background image

Alternatywna wersja siódmego sezonu 
Autor: George Stark II

Wyjaśnienia Autorki: Każdy rozdział fika obejmuje akcję jednego odcinka serialu, tylko bez 
medycyny (z niewielkimi wyjątkami). Medyczny stuff byłby w miejscach oznaczonych: [].
Oznaczenie: [-]sygnalizuje, że akcja toczy się w tym samym czasie, tylko z perspektywy innego 
bohatera (ale to dopiero od rozdziału/epa 3.)

Prolog – alternatywne zakończenie 6x22

Tylko centymetry dzieliły tabletki od jego ust, kiedy się powstrzymał.

Nie chciał tego. To nie było to, czego chciał. Nikt tego nie chciał. Był wściekły na Wilsona za to, że 
wyrzucił go z mieszkania, i było łatwo go obwiniać, jednak Wilson również tego nie chciał.

Odłożył tabletki, chwycił mocno swoją laskę i wstał. Może powie Wilsonowi, do czego niemalże 
doszło, a może zachowa to dla siebie. Nie wiedział, co zrobi. Może podejmie decyzję, kiedy dotrze 
na miejsce. Ale musiał się ruszyć. Pocił się przerażony tym, jak mało brakowało, żeby wszystko 
spieprzył.

Wilson powiedział mu tylko, żeby się wyprowadził; nie poprosił o zwrot klucza, więc House nie 
czuł się w żaden sposób winny, że wszedł do mieszkania bez pukania. Zwłaszcza biorąc pod uwagę 
okoliczności.

Pierwszą rzeczą, którą zauważył, była cisza. Coś było nie tak. Czemu nie słyszał jej jazgotliwego 
śmiechu ani ich mlaszczących pocałunków, ani jej jęków rozkoszy, które wydawała, gdy Wilson 
dobierał się do niej w sypialni? Albo - bardziej realistycznie - czemu nie słyszał monotonnej 
paplaniny, jaką przypominały ich rozmowy na temat ich nudnych dni ani brzęku naczyń, 
towarzyszącego przygotowywaniu kolacji przez Wilsona, ani jednostajnego odgłosu telewizora, 
podczas gdy oni siedzieli w milczeniu na kanapie?

Wilson siedział w milczeniu na kanapie, ale był sam. Wyglądało na to, że płakał. Nawet nie 
podniósł wzroku, kiedy House wszedł do środka. House chociaż raz nie był pewien, co powiedzieć. 
Chciał porozmawiać o swoich własnych problemach, opowiedzieć Wilsonowi o tym, co prawie 
zrobił, jednak nie zrobił tego, bo Wilson cierpiał już wystarczająco i nie było mu potrzebne jeszcze 
to. Chciał powiedzieć "A nie mówiłem", jednak nie zrobił tego, bo Wilson cierpiał już 
wystarczająco i nie było mu potrzebne jeszcze to. Będzie miał mnóstwo czasu, żeby wypomnieć to 
swojemu przyjacielowi po tym, jak obaj skończą dochodzić do siebie. House zerknął na stolik do 
kawy. Stała tam na wpół pusta butelka piwa. Tylko jedna.

Usiadł na kanapie obok Wilsona, patrząc na jego twarz, próbując ocenić, jakie słowa byłyby 
odpowiednie, a jakie nie. Postanowił zapomnieć o swojej niedoszłej wpadce. Przynajmniej na razie. 
Popatrzył na Wilsona, zastanawiając się, jak to się dokładnie stało, co zostało powiedziane i przez 
kogo, co ona mu zrobiła.

Jednak po tym nie potrafił wybiec myślami ani kroku dalej. Wilson przestał wpatrywać się w 
podłogę. Podniósł wzrok na House'a i jednym płynnym ruchem pochylił się w jego kierunku i go 
pocałował.

background image

Stało się to na chwilę przed tym, jak House zamknął oczy, nie chcąc, by sytuacja zrobiła się jeszcze 
bardziej niezręczna, niż już była. Odruchowo oddał pocałunek.

Nie było to zwykłe przepychanie się języków z ust do ust. Zetknęli się wargami, ich języki spotkały 
się ze sobą, a potem nieznacznie się wycofali. Zetknięcie się warg, języków, wycofanie, zetknięcie 
się warg, języków, wycofanie.

Po jakichś pięciu sekundach Wilson odsunął się na dobre. House otworzył oczy i popatrzył na niego 
bez słowa.

[Napisy końcowe]

7x01 "Wyższy poziom"

Dziekan Medycyny podniosła wzrok i ujrzała Wilsona, który stał z uniesioną ręką, by zapukać do 
jej drzwi. Nie czekając na pukanie, skinęła na niego, żeby wszedł. Zaskoczyło ją, że Wilson już był 
w szpitalu; pora była wczesna, nawet jak na niego.

Wkroczył do jej gabinetu bez wstępnego powitania i oświadczył: - Cuddy, chcę cię prosić o 
przysługę.

Popatrzyła na Wilsona, tłumiąc pragnienie, by ucisnąć grzbiet swego nosa. - Czego potrzebujesz?

- Kiedy przyjdzie House i będzie mnie szukał, powiedz mu, że zostałem w domu, bo źle się 
czułem... albo że wziąłem dzień urlopu... albo cokolwiek. Powiedz mu, że nie ma mnie w szpitalu.

Cuddy spojrzała uważnie na swojego szefa onkologii. Mimo iż było dopiero wcześnie rano, jego 
ubrania był lekko wymiętoszone, a włosy potargane. Nie byłaby to nawet zauważalna różnica dla 
kogoś takiego jak House, lecz Wilson zazwyczaj wyglądał tak schludnie, że ta zmiana budziła 
zaniepokojenie. Zlustrowała go od stóp do głów, zastanawiając się, co mogło wprawić Wilsona w 
takie podenerwowanie. Jego oczy patrzyły na nią błagalnie.
- Proszę, nie zadawaj pytań. To ważne.

- W porządku - zgodziła się bez pośpiechu, po czym dodała ostrzegawczo: - Ale wiesz o tym, że 
dzięki temu kupisz sobie najwyżej kwadrans?

Wilson skrzywił się. - Postaraj się być przekonująca.

Cuddy skinęła głową i wróciła do swojej papierkowej roboty. Wilson rozejrzał się w lewą i prawą 
stronę, zanim opuścił jej gabinet. Najlepszym sposobem na uniknięcie spotkania z House'em było 
pójście do miejsca, którego nie znosił. Wilson udał się odpracować swój dyżur w klinice.

[]

- House!

background image

To była Trzynastka. House jęknął żałośnie i ruszył w przeciwnym kierunku, tak szybko jak 
pozwalała mu laska, lecz lekarka nieuchronnie dogoniła go, mimo jego starań.

- Nowy przypadek. Czterdziestojednoletni mężczyzna...

- ...mam to gdzieś. Niech Foreman się tym zajmie. Jestem zajęty. - Zerknął do gabinetu Wilsona, ale 
onkologa nie było w środku.

Trzynastka wpatrywała się w niego przez chwilę z otwartymi ustami, po czym zaczęła mówić dalej: 
- Ma objawy...

- ...powiedziałem: mam to gdzieś. Jestem zajęty. Powiedz Foremanowi, żeby wziął sprawy w swoje 
ręce. - House ruszył w kierunku gabinetu Cuddy. Trzynastka uniosła ręce w geście bezradności i 
wróciła do pokoju diagnostyki.

[]

- Gdzie jest Wilson?

- Zadzwonił, że jest chory - odparła, nie podnosząc wzroku.

- Wyszedł z mieszkania, zanim ja zdążyłem wstać. Poza tym, to jest szpital. Jeżeli jest się chorym, 
to ma się jeszcze więcej powodów, żeby przyjść do pracy.

- House, nie pytałam go o nic. Wilson ma prawo wziąć wolny dzień, kiedy jest mu to potrzebne.

- Zatem jesteś wtajemniczona, tylko Wilson nie powiedział ci w co.

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Nie masz przypadkiem pacjenta?

House utkwił w niej badawcze spojrzenie.

Cuddy wreszcie podniosła wzrok. - House, jego naprawdę tu nie ma.

- Klinika jest zbyt oczywista, moje biuro i pokój konferencyjny mają szklane drzwi, a zresztą za 
bardzo by ryzykował, że na mnie wpadnie. Gdyby mnie nie unikał, siedziałby po prostu w swoim 
gabinecie, ale go tam nie ma. Nie może być w której z moich zwykłych kryjówek, ponieważ ma 
pacjentów. Miałoby więcej sensu, gdyby rzeczywiście wziął wolne, niż gdyby zwyczajnie spędził 
ten dzień w kostnicy albo...

- ...House, nie wiem, czemu założyłeś, że Wilson się przed tobą ukrywa, ale jego naprawdę...

- ...Musi chodzić o klinikę. Dzięki, Cuddy.

Cuddy westchnęła i pokręciła głową, kiedy House wyszedł.

[]

Wilson przyłożył stetoskop do pleców pacjentki i poinstruował: - Proszę zrobić głęboki wdech.

Gdy kobieta wciągnęła powietrze w płuca, zabrzęczał jego pager. "On wie", brzmiała wiadomość.
- Niech to szlag.

background image

- O co chodzi?

- Um, proszę mi wybaczyć. Nagły wypadek, muszę natychmiast pójść do jednego z moich 
pacjentów. Przyślę innego lekarza, żeby dokończył badanie. - Wypadł z pokoju zabiegowego, 
powiedział przechodzącemu obok Chase'owi, żeby go zastąpił i czmychnął do jednego z pustych 
gabinetów. Oparł się plecami o drzwi, oddychając ciężko.

Jego pager zabrzęczał ponownie. Tym razem wiadomość pochodziła od House'a. "Wiem gdzie 
jesteś". W pierwszym odruchu Wilson pokręcił głową, ponieważ House nie mógł wiedzieć, o który 
gabinet chodziło, lecz po chwili usłyszał w korytarzu głos House'a - "Aha!" - i dotarło do niego, jak 
głośny był sygnał jego pagera.

Przez jakąś minutę usiłował zabarykadować drzwi własnym ciałem, po czym uświadomił sobie, jak 
niedorzeczne jest takie zachowanie. Odsunął się od drzwi, a House praktycznie wpadł do środka.

- Cóż, to było głupie - powiedział. - Teraz nie możesz nawet uciec.

Wilson westchnął. Już miał zapytać House'a, czego od niego chce, ale to nie miało sensu. Wilson 
wiedział dokładnie, czego House chciał.

House przyglądał mu się przez chwilę, po czym się odezwał: - Nie możesz ot tak rzucać się na 
mnie, a potem spanikować i wybiec z mieszkania.

- Nie musimy o tym rozmawiać. Po prostu opowiedz jakiś gejowski dowcip, a później wróć do 
swojego pacjenta i będziemy mogli udawać, że to się nigdy nie stało.

Wilson unikał jego wzroku. House obejrzał go z góry na dół, Wilson jedynie wpatrywał się w 
podłogę.

- A więc od jak dawna jesteś we mnie zakochany?

- House, przepraszam, w porządku? Popełniłem błąd. Sam zerwała ze mną chwilę wcześniej - 
kolejny raz - byłem zdenerwowany, rozkleiłem się, i nagle pojawiłeś się ty...

- ...Czemu ludzie całują mnie tylko wtedy, kiedy się rozklejają?

- House, przepraszam. Uwierz mi. Tak bardzo mi przykro. Mógłbyś po prostu dać temu spokój? 
Proszę...

Wreszcie podniósł wzrok. Błagalnie spojrzał House'owi w oczy.

- Od jak dawna? - powtórzył House.

Wilson wzruszył ramionami.

- Od Mayfield?

- Jeszcze przed Mayfield.

- Od pogrzebu mojego ojca?

background image

- Wcześniej.

- Przed Amber?

Wilson westchnął i skinął głową. - Przed Amber.

- Zatem ona była namiastką mnie.

- Amber była kobietą, w której przypadkiem się zakochałem, która przypadkiem posiadała pewne 
cechy twojej osobowości. Prawdopodobnie układałoby się nam ze sobą i być może to dlatego, że 
była taka jak ty. Ale kochałem ją dla niej samej.

- Jednak wcześniej pokochałeś mnie.

Wilson ponownie wzruszył ramionami, odwracając wzrok.

House westchnął, opierając się na lasce. - Jak to się stało, że nigdy niczego nie powiedziałeś?

- Może ma to coś wspólnego z faktem, że nie odwzajemniasz moich uczuć? - podsunął Wilson.

- Ja nie nie odwzajemniam twoich uczuć.

- Co to ma, do diabła, znaczyć?

Znowu popatrzyli na siebie. - To nie tak, że nigdy o tym nie myślałem - zauważył House. - Obaj 
wiedzieliśmy, że to miało nastąpić prędzej czy później. Nigdy nie byliśmy wyłącznie przyjaciółmi.

Wilson zmrużył oczy. - Ty nigdy nie mówiłeś o tego typu sprawach.

- A ty nigdy wcześniej mnie nie pocałowałeś.

Pager Wilsona zapiszczał ponownie. Zerknął na wyświetlacz i westchnął. - Tym razem naprawdę 
mnie wzywają. Muszę lecieć, House.

Przez chwilę House w dalszym ciągu blokował drzwi, ale w końcu westchnął i odstąpił na bok. 
Wychodząc, Wilson otarł się o niego ramieniem.

[]

Jego zespół siedział w pokoju konferencyjnym. Pod jego nieobecność wyciągnęli białą tablicę.

- Wstawaj - rozkazał.

- Przecież powiedziałeś... - zaczął Foreman.

- ...To już nie jest twój przypadek. Wróciłem. Ty i Taub pójdziecie sprawdzić jego mieszkanie i 
gabinet...

- ...Pacjent spędził ostatnie dwanaście lat w szpitalu psychiatrycznym.

- Czy ja wyglądam, jakby mnie to obchodziło? Sprawdźcie przyczyny środowiskowe, poznajcie 
jego sekrety, czy co tam zwykle robicie. Wy dwoje, nastąpiła zmiana planów. Wstawać.

background image

Chase i Trzynastka wymienili spojrzenia, po czym wyszli za House'em z gabinetu diagnostyki i 
skierowali się do biura Wilsona.

- Co tu robimy?

- Diagnozujemy pacjenta. Siadać. - Wskazał ręką na kanapę Wilsona, a sam usadowił się za 
biurkiem, pocierając swoje udo. - Historia pacjenta. Jazda.

[]

Wilson otworzył drzwi i spojrzał zdziwiony na dwójkę lekarzy siedzących na jego kanapie.

House podniósł wzrok znad biurka Wilsona. - Okej, podajcie leki na dystrofię mięśnia sercowego. 
Do dzieła.

Trzynastka i Chase wstali natychmiast, oglądając się za siebie na Wilsona i House'a.

House i Wilson popatrzyli na siebie.

- Przyszedłeś do mojego gabinetu, więc możesz zacząć - zdecydował Wilson, wskazując dłonią na 
House'a.

- Co chcesz, żebym powiedział?

- Co ci chodzi po głowie? - Wilson usiadł na kanapie, wpatrując się badawczo w House'a. Onkolog 
zdawał się być znacznie spokojniejszy, niż wcześniej.

House zmierzył go wzrokiem. - Co się zmieniło? Poszedłeś powiedzieć jedenastolatce, że jej 
nowotwór zniknął?

Wilson się uśmiechnął. - Dziewiętnastolatce. A poza tym podjąłem decyzję, że nie wykopiesz mnie 
z mieszkania.

- Wilson, to twoje mieszkanie.

- Mimo to. - Wilson posłał mu uśmiech.

- Więc co się teraz stanie?

- Możemy... wrócić do tego, co było i nigdy nie wspominać o... o tym, co stało się ubiegłego 
wieczoru.

House popatrzył na niego uważnie. - Będziesz nieszczęśliwy.

Wilson roześmiał się. - Nie jestem nieszczęśliwy. Bardzo mi się podobało nasze wspólne życie, 
House, nawet takie, jak było. Miałeś rację co do Sam; nie będę już próbował powtarzać tych 
samych błędów i oczekiwać odmiennych rezultatów. Czułem się najszczęśliwszy, kiedy byliśmy 
tylko ty i ja, tak jak zawsze. Nie mógłbym prosić o nic więcej.

- Ale chcesz więcej.

background image

Wilson wzruszył ramionami. - Gdyby pojawiła się propozycja czegoś więcej, to bym jej nie 
odrzucił. Ale niczego nie oczekuję. Nie planowałem tego, że cię pocałuję, House. To się po prostu 
stało.

House spojrzał na niego. - Ale ja oddałem pocałunek.

- Wiem, że tak, House. Jednak to nie musi niczego oznaczać.

House zmrużył oczy. - Wilson, chcesz ze mną być, czy nie?

Wilson bez słowa odwzajemnił jego spojrzenie.

Zabrzęczał pager House'a. "911".
- Moje gratulacje, właśnie kupiłeś sobie trochę czasu. - Wstał i obszedł chwiejnym krokiem biurko 
Wilsona. - Na wypadek gdybyś potrzebował pomocy w podjęciu decyzji... - Nachylił się blisko do 
Wilsona i delikatnie pocałował go w usta. Patrzyli na siebie przez sekundę, po czym House 
wykuśtykał z gabinetu, sprawdzić, co z jego pacjentem. Wilson przesunął palcami po swoich 
wargach.

[]

Wilson wpadł do gabinetu House'a. - Co to miało znaczyć, do diabła? - zapytał natarczywie.

- Co takiego? - spytał niewinnie House.

- Ty... tamto... przestań ze mną pogrywać, House!

- Czego ode mnie chcesz, Wilson?

- Właśnie powiedziałem, że chcę, żebyś przestał ze mną pogrywać.

- Nie pogrywam z tobą - odparł z naciskiem House, chwytając się za udo i wstając ze swojego 
fotela. - Próbuję dać ci okazję, żebyś dostał to, czego chcesz. Następnym razem pomyśl o 
konsekwencjach, zanim pocałujesz swojego najlepszego przyjaciela.

- O to właśnie chodzi, House. - Wilson westchnął, przeczesując palcami włosy. - Ja nie myślałem. 
Byłem wytrącony z równowagi i zobaczyłem ciebie...

- ...i ogarnęło cię żarliwe pragnienie, by...

- ...House, proszę, przestań.

House popatrzył na niego. - Czemu nie możesz zwyczajnie zaakceptować faktu, że się zgadzam?

- Bo to nie jest racjonalna decyzja.

- To w zupełności racjonalna decyzja. Znamy się od lat, tolerujemy wszystkie swoje dziwactwa...*

- ...House...

House podniósł dłoń. - ...i żaden z nas nie chce umrzeć samotnie. - Wskazał na Wilsona, dając mu 
znać, że teraz może coś powiedzieć.

background image

Wilson zachichotał bez wesołości i ponownie przesunął dłonią po włosach. - Tak wygląda twoje 
uzasadnienie? Dlatego powinniśmy być ze sobą? Bo "żaden z nas nie chce umrzeć samotnie"?

- To oraz cała reszta.

- Nie mogę w to uwierzyć. House, ludzie nie łączą się w pary tylko dlatego, że nie chcą umierać w 
samotności.

- Nie, oni trwają w związkach, bo nie chcą umrzeć w samotności. Ludzie łączą się w pary z innych 
powodów, lecz kiedy nie mogą już ze sobą wytrzymać, to jest powód, dla którego zostają ze sobą. A 
my wciąż potrafimy wytrzymać ze sobą, zatem już mamy fory.

- House, czy to do ciebie nie dociera? Nie chcę, żebyś był ze mną, ponieważ nie chcesz umrzeć w 
samotności. Chcę, żebyś był ze mną, ponieważ ci na mnie zależy.

- Wiesz, że tak jest.

- Nie o tym teraz mówię.

- A więc o czym? - Oczy House'a przeszyły go na wylot. - Powiedz mi, o czym mówisz.

- Chcę, żebyś był ze mną, bo mnie kochasz. Ale tak nie jest - dodał szybko. - Zatem... koniec 
historii. Koniec z całowaniem, koniec z mówieniem o nas, jakbyśmy byli parą. Po prostu... wróćmy 
do tego, co było. Tamto... nigdy nie miało miejsca. Tamten pocałunek nigdy się nie wydarzył.

Popatrzyli na siebie.

- Niech będzie - zgodził się lakonicznie House. - Tamten pocałunek nigdy się nie wydarzył.

- Dziękuję - odparł Wilson, a następnie wyszedł z biura House'a z pochyloną głową.

[]

Słońce zniżało się ku zachodowi, gdy Wilson ruszył w drogę do wyjścia ze szpitala. Uśmiechał się 
do mijanych pielęgniarek, czując ucisk w żołądku, ponieważ nawet gdyby znalazł jedną, którą by 
polubił, nie byłby w stanie wejść z nią w stały związek. Chyba że wyłącznie dla seksu. Być może to 
właśnie powinien robić - umawiać się w kobietami wyłącznie dla seksu? Dopóki, prędzej czy 
później, nie poczułby się emocjonalnie związany z którąś z nich i nie zechciał się ponownie ożenić. 
Westchnął. Może House postępował właściwie, po prostu korzystając z seksualnych usług 
prostytutek. Jakie inne opcje miał do dyspozycji teraz, gdy...

- Wilson! - House zawołał go z końca korytarza, przerywając jego rozmyślania.

Wilson zatrzymał się i zaczekał na niego, mając nadzieję, że - pomimo jego seksualnego dylematu - 
inne sprawy po prostu wrócą wreszcie na swoje dawne tory i że House nie poruszy tematu tego 
głupiego błędu, jakim był pocałunek. Nieważne, przez którego z nich został on zainicjowany. 
Jednak kiedy popatrzył na swojego przyjaciela, doświadczył odmiennego ucisku w żołądku. To 
jeszcze nie był koniec.

House podszedł do niego. - Niech ci się nie wydaje, że tak łatwo się ode mnie uwolnisz.

background image

- House, przecież powiedziałeś...

- ...skłamałem.

Badawcze oczy House'a spoczęły na Wilsonie, który nie miał pojęcia, czego chce House.

W końcu House odezwał się znowu: - Dlaczego nigdy nie pozwolisz sobie po prostu być 
szczęśliwym?

- Co masz na myśli? - spytał obronnym tonem Wilson. - Staram się, jak mogę, żeby być szczęśliwy, 
House...

- ...nie, wcale nie - przerwał mu starszy mężczyzna. - Po pierwsze, jesteś onkologiem. Całymi 
dniami mówisz dzieciom, że umrą, a potem nie chcesz być w nocy sam, więc znajdujesz sobie 
pierwszą lepszą kobietę, chociaż wiesz, że ona w końcu cię zrani. Bezustannie zarzucasz mi, że 
odpycham od siebie ludzi, ale to ty wykopałeś swojego jedynego przyjaciela na ulicę, ale - na twoje 
szczęście - wybaczyłem ci twoją głupotę. A po tym wszystkim, gdy wreszcie wyjawiłeś 
wspomnianemu przyjacielowi, że chcesz się z nim związać, a on się zgodził, ty wpadasz w popłoch 
i uciekasz. Czego się obawiasz?

House ani na chwilę nie przestał patrzeć mu w oczy, i Wilson nie wiedział, jak ma odpowiedzieć. 
Ostatecznie zdecydował się wytknąć maleńką lukę i argumentacji House'a.
- Nigdy nie powiedziałem, że chcę się wiązać, House.

- Czyny przemawiają głośniej niż słowa, Jimmy - odparł natychmiast House.

Wilson jedynie spoglądał na niego przez chwilę, nie reagując, nie wiedząc, co się zaraz stanie, ani 
co on sam powinien zrobić. Nie miał pojęcia, czego sam chce.

Po upływie całej wieczności House zrobił krok naprzód, likwidując dzielący ich dystans. Zawiesił 
laskę w zgięciu łokcia, by móc oprzeć dłonie na biodrach Wilsona, a Wilson pozwolił mu na to z 
jakiegoś powodu. Onkolog zamknął oczy i poczuł, że usta House'a nie tylko muskają jego wargi, 
lecz napierają na nie i rozchylają je z czułością. Język House'a przesunął się po wnętrzu jego ust, a 
ramię House'a otoczyło go mocniej w pasie. Wilson stał tam tylko, pozwalając House'owi się 
całować. Przesunął odrobinę językiem po języku House'a, ale poza tym drobnym gestem nie oddał 
pocałunku. Nie otwierał oczu i oddychał przez nos, starając się odprężyć w tym nowym, 
niezwykłym natężeniu bliskości. I czekał, aż pocałunek dobiegnie końca, by móc spróbować 
odczytać z twarzy House'a, jakie są jego zamiary.

Kiedy House się wreszcie odsunął, Wilson usłyszał słowa przyjaciela, odbijające się echem w jego 
głowie. Czyny przemawiają głośniej niż słowa, Jimmy.

Wilson spojrzał na House'a, jednak jego mina nie wyrażała niczego - najwyraźniej czekał z własną 
reakcją na reakcję Wilsona. Wilson przesunął dłonią po włosach, a następnie pozwolił sobie na 
uśmiech.
- A więc od jak dawna jesteś we mnie zakochany?

House nie patrzył na niego. Patrzył gdzieś ponad jego ramieniem. Wilson również obejrzał się za 
siebie i dotarło do niego, że wszyscy obecni w holu - lekarze, pielęgniarki i sanitariusze - gapią się 
na nich. Nawet każda osoba na balkonie zatrzymała się w pół kroku, żeby pogapić się na ich 
pocałunek.

background image

- Czy wy wszyscy nie powinniście się przypadkiem zajmować praktykowaniem medycyny? - 
zawołał House z cieniem uśmiechu na ustach.

