami, kamieniami i
gołymi pięściami w zabarykadowane drzwi i okna jakiegoś domu. W tej samej chwili oni
zobaczyli wolną kompanię. Przez tłum przetoczył się dźwięk, który mało przypominał
odgłosy wydawane przez ludzkie gardło. Jak szczury wylewają się z kanału, tak motłoch
rzucił się w kierunku konnych. W ich oczach płonęła nienawiść skierowana do każdego, kto
posiada więcej niż oni, nawet jeżeli była to tylko zbroja. Miecze, którymi wywijali, były
zakrwawione.
— Łuki powinny ich powstrzymać! — krzyknął Hordo.
Conan nie był tego pewien. Na twarzach napastników malowała się skrajna desperacja.
— W drogę! — rozkazał.
Pogalopowali dalej i szybko zostawili z tyłu wyjącą tłuszczę, jednakże najwytrwalsi
desperaci nie zaprzestali pościgu. Ich wycie było słychać jeszcze przez dłuższy czas.
Conan zatrzymał się dopiero wtedy, gdy dotarli do pałacu Albanusa.
— Co trzeci człowiek zostaje z końmi — rozkazał. — Reszta na mur. Weźcie łuki. Ty nie
— dodał na widok podjeżdżającej do muru Kareli.
— Nie będziesz mi rozkazywał! — wysyczała. — Chodzę tam, gdzie mam ochotę.
— Niech Crom porwie wszystkie uparte kobiety — mruknął Conan, ale nie dodał ani słowa
więcej.
Stając na siodle, dźwignął się na szczyt muru. Hordo, Karela i dwudziestu czterech
najemników podążyło za nim z taką wprawą, jakby przez całe życie nie robili nic innego. Ze
strażnicy na dole wybiegło dziesięciu ludzi. Mieli tylko czas na rozdziawienie ust, nim
naszpikowały ich strzały brzęczące jak szerszenie.
Conan zeskoczył na ziemię i minął leżących. W jego oczach lśnił błękitny lód. Słyszał tupot
biegnących za nim towarzyszy, ale nie poświęcił im żadnej uwagi. Był pochłonięty myślami o
Arianie. To jego słowa przysłały ją do Albanusa. Teraz jego honor domagał się, by uwolnił ją
nawet za cenę własnego życia.
Szybkim pchnięciem potężnego ramienia wyłamał jedną połowę wysokich pałacowych
odrzwi. Nim huk skrzydła o ścianę przestał odbijać się echem w wysokim holu, na
Cymmerianina ruszył żołnierz w płaszczu Złotych Lampartów.
— Ariana! — zawołał Conan, odpierając atak żołnierza. — Ariano, gdzie jesteś? — jego
miecz rozszczepił na dwoje głowę żołnierza. Conan odkopnął padające ciało i pognał w głąb
pałacu. — Ariano!
Pojawiło się więcej Złotych Lampartów i Conan rzucił się na nich ogarnięty szałem. Dziki
okrzyk bojowy dudnił pod sklepieniem, ostrze migotało i cięło, jakby władał nim oszalały
demon. Żołnierze cofnęli się w popłochu, pozostawiając trzech martwych lub umierających.
Nie wiedzieli, jak stawić czoło temu dzikusowi z barbarzyńskiej Północy. Za moment skoczył
na nich Hordo z innymi. Karela zatańczyła szaleńczo wśród żołnierzy, jej ostrze żądliło
niczym osa i za każdym razem cofało się skrwawione. Gdy padł ostatni z obrońców, Conan
krzyknął do swoich:
— Rozproszyć się! Jak będzie trzeba, przetrząśnijcie każdy kąt. Szukajcie dziewczyny o
imieniu Ariana.
Sam ruszył niczym bóg zemsty. Słudzy i niewolnicy widząc wyraz jego twarzy umykali w
popłochu. Pozwalał im odejść. Szukał tylko jednej osoby. Raptem dostrzegł człowieka, który

