Adam Bahdaj
Order z księżyca
1
- Człowieku, to wy nic nie wiecie? - Rotmistrz Oksza patrzał na Andrzeja szeroko
rozwartymi oczami. Twarz miał dziwnie zatroskaną. Kościstą dłonią gładził leżący przed sobą
list, który przed chwilą przeczytał i położył na nie heblowanym stole. Przesuwał palcami jak
niewidomy czytający książkę.
Andrzej uniósł tylko ramiona. Był bardzo zmęczony. Zdawało mu się, że Oksza kpi z
niego.
Rotmistrz trzepnął palcami w biały arkusz papieru.
- Kto wam wręczył ten list?
- Major Smyga.
- Zgadza się - szepnął do siebie. - Czy wiecie, o co jesteście oskarżeni?
Andrzej pobladł. Końcami palców pocierał o mokrą wiatrówkę.
- Nie - wyszeptał prawie bezdźwięcznie. Rotmistrz wbił wzrok w białą kartkę papieru.
Mówił teraz wyraźnie, odrąbując jedno słowo od drugiego, jak szczapy twardego drzewa.
- Jesteście oskarżeni o przywłaszczenie dwudziestu tysięcy dolarów...
- To pomyłka! - Andrzej zerwał się, stanął przed rotmistrzem jakby gotowy do walki.
Jego jasna głowa sięgała niemal powały, zbitej z nie ociosanych okrąglaków.
- Siadajcie - rotmistrz skinął suchą, ruchliwą dłonią. - Siadajcie - powtórzył twardo. -
Więc to wy sami przynieśliście ten list z Budapesztu? - zapytał nieco łagodniejszym głosem.
- Tak.
- Kiedy wyszliście stamtąd?
- W piątek.
- To znaczy tydzień temu?
- Tak. Droga była trudna - dodał jak gdyby na usprawiedliwienie - Niemcy już są na
Węgrzech.
- Wiem. A te dolary? Te dolary kiedyście przynieśli?
Andrzej przygryzł wargę.
- Nic nie wiem o dolarach.
W kącie szałasu poruszył się porucznik Ornak. Andrzej znał go jeszcze sprzed
trzydziestego dziewiątego roku. Startował z nim kilkakrotnie w zawodach narciarskich. Był to
Góral z Nowego Targu. Po gimnazjum poszedł do podchorążówki i ukończył ją przed wojną.
Andrzej nie mógł sobie teraz przypomnieć, jak on się naprawdę nazywał.
- Kiedy byliście poprzednio w Zakopanem? - zapytał Ornak, jak gdyby chciał mu
pomóc.
- Dwa tygodnie temu... Ale nie w Zakopanem. Szedłem wtedy przez Pieniny i Gorce
prosto do Rabki. To mnie właśnie zastanowiło, dlaczego do Rabki. Do tej pory chodziłem,
zawsze na Zakopane...
- Więc dwa tygodnie temu? - przerwał mu rotmistrz i z niedowierzaniem pokręcił
gładko przyczesaną głową. - Nie mieliście wtedy dolarów?
- Nie wiem, co niosłem - powiedział Andrzej podniesionym głosem. - Miałem pocztę i
jakąś paczkę.
- I nie wiedzieliście, co jest w tej paczce?
- Nie wiedziałem. Mieliśmy rozkaz nie zaglądać do paczek. To zarządzenie wydał
jeszcze pułkownik Obertyński.
- Ciekawe - powiedział rotmistrz do porucznika. - Okazało się, że zamiast dolarów
przyniósł plik pociętych gazet.
- To kłamstwo! - Andrzej wyprostował się. Zapadnięte ze zmęczenia oczy płonęły
gniewem.
- Siadajcie - wycedził rotmistrz. - Mam tu w liście czarno na białym, że zabraliście w
Budapeszcie dolary, a przynieśliście nam pociętą gazetę.
- Kto pisał list?
- Wasz bezpośredni zwierzchnik.
- Major Smyga?
- Tak.
- Więc oświadczam, że kłamie. Przez całą drogę nie rozwijałem paczki. Wręczyłem ją
taką, jaką dostałem.
Rotmistrz uniósł gwałtownie rękę.
- Czekajcie. Czy major mówił wam, że niesiecie jakieś pieniądze?
- Nie.
- Komu oddaliście pocztę w Rabce?
- Siostrze Karpowicz z sanatorium dla dzieci.
- Wręczyliście jej osobiście?
- Tak.
- Otrzymaliście pocztę powrotną?
- Tak.
- Co w niej było?
- Tylko poczta... To znaczy listy, papiery, nic więcej.
- Kto był przy wręczaniu poczty w Budapeszcie?
- Otrzymałem ją wprost z rąk majora Smygi. Nikogo przy tym nie było.
Rotmistrz zmęczonym ruchem przetarł czoło. Naraz oczy jego ściemniały, zmatowiały.
- Więc wy posądzacie waszego zwierzchnika, majora Smygę, o to, że zamiast dolarów
wręczył wam plik pociętej gazety? - powiedział akcentując każde słowo.
Andrzej żachnął się.
- Ja nikogo nie posądzam. Powinienem wiedzieć, co niosę. Wtedy mógłbym za to
odpowiadać.
Nastała długa chwila ciszy. Andrzej utkwił tępy wzrok w jaśniejącej na stole kartce.
Przypomniał sobie moment, kiedy major wręczał mu ten list. Było to na ławce w parku. Teraz
widział dokładnie szeroką, płaską twarz majora, przyprószoną jasnym zarostem, szare, chłodne
oczy wpatrujące się w niego z uporem i grube wargi lekko rozchylone w półuśmiechu. Cztery
dni temu Smyga ściskał mu dłoń, życząc dobrej drogi, a jednocześnie wręczał mu
własnoręcznie napisany wyrok. Tego Andrzej nie mógł pojąć. To było ponad jego siły.
Zmęczenie otępiło go do tego stopnia, że przez chwilę zapomniał, gdzie się znajduje. Dopiero
ciężkie, zniecierpliwione westchnienie rotmistrza przywróciło mu jasność myśli. Patrzył na
jego smagłą rękę ze złotym nalotem tytoniu na kościstych palcach. Dłoń spoczywała na liście.
- Ja od trzydziestego dziewiątego jestem kurierem - powiedział jakby do własnych
myśli. - Czy mógłbym to zrobić?
Rotmistrz tarł wychudzony policzek.
- Będę was musiał postawić pod sąd. Pieniądze były przeznaczone dla organizacji w
kraju. Dwadzieścia tysięcy dolarów... - żachnął się zniecierpliwiony.
Andrzej uśmiechnął się cierpko.
- To ma być nagroda?
- Co? - mruknął z kąta porucznik.
- Ten sąd.
- Człowieku, nić innego nie da się zrobić - rzekł rotmistrz. - Sami przynieśliście na
siebie wyrok.
Andrzej gwałtownym ruchem uniósł obie dłonie do skroni.
- Przecież to straszne.
- Rozumiem, ale nic innego zrobić nie mogę.
- To draństwo - wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Pst!... - syknął rotmistrz i uniósł ostrzegawczo rękę.
Kurier zwiesił bezsilnie ramiona. Zdawało mu się, że jego ręce są odlane z ołowiu.
Poczuł mdłości. "To z głodu" - pomyślał.
- Cztery lata chodziłem jak głupi - wyszeptał, a potem machnął tylko ręką. - Jestem
zmęczony, cholernie zmęczony. Od rana nic nie jadłem.
2
W piątek wyruszył z okupowanego przez Niemców Budapesztu. Warunki trasy
zmieniły się zupełnie. Wszystkie etapy zostały zerwane. Musiał więc przejść pieszo całą
Słowację. W Zakopanem łączniczka oznajmiła mu, że ma rozkaz zaprowadzić go do oddziału
partyzanckiego pod Turbaczem. Wiadomość ta zaskoczyła go. Do tej pory oddawał pocztę i
powracał. Był jednak tak zmęczony, że nie zastanawiał się nad tym. Chciał jak najszybciej zdać
pocztę i odpocząć. Miał nadzieję, że zostanie w Gorcach. Do Budapesztu nie było już po co
wracać.
Po czterech latach kończył służbę kuriera. Gdy myślał o tym, doznawał uczucia żalu.
Tyle lat wędrówki, tyle przebytych tras, tyle nieprzespanych nocy... Miał takie wrażenie, jakby
nagle zdradzał te szlaki, przekreślił dni i noce spędzone na trasach - wśród słońca i pod mżącym
blaskiem gwiazd, w zielonym puchu wiosny i w ślepych zamieciach śnieżnych, w spokojnych
czasach opadania liści, w ulewach i we mgłach. Ileż to kilometrów przemierzył przez te
gorączkowe, pełne napięcia lata, ile ominął niebezpieczeństw, ile razy śmierć zaglądała mu w
oczy.
Ciężko było żegnać te chwile, trudno porzucać szlak wielkiej przygody. I naraz ten
nieoczekiwany cios, jak uderzenie twardą pięścią między oczy: "Jesteście posądzeni o
przywłaszczenie dwudziestu tysięcy dolarów... Będę was musiał postawić pod sąd... Pieniądze
były przeznaczone dla organizacji w kraju..."
Był straszliwie zmęczony, nie mógł zasnąć. Rzucał się w śpiworze, ciało parzyło.
Wolno, piekielnie wolno wlókł się czas. Sen nie chciał przyjść. Tylko wspomnienia coraz
wyraźniejszymi falami napływały z głuchej czeluści nocy.
Najczęściej stawała mu przed oczami postać majora Smygi. Widział dokładnie moment,
w którym Smyga wręczył mu tę paczkę. Było to dziewiętnastego marca, w dzień zajęcia
Budapesztu przez Niemców. Ranek pogodny, pachnący wiosną. Ulice Budy zalane słońcem.
Niebo gołębiosine, rozpostarte nad koronkową panoramą Góry Zamkowej, a w dole Dunaj
sunący cicho, mętny od wiosennego przyboru.
Smyga mieszkał na ulicy Uri w ekskluzywnej dzielnicy arystokratów, dyplomatów,
snobów, wielkoświatowych hochsztaplerów. Andrzej bywał u niego rzadko, ale ilekroć miał
tam pójść, ogarniał go niesmak i zakłopotanie. Nie znosił majora organicznie. Nie lubili go
zresztą wszyscy kurierzy. Traktował ich jak osobistych gońców, nie jak towarzyszy walki. Od
dawna przebąkiwano, że to niebezpieczny człowiek. Mówiono, że wygryzł Obertyńskiego, a
potem sam został mianowany na jego miejsce. Podejrzewano go o spekulacje pieniędzmi
organizacji. Jako szef wywiadu na całe Węgry, miał nieograniczone możliwości. Nikt go nie
kontrolował. Sam rozporządzał wielkimi sumami. Podejrzenia nie były bezpodstawne. Smyga
prowadził wystawny tryb życia. Widywano go w najwytworniejszych lokalach nocnych,
wyjeżdżał do najmodniejszych uzdrowisk, zajmował wykwintny apartament, nie liczył się z
pieniędzmi. Oszczędny stawał się dopiero wtedy, gdy miał do czynienia z kurierami.
"Więc tak... - myślał Andrzej wiercąc się w śpiworze. - Ten drań poczuł pismo nosem.
Zrozumiał, że nadarza się odpowiednia chwila, by zagarnąć okrągłą sumę dla zabezpieczenia
sobie bytu. Niemcy w Budapeszcie, organizacja rozsypuje się, rwie się łączność z Londynem i
z krajem. Można skorzystać. Dwadzieścia tysięcy dolarów przyda się w tych niepewnych
dniach wojny. Pakuje więc zamiast pieniędzy pociętą gazetę. Kurier jest pewny,
zdyscyplinowany, wypróbowano go przez cztery lata służby. Nawet mu przez myśl nie
przejdzie sprawdzić zawartość paczki. Zalakowana, może spokojnie wędrować w jego
plecaku."
Major golił się w łazience.
- To pan, panie Andrzeju? - zawołał przez lustrzane drzwi. Potem w uchylonej szparce
pokazał namydloną twarz. - Słyszał pan, co się dzieje? - zapytał z przejęciem.
- Niemcy zajęli miasto.
- Psiakrew - zaklął. - Tego tylko brakowało. Zdaje się, że kończymy naszą służbę.
- Mam dzisiaj wyruszyć?
- Oczywiście, oczywiście - rzekł pospiesznie. - Jest ważna poczta. Całe szczęście, że
trafiłem na pana. Będę przynajmniej spokojny. Ja wieję z mieszkania.
Mogą mnie tu capnąć. Zgłosi się pan w Rabce u siostry Karpowicz w sanatorium dla
dzieci, Parkowa szesnaście.
- W Rabce? - zdziwił się Andrzej.
- Tak. Zmieniliśmy etap w kraju. W Zakopanem już śmierdzi. Pójdzie pan przez Pieniny
i Gorce. Dawne etapy już niebezpieczne. Widzi pan, czegośmy się doczekali...
- Czy mam wracać? - zapytał Andrzej. Smygą odwrócił się.
- Oczywiście. Będzie pan musiał przeprowadzić mnie do kraju. Poczekam na pana. Z
panem będę się czuł najbezpieczniej. Zdaje się, że cała nasza robota na Węgrzech traci już sens.
Po prostu - kończy się. Zresztą, powiem panu, dość mam tego. W kraju przynajmniej walczą, a
tu... Tutaj można skisnąć. Poczekam na dyspozycje, a potem pryskam. Mam nadzieję, że to nie
potrwa długo - ręcznikiem skrupulatnie wycierał gładko wygolone policzki.
- Więc gdzie ta poczta?
- Już daję.
Przeszedł do przedpokoju, wyjął z palta kluczyk, otworzył nim skrzynkę zegara
elektrycznego, wyjął kilka listów i sporą paczkę zawiniętą w gruby papier, starannie oplecioną,
cienkim sznurkiem i zalakowaną w kilku miejscach.
- Co w tej paczce? - zapytał Andrzej.
Major spojrzał na niego z ukosa. Uśmiechnął się jakoś przekornie.
- A jeśli panu powiem, że maszyna piekielna na Hitlera, czy to coś panu pomoże? -
roześmiał się chrypliwie. Po chwili dorzucił: - Kurier raźniej się czuje, jeżeli nie wie, co niesie.
Zresztą mamy instrukcje...
- No, tak - skwitował Andrzej.
- A więc powodzenia. Po powrocie zgłosi się pan do pani Asłanowicz z Komitetu. Tam
zostawię wiadomość, gdzie ma mnie pan szukać. Następną turę przejdziemy już razem...
"Wystrychnął mnie na dudka - myślał teraz Andrzej patrząc w szarą taflę małego
okienka, za którą stała zbita ściana lasu. - Szubrawiec, wierzył w moje poczucie obowiązku.
Nie zawiódł się. Dwadzieścia tysięcy dolarów zostawił sobie na czarną godzinę. A potem
jeszcze asekurował się na wszelki wypadek, żeby kiedyś nie zarzucono mu kradzieży
organizacyjnych pieniędzy. Zwalił wszystko na kuriera, rzucił nań podejrzenie, wydał wyrok.
Przewidujący gracz. Kto wie, może kiedyś każą mu wyliczyć się z pieniędzy. Zawsze łatwiej
jest występować w roli patrioty, nieugiętego rycerza sprawy, niż w szmatkach zwykłego
malwersanta, złodzieja. Przebiegły. Wolał nie wracać ze mną do kraju. Zadekował się w jakiejś
węgierskiej dziurze. Ma nadzieję, że przetrwa razem z tymi dolarami i doczeka się lepszych
czasów, a potem... Potem będzie się śmiał z naiwnego kuriera, któremu za sprzeniewierzenie
organizacyjnych pieniędzy gdzieś w gęstym zagajniku pod Turbaczem wpakowano kulę w
łeb..."
3
Musiało już świtać, bo za maleńkim okienkiem szałasu wyłaniały się z szarego mroku
zarysy świerków.
Zapadł nagle w sen ciężki, pełen niespokojnych zjaw i widziadeł. Wspinał się wąskim,
spadzistym żlebem. Czarne skały, podobne do widmowych ptaków, wisiały nad nim, grożąc w
każdej chwili zerwaniem. A dnem żlebu, niby sypki, zlodowaciały śnieg, sypał się popiół.
Naraz jedna ze skał-ptaków oderwała się od calizny i runęła wprost na niego... Wtedy poczuł,
że ktoś szarpie go za ramię. Z trudem otworzył powieki. Przecierał oczy. Nad nim stał
porucznik Ornak. "Jak on się właściwie nazywa? - zastanawiał się. - Ornak to przecież jego
pseudonim konspiracyjny. Dawniej, kiedy startowałem z nim w zawodach zjazdowych, inaczej
się nazywał..."
Za oknem różowiły się blado pnie smreków. Ornak szarpnął go.
- Wstawaj - szepnął. - Musisz wyrywać.
Andrzej patrzał nań nieprzytomnymi oczami.
- Słuchaj, jak ty się nazywasz?
- Wstawaj! - przynaglał go porucznik. Miał na sobie góralski półkożuszek, przepasany
starym koalicyjnym pasem. Z ramienia zwisał mu błyszczący od oliwy sten.
- Będziecie mnie sądzić? - zapytał Andrzej ziewając.
- Nie. To śmierdząca sprawa.
- Dlaczego?
- Wiesz dobrze. Rotmistrz posłał do Rabki, do tej siostry. Nie ma jej. Zabrało ją gestapo.
- Mnie nie wierzycie?
- Ja ci wierzę, ale sąd.
- Chcę, żebyście mnie sądzili.
- Nie mów głupstw. Wstawaj. Każdy sąd dałby ci "czapę".
- Za co?
Ornak schwycił za róg śpiwora, zaczął go ściągać z Andrzeja.
- Spiesz się. Już widno. Muszę cię wyprowadzić z obozu. Rotmistrz powiedział, że
najlepiej zrobisz, jeśli wrócisz do Budapesztu. Ja na twoim miejscu znalazłbym tego majora i
sprałbym mu mordę albo...
- Albo co?
- Zresztą - rób co chcesz. Rotmistrz powiedział, żebyś się nie starał przyczepić do
jakiegoś oddziału, bo wtedy będzie cię musiał oddać pod sąd.
- On myśli, że ja to zrobiłem?
- Nie wiem, co on myśli. Wiem, że kazał cię wyprowadzić z obozu i radził, żebyś wrócił
do Budapesztu.
- Tam Niemcy.
- Ale major też tam jest.
- Nie wiem.
- Ja bym go znalazł. Ja bym go poczęstował za ten kawał.
Andrzej wygrzebał się ze śpiwora. Palcami wyczesywał z włosów zeschłe liście.
- Ruszaj się, człowieku - poganiał zniecierpliwiony Ornak.
Zaczął zbierać swoje rzeczy. Zwinął śpiwór i wsadził go do plecaka. Potem szybko
sznurował ciężkie narciarskie buty. Ornak stał nad nim ciągle, przynaglał do pośpiechu.
- Po co ta cała heca? - zapytał nagle Andrzej. I zaraz potem pomyślał: "Lepiej
wpakowaliby mi kilka kuł... Co ja teraz będę robił?"
Ornak wzruszył ramionami.
- Jesteś gotowy?
Andrzej, jak gdyby chcąc odwlec chwilę odejścia, wyciągnął paczkę węgierskich
symphonii. Poczęstował porucznika. Ten nie zapalił. Schował papierosa do kieszeni.
- Chodźmy już.
Wyszli wprost w gęsty, smreczynowy młodnik. Wierzchołki drzew żarzyły się w
bladym blasku wschodzącego słońca. Powietrze było chłodne, wilgotne.
Andrzej drżał. Nie wiedział, czy z zimna, czy ze zdenerwowania. W dali, między
gałęzie smreków, wdzierał się siny, zamglony łańcuch Tatr. Ciężka rosa wisiała na trawach,
skapywała z gałęzi. W gęstwinie gwizdnęła wilga. A dołem, lasem, aż po dolinę Dunajca
zaległa ciężka, cierpka cisza.
Andrzej zaciągnął się głębiej dymem. Gorzki smak papierosa mdlił go, dym gryzł w
piekące od niewyspania oczy. Szli w milczeniu, rozgarniali gęstwinę, przemykali między
wykrotami i zasiekami przylasków. Andrzej przypatrywał się zgiętym nieco plecom swego
przewodnika. Podziwiał jego lekki, elastyczny krok. Taki krok mają jedynie ludzie obyci z
górami. "Jak on się nazywa? Przecież jeszcze w trzydziestym dziewiątym roku podczas
mistrzostw Polski startowałem z nim do biegu zjazdowego."
- Słuchaj - zagadnął głośno - jak ty się nazywasz?
Tamten odwrócił ku niemu smagłą, suchą twarz.
- Ja... ano Ornak - rzucił przyjaźnie.
- Nie. Teraz... Teraz to wiem. Ale jakie twoje prawdziwe nazwisko? Śmieszne, co, ale
zapomniałem.
- Czy to ważne?
- Przecież wiedziałem. Jeszcze w trzydziestym dziewiątym startowaliśmy razem.
Męczy mnie to...
- Rajski - rzucił tamten szybko.
- No, właśnie - uśmiechnął się Andrzej. - Przecież w Nowym Targu co drugi to Rajski.
Ty od dawna tu w lesie?
- Od roku. A ty od (kiedy kursujesz?
- Od samego początku.
- Znasz Władka, gajowego z Krościenka?
- Znam. Chodziłem z nim razem.
- Co robi?
- Nie wiem. Pewno został w Budapeszcie.
- Pozdrów go, jak się z nim zobaczysz.
- Prawdopodobnie go nie zobaczę.
- A może...
- Nie... Chyba że wrócę na Węgry.
- Ja bym wrócił. Ja bym tego majora... - urwał nagle i przyśpieszył kroku.
Andrzej myślał, że ta rozmowa nie miała w ogóle sensu. Zaczął ją jedynie po to, by
przerwać przykre milczenie. Gdzieś w głębi świadomości nurtowały go inne myśli.
Przygnębienie ogarnęło go wielką, nienawistną, szarą jak mgła falą. "Parszywe życie... Cztery
lata na kurierskich szlakach i nagle rozpacz... Co robić?" Porucznik jak gdyby odgadł jego
myśli.
- Co ty właściwie chcesz robić? - zapytał nie odwracając głowy.
- Nie wiem... Ale chyba pójdę na Węgry.
- Kiedy?
Andrzej wzruszył ramionami. Zostawił pytanie bez odpowiedzi. Ale po chwili rzekł
jakby do własnych myśli:
- Parszywe życie. Inaczej je sobie wyobrażałem. Myślałem, że inaczej to się skończy.
- Rozumiem - Ornak zwolnił nieco. Przechodzili przez głęboki jar zarośnięty krzakami
olchy. Kamienie usypywały się spod ciężkich butów. W dole płynął potok. Bulgotał wśród
gęstych zarośli. - Rozumiem - powtórzył porucznik, gdy wspięli się na drugi brzeg jaru. -
Paskudnie cię wpakował ten major. Ja bym mu nie darował.
Wyszli na małą polankę, obrzeżoną jasnym seledynem świeżych smreczynowych kiści.
Młoda trawa srebrzyła się rosą. W górze błyszczało niebo jak kawał błękitnego szkła.
- Musimy się pożegnać - powiedział Ornak stając na skraju polany. - Znasz chyba drogę.
- Znam.
- Omijaj Kowaniec, bo tam możesz się naciąć na żandarmów.
- Dobrze.
Ornak wyjął spod półkożuszka małe zawiniątko w przetłuszczonym, żółtym papierze.
- Masz. Może ci się przyda. Kawałek góralskiej spyrki i pół oszczypka.
- Dziękuję. Wsadź mi do kieszeni plecaka.
- A forsę masz?
- Mam trochę. Wystarczy...
Porucznik spoglądał na Andrzeja przymrużonymi oczami. Kurierowi zdawało się, że
patrzy nań jak na skazańca. Nie chciał przedłużać chwili pożegnania. Wyciągnął rękę.
- To... cześć! Nie martw się, jakoś dam sobie radę.
- Cześć! - nieco dłużej zatrzymał dłoń Andrzeja w swej ciężkiej wilgotnej dłoni. -
Słuchaj - powiedział przeciągle. - Nie staraj się dostać do partyzantki. Z rotmistrzem nie warto
zadzierać. Nie ma żartów. Jeśli się dowie, rozwalą cię na amen. Zresztą on morowy chłop.
Puścił cię przecież...
- Dziękuję - wyszeptał Andrzej z sarkazmem. - Pozdrów go ode mnie. Powiedz, że mu
się kłaniam.
Uniósł rękę na pożegnanie i ruszył nie patrząc na Ornaka. Ten krzyknął za nim:
- Ja bym poszedł do Budapesztu. Ja bym odnalazł tego drania...
4
Pociąg z Koszyc na Dworzec Zachodni przyjechał po północy. Andrzej znowu był w
Budapeszcie. Tłum podróżnych wysypujących się z wagonów przelewał się ospale przez peron.
Był to tłum zmęczony i dziwnie obcy. W każdym spojrzeniu, w każdym niemal ruchu Andrzej
wyczuwał okupację. Mundury niemieckich żołnierzy gęsto przetykały szarą plazmę cywilnej
ciżby. Pomalowane na niebiesko latarnie ćmiły szarawym światłem, nadając twarzom wygląd
kamiennych masek. Nie czuł lęku ani podniecenia. Był tylko zmęczony i przybity. Dopiero
widok kogucich piór na czaku żandarma podziałał jak alarmowy dzwonek: "Trzeba uważać!"
Żandarm spod opuszczonego na czoło czaka lustrował twarze przeciekających przez
wąskie przejście ludzi. Andrzej zatrzymał się na chwilę. Machinalnym ruchem dotknął
kieszeni, w której trzymał sfałszowane dokumenty węgierskie. Potem już zupełnie spokojnie
wcisnął się w ciżbę. Gdy przechodził obok żandarma, poczuł lekki skurcz gardła. Nic więcej.
Minął zielony mundur z miną tak obojętną, jakby wracał z turystycznej wycieczki. Odetchnął z
ulgą i naraz krok jego stał się lżejszy, jak gdyby pozbył się przykrego balastu. Naraz poczuł na
ramieniu czyjąś dłoń. Obejrzał się. Łysawy mężczyzna w źle skrojonym, granatowym ubraniu
świdrował go małymi oczkami. "Szpicel" - pomyślał Andrzej i naraz wydało mu się, że to kres
jego długotrwałej wędrówki. Zatrzymał się, posyłając nieznajomemu znużone spojrzenie. Był
tak zmęczony, że nawet myśl o grożącym mu niebezpieczeństwie nie spłoszyła obojętności.
- Dokumenty! - powiedział szpicel cichym głosem.
Andrzej wolnym ruchem wyjął z wiatrówki legitymację studenta Politechniki
Budapeszteńskiej. Według niej był młodym Węgrem, Antalem Siposem, urodzonym w
Szekesfehervarze, studiującym na trzecim roku na wydziale mechanicznym. Spoglądał teraz
tępo na człowieka w granatowym ubraniu, przeglądającego sfałszowany dokument.
"Legitymacja jest dobrze zrobiona - myślał. - Nie powinien się skapować. Za tępy na to."
- Skąd pan wraca? - usłyszał ostre pytanie.
- Jak pan widzi, z wycieczki - odpowiedział spokojnie i wzruszył ramionami, jak gdyby
chciał zwrócić uwagę, że ma plecak.
Szpicel przymrużył oczy.
- Skąd?
- Z gór Bükk.
- Aha... - szpicel podał mu legitymację i jeszcze raz spojrzał spod przymarszczonych,
rzadkich brwi.
- A co pan ma w plecaku?
- Ekwipunek i resztki żarcia.
- Niech pan pokaże.
Szpicel grzebał chwilę w rozwiązanym plecaku, ale gdy ze spodu wyciągnął róg
poplamionego śpiwora, uśmiechnął się z rezygnacją.
- To pan taki prawdziwy turysta - powiedział jakby do siebie i skinąwszy łysawą głową
odszedł.
"Prawdziwy turysta!" - Andrzej uśmiechnął się do siebie, zawiązał plecak, zarzucił go
na jedno ramię i wyszedł z dworca.
Plac Berliński tonął w ciemnościach. Przetoczyło się kilka ciężarówek z ślepiami
przygaszonych latarni. Ludzie ginęli w mroku. Zapanowała pustka. Andrzejem wstrząsnął
dreszcz. W skroniach poczuł przenikliwy chłód. "Jak w takim mieście znaleźć Smygę? Gdzie
go szukać? Czy major pozostał jeszcze na Węgrzech? Do kogo się zwrócić? Przecież wszyscy
kurierzy rozpierzchli się po świecie. A inni Polacy? Przeczesało ich gestapo. Pozmieniali
adresy. Pouciekali z okupowanego miasta..."
Przez całą drogę myślał, że najpierw uda się do Marysi. Była to łączniczka pułkownika
Obertyńskiego, poprzednika majora Smygi. Pracował z nią przez dłuższy okres swej służby i
miał do niej zaufanie. Ale gdzie jej teraz szukać? Udać się na ulicę Stefanii byłoby
szaleństwem. Dziewczyna na pewno dawno zmieniła mieszkanie. Nie czekała, aż ją
gestapowcy wyłuskają.
Szedł wolno Wielkimi Bulwarami w kierunku ulicy Rakoczego. Jego podkute buty
dzwoniły głucho w ciszy i pustce. Nad miastem wisiało niebo przepastne i groźne. Domy stały
wymarłe. Naraz zajęczały w górze syreny. Ich przeraźliwy głos rozniósł się potężnie i
natarczywie. Przetoczył się przez miasto raz i drugi. Ulica nagle ożyła, jak gdyby raził w nią
piorun. Z kamienic, ciemnych plastrów gigantycznych uli, niby strwożone pszczoły wysypali
się ludzie. Ktoś głośno krzyczał nawołując przechodniów, by szybciej kryli się w schronach.
Kobiety obarczone dziećmi biegały wzdłuż chodników. Mężczyźni dźwigali ciężkie toboły z
pościelą. Kilku wyrostków wspięło się na taras kawiarni. Pokazując na granatowe niebo
spierali się, z której strony nadlatują samoloty. Pijany włóczęga stanął na środku jezdni.
Rozłożył szeroko ręce i śmiał się, bliski szaleństwa.
Andrzej przystanął na chwilę. W skupieniu wyczekiwał jakiegoś odgłosu. Niebo było
wciąż puste. Połyskiwało bladą łuną rozgwieżdżonej nocy. Zbliżył się do niego człowiek z
opaską na ramieniu.
- Do schronu! - zawołał drżącym głosem. - Do schronu. Tu nie macie czego szukać.
Andrzej wzruszył ramionami i powlókł się w kierunku bramy, nad którą widniała blado
świecąca się lampa ze strzałką wskazującą wejście do schronu. Minął pustą bramę i zszedł do
zatłoczonej piwnicy. Było duszno i parno. Zalatywało piwniczną stęchlizną i ludzkim potem.
Wyszukał miejsce pod ścianą, zrzucił z ramion plecak, usiadł na nim i poczuł, że wali się na
niego zmęczenie. Nie wiedział, kiedy usnął.
Gdy się zbudził, schron był pusty. W pierwszej chwili nie wiedział, gdzie się znajduje.
Zdawało mu się, że jest w szałasie pod Turbaczem. Dopiero po chwili zobaczył smugę światła,
sączącą się szaro przez uchylone drzwi piwnicy. Podniósł się, ziewnął głośno. Pod ścianą
poruszył się jakiś cień. Andrzej wzdrygnął się instynktownie.
- Ale pan ma mocny sen - usłyszał niski, zachrypły głos. W ciemności zobaczył
sylwetkę starego mężczyzny, opartego plecami o ścianę. Mężczyzna ćmił papierosa. Wionęło
od niego tanim, kwaśnym winem.
- Zaspałem - rzucił jakby na usprawiedliwienie.
- Nie szkodzi, nie szkodzi - zaśmiał się tamten. - Jeszcze nas nie zasypało.
- Czy bombardowali? - wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów.
- To pan nic nie słyszał? Szczęśliwy z pana człowiek. Tu się wszystko huśtało jak
podczas trzęsienia ziemi.
- Zaspałem.
- Skończyła się zabawa - mówił tamten jakby do siebie. - Teraz Amerykańcy do nas się
zabrali. Co noc przylatują. Walą, gdzie popadnie. Zachciało się nam wojny. Jak Amerykańcy
skończą, to Ruscy przylecą. Będzie zabawa... - czknął głośno i splunął pod nogi. Potem
dorzucił intymnym tonem: - Ale mnie tam wszystko jedno. Nawet weselej. Jest towarzystwo i
muzyka - zachłysnął się śmiechem. - A pan to co?
- Ja? - mruknął Andrzej, nie rozumiejąc, o co tamtemu chodzi.
- Pan też nie ma gdzie mieszkać?
- Przyjechałem w nocy. Alarm zastał mnie na ulicy. Nie zdążyłem wrócić do domu.
- I dlatego pan tu zasnął? - pokiwał tamten z niedowierzaniem kudłatą, rozczochraną
głową. - Ej, mocny pan ma sen. Tu się wszystko trzęsło, a pan chrapał jak anioł.
- Byłem zmęczony.
Stary zbliżył się do Andrzeja. Teraz Andrzej mógł mu się lepiej przyjrzeć. Był to mały
kościsty człowiek o wynędzniałej, pomarszczonej twarzy. Miał na sobie śmierdzące łachy. Bił
od niego kwaśny odór alkoholu. Andrzej odsunął się z obrzydzeniem. Stary tymczasem
wyciągnął z worka pękatą butelkę.
- Napij się, młody człowieku, nie wiemy, czy jutro gdzieś nas nie przysypie.
Andrzej zasłonił się ręką.
- Dziękuję. Teraz nie mam ochoty. Stary wyszczerzył spróchniałe zęby.
- W niobie będziesz miał ochotę.
- Dziękuję - rzekł Andrzej ostro i szybkim ruchem zarzucił plecak na ramiona. Chciał
minąć starego, ale tamten zagrodził mu drogę.
- Tyś taki sam jak ja, tylko udajesz - powiedział. - Gdybyś miał mieszkanie, to byś tu nie
chrapał do późnego rana. Napij się.
Andrzej odtrącił wyciągniętą butelkę.
- Powiedziałem, że nie piję. - Minął starego. Słyszał za plecami jego pijacki śmiech.
- Lokator schronów. Ważny. Zobaczysz, że nas kiedyś razem przysypie... - wrzeszczał,
a na pożegnanie posłał mu wiązankę soczystych, węgierskich przekleństw.
Andrzej wyszedł na ulicę. Oślepiło go słońce. Ulica pulsowała ruchem. Dzwoniły
tramwaje. Płynęły dwa strumienie ludzi. Miasto żyło po swojemu, jakby tej nocy nic się nie
wydarzyło. Andrzej dał się unieść prądowi przechodniów. Szedł zamyślony. Czuł się bardzo
samotny w tym wielkim, milionowym mieście. Gdy mijał ulicę Dob, naraz usłyszał za sobą
znajomy głos. Ktoś go wołał. Obejrzał się. Przez chwilę zdawało mu się, że majaczy, że jeszcze
nie wyrwał się ze snu. A potem ogarnęła go nagła radość. Rozłożył szeroko ręce i nie zważając
na przechodniów, zawołał wesoło:
- Marysia! To chyba cud, że cię tutaj spotkałem!
5
- Niestety, nie mam pojęcia, co się stało z majorem Smygą - powiedziała mu w
tramwaju, który wiózł ich na ulicę Telepes, gdzie mieszkała od czasu zajęcia Budapesztu przez
Niemców.
"Nikt nie ma pojęcia, gdzie się podział major Smyga - myślał z goryczą, zeskrobując
niezbyt ostrą żyletką dwudniowy zarost. W małym lusterku odbijała się jego twarz. Była
wychudzona i spalona słońcem. Niebieskie oczy zmatowiały od nadmiernego wysiłku ostatnich
dni, zapadły głęboko. - Znowu daremny trud. Znowu rozczarowanie. Czy tym rozczarowaniom
nie będzie końca? Może już nigdy nie uda mi się odnaleźć majora? Byłem naiwny, myśląc, że
złapię go w Budapeszcie, tak jakbym przypuszczał, że on będzie tutaj czekał na mnie: »Dzień
dobry, panie Andrzeju, jak to miło, że pana spotkałem. Bardzo pana przepraszam, że miał pan z
mojego powodu drobne przykrości. To tylko nieporozumienie. Postaram się zrekompensować
panu tę krzywdę...«" - ironizował, zaciskając z wściekłością zęby. Po chwili pocieszył się:
"Może jednak Marysia zdobędzie jakieś wiadomości. Nie przyrzekała. Mówiła, że czasy są
niepewne i trudno dowiedzieć się czegoś o człowieku, który zniknął nagle i zapewne zależy mu
na zachowaniu ostrożności. Ale Marysia ma rozgałęzione znajomości w organizacjach kon-
spiracyjnych. Może jej się uda..."