Z wolna, jakby z zawstydzeniem, wszyscy znów zaczęli się poruszać. Sanitariusze wieźli pacjentów 
na wózkach, pielęgniarki poszły sprawdzać, jak się czują pacjenci, a lekarze wrócili do 
przerwanych rozmów. House pochwycił wzrok Wilsona na ułamek sekundy, po czym znowu 
spojrzał w bok. Wilson się nie odezwał. Nigdzie mu się nie spieszyło.

Upłynęła kolejna minuta, zanim House wreszcie odpowiedział, ale jednak to zrobił: - Od długiego 
czasu.

Wilson był kompletnie zaskoczony. - Nie spodziewałem się szczerej odpowiedzi - rzekł bez 
zastanowienia.

House wzruszył nieznacznie ramionami, niemal się uśmiechając. - Przyszła na nią pora.

Wilson skinął głową, ponownie odruchowo przesuwając dłonią po włosach. - Zamierzasz pojechać 
ze mną do domu?

- Mogę wrócić później po mój motor.

Wilson zaczekał, aż House zrówna się z nim w drodze do wyjścia, idąc po jego prawej stronie, a 
potem powoli wyciągnął rękę i chwycił jego dłoń.

House wyrwał mu się, przewracając oczami. - To nie znaczy, że musisz się zachowywać jak 
dziewczyna - powiedział, lecz tym razem uśmiechnął się, a uśmiech ten dosięgnął jego oczu.

* w oryginale: We've known each other for years, we put up with all kinds of crap from each other... 

7x02 "Szybciej niż błyskawica"

Doktor Robert Chase wszedł do pokoju diagnostyki i zobaczył pozostałych członków zespołu 
pogrążonych w rozmowie. Nie musiał zgadywać, co było jej tematem. Usiadł przy stole 
konferencyjnym i spojrzał na Trzynastkę.
- To prawda?

- Było mnóstwo naocznych świadków - odparła. - Czemu... jesteś zaskoczony?

- Najbardziej jestem zaskoczony tym, że zajęło im to tyle czasu - powiedział, wzruszając 
ramionami.

- Chyba nie sądzisz na poważnie, że oni rzeczywiście są razem - zadrwił Foreman, spoglądając na 
Chase'a.

- O ile pamiętam, sam powiedziałeś, że prędzej House i Wilson prześpią się ze sobą, niż Allison 
prześpi się ze mną, a w końcu zostaliśmy małżeństwem. Jak mówiłem, jestem zaskoczony, że to tak 
długo trwało.

background image

- To wygląda dokładnie jak jeden z numerów, do jakich mógłby posunąć się House wyłącznie po to, 
żeby zrobić z nas idiotów - zauważył Taub.

- Tylko jak namówiłby Wilsona, żeby wziął w tym udział? - zapytała Trzynastka.

- House to manipulator - odrzekł Foreman. - Jestem przekonany, że potrafi nakłonić swojego 
najlepszego przyjaciela, by udawał, że się z nim całuje.

- Jestem prawie pewna, że zrobili to naprawdę - powiedziała Trzynastka. - Poprzedniego dnia 
Wilson i Sam znowu ze sobą zerwali. Nie wyobrażam sobie, żeby po czymś takim Wilson był w 
nastroju na gierki House'a.

- Zatem House jest jego odskocznią po rozstaniu? - spytał Taub.

- Nie - wtrącił się Australijczyk - oni po prostu czekali na siebie od bardzo dawna i wreszcie 
zdecydowali się przejrzeć na oczy.

- Chase, kiedy stałeś się takim romantykiem? - zapytała Trzynastka, uśmiechając się do niego.

- Nie jestem romantykiem, tylko chodzi o to... House jest zakochany w Wilsonie. House od zawsze 
był zakochany w Wilsonie. Trzeba być ślepym, żeby tego nie widzieć.

- Pracuję z House'em dłużej niż ktokolwiek z was i nie wierzę w to - powiedział Foreman, splatając 
ramiona na piersi. - Czy wy przypadkiem nie zapominacie o tym, że on... że oni obaj są hetero?

- Biseksualność jest bardziej powszechna, niż ci się wydaje - zauważyła Trzynastka. - Czasami 
pociąg do obu płci nie jest jednakowy. Myślę, że oni obaj bardziej wolą kobiety od mężczyzn, lecz 
są zdolni odczuwać pociąg do mężczyzn w niewielkim stopniu. Możliwe, że te preferencje nie 
ujawniłyby się, gdyby House i Wilson nie darzyli się na wzajem tak silną miłością, ale wciąż by 
istniały. A poza tym wielu ludzi czeka ze zgłębianiem swojej seksualności, dopóki nie osiągną 
wieku średniego.

- Mogłabyś nie kontynuować tego tematu? - przerwał jej Foreman. - Ostatnią rzeczą, jakiej potrzeba 
mi w tej chwili, jest wyobrażenie House'a i Wilsona zgłębiających swoją seksualność.

Trzynastka roześmiała się, słysząc ten komentarz, ale umilkła, zauważywszy swojego szefa oraz 
jego domniemanego kochanka wychodzących z windy. Skinęła głową w kierunku korytarza i jej 
koledzy odwrócili się, by popatrzeć.

[-]

- Świetnie, czekają, by zobaczyć, czy się pocałujemy - skrzywił się House, idąc z Wilsonem w 
stronę swojego gabinetu.

- Hej, to ty postanowiłeś obwieścić swoje zamiary na oczach całego szpitala.

- Chodźmy do twojego biura i nie wychodźmy stamtąd przez piętnaście minut. Niech pomyślą, że 
uprawiamy seks. Albo jeszcze lepiej chodźmy do twojego biura i naprawdę...

- ...House, za kilka minut mam pacjenta. Możesz albo pozwolić mi iść do mojego gabinetu i 
pracować, albo - jeśli masz tak wielką ochotę na okazywanie uczuć - możesz pocałować mnie na do 

background image

widzenia, zanim pójdę.

- Myślisz, że aż tak przepadam za małżeńskimi scenkami?

- Do zobaczenia na lunchu, House. - Wilson pozostawił pytanie bez odpowiedzi, odwrócił się od 
House'a i ruszył do swojego biura.

Przechodząc obok pokoju diagnostyki, House zajrzał do środka, a jego podwładni - niczym małe, 
zawstydzone dzieci -  jednocześnie zaczęli udawać, że nie gapili się przed chwilą na swojego szefa. 
Chase i Taub obrócili się ku sobie i zaczęli rozmawiać, Trzynastka spuściła wzrok na swoją kawę i 
podniosła kubek do góry, a Foreman zaczął czytać medyczne czasopismo, które leżało na stole. 
House przewrócił oczami i kuśtykając, przeszedł obok nich do własnego gabinetu.

[]

- House, czemu wszyscy w moim szpitalu twierdzą, że wczoraj całowałeś się z Wilsonem? - 
zapytała ostro Cuddy, wpadając do jego biura z rękami opartymi na biodrach.

- Najwyraźniej słyszeli, że bycie pod wpływem Vicodinu sprawia, że jest się wspaniałym lekarzem i 
teraz wszyscy go zażywają. Wielka szkoda, że nikt ich nie ostrzegł o efektach ubocznych w postaci 
halucynacji. Och, poczekaj...

- House, mówię poważnie. Wczoraj Wilson przyszedł do mnie, błagając, żebym pomogła mu ukryć 
się przed tobą, a dziś dowiaduję się, że całowaliście się w moim szpitalu. Co to ma znaczyć?

House wzruszył ramionami. - Przyłapałaś mnie. Pewnego dnia patrzyłem na ciebie i pomyślałem: 
"Jej życie nie jest wystarczająco stresujące. Co mogę zrobić, by jej je bardziej utrudnić?" A potem 
mnie olśniło: mogę przekonać szpital, że Wilson i ja chodzimy ze sobą. Nie powinno być z tym 
wielkiego problemu; połowa szpitala już uważa, że jesteśmy razem, więc trzeba ich tylko 
utwierdzić w tym przekonaniu. Musiałem jedynie przekonać Wilsona, by wziął w tym udział i 
sprawa załatwiona.

Cuddy skrzyżowała ramiona na swojej częściowo-odsłoniętej piersi i popatrzyła na niego.
- Gdybyś robił to tylko po to, żeby mnie nabrać, to nie przyznałbyś, że robisz to tylko po to, żeby 
mnie nabrać.

- Chyba że wiedziałem, iż przyznając, że cię nabieram, sprawi, że pomyślisz, że cię nie nabieram, a 
dzięki temu nabiorę cię jeszcze bardziej.

Cuddy pokręciła głową. - Po prostu... idź odrobić swój dyżur w klinice, House, dopóki nie znajdę ci 
jakiegoś pacjenta.

- Ty tu jesteś szefową - odparł, zaskakując ją, po czym wstał i wykuśtykał z gabinetu. Kiedy ją 
mijał, dostrzegła uśmieszek samozadowolenia na jego ustach. Ruszyła w ślad za nim, żeby się 
upewnić, że faktycznie zmierzał do kliniki, lecz w połowie drogi do windy zmieniła zdanie i 
zamiast tego zapukała do biura Wilsona.

- Proszę wejść - zawołał, spodziewając się pacjenta, ale zobaczył Cuddy. Spojrzała na niego i 
westchnęła, a następnie usiadła na krześle przed jego biurkiem.

- Czy mógłbyś mi powiedzieć, co się dzieje z tobą i z House'em?

background image

Wilson przez chwilę wiercił się na swoim fotelu i usiłował wykręcić się od odpowiedzi. - Czemu 
pytasz? Co House ci powiedział?

- Że on tylko próbuje mnie nabrać. Nie to, żebym spodziewała się usłyszeć prawdziwą odpowiedź. - 
Cuddy ponownie westchnęła.

Wilson pochylił się do przodu, zaniepokojony. - O co chodzi, Liso?

- O nic, tylko... - Spojrzała na Wilsona. - Nie rozumiem, dlaczego wy dwaj mielibyście się całować. 
Jesteś hetero... Wiem, że House jest hetero, bo przystawiał się do mnie od dnia, gdy pojawił się w 
tym szpitalu, a ty jesteś niepoprawnym podrywaczem...

- ...To prawda, Liso - przerwał jej Wilson. - House mnie pocałował, a ja oddałem pocałunek. Nie 
chodziło o ciebie czy o szpital. Tu chodzi o mnie i o House'a. To rozwijało się od bardzo dawna i 
wreszcie stało się faktem. On... on mnie kocha. - Uśmiechnął się z odrobiną zakłopotania.

Cuddy popatrzyła na niego, ale nie odezwała się ani słowem, po czym wstała i wyszła.

[]

House uśmiechnął się znacząco, gdy Wilson wtargnął do jego gabinetu.
- Wiedziałem, że w końcu przyjdziesz, mając ochotę na seks w miejscu pracy.

- House, co ty jej powiedziałeś? - zapytał Wilson, marszcząc brwi.

- Ja...  - wzruszył ramionami - ...mogłem, albo i nie, pozwolić jej uwierzyć, że zaaranżowałem to 
wszystko, żeby zrobić jej kawał.

Wilson przewrócił oczami, opierając dłonie na biodrach.

- A co? Co ty jej powiedziałeś? - spytał House, sięgając po laskę i wstając z fotela.

- Oczywiście prawdę.

- Rozumiem. I jak sądzisz, któremu z nas uwierzyła?

- Prawdopodobnie tobie.

House obdarzył Wilsona spojrzeniem, które wskazywało na to, że wyraźnie mu nie wierzył.

- Mówię poważnie, House - ciągnął Wilson, siadając. - Po tym, jak jej oznajmiłem, że zrobiliśmy to 
naprawdę, ona nic nie powiedziała, tylko wyszła. Cuddy przywykła do tego, że ją okłamujesz, a 
teraz sprawiała wrażenie, jakby próbowała zrozumieć, czemu ja miałbym ją okłamywać.

- Ponieważ jestem taką świetną partią, że chciałbyś udawać, że należę do ciebie, nawet gdyby tak 
nie było.

Mówiąc to, House napotkał spojrzenie Wilsona, i Wilson nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. 
House patrzył na niego, nie tak zwyczajnie, tylko w ten sposób - z błyskiem w oku, który wyrażał 
sugestię pożądania czy nawet miłości, chociaż House zaprzeczyłby temu, gdyby go o to zapytać. 
Wilson zmusił się do ponownego skupienia uwagi na prowadzonej rozmowie, choć potrzebował 
chwili, by przypomnieć sobie, czego ona dotyczyła.

background image

- House, myślę, że to wyglądało bardziej tak, jakby Cuddy nie chciała mi uwierzyć. Wydaje mi się, 
że wolałaby wierzyć, że to jakiś dowcip, że to ma coś wspólnego z nią. Chodzi mi o to, że ciągle 
robisz takie rzeczy, żeby zwrócić na siebie jej uwagę. Z jednej strony ją to irytuje, ale z drugiej, jak 
sądzę, świadomość, że tak bardzo ci na niej zależy, że aż planujesz te swoje intrygi, by namieszać 
jej w głowie, na pewnym poziomie sprawia jej przyjemność.

- Więc Cuddy uważa, że pocałowałem cię tylko po to, żeby z nią poflirtować? A mnie się cały czas 
wydawało, że to ja jestem ten porąbany.

Wilson zachichotał. - No cóż, prawdopodobnie łatwiej jej jest zaakceptować to niż fakt, że tym 
razem ty zrobiłeś krok naprzód. Cuddy przywykła do bycia osobą, za którą się uganiasz, a 
pocałunek ze mną zagroził status quo waszej relacji.

House uśmiechnął się szeroko. - Wyśmienicie, Cuddy jest zazdrosna. Skoro w taki sposób reaguje 
na samą wieść, że się całowaliśmy, wyobraź sobie jej minę, gdyby przyłapała nas, jak robimy to w 
jej gabinecie...

- ...a twoja wyobraźnia to jedyne miejsce, w którym może dojść do czegoś takiego - odparł Wilson, 
patrząc na House'a surowo.

- Nie umiesz się bawić, Wilson.

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi; do wewnętrznych drzwi oddzielających biuro 
House'a od pokoju konferencyjnego. House i Wilson spojrzeli przez szklaną ścianę i zobaczyli 
Trzynastkę, która stała przy drzwiach, trzymając kartę pacjentki. Chase, Taub i Foreman znajdowali 
się za nią, ale patrzyli ponad jej ramieniem.

- A teraz Kaczątka sprawdzają, czy na pewno w niczym nam nie przeszkodzą, zanim wpakują się do 
środka. Czy ten dzień mógłby być jeszcze lepszy?

- Mmm, mógłbym wymyślić kilka sposobów - odparł Wilson, szczerząc zęby w uśmiechu i wstał.

- Wilson, jak możesz! - House obserwował onkologa z uśmieszkiem na ustach. - W porządku, ja ich 
tutaj zatrzymam, a ty wrócisz do swojego gabinetu i...

- ...żadnego seksu w pracy, House - powiedział Wilson, otwierając drzwi na korytarz.

Kilka głów, łącznie z tymi należącymi do członków zespołu House'a, odwróciło się w jego kierunku 
i Wilson uświadomił sobie dokładnie, jak głośno wypowiedział te słowa. Oblał się rumieńcem i nie 
patrząc na nikogo, ruszył do swojego gabinetu, a House odprowadził go wzrokiem, nie przestając 
się uśmiechać.

- Nie - mruknął pod nosem, odpowiadając na własne pytanie. - To załatwiło sprawę.

[]

Kaczątka zawsze patrzyły na niego podczas diagnozowania; on był szefem oraz osobą, którą 
musieli przekonać, że ich diagnozy mają sens. Tym razem nie tylko patrzyli - wprost gapili się na 
niego. Podobnie jak wtedy, gdy u ich pacjenta płci męskiej wystąpił proces laktacji, a on dodał tego 
mleka do swojej kawy, żeby zobaczyć ich reakcję. Wtedy gapili się bezwstydnie, a teraz robili to 
samo. Zupełnie jak każdy, kto był świadkiem jego pocałunku z Wilsonem poprzedniego dnia. 

background image

House lubił cudze zainteresowanie, gdy był w odpowiednim nastroju, gdy starał się znaleźć w 
centrum uwagi, ale to, co działo się między nim a Wilsonem, nie było jego próbą zwrócenia na 
siebie uwagi. To była jego próba, by choć raz w życiu być szczęśliwym. W miejsce jego 
wcześniejszego uśmiechu pojawił się grymas niezadowolenia, a fakt, że jego zespół nie miał 
żadnych dobrych teorii na temat źródła dolegliwości ich pacjentki, tym bardziej nie poprawiał mu 
humoru. To oczywiste, że nie potrafili jasno myśleć; byli zbyt zaprzątnięci zastanawianiem się nad 
życiem erotycznym swojego szefa. House zauważył, w jaki sposób przez cały dzień go 
obserwowali - jego oraz Wilsona - i grymas na jego twarzy stał się wyraźniejszy. Zdawać by się 
mogło, że jego życie było telewizyjnym reality show lub czymś w tym rodzaju.

Ciągle czekał, aż zapytają, czy on i Wilson naprawdę są ze sobą, lecz każdy w pomieszczeniu 
wiedział, iż ktokolwiek zadałby to pytanie, otrzymałby tylko mordercze spojrzenie i wymijającą, a 
nie rzeczywistą, odpowiedź. Mimo wszystko, to mogłoby odrobinę przełamać napiętą atmosferę. 
Jednakże czający się w pokoju słoń* pozostał zignorowany i koniec końców członkowie zespołu 
House'a rozeszli się przeprowadzać badania.

[]

- Teraz jestem pewien - powiedział Taub, gdy razem z Foremanem oglądali skany mózgu pacjenta.

- To nie może być problem neurologiczny, tutaj niczego nie ma.

Taub popatrzył na niego, lecz Foreman nie odrywał wzroku od monitorów komputera.
- Miałem na myśli House'a i Wilsona.

Foreman nie odpowiedział, więc Taub mówił dalej: - Wszyscy patrzyliśmy na niego, chcieliśmy 
zapytać i nie zrobiliśmy tego. Gdyby to był jedynie żart, żeby zrobić z nas i z Cuddy idiotów, House 
świetnie by się bawił, obserwując, jak usiłujemy opanować naszą ciekawość. Ale tak nie było. 
House sprawiał wrażenie, jakby był po prostu wkurzony.

- Pamiętaj, że rozmawiamy o House'ie. On zawsze sprawia takie wrażenie.

- Chyba że akurat znajdzie sobie rozrywkę. Wtedy wygląda... na nieco mniej wkurzonego. A 
widziałeś go w gabinecie razem z Wilsonem? Wtedy też nie wyglądał na wkurzonego. Zdawał się 
być... prawie szczęśliwy. - Taub zachichotał pod nosem. - Trudno jest wyobrazić sobie zakochanego 
House'a, ale jeśli on kiedykolwiek był zakochany... Myślę, że właśnie tak by to wyglądało.

- Tomografia niczego nie wykazała - oznajmił Foreman. - Chodź, odwieziemy pacjentkę do jej 
pokoju.

[]

- To się nie uda?

- Co miałoby się nie udać? - zapytała Trzynastka, spoglądając na Chase'a. - Po prostu zapukaj do 
drzwi i zapytaj, czy jest tam House, a potem zapytaj od niechcenia, czy to prawda.

- Czemu ty tego nie zrobisz?

- Bo nie jestem pewna, czy nie wybuchnęłabym śmiechem - wyjaśniła, uśmiechając się szeroko.

- To nie jest takie zabawne.

background image

- W pewnym sensie jest.

Chase obejrzał się za siebie, w kierunku gabinetu Wilsona, a potem popatrzył znów na Trzynastkę.
- Wilson natychmiast przejrzy mnie na wylot.

- Nawet jeśli, to co z tego? Tak czy owak, dostaniesz swoją odpowiedź.

- A jeżeli poczuje się urażony?

- Wilson? Daj spokój, on się nie obrazi. Wie, jaki jest House i zrozumie, że jedynym sposobem, w 
jaki możemy dowiedzieć się prawdy, to zapytać jego. Zrób to wreszcie, Chase, zanim zjawi się 
House i stracimy naszą wymówkę.

- No dobra, w porządku. - Chase westchnął, zbierając się na odwagę, po czym zapukał do gabinetu 
Wilsona. Trzynastka usunęła się z widoku, by Wilson nie mógł jej zobaczyć i nie nabrał podejrzeń. 
Nie przestawała się uśmiechać i usiłowała stłumić swoją wzbierającą wesołość.

- Proszę - rozległ się głos Wilsona i Chase powoli wszedł do środka.

- Cześć - przywitał się z zakłopotaniem.

Wilson podniósł wzrok na niego. - Cześć? - odpowiedział, czekając na resztę tego, co ma do 
powiedzenia Chase.

- Ja tylko... szukałem House'a i pomyślałem, że może jest tutaj.

Oczy Wilsona omiotły wnętrze jego gabinetu, a następnie zatrzymały się z powrotem na Chase'ie.
- Cóż, najwyraźniej go tu nie ma. - Gdyby House wypowiedział te słowa, mogłyby one zabrzmieć 
złośliwie, lecz ton Wilsona w znacznej mierze wyrażał dezorientację z odrobiną podejrzliwości.

- Racja. Cóż, wobec tego... czy ty... może wiesz, gdzie on jest?

Wilson wzruszył ramionami. - Uh, w biurze Cuddy? W kafeterii? W klinice? Prawdopodobnie 
wiesz lepiej ode mnie. Ja nigdy nie muszę go szukać; zazwyczaj to on znajduje mnie.

- Okej, a więc sprawdzę tam - odrzekł Chase, nie wiedząc, co innego mógłby powiedzieć. Wilson 
wrócił do swoich dokumentów i Chase wiedział, że powinien już wyjść. Odwrócił się do drzwi, ale 
zanim je otworzył, zerknął ponownie na Wilsona. - Posłuchaj, wiem, że to nie mój interes, ale...

- ...tak, Chase, chodzimy ze sobą - powiedział Wilson, nie podnosząc wzroku.

Chase uśmiechnął się mimowolnie, głównie z powodu tego, że z powodzeniem zakończył swoją 
misję, i zamknął za sobą drzwi.

[]

House czekał z Wilsonem przed drzwiami windy. Kiedy się otworzyły i jego zespół wysiadł z 
kabiny, zobaczył ich porozumiewawcze uśmieszki. Przewrócił oczami i odezwał się do Wilsona:
- Naprawdę nie mogłeś trzymać gęby na kłódkę, co? - zapytał, patrząc jak jego podwładni 
zmierzają do pokoju diagnostycznego. Wszyscy odwracali się co chwila, by na niego zerknąć, z 
wyjątkiem Foremana, który jedynie się uśmiechał.

background image

- To nie była moja wina. Chase urządził mi przesłuchanie.

- Och, proszę. Co niby zrobił, razem z Foremanem odgrywali dobrego i złego gliniarza?

- Nie, przyszedł sam, udając, że szuka ciebie.

- Okej, Wilson.

Wilson spojrzał w dół, a wzrok House'a powędrował za jego spojrzeniem. House złapał go za rękę. 
Wilson popatrzył na niego pytająco.
- Co mówiłeś o tym, żeby nie zachowywać się jak dziewczyna?

- Daj spokój. - House przewrócił oczami. - Nie robię tego ze względu na ciebie. Zaraz będziemy 
przechodzić obok biura Cuddy. Chcę zobaczyć jej minę.

Wilson prychnął. - A więc od początku miała rację.

- Nie, to ty podsunąłeś mi ten pomysł. Poza tym chcę się osobiście przekonać, czy ona rzeczywiście 
jest zazdrosna.

Wilson przewrócił oczami, lecz nie puścił dłoni House'a. Gdy przechodzili przez lobby, 
obserwował, jak House próbuje ocenić reakcję Cuddy, jednocześnie nie dając tego po sobie poznać.

[-]

Chociaż intuicja zawsze podpowiadała jej, kiedy House znajdował się dokładnie przed jej 
gabinetem, Cuddy zazwyczaj nie podnosiła wzroku. Udawanie, że ignoruje go tak długo, jak tylko 
się da, stało się jej nawykiem. Nie była nawet pewna, czemu tym razem podniosła wzrok. 
Zobaczyła ich, trzymających się za ręce, ale nie pozwoliła sobie na żadną reakcję. Dostrzegła, że 
House zerka na nią kątem oka i nie chciała dawać mu tej satysfakcji. Gdy mijali jej biuro, House 
odwrócił się w stronę Wilsona, więc mogła obserwować, jak wychodzą ze szpitala. Westchnęła i 
wyciągnęła swój telefon komórkowy.

- Wybierz numer Lucasa - poinstruowała. Zignorowała to, że jej głos lekko drżał. Telefon zadzwonił 
trzykrotnie, zanim Cuddy zmieniła zdanie i przerwała połączenie. Pokręciła głową, odłożyła telefon 
na biurko i wróciła do swojej roboty papierkowej.

elephant in the room - angielskie powiedzenie oznaczające problem, o którym nie sposób nie wiedzieć, lecz 
celowo unika się poruszania owego tematu; tabu. 

7x03 "Kolacja-K-l-ę-s-k-a-Kolacja"

Wilson leżał z twarzą wciśniętą w poduszkę i lekko rozchylonymi ustami. Brzeg odrzuconych 
koców sięgał mu tylko do kolan, więc jego tyłek w pewnym sensie sprawiał wrażenie wypiętego w 
powietrze. Gdyby nie to, że Wilson właśnie spał, prawdopodobnie byłoby mu bardzo niewygodnie.

W sąsiednim pokoju dwie stopy i laska podążały ukradkiem w kierunku organów, robiąc przy tym 

background image

najmniej hałasu, jak to tylko możliwe. Odziany w dżinsy tyłek usadowił się na ławeczce, a długie, 
zwinne palce rozłożyły się na klawiszach.

