background image

Peter Schweighoffer 

 

Opowieści z Imperium 

 

 

OPOWIEŚCI  

Z IMPERIUM 

 
 

POD REDAKCJĄ 

PETERA SCHWEIGHOFERA   

 
 

Przekład 

KATARZYNA LASZKIEWICZ 

 
 

 

background image

Peter Schweighoffer 

Tytuł oryginału  

TALES FROM THE EMPIRE 

 
 
 

Redakcja stylistyczna  

JOANN ZŁOTNICKA 

 
 
 

Redakcja techniczna  

ANNA BONISŁAWSKA 

 
 
 

Korekta  

IWONA REMBISZEWSKA 

 
 
 

Ilustracja na okładce 

DREW STRUZEN 

 
 
 

Skład  

WYDAWNICTWO AMBER 

 
 
 

Wydawnictwo Amber zaprasza na stron

ę

 Internetu  

http://www.amber.sm.pl 

http://www.wydawnictwoamber.pl 

 
 
 

Copyright © 1997 by Lucasfilm, Ltd. & TM. 

Ali rights reserved. Used under authorization. 

Published originally under the title 

Tales from the Empire by Bantam Books 

Opowieści z Imperium 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 

Dla Mamy, Taty i Davida, którzy podtrzymywali mnie, 

gdy się potykałem, dodawali otuchy, 

gdy zmagałem się z trudnościami, i uśmiechali się - 

gdy udało mi się je pokonać

 

background image

Peter Schweighoffer 

 
 
 

SPIS TRE

Ś

CI 

 

WSTĘP ...................................................................................................................7

 

Peter Schweighofer ..........................................................................................7

 

PIERWSZY KONTAKT.....................................................................................19

 

Timothy Zahn .................................................................................................19

 

PRÓBA OGNIA ...................................................................................................36

 

Kathy Tyers ....................................................................................................36

 

OSTATNIA SCENA ............................................................................................54

 

Patricia A. Jackson ........................................................................................54

 

STRACONA SZANSA ........................................................................................76

 

Michael A. Stackpole .....................................................................................76

 

ODWRÓT Z CORUSCANT ...............................................................................98

 

Laurie Burns ..................................................................................................98

 

PUNKT WIDZENIA .........................................................................................117

 

Charlene Newcomb ......................................................................................117

 

W BLASKU CHWAŁY.....................................................................................132

 

Tony Russo ...................................................................................................132

 

POGROMCY SMOKÓW .................................................................................152

 

Angela Philips..............................................................................................152

 

PO PIERWSZE - NIE SZKODZIĆ .................................................................164

 

Erin Endom ..................................................................................................164

 

WYPAD - CZĘŚĆ I ...........................................................................................176

 

Timothy Zahn ...............................................................................................176

 

WYPAD - CZĘŚĆ II..........................................................................................190

 

Michael A. Stackpole ...................................................................................190

 

Opowieści z Imperium 

WYPAD - CZĘŚĆ III ........................................................................................206

 

Michael A. Stackpole ...................................................................................206

 

WYPAD - CZĘŚĆ IV ........................................................................................221

 

Timothy Zahn ...............................................................................................221

 

 

background image

Peter Schweighoffer 

W S T

Ę

P  

GALAKTYKA PEŁNA OPOWIE

Ś

CI 

 

Peter Schweighofer 

 
 
 

 
 

KaŜda  ksiąŜka  ma  swoją  historią.  I  nie  chodzi  tu  o  fabułę,  tworzoną  za  pomocą 

słów  zapełniających  stronice  ksiąŜki,  lecz  o  ciąg  wydarzeń,  który  doprowadził  do  jej 
wydania, od pierwszego błysku wyobraźni w umyśle autora aŜ po publikację gotowego 
utworu  literackiego.  Bohaterami  tej  opowieści  są  pisarze,  redaktorzy,  oryginalne 
pomysły  oraz  wytęŜona  praca.  Niniejsza  antologia  nie  stanowi  wyjątku,  jednak 
prawdziwa historia jej powstawania zakreśla znacznie szersze kręgi. 

Nie  tak  dawno  temu  pewien  wyjątkowy  film  sprowadził  do  kin  nowe  pokolenie 

widzów.  George  Lucas,  łącząc  najnowocześniejsze  efekty  specjalne  i  fascynujące 
postacie  bohaterów,  dotknął  obszaru  zbiorowej,  mitycznej  świadomości  kinomanów. 
Ofiarował  widzom  zapomniane  juŜ  doświadczenia  sobotniego  seansu  filmowego: 
ś

miałych  bohaterów,  pełne  napięcia,  wciskające  w  fotel  zwroty  akcji,  starcia  statków 

kosmicznych,  walkę  sił  Dobra  przeciwko  sługusom  Zła.  Tym  filmem  były  Gwiezdne 
Wojny: Nowa nadzieja
. Nikt wcześniej nie widział podobnego. 

W  amerykańskich  domach,  jak  kraj  długi  i  szeroki,  świat  przedstawiony  w 

Gwiezdnych  Wojnach  stał  się  rzeczywistością.  Dzieci  w  kaŜdym  wieku  wracały  z  kin 
do  domów,  marząc  o  tym,  by  stać  się  Hanem  Solo,  Lukiem  Skywalkerem  lub 
księŜniczką  Leią.  Kupowały  figurki  bohaterów,  które  pomagały  im  wymyślać  własne 
historie,  a  tym  samym  uczestniczyć  w  wojnie  przeciwko  złowrogiemu  Imperium. 
Dzieciaki  wyobraŜały  sobie,  co  by  znalazły  w  Mos  Eisley,  zastanawiały  się,  jak 
wyglądają  kopalnie  przyprawy  na  Kessel  czy  teŜ  kto  skrada  się  w  ruinach  świątyń 
Massassów  na  Yavin  IV.  Udawały,  Ŝe  są  dzielnymi  pilotami  rebelianckich  X-
skrzydłowców  albo  pełnymi  fantazji  przemytnikami,  przedzierającymi  się  przez 
imperialne blokady na pokładzie „Sokoła Millenium”. 

Imperium  kontratakuje  i  Powrót  Jedi  dały  następną  poŜywkę  dla  wyobraźni 

Amerykanów. Powieści i komiksy prezentowały wydarzenia, które miały miejsce przed 
czasem  akcji  kolejnych  filmów  lub  pomiędzy  nimi.  W  wyobraźni  dzieci  piwnice 
stawały się Gwiazdą Śmierci, miejscem pojedynków na miecze świetlne podobnych do 
tego,  jaki  stoczyli  Ben  Kenobi  i  Darth  Vader.  Dzieciaki  budowały  fortece  ze  śniegu, 

Opowieści z Imperium 

powtórnie  staczały  bitwę  o  Hoth  za  pomocą  śnieŜek,  hasały  po  parkach,  wymachując 
zabawkowymi blasterami i udając, Ŝe ścigają szturmowców na Endor. 

Nikt nie był pewien, czy Gwiezdne Wojny to kolejny przebój jednego sezonu czy 

teŜ  coś  prawdziwie  oryginalnego.  Mimo  swej  popularności  w  połowie  lat  80.  filmy 
stały  się  dla  amerykańskiego  społeczeństwa  zaledwie  nikłym  zbiorowym 
wspomnieniem.  Wyprodukowane  przez  firmę  Kenner  figurki  Luke’a  Skywalkera  i 
Dartha  Vadera  schowano  do  szaf,  piwnicznych  schowków  lub  na  strychy.  Zdarte  od 
wielokrotnego  odtwarzania  płyty  ze  ścieŜką  dźwiękową  spakowano  razem  z  innymi 
starymi  nagraniami.  Wznowienia  ksiąŜek  zapełniły  półki  księgarń  obok  innych  tanich 
wydań fantastyki i popadły w zapomnienie. 

Zabawy  figurkami  bohaterów,  czytanie  ksiąŜek  i  komiksów  oraz  odwiedziny  w 

wyimaginowanej  galaktyce  ustąpiły  miejsca  innym  zajęciom.  Wielbiciele  filmu 
dorastali,  szli  na  uniwersytety  i  wchodzili  w  „prawdziwy”  świat  kariery  i  rodziny. 
ś

yjące w nich nadal dziecko ukryło się w schowkach, piwnicach i na strychach duszy. 

Oczywiście ciągle jeszcze nie mogli się oderwać od telewizorów, kiedy stacje kablowe 
lub  satelitarne  wyświetlały  Gwiezdne  Wojny,  ale  w  przewaŜającej  mierze  fascynacja  i 
podniecenie,  jakie  towarzyszyły  filmowi,  stały  się  juŜ  tylko  nostalgicznym 
wspomnieniem. 

Wtedy zdarzyło się coś zdumiewającego. 
Pojawiły się nowe opowieści ze świata Gwiezdnych Wojen.  
Zapoczątkował  je  Timothy  Zahn  swoją  powieścią  Dziedzic  Imperium.  Zauroczył 

fanów  Gwiezdnych  Wojen  historią  pełną  złowrogich  czarnych  charakterów, 
tajemniczych  obcych  ras,  starć  potęŜnych  statków  kosmicznych  i  oczywiście  ich 
ulubionych bohaterów. Dzięki niemu magia Gwiezdnych Wojen znowu odŜyła. 

Po  udanych  powieściach  Zahna  przyszła  kolej  na  komiksy  wydawnictwa  Dark 

Horse  i  następne  ksiąŜki.  Gwiezdne  Wojny  wróciły  nagle  na  usta  wszystkich.  Fani 
szturmowali księgarnie w poszukiwaniu najnowszych wydań ksiąŜek i komiksów. 

Pojawiły  się  pogłoski  o  nowych  figurkach.  Powróciły  karty  dla  kolekcjonerów  z 

oryginalnymi,  nowymi  rysunkami.  Ludzie  zorientowali  się,  Ŝe  jest  nawet  gra  w  role, 
która  pozwoli  im  powrócić  do  dni,  kiedy  udawali  Rebeliantów  walczących  przeciwko 
szturmowcom i łowcom nagród. 

Ta nowa wizja Gwiezdnych Wojen przyciągnęła nowych fanów i obudziła starego 

ducha  filmu  -  dziecko,  które  bawiło  się  figurkami  bohaterów  filmu  i  chciało  zostać 
rycerzem  Jedi,  powróciło.  Odkurzono  wszystkie  pamiątki  związane  z  filmem, 
przywołano  miłe  wspomnienia  i  marzenia  o  odległej  galaktyce  istniejącej  dawno, 
dawno temu. Dorośli spoglądali tęsknie na rysunki Gwiazdy Śmierci, które namalowali 
flamastrami  jako  dzieci.  Dumnie  pokazywali  swoje  kolekcje  figurek  bohaterów. 
Przypominali sobie pierwszy raz, kiedy oglądali Gwiezdne Wojny i snuli spekulacje na 
temat fascynujących obszarów, jakie pokaŜe nowa trylogia. 

Przez dwadzieścia lat fani przechowywali marzenie w swoich sercach - bez nowej 

trylogii  czy  wielokrotnych  powtórek  poszczególnych  filmów  w  telewizji.  Gwiezdne 
Wojny
 to coś więcej niŜ filmy, więcej niŜ ich wielbiciele. Gwiezdne Wojny to dowód na 

background image

Peter Schweighoffer 

to,  Ŝe  ludzie  pełni  wyobraźni  i  wiary  mogą  zmienić  rzeczywistość  wbrew  wszelkim 
niepokonanym trudnościom.  

Wszyscy jesteśmy częścią tego fenomenu. 
 
Przykład wydawnictwa West End Games doskonale ilustruje charakter fenomenu 

Gwiezdnych  Wojen.  W  czasach  zaniku  zainteresowania  Gwiezdnymi  Wojnami  ta  mała 
firma zajmująca się produkcją gier uznała, Ŝe jest to doskonały materiał na grę  w role 
(ang. role-playing game). W tamtym okresie West End Games - wówczas z siedzibą w 
Nowym  Jorku  -  była  producentem  znacznej  części  tego  rodzaju  gier,  jak  i  gier 
wojennych.  Spółka  wypróbowała  swe  siły  na  polu  licencji  na  gry  oparte  na  filmach, 
wydając  grę  przygodową  „Star  Trek”  i  grę  w  role  „Pogromcy  duchów”.  West  End 
skontaktowała się więc z Lucasfilm Ltd. i podpisała umowę licencyjną. 

Próba  stworzenia  udanej  gry  na  podstawie  filmu  sprzed  dziesięciu  lat  była 

ryzykowna.  Zespół  projektantów  z  West  End  zabrał  się  jednak  do  dzieła  i  wkrótce 
opracowano  regulamin  i  materiały  źródłowe  pełne  informacji  o  postaciach,  typach 
statków  kosmicznych,  rodzajach  broni,  obcych  rasach  i  robotach.  Powstała  gra  „Star 
Wars Role-playing Game”. 

Początkowo  spółka  West  End  produkowała  wiele  gier,  które  jednak  wchłonął 

rynek  gry  opartej  na  „Gwiezdnych  wojnach”.  Zanim  do  tego  doszło,  trzeba  było 
pokonać  wiele  przeszkód.  Zawalano  kolejne  terminy,  a  harmonogram  produkcji 
wydłuŜał  się  za  sprawą  autorów,  którzy  z  opóźnieniem  dostarczali  teksty  oraz 
redaktorów,  którzy  musieli  niekiedy  napisać  je  od  nowa.  Współpraca  z  zespołem 
zatwierdzającym  z  Lucasfilm  Ltd.  szybko  nauczyła  West  End,  jakie  tematy  moŜna 
rozwijać  w  nieskończoność:  na  przykład  czasy  Starej  Republiki,  wojny  klonów  czy 
droga do potęgi Imperatora i Vadera. 

Od  tego  czasu  West  End  pomagała  poszerzać  granice  galaktyki  Gwiezdnych 

Wojen  i  zachować  jej  ciągłość,  wydając  ponad  75  pozycji  materiałów  źródłowych, 
opisów  przygód  i  suplementów,  w  tym  12  „Przewodników  galaktycznych”,  14 
numerów magazynu „Star Wars Adventure Journal” i 10 podręczników do gry opartych 
na bestsellerowych powieściach i komiksach. 

CięŜka praca i wytrwałość pracowników wydawnictwa opłaciły się. Dzięki grze w 

Gwiezdne  Wojny  West  End  stał  się  wiodącym  producentem  gier  w  role,  kupując 
licencje na kolejne popularne gry oparte na filmach. Spółka wydała od tego czasu gry 
oparte  na  filmach  o  Indianie  Jonesie,  Tank  Girl,  Opowieściach  z  krypty  i  Facetach  w 
czerni
. Obecnie jest to jeden z najlepszych w świecie producentów tego rodzaju gier. 

Prace  wydawnictwa  dotyczące  Gwiezdnych  Wojen  nie  ograniczały  się  jednak 

wyłącznie  do  problemów  gry.  Spółka  koordynowała  swoje  wysiłki  z  Lucasfilm  Ltd.  i 
innymi  licencjobiorcami,  by  zagwarantować  ciągłość  świata  Gwiezdnych  Wojen  i 
zachować jego ducha we wszystkich produktach opartych na tym filmie. Redaktorzy z 
West  End  oferowali  swoją  pomoc  pisarzom,  odpowiadając  na  pytania,  udostępniając 
podręczniki do gier, a nawet przeglądając wstępne wersje powieści. Materiały źródłowe 
do  gry  dostarczyły  danych  technicznych  wykorzystywanych  do  tworzenia  nowych 
zabawek  i  innych  produktów  opartych  na  statkach  kosmicznych  i  pojazdach  z 

Opowieści z Imperium 

10 

Gwiezdnych  Wojen.  Pracownicy  West  End  byli  przewodnikami  twórców  „Star  Wars 
Customizi  Card  Game”  firmy  Decipher  i  gry  „Monopol”,  opartej  równieŜ  na  tym 
filmie, wydanej przez Parker Brothers. Gdy informacje zawarte w róŜnych produktach 
idealnie do siebie pasują, wszechświat Gwiezdnych Wojen wydaje się znacznie bardziej 
realny. 

Kilku  projektantów  z  firmy  West  End  przeniosło  się  nawet  do  szerszego  kręgu 

wydawnictw  związanych  z  Gwiezdnymi  Wojnami.  Bill  Slavicsek  uaktualnił  Gwiezdne 
Wojny  -przewodnik  encyklopedyczny
.  Raymonda  Velasco,  wprowadzając  do  niego 
nowe  elementy  i  nawiązania  do  powieści  Timothy  Zahna,  nowych  komiksów  i 
podręczników  do  gry  wydawanych  przez  West  End.  Bill  Smith  napisał  Ilustrowany 
przewodnikpo  statkach,  okr
ętach  i  pojazdach  Gwiezdnych  Wojen.  Inni  redaktorzy  z 
West End pisali artykuły do „Star Wars Galaxy Magazine” wydawnictwa Topp i innych 
czasopism.  Podobnie  jak  bohaterowie  filmu,  jego  pełni  zaangaŜowania  wielbiciele 
przeszli  drogę  od  bardzo  skromnych  początków  do  współtworzenia  kształtu  galaktyki 
Gwiezdnych Wojen

Niektórzy z was mogą się zastanawiać, czym właściwie jest gra w role i dlaczego 

Gwiezdne Wojny tak dobrze się do niej nadają.  

Ten  rodzaj  gry  to  po  prostu  bardziej  wyrafinowana  wersja  dziecięcej  zabawy  w 

udawanie  bohaterów  filmu.  Większość  wielbicieli  Gwiezdnych  Wojen  nadal  pamięta, 
jak  wymyślali  własne przygody rozgrywające się  w odległej galaktyce,  wykorzystując 
figurki bohaterów, kilka pojazdów i meble w swoim pokoju. Gry w role opierają się na 
tych samych procesach twórczej wyobraźni.  

Polegają  one  na  interaktywnym  opowiadaniu  historii.  Grupa  przyjaciół  wybiera 

sobie postaci bohaterów, których będą odgrywać, a ich decyzje i działania wpływają na 
wynik opowieści. 

