background image

TOMASZ OLSZAKOWSKI

PAN SAMOCHODZIK I...

ZAGINIONE POSELSTWO

 

OFICYNA WYDAWNICZA WARMIA

background image

WSTĘP

Paweł Tarnowski wlókł się noga za nogą przez wypaloną słońcem sawannę. Słońce 

stało wysoko na niebie. Góry zbliżały się nieskończenie wolno.

- Jeszcze trochę - powtarzał sobie. - Jeszcze kawałek.

Juczny wielbłąd z coraz większym trudem wyciągał kopyta z ciemnej, sypkiej ziemi. 

Szlachcic  obejrzał   się  na  swoich  ludzi.  Byli   zmęczeni,   wychudzeni,   ich  twarze   rozpalała 

gorączka. Ale szli. Popękane, poczerniałe wargi, oczy na pół przymknięte powiekami, włosy 

sklejone potem. Wyglądali jak pochód widm.

- Dojdziemy - powiedział z trudem.

Przymknął  oczy i  jedną ręką  trzymając   się  pakunków  ruszył   dalej. Drugi  miesiąc 

przedzierali się przez dzikie pogańskie kraje wabieni mirażem wielkiego chrześcijańskiego 

cesarstwa. Teraz w ich serca wkradło się zwątpienie. Od dawna nie natrafiali na żadne ślady 

krzyża.   Ostatni   kościół,   leżący   od   wieków   w   ruinie,   minęli   przed   trzema   tygodniami. 

Chrześcijańskie cesarstwo na krańcu świata... Mityczny kraj, być może nie istniejący. Nie, 

przecież przybywali z niego ludzie... Gdzieś tam potężny władca podejmie ich w pałacu i 

pozwoli   pić   z   fontanny...   Uświadomił   sobie,   że   bredzi.   Pałace?   W   tej   krainie   lepianek 

wznoszonych z suszonych na słońcu cegieł? Potężny władca? Tu, gdzie realną siłę stanowiły 

trzy szable.  Cesarstwo?  Tu,  gdzie lokalni  wodzowie  nieczęsto  byli  w stanie  kontrolować 

ziemie kryjące się tuż za horyzontem... Fontanny? W krainie, gdzie wodę od dawna widzieli 

tylko w swoich bukłakach...

Obok niego po kamieniach prześliznął się jakiś cień. Po niebie kołował sęp. Czekał. 

Tarnowski wyjął zza pasa krócicę i wycelował w ptaka. Huknął strzał i padlinożerca upadł 

nieopodal.   Wielbłądy   zaniepokojone   wystrzałem   uniosły   na   moment   głowy,   a   potem 

apatycznie je opuściły. Minęło południe. Góry były coraz bliżej, ale wędrowcy wiedzieli już, 

że ocena odległości w tym kraju może być złudna. Jedno ze zwierząt padło nieoczekiwanie na 

kolana. Dowódca powłócząc nogami cofnął się. Konające stworzenie przewróciło się na bok, 

gniotąc część juków. Kopyta w męce biły w powietrze. Wyciągnął szablę i krótkim mocnym 

ciosem przerwał agonię.

Z juków zabrał małą butelkę święconej wody i skórzany tubus z mapami. Przejrzał je 

w zadumie. Nie były potrzebne. Od dawna nie pokazywały żadnych przydatnych szczegółów. 

Zaznaczono na nich miasta, które istniały tylko w wyobraźni kartografów; rzeki, które nigdy 

background image

nie płynęły przez piaski; szlaki karawanowe, prowadzące w zupełnie innych kierunkach niż w 

rzeczywistości. Zakręcił rurę i obojętnie rzucił w piach. Jedwabne suknie, które planowali 

sprzedać  po drodze, poleciały w ślad za tubusem.  Konarski podszedł z nożem i przeciął 

martwemu   wielbłądowi   szyję.   Gęsta   krew   splamiła   podstawione   dłonie.   Chłeptał   ciepłą 

jeszcze posokę.

- Panie Konarski, miarkuj się pan - powiedział Tarnowski z naganą.

Podeszli pozostali uczestnicy. Wielbłąd był martwy, ale ciągle jeszcze zawierał wodę.

Tarnowski ciął szablą garb. Nauczyciele kiedyś mówili mu, że zwierzęta te dlatego 

mogą długo przebywać na pustyni, bo w garbach mają wodę. Teraz rozczarował się srodze. 

Było tam tylko trochę żółtawego tłuszczu o konsystencji słoniny.

Uderzeniem szabli rozpłatał głowę odsłaniając mózg. Był dość obrzydliwy w smaku, 

ale   za  to  prawie   rozpływał   się  w   ustach.  Ugasili   częściowo  dręczące   ich   pragnienie.   Na 

twarzach pozostały im ślady zakrzepłej krwi.

- Jest woda - powiedział unosząc butelkę.

Popatrzyli na niego zgorszeni.

- Czy godzi się wodę święconą pić? - zapytał z naganą w głosie Utracki.

- Bóg zrozumie i wybaczy - wyszeptał.

- Niegodniśmy - zaprotestował któryś z członków poselstwa. - Góry już niedaleko, 

tam znajdziemy wodę.

Pozostawiwszy za sobą truchło wielbłąda ruszyli dalej przez spalony słońcem step.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ŚNIEŻNA ZADYMKA • POCZTA DYPLOMATYCZNA • TAJEMNICZY 

TUBUS   •   ZAGADKOWA   MAPA   •   TOK   ROZUMOWANIA   •   CZY 

POLACY ODWIEDZALI SUDAN W XVII WIEKU?

Pierwsza tej zimy zadymka śnieżna... Po placu Piłsudskiego wiatr przeganiał tumany 

śniegu.   Grudzień   dopiero   się   zaczął,   ale   na   termometrze   było   minus   dwanaście   stopni. 

Potrójne szyby oddzielały mnie od śniegu i mrozu. Lubiłem taką pogodę, oczywiście, gdy 

byłem po bezpiecznej stronie okna. Szef wszedł do biura i powiesił płaszcz na wieszaku. 

Odmotał  z szyi  długi wełniany szal i zaczął  rozcierać  dłonie. Na mój  widok szeroko się 

uśmiechnął.

- Masz coś ciekawego? - zapytał wskazując gestem ekran komputera.

- Nic nowego - powiedziałem. - Opracowuję statystykę udaremnionych prób przemytu 

dzieł sztuki.

- Mam coś, co zapewne cię zaciekawi - Pan Samochodzik potrząsnął szarym workiem 

z nadrukiem w kilku różnych językach, głoszącym: “Poczta dyplomatyczna”.

- Cóż to takiego? - zapisałem zbiór i wyłączyłem komputer.

- Rewelacja.

Pan   Tomasz   rozsznurował   worek   i   wydobył   ze   środka   poczerniałą   i   popękaną   ze 

starości   skórzaną   rurę   o   średnicy   około   dwudziestu   centymetrów   i   długą   na   ponad 

osiemdziesiąt. Rura, na skutek długiego leżenia, odkształciła się poważnie.

- Cóż to takiego? - zdziwiłem się.

- Tubus na mapy - wyjaśnił szef. - Zresztą sam obejrzyj.

Na jednym końcu rurę można było otworzyć. Wieko przytrzymywały parciane paski z 

mosiężnymi   sprzączkami.   Sprzączki   były   zupełnie   zaśniedziałe.   Oglądałem   znalezisko, 

starając się przed otwarciem wydedukować jak najwięcej.

- I co o tym powiesz? - zagadnął szef.

- Hmm. Wydaje mi się, że to skóra wołowa, dobrze czymś zaimpregnowana. Przez 

ostatnie lata tubus leżał w ziemi - na biurku wokół utworzyła się już warstewka pyłu. - W tym 

miejscu był  wytłoczony jakiś herb - wskazałem. - I pozłocony.  Skóra wielokrotnie miała 

kontakt z wodą. Wygląda, jakby przez kilka lat tubus leżał na powierzchni lub, co bardziej 

background image

prawdopodobne,   przysypany   cienką   warstewką   ziemi.   Gdyby   zakopano   go   głębiej,   rura 

zgniotłaby się z czasem. Być może znajdował się w grocie lub szczelinie skalnej. W każdym 

razie w środowisku suchym, bowiem popękał na krawędziach. Nie ma tu śladu obecności 

żadnych pasożytów, nie nadgryzły go gryzonie, z wyjątkiem tego miejsca - wskazałem. - 

Mogło to nastąpić jeszcze zanim został ukryty.

- A więc środowisko suche i pozbawione w znacznej mierze życia biologicznego? - 

uśmiechnął się szef. - Ukraiński step koło Czarnobyla?

- Pustynia lub step. Być może pustynne góry, gdzieś w Azji lub w Afryce. Albo na 

Bliskim Wschodzie. Może Turcja?

- Otwieraj - polecił.

Odpiąłem sprzączki. Sznurki kiedyś zapewne natarto łojem, dlatego też dotąd się nie 

rozpadły. Ze środka wydobyłem ostrożnie rulon jakichś papierzysk. Rozłożyłem je na stole.

- Przeżarte grzybem prawie na wylot, ale chyba da się je uratować - powiedziałem.

Były   to   mapy.   Kilkadziesiąt   różnej   wielkości   map.   Południowe   obszary 

Rzeczypospolitej, Wołoszczyzna, Mołdawia, Ziemia Święta, Bliski Wschód.

- Wszystkie rysowane ręcznie przez zdolnego kartografa - powiedziałem. - Dziwne. 

Przecież w XVII wieku robiono je już odbijając z akwaforty lub czasem jeszcze z drzeworytu 

i potem tylko ręcznie kolorowano.

- Skąd wiesz, że są z XVII wieku? - zaciekawił się pan Tomasz.

- Tu jest data i napis - wziąłem lupę.

- Skreślono na podstawie - tu jest niestety zamazane - 1683. Szef kiwnął w zadumie 

głową. Przeglądałem mapy. Przerysowano je dość starannie, ale to nie mogło zniwelować 

niedostatków wiedzy ówczesnych kartografów.

-   Ciężka   sprawa   -   powiedziałem.   -   Są   cenne,   ale   szczerze   mówiąc   wolałbym 

drukowane.

Szef wzruszył ramionami. Ostatnia mapa była inna. Wyrysowano ją na pergaminie. 

Rozmycia na brzegach wskazywały na to, że kilkakrotnie zamokła. Czarne zacieki od tyłu 

pokazywały   miejsca,   gdzie   poplamiły   ją   inne   mapy,   rozpuszczając   się   w   zamoczonym 

tubusie.

- Ta jakby nie pasowała do zestawu - zauważyłem.

Pan Tomasz kiwnął w zadumie głową.

Oglądałem   mapę.   Przedstawiała   kawałek   Afryki.   Widziałem   Morze   Czerwone, 

Półwysep   Somalijski,   zatokę,   nad   którą   leży   wolny   port   i   maleńka   kupiecka   republika 

Dżibuti, oraz sporą część południowego Sudanu. Nazwy miejscowości naniesiono jakimiś 

background image

dziwnymi hieroglifami.

-   Cóż   to   za   pismo?   -   zdziwiłem   się.   -   Podobne   trochę   do   hebrajskiego,   ale 

jednocześnie inne. Niektóre litery wyglądają jak greckie lub fenickie. A przecież mapa nie 

jest dużo starsza od pozostałych.

-   Cieszę   się,   że   sam   wyciągasz   naukowe   wnioski   -   powiedział   przełożony.   -   Ja 

szczerze mówiąc nie wiem, co to za pismo. Mapa tego kawałka świata powinna być opisana 

po arabsku...

Na marginesie biegł mocno zatarty wężyk arabskiego alfabetu.

Obejrzałem go przez szkło powiększające.

- Napis  po arabsku i tymi  znaczkami  wykonano,  jak mi  się wydaje,  jedną ręką - 

powiedziałem. - I jednakowym czarnym atramentem.

Policzyłem znaki dziwnego pisma.

- Hmm, 26 symboli - powiedziałem. - Mamy więc do czynienia z alfabetem. Może to 

pismo samarytańskie? Różni się, z tego co pamiętam, od hebrajskiego.

- Samarytanie jeszcze istnieją? - zdziwił się szef.

- Tak. Mieszkają na terenie Izraela - wyjaśniłem. - To ostatnia pozostałość sporego 

niegdyś narodu. Jest ich chyba tylko kilkanaście tysięcy.

- Jeśli ich pismo wywodzi się z hebrajskiego...

- Raczej oba te języki mają wspólne korzenie - uściśliłem.

- To powinno być mniej znaków. Zwróć uwagę, że w językach semickich nie zapisuje 

się zazwyczaj samogłosek.

- Faktycznie  - mruknąłem.  - A więc jaki to może  być  język?  Na pewno żaden z 

indoeuropejskich...

- Czekaj, tocharski też zaliczamy do naszej grupy językowej. A Tocharowie mieszkali 

gdzieś przy jedwabnym szlaku... Mogli zapuszczać się do Konstatntynopola lub Jerozolimy. 

Może penetrowali też ziemie leżące dalej na południu? A sanskryt?

-   Na   pewno   nie   -   pokręciłem   głową.   -   Mieliśmy   kiedyś   zajęcia   z   kryptografii   i 

poznałem znaki sanskrytu. Przynajmniej na tyle, żeby je rozpoznać.

Wyciągnąłem z półki książkę Davida Dilingera “Alfabet” i zacząłem ją kartkować. Po 

kilkunastu minutach natrafiłem na odpowiedni obrazek.

- Szefie, mam.

- I cóż to jest takiego? - zaciekawił się.

- To alfabet etiopski, używany do zapisu języków amharskiego i gyez.

Kiwnął głową, przetrawiając informację.

background image

- W porządku - powiedział. - Jeśli pozwolisz, opowiem ci teraz pewną dość ciekawą 

historię. Jeden z naszych dyplomatów akredytowanych w Sudanie wędrując po bazarze trafił 

na   maleńki   antykwariacik.   Na   wystawie   leżała   jedna   z   tych   map,   najlepiej   zachowana. 

Właściciel zakonserwował ją doraźnie.

- Jak rozumiem, dyplomata wszedł do środka i kupił od razu cały komplet.

- Właśnie.  Zaskoczyło  go, że mapy opisane po polsku znajdują się w Chartumie. 

Zwłaszcza tak stare mapy.

- Zapytał sprzedawcę o ich pochodzenie?

- W tym cały problem, że nie zapytał. Podekscytowany znaleziskiem zaniósł je czym 

prędzej do ambasady i zaczął dokładniej oglądać. Wreszcie zapakował do worka i pocztą 

dyplomatyczną wysłał do kraju. Trafiły do Biblioteki Narodowej, a tamtejsi fachowcy, nie 

mogąc wyjść ze zdumienia, powiadomili mnie.

- Hmm - zamyśliłem się. - Skąd w Sudanie mogły się wziąć mapy z tego okresu. W 

kraju tym przeczekiwało wojnę wielu naszych rodaków. Ukrywano tam także sześć skrzyń ze 

srebrem FON-u. Ktoś uciekając z Polski przed okupacją, zabrał ze sobą tubus z kolekcją map. 

Potem na obczyźnie przyciśnięty nędzą sprzedał je bogatemu Arabowi albo Anglikowi, który 

rzucił je na strych. Teraz ktoś je wyciągnął i zaniósł do sklepiku.

Pan Samochodzik powoli w zadumie kiwnął głową.

-   To   dobra   teoria   -   powiedział.   -   Prawdopodobna.   A   jak   wyjaśnisz   sprawę   mapy 

opisanej po etiopsku?

- Może nasz kolekcjoner emigrant  na początku  miał  trochę pieniędzy i wzbogacił 

swoją kolekcję o ten ciekawy egzemplarz.

- Dobrze. Wobec tego jeszcze jedno pytanie. Dlaczego te wszystkie mapy są z jednego 

okresu?

- Bo ja wiem? Może to część kolekcji, a zbierał chronologicznie. W każdym tubusie 

mapy z innej epoki.

-   Dobrze.   A   dlaczego   wszystkie   wyszły   spod   jednej   ręki?   Wyłączając   etiopską 

rysował je prawdopodobnie jeden człowiek.

- Pamiątki po przodku kartografie - błysnąłem kolejnym pomysłem.

Pan Tomasz powoli skinął głową.

- Do tego nie pasuje mapa etiopska...

Poskrobałem się po głowie.

- Sam nie wiem, jak to wyjaśnić. A może przodek kolekcjonera nie zdążył tej mapy 

przerysować i do zbiorów trafił oryginał?

background image

-   Skąd   polski   kartograf   w   tym   okresie   mógłby   mieć   etiopską   mapę?   -   wzruszył 

ramionami. - Masz jakiś pomysł?

- Chyba zrobimy ksero z tego arabskiego napisu i pojedziemy na orientalistykę. Niech 

nam to przeczytają.

- No to do dzieła.

Godzinę   później   triumfalnie   wpadłem   do   gabinetu   szefa   powiewając   w   powietrzu 

tłumaczeniem wykonanym na poczekaniu przez doktora Muchameda.

- Szybko obróciłeś - ucieszył się pan Tomasz. - I czego się dowiedziałeś?

-   No   cóż   -   powiedziałem.   -   Wedle   specjalisty,   sądząc   po   kroju   liter,   mamy   do 

czynienia z inskrypcją szesnasto- lub siedemnastowieczną. Obecnie należałoby to zapisać tak 

- pokazałem znaczki arabskiego pisma na papierze.

Nieznacznie różniły się od pierwotnego napisu.

- To jest język fuscha? - zagadnął Pan Samochodzik.

- Klasyczny arabski - potwierdziłem. - Doktor stwierdził, że bardzo ładna kaligrafia.

Szef obejrzał kartkę przyniesioną przeze mnie. Odwrócił ją na drugą stronę, a potem 

spojrzał przez nią pod światło. Poza wężykiem arabskich literek nie plamiło jej żadne inne 

słowo.

- Sądziłem, że jednak uzyskasz informacje, co tu jest napisane - mruknął.

Z portfela wyjąłem drugą kartkę.

-   “Mapę   skreślił   Dżalalladin   Jussuf   Abu   Alin,   wedle   starszej   kopii   na   zlecenie 

klasztoru Kaplicy Odnalezienia Krzyża” - przeczytałem. - Trochę dziwny ten napis. Klasztor 

Kaplicy...

- A więc jesteśmy w Jerozolimie - powiedział pan Tomasz. - Kaplica ta jest częścią 

Bazyliki Grobu Pańskiego. Zbudowano ją na miejscu, w którym cesarzowa Helena odnalazła 

w podziemnej cysternie pozostałości Krzyża Świętego.

- A co to za klasztor? - zaciekawiłem się.

Zadumał się.

-   Musiałbym   to   oczywiście   sprawdzić,   ale   chyba   chodzi   o   niewielki   koptyjski 

monaster, wzniesiony na sklepieniu kaplicy - powiedział. - W XII wieku, zaraz po wyparciu 

krzyżowców z Jerozolimy, władca Etiopii, Lalibela, wysłał do kalifa Saladyna poselstwo z 

prośbą, aby etiopscy Koptowie mogli zaopiekować się ołtarzem i kaplicą. Saladyn wyraził na 

to zgodę.

- Etiopczycy w Jerozolimie? - zdumiałem się. - I to w dodatku chrześcijanie?

Pan Samochodzik wpił we mnie ołowiane spojrzenie.

background image

- Kiedy Etiopia przyjęła chrześcijaństwo? - zapytał.

Zamyśliłem się.

-   Zapewne   w   okresie   nowożytnym   -   powiedziałem   niepewnie.   -   Może   w   okresie 

wielkich odkryć geograficznych?

Szef popatrzył przez okno i zabębnił palcami po stole.

- Etiopczycy przyjęli religię chrześcijańską w IV wieku naszej ery - wyjaśnił wreszcie. 

-   Od   chwili,   gdy   najazd   arabski   odciął   im   drogę   lądową   przez   Egipt,   stracili   kontakt   z 

cywilizacją   basenu   Morza   Śródziemnego.   Lepiej   byłoby   powiedzieć,   że   zerwali   kontakt, 

bowiem w Jerozolimie zawsze istniał ich klasztor. Służył im jako coś w rodzaju ambasady i 

jednocześnie zbierał dane wywiadowcze. Świat o nich zapomniał, ale oni, choć z daleka, 

obserwowali, co się dzieje. Gdy w XIII wieku zwołano synod powszechny, ku ogromnemu 

zdumieniu hierarchów, przybyła nań kilkudziesięcioosobowa delegacja etiopskich teologów i 

duchownych. Odnotowano, że posługiwali się łaciną o bardzo archaicznym metrum oraz dość 

podłym   aramejskim.   Klasztor   pracował   więc   prawidłowo.   Mnisi   poznali   datę   synodu   i 

przekazali informację gdzie trzeba. I to z wystarczającym wyprzedzeniem, żeby cesarz zdążył 

przygotować misję...

- Zdumiewające - powiedziałem. - No to mam nową teorię. Jakiś Polak w XVII wieku 

zaplątał się do Jerozolimy i trafił do tego klasztoru. Ponieważ było to gniazdo szpiegów, 

zaproponowali mu okrągłą sumkę za jego mapy, które następnie wyekspediowali na południe. 

Wśród nich znajdowała się jedna mapa wykonana w klasztorze czy też na jego zamówienie.

Tan Tomasz uśmiechnął się lekko.

- Interesująca teoria - powiedział. - Co więcej, brzmi bardzo prawdopodobnie. Tylko 

coś mi  w  niej  nie pasuje. Przyjmijmy,  że Etiopczykom  potrzebne są mapy naszej  części 

świata. Mieszkają w Jerozolimie, skąd statki kupieckie, mimo ciągłego zagrożenia ze strony 

piratów,   pływają   jednak   do   Europy.   Mnisi   zamawiają   sobie   atlasy   w   najlepszych 

holenderskich   czy   niemieckich   wydawnictwach   kartograficznych.   W   miesiąc   od   złożenia 

zamówienia   mają   świetne   mapy   odbijane   z   akwaforty   i   kolorowane,   opracowane   przez 

najlepszych kartografów.

- Może nie chcieli zwracać na siebie uwagi?

- Za dużo się naczytałeś książek o szpiegach - uśmiechnął się. - Ale zaraz coś ci 

pokażę - wyciągnął z półki “Wielki atlas XVIII-wiecznego świata”.

-   Popatrz   na   ówczesne   mapy.   Kartografowie   zaznaczali   na   nich   miasta   wedle 

własnego widzimisię. Ktoś, kto rysował mapy znalezione w tubusie, korzystał z kilku różnych 

i przenosił na swoje wszystkie szczegóły. W ten sposób chciał stworzyć coś lepszego. Mapy o 

background image

niespotykanym stopniu dokładności. I oczywiście wszystko zaczęło się mieszać, bo były w 

różnych skalach.

- Czyli sądzi pan, że te mapy były w pewien sposób lepsze niż takie z ówczesnych 

atlasów?

-   Nie.   Ten,   kto   je   wykonał   sądził,   że   będą   lepsze.   Potrzebował   map   bardzo 

dokładnych. A to może oznaczać, że wybierał się w drogę.

Milczałem, usiłując rozgryźć tok rozumowania Pana Samochodzika.

-   Czyli   sądzi   pan   -   podjąłem   po   chwili   zadumy   -   że   jakiś   Polak,   odwiedziwszy 

uprzednio klasztor w Jerozolimie, zapuścił się do południowego Sudanu? I to w dodatku w 

XVII wieku?

Pan Samochodzik poważnie kiwnął głową.

-   Na   razie   nie   mamy   żadnych   przesłanek,   by   móc   wykluczyć   taką   ewentualność. 

Sądzę, że trop moglibyśmy podjąć w Jerozolimie.

- Pomysł ciekawy - zauważyłem. - Tylko jest jeden problem.

- Możemy tam być za trzy dni - powiedział z uśmiechem.

- Nie stać mnie na bilet - ja także się uśmiechnąłem.

- Ach, ty nic nie wiesz. Dostaliśmy trochę pieniędzy z rezerwy ministerstwa. Jest tego 

kilka tysięcy złotych. Problem w tym, że musimy je wydać do końca roku. W przeciwnym 

razie ministerstwo nie dostanie dotacji w roku przyszłym.

- Kupmy radar geologiczny - zaproponowałem.

- Ile kosztuje najtańszy radar?  Trzydzieści  tysięcy  dolarów?  Otrzymana  suma  jest 

przecież znacznie mniejsza.

- Teraz nam dają - westchnąłem. - A gdy było nam potrzeba, to kasa ministerstwa była 

pusta. Bo ja wiem, co można by kupić?

- Nic konkretnego. To fundusz celowy, przeznaczony na działania operacyjne, a nie na 

zakup środków trwałych. To oznacza, Pawle, że możemy kupić sobie na przykład bilety do 

Jerozolimy, ale nowego biurka już nie.

- Demoralizacja - powiedziałem. - Za pieniądze podatników możemy sobie zrobić 

wycieczkę do ciepłych krajów?

-   Tak,   bo   gdybyśmy   to   wpłacili   na   przykład   na   ratowanie   jakichś   zabytków,   to 

zostaniemy uznani za defraudantów i aferzystów.

- Czyli możemy ruszyć tropem map...

Pan Tomasz kiwnął uroczyście głową.

- Jeśli  masz  ochotę, możemy  spędzić  tydzień  albo  dwa w klimacie  zdecydowanie 

background image

ciekawszym niż ten - gestem wskazał okno.

Zadumałem się na chwilę.

- Dokończę tylko tę statystykę przemytu - powiedziałem. - I możemy jechać.

- W takim razie idę załatwiać wizy i bilety - uśmiechnął się.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

GARŚĆ ZAGADNIEŃ HYDROGRAFICZNYCH • BAZYLIKA GROBU 

PAŃSKIEGO • ODWIEDZINY  W ETIOPSKIM KLASZTORZE  • KIM 

BYŁ PAWEŁ TARNOWSKI • WZGÓRZE  ŚWIĄTYNNE  • KOLEBKA 

GOTYKU • TRZECIA ŚWIĄTYNIA

- Uroki biurokracji - powiedział pan Tomasz, patrząc w zadumie na przesuwający się 

za   oknami   klimatyzowanego   autokaru   krajobraz.   -   Pomyśleć,   że   gdyby   nie   idiotyczne 

przepisy, siedzielibyśmy teraz w ministerstwie, patrząc na śnieg prószący z nieba.

- Zawsze sądziłem, że Izrael to pustynie, a wśród nich niewielkie oazy i pastwiska nad 

Jordanem - powiedziałem.

Szef uśmiechnął się lekko. Za oknem przesuwały się pokryte winnicami i plantacjami 

wzgórza. Wszędzie widać było trud i wysiłek włożony w zagospodarowanie terenu.

- Pamiętasz opisy w Starym Testamencie? Zresztą w ewangeliach jest podobnie. Ta 

ziemia wyglądała kiedyś zupełnie inaczej. Jeszcze w czasach podboju rzymskiego wszędzie 

tu rosły zagajniki i leżały urodzajne pola. Potem jednak niekontrolowane wycinanie drzew 

sprawiło, że zachwiała się gospodarka wodna. Tereny niegdyś  urodzajne zamieniły się w 

stepy, a te już w okresie wypraw krzyżowych były na dobrą sprawę półpustyniami. Żydzi, 

budując swoje niepodległe państwo, stoczyli walkę z pustynią i nawodnili sporą jej część. Na 

długo to jednak nie starczy. Już w tej chwili narasta konflikt z Syrią.

- Konflikt? - zdziwiłem się.

- O podział  wód Jordanu - wyjaśnił.  - Syryjczycy  też chcą  mieć  pola  i plantacje 

mandarynek. Woda na pustyni to towar deficytowy.  Jeśli nawodnimy jakiś kawałek, inny 

pozostanie bez wody. Jeśli ludzie wypiją jej część, komuś innemu zabraknie.

- A odsalanie wody morskiej?

- Stosowane jest już na dość dużą skalę, ale tak uzyskiwana woda jest zbyt droga na 

tym etapie technologii - wyjaśnił. - Pobieranie wody z Jordanu do nawadniania pól i sadów 

wywołało też inne skutki. Jaka jest głębokość depresji wokół Morza Martwego?

- Chyba 392 metry poniżej poziomu morza. Tak uczono mnie w liceum.

- A ja kupiłem najnowszy atlas świata i tam zaznaczono już 404 metry. Tafla wody 

opada. Podobnie jest zresztą nad Jeziorem Aralskim. Tam też pompują wodę w plantacje 

background image

bawełny   i   olbrzymie   jezioro   kurczy   się   z   roku   na   rok.   Niektóre   dawne   porty   leżą   już 

dwadzieścia   kilometrów   od   obecnej   linii   brzegowej.   Tu   na   szczęście   chyba   do   tego   nie 

dojdzie.

- Mogliby do Morza Martwego przetoczyć rurami trochę wody z Morza Śródziemnego 

- błysnąłem pomysłem. - Jeśli trzeba, nawet kilka kilometrów sześciennych...

-   Tak,   tylko   musieliby   położyć   kilkaset   kilometrów   rurociągu,   pokonać   góry,   co 

wymagałoby licznych stacji przepompowywania... Ale pewnie kiedyś tak zrobią.

Zamyślił się głęboko. Podziwiałem krajobraz. Jak wyglądało to miejsce w czasach na 

przykład   króla   Dawida?   Lasy,   pola   uprawne,   stada   owiec?   Czy   na   wzgórzach   obecnie 

pokrytych   winnicami   pasły  się kozy,  czy może  rosły  tamaryszkowe  zagajniki?   Studnia  z 

kamienną   cembrowiną...   Głazy   na   krawędzi   głęboko   ponacinane   przez   sznury,   którymi 

opuszczano do środka wiadra, aby nabrać wody. Lina trze o kamień opuszczając wiadro w 

dół; lina trze, gdy pełne wiadro wędruje do góry. Dziesiątki razy dziennie, przez tysiące lat... 

A może tylko przez setki? Sznury przecierają się szybciej niż kamienie. Ale bloki skalne 

tkwią na miejscu te same, a liny ludzie przynoszą ciągle nowe...

Wyjechaliśmy   na   dość   wysokie   wzgórze.   Pod   nami   ukazało   się   rozległe   miasto 

zabudowane chaotycznie tysiącami białych domów. Jerozolima. Szef ocknął się z zadumy.

- Wygląda na to, że jesteśmy prawie na miejscu - powiedział.

Wysiedliśmy z ciepłego wnętrza autobusu i od razu w twarze dmuchnął nam lodowaty 

wiatr.

- Zdaje się, że usiłowaliśmy uciec przed zimą - mruknąłem podciągając suwak kurtki 

aż pod brodę.

- Nie zapominaj, że to miasto leży ponad siedemset metrów nad poziomem morza - 

uśmiechnął się.

- Jerozolima - mruknąłem.

-   Czyli   dawne   żydowskie   Salem   -   powiedział.   -   Wedle   najpopularniejszej   teorii 

początkowo nazywano to miejsce Salem, czyli  pokój. Potem Grecy dodali do tego Hiero 

Salem, czyli święty pokój. Stąd Jeruzalem. Nie jestem językoznawcą, ale ta teoria wydaje mi 

się nieco naciągana.

Kiwnąłem poważnie głową na znak, że się z nim zgadzam. Pan Tomasz wyciągnął 

plan miasta z kieszeni.

- Jesteśmy tutaj - puknął palcem. - Gdybyśmy poszli prosto, wyjdziemy na wzgórze 

świątynne. Ale my mamy dojść do Bazyliki Grobu Świętego. Czyli możemy iść słynną Via 

Dolorosa.

background image

- Dlaczego ta ulica jest słynna? - zaciekawiłem się.

- Co roku na Wielkanoc odbywają się na niej procesje drogi krzyżowej. Podobno 

prowadzi ona tą trasą, którą szedł Chrystus na Golgotę. Oczywiście to tylko teoria i to niezbyt 

prawdopodobna. Stacje drogi urządzono wprawdzie w miejscach, które identyfikowane są 

jako faktyczne miejsca męki, ale identyfikacja ta jest bardzo późna... Zresztą, nawet jeśli 

zlokalizowano je poprawnie, to układ ulic mógł się mienić.

- Sądzę, ze dla wierzących nie ma to większego znaczenia - powiedziałem. - Liczy się 

przeżycie. Dla Boga też nie ma większego znaczenia, czy ludzie idą dokładnie tą trasą, czy 

inną...

Szef poważnie kiwnął głową.

- Naprzód - powiedział.

Powędrowaliśmy po bruku. Miasto przypominało  mi  odrobinę turecki Igdir. Takie 

same domy, pozbawione okien, ściśnięte ciasno. Gdzieś tam, za ceglanymi bądź glinianymi 

murami,   znajdowały   się   wewnętrzne   podwórka.   Zapewne   na   niektórych   rosły   drzewka   i 

krzewy.   Dlaczego   Arabowie   budują   domy   do   wewnątrz,   odgradzają   się   od   ulicy 

niebotycznymi   murami,   podczas   gdy  przedstawiciele   cywilizacji   łacińskiej   wolą   posiadać 

okna wychodzące na ulice, a nie na podwórze?

Gdzieniegdzie otwarte drzwi zapraszały do sklepików, ale witryn w stylu europejskim 

prawie się nie widziało. Mury były jasne, pobielone wapnem, ale osiadł już na nich kurz. 

Zastanawiałem się, czemu fasady znajdujące się tuż przy ulicy nie są pochlapane błotem, ale 

potem uświadomiłem sobie, że deszcze muszą być tu bardzo rzadkie. Powoli poddaliśmy się 

nastrojowi miejsca. Arabowie, Ormianie, Żydzi przekrzykiwali się w swoich językach. Od 

czasu do czasu ktoś na nasz widok wykonywał zachęcające gesty, ale omijaliśmy obojętnie 

tulące się do ścian domów kramy. Turystów nie było wielu, ale wyróżniali się spośród tłumu. 

Hałaśliwi niemieccy emeryci, kroczący tak, jakby miasto było ich świeżo podbitą własnością, 

grupki cichych, grzecznych Japończyków z aparatami fotograficznymi. Gdzieś w dali rozległ 

się dźwięk dzwonów i po chwili zawtórowały mu inne dzwony z jakiegoś ukrytego między 

budynkami   kościoła.   Po   głuchym   dźwięku   rozpoznałem   prawosławne.   Zwróciłem   na   to 

uwagę szefowi.

- Słyszę - powiedział. - Nie ma się co dziwić. Jeszcze przed pierwszą wojną światową 

żyła tu spora kolonia rosyjska. Zajmowali się głównie obsługą docierających tu pielgrzymek. 

Do   tej   pory  istnieje   tu   rosyjski   dom   dla   pielgrzymów,   jeden   z   największych   w   mieście. 

Ufundował go, zdaje się, kuzyn cara Aleksander Michajłowicz... Poza tym jedna z dzielnic 

Jerozolimy nazywana jest dzielnicą ormiańską.

background image

- Tylko czy Ormianie używają tego typu dzwonów? - zamyśliłem się.

- Nie da się wykluczyć - uśmiechnął się. - Trzeba by pojechać do Armenii i posłuchać. 

Jeśli   będzie   kolejna   rezerwa,   to   pojedziemy   w   przyszłym   roku.   Widzisz,   jak   biurokracja 

demoralizuje?

-   Widzę   -   poważnie   skinąłem   głową.   -   Czy   Golgota   została   zidentyfikowana   ze 

stuprocentową dokładnością?

- Sądzę, że tak. Choć były pewne wątpliwości. Jednak wszystko przemawia za tym, że 

właśnie w miejscu, gdzie dziś stoi Bazylika Grobu Świętego, Rzymianie wykonywali wyroki. 

Przed zabudową znajdowały się tu kamieniołomy, a u ich podnóża ogrody, z których jeden 

należał   do   znanego   ci   z   ewangelii   Józefa   z   Arymatei.   Pierwszy   kościół   na   miejscu 

ukrzyżowania wzniesiono ponoć około 66 roku naszej ery... Został dość szybko zniszczony 

prawdopodobnie podczas najazdu Tytusa. Niewiele wiemy o chrześcijańskiej wspólnocie w 

Jerozolimie   po   tym   okresie,   prawdopodobnie   jednak   wyznawcy   Chrystusa   ciągle   żyli   i 

działali.   W   313   roku   cesarz   Konstantyn   ogłosił   słynny   edykt   mediolański,   dający 

chrześcijanom pełne  prawa religijne  i będący podstawą uznania  tego wyznania  za religię 

państwową.   Wówczas   też   przybyła   do   Jerozolimy   jego   matka,   cesarzowa   Helena.   Jako 

gorliwa   chrześcijanka   pragnęła   otoczyć   opieką   wszystkie   miejsca   związane   z   życiem 

Chrystusa i apostołów. Cześć tych miejsc wskazano jej dzięki tradycji ustnej, w innych już 

wcześniej postawiono budowle sakralne. Jeszcze inne odnaleziono czy też raczej należałoby 

powiedzieć  próbowano  odnaleźć  na   podstawie  opisów   w  ewangeliach,  co  oczywiście  nie 

zawsze dało efekty... A oto i cel naszej wyprawy.

Staliśmy przed bazyliką. Po uiszczeniu opłaty za zwiedzanie weszliśmy do środka. 

Patrząc z zewnątrz nie spodziewałem się, że wnętrze będzie tak ogromne. Świątynia składała 

się z kilku dużych kaplic, połączonych galeriami i korytarzami. Szef poprowadził mnie w 

górę. W sporej okrągłej sali, otoczonej wewnątrz kolumnadą zatrzymaliśmy się.

- To właśnie miejsce, w którym stał krzyż Chrystusa - szef wskazał znajdujący się 

pośrodku   ołtarz.   -   Tu   zaczyna   się   historia   chrześcijaństwa,   dla   wierzących   historia 

zbawienia...   Brak   natomiast   śladów   po   pozostałych   krzyżach,   na   których   zawiśli   dwaj 

złoczyńcy. Być może gdzieś pod posadzką...

Pomodliliśmy się, a potem ruszyliśmy na dół.

-   Za   czasów   pierwszej   fundacji   tu   po   bokach   znajdowały   się   kaplice,   w   których 

przechowywano   najcenniejsze   relikwie   -   wyjaśnił.   -   Niestety,   po   zniszczeniu   bazyliki 

większość z nich przepadła bez śladu. Jeszcze inne przeniesiono do Konstantynopola. 

Minęliśmy nieduże pomieszczenie osłonięte kratą.

background image

- Więzienie Chrystusa - wyjaśnił szef. - Tu wedle tradycji był przetrzymywany przed 

ukrzyżowaniem.   Mnie   jednak   nie   wydaje   się   to   możliwe.   Zwróć   uwagę,   że   ta   kaplica 

pochodzi z czasów Konstantyna, znajduje się dość wysoko ponad poziomem skały. Tak rodzą 

się legendy... Jak na przykład historia z trzema upadkami Chrystusa niosącego krzyż.  Te 

stacje drogi krzyżowej  pojawiły się dopiero w XII wieku, nie ma o nich wcześniejszych 

wzmianek. A co najważniejsze, nie wspominają o tym ewangelie, które należy potraktować 

jako najważniejsze świadectwa tych wydarzeń... Oczywiście mogło tak być, ludzie pamiętają 

ważne   rzeczy   przez   całe   pokolenia...   Albo   historia   z   Weroniką,   która   miała   otrzeć 

Chrystusowi twarz lnianym ręcznikiem.

- I twarz odbiła się na płótnie...

-   Właśnie.   Jan   Wilson,   znany   badacz   relikwii,   twierdzi,   że   żadna   Weronika   nie 

istniała. Zresztą o niej też nie wspominają ani ewangelie ani wczesne apokryfy, czyli księgi, 

które nie weszły do kanonu...

- To skąd ta historia?

- Cóż. W bazylice w Watykanie przechowywana jest relikwia zwana chustą świętej 

Weroniki. Od bardzo dawna, co najmniej od dwustu lat nie była pokazywana pielgrzymom... 

Ponoć znajduje się na niej wyblakłe odbicie twarzy... Relikwia ta nazywana była potocznie 

“Weroniką”, co według tego badacza jest zniekształconym łacińskim vcro icons - czyli wierne 

odwzorowanie, odbicie.

- Nie dokończył pan o matce cesarza.

-   Cesarzowa   Helena   postanowiła   odrestaurować   wszystkie   miejsca   związane   z 

początkami   religii,   której   była   tak   gorliwą   wyznawczynią.   Na   jej   rozkaz   wyburzono 

oblepiające   wzgórze   chaty   i   wzniesiono   pierwsze   sanktuaria.   Rotundę   wokoło   miejsca 

Ukrzyżowania oraz kościół wokół leżącego opodal grobu...

Zatrzymał się i wskazał gestem kolejną kaplice. W ścianę wpuszczono marmurowy 

łuk, prowadzący do niewielkiej sali, także wyłożonej marmurem.

- Tu wedle ustaleń cesarzowej znajdował się grób, w którym złożono ciało Chrystusa - 

powiedział szef poważnie. - Tu także miało miejsce zmartwychwstanie Chrystusa.

- Pierwotną jaskinie obłożono szlachetniejszym kamieniem?

-   No   cóż.   Prawdopodobnie   grób   zlokalizowano   prawidłowo.   Niestety,   podczas 

budowy bazyliki wykuto skałę wokół zostawiając tylko jaskinię tkwiącą w monolitycznym 

bloku.   Podczas   najazdu   Arabowie   roztrzaskali   skale   młotami.   Gdy   Jerozolimę   zdobyli 

krzyżowcy, podjęli oczywiście prace restauracyjne. Kamienie poskładali z grubsza tak, aby 

odtworzyć   grotę,   brakujące   detale   wymurowali   starannie.   Potem   wyłożyli   wnętrze 

background image

marmurem, aby stopy profanów nie dotykały świętości... Podczas kolejnego najazdu doszło 

do następnej dewastacji. Niemniej jednak część tego pomieszczenia jest autentyczna.

Szliśmy teraz w dół do kolejnej kaplicy.

- Oto cel naszej podróży - powiedział pan Tomasz. - Kaplica Odnalezienia Krzyża. 

Nad nami na dachu znajduje się etiopski klasztor.

Odruchowo podniosłem głowę. W stropie znajdowała się latarnia, czyli okrągły otwór 

oświetlający.

- A skąd wzięła się nazwa? - zapytałem.

-  Tu   właśnie   cesarzowa   Helena   odnalazła   relikwie   Krzyża   Świętego   -   wyjaśnił.   - 

Konkretnie   w   wykutej   pod   tym   pomieszczeniem   starej   cysternie   na   wodę.   Rzymianie 

wrzucali tu resztki krzyży, a zapewne też zwłoki skazańców, które nie zostały odebrane przez 

rodzinę. Istnieje dość szczegółowy opis tego zdarzenia...

Na dół nie można było zejść, schodki prowadzące do cysterny blokowała bowiem 

solidna i niestety zamknięta na głucho krata.

- Zastanawia mnie wystrój świątyni - powiedziałem. - Katolickie krzyże, prawosławne 

ikony...

- Bazyliką  opiekują się  cztery wyznania  - wyjaśnił  szef. - Katolicy,  prawosławni, 

Ormianie i Koptowie, reprezentowani tu przez mnichów z Etiopii. Dawniej dochodziło do 

sporów o odprawianie nabożeństw, ale teraz szczęśliwie panuje spokój...

- Kościół czy też zespół kościołów wzniesionych przez cesarzową został zniszczony 

przez Arabów?

- Tak. Przybyli tu w 636 roku naszej ery. Arabowie  posiadali pewien szacunek do 

ludów   księgi,   czyli   chrześcijan   i   Żydów.   Traktowali   ich   jak   starszych   braci,   ostatecznie 

Mahomet uznał Chrystusa za jednego z ważniejszych  proroków. Jednak około 1000 roku 

doszło tu do pewnych zaburzeń. Ludzie oczekiwali rychłego końca świata, na tym tle doszło 

do jakichś waśni religijnych. Władzę objął fanatyczny kalif Ibn Hakim, za którego rządów 

doszło do zniszczenia sporej części świątyni, a w 1009 roku do wspomnianej już dewastacji 

Grobu Pańskiego. Gdy kalif zmarł w 1030 roku, przystąpiono do odbudowy, choć oczywiście 

nie dysponowano środkami finansowymi umożliwiającymi wierne odtworzenie pierwotnego 

wyglądu.   Gdy   krzyżowcy   odzyskali   Jerozolimę,   kontynuowali   odbudowę.   Jednak   ich 

założenie  zajęło mniejszy obszar niż  pierwotne. Po prostu nie mieli  wystarczającej  ilości 

pieniędzy,   mimo   że   pielgrzymi   hojnie   wpłacali   datki,   a   i   część   łupów   szła   na   materiały 

budowlane. Ich bazylika przetrwała do 1808 roku, kiedy to strawił ją pożar... Potem została 

odbudowana w obecnym kształcie. Za każdym razem była coraz mniejsza...

background image

Wyszliśmy z kościoła. Szef pociągnął mnie w boczną uliczkę, gdzie do potężnych 

murów   tuliły   się   dziesiątki   arabskich   sklepików.   Nieoczekiwanie   pomiędzy   glinianymi 

ścianami zarysowało się wąskie przejście i schodki prowadzące w górę.

- To chyba tu - przymknął oczy, jakby porównywał plan bazyliki z okolicą.

Wspięliśmy się po starych kamiennych stopniach, będących pierwotnie chyba płytami 

posadzki jakiejś budowli. Na szczycie schodów znajdowały się drzwi, a obok widniała tablica 

z mocno zaśniedziałego mosiądzu, pokryta napisami w kilku alfabetach. Pośród nich widać 

było etiopskie. Drzwi wyglądały niepozornie. Drewno, chyba akacjowe, z biegiem stuleci 

stało się prawie czarne. Okucia z brązu pociemniały i tylko w rowkach zachowały się ślady 

srebra, którym niegdyś je powleczono.

- Klasztor wygląda na zamknięty - powiedział Pan Samochodzik.

- Dlaczego tak pan sądzi? - zaniepokoiłem się.

Wskazał na skrzynkę przeznaczoną na obuwie stojącą obok wejścia.

-   Powinny   być   na   niej   buty   -   powiedział.   -   Widocznie   u   nich,   podobnie   jak   w 

większości wschodnich miejsc świętych, należy się rozzuć przed wejściem do środka. Na 

półeczkach leży gruba warstwa pyłu...

- Nie wiem, jak szybko tu się kurzy - zauważyłem.  - Ale niedaleko jest pustynia. 

Wystarczy,  że  powieje  wiatr  i  na uliczkach  Jerozolimy  zaraz   pojawia  się  gruba warstwa 

pyłu...

W tym momencie drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Stanął w nich wysoki poważny 

stary   Murzyn   w   białym   stroju.   W   pomarszczonej   dłoni   trzymał   długi   kij   rozwidlony   na 

górnym końcu.

- Czym możemy służyć? - zapytał nienaganną angielszczyzną.

-   Mamy   kilka   pytań   -   odpowiedział   szef.   -   Jesteśmy   pracownikami   polskiego 

Ministerstwa Kultury i Sztuki.

Pokazaliśmy legitymacje. Kiwnął poważnie głową.

- Zapraszam - odsunął się z drzwi.

Zdjęliśmy buty i weszliśmy na mały dziedziniec. Otaczały go niskie ulepione z gliny 

zabudowania.   Spomiędzy   nich  sterczały   ruiny  dawnego  kościoła   i  klasztoru.  To  ułamana 

kolumna, to kawał kamiennego muru z zaślepionym prześwitem okna. Mnich ujął w dłoń 

krzyż wiszący mu na piersi i trzykrotnie dał nam do ucałowania, a następnie dotknął nim 

naszych czół.

Odwrócił   się   i   poprowadził   nas   wąskim   korytarzem.   Przekroczyliśmy   trzy   pary 

ciężkich, nabijanych żelazem drzwi. W ścianach przejścia widać było wąskie otwory.

background image

- Chyba strzelnica - zauważył szef. - W razie gdyby ktoś próbował wedrzeć się do 

środka.

Mnich przez chwilę jakby zastanawiał się nad jego słowami (Pan Samochodzik mówił 

po   polsku),   po   czym   odezwał   się   po   rosyjsku.   Jego   rosyjski   był   równie   nienaganny   jak 

angielski.

-   To   otwory   umożliwiające   uderzanie   wąskimi,   długimi   pasterskimi   nożami   - 

powiedział. - Tylko raz zdarzyło się, że wdarli się tu napastnicy. Poddali się jednak, zanim ich 

krew zdążyła splamić to święte miejsce.

Po kręconych schodach weszliśmy na górne piętro. Tu także było cicho i pusto, choć 

od czasu do czasu w mijanych korytarzach i pomieszczeniach widać było modlących się lub 

pracujących   ludzi.   W   jednej   z   cel   zauważyłem   nawet   błękitny   poblask   monitora 

komputerowego. Cóż, cywilizacja wdziera się wszędzie. Wreszcie wprowadził nas do sporego 

pomieszczenia. Ukłonił się starcowi siedzącemu za biurkiem, po czym wyszedł, zamykając 

cicho drzwi. Starzec studiował przy blasku kilku świec opasłą księgę drukowaną lub pisaną 

na pergaminie.  W dłoni trzymał  cienką  długą trzcinę,  którą wodził za tekstem.  Wreszcie 

dotarł do końca karty i zamknął tomisko.

- Witajcie - powiedział  po angielsku. - Możemy rozmawiać po łacinie,  amharsku, 

gyez, suahili, ormiańsku lub arabsku...

- Po angielsku będzie nam najłatwiej zrozumieć.

- Spocznijcie - wskazał nam dwa taborety o siedzeniach wyplecionych  z cienkich 

czarnych rzemyków. - Poproszę was jeszcze o kilka chwil cierpliwości.

Usiedliśmy i czekaliśmy. Jedna ze świec zaskwierczała, ale nie zgasła. Wszedł inny 

mnich, tym razem bardzo młody.  Mógł mieć szesnaście, może osiemnaście lat. Przyniósł 

perforowaną kartkę z wydrukiem komputerowym. Starzec popatrzył na nią w zadumie.

- Pan Samochodzik i Paweł Daniec - powiedział. - Ludzie, którzy kiedyś szukali Arki 

Noego.

Zatkało mnie. Skąd wiedział!?

-   Jestem   Hagos.   Zarządzam   tym   klasztorem.   Co   sprowadza   was   tutaj?   Od   razu 

zastrzegę,   że   na   żadne   pytania   dotyczące   Arki   Przymierza   nie   odpowiadam   -   uniósł 

pomarszczoną dłoń w ostrzegawczym geście.

- Stanęliśmy wobec zagadki historycznej, której nie jesteśmy w stanie rozwikłać - 

powiedział szef. - Oto pewna mapa... - wręczył starcowi kserograficzną odbitkę etiopskiej 

mapy.

