background image

MEG CABOT

ZABÓJSTWO Z LEKKĄ NADWAGĄ

Przekład AGNIESZKA RÓŻAŃSKA

Tytuł oryginału Big Boned

Benjaminowi

background image

1

Ty nie jesteś upasiona,

Choć lepiej nabrać lekkości,

Ale to nie twoja wina -

Po prostu masz grube kości.

Grubokoścista

słowa i muzyka: Heather Wells

Przyszłaś?!

To właśnie wykrzykuje Tad Tocco, mój profesor od zajęć wyrównawczych z matmy, 

kiedy tego ranka podchodzę do niego w parku na Washington Square.

Nie całuje mnie, bo nasze stosunki są ściśle tajne. Profesorom - zwłaszcza etatowym 

wykładowcom wydziału matematyki - nie wolno romansować ze studentkami.

Nawet ze studentkami, które, jak ja, mają na karku prawie trzydziestkę i pracują jako 

asystentki kierownika akademików, a mimo to chodzą na zajęcia wyrównawcze.

- Jasne, że przyszłam - mówię, starając się, by zabrzmiało to tak, jakby nigdy nie było 

żadnej wątpliwości. Poza tą, oczywiście, że kiedy trzydzieści minut temu obróciłam się na 

drugi bok i spojrzałam na zegar, i zobaczyłam dużą wskazówkę na dwunastce, a małą na 

szóstce, to jedynym moim marzeniem było nakryć się znowu po czubek głowy i na kolejne 

dwie   i pół  godziny zapaść  w   rozkoszną  drzemkę.  Bo  czy  nie  po to  mieszka   się o  dwie 

przecznice od miejsca, gdzie się pracuje? Żeby można było wysypiać się do ostatniej minuty?

Ale obiecałam.

A teraz jestem zadowolona, że wyczołgałam się spod mojej cieplutkiej, mięciutkiej 

kołdry. Bo Tad wygląda fantastycznie. Poranne słońce lśni na jego długich, jasnych włosach - 

ściągniętych w koński ogon, już niemal dłuższy od mojego - i na złocistych włoskach gołych 

nóg.

Widzę   całą   masę   tych   złocistych   włosków,   a   to   za   sprawą   krótkich   spodenek   do 

biegania, które ma na sobie.

Halo,   Panie   Boże,   jesteś   tam?  To   ja,   Heather.  Chciałam   Ci   tylko   podziękować. 

Dziękuję za jasne słońce i czyste, chłodne powietrze. I za ślicznie kwitnące wiosenne kwiatki.

I za etatowych  wykładowców w krótkich spodenkach. To wszystko  naprawdę jest 

warte, żeby zerwać się dwie i pół godziny przed czasem. Gdybym wcześniej zdawała sobie z 

background image

tego sprawę, wstawałabym tak już od dawna.

No... może bym wstawała.

- Pomyślałem   sobie,   że   zaczniemy   powoli   -   informuje   mnie   Tad.   Wykonuje 

rozciągające ćwiczenia na parkowej ławce. Uda ma smukłe, mięśnie wyrobione, pozbawione 

grama tłuszczu. Nawet w pozycji rozluźnionej uda Tada są twarde jak kamień. Wiem, bo ich 

dotykałam.   Mimo   że   nasz   wspólny   pracodawca,   Uniwersytet   Nowojorski,   zabrania 

romantycznych związków ze studentami, Tad i ja spotykamy się potajemnie.

Bo kiedy jesteście tuż przed trzydziestką lub tuż po niej, a ty nadrabiasz matmę, żeby 

móc się zapisać na prawdziwe zajęcia, to kto by się przejmował?

Nawiasem mówiąc, minęła już cała wieczność, odkąd na jakieś chodziłam. Więc niby 

co powinnam była zrobić? Czekać do maja, aż zajęcia się skończą, i dopiero wtedy rzucić się 

na niego? Tak. Jakby to było możliwe.

Zwłaszcza jeśli mowa o Tadzie. Chcę przez to powiedzieć, że facet jest w świetnej 

formie - trochę dlatego, że uprawia sport (biega, przepływa ileś tam basenów w centrum 

sportowym i gra w zabójczej drużynie frisbee), a trochę dlatego, że niesamowicie zdrowo się 

odżywia.

Oczywiście, jeśli uznać za zdrowe niejedzenie mięsa, o czym nie jestem przekonana.

Kiedy ja jestem rozluźniona, moje uda przypominają gąbkę. Trochę dlatego, że nie 

biegam, nie pływam i nie gram w żadne frisbee, a trochę dlatego, że zjem wszystko, byleby 

było polane czekoladą albo keczupem. Albo nawet i niepolane, jak w przypadku pączków 

Krispy Creme (które Tad też uznaje, bo są smażone na oleju roślinnym, a nie na smalcu. 

Chociaż   zauważyłam,   że   kiedy   Tad   je   pączki,   to   już   po   jednym   wygląda   na 

usatysfakcjonowanego, podczas gdy ja muszę wykończyć całe pudełko, bo nie mogę przestać 

o nich myśleć, dopóki nie mam pewności, że wszystkie zniknęły. Dziwne, co?)

Zaraz, zaraz. Dlaczego myślę o pączkach? Przecież mamy ćwiczyć.

- Chcesz się porozciągać? - pyta Tad, dotykając piętą pośladka. Wiem, że pośladki 

Tada są równie twarde jak jego uda. A moja pupa jest nawet jeszcze bardziej gąbczasta niż 

uda. Chociaż na tyle duża, że łatwo mogę jej dotknąć piętą. Bez żadnego rozciągania.

- Jasne - mówię.

Kiedy się rozciągam, zauważam, że wszyscy biegają po parku w krótkich spodenkach, 

tak jak Tad. Tylko ja jestem w legginsach. Albo, trzeba raczej powiedzieć, w spodniach do 

jogi. Bo nie ma mowy, żebym się ubrała w legginsy. Spójrzmy prawdzie w oczy, Mischą 

Barton to ja nie jestem.

Dlatego tak się ucieszyłam, kiedy znalazłam spodnie do jogi, przypominające niemal 

background image

dzwony. I właśnie je włożyłam zamiast legginsów czy spodenek do biegania. Mam nadzieję, 

że ich kształt równoważy moją figurę, więc nie wyglądam, no wiecie, jak laleczka Weeble.

- Okej   -   rzuca   Tad,   uśmiechając   się   do   mnie   z   góry.   Nosi   okulary   w   złotych 

oprawkach, które nadają mu szczególnie profesorski wygląd. Uwielbiam je. Za nic byście nie 

zgadli, że za tymi  szkłami ma najpiękniejsze na świecie błękitne oczy. Czego nie widać, 

dopóki nie zdejmie okularów. A robi to tylko wtedy, kiedy szykuje się do łóżka. - Cztery 

okrążenia to półtora kilometra. Ja zwykle robię dwanaście okrążeń. Może być? Zaczniemy 

spokojnie i powoli, bo to twój pierwszy dzień.

- Och - mówię. - Mną się nie przejmuj. Biegnij we własnym tempie. Dogonię cię.

Złociste brwi Tada się ściągają.

- Heather, jesteś pewna?

- Oczywiście  - odpowiadam ze śmiechem.  - Nic mi  nie będzie. To tylko  poranny 

jogging.

- Heather.   -   Tad   nadal   wygląda   na   zaniepokojonego.   -   Nie   staraj   się   tego 

bagatelizować. Wiem, że to dla ciebie wielki krok, i bardzo jestem dumny,  że przyszłaś. 

Szczerze. Zależy mi na tobie i twoje zdrowie naprawdę mnie interesuje. Trenowanie biegów 

to poważna sprawa. Zrobisz coś źle i możesz nabawić się kontuzji.

Ci sportowcy! To dopiero modele. Poranne biegi, treningi lekkoatletyczne. Kto by 

sobie zawracał tym głowę? Cokolwiek byście mówili, dla mnie brzmi to koszmarnie.

Chwileczkę... rzeczywiście tak pomyślałam? Nie, nie to chciałam powiedzieć. Wcale 

nie. Będzie naprawdę super. Odzyskam figurę. Bo, jak zawsze powtarza mi Tad, nie jestem 

gruba. Po prostu muszę nabrać trochę lekkości.

- Biegnij pierwszy - mówię do niego z uśmiechem. - Będę tuż za tobą.

Tad wzrusza ramionami, puszcza do mnie oczko - myślę, że równie dobrze jak ja wie, 

że za chwilę pozostawi mnie w tumanie kurzu - i rusza.

Tak. Nie ma mowy, żebym dała radę dotrzymać mu kroku. Ale w porządku. Po prostu 

będę biegła w swoim własnym tempie. Na luzie. Proszę bardzo. Widzicie? Robię to! Biegnę! 

Hej, popatrzcie na mnie! Biegnę! Bieg...

Okej, wystarczy tego dobrego. Uff. Myślę, że przez takie wyczyny dziewczyna może 

paść od hiperwentylacji. A mówiąc serio, to mój pierwszy dzień. Nie chcę przeszarżować.

A poza tym chyba czuję, że coś mi się tam w środku obluzowało. Zdaje się, że to moja 

macica. Słowo daję.

Mam   nadzieję,   że   nie,   bo   te   legginsy,   skrojone   jak   spodnie   do   jogi,   nie   są 

wystarczająco obcisłe. Wzięłam rozmiar XL zamiast L, bo mi się wydawało, no wiecie, że 

background image

jeśli nie będą zbyt przylegać, nikt nie zauważy mojego cellulitu.

A może to nie macica. Inna sprawa, że wcale nie jestem pewna, czy chcę mieć dzieci. 

Znaczy, jasne, to mogłoby być całkiem miłe, ale doprawdy, jaka by ze mnie była matka? 

Gdyby brat mojego ekschłopaka, rodzinna czarna owca, nie pozwolił mi mieszkać za darmo u 

siebie   na   piętrze   (z   wdzięczności   za   co   prowadzę   mu   księgowość   jego   agencji 

detektywistycznej), pewnie dotąd w mieszkaniu na Long Island tłoczyłabym się z pięcioma 

innymi osobami i codziennie z trudem zdążała do pracy przed południem, skoro teraz, kiedy 

mieszkam mniej więcej o dwie minuty od uniwersytetu, prawie nigdy nie udaje mi się być 

przed dziewiątą.

Jak miałabym zajmować się żywą ludzką istotą, która we wszystkim byłaby ode mnie 

uzależniona?

Tylko popatrzcie na mojego psa! Chcę przez to powiedzieć, że zostawiłam Lucy w 

domu,   zamiast   zabrać   ze   sobą   do   parku   na   poranne   bieganie,   bo   spała   i   nie   chciała   się 

obudzić, kiedy wstawałam. A nawet kiedy grzechotałam jej smyczą. Jaka matka tak robi? 

Jaka matka mówi: „Dobra, niech wam będzie”, kiedy dzieciaki jej oznajmiają, że chcą zostać 

w domu i spać, zamiast iść do szkoły?

Powiem wam jaka. Taka, którą możecie  zobaczyć w wieczornych  wiadomościach. 

Wyprowadzają ją w kajdankach, a ona powtarza: „Zabieraj mi tę kamerę od twarzy!”

Mianowicie, ja.

Ale poważnie. Proszę, jak wcześnie jestem na nogach. Tak wcześnie, że mój własny 

pies nie przejawił chęci, by wstać i się do mnie przyłączyć. To naprawdę smutne.

Zwłaszcza że Lucy nie wie, co ją niedługo czeka. Odkąd Cooper pozwolił wprowadzić 

się również mojemu ojcu, byłemu skazańcowi, pędziła rajskie życie, a to dzięki temu, że tata 

ma   zwyczaj   wyczarowywać   obiady   dla   smakoszy   i   zabierać   ją   na   długie   wędrówki   po 

mieście. (W zamian za darmowy wikt i opierunek tata śledził kilku kandydatów na eksmężów 

klientek Coopera. Uznał wtedy, że będzie wyglądał mniej podejrzanie, jeśli będzie chodził w 

tę i z powrotem pod Ritzem z psem).

Ale teraz, kiedy znowu się spiknął z Larrym, swoim dawnym wspólnikiem, i razem 

wymyślili kolejną supertajną akcję, żeby, jak mówią, wskoczyć w biznes muzyczny, przenosi 

się   wyżej...   co   prawda   nie   do   luksusowego   apartamentu,   tylko   do   drugiej   sypialni   w 

spółdzielczym mieszkaniu Larry'ego na rogu Parkowej i Pięćdziesiątej Siódmej.

Na   co,   uwierzcie   mi,   wcale   się   nie   uskarżam.   Jasne,   trochę   mi   żal,   że   tata   się 

wyprowadza. Było całkiem miło wracać co wieczór do wyspacerowanego psa i domowego 

obiadu.

background image

Ale ile znacie dziewczyn, którym już prawie stuknęła trzydziestka, a nadal mieszkają 

ze swoimi tatusiami?

Jednak, gdyby Lucy wiedziała, jak bliski jest koniec tego rajskiego żywota, mogę iść o 

zakład, że nie stroiłaby takich fochów w sprawie dzisiejszego spaceru.

Przepraszam. Treningu lekkoatletycznego.

Chociaż myślę, że może miała trochę racji. Kiedy przejdzie się już fazę pożerania 

wzrokiem wszystkich  fantastycznych  etatowych  wykładowców w krótkich spodenkach, to 

bieganie okazuje się beznadziejne. Chyba po prostu sobie pochodzę. Spacer jest wspaniałym 

ćwiczeniem. Słyszałam, że szybki spacer przez pół godziny dziennie pozwala utrzymać wagę, 

czy coś w tym rodzaju. Co oczywiście nie umywa się do utraty wagi. Wiecie, jeśli jest taka 

potrzeba.

Ale zawsze lepsze to niż nic.

Tak,   chodzenie   jest   dobre.   Oczywiście,   wszyscy   ci   ludzie   mijają   mnie   pędem. 

Wysportowani  ludzie. Jakim cudem powstrzymują  swoje wnętrzności? W czym  kryje  się 

sekret?

- Heather?

Kurczę. To Tad.

- Dobrze się czujesz?

Biegnie obok mnie, niemal w miejscu, bo poruszam się tak powoli.

- Świetnie! - krzyczę. - Tylko wiesz. Ja to robię we własnym tempie. Tak jak mówiłeś.

- Och. - Tad wygląda na stropionego. - Na pewno... wszystko w porządku?

- Wszystko w najlepszym porządku! - Mam nadzieję, że Tad nie planuje dzieci. To 

znaczy, nie planuje mieć ich ze mną. Chyba że drogą adopcji. Bo coś mi się wydaje, że przez 

ten głupi kłus wypadło mi całe wyposażenie.

- Hm - mówi. - No dobra...

- Leć   -   odpowiadam   wesoło.   Bo   bardzo   się   staram,   żeby   Tad   nie   ujrzał   mnie   w 

prawdziwej porannej postaci. Nie jest na to gotowy. Jeszcze. - Nic mi nie będzie.

- Dobra - powtarza. - To na razie.

Znowu się oddala, rączy i złocisty niczym gazela. Tylko powiewa za nim koński ogon. 

Popatrzcie, jak biegnie. To mój chłopak, chcę zawołać do panny o rozmiarze zero, która 

przelatuje obok mnie w króciutkich szortach i siedemnastu obcisłych topach. (Poważnie, co to 

za pomysł z tymi warstwami topów? Można uznać, że jeden z nich to sportowy stanik, któ-

rego,   przepraszam,   ale   ona   wcale   nie   potrzebuje,   skoro   w   ogóle   nie   ma   piersi.   To   ja 

cierpiałam pod świdrującymi spojrzeniami, kiedy próbowałam przebiec kilka kroków). Tak. 

background image

Mój chłopak. Przystojniak, co?

Och, hej, tylko spójrzcie. Okrążyłam cały park! Raz. Owszem, to prawda, większą 

część drogi szłam, ale jednak. Jeszcze tylko jedenaście razy! Tak, te głupie pięć kilometrów to 

łatwizna. Swoją drogą, ciekawe, czemu Tad jest taki napalony, żebym z nim przebiegła te 

pięć kilometrów. Może naprawdę się o mnie troszczy i dba o moje zdrowie? Przecież dopiero 

co zrobiłam badania i jestem w świetnej formie. Odrobinę w strefie nadwagi na skali BMI. 

Ale  w   końcu  kto  twierdzi,  że   wskaźnik  masy  ciała   jest  precyzyjnym   wskaźnikiem   stanu 

zdrowia?

Oprócz rządu Stanów Zjednoczonych.

No dobrze, pewnie para, która razem biega, zostaje ze sobą...

Tylko nie to, bo on jest jakieś pięć okrążeń przede mną.

Powiedzmy sześć.

Jakim cudem dałam się na to namówić? Och, zaczekajcie, wiem jakim... Po prostu 

chcę mu się podobać. Więc skoro ćwiczy i dba o zdrowie, chcę, żeby myślał, że ja też. 

Zdumiewające, jak długo zdołałam go utrzymać w nieświadomości... Prawie trzy miesiące. 

Od dwunastu tygodni spotykam się z facetem, a on nadal uważa, że jestem dziewczyną z 

rodzaju tych, co to rano przebiegają dla zabawy pięć kilometrów, a nie takich, które wolą 

wannę niż prysznic, bo są zbyt leniwe, żeby stać tyle czasu, ile zajmuje umycie włosów.

Niewątpliwie ma to związek z faktem, że zanim pójdziemy do łóżka, Tad zdejmuje 

okulary.

Cooper próbował mnie ostrzec, oczywiście na swój własny subtelny sposób. Natknął 

się na nas, kiedy wpadliśmy z Tadem do Smaku Zen przekąsić coś na lunch. Nigdy nie 

przyprowadziłam  Tada  do domu, bo... no dobra, Cooper nigdy nie  przyprowadza  swoich 

przyjaciółek. A jestem pewna, że kogoś ma, bo czasami trafiam na takie nagrania na au-

tomatycznej sekretarce, których nie da się wytłumaczyć w inny sposób. Na przykład damski 

głos mruczy seksownie: „Coop, to ja, Kendra. Oddzwoń”. Czy coś w tym rodzaju.

Ale w Smaku Zen nie mogłam uniknąć przedstawienia sobie obu panów. Tad chodzi 

tam, bo jest wegetarianinem, a Cooper, bo... prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, dlaczego 

Cooper się tam wtedy pojawił.

W każdym razie później nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zapytać Coopera, co 

sądzi o Tadzie. Przypuszczam,  że gdzieś w głębi duszy miałam nadzieję, że teraz, kiedy 

zobaczył mnie taką szczęśliwą z przystojniakiem zabójczo grającym we frisbee, pożałuje, że 

doradzał mi faceta z odzysku i że sam nie chciał nim zostać.

Ale   Cooper   jedynie   zapytał,   co   u   licha   może   nas   łączyć,   skoro   Tad   jest 

background image

wegetarianinem.

Którą to uwagę uznałam za obelgę. Chcę przez to powiedzieć, że oprócz jedzenia 

zależy mi jeszcze na całej masie innych rzeczy.

Dobra, niech będzie, Tad rzeczywiście nie interesuje się żadną z nich. Na przykład 

jego bardziej pasjonuje płaszczyzna kartezjańska, a mnie Cartoon Network. Jemu się podoba 

Neil Young, a mnie Neil Diamond (jako paradoksalna postać popkultury, nie żeby go słuchać. 

Oprócz Brother Love's Traveling Salvation Shaw i to tylko kiedy jestem sama). Ja lubię filmy 

z wybuchami. On z napisami.

Tego rodzaju sprawa.

Ale, ale. Kto wypytuje ludzi o takie rzeczy? Znaczy, o to, co mają ze sobą wspólnego 

jako para? To chyba dość niegrzecznie? Już chciałam zapytać Coopera, co jego zdaniem łączy 

nas, jego i mnie... dopóki sobie nie przypomniałam, że przecież nie jesteśmy parą.

A najbardziej przerażające jest to, że łączy nas mnóstwo... Obydwoje lubimy dobre 

żarcie (takie jak hot dogi od Nathana, ostrygi w muszli i kaczkę po pekińsku, żeby wymienić 

kilka   przykładów),   dobrą   muzykę   (taką   jak   blues,   cały   jazz,   poza   składankami,   muzykę 

klasyczną, operę, R'n'B, wszystkie rodzaje rocka, z wyjątkiem heavy metalu, chociaż ja mam 

słabość do Aerosmith) i dobre wino (okej, w porządku, tak naprawdę nie potrafię wskazać 

różnicy pomiędzy winem dobrym a złym, ale wiem na pewno, że dobre nie smakuje jak sos 

do sałatki i nie przyprawia mnie o ból głowy).

I, oczywiście, obydwoje kochamy okropną telewizję. Czego do niedawna o Cooperze 

nie wiedziałam. Dopóki nie nakryłam go, w chwili kiedy najwyraźniej myślał, że jest sam w 

domu.   Pośpiesznie   sięgnął   po   pilota,   usiłując   przeskoczyć   na   kanał   CNN,   zanim   się 

zorientuję. Ale ja zobaczyłam. O tak, zobaczyłam.

- Cooper, co za obciach! - wrzasnęłam... chociaż w głębi duszy byłam, rzecz jasna, 

zachwycona. - Serial Złote dziewczyny?

- Zamknij się - burknął przyjaźnie.

- Żarty na bok - uspokoiłam go. Bo kto nie uwielbia  Złotych dziewczyn!  No, może 

oprócz Tada, który nie ma telewizora (Wiem. Wiem, w porządku?) - Którą z nich jesteś?

Popatrzył   na   mnie,   jakbym   była   niespełna   rozumu.   Ale   nie   z   powodu,   jaki 

podejrzewałam. Bo okazało się, że doskonale wiedział, o czym mówię.

- Dorothy, oczywiście.

Serce prawie mi zamarło.

- Ja też - wymamrotałam. A potem usadowiłam się na kanapie, żeby razem z nim 

oglądać.

background image

Cooper i ja mamy całą masę wspólnego - także to, że nie możemy spokojnie patrzeć 

na niesprawiedliwość społeczną (albo nierozwiązaną zagadkę kryminalną), nawet jeśli trzeba 

ryzykować własne życie, aby doprowadzić sprawy do porządku. Nie wspominając już, że 

obydwoje jesteśmy trochę odseparowani emocjonalnie od naszych rodzin.

Ale to wcale nie znaczy, że nie przepadam za Tadem. Przepadam.

Może tylko nie przepadam za wspólnym bieganiem.

I właśnie dlatego, kiedy Tad mija mnie chyba po raz ósmy i zwalnia, żeby zapytać: 

„Heather? Dobrze się czujesz?” - nagle zaczynam utykać.

- Hm   -   mówię.   -   Chyba   sobie   coś   naciągnęłam.   Jeśli   nie   masz   nic   przeciwko, 

pomyślałam, że może moglibyśmy już skończyć, wrócić do ciebie i wziąć prysznic. A potem 

zabiorę cię na śniadanie. Dzisiaj w stołówce mają belgijskie gofry.

Okazuje  się, że  nigdy nie  należy lekceważyć atrakcyjności  belgijskich  gofrów  dla 

wegetariańskiego gracza we frisbee i etatowego wykładowcy matematyki w jednej osobie. 

Nawet takiego, który próbuje zmusić swoją dziewczynę, żeby dbała o formę.

Chociaż z drugiej strony, to mógł być prysznic. Tad jest przekonany, że jest o wiele 

gorzej dla środowiska, jeśli dwoje ludzi marnuje wodę, biorąc prysznic osobno, kiedy mogą 

wykąpać się razem.

Nigdy nie byłam wielką fanką prysznica. Aż do teraz. A że Tad musi zdjąć okulary, 

zanim pod niego wejdzie, więc ja nie muszę kulić się pod ścianą, usiłując ukryć cellulit. Cóż, 

to właśnie dodatkowy plus.

Zwłaszcza gdy Tad, kiedy namydlamy sobie nawzajem klatki piersiowe, mówi trochę 

nieśmiało:

- Heather. Jest coś, o co już od jakiegoś czasu chciałem cię zapytać.

- Tak?   -   Trudno   zachować   obojętny   ton,   kiedy   facet   masuje   myjką   wasze   hm... 

wrażliwe miejsca. Nawet jeśli faktycznie nie może zobaczyć wyżej wspomnianych miejsc, 

ponieważ jest krótkowidzem.

- Tak. Czy masz jakieś, hm, plany na lato?

- Masz na myśli... wspólny weekend czy coś w tym rodzaju? - Pyta, czy chcę z nim 

wyskoczyć nad morze? Cóż, to trochę krępujące. Absolutnie nie jestem plażową panną. Bo 

plaża   oznacza   kostium   kąpielowy,   a   kostium   równa   się   sarong,   co   się   z   kolei   równa 

niezręczność towarzyska, gdy wszyscy zaczynają pytać: Kiedy wreszcie zdejmiesz sarong i 

przyłączysz się do nas w wodzie?

- Nie - mówi Tad. - Miałem na myśli... czy dałabyś radę wziąć kilka tygodni urlopu?

- Nie wiem - odpowiadam powoli. Kilka tygodni na plaży?! Jak wytłumaczę dziwny 

background image

przypadek potówki, z powodu której nie mogę zdjąć sarongu przez tyle czasu?! - Uzbierało 

mi się chyba tylko koło tygodnia, odkąd zaczęłam pracować... - Uwierzy, jeśli powiem, że 

mam alergię na pchły piaskowe?

- To zajmie więcej niż tydzień - mruczy Tad, podczas gdy jego ręka przesuwa się 

coraz niżej. - A co z urlopem bezpłatnym? Myślisz, że zdołałabyś trochę wytargować?

- Chyba mogłabym poprosić. - Co się dzieje? To znaczy, wiem, co się dzieje tam, na 

dole. Ale co się dzieje na górze, w głowie mojego chłopaka? To brzmi coraz mniej i mniej jak 

wspólny weekend nad morzem, a coraz bardziej i bardziej jak... Już sama nie wiem co. - 

Powiedz, co masz na myśli? Włóczęgę po kraju?

Tad się uśmiecha.

- Nie całkiem. I właściwie... Zapomnij, że cokolwiek mówiłem. Zapytam cię, kiedy 

przyjdzie odpowiedni moment. Teraz zdecydowanie... nie jest... odpowiedni.

Gdyby mnie ktoś pytał, jest absolutnie idealny. Tyle że nie na co innego, a na... no 

dobrze. Na porządną frajdę.

A jednak nic nie mogę poradzić, że jestem trochę wytrącona z równowagi. O co, u 

licha, chciał mnie zapytać Tad - ale tylko wtedy, kiedy przyjdzie odpowiedni moment? Co 

wymagałoby ode mnie urwania się latem na kilka tygodni z pracy?

Hm... co... nie...

Nie. Zdecydowanie nie. Nie o to. To niemożliwe. Spotykamy się dopiero od dwunastu 

tygodni!

Ale z drugiej strony... Przecież dziś rano poszłam z nim biegać. Jeśli to nie jest oznaka 

zaangażowania, to już nie wiem, co nią jest.

W końcu to przecież drobiazgi najbardziej liczą się w życiu. Naprawdę.

Kiedy patrzę wstecz, wydaje mi się zabawne (w sensie dziwne, a nie cha, cha, cha - 

zabawne), że właśnie w chwili gdy o tym myślałam, mój nowy szef brał do ust pierwszy łyk 

porannej kawy...

I umierał.

background image

2

Ty nie jesteś wcale gruba,

Tylko linię złapać musisz.

Bo nie mierzy się sukcesów

Krawiecką miarą mamusi.

Grubokoścista

słowa i muzyka: Heather Wells

Kiedy po śniadaniu idę do mojego biura, jestem w doskonałym nastroju. Tak, owszem, 

Pete,   nasz   ochroniarz,   wychodząc   z   budynku,   namierzył   nasze   przemyślnie   niedbałe 

pożegnanie   -   ja:   „No   to...”   Tad:   „...na   razie”.   Podejrzewam,   że   kilku   pracowników 

Uniwersytetu   Nowojorskiego   mogło   już   dotąd   nas   rozszyfrować.   Z   pewnością   Magda. 

Zauważyła,   że   obydwoje   z   Tadem   mamy   wilgotne   włosy   (muszę   pamiętać,   żeby   kupić 

suszarkę i trzymać u niego razem z ciuchami na zmianę, upchniętymi w tej dolnej szufladzie, 

którą   tak   wielkodusznie   mi   odstąpił)   i   wyraźnie   nie   potrafiła   powstrzymać   znaczącego 

uśmieszku.

Ale co tam. Mało prawdopodobne, żeby któreś z nich zamierzało nas wsypać. Chociaż 

może powinniśmy bardziej uważać z tymi śniadaniami w akademiku. A gdyby tak kiedyś 

pojawił   się   w   stołówce   jakiś   inny   student   Tada   i   nakrył   nas,   jak   dzielimy   się   połówką 

grejpfruta? Cholernie ciężko byłoby wytłumaczyć, że to prywatne korepetycje.

Jedyna osoba, przy której na sto procent muszę się pilnować, jeśli chodzi o Tada, to 

mój   nowy   szef,   doktor   Owen   Veatch   (doktor   nauk   humanistycznych).   Owen   został 

przeniesiony   ze   stanowiska   rzecznika   praw   obywatelskich   przy   biurze   rektora   na 

tymczasowego p.o. kierownika Fischer Hall, i będzie sprawował tę funkcję, dopóki trwają 

obejmujące   cały   kraj   poszukiwania   następcy   Toma,   mojego   ostatniego   szefa,   który 

awansował.

W życiu byście nie pomyśleli, jak ciężko znaleźć chętnego do kierowania domem 

studenckim   na   siedemset   osób   w   zamian   za   trzydzieści   patyków   rocznie   i   darmowe 

mieszkanie w Greenwich Village, gdzie są chyba najwyższe czynsze w kraju.

Jednak odkąd w tymże akademiku w ciągu zaledwie dziewięciu miesięcy doszło do 

kilku morderstw, na skutek których stał się on znany jako Akademik Śmierci, bylibyście 

zdumieni, jak niewielu kandydatów chce się tu zatrudnić.

background image

A szkoda, bo Fischer Hall to naprawdę fajne miejsce. Jest jednym z największych 

budynków   przy   Washington   Square   Park   i   z   tymi   swoimi   marmurowymi   posadzkami   i 

kominkami w salonach ciągle jeszcze nosi ślady XIX - wiecznej wspaniałości. To znaczy, 

jeśli pominąć fakt, że większość pomieszczeń została podzielona na „podwójne trójki” (dwie 

trzyosobowe sypialnie ze wspólną łazienką, co daje sześciu studentów na jedną toaletę), więc 

nic   dziwnego,   że   któregoś   dnia   w   jednej   z   ozdobnie   rzeźbionych   mahoniowych   kabin 

telefonicznych w holu znalazłam nieczystości (z rodzaju ekskrementów).

Po prostu nie mogę pojąć, dlaczego wszyscy absolwenci wyższych uczelni w całym 

kraju nie biją się o to stanowisko.

W każdym razie na okres przejściowy zwalono nam na kark Owena, który jest całkiem 

miły i w ogóle, tylko strasznie staroświecki. Na przykład codziennie przychodzi do pracy w 

garniturze. Tu, gdzie ludzie walą kupy w budkach telefonicznych. Tylko pomyślcie.

I   zdecydowanie   przesadza   z   przestrzeganiem   regulaminu   uniwersytetu   w   każdym 

najgłupszym   szczególe.   Jak   wtedy,   kiedy   naprawdę   mnie   objechał,   bo   skończył   się   nam 

papier   do   kserokopiarki,   a   ja   posłałam   naszą   pomoc,   Sarah,   żeby   wzięła   kilka   kartek   z 

sekretariatu stołówki. Coś w rodzaju: „Heather, żywię głęboką nadzieję, że nie wejdą ci w 

zwyczaj pożyczki z cudzych zapasów. Do twoich obowiązków należy pilnowanie, żeby nasze 

biuro było przez cały czas zaopatrzone we wszystko, czego nam potrzeba”.

Hm. Dobra.

Poza tym stanowczo za bardzo miesza się w te protesty w kampusie, organizowane 

przez pracujących słuchaczy studiów magisterskich, którzy założyli związek zawodowy, żeby 

walczyć   przeciwko   cięciom   pensji   i   pakietów   świadczeń   medycznych.   Owen   sprawuje 

funkcję łącznika pomiędzy studentami a biurem rektora - co w praktyce oznacza, że połowę 

czasu, który spędza w swoim gabinecie, wykłóca się o uczelnianą politykę z rozwścieczonymi 

magistrantami, którzy nawet nie mieszkają w naszym akademiku.

Więc sami widzicie, dlaczego mając Owena pod bokiem, wyjątkowo uważam, żeby 

utrzymać mój związek z Tadem w absolutnym sekrecie.

A wielka szkoda, bo Tad naprawdę pomógł mi stać się lepszą pracownicą. Nie tylko 

robię teraz mniej błędów przy wyliczaniu listy płac, ale też, jeśli spędzam u niego noc, rano 

jestem w biurze o kilka minut wcześniej, bo dotowana przez uniwersytet kawalerka Tada 

znajduje się o przecznicę bliżej Fischer Hall niż dom Coopera. Moja najlepsza przyjaciółka 

Patty chce wiedzieć, jak zdołałam znaleźć i poderwać faceta, który mieszka jeszcze bliżej 

Fischer Hall niż ja sama i jak duży wpływ miała ta lokalizacja na mój wybór.

Jak na szczęśliwą mężatkę i młodą matkę Patty jest zdumiewająco cyniczna.

background image

W dniu naszego pierwszego treningu - i być może wstępu do oświadczyn Tada - 

faktycznie udaje mi się dotrzeć do biura przed Owenem, co jest nie lada wyczynem. Zaczęłam 

już   się   nawet   zastanawiać,   czy   aby   mój   nowy   tymczasowy   szef   nie   mieszka   w   swoim 

gabinecie, bo wygląda, jakby go nigdy nie opuszczał.

Nie jestem jedyną osobą, którą tego rana zdumiewa widok zamkniętych drzwi.

Jakaś mieszkanka akademika - rozpoznaję w niej studentkę z wymiany semestralnej, 

jasnowłosą, mocno zbudowaną, błękitnooką Jamie Price - z zaniepokojoną miną zrywa się ze 

stojącej koło wejścia do sekretariatu biurowej kanapki.

- Cześć?   -   Jamie   należy   do   tych   dziewczyn,   które   niemal   każde   zdanie   kończą 

znakiem zapytania, nawet jeśli to w ogóle nie jest pytanie. - Byłam umówiona? Z doktorem 

Veatchem? Na ósmą trzydzieści? Ale nie ma go? Pukałam?

- Pewnie odrobinę się spóźni - mówię, wyciągając klucze z kieszeni plecaka. Zawsze 

go noszę zamiast torebki, bo plecaki są wystarczająco pojemne, żeby pomieścić wszystkie 

moje kosmetyki do makijażu, cały sprzęt do układania włosów, zapasową zmianę bielizny i 

tak dalej, co nigdy nie było potrzebniejsze niż teraz, kiedy trochę mieszkam u siebie i trochę 

w   kawalerce   mojego   korepetytora   od   matematyki.   Muszę   tylko   pamiętać,   żeby   kupić 

podróżną suszarkę. Chyba mam jakiś uraz na punkcie „życia w drodze”. Cóż, nic dziwnego, 

biorąc pod uwagę, ile lat spędziłam z mamą na walizkach, nieustająco podróżując po całym 

kraju jako nastoletnia gwiazdka piosenki pop - sensacja centrów handlowych (żadna scena nie 

była  zbyt  mała dla Heather Wells!) Z czasem zaczęłam występować w trochę większych 

miejscach, jak stanowe jarmarki, aż wreszcie osiągnęłam sukces - przyjęli mnie do chłopięcej 

kapeli Easy Street, gdzie spotkałam późniejszą miłość mojego życia, Jordana Cartwrighta, 

którego ojciec podpisał ze mną kontrakt na płytę, dzięki czemu nazwisko Heather Wells stało 

się powszechnie znane...

Na jakieś pięć minut, zanim zdecydowałam, że chcę śpiewać swoje piosenki, zamiast 

tego przesłodzonego gówna, którego dostarczało mi studio, i ojciec Jordana w końcu mnie 

wywalił...

A moja matka prysnęła do Argentyny z moim menedżerem i całą forsą.

Jednak  nie  są to  sprawy,  o  których   lubię  rozmyślać   przed  dziewiątą  rano.  Ani w 

zasadzie kiedykolwiek.

- Jestem pewna, że za chwilę się pojawi - uspokajam Jamie.

W   przeciwieństwie   do   tego   kogoś,   kto   zostanie   zatrudniony   na   stałe,   Owen   nie 

mieszka w akademiku. Apartament kierownika Fischer Hall stoi pusty, odkąd mój poprzedni 

szef, Tom, wyprowadził się z niego w zeszłym miesiącu, kiedy to został przeniesiony do dużo 

background image

elegantszego lokalu w Waverly Hall, budynku korporacji studenckiej po drugiej stronie parku, 

gdzie   obecnie   wije   szczęśliwe   gniazdko   ze   swoim   nowym   towarzyszem   życia,   trenerem 

koszykówki. Natomiast Owen ma mieszkanie, opłacane przez uniwersytet, podobnie jak Tad, 

tylko w o wiele ładniejszym domu na północnym krańcu Washington Square Park.

- Okej - mówi Jamie, wchodząc za mną (kiedy już otworzyłam kluczem drzwi) do 

sekretariatu. Dzielę go z Sarah i piętnastoma innymi pomocnikami - studentami, którzy w 

zamian za darmowy wikt i opierunek doglądają swojego piętra, pełniąc funkcję doradców, 

powierników i informatorów, każdy dla około czterdziestu pięciu mieszkańców. Moje biurko 

znajduje się w najdalszym końcu pokoju, gdzie mogę siedzieć plecami do ściany i mieć oko 

na kserokopiarkę, codziennie tak eksploatowaną, że chyba mogłabym już zacząć dorabiać na 

boku jako naprawiacz kopiarek, tyle czasu spędzam, ciągle ją reperując.

Drzwi gabinetu - oddzielonego od sekretariatu ścianką do wysokości półtora metra 

gipsową, a dalej, aż do sufitu, zrobioną z metalowej kraty - są zamknięte.

Tylko że przez kratę dolatuje mnie zapach kawy. I jeszcze jakiś, którego zupełnie nie 

potrafię   zidentyfikować.   I   słyszę   uliczne   hałasy   -   klakson,   tupot   kroków   na   chodniku   - 

wyraźnie od strony gabinetu, którego (w przeciwieństwie do sekretariatu) okna wychodzą na 

Washington Square.

Z tych przesłanek wnioskuję, że Owen jednak jest u siebie, pije kawę i otworzył któreś 

z okien. A drzwi są zamknięte, bo może chce mieć trochę prywatności. Powiedzmy, żeby 

posurfować po stronach porno.

Ale mówiąc serio, nie wygląda mi na faceta tego rodzaju, chociaż jest rozwiedzionym 

mężczyzną   w  średnim   wieku,  a  zakłada   się,  że  to   właśnie  oni   stanowią  docelową   grupę 

odbiorców internetowej pornografii. Oczywiście, oprócz czternastoletnich chłopców.

- Owen - mówię i stukam do drzwi. - Czeka tu Jamie, z którą umówiłeś się na ósmą 

trzydzieści.

Jamie,   przyodziana   w   dżinsy   i   niemowlęco   błękitny   bliźniak,   stojąc   koło   mojego 

biurka, woła w stronę kraty:

- Uhm, dzień dobry, panie doktorze?

Doktor Veatch nie odpowiada. Co jest strasznie dziwne. Bo wiem, że jest w środku.

Właśnie   wtedy   zaczynam   dostawać   gęsiej   skórki.   Prawda   jest   taka,   że   pracuję   w 

Fischer Hall wystarczająco długo, by wiedzieć, że jeśli człowiek dostaje gęsiej skórki, to 

zapewne coś jest na rzeczy.

- Jamie  - mówię, starając się zapanować  nad głosem, w którym  mimo to zaczyna 

pobrzmiewać narastająca panika. - Skocz do recepcji i poproś Pete'a, tego ochroniarza. Niech 

background image

wpadnie tu na minutkę, dobrze?

Jamie, speszona, ale ciągle jeszcze z uśmiechem, odpowiada:

- Okej? - I wybiega do holu.

Kiedy znika, błyskawicznie wyciągam swoje klucze, wkładam w zamek i otwieram 

gabinet.

Teraz już wiem, dlaczego Owen nie odpowiadał na pukanie.

Szybko zatrzaskuję drzwi, zabieram klucze i opadam na najbliższe krzesło - to przy 

biurku Sarah.

Następnie wkładam głowę między kolana.

Kiedy Jamie wraca z Pete'em, właśnie studiuję czubki swoich butów do biegania. Pete 

z lekka posapuje, bo, podobnie jak ja, ma problemy z odmową, kiedy Magda podtyka mu 

darmowe batoniki Dove.

- Co jest? - woła. - Co tu się dzieje? Czemu tak zwisasz?

- Mam skurcze - mówię do swoich sznurowadeł. - Jamie, musimy przenieść twoje 

spotkanie na inny termin. Okej?

Podnoszę wzrok znad butów i widzę, że Jamie wygląda na nieco zmieszaną.

- Wszystko w porządku? - pyta.

- Hm - chrząkam. Bo co mam powiedzieć. Że tak, że wszystko jest w porządku? Skoro 

wcale nie jest. A ona dowie się o tym, i to raczej wcześniej, a nie później. - Niezupełnie. 

Skontaktujemy się z tobą w sprawie nowego terminu, dobrze?

- Dobrze - zgadza się Jamie. Teraz ma minę bardziej zaciekawioną niż zmieszaną. - 

Ja...

Ale coś w mojej twarzy - może mdłości, z którymi walczę? Ach, dlaczego zżarłam 

tego drugiego gofra? - powstrzymuje ją. Jamie odwraca się na pięcie i opuszcza biuro.

- Zamknij drzwi - proszę Pete'a. I Pete je zamyka.

- Heather  - mówi. - Co się  dzieje?  Co ci  się stało?  Zachorowałaś?  Mam wezwać 

dyżurną pielęgniarkę?

- Nie zachorowałam - odpowiadam i nadal trzymając głowę jak najbliżej podłogi (w 

nadziei, że to powstrzyma wymioty), wyciągam w jego stronę klucze. - To nie ja, to Owen. 

Znaczy,   nie   tyle   zachorował,   co...   jest   martwy.   Lepiej   szybko   dzwoń   pod   911.   Ja   bym 

zadzwoniła, tylko że... w tej chwili nie czuję się zbyt dobrze.

- Martwy? - Nie mogę spojrzeć mu w twarz, ale mam dobry widok na jego buty - 

solidne,   czarne,   z   czubami   wzmocnionymi   stalową   blachą   na   okazję,   kiedy   krnąbrni 

mieszkańcy   akademika,   albo   ich   goście,   próbują   stawiać   czynny   opór,   gdy   są   fizycznie 

background image

odwodzeni od jakiegoś niefortunnego numeru, który zamierzają wyciąć. - Co rozumiesz przez 

martwy?

- Zimny trup - uściślam. - Absolutnie nieżywy.

- Czemu wcześniej nie powiedziałaś?! - Pete klnie pod nosem i chwyta moje klucze. 

Słyszę, jak grzebie w nich, szukając właściwego, ale nie ryzykuję podniesienia głowy, żeby 

mu pomóc. Bo coś nadal podchodzi mi do gardła.

To pewnie te gofry z czekoladowymi wiórkami. Kiepska sprawa. Dlaczego nigdy nie 

mogę zjeść zdrowego śniadania? Co jest nie tak z pełnoziarnistym tostem, połówką grejpfruta 

i omletem z białek? Dlaczego zawsze muszę sięgać po bitą śmietanę? Dlaczego?

- Czemu nie próbowałaś czegoś dla niego zrobić? - chce wiedzieć Pete, nadal usiłując 

znaleźć klucz od gabinetu. - Sztuczne oddychanie, masaż serca czy coś?

- Sztuczne oddychanie i masaż serca nic mu nie pomogą - informuję swoje buty. - 

Biorąc pod uwagę, że jest martwy.

- Odkąd to masz dyplom z medycyny? - wścieka się Pete. W końcu znajduje właściwy 

klucz i otwiera drzwi na oścież, uderzając w nie barkiem z siłą o wiele większą niż potrzeba.

Po czym zastyga w bezruchu.

Wiem, że zastyga, bo nadal obserwuję jego stopy.

- Och - stęka cicho.

- Opuść rolety - mówię do podłogi.

- Co? - Głos Pete'a brzmi zabawnie.

- Rolety  w   oknach  -  powtarzam.  -  Ktoś,  przechodząc   chodnikiem,  może   zajrzeć   i 

zobaczyć. Dziwi mnie, że nikt jeszcze tego nie zrobił. - Ale z drugiej strony to przecież Nowy 

Jork. Zagoniony, zagoniony Nowy Jork, pełen zagonionych, zagonionych nowojorczyków. - 

Opuść rolety. - Dociera do mnie, że zaczynam czuć się lepiej. Nie na tyle dobrze, żeby zajrzeć 

do pokoju, w którym znajduje się Pete. Ale wystarczająco, by usiąść prosto i chwycić telefon. 

- Ja zadzwonię pod 911. A ty opuść rolety.

- Dobrze. - Jego głos nadal brzmi cudacznie. Być może dlatego, że Pete klnie pod 

nosem, nieustająco i z wielką inwencją. Słyszę, jak opadają rolety.

Jednak nadal nie oglądam się za siebie. Kurczowo przyciskam słuchawkę do ucha i 

wystukuję numer 9 - 9 - 1 - 1. Dodatkowa dziewiątka jest po to, żebym mogła połączyć się z 

zewnętrzną linią.

Właśnie kiedy to robię, ktoś wkłada klucz do dziurki w drzwiach sekretariatu - których 

zamek zatrzaskuje się automatycznie - i w sekundę później Sarah, nasza pomoc ze studiów 

magisterskich (czy też, jak przypuszczam, poprawniej rzecz ujmując: moja, bo żadnych nas 

background image

już nie ma), wchodzi i robi zdziwioną minę, widząc mnie przy swoim biurku.

- Cześć - mówi. - Co się dzieje? Dlaczego Pete tu jest? Gdzie...

- Nie!   -   obydwoje   z   Pete'em   krzyczymy   chórem,   kiedy   Sarah   robi   krok   w   stronę 

otwartych drzwi gabinetu doktora Veatcha.

Dokładnie   w   tym   samym   momencie   prosto   do   mojego   ucha   odzywa   się   głos 

telefonistki.

- Tu 911, w czym mogę pomóc?

- Co się stało? - chce wiedzieć Sarah, bo Pete zmierza ku niej z wyciągniętymi rękami, 

zastępując jej drogę. - Co jest? Dajcie mi zobaczyć. Dajcie mi zobaczyć!

- Halo? - skrzeczy mi w ucho telefonistka.

- Tak,   halo   -   mówię.   -   Proszę   natychmiast   przysłać   policję   do   Fischer   Hall,   na 

Washington Square West. - Podaję adres, chociaż to w zasadzie niepotrzebne. Każdy operator 

telefonu alarmowego na Manhattanie doskonale wie, gdzie się znajduje Akademik Śmierci.

- Usiądź tam, przy biurku Heather - nakazuje Pete, zatrzaskując za sobą drzwi do 

gabinetu Owena.

- Dlaczego? - stawia się Sarah. - Co się stało? Dlaczego nie dasz mi zobaczyć? To nie 

fair. Ja...

- O co ci chodzi? Powiedziałem ci, żebyś usiadła, to siadaj!

- Nie możesz mi niczego kazać! Nie jestem zwykłą studentką, dobrze o tym wiesz! 

Jestem pracownikiem uniwersytetu, tak samo jak ty. Mam takie samo prawo wiedzieć, co tu 

się dzieje, jak każdy inny pracownik. Już mi obrzydło, że jestem traktowana...

- Proszę pani, o jakiego rodzaju wypadek chodzi? - docieka operatorka numeru 911.

- Hm - mruczę. Przez te lamenty ledwie mogę dosłyszeć własne myśli.

- .. .przez administrację rektora Allingtona jak obywatel drugiej kategorii - ciągnie 

Sarah.   -   Zakładamy   związek   zawodowy   i   żadne   chowanie   się   za   decyzjami   zacofanego 

zarządu nie odbierze nam do tego prawa!

- Proszę pani? - pyta telefonistka. - Jest pani tam jeszcze?

- Tak - odpowiadam. - Przepraszam.

- Jakiego rodzaju jest ten pani nagły wypadek?

- Hm - powtarzam znowu. - Ten nagły wypadek jest tego rodzaju, że ktoś przestrzelił 

mojemu szefowi głowę.

background image

3

Nie jesteś gruba, niewiasto,

Lecz w spokoju zostaw

ciasto.

Proszę, częstuj się selerem,

Odpuść sobie z tym deserem.

Grubokoścista

słowa i muzyka: Heather Wells

Okej, przyznaję. Nie byłam największą fanką Owena.

Dobra, niech już będzie! Uważam, że przysłali go do Fischer Hall tylko po to, żeby 

opanować   sytuację.   Do   tego   właśnie   służy   rzecznik   praw   obywatelskich.   Mało 

prawdopodobne, żeby sam chciał tu trafić. Biuro rektora zrzuciło go do Akademika Śmierci 

niczym swój desant, żeby spróbował uporać się z naszym bałaganem.

Jednak Owen nawet nie zdążył skoncentrować się na tej misji, bo ciągle odrywały go 

od niej związkowe afery magistrantów.

A   mimo   to   udało   mu   się   znaleźć   czas,   żeby   mnie   ochrzanić   za   brak   papieru   do 

kserokopiarki.

Okej, wiem, to małostkowe, uskarżać się na takie drobnostki w momencie, kiedy facet 

nie żyje.

Ale ja przynajmniej, w odróżnieniu od Sarah, powstrzymałam się od uwagi, że sam 

sobie zasłużył, żeby go ktoś zastrzelił.

Oczywiście, Sarah nie widziała, w jaki sposób kula przebiła mu czaszkę i wyleciała 

drugą   stroną,   pozostawiając   po   sobie   czarną   dziurkę   i   bryzgi   krwi   na   samym   środku 

miesięcznego grafiku z Garfieldem (Garfield: kot, który nosi przeciwsłoneczne okulary i jada 

lasagne).

W gruncie rzeczy uszkodzenie czaszki było zdumiewająco małe. Kula od strony okna 

przebiła tył głowy - uliczny hałas, który słyszałam, dobiegał tak wyraźnie, bo okno było 

otwarte, a nie dlatego, że ktoś rozwalił szybę - i wyleciała z przodu. Pewnie Owen chciał się 

nacieszyć ciepłym wiosennym rankiem.

Nawet nie spadł z krzesła, tylko siedział wyprostowany, a przed nim nietknięta kawa, 

rzecz jasna, zimna. Tylko głowa mu opadła, jakby uciął sobie drzemkę. Najwyraźniej śmierć 

background image

zaskoczyła go znienacka i była litościwie szybka.

Ale mimo wszystko. Jestem absolutnie pewna, że nie zasłużył sobie na taką śmierć. 

Ani w ogóle na żadną.

- E tam - mówi Sarah, kiedy wspominam jej o tym. Siedzimy w pustym magazynie, 

kawałek drogi od naszego biura, które jako miejsce zbrodni zostało otoczone policyjnym 

kordonem.

Magazyn (dawniej używany przez samorząd studencki, dopóki po miesiącach skarg i 

narzekań   nie   zaproponowaliśmy   im   nowego   lokalu,   mieszczącego   się   już   nie   naprzeciw 

sekretariatu stołówki, gdzie wiecznie unosi się smród nielegalnych fajek kierownika, tylko 

elegancko - na piętrze) stał się miejscem do upychania starych połamanych krzeseł z holu i 

pomyłkowo dostarczanych nam paczek dla Północnoamerykańskiego Stowarzyszenia Miłości 

Męsko - Chłopięcej, które ma swoją siedzibę kawałek dalej na tej samej ulicy i którego 

przesyłki często „niechcący” zapominam przekazać adresatowi.

Z jakiegoś powodu w magazynie znajdują się komputer, kilka niepopsutych krzeseł, 

śpiwór   i   coś,   co   wygląda   na   sprawny  ekspres   do   kawy   Mr   Coffee,   razem   z   rozsianymi 

dookoła licznymi kubkami. Myślę, że to sprzątaczki albo pracownicy techniczni nieoficjalnie 

korzystają z tego pomieszczenia podczas przerw. Dobrze, że Owen nie żyje, bo gdyby to 

wykrył, dostałby szału, jeśli chcecie wiedzieć.

- Musisz przyznać - mówi Sarah, zupełnie jakby czytała w moich myślach - że to był 

sukinsyn.

- To wystarczyło, żeby go zastrzelić? - pytam surowo. - Nie wydaje mi się.

- A cała ta afera z papierem?

- Nie pozwalał pożyczać papieru z innego biura! - krzyczę. - Od tego był szefem!

- Nie musisz wrzeszczeć - odpowiada Sarah. - To dla ciebie typowe. Nie widzisz, jak 

przez małostkowe, biurokratyczne czepiactwo Veatch koncentrował się na bzdetach, zamiast 

zająć się poważniejszymi kwestiami, które wymagają rozwiązania. Takimi, na przykład, jak 

lekceważący   stosunek   władz   uniwersytetu   do   podstawowych   ludzkich   potrzeb   swoich 

najciężej harujących pracowników.

- Nie   wiem,   czy   nazwałabym   siebie   jednym   z   najciężej   harujących   pracowników 

Uniwersytetu Nowojorskiego - oznajmiam skromnie. Chcę przez to powiedzieć, że, formalnie 

rzecz biorąc, nie mam w umowie o pracę prawa do darmowych posiłków. W zasadzie po 

prostu je kradnę...

- Nie mówię o tobie - rzuca gniewnie Sarah. - Mówię o asystentach prowadzących 

zajęcia,   pracownikach   technicznych   i   magistrantach,   takich   jak   ja,   którym   bezduszna 

background image

administracja   odmawia   bezpłatnej   opieki   zdrowotnej,   zasiłku   na   dziecko,   ochrony   praw 

pracowniczych, ustalenia procedur rozpatrywania skarg i tak dalej!

- Och   -   mówię.   Trudno   mi   nie   zauważyć,   że   biurko,   przy   którym   siedzę,   to   z 

komputerem, jest straszliwie niechlujne, uflejane pogryzmolonymi przylepnymi karteczkami, 

okruchami   niezidentyfikowanej   żywności   i   okrągłymi   plamami   po   kubkach   z   kawą.   Nie 

pamiętam,   żeby   samorząd   studencki,   wyprowadzając   się   stąd,   zostawił   taki   śmietnik,   ale 

może i tak. Będę musiała poprosić sprzątaczki, żeby tu trochę ogarnęły, bo więcej niż pewne, 

że zalęgną nam się myszy. Gdyby Owen mógł to zobaczyć! Już go widzę, jak ze smutkiem 

kręci głową. Owen trochę świrował na punkcie porządku. Na przykład ciągle mnie pytał, jak 

w ogóle mogę cokolwiek znaleźć na moim biurku, czym doprowadził do tego, że zgarnęłam 

wszystko do dolnej szuflady, kiedy nie patrzył.

I problem został rozwiązany.

Może Sarah ma rację. Może Owen wolał koncentrować się na głupotach, takich jak 

zabałaganione biurka, żeby nie musieć zajmować się poważnymi sprawami. Na przykład tym, 

że ktoś chce jego śmierci.

- Jeśli biuro rektora - ciągnie Sarah - nadal będzie odmawiało nam zgody na założenie 

związku,   czy   nawet   nie   udostępni   miejsca   na   zebrania,   zaczynamy   strajk.   Inne   tutejsze 

związki zawodowe nie zechcą przekroczyć kordonu pikietujących, co oznacza, że jak kampus 

długi i szeroki, przestaną działać służby ochrony i służby porządkowe. Żadnego sprzątania. 

Zero ochrony. Zobaczymy, ile trzeba czasu rektorowi Allingtonowi, żeby załapał, że należy 

się z nami liczyć, kiedy będzie musiał się przedzierać przez sięgające do pasa sterty śmieci po 

drodze do swojego gabinetu.

- Hm - mruczę. - Okej.

- I nie myśl sobie, że doktor Veatch nic o tym nie wiedział. Ostrzegaliśmy go, co się 

stanie, jeśli nie przekaże naszych żądań do biura rektora.

Gapię się na nią i mrugam.

- Ostrzegaliście, że ktoś strzeli mu w głowę?!

Sarah przewraca oczami.

- Nie. Że będziemy strajkować. Doktor Veatch wiedział o tym. A mimo to pozwolił, 

żeby kolejny ostateczny termin podpisania ugody minął wczoraj o północy. I teraz muszą 

wypić piwo, którego sami sobie nawarzyli.

- Myślisz,   że   doktor   Veatch   został   zastrzelony   przez   kogoś   z   was?   Bo   ignorował 

wasze żądania?

Sarah aż krzyczy:

background image

- Coś ty, Heather! Oczywiście, że nie! KSM nie stosuje przemocy!

- Och. - Znowu mrugam. - No cóż - mówię w końcu. - W świetle faktu, że uczelniany 

rzecznik praw obywatelskich jednak naprawdę został dziś zamordowany, myślisz, że można 

zakładać, że... hm...

- Kolektyw Studiów Magisterskich - podpowiada mi. - Nazywamy siebie KSM - em, 

żeby było krócej.

- Tak. Jasne. Więc może, skoro facet, który miał przekazać wasze żądania do biura 

rektora, nie żyje, moglibyście poczekać jeszcze dzień czy dwa, dopóki nie dojdziemy, kto to 

zrobił i dlaczego?

Sarah smętnie kręci głową. Długie włosy ocierają się jej o łokcie. Ma na sobie KSM - 

owski strój w najczystszym antynonsensownym wydaniu: ogrodniczki na czarny trykot, do 

kompletu   glany,   okulary   w   drucianych   oprawkach,   zero   makijażu,   a   na   głowie   szopa 

kręconych włosów.

- Nie rozumiesz, Heather? Oni tego właśnie chcą. Skąd mamy wiedzieć, czy to nie 

biuro rektora zorganizowało zamach na Veatcha, żeby powstrzymać strajk? Oni wiedzą, bo 

muszą wiedzieć, jak to by zdezorganizowało życie uczelni.

- Sarah   -   mówię,   pocierając   skronie.   Czuję,   że   zbliża   się   migrena.  -   Nikt   z   biura 

rektora nie zastrzelił doktora Veatcha. To śmieszny pomysł.

- Równie śmieszny jak twój, że zrobił to ktoś z nas? - Sarah targa sobie fryzurę. - To 

właśnie   ich   kamuflaż,   wiesz?   -   dodaje   ponuro.   -   Nie   chwytasz?   Każdy   odrzuci   taką 

ewentualność jako idiotyzm.  I w ten sposób mogą uniknąć kary. Rozumiesz, jeśli to oni 

zrobili. Czego wcale nie twierdzę.

- Kto co zrobił? - W drzwiach staje wysoki, blady młodzieniec z obowiązkową torbą 

na ramieniu, powszechnie znaną jako kurierka, i długimi, niechlujnymi dredami, typowymi 

dla męskiej wersji magistranta Uniwersytetu Nowojorskiego. Rozpoznaję go dzięki zdjęciom 

w kampusowej gazetce - oraz krótkiemu spotkaniu któregoś popołudnia przed biblioteką, 

kiedy   stał   obok  Sarah   podczas   pikiety   -  jako   Sebastiana   Blumenthala,   przewodniczącego 

Kolektywu Studiów Magisterskich, inaczej mówiąc KSM - u.

I, jeśli nie myli mnie mój szósty zmysł, jako obiekt uczuć mojej pomocnicy.

- Dlaczego w holu jest tyle glin? - dopytuje się. - Ktoś znowu zostawił w windzie 

jakąś część ciała?

Rzucam mu gniewne spojrzenie. Nieprawdopodobne, w jakim tempie rozchodzą się 

tutaj plotki.

- To był tylko głupi kawał.

background image

- Hej, to nie ja jestem tym gościem, który nie załapał, że to proteza i zadzwonił pod 

911 - mówi Sebastian. - No więc, co się tutaj dzieje?

- Ktoś zastrzelił doktora Veatcha - rzeczowym tonem informuje go Sarah.

- Bez   kitu?   -   Sebastian   ciska   swoją   torbę   na   kanapę,   wytaszczoną   z   któregoś 

studenckiego   pokoju   i   skonfiskowaną,   ponieważ   meble   niespełniające   warunków 

bezpieczeństwa przeciwpożarowego są w akademiku Uniwersytetu Nowojorskiego surowo 

zakazane. - Kulka w bebechy?

- W głowę - poprawia Sarah.

- Super! - Sebastian jest wyraźnie pod wrażeniem. - Mówiłem ci, że miał powiązania z 

mafią.

- Co wy! - krzyczę przerażona. - Człowiek nie żyje! Nie ma w tym nic zabawnego! I 

jasne, że doktor Veatch nie miał żadnych powiązań z mafią. O czym wy w ogóle mówicie? 

To była pewnie zabłąkana kula z jakiejś strzelaniny gangów narkotykowych w parku.

- Nie   wiem,   Heather   -   mówi   Sarah   z   powątpiewaniem.   -   Powiedziałaś,   że   dostał 

prościutko   w   potylicę.   Zabłąkane   kule   na   ogół   nie   trafiają   w   potylicę.   Myślę,   że   został 

zastrzelony z premedytacją i to przez kogoś, kto go znał.

- Albo przez kogoś, kto został wynajęty,  żeby go zabić - sugeruje Sebastian. - Na 

przykład przez biuro rektora, żeby zerwać negocjacje z nami.

- Właśnie to powiedziałam! - wykrzykuje Sarah, zachwycona.

- Serio? - Sebastian wygląda na zadowolonego z siebie. Wystarczająco zadowolonego, 

żeby nie pamiętać, że pochodzi z Grosse Point. I jest biały. - Cholera, tak. Właśnie też tak 

twierdzę.

- W porządku - mówię. - Wynosić się stąd. Obydwoje. Już.

Sebastian przestaje się uśmiechać.

- Och, Heather, daj spokój. Musisz przyznać, że facet był draniem. Pamiętasz, jak na 

ciebie nawrzeszczał za ten papier?

Teraz piorunuję wzrokiem Sarah. Nie mogę uwierzyć, że mu o tym powiedziała.

- Czy wszyscy muszą to wywlekać? - pytam ostro. - A poza tym on nie wrzeszczał, 

tylko...

- Daj   spokój   -   przerywa   mi   Sarah.   -   Sebastianie,   to   właśnie   Heather   go   znalazła. 

Zrozumiałe, że jest wstrząśnięta. Mam jej towarzyszyć, aż gliny będą gotowe ją przesłuchać. 

Wiadomo, że chowała urazę do ofiary z powodu tej hecy z papierem.

- Wcale nie jestem wstrząśnięta! - krzyczę. - Nic mi nie jest. I nikt nie zamierza mnie 

przesłuchiwać. Ja...

background image

- O kurczę - mówi Sebastian, kładąc mi rękę na ramieniu. - Tak mi przykro. Dobrze 

się czujesz? Przynieść ci coś ze stołówki? Gorącą herbatę czy coś?

- Ooch - sapie Sarah. - Ja poproszę kawę. I ciastko, jeśli mają.

- Sarah! - Jestem zszokowana.

- Daj spokój, Heather - wzdycha ze zniecierpliwioną miną. - Skoro sam proponuje. 

Kiedy KSM  zacznie  strajkować,  co  nastąpi  niedługo, najprawdopodobniej  stracimy nasze 

stałe źródła dochodu, więc nie zamierzam tracić resztek dolarów, skoro ktoś inny mówi, że 

zapłaci za moją...

- Heather!   -   W   drzwiach   magazynu   pojawia   się,   ciężko   dysząc,   Gavin   McGoren, 

chudy   jak   szczapa   student   przedostatniego   roku   filmoznawstwa,   a   zarazem   mieszkaniec 

akademika, mający nieodwzajemnioną - i wysoce niefortunną - słabość do mojej osoby. - O 

mój Boże, Heather. Tu jesteś. Dobrze się czujesz? Właśnie się dowiedziałem. Przyleciałem 

najszybciej, jak mogłem...

- McGoren!   Facet,   którego   właśnie   chciałem   zobaczyć!   -   ożywia   się   Sebastian.   - 

Potrzebuję człowieka od nagłośnienia na jutrzejszy wieczorny wiec w parku. Wchodzisz w 

to?

- Jasne, czemu nie - mówi Gavin, pozwalając swojemu plecakowi zjechać na podłogę, 

podczas  gdy on  sam  nie  spuszcza  ze   mnie   oka.  -  To  prawda?   On  naprawdę   padł  ofiarą 

przypadkowej strzelaniny narkotykowych gangów? Wiedziałem, że niezamurowane okna na 

poziomie ulicy mogą stanowić zagrożenie. Heather, zdajesz sobie sprawę, że równie dobrze to 

mogłaś być ty?!

- Wyluzuj, Gavin - rzuca Sarah. - Ona jest już wystarczająco wytrącona z równowagi. 

Co ty próbujesz zrobić? Pogorszyć sprawę?

- Boże - protestuję. - Wcale nie jestem wytrącona z równowagi. To znaczy, jestem. 

Ale... czy musimy o tym mówić?

- Jasne, że nie musimy, Heather - uspokaja mnie Sarah swoim najbardziej kojącym 

tonem.   Po   czym   zwraca   się   do   Sebastiana   i   Gavina:   -   Chłopaki,   proszę,   zostawcie   ją. 

Odkrycie   zwłok,   zwłaszcza   kogoś,   z   kim   się   pracowało   tak   blisko,   jak   ona   pracowała   z 

doktorem Veatchem, może być bardzo przygnębiające. Całkiem prawdopodobne, że Heather 

przez jakiś czas będzie cierpiała na potraumatyczny stres. Możemy się u niej spodziewać 

oznak nieuzasadnionej agresji, depresji albo emocjonalnej izolacji.

- Sarah! - wołam zbulwersowana. - Mogłabyś się, z łaski swojej, zamknąć?

Odpowiada mi tym samym łagodnym tonem:

- Oczywiście,  Heather. - Po czym  do chłopaków, scenicznym  szeptem: - Co wam 

background image

mówiłam o nieuzasadnionej agresji?

- Sarah. - Naprawdę potrzebuję aspiryny. - Wszystko słyszałam.

- Hm.   -   Sebastian   wpatruje   się   we   własne   stopy.   -   A   jak   długo   zwykle   trwa 

potraumatyczny stres?

- Nie da się przewidzieć - mówi Sarah w tym samym momencie, kiedy ja mówię:

- Nie mam żadnego potraumatycznego stresu.

- Och. - Sebastian przenosi wzrok ze swoich stóp na mnie. - To dobrze. Bo chcę cię o 

coś zapytać.

- Nie ma mowy - jęczę.

- Ona nie umawia się ze studentami - informuje go Gavin. - Już próbowałem. Takie 

przepisy czy coś w tym rodzaju.

Ukrywam   twarz   w   dłoniach.   Naprawdę.   Ile   można   wytrzymać   jednego   dnia?   Już 

wystarczająco   źle,   że   rano   biegałam   (tylko   kilka   kroków,   ale   jednak.   Mogło   mi   się   coś 

poprzesuwać. Sama nie wiem. Potem wszystkie moje kobiece organy zdawały się świetnie 

funkcjonować, kiedy testowaliśmy je u Tada. Ale skąd mam mieć pewność bez wizyty u gine-

kologa?), to jeszcze mój szef został zastrzelony, mój gabinet zajęty przez dochodzeniówkę z 

Greenwich Village, a Gavin McGoren publicznie rozważa relacje student - pracownik. Chcę 

odzyskać te dwie i pół godziny snu, które dzisiaj straciłam.

- Coś ty,  stary, ja nie miałem  zamiaru się z nią umawiać - peszy się Sebastian. - 

Chciałem ją tylko zapytać, czy mogłaby jutro wieczorem przyjść na nasz wiec.

Zerkam na niego przez palce.

- Co takiego?

- Zgódź się - błaga, padając na kolana. - Przecież ty jesteś Heather Wells. Miałoby 

wielkie znaczenie, gdybyś się pojawiła. Może zaśpiewałabyś nam Kumbayę...

- Nie - sprzeciwiam się. - Absolutnie nie.

- Heather - nie ustępuje Sebastian. - Masz pojęcie, ile by to znaczyło dla KSM - u, 

gdyby taka znakomitość jak ty zdecydowała się nas wesprzeć?

- Zdecydowała   się   wesprzeć...   -   powtarzam   słabym   głosem,   opuszczając   ręce.   - 

Sebastian, mogliby mnie wylać z pracy!

- Nie, nie mogliby - mówi Sebastian. - Wolność słowa! Nie ośmieliliby się!

- Poważnie. - Sarah odchrząkuje. - To faszyści, ale nie aż tacy faszystowscy. ..

- Lepiej   na   nich   uważać   -   mówię.   -   Dajcie   spokój.   Popieram   was   i   tak   dalej. 