Jeden  z  graczy,  zwany  mistrzem,  opowiada  pozostałym  uczestnikom,  co  widzą  i 

słyszą ich bohaterowie, a takŜe opisuje postaci drugoplanowe, które spotykają na swej 
drodze.  Czasami  wykorzystuje  się  mapy,  fragmenty  gier,  rekwizyty  czy  miniaturowe 
pojazdy,  jednak  większość  akcji  rozgrywa  się  w  wyobraźni  uczestników  gry.  Wyniki 
potyczek  na  pistolety  blasterowe,  pościgów  śmigaczami  i  innych  konfliktów  są 
rozstrzygane  za  pomocą  rzutu  kostką:  im  wyŜszą  liczbę  oczek  uzyskuje  gracz,  tym 
lepiej  jego  postać  wypełnia  swoje  zadanie.  Sukces  lub  poraŜka  mogą  radykalnie 
zmienić zakończenie historii. 

PoniewaŜ  gracze tworzą  własne  historie rozgrywające się  w  świecie Gwiezdnych 

Wojen,  nie  powielają  ról  prawdziwych  bohaterów  filmu.  Zamiast  nich  tworzą  własne, 
choć  na  podobieństwo  tamtych.  Uczestnik  gry  moŜe  wybrać,  czy  chce  być 
przemytnikiem albo Wookiem, jak Han Solo i  Chewbacca, czy pilotem  myśliwca, jak 
Biggs  albo  Dutch,  czy  teŜ  udawać  przedstawiciela  obcej  rasy,  jak  admirał  Ackbar  lub 
Bib Fortuna. Jako Ŝe gracze nie odtwarzają postaci z filmu, mogą odwiedzać miejsca i 
uczestniczyć w  wydarzeniach „spoza ekranu”. Gra pozwala fanom Gwiezdnych Wojen 
odkrywać  fascynujące  obszary  zaledwie  wspomniane  w  filmach:  zaułki  Mos  Eisley, 
białe  korytarze  Miasta  w  Chmurach  czy  lasy  księŜyca  Endor.  UmoŜliwia  im 

background image

Peter Schweighoffer 

11 

przeŜywanie  własnych  przygód  w  świecie  Gwiezdnych  Wojen,  pełnym  bohaterów  i 
złoczyńców, planet, statków kosmicznych i obcych ras. 

 
Podobny cel stawia sobie magazyn „Star Wars Adventure Journal” - przedstawić 

wypełniające  wszechświat  Gwiezdnych  Wojen  postacie,  planety  i  konflikty,  które  nie 
pojawiły się na ekranie. 

Kiedy  West  End  zaczął  wydawać  magazyn  w  1994  roku,  celem  było  stworzenie 

czasopisma wspomagającego grę w role poprzez przedstawianie ekscytujących nowych 
historii, przygód i materiałów źródłowych dotyczących świata Gwiezdnych Wojen. Pod 
troskliwym  nadzorem  Lucy  Wilson,  Sue  Rostoni  i  Allana  Kauscha  z  działu  licencji 
Lucasfilm  Ltd.  „Journal”  szybko  stał  się  forum  zarówno  dla  renomowanych,  jak  i 
wschodzących autorów. 

Przed  powstaniem  tego  magazynu  publikowanie  historii  rozgrywających  się  w 

ś

wiecie  Gwiezdnych  Wojen  było  zastrzeŜone  dla  wybrańców.  Wydawnictwo  Bantham 

zamawiało nowe powieści lub antologie tylko u autorów o uznanej renomie. Większość 
z  nich  miała  juŜ  wcześniej  dobre  kontakty  ze  środowiskiem  wydawniczym.  Pisarzy, 
którzy  nie  mieli  w  swoim  dorobku  co  najmniej  jednej  lub  dwóch  powieści  science-
fiction, w ogóle nie zapraszano do współpracy. 

Podczas  gdy  powieści  koncentrowały  się  na  losach  głównych  bohaterów, 

antologie  opowiadań  obracały  się  wokół  drugoplanowych  postaci  filmu.  Wszyscy 
chcieli  czytać  historie  o  Luke’u,  Hanie  i  Leii,  a  pomysł,  by  oprzeć  całą  powieść  na 
nowych  bohaterach,  bez  głównych  postaci  Gwiezdnych  Wojen  na  pierwszym  planie, 
byłby ryzykowny. Nikt nie wiedział, czy czytelnicy to kupią. 

Pozwalano  pisarzom  wprowadzać  własne  postaci,  jednak  z  chwilą  publikacji  ich 

utworów  wydarzenia,  o  których  opowiadały,  stawały  się  częścią  kontinuum 
Gwiezdnych  Wojen.  Autorzy,  którzy  stworzyli  nową  postać,  nie  mieli  okazji  dalej  jej 
rozwijać,  chyba  Ŝe  zlecono  im  napisanie  kolejnej  powieści.  Wielu  z  nich  tęskniło  do 
powrotu do niezwykłego wszechświata Gwiezdnych Wojen

Magazyn „Star Wars Adventure Journal” zmienił ten stan rzeczy. 
Z  czasem  „Journal”  stał  się  miejscem,  gdzie  wykwalifikowani  pisarze  mogli 

publikować  oryginalne  utwory  literackie  rozgrywające  się  w  świecie  Gwiezdnych 
Wojen
. Bibliografia kaŜdego z nich i próbki ich prozy były uwaŜnie analizowane przez 
West  End  i  Lucasfilm  -  tylko  tych,  których  prace  zaaprobowano,  zapraszano  do 
współpracy. Nie  wszystkie nadesłane utwory były akceptowane. KaŜdy artykuł musiał 
odpowiadać  wysokim  standardom  jakości  stawianym  przez  West  End  i  Lucasfilm. 
„Journal”  nigdy  nie  był  typowym  fanzinem,  czyli  magazynem  fanów.  Był  witryną 
najlepszych nowych materiałów dotyczących galaktyki Gwiezdnych Wojen

Początkowo  magazyn  nie  faworyzował  opowiadań  -  dzieliły  one  288  stron 

czasopisma  z  opisami  przygód  i  innymi  materiałami  źródłowymi  do  gier.  Regularnie 
pojawiające  się  działy,  takie  jak  „Nowości  galaktyczne”,  „Dziennik  pokładowy”  czy, 
„Poszukiwany  przez  Crackena”,  wprowadzały  nowych  bohaterów,  statki  kosmiczne, 
planety,  obcych  i  konflikty  w  świat  Gwiezdnych  Wojen,  podpowiadając,  jak  moŜna 
wykorzystać nowe elementy podczas gry w role. Przy pierwszej publikacji kaŜdy utwór 

Opowieści z Imperium 

12 

literacki  zawierał  informacje  do  wykorzystania  w  grze  i  kolumny  pomocnicze, 
oferujące podpowiedzi na temat tego, jak włączyć elementy opowiadania do gry. 

W  kolejnych  numerach  magazynu  publikowano  utwory  bardziej  utalentowanych 

pisarzy,  reprezentujące  coraz  wyŜszy  poziom.  Dzięki  zachętom  ze  strony  Lucasfilm 
Ltd.,  a  takŜe  ze  względu  na  coraz  lepszą  jakość  nadsyłanych  opowiadań,  liczba 
utworów literackich pojawiających się w „Star Wars Adventure Joumal” wzrosła. 

Magazyn  stał  się  źródłem  opowiadań  zaludnionych  przez  postacie  inne  niŜ  te 

znane  wielbicielom  filmu.  Był  jednym  z  niewielu  miejsc,  gdzie  początkujący  pisarze 
bez  dorobku  powieściowego  mogli  oficjalnie  publikować  nową  prozę  z  kręgu 
Gwiezdnych Wojen. Nowe pokolenie autorów powołało do Ŝycia własnych bohaterów: 
agentów KorSeku, cynicznych przemytników, zuchwałych Ciemnych Jedi, rebelianckie 
oddziały  komandosów.  Uznani  twórcy  powracali  do  swoich  ulubionych  postaci  i 
wymyślali nowe. Wszyscy mieli szansę przemierzać galaktykę, którą znali i kochali. 

„Journal”  stworzył  całą  serię  opowieści  z  kręgu  Gwiezdnych  Wojen

eksplorujących  nowe  terytoria.  Dał  twórcom  wyjątkową  okazję  pisania  o  miejscach 
akcji  swojego  ulubionego  filmu,  a  zarazem  poszerzania  granic  galaktyki  Gwiezdnych 
Wojen

 
Moje dzieciństwo upłynęło na zabawach figurkami postaci z Gwiezdnych Wojen

słuchaniu  muzyki  z  filmu,  zbieraniu  kart  z  ilustracjami  oraz  czytaniu  ksiąŜek  i 
komiksów.  Środki  te  oŜywiały  bohaterów  filmu  i  jego  mit  w  mojej  wyobraźni  w 
czasach  gdy  wideo  rzadko  bywało  domowym  wyposaŜeniem.  Nagrania  ścieŜki 
dźwiękowej  powodowały,  Ŝe  obrazy  z  filmu  stawały  mi  przed  oczami.  Karty  dla 
kolekcjonerów przywracały postaci do Ŝycia. Komiksy przedstawiały bohaterów i to, co 
się  z  nimi  działo  po  zakończeniu  filmu.  Figurki  bohaterów  zaś  pomagały  opowiadać 
własne  historie.  Moje  zainteresowanie  Gwiezdnymi  Wojnami  przetrwało  długie  lata 
oczekiwania na Imperium kontratakuje i Powrót Jedi

Jednak  w  miarę,  jak  dorastałem,  pojawiały  się  nowe  zajęcia  i  nowe  sposoby 

spędzania  czasu.  Jednym  z  nich  było  dziwne  hobby  zwane  grą  w  role.  Kilkoro 
dzieciaków  w  moim  sąsiedztwie  zaczęło  grać  w  „Dungeons  and  Dragons”  (Lochy  i 
smoki),  zwaną  w  skrócie  D&D.  Widziałem  raz,  jak  grają,  i  nie  wydało  mi  się  to  zbyt 
trudne.  Zamiast  się  zastanawiać,  gdzie  mógłbym  kupić  egzemplarz  podręcznika, 
wymyśliłem  dla  moich  przyjaciół  własną  grę  fantasy.  Nie  była  specjalnie  pomysłowa 
ani skomplikowana, ale bawiliśmy  się  świetnie. W końcu jednak  kupiłem,  „Dungeons 
and  Dragons”,  a  potem  wiele  innych  gier  w  role:  fantasy,  fantastyczno-naukowych, 
historycznych.  Bardzo  lubiłem  prowadzić  gry  dla  przyjaciół  i  wymyślać  własne 
przygody. 

Gwiezdne  Wojny  obudziły  we  mnie  zainteresowanie  literaturą  fantasy  i 

fantastyczno-naukowa,  które  przetrwało  aŜ  do  czasów  szkoły  średniej.  Całe 
kieszonkowe  wydawałem  na  powieści  science-fiction  w  miejscowej  księgami. 
Przeczytałem serię Elryka Moorcocka, Władcę pierścieni Tolkiena i  wszystkie ksiąŜki 
Larry Nivena. Lektury te inspirowały mnie do marzeń o własnych postaciach, światach 

background image

Peter Schweighoffer 

13 

i  technologiach,  które  w  końcu  umieściłem  w  opowiadaniach  science-fiction  (muszę 
jednak przyznać, Ŝe bardzo przeciętnych). 

Połączyłem  moje  zainteresowania  grami  i  fantastyką  naukową,  tworząc  własną 

prostą planszową grę science-fiction, uzupełnioną przez zawiłe mapy, sposoby liczenia 
punktów  i  karty.  Często  grałem  w  nią  z  moimi  przyjaciółmi,  ale  nie  myśleliśmy,  by 
zajęcie  to  miało  wielką  przyszłość.  Jak  często  bowiem  zabawa  staje  się  punktem 
wyjścia do popłatnej kariery? 

Kiedy  szedłem  na  uniwersytet,  byłem  zdecydowany  rozwijać  moje  umiejętności 

pisarskie, by wykorzystać je w przyszłości, pisząc własną prozę fantastyczno-naukowa. 
Przez  lata  spędzone  w  Hamilton  College  zajmowałem  się  science  fiction  -  duŜo 
czytając  i  trochę  pisząc  (teraz  juŜ  nieco  lepiej).  Poszerzałem  teŜ  doświadczenie  jako 
reporter  i  składacz  uniwersyteckiej  gazetki.  Profesorowie  twórczego  pisania  zachęcali 
mnie  do  eksploracji  nowych  obszarów,  takich  jak  poezja  czy  powieść  historyczna 
(która  stała  się  moim  kolejnym  hobby).  Ćwiczyłem  teŜ  talenty  organizacyjne, 
koordynując prace Kółka Pisarskiego Uniwersytetu Hamilton. 

Pewnego lata w czasie wakacji odkryłem na półkach z literaturą science-fiction w 

miejscowej księgarni prawdziwy skarb: podręcznik do gry w role „Gwiezdne Wojny”. 
Dwa  z  moich  ulubionych  zainteresowań  -  Gwiezdne  Wojny  i  gra  w  role  -  stały  się 
jednym. Z miejsca kupiłem tę ksiąŜkę. 

Podczas  kolejnych  kilku  lat  razem  z  przyjaciółmi  zapuszczałem  się  od  czasu  do 

czasu do galaktyki Gwiezdnych Wojen podczas sesji gry. Stworzyliśmy własne postaci - 
bohaterów  takich  jak  wyjęty  spod  prawa  Dirk  Harkness  i  tajemniczy  łowca  nagród 
Beylyssa.  W  wyobraźni  badaliśmy  nieznane  planety,  wymykaliśmy  się  ze  starannie 
zastawionych  imperialnych  pułapek  i  strzelaliśmy  z  blasterów  do  szturmowców  zza 
kaŜdego rogu. Przez kilka nocy przerwy międzysemestralnej Gwiezdne Wojny oŜywały 
w umysłach naszej druŜyny. 

Gra  w  role  była  jednak  tylko  grą,  miłym  sposobem  spędzania  szkolnych  przerw, 

zainteresowaniem  pozostałym  z  czasów  dzieciństwa.  Większość  dziecięcych  zabaw 
załamuje  się  pod  onieśmielającym  cięŜarem  „prawdziwego”  świata,  a  ja  po 
zakończeniu  nauki  na  uniwersytecie  byłem  gotów  poddać  się  nieuniknionej  biurowej 
harówce  od  dziewiątej  do  piątej.  NiezaleŜnie  od  tego,  jak  bardzo  kochałem  Gwiezdne 
Wojny
  i  gry  w  role,  nie  mogły  mi  one  zapewnić  sensownej  kariery.  Nie,  Ŝebym  nie 
próbował  -  rozesłałem  swój  Ŝyciorys  do  róŜnych  producentów  gier,  w  tym  do  West 
End; ale, jak to często ma miejsce w podobnych sytuacjach, większość firm oczekiwała 
kilkuletniego  doświadczenia  w  branŜy.  Musiałem  zacząć  od  jednego  z  niŜszych 
szczebli kariery wydawniczej. 

Ukończywszy  studia  z  pierwszą  lokatą  z  pisarstwa,  byłem  dobrze  przygotowany 

do  pracy  dziennikarza.  Zostałem  zatrudniony  w  dziale  reportaŜu  w  tygodniku 
wydawanym  w  moim  rodzinnym  mieście.  Spędziłem  tam  dwa  lata.  Pisałem 
sprawozdania  ze  spotkań  rady  miejskiej  i  wydarzeń  z  Ŝycia  miejscowej  szkoły  oraz 
reportaŜe o ciekawych osobach  mieszkających  w okolicy. Przez ten czas przyswoiłem 
sobie  umiejętności,  które  powinien  mieć  kaŜdy  pisarz  i  wydawca.  Nauczyłem  się 
dotrzymywania  terminów,  poprawiania  własnych  tekstów,  tak  by  były  przejrzyste  i 

Opowieści z Imperium 

14 

ciekawe,  oraz  dobierania  słów  w  taki  sposób,  aby  precyzyjnie  wyrazić  to,  co  mam do 
powiedzenia. 

Po dwóch latach awansowałem na redaktora naczelnego. Ta praca nauczyła mnie 

kierowania  zespołem.  Oceniałem  teraz  teksty  innych  reporterów,  pomagając  im  pisać 
jak  najlepsze  artykuły.  Przeszedłem  przyspieszony  kurs  public  relations,  zmuszony 
radzić  sobie  z  niezliczonymi  poszukiwaczami  popularności,  których  osobiste 
terminarze,  polityczne  krucjaty  i  małomiasteczkowe  spiskowe  teorie  dziejów  są 
prawdziwą plagą lokalnych gazet. 

Choć  mieszkałem  w  moim  rodzinnym  mieście,  utrzymywałem  kontakt  ze 

znajomymi,  z  którymi  grywałem  wcześniej  w  „Gwiezdne  Wojny”.  Nadal 
przeŜywaliśmy  fantastyczne  przygody  na  Terytoriach  Zewnętrznego  Pierścienia, 
uwalnialiśmy  obce  rasy  z  rąk  łowców  niewolników,  infiltrowaliśmy  tajne  bazy 
naukowe  Imperium  i  eskortowaliśmy  przebranych  agentów  Rebelii  na  pokładach 
luksusowych gwiezdnych liniowców. 

Szybko  odkryliśmy,  Ŝe  nie  jesteśmy  osamotnieni  w  naszym  zamiłowaniu  do 

Gwiezdnych Wojen. Powieść zatytułowana Dziedzic Imperium ogłosiła nadejście nowej 
ery  Gwiezdnych  Wojen.  Zaczęły  się  takŜe  pojawiać  nowe  komiksy.  Ilekroć 
dowiedzieliśmy się, Ŝe ukazała się kolejna powieść Timothy Zahna z kręgu Gwiezdnych 
Wojen
,  pędziliśmy  do  księgarni.  Nasza  druŜyna  wyszukiwała  materiały  dotyczące 
Gwiezdnych  Wojen  w  nowych  numerach  komiksów.  Nie  byliśmy  sami  w  tym 
wszechświecie - fani Gwiezdnych Wojen wszędzie budzili się z uśpienia. 