Godzina, którą wskazywał budzik na szafce nocnej Wilsona, zmieniła się z 6:49 na 6:50. Dźwięk 
organów przeszył ciszę; melodia rozprzestrzeniła się po mieszkaniu, by wyrwać Wilsona ze snu. 
Wzdrygnął się, rozejrzał zdezorientowany, a potem uśmiechnął się do siebie. Muzyka brzmiała 
dalej, gdy on sięgnął do budzika i wyłączył alarm oraz gdy wszedł do przylegającej do sypialni 
głównej łazienki i brał prysznic. Zostawił otwarte drzwi, by móc słyszeć dźwięk organów podczas 
swojej porannej toalety (zresztą House i tak widywał go już wcześniej nago) i z tego samego 
powodu włączył swoją suszarkę do włosów na niskich obrotach.

Spojrzawszy w lustro, żeby upewnić się, że prosto zawiązał krawat, Wilson ruszył do kuchni, po 
drodze obserwując grającego House'a z czymś zbliżonym do fascynacji. Przygotował jajka i tosty, 
bezwiednie kołysząc ciałem w rytm muzyki, i napełnił szklanki sokiem pomarańczowym, a 
filiżanki kawą. Ustawił dwa nakrycia na kuchennym blacie, a następnie podszedł do House'a. 
Diagnosta ciągle grał na organach, ale Wilson dotknął dłonią jego boku i z czułością pocałował go 
w kark.

House przerwał natychmiast i odwrócił się na ławeczce.
- Za co to było? - spytał oskarżycielsko, jak gdyby Wilsonowi potrzebny był powód, żeby 
pocałować go na dzień dobry.

Onkolog uśmiechnął się i podał mu jego laskę. - Dziękowałem ci za tę serenadę z samego rana.

House prychnął i przewrócił oczami. - Daj spokój. To nie była serenada. Durne, romantyczne gesty 
nie są w moim stylu, pamiętasz?

- Dla mnie brzmiało to jak serenada. - Wilson wzruszył ramionami, wracając do kuchni, żeby zjeść 
śniadanie.

- Obudziłem cię! - upierał się House, siadając do stołu i krzywiąc się na widok jajek. - Nie ma 
bekonu?

- Cóż, ta pobudka brzmiała znacznie przyjemniej, niż przeraźliwy sygnał mojego budzika. A twoje 
serce nie potrzebuje bekonu.

- Twój budzik uruchamia się dopiero o siódmej - zauważył House. - Ukradłem ci dziesięć cennych 
minut snu.

- To rozsądna cena do zapłaty. - Wilson wzruszył ramionami, starannie krojąc jajka.

Ramiona House'a zgarbiły się; wyglądał na przybitego. - Zrobiłem to, żeby cię wkurzyć!

- Wmawiaj to sobie dalej, House - odrzekł Wilson, uśmiechając się do niego ponad gazetą.

Wgryzając się w tosta, House wydał cichy pomruk niezadowolenia, lecz kiedy twarz Wilsona 
zniknęła za gazetą, nieznacznie się uśmiechnął.

[]

Diagnosta podniósł wzrok znad czytanych dokumentów i uśmiechnął się, gdy zobaczył, kto właśnie 
wszedł do jego gabinetu. Owszem, teraz czasem to robił. Uśmiechał się.  Był zakochany, więc 

background image

chyba wolno mu było uśmiechać się od czasu do czasu? Przecież i tak nikt oprócz Wilsona nie mógł 
tego zobaczyć.

- Chcę zaprosić kilka osób na kolację.

Uśmiech House'a zniknął.

- Zaczekaj, wysłuchaj mnie, proszę. Sam zajmę się całą robotą, będzie dobre jedzenie, posprzątam i 
w ogóle. Co do ciebie, chcę tylko, żebyś był obecny. I zachowywał się... chociaż trochę uprzejmie.

- Chcesz powiedzieć, że jestem nieuprzejmy? - zapytał niewinnie House. Potem znów przybrał 
srogą minę. - Czy to ma być kara za to, że cię obudziłem?

- Nie, House, to nie ma z tym nic wspólnego. Już od jakiegoś czasu chciałem wydać małe przyjęcie.

House przyjrzał mu się uważnie. - Do jakiego tak dokładnie stopnia jesteś gejem?

Wilson przewrócił oczami. - House, proszę?

- Prosisz mnie o pozwolenie? To twoje mieszkanie, gdybyś nie wiedział.

- To nasze mieszkanie i proszę cię, żebyś zechciał być obecny na moim przyjęciu i... no wiesz... 
sprawował się odpowiednio.

House nie odpowiedział od razu. Zlustrował Wilsona od stóp do głów, rozważając wszystkie za i 
przeciw. Jego wzrok zatrzymał się na twarzy Wilsona, na jego kroczu, a następnie znowu na jego 
twarzy.
- Kiedy?

Twarz Wilsona pojaśniała. - Och, House, dziękuję!

House przewrócił oczami, gdy Wilson okrążał jego biurko, lecz wstał z fotela, by móc chwycić 
Wilsona za tyłek, gdy onkolog go pocałował.

- W piątek wieczorem - dodał Wilson, kiedy odsunęli się od siebie.

- A kto ma przyjść?

- Jeszcze z nikim nie rozmawiałem... najpierw chciałem uzgodnić to z tobą. Ale chcę zaprosić 
Cuddy i Lucasa, i... twój zespół.

House stęknął głośno.

- Cóż, mogą przyprowadzić kogoś ze sobą - powiedział pospiesznie Wilson. - Nie będziesz musiał 
zbyt wiele z nimi rozmawiać. Taub może przyjść z żoną, a Remy...

- ...Kto?

Trzynastka być może przyprowadzi jakąś seksowną lesbijkę. To by zrekompensowało twój 
wysiłek, prawda?

- Chyba tak - przyznał niechętnie House. Jeszcze raz nachylił się do ust Wilsona.

background image

Puk, puk, puk, rozległo się czyjeś stukanie do drzwi.

- Idź precz, jesteśmy w trakcie miłosnych igraszek! - krzyknął w stronę drzwi House.

- Mógłbyś przestać, House? Mamy pacjenta. - Foreman westchnął, wchodząc do środka wbrew 
sprzeciwowi House'a.

- Jestem zajęty - zaprotestował House, kładąc rękę w bardzo widoczny sposób na tyłku Wilsona.

- House, bierz się za stawianie diagnozy. - Wilson uśmiechnął się. - Zobaczymy się w domu, okej? - 
Cmoknął House'a w usta i opuścił gabinet, odprowadzany oburzonymi spojrzeniami obu mężczyzn.

Gdy wyszedł, Foreman zwrócił się do House'a: - Czemu ciągle to robisz?

House popatrzył na niego jak na dwuletnie dziecko. - No cóż, Eriku, kiedy dwie osoby bardzo 
mocno się kochają...

- ...Kiedy ja chodziłem z Remy, nie całowaliśmy się po całym szpitalu.

- Tylko dlatego, że nie miałeś wystarczającej ikry, by zadrzeć ze mną do tego stopnia. Nawet Chase 
i Cameron uprawiali seks w gabinecie w klinice.

- A zatem testujesz cierpliwość Cuddy?

- Najwyraźniej teraz testuję ciebie. Ale najwspanialsze w tym jest to, że nie możesz mi udzielić 
nagany z tego powodu.

Foreman gapił się na niego przez całą minutę. - Mamy pacjenta - powiedział w końcu.

[]

- Wejdź - westchnęła Cuddy. Pojawienie się Foremana oznaczało, że sprawa dotyczy House'a. 
Westchnęła ponownie, uciskając grzbiet nosa. Zawsze wszystko dotyczyło House'a. Dlaczego 
wszystko dotyczyło House'a?

- Co takiego zrobił tym razem? - spytała, gdy Foreman usiadł na krześle przed jej biurkiem.

- Nie wiem. Chodzi po prostu o to, że on i Wilson... Oni ciągle całują się, gdzie popadnie i... sam 
nie wiem... Nie ma jakiegoś przepisu na temat publicznego okazywania uczuć albo czegoś w tym 
rodzaju?

- Nadal to robią? - zapytała, odchylając się na swoim fotelu i wzdychając. - To trwa już od dwóch 
tygodni. Jeszcze z tym nie skończyli?

- Chwila - odezwał się Foreman, marszcząc brwi. - Więc oni tylko udają, czy naprawdę są razem?

- Oczywiście, że tak naprawdę nie są razem! - odparła Cuddy, jak gdyby ten pomysł był zupełnie 
bez sensu. - W porządku, nie mam pojęcia, czemu Wilson bierze w tym udział, ani nie jestem 
pewna, po co w ogóle House to robi, ale jestem przekonana, że to się nie dzieje na poważnie.

- House... powiedział, że kocha Wilsona - przyznał Foreman. - To znaczy, powiedział to żartobliwie, 

background image

ale jednak powiedział.

- Kiedy?

- Kiedy go zapytałem, dlaczego się ciągle całują.

Przez chwilę Cuddy patrzyła prosto przed siebie, niezupełnie na Foremana ani na nic konkretnego. 
Pokręciła głową.
- To niedorzeczne. Porozmawiam o tym z Wilsonem. Mam zamiar dowiedzieć się dokładnie, co się 
dzieje.

[]

- Proszę wejść - powiedział radośnie Wilson. - Cześć, Liso - przywitał się z nią, kiedy usiadła. - Co 
jest grane?

- Wilson, posłuchaj mnie - odrzekła, pocierając skroń. - To... cokolwiek to jest, co ty i House 
wyprawiacie... Nie wiem, o co w tym chodzi, ale to zaczyna być nudne. To się musi skończyć.

Wilson był wyraźnie zaskoczony. Wpatrywał się w nią przez moment z otwartymi ustami, a potem 
jego oczy zwęziły się.
- Słucham? Myślę, że powinnaś powtórzyć, co powiedziałaś, bo jestem niemal pewien, że nie 
powiedziałaś przed chwilą tego, co mi się wydawało.

- Wilson, daj sobie z tym spokój! - wykrzyknęła rozdrażniona. - Mam dosyć tego, że ty i House 
udajecie, że jesteście kochankami. To niedojrzałe i absurdalne. Spodziewam się tego rodzaju 
zachowań po nim, ale nie mam pojęcia, jak namówił na to ciebie. Tak czy owak, dzisiaj ma się to 
skończyć.

Wilson wstał, mierząc Cuddy wściekłym spojrzeniem.
- Myślę, że powinnaś już iść.

- Nie - sprzeciwiła się, również wstając. - Nigdzie się nie wybieram, dopóki mi nie powiesz, że ty i 
House przestaniecie udawać w pracy, że jesteście parą.

- My nie udajemy! - wrzasnął zirytowany Wilson. - Jak możesz w ogóle sugerować... Jakim 
prawem mówisz nam, że musimy... Wiesz, zamierzałem zaprosić ciebie i Lucasa na kolację, którą 
wyprawiamy z House'em jako para, ale skoro naprawdę uważasz, że ten pomysł jest niedojrzały i 
absurdalny
...

- ...Wyprawiacie kolację? - spytała zaciekawiona, cofając się o krok.

- Tak. - Gniew Wilsona nie zmniejszył się. - Ponieważ jesteśmy parą. Czemu masz z tym taki 
wielki problem? Jesteś... zazdrosna, czy co?

- Nie jestem zazdrosna! - odparowała, jej brwi zmarszczyły się, a złość powróciła. - 
Heteroseksualni mężczyźni nie zmieniają się nagle w gejów, bo jest im to na rękę, by zakochać się 
w ich najlepszych przyjaciołach!

- Zawsze byliśmy tacy - warknął Wilson. - Po prostu House przeważnie nie rozmawia z nikim o 
szczegółach swojego życia osobistego, a ja przez lata żyłem w zaprzeczeniu. Ale teraz z tym 
skończyłem. Przyznałem się do tego przed samym sobą i, chociaż to nie twój interes, przyznam się 

background image

do tego tobie. Kocham go. Jestem w nim zakochany. I możesz zaprzeczać temu, ile tylko zechcesz, 
ale taka jest prawda. Jesteśmy razem. To się nie zmieni z powodu twojego widzimisię. - Usiadł z 
powrotem za biurkiem. - Jeżeli zdołasz otworzyć swój umysł na tyle, by zaakceptować ten stan 
rzeczy - powiedział szorstko - będziemy szczęśliwi, jeśli wpadniesz do naszego mieszkania w 
piątek o dziewiętnastej.

Cuddy najwyraźniej nie potrafiła wymyślić na to żadnej odpowiedzi, bo odwróciła się na pięcie i 
wyszła oburzona.

[]

- Och, świetnie, o co tym razem jest wkurzony? - wymamrotał Chase do Trzynastki, gdy House 
wszedł do pokoju konferencyjnego z morderczą miną na twarzy.

Trzynastka wzruszyła ramionami i zajęła miejsce przy stole, dołączając do swoich kolegów. 
Wszyscy z zaciekawieniem podnieśli wzrok na swojego szefa.

- No dobra, słuchajcie, załogo - zwrócił się do nich House. - Ja nie lubię was, a wy nie lubicie mnie. 
A nawet jeśli mnie lubicie, to mam to gdzieś i nie chcę o tym słuchać. Ale mam was zaprosić na 
jakąś głupią kolację, którą Wilson urządza w piątek. Jeśli któreś z was nie przyjdzie, wszyscy 
będziecie odrabiać moje dyżury w klinice przez następny miesiąc, capisce? Och, a ty - popatrzył na 
Tauba - masz przyjść z żoną. Ty - popatrzył na Trzynastkę - lepiej przyprowadź ze sobą kogoś 
seksownego. A wy - popatrzył na Chase'a i Foremana, i wzruszył ramionami - przynieście alkohol. 
Całe mnóstwo alkoholu.

[]

Chase nacisnął klamkę przy frontowych drzwiach, a te otworzyły się bez problemu. Zaskoczony, 
odwrócił się do Trzynastki.
- Łatwo poszło. Teraz to nawet nie jest włamanie.

- Taaa, chyba że ktoś jest w domu - stwierdziła Trzynastka, zaglądając do środka.

Jednak światła były wyłączone, a w domu panowała cisza.

- A więc wybierasz się na kolację do House'a? - spytał Chase, podczas gdy chodzili po mieszkaniu, 
rozglądając się za próbkami do pobrania.

Trzynastka wzruszyła ramionami. - Chyba tak. Nie zdziwiłabym się, gdyby mówił poważnie o tych 
dyżurach w klinice, a poza tym Wilson jest miły. Może będzie fajnie. A ty idziesz?

- Taaa, raczej idę. Z tych samych powodów. Okej, prawie wszystko w tej lodówce może być 
przyczyną zatrucia naszego pacjenta - powiedział, marszcząc nos pod wpływem nieprzyjemnego 
zapachu.

Trzynastka kaszlnęła i podała mu kilka torebek na próbki. - Możesz czynić honory. Ja sprawdzę 
łazienkę.

Chase upewnił się, że drzwi do mieszkania zostawili otwarte, tak jak je zastali.
- Naprawdę przyjdziesz na tę kolację z jakąś seksowną dziewczyną?

Trzynastka prychnęła bez złośliwości i przewróciła oczami. - Nie dam mu tej satysfakcji. Poza tym 

background image

przecież mam ciebie jako partnera do rozmowy.

- A zatem chcesz... - Chase wzruszył ramionami - pójść razem ze mną?

Trzynastka uniosła brwi. - Jakby to była randka? - zapytała, uśmiechając się znacząco.

Chase przewrócił oczami. - Nie, nie randka, tylko... sam nie wiem. Po prostu dwoje kolegów z 
pracy, którzy idą razem na imprezę do swojego szefa. No wiesz, carpooling. Oszczędzanie energii.

Lekarka roześmiała się. - W porządku, Chase, pójdę z tobą. - Przyjrzała mu się dokładnie. - Nadal 
mogę zwracać się do ciebie per Chase, prawda? Nie muszę nazywać cię Robertem?

Chase wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Tylko jeśli ja nadal będę mógł cię nazywać Trzynastką.

[]

Wilson otworzył drzwi, a Cuddy wręczyła mu butelkę wina.

- Zachowałam się jak kretynka, w porządku? - powiedziała. - Przepraszam. Miałeś rację. Nigdy nie 
powinnam była zakładać, że ty i House chcielibyście udawać, że jesteście parą... z jakiegokolwiek 
powodu. Możesz mi, proszę, wybaczyć?

Wilson westchnął i popatrzył na swoją szefową. - Taaa, nie ma sprawy - uznał, uśmiechając się. - 
Wejdź do środka.

Cuddy pociągnęła Lucasa za rękę i wprowadziła go do holu, rozglądając się wokoło odrobinę 
zawistnie, ponieważ to było mieszkanie, które ona chciała kupić, lecz zdecydowała, że nie poruszy 
tego tematu. Wkrótce znajdą sobie coś innego, co im się spodoba.

House znajdował się w kuchni, ochoczo siekając warzywa. Cuddy na wpół oczekiwała, że pośle jej 
tryumfalny uśmiech, przybije piątkę Wilsonowi i wykrzyknie "Nabrałem cię!", jednak on tego nie 
zrobił. Wilson przeszedł obok niego, by wstawić wino do lodówki, a House wsunął mu do ust 
kawałek selera. Cuddy zaczęła się zastanawiać, czy oni zawsze zachowywali się w ten sposób, czy 
tylko zgrywali uroczą parę specjalnie dla niej.

Kilka minut później rozległ się dzwonek do drzwi.

- Wilson! Idź otworzyć! - zawołał House z kanapy, gdzie siedział naprzeciwko Cuddy, uśmiechając 
się i pociągając łyk wina.

- House, jestem zajęty, sam otwórz drzwi, proszę. - W głosie Wilsona słychać było rozdrażnienie. 
Nawet mimo tego, że zostali parą, przynajmniej to nie uległo zmianie.

- Zabawiam gości!

- A ja gotuję.

- Ale to może być Foreman!

- Albo to może być Trzynastka w towarzystwie seksownej lesbijki.

- Jestem kaleką!

background image

- House. - Wilson użył swojego ostrzegawczego tonu.

House westchnął i z pomocą laski podniósł się z kanapy, jakby ten ruch wymagał od niego zużycia 
całej jego energii. Jednakże Cuddy i Wilson wiedzieli, że House tylko udawał; gdyby ból 
rzeczywiście mocno mu dokuczał, House nie sprzeczałby się w tak lekki sposób.

[-]

House otworzył drzwi i przez chwilę gapił się na stojących przed nim Trzynastkę i Chase'a, a 
następnie w bardzo wymowny sposób popatrzył w głąb korytarza za ich plecami.

- Uh, wpuścisz nas do środka? - zapytała Trzynastka, kiedy jego spojrzenie skupiło się z powrotem 
na nich.

- Nie wpuszczam nikogo, kto nie przyszedł z seksownym partnerem.

Chase prychnął. - Jestem seksowniejszy niż twój partner.

- Bluźnierca.

- House, po prostu pozwól im wejść - zawołał z kuchni Wilson.

House spojrzał groźnie na Trzynastkę. - To jeszcze nie koniec.

Trzynastka przewróciła oczami i weszła do mieszkania.

[]

House wracał właśnie z łazienki, kiedy Cuddy zagrodziła mu drogę. Nie była pewna, czy do tej 
decyzji przyczyniły się trzy lampki wina, które wypiła, ale przez cały wieczór obserwowała jego i 
Wilsona, i musiała poznać prawdę.

Wszyscy inni byli w salonie, rozmawiali i śmiali się, jedząc deser. Cuddy zatrzymała go w sypialni, 
stając z rękami opartymi na biodrach.

Na jej widok House przewrócił oczami. - Co zrobiłem tym razem?

- Musimy pogadać, House.

- Odpracowałem wszystkie swoje godziny w klinice w tym tygodniu! - odparł z oburzeniem.

- Nie o tym - powiedziała, przewracając oczami. Zniżyła głos: - O tobie i Wilsonie.

- Boże, tylko nie znowu to - odrzekł House i również przewrócił oczami. - Słuchaj, spóźniłaś się. 
Gdybyś zmieniła zdanie kilka miesięcy temu, wówczas dałbym ci szansę, ale teraz jestem z nim.

- Proszę - powiedziała. - To nie ma nic wspólnego ze mną. Tutaj chodzi o niego. On traktuje tę 
sprawę serio. Myśli, że to się dzieje naprawdę.

- Bo tak jest! - krzyknął, dając się ponieść frustracji. Wilson opowiedział mu wcześniej o ich 
konfrontacji w jego gabinecie. - Czemu masz taki cholerny problem z przyjęciem tego do 

background image

wiadomości?

- Bo jesteś zakochany we mnie! - wykrzyczała w odpowiedzi. W jej oczach pojawiły się łzy.

House przyjrzał się jej bez pośpiechu. - Byłem w tobie zakochany. Czas przeszły, Cuddy. Mówiłem 
ci. Spóźniłaś się.

- Mój boże, House, tu nie chodzi o to, że ja chcę z tobą być...

- ...Oczywiście, że o to chodzi! - House miał już wrócić do reszty gości, ale zatrzymał się w pół 
kroku, odwrócił i spojrzał na nią ostro. - Kiedy ja chciałem być z tobą, ty tego nie chciałaś, bo 
jestem zbyt pokręcony, by być częścią twojego życia, ale gdy ktoś inny chce być ze mną, nagle nie 
wolno mi zakochać się w nikim innym oprócz ciebie! Nie potrafisz zaakceptować tego, że 
naprawdę jestem z Wilsonem, bo jesteś zazdrosna!

- Nie jestem zazdrosna!

Drzwi otwarły się ze skrzypnięciem; House i Cuddy spojrzeli w ich stronę. W korytarzu pojawiły 
się twarze Wilsona i Lucasa. Wilson wyglądał po prostu na zaniepokojonego; Lucas był wyraźnie 
wstrząśnięty.

- Lucas... - zaczęła Cuddy łamiącym się głosem. Jej oczy patrzyły na niego błagalnie. - To 
nieprawda, co on powiedział. Nie jestem zazdrosna. Nie jestem. - Łzy popłynęły po jej policzkach.

Lucas nie odpowiedział, tylko bacznie obserwował House'a.

- Jest cała twoja - powiedział chłodno House, wzruszając ramionami. - Ja jestem już zajęty.

Cuddy załkała, nie odrywając wzroku od twarzy Lucasa.

Lucas westchnął i wyciągnął ku niej rękę, a ona pośpieszyła do niego, zarzucając mu ramiona na 
szyję. Wyglądało to tak, jakby próbowała owinąć się wokół jego ciała.
- Nie jestem zazdrosna o Wilsona - wyszeptała. - To nieprawda. Nie jestem.

- Wiem - powiedział, przysuwając twarz do jej włosów. - Chodź, powinniśmy... - Podniósł wzrok, 
by pochwycić spojrzenie Wilsona, i skinął głową w kierunku drzwi. - Powinniśmy już iść.

Wilson kiwnął głową, pocierając dłonią skroń. House przesunął się w jego stronę, by stanąć obok 
niego, lecz nie na tyle blisko, żeby ich ciała stykały się ze sobą.

[]

House stęknął, przeklinając swoją nogę. Cuddy zmierzała do jego biura. Chwytając swoją laskę, 
wstał i spróbował uciec przez pokój konferencyjny. Jednak okazało się to daremnym wysiłkiem, bo 
Cuddy zdążyła wejść do środka, zanim on zdołał choćby dotrzeć do drzwi.

House zauważył, że Cuddy jest w rozsypce, lecz jego to tak naprawdę nie obchodziło. Niby czemu 
miałby się tym przejmować? Bo nagle zaczęła żałować, że go odtrąciła? Cóż, jej strata. Teraz on był 
z Wilsonem. Nie potrzebował jej. Ona miała swoją szansę i ją zmarnowała. A House był za to 
cholernie wdzięczny. Gdyby zaczął spotykać się z Cuddy i gdyby do tego czasu nie zerwali ze sobą, 
on i Wilson nigdy nie zostaliby parą. House zawsze zakładał, że prędzej czy później będzie z 
Cuddy, ale to było przed tym, zanim dowiedział się, co Wilson do niego czuje. A teraz, gdy się tego 

background image

dowiedział, nie była to nawet kwestia dokonania wyboru. Oczywiście, że wybrałby Wilsona. 
Zawsze wybrałby Wilsona. Czy House kiedykolwiek ryzykował własnym życiem dla szczęścia 
Cuddy?

Cuddy rzeczywiście była w rozsypce. Jej włosy nie układały się w loki, ani nie były wyprostowane; 
po prostu zwisały bezładnie wokół jej twarzy. Jej makijaż był rozmazany i nawet jej piersi straciły 
swój wyzywający wygląd. Stanęła przed nim i spojrzała mu w oczy.

- Jestem zazdrosna – wyznała, natychmiast odwracając wzrok, zanim ponownie zebrała się na 
odwagę. Uniosła nieznacznie ramiona, po czym pozwoliła im opaść wzdłuż swoich boków. - Miałeś 
rację. Wilson miał rację. Ja... ja nie chcę, żebyś był z nim. - Podstąpiła krok do przodu. Nawet w 
butach na wysokim obcasie była niższa od House'a, więc musiała nieco odchylić głowę, by 
utrzymać kontakt wzrokowy. Jej głos załamał się nieco, gdy wyszeptała: - Chcę, żebyś był ze mną. - 
Zrobiła jeszcze jeden krok naprzód i przycisnęła usta do jego ust.

House jej nie dotknął. Nie poruszył się. Po prostu stał tam, czekając, aż to się skończy. Wreszcie 
Cuddy cofnęła się, ocierając oczy. House nie spojrzał na nią. Jego wzrok wyminął ją, powędrował 
ponad jej ramieniem i poprzez szklane ściany jego gabinetu do miejsca, w którym stał Wilson i 
patrzył prosto na nich. Oczy House'a na sekundę spotkały się z oczyma jego kochanka. Pokręcił 
głową, mówiąc w ten sposób Wilsonowi, że to nie było to, na co wyglądało. Wilson albo źle 
zrozumiał ten gest, albo go zignorował. Obrócił się na pięcie i sztywnym krokiem pomaszerował w 
kierunku windy.