Sebastianie, nie zabroniłam ci się tutaj kręcić, chociaż nie jesteś na studiach licencjackich i 

nawet u nas nie mieszkasz. Ale śpiewać na waszym wiecu?  W Washington Square Park? 

background image

Naprzeciwko biblioteki i biura rektora? Chyba sobie ze mnie kpicie.

- Doprawdy,   Sebastianie   -   odzywa   się   Sarah   takim   tonem,   jakiego   używa   tylko 

kobieta,   która   uwielbia   faceta   frustrująco   nieświadomego   jej   uczuć.   -   Czasami   naprawdę 

posuwasz się za daleko.

Chłopak rzuca jej rozżalone spojrzenie.

- Sama mówiłaś, żeby ją poprosić! - wykrzykuje.

- Tak, ale nie miałam na myśli, żeby teraz! - odcina się Sarah. - Dziewczyna dopiero 

co znalazła swojego ukatrupionego szefa, a ty chcesz, żeby prowadziła związkowy wiec?

- Nie prowadziła! - krzyczy Sebastian. - Tylko na nim zaśpiewała. Coś inspirującego. 

To  nie   musi  być  Kumbaya.   Sugar  Rush  też  byłby   super.   I  można  bez   nagłośnienia.  Nie 

jesteśmy grymaśni.

- Boże   -   wzdycha   Sarah,   kręcąc   z   niesmakiem   głową.   -   Czasami   jesteś   nie   do 

wytrzymania.

- Ona twierdzi, że nic jej nie jest! - upiera się Sebastian.

- Nie rób tego, Heather - radzi Gavin. - Nie rób, dopóki nie poczujesz się na siłach.

- Nie zrobię - mówię. - Bo tak się składa, że lubię moją pracę i nie chcę zostać w tym 

tygodniu wylana.

- W życiu cię nie wyleją - rzeczowo wyjaśnia Sebastian. - Przede wszystkim, nie chcę 

być nietaktowny, ale twojego szefa właśnie zamordowano. Kto poprowadzi biuro? A poza 

tym, gdyby cię spróbowali wylać, to byłoby naruszenie twojego konstytucyjnego prawa do 

zgromadzeń i pokojowych protestów.

- Stary - wtrąca Gavin. - Ona doskonale wie, że to ty podrzuciłeś do windy tę sztuczną 

rękę.

- Heather   Wells.   -   Dobiega   niski,   tubalny   głos.   Podnoszę   wzrok   i   widzę,   że   w 

drzwiach   stoi   policjant   z   nowojorskiej   dochodzeniówki.   -   Detektyw   Canavan   chciałby 

zamienić z panią słowo.

- Och,   dzięki   Bogu!   -   wołam,   wyskakuję   zza   biurka   i   rzucam   się   do   wyjścia. 

Wiadomo,   że   sprawy   mają   się   źle,   jeśli   z   prawdziwą   ulgą   przyjmujesz   wezwanie   na 

przesłuchanie przez detektywa z wydziału zabójstw.

Ale kiedy pracujesz w Akademiku Śmierci, historie tego rodzaju zdarzają ci się z 

alarmującą częstotliwością.

background image

4

Już nie jesteś tłustą gąską,

I wkrótce dotrzesz do celu,

Tylko powiedz nie

przekąskom,

A ujrzysz światło w tunelu.

Grubokoścista

słowa i muzyka: Heather Wells

Detektyw   Canavan,   od   czasu   gdy   widziałam   go   ostatnio,   obciął   włosy.   Zostały 

skoszone na jeżyka, więc, dzięki domieszce siwizny, w świetle fluorescencyjnych lamp na 

suficie   wyglądają   niemal   na   niebieskie   (żeby   było   przytulnie,   zamontowałam   na   biurku 

lampkę   stołową,   ale   detektyw   widocznie   postanowił   jej   nie   włączać.   Domyślam   się,   że 

oficerowie z wydziału zabójstw mają w nosie przytulne pomieszczenie). Przyciskając do ucha 

słuchawkę, Canavan marszczy się gniewnie i przygląda mojemu wejściu z takim brakiem 

zainteresowania, jakbym była szczurem, który na wysypisku wynurzył się właśnie zza hałdy 

śmieci.

- Tak - warczy do telefonu. - Doskonale wiem, co powie miasto. Ochoczo zamykają 

ulice,   jak   ktoś   kręci  Prawo   i   Porządek.  Ale   kiedy   prawdziwy   wydział   policji   chce 

przeprowadzić śledztwo w sprawie prawdziwego morderstwa...

Drzwi gabinetu doktora Veatcha otwierają się i pogryzając taco, wyłania się z nich 

technik ekipy dochodzeniowej. Widzę, że zanim wpadł sfotografować plamy krwi, zdążył już 

złożyć wizytę w stołówce.

- Cześć, Heather. - Puszcza do mnie oko.

- Och, cześć - odpowiadam. - Już wydają lunch?

- Tak - mówi. - Specjalność dnia to taco z wołowiną. Och, i indyk z jarzynami w 

cieście.

- Mm - mruczę tęsknie. Gofry wydają się należeć do odległej przeszłości.

- Wiem - mówi facet z dochodzeniówki i błogo wzdycha. - Uwielbiam wezwania do 

Akademika Śmierci.

- Do Studenckiego Domu Śmierci - poprawiam go.

- Higgins, nie nakap mi znowu gorącym sosem na miejsce zbrodni - zrzędzi detektyw 

background image

Canavan, z trzaskiem odkładając słuchawkę.

Higgins przewraca oczami i znika w gabinecie Owena.

- Więc   -   zwraca   się   do   mnie   Canavan,   kiedy   opadam   na   niebieskie   winylowe 

krzesełko naprzeciw mojego biurka, to, które zwykle rezerwuję dla anorektyczek, koszykarzy 

i innych mieszkańców z problemami. - Co tu się, do diabła, wyprawia, Wells? Jak to jest, że 

kiedy się tylko odwrócę, zaraz w miejscu twojego zatrudnienia ktoś musi wyzionąć ducha?

- A skąd mogę wiedzieć? - mówię równie gderliwym tonem. - Ja tu tylko pracuję.

- Właśnie - odwarkuje. - Opowiedz mi o tym. Przynajmniej tym razem, ktokolwiek 

zaatakował twojego szefa, zabił go z ulicy, a nie w budynku, co jest pewną odświeżającą 

odmianą. Więc gdzie byłaś dzisiaj rano, koło ósmej?

Szczęka mi opada.

- Jestem podejrzana? Żartuje pan sobie ze mnie?!

Jego wyraz twarzy się nie zmienia.

- Słyszałaś, o co pytam. Gdzie byłaś?

- Ale przecież współpracowaliśmy.  Zna mnie pan! - krzyczę. - Wie pan, że nigdy 

bym...

- Już słyszałem o tym papierze, Wells - oznajmia krótko detektyw Canavan.

- O...   papierze?!   -   Szczerze   mówiąc,   wpadam   w   osłupienie.   -   Och,   niech   pan   da 

spokój! Myśli pan, że mogłabym strzelić facetowi w głowę z powodu ryzy papieru?

- Nie - odpowiada detektyw Canavan. - Ale muszę cię przesłuchać.

- A w ogóle, kto panu nakablował? - pytam gniewnie. - Sarah? To ona, prawda? Zabiję 

ją... - Przełykam ślinę, natychmiast żałując doboru słów, i rzucam nerwowe spojrzenie na 

ściankę, która oddziela mój pokój od miejsca zbrodni. Zza kraty dobiegają ciche odgłosy 

krzątaniny, szmer towarzyszący wykonywaniu  pomiarów i nieustanny chrzęst  chrupanego 

taco.

- Wells.   -   Zawsze   flegmatyczny,   detektyw   Canavan   wygląda   na   znudzonego.   - 

Przestań robić przedstawienie. Doskonale wiemy, gdzie byłaś dziś o ósmej rano. To tylko 

formalność.   Więc,   proszę,   zechciej   współpracować,   co   przecież   potrafisz,   i   powiedz...   - 

Podnosi   głos   do   falsetu,   który,   jak   uświadamiam   sobie   z   oburzeniem,   ma   najwyraźniej 

naśladować mój sposób mówienia. - Byłam tuż za rogiem, leżałam w łóżku i tłukłam w ciągle 

dzwoniący budzik, detektywie Canavan... - Zastygł z piórem zawieszonym nad formularzem 

oświadczenia, gotów nagryzmolić właśnie to, co powiedział.

Czuję, że oblewam się czerwienią. Nie dlatego, że mój głos wcale tak nie brzmi - w 

każdym razie nie wydaje mi się. Ale dlatego, że... no dobrze, w ogóle nie tam byłam dziś 

background image

rano.

- Hm - mówię. - Tak... chodzi o to, że... w ogóle nie tam byłam dziś rano. Chodzi o to, 

że... hm... dziś rano ja... hm... poszłam sobie pobiegać.

Detektyw Canavan upuszcza pióro.

- Co zrobiłaś?

- Poszłam pobiegać.

- Ty poszłaś pobiegać? - W głosie detektywa Canavana brzmi niedowierzanie.

- Nie   próbuję   zrzucać   kilogramów,   tylko   troszkę   wysmuklić   figurę   -   mówię 

nieprzekonująco.

Detektyw Canavan wygląda, jakby nie miał zamiaru tknąć tego kitu nawet drągiem 

długim na trzy metry. W końcu sam ma córki.

- No dobrze, więc wracając do domu, żeby się przebrać przed pracą, musiałaś iść w tę 

stronę - mówi. - Niczego wtedy nie zauważyłaś? Niczego, albo nikogo, nietypowego?

Znowu z trudem przełykam ślinę.

- Och, ja się nie przebierałam u siebie. Przebierałam się u... u przyjaciela.

Detektyw Canavan spogląda na mnie. I to jak spogląda.

- Co to za przyjaciel?

- No...   nowy   przyjaciel?   -   Uświadamiam   sobie,   że   podnosząc   głos   w   ten   sposób, 

mówię jak Jamie Price. Jednak nic na to nie mogę poradzić. Detektyw Canavan trochę mnie 

przeraża. Już przedtem byłam zamieszana w kilka morderstw w Fischer Hall.

Ale nigdy w związku z żadnym z nich podejrzana.

Poza   tym   takie   wymuszanie   zeznań   przypomina   mi   tatę.   To   znaczy   tatę,   gdyby 

kiedykolwiek przejawiał zainteresowanie moim życiem intymnym. Czego, jak dotąd, nie robi.

- Co za nowy przyjaciel? - domaga się odpowiedzi detektyw Canavan.

- Boże! - krzyczę. Całe szczęście, że urodziłam się wtedy, kiedy się urodziłam i nie 

byłam   członkiem   francuskiego   Ruchu   Oporu,   czy   czegoś   w   tym   rodzaju.   Podczas 

nazistowskich tortur pękłabym w dwie sekundy. Wystarczyłoby, żeby na mnie popatrzyli, a 

sypnęłabym każdy sekret. - Sypiam z moim profesorem matematyki, w porządku? Ale to się 

nie może wydać, bo wpakowałabym go w straszne kłopoty. Jest jakiś sposób, żeby nie musiał 

pan umieszczać jego nazwiska w raporcie? Podam je, oczywiście, i będzie pan mógł z nim 

pogadać, i tak dalej, jeśli pan mi nie wierzy i chce sprawdzić moją historię, i w ogóle. Ale 

gdyby się dało o nim nie wspominać, to byłoby naprawdę, naprawdę wspaniale...

Detektyw Canavan wpatruje się we mnie przez sekundę albo dwie. Nie mam pojęcia, 

co sobie myśli. Ale mogę zgadnąć. Cwana dziwka, myślę, że sobie myśli. Sypia z profesorem 

background image

za zaliczenie na najlepszą ocenę...

Jednak okazuje się, że się mylę.

- A Cooper? - pyta.

Teraz moja kolej, żeby wybałuszyć oczy.

- Cooper? - Mrugam kilka razy. - A co ma być z Cooperem?

- No... - Detektyw Canavan wygląda na równie zmieszanego, jak ja. - Myślałem, że 

jest twoim... sama wiesz. Wybrankiem serca. Partnerem na kocią łapę. Czy jak tam to teraz, 

dzieciaki, nazywacie.

Gapię się na niego z absolutną zgrozą.

- Wybrankiem serca? Ma pan osiemdziesiąt lat?

- Wydawało mi się, że strasznie na niego lecisz - warczy. - Sama tak mówiłaś tamtej 

nocy, kiedy członkowie bractwa usiłowali złożyć cię w ofierze...

- To było tylko takie naćpane gadanie - przypominam mu sztywno w nadziei, że nie 

dostrzega, jak ciemnieje mój rumieniec. - O ile dobrze pamiętam, panu też powiedziałam, że 

pana   kocham.   I   facetom,   którzy   sadzili   roślinki   przed   budynkiem.   I   sanitariuszom.   I 

doktorowi z erki, który pompował mi żołądek. Nie mówiąc już o całym szpitalnym oddziale.

- A jednak. - Canavan sprawia wrażenie dziwnie skonsternowanego. Jak na siebie. - 

Zawsze myślałem, że ty i Cooper...

- Tak - mówię szybko. - I mylił się pan. Teraz jestem z Tadem. Proszę, niech mu pan 

nie utrudnia życia i nie umieszcza w raporcie. To miły facet. Nie chcę robić niczego, co 

mogłoby narazić na szwank jego reputację wykładowcy. - Oprócz ciągłego doprowadzania go 

do erekcji.

Tego, oczywiście, już na głos nie dodaję.

- Och - odpowiada detektyw Canavan. - Jasne. Więc... niczego nie widziałaś ani nie 

słyszałaś, kiedy byłaś w parku?

- Nie. - W gabinecie doktora Veatcha ktoś powiedział coś zabawnego - może o grafiku 

z Garfieldem? - a ktoś inny parsknął zduszonym śmiechem.

- No dobrze, to co powiesz o tym facecie, Veatchu? - kontynuuje przesłuchanie.

- Wymawia się Veech - poprawiam go.

Mruga zdumiony.

- Żartujesz sobie ze mnie.

Uśmiecham się smętnie.

- Nie. Nie żartuję. Wiem, że był raz żonaty. I się rozwiódł. To jeden z powodów, dla 

których przyjechał objąć tutaj etat. Z Iowy, jak mi się wydaje.

background image

- Z Illinois - teraz on poprawia mnie.

- Racja - przytakuję. - Z Illinois. - I milknę.

Detektyw Canavan wpatruje się we mnie.

- To wszystko?

Usiłuję myśleć.

- Kiedyś   -   mówię   -   pokazał   mi   stronę   ze   swojego   kalendarza   z   Garfieldem,   bo 

wydawała mu się śmieszna. To był dowcip rysunkowy, gdzie Garfield daje psu...

- Odiemu - podpowiada mi Canavan.

- Tak, Odiemu. Daje Odiemu lasagne. I pies jest zachwycony.  Ale wtedy Garfield 

odsuwa lasagne poza zasięg psiego pyska. Więc pies nie może się do niej dobrać.

- Wstrętny psychol.

- Kto? Kot? Czy doktor Veatch?

- Obydwaj - mówi detektyw Canavan.

- Owszem - zgadzam się.

- Przychodzi ci na myśl ktoś, kto mógłby żywić do niego urazę? Znaczy do Veatcha.

- Urazę? Taką urazę, żeby strzelić mu w głowę? - Podnoszę rękę i przeczesuję palcami 

sztywne od żelu włosy. - Nie, nie znam nikogo, kto by nienawidził Owena wystarczająco 

mocno,   żeby   go   zabić.   Jasne,   są   tu   dzieciaki,   które   może   za   nim   nie   przepadają...   nie 

przepadały, ale on był kierownikiem akademika. W dodatku tymczasowym kierownikiem. I 

rzecznikiem praw obywatelskich przy biurze rektora. Nikt nie musiał go lubić. Ale też nikt go 

nie nienawidził. Nie tak bardzo. W każdym razie, ja nic o tym nie wiem.

Detektyw Canavan kartkuje swój notes.

- Wylał kogoś w ciągu ostatnich kilku miesięcy?

- Wylał? - śmieję się. - Tu jest Uniwersytet Nowojorski. Stąd nie wylewają. Dostaje 

się przeniesienie.

- A ten rozwód. Na noże?

- Skąd mam wiedzieć?

Detektyw Canavan patrzy na mnie zmrużonymi oczami.

- Młoda damo, nie próbuj udawać, że nie siedzisz pod tą kratą i nie podsłuchujesz 

każdej rozmowy w gabinecie. Doskonale wiesz, czy rozwód był na noże czy nie. I teraz mi 

powiesz.

Wzdycham.

- Były   jakieś   przepychanki   ze   ślubną   porcelaną.   I   tyle.   Serio.   To   wszystko,   co 

słyszałam.

background image

Canavan wygląda na rozczarowanego.

- A co ze strajkiem dzieciaków ze studiów magisterskich? Jakaś poważna sprawa?

- Dla   nich   tak   -   stwierdzam,   myśląc   o   Sarah.   -   I   dla   biura   rektora   też.   Jeśli 

rzeczywiście   zaczną   strajk,   pozostałe   związki   zawodowe   naszego   uniwersytetu   będą 

zobowiązane strajkować razem z nimi. A wtedy zrobi się nieprawdopodobny bałagan... i to 

dokładnie na uroczystość wręczania dyplomów.

- Veatch prowadził mediacje?

- Był przewodniczącym komisji arbitrażowej. Ale moment - mówię, kręcąc głową. - 

Nie wydaje się panu bardziej prawdopodobne, że trafiła go jakaś zabłąkana kula w czasie 

strzelaniny ćpunów? Znaczy, rozumie pan. Ma pan wszędzie w parku swoich tajniaków...

- I  właśnie  stąd  wiem,  że  ta  kula  nie  trafiła  twojego   szefa  przypadkiem  - ciągnie 

beznamiętnym tonem Canavan. - Było tam dość dużo moich ludzi, żeby mieli oko na...

- Jeśli pan powie „tradycyjnych podejrzanych”, zacznę wyć z zachwytu - ostrzegam 

go.

Canavan obrzuca mnie surowym spojrzeniem.

- Twój szef nie żyje, Wells. Ktoś podszedł do okna jego gabinetu i zastrzelił Veatcha, 

jeśli nie z całkiem bliska, to w każdym razie z tak bliska, jak tylko się dało. Ktoś, kto go znał. 

Ktoś, kto chciał jego śmierci. Moją rolą jest wykryć kto. Jeśli jesteś zbyt zajęta swoim nowym 

facetem, żeby tym razem, otwieram nawias, pomagać w śledztwie, zamykam nawias... to, 

prawdę mówiąc, balsam na moją duszę. Ostatnią rzeczą, której mi potrzeba, jest zamartwianie 

się, jak wyciągnąć twój kościsty tyłek z kolejnej niebezpiecznej sytuacji. Teraz tylko zanotuj 

tutaj nazwisko swojego Romea, żebym mógł później potwierdzić u niego twoją historyjkę, i 

możesz zmykać.

Patrzę na niego, mrugając, i czuję, że mgiełka zasnuwa mi oczy.

- Naprawdę uważa pan, że mam kościsty tyłek? - pytam. - Detektywie Canavan, słowo 

daję, to największy komplement, jaki słyszałam.

- Wells - odpowiada zmęczonym głosem. - Spadaj.

Oczywiście, nie mam dokąd iść, ponieważ zajął moje biurko. Nie mogę wrócić do 

magazynu.   Szczerze   mówiąc,   nie   wyobrażam   sobie,   żebym   zdołała   wytrzymać   kolejne 

przemówienia Sarah w stylu: cała władza w ręce mas. Płynący zza kraty zapach tacos staje się 

naprawdę nieodparty. Pewnie jest dopiero troszkę po jedenastej.

Ale hej. Dzisiaj biegałam. Czy to grzech przekąsić coś małego?

Magda   siedzi   przy   kasie   i   pilniczkiem,   ozdobionym   brokatem   i   napisem 

„Księżniczka”,   doprowadza   do   doskonałości   swoje   kilkucentymetrowe   jasnobłękitne   (na 

background image

cześć wiosny) paznokcie. Minę ma znudzoną. Na mój widok się rozjaśnia.

- Heather!   -   krzyczy.   O   tak   wczesnej   porze   stołówka   jest   prawie   pusta.   Jedyne 

znajdujące się w niej osoby to mieszkańcy akademika, którzy nie wstali w porę na śniadanie i 

teraz   korzystają   z   dostępnych   przez   cały   dzień   bajgli,   oraz   zwabieni   przez   Magdę 

poczęstunkiem za friko pracownicy nowojorskiego Wydziału Policji, kierujący się prosto do 

baru taco. - To prawda? Ktoś strzelił temu - tu pada ordynarne słowo po hiszpańsku - w 

głowę?

- Tsss - mówię. - On nie był aż taki zły.

- Och tak, był - zapewnia mnie Magda. - Kiedyś mi powiedział, że jeśli jeszcze raz 

mnie przyłapie, jak ci daję za darmo batoniki Dove, to napisze na mnie skargę. Nie mówiłam 

ci, wiesz, bo nie chciałam, żebyś się martwiła. Ale naprawdę tak zrobił. Cieszę się, że nie 

żyje.

- Cśśś. - Rozglądam się dookoła. Przy najbliższym stoliku kilku kolegów detektywa 

Canavana objada się sałatką tacos ze śmietaną i guacamole. - Magda, nie mów o tym głośno, 

dobra? Myślę, że robimy za podejrzane, dopóki nie dowiedziemy naszej niewinności.

- To co jeszcze słychać nowego? - pyta Magda, przewracając starannie umalowanymi 

oczami.  Po chwili  w  tych  oczach  zapalają  się iskierki,  kiedy dodaje:  - Sprawy  z Panem 

Matmą przybierają miły obrót, no nie? Widziałam was tutaj dziś rano, jak karmiliście się 

nawzajem bitą śmietaną...

Nie mogę powstrzymać grymasu niezadowolenia.

- Sprawy przybrały miły obrót. Tak miły, że... - głos mi zamiera. Tyle się wydarzyło 

od czasu tego dzisiejszego wyjątkowo dziwnego pytania pod prysznicem, że nawet nie jestem 

już całkiem pewna, czy rzeczywiście padło.

Ale padło. Prawda?

Magda unosi narysowane łuki brwi.

- Tak?

- Chciał wiedzieć, czy mogłabym tego lata urwać się z biura na dłużej - mówię. - A 

potem powiedział, że jest coś, o co chciałby mnie zapytać. W odpowiednim czasie.

Opada jej szczęka. Potem zaczyna piszczeć. Zeskakuje ze stołka, obiega na swoich 

dziesięciocentymetrowych obcasach kasę i pada mi w objęcia. Ponieważ jest ode mnie co 

najmniej o trzydzieści centymetrów niższa, oznacza to, że w zasadzie ściska mnie w pasie, a 

jej stercząca fryzura łaskocze mnie w nos.

- Heather! - krzyczy. - Tak się cieszę! Będziesz taką piękną panną młodą!

- Nie wiem - mówię, nieprzyjemnie świadoma ciekawskich spojrzeń, skierowanych w 

background image

naszą stronę. - Nie mogę sobie wyobrazić, że właśnie o to chce mnie zapytać. A ty możesz? 

Chodzimy ze sobą dopiero od kilku miesięcy...

- Ale kiedy coś jest super, to jest super - stwierdza Magda. Wypuszcza z objęć moją 

talię, po czym chwyta mnie za ramiona i zaczyna lekko potrząsać. - Pan Matma nie jest 

durniem. Jak Cooper.

Znowu to imię. Czuję, że policzki mi płoną, jak to się ostatnio zwykle dzieje, kiedy 

pada imię mojego gospodarza.

- Więc, co masz zamiar odpowiedzieć? Powiesz „tak”, prawda? Heather, nie możesz 

czekać przez resztę życia, aż Cooper oprzytomnieje. Niektórzy faceci nigdy nie przytomnieją. 

Na przykład Pete. Wiesz, kiedyś miałam na niego chrapkę...

Stoję kompletnie ogłuszona.

- Podoba ci się Pete? - Gapię się na nią tak oniemiała, jakby właśnie oznajmiła, że jest 

scjentolożką, zaproszoną, by przyłączyć się do Toma i Katie na statku kosmicznym, kiedy ten 

tylko się pojawi. - Nasz Pete? Pete, który siedzi w recepcji? Pete, owdowiały ojciec czwórki 

dzieci? Pete o nienasyconym apetycie na panadę?

- Bardzo zabawne - mówi Magda, posyłając mi kwaśne spojrzenie. - Tak, nasz Pete. 

Ale to było dawno temu, kiedy umarła jego żona i bardzo mu współczułam, i w ogóle. Co 

zresztą bez różnicy. On nadal nie ma pojęcia, że ja istnieję. Swoją drogą, jak jakikolwiek facet 

mógł nie zauważyć tego? - Dłonią o niebieskich paznokciach macha wzdłuż drobnego ciała, 

które, chociaż teraz okryte firmowym różowym fartuchem, jest niesamowicie seksowne, od 

błękitnych paznokci wyzierających z jaskraworóżowych plastikowych szpilek aż po tlenione, 

obcięte na pazia włosy, które okalają jej twarz. - Po prostu nie rozumiem.

- Może jeszcze nie otrząsnął się z żalu? - sugeruję. Chociaż bardziej prawdopodobne 

jest, iż Pete, tak jak i ja, nie ma najmniejszego pojęcia, że ona kiedykolwiek widziała w nim 

kogoś więcej niż zabawnego towarzysza obiadu.

- Pewnie tak. - Magda wzrusza krągłymi ramionami. Po czym, ponieważ do stołówki 

wkracza,  potykając  się o własne nogi, półprzytomny młodzieniec,  szybko  wraca na swój 

stołek, odbiera od niego talon na lunch, podbija i ze słowami: „Popatrzcie na moją filmową 

gwiazdkę! Smacznego śniadanio - lunchu, złotko”, oddaje go studentowi, a do mnie mówi: - 

Na czym stanęłyśmy?

- Zaczekaj chwilkę. - Ciągle jeszcze nie mogę uwierzyć w to, co właśnie usłyszałam. - 

Spodobał ci się Pete. W sensie... polubiłaś go ponad zwykłe lubienie. I on tego nie zauważył?

Znowu wzrusza ramionami.

- Może gdybym sobie przytroczyła do biustu panadę, miałabym więcej szczęścia?

background image

- Magda - nadal jestem w szoku - czy ty kiedykolwiek... no nie wiem. Pomyślałaś o 

tym, żeby się z nim umówić?

- Och, umawiałam się z nim. Wiele razy.

- Zaczekaj. A gdzie? Dokąd chodziliście?

- Na mecze - odpowiada z oburzeniem. - I do baru...

- Do Nawalonej Wrony?! - wołam. - Wyjście na drinka po pracy nie liczy się jako 

randka. I wyjście na uczelniany mecz koszykówki, zwłaszcza dla takiej fanatyczki kosza jak 

ty, też się nie liczy. Pewnie przez cały czas wydzierałaś się na sędziów. Nic dziwnego, że się 

nie zorientował. Chodzi mi o to, czy kiedykolwiek mu powiedziałaś?

- Powiedziałam mu co?

- Że go lubisz.

Odpowiada coś po hiszpańsku i kreśli znak krzyża. Potem mówi:

- Dlaczego miałabym to zrobić?

- Bo to może być jedyny sposób, żeby do faceta, takiego jak Pete, dotarło, że lubisz go 

bardziej niż  przyjaciela,  no i rozumiesz  - teraz  ja wzruszam  ramionami  - żeby przeniósł 

sprawę na inną płaszczyznę. Pomyślałaś o tym kiedyś?

Magda wyciąga rozwartą dłoń w moją stronę gestem oznaczającym: dosyć!

- Proszę. Wystarczy, dobrze? Nie chcę o tym rozmawiać. Nic się nie wydarzyło. Mnie 

już przeszło. Wróćmy do ciebie.

Przez   chwilę   piorunuję   ją   wzrokiem.   Akurat.   Przeszło   jej.   Tak   jak   przeszedł   mój 

cellulit.

- Świetnie. Skoro prosisz. Więc Tad chce mi zadać to jakieś pytanie. A... tymczasem 

detektyw Canavan wypytuje mnie, gdzie byłam dzisiejszego ranka, gdy zastrzelono doktora 

Veatcha, i wygląda na to, że to właśnie wtedy Tad... no, mówił, że chce mi zadać to pytanie. 

Więc musiałam podać Canavanowi nazwisko Tada i Bóg raczy wiedzieć, co on zamierza z tą 

informacją zrobić. Tad mógłby mieć kłopoty, gdyby się wydało, że sypia ze studentką.

Magdzie   wyrywa   się   tak   silne   westchnienie   niesmaku,   że   aż   tleniona   grzywka 

podfruwa jej do góry.

- Błagam cię. Nie jesteś naiwną studentką z pierwszego roku. Bez urazy.

- W zasadzie jestem.

- Ależ ty jesteś za stara! - oburza się.

Mierzę ją wściekłym spojrzeniem.

- Dzięki.

- Przecież wiesz, o co mi chodzi. Obydwoje jesteście, jak to się mówi, dorosłymi 

background image

ludźmi,   świadomymi   swoich   czynów.   Nikogo   by   to   nie   ruszyło.   No,   może   oprócz   tego 

doktora Veatcha. Ale on już nie żyje. Więc wszystko w porządku.

- Mogłabyś się postarać nie mówić o tym tak radośnie? - ostrzegam ją.

- Więc co zamierzasz odpowiedzieć?

- Na jaki temat?

- Kiedy poprosi, żebyś  za niego wyszła?!  - wykrzykuje  Magda na tyle  głośno, że 

zarówno półprzytomny student, jak i pracownicy nowojorskiego Wydziału Policji oglądają się 

na nas.

- Boże, nie wiem. Nawet nie wiem, czy właśnie o to chce mnie zapytać. Rozumiesz? 

Znaczy, wygląda, że chyba niedługo...

- Powinnaś powiedzieć tak - oznajmia stanowczo. - Cooper się wścieknie. I wtedy 

oprzytomnieje. Zapamiętaj moje słowa. Znam się na tych sprawach.

Mówię kąśliwie:

- Skoro  tak dobrze znasz się na tych  sprawach, to jak to się stało, że jeszcze nie 

zeszliście się z Pete'em?

Wzrusza ramionami.

- Może to i lepiej. Dlaczego miałabym w moim wieku chcieć się obarczać dziećmi? A 

tak: całe życie przede mną.

- Magda - mówię. - Bez urazy. Ale ty masz czterdzieści lat.

- Trzydzieści dziewięć i pół - przypomina mi. - O cholera.

Kieruję wzrok tam, gdzie ona. I powtarzam w myśli jej przekleństwo.

Bo właśnie do stołówki wkracza rektor Allington ze swoją świtą.

background image

5

Nie ma co płakać w ciemnym

pokoju,

Batonik złamanego serca

nie zagoi.

Lepiej odłóż ten rożek

z lodami,

Przyszła pora zacząć działać

samej.

Nie ma co płakać nad rozlanym

deserem

słowa i muzyka: Heather Wells

Rozważam możliwość zanurkowania pod ladę kasy i ukrycia się u stóp Magdy, ale 

wyglądałoby to nieprofesjonalnie.

Zamiast tego nie ruszam się z miejsca, podczas gdy rektor Allington - jak zwykle w 

absurdalnie   dobranej   marynarce   z   monogramem   Uniwersytetu   Nowojorskiego,   białych 

żeglarskich   spodniach   (chociaż   to   jeszcze   nie   Memorial   Day)   i   adidasach   -   wkracza   do 

stołówki,   oflankowany   z   jednej   strony   przez   kierownika   od   spraw   lokalowych,   doktora 

Jessupa, a z drugiej przez doktora Flynna, wydziałowego psychologa dla personelu. Wszyscy 

trzej mężczyźni, w stanie wskazującym na lekkie oszołomienie, słuchają Muffy Fowler, guru 

public   relations,   którą   uniwersytet   wynajął,   by   pomogła   spacyfikować   media,   kibicujące 

negocjacjom ze związkiem zawodowym słuchaczy studiów magisterskich.

Teraz   jednak   Muffy   najwyraźniej   dokonuje   bilansu   szkód,   spowodowanych 

morderstwem doktora Veatcha.

- Musisz   ich   po   prostu   stąd   wyrzucić,   Phil   -   oświadcza   ze   swoim   twardym 

południowym   akcentem,   kiedy   we   czwórkę   wchodzą   do   stołówki.   -   Przecież   to   teren 

prywatny.

- W zasadzie - odpowiada doktor Flynn kompletnie bezbarwnym tonem - chodniki 

miasta Nowy Jork nie są terenem prywatnym.

- Och, dobrze wiesz, co mam na myśli - kontynuuje Muffy. Nie sposób nie zauważyć, 

że wszystkie męskie oczy skierowane są na nią. Trzydziestoparoletnia była królowa piękności 

background image

(słowo daję. Tak było napisane w jej CV w „Bratku”, biuletynie rozdawanym raz w miesiącu 

wszystkim   pracownikom   administracyjnym   Uniwersytetu   Nowojorskiego)   ma   kasztanowe 

włosy, tworzące wokół głowy wielki, puchaty hełm - znany w ubiegłej dekadzie jako tapir, a 

w obecnej jako... nawet nie wiem co - i korzystnie podkreśla szczupłą figurę za pomocą 

wąskiej spódnicy i wysokich obcasów.

Chyba   jestem   w   stanie   zrozumieć,   dlaczego   każdy   facet   w   okolicy   tak   leci   na 

temperamentną,   starannie   ufryzowaną   pannę   Fowler   -   przynajmniej   dopóki   Muffy   nie 

otworzy ust.

- Nie   chcemy   też   posyłać   któregoś   z   tych   wynajętych   glin,   jak   tu   nazywacie 

ochroniarzy, żeby po prostu ich pogonił - mówi właśnie. - Rozumiecie, wolność prasy i te 

rzeczy. Musimy zabrać się do tego delikatniej. Myślę, że powinniśmy im podstawić jakąś 

kobietę. Kogoś z personelu administracyjnego.

Czuję, jak po plecach przebiega mi zimny dreszcz. Nie mam pojęcia, o czym ona 

gada, ale jedyna myśl, która mi krąży po głowie, to: Nie. Na wszystkie świętości, nie.

- Załatwiliśmy   specjalistę   od   radzenia   sobie   z   żalem   dla   wszystkich   mieszkańców 

Fischer Hall, którzy będą potrzebowali o tym porozmawiać - usiłuje poinformować rektora 

doktor Jessup. - Doktor Kilgore lada moment tu będzie. I ponieważ wiadomość o morderstwie 

podały już lokalne stacje radiowe i New York One, zachęcamy studentów, żeby zawiadomili 

rodziców, że są cali i zdrowi...

My zachęcamy? No, no, wiele można przegapić, kiedy się jest podejrzaną w sprawie o 

morderstwo. W przeciwieństwie do niewinnej obserwatorki, jaką zwykle bywam.

Ale rektor Allington nie słucha doktora Jessupa. Może dlatego, że cała jego uwaga 

skupia się na pannie Fowler - a to zapewne z tej przyczyny,  że jej ogromny diamentowy 

pierścień zaczepił mu się o luźną nitkę przy złotych literkach NY na piersiach marynarki.

- O rany - chichocze Muffy. - Na dobre cię złapałam, co, Phil? Teraz się nie ruszaj. 

Mamy tu do czynienia z trzykaratowym kanarkowym diamentem...

Doktor Allington stoi bez ruchu, spoglądając w dół na czubek natapirowanego hełmu 

Muffy, i śmieje się w sposób, który można określić jedynie jako głupkowaty. Zerkam na 

Magdę. Widzę, że wpatruje się w rektora i menedżerkę public relations, jakby właśnie spadli 

z innej planety. W gruncie rzeczy ją rozumiem.

Co prawda, pani Allington - odkąd w tym właśnie budynku o mało nie straciła życia - 

spędza większość czasu w rodzinnym domu w Hampton. Jednak wydawałoby się, że jej mąż 

powinien być nieco mniej ostentacyjnie zachwycony tak silnymi przejawami zainteresowania 

przedstawicielki płci przeciwnej. Nawet tak atrakcyjnej jak Muffy Fowler.

background image

- Czy to nie było śmieszne? - pyta Muffy wszystkich zebranych w ogólności, kiedy 

wreszcie   udaje   jej   się  wyplątać   z   rektora.   Nie   żeby   ktokolwiek   wyglądał   na  szczególnie 

ubawionego. Oprócz niej samej i „Phila”. Chociaż, prawdę mówiąc, wszyscy się teraz na nią 

gapią, nawet kobiety. - Dobrze, o czym to mówiliśmy? O właśnie. Stan, czy masz kogoś, 

kogo możesz posłać, żeby się uporał z prasą? Kogoś, kto może odegrać zatroskanie?

- Cóż - zaczyna doktor Jessup. - Zawsze możemy poprosić Gillian, kiedy już tu dotrze. 

Ale czy nie jest to coś, co pani, panno Fowler, świetnie mogłaby zrobić, zważywszy na to, że 

uczelnia wynajęła panią, żeby...

Ale zanim doktor Jessup ma szansę skończyć, spojrzenie rektora Allingtona pada na 

mnie... dokładnie tak, jak jakimś cudem przewidziałam. Naprawdę. Czyż to nie cała historia 

mojego życia? Jest naprawdę nieprzyjemne zadanie? Dlaczego by nie posłać Heather Wells? 

Społeczeństwo nie będzie miało z niej żadnego pożytku.

- Och, Jessica - mówi doktor Allington, wychodząc na chwilę z wywołanego przez 

Muffy stanu stuporu i rozpoznając we mnie dziewczynę, która kiedyś uratowała życie jego 

żonie. Albo coś w tym rodzaju. - Jessica tu jest. Dlaczego Jessica nie mogłaby tego zrobić?

Z jakichś powodów, które nigdy nie będą dla mnie jasne, rektor Allington uważa, że 

jestem Jessicą Simpson.

No nie. Naprawdę. Ile razy różni ludzie (ze mną włącznie) tłumaczyli mu, że nie 

jestem.

- Chwileczkę, Phil - oponuje doktor Flynn. Doktor Flynn to facet, który zawsze potrafi 

się   postawić.   Zapewne   dlatego,   że   nie   mieszka   w   kampusie,   więc   dzięki   codziennym 

podróżom do pracy z odległych peryferii miasta potrafi zachować dystans. - Ona ma na imię 

Heather. Pamiętasz? I Heather miała dzisiaj ciężki dzień. Znalazła Owena...

- Ona? Ty? - Muflfy wlepia we mnie wzrok i pstryka palcami. - Ty go znalazłaś?

Wymieniamy z Magdą przerażone spojrzenia.

- Hm. Tak?

- Doskonale. - Panna Fowler łapie mnie szybko za ramię. - Chodź ze mną.

- Muffy. - Doktor Flynn jest wyraźnie zaniepokojony. - Naprawdę, nie sądzę...

- Och, cicho - przerywa mu.

No nie. Naprawdę to mówi.

- Panno Fowler. - Doktor Flynn sprawia wrażenie bardziej znużonego niż zwykle. 

Wygląda, jakby nieco przybladł pod tą swoją opalenizną z Aspen. - Nie wydaje mi się...

- Ależ w życiu nie widziałam, żeby ktoś tak wiecznie robił zamieszanie - oznajmia 

Muffy kpiąco zgorszonym tonem. - Zamierzamy uciąć sobie z Jessicą babską pogawędkę, nic, 

background image

czym   musielibyście   sobie   zaprzątać   łepetyny.   Napijcie   się   kawy,   a   ja   za   chwilę   będę   z 

powrotem. Jessico, idziemy.

Następne, co do mnie dociera, to to, że jestem wyprowadzana ze stołówki do holu. 

Jedną ręką Muffy oplata mi ramiona, drugą nadgarstek.

Jasne. Trzyma mnie w babskim uścisku śmierci.

- Słuchaj,   Jessico   -   mówi,   kiedy   kierujemy   się   ku   wyjściu.   Oczy   błyszczą   jej 

intensywniej  niż którykolwiek z diamentów na palcach i w płatkach uszu. - Chcę, żebyś 

powiedziała   kilka   słów   reporterom,   którzy   się   tu   plączą.   Tylko   kilka   słów   o   tym,   jakim 

wstrząsem było znalezienie ciała Owena. I to wszystko. Jessico, myślisz, że możesz to dla 

mnie zrobić?

- Hm   -   chrząkam.   Jej   oddech   pachnie,   jakby   dopiero   co   połknęła   całą   paczkę 

odświeżających cukierków. - Mam na imię Heather.

Na zewnątrz wiosenne niebo nadal razi błękitem, tak jak raziło zaledwie kilka godzin 

temu,   kiedy   w   trakcie   biegu   być   może   uszkodziłam   swoje   organy   wewnętrzne.   Jest 

niestosownie do tej pory roku ciepło. Taki ranek, który każdemu ciężko spędzać w biurze, czy 

stercząc przed szkolną tablicą. Albo, sami wiecie - na miejscu zbrodni. Dzięki wzmocnionym 

siłom policyjnym w okolicach Fischer Hall przynajmniej rozpierzchli się dilerzy narkotyków.

Ale nie oznacza to wcale, że w pobliżu nie kłębi się pełno ludzi, którzy się gapią na 

zaparkowane   nielegalnie   wzdłuż   zachodniej   granicy   parku   wozy   transmisyjne,   tłoczą   na 

chodnikach i blokują ruch uliczny.

Właśnie   w   stronę   tych   wozów   zaczyna   mnie   holować   Muffy   -   chociaż   włączam 

hamulce. Pronto.

- Hm - mówię. - Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł...

- Żartujesz sobie ze mnie? - pyta kategorycznym tonem. Jak na takie chucherko jest 

naprawdę silna. Jasna sprawa, ćwiczy.  Tak to bywa z tymi  chudymi  laskami z Południa. 

Wyglądają, jakby mógł je zdmuchnąć byle powiew wiatru, a w rzeczywistości są w stanie 

wycisnąć więcej pompek niż twój chłopak. - Co może odwrócić ich uwagę od tego strajku 

skuteczniej   niż   zapłakana   blondynka,   która   właśnie   znalazła   swojego   szefa   z   kulką   w 

czaszce? Myślisz, że dałabyś radę...

- Auu! - wrzeszczę, kiedy z całej siły kciukiem i palcem wskazującym ściska tłuszcz 

na moim przedramieniu. - Co ty wyprawiasz?! To naprawdę boli!

- Świetnie, teraz masz wilgotne oczy - oznajmia Muffy. - Tak trzymaj. Chłopaki! Hej, 

chłopaki! Tutaj! To ta dziewczyna znalazła ciało!

Następna rzecz, którą kojarzę, to pięćdziesiąt mikrofonów wepchniętych mi pod nos. 

background image

Uświadamiam sobie, że tłumaczę łzawo - bo, owszem, to uszczypnięcie naprawdę bolało; 

będę miała szczęście, jeśli nie zostanie mi siniak - że chociaż naprawdę nie pracowałam z 

Owenem Veatchem zbyt długo ani nie znałam go zbyt  dobrze, będzie mi go brakować i 

niezależnie   od   tego,   jakie   było   jego   stanowisko   w   sprawie   pakietu   odszkodowań   dla 

słuchaczy studiów magisterskich, nie zasłużył sobie, by umrzeć w taki sposób. Czy w ogóle w 

jakikolwiek. I, tak, owszem, jestem tą Heather Wells.

Dopiero kiedy zauważam perorującą pośrodku kącika szachowego znajomą postać w 

lokach i ogrodniczkach, zdaję sobie sprawę, co się kryło za pomysłem Muffy Fowler, by 

rzucić mnie wilkom na pożarcie: Sarah wykorzystuje śmierć doktora Veatcha i rozgłos wokół 

morderstwa jako świetną sposobność do promowania programu KSM.

Teraz, kiedy ukradłam jej blask jupiterów, naradza się z kilkoma równie niechlujnymi 

indywiduami - nie mówię o tych, którzy przyszli tu naprawdę pograć w szachy i sprawiają 

wrażenie mocno zirytowanych  wtargnięciem  na ich teren  długowłosych,  hipisopodobnych 

osobników, z Sebastianem na czele. A on nieustannie obrzuca mnie ponurym spojrzeniem. 

Staram   się   nie   traktować   tego   osobiście,   ale   najwyraźniej   zaszufladkowano   mnie   jako 

przedstawiciela klasy posiadaczy... chociaż moja pensja z trudem wystarcza na utrzymanie. I 

na pewno to nie ja zadecydowałam o obcięciu świadczeń socjalnych dla magistrantów.

Ale możliwe, że po prostu nadal czuje się urażony, bo odmówiłam występów na jego 

wiecu.

- Czy przychodzi  pani na myśl  ktoś, kto miałby powód,  żeby zabić pani szefa?  - 

dopytuje się reporter z Channel 4.

- Nie - odpowiadam. - Zupełnie nie. To był miły facet. - No, może oprócz tej historii z 

Garfieldem, która doprawdy graniczyła ze stanem chorobowym. Więc w zasadzie nie można 

człowieka o to winić. - Spokojny. Ale miły.

- A nie sądzi pani, że KSM może być za to w jakiś sposób odpowiedzialny?

- Nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia. - Chociaż całkiem prywatnie uważam, 

że KSM nie potrafiłby zorganizować sprzedaży bułeczek, a co dopiero morderstwa.

- W porządku - oznajmia Muffy, przepychając się przez tłum reporterów, żeby ująć 

mnie pod ramię. - Na razie wystarczy. Panna, hm, Wells jest zdruzgotana tym straszliwym, 

makabrycznym odkryciem...

- Jeszcze   tylko   ostatnie   pytanie!   -   woła   dziennikarz   z   Fox   News.   -   Heather,   czy 

chciałabyś coś powiedzieć swojemu ekschłopakowi, byłemu członkowi kapeli Easy Street, 

Jordanowi   Cartwrightowi,   teraz,   kiedy   jego   żona,   megagwiazda   Tania   Trace,   jest   przy 

nadziei?

background image

- Panna Wells jest zmęczona - przerywa mu Muffy, ściągając mnie z rozchwianego 

drewnianego   podwyższenia,   które   jedna   z   ekip   telewizyjnych   wielkodusznie   dla   mnie 

skleciła, żebym miała na czym stanąć. - Byłabym wdzięczna, gdybyście się już spakowali i 

odjechali. I pozwolili policji wykonywać swoją robotę, a studentom udać się na zajęcia...

Wyrywam rękę z jej uścisku.

- Chwileczkę. - A do reportera wołam: - Tania jest w ciąży?

- Nie widziała pani informacji? - Dziennikarz ma znudzoną minę. - Dziś rano została 

umieszczona  na jej stronie. Chce pani złożyć  jakieś oświadczenie?  Gratulacje?  Najlepsze 

życzenia? Coś w tym rodzaju?

Jordan zostanie ojcem?! Rany boskie.

Mój pies byłby lepszym ojcem niż on.

A jest dziewczynką. I psem.

- Och - mówię. Tak. I to, i to. Gratulacje. Najlepsze życzenia. Mazeł tow. I tak dalej.

Jednak chyba powinnam powiedzieć coś bardziej znaczącego. W końcu chodziliśmy 

ze   sobą   przez   prawie   dziesięć   lat.   Jordan   był   moim   pierwszym   pocałunkiem,   pierwszą 

miłością, pierwszym... tak, to też. Może należałoby coś jeszcze dodać, nie wiem. O kręgu 

życia i śmierci? Tak, to zabrzmi dobrze.

- Hm. To właśnie pokazuje, że gdy jedno życie gaśnie, inne...

- Idziemy - syczy Muffy.

- Boże - mruczę pod nosem, kiedy ciągnie mnie za sobą. - Nie mogę w to uwierzyć. 

Mój eks będzie miał dzidziusia.

- Witaj w klubie - mówi Muffy. - Mojemu właśnie urodziły się bliźniaki.

Patrzę na nią ze zdumieniem.

- Naprawdę? To... to niesamowite, co? To znaczy, czy to dla ciebie nie było dziwne? 

Czy ja się mylę, uważając, że to dziwne? Czy twój eks jest dupkiem? Bo mój strasznym. 

Więc to niesamowite pomyśleć, że ma być odpowiedzialny za inne ludzkie życie.

- Mój jest dyrektorem generalnym poważnej firmy inwestycyjnej w Atlancie - zwierza 

się Muffy, patrząc przed siebie. - Rzucił mnie dla mojej druhny w noc przed naszym ślubem. 

Więc tak, chyba można uznać, że uważam to za dziwne. Tak samo jak uważam za dziwne, że 

każdego roku w Afryce umierają z głodu miliony malutkich dzieci, a ja się wkurzam, kiedy 

barista użyje pełnotłustej pianki zamiast beztłuszczowej do mojej porannej latte. Dlaczego mi 

nie powiedziałaś, że jesteś Heather Wells, dawną młodocianą gwiazdą muzyki pop?

- Próbowałam - tłumaczę się nieprzekonująco.

- Nie.  -  Muffy  hamuje z  poślizgiem  w  swoich  pantofelkach  od Manola  tuż  przed 

background image

głównym wejściem do budynku i oskarżycielsko dźga mnie wskazującym palcem. - Mówiłaś 

tylko, że nie nazywasz się Jessica. Nie lubię, jak ktoś mnie robi w konia. Czego mi jeszcze nie 

powiedziałaś? Wiesz, kto zabił tego faceta?

Gapię się na nią z góry.  Jestem dobrych dwanaście centymetrów  wyższa, ale ona 

wprawia mnie w taki stan, jakbym to ja musiała podnosić wzrok.

- Nie!   -   wołam.   -   Oczywiście,   że   nie!   Nie   uważasz,   że   gdybym   wiedziała,   to 

powiedziałabym policji?

- Nie wiem - mówi Muffy. - Może miałaś z nim romans.

- Fuj! - krzyczę. - Czy ty w ogóle znałaś Owena?

- Owszem - odpowiada spokojnie. - Wyluzuj. Tylko pytam.

- I myślisz, że z nim sypiałam?! Ja?!

- Dziwniejsze   rzeczy   się   zdarzają   -   zwraca   mi   uwagę.   -   Poza   wszystkim,   to   jest 

przecież Nowy Jork.

I   nagle   cała   masa   rzeczy   staje   się   dla   mnie   jasna:   jak   diamentowy   pierścionek 

„przypadkiem” zaczepił się o marynarkę rektora Allingtona; dlaczego Muffy w ogóle mogła 

pomyśleć, że leciałam na Owena Veatcha; po co ta obcisła spódnica i wysokie obcasy; a 

przede wszystkim, co Muffy robi w Nowym Jorku, tak daleko od jej rodzinnej Atlanty.

Słuchajcie, nie jestem tu od wydawania opinii. Na temat czyjegoś szczerego wyznania 

i w ogóle.

Jednak   pomysł,   żeby   kobieta   jechała   do   Nowego   Jorku   i   zatrudniała   się   tam   w 

jednoznacznym celu złapania męża, to już... no. Obrzydliwe.

Kto   wie,   czego   mogłabym   nagadać   pannie   Muffy   Fowler,   ale   właśnie   w   tym 

momencie wydarza się coś, co odwraca moją uwagę. Coś tak ważnego (w każdym razie dla 

mnie), że wszystkie myśli o dalszej rozmowie pierzchają mi z głowy. Zapominam, że stoję 

przed Fischer Hall, sceną kolejnej wielkiej zbrodni i miejscem, gdzie regularnie konsumuję o 

wiele więcej kalorii, niż wynosi, zalecana mi przez rząd, dzienna dawka.

A jest to widok mojego gospodarza, częściowo pracodawcy i miłości mojego życia, 

Coopera Cartwrighta, który pędzi w naszą stronę, sapiąc:

- Przybiegłem, jak tylko usłyszałem. Nic ci się nie stało?

background image

6

Patrząc na tnące niebo

odrzutowce srebrne,

Ginące kędyś, w jasnych

słońca oczach,

Rozmyślam o ciasteczkach,

dawanych podniebnie.

Chciałabym tez je dostać

i skosztować chociaż.

Możesz kupić Biscoffy online

słowa i muzyka: Heather Wells

Ooo, dzień dobry.

To   właśnie   mówi   do   Coopera   Muffy   Fowler,   kiedy   odwraca   się,   żeby   na   niego 

spojrzeć. Następnie dostrzegam, jak przenosi ciężar ciała na jedno biodro, wspiera rękę na 

nieskończenie szczupłej talii i obrzuca go spojrzeniem konającej łani od adidasów (w końcu 

on jest prywatnym detektywem. Załóżmy, że często musi kogoś gonić, przestępców i... sama 

nie wiem. Może. I w ogóle) aż po czubek jego ciemnej, trochę już wołającej o fryzjera, 

czupryny.

- Och. - Cooper spogląda to na mnie, to na nią. - Cześć.

- Muffy   Fowler.   -   Muffy   wyciąga   rękę,   a   Cooper   ujmuje   ją   w   swoją   i   potrząsa. 

Pierścionek z diamentem (jak się teraz domyślam, zaręczynowy z odwołanego ślubu) lśni w 

słońcu wczesnego południa. - Uniwersytet Nowojorski, public relations. A pan jest...?

- Hm,   Cooper   Cartwright   -   przedstawia   się.   -   Przyjaciel   Heather.   Czy   mógłbym 

zamienić z nią kilka słów na osobności?

- Oczywiście! - Muffy przytrzymuje jego dłoń odrobinę za długo - jakby myślała, że 

tego nie widzę - po czym błyska do mnie szerokim uśmiechem i mówi: - Nie spiesz się, 

słyszysz, Heather? Ja będę u rektora Allingtona, gdybyś czegoś chciała.

Wybałuszam   na   nią   oczy.   Dlaczego   przemawia   do   mnie,   jakby   była   moją 

kierowniczką, członkinią korporacji studenckiej albo czy ja wiem kim?

- Hm - mówię powoli. - Jasna sprawa...

Obdarza mnie błyskawicznym, podtrzymującym na duchu uściskiem - mam wrażenie, 

background image

że objęły mnie nie tyle jej ramiona, co chmura Chanel numer 19 - po czym Muffy pospiesznie 

oddala się do budynku. Cooper wpatruje się we mnie, osłupiały.

- Co... - stęka wreszcie. - Co to było? - Właściwie nie jest to nawet pytanie.

- To była Muffy - odpowiadam. - Przedstawiła ci się. Pamiętasz?

- Tak - potwierdza. - Zauważyłem. Myślałem, że to może halucynacja. - Zerka przez 

ramię   na   reporterów.   Dalecy   od   wzięcia   sobie   do   serca   rad   panny   Fowler,   zatrzymują 

przechodzących   przez   ulicę   studentów,   którzy   po   zajęciach   próbują   wrócić   na   lunch   do 

Fischer Hall, i wypytują  ich, czy znali Owena Veatcha i jak się czują w związku z jego 

śmiercią. - Nie do wiary. Dobrze się czujesz?

- Tak - mówię, nieco zdziwiona. - Świetnie. A dlaczego?

- Dlaczego? - Cooper spogląda na mnie z góry z bardzo sarkastyczną miną. - Rany, nie 

wiem. Może dlatego, że dziś rano ktoś zastrzelił twojego szefa?

Jestem wzruszona. Poważnie. Nie mogę uwierzyć, że się o mnie troszczy. To znaczy, 

wiem, że się troszczy.

Ale nie mogę uwierzyć, że troszczy się wystarczająco, żeby osobiście się pofatygować 

i sprawdzić, czy nic mi nie jest. Zgoda, Szósty Komisariat zajął moje biuro i udzielałam 

wywiadu dla Fox News, więc było mało prawdopodobne, żebym odebrała telefon.

Ale jednak. Miło wiedzieć, że mam Coopera za obrońcę.

- No to, co wiesz o tym facecie? - dopytuje się, balansując stopą na jednej z maszyn do 

flancowania,   których   mieszkańcy   akademika   rutynowo   używają   jako   popielniczek,   mimo 

moich dobrze rozmieszczonych artystycznych ostrzeżeń, surowo napominających tych, co to 

robią. - Znasz kogoś, kto miał powód, żeby chcieć jego śmierci?

Jeśli jeszcze raz ktoś zapyta mnie o to, moja głowa może eksplodować. Poważnie.

- Nie - stwierdzam. - Oprócz Odiego.

Cooper przygląda mi się dziwnie.

- Kogo?

- Nic, nic - uspokajam go. - Słuchaj, naprawdę nie wiem. Wszyscy krewni i znajomi 

Królika  zadają mi dzisiaj to pytanie.  Gdybym  wiedziała, nie sądzisz, że powiedziałabym 

policji? Prawie z facetem nie rozmawiałam, Coop. Znaczy pracowaliśmy razem przez kilka 

miesięcy i tyle, ale się nie przyjaźniliśmy. To nie było tak jak z Tomem - (moim poprzednim 

szefem, z którym nadal regularnie chadzam po pracy na piwo do Nawalonej Wrony). - Chodzi 

mi o to, że pomijając fiasko rokowań z KSM, nie przychodzi mi na myśl ani jedna osoba, 

która miała coś przeciwko Owenowi Veatchowi. On był taki... mdły.

Cooper spogląda na mnie z góry i mruga zdumiony.

background image

- Mdły?

Bezradnie wzruszam ramionami.

- Właśnie tak. Jak wanilia. Chodzi mi o to, że aby ktoś znienawidził cię aż tak mocno, 

żeby chcieć cię zabić, musisz przynajmniej... Sama nie wiem. Coś zrobić. Coś ciekawego. A 

w przypadku Owena nie było nic ani trochę ciekawego. Słowo daję.

Cooper   zerka   przez   ulicę   na   reporterów   i   wozy   transmisyjne   ze   sterczącymi   na 

dachach talerzami anten satelitarnych. Po jednej stronie wozów, jeszcze w kąciku szachowym 

- ale na jego skraju, bo stara gwardia, rządząca w kółku graczy, miała tego wreszcie powyżej 

uszu i wyrzuciła ich - stoi Sarah z Sebastianem w otoczeniu grupy KSM - owców. Mamroczą 

coś ponuro pomiędzy sobą, gdyż dziennikarze, uzyskawszy już wszystkie smaczki, których 

od nich potrzebowali, nie chcą więcej przeprowadzać z nimi wywiadów.

- A nie myślisz, że któryś z tych typków może być w to zaplątany? - pyta Cooper, 

ruchem głowy wskazując towarzystwo Sarah.

Przewracam oczami.

- Coś ty. Oni? To wszystko wegetarianie. Myślisz, że ktoś z nich mógłby mieć dość 

zimnej krwi, żeby strzelić do faceta? Oni nawet nie jedzą jajek.

- Mimo wszystko - mówi Cooper. - Po sprzątnięciu Veatcha...

- Nic się nie zmienia - wpadam mu w słowo. - Władze nadal nie mają zamiaru zmienić 

swojego stanowiska. Jeśli w ogóle, to KSM stracił jedyny głos rozsądku, który miał po swojej 

stronie.  Teraz...  -  Aż przechodzi  mnie   dreszcz.   - Boże,  Cooper.  Jeśli  dojdzie  do  strajku, 

kłopotom nie będzie końca.

Cooper przygląda mi się z namysłem.

- Kto na tym zyska, jeśli wybuchnie strajk?

Podnoszę na niego wzrok.

- Kto zyska na strajku? Nikt. Zwariowałeś?

- Na morderstwie zawsze ktoś zyskuje - odpowiada Cooper, nadal z zamyśloną miną. - 

Zawsze.

- No   dobrze   -   rzucam   oschle.   -   Nie   mam   pojęcia,   kto   miałby   odnieść   korzyść   z 

piętrzących   się   na   metr   śmieci...   i   zapchanych   toalet...   i   braku   ochroniarzy...   Bo   jeśli 

zastrajkuje   związek   studentów,   związki   pracowników   administracji   i   ochrony   też   muszą 

zastrajkować.   Przez   solidarność.   Taką   mają   umowę.   To   miejsce   będzie   wyglądać   jak 

wysypisko śmieci.

- Prywatne   firmy   oczyszczania   miasta   znajdą   tu   pole   do   popisu   -   mówi   Cooper, 

kiwając głową. - I ochroniarskie, i gospodarcze. To może być dokładnie to, na co czekają ich 

background image

właściciele. Mały zastrzyk finansowy w środku roku.

Wpatruję się w niego, podczas gdy powoli dociera do mnie znaczenie jego słów.

- Zaczekaj. Myślisz... myślisz, że morderstwo Owena jest dziełem mafii?

Cooper wzrusza ramionami.

- Nie byłoby w tym nic dziwnego. Przecież to Nowy Jork.

- Ale... ale... - Stoję osłupiała. - Ale ja nigdy nie odkryję, kto go zabił, jeśli to było 

dzieło mafii!

Cooper zdejmuje nogę z maszyny do flancowania, obraca się gwałtownie i chwyta 

mnie za ramiona tak mocno, aż, nie chcę wam kłamać, trochę boli. Następnie stwierdzam, że 

jestem przyciśnięta do czerwonych cegieł, z których wzniesiono Fischer Hall, a moje, teraz 

już   suche,   włosy   oblepiają   tablicę   pamiątkową   z   około   1855   roku,   umieszczoną   obok 

frontowych drzwi.

- Nawet o tym nie myśl - radzi.

Nie krzyczy. Nie podnosi głosu. Naprawdę.

Jest   tylko   bardzo,   bardzo   poważny.   Bardziej   niż   kiedykolwiek,   odkąd   go   znam. 

Bardziej nawet niż wtedy, kiedy niechcący wysuszyłam jego ulubioną bluzę z uniwersytetu, 

która   skurczyła   się   do   dziecięcego   rozmiaru.   Jego   twarz   znajduje   się   zaledwie   o   kilka 

centymetrów od mojej. Tak blisko, że przesłania mi błękitne niebo nad głową i liściasty zie-

lony baldachim drzew, i satelitarne dyski na dachach wozów transmisyjnych, a także rząd 

taksówek jadących przez Washington Square West i strumień studentów wchodzących do 

budynku i dziwiących się: Skąd tu tyle glin? Ktoś wyskoczył przez okno czy co?

- Boże   -   mówię   nerwowo,   wnioskując   ze   szczeciny   na   twarzy   Coopera,   że 

najwyraźniej nie miał czasu rano się ogolić. I zastanawiając się, jakie by to było uczucie 

przesunąć po niej dłonią. Co jest absurdalne, bo przecież już mam chłopaka. Który dzisiaj mi 

się oświadczył. No, niemal się oświadczył. - Tylko żartowałam.

- Nie - orzeka Cooper, nie odrywając swojego błękitnookiego spojrzenia od moich 

oczu. - Wcale nie żartowałaś. Ale tym razem, Heather, nie będziesz się mieszać. To nie był 

student. Nawet go nie lubiłaś. Tym razem to nie jest twój obowiązek.

Dorothy. Ze Złotych dziewczyn. Obydwoje jesteśmy Dorothy ze Złotych dziewczyn.

Dziwne, co przelatuje człowiekowi przez głowę, kiedy wargi faceta, w którym jest się 

zakochanym, znajdą się tuż przy twoich własnych. Zwłaszcza, rozumiecie, jeśli się sypia z 

zupełnie kim innym.

- Hm - mamroczę, niezdolna oderwać wzroku od jego ust. - Okej.

- Mówię poważnie, Heather. - Palce Coopera zaciskają się na moich ramionach.  - 

background image

Trzymaj się od tego z daleka.

- Dobrze. - W niewytłumaczalny sposób oczy wypełniają mi się łzami. Nie z bólu, 

jego  uścisk nie  jest  aż  tak   silny.  Ale  dlatego,  że  nie  mogę  się  powstrzymać   od myśli   o 

Magdzie. Ile czasu zmarnowali z Pete'em, podczas kiedy mogli być razem? Kiedy jedyne, co 

ich rozdziela, to męska tępota Pete'a... i kobieca duma Magdy. Znaczy, o ile Pete'owi podoba 

się Magda. Czego jestem prawie pewna. Może gdybym po prostu powiedziała Cooperowi, co 

czuję...

- Cooper.

- Mówię poważnie, Heather. Ten człowiek mógł się wpakować w coś, o czym nie 

masz pojęcia, zielonego pojęcia. Rozumiesz mnie?

Prawda, już mu to kiedyś próbowałam powiedzieć. A on coś powiedział, że nie chce 

być moim facetem „z braku laku”.

Jednak czy Tad okazał się w tej roli bardziej odpowiedni?

Akurat. Biedny Tad! Jak ja mu mogłam coś takiego zrobić? I jeszcze to pytanie, które 

chce mi zadać.

Chwila,   moment.   Tad   nie   ma   nawet   telewizora!   Czy   mogłam   poważnie   brać   pod 

uwagę pomysł, żeby spędzić resztę życia z facetem, który oczekuje, że każdego ranka będę z 

nim przebiegała pięć kilometrów, odmawia jedzenia mięsa i produktów pochodnych, i nawet 

nie ma swojego własnego telewizora?

Nie. Po prostu... nie.

- Cooper.

- Odpuść sobie. Dobrze? Wszelkie pomysły, jakie mogłyby ci strzelić do głowy, i to 

że wyjaśnisz morderstwo twojego szefa. Od razu je sobie odpuść.

- Cooper.

Słabnie uścisk na moich ramionach, jego ramiona też się trochę rozluźniają.

- Co?

- Jest coś, o czym chciałabym z tobą pogadać - mówię, wziąwszy głęboki oddech.

Muszę to zrobić. Muszę przełknąć dumę i powiedzieć Cooperowi, co czuję. Zgoda, 

moment, gdy stoimy pod drzwiami mojego biura w dniu tragicznej śmierci mojego szefa nie 

jest może najlepszym miejscem i czasem. Ale doprawdy, gdzie jest najlepsze miejsce i kiedy 

jest najlepszy czas, żeby powiedzieć facetowi, którego się kocha bez wzajemności, że się go 

kocha bez wzajemności? Po tym, jak już przyjęliście propozycję małżeńską innego faceta?

- O co chodzi? - pyta Cooper z podejrzliwą miną, jakby myślał, że mogę zacząć różne 

brewerie, chcąc  go przekonać,  jakie to ważne dla mojej  kariery, abym  osobiście zbadała 

background image

sprawę tego morderstwa.

- Ja... - zaczynam nerwowo, czując, jak serce skacze mi do gardła. Przecież musiał to 

zauważyć? Przy moim walącym szaleńczo tętnie i łzach w oczach, przecież musi widzieć, że 

coś się dzieje, prawda? - Chodzi o to, że ja...

- Heather!

Zdumiona, gwałtownie odwracam głowę. Od strony West Fourth Street sadzi ku nam 

wielkimi susami znajoma postać. To Tad z podrygującym na plecach długim blond końskim 

ogonem i białą papierową torbą w każdej ręce.

O Boże. Nie teraz. Nie teraz.

- Heather! - woła, dopadłszy nas. Oczy za szkłami w złotych oprawkach ma pełne 

niepokoju, wyraz twarzy zmartwiony. - Właśnie się dowiedziałem. Mój Boże, tak mi przykro. 

Nie było cię tam, kiedy to się stało, prawda? Och, cześć, Cooper.

- Cześć - mówi Cooper.

A potem, jakby nagle sobie uświadomił, że jeszcze tam są, zdejmuje ręce z moich 

ramion i odsuwa się ode mnie o krok. Wygląda niemal jakby... Jakby czuł się winny.

Co jest absurdalne, bo nie robiliśmy nic takiego, żebyśmy się mieli czuć winni. No 

dobrze, ja byłam bliska wyznania mu swojej dozgonnej miłości.

Ale on o tym nie wie.

- Przybiegłem, kiedy tylko usłyszałem - mówi do mnie Tad. - To znaczy o twoim 

szefie. - Zerka przez ramię na wozy transmisyjne. - Wygląda, że są tu wszystkie telewizje, co? 

Sępy. - Wstrząsa się z obrzydzenia, po czym podsuwa mi jedną z papierowych torebek. - 

Proszę. Przyniosłem dla nas coś na lunch.

Biorę torebkę, którą mi wręcza, wzruszona jego gestem. Jak mi się wydaje.

- Och, naprawdę? Tad, to słodko z twojej strony...

- Tak, zatrzymałem się koło centrum studenckiego i wziąłem nam po trójfasolowej 

sałatce   -   oznajmia   Tad,   jedną   ręką   oplatając   moje   ramiona.   -   I   dwa   proteinowe   szejki. 

Pomyślałem,   że   po   szoku,   który   przeżyłaś,   możesz   potrzebować   czegoś   bogatego   w 

substancje odżywcze. I po tym strasznym śniadaniu...

- Och. - Trójfasolowa sałatka? Żarty sobie robi? Czy ja wyglądam na dziewczynę, 

która mogłaby zjeść sałatkę z trzech gatunków fasoli? I to teraz? Potrójna miska chili con 

carne z pół kilograma zapiekanego cheddara na wierzchu znacznie bardziej by mi pasowała.

A   nasze   śniadanie   wcale   nie   było   straszne.   Chyba   że   rozumie   przez   to   strasznie 

pyszne.

Jednak staram się być uprzejma i mówię:

background image

- Ogromnie ci dziękuję, Tad.

