background image

Katarzyna Cholewińska

Wszystko będzie dobrze

- Da sobie radę – powiedziała Ginny.
Harry spojrzał na nią, opuścił rękę i z roztargnieniem dotknął nią blizny na czole.
- Wiem.
Od dziewiętnastu lat blizna nie zabolała go ani razu. Wszystko było dobrze.

J.K. Rowling, Harry Potter i Insygnia Śmierci

~*~*~*~

Wszystko było dobrze.
Albus Potter próbował uspokoić zszargane nerwy głębokimi wdechami. Po raz już nie wiadomo 

który dał się podpuścić Jamesowi. Można by pomyśleć, że jedenaście lat pod jednym dachem powinno 
go czegoś o poczuciu humoru brata nauczyć.

Aha, łatwo mówić.
Wdech – wydech. Al jednym tylko uchem słuchał beztroskiego szczebiotu swojej kuzynki. Rose 

nigdy   nie   zamykały   się   usta,   dlaczego   więc   teraz   miałaby   siedzieć   cicho?   Zwłaszcza,   że   –  
w przeciwieństwie do  Ala – ona nie miała się czym martwić. Nie było takiej siły, żeby Rose Weasley 
znalazła się w innym domu, niż Gryffindor. W najgorszym razie Tiara może próbować umieścić ją w 
Ravenclawie, ale znając upór i stanowczość Rose, na próbowaniu się skończy. 

- ... no i nie mogę się doczekać lekcji zaklęć. Zaklęć, Al! Wreszcie będziemy mogli używać różdżek! 

Oczywiście, próbowałam już kilku ruchów i inkantacji, ale wiesz, musiałam ćwiczyć ze szczoteczką do 
zębów... No naprawdę, ze szczoteczką do zębów! Jakby mama nie mogła mi dać w domu różdżki ten jeden 
raz
! No, ale sam wiesz, jaka ona jest, regulamin to, regulamin tamto, autentycznie, czasami mam wątpliwości, 
czy powinna być w Gryffindorze, bo przecież w Gryffindorze nie chodzi o to, żeby przestrzegać zasad 
bez względu na wszystko, prawda?...

Wdech – wydech. Znowu Gryffindor. Czy naprawdę każda rozmowa musi się sprowadzać do 

Gryffindoru? Czy choć raz nie mogliby porozmawiać o czymś innym?

- Chyba będzie padać – zauważył Al, patrząc na pędzące za oknem pociągu ciężkie, szare chmury.
- ... i oczywiście lekcje latania! Och, zastanawiam się, czy nie można z nich zrezygnować, jeżeli już 

się umie latać, no bo dla nas to przecież tylko strata czasu, moglibyśmy w tym czasie porobić coś innego, 
na przykład pouczyć się transmutacji... Z drugiej strony, musimy wypaść jak najlepiej, jeżeli chcemy 
dostać się do drużyny. Jak to dobrze, że teraz można już próbować na pierwszym roku! Nawet nie 
wiesz, jak zazdroszczę Jamesowi i Freddiemu, tak strasznie chciałabym być ścigającą Gryffindoru...

Gdyby Albus dostawał knuta za każdym razem, gdy ktoś z jego rodziny wypowiada nazwę tego 

domu...

- ... też uwielbiasz Quidditch, Al, będziesz próbował razem ze mną, prawda?
Al zamrugał, wyrwany nagle z zamyślenia. Nie lubił Quidditchu. Idea przerzucania się jedną piłką, 

unikania dwóch innych i łapania czwartej wydawała mu się idiotyczna.

- Jasne – przytaknął mechanicznie.
Potterowie i Weasleyowie byli urodzonymi graczami. Potterowie i Weasleyowie od kilku pokoleń 

1

background image

Wszystko będzie dobrze

okupowali większość pozycji w ich domowej drużynie. James już był szukającym, Freddie pałkarzem, 
Hugo zapowiadał, że będzie następnym obrońcą, a Lily – ścigającą. 