7x04 "Atak z zaskoczenia"

Drzwi skrzypnęły, gdy House wszedł do mieszkania.

- Och, dobrze, że wreszcie jesteś - powiedział Wilson, idąc w stronę przedsionka. Wręczył 
starszemu lekarzowi niewielką torbę. - Teraz możesz już iść. Masz tu swoją szczoteczkę do zębów, 
lekarstwa, czyste ubrania na jutro i pudełko krakersów na wypadek, gdyby Cuddy nie dała ci jeść.

- Wilson, daruj sobie - westchnął House, kładąc plecak na podłodze i masując skroń wolną ręką. - 
Nie wybieram się na noc do Cuddy.

- Dlaczego nie? - Nawet się nad tym nie zastanawiając, Wilson oparł dłonie na biodrach. Nie 
wiedział, że prawdopodobnie wygląda dokładnie tak jak jedna z jego byłych żon, gdy oskarżały go 
o zdradę. - Jeśli to widowisko w twoim biurze stanowiło jakąś wskazówkę, to właśnie tego chcesz.

- Daj mi spokój - odparł House, przewracając oczami. - Wiesz, że to nie to, czego chcę.

Spróbował podejść bliżej do Wilsona, lecz onkolog się cofnął.

- Przestań. Nie dotykaj mnie. Nie obchodzi mnie, czy pójdziesz do Cuddy, czy nie. Po prostu wyjdź. 
Nie chcę cię w tej chwili oglądać.

House przywykł do ukrywania swoich uczuć. Nawet gdy coś go naprawdę zraniło, nie okazywał 
tego po sobie. Teraz zachował się tak samo.

background image

Odwrócił wzrok od Wilsona, na wypadek gdyby w jego oczach pojawiły się jakieś niezamierzone 
emocje, i zapytał powoli:
- Nie chcesz już ze mną być?

Gdyby House patrzył wówczas na niego, zobaczyłby, że przez sekundę mina Wilsona wyrażała 
wahanie, po czym znów stała się niewzruszona. Skrzyżował ramiona na piersi.
- Nie, jeżeli masz zamiar migdalić się z innymi ludźmi.

- To ona mnie pocałowała! - sprzeciwił się gwałtownie House, mierząc Wilsona ostrym 
spojrzeniem. - Nie oddałem tego pocałunku! Powiedziałem jej wczoraj wieczorem... miała swoją 
szansę i ją zmarnowała, spóźniła się i ja już jej nie chcę! - Jego umysł dodał: i tak to z tobą tak 
naprawdę chciałem być od samego początku
, lecz diagnosta nie potrafił powiedzieć tego na głos.

- Nie oddałeś tego pocałunku - powtórzył z niedowierzaniem Wilson. - Być może stałem za daleko, 
by dostrzec ruch waszych języków, ale jestem cholernie pewien, że nie odepchnąłeś jej od siebie.

- Cuddy mnie zaskoczyła. Nawet się nie poruszyłem. Po prostu stałem i czekałem, aż skończy. Nie 
oddałem pocałunku, bo całowanie jej zupełnie mnie nie interesuje. - Popatrzył na Wilsona, jego 
wzrok przekazał zdanie uzupełnienia: Interesuje mnie wyłącznie całowanie ciebie.

Wilson nadal stał ze skrzyżowanymi ramionami. - No, nie wiem - powiedział. - Zawsze kochałeś 
Cuddy, House, nie zaprzeczaj. Kochałeś ją, jeszcze zanim poznałeś mnie. Kiedy wyszedłeś z 
Mayfield, uganiałeś się za nią, a nie za mną.

- Nie miałem pojęcia, że jesteś zainteresowany - zauważył House. - Nigdy nic nie powiedziałeś... 
Skąd miałem wiedzieć, że odwzajemniałeś moje uczucia? Nie będę zaprzeczał, że ją kochałem, 
Wilson, ale to nie znaczy... Naprawdę chcesz, żebym to powiedział? Poważnie? Jeszcze tego nie 
wiesz?

- Czemu tak trudno jest ci to powiedzieć? - nie ustępował Wilson, w tonie jego głosu brzmiała nutka 
oskarżenia. - Ja ci cały czas mówię, że cię kocham.

- Ty już wiesz, że tak jest - odrzekł z uporem House. - I to się nie zmieni. O tym również 
powinieneś wiedzieć. Nie powinienem musieć ci tego mówić.

- Powinieneś chcieć to powiedzieć.

- Powinieneś czuć się wystarczająco bezpiecznie w naszym związku, żebym nie powinien był 
musieć tego mówić.

- Może moje poczucie bezpieczeństwa w naszym związku zostało zachwiane przez to, że 
pocałowałeś inną osobę.

- Nie pocałowałem jej! - wrzasnął House. - To ona pocałowała mnie! Nie mogę kontrolować 
zachowań innych ludzi!

- Możesz kontrolować swoje własne zachowania - odparował Wilson.

- I tak zrobiłem. Nie odwzajemniłem jej pocałunku, Wilson. Ile razy mam ci to jeszcze powtórzyć?

Przez chwilę obaj po prostu stali tak bez słowa, oddychając ciężko i patrząc na siebie nawzajem. 
House pokusił się o kolejną próbę pokonania dystansu dzielącego go od Wilsona, ale Wilson znowu 

background image

zrobił krok do tyłu. Pokręcił głową, nie odrywając wzroku od diagnosty.
- Mówisz, że nie oddałeś pocałunku. W porządku, wierzę ci. Tym razem nie oddałeś pocałunku. 
Skąd mam wiedzieć, że nie odwzajemnisz jej pocałunku przy następnej okazji?

House spojrzał na niego z niedowierzaniem. - Nie ufasz mi? Na serio mi nie ufasz? Na miłość 
boską, Wilson, jesteś ostatnim człowiekiem na ziemi, który miałby prawo robić komuś wykłady na 
temat niewierności!

- Tu nie chodzi o mnie! - krzyknął wściekle Wilson. - Nie zdradziłem cię, House! I nie mam takiego 
zamiaru!

- Pewnie! - prychnął House. - Jak długo to potrwa? Przeżyłeś cały miesiąc bez skoków w bok, moje 
gratulacje. To musi być twój osobisty rekord. Chcesz dostać małą odznakę, żebyś mógł ją nosić w 
kieszeni?

- Nie potrzebuję tego wszystkiego - warknął Wilson. - Nie zrobiłem nic, nic, żeby dać ci powód do 
wątpliwości. Moja asystentka wręcz zapytała mnie kiedyś, czy zrobiła coś nie tak, bo z taką 
starannością unikałem flirtowania, że aż uznała to za przejaw nieżyczliwości z mojej strony. Ale 
nie, ty jesteś do tego stopnia pewien, że nawalę, że nawet nie zamierzasz dać mi szansy. Ponieważ 
jesteś taki przekonany, że ludzie nigdy się nie zmieniają. Myślisz, że zawsze będę dopuszczał się 
zdrady? Cóż, ja myślę, że ty zawsze będziesz nieszczęśliwym, cynicznym sukinsynem. Wal się, 
House.

Drzwi zamknęły się z trzaskiem, zanim House miał choćby szansę, by zdać sobie z tego sprawę. 
Natychmiast otworzył je ponownie i pokuśtykał na korytarz.
- Wilson! - krzyknął. - Wracaj!

Drzwi od klatki schodowej również trzasnęły i House, przeklinając swoją nogę, wcisnął guzik 
przywołujący windę. Zanim winda zjechała na parter, Wilson zniknął bez śladu. House'owi nie 
udało się nawet zobaczyć, w którą stronę odjechał jego samochód. Wzdychając ciężko, House 
wrócił do windy i wcisnął przycisk swojego piętra.

[]

Wilson nie musiał podnosić wzroku znad biurka, by wiedzieć, kto przyszedł. Nawet jeszcze zanim 
zostali kochankami, House był jedynym człowiekiem, który wpadał do jego gabinetu bez pukania, 
kiedy tylko przyszła mu na to ochota.

- Nie chcę z tobą rozmawiać.

- Nie obchodzi mnie to. Musimy porozmawiać.

- Racja, zapomniałem, że ciebie nie obchodzą inni ludzie - prychnął Wilson, gniewnie podnosząc 
wzrok. Nie wyglądał nawet w połowie tak porządnie jak zwykle; hotelowy szampon i suszarka do 
włosów nie stanęły na wysokości zadania, a dodatkowa koszula i krawat, które Wilson na wszelki 
wypadek trzymał w szpitalu były prawie wygniecione.

- Wilson, przestań...

- ...Nie, ty przestań – przerwał House'owi. - Nie chcę z tobą rozmawiać. Wyjdź.

Ostre spojrzenie onkologa wstrząsnęło House'em. Wilson zazwyczaj nie patrzył na niego w ten 

background image

sposób. W jego oczach widać było gniew i urazę. Nie było w nich przebaczenia (nawet mimo tego, 
że House przecież nic złego nie zrobił) i House nie potrafił również odnaleźć w nich ani śladu 
uczucia.

To zabolało bardziej niż jakiekolwiek słowa.

- Dobra. Skoro nie chcesz ze mną być, to nie. Życzę udanego życia. - Wymaszerował z jego 
gabinetu.

[]

Kiedy wtargnął do jej biura, jej pierwsza myśl dotyczyła tego, że spojrzenie jego oczu wyglądało na 
wystarczająco srogie, by zamrozić parę wodną.

- Musisz pójść powiedzieć temu idiocie, który do niedawna był moim chłopakiem, że ty mnie 
pocałowałaś, że ja nie oddałem pocałunku i że nie interesuje mnie związek z nikim innym oprócz 
niego.

- Ja nic nie muszę - odparowała Cuddy, wstając zza biurka i prostując się na całą swoją wysokość. - 
Sam mu to powiedz. Mam ważniejsze sprawy na głowie, niż twój związek z Wilsonem.

- Już mu powiedziałem. On nie słucha, co do niego...

- ...Jejku, ciekawe, czemu...

- ...To twoja wina - powiedział oskarżycielsko House, podchodząc do niej sztywnym krokiem i 
obrzucając ją z góry wściekłym spojrzeniem. - Ty mnie pocałowałaś, ty wywołałaś ten problem i ty 
masz go rozwiązać.

- Nie możesz mi mówić, co mam robić - odparła Cuddy, opierając swoje niewielkie dłonie na 
biodrach. Na widok tego gestu House poczuł słabe ukłucie bólu, ponieważ przypomniał mu on o 
Wilsonie. - Kiedy dwie dorosłe osoby będące w związku mają problem, rozmawiają o tym, dopóki 
nie osiągną porozumienia, a nie wciągają w to innych ludzi, żeby rozwiązali sprawę za nich.

- Jedynym problemem jesteś ty...

- ...To nie moja wina, że nie potrafisz przeprowadzić zwykłej, dojrzałej rozmowy, House - warknęła 
Cuddy. - Nie zrzucaj na mnie odpowiedzialności za własną niezdolność do utrzymania żadnego 
poważnego związku.

[]

Wilson szedł do Gabinetu numer 2 i na jego twarzy pojawił się wyraz zdezorientowania, gdy 
wyszła stamtąd kompletnie ubrana pacjentka. Trzynastka poprosiła go na konsultację, więc 
dlaczego pacjentka już wychodziła? Być może pacjentką było dziecko, a ta kobieta to jej matka i 
wychodziła z gabinetu tylko na chwilę. Wilson wsunął się do środka, a Trzynastka w tym samym 
momencie zamknęła za nim drzwi i stanęła przed nimi, splatając ramiona na piersi. W pokoju nie 
było nikogo oprócz nich. Wilson posłał jej zdziwione spojrzenie.

- Wezwałaś mnie na konsultację?

Trzynastka wzruszyła ramionami, opierając się plecami o drzwi. - Wszyscy kłamią.

background image

Wilson popatrzył na nią. - O co chodzi?

- House jest nie w humorze. Nie zachowywał się tak okropnie, odkąd wy dwaj zostaliście parą. 
Domyślam się, że się pokłóciliście. O co poszło?

- O boże, on kazał ci ze mną porozmawiać, prawda? - spytał Wilson, przeczesując palcami włosy. - 
Posłuchaj, nie mam na to czasu. Mam pacjentów...

- ...Nie, House mi nic nie kazał - sprzeciwiła się Trzynastka, odchodząc od drzwi i podchodząc 
bliżej do Wilsona. - House jest przybity. Martwię się o niego.

Kiedy Wilson posłał jej zaskoczone spojrzenie, Trzynastka przewróciła oczami.

- Wilson, to, że jesteś jedyną osobą, którą House rzeczywiście dopuszcza do siebie, nie oznacza, że 
wyłącznie tobie na nim zależy. - Po tych słowach Trzynastka przyjrzała mu się badawczo. - Zależy 
ci na nim, prawda?

- Och, oczywiście, że tak - odparł Wilson. Westchnął i zaczął krążyć po gabinecie, ponieważ nie 
mógł ustać na miejscu.

- Cóż, w takim razie o cokolwiek wam poszło, musisz to naprawić - wyjaśniła Trzynastka, stając 
obok Wilsona, by spojrzeć mu w oczy. - Nie chodzi tylko o to, że gdy House jest nieszczęśliwy, to 
zmienia nasze życie w piekło. On tego potrzebuje. Musisz znaleźć jakieś rozwiązanie. Musisz z nim 
porozmawiać.

- A co każe ci przypuszczać, że to moja wina? - warknął Wilson, patrząc na nią złowrogo. - Może to 
on zrobił coś, czym wytrącił mnie z równowagi.

- A zrobił?

- Całował się z Cuddy.

Trzynastka popatrzyła na niego oczyma rozszerzonymi ze zdumienia, po czym pokręciła głową. - 
Nie wierzę w to. On cię kocha.

- Widziałem ich - dodał z uporem Wilson.

- Może źle oceniłeś sytuację? - zasugerowała Trzynastka. - Rozmawiałeś z nim o tym?

- Oczywiście, że z nim rozmawiałem - odparł obronnym tonem Wilson, jak gdyby poczuł się 
urażony sugestią, że mógłby zerwać z House'em, nie przedyskutowawszy najpierw sprawy 
pocałunku, aczkolwiek w rzeczywistości taki był jego pierwotny plan.

- House przyznał się, że ją pocałował?

- No cóż, miałem na myśli to, że House powiedział, że to Cuddy go pocałowała, a on nie oddał 
pocałunku, ale ja ich widziałem i...

Trzynastka przerwała mu prychnięciem, rozkładając ręce i potrząsając głową. - I wolisz mu nie 
wierzyć, bo tak jest łatwiej.

background image

- Łatwiej? Czyli uważasz, że ta sytuacja jest łatwa? - oburzył się Wilson.

- Łatwiejsza niż alternatywa. - Trzynastka wzruszyła ramionami.

- Taaa, bo te kilka ostatnich tygodni mojego życia nie były wcale najszczęśliwsze, tylko najbardziej 
nieznośne - odrzekł sarkastycznie Wilson.

- Proszę cię - powiedziała Trzynastka, przewracając oczami. - Tu nie chodzi o to, że wydaje ci się, 
że House cię zdradził. Chodzi o to, że obawiasz się, że ty w końcu zdradzisz jego.

Wilson utkwił spojrzenie w Trzynastce. House powiedział mu niemal dokładnie to samo. Ale to 
wcale nie oznaczało, że taka jest prawda. Onkolog zmrużył oczy.
- Dlaczego nikt nie może udzielić mi kredytu zaufania w tej sprawie? Mój związek z House'em nie 
jest taki sam, jak moje małżeństwa.

- Więc dlaczego ty nie udzielisz jemu kredytu zaufania? - zapytała Trzynastka. - Skoro House 
mówi, że nie chciał jej pocałować, to rzeczywiście tak było. Szukasz sobie wymówek, Wilson, 
ponieważ się boisz. Chcesz zrzucić winę na niego, bo boisz się, że sam rozwalisz ten związek.

Wilson popatrzył z gniewem Trzynastkę. - Czemu w ogóle sądzisz, że to twój interes?

- Ktoś musi uważać na House'a - odparła. - To nie możesz być ty, bo ponieważ jesteś jego 
chłopakiem, prowadziłoby to do konfliktu interesów. Nie może to być również Cuddy, bo ona nadal 
nie doszła do siebie po tym, że House wybrał ciebie, a nie ją. Foreman nie chce się zbytnio 
angażować, a Taub nie wydaje się być aż tak zainteresowany. Zatem zostałam ja i Chase. On w tej 
chwili ma House'a na oku, a ja zeszłam porozmawiać z tobą. - Trzynastka oparła się o ścianę. - 
Rozumiem, dlaczego się na mnie wkurzasz, ale robię to dla niego.

Część Wilsona rozumiała, co Trzynastka miała na myśli. Przypomniało mu to o dniu, w którym 
Cameron przekonała House'a, by poszedł z nią na randkę, a Wilson odbył z nią wcześniej poważną 
rozmowę, aby mieć pewność, że dziewczyna nie skrzywdzi House'a. Trzynastka robiła po prostu to 
samo, co on. Ta część Wilsona szanowała ją za to, bo kochała House'a i nie chciał, żeby stała mu się 
krzywda - ale co z nim samym? Czy był gdzieś ktoś, kto uważałby na niego i pilnował, żeby jemu 
nie stała się krzywda? Wilson był przekonany, że House go kocha, że kocha go najbardziej na 
świecie, gdy się całowali i gdy House przytulał go w nocy, lecz mimo to zastanawiał się od czasu 
do czasu, jakie stanowisko zajmowało serce starszego mężczyzny w sprawie Cuddy. Ona stanowiła 
zagrożenie.

- Wilson – odezwała się Trzynastka, wyrywając go z zamyślenia. Popatrzył na nią. - Pogadasz z 
nim?

- Nie wiem – westchnął Wilson, spuszczając wzrok. - Mam wrażenie, że to był zły pomysł. Mam 
wrażenie, że wszystko skończy się po prostu tym, że obaj zostaniemy zranieni.

- To możliwe – przyznała Trzynastka. - Ale musisz zadać sobie pytanie – dodała, a on popatrzył jej 
w oczy – czy on jest tego wart?

[]

Puk, puk.

- Mogę wejść? - spytał Wilson, gdy House podniósł wzrok.

background image

House wzruszył ramionami.

Wilson usiadł przed biurkiem House'a. - W porządku - powiedział. - Możliwe, że... przesadziłem... 
z moją reakcją na to, że całowaliście się z Cuddy. Ja... czuję się zagrożony z jej powodu.

- Niepotrzebnie - odparł stanowczo House. - Już jej nie kocham, a nawet wtedy, gdy ją kochałem... 
cóż, sam wiesz.

Wilson wciąż nie rozumiał, czemu House nie mógł po prostu powiedzieć, że go kocha. Mimo to 
zdecydował, że to nieistotne. Ufał, że House go kocha, a teraz przynajmniej była szansa, że sytuacja 
między nimi znowu wróciła do normy.
- Racja - przyznał, kiwając głową. - Cóż, postaram się o tym pamiętać.

- Czyli między nami już wszystko okej? - zapytał House, spoglądając na niego ponad biurkiem.

- Taaa. - Wilson spróbował się uśmiechnąć. - Wybaczam ci.

Wyraz twarzy House'a stał się obojętny. - Wybaczasz mi?

- Taaa.

- Nie chcę, żebyś mi wybaczał, Wilson - odrzekł, a jego oczy niespodziewanie znów zapłonęły 
gniewem. - Ja nic nie zrobiłem. Gdybym chciał przebaczenia, czy nie sądzisz, że bym przeprosił?

Wilson pobiegł myślami wstecz i przypomniał sobie, że House ani razu nie powiedział, że jest mu 
przykro z powodu całowania się z Cuddy. Jego złość powróciła, a chęć wybaczenia wyparowała. 
Popatrzył na House'a.
- Może sądziłem, że jesteś mi winien przeprosiny.

- Cóż, nie jestem. Nolan powiedział mi, że nie powinienem obwiniać się o to, czego nie mogę 
kontrolować. Nie mam zamiaru przepraszać, Wilson. Nie zrobiłem niczego niewłaściwego.

- Wiesz co? Zapomnij o tej rozmowie - powiedział Wilson, wstając z krzesła. - Przyszedłem tutaj, 
żeby się z tobą pogodzić, ale ty zwyczajnie musisz wszystko komplikować.

- Taaa, to cały ja. Moim jedynym zajęciem jest komplikowanie ludziom życia.

- Zapomnij o tym, co mówiłem - powtórzył Wilson. - Mam dosyć. Poddaję się. - Wymaszerował z 
gabinetu, a jego frustracja jeszcze się wzmogła, gdy szklane drzwi zamknęły się za nim powoli, nie 
wydając odgłosu trzaśnięcia.

[]

Wilson postanowił pójść na obchód, mając nadzieję, że to odwróci jego uwagę od kłótni z 
House'em. Nie to, żeby myślenie o dzieciach chorych na raka było w jakiś sposób weselsze od 
faktu, że jego związek z House'em się rozpadł.

Stephanie miała tylko siedem lat i chorowała na białaczkę. Jej terapia ciągle była w toku i było 
jeszcze zbyt wcześnie, by stwierdzić, czy stan dziewczynki się poprawi. Wilson usłyszał przez 
drzwi odgłosy kłótni i skrzywił się. Stephanie była słodkim dzieckiem, lecz Wilson nie cierpiał 
wizyt jej pięcioletniego brata, Brandona, ponieważ rodzeństwo bezustannie się kłóciło. Wchodząc 

background image

do sali, Wilson przywołał na twarz swój lekarski uśmiech:
- Cześć, Stephanie - przywitał się. - Jak się dzisiaj czujesz?

- Brandon, puszczaj mój koc! - rozkazała dziewczynka, patrząc groźnie na brata i ignorując 
Wilsona. - Uszczypnąłeś mnie, kiedy go chwyciłeś. To boli. Przestań.

- Przepraszam, Steffy - odpowiedział chłopiec z zakłopotaną miną. - Nie chciałem.

- Po prostu sobie idź - jęknęła płaczliwie Stephanie, chowając twarz w dłoniach. - Nie chcę cię 
widzieć.

Brandon nie rozpłakał się, ale kilka łez spłynęło w ciszy po jego policzkach. Wilson zerknął na 
matkę dzieci, która patrzyła na niego przepraszająco. Co niby miała zrobić? Dziewczynka miała 
siedem lat i była chora, i może niepotrzebnie odezwała się do brata w ten sposób, ale nie 
potrzebowała również matczynego kazania.

Kiedy Wilson skończył badać Stephanie, skinął na jej matkę, by wyszła porozmawiać z nim na 
korytarz. Kobieta wzięła na ręce Brandona, żeby zabrać go ze sobą, ale gdy tylko znaleźli się przed 
salą, chłopiec zaczął się wiercić, by matka postawiła go na ziemi, po czym natychmiast wrócił do 
swojej siostry. Matka westchnęła, spoglądając przez szklaną ścianę na sprzeczające się rodzeństwo, 
a potem zwróciła się do Wilsona:
- Co z nią?

- W porządku - odpowiedział Wilson ściszonym głosem. - Minęło zbyt mało czasu, by orzec, czy 
nastąpiła poprawa, ale póki co nie wygląda na to, żeby jej stan się pogorszył. Wiem, że robi pani 
wszystko, co w pani mocy, ale... - Onkolog nie był rodzicem i chciał podejść do problemu z 
niezbędną delikatnością. - Walka z rakiem zmusza ciało Stephanie do ogromnego wysiłku. Powrót 
do zdrowia... często przebiega lepiej, gdy otoczenie powoduje jak najmniej stresu. Ona i Brandon... 
czy oni zawsze się tak kłócą? To nie jest pomocne w tej sytuacji, ani nie jest zdrowe dla żadnego z 
nich.

Matka westchnęła. - Wiem. Nie mam pojęcia, co zrobić. - Popatrzyła na swoje dzieci przez szybę. - 
Wie pan, oni nigdy nie zachowywali się w ten sposób, naprawdę. Stephanie zawsze była taką 
troskliwą i kochającą starszą siostrą, a Brandon po prostu ją ubóstwia. Ale odkąd... odkąd 
poznaliśmy diagnozę, ona bez przerwy na niego wrzeszczy. Co gorsza, doktorze Wilson, on nigdy 
tak naprawdę nie robi nic złego. Wcześniej nigdy jej nie przeszkadzało, kiedy Brandon bawił się jej 
zabawkami albo wchodził do jej pokoju, ale teraz każdy drobiazg wyprowadza ją z równowagi. A 
za każdym razem, gdy próbuję ją upominać, Stephanie zaczyna płakać i mówić, że źle się czuje, a 
mnie zaczyna gnębić poczucie winy i nie potrafię tego zrobić.

Wilson położył dłoń na ramieniu matki. - Może ja z nią porozmawiam - zaproponował.

Kobieta skinęła głową.

Wilson otworzył szklane drzwi. - Stephanie - zwrócił się do dziewczynki - twoja mama pójdzie 
teraz z Brandonem na dół, do kafeterii, po coś do jedzenia. Mogę posiedzieć i porozmawiać z tobą, 
dopóki nie wrócą?

- Taaa - zgodziła się Stephanie. - Nie chcę, żeby on tu był - wyjaśniła, wskazując palcem swojego 
brata.

Zasmucona mina przemknęła przez twarz matki, gdy kobieta chwyciła syna za rękę i wyprowadziła 

background image

go z pokoju.

Wilson usiadł na brzegu łóżka Stephanie i popatrzył na nią. Jej oczy były zielone i prawdopodobnie 
jasne, lecz w tej chwili zaciemniał je gniew.

- Chcesz porozmawiać ze mną o swoim bracie, Stephanie?