- Przykro   mi,   że   nic   dla   ciebie   nie   przyniosłem   -   zwraca   się   Tad   do   Coopera   z 

przepraszającym uśmiechem. - Nie wiedziałem, że zamierzasz tu wpaść.

- Och - odpowiada przyjaźnie Cooper. - Nic nie szkodzi. Już wcześniej napchałem się 

trójfasolowa sałatką.

Tad wyszczerza zęby w uśmiechu, wiedząc, że Cooper sobie żartuje, po czym dodaje:

- Hej... i gratulacje. Z powodu zostania stryjkiem. No, przyszłym stryjkiem.

Cooper ma speszoną minę.

- Słucham?

To w stylu Jordana: powiadomić o powiększającej się wkrótce rodzinie swoich fanów, 

ale nie zawracać sobie głowy telefonem do własnego brata. Miłe. Jak również typowe.

- Jordan i Tania spodziewają się dziecka - wyjaśniam Cooperowi.

Wygląda na przerażonego - właściwa reakcja w tych okolicznościach.

- Kpisz sobie ze mnie? - mówi. Nie dodaje: Co się stało? Prezerwatywa pękła czy co? 

- bo ma na to za dużo klasy. Ale możecie być pewni, że dokładnie tak myśli. Bo każdy, kto 

zna Jordana i Tanię, tak by pomyślał.

- Tak - ciągnę. - Widocznie ich rzecznik prasowy umieścił to dziś rano na ich stronie 

internetowej.

- Cóż   -   wzdycha   Cooper.   -   To   wspaniale.   Świetnie.   Będę   im   musiał   kupić... 

grzechotkę. Czy coś takiego.

- Tak - powtarzam. Po czym, widząc, jak Tad stoi, kurczowo ściskając swoją torebkę z 

trójfasolową   sałatką   i   proteinowym   szejkiem,   i   wpatruje   się   we   mnie   z   wyczekująco 

uniesionymi brwiami, dodaję: - No dobra. Może lepiej chodźmy już jeść. Zanim znowu kogoś 

zastrzelą.

Nikt   się   nie   śmieje   z   mojego   żarciku.   Który   chyba   rzeczywiście   nie   był   aż   taki 

śmieszny. Ale... sami wiecie. Jak mawia Sarah: Często uciekamy się do wisielczego humoru, 

usiłując   przerwać   związek   pomiędzy   przerażającym   bodźcem   a   niechcianą   reakcją 

emocjonalną.

- Tak - mówię i biorę Tada pod ramię. - Okej. No to chodźmy jeść. Cześć, Coop.

I wprowadzam mojego chłopaka do holu.

background image

7

Doktor mi mówi: żadne

zastrzyki,

Pigułki żadne.

Miłość przebiega zwykłą

koleją,

Aż z żalu padnę.

Chora z miłości

słowa i muzyka: Heather Wells

Tad niepokoi się o mnie. To właśnie ciągle mi powtarza. Że się niepokoi.

- Rzecz w tym - mówi - że to mogłaś być ty.

Odkładam widelec. Siedzimy w stołówce Fischer Hall, w ciemnym kąciku na uboczu, 

gdzie gdyby Tad zechciał, mógłby zadać pytanie, którego nie ośmielił się zadać rano, bo pora 

była nieodpowiednia.

Chociaż, prawdę mówiąc, jeśli pora była nieodpowiednia, kiedy staliśmy nadzy pod 

prysznicem, zapewne również nie jest odpowiednia, kiedy jemy trójfasolową sałatkę w kilka 

godzin po znalezieniu mojego szefa z kulą w głowie.

- Nie - mówię. - To nie mogłam być ja, Tad. Przede wszystkim w moim pokoju nie ma 

nawet  okna.   Pamiętasz?  Właśnie  po  to   jest  ta   krata.   Żeby  wpuszczać   trochę   naturalnego 

światła. A po drugie, ktokolwiek zastrzelił Owena, najwyraźniej miał z nim na pieńku. Ze 

mną nikt nie ma. Nie jestem osobą tego rodzaju.

- Och? A doktor Veatch był? - Tad śmieje się, ale nie tak, jakby rzeczywiście myślał, 

że powiedziałam coś zabawnego. Zwłaszcza ten kawałek o kracie. Często się z tym spotykam 

(z   ludźmi,   którzy   tak   naprawdę   nie   myślą,   że   jestem   zabawna,   kiedy   wydaje   mi   się,   że 

jestem).   -   Łysiejący,   rozwiedziony,   w   średnim   wieku   pracownik   administracyjny 

uniwersytetu?

- Kto wie? - Wzruszam ramionami. - Chodzi mi o to, że nigdy nie widziałam go poza 

pracą. Może handlował dziećmi czy coś w tym rodzaju.

- Heather!

- Przecież wiesz, co mam na myśli. - Grzebię widelcem w swojej fasolowej sałatce z 

nadzieją, że jakimś cudem natrafię przypadkiem na zabłąkany kawałek szynki albo makaronu. 

background image

Jednak nie ma tak dobrze. Gdzie się podziewa przeklęty rigatoni, kiedy go potrzebujecie?

- Heather,  mówię  tylko,  że  zabójca jest  na wolności - uparcie  drąży temat  Tad.  - 

Zaatakował twojego szefa, człowieka, który, o ile nam wiadomo, był równie groźny jak... jak 

ta trójfasolowa sałatka. To wszystko, co chcę powiedzieć. I... i słowo daję, cieszę się, że to nie 

byłaś ty.

Ze śmiechem podnoszę wzrok znad plastikowego pojemniczka, myśląc, że Tad się 

wygłupia... To znaczy, chyba jasne, że się cieszy, że nie ja dostałam kulkę w głowę, prawda? 

Naprawdę nie ma potrzeby powtarzać tego na głos.

Ale najwyraźniej w jego przypadku jest taka potrzeba. Bo jednocześnie Tad sięga 

przez stół po moją rękę. I spogląda mi czule w oczy.

O Boże. On tak na poważnie. Co ja mam powiedzieć? Co ja mogę powiedzieć?

- Hm. Dzięki. Ja też... hm. Ja też się cieszę, że to nie byłam ja.

Siedzimy  tak, trzymając  się za  ręce  nad naszą zdrową żywnością,  kiedy wielkimi 

krokami zbliża się do nas Sarah z zaciętą miną.

- Czeeść   -   mówi,   ale   nie   brzmi   to   jak   grzeczne   powitanie.   Raczej   jak:   Gdzie   się 

podziewałaś? - Tu jesteś. Wszyscy cię szukają. W bibliotece na pierwszym piętrze odbywa się 

kryzysowe zebranie personelu administracyjnego. Już teraz. Jedyna osoba, której tam nie ma, 

to ty.

Podrywam się z miejsca, ocierając usta serwetką.

- O Boże, naprawdę? Nie miałam pojęcia. Przepraszam, Tad, lepiej polecę...

Tad wygląda na zaniepokojonego.

- Ale nie skończyłaś swojego proteinowego szejka...

- Nic mi nie będzie - zapewniam go. Bez obrazy, ale ten proteinowy szejk smakuje jak 

chemiczne odpady. - Zadzwonię do ciebie później, dobrze?

Powstrzymuję   się   od   całusa   na   do   widzenia   -   to   w   końcu   stołówka,   zatłoczona 

mieszkańcami   akademika,   którzy   mają   właśnie   przerwę   na   lunch,   a   nasz   związek   mimo 

wszystko uchodzi wyłącznie za stosunki: studentka/wykładowca - i zadowalam się szybkim 

uściskiem dłoni, po czym ruszam za ciągle naburmuszoną Sarah. Mijam kasę Magdy, wy-

chodzę do holu i kieruję się na pierwsze piętro, do biblioteki, gdzie nadal stoją XIX - wieczne 

mahoniowe szafy, które niegdyś zawierały należącą do rodziny Fischerów ogromną oprawną 

w skórę kolekcję literatury klasycznej i gdzie wielokrotnie próbowaliśmy trzymać książki, z 

tym tylko rezultatem, że wszystkie, co do jednej, zostały skradzione (obojętnie jak bardzo 

miały obszarpane i wyszmelcowane okładki), a następnie sprzedane na St Mark's Place.

Jednak pokój niezmiennie cieszy się popularnością wśród mieszkańców akademika, 

background image

którzy akurat uczą się do egzaminów, więc muszą się odseparować od swoich imprezujących 

współlokatorów.   Sama   osobiście   wykonałam   tabliczki   „Cśś!   Prosimy   o   wyłącznie   cichą 

naukę!” oraz „Nauka w grupach - w głębi holu, pokój nr 211” i powiesiłam je pod gipsowymi 

cherubinami, które przed stu laty spoglądały spod sufitu na eleganckie przyjęcia z sherry, a 

nie na ślęczącą nad podręcznikami dzieciarnię. Ale to bez znaczenia.

- Co   cię   dzieje?   -   pytam   Sarah,   kiedy   kłusujemy   schodami   na   górę.   -   Po   co   to 

zebranie?

- A skąd mam wiedzieć? - prycha Sarah. - Personel studencki nie został zaproszony. 

Nasze zebranie jest dziś wieczorem, o dziewiątej. Najwyraźniej raz jeszcze nie uznano nas za 

wystarczająco dobrych, żeby się obracać wśród szacownego zawodowego grona.

- Jestem pewna, że oni po prostu myślą, że większość ma o tej porze zajęcia - mówię, 

zaskoczona przede wszystkim goryczą w jej głosie. Sarah nienawidzi, kiedy się ją wyklucza z 

czegoś, czym się zajmuje zawodowy personel... za co wcale jej nie winię. Ona naprawdę 

pracuje   tak   samo   ciężko   (jeśli   nie   ciężej)   jak   każdy   z   nas,   a   robi   to   tylko   za   pokój   i 

wyżywienie, i w dodatku studiuje w pełnym wymiarze. To naprawdę podłe, że uniwersytet 

planuje   pozbawić   ją   ubezpieczenia   i   całej   reszty.   Sarah   ma   prawo   protestować   -   nawet 

strajkować.

Jednak wolałabym, żeby znalazły się jakieś inne sposoby, które zmuszą biuro rektora 

do wysłuchania postulatów KSM - u, niż posuwanie się do takiej skrajności. Nie mogliby 

normalnie razem usiąść i porozmawiać?

Ale po chwili uświadamiam sobie, że chyba już tego próbowali. Bezskutecznie. Czy to 

nie była właśnie robota Owena?

No i patrzcie, co się stało.

- Jak tam? - pytam, kiedy jesteśmy już na pierwszym piętrze, cichym o tej porze, gdyż 

większość mieszkańców jest albo na zajęciach, albo w stołówce na lunchu. - Chodzi mi o to, 

co z personelem należącym do KSM - u, teraz, kiedy doktor Veatch... no, rozumiesz. Wypadł 

z gry? Wiem, że minęło dopiero kilka godzin, ale czy jest jakiś... postęp?

- Co rozumiesz przez: jak tam? - pyta gniewnie Sarah.

- Och, Sarah - wzdycham. - Przepraszam...

- To bez znaczenia - odpowiada z nietypowym, nawet jak na nią, jadem. - Zakład, że 

mogę ci dokładnie powiedzieć, co się wydarzy na tym zebraniu, na które za chwilę wejdziesz. 

Rektor Allington ma zamiar wyznaczyć kogoś, zapewne doktora Jessupa, na tymczasowego 

rzecznika praw, dopóki nie znajdą zastępstwa za doktora Veatcha. Co jest ironią losu, bo 

doktor Veatch miał być zastępstwem do czasu znalezienia zastępstwa za Toma. Sebastian 

background image

upiera się, że to jest nie do przyjęcia. Że skoro Veatch wypadł z gry, doktor Allington będzie 

musiał osobiście się z nami spotkać. Próbowałam mu powiedzieć. Próbowałam mu wyjaśnić, 

że to się nigdy nie stanie. Bo niby dlaczego Phillip Allington miałby zniżać się do spotkania z 

takim plugastwem jak my, skoro może wynająć kogoś, kogoś innego, do tej roboty?

Ku mojemu zdumieniu Sarah wybucha płaczem, dokładnie na korytarzu pierwszego 

piętra, naprzeciw tablicy z informacjami o bezpiecznym seksie. Zaniepokojona - z więcej niż 

jednego powodu - obejmuję ją i przytulam jej głowę do swojego ramienia. Wariackie kręcone 

włosy łaskoczą mnie w nos.

- Daj spokój - mówię, poklepując Sarah po plecach. - No już. Poważnie. Nie jest tak 

źle. To znaczy jest źle, że facet nie żyje i w ogóle. Ale rodzice już obiecali opłacić ci to 

ubezpieczenie. Zdaje się, że właśnie kupili zimowy dom w Taos. Dodatkowe sześć stów na 

semestr ich nie zrujnuje. A rodzice Sebastiana nie są przypadkiem właścicielami wszystkich 

kin w Grosse Pointe czy coś w tym rodzaju? On też, ściśle mówiąc, nie cierpi na brak kasy...

- Nie w tym rzecz - szlocha mi w szyję Sarah. - Chodzi o zasadę! A co z ludźmi, 

którzy nie mają rodziców z rocznym  siedmiocyfrowym  dochodem? Oni nie  zasługują  na 

korzystanie z ubezpieczalni? Nie zasługują na opiekę zdrowotną?

- Jasne, że zasługują - przyznaję. - Ale sama rozumiesz, nie wszystko jest w rękach 

doktora Allingtona. Wiele decyzji w tej sprawie, czy negocjować z wami nowy układ czy nie, 

zależy od zarządu powierniczego...

- Powiedziałam to Sebastianowi - przerywa mi Sarah, gwałtownie odsuwając się od 

mojej szyi i ocierając łzy wierzchem dłoni. - Boże. On jest taki... konfliktowy.

Chcę   ją   ostrzec,   żeby   ostrożniej   dobierała   słowa   -   zwłaszcza   wobec 

prawdopodobieństwa,   że   policja   szuka   w   KSM   -   ie   ewentualnych   podejrzanych   o 

zamordowanie Owena - ale nie mam szans, bo drzwi biblioteki otwierają się nagle z impetem 

i   Tom,   który   kilka   miesięcy   temu,   zanim   awansował,   był  moim   szefem   w   Fischer   Hall, 

wygląda na korytarz, zauważa mnie i syczy:

- Aaa, jesteś! Natychmiast wchodź! O mało nie straciłaś najlepszych kawałków!

Wiem,   że   przez   najlepsze   kawałki   rozumie   komiczne   występy   wyższych   rangą 

członków zarządu, robiących z siebie publicznie osłów, czyli coś, co obydwoje uwielbiamy 

obserwować.  Dlatego zwykle  w czasie zebrań personelu zajmujemy dla siebie miejsca  w 

ostatnim rzędzie, żeby móc oglądać to wspólnie.

- Zaraz przychodzę - uspokajam go, a do Sarah mówię, próbując odgarnąć jej z twarzy 

bujne loki: - Muszę iść. Nic ci nie będzie? Martwię się o ciebie.

- Co? - Sarah podnosi głowę i łzy w cudowny sposób znikają. No, większość. Kilka 

background image

nieotrząśniętych   nadal   błyszczy   jej   na   rzęsach.   Ale   można   je   błędnie   uznać   za   reakcję 

alergiczną na pyłki. - Nic mi nie jest. Idź już. Lepiej idź. Chyba nie chcesz się spóźnić na to 

wasze wielkie, ważne zebranie.

Przyglądam się jej niepewnie.

- Czy detektyw Canavan jeszcze siedzi w naszym sekretariacie? Bo jeśli nie...

- Wiem,   wiem.   -   Sarkastycznie   przewraca   pełnymi   łez   oczami.   -   Ktoś   z   załogi 

powinien tam być dla pewności, że mieszkańcy mają z kim pogadać o tej tragedii. Nie martw 

się. Zajmę się tym.

- Dobrze - mówię. - Kiedy tu skończę, to porozmawiamy.

- Świetnie   -   odpowiada   Sarah   z   szyderczym   uśmieszkiem.   -   Nie   mogę   się   już 

doczekać.

Posyłam jej ostatnie zaniepokojone spojrzenie, po czym wślizguję się za drzwi, które 

przytrzymuje Tom.

- Widzę, że Panna Ślicznotka - szepcze, mając na myśli Sarah - ani trochę się nie 

zmieniła, odkąd odszedłem.

- Miała ciężki tydzień - staję w jej obronie. - Zakochała się w przywódcy KSM - u, a 

on w ogóle nie zauważa, że istnieje.

Na twarzy Toma nie maluje się nawet odrobina współczucia.

- Co za pomysł? Ten facet prawie nigdy się nie kąpie. I nosi konduktorkę. Jakbym 

musiał ci o tym przypominać.

Kiwam   głową   i   odwracam   się,   by   ujrzeć,   że   cały   Dział   Administracji   (to   jest: 

kierownicy wszystkich dziewięciu domów studenckich, ich asystenci, trzech koordynatorów 

terenowych, psycholog dla personelu, doktor Flynn, szef działu, doktor Jessup, psycholog - 

specjalistka od radzenia sobie z żalem, doktor Gillian Kilgore, facet, którego nigdy dotąd nie 

widziałam,   rektor   Allington   i   wreszcie,   z   jakiegoś   nieznanego   powodu,   Muffy   Fowler) 

zgromadził   się   w   bibliotece   Fischer   Hall,   przysiadając   na   służbowych   niebieskich 

winylowych kanapkach, czy, dokładniej mówiąc, dwuosobowych fotelach dla zakochanych, 

bo   kanapy   zachęcałyby   mieszkańców   do   spania,   a   my   chcemy,   żeby   studenci   sypiali   w 

swoich pokojach, a nie w miejscach publicznych.

- Dobrze - mówi doktor Jessup na mój widok, i od razu staje się jasne, że Sarah nie 

przesadzała. Cały personel naprawdę czekał na mnie z rozpoczęciem zebrania. Doktor Jessup 

zawiesza głos, dopóki Tom i ja nie znajdujemy sobie miejsca. Ponieważ wszystkie podwójne 

fotele są zajęte, jesteśmy zmuszeni usiąść na beżowej wykładzinie (nie widać na niej tak 

bardzo   plam   z   wody   sodowej)   i   plecami   oprzeć   się   o   ścianę   tuż   pod   rzędem   okien 

background image

wychodzących   na   Washington   Square   Park.   Tom   natychmiast   odkręca   swoje   pióro 

Montblanc, które rodzice podarowali mu na obronę dyplomu, i u góry czystej strony notatnika 

gryzmoli: „Witaj w piekle!”

Dzięki, odpowiadam bezgłośnie.

Brak mi Toma. Życie  wydawało się o tyle  lepsze, kiedy to on był moim szefem. 

Robiliśmy sobie całodzienne wypady do sklepów z butami na Eighth Street, kiedy to nie 

plotkowaliśmy o mieszkańcach akademika i nie słuchaliśmy Roxy Music na iPodach.

A   poza   tym   Tom   miał   w   nosie,   skąd   biorę   papier   do   naszej   kopiarki.   Dopóki 

cokolwiek w niej było.

I jeszcze pewien drobiazg. Tom nigdy nie byłby tak głupi, żeby dać sobie strzelić w 

głowę.

- Teraz,   kiedy   już   nikogo   nie   brakuje   -   ciągnie   doktor   Jessup   -   pozwolę   sobie 

wyjaśnić, dlaczego się zebraliśmy. Jestem pewien, że wszyscy państwo wiedzą, iż dziś rano 

tutaj, w Fischer Hall, doszło do tragicznego wydarzenia, które będzie miało reperkusje nie 

tylko   w   całym   naszym   dziale,   ale   w   całym   uniwersytecie.   Owen   Veatch,   tymczasowy 

kierownik Fischer Hall i rzecznik praw obywatelskich przy biurze rektora, został dzisiejszego 

ranka zamordowany w swoim gabinecie strzałem w tył głowy. Chociaż jestem pewien, że nikt 

z nas w tym semestrze nie zdążył poznać Owena Veatcha tak dobrze, jak byśmy chcieli, 

jednak to, co o nim wiemy, pozwala nam wierzyć, że był dobrym człowiekiem, który nie 

zasłużył sobie, żeby umrzeć w taki potworny, tragiczny sposób.

Tom pochyla się do mnie, żeby szepnąć:

- To już dwa.

Zerkam na niego.

- Czego dwa? - odszeptuję.

- Dwa tragiczne - syczy. - Tragiczne wydarzenie i potworny, tragiczny sposób.

Z uroczystą miną Tom zapisuje słowo „tragiczny” w nagłówku pustej strony, po czym 

stawia pod nim dwa ptaszki.

- I z głowy - zawiadamia radośnie.

- Co to za facet? - szepczę, wskazując jedyną osobę w pokoju, której nigdy przedtem 

nie widziałam.

- Nie wiesz, kto to jest? - Tom robi zgorszoną minę. - Wielebny Mark Halstead. Nowy 

międzywyznaniowy kapelan kampusu.

Wlepiam   wzrok   w   wielebnego   Marka.   Ma   nijaką   dobrą   prezencję   prezentera 

wiadomości   sportowych.   Ubrany   jest   w   pieczołowicie   poprzecierane   dżinsy,   sportową 

background image

marynarkę i krawat. Siedzi na poręczy fotela, który Muffy Fowler dzieli z Gillian Kilgore. 

Muffy pochyla się do przodu i - oparłszy łokcie na kolanach - z leciutko rozchylonymi ustami 

wpatruje się w doktora Jessupa.

Trudno mi nie zauważyć, że musiała dopiero co pociągnąć wargi błyszczykiem.

I   że   wielebny   Mark   ma   szansę   zapuszczać   żurawia   prosto   w   głąb   dekoltu   jej 

falbaniastej białej bluzeczki.

- Postanowiliśmy zebrać was tu dzisiaj - mówi doktor Jessup - żeby zapewnić, że 

policja robi wszystko, co w jej mocy, by odkryć prawdę o tej tragicznej zbrodni...

Tom uroczyście stawia w notesie kolejnego ptaszka.

- ...i   że   wszystko   wskazuje   na   to,   iż   był   to   przypadkowy,   jednostkowy   akt 

bezsensownej przemocy. W żadnym razie nikt inny spośród personelu nie jest zagrożony. 

Tak, Simonie?

Simon   Hague,   kierownik   Wasser   Hall,   najgroźniejszego   (moim   zdaniem)   rywala 

Fischer Hall (z racji posiadania własnego basenu w suterenie, jak również z powodu braku 

niefortunnego miana Akademik Śmierci), podnosi rękę i mówi tym swoim nieznośnym (w 

każdym razie, dla mnie) jękliwym głosem:

- Hm, świetnie, w porządku. To ty tak twierdzisz. Że nikt z nas nie jest zagrożony. Ale 

co jest robione, żeby nam zapewnić bezpieczeństwo? To znaczy, skąd mamy wiedzieć, że nikt 

nie jest następny w kolejce? Skąd mamy wiedzieć, że inni członkowie personelu nie zostaną 

celem ataków?

Pozostali kierownicy potakująco kiwają głowami. Tom szkicuje małego człowieczka, 

który bardzo przypomina Simona. Potem rysuje, jak ludzikowi eksploduje czaszka.

- No - szepcze w tonie pogawędki. - Co tam u niego słychać?

Mrugam, zdumiona.

- Masz na myśli Tada?

Wymownie przewraca oczami.

- Nie. Tego, w którym się naprawdę kochasz. Coopera. Jak się miewa? Nie widziałem 

go całe wieki.

- Miewa się świetnie - odpowiadam... nieco posępnie, muszę przyznać.

I, okej, wiem, że przyszliśmy na zebranie w sprawie mojego szefa, którego znalazłam 

martwego zaledwie kilka godzin temu i że to było tragiczne (jak słyszeliśmy wszyscy aż za 

dobrze), człowiek zabity bez powodu, u szczytu swojej kariery i tak dalej.

Ale ja potrzebuję porady sercowej. A kto poradzi lepiej niż gej?

- Dziś rano Tad zapytał mnie, czy mogłabym wziąć latem dłuższy urlop, a potem mi 

background image

powiedział, że jest coś, o co chce mnie zapytać, kiedy będzie odpowiedni moment - szepczę. - 

I nie wydaje mi się, żeby chodziło o wynajęcie pokoju nad morzem.

Tom wygląda na stosownie wstrząśniętego.

- Co takiego?! Poważnie? Spotykasz się z nim dopiero... ile? Miesiąc?

- Powiedzmy,   trzy   -   odszeptuję.   -   I   kto   to   mówi?   Przypadkiem   nie   mieszkasz   z 

trenerem koszykówki z Uniwersytetu Nowojorskiego?

- To co innego. - Teraz Tom jest oburzony. - My nie możemy się pobrać. Jego rodzice 

nie wiedzą, że on jest gejem.

- Detektyw Canavan z Szóstego Komisariatu zapewnia - kontynuuje doktor Jessup. 

Pod   fluorescencyjnymi   lampami   wygląda,   jakby   od   linii   jego   włosów   bił   lekki   blask 

(oryginalne biblioteczne żyrandole zostały wymontowane razem z azbestowymi przewodami i 

zastąpione   w   latach   siedemdziesiątych   obniżonym   sufitem)   -   że   on   i   jego   ludzie   robią 

wszystko,   co  mogą,  by jak  najszybciej  znaleźć   rozwiązanie   tej  tragedii  - Tom  waha się, 

postawić ptaszka czy nie, ale w końcu stawia - jednak wydaje się mieć całkowitą pewność, że 

nikt nie zamierza zaatakować członków...

- Dlaczego ktoś tego wreszcie publicznie nie powie? - Kierownik budynku przy Wall 

Street,   który   uniwersytet   musiał   nabyć,   bo   w   kampusie   nie   było   już   miejsca,   wstaje   i 

piorunuje   zebranych   gniewnym,   oskarżycielskim   spojrzeniem.   -   Wszyscy   wiemy,   kto   to 

zrobił. I dlaczego! To KSM! Za tym musi stać Sebastian Blumenthal! Nie oszukujmy się!

Rozpętuje się wrzawa. Większość osób podziela opinię, że to Sebastian. Przekonanie 

owo wydaje się być oparte wyłącznie na fakcie, że Sebastian nosi długie włosy i najwyraźniej 

nieregularnie zażywa kąpieli.

Atak na Blumenthala skłania wielebnego Marka do wygłoszenia sugestii, że pewien 

Zbawiciel mógł również zgadzać się z tym opisem, a przecież nigdy nikogo nie zabił.

Uwaga   ta   wprawia   Toma   w   taki   zachwyt,   że   mój   przyjaciel   wznosi   oczy   ku 

obniżonemu sufitowi i bezgłośnie szepcze: „Dzięki Ci, Boże”. Po czym woła, nie zwracając 

się do nikogo w szczególności:

- A co z jego konduktorką?

Doktor Jessup krąży po pokoju i próbuje wyciszać emocje, uparcie powtarzając, że w 

tym kraju obywatele - nawet długowłosi, niedomyci słuchacze studiów magisterskich - są 

niewinni, dopóki nie udowodni się im winy. Ale nadaremno. Kilku asystentów kierowników 

domów studenckich ofiarowuje się odnaleźć Sebastiana i stłuc go na kwaśne jabłko (wszyscy 

oni, tak jak ja, pracują, żeby uzyskać licencjat, odpowiednio: z prawa karnego, hotelarstwa i 

wychowania fizycznego). Wreszcie doktor Kilgore i doktor Flynn, wdrapawszy się na swoje 

background image

fotele, podejmują próbę przywołania zgromadzonych do porządku, klaszcząc i krzycząc:

- Proszę   państwa,   proszę   państwa!   Proszę!   Państwa!   Jesteśmy   pracownikami 

szkolnictwa wyższego, a nie ulicznymi zbirami!

Oczywiście, nie uzyskują żadnego efektu.

Natomiast Tom, zrywając ze ściany gaśnicę i kierując strumień CO

2  

w sam środek 

pokoju,   natychmiast   uzyskuje.   Ponieważ   jest   to   metoda,   jaką   rutynowo   rozpędza   różne 

imprezki w budynku korporacji, gdzie pracuje i mieszka, przeprowadza całą akcję z niemal 

komicznie znudzonym wyrazem twarzy.

- Wszyscy - oznajmia monotonnym głosem. - Siadać.

Zdumiewające, jak szybko każdy zajmuje swoje miejsce. Tom może znać na pamięć 

więcej piosenek Judy Garland niż ktokolwiek w tym pokoju, ale jest też wysokim na metr 

dziewięćdziesiąt,   ważącym   prawie   dziewięćdziesiąt   kilogramów   byłym   obrońcą   drużyny 

Texas AM University. Z pewnością nie chcielibyście z nim zadrzeć.

- Proszę   państwa   -   mówi   doktor   Jessup,   kiedy   już   Tomowi   udaje   się   przywrócić 

porządek.   -   Postarajmy   się   pamiętać,   gdzie   jesteśmy...   i   kim   jesteśmy.   Kiedy   policja 

zdobędzie   dowód,   którego   potrzebuje,   by   aresztować   sprawcę,   wtedy   go   aresztuje.   A 

tymczasem,   bardzo   proszę.   Nie   pogarszajmy   sprawy,   zbyt   szybko   wyciągając   wnioski   i 

wskazując palcem tam, gdzie nie ma żadnej pewności.

Doskonale.

Chociaż   się   zastanawiam,   czy   nie   powinnam   ostrzec   Sarah,   żeby   mimo   wszystko 

uprzedziła Sebastiana. Biorąc pod uwagę, czego właśnie byłam świadkiem, chłopak naprawdę 

musi spuścić z tonu. Przynajmniej, jeśli wie, co dla niego dobre.

- Mark   -   mówi   doktor   Kilgore,   wyginając   palce   (wyraźna   oznaka,   jak   szybko 

wykazałaby Sarah, że uważa się za osobę ważniejszą od nas wszystkich). - Zastanawiam się... 

Nie myślisz, że teraz byłaby odpowiednia pora, żebyśmy pod twoim przewodnictwem chwilą 

ciszy uczcili pamięć Owena?

- Jak najbardziej - odpowiada wielebny Mark, zrywając się z poręczy podwójnego 

fotela, na której siedział, i pochylając ciemną głowę. Wszyscy w pokoju, łącznie ze mną, idą 

w jego ślady.

- Ojcze Niebieski - intonuje głębokim, przyjemnym głosem. - Prosimy Cię...

Tom, który znowu opadł koło mnie na dywan, daje mi szturchańca. Zerkam na niego 

spod włosów.

- Co? Ma być cisza, chyba wiesz.

- Wiem. Przepraszam. Ale zapomniałem. Który to? - szepcze. - Twój trzeci szef w tym 

background image

roku?

- Tak   -   odszeptuję.   -   Ćśśś.   -   Jego   nowo   odkryta   przekora   jest   świadectwem,   jak 

swobodnie czuje się w nowej pracy - i w swoim romantycznym związku.

Bardzo się cieszę z jego szczęścia. Naprawdę.

Ale przekora bywa też trochę męcząca.

Przez następne dwie sekundy Tom milczy, a potem:

- Powinnaś odejść - szepcze.

- Nie   mogę   odejść   -   odpowiadam.   -   Potrzebne   mi   umorzenie   czesnego.   Że   nie 

wspomnę o pieniądzach. Ćśś.

Cisza przez następne trzy sekundy, a potem:

- Właściwie, na razie jeszcze nie odchodź - szepcze Tom. - Zaczekaj, aż zaliczysz 

ośmiu szefów. Wtedy dopiero powinnaś odejść. I zrobić to w stylu: „Doprawdy, ośmiu to już 

przesada!”

background image

8

Styczniowy chłopak była

jak bryła lodu,

Lutowy może milszy był -

za młodu,

Marcowy wkroczył

w me życie za późno,

Kwietniowy sprawę

potraktował luźno.

Kalendarzowi chłopcy

słowa i muzyka: Heather Wells

Prawdziwy horror zaczyna się dopiero po rutynowych ogłoszeniach, które poprzedził 

moment ciszy. Tom będzie pełnił funkcję tymczasowego - tymczasowego kierownika Fischer 

Hall, dopóki nie zostanie znalezione zastępstwo za tymczasowego kierownika. (Słysząc to, 

mam strasznie wielką ochotę przybić mu piątkę, ale ponieważ czuję, że w tej samej chwili 

wszystkie   spojrzenia   kierują   się   w   moją   stronę,   postanawiam   wpatrywać   się   smętnie   we 

własne buty. To  ja  rano  znalazłam   zwłoki  swojego   szefa.  Nikt  nie  musi  wiedzieć,  że  w 

pewien sposób nienawidziłam faceta).

Dziekan do spraw studenckich, jak nas zapewniono, roześle e - mail do wszystkich, 

informujący   o   odejściu   członka   personelu   -   jednak   bez   odwoływania   się   do   tragicznej 

(ptaszek) natury tej śmierci - i zachęcający całą społeczność uniwersytetu do skorzystania z 

warsztatów terapeutycznych na temat radzenia sobie z żalem.

Nabożeństwo żałobne - data i miejsce zostaną ogłoszone - zorganizuje wielebny Mark. 

Prawie eksżona i rodzina doktora Veatcha (Owen miał rodzinę? Ludzi, którzy naprawdę go 

lubili?) są już w drodze. W zaistniałej tragicznej (ptaszek) sytuacji zostaną zakwaterowani 

bezpłatnie w Wasser Hall, w apartamentach gościnnych dla VIP - ów (a to kanalie! - mówię, 

oczywiście, o Wasser Hall, nie o rodzinie doktora Veatcha. Słowo daję, co za lizusy. Jakby 

nie   było   dosyć,   że   mają   basen...   i   nie   mają   morderstw.   Muszą   się   jeszcze   sadzić   z 

apartamentami dla VIP - ów?), zwykle zarezerwowanych dla odwiedzających nas dygnitarzy i 

osób, którym nasz uniwersytet przyznaje honorowe stopnie naukowe (w zeszłym roku był to 

Neil Diamond. Rok wcześniej Tippi Hedren).

background image

I właśnie wtedy doktor Jessup, doktor Kilgore i doktor Flynn podają swoje ostatnie, 

finałowe ogłoszenie... to, które napawa mnie grozą i mrozi mi - a, jak świadczy o tym jego 

reakcja,   również   Tomowi   -   krew   w   żyłach.   Okazuje   się   mianowicie,   że,   ponieważ   z 

pewnością  jesteśmy przybici  tą tragedią (ptaszek), jak też  ostatnimi  nieporozumieniami  z 

KSM - em, nadeszła pora na trening budowy zespołu.

Wymieniamy z Tomem spanikowane spojrzenia. Trening budowy zespołu?

- Najsłodsza Matko - szepcze Tom. - Nie. Tylko nie to.

Niestety, doktor Kilgore, z którą zarówno Tom, jak i ja mieliśmy już nieszczęście 

kiedyś   bliżej   współpracować,   słyszy   go   i   posyła   nam   obojgu   spojrzenie   tak   ostre,   że   aż 

kłujące.

- Udział w treningu - oznajmia zwięźle - jest obowiązkowy.

Jednak   najwyraźniej   nie   dla   rektorów,   ponieważ   doktor   Allington   wymawia   się 

ważnym  spotkaniem (z butelką szkockiej whisky,  jeśli zostało  mu choć trochę  zdrowego 

rozsądku) i wychodzi.  Spodziewam  się, że Muffy Fowler  pobiegnie za  nim - nie  należy 

przecież do personelu administracyjnego. Jednak po chwili widzę, jak udaje jej się zahaczyć 

trzykaratowym  diamentem o klapę sportowej marynarki wielebnego Marka, po którym to 

wyczynie Muffy podejmuje decyzję, że - och, a co tam! - równie dobrze może zostać, bo 

pewnie będzie kupa śmiechu.

Poważnie. To dokładnie jej słowa.

Trening budowy zespołu okazuje się jeszcze koszmarniejszy, niż mogliśmy z Tomem 

przypuszczać. Doktor Flynn przynosi naręcze nieodebranych gazet, które zwędził z recepcji 

na dole. Potem dostajemy polecenie, żeby podzielić się na pięcioosobowe drużyny i każda 

drużyna otrzymuje stos prasy. Tom i ja natychmiast chwytamy się za ręce, żeby być razem.

- Ona już dzisiaj tyle przeszła, że naprawdę mnie potrzebuje - zapewnia Tom, kiedy 

doktor   Kilgore   sceptycznie   unosi   brwi,   bo   celem   treningu   jest   zaznajomienie   się   z   tymi 

członkami personelu, których w innym wypadku moglibyśmy nie mieć szansy dobrze poznać. 

Jakimś   cudem   naszymi   współtowarzyszami   zostają   wielebny   Mark,   Muffy   Fowler   i   -   z 

własnego wyboru, niewątpliwie po to, żeby mieć na oku Toma i mnie - doktor Kilgore.

- A   teraz...   -   zaczyna   doktor   Flynn,   kiedy   każda   drużyna   już   się   zgromadziła   na 

wyznaczonym sobie podwójnym fotelu. Ponieważ żaden z foteli nie jest dostatecznie duży dla 

całej grupy,  Tom i ja znowu siedzimy na podłodze. - Jestem pewien, że zadajecie sobie 

pytanie,   co   będziemy   robić   z   tymi   gazetami?   Tak,   proszę   państwa,   chcę,   żebyście 

popracowali   wspólnie   i   użyli   tych   gazet   do   wybudowania   wolno   stojącej   konstrukcji, 

wystarczająco wielkiej, żeby wasza drużyna znalazła w niej schronienie.

background image

Simon, kierownik Wasser Hall, wygląda na rozwścieczonego.

- Jak niby mamy to zrobić? Nie dostaliśmy nawet nożyczek. Ani taśmy klejącej.

- Zdaję sobie z tego sprawę, Simonie - mówi spokojnie doktor Flynn. - Jednakże masz 

magisterium   z   socjologii   i   czworo   równie   dobrze   wykształconych   towarzyszy,   z   których 

każdy  specjalizuje   się  w  jakiejś   dziedzinie.   Myślę,   że  współpracując,  powinniście  być w 

stanie   skonstruować   coś   w   rodzaju   budowli,   gdzie   zmieści   się   cała   piątka,   chociażby   w 

momencie, kiedy wasza praca będzie punktowana...

- Mamy być za to oceniani?! - krzyczy ktoś z oburzeniem.

- Nie wydaje mi się, żeby działania, pomyślane jako wzmocnienie ducha zespołowego, 

należało oceniać - wtrąca się ktoś inny.

- No, no - mówi doktor Jessup. - Będziecie się dobrze bawić. Doktor Veatch też by 

tego chciał.

Nie sądzę, żeby ktokolwiek w tym pokoju miał jakiekolwiek pojęcie, czego mógłby 

chcieć doktor Veatch, ponieważ nikt tutaj - włączając w to mnie - naprawdę go nie znał. Być 

może rzeczywiście uznałby budowanie z gazet za świetną zabawę.

Natomiast z pewnością byłby za ocenianiem domków, gdyby mnie ktoś pytał.

- Fajny ubaw, co? - mówi Muffy, kiedy nasza drużyna zabiera się do roboty.

- Och tak - zgadza się Tom. - O wiele bardziej wolę być tutaj niż u siebie w biurze.

Tom łże jak pies. W swoim biurowym komputerze ma zainstalowaną ulubioną grę 

Madden NFL. Gra w nią przez cały dzień... jeśli akurat nie jest zajęty zakłócaniem libacji i 

prób   randkowych   gwałtów.   Grałby   w   nią   też   przez   całą   noc,   gdyby   jego   chłopak   Steve 

pozwolił mu na to.

- Ja też - mówi wesoło wielebny Mark. Po czym zerka w moją stronę i przestaje się 

śmiać. - Chociaż, oczywiście, smutno mi z powodu, dla którego tu jesteśmy.

Muffy też przestaje się śmiać.

- Tak, to prawda - oznajmia i spogląda na mnie wielkimi, ciemnymi oczami sarenki 

Bambi,   niemal   pełnymi   łez.   Jak   ona   to   robi...   dosłownie   na   zawołanie?   -   Przecież 

pracowaliście razem. Musisz być załamana. Kompletnie załamana.

- Byłaś   sekretarką   doktora  Veatcha?  -  pyta   wielebny  Mark,  przyglądając   mi   się  z 

zakłopotaniem, połączonym z chorą fascynacją, którą odczuwają wszyscy wobec kogoś, kto 

dopiero co natknął się na zwłoki.

- Asystentką administracyjną - chórem poprawiają go Tom i doktor Kilgore.

- Może weźmiemy się już do naszej budowli - dodaje doktor Kilgore. Podnosi plik 

gazet, przytrzymując je kciukiem i palcem wskazującym. Widocznie nie chce usmarować się 

background image

farbą drukarską. „New York Times” farbuje. - Co proponujecie?

- Ma   być   wolno   stojąca,   tak?   -   Tom   odbiera   gazety   doktor   Kilgore,   najwyraźniej 

tracąc cierpliwość dla jej dziewczęcego wdzięku. - Możemy zrobić cztery żerdki, o proszę - 

zwija kilka papierowych płacht w solidną rurę - użyć ich jako podpórek, a jeszcze jedną 

płachtę po prostu nadziać na nie jako dach.

- Bingo! - wołam zachwycona. - No to z głowy.

- Hm - mówi wielebny Mark. - Bez urazy, ale byłem trochę na misji w Japonii i myślę, 

że gdybyśmy złożyli każdy kawałek, o tak... pozwólcie, że zademonstruję...

Wielebny Mark bierze od Toma gazety i zaczyna robić jakieś czary - mary, stosując 

skomplikowaną   technikę   darcia   i   zaginania.   Muffy   i   doktor   Kilgore,   wyraźnie   pod 

wrażeniem, przyglądają się jego palcom, fruwającym nad zadrukowanym papierem.

- Mój Boże, Mark... mogę cię nazywać Markiem? - pyta Muffy.

- Oczywiście - odpowiada Mark.

- Mój Boże, Mark, ty tak wspaniale to robisz.

- W wielu kulturach składanie papieru uważane jest za sztukę - informuje swobodnie 

Mark.   -   Ale   tak   naprawdę   bardziej   wiąże   się   z   matematyką.   Na   przykład   niektórych 

klasycznych zadań konstrukcyjnych z geometrii nie da się rozwiązać przy użyciu cyrkla czy 

linijki, a można, zaginając kilkakrotnie kartkę papieru. Intrygujące, prawda?

Ciemne oczy Muffy są szeroko otwarte i pełne podziwu.

- Niesamowite. Japończycy to wspaniały naród. Po prostu uwielbiam sushi.

Wymieniamy   z   Tomem   porozumiewawcze   spojrzenia.   Tom   wymownie   przewraca 

oczami.

Doktor Flynn podchodzi do każdej z grup i mówi:

- Dobrze. Widzę, że się integrujecie, pracując ze sobą. Właśnie to mieliśmy z Gillian 

nadzieję zobaczyć. Drużynę pokonującą przeciwności losu, przeciwstawiającą się tragedii...

- Gdzie mój notatnik? - marudzi Tom.

- ...więc teraz, ponieważ widzę, że zadanie jest o wiele za łatwe, zamierzam podnieść 

poprzeczkę i... zasłonić wam oczy!

Z kartonowego pudełka, które wcześniej z doktor Kilgore przynieśli, doktor Flynn 

wydobywa dwa tuziny tanich jedwabnych szalików, po czym rozdziela je wraz z instrukcją, 

że mamy zasłonić nimi oczy i dalej budować gazetowe domki.

- Jeśli nic nie będziemy widzieć - lamentuje Simon z Wasser Hall - to domki wyjdą 

gówniane i dostaniemy mało punktów!

- Nonsens - uspokaja go doktor Flynn. - Jedna osoba z zespołu nie zasłoni oczu. Do 

background image

was należy decyzja, kto nią będzie. I ta osoba poprowadzi pozostałych.

- Ja wybieram Marka - zgłasza się szybko Muffy.

- Och. - Mark ze speszoną miną podnosi wzrok znad misternie plecionej ściany. - 

Naprawdę, ja...

- Też jestem za - mówi łagodnym tonem Gillian. Odwraca się, żeby spojrzeć na mnie i 

na Toma. - A wy dwoje, zgadzacie się?

- Hm - mruczę. Jeśli Mark zostanie kapitanem naszej drużyny,  przesiedzimy tu do 

wieczora. Nie mam pojęcia, jak on zamierza nauczyć nas robić origami. Zwłaszcza kiedy 

będziemy mieli zasłonięte oczy. Ale wszystko jedno. - O tak, pewnie.

- Nie wiem - oznajmia powoli Tom. Ma dziwny, rozmarzony wyraz twarzy, którego 

nie rozpoznaję. - Chodzi mi o to, że Heather przeżyła dziś taką traumę, kiedy weszła do 

gabinetu i znalazła swojego ukochanego szefa... nawet nie szefa, a mentora, doprawdy... Czy 

nie mówiłaś mi, Heather, że tym właśnie był dla ciebie Owen? Twoim mentorem?

Wybałuszam na niego oczy.

- Co?

- Nie   bądź   taka   skromna   -   ciągnie   niezrażony   Tom.   -   Wszyscy   tu   jesteśmy 

przyjaciółmi. Rozumiemy, jak strasznie zdenerwował cię widok martwego Owena. Możesz 

się przyznać, Heather. Ufamy sobie. Wiem, widok jego krwi rozchlapanej po całym moim 

dawnym biurku...

- Och, Tom, na litość boską - przerywa mu Gillian z wyrazem niesmaku na twarzy.

- Właśnie   to   mówię.   Naprawdę   uważam,   że   Heather   powinna   zostać   kapitanem 

drużyny   -   przemawia   nabożnie   Tom.   -   Po   tym   wszystkim,   co   dziś   przeszła,   byłoby 

okrucieństwem zmuszać ją do włożenia opaski. Powiedziała mi, że za każdym razem, kiedy 

zamyka   oczy,   widzi   substancję   mózgową   Owena,   pokrywającą   jego   miesięczny   grafik   z 

Dilbertem...

- Z Garfieldem - poprawiam go.

- Czy moglibyście oboje... - zaczyna Gillian, ale wielebny Mark wpada jej w słowo.

- Zgadzam się z... Tomem, prawda? - Mark przymyka oczy i kiwa głową. - Po tym, co 

przeżyła, Heather jak najbardziej powinna być kapitanem.

- Też tak uważam - mówi szybko Muffy. Spogląda na Gillian ze łzami w oczach. - Ma 

do tego wszelkie prawo.

Doktor Kilgore wygląda, jakby była bliska ataku apopleksji.

- Doskonale - oznajmia przez zaciśnięte zęby i rozdaje szaliki, które wręczył jej doktor 

Flynn. - Załóżcie wszyscy. Oprócz Heather, oczywiście.

background image

- Pani też, prawda, doktor Kilgore? - pyta z uśmiechem Tom.

- Ja też - odpowiada ponuro Gillian, zawiązując na oczach opaskę.

- Mark - marszczy się Muffy. - Nie mogę sobie poradzić. Pomógłbyś mi?

- Och - peszy się wielebny Mark. - Ja już założyłem, ale spróbuję.

Wyciąga po omacku ręce i udaje mu się chwycić pierś, którą Muffy pcha mu prosto w 

dłoń.

- O mój Boże! - woła Mark i blednie.

- Och! - Muffy rumieni się wstydliwie pod opaską, chociaż doskonale wiem, że jest 

zachwycona. - Nic się nie stało.

- Bardzo   przepraszam!   -   Wielebny   Mark   wygląda,   jakby   chciał   się   zabić.   Jego 

przystojna twarz w ciągu trzech sekund przybiera kolory od bieli śniegu do czerwieni buraka. 

Nawet szyja, aż po kołnierzyk koszuli, jest czerwona.

- To nie twoja wina. Przecież nic nie widziałeś! - przypomina mu Muffy. Udaje jej się 

samodzielnie dokończyć mocowania opaski, tak jak doskonale mogła to zrobić od razu. - 

Och, spójrz. Nic nie szkodzi, już zawiązałam.

- Je... jesteś pewna? - jąka się wielebny Mark. - Może doktor Kilgore... albo Heather...

- Wszystko w porządku - mruczy Muffy.

- Teraz,   kiedy   Heather   została   naszym   kapitanem   -   mówi   sucho   Gillian   -   chyba 

powinna zacząć nami dowodzić.

- Pewnie - odpowiadam. - Mark, może byś nam pokazał, jak robisz te czary - mary ze 

ścianami?

- To nie będzie łatwe z zawiązanymi oczami - mówi wielebny. - Ale myślę, że zgodnie 

z duchem współpracy w drużynie mogę spróbować. Najpierw bierzecie płachtę i drzecie ją, o 

tak...

Gillian i Muffy zaczynają drzeć papier na paski. Tom przesuwa się po omacku i, niby 

to próbując wybrać coś ze sterty gazet, pochyla się w kierunku mojego ucha - czy raczej tego, 

co uważa za moje ucho, chociaż jest to bardziej czubkiem głowy.

- To - szepcze - najweselsza rzecz, jaką kiedykolwiek robiłem. A chyba nie muszę ci 

przypominać, że jestem gejem.

- Mógłbyś zająć się tyczkami, które zacząłeś robić, zanim pojawił się Mistrz Origami? 

- odszeptuję. - Bo w tym tempie w życiu nie pokonamy Wasser Hall.

- Heather. - Tom przybiera minę pełną dezaprobaty. - Tu nie chodzi o zwycięstwo. Tu 

chodzi o wspólne działanie w drużynie.

- Zamknij się - warczę. - Musimy załatwić Wasser Hall, choćby to miała być ostatnia 

background image

rzecz, której dokonam.

I, oczywiście, dokładnie tak robimy. Nasz „domek” zostaje ukończony długo przed 

wszystkimi pozostałymi. Zaganiam do niego swoją drużynę, po czym podnoszę rękę i wołam:

- Doktorze Flynn! Doktorze Flynn! Myślę, że jesteśmy gotowi.

Doktor Flynn  podchodzi  z zadowoloną  miną  i dokładnie  ogląda dzieło  rąk moich 

współtowarzyszy.

- Och tak - oznajmia. - Dobra robota. Po prostu świetnie. Naprawdę wspaniała praca 

zespołowa, praca was wszystkich.

- Czy możemy już odsłonić oczy? - chce wiedzieć Muffy.

- Ależ tak, oczywiście - zezwala doktor Flynn.

Muffy, wielebny Mark, Gillian i Tom zdejmują opaski i rozglądają się po gazetowym 

domku, w którym siedzą.

- Czy   to   nie   zdumiewające,   moi   drodzy?   -   raduje   się   doktor   Flynn.   -   Możecie 

uwierzyć,   że   pracowaliście   razem,   żeby   wybudować   coś   własnymi   gołymi   rękami?   W 

dodatku z zasłoniętymi oczami? Siedźcie i relaksujcie się, podczas gdy inni kończą swoje 

budowle. I pozwólcie sobie na dobrze zasłużone klepnięcie po ramieniu.

Gillian wpatruje się ze zdumieniem w cztery liche gazetowe tyczki, które podtrzymują 

równie   lichy   gazetowy   baldachim...   jakby  jakąś   najtańszą   na   świecie   ślubną   chupę

1

  nad 

dwiema wyjątkowo zmieszanymi parami.

- Ale... gdzie są ściany, które wyplataliśmy? - pyta Muffy.

- Och - sapię. - To by trwało całą wieczność. Więc postanowiłam ich nie używać, a 

zrealizować pomysł Toma.

- Tak.   -   Gillian   opuszcza   wzrok   na   wymazane   farbą   palce   i   poplamioną   lnianą 

kremową garsonkę. - Ale mogłaś nas uprzedzić.

- Byliście tak pełni entuzjazmu. Nie chciałam łamać waszego ducha pionierów.

- W porządku - mówi wielebny Mark, wypełzając spod papierowej konstrukcji. - To 

było zabawne. Prawda? Och, proszę, pozwól, że ci pomogę.

- Och, bardzo dziękuję. - Wygląda, że Muffy ma kłopot z podniesieniem się z podłogi, 

czemu zresztą trudno się dziwić, zważywszy na obcisłą spódnicę tubę i wysokie obcasy. 

Wsuwa więc obie, brudne od farby drukarskiej, dłonie w ręce Marka i, spoglądając mu ufnie 

w oczy, pozwala postawić się na nogi.

- Ukochany - śpiewa mi cicho do ucha Tom - w moim życiu jesteś tylko ty... jedyne, 

1

  chupa - baldachim, pod którym stoją młodzi podczas żydowskiego ślubu (przyp. 

red.).

background image

co mam dobrego...

- Czy musimy kontynuować tę farsę? - Simon z Wasser Hall zrywa z oczu opaskę. 

Słowo „farsa” wymawia z brytyjskim akcentem. - Oni wygrali. Więc dlaczego my musimy 

dalej...

- Nie   w   tym   rzecz,   kto   wygrywa   albo   kto   przegrywa,   Simonie   -   recytuje   płynnie 

doktor Flynn. Chociaż, oczywiście, jeśli dotyczy to mnie i Wasser Hall, zdecydowanie chodzi 

o to, żebym ja wygrywała, a oni przegrywali.

- Ale   to   nie   fair.   Heather   i   Tom   już   przedtem   razem   pracowali   -   jęczy   Simon.   - 

Oczywiście,   że   potrafią   współdziałać.   Ja   prawie   nie   znam   osób,   z   którymi   jestem   w 

drużynie... nie chciałbym nikogo urazić...

- Simonie! - mówi doktor Jessup. Z oczami zasłoniętymi  różnobarwnym  szalikiem 

siedzi pośrodku czegoś, co wygląda jak niedokończony gazetowy wigwam. - Natychmiast 

nałóż opaskę!

Właśnie w tej chwili drzwi biblioteki otwierają się i wchodzi jakiś student.

- Przepraszam   -   mówi   do   niego   doktor   Flynn.   -   Dziś   po   południu   biblioteka   jest 

zamknięta z powodu ważnego zebrania personelu.

Student rozgląda się dookoła. Wytrzeszcza oczy na dorosłych mężczyzn i kobiety - 

prawdopodobnie pracowników uniwersytetu - którzy w biurowych strojach, z szalikami na 

twarzach   siedzą   w   domkach,   zbudowanych   ze   starych   gazet.   Jego   mina,   co   zrozumiałe, 

wyraża zupełną dezorientację.

Dopiero wtedy zauważam, że ten student to Gavin McGoren.

- Hm - stęka speszony. - Powiedziano mi na dole, że znajdę tu Heather Wells?

Błyskawicznie oddalam się od mojej grupy i spieszę w jego stronę.

- Wszystko w porządku - zapewniam doktor Kilgore. - To zajmie tylko minutkę.

- Dobrze,  wracaj  szybko  -  mówi  Gillian,   z  dezaprobatą   ściągając  brwi.  -  Musimy 

jeszcze omówić, czego nauczyliśmy się dzisiaj o nas samych.

Jasne. Na przykład, jak bardzo cię nie znoszę? Nie ma potrzeby tego omawiać, i tak 

wiem.

Wskazuję głową drzwi, dając Gavinowi do zrozumienia, że ma do mnie dołączyć na 

korytarzu. Robi to, z najwyższym trudem ukrywając rozbawienie.

- Kobieto, co tam się, u diabła, dzieje? - chce wiedzieć, kiedy tylko znajdujemy się w 

bezpiecznej   odległości.  -  Facetowi   ładują  kulkę   w  łeb,   a  wy  wszyscy  dostajecie  bzika   z 

powodu nieboszczyka?

- Gavin. - Szybko zamykam biblioteczne drzwi. - Próbujemy pomóc sobie nawzajem 

background image

uporać się z żalem. A czego ty chcesz?

- Bawiąc się w Indian i kowbojów? A ta seksowna lala z dużymi cyckami to kto?

- Ma na imię Muffy. Poważnie, wpakujesz mnie w kłopoty. Czego chcesz?

- Muffy? - Gavin z niedowierzaniem kręci głową, tak jakby wreszcie wszystkiego się 

dowiedział. - Okej. Jest sprawa. Myślałem, że cię zainteresuje. Na moim piętrze jest taka 

dziewczyna, Jamie?

Kiwam głową.

- Tak?

- No. Zdaje mi się, że dziś rano miała jakieś spotkanie z Veatchem?

Coś mi świta.

- Och, prawda. Price. Jamie Price. Gavin, słowo daję, nie mam już czasu...

- Nie to nie! - Gavin podnosi obie ręce w geście „poddaję  się”. - Wiesz, ona mi 

powiedziała, że i tak nikomu nie zależy. A ja jej na to: też tak myślałem i słuchaj... Heather 

jest inna. Jej zależy. Ale jeśli wolisz wracać tam i bawić się w Indian i kowbojów...

Piorunuję go wzrokiem.

- Gavin, o co chodzi? Powiedz mi wreszcie.

Gavin wzrusza ramionami.

- O   nic.   Tylko...   no   dobrze,   usłyszałem   tę   dziewczynę,   Jamie...   płakała   w   swoim 

pokoju, tak? A jej współlokatorka przychodzi i mówi, że ona nie chce przestać, tak? Więc idę. 

Wypróbujmy na niej gavinator, wiesz, co mam na myśli?

- Gavin. - Serio, nie mogę uwierzyć w ten dzień. Naprawdę nie mogę. I w dodatku 

zaczął się tak wcześnie. O szóstej rano! Tylko po to, żeby przynieść ból, mój ból, i, no dobra, 

potem seks. Ale jeszcze potem rozlew krwi. A teraz to. - Chcesz się za moment pożegnać z 

życiem? Boja...

Gavin daje spokój knajackim numerom.

- Okej, poważnie. Więc idę tam i pytam, co się dzieje, ona mówi, żebym spadał, a ja 

na   to:   „Daj   spokój,   mogę   pomóc,   jeśli...”   -   W   tym   miejscu   Gavin   zdobywa   się   na   tyle 

przyzwoitości, że wygląda na zażenowanego. - Dobra, ten kawałek nie ma znaczenia. W 

każdym razie, ona zaczyna.

- Nie, Gavin - mówię. - Ten kawałek ma znaczenie. Co jej powiedziałeś?

- Nie, nie ma. To nie jest integralna część opowieści. Okej? Więc, ona zaczyna...

- Gavin. Robię w tył zwrot i wracam do biblioteki, jeśli mi nie powiesz.

- Powiedziałemżemojamamajestginekologiem, okej? - Gavin oblewa się rumieńcem. - 

Słuchaj, wiem, że to głupie, ale... dziewczyny wszystko ci opowiedzą, kiedy myślą, że twoja 

background image

mama jest ginekologiem. Nie wiem dlaczego.

Patrzę   na   niego   wielkimi   oczami.   Doprawdy,   co   za   szkoda,   że   Gavin   wybrał 

filmoznawstwo. Byłby dla naszego państwa prawdziwym skarbem w którejś z jego agencji 

bezpieczeństwa.

Nie potrafię zdobyć się na nic, oprócz krótkiego:

- Mów dalej.

- Cokolwiek   będzie,   myślę   sobie,   że   ona   zaraz   mi   wyzna...   no   wiesz,   że   złapała 

chorobę weneryczną albo coś w tym rodzaju. W każdym razie, na to mam właśnie nadzieję, 

bo to by znaczyło, no wiesz, że lubi ostry...

- Och, Gavin - wzdycham, wbijając wzrok w sufit. - A ja myślałam, że twoja miłość 

do mnie jest czysta jak świeżo nawiany śnieg.

- Bo co? - Gavinowi powracają rumieńce, ale tym razem kołysze się lekko, z palców 

na pięty i z powrotem. - Mężczyzna ma swoje potrzeby. I, no wiesz, ona jest dość... Jamie jest 

dość seksowna. Rozumiesz. Tak... no... jak ty. Coś w tym rodzaju.

- Okej - mówię. - Zaraz się pochoruję. Gavin, przysięgam, jeśli wywlokłeś mnie z tego 

zebrania, bo chciałeś odkrywać przede mną...

- Skąd! - Gavin wygląda na zbyt oburzonego, żeby kłamał. - Heather! Coś ty!

- Więc o co właściwie chodzi? - pytam kategorycznym tonem.

- O to, co mi powiedziała! - odpowiada, wysuwając zaczepnie szczękę z kozią bródką.

- Tak? - Zakładam ręce na piersiach. - A co to takiego?

- Że wie, dlaczego go zastrzelono. Twojego szefa, znaczy. Naprawdę bardzo była tym 

zdołowana.

Osłupiała, opuszczam ręce.

- Co? Dlaczego?

- Nie mam pojęcia. Powtarzam ci tylko, co mówiła. Powiedziała, że to wszystko jej 

wina. Że gdyby nie ona, doktor Jak Mu Tam Było nadal by żył.

background image

9

Czerwiec sypnął chłopcami

w płóciennych ubraniach,

Tak jak lipiec i sierpień.

Pomówmy o draniach.

Wrześniowy facet miał ręce

jak jedwab,

Październik zabrał mnie

pod obce niebo.

Kalendarzowi chłopcy

słowa i muzyka: Heather Wells

Stoję pośrodku korytarza na pierwszym  piętrze i rozdziawiwszy usta, gapię się na 

Gavina McGorena. Z prawej strony rozsuwają się drzwi windy, wynurzają się z nich dwie 

rozchichotane pierwszoroczne, po czym chwiejnym krokiem ruszają w stronę biblioteki, zbyt 

zajęte wybuchami  śmiechu  i ogromnymi  porcjami  Jamba Juice,  żeby zauważyć tabliczkę 

„Zamknięte z powodu zebrania - prosimy nie przeszkadzać!”

- Dziewczyny - woła cicho Gavin.

Jeszcze przez chwilę chichoczą, wreszcie przenoszą na niego spojrzenie.

- Nie wchodźcie tam - mówi i wskazuje napis. - Zamknięte. Nie widzicie?

Patrzą   na  tabliczkę.   Potem   jeszcze   raz   na   Gavina.   Potem   jedna   na   drugą.   Znowu 

chichoczą i pędzą do wyjścia awaryjnego, zaśmiewając się jak szalone.

Gavin spogląda na mnie. Chyba z mojej miny wnioskuje, że nie do końca kupiłam to, 

co mi chce sprzedać, bo dodaje:

- Przysięgam na Boga, Heather. Nie wygłupiam się. Tak powiedziała. Przecież możesz 

to sprawdzić.

- Że to jej wina, że Owen nie żyje? - Kręcę głową. - Gavin, to kompletnie bez sensu.

- Wiem. - Wzrusza ramionami. - Ale tak właśnie powiedziała. I dlatego uznałem, że 

muszę cię znaleźć. Bo pomyślałem, że to jakby... no wiesz. Trop. Prawda?

Nadal kręcę głową.

- Nie mam pojęcia, co to jest. Mówiła coś jeszcze?

- Nie...   Potem   zaczęła   płakać   tak   strasznie,   że   nie   mogłem   już   nic   więcej   z   niej 

background image

wyciągnąć. Krzyczała, że chce wracać do domu. Ona jest z Westchester, wiesz, więc to nie to, 

że   może   sobie   pojechać,   kiedy   ma   ochotę.   Powiedziała,   że   zadzwoni   do   matki,   żeby   ją 

odebrała   ze   stacji.   Więc   pomyślałem,   że   lepiej   cię   poszukam.   Rozumiesz,   żebyś   mogła 

spróbować ją zatrzymać,  zanim spróbuje  opuścić, hm, pokład. To było  jakieś pięć minut 

temu, więc jeśli się pospieszysz, na pewno jeszcze ją złapiesz.

Zdumiona tą manifestacją zdrowego rozsądku, potakująco kiwam głową.

- Okej.   Dobrze.   Dzięki,   Gavin.   Pójdę   się   z   nią   teraz   zobaczyć.   Może   zdołam   ją 

uspokoić na tyle, żeby porozmawiała z policją, zanim...

Jednak w tej samej chwili przerywa mi mrożący krew w żyłach krzyk. Wydaje się, że 

dobiega z dołu.

Nie czekam na moich przełożonych, którzy nadal siedzą w bibliotece, tylko z impetem 

otwieram drzwi klatki schodowej, gdzie jest wyjście awaryjne i, przeskakując po dwa stopnie, 

pędzę na dół, w ślad za pierwszorocznymi chichotkami, a Gavin depcze mi po piętach.

Znajduję obie dziewczyny na parterze, w holu, na oko całe i zdrowe. Stoją w grupce 

mieszkańców akademika, którzy ze zdumieniem gapią się, jak recepcję i stanowisko ochrony 

mija pochód złożony z kilku funkcjonariuszy oddziałów specjalnych, którzy eskortują skutego 

kajdankami Sebastiana Blumenthala, a z przodu kroczy posępny detektyw Canavan, torując 

przejście wyciągniętymi rękami i wołając:

- Okej,   dzieciaki,   widowisko   skończone.   Marsz   do   swoich   pokoi.   Rozejść   się! 

Natychmiast!

Jednak   nikt   się   nie   rozchodzi.   Po   co   mieliby   się   rozchodzić,   skoro   widowisku 

wyraźnie daleko do końca?

- Przypatrzcie się dobrze! - grzmi Sebastian, kiedy ciągną go koło nas. Ściśle mówiąc, 

nie   idzie   dobrowolnie,   jednak   taki   chudzielec   jak   on   nie   wydaje   się   stanowić   wielkiego 

problemu   dla   paru   krzepkich   policjantów.   -   Proszę,   jak   są   wykorzystywane   pieniądze   z 

waszych podatków! No, może nie z waszych, bo jesteście jeszcze studentami. Ale oto, na co 

kiedyś pójdzie wasza kasa: na dręczenie osób, które chcą zmieniać coś w życiu biednych i 

prześladowanych. Zapewne nie ma to żadnego znaczenia, że absolutnie nie jestem winien 

tego, co mi zarzucają. Zapewne nie ma to żadnego znaczenia, że jedyne, o co walczę, to 

poprawa   warunków   pracy   waszych   nauczycieli,   którzy   traktowani   są   dosłownie   jak 

niewolnicy...

- Co... - Z windy wychodzi doktor Jessup z jedwabnym szalikiem, dyndającym wokół 

szyi w stylu pilota RAF - u z czasu wojny, a za nim doktor Flynn, doktor Kilgore i tylu 

pozostałych członków personelu, ilu zdołała pomieścić kabina o udźwigu tysiąca kilogramów. 

background image

- Co tu się dzieje?

Źródło   przeraźliwego   wrzasku,   który   przedtem   słyszeliśmy,   staje   się   znane,   kiedy 

Sarah, wyglądając zza ramienia detektywa Canavana, dostrzega mnie w tłumie.

- Heather! - krzyczy. Chwiejnym krokiem przepycha się w moją stronę i pada mi w 

objęcia, z twarzą błyszczącą od łez i włosami w jeszcze potworniejszym nieładzie niż zwykle. 

- Oni aresztowali Sebastiana! Za mm... morderstwo! Mu... musisz ich powstrzymać! On tego 

nn... nie zrobił! Nie wierzy w zabijanie! On jest we... wegetarianinem!

Pozwólcie, że coś wam powiem. Sarah jest często moją zmorą, ale pracuje ciężko i ma 

dobre serce. Zasadniczo to słodka dziewczyna.

Natomiast jedno trzeba przyznać. Nie jest lekka. A teraz opiera się na mnie całym 

ciężarem. Pod którym o mało się nie przewracam.

Dzięki Bogu za Pete'a. Biegnie właśnie ze stanowiska ochrony, wołając:

- Sarah, może byś tu usiadła i napiła się wody? Chcesz trochę wody? Co powiesz na 

szklankę dobrej, zimnej wody? Nie miałabyś ochoty?

- Nie chcę wody! - zawodzi Sarah z twarzą ukrytą we wgłębieniu mojego ramienia.

Nie widzę, co się dzieje w holu, bo jej włosy włażą mi w oczy, zasłaniając cały widok.

- Chcę soku!

- Dobrze, dobrze, zaraz ci damy. - Nie wiadomo skąd, pojawia się Magda. - Może 

jeszcze trochę jest w lodówce.

Razem z Pete'em odrywają Sarah ode mnie. Teraz mogę stwierdzić, że policji udało 

się   już   wyprowadzić   Sebastiana.   Natomiast   detektyw   Canavan   jest   jeszcze   w   holu. 

Przyciszonym głosem rozmawia z doktorem Jessupem, doktorem Flynnem i doktor Kilgore. 

Muffy Fowler też tam stoi, ale nie spuszcza oczu z wielebnego Marka, który widocznie w 

grupie studentów spotkał kilku swoich współbraci (członków stowarzyszenia religijnego? - 

cokolwiek to znaczy) i żartuje z nimi serdecznie, podczas kiedy Muffy udaje, że wie, o czym 

rozmawiają i śmieje się razem z nimi.

Gavin piorunuje mnie wzrokiem. Jamie, powtarza bezgłośnie i znacząco kiwa głową 

w stronę windy.

Zaczekaj, odpowiadam w ten sam sposób i wskazuję na Sarah. Najwyraźniej dociera 

do niego, że mogę sobie radzić tylko z jednym kryzysem naraz. Mimo wszystko, nie jestem 

Superasystentką Kierownika Akademika. To znaczy, Kierownika Domu Studenckiego.

Pete   i   Magda   zabierają   moją   pomocnicę   do   stołówki   i   sadzają   na   niebieskim 

winylowym krześle ze szklanką wody, którą Sarah wypija dopiero po licznych namowach. 

