background image

Drugi manifest surrealizmu - fragmenty. André Breton, 1930. Tłum. Adam Ważyk.

Na   przekór   poszczególnym   wystąpieniom   tych,   co   się   powoływali   lub   powołują   na 
surrealizm, wypadnie ostatecznie uznać, że surrealizm do niczego nie dąży bardziej, jak 

do wywołania, z punktu widzenia intelektualnego i moralnego, kryzysu świadomości w 
najszerszym i najpoważniejszym zakresie i że jedynie osiągnięcie lub nieosiągnięcie tego 

wyniku może zdecydować o powodzeniu lub klęsce historycznej. 

Z   punktu   widzenia   intelektualnego   szło   i   nadal   idzie   o   to,   aby   wszelkimi   środkami 

wykazać i za wszelką ceną przekonać ludzi o sztucznym charakterze starych antynomii 
obłudnie powołanych do zapobiegania wszelkim niezwykłym poruszeniom człowieka, tak 

aby otrzymywał ubogie wyobrażenie o swoich środkach, aby tracił wiarę, czy potrafi się 
uchylić w znaczącej mierze od powszechnego przymusu. Straszak śmierci, pozagrobowe 

cafes chantany, przespanie największej sprawy, przygniatająca zasłona przyszłości, wieże 
Babel,  lustra  mówiące  o  nietrwałości,   mózg rozpryśnięty  na  nieprzekraczalnym  murze 

pieniądza,   te   bardzo   natarczywe   obrazy   ludzkiej   klęski   być   może   są   tylko   obrazami. 
Wszystko przemawia za tym, że istnieje pewien punkt w umyśle, z którego życie i śmierć, 

rzeczywistość   i   urojenie,   przeszłość   i   przyszłość,   rzeczy   możliwe   i   niemożliwe   do 
przekazania, góra i dół przestają być postrzegane jako przeciwstawne. Daremną byłoby 

rzeczą   dopatrywać   się   w   działalności   surrealistycznej   innej   pobudki   poza   nadzieją 
określenia tego miejsca. Widać więc wyraźnie, jakim by absurdem było przypisywanie tej 

działalności wyłącznie niszczycielskiego albo konstruktywnego sensu: miejsce, o którym 
mowa, jest a fortiori miejscem, gdzie budowa i destrukcja nie mogą być przeciwko sobie 

wygrywane. Jest również jasne, że surrealizm nie jest zainteresowany w liczeniu się z 
tym,   co   się   dzieje   obok   niego   pod   płaszczykiem   sztuki   i   anty-sztuki,   filozofii   czy 

antyfilozofii,   słowem   z   tym   wszystkim,   co   nie   ma  na  celu   unicestwić   istotę   ludzką   w 
wewnętrznym   ślepym   blasku,   który   nie   będzie   bardziej   duszą   lodu   niż   duszą   ognia. 

Czegóż by mogli oczekiwać od doświadczenia surrealistycznego ci, którzy dbają jeszcze 
choć trochę o miejsce, jakie zajmą w świecie? W tym miejscu, z którego można tylko dla 

siebie samego przeprowadzić niebezpieczne, ale jak sądzimy, ostateczne rozpoznanie, nie 
może być mowy o przywiązywaniu najmniejszego znaczenia do krzątaniny wchodzących i 

wychodzących gości, bo kroki ich rozlegają się w rejonie, którego surrealizm z zasady nie 
dostrzega.   Nie   chcielibyśmy,   aby   surrealizm   zależał   od   łaskawego   humoru   takich   czy 

innych   ludzi;  jeśli  powiadamy,  że  potrafi  własnymi   metodami  wyrwać  myśl  z  niewoli, 
która z dnia na dzień staje się surowsza, skierować ją na powrót do osiągnięcia całkowitej 

sprawności   i   przywrócić   jej   pierwotną   czystość,   to   chyba   wystarczy,   ażeby   sądzono 
surrealizm wyłącznie według tego, co zrobił i co mu pozostaje do zrobienia, by dotrzymać 

obietnicy. 

Zanim   przystąpimy   do   sprawdzania   rachunków,   warto   jednak   wiedzieć,   do   jakiego 

właściwie   rodzaju   wartości   moralnych   surrealizm   się   odwołuje,   skoro   równocześnie 
zanurza swoje korzenie w życiu, i chyba nie przypadkowo w  teraźniejszym życiu, z 

chwilą kiedy z powrotem obłożę to życie anegdotami, jak stan zachmurzenia, tykanie 
zegarka, zimno, dolegliwości, to znaczy zacznę o nim mówić w sposób pospolity. Myśleć o 

tych rzeczach, rozprawiać wszystko jedno o czym w tej zdegradowanej skali - nikt się od 
tego   nie   wykręci,   chyba   że   przekroczy   ostatni   stopień   ascezy.   To   właśnie   z   tego 

obrzydliwego   bulgotania   pozbawionych   sensu   wyobrażeń   rodzi   się   i   wyrasta   pewne 
pragnienie: chcemy przejść do porządku dziennego nad nieistotnym, nad absurdalnym 

rozróżnieniem brzydoty i piękna, prawdy i fałszu, dobra i zła. A że od stopnia oporu, na 
jaki ta decyzja natrafia, zależy bardziej lub mniej stanowczy odlot umysłu do świata, w 

którym można nareszcie zamieszkać, łatwo, będzie zrozumieć, że surrealizm bez lęku 
uznaje za swój dogmat bunt absolutny, całkowite nieposłuszeństwo, sabotaż z reguły, i 

że już niczego nie oczekuje, tylko przemocy. Najprostszy akt surrealistyczny to wyjść na 
ulicę z rewolwerami w pięściach i strzelać w tłum na chybił trafił. Kto nie miał chociaż 

jeden raz  w życiu ochoty skończyć w ten sposób z drobnym systemem zbydlęcenia i 
prawomocnego skretynienia, ten ma wyznaczone miejsce w tym tłumie z brzuchem na 

poziomie lufy.

(1)

 Motywacja takiego aktu nie jest w moim rozumieniu niezgodna z wiarą 

background image

w  owo   światełko,   które   surrealizm   stara   się   w   głębi   nas   odnaleźć.   Chciałem   tu   tylko 
dopuścić do głosu ludzką rozpacz, poza którą nic nie zdoła objaśnić tej wiary. Jest rzeczą 

niemożliwa dać swoją zgodę na jedno, a nie dać jej na drugie. Ktokolwiek będzie udawał, 
że   przyjmuje   tę   wiarę   nie   podzielając   naprawdę   tej   rozpaczy,   w   oczach   tych,   którzy 

wiedzą,   stanie   się   natychmiast   wrogiem.   Coraz   mniej   wydaje   się   konieczne   szukanie 
precedensów dla tej dyspozycji duchowej, którą nazywamy surrealistyczną i która, jak 

widzimy, sama potrafi dbać o siebie, a jeśli idzie o mnie, to nie sprzeciwiam się wcale, 
aby   kronikarze,   prawnicy   i   inni   uważali   ją   za   specyficznie   nowoczesną.   Mam   więcej 