Mnich ujął ją w dłoń i przyglądał się jej długą chwilę. Następnie wyjął z szuflady 

background image

telefon i powiedział kilka słów do słuchawki.

- Faktycznie tę mapę wykonano dla nas - powiedział. - Nasze zbiory kartograficzne są 

dość bogate, choć nigdy nie przywiązywaliśmy do nich jakiegoś  szczególnego znaczenia. 

Bardziej   interesują   nas   traktaty   filozoficzne   i   teologiczne   oraz   pisma   religijne.   Niestety, 

większą część zbiorów bibliotecznych musieliśmy przenieść gdzie indziej, konstrukcja stropu 

kaplicy, tak lekkomyślnie nadbudowanej przez naszych poprzedników, nie wytrzymuje już 

bowiem obciążenia.

“No cóż, jak się buduje dwupiętrowy budynek na kopule...” - pomyślałem.

Wszedł jeszcze jeden mnich, dzierżąc sporą księgę. Usiadł na wolnym  siedzisku i 

otworzył ją w miejscu założonym błękitną wstążką. Wypowiedział kilka słów po amharsku.

- On mówi, że mapę tę otrzymał od nas w prezencie Paweł Tarnowski.

Nowo przybyły znowu wypowiedział kilkanaście wyrazów.

- Jeśli was to interesuje, przekazaliśmy mu ją w 1684 roku.

Mnich skłonił się i odszedł, zabierając wolumin ze sobą.

Popatrzyliśmy na siebie zaskoczeni.

- Kim był ten Tarnowski? - zapytałem. - I dlaczego mapa znalazła się w Sudanie?

Gospodarz uśmiechnął się.

- Mapa przedstawia Sudan, więc widocznie zaopatrzył się w nią przed wyruszeniem w 

dalszą drogę - powiedział. - A kim mógł być? Wy, jako Polacy, powinniście wiedzieć. Księgi 

gości z tego okresu zawierają wiadomości dość fragmentaryczne... W XIX wieku w czasie 

epidemii   cholery   wymarli   wszyscy   mnisi   z   tego   klasztoru.   Wówczas   Ormianie   namówili 

tureckiego namiestnika, aby w ramach walki z zarazą spalił nasze archiwum. Niewiele ocalało 

pod warstwami popiołów...

Mnich   bibliotekarz   powrócił   z   większą   księgą,   oprawioną   w   skórę.   Ogień   oblizał 

niegdyś brzegi jej kart. Położył ją na biurku, znowu otwartą w miejscu założonym wstążką.

-   Wasz   człowiek   przybył   do   nas   ze   sporym   orszakiem   -   odezwał   się   znowu 

przełożony.  - Przybył  morzem z Italii.  Odnotowaliśmy,  że chciał  zobaczyć  się z naszym 

cesarzem. W tym celu miał listy polecające od waszego króla, a my także daliśmy mu glejt 

umożliwiający przekroczenie granicy Etiopii - urwał na chwilę i słuchał dalszej wypowiedzi 

czytającego z księgi. - Otrzymawszy od nas mapę i wypytawszy o dalszą drogę ruszył nad 

morze, by tam poszukać statku mogącego zawieźć go do Aleksandrii w Egipcie.

Czytający uroczyście zatrzasnął księgę.

- Czy to wszystkie pytania, na które chcieliście uzyskać odpowiedzi? - zapytał z lekko 

kpiącym uśmiechem. - Tak czy inaczej, my nie wiemy nic więcej. Przez blisko dwa tysiące lat 

background image

kolejne pokolenia naszego ludu żyły w tym świętym mieście. Poznaliśmy wiele tajemnic. Ale 

wy jesteście dopiero drugimi Polakami, którzy nas odwiedzili.

Teraz zauważyłem, że mnich wpisuje coś do innej książki. Zapewne notował nasze 

nazwiska oraz cel wizyty. Za kolejne trzysta lat...

Pokłoniliśmy   się   i   ten   sam   człowiek,   który   przyprowadził   nas   do   przełożonego, 

odprowadził nas do wyjścia.

W kilka minut później znaleźliśmy się na ulicy. Potrząsnąłem głową.

- Rozumie pan coś z tego? - zapytałem.

Pan Tomasz zamyślił się na długą chwilę.

- Czuję, Pawle, że dotknęliśmy jakiejś wielkiej tajemnicy - powiedział poważnie. - 

Tak wielkiej, że jej rozwiązanie zmienić może niektóre utarte poglądy na naszą historię.

-   Ktoś   z   listem   od   naszego   króla   wybrał   się   w   końcu   XVII   wieku   do   Etiopii?   - 

mruknąłem. - Po co? Skąd wiedział o istnieniu takiego kraju? Nie, to niemożliwe.

-  Niemożliwe?  Przecież  istnieją notatki  w ich inwentarzach.  No i ktoś w Sudanie 

zgubił mapy, które przywiodły nas tutaj.

- Wlekliśmy się taki kawał tylko po to, żeby usłyszeć jedno nazwisko - powiedziałem. 

- Następnym razem chyba trzeba będzie po prostu zatelefonować albo wysłać pocztówkę.

- No cóż. Nie chcę cię martwić, ale w naszej rezerwie zostało jeszcze ponad sześć 

tysięcy złotych.

Popatrzyłem na niego zaskoczony.

- Jeśli dobrze zrozumiałem...

- Tak, Pawle. Musimy to wydać. Jak w bajce o złotej kaczce. Mamy mieszek dukatów, 

które trzeba wydać do północy 31 grudnia.

- Jeśli dobrze zrozumiałem...

- Tak, Pawle. Zrozumiałeś prawidłowo. Sprawdzimy na miejscu w Chartumie, gdzie 

dokładnie znaleziono te mapy. Ale skoro już tu jesteśmy, to chcę, żebyś zobaczył jeszcze 

jedno miejsce.

Złapał taksówkę i przez chwilę wykłócał się z kierowcą o cenę. Wreszcie wsiedliśmy. 

Po kilkunastu minutach szaleńczej jazdy wąskimi uliczkami zatrzymaliśmy się na niewielkim 

placu. Z jednej strony zamykał go kamienny mur. Szef zapłacił za przejazd, po czym przez 

kutą w żelazie furtkę weszliśmy do niedużego parku. Pośród grubych, strasznie poskręcanych 

drzew stał niewielki kościół.

- Gdzie jesteśmy? - zapytałem.

- To ogród Getsemani, gdzie Chrystus modlił się przed uwięzieniem i gdzie został 

background image

zdradzony przez Judasza - poważnie wyjaśnił. - Znawcy Pisma Świętego przypuszczają, że 

Jego uczniowie często zbierali się właśnie tutaj. Ogród leżał na granicy miasta i miał tę zaletę, 

że w razie gdyby ktoś chciał ich pochwycić, a nie zapominaj, że faryzeusze nie pałali do nich 

szczególną miłością, mogli zawsze próbować ucieczki na pustynie - wskazał leżące u podnóża 

pagórka domy. - Dawniej tych zabudowań oczywiście nie było - wyjaśnił.

Podeszliśmy do świątyni, ale była zamknięta na głucho

- Kościół Wszystkich Narodów - wyjaśnił szef. - Nie wejdziemy. A szkoda.

Popatrzyłem na drzewa. Wyglądały raczej kiepsko. Z grubej kory wyrastały nieliczne 

zielone gałęzie.

- To oliwki - powiedział. - Od nich to miejsce wzięło nazwę: Ogród Oliwny. Te, które 

tu rosną, mają ponad dwa tysiące lat.

- To znaczy że...

- Tak. Rosły tu także tej nocy - powiedział poważnie. - Dlatego właśnie oszczędzono 

je. Od dawna nie wydają przecież owoców. To jedne z najstarszych drzew na świecie. Choć 

oczywiście   sekwoje  mające   po  cztery  tysiące   lat   i  sosny ościste   liczące   sobie  jedenaście 

tysięcy lat mogą poszczycić się dłuższym wiekiem...

Usiedliśmy w cieniu na ławce.

- Nie wiem, czy tu mają ambasadę Sudanu - powiedziałem w zadumie. - Chyba nie 

należy na to specjalnie liczyć. Tam rządzą fundamentaliści...

- Gdybyśmy pojawili się na granicy Sudanu z izraelskimi wizami w paszportach, to 

ukamienowaliby nas - uśmiechnął się. - Dlatego musimy najpierw wrócić do kraju i zmienić 

dokumenty   na   “czyste”.   To   jest   jeden   z   problemów,   na   jakie   napotykają   ludzie   chcący 

odwiedzać Ziemię Świętą... Odpocząłeś?

Kiwnąłem głową.

- To zwiedzimy sobie jeszcze Wzgórze Świątynne - machnął ręką na wschód.

Jak się okazało, taksówka czekała na nas przed bramą.

- Kiepski zarobek - wyjaśnił taksówkarz łamaną angielszczyzną. - Klientów przed 

świętami mało, to każdego trzeba pilnować, żeby nie uciekł do konkurencji - uśmiechnął się 

pokazując olśniewająco białe zęby.

Zamówiliśmy kurs do Ściany Płaczu. Szef znowu musiał się intensywnie potargować. 

Wreszcie   stanęliśmy   na   niedużym   placu.   Z   jednej   strony   zamykał   go   mur   wzniesiony   z 

kamiennych bloków.

- A więc to tylko pozostało ze świątyni Salomona - mruknąłem.

Pobożni   Żydzi   modlili   się   pod   ścianą,   a   potem   odchodzili,   pozostawiając   w 

background image

szczelinach kartki z prośbami.

- No, nie jest to jedyny relikt - uśmiechnął się Pan Samochodzik. - Pod tym wzgórzem 

są jeszcze inne ślady. Tunele, podziemne zbiorniki na wodę, być  może piwnice budowli. 

Niestety, archeologom nie pozwolono tu kopać. Wzgórze Świątynne zajmują meczety bardzo 

ważne dla religii islamskiej. Meczet Skały. W jego środku znajduje się kamień, z którego 

ponoć prorok Mahomet został wzięty do nieba... Obok meczet Al-Aksa, w którym swojego 

czasu   rezydowali   templariusze.   Być   może   kiedyś   sytuacja   się   zmieni   i   będzie   można 

przeprowadzić poważne badania.

- Można przeprowadzić je już teraz - powiedziałem poważnie. - Wystarczy przejechać 

po powierzchni najnowocześniejszym radarem geologicznym. Wskaże wszystkie podziemne 

pomieszczenia, być może nawet te, w których ukryto kosztowności i sprzęty świątynne, by 

nie wpadły w ręce najeźdźców.

- Już ja to widzę - uśmiechnął się szef. - Wjeżdżasz swoją maszynką, a oni zdaje się 

lubią kamienować świętokradców.

- Sami nie są ciekawi, co kryje się pod ich meczetem?

- Gdyby byli ciekawi, już by przeprowadzili badania. Widocznie nie chcą naruszać 

miejsc świętych.

Poszliśmy naokoło i po schodach wdrapaliśmy się na szczyt wzgórza.

- Pierwsza świątynia była świątynią zbudowaną przez Salomona - zauważyłem. - Ale 

przecież była też druga świątynia...

- Tak. Kazał ją wznieść z białego marmuru król Herod. Tak przynajmniej opisał ją 

Józef Flawiusz. Wedle jego relacji, spalili ją Rzymianie, gdy zdobyli Jerozolimę po powstaniu 

w 70 roku naszej ery. Na kolumnie Tytusa, wystawionej na pamiątkę zwycięstw militarnych, 

wyobrażono wśród łupów między innymi menorę - siedmioramienny świecznik. Obecnie fakt 

istnienia w tym miejscu budowli z marmuru kwestionuje się.

- Dlaczego?

- No cóż, wprawdzie poważniejszych badań archeologicznych, jak już mówiłem, nie 

przeprowadzono, ale gdyby zburzono tu duży budynek kamienny, kawałki marmuru walałyby 

się wszędzie wokoło.

- Marmur w wysokiej temperaturze chyba się pali.

-   Owszem.   W   XIX   wieku   Turcy   przerobili   nieprzebraną   ilość   cennych   zabytków 

architektury na wapno... Tyle tylko, że pożar świątyni nie mógł doprowadzić do zniszczenia 

aż takiej ilości kamiennych bloków.

Stanęliśmy   przed   nakrytym   złocistą   kopułą   Meczetem   Skały.   Do   środka   nas   nie 

background image

wpuszczono,   trwało   bowiem   tam   właśnie   nabożeństwo.   Skierowaliśmy   swoje   kroki   ku 

meczetowi   Al-Aksa.   On   też   był   zamknięty   na   głucho,   a   oplatające   budowlę   rusztowania 

wyjaśniały po części przyczynę...

- Szkoda - mruknął pan Tomasz. - Mają tam, wedle przewodnika, ciekawą ekspozycję 

muzealną.

- Może za rok znowu znajdzie się jakaś rezerwa budżetowa - pocieszyłem go. - A więc 

tu rezydowali templariusze?

- Tak. Siedmiu pierwszych braci zakonnych osiedliło się właśnie w tym opuszczonym 

meczecie. Dobudowali ten portyk. Zwróć uwagę na wykończenie wejścia.

- Łuk lekko się załamuje...

-   Właśnie,   Pawle.   Stoisz   przed   najstarszym   przykładem   architektury   gotyckiej. 

Kilkadziesiąt   lat   po   tym,   jak   zbudowali   ten   portyk   przed   meczetem,   w   całej   Europie 

wznoszono już kościoły, w których ostrołuki stanowiły najważniejszy element dekoracyjno-

konstrukcyjny.   Budowle   gotyckie   w   porównaniu   do   poprzednich   cechują   się   pewną 

lekkością...

- Szefie, ukończyłem historię sztuki - przypomniałem z uśmiechem.

-   Przepraszam,   wychodzą   ze   mnie   pedagogiczne   ciągotki   -   westchnął.   -   Niemniej 

jednak wszystko to zaczęło się tu.

Oparłem dłoń o mur.

- Kolebka europejskiego gotyku - powiedziałem z szacunkiem.

Pan Tomasz poważnie kiwnął głową.

- Mało kto o tym wie.

Ruszyliśmy w stronę schodów.

-   Wedle   dość   rozpowszechnionego   proroctwa   kiedyś   Żydzi   zbudują   tu   trzecią 

świątynię - zatoczył dłonią półokrąg obejmujący szczyt wzgórza. - Ciekaw jestem tylko, czy 

im się uda. Arabowie nie pozwolą zburzyć  swoich meczetów... Z tego może jeszcze być 

paskudna wojna. Wojny, które wybuchają o głupstwa mogą ciągnąć się latami, a wojny o 

rzeczy tak poważne, mogą trwać całą wieczność...

- Zmieściliby się gdzieś z boku - zauważyłem.

- Być może, ale obie strony są bardzo drażliwe na punkcie obcych symboli religijnych. 

Podobno jeden z rabinów przygotował już według Księgi Powtórzonego Prawa wszystkie 

przedmioty liturgiczne. Teraz pozostaje tylko odbudować. O ile te pogłoski są prawdziwe...

-   Trzecia   świątynia   -   mruknąłem.   -   Według   jakiejś   przepowiedni,   gdy   zostanie 

wzniesiona, ma nastąpić koniec świata.

background image

- Ja słyszałem, że najpierw ma być wybrany papież Murzyn - uśmiechnął się szef. - Z 

tymi   przepowiedniami   zawsze   jest   ten   problem,   że   dopóki   się   nie   sprawdzą,   nie   można 

zweryfikować ich autentyczności. A tak swoją drogą, dostałem kiedyś, jeszcze we wczesnych 

latach  pięćdziesiątych  taki konspiracyjny druczek,  przewidujący trzecią  wojnę światową i 

pokonanie Związku Radzieckiego najpóźniej w 1954 roku...

- A słyszał pan o synu Nostradamusa?

- O przepowiedniach Nostradamusa, owszem. Ale nawet nie wiedziałem, że miał syna.

- No więc syn słynnego jasnowidza postanowił pójść w ślady ojca. Podczas oblężenia 

Tuluzy przepowiedział pożar. Jego przepowiednia była konkretniejsza niż te, które zostawił 

po sobie jego ojciec, wymieniała bowiem konkretny dzień. Przed wieczorem złapano go, jak 

biegał z pochodnią po dachach, dostosowując rzeczywistość do własnego proroctwa...

- Straszne. Powiesili go?

- Chyba ścięli.

- Istnieje wiele przepowiedni dotyczących wzniesienia trzeciej świątyni, ale żadna się 

nie spełniła...

- Bo jeszcze nie wybudowali... - urwałem widząc figlarne iskierki w oczach szefa.

-   Trzecią   świątynią   była   świątynia   Heroda,   choć   niewielu   Żydów,   nawet   tych 

pobożnych, zdaje sobie z tego sprawę. Wszyscy sądzą, że była ona drugą świątynią. Błąd. 

Była jeszcze jedna.

- Tutaj?

- Nie. Widzisz, w epoce archaicznej, przed niewolą babilońską Żydzi składali ofiary 

na   wzgórzach.   Gdy  Mojżesz   wyprowadził   ich   z   Egiptu,   najważniejszą   świętością,   wokół 

której koncentrowało się ich życie duchowe, była Arka Przymierza. Dla jej przechowywania 

Salomon zbudował świątynię w tym właśnie miejscu. Jednocześnie zlikwidowano wszelkie 

inne   miejsca   kultu.   To   było   jedyne   miejsce,   gdzie   można   było   legalnie   składać   ofiary 

całopalne. W czasie najazdu babilońskiego Arkę Przymierza stracono. Być może wpadła w 

ręce wroga, ale bardziej prawdopodobne jest, że ukryto ją gdzieś w tunelach pod nami. W 

Babilionie religia się zmieniła. Żydzi nie mieli symbolu, zaczęli więc wierzyć w Boga, który 

jest wszechobecny. Wrócili i odbudowali częściowo świątynię. Ale istnieje teoria wysunięta 

przez Grahama Hancoka, który amatorsko zajmuje się badaniem dziejów Arki Przymierza. 

Widzisz, Pawle, w Egipcie, na wyspie Elefantynie  istniało żydowskie osiedle wojskowe i 

świątynia. Prawdziwa świątynia, choć może nie tak wielka jak tutaj...

- Składano tam ofiary?

- Tak. Właśnie składanie ofiar całopalnych z baranów i byków, które dla Egipcjan 

background image

były symbolami boga Apisa, wywołało poważne konflikty między tubylczą społecznością a 

żydowskim garnizonem broniącym południowej granicy.

- Skoro składano ofiary, to oznacza, że mieli tam Arkę Przymierza - powiedziałem.

-   Hancok   jest   o   tym   przekonany,   ale   z   drugiej   strony,   skąd   niewielka   grupka 

osadników wojskowych mogłaby mieć najcenniejszą państwową relikwię Izraela?

-   Być   może   w   czasie   podboju   babilońskiego   w   ogólnym   zamęcie   jakiś   kapłan 

postanowił zabrać ją ze świątyni i ukryć w bezpieczniejszym miejscu.

- Tak się przypuszcza. W każdym razie Żydzi nigdzie nie wspominają, że wpadła w 

ręce wroga. Ale mimo wszystko Elefantyna wydaje mi się dość dziwnym miejscem.

-   Czy  tamta   świątynia   była   badana   przez   archeologów?   -   zaciekawiłem   się.   -   To 

mogłoby potwierdzić, czy składano tam ofiary całopalne, czy też na przykład tylko baranki z 

okazji paschy. To też mogłoby rozjuszyć Egipcjan.

Szef uśmiechnął się.

- Brawo, zaczynasz myśleć jak prawdziwy detektyw. Widzisz, problem w tym, że 

świątyni tej nie odnaleziono do tej pory. Elefantyna jest badana od ponad stu lat. Z grubsza 

już wiadomo, gdzie mogły się znajdować zabudowania. Ale tamte stosy gruzu, zalane na 

skutek wylewów Nilu warstwą mułu, ciągle jeszcze czekają na archeologów.

- Jakie są wobec tego dowody, że w ogóle tam była?

- Zbadano nie najgorzej pozostałości żydowskiego osiedla. Znaleziono tam między 

innymi   dużą   ilość   dokumentów   papirusowych   i   napisów   wykonanych   na   glinianych 

skorupach, czyli tak zwanych ostrakonów. Wśród nich znajdują się rachunki, pokwitowania 

za dostarczone towary.

- W tym także zapewne za woły i drewno - domyśliłem się.

- Nie pamiętam już, byłem jeszcze studentem, gdy czytałem zbiory tych tekstów. Ale 

wydaje mi się, że całopalenie stosowano na znacznie mniejszą skalę niż tutaj. Zwróć uwagę, 

że Izrael w czasach Salomona porastały lasy. Jeszcze w początkach naszej ery był to kraj dość 

lesisty. Tymczasem w Egipcie drewno było zawsze bardzo drogie. Na miejscu uprawiano 

głównie palmy, a cenniejsze gatunki sprowadzano z Syrii, Libanu oraz z południa: z Meroe, 

czyli dzisiejszego Sudanu i być może z kraju Punt, czyli prawdopodobnie z Etiopii.

- Jeśli drewno było takie drogie, to na czym Egipcjanie gotowali sobie jedzenie? - 

zdumiałem się.

- Przede wszystkim na drewnie palmowym, które jest fatalnej jakości, ale na opał od 

biedy się nadaje. Poza tym  były gałęzie krzewów i pęki trzciny.  A ci najbiedniejsi palili 

wysuszone odchody zwierzęce.

background image

-   Tak   więc   pierwszą   była   świątynia   wzniesiona   przez   Salomona,   drugą   ta   na 

Elefantynie, trzecią zbudował Herod. Być może kiedyś powstanie czwarta - zamyśliłem się.

- Pora ruszać - powiedział Pan Samochodzik dotykając mojego ramienia.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

ODPRAWA   BAGAŻOWA   •   ISLAM   I   ALKOHOL   •   ZAMKNIĘTY 

ANTYKWARIAT   •   STARY   KARAWANSERAJ   •   KOLACJA   •   CO 

ODKRYLIŚMY NA BLACIE STOŁU

Kolejka   do   odprawy   bagażowej   na   lotnisku   w   Chartumie   była   strasznie   długa   i 

posuwała się niezwykle powoli.

- Ciekawe, czego tak dokładnie szukają? - mruknął pan Tomasz.

- Broni, narkotyków i alkoholu - wyjaśniłem, wskazując naklejony na ścianie wielki 

plakat.

Widniały na nim trzy fotografie wykonane najwidoczniej na tym właśnie lotnisku. Na 

pierwszym zdjęciu kilku wesołych zagranicznych turystów z plecakami stało w kolejce do 

odprawy   celnej.   Na   drugim   obrazku   ci   sami   turyści   stali   otoczeni   przez   uzbrojonych 

strażników, a celnik wyciągał ze stelaży plecaków torebki z białym proszkiem. Na ostatniej 

fotografii turyści wisieli na gustownej szubienicy. Napisy w co najmniej dwudziestu językach 

(był   nawet   po   polsku!)   ostrzegały,   że   za   przemyt   narkotyków   grozi   kara   śmierci.   Inne 

obwieszczenia informowały, jakie jeszcze towary i przedmioty są tu zakazane.

- Wymowny ten plakat - mruknął szef. - W Polsce też by się takie przydały...

- Nasze przepisy muszą być zgodne z normami Unii Europejskiej, więc kary śmierci 

przywrócić się nie da - westchnąłem.

- Najpierw dostosowujemy przepisy, a potem może nas przyjmą - mruknął. - A może 

najpierw   powinni   nas   przyjąć,   a   potem   my   przepisy...   Dlaczego   tu   nie   wolno   wwozić 

alkoholu?

- A to kraj muzułmański - powiedziałem. - A Koran zabrania.

- Tak, zapomniałem - westchnął.

- W niektórych państwach, jak na przykład w Egipcie czy Dubaju, prawo islamskie 

trochę złagodzono. Tam nie wolno nadużywać alkoholu...

- Podczas gdy Europejczycy pogrążają się w pijaństwie, Arabowie rosną w siłę...

- Nie jest aż tak źle - uspokoiłem go. - Może nie piją alkoholu, ale za to palenie 

haszyszu  jest tu bardzo rozpowszechnione  W Arabii  Saudyjskiej  produkuje się natomiast 

alkohol w tabletkach. Nie wiem wprawdzie, jak go odwadniają... Koran zabrania pić, ale 

background image

Mahometowi nie przyszło do głowy, jak pomysłowi mogą być ludzie, gdy chcą łamać prawo.

Wreszcie nadeszła nasza kolej. Celnik rzuciwszy okiem w nasze paszporty przeszedł 

od razu na rosyjski.

- Macie, towarzysze, coś do oclenia?

Nie mieliśmy nic. Przejrzał pobieżnie nasze bagaże i przepuścił nas.

- Ciekawe - mruknąłem. - Etiopski mnich mówi po rosyjsku, arabski celnik mówi po 

rosyjsku...

-   W   czasach   komunizmu   wielu   Arabów   i   Murzynów   studiowało   w   Moskwie   - 

wyjaśnił. - Na Uniwersytecie Patricka Lumumby...

W hali lotniska na ławce czekał na nas wysoki mężczyzna w garniturze. Pociągłą 

arystokratyczną twarz zdobiła szopa jasnych włosów i cienkie druciane okulary.

- Witam panów - wyciągnął rękę. - Nazywam się Michał Lewandowski, jestem attache 

kulturalnym   polskiej   ambasady   w   Sudanie   i   w   jej   imieniu   chciałbym   powitać   panów   na 

afrykańskiej ziemi.

Przedstawiliśmy się. Przed lotniskiem miał zaparkowany samochód.

- Życzą sobie panowie do hotelu? - zapytał.

- Nie wiem - powiedział pan Tomasz. - Wolelibyśmy odwiedzić sklep, gdzie nabyto 

tubus. W zależności od rozmowy z właścicielem zostaniemy w Chartumie lub pojedziemy 

dalej...

- Oczywiście - uśmiechnął się. - To ja miałem przyjemność kupić te mapy.

- Właśnie, jak pan na nie natrafił?

- Przechodziłem tamtędy przez przypadek, szukając jakiegoś artystycznego drobiazgu 

dla matki, bo wracam na święta do domu... Nieoczekiwanie zobaczyłem przez szybę mapę 

Rzeczypospolitej i to w granicach z końca XVII wieku...

Jechaliśmy   bardzo   wolno,   ulice   były   bowiem   nieprawdopodobnie   zatłoczone. 

Nieoczekiwanie z jakiegoś zaułka wyjechał rozklekotany tramwaj i minąwszy nas zanurkował 

ze zgrzytem w kolejny zaułek.

- O rany, to tu są tramwaje? - zdumiałem się.

Uśmiechnął się lekko.

- No cóż, panowie, cywilizacja.

Teraz dopiero dostrzegłem druty trakcji elektrycznej.

- Dawniej Chartum był bardzo nowoczesnym miastem - powiedział pan Michał. - Tyle 

tylko, że trochę podupadł. Niestety, kraj nęka od dawna wojna domowa... Teraz trochę się 

uspokoiło, ale na południu nadal się kotłuje. Jeśli mam być szczery, nie jest to najlepsza pora 

background image

na turystykę w Sudanie.

- Mam nadzieję, że nie zabawimy tu długo - powiedział pan Tomasz. - Gdy tylko 

rozwiążemy zagadkę map, wracamy do domu. Też chcemy tam być przed świętami. Może 

nawet rozejrzymy się za jakimiś artystycznymi drobiazgami pod choinkę - uśmiechnął się.

Attache kiwnął głową.

-   Trudno   wyszukać   coś   ciekawego   -   powiedział.   -   Rzemiosło   ostatnio   podupada. 

Wysokie   podatki,   korupcja,   brak   rynków   zbytu,   a   szkoda,   bo   to   piękny   kraj   i   ma   spore 

możliwości rozwoju... Niestety ci, którzy nim rządzą, zamiast pomóc albo przynajmniej nie 

przeszkadzać...

Ktoś zajechał nam drogę. Pan Michał wdepnął na hamulec i uchyliwszy okno posłał 

straszliwą   wiąchę   po   arabsku,   popartą   kilkoma   dziwnymi   gestami,   które   zapewne   były 

obraźliwe.

- Ludziska jeżdżą jak chcą - powiedział ruszając dalej. - Prawie nikt nie ma prawa 

jazdy, przepisy nie istnieją... A i te które istnieją, nie są przestrzegane.

Minął nas strasznie pokiereszowany volkswagen garbus. Karoseria posztukowana była 

tu i ówdzie plastrem opatrunkowym pomalowanym farbą. Chwilę potem ulicę zatarasowało 

stadko owiec. Akurat zatrzymaliśmy się przed barem McDonald’s. Zderzenie dwu światów 

wyglądało zaiste komicznie.

- Pomijając niepokoje na południu szykuje się chyba wojna z Etiopią - westchnął nasz 

przewodnik. - Na granicy teraz bardzo niespokojnie.

- Zanosi się na coś poważnego?

-   Jeśli   dobrze   pójdzie,   dojdzie   do   zatargu   granicznego,   jak   przed   czterema   laty. 

Wystrzelą kilkaset pocisków, zginie kilku żołnierzy po obu stronach. Ale jeśli pójdzie źle, to 

zginą tysiące.

-   Nie   znamy   właściwie   sytuacji   politycznej   w   tej   części   świata   -   powiedział   Pan 

Samochodzik.

- Z grubsza wygląda to tak. Erytrea, będąca dawniej częścią Etiopii, oderwała się 

tworząc własne niepodległe państwo. Tym samym Etiopia straciła dostęp do morza. W tym 

czasie na skutek wieloletniej wojny domowej w Etiopii odsunięto wreszcie od władzy partię 

komunistyczną, a jej członkom urządzono dekomunizację wedle miejscowych wzorców.

- To znaczy? - zainteresowałem się.

- Maczetami - wyjaśnił. - Niedobitki uciekły do Erytrei. Konflikt pomiędzy dwoma 

państwami toczy się o kilkaset kilometrów kwadratowych pustyń i skał.

- Czy ta pustynia jest zasobna w surowce mineralne?

background image

-   Nie.   To   zwyczajna   pustynia.   Obie   strony   traktują   tę   sprawę   prestiżowo.   Wojna 

kosztuje władze w Addis Abebie ponad milion dolarów dziennie. W tym roku nie zakupili 

zboża, co oznacza, że najdalej wiosną może wybuchnąć głód i to być może porównywalny z 

tym z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku.

Szef gwizdnął cicho.

- Sudan chce wykorzystać ciężką sytuację Etiopii i wyszarpać coś dla siebie - attache 

zniżył głos. - Do tej pory w ciągu ostatnich dwu stuleci dokonano dwudziestu siedmiu prób 

agresji na ten kraj. Tym razem może im się udać...

- Ładne rzeczy - mruknął pan Tomasz. - No tośmy się wybrali na wycieczkę...

Samochód   utknął   w   kolumnie   przedpotopowych   ciężarówek.   Wyglądały   jak 

wyciągnięte ze złomowiska i tak też chyba było w rzeczywistości. Z rury wydechowej jednej 

z nich kapały płonące krople niedopalonej w silniku ropy.

- Widzę, że z transportem samochodowym są tu przejściowe trudności - zauważył pan 

Tomasz.

- Ach nie. Po prostu chwilowy zastój. Od kilkunastu lat sprowadza się praktycznie 

tylko samochody używane, a i to głównie z Egiptu i Libii. Oni z kolei kupują używane w 

Europie.

- Czyli jak Europejczyk uzna, że wóz już do niczego, sprzedaje Arabowi z Egiptu, a 

gdy ten uzna, że już do niczego, sprzedaje do Sudanu - mruknął pan Tomasz. - A jak się tu 

zużyje już do końca?

- A ot - pan Michał wskazał dłonią wrak ciężarówki stojący przed bankiem.

Wreszcie   zatrzymaliśmy   się   na   niewielkim   strzeżonym   parkingu   obok   bazaru.   Na 

placyku oprócz samochodów parkowały też osły, wielbłądy, wozy wypakowane rozmaitym 

towarem.

Przeszliśmy przez glinianą bramę i znaleźliśmy się pośród setek niedużych sklepików 

oblepionych kramami. Pomiędzy nimi przemykali się sprzedawcy handlujący tekstyliami z 

ręki.

- To mi przypomina bazar Różyckiego w Warszawie w okresie największej świetności 

- uśmiechnął się szef.

- Tylko ludność inaczej poubierana - zauważył nasz przewodnik.

Po przejściu zaledwie kilkunastu kroków zatrzymaliśmy się przed antykwariatem. Na 

wystawie   leżały   jakieś   arabskie   księgi,   kilka   odpolerowanych   mosiężnych   i   miedzianych 

naczyń oraz rosyjski samowar na węgiel drzewny.

- Nasi tu byli - skwitowałem wesoło.

background image

Roześmieli się, po czym Pan Samochodzik nacisnął na klamkę. Drzwi były jednak 

zamknięte.

- Ki diabeł? - mruknął.

- Może właściciel poszedł na obiad - zauważył Michał. - Zaraz zapytam.

Podszedł   do   straganu   obok   i   przez   chwilę   rozmawiał   z   właścicielem   po   arabsku. 

Wrócił zawiedziony.

- Złe wieści - powiedział. - Ten człowiek pojechał do swojego syna, który został ranny 

na południu Sudanu. Powinien wrócić za kilka dni.

- Czyli trzeba będzie poczekać - mruknąłem. - Bo nie mamy chyba innego wyjścia. 

Pan nie zapytał, skąd dokładnie pochodzi tubus?

-   Ciągle   sobie   wyrzucam,   że   tego   nie   zrobiłem,   ale   proszę   zrozumieć,   byłem   tak 

podniecony tym odkryciem... Potem, gdy dokładniej obejrzałem mapy i stwierdziłem, że są 

rysowane, pomyślałem, że to widocznie nic ważnego, jakaś dwudziestowieczna podróbka... 

Wysłałem je do kraju, a tu nieoczekiwanie przyjeżdżają panowie...

Szef kiwnął głową.

-   No   cóż.   W   takim   razie,   gdyby   mógł   nam   pan   polecić   jakiś   nieduży,   niedrogi 

hotelik... W miarę możliwości niedaleko stąd.

- Nieduży, niedrogi, z bieżącą wodą i bez pluskiew - uśmiechnął się. - Jest tu stary 

karawanseraj, czyli miejsce, gdzie kiedyś zatrzymywali się kupcy. Polecamy go turystom...

Poprowadził nas przez bazar, a potem przez plątaninę wąskich uliczek. Zatrzymaliśmy 

się przed wysoką kamienną ścianą. Zastukał kołatką. Zaraz też wpuszczono nas do środka. 

Stary   Arab   stojący   za   kontuarem   zasypał   nas   mieszaniną   słów   rosyjskich,   polskich   i 

francuskich ale z tego swoistego esperanto dowiedzieliśmy się, że możemy dostać dwa pokoje 

z łazienkami, kolacja będzie o ósmej, a gdybyśmy jeszcze czegoś potrzebowali, to każdy 

towar z wyjątkiem alkoholu może zamówić z miasta. Zaraz też przyszła dziewczyna, na oko 

sądząc piętnastoletnia, ubrana w piękną białą gabliję. Miała też bardzo ładne oczy, natomiast 

czy reszta jej twarzy była równie piękna, trudno było ocenić, bo nosiła czarczaf.

Pokazała nam dwa nieduże  pokoiki  z wąskimi  oknami  wychodzącymi  na maleńki 

dziedziniec, po czym oddaliła się.

-   Teraz   pożegnam   panów   -   powiedział   pan   Michał,   upewniwszy   się,   że   pokoje 

dostaliśmy ładne. - Gdyby panowie potrzebowali mojej pomocy, proszę dzwonić o każdej 

porze - wręczył nam wizytówki.

Podziękowaliśmy za pomoc i pożegnaliśmy naszego przewodnika.

- Świat nie jest taki zły - powiedział Pan Samochodzik wyciągając się na łóżku. - Jak 

background image

sądzisz, uda nam się pogadać z właścicielem antykwariatu?

- Nie wiem - odpowiedziałem. - Jeśli jego syn został poważnie ranny, to może to 

długo potrwać. Ale bądźmy dobrej myśli. Może jutro wróci? Nie należy się martwić na zapas.

Zmrok   zapadł   nagle,   jak   gdyby   ktoś   wyłączył   żarówkę.   O   ósmej,   kierując   się 

zapachem jadła, ruszyliśmy na poszukiwanie kolacji.

W   niedużym   pomieszczeniu   królował   potężny   drewniany   stół,   pociemniały   ze 

starości. Otaczały go krzesła, z których każde było inne. Pomieszczenie oświetlało tylko kilka 

świec wetkniętych w mosiężne lichtarze stojące tu i ówdzie na stole. Na kolację przyszedł 

właściciel zajazdu i trzech młodzieńców bardzo do niego podobnych, mniej więcej w moim 

wieku. Gości nie było wielu. Dwaj starsi Anglicy, wyglądający na zapalonych turystów i 

starszy wiekiem Murzyn w jasnym garniturze. Talerze z dymiącą potrawą, przyrządzoną z 

baraniny, soczewicy, soi, papryki i jakichś nie znanych nam warzyw, podała starsza kobieta o 

wyglądzie   czarownicy   z   bajki,   ale   o   bardzo   miłym   uśmiechu.   Po   chwili   przyszła   też 

dziewczyna, która pokazywała nam pokoje. Byłem ciekaw, jak będzie jadła mając czarczaf na 

twarzy,   ale   ona   po   prostu   zdmuchnęła   najbliższą   świecę   i   odpięła   go.   Mrok   w   kącie 

skutecznie utrudniał rozróżnienie rysów jej twarzy. Tylko oczy płonęły w ciemnościach. Szef 

widocznie myślał o tym samym, bo uśmiechnął się i spuścił wzrok. Jedliśmy. Kolacja okazała 

się bardzo smaczna. Po chwili na stole pojawiła się też kawa w małych filiżankach. Była 

bardzo mocna  i aromatyczna.  Zjedliśmy i kobieta  pozbierała  talerze,  po czym  przyniosła 

jeszcze   placek   z   kruszonką,   wielkości   koła   od   wozu.   Sądząc   po   smaku   był   nadziewany 

daktylami.   Ukroiła   nam   po   gigantycznej   porcji.   Szef   zaczął   protestować.   Dziewczyna 

uśmiechnęła się i powiedziała po arabsku coś, co zabrzmiało zachęcająco. Pan Tomasz uniósł 

pytająco brwi.

- Nie utyjecie panowie - powtórzyła po francusku. - I tak jesteście chudzi, a nasza 

gościnność zabrania wypuścić gościa, który odchodzi bardziej chudy niż przybył.

Miała   bardzo   dziwny   akcent,   ale   zrozumieliśmy   ją.   Anglicy   też   się   uśmiechnęli. 

Cofnęła się głębiej w cień i jadła swój kawałek ciasta. Pan Samochodzik wyraźnie chciał 

odpowiedzieć coś wesołego, ale jej nagle wycofanie się speszyło go.

Popatrzyłem na nierówny blat stołu. Tysiące dłoni opierało się każdego dnia o deski. 

Tysiące misek, glinianych lub cynowych, stawiano tu przez lata. Gdyby mógł mówić, co by 

opowiedział? Szef widząc moje zamyślenie popatrzył na blat i nieoczekiwanie złapał mnie za 

łokieć.

-   Spójrz   -   powiedział   wskazując   kawałek   stołu.   Ujął   w   dłoń   lichtarz   i   oświetlił 

dokładniej ten fragment.

background image

- A niech mnie! - jęknąłem. - Herb Leliwa!

- Właśnie - powiedział. - Leliwa. To oznacza, że ktoś tu był. Szlachcic, a przy tym 

Polak.

- Może Litwin? - zauważyłem.

- No, niewykluczone - podniecenie trochę osłabło.

- Kto to wyrył? - zapytał gospodarza.

Ten ujął w dłoń świecę i oświetlił dokładnie ten kawałek. Speszył się wyraźnie.

- Nie znaju - powiedział po rosyjsku. - To musiało być bardzo dawno. Zresztą to tylko 

kilka kresek. Może przypadkiem powstały...

- Na pewno nie - zaprotestował pan Tomasz.

- Takie to zatarte. Na pewno jest stare - właściciel speszył się jeszcze bardziej. Oczy 

biegały mu na boki.

Oglądaliśmy znalezisko.  Faktycznie.  Herb wyryto  dawno temu.  Jego kontury były 

mocno zatarte. Zapewne tysiące razy szorowano stół popiołem i piaskiem.

- To jest zajazd - powiedziała dziewczyna. - Ludzie przychodzą tu i odchodzą. Nie 

sposób zapamiętać wszystkich, choć jeśli ktoś odwiedza nas co jakiś czas, notujemy go w 

pamięci jako stałego klienta... Teraz ona wzięła w dłoń świecę i oświetliła herb. Przyglądała 

mu się dłuższą chwilę. Wreszcie wzruszyła ramionami.

- Dziwny znak - powiedziała wreszcie. - Ale gdzieś już go widziałam.

Nieoczekiwanie przypomniała sobie, że ma odkrytą twarz i zapięła czarczaf.

- Ja też chyba widziałem już gdzieś coś takiego - odezwał się jeden z jej braci. - To 

chyba murzyński symbol?

Szef zamachał gwałtownie ręką.

- Nie, to znak, którego używały szlacheckie rody w naszym kraju.

-   Być   może   pochodzi   z   czasów   wojny   -   zauważył   gospodarz   znowu   w   swoim 

“esperanto” - Wtedy było w Chartumie wielu Polaków. A i przed wojną sporo. Były tu nawet 

jakieś polskie firmy.

Podniecenie całkiem opadło.

- Tak, to mogło być wyryte pięćdziesiąt lat temu - stwierdził szef po angielsku.

Kobieta przyniosła dzbanek z kawą i wypiliśmy jeszcze dolewkę.

Wracaliśmy do naszych pokoi przez ciemny dziedziniec.

Gospodarz   najwidoczniej   nie  lubił  światła  elektrycznego,   bo  zapalił   tylko  niedużą 

żarówkę koło jadalni. Szef szedł machając karbidową latarką.

- Aż mi  się młodość  przypomina  - uśmiechnął  się. - W czasie  wojny karbidówki 

background image

mieliśmy nawet przy rowerach.

- Sympatyczne urządzenie - popatrzyłem w jasny płomyk. - Jak to działa?

- Do zbiorniczka sypie się karbid i zalewa wodą - wyjaśnił pan Tomasz. - Woda 

rozkłada go i wydziela się acetylen. To właśnie on się pali, a lusterko i soczewki kierują 

światło we właściwą stronę.

Zrobiło   się   chłodno,   ale   w   pokojach   było   ciepło   i   przytulnie.   Zapaliliśmy   nocne 

lampki.   Łazienki,   choć   małe,   okazały   się   bardzo   wygodnie   urządzone.   Ściany   wyłożono 

błękitnymi  kafelkami,  pamiętającymi  chyba  jeszcze  ubiegłe  stulecie.  Wziąłem  prysznic,  a 

potem   zawinięty   w   ciepłą   kołdrę   z   wielbłądziej   wełny   zapadłem   w   sen.   Zasypiając 

usłyszałem, jak szef pogwizduje coś za oknem. Czerwony punkcik podpowiedział mi, że pali 

papierosa.

- Przecież mówił, że rzucił palenie? - mruknąłem sam do siebie i zasnąłem.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

BADAMY   INSKRYPCJĘ   •   ZATARTA   DATA   •   ZAGINIONE 

POSELSTWO • DYPLOMACJA POLSKA ZA CZASÓW SOBIESKIEGO 

•   PONOWNIE   ANTYKWARIAT   •   MACIEJ   RAWICZ   IMPORT-

EXPORT • CZY WYRUSZYMY NA POŁUDNIE?

Obudziłem się o świcie i ubrawszy wyszedłem na dziedziniec. Trawę i liście drzewek 

pomarańczowych   pokrywała   rosa.  Odetchnąłem  głęboko  świeżym,  chłodnym   powietrzem. 

Szef stanął w oknie swojego pokoju.

- Też cię rano poderwało - uśmiechnął się.

- Tak, już się wyspałem.

-   Widzisz,   Pawle,   w   hotelach   ludzie   zazwyczaj   źle   sypiają.   Różni   nawiedzeni   od 

bioenergoterapii  powiedzą,  że to  aura budynku.  Nie będę  się spierał,  ale  to chyba  dobre 

miejsce...

- Też to czuję - uśmiechnąłem się. - I sympatyczni właściciele.

- Zapewne niedługo będzie śniadanie - szef złowił nosem zapach świeżo pieczonego 

chleba. - A potem chyba pójdziemy pozwiedzać bazar. Może antykwariat będzie czynny.

- Gryzie mnie ciągle ta sprawa z mapami - powiedziałem. - Jacyś ludzie...

-   Tarnowscy   herbu   Leliwa   -   uzupełnił   z   uśmiechem   -   a   ściślej   zapewne   jeden 

Tarnowski z obstawą...

-   Wyruszyli   na   południe   w   stronę   Etiopii.   Tylko   po   co   to   zrobili?   A   dokładniej 

mówiąc, na czyj rozkaz?

- Sądzisz, że zostali wysłani tu z jakąś misją? - zapytał. - Zapewne masz rację. Tylko z 

jaką? Połowa XVII wieku dla Etiopii nie była szczególnie pomyślnym okresem... Pod koniec 

tego stulecia ciągle lizali rany po najeździe arabskim. Być może ci ludzie chcieli zaciągnąć się 

do etiopskiej armii, żeby walczyć z poganami.

-   Tylko   dlaczego   fatygowali   się   taki   kawał,   skoro   mieli   ich   pod   Wiedniem? 

-zapytałem. - I skąd wiedzieli, dokąd wędrują? Co Polak w końcu XVII wieku mógł wiedzieć 

o Etiopii?

- Wychodzą twoje braki w wykształceniu - westchnął szef. - Wiedziano. I to całkiem 

sporo.   Przecież   Portugalczycy   nawiązali   kontakty   dyplomatyczne   z   cesarstwem,   mimo 

background image

arabskiej blokady Austro-Węgry prowadziły jakąś tam wymianę handlową, czego dowodem 

są choćby talary Marii Teresy po dziś dzień kursujące w tym kraju.

- Turcy je rabowali pod Wiedniem, a potem sami handlowali - zasugerowałem.

Przetarł okulary.

- Być  może  masz  rację. Nasza szlachta  zaściankowa mogła  być  zacofana  i nawet 

niepiśmienna. Nie słyszałem nigdy o tych Tarnowskich, ale nie da się wykluczyć, że mógł to 

być jakiś szaraczek, szlachetka zagrodowy, który postradawszy ojcowiznę postanowił odkuć 

się wędrując po świecie...

- Tarnów  to spore miasto.  Jeśli nasz tajemniczy wędrowiec pochodził  stamtąd,  to 

musiał należeć do raczej bogatej rodziny...

- Być może. Po powrocie trzeba będzie poczytać herbarze - uśmiechnął się.

Przyszedł jeden z synów gospodarza i zaprosił nas na śniadanie. W dziennym świetle 

jadalnia   sporo   straciła   ze   swojej   tajemniczości.   Szef   pochylił   się   nad   stołem   i   odszukał 

wzrokiem herb.

-   Tu  zapewne   była   data   -   musnął   palcem   pociemniałe   drewno   poniżej   zatartego 

rysunku.

Podałem mu szkło powiększające. Długo przyglądał się liniom.

- Czytelne  są tylko  dwie  ostatnie  cyfry - powiedział.  - Chyba  ósemka  i czwórka. 

Wcześniej było co najmniej sześć lub siedem innych. Pewnie cała data. Dzień, miesiąc i rok.

- Rok osiemdziesiąty czwarty. Ale którego wieku?

-  Siedemnastego   lub   osiemnastego   -  zauważył.   -  Litery   są  dość   kanciaste,   jak   na 

starych dokumentach. Ale to może być stylizacja - oglądał teraz otoczenie herbu.

- Czego pan szuka? - zagadnąłem.

- Myślałem, że może trafię na jakieś inicjały albo coś w tym stylu - westchnął. - 

Nawet nie wiemy, czy nasze mapy i ten herb wiążą się ze sobą...

- Prawdopodobieństwo, jak sądzę, jest duże - zauważyłem. - Mapy z tego okresu i 

herb wyryty na blacie stołu... Być może w 1684...

Pan Samochodzik uderzył się w czoło, aż zadźwięczało.

- 1684! - powiedział. - Przecież to w rok po odsieczy Wiednia. Chyba powinienem 

odejść na emeryturę. Mózg nie pracuje już tak jak dawniej...

- Więc?

-   Zaginione   poselstwo.   Cały   czas   miałem   to   jak   na   talerzu.   Powinienem   był   się 

domyśleć już w Jerozolimie, co ja mówię, już w Warszawie!

- Jakie poselstwo? - zapytałem bezradnie.

background image

-   Po   wojnie   z   Turkami,   która   zakończyła   się   odsieczą   Wiednia,   Jan   III   Sobieski 

planował stworzenie koalicji Polski, Austrii i Rosji przeciw Imperium Osmańskiemu. W tym 

też celu wysłał posłów do Etiopii.

- Dokąd? - zdumiałem się.

- Nie wiedział o tym, że Etiopia w tym czasie była bardzo słaba militarnie, ale słyszał, 

że   tam   na   południu   znajduje   się   potężne   chrześcijańskie   cesarstwo.   Poziom   wiedzy 

geograficznej poznałeś już z map...

- I co się stało z tym poselstwem? - zapytałem.

- Przepadło bez wieści. Musimy udać się do ambasady. Z pewnością mają dostęp do 

poczty komputerowej, trzeba będzie wysłać list do Polski i niech nam sprawdza, czy na czele 

tej wyprawy stał Tarnowski herbu Leliwa. Ale jestem przekonany, że tak.

- Czyli dotarli co najmniej do Chartumu - mruknąłem. - To wyjaśnia zagadkę map.

- Tak, ale nasza misja jeszcze nie jest zakończona. Jeśli się da, musimy dowiedzieć 

się, co stało się z tymi dzielnymi ludźmi...

- Sądzę, że jesteśmy im to winni - powiedziałem. - Dotarli bardzo daleko.

Na   śniadanie   były   kanapki   z   wołową   wędliną   i   znowu   bardzo   dobra   kawa. 

Zastanawiałem   się,   jak   wygląda   córka   właściciela   w   pełnym   świetle   dnia,   ale   ona   nie 

pojawiała   się. Dopiero  gdy  wychodziliśmy  z  zajazdu,  mignęła   mi  na  chwilę  w  bocznym 

korytarzu.

- Wcale nie jest ładna - powiedział szef, gdy wyszliśmy na ulicę. - Ale pociąga cię 

zagadka, jaka twarz kryje się za tą firanką.