Nie było sensu się wyłamywać.
- No właśnie. – Rose nie zwróciła uwagi na jego brak entuzjazmu i zaczęła paplać na nowo.
Wdech – wydech. Al zawsze trochę odstawał od reszty rodziny. Był małomówny i często się 

zamyślał, zwykle nie brał udziału w żartach rodzeństwa i kuzynów, unikał tłoku. Co oczywiście było 
absolutnie   niemożliwe   wśród   tłumu   cioć,   wujków,   kuzynów   i   kuzynek,   i   przyjaciół,   i   ich   dzieci,  
i przyjaciół dzieci tych przyjaciół....

Nie chodziło o to, że Al nie lubił swojej rodziny. Przeciwnie, kochał ją ponad wszystko. Ale 

czasami – może częściej, niż czasami – po prostu go przytłaczała. Albus był mały, chudy i chorowity. 
Jego kuzyni – wysportowani i rozwrzeszczani. Jego drobna, czarnowłosa sylwetka ginęła w morzu 
rudych włosów i piegowatych twarzy. Nikt nigdy nie zwracał na niego uwagi, nikt go nigdy nie słuchał, 
nikt nigdy nie traktował go poważnie.

Wdech – wydech.
Albus Potter nie lubił być lekceważony.
- ... że James pokaże nam Mapę twojego taty? Wujek Harry powiedział, że James ma się nią dzielić 

z nami wszystkimi. Mam nadzieję, że James o tym pamięta, a jak nie, to ja mu przypomnę, wiesz, jaki on 
jest, na pewno nie będzie chciał...

Tata. Na myśl o nim, Alowi zrobiło się lżej na sercu. Z nim właśnie Al był zawsze najbliżej, do 

niego był najbardziej podobny. Tata nie robił Albusowi głupich kawałów, bo wiedział, że Albus tego nie 
znosi. Tata nigdy nie nazywał Albusa niezdarą, kiedy Albus tłukł kolejny talerz. Tata nie wyciągał 
Albusa na siłę z jego pokoju i nie kazał mu latać, jeśli Albus nie miał na to ochoty. A przede wszystkim, 
tata zawsze słuchał tego, co Albus mówi, nie przerywając, nie każąc mu szybciej kończyć i nie oczekując 
zabawnej puenty.

Tata też powiedział Albusowi, że nie ma nic złego w byciu przydzielonym do Slytherinu... I że do 

samego końca, Albus ma wybór.

Wdech – wydech. 
Wszystko było dobrze.

~*~*~*~

Wszystko było dobrze.

Albus Potter stał w grupie z innymi pierwszorocznymi, słuchając z wypiekami na twarzy słów 

Neville'a. To znaczy, profesora Longbottoma.

- ... do jednego z czterech domów. Każdy z nich ma świetną historię, z każdego wyszli wielcy 

czarodzieje i czarownice...

Ktoś za Alem prychnął pogardliwie:
- Ze Slytherinu też?
Kątem   oka   Al   zobaczył,   jak   blady,   jasnowłosy   chłopiec   odwraca   się   gwałtownie,   szukając 

gniewnym wzrokiem szarych oczu kpiącego kolegi. Albus poznał tego chłopca od razu – to z nim tata 
Rose zabronił się jej zadawać. Wujek Ron powiedział to oczywiście żartobliwie, ale było w jego głosie 
coś, co zaniepokoiło Ala – złość, niechęć, pogarda? Jeszcze raz zerknął w stronę drobnego blondyna – 
teraz nachylała się ku niemu ciemnoskóra dziewczynka o czarnych włosach i egzotycznej urodzie. 
Szepnęła mu coś do ucha i chłopiec rozluźnił się wyraźnie. Albus ponownie skupił się na Neville'u:

- ... rozpocznie się Ceremonia Przydziału.
Wdech – wydech.

2

background image

Katarzyna Cholewińska

- Nie ma się czego obawiać. – Uśmiechnął się ciepło Neville. - Zapewniam, że wszelkie pogłoski 

o pojedynkach, skomplikowanych testach i próbach wytrzymałościowych są nieprawdziwe.