Gdy myślał o Marysi, ogarniało go wzruszenie. Była dla wszystkich kurierów
symbolem poświęcenia i koleżeństwa. To ona potrafiła w najcięższych momentach znaleźć
radę i pokrzepienie. Jednym uśmiechem umiała rozpromienić czyjąś zgnębioną twarz,
pocieszyć zrozpaczonego, pokrzepić słabego, znękanego. Napłynęły wspomnienia: Marysia
czekająca w źle opalanych kawiarniach na kurierów; Marysia idąca przez zaśnieżone drogi
Słowacji w poszukiwaniu zagubionych ludzi; Marysia pochylona nad chorymi kolegami;
Marysia zawsze uśmiechnięta, zawsze gotowa nieść pomoc.
Gdy przedstawił jej swą sytuację i opowiedział o Smydze, rzekła z uśmiechem:
- Nie martw się, ja ci pomogę.
Zagrzała trochę wody do golenia, rzuciła na krzesło czysty ręcznik i wyszła, prosząc go,
by zachował ostrożność, gdyż mieszka bez zameldowania. Był pewny, że wyszła w jego
sprawie.
Mył się długo i starannie. Woda była chłodna, pachniała rdzą i chlorem. Zdawało mu
się, że wraz z brudem zmywa z ciała zmęczenie. Potem podszedł do małej komódki, wziął
wodę kolońską i skropił sobie włosy.
Pokoik mieścił się w suterenie, maleńkie okienko wychodziło na ulicę. Andrzej widział
w nim nogi przechodniów, koła przejeżdżających samochodów. Czasem zaplątał się w
prostokąt szyby pies, zaprzeczając wycinkowemu charakterowi tego zdeformowanego świata.
Andrzej położył się na zaścielonym kocem łóżku. Czuł, że znowu zasypia, ale było to
złudzenie. Sen ocierał się tylko ó jego powieki, pierzchał wraz z myślami, które napływały
coraz natarczywiej. Wspomniał ciężką drogę przez Niżne Tatry. Ogarniał go niepokój na myśl,
że może nie odnaleźć Smygi. Zastanawiał się, co zrobi w tym wypadku. Myśli rwały się,
piętrzyły i nie mógł ułożyć ich w logiczną całość. Wziął więc z nocnego stolika starą gazetę i
bezmyślnie odczytywał program wyścigów konnych.
Po godzinie wróciła Marysia.
- Spij, śpij - powiedziała od progu. - Ja ci nie przeszkadzam. Zaparzę herbatę, a ty
prześpij się trochę. Okropnie wyglądasz.
- Próbowałem zasnąć, ale nie mogę. Jestem tak roztrzęsiony, że wszystko kołuje mi w
głowie.
- Spróbuj jednak, może ci się uda. - Podeszła do niego i chłodną dłonią pogładziła twarz.
- Tak okropnie wyglądasz.
- To głupstwo. Grunt, żebym złapał tego drania. Marysia usiadła na krawędzi łóżka.
- Byłam u Tuli. Znasz ją. Ta druga łączniczka Obertyńskiego. Pytałam o Smygę.
Andrzej uniósł się gwałtownie na łokciach.
- I co?
- Właściwie nic o Smydze nie wie. Podobno wyjechał z Budapesztu.
- To niewiele.
- Zna jedynie adres pewnej Węgierki, u której Smyga ukrywał się jakiś czas po
wkroczeniu Niemców. Jest to prawdopodobnie jego przyjaciółka. Ale to wszystko mgliste i
niepewne.
- Skąd zna ten adres?
- Zupełnie przypadkowo. Kiedyś spotkała Władka, Władek szedł właśnie do Smygi...
- Czy Władek jest w Budapeszcie? - przerwał jej gwałtownie.
- Nie. Władek znikł gdzieś bez wieści. Wiadomo tylko, że przez cały czas utrzymywał
kontakt ze Smygą. Smyga zlikwidował wszystkie swoje sprawy... A może tylko tak udawał...
Może zakładał nową siatkę. Mówię ci, teraz taki bałagan, że nikt nic nie wie.
- Szkoda, że nie ma Władka. Zawsze mani takiego pecha.
Marysia położyła dłoń na ramieniu Andrzeja.
- W ogóle jesteś narwany. Na twoim miejscu splunęłabym na Smygę. Czy warto
narażać się dla takiego drania?
- Ja go muszę złapać - powiedział z uporem. - Ty mnie może nie rozumiesz, ale ja go
muszę za mordę zawlec pod Turbacz. Gdybyś tam była, gdybyś widziała spojrzenie Okszy,
gdybyś słyszała jego głos, to może byś mnie zrozumiała. Słuchaj - zerwał się i usiadł obok
Marysi - to przecież okropne. Ty mnie znasz. Od którego roku chodzę dla organizacji?
- Od samego początku. Byłeś przecież pierwszym kurierem. Pamiętam doskonale, kiedy
wyszedłeś pierwszy raz do Zakopanego. Spotkaliśmy się wtedy na placu Franciszkanów.
Śmiałeś się, że idziesz zobaczyć, czy w Tatrach już można jeździć na nartach.
- Tak. To było w październiku trzydziestego dziewiątego roku. Od tego czasu łażę bez
przerwy. A ten sukinsyn wsadził mi zamiast dolarów pociętą gazetę. Ja go muszę złapać...
- Myślisz, że on tylko z tobą tak zrobił. On zawsze kręcił. Przecież pamiętasz tę sprawę
z Galianem. Nie wypłacił mu pieniędzy, a potem tłumaczył się, że dał tę forsę komu innemu.
- Pamiętam. Dlatego właśnie muszę porachować się z nim za wszystkich. Wierz mi,
jeśli tego nie zrobię, nie będę mógł pokazać się wśród swoich... ani tu, ani tam w kraju.
Pomyślą, że rzeczywiście gwizdnąłem te dolary.
- Ty zawsze byłeś ryzykantem. Ale w tym wypadku ryzyko nie opłaca się. Będziesz go
szukał w Budapeszcie, a tymczasem sam wpadniesz. Nie masz pojęcia, jak teraz wyłapują.
Musisz uważać na każdym kroku...
Andrzej zrobił gest zniecierpliwienia.
- Zrozum, dziewczyno, ja się tak czuję, jakby mi ktoś napluł w twarz. Muszę mieć
świadomość, że ten drań zapłaci za swoje. Albo go zaciągnę na Turbacz, albo go ukatrupię...
- Przesadzasz. Przecież ten Oksza ułatwił ci ucieczkę. Widać z tego, że nie uwierzył
listowi Smygi.
- Gdyby nie było tego faceta z Nowego Targu, to już dawno gniłbym pod Turbaczem.
To tylko szczęśliwy dla mnie zbieg okoliczności.
- Tym razem znowu liczysz na zbieg okoliczności, ale zapewniam cię, że teraz o to
coraz trudniej. Świat stanął do góry nogami. Polacy rozprysnęli się na wszystkie strony.
Będziesz miał cholernie trudną robotę. - Wstała, zaczęła krzątać się wokół małej kuchenki elek-
trycznej. - Tymczasem zrobię ci herbaty. Wiem, że lubisz mocną herbatę. To ci może rozjaśni
w głowie - żartowała. - Mam jeszcze trochę prawdziwej. Nie lubię pić tych lipowych ziółek.
Połóż się, kochanie, widać, że ledwo zipiesz.
Andrzej opadł na poduszkę, ale z coraz większą uwagą przypatrywał się dziewczynie.
Była smukła i zgrabna. Miała ładne dłonie.
- Miałem cholernie trudną drogę - powiedział cicho. - Cholerną drogę... Myślałem, że
już z tego nie wylezę. Pod Dobszyną wpadłem w kocioł. Przeczesywali lasy. Mówię ci, nie
byłem jeszcze w takim kotle. Żandarmi, hlinkowcy, wojsko... Na Słowacji już się rusza. Pod
Dżumbirem spotkałem partyzantów. Żebyś wiedziała, jaką miałem ochotę przyłączyć się do
nich... Ale wciąż myślałem o tym draniu. A potem pod Dobszyną. Mały odcinek, a szedłem trzy
dni. Nie miałem żarcia. Myślałem, że tam zostanę... Szedłem tylko nocą... Ty wiesz, co to jest...
Ale właściwie nie szedłem, tylko czołgałem się... Wszędzie patrole, wszędzie placówki, gęsto,
psiakrew... A ja byłem już taki słaby, że czołgać się nie mogłem. Popatrz, jakie mam łokcie. -
Odwinął rękaw koszuli, uniósł łokieć zdarty do krwi. Marysia ujęła delikatnie jego rękę.
- Zrobię ci opatrunek.
- Dziękuję, nie trzeba. Na mnie przysycha jak na psie.
Marysia pokręciła głową.
- Ej, Andrzej, Andrzej... I to wszystko przez tego... Udał, że nie słyszy.
- Najgorsze to, że właściwie straciłem pewność siebie. Dziwne, prawda? Dawniej nigdy
nie zastanawiałem się nad tym. Szedłem, jakby mnie ktoś za rączkę prowadził. A teraz... Teraz
to już inaczej. Zdaje mi się, że mi się nic nie uda. A dlaczego? To proste. Nie mam właściwie
celu. To tylko upór pcha mnie naprzód. Ale na jak długo starczy tego uporu?
Marysia przykucnęła przed szafką. Wyciągnęła bochenek chleba.
- Zjesz chleba z morelowym dżemem. Niczego więcej nie mam. Takie czasy.
- Szkoda, żeśmy po drodze czegoś nie kupili. Mam jeszcze trochę pengö.
- Niewiele mógłbyś kupić. Dżem i turo. Sklepy już puste... Wszystko na kartki.
- Lubię bardzo chleb z morelowym dżemem... I herbatę oczywiście. Zresztą nie martw
się o mnie. Właściwie to mi się nie chce jeść. Pójdziemy do jakiejś knajpy, wsadzimy kelnerowi
w łapę, to nam poda coś solidnego.
Z przyjemnością patrzył na czystą serwetkę, ładne filiżanki i na ręce Marysi. Pokoik był
mały, wilgotny. W kątach zieleniały plamy pleśni. Ale biała serwetka, kilka kwiatów
sterczących w ładnym wazoniku i subtelny ruch dłoni Marysi stwarzały nastrój domowego
ciepła.
Marysia smarowała chleb.
- Aleś ty głupi - powiedziała, rzucając mu przelotne spojrzenie. - Dlaczego tak się
upierasz? Przecież to wszystko... - Machnęła ręką. - Tobie tego nie wytłumaczę.
- Mówisz, że Władek kontaktował się ze Smygą? - zapytał wykrętnie.
- Tak. Widocznie Smyga, nie mając ciebie pod ręką, chciał wykorzystać Władka. Może
miał zamiar wrócić do kraju.
- Szkoda, że nie ma Władka. Gdyby był, ułatwiłby mi zadanie.
- Całe twoje zadanie polega na szukaniu wiatru w polu - zakpiła.
- Spróbuję poszukać wiatru w polu - rzekł sentencjonalnie. - Nie będziemy się o to
spierać.
Nalewała herbatę do filiżanek. W jej ruchach było wiele uwagi, jakby starała się nie
uronić ani jednej kropelki. To mu się bardzo podobało. Naraz zapytała:
- Właściwie co ty chcesz robić?
- Pójdę do Węgierki, u której mieszkał.
- Tula zna tylko adres, poza tym nie wie, jak ona się nazywa i kto to w ogóle jest.
- Jeszcze jedna zagadka do rozwiązania. Pamiętasz, ile takich zagadek
rozwiązywaliśmy razem w sprawie Olgi Sperling?
- To były inne czasy i inne Okoliczności. Teraz mamy związane ręce.
- Pozostają jeszcze nogi i rozum. Skłoniła się zabawnie.
- Mój panie, podane do stołu. Herbata jest ciemna jak jodyna. Na twoją cześć
zaparzyłam pół paczki. - A gdy pierwsza usiadła, dodała: - Więc chcesz znaleźć tę Węgierkę.
Kiedy się tam wybierasz?
- Dzisiaj w każdym razie nie. Dzisiaj odpoczywam. Pójdę jutro rano. Muszę o tym
pomyśleć. A dlaczego o to pytasz?
- Bo... - uśmiechnęła się pojednawczo - może mogłabym ci pomóc.
Pocałował ją w rękę.
- Marysiu, jesteś prawdziwym aniołem... Ale w tym wypadku będę musiał podziękować
ci za pomoc. Nie mogę cię narażać.
6
Tallya utca 5. Zatrzymał się na skraju wąskiej, asfaltowanej uliczki i spojrzał w głąb
gęsto zarośniętego ogrodu. Za żywopłotem bieliła się ściana willi. Dalej były krzewy bzu,
jaśminu i złotego deszczu, osypane gęsto świeżym pachnącym kwieciem. Z prawej strony stary
człowiek zamiatał kort tenisowy. "Pewno dozorca albo ogrodnik" - pomyślał. Chwilę wahał się,
czy zadzwonić, ale wnet przezwyciężył niepokój, podszedł do niskiej bramy oplecionej
listowiem dzikiego wina. Nacisnął guzik dzwonka. Na odgłos dzwonka człowiek zamiatający
kort wychylił się, by ujrzeć ukrytego za bramą przechodnia.
- Kto tam? - zawołał głośno.
"Oczywiście wszyscy lokatorzy mają swe klucze" - pomyślał Andrzej i zamiast
odpowiedzieć, zadzwonił jeszcze raz.
Staruszek oparł miotłę o siatkę ogrodzenia i wolnym krokiem, mrucząc coś pod nosem,
zbliżał się do bramy.
- Czego sobie pan życzy? - zapytał przeciągle. Podejrzliwym spojrzeniem badał wygląd
zewnętrzny nieznajomego.
Andrzej uśmiechnął się porozumiewawczo. Myślał, że tym uśmiechem zjedna sobie
staruszka.
- Czy w tej willi mieszka taka młoda, przystojna pani?
Twarz staruszka stężała. Wzrok się wyostrzył.
- O kogo panu chodzi? - zapytał ponurym, nic dobrego nie wróżącym głosem.
- Taka elegancka dama - zmrużył cwaniacko oko. - Pan wybaczy, ale zapomniałem, jak
się nazywa. Wczoraj odprowadziłem ją do domu. To moja nowa znajomość... Pan rozumie, nie
zdążyłem jeszcze...
- O kogo panu chodzi? - przerwał mu staruszek. - Jeżeli pan ją zna, to powinien pan
wiedzieć, jak się nazywa.
Andrzej zrozumiał, że wiele nie wskóra, ale z uporem odgrywał dalej rolę przygodnego
znajomego.
- Taka elegancka... Przecież tutaj wczoraj wchodziła.
- Tu mieszkają sami eleganccy ludzie - uśmiechnął się kpiąco staruszek. - A pan niech
lepiej dowie się, do kogo pan chce. - Posłał pogardliwe spojrzenie i pokazał mu przygarbione
plecy.
- Niech pan chwilę poczeka! - Andrzej chciał go zatrzymać i spróbował zjednać sutym
napiwkiem, ale staruszek wzruszył tylko ramionami i pokuśtykał w kierunku kortu. Gdy był już
przy siatce ogrodzenia, odwrócił się nagle i potrząsając głową, zawołał: - Pełno teraz takich
włóczykijów. Czego pan tam jeszcze stoi?
Andrzej chętnie pokazałby mu po sztubacku język, ale skwitował pytanie niemrawym
uśmiechem, odwrócił się i odszedł. "Trzeba być ostrożniejszym - myślał oddalając się od
bramy. - Ludzie teraz boją się. Prawdopodobnie ogrodnik wiedział o nielegalnym przebywaniu
polskiego uchodźcy w mieszkaniu Węgierki i nie miał zamiaru udzielać jakichkolwiek
informacji. Nie udało się. Popełniłem nieostrożność, która może utrudnić dalsze
poszukiwania."
Tak rozmyślając doszedł do skrzyżowania ulic. Przecznica pięła się stromo na ubocza
Martonhegy. Z jednej jej strony stały piękne wille, z drugiej ku stromemu jarowi opadały łąki.
Był to jeden z najbardziej uroczych zakątków Budy, pełen starych drzew, starannie
utrzymanych ogrodów, barwnych przylasków i pachnących łąk. Na drogach spotykało się
dobrze ubranych mężczyzn, wypielęgnowane kobiety, dzieci w towarzystwie pielęgniarek,
najnowsze modele samochodów. Najbogatszy Budapeszt założył tutaj podmiejską rezydencję.
Andrzej spojrzał na zegarek. Była dopiero siódma. Dzielnica tonęła jeszcze w
porannym śnie. Tylko ogrodnicy, kierowcy samochodów i służące zakłócały beztroski spokój.
Speszony pierwszym niepowodzeniem, obmyślał nowy plan. Obierze sobie dogodny punkt
obserwacyjny, z którego będzie mógł widzieć bramę i wychodzących z niej ludzi. Willa
zapewne nie miała wielu mieszkańców, nietrudno więc będzie rozpoznać młodą, samotną
kobietę, przyjaciółkę majora Smygi. Plan ten wydał mu się realny. Przeszedł więc na drugą
stronę jaru i ścieżką wijącą się wśród zarośli doszedł do punktu położonego naprzeciw willi na
ulicy Tallya. Stała tam mała ławeczka. Usiadł na niej, zapalił papierosa.
Jar tonął jeszcze w cieniu. Tylko najwyższe" kępy tarniny i głogu jarzyły się w
ukośnych promieniach słońca. W dole szemrał strumień, a górą niósł się śpiew ptaków.
Błękitna ważka usiadła na dmuchawcu. Pszczoły bzykały w zroszonej trawie. Wiewiórka
przemknęła przez gąszcz listowia i przycupnęła na chwilę na gałęzi rozłożystej lipy. Z dali
dochodził szum puszczonej z hydrantu wody. Andrzej siedział ze wzrokiem utkwionym w
małej bramie. Zdawało mu się, że jest gdzieś bardzo daleko od Budapesztu, w krainie spokoju i
ciszy.
Czekał może godzinę, zanim w bramie ukazała się pierwsza postać. Był to starszy pan w
białym płóciennym ubraniu i słomkowym kapeluszu. Szedł raźnym krokiem, wywijając cienką
laseczką. Wybierał się widocznie na spacer, skręcił bowiem w boczną ścieżkę i na chwilę
zatrzymał się, przypatrując się stadku sikorek buszujących w gęstwinie tarniny. Po upływie pół
godziny z bramy wyszła tęga kobieta w perkalowej sukni. Niosła spory koszyk. Nietrudno było
odgadnąć, że to służąca. Trzecią osobą, którą Andrzej zauważył w bramie obserwowanej willi,
był młody, elegancko ubrany mężczyzna. Przy pomocy ogrodnika otworzył szeroko bramę. Po
chwili z głębi ogrodu wytoczył się wolno samochód. Andrzej przezornie ukrył się za krzewy,
by bystre oko ogrodnika nie spostrzegło go na czatach. Ogrodnik tymczasem szybko zamknął
bramę i znikł w cienistej głębi ogrodu. Po jakimś czasie starszy pan w słomkowym kapeluszu
wrócił ze spaceru.
Mijały minuty, kwadranse, godziny. Andrzej z coraz większym zniecierpliwieniem
spoglądał na zegarek. Dochodziła już jedenasta. Miał zamiar porzucić swe stanowisko i ułożyć
inny plan działania, ale nagle ujrzał w bramie różową suknię. Serce zabiło mu żywiej.
"To pewno ona..." Kobieta wyszła na zacienioną uliczkę. Była to młoda, wysoka,
smukła kobieta o ruchach sprężystych i wdzięcznych, jak dobrze wygimnastykowana
sportsmenka. Jej suknia na tle soczystej zieleni przesuwała się jak różowy obłoczek. Andrzej
zerwał się z ławeczki i szybkim krokiem skierował się w stronę skrzyżowania ulic. Tutaj ich
drogi powinny się przeciąć. Istotnie, gdy zbliżył się do skrzyżowania, tuż przed sobą zobaczył
kobietę w różowej sukni. Szła zamyślona. Nie zauważyła przechodnia.
- Przepraszam panią - zagadnął Andrzej głosem nieco stłumionym. - Mam ważne
wiadomości dla majora Smygi. Czy mogłaby pani skontaktować mnie z majorem? To bardzo
ważna sprawa. Wróciłem z Polski - wyszeptał jednym tchem.
Kobieta zatrzymała się gwałtownie. Rozbieganym spojrzeniem ogarnęła postać
Andrzeja. Stała przez chwilę wpatrzona w niego jak w złą zjawę. Wargi jej drżały, jakby
chciała coś powiedzieć, a nie mogła wydobyć głosu.
Andrzej uśmiechnął się przyjaźnie.
- Niech się pani nie obawia.
Kobieta cofnęła się o pół kroku, starała się opanować chwilowe zdenerwowanie.
Zmrużyła oczy, zacisnęła lekko wargi, potem powiedziała nienaturalnym głosem:
- Bardzo pana przepraszam, ale właściwie o co panu chodzi?
- O majora Smygę - szepnął konfidencjonalnie.
- Nie znam żadnego majora Smygi... i bardzo proszę, żeby pan odszedł jak najszybciej.
To chyba jakaś pomyłka.
Andrzej wiedział, że kłamie. Zbyt gwałtownie wypierała się znajomości ze Smygą.
Postanowił zagrać w otwarte karty.
- Proszę się nie obawiać. Dowiedziałem się, że major mieszkał w tej willi. Jestem jego
kurierem. Przyniosłem bardzo ważne wiadomości. Od pani w tej chwili zależy, czy potrafię go
odszukać. - Ujął ją lekko pod ramię. - Chodźmy. Po drodze będziemy mogli rozmawiać. I
proszę, niech pani tak na mnie nie patrzy. Nie jestem ani konfidentem policji, ani agentem
gestapo. Ryzykuję tak samo jak i pani. Miałem do pani zaufanie, więc dlatego przyszedłem.
Rozmawiamy przecież w cztery oczy. No, niechże się pani rozchmurzy...
Z oczu jej znikł lęk, ale twarz wciąż jeszcze wyrażała zakłopotanie.
- To chyba jakieś nieporozumienie - wyszeptała, ruszając wolnym krokiem.
- Dowiedziałem się, że major mieszkał w tej willi - powiedział Andrzej szeptem. -
Mieszkał u pani. Niechże pani zrozumie, że są w życiu takie sytuacje, kiedy trzeba zaufać
człowiekowi. W tym wypadku każda minuta jest ważna. Im szybciej odszukam majora, tym dla
niego lepiej. Mam dla niego ważne wiadomości. Jeżeli pani zależy na jego życiu, to proszę...
- Czy to ma być szantaż? - przerwała mu gwałtownie. - Proszę w tej chwili odejść, bo w
przeciwnym razie zawołam...
- O właśnie - podjął Andrzej - pani w każdej chwili może mnie oddać w ręce policji. A
jednak nie odejdę. Wiem, że pani tego nie zrobi. - Ujął ją mocniej pod rękę. - Cały tydzień
przedzierałem się z Polski na Węgry, żeby spotkać majora. Mogę panią zapewnić, że nie była to
łatwa droga. W tej chwili tylko pani może mi wskazać, gdzie on przebywa. Od pani wszystko
zależy.
Kobieta długą chwilę szła w milczeniu. Wzrok wlepiła w asfalt ulicy, głowę odwróciła
od Andrzeja. Naraz zatrzymała się, jak gdyby powzięła decyzję.
- Major Smyga wyjechał. Otrzymał paszport i wyjechał za granicę.
- Dokąd?
- Tego mi nie powiedział.
- Skąd miał paszport?
Kobieta wzruszyła tylko ramionami.
- Tak mnie pan wypytuje, jakbym znała wszystkie tajemnice majora. Czy nie wystarczy
panu to, co powiedziałam? Wykazałam maksimum dobrej woli. A teraz proszę pana, żeby pan
odszedł i już nigdy więcej mnie nie niepokoił. Pan doskonale rozumie, w jakich warunkach
teraz żyjemy. Niech mnie pan już więcej nie naraża. - Skinęła głową i niemal biegiem ruszyła
przed siebie.
Andrzej stał długą chwilę, jakby wrósł w twardą skorupę asfaltu. Doznał uczucia
rozpaczy. "A jednak cały wysiłek na nic. Major ulotnił się. Szukaj wiatru w polu." Potem
jednak napłynęły znowu wątpliwości: "A jeśli ta kobieta kłamie? Jeśli w ten sposób chciała się
mnie pozbyć? Przecież dostać w obecnej chwili paszport to nie taka prosta sprawa. A wizy?
Całe Bałkany okupowane przez Niemców. Jak przedostać się przez Jugosławię, Bułgarię,
Turcję?"
Różowa suknia zniknęła za zakrętem drogi. Andrzej postanowił śledzić przyjaciółkę
Smygi. Może w ten sposób odnajdzie majora? Może dowie się, dokąd wyjechał? Ruszył
żwawym krokiem. Ulica skręcała wśród gęstego szpaleru starych lip. Dalej biegła między
willami. W prawo prowadziła wąska ścieżka ku ulicy Böszörmenyi. Na niej właśnie ujrzał
kobietę w różowej sukni. Kobieta kilka razy obejrzała się. Widocznie chciała sprawdzić, czy
ktoś nie idzie za nią. Zboczył więc na jeszcze niniejszą, stromą ścieżynkę, która wiodła do jaru,
a potem łączyła się ulicą Martonhegyi u jej wylotu przy Böszörmenyi. Przyspieszył kroku, by
nie zgubić z oczu kobiety w różowej sukni. Gdy zbliżał się do skrzyżowania ulic, zobaczył ją na
przystanku autobusowym. Zatrzymał się i ukrył za załomem muru. Wnet od ulicy
Nemethvölgyi nadjechał niebieski autobus. Różowa suknia znikła w nim szybko. Gdy autobus
odjechał, podbiegł do stojących u wylotu ulicy taksówek.
- Niech pan jedzie trasą "dwójki" - rzucił do zdumionego kierowcy, a gdy już ruszyli,
wytłumaczył: - Mam tu ma oku pewną kobietę. Pan rozumie.
Kierowca roześmiał się i porozumiewawczo zmrużył oko.
- Małe polowanie, co?
- Czegóż się nie robi dla kobiet - zaśmiał się Andrzej i poczęstował kierowcę
papierosem. - Najpierw musimy dogonić jadący przed nami autobus, a potem pojedziemy za
nim. Jeżeli pan dobrze wywiąże się ze swego zadania, będzie większy napiwek.
- Zrobi się - skinął głową kierowca. Przy ulicy Kekgolyo dopędzili autobus.
- Teraz musimy uważać - tłumaczył Andrzej. - Niech pan nie wyprzedza autobusu. Przy
każdym przystanku proszę zatrzymać wóz. Byłbym niepocieszony, gdyby wysiadła
niepostrzeżenie. Jest w różowej jedwabnej sukni.
- Może pan być spokojny. Nie przepuścimy jej tak łatwo...
Kierowca należał do ludzi jowialnych i rozmownych. Między przystankami
autobusowymi opowiadał Andrzejowi najnowsze dowcipy o Niemcach i Hitlerze. Przeklinał
przy tym okupantów, kartki żywnościowe, polityków węgierskich, a z rozrzewnieniem
wspominał dawne, dobre czasy Franciszka Józefa. W ten sposób przejechali całą Budę.
Dopiero za mostem, na placu Petöfiego, Andrzej zobaczył kobietę w różowej sukni,
wysiadającą z autobusu.
- Udało się! - powiedział zadowolony. Dał kierowcy dwudziestopengowy banknot i nie
czekając na resztę, ostrożnie wysunął się z taksówki.
Kobieta przecięła plac, wmieszała się w tłum przeciekający przez wąziutką uliczkę
Regiposta. Nie tracąc jej z oczu, szedł w odległości może trzydziestu kroków. Widział, jak
minęła najruchliwszą ulicę Budapesztu, Vaci, i potem skręciła w ulicę Petöfiego. Na chwilę
utonęła w gęstym tłumie. Opanował go niepokój, lecz gdy dobrnął do rogu, znowu wśród
różnobarwnej ciżby przechodniów ujrzał różową suknię. I naraz spostrzegł, że jej właścicielka
wchodzi do kawiarni, mieszczącej się na rogu Pilvax.
Po chwili wszedł za nią. Kawiarnia była nabita ludźmi i przepełniona błękitnawym
dymem. Na kontuarze syczało połyskujące niklem espresso. Przystanął w drzwiach, rozejrzał
się po sali. O jakieś pięć stolików dalej, w głębi kawiarni, zobaczył różową suknię, a obok
mężczyznę w sportowym ubraniu. Poznał go natychmiast. Był to Smyga. Chwilę stał jak
skamieniały. Czuł jedynie, że wzburzona fala krwi napływa mu do głowy. Potem ruszył w
kierunku stolika Smygi. W tym momencie major go zobaczył. Jego oczy stały się wielkie i
okrągłe. Starli się spojrzeniami ponad głowami pochylonych nad stolikami ludzi. Kobieta
uczyniła gest zdumienia. Major spojrzał na nią, rzucił kilka słów i nagle uniósł się, jak gdyby
chciał wyjść Andrzejowi naprzeciw. W pewnej chwili gwałtownie zawrócił. Wtedy Andrzej
rzucił się za nim.
Dzieliło ich może dziesięć kroków, ale tę przestrzeń wypełniało kilka stolików gęsto
otoczonych ludźmi. Zanim Andrzej przecisnął się wśród ciżby, major był już w drugich
drzwiach, prowadzących na Pilvax. Andrzej z przerażeniem zobaczył jego szerokie plecy
ginące za kotarą. Przepychał się coraz gwałtowniej. Ludzie usuwali się w popłochu,
odprowadzając go karcącymi spojrzeniami. Nie zwracał na nich uwagi. Pragnął jak najszybciej
dobrnąć do drzwi. Gdy zrozpaczonym ruchem rozgarnął kotarę, ujrzał jedynie zatłoczoną
ludźmi ulicę. Spojrzał w lewo i w prawo. Niestety, nigdzie nie zauważył majora. Przez ułamek
sekundy wahał się: "Na plac Vörösmartyego czy w kierunku ulicy Eskü? Chyba na Eskü. Tam
większy ruch." Ruszył więc w prawo. Zszedł na skraj jezdni i puścił się biegiem. Zdawało mu
się, że wśród tłumu mignęła mu łysina Smygi. Przyspieszył kroku, ale gdy dobiegł do rogu
Eskü, zrozumiał, że w tym tłumie nie zdoła go złapać. Major mógł przecież skręcić w pasaż,
który prowadził od ulicy Petöfiego, lub zboczyć w którąś przecznicę. Zdawało mu się, że stracił
ostatnią szansę.
"Może ta kobieta będzie jeszcze w kawiarni?" - pomyślał i zawrócił gwałtownie. Znowu
puścił się biegiem. Gdy zdyszany stanął w drzwiach kawiarni i rozbieganym wzrokiem
przebiegł wzdłuż stolików, z przerażeniem spostrzegł, że jej już nie ma. Miał nadzieję, że może
ją spotka na którejś z ulic śródmieścia. Przypuszczał bowiem, że wyszła w poszukiwaniu
majora. Wyszedł więc z kawiarni i długo włóczył się między ulicami Petöfiego, Vaci, Eskü i
placem Vörösmartyego, ale nie spotkał ani majora, ani jego przyjaciółki. Zmęczony i zły wrócił
na ulicę Telepes do Marysi.
7
Drzwi otworzyła mu Marysia. Stała w progu uśmiechnięta, z lekko przechyloną głową,
jak gdyby chciała się przekomarzać.
- Mam dla ciebie dobrą wiadomość - powiedziała wesoło. - A ty, dlaczego jesteś taki
ponury?
Zacisnął pięści i wykrztusił ze złością:
- Wyobraź sobie, miałem go niemal w garści i znowu mi zwiał.
- Kto?
- Major.
- Major? - uniosła ze zdumieniem ramiona. - To niemożliwe.
- Niestety możliwe - rzekł oschle i zaczął szybko opowiadać przebieg zdarzenia. -
Takiego pecha mam tylko ja - zakończył. - Nikt inny, tylko ja. Gdybym go wtedy złapał, to bym
go chyba zadusił.
- Ja ci powiem, mój Andrzejku - rzekła przekornie Marysia - że ty masz szczęście, nie
pecha. Dowiedziałam się zupełnie przypadkowo, gdzie ukrywa się Smyga.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Chyba w piekle.
- Niedaleko piekła, w Nogradveröce - zakpiła.
- Nie nabijaj się ze mnie.
- Mówię zupełnie poważnie.
- Skąd wiesz?
- Miałeś wyjątkowe szczęście. Spotkałam dzisiaj na placu Kalwina Stasia
Surowieckiego. Znasz go, syn lekarza z Komitetu. Poszliśmy na kawę. Wspomniał zupełnie
przypadkowo, że u jego ojca w Nogradveröce ukrywa się major Smyga...
- To znaczy, że on nie mieszkał u tamtej na Martonhegyi?
- To znaczy, że mieszkał tam jakiś czas, a potem przeniósł się z Budapesztu.
- Mam nadzieję, że Stasiowi nie wspominałaś o mnie?
- Roztrąbiłam na całe miasto, że pan Andrzej wrócił do Budapesztu.
- Wciąż żartujesz, a to przecież cholernie poważne sprawy. Boję się, żeby go nie
spłoszyć. Chociaż to dzisiejsze spotkanie... - przygryzł ze złością wargę. Potem machnął
desperacko ręką: - W każdym razie jestem już na jego tropie i nie wypuszczę go tak łatwo.
Mówisz, że on mieszka w Nogradveröce. Gdzie to jest?
- Dwadzieścia kilka kilometrów od Budapesztu, naprzeciw Wyszogrodu. Jedzie się z
Dworca Zachodniego. Mam dokładny adres. - Wyciągnęła z leżącej na stoliku torebki mały
notatnik i przeczytała głośno: - Nogradveröce, ulica Szölö pięć. To willa położona wśród
winnic. Podobno jest tam bardzo ładnie.
- Nie wybieram się na weekend.
- Jesteś straszliwie rozdrażniony i zaczynasz być nieznośny - starała się żartować.
- Trudno. Na moim miejscu nie miałabyś lepszego humoru.
- Zmieniłeś się bardzo...
Andrzej westchnął.
- Przepraszam cię. To nerwy. Zdaje mi się, że tracę grunt. Coś mnie niepokoi, coś
drażni...
- Nic dziwnego. Miałeś takie okropne przejścia.
- Jakoś to minie. Żebym tylko go złapał. - Przetarł dłonią czoło i po chwili zapytał: - O
której odjeżdża pociąg do Nogradveröce?
- To linia podmiejska. Pociągi kursują dość często. Ale chyba nie pojedziesz tam
dzisiaj?
Andrzej uśmiechnął się przekornie.
- Właśnie mam zamiar jechać zaraz na Dworzec Zachodni.
8
Stacja kolejowa leżała w dole. Tonęła w wielkich kasztanach i topolach, ginęła w ich
głębokim cieniu. Wyżej były winnice. Całe zbocza winnic, soczystych o tej porze roku jasną
zielenią, przetykanych drzewami morw i akacji. Droga pięła się lekko w górę wśród małych
domków, starannie utrzymanych ogrodów i kęp osypanych białym kwieciem akacji.
Napełniały one rozgrzane powietrze mdłą, słodkawą wonią. W dole, w promieniach
zachodzącego słońca, jarzył się Dunaj. Daleko, za Nagymaros, mały holownik, pykając
błękitnawym dymkiem, ciągnął kilka załadowanych barek. A jeszcze dalej, na wysokim
wzniesieniu rysowały się ruiny wyszogrodzkiego zamku.
- Gdzie tu ulica Szölö? - zapytał małego brzdąca, toczącego przed sobą żelazną obręcz.
Chłopiec miał śniadą, pucołowatą gębę, jak z obrazów Murilla, i uśmiechnął się
łobuzersko.
- To niedaleko. Druga ulica na prawo. O tam, gdzie ta wielka topola.
Wysoka włoska topola pięła się ku niebu. Uliczka była wąska l niebrukowana. Wspinała
się prosto na wzgórze, ku winnicom. Buty grzęzły miękko w nagrzanym pyle. A z topoli sypał
się srebrzysty puch, jak śnieg. Połyskiwał na soczystej trawie. Dalej ciągnął się mur - stary,
omszały, wykruszony. Owinięty w bluszcz i dzikie wino, zdawał się wyrastać prosto z ziemi
jak zielona ściana. A dalej stara brama z drewnianą tabliczką, na której widniał stary już napis:
Szölö utca 5.