Zmiana  wisiała  w  powietrzu,  zacząłem  więc  myśleć,  Ŝe  jeśli  udałoby  mi  się 

znaleźć  odpowiednią  pracę  w  branŜy  gier,  moŜe  zdołałbym  zrealizować  marzenie  o 
połączeniu Gwiezdnych Wojen z pisarstwem i grami. 

Mając  roczne  doświadczenie  jako  redaktor  naczelny,  spróbowałem  ponownie 

znaleźć  dla  siebie  miejsce  wśród  producentów  gier.  Mój  wybór  padł  na  West  End  z 
dwóch  powodów:  spółka  miała  siedzibę  zaledwie  o  trzy  godziny  drogi  od  mojego 
rodzinnego Connecticut i była właścicielem licencji na grę opartą na moim ulubionym 
filmie. 

Po wysłaniu Ŝyciorysu i kilku rozmowach telefonicznych zostałem zaproszony na 

spotkanie  z  kierownictwem  i  osobami  odpowiedzialnymi  za  rekrutacją.  Odbyło  się  w 
północno-wschodniej 

Pensylwanii, 

niepozornym 

brązowym 

magazynie 

przerobionym na biuro wydawnictwa. Poszedłem tam z Ŝyciorysem i kilkoma próbkami 
moich  prac  dziennikarskich  pod  pachą.  A  takŜe  pełen  optymizmu  i  fascynacji 
Gwiezdnymi  Wojnami.  Tego  dnia  byłem  juŜ  redaktorem  „Star  Wars  Adventure 
Journal”. 

 
Od  tamtej  chwili  przed  czterema  laty  współpracowałem  z  wieloma  autorami. 

Niektórzy okazali się. wschodzącymi talentami, inni mieli na swoim koncie powieści z 
kręgu  Gwiezdnych  Wojen,  które  dostały  się  na  listę  bestselerów  „New  York  Timesa”. 
Większość z nich musiała ścierpieć moje długie, szczegółowe listy krytyczne i bezładne 
rozmowy  telefoniczne.  Mam  jednak  nadzieję,  Ŝe  nasza  współpraca  pomogła  im 
rozwinąć umiejętności pisarskie. 

background image

Peter Schweighoffer 

15 

Współpraca z początkującymi autorami moŜe się wydawać ryzykowna. Ich teksty 

wymagają  zwykle  więcej  polerowania  niŜ  utwory  doświadczonych  pisarzy,  ale 
ostateczny wynik często wart jest tego wysiłku. Sukces naszego magazynu dowodzi, Ŝe 
opłaca  się  podejmować  takie  ryzyko.  Ci,  którym  udało  się  przetrwać  długie  miesiące 
pisania,  czekania  na  odpowiedź  wydawnictwa  i  Ŝmudnych  poprawek,  dodali  swoje 
nazwiska do wydłuŜającej się listy autorów literatury z kręgu Gwiezdnych Wojen

W tej antologii spotkacie kilkoro z nich. 
Moim pierwszym zadaniem przy tworzeniu czasopisma było znalezienie uznanego 

autora,  który  napisałby  opowiadanie  do  pierwszego  numeru.  Wydawnictwo  West  End 
wypracowało dobre stosunki  z Timothy Zahnem,  którego  powieści zainspirowały dwa 
podręczniki  do  gry.  Skontaktowałem  się  z  Timem,  który  okazał  się  bardzo  Ŝyczliwy  i 
chętny do pomocy. W tym czasie nie miał w planie Ŝadnych nowych powieści na temat 
Gwiezdnych Wojen - to zlecenie było zatem dla niego okazją, by powrócić do kilku ze 
swych ulubionych postaci. 

Mimo  iŜ  Tim  zamierzał  rozwinąć  postać  stworzonego  przez  siebie  księcia 

czarnych  charakterów,  wielkiego  admirała  Thrawna,  ostatecznie  zdecydował  się 
napisać o początkach kariery Talona Karrde. (Na wydarzeniach z przeszłości Thrawna 
oparł opowiadania zamieszczane w późniejszych wydaniach magazynu: Mist Encounter 
opublikowane w numerze 7., i Decyzją z numeru 11.). Jego opowiadanie, zatytułowane 
Pierwsze spotkanie, mówi o tych wydarzeniach z Ŝycia Talona Karrde, które nastąpiły 
wcześniej  niŜ  perypetie  przedstawione  w  powieści  Dziedzic  Imperium.  Jest  ono 
błyskotliwym  dowodem  talentu  Tima  do  prowadzenia  czytelników  przez  meandry 
skomplikowanej, pełnej niespodzianek opowieści. 

Później  Tim  uczestniczył  w  opracowaniu  innych  produktów  West  End  Games  z 

kręgu  Gwiezdnych  Wojen.  Choć  nigdy  przedtem  nie  miał  do  czynienia  z  grą  w  role, 
wziął  udział  w  kilku  sesjach,  z  których  dochód  został  przeznaczony  na  cele 
dobroczynne,  odgrywając  role  Talona  Karrde  i  wielkiego  admirała  Thrawna.  Jego  gra 
okazała się równie pełna zwrotów akcji i intryg, jak jego powieści. 

Przekonanie  Timothy  Zahna,  by  napisał  do  naszego  magazynu,  było  moim 

pierwszym  wyzwaniem.  Do  kolejnych  naleŜało  namówienie  do  współpracy  innych 
popularnych  pisarzy.  Oczywistą  kandydatką  była  Kathy  Tyers,  autorka  Paktu  na 
Bakurze
  i  innych  opowiadań  z  kręgu  Gwiezdnych  Wojen,  zamieszczonych  w  róŜnych 
antologiach.  Kiedy  się  z  nią  skontaktowałem,  kończyła  właśnie  opowiadanie  do 
przygotowywanego  wówczas  zbioru  Gwiezdne  Wojny:  Opowieści  łowców  nagród
Chciała napisać więcej o postaci Tinian I’att, którą stworzyła na potrzeby tej antologii. 

W opowiadaniu Próba ognia Kathy nie tylko zawarła wszystkie elementy typowe 

dla  literatury  z  kręgu  Gwiezdnych  Wojen,  ale  takŜe  poruszyła  głębsze  tematy: 
poświęcenia,  miłości  i  wolności.  Czytelnicy  dostali  przy  tym  przedsmak  historii 
zawartej w Opowieściach łowców nagród, które ukazały się dopiero po opublikowaniu 
przez „Joumal” trzech opowiadań Kathy Tyers o Tinian. 

Michael  A.  Stackpole  równieŜ  zaoferował  do  publikacji  w  magazynie  utwór 

pilotujący  jego  większe  ksiąŜki  -  opowiadanie  Stracona  szansa  pojawiło  się  w  druku 
pół roku przed wydaniem jego powieści Eskadra Łobuzów. Powieści Mike’a, tworzące 

Opowieści z Imperium 

16 

serię  „Star  Wars  X-wing”,  pokazały,  Ŝe  losy  postaci  drugoplanowych  mogą  stać  się 
kanwą pełnowartościowej powieści. Mike pracował w przemyśle producentów gier od 
samych jego początków, czyli od lat 70. Wymyślił wiele przygód do wykorzystania w 
grach i napisał kilka powieści opartych na grach w role. Mike jest dobrym przykładem 
obiecującego  pisarza,  który  świetnie  sobie  radzi  w  pierwszoligowym  towarzystwie 
najlepszych firm wydawniczych. 

Choć  współpraca  z  uznanymi  autorami  fantastyki  naukowej  była  ekscytująca, 

największą  satysfakcją  przynosi  odkrywanie  nowych  talentów.  Są  to  zwykle  ludzie, 
którzy łączą pracę pisarską z pracą zawodową. 

Jedną z takich osób jest Patricia A. Jackson. Poznałem ją na konwencji fantastyki 

naukowej  Sci-Con  w  Virginia  Beach,  gdzie  została  prawie  zakrzyczana  w  czasie 
dyskusji  panelowej  na  temat  wolnego  pisarstwa.  Po  raz  drugi  spotkaliśmy  się  na  sesji 
gry  w  role  opartej  na  Gwiezdnych  wojnach.  Dwa  tygodnie  później  na  moim  biurku 
pojawił  się rękopis: opowiadanie zawierające postaci i przygody z  naszej gry. Szybko 
się przekonałem, Ŝe przygody przeŜywane w czasie gry - choć są świetną zabawą dla jej 
uczestników - niekoniecznie przekładają się na dobre opowiadania. 

Patty  nie  dawała  się  jednak  zniechęcić.  Jej  następne  opowiadanie  okazało  się 

całkiem  niezłe,  a  po  poprawkach  nadawało  się  do  publikacji. Był  to  pierwszy  z  wielu 
nadesłanych  przez  Patricię  utworów  literackich.  Jej  dumą  było  opowiadanie  Ostatnie 
przedstawienie
. Przenikająca je atmosfera nadciągającej katastrofy dobrze współgrała z 
osobowością  głównego  bohatera,  Ciemnego  Jedi  Adalryka  Brandla.  Patty  stała  się 
jednym  z  regularnych  współpracowników  magazynu.  Nadal  widujemy  się  na 
konwencjach  pisarzy  fantastyki  naukowej  i  sesjach  gry,  prowadzimy  teŜ  wspólnie  co 
roku warsztaty pisarskie na konferencji Sci-Con. 

Jeszcze przed pojawieniem się opowiadania Punkt widzenia, Charlene Newcomb 

pisywała  do  kaŜdego  numeru  „Star  Wars  Adventure  Journal”.  Jej  wcześniejsze 
opowiadania koncentrowały się wokół stworzonej przez nią postaci Alex Winger, córki 
imperialnego  gubernatora,  która  usiłuje  w  sekrecie  wyzwolić  swoją  planetę  spod 
panowania  Imperium.  Przed  napisaniem,  „Punktu  widzenia”  Charlene  skończyła 
właśnie ostatnie opowiadanie o Alex Winger i zastanawiała się, co zrobić dalej. Aby ją 
zainspirować, wysłałem jej kopię ilustracji, która zdobiła kiedyś jedną z przygód gry w 
Gwiezdne  Wojny.  Rysunek  przedstawiał  oficera  i  kilku  przedstawicieli  obcych  ras, 
grających w hologrę na pokładzie statku kosmicznego. 

Powiedziałem  Charlene,  Ŝeby  napisała  opowiadanie  zawierające  taką  scenę. 

Mógłbym  wtedy  wykorzystać  rysunek  jako  ilustrację  jej  utworu.  Charlene  zabrała  się 
do pracy i wkrótce nadesłała opowiadanie Punkt widzenia, którego fabuła zawiera wiele 
elementów  przedstawionych  na  obrazku.  Ilustracja  ta  ukazuje  widzianą  z  dalekiej 
perspektywy  zielonkawą  mgławicę,  wirującą  w  oddali  -  niebezpieczny  sektor 
przestrzeni znany jako Maelstrom. Jeden z obcych przedstawionych na rysunku trzyma 
w  rękach  puchar  -  na  jego  lśniącym  szkle  odbija  się  obraz  hełmu  zbliŜającego  się 
szturmowca.  W  swoim  opowiadaniu  Charlene  wykorzystała  równieŜ  materiały 
ź

ródłowe o Maelstromie i gwiezdny liniowiec, który występował w grze. Opowiadanie 

background image

Peter Schweighoffer 

17 

to  stanowi  więc  udany  pomost  pomiędzy  wcześniej  opublikowanymi  materiałami 
pomocniczymi do gry i literaturą. 

Zazwyczaj autorzy związani z magazynem koncentrują się na jednym z obszarów: 

tworzą  materiały  źródłowe,  opracowują  nowe  przygody  do  wykorzystania  w  grze  lub 
piszą opowiadania. Tony Russo działa we wszystkich wymienionych dziedzinach. Jego 
artykuły  źródłowe  zabierały  czytelników  na  Sevarcos,  planetę  imperialnych  więzień  i 
awanturniczych  magnatów  przyprawowych,  przedstawiały  im  elitarną  druŜynę 
najemnych  komandosów  i  badały  despotyczne  stosunki  SprzysięŜenia  Pięciu  Gwiazd. 
Odgrywając  opracowane  przez  niego  przygody,  uczestnicy  gry  próbowali  uwolnić 
przygraniczną  kolonię  spod  sprawowanej  Ŝelazną  ręką  władzy  lorda-renegata. 
Opowiadanie  Tony’ego  W  blasku  chwały  zgrabnie  łączy  pasjonujące  przygody 
wykorzystywane w grach z materiałami źródłowymi o druŜynie komandosów. 

Erin  Endom,  lekarka  a  zarazem  wykładowca  na  oddziale  pediatrii  pogotowia 

ratunkowego,  wykorzystała  swą  wiedzę  medyczną  w  opowiadaniu  dla  „Star  Wars 
Adventure Joumal”, zatytułowanym Po pierwsze - nie szkodzić. Rozwija ono te aspekty 
ś

wiata  Gwiezdnych  Wojen,  które  filmy  zaledwie  musnęły.  Tematem  wielu  opowiadań 

są  desperackie  ataki  oddziałów  Rebeliantów  na  siły  Imperium,  ale  ich  autorzy  rzadko 
ukazują uczucia pokojowo nastawionych ludzi, którzy  muszą ranić i zabijać innych  w 
bitwie. Przedstawiając wewnętrzny konflikt lekarza wojskowego, którego zadaniem jest 
ratowanie,  nie  zaś  odbieranie  Ŝycia,  Erin  nadała  nową  perspektywę  wojnie  pomiędzy 
Imperium a Sprzymierzeniem Rebeliantów. 

Równie  oryginalne  jest  opowiadanie  Angeli  Philips  Pogromcy  smoków,  którego 

bohaterka Shannon, podobne jak inni bohaterowie Gwiezdnych Wojen, próbuje wyrwać 
się ze skromnego otoczenia i zmienić losy galaktyki. Utwór Angeli zasługuje na uwagę, 
gdyŜ  łączy  baśniowy  motyw  walki  ze  smokami  z  pochodzącą  z  filmu  mistyką 
szlachetnego rycerza Jedi. 

Laurie Burns swą przygodę z pisarstwem zaczęła od opublikowania w „Star Wars 

Adventure  Journal”  opowiadania  Z  notatnika  Kelli  Rand.  Bohaterem  jej  kolejnego 
utworu,  zatytułowanego  Odwrót  z  Coruscant,  jest  niezaleŜny  kurier  -  postać 
wymyślona przez Laurie. Akcja rozgrywa się tuŜ przed wydarzeniami przedstawionymi 
w serii komiksów wydawnictwa Dark Horse zatytułowanej Mroczne Imperium. Laurie 
bardzo  umiejętnie  wplotła  własne  pomysły  w  dotychczas  opisaną  rzeczywistość 
Gwiezdnych  Wojen;  w  jej  opowiadaniu  pojawiają  się  Garm  Bel  Iblis,  Mara  Jade  i 
pułkownik Jack Bremen, postacie znane z trylogii Timothy Zahna. 

Ten aspekt pracy w „Star Wars Adventure Journal” - poszerzanie granic galaktyki 

Gwiezdnych  Wojen  -  jest  chyba  najbardziej  ekscytujący.  PoniewaŜ  pismo  ma  licencję 
twórcy  filmów,  wszystkie  publikowane  materiały  stają  się  oficjalnym  składnikiem 
ś

wiata Gwiezdnych Wojen. Gdzie indziej dzieciak obdarzony bujną wyobraźnią mógłby 

zrealizować marzenia o pisaniu historii science-fiction opartych na najpopularniejszych 
filmach  wszech  czasów?  Historii  rozgrywających  się  w  świecie  w  którym  sypiące 
dowcipnymi  powiedzonkami  roboty  dostarczają  plany  imperialnej  superbroni,  w 
którym  samolubny  przemytnik  staje  się  pełnym  poświęcenia  bohaterem,  a  zwykły 
pustynny farmer okazuje się ostatnim z Rycerzy Jedi. 

Opowieści z Imperium 

18 

Niniejsza antologia jest podsumowaniem czterech lat przygody. Tak jak scena  w 

sali tronowej zamykająca Gwiezdne Wojny, nie jest to epilog sagi, ale chwilowy triumf 
przed powrotem do dalszej pracy. Jako redaktor „Star Wars Advenrure Journal” miałem 
szczęście  współpracować  z  bardzo  utalentowanymi  osobami,  które  tworzą 
licencjonowany  wszechświat  Gwiezdnych  wojen.  „Journal”  wiele  zawdzięcza  tym 
bohaterom  zza  kulis.  Richard  Hawran,  Jeff  Kent  i  Daniel  Scott  Palter  z  wydawnictwa 
West End słuŜyli pomocą i jakŜe potrzebną zachętą, gdy magazyn przechodził drogę od 
pomysłu  do  288-stronicowego  kwartalnika.  Nie  udałoby  się  nam  pokonać  tej  drogi, 
gdyby  nie  towarzyszyły  nam  sugestywna  wizja  i  wytrwałość  George’a  Lucasa.  Sue 
Rostoni  z  Lucasfilm  Ltd.  pomogła  opracować  pierwotną  formułę  i  układ  treści 
magazynu,  Allan  Kausch  zaś  niestrudzenie  stał  na  straŜy  ciągłości  świata 
przedstawionego  i  jakości.  Timothy  Zahn,  Kathy  Tyers  i  Michael  A.  Stackpole 
zachwycali czytelników (i redaktorów) opowiadaniami, w których powracają ukochani 
bohaterowie.  Początkujący  autorzy  nadsyłali  historie,  które  poszerzyły  granice 
galaktyki  Gwiezdnych  Wojen,  a  jednocześnie  spełniały  wysokie  standardy  jakości 
ustanowione przez Lucasfilm. 