Pomiędzy porą lunchu i obiadu stołówka jest zamknięta na sprzątanie, więc nie musimy się 

background image

martwić, że ktoś nas wypatrzy... to dobrze ze względu na Sarah, która faktycznie nie wygląda 

najlepiej. Skórę ma lepką i całą w plamach. Kosmyki czarnych kręconych włosów kleją się jej 

do czoła i skroni.

- To   było   takie   okropne   -   mamrocze.   -   Siedzieliśmy   w   magazynie.   Po   prostu 

siedzieliśmy  i  zajmowaliśmy  się  swoimi   sprawami,   bo w  naszym  biurze,   Heather,  ciągle 

jeszcze robili coś ci faceci od ekspertyz. Aż tu nagle wchodzi detektyw Canavan i mówi, że 

chce porozmawiać z Sebastianem. I Sebastian  był na tak. Bo on nie ma nic do ukrycia. 

Dlaczego miałby się nie zgodzić? A następne, co do mnie dotarło, to widzę, jak go prowadzą 

w kajdankach. Heather... oni go aresztowali! Co my zrobimy?  Muszę zadzwonić do jego 

rodziców. Ktoś musi zadzwonić do jego rodziców...

- My do nich zadzwonimy - oznajmiam głosem, który, mam nadzieję, brzmi kojąco. 

Próbuję odgarnąć jej kosmyki z czoła, ale bez skutku. Są tak mokre od potu, że przywarły do 

skóry jak przyklejone. - Chociaż jestem pewna, że on sam do nich zadzwoni.

- Jasne   -   mówi   Magda.   -   Więźniom,   zdaje   się,   pozwalają   na   jedną   rozmowę 

telefoniczną?

To   pytanie   powoduje   kolejną   falę   szlochów.   Nad   głową   Sarah   miażdżę   Magdę 

wściekłym spojrzeniem.

- Co?! - Moja przyjaciółka przybiera ton obronny. - Pozwalają. Kiedy mój kuzyn, 

Tito...

- Nikt teraz nie chce słuchać o twoim kuzynie - ucina Pete. Jego ton wywołuje we 

mnie uczucie, że chyba jednak Magda miała rację: Pete jej nie lubi - w każdym razie, nie w 

taki sposób. Z drugiej strony może mu teraz co innego w głowie. Patrzy z góry na Sarah, 

wyraźnie o nią zaniepokojony. - Pytanie, dlaczego go aresztowali? Jakie mają dowody?

- Żadnych  - szlocha Sarah w swoje  splecione na blacie ręce. - Nie mają  żadnych 

dowodów, bo on tego nie zrobił! Sebastian jest pacyfistą! Muchy by nie skrzywdził! Pisze 

magisterium z religioznawstwa... na litość boską, on przestrzega koszem!

Spoglądamy na siebie z Pete'em ponad jej trzęsącymi się od płaczu ramionami.

- Muszą   coś   mieć   -   odzywa   się   cicho   Pete.   -   Naprawdę   coś.   Inaczej   by   go   nie 

aresztowali. W tego rodzaju sprawie, z takim rozgłosem... Nigdy by nie podjęli takiej decyzji, 

gdyby nie mieli czegoś poważnego. Nie chcieliby ryzykować i narażać się mediom.

Przysuwam krzesło do Sarah i ciężko na nie opadam.

- Posłuchaj - mówię. Staram się ignorować jej łzy. Nie pora teraz na płacz. Nie, jeśli 

nie chce, by jej przyjaciel spędził resztę życia w więzieniu. Albo czegoś jeszcze gorszego. W 

Nowym Jorku możliwa jest kara śmierci. - Zastanów się. Co mogli znaleźć na Sebastiana, że 

background image

są przekonani o jego winie? Czy on ma broń?

- Boże, nie - odpowiada Sarah, drżąc. - Mówiłam wam, Sebastian jest pacyfistą.

Mówiła mi też, że jest bardzo konfliktowy. Ale temu daję spokój. A broń? Każdy 

może mieć broń. To Nowy Jork.

- Okej,   a   gdzie   był   dziś   rano,   kiedy   zastrzelono   doktora   Veatcha?   Nie   wiesz 

przypadkiem? Ma jakieś alibi?

Sarah podnosi głowę. Jej twarz lśni od łez.

- S... skąd mogę wiedzieć? - pyta. - Tak naprawdę nie jestem jego dziewczyną. Skąd 

mogę wiedzieć, gdzie on był o ósmej rano?

Gołym   okiem   widać,   że   to   wyznanie   boli   ją   bardziej,   niżby   chciała,   żebyśmy 

zauważyli.

Pete oblizuje wargi. Po czym stwierdza:

- To niedobrze.

Sarah szlocha:

- Ale on tego nie zrobił! Wiem, że nie zrobił!

- Tak - mówi Pete. - Śmieszne, ale ława przysięgłych i sąd zwykle żądają czegoś, co 

można nazwać dowodem, a ty mówisz, że po prostu wiesz, że on tego nie zrobił? To nie jest 

dowód, który wezmą pod uwagę. Muszę już wracać na swój posterunek. Dacie sobie radę, 

dziewczyny?

Zgodnie   kiwamy   głowami   i   Pete   odchodzi.   Sarah   patrzy   za   nim   do   chwili,   aż 

zatrzaskują   się   puszczone   luzem   drzwi   stołówki,   a   potem   spojrzenie   szeroko   otwartych, 

pełnych łez oczu przenosi na Magdę i na mnie.

- Dobrze. Więc co teraz zrobimy?

Magda zerka na swój, inkrustowany prawdziwymi cyrkoniami, zegarek.

- Nie wiem jak wy, ale ja mam po pracy umówioną wizytę na depilację brwi.

Sarah wzdycha.

- Nie to miałam na myśli. Chodzi mi o Sebastiana.

- Nie wiem, co mogłybyśmy zrobić - mówię. - Sądzę, że policja...

- ...aresztowała niewłaściwego człowieka. - Płacz już ustał. Ale oczy Sarah nie tracą 

gorączkowego   blasku,   którego   nabrały   chyba   w   momencie,   kiedy   gliniarze   zatrzasnęli 

kajdanki na nadgarstkach Sebastiana... a jej przeraźliwy krzyk rozdarł ciszę korytarzy Fischer 

Hall. Dziwię się, że nie pękły jej żadne naczynia krwionośne, tak był głośny. - To oczywiste, 

popełnili okropny błąd.

- Sarah. - Waham się. Jednak musi to zostać jasno powiedziane. - Wiem, że naprawdę, 

background image

hm, lubisz tego chłopaka. Ale skąd możesz być taka pewna, że on tego nie zrobił?

Sarah wpatruje się we mnie bez słowa.

- KSM chyba stoi na stanowisku, że zyskujecie na usunięciu z drogi doktora Veatcha...

Nadal patrzy.

- Posłuchaj, ja wszystko rozumiem - próbuję dalej. - Byłam tam dziś rano. I, no tak, on 

wyglądał na autentycznie zdumionego, kiedy usłyszał, że Owen nie żyje. Ale obie wiemy, że 

socjopaci są dobrymi aktorami. Może...

Sarah mruga. Wzdycham.

- Okej - mówię. - Doskonale. On tego nie zrobił.

- Nareszcie   -   odzywa   się   tonem   pełnym   pretensji.   -   Wiesz,   czasami   sprawiasz 

wrażenie, jakbyś miała trudności z przetwarzaniem informacji. To mi wygląda na zaburzenia 

płatu   skroniowego.   Nieznaczne.   Czy   przypadkiem   w   dzieciństwie   nie   doznałaś   wstrząsu 

mózgu?   Bo   tym   można   by   tłumaczyć   twoje   kłopoty.   W   każdym   razie   teraz   musimy 

skoncentrować się na znalezieniu osoby, która naprawdę zastrzeliła doktora Veatcha.

Przełykam ślinę.

- Hm, Sarah? Już rano rozmawiałam o tym z Cooperem. I on uważa, że to zły pomysł.

- Tak?   -   W   głosie   Sarah   brzmi   kompletny   brak   zainteresowania.   -   Teraz   sprawy 

przedstawiają się nieco inaczej, prawda? Niewinny człowiek został niesłusznie uwięziony za 

zbrodnię, której nie popełnił. No, kto ci jeszcze przychodzi na myśl, kto miałby motyw, żeby 

to zrobić? Ktokolwiek? Magda? Jakieś pomysły?

Magda znowu zerka na zegarek.

- Muszę już iść.

Twarz Sarah się wykrzywia.

- Naprawdę, Magda. To zbyt dużo poprosić cię, żebyś chociaż raz się zainteresowała 

czymś innym niż pindrzenie? Na przykład ratowaniem życia młodemu człowiekowi, który 

myśli   tak   perspektywicznie   i   jest   skłonny   do   takich   poświęceń,   że   niewykluczone,   czy 

pewnego dnia nie zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych?

Magda ma minę pełną powątpiewania.

- No nie wiem - mówi. - Zaczynam obrzydliwie zarastać tam, gdzie nie powinno być 

włosków...

W   tym   momencie   drzwi   stołówki   otwierają   się   i   zamaszystym   krokiem   wchodzi 

Gavin.

- Hej! - woła do niego Magda. - Mamy zamknięte do piątej...

- Wiem - odpowiada Gavin. - Heather, już za późno. Dzwoniłem do pokoju Jamie. Jej 

background image

współlokatorka mówi, że Jamie właśnie odjechała do domu...

Klnę pod nosem. Sarah spogląda na mnie ostro.

- Jamie to kto? - chce wiedzieć.

- Jamie Price - mówię. - Miała umówione spotkanie...

- Dziś rano z Owenem - kończy za mnie. - Pamiętam. Sama ją zapisywałam. Nie 

powiedziała mi, w jakiej sprawie. Ale skąd Gavin o tym wie? I co to za różnica, że pojechała 

do domu? O czym wy mówicie?

- Nic   takiego.   -   Nie   chcę   dawać   jej   fałszywej   nadziei.   -   Po   prostu   Jamie   coś 

powiedziała...

Gavin jest już przy naszym stoliku.

- Musimy ją dogonić. Wypożyczyć samochód czy sam już nie wiem. Pojechać do niej 

i dowiedzieć się, co się stało.

- Zaczekaj chwilkę - mówię, opierając dłonie na nieco lepkim blacie. - Wypożyczyć 

samochód? Nie!

- No to możemy jechać pociągiem - nie ustępuje. - Ale wtedy, jak dostaniemy się ze 

stacji do jej domu? Szybciej będzie wynająć samochód.

- Nie   w   godzinach   szczytu   -   wtrąca   się   Sarah.   -   Jest   prawie   czwarta.   Ale   po   co 

właściwie macie to robić?

- Bo ona wie, dlaczego ukatrupili Veatcha - wyjaśnia Gavin, wzruszając ramionami.

Zachowanie Sarah natychmiast się zmienia. Grzbiet jej sztywnieje, zgarbione ramiona 

się prostują. Zwraca na mnie nagle wyostrzone, jak promień lasera, spojrzenie.

- Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś? - pyta lodowatym tonem.

- Sarah - zaczynam, widząc oznaki zbliżającej się katastrofy i niezbyt uszczęśliwiona z 

tego powodu. - Posłuchaj... nawet nie wiemy, o czym  Jamie mówiła. To mogło być coś 

nieważnego.

- Ale mogło być też coś ważnego! - wykrzykuje Sarah bez tchu. - Powiedziałaś o tym 

detektywowi Canavanowi?

- Nie. To się wydarzyło dopiero co. My...

Ale Sarah jest już na nogach. Pędzi w stronę drzwi. Rzucam Gavinowi zmęczone 

spojrzenie.

- Wielkie dzięki.

W odpowiedzi rozkłada bezradnie dłonie.

- Chodźmy - mówię do niego. A do Magdy: - Cześć. Powodzenia z depilacją.

Mierzy   mnie   wściekłym   wzrokiem,   kiedy   z   depczącym   mi   po   piętach   Gavinem 

background image

pospiesznie ruszam do wyjścia.

- Nie każda dziewczyna jest naturalną blondynką jak ty, Heather! - woła gniewnie za 

nami. - Niektóre kobiety potrzebują trochę pomocy ekstra!

We   frontowym   holu   widzimy,   że   Sarah   już   się   przepchnęła   przez   ciasny   krąg 

pracowników zarządu, otaczający detektywa Canavana, i z uporem nalega:

- .. .więc musi pan po prostu skontaktować się z nią w domu jej rodziców, tak szybko, 

jak tylko się da. My oczywiście możemy dostarczyć panu te informacje, jeśliby to miało 

pomóc w śledztwie...

Detektyw  Canavan, widząc, że się zbliżam, posyła  mi nad czubkiem głowy Sarah 

błagalne spojrzenie.

- Dobrze - obiecuje. - Sprawdzimy to.

- Sarah - mówię łagodnie.

- Właściwie dlaczego nie miałabym od razu tego dla pana zrobić. - Sarah odwraca się i 

rusza   w   stronę   biura   kierownika.   -   Rozumiem,   że   możemy   już   wrócić   do   naszego 

sekretariatu?

- Hm - odpowiada detektyw. - Tak. Miejsce zbrodni zostało uprzątnięte.

- Miejsce   zbrodni  - parska  Sarah.  Jednak  w  jej   śmiechu  nie  słychać  ani  odrobiny 

wesołości. - Dobrze. Idę po adres rodziców Jamie i za chwilę jestem z powrotem. Niech pan 

nigdzie nie odchodzi.

Pospiesznie znika, tylko powiewają za nią długie, rozpuszczone włosy. Doktor Jessup 

nadal stoi koło Canavana i spogląda na mnie wyczekująco:

- Heather, o co chodzi z jakąś dziewczyną, która wie coś na temat śmierci doktora 

Veatcha? - pyta.

- Nie mam pojęcia - odpowiadam. - Usłyszał o tym przypadkiem jeden ze studentów. 

Być może to nic ważnego... zwykła plotka.

- Hej - oburza się Gavin. Szturcham go łokciem, więc milknie.

- Będę musiał kogoś posłać, żeby pogadał z tą, hm, panną Price - mówi detektyw 

Canavan. - Ale dowody przeciwko Blumenthalowi są dość przekonujące.

- A mogę zapytać, jakie to dowody? - Staram się być uprzejma.

- Możesz - uśmiecha się Canavan - ale to nie znaczy, że zamierzam ci odpowiedzieć.

Słysząc tę wymianę zdań, doktor Jessup śmieje się, jednak nieszczerze.

- Zdaje się, że Heather pracuje tu już tak długo, że zaczyna się uważać za eksperta od 

morderstw - mówi głośno, ale nie aż tak, żeby mógł go dosłyszeć któryś z włóczących się w 

pobliżu studentów.

background image

- O tak - przyznaje detektyw Canavan. - Fischer Hall widział więcej zabójstw, niż 

sprawiedliwie mu się należy.

Doktor Jessup wygląda na trochę zniesmaczonego, jakby żałował, że w ogóle podjął 

ten temat.

- Proszę. - Sarah wraca biegiem, bez tchu, ze świstkiem papieru w ręku. - Proszę 

bardzo. Adres domowy Jamie Price i numer telefonu. Ona tam jest. Albo niedługo będzie. 

Przesłucha ją pan?

- Na pewno. - Detektyw Canavan bierze karteczkę, składa na pół i chowa do kieszeni. 

- A teraz, jeśli nie mają państwo nic przeciwko temu, muszę się udać w różne miejsca i zająć 

różnymi sprawami...

- Oczywiście - zgadza się doktor Jessup, kładąc mu rękę na ramieniu. - Jeszcze tylko 

jedno...

Obaj mężczyźni wychodzą z holu, a za nimi cała reszta pracowników zarządu, jak 

również wielebny Mark i - oczywiście - Muffy Fowler. Sarah patrzy na mnie. Ciągle jeszcze 

ciężko oddycha.

- On nie zamierza zapytać Jamie, co ona wie, prawda?

- Nie   wiem,  Sarah  -  odpowiadam.  -  Może  zamierza.  Ale   pewnie  nie   natychmiast. 

Twierdzi, że te dowody, które zebrali przeciwko Sebastianowi, są dość mocne.

Oczy Sarah znowu wilgotnieją.

- Więc Gavin ma rację - mówi. - Musimy pojechać i sami z nią pogadać.

- Sarah. Naprawdę nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł.

- Ludzkie życie jest zagrożone - nalega.

- Popieram Sarah - wtrąca się Gavin. - A do tego myślę, że Jamie nas potrzebuje.

- Sebastian nas potrzebuje - poprawia go Sarah.

Wlepiam wzrok w sufit.

To się nie dzieje naprawdę.

- I w dodatku - ciągnie Sarah - wcale nie musimy wypożyczać  samochodu. Znam 

kogoś, kto go ma... kogoś, kto na pewno chętnie nam pomoże.

Patrzę na nią z zaciekawieniem.

- Znasz? Kogo?

background image

10

Listopad przyjacielem

postanowił zostać,

Więc grudzień znów ogląda

mą samotną postać.

Kalendarzowi chłopcy

słowa i muzyka: Heather Wells

Nie - mówi Cooper.

Wcale   nie   jestem   zdziwiona.   Uwzięli   się   na   niego   i   przyszli   za   mną   do   domu, 

upierając się - mimo moich zapewnień, że nic z tego nie będzie - by im pożyczył  swoje 

bezcenne, czule restaurowane bmw '74 2002.

Akurat.   To   równie   prawdopodobne   jak   moje   codzienne   pięciokilometrowe   biegi 

wczesnym rankiem. Dla przyjemności.

No i proszę. Stoją w jego biurze na piętrze, gdzie pootwierał na oścież okna, żeby 

wpuścić późnopopołudniową bryzę. I niech diabli wezmą zabłąkane kule z parku.

- Cooper - mówi Sarah. - Ty nie rozumiesz. To sytuacja kryzysowa. Życie młodego 

człowieka może być poważnie zagrożone.

- Jedźcie   pociągiem   -   odpowiada   Cooper.   Trzyma   nogi   na   niewiarygodnie 

zabałaganionym biurku i ze znudzoną miną przegląda pocztę. Prywatnie Cooper jest bardzo 

schludny - wspólne miejsca w domu, a nawet swoją sypialnię, zazwyczaj utrzymuje w niemal 

obsesyjnym porządku.

Ale   biuro   i   samochód   to   już   inna   historia.   Nie   mogę   tego   zrozumieć.   Często 

wyglądają,   jakby   przeszło   przez   nie   tornado:   papiery,   upaćkane   serem   opakowania   od 

burgerów, zmięte serwetki, puste kubki po kawie, pokryte tajemniczymi zapiskami przylepne 

karteczki, całe ich stosy, wszędzie. Co pewien czas Cooper robi przegląd obu  -  i biura, i 

samochodu   -   i   odczyszcza   je   nie   do   poznania,   na   najwyższy   połysk.   Po   czym   pozwala 

rzeczom znowu się gromadzić. Twierdzi, że na tym polega jego „zorganizowanie”.

Naprawdę całe szczęście, że ja mu prowadzę księgowość, bo nie dostawałby żadnych 

pieniędzy,   biorąc   pod   uwagę,   że   nigdy   nie   może   znaleźć   rachunków,   nie   mówiąc   już   o 

wysłaniu ich klientom w odpowiednim terminie.

- Pewnie   -   mówi   Gavin.   Przygląda   się   musze,   która   właśnie   wylądowała   na 

background image

szczególnie uświnionym pudełku po burgerze Johnny'ego Rocketa, porzuconym na jednym z 

biurowych głośników stereo. - Moglibyśmy pojechać pociągiem. Ale jak mamy się dostać ze 

stacji do domu Jamie? No jak?

- Normalnie.   -   Cooper   niedbałym   ruchem   ciska   na   podłogę   zawiadomienie   z 

Publishers Clearing House, że mógłby wygrać milion dolarów. - Istnieje takie coś, co się 

nazywa taksówka.

- Nawet nie  wiem,  czy w  Rock Ridge  mają taksówki! - krzyczy  Sarah.  - Prawdę 

mówiąc, bardzo wątpię, czy taksówki pasują do ich planu urbanistycznego.

- A to pech, dziecino - odpowiada Cooper. - W tej sytuacji chyba będziecie musieli 

wypożyczyć samochód.

- Żeby w Nowym Jorku wypożyczyć samochód, trzeba mieć skończone dwadzieścia 

pięć lat - przypomina mu Gavin.

Cooper   podnosi   wzrok   znad   katalogu   Victoria's   Secret,   który   znalazł   pod   stosem 

korespondencji.

- Więc jaki macie pomysł? - mówi. - Heather, a ty nie skończyłaś już dwudziestu 

pięciu lat? Och, ale zaczekaj... Zdaje się, że dziś rano przeprowadziliśmy krótką pogawędkę 

na temat twojego angażowania się w to konkretne śledztwo, prawda?

Nachmurzona wlepiam wzrok w czubki butów. Wiem, o co mu chodzi. Naprawdę 

wiem. Ale nie musi być w tej sprawie tak nieznośnie czepliwy.

- Słuchajcie   -   zwracam   się   do   Sarah   i   Gavina.   -   Cooper   ma   rację.   Policja   nie 

potrzebuje naszej pomocy. Chyba nie powinniśmy się mieszać.

- Sebastian tego nie zrobił! - wrzeszczy Sarah.

- Więc   nie   musi   się   niczego   obawiać   -   odpowiada   spokojnie   Cooper,   wręczając 

katalog Victoria's Secret mojemu psu, który siedzi koło biurka, cierpliwie czekając na ten 

właśnie   moment.   Lucy   warczy   uszczęśliwiona,   po   czym   osuwa   się   na   brzuch   i   zaczyna 

metodycznie rwać katalog na strzępy.

Sarah   nie   wygląda   na   szczególnie   uspokojoną   zapewnieniami   Coopera.   Prawdę 

mówiąc, chyba odniosły odwrotny skutek. Ciężko siada na stojącej przed biurkiem, zawalonej 

papierami kanapie (na szczęście jest tu jeszcze zewnętrzny gabinet, w którym mój gospodarz 

przyjmuje   interesantów   i   utrzymuje   idealny   porządek.   Bo   gdyby   zobaczyli   to   jego 

sanktuarium, niewątpliwie lista klientów skurczyłaby się znacząco na skutek utraty zaufania 

do zdolności detektywistycznych Coopera - głównie zdolności odnalezienia czegokolwiek we 

własnym biurze) i ciasno skrzyżowawszy ramiona, ze spojrzeniem utkwionym w podłodze, 

zaczyna kołysać się w tył i w przód. Wygląda na to, że zaraz powie coś zjadliwego.

background image

Cooper   mierzy   ją   nieufnym   wzrokiem,   jakby   była   cheeseburgerem,   średnio 

wypieczonym, tymczasem on zamawiał mocno wypieczony.

Gavin korzysta z okazji, żeby oznajmić:

- Ja...   ja   to   chrzanię.   -   Po   czym   odwraca   się   na   pięcie   i   opuszcza   dom   Coopera, 

hałaśliwie zatrzaskując za sobą frontowe drzwi. Podbiegam do otwartego okna. Wychylam się 

akurat w porę, żeby zobaczyć, jak zgarbiony, z pięściami w kieszeniach dżinsów, zbiega z 

werandy i kieruje się w stronę Sixth Avenue.

- Gavin! - wołam za nim. - Zaczekaj! Dokąd tak pędzisz?

Ramiona mu sztywnieją, ale nie odpowiada. Nawet nie odwraca głowy, chociaż wiem, 

że mnie słyszy.

Wszyscy   dilerzy   narkotyków   na   rogu   ulicy   odwracają   się   i   krzyczą:   „Och,   hej, 

Heather!” - w bardzo sympatyczny sposób.

Dzieciaki.

Macham dilerom i z powrotem daję nura do gabinetu Coopera.

- Nic nie rozumiem - przemawiam ogólnie do całego pokoju. - Dokąd on tak leci?

- A jak myślisz? - gorzko odzywa się z kanapy Sarah. - Chce się z nią zobaczyć.

Patrzę na nią, mrugając.

- Tak? Dlaczego?

- A   jak   myślisz?   -   pyta   gwałtownie,   odrzucając   z   twarzy   falę   gęstych,   ciemnych 

włosów, żeby spojrzeć na mnie ze złością. - Boże, odkąd to tak stępiałaś? Jesteś ślepa? Jamie 

Price wygląda zupełnie jak ty. Oprócz... no rozumiesz. Jest młodsza.

Zbyt zszokowana, żeby zdobyć się na jakąś ripostę, wybieram opcję: nie odpowiadać 

w ogóle. Przez sekundę czy dwie w  pokoju panuje  cisza, słychać  tylko  radosne odgłosy 

lizania, darcia i żucia wydawane przez Lucy. Wreszcie Cooper się odzywa:

- Okej. Więc kiedy to właściwie wszyscy dostaliśmy bzika?

Sarah wzdycha, a potem mówi cichutko, starając się nie napotkać naszego wzroku:

- Ja muszę porozmawiać z Sebastianem.

Obydwoje zerkamy na nią. A ona powoli odrywa spojrzenie od podłogi.

- Pozwalają im tam na odwiedziny? - pyta, wyglądając nagle znacznie młodziej niż na 

swoje dwadzieścia dwa lata. - W więzieniu? Pozwalają?

- Na   odwiedziny   podejrzanych   o   współudział?   -   mówi   Cooper.   -   Żeby   uzgodnili 

zeznania? Cóż, raczej nieczęsto.

Wstrząśnięta, obracam się i wytrzeszczam na niego oczy,  właśnie w chwili, kiedy 

Sarah gwałtownie wciąga oddech... i natychmiast znowu zalewa się łzami.

background image

- Jak... jak mo... możesz? - płacze. - Ja nigdy... przecież musisz to wiedzieć, że ja bym 

nigdy... - Zanosi się głośnym czkającym szlochem, kryjąc twarz w poręczy kanapy.

Posyłam Cooperowi kwaśne spojrzenie, a on gapi się ze zdumieniem na Sarah, po 

czym spogląda na mnie.

- Co ja takiego powiedziałem? - pyta.

- Nie udawaj głupiego - warczę. - Doskonale wiesz, co powiedziałeś. Podejrzani o 

współudział. Osioł. Sarah. - Przechodzę przez pokój, żeby opaść koło niej na kanapę, a potem 

staram się odgarnąć jej z oczu choć część bujnych loków. - Sarah. On tak wcale nie myśli. 

Wcale cię nie posądza o współudział. Przedstawił tylko sprawę z perspektywy prokuratora, 

jakby to mogło wyglądać, gdybyś teraz poprosiła o widzenie z Sebastianem...

- Och, Heather, już jesteś.

Z właściwym sobie idealnym wyczuciem chwili, w drzwiach pojawia się mój ojciec. 

Niesie wielkie kartonowe pudło ze swoimi rzeczami. Od ubiegłego tygodnia tata wyprowadza 

się - powoli, ale ostatecznie.

Na widok Sarah i jej teatralnych szlochów jego radosny uśmiech, że już wróciłam do 

domu, przygasa.

- Ojejku. To chyba nie najlepszy moment. Słyszałem wiadomości, wiesz. O twoim 

szefie. Co za skandal. Zdaje się, Heather, że w tym waszym miejscu pracy ludzie mrą w 

alarmującym   tempie.   Oczywiście,   nie   wierzę   w   tego   rodzaju   rzeczy,   ale   gdybym   był 

przesądny, mógłbym zacząć podejrzewać, że Fischer Hall jest faktycznie przeklęty.

Lucy   podnosi   się   znad,   teraz   już   niemal   kompletnie   poszarpanego,   katalogu   i, 

wymachując ogonem, biegnie polizać rękę mojego ojca.

- Och,   cześć,   Lucy   -   mówi   tata.   -   Nie   teraz,   kochana.   Na   spacer   pójdziemy   za 

momencik. Tylko odwiozę to pudło do Larry'ego. Co mi przypomina, Heather, że jest coś, o 

czym   muszę   z   tobą   porozmawiać,   kiedy   będziesz   miała   wolną   chwilę.   Mała   biznesowa 

propozycja, którą Larry i ja chcemy z tobą przedyskutować. Mogłaby się okazać całkiem 

korzystna dla całej naszej trójki. To coś, co, jak myślę, naprawdę lubisz. Ale, hm, widzę, że 

teraz nie jest odpowiednia pora...

Ponieważ natężenie szlochów Sarah narasta, tata rzuca pytające spojrzenie w kierunku 

Coopera, jako że ja jestem w sposób oczywisty zbyt zajęta, usiłując zatamować kolejne potoki 

łez.

- To   moja   wina   -   kaja   się   Cooper.   -   Jestem   bezdusznym   łajdakiem.   W   dodatku 

pozbawionym wrażliwości.

- Och - odpowiada mój ojciec, kiwając głową. - Tak, oczywiście. Zawsze to w tobie 

background image

lubiłem. Heather?

Podnoszę wzrok znad pleców Sarah, które właśnie masuję.

- Tak, tato?

- Dzwonił   Tad.   Próbował   cię   złapać   na   komórkę.   Prosił,   żebyś   oddzwoniła.   Chce 

wiedzieć, czy wszystko u ciebie w porządku, zważywszy. .. na to, co się stało.

- Dzięki.

- No  dobrze. - Tata  jeszcze  raz obrzuca  spojrzeniem  zbolałą postać koło  mnie  na 

kanapie i wzrusza ramionami. - Myślę, że to mój ostatni wieczór tutaj. Jeśli nikt nie zgłasza 

sprzeciwu, chciałbym zrobić na obiad duszone żeberka. Mam je zamarynowane. Rozumiem, 

że obydwoje będziecie w domu?

Cooper i ja twierdząco kiwamy głowami. Tata wygląda na zadowolonego.

- Doskonale - mówi. - Wobec tego widzimy się koło ósmej. Z tobą też, Lucy. - Potem 

zwraca się do Sarah: - Zostań z nami na obiedzie, młoda damo. Mam nadzieję, że do tej pory, 

hm, poczujesz się lepiej. No to wszystkiego dobrego. Na razie.

I wychodzi. Lucy,  rozczarowana, że nie zabrał jej ze sobą, powraca markotnie do 

oddzierania twarzy Giselle Bündchen. Spojrzenie Coopera błądzi po niebie różowiejącym za 

oknem, widocznym ponad dachami domów z drugiej strony ulicy. Tymczasem szlochy Sarah 

słabną. Wygląda, że już się trochę uspokoiła, o ile sposób, w jaki wyciera rękawem nos, może 

stanowić   jakąś   wskazówkę.   Rozglądam   się   za   pudełkiem   z   chusteczkami...   po   czym 

przypominam sobie, gdzie jestem.

Udaje   mi   się   znaleźć   stertę   papierowych   serwetek   z   Dunkin'   Donuts,   które   nie 

sprawiają wrażenia zbyt zużytych. Podsuwam je Sarah. Podnosi głowę, bierze plik bibułek i 

wydmuchuje nos. Potem spogląda na Coopera i z oczami błyszczącymi nienawiścią - trudno 

tego nie rozpoznać - oznajmia:

- Nie miałam nic wspólnego z zamordowaniem Owena.

- Nie powiedziałem, że miałaś - mówi Cooper. Zdjął już nogi z biurka i teraz stuka po 

klawiaturze, najwyraźniej szukając czegoś przez Google. Znając Coopera, chodzi pewnie o 

Giselle Bündchen.

- Nazwałeś mnie podejrzaną o współudział! - krzyczy Sarah.

- Heather już to wyjaśniła - odpowiada, nie odrywając oczu od monitora.

- To prawda, Sarah - włączam się. - Oni nie pozwolą ci rozmawiać z Sebastianem. 

Wątpię, czy w ogóle wolno go odwiedzać komukolwiek oprócz jego prawnika. Co więcej, 

myślę, że nie ma go na Manhattanie. Do tej pory już jest pewnie w Rikers.

- W Rikers! - powtarza Sarah z pełnym grozy westchnieniem.

background image

- W   Tombs   -   poprawia   mnie   Cooper,   nadal   się   nie   odwracając.   -   Z   komisariatu 

przewieźli   go   już   pewnie   do   centralnego   aresztu   na   Manhattanie.   -   Zerka   na   monitor, 

sprawdzając godzinę. - A może nie. W każdym razie rano trafi do Rikers. Na pewno.

- On nie może! - woła Sarah, zrywając się na równe nogi. Jej oczy rozszerza panika. - 

On nie może iść do Rikers. Wy nie rozumiecie. On ma astmę! I alergię!

Wreszcie Cooper obraca się razem z komputerowym fotelem. Wyraz twarzy, z jakim 

patrzy   na   Sarah,   świadczy   o   prawdziwej   wściekłości.   Wygląda...   no   cóż.   Wygląda 

przerażająco.  Tak  jak   rano, kiedy ostrzegał  mnie,  żebym   się nie  mieszała   w  śledztwo  w 

sprawie zamordowania Owena.

- Dosyć tego - mówi gniewnie. - Mam już po uszy tego chrzanienia. Powiesz mi, o co 

tu chodzi albo wynoś się z mojego domu. Nie (Sarah błagalnie spogląda w moją stronę), nie 

na Heather. Masz patrzeć na mnie. Mów albo wynocha. Liczę do trzech. Raz.

- On tego nie zrobił!

- Wiem, że nie zrobił. Powiedz, jak możesz to udowodnić. Dwa.

- Bo go znam! Znam!

- To   nie   wystarczy   prokuratorowi   okręgowemu,   żeby   wycofać   oskarżenie.   Trzy. 

Zabieraj się...

- Nie mógł tego zrobić, bo do doktora Veatcha strzelano z ulicy! - krzyczy Sarah. - A 

ja mogę udowodnić, że Sebastian był w środku, w Fischer Hall, kiedy Owen został zabity!

- Jak możesz udowodnić? - żąda odpowiedzi Cooper.

- Bo - mówi Sarah, a jej pełne policzki nagle oblewają się purpurą - ja... ja go tam 

poprzedniego wieczoru zarejestrowałam.

- Co zrobiłaś?

Czuję, jak krew stygnie mi w żyłach. Ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

- Zarejestrowała   go   -   wyjaśniam,   podnosząc   się   z   kanapy   i   stając   u   boku   mojej 

podopiecznej. Kawałki katalogu Vistoria's Secret szeleszczą mi pod stopami. - W książce 

przyjść i wyjść, na stanowisku ochrony. Wszyscy goście, odwiedzający Fischer Hall, muszą 

się zarejestrować i zostawić ochronie jakiś dokument tożsamości. O której godzinie wyre-

jestrowałaś dziś Sebastiana?

Sarah kręci głową.

- Późno. Po śniadaniu. Koło ósmej czterdzieści pięć.

Rzucam Cooperowi triumfalne spojrzenie.

- Po czasie, kiedy miało miejsce morderstwo. Nie rozumiesz? To dowodzi, że on nie 

mógł tego zrobić. Ochrona nie wypuściłaby go z budynku bez wyrejestrowania. On nie mógł 

background image

tego zrobić.

Jednak Cooper marszczy brwi.

- Nie chwytam.  Jeśli to wszystko  prawda, dlaczego chłopak nie powiedział o tym 

gliniarzom, kiedy go pytali, gdzie był w czasie morderstwa? Dlaczego nie pokazał im książki 

przyjść i wyjść?

- Bo... - mówi z nieszczęśliwą miną Sarah. - Bo on... kogoś osłaniał.

- Kogo? - pytam stanowczo. - Kogo mógłby...

- Mnie, w porządku? - Sarah najwyraźniej nie potrafi oderwać oczu od podłogi. - On... 

osłaniał mnie.

Cooper   z   radosnym   westchnieniem   znowu   rozpiera   się   w   fotelu,   aż   ten   pod   nim 

skrzypi.

- A już myślałem, że rycerscy mężczyźni wymarli.

- To nie tak - mówi szybko Sarah, podnosząc wzrok. Policzki jej płoną. - My nie 

jesteśmy... my nigdy...

Patrzę na nią, zdumiona.

- Ale, Sarah, to dlaczego miałby cię osłaniać?

- Ja... ja wolałabym o tym nie mówić - bąka. - Nie możemy mu po prostu pokazać 

książki przyjść i wyjść? Znaczy, detektywowi Canavanowi.

- To co robiliście przez całą noc - dopytuje się Cooper - skoro, hm, nie obcowaliście 

cieleśnie? Oczywiście, o ile wybaczysz moją ciekawość? Bo mogę cię zapewnić, że Canavan 

o to zapyta.

- Nie,   nie   możemy   po   prostu   pokazać   mu   książki   przyjść   i   wyjść   -   odpowiadam 

cierpko na jej pytanie. - Chcę wiedzieć. Przed czym Sebastian cię osłania? Co...

- I   czy   rzeczywiście   byłaś   z   nim   o   ósmej?   -   dodaje   Cooper.   -   Powiedziałaś,   że 

wyrejestrowałaś go o ósmej czterdzieści pięć. Ale czy byłaś z nim przez cały czas, odkąd 

zarejestrowałaś go wieczorem aż do chwili, kiedy wyrejestrowałaś go rano?

- Czy moglibyście  - krzyczy Sarah, co brzmi, jakby zamierzała znowu wybuchnąć 

płaczem - przestać mówić do mnie jednocześnie?! To jest takie denerwujące! Jesteście jak 

moi dziadkowie!

Obydwoje z Cooperem gwałtownie milkniemy. Zamykamy usta i patrzymy na siebie, 

mrugając w osłupieniu. Dziadkowie?!

- Nie, nie byłam z nim przez cały czas. I to niczyj interes, co robiliśmy...

- Ale, Sarah - mówię, przechodząc do porządku nad kwestią dziadków. No bo co. To 

jej opinia. A czy ja się chociaż zająknęłam na temat tych loków? - Wiesz, że kiedy kogoś 

background image

zarejestrujesz, jesteś zobowiązana być z nim przez cały...

- Wyobrażasz   sobie,   że   możesz   tam   do   nich   wkroczyć,   jak   gdyby   nigdy   nic,   i 

powiedzieć, że coś nie jest ich interesem, kiedy cię zapytają? - ryczy ze śmiechu Cooper. - 

Naprawdę chcę tam być, kiedy to zrobisz.

I wtedy, jakby mnie ktoś walnął młotem.

- Ekspres do kawy! - wołam, wskazując na nią oskarżycielsko.

Obydwoje, Cooper i Sarah, gapią się na mnie, jakbym nagle zaczęła mówić językami. 

Jednak tylko Sarah wygląda na trochę zdenerwowaną.

- Nie wiem, o czym mówisz - oznajmia.

- Och, dobrze wiesz - odpowiadam, nadal na nią wskazując. - Magazyn. Ten, gdzie 

siedziałyśmy, czekając, aż ekipa techniczna skończy pracować w naszym biurze. Myślałam, 

że   ktoś   z   działu   gospodarczego   spędza   tam   przerwy.   Śpiwór.   Ekspres   do   kawy.   Ktoś 

najwyraźniej tam wpadał. Ale to nie był nikt z personelu akademika. To Sebastian, prawda? 

Rejestrowałaś Sebastiana i pozwalałaś mu mieszkać nielegalnie? Prawda?

Sarah drży z twarzą ukrytą w dłoniach. Nie odpowiada.

Ale nie musi. Język jej ciała robi to za nią.

- Nic dziwnego, że Sebastian nie chciał powiedzieć glinom, gdzie był, kiedy Owen 

wyzionął ducha - ciągnę. - Nie mógł! Bo wiedział, że wpakowałby cię w kłopoty i straciłabyś 

pracę za to, że pozwoliłaś mu mieszkać nielegalnie. Sarah! Co ty sobie myślałaś? Oszalałaś 

zupełnie?

Sarah opuszcza ręce i patrzy na mnie z gniewem.

- Sebastian nic nie jest winien! - krzyczy. - To był mój pomysł! Jeśli już, to wina 

głupiego działu zakwaterowań! On prosił o współlokatora przestrzegającego koszem! I kogo 

dostał?  Kalifornijskiego surfera, który odhaczył  „koszerne”, bo to droższy plan żywienia, 

więc myślał, że jedzenie będzie lepsze! Nawet nie wiedział, co to słowo znaczy. A potem, 

kiedy  Sebastian  poszedł  do  kierownictwa  swojego   akademika   poprosić  o zmianę  pokoju, 

usłyszał,   że   nie   ma   wolnych   miejsc.   To   co   miał   zrobić?   Przekreślić   swoje   przekonania 

religijne?

- Nie - mówi Cooper. - Widocznie wolał zamiast tego przekreślić twoje szanse na 

pracę.

Sarah tak gwałtownie wciąga powietrze, że aż ją zatyka. Sekundę później wygląda, 

jakby miała zwymiotować.

Na szczęście znajduję leżącą w pobliżu porzuconą torebkę ze Starbucksa. Zmuszam 

Sarah, żeby znowu usiadła i oddychała do niej przez kilka minut. Wkrótce wszystko wraca do 

background image

normy.

Przycupnięta pomiędzy Cooperem a mną, wpatrując się smętnie w ostatnią, pożeraną 

przez Lucy, stronę katalogu Victoria's Secret, Sarah oznajmia:

- Zdaje się, że jestem największą idiotką na świecie.

- Nie, nie największą - zapewnia ją Cooper.

- Nie musimy im mówić, jak długo pozwoliłaś mu tam mieszkać - mówię. - Możemy 

powiedzieć, że tylko tę jedną noc.

- Nie.   -   Sarah  kręci   głową  tak   gwałtownie,   że   jej   długie,   gęste   włosy  prawie   nas 

chłoszczą. - Byłam zaślepiona miłością. Nawet nie prawdziwą miłością, bo dla niego jestem 

niczym   więcej   niż   przyjacielem.   Jakby   taki   chłopak   mógł   kiedykolwiek   pokochać   taką 

dziewczynę jak ja.

- Dziwniejsze rzeczy się zdarzają - orzeka sucho Cooper. - Zwłaszcza po nocy czy 

dwóch w Tombs. W ogóle może nabrać ochoty na seks.

Chcę mu dać kuksańca, ale między nami siedzi Sarah.

Jednak nie muszę się martwić. Ona i tak nie słucha.

- Nadużyłam swoich kompetencji jako asystentka zatrudniona w domu studenckim - 

mówi. - Kłamałam i wykorzystywałam swoje przywileje rejestrowania i pobierania kluczy. 

Złożę rezygnację.

- Słusznie - mówi Cooper. - Ale komu? Twój szef nie żyje.

- Tak - wtrącam się. - A ja jestem za tym, żeby przypisać to chwilowej niedyspozycji 

umysłowej. Jakiejś wiosennej gorączce.

- Nigdy więcej się do niego nie odezwę - oświadcza Sarah. - Po tym, jak przekażemy 

książkę przyjść i wyjść, i jak złożę zeznania. I jak KSM zmusi biuro rektora do przyjęcia 

wszystkich naszych żądań. I jak znajdę mu gdzie indziej bezpieczne lokum, na które może 

sobie pozwolić. I upewnię się, że otrzymał odpowiednią pomoc psychiatryczną w związku z 

potraumatycznym stresem.

- I o to chodzi! - podsumowuje Cooper tonem pełnym zachęty.

- Oczywiście - stwierdza Sarah, kiedy wszyscy troje kierujemy się z powrotem do 

Fischer Hall po książkę przyjść i wyjść, żeby zanieść ją detektywowi Canavanowi i w ten 

sposób przyspieszyć wypuszczenie na wolność człowieka, w którym Sarah, jak się stanowczo 

zaklina,   już   nie   jest   zakochana.   -   Byłoby   o   wiele   lepiej,   gdybyśmy   doszli   do   tego,   kto 

naprawdę zabił Owena. Nie tylko z powodu Sebastiana - dodaje pospiesznie. - Ale wtedy 

wszystko mogłoby wrócić do normy. - Wymieniamy z Cooperem spojrzenia.

- Tak - mówię. - Byłoby lepiej.

background image

11

Z moim panem idę

przez park,

Zgoniona jak pies za dwóch,

Ale w sercu młody żar,

Ale w ciele młody duch

Piosenka Lucy

słowa i muzyka: Heather Wells

Na detektywie Canavanie książka przyjść i wyjść, którą prezentujemy mu czterdzieści 

pięć minut później, nie robi specjalnego wrażenia. Może dlatego, że jest zmęczony po długim 

dniu pracy i po prostu chce już iść do domu (witamy w klubie).

Ale także dlatego, że, jak stwierdza, właściwie nie jest ona żelaznym alibi, bo każdy 

może   się   ukradkiem   przemknąć   koło   uczelnianego   ochroniarza,   strzelić   w   głowę 

tymczasowemu kierownikowi akademika i z powrotem zakraść się do budynku.

Informuję Canavana, że jego brak wiary w kompetencje służb ochrony Uniwersytetu 

Nowojorskiego jest wstrząsający, na którą to uwagę w ogóle nie reaguje... jeśli nie liczyć 

wzmianki o błahostce, jaką było znalezienie krótkiej broni palnej w torbie Sebastiana.

- Broni   palnej?!   -   wykrzykuje   drwiąco   Sarah.   -   Niech   pan   nie   będzie   śmieszny. 

Sebastian nie ma żadnej broni. On jest pacyfistą. Wierzy, że przemoc nigdy nie jest dobrą 

odpowiedzią. Niczego nie rozwiązuje.

Detektyw Canavan prycha.

- Pacyfista z trzydziestką ósemką, na którą w dodatku nie ma zezwolenia.

Ponieważ tak się właśnie składa, że kula tego samego kalibru przebiła czaszkę Owena 

Veatcha w porze, na jaką Sebastian nie ma wiarygodnego alibi, jest on kandydatem numer 

jeden na mordercę, ale jak na razie wyłącznie podejrzanym. Testy balistyczne wykażą, czy 

jego broń to ta sama, której użyto do załatwienia mojego szefa. Natomiast książka przyjść i 

wyjść może być dowodem winy Sebastiana, ponieważ jest w niej zapisane, że Sebastian był w 

Fischer Hall w czasie, gdy popełniono morderstwo.

Hm. Ups?

Kiedy wychodzimy z komisariatu na West Tenth Street, Sarah wyraźnie blednie.

- Posłuchaj - mówię i w obawie, że zaraz zacznie wymiotować, ukradkiem rozglądam 

background image

się po chodniku za porzuconymi papierowymi torbami. - Wszystko będzie dobrze. Jestem 

pewna, że Sebastian już dzwonił do rodziców, a oni wezmą najlepszego prawnika. Zostanie 

postawiony w stan oskarżenia, wpłacą za niego kaucję i do rana wyjdzie.

W   tym   momencie   Cooper   zaczyna   coś   bąkać,   ale   osadzam   go   ostrzegawczym 

spojrzeniem, więc się zamyka.

- Wiem - bąka Sarah cicho.

- A   przez   noc   nic   mu   się   w   areszcie   nie   stanie   -   oświadczam   z   przekonaniem.   - 

Detektyw Canavan sprawdzi, czy dostał inhalator. I leki na alergię.

- Wiem - powtarza Sarah. Znowu cicho. Zbyt cicho.

Ponad   czubkiem   jej   głowy   spoglądam   na   Coopera.   Unosi   brwi.   Obydwoje   to 

wyczuwamy: coś jest nie tak. Sarah powinna histeryzować. Dlaczego jest taka spokojna?

Czekamy na rogu na wolną taksówkę, która zawiezie nas z powrotem na Washington 

Square. Jest cudowny wiosenny wieczór, więc na ulicach tłum: pary - zarówno hetero, jak i 

homo, niektóre pchające spacerówki, inne nie - i single, niektórzy z psami, inni bez, ale wszy-

scy elegancko ubrani (to West Village). Przechadzają się wzdłuż uroczych  kawiarnianych 

ogródków   pod   różnobarwnymi   markizami,   witryn   drogich   magazynów   z   cackami   do 

dekoracji wnętrz, pachnących babeczkami piekarni.

Sarah najwyraźniej w ogóle tego wszystkiego nie widzi. Patrzy prosto przed siebie z 

nieobecnym   wyrazem   twarzy.   Wreszcie   Cooperowi   udaje   się   zatrzymać   taksówkę,   która 

hamuje tuż przy nas. Sarah nadal ani drgnie, więc sięgam po jej rękę i szczypię ją, metodą 

Muffy Fowler.

Niezbyt mocno. Tylko tyle, żeby zmusić ją do reakcji.

- Uauu! - wrzeszczy, podskakując i rozcierając przedramię. Po czym zwraca na mnie 

oskarżycielskie spojrzenie. - Po co to zrobiłaś?

- Co się z tobą dzieje? - pytam stanowczym tonem. - Właśnie odkryłaś, że miłość 

twojego   życia   to   zwykły   oszust.  Dlaczego   się   nie   zapowietrzasz?   Albo  przynajmniej   nie 

płaczesz?

- O czym ty mówisz? - Pilnie wymagające skubania brwi ściągają się w jedną linię. - 

Sebastian nie jest miłością mojego życia. I nie jest oszustem.

- Pacyfista,   który   chodzi   z   trzydziestką   ósemką?   -   Przytrzymując   tylne   drzwiczki 

taksówki, Cooper robi sceptyczną minę. - Nie znajdujesz w tym odrobiny hipokryzji?

- Boże, nie rozumiecie? - Sarah, która właśnie gramoli się do środka, parska gorzkim 

śmiechem. - Przecież to oczywiste. Ktoś mu tę broń podrzucił.

Wślizgnąwszy się na miejsce obok niej, zerkam na Coopera, ale on tylko wzrusza 

background image

ramionami, widocznie równie ciemny jak ja.

- Sarah, o czym ty mówisz?

- Gołym okiem widać, że to spisek - wyjaśnia Sarah takim tonem, jakbyśmy obydwoje 

byli głupkami, którzy niczego nie rozumieją. - Zorganizowany przez biuro rektora. Nie wiem, 

jak to zrobili, ale możecie być pewni, że to oni za tym stoją. Sebastian nigdy by nie nosił 

broni. Ktoś musiał mu ją wsunąć do torby.

- Washington Square West, róg Waverly - podaje Cooper taksówkarzowi, siadając 

obok mnie na tylnym siedzeniu. A do Sarah mówi: - Chylę czoła, dzieciaku. To coś nowego. 

Spisek zorganizowany przez biuro rektora Uniwersytetu Nowojorskiego. Bardzo pomysłowe.

- Śmiejcie się, ile chcecie - odpowiada Sarah i stanowczo odwraca się do okna. - Ale 

jutro wszyscy tego pożałują. Bardzo pożałują.

Wpatruję się w jej profil. Na dworze jest coraz ciemniej, więc trudno mi coś dostrzec. 

Nie potrafię stwierdzić, czy ona sobie z nas żartuje, czy mówi poważnie.

Ale przecież to jest Sarah. A Sarah nigdy nie była specjalną żartownisią.

- Co rozumiesz przez: pożałują? - pytam. - O czym ty mówisz?

- Nic, nic - odpowiada niewinnie. - Nie przejmuj się.

Zerkam   na   Coopera.   Usiłuje   powstrzymać   uśmiech.   Chociaż   ja   nie   widzę   w   tej 

sytuacji niczego szczególnie zabawnego.

Wreszcie zatrzymujemy się przed Fischer Hall. Sarah odrzuca moje zaproszenie na 

obiad. Oznajmia, że ma jeszcze pełno roboty - cokolwiek by to znaczyło. Po jej odejściu 

Cooper zauważa, że to świetnie - przeżył już dziś tyle dwudziesto - i - coś - tam - letnich 

dramatów, ile jest w stanie znieść w jednej dobie.

- Ale   co   to   miało   znaczyć,   że   jeszcze   pożałujemy?   -   zastanawiam   się,   kiedy 

wchodzimy na werandę przed drzwiami jego domu. - Co ona knuje?

- Nie wiem. - Cooper walczy ze swoimi kluczami. - Ale moim zdaniem, jeśli wymknie 

się   spod   kontroli,   masz   silną   kartę   przetargową   w   postaci   faktu,   że   pozwalała   temu 

chłopakowi   mieszkać   nielegalnie   w   waszym   akademiku.   Po   prostu   zagroź   jej,   że   na   nią 

nakablujesz.

- Och, Coop - mówię. - Nie mogę tego zrobić.

- A niby dlaczego? - pyta kategorycznym tonem. - Jesteś dla nich za miękka, Heather. 

Co to była dzisiaj za heca z moim samochodem? Naprawdę myślałaś, że jest chociaż cień 

cholernej szansy, że pozwolę im go pożyczyć?

- Nie - odpowiadam. - Ale kto to mówi. Co to była dzisiaj za heca, ta druga, w twoim 

biurze, kiedy kląłeś na Sarah i kazałeś jej spieprzać? Jakbyś naprawdę zamierzał ją wyrzucić. 

background image

Ty nie wyrzuciłbyś nawet karalucha. To jasne.

- Heather, może nie zauważyłaś, ale ona łgała w żywe oczy. - Cooperowi udaje się 

przekręcić   klucz   w   zamku   frontowych   drzwi,   które   otwiera   na   oścież.   -   Myślisz,   że 

wyciągnęlibyśmy z niej prawdę, gdybym cackał się z nią tak jak ty?

Zaczyna brzęczeć moja komórka. Wyciągam ją, widzę, że to Tad, więc natychmiast 

przełączam rozmowę na pocztę głosową.

Niestety,   Cooper   stoi   wystarczająco   blisko,   żeby   widzieć,   kto   dzwonił.   I   gdzie 

przełączyłam rozmowę.

- Kłopoty w raju? - pyta, unosząc czarną brew.

- Nie   -   odpowiadam   sztywno.   -   Po   prostu   w   tej   chwili   nie   mam   ochoty   z   nim 

rozmawiać. - Wchodzę za Cooperem do środka i rzucam moją torebkę i klucze na ten sam 

stolik w holu, na który on rzucił swoje klucze i aktówkę. - Rzecz w tym, że nie musiałeś być 

dla niej aż taki okropny...

Odwraca się, żeby spojrzeć na mnie z góry.

- Tak, Heather, właśnie że musiałem. Czasami, jeśli chcesz dotrzeć do prawdy, musisz 

na ludzi naciskać. Może to nieelegancko, ale działa.

- No to trzeba uznać, że się ze sobą nie zgadzamy - mówię. - Bo ja uważam, że można 

być miłą i uzyskać te same rezultaty.

- Jasne - parska. - Za cztery lata.

- Wcześniej czy później sumienie Sarah przemówiłoby do jej lepszego ja - stwierdzam 

z przekonaniem. - I to o wiele szybciej niż za cztery lata. Raczej za cztery minuty. Właśnie 

tak jak się stało. I... o mój Boże, co to?

Cooper głęboko wciąga powietrze.

- To - oznajmia tonem człowieka bardzo zadowolonego z odkrycia, którego właśnie 

dokonał - cudowna woń duszonych żeberek, które zrobił twój tata.

- Boże. - Jestem w szoku. - Pachną pysznie.

- Tak,   lepiej   ciesz   się   nimi,   póki   możesz,   bo   to   ostatni   raz,   kiedy   mamy   okazję 

doświadczać tych przyjemności.

- Och, przestań - mówię. - On się tylko przeprowadza do innej dzielnicy. Nie umiera.

- To ty nie mogłaś znieść go tutaj - wytyka mi Cooper, kierując się do tylnej części 

domu,   skąd   napływa   ten   obłędnie   smakowity   zapach.   -   Ja   byłem   gotów   pozwolić   mu 

zamieszkać na zawsze.

- Akurat. - Biegnąc za nim truchtem, nie mogę uwierzyć w to, co słyszę. - Na zawsze? 

Nie przeszkadzały ci joga ani świece do aromaterapii? A co z grą na flecie?

background image

- Jeśli czeka mnie taki obiad? Absolutnie da się wybaczyć.

- Jesteście! - woła tata z kuchni. Może słyszeć nas w korytarzu, jak nadchodzimy, ale - 

wiem to z własnego doświadczenia - nie słyszy, o czym mówimy. Słuch ma już nie ten co 

dawniej, a ściany domu Coopera są grube. Nie ma to jak XIX - wieczne budownictwo. - Hej, 

wy dwoje, przestańcie się sprzeczać i pospieszcie się. Obiad już czeka. Jesteście spóźnieni!

Pędzimy   do   absurdalnie   wielkiej   (w   każdym   razie   jak   na   Manhattan)   kuchni   ze 

świetlikiem, gdzie zastajemy ciężki drewniany stół już nakryty, świece już zapalone i wino 

już nalane. Tata w niebiesko - białym fartuchu, rozpiętej koszuli, oliwkowych sztruksach i 

butach   firmy   Crocs   stoi   przy   blacie   i   miesza   sałatkę.   Rozpromienia   się   na   nasz   widok, 

podobnie jak Lucy, waląca ogonem o podłogę z ukontentowaniem psa, który już odbył swój 

wieczorny spacer.

- Cześć - mówi tata. - Tak się cieszę, że się wam udało.

- Przepraszamy   za   spóźnienie   -   zaczynam.   -   Musieliśmy   pojechać   z   Sarah   na 

komisariat. Wyszło na jaw, że ona...

Głos mi zamiera. Bo okazuje się, że nie jesteśmy w kuchni sami. Ktoś już siedzi przy 

stole nad pełnym talerzem, chociaż jeszcze uprzejmie się powstrzymuje przed zaatakowaniem 

jego zawartości. Jednak tego samego nie można powiedzieć o kieliszku z winem.

- Heather!  - bełkocze brat Coopera, Jordan, w  pijackim geście unosząc w naszym 

kierunku kieliszek. - Cooper! Słyszeliście nowinę? Mam zostać tatusiem!

- Naprawdę nie miałem innego wyjścia, nie mogłem go nie wpuścić - tłumaczy się 

mój   ojciec   już   po   obiedzie,   kiedy   Cooper   zostawia   nas,   by   odwieźć   brata   do   jego 

luksusowego apartamentu na Upper East Side. - Bardzo nalegał, że musi się z wami zobaczyć. 

I był, jak sama widziałaś, w szalenie uroczystym nastroju.

Nastrój Jordana, gdybyście mnie pytali, nazwałabym raczej samobójczym. Jak to się 

zdarza, kiedy człowiek dowiaduje się, że jego żona jest w ciąży, a on nie ma stuprocentowej 

pewności, czy jest gotów zostać tatą.

Jednak było coś, co Jordan prosił, żeby zostało między nami, kiedy dopadł mnie samą 

w holu, gdy, jeszcze podczas obiadu, wracałam z łazienki.

- Nie powinienem był  pozwolić ci odejść - grobowym tonem poinformował mnie, 

wciśniętą pomiędzy niego a ścianę.

Ponieważ   odbywamy   tę   rozmowę   średnio   raz   na   trzy   -   cztery   miesiące,   znam 

scenariusz i mam swoje kwestie wykute na blachę. Musiałam jedynie wygłosić, co następuje:

- Jordan. Już to przerabialiśmy. Tobie i mnie nigdy się nie układało. O wiele lepiej ci z 

background image

Tanią. Wiesz, że ona cię kocha.

Jednak tym razem nagle zboczył z utartej ścieżki naszego dialogu.

- Właśnie   o   to   chodzi.   Nie   myślę,   żeby   mnie   kochała.   Wiem,   że   to   zabrzmi 

idiotycznie, ale wydaje mi się... wydaje mi się, Heather, że ona wyszła za mnie dlatego, że 

jestem tym, kim jestem. I dlatego, że mój ojciec jest tym, kim jest... Właścicielem Cartwright 

Records. Ta historia z dzieckiem... sam nie wiem... A co, jeśli to po to, żeby później dostać 

większe alimenty?

Muszę przyznać, doznałam szoku.

Z drugiej strony, to był Jordan. W dodatku pijany. A alkoholu i Jordana nie wolno 

łączyć.

- Jasne, że nie dlatego chce mieć z tobą dziecko - mówię uspokajająco. - Tania cię 

kocha.

Prawda jest taka, że - oczywiście - nie mogę tego wiedzieć. Ale nie zamierzałam mu o 

tym mówić.

- I ten dzidziuś - ciągnął Jordan. - Jak ja mogę być tatą? Nic nie wiem o dzieciach. W 

ogóle o niczym nic nie wiem...

Był to szokujący przejaw samopoznania. Świadczył o zdumiewającej dorosłości oraz 

dojrzałości Jordana. Przynajmniej tak wtedy pomyślałam.

- Już sam fakt, że zdajesz sobie z tego sprawę, Jordanie - powiedziałam mu - pokazuje, 

że jesteś bardziej gotów na ojcostwo teraz, niż byłeś kiedykolwiek przedtem. A poważnie, 

jeśli tylko będziesz o tym pamiętał - o tym, że nic nie wiesz o niczym - to myślę, że się 

okażesz fantastycznym ojcem.

- Naprawdę? - Jordan rozpromienił się, jak gdyby moja opinia na ten temat naprawdę 

coś dla niego znaczyła. - Naprawdę tak uważasz, Heather?

- Naprawdę - przytaknęłam i uścisnęłam mu rękę. - A teraz co byś powiedział na to, 

żebyśmy wrócili na obiad?

Niedługo potem Cooper przekonał brata, że już dość się naświętował jak na jeden 

wieczór   i   powinien   dać   się   odwieźć   do   domu.   Jordan   w   końcu   uległ,   ale   tylko   pod 

warunkiem, że Cooper pozwoli mu włączyć po drodze jego nowe demo - na który to warunek 

Cooper przystał z widocznym niesmakiem. A mnie się udało przekonać tatę, żeby usiadł i 

spokojnie wypił jedną ze swoich ziołowych herbatek, kiedy ja będę zmywała po obiedzie.

- Miałaś dzisiaj ciężki dzień - zauważa tata, podczas gdy odskrobuję zakrzepłą maź, 

oblepiającą wnętrze garnka, w którym  szykował  żeberka. - Musisz być  wykończona.  Nie 

biegałaś przypadkiem rano?

background image

- Jeśli można to tak nazwać - odburkuję. Słowo daję, żeberka wyszły mu pyszne, ale 

czy naprawdę trzeba było użyć każdego garnka, który mamy?

- Tad musi być bardzo dumny. To dla ciebie nie lada wyczyn, takie bieganie. Znowu 

dzwonił pod numer domowy, dosłownie chwilę przed waszym powrotem. Zaprosiłbym go na 

obiad, ale wiem, że nie jada mięsa, a nie miałem przygotowanych żadnych innych protein.

- Wszystko w porządku - mówię. - Później do niego oddzwonię.

- Sprawy z Tadem przybierają poważny obrót, co?

Myślę o jego dziwnym zachowaniu dzisiejszego ranka. To było dopiero dziś rano? A 

wydaje się, że wieki temu.

- Tak - odpowiadam. - Chyba tak. To znaczy... - Zamierza mnie poprosić, żebym za 

niego wyszła. - Nie wiem.

- Miło - stwierdza nieco mgliście tata - że kogoś masz. Nadal czasami się o ciebie 

niepokoję, Heather. Nigdy nie byłaś jak inne dziewczyny, no wiesz.

- Tak?   -   Znajduję   szczególnie   uparty   kawałek   zapieczonego   lepkiego   świństwa   i 

pracuję nad nim paznokciem kciuka. Zaczynam rozważać, czy druciak do zmywania bardzo 

podrapie komplet emaliowanych garnków, sprezentowanych niegdyś Cooperowi przez jego 

dziewczynę - zawodową kucharkę, której imię dawno zniknęło w mrokach przeszłości.

- Właśnie tak - ciągnie tata. - Zawsze bardziej przypominałaś mnie niż matkę. Status 

quo to nie dla nas. Żadnego wysiadywania od dziewiątej do piątej. Dlatego tak mnie dziwi, że 

chyba jesteś naprawdę oddana swojej pracy.

- Nie powiedziałabym, że jestem jej oddana. Kapituluję i sięgam po druciak. Może 

jeśli będę ostrożna, nie zdrapię emalii. - To znaczy, lubię ją...

- Ale twoją prawdziwą pasją jest śpiewanie - przerywa mi tata. - I pisanie piosenek. 

Nie uważasz?

- Nie wiem. - Druciak też nie skutkuje. - To też lubię.

- A co byś powiedziała, gdybym ci oznajmił, że wiem o pewnej możliwości, żebyś 

mogła   znowu   pisać   i   śpiewać   swoje   własne   piosenki?   Za   pieniądze.   W   dodatku   dobre 

pieniądze. Co o tym sądzisz?

Sukces! Kleiste świństwo odlazło! Ale tyle zostało jeszcze do czyszczenia.

- Nie wiem - mówię. - O co ci w ogóle chodzi? Wiesz, że Frank, mąż Patty, zawsze 

próbuje mnie zabrać w trasę ze swoim zespołem, i muszę ci powiedzieć, że to naprawdę nie 

dla mnie.

- Nie, nie - wpada mi w słowo tata, wychylając się z krzesła w moją stronę. Za nim, 

przez kuchenne okna, widzę światła Fischer Hall. Dzieciaki już wróciły z obiadu i teraz uczą 

background image

się   albo   szykują   do   wyjścia.   Nie   ma   dla   nich   znaczenia,   że   to   dzień   powszedni,   a   nie 

weekend, ani że tymczasowy kierownik ich akademika został tego ranka zamordowany. Nie 

wtedy, kiedy gdzieś leje się strumieniami piwo. - To prawdziwa okazja, którą chcemy ci z 

Larrym zaoferować. Wiemy, co myślisz o biznesie nagraniowym. Raz się człowiek sparzy i 

potem na zimne dmucha. Ale to nic w tym  rodzaju. Coś kompletnie innego. Słyszałaś o 

Kołysankach, prawda?

Przerywam szturm na garnek.

- O tych brytyjskich dzieciakach? Maluch Party uwielbia je.

- O australijskim zespole dziecięcym - poprawia mnie. - Ale to byłoby coś podobnego. 

Tak. Planujemy z Larrym rozpocząć produkcję i wprowadzić na rynek CD i DVD z muzyką 

dla dzieci. Koszty w porównaniu z kasą, którą można zgarnąć, są naprawdę zdumiewająco 

małe. Powinnaś w to wejść. Chcemy, żebyś została gwiazdą tych programów: gospodynią, 

wykonawczynią   i   autorką   piosenek.   Zawsze   podobałaś   się   dzieciom,   nawet   kiedy   byłaś 

nastolatką.  Coś   w  twoim  głosie,  w  sposobie  bycia...  może   to te  jasne  włosy.  Nie wiem. 

Miałabyś   główną   rolę,   reszta   to   postacie   animowane,   ściślej   mówiąc,   byłabyś   jedynym 

człowiekiem.   Chcemy   poświęcić   każdy   odcinek   innej   kwestii:   używaniu   nocniczka, 

chodzeniu   do   przedszkola,   strachowi   przed   spłynięciem   razem   z   wodą   z   wanny,   takim 

rzeczom. Wszystko przekalkulowaliśmy i coś nam się wydaje, że możemy przysporzyć naszej 

konkurencji:  Dorze - Badaczce,  Kołysankom,  Muzycznym tropom,  prawdziwych kłopotów. 

Myślimy o tytule Świat Heather. Co o tym sądzisz?

Przestaję skrobać. Stoję koło zlewu i gapię się na tatę. Czuję się tak, jakby mój mózg 

był jakimś DVD, w którym ktoś właśnie włączył pauzę.

- O czym? - pytam inteligentnie.

- Wiem, kochanie, że w głębi duszy chciałabyś wrócić do szkoły - mówi tata, znów 

wychylając się w krześle. - I absolutnie możesz. To jest w tym projekcie cudowne. Żadnych 

tras koncertowych, żadnych  kampanii promocyjnych, przynajmniej nie od razu. Po prostu 

chcemy dostać teksty piosenek, nagrać płyty, potem wypuścić je na rynek i zobaczyć, jak się 

sprzedają. Mam przeczucie, i Larry się ze mną zgadza, że odniesiemy duży sukces. Potem 

możemy pracować zgodnie z twoim harmonogramem,  żeby zorganizować  taką  promocję, 

jaką będziemy chcieli. Zauważ, że powiedziałem „my”. Tylko i wyłącznie od ciebie będzie 

zależeć, jak dużo albo jak mało zechcesz zrobić. Nie jestem twoją matką, Heather. W żadnym 

wypadku nie chcę, żebyś robiła cokolwiek ponad siły...

Zdaje się, że nie ogarniam tego, co powiedział.

- To znaczy, że mam rzucić pracę w Fischer Hall?

background image

- Cóż - mówi powoli. - Obawiam się, że to będzie konieczne. Tak. Ale, Heather, za 

pracę przy tym projekcie zostaniesz hojnie wynagrodzona, łącznie z pokaźną zaliczką, co 

wyniesie... powiedzmy sto razy tyle, ile zarabiasz rocznie w Fischer Hall plus tantiemy. I 

wierzę, że Larry nie będzie miał nic przeciwko temu, żebyś dostawała procent od zysków 

brutto.

- Tak, ale... - Patrzę na niego i mrugam, oszołomiona. - Nie wiem. Rzucić pracę? To 

dobra   praca.   Z   dodatkowymi   plusami.   Mam   bezpłatne   zajęcia   wyrównawcze   i   inne.   I 

doskonałe ubezpieczenie zdrowotne.