- Aż tak to po mnie widać?

- Aha. Wczoraj wieczorem mało ci oczy nie wyszły z orbit, gdy wzięła świecę do ręki. 

Zresztą tym Anglikom też. Lepiej nie siać fermentu. Arabowie mogą być bardzo drażliwi na 

tym punkcie.

Stanęliśmy przed sklepikiem. Na wystawie leżał mały wypchany krokodyl, sczerniały 

ze starości. Wczoraj go tu jeszcze nie było. Drzwi chwiały się lekko.

Weszliśmy. Za ladą siedział starszy mężczyzna w burnusie. Miał wspaniałą krzaczastą 

brodę i cienkie druciane okulary. Na turbanie miał trzy zielone wypustki - znak, że odbył 

nakazaną przez Koran pielgrzymkę do Mekki. Jak się okazało, mówił po francusku. Ponieważ 

znałem ten język raczej słabo, ciężar konwersacji spoczął na panu Tomaszu.

- Przybyliśmy z Polski - wyjaśnił szef. - Chcemy się dowiedzieć czegoś więcej o tych 

mapach, które kupił pracownik naszej ambasady.

- Skórzany tubus? - upewnił się Arab. - No cóż, mapy trafiły w nasze ręce zupełnie 

background image

przypadkiem. Mój syn znalazł je podczas służby na południu. Ahmed! - zawołał.

Z zaplecza przykuśtykał o kulach chłopak trochę ode mnie młodszy. Był jeszcze w 

mundurze. Jak zauważyłem, brakowało mu jednej stopy.

- Panowie chcą wiedzieć, gdzie dokładnie znalazłeś te stare mapy.

Usiedliśmy wygodnie na krzesłach. Młodzieniec uśmiechnął się.

-   Jechaliśmy   gazikiem   szosą   -   powiedział.   -   W   pewnej   chwili   na   zboczu   góry 

zauważyliśmy odbłysk, jak od lusterka. Sierżant kazał jechać w tamtą stronę. Zjechaliśmy z 

szosy i popędziliśmy. Z bliska okazało się, że to tylko kawałek aluminiowej folii z balonu do 

badań meteorologicznych.

- Ale musieliście to sprawdzić? - zagadnąłem.

- Tak. To strefa niedaleko od granicy z Etiopią. Oni czasem zapuszczają się na naszą 

stronę sprawdzać, co knujemy - puścił do nas oko. - Gdy wracaliśmy, zauważyliśmy niedużą 

rozpadlinę w skale i coś w rodzaju groty. Zakręciliśmy tam, w środku leżało trochę jakichś 

szpargałów i ten tubus.

Oczy Pana Samochodzika rozbłysły.

- Jakie to były szpargały? - zaciekawił się.

- Resztki  jakiegoś  obozowiska.  Maty z trzciny,  garnki.  Wszystko  strasznie  stare i 

zniszczone...   Tubus   wydał   nam   się   cenniejszy.   Umówiliśmy   się   tak,   że   ja   go   wezmę   i 

wystawię   w   antykwariacie   ojca,   a   jeśli   uda   się   go   sprzedać,   wyślę   pieniądze   kolegom   i 

sierżantowi. To znaczy ich część.

- Gdzie to było dokładnie? - zapytał pan Tomasz.

- Zaraz pokażę na mapie.

Pokuśtykał   na   zaplecze   i   wrócił   z   dokładną   mapą   samochodową   południowego 

Sudanu, wydaną w końcu lat czterdziestych. Szef wyjął z torby naszą, kupioną w Warszawie.

- Tutaj - Ahmed pokazał punkt niedaleko granicy. Szosa z Al-Hawata do Al-Kadarif 

biegnie prosto jak strzelił. W połowie drogi trzeba z niej zjechać i gdzieś w odległości trzech 

kilometrów od traktu znajduje się ta skała, To jedyna w promieniu dwudziestu kilometrów, 

więc nie sposób się pomylić.

- Trzeba będzie się tam wybrać - mruknąłem po polsku.

Ahmed zrozumiał chyba, bo zamachał ręką.

- To teraz niemożliwe - powiedział.

- Dlaczego? - zdziwił się szef.

- Cały ten okręg jest wyłączony z ruchu turystycznego. Nie wiem, czy panowie się 

orientują, ale wojna z Etiopią to kwestia kilku najbliższych tygodni. Jeśli nie powiodą się 

background image

rokowania   prowadzone   w   Dubaju,   nasza   armia   przekroczy   granicę...   Jakbyśmy   nie   mieli 

własnych kłopotów - dodał z goryczą.

- Na tych górach nasz kraj sobie już nie raz zęby połamał - dodał jego ojciec po 

francusku. - Tylko raz nasi żołnierze zdołali wedrzeć się na czterdzieści kilometrów w głąb...

- A o co się toczy ta wojna? - zapytałem.

- Nasze władze chcą odzyskać okręg, który Etiopia opanowała w połowie XIX wieku - 

wyjaśnił Ahmed. - Okręg prawie bezludny, po prostu skały, ale dla nich ważny, bo dopóki 

tam   siedzą   i   pilnują   przełęczy,   nikt   im   nic   zagrozi   od   tej   strony.   Jakby   ktoś   nam   mógł 

zagrozić... Coś jak wzgórza Golan dla Izraela. Tak więc sami panowie widzą, że przedostanie 

się tam teraz jest wykluczone. Za rok wszystko się powinno uspokoić. Albo nasi opanują 

góry, albo tamci i wszystko powinno wrócić do normy.

Podziękowaliśmy   za  informacje  i   opuściliśmy  sklep,   życząc   Ahmedowi  szybkiego 

powrotu do zdrowia. Ruszyliśmy kierując się planem miasta do ambasady.

- Znamy już miejsce, z którego pochodzą mapy - powiedziałem.

- W tej chwili może tam trwać nawet koncentracja wojska - westchnął szef. - Czyli 

nasza misja na nic.

- Dlaczego na nic? - zdziwiłem się - Zdobyliśmy cenne informacje. Gdy sytuacja się 

zmieni, przybędziemy i dokończymy dzieła.

- Nie zapominaj, ile kosztowały nasze bilety - uśmiechnął się. - Następnym razem nie 

będziemy mieli rezerwy budżetowej.

- A może by tak od strony morza? - zamyśliłem się. - Wiatr w żaglach jest za darmo.

Pan Tomasz roześmiał się.

- Mówisz, żeby popłynąć  “Krasulą” Dunajem do Morza Czarnego, a potem przez 

Śródziemne i Czerwone do Somalii?

-   Do   Somalii   lepiej   nie,   bo   tam   trwa   wojna   domowa   -   przypomniałem.   -   Ale 

gdybyśmy zacumowali w Dżibuti... Albo w Port Sudan. “Krasulą” ma mocną konstrukcję, z 

pewnością poradzi sobie z falami na morzu.

- Pawle, “Krasula” ma już ponad pięćdziesiąt lat - powiedział poważnie pan Tomasz. - 

Przeszła   gruntowny  remont,  zanim   wyruszyłem  nią   na  poszukiwanie   złotej  rękawicy,   ale 

mimo wszystko już się sypie. Pierwsza rafa koralowa i kaput. Poza tym, nie mam uprawnień 

do pływania po morzu. I jeszcze jedno. Port w Dżibuti to jedno z najdroższych miejsc na 

naszej planecie. Za tydzień postoju zapłacilibyśmy więcej niż zarobimy przez całe życie...

Potarłem skronie, usiłując coś wymyślić, ale jakoś nic mi nie przychodziło do głowy. 

Wreszcie dotarliśmy do ambasady. Pan Michał po chwili był do naszej dyspozycji.

background image

- I czego się panowie dowiedzieli? - zapytał uprzejmie.

Szef opowiedział o miejscu wskazanym na mapie.

- No cóż, z naszych danych wywiadowczych wynika, że szykuje się coś poważnego - 

powiedział spokojnie nasz gospodarz. - Wyjazd w tamte strony jest w tej chwili niemożliwy. 

Z tych okręgów wygonili wszystkich cudzoziemców, nawet geologów, szukających dla rządu 

złóż miedzi. Oczywiście, dałoby się przeniknąć tam nielegalnie, ale chyba nie warta skórka za 

wyprawkę. My w każdym razie pomóc wam nie możemy.

Szef westchnął ciężko.

- No trudno - powiedział - Bilety do domu mamy dopiero na dwudziestego. Co można 

w tym kraju zwiedzić, żebyśmy nie zmarnowali czasu?

- Proponuję ruiny starej Dongoli - powiedział poważnie. - To dawna stolica królestwa 

Meroe.   Badają   ją   między   innymi   nasi   archeolodzy.   Poza   tym   w   wielu   miejscowościach 

znajdują się ciekawe zabytki z czasów, gdy kwitło tu chrześcijaństwo...

Pożegnaliśmy się i powędrowaliśmy przez miasto. Na jednym z domów znaleźliśmy 

ślad naszych rodaków. Na tynku widać było jeszcze resztki złuszczonego napisu: S. Goraj i 

W. Rawicz.

- Ciekawe - mruknął pan Tomasz. - Nasi...

-   Pewnie   niegdyś   to   była   spora   firma   -   zauważyłem.   -   Budynek   solidniejszy   niż 

pozostałe.

- Trzeba będzie zapytać w ambasadzie - zauważył szef. -Pewnie będą wiedzieli coś na 

ten temat.

Ruszyliśmy dalej i niebawem wyszliśmy nad rzekę.

- Omdurman  - szef wskazał dzielnicę po drugiej stronie. - W czasach, w których 

rozgrywa się akcja powieści Sienkiewicza “W pustyni i w puszczy” tu znajdował się brytyjski 

fort, a tam po drugiej stronie obozowało pięćdziesiąt tysięcy derwiszów Mahdiego.

- Czasem się zastanawiałem, na ile wiernie Sienkiewicz odmalował tło polityczne...

-   Chyba   dość   wiernie   -   uśmiechnął   się.   -   Choć   nie   dodał   dość   istotnego,   moim 

zdaniem, szczegółu...

- Tak?

- Pamiętasz, jak wedle książki zmarł Mahdi?

- Zatchnął się własnym sadłem.

-  Właśnie.   Tymczasem   Mahdi,   z  tego   co  wiadomo,  pościł  i  umartwiał   się  jak  na 

derwisza przystało. Był to chudy jak szczapa asceta. Zmarł na serce, raczej z głodu niż z 

obżarstwa. Dziesięć lat później przyszli tu Anglicy. Dokonali jednej z największych masakr w 

background image

historii.   Przeciw   uzbrojonym   w   skałkówki   tubylcom   użyli   pierwszych   karabinów 

maszynowych i wybili ich niemal do nogi. Następnie zburzyli mauzoleum Mahdiego, a jego 

głowę odesłali synowi generała Gordona, który nacieszywszy się zemstą, przekazał ją do 

British Museum.

- Barbarzyństwo - wyraziłem swoje oburzenie.

- Anglicy ścigali też i mordowali członków rodziny dawnego wroga...

Wdepnęliśmy   do   niewielkiej   restauracyjki   i   zjedliśmy   placki   z   baraniną,   a   potem 

powędrowaliśmy dalej przez miasto. Trochę pobłądziliśmy, ale wreszcie, dzięki uczynności 

miejscowych, którzy skierowali nas na dobrą drogę, wróciliśmy do zajazdu.

- Chyba faktycznie trzeba będzie zwiedzić Dongolę i jechać do kraju - powiedział Pan 

Samochodzik, gdy wchodziliśmy do środka.

- O, wrócili panowie - ucieszył się właściciel, siedzący za kontuarem. - Był tu do 

panów taki sympatyczny młodzieniec.

- Młodzieniec? - brwi szefa uniosły się do góry.

- Zostawił wizytówkę. Wpadnie w porze kolacji.

Podsunął nam kartonik. Szef podziękował i poszliśmy do jego pokoju.

- Hm... popatrzmy - mruknął. - Drukowane na brystolu... Na wizytówce widać było 

kiepsko odbite litery, które układały się w wyraźne słowa.

Maciej Rawicz import-export

Poniżej był adres poczty elektronicznej.

- To oni tu mają komputery? - zdumiałem się.

-   Skoro   mają   tramwaje,   to   mogą   mieć   wszystko   -   zauważył   z   uśmiechem   Pan 

Samochodzik. - Świat idzie do przodu.

Odwróciliśmy wizytówkę na drugą stronę. Tu widać było wężyki arabskiego alfabetu, 

zapewne głoszące tę samą treść.

- Czyli firma, którą widzieliśmy w czasie spaceru po mieście, ciągle jeszcze istnieje - 

mruknął szef. - Ciekawe, czego od nas chce ten młodzian?

- Można by zadzwonić do ambasady i zapytać, czy coś o nim słyszeli - zauważyłem.

Pan Samochodzik kiwnął głową w zamyśleniu.

- Dlaczego by nie.

Niestety, jak się dowiedziałem, w zajeździe nie było telefonu. A ściślej biorąc był. 

Założono  go  kilka  lat   temu,  tylko  do  tej  pory  nie  podłączono  do  sieci  miejskiej,  bo nie 

background image

zakupiono odpowiedniej centrali dla tej dzielnicy.

- To elekronika - wyjaśnił gospodarz w swoim “esperanto”. - A my za popieranie 

terroryzmu   mamy   embargo   na   nowe   technologie.   Można   by   przemycić,   ale   z   dolarami 

kiepsko. Rezerwy dewizowe rządu są bardzo małe od czasu, gdy ustał import lekarstw.

- Jakich lekarstw? - zaciekawiłem się.

- Mieliśmy pod Chartumem duży kombinat farmaceutyczny - wyjaśnił. - Pewnego 

dnia Amerykanie go zbombardowali. Zginęło ponad stu pracowników. Spłonęły instalacje, 

magazyny   gotowych   produktów,   surowce,   laboratoria   -   wszystko,   co   budowaliśmy   przez 

dwadzieścia lat. A oni trąbili na cały świat, że tu produkowano broń chemiczną. Była komisja 

z   ONZ   i   co  stwierdzili?   Tylko   lekarstwa.   Sprzedawaliśmy   je   do  wszystkich   okolicznych 

krajów, nawet do Arabii Saudyjskiej. A teraz Amerykanie opanowali te rynki.

Otworzył szufladę i wyjął kawałek poskręcanego metalu.

- Pan był wojskowym - powiedział poważnie. - To chyba pan poznaje.

- Kawałek bomby kasetonowej - powiedziałem.

- Mój przyjaciel, mieszkający niedaleko kombinatu, wydłubał sporo takich ze ściany 

domu. Międzynarodowe konwencje zakazują ich stosowania, ale Amerykanie wiedzą lepiej... 

Komisji daliśmy sporo takich kawałków. Pan wie, co to znaczy?

-   Jeśli   zbombardowali   zakłady   tego   typu   ładunkami,   to   znaczy,   że   chcieli   zabić 

wszystkich tam pracujących.

Właściciel zajazdu kiwnął głową.

- I nawet nas nie przeprosili - powiedział z goryczą. - Może i nasze władze popierają 

terroryzm, ale ci obrońcy demokracji - ze złością wrzucił odłamek do szuflady i zatrzasnął - 

stosują terror. Wróciłem do szefa i streściłem mu naszą rozmowę.

- Cóż - powiedział - “wujek Sam” zawsze musi mieć racje - westchnął pan Tomasz. - 

Weź   Kosowo.   Amerykanie   zaczęli   od   nagłośnienia   masowych   rzezi   Albańczyków   w 

Kosowie,   potem,   żeby   ich   ratować,   urządzili   masowe   naloty   na   Serbie.   A   komisje 

Międzynarodowego Czerwonego Krzyża doliczyły się w masowych grobach raptem nieco 

ponad dwustu ciał, w tym około sześćdziesięciu Serbów... Każda wojna jest brudna.

Kiwnąłem poważnie głową.

- A co do broni chemicznej, to niewykluczone, że produkowano ją gdzie indziej - 

powiedział. - Bo że produkowano, jest niemal pewne...

Kolację jedliśmy prawie sami. Anglicy wyjechali. Był tylko gospodarz i jeden z jego 

synów.   Po   chwili   przyszła   też   dziewczyna.   Rozmawiała   z   szesnastoletnim   na   oko 

młodzieńcem. Dopiero na nasz widok zapięła czarczaf. Młodzieniec rozejrzał się po jadalni i 

background image

przysiadł się do nas.

- Panowie pozwolą, jestem Maciej Rawicz - przedstawił się.

My również przedstawiliśmy się.

- Słyszałem, że wybierają się panowie na południc, w okolice granicy z Etiopią - 

powiedział.

Jego polszczyzna była nienaganna, ale akcent miał nieco dziwny.

- Zrezygnowaliśmy z poszukiwań w tamtym rejonie - odezwał się szef. - Wojna wisi 

w powietrzu, a tamta strefa jest zamknięta dla ruchu turystycznego.

Uśmiechnął się lekko.

- Jutro rano wyruszam do Etiopii - powiedział. - Jeśli panowie sobie życzą, mogą 

zabrać się ze mną. Nasz szmuglerski... - zawiesił głos na chwilę, jakby szukał w pamięci 

lepszego określenia - nasz przemytniczy szlak wiedzie z grubsza przez  tereny, na których 

odnaleziono mapy.

“Wieści na bazarze szybko się rozchodzą...” - pomyślałem.

- Przemytniczy szlak - mruknąłem. - A na wizytówce: import-eksport.

- Z czegoś trzeba żyć - powiedział. - No i oczywiście jest to import-eksport, tyle tylko, 

że niezupełnie przez wyznaczone przejścia graniczne.

- Towary pewnie też niezupełnie te figurujące w wykazach celnych - mruknąłem.

- Głównie żywność - wyjaśnił.

- A ile ty właściwie masz lat? - zaciekawił się szef.

- Piętnaście - oświadczył nasz rozmówca z godnością. - Jeśli skorzystają panowie z 

mojej propozycji, znam biegle arabski, zarówno miejscowy jak i fuscha, do tego amharski i 

gyez. Pomogę w poszukiwaniach. Możemy przepytać tubylców...

- A skąd ty wiesz, że my szukamy jakichś map? - zaciekawił się szef.

-   Ahmed   mi   powiedział,   że   przyjechali   jacyś   ludzie   z   Polski   i   wypytywali   w 

antykwariacie o to, gdzie je znalazł. Potem wystarczyło wydedukować, gdzie też panowie 

mogli zatrzymać się na noc i oto jestem.

Pan Tomasz poskrobał się po głowie.

- Przemytnicze ścieżki - mruknął. - Co nam zrobią, jak nas złapią?

-   Damy   im   po   dziesięć   dolarów   i   wypuszczą   -   błysnął   zębami   w   uśmiechu.   - 

Oczywiście  to nie będzie spacerek.  Tam już powoli trwa koncentracja armii.  W dodatku 

poluje na mnie  straż graniczna  po obu stronach. Ale kilka razu już udało mi się przejść 

bezpiecznie. Odnajdziemy to miejsce, przeskoczymy przez granicę do Etiopii, zabawimy tam 

kilka dni i możemy wracać.

background image

Szef wahał się dłuższą chwilę..

- Ile to będzie kosztowało? - zapytał wreszcie.

- Nie śmiałbym od rodaków żądać pieniędzy - zaprotestował. - Ale będą mi musieli 

panowie pomóc przy pędzeniu stada.

- Stada? - zdziwiłem się.

- Tak. Szmugluję wielbłądy na mięso. Niedużo, pięćdziesiąt sztuk.

Pan   Samochodzik   zamyślił   się,   ale   po   młodzieńczym   błysku   w   jego   oczach 

domyśliłem się, że jest gotów na tę szaleńczą wyprawę.

-   Nigdy   jeszcze   nie   szmuglowałem   wielbłądów   -   powiedział.   -   Ale   ostatecznie 

człowiek uczy się przez całe życie.

- Znakomicie - uścisnął nam dłonie. - Wobec tego jutro o szóstej rano wpadnę po 

panów - uśmiechnął się i zniknął.

Kobieta   zaczęła   podawać   jedzenie.   Tym   razem   jakieś   dziwne   placki   ze   śmietaną. 

Dziewczyna siadła przy stole i, ponownie zdmuchnąwszy najbliższą świecę, odpięła zasłonę. 

Spuściłem wzrok

- Czy aby na pewno wie pan, w co się pakujemy? - zapytałem ostrożnie.

Pan Samochodzik uśmiechnął się..

- No cóż - powiedział - może na starość polubiłem smak ryzyka? Sądzę, że skoro nam 

zaproponował   wyprawę   na   tamtą   stronę,   to   znaczy,   że   sądzi,   iż   może   nas   bezpiecznie 

przeprowadzić.

- Jeśli trwa tam koncentracja wojska, to sytuacja może zmieniać się nie z dnia na 

dzień, ale z godziny na godzinę - zauważyłem.

- To prawda - kiwnął głową. - Będziemy się martwili na miejscu.

- Raz już wyciągałem pana z rąk kurdyjskich terrorystów.

- No i bardzo dobrze - uśmiechnął się. - Wyciągnąłeś.

- Sądzi pan, że możemy zaufać temu Maćkowi?

- A dlaczego nie?

- Ma dopiero piętnaście lat...

- Wyobraź sobie, że masz znowu piętnaście lat. Zaufałbyś sobie? Sądzę, że tak...

Kiwnąłem niechętnie głową.

- Dzieci teraz dorastają bardzo szybko - powiedział z uśmiechem. - Weź na przykład 

te   dwie   miłe   krakowianki...   Miały   po   osiemnaście,   może   dziewiętnaście   lat,   a   kamień 

filozoficzny produkowały

Uśmiechnął się do swoich myśli.

background image

“Zobaczymy w praniu” - jak to się dawniej mawiało.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

SAMOCHÓD   BEZ   REJESTRACJI   •   WYRUSZAMY   DO   ETIOPII   • 

BIMBER   Z   DAKTYLI   •   GÓRA   ABU   CHUDUD   •   PORANNA 

WSPINACZKA   •   AUTOSTOPOWICZE   •   RZUT   OKA   NA   HISTORIĘ 

SUDANU

Obudziło mnie delikatne potrząsanie. Jeden z synów naszego gospodarza.

- Już wpół do szóstej - powiedział po angielsku. - Proszę wstawać, zaraz śniadanie.

Oprzytomniałem niemal natychmiast. Wziąłem prysznic i po kilku minutach byłem w 

jadalni. Szef już się posilał, a na mnie czekał kopiasty talerz pierożków z baraniną polanych 

śmietaną.

- Trzeba dobrze się najeść, bo nie wiadomo, kiedy znowu będzie nam to pisane - 

odezwał się z kąta Maciek.

Dopiero teraz go zauważyłem. Przefarbował włosy na ciemno, chyba po to, żeby się 

nie wyróżniać swoją jasną czupryną.

- Niezła ta śmietana - zauważył szef, który dzielnie wiosłował widelcem w swojej 

porcji, ale ma jakiś taki dziwny posmak... Nie jest nieprzyjemny, ale...

-   Zapewne   zrobiona   z   wielbłądziego   mleka   -   zauważył   Maciek.   -   Nie   bójcie   się, 

kuchnia tego zajazdu jest bardzo dobra.

Wreszcie byliśmy gotowi. Zabraliśmy bagaże. Pośrodku podwórza, na którym kiedyś 

zapewne   parkowano   wielbłądy,   stał   odrapany   radziecki   UAZ.   Wrzuciliśmy   bagaże   pod 

brezentowy dach. Jak zauważyłem, pojazd nie miał rejestracji.

- Zgubiłeś? - zapytałem.

Uśmiechnął się lekko.

- Nie, tu taki zwyczaj.

- Jaki zwyczaj? - zdziwił się szef.

-   Jedna   trzecia   samochodów   jeździ   bez   rejestracji.   Oznacza   to,   że   albo   badania 

techniczne wykluczyły te pojazdy z legalnego ruchu po drogach, albo ich właściciele mają na 

pieńku z władzami - wyjaśnił Maciek.

Popatrzyłem   w  zadumie   na  dziury  wyrdzewiałe  w  karoserii   i  purchle  odsadzające 

lakier...

background image

- Twój samochód jest częścią wspólną obu tych zbiorów.

- W pewnym sensie tak - powiedział. - Miałem tablice rejestracyjne, ale jakiś burak mi 

je ukradł, pewnie żeby jego pojazd wyglądał legalnie. Szukałem na złomowisku, ale nie udało 

mi się znaleźć dwu identycznych.

- Co kraj, to obyczaj - uśmiechnął się pan Tomasz.

Przyszła   dziewczyna.   Mimo   że   było   już   zupełnie   jasno,   nie   założyła   czarczafu. 

Stanąłem tak, żeby móc ją obserwować w lusterku. Faktycznie szef miał rację, nie była wcale 

ładna. Wręczyła nam trzy paczki i butelkę z brązową zawartością.

- Drugie śniadanie - powiedziała z uśmiechem. - A to na drogę. Biali ludzie ponoć 

potrzebują alkoholu, a kupić tu się nie da...

- Cóż to takiego? - zdziwiłem się.

Uśmiechnęła się do mnie.

- Bimber z daktyli - wyjaśniła. - Gdybyście zmarzli albo ogarnęła was melancholia...

- Dziękujemy bardzo - powiedział szef.

Pożegnaliśmy się i wyruszyliśmy w drogę. Nasz młody przyjaciel siadł za kierownicą. 

Przez pierwsze kilkadziesiąt kilometrów mało nie posikałem się ze strachu, a szef, jak mi się 

wydawało, nieco osiwiał. Zdezelowany UAZ pędził sto na godzinę, w silniku coś trzeszczało. 

Blachy   karoserii   wygrywały   marsza   żałobnego.   Obluzowane   szyby   w   oknach   brzęczały. 

Brezentowy dach furkotał na wietrze. Szosa pokryta miejscami asfaltem, miejscami betonem, 

była dziurawa jak szwajcarski ser. Plątały się po niej wielbłądy, dwukołowe wozy typu arba 

zaprzężone w kłapouche osiołki. W nawierzchni były wielkie dziury, gdzieniegdzie sterczały 

dziwne garby.

Nieoczekiwanie podskoczyliśmy na czymś, aż uderzyłem głową w brezentowy dach. 

Zetlały materiał, co było do przewidzenia, przerwał się i przez chwilę podziwiałem krajobraz, 

zanim opadłem z powrotem na rozpadające się ze starości siedzenie. Koło mojej nogi w 

podłodze ziała dziura, przez którą widać było szybko umykającą nawierzchnię.

- Zwolnij trochę - zaproponował szef Maćkowi.

- Nie mogę - wyjaśnił chłopiec. - To bezpieczna szybkość.

-   Przecież   w   tej   drodze   jest   tyle   dziur,   co   w   szwajcarskim   serze   -   jęknął   Pan 

Samochodzik.

- No właśnie. Jeśli dam gaz do dechy, to nad mniejszymi udaje nam się przeskoczyć - 

wyjaśnił.

Nie zapytałem, co stanie się, gdy trafimy na dużą dziurę. Wobec takiej argumentacji 

zamilkliśmy. Szosa dość nieoczekiwanie skończyła się, przechodząc w pylisty trakt, udeptany 

background image

tysiącami   wielbłądzich   racic   i   przeryty   setkami   opon   ciężkich   ciężarówek.   Teraz   trochę 

zwolnił.

- Widzieliśmy w Chartumie budynek firmy Goraj i Rawicz - szef wyraźnie chciał 

nawiązać rozmowę.

- Ach, przy rzece? To mój dziadek założył. Ze swoim wspólnikiem... Po wojnie Goraj 

wrócił   do   Polski   i   przepadł   bez   wieści.   Dziadek   łowił   dzikie   zwierzęta   dla   ogrodów 

zoologicznych, ojciec zajął się spekulacjami złotem i niestety - przeciągnął dłonią po gardle - 

policja go nakryła. Dwa lata temu. Jeden sąsiad mi pomógł na początku, a teraz mam własny 

interes - zakończył z dumą.

- Szmuglujesz wielbłądy do Etiopii - uśmiechnął się pan Tomasz. - Można na tym 

zarobić?

- No, przebicie mniej więcej dwukrotne. Ale zawsze staram się robić transakcje na 

sztych.

- Na sztych? - nie zrozumiałem.

- To kresowe określenie wymiany barterowej, towar za towar - wyjaśnił mi szef.

- W Polsce - już się tego słowa nie używa? - zaniepokoił się nasz rozmówca.

- Cóż, dawna kultura handlowa została zniszczona przez komunistów - powiedział Pan 

Samochodzik. - Teraz mało kto by to zrozumiał. Nasz język zachwaszczają anglicyzmy, w 

rodzaju tego nieszczęsnego barteru. A dlaczego nie przeprowadzasz wielbłądów normalnie 

przez przejście graniczne? Cła nałożyli?

- Nie, nasze władze zakazały eksportu żywności do Etiopii. Chodzi im o to, żeby nie 

dożywiać potencjalnych wrogów. Tłumaczą to rzekomo tym, że dla nas może zabraknąć, ale 

to nie jest prawda. Tymczasem tam na wiosnę ludzie mogą zacząć umierać z głodu. Opady tej 

zimy są minimalne. Będzie susza, a to oznacza głód. Zbiory na jesieni też były dość mizerne. 

Władze   Etiopii   pakują  straszne  pieniądze  w  wojnę  z  Erytreą,   a jednocześnie  już zaczęły 

skamleć o pomoc humanitarną.

Krajobraz   zmieniał   się.  Wokoło  nas  pojawiły  się   nieliczne   jeszcze   drzewka  akcji. 

Zwróciłem na to uwagę szefowi.

- Ścięliśmy niewielki luk Nilu i znowu zbliżamy się do rzeki - wyjaśnił Maciek. - 

Sudan jest dość wilgotny, jak na Afrykę...

Niebawem z boku drogi pojawiły się plantacje palm daktylowych,  a droga znowu 

zaczęła pokrywać się betonem. Zatrzymaliśmy się na niedużym  wolnym  polu nad Nilem. 

Maciek wyciągnął z bagażnika nieduży kociołek i nalał wody z butelki.

- Mamy rzekę obok - zauważyłem.

background image

- Ameby, przywry, pasożyty, nicienie - wyliczył. - Lepiej nie ryzykować. Gotowanie 

zabija tylko część tego badziewia.

Zagrzał wodę i zaparzył herbatę. Wyciągnęliśmy kanapki, które zapakowano nam w 

zajeździe.

- Powiedzcie no panowie, jak można się w Polsce dostać do liceum? - zapytał. - Są 

egzaminy czy jak?

- Trzeba mieć świadectwo ukończenia podstawówki i zdać egzamin wstępny, choć 

niektóre szkoły prywatne i społecznie zrezygnowały z egzaminowania kandydatów.

- Świadectwo ukończenia podstawówki? - uśmiechnął się i wyciągnął ze skrytki w 

tablicy rozdzielczej jakiś papier, ozdobiony godłem Sudanu i pokryty arabskimi znaczkami.

- To chyba będzie dobre.

- Obawiam  się,  że  będziesz   potrzebował  tłumaczenia  wykonanego   przez  tłumacza 

przysięgłego i potwierdzonego notarialnie - westchnął szef. - Czyżbyś chciał podjąć naukę w 

Polsce?

- No cóż, jeśli uda mi się ta wyprawa, będę miał dość pieniędzy, żeby wynająć jakieś 

mieszkanie i parę lat przeżyć - wyjaśnił. - A tam u was jest chyba takie prawo, że jak ktoś ma 

odpowiedni wiek, to musi chodzić do szkoły?

- Zgadza się - powiedział szef. - Jeśli będziesz chciał wrócić, to sądzę, że ambasada 

jakoś ci pomoże. Nie masz obywatelstwa?

- Nie. Co gorsza, w myśl przepisów przybędę z kraju, który popiera terroryzm.

- Jesteś Polakiem z pochodzenia... - zauważyłem. - Chyba nawet czystej krwi?

- Pięćdziesięcioprocentowym - uśmiechnął się. - Tak jak ci z Kazachstanu... A oni 

mają, z tego co słyszałem, problemy z powrotem.

- Spróbujemy coś wymyślić - powiedział szef. - Znam osobiście prezydenta...

Maciek uśmiechnął się.

- Jakoś się odwdzięczę.

Wypiliśmy herbatę i odpoczęliśmy jeszcze chwilę.

- No, w drogę - powiedział podrywając  się. - Musimy dziś zrobić jeszcze trzysta 

kilometrów na południe.

No i pomknęliśmy. Pustynia stawała się stopniowo coraz bardziej zielona, aż przeszła 

w step. Pasły się na nim stada bydła.

- Sudan - mruknął szef. - Kto by pomyślał.

- Zaczyna się pora deszczowa - wyjaśnił Maciek. - Wszystko się zieleni. Za sześć 

miesięcy będzie tu wypalona słońcem trawa.

background image

Przejechaliśmy przez kilka miejscowości. Ruch na szosie pod wieczór stał się gęstszy. 

Raz minęła nas z rykiem silnika jakaś ciężarówka wyładowana workami. Wreszcie dobrze po 

północy zatrzymaliśmy się u stóp dość wysokiej góry sterczącej ponad sawannę.

- Abu Chudud. Tu zaczyna się stary szlak karawanowy do Al-Hawata - wyjaśnił nam 

Maciek. - Dalsze poruszanie się szosą jest zbyt niebezpieczne...

Jakby   na   potwierdzenie   jego   słów,   minęło   nas   kilka   ciężarówek,   wyładowanych 

żołnierzami. Śpiewali. W czystym, chłodnym, nocnym powietrzu ich głosy niosły się daleko.

- Być może jadą na śmierć - powiedział ponuro Maciek. - Na razie trzeba się trochę 

przespać, a rano ruszymy dalej.

Zaparkował   samochód   za   skałami.   Przepatrzyliśmy   dokładnie   szczeliny   w 

poszukiwaniu węży lub skorpionów, ale na szczęście nie było ich tu. Zagotowaliśmy jeszcze 

wodę na herbatę i położyliśmy się spać: ja z szefem w namiocie, a Maciek w samochodzie. 

Obudziliśmy się bladym świtem. Wypiliśmy poranną kawę i zjedliśmy kilka placków, które 

Maciek zręcznie upiekł na blasze.

- Wdrapiemy się na szczyt - zaproponował wskazując skałę. - Trzeba się na wszelki 

wypadek rozejrzeć po okolicy.

- A ja tu poczekam - powiedział Pan Samochodzik. - Coś zauważyłem wieczorem i 

chciałbym rzucić okiem...

Wspinaczka   nie   była   trudna   i   niebawem   znaleźliśmy   się   dwieście   metrów   ponad 

otaczającą nas równiną. Nasz przyjaciel wyciągnął lornetkę i dokładnie przyjrzał się szlakowi, 

a potem szosie.

-   Chyba   przerzucają   bardzo   duże   oddziały   -   powiedział.   -   Tam   jedzie   sześć 

ciężarówek, tu jeszcze cztery. Niezwykły ruch, jak na tę porę roku i to miejsce. Nie podoba 

mi się to.

- Zawracamy?

- Jeśli zrezygnuję, to stracę prawie wszystko - powiedział. - Zwierzęta już czekają. 

Myślę, że ominiemy rejon koncentracji wojsk.

Zeszliśmy na dół. Pan Tomasz z lupą w dłoni oglądał jakiś głaz.

- Zobaczcie - zwrócił naszą uwagę. - Inskrypcja. Czas zatarł napis.

- To nie jest egipski - powiedziałem. - Znaki są trochę inne.

- A skąd tutaj Egipcjanie? - uśmiechnął się Pan Samochodzik. - To pewnie meroickie 

hieroglify.

-   Zapewne   -   orzekł   Maciek   oglądając   symbole.   -   Szkoda,   że   nie   odczytano   tego 

alfabetu.

background image

- Sądzisz, że tu może być napisane: kop siedem kroków od tej skały, a znajdziesz 

skarb? - uśmiechnął się Pan Samochodzik.

Roześmieliśmy   się.   Podeszliśmy   do   naszego   samochodu,   gdy   nieoczekiwanie 

zauważyłem  dwu Murzynów,  mniej  więcej w  moim  wieku. Ubrani byli  w jakieś dziwne 

drelichy. Uśmiechali się przyjaźnie.

- O - wyraził zdumienie szef. - Autostopowicze?

Maciek  odważnie  podszedł  do  nieoczekiwanych  gości  i  zaczął   trajkotać  w  jakimś 

dziwnym języku. Jeden z Murzynów rozpiął koszulę, pokazując wytatuowany na piersi krzyż. 

Tatuaż był wykonany czymś białym i tylko dlatego był widoczny.

Maciek wyraźnie zmiękł. Coraz częściej kiwał głową, mówił też mniej podniesionym 

głosem.

- Czego sobie życzą? - zagadnął pan Tomasz.

-   To   chrześcijańscy   powstańcy   z   południa   -   wyjaśnił   Maciek.   -   Proszą,   żeby   ich 

podrzucić. Swoim trzeba pomóc, ale jak nas razem złapią, to będzie problem.

Wykonał zachęcający gest. Wgramolili się do środka. Wręczył im po konserwie, na co 

wybuchnęli gorącymi podziękowaniami.

-   Przed   nami   dwieście   pięćdziesiąt   kilometrów   traktu   i   będziemy   w   Al-Hawata   - 

wyjaśnił.

Potem pokazał mapę gościom. Obejrzeli i długo się nad nią zastanawiali, po czym 

znowu zaczęli trajkotać po swojemu. Maciek wymieniał z nimi jakieś uwagi.

- Nie chcą jechać do Etiopii - stwierdził Maciek. - Będą się przedzierali na południe. 

W miasteczku skontaktuję ich z jednym facetem, który wozi broń na południe. Może się z 

nim zabiorą...

- Ty tu dowodzisz - uśmiechnął się Pan Samochodzik. - Jak się nazywają?

Ten wyższy nazywał się Pepesu, a ten z tatuażem Inko. W samochodzie zrobiło się 

dość ciasno, ale wesoło, bo gdy tylko ruszyliśmy, zaśpiewali coś.

- Nawet radio niepotrzebne - stwierdził szef. - Kiedy będziemy na miejscu?

- Za trzy, może cztery godziny - wyjaśnił.

A potem, swoim zwyczajem, utkwił wzrok w horyzoncie i wdepnął gaz do dechy.

- Niewiele wiem na temat historii państwa Meroe - powiedziałem z westchnieniem.

- Bo i niewiele wiadomo - uśmiechnął się pan Tomasz. - Egipcjanie od niepamiętnych 

czasów   wyruszali   na   południe   podbijać   tutejsze   ludy.   Opanowali   Nubię,   dalej   jednak   na 

południe - na terenach, przez które obecnie jedziemy - leżał kraj, zwany przez Egipcjan Kusz. 

Wojny podjazdowe trwały tysiące lat. Niekiedy całe dziesięciolecia trwał pokój. Z czasem 

background image

kraj Kusz zmienił nawę na Meroe. Prawdopodobnie osiedlali się tu także Egipcjanie, którym 

nie   podobała   się   władza   faraona.   Przynieśli   tu   znajomość   wielu   rzemiosł.   Niestety, 

archeologia nigdy w Sudanie specjalnie nie rozkwitła, więc niewiele wiemy na temat poziomu 

cywilizacyjnego   tutejszych   ludów.   Znali   na   pewno   pismo,   którego   jednak   nie   udało   się 

odczytać. Znaki są zaczerpnięte z pisma egipskiego, ale język zupełnie inny. Państwo Meroe 

było bardzo silne. W czasach podbojów asyryjskich władcy Meroe zdołali nawet osadzić na 

tronie   egipskim   swoją   dynastię,   której   najbardziej   znanym   przedstawicielem   był   faraon 

Taharka.   Potem   przyszli   Rzymianie.   Prowadzili   wojny   z   Meroe,   ale   niewiele   o   nich 

wspominają w swoich dziełach historycznych.

-   Prawdopodobnie   nie   zagłębiają   się   w   szczegóły,   bo   dostawali   solidne   baty   - 

uśmiechnął się Maciek.

- W 297 roku Rzymianie wycofali się. Wraz z ich odejściem tracimy ważne źródło 

historyczne. Niewiele wiadomo, co działo się na tych ziemiach później. Gdy w 540 roku na 

teren   Nubii   przybyła   misja   apostolska,   by   nawracać   miejscowe   ludy,   istniały   tu   trzy 

królestwa. Na północy Nobacja ze stolicą w Pahoras, czyli dzisiejszym Faras...

- Trudno mówić o dzisiejszym Faras, skoro to miejsce znajduje się na dnie jeziora 

Nasera - przerwał Maciek. - Ale miasto znane.

Tam przecież profesor Kazimierz Michałowski odnalazł słynną katedrę i freski...

- Zgadza się - potwierdził pan Tomasz. - Na południe od Nobacji leżało królestwo 

Makurii ze stolicą w Starej Dongoli.

-   Także   obecnie   badanej   przez   polskie   misje   archeologiczne   -   uzupełnił   nasz 

przyjaciel.

- A na samym południu królestwo Alodii, przez którego ziemie właśnie jedziemy - 

zakończył szef.

- Czy nawracanie miejscowych ludów powiodło się? - zapytałem zaciekawiony.

- Oczywiście. Wystarczy popatrzeć na tatuaże naszych autostopowiczów. Niestety, w 

zaledwie sto lat po dotarciu tu misjonarzy Arabowie najechali Egipt, odcinając drogę lądową. 

No,   może   niezupełnie   odcinając,   bo   kupcy   nadal   mogli   wędrować   do   Aleksandrii   i   z 

powrotem,   ale   oczywiście   ludzie   przybywający   z   Bizancjum   wobec   faktu,   że   cesarstwo 

walczyło z Arabami, napotykali na poważne trudności. Potem najeźdźcy stopniowo zaczęli 

posuwać się na południe. Chrześcijanie stawiali zacięty opór, podejmowali nawet działania 

odwetowe i zaczepne. Na przykład gdy w 745 roku został uwięziony patriarcha Aleksandrii, 

któremu   przynajmniej   formalnie   podlegały   tutejsze   kościoły,   na   ratunek   pośpieszył   mu 

władca Makurii, Cyriakus. Jego armia wtargnęła do Egiptu i dotarła aż do Kairu. Arabski 

background image

namiestnik przerażony nagłym najazdem nakazał zwolnić więźnia. Mniej więcej do X wieku 

chrześcijanie trzymali się twardo. Potem jednak zaczęli słabnąć. Ich władcy uwikłali się w 

sieć   intryg   umiejętnie   podsycanych   przez   wrogich   agentów.   Doszło   do   konfliktów 

dynastycznych.   W   XIII   wieku   stanowili   już   tylko   cień   dawnej   potęgi.   Królestwo   Alodii 

stawiało jeszcze długo bohaterski opór i padło ostatecznie w 1504 roku. Od tej pory jedynym 

państwem chrześcijańskim na tym kontynencie stała się Etiopia.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

PUŁAPKA   NA   SZLAKU   •   SKĄD   WZIĄĆ   WODĘ?   •   TAJEMNICZY 

TATUAŻ • ARSZENIKOWE ŹRÓDŁO • POŚCIG • DOM POGANIACZA 

WIELBŁĄDÓW • TRAMPKI NA OPONIE

Drzemałem   lekko,   gdy   nieoczekiwanie   poczułem   potężne   szarpnięcie.   Wszystko 

działo się błyskawicznie. Poczułem, że dokądś lecę i doszedłem do siebie. Samochód leżał do 

góry kołami. Dach powoli zgniatał się jak nadepnięta puszka. Wykopnąłem drzwi. Murzyni 

wyskoczyli  już  z  drugiej  strony i  teraz  wyciągali   pana  Tomasza.  Maciek  wydostał  się   o 

własnych siłach. Miał rozciętą wargę. Obmacałem się szybko w poszukiwaniu złamań i ran, 

ale wyglądało, że poza potłuczeniem nic mi się nie stało. Szef doszedł już do siebie.

- Jak pan się czuje? - zapytałem.

- Chyba w porządku - powiedział. - Co to było? - jęknął.

Popatrzyłem   na   trakt.   Był   w   nim   charakterystyczny   lej.   W   powietrzu   pachniało 

niedopalonym trotylem i śmiercią.

- Co to było? - jęknął ponownie.

- Mina - powiedział Maciek. - Ktoś ją tu zakopał, nie wiadomo kiedy i musieliśmy 

właśnie na nią trafić.

Ruszyłem   teraz   obejrzeć   samochód.   Z   jednego   koła   została   tylko   felga.   Wybuch 

uszkodził podwozie, paliwo wyciekło w piasek. Całe szczęście, że nie wybuchło.

- I co dalej? - zagadnął szef. - Chyba koniec jazdy.

- Ano koniec - potwierdził Maciek. - Nie mam zapasowego koła, o zapasowym silniku 

nie wspominając. Resztę drogi trzeba będzie przejść piechotą.

- Daleko? - zapytałem zaniepokojony.

Wyjął z kieszeni namiernik GPS i wcisnął guzik. Następnie pochylił się nad mapą.

- Jakieś  sześćdziesiąt,  może  siedemdziesiąt  kilometrów  - powiedział.  - Co gorsza, 

nigdzie po drodze nie znajdziemy wody.

Domyślałem się tego, ale mimo to poczułem, jak strużka polu spływa mi po plecach.

- Bzdury - zgromił go szef. - Skoro to stary szlak, to muszą być przy nim studnie.

- Owszem - kiwnął głową. - Są. Tylko że tutejsze plemiona koczownicze nie ujawniają 

nikomu   gdzie.   Zanim   transport   samochodowy   poważnie   ograniczył   znaczenie   karawan, 

background image

wożeniem towarów zajmowały się wyspecjalizowane w tym klany kupieckie. Każdy głupi 

potrafił   odnaleźć   szlak,   ale   studnie   były   zawsze   starannie   maskowane.   Tajemnica   ich 

położenia przechodziła z ojca na syna. Cały dowcip polegał na tym, żeby ze szlaku mogła 

korzystać jedna rodzina. Dzięki temu monopolizowano zyski. Sądzę, że gdzieś po drodze 

miniemy co najmniej jedno lub dwa źródła. Ale nie powinniśmy liczyć na to, że uda nam się 

je odnaleźć.

- Ile mamy wody? - zapytałem rzeczowo.

- Dwie butelki półtoralitrowe - powiedział. - Na pięciu trochę mało.

Przerwał na chwilę, żeby przełożyć  dialog naszym autostopowiczom. Jeden z nich 

wyciągnął z bagażnika pusty, pięciolitrowy kanister na benzynę i popukał go zachęcająco, a 

potem coś zagdakał.

- Co mówi?

- Mówi, że trzeba zabrać ze sobą całą wodę, którą dysponujemy - mruknął Maciek.

Klepnął drugi pełen kanister.

- Benzyna - powiedział wyraźnie.

Murzyn z uśmiechem popukał pusty, a potem podniósł maskę samochodu. Następnie 

odkręcił kurek chłodnicy i spokojnie przelał znajdującą się w niej wodę do kanistra.

Uderzyłem się w czoło, aż zadudniło.

- On jest geniuszem - powiedziałem. - Woda w chłodnicy.

- Cóż, wymieszana z osadem z kanistra nie będzie specjalnie smaczna ani specjalnie 

zdrowa - westchnął szef. - Ale chyba lepsza taka niż żadna. I mamy jej co najmniej cztery, 

może pięć litrów...

Zapakowałem   napełniony   kanister   do   mojego   plecaka.   Przy   okazji   odkryłem 

wewnątrz, i było to bardzo przyjemne odkrycie, jeszcze jedną małą butelkę wody mineralnej. 

Pokazałem wszystkim.

- Jutro o jedenastej powinniśmy być na miejscu - powiedział Maciek. - Sporo od tego 

zależy...

Pan Tomasz spojrzał na zegarek.

- Mamy teoretycznie dwadzieścia jeden godzin. Jakoś się pewnie dowleczemy.

- To jest pustynia, szefie - zauważyłem. - Może być ciężko.

- Może złapiemy autostop? - zagadnął.

Maciek myślał nad czymś intensywnie.

- Pawle, masz może dwie koszule i możesz je odżałować? - zapytał mnie. - Potem 

jakoś się rozliczymy.

background image

- Żaden problem - sięgnąłem do plecaka. - A co?

Wskazał gestem wielocyfrowy numer więzienny na ubraniu Inco.

- Lepiej, żeby w tych strojach nie leźli ludziom na oczy - powiedział poważnie. - I tak 

długo kusiliśmy los.

Zachęceni  przez Maćka zrzucili więzienny przyodziewek. Wyższy zaczął zakładać 

koszulę, gdy nieoczekiwanie złapałem go za ramię.

- Szefie, niech pan patrzy - zawołałem podniecony.

Na ramieniu autostopowicz miał kolejny tatuaż. Kreski dość nieporadnie układały się 

w herb Leliwa.

- A niech mnie - jęknął szef. - Potomkowie?

Murzyn zagdakał z ożywieniem.

- Mówi, że to znak jego oddziału - wyjaśnił Maciek. - Jest ciekaw, czemu się tak 

przyglądacie.

Pan   Tomasz   wyjął   z   kieszeni   zegarek   i   pokazał   wyryty   na   kopercie   herb.   Brwi 

autostopowicza uniosły się do góry. Zaczął mówić.

- On nie wie, co to za symbol - powiedział Maciek. - Ale ich dowódca miał pierścień z 

czymś takim i stąd wszyscy sobie porobili takie znaki.

- Sygnet - mruknął szef. - Sygnet herbowy.

- Pewnie gdzieś znaleźli - zauważyłem. - Zapytaj go, skąd są.

Maciek długo rozmawiał, a potem sprawdzali na mapie.

- On pochodzi z tej wsi - wskazał niewielką kropkę w pobliżu El-Faszed. - Ale skąd 

jest dowódca - nie wie. Przypuszczalnie z tej samej okolicy.

- Fałszywy trop - mruknął szef. - Zobacz, jaki to kawał na zachód.

-   Pewnie   jakiś   handlarz   sprzedał   pierścień   albo   wymienił   z   Murzynami   na   kość 

słoniową lub coś takiego - zauważyłem.

- Nie chciałbym popędzać - powiedział Maciek. - Ale wykorzystajmy, że niebo jest 

trochę zachmurzone i w drogę.

Przebrali się szybko. Moje koszule były na nich odrobinę zbyt obszerne, ale i tak 

wyglądali na zadowolonych... Ruszyliśmy przez wypalony słońcem step.

-  Dlaczego   tu   jest   sucho?   Przecież   jechaliśmy   wcześniej   przez   zieloną   sawannę   - 

zauważył szef.