- To tutaj! - Andrzej zatrzymał się. Przez otwartą bramę widać było niski, parterowy
budynek, który przypominał raczej solidny chłopski dom niż willę. Wrastał mocno w ziemię
omszałą podmurówką, tonął w gąszczu starych morelowych drzew. Z boku stała, nakryta
daszkiem z gontów, studnia. Z daleka wyglądała jak olbrzymi grzyb wyrastający na skraju
winnicy. Bo opodal, aż po przechył łagodnego wzgórza, ciągnęła się wielka winnica. W
łagodnym słońcu bieliły się rzędy palików, podobnych do szpilek powbijanych w
szmaragdowy jedwab.
"Ładne miejsce znalazł sobie pan major - kpił w myślach. - Jeżeli go tutaj zastanę, to
chyba teraz mi nie ucieknie." Gdy zbliżał się do małej werandy, z boku, pod rozłożystym
drzewem morelowym ujrzał mężczyznę odpoczywającego na leżaku. Po siwej, bujnej
czuprynie i okrągłej, dobrodusznej twarzy poznał doktora Surowieckiego. Doktor, pogrążony
w lekturze gazety, nie spostrzegł przybysza.
- Dzień dobry, panie doktorze - przywitał go Andrzej z daleka.
Doktor z wolna odłożył gazetę i zsunął okulary na czoło. Chwilę przypatrywał się
Andrzejowi, potem uniósł się z leżaka i witał Andrzeja wylewnie:
- Dzień dobry panu. Skądże pan tutaj się zjawił? Słyszałem, że pan dawno już w kraju, a
tymczasem... Jakże mi miło pana zobaczyć. - Ujął mocno dłoń Andrzeja i potrząsał nią długo i
zamaszyście.
Znali się od pierwszych miesięcy okupacji. Doktor, jako lekarz Komitetu, opiekował się
również kurierami. Stąd ta jego serdeczność dla Andrzeja. Teraz, trzymając jego rękę w
dużych, miękkich dłoniach, spoglądał na Andrzeja niemal z ojcowskim rozrzewnieniem. Ale
po chwili, gdy minęło pierwsze radosne zdziwienie, na twarzy doktora pojawiła się troska.
Rozejrzał się, jak człowiek niepewny, czy ktoś go nie śledzi.
- No dobrze, panie Andrzeju - powiedział już chłodniej. - Naprawdę bardzo się cieszę,
ale czy pan zdaje sobie sprawę, co się u nas teraz dzieje?
- Niech się pan nie obawia, doktorze - uśmiechnął się Andrzej. - Nie mam zamiaru tu
zostać. Przyszedłem jedynie w odwiedziny do majora Smygi.
Twarz doktora wydłużyła się nieco, brwi uniosły się.
- Do majora?
- No tak... Przecież pan wie, że byłem jego kurierem.
Doktor położył dłoń na jego ramieniu.
- Mam do pana zaufanie. Ale niestety, młodzieńcze, spóźnił się pan. Major wczoraj
zabrał wszystkie swoje rzeczy i wyjechał do Budapesztu.
- Do Budapesztu - wyszeptał Andrzej bezwiednie i poczuł, że robi mu się słabo.
- To znaczy - słyszał głos doktora, nikły i przytłumiony, jak gdyby dochodzący spoza
grubej zasłony - wyjechał chwilowo do Budapesztu, ale wątpię, czy tam pan go zastanie. Major
wybierał się dalej. Miał właśnie dzisiaj wieczorem wyruszyć w drogę. Wczoraj przyjechał do
niego pana kolega, Władek.
- Władek był tutaj... - przerwał mu Andrzej. Doktor spojrzał na niego z zakłopotaniem.
- Co się panu stało, panie Andrzeju?
- A nic... - zbył jego pytanie. - Jestem trochę wypompowany, niedawno wróciłem. Więc
Władek był tutaj u majora?
- Tak. On ma go zaprowadzić do Polski. Andrzejowi pociemniało w oczach. Zdawało
mu się, że postać doktora oddala się gwałtownie od niego i niknie za zasłoną z mgły. Opanował
się jednak.
- Więc wybierali się do kraju?
- Nie wypytywałem o to oczywiście, ale z rozmowy zorientowałem się, że major ma
zamiar powrócić do kraju. Pan rozumie, że on tutaj był bardzo eksponowany. Nie należy mu się
dziwić, że chciał opuścić Węgry.
- Tak - wyszeptał z emfazą Andrzej - nie należy mu się dziwić.
- Panu coś jednak dolega - doktor ujął go za rękę. - Czy pan przypadkowo nie ma
gorączki?
- O nie - uśmiechnął się blado. - Jestem zupełnie zdrów, tylko zmartwiłem się tą
wiadomością. Myślałem, że jednak zastanę majora u pana.
- Jaka szkoda, że pan nie przyjechał dzień wcześniej.
- Jaka szkoda - powtórzył Andrzej. Zastanawiał się, czy powiedzieć doktorowi o tym,
jak major z nim postąpił, ale pomyślał, że byłby to nierozważny krok. Cóż tego miłego,
dobrodusznego człowieka może obchodzić sprawa majora Smygi. Skoro przechowywał go u
siebie, widocznie łączą go z nim jakieś bliższe więzy przyjaźni czy też znajomości. Trudno
przypuszczać, by uwierzył zwykłemu kurierowi. Sprawa była tak drażliwa, że nie należało jej
poruszać.
- Może pan chce się u nas zatrzymać? - zapytał doktor. - Jeśli pan tylko ma ochotę,
proszę bardzo. Nasz dom jest teraz schroniskiem dla wszystkich, którzy potrzebują pomocy.
- Bardzo panu dziękuję, doktorze - powiedział Andrzej dość cierpko. - Będę musiał
jeszcze dzisiaj wracać do Budapesztu. Czy pan nie wie przypadkiem, gdzie miał się zatrzymać
major?
- Powiedziałem panu, że prawdopodobnie dzisiaj wyruszył w drogę.
- Mógł przełożyć termin.
- Mówili, że wieczorem wyjeżdżają z Budapesztu. Zresztą nie podał mi adresu.
Żegnaliśmy się na długo...
- Ach tak - Andrzej zamyślił się. Czuł, że dygoce w nim wszystko. W myślach zobaczył
drogę przez Słowację. Przypomniał sobie o zdartych do krwi łokciach. Wydało mu się, że drugi
raz już nie zdoła przebyć tej trasy. Ale momentalnie zrodził się w nim sprzeciw. Nie wolno
ustępować. Nie trzeba się poddawać.
Doktor przygarnął go ramieniem.
- Napije się pan z nami herbaty. Zaraz wróci żona. Poproszę, by nam dała coś do
zjedzenia...
- Dziękuję, naprawdę serdecznie dziękuję. Doktor przyjrzał mu się dociekliwie.
- Więc co pan ma zamiar robić?
- Wracam do Budapesztu, a potem...
- Chyba nie pójdzie pan za majorem?
- O właśnie - uśmiechnął się - mam zamiar iść za majorem.
- To przecież szaleństwo.
- Mam do niego bardzo ważną sprawę.
9
Kiedy zbliżał się do Niewcyrki, nie przypuszczał, że zostanie w kolibie. Chciał tylko
odpocząć. Nic więcej, tylko odpocząć. Był straszliwie zmęczony.
Drogę do koliby znał niemal na pamięć. Od siklawy skręcało się w lewo obok wielkiego
maliniaka, na którym jak Stary świecznik sterczał sietniaczy świerczek. Potem długim
trawersem przecinało się rzadki smrekowy las. Trzeba było brnąć po kolana w bujnym jaferze i
mchu, omijać stare wykroty, «spróchniałe łomy i wielkie omszałe maliniaki. Gdy las się
kończył, zaczynała się kosówka, dżungla kosówki. Można było w niej utonąć jak w zielonym
morzu. Ale wprawne oko kuriera wśród tej nieprzebytej gęstwy odnalazło jaśniejszą fałdę. To
woda spływała tędy ze śniegów leżących jeszcze grubą warstwą w żlebach pod Hrubym. Tą
fałdą wiodła jedyna droga przez tę zieloną, falującą dżunglę. Wyżej leżało rumowisko skalne.
Wśród niego, niby półki, jaśniały płasienki. Wreszcie przed samym wejściem do koliby
wznosiła się mała, może dwudziestometrowa ścianka. Wprawny wspinacz mógł ją pokonać bez
trudu. Ścianka kończyła się trawiastym tarasem. Dalej była już koliba.
Przedzierając się przez kosówkę, Andrzej wspominał dzień, kiedy po raz pierwszy
przyszedł do koliby w Niewcyrce. Była jesień. Trawy na upłazach i płasienkach rudziały jak
rdza. Staszek, towarzysz tatrzańskich włóczęg i wspinaczek, rozpalał przed kolibą ognisko,
wyciągał do płomieni chude, zgrabiałe z zimna dłonie. Potem zasypiając w śpiworach
opowiadali sobie o dziewczynie, którą poznali w schronisku Tery'ego w Dolinie Pięciu Stawów
Spiskich. Dziewczyna miała oczy zielone jak kotka i rwała się do wspinaczki. Po dwóch latach
dowiedział się, że zginęła w ścianie Jaworowego. Staszek - pamięta to dokładnie - snuł wtedy
plany. Mówił, że po skończeniu politechniki pojedzie do Szwajcarii, będzie się specjalizował w
budowie silników elektrycznych. Tymczasem zginał w kampanii wrześniowej pod
Tomaszowem Lubelskim. Ale wtedy w oczach jego było samo życie. Gdy rano patrzał na
kozice pasące się na zrębach Hrubego, miał wyraz twarzy małego chłopca...
Potem był tutaj z Halszką. W deszczu i mgle wracali z grani Ostrej. Halszka drżała,
szczękała zębami. Musiał jej oddać wszystkie swoje suche rzeczy. Pytała, czy mu nie będzie
zimno. Zaprzeczył, mimo że całą noc trząsł się, nie mogąc doczekać świtu.
Ostatni raz przywlókł się sam. Było to wiosną ubiegłego roku. W Podbańskiej naciął się
na patrol żandarmów. Uciekał. Strzelali za nim. Kula drasnęła go w udo. Potem przez całą noc
wlókł się do Niewcyrki, jak ranne zwierzę do swej nory. Przenocował. Na drugi dzień dobrnął
do Zakopanego.
Teraz zdawało mu się, że ten sam instynkt rannego zwierzęcia prowadzi go do koliby.
Był już pod ścianką. Chciał się wspinać, ale zawahał się. Usiadł na maliniaku, oparł się plecami
o głaz i siedział tak chwilę bez ruchu. Patrzał przed siebie w wielką pustą przestrzeń. Nic nie
widział. Od żlebów szedł chłodny powiew. Niósł zapach tającego śniegu.
Ocknął się dopiero wtedy, gdy słońce znikło za granatowymi graniami, a mroźny cień
ogarnął go jak przypływ morza. Wstał ociężale i zaczął się wspinać. Pokonanie
dwudziestometrowej ścianki wymagało olbrzymiego wysiłku. Gdy osiągnął wreszcie taras,
położył się, twarzą przywarł do chłodnej trawy i dysząc ciężko, odpoczywał. Potem podniósł
się na kolana, na czworakach dowlókł się do koliby. Z trudem ściągnął buty, nałożył jeszcze
jedną parę skarpetek, wśliznął się do śpiwora i zasnął.
Spał długo, spokojnie, bez snów. Gdy się obudził, nie wiedział, gdzie się znajduje.
Zdawało mu się, że jest w swym ostatnim mieszkaniu w Ladany, a mrok panujący wokół
przypisywał zasuniętym szczelnie storom. Przez długą chwilę wyczekiwał śpiewu drozda,
który co rano koncertował wśród akacji obrzeżających winnicę. A gdy go nie usłyszał, doznał
przykrego zawodu. Naraz przypomniał sobie szałas pod Turbaczem i pełną dociekliwości twarz
rotmistrza Okszy. Zrobiło mu się smutno. Zapragnął zasnąć choćby na chwilę, by zapomnieć o
wszystkim, ale głód nie dał mu zmrużyć powiek. Nie wyłażąc ze śpiwora, przyciągnął do siebie
plecak, z bocznej kieszeni wyjął góralską spyrkę. Odcinał cienkie plasterki l żuł je. Były twarde
jak guma, zjełczałe i słone. "Tydzień temu jadłem u Gundla w Varosliget sznycel cielęcy" -
pomyślał i roześmiał się cierpko.
Zastanawiał się, co teraz zrobić. Przypomniał sobie słowa Ornaka: "Ja bym mu nie
darował..." i opanował go nagły, bezsilny gniew. Zdawało mu się, że jest w kawiarni na Pilvax.
Major stoi w kącie między szatnią a błyszczącym espresso i patrzy nań rozwartymi ze strachu
oczami, a on zbliża się do niego z zaciśniętymi pięściami, syczy przez zęby: "Ty draniu! Ty
złodzieju! Kto ukradł dwadzieścia tysięcy dolarów?" Obraz ten znikł szybko. Andrzej
uśmiechnął się żałośnie. "Marzenia, marzenia... Tymczasem major z Władkiem są już
prawdopodobnie w Zakopanem albo pod Turbaczem, jeżeli oczywiście obrali drogę przez
Tatry. Wyruszyli przecież dzień przede mną. Ale czy major będzie chciał iść pod Turbacz?
Może ominie Tatry i Gorce i uda się wprost do Warszawy. Najpierw wybada sytuację, a do-
piero później nawiąże kontakt z oddziałami pod Turbaczem. Czy w ogóle udało im się przejść
przez Słowację? Droga była bardzo trudna. Tym razem miałem szczęście. Ale czy szczęście
dopisało również Władkowi? Iść we dwóch to nie to samo co w pojedynkę. Władek jest
świetnym kurierem, ale major mógł zasłabnąć po drodze..."
Był tak zajęty myślami, że nie spostrzegł, jak przez wylot koliby napływa coraz
jaśniejsza fala błękitnawego światła. "Pójdę do Zakopanego. Zaczekam tam na majora i potem
porachuję się z nim w górach. W górach jest pusto. Góry potrafią dotrzymać tajemnicy.
Nie... to byłby samosąd. Muszę tak zakończyć tę sprawę, żeby wszyscy wiedzieli, że
major Smyga to łotr i złodziej. Zaprowadzę go pod Turbacz, do Okszy. Niech go sądzą.
Partyzanckie sądy działają szybko i sprawnie."
Tak długo podsycał swój gniew, tak jątrzył wyobraźnię, że gdy wygrzebał się ze
śpiwora, był zdecydowany iść wprost do Zakopanego. Wyczołgał się z koliby. Oślepił go blask
słonecznego dnia. Upłazy przysypane cienką warstwą świeżego śniegu żarzyły się jak odlane z
metalu. "Przez noc kurzyło - pomyślał wyprostowując zdrętwiałe ciało. Nabrał w dłonie
krupiastego śniegu i przetarł nim twarz. - Tak, Ornak miał rację, nie można darować!"
10
Nie chciał schodzić wprost do Koprowej. W dzień można tam było spotkać patrole.
Obrał drogę okrężną, przez Szkaradny Żleb i Banie. Miał jeden cel: jak najszybciej dostać się
do Zakopanego.
Minął już wielkie usypiska Szkaradnego Żlebu, gdy nagle w odległości może stu
kroków, wśród bujnej kosodrzewiny ujrzał idącego naprzeciw mężczyznę. Ukrył się za
wielkim głazem i obserwował go w napięciu. Ten szedł krokiem wolnym; raz wynurzał się ze
skłębionej gęstwiny, to znowu ginął w niej, niby pływak wśród spiętrzonych fal zielonego
morza. Naraz Andrzeja ogarnęła wielka radość. Poznał go po charakterystycznym kołyszącym
się chodzie, po starym tyrolskim kapelusiku z borsuczą kitką i suchej orlej twarzy. Nie mógł się
mylić - był to Józef Galian, przewodnik z Zakopanego, jeden ze starej gwardii kurierów.
Nie chcąc go zaskoczyć zbyt nagłym pojawieniem się, wyszedł ostrożnie zza głazu,
uniósł rękę i skinął kilka razy. Góral spostrzegł go natychmiast. Zatrzymał się z czujną
przezornością. Wpatrywał się weń długą chwilę. Potem odpowiedział lekkim skinieniem.
Zbliżali się do siebie wolno, jak gdyby wciąż jeszcze nie wierzyli w to niespodziewane
spotkanie. Naraz Galian zatrzymał się i szeroko rozłożył ręce.
- Andrzej, na mój dusiu! Z niebaś spod abo cie wiater przyniós!
Padli sobie w objęcia i ściskali się długo i serdecznie. Potem Andrzej ujął Galiana za
ramiona. Wpatrywał się ze łzami w oczach w jego grubo rzeźbioną, wychudłą twarz.
- Skąd idziecie, Józefie?
- Dyć z Peśtu.
- Ja też.
- Nie mogłeś mi wprzódzij powiedzieć, to by my pośli raze - żartował Góral.
- Nie spotkaliście po drodze Władka z majorem Smygą?
- Diabła haw spotkołek. Patrzyłek ino, coby mnie ziandary nie łapili. Mówię ci,
Andrzej, takij drogi jesce nie miołek.
- Wiem, bo ja już dwa razy szedłem. A w Budapeszcie nie widzieliście Smygi?
- Gdziesi się zagrzeboł jako świstok.
- A Władka?
- Mówili, ze śnim raze. Mnie juz posade wymówili. Gadali, co juz kurierów nie trza.
Nawet "całuj psa w nos" nie powiedzieli. To jo se myślę: "Po co jo mom na Madziarach
siedzieć? Wrócę do chałupy. Może jako do końca przecekom." A cóż ty sie o tego majora
wypytujes?
- Drań! - zaklął i usiadł obok ścieżki na kępie suchego jaferu. W milczeniu jął skubać
kiść kosówki. Góral przypatrywał mu się z niepokojem.
- Co sie stało?
- Nic... - szepnął, ale za chwilę krótkimi, rwącymi się zdaniami jął opowiadać, co go
spotkało. - Wracam do Zakopanego - zakończył. - Gdy go złapię, to go za uszy zawlokę pod
Turbacz albo... Albo go na miejscu zarąbię, bo nie wiem, czy dłużej wytrzymam. Pomyślcie,
Józefie, taki drań! Taki szubrawiec.
Sucha twarz Górala stała się nagle posępna i groźna. Ciemne oczy błysnęły gniewnie.
- Jo ci nie fcioł mówić. Ale jo o tym słysoł. Spotkołek w Peście Franka Kurasia.
Opowiedzioł mi o tym. Major niegłupi. Rozgłosił, coś te dulary zabroł. Gadoł, co cie juz pod
Turbacem sąd polowy na śmierść skazoł. Kie cie dzisiok obacyłek, myślołek, co ducha widzę.
Andrzej żachnął się:
- Mówię wam, że ja go zarąbię. Galian cmoknął zniecierpliwiony.
- Wprzódzij go trza łapić.
- Złapię go. Żebym miał kamienie gryźć, to go złapię.
Galian uśmiechnął się z politowaniem.
- Jedno ci gadom, ty sie ino nie siep, bo z siepania nic nie będzie. Jo stary, jo wim, jak i
co... - Zdjął z ramion plecak, usiadł obok Andrzeja i z bocznej kieszeni plecaka wyciągnął
aluminiową manierkę. Jego czarne oczy błysnęły przebiegle. - Co sie bedzies trapił. Nic ci z
tego. Napijemy sie. Mom jesce kapkę szürke-barata. Dobry. Spróbuj.
- Nie będę pił - odsunął się gwałtownie. Galian pokiwał głową.
- Na frasunek dobry trunek. Napij sie, zaroz ci lekcyj będzie. Dobre winko, po śtyry
pengö za liter.
Andrzej łyknął skąpo. Wino było łagodne, pachnące.
- Nie żałuj se. Łyknij sporzyj.
Andrzej łyknął jeszcze raz. Galian wziął od niego manierkę. Pił długo i łapczywie, po
czym wytarł dłonią wilgotne wargi i roześmiał się:
- Gadom ci, nie siep sie. Cy to świot sie końcy? Pockoj, on som do cie przydzie. Ino sie
nie siep. W życiu syćko piknie sie wyrównuje. Jo stary, jo wim, co gadom. - Przymrużył oczy i
twarz jego nabrała nagle sępiej bystrości. - Jo wim, co gadom - powtórzył w zamyśleniu. - Roz
my sie powadzili ze Staskiem Tomkowym. O jelenia nom posło. Kłusowali my raze, bo to beło
jesce przed tamtą wojną, za austriackich casów. Poślimy w Brzeziny na jelenia. Zasadzili my
sie pod łomami i cekomy. A tu na polanę jeleń wychodzi. Pikny był jeleń, stary. Stasek beł
krewki, pirsy strzelił, ale chybił... Przysam Panu Bogu, co chybił... Jeleń się ino zwyrtnął,
wspion sie i do lasa. Wte jo strzelił... Oko miołek dobre... Jeleń pod samą łopatkę dostoł! Zarył
się ino kufą, fajtnął bez rogi i po nim... Ale kie przysło co do cego, to Stasek pedo: "Józuś,
koligo, nie boc sie na mnie, alem jo go trefił". "Ba - gadom - dyś widzioł, com jo go trefił." I tak
my sie zacyni wadzić. Mało co do bitki nie dosło. Ale jo se myślę: "Pockoj, Stasiu, :w życiu
syćko sie piknie wyrównuje".
Podał Andrzejowi manierkę.
- Pij, bracie, gadom ci, co w życiu syćko sie piknie wyrównuje. Przyśli my na polanę
jako bracia, łoześli my sie, jako by my byli kozdy z insego świata. Pote my sie juz na sie nie
patrzyli. Beło jakie wesele, to Stasek zaroz broł się do bitki. Ale jo sie nie siqpoł. "Pockoj,
Stasiu, pockoj, przydzie na nos cas." I przyseł. Roz Stasek - trza ci wiedzieć, co my oba w góry
z gośćmi chodzili - dostoł jakiegosi pana i poseł śnim robić Żabiego Konia. Poseł, to dobrze.
Siedzimy se na Dworcu Tatrzańskim, a tu telefon z Morskiego. Jakisi pqn z przewodnikiem
ugrzęźli w ścianie na Żabim Koniu. "Oj, Stasiu, przyseł na nos cas" - pomyślołek. Bieremy auto
i w Morskie, aze sie kurzy. Idziemy pod Żabiego. Mgła, dysc, świata nie widać. A w górze ktosi
ino pojękuje. Mówię do Jędrka Mrówcy: "Jędruś, jo póde pirsy, bo mi sie widzi, co haw mój
koliga." No i posłek. W połowie ściany, patrzę, a tu pqd przewieską jakisi pon na linie dyndo, a
mój Stasek wyżyj w sparzę zębiskami dzwoni. Gadom mu: "Stasiu, powidz, koligo, fto jelenia
w Brzezinach pirsy trefił?" A on sie ino skrzywił. "Józuś, tyś pirsy..." No i my ich wyratowali.
A pote... to my ze Staskiem do dziś dnia najlepsymi koligami...
Pociągnął z manierki do dna. Krople wina potoczyły się po jego nie ogolonej brodzie i
upadły na brudną wiatrówkę.
- Dobre wino - odsapnął. - Po śtyry pengö za liter. A o Stasku Tomikowym to ci ino po
to gadom, cobyś wiedzioł, ze w życiu syćko sie piknie wyrównuje, cobyś sie nie siepoł, bo
major som do cie przydzie.
Z nie ukrywanym żalem zajrzał do pustej manierki. Potem zakręcił ją wolno, dokładnie.
Andrzej nerwowo skubał kiść kosówki.
- To nie tak, jak wam się zdaje. Złość mi minie i potem zapomnę. Ja bym go chciał
dostać zaraz. Galian drasnął go zniecierpliwionym spojrzeniem.
- Jo ci ino telo radzę, cobyś sie nie siepoł. Ka go bedzies teroz sukoł?
- Pójdę z wami do Zakopanego. Stary uśmiechnął się chytrze.
- Po co momy chodzić we dwóch. Jo to co insego. Mnie nikt nie pedzioł, com dulary
ukrod. Jo na twoim miejscu zasyłbym sie kie w lasach, kie w górach i bide przecekoł. Nie
rezekuj, telo ci ino mówię. Małoś to się bidy najod. Styryś roki przetrzymoł, to i piąty ci
zeńdzie.
Andrzej uniósł rękę ruchem niecierpliwym, jakby chciał przyciągnąć Górala do siebie.
- Więc co, mam tu czekać, żeby mnie jeszcze bardziej oczernił?
Galian zamigał w powietrzu palcami.
- Ino pomalućku, ino pomalućku... Jo wprzódy pode w Zakopane, rozejrzę sie, popatrzę,
popytom, ka jest major. A ty sie tu zadekujes. Kie juz będziemy wiedzieć co, gdzie i jak, przyde
po cie. Stary świstok pod flintę nie wchodzi. Wis, ka major siedzi? Nie. Moze jesce z Władkie
na Słowacji po lasach sie smykają. Moze pośli bez Musyne. Nie trza sie siepać. Trza spokojnie
przecekać. Jo ci ino telo radzę, wej.
Andrzej chwycił Górala za ramię.
- Józefie, ja też o tym myślałem.
- No dyć - powiedział Galian pojednawczo. - Jo się rozejrzę, popytom, a pote tu wrócę.
Za dwa, trzy dni. Przyniese plecok z żarciem, cobyś mi tu nie umor. A pote to raze uradzimy, co
dalyj robić. Dyć.
11
Pracował starannie. Najpierw wymiótł całą kolibę, wyrzucił grubszy żwir, wyczyścił
skalny strop. "Musi tu być czysto, wygodnie" - myślał. Potem naciął drobnych gałązek
kosówki, wymościł dno skalnej niecki, a gdy położył się i stwierdził, że ten zielony materac jest
sprężysty i dostatecznie chroni go przed wilgocią, poszedł na płasienki rwać trawę. Naniósł jej
kilka plecaków. Grubą warstwą ostrej psiarki przykrył kosówkę i uśmiechnął się z
zadowoleniem. "Nawet u »Gellerta« nie miałbym lepszego łoża..."
Gdy był już gotów, usiadł na skalnym tarasie, zabrał się do sprawdzenia swego majątku:
śpiwór; stary, bo stary, ale chyba przetrzyma jeszcze kilka tygodni. Dalej gruby, ciepły koc,
który zostawił mu Galian, granatowy sweter, zielona brezentowa wiatrówka, pamiętająca
przedwojenne czasy, spodnie z czeskiego welwetu, pękające nieco na pośladkach, dwie pary
wełnianych skarpet, ciężkie narciarskie buty.
Spojrzał na nie, uśmiechnął się jak do dobrych przyjaciół. "Wysłużyłyście się -
pomyślał. - Pękacie w szwach i na zgięciach, jakbyście były parciane, a nie z solidnej skóry.
Gdy przyjdzie Galian, trzeba go będzie poprosić, żeby przyniósł z Zakopanego nową parę."
Gorzej było z zapasami żywności. Oprócz kawałka spyrki i pół oszczypka miał trochę
prowiantu od Galiana. Góral wypróżnił dla niego cały swój plecak, ale nie było tego wiele:
woreczek kaszy krakowskiej, kawałek węgierskiego salami, trochę cukru, herbaty, kawałek
paprykowanej słoniny, puszka cielęcego gulaszu i kawałek czekolady. "Niedługo z tym
pociągnę" kręcił głową rozkładając te skarby na rozścielonym śpiworze.
Był tam jeszcze kocher do gotowania, trochę spirytusu na dnie litrowej banici, dwie
paczki symphonii, scyzoryk, przybory do szycia, nożyczki, bandaż, kilka pastylek aspiryny,
kawałek konopnego sznurka, kłębek mocnych lnianych nici i kilka agrafek.
"Aga Khan jest nieco bogatszy - żartował w myślach, patrząc na te drobiazgi - ale nie
ma tak pięknego bungalowu pod samym Hrubym, z widokiem na Krywań i panoramą na
Krzyżne Liptowskie i Gołe Wierchy."
Jako żelazny kapitał miał w portfelu dwadzieścia dolarów, sto pięćdziesiąt sześć koron
słowackich, sto dwadzieścia pengö, sześćdziesiąt złotych, a na ręku solidną doxę. Stanowiło to
cały majątek, jaki pozostał mu po czterech latach kurierskiej służby. Nigdy nie przywiązywał
wielkiej wagi do pieniędzy, ale teraz, przeliczając zgniecione banknoty, zrozumiał, że nie na
długo mu wystarczą.
- Niewiele tego - powiedział do siebie szeptem, gdy zaczął wszystko z powrotem
pakować do plecaka. Postanowił bowiem, że będzie zawsze w pogotowiu, by w każdej chwili
móc uciec lub zmienić kryjówkę.
Wrzucił plecak do koliby, usiadł na skraju tarasu, rozejrzał się po swoim nowym
gospodarstwie. Słońce grzało już mocno, spędzając z upłazów resztki świeżego śniegu. W dole
kosówki falowały jak morze. A jemu wydało się nagle, że jest samotnym żeglarzem, płynącym
skroś tego rozkołysanego pustkowia. Ogarnęło go uczucie samotności i zagubienia. Jak długo
można tak płynąć i płynąć przez puste godziny? Dokąd go ten prąd zaniesie?
Wtedy właśnie pomyślał o Galianie. Galian obiecał, że wróci do niego za dwa, trzy dni.
W starym Góralu było coś krzepiącego. W jego słowach tkwiła nadzieja, w spojrzeniu - ufność.
Jeżeli Galian wróci i przyniesie mu wszystko to, co w pośpiechu spisał na kartce, będzie mógł
przetrwać najbliższe dni.
Ile jeszcze tych dni?
Przypomniał sobie, że po wrześniu trzydziestego dziewiątego roku czerwonym
ołówkiem skreślił dni w kalendarzyku. Wszyscy wtedy mówili, że na Boże Narodzenie wrócą
do domu. Wierzyli w to jak małe dzieci. Młodzi oficerowie, wyruszający z Budapesztu do
Francji, sprzedawali zegarki, pili na umór w knajpach, wznosząc co chwila toasty za
zwycięstwo. Żołnierze pisali w listach: "Na święta będziemy razem." A czerwony ołówek
wciąż przekreślał dni w zielonym kalendarzu. Nie szczędził nawet tłustego druku dni świą-
tecznych. W Wigilię Bożego Narodzenia, w trzydziestostopniowy mróz, Andrzej
przeprowadzał dwóch oficerów sztabowych przez Siwą Przełęcz. Słaniali się ze zmęczenia.
Pod przełęczą jeden z nich upadł, jęczał, że dalej nie pójdzie. Jego towarzysz okładał go
bambusowym kijem... A potem w Wyhodnej, czekając na słowackiego przewodnika, mówili,
że na Wielkanoc wrócą wraz z wojskiem do Warszawy. Dziewczęta będą ich witały kwiatami...
Ileż to nadziei prysło od tego czasu? Teraz koniec wojny zbliżał się nieuchronnie. W
Budapeszcie Andrzej czytał w węgierskich gazetach ostatnie komunikaty: wiosenna ofensywa
wojsk radzieckich rozwija się na całym froncie. Armie Malinowskiego i Tołbuchina zbliżają się
do granic Rumunii. Jak długo to jeszcze potrwa?
Wyciągnął z kieszeni scyzoryk, otworzył go. Palcami pogładził ostrze. Potem przygiął
do siebie gibką gałąź kosówki i u samej nasady naciął pierwszy karb. "To będzie mój
kalendarz" - pomyślał i przypomniał sobie, że jest 14 maja 1944 roku.
12
Nazajutrz obudził go głośny świst. Zdawało mu się, że ktoś gwizdnął mu wprost do
ucha. Jeszcze się dobrze nie ocknął, gdy nowe gwizdnięcie rozległo się w powietrzu. Tym
razem dalej, jakby na tarasie koliby. Zerwał się z lękiem, ale gdy uprzytomnił sobie, że to
świstak, wychodzący z swej nory na żer, roześmiał się głośno.
W kolibie zalegał mrok, tylko przez niski właz sączyła się delikatna, niebieskawa
smuga światła. W śpiworze pod kocem było ciepło. Z zadowoleniem stwierdził, że legowisko
jest wygodne, miękkie, i że przez całą noc nie doznał zimna.
Leżał jeszcze chwilę. Przywykł do myśli, że zostanie tutaj. Niepokoiła go jedynie
sprawa prowiantu. Co będzie, jeśli Galian nie wróci? Wprawdzie obiecał solennie, że
przyniesie mu żywność, ale jakieś nieprzewidziane zdarzenia mogą pokrzyżować jego plany.
Na wszelki wypadek należało zabezpieczyć się. Przyszedł mu na myśl Barton, gajowy z Trzech
Studniczek. Znał go jeszcze z przedwojennych czasów, kiedy to nieraz u niego nocował. Po
wrześniu spotkał go raz, gdy wracał z Zakopanego przez Pawłową Polanę. Gajowy okazał mu
dużo serdeczności. Wspomniał, że w razie potrzeby może liczyć na niego. Był to człowiek
życzliwy, zaprzyjaźniony z zakopiańskimi taternikami, godny zaufania.
Postanowił więc, że jeszcze przed południem obróci do Trzech Studniczek i rozmówi
się z Bartonem. Poprosi go, żeby mu donosił żywność. Da mu dwadzieścia dolarów. To
powinno starczyć na długo.
Tak się zapalił do tego planu, tak wierzył w jego powodzenie, że pozwolił sobie zjeść
obfitsze niż zwykle śniadanie.
Bartona nie zastał jednak w gajówce. Zdziwiona i zaniepokojona wizytą nieznajomego
żona gajowego powiedziała mu, że mąż wyjechał do Popradu i wróci dopiero na drugi dzień.
- A wy skąd? - zapytała, gdy chciał już odejść, strapiony niepowodzeniem wyprawy.
- Powiedzcie mężowi, że znajomy - odrzekł wymijająco.
- Znajomy? - zdumiała się. - Ja was nie znam. Patrzyła podejrzliwie i badawczo.
- Polowaliśmy razem.
- Kiedy?
- Przed wojną i teraz.
- Wyście Słowak?
- Orawiak - uśmiechnął się przekornie. Mierziła go jej podejrzliwość.
- Mówicie jak z Liptowa - zauważyła.
"Ech, babo - pomyślał - przebiegła jesteś i spostrzegawcza." Istotnie, Andrzej
najczęściej spotykał się z Liptakami i od nich nauczył się słowackiego. W tej chwili wydało
mu, się to nieistotne.
- Macie może jajka na sprzedaż? - zapytał, jak gdyby nie usłyszał jej uwagi. Ale kobieta
skrzyżowała ręce na piersiach i przyglądała mu się bacznie. Jej rumiana, pełna twarz nabrała
surowego wyrazu.
- Teraz to rozmaici się kręcą - powiedziała wyzywająco. - Nie przychodźcie lepiej, bo
stary miał już przez takich kłopoty.
- Znam dobrze Bartona - powiedział z naciskiem.
- Na znajomych mu nie zbywa - zaśmiała się cierpko.
Zrozumiał, że nie ma celu dłużej z nią rozmawiać.
- Pozdrówcie go ode mnie - rzekł na pożegnanie. - Dziękuję.
Odszedł zawiedziony. Odprowadzało go badawcze spojrzenie stojącej na progu
kobiety. "Ludzie się boją" - myślał, skręcając w las. Ominął przezornie drogę i bocznymi
ścieżkami skierował się na Niżną Prehybę. Wiedział, że niełatwo będzie przebywać samotnie w
górach. Ludzie stali się nieufni. Ciężkie doświadczenia lat wojennych nauczyły ich ostrożności.
Pierwsze niepowodzenie zdeprymowało go nieco, ale po drodze tłumaczył sobie, że na
niejedno musi być przygotowany. Baby, jak baby, zawsze są podejrzliwe. Nic więc dziwnego,
że Bartonowa przyjęła go tak niechętnie. Nie warto się tym przejmować. Za dwa, trzy dni, gdy
przyjdzie z Zakopanego Galian, spróbuje jeszcze raz nawiązać kontakt z Bartonem. Może uda
mu się zastać go w domu.
Przy Niżnej Prehybie wszedł na główną ścieżkę, wspinającą się łagodnie wzdłuż
zachodnich zboczy Krywania. Szedł nie spiesząc się, bo właściwie dokąd miał się spieszyć.
Gdy był już przy siklawie w Niewcyrce, z przerażeniem spostrzegł, że przed jego kolibą pali się
ogień. Wąska smużka sinego dymu strzelała prosto w górę, rozpływała się wśród rumowiska
pod Hrubym.
- Ki pieron! - zaklął cicho. Był tak zaskoczony, że początkowo chciał uciekać. Ale gdy
uprzytomnił sobie, że w kolibie zostawił cały swój majątek, postanowił zbadać, kto rozpalił
ognisko. Doszedł aż do ścianki przed kolibą. Gdy się zatrzymał, usłyszał cichy, przytłumiony
głos skrzypiec. Płynął z góry zmieszany z szumem kosówki i pluskiem małych, ukrytych w
skałach strumyków. Początkowo myślał, że uległ halucynacji, ale wnet rozpoznał wyraźnie
strzęp znanej melodii słowackiej piosenki. Za chwilę z góry stoczył się mały kamyk, odskoczył
od zrębu ścianki i przeleciał Andrzejowi nad igłową.