„Star Wars Adventure Journal” to miejsce, gdzie pisarze mogą zrealizować swoje 

marzenia  o  galaktyce  Gwiezdnych  Wojen.  Autorzy  ci  mogą  wpływać  -  choć  w 
niewielkim stopniu, w porównaniu z rozmiarami wszechświata Gwiezdnych Wojen - na 
losy odległej galaktyki, którą tak kochają. 

Niektóre z ich opowieści moŜecie teraz przeczytać. 

 

background image

Peter Schweighoffer 

19 

P I E R W S Z Y   K O N T A K T  

 

Timothy Zahn 

 
 
 

 
 

Z  ostatnim  sykiem  roztrzęsionych  repulsorów  kosmiczny  jacht  „Uwaniański 

Kupiec” osiadł na lądowisku wyrąbanym w dŜungli Varonat. 

- CóŜ za oaza cywilizacji. - Quelev Tapper wyjrzał przez szyby sterowni. - Jesteś 

pewien, Ŝe wylądowaliśmy tam, gdzie trzeba, a nie na jakimś wysypisku chwastów? 

Talon  Karrde  wyjrzał  na  zewnątrz  i  omiótł  wzrokiem  krąg  bladoŜółtych  drzew 

otaczających  polanę  i  jakieś  trzydzieści  rozpadających  się  budynków  schowanych 
pomiędzy nimi. 

-  Nie,  to  na  pewno  tu  -  zapewnił  swego  porucznika.  -  Wielka  DŜungla  Varonat. 

Siedziba  garstki  trzeciorzędnych  hurtowni  i  kilku  tysięcy  kolonistów,  którzy  nie  mają 
dość rozumu, by zebrać się i przenieść gdzie indziej. 

- I paskudnego Krisha o nazwisku Gamgalon - dodał Tapper. - Nie wiem, Karrde. 

Nadal  sądzę,  Ŝe  powinniśmy  byli  wziąć  ze  sobą  „Szalonego  Karrde’a”  i  „Gwiezdny 
Lód”, Ŝeby stała za nami przyzwoita siła ognia. Siedzimy tu wystawieni jak mynocki na 
grzędzie. 

-  Jesteśmy  tu  po  to,  Ŝeby  się  rozejrzeć,  a  nie  Ŝeby  narobić  sobie  kłopotów  - 

przypomniał  mu  Karrde,  jednym  mchem  odpinając  pasy  i  wstając.  -  Gamgalon  nie 
zawracałby  sobie  głowy  organizowaniem  tych  prywatnych  safari  z  polowaniami  na 
morodiny,  gdyby nie chodziło o duŜe zyski.  Chcę  się tylko dowiedzieć, co zamierza i 
czy nie dałoby się z tego wykroić czegoś dla nas. 

-  Tym  bardziej  powinniśmy  mieć  wsparcie  -  powiedział  Tapper,  wyraźnie 

niezadowolony, i sprawdziwszy, czy jego blaster łatwo wychodzi z kabury, podąŜył za 
Karrde’m w kierunku luku rufowego. - Ale to ty jesteś szefem. 

- Święta prawda. Jesteś gotów? 
Tapper wziął głęboki oddech i głośno wypuścił powietrze. 
- Do roboty! 
Karrde  stuknął  pięścią  kontrolkę  i  rampa  luku  łagodnie  opadła.  Wciągając  w 

nozdrza  egzotyczne  zapachy,  Karrde  i  Tapper  zeszli  po  trapie  i  skierowali  się  przez 
lądowisko w kierunku budynku, na którym wyblakły napis głosił: „Kapitanat”. 

Opowieści z Imperium 

20 

Byli  zaledwie  w  połowie  drogi,  gdy  dwóch  męŜczyzn,  podpierających  dotąd 

ś

ciany  budynku,  oderwało  się  od  niego  i  ruszyło  swobodnym  krokiem  na  spotkanie 

przybyszów. 

- Czołem - powiedział jeden z nich, gdy znaleźli się dostatecznie blisko. - Witamy 

w Tropis na Varonat. Turyści? Chcecie coś obejrzeć? 

- Widoki na pewno są fascynujące - odparł grzecznie Karrde. - My jednak chcemy 

tylko znaleźć mechanika, który znałby się na hipernapędzie. Mamy nadzieję, Ŝe jest tu 
ktoś taki. 

-  Aha  -  odpowiedział  tamten,  spoglądając  do  tyłu  na  „Uwaniańskiego  Kupca”.  - 

Nic dziwnego. Im bardziej efektowny kadłub, tym słabsze bebechy. 

-  Zachowaj  pan  tę  kwiecistą  mowę  dla  turystów  -  warknął  Tapper.  -  Macie  tu 

mechanika czy nie? 

Drugi  z  męŜczyzn  przyglądał  mu  się  przez  chwilę,  po  czym  odwrócił  się  do 

Karrde’a. 

- Pańskiemu przyjacielowi trochę brak ogłady - powiedział. 
- Rekompensuje to licznymi talentami - odparł Karrde, wyjmując z kieszeni garść 

monet o wysokich nominałach i pobrzękując nimi ostentacyjnie. - Na przykład potrafi 
dotrzymywać terminów. Na Svivren czekają na nas waŜne interesy. 

- Jasne, rozumiem - odpowiedział tamten. - Bez obrazy, panie...? 
-  Pełnomocnik  Rady  Sif-Uwana,  Pandis  Sertze  -  przedstawił  się  Karrde.  -  A  to 

mój pilot, kapitan Dusha. - Wybrał jedną z monet i podniósł ją do góry. - Trochę nam 
się śpieszy. 

-  śaden  problem  -  męŜczyzna  uśmiechnął  się  szeroko,  wskazując  kciukiem  na 

portowe budynki, podczas gdy drugą ręką sprawnie zgarnął monetę z dłoni Karrde’a. - 
Buzzy, leć powiedzieć, Ŝe trafił się klient. Szybka robota. 

Jego  towarzysz  w  milczeniu  skinął  głową  i  ruszył  truchtem  w  kierunku 

zabudowań. 

- Nazywam się Fleck, panie pełnomocniku - ciągnął męŜczyzna. - Wygląda na to, 

Ŝ

e utknęliście tu na parę dni. Macie jakieś plany? 

Karrde rozejrzał się wymownie dookoła. 
- A jest tu coś, co by warto zaplanować? 
-  Zdziwi  się  pan,  ale  tak  -  powiedział  Fleck.  -  Jeden  facet  organizuje  tu  całkiem 

przyzwoite  safari.  Jutro  z  samego  rana  wyruszają  do  dŜungli.  Słyszał  pan  kiedyś  o 
polowaniach na morodiny? 

- Chyba nie - odparł Karrde. - To duŜa zdobycz? 
-  Nie  ma  większych  -  zapewnił  go  Fleck.  -  Wielkie  pełzające  gady,  długie  na 

dziesięć-dwadzieścia  metrów.  Doskonałe  trofeum  na  ścianę  salonu  albo  korytarza  - 
wykrzywił  usta  w  sardonicznym  uśmiechu.  -  Nie  są  teŜ  ani  za  szybkie,  ani  specjalnie 
złośliwe. W sam raz dla początkujących myśliwych. 

- Uspokoił mnie pan. - Karrde spojrzał na Tappera. - Co o tym myślisz, Dusha? 
-  Nie  brzmi  to  zbyt  niebezpiecznie,  proszę  pana  -  odpowiedział  Tapper  z 

odpowiednią nutą lekkiego niepokoju w głosie. - Mam nadzieję, Ŝe nie uda się pan tam 
w pojedynkę? 

background image

Peter Schweighoffer 

21 

-  Nie,  zapisało  się  jeszcze  czterech  innych  myśliwych  -  odparł  Fleck.  -  Zresztą 

szef zawsze zabiera paru ludzi jako eskortę. Bezpiecznie jak w gniazdku. 

- Mimo wszystko byłbym spokojniejszy, gdyby zabrał mnie pan ze sobą - nalegał 

Tapper. - Kiedyś nieźle sobie radziłem z pistoletami BlasTech A280. 

-  Najpierw  sprawdźmy,  ile  to  bezpieczne  gniazdko  będzie  nas  kosztować  - 

powiedział sucho Karrde. 

-  Tyle  co  nic  -  prychnął  Fleck.  -  Drobnostka  dla  dŜentelmena  jak  pan, 

dysponującego odpowiednimi środkami. Tylko po dwanaście tysięcy od osoby. 

Karrde uśmiechnął się. 
-  Nie  cieszyłbym  się  długo  odpowiednimi  środkami,  gdybym  szastał  nimi  na 

prawo i lewo. Piętnaście tysięcy za nas obu. 

Fleck uśmiechnął się krzywo. 
- Umie się pan targować, co? Niech będzie dwadzieścia. 
-  Powiedziałbym  raczej,  Ŝe  mam  doświadczenie  w  negocjacjach  -  poprawił  go 

Karrde. - Zgoda na siedemnaście. 

Fleck najpierw zmarszczył czoło, a potem się rozpogodził. 
- W porządku. A więc siedemnaście. 
- Bardzo dobrze - stwierdził Karrde. - Kiedy wyruszamy? 
-  O  wpół  do  szóstej  jutro  rano  -  odpowiedział  Fleck.  -  Tylko  bądźcie  tam  na 

pewno.  -  Powiem  szefowi,  Ŝe  przychodzicie.  Nie  zapomnijcie  przynieść  tych 
siedemnastu  tysięcy.  -  Machnął  ręką  w  kierunku  budynków  po  przeciwnej  stronie 
lądowiska. - Ekwipunek moŜecie kupić w tamtym budynku, a pokój na noc znajdziecie 
w hotelu obok. Jest, hmm, przyjemniejszy w środku, niŜ by się mogło wydawać, sądząc 
z zewnątrz. 

-  Zapewne  -  zgodził  się  Karrde.  -  Mam  nadzieję,  Ŝe  nikt  się  nie  obrazi,  jeśli 

zrezygnujemy z zakwaterowania. Ci od sprzętu będą wiedzieć, czego potrzebujemy? 

- Pewnie - skinął głową Fleck. - Jak mówiłem, szef stale organizuje te safari. 
- Bardzo dobrze - powiedział Karrde. - Chodźmy, Dusha,  zobaczmy, co  mają do 

zaoferowania. 

 
Słońce Varonat zaczynało juŜ zachodzić, gdy Karrde i Tapper wrócili w końcu na 

„Uwaniańskiego Kupca” z zakupami. 

-  Mam  nadzieję,  Ŝe  daliśmy  im  dość  czasu  -  zauwaŜył  Tapper,  wchodząc  na 

rampę. 

-  Jestem  pewien,  Ŝe  tak  -  odpowiedział  Karrde.  -  Przeszukanie  statku  tych 

rozmiarów  nie  zajmie  fachowcowi  duŜo  czasu.  A  nie  przypuszczam,  by  Gamgalon 
zatrudniał amatorów. 

Nagle Tapper dotknął ramienia Karrde’a. 
- Chyba jednak zatrudnia - mruknął, zniŜając głos. 
Karrde zmarszczył brwi. Usłyszał stłumiony szczęk metalu na dziobie statku. 
- Czy powinniśmy to sprawdzić? 

Opowieści z Imperium 

22 

- Wyglądałoby podejrzanie, gdybyśmy tego nie zrobili - odparł Karrde, krzywiąc 

się. Gdyby cała sprawa się wydała przez niekompetencję własnych ludzi Gamgalona... - 
Teraz ostroŜnie... 

Cicho  przeszli  centralnym  korytarzem,  kierując  się  w  stronę  maszynowni.  TuŜ 

przy  drzwiach  usłyszeli  kolejny  brzęk.  Karrde  pochwycił  spojrzenie  Tappera  i  skinął 
głową. Tamten odpowiedział podobnie, złoŜył pakunki na pokład i ujął kolbę blastera. 
Karrde zwolnił zamek i drzwi się otworzyły... 

Na  podłodze  obok  rozmontowanego  panelu  sterowniczego  siedziała  kobieta, 

młoda i pociągająca, z burzą rudozłotych włosów spiętych dla wygody z tyłu głowy. Jej 
twarz  pozostała  spokojna  i  skupiona  mimo  ich  nagłego  wtargnięcia.  Ciało  pod 
roboczym kombinezonem było szczupłe, lecz silne i zgrabnie zbudowane. 

W  ręku  trzymała  hydroklucz  i  jedno  z  łączy  zmiany  mocy  napędu 

hiperprzestrzennego „Uwaniańskiego Kupca”. 

- W czym mogę pomóc? - zapytała chłodno. 
-  Wygląda  na  to,  Ŝe  juŜ  pomogłaś  -  powiedział  Karrde,  kiedy  po  krótkiej  chwili 

jego  zdziwienie  przeszło  w  ulgę.  Szpiedzy  Gamgalona  nie  spartaczyli  zatem  roboty.  - 
Rozumiem, Ŝe jesteś mechanikiem. 

- Słuszny wniosek - przyznała. - Jestem Celina Marniss. Jakiś problem? 
-  Tylko  z  hipernapędem  -  odparł  Karrde.  -  A  co,  spodziewałaś  się  innych 

problemów? 

Celina wzruszyła ramionami i z powrotem zajęła się łączem przepływu mocy. 
-  Znałam  kiedyś  męŜczyzn, którzy  sądzili, Ŝe kobieta nie  moŜe być jednocześnie 

ładna i kompetentna. 

- Osobiście uwaŜam, Ŝe to idealne połączenie - oznajmił Karrde. 
Zaszczyciła go spojrzeniem, które było po części rozbawione, po części zaś pełne 

wymuszonej cierpliwości. 

-  A  więc  to  ty  jesteś  pełnomocnikiem  Sertze.  Zrobiłeś  ogromne  wraŜenie  na 

Buzzym. 

-  JakŜe  miło  mi  to  słyszeć  -  odpowiedział  Karrde.  -  Nie  zapytam,  co  go  tak 

oczarowało. - Wskazał na osłonę panelu. - Masz juŜ jakieś pojęcie, co nam nawaliło? 

-  No  cóŜ,  na  początek:  -  twoje  łącza  przepływu  mocy  są  o  jakieś  cztery  stopnie 

poza fazą - wyjaśniła Celina, waŜąc trzymane w ręku łącze. - Chyba długo nikt do nich 
nie zaglądał. Inaczej nie straciłyby synchronizacji do tego stopnia. 

- Rozumiem - odparł Karrde, a korzystne wraŜenie, jakie sprawiła na nim kobieta 

w  pierwszej  chwili,  jeszcze  się  umocniło.  Chin  zapewnił  go,  Ŝe  sztuczka  z  łączem 
przepływu  mocy zajmie przeciętnemu  mechanikowi co  najmniej jeden dzień. - Muszę 
porozmawiać z moją ekipą naprawczą. 

-  Ja  bym  wyrzuciła  taką  ekipę  -  powiedziała  Celina.  -  Wykalibruję  te  łącza,  a 

potem zobaczymy, co jeszcze nie działa. 

-  Dobrze  -  zgodził  się  Karrde.  -  MoŜe  Buzzy  wspomniał  ci,  Ŝe  trochę  nam  się 

spieszy. 

-  Zabawnie  sobie  z  tym  radzicie  -  skinęła  głową  w  kierunku  pakunków  w 

korytarzu za nimi. - Safari Gamgalona trwa zwykle do czterech dni. 

background image

Peter Schweighoffer 

23 

-  Z  doświadczenia  wiem,  Ŝe  naprawa  awarii  hipernapędu  zajmuje  przeciętnie  co 

najmniej sześć do dziesięciu dni. 

- To prawdopodobnie kolejny powód, Ŝeby zwolnić ekipę naprawczą - odburknęła 

Celina. - Przypuszczam, Ŝe mi wystarczą dwa - trzy dni. 

- Skąd wiesz, Ŝe jedziemy na safari? - zapytał Tapper podejrzliwie. 
- Po pierwsze, te pakunki - odpowiedziała Celina. - Poza tym widać, Ŝe nieźle się 

wam powodzi, no i rozmawialiście z Fleckiem. To główny naganiacz Gamgalona. Jest 
dobry w tym, co robi. - Wzruszyła ramionami, ponownie zajmując się łączem mocy. - 
Zresztą co innego moŜna tutaj robić? 

-  Słuszny  wniosek  -  odparł  Karrde.  -  Ale  mylisz  się  co  do  mojej  zamoŜności. 

Jestem po prostu szefem zaopatrzenia w Radzie Sif-Uwana. 

-  Powiedziałabym,  Ŝe  to  nieistotne  rozróŜnienie  -  skomentowała  jego  odpowiedź 

Celina.  -  Biorąc  pod  uwagę  sposób,  w  jaki  Sif-Uwana  podchodzą  do  kwestii 
zarządzania i pieniędzy. 

-  Doprawdy?  -  powiedział  Karrde,  a  jego  podziw  dla  dziewczyny  podniósł  się  o 

jeszcze  jedną  kreskę.  ZałoŜyłby  się  o  sporą  sumę  pieniędzy,  Ŝe  na  Varonat  nie  było 
osoby, która kiedykolwiek słyszałaby o Sif-Uwana, a co dopiero wiedziała cokolwiek o 
tej planecie. - Byłaś tam kiedyś? 

- Raz - odpowiedziała Celina. - Kilka lat temu. 
- Prywatnie czy w interesach? 
- W interesach. 
- A w jakich?  
Uniosła brwi. 
-  Nie  przypominam  sobie,  Ŝebyśmy  się  umawiali  na  przesłuchanie,  panie 

pełnomocniku. 

-  Bez  obrazy  -  uspokoił  ją  Karrde.  -  Po  prostu  dziwi  mnie  twoja  obecność  w 

miejscu  takim  jak  to.  Masz  o  wiele  za  wysokie  kwalifikacje,  by  tkwić  w  mętnych 
wodach  Korytarza  Izonowego.  Nie  wspominając  juŜ  o  twoich  innych  oczywistych 
walorach. 