- Prawdopodobnie te tereny w zamierzchłej przeszłości zalewała woda i ziemia jest tu 

zbyt zasolona, by utrzymała się jakaś bujniejsza roślinność - wyjaśnił Maciek. - Albo podłoże 

zbyt jałowe.

background image

Już  po  kilku  minutach   marszu   koszule  przykleiły  nam  się  do pleców.  Dobrze,  że 

kapelusze   chroniły   nas   od   słońca.   Autostopowicze   mieli   czapki,   też   ozdobione 

wielocyfrowymi numerami. Maciek arabskim zwyczajem założył chustę-arafatkę i docisnął ja 

sznurkiem.   Droga   na   szczęście   była   dobrze   ubita.   Wędrowaliśmy   równym   krokiem, 

oszczędzając siły. W trzy godziny po opuszczeniu wraku samochodu Maciek zarządził postój. 

Siedliśmy w cieniu skały i wypiliśmy po pół kubka wody.

- Potrzymajcie dłuższą chwilę w ustach, żeby śluzówki dobrze nasiąkły - poradził.

Nasi autostopowicze bez jego wskazówek zastosowali tę metodę. Następnie każdy z 

nich wziął do ust nieduży owalny kamień.

- Słyszałem o tym - mruknął Pan Samochodzik. - Tak oszukują pragnienie Aborygeni 

w Australii. Ile przeszliśmy?

- Około dwunastu kilometrów - Maciek odczytał wskazania GPS. - Kiepsko, kiepsko...

Odpoczęliśmy i ruszyliśmy dalej. Pagórki na horyzoncie zbliżały się powolutku. Oczy 

rozbolały mnie od blasku.

- Wpakowaliśmy się po uszy - mruknął pan Tomasz.

O szóstej  wieczorem  Maciek  urządził  kolejny postój. Tym  razem piliśmy wodę z 

kanistra, żeby zaoszczędzić tej lepszej. Po nalaniu jej do kubka Murzyni  zręcznie zebrali 

palcami   tęczowe   plamki   benzyny   z   powierzchni.   Poszliśmy   za   ich   przykładem.   Woda   z 

chłodnicy była w smaku dość obrzydliwa, ale cóż było robić...

Powlekliśmy się dalej. Słońce opadało w stronę horyzontu bardzo wolno.

Nieoczekiwanie pomiędzy skałami, po lewej stronie drogi, pojawił się nieduży staw.

- O rany - powiedział szef. - Fatamorgana.

Mrugaliśmy,   ale   zjawisko   nie   znikało.   Jak   zahipnotyzowani   ruszyliśmy   w   stronę 

jeziorka. Było prawdziwe. Nie zniknęło. Pan Samochodzik wydobył z plecaka kubek i nabrał 

wody.

- Prawdziwa woda - powiedział. - Co ty mówiłeś o ukrywaniu studni? - zwrócił się do 

Maćka, a potem uniósł kubek do ust.

Nim zdołał wypić łyk, Mabete skoczył jak tygrys, wytrącił mu ku bek z ręki i wrzasnął 

coś przy tym po swojemu.

- O co mu chodzi? - zapytał Maćka. - Wody wystarczy dla wszystkich...

Maciek przez chwilę rozmawiał z Murzynami.

- To źródło skażone - powiedział. - Prawdopodobnie arszenikowe. Zwróćcie uwagę, 

że na brzegach nie rośnie żadna roślinność.

Miał rację. Woda obmywała nieskazitelnie czyste kamienie. Nigdzie nie było widać 

background image

nawet   śladu   wodorostów.   Nachyliłem   się   nad   taflą   i   wtedy   zobaczyłem   w   wodzie   na 

piaszczysto-kamienistym dnie sępa. Leżał dwadzieścia, może trzydzieści centymetrów pod 

powierzchnią. Widocznie napił się trucizny i padł jak podcięty. Na skórze nie widać było 

żadnych oznak rozkładu. Woda zabiła bakterie.

- Dziękuję - powiedział szef do autostopowicza.

Ten uśmiechnął się lekko.

- W drogę - zakomenderował Maciek.

Ruszyliśmy. Słońce wreszcie zaszło.

- Za nami dwadzieścia pięć kilometrów - powiedział. - Godzina odpoczynku.

Wydzielił   nam   wody   z   butelki.   Zwilżyłem   oczy.   Pozostali   poszli   za   moim 

przykładem.

- Zachciało mi się przygód - mruknął pan Tomasz.

- Spokojnie - powiedziałem. - Dojdziemy. W nocy będzie lżej iść.

- Niedługo wzejdzie księżyc. - powiedział Maciek. - Na szczęście jest pełnia. Łatwo 

będzie posuwać się po trakcie.

Jeden z Murzynów zaśpiewał jakąś ponurą pieśń. Drugi po chwili podchwycił.

- O czym śpiewają? - zaciekawiłem się.

-   O   dzielnych   ludziach,   którzy   poszli   wysadzić   arabski   posterunek   wojskowy   - 

powiedział Maciek. - Pasuje chyba do nich.

- Zapytaj, co robili tak daleko na południu - zaproponowałem.

Zagadnął ich. Po kilku minutach wyjaśnień odwrócił się w moją stronę.

- Zostali wysłani, żeby podpalić fabrykę amunicji - powiedział. - Niestety, nie udało 

im się, zostali złapani. Siedzieli w więzieniu w Chartumie, w trakcie przewożenia uciekli z 

konwoju. Przez tydzień szli wzdłuż rzeki, a potem spotkali nas. Są daleko od domu...

- Tak jak my - mruknął szef. - Jesteśmy daleko od domu... A ty?

- Mój dom jest tam, gdzie ja - odpowiedział. - Moja miejscowa połowa mówi mi, że 

wszędzie tu jestem u siebie, ale jednak trochę mnie ciągnie do Polski. Mój etiopski paszport 

przypomina mi o wykutych w skale kościołach Lalibela...

- Byłeś tam kiedyś? - zagadnąłem. - Mam na myśli Polskę.

- Nigdy. Ale oglądałem film. Będę musiał wrócić. Zamieszkam w Toruniu.

- Dlaczego tam? - zaciekawiłem się.

- Film, który oglądałem nosił tylni “Polska - ojczyzna Mikołaja Kopernika” - wyjaśnił. 

- Miasto wydało mi się sympatyczne.

Minęła   godzina.   Wzeszedł   księżyc,   zalewając   piaski   srebrzystym   blaskiem. 

background image

Poderwaliśmy się raźno i ruszyliśmy traktem dalej na południe. Trawa na poboczach stała się 

bardziej soczysta, pojawiały się drzewa.

- Znowu wilgotniejsza część tej krainy - stwierdził  Maciek. - To dobrze, większe 

szansę znalezienia wody.

Zrobiło się dość chłodno, ale nic przeszkadzało nam to. Przeciwnie, przyjemniej było 

iść.

- Nie tak wyobrażałem sobie zwiedzanie Afryki - mruknął pan Tomasz.

Szliśmy powoli. Przebyte kilometry dawały znać o sobie uporczywym bólem mięśni. 

Maciek wyjął GPS i sprawdził naszą pozycję.

- Jeszcze dwadzieścia pięć kilometrów - powiedział. - Jest piąta rano.

Zaproponował postój. Siedliśmy na kamieniach. Rozdał po kubku wody z kanistra. W 

chłodnym rześkim powietrzu woń benzyny długo się utrzymywała.

- Dojdziemy - mruknął szef.

Nieoczekiwanie daleko na pustyni zauważyłem dwa światełka. Samochód. Był jeszcze 

daleko, ale zbliżał się szybko. Zbiegliśmy z traktu i przyczailiśmy się za kamieniami.

- Przyjaciele czy wrogowie? - zapytał szef.

- Zawsze i wszędzie wrogowie - mruknął Maciek. - Ktoś najwyraźniej znalazł nasz 

samochód i już zorientował się, że pasażerowie przeżyli. Nie da się wykluczyć,  że to ci, 

którzy zakopali w piasku minę...

Wojskowy   jeep   minął   nas   jadąc   dość   szybko.   Mignęła   mi   oblana   księżycowym 

blaskiem   sylwetka   umundurowanego   Araba   z   karabinem,   siedzącego   na   dachu.   Trzymał 

karabin snajperski lufą do góry i badał pustynię wzrokiem. Przez chwilę patrzył wprost na 

nas, ale leżeliśmy w cieniu. Nie mógł nas zauważyć. Poczekaliśmy, aż się oddali i dopiero 

wyszliśmy na trakt.

- Niedobrze - powiedział Maciek. - Może ostrzec posterunek, że ktoś się zbliża.

Podjęliśmy marsz. W ciągu dwu godzin zrobiliśmy jeszcze sześć kilometrów. Słońce 

wzeszło bardzo szybko i oblało otaczającą nas równinę jasnym światłem. Przeżyłem miłe 

rozczarowanie. Dotąd sądziłem, że otacza nas pustynia, a tymczasem wzdłuż drogi ciągnęły 

się porośnięte dość wysoką trawą sawanny. Dostrzegłem nawet ogrodzenia z zardzewiałego 

drutu kolczastego, świadczące, że ktoś od czasu do czasu wypasa tu bydło. Wypiliśmy resztę 

wody. Teraz dokuczał nam głód, więc Maciek na następnym postoju otworzył dwie puszki 

mielonki. Pokrzepiła nas trochę. Szliśmy z wysiłkiem, a gdy gwałtownie prostowaliśmy nogi, 

momentalnie łapały nas skurcze. Obaj Murzyni  wyrzucili już jakiś czas temu  buty,  mnie 

podeszwy przetarły się na wylot. Wreszcie w dolinie przed nami pojawiła się nitka szosy, a 

background image

nieco z boku nieduże arabskie miasteczko.

- Sądzisz, że tu może być zasadzka? - zapytałem Maćka.

Zamyślił się.

- Nie, ci którzy jechali w nocy, nie wypatrzyli nas i zapomnieli o sprawie. Miejscowi 

mają w sobie pewien rodzaj niefrasobliwości... Dlatego też nie są w stanie poradzić sobie z 

otaczającą ich rzeczywistością.

- Gdy się tupnie nogą, Arab się przestraszy, a Turek wyciągnie nóż - mruknął Pan 

Samochodzik.

Maciek poprowadził nas do niedużego domu leżącego na uboczu osady. Stary, chudy 

jak   szczapa   Arab   wpuścił   nas   do   środka.   Domostwo   było   dość   typowe   dla   tych   stron. 

Dziedziniec otoczono pomieszczeniami mieszkalno-gospodarskimi. Mury wzniesione z cegły 

wysuszonej   na   słońcu   starannie   pobielono.   Na   patio   znajdowała   się   spora   sadzawka.   Na 

widok wody ruszyliśmy jak zahipnotyzowani, ale Maciek powstrzymał nas.

- Nie pijcie surowej - powiedział. - Z tutejszymi bakteriami trzeba się zżywać przez 

kilka lat, zanim organizm się uodporni.

Arab zaraz przyniósł kilka butelek wody mineralnej. Wypiliśmy z wdzięcznością i 

opadliśmy   na   ławkę.   Maciek   zagadnął   o   coś   gospodarza.   Ten   odpowiedział   coś   dość 

złośliwie, sądząc z intonacji.

- Coś się stało? - zapytałem naszego towarzysza.

- Ano stało. Nie ma tu nigdzie moich pięćdziesięciu wielbłądów... Mówi, że trzeba 

czekać do wieczora.

Teraz z kolei obaj Murzyni podjęli rozmowę z Arabem. Ten dukał coś w ich narzeczu.

- Dziwne - zauważyłem. - Przecież muszą znać arabski. Nie wysyła się z bombowymi 

misjami ludzi, którzy nie władają językiem terenów, na których mają wykonać zamach.

Maciek kiwnął głową.

- Na pewno znają, ale nie chcą się nim posługiwać ze względów ambicjonalnych. A 

może wygodniej udawać im, że nie rozumieją.

Obaj siedli przy nas z dość skwaszonymi minami. Maciek zaczai z nimi rozmawiać.

-   Fatalna   sytuacja   -   powiedział.   -   Jesteśmy   już   w   strefie   przyfrontowej.   Trwa 

dyslokacja   sporych   oddziałów   wojska.   Właściciel   zasugerował,   żeby   przeczekali   u   niego 

miesiąc albo i dwa, zanim ruszą na południe. A to im się zupełnie nie uśmiecha. Zresztą łatwo 

ich zrozumieć.

Szef kiwnął głową.

- I co ostatecznie postanowili? - zapytałem.

background image

- Przejdą przez granicę do Etiopii. Tam znajdą placówkę swojej organizacji i ona 

zapewni im przerzut do domu.

- Czyli nasze szlaki są zbieżne - mruknąłem.

- Właściwie tak. Dlatego zaproponowałem im, żeby poszli z nami jako poganiacze 

wielbłądów. Już się tym kiedyś zajmowali.

Rozsznurowałem buty. Ostrożnie poodlepiałem resztki skarpetki od nogi. Cały spód 

stopy pokrywały dość gęsto pęcherze wypełnione płynem surowiczym. Przemyłem je zimną 

wodą. Miałem nadzieję, że nie popękają, bo w tym  klimacie zakażenie byłoby właściwie 

murowane. Szef także zdjął buty. U niego pęcherze były nawet między palcami.

- Ładnie - mruknął. - Mało nas nie wykończył ten spacerek.

Maciek też miał nogi w fatalnym stanie. Niektóre pęcherze podeszły krwią.

- Ważne, żeby nie przekłuwać - ostrzegłem go.

- Wiem. Spróbuję posmarować aloesem.

- To działa? - zaciekawił się Pan Samochodzik.

- Powinno. Na oparzenia słoneczne pomaga...

Aloes rósł naokoło sadzawki. Gospodarz wyraził zgodę, więc ucięliśmy po kilka liści. 

Z   ich   wnętrza   wydobyliśmy   coś   w   rodzaju   zielonej   galaretki.   Spróbowałem   jej   końcem 

języka.   Była   upiornie   gorzka.   Za   przykładem   Maćka   natarliśmy   nią   stopy.   Już   po   kilku 

minutach poczuliśmy pewną ulgę.

Murzyni obserwowali nasze działania i uśmiechali się lekko. Mimo że znaczną część 

szlaku przeszli na bosaka, nie widać było na ich nogach żadnych śladów uciążliwej drogi. 

Jeden tylko lekko rozciął sobie podbicie stopy o jakiś ostry kamyk.

- Twardziele - mruknąłem z uznaniem.

- Od małego przyzwyczajeni do tego, żeby chodzić boso i po ostrej trawie - wyjaśnił 

Maciek. - Byle przechadzka im nie zaszkodzi. Ciekaw jestem, jak dotarli na północ, ale nie 

zdziwiłbym się, gdyby zaszli tam o własnych siłach lub spłynęli łódką z biegiem któregoś z 

dopływów Nilu.

- Takie odciski można także posmarować śmietaną - zastanawiałem się głośno.

- Albo błotem z Nilu - uzupełnił Maciek. - W kilka dni powinno się wygoić.

- Przed nami jeszcze długa droga - zauważyłem.

- Tak, ale teraz nie będziemy już chodzić na piechotę. A jeśli, to niewiele - wyjaśnił.

Minęło   południe.   Dziki   upał   zamienił   się   w   zwyczajny.   Wreszcie   przyszła 

wytęskniona   pora   obiadu.   Gospodarz   poczęstował   nas   kotletami   z   dużą   ilością   czosnku. 

Czekaliśmy. Z nudów wszedłem na dach domu i położyłem się na nagrzanej glinie z lornetką 

background image

w ręce. Od zachodu na horyzoncie widać było  góry, wyrastające majestatyczną barierą z 

sawanny. Przez wioskę przetaczały się ciągle kolejne ciężarówki z żołnierzami, a parokrotnie, 

wzbijając tumany kurzu, przemknęły transportery opancerzone. Zszedłem z dachu.

- I co tam widać? - zapytał szef.

- To mi wygląda na koncentrację sił - powiedziałem. - Przerzucają gdzieś żołnierzy. 

Kiedy   będzie   ich   odpowiednio   wielu   w   punkcie   docelowym,   wyprowadzą   stamtąd 

nieoczekiwane uderzenie.

- Prawdopodobnie pojadą najlepszą drogą i przez przełęcz spróbują zaatakować w 

kierunku miasta Gonder - powiedział Maciek. - Wprawdzie tam Etiopczycy zbudowali niezłe 

umocnienia, ale inne drogi są praktycznie nie do pokonania dla pojazdów mechanicznych.

- Niech zgadnę. My pójdziemy jakąś inną drogą? Dostępną dla wielbłądów...

Kiwnął poważnie głową.

- W górach są dziesiątki żlebów, Etiopczycy teoretycznie obsadzają wszystkie, ale 

znam kilka takich, które zazwyczaj pozostają nie strzeżone.

- A jeśli nas złapią?

- Zależy kto. Sudańscy pogranicznicy mogą być bardzo niemili. Z kolei etiopscy może 

wezmą łapówkę za przepuszczenie. Mięso moich wielbłądów uratuje tej wiosny kilku lub 

kilkunastu z nich. Oczywiście za obopólną korzyścią. Mają tego świadomość.

- Czym ci zapłacą? - zapytał Pan Samochodzik. - Perkalem i paciorkami czy może 

miejscową walutą, której nie uznają nawet tamtejsi kupcy?

Maciek uśmiechnął się lekko.

- W tej części świata powszechnym ekwiwalentem wymiennym towarów i usług są 

amerykańskie dolary, czasem używa się też dinarów Kuwejtu lub Arabii Saudyjskiej. Poza 

tym kruszce, topazy, diamenty, ale na tym trzeba się znać. Proponuję trochę się zdrzemnąć, w 

nocy pewnie trzeba będzie pracować.

Drzemaliśmy   długo,   starając   się   wypocząć   po   uciążliwej   pieszej   wędrówce. 

Zmęczenie powoli ustąpiło, ale ciągle bolały nas nogi. Miałem straszliwe zakwasy. Murzyni 

pożyczyli od Maćka cztery dolary i kupili sobie od Araba chińskie trampki, podzelowane 

dodatkowo gumą pochodzącą z opon samochodowych. Bieżnik był jeszcze bardzo wyraźny.

- Bardzo dobre buty - wyjaśnił za pośrednictwem Maćka jeden z nich, widząc moje 

zdumione spojrzenie. - Dobrze się trzymają na nogach.

Nie   podjąłem   dyskusji.   Obejrzałem,   jak   moje   adidasy   zniosły   wycieczkę.   Jak   się 

okazało,   nie   najgorzej.   Spody   były   trochę   zniszczone   przez   kontakt   z   kamieniami,   nie 

popękały jednak specjalnie głęboko.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

STADO   WIELBŁĄDÓW   •   TAJEMNICE   GROTY   •   ZASADZKA   • 

NOCNA   BITWA   •   PARZYSTOKOPYTNY   KOPNIAK   •   JASKINIA 

PRZEMYTNIKÓW

Przed wieczorem gospodarz wyprowadził z garażu bardzo starego, rozpadającego się 

właściwie   mercedesa   bez   dachu.   Załadowaliśmy   się   do   środka   wszyscy   i   odpalił   silnik. 

Pojazd   wydawał   koszmarne   dźwięki,   ale   już   za   trzecim   razem   ruszył   z   miejsca.   Jak 

zaobserwowałem, żaden z wskaźników na tablicy rozdzielczej nie działał. Gospodarz dodał 

gazu   i   wyraźnie   na   słuch   zmieniał   biegi.   Pojechaliśmy   jakimś   wąwozem,   potem   trochę 

kluczyliśmy po spalonym słońcem stepie. Wreszcie zatrzymaliśmy się na pagórku górującym 

nad rozległą kotliną.  Na jej dnie rosła świeża trawa i pasły się wielbłądy.  Pilnowało ich 

dwóch Arabów uzbrojonych w kałasznikowy. Na nasz widok poderwali broń do ramion, ale 

zaraz   opuścili.   Widocznie   poznali   młodego   przemytnika.   Maciek   wręczył   im   po   pliku 

dolarów, a oni, gnąc się pokłonach odeszli.

- Najtrudniejsze przed nami - powiedział.

Nasi   czarni   przyjaciele   zabrali   się   do   roboty   z   dużą   wprawą.   Z   niedużej   jaskini 

przynieśli zwój lin i skórzanych pasów. W ciągu godziny wszystkie wielbłądy miały założone 

uzdy.   Pomagaliśmy   im   z   Maćkiem   dzielnie   i   zarobiliśmy   kilka   solidnych   kopniaków   od 

złośliwych zwierząt. Wreszcie wszystkie były połączone w pięć długich łańcuchów.

- Pierwszy ruszy, to i reszta za nim pójdzie - wyjaśnił Maciek.

Siodła też się znalazły, leżały ukryte w jaskini.

- Trzeba odnaleźć miejsce ukrycia tubusu - przypomniałem.

Kiwnął poważnie głową.

- Leży jakiś kilometr w bok od naszej trasy - powiedział. - Będziemy tam może za 

dwie godziny.

Wyciągnął   z   jaskini   niedużą   blaszaną   skrzynkę.   Wewnątrz   leżało   pięć   pistoletów 

maszynowych i zapas magazynków.

- Na wszelki wypadek - powiedział. - Nie wiadomo, na kogo po drodze możemy 

natrafić.

Niechętnie   wziąłem   broń   i   przerzuciłem   sobie   rzemień,   na   którym   wisiała,   przez 

background image

plecy.

-   Pewnie   nie   dojdzie   do   jej   użycia   -   uśmiechnął   się   Maciek.   -   Będę   starał   się 

prowadzić nas najbezpieczniejszą drogą. W starciu z pogranicznikami albo wojskiem mamy 

bardzo nikłe szansę. Jeśli zobaczą, że jesteśmy uzbrojeni, pewnie zrezygnują z pościgu. Ale 

gdybyśmy któregoś zabili, dopadną nas nawet w Addis Abebie, choćby mieli gonić nas na 

piechotę.

Wreszcie   usadowiliśmy   się   wygodnie   w   siodłach   i   ruszyliśmy.   Pierwszy   znający 

dobrze trasę Maciek, za nim Pan Samochodzik i ja, a obaj Murzyni z resztą zwierząt zamykali 

naszą małą karawanę. Niebawem wzeszedł księżyc. Ruszyliśmy przez step. Trawa była niska, 

widocznie  słońce  wypaliło   ją,  zanim   odbiła  od ziemi.  Jechało   się dość  przyjemnie,  choć 

trochę trzęsło. Przypomniałem sobie tę noc, kiedy uciekaliśmy z kurdyjskiej wioski w stronę 

Araratu, ale te wielbłądy pachniały inaczej. Po godzinie dość szybkiej jazdy zatrzymaliśmy 

się koło sporej skały.

- Jeśli Ahmed nas nie okłamał, to jesteśmy na miejscu - powiedział szef. - Masz gdzieś 

pod ręką latarkę?

Miałem.   Zsiedliśmy   z   wielbłądów   i   oświetlając   ziemię   w   obawie   przed   wężami 

ruszyliśmy   wokoło   skałek.   Niebawem   zauważyliśmy   ciemny   otwór   groty.   Weszliśmy   do 

środka nisko pochylając  głowy.  W świetle  dwu latarek  wnętrze  prezentowało  się niezbyt 

ciekawie. Korytarz skończył się wąskim wylotem na drugą stronę skały. Na podłodze czy też 

raczej na spągu jaskini poniewierały się resztki jakichś przedmiotów. Plecione maty z trzciny, 

brudne, podarte i pogryzione przez gryzonie, stare spodnie z jeansu, rozwalone na kolanie. 

Kamienie otaczające niewielkie ognisko, kawał sznura.

- Nie wygląda to najciekawiej - mruknął szef.

Grzebałem w śmieciach. Liczyłem na przysłowiowy łut szczęścia. Miałem nadzieję na 

monetę,   może   guz   od   kontusza,   nie   znalazłem   jednak   nic   podobnego.   Pan   Samochodzik 

oświetlał ściany.

- Żadnych herbów, żadnych inicjałów - powiedział. - Tylko smugi kopcia od łuczywa.

- Nic nie wskazuje, by kiedykolwiek tu przebywali - powiedziałem. - Sądzę raczej, że 

jakiś pasterz nocujący w tej jaskini znalazł gdzieś tubus i obejrzawszy rzucił w kąt. Bóg raczy 

wiedzieć, kiedy to się stało...

- No cóż, przed nami jeszcze daleka droga.

Wyszliśmy z groty.

- I jak efekty poszukiwań? - zapytał Maciek.

Pokręciłem ze smutkiem głową

background image

- Jechaliśmy na próżno - powiedziałem.

Jego brwi uniosły się lekko.

- Może w Etiopii znajdziemy jakieś dalsze ślady? - zapytał.

- Obawiam się, że to beznadziejne - westchnął pan Tomasz. - Ale ruszajmy w drogę.

Wielbłądy   położyły   się.   Dosiedliśmy   ich   i   powędrowaliśmy   dalej   w   stronę   gór. 

Zapadał powoli zmrok. Zwierzęta szły kołysząc się charakterystycznie na boki. Drewniane 

siodło było dość niewygodne, ale zapewniało w miarę stabilne oparcie na garbatym grzbiecie 

zwierzęcia.   Spod   stepowej   trawy   coraz   częściej   wystawały   kawałki   nagiej   skały   i   głazy. 

Niektóre były częściowo obtoczone przez wodę. Widocznie przez kilkoma tysiącami lat, gdy 

klimat tej części świata był znacznie bardziej wilgotny, górskie potoki przyniosły je aż tutaj. 

Wzgórza stały się wyższe, a kotliny pomiędzy nimi głębsze. Rozglądałem się coraz bardziej 

zdziwiony.   Niektóre   utwory   w   szybko   zapadającym   mroku   wyglądały   jak   moreny 

polodowcowe. Ale przecież tutaj była Afryka... Zwróciłem na to uwagę szefowi.

- Chyba się mylisz - powiedział po dłuższym zastanowieniu. - Nawet w okresach 

maksymalnego  ochłodzenia  na tych  górach nie mogły powstawać lodowce. Góry są zbyt 

niskie i zbyt blisko równika.

- A Kilimandżaro albo Mount Kenya? Są jeszcze bliżej równika, a znajdują się na nich 

piękne czapy lodowcowe...

- Tak, ale Wyżyna Abisyńska, której granicę mamy przed sobą, wznosi się zaledwie 

na 1500 metrów nad poziomem morza...

Góry   wyrastały   majestatycznie   w   ciemne   niebo.   Im   bliżej   byliśmy,   tym   większe 

wrażenie robiły. Nie wiem, jaki kaprys geologiczny wypiętrzył je z tej równiny, ale widok był 

niesamowity. U podnóża skalnej ściany ciągnęły się pagórki, niczym straż przednia przed 

armią.

- Tam, między tymi dwoma wierzchołkami, jest przełęcz - Maciek pokazał gestem. - 

Dojście żlebem będzie dość strome, ale wielbłądy pójdą...

Nie   dokończył.   Nieoczekiwanie   nad   naszymi   głowami   rozbłysło   kilka   flar.   Przez 

ułamek   sekundy   patrzyliśmy   na   siebie   zaskoczeni,   a   potem   powietrze   rozdarła   seria   z 

kałasznikowa. Na wzgórzach rozbłysło kilkadziesiąt przenośnych reflektorów. Maciek zerwał 

karabin z pleców i puścił serię w powietrze.

- Do granicy! - krzyknął.

Szef   wcześniej   widać   wpadł   na   ten   pomysł,   bo   nieźle   wysforował   się   naprzód. 

Ruszyliśmy za nimi. Wielbłądy spłoszone strzałami biegły dość szybko i niestety zbijały się 

w stado, plącząc linki.

background image

- Trzeba je rozdzielić! - zawołał Maciek.

Przez chwilę zapomniałem o naszych prześladowcach. Huknęło kilkanaście strzałów. 

Jeden wielbłąd padł na ziemię, a ponieważ ciągle były powiązane, zatrzymał całą kolumnę. 

Zeskoczyłem z siodła. Zapomniałem, jak wysoko siedzę i dłuższą chwilę leciałem w dół, 

zanim wyrżnąłem o ziemię.

Wyciągnąłem nóż i przeciąłem linkę koło uzdy martwego zwierzęcia. Obaj Murzyni 

też dzielnie się uwijali tnąc wszystkie sznury maczetami.

Powietrze rozdarła kolejna seria. Usłyszałem gwizd pocisków tuż nad moją głową, a 

potem żałosny kwik kolejnego wielbłąda. Popatrzyłem zaniepokojony. Pogoń była nic dalej 

niż   dwieście   metrów   od   nas.   Otaczali   nas   półkolem,   spychali   w   stronę   granicznych   gór. 

Powoli zdjąłem karabin z ramienia i celując wysoko nad ich głowami wystrzeliłem kilka 

pocisków. Niemal jak na komendę padli na ziemię, kryjąc się za kamieniami. Znowu pociski 

zagwizdały we wszystkich kierunkach.

Przyczaiłem   się   za   martwym   wielbłądem,   wykorzystując   go   jako   osłonę.   Znowu 

huknęło kilkanaście strzałów. Kula z kałasznikowa przebiła martwe zwierzę i ugodziła mnie 

w   żebra.   Na   szczęście,   przebijając   się   przez   wielbłąda,   na   tyle   wytraciła   prędkość,   że 

poczułem tylko silne uderzenie.

Obejrzałem się. Szef i Maciek zniknęli. Większość zwierząt uciekała w stronę żlebu. 

Kilkanaście kotłowało się między naszym stanowiskiem a pościgiem, skutecznie utrudniając 

celowanie. Zauważyłem za sobą jakiś czarny cień. W pierwszej chwili sądziłem, że jakiś 

pogranicznik zachodzi nas od tyłu, ale ku swojej uldze rozpoznałem Inco. Wypatrzywszy 

mnie, dał mi znak ręką i wskazał na żleb. Zrozumiałem. Pora się wycofać...

Ostatnia flara zgasła, zatapiając pole bitwy w ciemnościach. Poderwałem się i cicho 

pomaszerowałem   w   stronę   gór.   Biec   nie   odważyłem   się,   za   dużo   wokół   leżało   kamieni. 

Arabowie   zaczęli   strzelać,   chcąc   widocznie   wybić   resztę   zwierząt.   Opadłem   na   wszelki 

wypadek na czworaka. Obawiałem się, że jakaś zbłąkana kula mogłaby mnie ranić albo i 

zabić. Przebiegło koło mnie kilka wielbłądów. Nieoczekiwanie poczułem straszliwe uderzenie 

i   paraliżujący   ból.   Ostatni   nadepnął   mi   na   nogę.   W   chwilę   potem   zarobiłem   potężnego 

parzystokopytnego kopniaka w żebra i straciłem przytomność.

Ocknąłem   się   po   kilku   minutach.   W   boku   rwało   mnie   straszliwie.   Ostrożnie 

rozejrzałem się wokoło. Potyczka weszła chyba w kolejną fazę. Wokół mnie nie było nikogo. 

Ani naszych, ani pograniczników. Za to na zboczu góry widać było światła.

Widocznie   dzielni   celnicy   minęli   mnie   nie   zauważywszy   i   ścigali   resztę   naszych 

żlebami. Gdzieś wysoko ktoś wypruł serię z karabinu.

background image

Ruszyłem naprzód kulejąc. Po chwili natrafiłem na zabitego wielbłąda, a potem na 

jeszcze jednego. Księżyc wychylił się zza chmury i wtedy zobaczyłem, że zabitych zwierząt 

jest więcej... Na zboczu ktoś wrzeszczał po arabsku.

Nieoczekiwanie wyrosła przede mną czarna postać. Inco. Uśmiechnął się i objął mnie 

wpół. Uczepiłem się jego ramienia i pokuśtykałem.

- Dokąd? - zapytałem po polsku.

Odpowiedział coś bardzo dziwnego. Zacząłem przeczesywać pamięć w poszukiwaniu 

słów w suahili, ale nic nie mogłem sobie przypomnieć. Tymczasem ścigający znowu zaczęli 

strzelać na zboczu. Zza gór nieoczekiwanie wyskoczył helikopter, wyposażony w potężny 

szperacz. Promień światła omiótł zbocze. A potem pilot odpalił niedużą rakietę.

-   Chyba   wiem,   jak   zacznie   się   kolejna   wojna   sudańsko-etiopska   -   mruknąłem   po 

polsku.

Inco roześmiał się wesoło.

- Abisynian - wskazał gestem helikopter.

Tego   się   domyśliłem   i   bez   jego   pomocy.   No   tak.   Piętnastoletni   przemytnik 

wielbłądów właśnie awansował na podżegacza wojennego. Arabowie zaczęli schodzić z góry. 

Widocznie zorientowali  się, że zapędzili  się zbyt  blisko obcej granicy.  A może  nawet ją 

przekroczyli? Zaczailiśmy się w cieniu i czekaliśmy, aż nas miną. Do helikoptera dołączył 

drugi.   Chwilę   wisiały   nad   terenem   potyczki,   a   piloci   oświetlali   step   i   pagórki,   wyraźnie 

szukając   ciężkiego   sprzętu,   po   czym   odlecieli.   W   dziesięć   minut   później   dotarliśmy   do 

szerokiego   żlebu   prowadzącego   w   górę.   Zdziwiłem   się.   Jakim   cudem   Maciek   mógł 

poprowadzić   tędy   wielbłądy?   Nachylenie   stoku   przekraczało   miejscami   czterdzieści   pięć 

stopni. Wspinałem się dzielnie, choć ból uszkodzonej nogi stawał się coraz trudniejszy do 

zniesienia.   W   pewnej   chwili   musieliśmy   przystanąć.   Dalszą   drogę   blokowała   piramida 

złożona   z   trzech   martwych   zwierząt.   Przeszliśmy,   depcząc   po   powalanym   krwią   mięsie. 

Czułem głębokie obrzydzenie. Żleb skończył się, przechodząc w dolinę przecinającą górę. 

Biegła prawic poziomo. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i wyszliśmy na niedużą uroczą kotlinkę. 

Porastała   ją   gęsta   trawa,   a   w   powietrzu   czuć   było   zapach   wody.   Po   chwili   zauważyłem 

niewielki strumyk, kończący się dużą sadzawką. Ocalałe wielbłądy stały rzędem i piły. Tu 

czekał na nas Maciek.

- Chwała  Bogu - powiedział  na nasz widok. - Myślałem,  Pawle, że... - przesunął 

dłonią po gardle. - Ale nie ma się co zasiadywać. Piloci na pewno zawiadomili już swoich. Za 

godzinę będziemy mieli na karku etiopskich pograniczników, a tego chciałbym, jako poddany 

Sudanu, uniknąć.

background image

- Przecież wspominałeś, że masz etiopski paszport? - zdziwiłem się.

- Kilka innych też - odpowiedział z uśmiechem.

Wsparł mnie z drugiej strony i pokuśtykałem. Nad sadzawką szef z drugim Murzynem 

pętali   ocalałe   zwierzęta.   Nasz   czarny   towarzysz   miał   na   ramieniu   opatrunek,   widocznie 

drasnęła go jakaś zbłąkana kula.

-   Chciałbym   podziękować   -   odezwałem   się   po   polsku,   wskazując   gestem   Inco.   - 

Pomógł mi dojść.

Maciek przełożył moje słowa, a potem przez chwilę słuchał odpowiedzi.

- On mówi, że to nic takiego - powiedział. - Twierdzi, że to myśmy uratowali im życie 

zabierając ich samochodem, więc w sumie jesteśmy kwita.

Uśmiechnąłem się.

- Jakie straty? - zapytałem Maćka.

- Piętnaście zabili - mruknął. - Dwa są ranne, zostawimy je tutaj. Mają tu wodę i 

trawę, może wydobrzeją...

- To byli pogranicznicy? - upewniłem się.

Pokręcił przecząco głową.

- Nie, patrole strzegące granicy liczą sobie najwyżej pięciu ludzi, a nas ścigało około 

trzydziestu. Pewnie przejechaliśmy koło jakiegoś obozowiska żołnierzy. Zauważyli nas przez 

noktowizor i  pogonili,  oczywiście  na piechotę.  Gdy zobaczyli,  że nie  dogonią, otworzyli 

ogień. Straż graniczna stara się łapać żywcem i nie zabija zwierząt, bo ma za nie nagrodę. 

Dziesięć procent wartości odzyskanego szmuglu. A ci zabijali zwierzęta, bo pewnie od dawna 

nie  jedli   świeżego   mięsa   - wyjaśnił  Maciek.   - Armia,  choć  na  niej  w   znacznym  stopniu 

opierają się władze, jest niedozbrojona, niedożywiona i źle wyszkolona...

- Pokaż nogę - powiedział szef.

Zdjąłem   spodnie.   Inco   przyświecając   sobie   latarką   zbadał   moją   nogę   uciskając 

palcami. Następnie powiedział coś, co brzmiało jak gęganie gęsi.

- Kość nie jest złamana. To tylko bardzo silne stłuczenie - wyjaśnił Maciek. - Miałeś 

dużo szczęścia. A siniak w kształcie racicy powinien zejść w ciągu kilku tygodni.

- Kość udowa wytrzymuje nacisk do ćwierć tony - pochwaliłem się swoją wiedzą.

- Tak, tylko że wielbłąd może ważyć nawet siedemset kilogramów...

Żebra obmacałem sam. Wydawało się, że są całe. Wsiedliśmy na siodła i ruszyliśmy 

dalej.  Maciek   prowadził   nas  sobie   znanymi   ścieżkami.   Były   na  tyle  wąskie  i   strome,  że 

pokonanie ich samochodami lub na motocyklach było w zasadzie niemożliwe. Pomyślałem, 

że   jeśli   etiopscy   pogranicznicy   nie   użyją   helikopterów,   nie   zdołają   nas   odnaleźć.   Minęła 

background image

północ, potem druga w nocy. Zrobiło się zimno, gdy wreszcie wjechaliśmy w wąski wąwóz, a 

następnie skręciliśmy do potężnej jaskini.

Maciek zapalił kilka świec. Następnie poprzywiązywał wielbłądy do zardzewiałych, 

stalowych kółek, poprzyczepianych do ściany.

- Jesteśmy na miejscu - powiedział. - Te jaskinie służyły rozbójnikom i przemytnikom 

od setek lat.

Ułożyłem się na piasku pokrywającym podłogę groty. Jeden z Murzynów wrócił z 

naręczem jakichś badyli. Rozpalił nieduże ognisko i nastawił kociołek wody. Wyciągnęliśmy 

śpiwory i przygotowaliśmy miejsce od spania. Na kolację zjedliśmy chińską zupę z torebki i 

po puszce kompotu z brzoskwiń.

- Co będziemy robili jutro? - zagadnąłem, zapadając w sen.

- Jutro będziemy czekali na mnichów - powiedział Maciek.

-   Mnichów?  -   zdziwiłem   się,   ale   zasnąłem,   zanim   zdążyłem   się   nad   tym   głębiej 

zastanowić.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

WOJNA   •   MACIEK   SPRZEDAJE   WIELBŁĄDY   •   NAJSTARSZE 

PAŃSTWO ŚWIATA? • POCHODZENIE CZŁOWIEKA • SPOTKANIE 

Z PATROLEM • TRANSPORT SAMOCHODOWY • CZARNI ŻYDZI I 

ICH POCHODZENIE

Obudził mnie szmer wody.  Chciało mi się pić, wiec leniwie otworzyłem oczy.  W 

kącie jaskini było  niewielkie  źródełko. Była  bardzo smaczna  i lodowato zimna.  Aż zęby 

cierpły. Do groty wszedł Maciek.

- I co tam słychać? - zapytałem.

- Ogólnie rzecz biorąc bardzo niewesoło - powiedział. - Wojna nas osacza.

Uniosłem pytająco brwi.

- Etiopczycy wykonali głęboki rajd na terytorium Erytrei. Dostali niezłe baty, a teraz 

wycofują w pośpiechu armie, żeby zająć te przełęcze.

- Musimy w takim razie stąd uciekać!

Pokręcił przecząco głową.

- Nic da rady. Jedyna możliwość to przemknąć się nocą, ale mamy problem z tym - 

wskazał gestem wielbłądy.

- Porzucić - zasugerowałem.

- To cały mój majątek. Pracowałem półtora roku, żeby znaleźć się tutaj z własnym 

stadem.   W   nocy   straciłem   wiele   zwierząt,   zysk   ze   sprzedaży   tych   ledwie   pokryje   stratę. 

Jedyna szansa, że uda mi się je sprzedać tutaj.

- Tylko jakoś nie widać kupców - mruknąłem.

- Powinni się zjawić. Może dziś, może jutro, może za tydzień. Działania wojenne, a 

szczególnie koncentracja wojsk utrudniają poruszanie się.

- I co mnisi zrobią z tymi zwierzętami?

- Do czasu aż zrobi się nieco bezpieczniej, przetrzymają je tutaj. Potem popędzą na 

zachód. Wiosną pójdą na mięso... Tu bywają bardzo ciężkie przednówki. Zwłaszcza gdy nie 

spadnie   deszcz,   a   ten   rok   zapowiada   się   suchy.   Pewnie   nie   powtórzą   się   susze   z   lat 

siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, ale nie da się wykluczyć...

Kiwnąłem głową.

background image

- Pamiętam - mruknąłem. - Nawet u mnie w szkole zbierano pieniądze na pomoc dla 

Etiopii. Taka susza to katastrofa...

- Susza to jedynie połowa problemu - odezwał się od strony wejścia szef. - Zauważ, 

Pawle,   że   w  XX  wieku   parokrotnie   dochodziło   do   potwornych   klęsk   głodu.   W   latach 

dwudziestych   na   Ukrainie,   ponownie   tam   w   latach   trzydziestych,   lata   pięćdziesiąte   w 

Chinach,   siedemdziesiąte   tutaj,   osiemdziesiąte   w   Nikaragui,   a   obecnie   jeszcze   Korea 

Północna... Za każdym razem do klęski tej dochodziło w krajach o niezwykłej żyzności gleb. 

Ukraińskie czarnoziemy, koreańskie pola ryżowe...

- I wszędzie kołchozy - dodał Maciek. - Tu też od tego zaczęli. Rolnictwo wytrzymało 

tylko kilka lat. Potem żywności było coraz mniej. Aż wreszcie przyszła susza i okazało się, że 

granica, na której balansował naród, nagle została przekroczona...

- W Nikaragui też były kołchozy? - zdumiałem się.

- Nie, ale tam komuniści urządzili rewolucję - powiedział pan Tomasz.

Maciek wyciągnął okopcony kociołek, napełnił go wodą. Pozbierał wysuszone łajno 

wielbłądów i rozpalił niewielki ogienek. Spodziewałem się, że woń takiego ogniska będzie 

straszna,   ale   ku   swojemu   zdumieniu   stwierdziłem,   że   wcale   tak   nie   jest.   W   jednym   z 

plecaków znalazło się kilka chińskich zup. Podjedliśmy zdrowo.

Szef chodził z latarką i oświetlał ściany.

- Czego pan szuka? - zaciekawił się Maciek.

- Herbu Leliwa - wyjaśnił. - Może gdzieś tu jest wyryty.

- Nie sądzę, żeby nasi znali to miejsce. Tego typu kryjówki były dobrze maskowane 

przez swoich właścicieli - powiedział nasz przyjaciel. - Poza tym sądzę, że poszli lepszą 

drogą, tam gdzie teraz jest strażnica i przejście graniczne.

Pan Samochodzik uśmiechnął się szeroko.

- Mimo wszystko sprawdzę. Czasem przysłowiowy łut szczęścia...

Poszedłem   obejrzeć   zwierzęta.   Niektóre   miały   założone   prowizoryczne   opatrunki. 

Widocznie poraniły je rykoszety lub odłamki. Mieliśmy dużo szczęścia, że z nocnej eskapady 

udało nam się wyjść z życiem. Linia frontu to fatalne miejsce na szmugiel...

Usłyszałem  kroki od strony wejścia, ale jak się okazało to tylko nasi dwaj czarni 

przyjaciele.   Przynieśli   naręcza   trawy.   Jeden   z   nich   miał   na   ramieniu   miejscową   kosę. 

Obejrzałem   ją   ciekawie.   Miała   krótkie   czterdziestocentymetrowe   ostrze   i   nie   posiadała 

poprzeczki w połowie styliska. Maciek zaprosił ich do kociołka. Pan Tomasz podszedł do 

mnie.

- Widzę, że przyglądasz się kosie - zagadnął.

background image

- Tak. Różni się trochę od naszych...

- Nie tak znowu bardzo - powiedział. - Widzisz, Pawle, tego typu kosy używano u nas 

już w późnym średniowieczu.

Zamyśliłem się.

- Nad czym tak dumasz?

-   Przepatruję   w   pamięci   wszystkie   obrazy,   na   których   widać   żniwiarzy   - 

powiedziałem. - I jakoś nie pamiętam, żeby któryś używał kosy... Na dziewiętnastowiecznych 

już są...

- Masz rację. Po prostu kosy wcześniej używano tylko do koszenia trawy. Jeszcze 

niedawno, to znaczy jakieś 100-120 lat temu, były używane; w odróżnieniu od tych z długim 

ostrzem, nazywano je pół-koskami. Obecnie stosują je jeszcze w Norwegii. Natomiast zboże 

rżnięto   sierpami.   Nie   wiem,   szczerze   mówiąc,   kiedy   upowszechniła   się   kosa   z   długim 

ostrzem, ale przypuszczam, podobnie jak ty wnioskując z przedstawień ikonograficznych, że 

dopiero w XIX wieku.

Autostopowicze zjedli i wyszli na dwór. Poszedłem za nimi. Słońce już zachodziło, 

więc musiałem przespać większą część dnia. Obok jaskini w dość głębokim kanionie szeleścił 

po kamieniach niewielki strumyk. Na jego brzegach na płachetkach ziemi rosło sporo trawy. 

Pomogłem moim towarzyszom przy koszeniu, ale nie przyzwyczajony do tak krótkiej kosy co 

chwila podcinałem za wysoko, to znów ostrze wbijałem w ziemię.

Sądziłem, że będą się ze mnie śmiać, ale oni cierpliwie pokazywali mi, jak należy 

stanąć   i   jak   trzymać   kosę.   Wreszcie   zgromadziliśmy   odpowiednią   ilość   zielonki,   aby 

nakarmić wszystkie zwierzęta. Wróciłem do groty. Właściwie nie było nic do roboty. Zapadł 

już zmrok, gdy usłyszeliśmy stukot końskich kopyt na kamieniach. Autostopowicze przyczaili 

się z bronią przy wejściu do jaskini, ja zająłem stanowisko w głębi groty. Zarżał koń, gdzieś 

na zewnątrz. Jeszcze chwila i do środka przyświecając sobie pochodniami weszli dwaj starsi 

wiekiem brodaci mężczyźni w długich czarnych szatach. Jeden z nich trzymał w dłoni długą, 

rozdwojoną na końcu żerdź.

- W porządku, to przyjaciele - powiedział Maciek.

Ukląkł przed starszym mężczyzną na kolano. Ten podał mu do ucałowania krzyż, a 

potem dotknął nim czoła chłopca. Po kolei wypełniliśmy rytuał. Mnisi obejrzeli zwierzęta i 

dłuższą chwilę w zadumie  kontemplowali ich rany.  Wreszcie pokiwali głowami  i zaczęli 

rozmawiać z Maćkiem w jakimś dziwnym języku.

- Amharski - mruknął szef.

Najwidoczniej targowali się o cenę zwierząt, nasz młody przyjaciel co chwila zrywał 

background image

się bowiem na równe nogi, łapał za głowę dla podkreślenia zdumienia niskimi stawkami, 

wywracał   kieszenie,   w   pewnym   momencie   zdarł   z   siebie   bluzę   i   cisnął   im   pod   nogi. 

Wprawdzie   nie   rozumieliśmy   co   mówią,   ale   przesłanie   było   dla   nas   jasne:   “Zabierzcie, 

krwiopijcy, ostatnią koszulę”. Niebawem rozmowy weszły w spokojniejszą fazę. Na podłodze 

pojawiła się gazeta z kursami walut oraz japoński kalkulator na baterie.

- I co o tym sądzisz? - zagadnął pan Tomasz.

- Dedukuję, że on już wcześniej się tym zajmował. Teraz ustalają cenę zwierząt - 

wyjaśniłem. - Chyba zapłacą mu w jakiejś obcej walucie, bo coś sporo przelicza.

Wreszcie targ zakończył się. Uścisnęli sobie dłonie. Młodszy z mnichów wysupłał 

spomiędzy   szat   krótki   skórzany   tubus   i   napisał   coś   na   kartce,   którą   następnie   wręczył 

Maćkowi. Ten ukrył ją troskliwie w kieszeni.

- No cóż, panowie - powiedział zwracając się w naszą stronę. - Pora ruszać dalej.

- Sprzedałeś? - zaciekawiłem się.

Kiwnął poważnie głową.

- Sprzedałem - powiedział. - Dostałem asygnatę do jednego z pobliskich klasztorów, 

gdzie   otrzymam   pieniądze.   Na   razie   czas   nagli.   Dziś   musimy   zrobić   około   dwudziestu 

kilometrów po górach, aby opuścić strefę przyfrontową.

Podszedł do naszych autostopowiczów i dłuższą chwilę rozmawiał z nimi, po czym 

wręczył każdemu trochę banknotów.

- Zostają na razie do opieki przy zwierzętach, później gdy trochę się uspokoi, pojadą 

na południe i przejdą przez granicę.

- Tak bez paszportów? - zdziwiłem się.

- A nam były wczoraj w nocy potrzebne? - roześmiał się. - Jakoś sobie poradzą. Po to, 

między innymi, dałem im trochę pieniędzy.

Zabraliśmy plecaki i pożegnawszy się z mnichami wyszliśmy z jaskini. Koło strumyka 

pasły się dwa piękne konie.

- Nie chcieli  sprzedać - westchnął Maciek. - Tak więc trzeba będzie drałować na 

piechotę.

Ruszyliśmy wąską ścieżką wzdłuż strumienia. Na szczęście przyświecał księżyc, więc 

było dość jasno.

- Opowiedz coś o historii Etiopii - zachęcił mnie pan Tomasz.

- Cóż - powiedziałem - Niewiele wiem. Owszem na wykładach z teorii wojskowości 

omawialiśmy historię różnych krajów, ale o Etiopii wiem tylko tyle, że w latach trzydziestych 

XX wieku opanowali ją Włosi. W ich rękach była wówczas część Somalii i Erytrea. Po kilku 

background image

latach wojny zostali wyparci przez Etiopczyków, zdaje się uzbrojonych w maczety.

- Ta część historii najmniej mnie akurat interesuje - westchnął.

-   Historia   Etiopii   jest   bardzo   długa   -   odezwał   się   Maciek.   -   Poważne   badania 

archeologiczne na dużą skalę nie były tu prowadzone, ale na południu tego kraju znajduje się 

dolina   rzeki   Omo,   gdzie   odnaleziono   ślady   najdawniejszych   hominidów   z   gatunku 

australopitecus afaranenzis i australopitecus africanus. Można więc powiedzieć, że Etiopia 

jest najstarszym państwem na świecie. Ludzie żyją tu od co najmniej kilku milionów lat...