background image

go zainteresował. Siwobrody szambelan próbował uciec, ale Conan złapał go za kark i
podniósł tak, że Varius tylko czubkami sandałów dotykał podłogi.
Głos Conana niósł w sobie obietnicę nagłej śmierci:
— Gdzie jest Ariana, szambelanie?
— Nie… nie znam żadnej dziewczyny…
Muskuły na ramieniu Conana napięły się, gdy dźwignął mężczyznę jeszcze wyżej.
— Dziewczyna! — szepnął złowieszczo młodzieniec.
Pot zrosił oblicze szambelana.
— Dostojny Albanus — wycharczał — zabrał ją do królewskiego pałacu.
Cymmerianin jęknął i rozluźnił uchwyt. Szambelan czmychnął. Conan nie próbował go
zatrzymać. Pałac. Jak się tam dostać? Czy udałoby się wrócić sekretnym przejściem ze
świątyni Erebusa? Mógłby spędzić resztę życia błąkając się po starożytnym labiryncie i nie
znaleźć drogi do pałacu.
Usłyszał kroki za plecami i odwróciwszy się, zobaczył Horda, Machaona i Karelę.
— Machaon znalazł kogoś w lochach — rzekł Hordo. — Nie dziewczynę. Człowieka, który
wygląda jak król Garian i nawet gada, że jest…
— Prowadź! — przynaglił Conan. Odżyła w nim nadzieja.
Lochy pod pałacem Albanusa niczym nie różniły się od innych tego typu pomieszczeń:
surowy kamień, ciężkie drewniane drzwi na rdzewiejących zawiasach, duszący odór moczu,
potu i strachu. Mimo to Conan, gdy zajrzał do wskazanej przez Machaona celi, uśmiechnął się
jak spragniony na widok chłodnej fontanny w cienistym ogrodzie.
Brudny, odziany w łachmany i przykuty łańcuchem do ściany mężczyzna poruszył się
niespokojnie.
— Cóż to, Conanie, dołączyłeś do Albanusa i Vegentiusa?
— Na Derketo! — sapnęła Karela. — Wygląda jak Garian!
— Bo to jest Garian — oznajmił Conan. — Świadczy o tym siniak na jego policzku.
Łańcuchy zadzwoniły, gdy Garian podniósł rękę, by dotknąć stłuczenia. Roześmiał się
niepewnie.
— Kto by pomyślał, że siniak może być wart więcej od korony…
— Jeżeli on jest Garianem, kto zatem zasiada na Smoczym Tronie? — zapytała Karela.
— Ktoś, kto podszywa się pod króla — odparł Conan. — I nie ma siniaka. Dajcie mi młot i
dłuto. Szybko!
Machaon zniknął i po chwili wrócił z żądanymi narzędziami. Gdy Conan ukląkł, by
przyłożyć dłuto do kajdanów na kostce Gariana, król powiedział:
— Zostaniesz nagrodzony, barbarzyńco. Gdy odzyskam tron, wszystko, co posiada
Albanus, przejdzie w twoje ręce.
Conan nie odpowiedział. Jednym potężnym uderzeniem młota otworzył żelazny pierścień.
Zajął się następnym.
— Musicie pomóc mi wydostać się z miasta — ciągnął Garian. — Gdy tylko dotrę do armii,
wszystko będzie dobrze. Wychowałem się w obozach. Znają mnie tam. Wrócę na czele
dziesięciu tysięcy mieczy i wywlokę Albanusa z pałacu.
— I zaczniesz wojnę domową — odparł Conan. Uwolnił drugą kostkę. — Ten fałszywy
król jest wielce do ciebie podobny. Wielu uwierzy, że to on jest królem, zwłaszcza gdy będzie
przemawiał ze Smoczego Tronu. Może nawet armia nie uwierzy tak szybko, jak myślisz.
— Cymmerianinie — jęknął Hordo. — To nie nasza sprawa. Lepiej ruszajmy za granicę.
Ani Conan, ani Garian nie poświęcili mu najmniejszej uwagi. Król milczał, dopóki Conan
nie skruszył kajdan na jego rękach. Wtedy zapytał cicho:
— Co proponujesz, Conanie?
— Powrót do pałacu — powiedział Conan, tak jakby to była najłatwiejsza rzecz pod
słońcem. — I spotkanie z fałszywym królem. Nie wszyscy ze Złotych Lampartów muszą być

background image

zdrajcami. Możesz odzyskać tron bez walki poza murami pałacu — uznał, że napomykanie o
plądrującej miasto hałastrze jest zbędne.
— Śmiały plan — mruknął z zadumą Garian. — Istotnie większość Złotych Lampartów jest
mi wierna. Wiem to z podsłuchanej rozmowy pilnujących mnie ludzi. Zrobimy, jak mówisz.
Odzyskam tron, Cymmerianinie, ale już teraz jestem twoim dozgonnym dłużnikiem —
wróciły mu królewskie maniery. Z rozbawieniem popatrzył na siebie. — Ale jeżeli mam
powrócić do pałacu, muszę się umyć i stosownie przyodziać.
Garian wyszedł z celi, wołając o gorącą wodę i czyste szaty. Conan zmarszczył brwi,
zastanawiając się, dlaczego słowa króla wydały mu się tak irytujące. Ale teraz nie było czasu
na roztrząsanie tego. Myślał o Arianie.
— Cymmerianinie — zagadnęła ze złością Karela — jeżeli sądzisz, że pojadę u twego boku
z powrotem do pałacu, to jesteś większym głupcem, niż myślałam. To śmiertelna pułapka.
— Nie proszę cię, byś to zrobiła. Przecież mówiłaś, że chodzisz własnymi ścieżkami.
Jej nachmurzona mina powiedziała mu, że nie taką odpowiedź pragnęła usłyszeć.
— Hordo — mówił dalej Cymmerianin — zawołaj ludzi i powiedz wszystkim, dokąd
jedziemy. Ci, którzy zechcą, mogą odejść. Nie chcę, by ktokolwiek towarzyszył mi dziś
wbrew własnej woli.
Hordo skinął i wyszedł. Karela za plecami Conana wyksztusiła nieartykułowane
przekleństwo. Conan zignorował ją, mając myśli zajęte planem dostania się do pałacu,
sposobem pozbycia się uzurpatora i najważniejszym, czyli uwolnieniem Ariany.
Pół godziny później wyszedł z pałacu wraz z Garianem, który przywdział najlepszą
szkarłatną tunikę, jaką zdołał na siebie dopasować. Na ulicy czekało na nich trzydziestu
ośmiu najemników. Byli nawet ci, których raniono w czasie zdobywania pałacu. Conan nie
był tym zaskoczony. Wiedział, że wybrał dobrych ludzi. Jednakże zdumiał się, widząc
siedzącą na koniu obok Horda Karelę. Jej zielone oczy odpowiedziały błyskiem wściekłości
na jego pytające spojrzenie. Conan bez słowa dosiadł wierzchowca. Miał dość kłopotów na
głowie, by narażać się na kolejną sprzeczkę.
— Jestem gotowy — oznajmił Garian, sadowiąc się w siodle. Miał przy pasie szeroki
miecz.
— Jedziemy — zarządził Conan i ruszył galopem ku pałacowi.