Miał  nadzieję,  Ŝe  sprowokuje  Ŝywszą  reakcję  z  jej  strony,  Ŝe  zetrze  chociaŜ  na 

chwilą  maskę  spokoju  z  jej  twarzy.  Ale  dziewczyna  nie  złapała  przynęty.  -  MoŜe  po 
prostu lubię ciszę i spokój - odparowała. - MoŜe staram się zebrać pieniądze, Ŝeby się 
stąd  wyrwać.  -  Patrzyła  przez  chwilę  prosto  w  oczy  Karrde’a,  który  zauwaŜył 
mimochodem, Ŝe jej oczy są zielone. Bardzo intensywnie zielone. - A moŜe ukrywam 
się przed czymś. 

Karrde zmusił się, Ŝeby wytrzymać jej wzrok. Tlił się w nich pełen goryczy ogień, 

wywołany  gwałtownym  zawirowaniem  emocji.  Miał  rację  -  nie  była  zwykłym 
prowincjonalnym mechanikiem od hipernapędu. 

- Jednak budzisz moje zaufanie - odpowiedział z trudem.  
Kącik  jej  ust  podniósł  się  w  sardonicznym  uśmiechu,  a  ogień  w  oczach  nagle 

zniknął, jakby go tam nigdy nie było. Albo został odegrany. 

-  Świetnie  -  odparła  szybko.  -  MoŜe  to  cię  nauczy  trzymać  się  z  dala  od 

mechaników hiperprzestrzennych i zajmować się własnymi sprawami. 

Opowieści z Imperium 

24 

-  Zrozumiałem  aluzję  -  powiedział  Karrde,  kłaniając  się  lekko.  -  Będziemy  w 

salonie na dziobie, gdybyś nie wiedziała, gdzie czego szukać. Miłego wieczoru. 

Skinął  na  Tappera  i  razem  wycofali  się  z  maszynowni,  zbierając  z  powrotem 

swoje paczki, gdy drzwi się zasunęły. 

- Co o niej myślisz? - zapytał Karrde, kiedy przeszli na dziób statku. 
-  Masz  racją,  nie  pasuje  tutaj  -  przyznał  Tapper.  -  Myślisz,  Ŝe  jest  człowiekiem 

Gamgalona? 

- Prawdopodobnie - odparł Karnie. - Na wypadek, gdyby Fleckowi się nie udało. 

Albo moŜe po prostu węszy. Mechanicy i reszta obsługi są zwykle niewidzialni. 

- Być moŜe. - Tapper spojrzał do tyłu, lustrując korytarz. - Ale gdyby ktoś mnie o 

to pytał, powiedziałbym, Ŝe osoba z jej talentami marnuje się w zwykłej inwigilacji. 

-  Zgadza  się  -  przyznał  Karrde,  ściągając  usta.  -  MoŜe  jednocześnie  jest 

sabotaŜystką. 

-  Albo  złodziejką  -  uzupełnił  Tapper  ponuro.  -  Te  safari  Gamgalona  muszą  być 

przykrywką dla czegoś powaŜniejszego. 

Weszli do salonu. 
- No, tego jachtu łatwo nie ukradnie - przypomniał mu Karrde, rzucając paczki na 

kanapę.  -  Jeśli  zaś  chodzi  o  sabotaŜ,  powinniśmy  poradzić  sobie  z  hipernapędem  w 
dwadzieścia  minut,  jeśli  będziemy  musieli.  A  „Szalony  Karrde”  moŜe  tu  być  w  razie 
potrzeby w ciągu czterech godzin. 

- Rozumiem, Ŝe nadal zamierzasz zabrać ze sobą komunikator? 
-  Jak  najbardziej  -  zapewnił  go  Karrde.  -  Ale  nie  sądzę,  byśmy  musieli  go  uŜyć. 

Przypuszczam,  Ŝe  te  safari  to  tylko  wygodny  sposób  Gamgalona  na  organizowanie 
potajemnych  spotkań  przemytników,  a  Fleck  i  spółka  mają  wyłapać  ewentualnych 
urzędników imperialnych,  którzy  mogliby przeszkodzić  w tym procederze. Zabierzmy 
się lepiej za ten sprzęt. Nie mamy zbyt wiele czasu do wpół do szóstej. 

 
Pozostali  uczestnicy  safari  byli  juŜ  na  miejscu,  kiedy  Karrde  i  Tapper  opuścili 

pokład „Uwaniańskiego Kupca” tuŜ przed wpół do szóstej następnego ranka. 

-  Eklektyczna  zbieranina  -  zauwaŜył  Tapper,  gdy  podchodzili  do  grupy 

zgromadzonej  wokół  trzech  śmigaczy  Aratech  Arrow-17,  które  czekały  obok  na 
lądowisku. 

-  Zgadza  się  -  odpowiedział  Karrde,  lustrując  wzrokiem  członków  grupy. 

Thennqorczyk, Saffanin i dwóch Durosów, wszyscy z lśniącym nowością ekwipunkiem 
i  w  kombinezonach  prosto  spod  igły,  identycznych  jak  te,  które  mieli  na  sobie  z 
Tapperem.  Nieco  dalej,  w  strojach  znacznie  bardziej  sfatygowanych,  stali  Krish, 
Rodianin i małomówny Buzzy. 

- Eskorta teŜ dość niejednorodna - dodał.  
Tapper skinął głową w kierunku Krisha. 
- To chyba nie Gamgalon?  
Karrde potrząsnął przecząco głową. 
-  Raczej  jeden  z  jego poruczników.  Nie  sądzę,  Ŝeby  Gamgalon  sam  się  wybierał 

na safari. 

background image

Peter Schweighoffer 

25 

- Ach! - wykrzyknął Krish, obdarzając ich uśmiechem tak promiennym, jak tylko 

było  to  moŜliwe  dla  przedstawiciela  jego  rasy.  -  Witajcie!  To  zapewne  pan 
pełnomocnik Sertze. Jestem Falmal. Będę przewodnikiem tej ekspedycji. 

-  Miło  mi  pana  poznać  -  skinął  głową  Karrde.  -  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  jesteśmy 

spóźnieni? 

-  AleŜ  skąd!  -  odpowiedział  Falmal.  -  Po  prostu  inni  przybyli  przed  czasem. 

Pozwolą panowie, Ŝe przedstawię pozostałych myśliwych: panowie Tamish... - wskazał 
na Thennqoriańczyka- ...Hav  i Jivis... - przedstawił dwóch  Durosów  - ...i Cob-caree. - 
Ostatnim z przedstawianych był Saffanin. - A oto pełnomocnik Sertze i kapitan Dusha z 
Sif-Uwana. 

- Miło mi panów poznać - powtórzył Karrde, patrząc po kolei na kaŜdego z nich. 

ś

adne  z  wymienionych  imion  nie  brzmiało  znajomo,  ale  to  oczywiście  niewiele 

znaczyło. Ani on, ani Tapper nie uŜywali przecieŜ swych prawdziwych nazwisk. 

- Tracimy czas - warknął Tamish. - Zacznijmy w końcu to polowanie, Falmal. 
- Oczywiście - odparł Falmal. - Proszę zająć miejsca w śmigaczach. 
Karrde  i  Tapper  wybrali  jeden  z  pojazdów  i  zapięli  pasy.  Kilka  minut  później 

Falmal przysiadł obok ich krishańskiego pilota i wyruszyli. 

-  Często  urządzacie  te  safari?  -  zapytał  Karrde,  gdy  przelatywali  nisko  nad 

falującą powierzchnią Ŝółtej dŜungli. 

- Tylko kilka razy na sezon. - Falmal rzucił na niego spojrzenie. - Mieliście duŜo 

szczęścia, Ŝe przylecieliście teraz. 

Karrde machnął ręką w kierunku półki ze sztucerami z tyłu śmigacza. 
- Uznam, Ŝe mieliśmy szczęście, jeśli coś upolujemy - powiedział. - Zapłaciłem o 

wiele za duŜo jak na zwykłą przejaŜdŜkę po dŜungli. 

-  Na  pewno  pan  coś  upoluje  -  zapewnił  go  Falmal.  -  Zawsze  tak  jest.  MoŜe  pan 

być spokojny. 

Lecieli  przez  ponad  godzinę,  aŜ  w  końcu  zatrzymali  się  na  polanie  na  szczycie 

wzgórza.  Zbudowano  na  niej  niewielki  obóz  -  cztery  budynki  zamykające  wypalone 
lądowisko. 

-  Wygląda  na  to,  Ŝe  często  korzystacie  z  tego  miejsca  -  zauwaŜył  Karrde,  gdy 

ś

migacz osiadł na ziemi. 

-  To  baza  wypadowa  dla  wszystkich  polowań  -  wyjaśnił  Falmal.  -  Piloci  i 

ś

migacze będą tu czekać, podczas gdy my pójdziemy dalej pieszo. Proszę wziąć bagaŜe 

i sztucery. Wyruszamy natychmiast. 

Dziesięć  minut  później  maszerowali  ledwie  widoczną  ścieŜką  pomiędzy 

Ŝ

ółtawymi drzewami i Ŝółtozielonymi zaroślami poszycia,  stąpając po bladofioletowej 

ś

ciółce,  która  niepokojąco  przypominała  masę  wijących  się,  tłustych  robaków. 

Prowadził  Falmal,  a  za  nim  szli  Tamish,  Karrde  i  Tapper.  Następny  był  Buzzy,  za 
którym  podąŜali  Hav  i  Jivis  oraz  Cob-caree.  Pochód  zamykał  Rodianin.  Wędrowali 
ponad  godzinę,  zanim  Falmal  zarządził  postój  na  małej  polanie,  która  otworzyła  się 
obok ścieŜki. 

-  Nie  za  bardzo  jestem  w  formie  jak  na  takie  ćwiczenie  -  sapnął  Karrde, 

zrzuciwszy plecak na ziemię. - Jak daleko jeszcze dziś zajdziemy, Falmal? 

Opowieści z Imperium 

26 

-  JuŜ  jesteście  zmęczeni?  -  zdziwił  się  Falmal,  pokazując  w  krzywym  uśmiechu 

ostre zęby. - Nie  ma się co martwić, panie pełnomocniku. Jeszcze trzy godziny,  moŜe 
cztery, i dotrzemy do głównych terenów łowieckich. 

-  Były  tu  morodiny  -  burknął  z  tyłu  Tamish.  Karrde  odwrócił  się  i  spojrzał  na 

niego.  Thennqoriańczyk  przykucnął  na  skraju  polany,  dźgając  noŜem  ciemną  plamę 
przebarwionej ściółki.  - To śluz  morodina - powiedział.  -  Musiał tu być kilka  tygodni 
temu. 

-  Trafna  obserwacja  -  pochwalił  go  Falmal.  -  Przed  dwoma  miesiącami 

polowaliśmy na tym terenie na morodiny podczas jednego z naszych safari. Niestety od 
tego czasu, zgodnie ze swym wzorcem migracyjnym, zwierzęta oddaliły się stąd. 

- Ciekawe dlaczego w takim razie nie wylądowaliśmy bliŜej ich obecnego miejsca 

pobytu - mruknął Tapper. 

-  MoŜe  śmigacze  wystraszyłyby  naszą  zwierzynę  -  zasugerował  Karrde, 

marszcząc czoło. 

Mniej  więcej  o  metr  za  Tamishem,  wzdłuŜ  brzegu  śladu  pozostawionego  przez 

ś

luz  morodina,  spośród  zielonoŜółtych  zarośli  wyrastał  równy  rząd  krótkich 

róŜowawych  pędów.  A  w  cieniu  za  nimi  Karrde  zauwaŜył  błysk  metalu.  Ominął 
Tappera i podszedł do zarośli, Ŝeby się lepiej przyjrzeć... 

-  Czas  ruszać!  -  zawołał  Falmal,  energicznie  klaszcząc  w  dłonie.  -  Zakładajcie 

plecaki.  Musimy  iść  dalej,  jeśli  mamy  dotrzeć  na  miejsce  dostatecznie  wcześnie,  by 
jeszcze dziś rozpocząć polowanie. 

Karrde  zastanawiał  się,  czy  mimo  wszystko  nie  zbadać  metalowego  obiektu; 

zdecydował, Ŝe nie, i wrócił do miejsca, gdzie zostawił swój plecak. 

- Czy jest pan botanikiem, panie pełnomocniku? - spytał go Falmal. 
-  Nie  -  odpowiedział  Karrde, podczas  gdy  Tapper  pomagał  mu  załoŜyć  plecak.  - 

Dlaczego pan pyta? 

-  Widziałem,  jak  przyglądał  się  pan  pędowi  jagariańskiej  aleudrupiny  -  rzekł 

Falmal,  wskazując palcem na róŜowawe łodygi. - Zobaczy pan  w dŜungli  wiele roślin 
spoza planety. Obawiam się, Ŝe to pozostałości po poprzednich gościach, którzy niezbyt 
się troszczyli o swój prowiant. 

- Prowiant? - zapytał Tapper, gdy uporał się ze swoim plecakiem. 
-  Jagody  aleudrupiny  na  wielu  planetach  są  uwaŜane  za  delikates  -  wyjaśnił 

Falmal.  -  Niektórzy  uczestnicy  naszych  polowań  upierają  się,  by  zabierać  własny 
prowiant.  Kilka  beztrosko  upuszczonych  ziaren  i...  -  zatoczył  ręką.  -  MoŜemy  tylko 
mieć nadzieję, Ŝe dŜungla sama sobie poradzi z intruzami. Chodźmy, musimy ruszać. 

 
Nie  napotkali  więcej  pozostałości  śluzu  morodinów  po  drodze  do  miejsca 

wybranego  przez  Falmala  na  obozowisko.  A  przynajmniej  Karrde  Ŝadnego  nie 
zauwaŜył.  Nie  dostrzegł  równieŜ  więcej  okazów  aleudrupiny.  Być  moŜe  po  tym 
pierwszym przypadku nieuwaŜni turyści zostali upomniani. 

-  A  więc...  -  powiedział  Tapper,  przynosząc  dwa  kubki  parującego  napoju 

pomiędzy namioty, gdzie zmęczony Karrde oparł się o drzewo. - Co myślisz o naszych 
towarzyszach? 

background image

Peter Schweighoffer 

27 

Karrde  powiódł  wzrokiem  po  pozostałych  myśliwych,  którzy  przy  pomocy 

ochroniarzy zmagali się z budową szałasów. 

- Biorąc pod uwagę ich narzekania w ciągu ostatniej godziny, powiedziałbym, Ŝe 

są  dokładnie  tymi,  na  kogo  wyglądają  -  znudzonymi  bogaczami,  szukającymi 
podniecającej rozrywki i cokolwiek zniecierpliwionymi, Ŝe muszą na nią zapracować. 

- Czyli innymi słowy, raczej nie wyglądają na typowych przemytników. 
Karrde wzruszył ramionami. 
-  MoŜe  to  biznesmeni,  z  którymi  Gamgalon  chce  wejść  w  jakieś  półlegalne 

interesy. 

-  W  galaktyce  są  miliony  miejsc,  gdzie  mógłby  się  z  nimi  umówić  na  dyskretne 

spotkanie, nie zadając sobie przy tym tyle trudu - zauwaŜył Tapper pomiędzy jednym a 
drugim łykiem napoju z kubka. 

-  Fakt.  ZauwaŜyłeś  moŜe  ten  kawałek  metalu  wetknięty  w  ziemię  za  pędami 

aleudrupiny, na naszym pierwszym postoju? 

-  Tak.  -  Tapper  skinął  głową.  -  Wyglądało  mi  to  na  znacznik  transponderowy. 

Pewnie  zostawiają  je,  Ŝeby  oznaczyć  ścieŜkę,  albo  moŜe  śledzą  szlaki  migracyjne 
morodinów. 

-  Być  moŜe  -  odparł  Karrde.  -  Nie  mogę  jednak  przestać  myśleć,  Ŝe  reakcja 

Falmala, gdy skierowałem się w tę stronę, była dość gwałtowna. 

- Myślisz, Ŝe to coś mniej nieszkodliwego? 
-  Całkiem  moŜliwe  -  powiedział  Karrde.  -  Prawdopodobnie  to  część  tablicy 

czujników do... 

Przerwał  nagle.  Spomiędzy  drzew  doszedł  ich  głęboki,  dudniący  ryk.  Falmal, 

stojący  po  drugiej  stronie  obozowiska,  wyprostował  się  gwałtownie,  a  Buzzy  i 
Rodianin wyszarpnęli z kabur karabiny blasterowe. 

-  To  mogą  być  one  -  szepnął  Karrde.  Chwycił  własną  broń  i  podniósł  się.  - 

Falmal? 

- Tss... - syknął Krish. - Bo je spłoszysz. Podzielimy się na takie same grapy, jak 

podczas drogi w śmigaczach. 

Pospieszył  w  stronę  Karrde’a  i  Tappera.  Inni  równieŜ  zebrali  się  w  grupy  i 

wszyscy ruszyli w głąb dŜungli. 

- Chodźcie. Szybko i cicho. 
Szli ze sztucerami gotowymi do strzału. 
-  Jak  morodiny  przeciskają  się  między  tymi  drzewami?  -  zapytał  Tapper.  - 

Myślałem, Ŝe są duŜe. 

-  Morodiny  są  długie,  ale  smukłe  -  wyjaśnił  Falmal,  rozglądając  się  uwaŜnie 

pomiędzy drzewami. - Bez trudu poruszają się po dŜungli. Ach! Patrzcie! 

Karrde obrócił lufę sztucera. Falmal jednak pokazywał tylko na ziemię. 
- ŚwieŜy ślad śluzu - powiedział Krish. - Widzisz? 
-  Tak  -  odparł  Karrde,  podąŜając  wzrokiem  za  szeroką  srebrzystą  linią 

wgniecionej  ściółki,  znikającą  pomiędzy  drzewami.  Była  zdumiewająco  prosta, 
skręcała gwałtownie tylko dla ominięcia pojedynczych drzew. 

- DuŜy okaz - zauwaŜył Falmal. - Chodźmy. Pójdziemy za tropem. 