- Heather. - W głosie taty zaczyna pobrzmiewać lekkie zniecierpliwienie. - Kołysanki 

przynoszą   szacunkowo   pięćdziesiąt   milionów   rocznego   dochodu   brutto.   Myślę,   że   z 

pięćdziesięcioma  milionami  dolarów rocznie  będziesz  mogła  sobie  pozwolić na  dowolnie 

wybrane ubezpieczenie zdrowotne.

- Tak - wzdycham. - Ale przecież nie wiesz, czy płyty w ogóle się sprzedadzą. Dzieci 

mogą   ich   nienawidzić.   Wszystko   może   się   skończyć   kompletną   klapą.   Na   przecenie   w 

sklepach Sam Goody.

- To ryzyko, które podejmujemy - ucina tata.

- Ale...   -   Wpatruję  się   w   niego.   -   Ja  nie   piszę   piosenek   dla   maluchów.   Piszę   dla 

dorosłych, takich jak ja.

- Wiem - odpowiada. - Ale pisanie piosenek dla dzieci nie może się tak bardzo różnić 

od pisania dla sfrustrowanych młodych kobiet.

Znowu mrugam.

- Sfrustrowanych?

- Zamiast   uskarżać   się   na   rozmiar   swoich   dżinsów,   pożalisz   się,   że   musisz   pić   z 

kubeczka z pokrywką. Albo że nie nosisz takich spodenek jak duże dziewczynki. Po prostu 

spróbuj. Myślę, że wypadniesz naturalnie. Prawda jest taka, Heather, że dla ciebie postawiłem 

wszystko   na   jedną   kartę.   Larry   chce   złożyć   ofertę   Mandy   Moor.   Poprosiłem,   żeby   się 

wstrzymał. Powiedziałem, że na pewno możesz przedstawić nam coś takiego, od czego nam 

szczęki opadną.

- Tato. - Kręcę głową. - Nie chcę pisać ani śpiewać o kubeczkach z pokrywką.

- Heather   -   mówi   tata.   -   Sądzę,   że   nie   rozumiesz.   To   wyjątkowa   okazja   dla   nas 

wszystkich. Ale głównie dla ciebie. To szansa, żebyś się wyrwała z tego piekielnego miejsca, 

w którym pracujesz, miejsca, gdzie nie dalej jak dziś twojego szefa zabito strzałem w głowę, 

w pokoju po sąsiedzku z twoim. I również szansa dla ciebie, żebyś mogła... bądźmy ze sobą 

szczerzy... znaleźć sobie coś samodzielnego i nie musiała mieszkać tutaj, z Cooperem, co nie 

background image

jest dla ciebie najzdrowszym układem.

Szybko odwracam się z powrotem do brudnych naczyń.

- Nie wiem, o czym mówisz.

- Nie wiesz? - pyta łagodnie. - To dlaczego dotąd nie oddzwoniłaś do Tada, Heather? 

Naprawdę dlatego, że byłaś zbyt zajęta? Czy może dlatego, że w głębi duszy wiesz, że jesteś 

zakochana w kim innym?

O mało nie upuszczam kieliszka, który właśnie szoruję.

- Ouu, tato - rozżalam się. - Metoda ranienia dziewczyny.

- Właśnie. - Wstaje od stołu, podchodzi i kładzie mi rękę na ramieniu. - W tym rzecz. 

Nie chcę cię widzieć zranionej. Chcę ci pomóc. Bóg świadkiem, jak bardzo ty mi pomogłaś w 

ciągu ostatnich miesięcy. Chcę się odwdzięczyć. Pozwolisz mi?

Nie potrafię spojrzeć mu w twarz. Wiem, że jeśli to zrobię, powiem: tak. A ja nie chcę 

powiedzieć: tak. Nie sądzę, żebym chciała.

Albo może jakaś część mojego ja pragnie się zgodzić. Ta sama, która jest gotowa 

powiedzieć  tak   Tadowi,  kiedy  on  uzna,  że   pora  jest   wreszcie  odpowiednia  i   zada  swoje 

pytanie.

Więc zamiast odpowiedzieć, wpatruję się w zlew pełen brązowej wody z mydlinami.

Potem wzdycham.

- Pozwól mi się zastanowić, okej?

Nie widzę jego uśmiechu, bo oczywiście nie patrzę na niego. Ale i tak ten uśmiech 

wyczuwam.

- Jasne, kochanie - mówi tata. - Tylko nie zastanawiaj się zbyt długo. Okazje, takie jak 

ta, nie trwają wiecznie. Cóż... wiesz to z poprzedniego razu.

Jeszcze jak wiem.

background image

12

Randka z dzieciństwa

(szkoda, że nie miałam)

Kupmel z dzieciństwa

(szkoda, że nie znałam)

Zagrać uczciwie

(już bez żadnej zdrady)

I zero fałszu

(tym razem naprawdę).

Randka z dzieciństwa

słowa i muzyka: Heather Wells

Następnego ranka nie mam pojęcia, że coś niezwykłego  dzieje się na Washington 

Square West, dopóki nie skręcam za róg Waverly Place, sennie siorbiąc bitą śmietanę, która 

wieńczy moją grande café mocha. (Że powtórzę za Gavinem: no i co z tego. Jakbym wczoraj 

w ogóle nie biegała. Zasługuję na trochę bitej śmietany. Poza tym bita śmietana jest wyrobem 

mlecznym, a dziewczynie niezbędne są wyroby mleczne do zwalczania osteoporozy. Każdy 

to wie).

Właśnie   zlizuję   sobie   śmietanowe   wąsy,   kiedy   to   widzę   -   albo,   w   każdym   razie, 

wydaje mi się, że widzę. Gigantycznego szczura.

I nie mam tu wcale na myśli waszych zwykłych, wielkości kotka, szarobrązowych 

szczurów z metra. Mówię o gigantycznej, wysokiej na trzy metry, nadmuchanej, wyglądającej 

jak żywa, replice szczura, stojącego na tylnych łapach i gapiącego się z groźnym grymasem 

na ulicę spod głównych drzwi Fischer Hall.

Ale jak to możliwe? Co trzymetrowy nadmuchiwany szczur robi przed wejściem do 

mojego miejsca pracy? Czyżbym już zaczęła mieć zwidy? To prawda, że dopiero co wstałam. 

Delektując   się   faktem,   że   mogę   się   wyspać   -   żadnego   biegania,   jeśli   o   mnie   chodzi   - 

zwlokłam się z łóżka o ósmej trzydzieści, rezygnując z porannego prysznica... no dobrze, 

kąpieli.

Bo kto zawraca sobie głowę prysznicem, kiedy może poleżeć sobie w wannie?

Jednak   dziś   tylko   wciągnęłam   na   siebie   świeżo   wyprane   dżinsy   i   koszulkę, 

przejechałam   szczotką   po   włosach,   umyłam   twarz,   rzuciłam   na   nią   trochę   kremu 

background image

nawilżającego i makijażu, i za pięć dziewiąta byłam już na ulicy. Rezerwując nadwyżkę czasu 

właśnie na grande café mocha. Nawet nie widziałam się z Cooperem ani z tatą. Obydwaj są 

rannymi  ptaszkami,  więc już dawno wstali i wyszli.  Tata nawet zabrał  Lucy na poranny 

spacer. Zdecydowanie będzie mi tego brakowało, kiedy się już wyprowadzi. Na pewno.

Nie ma znaczenia, ile czasu stoję i zaciskam powieki, a potem je znowu otwieram. 

Szczur nie znika. (Jestem całkowicie rozbudzona).

Gorzej.   Maszerują   przed   nim   tam   i   z   powrotem   dziesiątki,   a   może   setki, 

demonstrantów, niosących transparenty z hasłami takimi jak: „Uniwersytet Nowojorski Nie 

Dba o Zatrudnionych Studentów” albo „Opieka Medyczna Natychmiast!” Wielu z nich to 

łachmaniarsko   wyglądający   słuchacze   studiów   magisterskich,   w   obowiązkowych   worko-

watych spodniach i dredach.

Ale jeszcze więcej ma na sobie uniformy, a co gorsza, są to uniformy kampusowych 

służb - ochrony, gospodarczej i technicznej.

Dopiero   teraz   do   mnie   dociera.   Zimny,   paniczny   strach   rozpełza   mi   się   po   sercu 

lodowatymi mackami.

A jednak Sarah to zrobiła! Namówiła swój KSM do strajku.

I przekonała pozostałe związki w kampusie, żeby zastrajkowały razem z nimi.

Gdyby moje życie  było  filmem, właśnie wtedy cisnęłabym  grande café  mocha na 

ziemię   i   osunęłabym   się   powoli   na   kolana,   chwytając   się   za   głowę   i   krzycząc:   „Nieee! 

Dlaczego? Dlaczego?”

Ale ponieważ moje życie nie jest filmem, zadowalam się ciśnięciem swojej kawy - 

która nagle wydaje mi się zbyt mdła, żebym mogła ją dokończyć - do najbliższego miejskiego 

kosza na śmieci, a następnie przechodzę przez ulicę - rozejrzawszy się uprzednio na obie 

strony (chociaż jest to ulica jednokierunkowa. Jednak w uczelnianym kampusie nigdy nie ma 

pewności, czy jakiś skejtbordzista albo pędzący na rowerze dostawca chińskiego jedzenia nie 

pomyli drogi) - i lawirując wśród licznych wozów transmisyjnych, zaparkowanych wzdłuż 

chodnika,   docieram   do   tłumu   reporterów   otaczających   Sarah,   która   prezentuje   porannym 

wiadomościom najlepsze kawałki ze swojego repertuaru.

- Chciałabym wiedzieć - peroruje donośnym, czystym głosem - dlaczego rektor Phillip 

Allington po tym, jak zapewnił środowisko studenckie, że czesne nie wzrośnie i że ani on, ani 

członkowie zarządu nie otrzymają w tym roku podwyżek, podniósł czesne o sześć i dziewięć 

dziesiątych procent, a następnie otrzymał podwyżkę sześciocyfrowego wynagrodzenia - co 

czyni go najwyżej opłacanym rektorem uniwersytetu w całym kraju. Tymczasem uczącym tu 

asystentom   ze   studiów   magisterskich   odmawia   się   stypendiów   równych   zarobkom 

background image

nauczyciela oraz świadczeń medycznych, nie mogą nawet korzystać ze studenckiego ośrodka 

zdrowia!

Reporterka Channel 7, z fryzurą niemal równie rozbuchaną jak ta, która zrobiła się u 

Sarah z powodu braku snu (i kosmetyków linii Frizz - Ease - chociaż przypuszczam, że burza 

włosów reporterki to efekt zamierzony), obraca się znienacka i podtyka mikrofon zdumionej 

Muffy Fowler. Muffy, która dopiero wysiadła z taksówki i wkroczyła na scenę... dosłownie 

wkroczyła,   na   swoich   dziesięciocentymetrowych   obcasach,   kurczowo   przyciska   czerwoną 

torebkę do mocno ściśniętego paskiem trencza i usiłuje odsunąć kosmyki kręconych włosów 

od grubo pociągniętych błyszczykiem warg.

- Panno Fowler, jako rzecznik prasowy uniwersytetu, co odpowiedziałaby pani na te 

zarzuty? - pyta reporterka, podczas gdy jej ofiara mruga w oszołomieniu wielkimi oczami 

jelonka Bambi.

- No... musiałabym ze... zerknąć do mo... moich notatek - jąka się Muffy. - Aaale z 

tego,   co   wiem,   rektor   ofiarował   różnicę   między   zeszłoroczną   a   tegoroczną   pensją... 

uniwersytetowi.

- Na co? - woła Sarah szyderczo. - Na Stokrotki?

Wszyscy wybuchają śmiechem. Poparcie rektora Allingtona dla Stokrotek, gorzej niż 

kiepskiej   trzecioligowej   drużyny   koszykarskiej   Uniwersytetu   Nowojorskiego,   jest   już 

legendarne nawet wśród dziennikarzy.

- Będę musiała to sprawdzić - mówi sztywno Muffy. - Ale mogę państwa zapewnić, że 

rektor Allington troszczy się...

- Widocznie niewystarczająco - przerywa Sarah, na tyle donośnie, żeby ją zagłuszyć i 

każdy mikrofon w najbliższej okolicy ściągnąć znowu do siebie. - Najwyraźniej jest skłonny 

pozwolić studentom swojego własnego uniwersytetu męczyć się przez sześć ostatnich tygodni 

nauki bez pomocy asystentów, bez ochrony, bez wywozu śmieci...

- To   nieprawda!   -   krzyczy   przenikliwie   Muffy.   -   Rektor   Allington   jest   gotów   do 

negocjacji! Tylko nie godzi się na to, żeby terroryzowała go grupa skrajnych lewaków!

Że   Muffy   popełniła   gafę,   wiem,   zanim   jeszcze   Sarah   kończy   wciągać   oddech. 

Reporterzy już tracili zainteresowanie i zaczynali pakować swój sprzęt. Ekipy telewizyjne 

odjeżdżały realizować poranne ramówki. Wrócą - być może - w południe po wiadomości z 

ostatniej chwili.

Ale teraz Sarah zwiera szeregi.

- Słyszeliście?! - ryczy do demonstrantów. - Rzeczniczka rektora właśnie nazwała nas 

bandą   skrajnych   lewaków!   Tylko   dlatego,   że   chcemy   uczciwych   wynagrodzeń   i   pakietu 

background image

świadczeń medycznych! I co macie na to do powiedzenia?

Rozlega   się   zdezorientowany   pomruk,   chyba   głównie   z   tego   powodu,   że   jest   tak 

wcześnie i nikt naprawdę nie wie, co jeszcze będą robić. Albo może nikt wyraźnie Sarah nie 

słyszy   przez   hałas   pakujących   się   ekip.   Sarah   najwidoczniej   zdaje   sobie   z   tego   sprawę. 

Zeskakuje z drewnianego podwyższenia, na którym stała, i przyciska megafon do ust.

- Ludzie! - krzyczy, a jej głos skrzypi tak głośno, że kawał drogi dalej, w szachowym 

kąciku, starsi panowie, rozkoszujący się pierwszą poranną partyjką, kulą ramiona i spoglądają 

z urazą w naszą stronę. - Czego chcemy?

Demonstranci, maszerując smętnie wokół gigantycznego szczura, odpowiadają:

- Uczciwej zapłaty.

- Czego?! - wrzeszczy Sarah.

- Uczciwej zapłaty - odpowiadają demonstranci.

- Tylko tak dalej! - woła Sarah. - I kiedy tego chcemy?

- Teraz - odpowiadają demonstranci.

- Święty Boże - mówi Muffy, patrząc na nich z miną osoby pokonanej. Nic na to nie 

poradzę,   ale   trochę   jej   współczuję.   Szczur   -   któremu   z   obnażonych   żółtych   kłów   kapie 

namalowana ślina - wygląda naprawdę przerażająco, kiedy tak kołysze się lekko na łagodnym 

wiosennym wietrzyku.

- Nie łam się - pocieszam ją, delikatnie poklepując po ramieniu.

- To  dlatego, że aresztowali  tego chłopaka?  - pyta,  nadal  zapatrzona  w szczura.  - 

Prawda?

- Tak mi się wydaje - odpowiadam.

- Ale on miał broń. To znaczy... jasne, że to zrobił. Miał broń.

- Oni chyba tak nie myślą.

- Wyleją mnie - jęczy Muffy. - Zatrudnili mnie, żebym nie dopuściła do widowiska, a 

teraz mnie wyleją. I miałam tę pracę tylko przez trzy tygodnie. A za mieszkanie wpłaciłam 

pośrednikowi dwadzieścia patyków. Sprzedałam na to moją ślubną porcelanę. Nigdy już nie 

zobaczę tej forsy.

Gwiżdżę cicho i przeciągle.

- Dwadzieścia patyków. To dopiero musiała być porcelana.

- Limoges - wyjaśnia Muffy. - Z obwódką. Serwis na dwadzieścia osób, po osiem 

sztuk na osobę. Łącznie z miseczkami do obmywania palców.

- Rany - mówię z zachwytem. Miseczki do obmywania palców. Nawet nie wiem, czy 

kiedykolwiek w życiu widziałam miseczki do obmywania palców. A co znaczy: z obwódką? 

background image

Jakoś   mi   się   mgliście   wydaje,   że   lepiej   szybko   zacząć   uczyć   się   takich   rzeczy,   jeżeli 

zamierzamy z Tadem... no wiecie.

Ostatnia myśl przyprawia mnie o lekkie mdłości. Chociaż może to tylko bita śmietana 

na pusty żołądek. Albo widok tego ogromnego szczura.

I właśnie wtedy zauważam coś takiego, że zapominam o swoim żołądku.

Magda   w   różowym   fartuszku   pospiesznie   opuszcza   Fischer   Hall   i   drobnymi 

kroczkami pokonuje jezdnię wśród stłoczonych w korku taksówek. Zmierza prosto w stronę 

szeregu demonstrantów, ostrożnie balansując dymiącym kubkiem z kawą, po czym wręcza go 

demonstrantowi,   odzianemu   w   szare   barwy   uczelnianych   służb   ochrony,   który   przerywa 

marsz,   opuszcza   swój   transparent   z   napisem:   „Przyszłość   Akademii   jest   ON   LINE”   i 

rozpromienia się, pełen wdzięczności, w którym rozpoznaję nie kogo innego, tylko Pete'a.

Pete'a, którego nie ma za jego biurkiem, tam gdzie o tej porze powinien być.

Zamiast tego sterczy w parku. W kordonie pikietujących.

- Boże. - Gnam do niego, kompletnie zapominając o Muffy, i krzyczę: - Zwariowałeś? 

Co ty tutaj robisz?! Dlaczego nie siedzisz w holu?! Kto jest na stanowisku ochrony?

Pete  spokojnie  spogląda  na  mnie   z góry,  znad  kubka  z kawą,  na  którą  delikatnie 

dmucha.

- Tobie też dobrego dnia, Heather - mówi spokojnie. - Jak się miewasz?

- Po prostu świetnie! - wrzeszczę. - A teraz poważnie. Który ochroniarz teraz pracuje?

- Nikt.   -   Magda   patrzy   na   mnie   z   dziwnie   uniesionymi   brwiami.   Po   chwili 

uświadamiam sobie, że jej brwi nie są uniesione celowo. Są po prostu świeżo wydepilowane. 

- Ja mam na nie oko. Węszą tam jacyś z biura rektora. Mówią, że przyślą ludzi z prywatnej 

firmy ochroniarskiej. Chociaż, Heather, nie wiem, czy to najlepszy pomysł. Chcę przez to 

powiedzieć,   że   ktoś   z   prywatnej   firmy   nie   będzie   wiedział   o   asystentach,   no   wiesz,   dla 

studentów niepełnosprawnych? I skąd ktoś z prywatnej firmy ma wiedzieć, że nie należy 

pozwolić dzieciakom wpuszczać roznosicieli od Charliego Moma, bo powtykają swoje menu 

pod każde drzwi w całym budynku?

Jęczę, wspominając wczorajszą rozmowę z Cooperem. Który miał całkowitą rację. 

Jesteśmy   na   najlepszej   drodze   do   wynajęcia   sterowanej   przez   mafię   zastępczej   firmy 

ochroniarskiej. Wiedziałam, że tak będzie.

Nagle spoglądam zdumiona na Magdę.

- Zaczekaj chwilę... a dlaczego ty nie strajkujesz?

- My   należymy   do   innego   związku   -   mówi   Magda.   -   Usługi   spożywcze,   w 

przeciwieństwie do hotelowych i motoryzacyjnych.

background image

- Motoryzacyjnych? - Kręcę głową. - To kompletnie bez sensu. Co robi związek usług 

motoryzacyjnych, dopuszczając pracowników akademickich do...

- Hej, wy tam!

Wszyscy troje podskakujemy, kiedy głos Sarah - wzmocniony dziesięciokrotnie przez 

megafon - przerywa naszą rozmowę.

- Przyszedłeś   zademonstrować   się   towarzysko   czy   demonstrować   w   sprawach 

socjalnych? - karci Pete'a.

- Jezu Chryste - mamrocze Pete. - Piję tylko kawę z przyjaciółmi...

- Z powrotem do szeregu! - wrzeszczy Sarah.

Pete z westchnieniem oddaje kubek Magdzie.

- Muszę   iść.   -   Podnosi   transparent   i   wraca   na   swoje   miejsce   w   kole   otaczającym 

gigantycznego szczura.

- To   -   stwierdza   Magda,   obserwując   demonstrantów,   którzy   mijają   ją,   powłócząc 

nogami, równie ożywieni jak zombie w horrorach - nie wygląda dobrze.

- Co ty powiesz - mówię. - Lepiej pójdę popilnować recepcji. Przyniesiesz mi bajgla?

- Pełen zestaw? - pyta Magda. Pełen zestaw to szyfr na pełnotłusty serek śmietankowy 

i, przykro mi to wyznać, trzy plasterki bekonu.

- Zdecydowanie tak.

Rozgaszczam się przy biurku Pete'a (po usunięciu ze środkowej szuflady czegoś, co - 

jak zakładam - jest w rzeczywistości bardzo starym  i bardzo czerstwym  pączkiem, a nie 

odbojem drzwiowym. W dodatku bez trudu stwierdzam, że kubeł na śmieci, w którym go 

umieszczam, już od pewnego czasu nie był opróżniany, i uświadamiam sobie, że nigdzie w 

pobliżu   nie   widzę   Julia   i   jego   pierwszorzędnej   ekipy   sprzątaczy,   które   to   spostrzeżenie 

przygnębia   mnie   bardziej   niż   wszelkie   pozostałe)   i   właśnie   wprowadzam   w   życie   to,   co 

uważam   za   początek   Nowego   Światowego   Ładu   Heather   -   to   znaczy   zasadę   „Wszyscy 

Mieszkańcy Mają Się Zatrzymywać i Pokazywać Identyfikator Wystarczająco Długo, Żebym 

Mogła   Dokładnie   Obejrzeć   Zdjęcie”,   ponieważ   w   przeciwieństwie   do   Pete'a   nie   znam 

każdego studenta z widzenia, fakt, który zdaje się bardzo ich irytuje.  Wkurzą się jeszcze 

bardziej, kiedy wprowadzę zasadę „Sam Wyrzucaj Swoje Brudy do Śmietnika na Dworze” - 

gdy znowu pojawia się, wspomniany przez Magdę, człowiek z biura rektora. Jakiś sługus, 

którego nigdy przedtem nie widziałam, w eleganckim garniturze i w towarzystwie o wiele 

większego faceta w garniturze o wiele tańszym, ale za to bardziej błyszczącym.

- Ty jesteś Heather? - chce wiedzieć człowiek z biura rektora. Kiedy potwierdzam, 

informuje mnie, że pan Rosetti  - osiłek w błyszczącym  garniturze, komponującym  się w 

background image

uroczą   całość   z   lawendową   jedwabną   koszulą   i   kilkoma   bardzo   atrakcyjnymi   złotymi 

łańcuchami, umoszczonymi wśród szorstkich, siwiejących włosów na klatce piersiowej, oraz 

licznymi złotymi pierścieniami, po jednym na każdym z kiełbaskowatych paluchów - zastąpi 

tutejszą   ochronę,   więc   jestem   proszona,   żeby   powiadomić   go   o   wszystkich   specjalnych 

względach bezpieczeństwa, co do których wiem, że są wyjątkowe dla Fischer Hall.

W tym momencie uprzejmie informuję obu panów, że w Fischer Hall jest ochrona. 

Ale bardzo dziękujemy za troskę.

Facet, który przedstawił się jako Brian, wygląda na stropionego.

- Jak   to   możliwe?   -   pyta.   -   Służby   ochrony   uniwersytetu   strajkują.   A   ja   mam 

nadzorować organizowanie zastępstwa we wszystkich budynkach.

- Och, w Fischer Hall już się tym zajęłam - mówię właśnie w chwili, kiedy do holu 

wpada, ściągając po drodze plecak, wysoki, patykowaty chłopak, zadyszany, ale tylko minutę 

spóźniony.

- Przepraszam, Heather - sapie. - Właśnie dostałem twoją wiadomość. Wezmę zmianę 

od dziesiątej do drugiej. Naprawdę płacisz dziesięć baksów za godzinę? A mógłbym jeszcze 

dostać dziś wieczór, od szóstej do dziesiątej? I od dziesiątej do drugiej jutro?

Kiwam głową, z wdziękiem podnosząc się z krzesła Pete'a.

- Dzisiejszą   zmianę   od   szóstej   do   dziesiątej   mam   już   obsadzoną   -   mówię.   -   Ale 

jutrzejsza od dziesiątej do drugiej jest twoja. Jeśli, oczywiście - dodaję - cała sprawa do tej 

pory nie zostanie załatwiona.

- Bosko. - Jeremy opada na zwolnione przeze mnie krzesło, po czym wrzeszczy za 

studentem, który właśnie wszedł i, mignąwszy mu przed nosem identyfikatorem, oddalił się, 

nie czekając, aż zostanie rozpoznany. - Stać! Wracaj tu! Pokaż mi to zdjęcie!

Chłopak   przewraca   oczami,  ale  robi,  co   mu  kazano.   Natomiast   Brian  wygląda   na 

jeszcze bardziej zmieszanego.

- Zaczekaj - burczy, kiedy podchodzę do recepcji, żeby wpisać Jeremy'ego do grafiku 

dyżurów, który sporządziłam. - Studenci będą zastępować ochroniarzy?

- Studenci pracujący i uczący się. Owszem, tak - wyjaśniam. - Koszty uniwersytetu 

rosną tylko o kilka centów na każdy dolar za godzinę, który im płacimy. Wyobrażam sobie, 

że to ułamek tego, co wy płacicie, hm, firmie pana Rosettiego, a moi studenci znają budynek i 

mieszkańców.   Poza  tym   w  tegorocznym   budżecie  mam  jeszcze  na   pracę  studentów   koło 

dziesięciu tysięcy dolarów. To więcej niż wystarczająco, żeby przetrwać strajk, zakładając, że 

potrwa   mniej   więcej   tydzień.   Jeśli   przeciągnie   się   dłużej,   mogę   zawsze   pożonglować 

wydatkami, gdyby była taka potrzeba. W tym roku byliśmy dość oszczędni.

background image

Nie wspominam, że to częściowo dzięki mojej skłonności do podkradania papieru z 

innych biur.

- Trudno mi, hm, coś powiedzieć - stęka Brian, gwałtownie wyciągając z kieszeni 

komórkę i zaczynając walić w klawiaturę. - Muszę to skonsultować z moim kierownikiem. W 

żadnym innym akademiku tak nie robią. Bo naprawdę nie ma takiej potrzeby. Biuro rektora 

już uwzględniło w budżecie firmę pana Rosettiego jako zastępstwo na czas strajku.

Pan Rosetti  rozczapierza obwieszone biżuterią, dość włochate palce i filozoficznie 

stwierdza:

- Jeśli młoda dama nie potrzebuje naszych usług, to nie potrzebuje. Może przydamy 

się gdzie indziej.

- Wie pan, gdzie, mogę się założyć, bardzo się pan przyda? - mówię do Rosettiego. - 

W Wasser Hall.

- Przepraszam.  - Do  recepcji   podchodzi  kobieta  w  średnim  wieku,  ostrzyżona   „na 

mamusię”.   Ma   na   sobie   ciemnozieloną   bluzę   z   naszytym   z   przodu   obrazkiem 

przedstawiającym   dwie   szmaciane   laleczki,   czarną   i   białą,   trzymające   się   za   ręce.   -   Czy 

mogłabym się dowiedzieć...

- Jeśli chce pani zadzwonić do kogoś z mieszkańców - Felicia, studentka obsługująca 

recepcję, nawet nie podnosi wzroku znad egzemplarza „Cosmo”, który gwizdnęła z czyjejś 

przegródki   na   listy  -   to  proszę   skorzystać   z   telefonu  na   ścianie.   Trzeba   wybrać   zero   do 

informacji, żeby dowiedzieć się o numer.

- Wasser Hall - mówi pan Rosetti. - To brzmi nieźle. Hej, chłopcze. - Szturcha Briana, 

który wydzwania gdzieś ze swojej komórki. - Jak ci tam na imię. Walimy do tego Wasser 

Hall.

- Jeszcze   chwilkę,   proszę   -   odpowiada   Brian,   wyraźnie   wzburzony.   -   Chciałbym 

porozumieć   się   z   kimś   w   tej   sprawie.   Bo   naprawdę   nie   wydaje   mi   się,   żeby   opłacanie 

studentów z budżetu spotkało się z aprobatą. Heather, czy twój szef to zaakceptował?

- Nie - przyznaję.

- Właśnie tak myślałem - oznajmia Brian z zadowoloną miną. Najwyraźniej nie mogąc 

złapać nikogo ze swoich przełożonych, zatrzaskuje telefon komórkowy. - Czy jest twój szef? 

Bo myślę, że lepiej, żebyśmy z nim zamienili parę słów.

- Cóż - wzdycham. - To będzie raczej trudne.

- Dlaczego, na litość boską?

- Bo wczoraj został zastrzelony - wyjaśniam krótko.

Brian aż się wzdraga, a pan Rosetti tylko kiwa głową.

background image

- Zdarza się - mówi, wzruszając ramionami.

- Heather. - Brian pobladł. - Tak bardzo, bardzo mi przykro. Ja... ja zapomniałem. 

Wiedziałem, że to chodziło o Fischer Hall, ale w całym tym zamieszaniu...

- Przepraszam. - Kobieta obcięta „na mamusię” znowu pochyla się nad ladą recepcji. - 

To chyba nieporozumienie.

- Żadne   nieporozumienie.   -   Felicia   wreszcie   odrywa   wzrok   od   czasopisma.   -   W 

uniwersytecie   obowiązuje   polityka   ochrony   prywatności,   nie   możemy   udzielać   żadnych 

informacji o studentach, nawet rodzicom. Albo osobom, które się podają za rodziców. Nawet 

jeśli okażą dowód tożsamości.

- Brian, dajmy już spokój tej młodej damie - odzywa się pan Rosetti. - Wygląda, że 

świetnie panuje nad sytuacją.

Uśmiecham się do niego miło. Doprawdy, chyba nie jest taki zły. Pomijając te setki 

tysięcy,   które,   jak   wiem,   ma   zamiar   wydusić   z   uniwersytetu   za   pracę,   którą   ja   mogę 

zorganizować po prostu za grosze...

- Nie   wiem,   jak   cię   przepraszać   -   nie   przestaje   tłumaczyć   się   Brian.   -   Już   chyba 

pójdziemy...

- Myślę, że tak będzie najlepiej - oznajmiam, nadal słodko uśmiechnięta.

W   recepcji   zaczyna   dzwonić   telefon.   Felicia   podnosi   słuchawkę   z   uprzejmym: 

„Fischer Hall, tu Felicia, z kim mam połączyć?”

- Bardzo mi było  miło panią poznać, madame  - mówi pan Rosetti, żegnając mnie 

dwornym skinieniem głowy.

- Mnie też było miło pana poznać, sir - odpowiadam. Słowo daję, on jest uroczy. Taka 

stara szkoła. Jak Cooper mógł myśleć, że mafia odpowiada za zamordowanie Owena? To 

znaczy, może i to zrobili. Ale nawet jeśli, pan Rosetti nie mógł być tym zabójcą. Przede 

wszystkim   cała  ta   biżuteria   sprawia,   że   za   bardzo   rzuca   się   w   oczy.  Ktoś   na   pewno   by 

zapamiętał, że go widział koło naszego budynku.

A poza tym, jest po prostu taki miły.

I w ogóle, może to błąd zakładać - tylko dlatego, że jest z pochodzenia Włochem, 

siedzi w prywatnym biznesie ochroniarskim i nosi krzyczący garnitur z całą masą biżuterii - 

że należy do mafii. Bo może wcale nie. Może po prostu...

- Przepraszam. - Mamusina Fryzura patrzy teraz na mnie. - Czy pani jest Heather 

Wells?

Wspaniale. Jakbym nie miała już dosyć na dzisiejszy ranek.

- Tak - odpowiadam, starając się zachować mój przyjemny uśmiech. - To ja. Czy 

background image

mogę w czymś pomóc?

Błagam, tylko  nie proś mnie o autograf. Już nie jest nic wart. Wiesz, za ile teraz 

chodzi na eBay, paniusiu? Za dolca. Jeśli masz szczęście. Już tak wypadłam z obiegu, że 

niedługo   zacznę   śpiewać   o   nocniczkach   i   kubeczkach   z   pokrywkami.   Jeśli   będę   miała 

szczęście.

- Przepraszam, że zawracam pani głowę - ciągnie Mamusina Fryzura. - Ale wydaje mi 

się, że pani pracowała z moim mężem. Raczej powinnam powiedzieć, eksmężem. Owenem 

Veatchem?

Gapię się na nią, osłupiała. O mój Boże. Mamusina Fryzura w bluzie ze szmacianymi 

laleczkami to pani Veatch!

- Zaczekaj   chwilę.   -   Felicia   odkłada   na   bok   słuchawkę   i   mówi:   -   Heather, 

przepraszam, że przerywam, ale dzwoni Gavin McGoren.

- Powiedz mu, że do niego oddzwonię - odpowiadam. Wyciągam rękę i ściskam dłoń 

pani Veatch. Skórę ma szorstką i podrapaną. Pamiętam, jak Owen kiedyś wspominał, że jego 

eksżona jest garncarką. Artystką. - Pani Veatch, tak bardzo, bardzo mi przykro z powodu pani 

męża. To znaczy, byłego męża.

- Och. - Gość uśmiecha się smętnie. - Proszę, mów do mnie Pam. Pani Veatch nie ma 

już od pewnego czasu. W zasadzie od zawsze. Zresztą dla mnie pani Veatch to była matka 

Owena.

- Więc, Pam - mówię. - Przepraszam. Mój błąd. Co mogę dla ciebie zrobić, Pam?

- Heather! - woła Felicia. - Gavin mówi, że nie możesz do niego oddzwonić, bo nie ma 

go teraz w domu.

- Nie bądź śmieszna. - Tracę cierpliwość. - Oczywiście, że mogę. Tylko zapisz numer, 

pod którym teraz jest.

- Nic z tego - odpowiada Felicia. - Bo on twierdzi, że tam gdzie obecnie przebywa, 

czyli w areszcie w Rock Ridge, pozwalają mu tylko na jeden telefon.

Właśnie   kiedy   gwałtownie   odwracam   głowę,   żeby   na   nią   spojrzeć,   otwierają   się 

frontowe drzwi i wpada Tom. Wygląda na tak ogłuszonego, jak ja się czuję.

- Nie do wiary - oznajmia całemu holowi. - Ale ten pistolet, który znaleźli w torbie 

chłopaka, dokładnie odpowiada broni, z której przeorano mózg Owena.

background image

13

Pcham po parku spacerówkę,

Czy to źle?

Albo może to mój dzidziuś

Pcha mnie?

Baby time

słowa i muzyka: Heather Wells

Tom milion razy przeprasza za uwagę o przeoranym mózgu.

- Słowo daję - powtarza w kółko. - Gdybym wiedział, że to eksżona...

- Nic   się   nie   stało.   -   Mam   większe   zmartwienia   na   głowie   niż   jego   nietaktowne 

wypowiedzi. Na przykład fakt, że Gavina najwyraźniej aresztowano.

- A co ona tu w ogóle robi? - dopytuje się Tom. - Dlaczego nie przyjechała taksówką z 

lotniska prosto do Wasser Hall jak reszta rodziny? Nie dotarła do niej informacja, czy jak?

- Musiała jeszcze pozałatwiać jakieś formalności - mówię. Siedzimy w naszym biurze, 

to   znaczy   Tom   w   swoim   starym   gabinecie   (obecnie   scenie   niedawnego   makabrycznego 

morderstwa... dzięki Bogu, personel porządkowy nie poszedł strajkować, dopóki nie uprzątnął 

miejsca zbrodni), a ja właśnie wróciłam zadyszana do mojego biurka w sekretariacie - jak za 

dawnych czasów.

Z wyjątkiem takiego drobnego faktu, że Tom dostał awans i jest tylko chwilowym 

zapchajdziurą na czas, kiedy zarząd domów studenckich szuka zastępcy za jego zastępcę, 

który dostał wczoraj wieczorem kulkę w głowę.

Nie opowiadam mu całej reszty, na przykład tego, ilu rzeczy pani Veatch - chciałam 

powiedzieć Pam - nie wiedziała o nowym życiu swojego eksmałżonka. Albo ilu rzeczy, jak 

się   okazało,  my   nie   wiedzieliśmy   o   doktorze   Veatchu.   Bo   nadal   jest   to   dla   mnie   trochę 

dziwne.

Zamiast   tego   siadam   i   zaczynam   stukać   w   klawiaturę,   szukając   w   Internecie 

posterunku policji w Rock Ridge. No dalej, dalej... wiem, że mieścina jest mała, ale chyba 

muszą mieć tam jakieś gliny, prawda?

Bingo.

Pam zakładała, że skoro jej eks pracował w akademiku, to naturalnie również tam 

mieszkał, ponieważ większość kierowników domów studenckich mieszka w swoim miejscu 

background image

pracy.

Wyjaśniłam jej, że Owen był o wiele więcej niż kierownikiem akademika i że w 

wynagrodzenie rzecznika praw obywatelskich przy biurze rektora wliczony jest elegancki, 

wolny od opłat czynszowych apartament w budynku, gdzie mieszka wielu członków zarządu 

uniwersytetu, łącznie z samym rektorem.

- Czy to daleko stąd? - spytała Pam.

Wlepiłam w nią nierozumiejące spojrzenie. Bo właśnie wtedy zamieszanie w holu 

sięgnęło   szczytu.   Brian   z   panem   Rosettim   akurat   wychodzili,   Tom   wyrzucał   z   siebie 

rewelacje o broni Sebastiana, która dokładnie odpowiada narzędziu zbrodni, a Felicia ciągle 

wymachiwała słuchawką, bo na linii Gavin czekał, aż wreszcie podejdę do telefonu.

- Czy co jest daleko? - zapytałam inteligentnie.

- Dom, w którym mieszkał Owen?

- Hm - mruknęłam. Jedyne myśli, jakie byłam w stanie zebrać, to: Gavin w więzieniu? 

W Rock Ridge? W eleganckiej miejscowości sypialni, nieliczącej z pewnością więcej niż pięć 

tysięcy mieszkańców? Oni tam w ogóle mają jakieś więzienie? Cały świat oszalał czy co?

- Słowo daję. - Tom wybrał właśnie ten moment, żeby rozpocząć pierwsze z, jak się 

potem okazało, licznych przeprosin, które miał wygłosić w ciągu następnej półgodziny. - Tak 

mi ogromnie przykro, proszę pani. Nie miałem pojęcia...

- Nic nie szkodzi. - Posłała mu zdawkowy uśmiech. - Skąd mógł pan wiedzieć? - Po 

czym znowu zajęła się mną. - Więc jak? Daleko?

- Przecznicę stąd - odpowiedziałam.

Sprawiała wrażenie, jakby jej ulżyło.

- Więc mogę tam dojść piechotą? Przepraszam, że jestem taka namolna, ale tyle się już 

dzisiaj nachodziłam...

- Och. - Chciała zobaczyć jego mieszkanie. Dlaczego? - To tylko kawałek tą ulicą...

- Tak się zastanawiam, Heather, czy wobec tego mogłabyś mi pomóc. .. - Dopiero 

wtedy zauważyłam, że Pam przytaszczyła ze sobą walizkę na kółkach, a na ramieniu dźwiga 

jedną z tych pikowanych podróżnych toreb w kwiecisty, czerwonobiały wzór. - Ty na pewno 

wiesz. - Jej szeroka, przyjazna twarz (właściwie nieładna i kompletnie pozbawiona makijażu, 

ale   zdecydowanie   przyjemna)   zmarszczyła   się   z   zatroskania.  -   Bo  przecież   pracowałaś   z 

Owenem. Czy ktoś podał Garfieldowi jego pigułki?

- Hm... - Wymieniliśmy z Tomem zdumione spojrzenia. - Komu, proszę pani?

- Garfieldowi. - Była żona doktora Veatcha popatrzyła na nas jak na kretynów. - Kotu 

Owena.

background image

To Owen miał kota? W jego życiu było - przyjął za nie odpowiedzialność - jakieś 

stworzenie? Z rodzaju czworonogów - ale jednak. Prawda, faktycznie uwielbiał rysunkowego 

Garfielda w stopniu dla nas zupełnie niezrozumiałym.

Ale żeby trzymał w mieszkaniu żywego kota? Owen, najbardziej oschła, pozbawiona 

ciepła osoba, jaką kiedykolwiek spotkałam, opiekował się zwierzątkiem?

Nie miałam o tym pojęcia.

Ta wiadomość zmieniła mój stosunek do doktora Veatcha. Przyznaję. Brzmi to głupio, 

ale to prawda: sprawiła, że bardziej go polubiłam.

Dobra, niech będzie: sprawiła, że w ogóle go polubiłam.

Przypuszczam,   że   na   mojej   twarzy   musiało   odmalować   się   zdumienie,   bo   Pam, 

spoglądając na mnie ze zgrozą, wykrzyknęła:

- Chcesz powiedzieć, że biedaczek od wczoraj nie ma jedzenia i wody?! On choruje na 

tarczycę! Musi codziennie dostawać lekarstwo!

Osobiście odprowadziłam ją do apartamentu Owena, podczas gdy Tom czmychnął do 

naszego biura, pod pretekstem, że ktoś powinien zostać na gospodarstwie. Potem znalazłam 

dozorcę, poszłam z nią pod drzwi mieszkania, pomogłam jej z kluczem (zamki w tych starych 

budynkach potrafią być złośliwe) i czekałam w napięciu, kiedy wołała:

- Garfield! Garfield! Chodź tutaj, kici, kici.

Oczywiście   Garfieldowi   nic   się   nie   stało.   Duży,   groźny   rudy   kocur,   podobny   do 

swojego imiennika, potrzebował tylko puszki (no dobrze, dwóch) kociego żarcia, trochę wody 

i malutkiej pigułki z aptecznej fiolki, którą Pam bez problemu znalazła w dekoracyjnej biało - 

niebieskiej cukiernicy z porcelanowego serwisu w serwantce w jadalni - zanim całkiem jak 

nowy, mrucząc z zadowolenia, rozsiadł się na kolanach swojej dawnej pani.

Nie   wiedziałam,   co   dalej   robić,   więc   ją   tam   zostawiłam.   Kot   był   z   Pam 

zaprzyjaźniony, a poza tym, do licha, doktor Veatch już tego mieszkania nie potrzebował. 

Oczywiście,   biuro   rektora   w   stosownym   czasie   przyzna   je   komu   innemu.   Ale   ona 

najwyraźniej  kochała  tego zwierzaka,  a  ktoś przecież musiał  się nim zaopiekować.  Więc 

wydawało się logiczne zostawić ich w spokoju.

Poza tym mało prawdopodobne, żeby Simon Hague pozwolił zabrać kota do Wasser 

Hall. Wystarczająco dobrze znam Simona i jego wrogi stosunek do zwierząt (ja natomiast 

słynę z tego, że przymykam oko na kotki czy iguany tak długo, dopóki cały pokój i lokatorzy 

po sąsiedzku nie mają nic przeciwko temu, i nie wydzwaniają do mnie skarżący się rodzice). 

Podejrzewam,   że   Simon   byłby   zdolny   odmówić   wpuszczenia   Pam   do   budynku,   gdyby 

przytaszczyła ze sobą Garfielda, obojętnie czy to pupilek niedawno zamordowanego kolegi, 

background image

czy nie.

Nie, Pam i kotu było dobrze tak, jak było i tam gdzie byli.

Chociaż   telefon   do   detektywa   Canavana   -   tylko   żeby   się   upewnić,   czy   policja 

skończyła przegląd osobistych rzeczy Veatcha - na pewno by nie zaszkodził.

Wróciłam więc do Fischer Hall, zostawiłam wiadomość dla Canavana i dopiero wtedy 

przypomniałam sobie o Gavinie, który nie doczekał się rozmowy ze mną.

Jednak kiedy wreszcie udaje mi się dodzwonić na posterunek w Rock Ridge, wcale - 

jak stwierdzam - nie wygląda na to, żeby w tamtejszym areszcie mieli więcej niż jednego 

więźnia. Albo że muszę się połączyć z więcej niż jednym oficerem, żeby móc rozmawiać z 

komendantem.   Henry T.   O'Malley,  komendant  policji   we  własnej  osobie,  odbiera  już   po 

pierwszym sygnale.

- Ta Heather Wells? - chce wiedzieć. - Ta sama, której mój dzieciak zmuszał mnie 

słuchać w kółko i na okrągło jakieś dziesięć lat temu, aż myślałem, że zwariuję i strzelę sobie 

w łeb z własnej broni?

Puszczam jego pytanie mimo uszu i zadaję swoje.

- Czy mogłabym wiedzieć, dlaczego trzyma pan w areszcie Gavina McGorena?

- „Zawsze, kiedy cię widzę, mam atak Słodkiej Gorączki” - śpiewa. Nieźle jak na 

nieprofesjonalistę. - Pani to sama słodycz. Przyprawia mnie pani o Słodką Gorączkę.

- Cokolwiek zrobił - ciągnę niezrażona - jestem pewna, że nie miał złych intencji. Po 

prostu ostatnio bywa trochę nadpobudliwy. On ma dopiero dwadzieścia jeden lat.

- Wejście na teren prywatny - odczytuje mi O'Malley z czegoś, co, jak się domyślam, 

jest meldunkiem o aresztowaniu. - Włamanie i wtargnięcie, chociaż, między nami mówiąc, 

ten zarzut zapewne zostanie uchylony. To żadne włamanie, jeśli ktoś otwiera ci okno, ani 

wtargnięcie,   skoro   cię   zaproszono,   cokolwiek   wyobraża   sobie   ojciec   dziewczyny.   Och,   i 

publiczne oddawanie moczu. Z tego będzie mu się ciężko wyłgać. W rozpiętych spodniach, 

tuż przed moim nosem.

Nie do wiary, ale w tle słyszę, jak Gavin krzyczy:

- Przecież mówiłem panu, że muszę!

- Cicho tam! - odkrzykuje komendant, chyba przez ramię. Odsuwam słuchawkę od 

ucha, żeby uchronić bębenek przed pęknięciem. - Masz szczęście, że to ja odebrałem telefon, 

a nie któryś ze stanowych, bo siedziałbyś teraz w Westchester. Myślisz, że tam by ci rano 

przynieśli kawę i wafle, co? Tak sobie wyobrażasz? I świeży sok z pomarańczy?

W tle słyszę, jak Gavin burczy:

- Nie.

background image

- Więc się  opamiętaj  - radzi  mu komendant  O'Malley.  - No  dobrze - powraca  do 

telefonu. - Na czym to stanęliśmy? Aha, „atak Słodkiej Gorączki. Nie mów mi: przejdź na 

moją dietę. Musisz po prostu zakosztować go”. Te słowa na zawsze odcisnęły mi się w 

pamięci. Moja córka śpiewała je rano, po południu i wieczorem. Przez dwa lata.

- Bardzo mi przykro - mówię. Słowo daję, dlaczego zawsze trafiam na sarkastycznych 

i steranych życiem przedstawicieli prawa, a nigdy na entuzjastycznych i uroczych? - Więc ile 

wynosi kaucja?

- Chwileczkę - odpowiada O'Malley, szeleszcząc papierami na biurku, podczas gdy w 

oddali słyszę błagalny głos Gavina:

- Mogę z nią porozmawiać? Proszę. Mówił pan, że mam prawo do jednego telefonu. 

Jeszcze z niego nie skorzystałem, bo ani razu się do niej nie dodzwoniłem. Proszę, czy mogę 

z   nią   porozmawiać?   Może   mnie   pan   stąd   wypuścić,   żebym   z   nią   porozmawiał?   Proszę. 

Proszę.

- Kaucja   za   pana   McGorena   wynosi   pięć   tysięcy   dolarów   -   oznajmia   wreszcie 

O'Malley w odpowiedzi na moje pytanie.

- Pięć tysięcy dolarów?! - Mój głos podnosi się do takiego pisku, że widzę, jak w 

drzwiach gabinetu ukazuje się twarz Toma z uniesionymi ze zdumienia brwiami. - Za wejście 

na teren prywatny? I publiczne oddawanie moczu?

- I włamanie, i wtargnięcie - przypomina mi komendant O'Malley.

- Powiedział pan, że te zarzuty zostaną wycofane!

- Ale jeszcze nie zostały.

- To... to... - Nie mogę złapać oddechu. - To jest rozbój w biały dzień!

- Jesteśmy   spokojnym   miasteczkiem,   panno   Wells.   Nie   oglądamy   tu   wielu 

przestępstw. Ale kiedy się zdarzają, uderzamy. Mocno. Musimy zachować pewne standardy, 

żeby mieć pewność, że nadal będziemy spokojnym miasteczkiem.

- Skąd ja mam wziąć pięć tysięcy dolarów? - jęczę.

- Proponowałem panu McGorenowi, żeby zatelefonował do swoich rodziców. Jednak 

z powodów, którymi nie chciał się ze mną podzielić, wolał wydzwaniać do pani.

- Niech mi pan da z nią porozmawiać! - krzyczy Gavin w tle.

- Czy to rodzice Jamie Price? - pytam. - Kto pana wezwał? To w jej domu go pan 

nakrył?

- Nie   wolno   mi   teraz   omawiać   szczegółów   sprawy   pana   McGorena   -   odpowiada 

komendant. - Ale owszem, tak. Również - ciągnie nieco sztywno  - chciałbym  dodać, że 

podczas aresztowania pan McGoren był niekompletnie ubrany, a rzecz miała miejsce, prawdę 

background image

mówiąc, kiedy wypełzał przez okno z sypialni młodszej panny Price. I nie mówię tu o chwili, 

kiedy rozpiął się, żeby sobie ulżyć. Do tego doszło później.

- Hej! - słyszę protest Gavina.

- O Boże. - Opuszczam głowę na biurko. Jeszcze tego mi brakowało. Co za dzień. Z 

oddali dobiega skandowanie demonstrantów:

- Czego chcemy? Opieki zdrowotnej dla wszystkich! Kiedy tego chcemy? Teraz!

- Bardzo proszę mu powiedzieć, że przyjadę najszybciej, jak zdołam - mówię.

- Niech się pani nie spieszy - odpowiada wesoło komendant. - Miło spędzam czas w 

towarzystwie   pana   McGorena.   Nieczęsto   mi   się   zdarza   mieć   tu   kogoś   trzeźwego,   a   tym 

bardziej z wyższym wykształceniem. Myślę, żeby na lunch zamówić skrzydełka kurczaka. - 

Po czym odsuwa na moment słuchawkę od ust i woła: - Hej, chłopcze! Chyba nie jesteś 

wegetarianinem, co?

- Heather! - słyszę krzyk Gavina. - Muszę ci coś powiedzieć! To nie był Sebastian! To 

nie był...

Wtedy właśnie linia zamiera. Komendant O'Malley, któremu widać wyczerpała się 

cierpliwość, przerwał połączenie.

Kiedy znowu podnoszę głowę, koło mojego biurka stoi Tom i spogląda na mnie z 

góry, wyraźnie zaniepokojony.

- Czekaj...   -   pyta.   -   O   kim   ty   teraz   rozmawiałaś?   O   Gavinie?   Czy   o   Sebastianie 

Blumenthalu?

- O Gavinie - mówię do klawiatury.

- To on też jest w więzieniu? Znaczy... dosłownie?

- Całkiem dosłownie. Tom, muszę lecieć.

- Dokąd? - Tom ma kompletnie skołowaną minę. - Do mieszkania Owena? Dopiero co 

tam byłaś. Ile niańczenia wymaga jeszcze ta kobieta? Oni chyba byli rozwiedzeni, prawda? 

Może powinnaś posłać jej Gillian na mały trening radzenia sobie ze stratą. Coś mi wygląda, 

że te dwie świetnie by się dogadały.

- Nie,   chyba   muszę   jechać   do   Westchester   -   stwierdzam.   Jednocześnie   odsuwam 

krzesło i podnoszę się zza biurka. - Muszę porozmawiać z Gavinem.

- Właśnie teraz? - Tom wygląda na wstrząśniętego. I odrobinę przerażonego. - Chcesz 

mnie zostawić? Z tym wszystkim, co się tam dzieje? - Rzuca nerwowe spojrzenie na okno, 

teraz szczelnie zamknięte i zasłonięte, przez które wczoraj doktor Veatch został zastrzelony. - 

I z tym?

- Nic ci nie będzie - mówię mu. - Masz ludzi do pracy. Obsada recepcji i punktu 

background image

ochrony jest szczegółowo rozplanowana. Wszystkie spotkania doktora Veatcha są odwołane. 

Na miłość boską, Tom, radzisz sobie ze studencką korporacją. Oni są o niebo trudniejsi niż ci, 

tutaj.

- Tak - przyznaje nerwowo Tom. - Ale tam nikt nie został zamordowany.

- Wrócę najszybciej, jak zdołam. Pewnie nie będzie mnie tylko przez kilka godzin. W 

razie   potrzeby   możesz   mnie   łapać   na   komórkę.   Gdyby   ktokolwiek   pytał,   gdzie   jestem, 

powiedz, że to nagła sprawa rodzinna. Rozumiesz? Nie mów nikomu o Gavinie. To naprawdę 

ważne.

- Okej. - Tom ma bardzo nieszczęśliwą minę.

- Naprawdę, Tom.

- Okej!

Usatysfakcjonowana,   ruszam   do   wyjścia   i   o  mało   nie   wpadam   na  moją   najlepszą 

przyjaciółkę (dawniej wspierającą tancerkę, a obecnie żonę legendy rocka Franka Robillarda), 

Patty,   która   przyciska   pół   tuzina   ślubnych   czasopism   do   nieznacznie,   ale   systematycznie 

powiększającego się brzucha. Tylko że ona ma powód - i nie jest nim grande café mocha z 

bitą śmietaną, tylko czwarty miesiąc ciąży u matki trzylatka.

- Kto   ci   powiedział?   -   pytam   surowo,   wytrzeszczając   oczy  na   błyszczącą   okładkę 

„Elegant Bride”, z której gapi się na mnie elegancka panna młoda.

Patty oskarżycielsko zerka na Toma, a on wzrusza ramionami i mówi:

- Och, zapomniałem ci wspomnieć, Heather. Patty zadzwoniła, kiedy wyszłaś z tą eks 

Owena.   Oooch,   przyniosłaś   numer   majowy!   Rany,  waży   chyba   tyle   co   indyk   na   Święto 

Dziękczynienia.

- Nie mogę uwierzyć, że powiedziałaś najpierw jemu, a nie mnie. - Party, która nawet 

kiedy nie jest w ciąży,  ma skłonność do irytująco  promiennego  brylowania,  osuwa się z 

wdziękiem tancerki na niebieskie winylowe krzesełko koło mojego biurka i wyciąga jedno z 

czasopism. - Myślę, że powinna iść w najczystszej bieli. Przy kości słoniowej wyglądałaby 

zbyt ziemisto. A co ty o tym sądzisz, Tom?

- Akurat   wręcz   przeciwnie.   -   Tom   sadowi   się   przy   moim   biurku.   -   Kremowy 

wydobędzie z jej skóry różany odcień.

- Wiecie, że naprzeciwko waszego budynku stoi gigantyczny szczur, a wokół niego 

paraduje cała masa ludzi? - pyta nagle Patty. - Heather, kiedy opowiesz mi o swoim szefie, 

którego ktoś wczoraj ukatrupił strzałem w głowę? To śmieszne. Jak długo jeszcze zamierzasz 

pracować w tej śmiertelnej pułapce? Chyba nie chcesz czekać, aż stracisz kolejnego szefa.

- Radziłem  jej, żeby zaczekała  do ósmego - mówi ze śmiechem  Tom. - A potem 

background image

złożyła wymówienie i powiedziała...

- ... ośmiu to wystarczy! - kończą oboje chórem.

- Pogadajcie sobie o tym - wołam. - Niedługo wracam.

I wypadam z biura, zanim którekolwiek z nich zdąża powiedzieć choć słowo albo 

oderwać wzrok od sukni ślubnej w stylu Jackie O., którą właśnie podziwiają i która nawet za 

milion, trylion lat nie wyglądałaby dobrze na dziewczynie takiej jak ja.

background image

14

Jesteś moim kubeczkiem,

Kubeczkiem -

pokryweczkiem.

Upuszczam cię i łapię,

Nic nie wyleje,

Nic się nie wychlapie

I znowu mogę pić.

Dźgnij mnie w oko

słowa i muzyka: Heather Wells

Nie rozumiem - mówię, kiedy jedziemy Hutchinson River Parkway.

- Czego nie rozumiesz? - chce wiedzieć Cooper.

Pozostałe samochody przemykają obok w zastraszającym tempie, niektórzy kierowcy 

posyłają nam nienawistne spojrzenia, a mijając nas, robią jeszcze nienawistniejsze gesty.

Ale Cooper w ogóle się tym nie przejmuje. Gdy sprawa dotyczy jego bmw '74 2002, 

jest niezwykle ostrożny. Obchodzi się z nim jak z niemowlęciem, co bardzo dobrze, bo w 

przypadku jakichś wstrząsów, albo prędkości powyżej stu kilometrów na godzinę, antyczny 

czterodrzwiowiec mógłby się rozsypać.

Mam szczęście, że udało mi się załapać na podróż tuż po porządkowych szaleństwach. 

Tym razem więc moje stopy nie grzęzną w warstwie resztek z fast foodu, tylko jak należy 

stoją na podłogowych matach.

- Wczoraj Sarah i Gavin prosili cię, żebyś ich zawiózł do Rock Ridge, i odmówiłeś. 

Ale kiedy dzisiaj ja ci powiedziałam,  że muszę się tam dostać, nie mógłbyś  zgodzić się 

szybciej. - Zaciekawiona wpatruję się w jego profil. - Co jest grane?

- Myślisz, że jest odległość, której bym nie pokonał - odpowiada Cooper wymijająco - 

jeśli mam jakąkolwiek szansę zobaczyć tego smarkacza w pudle?

Przewracam oczami. Oczywiście, sięgnął po kluczyki dosłownie w tej samej minucie, 

kiedy   wpadłam   do   jego   biura   i   zawołałam:   „Muszę   natychmiast   jechać   do   Westchester. 

Aresztowali Gavina”, bo chciał się pośmiać z Gavina, który dał się przyłapać z opuszczonymi 

spodniami,   a   nie   dlatego,   że   wiedząc,   jakie   siostrzane   uczucia   żywię   do   tego   chłopaka, 

postanowił mi pomóc ratować go z opałów.

background image

Mężczyźni.

Ale  z  drugiej  strony...   mężczyźni.  Staram  się nie  myśleć   o seksownych   lśniących 

ciemnych włoskach na grzbiecie dłoni, opartej tuż koło mnie na dźwigni zmiany biegów. Do 

licha, co jest ze mną nie tak? Przecież ja już mam chłopaka. Chłopaka, który chce się ze mną 

ożenić. Prawie na pewno chce.

Chyba chodzi o to, że ręce Tada nie są owłosione. Nie żeby w ogóle nie miał na nich 

włosków. Rzecz w tym, że jest blondynem, więc nie za bardzo je widać.

Owłosienie na rękach albo jego brak wcale nie musi decydować o seksowności i tak 

dalej. Po prostu w przypadku Coopera wydaje się być czymś szczególnie seksownym, wręcz 

drapieżnym w jakiś fascynująco męski sposób. Trudno oprzeć się myśli, jaki byłby dotyk tych 

rąk na moim nagim ciele. Na całym moim nagim ciele.

- Czemu mi się tak gapisz na palce? - chce wiedzieć Cooper.

O Boże.

- Wca... wcale nie - jąkam się, z trudem odrywając wzrok od jego dłoni. - Wcale nie 

rozumiem,   jak   Sebastian   mógł   zastrzelić   Owena.   Widziałam   chłopaka   niedługo   po 

morderstwie. Parę godzin po. Żartował  sobie na ten temat. Nie ma mowy,  żeby mógł to 

zrobić. Z pewnością nie jest aż tak dobrym aktorem.

- Aha. Więc zamierzasz sięgnąć po wypróbowany prawniczy chwyt: fakt, że miał przy 

sobie broń, za pomocą której dokonano zbrodni, nie musi znaczyć, że to on jej użył - mówi 

Cooper, wzruszając ramionami. - Tak, starzyzna, ale nie najgorsza. Ja też zakładam, że kto 

inny mógł zastrzelić faceta, a potem wsunąć broń do torby Sebastiana...

- Właśnie!   -   krzyczę,   rozpromieniając   się,   podczas   gdy   mija   nas   volvo   kombi, 

prowadzone przez paniusię o anielskim wyglądzie i manierach kibiców piłkarskich, która 

pokazuje nam środkowy palec, kiedy skręcamy na I - 684. - Właśnie tak na pewno było. 

Znaczy,   że   to   musiał   być   ktoś,   z   kim   Sebastian   miał   wczoraj   rano   kontakt.   W   którymś 

momencie   pomiędzy   godziną   morderstwa   i   aresztowania.   Co   -   dodaję   ponuro   -   może 

oznaczać jakieś półtora miliona łudzi. Jestem pewna, że łaził po całym kampusie, pomiędzy 

swoimi zajęciami, KSM - em i wszystkim innym, w czym bierze udział. Widziałam go w 

kąciku  szachowym,  w  parku, razem  z  Sarah i  tabunem  reporterów.  Którykolwiek   z  tych 

bezdomnych facetów mógł podejść i wsunąć mu do torby, co tylko chciał, a on by nawet nie 

zauważył. Nikt by nie zauważył.

- Jestem pewien, że jego adwokaci już na to wpadli - mówi spokojnie Cooper.

- Czy policja nie musi wykryć, nie wiem, osadu prochu na jego rękach czy czegoś 

takiego? - pytam. - I znaleźć świadków?

background image

- Chłopak   miał   motyw.   I   broń,   z   której   popełniono   morderstwo.   I   zerowe   alibi. 

Prokurator okręgowy na pewno uważa, że wszystko jest jasne jak słońce.

- Oczywiście. Oprócz jednego drobiazgu - irytuję się. - Że Sebastian tego nie zrobił.

Zaczyna świergotać moja komórka. Dzwoni Patty. Wiem, że nie może być ze mnie 

szczególnie zadowolona, ale zdumiewa mnie, jak natychmiast, kiedy tylko odbieram, daje 

temu wyraz.

- Zaraz z powrotem? - warczy. - Jesteś w drodze do Westchester? Ale zaraz będziesz z 

powrotem?

- Musiałam jechać - mówię. Normalnie Patty to najpogodniejsza kobieta na świecie. O 

ile nie jest w pierwszym trymestrze. Albo w drugim. Albo... tak sobie teraz myślę, kiedy 

sięgam pamięcią do okresu tuż przed urodzeniem Indiany... w trzecim. W zasadzie w ogóle w 

ciąży. - Nie chcę o tym rozmawiać akurat teraz.

- Dlaczego? Bo wiesz, że ci powiem, że zwariowałaś? - pyta ostro. - Bo jazda do Rock 

Ridge, żeby płacić kaucję za dzieciaka, który nawet nie jest twój, to idiotyzm? Taki sam jak 

poślubianie faceta, z którym chodzisz dopiero trzy miesiące?

Krzyczy tak głośno, że muszę odsunąć słuchawkę od ucha. Nie mogę się powstrzymać 

i zerkam na Coopera, sprawdzając, czy usłyszał. Ale on właśnie grzebie w magnetofonie - o 

tak, 2002 ma tylko magnetofon kasetowy - żeby pogłośnić cudowne tony Elli. Chyba jestem 

bezpieczna.

- Nie jadę do Rock Ridge, żeby wpłacać kaucję - odwarkuję do telefonu. - Jadę, żeby 

porozmawiać. Poza tym - ściszam głos i odwracam głowę w stronę okna - to ty przyniosłaś te 

ślubne czasopisma. A oprócz tego, on mnie jeszcze nawet nie poprosił. Powiedział tylko, że 

jest coś, o co chciałby...

- Co? Nie słyszę cię, Heather. Człowiek nie żyje. Zastrzelony, dosłownie kilka kroków 

od twojego biurka. W tym samym budynku, gdzie zaledwie parę miesięcy temu ty o mało nie 

zostałaś zamordowana. Co jeszcze musi się stać, żebyś doszła do wniosku, że należy znaleźć 

inną pracę? Pracę, gdzie ludzie ciągle nie umierają?

- Zabawne, że o tym wspominasz - mówię, znowu kątem oka zerkając na Coopera, 

który teraz ma wzrok wlepiony w drogę, bo właśnie mija nas ogromna ciężarówka z naczepą, 

trąbiąc   jak   szalona,   ponieważ   tak   wolno   jedziemy.   Cooper   nie   wydaje   się   tym   w 

najmniejszym stopniu zdenerwowany. Prawdę mówiąc, radośnie macha do kierowcy.

- Co to za odgłosy? - wścieka się Patty. - Jesteś na statku?

- Nie, nie jestem na statku - odpowiadam.

- Bo coś brzmi jak syrena mgłowa.

background image

- To ciężarówka. Jestem na autostradzie. Patty, naprawdę, to nie najlepszy moment na 

rozmowę.

- Heather, mówię ci o tym wszystkim tylko dlatego, że cię kocham jak siostrę. - I 

właśnie zupełnie jak siostra Patty kompletnie mnie ignoruje. - Ale jedno musisz wiedzieć. Nie 

możesz tak dalej żyć, sypiać z jednym facetem, kiedy jesteś zakochana w drugim.

- Hej, co jest, Patty? - rzucam, wydając szeleszczące świsty. - Coś przerywa.

- Heather,  wiem, że to ty robisz te hałasy.  Ani trochę nie brzmisz jak prawdziwe 

zakłócenia. Kiedy wrócisz do miasta, usiądziemy i porozmawiamy.

- Uuch, teraz już w ogóle cię nie słyszę. Widocznie przejeżdżamy przez strefę bez 

zasięgu, muszę kończyć, cześć.

Rozłączam się. W tej samej chwili odzywa się Cooper.

- Tad poprosił, żebyś za niego wyszła?

- Boże! - krzyczę, zirytowana do ostateczności. - Nie! Nie! W porządku?

- To dlaczego powiedziałaś, że Patty przyniosła ci ślubne czasopisma?

- Bo   wszyscy   wyskakują   przed   szereg,   zanim   padnie   strzał   na   start   -   mówię.   I 

natychmiast się krzywię. - Uau, nie chciałam użyć słowa strzał. Chodzi tylko o to, że wczoraj 

Tad powiedział, że jest coś, o co chce mnie zapytać,  ale dopiero wtedy, kiedy nadejdzie 

odpowiedni moment. - Nie mogę uwierzyć, że dzielę się tą informacją z Cooperem, ostatnią 

osobą na świecie, z którą mam ochotę omawiać sprawy dotyczące mojego chłopaka. Zabiję 

Patty, kiedy tylko wrócimy do miasta. Naprawdę ją zabiję. - Ale jestem pewna, że to nic 

takiego. Nie powinnam była nikomu o tym wspominać, a już zwłaszcza Tomowi, który ma 

najdłuższy język w całym wszechświecie i...

- Chodzicie ze sobą dopiero od paru miesięcy - mówi Cooper. Do kierownicy.

- Tak. Ale. No wiesz.

- Nie  - odpowiada.  Teraz  patrzy już  na mnie.  I gdybym  miała  opisać wyraz  jego 

twarzy, musiałabym go określić jako mieszaninę sarkazmu i niedowierzania. - Nie wiem. Co 

się   z   tobą   dzieje?   Wyobrażasz   sobie,   że   kim   teraz   jesteś?   Britney   Spears?   Mój   brat 

szczęśliwie się ożenił i wyskoczył z dzieciakiem, więc nie możesz zostać z tyłu, tak? Co 

dalej? Też masz zamiar dać sobie zrobić dziecko?

- Wybacz - odzywam się urażonym tonem. - Po pierwsze, nie powiedziałam, że moja 

odpowiedź brzmi: tak. Po drugie, nawet nie wiem, o co on mnie chce zapytać. Może tylko o 

to, czy z nim zamieszkam albo coś w tym rodzaju?

- A ty uważasz, że to dobry pomysł? - żąda odpowiedzi Cooper. - Zamieszkać ze 

swoim profesorem matematyki? Który nie ma nawet telewizora? I nie jada niczego, oprócz 

background image

łupin fasoli z tofu, obtaczanych w sproszkowanych zarodkach pszenicy?

- Nawet nie wiesz, o czym mówisz - wytykam mu. Bo naprawdę nie wie. - Nie ma w 

ogóle takiego  jedzenia, jakie przed  chwilą  opisałeś. Ale gdyby  było,  może  byś  w  końcu 

zechciał je wypróbować. Bo mogłoby ci dobrze zrobić, sądząc z tych wszystkich opakowań 

po fast foodach, które walają się w twoim biurze. Kiedy ostami raz sprawdzałeś sobie poziom 

cholesterolu? Twoje serce jest prawdopodobnie tykającą bombą zegarową.

- Och, przepraszam, czy to nie były twoje te starannie wykonane lodowe konstrukcje 

w   stylu   Giady   De   Laurentiis,   inspirowane   mlecznymi   kanapkami   Nutella   Chips   Ahoy! 