XXIV

Na szczyt pałacowego wzgórza wjechali powoli i z godnością. Garian wiódł swego
wierzchowca nieco przed Conanem. Powiedział, że król powinien jechać na czele swojej
armii, nawet małej. Conan przyznał mu rację, mając nadzieję, że na widok Gariana strażnicy
bez protestów otworzą bramę.
Zsiedli z koni na zwodzonym moście, a żołnierze wlepili w Gariana zdumione oczy.
— Poznaliście mnie? — zapytał Garian.
Obaj skinęli głowami, a jeden powiedział:
— Jesteś królem. Ale jak wyszedłeś z pałacu? Nie odtrąbiono twego wyjazdu.
Conan odetchnął z ulgą. To nie byli ludzie Vegentiusa. Strażnicy omietli wzrokiem
najemników stojących za królem, szczególnie Karelę, ale zaraz skupili uwagę na Garianie.
— Myślicie, że król nie zna sekretnych przejść w tym wzgórzu? — Garian uśmiechnął się,
jakby powiedział coś zabawnego. Gdy dwaj strażnicy również się uśmiechnęli, Garian
spochmurniał. — Jesteście wierni waszemu królowi?
Strażnicy wyprężyli się i wyrecytowali przysięgę Złotych Lampartów:
— Mój miecz służy temu, kto nosi Koronę Smoka. Moje ciało jest tarczą Smoczego Tronu.
Do śmierci będę posłuszny rozkazom króla.
Garian skinął z aprobatą.

background image

— Zatem wiedzcie, że zawiązano spisek przeciwko Smoczemu Tronowi, a prowodyrami są
dostojny Albanus i komendant Vegentius.
Conan położył dłoń na rękojeści, bo żołnierze aż podskoczyli. Oni jednak patrzyli tylko na
króla.
— Co mamy zrobić? — zapytał jeden.
— Weźcie tych, którzy są w barbakanie, zostawiając tylko dwóch do podnoszenia kraty i
pilnowania bramy. Idźcie do koszar. Niech wasze zawołanie brzmi: „Śmierć Albanusowi i
Vegentiusowi!” Ci, którzy tego nie powtórzą, są wrogami Smoczego Tronu, nawet jeśli noszą
złociste płaszcze.
— Śmierć Albanusowi i Vegentiusowi — powtórzył najpierw jeden, potem drugi
wartownik.
Kiedy obaj zniknęli w barbakanie, Garian rzekł ciszej:
— Nie sądziłem, że pójdzie tak łatwo.
— Bo nie pójdzie — zapewnił go Conan.
— Nadal uważam, że powinienem powiedzieć im o fałszywym królu, Cymmerianinie.
Conan potrząsnął głową.
— To by ich tylko zbiło z tropu. Dowiedzą się, gdy sobowtór zginie, jeżeli szczęście nam
dopisze. — Niewiele go obchodziło, kiedy i jak to się stanie, dopóki nie przeszkadzało to jego
zamierzeniom. Spojrzał na wrota barbakanu. — Co ich tak długo zatrzymuje?
Nagle wewnątrz rozległ się urwany w połowie krzyk. Za moment pojawił się wartownik ze
skrwawionym mieczem.
— Jeden nie chciał powiedzieć tego, coś kazał, panie.
Ze strażnicy zaczęli wychodzić żołnierze z obnażonymi mieczami. Każdy zatrzymywał się
przed królem i mówił: „Śmierć Albanusowi i Vegentiusowi”, po czym ruszał truchtem do
pałacu.
— Widzisz — powiedział Garian, gdy przejechali przez bramę. — To będzie łatwe.
Gdy krata opadła za ich plecami, od strony kwater Złotych Lampartów dobiegły krzyki i
szczęk mieczy. Zabrzmiał dzwon alarmowy, a w chwilę później umilkł z nagłością
świadczącą o śmierci tego, kto ciągnął za sznur. Odgłosy walki dobiegały z coraz to innych
miejsc.
— Chcę znaleźć Albanusa — rzekł Garian. — I Vegentiusa.
Conan tylko skinął. On także chciał znaleźć Albanusa. Na Vegentiusie mniej mu zależało,
ale nie miałby nic przeciwko spotkaniu. Pobiegł dalej, a najemnicy ruszyli za nim. Najpierw
chciał sprawdzić w sali tronowej.
Nagle przed nim ukazało się czterdziestu żołnierzy w złocistych płaszczach.
— Za Gariana! — zawołał Conan nie zwalniając kroku. — Śmierć Albanusowi i
Vegentiusowi!
— Zabić ich! — padło w odpowiedzi. — Za Vegentiusa!
Obie grupy, wymachując mieczami, z rykiem rzuciły się na siebie.
Conan rozciął gardło pierwszemu napastnikowi nawet nie krzyżując z nim ostrza, po czym
przemienił się w siejącą spustoszenie machinę. Jego miecz wznosił się, opadał i znów
wznosił, za każdym razem czerwieńszy niż poprzednio. Barbarzyńca niestrudzenie parł do
przodu. Wyrąbywał sobie drogę niczym wieśniak koszący zboże, pozostawiając za sobą
krwawe żniwo.
A potem wyrwał się z tłumu. Nie zatrzymywał się, by zobaczyć, jak jego towarzysze radzą
sobie z tymi, którzy przeżyli jego atak. Przewaga była po stronie wolnej kompanii, a on
musiał znaleźć Arianę.
Pobiegł prosto do sali tronowej. Strażnicy, którzy zwykle stali przy wielkich rzeźbionych
odrzwiach, odeszli, przyciągnięci odgłosami walki. Drzwi, do otwarcia których zwykle trzeba
było trzech ludzi, Conan otworzył bez niczyjej pomocy.