zaufania do mojej myśli aktualnej, dzisiejszej, niż do wszelkich możliwych interpretacji 
dzieła skończonego, życia, które dobiegło kresu. Ostatecznie nie ma nic bardziej jałowego 

niż   nieustanne   spytki,   na   jakie   ciągną   umarłych:   czy   Rimbaud   nawrócił   się   przed 
śmiercią,   czy   można   znaleźć   w   testamencie   Lenina   elementy   potępienia   dla   obecnej 

polityki   III   Międzynarodówki,   czy   osobisty   wypadek   nieszczęścia   fizycznego   nie   był 
głównym źródłem pesymizmu Alfonsa Rabbe, czy Sade podczas rządów Konwentu nie 

dopuścił się aktu kontrrewolucji? Wystarczy posłuchać tych pytań, aby sobie uprzytomnić, 
jak kruche bywa świadectwo tych, których już nie ma. Za wielu spryciarzy interesuje się 

powodzeniem tej duchowej grabieży i wolę nie wchodzić na ich teren. W sprawie buntu 
nikomu z nas nie potrzeba poprzedników. Chciałbym zaznaczyć, że moim zdaniem trzeba 

się wystrzegać kultu ludzi, choćby nie wiem jak wielcy się wydawali. Pomijając jednego 
tylko Lautreamonta, nie widzę nikogo, kto by nie zostawił jakiegoś wieloznacznego śladu. 

Nie warto dyskutować ciągle o Rimbaudzie: Rimbaud się mylił, Rimbaud chciał zmylić 
innych. Zawinił wobec nas tym, że pozostawił możliwość pewnych interpretacji swojej 

myśli, że nie zapobiegł haniebnym interpretacjom typu Claudela. Tym gorzej również dla 
Baudelaire'a ("O Szatanie...") i dla tej "wiecznej reguły" jego życia: "zmawiać każdego 

ranka modlitwę do Boga, rozdawcy sił i sprawiedliwości, do mojego ojca, Marietty i 
Poego
, jako orędowników". Prawo do zaprzeczania sobie, wiem o tym, ale jak dalecę! Do 

Boga,   do   Poego?   Poe,   który   w   czasopismach   policji   podawany   jest   obecnie   z   całą 
słusznością za mistrza naukowych agentów policyjnych (rzeczywiście, od Sherlocka 

Holmesa aż do Pawła Valery...) Czy nie jest hańbą przedstawić w świetle pociągającym 
intelektualnie   typ   policyjny,  zawsze   przecież   policyjny,   obdarzyć   świat  metodą 

policyjną? Możemy mimochodem splunąć na Edgara Poe. 

*

I niech diabeł jeszcze raz chroni ideę surrealistyczną, jak każdą inną ideę, która dąży do 
przyjęcia konkretnego kształtu, do ogarnięcia wszystkiego, co można sobie najlepszego 

wyobrazić w dziedzinie faktu, z tego samego względu, z jakiego idea miłości dąży do 
stworzenia odpowiedniej istoty, a idea Rewolucji do tego, aby któregoś dnia Rewolucja 

nadeszła, bez czego idee te straciłyby wszelki sens - przypomnijmy, że idea surrealizmu 
dąży po prostu do całkowitego odzyskania naszej siły psychicznej przy użyciu środków, 

które   oznaczają   zawrotne   zejście   w   głąb   siebie,   systematyczne   oświetlanie   miejsc 
ukrytych   i   postępujące   zaciemnianie   innych,   wieczną   przechadzkę   pośrodku   strefy 

zakazanej, i że jej działanie nie ma żadnej poważnej szansy dojścia do kresu, dopóki 
człowiek potrafi odróżnić zwierzę od ognia albo kamienia - niech diabeł chroni, powiadam, 

ideę   surrealistyczną   od   poruszania   się   bez   ziemskich   wcieleń.   Trzeba   koniecznie   tak 
postępować, jak gdybyśmy rzeczywiście byli "na świecie", aby potem sformułować pewne 

zastrzeżenia. Niechaj więc ci, co rozpaczają, widząc, że porzucamy wyżyny, na których 
nas   rozstawili,   nie   gorszą   się,   że   będę   mówił   o   postawie   politycznej,   "artystycznej", 

polemicznej, którą pod koniec 1929 możemy przyjąć. 

Nie   wiem,   czy   wypada   tu   odpowiedzieć   na   dziecinne   obiekcje   tych,   którzy   biorąc   w 

rachubę  możliwe   zdobycze  w domenie  poetyckiej,  gdzie  surrealizm  rozpoczynał  swoje 
pierwsze   wprawki,   niepokoją   się   widząc,   że   bierze   udział   w   sporze   społecznym,   i 

przypuszczają, że tutaj ma wszystko do stracenia. To niewątpliwie lenistwo z ich strony 
albo wyrażona pośrednio chęć ograniczenia naszej działalności. 

background image

"W   sferze   moralności   -   powiedział,   jak   sądzimy,   raz   na   zawsze   Hegel   -   w   sferze 
moralności,   jako   różnej   od   sfery   społecznej,   można   zanotować   tylko   przekonanie 

formalne;   o   przekonaniu   prawdziwym   wzmiankujemy   po   to,   aby   wskazać   różnicę   i 
uniknąć nieporozumienia, na jakie się narażamy traktując przekonanie, o jakim tu mowa, 

to   znaczy   przekonanie   formalne,   jak   gdyby   to   było   przekonanie   prawdziwe,   które 
powstaje   dopiero   w   życiu   społecznym"   (Filozofia   prawa).   Niedostateczność   tego 

przekonania formalnego jest bezsporna, a starania o to, abyśmy się za wszelką cenę tego 
właśnie  przekonania trzymali, nie przynoszą zaszczytu ani inteligencji, ani dobrej woli 

naszych   współczesnych.   Od   czasów   Hegla   żaden   system   ideologiczny   nie   może   bez 
natychmiastowego załamania się dopuścić próżni, jaką by wytworzyła w samym myśleniu 

zasada woli działającej na własny rachunek i skazanej na odbijanie się w sobie. Jeżeli 
przypomnę, że  uprawnienie  w Heglowskim sensie tego słowa może być tylko funkcją 

przenikania życia "substancjalnego" w życie subiektywne i że myśl ta nie natrafiała na 
zasadniczy   sprzeciw,   niezależnie   zresztą   od   ich   rozbieżności,   tak   różnych   od   siebie 

umysłów, jak Feuerbach, który w końcu zanegował świadomość jako władzę szczególną, 
jak Marks, całkowicie pochłonięty potrzebą gruntownej zmiany warunków zewnętrznych 