-   Państwo   to   organizacja   -   powiedział   szef.   -   Australopiteki   nie   miały   zapewne 

swojego władcy... To łatwo powiedzieć, człowiek pochodzi od małpy. Najnowsze badania 

genetyczne podważają trochę to twierdzenie.

-   To   znaczy?   -   zainteresował   się   Maciek.   -   Słabo   znam   teorie   o   pochodzeniu 

człowieka...

- Dotąd uważano, że najstarszą formą praludzką był australopitecus. W toku kilku 

milionów lat ewolucji przechodził różne stadia rozwoju. Na razie odnotowano pięć różnych 

gatunków  tych   istot.  W   końcowym   okresie  były   dwa   gatunki.  Australopitecus   robustus  i 

boisei. Ten drugi został wytępiony... Potem na bazie robustusa pojawił się pitecantropus, z 

niego wykształcił się homo erectus - czyli człowiek wyprostowany. Ten poprzez kilka słabo 

znanych  stadiów rozwojowych przekształcił się stopniowo w neandertalczyka,  czyli  homo 

sapiens neandertalenzis, a z niego powstaliśmy my, ludzie rozumni -homo sapiens sapiens.

- Były jeszcze inne gatunki przedludzkie - wtrąciłem. - Sineantropus w Chinach oraz 

gigantopitecus na Jawie.

- I od tego z Chin pochodzą Chińczycy? - zaciekawił się Maciek.

- Nie. Tamte formy wymarły.

- A ten gigantopitecus?

-   To   bardzo   ciekawy   problem   naukowy   -   powiedziałem.   -   Na   Jawie   w   latach 

dwudziestych  XX  stulecia   znaleziono   fragmenty   szczęk   i   kości.   Na   ich   podstawie 

zrekonstruowano coś zdumiewającego. Wyobraź sobie giganta wysokiego na prawie trzy i pół 

metra.

- Fascynujące - mruknął Maciek. - Wyglądał jak człowiek czy bardziej małpowato?

-   Wygląd   i   proporcje   miał   niemal   ludzkie   -   wyjaśniłem.   -   Oczywiście   mógł   być 

pokryty futrem...

- A dlaczego wyginął? Przecież przy takiej wielkości... Używał narzędzi?

- Prawdopodobnie tak. Znaleziono tam pięściaki, które nam trudno byłoby utrzymać w 

ręce.

background image

- Skoro posiadał jakiś tam rozum i robił narzędzia, to przy takim wzroście mógł sobie 

bez problemu radzić z każdym przeciwnikiem - zauważył Maciek. - Tygrysa mógł wsadzić 

jak kociaka pod pachę...

- Duży wzrost to nie wszystko - powiedziałem. - Widzisz, nie da się wykluczyć, że 

wyginęli z głodu. Pomyśl, ile taki musiał jeść... Zaobserwowano, że im ktoś większy, tym ma 

większe   problemy   w   razie   głodu.   W   obozach   koncentracyjnych   umierali   jako   pierwsi 

więźniowie  wysocy.  Drobni radzili  sobie lepiej.  Podobnie  w  dżungli.  Mali australopitecy 

zadowalali   się   jedną   upolowaną   jaszczurką.   A   taki   gigant   musiał   codziennie   napychać 

solidnie kałdun.

- Gdy Scott wyruszył na biegun południowy, zabrał ze sobą grupę polarników. Wybrał 

najsilniejszych, atletycznej budowy, wysokich. Podczas odwrotu okazało się, że potrzebują 

zwiększonych   racji   żywnościowych.   Po   prostu   ich   organizmy   więcej   spalały.   Zginęli 

wszyscy...

- Mówił pan coś o badaniach genetycznych - przypomniał Maciek.

- Właśnie - kiwnął głową szef. - Człowiek i szympans różnią się zaledwie około 0,4% 

genów.

-   To   niewiele   -   mruknął   nasz   przyjaciel.   -   A   jaka   była   różnica   między   nami   a 

australopitekami?

- Około 2%. Tak więc bardziej prawdopodobne jest, że pochodzimy od szympansów 

niż od tamtych małpoludów.

- Równie duże są różnice oddzielające nas od pitekantropów - dodałem.

- A neandertalczycy? - zaciekawił się.

- Różnice miedzy nami a nimi były na tyle niewielkie, że prawdopodobnie mogli się 

krzyżować z homo sapiens - powiedział szef. - Nie wiadomo, czy potomstwo było płodne, ale 

być   może   niedobitki   zostały   zasymilowane   i   wchłonięte.   Swojego   czasu   profesor   Jerzy 

Gąssowski   z   Warszawy   twierdził,   że   na   dworcu   w   Ostrowcu   Świętokrzyskim   widział 

prawdziwego,   rasowego   neandertalczyka.   Prawdopodobnie   wystąpiły   u   kogoś   cechy 

recesywne... Żałował, że nie zaprosił go na badania...

- Zagadka wyginięcia neandertalczyków od dawna spędza sen z powiek uczonym - 

włączyłem się. - Byli silniejsi niż my. Mieli półtora raza większe mózgi. Lepiej znosili chłód. 

A mimo to wymarli. Po osiemdziesięciu tysiącach lat władania ziemią.

- Nie da się wykluczyć, że wytępili ich przedstawiciele naszego gatunku - powiedział 

pan Tomasz. - W Jugosławii znaleziono taką jaskinię... Wewnątrz były kości co najmniej 

czterystu neandertalców, którzy zostali upolowani i zjedzeni. Zapewne przez ludzi.

background image

- Skąd wiadomo, że kogoś zjedzono, skoro został po nim tylko szkielet?

- To proste - wyjaśniłem. - Kości porozrzucane, poprzypalane, połupane dla dostania 

się do szpiku, czaszki z dziurami, którymi wyciągali mózg...

- Oszczędź nam szczegółów - mruknął szef.

- Mamy problem - powiedział Maciek, gestem wskazując nam rozpadlinę koło ścieżki.

Bez słowa ukryliśmy się w niej. Maciek nasłuchiwał czegoś z uwagą.

- Co się stało? - zapytałem szeptem.

- Mam taką blaszkę - musnął ręką plakietkę naszytą na tekturkę. - Gdy pada na nią 

promień noktowizora, zaczyna lekko świecić.

- Czyli ktoś nas namierzył - mruknąłem. - Wojsko?

- Sądzę, że niedługo się dowiemy.

- Proponuję wyjść z rozpadliny - powiedziałem poważnie. - Jeśli już mają nas nakryć, 

to   lepiej,   żeby   nas   widzieli   od   razu.   Mając   noktowizory   i   tak   nas   wyśledzą,   a   gdyby 

pomyśleli, że szykujemy zasadzkę...

Maciek wsunął pistolet maszynowy pod kamienie i wyszliśmy na ścieżkę. Po chwili z 

góry zeszło trzech mężczyzn. Blade światło księżyca połyskiwało na karabinach i epoletach 

mundurów. Widząc, że nie mamy broni opuścili lufy. Najwyższy zapytał o coś gardłowym 

głosem.   Maciek   odpowiedział   mu.   Żołnierze   oświetlili   nas   latarkami,   po   czym   ryknęli 

śmiechem. Dowódca powiedział coś sądząc po intonacji przyjaznego i ruszyli dalej, a my 

powędrowaliśmy ścieżką.

- Co im powiedziałeś, że tak się roześmieli? - zapytałem.

- Takie tam - mruknął zażenowany.

- No powiedz - naciskał pan Tomasz. - Dlaczego nas puścili?

-   Ten   wysoki   oficer   zapytał,   co   wy   za   jedni.   Więc   powiedziałem,   że   jesteście 

amerykańskimi turystami, którzy chcieli zobaczyć, jak się przemyca wielbłądy.

- Uwierzyli?

-   Jasne.   Amerykańscy   turyści   mają   tu   opinię   kompletnych   świrów...   Zresztą 

zapracowali na nią w pocie czoła.

Niebo powoli stawało się jaśniejsze. Dniało. Z przełęczy zobaczyliśmy wioskę.

-   Mamy   do   przebycia   jeszcze   ponad   dwadzieścia   kilometrów,   ale   na   dole 

zdobędziemy transport - powiedział Maciek.

Zeszliśmy   do   wioski.   Zasiedliśmy   na   płaskim   kamieniu   przy   jedynej   drodze 

przecinającej   osadę.   Rozejrzałem   się   ciekawie.   Nieduże   chaty   wykonano   z   plecionki 

oblepionej gliną. Spora ich część powstała na planie koła, ale zdarzały się też milsze oku 

background image

Europejczyka - kwadratowe. Na dachu jednej z nich wypatrzyłem plecioną z gałęzi gwiazdę 

Dawida. Pokazałem ją szefowi.

- Falasze - wyjaśnił Maciek. - To chyba jedno z ostatnich miejsc, gdzie jeszcze żyją...

- Kim są? - zapytałem.

- To czarni Żydzi - wyjaśnił mi szef. - Większość wyjechała już dawno do Izraela.

-   To   prawda.   Zaraz   po   zwycięstwie   demokracji   w   Etiopii   państwo   żydowskie 

upomniało się o współwyznawców. Najpierw stworzono im obozy dla uchodźców w Sudanie, 

a zaraz potem mosty powietrzne.

- Ale skąd tu w ogóle Żydzi? - zdumiałem się. - Przecież Izrael nigdy nie prowadził 

działalności misyjnej, a gdy żyli w diasporach, to zachowywali odrębność i nie starali się 

nawracać innych ludów na judaizm.

- Mylisz się - powiedział szef. - Przypomnij sobie Ibrahima ibn Jakuba.

- Kim był? - zainteresował się Maciek

- Był kupcem, który przebył drogę znad rzeki Kamy do Hiszpanii. Po drodze opisał 

ludy   słowiańskie,   przez   których   ziemie   peregrynował.   Jego   relacja   jest   bardzo   cenna. 

Przypuszcza się, że celem jego wędrówki były plemiona Chazarów żyjących nad Kamą. Lud 

ten wyznawał właśnie judaizm.

- Wracając do twojego pytania - Maciek zwrócił się do mnie. - “Khebra Nagast”, czyli 

“Chwała Królów Etiopii”, najstarszy i najcenniejszy zabytek  miejscowego piśmiennictwa, 

opisuje szczegółowo, skąd wzięli się Żydzi w tym kraju. Królowa Saby udała się na dwór 

Salomona, aby poznać jego wielką mądrość. Zapałali do siebie uczuciem. Z tego związku 

narodził się syn, Menelik. Gdy doszedł lat młodzieńczych, udał się do Palestyny, by poznać 

swojego ojca. Razem z nim podróżowała spora świta. W Izraelu nawrócili się wszyscy na 

judaizm,   a   Menelik   otrzymał   od   Salomona   Arkę   Przymierza.   Oczywiście   otrzymał   ją   w 

tajemnicy,  kapłani strzegący przybytku  nigdy bowiem nie zgodzili się na podobny układ. 

Menelik zastąpił Arkę atrapą, a prawdziwą wywiózł potajemnie. Dopiero gdy był już daleko, 

kapłani wykryli podstęp. Wyruszyli za nim w pościg, ale było już za późno... Przybył z Arką 

do Etiopii i umieścił ją na wyspie pośrodku jeziora Tana. Od tamtej pory jezioro to jest 

święte.   Gdy   Etiopia   przyjęła   chrześcijaństwo,   zwolennicy   nowej   religii   zajęli   wyspę   i 

zawładnęli Arką. Przewieźli ją do Aksum, gdzie znajduje się po dzień dzisiejszy.

- Sądzę raczej - powiedział Pan Samochodzik - że pochodzenie ludności żydowskiej w 

Etiopii   można  wyjaśnić  dużo  łatwiej.  Po drugiej   stronie  Morza  Czerwonego,  w   Jemenie, 

znajdowała się w początkach naszej ery duża diaspora żydowska. Stamtąd prawdopodobnie 

pewne grupy ludności przybyły tutaj.

background image

Maciek uśmiechnął się.

- To jak pan wyjaśni fakt, że Falasze praktykują odmianę judaizmu bardziej nawet 

pierwotną od samarytańskiej? Uznają tylko i wyłącznie Pięcioksiąg.

Pan Samochodzik zamyślił się.

- Teorie Hancoka - mruknął. - Być może Żydzi z Elefantyny ruszyli na południe...

Przypomniałem sobie naszą rozmowę na wzgórzu świątynnym w Jerozolimie.

- Czy ta Arka jest... autentyczna? - zapytałem.

Maciek kiwnął głową.

- Tak przypuszczają miejscowi chrześcijanie. Etiopia jest jednym z niewielu miejsc na 

świecie, gdzie taka relikwia miałaby szansę przetrwać.

- Dlaczego? - zdziwił się Pan Samochodzik.

- Ten kraj był okupowany tylko dwa razy w ciągu swojej historii liczącej około trzech 

tysięcy lat - wyjaśnił Maciek. - No może trzy razy, jeśli doliczymy opanowanie go przez 

komunistów...

- I komuniści nigdy nie próbowali dobrać się do relikwii? - zdziwiłem się.

Nasz przyjaciel uśmiechnął się.

-   Jakoś   nie.   Ludność   jest   bardzo   religijna.   Profanacja   Arki   mogłaby   wywołać 

powszechny bunt. Zresztą władze kościelne ukryły ją na wyspie jeziora Tana.

Wokoło nas stopniowo gromadzili się ludzie objuczeni pakunkami.

- Zmieścimy się wszyscy na tej ciężarówce? - zaciekawił się szef.

- Jakiej ciężarówce? - nie zrozumiał Maciek.

- No, sądziłem, że jest tu transport samochodowy - zauważył pan Tomasz. - Na tej 

drodze widzę ślady opon...

Nasz   przyjaciel   nie   odpowiedział,   ale   wyszczerzył   zęby   w   uśmiechu.   Zza   chałup 

wyjechał autobus. Był nieco zakurzony, a lakier tu i ówdzie odsądziła korozja, ale ogólnie 

rzecz biorąc prezentował się nieźle. Kierowca zatrzymał się koło kamienia. Maciek pierwszy 

otworzył  drzwi. Krzyknął coś wesoło do kierowcy i wręczył  mu zwitek banknotów. Ten 

odliczył   sobie   odpowiednią   liczbę,   po   czym   zwrócił   resztę   wraz   z   dwoma   biletami 

wydrukowanymi na malej drukarce, identycznej jak w naszych pekaesach.

- O rany, tu jest cywilizacja - wyrwało mi się.

Pan Samochodzik uśmiechnął się. Zajęliśmy miejsca w końcu pojazdu. Siedzenia były 

wprawdzie   drewniane,   ale   siedziało   się   wygodnie.   Mieszkańcy   wsi   wypełnili   pojazd. 

Kierowca uruchomił silnik i ruszyliśmy naprzód.

- W życiu nie przypuszczałem, że tu można natknąć się na autobus - powiedziałem.

background image

- Cała Etiopia pokryta jest rozwiniętą siecią komunikacji autobusowej - powiedział 

Maciek. - Choć na dłuższe odległości bardziej opłaca się korzystać z samolotów...

- Macie lokalne połączenia lotnicze? - osłupiałem.

- A co pan myśli, że sama nazwa Etiopia to synonim zacofania? Że tu dzicy Murzyni 

lepią garnki ręcznie i wypalają w ogniskach? Na południu w parkach narodowych można 

płacić   kartami   kredytowymi   i   wynajmować   samochody.   Tutejsze   szpitale   są   najlepsze   w 

Afryce... No, może z wyjątkiem RPA...

Pędziliśmy   po   dobrej   asfaltowej   szosie   przez   zagajniki   akacji.   Chwilami   po   obu 

stronach otwierały się rozległe pastwiska.

- Czy my aby na pewno jesteśmy w Etiopii? - zdziwił się szef. - W naszej telewizji 

pokazują ten kraj zawsze jako wypaloną słońcem pustynię. Wtedy też na ekranie pojawiają 

się konające z głodu dzieci...

- Bo klęska głodu zawsze dotyka rejonów na wschodzie. Tam jest pustynniejący step, 

a tu na Wyżynie Abisyńskiej klimat jest znacznie łagodniejszy i zazwyczaj nie sprawia takich 

przykrych niespodzianek. Nasze wielbłądy powędrują właśnie w rejony pustyni Danakil.

Podziwiałem piękne widoki. Ponad zieloną sawannę, miejscami przechodzącą w las, 

wyrastały potężne ciemne góry. Chwilami droga biegła krawędziami rozległych dolin, w dole 

drzemały spowite mgiełką oparów jeziora.

- To piękna kraina - powiedział pan Tomasz. - Aż by się chciało przyjechać tu na 

wakacje...

- Można - powiedział Maciek. - Tylko teraz jest zły czas, by być w Etiopii turystą. Ta 

przeklęta wojna i susza... Ale zapraszam za kilka lat. Pokażę wam cuda tego kraju. Możemy 

nawet odwiedzić ludożerców na południu. Są tu ryby w rzekach. Na jeziorze Tana nawet 

hipopotamy... Nad jeziorami znajdziemy piaszczyste plaże...

Powoli zapadłem w sen. Obudziło mnie delikatne potrząsanie.

- Przerwa w podróży i obiad - powiedział szef.

Wysiedliśmy   z   autobusu.   Szosa   biegła   w   tym   miejscu   krawędzią   rozległego 

płaskowyżu. U podnóża skarpy widać było płynącą wesoło wśród skał rzekę i położoną nad 

jej brzegami rozległą osadę. Tu na górze stała tylko szopa. Ocieniały ją rozłożyste akacje. Na 

zewnątrz, pod drzewami, ustawiono kilkanaście stołów i ław. Zajęliśmy miejsca. Zaraz też 

pojawił się ktoś w rodzaju kelnera i zebrał zamówienia. Za nas zamawiał Maciek.

Po kilku minutach zagłębiliśmy widelce w czymś w rodzaju leczo. W każdym razie 

potrawę przygotowano z dużej ilości warzyw, głównie dyni, z dodatkiem mielonego mięsa. 

Szybko nasyciliśmy głód. Do popicia była woda, ale Maciek pokręcił ostrzegawczo głową.

background image

- Wasze organizmy nie są przyzwyczajone do tutejszej flory bakteryjnej - powiedział.

Poszedł porozmawiać z kucharzem i po chwili stanęły przed nami trzy butelki coca-

coli. Nalepki pokrywały amharskie hieroglify, ale charakterystyczny kolor i kształt butelek 

nie pozwoliły się pomylić.

- Kto by pomyślał - mruknął szef. - Afryka...

- Powinni panowie odwiedzić jeszcze sąsiednie kraje - powiedział Maciek. - Kenia 

dorabia się na turystach, Uganda na boksytach, Nigeria na ropie i diamentach... Jeśli wszystko 

dobrze pójdzie, to za 20-30 lat tu będzie raj na ziemi. Choć na razie nie wygląda to najlepiej. 

Ale i tak w porównaniu z czasami komunistycznymi nastąpił ogromny postęp.

Pasażerowie   zjedli   i   zgromadzili   się   koło   autobusu.   Ostatni   od   stołu   wstał   nasz 

kierowca. Pogmerał chwilę przy silniku, najwyraźniej przeciągając chwilę zajęcia miejsca za 

kierownicą, po czym wreszcie ruszyliśmy w dalszą drogę.

- Kiedy byłem mały, często wyobrażałem sobie Afrykę - powiedziałem w zadumie. - 

Ale teraz, gdy już jestem tutaj...

- Popatrz wokoło. Widziałeś kiedyś podobnie urokliwy kraj? - huknął pan Tomasz.

Kiwnąłem głową w zadumie.

- Polska też wygląda nieźle - powiedziałem.

Uśmiechnął się przyznając mi rację.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

KLASZTOR   WYKUTY   W   SKAŁACH   •   NOCNY   POSIŁEK   • 

DLACZEGO JEDZIEMY DO AKSUM • KOPALNIA I HUTA SREBRA • 

ZAMEK KALEBA • ŚLADY GOTYKU

Było już dość późne popołudnie, gdy Maciek wstał z miejsca i poszedł pogadać z 

kierowcą. Niebawem pojazd zatrzymał się w szczerym polu. Wysiedliśmy.

- I co dalej, szary człowieku? - zażartował Pan Samochodzik.

- Tędy - Maciek wskazał wąską ścieżkę pnącą się do góry. - Mamy do przejścia jakieś 

dziesięć kilometrów.

Ruszyliśmy   pod   górę.   Ścieżka   była   wyłożona   dobrze   ubitymi   kamieniami. 

Przypomniała mi się kamienista Śląska Droga prowadząca na Śnieżkę. Minęliśmy pochylony 

kamienny słup pokryty zatartymi przez czas znakami.

- To mogłoby być turystyczne eldoradu - powiedział szef. - Trzeba tylko zakończyć tę 

idiotyczną wojnę i rozreklamować kraj.

- Ano trzeba - uśmiechnął się Maciek. - Powoli to pewnie nastąpi. Problem tylko w 

odległości...

Minęliśmy monumentalne ruiny wzniesione z kamiennych bloków.

- Tu był dawniej klasztor - powiedział nasz przyjaciel. - Spalili go ludzie Grania w 

XVII wieku. Ocalały tylko zabudowania położone wyżej. Najeźdźcy nie zdołali ich zdobyć 

mimo półrocznego oblężenia.

Niebawem zatrzymaliśmy się pod skalną ścianą. Z góry zwisała sznurowa drabinka. 

Maciek ruszył pierwszy po bambusowych stopniach do góry, pan Tomasz poszedł w jego 

ślady,  a ja zabezpieczyłem  tyły.  Znaleźliśmy się u wylotu wąskiego wąwozu o stromych 

ścianach   wzniesionych   przez   przyrodę   z   czerwonawego   tufu   wulkanicznego.   Stała   tu 

drewniana ławka, a obok przy słupku wisiał nieduży mosiężny róg pozieleniały ze starości. 

Maciek ujął go do ust i zatrąbił. Następnie zachęcił nas, abyśmy siedli na ławce.

- Trzeba będzie trochę poczekać - powiedział.

Usiedliśmy.  Powietrze  przed wieczorem zrobiło się nieco  chłodniejsze. Niebawem 

ścieżką nadszedł młody mnich. Powtórzył się rytuał z całowaniem krzyża znany nam już z 

Jerozolimy.   Tym   razem   trzykrotnie   dotknął   naszych   czół,   po   czym   wdał   się   w   krótką 

background image

rozmowę z Maćkiem.

- Asygnatę zrealizują jutro - powiedział nasz przyjaciel. - Na razie zachęcają, żebyśmy 

rozlokowali się w jednym z opuszczonych eremów.

Ruszyliśmy za naszym przewodnikiem. Jak się okazało z bliska, otwory w ścianach 

były wejściami do mnisich cel. Z większości zwisały liny.

-   Napowietrzna   wioska   -   mruknął   Pan   Samochodzik.   -   Faktycznie,   jeśli   odcięli 

drabinę, to mogli bronić wejścia do wąwozu całymi miesiącami. A nawet gdyby wrogowie 

wdarli się tutaj, każda cela stanowiła osobny punkt obrony.

- Niektóre są połączone korytarzami wykutymi w skałach - wyjaśnił nasz przyjaciel. - 

- To najstarsza część klasztoru. Ten poniżej zbudowano w XIV wieku. Teraz żyją tylko tutaj.

Przewodnik   wskazał   nam   ciemny   otwór   w   ścianie   jakieś   trzy   metry   nad   dnem 

wąwozu. O ścianę oparta była wysoka, ale solidna drabina. Wspięliśmy się na górę. W skale 

wykuto sporą salę, w ścianie czerniało przejście do kolejnego ciasnego pomieszczenia. Na 

podłodze widać było krąg przepalonych kamieni. Na ścianach pozostały smugi odwiecznego 

kopciu. Pod sufitem widać było otwór prowadzący na zewnątrz.

-   Chyba   kuchnia   -   zauważył   szef.   -   Tam   prawdopodobnie   zamknięty   tu   eremita 

gotował sobie posiłki.

Znaleźliśmy   kilka   składanych   łóżek   oraz   świeżo   wyprane   koce.   Maciek   odszukał 

wiązkę chrustu i po chwili w palenisku płonął wesoły ogień. Chłopak zszedł na dół i ze źródła 

przyniósł dzban wody. Wlał wodę do mosiężnego kociołka i zawiesił go nad paleniskiem. Po 

kilku  minutach   raczyliśmy  się   mocną  herbatą   z  glinianych  kubków.  Na  zewnątrz   powoli 

zapadał zmierzch.

- No cóż, wróciliśmy do czasów eremów i “Ojców z Pustyni” - powiedział w zadumie 

szef. - Tak wyglądały początki życia zakonnego w Egipcie i Kapadocji. Mnisi w miękkiej 

skale drążyli dla siebie cele. W niszach ściennych trzymali swój dobytek, zwłaszcza księgi.

- Podobne pomieszczenia badają polscy archeolodzy w klasztorze pod wezwaniem 

świętego Michała Archanioła w oazie Fajum - dorzuciłem.

Z   zewnątrz   rozległo   się   wołanie.   Maciek   wychylił   się   z   okna   i   przez   chwilę 

konwersował z mnichem.

- Proszą nas na nabożeństwo wieczorne - powiedział.

Pan Tomasz poskrobał się z frasunkiem po głowie.

- Właściwie to nie wiem, czy powinniśmy jako katolicy?

- To też chrześcijanie - uśmiechnął się nasz towarzysz. - Pomijając drobne utarczki z 

jezuitami, nigdy nie sprzeciwiali się Rzymowi, choć z racji oddalenia kontakty z papieżami 

background image

utrzymywali raczej sporadyczne.

- Nie umiemy się modlić po amharsku.

- Oni tu chyba używają w modlitwach języka gyez - droczył się. - Będzie im miło, 

jeśli weźmiemy udział.

Zeszliśmy   na   dół   i   podążyliśmy   za   naszym   przewodnikiem.   Za   zakrętem   wąwóz 

rozszerzał   się.   Stał   tu   niewielki   kościół   nakryty   drewnianym   dachem.   Kamienne   mury 

wyglądały na bardzo stare. Podobnie jak w wielu świątyniach wschodnich musieliśmy zrzucić 

obuwie. Wnętrze świątyni oświetlały świece. Wątle płomyki rozpraszały nieco mrok, ale sufit 

pozostał  plątaniną  cieni.  Powoli   zbierali   się  mnisi.   Było   ich  kilkudziesięciu.   Za  ołtarzem 

widniała zasłona, która na przeciągu lekko drżała.

Nie wiem, o czym było kazanie, jednak odprawiający nabożeństwo musiał wspomnieć 

o   nas,   zauważyliśmy   bowiem   wiele   życzliwych   uśmiechów   skierowanych   pod   naszym 

adresem. Msza trwała nieco ponad godzinę. Potem zostaliśmy zaproszeni do refektarza na 

posiłek. W niedużej sali stały ciężkie drewniane stoły.  Każdy dostał dwie pajdy chleba i 

niewielką   miskę   jakiejś   cieczy.   Zauważyliśmy,   że   mnisi   maczają   chleb   w   miskach   i 

postąpiliśmy tak samo. Szef długo i w skupieniu smakował niecodzienny posiłek

- To olej lniany - zawyrokował wreszcie.

- Dziś piątek - powiedział Maciek. - Dzień postu.

Zjedliśmy   i   pożegnaliśmy   zgromadzenie.   W   naszej   celi   było   ciepło   i   przytulnie. 

Zapaliliśmy sobie dwie świece.

- Czuję się lepszy - powiedział szef.

- Co znajduje się za tą zasłoną w kościele? - zagadnąłem Maćka.

-   Najświętsze   świętych,   serce   sanktuarium   -   wyjaśnił.   -   To   w   pewien   sposób 

odwzorowanie świątyni Salomona. Przybytek oddzielony kotarą.

- A w nim Arka Przymierza - mruknąłem w rozmarzeniu.

- Prawie pan zgadł - powiedział poważnie. - Przechowują tam Tabot.

- Tabot? - nie zrozumiałem.

- Kamienną płytę będącą symbolem Arki Przymierza przechowywanej w Aksum, a 

może tylko jej zawartości - kamiennej płyty, którą Mojżesz zniósł z góry Synaj. Jednej z płyt.

- Widziałeś kiedyś coś takiego? - zagadnął szef.

-   Nigdy.   Każda   świątynia   ma   własny   Tabot.   Nikomu   nie   wolno   go   oglądać. 

Przechowywany jest w skrzyni albo owinięty kosztowną materią. Włosi podczas okupacji w 

latach trzydziestych zrabowali kilka. Stąd wiadomo jak wyglądają...

- Czyli w Arce w Aksum znajduje się kamienna płyta albo dwie płyty - zauważył szef. 

background image

- Do tego naczynie z manną i chleb pokładny...

- Teoretycznie tak - powiedział Maciek. - Ale czy tak jest, nie wiadomo. Arki nigdy 

się nie otwiera. Jej moc mogłaby porazić świętokradcę.

- To skąd wiadomo, że jest prawdziwa? - zapytałem.

-  W kaplicy w Aksum następują cudowne uzdrowienia - powiedział Maciek. - Jako 

chrześcijanin będący wyznawcą etiopskiego kościoła koptyjskiego wierzę, że Arka w Aksum 

jest autentyczna.

Sądziłem dotąd, że jest katolikiem. Sam nie wiem dlaczego.

Szef opadł wygodnie na łóżko.

- Oddaliliśmy się nieco od celu naszych poszukiwań - zauważył sennie. - Mieliśmy 

szukać   śladów   naszego   poselstwa,   a   tymczasem   badamy   religię   panującą   w   Etiopii.   A 

wszystko za pieniądze podatników.

Maciek wytrzeszczył oczy.

- Jak to oddalacie się od celu poszukiwań? - zdziwił się. - Przecież cały czas zbliżamy 

się do celu.

-   No,   odwiedziliśmy   miejsce   znalezienia   tubusu   -   przyznał   pan   Tomasz.   -   Ale 

późniejsze działania są całkowicie sprzeczne z celem podstawowym.

- Przecież podróżujemy do Aksum? - nadal był zdziwiony.

- Robimy sobie miłą wycieczkę... - mruknąłem.

- Sądziłem, że panowie to wiedzą... W Aksum była stolica Etiopii. Myślałem, że chcą 

panowie odwiedzić królewskie archiwa i poszukać dokumentów z czasów wizyty poselstwa.

Szef poderwał się na równe nogi.

- Dlaczego nic nie powiedziałeś?

- Sądziłem, że skoro podróżujemy do Aksum, sami panowie dawno się domyślili, po 

co.

Roześmiałem się.

- Przeceniłeś  nas - powiedziałem.  - Jeśli chodzi o ten kraj, jesteśmy straszliwymi 

ignorantami...

- No cóż - powiedział - Będzie jeszcze czas liznąć trochę wiedzy.

Poszliśmy spać.

Obudziłem się o świcie. Słońce zaglądało nieśmiało do wąwozu. Powietrze w eremie 

było   chłodne   i   krystalicznie   czyste.   Podszedłem   do   wejścia   i   wyjrzałem.   Dnem   wąwozu 

przechodził starszy mnich. Zauważył mnie i wykonał dziwny gest unosząc rękę. Zapewne 

miało to być powitanie, zmałpowałem go naprędce, uśmiechnął się przyjaźnie i ruszył dalej.

background image

Niebawem obudził się też Maciek.

- No cóż - powiedział - szósta rano. W klasztorze wszyscy już dawno na nogach. 

Udajmy się więc do kancelarii, aby odebrać mój zarobek.

- Idźcie, ja jeszcze trochę poleżę - odezwał się Pan Samochodzik.

Powędrowaliśmy dnem wąwozu. Minęliśmy kościół i niebawem znaleźliśmy się w 

sporej okrągłej dolinie. Wyglądała jak wybita w ziemi potężnym uderzeniem gigantycznej 

pięści. Otaczające ją czarne skalne ściany wyglądały na wyjątkowo niedostępne. Średnicę jej 

oceniłem na dwa kilometry.

- Krater wygasłego wulkanu? - zdziwiłem się.

- Tak. Raczej nie jest to dziura wybita przez meteoryt, bo klasztor wydrążono w tufach 

wulkanicznych - wyjaśnił Maciek. - Gleba tu stosunkowo żyzna, mogła wykarmić mnichów 

podczas oblężenia. Poza tym jest tu jeszcze coś - wskazał mi nieduży dymiący komin u stóp 

ściany.

Pośrodku doliny znajdował się spory staw o błękitnej wodzie. Wokoło ciągnęły się 

pola uprawne i niewielkie sady. Na polach pracowali mnisi. Nad samym stawem także coś 

robili brodząc po kostki w wodzie.

- Sadzą ryż - wyjaśnił.

- Co takiego? - zdumiałem się. - Ryż?

-   Tak.   Jest   znacznie   wydajniejszy   niż   zboże,   poza   tym   czasem   trzeba   trochę 

urozmaicić dietę.

Ruszyliśmy   ścieżką   wzdłuż   zagoników   kierując   się   w   stronę   komina.   Gdy 

podeszliśmy   bliżej,   zauważyłem   sagi   drewna   oraz   kilka   dymiących   pagórków   nakrytych 

darnią.

- Mieleże do wypalania węgla drzewnego - wyjaśnił Maciek. - Technika tu trochę 

średniowieczna, ale ogniwa fotoelektryczne do obsługi pieców elektrycznych trochę za dużo 

kosztują...  Klasztor  prowadzi  szeroko  zakrojoną działalność   misyjną   i  charytatywną   i nie 

może sobie pozwolić na takie inwestycje.

Przy pagórkach krążył jeden z mnichów. Pozdrowił nas. Za piecami było widać w 

ziemi   kilka   głębokich   szybów.   Z   ich   czeluści   dobiegały   odgłosy   kucia.   Na   drewnianych 

paletach leżały kawałki żółtej skały.

- Rudy są bardzo ubogie - powiedział Maciek. - Właściwie na granicy opłacalności 

wydobycia, ale jak na potrzeby klasztoru...

Weszliśmy   do   niskiego   długiego   budynku.   Wewnątrz   wrzała   praca.   Kosze   z   rudą 

wysypywano   na   obite   stalową   blachą   stoły.   Kilkunastoletni   chłopcy   oglądali   kawałki 

background image

kamienia. Jedne od razu wrzucali do rynienek, inne odrzucali na bok, jeszcze inne rozbijali 

młotami. Co jakiś czas przechodził obok starszy mnich i zawartość pojemników przesypywał 

do   kosza.   Ruszyliśmy   w   ślad   za   nim.   Zatrzymał   się   koło   sporego   pieca.   Właśnie   go 

napełniano,   sypiąc   na   przemian   warstwy   węgla   drzewnego   i   rudy.   Dodawano   też   jakieś 

kamienie.

- W wysokiej temperaturze siarczki i chlorki srebra rozpadają się - wyjaśnił Maciek. - 

Wytop trwa kilka godzin.

Opodal   właśnie   rozbito   kolejny   piec.   Mnisi   wybierali   szczypcami   zastygłe   grudki 

metalu spomiędzy węgli.

-   Technika   podobna   do   tej,   jaką   u   nas   przed   tysiącem   lat   wytapiano   żelazo   w 

dymarkach - zauważyłem.

- Żelazo tu produkują huty - uśmiechnął się Maciek - ale po wsiach kowale czasami 

jeszcze wytapiają z rudy.

Kawałki metalu wrzucano do dużego tygla, pod którym płonął ogień. Mnisi tłoczyli 

miechami powietrze. Jeden z nich stał obok z czymś  w rodzaju czerpaka na długim kiju 

usuwał pływające po powierzchni metalu zanieczyszczenia. W jakiej temperaturze topi się 

srebro? Nieco ponad 960°C. Cofnąłem się odruchowo. Jeden z mnichów pokręcił korbką i z 

małej śluzy z boku tygla popłynął strumyk płynnego metalu.

Przeszliśmy aż na koniec, gdzie ciekły metal płynął glinianą rynienką do kamiennych 

form.   Młody   mnich,   może   szesnastoletni,   czekał,   aż   forma   napełni   się   do   określonej 

wysokości, po czym podsuwał kolejną, a w stygnącym  metalu odbijał pieczęć. Formy,  w 

których srebro już zastygło, były rozczepiane. Srebrne cegiełki trafiały teraz na stół, gdzie w 

towarzystwie dwóch mnichów siedział mężczyzna w okularach wyglądający na urzędnika. 

Najpierw kładł każdą sztabę na wadze elektronicznej. Odczytaną wartość od razu wycinał 

szybkoobrotowym frezem na powierzchni metalu. Następnie nakrapiał każdą sztabkę cieczą z 

buteleczek i oglądał powstające na powierzchni plamy, po czym ze stojaka wybierał wybijak 

zakończony odpowiednią puncą i mocnym uderzeniem wybijał próbę. Ktoś inny zapisywał 

każdą sztabkę do grubego kajetu. Na nasz widok uśmiechnęli się, ale nie przerwali pracy. 

Sztabki składano do ciężkiej  metalowej  skrzyni. Maciek podszedł do stojącego obok niej 

mnicha i podał mu papier z asygnatą. Ten dłuższą chwilę studiował dokument, po czym zdjął 

z wieszaka  ortalionową torbę, podobną do tych,  jakich w  Polsce używają  Wietnamczycy 

handlujący tekstyliami, i zaczął spokojnie przekładać do niej sztabki. Włożył ich dziesięć. 

Torbę zawiesił na wadze. Maciek odczytał wynik na ekranie i kiwnął głową. Zarzucił torbę na 

ramię.

background image

- No i załatwione - powiedział. - Możemy ruszać dalej.

Powędrowaliśmy przez krater.

- No i co ciekawego widzieliście? - zagadnął szef, gdy wdrapaliśmy się do celi.

- Kopalnię i hutę srebra - wyjaśniłem. - Tu ciągle jeszcze wytapiają kruszec na węglu 

drzewnym.

- Srebro? - mruknął Pan Samochodzik. - Więc masz już pieniądze za wielbłądy.

- Mam - kiwnął głową nasz przyjaciel. - Trzeba je tylko przepakować.

Wysypał połyskujący stos sztabek na stół. Zaczepił jedną sznurkiem i uderzył w nią 

kluczem. Powietrze wypełnił cudowny dźwięk. Przypomniałem sobie rdzewiejące wagony 

złotego pociągu i dźwięk sztabki złota odrzucanej przez Zosię.

Owinęliśmy zarobek Maćka w gazety i starannie upchnęliśmy w plecakach. Wreszcie 

opuściliśmy   gościnne   schronienie.   Niebawem   staliśmy   na   skraju   szosy   w   miejscu,   gdzie 

wysiedliśmy poprzedniego dnia z autobusu.

- No to trzeba będzie trochę poczekać - powiedział Maciek.

- Jak długo? - szef popatrzył na zegarek.

- Trudno  ocenić.   Część  autobusów  kursuje  według  rozkładu,  ale  są  też  autobusy-

widma, jeżdżące poza rozkładem.

- I zapewne bez tablic rejestracyjnych - dodałem.

- Zdarza się.

Niebawem nadjechał rozklekotany autobus. Wgramoliliśmy się do wnętrza. Maciek 

podał kierowcy kilka banknotów, a on wydal nam resztę i trzy bilety z tektury ozdobione 

pieczątką i zamaszystym gryzmołem.

- No i w drogę - powiedział Maciek. - Za cztery lub pięć godzin będziemy w Aksum.

Podziwiałem krajobraz migający za oknem. Zagajniki ustąpiły miejsca pastwiskom, 

ale później znowu zagłębiliśmy się w lasach.

-   Wspominałeś   coś   o   najeździe   arabskim,   który   doprowadził   do   zniszczenia   tego 

klasztoru   położonego   na   stoku   -   odezwał   się   Pan   Samochodzik,   którego   widać   nudziło 

bezproduktywne podziwianie widoków migających za pękniętą szybą pojazdu.

- Tak... Jak wspomniałem, kraj ten zamieszkiwała ludność praktykująca jedną z form 

judaizmu. W  IV  wieku naszej ery dotarli tu z północy chrześcijanie. Etiopska tradycja czci 

obecnie siedmiu pierwszych misjonarzy, którzy przynieśli tu naukę Chrystusa. Dość szybko, 

w   ciągu   dwu   stuleci,   kraj   ten   był   schrystianizowany.   Kościół   etiopski   zawsze   podlegał 

patriarchatowi w Aleksandrii. Prawdopodobnie impuls chrystianizacyjny przyszedł właśnie 

stamtąd. Po drugiej stronie Morza Czerwonego, w dzisiejszym Jemenie, także żyła pewna 

background image

grupa Żydów, którzy następnie, choć nie wszyscy, przyjęli naukę Chrystusa. Niestety w VII 

wieku  pojawił   się  Mahomet  i  narzucił   plemionom  arabskim  praktykującym   liczne  religie 

nową wiarę - islam. Muzułmanie wtargnęli do Egiptu zajmując początkowo deltę, a później 

posuwali   się   w   górę   rzeki.   Nawracali   miejscowych   Koptów   w   dość   brutalny   sposób. 

Wszystkim jeńcom wziętym w bitwach proponowali islam albo śmierć. Etiopczycy wówczas 

w porozumieniu z władcami Bizancjum uderzyli na południowy Jemen i opanowali go.

Po pewnym czasie jednak zostali wyparci. W X wieku Arabowie założyli swoje osady 

na terenie Dżibuti i południowej Somalii. W 1529 roku władca arabski Grań najechał Etiopie. 

Doszło   do   blisko   trzydziestoletniej   wojny.   Cesarz   uciekł   przed   najazdem   i   na   wyżynach 

zorganizował bohaterską obronę. Na zajętych terenach najeźdźcy palili kościoły i archiwa. 

Niszczyli   dzieła   sztuki   i   wyrzynali   w   pień   całe   wioski.   Mimo   to   niektórzy   etiopscy 

możnowładcy przeszli na stronę Półksiężyca... Cesarz dwukrotnie cudem uniknął schwytania, 

raz na polu bitwy spotkał się z Graniem, ale muzułmanin był dobrze chroniony. Po śmierci 

cesarza   dalsze   działania   wojenne   prowadziła   jego   żona   w   imieniu   małoletniego   następcy 

tronu.   Sytuację   uratował   oddział   400   muszkieterów   przysłanych   na   pomoc   przez   króla 

Portugalii. Wprawdzie wielu zginęło, ale przechylili szalę zwycięstwa na stronę chrześcijan. 

Straty w  sferze  kultury były  niepowetowane  - dokończył.  - Cesarz  Klaudiusz wprawdzie 

wydał   trzy   tysiące   uncji   złota   na   odbudowę   zniszczonych   kościołów   i   ponowne   spisanie 

zniszczonych  rękopisów, jednak do tej pory odczuwa się skutki barbarzyńskiego  spalenia 

archiwów. Spora część historii tego ludu przepadła...

Powoli   podróż   znużyła   mnie.   Walczyłem   z   przypływem   senności,   aż   wreszcie 

poddałem się i zapadłem w sen z czołem opartym o drewniany nagłówek siedzenia. Obudziło 

mnie   delikatne   potrząsanie.   Otworzyłem   oczy.   Autobus   stał.   Było   już   chyba   późne 

popołudnie.

- Aksum? - zapytałem półprzytomnie.

-   Tak.   Wreszcie   dojechaliśmy   -   powiedział   Pan   Samochodzik.   -   Chodź,   trzeba 

poszukać jakiejś kwatery.

- Chodźcie za mną - powiedział Maciek. - Mam tu takie tymczasowe lokum...

Powędrowaliśmy   przez   zakurzone   ulice.   Minęliśmy   ogromny   owalny   zbiornik   na 

wodę wykuty w skale. Na dnie stała woda pokryta zielonym kożuchem rzęsy wodnej.

- Sadzawka królowej Saby - wyjaśnił nasz przyjaciel. - W święto Timket odbywają się 

tu uroczystości poświęcenia wody.

Za sadzawką ciągnęły się ruiny.  Skierowaliśmy się do posępnej wieży z czarnego 

granitu,   leżącej   z   boku   kompleksu.   Jak   się   z   bliska   okazało,   wieża   posiadała   zupełnie 

background image

współczesne stalowe drzwi zaopatrzone w kilka zamków. Maciej wyciągnął z kieszeni klucze 

i po chwili zagłębiliśmy się w ciemny korytarz. Kręcone schody zaprowadziły nas do dużej 

sklepionej ściany na szczycie.

-   Mój   ojciec   stwierdził,   że   powinniśmy   mieć   jakieś   lokum   w   Aksum   -   wyjaśnił 

Maciek. - Wyremontowaliśmy dach.

- Co to za budynek? - zainteresował się szef.

- Nazywają go zamkiem Kaleba - powiedział.

- A nie wiesz może, z jakiego okresu pochodzi ta baszta?

- Nie wiem. A dlaczego pan pyta?

Szef popatrzył w zadumie na łupki podtrzymujące sklepienie.

-   Kamienie   ułożone   w   gotycki   łuk   analogicznie   jak   w   europejskich   budowlach   - 

powiedział. - Sądzę, że to wznieśli biali ludzie.

- Możliwe - powiedział.  - W czasach wojny z Graniem działali tu Portugalczycy. 

Wysłano też kilka misji katolickich do Etiopii.

- Ale Portugalczycy grasowali tu w XVII wieku, a to mi wygląda bardziej na XII lub 

XIII.

Maciek rozstawił nam łóżka polowe.

- Również kościoły wykute w Lalibela wznieśli wedle legend biali ludzie... Pochodzą 

z XIII wieku.

Pan Samochodzik oświetlił latarką jeden z kątów pomieszczenia. Na tynku widać było 

zatarte resztki fresków.

- Inskrypcje miejscowe - mruknął. - Ale mogły powstać dużo później niż ściana...

- Jutro niedziela - zauważyłem. - Nic nie załatwimy.

- Wręcz przeciwnie - uśmiechnął się nasz przyjaciel. - To dzień pracujący...

- Roboczy - poprawiłem go machinalnie.

- Więc w Etiopii dniem wolnym jest sobota?

Pokręcił przecząco głową.

- Piątek, jak u Arabów? - zainteresował się szef.

- Środa - wyjaśnił Maciek.

Zatkało nas. Popatrzyłem bezradnie na Pana Samochodzika.

- Dlaczego środa? - zagadnął.

- To dzień, w którym urodził się Chrystus - wyjaśnił Maciek.

- Coś podobnego - mruknął szef. - Nigdy bym się nie domyślił...

-   Jeszcze   jedna   rzecz,   której   nie   wiedzieliśmy   -   powiedziałem.   -   A   więc   jutro 

background image

odwiedzimy archiwa. Będziesz nam potrzebny jako tłumacz...

Chłopiec poważnie kiwnął głową.

- Nie znam wszystkich starych  alfabetów  - powiedział. - Ale wśród pracowników 

archiwum z pewnością znajdziecie kogoś władającego angielskim albo rosyjskim. Na razie 

zjedzmy coś.

Z plecaka wyciągnął puszkę mielonki i drugą z kompotem owocowym. W ściennej 

niszy   były   naczynia   i   sztućce.   Kolacja   smakowała   nam   nadzwyczajnie.   Godzinę   później 

siedziałem na krześle patrząc w zadumie na krwistoczerwony zachód słońca. Wokoło ruin 

ciągnęły się setki niewielkich domów lepionych z gliny lub wzniesionych z wyszabrowanych 

w rozwaliskach kamieni. Ludzie pędzili kozy z pastwisk. Gdzieś powiewały jakieś kawałki 

tkaniny. Ktoś zrobił sobie przepierkę, a może to farbiarz suszył płótna?

- O czym myślisz? - zapytał szef.

-   Czy   naprawdę   temu   krajowi   grozi   głód?   -   zapytałem.   -   Wszędzie   widać   stada 

zwierząt i pola uprawne.

- Wędrujemy przez najbardziej żyzną część Etiopii - powiedział Maciek. - Gdybyście 

zobaczyli   pustynię   Danakil...   Głębokie   zapadliska   tektoniczne   wypełnione   tężejącymi 

solankami... A przecież i tam żyją ludzie. Byłem tam raz z ojcem, trzy lata temu. Chcieliśmy 

zrobić pomiary głębokości depresji pośrodku pustyni. Altimetr wykazał ponad tysiąc dwieście 

metrów poniżej poziomu morza.

- Co to jest altimetr? - zagadnął szef.

- Urządzenie do pomiaru wysokości nad poziomem morza. Tysiąc dwieście metrów to 

nieco niżej niż Wyżyna Abisyńska...

Nagle poczułem oszołomienie.

- Altimetr pokazał depresję głęboką na ponad kilometr!?

Maciek bez mrugnięcia okiem kiwnął głową.

- Tyle  nam wyszło.  Ojciec  nic był  pewien, czy urządzenie  działa  prawidłowo. W 

każdym razie wysłaliśmy zawiadomienie o tym do National Geographic Society, ale dotąd nie 

dostałem odpowiedzi.

Byliśmy bardzo zmęczeni, więc niebawem poszliśmy spać.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

PARK STEL • SANKTUARIUM ARKI PRZYMIERZA • BIBLIOTEKA 

CESARSKA   •  CZY   NASZA   MISJA   JEST   ZAKOŃCZONA?   •  NOCNY 

LOT DO SUDANU • KONTRABANDA • SKOKI SPADOCHRONOWE • 

W POTRZASKU

Obudziliśmy się wczesnym rankiem. Zjedliśmy lekkie śniadanie.

- Bibliotekę otwierają później - powiedział Maciek - Co panowie na to, aby zwiedzić 

trochę Aksum?

- Jesteśmy jak najbardziej za - uśmiechnął się szef - ale chcielibyśmy też rzucić okiem 

na lochy pod tą basztą.

Nasz przyjaciel kiwnął głową.

- Nic w nich ciekawego. Ale oczywiście możemy się przejść. Wzięliśmy latarki i 

niebawem   zagłębiliśmy   się   w   plątaninę   podziemnych   korytarzy.   Faktycznie   nie   były 

specjalnie   ciekawe.   Pan   Tomasz   oświetlał   ściany   latarką.   Nieoczekiwanie   spod   warstwy 

zacieków błysnęło coś czerwonego.

- Nic ciekawego - mruknął Pan Samochodzik. - Freski, gwiazda Dawida wpisana w 

okrąg. A to chyba był czerwony krzyż templariuszy...

Na   niższej   kondygnacji   stały   dziwne   kamienne   skrzynie.   Był   zbyt   krótkie   i   zbyt 

szerokie, by można było uznać je za sarkofagi.

- Pewnie tu trzymali skarby - zauważyłem.

- Kto? - nie zrozumiał przełożony.