background image

Wielka komnata była pusta. Strzegł jej jedynie groźny Tron Smoka.
Komnaty króla, pomyślał Conan. Ruszył biegiem, a ci, którzy ośmielili się stawić mu czoło,
padali martwi. Już nie wykrzykiwał hasła. Uznawał za wroga każdego, kto nosił złocisty
płaszcz i nie umykał na jego widok.
Karela skradała się po pałacu jak pantera. Była sama. Po pierwszym starciu szukała wśród
poległych Conana, niepewna, czy chce go znaleźć, czy nie. Nie miała na to dużo czasu,
bowiem przybyli kolejni wierni Vegentiusowi żołnierze i walka, która się wywiązała,
wciągnęła wszystkich obecnych. Widziała Gariana kładącego trupem zdrajców i Horda
desperacko próbującego przebić się do niej. Jednooki brodacz siał zniszczenie niczym
wcielona śmierć, ale Karela była zadowolona, że nie może pójść za nią. Miała do zrobienia
rzecz, której jej wierny pies z pewnością by nie pochwalił.
Nagle drogę zaszedł jej szczupły mężczyzna. Krew spływała po jego aż nazbyt przystojnej
twarzy. Miecz również miał skrwawiony i poruszał się w sposób, który dowodził, że wie, jak
się nim posługiwać.
— Baba z mieczem — zadrwił. — Rzuć go i zmykaj, bo jeszcze pomyślę, że masz zamiar
go użyć.
Wtedy go rozpoznała.
— Precz, Demetrio! Nie chciałabym splamić ostrza twoją krwią — nie miała nic przeciw
niemu, ale teraz młodzieniec stał miedzy nią a miejscem, do którego zmierzała.
Jego śmiech przemienił się w warknięcie.
— Suka! — skoczył, spodziewając się, że trafił na łatwą ofiarę.
Zręcznie uniknęła tego zbyt pewnego ataku i w odpowiedzi cięła go przez pierś. Demetrio
zadrżał i cofnął się. Ona ruszyła za nim, nie pozwalając mu przystąpić do ataku. Dźwięczące
ostrza kreśliły w powietrzu skomplikowane srebrzyste wzory. Karela musiała przyznać, że
Demetrio jest dobry. Ale ona była lepsza. Chwilę później Demetrio umarł z niewiarą w
oczach.
Przeskoczyła nieruchome ciało i pognała dalej. Wreszcie znalazła się przed komnatami, do
których dążyła. Ostrożnie pchnęła drzwi czubkiem miecza.
Sularia, odziana w aksamitne szaty damy wysokiego rodu, odwróciła się do niej
niespokojnie.
— Kim jesteś? — spytała ostro. — Nałożnicą jednego z panów? Nie wiesz, że do moich
komnat nie wchodzi się bez pozwolenia? Jednak, skoro już tu jesteś, powiedz mi, co się dzieje
w pałacu? — jej oczy spoczęły na skrwawionym ostrzu i Sularia aż sapnęła z przerażenia.
— Skazałaś moją przyjaciółkę na najgorsze upodlenie — rzekła cicho Karela.
Odmierzonymi krokami weszła do komnaty. Blondynka zaczęła się cofać.
— Kim jesteś? Nie znam nikogo, kto mógłby być przyjaciółką osoby twego pokroju.
Natychmiast wyjdź z mej komnaty, bo każę cię wychłostać.
Karela roześmiała się złowieszczo.
— Jelanna również nie zna nikogo takiego jak ty. Co do mnie, nie spodziewam się, byś
poznała dostojną Tianę bez woali.
— Oszalałaś! — krzyknęła Sularia z drżeniem w głosie. Oparła się plecami o ścianę.
Karela odrzuciła broń.
— Nie trzeba mi miecza na ciebie — rzekła cicho. — Miecz jest do uczciwej walki.
Spomiędzy fałdów bogatej szaty Sularia wyciągnęła sztylet, jego ostrze było nie szersze od
palca i nie więcej niż dwa razy od niego dłuższe.
— Głupia! Jeśli naprawdę jesteś Tianą, to teraz dam ci powód do noszenia woali —
zadrwiła i cięła mierząc w oczy Kareli.
Kasztanowowłosa kobieta ruszyła jedynie jedną ręką, która błyskawicznie zamknęła się na
nadgarstku Sularii. Jej palce dzięki codziennym wielogodzinnym ćwiczeniom z bronią były
silne niczym szpony. Niebieskie oczy nałożnicy rozszerzyły się z niedowierzaniem. Karela

background image

wplotła drugą rękę w loki Sularii i zmusiła ją do spojrzenia w swe szmaragdowe oczy. Powoli
wykręcała rękę trzymającą sztylet.
— Mimo wszystko może darowałabym ci życie, gdyby nie to, że tknęłaś go swymi
brudnymi łapskami — wyszeptała i z całej siły wbiła sztylet w serce blondynki.
Puściła martwą kobietę, podniosła miecz i z pogardliwym uśmiechem wytarła ostrze w
wiszący na ścianie gobelin. Pozostał jeszcze Cymmerianin.
W głowie Kareli ścigały się tysiące myśli. Nie wiedziała, co zrobi z Conanem, gdy go
odnajdzie. Prawie była zdecydowana darować mu życie, ale Sularia przypomniała jej
wszystkie poniżenia, jakie znosiła z jego powodu. Najgorsze było to, że poszedł do łoża z
kimś takim jak ta suka. Gdy głębiej zastanawiała się na tym zarzutem, jej umysł wzdragał się
przed wyciągnięciem wniosku.
Wyszła na zewnętrzną galerię i wtedy zobaczyła go na dziedzińcu poniżej. Stał i patrzył
gdzieś przed siebie. Bez wątpienia nadal zastanawiał się, jak znaleźć tę swoją Arianę! Piękną
twarz Kareli wykrzywił paskudny grymas. Kącikiem oka uchwyciła ruch na dole i nagle
straciła dech w piersiach. Na dziedziniec wszedł Vegentius, a Conan nie zareagował. Wielki
żołnierz, zbudowany prawie tak potężnie jak Cymmerianin, sunął ku niemu powoli,
ukradkowo, niczym nocny morderca. Jego hełm z czerwonym grzebieniem i kolczuga
wyglądały na nietknięte, ale skrwawione ostrze świadczyło, że nie unikał walki. Karela
wiedziała, że za chwilę zobaczy śmierć Conana. Łzy napłynęły jej do oczu. Łzy radości,
powtarzała sobie. Jak przyjemnie będzie przyglądać się śmierci tego przeklętego
Cymmerianina! Jak wspaniale…
— Conan! — krzyknęła. — Za tobą!