Dziewczynka splotła ramiona na piersi i nadąsała się. - Nienawidzę go. Nienawidzę, kiedy się ze 
mną bawi. On zawsze wszystko psuje.

- Czy twój brat zawsze wszystko psuł? - zapytał łagodnie Wilson. - Twoja mama mówiła, że zanim 
zachorowałaś, bardzo dobrze dogadywaliście się ze sobą.

- Wiem - szepnęła, unikając wzroku Wilsona.

- A więc... - Wilson delikatnie ciągnął ten temat - wtedy, gdy zaczęłaś chorować, twój brat zaczął 
robić różne rzeczy, żeby cię zdenerwować?

Dziewczynka skinęła głową, wpatrując się we własne kolana. Jej oczy napełniły się łzami.

- Stephanie, wszystko w porządku? - spytał Wilson, kładąc dłoń na jej ręce.

Jej podbródek zadrżał, gdy podniosła wzrok na Wilsona. - Ja go nie nienawidzę - wyszeptała. - Ja 
tylko... dużo na niego krzyczę, żeby zostawił mnie w spokoju. Udaję, że jestem na niego zła, to 
może on przestanie mnie kochać. Ale nawet kiedy na niego krzyczę, on nie chce sobie pójść.

- Myślę, że on po prostu chce ci pomóc wyzdrowieć - zauważył Wilson. - Może zamiast na niego 
krzyczeć, mogłabyś wyjaśnić swoim rodzicom, że potrzebujesz pobyć trochę sama. Poza tym robisz 
się coraz starsza. Wszyscy z wiekiem stwierdzamy, że potrzebujemy trochę więcej prywatności, a 
zwłaszcza kiedy nie czujemy się dobrze. Ale czasami, szczególnie gdy jesteśmy smutni, czujemy 
się lepiej, gdy jest przy nas ktoś, kto nas kocha.

- To nie to - powiedziała Stephanie, kręcąc głową. Łzy popłynęły po jej twarzy. - Tak naprawdę, to 
ja chcę się z nim bawić. W rzeczywistości nie jestem zła, kiedy on wchodzi do mojego pokoju albo 
kiedy przypadkiem wyleje na mnie sok. Kiedy... kiedy miałam pięć lat chorowałam na ospę. Wtedy 
ciągle bawiliśmy się razem i on też zachorował. Zachorował nawet bardziej niż ja. Ale to jest gorsze 
niż ospa. Z powodu ospy nie musiałam iść do szpitala. Chcę, żeby on myślał, że jestem na niego 
zła, żeby przestał się ze mną bawić. - Głos dziewczynki zadrżał. - Nie chcę, żeby mój brat 
zachorował.

Te słowa złamały Wilsonowi serce. Przytulił dziewczynkę, gdy zaczęła płakać.
- Już dobrze, Stephanie - powiedział, głaszcząc ją po plecach. - Brandon nie zachoruje na białaczkę 
tylko dlatego, że ty jesteś chora. To nie działa w ten sposób. Białaczka nie jest zaraźliwa. Wiesz, co 
oznacza to słowo?

Stephanie kiwnęła głową i wytarła oczy, kiedy Wilson odsunął się od niej. - "Zaraźliwe" to znaczy, 
że jeśli jest się z kimś, kto jest chory, to samemu zaczyna się chorować.

- Zgadza się - odrzekł Wilson. - Ale twoja choroba nie jest taka. Nie jest zaraźliwa. Stephanie, 
możesz się bawić z Brandonem, ile tylko chcesz, a on nie zachoruje na białaczkę, tylko dlatego, że 
ty jesteś chora.

background image

Na twarzy dziewczynki pojawił się zapłakany uśmiech. - Naprawdę? Brandon nie zachoruje? 
Obiecuje pan?

Wilson wziął ją za rękę. - Nie mogę obiecać, że twój brat nie zachoruje, Stephanie. Nie wiemy, 
dlaczego ludzie chorują. Brandon prawdopodobnie nie zachoruje na raka. Ale nawet gdyby do tego 
doszło, Stephanie, przyrzekam ci, że nie stanie się to przez to, że się z tobą bawił.

Stephanie uśmiechnęła się i nachyliła, żeby jeszcze raz uściskać Wilsona. Onkolog delikatnie 
odwzajemnił uścisk.
- Kiedy Brandon wróci, chciałbym, żebyś mu powiedziała, że go kochasz. Możesz to zrobić, 
Stephanie?

Dziewczynka pokiwała głową. - Dziękuję, że mi pan powiedział, że znowu mogę się z nim bawić, 
doktorze Wilson.

Gdy matka Stephanie wróciła, Wilson wyszedł jej na spotkanie do drzwi pokoju i wyprowadził ją 
na zewnątrz.
- Ma pani bardzo ofiarną, małą córeczkę - powiedział, uśmiechając się do niej.

Matka wyglądała na zdezorientowaną. - Co takiego panu powiedziała?

- Że tak naprawdę wcale nie złości się na Brandona, za to, co on robi. Ona tylko usiłowała go 
chronić. Myślała, że mogłaby go zarazić, więc próbowała go do siebie zniechęcić.

- Och... - mruknęła kobieta, a jej ramiona się rozluźniły. Otarła z oka pojedynczą łzę i popatrzyła 
przez szybę na swoje dzieci. Uśmiechnęła się i wyszeptała, bardziej do siebie niż do Wilsona: - 
Miałam nadzieję, że wychowywaliśmy ją tak, jak trzeba.

[]

- Boję się - wyznał Wilson, podchodząc do House'a, gdy ten zbierał się do wyjścia do domu.

House popatrzył na niego.

- Nie obwiniam cię o to, co zdarzyło się z Cuddy. Myślę, że nigdy cię nie obwiniałem. Ja tylko... 
szukałem jakiejś wymówki, by z tobą zerwać i żeby to była twoja wina, ponieważ się boję. - Wilson 
westchnął. - Boję się, że w jakiś sposób nawalę. Że cię zdradzę. Sam nie wiem. Nie chcę tego, 
House. Przysięgam, że to ostatnia rzecz, jaką chciałbym zrobić. Zbyt wiele dla mnie znaczysz. Nie 
chcę cię stracić. I nie chcę cię zranić. Chcę ci obiecać, że z tobą będzie inaczej i że cię nigdy nie 
zdradzę, ale nie mogę. Składałem takie obietnice już wcześniej i ich nie dotrzymywałem. Mogę 
jedynie obiecać, że się postaram. Ja... - Wilson nie płakał, lecz jego głos załamał się z jakiegoś 
powodu. - Nie chcę tego zrujnować. Nie chcę zepsuć tego, że ty ze mną jesteś. Możesz... - 
westchnął i podniósł wzrok na House'a. Jego oczy wyrażały błaganie. - Możesz dać mi szansę?

House spojrzał mu w oczy i wpatrywał się w nie przez chwilę. W końcu wzruszył ramionami. - 
Skoro udało nam się zajść tak daleko.

Wilson zdecydował potraktować to jako potwierdzenie. Otoczył House'a ramionami i pocałował go 
w usta, głęboko i namiętnie. House zamknął oczy i objął Wilsona, oddając pocałunek z równą siłą. 
Odsunął się na moment, tylko po to, by spojrzeć Wilsonowi w oczy, po czym pochylił się po 
następny pocałunek, ale Wilson wykorzystał ten czas, gdy jego usta były wolne, żeby wyszeptać:
- Kocham cię.

background image

Wargi House'a drgnęły w przelotnym uśmiechu i pocałował Wilsona ponownie, zagłębiając palce w 
miękkie brązowe włosy onkologa.

Nie przerywając pocałunku, Wilson zdołał wydobyć z kieszeni swój telefon komórkowy.

[-]

Trzynastka była na pierwszym piętrze, z torebką przewieszoną przez ramię. Usłyszała, że jej telefon 
zabrzęczał i zerknęła na wyświetlacz, gdzie widniała wiadomość od Wilsona: "Dzięki". Trzynastka 
uśmiechnęła się i włożyła komórkę z powrotem do torebki.

- Hej - odezwał się Chase, stając za nią.

Obejrzała się na niego przez ramię. - Hej.

- Wychodzisz?

- Aha.

- Chcesz... - wzruszył ramionami - żebym cię podwiózł do domu?

- Mam własny samochód - stwierdziła.

- Nie o to pytałem - odparł Chase.

- Uh-huh - mruknęła, kiwając głową. - A... jak dostanę się do pracy jutro rano?

Chase raz jeszcze wzruszył ramionami. - Cóż, możemy pomartwić się o to jutro rano.

Trzynastka posłała mu na wpół zadowolony, na wpół zadziorny uśmiech, a Chase otoczył ręką jej 
ramiona i razem opuścili budynek szpitala.

[-]

Cuddy nawet nie zjawiła się na czwartym piętrze ze względu na House'a czy Wilsona. Znajdowało 
się tam w końcu mnóstwo gabinetów. To, że przechodziła obok biura House'a, było czystym 
zbiegiem okoliczności. To, że szklane drzwi w żaden sposób nie przesłoniły jej widoku dwóch 
szefów oddziałów jej szpitala obmacujących się nawzajem (no dobrze, oni się tylko całowali, lecz 
jej mózg wyolbrzymił całą scenę), sprawiło, że zatrzymała się w pół kroku i chwilowo zapomniała, 
po co w ogóle udała się na górę. Następnie pokręciła głową, odwróciła się stanowczo od gabinetu 
House'a i ruszyła tam, dokąd zmierzała. Po drodze wyciągnęła z kieszeni kitla swoją komórkę.

[-]

Lucas siedział w swoim gabinecie z nogami na biurku i oglądał telewizję. Zobaczył, że jego leżący 
na blacie telefon komórkowy wibruje i zanim go podniósł, zerknął jeszcze raz na ekran telewizora. 
Otrzymał wiadomość tekstową:

"Przepraszam. Możemy porozmawiać?"

background image

7x05 "Wyjaśnienia"

Rozległ się dzwonek telefonu.

- Wilson, telefon! - zawołał House, nie ruszając się z kanapy. Jego dłoń mechanicznie pocierała jego 
udo.

- House, miałem właśnie wejść pod prysznic - zawołał w odpowiedzi Wilson, przekrzykując szum 
wody. - Sam możesz odebrać.

- A jeśli to do ciebie? - odkrzyknął House.

- Wtedy pewnie będę musiał wysłać kartkę z przeprosinami do tego, kto dzwoni. Albo odbierz, albo 
niech się nagra na sekretarkę. Ja idę pod prysznic.

House chwycił telefon i spojrzał na jego wyświetlacz.

"Carr, Samantha"

Wargi House'a rozciągnęły się w diabelskim uśmiechu i zerknął w stronę korytarza, by się upewnić, 
że Wilson nie nadchodzi.

- Rezydencja House'a i Wilsona.

- House? Mówi Sam. Mogę rozmawiać z Jamesem?

- N... nie, nie możesz - odparł House, świetnie się bawiąc.

- Słucham? Dlaczego nie?

- No cóż, po pierwsze dlatego, że właśnie bierze prysznic. Ale również dlatego, że nie jest już twoją 
miłosną zabaweczką. Wilson jest mój. A ja nigdy nie dzielę się swoimi zabawkami.

House usłyszał jej prychnięcie w słuchawce telefonu i domyślił się, że oprócz tego przewróciła 
oczami.
- Czy mógłbyś go poprosić, żeby do mnie oddzwonił?

Mógłbym - odpowiedział, dodając w myślach: "ale oboje wiemy, że tego nie zrobię".

Sam westchnęła. - Do widzenia, House. - I odłożyła słuchawkę, nie czekając na jego odpowiedź.

- Kto dzwonił? - zapytał Wilson po wyjściu spod prysznica, dostrzegając w łazienkowym lustrze 
spojrzenie House'a, kiedy wycierał ręcznikiem włosy.

- Pomyłka - odrzekł House, przerywając kontakt wzrokowy z odbiciem Wilsona, żeby przesunąć 
oczami po jego ciele, które było okryte jedynie białym ręcznikiem owiniętym wokół bioder.

- Nawet o tym nie myśl - ostrzegł Wilson. - Dopiero co brałem prysznic... House!

- Ja tylko chcę podkreślić moje prawo własności do ciebie - powiedział niewinnie House. Jeszcze 
nie dotknął Wilsona, tylko zwyczajnie stał zaraz za nim w odległości paru centymetrów.

background image

- Oh-ho - prychnął Wilson. - Tylko o to chodzi? Cóż, w takim razie nie krępuj się. Moja odmowa 
wynikała z założenia, że chciałeś dać wyraz uczuciom miłości, a nie prawu własności.

- Amatorski błąd - odparł House, wzruszając ramionami. Uśmiechnął się prowokacyjnie do odbicia 
Wilsona. Jego oczy błyszczały.

Wilson stęknął. - Już ja się postaram, żebyś sam zapłacił rachunek za wodę w przyszłym miesiącu - 
mruknął, odwracając się twarzą do niego.

- Taaa, na pewno ci się to uda - odpowiedział House, stanowczo kładąc rękę na karku Wilsona.

[]

Ktoś zapukał do drzwi gabinetu Wilsona.

- Proszę - powiedział, a potem podniósł wzrok. Przełknął ślinę. - Sam.

- Cześć, James - odparła, niemal nieśmiało. - Wybacz, że wpadam tak bez zapowiedzi. Ja... 
próbowałam się do ciebie dodzwonić wczoraj wieczorem, ale odebrał House... i... cóż, domyślam 
się, że nie powiedział ci, że dzwoniłam.

- Nie... nie powiedział - potwierdził Wilson, przyglądając się swojej eksdziewczynie, gdy usiadła na 
przeciwko jego biurka. - Co... co cię tutaj sprowadza, Sam?

- Przeprosiny. - Westchnęła. - Posłuchaj, rozumiem, że może być już na to za późno. Jednak nie 
chcę, żebyśmy tym razem rozstawali się w atmosferze wrogości. - Popatrzyła mu w oczy. - 
Chciałabym, żebyśmy przynajmniej zostali przyjaciółmi, James, skoro nie łączy nas nic oprócz 
tego.

- Uh, posłuchaj, Sam, nie jestem pewien, czy to najlepszy pomysł - odparł Wilson, pocierając kark. 
Kątem oka dostrzegł jakiś ruch i zauważył House'a idącego w stronę murku, który dzielił ich 
balkony. - To nic osobistego - dodał szybko, podnosząc się z fotela. - Ale naprawdę uważam, że nie 
powinniśmy się już więcej widywać. Pod żadnym pretekstem. Powinnaś już iść. - Wstał i otworzył 
przed nią drzwi swojego biura, by zaakcentować swoje stanowisko, lecz zamiast wyjść na korytarz, 
Sam tylko się na niego gapiła.

W tym momencie House wkroczył przez drzwi balkonowe i - nie zwracając uwagi na Sam - 
przywitał się z Wilsonem, obejmując go w pasie i całując głęboko w usta.

- House - powstrzymał go Wilson, odpychając go delikatnie. - Proszę. - Wskazał gestem na Sam.

- O, Samantha - odezwał się House tonem udawanego zaskoczenia i spojrzał na nią tak, jakby 
właśnie zdał sobie sprawę z jej obecności. - Przykro mi, ale jeśli chcesz popatrzeć, będziesz musiała 
wpaść później do naszego mieszkania. Jimmy uparcie nie zgadza się na żadne akcje w pracy. - 
Patrzył na nią z uśmiechem wywołanym tą sytuacją, ale Sam wstała z krzesła i utkwiła wzrok w 
Wilsonie.

- James, co tu się, do diabła, dzieje? - Stała z jedną dłonią opartą na biodrze, a jej spojrzenie 
powędrowało od oczu Wilsona do jego talii, nadal ciasno objętej przez jedno z ramion House'a.

- Czy to znaczy, że nie powiedziałeś jej o nas? - spytał House, nie tracąc nic ze swojej wesołości. 

background image

Zaczął przesuwać palcem wzdłuż szczęki Wilsona, ale Wilson odepchnął jego dłoń.

- House, przestań.

Onkolog nie patrzył na Sam, w przeciwieństwie do House'a. Diagnosta wyszczerzył zęby w 
uśmiechu.
- Mówiłem ci, że cię przeczekam.

Sam ciągle gapiła się na Wilsona. - James, czy on mówi poważnie?

Wilson wzruszył ramionami, a następnie pokiwał głową. House objął go jeszcze mocniej.

Sam skrzywiła się ze wstrętem i przeniosła spojrzenie z jednego lekarza na drugiego.

Wilson zwrócił się do swojego kochanka: - House, mógłbyś dać nam minutkę? - zapytał łagodnie.
Przez sekundę patrzyli na siebie. Oczy Wilsona wyrażały powagę. House pocałował go ponownie, 
tym razem krótko, i przez chwilę Wilsonowi wydawało się, że House jedynie znowu podkreślał 
swoje prawo własności, że zrobił to jedynie na pokaz. Lecz ten pocałunek był na to zbyt czuły i gdy 
Wilson się odsunął, House popatrzył na niego przez moment, przybrawszy własne poważne 
spojrzenie, po czym oddalił się tą samą drogą, którą przyszedł.

[]

Zazwyczaj Wilson nie inicjował pocałunków w pracy, leczy gdy House przyszedł wyciągnąć go na 
lunch kilka godzin później, onkolog obdarzył go pospiesznym cmoknięciem w usta.

- Za co to było? - zapytał House.

Wilson zastanowił się, dlaczego House zawsze zdawał się uważać, że jego pocałunki miały jakiś 
ukryty motyw, ale nie poruszył głośno tego tematu. Być może dlatego, że przynajmniej tym razem 
House miał rację.

- Za to, że mi zaufałeś i pozwoliłeś, żebym pogadał z Sam w cztery oczy - wyjaśnił Wilson, 
uśmiechając się przy tym.

- Chyba niczego nie zrobiłeś, co?

- Przeprosiłem ją - odparł Wilson.

House prychnął. - Oczywiście, że tak. Nie ty zawiniłeś, ale byłeś w to zamieszany, więc musiałeś 
przeprosić.

- Ale to była moja wina, House - upierał się Wilson, odwracając wzrok od House'a. - Cała ta 
sytuacja miała miejsce z mojej winy.

- Taa, zmusiłeś ją, żeby cię zostawiła.

Wilson wzruszył ramionami. - Zasadniczo rzecz biorąc, popchnąłem ją do tego. Ona chciała, 
żebyśmy tym razem się nie spieszyli, by dzięki temu rzeczywiście nam się udało. Nie tak, jak za 
pierwszym razem. Ale ja nalegałem, żeby od razu się do mnie wprowadziła.

House cofnął się odrobinę, wpatrując się w Wilsona. - To był twój pomysł?

background image

Wilson przytaknął.

- Chciałeś się mnie pozbyć?

Wilson się uśmiechnął. - Potrzebowałem tego, House. Stawaliśmy się sobie zbyt bliscy i... i nie 
potrafiłem sobie z tym poradzić. To było samolubne, wiem o tym, nawet nie pomyślałem o tym, 
czego ty chcesz, kiedy wyrzuciłem cię z mieszkania. Uświadomiłem sobie po prostu, że 
przebywanie z tobą przez cały czas staje się ponad moje siły, i potrzebowałem czegoś, co 
odwróciłoby moją uwagę. Sam skontaktowała się ze mną w idealnym momencie, więc 
skorzystałem z okazji. - Wilson ponownie podszedł bliżej do House'a, dotykając jego boku. - Nigdy 
nie chodziło mi o nią, House. Wiem, że to cię zdenerwowało, i przepraszam, że byłem zbyt wielkim 
egoistą, by się przejmować. Ale powinieneś wiedzieć, że nigdy nie chodziło mi o nią. - Przerwał na 
chwilę, by się uśmiechnąć. - Zawsze chodziło mi tylko o ciebie.

House odsunął się o krok i przewrócił oczami. - Skończ z tym przesłodzonym zachowaniem - 
powiedział, ale uśmiechał się przy tym nieznacznie, i Wilson zachichotał pod nosem, gdy wyszli z 
gabinetu, by zjeść lunch.

[]

- Poproszę tylko o wodę - odezwała się Cuddy do kelnera. Wzięła menu ze stołu wyłącznie po to, 
żeby mieć co zrobić z rękami. Zamiast patrzeć na listę przystawek, zerknęła ponad krawędzią karty 
dań i odetchnęła z ulgą na widok Lucasa wchodzącego do restauracji. Był to ekskluzywny lokal, 
lecz Lucas miał na sobie pogniecioną koszulę i znoszone spodnie. Wyglądał niemal równie 
niechlujnie, jak miał to w zwyczaju House, najwyraźniej nie przejmując się tym, jak luksusowa 
była to restauracja.
Lucas usiadł naprzeciwko Cuddy i posłał jej spojrzenie, które mówiło, że przyszedł tylko po to, by 
ostatecznie wszystko zakończyć.

- No więc czego chcesz? - zapytał.

Cuddy wygładziła pod stołem swoją spódnicę. - Miałam nadzieję, że moglibyśmy porozmawiać - 
odrzekła.

- Słucham.

- Chciałam przeprosić - wyjaśniła, patrząc mu w oczy. - Nie powinnam była zrywać z tobą w taki 
sposób. Zachowałam się zbyt pochopnie...

- ...Racja, powinnaś była się najpierw upewnić, czy House cię zechce, a dopiero potem mnie rzucić. 
Jesteś profesjonalistką, Liso. Powinnaś wiedzieć, że nie rzuca się pracy, dopóki ktoś inny cię nie 
zatrudni.

- Lucas, nie to miałam na myśli! - oburzyła się Cuddy. - Chciałam powiedzieć, że powinnam była 
pomyśleć o tym, ile nasz związek dla mnie znaczy, zanim z niego zrezygnowałam. Nie zrobiłam 
tego, w tym tkwi mój błąd, i mogę cię jedynie prosić, byś mi wybaczył. Chcę, żebyś przyjął mnie z 
powrotem, Lucas. Ja... wiem, że na to nie zasługuję, ale chcę, żebyś pomyślał o tym, czym ten 
związek był dla ciebie... i czy naprawdę pragniesz spisać go na straty.

Popatrzyła na niego błagalnym wzrokiem, czekając na jego odpowiedź.

background image

Lucas westchnął i odchylił się na oparcie krzesła.
- Masz rację - powiedział, i Cuddy pozwoliła sobie na nieśmiały uśmiech, zanim dotarł do niej sens 
jego kolejnego zdania: - Nie zasługujesz na to. - Podniósł się z miejsca, a ona sięgnęła po jego dłoń, 
lecz Lucas odsunął rękę poza jej zasięg. Stanął obok stolika i spojrzał na nią z góry. W jego oczach 
nie było gniewu, tylko politowanie. - Nasz związek rzeczywiście coś dla mnie znaczył, Liso. Ale 
chciałem, żeby znaczył również coś dla ciebie. Najwyraźniej tak nie było. Nie w wystarczającym 
stopniu. Zasługuję na osobę, która będzie chciała być ze mną równie mocno, jak ja będę chciał być 
z nią.

Lucas odwrócił się i odszedł. Oczy Cuddy napełniły się łzami, gdy patrzyła, jak się oddala. 
Pomyślała, że może powinna pójść za nim, lecz nie spodziewała się, że to by coś dało.

Ponownie pojawił się kelner. - Woda, proszę pani - powiedział, stawiając szklankę na stole.
Cuddy podniosła na niego wzrok. - Zmieniłam zdanie. Proszę o kieliszek wina z wodą sodową.

[]

- Powiedziałeś jej o tym? - spytał House.

Wilson spojrzał na mężczyznę siedzącego obok niego na kanapie. Kiedy nie otrzymał odpowiedzi, 
House odwzajemnił jego spojrzenie.

- Och, wybacz - powiedział Wilson. - Odpowiedziałbym ci, jednak żeby to zrobić, musiałbym się 
chociaż domyślać, o czym ty, do diabła, mówisz.

House przewrócił oczami. - Kiedy zostawiłem cię z Sam w twoim gabinecie, czy powiedziałeś jej, 
że posuwałeś ją wyłącznie po to, żeby przestać myśleć o mnie?

Wilson wzdrygnął się odrobinę. - To dosyć okrutne, House.

- Sam mi powiedziałeś, że taka jest prawda.

- No cóż... Ubrałem to w nieco... milsze słowa. Zachowałem się bardziej subtelnie. Próbowałem 
wyrazić to w taki sposób, żeby nie poczuła się bezwartościowa.

House prychnął. - Oczywiście. Zapomniałem, że jesteś tym facetem, któremu ludzie dziękują, gdy 
usłyszą od niego, że są umierający.

Wilson uśmiechnął się szeroko. - Mogę cię zapewnić, że ona mi nie podziękowała. Prawdę mówiąc, 
miała nadzieję, że moglibyśmy znowu być razem. Powiedziała, że nawet mimo tego, iż wywierałem 
na nią presję, jestem jedynym facetem, który naprawdę ją rozumie i że nie chce się ze mną 
rozstawać. Kiedy jej oznajmiłem, że na to już za późno, zdenerwowała się i zapytała: "To znaczy, że 
gdy tylko znalazłam się za drzwiami, ty rzuciłeś się na niego?", a wtedy przypadkiem się 
uśmiechnąłem, bo dokładnie tak to przecież wyglądało, na co ona się wściekła. Wyjaśniłem jej, że 
naprawdę kochałem cię przez cały ten czas, chociaż nie wydaje mi się, że to w czymś pomogło. - 
Posłał House'owi przekorny uśmieszek, a House odpowiedział mu tym samym, lecz wówczas 
Wilson zmarszczył brwi. - Przez to zacząłem się zastanawiać nad tamtym wieczorem - powiedział. - 
Byłem wtedy tak spanikowany tym, że cię pocałowałem, że nawet nie przyszło mi to do głowy, ale 
czemu w ogóle przyszedłeś tutaj tamtego wieczoru? Nie mieliśmy żadnych planów, nie 
spodziewałem się ciebie, a ty się tak nagle zjawiłeś. Zwykle nie wpadasz bez zapowiedzi, kiedy 
akurat mam kogoś. Czemu zdecydowałeś się przyjechać?

background image

House popatrzył na podłogę. Dotychczas Wilson nie poruszył tego tematu, więc House liczył na to, 
że będzie mógł o tym po prostu zapomnieć, że nigdy nie będzie musiał się przyznać...