"Kto tam może być? - zapytał siebie coraz bardziej zdumiony. - Może jakiś słowacki
juhas, znający kolibę, przyszedł posiedzieć i odpocząć." Myśl ta wydała mu. się niedorzeczna.
W najbliższej okolicy nie było hali, a wiosenny redyk jeszcze się nie odbył. Któż więc mógł
zająć kolibę?
Postanowił obejść ścianę bokiem i od strony upłazu przyjrzeć się nieznanemu
intruzowi. Bardzo długo przedzierał się przez gąszcz kosówki. Gdy wreszcie dotarł na trawiastą
płasienkę, zobaczył, że przed kolibą na skalnym występie pali się spory ogień, a przy ogniu,
odwrócony do niego plecami, siedzi żołnierz. Sądząc po mundurze, był to żołnierz słowacki.
Nieco skulony, grzebał patykiem w żarze. Był bez pasa i bez czapki. Wiatr rozwiewał mu
kruczoczarne włosy.
Widok był tak zaskakujący, że Andrzej nie wiedział, co robić. Dopiero gdy obok
żołnierza zobaczył swój związany plecak, postanowił odzyskać go za wszelką cenę.
Zastanawiał się, czy żołnierz ma broń przy sobie. W każdym razie trzeba było działać
niezwykle ostrożnie.
Schował się za wielki maliniak, zwinął dłonie wokół ust i zawołał głośno po słowacku:
- Hej, brate!
Żołnierz drgnął, jak gdyby go ktoś dźgnął w siedzenie, potem zerwał się i odwrócił ku
wołającemu. Andrzej zobaczył jego ciemną, oliwkową twarz, zakrzepłą w przerażeniu.
- Hej! - zawołał.
Tamten cofnął się o krok, a gdy zmiarkował, że ze strony ukrytego za skałą człowieka
nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo, skinął mu niemal przyjaźnie.
- Czego chcesz? - odkrzyknął po słowacku.
- Jest tam mój plecak? - zapytał Andrzej. Przyjrzawszy się oliwkowej cerze,
kruczoczarnym włosom i ostrym rysom, Andrzej wywnioskował, że ma przed sobą Cygana.
Twarz żołnierza znowu stężała. Schylił się nad plecakiem, zaczął go pospiesznie pakować.
"Chce z nim wyrywać - pomyślał Andrzej. - Jednak nie ma broni, skoro rwie się do
ucieczki."
- Stój! - zawołał głośno, przerażony możliwością utraty plecaka.
Żołnierz nawet nie spojrzał w jego stronę. Gorączkowo wrzucał do plecaka drobne
przedmioty, wśród których jak ryba błysnął aluminiowy kocher.
- Stój! - zawołał jeszcze głośniej. okrzyk przynaglił Cygana do pośpiechu. Uniósł z
ziemi zawinięte w szmatę skrzypce, wpakował je do plecaka...
Dzieliło ich może pięćdziesiąt kroków. Gdyby przestrzeń była wolna, Andrzej dopadłby
go natychmiast.
Ale między nim a kolibą zalegała gęsta jak dżungla kosówka. Rzucił się więc w nią na
oślep. W jednej chwili zapadł w splątane gałęzie i ugrzązł w nich po ramiona. Piekielnym
wysiłkiem wydostał się na powierzchnię. Gdy spojrzał w stronę koliby, zobaczył już tylko
blade płomienie ogniska, targane podmuchem wiatru. Żołnierz wraz z plecakiem zapadł się jak
pod ziemię. Andrzej nie spostrzegł nawet, czy wybrał drogę przez ściankę, czy uciekł w
rozległe pole kosodrzewiny, rozciągające się po drugiej stronie koliby. Nie zastanawiał się nad
tym. Rzucił się znowu w żywiczną gęstwę. Tym razem trafił na żebro skalne, ciągnące się jak
mielizna pod kożuchem zieleni. Teraz droga była już łatwiejsza, rwał coraz szybciej ku
skalnemu występowi. Wreszcie dotarł do ogniska. Rozejrzał się za uciekinierem. Stok
zarośnięty kosówką był pusty. Żołnierz wybrał prawdopodobnie drogę przez ściankę.
Andrzej zaczął ześlizgiwać się wąskim korytem. Gdy dobrnął do połowy ścianki, tuż
pod sobą zobaczył czarną, zmierzwioną głowę żołnierza.
- Stój - zawołał - bo cię strącę!
Tamten znieruchomiał. Przywarł do skały. Jego cienkie palce, wczepione w skalną
szczelinę, drżały. Zdawało się, że za chwilę runie na piarg.
- Poczekaj - powiedział już łagodniej. Żołnierz uniósł głowę. W płaczliwym grymasie
wyszczerzył białe błyszczące zęby.
- Czego chcesz ode mnie?
- Oddaj plecak bo cię zrzucę.
- To twój plecak? - zapytał mrużąc czarne oczy.
- Mój, do jasnej cholery. Właź za mną. Wspinali się z powrotem. Andrzej szedł
przodem, obserwując bacznie żołnierza. Ten wolno pokonywał ściankę. Ruchy miał sztywne.
Widać było, że nie jest zbyt tęgi we wspinaczce. Andrzej pierwszy stanął na tarasie, podał mu
rękę i wciągnął jak worek. Stali naprzeciwko siebie dysząc i badając się nienawistnymi
spojrzeniami.
- Oddaj plecak, bo cię zrzucę.
Tamten niechętnie ściągnął plecak z ramion, położył u swych stóp i chwilę patrzał nań z
żalem.
- To twój? - zapytał, łyskając żółtawymi białkami oczu. Rozwiązywał wolno sznurek,
po czym wyjął owinięte w szmatę skrzypce.
13
Wieczorem przyszła mgła. Podpełzła z Doliny Koprowej, zatapiając z wolna rdzawe
upłazy, szare liszaje rumowisk, zielone pola kosówki. Wypełniała potężne koryto skalne
między zerwami Krywania i spadzistymi zboczami Hrubego. Wreszcie dosięgła koliby.
Zrobiło się mroczno, wilgotno.
- Teraz będzie można rozpalić ognisko - powiedział Andrzej do Cygana. Ten wstał,
przeciągnął się. Bez słowa poszedł nałamać suchej kosówki. Andrzej patrzał, jak ginął w szarej
masie mgły. Nie był pewny, czy wróci. Wprawdzie zostawił w kolibie skrzypce, ale czego
można się spodziewać po takim włóczędze? Może zaczaić się w kosówce, nocą podkraść się do
koliby, wziąć plecak, a nawet zadusić śpiącego. W jego oczach były złe błyski. Taki zdolny jest
do wszystkiego.
Cygan wrócił z wielką wiązką suchej kosówki, przewiązaną paskiem. Zrzucił chrust na
ziemię. W milczeniu zaczął rozpalać ognisko. Ruchy miał tak wprawne, jak stary koczownik.
Nie patrzył na Andrzeja. Mruczał tylko pod nosem jakąś słowacką przyśpiewkę. Gdy płomień
buchnął ze stosu suchych patyków, uklęknął, wyciągnął ręce i grzał chude, brudne dłonie.
- Ja nie wiedział, że ten plecak twój - tłumaczył, nie odwracając oczu od ognia. Płomień
odbijał się w jego żółtawych białkach i nadawał źrenicom ostrości. - Ja przyszedł, patrzę,
plecak leży. Ucieszył się ja, to prawda... - mówił gwarą słowackich Górali, kalecząc ją na swój
cygański sposób. - Czy ja mógł wiedzieć, że to twój plecak? A ty zaraz oddaj, oddaj. A może to
mógł być plecak innego. W górach nic nie wiadomo. No, to ja patrzę... W plecaku słonina. No,
to ja ogień rozpalił... Słoninę na patyk. Mówię ci, dobra była ta twoja słonina.
- Dlaczegoś ogień rozpalał? Mogli cię zobaczyć - Andrzej usiadł przy ognisku,
przyciągnął plecak. Wyjął ostatni kawałek paprykowanej słoniny. Przeciął go na pół. Jedną
część podał żołnierzowi. - Dlaczegoś rozpalał? - powtórzył.
- Ja nie myślał o tym - powiedział tamten przeciągle. - Czy to nie można rozpalać
ogniska?
- Mogłeś ściągnąć nam na kark strażników albo patrol. Ładnie byś wyglądał.
Cygan skrzywił się.
- Mnie to już wszystko jedno. Jak złapią, to dobrze, jak nie złapią, to też dobrze.
- Głupiś. Jeżeli cię złapią, to cię rozstrzelają albo wyślą na front, na pierwszą linię i tam
będziesz wykonywał najcięższe zadania, aż cię kiedyś podziurawią jak sito.
Cygan wzruszył tylko ramionami.
- Czy to ja na froncie nie był? Ja był. Ja chciał przejść na drugą stronę, ale się nie dało.
Potem nas rozbili... To nie takie straszne. Najgorzej, że na linii grać nie dali.
- Miałeś tam skrzypce?
- Jakże ja bym bez skrzypiec...
- Te same? - pokazał wzrokiem owinięty w szmatę instrument.
- Nie. Tamte były rumuńskie. Szef kompanii zalał raz mordę. Poszedł do Rumunów,
zrobił z plutonem natarcie i zabrał skrzypce jednemu podoficerowi. Ładne to były skrzypce.
Potem kazał mi grać. Całą noc grałem. Mdlałem i grałem. Szef mówił, że jak przestanę grać, to
mnie zastrzeli albo odda Niemcom. A Niemcy Cyganów zabijali. No, to ja grał. Co miałem
robić. Niech ja mdleję, ale do Niemców nie pójdę.
Wyjął z kieszeni kozik, uciął kawałek cienkiego patyka, nadział nań słoninę i przypiekał
nad ogniem.
- Przydałby się kawałek chleba. - Andrzej patrzył na skwierczącą na patyku słoninę.
- Chleb dobry. Słonina też dobra.
- Mdli mnie, jak na nią patrzę.
- To tyś jeszcze niegłodny.
- Głodny jestem, ale mdli mnie.
- Słonina dobra. - Złapał przyrumieniony kawałek w palce, zdjął go z patyka i przyjrzał
mu się błyszczącymi oczami. - Dobra - powtórzył. Ugryzł kawałek.
- Tyś kiedy zdezerterował?
- Trzy dni mija. - Z warg ściekał mu tłuszcz. Oblizał się, wytarł dłonią usta.
Andrzej strugał patyk.
- Spróbuję, może mnie nie zemdli. Przydałby się kawałek chleba.
- A tyś też może dezerter? - zapytał Cygan.
- Ja nie...
- To po co w góry uciekałeś?
- Ja turysta - zaśmiał się.
- Turysta? Na wojnie nie ma turystów. Ty po coś uciekał? - patrzył natarczywie, prosto
w oczy.
- Różnie bywa - zbył go Andrzej. - A ty skąd uciekłeś?
- Z Mikulasza.
- Źle ci tam było?
- Czy ja wiem. Jeść dawali, spać było gdzie...
- To po coś zdezerterował?
- Bom nie mógł wytrzymać.
Andrzej roześmiał się. Cygan posłał mu złe spojrzenie.
- Z czego się śmiejesz?
- No, bo nie rozumiem; mówisz, że jeść ci dawali, miałeś gdzie spać...
- To jeszcze nie wszystko.
- Tak, to jeszcze nie wszystko - powiedział Andrzej w zamyśleniu. - A skrzypce skąd
masz?
Oczy Cygana rozżarzyły się jak popiół wygasającego ogniska pod podmuchem wiatru.
2renice nabrały dziwnego blasku.
- Skrzypce - wyszeptał - zabrałem.
- Komu?
- Jednemu księdzu. Jak szedłem już z Mikulasza, to ja wstąpił do takiej wsi. Tam była
jedna rodzina cygańska. Ale ich tam już nie ma. Uciekli na Węgry. Ide sobie wedle plebanii.
Słucham, ktoś gra. Stanął ja pod oknem. Dobrze grał ten ksiądz. Dobre były jego skrzypce.
Wszedł ja tam i zabrał... - zaciął lekko wargi, przełknął ślinę i strzyknął w ognisko.
- Jak to, tak po prostu zabrałeś? - Andrzej patrzył nań z lękiem w oczach.
- Podobały mi się.
- I ksiądz ci je dał?
- Nie, ja zabrał.
- A ksiądz pozwolił?
- Ksiądz nic nie powiedział.
Andrzej patrzył na oliwkową, dziką twarz z coraz większym strachem.
- Słuchaj, co ty ze mnie robisz głupiego. Tyś wszedł tam, zabrałeś skrzypce, a ksiądz nic
nie powiedział.
Cygan uśmiechnął się kącikiem warg, ale nie był to ani uśmiech, ani grymas. Wyglądało
to jak łyśnięcie kłami zgłodniałego wilka.
- No, mów! - wyszeptał Andrzej.
- Co mówić?
- Coś zrobił z tym księdzem? Cygan machnął ręką.
- Po co księdzu skrzypce, ma organy.
Andrzej czuł, jak na ogrzane przy ognisku czoło występują mu zimne krople potu.
Cygan znów się uśmiechnął. Tym razem pokazał cały rząd zdrowych, lśniąco białych zębów.
- Co tak na mnie patrzysz? Ja nie wiedział, że to twój plecak. Ja myślał, że ktoś zostawił.
Pomyśl, jakbyś ty znalazł taki plecak, nie zabrałbyś sobie?
Andrzej odsunął się od ognia.
- Czy miałeś wtedy broń?
- Kiedy?
- Wtedy, gdyś wszedł do tego księdza?
- Nie. Ja uciekł bez broni, bez pasa. Poszli my poić konie. Bez czapki nawet ja uciekł.
Jak my poszli, to ja hop, przez potok, i mnie nie ma. - Ziewnął, przeciągnął się i łasym okiem
zerknął na kawałek skwierczącej nad ogniem słoniny.
Andrzej odsunął się jeszcze dalej.
- Zemdliło mnie. Masz, jedz! - podał mu patyk takim ruchem, jak się podaje kość złemu
psu. Żołnierz schwycił patyk, zdjął z niego słoninę. Cmoknął.
- Dobra słonina. Głupiś, że nie jesz. Ja bym zjadł dużo takiej słoniny. Dobra słonina -
kręcił z uznaniem głową.
Andrzej patrząc na niego zrozumiał, że nie może z nim dłużej zostać. "On ze mną może
zrobić to samo co z tym księdzem. Zabierze plecak..."
- Słuchaj - rzekł ostrym głosem - musimy się rozstać. Jeszcze noc nie zapadła. Zejdziesz
w Koprową i tam znajdziesz sobie nocleg.
Cygan odjął od ust kawałek spieczonej słoniny. Patrzał na Andrzeja tępym, zdumionym
wzrokiem.
- We dwóch zawsze lepiej - uśmiechnął się dziwnie.
- Ja pierwszy zająłem kolibę.
- Czy to twoja?
- Nie moja, ale pierwszy tu byłem.
Oliwkowa twarz Cygana stężała nagle. Mięśnie wokół wydatnych ust drgnęły.
- Przenocuję tylko, rano sobie pójdę.
- Ciasno nam będzie. Lepiej, żebyś poszedł zaraz. Cygan się roześmiał.
- Jak ciasno, to cieplej.
- Dam ci coś na drogę.
- Mnie niczego nie trzeba.
Andrzeja drażnił jego tępy upór. Wiedział, że niełatwo pozbędzie się przygodnego
towarzysza. Żałował, że nie odprawił go zaraz, gdy odebrał mu plecak. Schwyciwszy nie
dopalony patyk, zaczął grzebać nim w ognisku. Sypnęły iskry, osiadając na butach i spodniach
jak robaczki świętojańskie.
- Musisz iść - powiedział i spojrzał wyzywająco w oczy Cygana.
Ten uniósł tylko lekko głowę.
- Dokąd ja pójdę?
- Zejdziesz w Koprową, tam znajdziesz jakieś miejsce.
Po twarzy żołnierza przebiegł chytry uśmieszek, zaigrał w oczach i na wargach.
- Zagram ci - powiedział szeptem. Nie czekając na najmniejszy gest Andrzeja, porwał z
ziemi skrzypce, usiadł wygodniej, podwinął nogi i palcami trącił w struny.
- Idź lepiej teraz, później noc zapadnie.
- Ja mam czas, całe życie mam czas. - Uśmiechnął się do skrzypiec i smyczkiem
przeciągnął po strunach. Dźwięk miały miękki, głęboki.
- Słyszysz, co mówię - żachnął się Andrzej. - Idź już, bo noc zapada.
Cygan nachylił się ku niemu.
- Zagram ci coś na madziarską nutę. Ja z Madziarów. Mój ojciec był primaszem sławnej
kapeli. Słyszałeś o Janoszu Rudnaim? To był mój ojciec. Grał w wielkim hotelu, gdzie
mieszkali wielcy panowie. Zagram ci...
Uniósł smyczek, a potem przeciągnął lekko, tak lekko, że struna ledwo zadrgała i zaczął
grać.
- Przestań! - Andrzej zerwał się. Stanął z zaciśniętymi pięściami. - Nie rozumiesz, że
mogą usłyszeć z dołu, przyjść tu i nas złapać.
Smyczek drżał jeszcze chwilę w dłoni.
- Boisz się?
- Nie chcę, żeby mnie tu nakryli... Do tego z tobą.
- W taką mgłę nikt tu nie przyjdzie.
- Chcę, żebyś sobie poszedł.
- Gdzie ja pójdę?
- To mnie nie obchodzi. Zejdź w Koprową albo do diabła jasnego, gdzie chcesz...
Dezerter dźwignął się z wolna. W oczach miał gniew
- A jak nie pójdę? - powiedział wyzywająco.
- To cię strącę - zawołał Andrzej gniewnie. Dezerter zląkł się widocznie, gdyż cofnął się
o krok i nie patrząc na Andrzeja, owijał skrzypce w szmatę.
- Taka mgła - mruczał do siebie. - Ciemno już...
- Mówiłem ci, żebyś się spieszył.
- Do czego tu się spieszyć?
Pochylił się, jakby chciał zasznurować but i błyskawicznie sięgnął po leżący przed nim
kamień. Andrzej spostrzegł ten ruch. Chciał się rzucić, by wyrwać kamień, ale Cygan był
szybszy. Cisnął celując prosto w głowę. Andrzej poczuł bolesne draśnięcie nad skronią. Z
nagłego rozmachu dezerter zachwiał się, zatoczył nad ogniskiem. Andrzej dopadł go jednym
skokiem, złapał wpół i powalił na ziemię. Zaczęli się szamotać. Cygan, chcąc się wywinąć z
uścisku, kopał, walił pięściami w plecy. W ślepej walce staczali się na sam skraj występu.
Andrzej poczuł, że jeden niebaczny ruch, a obaj runą w przepaść. Wparł się mocno w jakieś
zagłębienie, kolanem próbował przydusić leżącego pod nim Cygana. Ten wyczuł widocznie, że
są na samym skraju tarasu. Gwałtownym skrętem wywinął się spod przygniatającego go ciała.
Chciał zepchnąć przeciwnika w przepaść, lecz tamten wczepił się weń mocnym uściskiem.
- Puść! - zawołał. - Puść, bo razem spadniemy. Ale Andrzej wyczuł, że dezerter słabnie.
Jego oddech był coraz słabszy, uścisk rąk rozluźniał się.
- Puść! - jęknął.
Andrzej jeszcze mocniej zacisnął obręcz splecionych wokół jego piersi rąk. Cygan
stęknął boleśnie.
- Puść.
Andrzej przewinął się szybkim ruchem. Znowu, był na wierzchu. Teraz podsunął wyżej
kolano i przydusił nim brzuch dezertera. Ten słabnął coraz bardziej, zacharczał:
- Puść... już pójdę.
Andrzej schwycił go teraz za bluzę, poderwał, pociągnął bliżej koliby.
- Ech, ty... - wyszeptał z wściekłością. - Chciałeś ze mną tak jak z tym księdzem. Nie
udało ci się. Zabieraj skrzypce i uciekaj.
Blask przygasającego ogniska lekko tylko rozżarzał gęstą mgłę. Twarz dezertera lśniła
w nim jak nasmarowana oliwą. Ze skaleczonej wargi cienką strugą spływała mu krew. W
oczach kryła się rozpacz pokonanego.
- Uciekaj! - powtórzył Andrzej.
Dezerter schylił się po skrzypce. Zrobił pętlę ze sznurka, zawiesił skrzypce na ramieniu.
Gdy odchodził, raz jeszcze spojrzał na stojącego przy wylocie koliby Andrzeja.
- Wciąż tylko uciekać i uciekać - powiedział jakby do siebie.
14
W nocy nie mógł zasnąć. Zdawało mu się, że dezerter powróci do koliby i zadusi go we
śnie. O świcie zabrał plecak, śpiwór, koc. Poszedł w kosówkę. Wyszukał małą płasienkę
osłoniętą od wiatru głazami i tam biwakował.
Cały następny dzień czekał na Galiana. Przypuszczał, że Góral przyjdzie w południe.
Dwa razy schodził do Niewcyrki, siadał ukryty przy drodze, wypatrywał.
Dzień był ponury, mglisty. Siąpił drobny, zimny deszcz. Po wierchach musiało
przykurzyć, bo wiatr pachniał śniegiem. Wezbrany potok z dudnieniem przewalał się przez
głazy. Smreki po czuby tonęły we mgle. Dobrze znał te mgliste dni w górach, kiedy najdotkli-
wiej odczuwa się samotność. Zatęsknił za słońcem, za dniem, w którym góry pachną żywicą
kosówek i ziołami płasienek, a obłoki mienią się jak mydlana piana i ciągną po upłazach swe
cienie.
W takie dni lubił samotnie wędrować przez słoneczne upłazy i piargi. Skakać z
maliniaka na maliniak, kłaść się na dywanie z jaferu i przyglądać się grze świateł i cieni wśród
grani i szczytów.
Pod wieczór po raz trzeci zszedł do doliny. Zatrzymał się poniżej siklawy. Niecierpliwie
patrzał na drogę ginącą wśród kosówek i głazów, przyprószoną szarugą. Zachciało mu się pić.
Zbiegł po głazach do potoku, położył się na kamieniach i zanurzył usta w lodowatej wodzie.
Pociągnął kilka łyków. Nagle tuż nad sobą usłyszał spokojny głos:
- Dobry weczer, pane!
Drgnął. Przeraził się na samą myśl, że dał się tak nagle zaskoczyć. Gdy spojrzał w górę,
zobaczył nad sobą starego słowackiego Górala. Stał wsparty na wyciętym z leszczyny kiju,
przyglądał mu się z błyskiem zainteresowania w małych, ciemnych oczkach. Był przygarbiony
i bardzo stary. Spod góralskiego, wysmarowanego tłuszczem kapelusza wymykały się kosmyki
niemal białych włosów. Twarz miał pożółkłą, pokrytą gęstą siecią zmarszczek.
- Dobry weczer - odpowiedział Andrzej.
Stary zaczął się zbliżać. Gdy szedł, nogi pod nim drżały.
- Nie macie, pane, kawałka chleba? - zapytał zatrzymując się przy wielkim głazie,
sterczącym nad potokiem wśród kępy kosówki.
- Źleście trafili, dziadku - powiedział Andrzej przyjaźnie. - Sam chętnie zjadłbym
kawałek chleba.
Stary ogarnął go nieco zawiedzionym spojrzeniem. Ocenił jego ubiór, zlustrował
zmęczoną twarz i pokiwał głową.
- Myślałem, żeście turysta, a turyści z pełnymi plecakami chodzą.
- Widzicie, dziadku, że nie mam plecaka.
- A skądże ty, chłopcze, jesteś? - Słowak przeszedł na bardziej kordialny ton. - Co ty tu
robisz?
- Wodę piję - odrzekł wymijająco.
- Widzę, że wodę pijesz, ale co tu robisz?
- Pstrągi łapię - zaśmiał się żartobliwie Andrzej, Stary podobał mu się. Miał jasną,
dobroduszną twarz i ciepłe spojrzenie. - A wy, dziadku? - zapytał.
Starzec zaśmiał się cienko. Zachrypiało mu w gardle.
- Ja tam stary - machnął ręką.
- Stary, ale po górach jeszcze chodzicie.
- Ej, chodzę, chodzę - powtórzył w zamyśleniu.
Andrzej wspiął się na brzeg potoku. Usiadł na kamieniu. Zachęcającym gestem wskazał
na miejsce obok siebie.
- Siadajcie, dziadku. Pewno nogi was bolą. Stary usiadł, dysząc ciężko.
- Zakurzycie papierosa? Stary potrząsnął głową.
- Nie. Papierosów ja nie kurzę. Fajkę to bym zapalił, ale teraz dobrego tabaku nie ma.
Andrzej zapalił papierosa. Z wzrastającą ciekawością przypatrywał się Góralowi.
Widział w nim postać niezwykle dziwną i tajemniczą, jakby wskrzeszoną ze starych gadek
góralskich.
- Wy skąd? - zapytał.
- Z Podbańskiej.
- Toście daleko uszli - powiedział z podziwem. Stary westchnął, odchrząknął, potem
uniósł trzęsącą się dłoń i zatoczył nią krąg.
- Dyć to moja dziedzina. Wszystko dokoła moje - spojrzał na Andrzeja szeroko
rozwartymi oczami. Andrzeja coś zdławiło. W starczych, wyblakłych oczach zobaczył obłęd.
- Toście bogaci, dziadku - rzekł wciąż jeszcze żartobliwym tonem.
- Bogaty?... Dyć bogaty, ino jeść nie ma co... - Jeszcze raz powiódł trzęsącą się, okrytą
żółtymi plamami ręką. - To wszystko moje, od Krywania aż po Czerwone Wierchy. Wierchy
moje, doliny moje, potoki moje, hale moje... Ino jeść nie ma co. Słuchaj - złapał Andrzeja za
rękaw wiatrówki - pstrągi możesz łowić, świstaki możesz łapać, na kozice polować, ino
jednego nie wolno ci robić... - Urwał nagle i spojrzał na Andrzeja obłąkanymi oczami.
- Bądźcie spokojni, dziadku - powiedział Andrzej uciekając od jego spojrzenia - ja
niczego wam nie zabiorę.
- Nie wolno ci tego robić - powtórzył stary. - Czego, dziadku?
Góral nachylił się ku niemu. Jego oddech wionął gorzkim odorem próchniejących
zębów.
- Nie wolno ci szukać skarbów - wyszeptał i zaniósł się suchym, starczym kaszlem.
Andrzej odsunął się od niego. Patrzał w siwe oczy, które w tej chwili nabrały
chorobliwego blasku.
- Nie bójcie się, dziadku. Mnie skarbów nie trzeba.
- Nie wolno ci... - powtórzył stary. - To wszystko moje... Pod Krzyżnem Liptowskim
jest cały kotliczek z talarami. Tyle złota, że tęgi chłop nie udźwignie. To moje...
- To dlaczego go nie weźmiecie?
- Jeszcze nie pora. Teraz ino pilnuję, żeby kto inny nie zabrał, Chodzą tu. Szukają. Ale
oni nie znajdą. Ja tylko wiem, gdzie jest zakopany kotliczek. Pełno złota. Tyle złota, że jeden
tęgi chłop nie uniesie. Same terezjańskie talary. Żebyś ty ino pod Krzyżne Liptowskie nie
chodził.
- Nie bójcie się, dziadku, mnie talarów nie trzeba.
- Słuchaj - chwycił go mocniej za rękaw - i tu w Niewcyrce są skarby. Tylko nikt nie wie
gdzie. Ale ja wiem. Ja o wszystkich skarbach wiem. Ja pilnuję. Dlatego tu przychodzę. Ino ty
nic nie szukaj. Tu, w Niewcyrce, jest wielka żelazna skrzynia. Pełno w niej złota. Taka
skrzynia, że dziesięciu chłopów nie udźwignie. To wszystko moje...
- Nie bójcie się - Andrzej uśmiechnął się wyrozumiale - ja nie potrzebuję. Gdybyście mi
przynieśli bochenek chleba, trochę cukru i soli, to byłbym wam bardzo wdzięczny.
Przyszło mu na myśl, żeby poprosić starego o tę przysługę. Może się zgodzi. Jeśli uda
się pierwsza próba, to dziadek będzie mógł przynosić mu żywność z Podbańskiej.
- Chleba? - zapytał stary. - A skąd ja ci chleba wezmę. Złota to bym ci dał pełną garść.
Ale jeszcze nie pora. Miszko jeszcze do mnie nie przyszedł...
- Miszko? - zdumiał się Andrzej.
- Dyć Miszko - wyszeptał stary. - On mi te skarby zlecił. On mi powiedział: "Słuchaj,
Ondrasz, daję ci to wszystko, com u madziarskich grafów zrabował. Będziesz tych skarbów
pilnował. A gdy przyjdzie czas, to ci powiem: «Ondrasz, bierz, ile chcesz, to wszystko twoje»."
- Miszko to zbójnik?
Stary uniósł do góry trzęsącą się dłoń.
- Ej, zbójnik nad zbójniki. Ja ci mówię, że to był zbójnik nad Janosika.
Andrzej położył mu dłoń na kościstym ramieniu.
- Widzicie, dziadku, na Miszka musicie czekać, a ja wam dam pieniądze od razu.
Kupicie dwa bochenki chleba. Jeden dla mnie, jeden dla siebie. Przyniesiecie mi trochę cukru i
soli. Pogodzimy się jakoś. A jeśli zechcecie, to pomogę wam waszych skarbów pilnować. Stary
zmarszczył żółte jak pergamin czoło. Uniósł dłoń do skroni. Zastanawiał się, jak gdyby nie
mógł zmiarkować, co Andrzej mówi do niego. Wreszcie puścił dłoń.
- A ty kto jesteś?
- Ja?...
- Może ty też skarbów szukasz?
- Mówiłem wam, że mnie skarbów nie trzeba.
- To po coś tu przyszedł?
Andrzej nachylił mu się do ucha i szeptem powiedział;
- Ja dezerter, z wojska zdezerterowałem. Skłamał jedynie dlatego, że nie chciał
dziadkowi tłumaczyć swej zawiłej historii.
- Dezerter?... - zdziwił się stary. - A gdzie mundur, a gdzie gwer?
- Przebrałem się. - Przytknął palec do ust. - Tylko nikomu nie mówcie, żeby mnie nie
złapali. Przyniesiecie mi chleba? Dam wam pieniądze. Jeden bochenek dla mnie, drugi dla was.
Podzielimy się, dobrze?
Stary kręcił głową. Nie mógł widocznie zrozumieć. - Chleba ci przynieść? A skąd ja ci
wezmę chleba? Andrzej wyjął z portfelu dwudziestokoronowy banknot.
- Słuchajcie dobrze, dziadku - wygładził banknot na kolanie. - Dam wam dwadzieścia
koron. Kupicie dwa bochenki. Jeden zatrzymacie sobie, a drugi mnie przyniesiecie, tak żeby
było sprawiedliwie. A jak wam zostanie reszta, to kupicie trochę soli i cukru. Rozumiecie?
Na widok banknotu stary uśmiechnął się.
- Jużci, teraz rozumiem. - Wziął banknot w drżące palce i przyglądał mu się chwilę.
Potem zapytał: - A gdzie ci mam przynieść?
- Tutaj. Przyjdziecie pojutrze w samo południe, kiedy słonko najmocniej przygrzewa.
Siądziecie sobie na tym kamieniu, a ja tu was znajdę.
- W południe, mówisz?
- W południe. Tak sobie czas wymierzycie, żebyście tu na południe byli.
- A ty będziesz?
- Ja będę na was czekał. Ale nie tu, bo ja dezerter. Nie chcę, żeby mnie feto zobaczył.
Skryję się w kosówce, a jak was ujrzę, to przyjdę. Dobrze?
- Dobrze.
Stary zachichotał cichutko, złożył banknot i wcisnął go w kieszeń portek. Andrzej
wstał. Czuł, że skostniał z zimna.
- Idźcie już, dziadku, bo macie daleko, a noc się zbliża - powiedział ciepłym,
serdecznym głosem.
- Co mi tam noc - mruknął tamten. - Trzy nogi mam, pokuśtykam.
- No, to z Bohom, dziadku!
- Z Bohom - skinął mu stary. - Ino się pilnuj, żeby cię finance nie złapali.
Andrzej odszedł. Kiedy był już wśród smreków, przystanął. Obejrzał się. Góral tkwił w
tym samym miejscu. Z niepokojem patrzał za odchodzącym. "Boi się, żebym mu skarbów nie
zabrał" - pomyślał i skinął staremu na pożegnanie. Tamten pokiwał tylko głową, jak gdyby
wciąż jeszcze nie mógł pojąć, skąd w jego dolinie wziął się młody człowiek.
Wspinając się pod zbocza Hrubego myślał o starym. Nieraz już w górach spotykał
poszukiwaczy skarbów; rozmaitych dziwaków i obłąkańców krążących po górskich
pustkowiach, po lasach i kosodrzewinach. Byli to przeważnie ludzie starzy, opętani myślą o
cudownym wzbogaceniu się. Szukali skarbów ukrytych w górach przez zbójników.
Przypatrywali się każdemu smrekowi, każdej limbie, czy nie ma na nich jakiegoś tajemniczego
znaku, wskazującego, gdzie ukryto skarb. Po nocach śniły im się kotliczki pełne jarzącego
złota, talarów i dukatów.
Raz na Brzezinach spotkał człowieka odzianego w czarną pelerynę. Chudy, zżarty przez
opętańczą żądzę posiadania, próbował odwalić wielki głaz. Był przekonany, że pod nim
właśnie znajduje się kotliczek. Andrzej obserwował go z ukrycia. Drobna postać człowieka,
zmagającego się z potężnym granitowym głazem, miała w sobie wymowę jakiegoś żałosnego
symbolu.
15
Nazajutrz cały dzień czekał na Galiana.
Rozpogodziło się. Strzępy mgieł opadały ze skał. Nad górami wznosiło się niebo czyste,
przepastne, ogromne. Wiał chłodny wiatr.
Rano Andrzej wlał do kochera ostatnie krople spirytusu. Nie wystarczyło nawet na
zagotowanie wody na herbatę. Do podgrzanej wody wsypał trochę pokruszonych listków.
Czekał, aż naciągną, ale woda ledwo się zabarwiła. Pił ją małymi łykami, by zabić mdły smak
zjełczałej słoniny. Obliczał, że jeżeli będzie bardzo skromnie wydzielał sobie jedzenie, starczy
mu ono najwyżej na dwa dni. Czekał więc na Galiana z wzrastającą niecierpliwością.
Przypomniał sobie, jak kiedyś wyskoczył z pędzącego pociągu i przez dwa dni bez
jedzenia przedzierał się przez ginące w śnieżycy góry Słowacji. Doznawał wtedy takiego
uczucia, jak gdyby całą krew wypompowano mu z żył. Brnął przez śnieżne zaspy, przez pola
szare i ślepe od zamieci, przez głuche lasy, a każdy krok był nadludzkim wysiłkiem. Padał na
miękki śnieg i lizał go, jak spragniony pies zlizuje rosę z trawy. Bał się tego uczucia i z lękiem
myślał, że Galian nie wróci z Zakopanego. Co wtedy będzie robił? Może jeszcze raz pójdzie do
Bartona? A jeśli Barton nie udzieli mu pomocy? Może stary dziadek, poszukiwacz skarbów,
przyniesie jutro bochenek chleba? A jeśli nie przyniesie?
"Jutro będę się martwił" - pomyślał dopijając resztki cienkiej herbaty. Spakował plecak,
ukrył go w skałach i ruszył w dół, ku Niewcyrce.
Słońce już wzeszło ponad grań Krywania. W miejscach osłoniętych od wiatru
przygrzewało łagodnie. Wyszukał małą kotlinkę wśród maliniaków i kosówki, wyciągnął się na
trawie i patrzał w punkt, gdzie ścieżka wyłaniała się z lasu. Czekał na Galiana. Co chwila
zrywał się, zwiedziony przez nikły ruch poruszonej wiatrem gałęzi lub przez cień
przemykający upłazem, a gdy spostrzegł, że to złudzenie, kładł się znowu i było mu coraz
smutniej, coraz markotniej.
"Czyżby mu się coś stało? Tyle lat kursował na słowackich trasach, tyle dni przebywał
w kurierskiej wędrówce ufając swemu instynktowi, sile swych mięśni i szczęściu. Czy teraz,
gdy miał nieść pomoc towarzyszowi, zdradziłoby go to szczęście?"