Większość uczniów parsknęła śmiechem, ale kilku wyraźnie odetchnęło z ulgą. Al przewrócił 

oczami. James również próbował wcisnąć mu jakąś idiotyczną bajeczkę o ujeżdżaniu hipogryfów, ale 
Albus nie dał się na to nabrać. 

Zresztą, mając taką ciocię jak Hermiona, która nawet obudzona w środku nocy potrafiła cytować 

Historię Hogwartu z pamięci, od tyłu i w takt brytyjskiego hymnu, trudno było nie wiedzieć o tym, jak 
wygląda Ceremonia.

- Ustawcie się w rzędzie i czekajcie, aż wywołam wasze imię i nazwisko. Kiedy je usłyszycie, 

podejdźcie do stołka na środku Wielkiej Sali, usiądźcie i włóżcie na głowę Tiarę.

Wdech – wydech.
Z   największym   trudem   Al   skupił   się   na   piosence   Tiary   Przydziału,   poprzedzającej   samą 

Ceremonię.   Stary   kapelusz   śpiewał   chyba   coś   o   konieczności   ponownego   zjednoczenia   czterech 
domów, o przebaczeniu, o zapomnieniu przeszłości... Ale Albus mógł myśleć tylko o chwili, w której to 
on usiądzie na stołku na środku Wielkiej Sali i usłyszy ostateczny werdykt... Wdech – wydech. Jeśli chce, 
będzie w Gryffindorze.

Jedno po drugim, Tiara przydzielała kolejne dzieci do odpowiednich domów. Rose i Al znali część 

z nich osobiście, inne z widzenia, o jeszcze innych tylko słyszeli. Ci, których nazwisk w ogóle nie 
kojarzyli, musieli pochodzić z mugolskich rodzin.

Kiedy Tiara oznajmiała swoją decyzję, na sali wybuchały gorące brawa. Oczywiście, szczególnie 

głośno – gwiżdżąc, tupiąc, waląc pięściami i pucharami w dębowy blat – swoją radość manifestowały 
poszczególne domy, gdy zyskiwały nowego studenta. Uśmiechając się niepewnie, świeżo przydzieleni 
uczniowie zasiadali przy odpowiednim stole, witani uściskami dłoni i przyjacielskimi klepnięciami po 
plecach...

Za każdym razem, kiedy jedno z dzieci trafiało do Slytherinu, Wielka Sala milkła. Echem po 

zimnych murach zamku niosły się brawa starszych Ślizgonów, na których twarzach próżno było szukać 
uśmiechów – malowała się na nich tylko zaciętość i determinacja.

- Malfoy, Scorpius!
Z grupy wystąpił blady chłopiec, na którego Albus wcześniej zwrócił uwagę.
- Slytherin! - Tiara nie wahała się ani chwili. Udekorowany zielenią i srebrem stół zadudnił od 

braw, tak jakby Ślizgoni chcieli zrekompensować jasnowłosemu chłopcu niechętne spojrzenia reszty 
szkoły. Al zerknął na grono profesorskie – wysoki, czarnoskóry czarodziej w bogatych szatach ledwo 
zauważalnie skinął Scorpiusowi głową.

Jeszcze tylko kilka nazwisk i Neville wyczyta Ala. Wdech – wydech. Rose ścisnęła kuzyna za rękę 

i uśmiechnęła się do niego ciepło. 

- Wszystko będzie dobrze – szepnęła, chcąc dodać mu otuchy.
- Potter, Albus!
Al   podszedł   do   stołka,   na   którym   leżała   niedbale   rzucona   przez   Peterson,   Toma   stara, 

wyświechtana Tiara. Starał się nie myśleć o tym, że wszyscy – uczniowie, nauczyciele, nawet duchy – 
zdawali się wstrzymywać oddech. Chociaż, poprawił się w myśl Albus, w przypadku duchów było to 
mało możliwe... Skup się, Al!

Drżącymi   dłońmi   Albus   włożył   Tiarę   na   głowę.   Zanim   zżarte   przez   mole   rondo   kapelusza 

opadło mu na oczy, zobaczył jeszcze, jak James i Freddie poruszają szybko wysuniętymi językami, 
naśladując węże.