Conan słuchał uważnie zbliżających się kroków. Z każdą chwilą stawały się mniej ostrożne.
Ręka Cymmerianina już spoczywała na rękojeści miecza. Nie wiedział, kto skrada się za jego
plecami, ale zachowanie obcego było bezsprzecznie wrogie. Kimkolwiek był, jeszcze kilka
kroków i zaskakujący zostanie zaskoczony. Jeszcze krok.
— Conan! — zabrzmiał krzyk. — Za tobą!
Cymmerianin zaklął, bowiem stracił przewagę wynikającą z zaskoczenia. Rzucił się w
przód, podkulił ramię i przekoziołkował po kamiennych płytach dziedzińca. Zrywając się na
nogi, wyciągnął miecz. Zawirował i stanął twarzą w twarz ze zdumionym Vegentiusem.
Szybko zerknął w górę i zobaczył autora niefortunnego ostrzeżenia. O kamienną balustradę
dwie kondygnacje wyżej opierała się Karela. Wiedział, że musi to być złudzenie, a jednak
mógłby przysiąc, że na jej policzkach widzi ślady łez. W każdym razie teraz nie miało to
znaczenia. Musiał skupić się na przeciwniku i walce.
Vegentius uśmiechnął się szeroko, jakby to, co miało nastąpić, było spełnieniem marzenia
jego życia.
— Od dawna chciałem się z tobą zmierzyć, barbarzyńco — na jego kanciastej twarzy nadal
widniały siniaki wyniesione z ich ostatniego spotkania.
— To dlatego podkradałeś się do mnie od tyłu? — zapytał drwiąco Conan.
— Giń, barbarzyńco! — zagrzmiał wielki żołnierz, opuszczając wzniesiony miecz.
Ostrze Conana ze szczękiem zderzyło się z mieczem przeciwnika. Cymmerianin
natychmiast przeszedł do ataku. Dwaj mężczyźni zmagali się prawie nie odrywając stóp od
podłoża, ostrza podzwaniały jak młot na kowadle. Ale za każdym razem to broń
Cymmerianina była młotem, zawsze on atakował, a Vegentius parował ciosy coraz bardziej
desperacko. Czas kończyć, pomyślał Conan. Zamachnął się potężnie i krew bryzgnęła z szyi
dowódcy Złotych Lampartów. Gdy bezgłowy korpus padł na kamienie, Conan odwrócił się i
poszukał wzrokiem Kareli. Galeria była pusta.
Nie mógł jednakże powstrzymać uśmiechu na myśl, że Karela wcale nie nienawidziła go tak
bardzo, jak to okazywała. Gdyby było inaczej, dlaczegóż miałaby go ostrzegać?