- Templariusze.

- Za dużo ci opowiadałem o swoich przygodach - westchnął. - Poza tym fakt, że na 

ścianie wyobrażono ich symbol, jeszcze o niczym nie świadczy.

- Jak to? - zdumiałem się.

- To może być przypadkowa zbieżność. Gdyby były tu napisy w dwunastowiecznej 

łacinie albo na przykład sarkofagi z rzeźbami rycerzy na wiekach, to co innego...

Opuściliśmy   lochy.   Baterie   już   się   kończyły,   postanowiliśmy   oszczędzać   je   na 

poważniejsze zadania.

Przeszliśmy   przez   miasto   i   znaleźliśmy   się   w   dość   rozległym   parku.   Pomiędzy 

background image

akacjowymi zagajnikami stały imponujące kamienne stele. Te mniejsze miały wysokość kilku 

metrów, te najwyższe - kilkunastu lub kilkudziesięciu. Kilka szczególnie wielkich leżało na 

ziemi popękanych.

- Imponujące - powiedział szef. - Z jakiego okresu pochodzą?

- Prawdopodobnie wzniesiono je w VIII lub IX wieku naszej ery. Przypuszcza się, że 

mogą być stelami grobowymi ówczesnych cesarzy Etiopii, ale dokładnych badań nigdy nie 

przeprowadzono.

-   W   pierwszej   chwili   sądziłem,   że   to   ślad   wpływów   egipskich   -   mruknął   Pan 

Samochodzik. - Nad brzegami Nilu obeliski wznoszono jednak od XVI dynastii do okresu 

wpływów rzymskich, czyli ostatnie powstały przeszło sześćset lat wcześniej...

-   Możliwe,   że   jacyś   Etiopczycy   zapuścili   się   na   południe   i   widząc   ślady   dawnej 

świetności postanowili skopiować je u siebie - zauważyłem.

- Nie da się wykluczyć - kiwnął głową Maciek. - Zwiedzamy dalej?

Ruszyliśmy. Miasto było jak wymarłe. Zwróciłem na to uwagę Maćkowi.

- To łatwo wyjaśnić - powiedział. - W XVI wieku stolicę przeniesiono do miasta 

Gonder   nad   brzegami,   no   może   przesadziłem,   nieopodal   świętego   jeziora   Tana.   Obecnie 

mieszka tu 10% dawnej liczby ludności.

-   Jeśli   wraz   ze   stolicą   przeniósł   się   dwór   cesarski,   to   przybyliśmy   na   próżno   - 

zauważyłem.   -   Z   pewnością   w   tutejszych   archiwach   nie   znajdziemy   śladów   naszego 

poselstwa.

-   Bądźmy   dobrej   myśli   -   uśmiechnął   się   Maciek.   -   W   archiwum   w   Aksum 

zgromadzono   dokumenty   i   ich   kopie   z   całego   obszaru   północnej   Etiopii.   Ale   archiwum 

otwierają o dziesiątej, a tymczasem jest dopiero ósma, więc jeśli macie ochotę poznać jeszcze 

trochę miejscowych zabytków... - uśmiechnął się figlarnie.

- Oczywiście, że chcemy - powiedział szef.

- W takim razie proszę za mną.

Ruszyliśmy przez rozległe klepisko i niebawem stanęliśmy przed murem wzniesionym 

z brązowego bazaltu. W murze znajdowała się brama pilnowana przez dwóch strażników z 

pistoletami   maszynowymi.   Obrzucili   nas   uważnymi   spojrzeniami,   ale   widocznie   nie 

wyglądaliśmy groźnie, bo z powrotem zastygli w pomnikowych pozach. Musieliśmy zrzucić 

buty.

- Sądziłem, że zakaz wstępu w obuwiu odnosi się tylko do świątyń - zdziwił się Pan 

Samochodzik.

- To miejsce jest dość szczególne - powiedział Maciek poważnie.

background image

Weszliśmy   na   ciasny   brukowany   dziedziniec.   Wznosił   się   na   nim   spory   kościół 

wzniesiony z bazaltowych bloków oraz niewielka kaplica. Płyty dziedzińca były nierówne, 

wytarte przez miliony stóp pielgrzymów.

- O tej porze jest jeszcze pusto - wyjaśnił Maciek.

Odwrócił   się  w   stronę   kaplicy,   nieoczekiwanie   padł   na  twarz   i   uniósłszy  złożone 

dłonie nad głową zaczął modlić się na głos po amharsku.

Szef   popatrzył   na   mnie   zdumiony.   Wzruszyłem   ramionami.   Nic   z   tego   nie 

rozumiałem.   Ukląkłem   na   bruku   i   przeżegnawszy   się   odmówiłem   modlitwę.   Pan 

Samochodzik poszedł w moje ślady. Maciek nadal wyrzucał z siebie modlitewne inwokacje w 

miejscowym dialekcie. Stanęliśmy w cieniu i czekaliśmy, aż skończy. Wreszcie podniósł się z 

rozjaśnioną twarzą.

- Ona jest tam - wskazał kaplicę.

Wtedy oświeciło mnie.

- Arka Przymierza - powiedziałem. - To sanktuarium Arki Przymierza...

Kiwnął   głową   potwierdzając   moją   uwagę.   Szef   podszedł   bliżej.   Po   kilkunastu 

rzeźbionych stopniach można było wejść do drzwi zabezpieczonych kratą. Pan Samochodzik 

postawił   nogę   na   pierwszym.   W   drzwiach   stanął   mnich   ubrany   w   brązową   szatę   i 

ostrzegawczo uniósł rękę. Maciek złapał pana Tomasza za kurtkę.

- Nie wolno - powiedział.

Ale Pan Samochodzik już sam to zrozumiał, bo cofnął się. Mnich uśmiechnął  się 

przyjaźnie, po czym wycofał się do kaplicy. Między prętami kraty snuły się stróżki dymu z 

kadzidła.

- Nikomu nie wolno wchodzić do sanktuarium - wyjaśnił Maciek. - Tylko strażnik 

Arki   może   tam   przebywać.   Jemu   za   to   nie   wolno   wychodzić,   chyba   że   Arka   opuszcza 

sanktuarium.

- Opuszcza? - zdziwiłem się. - I wtedy można ją zobaczyć?

- Nie bezpośrednio. Jest owinięta kosztownymi materiałami. Ale co roku w procesji 

podczas święta Timket jest obnoszona wokół miasta. Za rządów komunistów wywieziono ją 

na jedną z wysp na jeziorze Tana.

- Czyli tylko ten człowiek zna tajemnice, którą kryje?

- No, nie - pokręcił głową Maciek. - Decyzję o otwarciu Arki może podjąć tylko 

metropolita, ale nawet jemu nie wolno wejść do środka. Tylko strażnik Arki może jej dotykać 

i palić przed nią ofiarne kadzidło.

- Ale nie wolno mu jej otworzyć - westchnąłem.

background image

- Po co? I tak wiadomo, co zawiera - Maciek wzruszył ramionami. - Czas na nas.

Na placu pojawili się kolejni pielgrzymi. Niektórzy z szacunkiem dotykali schodów, 

nikt nie odważył się dotknąć ściany. Wycofaliśmy się i założyliśmy na zewnątrz buty.

- Prawda pozostaje zakryta - mruknął szef. - Nigdy pewnie jej nie poznamy.

- Tak chyba będzie lepiej - powiedziałem. - Niech pan sobie przypomni historię z 

Całunem Turyńskim. Kościół zezwolił na jego badanie. Wyniki badań wykazały, że mógł 

powstać w średniowieczu i od razu spadło zainteresowanie ta relikwią. Arka Przymierza nie 

została   zbadana.   Wyobraża   pan   sobie,   co   by   się   działo,   gdyby   okazało   się,   że   nie   jest 

prawdziwa? Miliony mieszkańców tego kraju straciłoby wiarę...

-   Arka   jest   prawdziwa   -   powiedział   Maciek.   -   Tu   na   dziedzińcu   dochodziło   do 

cudownych uzdrowień.

Minęliśmy ponownie sadzawkę królowej Saby i zbliżyliśmy się do potężnego gmachu 

wzniesionego z kamiennych bloków. Bloki tu i ówdzie wzmocniono ordynarnym betonem.

- Pamiątka po czasach włoskiej okupacji - wyjaśnił nasz przyjaciel - Mieli oryginalne 

metody restaurowania zabytków. Oczywiście cudzych, bo o swoje chyba dbali?

- I tak, i nie - powiedział szef. - W Rzymie za Mussoliniego chciano nawiązać do 

tradycji. W tym celu wyburzono całe kwartały szesnasto- i siedemnastowiecznych budynków, 

by odsłonić zalegające poniżej resztki starożytnych budowli Wiecznego Miasta... W sumie 

nie wiem, czy się opłacało.

- To tak jak z jedną z egipskich świątyń w Sakkara - powiedziałem.

Pan Samochodzik uniósł pytająco brwi.

- Zbudowano ją w okresie XXI dynastii i zachowała się bardzo dobrze. Prawie nie jest 

zniszczona.   Ale   do   jej   wzniesienia   użyto   bloków   z   czasów   szóstej   dynastii   pokrytych 

relikwiami. Prawdopodobnie rozebrano jakąś wcześniejszą świątynię. Teraz egiptolodzy mają 

kłopot: czy rozebrać nowszą świątynię i spróbować z pozyskanego materiału zrekonstruować 

starszą czy też zostawić tak jak jest?

- Ale co to właściwie za budynek? - zapytał szef znudzony przeciągającą się dyskusją.

- To biblioteka cesarska.

Weszliśmy do chłodnego wnętrza. Zaraz też na nasze powitanie przyszedł archiwista. 

Mówił   dobrze   po   angielsku,   przedstawiliśmy   nasz   problem   oraz   okazaliśmy   wystawione 

przez nasz rząd pełnomocnictwa.

- Poselstwo około 1683 roku - mruknął. - Nic mi to nie mówi, ale zaraz poszukamy.

-   Dokumenty   mogą   być   opatrzone   takim   herbem   -   szef   naszkicował   na   kawałku 

papieru   Ciołek,   herb   Sobieskich   -   lub   takim   -   pokazał   zegarek   kieszonkowy   ozdobiony 

background image

herbem Leliwa.

- Coś mi się przypomina - mruknął archiwista.

Posadził   nas   w   nowocześnie   urządzonym   pokoju,   a   sam   zniknął   w   magazynach. 

Wrócił po godzinie, kompletnie zakurzony, ale minę miał triumfującą.

- Chyba mam - podał nam sporą księgę oprawioną w czarne płótno.

Otworzyliśmy ją ciekawie. Wypełniały ją zszyte na grzbiecie strony ksero.

-   To   kopie   z   biblioteki   narodowej   w   Addis   Abebie   -   wyjaśnił.   -   Zobaczcie   w 

założonym miejscu.

Otworzyłem.   Dokument   formatu   A3   zaopatrzony   był   w   pieczęć.   Kserokopiarka 

odczytała   ją   słabo,   ale   herb   na   niej   wyobrażony   był   na   tyle   charakterystyczny,   że   nie 

mogliśmy go nic poznać. Dokument zredagowany był po łacinie i po francusku. Wczytaliśmy 

się weń z zapartym tchem, zmagając się z pokrętną gramatyką i kaligrafią. Język Wergiliusza 

w XVII wieku niezbyt przypominał łacinę klasyczną.

- Propozycja wymiany misji wojskowych i dyplomatycznych, propozycja wspólnych 

działań   militarnych   -   mruczał   szef.   -   Propozycja   wysłania   do   Etiopii   grupy   żołnierzy   i 

rusznikarzy   celem   przezbrojenia   armii   etiopskiej   i   przeszkolenia   jej   w   posługiwaniu   się 

najnowocześniejszą techniką wojskową!

- Czyżby Jan III Sobieski orientował się w poziome uzbrojenia tutejszych ludów? - 

zdumiałem się.

- Musiał mieć wtyczki na dworze portugalskim. Przecież kilkadziesiąt zaledwie lat 

wcześniej muszkieterzy pod wodzą Krzysztofa da Gamy pomagali Etiopczykom w walce z 

Graniem - zauważył Maciek.

-   Czyli   nasza   misja   właściwie   jest   zakończona   -   powiedział   pan   Tomasz.   - 

Udowodniliśmy, że poselstwo dotarło na miejsce!

- Ale jeszcze nie wiemy, jaką odpowiedź cesarz dał na te propozycje. Sądzę, że tu jest 

zawarta.

Na   dole   dokumentu   biegł   rząd   liter   amharskiego   alfabetu.   Archiwista   uprzejmie 

przetłumaczył:

- Udzielono odpowiedzi i odprawiono posłów do domu. Niestety nie mamy w tym 

zbiorze dokumentów kopii listu cesarza do waszego króla.

Zamyśliliśmy się głęboko.

- Sądzę, Pawle, że trzeba będzie pofatygować się do tego wodza powstańców, który 

każe im tatuować herb Leliwa na ramionach - powiedział.

- To na południu Sudanu - zauważyłem. - Tam jest właściwie permanentne powstanie 

background image

chrześcijan przeciw islamistom...

-   Teraz   nie   -   wyjaśnił   Maciek,   o   którego   obecności   prawie   zapomnieliśmy.   -   Od 

kilkunastu miesięcy jest tam zawieszenie broni...

Pracownik   archiwum   skserował   nam   dokument.   Opuściliśmy   zaciszny   gmach 

cesarskiej biblioteki.

- Na południe Sudanu się nie dostaniemy - westchnął szef.

Maciek chrząknął.

- Wybaczą panowie, ale to żaden problem - powiedział. - Możemy tam być choćby 

jutro.

- Jakim cudem? - zdziwiłem się.

-   No   cóż,   na   wielbłądach   wyszedłem   prawie   na   zero,   w   każdym   razie   zysk   jest 

minimalny, ale można spróbować zarobić na przemycie w drugą stronę.

- Z Etiopii do Sudanu - mruknąłem. - I możesz nas zabrać?

- Jasne. Będzie bardzo bezpiecznie. Samolotem na miejsce. Tylko muszę połazić i 

załatwić.

- To będzie kosztowało?

- Koszta organizacyjne biorę na siebie. Zyski przekroczą nakłady, a panowie pomogą 

mi z ładunkiem, policzę to jako wynagrodzenie.

- Zgoda - szef uścisnął jego rękę. - No to idź i załatwiaj.

Nasz przyjaciel wrócił dopiero wieczorem.

-   Transport   załatwiony,   towar   kupiony,   dostawca   będzie   czekał   w   umówionym 

miejscu - powiedział. - Problemów żadnych nie przewiduję. Arka przynosi nam szczęście.

- Kiedy wyruszamy? - zaciekawił się Pan Samochodzik.

- Za pół godziny.

Poczułem   nieokreślony   żal.   Przebyliśmy   tyle   tysięcy   kilometrów   i   nawet   nie 

zdążyliśmy dokładnie zwiedzić tego miasta... Pan Samochodzik odgadł moje myśli.

- Będzie jeszcze okazja - powiedział. - za rok, może za pięć lat, wszystko się uspokoi, 

skończy się wojna, wtedy będziemy mogli przyjechać tu i spokojnie powłóczyć się po całym 

kraju.

- W Erytrei też są piękne zabytki - dodał Maciek. - Cóż, tak niestety wyszło. Następny 

samolot   będzie   leciał   do   Sudanu   dopiero   za   dwa   tygodnie.   Musiałem   decydować   się 

natychmiast...

- No to w drogę - westchnął szef.

background image

Jak się okazało, na naszego przyjaciela czekał samochód z oficerem za kierownicą. Na 

nasz widok uśmiechnął się lekko.

- Dziennikarze z Polski - powiedział mocno łamanym rosyjskim. - Szerokiej drogi.

Zajechaliśmy na wojskowe lotnisko, położone kilkanaście  kilometrów  za miastem. 

Maciek poszedł do baraku chwilę pogadać, po czym pomaszerowaliśmy do sporego samolotu 

transportowego.

- Na miejscu będziemy mniej więcej za cztery godziny - powiedział, gdy wygodnie 

usadowiliśmy się w ładowni zapakowanej sztywno jakimiś kontenerami.

-   Sądziłem,   że   wszelkie   loty   między   tymi   dwoma   krajami   są   w   czasie   wojny 

zawieszone? - zdziwił się szef.

- Właściwie tak, ale przecież trzeba wspierać powstańców.

Klepnąłem dłonią najbliższy kontener.

- Czekaj, wyjaśnijmy sobie coś - zażądałem. - Z tego co wiem o armii, a służyłem w 

jednostce komandosów, to są to kontenery przystosowane do wykonywania zrzutów.

- No tak - kiwnął głową.

- Jakich zrzutów? - zdziwił się szef.

- Mają zainstalowane spadochrony odpalane za pomocą automatycznego urządzenia - 

wyjaśniłem. - Zrzuca się je na przykład partyzantom.

- Tak, to ten typ opakowań - Maciek kiwnął głową.

- A co jest w środku? - zainteresował się szef.

-   Zdaje   się,   że   rozwiązanie   aktualnego   konfliktu   granicznego   -   powiedziałem.   - 

Powtarzacie   stary   numer?   Sudan   chce   wam   dokopać,   to   dozbraja   się   powstańców   na 

południu? Eksport wojny z dala od naszych granic?

-   Nie   da   się   ukryć,   że   w   tych   skrzyniach   jest   trochę   wyposażenia   wojskowego   - 

powiedział   Maciek.   -   Zgoda,   można   je   nazwać   bronią,   materiałami   wybuchowymi, 

amunicją... Powstańcy będą tego potrzebowali, gdy islamiści złamią zawieszenie broni. Do tej 

pory łamali wszystkie. Mając broń chrześcijanie będą mogli przeciwstawić się ekspedycjom 

karnym. Poza tym odbiorcą tego jest człowiek, który ma pierścień z naszym herbem.

Szef zamyślił się poważnie.

- I pomyśleć, że ja, pracownik Ministerstwa Kultury - podkreślił to słowo - i Sztuki 

będę szmuglował broń, aby tubylcy w Sudanie mogli się nawzajem wyrzynać...

- A jeśli nas zestrzelą? - zapytałem złośliwie.

-   Nie   zestrzelą.   Idziemy   na   ośmiu   tysiącach   metrów   i   mamy   obstawę   w   postaci 

jednego Miga.

background image

- A jaki jest twój udział w tym interesie? - zapytałem.

- Przenośny radar - klepnął w jedną ze skrzyń. - Sudańczycy chcieli go kupić, ci z 

Etiopii   chcieli   sprzedać,   ale   był   problem   z   przekazaniem   pieniędzy.   Dałem   srebro   i   na 

południu też dostanę srebro. Tylko dwa razy więcej.

- Radar to niby nie broń - zauważył szef.

-   Ale   też   może   zabijać   -   mruknąłem.   -   No   nic.   Będziemy   martwili   się,   kiedy 

przybędziemy na miejsce.

- Gryzie mnie pewien problem - odezwał się pan Tomasz. - Skoro te kontenery są 

przystosowane do zrzucania, to jak my wysiądziemy?

- Tą samą drogą - Maciek klepnął trzy spadochrony leżące pod ścianą.

- Mam tak po prostu wyskoczyć? - zdziwił się szef.

- To proste - uspokoił go Maciek.

- Tak jak w dowcipie, że najpierw ciągnie się jeden uchwyt, potem drugi, a jeśli nadal 

nic się nie otwiera, to w kieszeni jest instrukcja? - westchnął przełożony.

- Będziemy skakać z wymuszonym otwarciem czaszy - uspokoił go Maciek. - Nie 

trzeba   będzie   za   nic   ciągnąć.   Zawsze   musi   być   ten   pierwszy  raz.   Zresztą   w   najgorszym 

wypadku możemy zawrócić do Etiopii.

- Co, ja nie skoczę? - oburzył się szef.

Minęła jeszcze godzina. Zadzwonił dzwonek.

- Czas - powiedział Maciek.

Zapięliśmy spadochrony.

- Ciągnę w razie czego za to? - pan Tomasz dla upewnienia się musnął uchwyt.

-   Spadochron   wyzwoli   linkę   asekuracyjną   -   wyjaśnił   Maciek.   -   A   w   razie   czego 

mechanizm   zabezpieczający   odpali   automatycznie.   Jest   ustawiony.   Proszę   policzyć   do 

piętnastu.   Przy   piątce   powinna   otworzyć   się   czasza.   Jeśli   nie,   przy   dziesiątce   zadziała 

mechanizm zabezpieczający.

- Czyli w ogóle nie trzeba ciągnąć - uspokoił się Pan Samochodzik.

Wyjaśniłem mu, jaką pozycję powinien przyjąć po skoku. Maciek dźwignią otworzył 

rampę  i zręcznie  pozsuwaliśmy kontenery.  Samolot  bardzo powoli zataczał  łuk. Skrzynie 

znikały w ciemnościach.

- Wysokość dwa i pół tysiąca - poinformował Maciek.

Zapiąłem   linkę   asekuracyjną   spadochronu   szefa.   Przez   chwilę   stał   niepewnie   nad 

otwierającą mu się pod nogami przepaścią, a potem skoczył. Patrzyłem w dół. W ciemności 

wykwitła czasza spadochronu. Zwinąłem linkę.

background image

- Twoja kolej - odwróciłem się do Maćka, który korbą podciągał rampę. Docisnął 

bezpiecznik i zablokował zamek, po czym stanął w drzwiach. Zaczepiłem linkę i skoczył. 

Jeden z pilotów wyszedł na chwilę z kabiny. Wyjaśnił mi na migi, że zabezpieczy drzwi.

Kiwnąłem głową i skoczyłem. Powietrze uderzyło mnie jak młot, przekoziołkowałem 

kilkakrotnie.   Błyskawicznie   zdusiłem   uczucie   paniki   i   przyjąłem   postawę   zalecaną   przez 

jednego z pionierów spadochroniarstwa, Leo Valentina. Rozłożyłem ręce i lekko odgiąłem do 

tyłu nogi. Spadałem w kompletną ciemność. Nad głową miałem pokryte gwiazdami niebo. Na 

lewo od siebie zauważyłem spadochron Maćka. W tej chwili strzelił mechanizm spustowy. 

Czasza nadmuchana gazem błyskawicznie rozłożyła się. Szarpnęło mną zdrowo. Popatrzyłem 

na wysokościomierz. Tysiąc z hakiem. Uspokojony spoglądałem w dół. Księżyc wychylił się 

zza chmur. Zobaczyłem lekko sfaldowaną powierzchnię ziemi. Białe plamy znaczyły miejsca, 

w których kontenery uderzyły w grunt. Zauważyłem jeden spadochron, ale nie widziałem 

Maćka czy szefa. Ściągnąłem lekko linki, aby skierować się w tamtą stronę. Ziemia zbliżała 

się szybko. Przygotowałem się. Piach był dość miękki. Uderzyłem nogami i przetoczyłem się 

kilka razy.  Poderwałem się z ziemi niemal natychmiast. Zwinąłem byle jak spadochron i 

przygniótłszy   go   kamieniem   ruszyłem   w   stronę   miejsca,   gdzie   jak   mi   się   wydawało 

wylądował ktoś z naszej paczki. Po chwili wyrosła przede mną niewysoka sylwetka. Maciek.

- Widziałeś gdzieś szefa? - zapytałem.

- Zniosło go trochę na południe - powiedział. - Zaraz go odszukamy.

Ruszyliśmy   przez   piasek.   Trafiliśmy   na   jeden   z   kontenerów.   Wyglądał   na 

nieuszkodzony.

- Tam coś się rusza - Maciek wskazał ręką.

Poszliśmy w stronę, z, której rozlegały się dziwne dźwięki. Coś sporego gramoliło się 

z   piasku.  Nasz   przyjaciel   zapalił   latarkę.   Strumień   światła   wyłowił   z   mroku   osiodłanego 

wielbłąda.

- Pewnie odbiorcy przesyłki są już na miejscu - zauważyłem.

Pokręcił przecząco głową.

- To siodło wojskowe - powiedział. - Coś mi się tu nie zgadza.

W ciemności zapłonęło kilkanaście halogenowych reflektorów. Padłem na ziemię, ale 

i tak nic nam to nie dało. Blask wyłowił z mroku kontenery leżące wokoło, kilkadziesiąt 

wielbłądów oraz licznych żołnierzy z karabinami gotowymi do strzału.

- No, to jesteśmy uziemieni - mruknąłem.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

W   KAJDANACH   •   CO   POWIEMY   ŚLEDCZYM   •  SZUBIENICA   • 

PSYCHOLOGIA   •   RATUNEK   •   SZEF   W   MUNDURZE   •   SYGNET 

MAPETE • KOEGZYSTENCJA

Siedzieliśmy zakuci w kajdany w glinianej lepiance. Po podłodze łaziły karaluchy, w 

oknie były kraty, a za drzwiami stał żołnierz z automatem. Światło.

- Szefowi chyba udało się zwiać - zauważył Maciek. - Marna to dla nas pociecha, ale 

zawsze...

- Jak sądzisz, co z nami zrobią?

- Prawdopodobnie  przekażą  gdzieś  dalej  - westchnął.  - Pan może  ocaleje, jeśli  w 

Polsce   złapano   ostatnio   jakichś   sudańskich   szpiegów,   to   może   wymienią.   Ja  mam   raczej 

kiepskie   szansę,   ale   też   prawdopodobnie   przeżyję.   Tu   nie   wolno   wykonywać   wyroków 

śmierci na osobach poniżej szesnastego roku życia.

- Trzeba uzgodnić wersję na wypadek procesu.

- Co mamy powiedzieć? - zamyślił się. - Złapali nas w paskudnym miejscu. Powiemy, 

że spacerowaliśmy po ciemku ubrani w rozłożone spadochrony, a tu nagle zaczęły spadać z 

nieba jakieś kontenery?

- W takie wyjaśnienie nie uwierzą.

- A może inaczej. Sudan? Jaki Sudan? Lecieliśmy do Konga!

- Broń? Jaka broń? W kontenerach miały być tekstylia - zaproponowałem.

- Wykiwali nas somalijscy dostawcy - uzupełnił.

- Dlaczego somalijscy? - zdziwiłem się.

- Bo z Etiopią Sudan prowadzi wojnę, a z Somalią dotąd się nie zdarzyło. Hm, to jest 

jakiś  pomysł  - mruknął.  - Wyprzeć  się wszystkiego.  Lecieliśmy  spokojnie z kontenerami 

tekstyliów do Konga. Po drodze pilot zaczął mieć problemy z maszyną i trzeba było wyrzucić 

ładunek. Skoczyliśmy za nim, żeby uchronić go przed zagubieniem...

- Obawiam się, że szybko sprawdzą, iż nie jesteśmy biznesmenami, poza tym ładunek 

powinien być  ubezpieczony,  co zwalnia nas z konieczności skakania za nim. No i chyba 

przestrzeń powietrzna Sudanu jest teraz zamknięta.

- Owszem, ale to wina pilota. Widocznie drań skrócił drogę naruszając ich granicę.

background image

- Nie uwierzą.

Wyjrzałem przez zakratowane okienko. Na drzewku rosnącym przed lepianką jakiś 

żołnierz wieszał właśnie dwa stryczki.

- A niech to - wyrwało mi się.

Maciek też wyjrzał.

- Sądzę, że to tylko tak, żeby nas rozmiękczyć - powiedział. - Taki psychologiczny 

chwyt...

- Sądzisz, że ci tutaj znają się na psychologii? - westchnąłem. - Mam tylko nadzieję, 

że nie dorwą szefa...

- Na pewno nie będą nas od razu wieszali.

Poczułem lekką ulgę. Jego głos tchnął dziwną pewnością.

- Dlaczego tak sądzisz?

- Najpierw tortury - wyjaśnił ponuro.

Siadłem pod ścianą.

- Jak sądzisz, co jest po drugiej strome? - klepnąłem mur.

- Nie mam pojęcia. Wprawdzie rozglądałem się, jak nas tu wieźli, ale w nerwach 

człowiek niezbyt zwraca uwagę na szczegóły. Zaraz. Lepianka, w której jesteśmy, na lewo 

jest   większa,   gdzie   pewnie   siedzi   dowódca.   Tam   drzewko   i   kilka   namiotów   dla   wojska, 

studnia, obok której trzymają wielbłądy. Tam chyba nie ma nic, tylko pustynia.

Wyciągnąłem z buta “żydowski włos” i przebiłem go przez glinę, po czym zacząłem 

cichutko   piłować.   Cienkie   nacięcie   zaraz   zaklejałem   pyłem   mieszanym   ze   śliną.   Gdy 

wyschnie nic będzie się odróżniał od reszty.

- Wypiłuję otwór, potem wystarczy pchnąć i będziemy wolni - powiedziałem. - Chyba 

najlepiej będzie uciekać w południe, najmniej się spodziewają...

W tej chwili na zewnątrz wybuchła gwałtowna strzelanina. Maciek chciał wyjrzeć 

oknem, ale ściągnąłem go na podłogę.

- Jeśli to nasi sprzymierzeńcy, to sami nas uwolnią. Jeśli nie, to i tak lepiej się nie 

wychylać - powiedziałem.

Jakieś zbłąkane  kule przebiły glinianą  ścianę  i utkwiły dopiero w następnej. Ktoś 

strzelił pod zamkiem i drzwi otworzyły się z trzaskiem. Stał w nich wysoki Murzyn ubrany w 

strój paramilitarny, to znaczy szorty w ciapki. W dłoni dzierżył karabin, na nosie miał ciemne 

okulary. Moją uwagę przykuł jednak niewielki złoty pierścień z ametystem zdobiący jego 

palec zaciśnięty na spuście. Kamień trochę się porysował, ale herb Leliwa był nadal wyraźnie 

widoczny.

background image

- Paweł Daniec i Maciek Rawicz - powiedział po polsku z bardzo dziwnym akcentem. 

- Miło was widzieć żywych. Samochód czeka. Nazywam się Mapete.

Faktycznie, na ciężarówki  przed lepianką  ładowano właśnie pośpiesznie kontenery 

zrzucone   przez   nas   w   nocy.   Arabowie,   którzy   nas   tak   zręcznie   zgarnęli,   stali   teraz   z 

podniesionymi rękami pilnowani przez kilkunastu Murzynów z karabinami.

- Poddali się od razu - powiedział człowiek, który nas uwolnił. - Rozsądni ludzie, 

wcale nic chcieli umierać...

- Co z nimi będzie? - zapytałem.

- Zostawimy ich tutaj. Nie ma sensu brać ich jako jeńców, a nie ma powodów, by ich 

zabijać. To poborowi, zaplątani wbrew własnej woli w brudną wojnę.

Wskoczyliśmy   na   ciężarówkę.   Pan   Samochodzik   ubrany  w   sfatygowany   radziecki 

mundur siedział spokojnie w cieniu kontenera.

- Witajcie - powiedział. - Miło was znowu widzieć.

- Co się z panem działo? - zdumiałem się.

- Ano trochę mnie zniosło. Zobaczyłem z daleka to całe zamieszanie z latarkami, a 

ponieważ chwilę wcześniej minęła mnie ciężarówka z rządowymi oznaczeniami, doszedłem 

do wniosku, iż wpadliście po uszy. Pomyślałem, że ładunek był dla kogoś przeznaczony, więc 

odbiorcy powinni gdzieś się tu kręcić. Przed świtem trafiłem na Mapete i jego oddział. Jak się 

okazało, mówi świetnie po polsku, studiował w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia w 

Krakowie. Wyjaśniłem mu problem i pojechaliśmy was odbić.

- Ładny uniform - mruknąłem.

- Ciekawe, skąd go wytrzasnęli - uśmiechnął się. - Doradcy wojskowi przebywający w 

Etiopii i Angoli raczej paradowali w miejscowych.

- Jeszcze jedna zagadka Czarnego Lądu - westchnąłem.

Nasz wybawca wskoczył na platformę. Jego ludzie skończyli załadunek.

- Zapraszam do nas - powiedział - Sześćdziesiąt kilometrów stąd mam swoją główną 

kwaterę. Tam sobie w spokoju pogadamy.

- Należy mi się pięćdziesiąt kilogramów srebra - powiedział Maciek.

- Za co? - brwi dowódcy uniosły się lekko w zdziwieniu.

- W jednym z kontenerów jest radar, który zamówiliście.

- Coś mi się zdaje, że przechwyciliśmy ładunek jako łup wojenny - uśmiechnął się 

partyzant. - Radar zabraliśmy Arabom, więc to do nich powinieneś kierować pretensje - puścił 

oko na znak, że zapłaci, tylko chce się trochę podroczyć.

Twarz Maćka rozciągnęła się w szerokim uśmiechu.

background image

- Dobra - powiedział - Jak sobie chcecie. Radar jest wasz. Ale za klucz kodowy do 

jego uruchomienia i tak musicie mi zapłacić.

- Srebro czeka w kwaterze - powiedział dowódca. - Znaleźliście się w miejscu w 

którym nie powinniście się byli pokazywać - zwrócił się do mnie i do szefa. - Rozejm z siłami 

rządowymi   jest   kruchy,   nie   da   się   wykluczyć,   że   dzisiejsza   akcja   doprowadzi   do   jego 

zerwania. Dlatego lepiej będzie, jeśli czym prędzej wrócicie na północ.

- Czy jest tu możliwość wynajęcia samochodu lub karawany? - zapytał szef.

- Postaram się coś wymyślić - obiecał. - Na razie czujcie się naszymi gośćmi.

Godzinę   później   wjechaliśmy   do   niewielkiej   wioski   leżącej   malowniczo   wśród 

wzgórz.

- Porozmawiamy w południe - powiedział dowódca na odchodnym. - Wpadnijcie do 

mnie do sztabu.

Aby rozprostować kości, połaziliśmy po wiosce. Maciek gdzieś zniknął twierdząc, że 

musi   odnaleźć   księgowego   oddziału   i   wyegzekwować   opłatę.   Wieś   była   dość   ludna: 

zamieszkiwało ją kilkadziesiąt rodzin. Przez środek sioła przepływał pomiędzy lepiankami 

niewielki strumyk. W wodzie taplały się dzieci. Opodal kobiety coś prały.

-   Plemię   Dinka   -   powiedział   szef.   -   Nawet   nie   wiedziałem,   że   zostali 

schrystianizowani.

- Kościoła ani kaplicy nigdzie tu nie widać - mruknąłem. - Może tylko sprzymierzyli 

się z chrześcijanami? Ostatecznie islamiści chcą nawracać także animalistów i przedstawicieli 

innych religii.

- Możliwe - kiwnął głową szef. - Tam na wzgórzu...

- Jakieś rzeźby.

- Widziałem taką w British Museum. To drewniane pomniki nagrobne.

- Ale obok widzę też kilka krzyży - zauważyłem. - Zapewne żyją tu w symbiozie....

Poczęstowano nas obiadem. Zbliżało się południe. Ruszyliśmy w stronę sztabu.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

WIZYTA W SZTABIE • POCHODZENIE SYGNETU • SAMOBÓJCZE 

ZADANIE   •   JAK   ROZBIĆ   WIĘZIENIE   •   TAJEMNICA   NAPISU   NA 

STOLE • NOCNY LOT

Pośrodku osady wznosił się samotnie jedyny murowany budynek. Zbudowano go na 

planie kwadratu. Miał trzy lastrykowe schodki i solidne drewniane drzwi. W drzwiach było 

kilka   dziur,   najwyraźniej   ktoś   swojego   czasu   strzelał   do   nich   z   karabinu.   Na   ścianie 

namalowano   maczetę   skrzyżowaną   z   automatem   kałasznikowa.   U   dołu   biegł   wężyk 

arabskiego alfabetu.

- Ładne mają symbole - zauważył szef pogodnie. - Podobne do graffiti Irlandzkiej 

Armii Republikańskiej.

-   Bardziej   chyba   przypomina   to,   co   malują   na   murach   członkowie   Hamasu   i 

Hezbollahu - zaprotestowałem. - Ale jest i coś dla nas.

- Można powiedzieć: polski akcent - szef zadań głowę.

Nad drzwiami czerwoną olejną farbą nabazgrano herb Leliwa. Tynk już się trochę 

sypał.

-   A   więc   tak   wygląda   sztab   podziemnej   armii   walczącej   z   sudańskim   rządem   - 

mruknął pan Tomasz nieco rozbawiony. - Kto by pomyślał...

- Dedukuję, że przed wojną mieściło się tu kino - powiedziałem. - Brak okien na to 

wskazuje...

- Kina urządzali chyba raczej na świeżym powietrzu - zadumał się. - Może to był jakiś 

magazyn albo posterunek policji?

- Posterunek miałby strzelnice w ścianach - popatrzyłem na zegarek. - Jesteśmy dwie 

minuty przed czasem. Możemy już chyba wejść?

- Sądzę, że tak - uśmiechnął się szef.

Przekroczyliśmy   podziurawione   drzwi.   Spodziewałem   się,   że   wewnątrz   będzie 

ciemno, ale nieoczekiwanie znaleźliśmy się w pełnym blasku dnia.

- No tak - mruknął szef kontemplując sufit, którego smętne resztki trzymały się tylko 

w narożnikach budynku.

background image

Nie myliłem się, niegdyś budynek ten stanowił kino. Zachowała się jeszcze murowana 

scena   pod   jedną   ze   ścian   oraz   podziurawiony,   spłowiały,   płócienny   ekran.   Na   scenie 

ustawiono   kilka  stołów. Leżały  na  nich  mapy  poprzypinane   pinezkami.  Na  murze   ponad 

ekranem namalowano czarną farbą krzyż i jakieś arabskie napisy. Mapete stał za stołem w 

otoczeniu swoich sztabowców. Wśród nich dojrzeliśmy Inco - naszego autostopowicza. Też 

nas zauważył, bo pomachał nam radośnie. Dyskutowali nad rozłożonymi mapami. W kącie 

sali kilkunastu chłopców w wieku Maćka czyściło broń nasączonymi w benzynie szmatkami. 

Na krawędzi sceny siedziały dwie kobiety z pistoletami maszynowymi. Chyba miały stanowić 

ochronę wodza. Obrzuciły nas uważnymi spojrzeniami i dokonawszy identyfikacji straciły 

zainteresowanie. Gospodarz odszedł od stołów i wyszedł nam na powitanie.

-  Witam   panów   -   powiedział   swoją   dziwnie   akcentowaną   polszczyzną.   -   Proszę 

spocząć.

Usiedliśmy na stojących pośrodku sali krzesłach, prawdopodobnie pochodzących z 

dawnego   wystroju   budynku.   Trzy   młode   dziewczyny   w   perkalowych   sukienkach   zaraz 

przyniosły   stolik,   tacę   z   herbatą   w   filiżankach   i   jakieś   ciasto   miejscowego   wypieku. 

Zasiedliśmy do poczęstunku.

Chcieli panowie się ze mną widzieć - zagadnął nasz gospodarz. - Biorąc pod uwagę, 

że trafili tu panowie całkiem przypadkowo, ciekaw jestem waszych pytań.

Szef kiwnął głową.

- Przybyliśmy  do Sudanu, aby spróbować  rozwikłać  pewną zagadkę  z przeszłości 

naszego narodu - powiedział. - Na razie idzie nam nie najgorzej, ale znaleźliśmy się w ślepym 

zaułku...

Mapete przypatrzył mu się z zaciekawieniem.

- W czym mogę pomóc? - zapytał.

-   Szukamy   śladów   ludzi,   spośród   których   jeden   pieczętował   się   takim   znakiem   - 

narysowałem na kartce herb Leliwa i podsunąłem mu.

Uśmiechnął się ujmująco. Następnie z palca zdjął sygnet z turkusem i podał szefowi. 

Złota obrączka została przecięta, zapewne przez któregoś z poprzednich właścicieli. Dzięki 

temu pierścień pasował do grubych palców dowódcy. Turkus wytarł się przez te wszystkie 

lata, ale nadal wyraźnie widać było wygrawerowany rysunek.

- Nie wiedzieliśmy, co oznacza ten znak - powiedział. - Ale był ładny, a przy tym 

wyglądał dla nas egzotycznie. Dlatego też zdecydowaliśmy,  że przyjmiemy go za symbol 

naszego   ruchu.   Przybywacie   z   kraju   chrześcijańskiego,   my   też   jesteśmy   chrześcijanami. 

Symbol ten należał więc do rodu wyznającego naszą religię. Wszystko na świecie jest ze sobą 

background image

powiązane. Jak to się mówi w Polsce, świat jest mały...

Kiwnąłem poważnie głową.

- Jak znalazł się w waszym posiadaniu? - zapytał pan Tomasz. - Sądzimy, że znając 

miejsce jego pochodzenia będziemy mogli podjąć w tej okolicy dalsze poszukiwania.

- Dostałem go od ojca - powiedział poważnie nasz gospodarz. - Nie wiem dokładnie, 

gdzie on go znalazł. W czasie wojny domowej przed dwudziestu laty zjeździł całe południe. 

Bywał też w Egipcie i w Abisynii. Raz nawet w Ameryce, gdzie usiłował wygłosić na forum 

ONZ przesłanie naszego ludu... Bez jego pomocy nie uda się określić, w którym z tych miejsc 

znalazł lub kupił ten pierścień.

- Czy można go o to zapytać? - zainteresowałem się.

Uśmiechnął się lekko, jakby ze smutkiem.

- Może i można by - odpowiedział.

- To znaczy? - zapytał Pan Samochodzik.

- Mojego ojca aresztowano pół roku temu wraz z kilkoma innymi starcami z naszej 

wioski.  Zostali  uznani  za winnych  działalności  terrorystycznej  i  skazani  na  piętnaście  lat 

pozbawienia   wolności.   Niektórym   przypominano   jeszcze   o   wojnie   domowej   z   lat 

sześćdziesiątych... Przebywają w więzieniu w Chartumie.

- Postaramy się uzyskać widzenie - westchnął Pan Samochodzik.

- Do tego więzienia nie wpuszczają cudzoziemców - powiedział. - Nawet komisji z 

ONZ. Tam można wejść, ale już raczej się nie wychodzi. Chyba że uda się uciec.

- Może wobec tego listownie? - zamyślił się szef.

Gospodarz uśmiechnął się.

- Nie zrozumieliście - powiedział. - Chcę, abyście go stamtąd wyciągnęli. I to w miarę 

możliwości z resztą naszych. W tej chwili więzionych tam jest dwudziestu członków naszego 

ruchu.

Zatkało nas. Popatrzyliśmy na siebie zdumieni.

- Mamy mu posłać drabinkę sznurową w chlebie? - zdumiał się szef.

- Jesteście białymi  ludźmi - uśmiechnął się nasz rozmówca. - A biali ludzie, jeśli 

wierzyć mądrości ludowej, są podstępni i skłonni do osiągania celu wszelkimi możliwymi 

metodami. Większość Murzynów  was nie lubi, zaszłości historyczne działają tu na waszą 

niekorzyść. Co nie znaczy, że nie doceniamy waszej mądrości i sprytu. Posiadacie bogatą 

tradycję więziennictwa. My nie mamy prawie żadnej. Wasi więźniowie uciekali z więzień 

przez   ostatnie   trzy   tysiące   lat.   Wśród   tysięcy   sposobów   wykorzystanych   przez   nich   z 

pewnością znajdą się jakieś, które będzie można zastosować w tym wypadku.

background image

Szef złapał się za głowę.

- Mamy odbić człowieka z więzienia i może jeszcze przerzucić go tutaj przez linię 

frontu?

- Tylko odbić - powiedział poważnie gospodarz. - Resztą zajmę się osobiście.

-   To   i   tak   niemożliwe   -   zauważyłem.   -   Do   rozbicia   więzienia   potrzeba   setek 

uzbrojonych   ludzi,   samochodów   opancerzonych,   licho   wie   czego   jeszcze.   Zabitych   będą 

dziesiątki...

- Gdybym mógł załatwić to siłą, mój ojciec już byłby wolny - powiedział. - Nie mam 

aż tylu ludzi, by narażać ich na pewną śmierć. Dlatego wymyślcie coś prostszego. Genialny 

pomysł, który przyniesie wolność uwięzionym bez rozlewu krwi.

- To trudne - powiedziałem.

- Sądzę że sobie poradzicie.

- Wysoko nas pan ocenia - zauważył Pan Samochodzik.

- Muszę oceniać was co najmniej tak wysoko, jak wasi przełożeni - uśmiechnął się 

błyskając białymi zębami.

Popatrzyłem na niego zdziwiony.

-   Zrozumcie,   nie   ukryjecie   przede   mną,   że   jesteście   geniuszami   i   wirtuozami 

poszukiwań - powiedział trochę zawile.

- My wirtuozami? - zdumiał się szef.

- Wasi przełożeni wysłali was z misją. Macie odnaleźć ślady ludzi, którzy przeszli 

tędy ponad trzysta lat temu. Wiecie, jak nietrwały jest ślad pozostawiony na piasku. A jednak 

wam się powiodło. W ciągu kilku dni trafiliście na ich trop i teraz jesteście prawie u celu. Ja 

nigdy   nie   podjąłbym   się   takiego   zadania.   Was   wysłano,   bo   wiedziano,   że   zdołacie   tego 

dokonać. Zgodziliście się wiedząc, że potraficie - wstał na znak, iż audiencja skończona. - 

Dajcie   odpowiedź   wieczorem   -   powiedział   poważnie.   -   W   nocy   ruszacie   na   południe. 

Chciałbym wiedzieć, czy mogę na was liczyć, czy nie. Do Chartumu odeślę was niezależnie 

od tego, czy zgodzicie się wziąć udział w tej eskapadzie, czy też nie. Ale byłoby mi miło, 

gdybym mógł wiązać z wami nadzieje.

Wyszliśmy z kina. W cieniu baobabu siedliśmy na kamiennej ławce.

- Może  trzeba  mu  było  powiedzieć,  że  przyjechaliśmy  tu z własnej  inicjatywy?  - 

zamyślił się szef. - On uważa, że gości w wiosce dwu geniuszy, którzy wymyślą promienie do 

rozpuszczania więziennych murów...

- Sądzę, że on wie, skąd wziął się ten sygnet, a to o ojcu tylko zmyśla - powiedziałem 

poważnie.

background image

Pan Samochodzik kiwnął głową.

- Tak, ale to nie zmienia faktu, że taka jest cena. Obiecał nas odesłać na północ mimo 

wszystko. Z drugiej strony prawdopodobnie uratował nam życie, co nakłada na nas pewne 

zobowiązania... Czegoś przecież uczyli cię w “czerwonych beretach” na temat ucieczek z 

więzienia?

- No cóż, nauka i własne doświadczenia mogą zaowocować...

-   Niepokoi   mnie   moralny   aspekt   tej   sprawy   -   powiedział   pan   Tomasz.   -   Mamy 

wyciągnąć z więzienia człowieka...

- A więc jednak połknął pan haczyk - ucieszyłem się.

-   Na   razie   rozważam   to   teoretycznie.   Czy   mamy   moralne   prawo   wypuszczać   z 

więzienia skazańców osadzonych tam prawomocnym wyrokiem sądu? Na niektórych mieli 

haka od prawie czterdziestu lat. Musieli dopuścić się nie byle jakich aktów terroru, skoro tyle 

czasu im to zapamiętano

Zamyśliłem się.

- Biorąc pod uwagę tutejsze sądy... - zacząłem.

- Musieli złamać miejscowe przepisy. Inaczej nie zostaliby skazani.

-   A   jeśli   przepisy   są   niesprawiedliwe,   łamiące   prawa   człowieka?   Oni   są 

chrześcijanami. Tymczasem tutaj islam jest religią panującą... Pozostałe zwalcza się jak w 

Hiszpanii za czasów inkwizycji.

- Ci ludzie podjęli zbrojną rebelię przeciw legalnym władzom...

- Pan jest po stronie tych fundamentalistów z Chartumu?

- Nie, Pawle. Tego nie powiedziałem. Ale wolę rozważyć wszelkie okoliczności.

- Ci ludzie walczą o wolność. Nie chcą ginąć, usiłują pertraktować...

- Cały samolot etiopskiej broni potrzebny im jest tylko i wyłącznie w pokojowych 

celach - uśmiechnął się.

- No cóż, każdy ma prawo bronić własnego domu.

- Widzisz - powiedział pan Tomasz wpatrując się w zadumie przed siebie - prawo jest 

prawem. Niezależnie od tego, jak sformułowano jego zasady, należy go przestrzegać. Gdyby 

każdy sam decydował, jaki przepis wolno mu złamać, prawo szybko by zaginęło, a wraz z 

jego zagładą nastąpiłby chaos. W tej chwili jest tu względny porządek. Ludzie nie zabijają się 

na ulicach, kradzieże dzięki ucinaniu rąk ograniczono do minimum... Kupcy mogą rozkładać 

swoje kramy.

-   Tyle   tylko,   że   za   spokój   mieszkańców   Chartumu   płacić   muszą   ich   synowie 

uganiający się po bagnach w górze Nilu za chrześcijańskimi powstańcami - odparowałem.

background image

- Popełniamy zasadniczy błąd decydując się na opowiedzenie po jednej ze stron. Tutaj 

nie   odbywa   się   walka   dobra   ze   złem.   To   walka   różnych   rodzajów   zła.   Pomogliśmy   w 

szmuglowaniu samolotu pełnego broni. Powiedzmy,  że powstańcy mają prawo się bronić. 

Mają prawo odzyskać utracone tereny. Z jednej strony Etiopczycy wysyłają broń po to, aby 

bronić się przed wojną. Z drugiej niosą płomień zagłady sąsiadom. Być może w tym wypadku 

faktycznie   musimy   wyciągnąć   z   więzienia   człowieka,   który   siedzi   tam   niezasłużenie,   bo 

zamiast   swojego   syna...   Powiedzmy,   że   mnie   przekonałeś.   To   dziwne,   że   czasem   żądza 

wiedzy może popchnąć człowieka do tak dziwnych czynów...

- Szefie, ja bym go odbił nawet wtedy, gdyby miało się okazać, że sygnet kupili na 

targu staroci w Krakowie.

- Więc jednak mnie nie zrozumiałeś - posmutniał. - Tylko jak to przeprowadzimy.

- Jeszcze nie wiem, ale coś spróbuję wymyślić - obiecałem. - Trzeba najpierw obejrzeć 

obiekt. Policzyć strażników i tak dalej. W ostateczności można porwać jakiegoś reżimowego 

polityka i zaproponować wymianę...

- Chyba to słoneczko źle ci robi na mózg - powiedział ze smutkiem. - Nasz gospodarz 

sam jest w stanie wykombinować coś takiego. A liczy, że my wpadniemy na jakiś lepszy 

pomysł. Mówił, że chce zobaczyć przebłysk naszego geniuszu.

Nadszedł Maciek.

- I jak tam twoje interesy? - zagadnąłem.

Uśmiechnął się lekko.