Macadamia Brittle, które widziałem wczoraj wieczorem w lodówce?

Patrzę na niego z furią.

- Och Boże, jeśli zjadłeś chociaż jedną...

- Och, owszem, zjadłem jedną - odpowiada ze wzrokiem wbitym w drogę. - Prawdę 

mówiąc, zjadłem wszystkie.

- Cooper! Zrobiłam je specjalnie dla...

- Dla kogo? Dla siebie i Tada?  Chyba  sobie ze mnie  żartujesz. On na pewno nie 

tknąłby tych uwodornionych tłuszczokanapek, nawet gdybyś podała mu je na jego ulubionym 

frisbee z dużą porcją babaganoush.

- Teraz to już zwyczajnie jesteś złośliwy - rozżalam się. - A to zupełnie do ciebie 

niepodobne. Właściwie, jaki masz problem w związku z Tadem? Albo, dla ścisłości, ze mną i 

z Tadem?

Tak. I jestem pewna, że nadejdzie dzień, kiedy ustalą, że te mleczne kanapki Nutella 

Chips Ahoy! Macadamia Brittle są w rzeczywistości dobre dla zdrowia i powinno się nimi 

kończyć każdy posiłek.

- Nie mam żadnego problemu w związku z Tadem - mówi Cooper. Chociaż wygląda 

na to, że nie potrafi wymówić tego imienia bez drwiny. - Albo w związku z tobą i Tadem. Po 

prostu   uważam,   jako   przyjaciel,   że   nie   jest   najlepszym   pomysłem,   żebyś   się   do   niego 

przeprowadzała.

- Och, tak uważasz? - pytam, zastanawiając się, dokąd, u licha, to wszystko prowadzi. 

- Dlaczego?

- Bo gołym okiem widać, że tej historii pisana jest katastrofa.

- A to z jakich przyczyn? Tylko dlatego, że on jest wegetarianinem, a ja nie? Ludzie 

wyznający różne wartości wiążą się ze sobą, jak świat światem. A sprawa telewizora... Wcale 

nie jestem przekonana, czy to dostateczny powód do zerwania. Tad po prostu nie wie, co 

traci. Wiesz, on przecież nadal ogląda filmy.

background image

Cooper   wydaje   jakiś   dźwięk.   Gdybym   nie   znała   go   lepiej,   pomyślałabym,   że   to 

parsknięcie.

- Ach tak? I wszystkie są o hobbitach?

- Boże, co się z tobą dzieje? - upominam go surowo. - Zrobiłeś się taki...

Znowu   dzwoni   moja   komórka.   Tym   razem   wyświetla   się   numer,   którego   nie 

rozpoznaję. Odbieram w strachu, że to może coś z pracą, z której, należy uczciwie przyznać, 

po prostu się zerwałam.

- Heather - odzywa się nieznany żartobliwy głos starszego mężczyzny. - To ja, Larry. 

Larry   Mayer,   dawny  biznesowy   partner   twego   ojca.   Czy  raczej   powinienem   powiedzieć: 

nowy biznesowy partner!

- Och - mówię słabo. Cooper właśnie wjeżdża do Rock Ridge. - Cześć, Larry.

- Próbowałem cię złapać w biurze, ale twój szef powiedział mi, że jesteś pod komórką. 

Nie dzwonię w nieodpowiedniej chwili? Miałem nadzieję, że moglibyśmy porozmawiać...

- Obawiam się, że to nie jest najlepszy moment - wpadam mu w słowo.

- Dobry, dobry - grzmi Larry, najwyraźniej źle mnie rozumiejąc. - Kawał czasu minął 

od naszej poprzedniej rozmowy, co? Boże, ostatni raz, kiedy cię widziałem, chyba jeszcze 

nosiłaś   te   prześwitujące,   błyszczące   spodnie,   które   włożyłaś   na   finał   konkursu   MTV   na 

najlepszy teledysk. Wiesz, te, przez które później miałaś takie kłopoty z Federalną Komisją 

Mediów za obnażanie się? Czego nigdy nie mogłem zrozumieć, bo te twoje majteczki bikini 

zasłaniały wszystko, co trzeba. No, prawie wszystko. Ach, stare dobre czasy. W każdym razie 

siedzieliśmy tu właśnie z twoim ojcem i rozmawialiśmy o tobie - idę o zakład, że cię piekły 

uszy - i zastanawialiśmy się, czy pomyślałaś choć trochę o naszej propozycji.

- Tak - mówię. - Tylko że, jak już mówiłam, to naprawdę nie jest najlepszy...

- Bo zegar tyka, kochanie. Już wynajęliśmy studio i jeśli mamy zaczynać, musimy się 

tam wprowadzać i ostro brać do roboty. Nie żebym chciał na ciebie naciskać. Swoją drogą, o 

ile dobrze pamiętam, najlepsze rzeczy robiłaś właśnie pod presją...

Przejeżdżamy   koło   niskich   kamiennych   murków,   otaczających   faliste   zielone 

pastwiska dla  koni, i gęstych  lasków, kryjących  multimilionowe  domy (z wysokiej  klasy 

systemami zabezpieczeń), co wskazuje, że znajdujemy się już w Rock Ridge, ekskluzywnej 

podmiejskiej   sypialni.   Wyraz   twarzy   Coopera,   kiedy   na   niego   zerkam,   jest   równie 

nieprzystępny, jak najeżone kolcami bramy na końcach długich, łukowatych podjazdów, które 

mijamy.

- Larry,   oddzwonię   -   obiecuję.   -   Teraz   jestem   akurat   w   trakcie   czegoś   ważnego, 

czegoś, co wiąże się z moją pracą.

background image

- Rozumiem. Rozumiem. Twój ojciec opowiadał mi, ile dla ciebie znaczy ta twoja 

pracka, kochanie. Mam ci do powiedzenia jeszcze tylko cztery słowa. Procent od dochodu 

brutto. To wszystko. Po prostu pomyśl o tym. I zadzwoń. Cześć.

- Cześć - odpowiadam. I się rozłączam.

- No   -   mówi   Cooper,   kiedy   wjeżdżamy   do   malowniczego   centrum   Rock   Ridge, 

brukowanego kocimi łbami, z domami o dachach krytych strzechą (i kamerami na szczytach 

replik starodawnych latarń, notującymi każdy ruch każdego mieszkańca i gościa na terenie 

miasteczka). - Opowiadaj.

- Uwierz mi. Nie będziesz chciał tego słuchać. Nawet ja wolałabym nie wiedzieć.

- Och - upiera się Cooper. - Jednak myślę, że chcę usłyszeć.  Mam zacząć szukać 

nowego lokatora... i nowej księgowej?

Przełykam ślinę.

- Ja... nie wiem. Kiedy już będę wiedziała, tobie powiem pierwszemu. Przysięgam.

Cooper przez dłuższą chwilę milczy. A potem, ku mojemu zdumieniu, warczy:

- Cholera!

Jednak   nie,   jak   się   po   chwili   orientuję,   odpowiadając   na   to,   co   mu   właśnie 

powiedziałam, ale dlatego, że z rozpędu minął posterunek i musi zawrócić.

Kiedy wreszcie zajeżdżamy przed siedzibę lokalnej policji, trochę nas dziwi, że to 

jeden z nielicznych budynków nieoznakowanych tabliczką „Zabytek”. Zatrzymujemy się na 

którymś z wielu pustych miejsc parkingowych przed wejściem. Jesteśmy, na ile mogę się 

zorientować, jedynymi odwiedzającymi tego wiosennego dnia posterunek w Rock Ridge, co 

potwierdza   się,   gdy   wchodzimy   do   środka   i   nie   znajdujemy   tam   nikogo,   oprócz 

korpulentnego   mężczyzny   za   biurkiem,   w   ciemnoniebieskim   policyjnym   mundurze   i   ze 

skrzydełkiem kurczaka w ręku. Niedaleko za jego plecami, w zakratowanej i skrupulatnie 

wysprzątanej celi, siedzi aresztant, a jego kozia bródka poplamiona jest na pomarańczowo, 

ponieważ Gavin McGoren również obgryza skrzydełka.

- Przyjechała! - woła radośnie komendant O'Malley, przynajmniej tak jest napisane na 

tabliczce, która stoi przed nim na blacie. A poza tym rozpoznaję jego głos. - Heather Wells 

we własnej osobie! Wszędzie rozpoznałbym te włosy. Ale trochę przytyłaś, co, złotko? Cóż, 

kogo z nas to nie spotkało?

- Heather!

Gavin zrywa się ze swojej więziennej pryczy. Skrzydełka kurczaka lecą na wszystkie 

strony, kiedy wczepia się palcami w kraty.

- Hej, co jest? - woła O'Malley z dezaprobatą. - Nie chlap mi tym sosem po wszystkim 

background image

dookoła. Dopiero co wczoraj wysprzątałem tu do połysku.

- Cholera   -   słyszę,   jak   na   widok   Gavina   za   kratami   szepcze   Cooper.   Tym   razem 

również nie ma to nic wspólnego ze mną. - Zapomniałem aparatu.

Ale Gavin nie odrywa ode mnie oczu.

I   to   wcale,   jak   się   okazuje,   nie   z   powodu   swoich   dawnych   nieodwzajemnionych 

uczuć, tylko dlatego, że musi mi coś ważnego powiedzieć.

- Heather! - krzyczy, podekscytowany. - Tak się cieszę, że przyjechałaś. Posłuchaj, 

Jamie twierdzi, że jest pewna, że to nie Sebastian zastrzelił doktora Veatcha. Ona umówiła się 

na tę wczorajszą rozmowę, bo Veatch miał jej pomóc napisać oficjalną skargę na jednego z 

pracowników Uniwersytetu Nowojorskiego. Z powodu seksualnych awansów, których sobie 

nie życzyła. Dlatego właśnie przestraszyła się i uciekła do domu. Uważa, że to przez nią 

doszło do morderstwa. Że ten człowiek zastrzelił Veatcha, zanim Owen zdążył złożyć skargę. 

I że ona, Jamie, jest następna w kolejce.

Czuję, jak serce mi przyspiesza.

- Kto to?! - też krzyczę. - Simon Hague? - O proszę, proszę, niech się okaże, że to 

Simon Hague. Cóż mogłoby być słodszego?

- Nie   -   mówi   Gavin.   -   Chodzi   o   jakiegoś   faceta,   którego   uniwersytet   dopiero   co 

zatrudnił. Jakiegoś wielebnego Marka.

background image

15

Nie przychodź tutaj

Taki wrzeszczący.

Czy ty nie jesteś

Rozpuszczonym brzdącem?

Cudze dzieciaki

słowa i muzyka: Heather Wells

Po stopniach z kamiennych płyt docieram przed frontowe drzwi (szkło oprawione w 

ołów - robi wrażenie) i dzwonię. Słyszę bing - bong - bing - bong i znowu bing - bong - bing - 

bong, po  czym  otwiera  mi   starsza  kobieta z  jasnymi  włosami,  w   żółtozielonym   swetrze, 

bryczesach i - nie żartuję - różowym szaliku, zawadiacko zawiązanym wokół szyi.

- Tak? - pyta, wcale nie wrogo.

- Dzień dobry - mówię. - Jestem Heather Wells, asystentka kierownika Fischer Hall w 

Uniwersytecie Nowojorskim. Czy pani jest matką Jamie Price?

Kobieta wygląda na trochę podenerwowaną.

- Dlaczego... pani twarz od razu wydała mi się znajoma. Myślę, że spotkałyśmy się, 

kiedy Jamie się meldowała...

Wsuwa prawą dłoń w moją, którą wyciągnęłam niemal automatycznie.

- Och tak. Deborah Price. Witam.

Potrząsam jej ręką.

- Dzień dobry. Przepraszam, że panią niepokoję. Zauważyliśmy, że Jamie ostatnio nie 

widać. Jej współlokatorka powiedziała nam, że pani córka dość nagle wróciła do domu, więc 

postanowiłam   przyjechać,   żeby   się   upewnić,   czy   wszystko   w   porządku.   I   jeżeli   Jamie 

potrzebuje transportu z powrotem... cóż, jestem do dyspozycji.

- Och. - Pani Price sprawia wrażenie jeszcze bardziej zdenerwowanej, ale nadal jest 

miła. To taki typ, wytrenowany, żeby zachowywać się w odpowiedni sposób... rozumiecie, 

miło, cokolwiek by się działo. Pracownik administracji uniwersytetu nie wiedzieć dlaczego na 

schodach   jej   domu,   goły   facet   w   łóżku   jej   córki.   No   to   trudno.   Uśmiechaj   się.   Pod 

zawadiackim   szalikiem   ma   naszyjnik   z   pereł,   które   pasują   do   idealnie,   bez   jednej   rysy, 

wypucowanych jeździeckich butów. Czy te buty kiedykolwiek widziały podłogę stajni? - Mój 

Boże. Nie sądziłam, że uniwersytet oferuje usługę „od drzwi do drzwi”!

background image

- Cóż, staramy się zadowolić naszych mieszkańców - przyznaję skromnie. - Czy Jamie 

jest w domu? Mogę zamienić z nią parę słów?

- Och, tak - odpowiada niepewnym tonem pani Price. - Tak, oczywiście. Może zechce 

pani wejść? Mówiła pani, że przyjechała samochodem? - Zauważam, jak spogląda na kolisty 

podjazd   błękitnymi   oczami,   żadnych   zmarszczek   dookoła.   Botox?   Chirurgia   plastyczna? 

Może po prostu dobre geny? - Nie widzę pani samochodu.

- Zaparkowałam w mieście - wyjaśniam. - Jest taki piękny dzień, że postanowiłam się 

przejść.

To nawet nie jest kłamstwo. W zasadzie. Price'owie, jak się okazuje, nie mieszkają tak 

daleko od posterunku policji. Komendant O'Malley był więcej niż zachwycony, kierując mnie 

do ich domu, podczas gdy Cooper siedział w samochodzie z komórką przy uchu, targując się 

w sprawie kaucji z jednym z licznych poręczycieli majątkowych, których zdarzyło mu się w 

życiu poznać (ponieważ po pierwszym ataku wesołości nawet Cooper nie miał serca zostawić 

Gavina w areszcie na kolejną noc).

Chociaż wiedziałam, że jest mało prawdopodobne, by zaaprobował moją wyprawę do 

dużego   kamiennego   domu   na  wzgórzu,   z   zielono  -   białymi   stajniami   po   jednej   stronie   i 

stawem z gigantyczną złotą rybką (naprawdę, sprawdziłam) oraz czteromiejscowym garażem, 

przed   którym   stały  identyczne   jaguary,   po  drugiej   -   i   nie   wątpiłam,   że   będę   o  tym   wy-

słuchiwać przez całą drogę powrotną, uznałam, że jednak warto. Musiałam się dowiedzieć, co 

to za historia z wielebnym Markiem.

Ponieważ nie wierzyłam - ani przez chwilę - że to on zastrzelił Owena Veatcha..

Ale umierałam z ciekawości, by się dowiedzieć, dlaczego Jamie tak myśli.

- Nie będę pani okłamywać, pani Wells - mówi pani Price, kiedy kierujemy się do 

podnóża wysokich, krętych schodów. Dom, mimo rycerskiej zbroi i ciężkich zabytkowych 

mebli,  które   mają  mu  nadawać   pozór  dawności,  jest   faktycznie  nowy, z  wielkim   holem, 

wszechobecnym  we współczesnych  willach  głównym wejściem, prowadzącym  do jadalni, 

salonu,   kuchni,   pokoju   telewizyjnego   i   jeszcze   jednego,   który   może   być   bilardowym, 

ewentualnie biblioteką. Na zewnątrz, z tyłu, widzę ogromny basen z czarnego granitu razem z 

wanną do gorących  kąpieli, a dalej korty tenisowe. Nigdzie natomiast nie ma śladu pana 

Price'a. Mogę się tylko domyślać, że jest w pracy i właśnie zarabia na to wszystko.

- Muszę przyznać, że na pani widok odetchnęłam z ulgą - kontynuuje gospodyni. - 

Ostatnie dwadzieścia  cztery godziny, odkąd Jamie pojawiła się w domu, nie należały do 

szczególnie udanych.

- Naprawdę?   -   Udaję,   że   nie   mam   najmniejszego   pojęcia,   o   czym   ona   mówi.   - 

background image

Dlaczego?

- Jamie i jej ojciec nie zawsze się ze sobą zgadzają. To znaczy, widzi pani, są tacy do 

siebie podobni i ona zawsze była córeczką tatusia, a wczoraj wieczorem... ten chłopak z jej 

szkoły pojawił się tutaj u nas...

Robię, co mogę, żeby wyglądać na wstrząśniętą.

- Co pani mówi?

Pani Price w zdumieniu kręci głową. Najwyraźniej pomysł, że jakikolwiek chłopak 

mógł się zainteresować jej córką, jest dla niej nadal nowy.

- Znaleźliśmy go w jej łóżku! Oczywiście, nie trafił tam bez zaproszenia, jeśli pani 

rozumie, co mam na myśli. Chcę przez to powiedzieć, że nie narzucał się jej. Ona wpuściła go 

do domu bez naszej wiedzy. Roy i ja nie mieliśmy o niczym pojęcia. Nie pozwalamy jej 

przyjmować chłopców w sypialni. Wiem, że Jamie skończyła osiemnaście lat i w świetle 

prawa jest dorosła, ale nadal mieszka pod naszym dachem i dopóki płacimy za jej edukację, 

oczekujemy, żeby stosowała się do naszych reguł. Jesteśmy prezbiterianami. Trzeba mieć 

jakieś zasady.

- Oczywiście - odpowiadam skromnie.

- Krótko   mówiąc,   Roy  przesadnie   zareagował   -   informuje   mnie   dalej.   -   I   wezwał 

policję! Teraz biedny chłopak siedzi w areszcie. A Jamie nie rozmawia z żadnym z nas.

- Ojej. - Staram się wyglądać na zaniepokojoną.

- Właśnie   -   mówi   pani   Price.   -   Widzi   pani,   między   mną   a   Jamie   nigdy   nie   było 

typowej relacji matka - córka. Z jej starszą siostrą... cóż, jesteśmy do siebie o wiele bardziej 

podobne. Ale Jamie była zawsze jak chłopak i taka... no nie wiem. Duża. Rozumie pani. Ona 

jest trochę podobna do pani... grubokoścista. Nigdy nie miałyśmy wiele wspólnego, podczas 

gdy jej siostra i ja nosimy ten sam rozmiar. Ósemkę. I wszystkim się dzielimy. W każdym 

razie dzisiaj nie mogę wydobyć od Jamie ani słowa. Może pani by się udało?

Wzruszam ramionami.

- Mój Boże - sapię. - Nie wiem. Chyba mogłabym spróbować.

- Naprawdę? - Pani Price przechyla głowę. - Bo, widzi pani, ja już muszę lecieć na 

zajęcia ze stylizacji stroju.

- Z czego?

- Stylizacji stroju - powtarza, jakbym dzięki temu lepiej mogła zrozumieć. Po czym 

woła w górę schodów: - Jamie! Może napiłaby się pani kawy, pani Wells?

- Z przyjemnością - odpowiadam.

- Doskonale. Stoi w kuchni, w dzbanku. Proszę się poczęstować. Kubki są na suszarce. 

background image

Jamie!

- Boże, mamo, co znowu? - U szczytu schodów pojawia się Jamie, ubrana w szorty 

frotte i różową koszulkę. Długie jasne włosy opadają jej na ramiona. Sprawia wrażenie, jakby 

dopiero co wstała z łóżka. Obym kiedykolwiek wyglądała tak dobrze zaraz po obudzeniu.

Spojrzenie Jamie pada na mnie i oczy dziewczyny rozszerzają się ze zdumienia.

- O rany! - woła. Ale chyba nie ma ochoty uciec. Wygląda na bardziej zaciekawioną 

niż przestraszoną.

- Pani Wells przyjechała tu specjalnie - wyjaśnia jej matka. - Chciałabym, żebyś z nią 

porozmawiała.  Mówi,  że  cię podrzuci  z  powrotem, jeśli  chcesz.  Może  tak byłoby  lepiej. 

Wiesz, jaki wściekły jest tata. Może byłoby lepiej, żeby cię tu nie zastał, kiedy wieczorem 

wróci z pracy. Niech sprawa trochę przycichnie.

- Nigdzie   się   stąd   nie   ruszę   -   deklaruje   Jamie,   wysuwając   z   uporem   podbródek   - 

dopóki on nie wycofa wszystkich zarzutów przeciw Gavinowi!

Trudno mi nie zauważyć,  że w domu Jamie  nie kończy każdego zdania intonacją 

pytającą. W ogóle.

- To się za naszego życia nie zdarzy, kochanie - orzeka pani Price. - Teraz już nie mam 

czasu. Muszę jechać na stylizację. Zaproponowałam pani Wells, żeby się poczęstowała kawą. 

I nie ruszaj tego wiśniowego deseru z kruszonką. Przygotowałam go na dzisiejsze spotkanie 

mojego stowarzyszenia Dom i Ogród. No to, na razie.

Co   powiedziawszy,   pani   Price   niemal   wybiega.   W   kilka   sekund   później   jeden   z 

zaparkowanych przed garażem jaguarów ożywa z rykiem. A po chwili gwałtownie startuje i 

odjeżdża.

- Łau - mówię, głównie po to, żeby przerwać ciszę. - Musi naprawdę lubić tę stylizację 

stroju. Cokolwiek by to oznaczało.

- Ona ma gdzieś stylizację stroju - informuje mnie z obrzydzeniem Jamie. - Pieprzy się 

ze swoim instruktorem. Bo rozumiesz, chodzi o zasady.

- Aha. - Przyglądam się jej, jak schodzi na dół, minąwszy mnie, kieruje się do kuchni, 

ze staroświecko wyglądającej suszarki koło ekspresu bierze kubek i nalewa sobie kawy. - Ja 

też poproszę - mówię.

- Poczęstuj   się   -   odpowiada,   równie   uprzejma   jak   jej   matka.   Otwiera   lodówkę, 

wyciąga karton mleka i wlewa obfitą porcję do swego kubka. Po chwili, widząc moją minę, 

dodaje  trochę i do mojego, który właśnie zdjęłam z suszarki,  po czym  chowa karton do 

lodówki.

- Więc - kontynuuję, napełniając sobie kubek kawą - nie musisz się martwić o Gavina. 

background image

Wpłacamy za niego kaucję.

Jamie rzuca mi zdumione spojrzenie.

- Ty?

Twierdząco kiwam głową. Kawa jest pyszna. Ale jeszcze lepsza byłaby z cukrem. 

Rozglądam się za cukierniczką.

- Wypuszczą go za jakąś godzinę.

- O mój Boże. - Odciąga krzesło od celowo postarzanego kuchennego stołu, opada na 

nie, jakby nogi nie chciały jej dłużej utrzymywać, i ukrywa twarz w dłoniach. - Dziękuję. Tak 

bardzo ci dziękuję.

- Nie   ma   o   czym   mówić.   -   Udaje   mi   się   znaleźć   cukier,   więc   sypię   sobie   pełną 

łyżeczkę. A następnie, po sekundzie namysłu, kolejną. Ach. Idealnie. No, prawie. Idealnie 

byłoby z bitą śmietaną. Trudno, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. - Ale nic za 

darmo.

- Wszystko, czego tylko chcesz - oznajmia Jamie, podnosząc głowę. Ze zdziwieniem 

widzę, że jej pozbawiona makijażu twarz jest mokra od łez. - Mówię poważnie. Szlag mnie 

trafiał przez całe rano. Nie wiedziałam, skąd mam wziąć tyle pieniędzy, żeby go puścili za 

kaucją. Zrobię wszystko. Po prostu... dziękuję.

- Naprawdę, nie ma sprawy - odpowiadam, przysuwając sobie do niej jedno z krzeseł. 

Nie sposób nie zauważyć, że na środku stołu pani Price zostawiła do ostygnięcia deser z 

kruszonką.   Leży   w   głębokim   szklanym   półmisku,   a   pokrywająca   wiśniowe   nadzienie 

scukrzona skorupka wygląda jak karmel. Słowo daję, co za piekielna matka zostawia coś 

takiego tak po prostu, na wierzchu? Nic dziwnego, że Jamie wydaje się nienawidzić jej tak 

bardzo. Wiem, że też bym babę znienawidziła. - Ale co to za historia, którą opowiadał mi 

Gavin. O tobie i wielebnym Marku?

Jamie pochmurnieje.

- Ach - wzdycha ponuro. - Nie powinien był tego nikomu powtarzać.

- Jamie - mówię. - Zginął człowiek. A ty chyba uważasz, że coś, co ci się przytrafiło, 

może mieć związek z jego śmiercią. Nie możesz mi zabronić powiadomić policji. Wiesz, że 

aresztowali kogoś za to morderstwo? Kogoś, kto zapewne tego nie zrobił. Przynajmniej, jeśli 

to, co mówisz, jest prawdą.

Jamie   ssie   dolną   wargę.   I,   czego   trudno   nie   zauważyć,   zerka   na   wiśniowy   deser. 

Cieszę się, że wyjęłam z cukiernicy łyżeczkę. Rozumiecie, na wszelki wypadek, gdybym jej 

potrzebowała.

- Kiedy   wyjechałam   na   uniwersytet,   moi   rodzice   chcieli   mieć   pewność,   że 

background image

przestrzegam naszych zasad - mówi Jamie, pijąc kawę małymi  łyczkami. - I tak było. W 

kampusie   przyłączyłam   się   do   młodzieżowej   grupy.   Uwielbiam   śpiewać.   Nie   planuję 

zajmować się tym profesjonalnie, czy w ogóle, tak jak ty. Chcę być księgową. Ale fajnie jest 

śpiewać   dla   przyjemności.   Więc   wstąpiłam   do   chóru.   Lubię   to.   Przynajmniej...   dawniej 

lubiłam. Dopóki nie pojawił się wielebny Mark.

Ku mojej całkowitej i skończonej radości sięga po wiśniowy deser, przyciąga go do 

siebie i zanurza w nim łyżkę, dziurawiąc karmelkową skorupę i sprawiając, że gęsta wiśniowa 

mazia wypływa ze środka kaskadą jak lawa. Wsuwając parującą łyżkę do ust, Jamie popycha 

półmisek w moją stronę. Ochoczo biorę z niej przykład.

Halo. Niebo w gębie. Pani Price może być suką, ale piecze jak anioł.

- Co on ci zrobił? - pytam z pełną buzią. Deser jest diabelnie gorący, jak by powiedział 

Gavin.

- Nie konkretnie mnie - wyjaśnia Jamie, kiedy z powrotem przysuwam do niej deser. - 

Wszystkim dziewczynom. On nie robi nic oczywistego. Na przykład nie wtyka nam języka w 

gardło czy coś w tym rodzaju. Ale ociera się o nas za każdym razem, kiedy się ustawiamy na 

podium, a potem udaje, że to niechcący i przeprasza. - Jamie ładuje kolejną porcję na łyżkę i 

pcha półmisek do mnie. - Dotyka naszych biustów i tyłków. Obrzydlistwo. I wiem, że to nie 

przypadek. W każdym razie ze mną to nie zaszło za daleko, bo bym się odwinęła i złamała 

mu nos, ale niektóre dziewczyny nie są takie duże jak ja i się go boją. Chcę to powstrzymać, 

zanim będzie gorzej. Chcę to powstrzymać natychmiast.

Pamiętam,   jak   wielebny   Mark   poczerwieniał,   gdy   podczas   zabawy   w   budowanie 

gazetowych   domków   Muffy  Fowler   wepchnęła   mu   w   dłoń   swoją   pierś.   Nie   stało   się   to 

przypadkiem...   ale   wówczas   inicjatywa   należała   nie   do   Marka,   tylko   do   Muffy,   która   z 

pewnością była dobrowolną, a nie niechętną uczestniczką wydarzenia.

Z kolei ja nabieram pełną łyżkę. Teraz, kiedy skorupka została naruszona, wiśniowe 

nadzienie szybko stygnie. Ale nadal jest pyszne.

- Więc zamierzałaś zgłosić to doktorowi Veatchowi? - pytam.

- Zgłosiłam - mówi Jamie. - To znaczy ustnie. W zeszłym tygodniu. Wczoraj byłam 

umówiona z nim na spotkanie, żeby napisać formalną skargę, która trafiłaby do przełożonego 

wielebnego Marka i do rady powierniczej. Tylko że...

- Ktoś go zastrzelił - kończę.

- Właśnie.

- Ale dlaczego uważasz, że to zrobił wielebny Mark? Skąd by wiedział, że spotkałaś 

się z doktorem Veatchem?

background image

Jamie lekko się krzywi. I wcale nie dlatego, że przypadkiem ugryzła pestkę.

- Popełniłam błąd, bo próbowałam namówić kilka dziewczyn z chóru, żeby poszły ze 

mną na tę rozmowę. Chodzi mi o to, że on to robi nam wszystkim. Wyobrażałam sobie, że 

jeśli zgłosimy się razem, nasze argumenty będą mocniejsze. Wiesz, jak trudno jest udowodnić 

tego typu rzeczy. Ale problem w tym, że inne dziewczyny... że one...

- Niektórym się to podobało? - pomagam jej, kiedy się waha.

- Właśnie tak. Albo nie uważały, że to coś złego, albo nie wierzyły, że to celowe, i 

mówiły, że robię z igły widły. - Jamie nabiera jeszcze większą porcję deseru i wpycha sobie 

do ust. - Zresztą kto wie? Może i robiłam.

- Jamie - mówię. - Nic podobnego. Jeśli cię to krępowało, miałaś rację, że komuś o 

tym powiedziałaś.

- Może. - Z trudem przełyka. - Nie wiem. W każdym razie jedna z dziewczyn tak się 

wściekła, kiedy odkryła, co zamierzam zrobić, że ostrzegła wielebnego Marka.

- Boże - mówię. Zatłukłabym tę dziewuchę. Podziwiam Jamie, że się pohamowała.

- No właśnie. I on przedwczoraj wieczorem, po próbie, wziął mnie na stronę i usiłował 

ze mną o tym rozmawiać. Żartował, mówił, że jest wielkim przyjaznym facetem, który nie 

zawsze wie, co robić z rękami. To było takie... obrzydliwe.

Nabieram równie wielką porcję i wsuwam do ust.

- Trzeba było powiedzieć, że ty też taka jesteś, a potem „przypadkiem” wsadzić mu 

rękę w spodnie.

- Tak, ale jemu by się to spodobało - przypomina mi Jamie.

- Racja.

- Kiedy się zorientował, że nie kupuję jego żarcików, zaczął dla odmiany o tym, jak 

moja skarga zrujnuje mu karierę i obiecał, że postara się lepiej zachowywać, jeśli nie pójdę do 

doktora Veatcha. I właśnie wtedy mu powiedziałam, że za późno, że doktor Veatch już wie, a 

niedługo cały uniwersytet będzie wiedział. Wielebny Mark całkiem oklapł i powiedział, że 

mogę odejść. I dlatego, kiedy następnego ranka przyszłam do waszego biura i okazało się, że 

doktor Veatch nie żyje...

- Uznałaś, że wielebny uciszył go na wieki - kończę za nią. - I że ty będziesz kolejną 

ofiarą.

- Właśnie tak - potwierdza Jamie. W zamyśleniu obskrobuje łyżką ścianki półmiska, 

wydrapując wszystkie resztki przed zapakowaniem go do zmywarki. Przyłączam się. Widzę, 

że musimy zjednoczyć wysiłki, by dokończyć dzieła. To znaczy, załatwić wielebnego Marka.

- Chcę,   żebyś   wróciła   ze   mną   do   miasta   i   to   wszystko,   co   opowiedziałaś   mnie, 

background image

powtórzyła zaprzyjaźnionemu ze mną detektywowi - mówię. - Nie musisz się obawiać, że 

Mark cię dopadnie. To znaczy, jeśli naprawdę jest mordercą. Detektyw Canavan do tego nie 

dopuści. Ja do tego nie dopuszczę.

- A jak masz zamiar to zrobić? - chce wiedzieć Jamie.

- To łatwe - wyjaśniam. - Doprowadzę do tego, że dostanie zakaz wstępu do Fischer 

Hall. Rozumiesz, persona non grata. Więc będziesz u nas bezpieczna.

- Nie wiem - waha się Jamie, przeżuwając kandyzowane szczątki cukrowej skorupy.

- Jamie, poważnie. Jaką masz alternatywę? Zamierzasz zostać w Rock Ridge na resztę 

życia? Z mamą i tatą? Gavin wraca z nami do miasta. Nie chcesz z nim być?

Jedna brew unosi się do góry, podobnie jak kąciki poplamionych wiśniami ust.

- Tak. Tak... - przyznaje Jamie powoli. - Chyba tak. On jest słodki. Taki wyrozumiały. 

Niewielu chłopaków siedziałoby i wysłuchiwało dziewczyny, która gada jak obłąkana. Tak 

jak   ja   wczoraj   wieczorem.   No,   myślę,   że   to   ma   sens,   zwłaszcza   że   jego   mama   jest 

ginekologiem i w ogóle.

Staram się nic nie mówić. Bo naprawdę to nie moja sprawa.

- Czy ty... - Jamie spogląda na mnie wielkimi, niebieskimi oczami. - Czy uważasz... 

czy uważasz, że on chce być ze mną?

Nie mogę się powstrzymać i przewracam - równie niebieskimi - oczami.

- Och, Jamie, jasne, że tak. A poza tym, kiedy twoja matka wróci do domu i odkryje, 

co zrobiłyśmy z deserem, zabije cię, to na pewno. Więc i tak będziesz bezpieczniejsza w 

mieście.

Uśmiech Jamie staje się coraz szerszy.

- Okej. Tylko wezmę prysznic i spakuję kilka rzeczy.

- Umowa stoi - mówię i rozpieram się wygodnie w krześle.

Kiedy wychodzi,  rozpinam górny guzik dżinsów. Bo prawda jest taka, że chociaż 

jadłyśmy łyżka w łyżkę, nie mogę już dotrzymywać kroku tym dzieciakom, tak jak dawniej. 

Po prostu nie mogę.

To przygnębiające, ale prawdziwe.

background image

16

Nie ma sensu rzucać róż

do łóżka mego,

To zła droga, żeby wygrać

mnie.

Zabierz to pudełko

od Tiffany’ego,

Lody to jedyne, czego chcę.

Czekoladowy kochanek

słowa i muzyka: Heather Wells

Zanim   wróciliśmy   z   Szóstego   Komisariatu,   wyszczerzony   nadmuchiwany   potwór 

zniknął sprzed Fischer Hall. Demonstranci przenieśli się (razem ze swoim szczurem) pod 

bibliotekę, gdzie pewnie mają szansę wzbudzić większe zainteresowanie, bo tam właśnie jest 

biuro rektora Allingtona.

Szczęśliwie   wozy   transmisyjne   udały   się   w   ślad   za   nimi,   więc   Cooper   bez   trudu 

znajduje miejsce do zaparkowania.

Jednak chociaż to Gavin, a nie ja, jest sprawcą wszystkich kłopotów i to on spędził 

noc w areszcie, Cooper boleśnie szarpie moją rękę, kiedy próbuję wydostać się z samochodu.

- Momencik - mówi, podczas gdy dzieciaki wyładowują się na chodnik. Czeka, aż 

bezpiecznie dotrą do budynku i poza zasięg naszych głosów, a potem pyta: - Chcesz wywalić 

stąd Halsteada. A potem co zamierzasz robić?

Wygląda  na to, że moje  starania,  by Mark został  uznany za persona non grata  w 

Fischer Hall, to jedyna kara, która go spotka. Opowieść Jamie nie zrobiła wielkiego wrażenia 

na detektywie Canavanie, ale obiecał, że sprawdzi „miejsce pobytu Halsteada” tego ranka, 

kiedy zamordowano doktora Veatcha. Co najwyraźniej usatysfakcjonowało Jamie.

Ale   nie   mnie.   Detektyw   Canavan   z   całą   pewnością   zakłada,   że   -   skoro   już   mają 

swojego mordercę, a jeszcze godzą się zbadać alibi Halsteada - to uniwersytet, ze swojej 

strony, sprawdzi poprzednie miejsca zatrudnienia wielebnego. Na co, bez wątpienia, szanse są 

zerowe.

- Nie   wiem   -   odpowiadam   Cooperowi.   Trochę   rozprasza   mnie   rozmiar   dłoni, 

zaciśniętej   na   moim   nadgarstku.  Cooper   to   duży   facet.  Większy   niż   Tad.   Jego   palce   w 

background image

zetknięciu   z   moją   skórą   są   takie   ciepłe.   -   Chyba   zajmę   się   pracą.   Niedługo   trzeba 

przygotować listę płac. I muszę rozesłać przypomnienie do dzieciaków, żeby wypełniły swoje 

karty kontrolne.

- Nie o to mi chodzi - odzywa się Cooper. - I dobrze o tym wiesz.

Oczywiście,   że   wiem.   Ale   mam   trudności   ze   spojrzeniem   mu   w   oczy,   bardzo 

niebieskie. W ustach robi mi się nagle sucho, a serce wydaje się wariować na skutek jakiegoś 

rodzaju   ataku   -   palpitacji   czy   po   prostu   zaburzeń   pracy,   trudno   stwierdzić.   W   klatce 

piersiowej   czuję   ucisk.   Fajnie,   że   pokazałam   pracującym   studentom   film   o   udzielaniu 

pierwszej   pomocy.   Zrobiłam   to   dla   śmiechu   podczas   mojego   dorocznego   Finałowego 

Egzaminu z Dekorowania Świątecznych Ciasteczek. A teraz, kiedy za kilka minut zasłabnę, 

najprawdopodobniej   będę   właśnie   tą   osobą,   która   wyzionie   ducha,   nie   doczekawszy 

sztucznego oddychania i masażu serca.

- Nie martw się - mówię, wlepiając wzrok w jego paznokcie. Które, w przeciwieństwie 

do paznokci Jordana, nie są wymanikiurowane. - Nie planuję szukać na własną rękę mordercy 

doktora Veatcha. Dotarło do mnie to, co wczoraj mówiłeś, łącznie z kawałkiem o mafii.

- I nie o to mi chodzi.

- Jeśli pytasz, czy zamierzam iść do kaplicy, udając, że potrzebuję zrzucić ciężar z 

duszy,   i   oznajmić   wielebnemu   Markowi,   że   jest   jedynym   facetem,   któremu   mogę   się 

zwierzyć,   a   wszystko   w   nadziei,   że   spróbuje   się   do   mnie   przystawiać,   a   ja   będę   mogła 

osobiście donieść o tym radzie powierniczej - ciągnę - to również nie zamierzam tego zrobić. 

Bo muszę spędzić dzisiaj chociaż odrobinę czasu w swoim biurze, inaczej ryzykuję wylanie z 

pracy.

- I nie o to - powtarza Cooper bardzo nietypowym dla niego napiętym głosem.

Korzystam z okazji, żeby podnieść oczy i ze zdumieniem stwierdzam, że on wcale nie 

patrzy na mnie, tylko w jakiś odległy punkt, gdzieś nad moim lewym ramieniem. Ale kiedy 

odwracam głowę, chcąc zobaczyć, co tam się takiego fascynującego dzieje, widzę jedynie 

ciężarówkę firmy przewozowej, zaparkowaną przed budynkiem, gdzie mieszkał Owen, ka-

wałek w dół ulicą od Fischer Hall. Trochę to dziwne, bo nie mamy teraz połowy ani końca 

miesiąca. Więc kto się wyprowadza albo wprowadza? Jakieś małżeństwo musiało się rozstać, 

czy coś w tym stylu.

Powracam spojrzeniem do Coopera, a on puszcza mój nadgarstek i znowu odwraca się 

w stronę kierownicy.

- Lepiej już idź - odzywa się swoim normalnym, lekko sardonicznym, tonem. - Lista 

płac czeka.

background image

- Och. - Chwila, moment. Co chciał mi powiedzieć? Ta głupia ciężarówka! Ci głupi 

rozstający się ludzie! - Tak. Chyba lepiej pójdę. Dzięki za podwiezienie do Rock Ridge. I za 

pomoc z Gavinem i Jamie, w ogóle za wszystko...

I wtedy Cooper znowu wprawia mnie w zdumienie. Na wzmiankę o Gavinie naprawdę 

się uśmiecha.

Teraz już zdecydowanie potrzebna mi pierwsza pomoc. Bo ten uśmiech powoduje 

zator we wszystkich moich głównych tętnicach.

- Chyba od początku miałaś rację - stwierdza. - To jednak nie taki zły dzieciak.

Rany. Co się z nim dzieje?

Ale zanim mam czas to rozgryźć,  ktoś zaczyna  wołać mnie po imieniu. Podnoszę 

wzrok i widzę Sarah, która stoi na chodniku i wpatruje się we mnie ze spłoszoną miną.

W każdym razie wydaje mi się, że to ona.

- Hm...   do   zobaczenia   w   domu,   Heather   -   mówi   Cooper,   unosząc   brwi   na   widok 

nowego wcielenia mojej asystentki. Nie potrzeba doświadczonego detektywa, żeby dostrzec, 

że Sarah przeszła radykalną przemianę: szminka, wysokie obcasy, szkła kontaktowe zamiast 

okularów, włosy rozwiane i jedwabiste, nogi gołe i porządnie ogolone. Co więcej, ma na 

sobie spódnicę, być może jeszcze od garsonki z rozmowy kwalifikacyjnej, i białą bluzkę z 

kołnierzem Piotrusia Pana (nawet nie wiem, czy teraz takie szyją).

Ale jest w spódnicy.

I   wygląda   dobrze.   Więcej   niż   dobrze.   Wygląda   seksownie.   W   stylu   niegrzecznej 

bibliotekarki.

- Hm...   no   to   cześć   -   rzucam   do   Coopera,   wysiadając   powoli   z   samochodu   i 

zatrzaskując za sobą drzwiczki.

Cooper   kręci   głową,   po   czym   odjeżdża.   Zostaję   na   chodniku   sama   z   Sarah. 

Uświadamiam   sobie,   że   później   będę   musiała   jakoś   poradzić   sobie   z   nim   i   z   tym   jego 

wywołującym ataki serca uśmiechem.

Jednak, szczerze mówiąc, myśl,  że dzisiaj czeka nas pierwsza noc bez taty, który 

całkiem   się   już   wyprowadził,   pierwsza   od   wielu   miesięcy,   kiedy   będziemy   z   Cooperem 

naprawdę sami, sprawia, że serce podchodzi mi do gardła.

Przestań,  Heather.  Jesteś zaręczona  - no, prawie zaręczona  - z innym  mężczyzną. 

Mężczyzną, z którym właśnie powinnaś ją spędzić.

Śmieszne, że myśl o nocy z Tadem nie porusza żadnej struny w moim sercu.

Chociaż są oddaleni od nas o dobre trzysta metrów, słyszę demonstrujących KSM - 

owców, jak skandują pod biblioteką. Ale co dokładnie, tego już nie potrafię powiedzieć. 

background image

Jednak ich wojownicze głosy dobiegają mnie tak samo wyraźnie, jak szum ruchu ulicznego z 

odległej o przecznicę Sixth Avenue.

- Cześć, Heather - mówi Sarah, miętosząc w palcach brzeg spódnicy. - Chciałam... 

chciałam z tobą porozmawiać, ale cię nie było.

- Musiałam załatwić pewną sprawę - tłumaczę się mało przekonywająco. - Dlaczego 

tam z nimi nie protestujesz? I dlaczego jesteś taka wystrojona?

Śliczną twarz Sarah - tak! Naprawdę wreszcie wygląda ślicznie - wykrzywia grymas 

niepokoju.

- Jestem zbyt wystrojona? Tak, prawda? Powinnam wrócić i się przebrać? Ja właśnie... 

ja cię szukałam, żebyś mi poradziła, co mam na siebie włożyć, ale nigdzie cię nie było, wobec 

tego zapytałam Magdę i Magda... Magda to zrobiła.

Oglądam Sarah od góry do dołu. Prawdę mówiąc, wygląda fantastycznie.

- Magda to zrobiła?

- Tak.   To   zbyt   wyzywające,   prawda?   Wiedziałam.   Mówiłam   jej,   że   to   zbyt 

wyzywające. Lecę szybko się przebrać.

Chwytam ją za nadgarstek, zanim zdąża się oddalić.

- Zaczekaj! - wołam. - Wyglądasz wspaniale. Słowo daję. Wcale nie wyzywająco. W 

najmniejszym stopniu. Naprawdę tak uważam. Dokąd się wybierasz?

Rumieniec, niemąjący nic wspólnego z różowym pudrem, oblewa policzki Sarah.

- Przyjechali rodzice Sebastiana. Dziś rano postawiono go w stan oskarżenia, a oni 

wpłacili za niego kaucję. Mam... mam się z nimi spotkać w Chinatown. Idziemy coś zjeść.

- Ach tak! - Nie mogę powstrzymać się od śmiechu. - Więc tak się prezentujesz w 

wersji „spotkanie z jego rodzicami”.

- Wyglądam   głupio.   -   Sarah   próbuje   wyszarpnąć   nadgarstek,   który   nadal   mocno 

trzymam. - Pójdę się przebrać.

- Nie, wyglądasz świetnie - mówię, ciągle jeszcze się śmiejąc. - Sarah, przysięgam, 

wyglądasz super. Niczego nie zmieniaj.

Przestaje się szamotać.

- Naprawdę tak myślisz? Naprawdę?

- Naprawdę - potwierdzam, puszczając jej rękę. - Sebastian padnie, jak cię zobaczy. 

Człowiek   spędził   ostatnie   dwadzieścia   cztery   godziny   w   więzieniu.   Co   ty   próbujesz   mu 

zrobić?

Jej rumieniec się pogłębia.

- No dobrze. Wiem, że on nie myśli o mnie... w taki sposób. A ja bym chciała, żeby 

background image

myślał. Naprawdę bym chciała.

- Moja droga, jedno spojrzenie na ciebie w tych obcasach - uspokajam ją - i nie będzie 

w stanie myśleć o niczym innym. Zawdzięczasz to Magdzie. Absolutny sukces.

Sarah przygryza  dolną wargę, co nie jest najlepszym  pomysłem,  skoro umalowała 

usta. Na szczęście ma przy sobie małą kopertówkę z lakierowanej skóry. Trzęsącymi  się 

palcami otwiera torebkę. - Czuję się podle, że tak zostawiam KSM na łasce losu - mówi, 

wyciągając  błyszczyk.  - W dodatku dziś wieczorem ma być wielki wiec. Ale to też jest 

ważne.

- Oczywiście - przytakuję.

- Chcę powiedzieć, że chodzi o coś ważniejszego niż pakiet świadczeń medycznych - 

ciągnie Sarah, nakładając błyszczyk na wargi. - Tu chodzi o życie Sebastiana.

- Rozumiem. Szczęściarz z niego, że ma ciebie.

- Bardzo   bym   sobie   życzyła,   żeby   to   zrozumiał   -   mówi   z   westchnieniem.   Chowa 

błyszczyk do kopertowki i zatrzaskuje ją. - Heather, jest jeszcze coś, o czym chciałam z tobą 

porozmawiać. Sebastianowi nie wolno opuszczać miasta, rozumiesz, dopóki cała ta sprawa 

nie zostanie rozwiązana, a zarzuty wobec niego uchylone. A kiedy już do tego dojdzie... kto 

wie, czy on w ogóle zechce tu wrócić. Mam nadzieję, że tak. Ale do tego czasu... jego rodzice 

zatrzymali się w hotelu. To dość daleko od kampusu, więc pomyślałam sobie... wiem, że on 

już nie może korzystać z tego pomieszczenia. To moja wina, nigdy nie powinnam była nad-

używać swoich przywilejów asystentki. Ale czy mogłabym go wpisywać jako gościa w moim 

pokoju? To znaczy, jeśli zechce mnie odwiedzić?

Wzruszam ramionami.

- Oczywiście.

Sarah przygląda mi się dziwnie.

- Nawet pomimo, że jest głównym podejrzanym o morderstwo naszego szefa? To nie 

przysparza mu tutaj popularności, Heather. Posłuchaj, ja nie chcę, żebyś się zgadzała tylko ze 

względu na  sympatię  do mnie.  Już  rozmawiałam  z Tomem.  Powiedział,  że  jeśli  o niego 

chodzi,   nie   ma   sprawy,   ale   ty   masz   zadecydować.   Z   nas   wszystkich   byłaś   najbliżej   z 

Owenem,   więc   nie   chcę,   żebyś   robiła   cokolwiek,   co   mogłoby   później   mieć   dla   ciebie 

emocjonalne reperkusje. Sama wiesz, jaka jesteś. Na zewnątrz sprawiasz wrażenie twardej, 

ale w środku po prostu jedna wielka marmoladka, klasyczna pasywno - agresywna...

- Popatrz - przerywam jej. - Jedzie wolna taksówka. Lepiej ją łap. Wiesz, jak trudno 

znaleźć taksówkę w tej okolicy. Chyba że chcesz przejść się na Szóstą Aleję. Ale w tych 

obcasach odradzałabym ci.

background image

- Och! - Sarah niepewnie podchodzi do krawężnika. - Dzięki. Cześć, Heather! Życz mi 

powodzenia!

- Powodzenia!   -   Macham   jej   na   pożegnanie,   obserwując,   jak   chwiejnym   krokiem 

zmierza do taksówki. Gdy tylko odjeżdża, pospiesznie maszeruję do Fischer Hall.

- Tom   prosił,   żebyś   do   niego   przyszła   natychmiast,   kiedy   się   tylko   pojawisz   - 

zawiadamia mnie Felicia, wręczając wielki stos karteczek z różnymi wiadomościami. - Czy 

Sarah cię znalazła?

- Och tak, wszystko w porządku.

W gabinecie kierownika domu studenckiego wścieka się Tom. Jak zwykle.

- Gdzieś ty się podziewała?! - wrzeszczy na mój widok.

- W Westchester - odpowiadam. - Mówiłam ci, że jadę do Westchester. Pamiętasz?

- Ale nie było cię tak długo - jęczy. - Całą wieczność. I tyle osób dzwoniło.

- Opowiedz mi o tym - proponuję i zwalam się za swoje biurko, wachlując się plikiem 

karteczek. - Coś ważnego?

- Och, tylko tyle, że nabożeństwo żałobne za Owena jest dzisiaj! - wykrzykuje Tom.

- Co?   -   O   mało   nie   upuszczam   słuchawki,   którą   właśnie   podniosłam,   żeby 

odpowiedzieć na telefon Tada, figurujący jako pierwsza z przekazanych mi wiadomości.

- No właśnie - ciągnie Tom. - I oni chcą, żebyś wygłosiła parę słów. Bo znałaś go 

lepiej niż ktokolwiek w kampusie.

Teraz naprawdę upuszczam słuchawkę.

- Co?!

- Tak. - Tom rozpiera się wygodnie w krześle, które przesunął aż pod drzwi gabinetu, 

żeby móc mi patrzeć w twarz w chwili, kiedy rzuci swoją bombę. Można by pomyśleć, że się 

dobrze bawi. - To ma być dziś po południu, o piątej. Zamierzali je odprawić w kaplicy, ale 

wybuch powszechnego żalu w związku z tą tragedią okazał się tak wielki, że postanowili 

przenieść całą uroczystość do centrum sportu. Więc lepiej szybko złóż kilka zdań do kupy. I 

lepiej, żeby wyszły ci dobrze. Bo spodziewamy się co najmniej paru tysięcy osób.

Niemal   dławię   się   własną   śliną.   Paru   tysięcy?!   Na   nabożeństwie   za   Owena   „Nie 

Pożyczaj Papieru z Sekretariatu Stołówki” Veatcha?!

I ja mam powiedzieć kilka słów?!

Jestem kompletnie, kompletnie załatwiona.

- Przecież ja go ledwie znałam! - jęczę.

- Może - proponuje Tom - zaśpiewaj po prostu Słodką gorączkę.

- Nie pomagasz mi.

background image

- Wiem - mówi. - A to, co Sebastian chciał, żebyś śpiewała na dzisiejszym wiecu 

KSM - u? Kumbaya. To powinnaś zaśpiewać. Połączyć podzielone środowisko.

- Poważnie, Tom. Zamknij się. Chcę pomyśleć.

Muszę napisać coś naprawdę dobrego. Doktor Veatch zasługiwał na to. Zasługiwał 

choćby za wszystko, co zrobił - no, próbował zrobić - dla Jamie.

Ale przede wszystkim muszę załatwić status persona non grata wielebnemu Markowi. 

Owen   chciałby   tego   bardziej   niż   przemówienia.   Chciałby   mieć   pewność,   że   Jamie   jest 

bezpieczna.

Wypełniam odpowiedni formularz, potem robię wiele kopii. Muszą trafić do biura 

bezpieczeństwa - obecnie obsługiwanego przez ludzi pana Rosettiego, jak mi się wydaje - a 

także do recepcji i do stanowiska ochrony w naszym budynku. Chcę mieć absolutną pewność, 

że mój personel wie, że chociaż wielebny Mark jest pracownikiem uniwersytetu, nie wolno go 

wpuścić do środka, obojętnie co by opowiadał. W rzeczywistości nie sądzę, żeby próbował 

się tu wedrzeć, zwłaszcza że osobiście sprawdzę, czy dostał kopię... jak również czy dostał ją 

jego przełożony.

A ponieważ w rubryce „Powody” wpisałam: „Niestosowne zachowania seksualne w 

stosunku do mieszkanki domu studenckiego”, mam dziwne przeczucie, że przełożony Marka 

skontaktuje się ze mną w tym samym momencie, kiedy tylko dokument ten wyląduje na jego 

biurku.

Wzywam dyżurnego z biura studenckiego - który właśnie sortuje pocztę w recepcji - i 

wręczam mu kopie formularza persona non grata z prośbą, żeby dostarczył je do wszystkich 

biur, do których są zaadresowane.

Dopiero wtedy zabieram się do tego kawałka na nabożeństwo żałobne.

Co   powinnam   powiedzieć   o   Owenie?   Że   chyba   nie   mógłby   już   mniej   obchodzić 

pracowników swojego akademika? Jak dotąd nie zauważyłam, żeby ktokolwiek uronił choć 

jedną łzę nad tą śmiercią. Miewałam już szefów aresztowanych za morderstwo, których stratę 

opłakiwano znacznie bardziej (bynajmniej nie żartuję).

Że był sprawiedliwym szefem? Wydaje mi się, że to prawda. Rzeczywiście nikogo nie 

faworyzował. Może gdyby miał jakichś ulubieńców, nie skończyłby z kulą w mózgu.

Ludzie, to faktycznie trudne. Nie przychodzi mi do głowy nic dobrego, co mogłabym 

powiedzieć o tym człowieku.

Czekajcie - był miły dla kotów! I dla Jamie! Był miły dla kotów i grubokościstych 

dziewczyn. To już coś, no nie?

Ale przecież nie mogę stanąć przed całym uniwersytetem i powiedzieć: „Owen był 

background image

miły dla kotów i grubokościstych dziewczyn”.

Okej, już wiem. Brakuje mi protein. Zjadłam o wiele za dużo wiśniowego deseru. 

Teraz potrzebuję bajgla albo batonika Dove, czy czegoś w tym rodzaju, żeby ukoić nerwy.

Informuję Toma, że zaraz wrócę i ruszam do stołówki. Jest zamknięta, bo to właśnie ta 

głupia   pora   pomiędzy   lunchem   a   obiadem,   ale   wiem,   że   Magda   i   tak   mnie   wpuści. 

Wpuszcza...   jednak   ze   zdumieniem   stwierdzam,   że   wcale   nie   jest   sama.   Oprócz   stałego 

personelu   widzę   cztery   ciemnowłose   łebki,   pochylone   nad   czymś,   co   wygląda   jak   praca 

domowa - w wydaniu dla pierwszo - , trzecio - , szósto - i ósmoklasistów.

Z miejsca rozpoznaję dzieciaki Pete'a w niebiesko - białych szkolnych mundurkach.

- Halo! - Rzucam Magdzie spojrzenie pełne niedowierzania. Moja przyjaciółka siedzi 

za kasą i opiłowuje paznokcie. Tym razem są cytrynowożółte.

- Cześć, Heather! - wołają dzieci Pete'a, zgodnym chórem, ale z różnym natężeniem 

entuzjazmu (dziewczynki z większym niż chłopcy).

- Cześć - odpowiadam. - Co tu wszyscy robicie?

- Czekamy na naszego tatę - wyjaśnia najstarsza, Nancy. - Kiedy skończy protestować, 

zabierze nas do domu.

- Nie - poprawia ją siostra. - Najpierw zabierze nas na pizzę, a dopiero potem do 

domu.

- Wszyscy razem idziemy na pizzę - informuje mnie Magda. - Na najlepszą pizzę na 

świecie, którą, tak się składa, podają w mojej okolicy.

- No nie wiem. - Nancy spogląda na nas z powątpiewaniem. - My też mamy dobrą 

pizzę koło nas.

Magda robi zgorszoną minę.

- Te dzieciaki myślą, że pizza w Pizza Hut jest prawdziwą pizzą. - Po czym zwraca się 

do mnie: - Powiedz im.

- Pizza w Pizza Hut nie jest prawdziwą pizzą - mówię. - Tak samo jak balon Wielki 

Ptak, który puszczają w Macy's na Święto Dziękczynienia, nie jest prawdziwym Wielkim 

Ptakiem.

- Ale Święty Mikołaj na koniec parady jest prawdziwy - informuje mnie poważnym 

tonem najmłodszy Pete'a.

- Mikołaj tak, oczywiście - zgadzam się natychmiast, a do Magdy szepczę: - Okej, 

Matko Tereso. Co jest grane?

- Nic - odpowiada niewinnie. - Po prostu przez chwilę ich pilnuję. Jak wiesz, Pete nie 

może ich jeszcze zabrać do domu, bo nadal strajkuje, w kordonie pikietujących.

background image

- Jasne. Tak się po prostu złożyło, że zgłosiłaś się na ochotnika do opieki nad dziećmi. 

Bez żadnych ukrytych motywów.

Magda wzrusza ramionami.

- Myślałam o tym, co wczoraj powiedziałaś - mówi, nie patrząc mi w oczy. - Może 

masz trochę racji, że niewystarczająco jasno okazywałam swoje intencje. Mam zamiar to 

naprawić. I zobacz, co się dzieje.

Kiwam głową w kierunku dzieciaków, które wróciły już do swoich lekcji.

- A co będzie, jeśli skończysz jako matka roku? Myślałam, że jesteś na to za młoda.

- Jestem   za   młoda   na   własne   -   wyjaśnia   Magda,   otwierając   szeroko   mocno 

podkreślone oczy. - Ale czyimiś mogę się zajmować. Bez problemu. Zwłaszcza że przeszły 

już trening korzystania z nocniczka.

Kręcę   głową,   łapię   batonik   Dove   i   wracam   do   swojego   biura.   To   tylko   moja 

wyobraźnia, czy wszyscy dookoła zaczynają się nagle łączyć w pary? Wiem, jest wiosna i tak 

dalej, ale naprawdę... to już zaczyna się robić absurdalne. Wszyscy... wszyscy oprócz mnie.

Och,   czekajcie.   Przecież   ja   mam   chłopaka.   Boże,   jak   mogłam   o   tym   zapomnieć? 

Chłopaka, który chce mi zadać pewne pytanie, gdy nadejdzie odpowiedni moment. Niezbyt 

dobra oznaka, prawda? Chodzi mi o to, że najwyraźniej nie pamiętam o Tadzie, kiedy nie ma 

go w pobliżu. To nie wróży dobrze naszemu związkowi.

Podobnie jak fakt, że nie mogę sobie wybić z głowy uśmiechu - i bądźmy szczerzy, 

rąk - innego faceta.

Co jest ze mną nie tak?

Kiedy podchodzę do biurka, zaczyna przeraźliwie dzwonić mój telefon. Identyfikator 

numerów wyświetla nazwisko kierownika do spraw lokalowych, doktora Stanleya Jessupa.

- Witam, doktorze Jessup - mówię, podnosząc słuchawkę. - Czym mogę służyć?

- Możesz mi powiedzieć, dlaczego wystawiłaś persona non grata dla Marka Halsteada.

- Proszę bardzo - odpowiadam. - Ponieważ regularnie próbował obmacywać jedną z 

moich rezydentek. Zresztą, zabawna sprawa. Ona była umówiona na spotkanie z doktorem 

Veatchem, żeby złożyć formalną skargę, właśnie tego ranka, kiedy go zastrzelono.

- Jesteś pewna, że ta dziewczyna mówi prawdę?

- Hm... tak - odpowiadam, trochę zdziwiona. - A dlaczego?

- Bo   jeśli   istnieje   jakakolwiek   możliwość   wycofania   tej   PNG,   może   zechcesz   to 

zrobić. Nabożeństwo żałobne, podczas którego masz przemawiać, będzie odprawiał właśnie 

wielebny Mark. Więc następnych kilka godzin twojego życia zapowiada się bardzo, bardzo 

nieprzyjemnie.

background image

17

Wyjdź z cienia,

Pokaż się wreszcie,

Zobacz to, co widzi świat.

Nie ukrywaj swojego

prawdziwego ja.

Jaka naprawdę jestem

słowa i muzyka: Heather Wells

Kim był doktor Owen Veatch?

Takim oto pytaniem, pozornie retorycznym, wielebny Mark Halstead zaczyna swoją 

mowę pochwalną.

Rozglądam się, żeby zobaczyć, czy ktoś z siedzących na składanych krzesłach po obu 

moich stronach wygląda, jakby znał odpowiedź, ale nikt nie zna. Wszyscy mają pochylone 

głowy,   ale   nie   w   modlitwie.   Moi   koledzy   wpatrują   się   albo   w   swoje   komórki,   albo   w 

komputer kieszonkowy BlackBerry.

Jak miło.

- Powiem wam kim był doktor Owen Veatch - kontynuuje wielebny Mark. - Doktor 

Owen   Veatch   był   człowiekiem,   który   miał   swoje   przekonania.   Silne   przekonania.   Owen 

Veatch był człowiekiem, który miał odwagę wstać i powiedzieć „nie”.

Wielebny Mark wyrzuca szeroko ręce przy słowie „nie” i długie rękawy jego szaty 

rozpościerają się niczym biała peleryna.

- Zgadza się. Owen Veatch sprzeciwił się, by ten kampus był miejscem podziałów. 

Owen   Veatch   sprzeciwił   się,   by   Uniwersytet   Nowojorski   był   zakładnikiem   grupy   ludzi, 

którzy utrzymywali, że ich przekonania są jedynymi słusznymi przekonaniami. Owen Veatch 

po prostu powiedział „nie”...

Muffy Fowler rozplata długie nogi w czarnych pończochach (czemu nie przyszło mi 

do głowy, żeby skoczyć  do domu i się przebrać, zanim tutaj przyszłam? Nadal jestem w 

dżinsach.   Jestem   w   dżinsach   na   nabożeństwie   żałobnym   za   mojego   szefa.   Muszę   być 

najgorszym pracownikiem na całym świecie. Chyba nie mam co liczyć na nagrodę w tym ro-

ku), nachyla się i szepcze mi do ucha:

- Nie sądzisz, że jest przystojniejszy niż Jake Gyllenhaal?

background image

Tom,   wachlujący   się   egzemplarzem   „US   Weekly”,   który   zabrał   z   recepcji,   kiedy 

wychodziliśmy, dla wsparcia moralnego, wygląda na zaszokowanego.

- Ugryź się w język, kobieto - odszeptuje.

- Nie mówiłam do ciebie - odpowiada Muffy.

Musimy być ostrożni z szeptaniem, bo siedzimy w drugim rzędzie składanych krzeseł, 

choć w bok od drewnianego podium, na którym wielebny Mark właśnie tłucze pięścią. Już raz 

zostaliśmy przyłapani na szeptaniu i wielebny Mark posłał nam mordercze spojrzenie, które, 

jestem   pewna,  widzieli   wszyscy  zgromadzeni   w  sali   gimnastycznej,   nawet  ci  z  ostatnich 

rzędów.

W rzędzie przed nami Pam Proszę - Do - Mnie - Nie - Mówić - Pani - Veatch siedzi 

wciśnięta pomiędzy panią Allington, żonę rektora, a kobietę, która nie może być nikim innym 

jak matką Owena, starszą panią Veatch; kobieta jest po osiemdziesiątce i wygląda, jakby 

miała zejść w każdej chwili. Wszystkie trzy kobiety wpatrują się w wielebnego Marka, a po 

ich policzkach ciekną łzy. Tyle że łzy pani Allington mają ścisły związek z piersiówką, którą, 

jak wiem, trzyma w torebce od Prady, i z której regularnie pociąga, kiedy myśli, że nikt nie 

patrzy. Za każdym razem, kiedy pociąga łyczek, Tom odnotowuje to w swoim BlackBerry. 

Wziął go ze sobą, bo uważa, że jest poręczniejszy do robienia notatek niż jego terminarz.

- I ten człowiek, doświadczony pedagog, który był wierny swoim przekonaniom, który 

dążył do tego, żeby ten kampus był bezpiecznym, przyjaznym dla wszystkich miejscem nauki 

- ciągnie wielebny Mark - ten człowiek zginął na posterunku. Poświęcił  tej pracy ponad 

połowę swojego życia, poświęcił ponad połowę życia dla młodych obywateli naszego kraju. 

Od ponad dwudziestu lat służył swoją pomocą naszym dzieciom.

Wielebny   Mark   zdaje   się   coraz   bardziej   zapalać.   Członkowie   chóru   studenckiego 

wpatrują się w niego ekstatycznie... niemal tak ekstatycznie jak Muffy i Tom. Nic dziwnego, 

że nie ma wśród nich Jamie. Zdaje się, że nikomu z chóru jej jakoś szczególnie nie brakuje. 

Czy raczej w ogóle. W biało - złotych szatach, studenci - chórzyści wyglądają tak młodo i 

niewinnie,   zupełnie   nie   przypominają   siebie;  w   kilkorgu   z  nich   rozpoznaję  mieszkańców 

Fischer   Hall,   których   przyłapałam   na   przemycaniu   do   budynku   piwa,   ukrytego   pod 

płaszczami.

- Doktora Veatcha, szanowanego i podziwianego za umiejętność porozumienia się z 

młodzieżą, szczerze opłakujemy, jego śmierć nas zasmuca - mówi wielebny Mark. - Jednakże 

pociechę   przynoszą   nam   słowa   naszego   Pana,   Jezusa   Chrystusa,   które   zostały   spisane   w 

Ewangelii   według   Świętego   Jana,   rozdział   trzeci,   werset   piętnasty:   ktokolwiek   w   Niego 

wierzy, nie zginie, ale ma życie wieczne.

background image

Spoglądam   na   panie   Veatch,   żeby   zobaczyć,   czy   znajdują   pociechę   w   słowach 

wielebnego. Zdaje się, że starsza pani Veatch zasnęła. Pam i pani Allington wpatrują się w 

wielebnego   Marka   z   rozdziawionymi   ustami.   Najwyraźniej   żadnej   z   nich   nie   przyszło 

wcześniej do głowy, że Owen mógł rozpocząć wieczne życie w królestwie Pana. Muszę przy-

znać, że i ja o tym nie pomyślałam. Ale też nigdy nie byłam jakoś szczególnie zaprzyjaźniona 

z Biblią.

Siedzący   obok   pani   Allington   jej   mąż,   rektor   Allington,   jest   całkowicie 

zaabsorbowany swoim BlackBerry. Ale kiedy przyglądam się uważniej, odkrywam, że nie 

sprawdza poczty ani nie surfuje po necie. Gra w Fantasy Football.

- Moi kochani - ciągnie wielebny Mark głębokim, melodyjnym głosem - proszę was, 

żebyście nie opłakiwali doktora Veatcha i nie rozpaczali z powodu jego odejścia, ale cieszyli 

się z jego wejścia do królestwa Pana.

Zdaje się, że wielebny Mark powoli zmierza do końca. Widzę, że chór przygotowuje 

się   do   odśpiewania   kolejnej   pieśni.   Na   razie   zostaliśmy   uraczeni  Bridge   Over   Troubled 

Water.  Przeglądając fiszki, żeby powtórzyć sobie, co powiem o Owenie, zastanawiam się, 

jaką pieśń zaśpiewają jako następną. Nie mam pojęcia, jaką muzykę lubił Owen. Pamiętam, 

że raz wspomniał o Michaelu Boltonie, i wzdrygam się mimowolnie. Tom zerka na mnie i 

mówi porozumiewawczo:

- Wiem.   Jeśli   będzie   pociągała   w   takim   tempie,   będą   musieli   ją   stąd   wynieść.   - 

Wskazuje znacząco głową na panią Allington.

Po   ostatnich   zapewnieniach,   że   doktor   Veatch   przebywa   obecnie   w   domu   Pana   - 

znacznie   lepsza   kwatera   niż   mieszkanie   z   jedną   sypialnią,   które   zajmował   do   tej   pory   - 

wielebny Mark opuszcza podium, ociera czoło chusteczką, a jego długie szaty powiewają za 

nim. Kiedy przechodzi obok nas, Muffy posyła mu promienny uśmiech a la Miss Ameryka. 

Wielebny Mark odwzajemnia uśmiech.