background image

Na dziedziniec wpadł zadyszany Hordo.
— Vegentius? — zapytał patrząc na odciętą głowę. — Widziałem Albanusa — rzekł, gdy
Conan potwierdził skinieniem. — Arianę i fałszywego Gariana. Ale kiedy dotarłem tam,
gdzie byli, zdążyli uciec. Myślę, że poszli do starej części pałacu — zawahał się. — Nie
widziałeś Kareli, Cymmerianinie? Nie mogę jej znaleźć, a nie chciałbym znów jej zgubić.
Conan wskazał na galerię, na której niedawno stała Karela.
— Znajdź ją, jeśli zdołasz, Hordo. Ja poszukam innej kobiety.
Hordo skinął głową i dwaj przyjaciele pobiegli w przeciwne strony.
Conan życzył brodaczowi szczęścia, chociaż podejrzewał, że Karela zniknęła mu raz
jeszcze. Ale sam nadal niepokoił się o los Ariany. Nie miał pojęcia, po co Albanus miałby
uciekać do starej części pałacu. Chyba że zamierzał uciec jednym z tajemnych przejść…
Jeżeli Jelanna znała jedno z nich, możliwe, że wiedza ta nie była obca Albanusowi. Jednak
Cymmerianin nie sądził, by samemu udało mu się znaleźć nawet to, przez które sam uciekł.
Jedyną nadzieją był wilczy dół.
Dziękował wszystkim bogom, jacy przychodzili mu na myśl, że w drodze przez pałac i
korytarze z surowego kamienia nie napotkał Złotych Lampartów. Nie mógł pozwolić sobie na
najmniejsze spóźnienie, skoro miał dotrzeć do wilczego dołu przed odejściem Albanusa. O ile
Ariana jeszcze żyła. Nie chciał zastanawiać się nad tym. Musieli tam być. Będą tam. Muszą!
Przy wejściu do komnaty z dołem usłyszał odbijający się od kopuły głos Albanusa. Conan
pozwolił sobie na westchnienie ulgi. Potem jego oczy rozbłysły niczym błękitna stal.
— Tym ich zniszczę — mówił Albanus gładząc kryształową kulę. Obok niego stali
sobowtór Gariana i patrząca w przestrzeń Ariana, ale wyglądało na to, że Albanus mówi tylko
do siebie. — Tym rozpętam takie moce…
Czary, pomyślał Conan, jednak nie mógł się cofnąć. Za moment spoczęły na nim ciemne
oczy Albanusa. Widniał w nich nie strach, ale gniew.
— Zabij go, Garianie — powiedział mag i na powrót skupił uwagę na błękitnej kuli. Ariana
nie poruszyła się ani nie zmieniła wyrazu twarzy.
Czy ten człowiek naprawdę myśli, że jest Garianem? — zastanowił się Conan. Sobowtór
ruszył ku niemu. Conan zauważył w jego dłoni ten sam miecz, który sprzedał Demetriowi.
Nie miał już najmniejszych wątpliwości, że była to zaczarowana broń, a jego domysł zyskał
potwierdzenie, gdy ostrze wzniosło się w górę. Rozległo się jakieś wygłodniałe, metaliczne
zawodzenie, takie samo jak to, które słyszał w czasie potyczki z Meliusem.
Opanował się. Śmierć nadejdzie, kiedy zechce. Nikt nie zdoła jej powstrzymać.
Ostrze fałszywego Gariana opadło jak błyskawica i Conan zamachnął się, by sparować cios.
Zderzenie nieledwie wyrwało mu rękojeść z garści. W ciosach Meliusa nie było takiej siły. Jej
źródłem musiały być czary. Conan nie mógł uwierzyć, by jakikolwiek człowiek posiadał tak
ogromną siłę. Włos zjeżył mu się na karku. To nie był człowiek! Zastanawiając się, z kim
przyszło mu się zmierzyć, cofał się ostrożnie.
Albanus, trzymając w dłoniach kryształową kulę i ignorując walczących, zaintonował
monotonnie:
— Af–far mea–roth. Omini deas kaan…
Conan poczuł drżenie mające źródło jakby w trzewiach ziemi, ale nie miał czasu, by się nad
tym zastanawiać. Kreatura z twarzą Gariana znów ruszyła na niego. Faliste ostrze skoczyło z
nadnaturalną prędkością. Conan nawet nie próbował przyjąć ciosu. Starał się tylko odchylić
jego tor, jednakże nawet ześlizgująca się stal miała tyle siły, że barbarzyńca odczuł ją w
piętach. Czubek zaczarowanego miecza zadrasnął Cymrnerianina w policzek, z którego
popłynął strumyczek krwi. Znów rozległ się metaliczny jęk, tym razem głośniejszy, prawie
zagłuszający inkantacje Albanusa.
Stwór ponownie złożył się do cięcia, które, gdyby Conan nie uskoczył, odrąbałoby mu
głowę. Rozpędzone ostrze uderzyło w żelazną nogę masywnego trójnogu, rozcinając ją na

background image

dwoje. Lampa powoli zaczęła się przewracać i wtedy Conan zobaczył na twarzy fałszywego
króla pierwsze prawdziwe uczucie. Było to przerażenie, z jakim sobowtór wlepił oczy w
płomienie padającej lampy.
Fałszywy Garian odskoczył tak chyżo, jakby groziło mu śmiertelne niebezpieczeństwo.
Głos Albanusa załamał się, ale mroczny pan po chwili podjął inkantacje. Lampa trzasnęła o
mur i przeleciała na drugą stronę, rozlewając płonący olej na dnie wilczego dołu. Jakieś suche
śmieci zajęły się z trzaskiem.
Conan zaryzykował zerknięcie na maga o jastrzębich rysach. Nad jego głową coś się
pojawiło. W powietrzu formowała się bryła ciemności. Kamienie pod stopami Cymmerianina
zadygotały. Rozległ się grzmot.
Jednakże Conan nie mógł przyglądać się dłużej, bowiem fałszywy Garian schwycił jedną
nogę ciężkiej lampy i cisnął ją do dołu tak lekko, jak człowiek rzuca kawałkiem drewna. W
wilczym dole buchnęły płomienie. Ziemia drżała teraz bez przerwy i coraz silniej. Kątem oka
Conan dostrzegł, że czarny bezkształtny cień nad głową Ałbanusa wznosi się wyżej pod
kopułę i staje się coraz bardziej materialny. Albanus recytował zaklęcia głośniej i bardziej
nagląco. Sobowtór znów ruszył na Conana.
— Uciekaj, Ariano! — wrzasnął Cymmerianin i oparł się o pękającą już ścianę. Nikt nie
zdoła uciec przed własną śmiercią. — Uciekaj!
Dziewczyna ani drgnęła, za to sobowtór parł dalej, wznosząc miecz do cięcia, które miało
przeciąć na pół Cymmerianina i jego oręż.
Conan desperacko rzucił się w bok. Straszliwe uderzenie wykrzesało strugę iskier w
miejscu, gdzie barbarzyńca stał przed chwilą. Sobowtór zachwiał się z powodu siły własnego
ciosu i kołyszącej się ziemi, a wtedy Conan zaatakował. W ten jeden cios włożył całą siłę.
Gdy ostrze trzasnęło w bok fałszywego Gariana, Cymmerianin odniósł wrażenie, że trafił w
kamień, jednak uderzenie to wystarczyło, by potwór całkowicie stracił równowagę i runął na
kamienie.
Conan widział wcześniej jego szybkość i nie miał zamiaru czekać, aż sobowtór powstanie.
Rzucił miecz i złapał go za pas i tunikę. Ze straszliwym wysiłkiem dźwignął go w powietrze.
— Tu masz ogień, którego tak się boisz! — krzyknął, przerzucając go nad murem.
Z gardła fałszywego Gariana wyrwał się przeraźliwy wrzask. Sobowtór w rozpaczliwej
próbie ratowania się przed ogniem wyrzucił miecz w bok. Gdy zwalił się w ogromną kałużę
płonącego oleju, rozległo się skwierczenie jak przy wlewaniu oliwy do ognia. Płomienie
ogarnęły potwora, lecz choć natychmiast przemieniły go w płonący posąg, okropne wrzaski
nie ustawały.
Conan podniósł głowę i pierwszym, co zobaczył, były oczy Albanusa. Usta maga poruszały
się, ale z jego piersi sterczał spragniony krwi, ciśnięty z nadludzką siłą zaczarowany miecz.
Obok kuliła się Ariana. Czary umierają wraz z czarnoksiężnikiem, a Albanus umierał.
Conan rzucił się ku dziewczynie. Gdy chwycił ją za rękę, spojrzała nań z oszołomieniem w
oczach. Albanus nadal zmuszał martwiejące usta do wypowiadania słów zaklęcia, ale jego
gardło już wypełniała krew.
Cymmerianin odwrócił się, by wyprowadzić Arianę z komory, i wtedy jego uwagę
przyciągnęło coś, co wisiało pod sklepieniem. Miał wrażenie, że to coś składa się z
niezliczonych oczu i macek. Jego umysł nie chciał przyjąć tego widoku do wiadomości.
Raptem ze skłębionej masy wystrzelił promień światła, który roztrzaskał błękitny kryształ w
dłoniach maga. Oczy Albanusa zeszkliła śmierć, gdy fragmenty kuli wypadły mu z rąk.
Grzmot zadudnił w komorze. Conan wiedział już, że był to śmiech demona. Ciemny kształt
zebrał się w sobie. Conan porwał Arianę na ręce i rzucił się do ucieczki, gdy to, co unosiło się
w powietrzu, przebiło strop komory. Z góry runął grad kamieni, zasypując wilczy dół. Kurz
zawirował w powietrzu. Zawalające się ściany pociągały za sobą inne. Rozprzestrzeniająca
się od wilczego dołu fala destrukcji pochłaniała starożytną część pałacu.