Kolejny Potter! - Al usłyszał cichy, piskliwy głosik gdzieś we wnętrzu swojej głowy. Gdyby kapelusze 

mówiły, to czy wszystkie miałyby taki właśnie...

Tiara zachichotała. Jaki dociekliwy umysł! - zachwyciła się. - Jaka ciekawość! Poradziłby sobie świetnie 

w Ravenclawie. I rozwaga też, tak, nie jest kimś, kto bez namysłu skoczy w niebezpieczeństwo, chociaż godnej samego  

3

background image

Wszystko będzie dobrze

Godryka Griffindora odwagi mu nie brak. Widzę lojalność i pracowitość, której nie powstydziłby się żaden podopieczny  
Hufflepuffu... Więc gdzie jest twoje miejsce, chłopcze?

To był ten moment. To była ta chwila, w której Al miał podjąć decyzję – dokładnie tak, jak tata 

powiedział, że będzie mógł. Wystarczyło poprosić Tiarę...

Przed oczami stanął Albusowi James, jego usta wykrzywione w kpiącym uśmieszku, w oczach – 

ten błysk, który mówił: Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego. Al pomyślał o Freddiem, który nigdy 
nie dawał mu spokoju i o Rose, która – chociaż była jego najbliższą przyjaciółką – zawsze przyćmiewała 
go swoją inteligencją i błyskotliwością. Przypomniał sobie wiecznie traktujące go jak dziecko kuzynki 
Victoire, Dominique i Molly. Pomyślał o swoich rodzicach, ciociach, wujkach i dziadkach... 

I przyszło mu na myśl, że w Gryffindorze nie ma już nic do zrobienia. Że w Gryffindorze nie 

czeka go właściwie nic oprócz bycia synem tego Pottera, spokrewnionego z tymi Weasleyami. Pomyślał o 
tym, czego się od niego oczekuje, pomyślał o Quidditchu i o nocnych włóczęgach z Mapą Huncwotów, 
i uderzyło go, że on tego nie chce, że mu przecież nie zależy, że chociaż ten jeden raz chciałby...

Taaak –  Tiara szepnęła w jego głowie. -  Teraz widzę. Nie tylko chęć sprawdzenia się... Ale ambicja.  

I talent, jak wielki talent! Determinacja w dążeniu do celu, spryt i upór, też. I przede – wszystkim pragnienie wielkości. 

Albus poczuł, jak niewidzialne kleszcze ściskają mu gardło, a serce bije jak szalone.
I   tylko   jeden   dom   pozwoli   ci  się   w   pełni   rozwinąć   –  zamruczała   po   chwili   milczenia   Tiara.   -  Nie 

Hufflepuff, o nie, tam będziesz musiał ciągle oglądać się na innych. Nie Ravenclaw, którego uczniowie pochłonięci są 
własnymi studiami i nie mają czasu na nic innego. I na pewno nie Gryffindor, którego lekkomyślności i upodobania do  
szaleństwa nigdy nie zrozumiesz.

Ja nie chcę! - pomyślał w panice Al, ściskając brzeg stołka tak, że aż kłykcie mu pobielały.
Nie chcesz? - zapytała powoli Tiara. - Czy myślisz, że nie możesz?
Zawahał się o sekundę za długo.
- Slytherin!
Albus Severus Potter zdjął z głowy Tiarę Przydziału i na drżących nogach podszedł do stołu 

swojego nowego domu. Wielka Sala zamarła.

A potem Ślizgoni zaczęli bić brawo.
Wdech – wydech.
Nic, nic nie było dobrze.

~*~*~*~

Nic nie było dobrze.
Albus Potter siedział sztywno na brzegu ławy, oddalony od reszty Ślizgonów. Wdech – wydech. 