- House? - zagadnął zachęcająco Wilson, kładąc dłoń na kolanie diagnosty. - Wszystko w porządku?

House nie mógł okłamać Wilsona. Nie w tak istotnej kwestii. Westchnął.
- Byłem wytrącony z równowagi - przyznał. - Wróciłem do mojego mieszkania i znalazłem stary 
schowek z Vicodinem.

Wilson gwałtownie zaczerpnął powietrza.

- Nie wziąłem ani jednej tabletki - dodał natychmiast House. - Siedziałem tam, patrzyłem na nie, 
zastanawiałem się, czy ich nie połknąć. Ale tego nie zrobiłem. Włożyłem pigułki z powrotem do 
pojemnika, odłożyłem go i przyjechałem tutaj.

Wilson otoczył go ramionami, położył dłoń na jego karku i przyciągnął jego ciało do swojego, 
jakby się bał, że gdyby wypuścił go z objęć, stałoby się coś złego.
- House, czemu mi nie powiedziałeś? - zapytał szeptem.

Onkolog poczuł, jak House wzrusza ramionami.
- Byłeś przybity. A potem mnie pocałowałeś. A potem wybiegłeś z mieszkania. Mieliśmy inne 
problemy na głowie.

- Żałuję, że mi nie powiedziałeś - wyszeptał Wilson, przytulając House'a do siebie.

- Nie wziąłem tych tabletek. Nie ma o czym mówić.

- Wręcz przeciwnie. Zrezygnowałeś z zażycia Vicodinu. To ogromne osiągnięcie. Ale z drugiej 
strony, zastanawiałeś się, czy go nie zażyć. - Na chwilę uwolnił House'a z uścisku, by przyjrzeć mu 
się uważnie. - Rozmawiałeś o tym z Nolanem?

House odwrócił od niego wzrok i spojrzał na podłogę.

- Rozumiem, że to oznacza "nie". Ale zakładam, że powiedziałeś mu o nas, prawda?

- Prawdę mówiąc - wymamrotał House, postanawiając, że nie będzie niczego ukrywał - nie 
rozmawiałem z nim już od jakiegoś czasu.

Wilson zmarszczył brwi. - Jak długi czas masz na myśli?

House wzruszył ramionami. - Nasza ostatnia sesja odbyła się tuż po tym, jak wyrzuciłeś mnie z 
mieszkania. To był dla mnie kiepski tydzień. Nolan wysnuł konkluzję, że powodem mojego niezbyt 
radosnego nastroju było to, że Cuddy i Lucas mieli zamieszkać razem, o czym wiedziałem od 
miesięcy, a nie fakt, że mój najlepszy przyjaciel, w którym na dodatek byłem zakochany, spotyka 
się z kimś innym i postanowił wykopać mnie na bruk. A więc go zwolniłem.

- W porządku - odezwał się Wilson. - Być może Nolan pomylił się w tej jednej sprawie. Jednak, 
żeby sprawiedliwości stało się zadość, czy wiedział on, że byłeś wtedy zakochany w swoim 
najlepszym przyjacielu?

- To się nazywa "czytanie między wierszami". Nolan powinien był się tego domyślić. Powinien 
wiedzieć, że wszyscy kłamią. Łącznie ze mną.

background image

- House, nawet ja nie miałem o tym pojęcia. A znałem cię dłużej i mieszkałem wtedy z tobą.

- Taaa, ty też powinieneś był to wiedzieć. W końcu flirtowałem z tobą od ilu... dziewięciu lat? 
Dziesięciu?

Wilson się uśmiechnął. - Ty flirtujesz ze wszystkimi. Skąd miałem wiedzieć, że ze mną to znaczy 
coś więcej?

- Powinieneś się domyślić.

- Okej, House.

Następne kilka minut przesiedzieli w przyjemnej, kojącej ciszy.

- Zrobisz coś dla mnie? - zapytał Wilson.

- A będę musiał wstać?

- Nie.

- Strzelaj.

- Umów się na kolejne spotkanie z doktorem Nolanem - poprosił Wilson.

House skrzywił się i odwrócił wzrok.

- Proszę. Zależy mi na tym wyłącznie dlatego, bo przejmuję się twoim zdrowiem psychicznym. 
Owszem, Nolan był w błędzie w sprawie tego, co cię zdenerwowało, ale przecież mógł popełnić 
gorsze pomyłki, a on jest tylko człowiekiem i nie jest doskonały.

- Dobrze, już dobrze, zapiszę się na wizytę - odparł House, częściowo po to, by uciszyć Wilsona, a 
częściowo dlatego, że onkolog miał rację. Nie zwolnił Nolana jedynie z powodu tej jednej wpadki; 
zwolnił go, ponieważ robił wszystko, co Nolan mu polecił, a mimo to nadal był nieszczęśliwy. Lecz 
teraz przestał się tak czuć. Nie miał pewności, czy rzeczywiście był szczęśliwy - noga wciąż 
dotkliwie go bolała od czasu do czasu, a czasami bywał do tego stopnia przerażony, że Wilson go 
zostawi, iż leżał rozbudzony w środku nocy, kurczowo przytulając onkologa do swojego ciała, by 
nie mógł od niego uciec. Jednak czuł się szczęśliwszy niż kiedykolwiek odkąd doznał zawału 
mięśnia. Nie wiedział, czy ze Stacy był szczęśliwszy niż teraz. Bycie ze Stacy miało tę pozytywną 
stronę, że mógł korzystać z dwóch sprawnych nóg, lecz byciu z Wilsonem towarzyszyło poczucie, 
że jest to coś niewiarygodnie właściwego w sposób, w jaki jego zdaniem bycie ze Stacy 
prawdopodobnie nie mogło się równać. I... nie chodziło o to, że nie był wdzięczny za związek ze 
Stacy, kiedy byli razem, ale wtedy sprawy potoczyły się tak szybko - zamieszkali razem już w 
tydzień po chaotycznej pierwszej randce. Na Wilsona musiał czekać przez wiele lat.

- Dziękuję - powiedział z uśmiechem Wilson. - Jestem z ciebie dumny.

House przewrócił oczami i sięgnął po laskę, by pójść zagrać na organach. Podobało mu się to, że 
instrument stał przy ścianie, więc gdy grał na nim, reszta mieszkania znajdowała się za jego 
plecami. Dzięki temu Wilsonowi trudniej było dostrzec niedorzeczną minę zadowolenia, która 
mimo woli przemykała po jego twarzy, ilekroć sadowił się na ławeczce. Kiedy zaczął grać, Wilson 
wyłączył telewizor, odchylił się na oparcie kanapy i zamknął oczy. House grał, a Wilson słuchał. 

background image

Twarze obu lekarzy wyrażały identyczną, bezgraniczną radość, podczas gdy muzyka rozchodziła 
się po całym mieszkaniu.

7x06 "Przedstawiam ci doktor Ramirez"

House otworzył drzwi do biura Cuddy i wetknął głowę do środka.
- Zagroziłaś mi trzema tygodniami podwójnych dyżurów w klinice, jeżeli nie przyjdę się z tobą 
zobaczyć?

Cuddy podniosła wzrok i uśmiechnęła się. - Tak. Proszę wejść, doktorze House.

House nie chciał tam wchodzić. Z tego właśnie powodu zatrzymał się w niewielkim przedsionku 
pomiędzy prostymi, szklanymi drzwiami kliniki a ozdobnymi, przeszklonymi drzwiami, które 
prowadziły do biura Cuddy. A ona nigdy nie zwracała się do niego per "doktorze House". To 
oznaczało, że starała się zachować uprzejmie i profesjonalnie po tym, co się stało. Prawdopodobnie 
chciała wyrazić tym swój szacunek do niego. Nie zostało to odebrane w ten sposób.

Wszedł do gabinetu ostrożnie i podejrzliwie. Zamknął za sobą drzwi, lecz nie ruszył się spod nich 
ani na krok. Miał ochotę zostawić jedną dłoń na klamce, by o tyle skrócić czas swojej ucieczki, 
jednak zmusił się do opuszczenia ręki wzdłuż boku.

- Czego chcesz, Cuddy? - Nie zamierzał brać udziału w jej grze i zwracać się do niej stosownymi 
formułkami.

Cuddy wstała i przygładziła spódnicę, po czym obeszła biurko, żeby znaleźć się bliżej House'a. 
Dłoń diagnosty zacisnęła się mocniej na uchwycie laski.

- Zachowałam się niewłaściwie - powiedziała. - Nie powinnam była zakładać, że wolałbyś być ze 
mną zamiast z Wilsonem tylko dlatego, że ja tego pragnęłam. Nie powinnam była całować cię w 
taki sposób. I kiedy poprosiłeś mnie, żebym wyjaśniła Wilsonowi, co dokładnie się stało, powinnam 
była się zgodzić. Ponieważ miałeś rację. - Spuściła wzrok na podłogę i westchnęła, lecz House się 
nie poruszył, a jego podejrzliwa mina pozostała bez zmian. Cuddy podniosła oczy, by znów 
napotkać jego spojrzenie. - To była moja wina. Usiłowałam namieszać w waszym związku, bo 
chciałam cię mieć dla siebie. Nie jestem dumna z tego powodu i przykro mi, że to zrobiłam. - 
Zaczęła iść w jego stronę, a House zastygł w napiętym oczekiwaniu, ale nie przerwał kontaktu 
wzrokowego. - Rozumiem, że możesz nie chcieć być w tej chwili moim przyjacielem, ale 
powinieneś wiedzieć, że bez względu na to, co się stanie...

Tego dnia Cuddy założyła buty na zaledwie pięciocentymetrowym obcasie, przez co bardziej niż 
zazwyczaj różnili się od siebie wzrostem. Nie stała wystarczająco blisko, by go dotknąć, jednak 
gdyby zrobiła jeszcze jeden krok, mogłaby go dosięgnąć. Jej srebrzyste oczy utkwione były w jego 
spojrzeniu. Chciał odwrócić wzrok, ale nie mógł. Uchwyt laski ściskał tak mocno, że aż zbielały mu 
kostki palców. Pragnął znaleźć się gdziekolwiek indziej byle nie w tym gabinecie. Nawet oddalona 
o dziesięć metrów klinika byłaby lepszym miejscem.

- ...bez względu na to, co się stanie - ciągnęła Cuddy, wpatrując się w niego - zależy mi na tobie. I 
zawsze możesz na mnie liczyć.

background image

Jej dłoń musnęła jego ramię i House wzdrygnął się, mierząc ją ostrym spojrzeniem. Cuddy 
nerwowo cofnęła się o krok.

- To wszystko? - zapytał. - Mogę już iść?

Gdy Cuddy ponownie spuściła wzrok na podłogę i przytaknęła, House obrócił się na pięcie i 
wyszedł.

[]

Kiedy Wilson wszedł do biura administratorki, daleko mu było do odczuwania wcześniejszej 
podejrzliwości House'a, lecz mimo wszystko zachowywał się ostrożnie, podchodząc do krzesła 
przed jej biurkiem. Cuddy uśmiechnęła się do niego.
- Dzień dobry, doktorze Wilson.

- Dzień dobry, doktor Cuddy. - Ton jego głosu był nie do końca przyjemny, ale nie brzmiał też 
lodowato. Był całkowicie profesjonalny. Ni mniej, ni więcej. Cuddy postanowiła pójść za jego 
przykładem.

- Poprosiłam cię do siebie, bo chciałabym porozmawiać z tobą o nowym programie, którego 
wprowadzenie rozważam. Przedyskutowałam to już z zarządem i zdecydowaliśmy się na początek 
na małą próbę, zanim wdrożymy program w całości. Do przeprowadzenia tej próby wybraliśmy 
oddział onkologiczny.

Oczywiście, pomyślał Wilson. Cuddy próbowała zdobyć jego przebaczenie poprzez wyrażanie 
uznania dla jego etyki zawodowej. "Chcemy wypróbować nowy program, więc komu możemy 
powierzyć pomyślne przeprowadzenie pilotażowej próby? Oczywiście doktorowi Jamesowi 
Wilsonowi. Wszyscy go kochają, zatem on z pewnością uczyni z tego programu sukces." Przysługa 
ukryta pod płaszczykiem komplementu. Bardzo sprytne.

- W porządku - powiedział Wilson; nie żeby miał inny wybór. - Co to za program?

- Chodzi o program nauczania metodą śledzenia i obserwacji - wyjaśniła z uśmiechem Cuddy. - 
Grupa wysoce uzdolnionych absolwentów szkoły medycznej zostaje cieniami lekarzy pracujących 
na szpitalnych oddziałach. Zapoznają się z tajnikami funkcjonowania oddziałów z 
administracyjnego oraz medycznego punktu widzenia. Dzięki temu dowiadują się więcej o 
wybranych przez siebie specjalizacjach, niż dowiedzieliby się podczas typowego stażu. Jednakże 
skoro nie uczestniczyliśmy nigdy wcześniej w tym programie, uznaliśmy, że lepiej będzie zacząć od 
tylko jednego oddziału i jednego absolwenta, zamiast przyjmować całą grupę.

- A więc... - odezwał się Wilson, przyglądając się Cuddy - zasadniczo rzecz biorąc, jakiś dzieciak, 
który ma "dr" obok swojego nazwiska nie dłużej niż od pięciu minut, będzie wszędzie za mną 
chodził, żeby móc zostać szefem onkologii w wieku trzydziestu, a nie czterdziestu lat?

Cuddy uśmiechnęła się. - Zasadniczo rzecz biorąc.

Wilson westchnął. Tak naprawdę to nie był zły pomysł. Dzieciak z całą pewnością okaże się bystry 
- rywalizacja o miejsce w takim programie musiała być brutalna. Żałował, że sam nie miał szansy 
wzięcia udziału w czymś takim tuż po ukończeniu studiów. Poza tym przypuszczał, że doprawdy 
nie miałby nic przeciwko zostaniu czyimś mentorem. Gdyby nie to, że nadal był wściekły na 
Cuddy, najpewniej podszedłby dosyć entuzjastycznie do całego tego pomysłu.

background image

- W porządku - powiedział. - Zdecydowałaś się już na kogoś konkretnego?

- Zawęziłam wybór do dwójki kandydatów - odparła Cuddy. - Dziś po południu przyjdą na 
ostateczną rozmowę kwalifikacyjną. Jutro rano przedstawię cię twojemu cieniowi.

- W porządku - powtórzył Wilson, wzdychając. - Wobec tego do zobaczenia jutro.

- Miłego dnia, doktorze Wilson - pożegnała go uprzejmie, kiedy opuszczał jej biuro.

[]

Rozległo się pukanie do drzwi i Wilson wstał, żeby otworzyć. Drzwi nie były zamknięte na klucz - 
prawie nigdy ich nie zamykał, kiedy pracował - lecz wydawało mu się, że zachowa się bardziej 
profesjonalnie, jeśli osobiście wprowadzi Cuddy i jej najnowszy nabytek do swojego gabinetu.

- Dzień dobry - powiedział, uśmiechając się pogodnie do Cuddy oraz nowej młodej lekarki, 
aczkolwiek jego pogodne nastawienie wobec szefowej było jedynie udawane.

- Dzień dobry, doktorze Wilson - odparła Cuddy, uśmiechając się w odpowiedzi. - Oto doktor 
Monica Ramirez, która będzie twoim cieniem podczas dwumiesięcznej próby pilotażowej. Doktor 
Ramirez, to jest doktor James Wilson.

- Miło mi pana poznać, doktorze Wilson - dziewczyna uśmiechnęła się do niego. Logicznie rzecz 
biorąc, musiała mieć co najmniej dwadzieścia sześć lat, o ile nie była cudownym dzieckiem, lecz 
mimo to sprawiała wrażenie niewiele starszej od nastolatki. Wilsona uderzyło to, jak szybko jemu 
przybywało lat.

- Mnie również - odrzekł Wilson, przyglądając się jej od stóp do głów.
Doktor Ramirez nie była wysoka - jej wzrost prawdopodobnie wynosił około metr sześćdziesiąt, a 
butom na obcasach zawdzięczała kilka dodatkowych centymetrów - ale wyglądała... no cóż... 
oszałamiająco. Jej długie i zgrabne karmelowe nogi znikały pod obcisłą czarną spódniczką, która 
kończyła się kilkanaście centymetrów ponad kolanami. Miała na sobie cienki różowy sweterek, 
który przylegał do jej ciała, podkreślając różnicę pomiędzy wąską talią a krągłymi biodrami. Jej 
dekolt w kształcie rombu nie odsłaniał aż tyle, co dekolt Cuddy, lecz Wilson był w stanie 
stwierdzić, że miała większe piersi niż administratorka. Odruchowo ocenił ich rozmiar na C, może 
nawet na D, i uznał, że prawie na pewno były prawdziwe. Czarne jak smoła, układające się w 
łagodne loki włosy podskakiwały wokół jej ramion. Na długiej, łabędziej szyi nosiła złoty 
łańcuszek z krzyżykiem, a jej twarz... Doktor Ramirez mogłaby być ozdobą okładek czasopism, 
gdyby tylko zechciała; obróbka photoshopem w jej wypadku była zbędna. W jej brązowych oczach 
- ciemniejszych niż u Wilsona, ale nie zupełnie czarnych - migotały iskierki. Jej ciemne brwi były 
doskonale wyregulowane, lecz wystarczająco szerokie, by wyglądać naturalnie, a jej nos był drobny 
i prosty. Jej pełne usta pokrywała szminka w ciemnoczerwonym kolorze, nadająca wargom 
odrobinę połysku, ale nie do przesady. Jej jasne zęby uśmiechały się do Wilsona, podobnie jak jej 
oczy. Ta kobieta była piękna.

- No cóż - odezwała się Cuddy, uśmiechając się do nich obojga - zostawiam was, żebyś mógł ją 
oprowadzić po szpitalu, doktorze Wilson. Doktor Ramirez, życzę powodzenia - oznajmiła i 
zamknęła za sobą drzwi.

- Możesz... zwracać się do mnie "James" - powiedział Wilson, rozmyślnie odwracając od niej wzrok 
i rozglądając się po gabinecie, nie do końca wiedząc, co powinno wydarzyć się dalej.

background image

- A ty możesz zwracać się do mnie "Monica" - odrzekła. Jej oczy nadal błyszczały, kiedy Wilson 
ponownie na nią spojrzał.

Onkolog obdarzył ją swoim zniewalającym uśmiechem - zrobił to z przyzwyczajenia; do 
wszystkich kobiet uśmiechał się w ten sposób - a ona odwzajemniła mu się tym samym. Widok 
zapierał dech w piersiach.

- No dobrze - stwierdził Wilson. - Spotkania z pacjentami mam dopiero po południu, więc chyba 
mam trochę czasu, żeby cię oprowadzić.

- Brzmi świetnie - odparła Monica.

Wyszli z jego gabinetu i ruszyli korytarzem. Pierwszą rzeczą, jaka przyszła Wilsonowi do głowy, 
było oczywiście przedstawienie tej dziewczyny House'owi - ostatnim, czego potrzebował, było to, 
żeby jego kochanek nie wiedział o pięknej dziewczynie, która miała chodzić za nim przez cały 
dzień - lecz pokój konferencyjny oraz biuro House'a były puste. Zespół mógł być gdziekolwiek - 
Wilson nie był pewien, czy mieli jakiegoś pacjenta, czy nie. Przypomniał sobie za to, że House tego 
dnia umówił się na spotkanie z doktorem Nolanem.

- Oto oddział diagnostyki - wyjaśnił zwięźle Monice, gdy mijali szklane drzwi, zmierzając ku 
reszcie piętra.

[]

- Dobrze cię znowu widzieć, Greg - powiedział na powitanie Nolan, kiedy diagnosta wszedł do 
gabinetu.

House nie odpowiedział. Usiadł w fotelu i nawet nie spojrzał na Nolana. Rozmawiając ze swoim 
terapeutą, zachowywał się inaczej, niż gdy zwykle rozmawiał z innymi ludźmi. Był bardziej 
otwarty, bardziej szczery. Sarkazm wciąż był obecny w jego wypowiedziach, ale było go mniej. 
Taki sposób rozmawiania wykraczał poza jego normalny poziom bezpieczeństwa, więc potrzebował 
paru minut na przystosowanie się, przypominając sobie, że terapia dawała lepsze rezultaty, jeżeli 
mówił Nolanowi prawdę. Przynajmniej takie było zdanie Nolana. Ostatnim razem House wyszedł, 
ponieważ uznał, że terapia nie dawała żadnych rezultatów. Nadal nie był zbytnio 
usatysfakcjonowany metodami psychologa, lecz był skłonny dać mu kolejną szansę. Wilson go o to 
poprosił.

- Nadal nie jestem z ciebie zadowolony - zdecydował się oznajmić na wstępie House.

- To zrozumiałe - przyznał Nolan. - Kiedy byłeś tu ostatnio, czułeś frustrację, ponieważ zrobiłeś 
wszystko jak należało, ale nic nie układało się po twojej myśli. Rozumiem twoją frustrację, Greg. 
To normalne.

- Potem zrobiło się jeszcze gorzej - podjął House, w dalszym ciągu na niego nie patrząc. - Tydzień 
później miałem pacjentkę. Dźwig się zawalił. Musiałem amputować jej nogę na miejscu wypadku, 
żeby ją stamtąd wydostać. Byliśmy w drodze do szpitala, kiedy ona... doznała zatoru tłuszczowego. 
Zmarła w karetce. - House westchnął, pocierając swoją nogę. - Nic nie mogliśmy zrobić. Niczego 
nie można było zrobić inaczej. Podjęliśmy właściwą decyzję. Zrobiliśmy wszystko jak trzeba, a 
kobieta i tak umarła.

- To również musiało być dla ciebie frustrujące.

background image

- Nie możesz znaleźć jakiegoś mocniejszego przymiotnika? - warknął House, podnosząc wzrok na 
Nolana po raz pierwszy, odkąd wszedł. - Nie sądzę, żeby "frustrujący" w pełni opisywał tamtą 
sytuację.

- Drażniący, denerwujący, irytujący, rozczarowujący, zniechęcający, przygnębiający, 
rozwścieczający...

- ...taaa, ten może być - powiedział House, znowu odwracając wzrok.

- Byłeś rozwścieczony? - upewnił się Nolan.

House skinął głową.

- Na kogo lub na co byłeś wściekły? Na siebie? Na Boga? Na pacjentkę?

- Wiesz, że nie wierzę w Boga - odparł House. - A pacjentka niczym nie zawiniła.

- Ty też nie - przypomniał Nolan, jakby House potrzebował przypomnienia.

- Wiem - przyznał House. - Dlatego właśnie tak się czułem. Nie kierowałem tego uczucia do... 
nikogo konkretnego. Wyładowałem się na Foremanie, ale to tylko dlatego, że on przypadkiem 
znalazł się w pobliżu.

- Co się stało potem?

Oczywiście, musieli do tego dotrzeć. Skoro Wilson dowiedział się, że House przestał chodzić na 
terapię do Nolana, prawdopodobnie tak czy inaczej chciałby, żeby House znów zaczął się z nim 
spotykać, jednak sprawa z Vicodinem była dosyć poważna. House musiał mu o tym powiedzieć.

- Wiesz o tym, że ludzie, którzy mają w głowie ułożony plan popełnienia samobójstwa, są mniej 
prawdopodobnymi kandydatami do jego realizacji, niż osoby, które nie mają zaplanowanej takiej 
drogi ucieczki?

- Greg, czy ty usiłowałeś popełnić samobójstwo? - spytał Nolan, pochylając się do przodu z 
zaniepokojoną miną.

House przewrócił oczami. - To tylko metafora.

Nolan odchylił się z powrotem na oparcie fotela. - Zechciałbyś ją wyjaśnić?

- W ścianie łazienki w moim starym mieszkaniu jest dziura. Znajduje się za lustrem. Ja... trzymam 
w niej kilka pojemników z Vicodinem. Nigdy się ich nie pozbyłem. To częściowy... powód, czemu 
nie pozbyłem się tego mieszkania. Nigdy nie planowałem, że zażyję te tabletki... po prostu 
przyjemnie było wiedzieć, że tam są... gdybym ich potrzebował. Chyba mógłbym powiedzieć, że to 
była moja droga ucieczki. Technicznie rzecz biorąc, myślę, że wystarczyłoby ich, żebym się zabił, 
gdybym tego właśnie chciał. - House westchnął.

Nolan miał ochotę się wtrącić, zapytać, czy House wziął Vicodin, jednak wiedział, że House jeszcze 
nie skończył mówić, zatem mądrzej było pozwolić mu kontynuować w jego własnym tempie.

- Przyjechałem do domu, zdjąłem lustro ze ściany i wrzuciłem je do wanny, gdzie się roztrzaskało. 
Chwyciłem jedno z opakowań i wyciągnąłem dwie tabletki. Usiadłem na podłodze obok wanny. - 

background image

Popatrzył na Nolana. - Nie wziąłem ich. Ja... chciałem to zrobić. Ale wiedziałem, że to by niczego 
nie rozwiązało. Zamiast tego pojechałem do mieszkania Wilsona.

Nolan się uśmiechał. - To wielki krok, Greg. Jestem z ciebie bardzo dumny. Odłożenie tych tabletek 
nie mogło być proste.