background image

Conan biegł długą chwilę po polerowanych marmurowych posadzkach, nim wreszcie zdał
sobie sprawę, że wszystko się uspokoiło. Podłoga nie kołysała się już dziko niczym okręt na
wzburzonym morzu. Ściany przestały się walić. Cymmerianin zatrzymał się i obejrzał. Pył
opadał powoli. Korytarz, z którego wyniósł Arianę, zawalony był kamieniami, a przez dziurę
w trzech kolejnych stropach Conan zobaczył niebo oświetlone przez zachodzące słońce.
Nowsza część pałacu poza kilkoma zarysowanymi ścianami nie odniosła poważniejszego
uszczerbku.
Ariana zadrżała w jego ramionach, a on niechętnie postawił ją na ziemi. Dziewczyna była
rozkosznym brzemieniem, chociaż okrywał ją kurz i kamienny pył. Zakaszlała i rozejrzała się
wokół.
— Conan? Gdzie my byliśmy? Czy to pałac królewski? Co się stało?
— Wyjaśnię ci później — powiedział Cymmerianin, raz jeszcze zerkając na rozpościerającą
się za nimi ruinę. — Poszukajmy króla Gariana, Ariano. Czeka mnie nagroda.

XXV

Przemierzając jedną z sal pałacu, który niegdyś należał do Ałbanusa, a od dwóch dni, na
mocy królewskiego dekretu, był własnością Conana, Cymmerianin zatrzymał się, by obejrzeć
statuetkę z kości słoniowej. Była starannie wyrzeźbiona, lekka i mógł dostać za nią niezłą
cenę w każdym dużym mieście. Wrzucił posążek do worka i ruszył dalej.
Dotarł do przedpokoju w chwili, gdy frontowymi drzwiami wchodzili Hordo i Ariana.
— Wróciłeś w odpowiednim czasie — rzekł Cymmerianin. — Co się dzieje w mieście?
Hordo wzruszył ramionami.
— Straż miejska i to, co zostało ze Złotych Lampartów, wyłapują bandytów. Większość
jednak uciekła. Zdaje się, że uznali trzęsienie ziemi za znak gniewu bogów. Niektórzy
utrzymują, że w chwili największego nasilenia wstrząsów widzieli demona unoszącego się
nad pałacem króla — roześmiał się bez przekonania. — Zabawne, czego to ludzie nie widzą,
no nie?
— Rzeczywiście zabawne — odparł Conan bez uśmiechu. Gdyby opowiedział Hordowi, co
stało się przy wilczym dole, jednooki tylko by zajęczał, że jest już za stary na takie rzeczy. —
Co „U Thestis”? — zapytał Arianę.
Westchnęła ciężko, nie patrząc na niego.
— To już koniec. Zbyt wielu z nas aż za dobrze przekonało się na własne oczy, do czego
prowadzą nasze wzniosłe dysputy. Garian zwolnił z kopalni Graecusa i innych, ale wątpię,
czy szybko zdołają spojrzeć komukolwiek w oczy. Ja sama zamierzam wyjechać z Nemedii…
— Jedź ze mną do Ophiru — zaproponował Conan.
— Pojadę z Hordem do Aquilonii.
Conan wytrzeszczył oczy. Nie, żeby miał coś przeciwko jej wyjazdowi z Hordem. Cóż, w
końcu wybrała przyjaciela, ale ostatecznie to on uratował jej życie. Co to za wdzięczność?
Ariana wyzywająco potrząsnęła głową i objęła jednookiego.
— Hordo ma wierne serce, a to więcej, niż można powiedzieć o innych mężczyznach. Może
nie wobec mnie, ale wierne. Poza tym już dawno powiedziałam ci, że to ja decyduję, z kim
dzielę swoje posłanie — w jej głosie zabrzmiało usprawiedliwienie. Ściągnęła usta, bowiem
nie chciała przyznać, że czuje potrzebę tłumaczenia się przed Conanem.
Zamyślony Cymmerianin pokręcił głową. Wspomniał przepowiednię wróżbity. Kobiety i
koty nigdy nie mają właścicieli, tylko od czasu do czasu wpadają z wizytą. W tej chwili
pomyślał, że chciałby mieć kota.
— Dlaczego do Aquilonii? — zapytał Horda.
Jednooki podał mu złożony arkusz pergaminu i powiedział:
— Słyszałem pogłoskę, że ruszyła na wschód. A tu jest też coś dla ciebie.