życia   społecznego,   jak   Hartmann,   który   z  teorii  nieświadomości   o   podstawie  wybitnie 
pesymistycznej wyprowadzał nową optymistyczną afirmację naszej woli życia, jak Freud, 

podkreślający coraz silniej instancję super ego - to myślę, że nikogo nie zdziwi fakt, że 
surrealizm   przy   okazji   przyłoży   się   do   czegoś,   co   nie   jest   rozwiązaniem   problemu 

psychologicznego, choćby był to problem bardzo ciekawy. W imię nieodzownego uznania 
tej konieczności sądzę, że nie możemy uchylić się od postawienia na porządku dziennym 

jak najbardziej palącej kwestii ustroju społecznego, w jakim żyjemy, chcę powiedzieć - 
kwestii przyjęcia lub nieprzyjęcia tego ustroju. W imię tej samej konieczności będzie mi 

co najmniej dozwolone oskarżyć uciekinierów porzucających surrealizm, dla których to, 
co   tutaj   twierdzę,   jest   zbyt   trudne   albo   zbyt   daleko   idące.   Cokolwiek   zrobią, 

jakimikolwiek fałszywymi okrzykami radości będą święcili swoje odejście, na jakikolwiek 
wielki zawód nas narażą - aż nimi i ci wszyscy, którzy mniemają, że jeden ustrój wart 

drugiego, bo w każdym wypadku człowiek poniesie klęskę - mam nadzieję, że nie ich, ale 
moim udziałem będzie owa najwyższa "ironia", która odnosi się do wszystkiego, a więc 

również do ustrojów, ironia, która będzie im odmówiona dlatego, że stanowi stadium 
wyższe,   że   zakłada   jako   warunek   wstępny   akt   całkowicie   dobrowolny,   polegający   na 

przejściu   przez   cykl   "hipokryzji,   probabilizmu,   woli,   która   chce   dobra,   i   wreszcie 
przekonania" (Hegel: Fenomenologia ducha). 

*

Problem działalności społecznej, chciałbym to podkreślić z naciskiem, jest tylko jedną z 

postaci ogólniejszego problemu, poruszonego przez surrealizm, problemu  wypowiedzi 
ludzkiej we wszystkich jej formach
. Kto mówi o wypowiedzi, mówi przede wszystkim 

o języku. Nie  trzeba się więc  dziwić,  że  surrealizm  na  początku  szukał sobie miejsca 
niemal   wyłącznie   na  płaszczyźnie   języka,   ani   tym   bardziej,   że   po   wypadach   w  różne 

strony powraca na tę płaszczyznę jak gdyby po to, aby się cieszyć zdobytym terenem. 
Rzeczywiście nic nie może przeszkodzić temu, aby ten teren w znacznej mierze został 

zdobyty. Hordy słów rozpętanych przez Dada i surrealizm, cokolwiek by miało się stać, 
nie należą do tych, co wycofują się z niczym. Przedostaną się powoli, ale na pewno, do 

idiotycznych mieścin literatury, którą się jeszcze wykłada, i nie rozróżniając dobrych od 
złych dzielnic powoli zjedzą wszystkie wieżyczki. Pod pretekstem, że jak dotąd udało nam 

się   podkopać   tylko   poezję,   ale   nic   poza   tym,   ludność   nie   przejmuje   się   zbytnio, 
gdzieniegdzie tylko stawia jakieś nieznaczne tamy. Na pozór nikt nie zwraca na to uwagi, 

że mechanizm logiczny zdania okazuje się sam przez się coraz bardziej bezsilny, że nie 
potrafi wywołać dreszczu wzruszenia, który nadaje rzeczywiście jakąś wartość ludzkiemu 

życiu.   Tymczasem   przeciwnie,   człowiek   przyjmuje   teraz   produkty   działalności 
spontanicznej   czy  bardziej  spontanicznej,   bezpośredniej   czy  bardziej  bezpośredniej, 

jakie w coraz większej ilości daje mu surrealizm pod postacią książek, obrazów i filmów, 
na   które   z   początku   patrzał   z   osłupieniem,   otacza   się   nimi,   z   większą   lub   mniejszą 

uległością   pozwala   wstrząsnąć   swoim   sposobem   odczuwania.   Wiem:   ten   człowiek   to 

background image

jeszcze nie każdy człowiek, trzeba mu na to pozostawić "trochę czasu". Ale spójrzcie, jak 
żywe i przewrotne uznanie potrafiła sobie zdobyć garść utworów całkiem nowoczesnych, 

o   których   można   co   najmniej   powiedzieć,   że   panuje   w   nich   atmosfera   szczególnie 
niezdrowa:   Baudelaire,   Rimbaud   (pomimo   poczynionych   przeze   mnie   zastrzeżeń), 

Huysmans, Lautreamont, aby ograniczyć się do poezji. Nie lękajmy się uczynić zasady z 
tego niezdrowia. Trzeba, aby nikt nie mógł powiedzieć, że nie zrobiliśmy wszystkiego dla 

zniszczenia tej głupiej iluzji szczęścia i zgody, którą wiek XIX ku swojej chwale postawił w 
stan   oskarżenia.   To   pewna,   żeśmy   nie   przestali   kochać   fanatycznie   tych   promieni 

słonecznych rojących się od miazmatów. Ale w chwili, kiedy władze publiczne we Francji 
przygotowują się do groteskowego uczczenia stulecia romantyzmu, oznajmiamy, że ów 

romantyzm,   za   którego   ogon   historyczny   chcemy   się   uważać,  ale   za   ogon   jeszcze 
chwytliwy
, z istoty swojej w 1930 zawiera się całkowicie w negacji tych władz i tych 

uroczystości, że sto lat istnienia stanowi jego młodość, że to, co błędnie nazwano jego 
epoką heroiczną, uczciwie może uchodzić tylko za pisk niemowlęcy istoty, która dopiero 

przez nas zaczyna ujawniać swoje pragnienia i która, jeśli się przyjmie, że wszystko, co 
się myślało przed nią - "po klasycznemu" - było dobrem, chce niewątpliwie wszelkiego 

zła

*

Trzeba żałować, że na drodze automatycznego zapisu, na przykład, czy w relacjach snów 
nie zdobyto się na bardziej systematyczny i konsekwentniejszy wysiłek, czego surrealizm 

domaga się bez przerwy. Pomimo nacisku, jakiśmy kładli na wprowadzenie tekstów tego 
rodzaju do publikacji surrealistycznych, i wydatnego miejsca, jakie zajmują w pewnych 

utworach, trzeba przyznać, że czasami ledwo potrafią utrzymać zainteresowanie i trochę 
za często robią wrażenie "brawurowych kawałków". Zjawienie się bezspornego szablonu 

w tych tekstach przynosi szkodę sprawie, nie przyspiesza owego zwrotu, który chcieliśmy 
przez nie wywołać. Zawiniła w tym opieszałość wielu autorów, którzy zadowalali się na 

ogół poruszaniem pióra po papierze nie śledząc w najmniejszym stopniu tego, co się w 
tym   czasie   dzieje   w   nich   samych   -   chociaż   to   rozdwojenie   jest   łatwiej   uchwytne   i 

ciekawsze niż przy pisaniu z zastanowieniem - albo zbierali w sposób mniej lub bardziej 
dowolny elementy snów, obliczone raczej na efekt malowniczości niż na postrzeganie ich 

gry i odnoszony z tego pożytek. Oczywiście takie nieporozumienia mogą nas pozbawić 
wszelkich   korzyści,   jakich   oczekujemy   po   tych   operacjach.   Wielka   ich   wartość   dla 

surrealizmu polega w istocie na tym, że mogą nam udostępnić pewne tereny logiczne
mianowicie takie, w których zdolność logiczna stosowana we wszystkim i do wszystkiego 

w granicach świadomości, dotychczas nie działała. 