-   Zapłacą   mi   pięćdziesięcioma   kilogramami   srebra   -   powiedział.   -   Chwilowo   nie 

dysponują innymi ekwiwalentami wymiany.

- Po jakieś sto dolarów za kilogram - mruknął szef. - Podwoiłeś kapitał.

- Żebym doprowadził wszystkie wielbłądy - westchnął. - Ale trudno. Lecą panowie do 

Chartumu?

Streściliśmy mu, czego się dowiedzieliśmy. Zasępił się.

- Niewykonalne - mruknął. - Widziałem to pudło. Wokoło obiega je ulica. Mury są 

wysokie na kilka pięter. Na rogach budki strażnicze i strażnicy chodzą po wierzchu. Wszędzie 

cekaemy...

- A jak prysnęła nasza dwójka autostopowiczów? - zaciekawiłem się.

- Mieli po prostu farta. Przewożono ich do innego więzienia. Ciężarówka zderzyła się 

czołowo   z   jakimś   samochodem,   spadła   z  szosy  i   rozbiła   się.   Wtedy   drapnęli.   Szli   przez 

dwanaście dni, zanim nas spotkali...

Pan Tomasz kiwnął w zadumie głową.

background image

- Uciekli z tego samego więzienia, do którego mamy się dostać? Zawołaj tu Inco, 

musimy się naradzić.

Po   kilkunastu   minutach   przybył   Inco.   Za   pośrednictwem   Maćka   jako   tłumacza 

zaczęliśmy rozmawiać.

- Co możesz nam powiedzieć o więzieniu w Chartumie? - zapytał szef.

- To jest piekło na ziemi. Słyszałem, że nasz dowódca chce, abyście wydobyli jego 

ojca.

-   Właśnie   -   potwierdziłem.   -   Czy   wiesz,   gdzie   go   trzymają?   Może   mógłbyś   nam 

narysować plan więzienia.

Podałem mu notatnik i długopis. Myślał przez chwilę, po czym narysował kwadrat 

murów i kilka budynków wewnątrz.

- Bloki z celami - pokazał. - Tu jest kuchnia i pralnia, tu kwatery strażników i ich 

rodzin. A chrześcijan z wioski trzymają w starej rotundzie - narysował kółko w rogu murów.

- Co to za rotunda? - zaciekawił się pan Tomasz.

- To bastion z czasów, gdy był tam brytyjski fort - wyjaśnił Inco. - Grube mury z 

cegły, duża, okrągła sala pod ziemią. Wpakowali tam ze czterdziestu naszych. Mu też tam 

siedzieliśmy. Strażnicy chcąc kogoś wywołać otwierają drzwi na poziomie ziemi i spuszczają 

w dół drabinkę. Potem wyczytają nazwisko. Jedzenie też zrzucają na dół. Nieczystości nie 

usuwają nigdy...

Z nastaniem zmroku nasz gospodarz wyszedł ze swojego sztabu.

- I co panowie postanowili? - zapytał.

- Spróbujemy - powiedział  pan Tomasz.  - Ale musimy najpierw  zobaczyć,  jak to 

wygląda. Będzie też nam potrzebna pomoc.

- Maciek zna właściciela starego hotelu. W razie czego on skontaktuje was z resztą.

- Stary hotel koło bazaru? - zaciekawił się szef. - To zabawne, ale tam na blacie stołu 

wyryto herb identyczny jak na pańskim sygnecie.

Uśmiechnął się.

- Wyryłem go na znak dla moich ludzi, że to bezpieczne miejsce. Pan Samochodzik 

zaczął śmiać się nerwowo.

- A niech mnie... - jęknął trochę się opanowawszy. - To nam się udało.

- Ale tam jest data - zaprotestowałem. - 1684...

Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Białe zęby błysnęły.

- To nie data, tylko numer telefonu kontaktowego - wyjaśnił.

- Teraz rozumiem, dlaczego właściciel tak się zmieszał - westchnąłem.

background image

Pożegnaliśmy się z gospodarzem i jego świtą, po czym wsiedliśmy do samochodu. 

Jechaliśmy dobrą godzinę po jakichś bezdrożach, aż zaparkowaliśmy na skraju sporej łąki. Od 

czasu do czasu ktoś musiał jej używać, bo trawa była wygnieciona kołami pojazdów, a w 

cieniu pod drzewami stało kilkanaście beczek na paliwo.

- I co teraz? - zagadnął Maćka pan Tomasz.

Nasz młody przyjaciel wzruszył ramionami.

- Trzeba będzie poczekać - powiedział. - Za jakieś pół godziny powinien się pojawić.

Siedliśmy koło beczek.

- To zabawne  - powiedziałem.  - Przebyliśmy  tyle  tysięcy kilometrów  i po prostu 

siedzimy sobie w cieniu.

- Bywa - uśmiechnął się szef. - Trawa podobna jak u nas... Tylko trochę cieplej.

Oparłem głowę na kamieniu i zdrzemnąłem się. Obudziło mnie potrząsanie.

- Lecą - powiedział Maciek.

Faktycznie, nad górami widać było szybko zbliżającą się ciemną plamkę. Niebawem z 

nieba sfrunął stary i strasznie zdezelowany samolot. Zaparkował na łące. Z kabiny wysiadł 

pilot ubrany w czarną skórzaną kurtkę lotniczą. Kurtka miała co najmniej tyle lat co samolot, 

ale przetarte szwy zręcznie pocerowano jedwabną nicią. Pilot miał na nosie gogle pochodzące 

chyba z czasów drugiej wojny światowej. Jedno ze szkieł było nadpęknięte. Otworzył jakąś 

klapę i wyciągnął z niej blaszany kanister. Podszedł do nas.

Kierowca, drzemiący w cieniu samochodu, podniósł się. Poklepali  się po plecach. 

Lotnik wyciągnął zza beczek małą ręczną pompkę i napełniwszy zbiornik paliwem podreptał 

do samolotu. Kierowca i Maciek poszli za nim. Gdy lał benzynę do baku, porozmawiali przez 

chwilę, po czym nasz przyjaciel pomachał na nas ręką.

Po pogiętej  aluminiowej  drabince wdrapaliśmy się do środka. Wewnątrz samolotu 

poniewierały   się   jakieś   skrzynki,   na   podłodze   leżała   warstwa   różnych   śmieci.   Zapach 

unoszący się w powietrzu sugerował, że poprzednim ładunkiem były żywe kozy.

- No cóż, zapach ekologiczny - szef uśmiechnął się lekko.

- Nie będzie kłopotów na lotnisku? - zapytałem Maćka.

Mrugnął tajemniczo.

- Nie wylądujemy na lotnisku, tylko trochę na dziko.

Pilot wsiadł do samolotu i zatrzasnął drzwi. Pokazał nam uniesiony w górę kciuk. 

Usiedliśmy na kilku workach wypełnionych fasolą.

- Zapiąć pasy i nie palić - zażartowałem.

Pasów  oczywiście  nie   było.  Siedzeń   też   nie.  Silnik  maszyny   zawył  ponurą  pieśń. 

background image

Śmigła ruszyły z miejsca. Ich drgania udzieliły się kadłubowi. Stalowe wręgi podtrzymujące 

od środka ściany jęknęły, a obluzowane blachy zabrzęczały.

- Oderwiemy się od ziemi? - zaniepokoił się Pan Samochodzik.

- Chyba tak - odpowiedział Maciek.

Wreszcie   maszyna   ruszyła   w   przestworza.   Jeden   silnik   w   pewnej   chwili   umilkł   i 

samolot przechylił się na lewą stronę. Ciężkie skrzynie przesunęły się ze zgrzytem rysując i 

tak strasznie podrapaną podłogę. Silnik ożył i samolot ustabilizował lot.

- Poprzesuwajmy skrzynie na miejsca - poradził Maciek. - Wyważenie samolotu jest 

sztuką chyba nie znaną tutejszym pracownikom lotnisk.

Pomogłem mu.

- A co jest w tych skrzyniach? - zainteresował się pan Tomasz.

- Sądzę, że miedź w sztabach, wydobywana gdzieś za granicą - powiedział. - Pewnie 

w Kongo... jak się teraz mówi w Zairze. Ale równie dobrze mogą to być lekarstwa albo 

tekstylia.   Gospodarka   Sudanu   nigdy   nie   była   samowystarczalna,   a   teraz   jest   szczególnie 

trudno. Przemytnicze eldorado.

Przez nieszczelności poszycia wiało. W miarę wznoszenia się robiło się coraz zimniej. 

Maciek poszedł do pilota i przez chwilę rozmawiał z nim, a potem wrócił do nas.

- Na chłód zaraz coś poradzimy - powiedział.

Rozciął sznurek na sporym pakunku. Powietrze wypełnił intensywny zapach świeżo 

wyprawionych krowich skór. Zawinięci w nie niebawem poczuliśmy się lepiej.

- Można by napocząć tę flaszkę wódki z daktyli - zauważyłem. - Po kieliszku, byłoby 

na rozgrzewkę.

-   Ty   chyba   chcesz   się   wykończyć   -   mruknął   przełożony.   -   Na   jakiej   jesteśmy 

wysokości? Wiesz, co grozi pijącym alkohol w górach?

- Ja nie wiem - odparł Maciek.

- W  wysokich  górach  powietrze  jest  rozrzedzone   - wyjaśnił  szef.  -  Serce  pracuje 

inaczej, naczynia  krwionośne  są rozszerzone.  Wszystko  w celu  dostarczenia  komórkom  i 

mózgowi   odpowiednich   ilości   tlenu.   Alkohol   powoduje   zawsze   zwężenie   naczyń 

krwionośnych. W normalnym ciśnieniu nie ma to większego znaczenia. Jednak gdy tlenu jest 

mniej,   zwężenie   średnicy   naczyń   krwionośnych   może   spowodować   napady   duszności, 

niedotlenienie   organizmu,   a   nawet   utratę   przytomności.   Niedotlenienie   mózgu   może   być 

bardzo niebezpieczne... Do tego dochodzi zwiększone ryzyko zawału serca albo zapaści. A 

my jesteśmy teraz na co najmniej czterech tysiącach metrów.

Poczułem zmieszanie. Aby jakoś je pokryć, przeszedłem się do kabiny pilota. Powitał 

background image

mnie uśmiechem, ale niestety bez pomocy Maćka mogłem go tylko pozdrowić po arabsku. 

Pokazał   mi  światła,  nad  którymi  przelatywaliśmy  i   wymienił   nazwę  miasta.   Popatrzyłem 

jeszcze   na   tablicę   rozdzielczą,   na   której   działały   tylko   wskaźnik   paliwa   i   termometr 

pokazujący   temperaturę   na   zewnątrz,   po   czym   wróciłem   do   przedziału   bagażowego. 

Usiłowałem drzemać, ale chwilami silniki tak strasznie kaszlały, że nie byłem w stanie usnąć. 

Blaszana podłoga wyła i jęczała w podmuchach wiatru. Pilot zablokował ster i gmerał coś 

śrubokrętem pod deską rozdzielczą.

- Jakim cudem ten złom jest w ogóle dopuszczany do lotów? - zagadnął pan Tomasz.

- Gdyby był  dopuszczony,  nie musielibyśmy  wsiadać w szczerym  polu - mruknął 

Maciek.

- Chcesz przez to powiedzieć, że lecimy samolotem, który nie jest zarejestrowany?

- Tak źle nie jest. Jeśli zapomnieli go skreślić z ewidencji, to nadal jest legalny - 

zażartował. - Pilota za to mamy niezłego. Chyba nawet chodził do szkoły pilotażu przez kilka 

lat.

- Chcesz powiedzieć, że on nie ma licencji pilota? - zaniepokoiłem się.

- A po co mu licencja, skoro samolot jest nielegalny?  - zdziwił się. - Zamiast się 

cieszyć, że lecimy w stronę cywilizacji, wymyślacie jakieś problemy...

- A jeśli nas zestrzelą? - zaniepokoił się Pan Samochodzik.

- Ale po co? Jesteśmy w cywilnym korytarzu powietrznym. Zresztą mają problemy z 

amunicją.

Huk i wibracja były wyjątkowo męczące. Usiłowaliśmy przysypiać, ale wstrząsy co 

chwila nas budziły. Wreszcie po kilku godzinach lotu pilot zawołał coś do nas po arabsku.

- Co się stało? - zapytał sennie pan Tomasz. - Spadamy?

- Nie, prawie już dolecieliśmy.

Samolot opadał powoli. Kilkakrotnie lekko zakręcił, gdy korygował kurs.

- Macie lewe lotniska rozrzucone po całym kraju? - zapytałem.

- Nie, tym razem będziemy lądowali na szosie.

Przypomniałem sobie koszmarną nawierzchnię pełną dziur i mimo woli wzdrygnąłem 

się. Wreszcie maszyna uderzyła kołami o asfalt. Wszystko zadrżało, a wsporniki wydały jęk. 

W chwilę później gwałtownie zniosło nas w lewo i maszyna zderzyła się z czymś. Usłyszałem 

chrzęst dartego poszycia, ale nam, może dzięki temu, że leżeliśmy, nic się nie stało. Samolot 

na szczęście nie wybuchł. Wreszcie maszyna znieruchomiała silnie przekrzywiona na jedną 

stronę. Pilot wyskoczył z kabiny i usłyszeliśmy jego gniewny głos. Krzyczał po arabsku, ale 

Maciek tym razem nie posłużył nam tłumaczeniem.

background image

- Większość tego co wrzeszczy to idiomy zabawne tylko dla kogoś, kto biegle zna 

arabski i odcienie znaczeniowe - wyjaśnił. - Klnie, zdenerwował się, ale ostatecznie miał 

prawo...

Wysiedliśmy i my. Puścił najwidoczniej jeden z amortyzatorów przy bocznym kole. 

Pęknięcie  zniosło  nas  z szosy,  ale na  szczęście  na poboczach  nie  było  rowów. Skrzydło 

zawadziło o stojący na poboczu słup. Wyglądał na lekko uszkodzony. Pilot wrócił do kabiny i 

wydobywszy z niej młotek zaczął klepać pogiętą blachę, by przywrócić jej pierwotny kształt. 

Szef zrobił bardzo zdziwioną minę.

- Nigdy nie sądziłem, że w ten sposób można naprawiać samolot - mruknął.

- Niestety, w okolicy nigdzie nie ma warsztatu - zażartował Maciek.

- I co dalej? - zagadnąłem - Gdzie my właściwie jesteśmy?

- Jakieś trzydzieści kilometrów od stolicy - wyjaśnił. - Powinien tu być odbiorca tych 

skrzynek, ale dotąd się nie zjawił. Cóż, jesteśmy pół godziny wcześniej...

- Będziemy na niego czekać? - zapytałem.

- Tak, podwiezie nas do Chartumu. Nie chce mi się drałować na piechotę taki kawał.

Usiedliśmy   na   poboczu   i   czekaliśmy.   W   nocnej   ciszy   rozlegało   się   tylko   ponure 

brzęczenie. Niestrudzony pilot klepał blachę doprowadzając swoje narzędzie pracy do stanu 

używalności. Po dwudziestu minutach gdzieś daleko błysnęły światła ciężarówki. Zbliżała się 

szybko. Wreszcie zatrzymała się na szosie koło samolotu. Zeskoczyło z niej dwu Arabów. 

Pogadali   chwilę   z   pilotem,   przekazali   mu   coś,   co   z   daleką   wyglądało   na   gruby   zwitek 

banknotów i zaczęli dźwigać skrzynki. Maciek podszedł i przez chwilę rozmawiali. Wreszcie 

pomachał nam ręką.

Zarzuciłem sobie na ramię jego plecak. Był bardzo ciężki. Co najmniej pięćdziesiąt 

kilogramów srebra w sztabach. Nieoczekiwanie zachciało mi się śmiać.

- Co ci tak wesoło? - zapytał pan Tomasz.

- Gdyby dwa tygodnie temu ktoś przepowiedział mi,  że będę szedł w nocy przez 

pustynię niosąc worek z pięćdziesięcioma kilogramami kruszcu...

- Co nam zrobią, jak nas złapią? - zapytał w zadumie Pan Samochodzik.

- Nic - odpowiedziałem. - Spóźniliśmy się na autobus i złapaliśmy okazję... Jacyś 

szlachetni ludzie zgodzili się nas podwieźć.

Wrzuciłem worek na ciężarówkę i drapaliśmy się na skrzynię. Kierowca zapalił silnik. 

Jednocześnie   zaczęło   się   obracać   śmigło   samolotu.   Widocznie   pilot   naprawił   skrzydło. 

Ciężarówka przyśpieszyła i niebawem miejsce lądowania znikło nam z oczu. Niebo powoli 

stawało się jaśniejsze. Dniało. Maciek rozsupłał worek i wyjął jedną ze sztab. Uderzył w nią 

background image

kluczem. Srebro zabrzęczało.

- Odlewane w Etiopii? - zainteresował się szef.

Nasz przyjaciel uśmiechnął się i podał mu sztabę. Napis wykonano po angielsku, ale 

orzeł w koronie i napis “KGHM - Polska Miedź” zdradzały pochodzenie.

- To w Sudanie na czarnym rynku krążą sztaby polskiego srebra? - zdumiał się Pan 

Samochodzik.

- Nasze srebro jest wszędzie - powiedziałem poważnie. - Na kliszach fotograficznych 

Kodaka, na amerykańskich lustrach. Jesteśmy jednym z najpoważniejszych eksporterów tego 

kruszcu.

- Tu w Sudanie można kupić też pralki “Frania” - powiedział Maciek. - Miejscowi 

bardzo je sobie chwalą.

- Nie sądziłem, że to jeszcze się produkuje? - zdziwił się pan Tomasz.

- Większa część produkcji idzie do Meksyku i Brazylii - powiedziałem.

Słońce wyskoczyło zza wzgórz i niemal pionowo wznosiło się do góry. Przed nami 

pojawiły się pierwsze zabudowania. Dojeżdżaliśmy do Chartumu. Koło bazaru wysiedliśmy. 

Znowu   worek   ze   srebrem   przygiął   mnie   do   ziemi.   Na   szczęście   hotel   był   już   blisko. 

Odczułem   wzruszenie,   jak   gdybym   wrócił   do   domu.   Mimo   wysoce   niestosownej   pory 

właściciel  ucieszył  się na nasz widok i  zaraz  dał nam  te same  pokoje, co  tydzień  temu. 

Szybko wziąłem prysznic, a potem padłem na łóżko i natychmiast zasnąłem.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

BŁĘKITNY TRABANCIK • PLANUJEMY SKOK NA WIĘZIENIE • JAK 

SIĘ UCIEKA Z MAMRA • A MOŻE PODKOP? • SKOK SZPICBRÓDKI 

NA FABRYKĘ PIENIĘDZY

Obudziłem się dobrze po jedenastej. Otworzyłem okno i wciągnąłem w płuca haust 

świeżego powietrza. Nieoczekiwanie mój nos wychwycił jakiś podejrzanie znajomy zapach. 

Rozejrzałem się. Szef siedział na ławce w cieniu i w zadumie palił papierosa. A więc nie 

udało mu się do końca zerwać z nałogiem!

- A, obudziłeś się - błyskawicznym ruchem wyrzucił niedopałek pod ławkę i teraz 

butem usiłował go zasypać. - Za jakieś pół godziny będzie śniadanie, a potem pojedziemy 

obejrzeć nasz obiekt. A Maciek zabrał worek i gdzieś wyparował.

- No cóż - powiedziałem. - Mam nadzieję, że niebawem się pojawi.

- Niepokoi mnie to trochę. Chodzić po ulicach z taką fortuną na plecach...

- Miejmy nadzieję, że wie, co robi - uśmiechnąłem się.

Ahmed przyszedł zawołać nas na śniadanie. Siedliśmy w jadalni i szef raz jeszcze 

obejrzał herb wyryty na blacie.

- Wygląda staro - powiedział.

-   Nie   znamy   się   na   tutejszych   meblach   -   zauważyłem.   -   Gdybyśmy   liznęli   nieco 

miejscowej historii sztuki, zaraz zorientowalibyśmy się, że coś się nie zgadza. Wyryty w 

XVII wieku herb na blacie dziewiętnastowiecznego stołu?

Pan Samochodzik w zadumie kiwnął głową. Na śniadanie, czy też raczej na obiad, 

podano nam bardzo smaczne  szaszłyki  z baraniego  mięsa,  dość ostro przyprawione,  oraz 

nieco piwa bezalkoholowego.

Rozglądałem   się   podczas   posiłku   za   córką   gospodarza,   ale   nie   pokazała   się. 

Kończyliśmy   już,   gdy   na   podwórze   wjechał   wyjątkowo   antyczny   pojazd.   Za   kierownicą 

siedział   nasz   młody   przyjaciel.   Wyszliśmy   i   przez   dłuższą   chwilę   kontemplowaliśmy 

błękitnego trabanta z pękniętą przednią szybą.

- Kupiłem sobie samochód - powiedział z dumą młody przemytnik.

- Śliczny - mruknąłem. - Ile pali na setkę?

Popatrzyłem w zadumie na tablice rejestracyjne i nalepkę “DDR” na tylnej szybie. 

background image

Szef też to zauważył.

- Coś podobnego - wyraził swoje zdumienie. - Przecież NRD nie istnieje...

Maciek uśmiechnął się.

- Tablice rejestracyjne z plastyku nie rdzewieją - powiedział. - No to nie było potrzeby 

ich wymieniać. Zwłaszcza, że miejscowa wytwórnia produkuje je w takim tempie, że nie 

starcza dla nowo rejestrowanych samochodów...

-   Jeśli   jesteś   pewien,   że   ten   pojazd   dojedzie   na   miejsce,   moglibyśmy   pojechać   i 

obejrzeć nasz obiekt - powiedział Pan Tomasz.

Wsiedliśmy   i   ruszyliśmy.   Pojazd,   choć   silnik   podejrzanie   terkotał,   parł   dzielnie 

naprzód. W tym mieście nie obowiązywały chyba żadne przepisy, kierowcy trąbili bowiem na 

siebie jak szaleni, wygrażali pięściami i wylewali potoki słów, w których domyślałem się 

wyrazów powszechnie uważanych za obraźliwe.

- Ja też mam trabanta - pochwalił się szef. - Mój ma karoserię z bawełny, a ten?

- Czysta dykta - uśmiechnął się Maciek.

- O czym wy mówicie? - zdumiałem się. - Karoseria z bawełny?

-   Widzisz,   Pawle,   gdy   zaczęto   produkować   trabanty,   dla   obniżenia   kosztów   i 

zaoszczędzenia   deficytowego   żelaza   zdecydowano   się   robić   karoserie   z   materiałów 

zastępczych. Pierwsza seria miała je z tkaniny bawełnianej nasączonej żywicą epoksydową.

- A ja myślałem, że z plastyku?

- Po pewnym czasie - ciągnął Pan Samochodzik - konstruktorzy doszli do wniosku, że 

tkanina bawełniana jest także towarem deficytowym. Poszukiwania surowców zastępczych 

doprowadziły do odkrycia włókna pokrzyw.

- Czego? - byłem pewien, że się przesłyszałem.

- Hodowali w kilku swoich pegeerach pokrzywy, międlili je tak jak len i odzyskiwali 

włókno prawie tak dobre jak konopie - wyjaśnił.

- Jednak było to całkiem nieopłacalne i seria pokrzywowa liczyła tylko kilkaset sztuk. 

Obecnie   zachodni   kolekcjonerzy   płacą   za   takie   cacka   ogromne   sumy.   Kombinowali   z 

prasowanym  pod  dużym  ciśnieniem  papierem,  ale   to nie  trzymało  parametrów.  Wreszcie 

ostatnie są z czegoś w rodzaju dykty...

- Jesteśmy - powiedział Maciek.

- To będzie twoja działka - szef wskazał mi gestem okno. - Ty jesteś komandosem, 

więc obejrzyj sobie ten kurnik fachowym okiem.

Maciek jechał dość wolno. Za oknami powoli przesuwały się potężne mury odlane z 

betonu.

background image

-   Sądzę,   że   to   dawny   fort,   przekształcony   po   wyparciu   Anglików   wwiezienie   - 

powiedziałem. - Są ślady zacementowanych strzelnic. Brama praktycznie nie do zdobycia. 

Bronią jej cztery stanowiska ciężkich karabinów maszynowych. Na górze muru ścieżka dla 

strażników i zasieki drutu kolczastego pod napięciem, sądząc po tych izolatorach... Na rogach 

budynku wieżyczki strażnicze i kamery.

- To brzmi poważnie - mruknął Pan Samochodzik.

Objechaliśmy więzienie dookoła. Otaczała je szeroka ulica. Z całą pewnością żaden 

oddział nie był w stanie podkraść się niepostrzeżenie pod mury.

- Do hotelu - poleciłem. - Wiem już chyba wszystko.

Maciek dodał gazu.

- I co o tym powiesz? - zagadnął Pan Samochodzik.

- Trzeba by mieć setkę ludzi świetnie uzbrojonych i oczywiście liczyć się z tym, że co 

najmniej połowa zginie podczas ataku. Mamy w wojsku specjalną dziesięciostopniową skalę 

do oznaczania problemów w atakowaniu obiektów wojskowych. Temu fortowi przyznałbym 

ósemkę.

- Dlaczego nie dziesiątkę? - zagadnął Maciek.

- Bo większą część strzelnic zalali cementem - wyjaśniłem. - Ten budynek już nie 

pełni funkcji wojskowych.

- To może należałoby jeszcze bardziej obniżyć numer - zauważył pan Tomasz. - Ilu 

może być w środku strażników?

- Trzydziestu, może pięćdziesięciu. Albo i setka. Nie mam pojęcia, ale jeśli wewnątrz 

przetrzymywani   są   chrześcijańscy   powstańcy,   to   strażników   do   pilnowania   może   być   w 

środku wielu.

- Uczyli was w “czerwonych beretach” czegoś na temat ucieczek?

- Trochę - przyznałem. - Z grubsza wygląda to tak, że gdy się ucieka z więzienia w 

Europie Zachodniej, należy wziąć jako zakładnika możliwie jak najważniejszego pracownika 

i zasłaniając się nim jak tarczą strzelać do pozostałych.  W krajach niżej cywilizowanych 

należy strzelać do wszystkiego, co się rusza. Odbijania jeńców z transportów, samolotów i tak 

dalej   uczyli   nas.   Uwalniania   zakładników   przetrzymywanych   przez   terrorystów   też.   Ale 

zdobywania więzień nie...

- Co więc zrobimy? Piszemy list, że nic nie dało się...

- To zawsze zdążymy - uspokoiłem go. - Jeśli nie da się siłą, trzeba sposobem.

- Z więzień podczas rewolucji francuskiej uciekano przebierając się za strażników lub 

zamieniając ubraniami z członkami rodzin - podpowiedział szef. - Ale jeśli więźniów nie 

background image

wolno odwiedzać... Gdzieś czytałem, że więzień ma zawsze większe szansę. On może myśleć 

o niebieskich migdałach lub planować ucieczkę, podczas gdy strażnik cały czas musi mieć 

uwagę napiętą do granic wytrzymałości.

- Widzi pan, szefie, to trochę nie tak. Być może tak było kiedyś, ale obecnie zamyka 

się kratę, włącza fotokomórkę i alarm, a strażnicy reagują tylko, gdy zacznie dzwonić... Poza 

tym najnowocześniejsze więzienia budowane są tak, że nie sposób z nich zwiać. Pomijam 

całą elektronikę, konstrukcję murów. Na przykład więźniowie kiedyś uciekali wycinając kraty 

w   oknach.   Pierwszym   sposobem   na   zabezpieczenia   okien   było   zastosowanie   prętów   z 

wsadem.

- To znaczy?

-   Zamiast   litej   stalowej   sztaby   w   oknie   wprawiano   grubościenną   stalową   rurkę, 

wewnątrz której luzem latały dwa lub trzy także stalowe druty. Tego nie sposób przeciąć, bo 

drut   zawsze   będzie   odskakiwał   od   brzeszczotu.   Potem   stosowano   rurki   wypełnione 

pokruszonymi tarczami karborundowymi. Piła trafiając na taki kawałek ścierała się i tępiła.

- A jak się to robi obecnie? - zaciekawił się Maciek.

- Stosuje się powszechnie tak zwaną stal samohartującą. Jest to specjalny stop. Pręty 

znowu są puste w środku, nadziewa się je węglikami spiekanymi, ale to raczej zbyteczna 

ostrożność.   Atomy   węgla   w   stali   samohartującej   są   ułożone   w   ten   sposób,   by   wraz   z 

zagłębianiem się piły wytwarzać coraz większy opór. Po pewnym czasie twardość materiału 

jest   tak   duża,   jakbyśmy   cięli   diament   żelazną   piłą.   Oczywiście   żaden   brzeszczot,   nawet 

wykonany z węglików spiekanych, długo tego nie wytrzyma. W więzieniach na Zachodzie, 

aby wykluczyć nawet próby cięcia krat, w drzwiach celi umieszcza się bramki do wykrywania 

metalu...

- A gdyby zaszła konieczność przecięcia kraty ze stali samohartującej? - zaciekawił 

się Maciek. - Czym ją tną? Laserem?

- Z tego co wiem, tarczami do cięcia kamienia. I trwa to bardzo długo - wyjaśniłem.

- A ultradźwiękami? - zapytał pan Tomasz.

- Chyba by się dało - zamyśliłem się. - Może... tylko nikt w więzieniu nie będzie miał 

piły takiej jak nasza.

- Może i lepiej, że na razie nie weszły do seryjnej produkcji... Ale odbiegliśmy od 

tematu. Załóżmy, że mają tu zwykłe stalowe kraty. Skoro sam twierdzisz, że zdobycie tych 

kazamat będzie trudne, to co wobec tego radzisz?

- Pozostaje nam podkop - westchnąłem.

Popatrzyli na mnie zdumieni.

background image

- Podkop - mruknął pan Tomasz. - To brzmi jak z głupiego dowcipu...

- Niemniej jednak jest wykonalne - powiedziałem poważnie.

- Czy bezpieczne? - zaniepokoił się.

-   Oczywiście.   Z   zewnątrz   nic   nie   będzie   widać.   Co   najważniejsze   wiemy,   gdzie 

przetrzymywani są ci, których mamy uwolnić.

- Może się zawalić - zauważył Maciek.

- Oczywiście - przyznałem - jednak jeśli dobrze podstempluje się strop, powinien 

wytrzymać.

-   Będziesz   musiał   poprowadzić   korytarz   pod   ulicą   -   przełożony   wysunął   kolejne 

zastrzeżenie. - A jeśli przejedzie górą ciężarówka wyładowana kamieniami?

-   Istnieje   pewne   ryzyko,   choć   sądzę,   że   solidna   konstrukcja   nawierzchni 

zminimalizuje je. Cóż, musimy zaryzykować.

- Mury pewnie mają potężne fundamenty - powiedział Maciek. - Może nawet kilka 

metrów w głąb ziemi.

- Przekopiemy się pod spodem.

- A właśnie. Jaka tu jest gleba - wtrącił się szef. - Bo jeśli kamień, to nici z podkopu.

- Ta część doliny Nilu to osady rzeczne - powiedziałem poważnie. - Gliny, miał, mady 

rzeczne zalegają warstwą grubą zapewne na kilka, może kilkanaście metrów. Gdy budowali 

więzienie, prawdopodobnie wbili w glinę pale o długości kilkunastu metrów, opierające się o 

skałę.   Następnie   wykorzystując   je   jako   podporę   wylali   ławę   fundamentową,   a   nad   nią 

wznieśli   mur.   Pomiędzy   palami   powinno   być   minimum   pół   metra   przerwy.   Zresztą   nie 

dowiemy się tego, dopóki nie dokopiemy się na miejsce.

- Jak zamierzasz się za to zabrać?

Zamyśliłem się

-   Trzeba   będzie   znaleźć   dobry   punkt   do   rozpoczęcia   podkopu   -   zauważyłem.   - 

Pojeździmy po otaczających więzienie uliczkach?

Maciek   posłusznie   zakręcił   w   cuchnący   zaułek   biegnący   równolegle.   Większość 

domów stojących obok wyglądała fatalnie. Mury z suszonej cegły pękały, odpadało od nich 

wapno. Bramy wypaczyły się.

- Te kwartały idą za kilka miesięcy do wyburzenia - wyjaśnił nasz przyjaciel. - Jakaś 

zachodnia firma wykupiła tu grunt pod budowę zakładów przemysłowych.

- A, więc  część   mieszkańców  mogła   się już wyprowadzić  -  ucieszyłem   się.  - To 

bardzo dobrze.

- Jesteśmy  dość daleko   - zauważył   szef. -  Oddziela  nas   podwójny rząd  domów   i 

background image

jeszcze do tego szeroka ulica pod murami.

- Na oko dziewięćdziesiąt metrów - dodał Maciek.

Dojechaliśmy do końca zaułka i wjechaliśmy w następny.  Tu domy wyglądały na 

całkowicie opuszczone.

- Szkoda tej dzielnicy - powiedział Pan Samochodzik. - Żyli sobie ludzie od setek lat, 

a teraz w miejsce tradycyjnej zabudowy powstaną koszmary z betonu...

- Tak bywa - powiedział Maciek. - Przychodzi kapitał i niszczy starą tkankę miasta. W 

tym   wypadku   chyba   zadecydowała   bliskość   więzienia.   W   fabryce   zatrudnić   można 

osadzonych.

- Wybierzmy sobie jakiś dom - zaproponował szef.

- Może ten? - Maciek zjechał z ulicy.

Wyskoczyłem i popchnąłem starą drewnianą bramę. Zawiasy ustąpiły ze zgrzytem. 

Widocznie od dawna nikt ich nie oliwił. Trabancik wtoczył się na podwórze i zamknęliśmy 

wrota.  Rozejrzałem  się   wokoło.   Nieduży  placyk   pośrodku  otaczały  jakieś  pomieszczenia. 

Okna   wychodziły   na   podwórze.   W   niektórych   były   jeszcze   szyby.   Maciek   wyciągnął   z 

samochodu   pistolet   maszynowy   i   otworzył   drzwi.   Weszliśmy.   Pokoje,   spora   kuchnia, 

łazienka... Wszystko pokryte już kurzem. W powietrzu unosiła się charakterystyczna woń 

stęchlizny - zapach zaniedbania, opuszczenia... Właściciele zostawili nawet nieco mebli, tych 

najbardziej zniszczonych, niepotrzebnych.

- Tu chyba  będzie najlepiej - Maciek tupnął nogą w podłogę pokrytą terakotowymi 

kafelkami.   -   Za   tą   ścianą   jest   dom,   a   dalej   ulica   i   wiezienie.   Z   grubsza   znajdujemy   się 

naprzeciw tej części, gdzie w starym forcie trzymają naszego klienta.

Szef uśmiechnął się.

- Widzę, że przyswajasz sobie knajackie wyrażenia.

Nasz przyjaciel westchnął.

- Ostatecznie mamy włamać się do pudła - powiedział.

Zastanawiałem się dłuższą chwilę wędrując spokojnie wzdłuż ścian.

- Będziemy potrzebowali ludzi - zwróciłem się do Maćka.

Spoważniał.

- Ilu? - zapytał konkretnie.

- Co najmniej dziesięciu. Do tego narzędzia. Motykę, kilof, bo świdra górniczego 

chyba nie zdołasz załatwić? Młot pneumatyczny, kilka metrów sześciennych styropianu do 

wyciszenia. Do tego kosze na ziemię i jakieś taczki, najlepiej trzy pary.

Zanotował to na kartce.

background image

- Coś jeszcze?

- Deski. Łącznic kilkanaście metrów sześciennych.

- Będziemy je wyłamywać z sufitu - powiedział spokojnie. - Nad nami jest jeszcze 

dach.,   a   tym,   którzy   tu   mieszkali,   sufity   już   niepotrzebne.   Zresztą   są   jeszcze   podłogi   w 

niektórych pomieszczeniach.

- Co zrobimy z wydobywaną ziemią? - zaniepokoił się pan Tomasz.

- Żaden problem - uśmiechnąłem się. - Będziemy ją wysypywali tutaj, w tych pustych 

pokojach. Kiedy będą robotnicy?

-   Jutro   -   powiedział   Maciek.   -   Oczywiście   muszą   to   być   ludzie   godni   zaufania... 

Wezmę tych z oddziału Mapete.

- Tak. Poza tym ze względów bezpieczeństwa dopóki nie ukończymy podkopu, będą 

musieli zostać na miejscu.

- Też nie problem. Rozłoży się im maty do spania, a posiłki będę dowoził z hotelu.

Uśmiechnąłem się do swoich myśli.

- Skąd pomysł z podkopem? - zapytał mnie Maciek.

Siedzieliśmy   w   hotelowej   jadalni   pałaszując   ostro   przyprawioną   baraninę.   Szef   w 

drugim końcu stołu zabawiał córkę właściciela i jej braci opowiadając coś po francusku.

- Wychowywałeś się daleko od kraju, ale może mówi ci coś przezwisko Szpicbródka?

Zmarszczył czoło.

- Nie - pokręcił głową. - Nic a nic.

- Był to chyba ostatni na świecie włamywacz dżentelmen - powiedziałem w zadumie. 

- Szpicbródka miał wyjątkowo szlachetny wygląd. Zdaje się, że pochodził z inteligencji, która 

z czasem trochę się wykoleiła... Kroniki kryminalne w przedwojennej warszawskiej prasie 

wspominają,   że   jego   wygląd   wzbudzał   zaufanie.   Można   go   było   wziąć   za   inżyniera   czy 

lekarza. Miał nienaganne maniery, a u dołu twarzy nosił blond bródkę przyciętą w szpic. Stąd 

właśnie wzięło się jego przezwisko. W życiu nie splamił się uczciwą pracą. Wypełniając 

kiedyś ankietę wpisał jako zawód złodziej bankowy...

- Mikołaj  II  wypełniając ankietę podczas spisu powszechnego w Rosji jako zawód 

wpisał: car - gospodarz ziemi rosyjskiej... A na przykład rewolucjonista Borys Sawinkow 

wpisał w rubryce zawód - morderca... - wtrącił pan Tomasz z końca stołu.

- Szpicbródka, naprawdę noszący nazwisko Henryk Cichocki, zaczął karierę w głębi 

Rosji jeszcze przed rewolucją. Między innymi rozpruł kasy banku w Rostowie nad Donem, co 

przyniosło łupy obliczone na blisko milion rubli w złocie. Nie był w tej profesji odosobniony. 

Rabowaniem banków i konwojów pieniężnych zajmowali się tam w tym czasie niejaki Józef 

background image

Dżugaszwili,   szerzej   znany   jako   Stalin,   oraz   towarzysz   Wiesław,   później   znany   jako 

marszałek Józef Piłsudski. W przeciwieństwie jednak do tych  dwóch panów Szpicbródka 

rabował pieniądze nie na potrzeby tajnych organizacji, ale na swoje własne. Poza tym oni szli 

do   celu   po   trupach   konwojentów,   a   on   można   powiedzieć   kulturalnie   rozpruwał   kasy 

bankowe.   Po   rewolucji   opuścił   Rosję   i   uszczęśliwił   ojczyznę   swoim   pojawieniem   się... 

Najbardziej   znanym   jego   numerem   był   tak   zwany   “skok   na   fabrykę   pieniędzy”.   Starzy 

warszawiacy pamiętają jeszcze zapewne proces toczący się 1927 roku. Gazety zamieszczające 

informacje   z   sali   rozpraw   były   natychmiast   rozchwytywane.   W   rzeczywistości   “skok   na 

fabrykę   pieniędzy”   był   próbą   włamania   do   drukarni   banknotów.   Tyle   tylko,   że   “fabryka 

pieniędzy” lepiej wyglądała wybita grubą czcionką w tytułach, na pierwszych stronach gazet.

Szef znowu pogrążył  się w rozmowie  z naszymi  gospodarzami.  Widać było, że z 

przyjemnością przypomina sobie francuski.

- I co dalej? - zauważyłem płonący ciekawością wzrok Maćka.

-   Policja   została   zawiadomiona   przez   swoich   konfidentów,   że   “Szpic”   coś   knuje. 

Zaczęto go obserwować. Jak się okazało, często bywał w pobliżu zakładów graficznych przy 

skrzyżowaniu ulic Nowogrodzkiej i Chałubińskiego, opodal Alej Jerozolimskich.

- Nic mi te nazwy ulic nie mówią - westchnął Maciek.

- Przyjedziesz do Warszawy, to ci z przyjemnością pokażę to miejsce. A więc przy 

Alejach   Jerozolimskich   znajdował   się   spory   placyk,   a   na   nim   stał   murowany   dom.   Plac 

przylegał do parkanu otaczającego zakłady. W budynku uruchomiono lipną wytwórnię koszy 

wiklinowych powszechnie wówczas używanych przy przeprowadzkach. W bramie siedział 

jeden   z   ludzi   Szpicbródki   i   wyplatał   kosz.   Podobno   koło   nogi   miał   zakopany   przewód 

elektryczny   i   w   razie   czego   mógł   zaalarmować   kumpli.   Takie   też   było   jego   zadanie.   W 

domku urządzono wlot podkopu. Ziemię ładowano w kosze, które ciężarówką wywożono za 

miasto i wysypywano w ustronnych miejscach. Podkop miał przekrój 75x75 centymetrów. 

Szalowano go deskami przyciętymi na miarę...

- A jak przewieziono tam taka ilość desek?

-   W   koszach.   Nikt   jakoś   nie   zainteresował   się   podejrzaną   fabryką.   Z   jednym 

wyjątkiem.   Policja   zainteresowała   się   bardzo.   Opodal   budowano   bank   rolny.   Za   płotem 

otaczającym   budowę   ulokowano   policyjnego   obserwatora.   Drugiego   umieszczono   w 

gołębniku na dachu jednego z pobliskich domów. Tunel był kopany niezwykle profesjonalnie. 

Miał zainstalowane elektryczne oświetlenie i wentylację. Podkop drążyło czterech złodziei 

pracujących na dwie zmiany. Zarabiali 300 złotych dziennie, co było mniej więcej miesięczną 

pensją nauczyciela, zaś nauczyciele przed wojną zarabiali bez porównania lepiej niż obecnie. 

background image

Codziennie w pobliskiej uliczce przed kościołem Świętej Barbary “górnicy” spotykali się z 

szefem i jego zastępcą, Bielickim.

Pan Samochodzik słysząc, że mówię o jakimś “szefie” podniósł głowę. Pomachałem 

mu uspokajająco.

- I co zrobiła policja?

-   W   toku   obserwacji   rozpoznano   wszystkich   członków   szajki.   Pewnego   dnia 

zauważono, że do budynku koszykami wniesiono butle z acetylenem i palniki. Oznaczało to, 

że podkop dotarł już do piwnic zakładu i w najbliższym czasie złodzieje zaczną pruć sejfy. 

Przystąpiono   do   likwidacji   złodziejskiej   kopalni...   Wywiadowcy   bez   trudu   aresztowali 

Szpicbródkę   przed   kościołem.   Zapakowano   go   do   taksówki   i   odstawiono   do   aresztu 

śledczego.   Jakiś   czas   później   pojawił   się  Bielicki.   O   ile   Szpicbródka   brzydził   się   mokrą 

robotą,   o   tyle   jego   pomocnik   był   pospolitym   bandytą.   Na   widok   osaczających   go 

wywiadowców   sięgnął   po   broń.   Wystrzelili   jednocześnie,   ale   tym   razem   sprawiedliwość 

zatriumfowała. Złodziej został śmiertelnie ranny. Na odgłos strzelaniny z kościoła wybiegł 

proboszcz.   Nim   bandyta   skonał,   zdążył   się   jeszcze   wyspowiadać...   Zaraz   też   wydobyto 

górników z podkopu.

- Musimy wyciągnąć z tego wnioski - mruknął. - Nie mogą nas zaskoczyć.

- To prawda - spoważniałem. - Proponuję następujące działania - wyjąłem z kieszeni 

kartkę i naszkicowałem orientacyjny plan.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

KOPIEMY   TUNEL   •   PROBLEMY   Z   WENTYLACJĄ   •   CO   MOŻNA 

ZNALEŹĆ   NA   STRYCHU   •   FUNDAMENT   Z   ŻELBETU   •   CICHE 

METODY KUCIA • DO CZEGO MOŻNA UŻYWAĆ WODY • LOT NA 

POŁUDNIE

Uzbrojony w pistolet maszynowy chrześcijański powstaniec uchylił wrota. Błękitny 

trabant   wjechał   na   podwórze   i   brama   natychmiast   została   z   powrotem   zaryglowana.   Pan 

Tomasz   wysiadł   z   wozu,   a   w   ślad   za   nim   wyskoczył   też   Maciek.   Pomachałem   im   ręką 

zapraszając do środka. Weszli do głównego pomieszczenia.

- Zaczęliśmy o szóstej rano - wyjaśniłem. - W tej chwili jest dziewiąta...

W   podłodze   była   już   spora   prostokątna   dziura   zaopatrzona   w   pochylnię.   Brzegi 

wykopu oszalowano deskami wyłamanymi  z podłóg. W najgłębszym miejscu wykop miał 

ponad trzy metry głębokości. Tam też zaczynał się wlot tunelu.

- Szybko wam to idzie - mruknął mój przełożony i zaraz odpukał w deskę, żeby nie 

zapeszyć.

- Gleba tu jest bardzo dobra - powiedziałem. - Niemal czysta glina. Można spokojnie 

drążyć tunel, nawet nie trzeba go szalować.

- Sufit nie zapadnie się? - zaniepokoił się. - Wiesz, byłem swojego czasu w kopalniach 

na Śląsku...

- Sufit  ukształtowaliśmy  ostrołukowo,  aby  zminimalizować  nacisk  warstw  ziemi  - 

wyjaśniłem.

-   Ostrołukowo   -   uśmiechnął   się.   -   Widzę,   że   wyciągasz   wnioski   z   wycieczki   do 

Jerozolimy.

Kiwnąłem głową.

- Pracuje jednocześnie czteroosobowy zespół. Jeden robotnik drąży przodek, drugi 

motyką   wybiera   urobek,   trzeci   ładuje   to   do   kosza,   czwarty   wywozi   ziemię...   Dlatego 

zrobiliśmy tu taką pochylnię, żeby mógł wyjechać.

Minął nas Murzyn pchający wyładowany koszami wózek.

- Ziemię wysypujemy w pomieszczeniu na końcu korytarza - dodałem. - Robotnicy 

background image

zmieniają się co godzinę. Pracować będą cztery godziny, potem wchodzi na ich miejsce druga 

zmiana.   Na   dobę   mamy   więc   sześć   zmian   i   trzy   zespoły   robocze.   Mamy   czterech 

wartowników pilnujących w wolnym czasie okolicy. Nikt nas tu nie zaskoczy. Zresztą nie jest 

tu tak bezludnie. W ruinach przy sąsiedniej ulicy pracują już ekipy rozbiórkowe. Nasi ludzie 

zostali wyposażeni w kombinezony robocze i w razie czego będą udawali właśnie taką ekipę.

- Nadal nie wydaje mi się to do końca bezpieczne - zauważył szef.

- Przebiliśmy ściany sąsiednich domów - dodał Maciek. - Opracowaliśmy kilka dróg 

ucieczki.

- A jakie jest tempo podkopu?

- W tej chwili  nieco więcej  niż metr  na godzinę - wyjaśniłem.  - Ale musieliśmy 

jeszcze wykopać tę dziurę. Sądzę, że potem będzie można pracować szybciej.

Kiwnął poważnie głową.

- Nieźle - powiedział z uznaniem.

Zadzwonił   niewielki   budzik.   Z   podkopu   wynurzyli   się   trzej   robotnicy.   Czwarty 

przyciągnął opróżniony wózek.

Maciek  powiedział   coś   po   arabsku.   W   łazience   była   jeszcze   woda   w   kranach. 

Robotnicy spłukali z siebie glinę i zasiedli do przywiezionego trabantem drugiego śniadania, 

a trzech nowych weszło do pomieszczenia.

- Czas na mnie - powiedziałem. - Jestem w drugiej zmianie.

Brwi szefa uniosły się lekko do góry.

- Kolonialne nawyki - uśmiechnął się. - Sądziłem, że ty tylko nimi kierujesz.

Zszedłem na dół i powędrowałem tunelem. Był dość niski i wąski, miał mniej więcej 

sto   osiemdziesiąt   centymetrów   wysokości   i   tyleż   szerokości.   Żarówka   na   długim   kablu 

zawieszona u sufitu oświetlała ścianę zrytą oskardem. Narzędzie stało oparte o przodek.

Obejrzałem się. Za mną na stanowisku stał już drobny Murzyn z wytatuowanym na 

piersi   krzyżem.   Uśmiechnął   się   po   europejsku,   bez   szczerzenia   zębów.   Dłoń   zacisnął   na 

motyce. Ja też uśmiechnąłem się i zaatakowałem ścianę miarowymi  silnymi  uderzeniami. 

Glina nie stawiała specjalnego oporu. Co jakiś czas przerywałem na chwilę, aby kawałkiem 

deski ubić i wygładzić strop. Glina osiadała na mnie coraz grubsza warstwą. Zgrzytała mi w 

zębach, oblepiała dłonie, osiadała grubą warstwą na zegarku. Wreszcie musiałem przetrzeć 

szkiełko palcem. Godzina. Przekazałem oskard stojącemu za mną, a sam powędrowałem na 

koniec korytarza zająć się koszami. Zmierzyłem  krokami wyrąbany przez siebie odcinek. 

Trzy kroki - dwa i pół metra. Za dziesięć godzin będziemy dwadzieścia metrów bliżej celu... 

Maciek   czekał   na   brzegu   wykopu.   Pomógł   mi   wyciągać   i   wysypywać   kosze.   W 

background image

pomieszczeniu na końcu korytarza pod ścianą rósł stos ziemi wydobytej z tunelu.

- Gdy przybędą tu ekipy wyburzające, bardzo się zdziwią - uśmiechnął się skacząc po 

wierzchu, aby trochę ją ubić. - Ale to nie nasze zmartwienie.

- Faktycznie  nie nasze - kiwnąłem głową. - W tunelu  robi się paskudnie duszno. 

Pracują tam trzy osoby, a jesteśmy coraz dalej od wejścia.

- Co będzie potrzebne?

- Odkurzacz i parciany wąż strażacki - wyjaśniłem. - Puścimy tam strumień powietrza.

- Odkurzacz i wąż - uśmiechnął się. - Za godzinkę wracam z zakupami.

- A gdzie pan Tomasz?

- Spaceruje po strychu i grzebie w szpargałach. Ile zrobione?

- Około ośmiu metrów. Jeszcze dziesięć razy tyle i będziemy pod murem więzienia.

Kiwnął głową i zniknął. Pracowałem sam. Mechaniczne, nudne zajęcie rozpraszało 

mnie.