Pamiętał, była wiosna czterdziestego roku. Szli z Galianem przez Dolinę Jamnicką. Byli
już pod Otargańcami, gdy nagle zza zakrętu wyłonił się patrol słowacki. Chciał wtedy uciekać,
ale jeden spokojny ruch Galiana, jedno ostrzegawcze spojrzenie zatrzymało go w miejscu i
prawdopodobnie uratowało mu życie.
Galian posiadał instynkt starego odyńca. Był ostrożny, przewidujący, czujny, ale gdy
groziło mu niebezpieczeństwo, potrafił być okrutny. Opowiadał mu kiedyś, jak jednym
uderzeniem zaciśniętego w dłoni kamienia rozłupał czaszkę hlinkowcowi, który chciał go
zaaresztować w Kissaku...
Więc co się stało z Galianem? Mówił przecież, że wróci najpóźniej za trzy dni. Trzeci
dzień już mija, a jego jak nie ma, tak nie ma. Z Zakopanego wyszedł zapewne nocą albo
wieczorem. Powinien już być w Niewcyrce.
Poczuł, że dokucza mu głód. Z niechęcią myślał o kaszy ugotowanej na skórce ze
słoniny. Samo wspomnienie smaku miękkiej skórki wywoływało mdłości. A jednak czuł, że
jeśli czegoś nie zje, zesłabnie.
Wolnym krokiem zaczął wspinać się przez pole kosówki. Naraz usłyszał, że ktoś go
woła. Czyjś znajomy głos szedł z dołu, od lasu, wraz z poświstem ostrego wiatru. Odwrócił się.
Na tle siwych pni ujrzał skuloną postać. Widząc wiatrówkę z naciągniętym na głowę kapturem
i duży, naładowany plecak, mógł sądzić, że to turysta. Jednak po chwili bystre oko spostrzegło
pod pachą nieznajomego zawiniątko. "Skrzypce" - pomyślał i w tej samej chwili pojął, że to
Cygan woła nań spod lasu. Zdumiony nagłą przemianą w ubiorze dezertera, stał nieruchomo i
wpatrywał się w maleńką postać ginącą wśród maliniaków i kosodrzewiny. Nie był
zadowolony z tego spotkania. Spodziewał się, że dezerter nie zjawi się już więcej w okolicy
koliby. Tymczasem tamten skinął mu ręką, żeby zaczekał i zaczął się wspinać w jego stronę.
Gdy był już w odległości kilkunastu kroków, Andrzej zatrzymał go ostrym głosem.
- Czego chcesz?
Cygan uśmiechnął się, jak gdyby widok Andrzeja napawał go bezgraniczną radością.
- Poczekaj, ja przyniósł coś dla ciebie. Ja nie zapomniał... Ja...
- Wracaj, skądeś przyszedł - przerwał mu brutalnie.
- Ej, ty głupi - zaśmiał się tamten. - Ja zjadł ci słoninę. Ja ci coś dobrego przyniósł.
- Skąd masz tę wiatrówkę, ten plecak?
Cygan roześmiał się jeszcze weselej. Jego ciemne oczy błyskały dziką radością.
- Ja spotkał jednego pana... turystę...
Andrzej przypomniał sobie zdarzenie na plebani. Poczuł nowy napad mdłości.
- Pewnoś go ograbił.
Cygan przymrużył oliwkowe powieki.
- To dobry pan - powiedział przeciągle. - On mi to wszystko dał.
- I te buty? - zapytał Andrzej, patrząc na solidne, turystyczne buty okute gwoździami.
- Buty? Buty też dał.
- A sam poszedł boso.
- Nie boso, w skarpetkach - zaśmiał się chytrze. Potem dorzucił szybko: - Po co takiemu
bogatemu panu takie dobre buty? Kupi sobie nowe. Ty go nie żałuj. Ty siebie żałuj. Ja o tobie
nie zapomniał. Ja przyszedł do ciebie. Ja ci przyniósł coś dobrego.
- Powiedz, coś zrobił z tym turystą? Cygan pokręcił głową.
- Taki dobry pan. Ja mu nic nie zrobił. Ja mu zagrał na skrzypcach i kazał wracać do
domu.
- Kłamiesz! Cygan skrzywił się.
- Po co ja bym kłamał. Ja tobie nie muszę kłamać. Ja myślał, że ty się ucieszysz, a ty na
mnie krzyczysz.
Słuchaj, czy tobie tu się nie cni? Ty sam, ja sam. Dlaczego nie możemy być razem?
Andrzej z podziwem patrzał na wypchany plecak. Był to solidny turystyczny plecak z
dużymi kieszeniami, porządną aluminiową ramą z szerokimi, filcem wykładanymi
rzemieniami. Wnętrze jego musiało być równie solidne. Należał zapewne do zasobnego
turysty, który lubił wygodnie wędrować. "Warto by jednak zjeść smaczny obiad" - westchnął,
walcząc ze sprzecznymi uczuciami. Bał się jednak towarzystwa dezertera. Powiedział więc bez
przekonania:
- Słuchaj, ograbiłeś Bogu ducha winnego gościa, teraz ściągniesz ml na kark
żandarmów. Lepiej wracaj, skądeś przyszedł.
Cygan patrzał na niego zdumionym wzrokiem, chwilę poruszał bezdźwięcznie
wargami, potem powiedział:
- Głupiś. W tym plecaku dobre rzeczy. Mówię ci, że dobre rzeczy.
- To sam jedz.
- Ale ja chcę z tobą. Tyś mi dał słoniny. Dobra była ta twoja słonina, ale w tym plecaku
jeszcze lepsze rzeczy.
- Gdzieś złapał tego gościa?
Cygan wyczuł, że opór Andrzeja słabnie. Zbliżył się na kilka kroków.
- Ty się nie bój. Ja mu nic nie zrobił. To dobry pan.
- Gdzieś go ograbił?
- On mi sam dał.
- Gdzie?
- W Cichej, na Polanie Martonka. Daleko.
- To po coś tu przyszedł? Nie mogłeś zostać w Cichej?
Cygan skrzywił się.
- Ja do ciebie jak brat, a ty na mnie krzyczysz. Mnie się cni. Razem weselej nam będzie.
- Ech - westchnął Andrzej, a w tym westchnieniu Cygan od razu wyczuł kapitulację.
Podszedł jeszcze bliżej, patrząc przyjaźnie.
- Ty mówisz tylko i mówisz. Chodźmy. Zjemy coś. W plecaku dużo dobrych rzeczy.
Andrzej skinął głową i przepuścił
;
go przed siebie. Idąc za nim, wciąż patrzał na
wypchany plecak. Gdy doszli pod ściankę, pogodził się zupełnie z myślą, że pozostaną razem.
- Daj plecak, to ci pomogę. Ze skrzypcami nie wystyrmasz się do góry.
- Mówię ci, dobre rzeczy - powtórzył Cygan przymrużywszy chytrze oko.
Andrzej zarzucił plecak na ramiona. Patrzył, jak Cygan niezbyt pewnie pokonuje
ściankę. Tamten zwrócił ku niemu oliwkową, promieniejącą zadowoleniem twarz.
- Przecie tu nie wlezą.
- Okrążą nas i złapią.
- Nie bój się, brat! - odkrzyknął wesoło.
Gdy byli na tarasie, Andrzej zdjął plecak i położył przed dezerterem. Ten zerwał kaptur
z głowy. Czoło lśniło mu od potu. Dyszał ciężko.
- Dobre rzeczy - wyszeptał.
Andrzej przypatrywał się, jak Cygan wyciąga z plecaka i układa przed sobą: gruby
sweter, dwie pary wełnianych skarpet, pantofle, woreczek z przyborami do szycia i golenia.
Woreczek zadyndał mu w dłoni. Chciał go rzucić w kosówkę, ale Andrzej schwycił go
za przegub ręki.
- Daj mi to!
Cygan roześmiał się głośno.
- Po co ci? To dla panów. Nie będziesz się golił.
- Przyda się - powiedział Andrzej grzebiąc w woreczku. - Jest mydło...
- Mydło?... - mruknął Cygan z pogardą. - Masz. Ja ci dam. Ja nie taki. - Z głębi plecaka
wyciągnął duże pudło aluminiowe, przepasane starannie gumową opaską. - To dobre! - uniósł
je i potrząsnął jak jarmarczny sprzedawca. Potem wyjął pokaźną paczkę zawiniętą w czysty
pergaminowy papier. Już sam szelest papieru wywoływał przyjemne łaskotanie podniebienia.
Cygan z uznaniem pokręcił głową.
- Dobrze sobie żyją ci panowie. Dobre rzeczy... - wyciągnął brudnymi palcami kawałek
pieczonej cielęciny. Przekroił go na pół. Jedną część podał Andrzejowi. - Masz. Tyś mi dał
wtedy słoniny. Dobra słonina, ale to jeszcze lepsze.
W plecaku znaleźli bochenek białego chleba, maselniczkę pełną masła, kilka puszek
konserw, słoik morelowego dżemu, paczkę herbatników, woreczek cukru, puszkę prawdziwej
herbaty, kilka rumianych jabłek.
- Będzie uczta! Będzie uczta! - cieszył się Cygan. - Dobrze sobie żyją ci panowie.
Wojna, a oni wszystkiego mają po uszy... - W jednej dłoni trzymał kawał cielęciny i kromkę
chleba, w drugiej kozik. Kozikiem odkrawał drobne skibki i pakował je do ust. Jadł mlaskając
głośno i kręcąc z zadowoleniem głową.
- Prawdziwe skarby - powiedział do siebie Andrzej. Myślał właśnie o starym Słowaku,
którego wczoraj spotkał w Niewcyrce. – Prawdziwe skarby.
Cygan czknął głośno. Wierzchem dłoni wytarł tłuste wargi.
- Zapalimy ognisko, ugotujemy herbaty...
- Nie - powiedział Andrzej - będziesz musiał zadowolić się wodą.
- Głupiś - tamten czknął znowu - dobra herbata. Po takim jedzeniu chce się pić.
- Nie można rozpalać ogniska. Zobaczą z dołu.
- Boisz się?
- Nie, ale chcę tu dłużej posiedzieć. Po co się zdradzać.
- A wtedy my palili.
- Wtedy to co innego. Mgła była. Cygan westchnął głęboko.
- Dziwny z ciebie człowiek. Po takim żarciu chce się pić.
Chwilę jedli w milczeniu nie patrząc na siebie. Pierwszy odezwał się Cygan. Wziął do
ręki jabłko, podrzucił je kilka razy, uśmiechnął się.
- Zupełnie jak w hotelu "Tatran" w Bańskiej Bystrzycy.
- Co? - zapytał Andrzej.
- A, grałem tam przed wojną. Pełno było panów i po obiedzie jedli jabłka. I były ładne
kobiety... - Sposępniał. Jego oczy znieruchomiały, wpatrzone w nadgryzione jabłko.
- Co ci przyszło do głowy?
Cygan łypnął okiem na Andrzeja. Żółtawe białka błysnęły jakoś ponuro.
- Ty tego nie pojmiesz. Mam już dość. Trzeba tylko uciekać i uciekać.
- To po co zdezerterowałeś?
- Nie mogłem wytrzymać. Idziemy raz z kompanią, a ja słyszę, jak muzyka gra. Nie
cygańska, ale gra... Tak mnie coś wzięło za serce, że ja już nie mógł wytrzymać. Ja poszedł
wtedy poić konie i uciekł.
- No to dlaczego narzekasz?
- Ja nie mógł wytrzymać, ale teraz ja też nie mogę wytrzymać. Trzeba wciąż uciekać i
uciekać... Niech mnie już wreszcie złapią, bo ja nie mogę...
- To zgłoś się, może ci przebaczą...
Cygan machnął ręką. Umilkł. Zasępił się. Oczy utkwił w jakimś niewidzialnym punkcie
i patrzał tak w pustkę. Wreszcie ziewnął.
- Trza iść spać. Ja bym chciał, żeby tak można się położyć i spać. Nic, tylko spać... -
Naciągnął na wiatrówkę sweter, wlazł do koliby, zwinął się w kłębek, pod głowę podłożył
plecak i wnet zachrapał.
Andrzej patrzał na niego i naraz ogarnął go żal. Powtórzył w myśli za Cyganem: "Żeby
tak można położyć się i spać. Nic, tylko spać..."
Czekał na Galiana aż do nocy, ale przewodnik nie przyszedł.
16
Bał się dezertera. "Nie wiadomo, co takiemu strzeli do głowy - myślał. - Spodoba mu się
na przykład śpiwór i wtedy człowiek w nim drzemiący nie będzie miał dlań żadnego
znaczenia." Przykrył więc śpiącego kocem, sam zaś zabrał swoje rzeczy i poszedł w kosówkę,
gdzie spędził poprzednią noc. Rano obudził go gwizd świstaka. Zobaczył nad sobą czyste
niebo. Stoki Hrubego tonęły jeszcze w mroku, tylko na poszarpanej grani palił się jasny blask
słońca. Kosówki, trawy na płasienkach, mchy na głazach siwiały od szronu. Od Krywania szedł
chłodny, przejmujący powiew.
Niechętnie wygrzebał się ze śpiwora. Owionęło go powietrze chłodne, przenikliwe.
Doznał takiego wrażenia, jak gdyby zanurzał się w lodowatej wodzie. Kiedy spojrzał w stronę
koliby, z przerażeniem i gniewem zobaczył, że na tarasie płonie mała waterka. Przy watrze
siedział dezerter. Przygrzewał nad ogniem puszkę konserw.
- Hej, ty! - zawołał z wściekłością. Cygan uniósł tylko lekko głowę.
- Hej, słyszysz! Zgaś ogień!
Tamten wzruszył ramionami. Z niezmąconym spokojem dorzucił do ognia suchych
patyków.
Andrzej rzucił się na oślep przez plątaninę kosodrzewiny. Gdy dobrnął do tarasu, zaczął
zadeptywać ognisko. Cygan odsunął się, iskry sypały się spod butów Andrzeja.
- Co robisz? - zapytał przez zaciśnięte zęby.
- Mówiłem ci, że mogą z dołu zobaczyć.
- Konserwę chciałem sobie zagrzać.
Andrzej potrząsnął bezsilnie zaciśniętymi pięściami.
- Nic, chłopie, nie rozumiesz. Zobaczą z dołu dym i przyjdą...
Cygan patrzył na niego z takim wyrazem, jak chłopiec, któremu przerwano dobrą
zabawę.
- Ty się tylko boisz i boisz - powiedział przeciągle.
- Nie mam ochoty siedzieć w Popradzie. A ciebie jak złapią, to rozstrzelają.
- Nie będę jadł zimnych konserw.
- Idź do diabła, bo tylko bigosu narobisz.
Cygan dziobnął kozikiem, wyciągnął z puszki kawałek włóknistego mięsa i podał go
Andrzejowi.
- Spróbuj. Dobre.
- Wypchaj się! - wrzasnął Andrzej.
- Nie chcesz?
- Jedz sam.
Cygan z niedowierzaniem pokręcił głową. Zlizał z palców ściekający sos. Białymi
zębami złapał kawał dymiącego mięsa. Żuł go z rozkoszą.
- No, jedz - podsunął Andrzejowi puszkę.
Ten ociągał się. Wnet jednak złapał puszkę. Była jeszcze gorąca. Przyjemnie grzała
skostniałe palce.
- Dobre? zapytał Cygan z odcieniem kpiny w głosie.
- Niezłe.
- Widzisz. Po co się tyle szarpać? Andrzej zaklął cicho.
- My razem zostać nie możemy. Cygan uniósł brwi.
- Dlaczego?
- Człowieku, ciebie złapią. Nie chcę razem z tobą iść na łańcuszku do Popradu.
- Dlategoś nie spał ze mną?
- Nie. Bałem się, że masz pchły - skłamał. Cygan roześmiał się.
- Moje konserwy dobre, a pchły niedobre?
- Więc masz?
- Rasowe - zachłysnął się. - Tresowane. Wiem, co ja zrobię. Ja pójdę do Mikulasza na
jarmark. Ja założę pchli cyrk - śmiał się, łyskając białymi jak śnieg zębami. Oczy nabiegły mu
łzami, węzły żył nabrzmiały na wolowatej szyi. - Będę miał cyrk... W Mikulaszu cyrk...
- Przestań! - syknął Andrzej.
Dezerter roześmiał się jeszcze głośniej. Odchylił do tyłu głowę, przymknął wypukłe
powieki. Zdawało się, że za chwilę dostanie spazmów.
- Przestań! - Andrzej podsunął się, złapał go za ramię. - Przestań, bo... - Rozejrzał się
trwożnie i kiedy wzrok jego padł na skraj lasu, w miejscu gdzie ścieżka wychodziła na
rumowisko skalne, zobaczył dwie małe postacie. Znieruchomiał. Dłonią zakrył Cyganowi usta,
rzucił się na ziemię. - Widzisz! - wyszeptał.
Oczy Cygana stały się nagle okrągłe i wielkie, Śmiech bulgotał mu jeszcze chwilę w
gardle, ale wnet zamarł w jakimś nagłym, nieludzkim jęku. Andrzej wlepił oczy w linię lasu.
Widział, jak dwie drobne postacie przystanęły. Jedna z nich uniosła rękę i wskazała w stronę
koliby.
- Zobaczyli nas - wyszeptał stłumionym głosem. Cygan pobladł. Jego rozchylone wargi
drżały lekko.
Oczy biegały nerwowo.
- Patrol - wykrztusił.
- Szukają ciebie...
Dezerter zerwał się. Jednym susem dopadł leżących u wylotu koliby skrzypiec,
schwycił je jak jastrząb umykającą ofiarę, zastygł na chwilę w bezruchu, a potem na oślep
rzucił się w kosodrzewinę. Ugrzęznął w niej jak niewprawny pływak w skłębionej fali, W tej
chwili z dołu padł strzał, kula świsnęła jękliwie, plasnęła głucho o skały. Posypały się drobne
odpryski. Na dole siny dymek poszybował z wiatrem.
Andrzej leżał przylepiony do skały. Spostrzegł, że za dwoma żołnierzami pokazały się
jeszcze trzy drobne figurki. Poruszały się szybko, nerwowo rozpierzchły się na rumowisku i
półkolem zaczęły okrążać kolibę. Andrzej błyskawicznie ocenił położenie. Dzieliła ich
odległość może czterystu kroków. Między skrajem lasu a kolibą ciągnęło się gęste pole
kosodrzewiny, nad nim jak mur wyrastała skalna ścianka. Z lewej strony wznosił się upłaz, 2
prawej ponad gąszcz kosówki wyginało się skalne żebro. Cygan uciekł w stronę upłazu. W tym
kierunku prawdopodobnie ruszy pościg. Trzeba więc niepostrzeżenie przedostać się poza
skalne żebro, a potem wzdłuż pól kosodrzewia uciekać ku Hlińskiej Dolinie. Wolno
przeczołgał się przez taras. Po drodze złapał jeszcze puszkę konserw i wepchnął ją w kieszeń
spodni. Potem jednym skokiem dopadł kosówki.
W tej samej chwili padł drugi strzał. Z dołu dobiegł go zdławiony okrzyk. Widocznie
spostrzegli i jego. Teraz czekało go najtrudniejsze zadanie: przedrzeć się przez pas
kosodrzewiny. Gdyby próbował przejść wśród gąszczu, żołnierze mogliby go dopaść, zanim
osiągnie skalne żebro. Należało więc przebyć tę przeszkodę krótkimi skokami. Kierował się ku
miejscu, gdzie biwakował w nocy. "Bez plecaka nie ma co uciekać" - myślał. Po kilku skokach
mógł już iść bezpieczniej, gdyż przechył terenu zasłaniał go od strony lasu.
Wnet dobrnął do swego plecaka. Zarzucił go na ramiona i zaczął przedzierać się ku
skalnej grzędzie, rysującej się szarym pasmem na tle czystego nieba. Gwałtownymi ruchami
rozgarniał gąszcz, przeciskał się przez powykręcane gałęzie, bez wytchnienia pchał się do
przodu.
"Żeby tylko zdążyć, zanim żołnierze dojdą do koliby. Jeżeli mnie uprzedzą, będę
zgubiony. Okrążą pole kosodrzewiny i kiedy wychylę tylko głowę, sprzątną jednym celnym
strzałem."
Pot zalewał mu oczy, ramiona mdlały od stałej szarpaniny z kosówką, nogi grzęzły
wśród splecionych konarów. Do bólu zaciskał zęby. "Jeszcze chwilę. Jeszcze kawałek drogi."
Grzęda była coraz bliżej. Obliczał każdy ruch, który zbliżał go do upragnionego celu. Wreszcie
dopadł pierwszych kamieni. Wśliznął się między dwa głazy i ostrożnie wychylił głowę. Taras
pod kolibą był jeszcze pusty. Poniżej ścianki kołysały się kiście kosówki. W tym miejscu
przedzierał się któryś z żołnierzy.
Teraz zdjął z ramion plecak i zaczai się czołgać. Wybierał miejsca osłonięte skałami. Po
chwili znalazł się na samym grzbiecie grzędy. Miał przed sobą trawiaste zbocze szerokości
może dwudziestu kroków. Ten odcinek musiał pokonać jednym skokiem. Przyczaił się,
wyszukał stopą dogodnego odbicia i nagłym zrywem rzucił się do przodu. Gdy był już na
drugiej stronie trawiastego zbocza, ukrył się wśród Skał.
"Chyba mnie nie zobaczyli - myślał. - Gdyby mnie spostrzegli, strzelaliby za mną."
Wytarł rękawem spoconą twarz i dysząc ciężko odpoczywał. Teraz przed sobą miał wielkie
rumowisko skalne. Omszałe maliniaki piętrzyły się jak szczątki rozsypującej się świątyni. Ni-
żej na wietrze falowało wielkie pole kosówki. "Zejdę w dół, zaszyję się w kosówkę, chyba mnie
nie znajdą."
Chciał już ruszyć, gdy nagle w dole, na grzędzie, w odległości może pięćdziesięciu
kroków zobaczył żołnierza. Grzęda schodziła aż do skraju lasu i żołnierz, okrążając kolibę,
wspinał się wzdłuż niej ku zboczom Hrubego. Andrzej zamarł. Czuł, jak nogi i ręce mu
drętwieją. Był to jednak tylko moment jakby chwilowego zamierania, gdy nagle wokół tworzy
się próżnia i człowiek nie ma czym oddychać. Znał doskonale to uczucie, więc otrząsnął się zeń
szybko. Zdolność trzeźwego, jasnego myślenia wróciła, zanim żołnierz wspiął się kilka
kroków.
Andrzej przylgnął silnie do skały, zrzucił z ramion plecak, by w każdym momencie
mieć zupełną swobodę ruchów, wyszukał wzrokiem odpowiedni kamień, podniósł go ostrożnie
i teraz, przyczajony za skałą, kącikiem oczu obserwował żołnierza. Ten zbliżał się już na
wysokość głazu. "Jeżeli mnie zauważy, cisnę w niego kamieniem... Jeżeli mnie minie,
przepuszczę go..."
Żołnierz zatrzymał się na chwilę. Rozejrzał się i naraz zwrócił się w kierunku koliby.
Andrzej odetchnął z ulgą. Widział, jak żołnierz uniósł do góry rękę i zawołał głośno:
- Hej, Jarko!
Ktoś odpowiedział mu od Strony koliby.
- Nie ma go tam?
- Nie. A ten drugi? - Złapali go.
"Złapali go" - powtórzył w myśli Andrzej i naraz z jaskrawą wyrazistością zobaczył
twarz Cygana, szeroko rozwarte czarne oczy, rozchylone drżące wargi... A w oczach strach
osaczonego zwierzęcia. "Złapali go... Już nie będzie musiał kryć się i uciekać..." I zdawało mu
się, że słyszy jego gardłowy głos: "Wciąż tylko uciekać i uciekać..."
Żołnierz zarzucił karabin na ramię.
- Hej, Jarko, gdzie ten drugi?
- Poszukaj w kosówce - doleciał głos od koliby.
Żołnierz uczynił gwałtowny gest wolną ręką i szybko ruszył przed siebie. Po chwili
zginął za przechyłem grzędy. Andrzej czuł, że ogarnia go łagodna fala radości. Czekał chwilę.
Nasłuchiwał, czy żołnierz nie zawróci na grzędę, ale prócz cichego poszumu wiatru nie
dochodził doń żaden odgłos. Bez pośpiechu zarzucił na ramiona plecak i wciąż jeszcze czekał:
niech żołnierz odejdzie na przyzwoitą odległość, niech zaszyje się w gąszcz kosówki. Gdy
uznał, że czas już ruszyć, wyjrzał ostrożnie zza głazu. Grzęda była pusta. Tylko wiatr
przeczesywał rzadkie trawy i skowyczał cicho w kamieniach. Wolnym krokiem ruszył ku
falującym ławom kosówki. Szedł ostrożnie, kryjąc się wśród głazów, a każdy krok wydawał
mu się lżejszy, bo oddalał go od niebezpieczeństwa. Gdy był już w kosówce, wyszukał
najgęstsze krzaki, zaszył się w nie jak świstak, położył się wygodnie, plecak podsunął pod
głowę i patrzał, jak po czystej tafli wysokiego nieba suną obłoki. "Chyba mnie tu nie znajdą -
myślał. - Tym razem udało mi się wymknąć z matni. Ale co będzie dalej? Jak długo można kryć
się i uciekać... wciąż tylko uciekać..."
17
Czekał aż do zmroku. Gdy góry pogrążyły się w nocy, wstał, wygrzebał się z zasieków
kosówki. Szron gwiazd wysypał się na granatowe niebo. Połyskiwał mroźnie, złowrogo. Nad
posępnymi turniami wisiał chudy sierp księżyca. W jego nikłym blasku góry piętrzyły się
ogromne, niby z czarnej połyskliwej lawy.
Wspiął się trawiastą grzędą aż pod piargi Hrubego. Stromymi zboczami okrążał
przepastne zerwy. Oddalał się szybko od koliby, jak od miejsca dotkniętego zarazą. Był
dziwnie skupiony, jak gdyby znowu odnalazł zagubiony szlak, który doprowadzi go do
zamierzonego celu. Myślał, że już Wkrótce porzuci góry. Nie będzie się ukrywał ani uciekał.
Pójdzie pod Turbacz do partyzantów, stanie przed rotmistrzem Okszą i powie: "Teraz możecie
mnie sądzić. Już mi nic innego nie pozostało. Przysięgam wam na moją służbę, na lata
spędzone wśród stałej wędrówki, na chwile, w których zamierałem ze strachu, na noce, w
których towarzyszyły mi gwiazdy, na honor kuriera, przysięgam, że z organizacyjnych
pieniędzy nie zabrałem ani jednego grosza. Nie wierzycie mi, to mnie rozstrzelajcie. Wierzycie,
to przyjmijcie mnie do oddziału."
Galian - choćby nawet przyszedł z Zakopanego - i tak nie zastanie go w kolibie. Stary
Słowak, z którym umówił się w Niewcyrce, zjadł już zapewne zamówiony bochenek chleba, o
ile w ogóle przyniósł go z sobą. Do Bartona nie warto zachodzić. Jego żona ostrzegła go
przecież. Trzeba wracać na Turbacz.
Postanowił, że przenocuje gdzieś w kosówkach w Hlińskiej, a rano ruszy do
Zakopanego. Tam zajdzie do Galiana. Weźmie go jako świadka i pójdą do oddziału Okszy. Ta
myśl uwolniła go od nękających wątpliwości.
Szedł może godzinę, może dwie, gdy spostrzegł, że niebo zasnuwa się cienką warstwą
chmur. Zrobiło się nagle ciemno. Gwiazdy wsiąkały w chmury. Sierp księżyca omotała wata
mgły, potem znikł nagle. Zrobiło się jeszcze ciemniej. Gdy tak szedł, natknął się w żlebie na
język zlodowaciałego śniegu. Pośliznął się i upadł. Gdy się podniósł, poczuł dokuczliwy ból w
kostce. "Dalej iść nie ma sensu - pomyślał. - Można zahaczyć nogą o wystający kamień i runąć
w jakąś rozpadlinę." Postanowił więc zejść niżej i przenocować w kosówkach. Ześlizgiwał się
ostrożnie z głazu na głaz, w stromych miejscach przysiadał i podpierając się rękami szukał
dogodnej drogi. Mrok zaklejał mu oczy. Brnął w nim jak w ciemnej masie. Wreszcie poczuł
muśnięcie kistki kosówki na rozpalonej ze zmęczenia twarzy. W ciemności wymacał kępę
suchej trawy, rozwinął śpiwór, wlazł weń z ulgą i zapadł w sen.
Rano ruszył w dalszą drogę. Postanowił zejść do Hlińskiej, a później przez Ciemne
Smreczyny, Czarną Ławkę dostać się do Pięciu Stawów. Wydało mu się, że droga ta będzie
najbezpieczniejsza.
Dzień wstał chmurny i wietrzny. Szczyty ginęły we mgłach. Warunki przejścia zielonej
granicy układały się pomyślnie. Pokrzepiony twardym snem i posiłkiem, szedł szybko. Chciał
bowiem jak najprędzej opuścić zagrożony teren. Spodziewał się, że patrol wojskowy po
przesłuchaniu dezertera powróci w te strony, by złapać zbiega. Pragnął również na wieczór
dojść do Zakopanego i rozmówić się z Galianem.
W Hlińskiej przeciął szlak turystyczny i szerokim łukiem zaczął okrążać strome zbocza
Pośredniego Wierchu. Gdy dobrnął nad Przedni Ciemnosmreczyński Staw i chciał już schodzić
ku niemu, naraz usłyszał w rumowisku skalnym ciche pojękiwanie. Ukrył się w kępie kosówki,
rozejrzał się, czy nie grozi mu zasadzka. W dole połyskiwała przymglona tafla wody. Wiatr
marszczył ją w sinawe fałdy. Nad ciemną rozsypką kosodrzewin kołował spłoszony jastrząb.
Nie wzbijał się, tylko pętlami krążył wśród skał. Tuż pod kępą leżało wielkie rumowisko. Z
tamtej strony dochodził ów żałosny głos. Andrzej nasłuchiwał jeszcze chwilę. Zdawało mu się,
że pojękiwanie słabnie, przechodzi w cichy płacz.
"Co mnie to obchodzi - pomyślał. - Trzeba ominąć rumowisko, żeby się na kogoś nie
napatoczyć." Wydostał się z kępy i bokiem zaczął okrążać miejsce, skąd dochodził dziwny jęk.
Gdy znalazł się na płasience, zatrzymał się gwałtownie: pod wielkim głazem siedział drobny,
chudy chłopiec. Skuliwszy się, ukrył twarz w dłoniach, a cała jego postać drżała wstrząsana
atakami spazmatycznego płaczu. Andrzej ukrył się za maliniakiem. Z wzrastającym
zaciekawieniem i współczuciem obserwował malca. Początkowo przypuszczał, że chłopiec
Oddalił się od starszych i zabłądził. Lecz gdy przyjrzał mu się dokładniej, zauważył, że mały
nie był przygotowany do górskiej wycieczki. Miał na sobie tylko krótkie spodenki, koszulę i
lekki sweter. Był boso. To zastanowiło go jeszcze bardziej. "Co, u licha, robi w górach ten
malec w tak chłodny dzień?"
W tej chwili chłopiec, nie przestając łkać, ujął bosą stopę w obie ręce i zaczął się jej
bacznie przypatrywać.
"Pewno się zranił - pomyślał Andrzej, wychodząc z ukrycia. - Trzeba się spytać, co mu
się stało. Nie można go zostawić bez pomocy." Nie chcąc przerazić chłopca, zawołał z
odległości kilkunastu kroków:
- Hej, mały, co ci się stało?
Chłopiec drgnął, rozejrzał się trwożnie, a gdy przed sobą zobaczył człowieka, wydał
zdławiony okrzyk i z przerażeniem wcisnął się pod skałę. Jego blada, niemal przezroczysta
twarz wykrzywiła się płaczliwie.
- Nie bój się! - zawołał łagodnie Andrzej. Chłopiec jeszcze głębiej wtulił się pod skałę,
bełkocąc coś niewyraźnie.
- Nie bój się - powtórzył. - Powiedz, co ci się stało?
Mały wciąż jeszcze patrzył na niego pełnym panicznego lęku wzrokiem. Nie mógł
wykrztusić ani słowa. Poruszał tylko wargami jak niemowa. Andrzej zbliżył się.
- No, powiedz. Zgubiłeś może ojca?... - zapytał troskliwie.
Pokręcił przecząco głową. Z błękitnych oczu pierzchał z wolna strach.
- Boli cię?
Wysunął przed siebie bosą nogę. Duży palec przecięty był z boku, a oderwany
paznokieć zwisał z krwawiącej rany. Andrzej pochylił się nad chłopcem, ujął delikatnie stopę.
Malec syknął z bólu.
- Toś się szkaradnie urządził - powiedział Andrzej łagodnie. Wciąż jeszcze miał takie
wrażenie, że chłopiec zerwie się nagle i ucieknie. - Gdzieś to sobie zrobił? - zapytał po chwili.
Chłopiec cofnął gwałtownie nogę. Głowę wtulił w zgięte ramię i znowu spazmatyczne
łkanie wstrząsnęło jego drobnymi ramionami. Andrzej usiadł obok niego. Głaskał go po
plecach.
- No, przestań, mały, przestań... Zaraz zrobimy opatrunek... Przestanie boleć... No,
przestań...
Chłopiec, jakby nie zwracając na niego uwagi, odwrócił się, przylgnął do skały i teraz
dopiero rozpłakał się na dobre.
- Zimno ci pewnie? - zapytał Andrzej. Nie czekając na odpowiedź wyciągnął z plecaka
śpiwór i okrył nim chłopca. Potem z kieszeni plecaka wyjął bandaż. - Trzeba opatrzyć nogę -
powiedział cicho. Chłopiec nie zareagował, ale płacz jego słabnął, przycichał. Tylko od czasu
do czasu całym ciałem wstrząsało ciche łkanie. Andrzej rozejrzał się, zaczerpnął trochę wody z
małego strumyczka, wijącego się wśród skał. Scyzorykiem uciął kawałek bandaża, po czym
zamaczał go w wodzie.
- Słuchaj, musimy zabandażować nogę. Przyrzekam ci, że nie będzie bolało.
Chłopiec uniósł się lekko na łokciu i po raz pierwszy spojrzał na Andrzeja bez lęku.
- Ten palec to głupstwo - rzekł po słowacku,
- No, widzisz - podjął pogodnie Andrzej - dzielny z ciebie chłopiec. Skąd się tu wziąłeś?
Malec patrzał nieufnie. Pełnymi łez oczami badał twarz Andrzeja.
- Na wycieczce byłeś?
- Nie. "
- Toś może zabłądził? - uniósł lekko stopę chłopca i delikatnie zmywał brud z
zakrwawionego palca.
- Nie - potrząsnął igłową chłopiec.
- Z nieba spadłeś? - zażartował Andrzej. Mały skrzywił się z bólu.
- Uciekłem - wyszeptał.
- OL. - zdziwił się Andrzej. - A coś ty, bracie, przeskrobał, żeś z domu upiekł?
- Nic - rzekł ponuro. - Ja z domu nie uciekłem. Ja uciekłem ze stacji.
- Ze stacji? - Andrzej przerwał obmywanie palca. - A dokąd jechałeś? - zapytał z
wzrastającym zdumieniem.
- Ja nie jechałem. Mnie wieźli. - Nie rozumiem.
- Wieźli nas... Cały transport...
Andrzej przeniósł z wolna swe spojrzenie z krwawiącego palca na twarz chłopca i długo
w nią się wpatrywał. Widział szeroko rozwarte, pełne bólu oczy, wychudłe policzki ze
strużkami zasychających łez, zsiniałe z zimna wargi, wykrzywione żałosnym grymasem, i
naraz wszystko pojął i zrozumiał. Przed oczami niby stara, zdarta taśma filmowa przemknęły
mu obrazy wspomnień. Dzień był wtedy marcowy. Padał mokry śnieg. Białe płatki ginęły w
kałużach rozdeptywanych butami żandarmów i hlinkowców. Na boczny tor wjechał towarowy
pociąg. Hlinkowiec z wrzaskiem spędzał pasażerów z peronu. "Nie ma tu nic do oglądania!
Jazda! Usuwać się!" - krzyczał, a spoza zakratowanych okienek bydlęcego wagonu patrzały
oczy umęczonych ludzi, oczy straszne, oczy pełne nieludzkiego bólu. Ktoś z boku zawołał:
"Żydów wywożą do Niemiec." Jakaś kobiecina w nędznej chuście na głowie załamała
powykręcane reumatyzmem palce: "Chryste Panie!" A śnieg padał coraz gęstszy... Białe płaty
tonęły w rozbabranym przez żołnierskie buty błocie...
- Wywozili ciebie do Niemiec? - zapytał szeptem. Chłopiec skinął tylko głową.
- I uciekłeś?
- Tak.
Andrzej ścisnął mocno dłoń chłopca.
- Dobrze zrobiłeś, bracie. Dobrze zrobiłeś... - głos ugrzązł mu w gardle ze wzruszenia.