Chociaż nawet na chwilę nie podniósł spojrzenia znad swojego talerza, czuł na sobie palące spojrzenia 
pozostałych uczniów Slytherinu. Po przemówieniu dyrektor McGonagall Wielką Salę wypełnił gwar 
rozmów, większość studentów z innych domów zdawała się już nie pamiętać o najmłodszym chłopcu 
Potterów   –   starsi   byli   stęsknieni   za   swoimi   niewidzianymi   od   dwóch   miesięcy   przyjaciółmi, 
pierwszoroczni zaś zbyt zaabsorbowani nowym  otoczeniem, aby się zajmować zaskakującą decyzją 
Tiary.

Większość więc nie zwracała już na niego uwagi. Niestety, większość, to nie wszyscy.
- Co to, do cholery, jest?!
Al   odwrócił   się   gwałtownie.   Do   stołu   Slytherinu   podeszli   James,   Freddie,   Rose,   Victoire, 

Dominique i Molly. Chłopcy wyglądali na poirytowanych, na twarzach dziewcząt malował się strach.

Albus poczuł, że policzki mu czerwienieją. Nie ze wstydu, ale ze złości.
- A jak myślisz? - warknął w stronę brata.

4

background image

Katarzyna Cholewińska

- Nie myślę, tylko pytam – syknął w odpowiedzi James. - Co się tu, do diabła, stało?! Siedziałeś na 

tym stołku chyba z pół godziny i tylko po to, żeby wylądować w Slytherinie?!

- James... - Rose rzuciła chłopcu ostrzegawcze spojrzenie.
- Co James, co James?! Rosie, ten kretyn został przydzielony Slytherinu! Mój brat jest w Slytherinie!
Wdech – wydech.
- A co, nie cieszysz się? Od miesiąca powtarzałeś mi, że mogę trafić do Ślizgonów. Mogłem, no 

i trafiłem. Teraz możesz powiedzieć wszystkim, że miałeś rację! Możesz powiedzieć, że jestem świrem 
i odmieńcem, możesz powiedzieć, że...

- Al, przestań! - Molly, piętnastoletnia córka wujka Percy'ego przerwała jego tyradę. - Wiesz 

przecież, że James tylko żartował.

- To powinien zacząć uważać na to, co mówi! - wrzasnął Albus.
Wszystkie rozmowy przy stole Slytherinu ucichły. Ślizgoni wpatrywali się to w Ala, to w stojącego 

nad   nim   Jamesa   z   mieszaniną   niepokoju   i   ciekawości.   Kilkoro   uczniów   przy   innych   stołach   też 
odwróciło ku nim ciekawie głowy.

- Nie róbcie sceny – upomniała ich Victoire, najstarsza córka wujka Billa i cioci Fleur, tonem nie 

znoszącym dyskusji. Jej młodsza siostra, Dominique, przytaknęła gorąco. - Al, po prostu się martwimy...

- Musiała zajść jakaś pomyłka! - pisnęła Rose, dolna warga drżała jej niebezpiecznie. - Pójdziemy 

z tym do McGonagall, przecież nie możesz zostać tutaj...

- Co ja powiem rodzicom?! - pieklił się James. - W ogóle o nich pomyślałeś?! Pomyślałeś, jak się 

będą czuli, kiedy się o tym dowiedzą?! A dziadek i babcia?! Zawału chyba dostaną! Czy ty w ogóle 
pomyślałeś?...

- Wszystko będzie dobrze, mały – powiedział Fred pewnym głosem. - O nic się martw...
- ... jak mogłeś nam to zrobić?!
- ... Tiara musiała być zepsuta, mole przeżarły ją już na wylot...
- ... jako prefekt, mam prawo zainterweniować w takiej sytuacji...
- ... co za wstyd, jeszcze mi powiedzcie, że Lily trafi do Hufflepuffu, nic, tylko się pod pociąg 

rzucić...

- Zamknijcie się!
Albus poderwał się z ławy. Czerwony na twarzy, z zaciśniętymi pięściami, oddychał szybko  

i płytko.

- Jakiś problem?
Jak na komendę, siedem głów odwróciło się w stronę wysokiego chłopca o czarnych włosach  

i zadartym nosie.

- Nie twoja sprawa, Parkinson – warknęła Victoire, rzucając mu pogardliwe spojrzenie.
W odpowiedzi Parkinson uśmiechnął się kpiąco i postukał paznokciem w przypiętą do jego szaty 

odznakę prefekta.