Maciek   wrócił,   gdy   upłynęła   kolejna   godzina   i   z   tragarza   zostałem   napełniaczem 

koszy. W ścianę powbijał głęboko zaczepy służące chyba pierwotnie do zawieszania doniczek 

z  kwiatami   i przełożył  przezeń   wąż. Minął   mnie   kilkakrotnie  poprawiając  go  i mocując. 

Skoncentrowałem   się na  sypaniu   ziemi   do wiklinowych   plecionek.  Robotnik   przede  mną 

dzielnie machał motyką wygarniając ją spod nóg pracującego na przodku. Odkurzacz zawył, 

ale po chwili ucichł. Ktoś dotknął mojego ramienia. Szef.

- Zastąpię cię - powiedział. - Maciek ma jakiś problem z odkurzaczem.

Wyszedłem z lochu.

- Coś się stało? - zapytałem.

- Jak to, u licha, podłączyć? - zdenerwował się.

Popatrzyłem na odkurzacz. Potężna maszyna z filtrem wodnym o mocy ponad dwa 

tysiące watów.

- Tak się nie da - powiedziałem. - Tu ma rurę ssącą, a powietrze po oczyszczeniu 

wychodzi kratką z boku. Tymczasem trzeba by do rury.

- To co mam zrobić? - zmartwił się. - Skoczę chyba kupić nowy odkurzacz.

-   Nie   martw   się.   Będę   potrzebował   śrubokręta   i   kawałka   drutu.   Wygrzebał   w 

samochodzie potrzebne narzędzia. Odkręciłem pokrywę i przez dłuższą chwilę grzebałem w 

mechanizmie. Wreszcie przykręciłem ją na miejsce i włączyłem maszynę. Rura dmuchnęła 

energicznie.

- Jak pan to zrobił - zdumiał się Maciek.

- Wystarczyło przebiegunować silnik, żeby śmigło zaczęło obracać się w drugą stronę 

background image

- wyjaśniłem.

Wróciłem do lochu i zastąpiłem szefa. Po chwili zrobiło się nieco chłodniej i można 

było swobodniej oddychać. Odkurzacz spełniał swoją rolę. Ostatnią godzinę mojej zmiany 

spędziłem wygarniając motyką urobek. Wreszcie dźwięk budzika oznajmił nam koniec pracy. 

Z przyjemnością spłukałem z rąk grubą warstwę zaschniętej gliny. Maciek z taśmą mierniczą 

zszedł do lochu. Wyszedł po chwili rozpromieniony.

- To się nazywa tempo - powiedział.

- Jaki wynik? - zapytałem.

- W osiem godzin wasze dwie zmiany wdarły się w głąb na dwadzieścia pięć metrów.

- To ponad trzy metry na godzinę - mruknąłem zaskoczony. - Nie spodziewałem się, 

że tak dobrze pójdzie - odpukałem zaraz w deskę, żeby nie zapeszyć. - Gdzie pan Tomasz?

- Na strychu.

Wszedłem   po   drabinie.   Strych   był   bardzo   niski   i   duszny.   Słońce   rozgrzewało 

dachówki, a one oddawały swoje ciepło powietrzu stojącemu pod dachem. Pan Samochodzik 

grzebał w jakichś kufrach wypełnionych szmatami.

- Coś ciekawego? - zagadnąłem.

- Widzisz, Pawle, przypomniałem sobie opowieść ludzi, którzy po wojnie jeździli po 

kraju   zabezpieczając   zabytkowe   mienie.   Chodziliśmy   po   strychach   kościołów,   dworów, 

plebanii   i   innych   takich   obiektów   i   przekopywali   wszystko   w   poszukiwaniu   cennych 

zabytków.

- Znalazł pan tu coś ciekawego? - zainteresowałem się.

Kiwnął   głową   i   wskazał   gestem   stosik   przedmiotów   ułożonych   w   piramidkę   na 

sąsiedniej skrzyni.

- Wieczne  pióro  z lat  dwudziestych,  Waterman,  mam  podobne... Miska z  miedzi, 

srebrzona, musiała być długo w użyciu, bo kruszec bardzo się wytarł, książka po arabsku, też 

przedwojenna, sznur blaszanek udających monety, pewnie część stroju kobiecego...

- Nic, co byłoby cenne lub stare, ale przedmioty te mają... - strzeliłem w powietrzu 

palcami szukając odpowiedniego słowa.

-  Mają duszę - zakończył za mnie przełożony. - Tak. Odcisnęło się na nich piętno 

czasu. Pogrzebię jeszcze trochę, może coś ciekawszego będzie...

Zostawiłem go na górze i zszedłem. Akurat Maciek przyjechał z obiadem.

- Można powiedzieć, że podkop pod więzienie powstaje w luksusowych warunkach - 

powiedziałem. - Robotnicy mają zapewnione posiłki z hotelu.

- Należy dbać o swoich ludzi - stwierdził Maciek. - Mapete płaci, to mogę robotników 

background image

rozpieszczać baraniną.

- Właśnie - mruknąłem. - Od dawna zastanawiam się, dlaczego Arabowie ani Żydzi 

nie jedzą wieprzowiny.

Szef zszedł ze strychu i jadł teraz swoją porcję siedząc na progu. Słysząc moje pytanie 

uśmiechnął się lekko.

- Cóż, jedzenia świńskiego mięsa zabrania zdaje się już starotestamentowa Księga 

Powtórzonego Prawa. Nie pozwala zresztą ona składać tych zwierząt w ofierze. Arabowie 

przejęli wiele przepisów  żydowskich, na przykład ciągle stosują obrzezanie. Sądzę, że to 

można wyjaśnić także z punktu widzenia nauki i estetyki. Świnie są znacznie bardziej niż 

owce i kozy podatne na zakażenia pasożytami. Zwłaszcza wągrami tasiemca. Poza tym ich 

mięso bardzo szybko się psuje, podczas gdy owcze i kozie wolniej. Świnie są do nas zbliżone 

pod   względem   zgodności   tkanek.   Dlatego   mogą   stać   się   naturalnym   rezerwuarem   takich 

chorób, jak gruźlica, wścieklizna, wąglik, nawet grypa. Ostatnia grypa azjatycka powstała w 

okolicach Hongkongu w ten sposób, że od przelotnych ptaków zaraziły się świnie. Wirus 

zmodyfikował swój kod genetyczny, a tak przekształcony zaatakował ludzi. Choć wątpię, by 

starożytni Żydzi zdawali sobie sprawę z takich zagrożeń.

- Z pewnością też zaobserwowano, że świnie są w stanie zjeść wszystko.  Śmieci, 

padlinę, nawet odchody. Stąd też zostały uznane za zwierzęta nieczyste - dodał Maciek.

- Jest jeszcze jeden czynnik, który mógł mieć tu znaczenie - uzupełnił pan Tomasz. - 

Zwróćcie uwagę, że odchody świń są bardzo kwaśne. W naszych warunkach, na podłożu 

piaszczystym lub wapiennym nie ma to dużego znaczenia, zwłaszcza że nigdzie nie nawozi 

się   pola   odchodami   wyłącznie   świńskimi...   Ale   w   Palestynie,   gdzie   gleba   jest   cennym 

skarbem, mogli bać się jej zakwaszenia.

- O ile nawozili pola - uśmiechnął się Maciek. - Nie wiem, czy to nie jest późniejszy 

pomysł. Na przykład dziewiętnastowieczny.

Szef zamyślił się na chwilę.

- To faktycznie należałoby sprawdzić - powiedział. - Sądzę jednak, że dość wcześnie 

zaobserwowano, że nawożenie odchodami zwiększa żyzność gleb.

- O ile nie używano nawozu do palenia - teraz ja się uśmiechnąłem.

Po   obiedzie   przyszła   kolej   na   moją   grupę.   W   lochu   mimo   wentylacji   było   dość 

duszno, ale po kilku minutach przyzwyczaiłem się. Tunel lekko opadał i nad głową miałem co 

najmniej cztery metry gliny. Maciek sprawdził teodolitem i stwierdził odchylenie zaledwie 

około dwudziestu centymetrów od obranego kierunku. Zaatakowałem ścianę z furią.

- Muszę zrobić trzy i pół metra - powtarzałem sobie, co jakiś czas spoglądając na 

background image

zegarek.

Glina zmieniła kolor, pojawiły się w niej ciemniejsze warstewki, ale na szczęście cały 

czas była odpowiednio spoista. Nie musieliśmy stemplować stropu ani szalować ścian. Tylko 

na dnie kładliśmy deski, żeby wywożącemu urobek było lżej pchać wózek. Odsuwałem się od 

żarówki. W powietrzu wisiało coraz więcej kurzu. Na skórze glina zasychała skorupą. Ja 

jednak ani na chwilę nie przerywałem kucia ściany. Gdy godzina wreszcie się skończyła, 

zmierzyłem krokami swój odcinek. Posunąłem się o prawie cztery metry. Kolejna godzina z 

motyką w ręce, jeszcze jedna przy napełnianiu koszy i znowu wożenie taczką i wysypywanie. 

Już trzy pokoje w tej części domu wypełniliśmy ziemią.

- I jak tam się posuwa praca? - zapytał Maciek.

- Pomalutku - wyjaśniłem. - Mam nadzieję, że niedługo będziemy wiedzieli coś na 

temat tego sygnetu.

- Tak, najważniejsze to nie tracić z oczu podstawowego celu - uśmiechnął się szef.

Następnego dnia o szóstej rano przeszedłem się przez całą długość podkopu z taśmą 

mierniczą. W ciągu dwudziestu czterech godzin bardzo ciężkiej pracy robotnicy wykopali 

prawie   osiemdziesiąt   metrów   tunelu.   Pod   ulicą   na   wszelki   wypadek   podparliśmy   sufit 

deskami,   choć   była   to   chyba   zbyteczna   ostrożność.   W   tunelu   wisiało   osiem   żarówek 

stuwatowych zapewniających oświetlenie oraz dwa węże strażackie dostarczające świeżego 

powietrza.   Na   przestrzeni   osiemdziesięciu   metrów   odchyliliśmy   się   od   wyznaczonego 

kierunku zaledwie o metr. Wracając czułem dumę z naszego dzieła.

- I jak tam nasz tajny korytarz? - zagadnął Pan Samochodzik, gdy stanąłem na górze.

Przekazałem przełożonemu swoje spostrzeżenia.

- Jeszcze kilka godzin i znajdziemy się pod murem więzienia - mruknął Maciek. - 

Znakomicie.

-   I   pomyśleć,   że   w   Warszawie   nasi   robotnicy   kopią   tunel   metra   posuwając   się   z 

szybkością jednego metra dziennie - westchnął szef.

- Może by Sudańczyków sprowadzić do nas?

- Wic pan, metro jest trudniejsze - powiedziałem - Tam występują wody podskórne, 

tunel   trzeba   obudowywać   specjalnymi   aluminiowymi   pierścieniami,   do   tego   dochodzi 

zbrojony beton...

- Mimo wszystko ci szybciej by się uwinęli. I chyba taniej? - popatrzył na Maćka.

- Oni pracują za darmo. Niektórzy mają tam kogoś, pozostali pomagają nam z własnej 

woli. Mapete zapewnia pieniądze na pozostałe wydatki.

- Ten zwariowany świat - mruknął szef. - Ciągle mam pewne wątpliwości.

background image

- Przecież chcemy uwolnić nie kryminalistów, tylko ludzi walczących o wolność i 

swobodę wyznawania naszej wspólnej religii.

- Może należało to zrobić inaczej - mruknął. - Powiadomić Amnesty International, 

zebrać podpisy pod petycją o uwolnienie...

- Tutejsze władze nie przejęłyby się tym - powiedział Maciek. - Tu dzieją się takie 

rzeczy, o jakich w Waszyngtonie czy w Brukseli nikomu się nie śniło... W tych warunkach 

walka z władzą staje się cnotą.

Z podkopu wybiegł jeden z robotników. Powiedział coś do Maćka.

- Przebili się - wyjaśnił. - Przed nami mur więzienia.

Podekscytowani zeszliśmy na dół. Na przodku pracowało teraz tylko dwu Murzynów. 

Kopali szyb prowadzący w dół, widocznie chcieli sprawdzić, jak głęboko sięga fundament. 

Nasz podkop blokowała betonowa ściana z wyraźnie widocznymi śladami odciśniętych desek 

od szalunków.

- Ciekawe, jak głęboko osadzony jest ten mur - mruknąłem.

W   tym   momencie   z   szybu   dobiegło   kilka   wyrazów,   które   zinterpretowałem   jako 

wiązankę przekleństw.

Zajrzałem do studni. Metr poniżej dna podkopu pojawiał się lity granit.

Wyszliśmy na górę. Robotnicy posilali się.

- Jakie są możliwości sforsowania tego muru? - zapytał Pan Samochodzik.

- No cóż - powiedziałem. - Można go rozbić młotami pneumatycznymi. Pomysł ten 

ma jednak pewną wadę. Jest zbyt głośny.

- Ale nad podkopem są cztery metry ziemi - zauważył Maciek. - Nie wytłumią hałasu?

- Wystarczy, żeby jakiś strażnik przyłożył ucho do betonu, a usłyszy kucie. Cement 

dość dobrze przewodzi dźwięki... Trzeba wymyślić coś innego.

Szef westchnął ciężko.

- Masz jakiś pomysł? - zwrócił się do mnie.

- Mam. Będzie potrzebna duża ilość oliwy i szlifierka kątowa oraz tarcze do cięcia 

kamienia o średnicy około półtora metra.

- Ciężka sprawa - mruknął Maciek. - Ale zobaczę, co da się zrobić.

Wsiadł do trabanta i pojechał.

- Sądzi pan, że uwolniony przez nas człowiek będzie coś wiedział? - zapytałem.

Pan Tomasz zamyślił się.

- Chyba tak. Tylko, co też nam powie. Jeśli okaże się, że kupił ten sygnet w jakimś 

sklepie z antykami? Albo dostał od dziadka spoczywającego od stu lat w grobie? A może 

background image

okaże się, że nasi dzielni przyjaciele są po prostu potomkami Tarnowskiego?

Popatrzyłem na niego zdumiony.

- Sądzi pan, że to możliwe?

- Dlaczego nie? Wyobraź sobie, że posłowie utknęli na amen, stracili ludzi, konie, 

mapy. No i zaczęli żyć między Murzynami. Urodziły się im czarne dzieci... Minęło może 

nawet piętnaście pokoleń. Domieszka rasy białej byłaby obecnie niewidoczna. Po przodku 

odziedziczyli genetycznie uwarunkowaną odwagę w obronie wiary i sygnet przechodzący z 

ojca na syna... Ale to oczywiście tylko teoria. Równie dobrze mogło być inaczej. Może gdzieś 

natrafili  na grób Tarnowskiego i zabrali  sygnet. Może jutro się dowiemy,  a może nigdy. 

Wrócił Maciek. Przywiózł potężną szlifierkę na stelażu.

- Będziemy musieli ją oddać za cztery godziny - powiedział.

Obejrzałem krytycznie tarczę. Miała nie więcej niż czterdzieści centymetrów średnicy.

- Tarcza jest za mała - powiedziałem. - Możesz od razu odwieźć.

- A jak planowałeś zmniejszyć hałas przy cięciu betonu? Przecież taka tarcza dałaby 

minimum osiemdziesiąt decybeli...

- Lejąc na nią oliwę. Stary sposób kamieniarzy - wyjaśniłem.- Zmniejsza wprawdzie 

tarcie i wolniej to idzie, ale jednocześnie redukuje się znacznie hałas.

- A zakaz oliwienia maszyn w ruchu?

- Trzeba by złamać.

- Czyli teraz musimy siąść i wymyślić coś nowego - westchnął szef.

Kiwnąłem głową. Usiadłem pod ścianą i potarłem skronie. “Beton. Czym go rozbić? 

Ultradźwięki, infradźwięki, ładunki kumulacyjne, gigawatowy laser” - myślałem.

- Eureka! - krzyknąłem zrywając się z miejsca.

Szef uprzejmie uniósł brwi.

- Co wykombinowałeś? - zagadnął zaciekawiony.

- Piła wodna!

Na twarzy przełożonego odmalowało się zdumienie.

- Co to takiego?

- Gdy w kamieniołomach tnie się kamienne bloki z bardzo drogiego kamienia, używa 

się do tego strumienia wody pod dużym ciśnieniem.

- Jak dużym? - zainteresował się.

- Tysiąc czterysta atmosfer - wyjaśniłem ochoczo.

- Chcesz w tej piwnicy wyprodukować  strumień  wody o ciśnieniu półtora tysiąca 

atmosfer? - uśmiechnął się.

background image

- Nie potrzebujemy półtora tysiąca - wyjaśniłem. - Wystarczy czterysta, może trzysta. 

Maciek!

Pojawił się natychmiast.

-   Skocz   do   miasta   i   kup   kompresor.   Wybierz   najmocniejszy,   jaki   znajdziesz. 

Docelowe ciśnienie powiedzmy czterysta atmosfer.

- Usłyszeć znaczy wykonać. Gdzie tego szukać?

- W specjalistycznych firmach oferujących urządzenia do robót rozbiórkowych. Może 

znajdziesz przedstawicielstwo firmy Karcher.

Kiwnął  głową  i   zniknął.   Wrócił   po  godzinie.  Przywiózł   odpowiednią,   imponująco 

potężną maszynę.

- No to Mapete winien nam jest półtora tysiąca dolarów - powiedział. - Ale to nie 

nasze zmartwienie...

- I jak to działa? - zainteresował się Pan Samochodzik.

- Tą rurą kompresor pobiera wodę - pokazałem. - Tą dyszą na wysięgniku wypuszcza 

ją,   tyle   tylko,   że   pod   potwornym   ciśnieniem.   W   tym   przypadku   trzysta   osiemdziesiąt 

atmosfer.

Uruchomiliśmy maszynę. Silnik strasznie głośno pracował, ale gruby strop zagłuszał 

jego pracę. Człowiek, który znalazłby się nad naszymi  głowami, w najgorszym  wypadku 

usłyszałby dobiegający nie wiadomo skąd głuchy pomruk. Stanąłem na przodku z dyszą w 

dłoni.   Strumień   wody   wydał   mi   się   cieniutki,   ale   już   po   chwili   dostrzegłem   jego 

niszczycielską moc. W betonowej ścianie pojawiała się bruzda. Powietrze wypełniła wodna 

mgiełka. Miałem tylko nadzieję, że ściany podkopu nie rozlasują się pod wpływem wody. Na 

szczęście wytrzymały. Robotnicy zakrzątnęli się z wiadrami. Woda odbita od betonu opadała 

na ziemię. Zazwyczaj sięgała mi do pół łydki, czasami prawie po kolana. Wodny pył utrudniał 

oddychanie, zasłaniał widok. Ale mur ustępował. Jeden z robotników musiał mnie zmienić, 

potem zastąpił go kolejny. Po kilku godzinach cztery wyrwy otaczające spory betonowy blok 

zetknęły się. Kloc wisiał jeszcze na zbrojeniach, woda nawet pod takim ciśnieniem nie dała 

rady stali. W ruch poszły ręczne piłki do metalu. Najpierw obcięliśmy pręty od spodu, potem 

po bokach, wreszcie na górze. Wyłupany fragment ważył kilkaset kilogramów, ale wspólnymi 

siłami zdołaliśmy go wyrwać z gniazda i wepchnąć do dziury wykopanej w poszukiwaniu 

przejścia pod fundamentem. Chlupnął w wodę i tyle go widzieliśmy. Naszym oczom ukazała 

się glina.

- No to do dzieła - powiedział Maciek. - Jeszcze dziesięć metrów i powinna być ściana 

fortu.

background image

Skierowałem   wylot   dyszy   w   ścianę   i   nacisnąłem   spust.   Zaraz   jednak   musiałem 

przerwać radosną działalność. Błoto sięgnęło mi do połowy łydki.

- Trzeba tradycyjnie - wyjaśniłem.

Wywlekliśmy kompresor z lochu i wstawiliśmy do samochodu.

Podczas ucieczki szkoda byłoby pozostawić tak drogi sprzęt na pastwę sudańskiej 

policji.

Nasi robotnicy zabrali się raźno do pracy. Zrobiliśmy przerwę na obiad.

-  Właściwie można było przekuć się miotem pneumatycznym - zauważył szef żując 

placki z mięsem. - Wystarczyło przed więzieniem ustawić ciężarówkę z agregatem i dwu 

gości   w   pomarańczowych   kamizelkach,   żeby   kuli   nawierzchnię.   Oni   hałasowaliby   na 

wierzchu zagłuszając to, jak my hałasujemy pod spodem.

-   Niezły   pomysł   -   Maciek   kiwnął   głową   z   uznaniem.   -   Tyle   tylko,   że   odrobinę 

spóźniony.

- Będzie na zapas - pan Tomasz wcale się nie obraził.

Gdy zeszliśmy do lochu, podkop osiągnął cel. Przed nami widać było ceglany mur 

przykryty jakąś bitumiczną substancją.

- Analogicznie jak w naszych fortach wokół Cytadeli Warszawskiej - szefa widocznie 

dręczyły złe wspomnienia. - Jak to ma wyglądać?

- Duża okrągła sala pod ziemią - wyjaśniłem.

Ująłem w dłoń brzeszczot piłki do metalu i zabrałem się za wypiłowywanie zaprawy 

spomiędzy cegieł. Maciek pomagał mi dzielnie. Po kilkunastu minutach pierwsza wyrwana ze 

swojego gniazda cegła spoczęła na ziemi. Mur zbudowano - jak się okazało - z czterech 

warstw. Przebiłem się przez zaprawę przy najgłębszej. W tej chwili ktoś złapał za piłkę po 

tamtej stronie.

- Przyjaciel czy wróg? - mruknąłem.

Pomagał mi wyraźnie. Piłowaliśmy razem. Wreszcie wypchnąłem piłowaną wokoło 

cegłę   i   zajrzałem   do   środka.   Zobaczyłem   kawałek   twarzy   wychudzonego   więźnia.   Nie 

widziałem jego ust, ale po oczach poznałem, że się uśmiecha. Maciek odepchnął mnie trochę 

bezceremonialnie,  po czym  zaczął  coś  po cichu  mówić.  Tamten  odszepnął.  Podawaliśmy 

przez   dziurę   piłki   do   metalu,   zaostrzone   metalowe   pręty,   szpachelki   i   noże.   Sami 

zaatakowaliśmy spojenia od zewnętrznej strony.

W   podkopie   zatriumfowała   wolność.   Czułem   to.   Powietrze   wydawało   się 

naelektryzowane.   Po   chwili   przez   dziurę   w   murze   zaczęli   przedostawać   się   wychudzeni, 

zmęczeni więźniowie. Maciek gdzieś zniknął. Zajrzałem przez wyrwę, czy nikt nie pozostał w 

background image

środku.   Duża   okrągła   sala   była   pusta.   Na   ziemi   pozostała   glina,   słoma   i   jakieś   kawałki 

styropianu. W powietrzu unosił się potworny wręcz zaduch. Rozpiłowane kajdany leżały pod 

ścianami.

- Musimy się spieszyć - powiedziałem. - Teraz liczy się każda minuta. Nie wiem, jak 

często strażnicy zaglądają do środka.

Zawróciliśmy podkopem. Gdy tylko wynurzyliśmy się z lochu, nasi robotnicy zabrali 

się ochoczo  do zasypywania  dziury,  co miało  dodatkowo opóźnić  ewentualny pościg.  W 

łazience trzydziestu więźniów radośnie zmywało z siebie wielomiesięczny brud. W jednej z 

sal naszykowano stos używanych ubrań. Więzienne drelichy leciały na ziemię. Pojawiły się 

białe koszule, marynarki. Nasz strażnik otworzył bramę i na podwórze wjechał zdezelowany 

autobus. Więźniowie zajęli miejsca. Za kierownicą siadł jeden z robotników. Pojazd wyjechał 

za bramę. Maciek wyrósł jak spod ziemi.

- Czas na nas - powiedział.

Wsiedliśmy   do   trabancika   i   wyjechaliśmy   za   bramę.   Byliśmy   coraz   dalej   i   dalej. 

Jakieś dziesięć minut od opuszczenia domu, z którego poprowadziliśmy podkop, usłyszeliśmy 

ponury ryk syreny.

- Chyba zauważyli, że kogoś im brakuje - uśmiechnął się szef. - Tymczasem człowiek, 

który miał nam udzielić informacji o sygnecie, gdzieś się w zamieszaniu zapodział.

- Nie zapodział się - zaprotestował Maciek - tylko zabrał się razem z resztą więźniów. 

Ale to nic nie szkodzi. Dostaną panowie te informacje. To honorowi ludzie.

Wysadził nas koło bazaru.

- Muszę pozbyć się samochodu - powiedział. - Ktoś mógł go widzieć.

Kiwnąłem poważnie głową.

Odjechał, a my powędrowaliśmy do hotelu.

- No i ciągle jesteśmy w punkcie wyjścia - westchnął Pan Samochodzik.

- Niezupełnie. Mamy dowody, że nasze poselstwo dotarło do Etiopii.

- Tak, ale nie wiemy, co się z nim potem stało ani jaką odpowiedź zabrało ze sobą. 

Mamy tylko niepewny ślad w postaci sygnetu.

Z prawdziwą rozkoszą wszedłem pod hotelowy prysznic i dokładnie wychłostałem 

ciało silnym strumieniem wody. Wypłukałem glinę z włosów i z pleców. Nawet w uszach 

miałem jej okruszki. Wreszcie przebrany i odświeżony wyszedłem na podwórze. Pan Tomasz 

siedział na ławeczce przy studni.

- Chyba pozostaje nam czekać - powiedział.

Przyszła córka właściciela. Tym razem nie miała zasłony na twarzy. Przeszła opodal 

background image

niosąc jakiś pakunek. Odprowadziłem ją spojrzeniem.

- Rozczarowany? - zapytał szef.

Kiwnąłem głową.

- To, co ukryte, budzi naszą ciekawość - powiedziałem. - Szukamy śladów poselstwa. 

Obyśmy się nie rozczarowali.

Szef zamyślił się.

- Nie zostało nam dużo czasu - powiedział. - Za pięć dni mamy samolot do domu.

Przyszedł Maciek. Uśmiechnął się.

- Panowie - powiedział - nowiny.

- Tak? - zainteresował się szef.

- Mapete zaprasza nas na południe. Zdaje się, że chce osobiście pogratulować sukcesu. 

Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś o losach zaginionego poselstwa, to trzeba się niestety 

śpieszyć.

- Coś się stało? - zaniepokoił się szef.

- Armia sudańska przekroczyła granicę Etiopii. Sudan oficjalnie znalazł się w stanie 

wojny.  Wszyscy cudzoziemcy muszą opuścić jego terytorium w ciągu czterdziestu ośmiu 

godzin.

- Mamy więc rozwiązać zagadkę w ciągu czterdziestu ośmiu godzin? - zdumiałem się.

- Czeka na nas samolot - wyjaśnił. - Inaczej nie dałoby się obrócić.

Zjedliśmy kolację. Podjechał po nas rozklekotany mikrobus,  który w zamierzchłej 

przeszłości   był   chyba   mercedesem.   Obecnie   cała   karoseria   była   pospawana   z   jakichś 

przypadkowych   blach   i   tylko   dumna   gwiazdka   przylutowana   do   maski   zdradzała   markę 

pojazdu.

- Tu nikt nie dziwiłby się mojemu staremu wehikułowi - westchnął szef.

Pomknęliśmy szosą i niebawem znaleźliśmy się za miastem. Przy drodze znajdowało 

się lotnisko. Stało na nim kilka samolotów, piętrzyła się piramida beczek ropy. Jacyś ludzie 

wrzucali   do   luku   starej   Cesny   worki   pełne   kartofli,   z   innego   samolotu   wyciągano   kozy. 

Zwierzęta   stawiały   bohaterski   opór.   Maciek   poprowadził   nas   dalej,   gdzie   na   końcu 

trawiastego pasa startowego stała zdezelowana i odrapana awionetka.

- Pomieścimy się? - zaniepokoił się pan Tomasz.

- Tak. Nie zabiera poza nami żadnego ładunku.

- No to w drogę - usadowiliśmy się w ciasnym wnętrzu.

Samolot po chwili wystartował.

Zapadał zmrok. Z boku mignęło nam zachodzące słońce.

background image

- My sobie lecimy, a gdzieś tam w górach, przez które przeszliśmy zaledwie kilka dni 

temu, giną teraz ludzie - powiedział szef. - I to w imię czego? Dominacji jednej religii nad 

drugą...

- To dla Arabów bardzo ważny powód - powiedział Maciek. - Wiele interpretacji 

Koranu nakazuje walczyć o rozszerzanie nauki proroka Mahometa. Ci, którzy poszli podbijać 

Etiopię, wierzą, że czynią słusznie. Ale wielu poszło do wojska z poboru, pod przymusem. 

Oni nie chcą walczyć, tak jak syn właściciela antykwariatu. Nie będą chcieli zabijać i sami 

ginąć za zielony sztandar proroka. Dlatego ten atak na chrześcijańskie państwo skończy się 

tak   samo   jak   poprzednie.   Wejdą   w   wąwozy,   tam   zostaną   otoczeni   i   po   wymianie   ognia 

poddadzą się... Być może przez kilka lat będą osadzeni w obozach jenieckich i nie będą mogli 

powrócić do domu. Niektórzy zginą. Wojna to parszywa sprawa.

Zdrzemnąłem się oparty czołem o chłodną szybę. Ten samolot na szczęście był nieco 

bardziej szczelny niż poprzedni, którym lecieliśmy i nie groziło nam zamarznięcie. Spod na 

wpół przymkniętych powiek patrzyłem na pustynię oblaną srebrzystym blaskiem księżyca. 

Uciekała w tył w miarę jak samolot parł na południe. Na niebie było mnóstwo gwiazd. Gdzieś 

tam   na   niezmierzonych   połaciach   Sudanu   rozbiegało   się   trzydziestu   chrześcijańskich 

powstańców,   którym   przywróciliśmy   wolność.   Musieli   być   szczęśliwi.   I   ja   poczułem,   że 

jestem szczęśliwy.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

MAŁA   WIOSKA   KOŁO   EL-FASZED   •   TRĄD   •   “TRZEJ 

MUSZKIETEROWIE”   •   WŚRÓD   RUIN   •   TAJEMNICE   KOŚCIOŁA   • 

EPITAFIUM • KRYPTA • DYPTYCH • ZAGINIONE POSELSTWO

Obudziło   mnie   delikatne   potrząsanie.   Otworzyłem   oczy.   Na   dworze   było   jeszcze 

ciemno,   niebo   stawało   się   coraz   jaśniejsze.   Wkrótce   miało   świtać.   Samolot   stał   trochę 

przekrzywiony na polowym lotnisku. Opodal widać było murzyńską wioskę, okrągłe domy 

lepione z gliny. Wysiedliśmy z maszyny. Maciek przez chwilę rozmawiał z pilotem.

- Co mamy dalej robić? - zagadnął pan Tomasz. - Nie widzę tu nigdzie komitetu 

powitalnego...

- Czekać - wyjaśnił nasz młody przyjaciel. - Ktoś tu po nas przyjedzie, tylko nie 

wiadomo kiedy.

Siedliśmy pod drzewem i czekaliśmy. Najpierw przybiegło stadko dzieci. Popatrzyły 

na   nas   i   powymieniały   między   sobą   uwagi   śpiewnym   językiem,   z   którego   Maciek   nie 

rozumiał ani słowa. Niebawem przyczłapał też jakiś starzec ubrany w biały chałat. On też 

stojąc w znacznej od nas odległości usiłował o coś zapytać. Użył chyba trzech lub czterech 

różnych   języków,   zanim   trafił   na   jakiś   częściowo   zrozumiały   dla   Maćka.   Towarzysz 

odkrzyknął jakąś odpowiedź i starzec odszedł kulejąc.

- Dlaczego nie podszedł bliżej, tylko musieliście się przekrzykiwać? - zapytał szef.

- Trędowaty. Nie chciał nas zarazić - wyjaśnił chłopiec.

Gwizdnąłem cicho przez zęby.

- Trąd - mruknął pan Tomasz. - Nie wiedziałem, że tutaj też...

- Cóż, póki fabryka pod Chartumem produkowała leki, była jakaś szansa. Teraz cala 

nadzieja w przemytnikach, ale oni nie są w stanie dostarczyć sulfamidów dla wszystkich.

- To trąd da się wyleczyć? - zdumiał się Pan Samochodzik.

- Oczywiście - powiedziałem. - Od lat dwudziestych są na to lekarstwa. Ale ciągle w 

Afryce i na Dalekim Wschodzie choroba zbiera swoje żniwo. Zwłaszcza we wsiach odciętych 

od cywilizacji. Leczenie też odpowiednio długo trwa.

-   Mniej   więcej   7-18   miesięcy   -   uzupełnił   Maciek.   -   Ale   nie   ma   reguły.   Czasem 

szybciej,   czasem   wolniej.   Podobno   pojawiają   się   już   szczepy   bakterii   odpornych   na 

background image

sulfamidy.

- Trąd występuje także w Europie - powiedziałem. - W Grecji i w Hiszpanii co roku 

notuje się kilka przypadków. Oczywiście utrzymuje się to w tajemnicy przed turystami...

- No myślę - mruknął. - Na temat trądu wiem niestety niewiele...

-   Trąd   wywołują   bakterie   bardzo   podobne   budową   do   prątków   gruźlicy   - 

powiedziałem. - Nie jest szczególnie zaraźliwy. Zdrowy organizm może sobie czasami sam 

poradzić z chorobą. Zazwyczaj potrzeba wielu kontaktów z chorym, by ulec zakażeniu.

- A gdy już się ulegnie?

- Bakterie w pierwszej kolejności atakują tkankę nerwową. Stąd przykurcze palców, 

nabrzmienia na twarzy spowodowane odłączeniem od układu nerwowego całych grup mięśni. 

Zaatakowana   tkanka   zazwyczaj   nie   odczuwa   bólu.   Po   tym   poznaje   się   trąd.   Na   skórze 

pojawiają   się   znamiona,   w   które   można   spokojnie   wbijać   szpilki.   Potem   dojść   może   do 

kolejnego etapu choroby. Bakterie niszczą tkankę chrzestną. Wtedy odpadają palce, zapada 

się nos i dochodzi do jeszcze innych zniekształceń...

- Oszczędź nam szczegółów - mruknął Pan Samochodzik. - Od kiedy to się leczy?

- W Europie w latach siedemdziesiątych XIX wieku powstał w Norwegii pierwszy 

poważny   ośrodek   badań   nad   trądem.   Umieszczono   go   w   Bergen.   Program   zakładał 

przymusową  rejestrację  i izolację  wszystkich  chorych.  Na czele  ośrodka stał  początkowo 

doktor   Danielsen.   Sądził,   że   trąd   jest   chorobą   dziedziczną.   W   Norwegii   pojawiał   się 

najczęściej u członków jednej rodziny w obrębie wioski...

- Na czym oparł swoje stwierdzenie o dziedziczności trądu? - zdziwił się szef.

-   Próbował   się   zarazić.   Osiemnaście   razy   szczepił   na   sobie   bakterie.   Ale   nie 

zachorował.

- Prawdziwy uczony z tych, którzy szczepili na sobie dżumę, aby ją lepiej badać - 

zauważył Maciek.

- Nie wiem, czy należy to zaliczyć do aktów odwagi czy głupoty - westchnął Pan 

Samochodzik.

- Potem Danielsena zastąpił jego uczeń, Armauer Hansen. Jemu też udało się po raz 

pierwszy  zaobserwować  bakcyle  pod  mikroskopem.  Użył  preparatu   barwionego  zwykłym 

atramentem dla zwiększenia kontrastu. Zbadał dokładnie okres inkubacji oraz symptomy. Od 

tego czasu naukowa nazwa trądu brzmi Hansen Syndrom.

- Czy to on wynalazł lekarstwo? - zainteresował się nasz przyjaciel.

-   Niestety   nie.   Doktor   Hansen   stosował   wiele   różnych   środków,   w   tym   preparat 

chininowo-arszenikowy....

background image

- Coś podobnego? - zdumiał się szef.

- Arszenik w bardzo małych dawkach stosowano wówczas jako lekarstwo. Pomagał 

zwłaszcza na pewne wstydliwe choroby, których mężczyźni nabawiali się odwiedzając domy 

rozpusty... Preparaty do zwalczania trądu opracowano dopiero w latach trzydziestych  XX 

stulecia, gdy Hansen już nie żył. Całe życie walczył z chorobą i nie doczekał zwycięstwa...

- Ci ludzie też nic doczekają - powiedział w zadumie Maciek. - Można by ich było 

wyleczyć, ale brak na to funduszy...

- Często tak bywa - zauważyłem. - Elita potrzebuje nowych samolotów, żeby podbijać 

sąsiednie   kraje,   a   tymczasem   takim   ludziom   jak   ten   nieszczęśnik   brak   pieniędzy   na 

lekarstwa... Za jeden samolot typu Mig pewnie można by wyleczyć wszystkich trędowatych 

w Sudanie...

- Nic na to nie poradzimy - powiedział łagodnie szef.

Siedliśmy w milczeniu pod rozpalonym afrykańskim niebem. Czekaliśmy. Nie było 

nic innego do roboty.

Nie siedzieliśmy długo. W oddali za wioską pojawił się tuman kurzu wzniecany przez 

pędzący pylistą drogą samochód. Obłok sproszkowanej gliny powoli się zbliżał, aż wreszcie 

koło nas zatrzymał się z chrzęstem konających hamulców nieprawdopodobnie zdezelowany 

samochód. Był to stary radziecki UAZ, sądząc ze stanu pamiętający czasy budowy jeziora 

Nasera. Dorobił się licznych dziur zaspawanych kawałkami blachy. Przez jedną burtę biegł 

rząd otworów pochodzących prawdopodobnie od kul karabinowych. Połowa przedniej szyby 

była popękana i trzymała się tylko dlatego, że ktoś w zamierzchłej przeszłości wzmocnił ją 

podklejając folią antywłamaniową. Opony były zupełnie łyse. Z pojazdu wysiadł z wdziękiem 

młody Murzyn w szortach i z ogromnym pistoletem zatkniętym za pasek. Na ciele miał jakieś 

rytuale nacięcia, a na szyi  medalion ze złota z podobizną papieża Jana Pawła  II.  A więc 

chrześcijanin.

- Witajcie, szlachetni panowie - odezwał się po francusku. - Mniemam, że jesteście 

tymi, których będę miał zaszczyt wieźć na miejsce.

Pan Tomasz uśmiechnął się lekko.

- Tak, to my - powiedział.

Siedliśmy   do   odrapanego   wehikułu.   Z   siedzeń   wyrwano   sprężyny   i   napchano   je 

sianem.

- Gdzie jesteśmy? - zagadnął szef.

Nasz kierowca zamyślił się, jakby usiłując przeniknąć umysłem francuskie zdanie.

Pan Samochodzik powtórzył inaczej akcentując. Młodzieniec kiwnął głową.

background image

- Jesteśmy dwadzieścia kilometrów na południe od El-Faszed - wyjaśnił.

Maciek, któremu ta nazwa wyraźnie sporo mówiła, kiwnął głową.

- Dokąd nas wieziesz? - szef zadał kolejne zdanie.

Tym razem kierowca nie zrozumiał. Maciek zagadnął go po arabsku. Przez chwilę 

szwargotali z ożywieniem.

- Wiezie nas do spalonej wioski, około dwudziestu kilometrów stąd - wyjaśnił nasz 

przyjaciel. - Kiepsko zna francuski. Wyuczył się go ze słownikiem i na podstawie “Trzech 

muszkieterów” Aleksandra Dumasa.  Tyle  tylko, że ma niewiele możliwości szlifowania  i 

bardzo źle rozumie, gdy ktoś mówi w tym języku. Sam potrafi sporo powiedzieć, siłą rzeczy 

dość specyficzną francuzczyzną.

Nieoczekiwanie zjechaliśmy na dno wąwozu i zatrzymaliśmy się na brzegu leniwie 

płynącej, szerokiej rzeki. Nasz kierowca wyciągnął mapę i chwilę oglądał ją z frasunkiem, a 

potem coś zagdakał po arabsku.

-   On   twierdzi,   że   tu   powinien   być   most.   Jest   zaznaczony   na   mapie   -   powiedział 

Maciek.

Szef   wyjął   delikatnie   papier   z   ręki   naszego   kierowcy.   Przez   chwilę   oglądał   ją   w 

zadumie,   a   potem   odwrócił   na   drugą   stronę.   Widniała   tam   pompatyczna   pieczęć   z 

wyobrażeniem rózg liktorskich i topora - symbol włoskich faszystów.

- Jak się używa mapy sprzed ponad sześćdziesięciu lat, to faktycznie można szukać 

mostów - westchnął oddając ją Arabowi.

Wysiadłem z wozu i brodząc po kolana w wodzie przeszedłem na drugą stronę.

- Płytko wszędzie - powiedziałem - Dno dość kamieniste, ale chyba da się przejechać.

- A jeśli do silnika dostanie się woda? - zaoponował szef.

-   Trzeba   wlot   powietrza   i   rurę   wydechową   zaopatrzyć   w   rurki   skierowane   ponad 

poziom wody - zaproponowałem. - A elektrykę zaizolować towotem.

Kierowca   najwidoczniej   znudzony   naszymi   rozważaniami   wcisnął   gaz   do   dechy   i 

samochód rozbryzgując wodę przejechał na drugą stronę.

- Tam pewnie zaznaczyli bród, a nie most - mruknął szef.

Mokre nogawki spodni przyjemnie chłodziły mi nogi. Godzinę później dotarliśmy na 

miejsce. Nasz kierowca wyjął z kieszeni kartę papieru i przez dłuższą chwilę porównywał ją z 

otaczającą   nas   rzeczywistością,   po   czym   zahamował   przed   resztkami   bramy   domu, 

wykonanej z kamieni spajanych gliną. Wieś została spalona przed wielu laty. Może jeszcze w 

latach pięćdziesiątych  XX  wieku. Tyle wojen domowych przetoczyło się przez ten biedny 

kraj... Z domów  zostało niewiele. Kupki przepalonej  gliny znaczyły  miejsca, gdzie ogień 

background image

strawił drewniane szkielety okrągłych chat.

- Jesteśmy na miejscu - przetłumaczył Maciek. - Sygnet znaleziono tutaj, na klepisku 

przed tą bramą. Był zagłębiony w glinie. Kura grzebiąc w pyle odkopała go.

Pan Samochodzik parsknął śmiechem.

-   No   nie   -   powiedział   -   i   dla   zdobycia   takiej   informacji   rozbiliśmy   więzienie   w 

Chartumie? Ile tysięcy złotych z rezerwy budżetowej poszło tylko na to, żeby się dowiedzieć, 

że pierścień znaleziono po prostu na klepisku przed bramą?

- Spokojnie, szefie - załagodziłem. - Ta pozornie bezużyteczna informacja może nas 

doprowadzić do celu. Świadczy o tym, że prawdopodobnie przedstawiciel poselstwa w tej wsi 

zakończył życie.

- Dlaczego tak sądzisz?

- Sygnet rodowy szlachcic przekazywał najstarszemu męskiemu potomkowi. Weźmy 

na przykład sygnet rodowy Ronikierów herbu Jaksa, ozdobiony turkusem, przekazywany z 

pokolenia na pokolenie przez co najmniej trzysta lat...

Przełożony kiwnął głową.

- Zgoda. A więc ktoś zabił naszego posła i zabrał mu klejnot. A nie sadzisz, że mogło 

być inaczej? Sygnet mógł zostać wymieniony z tubylcami na kawałek chleba lub odpaść wraz 

z   zakażonym   trądem   palcem.   Wreszcie   mógł   zostać   po   prostu   zrabowany   posłowi   bez 

pozbawiania go życia.

Wyciągnąłem z plecaka saperkę i bez przekonania skrobałem tu i ówdzie klepisko.

- Wygląda   na  to, że  glinę   naniosła  tu  powódź -  powiedziałem  -  Nie  ma   pod nią 

żadnych warstw kulturowych ani innych śladów osadniczych.

- Może ty dla odmiany coś wymyślisz? - pan Tomasz zwrócił się do Maćka, który 

studiował włoską sztabówkę.

- Na mapie zaznaczony jest kościół za zakrętem wąwozu - powiedział nasz przyjaciel. 

- Dedukuję, że warto by tam zajrzeć...

Wpakowaliśmy   się   do   wozu   i   ruszyliśmy.   Niebawem   naszym   oczom   ukazała   się 

świątynia. Wzniesiono ją na planie prostokąta, była jednonawowa. Solidne mury z kamieni 

spajanych   gliną   rozprysły   się,   gdy   uderzył   w   nie   pocisk   artyleryjski.   Dziesiątki   pór 

deszczowych dopełniły dzieła zniszczenia. Przeszliśmy przez bramę. Mury kościoła dźwigały 

się w górę, miejscami jeszcze na trzy metry. Wyższe partie ścian runęły.

- Ciekawe, czym pokryty był dach? - zapytałem, żeby tylko coś powiedzieć.

Szef nie odpowiedział. Podszedł do miejsca, gdzie kiedyś stał ołtarz. Przywołał mnie 

gestem.

background image

Podszedłem.

Zawiana   piachem   tkwiła   w   podłodze   kamienna   płyta.   Omiotłem   ją   dłonią.   Herb 

Leliwa był już mocno zatarty, ale pod spodem dało się jeszcze odczytać litery głęboko ryte w 

kamieniu:

Paweł Tarnowski 1703

- A więc żył tu jeszcze przez tyle lat - powiedział w zadumie szef. - Dlaczego nie 

wrócił do kraju? Możesz podnieść ten kamień?

- Nie wiem, czy wypada naruszać spokój zmarłych - zgłosiłem swoje zastrzeżenie, ale 

posłusznie wbiłem palce pod płytę i dźwignąłem ją z niemałym wysiłkiem.

Naszym oczom ukazał się szyb biegnący gdzieś w głąb. Zeskoczyliśmy we trójkę na 

dno. Mieliśmy latarki.  Ruszyłem  śmiało  w  mrok. Przed nami  otworzyła  się spora krypta 

wykuta pracowicie w tufie wulkanicznym. Po ścianą stały trzy nary, a na nich spoczywały 

zmumifikowane  ciała. Nad jednym  do ściany przytwierdzono mosiężną płytę  przyciętą  w 

charakterystyczny kształt. Portret trumienny. Obecnie po farbie pozostał tylko zarys kształtu 

twarzy. Śniedź zniszczyła wszystko. Oświetliłem zwłoki. Zmarli leżeli na wznak z dłońmi 

skrzyżowanymi  na piersiach. Wykonane ze złota guzy przy kontuszach zalśniły w świetle 

latarki. Skórzane pochwy szabli popękały ze starości. Głownie pokryły się nalotem rdzy.

Szef   minął   mnie   i   też   podziwiał   majestat   śmierci.   Nieoczekiwanie   schylił   się. 

Nieboszczyk spoczywający pod portretem przyciskał do piersi jakąś deskę. Szef wysunął ją 

delikatnie spod zmumifikowanej dłoni. Jak się okazało, nie była to deska, lecz dyptych - coś 

w rodzaju drewnianych okładek przeciągniętych na grzbiecie taśmą. Deski przewiercono, a 

sznurek opatrzono etiopską pieczęcią.

- Sądzi pan...? - zapytałem.

- Tak. Wewnątrz jest list, który cesarz Iljasu wystosował do Jana III Sobieskiego.

Zasunąłem płytę na miejsce. Wyszliśmy ze zrujnowanej świątyni.

- Dokąd teraz? - zapytał nasz kierowca.

- Musimy dostać się do Polski - wyjaśnił Pan Samochodzik.

Siedzący za kierownicą uśmiechnął się prezentując komplet białych jak śnieg zębów.

- To się załatwi. Osiem tysięcy kilometrów, czyli w tydzień będziemy. Tylko że nie 

mam paszportu...

- Zawieź nas po prostu w jakieś miejsce, skąd latają samoloty do Europy - szef uściślił 

poprzednią propozycję.

- W El-Faszed złapiecie samolot do Chartumu - Maciek przełożył słowa kierowcy.

background image

- Niech będzie El-Faszed - pan Tomasz uśmiechnął się promiennie.

Skrzynia biegów zazgrzytała, gdy Arab wrzucał pierwszy bieg, ale silnik zagrał. Po 

chwili ruszyliśmy. W stronę cywilizacji.

background image

ZAKOŃCZENIE

Na   korytarzu   Instytutu   Historii   Uniwersytetu   Warszawskiego   kłębił   się   tłum 

studentów. Profesor, najwybitniejszy znawca epoki, był dosłownie oblężony. Czekaliśmy w 

kolejce ponad pół godziny. Wreszcie weszliśmy do gabinetu. Profesor siedział za biurkiem.

- Wasze indeksy - machinalnie wyciągnął rękę.

Pan Tomasz chrząknął lekko. Uczony podniósł na nas zdziwiony wzrok.

- Ach, to panowie - mruknął.

- Właśnie - powiedziałem. - Mieliśmy wpaść i dowiedzieć się, co też wyczytał pan w 

zdobytym przez nas dokumencie.

- Ach tak - wykonał dziwny gest w powietrzu. - Przestudiowałem. Fatalna łacina. 

Zakładając, że ten dokument jest autentyczny...

Pan Samochodzik z oburzeniem wciągnął haust powietrza...

-   Z   narażeniem   życia   przeszmuglowaliśmy   go   z   południowego   Sudanu!   - 

zaprotestowałem.

- Tak, możliwe. A więc jest autentyczny. Tyle tylko, że nic to nie zmienia - powiedział 

profesor.

- Przecież to dokument ogromnej wagi - zaperzył się mój przełożony. - Cesarz Etiopii 

zaproponował wymianę misji wojskowych z Sobieskim!

Profesor wzruszył ramionami.

- W historii liczy się tylko to, co się stało. Nas, historyków, nie interesuje, co by było, 

gdyby... Być może faktycznie jest to ciekawy kawałek papieru. Ale ponieważ do wymiany 

misji ani wspólnych działań przeciw Turkom nie doszło, trzeba to odłożyć ad acta. Zresztą, po 

tylu wiekach, kogo to zainteresuje? - wzruszył ramionami.

Gwar za drzwiami dał mam do zrozumienia, że pora iść. Wielu studentów chciało dziś 

jeszcze zdobyć  wpis do indeksu. Wyszliśmy.  Na korytarzu  pan Tomasz  ciężko usiadł na 

ławce.

- I co - zagadnął - warto było?

Przypomniałem sobie rozjaśnione uśmiechami twarze ludzi wyciągniętych przez nas z 

wiezienia w Chartumie.

- Na pewno było warto - powiedziałem.