*

Do nas więc należą starania o to, aby coraz jaśniej postrzegać, co się snuje bez wiedzy 
człowieka, w głębi jego ducha, choćby się nawet miał na nas gniewać za odkrywane w 

nim wiry. W tym wszystkim jesteśmy dalecy od pomniejszania strony przejrzystej i nie 
ma   najmniejszego   powodu   odsyłać   nas   do   naukowego   studiowania   "kompleksów".   To 

pewna,   że   surrealizm,   który   w   sensie   społecznym   zdecydowanie   przyjmuje   formułę 
marksistowską, nie ceni sobie nisko freudowskiej krytyki idei: wręcz przeciwnie, uważa ją 

za pierwszą i jedyną, prawdziwie ugruntowaną krytykę. Jeśli nie możemy przyglądać się 
obojętnie   dyskusji,   którą   na   naszych   oczach   prowadzą   kwalifikowani   przedstawiciele 

różnych   kierunków   psychoanalitycznych,   to   nie   mamy   powodu   mieszać   się   do   sporu, 
który,   jak   sądzimy,   długo   jeszcze   może   się   z   pożytkiem   ciągnąć   wyłącznie   między 

praktykami.   Nie   w   tej   domenie   chcielibyśmy   posłużyć   się   swoimi   osobistymi 
doświadczeniami. Ale ci, których surrealizm przy sobie skupia, mają naturalną skłonność 

do specjalnego rozważania tej tezy Freuda, pod którą podpada lwia część ich działalności 
powszedniej   -   troski   o   tworzenie,   o   niszczenie   artystyczne   -   mam   na   myśli   definicję 

zjawiska "sublimacji" 

(2)

, toteż siłą rzeczy surrealizm domaga się od nich, aby wnosili do 

swojego zadania nową świadomość, aby niejako uzupełniali autoobserwację, która w ich 

wypadku ma wartość wyjątkową, niedociągnięcia występujące przy badaniu stanów tak 

background image

zwanych   "dusz   artystycznych"   przez   ludzi,   którzy   nie   są   artystami,   ale   przeważnie 
lekarzami.   Trzeba   też,   aby   postępując   odwrotnie   niż   -   jak   to   zdołaliśmy   zauważyć   - 

postępowali dotychczas, ci, którzy w sensie freudowskim maja ów "cenny dar", o którym 
mówimy, przyłożyli się do zbadania w tym świetle niezmiernie złożonego mechanizmu 

natchnienia i poczynając od momentu, kiedy się je przestaje uważać za rzecz świętą, z 
całym zaufaniem, jakie mają do niezwykłych własności tego stanu, myśleli o rozerwaniu 

jego   ostatnich   więzów,   to   znaczy   -   czego   nie   śmiano   nigdy   brać   pod   uwagę   -   o 
podporządkowaniu   go   sobie.   Nie   warto   przy   tej   okazji   wdawać   się   w   subtelności, 

wiadomo na ogół, co to jest natchnienie. Co do tego nie można się mylić; natchnienie 
zaspokajało   najwyższe   potrzeby   wypowiedzi   we   wszystkich   czasach   i   we   wszystkich 

miejscach. Powiada się pospolicie, że albo ono jest, albo go nie ma i że jeśli go nie ma, 
to   nic   z   tego,   co   zamiast   niego   podsuwa   ludzka   sprawność,   co   ma   stempel 

zainteresowania, inteligencji dyskursywnej i talentu wzbogaconego pracą, nie może nam 
wynagradzać tego braku. Poznajemy je bez trudu po tym, że całkowicie opanowuje nasz 

umysł, że co jakiś czas nie dopuszcza wobec postawionego problemu, abyśmy się stali 
igraszką raczej jednego racjonalnego rozwiązania niż innego racjonalnego rozwiązania, 

poznajemy   po   tym   krótkim   spięciu,   jakie   wytwarza   między   daną   myślą   a   jej 
odpowiednikiem (na przykład zapisanym). Tak samo, jak w świecie fizycznym, krótkie 

spięcie wytwarza się, kiedy dwa "bieguny"  maszyny zostają  połączone  przewodnikiem 
bez   oporu   albo   ze   zbyt   niskim   oporem.   W   poezji   i   w   malarstwie   surrealizm   zrobił 

wszystko, co mógł, aby pomnożyć te krótkie spięcia. Na niczym nam bardziej nie zależy i 
nie   będzie   zależało,   jak   na   sztucznym   odtworzeniu   tego   idealnego   momentu,   kiedy 

człowiek   we   władzy   szczególnej   emocji   zostaje   nagle   pochwycony   przez   coś,   co   jest 
"silniejsze od niego", i rzucony wbrew sobie w nieśmiertelność. Trzeźwy, rozbudzony, 

byłby ze zgrozą wyrwał się z tej przykrej sytuacji. Rzecz cała w tym, że nie jest pod tym 
względem   wolny,   że   dalej   przemawia   przez   cały   czas,   kiedy   trwa   to   tajemnicze 

dzwonienie: bo rzeczywiście, o tyle on należy do nas, o ile przestaje należeć do siebie. Te 
wytwory   działalności   psychicznej,   jak   najbardziej   oderwane   od   chęci   oznajmiania 

czegokolwiek,   jak   najbardziej   uwolnione   od   idei   odpowiedzialności   zawsze   gotowych 
działać jako hamulce, jak najbardziej niezależne od wszystkiego, co nie jest pasywnym 

życiem   inteligencji   ludzkiej,   te   wytwory,   które   są   zapisem   automatycznym   albo 
relacjami   snów  

(3)

  mają   równocześnie   tę   zaletę,   że   tylko   one   mogą   dostarczyć 

elementów oceny w wielkim stylu krytyce, która w dziedzinie artystycznej okazuje się 
dziwnie  bezradna,  umożliwić  nowe   generalne   ustalenie  wartości  lirycznych  i  ofiarować 

klucz nadający się do otwierania bez końca tego pudełka o wielokrotnym dnie, któremu 
na   imię   człowiek,   klucz,   który   odwodzi   go   od   cofnięcia   się   pod   działaniem   zwykłych 

pobudek samozachowawczych w chwili, kiedy natrafi w mroku na zamknięte od zewnątrz 
drzwi do "innego świata" rzeczywistości, rozumu, geniuszu i miłości. Nastąpi dzień, kiedy 

nikt   nie   będzie   śmiał   poczynać   sobie   po   dragońsku   z   namacalnymi   dowodami   innej 
egzystencji niż ta, jaką w swoim domniemaniu prowadzimy. Ludzie nie będą mogli wyjść 

z podziwu, że znalazłszy się o tak drobny krok od prawdy, postaraliśmy się gremialnie o 
literackie czy jakiekolwiek inne alibi po to, aby - nie umiejąc pływać - nie rzucać się do 

wody i - nie wierząc w feniksa - nie iść w ogień dla osiągnięcia tej prawdy. 