Był przecież twardy, zahartowany, a jednak poczuł, że pali go pod powiekami i dławi w gardle.
- Dobrze zrobiłeś - powtórzył szybko, by powstrzymać cisnące się łzy. Gdy jeszcze raz spojrzał
na chłopca, ten musiał to wyczuć, bo uśmiechnął się jakoś serdecznie i przyjaźnie, a z oczu jego
zniknęła nieufność.
- Sam byłeś? - zapytał po chwili Andrzej, zabierając się do bandażowania palca.
- Nie, z mamą.
- A z mamą co się stało?
- Mama została tam w wagonie, w Popradzie.
- To ty sam uciekłeś?
- Nie. Mnie wyprowadził jeden kolejarz. Mama powiedziała: "Niech pan ratuje
przynajmniej to dziecko." Ja nie chciałem iść, ale mama powiedziała: "Razem nam będzie
trudno. Ja później przyjdę do ciebie..." Ja nie chciałem, ale zjawił się żandarm, a kolejarz
schował mnie do innego, pustego wagonu. Potem tamten pociąg odjechał, a kolejarz otworzył
wagon, dał mi paczkę z jedzeniem i powiedział: "Ja ci nic nie mogę pomóc. Uciekaj."
- I bez butów byłeś?
- Bez butów. Bo jeden hlinkowiec mi zabrał. Powiedział, że tam, dokąd jedziemy,
będzie ciepło i nie będą mi potrzebne...
Andrzejowi wyrwało się z ust przekleństwo.
- Nie martw się - powiedział po chwili - znajdziemy ci jakieś (buty... - Naraz
uświadomił sobie, że rozmawia z chłopcem tak, jakby miał z nim zostać. Tymczasem szedł
przecież do Zakopanego. Musiał tam pójść, by rozmówić się z Galianem, a potem odnaleźć
oddział Okszy. Dodał więc pośpiesznie: - To znaczy... będziesz miał jeszcze niejedną parę
butów. Widzisz, ja też uciekam. Jesteśmy jakby towarzyszami.
- A mama?... - chłopiec spojrzał pytająco. - Czy mama wróci?
Andrzej przygryzł wargi aż do bólu. Udał, że nie słyszy pytania.
- Gdzieś sobie tak rozharatał nogę?
- Czy mama...
- Jeśli powiedziała - przerwał mu - to chyba wróci.
- Ja się tak boję o mamę...
Długą chwilę trwało milczenie. Andrzej rozciął koniec bandaża i zawiązał go na
kokardkę. Bał się spojrzeć chłopcu w oczy.
- Już gotowe - powiedział. - Do wesela się zagoi.
- Tak się boję o mamę - powtórzył chłopiec.
- Zimno ci? - Andrzej patrzył na zsiniałe stopy chłopca. Nie czekając na odpowiedź,
zdjął wiatrówkę i sweter. Sweter podał chłopcu. - Trochę za duży, ale to nic. Cieplej ci będzie.
- Żałował, że nie zabrał z sobą pantofli, które przyniósł dezerter w zrabowanym plecaku.
Przywiązałby je jakoś sznurkiem do nóg malca. W tej chwili chłopiec był niezdolny do dalszej
drogi. Miał obolałe i spuchnięte stopy.
Andrzej patrzył na nie, tarł z roztargnieniem nie ogolony policzek. Po chwili powiedział
jakby do siebie:
- Co ja z tobą teraz zrobię?
Błękitne oczy chłopca znowu napełniły się łzami.
- Pan już idzie?
- Ech - westchnął - muszę. - To ja pójdę z panem.
- Nie dasz rady. Daleko.
- Spróbuję. Jak żył mój tata, to chodziłem z nim na wycieczki. Byłem na Dziumbirze i
na Czetwernicy.
- Widzę, że z ciebie dzielny turysta, ale boso daleko nie zajdziesz.
- Pójdę... - wyszeptał chłopiec błagalnie. Andrzej pochylił się nad nim, położył mu dłoń
na ramieniu. Starał się mówić spokojnie, rozważnie.
- Słuchaj, ja też uciekam. Jeśli mnie złapią, to już po mnie. Tobie nic nie zrobią, tylko
nie mów, skąd uciekłeś. Zostawię ci trochę pieniędzy... Pójdziesz w dół doliną. Gdy spotkasz
kogoś, powiesz, że zabłądziłeś...
- Nie chcę... nie chcę - żachnął się, a twarz jego znowu nabrała wyrazu zaszczutego,
wystraszonego zwierzątka.
- Słuchaj - wyszeptał Andrzej - jeśli cię ze mną złapią, będzie jeszcze gorzej.
- Niech mnie złapią... ja chcę z panem. Andrzej zdjął z ręki zegarek i podał go chłopcu.
- Jeżeli kogoś spotkasz, dasz mu ten zegarek. To drogi zegarek.
Chłopiec odepchnął wyciągniętą rękę. Skulił się.
- Nie chcę - załkał. - Ja się boję ludzi. Andrzej wstał, bezsilnym ruchem rozłożył ręce.
Nie patrzał na chłopca, tylko utkwił wzrok w czubkach" swych starych, pękających w szwach
butów. Myślał w tej chwili o rotmistrzu Okszy. Wyobrażał sobie, że stoi przed nim. Ścierają się
ich spojrzenia. "A jeśli Oksza mi nie uwierzy? Jeśli nie będzie chciał ze mną rozmawiać?" -
rozważał wszystkie możliwości. Wreszcie położył zegarek obok chłopca.
- Zrób tak, jak ci radzę - powiedział cicho. - Mówię ci, nic ci nie zrobią, tylko się nie
przyznawaj...
Słyszał ciche łkanie malca. Bał się spojrzeć w jego stronę. Było mu ciężko, bardzo
ciężko, ruszył jednak przed siebie. Gdy uszedł kilka kroków, usłyszał wołanie:
- Niech pan poczeka!
Obejrzał się. Malec biegł za nim, kuśtykając na zranionej nodze. Sweter sięgał mu do
kolan. Mały plątał się w nim jak w worku. Gdy dogonił Andrzeja, objął mocno jego kolana,
przylgnął do nich dygocąc.
- Niech pan nie idzie... Niech pan nie idzie... Andrzej otoczył go ramieniem. Czuł
gwałtowne bicie serca, słyszał przyśpieszony, świszczący oddech. I naraz, jakby ten ciężar
przygniatający go od chwili opuszczenia chłopca opadł, zrobiło mu się lżej, radośniej.
Pomyślał, że jeżeli zostanie z chłopcem, nie będzie już samotny, walka o życie przynajmniej na
jakiś czas nabierze sensu i treści. Przygarnął go jeszcze mocniej i powiedział:
- No dobrze... już dobrze... zostanę.
18
- Ile masz lat? - Jedenaście.
- Jak ci na imię?
- Szymon.
Kiedy postanowił, że zostanie przy chłopcu, wziął go na ramiona i poszedł szukać
chwilowego schronienia. Po rumowisku wspięli się pod zbocze Pośredniego Wierchu. Tam
pomiędzy dwoma maliniakami znaleźli obszerną dziurę. Andrzej kazał chłopcu wejść do śpi-
wora, sam zabrał się do rozpalania małej waterki.
- Cieplej ci? - zapytał.
Chłopiec skinął głową. Zdziwionym wzrokiem śledził szybkie, wprawnie ruchy swego
opiekuna. Drżał jeszcze i szczękał zębami.
- Rozpalimy ognisko, to się rozgrzejesz - powiedział Andrzej na pocieszenie. - Tu w
górach ciężkie jest życie, ale jakoś damy sobie radę... - prowadził ten monolog, by zapełnić
głuchą ciszę. Chłopiec był bowiem tak zziębnięty i zmęczony, iż milczał uparcie. Andrzej
wiedział, że gdy tylko się rozgrzeje, zaraz zaśnie. Zagotował więc w menażce trochę wody,
osłodził ją resztką cukru, podał malcowi.
- Pij, to ci dobrze zrobi.
Gdy ten małymi łykami opróżniał menażkę, Andrzej układał plam. Czynił to z myślą o
chłopcu. Przede wszystkim musi wystarać się o pożywienie. W plecaku były już pustki. Jeżeli
dzisiaj nie przyniesie choćby kawałka chleba, jutro rano nie będzie miał co dać chłopcu.
Jeszcze raz pójdzie do Bartona. Może go zastanie i potrafi wydębić od niego trochę jedzenia. W
gajówce na pewno mają zapasy, a gajowy chyba mu nie odmówi.
Chłopiec odłożył menażkę, ziewnął, skulił się w śpiworze jak mały psiak. Po chwili spał
już twardym snem. Andrzej dołożył jeszcze do ognia, obłożył palenisko kamieniami.
"Żeby tylko się nie obudził" - pomyślał, patrząc na śpiącego. Z radością stwierdził, że
wiatr dmie w stronę dziury, niosąc w jej kierunku fale ogrzanego powietrza. Jeszcze raz
przyjrzał się chłopcu. Spał spokojnie, wtuliwszy głowę pod klapę śpiwora. Poruszył go.
Chłopiec ani nie drgnął. Krzyknął mu nad uchem, ale malec spał tak twardo, że nawet grzmot
piorunów nie wyrwałby go z kojącego snu.
"Spij, mały" - pomyślał. Opróżnił plecak, zarzucił go na ramię i ruszył w drogę.
Obliczał, że na wieczór będzie w Trzech Studniczkach.
Nie pomylił się. Ody zbliżał się do gajówki, na dnie lasu leżał już mrok. Z daleka
zobaczył znajomy budynek z wyrzeźbiona lilią na szczycie. Ostrożnie okrążył małą obórkę,
skrył się za węgłem i bacznie obserwował gajówkę. Było cicho, tylko od lasu szedł głuchy
poszum i mały potok pluskał gdzieś w olszynach. Zasłonięte okna nie przepuszczały nawet
smugi światła. Naraz drzwi skrzypnęły i w ich ciemnej ramie ukazała się kobieta. Poznał ją.
Była to żona Bartona.
Wsłuchiwał się w jej kroki przemierzające podwórze, a gdy znowu drzwi zaskrzypiały,
pomyślał, że weszła do obory. Okrążył więc z drugiej strony budynek i śmiało wszedł do sieni.
- Kto tam? - usłyszał silny, męski głos.
- Niech będzie pochwalony - powiedział, żeby zwabić gajowego do sieni.
Po chwili w drzwiach kuchni ukazała się zwalista postać Bartona. Stał i mrużąc oczy
wpatrywał się w przybysza.
- To ja, Andrzej - uprzedził go i jeszcze o krok postąpił naprzód, by znaleźć się w kręgu
bijącego z kuchni światła.
- Wszelki duch! - zawołał gajowy. - To wy byliście tu u mnie?
- Ja,
- Żona bała się, że to ktoś obcy - wyjaśnił pospiesznie i z przyjaznym uśmiechem
wyciągnął wielką, mięsistą dłoń.
Andrzeja ogarnęło bijące z kuchni ciepło. Poczuł cierpki zapach smażącej się cebuli i
słodkawą woń gotowanego mleka. Z całego otoczenia, z barczystej postaci gajowego
promieniowało ciepło i błogi spokój. Zatęsknił nagle za jakimś cichym, spokojnym kątem, za
tym wszystkim, co ogarnęło go tak gwałtownie, gdy przekroczył próg Bartonowego domu. Stał
chwilę w milczeniu, a gdy uścisnął dłoń gajowego, znowu zdławił go nagły bolesny żal.
- Wejdźcie dalej! - zapraszał gajowy.
- Poczekajcie - powiedział nieswoim głosem. - Nie chciałbym, żeby mnie tutaj ktoś
zobaczył. Moglibyście mieć przykrości...
- Nie ma nikogo.
- Wolałbym pogadać z wami na osobności.
- A co? - Gajowy zmarszczył brwi. Przez jego ogorzałą twarz przemknął cień
zakłopotania.
- Chodźcie na dwór, pogadamy. Gajowy zapiął zieloną kurtkę.
- Jak tak, to chodźmy...
Na podwórzu natknęli się na żonę gajowego. Na widok Andrzeja położyła pustą
kobiałkę na ziemi.
- To on był u ciebie - zwróciła się do męża. Ten kiwnął tylko głową.
- W porządku.
- A gdzie to idziesz? - zapytała z obawą w głosie.
- Zaraz wracam - odrzekł niechętnie.
Oparła dłoń na biodrze i z kobiecą ciekawością przyglądała się odchodzącym.
Zatrzymali się na skraju lasu.
- Co z wami? - gajowy oparł się o pień i spojrzał dociekliwie.
- Niedobrze - odrzekł Andrzej. - Przyszedłem do was po pomoc.
- Na Węgry idziecie?
- Nie.
- Do Zakopanego?
- Nie - rzucił szybko i urywanymi zdaniami jął opowiadać o ostatnich zdarzeniach. -
Gdyby nie ten chłopiec - zakończył - poszedłbym do Zakopanego, a tak...
- Tak... - westchnął gajowy. - Narobiliście sobie biedy. W górach niełatwo wam będzie
przetrzymać.
- Dam sobie jakoś radę, tylko wy mi pomóżcie.
Nie widział dokładnie twarzy Bartona, ale wyczuł, że sposępniała nagle i stężała.
- A czego wy chcecie ode mnie? - zapytał gajowy stroskanym głosem.
- Teraz trochę żarcia... Niewiele, żeby tylko pierwsze dni przetrzymać.
- A potem?
- Potem, gdy mały wydobrzeje, mógłby u was zostać.
Barton zasępił się jeszcze bardziej. Wielką, spracowaną dłoń uniósł do czoła.
- Tego nie da się zrobić. Dawniej tak, ale teraz...
- Powiecie, że chłopiec przyjechał do was od krewnych, że słaby na płuca, trzeba mu
górskiego powietrza.
Gajowy zaśmiał się sucho.
- Mnie tu za dobrze znają. Teraz nie da się zrobić - zniżył głos, nachylił się i dodał
prawie szeptem: - Na mnie też mają oko.
- Niedługo to wszystko potrwa.
- Przyjechali żandarmi. Powiedzieli, że partyzantom pomagam.
- Partyzantom?
- U nas też się rusza. Wczoraj w Jamnickiej była strzelanina. Dwóch żołnierzy rannych.
Dezerterzy uciekają w góry. Był tu u mnie jeden...
- Może Cygan?
- Nie, chłopiec z Horehronia, drwal. Dałem mu, co miałem. Poszedł w góry. Ktoś go
zobaczył, że u mnie nocował, no i żandarmi przyszli. Baba mi głowę suszy, żebym się do tego
nie mieszał, ale ja... No, cóż... chętnie sam poszedłbym z nimi... A teraz, tego chłopca nie
mogę... chyba rozumiecie?
- Rozumiem. Może znacie kogoś, kto by go mógł przyjąć?
Gajowy bezradnym gestem rozłożył ręce.
- Nie da rady. Teraz wszyscy się boją. Przedtem to ja sam wziąłbym go do siebie.
Biedny chłopiec... - westchnął cicho. Wyciągnął paczkę papierosów. - Zapalicie?
Andrzej z przyjemnością zaciągnął się dymem. Od dwóch dni nie palił. Teraz zakręciło
mu się lekko w głowie.
- Ale jedzenia to mi trochę dacie? - zapytał.
- Sam nie mam dużo, ale coś się znajdzie.
- Oczywiście zapłacę - dodał pospiesznie Andrzej.
- Głupstwo. Gdybym był w potrzebie, to byście mi też pomogli.
Andrzej ujął go za ramię.
- Słuchajcie. Nie wiem, jak długo tam zostanę. Chłopiec jest słaby, musi jeść. Zostawię
wam trochę koron i dwadzieścia dolarów...
- Co ja z dolarami zrobię? - zapytał tamten z uśmiechem.
- Zmienicie w mieście.
- Za to karają.
- Znajdziecie w Popradzie albo w Łomnicy faktora. Teraz ludzie kupują. Chodzi o to,
żeby kupić trochę jedzenia na zapas.
- Dobrze, spróbuję.
- Umówimy się. Najlepiej by było, żebyście mi donieśli do Ciemnych Smreczyn.
Gajowy skinął przytakująco.
- Teraz dam wam niewiele, a jutro spróbuję zmienić dolary.
Andrzej mocniej ścisnął ramię gajowego.
- Dziękuję wam, Barton. Wiedziałem, że mi pomożecie,
- Głupstwo. Dajcie plecak, zaraz wam coś przyniosę. Niedużo, bo sam nie mam. -
Chciał już odejść, ale Andrzej zatrzymał go.
- Zdaje mi się, że macie w domu chłopca.
- Mam.
- Pewno zostało po nim trochę starych rzeczy. Ten mój jest bosy, prawie goły. Może
byście coś znaleźli dla niego. Najważniejsze buty i coś ciepłego.
- Poszukam... Tylko stara będzie jęczeć - powiedział zatroskany i ruszył w stronę domu.
Andrzej patrzał za odchodzącym. Jego mocna, zwalista postać ginęła w gęstniejącym
mroku. "Morowy chłop" - pomyślał, a w tym krótkim określeniu kryło się ciepło i wzruszenie,
podziw i wdzięczność. Potem zwrócił się myślami ku chłopcu. "Żeby się tylko nie przebudził,
żeby dospał do mojego powrotu. Będzie się malec cieszył, gdy rano przyrządzę mu wspaniałe
śniadanie. Jakie to dziwne! Gdy się człowiek troszczy o kogoś, zapomina o swoich
zmartwieniach..."
19
Wracał z pełnym plecakiem i z głęboką wiarą, że teraz lepiej mu się powiedzie, że
odwróci się los, jak gdyby ten mizerny chłopiec przyniósł mu nagle szczęście: zastał przecie
Bartona w gajówce, dostał od niego trochę żywności, która powinna starczyć na kilka
najbliższych dni, otrzymał przyrzeczenie, że gajowy będzie mu dostarczał zapasów kupionych
za dolary. Zdawało mu się, że wreszcie nadszedł spokojniejszy okres. Jeżeli tylko się ociepli,
będzie można przetrwać w górach aż do wyleczenia chłopca. A potem? Potem postara się
umieścić malca, a sam powróci na Turbacz.
Szedł pogrążony w tych myślach, radośnie zatroskany. Zdawało mu się, że wraca do
Ciemnych Smreczyn jak posłaniec z dobrą nowiną. Obrał tę samą drogę przez Prehybę, Banie i
Szkaradny Żleb. Wąska ścieżyna ginęła wśród skał i kosówek. Gęstniejący mrok zamazywał jej
ledwo dostrzegalne zarysy. Chmury wisiały nisko, od żlebów szedł chłodny powiew, niosący
zapach zleżałego śniegu.
Był już bardzo zmęczony. Szedł jednak coraz szybciej, jak spóźniony pasterz do
dalekiego szałasu. Gdy wspiął się ponad skaliste grzędy opadające ze zboczy Krywania, utonął
nagle w szarej, wilgotnej masie mgły. Zdawało mu się, że grzęźnie w mętnej wodzie ślepego,
głuchego świata. Słabe zarysy ścieżki, głazów, kosodrzewiny rozpłynęły się nagle, znikły.
Pozostała jedynie ciemna, nieprzebyta ściana mroku. W którą stronę spojrzeć, wyrastała
zwielokrotniona.
Andrzej usiadł na kamieniu. Myślał, że mgła za chwilę ustąpi, spłynie w dolinę lub
wzniesie się ku zboczom. Ale na próżno czekał. Zgęstniała tylko jak masło. Czuł drobniutkie
kropelki osiadające na twarzy, brwiach i rzęsach. Gdy oddychał, zdawało mu się, że zamiast
powietrza wchłania w siebie zimną masę.
Doznał takiego uczucia, jak gdyby nagle został odcięty od otaczających gór i zawisł w
pustce. Przejął go dreszcz. Wstał. Niby ślepiec próbował brnąć w poszukiwaniu niewidzialnej
ścieżki, lecz gdy kilka razy potknął się o wystające głazy, usiadł znowu pełen bezsilnej
rozpaczy. Myślał o chłopcu: "Co będzie, jeśli obudzi się i znajdzie się nagle wśród tej ślepej
nocy?" Wyobraził sobie jego przerażenie. "Nie, nie można go zostawić samego. Za wszelką
cenę przed świtem trzeba dobrnąć do Ciemnych Smreczyn."
Poderwał się. Szedł z wyciągniętymi przed siebie rękami. Gdy jednak znowu się
potknął i ugrzęznął w kępie kosówki, zrozumiał, że tą ścieżyną nie zajdzie daleko. Gdyby mógł
dobrnąć do głównego szlaku, wiodącego dnem Koprawej, wtedy nawet w tej oślepiającej mgle
potrafiłby dojść do celu. Zaczął więc schodzić.
Początkowo ześlizgiwał się zboczem porośniętym kosówką. Dziergał się wiotkich
konarów i na oślep brnął przez zbity gąszcz. Potem natrafił na trawiastą grzędę. Krok za
krokiem zsuwał się po śliskiej trawie. W miejscach stromych i bardziej niebezpiecznych siadał
i podpierając się rękami spuszczał się bardzo ostrożnie. Wiedział, że jeden nierozważny krok
może spowodować upadek, a na drodze czyhają urwiska i zdradliwe rozpadliny. Można
potoczyć się w dół i nie wstać już więcej.
"Czy nie lepiej przeczekać noc i wyruszyć dopiero o świcie?" - zapytywał sam siebie.
Ale świadomość, że chłopiec może się przebudzić, pchała go wciąż naprzód. Nie wiedział,
dokąd idzie i gdzie się znajduje. Gdy potarł zapałkę i przybliżył ją do tarczy zegarka, ze
zdziwieniem spostrzegł, że minęła już północ. "Za dwie godziny będzie dniało. Może jednak
przeczekać do świtu?" - postarzał w myśli, idąc wciąż dalej.
Czuł, że siły wykruszają się z wolna w nieubłaganej potyczce z czasem. Doznawał
nieraz takiego uczucia, jak gdyby serce zamierało mu w piersi, a całe ciało omdlewało w
martwocie. Wtedy mocniej zaciskał zęby i powtarzał w myśli: "Przecież już nieraz byłem w
gorszych tarapatach, a jednak przetrwałem."
Po jakimiś czasie w dole, jakby pod stopami, usłyszał głuchy, przytłumiony szum.
"Potok w Koprowej!" - ucieszył się i przyśpieszył kroku. Wtedy właśnie zahaczył butem o
występ Skalny. Runął w mrok, jak w studnię, przekoziołkował... i upadł na sprężysty gąszcz
kosówki. Porwany ciężarem plecaka toczył się długo, aż wreszcie zatrzymał się na piarżystym
stoku. Był tak wyczerpany, że nie miał ani siły, ani ochoty podnieść się z piargu. Długą chwilę
leżał z rozrzuconymi rękami, z głową zwisającą w dół.
Gdy się podniósł, poczuł, że noga, którą skręcił podczas ucieczki, dokucza mu teraz
dotkliwie. "Pewno lekko zwichnięta w kostce - pomyślał i nagle opanowało go uczucie
zwątpienia. - Teraz chyba nie dowlokę się o własnych siłach."
Próbował przejść kilka kroków, lecz pierwszy kamień na piargu okazał się przeszkodą
nie do przebycia. Usiadł więc, rozsznurował but i długo masował skręconą nogę. Ból nie
ustawał, wokół kostki rosła spuchlizna. "Co za pech! - myślał. - Gdyby nie mgła, już dawno
byłbym w Ciemnych Smreczynach. Rozpaliłbym wielką watrę. Chłopiec, czując ciepło, nie
przebudziłby się tak szybko. Zdążyłbym ugotować mu herbaty i usmażyć jajka... Jaki dobry
chłop z tego Bartona. Nie zapomniał wsadzić do plecaka kilku świeżych jajek. »To dla chłopca
- powiedział. - To mu dobrze zrobi.« Z tych jajek teraz pewno jajecznica..." - Chciał sprawdzić,
czy jajka się potłukły w plecaku, ale zabrakło mu sił. "Ze skręconą nogą nie dowlokę się do
Ciemnych Smreczyn. Trzeba będzie zaszyć się w kosówkę i odpocząć..." Ale wnet
wytłumaczył sobie: "Jeżeli zasnę, noga spuchnie jeszcze bardziej i nie ujdę nawet dziesięciu
metrów. Choćbym się miał czołgać, muszę dobrnąć do Ciemnych Smreczyn..."
Zaczął mocniej masować nogę, a gdy ból nie ustępował, rozebrał się szybko, z dołu
koszuli oddarł dwa szerokie pasy płótna i tym zaimprowizowanym bandażem bardzo mocno
skrępował kostkę. Potem silnie zasznurował but i wstał. Unieruchomiona w stawie stopa była
teraz sztywna jak z drewna, bolała, ale mógł już oprzeć się na niej. Spróbował schodzić
piargiem. Pierwsze kroki stawiał ostrożnie. "Nie jest tak źle" - odsapnął z ulgą. Po kilku
minutach był już nad potokiem.
Wezbrany potok wydał mu się nie do przebycia. Woda szumiała głucho, potężnie,
rozbijając się o wystające głazy. Miał wrażenie, że cała ta lepka, otaczająca go ciemność
ruszyła z przeraźliwym hukiem jak czarna rzeka. Parła przed siebie z wzmagającą się siłą,
zalewała wszystko, zagarniała każdą myśl.
Próbował znaleźć w ciemności przejście po sterczących z wody skałach, a gdy namacał
wreszcie wielki głaz i chciał przeskoczyć potok, pośliznął się na wypolerowanej jak marmur
gładziźnie i po kolana wpadł w lodowatą wodę. Trzęsąc się z zimna, przeklinając, wydostał się
znowu na stromy brzeg. "W tym miejscu nie przejdę - wnioskował. - Jeżeli nawet spróbuję iść
w bród, wezbrana woda zniesie mnie i rozbije o najbliższe skały. Trzeba szukać innego
przejścia..." Przypomniał sobie, że droga w kilku miejscach przecina potok. "Trzeba iść wzdłuż
brzegu aż do pierwszego mostku" - postanowił. Przejście nie było jednak łatwe, zagradzały je
zasieki gęstej smreczyny, piarżyste urwiska, piętrzące się skały, pola kosodrzewiny. Nawet w
dzień przebycie tej drogi wymagałoby wielkiego wysiłku, a co dopiero w nocy, gdy mrok tak
gęsty, że nie widać wyciągniętej przed siebie dłoni.
Szedł jednak wytrwale. Z wielkim wysiłkiem pokonywał każdą przeszkodę. Z każdym
krokiem ubywało mu sił. Przystawał, kładł się na wilgotną ziemię, jak gdyby z jej kamiennego
łona chciał zaczerpnąć siły do dalszego marszu. Wstawał zlany zimnym potem, zziębnięty,
coraz słabszy.
Gdy wreszcie dotarł do miejsca, gdzie droga przecinała potok i wspinała się na drugi
brzeg, był już tak słaby, że zwątpił w celowość dalszego marszu. Zapomniał o wszystkim: o
chłopcu śpiącym wśród rumowiska Ciemnych Smreczyn, o jedzeniu, które z takim trudem
niósł z Trzech Studniczek, o financach, żandarmach i patrolach. Zapragnął jedynie zamknąć
oczy i zasnąć. Zapaść się w ten upiorny mrok wraz z myślami, całym sobą, bez reszty.
Już miał się położyć w kępach przydrożnego jaferu, gdy naraz usłyszał, a raczej wyczuł,
że ktoś się zbliża. W jednej chwili stał się czujny jak tropione zwierzę.
Ten ktoś szedł przeraźliwie wolno, jak gdyby z trudem przeciskał się przez mroczną
przestrzeń. Andrzej wyraźnie słyszał kroki i cienkie skrzypienie żwiru pod jego stopami.
Wstrzymał oddech, wlepił oczy w ciemność. Kroki były coraz bliżej, coraz bliżej. Nie
odczuwał ani lęku, ani radości. Odgłos ludzkich kroków w tej głuszy wywoływał w nim jedynie
ciekawość.
Naraz kroki ucichły i ciemność jakby zgęstniała. Wiedział już, że ten, który szedł,
zatrzymał się nie dalej jak dwa kroki przed nim. I on zapewne też wyczuł obecność człowieka.
Nastąpiła pełna napięcia cisza i nagle w tej ciszy rozległ się słaby, nabrzmiały lękiem głos:
- Kto tam?
Andrzejowi głos ten wydał się znajomy. Słyszał go już z bliska, brzmiał wyraźnie w
jego uszach jak gdyby echo dawniej wypowiedzianych słów.
- To wy, dziadku? - zapytał niemal szeptem.
- Ki pieron! - odpowiedziano w ciemności. Andrzej był już pewien, że to dziadek,
poszukiwacz skarbów. Ukryty w ciemności człowiek stał się nagle uosobieniem wszystkich
bliskich, serdecznych mu ludzi. Zbliżył się ostrożnie do starego.
- To ja - powiedział. - To mnie mieliście przynieść chleb z Podbańskiej.
- Wszelki duch!... - wyszeptał stary i cofnął się gwałtownie.
- Nie bójcie się, dziadku.
- To ty, com cie spotkał w Niewcyrce?
- Ano ja.
- Dlaczegoś wtedy nie przyszedł?
- Nie mogłem, dziadku. Żołnierze mnie ścigali. Musiałem uciekać.
- Jużci, spotkałem żołnierzy... Z gwerami szli... Cygana prowadzili... Pytali się, czy nie
widziałem tego drugiego. To ciebie ścigali? - Postąpił krok ku Andrzejowi i dopiero teraz
zobaczyli się dokładniej. Andrzej chwycił zimną, kościstą dłoń spoczywającą na kiju.
- Mnie, dziadku, ale, widzicie, nie złapali.
- Ten Cygan też im uciekł...
- Uciekł?
- Jużci. Cygana niełatwo złapać. Cygana nogi same niosą. Oni głupi. Nie zakuli go, ino
mu buty zdjęli. Cygan uciekł, bo Cygana nogi same niosą... A ty? - uniósł lekko głowę chcąc
bliżej przyjrzeć się w mroku twarzy. - Ja wtedy byłem. Przyniosłem ci chleba...
- Dziękuję wam, dziadku.
- Nie ma za co. Widzę przecie, żeś w biedzie. Andrzej przybliżył się jeszcze bardziej.
Czuł ciepły oddech na swej szyi. Ujął starego za łokieć.
- Ej, dziadku - rzekł zdławionym ze wzruszenia głosem - wy w taką ciemną noc...
- Cicho - syknął starzec - mogą usłyszeć. Rozejrzał się trwożnie.
- Kto?
- Hajduki... Widziałem, że nocą szli ku Niewcyrce. Idę, coby im drogę zmylić... - głos
jego brzmiał tajemniczo. - Pełno teraz takich, co mi chcą wszystko odebrać, ale ja nie dam...
Nie dam - powtórzył z tępym uporem. - Miszko mi powiedział: "Słuchaj,
Ondrasz, ja ci rozkazuję, żebyś moich skarbów strzegł jak oka w głowie. To wszystko
będzie twoje... W Niewcyrce jest wielka skrzynia. Czterech chłopów nie udźwignie..."
- Wiem, dziadku - przerwał mu Andrzej.
- A ty Skąd wiesz? - zapytał stary z łękiem.
- Przecież samiście mi o tym mówili.
- Dyć mówiłem - uspokoił się. - Ino ty nikomu nie powiedz. Nie powiedz...
- Bądźcie spokojni, dziadku, ja skarbów nie potrzebuję.
- He... he... - zaśmiał się - Wszyscy tak mówicie.
- Dziadku - Andrzej szarpnął starego za ramię - mnie skarbów nie trzeba. Ja mam inne
kłopoty.
- He... he... - zaskrzypiał starczy głos - ja już ten chleb, com ci nosił, zjadł.
- Nie o to chodzi - niecierpliwił się Andrzej. - Dobrzeście zrobili. Ale teraz musicie mi
pomóc. Pójdziecie ze mną do Ciemnych Smreczyn...
- A co mnie do Ciemnych Smreczyn? - uniósł okryte starym kożuchem ramiona.
- Pójdziecie, bo sam nie zajdę. Zesłabłem...
- Takiś młody, a taki płony - zdziwił się stary.
- Zesłabłem. Nogę mam zwichniętą, a tam czeka na mnie chłopiec. Mały chłopiec,
rozumiecie? Beze mnie zginie w górach. Musimy iść razem.
- Twój chłopiec?
- Mój - skłamał.
- A co on tam robi?
- Śpi. Ale gdy się obudzi i zobaczy, że mnie nie ma... On zupełnie mały, nie da sobie
rady. Słuchajcie, będzie płakał - coraz silniej szarpał jego kościste ramię. - Musimy tam iść,
ratować chłopca. Rozumiecie?
Stary poruszał bezdźwięcznie wargami.
- Rozumiecie, dziadku?
- Rozumiem - wyszeptał przeciągle. - Rozumiem. Dyć trza chłopca ratować.
- To chodźmy, nie ma czasu. - Andrzej ujął go pod rękę, wsparł się na nim. - Chodźmy!
- przynaglał. - On sam. Gdy się obudzi, przestraszy się...
Stary odwrócił się wolno. Chwilę stał jeszcze, jakby się namyślał, ale wnet odetchnął
głęboko i podtrzymując chwiejącego się Andrzeja, ruszył drobnym, starczym krokiem.
Droga pięła się stromo, ginęła we mgle. Ze smreków skapywała woda. Potok szumiał
głucho i przeciągle, a górą już szarzało, jak gdyby mrok nasiąkał zbliżającym się świtem.
- Będzie dniało - powiedział stary.
20
Kiedy Andrzej z dziadkiem, poszukiwaczem skarbów, dowlekli się rano do Ciemnych
Smreczyn, chłopiec spał jeszcze. Leżał jak poczwarka skulony w zielonym śpiworze. Jego
drobne ciało poruszał lekki, równomierny oddech. Pochyleni nad nim patrzyli pełni radosnego
zatroskania.
Od tego czasu minął długi tydzień. Tydzień mgieł, deszczów, wichrów. Andrzej znalazł
wygodniejsze schronienie: płytką kolibę wciśniętą między dwa głazy, osłoniętą od wiatru
kępami kosówki. Była tak mała, że z trudem w niej się mieścili. Obok, wśród kosówki
rozciągała się mała płasienka, niżej rumowisko skalne. Żeby dotrzeć od Ciemnych Smreczyn
do koliby, trzeba było przedrzeć się przez pole kosodrzewiny, a potem rumowiskiem wspinać
się w górę aż do płasienki. Droga była trudna, a dojście widoczne z wylotu koliby nie pozwalało
nikomu zbliżyć się niepostrzeżenie.
- Przeczekamy tutaj - powiedział do chłopca - a gdy się wypogodzi, poszukamy czegoś
lepszego.
Chłopiec godził się na wszystko. Bał się tylko chwili, kiedy Andrzej oddalał się od
koliby.
- Czego się boisz? Przecież wiesz, że cię nie zostawię - tłumaczył Andrzej.
- Nie chcę być sam - powtarzał.
Przez ten tydzień chłopiec wzmocnił się, nabrał rumieńców. Z jego smutnych,
zadumanych oczu znikł strach. Zraniona noga zagoiła się niemal zupełnie. "Jaki ładny chłopiec
- myślał Andrzej patrząc na niego. - Jakie ma rozumne spojrzenie." A potem uśmiechał się.
"Trzeba go tylko porządnie ubrać. W tym stroju wygląda jak strach na wróble."
Rzeczy, które Barton ofiarował dla chłopca, były chyba z piętnastoletniego wyrostka.
Stara wełniana czapka opadała malcowi na oczy, połatana kapota sięgała kolan, a welwetowe
spodnie trzeba było dwa razy podwinąć, by nie utrudniały chodzenia. Spod tych spodni
sterczały podwinięte czuby wielkich, zniszczonych butów.
- Wyglądasz jak cygańskie dziecko - żartował Andrzej. - Ale to głupstwo, nikt cię tu nie
widzi. Nie martw się. Przyjdą dla nas lepsze czasy. Ubierzemy cię jak małego eleganta...
Chłopiec zmrużył błękitne oczy, zmarszczył kształtny nos i uśmiechał się do Andrzeja.
- To głupstwo. Grunt, że mi ciepło.
Andrzej starał się zająć mu każdą chwilę. Gdy w deszczowy dzień siedzieli skuleni w
kolibie, wystrugał z kosówki małych narciarzy, z cienkich listewek drzewa dorobił im narty,
każdemu wyciął na piersiach numer.
- Co pan robi? - zapytał mały Szymek.
Andrzej pochylił głowę, z zadowoleniem przypatrywał się swemu dziełu.
- Ładny narciarz, prawda? Czy widziałeś kiedy zawody narciarskie?
- Widziałem! - zawołał chłopiec. - Ja sam startowałem u nas w Keżmarku.
- Do biegu?
- Do biegu i do skoków. Mieliśmy zawody dla dzieci.