- I nie było. - House wpatrywał się w podłogę. Nie chciał, żeby inni mówili mu, jacy są z niego 
dumni. To nie zmieniało faktu, że przede wszystkim sięgnął po pojemnik z tabletkami. Do tej pory 
się ich nie pozbył; nadal leżały na podłodze w jego łazience. Nie był tam jeszcze od tamtego 
wieczoru. Po tym, jak Wilson pocałował go i uciekł z mieszkania, House spędził noc w swojej 
starej sypialni - po części nie ufając sobie na tyle, by wrócić, po części licząc na to, że zachowując 
się tak jak dawniej, zdoła przywrócić sprawom dawny porządek sprzed pojawienia się Sam.

Jednakże przeznaczeniem tamtych tabletek nie było to, by House rzeczywiście je zażył. Ich 
przeznaczeniem było być tam na wypadek, gdyby on potrzebował je wziąć. Miały pozostać na 
zawsze w tamtej dziurze w ścianie, wypełniając swoje zadanie i pozostając nietknięte. Według 
własnej oceny, House poniósł porażkę. Powiedział o tym Nolanowi, a ten uśmiechnął się i pokręcił 
głową.

- Poniosłeś porażkę, bo nie wróciłeś do uzależniających leków, których nie brałeś od roku?

- Poniosłem porażkę, bo pomyślałem, że były mi potrzebne.

- Nie - sprzeciwił się Nolan. - Nie, to nie leki były ci potrzebne. Potrzebowałeś poczucia kontroli.

House popatrzył na niego. - Tu nie chodzi o zaburzenia odżywiania.

- To bez znaczenia - odparł Nolan, kręcąc głową. - W niektórych sprawach, o których mi 
powiedziałeś, miałeś rację. Nie we wszystkich, ale w niektórych. Rzeczywiście, zrobiłeś wszystko, 
co powinieneś zrobić, lecz to wciąż ci w niczym nie pomagało. Następnie poszedłeś do pracy i 
zrobiłeś wszystko, co należało zrobić, a mimo to tamta kobieta umarła. Nic, czego dokonałeś, nie 
wpłynęło w żaden sposób na otaczający cię świat i to cię - że użyję twojego określenia - 
rozwścieczyło. Nie mogłeś kontrolować tego, co Wilson czuł do Sam, ani co Cuddy czuła do 
Lucasa, nie mogłeś też kontrolować tego, co działo się w ciele tamtej kobiety i co spowodowało jej 
śmierć. Ale mogłeś kontrolować to, co zrobisz ze swoim ciałem. Albo czego nie zrobisz. - Nolan 
uśmiechnął się do House'a. - Dlatego nie wziąłeś Vicodinu. Po pierwsze miałeś możliwość 
dokonania wyboru i mogłeś kontrolować jego rezultat. Mogłeś zażyć leki i skończyć z powrotem 
tutaj albo umrzeć. Mogłeś też je odłożyć i zdecydować, że miniony rok nie był mimo wszystko 
zmarnowanym wysiłkiem. To nie leków chciałeś, House. Chciałeś kontroli, którą dzięki nim miałeś 
nad swoim życiem.

Przez minutę House siedział w fotelu, pocierając swoje udo i analizując to, co usłyszał. W końcu 
wzruszył ramionami.
- Chyba tak.

- Ale jest jeszcze jedna sprawa - powiedział Nolan, ponownie pochylając się do przodu. House 
popatrzył na niego. - Kiedy opowiadałeś mi to wszystko, powiedziałeś: "w moim starym 
mieszkaniu". Przeprowadziłeś się w nowe miejsce?

House doprawdy nie uśmiechnął się celowo i błyskawicznie przywołał na twarz swoją wcześniejszą 
minę, lecz Nolan mimo wszystko spostrzegł tę zmianę.

background image

- Greg - odezwał się zachęcającym tonem Nolan - uśmiechnąłeś się. Zwykle nie robisz tego, będąc 
tutaj. Coś w moim pytaniu musiało wywołać u ciebie pozytywną myśl. Chciałbym, żebyś się nią ze 
mną podzielił.

- Znowu mieszkam z Wilsonem - odpowiedział House. Kąciki jego ust zadrgały, gdy próbował nie 
uśmiechać się z tego powodu.

- Naprawdę? - zapytał Nolan, rozluźniając się w swoim fotelu. - Jak Sam się z tym czuje?

Na to pytanie House zareagował złośliwym uśmieszkiem. - Nie powiem, żeby była tym 
zachwycona. Ale nie wiedziała o tym aż do zeszłego tygodnia. Ona i Wilson rozstali się tego 
samego wieczora, kiedy ja... no wiesz.... prawie zaliczyłem wpadkę.

- Pokłócili się ze sobą, kiedy przyjechałeś?

- Nie - zaprzeczył House, oburzony, że Nolan automatycznie założył, iż to on był przyczyną tego 
rozstania. - Sam wyszła tuż przed tym, zanim tam dotarłem. To naprawdę nie była moja wina. - 
Jego usta znów drgnęły. - No cóż, nie bezpośrednio.

Nolan widział, że jest coś, o czym House mu nie mówi. Nie wyglądało na to, by ta sprawa trapiła 
House'a w jakimkolwiek stopniu, lecz mimo to chciał wiedzieć, co House przed nim ukrywa.

- Greg, co masz na myśli, mówiąc "nie bezpośrednio"?

- To była wina Wilsona, nie moja - wyjaśnił House. - Wilson wywierał presję na Sam, chcąc 
przyspieszyć rozwój ich związku... z mojego powodu. Wykorzystywał ją do odwrócenia swojej 
uwagi... ode mnie. Zerwali ze sobą, ponieważ to od samego początku nie był prawdziwy związek. 
Ja niczego nie zrobiłem.

- Rozumiem – powiedział Nolan, chociaż wciąż miał wrażenie, że coś mu umyka. - A więc Sam się 
wyprowadziła, a Wilson poprosił cię, żebyś wprowadził się z powrotem?

House zastanowił się nad tym. - Technicznie rzecz biorąc, nie wydaje mi się, żeby Wilson mnie o to 
poprosił. Wprowadziłem się znowu do niego z własnej inicjatywy.

- I ani razu nie porozmawialiście na ten temat?

- To w pewnym sensie było rozwiązanie, które rozumiało się samo przez się. - House doskonale się 
bawił. Nolan ciągle nie miał pojęcia, że jego relacja z Wilsonem nabrała romantycznego charakteru, 
a on - aczkolwiek był niezwykle dumny z tej informacji - nie zamierzał mu tego dobrowolnie 
wyjawić, dopóki nie zostanie do tego zmuszony przez jedno z pytań Nolana.

Nolan przyglądał mu się uważnie. House zachowywał się wyniośle. Wiedział o czymś, z czego 
Nolan nie zdawał sobie sprawy - o czymś istotnym - i miał prawdziwy ubaw, nie dopuszczając go 
do tajemnicy.

- House, czego mi nie mówisz? - spytał Nolan.

- Jest mnóstwo spraw, o których ci nie mówię. - House wzruszył ramionami. - Dwa plus dwa równa 
się cztery; nie wydaje mi się, żebyśmy już rozmawiali na ten temat. Chase i Trzynastka zaczęli ze 
sobą chodzić, a my robimy zakłady o to, jak długo to potrwa...

background image

- ...House – przerwał mu Nolan, spoglądając na niego.

House wzruszył ramionami. - Będziesz musiał wyrazić się bardziej dokładnie.

- Jak się miewa Cuddy? - zapytał Nolan, podejrzewając, że ona może mieć jakiś związek z 
otaczającą House'a atmosferą wesołości. Nie spodziewał się, że mina diagnosty zmieni się w 
kwaśny grymas.

- Jest w niezłej rozsypce, jak sądzę. Nie obchodzi mnie to tak naprawdę. Rozstała się z Lucasem. 
Pewnie to jest przyczyna.

Rozstanie Cuddy i Lucasa było pomyślnym wydarzeniem dla House'a - to by tłumaczyło jego dobry 
humor - zatem dlaczego wydawał się być mniej niż zadowolony z takiego obrotu spraw?

- Wiesz, dlaczego zerwali ze sobą? - spytał Nolan.

- Żeby dzięki temu, kiedy rzuciła się na mnie, nie zdradzała jego.

- Cuddy... rzuciła się na ciebie?

- Aha. Zobaczyła, że inne dziecko zabrało zabawkę z piaskownicy i nagle sama jej zapragnęła.

Nolan uśmiechnął się. - Oczywiście. Nic dziwnego. Ale nie wyglądasz na zbytnio 
podekscytowanego tym faktem. Kochasz Cuddy. Nie jesteś zabawką; jeżeli jakieś dziecko cię 
weźmie, nadal możesz zdecydować, że wolisz bawić się z kimś innym.

- Nie chcę się z nią bawić. Ona chce mnie tylko dlatego, że ktoś inny mnie wziął. Masz pojęcie, 
jakie to upokarzające? Poza tym, może ja wolę, żeby bawiło się mną to inne dziecko.

- Mówisz o kimś, kogo lubisz bardziej niż Cuddy? - Nolan sprawiał wrażenie zaskoczonego. - To 
musi być bardzo wyjątkowa kobieta. Może mi coś o niej opowiesz?

House uśmiechnął się chytrze. - No cóż, ma ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, brunetka o 
brązowych oczach, wyśmienicie gotuje. Jest lekarką, ale nie zgadza się na uprawianie seksu w 
szpitalu. Jednak wynagradza mi to po powrocie do domu - dodał House, nie przestając się 
uśmiechać.

- Rozumiem - odparł bez śladu rozbawienia Nolan. - Jak jej na imię?

Taaa, w porządku, od tego nie dało się wykręcić, nie posuwając się równocześnie do jawnego 
kłamstwa. House obdarzył swojego terapeutę uśmiechem wyższości.
- James. James Evan Wilson.

[]

House wpadł do gabinetu Wilsona. Wilson zdążył się już do tego aż nazbyt przyzwyczaić, więc nie 
podniósł wzroku znad czytanych dokumentów, ani tym bardziej się nie wzdrygnął.

- Czuję się już znacznie lepiej - oznajmił. - Nolan mnie uzdrowił. Nie ma potrzeby, żebym tam 
jeszcze kiedyś wracał.

- On tego nie powiedział - odparł Wilson, nie odrywając się od pracy.

background image

House nie słuchał; zauważył Monikę, która siedziała na kanapie Wilsona. Teraz miała na sobie 
lekarski kitel. Założyła nogę na nogę i zapisywała coś w notatniku umocowanym do podkładki. 
Podniosła wzrok, gdy House wszedł do środka, lecz kiedy zignorował jej obecność, wróciła do 
swoich notatek.

- Nowa przytulanka? - zapytał diagnosta, wskazując na nią skinieniem głowy.

- House!

Jednak Monica nie wyglądała na speszoną. Uśmiechnęła się i wstała, wyciągając rękę do starszego 
lekarza.
- Pan musi być doktorem House'em. Jestem doktor Monica Ramirez. Doktor Cuddy przyjęła mnie 
do pracy w szpitalu. Mam być cieniem doktora Wilsona w ramach próby nowego programu 
edukacyjnego dla absolwentów medycyny.

House uścisnął jej dłoń i zlustrował dokładnie jej ciało, nie zawracając sobie głowy ukrywaniem, że 
to robi. Następnie zerknął na Wilsona.
- Czemu ja takiej nie dostałem? - zapytał z oburzeniem.

Wilson zachichotał. - Bo już masz trójkę. I Foremana. - Starannie złożył dokumenty na biurku i 
podniósł się z fotela. - Jesteś gotowy iść na lunch?

- Jeśli ty jesteś gotowy za niego zapłacić.

- Powiedzmy, że zapraszam cię na randkę - odrzekł z uśmiechem Wilson, na co House jęknął 
żałośnie i przewrócił oczami.

- Wilson, zawstydzasz mnie na oczach pięknej dziewczyny.

Wilson parsknął śmiechem. - House, ciebie się nie da zawstydzić. - Zwrócił się do Moniki: - 
Wybacz nam, Monico. Powinniśmy wrócić za jakieś pół godziny i wtedy sama zrobisz sobie 
przerwę na lunch.

- Życzę ci udanego lunchu, James - powiedziała, uśmiechając się i kładąc na moment dłoń na jego 
ramieniu, podczas gdy House nie spuszczał z nich oka. A potem popatrzyła na niego: - Miło było 
pana poznać, doktorze House.

Opuszczając biuro, Wilson uśmiechał się z zakłopotaniem, a na twarzy House'a malowało się 
rozbawienie.

Błagam, powiedz, że kręcą ją trójkąciki - stęknął prosząco, gdy tylko zamknęli za sobą drzwi.

- House, daj spokój. Ona jest jak... jak płód. Dopiero co skończyła szkołę medyczną.

- I leci na ciebie.

- Zatem macie ze sobą coś wspólnego. - Wilson uśmiechnął się znacząco.

- Naprawdę zwraca się do ciebie per "James"?

- Większość ludzi, z którymi pracuję, tak się do mnie zwraca. Ta opcja jest dostępna również dla 

background image

ciebie, Greg.

- A więc zatrudnienie Miss Października, żeby chodziła za tobą przez cały dzień, to pomysł Cuddy?

- Bardzo w to wątpię, że Cuddy zatrudniła ją z powodu tego, jak wygląda - odparł Wilson. - Monica 
towarzyszyła mi na porannym obchodzie; jest bardzo bystra. Wie więcej na temat raka ode mnie, 
kiedy byłem w jej wieku. I ma bardzo przyjazne nastawienie.

- Tak, sam widziałem.

Wilson posłał House'owi podejrzliwy uśmiech, gdy otwarły się przed nimi drzwi windy.

- No co?

- Nie jesteś zdenerwowany. Nie jesteś podejrzliwy. Nie urządziłeś jej przesłuchania. Nie 
przesłuchałeś mnie na jej temat. Albo twoja sesja z Nolanem poszła na tyle gładko, że wprawiło cię 
to w szczególnie dobry nastrój... albo naprawdę zaczynasz mi ufać.

House rozejrzał się wokół siebie. W windzie nie było nikogo oprócz nich. Potem wzruszył 
ramionami.
- Przedstawiłeś mnie jej. Kiedy z kimś sypiasz albo masz taki zamiar... ukrywasz to. Spławiłbyś ją, 
widząc, że się zbliżam. Trzymałbyś mnie od tego z daleka. Wcześniej nigdy nie miałeś powodów, 
by to robić - nie chodziliśmy ze sobą - a jednak zawsze to ukrywałeś. Teraz, kiedy chodzimy ze 
sobą, ukrywałbyś to jeszcze dokładniej, bo gdybym się przypadkiem o tym dowiedział, miałoby to 
znacznie gorsze konsekwencje. Nie zrobiłeś tego. Pozwoliłeś mi ją poznać. Och, daruj sobie ten 
zarozumiały uśmiech. No co, chyba z nią nie sypiasz, prawda?

- Och, oczywiście, że nie - odpowiedział Wilson, przewracając oczami. - Znam ją dopiero od 
sześciu godzin.

- I jeszcze się nie zaręczyłeś? - spytał z niedowierzaniem House. Wilson zdzielił się dłonią w kark.

Drzwi windy rozsunęły się i House z Wilsonem wyszli na zewnątrz. House wyglądał na 
zadowolonego z siebie. Wilson miał minę winowajcy.

[]

Monica podążyła za Wilsonem do pokoju konferencyjnego diagnostyki. Spódnica, którą włożyła 
tego dnia, również była czarna, lecz krótsza i bardziej zwiewna od tej z dnia poprzedniego. Znowu 
miała na sobie sweterek w podobnym stylu co poprzednio, ale tym razem był on turkusowy, a nie 
różowy.

- Podobno potrzebujecie konsultacji? - zapytał Wilson, lecz nikt z zespołu House'a na niego nie 
patrzył.

- Cześć - odezwała się Monica, uśmiechając się do nich. - Jestem doktor Ramirez. Możecie zwracać 
się do mnie "Monica". Jestem cieniem doktora Wilsona w ramach nowego szpitalnego programu. 
Doktor Wilson mówił, że oddział diagnostyki potrzebuje konsultacji...

Czworo otwartych ust zostało zamkniętych. Foreman przyczepił kilka klisz do podświetlacza na 
ścianie, żeby szef onkologii oraz onkolog-na-stażu mogli je obejrzeć, lecz nikt oprócz nich nie 
patrzył na owe klisze. Wilson - na pozór nieświadomy zainteresowania, jakie skupiał na sobie jego 

background image

cień - przyjrzał się im uważnie, po czym stwierdził, że nie ma na nich nowotworu, i razem z 
Monicą wyszedł z pokoju.

Chase, Taub, Trzynastka i Foreman gapili się na siebie nawzajem.

- W porządku - odezwała się Trzynastka. - Ja to powiem: seksowna z niej laska.

Mężczyźni pokiwali głowami na zgodę.

- Racja - przyznał Taub. - No cóż, powinienem pójść powiedzieć naszemu pacjentowi, że to nie rak.

- A to znaczy, że musimy przeprowadzić kolejną diagnozę różnicową - westchnął Foreman. - Pójdę 
poszukać House'a.

Trzynastka popatrzyła, jak dwaj starsi mężczyźni wychodzą, a potem pochyliła się i pocałowała 
Chase'a w usta. Przez chwilę Chase wyglądał na zaskoczonego, lecz w końcu zamknął oczy i oddał 
pocałunek.

- Zaczekaj - odezwał się Chase, odsuwając się na sekundę od Trzynastki. Popatrzył na nią. - 
Myślisz o mnie, prawda?

- Co? Och, tak, oczywiście. - Uśmiechnęła się do niego.

- Jasne. Ja tylko... chciałem się upewnić.

Trzynastka znowu się pochyliła, żeby go pocałować, ale zaraz przestała. - Ty też myślałeś o mnie, 
no nie?

- Uh, taaa. - Chase wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Zdecydowanie.

- Super. - Przysunęła się bliżej do Chase'a razem ze swoim krzesłem i wróciła do przerwanego 
całowania.

[]

House nie zamierzał udawać, że obchodzi go to, iż Cuddy rozmawiała właśnie przez telefon, kiedy 
z impetem wpadł do jej gabinetu.

- Przepraszam, czy może pan chwileczkę zaczekać? - powiedziała szybko, po czym wcisnęła 
przycisk w telefonie i odłożyła słuchawkę. - O co chodzi? - zapytała House'a, odchylając się 
wygodnie na swoim fotelu.

- To się nie uda - odrzekł, patrząc na nią ze złością.

Cuddy pokręciła głową i wzruszyła ramionami. - Co się nie uda?

- On mnie nie zdradzi. A już na pewno nie z tą dupencją, którą zatrudniłaś, żeby wszędzie za nim 
łaziła i go kusiła.

- House - przerwała mu Cuddy ostrzegawczym tonem.

House zamilkł i przez chwilę oboje mierzyli się wzrokiem, zanim Cuddy spojrzała gdzieś w bok.

background image

- Popadasz w paranoję - powiedziała. - Jeżeli czujesz się niepewny waszego związku, chętnie z tobą 
o tym porozmawiam, jeśli chcesz, ale zamierzam cię poprosić, żebyś mnie o to nie obwiniał. 
Zatrudniłam doktor Ramirez w ramach programu szkoleniowego, a nie jako część projektu 
znajdźmy-Wilsonowi-więcej-spódniczek-do-których-mógłby-się-dobrać. Doktor Ramirez była 
najlepiej nadającą się kandydatką, co z pewnością ustaliłeś na podstawie akt, nad którymi spędziłeś 
cały wczorajszy dzień, zamiast diagnozować swojego pacjenta. - Podniosła na niego wzrok. - No 
co, myślałeś, że o tym nie wiedziałam? Nie doceniasz mnie, House. A teraz, jeśli nie masz nic 
więcej do powiedzenia, czeka na mnie niedokończona rozmowa telefoniczna.

House utkwił w niej swoje ostre spojrzenie na kolejną chwilę.
- Wilson nie nabierze się na twoje sztuczki - oznajmił na koniec.

[]

House, z plecakiem przewieszonym przez ramię, bez pośpiechu zmierzał korytarzem od swojego 
biura w kierunku wind. Wilson czekał już tam na niego, a z Wilsonem czekała Monica. Oboje 
uśmiechnęli się do House'a, a Monica skinęła głową:
- Doktorze House - pozdrowiła go z należytym szacunkiem.
Można by pomyśleć, że House zignorował jej obecność, gdyby nie to, że zaborczym gestem otoczył 
ramieniem barki Wilsona. Onkolog posłał swemu cieniowi uśmiech mówiący: "Nawet nie pytaj" i 
w rewanżu dyskretnie objął House'a w pasie.

7x07 "Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin"

House siedział za biurkiem, bawiąc się swoją wielką czerwoną piłką i wysyłając do Wilsona sms-y 
o niestosownej treści.

Wyczuł poruszenie w gabinecie i podniósłszy wzrok, zobaczył stojącą tam Trzynastkę. Trzymała 
ręce w kieszeniach kitla, co było dobrym sygnałem, ponieważ oznaczało to, że nie ma dla niego 
karty pacjenta. House zaplanował, że gdy skończy molestować Wilsona, przez godzinę pogra na 
PSP, by potem przystąpić do kolejnej rundy molestowania onkologa. Konieczność poprowadzenia 
diagnozy różnicowej zniweczyłaby jego rozkład zajęć na całe popołudnie.

Przyjrzał się jej bez słowa. Nie mieli pacjenta, a zatem musiało chodzić o jakąś prywatną sprawę. 
Trzynastka uśmiechała się, co znaczyło, że nie przyszła do niego, by złożyć wymówienie albo 
narzekać na Chase'a. Jej uśmiech był z lekka łobuzerski, a więc wiedziała o czymś, o czym on nie 
wiedział lub też wiedziała o czymś, czego ona jego zdaniem wiedzieć nie mogła. To oznaczało, że 
Trzynastka rozmawiała z Wilsonem. Sprawa, z jaką przyszła, miała dotyczyć Wilsona.

- Czego? - uznał, że to najszybsza i najprostsza droga, by dowiedzieć się, co ona wie.

- W czwartek są twoje urodziny - oznajmiła, spoglądając na niego z wyższością.

Świetnie. Trzynastka pracowała dla niego przez dwa lata i dotychczas nie poznała daty jego 
urodzin, zatem teraz dowiedziała się o niej wyłącznie dlatego, bo Wilson jej powiedział, a jedynym 
powodem tego musiało być...

background image

- Wilson kazał ci się dowiedzieć, co chcę dostać.

Przez mniej więcej sekundę Trzynastka wyglądała na zaskoczoną i zdumioną jego zdolnościami 
dedukcyjnymi, ale szybko się z tego otrząsnęła.

- Zgadza się - przyznała. - Więc czego chcesz?

- Porannego seksu i naleśników z orzeszkami macadamia – odpowiedział bez chwili wahania 
House. - I żeby Wilson nie wspominał o tym, że to moje urodziny.

Trzynastka przewróciła oczami i usiadła na krześle przed jego biurkiem. - Daj spokój, musisz 
czegoś chcieć.

- Taaa – odparł House, patrząc na nią. - Seksu i naleśników.

- Wilson wie, że zwykle wolisz, by wszyscy zignorowali twoje urodziny, ale nie chce postępować 
tak teraz, kiedy jesteście... razem - wyjaśniła. - I nie chce po prostu sam cię zapytać, bo przez to 
poczułby się głupio, jednak chce dać ci coś, z czego naprawdę się ucieszysz i co docenisz, a musisz 
przyznać, House, że nie jesteś osobą, której łatwo kupić prezent.

- Nikt nie musi niczego kupować - odrzekł z uporem House, wstając i biorąc do ręki laskę, by 
pokazać Trzynastce, że znudziła go ta rozmowa. - Skoro Wilson jest moim bel ami, seks mamy za 
darmo, a poza tym wiem z całą pewnością, że w domu są wszystkie składniki, potrzebne do 
zrobienia naleśników. A teraz idź sobie. Odpracuj za mnie dyżur w klinice albo zajmij się czymś 
innym.

Trzynastka przewróciła oczami i opuściła jego gabinet.

[]

Wilson podszedł do Trzynastki, kiedy tylko zobaczył ją na korytarzu.
- Co ci powiedział? - zapytał z mieszaniną niecierpliwości i niepokoju.

Trzynastka westchnęła. - Że chce porannego seksu, naleśników z orzeszkami macadamia i żebyś 
zachowywał się tak, jakby to nie były jego urodziny. Starałam się, Wilson, ale to wszystko, co od 
niego usłyszałam.

Wilson również westchnął.

- Rusz głową, znasz go dłużej niż ktokolwiek inny - powiedziała zachęcająco Trzynastka. - Na 
pewno wiesz, co on lubi.

Wilson zachichotał. - House lubi seks i naleśniki. I nienawidzi swoich urodzin.

- No to nie kupuj mu niczego specjalnego - zasugerowała. - Po prostu... daj mu to, czego chce.

- Nie mogę tego zrobić! - zaprzeczył Wilson z oburzeniem. - House by mnie znienawidził. To jego 
urodziny, nie mogę ich tak po prostu zignorować. Jasne, być może będzie się zachowywał, jakby go 
to w rzeczywistości nie obchodziło, ale w głębi serca poczuje się dotknięty i zawiedziony, jeżeli nie 
zrobię czegoś wyjątkowego, by uczcić ten dzień.

- Jesteś tego pewien? - spytała Trzynastka, krzyżując ramiona na piersi i przyglądając mu się 

background image

badawczo.

- Cóż... - Wilson wzruszył ramionami. - Ostrożności nigdy za wiele.

Trzynastka uśmiechnęła się przebiegle. - Wiesz co? Chase umówił się na dziś wieczór ze swoimi 
znajomymi. Jeśli nie wzbudzi to w House'ie podejrzeń, że wychodzisz gdzieś po pracy na kilka 
godzin, pójdę z tobą do centrum handlowego i razem poszukamy czegoś dla niego.