*

Alchemia   słowa:   to   określenie   powtarzane   dzisiaj   dość   przypadkowo,   domaga   się 
potraktowania dosłownego. Jeżeli odnośny rozdział  Sezonu w piekle niezupełnie dorasta 

do swoich ambicji, to przecież jest prawdą, że może być bez cienia fałszu traktowany 
jako zachęta do trudnej działalności, którą dzisiaj jedynie surrealizm uprawia. Byłoby z 

naszej   strony   literacką   dziecinadą   twierdzić,   że   nie   za   wiele   zawdzięczamy   temu 
słynnemu   tekstowi.   Czy  wspaniały   wiek  XIV   jest   mniej   wspaniały   w  sensie   nadziei  (i 

rozumie   się,   rozpaczy)   ludzkiej,   dlatego   że   człowiek   obdarzony   geniuszem   Flamela 
otrzymał  od jakichś  tajemniczych  potęg istniejący  już  rękopis książki Abrahama  Żyda 

albo że tajniki Hermesowe nie zdołały całkowicie zaginąć? Nie wierzę w to ani na jotę i 
sądzę, że poszukiwania Flamela wraz z tym wszystkim, co na oko stanowi ich konkretne 

osiągnięcie, nic nie tracą przez to, że ktoś go poprzedzał i wspomagał. W naszej epoce 

background image

wszystko   się   odbywa   podobnie,   jak   gdyby   kilku   ludzi   otrzymało   drogami 
nadprzyrodzonymi osobliwy zbiorek, owoc współpracy  Rimbauda, Lautreamonta i kilku 

innych, i głos im jakiś powiedział, jak Flamelowi anioł: "Obejrz dokładnie tę książkę, nic z 
niej nie zrozumiesz, ani ty, ani wielu innych, ale któregoś dnia dojrzysz w niej coś, czego 

nikt   nie   potrafi   dojrzeć".   Urzeczenie   tą   kontemplacją   nie   zależy   już   od   nich.   Proszę 
łaskawie zwrócić uwagę, że między poszukiwaniami surrealistów i alchemików zachodzi 

uderzająca analogia celu: kamień filozoficzny jest po prostu czymś, dzięki czemu ludzka 
wyobraźnia miała wziąć wspaniały odwet na rzeczach, i oto my - po wiekach oswajania 

umysłu i szaleńczej rezygnacji - na nowo kusimy się o ostateczne wyzwolenie wyobraźni 
przez "długie,  bezmierne i wyrozumowane rozregulowanie  wszystkich  zmysłów"

*

  i tak 

dalej.  Być  może   nie  zajmujemy   się  niczym  innym,   jak  tylko  skromnym  pokrywaniem 
ścian   naszych   mieszkań   postaciami,   które   przede   wszystkim   wydają   nam   się   piękne, 

znowu   podobnie   jak   to   robił   Flamel,   zanim   znalazł   swój   pierwszy   czynnik,   swoją 
"materię", swój "tygiel". Lubił więc przedstawiać "Króla z długim kordelasem, który kazał 

żołnierzom   pozabijać   w   swoich   oczach   mnóstwo   dzieci,   a   matki   ich   płakały   u   stóp 
bezlitosnych   strażników,   których   to   dzieci   krew   zebrana   była   potem   przez   innych 

żołnierzy do wielkiego naczynia, gdzie słońce i księżyc z nieba przychodziły się kąpać" a 
tuż obok był "młody człowiek ze skrzydłami na chobotach, z kaducejem w ręce, którym 

szatkował sałatę pokrywającą mu głowę. Naprzeciw którego nadążał biegnąc i latając na 
otwartych skrzydłach wielki starzec, a ten miał do głowy przywiązany zegar". Czy nie 

przychodzi na myśl, że to przecież obraz surrealistyczny? I kto wie, czy w przyszłości, 
dzięki   jakimś   nowym   okolicznościom   lub   niezależnie   od   nich,   nie   będziemy   zmuszeni 

posługiwać   się   całkiem   nowymi   przedmiotami   albo   też   takimi,   które   uchodziły   za   nie 
nadające się w żadnym wypadku do użycia? Niekoniecznie myślę o tym, że zaczniemy na 

nowo   połykać   krecie   serca   albo   też   wsłuchiwać   się,   jak   w   bicie   własnego   serca,   w 
bulgotanie  gorącej wody w rondelku. Zresztą nic nie wiem, czekam, co będzie. Wiem 

tylko, że człowiek nie doszedł do kresu swoich trudów, i tyle, że witam z radością powrót 
tego  furoru,   który   Agryppa   zbytecznie   czy   z   pożytkiem   dzielił   na   cztery   rodzaje.   To 

właśnie z tym  furorem  i z nim wyłącznie mamy do czynienia w surrealizmie. I trzeba 
zrozumieć,   że   nie   idzie   o   zwykłe   przegrupowanie   słów   lub   kapryśne   rozmieszczenie 

obrazów wzrokowych, ale o odtworzenie stanu, który w niczym nie ustępuje pomieszaniu 
zmysłów: cytowani przeze mnie pisarze nowocześni dostatecznie wypowiedzieli się na ten 

temat.   A   że   Rimbaud   uznał   za   właściwe   usprawiedliwiać   się   z   tego,   co   nazywa 
"sofizmatami", o to nas głowa nie boli; fakt, że tamto, według jego określenia,  samo 

przeszło, doprawdy nie ma dla nas najmniejszego znaczenia. Widzimy w tym bardzo 
zwyczajne, drobne tchórzostwo, które w niczym nie przesadza losu pewnego zespołu idei. 

"Potrafię dzisiaj powitać piękno": niewybaczalne u Rimbauda jest to, że udawał przed 
nami drugą ucieczkę, kiedy naprawdę wracał do więzienia. - "Alchemia słowa": można 

również żałować, że "słowo" jest tu użyte w nieco zwężonym sensie, a zresztą Rimbaud 
sam bodaj przyznaje, że w tej alchemii za dużo miejsca zajmuje "starzyzna poetycka". 

Słowo jest czymś więcej i na przykład dla kabalistów słowo nie jest wcale mniejsze od 
czegoś, na podobieństwo czego stworzona jest dusza ludzka; wiadomo, że podnoszono je 

aż do wyżyn pierwotnej praprzyczyny; to samo miejsce zajmuje ono w tym, czego się 
boimy, w tym, co piszemy, i w tym, co kochamy. 

Mówię, że surrealizm nie wyszedł jeszcze z okresu przygotowań, i prędko dorzucam, że 
może ten okres będzie trwał tak długo jak ja (jak ja według bardzo skromnej miary, bo 

nie jestem jeszcze w stanie uznać, że niejaki Paul Lucas spotkał Flamela w Brousse na 
początku XVII wieku, że tego samego Flamela w towarzystwie jego żony i syna widziano 

w Operze w 1761 i że zjawił się na krótki czas w Paryżu w maju 1819, kiedy to miał 
wynająć   sklep   pod   22   przy   ulicy   Clery).   Faktem   jest,   że   mówiąc   z   grubsza   są   to 

przygotowania   typu   "artystycznego".   Przewiduję   jednak,   że   się   zakończą   i   że 
wstrząsające   idee   zawarte   w  surrealizmie   objawią   się   w  huku   ogromnego   rozdarcia   i 

uzyskają pełną swobodę. Można sobie wszystko obiecywać po nastawieniu nowoczesnej 
zwrotnicy
  dla   przyszłych   zamierzeń:   nadchodząc   po   naszych   zamierzeniach,   będą 

bardziej od naszych nieprzejednane. W każdym razie będziemy mieli dość powodu do 
zadowolenia z siebie, żeśmy się przyczynili do wykazania skandalicznej nicości tego,  co 

background image

się myślało  przed naszym przyjściem, i żeśmy twierdzili - przynajmniej twierdzili - że 
myśl powinna ugiąć się wreszcie pod naciskiem tego, co da się pomyśleć. 