- To świetnie. Urządzimy teraz bieg narciarski. Wyznaczymy trasę, sporządzimy listę
startową...
- A jak będziemy mierzyli czas?
- Bądź spokojny, wszystko da się zrobić.
Chłopiec patrzał na Andrzeja z rosnącym zainteresowaniem. Nie mógł się doczekać,
kiedy ten wystruga ostatniego narciarza.
- Bądź cierpliwy - śmiał się Andrzej. - Zrobimy międzynarodowe zawody narciarskie.
Ty będziesz miał drużynę słowacką, a ja polską.
- Może ja będę miał norweską? - zaproponował Szymek.
- Dlaczego właśnie norweską?
- Bo Norwegowie są najlepszymi narciarzami na świecie...
Wreszcie, gdy obie ekipy były gotowe, Andrzej ugniótł z chleba kostkę, wysuszył ją nad
ogniem i postawił biegaczy na linii startowej.
- Za chwilę start do biegu na osiemnaście kilometrów - zawołał tubalnym głosem.
Szymonowi błysnęły radośnie oczy.
- Jak pan to wszystko dobrze wymyślił. Będziemy rzucać kostką jak w "Wyścigach
konnych".
Wieczorem, gdy wciśnięci w ciasny śpiwór, wpatrywali się w przygasające ognisko,
Andrzej żartował.
- Dzisiaj Norwegowie dostali porządnego łupnia. Pierwszy z nich zajął dopiero trzecie
miejsce...
- Bo ten najlepszy złamał nartę - bronił się Szymon.
- A ci dwaj pozostali?
- Oni mieli pecha.
- No, tak - zgodził się Andrzej. - Jutro na pewno pobiegną lepiej i pobiją Polaków na łeb,
na szyję.
Żar w ognisku, przygasał, stawał się czerwony, jak otwarta rana, wśród ślepej, głuchej
nocy. Ponad nim świetlistą czapą wisiała łuna odbita w gęstej mgle, a dalej była już tylko ściana
mroku. Chłopiec zasypiał szybko, wtuliwszy głowę w ramię Andrzeja. Po chwili słychać było
jedynie jego spokojny, równy oddech.
Gdy po tygodniu mgieł i deszczu przywitał ich pogodny ranek, odtańczyli na płasience
triumfalny taniec. Wzięli się za ręce i tak długo krążyli w pląsach, aż im brakło tchu. Wtedy
upadli na zroszoną trawę, tarzali się, zanosząc się śmiechem.
Nad nimi było niebo głębokie, przepastne, wesołe. Wysoko w górze unosił się obłok.
Topniał, kurczył się jak gruda wiosennego śniegu, rzucona na taflę wody. Już go nie ma.
Rozpłynął się cały. Wypił go niezmierzony, rozsłoneczniony błękit.
Od Ciemnych Smreczyn powiał wiatr. Ciepły podmuch gładził czule, jak czyjaś
kochająca ręka. Niósł ostry zapach żywicy. To kosówka pachnie tak na wiosnę, gdy słońce
wyciska zeń soki. Daleko, daleko grań, kryjąca w fałdach chłód poranka. Rude upłazy z lisza-
jem siwych piargów. Wiosna pulsuje w ziemi cichym szmerem strumieni.
- Chodź, Szymek, pójdziemy pod Wierszyczek na płasienki. Wygrzejemy się za
wszystkie czasy.
Chłopiec podaje mu rękę z radosnym okrzykiem.
- Jak tu ładnie dzisiaj!
- Zrzuć z siebie starą kapotę i te portki. Ciepło. Będziemy leżeć, wygrzewać się jak na
patelni.
Wspinali się z głazu na głaz ku słonecznym progom, osypanym kępami kosodrzewiny.
Andrzej kuśtykał jeszcze trochę. Mimo to wspinał się z wielką zręcznością. Szymek biegł za
nim dysząc jak mały psiak. Przystanęli przy wielkim głazie.
- Tu będzie wspaniała plaża! - zawołał Andrzej. Oczy przyzwyczajają się z wolna do
oślepiającego blasku. Ta granatowa grań to Krzyżne Liptowskie i Wielka Kopa, a z lewej
Krywań. Stał jeszcze w pianach mgieł, jak gdyby dźwigał swe cielsko z rannej kąpieli. Piany
skapują z jego ramion, słońce suszy mu zgarbiony grzbiet.
Jeszcze dalej, nad Dziumbirem, kłębią się ciemne chmury, nabrzmiałe ciepłym,
wiosennym deszczem. Tam daleko, po madziarskiej stronie - ziemia oddycha pad natryskiem
ciepłej ulewy...
Zdjęli koszule, zrobili z nich wałki i podłożyli je pod głowy. Po raz pierwszy poczuli, że
jest prawdziwa wiosna. Słońce kłuło ich skórę tysiącami złotych szpilek, bombardowało
wiązkami protonów. Przymknęli oczy. Świat zmatowiał, ale pod powiekami wciąż jeszcze
migotała srebrzysta panorama gór.
Wtem coś zaszeleściło nad głowami, powiało chłodem i kilka grudek śniegu posypało
się na skałę, na twarze, nagie ramiona i wyprężone torsy.
Brrr... Kto tu się pęta, do licha? Kto zakłóca spokój samotników?
Andrzej z trudem wykręcił zdrętwiałą szyję i w tej samej chwili znieruchomiał. Jakieś
sto, sto pięćdziesiąt kroków nad nim, na skalnej grzędzie stała kozica. Wstrzymał oddech,
przylgnął do głazu. Na szczęście, nad nimi, niby zielony parawan, wisiała kępa kosówek. Przez
prześwit w jej kiściach obserwował niespodziewane zjawisko.
Trącił lekko chłopca i nakazując mu milczenie, ruchem głowy pokazał kozicę. Szymek
wytrzeszczył oczy. Patrzył jak zaczarowany.
Na tle szklistego nieba kozica wyglądała jak wykuty w skale posążek. Jej biała
kamizelka połyskiwała. Naraz kozica drgnęła, przysiadła na zadzie i jednym sprężystym
skokiem znikła za grzędą.
- Zwiała - szepnął zawiedziony Szymek. Andrzej przytknął palec do ust.
- Ciii... - syknął.
Malcowi żal było, że tak szybko uciekła. Oko nawet dokładnie nie uchwyciło rysunku,
myśl nie ogarnęła radości, cały obraz zginął jak z taśmy przyśpieszonego filmu. Miał już
wygodnie położyć się na maliniaku, gdy nagle spoza grzędy ukazały się cztery rogate główki.
- Ho, ho, cała rodzinka...
Kozioł, jak sprężony kłąb mięśni, wskoczył na wielki maliniak. Stanął na straży.
Wietrzył. Ale wiatr szedł od niego i strażnik nie mógł wyczuć leżących w dole ludzi. Potrząsnął
zgrabnym łbem. Na ten znak dwie młode koziczki wyskoczyły na zrąb grzędy. Wietrzyły wraz
z kozłem.
Po chwili stara kozica tanecznym krokiem wybiegła na środek żlebu. Grudki
wilgotnego śniegu potoczyły się po stoku, znacząc go cienkimi pręgami. Rosły, rosły i z
szelestem rozbijały się na suchym piargu. Wtem kozica sprężyła się, skoczyła przed siebie,
błyskawicznie zjechała na zadzie. Śnieg trysnął spod kopyt srebrzystymi fontannami. W
połowie żlebu spod śniegu Wystawał płaski kamień. Kozica zjeżdżała prosto na niego. Gdy
dotknęła kamienia, całe jej ciało wystrzeliło w górę w karkołomnym skoku.
"Brawo! brawo! - pomyślał Andrzej. - Nawet Staszek Marusarz nie wykonałby
piękniejszego skoku."
Szeroko rozwarte oczy Szymka zaśmiały się w zachwycie.
Małe koziczki z lękliwym zainteresowaniem przypatrywały się, co też ta mama
wyprawia.
"A teraz na was kolej, urwipołcie - myślał Andrzej, Oczarowany tym niezwykłym
widokiem. - Hejże, nie bać się. Które z was odważniejsze."
Młoda koziczka niepewnie stanęła na płacie śniegu. Już miała puścić się w karkołomny
zjazd, ale zabrakło jej odwagi. Wierzgnęła komicznie i jednym susem znalazła się na grzędzie.
Druga, śmielsza, puściła się na łeb, na szyję. Mignęła w powietrzu jak ruda smuga. Skok
wypadł znakomicie.
Szymek był tak oczarowany, że miał ochotę zaklaskać. Brawo! To naprawdę wspaniały
skok! A teraz kolej na ciebie, patałachu. Dlaczego kręcisz się na grzędzie i wierzgasz? Na co
czekasz?
"Nie, mój panie, to nie takie proste. Zjazd stromy, śnieg twardy, zlodowaciały. Kopytka
mogą się pośliznąć, a na dole piarg... Ale trudno, trzeba spróbować..."
Koziczka niepewnie stanęła na śniegu. Zerknęła w dół, wierzgnęła i znowu jednym
susem znalazła się na grzędzie.
Matka kilkoma skokami dopadła jej, otarła się o jej płowy bok, jakby jej chciała
powiedzieć: "Poczekaj, to nie takie straszne, jeszcze raz ci pokażę."
Zjeżdżała w dół, aż śnieg chrzęścił. A potem skok, nie skok, poezja ruchu, pokaz
zręczności i wdzięku. Nawet stary kozioł-strażnik zdawał się pochwalać niezwykły kunszt swej
połowicy.
"Na co się gapisz? Puść mnie!" - odważniejsza koziczka odepchnęła swą siostrę,
skoczyła na śnieg i pomknęła w dół. Nabrała takiego rozpędu, że śnieg zakipiał pod jej
raciczkami.
"Uważaj!..." - przeraził się Szymek.
Ale ona mignęła tylko w powietrzu, a potem jak piłka odbiła się na kamieniu i
wylądowała niemal na piargu. Hop! lekka chrystiania i już wracała na grzędę.
"A ty, mały patałachu, co z tobą? Spróbuj, bo wstyd zastanawiać się tak długo."
Stropiona koziczka zdobyła się na czyn desperacki. "Raz kozie śmierć!" Skoczyła z
grzędy prosto na płat śniegu. Pędzi na złamanie karku z komicznie rozstawionymi przednimi
nóżkami. Hop!... Przednia noga podwinęła się, koziczka zaryła noskiem i fajtnęła tęgiego
kozła, a potem jak piłka podskoczyła na rozstawionych nogach i patrzy zdziwiona: "Co to się
stało!"
"Nie martw się, moja złota. Następny skok uda się na pewno."
Naraz, tuż przed nosem Szymka, trzasnęła uwolniona spod ciężaru śniegu gałązka.
Trrrach... - strzeliła bryzgami lodowatych grudek.
Kozioł przysiadł na zadzie, uskoczył, już go nie było. Za nim rzuciło się całe stadko.
Zniknęło tak szybko, jak gdyby wiatr je zdmuchnął. O tym, że było tu przed chwilą, świadczyły
tylko toczące się żlebem grudki śniegu.
- Szkoda - powiedział Szymek i spojrzał z wyrzutem na gałązkę, która chwiała się
jeszcze tuż przed jego nosem. - To nie ja... to gałązka spłoszyła kozice.
21
- Nareszcie będziemy mieli zapasy najmniej na dwa tygodnie - Andrzej powiedział to z
dumą i radością. Spojrzał triumfalnie na Szymka, odsapnął i z ulgą zrzucił z ramion
naładowany plecak.
Przed chwilą wrócił z Ciemnych Smreczyn, gdzie spotkał się z Bartonem. Ten, według
umowy, przyniósł im prowiant, który kupił za wymienione dolary. Andrzej uklęknął obok
plecaka. Powoli, z namaszczeniem wydobywał jego zawartość.
- Ho, ho - kręcił z zadowoleniem głową - kochany Barton wiedział doskonale, czego
nam trzeba. Złoty człowiek. Będziemy teraz żyli jak turyści w dobrze zaopatrzonym
schronisku. Patrz, Szymek - zawołał radośnie zdumiony - mamy nawet osełkę świeżego masła!
- To wspaniale! - powiedział chłopiec, wąchając osełkę pokrytą drobnymi kropelkami. -
Żeby pan wiedział, jak ja lubię masło.
Andrzej poklepał go z zadowoleniem po plecach.
- Słuchaj, po pierwsze, jesteśmy starymi przyjaciółmi i mów mi po imieniu. Jestem
Andrzej, a nie żaden "pan". Po drugie, zaraz zrobimy sobie ucztę. Posmarujemy chleb masłem i
posypiemy cukrem. Jak ci się to podoba?
- Dobra rzecz - Szymek pokręcił głową.
- Wspaniała. Gdy byłem małym chłopcem, ubóstwiałem chleb z masłem i z cukrem.
Ten nasz Barton to genialny... po prostu genialny. Ciekawe, skąd wziął cukier? Przecież cukier
na kartki.
Usiedli przed kolibą. Zajadali z wielkim apetytem. Od kilku dni utrzymywała się
piękna, wiosenna pogoda. Łagodny wiatr niósł z południa falę ciepłego powietrza. Pod jej
tchnieniem górska trawa puszczała nowe, soczyste pędy. Na upłazach pojawiały się pierwsze
kwiaty. Kosówka stroiła się w pachnące żywicą kistki. Przyjemnie było usiąść w słońcu,
patrzeć na góry, dalekie i czyste.
- Mówiłem ci - rzekł Andrzej - że i dla nas przyjdą lepsze czasy.
Szymek spojrzał na swego opiekuna wzrokiem pełnym podziwu.
- Pan to wszystko tak dobrze umie urządzić.
- Prosiłem cię, żebyś mi mówił "Andrzej".
- Kiedy... nie mogę.
- Spróbuj, zobaczysz, że to nie takie trudne.
- No, dobrze - zaśmiał się cicho. Wargi, wysmarowane masłem, na brzegach bieliły się
kryształkami cukru. Chuda twarz wypełniła się nieco, a od słońca i wiatru nabrała złocistego
połysku. - Czy pójdziemy popatrzeć na kozice? - zapytał po chwili.
- Dobrze, ale dopiero wieczorem, gdy przyjdą paść się na płasienki. A zresztą, nie wiem,
czy przyjdą. To bardzo płochliwe zwierzęta.
- To pójdziemy do Niewcyrki, tam gdzie jastrzębie mają gniazda.
- Chciałbyś zobaczyć młode?
- Tak. I świstaka chciałbym zobaczyć.
- Widzę, że ci się tutaj podoba? Ale podejść świstaka to wielka sztuka. Te nicponie
gwiżdżą na nas. Ledwo taki wystawi głowę zza kamienia, już zapada pod ziemię.
- A czy są w Tatrach niedźwiedzie? - zapytał Szymek robiąc poważną minę.
- Jest kilka sztuk, ale nie w tych stronach. Przed wojną widziałem jednego w Dolinie
Białej Wody. Teraz pewno wędrują pod Lodowy. Szukają w żlebach kozic zasypanych
lawinami. Na wiosnę są niebezpieczne, bo głodne.
Po południu, gdy słońce przetoczyło się już nad siny garb Krzyżnego Liptowskiego, a
północne stoki gór tonęły w głębokich cieniach, wyruszyli w stronę Niewcyrki. Szli stromymi
upłazami, falującymi od bujnej trawy, wesołymi płasienkami, dzikim rumowiskiem. Powietrze
pachniało żywicą, było czyste, przesłonecznione. W dole, wśród ciemnych płatów lasu,
połyskliwym ściegiem przemykał potok i droga wąską tasiemką przecinała polany.
Szymek zatrzymał się. Spojrzał ku dolinie.
- Dlaczego my wciąż tędy idziemy? - zapytał nagle. - Dlaczego nie możemy iść tamtą
drogą?
- Tu lepsze powietrze - zażartował Andrzej. Myślał, że w ten sposób uniknie dalszych
pytań, lecz chłopiec spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Przecież tamtędy byłoby łatwiej.
- Ale moglibyśmy kogoś spotkać - powiedział Andrzej poważnie.
Chłopiec zamyślił się. Jego błękitne oczy błądziły po cienistych roztokach doliny.
- Musimy się ukrywać - westchnął cicho i ruszył przed siebie.
Przecięli głęboki żleb. Na dnie żlebu leżał zlodowaciały śnieg. Szymek wbiegł na płat
śniegu i puścił się w dół jak na nartach.
- Uważaj! - zawołał Andrzej.
Chłopiec ze śmiechem zatrzymał się w połowie śnieżnego jęzora. Śmiał się.
- Jaka morowa jazda!
Andrzej patrzał na jego wielkie buciory, z których wyłaziły strzępy onucy.
- Gdybyś miał lepsze buty... - pokręcił głową. - Te wnet ci się rozlecą. Będziesz chodził
boso.
Szymek miał teraz minę jak skarcony uczniak. Kroczył ze spuszczoną głową.
"Wariat ze mnie - pomyślał Andrzej. - Mam pretensje do chłopca. Trzeba będzie
wystarać się o nowe buty. W tych może sobie obetrzeć stopy."
Gdy wspięli się na stromą grzędę, zagrodził im drogę wielki głaz obrzeżony kępami
kosodrzewiny. Ominęli go dołem, po piargu. Z drugiej strony leżała ukryta w kosówce
płasienka. Andrzej wszedł na nią pierwszy. Odgiął kiść kosówki i naraz znieruchomiał z prze-
rażenia. Na trawie leżało dwóch żołnierzy. Wygrzewali się w słońcu. Na widok Andrzeja jeden
z nich zerwał się jak wyrzucony sprężyną. W jego gwałtownych ruchach było więcej
przerażenia niż bojowości. Złapał leżący obok karabin. Zawołał zdławionym głosem:
- Stój!
Andrzej opuścił bezradnie ramiona. Był tak zaskoczony, że nie próbował nawet
uciekać.
Żołnierz badał go czujnym spojrzeniem. Jego towarzysz podniósł się leniwie. Na
żołnierską bluzę miał narzucony góralski serdak. Andrzej odetchnął z ulgą. Niezawodny
instynkt mówił mu, że tym razem nie grozi mu niebezpieczeństwo. Jeden z żołnierzy, chudy,
kościsty, zauważył na twarzy nieznajomego gwałtowne odprężenie. Opuścił lufę karabinu.
- Ktoś ty? - zapytał przez zaciśnięte zęby.
Andrzej odwrócił się. Przywołał Szymka ruchem ręki, jak gdyby jego obecnością chciał
usprawiedliwić swe milczenie.
Na widok chłopca czarne oczy chudego złagodniały. W kącikach warg zaigrał cień ni to
zdziwienia, ni rozczarowania.
- Co tu robicie?
- Idziemy do Niewcyrki - odrzekł Andrzej opanowanym głosem. Z nagłego przerażenia,
z zaniedbanego wyglądu żołnierzy wywnioskował, że nie są na służbie.
- To tędy musicie chodzić? - mruknął ten drugi, przysadkowaty, z grubym
napęczniałym karkiem.
Andrzej uśmiechnął się pojednawczo.
- Przeszkadzamy wam? - Położył rękę na ramieniu chłopca. Ten przylgnął do niego
mocniej. Drżał.
Chudy Skrzywił się, ukazując w kącikach warg żółte, próchniejące przy dziąsłach zęby.
- Możecie sobie chodzić - powiedział i zamienił z towarzyszem porozumiewawcze
spojrzenie. Tamten wysunął się przed niego. Zapinał sukienną, wystrzępioną w szwach bluzę.
Twarz miał nalaną, osypaną aż po małe, głęboko osadzone oczy rudym zarostem.
- Ktoś ty? - zapytał niemal przyjaźnie.
Andrzej wzruszył ramionami.
- Co wam z tego przyjdzie? Idziemy do Niewcyrki.
- To twój chłopiec?
- Mój. A wy co tu robicie?
- Widzisz przecie.
- Wygląd macie łazików.
Rudy uśmiechnął się chytrze. W oczach jego pojawiły się złe błyski.
- Co ci do tego? - mruknął jakby do siebie. Potem zbliżył się do Andrzeja na odległość
kroku. - Macie co do jedzenia? - zapytał patrząc mu prosto w oczy.
- Od dwóch dni nie jemy - rzucił chudy spoza pleców towarzysza. Jego głos brzmiał
słabo, niemal prosząco.
Andrzej przyjrzał mu się dokładniej. Był bardzo wysoki i wynędzniały. Z przykrótkich
rękawów sterczały mu kościste ręce, podarta bluza wisiała luźno na wąskich ramionach.
- Wy dezerterzy - powiedział cicho Andrzej. Czarny skinął głową. Rudy żachnął się.
- Ty siedź cicho, Gabor.
- Może mają co do żarcia. Andrzej rozłożył ręce.
- Widzicie, że nie...
Czujne spojrzenie rudego przylgnęło do zegarka na przegubie ręki Andrzeja. Ten cofnął
się instynktownie. Mocniej przygarnął do siebie chłopca.
- Trzeba iść - powiedział, nie spuszczając oczu z rudego.
Ten zastąpił mu drogę.
- Stój.
- Co chcesz ode mnie?
- Zdejmuj zegarek - syknął rudy.
- Daj mu spokój, Jożko! - powiedział cicho czarny. Chciał odciągnąć towarzysza, ale ten
odtrącił go brutalnie.
- Zdejmuj zegarek! - powtórzył.
- Nie zabierzesz mi go - powiedział Andrzej cicho, ale pewnie, jakby mówił do
podwładnego.
- Zdejmuj, bo... - Lufa karabinu podjechała na wysokość piersi Andrzeja. Na jej
grzbiecie zadrgał matowy błysk, biegnący po metalu jak kulka rtęci.
"Oni dwa dni nic nie jedli" - pomyślał Andrzej i zsunął dłoń z ramienia chłopca.
Rtęciowa kulka błysku jak gdyby powróciła na muszkę karabinu.
- Daj spokój - usłyszał cichy głos chudego. Żołnierz na chwilę odwrócił oczy. Andrzej
szybkim jak mgnienie ruchem złapał za lufę, odtrącił ją. W tej chwili padł strzał, głuchy łoskot
wdarł się w ciszę. Andrzej dobrze wymierzonym ciosem ugodził rudego w brzuch. Jednym
szarpnięciem wydarł mu karabin. Wtedy czarny doskoczył do niego z uniesioną kolbą. Chciał
go ugodzić w głowę, ale kolba przecięła tylko powietrze. Musiał być bardzo słaby, gdyż
zachwiał się po niecelnym ciosie. Andrzej uderzył w zaciśnięte na lufie palce. Chudy wypuścił
karabin.
- Nie ruszaj się! - wrzasnął Andrzej.
Tamten cofnął się chwiejnym krokiem. Rozwarte strachem oczy wbił w wylot karabinu.
- Nie strzelaj! - wykrztusił.
Rudy poruszył się w kosówce. Jęknął cicho.
- Wstawaj! - rozkazał Andrzej.
- Nie strzelaj - powtórzył czarny dezerter.
- Nie bój się - powiedział Andrzej. - Pomóż mu wstać - pokazał na rudego.
Ten niezdarnie gramolił się, sapał i pojękiwał. Czarny podał mu rękę, wyciągnął go z
kosówki. Rudy nie mógł złapać tchu. Otwierał szeroko usta jak ryba wyrzucona z wody. Stękał.
- A teraz wyrywajcie - powiedział dobitnie Andrzej. - Uciekajcie, żebym was w tej
okolicy nie spotkał, bo nie będę się bawił. Sprzątnę jak zające.
Czarny zbierał pospiesznie porzucone na płasience rzeczy: koc, tornister, manierkę.
Rudy ociągał się. Uśmiechnął się przymilnie.
- Może byś zostawił jeden karabin. Bez karabinu zginiemy z głodu.
- Ech... - Andrzej zaklął przez zaciśnięte zęby. - Żebyś mógł rabować i napadać.
- My tylko na kozice - powiedział czarny zza pleców towarzysza.
- Szkoda gadać. Zmiatajcie mi z oczu. I ostrzegam, że sprzątnę, jak spotkam.
Twarz rudego sposępniała. Patrzył spode łba.
- Grozisz?
- Nie grożę, tylko przestrzegam.
- Może się jeszcze spotkamy. - Przymrużył małe oczka i uważnie spojrzał na Andrzeja,
jak gdyby chciał zapamiętać go dokładnie.
- Chodź już, Jożko - powiedział czarny. Zarzucił tornister na ramię, a drugi podał
rudemu. Ten zaklął cicho, lecz soczyście. Potem splunął i jęknął z wściekłości.
Odeszli z płasienki. Dopiero teraz Andrzej obejrzał się za siebie. Szukał Szymka, ale nie
spostrzegł go w polu widzenia.
- Szymek! - zawołał głośno. - Szymek, gdzie jesteś? - Odpowiedziała mu cisza,
przerywana echem jego własnego głosu. - Szymek!
Było pusto. "Pewno się chłopiec przestraszył" - pomyślał. Obejrzał się, by sprawdzić,
czy dezerterzy odeszli. Zobaczył ich na piargu. Stali, kłócąc się ze sobą.
- Hej! - zawołał. - Wyrywajcie, bo poczęstuję na pożegnanie.
Rudy roześmiał się szyderczo.
- Do zobaczenia! Uważaj, żeby ci jaki kamień nie spadł na głowę.
- Nie ma obawy! - odkrzyknął Andrzej.
Tamten wzruszył ramionami, położył dłoń na plecach towarzysza i ruszył, pchnąwszy
go lekko. Schodzili stromym zboczem, zasypanym piargiem. Kamienie usypywały się spod ich
nóg i z hukiem toczyły się dnem żlebu. Andrzej czekał, aż znikną za załomem skalnej grzędy.
Dopiero wtedy wrócił na płasienkę. Zagarnęła ją granica cienia, podnosząca się ku skalnym
zrębom niby tafla ciemnej wody. W górze jarzyło się jaskrawe światło. Andrzej podniósł drugi
karabin. Rozejrzał się.
- Szymek! - zawołał pełnym głosem. Echo potoczyło się po roztokach doliny. Nikt mu
nie odpowiedział. Targnął nim lęk. "Co będzie, jeżeli chłopiec uciekł... jeżeli go nie znajdę."
Ruszył w powrotną drogę. Nie wołał już głośno. Bał się, że strzał karabinowy mógł
zaalarmować kręcące się w tej okolicy patrole.
Gdy już okrążył turniczkę i zbliżał się do żlebu, w którym Szymek zjeżdżał po śniegu,
spostrzegł, że kosówka na grzędzie poruszyła się lekko. Przyspieszył kroku. Z daleka zobaczył
chłopca leżącego na kępie jaferu.
- Szymek! Szymek! Co ci się stało? - powiedział zdyszanym głosem.
Chłopiec uniósł głowę. Patrzał na Andrzeja nieprzytomnym wzrokiem.
- Jesteś?... - wyszeptał.
Andrzej przypadł do niego. Przygarnął go ramieniem. Czuł drżenie drobnego ciała.
- Jestem, chłopcze. Dlaczego uciekłeś?
Mały poruszył bezdźwięcznie bladymi wargami. Potem z trudem wykrztusił:
- Ja... ja... myślałem, że cię zastrzelili...
- Widzisz, że jestem żywy i cały... Oj, głuptasie, mnie nie tak łatwo sprzątnąć.
- Boję się.
- Czego się boisz?
- Tamtych dwóch.
- Nie bój się. Już ich przegoniłem. Widzisz, odebrałem im karabiny.
- To źli ludzie...
- Łotry.
- Tacy zabrali mi mamę... - załkał sucho, jękliwie. Nowy atak spazmów wstrząsnął jego
chudymi ramionami.
Andrzej przygarnął go mocniej.
- Nie płacz, przecież widzisz, że jestem z tobą. Tamci poszli sobie. Nie wrócą już
więcej.
22
Zbliżali się do swej koliby. Z daleka ujrzeli karłowatą skorusę. Stała niby wiecha nad
krokwiami ułożonymi z głazów. Nadchodził wieczór. Doliny i żleby wypełniał mrok. Nad
Wielką Kopą niebo było jeszcze gorące, rozżarzone jak kawał blachy, a po wschodniej stronie,
między granią Hrubego i Krywania, stygło już i matowiało. Tylko na najwyższych turniczkach,
jak na połyskujących hełmach, leżał różowy poblask. Od południa szedł wieczorny podmuch.
Zdawało się, że wznosi do góry balonik bladego księżyca.
- Zgłodniałem już - powiedział Andrzej. - Będzie nam smakowała kolacja.
Chłopiec skinął igłową. Od chwili gdy wyruszyli ze żlebu, nie powiedział ani słowa.
Szedł ze spuszczoną głową, markotny. Andrzej chciał go rozweselić.
- Usmażymy sobie kiełbasy. Mówię ci, pycha. Skąd ten Barton wytrzasnął kiełbasę?
Pewno we wsi było świniobicie. A na deser zjemy po kromce chleba z masłem i cukrem. Jak ci
się podoba taka kolacja? - trącił chłopca łokciem i chrząknął, czekając na odpowiedź. Szymek
wzruszył ramionami.
- Dobra...
- Dobra? - zdziwił się Andrzej. - To uczta, nie kolacja...
Nagle zatrzymał się, położył karabiny na trawie i pociągnąwszy za sobą chłopca, ukrył
się za kępą kosodrzewiny. Nasłuchiwał. Chłopiec spojrzał na niego pytająco.
- Co to?
- Zdaje mi się, że psy. - Spokojnym gestem nakazał chłopcu milczenie. W uszach
dzwoniła mu wielka, daleka cisza. Naraz z dołu, od Ciemnych Smreczyn doleciał stłumiony
odgłos szczekania. Słyszał je coraz wyraźniej, jak gdyby zgraja gończych psów zbliżała się do
nich. Wychylił głowę i zamarł z nagłego wrażenia. Od lasu oderwał się mały, zielonkawy
punkt. Za nim drugi i trzeci. W gęstniejącej szarzyźnie wieczoru rozpoznał najpierw psa, a za
nim człowieka.
- Psiakrew! - zaklął cicho. Chłopiec uczepił się jego ramienia.
- Co to?
- Nic - odszepnął. Potem dodał: - Będziemy musieli znowu uciekać. - I wytłumaczył
szybko: - Ale nie bój się, oni daleko. - Myślał jednak co innego: "Pewno usłyszeli strzał.
Przyszli z psami. Psy idą za śladami. Wnet będą przy kolibie, a w kolibie plecak, śpiwór i całe
bogactwo. Psy... okropna rzecz... wytropią..."
Chwycił Szymka za rękę. Nie powiedziawszy ani słowa, zaczął ześlizgiwać się wzdłuż
kęp kosówki, kryjących ich przed dostrzeżeniem przez pościg. Szymek jęknął cicho:
- Andrzej, my znowu uciekamy?
- Nie bój się... To nie potrwa długo.
Kierował się ku wielkiemu polu kosówek, myśląc, że tylko w ich gąszczu psy stracą
ślad. Ujadanie było coraz bliższe, wyraźniejsze, jak gdyby cały gon szedł w kierunku upłazu.
Dopadli kosodrzewiny. Andrzej schylił się.
- Wejdź mi na plecy - rozkazał chłopcu. Ten bez słowa wykonał polecenie. Mocno objął
za szyję, kolana zacisnął na żebrach Andrzeja.
Ten rzucił się w gąszcz. Szukał największej plątaniny, przez którą nie mogłyby
przedrzeć się psy. Przepychał się na oślep. Ostre szpilki kłuły go w twarz, gałęzie zdzierały
skórę, lecz nie mogły powstrzymać tego desperackiego marszu.
A psy ujadały coraz zacieklej. Zwęszyły ludzi.
W pewnym momencie potknął się o wystający wśród kosówek kamień. Na szczęście,
zdążył schwycić chłopca. Potoczyli się razem jak po śliskim, miękkim materacu. Zatrzymali się
dopiero na skraju wielkiej płasienki. Andrzej podniósł chłopca.
- Nic ci się nie stało?
- Nic...
- To dobrze.
Rozejrzał się. Tkwili jak gdyby na wyspie otoczonej morzem. W poświacie księżyca
kosówka mieniła się. Blade światło osrebrzało jej bujne grzywy. W dole czarnymi połaciami
leżał las. W górze piargi podchodziły pod skaliste zbocza. Ogarnęła ich na chwilę ogromna
cisza... Ale czujne ucho wnet uchwyciło dalekie szmery; odgłos usypującego się piargu, czyjeś
głosy. A potem w nabrzmiałą ciszę wdarło się ujadanie psów...
- Już są blisko - Andrzej przylgnął do ziemi jak człowiek oczekujący niespodziewanego
ciosu. Przygarnął do siebie chłopca, otoczył go mocno ramieniem. Czuł drżenie jego ciała i
słyszał gwałtowne bicie serca.
- Nie bój się - szepnął mu do ucha, ale ta rada wydała mu się śmieszna, niepotrzebna.
"Jeżeli psy przedrą się przez kosówkę, będziemy zgubieni" - myślał. Nie bał się pojmania.
Trwogą przejmowała go jedynie wizja chłopca uciekającego przed nacierającym psem.
Przylgnął mocniej do ziemi, jak gdyby w jej kamiennym chłodzie szukał schronienia i
pociechy. W górze, za polem kosówek coraz głośniej usypywał się piarg. Gruchotał jak zepsuta
dziecięca grzechotka. Jakiś kamień potoczył się po wełnistym runie kosówki. A potem psy
zaniosły się głośnym skowytem. Były już na Skraju kosodrzewiny.
Chłopiec jęknął. Jego plecami wstrząsały krótkie, spazmatyczne drgania. Andrzej
zakrył mu dłonią usta.
- Szymek, uspokój się!... - szepnął. Ale chłopiec, Ogarnięty panicznym strachem, zaczął
się szarpać, wyrywać. Musiał go przydusić całym ciężarem swego ciała.
Psy ujadały wściekłym chórem. Zdawało się, że całą sforą wtargnęły w kosówkę.
Przylgnął jeszcze gwałtowniej do ziemi i mocniej przydusił chłopca, jakby się bał, że nie
wytrzyma tej nawałnicy strachu i zerwie się do ucieczki. Wiedział, że to zgubiłoby ich niechyb-
nie.
Naraz w górze usłyszał czyjś głos, jak gdyby ktoś z pogoni zwoływał rozsypanych
wzdłuż upłazu. Psy zaskamlały cienko. Jeden z mich zaniósł się żałosnym
skowytem. Potem na chwilę ucichło. Tylko po piargu toczyły się z łoskotem kamienie i
grzechotało bez przerwy od kroków.
- Odeszli - ucieszył się, lecz to wydało się tak złudne i nieprawdziwe, że nie uspokoił
się, dopóki odgłosy pogoni nie ucichły zupełnie. Wtedy pomyślał, że pościg ruszył ich
pierwszymi śladami, prowadzącymi ku płasience, na której spotkali dezerterów. Jeżeli psy
dobrną do tego miejsca, część z nich pójdzie za śladami dezerterów, część zawróci śladami ich
powrotu. Należało więc oddalić się jeszcze bardziej od zagrożonej strefy.
- Odeszli już - powiedział radośnie i uwolnił chłopca od swego ciężaru. Mały zerwał się
i zaczął uciekać. Andrzej rzucił się za nim, schwycił go w biegu za szeroką nogawkę. Runęli
razem na trawę.
- Szymek, błagam... uspokój się - szeptał gorączkowo. Chłopiec, targany panicznym
strachem, miotał się jak złapane w potrzask zwierzę. Zwinął się, wydał jakiś nieludzki jęk i
zębami wpił się w dłoń Andrzeja. Ten syknął z bólu.
- Szymek! - jęknął z przerażeniem i naraz ogarnął go gniew. Złapał chłopca za kark,
poderwał go z ziemi jak szczeniaka i dał mu dwa mocne policzki. Chłopiec zamilkł, oniemiał.
W spojrzeniu jego Andrzej nie wyczytał ani wyrzutu, ani żalu, tylko wielkie zdumienie, jak
gdyby przed chwilą ocknął się z głębokiego snu i nie wiedział, co się z nim dzieje.
- Szymek - powiedział cicho Andrzej - ja musiałem. Oni mogli tu wrócić...
Chłopiec milczał. Przechyloną lekko głowę wciągnął w uniesione ramiona, stał
bezradnie, gotowy na wszystko. Andrzej ruchem nieporadnym pogładził go po policzku.
- Już dobrze... - Chwycił go wpół i niby wiązkę chrustu przerzucił przez ramię. -
Trzymaj się mocno - powiedział ruszając przed siebie. Niósł małego przez wysrebrzone
księżycem pole kosówki, jak topielca wyłowionego z głębiny. Posuwał się ostrożnie. Kosówka
rzedła powoli. Coraz częściej napotykał nagie grzędy Skalne, płasienki i rumowiska. Zbliżał się
do lasu. Na skraju odnalazł dwa głazy, tworzące ze sobą rodzaj daszku, chroniącego przed
podmuchem wiatru. Postanowił przeczekać tutaj aż do świtu. Narwał suchego mchu i drobnych
kistek kosodrzewiny, wymościł wgłębienie pod skałami. Położył tam chłopca.