Potem jego spojrzenie pada na mnie, siedzącą obok Muffy, i wielebny przestaje się 

uśmiechać. Można powiedzieć, że spojrzenie, jakim mnie zaszczyca, jest... hm, mordercze.

Tak... Wielebny Mark niezbyt mnie lubi.

Jest   tak   pochłonięty   przeszywaniem   mnie   wzrokiem,   że   prawie   potrąca   doktora 

Jessupa,   który   zmierza   w   kierunku   podium.   Doktor   Jessup   potrząsa   ręką   wielebnego,   a 

wielebny   mówi   kilka   słów   otuchy   i   kładzie   dłoń   na   ramieniu   kierownika   do   spraw 

lokalowych.

Dzięki tej krótkiej przerwie mam okazję rozejrzeć się po świeżo przemianowanej (z 

powodów,   które   lepiej   pominąć   milczeniem)   sali   gimnastycznej   Centrum   Sportowego 

background image

Uniwersytetu   Nowojorskiego.   Wszystkie   składane   krzesła   i   prawie   wszystkie   miejsca   na 

trybunach są zajęte. Siedzą na nich ludzie, którzy nie znali Owena. Ludzie, którzy po prostu 

przyszli pogapić się na nabożeństwo żałobne za zamordowanego człowieka. Na podłodze 

pełno   jest   kwiatów...   pełno   jest   też   ekip   lokalnych   telewizji.   Oprócz   członków   chóru   i 

pomocników administracyjnych z Fischer Hall (których obecność Tom wymusił, informując, 

że dostaną dodatkowe dyżury w recepcji, jeśli się nie pojawią) prawie nie ma studentów.

Oprócz   jednego.   Nie,   widzę   dwoje.   Tam,   na   samej   górze   trybun.   Jamie   i   Gavin. 

Trzymają się za ręce. I, o tak... przyznaję, właśnie się migdalą.

Ale przyszli, i to nie dlatego, że ktoś im kazał. Przyszli, żeby okazać swój szacunek. 

Moje oczy zachodzą łzami. Boże, co się ze mną dzieje? Jeszcze nigdy się tak nie rozklejałam 

z powodu ofiary morderstwa, do którego doszło w moim miejscu pracy. A było już ich kilka. 

W dodatku nawet nie lubiłam Owena.

Doktor   Jessup   odkasłuje   do   mikrofonu,   a   ja   spoglądam   z   powrotem   na   podium. 

Kierownik do spraw lokalowych dziękuje wielebnemu Markowi za piękną mowę i ogłasza, że 

od tej pory biblioteka w Fischer Hall będzie Biblioteką im. Owena Leonarda Veatcha. Tablica 

jest już grawerowana i wkrótce odbędzie się uroczystość odsłonięcia.

Oświadczenie to zgromadzeni przyjmują brawami, po czym doktor Jessup prosi, żeby 

datki na Bibliotekę imienia Owena Leonarda Veatcha przesyłać do biura administracji Fischer 

Hall.

Super. Teraz będę musiała cały dzień rejestrować czeki, tak jak bym nie miała innych 

zajęć. Doktor Jessup zaprasza także na poczęstunek, który będzie serwowany od osiemnastej 

do osiemnastej trzydzieści w holu Centrum Sportowego (naprzeciwko gabinetu fitness).

Chór   zaskakuje   wszystkich,   zaczynając   energicznie   śpiewać   piosenkę   z   musicalu 

Hair.  Nie chodzi tylko o to, że  Good Morning Starshine  nie jest piosenką, którą człowiek 

spodziewałby   się   usłyszeć   na   nabożeństwie   żałobnym.  Good   Morning   Starshine  nie   jest 

piosenką,   którą   człowiek   spodziewałby   się   usłyszeć   gdziekolwiek.   Jednak   panie   Veatch 

wydają się być zadowolone, tak samo pani Allington. Każda z nich przyciska chusteczkę do 

kącika oka. Starsza pani Veatch obudziła się na dobre i pyta głośno:

- Skończyło się już? Skończyło?

Niestety, piosenka kończy się o wiele za szybko, i doktor Jessup wraca do mikrofonu, 

żeby powiedzieć:

- A teraz oddaję głos osobie, z którą doktor Veatch współpracował najbliżej podczas 

pobytu   w   kampusie,   asystentce   kierownika   Fischer   Hall,   naszej   drogiej   Heather   Wells. 

Heather?

background image

Moje serce, które się uspokoiło, gdy Cooper odjechał, teraz znowu zaczyna szaleć. 

Nigdy nie miałam tremy, gdy śpiewałam. Zawsze mogłam schować się za piosenką. Ale jeśli 

chodzi o publiczne przemawianie - dajcie spokój. Wolałabym już raczej wisieć na urwanym 

kablu od windy czy paść ofiarą psychotycznego przewodniczącego korporacji i pigułki gwałtu 

niż wygłosić mowę przed tymi wszystkimi ludźmi.

Ściskam notatki, próbując opanować strach, ale zupełnie mi nie pomaga, kiedy Tom 

szepcze: „Dasz radę!”, a Muffy mówi: „Po prostu wyobraź sobie, że są w samych bokserkach 

i majtkach!” Takie triki świetnie sprawdzają się w The Brady Bunch, ale nie w prawdziwym 

życiu.

Zmierzam do podium, żałując jeszcze bardziej, że nie wstąpiłam najpierw do domu, 

żeby  się   przebrać.   Uświadamiam   sobie,   że  mój  strój  nie   różni   się  ani  trochę  od  strojów 

studentów.

Przekonana, że zaraz zwymiotuję, staję przed morzem twarzy - i dopiero teraz widzę, 

że jest więcej znajomych osób, niż mi się wcześniej wydawało. Na przykład naprzeciwko 

mnie siedzi na składanym krześle Tad, który unosi rękę i uśmiecha się, żeby dodać mi otuchy. 

Odpowiadam mu niewyraźnym uśmiechem...

...który blednie, gdy tylko zauważam, że cztery rzędy za nim siedzi Cooper, który 

również unosi rękę, myśląc, że uśmiecham się do niego.

Boże. Zaraz zwymiotuję. Jestem tego pewna.

Zerkając na kartki, które położyłam na pulpicie, kręcę głową. Nie mogę tego zrobić. 

Nie mogę. Może w zamian pobiegnę za wielebnym Markiem i skopię mu tyłek? To byłoby 

znacznie prostsze.

- Witajcie - mówię do mikrofonu. Mój głos odbija się echem od ścian sali, co mnie 

jeszcze bardziej denerwuje. Witajcie... witajcie... witajcie. - Hm... W dniu, kiedy poznałam 

doktora Owena Veatcha, pierwszą rzeczą, jaką wypakował w swoim nowym gabinecie w 

Fischer Hall, był miesięczny grafik z Garfieldem.

Patrzę na zgromadzonych, żeby zorientować się, jak przyjęli tę informację. Wszyscy 

patrzą na mnie z kamiennym wyrazem twarzy. Oprócz Toma, który ukrył twarz w dłoniach. I 

Tada. Nadal uśmiecha się zachęcająco. Cooper wygląda na zdezorientowanego.

Wtedy zauważam mojego ojca, który siedzi obok Coopera. Boże. Tata też tu jest? To 

najlepszy dowód na to, że Bóg nie istnieje.

- Okazało się - ciągnę - że doktor Veatch kochał Garfielda bardziej, niż myślałam. Tak 

bardzo, że zdecydował się zostać właścicielem dużego, rudego kota, który wyglądał tak jak 

on, i nazwał go Garfield. A kiedy kot zachorował na tarczycę, co zrobił doktor Veatch? Nie 

background image

dbał   o   koszta   opieki   nad   chorym   zwierzęciem   ani   go   nie   uśpił.   Kupił   Garfieldowi   od-

powiednie leki. Takim właśnie człowiekiem był doktor Veatch. Człowiekiem, który kochał 

swojego kota Garfielda.

Zerkam   na   Pam   Proszę   -   Do   -   Mnie   -   Nie   -   Mówić   -   Pani   -   Veatch.   Płacze, 

jednocześnie patrząc na mnie z wdzięcznością. Bardzo dobrze. To w końcu dla niej to robię. I 

dla wszystkich ludzi, którym naprawdę zależało na doktorze Veatchu. I Garfieldzie. Robię 

dobrze. Wiem to.

- Ostatnim razem, kiedy widziałam Owena - kontynuuję - siedział przy swoim biurku i 

pisał przemówienie, które miał wygłosić na rozdaniu dyplomów pod koniec miesiąca. Owen 

powiedział mi, że to jego ulubiona uroczystość, ponieważ uroczyste rozdawanie dyplomów 

jest świętowaniem osiągnięć. Nie tylko osiągnięć studentów, ale też osiągnięć pracowników 

Uniwersytetu Nowojorskiego. Uroczystość rozdania dyplomów była  dla Owena jednym  z 

niewielu konkretnych  dowodów, że nasze wysiłki nie poszły na marne. Każdy absolwent 

Uniwersytetu Nowojorskiego jest osobistym zwycięstwem nie tylko nas, administratorów, ale 

wszystkich pracowników uniwersytetu. - Mówiąc to, patrzę prosto na rektora Allingtona. - 

Wszystkich,   którzy   dzięki   swojej   pracy   pomagają   studentom   w   zdobywaniu   zaliczeń   i 

ostatecznie dyplomów, od asystentów prowadzących zajęcia po personel porządkowy, który 

utrzymuje sale wykładowe w czystości.

Chciałabym powiedzieć, że w tym momencie rektor Allington wstał, powiedział, że 

uświadomił sobie, że mam rację i oświadczył, że zgadza się na wszystkie żądania KSM, tym 

samym kończąc strajk.

Ale on nadal siedzi z opuszczoną głową; zapewne ciągle gra w Fantasy Football.

- Nie   bardzo   wiem   -   ciągnę   -   co   nas   czeka   po   śmierci.   Nie   wiem   nic   o   życiu 

pozagrobowym. Ale wiem jedno. Wiem, że na tegorocznej uroczystości rozdania dyplomów 

Uniwersytetu Nowojorskiego będzie nam bardzo brakować Owena. Ale mam przeczucie, że 

będzie tam z nami duchem... tak samo jak zawsze będzie w naszych sercach.

Kończę,   po   czym   następuje   chwila   totalnej   ciszy.   Rozlegają   się   jakieś   nieśmiałe 

uprzejme oklaski. Potem, dzięki Cooperowi, który wstaje i zaczyna głośno walić w dłonie, 

rycząc   „brawo!”,   do   którego   wkrótce   dołącza   Tad,   po   tym   jak   najpierw   obejrzał   się 

zaskoczony   przez   ramię,   oklaski   stają   się   bardziej   serdeczne   i   wkrótce   wszyscy   zebrani 

podnoszą się i nagradzają mnie gromkimi brawami.

Parę sekund później Brian - ten sam Brian, który pojawił się rano w Fischer Hall z 

panem   Rosettim   -   zbliża   się   pospiesznie,   żeby   zastąpić   mnie   za   mikrofonem.   Mamrocze 

nerwowo:

background image

- Eee, dziękuję. Dziękuję, Heather. Eee, dziękuję wszystkim. Jak powiedział doktor, 

eee,   Jessup,   jeśli   państwo   mają   ochotę,   w   holu,   naprzeciwko   gabinetu   fitness,   będzie 

poczęstunek. To by było na tyle. Do widzenia.

Chór, być może zainspirowany tą wiadomością, zaczyna śpiewać. Zgadnijcie co?

Kumbaya oczywiście.

background image

18

Żadne pieniądze świata,

Nie kupią mego serca,

nie zmylą mnie.

Bo wiem dokąd zmierzam

i wiem, gdzie już byłam,

Nigdy więcej nie zboczę

na tamtą drogę.

Nie możecie mnie kupić

słowa i muzyka: Heather Wells

Wiesz - mówi Pam Proszę - Do - Mnie - Nie - Mówić - Pani - Veatch, z oczami 

zaczerwienionymi od płaczu - Owen wyrażał się o tobie bardzo pochlebnie. Myślę, że ty i 

Garfield byliście najbliższymi mu osobami... przynajmniej ostatnio.

- Łau   -   odpowiadam,   co   wydaje   mi   się   nieadekwatne.   Ale   co   jeszcze   można 

powiedzieć, kiedy ktoś raczy was takimi rewelacjami? - Dziękuję, Pam.

Jeśli to prawda, to jest mi trochę łyso. Dopóki Owen Veatch nie został zamordowany, 

bardzo rzadko, o ile w ogóle, myślałam o nim po godzinach pracy.

Ale   uśmiecham   się   do   obu   pań   Veatch,   które   zaraz   po   nabożeństwie   żałobnym 

obstąpiły mnie niczym  wygłodniałe lwice ranną gazelę. Staram się nie wyglądać, jakbym 

rozpaczliwie chciała uciec.

- Owen   powiedział   mi   kiedyś,   że   nie   znał   nikogo,   kto   by   tak   szybko   pisał   na 

komputerze - wyznaje pani Veatch Numer Jeden (mama Owena), uśmiechając się słabo.

Pam kiwa głową.

- Tak powiedział - potwierdza.

- Cóż - wzdycham. - Dziękuję, pani Veatch. I... Pam. - Owen najwyraźniej mówił o 

kimś innym. Ja piszę z prędkością jakichś dwudziestu słów na minutę.

Rozglądam   się   po   holu   Centrum   Sportowego,   gdzie   została   urządzona   stypa   - 

ustawiono długie stoły z ponczem i ciastkami. Oczywiście, nikomu nie przyszło do głowy, 

żeby na ten czas zamknąć Centrum Sportowe dla studentów, więc teraz ludzie w dresach 

mieszają   się   z   żałobnikami,   pokazują   swoje   identyfikatory   tymczasowym   ochroniarzom 

(zapewnionym   przez   pana   Rosettiego,   którzy   nie   przypominają   naszych,   uczelnianych, 

background image

ochroniarzy - są znacznie więksi i mają groźniejszy wygląd), żeby ich przepuścili, zerkają z 

zaciekawieniem na wieńce i pytają: „To jakaś impreza charytatywna?”

Robię, co w mojej mocy, żeby uniknąć pewnych osób, które się tu zjawiły, ale zdaje 

się, że mam pecha. Nie, mam go na pewno. Staje się to jasne, kiedy tata dotyka mojego 

ramienia.

- Hm - mówię. - Cześć, tato.

- Cześć, skarbie - odpowiada. - Poświęcisz mi chwilkę?

Super. Potrzebne mi to jak... kulka w głowie.

- Jasne. Pam... tato... to jest Pam, była żona Owena.

- Miło mi panią poznać - wita się tata, potrząsając dłonią Pam. Przebrała się z bluzy z 

tymi dziwacznymi szmacianymi laleczkami w skromny, czarny kostium. Przedstawiam tatę 

także pani Veatch Numer Jeden, a potem idziemy do kącika wypoczynkowego z palmami w 

donicach pod ogromną szklaną ścianą, przez którą widać znajdujący się poniżej kryty basen 

olimpijski. W powietrzu unosi się przyjemny zapach chloru. Mam wrażenie, że ten zapach 

będzie jedyną przyjemną rzeczą towarzyszącą tej rozmowie.

- Dzięki, że przyszedłeś, tato - mówię. - Nie musiałeś. To bardzo miło z twojej strony. 

Nawet nie znałeś Owena.

- Cóż, był twoim szefem - odpowiada tata. - Wiem, jak ważna jest dla ciebie ta praca. 

Nie całkiem rozumiem, dlaczego jest tak ważna, ale rozumiem, że ją lubisz.

- Tak - mruczę. - Co do...

Unosi dłoń.

- Nic więcej nie mów.

- Bardzo mi przykro, tato - dodaję.

Mówię   poważnie.   Naprawdę   mi   przykro.   Przykro,   jak   pomyślę,   co   czeka   Mandy 

Moore.

- Muszę   przyznać,   że   gdybym   nie   usłyszał   na   własne  uszy  tego,   co   przed   chwilą 

mówiłaś   o   swoim   szefie   -   mówi   -   myślałbym,   że...   cóż,   że   popełniasz   największy   błąd 

swojego życia. Ale po tym co powiedziałaś, dlaczego ty i inni, którzy tu pracują, robicie to, co 

robicie... zdaje się, że zaczynam łapać, dlaczego lubisz swoją pracę... mniej więcej.

- Pisanie o kubeczkach z pokrywką? - burczę. - To nie dla mnie. Próbowałam. Ale nie 

wyszło. Wiesz co myślę o propozycji twojej i Larry'ego? Nie sądzę, żebym była dzięki temu 

szczęśliwa. Chciałabym któregoś dnia wrócić do branży, tak myślę, ale chcę, żeby to było na 

moich warunkach. Żeby to były moje piosenki, o moich przeżyciach. Nie o kubeczkach z 

pokrywką. A jeśli tak się nie stanie, nie szkodzi. Bo lubię to, co robię teraz. I mogę zaczekać. 

background image

Naprawdę.

- Cóż, domyślałem się. Ale uznałem, że warto spróbować - sapie tata. - Wyjaśnię to 

Larry'emu.   Tak   czy   owak,   chciałem   się   pożegnać.   Zabrałem   rano   ostatnie   pudło,   a   pół 

godziny temu wyprowadziłem Lucy. Już nie wrócę. No chyba że mnie zaprosisz. I zawsze 

będę najpierw dzwonił, zanim się pojawię.

- Och, tato - wzdycham, ściskając go. Był taki czas, nie tak znowu dawno, szczerze 

mówiąc, kiedy jego obecność w domu doprowadzała mnie do szału. Ale teraz, kiedy się 

wynosił,   przyznaję,   trochę   mnie   to   trzepnęło.   -   Wiesz,   że   możesz   wpadać,   kiedy   tylko 

będziesz miał ochotę. Nie musisz najpierw dzwonić ani czekać na zaproszenie.

- Nie jestem pewien, czy Cooper by się z tym zgodził - szepcze tata w moje włosy, 

oddając uścisk. - Ale w porządku.

- Co   masz   na   myśli?   -   Posyłam   Cooperowi,   który   stoi   z   Tomem   przy   wazie   z 

ponczem, zdziwione spojrzenie ponad ramieniem taty. - Co takiego powiedział Cooper?

- Nic - mówi tata, odrywając się ode mnie. - Sprawuj się dobrze. Później pogadamy.

- Nie, musisz mi powiedzieć - upieram się. - Co takiego...

- Heather?

Oglądam się przez ramię. Tad stoi za mną i uśmiecha się nieśmiało. Co za fatalne 

wyczucie czasu.

- Zadzwonię do ciebie - obiecuje tata, obrazując to za pomocą wystawionego kciuka i 

małego palca, przystawionych do twarzy. Jezu. Kiedy on nabrał tych hollywoodzkich manier? 

Do Tada mówi: - Na razie, stary.

Okej, może to i lepiej, że tata się wyprowadził.

- Jak się masz? - pyta Tad, głaszcząc mnie po ramieniu.

- W   porządku   -   mówię.   Wpatruję   się   w   plecy   mojego   ojca   tak   intensywnie,   że 

zastanawiam się, czy nie odczuwa tego fizycznie. Co takiego powiedział Cooper? Dlaczego 

tata nie chce mi powiedzieć? Dlaczego mężczyźni mojego życia spiskują przeciwko mnie? To 

niesprawiedliwe!

- Próbowałem się z tobą skontaktować - oznajmia Tad. - Ale nie odpowiedziałaś na 

żadną z moich wiadomości.

- Tak... - Zauważam, kiedy tata wychodzi, że Cooper, choć do niego i Toma dołączył 

chłopak Toma, Steve, i zdają się być pochłonięci rozmową, bez wątpienia o koszykówce, 

odpuścił sobie subtelności i teraz otwarcie gapi się na mnie. - Miałam mnóstwo na głowie. 

Ten strajk i w ogóle.

- Wszystko  się ułoży.  Słyszałem, że Tom pełni funkcję tymczasowego kierownika 

background image

Fischer Hall. To dobra wiadomość.

- Tak... - mruczę. Czy Cooper powiedział tacie, że musi najpierw dzwonić, zanim 

wpadnie   z   wizytą?   A   jeśli   tak,   to   dlaczego?   Dlaczego   mój   ojciec   nie   może   wpaść   bez 

zapowiedzi? Czyżby Cooper bał się, że tata przypadkiem za dużo zobaczy? Ale co?

- Heather, dobrze się czujesz? - pyta Tad.

Wzdrygam   się.   Co  ja   robię?   Co  się   ze   mną   dzieje?   Mężczyźni   mojego  życia   nie 

spiskują przeciwko mnie.

Nikt przeciwko mnie nie spiskuje. Muszę się uspokoić. Muszę wziąć się w garść.

- Tak, nic mi nie jest - rzucam, uśmiechając się do Tada. - Przepraszam, że ostatnio 

nieco dziwnie się zachowuję. Po prostu... sam wiesz.

Tad wyrozumiale kiwa głową. W niebieskim świetle padającym od basenu jego jasne 

włosy mają delikatny zielony odcień.

- Wiele przeszłaś w tym tygodniu - stwierdza. - Całkowicie to rozumiem. Wierz mi. 

To, co się przydarzyło Owenowi...

- Wiem - mówię, wsuwając swoją dłoń w jego.

- .. .a potem okazało się, że zrobił to student. Ciągle nie mogę w to uwierzyć.

Nie   puszczam   jego   ręki.   Ale   myślę   o   tym.   Zwłaszcza   kiedy   prawie   przyłapuję 

Coopera, jak znowu patrzy w naszą stronę. A przynajmniej tak mi się zdaje.

- Sebastian tego nie zrobił, Tad - mówię, tak łagodnie, jak tylko mogę.

- Oczywiście, że to zrobił, Heather - odpowiada Tad. - W jego plecaku znaleźli broń, z 

której padł strzał.

- W konduktorce - poprawiam go. - To, że znaleźli przy nim broń, z której padł strzał, 

jeszcze nie znaczy, że to zrobił.

- Bez obrazy - mówi Tad - ale myślenie, że zrobił to ktoś inny, jest trochę nielogiczne. 

Blumenthal miał motyw, sposobność, by to zrobić, i znaleźli przy nim broń, więc...

- Tak - mruczę. Puszczam jego rękę. - Ale nadal jest możliwe, że tego nie zrobił. Z 

tym musisz się zgodzić.

- Okej - odpowiada Tad. - Na dobrą sprawę, wszystko jest możliwe. Ale z punktu 

widzenia statystyki, nie jest to zbyt bardzo prawdopodobne.

- Sebastian Blumenthal - mówię - mógł zostać wrobiony. Nie przyszło ci to do głowy?

Tad patrzy na mnie, mrugając tymi swoimi cudownymi niebieskimi oczami, ukrytymi 

za grubymi  szkłami  okularów w  złotych  oprawkach.  Kiedyś  myślałam,  że  to dobrze. To 

znaczy, że to dobrze, że nikt oprócz mnie nie może zobaczyć, jakie piękne ma oczy.

Ale teraz zastanawiam się, czy to aby na pewno dobrze. A jeśli przez te szkła nie 

background image

zauważyłam   czegoś,   co   powinnam   była   zauważyć   już   wcześniej?   Czegoś   ważnego,   jeśli 

chodzi   o   Tada?   Tego,   że   choć   seksowny,   miły   i   w   ogóle,   w   pewnym   sensie   jest   tylko 

narzędziem?

- Heather   -   mówi   Tad.   -   To   nie   ma   najmniejszego   sensu.   Kto   miałby   zrobić   coś 

takiego? Kto miałby sobie zadać tyle trudu?

- Hm - chrząkam. - Może prawdziwy zabójca? Nie oglądasz Prawa i porządku, Tad? 

Nie widziałeś ani jednego odcinka  Murder, she wrote?  -  Sfrustrowana, odgarniam z oczu 

zbłąkane   pasmo   włosów.   Prawie   jakbym   odgarniała   woalkę,   którą   miałam   na   twarzy   od 

miesięcy, i po raz pierwszy wyraźnie widziała Tada. - Tad, masz w swoim gabinecie pudełko 

śniadaniowe ze Scooby Doo. Oglądałeś kiedyś Scooby Doo?

- To prezent od studenta - mówi Tad. - Co się z tobą dzieje, Heather? Wiesz, że nie 

uznaję telewizji. Dlaczego tak się zachowujesz?

- Jak możesz nie uznawać telewizji? - pytam. - Jak możesz nie uznawać czegoś, co nie 

wyrządziło nikomu żadnej krzywdy? Jasne, w nadmiarze telewizja może być szkodliwa. Ale 

tak jak wszystko. Czekolada, na przykład. Nawet seks!

Tad nadal patrzy na mnie, mrugając oczami.

- Heather - szepcze. - Może dobrze by ci zrobiło, gdybyś poszła do domu, położyła 

się, napiła herbaty ziołowej czy coś takiego. Wydajesz się wyczerpana.

Wiem, że ma rację. W stu procentach. Poza tym nie jestem sprawiedliwa.

Ale nie mogę się powstrzymać. Zupełnie jakby coś we mnie pękło, puściły zawory i 

teraz wszystko to znalazło ujście, a ja nie mogę tego zatamować.

Choć wcale nie jestem pewna, czy chcę to robić. Nie jestem nawet pewna, czy to coś 

złego.

- O co chciałeś mnie zapytać, Tad? - słyszę swoje pytanie.

Patrzy na mnie zupełnie skołowany.

- Co? Kiedy?

- Wczoraj - mówię. - Powiedziałeś, że jest coś, o co chcesz mnie zapytać, ale zrobisz 

to, kiedy będzie odpowiedni moment. O co ci chodziło?

Tad się czerwieni. A przynajmniej tak mi się wydaje. Ciężko stwierdzić w świetle 

padającym od basenu. Zasadniczo jest cały zielony.

- Myślisz, że teraz jest odpowiedni moment? - pyta. - Bo ja tak nie...

- Och, po prostu zapytaj - odparowuję. Szczerze mówiąc, nie wiem, co mnie napadło. 

Zupełnie jakbym nagle zamieniła się w Sarah. Przed metamorfozą.

Tad wydaje się zbyt przerażony, żeby mi się sprzeciwiać.

background image

- Okej - duka. - Chodzi o to, że kilkoro nas, z wydziału matematyki, zamierza wybrać 

się latem w Appalachy, no wiesz, za dnia będziemy wędrować, wieczorem rozbijać obóz, i 

zastanawiałem się, czy, no wiesz, nie chciałabyś się wybrać z nami. Wiem, że nie jesteś zbyt 

outdoorową dziewczyną, i oczywiście musisz pracować, ale pomyślałem, że gdybyś mogła 

wziąć wolne, to może chciałabyś z nami pojechać. Powinna być niezła zabawa. Zamierzamy 

żywić   się   tym,   co   sami   zdobędziemy,   całkowicie   oderwać   się   od   codzienności,   żadnych 

komórek, iPodów... to powinno być bardzo wzbogacające doświadczenie. Co... co o tym my-

ślisz?

Przez chwilę tylko się w niego wpatruję bez słowa.

Potem,  powoli, uświadamiam  sobie,  że to,  co we mnie  pękło, cokolwiek  to było, 

chyba już się na nowo zrosło.

Znowu czuję się całością.

I chce mi się śmiać. Bardzo.

Ale wiem, że byłoby to bardzo niestosowne z uwagi na okoliczności - zarówno ze 

względu na to, że jesteśmy na swego rodzaju stypie po nabożeństwie żałobnym za doktora 

Veatcha, jak i fakt, że mój chłopak właśnie zapytał mnie, z całą powagą, czy spędzę z nim 

lato, wędrując po Appalachach.

- Wiesz,   Tad   -   mówię,   starając   się   zachować   powagę   -   to   bardzo   miło,   że   mi   to 

zaproponowałeś. Ale pracuję tu od niecałego roku i myślę, że będzie mi trudno dostać aż tyle 

wolnego.

- Ale   tydzień   powinnaś   dostać   -   upiera   się   Tad.   -   Może   mogłabyś   się   do   nas 

przyłączyć na tydzień?

Myśl, że miałabym spędzić mój jedyny tydzień urlopu na wędrówce, brudna, spocona 

i narażona na kleszcze, bez wanny, wcinając orzechy i jagody, w towarzystwie profesorów 

matematyki, sprawia, że mam ochotę parsknąć śmiechem.

Ale hamuję się, przygryzając wargę.

- Raczej nie - mówię. Wydobywające się z moich ust słowa brzmią dziwnie, z uwagi 

na to, że nadal zagryzam wargę. - Tad... nie sądzę, żeby nam wyszło.

Tad wygląda, jakby mu ulżyło. Ale bardzo się stara, żeby to ukryć.

- Heather - zaczyna ostrożnie. - Czy ty... zrywasz ze mną?

- Tak - mówię. - Przykro mi, Tad. Lubię cię i w ogóle, ale myślę, że lepiej, jeśli będą 

nas łączyły wyłącznie stosunki student - wykładowca. Śmierć doktora Veatcha uświadomiła 

mi, że życie  jest ulotne i lepiej nie tracić czasu na związki,  które są z góry skazane na 

porażkę.

background image

Tad jest w takiej euforii, że boję się, żeby nie zemdlał. Zbieram siły, na wypadek 

gdybym musiała go łapać.

- Cóż - wzdycha, nadal starając się wyglądać na smutnego. - Jeśli naprawdę uważasz, 

że tak będzie lepiej...

- Tak uważam - potwierdzam. - Ale nadal możemy być przyjaciółmi. Okej?

- Och, oczywiście - mówi Tad.

Zdaje się, że nigdy nie odczuwał większej ulgi.

Jednak po chwili ulga ustępuje miejsca niepokojowi, kiedy ukradkiem podchodzi do 

mnie Muffy i spoglądając na Tada spod zasłony rzęs, mówi:

- Cześć, Heather. Może przedstawisz mnie swojemu przyjacielowi?

- Oczywiście - odpowiadam. - Muffy, to jest Tad Tocco, mój profesor matematyki. 

Tad, to jest Muffy Fowler. Jest specjalistką od PR, którą zatrudniło biuro rektora. I - dodaję, 

trochę bez sensu, ale co mi szkodzi? - zapaloną zwolenniczką aktywnego trybu życia.

- Tak? - pyta Muffy, a po chwili piszczy, kiedy kopię ją w kostkę. - Auu, to znaczy, 

tak, oczywiście.

- Hm - mówi Tad, wyciągając do Muffy rękę. - Cześć.

- Cześć - ćwierka Muffy, puszczając oczko. Nie zmyślam. Muffy naprawdę to robi. - 

Żałuję, że kiedy ja byłam studentką, moi profesorowie od matematyki nie wyglądali tak jak 

ty. Może wtedy bardziej bym się przykładała do ułamków.

- Hm   -   chrząka   Tad,   trochę   zmieszany.   -   Jakie   sporty   na   świeżym   powietrzu 

najbardziej lubisz?

- Wszystkie - odpowiada Muffy, ani trochę niespeszona. - A jakie są twoje ulubione, 

Tad?

Zauważam, że Cooper nadał się na mnie gapi, dodatkowo dając mi znaki ręką, żebym 

przyszła, więc mówię:

- Mogę przeprosić was na chwilę? Zaraz wracam.

- Nie śpiesz się - mruczy Muffy, wyciągając rękę, żeby poprawić naturalny jutowy 

krawat Tada, który trochę się przekrzywił. Tad oczywiście jest zaniepokojony.

Ale też podekscytowany. Nie może się powstrzymać, żeby nie zerkać poniżej wąskiej 

spódnicy Muffy.

Jezu. Faceci.

- Co  jest?  -  pytam,  docierając   do  Coopera,  który  ruszył  w   moją   stronę,  jak  tylko 

zobaczył, że porzuciłam Tada i Muffy.

- O czym rozmawialiście? - chce wiedzieć, wskazując głową Tada.

background image

- Nie twoja sprawa - odpowiadam. - Czego chcesz?

- Poprosił cię, żebyś z nim zamieszkała? - pyta Cooper. - Czy nie?

- Powiedziałam ci już - warczę. - Nie twoja sprawa. - Nie mogę nie zauważyć, że w 

kącie Gavin i Jamie się obmacują. Jezu. Wynajmijcie sobie pokój.

- Poniekąd jest to moja sprawa, jak zdaje się, wcześniej ci już wyniszczyłem. Ale na 

razie   odpuszczam   ten  temat.   W  domu   poszperałem   trochę   w  necie,  żeby  sprawdzić  tego 

wielebnego Marka - relacjonuje Cooper. - Przy okazji, ładną mowę wygłosiłaś.

- Dzięki za oklaski - mówię. Naprawdę jestem mu wdzięczna. - Wiesz, Owen może i 

był konserwatywnym nudziarzem, ale nikt nie zasługuje na taką śmierć.

- Cóż, Halstead miał powód, żeby się przestraszyć - ciągnie Cooper. - Może nawet 

wystarczający powód, żeby zabić. Wyleciał z ostatniej pracy z „nieujawnionych przyczyn”, 

zresztą z poprzedniej tak samo. Wiesz, co to znaczy?

- Jasne - stwierdzam gorzko. - To znaczy, że po raz kolejny w kadrach prestiżowego 

Uniwersytetu Nowojorskiego nie sprawdzili referencji potencjalnego pracownika, zanim go 

zatrudnili. To co robimy?

Cooper spogląda nad moim ramieniem.

- Nie wiem, ale lepiej szybko coś wymyślmy, bo właśnie idzie w naszą stronę. Zdaje 

się, że chce z tobą porozmawiać.

- Och, wiem, że chce ze mną porozmawiać - mruczę. - Na mój wniosek dostał po 

południu zakaz wstępu do Fischer Hall. Pewnie jest z tego powodu wściekły.

- Heather - mówi Cooper, ujmując moje ramię i przyciągając mnie do siebie, tak że 

nagle jego usta są przy moim uchu, jego ciepły oddech owiewa mój policzek, co wywiera 

natychmiastowy efekt na mój kręgosłup, który zdaje się zamieniać w galaretkę. - Cokolwiek 

by się działo, nie możesz opuścić z nim tego pomieszczenia. Rozumiesz? Masz zostać w 

miejscu, w którym będę cię widział.

Wszystko, co muszę zrobić, to leciutko przekręcić głowę, i te usta, które są przy moim 

uchu, zetkną się z moimi.

Tak tylko mówię. Że tyle by wystarczyło.

Bo oczywiście tego nie robię.

Ale mogłabym.

- Okej - odpowiadam słabo.

A wtedy Cooper mnie puszcza.

background image

19

Kaszmiry i welury

z Mediolanu i Paryża

Namawiają mnie,

żebym je włożyła.

Nie chodzi o cenę,

nie jestem skąpa,

Po prostu nie szyją z nich

ciuchów w 14. rozmiarze.

Skarga grubokościstej dziewczyny

słowa i muzyka: Heather Wells

Jakimś cudem nie padam na podłogę. Doprawdy nie wiem jakim. Ale moje kolana 

stają na wysokości zadania i udaje mi się utrzymać w pionie.

Co takiego ma w sobie Cooper Cartwright, że wystarczy jego najzwyklejszy dotyk, 

żeby mój kręgosłup zamienił się w galaretkę, a kolana zupełnie zmiękły? Nie powinno tak 

być. To znaczy, Cooper nie powinien tak na mnie działać, skoro nawet mój własny chłopak - 

teraz już ekschłopak - nawet w połowie tak na mnie nie działał.

Mark Halstead uśmiecha się, zmierzając w moją stronę; idzie niespiesznie, zupełnie 

opanowany. Muffy ma rację. Jest przystojniejszy od Jake'a Gyllenhaala. Nic dziwnego, że 

tyle dziewczyn z chóru Jamie nie miało nic przeciwko, kiedy „przypadkowo” je obłapiał.

- Heather, zgadza się? - mówi, kiedy w końcu do mnie dociera. Pozbył się już szaty. 

Miał pod nią granatową sportową marynarkę i klasyczne beżowe spodnie. Mniam. Spoglądam 

na jego buty i szybko odwracam wzrok. Przechodzi mnie dreszcz.

Och, tak. Mokasyny. Z frędzlami.

Wygląda jak Dzwoneczek. Jeśli Dzwoneczek byłaby ciemnowłosa. I w ogóle bardziej 

owłosiona.

- Tak - mówię. Nagle odczuwam silne, niemal niepohamowane pragnienie rzucenia się 

do stołu i napchania ciastkami. To dobre ciastka. Domowej roboty (a ściślej mówiąc, roboty 

piekarzy   z   Centrum   Sportowego),   niekupione   w   sklepie.   Zostało   jeszcze   całe   mnóstwo 

piegusków. I nawet trochę brownies.

- Posłuchaj   -   zaczyna   Mark.   -   Wiem,   że   to   pewnie   nie   najlepsze   miejsce,   żeby 

background image

poruszać ten temat, ale dowiedziałem się dzisiaj o czymś, co mnie zaniepokoiło i nie mogę 

oprzeć   się   wrażeniu,   że   musiało   zajść   jakieś   nieporozumienie,   więc   jeśli   nie   masz   nic 

przeciwko, chciałbym teraz wyjaśnić tę sprawę, żebyśmy mogli jak najszybciej puścić to w 

niepamięć.

Tak,   jestem   tego   pewna.   Ciastko   dobrze   mi   zrobi.   Odwracam   się   i   kieruję   do 

najbliższego stołu.

- To nie jest nieporozumienie - mówię, starannie wybierając pieguska z czekoladą, bez 

orzechów, prawie tak dużego jak moja głowa. - Otrzymałam na ciebie skargę od mieszkanki 

akademika, i dla jej bezpieczeństwa i spokoju, dopóki nie zostaniesz oczyszczony z zarzutów 

podczas oficjalnego przesłuchania przez radę powierniczą, masz zakaz wstępu do mojego 

akademika.

Wielebny Mark unosi ciemne brwi. Jest zaskoczony.

- Oficjalnego... czekaj. Żartujesz sobie, prawda?

Zatapiam zęby w ciastku. Przepyszne. Ciastka domowej roboty biją na głowę te ze 

sklepu. Są robione z prawdziwego masła, nie ze świństw, których nazw człowiek nawet nie 

rozumie.

- Nie - odpowiadam. Nie żuję. Nie muszę. Ciastko samo rozpływa się w moich ustach. 

- Mówię zupełnie poważnie.

- Dlaczego wierzysz jej, a nie mnie? - pyta wielebny Mark.

- Bo ją lubię - odparowuję.

- Nie przysługuje mi nawet prawo do obrony?

- Ależ przysługuje - mówię. - Podczas oficjalnego przesłuchania.

- Ale   ja   nawet   nie   wiem,   o   co   jestem   oskarżony   -   protestuje   Mark.   -   To   nie   w 

porządku!

- Och - mamroczę, przełykając. - Myślę, że wiesz. Już rozmawiałeś z ofiarą... zauważ, 

jak ładnie to określam... mniej wspaniałomyślna osoba mogłaby powiedzieć, że już straszyłeś 

ofiarę i próbowałeś odwieść ją od złożenia pisemnej skargi. Szczęśliwie dla ciebie, osoba, z 

którą miała spotkać się w tej sprawie, nagle rozstała się z tym światem. - Patrzę na niego, 

mrużąc oczy. - Prawda, że super się złożyło?

Ale Mark nie chwyta przynęty. Poruszony tłumaczy:

- Nie   rozumiesz.   Jamie   Price   to   urocza   dziewczyna,   ale   jest...   zagubiona. 

Przyjacielskim gestom błędnie przypisuje seksualne znaczenie.

Mam wielką nadzieję, że nie odwróci się i nie zobaczy, że właśnie w tym momencie, 

w   kącie,   Jamie,   przyspawana   ustami   do   pewnego   studenta   trzeciego   roku   Uniwersytetu 

background image

Nowojorskiego, penetruje językiem jego gardło.

- Właściwie   to   ona   jest   niezrównoważona   -   ciągnie   Mark.   -   Zamierzałem 

zaproponować jej terapię.

- Naprawdę? - mówię. Ciastko, które zjadłam, jakoś źle zrobiło mojemu żołądkowi. 

Może powinnam zjeść coś jeszcze, żeby wszystko wróciło do normy. Tylko co? Przy wazie z 

ponczem zauważam Tada i Muffy, którzy nadal gadają. A więc poncz odpada. Zauważam też, 

że Cooper ma na mnie oko, tak jak obiecał. Stoi przy meksykańskich ciasteczkach weselnych. 

Hm, meksykańskie ciasteczka weselne. Delikatne, puszyste, maślane...

- To   wszystko   -   uświadamiam   wielebnemu   Markowi   -   możesz   powiedzieć   na 

przesłuchaniu. A może byś też rozejrzał się za jakąś terapią dla siebie?

- Terapią dla siebie? - Mark wygląda na nieco zdumionego. - Niby czemu?

- Cóż - mówię. Mój wzrok pada na panie Veatch, które wymieniają mocne uściski 

dłoni z rektorem Allingtonem i jego żoną; zdaje się, że rektorostwo już wychodzi. Rektor 

Allington   trzyma   rękę  na   ramieniu   żony...   moim  zdaniem  tylko   dzięki  temu   ona  jeszcze 

trzyma się w pionie.

- Ptaki - powtarza pani Allington, mając na myśli swoje ukochane papugi kakadu, o 

których wspomina, kiedy za dużo wypije. - Ptaki.

- Zdaje się - zwracam się do wielebnego Marka, z wysiłkiem odrywając wzrok od 

poczynań pani Allington - że nie jest to pierwsza uczelnia, gdzie stawiano ci podobne zarzuty.

Wyraz twarzy Marka gwałtownie się zmienia. Wystarczył ułamek sekundy, żeby na 

jego przystojnej twarzy pojawiła się wściekłość. Chwilę później łapie mnie za ramię, tak 

mocno zaciskając palce, że aż mnie boli. Choć właściwie bardziej niż boli, wkurza mnie to.

- Auu - jęczę, rozglądając się za Cooperem.

Ale coś się dzieje przy stanowisku ochrony. Ktoś, kogo nikt się nie spodziewał na 

nabożeństwie żałobnym za Owena Veatcha ani na tej stypie, właśnie się pojawił.

Tym kimś jest jego domniemany morderca Sebastian Blumenthal.

Stwierdzenie, że rozpętało się piekło, byłoby niedopowiedzeniem. Ochroniarz, jak to 

wszyscy uczelniani ochroniarze (z wyjątkiem Pete'a, oczywiście), wpuszcza go, i Sebastian, a 

w ślad za nim Sarah, zmierzają prosto do Pam Proszę - Do - Mnie - Nie - Mówić - Pani - 

Veatch.   Nie   mam   pojęcia,   jak   się   dowiedział,   że   to   ona   jest   pogrążoną   w   smutku   nie   - 

wdową... może wywnioskował to z faktu, że stoi obok wiekowej matki zmarłego i przyjmuje 

kondolencje.

W każdym razie wzrok wszystkich zgromadzonych, nie wykluczając mnie i Coopera, 

natychmiast kieruje się w stronę rozpoczynającego się małego dramatu, jako że Pam cofa się 

background image

instynktownie przed wyciągniętą dłonią Sebastiana i jego kondolencjami.

- Pani Veatch? Tak mi przykro z powodu pani straty...

...a   wtedy   Mark   Halstead   szarpie   mnie   mocno   za   ramię   i   ciągnie   do   pobliskich, 

bocznych drzwi prowadzących do części z basenem.

Przypuszczam, że mój krzyk mógłby zaalarmować tych najbliżej mnie stojących, że 

jestem w niebezpieczeństwie... gdyby nie to, że skrzek oburzonej Pam zagłuszył wszystkie 

inne dźwięki w promieniu pięciu kilometrów (trochę przesadzam, ale ta kobieta naprawdę ma 

donośny głos).

Nie mam okazji zobaczyć, co się będzie działo dalej, bo po chwili jestem już na klatce 

schodowej.

Ale przypuszczam, że Pam mogła się rzucić z pazurami do oczu Sebastiana.

Naprawdę nie wiem, jak Sarah dała się mu namówić, żeby przyjść tutaj. Powinna była 

wiedzieć, że to fatalny pomysł. Jasne, być może Sebastian chciał złożyć kondolencje.

Ale czy nie mógł tego zrobić gdzieś poza publicznym forum i kiedy emocje trochę się 

uspokoją?

W każdym razie nie jest mi dane zobaczyć, jak panie Veatch Pierwsza i Druga reagują 

na   pojawienie   się   domniemanego   zabójcy   Owena   na   jego   stypie,   poza   tym   straszliwym 

skrzekiem pani Veatch Numer Dwa. A to dlatego, że Mark przetrzymuje  mnie na klatce 

schodowej, przyciskając do ściany z żużlobetonu i usiłując mnie przekonać, że powinnam 

zachować dla siebie informację o jego poprzednich miejscach pracy oraz zwolnieniach.

Jestem w pełni świadoma, że stoimy na szczycie schodów i że Mark jest bardzo silny. 

Istnieje możliwość, że skręci mi kark, zepchnie ze schodów i powie wszystkim, że to był 

wypadek. Wszyscy w to uwierzą. W końcu nie słynę z gracji.

- Słuchaj - mówi Mark, potrząsając mną. Trzyma mnie teraz za przedramiona, a jego 

kciuki odcinają mi dopływ krwi do mózgu. - Z tamtymi dziewczynami to nie była moja wina! 

Jestem przystojnym facetem! Dziewczyny do mnie startują! Oczywiście odmawiam, a kiedy 

to robię, one się wściekają i donoszą na mnie! To nie ja, to one!

- Mark - odpowiadam tak spokojnym głosem, na jaki mogę się zdobyć.  Metalowa 

barierka   schodów   jest   bardzo   cienka.   W   powietrzu   czuć   intensywny   zapach   chloru. 

Przypominam   sobie,   jak   próbowałam   spalić   kalorie,   pływając.   Jasne.   Akurat   działało. 

Wracałam do domu taka wygłodniała, że raz pochłonęłam cały bochenek chleba. Suchego. - 

Nie obchodzą mnie tamte dziewczyny. Chodzi o sprawę z Owenem.

- Owenem? - Mark jest zdezorientowany. - Z jakim znowu Owenem, do diabła?

- Owen Veatch - przypominam mu. - Przed chwilą wygłosiłeś mowę pochwalną na 

background image

jego temat.

- Ale co on ma z tym wspólnego? - pyta Mark. - Jezu, chyba nie mówił, że do niego 

też startowałem? Można o mnie wiele powiedzieć, ale nie jestem gejem.

Śmieję się. Nie mogę się powstrzymać.

- Dobre - rechoczę.

- Mówię   poważnie   -   oświadcza   Mark.   -   Heather,   wiem,   że   mam   problem.   Ale, 

widzisz... dużo dziewczyn to lubi. Zwłaszcza te, które nie są zbyt urodziwe, wiesz, o czym 

mówię? Te niezbyt atrakcyjne, z nadwagą; to zwiększa ich poczucie własnej wartości. Mnie o 

nic nie chodzi. Naprawdę. Chcę tylko, żeby czuły się atrakcyjne.

Mrużę oczy.

- Jezu - sapię. - Jesteś nie do podrobienia. Wiesz o tym? Przecież to wstrętne.

- Bóg dał mi dar, Heather - twierdzi Mark, z twarzą tuż przy mojej. - Ten wygląd, 

osobowość.   Powinienem   wykorzystywać   to,   żeby   sprawiać   radość   innym.   Powinienem 

wykorzystywać to, żeby spełniać Jego wolę.

- Od kiedy - pytam - mordowanie jest wolą Boga?

- Mordowanie? - Mark mruga oczami. - O czym ty mówisz?

- Jasne   -   mówię   sarkastycznie.   Oczywiście   gram   na   zwłokę.   W   końcu   Cooper 

zorientuje się, przez które drzwi wywlókł mnie Mark i pospieszy z odsieczą. Do tej pory 

muszę zająć Marka rozmową. Jeśli będzie skupiony na rozmowie, nie będzie skupiony na 

innych rzeczach. Na przykład zabijaniu mnie.

- Chcesz mi powiedzieć, że nie zastrzeliłeś wczoraj rano Owena w jego gabinecie - 

drążę - żeby powstrzymać go przed doniesieniem na ciebie twojemu zwierzchnikowi i radzie 

powierniczej?

Mark nadal mruga oczami.

- Co? Co ty...

- Daj spokój, Mark - mówię. - Wszyscy wiedzą, że ty to zrobiłeś. Jamie wie. Ja wiem. 

Gliny wiedzą. Najlepiej będzie, jak się poddasz. Możesz podrzucać broń niewinnym ludziom, 

ale w końcu i tak cię złapią. To tylko kwestia czasu.

Wtedy Mark robi coś nieoczekiwanego.

Wybucha śmiechem. I puszcza mnie.

- To o to tu chodzi? - mamrocze, przeczesując dłonią swoje gęste, ciemne włosy. - 

Myślisz... Jezu. Nie mówisz poważnie.

- Och, zapewniam cię - brnę dalej, nie spuszczając wzroku z drzwi. Jestem pewna, że 

za chwilę pojawi się w nich Cooper. Pobiegłabym do nich, ale Halstead na pewno by mnie 

background image

powstrzymał,   zanimbym   zrobiła   pierwszy   krok.   Powstrzymał   i   wyrzucił   za   poręcz   na 

spotkanie śmierci - że jestem śmiertelnie poważna.

- Niby jak mógłbym zabić twojego szefa? - pyta Mark. - Już złapali faceta, który to 

zrobił!

- Zastrzeliłeś go - mówię z przekonaniem - a potem podrzuciłeś broń Sebastianowi.

- Tak, jasne - odpowiada Mark, bardzo sarkastycznie. To znaczy, jak na duchownego. 

- Przypomnisz mi, o której twój szef został zastrzelony?

- Między ósmą a ósmą trzydzieści wczoraj rano - odpowiadam.

- Aha - mówi Mark. - Czyli w tym samym czasie, kiedy jak co rano odprawiałem 

poranną mszę, od wpół do ósmej do wpół do dziewiątej, w której uczestniczyło nie mniej niż 

dwadzieścioro   -  trzydzieścioro  studentów?   Może  zechciałabyś   mi   wyjaśnić,  jakim  cudem 

udało mi się wymknąć, zastrzelić twojego szefa, wrócić i kontynuować mszę, tak że nikt 

niczego nie zauważył?

Przełykam ślinę. Nic dziwnego, że detektywowi Canavanowi nie śpieszyło się, żeby 

przymknąć wielebnego. Wcale nie dlatego, że miał już podejrzanego w areszcie.

Tylko dlatego, że wielebny Mark miał solidne alibi.

- Och - wzdycham.

Ale wtopa. A ja tak bardzo chciałam, żeby okazało się, że to on jest zabójcą.

- Wiesz - mówi Mark głosem, w którym słychać irytację - mam już po dziurki w nosie 

tego,   że   ponieważ   paru   dostojników   kościelnych   okazało   się  nieuczciwymi   ludźmi,   teraz 

wszyscy automatycznie zakładają, że takie jest całe duchowieństwo. Że wszyscy molestujemy 

dzieci, cudzołożymy albo jesteśmy bezwzględnymi zabójcami.

- Cóż - mówię. - Przykro mi. Ale przed chwilą przyznałeś, że przystawiasz się do 

nieatrakcyjnych i otyłych dziewczyn, żeby podnieść ich samoocenę. To po prostu wstrętne, 

zwłaszcza że należysz do kierownictwa uniwersytetu i prawdopodobnie dziewczyny są zbyt 

przestraszone, żeby powiedzieć, żebyś przestał, nawet jeśli tego nie chcą.

Mark protestuje.

- To wcale nie jest wstrętne! To bardzo...

Jednak nie ma możliwości wyjaśnić mi do końca, bo w tym momencie otwierają się na 

oścież drzwi klatki schodowej i wpada ciemnowłose tornado.

- Heather!   -   woła   Cooper,   widząc   mnie   z   plecami   przyklejonymi   do   ściany   z 

żużlobetonu. Ma szeroko otwarte oczy. To z emocji. Ale nie umiem dokładnie stwierdzić 

jakich. Jednak coś mi mówi, że to może być... strach. A przynajmniej obawa. - Nic ci nie jest?

- Nie, w porządku - odzywam się trochę nieswoim głosem. Ciągle nie mogę uwierzyć, 

background image

że myliłam się co do wielebnego Marka.

- Mówiłem   ci,   że   masz   zostać   w   miejscu,   w   którym   będę   cię   widział   -   wybucha 

Cooper.

- Tak... - cedzę powoli. - Ale wielebny Lepkie Łapy wpadł na inny pomysł.

Nie powinnam była tego mówić. Cooper pokonuje ten metr, który dzieli go od Marka 

Halsteada, jednym  skokiem, zdając się nie zauważać  paniki, jaka pojawiła  się na twarzy 

wielebnego. Atakuje Marka i po chwili obaj spadają ze schodów.

background image

20

Poniedziałkowy facet

to straszny zarozumialec,

Wtorkowy facet pije tylko

najlepszą whisky,

Środowy facet boi się

związków,

Czwartkowy facet chyba nie

umie korzystać z telefonu.

Facet na każdy dzień tygodnia

słowa i muzyka: Heather Wells

Trzeba było wysiłku Toma, Steve'a, Gavina, mojego i Jamie („Ujeżdżanie”, wyjaśnia, 

kiedy   komentuję   jej   zaskakującą   siłę),   żeby   rozdzielić   Coopera   i   wielebnego   Marka.   Po 

wszystkim odkrywamy,  że nie udało się zapobiec poważniejszym obrażeniom. Ratownicy 

medyczni stwierdzają później złamany nos i poobijane żebra (wielebny Mark) oraz wybity 

palec   i   możliwe   wstrząśnienie   mózgu   (Cooper).   Nie   ma   możliwości   potwierdzenia   tej 

diagnozy, bo Cooper nie chce pojechać do szpitala.

- A co mi poradzą na wstrząśnienie? - pyta, kiedy paramedyk już mu nastawił mały 

palec. - Powiedzą, żebym trzymał się z daleka od kodeiny i przydzielą kogoś, żeby budził 

mnie co dwie godziny, żeby upewnić się, że nie zapadłem w śpiączkę? Dzięki, ale takiej 

kuracji mogę poddać się w domu.

Mark podchodzi z zaskakującym spokojem do kwestii swojego złamanego nosa i nie 

chce wnieść oskarżenia, nawet kiedy odkrywa, że napastnikiem jest Cartwright, od Cartwright 

Records.

- Może   -   mówi   do   mnie,   kiedy   ładują   go   do   ambulansu   (w   przeciwieństwie   do 

Coopera, wielebny Mark bardzo chętnie daje się zabrać do St. Vincent's, możliwe, że dlatego, 

by odroczyć niewygodne pytania, jakie mogą mu zadać jego przełożeni) - jeśli dzięki temu 

będę mniej atrakcyjny dla pań, to rozwiąże się mój mały problem.

- Tak... - odpowiadam. - Powodzenia.

Nadal   jest   persona   non   grata   w   moim   akademiku,   nawet   jeśli   nie   zabił   doktora 

Veatcha.   Jamie   nadal   chce   złożyć   na   niego   formalną   skargę,   ja   dołączę   zeznanie,   że   do 

background image

wszystkiego   się   przyznał,   do   tego   dochodzi   fakt,   że   z   dwóch   poprzednich   prac   został 

zwolniony z nieujawnionych przyczyn.

Może nie jest mordercą, ale to nie zmienia faktu, że jest dewiantem.

- Hm - mruczy Sebastian, kiedy po całej akcji wracamy do Fischer Hall. Idziemy 

powoli ze względu na Coopera, który, choć temu zaprzecza, doznał, zdaje się, obrażeń, o 

których z niewiadomych powodów nie wspomniał ratownikom medycznym. - Ale chryja.

- Wszystko   byłoby  dobrze,  gdybyś   się  nie  pojawił  -  odparowuję.  Nie  mogłam  się 

powstrzymać.   Trzymam   się   blisko   Coopera,   żeby   w   razie   czego   go   łapać.   Nie   jest   tym 

zachwycony i już dwa razy kazał mi spadać. Powiedziałam mu, że po prostu go ubezpieczam, 

tak samo jak on ubezpieczał mnie w Centrum Sportowym, ale odparł, że nic mu nie wiadomo, 

żeby jego tropem podążał jakiś psychopatyczny kaznodzieja.

To tylko kolejny dowód na to, że wszystkie dobre uczynki zostaną ukarane.

- To wszystko moja wina - orzeka Sarah, kiedy wleczemy się Bleecker Street, mijając 

podziemne kluby komediowe i naziemne salony manikiuru oraz bary sushi. - Pomyślałam, że 

może   to   dobry   pomysł,   żeby   Sebastian   przyszedł   na   nabożeństwo   żałobne   i   złożył 

kondolencje. Nie przyszło mi do głowy, że ta pani Veatch to taka wariatka.

- A jakiej  reakcji się po niej  spodziewałaś? - pyta  Gavin. - W końcu kropnęli  jej 

byłego męża.

- No   właśnie   -   mówi   Sarah.   -   Byłego,   nie   obecnego.   Jej   reakcja   była   zupełnie 

nieuzasadniona. Widać ma jakieś niedokończone sprawy z Owenem. To oczywiste.

Nie mogę nie zauważyć, że Sarah i Sebastian trzymają się za ręce. Domyślam się, że 

obiad   z   Blumenthalami   się   udał.   Właściwie   to   Cooper   i   ja   jesteśmy   jedynymi   w   grupie 

zmierzającej do Fischer Hall, którzy nie trzymają się za ręce. W powietrzu zdecydowanie 

czuć miłość.

Co więcej, kiedy rozglądałam się po odjeździe paramedyków, nie zauważyłam nigdzie 

Tada. Muffy też zniknęła.

Nie mówię, że wyszli razem czy coś. Po prostu rzuciło mi się w oczy, że nie ma ani 

jednego, ani drugiego.

Oczywiście,   do   tej   pory   wszyscy   zdążyli   się   ulotnić.   Zdaje   się,   że   jak   na   stypie 

pojawią się karetki, ludzie odbierają to jako sygnał, że impreza skończona. Tom i Steve udali 

się   do   swojego   mieszkanka   po   drugiej   stronie   parku,   co   jest   zupełnie   zrozumiałe. 

Allingtonowie odjechali już wcześniej, panie Veatch też się ewakuowały.

Mimo   wszystko   spodziewałabym   się,   że   przynajmniej   Tad   zostanie   i   chociaż 

odprowadzi mnie do domu, dochodząc do wniosku, że ktoś właśnie próbował mnie zabić.

background image

Ale wygląda na to, że jak zerwiesz z facetem, wszystko się zmienia.

- Uważam   tylko   -   mówię   do   Sebastiana   -   że   jeśli   chciałeś   zaznajomić   się   z   byłą 

Owena, mogłeś wybrać na to lepszy moment.

- Rzecz w tym... zaczyna Sebastian. Docieramy do MacDougal i skręcamy. Fischer 

Hall jest parę przecznic dalej. Z oddali, z parku, docierają do nas odgłosy wiecu KSM. Tego, 

na którym nie śpiewam Sugar Rush. - Że już wcześniej poznałem Pam.

- Tak, jasne - mówię. - Tylko że to niemożliwe. Dopiero dzisiaj przyjechała do miasta. 

A ty wyszedłeś z paki parę godzin temu, zgadza się?

- Jestem   głodna   -   skarży   się  Jamie.   Nie  dziwię   się.  Mijamy   West   Third   Street,   a 

wieczorny wietrzyk niesie w naszą stronę apetyczny zapach z Joe's Pizza.

- Zamówimy z domu - proponuje Gavin. - Chyba że chcesz wyjść.

- Super - ćwierka uszczęśliwiona Jamie. - Lubię z kiełbasą i grzybami. A ty?

- Co ty powiesz - mówi Gavin. - Ja też uwielbiam z kiełbasą i grzybami.

- Spotkaliśmy   Pam   wczoraj   w   kąciku   szachowym   -   oznajmia   Sarah,   kiedy 

przechodzimy przez Trzecią Zachodnią, kierując się na Czwartą Zachodnią. - W każdym razie 

tak myślę. Ta babka wyglądała zupełnie tak jak ona. Prawda, Sebastian?

- Prawda - potwierdza Sebastian. - Wypytywała o KSM. I wzięła trochę ulotek.

- To nie mogła być ona - mówię. - To niemożliwe. Nie mogła być wczoraj rano w 

Nowym Jorku. Nie mogła zjawić się tak szybko. Mieszka w Iowa.

- Illinois - poprawia mnie Cooper.

- Na jedno wychodzi - stwierdzam. - Dziś rano stawiła się z walizką w Fischer Hall.

Sarah jest zdezorientowana.

- W takim razie, kim była tamta babka wczoraj, Sebastianie?

- Nie wiem. - Sebastian kręci głową. - Jestem strasznie zmęczony. Nie jestem w stanie 

jasno myśleć.

- Moje   biedactwo.   -   Sarah   wyciąga   rękę   i   gładzi   meszek,   który   pojawił   się   na 

policzkach Sebastiana. Najwyraźniej w Rikers nie dają maszynek do golenia. - Położymy cię 

do łóżka. Rano poczujesz się znacznie lepiej.

- Nie mogę - mówi słabo Sebastian. - Musimy iść na wiec.

- KSM  da sobie radę, nawet jeśli raz cię  nie będzie. - Sarah zaskakuje mnie tym 

stwierdzeniem.

- Nie - odpowiada Sebastian. Ma strasznie znużony głos. - To mój obowiązek. Muszę 

pójść.

- Okej - rzuca z rezygnacją Sarah. - Ale najpierw się przebierzmy. Nie możemy pójść 

background image

w tych ciuchach.

Docieramy do parku. Teraz robi się o wiele głośniej. Widzimy tłum zgromadzony przy 

Washington Square Arch, gdzie wzniesiono tymczasową trybunę. Ktoś jest na trybunie, przez 

megafon zachęcając tłum do skandowania:

- Czego chcemy?

- Równych praw!

- Kiedy?

- Natychmiast!

Zapada   zmierzch.   Wieczór   jest   ciepły,   więc   wyległy   te   same   co   zwykłe 

nieprzystosowane   jednostki   -   skejci   na   deskorolkach,   bębniarze,   uciekinierzy   z   psami 

(dlaczego zawsze mają ze sobą psy?), a także młode, zakochane pary, dilerzy narkotyków, 

starsi mężczyźni, sprzeczający się w kąciku szachowym.

I oczywiście gliniarze. Aż się od nich roi w parku z powodu wiecu.

Przed budynkiem Owena nadal stoi ciężarówka firmy przewozowej, ta sama, co po 

południu. Tyle że teraz tylne drzwi są zamknięte. Ktokolwiek ją wypożyczył, zbiera się do 

odjazdu.

To dobrze, bo po tej stronie parku obowiązuje zakaz parkowania w ciągu nocy.

- Jeśli   wypiszę   gościnną   przepustkę   dla   Sebastiana   -   mówi   do   mnie   Sarah   -   to 

zatwierdzisz ją, Heather?

- Sarah - warczę, rozdrażniona. Chcę jak najszybciej zaprowadzić Coopera do domu i 

położyć do łóżka. Będę musiała budzić go co dwie godziny; żadne z nas nie wyśpi się zbytnio 

tej nocy. Ale kiedy pomyślę, jak mało brakowało, żebym go straciła, nie mogę powstrzymać 

dreszczy. Mógł złamać sobie kręgosłup, spadając z tych schodów. Albo mogło się stać coś 

jeszcze gorszego.

- Wiem   -   mówi   Sarah.   -   Wiem,   że   powinniśmy   je   oddawać   z   dwu-

dziestoczterogodzinnym wyprzedzeniem. Ale skąd mogłam wiedzieć, że go wypuszczą? - W 

zapadającym mroku patrzy na mnie błagalnie ciemnymi, rozszerzonymi oczami. - Proszę?

- W porządku - wzdycham. - Coop, nie masz nic przeciwko, żebyśmy zrobili mały 

przystanek?

- Spoko - mówi Cooper. - Idź. Ja wracam do domu.

- Coop. - To domniemane wstrząśnienie mózgu w żaden sposób nie wpłynęło na jego 

osobowość. - Zaraz wracam.

- Jestem dorosłym facetem - stwierdza Cooper. - Który może sam wrócić do swojego 

domu, który jest tuż za rogiem. - Potem, widząc moją strapioną minę, wyciąga rękę, żeby 

background image

zmierzwić mi włosy - gest, który nigdy nie jest mile widziany, tak na marginesie - i zapewnia: 

- Heather. Nic mi nie będzie. Do zobaczenia w domu.

I, utykając, odchodzi.

Sarah patrzy za nim, przygryzając nerwowo wargę.

- Proszę, wybacz - mówi, kiedy odwraca się i widzi, że sztyletuję ją wzrokiem. - To 

bardzo   miło   z   twojej   strony.   Zwłaszcza   po   tym   wszystkim,   co   zrobiłam.   Wiem,   że   nie 

zasługuję...

- Chodźmy do środka - przerywam jej i idę za nią do budynku.

Wieczorem Fischer Hall żyje zupełnie innym rytmem niż w ciągu dnia. I mogę jedynie 

stwierdzić - dzięki ci, Boże, że pracuję na dzienne zmiany. Większość mieszkańców jest na 

zajęciach albo jeszcze śpi, kiedy przychodzę o dziewiątej rano, i większość z nich nie wraca, 

albo nie wstaje, do mojego wyjścia o siedemnastej. Kiedy są w akademiku, tak jak teraz, w 

holu brzęczy jak w ulu - nastolatki jeżdżą na rolkach, rejestrują gości, walą w guziki windy, 

narzekają na to, jak odbiera telewizor w holu, wołają znajomych z góry, przeklinają swoją 

pocztę, pozdrawiają się wzajemnie... innymi słowy, istne zoo. Nie wiem, jak kierownicy aka-

demików,   którzy   mieszkają   na   miejscu,   wytrzymują   coś   takiego.   Niektórzy,   jak   Simon 

Hague, radzą sobie w ten sposób, że zamieniają się w obłudne łasice.

Inni   zachowują   spokój,   pozwalając,   by   wszystko   po   nich   spływało   jak   woda   po 

kaczce. Patrz Tom. Zawsze miałam nadzieję, że będę takim kierownikiem, jeśli jakimś cudem 

uda mi się uzyskać licencjat, potem skończyć studia magisterskie i awansować na kierownika 

domu studenckiego (choć miejcie mnie, niebiosa, w swojej opiece, jeśli tak się kiedykolwiek 

stanie).

Jeszcze inni stają się wzorcowymi biurokratami tak jak Owen. I mam wrażenie, że ja 

też mogę tak skończyć. Czuję, jak rośnie mi ciśnienie od samego patrzenia na ślady, jakie 

zostawiają rolki na marmurowych  podłogach. Julio dostanie ataku serca, kiedy jutro rano 

przyjdzie do pracy i je zobaczy. Jestem tego pewna.

Potem przypominam sobie, że nie przyjdzie. Mamy strajk.

- Proszę,   Sebastian   -   mówię,   kiedy   podaję   mu   wypisaną   przepustkę.   -   Tylko   się 

zachowuj.

Sebastian patrzy na przepustkę.

- Łau - rzuca. Przez chwilę nie wygląda wcale jak domniemany morderca i przywódca 

studenckiej   rewolucji,   tylko   jak   przestraszony   dzieciak,   który   wplątał   się   w   coś,   co   go 

przerasta. - Dzięki, Heather. Nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczy. To znaczy, wiem, że 

Sarah mówiła ci o tej sytuacji z moim współlokatorem, i rodzice wynajęli mi pokój w hotelu, 

background image

ale cieszę się, że będę mógł zostać z Sarah. Ona... ona wiele dla mnie znaczy. Po prostu 

wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Skrępowana Sarah wpatruje się w spiczaste noski swoich szpilek i ślicznie się rumieni, 

pozornie   nieświadoma   utkwionego   w   niej   wzroku   Sebastiana.   Jestem   rozdarta   między 

pragnieniem puszczenia pawia i przygarnięcia ich do siebie. Oni są tacy... słodcy.

Uświadamiam sobie, że czuję coś jeszcze. Zazdrość.

Też tego chcę. Tego, co ich łączy.

Myślałam, że to miałam. Poniekąd. Na szczęście, w porę się zorientowałam, że to nie 

było to. Nie, żeby groziło mi w związku z tym popełnienie jakiejś głupoty, jak wyjście za 

mąż, czy udanie się na wakacyjną wędrówkę po Appalachach.

Mimo wszystko. Któregoś dnia chciałabym mieć to, co oni.

Zadowalam się szorstkim stwierdzeniem:

- Okej,   pamiętajcie,   żeby   uprawiać   bezpieczny   seks.   A   ty,   Sarah,   nadal   jesteś   na 

służbie. Masz odbierać telefony i w ogóle.

Sarah robi się jeszcze bardziej czerwona.

- Heather - mówi ze wzrokiem wbitym w podłogę. - Oczywiście.

Jakaś mieszkanka akademika, słysząc moje imię, zaczerpuje tchu i podbiega.

- Rety, ty jesteś Heather Wells?! - wykrzykuje.

Kieruję wzrok ku niebu, błagając o siłę.

- Tak. A o co chodzi?