Wolno zapytać,  kogo właściwie chciał Rimbaud zastraszyć grożąc otępieniem i obłędem 
temu,   kto   chciałby   pójść   w   jego   ślady.   Lautreamont   na   samym   wstępie   ostrzeże 

czytelnika, że "jeśli nie przystąpi do lektury ze ścisłą logiką, nieufnością i co najmniej 
równym   jej   napięciem   umysłu,   to   zabójcze   wyziewy   tej   książki   -  Pieśni   Maldorora  - 

pochłoną jego duszę, jak woda cukier", ale natychmiast nie omieszka dorzucić, że "tylko 
niektórzy będą smakowali ten gorzki owoc bez narażenia się na niebezpieczeństwo". Ta 

kwestia klątwy, która dotychczas wywoływała ironiczne albo bezmyślne komentarze, jest 
bardziej niż kiedykolwiek aktualna. Surrealizm może stracić wszystko, jeśli zechce oddalić 

od   siebie   tę   klątwę.   Jest   rzeczą   ważną   przywrócić   i   utrzymać   owo   "Maranatha" 
alchemików, umieszczone nad progiem dzieła dla zatrzymania profanów. Wydaje mi się, 

że to właśnie trzeba uprzytomnić w trybie naglącym niektórym z naszych przyjaciół, tym, 
co na przykład są zbyt pochłonięci, jak sądzę, sprzedażą i lokowaniem swoich obrazów. 

"Gdyby ci, których nazwiska - pisał niedawno Nouge - zaczynają się trochę wyróżniać, 
usunęli się w cień, byłbym z tego dość zadowolony." Chociaż nie wiem dokładnie, kogo 

miał na myśli, w każdym razie sądzę, że można wymagać od tych czy od owych, aby 
przestali się uprzejmie obnażać i produkować na kuglarskiej arenie. Trzeba się stanowczo 

bronić   przed   uznaniem   publiczności.   Pod   żadnym   pozorem   nie   wolno  dopuścić 
publiczności,   jeżeli   chce   się   uniknąć   zamieszania.   Dodam,   że   trzeba   ją   trzymać 

rozdrażnioną za drzwiami systemem wyzwań i prowokacji. 

DOMAGAM SIĘ GŁĘBOKIEJ, PRAWDZIWEJ OKULTACJI SURREALIZMU. 

(4)

 

Ogłaszam w tej kwestii prawo do bezwzględnej surowości. Żadnych ustępstw dla świata i 
żadnego pobłażania. Straszliwy wybór w ręku. 

Precz z tymi, którzy będą rozrzucali przeklęty chleb dla ptaków. 

"Każdy,   kto   pragnąc   osiągnąć   najwyższy   cel   duszy   wyrusza,   aby   poznać   wyrocznie   - 

czytamy w Trzeciej Księdze Magii - na to, aby móc do nich dotrzeć, powinien całkowicie 
oderwać   ducha   od   spraw   pospolitych,   powinien   oczyścić   go   z   wszelkiej   dolegliwości, 

słabości, złośliwości albo podobnych skażeń, i wszelkiej właściwości przeciwnej rozumowi, 
która go zjada, jak rdza zjada żelazo", a Czwarta Księga uściśla dobitnie, że oczekiwane 

objawienie wymaga przebywania "w miejscu czystym i jasnym, zewsząd obitym białymi 
obiciami", i że można spojrzeć w oczy zarówno złym, jak i dobrym Duchom jedynie dzięki 

"uszlachetnieniu",   do   jakiego   się   dochodzi.   Kładzie   też   nacisk   na   to,   że   księga   złego 
Ducha jest sporządzona "z bardzo czystego papieru, który nigdy przedtem nie był do 

niczego użyty", nazywanego pospolicie dziewiczym pergaminem. Nie zdarzyło  się, aby 
magowie   nie   dbali   o   czystość   olśniewającą   swojego   ubioru   i   swojej   duszy,   więc   nie 

byłbym w stanie zrozumieć, gdybyśmy oczekując tego, czego oczekujemy po pewnych 
praktykach   alchemii   umysłowej,   zgodzili   się   wykazać   pod   tym   względem   mniejsze 

wymagania niż oni. 

André Breton 

(1)

  Wiem, że te dwa ostatnie zdania niezmiernie ucieszą pewnych pisarków, którzy od 

długiego   czasu   starają   się   przeciwstawić   mnie   samemu   sobie.   Jak   to?   Powiadam,   że 

"najprostszy   akt   surrealistyczny..."?   A   więc!   I   kiedy   jedni,   przez   zbytnią   ciekawość, 
korzystają z okazji, aby mnie zapytać, "na co czekam", inni krzyczą o anarchii i chcą 

pokazać, że przyłapali mnie in flagranti na braku dyscypliny rewolucyjnej. Nie będzie mi 
trudno popsuć im ten ubogi efekt. Tak, to prawda, staram się wiedzieć, czy jakaś istota 

jest   zdolna   do   przemocy,   zanim   sobie   zadam   pytanie,   czy   u   tej   istoty   przemoc  się 
przystosowuje czy nie przystosowuje
. Wierzę w absolutną wartość wszystkiego, co 

się dokonywa spontanicznie czy niespontanicznie w sensie nieakceptacji, i nawet względy 

background image

ogólnej   skuteczności,   zalecające   długą   cierpliwość   przedrewolucyjną,   względy,   przed 
którymi się uginam, nawet one nie sprawią, że stanę się głuchy na krzyk, który każdej 

chwili może z nas wydrzeć przeraźliwa dysproporcja między tym, cośmy wygrali, a tym, 
co stracili, między tym, co zostało człowiekowi przyznane, a tym, co się przecierpiało. 

Rzecz jasna, że mówiąc o prostym akcie wcale nie myślę zachwalać go dlatego, że jest 
prosty,   a   zaczepki   z   tego   tytułu   są   tyle   samo   warte,   co   mieszczańskie   pytania   pod 

adresem   każdego   nonkonformisty,   dlaczego   nie   popełnia   samobójstwa,   każdego 
rewolucjonisty, dlaczego nie przenosi się do ZSRR. Zawracanie głowy! Niecierpliwość, z 

jaką niektórzy oczekują mojego zniknięcia, i moje przyrodzone upodobanie do aktywności 
wystarczą same przez się, aby mnie odwieść od niepotrzebnej "wyprowadzki". 