Opowieści z Imperium 

28 

-  To  chyba  niezbyt  sportowe  -  burknął  Tapper  i  ruszył  między  drzewa  za 

Falmalem. 

- Ślad niedługo zniknie - rzucił Falmal przez ramię. - Pojawia się i znika. 
Karrde  tymczasem  zmarszczył  brwi,  przyglądając  się  czemuś  po  prawej  stronie 

szlaku. Przez zarośla niewiele było widać, ale... 

- Czy to nie drugi ślad śluzu, o tam? - zapytał Falmala. - Jakieś trzy metry od nas, 

równolegle do naszego? 

-  Tak,  morodiny  zazwyczaj  chodzą  parami  -  odparł  Krish.  -  Ale  teraz  cisza. 

Widzicie, ślad skręca. 

Przed  nimi  trop  zakręcał  ostro  w  lewo.  Karrde  wyciągnął  głowę  -  drugi  ślad 

skręcał równolegle do tego, którym podąŜali. 

- Bardzo ostry zakręt - mruknął Tapper. - Myślisz, Ŝe coś je wystraszyło? 
- Cicho! - powtórzył Falmal. 
PodąŜali  za  tropem  w  milczeniu.  Zmienił  kierunek  jeszcze  dwukrotnie  w  ciągu 

następnych  kilku  minut,  skrętami  równie  ostrymi  i  precyzyjnymi  jak  poprzedni.  A 
potem, ku zdumieniu Karrde’a, ślad się rozdzielił. 

- Jak to moŜliwe? - zapytał. 
- Dołączył do nich trzeci morodin - odparł Falmal. - Bądźcie cicho. Mogą być tuŜ, 

tuŜ. 

- A moŜe trzeci, czwarty i piąty - dodał Tapper, wskazując głową w prawo. 
Równoległy ślad śluzu rozdzielał się tam na trzy tropy, z których dwa rozchodziły 

się pod ostrym kątem trzy metry przed nimi. Karrde przełknął ślinę, uniósł wyŜej swój 
blasterowy sztucer i postawił jeszcze jeden krok... 

I  nagle  go  zobaczyli:  długi  na  piętnaście  metrów  stwór  wzniósł  nad  ziemię 

pierwsze trzy  metry obłego, Ŝółtawego, plamistego cielska, prezentując łyŜkowaty ryj, 
krótkie, grube nogi i szerokie zęby. Morodin. 

- Strzelaj! - krzyknął Falmal. - Szybko! 
Karrde juŜ celował w stojące przed nimi ogromne zwierzą. Morodin podniósł się 

jeszcze  o  metr,  wydając  ten  sam  głęboki  ryk,  który  słyszeli  w  obozie.  Karrde  patrzył 
spod przymruŜonych powiek przez szczerbinkę sztucera... 

- Chwileczkę - powiedział do Tappera. - Nie strzelaj! PrzecieŜ on po prostu sobie 

stoi. 

- To morodin - warknął Falmal. - Strzelaj, zanim będzie za późno. 
Ale  i  tak  było  juŜ  za  późno.  Z  prawej  strony  bluznęła  salwa  ognia,  trafiając 

morodina w bok. Tamish i Cob-caree, a za nimi Rodianin, nadeszli wzdłuŜ jednej z linii 
równoległego szlaku. Morodin ryknął jeszcze raz, po czym runął na ziemię z głuchym 
łoskotem. 

-  Świetny  strzał!  -  Falmal  aŜ  zapiał  z  zachwytu.  -  Wezwiemy  śmigacze,  a  piloci 

oporządzą  pańską  zdobycz.  Wracajmy  teraz  do  obozu,  hałas  zapewne  odstraszył 
pozostałe morodiny. - Spojrzał z zastanowieniem na Karrde’a. - MoŜe jutro będzie pan 
lepiej usposobiony do zabijania, panie pełnomocniku. 

background image

Peter Schweighoffer 

29 

- MoŜe  - odparł Karrde, patrząc na powalonego  morodina.  Więc to tak. Wielkie, 

niebezpieczne polowanie na morodiny... a okazało się równie ambitne jak strzelanie do 
złapanych w sieci bruallków. - Nie mogę się doczekać. 

 
Piloci  przyjechali  po  godzinie,  a  przez  dwie  kolejne  w  obozowisku  panowało 

zamieszanie:  rozbieranie  mięsa  ze  zdobyczy  i  nie  kończące  się  spory  z  Tamishem  i 
Cob-caree’em na temat tego, jaka część głowy zwierzęcia ma przypaść kaŜdemu z nich 
oraz jak chcieliby oprawić i wyeksponować swoje trofeum. Karrde przyglądał się temu 
z  boku.  Wycofał  się  na  swoje  siedzisko  pod  drzewem  z  przenośną  melodyką, 
zostawiając Tapperowi ich część roboty. Podsłuchał jedną czy dwie skierowane w jego 
stroną dość zjadliwe uwagi na temat braku sportowego ducha, ale zignorował je. Oparł 
się  o  drzewo,  przymknął  oczy  i  pozwolił,  by  otoczyła  go  muzyka.  Ukradkiem  zaś 
majstrował palcami przy pokrętłach transmitera ukrytego w instrumencie. 

Kiedy  piloci  skończyli  pracę  i  śmigacze  wyruszyły  z  powrotem  do  bazy,  słońce 

opadło juŜ nisko nad lasem. 

- Mam nadzieją, Ŝe dobrze się pan bawił - zagaił Tapper, siadając obok Karrde’a. 

Obtarł  twarz  rękawem  kombinezonu,  który  zdąŜył  stracić  na  świeŜości.  -  Niektórzy 
myślą, Ŝe się obraziłeś. 

-  Nie  mam  wpływu  na  to,  co  myślą  inni  -  stwierdził  Karrde.  -  Nie  rozsiadaj  się, 

idziemy na spacer. 

- Cudownie! - jęknął Tapper, dźwigając się z powrotem na nogi. - Co ćwiczymy? 
- Bawiłem się trochę transmiterem - wyjaśnił Karrde. Wstał i przewiesił pasek od 

melodyki  przez  ramię.  -  Jeśli  Falmal  i  spółka  posadzili  gdzieś  w  okolicy  znaczniki 
transponderowe,  powinniśmy  móc  je  znaleźć  za  jego  pomocą.  Miło  i  przyjemnie,  nie 
zwracajmy na siebie uwagi. 

Wymknęli  się  z  obozu  i  ruszyli  w  głąb  dŜungli.  Przeczucie  Karrde’a  okazało  się 

słuszne  -  prawie  natychmiast  zamaskowany  transmiter  złapał  sygnał,  dochodzący  z 
kierunku  miejsca  pogromu  morodina.  PodąŜając  ponownie  za  śladem  śluzu,  szybko 
dotarli do resztek ścierwa, przy którym aŜ roiło się od padlinoŜernych stworzeń. 

-  To  tam  -  powiedział  Tapper,  wskazując  grupę  krzewów  kilka  metrów  dalej.  - 

Znacznik transponderowy jak się patrzy. I znowu jest tuŜ obok tropu morodina. 

- Tak  - potwierdził Karrde, przyklękając, Ŝeby lepiej się przyjrzeć. ZauwaŜył, Ŝe 

ziemia  wzdłuŜ  krawędzi śladu była świeŜo  wzruszona. Zupełnie jakby  ktoś  właśnie  w 
niej coś zasadził. 

Nagle  spojrzał  w  górę,  łapiąc  wzrok  Tappera.  Ten  skinął  głową  -  teŜ  usłyszał 

ciche skrzypnięcie. 

- To od strony obozu - szepnął. 
Odgłos powtórzył się. 
- Wrócimy naokoło - odparł Karrde, równieŜ szeptem, wskazując palcem na trop, 

którym  wcześniej  przyszli  Tarnish  i  Cob-caree.  Wyjaśnianie  Falmalowi  albo  jego 
bandzie, dlaczego zabrał melodykę na spacer po dŜungli, mogłoby wypaść niezręcznie. 
Zwłaszcza  gdyby  tamci  odkryli,  Ŝe  w  instrumencie  ukryty  jest  transmiter.  Zanim 
odeszli, usłyszeli jeszcze jeden trzask, potem jednak odgłosy zdawały się słabnąć. Nie 

Opowieści z Imperium 

30 

dalej  niŜ  piętnaście  metrów  w  głąb  dŜungli  ślad  urywał  się;  a  kiedy  zauwaŜyli  jego 
dalszą część jakieś trzy metry dalej, nagle pojawiły się trzy jego odnogi. 

- Uuu... - mruknął Tapper. - Którędy teraz? 
-  Nie  jestem  pewien  -  powiedział  Karrde,  oglądając  się  za  siebie.  Myśl  o  całym 

stadzie  morodinów  grasującym  wokoło  nie  była  zbyt  przyjemna.  -  Spróbujmy  tędy  - 
zdecydował,  wskazując  trop  najbardziej  na  prawo.  -  Zostawmy  jakiś  znak  na  tych 
drzewach, Ŝebyśmy w razie czego mogli się cofnąć po śladach. 

-  Wejdźmy  najpierw  trochę  głębiej  w  dŜunglę  -  zaproponował  Tapper.  -  Zawsze 

moŜemy wrócić. 

Karrde zmarszczył brwi. 
- ZauwaŜyłeś coś? 
- Mam przeczucie - odparł Tapper. - Przeczucie, nic więcej.  
Karrde zacisnął wargi. 
- Jak głęboko w las chcesz wejść? 
- Jakieś trzysta metrów - odpowiedział Tapper. - Pamiętam, Ŝe na mapie jest tam 

grzbiet wzgórza, okalający coś w rodzaju szerokiej niecki. 

Karrde  skrzywił  się.  Trzysta  metrów  w  nieznanej  dŜungli  naleŜało  potraktować 

powaŜnie.  Z  drugiej  jednak  strony,  rzadkie  przeczucia  Tappera  prawie  zawsze 
okazywały się warte zbadania. 

- W porządku - powiedział. - Ale nie dalej niŜ na skraj urwiska. I wracamy, jeśli 

ś

lad urwie się wcześniej. 

- Zgoda. Idziemy! 
Trop  rozdzielił  się  ponownie  kilka  metrów  dalej.  Przerywał  się  jeszcze 

dwukrotnie,  by  po  trzech  metrach  pojawić  się  znowu  z  kolejnymi  odnogami, 
skręcającymi w róŜnych kierunkach. Karrde próbował liczyć ślady, mając nadzieję, Ŝe 
zdoła  się  zorientować,  ile  zwierząt  mają  przed  sobą.  Szybko  jednak  zrezygnował. 
Gdyby 

morodiny 

zrobiły 

się 

niegrzeczne, 

róŜnica 

między 

sześcioma 

sześćdziesięcioma byłaby czysto akademicka. 

-  Doszliśmy  do  grani  -  powiedział  Tapper,  wskazując  palcem  na  ostatnią  linię 

drzew, przez którą przeświecało niebieskie niebo. - Przyjrzyjmy się temu. 

Podeszli  bliŜej,  do  krawędzi  urwiska.  Jakieś  sto  metrów  pod  nimi  rozciągała  się 

szeroka dolina, którą opisał Tapper. 

Po jednym z jej skrajów stało około pięćdziesięciu morodinów. 
- Nie ma co, znaleźliśmy stado - odezwał się niespokojnym głosem Tapper. 
Zbocze  poniŜej  grani  było  raczej  strome,  ale  wątpił,  by  dla  stworzenia  o 

rozmiarach  i  umięśnieniu  morodina  stanowiło  to  jakąkolwiek  przeszkodę.  Właściwie 
był  pewien,  Ŝe  nie  stanowiło:  trop,  który  ich  tu  przyprowadził,  okrąŜał  grań,  by  zejść 
poniŜej zboczem w dół doliny. 

- Nie patrz na morodiny - powiedział Tapper. - Spójrz na ich ślady. 
- Co ci się nie podoba w ich śladach? - spytał Karrde. 
- Przyjrzyj im się - nalegał Tapper. - Powiedz, Ŝe teŜ to widzisz. 
Karrde zmarszczył czoło, zastanawiając się, o co moŜe chodzić Tapperowi. Dolinę 

przecinały  ślady  śluzu.  Widział  je  wyraźnie  pomiędzy  drzewami  i  na  zdeptanym 

background image

Peter Schweighoffer 

31 

poszyciu.  Linia  za  linią,  takie  same  nagłe  zwroty  i  rozgałęzienia  jak  te,  które  oglądali 
po drodze... 

AŜ nagle - zauwaŜył. 
- Nie mogę w to uwierzyć... - wydusił z trudem. 
- Sam nie wierzyłem - powiedział Tapper. - Patrz, jeden z nich tam idzie. 
Jeden  z  morodinów  odłączył  się  od  stada  i  ruszył  w  kierunku  trzymetrowej 

szerokości tunelu między dwiema liniami śladów. Człapiąc szybko na krótkich łapach, 
wszedł w pierwsze rozgałęzienie i skręcił w lewo. 

Do pierwszej części pracowicie skonstruowanego labiryntu. 
-  Wracajmy  -powiedział  Karrde,  potrząsając  z  niedowierzaniem  głową.  -  Chyba 

nie chcemy, Ŝeby ludzie Gamgalona nas tu znaleźli. 

- Za późno - powiedział ktoś miękko. 
Karrde  obejrzał  się  ostroŜnie  przez  ramię.  Dwa  metry  za  nim  stał  Falmal  i  jego 

dwaj pobratymcy. Nieco dalej stanął czwarty Krish. 

-  Rzeczywiście  -  przyznał  Karrde,  zniŜając  wylot  lufy  swojego  karabinu  i 

obracając się twarzą do nich. - No cóŜ, przynajmniej nie będziemy mieli problemów z 
trafieniem do obozu. 

- To, czy wrócimy od razu do obozu, nie jest jeszcze pewne - rzekł czwarty Krish 

tym samym łagodnym tonem. - OdłóŜcie, proszę, broń. I powiedzcie mi, co tu robicie. 

-  Szukamy  morodinów  -  odparł  Karrde,  kładąc  sztucer  na  ziemi.  -  I  teraz  juŜ 

wiemy, Ŝe nie są to zwyczajne zwierzęta. - Uniósł brwi. - To w pełni świadome istoty, 
prawda, Gamgalon? 

Krish uśmiechnął się. 
-  Trafiłeś  w  dziesiątkę  -  stwierdził.  -  W  obu  przypadkach.  Wiesz,  jak  się 

nazywam. A kim ty jesteś? 

Wziąwszy pod uwagę okoliczności, nie było sensu ciągnąć maskarady. 
- Talon Karrde - przedstawił się. - A to mój wspólnik, Quelev Tapper. 
Falmal zasyczał. 
- Czy nie jest tak, jak mówiłem, mój panie? - warknął. - Przemytnicy. I szpiedzy. 
- Na to wygląda - zgodził się Gamgalon. - Co cię tu sprowadza, Karrde? 
-  Ciekawość  -  odparł  Karrde.  -  Słyszałem  o  tych  twoich  safari.  Chciałem  się 

dowiedzieć, co się za nimi kryje. 

- I dowiedziałeś się? 
-  Polujecie  na  świadome  istoty  -  odpowiedział  Karrde.  -  Łamiąc  imperialne 

przepisy.  WyobraŜam  sobie,  Ŝe  nawet  teraz  urzędnicy  tego,  co  jeszcze  zostało  z 
Imperium, potraktowaliby was surowo, gdyby o tym wiedzieli. 

Gamgalon znów się uśmiechnął. 
- To źle sobie wyobraŜasz. Tak się składa, Ŝe gubernator Varonat doskonale wie, 

co  się  tutaj  dzieje.  Jego  udział  w  dochodach  jest  wystarczający,  Ŝeby  zagwarantować 
nam, iŜ polowania nie wzbudzą niczyich wątpliwości. 

Karrde zmarszczył brwi. 
-  Chyba  nie  przekupujesz  imperialnego  gubernatora  ochłapami  ścierwa 

morodinów? 

Opowieści z Imperium 

32 

-  W  rzeczy  samej,  nie  o  to  chodzi  -  powiedział  Gamgalon.  -  Ale  poniewaŜ 

polowania są idealną przykrywką dla sadzenia i zbioru plonów, ich kontynuowanie leŜy 
w jego najlepszym interesie. 

- Nie przekupisz go przecieŜ jagodami aleudrupiny - wtrącił się Tapper. - MoŜna 

je kupić na wolnym rynku po trzydzieści czy czterdzieści za paczkę. 

-  Ach!  Ale  nie  tej  aleudrupiny!  -  odparł  zadowolony  z  siebie  Gamgalon.  -  Ta 

odmiana  wzrasta  w  ziemi  przesączonej  śluzem  morodinów...  a  podczas  wzrostu  w 
jagodach zachodzą bardzo interesujące reakcje chemiczne. 

- To znaczy...? 
Falmal znów syknął. 
- Mój panie...? 
-  Nie  przejmuj  się  -  uspokoił  go  Gamgalon.  -  Przypuśćmy,  Talonie  Karrde,  Ŝe 

masz statek handlowy i dostarczasz na politycznie niestabilną planetę potrójny ładunek: 
retan-K,  triaxli  i  jagody  aleudrupiny.  Całkowicie  nieszkodliwe,  całkowicie  legalne, 
Ŝ

aden z towarów niewart jest podniesienia głosu ani przez imperialnych celników, ani 

przez  urzędników  Nowej  Republiki.  Statek  ląduje  bez  problemów  na  powierzchni 
planety, entuzjastycznie oczekiwany przez odbiorców towaru... którzy  niecałą godzinę 
później przypuszczają atak na swoich  wrogów politycznych czy  militarnych. UŜywają 
przy tym broni generującej ogień blasterowy równej mocy, co uzyskany tradycyjnie ze 
strzeŜonego jak oko w głowie gazu Tibanna. 