background image

Conan rozłożył pergamin.

Hordo, mój najwierniejszy psie,
Kiedy będziesz czytał te słowa, ja będę już przy granicy Nemedii. Nie podążaj za mną, bo
gdy jeszcze raz znajdę cię na swojej drodze, to nie będę już taka uprzejma. A jednak życzę ci
dobrze. Powiedz Cymmerianinowi, że jeszcze z nim nie skończyłam.
Karela

Poniżej podpisu widniała odbita w czerwonym tuszu sylwetka jastrzębia.
— Ale ty i tak pojedziesz za nią — powiedział Conan, oddając list.
— Oczywiście. — Hordo pieczołowicie złożył pergamin i schował go do sakiewki. — Ale
skąd ten pomysł z wyjazdem do Ophiru? Następnym posunięciem Gariana będzie nadanie ci
szlachectwa.
— Przypomniałem sobie ślepego wróżbitę z „Bodącego Wołu”.
— Tego starego durnia? Mówiłem ci, byś udał się do jednego z moich znajomych
astrologów.
— Ale miał rację — powiedział cicho Conan. — Kobieta szafirów i złota. Sularia. Kobieta
szmaragdów i rubinu. Karela. Obie pragnęły mojej śmierci, z powodów, jakie podał. Reszta
też okazała się prawdą. A pamiętasz, jak kończyła się jego przepowiednia?
— Jak?
— Uratuj tron, uratuj króla, zabij króla lub umrzyj. Cokolwiek będzie, cokolwiek jest,
zadbaj, by w porę uciec. Również powiedział, bym strzegł się wdzięczności królów. Wziąłem
to sobie do serca, choć może trochę zbyt późno.
Brodacz parsknął spoglądając na marmurowe kolumny i alabastrowe ściany.
— Nie widzę powodu, by strzec się takiej wdzięczności.
— Królowie nie lubią mieć długów — powiedział Conan — założę się, że gdy muszą
odczuwać wdzięczność, traktują to jako uszczuplenie swej władzy. Sam przyznasz, że to
krępujące. Najlepszym sposobem na przywrócenie dobrego samopoczucia jest zabicie
człowieka, w stosunku do którego żywi się wdzięczność. Rozumiesz teraz?
— Gadasz niczym filozof — stęknął Hordo.
Conan poderwał głowę i roześmiał się.
— Niech mnie Mitra broni!
— Kapitanie — powiedział Machaon stając w progu. — Kompania jest gotowa do drogi.
Każdy człowiek ma worek łupów przy siodle, ale nigdy nie słyszałem, by właściciel kazał
złupić własny pałac!
Conan spojrzał na Horda.
— Weź, co chcesz, stary przyjacielu, ale nie zwlekaj zbyt długo — wyciągnął rękę, a Hordo
uścisnął ją krzepko.
— Żegnaj, Conanie z Cymmerii — rzekł ochryple Hordo. — Zadmij po mnie w Piekielny
Róg, gdy staniesz przed nim przede mną.
— Żegnaj, Hordo z Zamory. I zrób to samo, jeśli to ty będziesz pierwszy.
Cymmerianin wychodząc z pałacu już nie spojrzał na Arianę. Sama zadecydowała.
Na ulicy czekała jego wolna kompania. Dwudziestu najemników, którzy przeżyli walkę w
królewskim pałacu, siedziało na koniach. Conan wskoczył na siodło.
Pomyślał, że ucieczka od ofiarowanych mu bogactw to osobliwe zakończenie przygody. I te
dwie kobiety. Chętnie pojechałby w ich towarzystwie, ale żadna z nich go nie chciała. Było to
dziwne, jednak pomyślał, że w Ophirze czeka nań mnóstwo kobiet, a pogłoski o zamieszkach
oznaczały, że bez trudu znajdzie zajęcie dla swej wolnej kompanii.
— Jedziemy do Ophiru! — zawołał i ruszył galopem na czele najemników.
Nie obejrzał się za siebie.


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Conan Jordan Robert E Conan Obrońca
Conan 56 Conan zwyciązca
Conan 51 Conan Pan czarnej rzeki
Conan 60 Conan wyzwoliciel
Conan 12 Conan buntownik
Conan 26 Conan mistrz
Conan Xuthal
Conan 47 Conan i szalony bóg
Conan 4 Conan obieżyświat
Conan 50 Conan Gladiator
Conan 7 Conan wojownik
Conan 63 Conan i Prorok Ciemności
Conan 20 Conan z Aquilonii
Conan 72 conan i widmo przeszłości
Conan 42 Conan i szmaragdowy lotos
Conan i podziemie niewoli
Conan Stygian Spells

więcej podobnych podstron