(2)

 "Im bardziej pogłębiamy patogenezę chorób nerwowych - pisze Freud - tym wyraźniej 

spostrzegamy związki, które je łączą z innymi zjawiskami życia psychicznego, nawet z 

tymi, do których przywiązujemy największe znaczenie. I widzimy, w jak małym stopniu 
rzeczywistość   zaspokaja   nasze   żądania;   wobec   tego,   pod   naciskiem   naszych 

wewnętrznych stłumień stwarzamy w głębi  nas samych całe  fantastyczne  życie, które 
realizuje   nasze   pragnienia,   kompensując   braki   egzystencji   prawdziwej.   Człowiek 

energiczny,   któremu   się   w   życiu   powiodło   ("któremu   się   powiodło":   oczywiście 
pozostawiam na rachunku Freuda odpowiedzialność za to słownictwo), to taki, któremu 

się udało fantazje swoich pragnień przemienić w rzeczywistość. Kiedy się taka przemiana 
nie udaje z powodu nieprzyjaznych okoliczności albo słabości jednostki, ta się odwraca od 

życia realnego: zamyka się w szczęśliwym świecie swojego marzenia; w razie choroby 
przekształca  treść marzenia w symptomy. W pewnych sprzyjających warunkach może 

znaleźć   jeszcze   inny   sposób   przejścia   od   swoich   fantazji   do   rzeczywistości   zamiast 
ostatecznie odsunąć się od niej przez regresję do dzieciństwa; rozumiem przez to, że 

jeżeli ta jednostka ma dar artystyczny, dar tajemniczy pod względem psychologicznym, 
to potrafi, zamiast w symptomy, przekształcać swoje marzenia w dzieła artystyczne. W 

ten   sposób   unika   neurozy   i   dzięki   temu   wybiegowi   wchodzi   na   powrót   w   związek   z 
rzeczywistością." 

(3)

 Jeśli uważam za swój obowiązek tak silnie podkreślać wartość tych dwóch operacji, to 

nie dlatego, aby same przez się stanowiły w moich oczach panaceum intelektualne, ale że 

dla   doświadczonego   obserwatora   przedstawiają   względnie   najmniejsze   pole   do 
nieporozumienia lub do oszustwa i że nie znaleziono nic lepszego, co by dało człowiekowi 

cenne poczucie środków, jakimi rozporządza. Rozumie się samo przez się, że warunki, 
jakie   nam   życie   stwarza,   sprzeciwiają   się   nieprzerywanemu   trwaniu   tak 

bezinteresownego, przynajmniej  na pozór, ćwiczenia myśli.  Ci, co poddali się mu bez 
zastrzeżeń,   niezależnie   od   tego,   jak   nisko   później   niektórzy   z   nich   upadną, 

nienadaremnie zostaną któregoś dnia rzuceni w sam środek feerii wewnętrznej. Po tej 
feerii powrót do wszelkiej przemyślanej działalności duchowej, choćby dogadzał gustom 

przeważającym   wśród   ich   współczesnych,   będzie   przedstawiał   w   ich   oczach   ubogie 
widowisko. 

Te bezpośrednie sposoby, ciągle dostępne dla wszystkich, które uporczywie wysuwamy 
na czołowe miejsce z chwilą, kiedy w gruncie rzeczy idzie już nie o produkcję dzieł sztuki, 

ale o rozjaśnienie nie odkrytej, a jednak dającej się odkryć cząstki naszej istoty, gdzie 
wszelkie   piękno,   wszelka   miłość,   wszelka   wartość   ludzka,   które   zaledwie   znamy,   lśni 

intensywnym blaskiem, te bezpośrednie sposoby nie są jedynymi sposobami. Wydaje się 
mianowicie, że w obecnej chwili można sobie wiele obiecywać po czystym rozczarowaniu, 

wywoływanym   pewnymi   metodami,   których   zastosowanie   w   sztuce   i   w   życiu 
prowadziłoby do skupienia uwagi już nie na rzeczywistości czy na wyobraźni, ale, jak by 

to powiedzieć, na odwrocie rzeczywistości. Chętnie sobie wyobrażam powieści, które 
nie mają końca, tak samo, jak istnieją problemy bez rozwiązania. Gdzież jest powieść, 

której   postaci   aż   nadto   określone   kilkoma   drobnymi   rysami,   będą   działały   w   sposób 
przewidziany chcąc wywołać nieprzewidziany skutek, i na odwrót, taka, gdzie psychologia 

przestanie załatwiać kosztem istot ludzkich i zdarzeń swoje wielkie zbyteczne obowiązki, 
aby rzeczywiście utrzymać między dwoma ostrzami ułamek sekundy i przychwycić w nim 

background image

zarodki konfliktów, albo taka, gdzie prawdopodobieństwo dekoracji nareszcie przestanie 
nas   pozbawiać   dziwności   symbolicznego   życia,   jakie   miewają   przedmioty   nawet 

najbardziej określone i najczęściej używane, ale miewają tylko we śnie, albo też taka, 
gdzie konstrukcja będzie jak najprostsza, ale za to scena porwania będzie opowiedziana 

słowami znużenia, burza - opisana dokładnie, ale  na wesoło  itd.? Ktokolwiek uzna, że 
czas   jest   skończyć   z   drażniącymi   brudami   "realistycznymi",   sam   potrafi   bez   trudu 

pomnożyć te propozycje. 

(4)

  Słyszę już jednak pytanie, jak przeprowadzić tę okultacje. Niezależnie od wysiłku, 

niezbędnego do zniszczenia pasożytniczej "francuskiej" tendencji, która by chciała, aby 
surrealizm z kolei skończył na piosenkach, myślę, że bardzo by się to opłaciło, gdybyśmy 

pchnęli poważny rekonesans w stronę nauk, które z różnych względów są dziś całkowicie 
wzgardzone; ze starożytnych mam na myśli astrologię, z nowoczesnych - metapsychikę 

(szczególnie to, co dotyczy kryptestezji). Idzie tylko o to, aby zbliżyć się do tych nauk z 
pewnym minimum niezbędnej nieufności, a na to wystarczy, w obu wypadkach, zdobyć 

ściśle,   pozytywne   pojęcie   o   obliczaniu   prawdopodobieństwa.   Trzeba   tylko,   aby   przy 
żadnej okazji nie spychać trudu tego obliczania na kogo innego, ale przeprowadzać je 

samemu. Przy tym założeniu sądzę, że nie może być dla nas obojętne, czy na przykład 
pewne   osoby   są   zdolne   do   odtworzenia   rysunku   umieszczonego   w   zamkniętej 

nieprzezroczystej   kopercie   nawet   w   nieobecności   twórcy   rysunku   i   w   warunkach 
wykluczających, aby ktokolwiek był poinformowany, co to za rysunek. Przeprowadzaliśmy 

pewne   doświadczenia   w   postaci   "gry   towarzyskiej",   których   cel   odprężający   i 
odświeżający   umysł   nie   pomniejsza   chyba   ich   znaczenia:   szło   więc   o   teksty 

surrealistyczne,   otrzymywane   równocześnie   przez   wiele   osób   piszących   od   tej   do   tej 
godziny   w   tym   samym   pokoju,   o   współpracę   nad   ułożeniem   wspólnego   zdania   lub 

wspólnego rysunku, którego jeden element (podmiot, orzeczenie lub przymiotnik - głowa, 
brzuch lub nogi) był uprzednio przez każdego dostarczany (Wyborny trup); nad definicją 