Karrde czuł, jak Ŝołądek zamienia mu się w bryłę lodu. 
- A jagody są katalizatorem? - spytał. 
-  Brawo!  -  potwierdził  Gamgalon.  -  Falmal  miał  rację.  Rzeczywiście  jesteś 

wystarczająco inteligentny, by stanowić dla nas zagroŜenie. Dokładniej rzecz biorąc, to 
pestki  jagód  katalizują  reakcję  powstawania  gazu  z  retanu  i  triaxli.  Sam  owoc  jest 
zupełnie zwyczajny i przeszedłby bezpiecznie przez kaŜdy test chemiczny. 

-  Safari  pozwala  zamaskować  zarówno  sadzenie,  jak  i  zbiory.  -  Karrde  pokiwał 

głową. - A znaczniki transponderowe pozwalają odnaleźć posadzone wcześniej krzewy. 
Zyski jak z przemytu broni, a ryzyko - Ŝadne. 

- Świetnie to pojąłeś - rozpromienił się Gamgalon. - Wiec zrozumiesz równieŜ, Ŝe 

nie moŜemy sobie pozwolić na Ŝaden przeciek, Ŝadne pogłoski na ten temat. 

Machnął ręką, na co jeden z pilotów wystąpił naprzód, pochylając się niezgrabnie, 

by podnieść sztucery, które upuścili Karrde i Tapper. 

- Oczywiście, Ŝe rozumiem  -  odpowiedział  Karrde. - MoŜe zastanowimy  się, jak 

dojść do porozumienia. Moja organizacja... 

- Nie będzie Ŝadnych rozmów  - przerwał Gamgalon. -  Ani Ŝadnych porozumień. 

Proszę tędy. 

Nagle  Tapper  rzucił  się  w  stronę  pilota,  wyrywał  mu  sztucer  i  dźgnął  go  lufą  w 

pierś.  Zanurkował  za  osłonę  najbliŜszego  drzewa,  obrócił  błyskawicznie  lufę  w 
kierunku  Gamgalona  i  Falmala...  i  runął  na  ziemię  w  półobrocie,  trafiony  dwoma 
pociskami  z  blastera,  wystrzelonymi  zza  grani  po  jego  prawej  stronie.  Jego  ciało 
wzdrygnęło się spazmatycznie, po czym znieruchomiało. 

background image

Peter Schweighoffer 

33 

-  Mam  nadzieję,  Talonie  Karrde  -  powiedział  Gamgalon  -  Ŝe  nie  okaŜesz  się  na 

tyle głupi, by stawiać opór w podobny sposób. 

Karrde  podniósł  wzrok,  wpatrzony  wcześniej  w  skurczone  ciało  Tappera,  i 

zobaczył trzeciego Krisha wychodzącego zza grani z karabinem wycelowanym w jego 
pierś. 

- A dlaczego by nie? - zapytał. - PrzecieŜ i tak mnie zabijecie. 
- Chcesz umrzeć juŜ tutaj? - odparował Gamgalon. - Tędy proszę. 
Karrde  wziął  głęboki  oddech.  Tapper  nie  Ŝył.  On  zaś  został  sam  i  był 

nieuzbrojony.  Morodiny  w  dolinie  zniknęły,  spłoszone  zapewne  odgłosami  ognia 
blasterów. 

Mimo  wszystko  nie  chciał  tu  umierać.  Nie,  dopóki  istniał  choć  cień  szansy,  Ŝe 

mógłby Ŝyć dość długo, by pomścić śmierć Tappera. 

- W porządku - westchnął. 
Dwaj piloci podeszli, wzięli go pod ramiona i wszyscy ruszyli naprzód. 
Karrde  nie  przypuszczał,  by  zamierzali  zabrać  go  z  powrotem  do  obozowiska  - 

słusznie,  jak  się  okazało.  Falmal  prowadził  ich  w  stronę  jednej  z  polan,  przez  które 
przejeŜdŜali po drodze do miejsca, gdzie rozbili obóz. Niewątpliwie właśnie tam czekał 
ś

migacz Gamgalona. 

- Jak zapewniasz sobie dystrybucję? - zapytał Karrde. 
- Radzę sobie bez twojej pomocy - odparł Gamgalon, oglądając się przez ramię. - 

Jak juŜ powiedziałem. 

-  Moja  organizacja  mogłaby  ci  się  jednak  przydać  -  zauwaŜył  Karrde.  -  Mamy 

kontakty wszędzie, gdzie... 

- Bądź łaskaw zamilknąć - przerwał mu Gamgalon. 
- Słuchaj, Gamgalon... 
Nagle za plecami usłyszeli głęboki, dudniący ryk. Echo powtórzyło go po chwili z 

obu stron.  

Grupa zatrzymała się gwałtownie. 
- Falmal? - rzucił ze złością Gamgalon. - Co to jest? Co tu robią morodiny? 
- Nie wiem - odpowiedział Falmal głosem, w którym zabrzmiała niepewność. - To 

zupełnie do nich niepodobne. 

Kolejny przeciągły ryk doszedł do nich mniej więcej z tego samego kierunku, co 

poprzedni. 

- MoŜe znudziła im się w końcu rola zdobyczy - zasugerował Karrde, rozglądając 

się wokół. - MoŜe tym razem one postanowiły zorganizować sobie safari. 

- Nonsens  - odburknął  Falmal. Sam jednak  nie przestawał  rozglądać się  na boki. 

Zaczynał się teŜ trząść. - Mój panie, proponuję, Ŝebyśmy ruszali. I to szybko. 

Znów zabrzmiał ryk morodina. 
- Falmal, bierz więźnia - rozkazał Gamgalon ponurym głosem i wyciągnął blaster 

spod tuniki. - Wy trzej - na boki i do tyłu. Strzelać do wszystkiego, co się rusza. 

Trzej  piloci  nieufnie  weszli  w  głąb  dŜungli,  kurczowo  trzymając  uniesione 

karabiny. Falmal zbliŜył się do Karrde’a i zamknął jego ramię w mocnym uścisku. 

- Szybko - syknął. 

Opowieści z Imperium 

34 

Gamgalon podszedł do Karrde’a z drugiej strony i cała trójka pospieszyła naprzód. 

Przed nimi,  między drzewami, Karrde widział juŜ lśniące odbłyski  słońca  na  kadłubie 
ś

migacza.  Usłyszeli  jeszcze  jeden  chór  morodinów,  tym  razem  dokładnie  zza  pleców. 

Dotarli do ostatniej linii drzew i juŜ mieli wyjść na polanę. 

...  gdy  nagle  Falmal,  z  trudem  łapiąc  rzęŜący  oddech,  puścił  ramię  Karrde’a, 

potknął się i runął jak drugi na ziemię. Z jego boku sterczała rękojeść noŜa. Gamgalon 
zawarczął i obrócił się szybko, szukając celu dla wyciągniętego w dłoni blastera. 

Nigdy  go  jednak  nie  znalazł.  Karrde  uchylił  się  odruchowo,  a  tunikę  Krisha 

rozerwał  na  strzępy  gwałtowny  rozbłysk  płomienia  od  cichego  strzału  blastera,  który 
ugodził go zgrabnie w samą pierś. Gamgalon upadł na plecy i więcej się nie poruszył. 

Karrde  odwrócił  się.  Sądził,  Ŝe  za  osłoną  drzewa,  które  minęli,  ujrzy  jednego  z 

pozostałych myśliwych. Jego domysły okazały się jednak niesłuszne. 

- No i co tak stoisz? - warknęła Celina Marniss, opuszczając lufę miniaturowego 

blastera, który trzymała w ręku. Minęła Karrde’a i skierowała się w stronę śmigacza. - 
Mój  śmigacz  jest  za  daleko.  Musimy  wziąć  ten.  Chyba  Ŝe  chcesz  poczekać,  aŜ  wróci 
reszta Kriszów. 

 
-  Zgrabnie  to  załatwiłaś  -  zauwaŜył  Karrde,  gdy  „Uwaniański  Kupiec”  przecinał 

wyŜsze  warstwy  stratosfery  Varonatu  w  drodze  ku  otwartej  przestrzeni.  -  Naprawdę 
wyjątkowo  zgrabnie.  ChociaŜ  muszę  przyznać,  Ŝe  jestem  trochę  rozczarowany. 
Wolałbym,  Ŝeby  to  faktycznie  były  morodiny,  które  postanowiły  pomścić  swoje 
krzywdy. 

Siedząca obok niego Celina prychnęła. 
- Biorąc pod uwagę, Ŝe morodiny najprawdopodobniej nie odróŜniłyby człowieka 

od  Krisha,  nie  mówiąc  juŜ  o  róŜnicach  między  poszczególnymi  osobnikami, 
powinieneś uwaŜać się za szczęściarza, Ŝe ich tam nie było. Wdeptałyby cię w ziemię 
tak samo jak Gamgalona i jego bandę. 

-  Najprawdopodobniej  tak  -  zgodził  się  Karrde.  -  Skąd  wzięłaś  nagrania  głosów 

morodina? 

- Gamgalon zabrał mnie kiedyś na safari - wyjaśniła Celina. - Wtedy jeszcze miał 

nadzieję, Ŝe uda mu się skaptować mnie do tej jego organizacji. 

- A więc jednak nie pracowałaś dla niego. Zastanawialiśmy się nad tym. 
-  Nie  lubię  Krishów  -  powiedziała  bezbarwnym  głosem.  -  Nawet  tym  uczciwym 

nie moŜna zbytnio ufać, a Gamgalona trudno uznać za uczciwego. Poza tym, oczekiwał 
ode mnie tylko szpiegowania w porcie. Niezbyt rozwojowe zajęcie. 

- Tym bardziej teraz - przyznał Karrde. - Więc kiedy juŜ byłaś w dŜungli, nagrałaś 

ryki morodinów? 

Wzruszyła ramionami. 
-  Pomyślałam,  Ŝe  warto  mieć  coś  takiego  pod  ręką.  I  jak  się  okazało  -  miałam 

rację. 

Spojrzała na niego. 
- Nawiasem mówiąc, jesteś mi winien za te trzy odtwarzacze. Nie są tanie. 

background image

Peter Schweighoffer 

35 

-  Jestem  ci  winien  znacznie  więcej  -  przypomniał  jej  trzeźwo  Karrde.  -  Ale 

dlaczego w ogóle poszłaś za nimi w dŜunglę? 

-  Och,  daj  spokój!  -  zaśmiała  się.  -  Sertze  i  Dtisha?  Nie  wspominając  o  statku 

zwanym „Uwaniański Kupiec”? Trochę to było wszystko za dowcipne. A pamiętam, Ŝe 
słyszałam  o  organizacji  przemytniczej,  której  szef  ma  upodobanie  do  dowcipnych 
gierek słownych. Zaryzykowałam więc. 

- I opłaciło się - podsumował Karrde. - ZasłuŜyłaś na  sporą nagrodę. Wymień ją 

tylko. 

Odwróciła się w jego stronę, by mu się przyjrzeć tymi swoimi zielonymi oczami. 
- Daj mi pracę - powiedziała. 
Karrde zmarszczył brwi ze zdziwienia. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał. 
- Jaką pracę? 
- Jakąkolwiek. Mogę być pilotem, Ŝołnierzem, ochroniarzem... 
- Mechanikiem od hipernapędu? 
-  Tym  teŜ  -  zgodziła  się  Celina.  -  Czegokolwiek  potrzebujesz,  mogę  się  tego 

nauczyć.  -  Wzięła  głęboki  oddech  i  powoli  wypuściła  powietrze.  -  Po  prostu  chcę 
znaleźć przyzwoite zajęcie. 

Karrde uniósł brwi. 
-  Masz  doprawdy  dziwne  poglądy  na  przemyt,  jeśli  uwaŜasz  to  za  przyzwoite 

zajęcie. 

- Uwierz  mi - powiedziała ponuro. - To jest przyzwoite zajęcie,  w porównaniu z 

tym, co robiłam do tej pory. 

-  Nie  wątpię  -  odparł  Karrde,  studiując  jej  twarz.  Uderzająca  twarz,  niezwykłe 

ciało. Piękna i kompetentna - jego ulubione połączenie. 

- Zgoda - odparł po chwili. - Dobiliśmy targu. Witaj na pokładzie. 
- Dziękuję - odpowiedziała. - Nie będziesz Ŝałował, Ŝe mnie zatrudniłeś. 
-  Na  pewno  nie  -  uśmiechnął  się  lekko.  -  A  skoro  juŜ  oficjalnie  mamy  ze  sobą 

pracować - wyciągnął do niej dłoń - nazywam się Talon Karrde. 

Uśmiechnęła się powściągliwie, ujmując jego rękę. 
- Miło mi, Talonie Karrde - powiedziała. - Nazywam się Mara Jade. 

 

Opowieści z Imperium 

36 

P R Ó B A   O G N I A  

 

Kathy Tyers 

 
 
 

 
 

Tinian  I’att,  wnuczka  i  dziedziczka  załoŜycieli  Zakładów  Zbrojeniowych  I’att, 

zmarszczyła  nos,  starając  się  nie  wciągać  powietrza  zbyt  głęboko.  Fabryczna  sala 
pokazów  śmierdziała  zwęglonym  mięsem  i  chemikaliami.  Po  zapachu  rozpoznała 
pięć...  nie,  siedem  substancji  chemicznych,  składających  się  na  potencjalnie  zabójczy 
koktajl.  Czasami  testowane  materiały  wybuchowe  detonowały  mocniej,  szybciej  lub 
wcześniej  niŜ  ktokolwiek  oczekiwał,  a  nawet  poczwórna  warstwa  transparistali  nie 
zapewniała całkowitej ochrony. 

Daye Azur-Jamin, stojący obok jej dziadka Strephana, oparł rękę na sięgającej do 

pasa  osłonie  antyblasterowej.  Szara  tunika  firmowa,  którą  miał  na  sobie,  potęgowała 
aurę  autorytetu,  jaką  emanował  męŜczyzna.  Podobnie  jak  przypięty  do  paska 
kierowniczy  komunikator.  Przedwcześnie  posiwiały  kosmyk  wyznaczał  środek  brwi 
Daye’a. 

- W zbroi szturmowca nie ma ewidentnych błędów konstrukcyjnych, ekscelencjo - 

powiedział, a Tinian nie  mogła nie podziwiać jego samokontroli. Wiedziała, jak Daye 
zapatruje  się  na  imperialne  koneksje  dziadka.  -  Ale  dobry  snajper  albo  idiota  z 
blasterem  wysokiej  mocy  mogą  trafić  w  słabsze  punkty.  Nasze  pole  sprawi,  Ŝe  zbroja 
stanie się całkowicie odporna. 

Imperialny  Moff  Eisen  Kerioth  postukiwał  o  dłoń  lśniącą  czarną  laską,  którą 

trzymał w drugiej ręce. Wysoki i chudy Moff Kerioth trzymał głowę mocno wysuniętą 
do  przodu  nad  piersią,  której  mundur  zdobił  zadziwiający  rząd  czerwonych  i 
niebieskich baretek. Daye, Tinian i jej dziadek spodziewali się, Ŝe na pokaz przyjedzie 
kilku doradców technicznych, moŜe paru Ŝołnierzy, ale na pewno nie sam Moff Sektora 
w  towarzystwie  eskorty  szturmowców.  Kerioth  utykał  na  lewą  nogę,  podpierał  się  od 
czasu do czasu swoją laską. 

-  To  brzmi  wspaniale,  mój  chłopcze.  Dlaczego  zatem  wasze  zerwigłówki 

stchórzyły? 

Stary  czarny  uniform  imperialnego  urzędnika,  który  miał  na  sobie  dziadek 

Strephan,  ostro  kontrastował  z  bielą  jego  gęstych  włosów.  Babcia  Augusta  ściskała 
nerwowo  w  palcach  rąbek  długiej  zielonej  sukni.  Lekarze  odkryli  u  niej  niedawno 
rzadki  syndrom  degeneracyjny,  który  -  nie  leczony  -  dawał  jej  tylko  kilka  miesięcy 

background image

Peter Schweighoffer 

37 

Ŝ

ycia.  Ani  w  Il  Avali,  ani  w  Ŝadnym  innym  mieście  na  Druckenwell  nawet  najlepsi 

bioimmunolodzy  nie  byli  w  stanie  zapewnić  babce  odpowiedniej  kuracji...  bardzo 
drogiej kuracji. Z tyłu za Augustą opierał się od niechcenia o ścianę ochroniarz rodziny 
I’att,  Wookie  zwany  Wrrlevgebev.  Wrrl  wymruczał  pod  nosem  krótką  uwagę.  Tylko 
Tinian, która znała jego język, mogła ją przetłumaczyć. 

Nie  zrobiła  tego,  choć  podzielała  pogardę  Wookiego  dla  tchórzliwych 

pracowników  demonstracyjnych.  Z  ręką  w  kieszeni  przebierała  palcami  po 
zgromadzonych  tam  drobiazgach:  skorupkach  orzechów  neka,  instrumentach  do 
konserwacji robotów i swym sekretnym talizmanie. 

Dziś będzie potrzebować wszystkiego, co moŜe przynieść szczęście. Jeśli Zakłady 

Zbrojeniowe  I’att  zdobędą  kontrakt  na  sprzedaŜ  osobistego  pola  ochronnego,  jej 
dziadek będzie mógł przejść na emeryturę, a ona i Daye przejmą fabrykę. 

Kerioth  wyprostował  ramiona  i  wyciągnął  szyję.  Szturchnął  Strephana  swoją 

laską. 

-  No  i  co,  I’att?  Kto  załoŜy  tę  zbroję?  Przejechaliśmy  kawał  drogi,  Ŝeby  to 

zobaczyć. 

Najwyraźniej dziadek Tinian znał Moffa kiedyś, przed laty. KaŜdy z nich wybrał 

swoją  drogę,  by  słuŜyć  Nowemu  Porządkowi:  Strephan,  chroniąc  imperialną  władzę, 
Kerioth zaś - sprawując ją. Kerioth skinął wykrzywionym palcem na Wrrla. 