- Nic bardziej błędnego, Weasley – odpowiedział spokojnie. - Jako prefekt Slytherinu mam prawo 

wiedzieć, czego chcecie od jednego z moich pierwszorocznych.

Victoire odrzuciła do tyłu swoje piękne, złote włosy i parsknęła lekceważąco.
- A ja, Parkinson, jako prefekt naczelny, mam prawo kazać ci spieprzać.
- Gryffindor traci dziesięć punktów, Weasley. – Usłyszeli cichy i chłodny głos. Victoire drgnęła 

zaskoczona.   Żadne   z   nich   nie   zauważyło,   kiedy   podszedł   do   nich   czarnoskóry,   nieprzyjemnie 
wyglądający czarodziej, którego Al widział wcześniej przy stole nauczycielskim. Najstarsza kuzynka 
Albusa zaczerwieniła się gwałtownie.

-   I   radzę   ci   uważać   na   słownictwo,   jeśli   nie   chcesz   stracić   odznaki,   którą   tak   chętnie   się 

posługujesz. Doprawdy, mężny i szlachetny Gryffindor wiecznie mnie zaskakuje.

Weasleyowie obrzucili profesora nienawistnymi spojrzeniami.
- Na co czekacie? - Czarodziej uniósł lekko brwi, w jego cichym głosie słychać było szyderstwo. - 

5

background image

Wszystko będzie dobrze

Rozejść się. – Po czym odwrócił się od nich i wrócił na swoje miejsce.

Ociągając się, James i reszta wrócili do stołu Gryfonów. Wykręcając szyję, Rose popatrzyła jeszcze 

raz na Albusa – w jej wielkich, orzechowych oczach lśniły łzy. James nie spojrzał już w stronę brata ani 
razu, ostentacyjnie go ignorując.

Wdech – wydech. Al na powrót wlepił wzrok w swój pudding.
- Idiotyzm. – Usłyszał nagle. Uniósłszy machinalnie głowę zobaczył, jak siedząca naprzeciwko 

niego ciemnoskóra dziewczynka nachyla się nad stołem i wyciąga ku niemu rękę.

- Keira Zabini – przedstawiła się z pewnym siebie uśmiechem.
- Al Potter – odpowiedział nieśmiało, ściskając jej rękę.
I jak za dotknięciem różdżki, stół Slytherinu ożył. 
- Vinnie Goyle.
- Patrick Buldstrode.
- Lukrecja Warrington.
- Atena Greengrass.
- Amanda Baddock.
- Augustus Flint.
- Zoe Smith.
- Demetrius Flint.
- Tamara Pucey.
- Nathaniel Nott.
- Peter Parkinson. – Wyszczerzył się do niego prefekt ze śmiesznie zadartym nosem.
Albus zobaczył, jak po drugiej stronie stołu Keira gwałtownie dźga łokciem w żebra swojego 

jasnowłosego sąsiada. Chłopiec wywrócił oczami, po czym również wyciągnął do Ala bladą dłoń.

- Malfoy.
Keira uśmiechnęła się szelmowsko.
Scorpius Malfoy – poprawiła, nalewając sobie soku z dyni. Chłopiec zaczerwienił się lekko.
- Ile razy mam ci powtarzać, żebyś tak do mnie nie mówiła? - burknął, wyraźnie zirytowany.
- A jak mam mówić? - Keira udała zakłopotanie. - Scorpi? Scorpek? Scorpiuś?
Ślizgoni wybuchnęli śmiechem. Al zobaczył, że kąciki ust Scorpiusa drgnęły lekko, ale chłopcu 

udało się zachować pełną powagę.

- Już jesteś martwa, Zabini – powiedział morderczym tonem, wzbudzając nową salwę śmiechu.
-   Och   –   Keira   westchnęła,   teatralnie   przykładając   dłoń   do   piersi.   -   Trzęsę   się   ze   strachu. 