rzeczy   nie   podanej   z   góry   (Dialog   w   1928);   kiedy   indziej   trzeba   było   przewidzieć 
zdarzenia,   jakie   by   pociągnęła   realizacja   takiego   a   takiego   całkowicie   nieznanego 

warunku (Gry surrealistyczne) itp.; w tych grach doprowadziliśmy do powstania ciekawej 
możliwości, mianowicie  do utworzenia wspólnej myśli. Zawsze tak bywa, że w ten 

właśnie sposób wyłaniają się uderzające związki, ujawniają się zadziwiające analogie, że 
najczęściej wchodzi w grą niewytłumaczalny czynnik jakiejś nieodpartej myśli i że słowem 

tutaj wypada  miejsce  najbardziej niezwykłych  spotkań. Ale na razie możemy je tylko 
wskazać. Jest zresztą zupełnie oczywiste, że byłoby z naszej strony próżnością liczyć w 

tej   dziedzinie   wyłącznie   na   własne   siły.   Poza   wymaganiami   rachunku 
prawdopodobieństwa,  które  w metapsychice  są zawsze  nieproporcjonalne  do  korzyści, 

jaką można wyciągnąć z najdrobniejszego zapożyczenia, i od samego początku skazują 
nas na czekanie, aż będzie nas dziesięć czy sto razy więcej, trzeba się jeszcze liczyć z 

tym, że dar rozdwojenia i jasnowidzenia jest szczególnie źle rozdzielony pomiędzy ludzi 
fatalnie naszpikowanych w większym lub mniejszym stopniu oficjalną psychologią. Nie 

byłoby   nic   bardziej   pożytecznego,   jak   spróbować   pod   tym   kątem   widzenia   "iść"   za 
pewnymi  osobami,   upatrzonymi   bądź   w   świecie   normalnym   bądź   gdzie   indziej, 

trzymając się jednocześnie daleko od jarmarcznej budy i od gabinetu lekarza, słowem 
postępować w duchu surrealistycznym. Wynik tych obserwacji powinien być zanotowany 

w   formie   naturalistycznej   z   wykluczeniem,   ma   się   rozumieć,   wszelkiej   poetyzacji. 
Domagam się po raz któryś, abyśmy się usunęli w cień wobec mediów, które w małej co 

prawda   liczbie,   ale   jednak  istnieją,   i   abyśmy   nie   wyolbrzymiając   znaczenia   tego,   co 
robimy, podporządkowali się pod tym względem ich pierwszemu lepszemu przekazowi. 

Chwała, mówiliśmy Aragon i ja, histerii i orszakowi kobiet, młodych i nagich, które się 
czołgają po dachach. Problem kobiety stanowi to, co jest na świecie najbardziej cudowne 

i  niepokojące.   Przyjmując,   że   człowiek   niezepsuty   powinien  być  zdolny   do  pokładania 
wiary nie tylko w Rewolucji,  ale również w miłości, w obu wypadkach stosujemy tę. 

samą miarę. Upieram się przy  tym mniemaniu  tym bardziej,  że ten upór, jak  dotąd, 
ściągnął   na   mnie   bodaj   najwięcej   nienawiści.   Tak   jest,   sądzę   i   zawsze   sądziłem,   że 

wyrzeczenie się miłości, wszystko jedno, czy pod pretekstem ideologicznym, czy też nie, 
jest   jednym   z   rzadkich   niewybaczalnych   występków,   jakie   człowiek   obdarzony   pewną 

background image

inteligencją może w swoim życiu popełnić. Ktoś, kto uważa się za rewolucjonisty, chciałby 
inny   twierdzi,   że   poświęca   się   sprawie,   która   jeszcze   bardziej   niż   miłość   nie   znosi 

rywalizacji:  w rzeczywistości nikt prawie nie ma odwagi spojrzeć otwartymi oczami w 
ogromne światło miłości, w której zbiegają się, ku najwyższemu zachwytowi człowieka, 

obsesyjne   idee   zbawienia   i   obłędu.   Ale   czy   ten,   kto   się   w   tym   względzie   nie   potrafi 
utrzymać   w   stanie   oczekiwania   lub   doskonałej   gotowości,   czy   ten,   zapytuję,   może 

przemówić  po   ludzku 

**

  Skoro   idzie   tutaj   o   możliwości   okultacji   surrealizmu,   tym 

bardziej zwracam się do tych, którzy się nie boją ujmować miłości jako idealnej okultacji 

wszelkiej myśli. Powiadam do nich: istnieją widzenia realne, ale jest także w głębi ducha 
lustro, nad którym ogromna większość ludzi mogłaby się pochylić nic nie widząc. Ohydna 

kontrola nie funkcjonuje najlepiej. Istota, którą kochasz, żyje. Język objawienia składa 
się ze słów wypowiadanych bardzo głośno i słów wypowiadanych bardzo cicho, z wielu 

stron naraz. Trzeba się pogodzić z tym, że rozumie się piąte przez dziesiąte. 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 

Z   drugiej   strony,   kiedy   zastanawiam   się   nad   tym,   co   w   surrealizmie   tłumaczy   się 
astrologicznie przeważającym wpływem "uranicznym", jakże nie życzyć sobie z punktu 

widzenia surrealistycznego,  aby ukazało  się  jakieś krytyczne, pisane  w dobrej wierze, 
dzieło o Uranie, które by zapełniło poważną lukę, datującą się w tej materii od dawna? 

Można   powiedzieć,   że   jeszcze   się   niczego   nie   tknięto.   Data   urodzenia   Baudelaire'a 
przedstawia szczególną koniunkturę Urana z Neptunem i z tego powodu pozostaje, aby 

tak powiedzieć, nie do objaśnienia. O koniunkcji Urana z Saturnem, która miała miejsce 
między   1896   a   1898  i   zdarza   się   co   czterdzieści   lat,   o   tej   koniunkcji,   która 

charakteryzuje datę urodzenia Aragona, Eluarda i mojego - wiemy tylko od Choisnarda, 
że   mało   jak   dotąd   zbadana   w   astronomii,   "oznaczałaby   według   wszelkiego 

prawdopodobieństwa:   głęboką   miłość   wiedzy,   poszukiwanie   tajemnicy,   rozwiniętą 
potrzebę uczenia się". (Słownictwo Choisnarda jest oczywiście podejrzane.) "Kto wie - 

dodaje   on   -   czy   koniunkcja   Saturna   z   Uranem   nie   zrodzi   nowej   szkoły   w   jakiejś 
specjalności   naukowej?   Ten   układ   planetarny,   umieszczony   w   dobrym   miejscu   w 

horoskopie, odpowiadałby temperamentowi człowieka obdarzonego zdolnością refleksji, 
bystrością, niezależnością, który mógłby się stać pierwszorzędnym badaczem." Te słowa 

wzięte z Wpływu astralnego pochodzą z roku 1893, a w 1925 Choisnard zanotował, że 
jego przepowiednia zaczyna się spełniać. 

*

 Słynne zdanie z "Listu jasnowidza" Rimbauda (przyp. tłum.) 

**

 W tym miejscu jest przytoczona część tekstu ankiety w sprawie miłości (przyp. tłum.)