- Zimno ci będzie - tłumaczył - ale trudno, przetrzymamy jakoś tę noc. Całe szczęście,
że nie ma deszczu...
Usłyszał znowu szczekanie psów, ale tym razem wysoko, aż pod turniami. "Wracają -
pomyślał. - To cud, że udało mi się wyrwać... Gdyby nie kosówka, złapaliby nas już dawno..."
Chłopiec uniósł głowę. Nasłuchiwał.
- Czy to ci sami, co zabrali nas z Keżmarku? - zapytał.
- To inni - uspokajał go Andrzej. - Ci szukają dezerterów i partyzantów.
- A ja myślałem, że oni mnie szukają...
- Bądź spokojny. Tobie nic by nie zrobili. - To dlaczego uciekamy?
- Widzisz... tym razem ja uciekałem. Gdyby minie złapali, zamknęliby minie w
więzieniu.
- Ciebie?... Za co? Czyś ty komu zrobił coś złego?
- Śpij już...
- Kiedy nie mogę zasnąć.
- Zimno ci?
- Nie...
- Zimno... Szczękasz już zębami. - Zdjął z siebie gruby sweter i okrył nim chłopca. -
Teraz będzie ci cieplej.
- Czy oni już odeszli?
- Zaraz pójdą.
- A jeżeli nas znajdą?
- Nie bój się. Teraz już nas nie znajdą.
- A jutro?
- Jutro?... - Andrzeja zaskoczyło to pytanie. "Co będzie jutro? Jeżeli nawet uda się nam
przetrwać tę noc, to co będzie jutro? Psy na pewno doprowadziły ludzi do koliby, zwęszyły
plecak z jedzeniem i śpiwór. Teraz zostaniemy bez kromki chleba..." - Jutro... - powiedział
głośno - będziemy mieli czas zastanowić się. W każdym razie nie zostaniemy tutaj.
- Gdzie masz karabiny?
- Zostawiłem w kosówce. A dlaczego pytasz?
- Bo gdybyśmy mieli karabiny, to moglibyśmy się bronić...
- Spij już. Spij, chłopcze. - Zdjął wiatrówkę, otulił nią nogi Szymka. Chłopiec coraz
głośniej szczękał zębami.
Po zachodzie słońca oziębiło się gwałtownie. Od lasu szedł jeszcze łagodniejszy
powiew, ale ciężkie, mroźne powietrze, spływające żlebami, spychało go w głąb doliny.
Andrzej czuł, że kostnieje z zimna. Miał na sobie tylko koszulę. Przepocona, wilgotna, lgnęła
do skóry jak zimny kompres. Zaczął dygotać. Zrazu lekko, a potem coraz gwałtowniej.
Uspokoił się dopiero wtedy, gdy chłopiec usnął, skulony w mały kłębek. Wstał, zaczął
wykonywać ćwiczenia gimnastyczne. Zanim jednak zdążył się rozgrzać, zmorzyło go
zmęczenie. Położył się obok chłopca. Jego ciało było niepokojąco gorące. Przesunął dłonią po
czole. Było rozpalone, wilgotne od potu. "Ma gorączkę!" - przeraził się. Naraz poczuł
obezwładniającą bezradność, jak gdyby nie było już dla nich ratunku. Przypomniał sobie noc
mroźną, pełną gwiazd i głuchej ciszy, okutą w zaspy sypkiego śniegu. Prowadził wtedy ludzi na
Słowację. Wspinali się pod Przełęcz pod Kopą... Pod samą przełęczą zesłabła jedna kobieta.
Położyła się na śniegu. Powiedziała, że dalej nie pójdzie. Ciągnęli ją wtedy jak ciężki wór, ale
ona wolała umrzeć. Gdy weszli na przełęcz, niebo było czyste. A ona usiadła i powiedziała, że
to już koniec. Pamiętał szklane spojrzenie. W jej oczach było już tylko przebaczenie i spokój...
Musieli ją zostawić. Skostniała zapewne jak pomnik i patrzała szklanymi oczami w
wygwieżdżone niebo...
Usnął na chwilę, ogrzany ciepłem chłopięcego ciała, ale gdy się obudził i ujrzał nad
sobą gęstniejącą rozsypkę gwiazd, zadrżał cały. Nie wiedział: z zimna czy z lęku. Chłopiec
majaczył... Andrzej zrozumiał, że jeżeli go tutaj zostawi, to mały umrze. Zdał sobie z tego
sprawę tak dokładnie, jak gdyby mu to ktoś powiedział albo wydał okrutny wyrok. Poczuł mróz
w kościach, a myśl ta stała się przerażająco jasna i oczywista.
- Nie dam go - powiedział głośno. Głos rozległ się w mroźnej ciszy tak wyraźnie, jak
słowa wypowiedziane w pustej nawie kościoła. "Nie dam go - powtórzył w myśli. - Nie chcę,
żeby szklanymi oczami patrzał w otaczającą go pustkę."
Uniósł się ostrożnie, żeby nie zbudzić chłopca. Spojrzał na zegarek. W martwym
świetle księżyca tarcza lśniła jak wielka kropla wody. Była godzina jedenasta piętnaście. "Do
świtu jeszcze sporo czasu - pomyślał i wtedy postanowił, że zaniesie chłopca do Bartona. -
Chyba mi nie odmówi? A jeżeli odmówi, zaniosę go dalej, do szpitala. Niech mnie
złapią..."
Pochylił się nad chłopcem. Jeszcze raz położył rękę na rozpalonym czole. Zdawało mu
się, że skóra parzy jak rozżarzona blacha. Długo wsłuchiwał się w przyśpieszony oddech. Ujął
przegub wiotkiej ręki i badał puls. "On ma czterdzieści stopni..." Nie chciał dłużej tracić czasu.
Podźwignął chłopca, z trudem wciągnął mu na ramiona gruby sweter i wiatrówkę. Szymek
ocknął się na chwilę.
- Mamo!... - zawołał płaczliwie. Andrzej tulił go do siebie.
- Cicho, Szymuś, cicho... Idziemy do mamy.
- Mamo! mamo! - załkał i opadł bezwładnie na pierś Andrzeja.
Andrzej wziął go na ręce. Ciało chłopca było teraz niepomiernie ciężkie. Zarzucił je
ostrożnie na plecy, jedną ręką uchwycił ramię Szymka, a drugą jego nogę. Niósł go, jak
troskliwy pasterz niesie przez góry ranną owcę.
23
Nigdy nie mógł zrozumieć, jak przebył tę drogę. Pamiętał tylko, że nie przystanął ani
razu i ani razu nie wypuścił z ramion chłopca. Wiedział wtedy, że jeśli zatrzyma się, nie będzie
miał siły, by ruszyć dalej. Jakaż to moc doprowadziła go aż do Trzech Studniczek? Chyba ta
sama, nieprzeparta, która kazała żołnierzom iść przeciw nawale pocisków, nie umiejącym
pływać - rozkazywała rzucać się w topiel na ratunek tonącym, śmiertelnie rannym czołgać się
do celu...
Świtało, gdy z daleka zobaczył ukrytą w mroku świerków gajówkę. Zdawało mu się, że
brnie przez niezmierzoną pustynię. Wokół pustka, tylko wiatr przenosi łachy piasku i układa je
w zakrzepłe fale. A gdzieś daleko cel... Zbliża się do niego, a on oddala się i oddala. Każdy krok
omdlałych nóg to nadludzki wysiłek, jak gdyby na barkach ciążyło całe niebo, sine od
zbliżającego się świtu.
Gdy był już bardzo blisko, gdy zdawało mu się, że tylko wyciągnie ramię, a uwolni się
od przytłaczającego ciężaru, potknął się na kabłąku korzenia. Runął na twarz. Chłopiec
krzyknął przeraźliwie jak wyrwany ze snu ptak. Andrzej nie miał siły przemówić do niego.
Leżał jak martwy z twarzą w suchym igliwiu. Widział szklany wzrok zamarzającej na
przełęczy kobiety... A potem jak gdyby sunąca łacha ni to śniegu, ni piachu zasypała go miękko
i ciepło...
Miał takie uczucie, jakby nagle wypłynął z mętnej, bezdennej głębiny. Zdawało mu się,
że jest przy kolibie w Niewcyrce. Widział wyraźnie wielki, opasły grzbiet Krzyżnego
Liptowskiego z językami sinych piargów w żlebach. I naraz ktoś go przywołał z daleka, jak
gdyby z drugiej strony doliny. "Andrzej!... Andrzej..." - rozlegał się daleki głos w przesyconym
słońcem powietrzu.
Otworzył oczy. Ujrzał nad sobą czyjąś twarz. Widział wyraźnie każdy jej szczegół:
wielkie oko z błękitnawą tęczówką i białkiem utkanym drobnymi żyłkami, jasną pręgę brwi,
skórę lekko łuszczącą się pod rzadkim zarostem, siatkę zmarszczek wokół górnej powieki...
Widział dokładnie każdy szczegół wyolbrzymiony jak pod powiększającym szkłem, ale nie
łączący się z drugim, jak gdyby cała twarz odbijała się w rozbitym na kawałki lustrze.
I znowu usłyszał ten sani daleki głos: "Andrzej..." Otworzył szerzej oczy, przechylił
głowę i wtedy dopiero poznał Bartona.
- Gdzie chłopiec? - zapytał, unosząc się na łokciach.
- W szpitalu.
- Co mu jest?
- Zapalenie płuc... Ale uspokójcie się, wszystko będzie w porządku.
- A ja?... - rozejrzał się. Leżał na sianie, przykryty góralską derką. Nad nim był dach z
nieszczelnie przylegających gontów. Przez szpary przeciekało światło.
Barton pokręcił głową.
- Człowieku, myślałem, żeś nieżywy.
- Gdzieście mnie znaleźli?
- Blisko domu. Chłopiec leżał na was i płakał. Targał was, żebyście wstali. A wy nic.
Leżeliście jak kłoda. Mówię wam, myślałem, że już koniec...
- Chłopca zawieźliście do szpitala?
- Zaprzęgnąłem konia i zawiozłem do Smokowca, do sanatorium. Znam tam jednego
doktora...
- Nie pytali, kto to?
- Powiedziałem, że sierota... że go w lesie znalazłem.
- A jak on?... - Chciał zapytać, czy wyżyje, ale urwał w połowie zdania i tylko
trwożliwie spojrzał na Bartona. Ten rozłożył ręce:
- Był bardzo rozpalony. Mówił nieprzytomnie.
- Co mówił?
- Trudno było zrozumieć... Wołał: "Mama! mama!", a czasem to i wasze imię
wypowiadał. Wzięli my go na wóz, dobrze okryli. Po drodze zasnął. Dopiero w sanatorium
ocknął się znowu.
- Bezpieczny tam będzie?
Barton nieco dłużej zatrzymał spojrzenie na jego twarzy.
- Ten doktor to porządny człowiek.
- To dobrze - powiedział z ulgą Andrzej. Uniósł dłonie do twarzy, wolnym ruchem
przecierał oczy. - Gdzie ja jestem? - zapytał.
- Nie mogłem was trzymać w domu. W południe mieli przyjść chłopi po wypłatę za
zwózkę. Przenieśli my was do szałasu. Tu jest polana, blisko drogi. Siano dla sarn na zimę
trzymamy...
- Dobrze... - westchnął z ulgą i naraz chwycił dłoń Bartona. - Tyle kłopotu... ale nie
mogłem inaczej.
- To nic... Całe szczęście, że was znalazłem. Gdyby was spotkał kto inny, gorzej by
było. - Wyciągnął z siana borenkę. - Przyniosłem wam mleka. Jeszcze gorące. Pijcie.
Ciepłe mleko zapachniało mu latami dzieciństwa. To matka, gdy był zmęczony,
przynosiła mu garnuszek ciepłego, parującego mleka. Zdmuchiwał kożuchy, a matka stojąc nad
nim pilnowała, by dopił do końca.
Przechylił borenkę. Łykał chciwie. Ciepłe krople skapywały mu z brody na pierś.
- A wy co teraz chcecie robić? - usłyszał poważny głos Bartona.
Otarł dłonią usta.
- Ja?... Ja chyba wrócę do Zakopanego, a potem na Turbacz...
Barton uśmiechnął się z politowaniem.
- Słabi jesteście. Nie dojdziecie...
- Cztery lata chodziłem - westchnął głęboko - to i teraz zajdę. Wiecie co, przekonałem
się, że człowiek jest twardy. Trudno go złamać, tak jak gdyby był z gumy, z dobrej gumy.
Zegnie się, a nie puści... Zresztą - dodał z nutą goryczy w głosie - mam pewną sprawę do
załatwienia. Delikatną sprawę. Pilno mi. Teraz, gdy chłopiec bezpieczny, mogę już iść. Tylko
wy zajmijcie się nim. Traktujcie go jak mojego młodszego brata, bo wiecie... bardzo się do
niego przywiązałem... Żal mi go opuszczać. - Trudno, takie czasy - mruknął Barton.
- Nie zapomnicie o tym?
- Mówiłem, że ten doktor porządny człowiek... A ja?... Ja tu długo nie posiedzę.
Wczoraj przyszedł jeden chłopiec z Jamnickiej od partyzantów. Przyszedł po gwoździe. Ale jak
odchodził, to mnie coś za gardło schwyciło... Ech, poszedłbym z nim, bo mi się zdaje, że tu
kisnę.
- Dobrze mu tam będzie?... - Andrzej wciąż myślał o Szymku.
- Ten doktor to porządny człowiek - powtórzył Barton z naciskiem.
Andrzej zdjął z ręki zegarek.
- Dajcie to chłopcu. Może mu się przyda. Barton cofnął wyciągniętą przedtem rękę.
- Ja bym ostatniego nie dawał - powiedział przeciągle. - Wy sami niczego nie macie.
- Dajcie, niech ma po mnie pamiątkę - wepchnął zegarek siłą w chropowatą dłoń
gajowego i zawarł na nim jego duże, mięsiste palce.
Barton pokręcił głową.
- Ej, Andrzej, dziwny z was człowiek. Andrzej przymrużył oko.
- Zapominacie, że cztery lata chodziłem...
24
Już kilka godzin był w drodze. Pozostawił za sobą gajówkę, jak cichą, spokojną
przystań, a teraz szedł w pełnym blasku księżyca, pod niebem wysokim, przepastnym. Osnute
tajemniczym blaskiem, zakrzepłe w martwocie góry były niedostępne i obce.
Przypomniał sobie: szedł kiedyś ze starym Józefem Galianem przez Niżne Tatry. Była
taka sama noc, osnuta księżycową przędzą, i góry stały tak samo martwe i obce. Wtedy Galian
powiedział do niego: "Słuchoj, bracie, żołnierze na wojnie dostają ordery. Ordery ze śrybła, ze
złota, z brązu. A my, Andrzeju, dostaniemy kiedyś order wycięty z księżyca..." Potem
powiedzenie Galiana przyjęło się wśród kurierów i żartowali, że są kawalerami księżycowego
orderu. Teraz z naciekającą w sercu goryczą kpił sobie: "Byłeś kawalerem księżycowego
orderu, ale odarli cię nawet z tego. Major Smyga zdegradował cię do stopnia pospolitych
oszustów i złodziei. Teraz jego dekorują jako bohatera kurierskiej służby. A ty, jego żołnierz,
wleczesz się, żeby żebrać i dopominać się o sprawiedliwość..."
Księżyc toczył się po szklistym niebie jak kula po suknie bilardu. Gdy stanął w zenicie,
omotał się w kokon mgły. "Koniec pogody - pomyślał Andrzej - jutro będzie lało." Przyśpieszył
kroku, jakby pchnięty tą myślą. Zbliżał się do Ciemnych Smreczyn.
Gdy doszedł do pierwszego stawu, zboczył w maliniaki. Postanowił odnaleźć
porzucone podczas ucieczki karabiny. Odnalazł to miejsce bez trudu i z wielką radością
stwierdził, że broni nikt nie ruszył. Oba karabiny leżały w kosówce. Wyciągnął jeden z nich.
Skrócił pas i ruszył dalej.
Wybierał drogę osłoniętą cieniem, a gdy przecinał oświetloną przestrzeń, kulił się jak
żołnierz przemierzający pole obstrzału. Minął właśnie polanę pod Siwarnami, płaską, podobną
do tafli stojącej wody, gdy naraz wydało mu się, że ktoś siedzi wśród skał. Ukrył się w cieniu
młodych smreków. Czekał chwilę. W uszach dzwoniła mu cisza. Droga w poświacie księżyca
płynęła jak srebrzysta rzeka...
Skradał się wolno ku skałom. Gdy wychylił się spoza smreczków, zobaczył wyraźnie
człowieka. Siedział z podkurczonymi nogami, głowę oparł o zgięte ramię, w siwych włosach
iskrzył się odblask światła. Andrzej długo wpatrywał się w tę dziwną postać. Naraz coś go
tknęło. "To przecież stary poszukiwacz skarbów."
Zbliżał się ostrożnie. Dziadek nawet nie drgnął. "Pewnie śpi" - pomyślał, a gdy stanął w
odległości wyciągniętego ramienia, chrząknął cicho i wyszeptał:
- Dziadku!...
Zobaczył chudą dłoń wspartą o chropowaty cios
sikały, seledynową w nocnym blasku i tak wyraźnie zarysowaną, jakby była
wyrzeźbiona w granicie. Wtedy coś go zdławiło i krew odpłynęła z głowy, a nogi stały się
drętwe, jak gdyby wrośnięte w ziemię.
- Dziadku... - wykrztusił targnięty trwogą.
I naraz wszystko zrozumiał. Od skulonej postaci starca bił taki spokój, jak od
sterczących nad nim skał. Zdziwił się, dlaczego nagle pierzchła trwoga. Już bez obawy dotknął
ramienia. Sztywne ciało osunęło się, ręka opadła ze skały, a stary przylgnął sinym jak ziemia
policzkiem do kamienia. I twarz jego była taka sama jak kamień, a uchylone lekko powieki
odsłaniały białka martwych oczu. Patrzał nimi w dal i niby się uśmiechał, niby żałował
czegoś...
Andrzej uklęknął przy nim. Zamknął mu powieki.
- Dziadku - wyszeptał - nie doczekaliście się swoich skarbów.
Wstał. Skrzyżował na piersi ręce jak do modlitwy, ale nie modlił się, tylko czuł żal, jak
gdyby i w nim coś się skończyło, jakby zerwała się jedna z czarodziejskich nitek życia. Patem
odszedł wolnym krokiem. Nie obejrzał się, tylko wyszeptał:
- Żegnajcie, dziadku, już się nie spotkamy. - A gdy minął zakole zakrętu, uniósł dłoń do
policzka, bo zdawało mu się, że z oka stoczyła się zbłąkana łza.
25
O świcie był na Przełęczy pod Kopą. Usiadł na chwilę. Zmęczonymi oczami wodził po
przymglonych zarysach Hrubego, Krywania, Wielkiej Kopy. Żegnał te strony, gdzie spędził
ostatnie dwa tygodnie. Wydały mu się teraz obce, nieprzychylne. Dopiero gdy zwrócił się ku
Kondratowej i zobaczył w dole kierdel owiec, zbity w prostokącie koszaru, doznał takiego
wzruszenia, jak gdyby patrzył na coś bardzo bliskiego.
Wspominał lata szkolne. Tutaj z kolegami przychodzili na pierwsze wycieczki
narciarskie. W marcowym słońcu cięli nartami jarzące się wiosennym słońcem stoki, wspinali
się pod Łopatę, by później puszczać się w szalone zjazdy. Tutaj opadły go kiedyś trzy wielkie
owczarka. Jeden z nich, kudłaty olbrzym, skoczył mu wtedy na ramiona i powalił na ziemię, by
potem powalonego, drżącego lizać na pojednanie po twarzy...
Gdy wyruszył w dalszą drogę, nie czuł już zmęczenia ani żalu, doznawał nieporównanej
radości człowieka wracającego do domu. Przeciął stok Kopy Kondrackiej, ominął stary
poczciwy Giewont i Grzybowcem zaczął schodzić na Łysanki. Tutaj postanowił przeczekać
cały dzień. Zbyt dużo ludzi go znało, by mógł się pokazać w Zakopanem. Wieczorem, pod
osłoną mroku zejdzie pod Regle i pójdzie na Krzeptówki do Galiana...
Wieczorem zaczął siąpić drobny, ciepły deszcz. Góry utonęły w ciężkiej wacie chmur.
Z daleka poznał dom Galiana. Stara góralska chałupa stała skulona pod trzema rozłożystymi
jasieniami. Zachodni powiew niósł aż pod Regle gorzki zapach dymu.
Był przygotowany, że nie zastanie Galiana w domu. Stary przewodnik nigdy nie
zatrzymywał się u siebie. Andrzej miał jednak nadzieję, że domownicy powiedzą mu, gdzie
można go odnaleźć.
Ostrożnie zbliżał się do domu. Stanął za pękatym pniem jasienia i długo obserwował
uchylone drzwi. Z izby dolatywał rytmiczny stukot warsztatu tkackiego. "Pewno Brońcia robi
kilim" - pomyślał. Ukrył karabin wśród sągów narąbanego drzewa, podszedł do Okna i zastukał
cicho trzy razy. Miarowy stukot warsztatu urwał się nagle. Zaległa cisza. Potem czyjeś lekkie
kroki przemknęły przez sień.
- Kto tam? - usłyszał głos dziewczyny.
- Brońcia, to ja...
Dziewczyna szerzej uchyliła drzwi. Jasną głowę wsunęła w szparę i z natężeniem
patrzała w ciemność.
- Pan Andrzej?... - powiedziała zdumiona. - Jest tata w domu? - zapytał.
- Nie, nie ma. - Ukazała się zgrabna, smukła, pachnąca ciepłem izby i nieporadna w
nagłym zdumieniu. - Niech pan wejdzie - skinęła niepewnym ruchem ręki.
- Nie ma nikogo?
- Jest mama... tylko mama.
Stara Galianka stała już w progu. Jej postać była pełna trwożliwego napięcia. Dopiero
gdy Andrzej zbliżył się do niej, wyciągnęła ku niemu ręce.
- Boze mój, dyć to pon Andrzej - schwyciła go za rękaw, pociągnęła w głąb izby.
W kręgu bladego światła naftowej lampy izba wydała mu się mała i ciemna. W kącie
warsztat tkacki z napiętym na ramę kilimem, obok kilka barwnych motków wełny, jak bukiet
kwiatów, na ścianie lina i dwa czekany skrzyżowane jak broń. A wszystko bardzo bliskie i
znajome.
Stara Góralka drżącymi palcami gładziła ramię Andrzeja.
- Boze wielgi, co sie z ponem stało? Józek dwa razy ku wom chodził. Przecie
umówiliście sie... no nie?
- Był Józef w Niewcyrce?
- Dwa razy - potwierdziła Brońcia. - Tata mówił, że był w kolibie, ale pana nie znalazł.
- To pech - powiedział Andrzej - czekałem na niego w ten dzień, kiedyśmy się umówili.
- Stary nie mógł iść - wtrąciła Galianka - trza było wom syćko przyrychtować. Ni mieli
my prowiantu w doma.
- No, tak. A ja musiałem uciekać z koliby... A gdzie Józef teraz? - zapytał przynaglony
ciekawością.
- Hej, hej - machnęła ręką - ka ta teroz Józek! Poseł z młodym Carniökiem do
partyzantów. Mówiłak mu: "Dosyć juz bidyś sie najod. Co cie znowu korci", ale on... wicie,
jaki mój Józuś... No wej, poseł w lasy pod Turbacz.
- Pod Turbacz, mówicie?
- Dyć... - Fartuchem wytarła ławę. - Siadojcie, ponie Andrzeju, siadojcie. Jezusie
Maryjo, aleście zmizerowani... Tako poniewierka, tako poniewierka...
Brońcia oparła się plecami o drzwi.
- Był tu Władek, gajowy z Krościenka - powiedziała.
- Przyszedł z Budapesztu?
- Tak... z jakimś majorem...
Andrzejowi pociemniało w oczach. Zobaczył czarne i czerwone płaty, krążące w
nieustannym wirze. "To niemożliwe" - pomyślał.
- Kiedy przyszli?
- Pozawczoraj.
- Gdzie ten major?
- Jest u Chrobaków na Skibówkach.
- Skąd wiesz?
- Władek zanosił mu jedzenie.
- Z tatą się nie widzieli?
- Nie. Tata poszedł przed tygodniem.
- A on jeszcze tam jest?
- Chyba tak.
Andrzej nerwowym ruchem naciągnął na głowę kaptur wiatrówki.
- Muszę się z nim zobaczyć.
Stara patrzyła na niego rozwartymi oczami.
- Dyć siadojcie, ponie, zaroz wom co przyniese. Zbidzeni jesteście okrutnie...
- Dziękuję - rzucił pośpiesznie. Potem zwrócił się do dziewczyny: - Brońciu, mam do
ciebie prośbę. Pomożesz mi. Pójdziesz ze mną do Chrobaków, wywołasz tego majora...
- Ja?...
- Tak. To konieczne.
- Jak trzeba... - powiedziała niezdecydowanie i pytająco spojrzała na matkę. Ta
wzruszyła ramionami.
- Siadojcie, panie, dyć tyn major wom nie ucieknie.
- Muszę się z nim widzieć natychmiast. Więc co, Brońciu, pójdziesz? - spojrzał na
dziewczynę.
- Jak trzeba,..
- Jak trza, to idź - powiedziała stara.
Brońcia narzuciła na ramiona gumowy płaszcz. Wyszli do sieni.
- Przyjdziecie, ponie? - zapytała stara.
- Nie wiem.
- Przyjdźcie, przyrychtuje wom posłanie. - A potem, gdy już byli na podwórzu,
dorzuciła: - Musicie się wyspać, tacy jesteście wymizerowani, co aze lutość biere.
Andrzej podszedł do sągów drzewa. Wyciągnął karabin.
Brońcia jęknęła cicho, jakby stłumiła okrzyk. Położył jej dłoń na ramieniu.
- Nie bój się. Ty go tylko wywołasz. Zarzucił karabin na ramię.
- A jak nas kto spotka? - zapytała.
- Pójdziemy polami.
Ruszył wydłużonym krokiem. Dziewczyna drobiła za nim. Milczeli. Deszcz siał
drobnymi kropelkami prosto w ich twarze. Osypane pierwszą zielenią drzewa stały ze
zwieszonymi gałęziami, pola osnuła cienka warstwa mgły. Unosił się gorzkawy zapach
wilgotnej ziemi. Gdzieś w opłotkach ujadał pies. A Regle stały czarne i wysokie jak mroczna
ściana.
Gdy zbliżali się do Skibówek, Brońcia złapała go za rękaw.
- Co pan chce z nim zrobić?
- Nic... porozmawiam tylko - powiedział dziwnie spokojnym głosem.
- A ten karabin?
- Potrzebny...
Nie zapytała o nic więcej. Słyszał jej drobne kroki cmokające w rozmokłej glinie.
Zatrzymali się przed niskim, drewnianym domem z oszkloną werandą. Duży kudłaty
kundel szamotał się, szarpiąc krótkim łańcuchem.
- Cicho będziesz! - zawołała dziewczyna.
Pies nie przestał ujadać.
Andrzej pchnął lekko dziewczynę.
- Nie bój się. Zaraz pójdziesz do domu. Wywołaj go tylko.
Brońcia ociągała się.
- A jak go nie ma?
- To trudno. Zapytaj.
Podeszła wolno do drzwi prowadzących do sieni. Zastukała. Po chwili ktoś odezwał się
za drzwiami.
- Ja od Galianów - powiedziała Brońcia. - Do tego pana. Zawołajcie go. Ważna sprawa.
Andrzej sprawdził zamek karabinu. Wprowadził pocisk do lufy. Pies rzucał się coraz
gwałtowniej. Zagłuszał wszelkie odgłosy. Naraz drzwi się uchyliły i po zroszonej trawie, po
drobnym żwirze pobiegła wąska smuga światła. Jakaś postać zamajaczyła w szparze. Andrzej
podsunął się bliżej. Jednym szarpnięciem otworzył drzwi. W progu zobaczył majora Smygę.
Stał wyprostowany i jak zwykle pewny siebie.
- Cóż to? - zapytał twardo swym gardłowym, przykrym głosem. A gdy poznał Andrzeja,
cofnął się gwałtownie jak bokser unikający ciosu.
- Dobry wieczór, majorze - głos Andrzeja zabrzmiał lodowato. - Cóż to, pan nie w
Turcji? -
Wszedł do sieni. Zamykając drzwi, zawołał do dziewczyny: - Dziękuję ci, Brońciu,
możesz już odejść. Major cofnął się jeszcze o krok.
- Skąd się pan tu wziął? - wykrztusił. Andrzej uśmiechnął się cierpko.
- Zrobiłem panu miłą niespodziankę, prawda? Wzrok majora prześliznął się po
karabinie.
- Niech pan to schowa. Tu obcy ludzie.
Andrzej podrzucił karabin w dłoni. Ważył go chwilę.
- To mój jedyny towarzysz w tej chwili. Pan wybaczy, ale nie mogę się z nim rozstać!
Zresztą - cedził - mam wrażenie, że zaprosi mnie pan do siebie. Chciałbym z panem
porozmawiać.
Oczy majora stały się okrągłe i przejrzyste.
- Pan mnie zgubi - wyszeptał i obejrzał się trwożnie.
- Nie ma obawy - powiedział Andrzej przeciągle i pchnął lekko majora lufą. - Niechże
pan nie będzie tak niegościnny.
Major próbował opanować się. Chrząknął, wyprostował się, spojrzał nienawistnie.
- Co to ma znaczyć?
- Zaraz panu to wytłumaczę, tylko... niechże mnie pan nie trzyma w sieni - i drugi raz
pchnął go lufą. Major żachnął się:
- To napad.
Andrzej zachichotał cicho.
- Ja do pana uprzejmie, a pan... - urwał, bo ktoś wychylił się zza drzwi, umieszczonych
w głębi.
- Nic, nic, pani Chrobakowa - rzucił major pospiesznie. - To do mnie...
Drzwi skrzypnęły i znowu zostali sami. Andrzej pchnął go po raz trzeci. Tym razem
końcem lufy.
- Nie mam czasu. - Głos jego zabrzmiał sucho jak rozkaz.
- Więc chodźmy - skinął niechętnie major. Chciał Andrzeja przepuścić przed siebie,
lecz ten zaprzeczył ruchem głowy.
- O, nie. Pan tutaj jest gospodarzem. Pan prowadzi.
Major wszedł na strome skrzypiące schody. Przegniłe stopnie uginały się pod jego
powolnymi krokami. Na podwórzu wciąż ujadał pies. Łańcuch pobrzękiwał jak na alarm. Na
dole ktoś znowu uchylił drzwi i zapytał przerażonym głosem:
- Kto to?
- Swoi, swoi - odpowiedział uspokajająco Andrzej.
Za chwilę znaleźli się na poddaszu. Pokoik był mały, szalowany deskami. Słaba
żarówka prószyła żółtawym światłem na nie zamiecioną podłogę. W jej świetle układały się
warstwy gęstego, zatęchłego dymu z papierosów. W kącie stało nie pościelone łóżko z
wygniecioną poduszką. Na krześle wisiały narciarskie spodnie, a obok na podłodze leżał
rozwiązany plecak. Nieład, jaki tu panował, świadczył, że lokator nie ma zamiaru zagrzać
miejsca.
Major odwrócił się gwałtownie.
- Niech pan wreszcie powie, czego pan chce ode mnie?
- Nie tak energicznie, majorze - osadził go Andrzej chłodnym, aż do przesady
przyciszonym głosem. - Czy może mnie pan poczęstować papierosem? Już dawno nie paliłem.
- Ależ oczywiście - żachnął się major. Podsunął paczkę tulipanów.
- Węgierskie, co? - uśmiechnął się cierpko i zapalił papierosa. Był głodny, więc od
pierwszego dymu zakręciło mu się w głowie. Zdawało mu się, że pokój zawirował, a
przysadzista sylwetka Smygi oddala się nagle od niego. - A teraz pozwoli pan, że na chwilę
usiądę. Jestem trochę zmęczony. - Przysunął krzesło, zrzucił z poręczy spodnie, a gdy siadał,
przygarnął mocniej karabin. - Teraz możemy porozmawiać. Nie przypuszczał pan zapewne, że
się kiedyś znowu spotkamy. Przyznam, że ja również nie miałem nadziei. Miła niespodzianka,
prawda?
- Czego pan chce ode mnie?
- Chciałem się zapytać, co pan włożył do tej paczki, którą wręczył mi pan, gdy ostatni
raz wyruszałem z pocztą?
Major pobladł. Jego płaska, nie ogolona twarz stężała.
- Przecież pan wie - powiedział z trudem - że pewne sprawy są tajemnicą. Był ścisły
rozkaz, żeby nie ujawniać kurierom zawartości poczty...
- Wiem - przerwał mu Andrzej i dłonią przejechał po nasadzie karabinu. - Może jednak
pan sobie przypomni. Chciałbym dowiedzieć się od pana.
Smyga żachnął się.
- Chyba nie mam obowiązku tłumaczyć się. Andrzej jeszcze raz przejechał ręką po
nasadzie karabinu.
- W takim razie może pan pamięta, co pan napisał o tym w liście do rotmistrza Okszy?
- To też nie pana sprawa.
- W takim razie - cedził Andrzej - może ja mam panu przypomnieć?
Major zerwał się.
- Co oznacza ta cała zabawa?
Andrzej uniósł się wolno. Jednym kopnięciem odtrącił zawadzające krzesło. Wysunął
przed siebie karabin. Blade iskierki zamigotały na matowej muszce.
- Mów, gdzie masz te dolary - powiedział tak twardo, że Smyga cofnął się aż pod małe,
czarnym papierem zalepione okno. Papier zaszeleścił. W pokoju pociemniało.
- Jakie dolary?... - wyszeptał.
- Te, które miały być w tej paczce.
- To jakieś nieporozumienie.
Andrzej uniósł nieco wyżej lufę, tak że na tle muszki widział teraz szary sweter Smygi.
- Nie mam czasu na żarty. Dawaj dolary. Major rozłożył ręce.
- Pan wybaczy, panie Andrzeju, ale ja naprawdę nic nie rozumiem.
Muszka karabinu drgnęła, podjechała jeszcze wyżej. Przekreśliła pobladłe wargi
majora, nasadę jego nosa i oparła się o płaski, zwiotczały policzek.
- Mam pięć naboi w magazynku. Wpakuję panu w łeb co do jednego, jeżeli pan w tej
chwili nie odda tych pieniędzy.
Smyga wlepił swe oczy w wylot lufy. Dolna warga opadła mu lekko. Na czoło wysypały
się drobne krople potu.
- Liczę do trzech. Razzz... - wyszeptał świszczącym głosem.
Major wysunął przed siebie rozwartą dłoń.
- Zaraz... - i wolno pochylił się nad plecakiem. Szperał w nim nerwowo. Potem
wyciągnął dużą puszkę po "Ovomaltinie".
Andrzej roześmiał się sarkastycznie.
- Pożywka dla niedokrwistych dzieci... Ile tam jest?
- Dwadzieścia trzy tysiące.
- Później sprawdzimy, a teraz niech się pan szybko ubiera. Niech pan zabierze
najpotrzebniejsze rzeczy. Idziemy na małą przechadzkę. - Wyrwał puszkę z ręki majora i
Wsunął ją pod wiatrówkę. - Dlaczego pan tak na mnie patrzy? Idziemy pod Turbacz wyjaśnić to
nieporozumienie...
- Teraz?...
- Bardzo mi przykro, że takie niesprzyjające warunki atmosferyczne - powiedział tym
samym kpiącym tonem - ale, pan wybaczy, cztery lata chodziłem po trasach i nigdy nie
wybierałem sobie pogody.
- Może jutro... Mam tutaj ważne sprawy do załatwienia.
- Przypuszczam, że ta jest najważniejsza. No, panie majorze, raźniej, raźniej! Rano
chciałbym być u rotmistrza Okszy.
Gdy wychodzili, deszcz szumiał w czarnych konarach jasieni. Gęsty mrok zatapiał
ciche chaty góralskie i wille. Drogą przetoczył się ciężarowy samochód z wygaszonymi
światłami. Szum motoru zlał się z szumem deszczu i przepadł w ciemnościach. Odprowadzało
ich wściekłe ujadanie psów. Było żałośnie, ponuro, a ta cierpka żałość tkwiła w Andrzeju,
przenikała aż do dna każdej jego myśli.
Westchnął: "To tak kończysz swą kurierską służbę, kawalerze księżycowego orderu..."
A potem przypomniał sobie małego Szymka i coś ciepłego zatliło się w jego sercu, jak gdyby
chłopiec położył mu na piersi swą małą, delikatną dłoń.