Zwłaszcza, że... Widzisz tego czarodzieja przy stole nauczycielskim? Tego w czarnej szacie? Wyobraź 
sobie,   że   jest   opiekunem   naszego   domu.   –   Dziewczynka   wstała   nagle   i   pomachała   w   stronę 
wspomnianego profesora. - Tatusiu! Tutaj!

Scorpius prychnął.
- Jakby Blaise coś mi zrobił.
Keira zamrugała niewinnie powiekami.
-   Zapewniam   cię,   że   jeżeli   tylko  spojrzysz  niewłaściwie   w   moją   stronę,   tatuś   zamieni   cię  

w gumochłona, Skorpionku.

Malfoy prychnął.
- To naprawdę nie moja wina, że mam ojca sadystę – stwierdził rzeczowo, sięgając po paterę  

z ziemniakami. - Ktoś mógłby pomyśleć, że samemu mając na imię Draco, ojciec powinien się nade mną 
zlitować. Ale nie – po raz kolejny tego wieczoru uniósł oczy ku rozgwieżdżonemu sufitowi Wielkiej 
Sali. - Każdy męski potomek naszego rodu musi otrzymać imię po stryjecznym dziadku ciotki babci kuzynki czwartego  
stopnia, Score  
– chłopiec zaczął przedrzeźniać swojego ojca. -  Taka jest tradycja. Smocze łajno, a nie 
tradycja. Matka mówi, że Malfoyowie cierpią na syndrom głupiego imienia. Każdy z nas męczy się  
z takim imieniem całe życie, a potem odbija sobie na kolejnych pokoleniach. Matka wie co mówi – 

6

background image

Katarzyna Cholewińska

Malfoy pokiwał z namaszczeniem jasną głową. - Sama ma na imię Astoria.

- Nie wiem, na co narzekasz – wtrącił się Albus zapominając na chwilę o tym, jak fatalnie się czuje 

i że tak naprawdę, to w ogóle nie powinien się tymi dziećmi zadawać. - Spróbuj się nazywać Albus 
Severus.

Ślizgoni znowu wybuchnęli śmiechem.
Wdech – wydech.
Może jednak wszystko będzie dobrze?

~*~*~*~

Może jednak wszystko będzie dobrze?
Wdech – wydech. Albus Potter otulił się szczelniej kołdrą. Od kamiennych ścian i podłogi ciągnął 

chłód. Czy w lochach Slytherinu zawsze jest tak zimno? Głupie pytanie, skarcił się w duchu. Czego się 
spodziewał po lochach?

Dwa łóżka dalej Vincent zachrapał głośno. Nathaniel zaklął sennie i przekręcił się na drugi bok. 

Na pierwszym roku było ich niewielu – czterech chłopców i cztery dziewczynki. Ich dom w ogóle był 
bardzo   nieliczny   –   większość   uczniów   pochodziła   ze   starych,   czarodziejskich   rodów,   których 
członkowie byli w Slytherinie od pokoleń... A takich rodzin nie zostało już wiele. 

A   czy   to   źle?   -   zapytał   się   Al,   rozcierając   pod   kołdrą   skostniałe   dłonie.   Wszyscy   przecież 

wiedzieli, gdzie znajdowały się prawdziwe sympatie tych rodów. Wszyscy wiedzieli, że w każdym z nich 
lewe przedramię przynajmniej jednej osoby zdobił atramentowo czarny, misterny tatuaż. Po wojnie 
zaledwie kilku posiadaczom tych tatuaży udało się uniknąć więzienia... 

Al był bystrym chłopcem. Umiał słuchać i wyciągać wnioski z tego, co mówiono w jego domu. 

I   dobrze   wiedział,   że   każdy   z   zamkniętych   w   Azkabanie   śmierciożerców   był   w   jakimś   stopniu 
spokrewniony z którymś z jego nowych współlokatorów. 

Zła krew, zwykł mawiać wujek Ron. Nie ważne, że wojna się skończyła, Al – zła, skażona Mrocznym  

Znakiem krew ciągle płynie w ich żyłach.

Nathaniel znowu zaczął się kręcić i mamrotać przez sen, a Vinnie chrapnął wyjątkowo donośnie. 