- Nie powinienem był kupować tamtych organów bez żadnego powodu - mruknął do siebie Wilson. 
- Wiedziałem, że będzie nimi zachwycony. Czułem się taki dumny z siebie, że o nich pomyślałem. 
Powinienem był je zostawić na jakąś wyjątkową okazję.

- Nie, nie powinieneś - zaprzeczyła Trzynastka. - Gdybyś to zrobił, nie miałyby one dla niego tak 
wielkiego znaczenia. Kupiłeś je wtedy, ponieważ tego chciałeś, ponieważ go kochasz. Nie 
potrzebowałeś wymówki w postaci jego urodzin.

Wilson przesunął dłonią po swoim karku. - Naprawdę uważasz, że nie powinienem mu niczego 
kupować?

- To zależy od ciebie, Wilson - westchnęła.

- Chodzi mi o to, że to będą jego pierwsze urodziny, odkąd jesteśmy ze sobą, i chcę mu pokazać, że 
to ma dla mnie znaczenie.

- Więc wybierzemy mu coś ładnego - odrzekła Trzynastka, uśmiechając się zachęcająco. - Jestem 
przekonana, że obojętnie co kupisz, House będzie tym zachwycony po prostu dlatego, że dostanie 
to właśnie od ciebie.

Wilson jęknął, ukrywając twarz w dłoniach. - No, to już po mnie.

[]

House'a obudził szum suszarki do włosów, dochodzący z sąsiedniego pomieszczenia. Zatem - o ile 
nie był to z jego strony podstęp, by nabrać House'a - Wilson zdążył się już wykąpać i 
przygotowywał się do wyjścia z domu. Zero szans na wciągnięcie go pod prysznic z zaskoczenia.

Odgłos suszarki umilkł, kiedy House wygrzebał się z łóżka i sięgnął po laskę. Wilson przywitał go 
krótkim "Cześć", gdy mijali się w drzwiach - onkolog wychodził z łazienki, a House wchodził do 
środka.

Zdecydowanie żadnych szans na poranny seks. Wilson był już czysty, pachnący i gotowy stawić 
czoła nowemu dniu. Jego włosy były ułożone do perfekcji, koszula wyprasowana i brakowało mu 
jedynie krawata, po który właśnie w tym momencie zmierzał do szafy.

Ogarnięty ponurym nastrojem House uporał się ze swoją poranną toaletą - ochlapał wodą twarz, 
połknął lekarstwa i przesunął wilgotną dłonią po włosach, by doprowadzić je do stanu stanowiącego 
całkowite przeciwieństwo fryzury Wilsona.

Skończywszy się ubierać, pokuśtykał markotnie do kuchni. Wiedział już, że jego drugie urodzinowe 
życzenie również nie zostanie spełnione. Zapach naleśników Wilsona potrafił wyczuć z kilometra. 
Nie mając ochoty na jajka, House zabrał stojące na lodówce pudełko płatków w lukrowej polewie i 
zastanawiał się przez chwilę, czy przez przypadek nie pomyliły mu się daty. Ale nie, oczywiście, że 

background image

mu się nie pomyliło. Był jedenasty czerwca - z całą pewnością miał tego dnia urodziny. Każdego 
roku pragnął, aby ten dzień przeminął niezauważony. Marzył o tym, by mógł udawać, że był to 
kolejny, zwyczajny dzień. Jednak zawsze około dziewiątego czy dziesiątego czerwca przypominał 
sobie o swoich urodzinach i gdy nadchodził ten dzień, nie potrafił spojrzeć na tę datę zapisaną na 
papierze, nie myśląc przy tym: Dziś są moje urodziny.

Cóż, przynajmniej jedno działo się zgodnie z jego życzeniem. Wilson nie wspomniał mu o tym ani 
słowem. Gratulacje, Greg, pomyślał w duchu House. Zupełnie tak, jak w każdy zwyczajny dzień. 
Zupełnie tak, jak zawsze tego chcesz
.

Wilsonowi zdarzało się już wcześniej ignorować urodziny House'a, a jego nigdy to nie obchodziło. 
Autentycznie miał to gdzieś. Bądź co bądź sam też nie robił nic dla uczczenia urodzin Wilsona. 
Diagnosta zmarszczył brwi w zamyśleniu. Czy on w ogóle wiedział, kiedy Wilson ma urodziny? 
Coś mu mówiło, że chodzi o listopad. Prawdopodobnie powinien o to kiedyś zapytać. No cóż, nie 
zapytać - wyszperać w rzeczach Wilsona jego akt urodzenia. Znał grupę krwi tego faceta, na miłość 
boską. Obaj znali się od dwudziestu lat, od dwóch miesięcy byli razem. Jak to możliwe, że nie znał 
daty urodzin Wilsona?

- Jedziesz ze mną do pracy? - zapytał Wilson, biorąc swoją marynarkę i aktówkę.

House pokręcił głową. - Pojadę motorem. Zobaczymy się na miejscu.

Wilson wzruszył ramionami. - Rób, jak uważasz. - Przystanął na moment, pochylając się do przodu, 
jak gdyby zastanawiał się, czy ma wrócić się spod drzwi i podejść do House'a, czy po prostu 
odwrócić się i wyjść. Jednak odpowiednia chwila minęła, więc tylko posłał House'owi szybki 
uśmiech, po czym wyszedł.

Czasami jeździli do szpitala razem, ale nie zawsze. Nie było to dogodne rozwiązanie, jeśli kończyli 
pracę o różnych porach. House wiedział, że tuż przed wyjściem Wilson rozważał, czy ma go 
pocałować na do widzenia. House nigdy nie miał nic przeciwko temu, o ile udawało mu się 
wciągnąć Wilsona w pocałunek z języczkiem, lecz nie powstrzymywało go to strojenia sobie 
później żartów z małżeńskich nawyków onkologa. Ostatecznie Wilson nauczył się wystrzegać 
podobnych gestów, kiedy nie były one niczym więcej jak właśnie tym - pustymi gestami. Poza tym, 
całowali się przez cały czas. To była taka ich nowa gra w piłkarzyki. Jednak nie całowali się po to, 
by się przywitać czy pożegnać. Całowali się dla samego całowania.

[]

Później tego samego dnia miał miejsce wyjątek od tej reguły. House postanowił darować 
przyjacielowi to naruszenie zasad, ponieważ od jakiegoś czasu Wilson przeważnie zachowywał się 
bez zarzutu, lecz kilka minut później zasady zostały naruszone w znacznie poważniejszym stopniu, 
co zupełnie przepędziło z umysłu House'a wszelkie myśli o całowaniu.

Był późny ranek. House właśnie odprawił swój zespół po diagnostycznej burzy mózgów i szedł z 
pokoju konferencyjnego do własnego gabinetu, gdy Wilson ukradkiem wsunął się do środka.

Zanim House zdołał cokolwiek powiedzieć, Wilson cmoknął go pospiesznie w policzek i szepnął: 
"Wszystkiego najlepszego, House", a potem wsunął mu do ręki niewielką paczuszkę i wyszedł z 
jego biura. House patrzył, jak onkolog w szybkim tempie oddala się korytarzem ze swoim cieniem, 
Monicą, depczącą mu po piętach, po czym pokuśtykał na fotel. Tak więc Wilson nie zdobył 
żadnego z trzech możliwych punktów w kategorii prezentów-o-które-prosił-House, ale jednak coś 
dla niego kupił. I z jakiegoś powodu nie chciał być obecny przy rozpakowywaniu tego czegoś. Nie 

background image

było mowy, by chodziło tylko o to, że Wilson był zbyt zapracowany, bo wówczas dałby mu to w 
domu. To oznaczało, że Wilson wstydził się swojego prezentu. A to oznaczało, że albo nie sądził, iż 
House'owi spodoba się prezent, albo było to coś całkowicie nieprzyzwoitego. House pragnął 
wierzyć w drugą możliwość, lecz pierwsza była bardziej prawdopodobna. Nie to, żeby Wilson był 
niezdolny do nieprzyzwoitych rzeczy - po prostu zapewne nie chciałby, żeby prezent z okazji 
pierwszych-urodzin-odkąd-są-parą był nieprzyzwoity, a nawet gdyby tego chciał, to 
prawdopodobnie byłby wystarczająco zaciekawiony, by zobaczyć reakcję House'a.

No cóż, skoro jego zespół przebywał gdzieś indziej zajęty badaniami, jeśli House chciał, by nie 
przeszkadzano mu, gdy będzie otwierał swój prezent, miał na to szansę teraz albo nigdy. Usiadł w 
fotelu i z uwagą przyjrzał się pudełku. Miało ono około piętnaście na siedem centymetrów, było 
zgrabnie owinięte w biało-złoty papier i przewiązane przezroczystą złotą wstążką. Być może 
ozdobne opakowanie zostało wykonane w sklepie, ale House wiedział, że po Wilsonie można 
spodziewać się wszystkiego - również tego, że sam posiada umiejętność doskonałego pakowania 
prezentów. Rozwiązał wstążkę i delikatnie odłożył ją na biurko. Pokrywka i pudełko były 
zapakowane oddzielnie, pozwalając House'owi na otwarcie paczuszki bez rozdzierania ozdobnego 
papieru. Na moment przyszło mu do głowy, że Wilson pozbawił go najprzyjemniejszej części 
rozpakowywania prezentów.

W pudełku, na jedwabnej poduszeczce, leżał zegarek. House gwałtownie zaczerpnął powietrza na 
jego widok. Ostrożnie, z czułością wydobył go z pudełka, przyglądając mu się uważnie. Zegarek 
wykonany był ze stali i białego złota, co nadawało mu kolor różnych odcieni srebra. Jedyny 
wyjątek stanowiły cyfry na cyferblacie, których błękitna barwa współgrała z całością. House 
natychmiast pomyślał o swoich oczach. Sekundnik z wdziękiem przebył całą drogę wokół tarczy 
zegarka, podczas gdy House nie odrywał od niej wzroku. W miejscu, gdzie powinna znajdować się 
liczba dwanaście, widniała maleńka korona. Rolex. Wilson kupił mu rolexa.

Niespodziewany skurcz w nodze sprawił, że House sapnął z zaskoczenia i bólu, i chwycił się za 
udo. Drżącą ręką szybko wrzucił zegarek do szuflady, po czym krzywiąc się, zaczął obiema dłońmi 
rozmasowywać mięśnie oraz miejsca, w których brakowało tkanki mięśniowej w jego nodze.

Usłyszawszy odgłos otwieranych drzwi, podniósł wzrok i zobaczył Trzynastkę.

- Czego? - warknął, uciskając swoje udo.

Oczy Trzynastki rozszerzyły się. - Chciałam ci tylko powiedzieć, że nasza pacjentka ma gorączkę. 
To nie choroba autoimmunologiczna - oznajmiła i ostrożnie ruszyła naprzód, w głąb gabinetu. - Czy 
ty... Czy ty dobrze się czujesz?

- A czy wyglądam, jakbym dobrze się czuł? - stęknął, patrząc na nią ze złością.

- Chcesz, żebym po kogoś poszła? Chcesz, żebym przyprowadziła Wilsona?

- Nie. - Jego spojrzenie było tak surowe, że Trzynastka postanowiła zostawić go w spokoju. 
Odwróciła się i wyszła tą samą drogą, którą weszła.

House wstał i trzymając się za udo, zaczął chodzić w kółko po swoim gabinecie. Popatrzył na swoje 
biurko, zobaczył dwie części pudełka i popchnął je po blacie, aż spadły z biurka do kosza na śmieci. 
Upadkowi pokrywki towarzyszyło trzepotanie kawałka papieru, które przykuło uwagę House'a, 
więc wyciągnął ją z kosza.

Przy niej, przymocowany do ozdobnego papieru za pomocą kawałka taśmy klejącej, znajdował się 

background image

pięciocentymetrowy kwadratowy "bilecik" w złote ornamenty. Pasował on tak doskonale do 
opakowania, że House nie zauważył go wcześniej.  Rozdzierając papier, diagnosta oderwał bilecik 
od pudełka i otworzył go. Na jego lewym skrzydełku widniały nadrukowane słowa "Dla" i "Od", do 
których Wilson niczego nie dopisał. Prawe skrzydełko bileciku zajmowało skromne: "Kocham Cię - 
J. W."

House poczuł ciepło, rozchodzące się po jego brzuchu. Zmiął bilecik w dłoni, po czym wepchnął go 
do kieszeni jeansów.

[]

Wilson pchnął drzwi prowadzące do gabinetu i wszedł do środka, lecz jego właściciel nie odwrócił 
się od swojego komputera. House miał na nosie okulary do czytania - Wilsonowi przemknęło przez 
myśl, że House zawsze wygląda uroczo w swoich okularach; być może właśnie dlatego zakładał je 
wyłącznie wtedy, gdy było to absolutnie konieczne.

- Hej - dał mu znać o swojej obecności, nie zawracając sobie głowy siadaniem przed biurkiem, bo i 
tak musiałby za chwilę znowu wstać. - Jesteś gotowy wyjść na lunch?

House wzruszył ramionami, nie patrząc na niego.

W jednej chwili Wilson zrobił się czujny. Coś było nie tak. Żadnych przemądrzałych komentarzy, 
żadnego sarkazmu, żadnych sprośnych tekstów - to znaczyło, że coś tutaj nie grało.

Niekoniecznie, uspokoił się w duchu Wilson. Może jest po prostu zajęty. Ma pacjenta, którego 
przypadku jeszcze nie rozwiązał
.

- Nad czym pracujesz? - zapytał, mając nadzieję, że zorientuje się, co sprawiło, że House nagle 
zrobił się taki obojętny wobec niego.

House zatrzasnął laptopa i zdjął okulary. - Nad niczym. W porządku, możemy iść.

Zgadza się. Coś było nie tak. House mógłby odpowiedzieć na tamto pytanie na milion różnych 
sposobów. Większość z nich wywołałaby uśmiech na ustach Wilsona, niektóre mogłyby wręcz 
sprowokować go do chichotu. House nawet nie zadał sobie trudu, by zmienić temat. Wyraźnie coś 
go gryzło. Wilson rzucił ukradkowe spojrzenie na jego nadgarstek. Ani śladu zegarka. Och. Czyżby 
o to chodziło?

Wilson popatrzył na House'a.
- Nie spodobał ci się - oznajmił mu swój wniosek.

House odchylił głowę i westchnął. - To nie przez ten przeklęty zegarek, Wilson.

- Więc dlaczego go nie założyłeś? - spytał Wilson, nie z pretensją, tylko z ciekawością. - Powiedz 
mi, o co chodzi.

- O nic. To tylko moja noga. Nieważne. W końcu samo przejdzie.

Wilson pokręcił głową. - Nie, coś innego nie daje ci spokoju. Widzę, że coś innego nie daje ci 
spokoju. Zrobiłem coś nie tak? Powiedz mi, House, bo tylko w ten sposób będę mógł to naprawić.

- Nie zrobiłeś niczego nie tak - zaprzeczył z uporem House, pocierając udo i nie patrząc na Wilsona. 

background image

- Nic mi nie jest. Masz zamiar postawić mi lunch, czy nie? To przecież mo... - Diagnosta ugryzł się 
w język i zamilkł.

Wilson zmierzył go spojrzeniem spod zmarszczonych brwi. - Nie.

House podniósł wzrok na Wilsona. - Zawsze kupujesz dla mnie lunch.

- Niczego ci nie kupię, dopóki mi nie powiesz, skąd to twoje rozdrażnienie.

- Jestem rozdrażniony, bo mój rzekomy chłopak nie kupi mi nawet lunchu w moje urodziny.

- Wkręcanie się od odpowiedzi. Cóż za niespodzianka - odparł sarkastycznie Wilson. - Jak chcesz. 
Będę w swoim gabinecie, gdybyś zmienił zdanie. - Odwrócił się i wyszedł.

House patrzył, jak Wilson wychodzi z jego biura. Przez chwilę masował jedną ręką swoje udo, a 
następnie drugą ręką z powrotem otworzył laptopa i ponownie założył okulary.

[]

Zespół opuścił pokój konferencyjny, rozchodząc się w różne strony. Taub i Foreman pojechali 
sprawdzić dom pacjentki, a Trzynastka z Chase'em mieli zrobić jej biopsję płuca. Trzynastka 
odciągnęła Chase'a w głąb korytarza i powiedziała mu coś szeptem do ucha.

Chase gapił się na nią przez moment. - Muszę?

- Proszę? - poprosiła, podnosząc na niego wzrok.

Chase skinął głową, a ona się uśmiechnęła. Pochylił się, by cmoknąć ją w usta, po czym ruszył z 
powrotem do pokoju konferencyjnego.

House siedział tam nadal, wpatrując się w zagmatwaną listę objawów zapisaną na białej tablicy. 
Oderwał się od niej, gdy wszedł Chase.

- Myślałem, że posłałem cię, żebyś usunął kawałek płuca z ciała umierającej kobiety.

- Remy powiedziała, że sama sobie poradzi.

House stęknął przeciągle. - Teraz nazywasz ją po imieniu? Żałosne. Budzisz we mnie obrzydzenie.

Puszczając tę uwagę mimo uszu, Chase usiadł na krześle obok House'a. - Mówiła mi, że z twoją 
nogą jest gorzej. Martwimy się.

- To nic takiego - odparł House, wracając spojrzeniem na białą tablicę.

- Albo to jednak coś - sprzeciwił się Chase. - Powinniśmy zrobić badania. Mógłbym je 
przeprowadzić pod fałszywym nazwiskiem, jeśli nie chcesz, żeby Wilson albo Cuddy się 
dowiedzieli. Miałeś już wcześniej problemy, chyba nie chcesz ryzykować, że to coś poważnego, a 
my tego nie wykryjemy. Może to nawet coś, co można wyleczyć. Nie dowiemy się tego bez 
przeprowadzenia badań. Przecież ty sam zawsze powtarzasz, że lepiej jest wiedzieć niż nie 
wiedzieć.

- Ja już wiem - stwierdził z naciskiem House, nieprzerwanie pocierając udo, najwyraźniej 

background image

bezwiednie. - To nic takiego. Idź... dopilnować, żeby Trzynastka nie zabiła naszej pacjentki.

Chase zmarszczył brwi. - Przebadałeś się już? Kiedy?

- Nie potrzebuję badania - upierał się House. - To tylko cholerne... zaburzenie dysocjacyjne. 
Wszystko było w porządku... od wielu tygodni.

- To nie do końca prawda - odrzekł Chase. - Parę tygodni temu znowu ci się pogorszyło...

- ...Taaa, pogorszyło mi się, kiedy posprzeczałem się z Wilsonem. Myślisz, że Wilson jest 
potajemnie uzależniony od opioidów i narkotyki dostają się do mojego organizmu dzięki wymianie 
płynów ustrojowych, przez co doświadczam gorszego bólu i objawów zespołu abstynencyjnego, 
ilekroć przestajemy to robić?

Chase skrzywił się, gdy przed oczami stanął mu obraz House'a i Wilsona wymieniających się 
płynami ustrojowymi.

House wreszcie spojrzał na niego, kiedy wypowiadał ostatnie słowa, lecz teraz znowu odwrócił 
wzrok.
- Idź już. Wybaczę mu, a moja noga sama się wyleczy - pstryknął palcami - jak za dotknięciem 
czarodziejskiej różdżki.

Chase mu się przyglądał. - Wiesz o tym, że to tak naprawdę nie działa w ten sposób.

- Prawie bez różnicy.

- House, "prawie bez różnicy" nie jest w twoim stylu.

- Jesteś świadom, że już raz cię wylałem i nie boję się zrobić tego ponownie. Wyjdź. To nie jest 
prośba.

Chase westchnął ciężko, ale się podporządkował. House wrócił do wpatrywania się w białą tablicę. 
Wsunął lewą rękę - tę, którą nie pocierał swojego uda - do kieszeni jeansów.

[]

House wszedł do mieszkania, pozwalając, by drzwi zatrzasnęły się za nim.

- Dobrze, że już jesteś - powiedział z uśmiechem Wilson. - Zarezerwowałem dla nas stolik w 
Lahiere's.

- Świetnie - odparł z sarkazmem House. Pozwolił, by jego plecak spadł na podłogę, a sam usiadł 
ostrożnie na kanapie, by nie nadwyrężyć swojej nogi. Ucisnął nasadą dłoni swoje udo i zaczął je nią 
pocierać.

Wilson zmarszczył brwi. - Jest bardzo kiepsko?

- Sam nie wiem. Może siódemka na skali?

- Chcesz, żebym odwołał rezerwację.

- Mam to gdzieś, Wilson. Zrób, jak uważasz.

background image

Zatroskana mina Wilsona sprawiała mu dodatkowy ból. House odwrócił wzrok. Wilson poszedł do 
kuchni i odszukał telefon. House masował swoją nogę, słuchając, jak Wilson wybiera numer.

- Tak, chciałbym zamówić pizzę. Dużą, z pieczarkami, wołowiną i bekonem. Proszę o dostawę do 
domu.

House faktycznie się uśmiechnął, kiedy Wilson dyktował ich adres. Potem onkolog dołączył do 
House'a na kanapie.

- Dzięki - mruknął House, a Wilson poznał po jego głosie, że mówił to szczerze.

- Posłuchaj - zaczął Wilson, przysuwając się bliżej do niego. - Przepraszam, że nie wiedziałem, co 
ci kupić na urodziny. Możemy odnieść ten zegarek do sklepu, jeśli chcesz.

- Nie chodzi o zegarek, Wilson - odrzekł House, wzdychając.

- W takim razie, o co? - naciskał Wilson.

- O nic - odpowiedział House, patrząc na podłogę. - Ty nic nie zrobiłeś. To tylko ja zachowuję się 
żałośnie i głupio.

- House...

- ...Przestań.

Wilson westchnął, sfrustrowany. - House, musisz mnie wysłuchać. To... ty, ja. To się nam nie uda, 
jeżeli nie będziemy ze sobą rozmawiać. Rozumiem, że są pewne sprawy, które chcesz zachować dla 
siebie, ale kiedy coś naprawdę wyprowadza cię z równowagi, musisz mi o tym powiedzieć. To nie 
może się udać, jeśli nie będziesz mi o niczym mówił.

- Och, więc albo ci powiem, albo mnie rzucisz?

- Nie! - zaprzeczył Wilson, masując swoją skroń. - Nie, albo mi powiesz i razem rozwiążemy ten 
problem, albo będziesz się na mnie boczył, aż problemy się skumulują i wybuchną, i obaj będziemy 
nieszczęśliwi. Być może ciężko ci w to uwierzyć, ale ja naprawdę chcę, żeby nam się ułożyło, 
House. Zrobię, co w mojej mocy, żeby utrzymać nasz związek, ale musisz mi w tym pomóc. Proszę, 
House, po prostu mi powiedz.

House przyglądał mu się przez moment, po czym spuścił wzrok. - Nienawidzę tego zegarka - 
przyznał.

Ramiona Wilsona zgarbiły się, lecz on sam nic nie powiedział.

- To męska wersja czegoś, co mógłbyś podarować żonie. Kupowałeś wytworną biżuterię dla Bonnie 
i dla Julie, i to samo robiłbyś dla Sam, gdyby było cię na to stać, kiedy byliście małżeństwem. Z 
okazji każdych urodzin, każdej Gwiazdki - coś pięknego i błyszczącego. Coś, o czym mogły 
szczebiotać ze swoimi przyjaciółkami. "Och, on tak bardzo mnie kocha, zobacz, ile pieniędzy na 
mnie wydał." To model zachowania, Wilson. Coś, o czym myślałem, że próbujesz z tym skończyć.

Wilson potarł dłonią kark. - Ponieważ kupiłem ci ładny zegarek, uznałeś, że należysz do tej samej 
kategorii, co moje byłe żony. Do kategorii, która obejmuje również zdrady i opłakany koniec.

background image

- To paranoja, wiem o tym. To... niedorzeczne.

- To nie jest niedorzeczne - sprzeciwił się Wilson. - Z całą pewnością nie takie miałem intencje, 
House, ale już rozumiem, skąd ci to przyszło do głowy. Przepraszam, że cię zraniłem, House. Nie 
pomyślałem o tym w ten sposób.

- Wiem - przyznał House, nie odrywając oczu od podłogi. Przez pewien czas siedzieli w milczeniu, 
po czym House znowu się odezwał: - Nie okłamywałem Trzynastki. Nie uciekałem od jej pytania. 
Poważnie, Wilson. Jedyne, czego rzeczywiście chciałem, to naleśniki z orzeszkami macadamia i 
poranny seks.

Wilson uśmiechnął się do House'a, który z pewną nieśmiałością podniósł ku niemu wzrok.
- Mogę ci to wynagrodzić jutro rano - zaproponował Wilson.

House pochylił się w jego stronę, a Wilson pocałował go w usta.

- Wiesz - zaczął Wilson, odsuwając się - nigdy nie podarowałem żadnej z moich żon porannego 
seksu i naleśników z okazji ich urodzin. - Pozwolił House'owi pocałować się raz jeszcze. - Zatem 
mogę zwrócić ten zegarek, jeżeli naprawdę go nienawidzisz, ale skoro dostaniesz dodatkowe 
prezenty, to naprawdę znajdziesz się w swojej własnej kategorii...

Przez chwilę patrzyli na siebie nawzajem.

- To nie zegarek budził moją nienawiść - wyjaśnił House. - Zatrzymam go, Wilson.

Wilson się uśmiechnął.

- Dzięki niemu będę wyglądał seksownie - dodał House. - Te błękitne cyfry pasują do moich oczu.

[W tym miejscu Autorka proponuje wyobrazić sobie odjazd kamery, aż w kadrze pojawią się 
chłopaki na kanapie, potem dalej, aż będzie ich widać przez okno mieszkania, a potem kamera 
odjeżdża jeszcze dalej, aż chłopaków nie będzie widać w ogóle. A to wszystko przy jakimś 
spokojnym podkładzie muzycznym, np. "Glitter in the Air" od Pink.]