- Rety,   wiem,   że   biuro   jest   zamknięte,   ale   moja   kuzynka   właśnie   zjawiła   się   bez 

uprzedzenia, przysięgam, i jest mi potrzebna gościnna przepustka, więc gdybyś  mogła ten 

jeden raz zrobić wyjątek i wypisać przepustkę, będę ci dozgonnie...

Wskazuję na Sarah.

- To z nią musisz to załatwić. Ja już się stąd zabieram.

Wychodzę z holu z powrotem na świeże, wieczorne powietrze.

Stojąc w świetle  lampy,  patrzę przez park, starając się ignorować grupkę palaczy, 

którzy zniżają głos do szeptu na mój widok, uważając mnie za wtyczkę. Skandujący przy 

Washington   Square   Arch  krzyczą   teraz:   „Negocjacje   tak!   Lekceważenie   nie!”   To   długie, 

trudne do skandowania słowa, ale im zdaje się to nie przeszkadzać.

Jest piękny wieczór, zbyt piękny, żeby wracać do domu. Ale, z drugiej strony, teraz, 

kiedy mój tata się wyniósł, mam psa do wyprowadzenia... nie wspominając o prywatnym 

detektywie z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu, którym muszę się zaopiekować.

Zastanawiam się, co bym robiła, gdybym była typową singielką w wielkim mieście - 

background image

jak na przykład Muffy. Zapewne chodziłabym na drinki z przyjaciółkami. Oczywiście, nie 

mam żadnych przyjaciółek. No dobra, to nie całkiem tak. Ale moja wolna przyjaciółka jest 

całkowicie   zaabsorbowana   jednym   ze   swoich   współpracowników   i   jego   dziećmi,   a   moja 

zamężna przyjaciółka ma takie jazdy hormonalne, że zapomnij o jakimkolwiek ubawie.

Mój wzrok przyciąga ta ciężarówka firmy przewozowej. Nadal stoi na ulicy.

Zastanawiam   się,   co   będzie   z   Muffy,   kiedy   strajk   się   skończy.   Bo   kiedyś   będzie 

musiał się skończyć, prawda? Rektor nie będzie chciał, żeby przed jego biurem siedział w 

nieskończoność   olbrzymi,   nadmuchiwany   szczur.   Muffy   nie   straci   pracy,   oczywiście,   co 

powinno być dla nie wielką ulgą - nie będzie musiała zrezygnować z mieszkania, na które 

sprzedała swoją ślubną porcelanę. Ale co będzie robiła przez cały dzień?

Cóż, zdaje się, że mogłaby zacząć trenować do tej wędrówki z Tadem. Uroczo razem 

wyglądają. To prawda, że mają ze sobą jeszcze  mniej wspólnego niż on i ja. Nie mogę 

wyobrazić sobie Muffy na wędrówce przez Appalachy. Jak ona będzie robić sobie tego tapira 

na włosach bez suszarki? I jakoś nie sądzę, żeby Tad kiedykolwiek obudził w sobie zain-

teresowanie wzorkami na porcelanie.

Ale ludzie się zmieniają.

Na   morderstwie   zawsze   ktoś   zyskuje.   Tak   powiedział   Cooper,   kiedy   staliśmy 

nieopodal miejsca, w którym stoję teraz. Zawsze.

I, tak po prostu, dociera coś do mnie. Podejrzewam, że to wiedziałam podświadomie, 

tak jak o moich prawdziwych uczuciach do Tada. Ale z jakiegoś powodu odsuwałam to od 

siebie... pewnie dlatego, że nie chciałam sobie zbytnio komplikować życia.

Jednak tym razem otwieram się.

I ta myśl zostaje ze mną.

A ja wiem, co z tym zrobić.

Obracam się na pięcie.

Ale zamiast skręcić w lewo, w stronę Waverly i domu, skręcam w prawo, kierując się 

do budynku, w którym mieszkał Owen, i tej ciężarówki. Idę prosto do budynku, w którym 

zatrzymała się Pam. Podchodzę do portiera i proszę, żeby zadzwonił do mieszkania Owena.

- Kogo mam zapowiedzieć? - pyta. To jeden z ludzi Rosettiego, bardzo stara się zrobić 

dobre wrażenie, co nie jest łatwe z wykałaczką w ustach.

- Proszę jej powiedzieć, że przyszła Heather - mówię.

- Okej - odpowiada i robi to chwilę później, kiedy Pam odbiera interkom. Pam, choć 

zaskoczona, mówi, żeby mnie wpuścił.

Nie wiem, dlaczego robię to, co później robię. Wiem tylko, że zaczynam się trząść. 

background image

Nie ze strachu.

Ze złości.

Jedyne,   o   czym   mogę   myśleć,   to   ta   głupia   bluza,   którą   miała   na   sobie...   ta   ze 

szmacianymi laleczkami, białą i czarną, trzymającymi się za ręce.

To dziwne o czym myślisz, kiedy przed oczami przewija ci się życie twojego szefa.

Maszeruję   do   windy.   Budynek   -   w   którym,   tak   się   składa,   mieszka   także   rektor 

Allington z żoną - w niczym nie przypomina Fischer Hall. Jest elegancki, cały w marmurach i 

mosiądzu, oraz cichy - absolutnie cichy - o tej porze. Jestem jedyną pasażerką windy. Nawet 

nie słyszę wiecu KSM. Winda mknie bezszelestnie na piąte piętro, gdzie mieszkał Owen; 

dopiero na koniec rozlega się dzwonek - ding! - sygnalizujący nasze przybycie i drzwi się 

rozsuwają.

Wysiadam i idę korytarzem do mieszkania 6 - J. Mieszkania Owena.

Pam otwiera drzwi, zanim zdążyłam zapukać.

- Heather! - mówi, uśmiechając się. Zdjęła już czarny kostium, w którym  była  na 

nabożeństwie żałobnym. I znowu ma na sobie tę bluzę ze szmacianymi laleczkami. Tak jakby 

jakaś bluza z naszytymi szmacianymi laleczkami dwóch ras, trzymającymi się za ręce, mogła 

pomóc w zaprowadzeniu harmonii we wszechświecie.

- Co za niespodzianka! - wykrzykuje. - Nie spodziewałam się ciebie. Wpadłaś, żeby 

sprawdzić, jak się miewam? Pewnie przez to okropne zajście po nabożeństwie. Czy to nie 

było straszne? Nie mogę uwierzyć, że to się wydarzyło naprawdę. Proszę, wejdź.

Wchodzę   za   nią   do   mieszkania.   Tak   jak   podejrzewałam,   zniknęła.   To   znaczy 

porcelana. Cały serwis  z biało - niebieskiej,  zdobionej porcelany,  którą  Owen trzymał  w 

serwantce w jadalni.

Serwantka też zniknęła.

- To naprawdę miło z twojej strony - ciągnie Pam. - Owen zawsze mówił o tobie same 

pochlebne rzeczy: jak troskliwa i życzliwa jesteś wobec studentów. Widzę, że jesteś taka 

również prywatnie. Ale nie musisz się o mnie martwić. Nic mi nie jest. Naprawdę. Napijesz 

się   kawy?   A   może   herbaty   ziołowej?   To   żaden   problem.   Właśnie   miałam   zrobić   sobie 

filiżankę.

Obracam się, żeby na nią spojrzeć. Widzę, że Garfield leży zwinięty na kanapie i śpi. 

Pam musiała siedzieć obok niego. Telewizor jest włączony, pilot leży przy kocie.  Oglądała 

Entertainment Tonight.

- Gdzie ona jest? - pytam ją. Mam lekko ochrypły głos. Nie wiem czemu.

Patrzy na mnie zdziwiona.

background image

- Gdzie co jest, skarbie?

- Wiesz co - odpowiadam. - W tej ciężarówce na dole?

Nadal patrzy na mnie zdziwiona, ale jej policzki lekko się zaróżowiły.

- Obawiam się, że nie wiem, o czym mówisz, Heather.

- Porcelana - mówię. - Ślubna porcelana, którą Owen dostał po rozwodzie. Ślubna 

porcelana, dla której go zabiłaś. Gdzie ona jest?

background image

21

Piątkowy facet

nie odezwie się więcej,

Sobotni facet

nawet nie lubi dziewczyn,

Ale najgorszy

z nich wszystkich

jest niedzielny typ.

Kanapa i futbol to cały jego

cholerny świat.

Facet na każdy dzień tygodnia

słowa i muzyka: Heather Wells

Po prostu daj mi kluczyki - mówię, wyciągając rękę.

Przez chwilę Pam tylko wpatruje się we mnie zdumiona, po czym odrzuca do tyłu 

głowę i wybucha śmiechem.

- Och... ty! - chichocze, lekko mnie szturchając. - Owen zawsze mówił, że żartownisia 

z ciebie. Powiedział nawet, że tyle czasu poświęcasz wygłupom, że czasem martwi się, czy 

zdążysz z pracą.

W to, w przeciwieństwie do szybkiego pisania, mogę uwierzyć.

- Nie żartuję - oświadczam. - I wiesz o tym. Daj mi kluczyki, Pam. Nie pozwolę, żeby 

ci to uszło płazem. Dobrze wiesz, że policja też ci nie pozwoli. Nie możesz tak po prostu 

spakować rzeczy należących do ofiary morderstwa i odjechać. Jestem pewna, że obowiązują 

w tym względzie jakieś przepisy, których trzeba...

Pam już się nie śmieje. Ale nadal się uśmiecha. Jednak jej uśmiech jest jakiś sztywny - 

jak lampionu z dyni.

Albo Muffy Fowler.

- Przepisy - powtarza, prychając. - Zaczynasz mówić zupełnie jak Owen.

- Posłuchaj, Pam - mówię. Nie mogę uwierzyć, że nie zorientowałam się wcześniej, że 

ta kobieta jest zdrowo stuknięta.

Wiem,   że   będę   musiała   zachować   ostrożność.   Ale   nie   jestem   jakoś   szczególnie 

przestraszona, bo wiem, gdzie znajduje się broń, z której został zastrzelony Owen - w szafce 

background image

na dowody rzeczowe w biurze prokuratora okręgowego. Jestem bezpieczna. Nic mi nie zrobi. 

Być   może   spróbuje   się   na   mnie   zamachnąć,   ale   jestem   od   niej   co   najmniej   dziesięć   lat 

młodsza   i   dziesięć   kilo   lżejsza.   Jeśli   dojdzie   do   bójki,   mogę   ją   z   łatwością   pokonać. 

Właściwie to chcę, żeby się na mnie zamachnęła.

To prawda, że niezbyt lubiłam Owena.

Ale jeszcze mniej podobało mi się, kiedy po przyjściu do pracy znalazłam jego zwłoki. 

I   nic   nie   sprawiłoby   mi   większej   przyjemności   niż   przyłożenie   osobie,   która   mi   to 

zafundowała.

- Nie igraj ze mną - ostrzegam. - Wiem, że to ty go zabiłaś. I wiem, że nie przyjechałaś 

dzisiaj, tak jak udawałaś. Wiem, że byłaś tu już wczoraj. Widziano cię w kąciku szachowym 

po drugiej stronie ulicy.

Pam   wpatruje   się   we   mnie,   z   lekko   rozchylonymi   ustami.   Mimo   to,   nadal   się 

uśmiecha.

- To... to jakieś banialuki - mówi.

Poważnie. Powiedziała „banialuki”. Nie bzdury. Czy brednie. Banialuki. Piękne.

- Wiem, że podrzuciłaś broń Sebastianowi Blumenthalowi - ciągnę. - Wiem też, że ty i 

Owen walczyliście ze sobą o waszą ślubną porcelanę. Owen mi powiedział. Chciał ją mieć. 

Bóg raczy wiedzieć czemu. Pewnie dlatego, że ty ją chciałaś, a on chciał cię ukarać, za to, że 

się z nim rozwiodłaś, a ponieważ nie miał za grosz wyobraźni, był to jedyny sposób, jaki 

zdołał wymyślić, żeby się na tobie odegrać. Nie wiem, kiedy przyjechałaś, ale domyślam się, 

że policja z łatwością to ustali. Co zrobiłaś, wynajęłaś ciężarówkę i przyjechałaś tutaj? Potem 

zaczekałaś, aż Owen będzie sam i przestrzeliłaś mu głowę? Tak to było?

Pam kręci powoli głową, ale jej siwiejąca fryzura „na mamusię” nawet nie drgnie, tak 

starannie została utrwalona na nabożeństwo żałobne.

- Jesteś - mówi, ciągle się uśmiechając - bardzo kreatywną osobą. To pewnie zasługa 

twojej przeszłości w show - biznesie.

- To   się   nazywa   zabójstwo   z   premedytacją,   wiesz   o   tym,   Pam?   -   informuję   ją.   - 

Prawdopodobnie   dostaniesz   za   to   dożywocie.   A   ponieważ   dodatkowo   podrzuciłaś   broń 

niewinnemu człowiekowi, nie masz co liczyć na zwolnienie warunkowe.

Pam   przestaje   kręcić   głową,   dopiero   kiedy   dochodzę   do   tego,   że   podrzuciła   broń 

Sebastianowi.   Teraz   tylko   się   we   mnie   wpatruje.   Najdziwniejsze   jest   to,   że   nadal   się 

uśmiecha.

Ale ten uśmiech nie obejmuje jej oczu. Wygląda to tak, jakby jej usta zastygły w 

zimnym, przerażającym grymasie.

background image

- Nie mogę uwierzyć - mówi - że jesteś po jego stronie.

Patrzę na nią.

- Po czyjej stronie?

- Wiesz czyjej - odpowiada. - Owena. Pracowałaś z nim. Codziennie, w tym samym 

biurze! Widziałaś, jaki był. Jak robot... te jego harmonogramy, rozpiski, kalendarze spotkań. 

Ten facet był odczłowieczony!

Patrzę   na nią,  mrugając  oczami.  Uśmiech  w  końcu  zniknął.  Za  to  rumieńce   z jej 

policzków powiększyły się i teraz cała jej twarz jest czerwona. Jej oczy, wcześniej łagodnie 

piwne,   zaczynają   maniakalnie   błyszczeć.   Nie   jestem   pewna,   czy   mi   się   to   podoba.   Nie 

wygląda   już   jak   dobroduszna   garncarka.   Wygląda   jak   świruska,   jeśli   chcecie   znać   moje 

zdanie.

Robię krok w tył. Może moje przyjście tutaj to jednak nie był najszczęśliwszy pomysł.

- Hm - chrząkam. - Ale wyszłaś za niego.

- Owszem, wyszłam za niego - odparowuje Pam. - Poznałam go na uniwersytecie, 

kiedy studiowałam sztukę. Byłam nieźle zakręcona, ćpałam, imprezowałam, nie stroniłam od 

eksperymentów z seksem. On był wtedy asystentem, absolutnie poukładanym, i czułam, że 

potrzebuję trochę jego normalności, żeby się uspokoić. Ale nie chciałam zostać zduszona! 

Stłamszona na dwadzieścia  lat! Tak właśnie było...  dopóki w końcu nie zebrałam się na 

odwagę, żeby go opuścić. I, tak, masz rację, uparł się, żeby zabrać porcelanę... moją piękną 

porcelanę. Nie dlatego, że mu na niej zależało. Zrobił to, bo wiedział, że ją kochałam. Chciał 

ukarać mnie za to, że go zostawiłam! Ale koniec końców jest moja, czyż nie?

Teraz ja kręcę głową.

- Nie - mówię. - Nie zabierzesz jej. Tak się nie robi, i wiesz o tym, Pam. Nie pozwolę 

ci jej zabrać. Daj mi kluczyki.

Pam   zaczyna   płakać,   łzy,   spływające   z   jej   piwnych   oczu   lądują   na   fartuszkach 

szmacianych laleczek.

- Ja... ja... - Nic więcej nie może wydukać.

Wyciągam rękę.

- Bądź rozsądna, Pam - proszę tak kojącym głosem, na jaki mogę się zdobyć. - Daj mi 

kluczyki.   Jestem   pewna,   że   uda   nam   się   to   jakoś   załatwić   z   prokuratorem   okręgowym. 

Powołamy się na syndrom maltretowanej żony czy coś w tym rodzaju. Może nawet wyślą cię 

w  to   samo  miejsce,  gdzie  była   Martha  Stewart.   Oddawała  się   tam   namiętnie   rękodziełu. 

Mogłabyś nadal zajmować się garncarstwem.

Pam wzdycha i kieruje się do komody.

background image

- Bardzo dobrze - mówię zachęcająco, tym samym łagodnym, acz stanowczym tonem, 

jaki stosuję wobec anorektyczek, które przyjmujemy w biurze i które muszę namawiać, żeby 

jadły   specjalne,   wysoko   kaloryczne   muffiny   przysyłane   przez   dietetyków,   żeby,   jak   to 

mówimy,   podtuczyć   je   na   tyle,   by   do   ich   pozbawionych   witamin   małych   móżdżków 

powróciło choć trochę zdrowego rozsądku. - Bardzo dobrze robisz...

Ale kiedy Pam się odwraca, widzę, ku mojemu przerażeniu, że to co trzyma w ręce, to 

nie kluczyki.

Tylko pistolet.

Wycelowany prosto we mnie.

- Chyba nie myślałaś - drwi, a ja widzę, że na jej usta powrócił uśmiech, i wywracają 

mi się wnętrzności - że miałam tylko jeden pistolet, co, Heather? Jestem dziewczyną ze wsi. 

Dorastałam w domu pełnym broni. Wiem, jak się nią posługiwać, nawet jeśli uważam, że nie 

powinna być tak łatwo dostępna dla większości ludzi.

Nie mogę w to uwierzyć. Co za dwulicowość! Ta jej bluza totalnie kłamie! Ona w 

ogóle nie wierzy w harmonię między ludźmi różnych ras!

Okej, może przesadzam, może wierzy.

Ale wygląda na to, że nie ma najmniejszego problemu z zabijaniem ludzi. Wliczając w 

to absolutnie niewinne asystentki kierowników domów studenckich.

- Pam - mówię, unosząc obie ręce. - Nie chcesz tego robić.

- Mylisz się - syczy Pam, robiąc krok w moją stronę. - Chcę. Zanim znajdą twoje 

ciało, ja już będę daleko. Zabicie ciebie nie jest dla mnie żadnym problemem.

Odruchowo zaczynam się cofać. Ale na każdy mój krok w tył, przypada jeden krok 

Pam w moją stronę. Rozglądam się wokół, cały czas zastanawiając się gorączkowo, co mam 

zrobić. Owen utrzymywał w mieszkaniu nieskazitelny porządek, tak samo jak w biurze. W 

odróżnieniu od mojego mieszkania, nie ma tu porozrzucanych przypadkowych przedmiotów, 

które   mogłabym   podnieść   i   spróbować   cisnąć   w   moją   niedoszłą   zabójczynię   -   żadnej 

dziwacznej   lampy   w   kształcie   syreny,   kupionej   na   lokalnym   pchlim   targu   za   piosenkę, 

żadnego akwarium pełnego muszli, niczego, czym mogłabym się na nią zamierzyć...

Nie żeby było prawdopodobne, że w nią trafię. Ale zawsze lepsze coś niż nic.

Najgorsze jest to, że nikt nawet nie wie, że tu jestem, oprócz tego głupka z wykałaczką 

na dole. Ale on nie jest nawet pracownikiem uniwersytetu. Pracuje dla Rosettiego, i to, że 

zwróci   uwagę   na   odgłos   wystrzału   na   górze,   jest   tak   samo   prawdopodobne   jak   to,   że 

uświadomi sobie, że jego złote łańcuchy na szyi i liczne bransolety to totalny obciach.

Właściwie jestem już martwa.

background image

I z czyjego powodu? Owena.

A nawet go nie lubiłam!

Mimo to muszę spróbować.

- Nie jesteśmy w Iowa, Pam - mówię jej. - Ktoś usłyszy wystrzał i zawiadomi policję.

- Jestem z Illinois - odpowiada Pam. - I o wszystkim pomyślałam.

Bierze telefon ze stolika obok kanapy, na którą wpadłam (cofnęłam się tak daleko, jak 

tylko mogłam) i wybiera 911.

- Halo, centrala? - woła zdyszanym, spanikowanym głosem, zupełnie niepodobnym do 

jej   własnego,   kiedy   ktoś  po   drugiej   stronie   podnosi   słuchawkę.   -  Przyślijcie   natychmiast 

policję! Dzwonię z mieszkania 6 - J, Washington Square West, numer 21. Byłej nastoletniej 

gwiazdce pop, Heather Wells, odbiło! Wtargnęła do mojego mieszkania i usiłuje mnie zabić! 

Ma broń! Ach!

Rozłącza się.

Patrzę na nią w totalnym zdumieniu.

- To - mamroczę - był duży błąd.

Pam wzrusza ramionami.

- Jesteśmy w Nowym Jorku - mówi. - Wiesz, jak długo będą tu jechać? Do tego czasu 

mnie już dawno nie będzie. A ty zdążysz się wykrwawić na śmierć.

Najwyraźniej Pam nie zdaje sobie sprawy, co się dzieje w parku, niecałe sto metrów 

od wejścia do budynku, w którym mieszkał jej były mąż.

I jak wielu gliniarzy jest w pobliżu z tego powodu.

Z drugiej strony, co z tego, że za dwadzieścia sekund mogą tu już być dwa tuziny 

gliniarzy, jeśli wcześniej wpakuje mi kulkę w głowę, tak jak to zrobiła Owenowi.

A właśnie to zamierza zrobić, co uświadamiam sobie, kiedy unosi pistolet, celując w 

moją głowę.

- Żegnaj, Heather - mówi. - Owen miał co do ciebie rację, wiesz? Nie jesteś zbyt 

dobrym administratorem.

Owen tak powiedział? Jezu! Co za niewdzięcznik! A ja tak się starałam, kiedy do nas 

przyszedł.   Pomogłam   mu   się   we   wszystkim   rozeznać,   pokazałam   miejsce   z   najlepszymi 

bajglami (oczywiście poza naszą stołówką), i w ogóle wszystko. A on powiedział, że nie 

jestem dobrym administratorem? I o co mu w ogóle chodziło? Widział segregatory, które 

wyłożyłam w recepcji, żeby studenci zatrudnieni jako pomoc administracyjna sami wypełniali 

swoje   karty   czasu   pracy,   a   ja   żebym   miała   to   z   głowy?   A   co   z   moim   innowacyjnym 

pomysłem dotarcia do naszych pomocników i skłonienia ich, by zwracali większą uwagę na 

background image

to, co się dzieje w i wokół budynku, „Fischer Hall Newsletter”? Czy Owen był kompletnie 

nieświadomy faktu, że Simon Hague z Wasser Hall ukradł mój pomysł i utworzył własny 

newsletter dla zatrudnionych studentów, który miał czelność nazwać „Wasser Hall Newslet-

ter”?

Wiedział o tym?

Ale nie mam czasu analizować, jak się czuję w związku z tą zdradą, bo muszę uchylić 

się przed kulą, którą była żona Owena właśnie posłała w moją stronę. Uchylić, rzucić się za 

kanapę i chwycić jedyną rzecz w tym mieszkaniu, która być może pomoże mi przeżyć przez 

kolejne   dwie   minuty,   dopóki   nie   zjawią   się   chłopcy   (i   dziewczyny)   w   granatowych 

mundurach i ocalą mój pokryty cellulitem tyłek.

Tą rzeczą jest Garfield.

Który   nie   jest   zbyt   zadowolony,   że   go   porywam   z   poduszki   kanapy,   gdzie   się 

wylegiwał.

Huk   wystrzału,   w   dodatku   w   tak   bliskiej   odległości,   również   go   pozytywnie   nie 

nastroił.

Prychając i sycząc, wielki, rudy, pręgowany kocur robi wszystko, żeby się mi wyrwać. 

Ale jedną ręką trzymam go za kark, drugą przytrzymuję jego pokaźny brzuch. Na szczęście 

jego obnażone pazury, którymi wymachuje, są skierowane w drugą stronę. Właściwie nie ma 

możliwości, żeby mi uciekł.

Ale nikt mu tego nie powiedział. Waży z dziesięć kilo i jest rozwścieczony. Swoją 

wściekłość wyładowuje oczywiście na mnie. Przez kilka sekund czuję jedynie zapach prochu 

i kociej sierści, zwłaszcza że w zasadzie ląduję na nim.

Ale żyję.

Żyję.

Żyję.

Pam   wpatruje   się   skonsternowana   w   miejsce,   gdzie   jeszcze   przed   chwilą   stałam. 

Mrugając oczami, obraca się i patrzy w miejsce, w które uskoczyłam.

Kiedy zauważa, co trzymam, robi wielkie oczy.

- Dobrze widzisz - mówię. Mój głos jest dziwnie cichy. W porównaniu z hukiem 

wystrzału, wszystkie dźwięki wydają się teraz przytłumione, łącznie z protestem stworzenia, 

które trzymam, zupełnie jak po rekordowych opadach śniegu. - Mam Garfielda. Tylko się 

zbliż, Pam, a obiecuję, że ucierpi na tym kot.

Uśmiech, który gościł na ustach Pam, zastyga. Jej górna warga zaczyna drżeć.

- B - b - blefujesz - jąka się.

background image

- Przekonaj   się   -   proponuję.   Głupie   kocisko   nadal   się   wyrywa.   Po   moim   trupie! 

Dosłownie.   -   Być   może   mnie   trafisz,   ale   przed   śmiercią   zdążę   jeszcze   skręcić   mu   kark. 

Przysięgam, że to zrobię. Kocham zwierzęta, ale ten kot jest wyjątkiem.

Mówię poważnie. Zwłaszcza że kot Owena zatapia zęby w moim nadgarstku. Auu! 

Głupi kocur! Czy to nie ja przyprowadziłam tu Pam, żeby dostał swoje głupie pigułki? Szczyt 

niewdzięczności! Jaki pan, taki kot.

Twarz Pam wykrzywia się w grymasie bólu - choć to nie ona krwawi, tylko ja.

- Garfield! - krzyczy udręczonym głosem. - Nie! Puść go, natychmiast go puść, ty 

jędzo!

„Jędzo”. Żadne tam „suko”.

Piękne.

Nie mogę mieć stuprocentowej pewności z uwagi na to, że rzuciło mi się na słuch, ale 

wydaje mi się, że słyszę głosy na korytarzu. Nagle ktoś wali do drzwi.

- Odłóż broń, Pam - mówię, grając na zwłokę. - Odłóż broń, a nikomu, łącznie z 

Garfieldem, nic się nie stanie. Jeszcze nie jest za późno. Możesz się poddać.

- Ty, ty podła istoto! - Oczy Pam błyszczą od łez. - Chciałam tylko tego, co mi się 

należy! Chciałam tylko zacząć wszystko od nowa! Dlaczego po prostu nie oddasz kota... 

będzie po sprawie? Zniknę: wezmę Garfielda, i zniknę. Tylko daj mi fory.

- Nie mogę tego zrobić, Pam - mówię. - Sama wezwałaś gliniarzy, pamiętasz? Zdaje 

się, że już tu są.

Pam obraca się, kiedy z korytarza  dobiega dźwięk jakby małej  eksplozji i chwilę 

później   czterech   czy   pięciu   nowojorskich   gliniarzy   wpada   do   salonu   z   wyciągniętymi 

spluwami.

Nie sądzę, żebym kiedykolwiek wcześniej aż tak bardzo ucieszyła się na czyjś widok. 

Podbiegłabym   i   ich   wycałowała,   gdybym   nie   była   zajęta   walką   z   kotem,   który   chce   mi 

odgryźć ręce.

- Proszę pani! - krzyczy pierwszy gliniarz, z bronią wycelowaną w klatkę piersiową 

Pam. - Proszę rzucić broń, położyć się na podłodze i założyć ręce na kark. W przeciwnym 

razie będę zmuszony użyć siły.

Gorączkowo myślę o tym, że już po wszystkim. Okej, super, zaraz odłoży broń, ja 

będę   mogła   wypuścić   tego   głupiego   kota,   potem   pójdę   do   domu,   skończy   się   to   całe 

szaleństwo i wrócę do mojego nudnego, spokojnego życia, na które nigdy więcej nie będę 

narzekać.   Kocham   moje   nudne,   spokojne   życie.   Kocham.   Dzięki   Ci   Boże,   że   już   po 

wszystkim.

background image

Tyle że nie jest po wszystkim.

- Nie rozumiecie - zawodzi Pam, wymachując bronią w moim kierunku. - Ona ma 

Garfielda! Nie chce wypuścić Garfielda!

Och, Boże. Nie. Proszę, nie.

- Proszę pani - mówi ponownie policjant. - Jeszcze raz proszę, żeby pani rzuciła broń, 

bo inaczej będę zmuszony użyć siły.

Rzuć broń, Pam. Pam, proszę. Po prostu rzuć broń.

- Ale to ja po was dzwoniłam - upiera się Pam, nadal wymachując pistoletem. - To ona 

stanowi tu zagrożenie!

W następnej sekundzie słyszę kolejny strzał. Nie mam pojęcia, z czyjej broni pada i 

czy osiąga cel, bo przyciskając kurczowo Garfielda do siebie, zwijam się na podłodze w małą 

kulkę, tak małą, jak tylko mogę, by być jak najmniejszym możliwym celem. Kocur przestaje 

mnie gryźć i przywiera do mnie równie mocno jak ja do niego. Jeśli w jego uszach dzwoni 

równie głośno jak w moich, to tak samo jak ja nie ma pojęcia, co się dzieje.

Jestem tylko ja i Garfield, zupełnie sami na świecie. Tylko ja i on. Mamy tylko siebie 

nawzajem. Nigdy go nie puszczę. I jestem pewna, że on nigdy nie puści mnie.

Dopiero   kiedy  ktoś   kładzie   mi   dłoń   na  ramieniu   i   krzyczy:   „Proszę   pani!   Już   po 

wszystkim! Może pani wstać!” (najwidoczniej był zmuszony krzyczeć, żebym go usłyszała, 

bo strasznie padło mi na słuch od tego wystrzału), rozprostowuję się, rozglądam i widzę, że 

Pam została rozbrojona - zasługa strzelca wyborowego, który celnym strzałem pozbawił jej 

dłoń pistoletu. Teraz Pam trzyma swoje skrwawione, zupełnie niegroźne palce w zdrowej 

dłoni   i,   szlochając,   wyznaje   wszystko   mojemu   staremu   przyjacielowi,   detektywowi 

Canavanowi,   który   patrzy   na   mnie   znużonym   wzrokiem   ponad   głową   rozhisteryzowanej 

kobiety.

„Ślubna porcelana?” - pyta mnie bezgłośnie.

Jestem w takim szoku, że nawet nie wzruszam ramionami. Prawda jest taka, że ja też 

tego nie rozumiem. Właściwie to nie rozumiem nie tylko tego. Nie rozumiem czemu, kiedy 

policjanci i ratownicy medyczni proponują, że wezmą ode mnie Garfielda, ja nadal nie chcę 

go wypuścić. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że on też wcale nie chce się ode mnie 

oderwać. Zupełnie jakbyśmy byli jedynymi stabilnymi bytami w świecie, w którym nagle 

zapanował totalny zamęt.

Ciągle   tulę   Garfielda,   a   on  tuli   się  do   mnie,   kiedy  pół   godziny  później   detektyw 

Canavan w końcu eskortuje mnie do windy i zjeżdżamy na dół. Czerwone światła kogutów 

samochodów  policyjnych  odbijają   się  w   marmurach  i   mosiądzach,  ale   nie  jest   to  jedyna 

background image

zmiana, jaka zaszła w otoczeniu, od kiedy weszłam na górę jakiś czas temu. Jednak trwa 

chwilę, zanim uświadamiam sobie, co jeszcze się zmieniło, a to dlatego, że z moim słuchem 

nadal nie jest najlepiej.

Nagle zaskakuję.

Z parku słychać wrzaski.

Nie skandowanie. Nie zagrzewanie do boju. Wrzaski.

Zastygam   z   dłonią   detektywa   Canavana   na   moim   krzyżu,   kiedy   chce   mnie 

wyprowadzić   na   dwór.   Złożyłam   już   zeznanie,   na   górze,   teraz   detektyw   zamierzał   mnie 

odprowadzić do domu.

Ale wcale nie ruszam się, żeby wyjść z budynku. Nie chcę mieć nic wspólnego z tym, 

co się tam dzieje. Nie ma mowy.

- Wszystko w porządku, Heather - mówi zachęcająco. - To tylko te dzieciaki z wiecu. 

Świętują.

- Świętują - powtarzam. - Ale co świętują?

- Dostali pismo z biura rektora. W końcu doszli do porozumienia.

Mrugam.

- Doszli do... porozumienia?

- Zgadza się - mówi detektyw Canavan. - Studenci wygrali. Biuro rektora zgodziło się 

na wszystko. Pewnie doszli do wniosku, że mieli już wystarczająco dużo złej prasy. Albo 

rektor miał już dosyć tego wielkiego szczura siedzącego przed jego biurem. Najwyraźniej 

nigdy nie był na West Side.

Nadal mrugam, nie mogąc wyjść ze zdumienia.

- Rektor Allington ustąpił? KSM wygrało?

- Tak, z tego co słyszałem - potwierdza detektyw Canavan. - Mamy obstawiony cały 

teren, spodziewamy się, że lada chwila zaczną przewracać samochody. Niezły wieczór sobie 

wybrałaś na strzelankę. Ooo, jest twój chłopak. W samą porę.

Z tymi słowami, detektyw Canavan wypycha mnie za drzwi...

...prosto w otwarte ramiona Coopera Cartwrighta.

background image

22

Czerwień nie jest moim

Kolorem,

To pewne

Tak jak to,

Że nie ma mnie bez ciebie.

Pewność

słowa i muzyka: Heather Wells

Okej  -  wzdycha  Cooper,  kiedy siedzimy  w  kuchni,  przyglądając   się kotu  Owena, 

myjącemu się na dywaniku pod zlewem, całkowicie ignorującemu Lucy, która łypie na niego 

z niepokojem spod stołu. - Czyli mamy teraz kota.

- Nie musimy go zatrzymać - mówię. - Zobaczę, może Tom zechce go wziąć. Myślę, 

że właśnie tego rodzaju kota chcieliby mieć Tom i Steve.

- Upartego? - pyta Cooper. - Złośliwego?

- Dokładnie - potwierdzam. Miło, że Cooper nie komentuje faktu, że zdążyłam wysłać 

go do supermarketu po kuwetę, żwirek i karmę w puszce. Spędziłam nawet dziesięć minut w 

mieszkaniu Owena, zanim zgodziłam się w końcu wyjść, szukając pigułek Garfielda, które 

Pam spakowała do swojej torby podróżnej. Oczywiście okazało się, że zamierzała zabrać 

Garfielda ze sobą.

Wyszło na to, że porcelana nie była jedyną rzeczą, jaką kochała, a którą dostał po 

rozwodzie Owen.

- Zobaczymy,   co   z   tego   wyjdzie   -   mówi   Cooper.   -   Choć   nie   sądzę,   żebym   mógł 

mieszkać z kotem o imieniu Garfield.

- Wiem - przytakuję. - To zupełnie jakby mieć psa, który wabi się Fido albo Spot, nie? 

No dobra, to jak go nazwiemy?

- Sam nie wiem - zastanawia się Cooper. - Pol Pot? Idi Amin?

Siedzimy przy kuchennym stole, a przed nami stoją szklaneczki z whisky z lodem. 

Biorąc   pod   uwagę,   co   oboje   przeszliśmy,   wydaje   się   to   jedynym,   logicznym   sposobem 

zakończenia wieczoru.

- Prawdziwe pytanie brzmi, jak długo tu zostanie - ciągnie Cooper. - Nie chcę nadać 

mu imienia i przywiązać  się do niego... zakładając,  że można się przywiązać  do takiego 

stworzenia jak on... a potem musieć go oddać, i to wtedy, kiedy zacznie mi się podobać, że się 

background image

tu kręci.

- Porozmawiam  rano z Tomem  - obiecuję. Jestem bardzo zmęczona. To był długi 

dzień. Właściwie długi tydzień.

- Nie całkiem o to mi chodziło - stwierdza Cooper.

Coś   w   jego   tonie   sprawia,   że   unoszę   wzrok.   W   świetle   wiszącej   u   góry   lampy 

zauważam, że Cooper wygląda o wiele lepiej, niż ja się czuję, a w końcu to on spadł ze 

schodów, do mnie tylko strzelano.

To   niesprawiedliwe.   Jakim   cudem   faceci   mogą   przejść   znacznie   więcej   niż   my, 

dziewczyny, i po wszystkim jeszcze wyglądać lepiej?

- Mówiłem   ci,  co   powiedział  ratownik   medyczny   w  Centrum  Sportowym?   -  pyta, 

jakby czytając w moich myślach.

- Nie - odpowiadam.

- Mam ciśnienie krwi sto sześćdziesiąt pięć na dziewięćdziesiąt cztery - oświadcza.

- Cóż - mówię, pociągając wzmacniający łyk szkockiej. Nie mam wyjścia. Patrzenie w 

jego oczy sprawiło, że mam gwałtowne skoki ciśnienia. To niesprawiedliwe. - Zaliczyłeś 

porządny upadek.

- Powinienem   pójść   do   lekarza   -   ciągnie   Cooper.   -   Wysokie   ciśnienie   jest   u   nas 

rodzinne.

Kiwam głową.

- Ostrożności nigdy za wiele. Nadciśnienie to cichy zabójca.

- Wiesz, co to znaczy, prawda? Nie mogę więcej jeść tych mlecznych kanapek Nutella 

Chips Ahoy! Macadamia Brittle.

Wzruszam ramionami.

- Jak będziesz brać leki, możesz jeść, co chcesz.

Cooper nachyla się do przodu na swoim krześle.

- Jesteś w domu od pół godziny - szepcze - i niczego nie zauważyłaś.

Mrugam oczami, przyglądając się mu zza stołu.

- Czego nie zauważyłam? O czym ty mówisz?

Wskazuje drzwi do ogródka za domem, znajdujące się tuż obok kuchenki. Dopiero 

teraz widzę, że pojawiły się w nich ogromne psie drzwiczki.

- Boże! - krzyczę, podrywając się. - Cooper! Kiedy to zrobiłeś?

Uśmiechnięty od ucha do ucha, Cooper również się podnosi, podchodzi do drzwi i 

pokazuje, jak lekko chodzi klapka.

- Zainstalowałem je po tym, jak wróciliśmy z Rock Ridge. Zamówiłem już jakiś czas 

background image

temu. Otwierają się tylko wtedy, kiedy zwierzę ma na sobie specjalną obrożę - wiesz, ze 

względów bezpieczeństwa, gdyby jakimś idiotom przyszło do głowy się przez nie włamywać. 

Bardzo łatwe w instalacji. Najtrudniej będzie przekonać Lucy, żeby z nich korzystała. Ale 

pomyślałem sobie, że ze względu na wyprowadzkę twojego taty, i to, że pracujesz w ciągu 

dnia, ułatwi ci to życie. Nadal będzie potrzebować spacerów, ale dzięki tym drzwiczkom, w 

razie nagłego wypadku, sama będzie mogła wyjść na dwór. O ile nauczy się z nich korzystać.

Kucam   i   podziwiam   jego   dzieło.   Otwór,   który   wyciął   na   drzwiczki,   okazał   się 

odrobinę za duży i w paru miejscach zostały szczeliny, ale przecież tu nie chodzi o walory 

estetyczne, tylko o to, że zainstalował w swoim domu coś dla mojego psa - coś trwałego.

- Cooper - mówię, zakłopotana, walcząc ze łzami. Mam nadzieję, że nie zauważy. - To 

naprawdę... miło z twojej strony.

- Hm - mruczy; jest jakiś nieswój. - Kupiłem tylko jedną obrożę. Nie wiedziałem, że 

będziemy mieć dwa zwierzaki, które będą wychodziły przez te drzwiczki.

- Nie będziemy - zapewniam go, zerkając na Garfielda, który usadowił się wygodnie 

na   dywaniku   i   patrzy   złowrogo   na   Lucy,   nadal   skuloną   pod   stołem,   swoimi   dużymi, 

błyszczącymi ślepiami. - Rano poszukam mu nowego domu. Poza tym jestem pewna, że on 

jest kotem, który nie wychodzi na dwór.

- Szczerze mówiąc - ciągnie Cooper, unikając mojego wzroku - nie wiedziałem nawet, 

jak długo ty i Lucy będziecie jeszcze tu mieszkać.

Podnoszę się i wycieram nagle wilgotne od potu dłonie w dżinsy.

- Aha - sapię. Nie widzę jego oczu, więc w zamian wpatruję się w Garfielda. - O to 

chodzi.

Cooper też się podnosi.

- Widzisz - zaczyna. Nie wiem, gdzie patrzy, bo nadal wpatruję się w Garfielda. Mam 

jednak wrażenie, że patrzy na mnie, bo czuję, jak palą mnie policzki. - Kiedy powiedziałem ci 

parę miesięcy temu, że nie chcę być twoim facetem z braku laku...

- Słuchaj - wyrzucam szybko, bo mam przeczucie, że niezbyt mi się podoba, dokąd ta 

rozmowa zmierza - naprawdę nie musimy o tym rozmawiać. Właściwie to przyszedł mi do 

głowy   pewien   pomysł.   Chodźmy   już   spać.   Mamy   za   sobą   długi,   wyczerpujący   dzień. 

Powinniśmy to odespać. Nie mówmy niczego, czego możemy później żałować.

- Nie zamierzam niczego żałować - oświadcza Cooper.

Wtedy odrywam wzrok od Garfielda.

- Masz wstrząśnienie mózgu - stwierdzam, sprawdzając, czy ma równe źrenice. Kazał 

mi to robić ratownik medyczny. Jak dla mnie wyglądają w porządku. Ale czy mogę mieć 

background image

pewność? - Sam nie wiesz, co mówisz.

- Heather. - Ku mojemu zaskoczeniu bierze moje dłonie w swoje. Patrzy prosto na 

mnie. Jego źrenice są absolutnie równe. - Nie mam żadnego wstrząśnienia. I wiem, co mówię. 

Powinienem był to powiedzieć dawno temu.

Boże.   Dlaczego   mi   to   robisz?   Czy   mój   dzień   nie   był   wystarczająco   upiorny? 

Próbowano mnie zastrzelić. Ugryzł mnie wielki, rudy kocur. Czemu muszę jeszcze dostać 

kosza od faceta, którego kocham?

- Cooper - mówię. - Słuchaj. Czy nie możemy po prostu...

- Nie - sprzeciwia się stanowczo Cooper. - Wiem, że powiedziałem, że nie chcę być 

twoim facetem z braku laku. I mówiłem jak najbardziej poważnie. Ale nie spodziewałem się, 

że zaraz pocieszysz się innym facetem, który będzie taki...

- Słuchaj - mówię, krzywiąc się. - Wiem. Okej? Ale...

- ... idealny - kończy Cooper.

Patrzę na niego, mrugając oczami. Chyba się przesłyszałam.

- Czekaj. Co?

- Widzisz,   absolutnie   nie   spodziewałem   się,   że   on   zaproponuje   ci,   żebyś   z   nim 

zamieszkała - wyrzuca z siebie Cooper. - Albo że ty się zgodzisz!

- Nie zgodziłam się! - wołam.

Cooper mocno zaciska swoje dłonie na moich.

- Czekaj.   Nie   zgodziłaś   się?   -   Wpatruje   się   we   mnie   intensywnie.   Jego   źrenice, 

zauważam, nadal są idealnie równe. - Czyli kiedy rozmawiałaś dziś z Tadem...

Zasycha  mi w ustach. Zaczynam  myśleć,  że może, mimo  wszystko,  ten dzień nie 

okaże się wcale aż taki zły.

- Odmówiłam mu - mówię. Nie zadaję sobie trudu wyjaśnienia Cooperowi, w jakiej 

konkretnie sprawie odmówiłam Tadowi. Nie musi tego wiedzieć.

- A co z twoim tatą? - pyta powoli Cooper. - I tą sprawą z Larrym?

- Im też odmówiłam - oznajmiam. Moje serce zaczyna dziwnie się zachowywać. Nie 

wiem, co dokładnie robi, ale zdaje się, że tańczy cza - czę. - Cooper, nie chcę mieszkać z 

Tadem...   tak   przy   okazji,   wcale   nie   jest   idealny.   Daleko   mu   do   tego.   W   zasadzie...   to 

rozstaliśmy się dzisiaj. I nie chcę robić nowej kariery w branży muzycznej. Uwielbiam moją 

pracę. I uwielbiam mieszkać tu, z tobą. Od kiedy się tu wprowadziłam, wszystko jest super. 

Podoba mi się dokładnie tak, jak jest. I wiesz, kiedy Pam trzymała mnie na muszce, a ja 

bałam się, że umrę, myślałam o tym, jak bardzo nie chcę, żeby cokolwiek się zmieniło.

- Aha - mówi Cooper. - Cóż, żałuję, że nie mogę powiedzieć tego samego. Bo ja 

background image

jestem gotów na zmiany.

Puszcza moje dłonie i w zamian chwyta mnie w talii.

Zanim mogę cokolwiek powiedzieć, przyciąga mnie do siebie i nakrywa moje usta 

swoimi - dość zaborczo, dodam.

Przez moją głowę przebiega całe mnóstwo myśli. Ale głównie myślę: Łał. Całuję się z 

Cooperem. Nie mogę w to uwierzyć, poważnie. To znaczy, przez wszystkie te miesiące, kiedy 

się w nim podkochiwałam, nawet nie marzyłam o tym, że może odwzajemniać moje uczucia.

I wystarczyło, żebym spotykała się z moim profesorem matematyki, wegetarianinem 

grającym we frisbee, żeby się do tego przyznał.

Och, tak, i to, że wielokrotnie naraziłam swoje życie na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Ale kto by tam liczył?

Cooper poważnie podchodzi do całowania. Kiedy zaczyna całować dziewczynę - to 

znaczy mnie - nie obija się. Od razu przechodzi do rzeczy, zdecydowanie napierając swoim 

ciałem na moje. Do tego język. Wspaniała akcja z językiem. Jestem pod wielkim wrażeniem. 

Jestem więcej niż pod wrażeniem. Dosłownie się topię. Czuję się, jak batonik Dove, który 

zbyt długo leżał poza lodówką. Topię się w zastraszającym tempie.

Do   czasu,   kiedy   Cooper   odrywa   się   ode   mnie,   byśmy   mogli   zaczerpnąć   tchu, 

całkowicie znika moja twarda czekoladowa skorupka i jestem tylko jedną, wielką, bezwładną 

masą.

I strasznie mi się to podoba.

- Na wypadek, gdyby nie było to wystarczająco oczywiste - odzywa się Cooper, nieco 

zdyszanym  głosem, patrząc na mnie absolutnie, kompletnie, totalnie równymi  źrenicami - 

chciałbym, żebyś się wprowadziła.

- Cooper, przecież ja już u ciebie mieszkam - mówię.

- Chodzi mi o to, żebyś zamieszkała ze mną. Na dole. W moim mieszkaniu.

- Będziesz   musiał   zacząć   sprzątać   -   oświadczam,   przypatrując   się   jego   zarostowi, 

ginącemu   za   kołnierzykiem   koszuli.   -   Koniec   z   zaśmiecaniem   biura   opakowaniami   po 

fastfoodowym żarciu.

- Okej - przystaje na warunek. - Ale ty masz szlaban na prowadzenie dochodzeń w 

sprawie morderstw,  dopóki nie uzyskasz dyplomu z prawa karnego. Tak sobie myślę,  że 

październik to dobry miesiąc na ślub.

- Okej   -   mówię.   Potem   odrywam   wzrok   od  jego   kołnierzyka   i   patrzę   na   niego.   - 

Czekaj. Co? - Zdaje się, że moje serce przestało tańczyć cza - czę i teraz robi coś znacznie 

bardziej skomplikowanego. Coś, co może skończyć się defibrylacją. - Czy ty właśnie...

background image

- To znaczy,  to dobry miesiąc,  żeby uciec i wziąć  potajemny ślub - poprawia  się 

Cooper. - Nie cierpię wesel. Ale zawsze lubiłem Cape w październiku. Nie ma wtedy aż tak 

wielu turystów.

- Chcesz uciec? - Ledwo mogę oddychać.

- No chyba, że ty nie chcesz - zaznacza szybko Cooper, najwyraźniej zauważając moją 

oszołomioną minę. - Nie musimy się spieszyć, jeśli tak wolisz. Ale zważywszy na czynnik w 

postaci Tada, uznałem, że lepiej będzie jak...

- Nie, możemy uciec - mówię szybko. Nie mogę uwierzyć, że się nie przesłyszałam. 

Mówił   poważnie.   Absolutnie   poważnie.   Nasza   wspólna   agencja   detektywistyczna   -   ta,   o 

której od dawna fantazjowałam - Wells - Cartwright Investigations... nie wspominając już o 

trójce naszych dzieci - Jacku, Emily i małej Charlotte! - to wszystko może się urzeczywistnić, 

i to już niebawem!

Boże.

Zaraz. Nie, wcale nie. Nie, bo to wszystko jest takie... takie... idealne.

Ledwo powstrzymuję uśmiech. Ale zaraz uświadamiam sobie, że nie muszę.

- Ucieczka to wspaniały pomysł! - rozpływam się. - A możemy zabrać mojego tatę?

- Jeśli się upierasz - zgadza się niechętnie Cooper.

- A Franka i Patty?

Przewraca oczami.

- Czemu nie? Im więcej nas, tym weselej.

- A Toma i Steve'a? Byliby strasznie urażeni, gdybyśmy ich nie zaprosili. Tak samo 

Sarah. I Sebastiana, jeśli nadal są razem. I Magdę. Pete'a też. Jego córeczki będą ślicznymi 

małymi druhnami.

- Heather. Jeśli zaprosimy ich wszystkich, to nie będzie żaden potajemny ślub tylko 

regularne wesele. A ja nie cierpię wesel.

- Będzie w porządku - mówię. - Pod warunkiem że nie będzie twoich rodziców i mojej 

matki. Poza tym i tak musimy mieć świadków.

- W takim razie - mówi Cooper - umowa stoi.

- I myślę, że powinniśmy zatrzymać kota - dodaję.

- Jakiego kota? - pyta Cooper, po czym wzdycha. - Och, tego kota. Okej. Może zostać, 

o ile nie będziemy musieli wołać na niego Garfield.

- Wiem - mówię z uśmiechem. - Nazwijmy go Owen.

- Po twoim szefie?

- Tak. W pewnym sensie to jego śmierć w końcu nas połączyła.

background image

- Zapewniam cię - oponuje Cooper - że to absolutnie nie jest prawda.

- Skoro tak twierdzisz. Co ty na to, żebyśmy wrócili do całowania?

- To najlepszy pomysł, jaki miałaś tego wieczoru - mówi.

Niebawem, nadal się całując, przenosimy się na korytarz, gdzie taranujemy wiele ram 

do obrazów, które zostały po śmierci dziadka Coopera. Przemieszczamy się do głównego 

holu, w pobliże schodów prowadzących na piętro, gdzie grozi nam wylądowanie na podłodze, 

zwłaszcza że oboje jesteśmy goli od pasa w górę, a co poniektórzy zgubili też i majtki.

- Nie - mówię, nie wyjaśniając dlaczego, kiedy Cooper stwierdza, że uprawianie po 

raz pierwszy seksu na chodniku w holu to zupełnie dobry pomysł. - Niezupełnie.

Udaje nam się dotrzeć na górę, do jego pokoju.

Ale z ledwością.

background image

23

Otworzyłeś mi oczy

I teraz widzę,

Co takiego

Ty zawsze widziałeś

we mnie.

Piosenka o szczęściu

słowa i muzyka: Heather Wells

Następnego ranka nucę sobie pod nosem w drodze do pracy.

Nie   mogę  się  powstrzymać.  Jest  cudowny,   wiosenny  poranek.  Niebo  jest  idealnie 

błękitne, jest cieplutko, ptaszki śpiewają, kwiatki rozkwitają, a dilerzy narkotyków są już na 

swoich posterunkach, oferując, co tam mają najlepszego. Poważnie - są powody do nucenia. 

Jestem   szczęśliwa,   naprawdę,   w   stu   procentach   szczęśliwa,   po   raz   pierwszy   od,   hm,   od 

zawsze.

I   wcale   nie   dlatego,   że   wsunęłam   wysokokaloryczne   ciacho   z   pobliskiej   kafejki. 

Przepełnia mnie miłość.

Banalne? Tak słodkie, że aż się zbiera na wymioty? Wiem. Ale nic na to nie poradzę. 

On mnie kocha. Zawsze mnie kochał.

No dobrze, może nie zawsze. Ale zdecydowanie polubił mnie już wtedy, kiedy byłam 

z Jordanem. I nie był to wyłącznie zbieg okoliczności, że Cooper zaproponował mi pracę i 

mieszkanie dokładnie w tym momencie, kiedy Jordan się na mnie wypiął.

Twierdzi, że jego propozycja była tylko dżentelmeńskim gestem wobec kobiety, która, 

jak uważał, była podle traktowana przez członka jego rodziny. I że uczucie przyjaźni, jakie do 

mnie wtedy żywił, w ciągu tego roku, kiedy mieszkaliśmy razem, przerodziło się w miłość.

Ale ja znam prawdę: Nie zdawał sobie w pełni sprawy, co do mnie czuje, dopóki nie 

zobaczył mnie z innym facetem i uświadomił sobie (aczkolwiek niesłusznie), że może mnie 

stracić.   I   tym   razem   wcale   nie   z   powodu   jakiegoś   psychopatycznego   mordercy   tylko 

krótkowzrocznego   wegetarianina   i   profesora   matematyki   w   jednej   osobie.   Wtedy,   bang! 

Olśniło go, że przez ten cały czas mu na mnie zależało.

Tad może i okazał się ćwokiem, ale zdecydowanie mam u niego dług wdzięczności (i 

wcale nie mówię o pozytywnej ocenie z zaliczenia).

background image

Oczywiście,  na  dobrą  sprawę,  nie  jest  istotne,   od jak  dawna  Cooper  mnie  kocha. 

Kocha   mnie,   i   tylko   to   się   liczy.   Zainstalował   z   mojego   powodu   psie   drzwiczki.   No   i 

pobieramy się.

I mamy kota o imieniu Owen, który w nocy zakradł się do naszego łóżka i spał po 

stronie Coopera, podczas gdy Lucy ułożyła się obok mnie. I nie walczyli ze sobą. Ani razu.

Jestem   tak   pochłonięta   nuceniem   i   byciem   szczęśliwą,   że   nie   zauważam   kobiety, 

biegnącej tuż obok mnie, póki nie podtyka swojej twarzy prosto pod mój nos i mówi:

- Cześć, Heather! Trzy razy mówiłam ci już cześć! Co się z tobą dzieje?

Dopiero wtedy uświadamiam sobie, że to Muffy.

Tyle że wygląda zupełnie inaczej niż ostatnim razem, kiedy ją widziałam. Jej włosy 

wyglądają, jakby spuszczono z nich powietrze; zebrała je w koński ogon. Do tego legginsy, 

top i buty do biegania, nie szpilki. To sprawia, że jest jakieś dziesięć centymetrów niższa.

- Muffy! - wykrzykuję. - Cześć! Łau. Wybacz. Zaskoczyłaś mnie.

- Na   to   wygląda   -   mówi   ze   śmiechem.   -   Co   jesteś   taka   rozradowana?   Normalnie 

promieniejesz.

- Och - wzdycham, powstrzymując się, by nie rzucić się jej na szyję. - To nic takiego. 

Po prostu... mamy piękny dzień.

- Racja.   Słyszałaś   o   strajku,   prawda?   Super,   nie?   -   Potem   Muffy   poważnieje.   - 

Słyszałam,   co   ci   się   przytrafiło   zeszłego   wieczoru.   Nic   ci   nie   jest,   prawda?   Nie   mogę 

uwierzyć, że to ta jego eksżona, a nie Blumenthal. Co za suka!

- Tak... - sapię. - Nic mi o tym nie mów.

- Słyszałam,   że   nic   jej   nie   będzie.   Ma   tylko   powierzchowną   ranę.   Zabrali   ją   na 

obserwację psychiatryczną. Pewnie dlatego doktor Veatch się z nią rozszedł. Miała nierówno 

pod sufitem. Biedny człowiek. Zapewne obrona powoła się na jej niepoczytalność. Cóż, będą 

musieli. Żeby komuś aż tak odbiło z powodu ślubnej porcelany? Halo? Och, a słyszałaś już o 

wielebnym Marku?

Unoszę brwi.

- Nie. Co?

- Złożył rezygnację - inspiruje mnie Muffy. - Tak po prostu. Nikt nie wie dlaczego. To 

znaczy, wiem, że wczoraj po nabożeństwie żałobnym miał jakieś nieporozumienie z twoim 

uroczym przyjacielem. Ale żeby zaraz składać rezygnację? Domyślasz się, dlaczego to zrobił?

Nie mogę nic na to poradzić - uśmiecham się od ucha do ucha.

- Nie, nie mam pojęcia. Zdaje się, że po prostu doszedł do wniosku, że czas ruszać 

dalej.

background image

- Może - mówi Muffy. - Ale szkoda! Był taki przystojny! Całe szczęście, jest jeszcze 

ten twój drugi znajomy, Tad. To znaczy, że został przynajmniej jeden przystojny facet w 

kampusie. Jest absolutnie uroczy. Poza tą sprawą z wegetarianizmem. Ale wyleczę go z tego. 

Nie mogę spotykać się z facetem, który nie doceni pieczonego kurczaka według przepisu 

mojej mamy, rozumiesz, o co mi chodzi? W każdym razie chce się ze mną spotkać po pracy 

na wspólne bieganie, więc pomyślałam, że lepiej będzie, jak trochę potrenuję. Kompletnie się 

zaniedbałam. Okej, uciekam. Teraz, skoro strajk się skończył, będę pracować nad poprawą 

wizerunku Uniwersytetu Nowojorskiego w mediach. Zdaje się, że tego potrzebujemy, po tych 

wszystkich morderstwach. Muszę coś zrobić, żeby przestali nazywać ten dom studencki, w 

którym pracujesz, Akademikiem Śmierci. To niedorzeczne. Okej, lecę.

Docieram do Fischer Hall i ciągnę za drzwi. Pierwszą rzeczą, jaką widzę po wejściu, 

jest Julio, walczący ze śladami po rolkach na marmurowej podłodze.

- Witamy ponownie - mówię do niego.

Kręci smutno głową.

- Tylko na to popatrz - mówi, przyglądając się rysom. - Coś potwornego.

- Tak - rzucam wesoło. - Absolutnie potworne.

Po paru krokach natykam się na Jamie, która dokądś pędzi.

- Heather! - woła, rozpromieniając się na mój widok. - Słyszałaś?

- O wielebnym Marku? - Kiwam głową. - Słyszałam. Moje gratulacje. Przepłoszyłaś 

go.

- Nie o tym mówię - odpowiada, machając ręką. - Chociaż to super. Ale chodzi o 

mojego   tatę.   Wycofał   zarzuty   przeciwko   Gavinowi.   Komendant   O'Malley   chyba   go 

przekonał, że raczej nie ma szansy na wygraną. Teraz twój przyjaciel Cooper odzyska całą 

kasę, jaką wpłacił, żeby Gavin wyszedł za kaucją.

Uśmiecham się do niej.

- Och   -   wzdycham.   -   To   nie   były   pieniądze   Coopera.   Były   od   poręczyciela 

majątkowego. Cooper wyłożył tylko dziesięć procent.

Jamie marszczy brwi.

- Nie - mówi. - Tak ci tylko  powiedział, ale ja stałam obok niego, kiedy wpłacał 

kaucję. Ty rozmawiałaś z Gavinem, więc nie zauważyłaś. Cooper wpłacił całą sumę. Zapytał 

komendanta O'Malleya, czy przyjmą czek z wystawienia prywatnego, a on się zgodził, w 

drodze wyjątku. Tak więc Cooper zapłacił całą kwotę.

Wpatruję się w nią. A potem uśmiecham.

W końcu wybucham śmiechem.

background image

Jamie patrzy na mnie jak na wariatkę.

- Hm   -   mruczy.   -   Muszę   lecieć.   Umówiłam   się   z   Gavinem   w   północnej   części 

Manhattanu, gdzie kręci swój film. Przekażę mu pozdrowienia od ciebie, i, hm, no to na razie, 

Heather.

Nadal się śmieję, kiedy odwracam się i widzę na stanowisku ochrony Pete'a. Szczerzy 

do mnie zęby w uśmiechu.

- Co cię tak rozbawiło? - chce wiedzieć. Potem zerka na swój zegarek. - Hej, wiesz co 

się stało? Właśnie został ustanowiony nowy światowy rekord! Jesteś dokładnie na czas! I co 

ja widzę? Żadnej końskiej dawki kofeiny z bitą śmietaną? Co jest?

- Po prostu nie miałam dziś ochoty. Bardzo się cieszę, że już jesteś z powrotem. - 

Uśmiecham się. - Nie masz pojęcia...

Idę do niego i spontanicznie zarzucam mu ręce na szyję. Zaskoczony, Pete niezręcznie 

poklepuje mnie dłonią po plecach.

- Łau, a tobie co? - mówi. - Jakaś baba próbuje cię zabić, a ty startujesz do mnie z 

wybuchem czułości. Jezu Chryste! Co się z tobą dzieje?

- Nic - odpowiadam, odsuwam się i po prostu tam stoję, patrząc na niego ze łzami w 

oczach. Zupełnie się rozkleiłam, ale nie dbam o to. Po prostu bardzo się cieszę, że go widzę i 

że znowu wszystko jest po staremu. No może nie całkiem wszystko. Niektóre rzeczy są po 

nowemu i jest to najlepsze nowe, jakie mogło mi się przytrafić.

- Jasne - mówi Pete, unosząc palec i kręcąc nim z boku głowy, żeby zasygnalizować 

studentowi na dyżurze w recepcji, że jego zdaniem zupełnie mi odbiło. - Okej, możemy już 

wrócić na ziemię? - pyta i zaczyna wysuwać szuflady swojego biurka. - No dobra. Kto tu 

sprzątał, kiedy mnie nie było? I co się stało z moimi pączkami? Wszyscy mówią, że to ty.

- Proszę cię - burczę, pociągając nosem i odwracam się w stronę stołówki. - Gdyby z 

Ministerstwa Zdrowia zobaczyli to biurko, natychmiast kazali by je zamknąć. Było po prostu 

ohydne. Oddałam ci przysługę.

- To   żadna   przysługa!   -   woła   za   mną   Pete.   -   To   nękanie!   Powiadomię   mojego 

przełożonego! Złożę na ciebie skargę!

Śmiejąc się, idę do Magdy,  która siedzi za kasą i podbija talon na posiłki jakiejś 

studentki.

- Patrzcie tylko na te śliczne filmowe gwiazdki, które się tu stołują - grucha. - Mamy 

szczęście, że w Fischer Hall mieszka tyle ślicznych filmowych gwiazdek!

- Magda - mówi studentka. - Proszę cię. Nie teraz. Przyszłam tylko po kawę. Nie mam 

czasu na twoje protekcjonalizmy.

background image

Wszędzie bym poznała ten opryskliwy ton.

- Sarah?

Dziewczyna   się   odwraca.   Oczywiście,   że   to   Sarah,   której   włosy   odzyskały   swój 

normalny,   gniazdowaty   wygląd.   Ma   na   sobie   flanelowe   spodnie   od   pidżamy,   kapcie   i 

olbrzymią bluzę. Jest bez soczewek i makijażu. Kopciuszek znowu jest w swoich starych 

łachmanach.

Ale przez tę powierzchowność przebija się blask wewnętrznego piękna. Kiedy Sarah 

mnie rozpoznaje, jej twarz opuszcza grymas „właśnie wstałam”, ustępując miejsca czystej 

radości i Sarah rzuca mi się na szyję.

- Heather! - wykrzykuje, tak mocno mnie ściskając, że ledwo mogę oddychać. - Och, 

Heather! Dziękuję ci! Dziękuję!

- Hrr... - duszę się. - Nie ma za co?

- Sama nie wiesz. - Sarah oddycha w moje włosy. - Nie masz nawet pojęcia, ile dla nas 

zrobiłaś.   Dzięki   temu,   że   znalazłaś   prawdziwego   zabójcę   Owena,   Sebastian   został 

oczyszczony ze wszystkich zarzutów. Jest wolny... może wrócić na zajęcia... do pracy... może 

wszystko.   Uratowałaś   go,   Heather.   Uratowałaś   go.   Tylko   ty   wierzyłaś,   że   jest   niewinny. 

Tylko ty! Nie wiem, jak ja ci się zdołam odwdzięczyć. Spędziliśmy razem noc... wiesz, tak 

dosłownie. I było cudownie. Straciłam już nadzieję, że kiedykolwiek znajdę faceta, z którym 

związek będzie satysfakcjonujący zarówno pod względem intelektualnym, jak i fizycznym, 

ale z Sebastianem mam to wszystko. Jeszcze nigdy nie byłam tak szczęśliwa. Pewnie nie 

miałabym co o tym marzyć, gdyby wisiała nad nami tamta sprawa. Ale dzięki tobie... Nie 

wiem, jak mamy ci dziękować.

- Cóż - mówię. - Na początek mogłabyś przestać mnie dusić.

Sarah natychmiast mnie uwalnia.

- Och - wzdycha, odsuwając się; jest zakłopotana. - Przepraszam.

- W porządku - mówię. - Cieszę się, że tak wam się dobrze układa.

- Dobrze układa - powtarza Sarah ze śmiechem. - Dobrze układa! Boże! To stanowczo 

za mało powiedziane. Nie umiem ci nawet tego opisać: to jest jak sen. Zeszłam tylko po 

bajgle i kawę. Potem dalej będziemy się kochać. Będziemy kochać się przez cały dzień, żeby 

uczcić nasze zwycięstwo zarówno nad wymiarem sprawiedliwości, jak i nad biurem rektora.

Magda i ja wymieniamy spojrzenia. Żadna z nas nie jest w stanie zachować poważnej 

miny.

- Okej   -   parskam.   -  No   to   przyjemnych   wrażeń,   Sarah.   Pamiętasz   o  bezpiecznym 

seksie, prawda?

background image

- Oczywiście   -   odpowiada   z   prychnięciem.   Potem,   wyraźnie   nie   mogąc   się 

powstrzymać,   jeszcze   raz  się   na  mnie   rzuca,  żeby  mnie   uściskać,  po  czym  odwraca   się, 

kierując do bajgli. - Och, Heather - mówi. - Mam nadzieję, że któregoś dnia spotka cię takie 

szczęście jak mnie i Sebastiana!

- Tak... - mówię, poklepując ją po głowie. - Ja też mam nadzieję.

Potem, ku mojej uldze, pędzi po bajgle.

- Czasem bywa naprawdę nieznośna - stwierdza Magda, poprawiając swoje napuszone 

włosy.

- Nic mi o tym nie mów - odpowiadam, wzdychając wesoło.

- Wiesz - paple Magda. - Nigdy nie zgadniesz.

- Nie - odpowiadam. - Ty nigdy nie zgadniesz.

- Och,   to   już   wiem   -   prycha   Magda,   machając   swoją   wymanikiurowaną   dłonią.   - 

Znalazłaś prawdziwą zabój czynię doktora Veatcha, ona próbowała cię zastrzelić i prawie 

zginęłaś. Masz coś jeszcze? Bo widzisz, ja mam ci do powiedzenia coś naprawdę ważnego.

Kładę dłoń na biodrze.

- Okej - daję jej pierszeństwo. - Wprawdzie nie o tym chciałam ci powiedzieć, ale 

mów. Mów, co takiego ważnego się dzieje. Jestem pewna, że to coś o wiele ważniejszego niż 

moje wieści. Śmiało.

Magda   zerka   najpierw   w   prawo,   potem   w   lewo,   upewniając   się,   że   nikt   nie 

podsłuchuje. Następnie wychyla się zza kasy i szepcze:

- Chcę ci powiedzieć, że... miałaś rację!

Zaskoczona, unoszę brwi. Nieczęsto się zdarza, żeby ktoś mi mówił, że miałam co do 

czegoś rację. Czyli to naprawdę prawdziwy news.

- Tak? A co do czego?

- Co do Pete'a! - wykrzykuje Magda, siadając na swoim miejscu. Uśmiecha się od 

ucha do ucha. - Powiedziałaś, że powinnam mu powiedzieć, co czuję. Widzisz, wczoraj, po 

pizzy, w końcu zebrałam się na odwagę i... zrobiłam to. I...

Raczej nie należę do tych piszczących dziewczyn, ale urywać w takim miejscu to 

czyste okrucieństwo, co aż doprowadziło mnie do pisku.

- I co? - piszczę.

- I powiedział, że on czuje do mnie to samo - szepcze szczęśliwa Magda. - Teraz ze 

sobą chodzimy.

Gapię się na nią.

- Żartujesz.

background image

Uśmiecha się do mnie.

- Nie, nie żartuję. Ale nie kochamy się jeszcze po całych dniach jak Sarah i Sebastian. 

Nie będziemy się spieszyć, no wiesz, ze względu na dzieci. Ale zdecydowanie jesteśmy dla 

siebie stworzeni. Okej. No i co na to powiesz, panno Heather Wells?

Uśmiecham się.

- Że wiedziałam to od samego początku - mówię.