Zła krew? Jakby odpowiadając na to niezadane pytanie, ktoś obok Albusa parsknął cichym śmiechem. 

- Scorpius, śpisz?
Pomimo panujących w dormitorium ciemności Al był pewien, że Malfoy wywrócił oczami.
- To najgłupsze pytanie, jakie mogłeś zadać, Potter – szepnął w odpowiedzi, po czym dodał po 

chwili:

- I nie mów do mnie Scorpius.
Albus westchnął.
- Śpisz, Score? - poprawił posłusznie.
- Tak.
Al zmarszczył brwi.
- Jak możesz spać, jeśli ze mną rozmawiasz?
- Na głupie pytanie głupia odpowiedź. A poza tym, to wcale z tobą nie rozmawiam. Próbuję 

zasnąć.

- Mhm, ponieważ werbalna wymiana zdań oczywiście nie jest rozmową – zakpił Albus.
Scorpius nie odpowiadał tak długo, że Al był pewien, że chłopiec w końcu naprawdę zasnął.
- Nie rozmawiam z tobą, bo obiecałem ojcu, że nie będę.
Al zamrugał w zdumieniu.
- Ojciec zabronił ci ze mną rozmawiać? - zapytał ze ściśniętym gardłem. Oczywiście, że tak, czego 

7

background image

Wszystko będzie dobrze

się   spodziewał?   Potterowie   i   Weasleyowie   nigdy   nie   darzyli   Malfoyów   miłością,   dlaczego   więc 
Malfoyowie mieliby mieć do nich inny stosunek?

- Nie bierz tego do siebie – odpowiedział Scorpius spokojnie, pretensjonalnie przeciągając sylaby. 

- To nie było nic osobistego. Na King's Cross, zanim wsiadłem do pociągu, ojciec wziął mnie na stronę 
i powiedział: Score, trzymaj się z daleka od Potterów i Weasleyów, w ogóle nie zadawaj się z tą  gryfońską hołotą.  
Gryffindor kocha kłopoty, przyciąga je jak magnes, a ja nie chcę, żebyś się w coś wplątał tylko dlatego, że nie zachowałeś  
bezpiecznej odległości stu kroków od tych ludzi...

- Stu kroków – powtórzył machinalnie Al, nie wierząc własnym uszom. Wdech – wydech. Poczuł 

gorąco na policzkach. - Przepraszam w takim razie – w jego głosie wyraźnie było słychać urazę. - Nie 
będę już zawracał ci głowy. Bardzo mi przykro, że moje łóżko znajduje się tak nieprzyzwoicie blisko 
twojego...

- W całej tej tyradzie jednak – ciągnął niespeszony dąsami Albusa Scorpius – ojciec zupełnie 

zapomniał o Potterach, którzy zostali przydzieleni do Slytherinu. Bardzo niefortunnie, nie uważasz?

Al z wrażenia usiadł na łóżku i zobaczył, jak niewyraźna w ciemnościach sylwetka jasnowłosego 

chłopca trzęsie się ze śmiechu. 

- Kretyn – wymamrotał, czując jednocześnie złość i niesamowitą ulgę. Bez namysłu chwycił swoją 

poduszkę i cisnął nią w Malfoya. I spudłował.

- Co do?... - Vinnie podskoczył na łóżku jak oparzony.
-   Malfoy,   Potter,   cholera   jasna,   zamkniecie   się   wreszcie?   -   warknął   Nathaniel,   jego   głos 

przytłumiony, bo właśnie wcisnął głowę pod kołdrę. - Sypialnia, jak sama nazwa wskazuje, służy  tego, 
żeby spać!

Albus chwycił za róg poduszkę Score'a i wycelował nią w Notta. Tym razem miał zdecydowanie 

więcej szczęścia.

- Na stare portki Merlina, jeśli się natychmiast nie uspokoicie, pójdę do Zabiniego!...
Al uśmiechnął się mimowolnie, a Vincent i Scorpius parsknęli śmiechem.
Wdech – wydech.
Wszystko będzie dobrze.

Fin.

8