- Ty, Wookie. Podejdź no tu. 
Wrrl  wywinął  wargi,  odsłaniając  ogromne  zęby,  a  z  jego  gardła  dobył  się 

modulowany  skowyt.  Kerioth  zaŜądał,  Ŝeby  podczas  jego  wizyty  Wookie  pozostawał 
nieuzbrojony, więc Wrrl był juŜ wystarczająco podenerwowany. Przez twarz Wookiego 
biegł  kosmyk  rdzawozłotego  filtra,  koloru  niemal  identycznego  jak  półdługie  włosy 
Tinian. Dziwne ubarwienie, jak na Wookiego. 

- Co on  mówi, Tinian? - śyłka do interesów dziadka  Strephana  uwidaczniała się 

między  innymi  w  sposobie,  w  jaki  odgadywał  i  wychodził  naprzeciw  oczekiwaniom 
Moffa. Kerioth wydawał się przy nim taki... 

Tinian spróbowała doścignąć dziadka w przenikliwości. Kerioth był nieokrzesany. 

I protekcjonalny. 

Spojrzała  na  elementy  zbroi  rozłoŜone  na  stole.  Osiemnaście  białych  modułów 

leŜało obok miękkiej tkaniny dwuczęściowego czarnego skafandra. Wrrl nie zmieściłby 
się w nim ani w samym polu ochronnym. 

-  Jest  za  wysoki,  ekscelencjo  -  przetłumaczyła.  -  Linie  pola  zbiegają  się  w 

maksimum  na  wysokości  jeden  koma  osiem  metra,  a  wszerz  -  na  szerokości  jednego 
metra. 

Moff Kerioth uniósł cienkie czarne brwi. 
-  I’att,  wyjaśnij  mi  jeszcze  raz,  dlaczego  twoja  wnuczka  uczestniczy  w  ściśle 

poufnym, zastrzeŜonym pokazie. 

Tinian  cała  się  zjeŜyła.  Mogła  być  niska  i  chuda,  ale  nie  była  dzieckiem.  Czy 

Kerioth nie zauwaŜył jej uniformu z naszywkami Zakładów? 

Dziadek połoŜył na jej ramieniu ciepłą dłoń. 

Opowieści z Imperium 

38 

-  Ekscelencjo,  Tinian  jest  nieocenionym  członkiem  naszego  zespołu.  Ma 

niebywałą smykałkę do materiałów wybuchowych. 

- Sir - dobiegły nagle przefiltrowane przez hełm słowa jednego ze szturmowców, 

stojącego  w środku drugiego rzędu foteli. - Jeśli Wookie jest za  wysoki,  moŜe ona by 
się nadała? 

Tinian  zbladła.  Ona  miałaby  zostać....  zerwigłówkiem?  Stanąć  w  falołapie  i 

pozwolić, by do niej strzelano? 

- Z jednej skrajności w drugą- zaŜartował Kerioth. - Nieoceniony członek zespołu, 

hę? 

Dziadek Strephan cofnął się w kierunku panelu kodowania. Mógł stamtąd opuścić 

osłony  antyblasterowe  z  poczwórnej  transparistali  pomiędzy  falołapem  a  czterema 
szerokimi rzędami wysuwanych, chronionych foteli. 

-  Hm...,  tak,  ale  przecieŜ  Tinian  nie  jest  członkiem  ochotniczego  zespołu 

demonstracyjnego. 

Kerioth podniósł się z fotela. 
- Ale zmieściłaby się. Czy masz całkowitą pewność, Ŝe twoja zbroja jest odporna 

na ogień blasterów? 

- Całkowitą - szepnął dziadek. 
- Więc udowodnij to. 
- Ale... nie. Zawołam robota liniowego. 
-  Dostrzegam  w  tym  pewien  brak  zaufania  do  skuteczności  skafandra.  -  Moff 

Kerioth skierował swą szyderczą uwagę w stronę szturmowców, ale Tinian wzięła ją do 
siebie. Dziadek Strephan i babcia Augusta muszą dostać się do tego pozaplanetarnego 
ośrodka  zdrowia.  Miłość  dodała  jej  odwagi.  I  nadziei.  Pole  działało.  Sama  widziała 
testy. 

- Dziadku? - podniosła rękę. - Zgadzam się. 
Dziadek Strephan, babcia Augusta i Daye otoczyli ją, mówiąc jedno przez drugie: 
- Zaczekaj... 
- Tinian... 
- Nie... 
Wrrl  przymknął  swe  ogromne  niebieskie  oczy  i  wydyszał,  Ŝe  Daye  z  postawy 

bardziej przypomina szturmowca niŜ ona. 

Tinian  wbiła  wzrok  w  Moffa  Keriotha.  ZałoŜyłaby  się,  Ŝe  jest  taki,  jak  pewien 

biurokrata  z  firmy  BlasTech,  którego  spotkała  kiedyś  na  przyjęciu  -  gdy  raz  coś 
zaproponował, nic innego go nie zadowoli. 

Uśmiech  Keriotha  przemieścił  się  powoli  z  jego  wąskich  ust  do  zimnych, 

ciemnych oczu. 

-  Bardzo  dobrze,  eee...  Tinian.  Prawdziwa  próba  perfekcjonizmu  waszych 

Zakładów. 

Nie  dając  sobie  czasu  na  zmianę  zdania,  Tinian  pociągnęła  Wrrla  do  stołu,  na 

którym leŜały porozkładane części zbroi. 

- PomóŜ mi to załoŜyć - zaŜądała. 

background image

Peter Schweighoffer 

39 

Jej  firmowy  uniform  bez  trudu  zmieścił  się  w  czarnym  kombinezonie.  Tinian 

wybrała pancerz, napierśnik i nagolenniki, w Ŝargonie zbrojmistrzów obrazowo zwane 
kubłem.  Z  tyłu  pancerza,  tam  gdzie  zwykle  umieszczano  plecak  ze  sprzętem,  roboty 
Zakładów  Zbrojeniowych  I’atta  zainstalowały  rozpraszacz  ciepła  i  generator  pola.  Na 
napierśniku lśnił pojedynczy przycisk kontrolny. 

Zdjęła  buty  i  wsunęła  nogę  do  nogawki  skafandra.  Nigdy  nie  słyszała  tak 

absolutnej ciszy. 

-  Dziadku...  -  zaproponowała-  ...powinniśmy  wyjaśnić,  w  jaki  sposób  skafander 

wzmacnia pole ochronne. 

- Tinian... - zaczaj Strephan błagalnym tonem. 
Zbyt długie nogawki skafandra tworzyły wokół jej nóg pofałdowane obwarzanki. 

Wyszarpnęła  ze  szlufek  wąski  pasek,  który  nosiła  przy  firmowym  kombinezonie,  i 
podwiązała nadmiar materiału. 

- Nauczyłam się swojej lekcji - nalegała Tinian. - Mogę mówić? 
Moff Kerioth oparł laskę na ramieniu. 
- AleŜ proszę - mruknął. 
Poczuła  do  niego  nieoczekiwaną  niechęć.  Daye  zawsze  twierdził,  Ŝe  lepiej  jest 

zginąć w szlachetnej sprawie niŜ Ŝyć z zysków z nieszlachetnej, i miała nadzieję, Ŝe to 
tylko  nerwy,  wyjące  z  głębi,  w  którą  je  zepchnęła  (aby  Daye  nie  mógł  jej 
powstrzymać), sprawiały, iŜ Kerioth nagle wydał jej się złowrogi. 

Daye  był  wraŜliwy  na  pole  energetyczne,  które  nazywał  Mocą.  Twierdził,  Ŝe 

wraŜliwość  na  Moc  nie  jest  dobrym  sposobem  zachowania  zdrowia  w  Nowym 
Porządku  Imperatora  Palpatine’a.  Ostrzegał  teŜ  Tinian  i  jej  dziadków,  Ŝe  Imperium 
potrafi stosować ostre represje wobec innych części galaktyki. Tinian nie wierzyła mu 
jednak.  Zakłady  Zbrojeniowe  I’att  od  lat  zajmowały  się  dostawami  dla  Nowego 
Porządku, czerpiąc z tego niezłe zyski. 

Naciągnęła  górną  część  skafandra.  Zebrawszy  luźne  fałdy  czarnej  tkaniny, 

opadające miękko wokół jej talii, wzięła głęboki oddech. 

-  Pole  ochronne  generuje  mikrowybuchy  antymaterii  przesunięte  w  fazie  w 

stosunku  do  fali  ognia  blasterowego  -  zaczęła.  -  Plamki  cersji,  wmontowane  w  ten 
supernowoczesny  skafander...  -  Tinian  podciągnęła  powyŜej  łokcia  luźny  rękaw.  - 
zwiększają natęŜenie pola. Jest to kluczowy element naszego systemu... 

- Cały system zbyt często okazywał się podatny na awarie - przerwał jej Kerioth 

podniesionym głosem. - Osiem lat temu eskortujących mnie szturmowców rozstrzelano 
na  strzępy.  Od  tego  czasu  stale  muszę  ciągać  to  za  sobą.  -  Uderzył  laską  o  swą  lewą 
nogę. - Dobrze się czujesz w tym skafandrze, dziecino? 

- Doskonale. - Wyprostowała ramiona. - Przykro mi z powodu pańskiej nogi. Czy 

mogę kontynuować? 

- AleŜ jak najbardziej. 
-  Wyeliminowaliśmy  słabe  punkty  -  oznajmiła  -  od  dawna  znane  w  kręgach 

Rebeliantów. Jestem gotowa, Wrrl. 

Wookie podniósł ze stołu napierśnik i nagolenniki. Babcia Augusta splotła drŜące 

dłonie  przed  sobą,  na  fałdach  sukni  barwy  świeŜej  zieleni.  Daye  zajął  pozycję  za 

Opowieści z Imperium 

40 

Tinian. Domyślała się, Ŝe gdyby się zawahała czy choćby lekko wzdrygnęła, zaŜądałby, 
aby to jego zakuto w zbroję. 

Dźwignęła cięŜki napierśnik. 
-  W  tę  część  pancerza  wbudowano  izolację  i  rozpraszacz  ciepła  -  wyjaśniła, 

podnosząc  tylną  osłonę,  Ŝeby  Moff  Kerioth  i  jego  eskorta  mogli  zajrzeć  do  środka. 
Czarny  rękaw  opadł,  zakrywając  drugą  dłoń.  Podciągnęła  materiał,  zwinęła  go  i 
upchnęła  ponad  łokciem.  -  Przez  kilka  mikrosekund,  zanim  pole  osiągnie  pełną  moc, 
zbroja  sama  pochłania  ciepło.  Izolacja  plus  rozpraszacz  niemal  całkowicie  eliminują 
poczucie dyskomfortu termicznego. 

- Tak mówią - głos Keriotha brzmiał sarkastycznie. 
Tinian  uznała,  Ŝe  nic  go  nie  zadowoli,  z  wyjątkiem  prezentacji  urządzenia  w 

działaniu.  Tylko  to  zrobi  na  nim  wraŜenie.  Tylko  wtedy  podpisze  z  Zakładami 
Zbrojeniowymi  I’att  najbardziej  lukratywny  kontrakt  w  historii  firmy.  Tysiące 
szturmowców będą potrzebować tej osłony. 

- PomóŜ mi, Wrrl. 
Wrrl umocował pancerz na jej piersi i plecach, zamykając z trzaskiem zapinki na 

ramionach.  Tinian  całkowicie  mu  ufała.  Pięć  lat  temu  natknęła  się  na  niego,  bitego 
przez  handlarza  niewolników.  Zakrwawione  kłaki  futra  zaśmiecały  ziemię  wokół 
ogromnego obcego. Tinian - wówczas zaledwie dwunastoletnia - rzuciła się do przodu, 
lekcewaŜąc  protesty  babci  Augusty  (zawsze  była  szybsza  niŜ  dziadkowie), 
zdecydowana uratować go od śmierci. Nie wiedziała wtedy, Ŝe stając w obronie Wrrla, 
zapracowała na jego dozgonną lojalność. 

Zbroja  na  ramionach  Tinian  odstawała.  Dziewczyna  poruszyła  ramionami,  Ŝeby 

fragmenty pancerza wskoczyły na swoje miejsce. 

Daye podniósł naramienniki swymi szczupłymi, wraŜliwymi dłońmi. 
- WłóŜ takŜe to - powiedział cicho. Pasmo siwizny przecinało czoło powyŜej brwi 

męŜczyzny.  Zgodnie  z  surowymi  przepisami  populacji  Il  Avali,  Tinian  i  Daye  byli 
uwaŜani za zbyt  młodych do zawarcia  małŜeństwa, dopóki nie zdołali dowieść swojej 
finansowej niezaleŜności. Daye był smukłym męŜczyzną o Ŝywych, brązowych oczach 
i wyglądzie mola ksiąŜkowego. Przybył do Il Avali, by rozpocząć samodzielne Ŝycie. 

Oficjalnie  pełnił  funkcję  zastępcy  młodszego  kierownika  Tinian,  nieoficjalnie  - 

stanowił  centrum  jej  wszechświata.  Pozwoliła  mu  zapiąć  naramienniki  na  swoich 
barkach.  Zwisały,  zakrywając  ramię  aŜ  do  łokcia,  zamykając  jej  ciało  wewnątrz 
luźnego,  niedopasowanego  pudła.  Przewody  pola  zagrzechotały  jeden  o  drugi,  kiedy 
odwracała się w stronę Daye’a. Gdyby tylko umiała go uspokoić... 

- Wiem, dlaczego to robisz. - Przysunął się do niej i spojrzał w oczy. - Nie podoba 

mi  się  to,  ale  rozumiem.  Nikomu,  kto  nazwie  cię  tchórzem,  nie  ujdzie  to  na  sucho.  - 
Ś

cisnął jej łokieć. - Niech Moc będzie z tobą, kochanie. 

Gdy  odsunął  się  do  tyłu,  przekręciła  kontrolkę  na  napierśniku.  Za  pierwszym 

razem, kiedy obserwowała pokaz działania pola, w tym właśnie momencie zaniepokoiła 
się. Pole nie syczało, nie bzyczało, nie błyszczało ani nawet lekko nie zamigotało. 

- Dziadku? 

background image

Peter Schweighoffer 

41 

Jakby  obudzony  ze  śmiertelnego  snu,  Strephan  podniósł  małą  lumę.  Tinian 

wyciągnęła  ramię.  Strephan  włączył  lumę.  Na  rękawie  Tinian  nie  pojawiła  się  jednak 
Ŝ

adna plama światła. 

-  Gdy  promienie  energii  napotykają  pole  antyenergetyczne...  -  zaczął  Strephan, 

odzyskawszy głos - pole uaktywnia się i wygasza ją. Wiemy teraz, Ŝe pole działa. 

-  Gotowa?  -  zapytał  Moff.  Jego  głos  był  spokojny,  jak  gdyby  zapraszał  ją  na 

obiad, a nie stawiał przed plutonem egzekucyjnym.  

Tinian  podeszła  do  falolapu.  Czuła  się  idiotycznie  w  ogromnym  kuble  zbroi, 

naramiennikach  i  za  duŜym  skafandrze.  Ściany  i  podłoga  durabetonowej  zapory 
falolapu  zbiegały  się  pod  ostrym  kątem,  by  wchłonąć  wybuchy  energii  o 
niewyobraŜalnej  mocy.  Niewielkie  wgłębienia  w  ścianach  były  świadectwem 
wcześniejszych pokazów. 

Przynajmniej  nie  czuła  juŜ  smrodu,  wypełniającego  salę  pokazową.  Nawet  bez 

hełmu przestała go odczuwać kilka minut temu. 

Daye  ze  zmarszczonym  czołem  stanął  blisko  barykady.  Tinian  wyprostowała  się 

dumnie  -  na  tyle,  na  ile  pozwalał  jej  niewysoki  wzrost  -  i  posłała  mu  blady  uśmiech. 
Wrrl stał na końcu sali, przy panelu kodowania. 

Kerioth machnął laską w kierunku trzech szturmowców. 
- Wy trzej - wycedził. - Karabiny. 
Szturmowcy  pomaszerowali  do  przodu.  Daye  miał  ręce  opuszczone  wzdłuŜ 

tułowia. Zazwyczaj trzymał jedną lub obie naraz wciśnięte do kieszeni. 

Tinian  spojrzała  na  blasterowe  rusznice  szturmowców.  Nie  były  to  lśniące 

nowością egzemplarze pokazowe, z jakimi zwykle miała do czynienia w fabryce. 

Daye spojrzał na najbliŜszego szturmowca. 
- Przygotować się - rzucił Moff. - Celujcie w słabe punkty. 
Kerioth  utkwił  wzrok  w  Tinian.  Wydął  wargi.  Najwyraźniej  sprawiało  mu 

przyjemność obserwowanie, jak rodzina I’attów poci się ze zdenerwowania. 

Wiedziała,  Ŝe  zbroja  działa.  Jednak  patrząc  w  lufy  wycelowanych  w  nią 

karabinów, momentalnie poczuła panikę. 

Twarz  Daye’a  natychmiast  odbiła  jej  przeraŜenie.  Zwrócił  się  w  kierunku 

najbliŜszego szturmowca i niepewnie spróbował chwycić za lufę. 

- Teraz! - rozkazał Kerioth. 
Trzy  cynobrowe  strumienie  energii  trafiły  ze  świstem  w  pierś  Tinian.  Zrobiła 

unik, ale nie była w stanie uchylić się dostatecznie szybko. śar oblał jej plecy i ramiona 
pomimo dodatkowej izolacji pancerza. Daye zamarł i patrzył z przejęciem. 

- Przerwać ogień! - Kerioth zakręcił laską. 
Tinian  wyprostowała  się,  odetchnęła  głęboko,  a  potem  uśmiechnęła  się  słabo  do 

Daye’a. Interes był praktycznie ubity. Wytrzymała, chociaŜ Ŝałowała, Ŝe nie udał jej się 
unik. 

Daye wsunął dłoń do kieszeni i zmarszczył czoło. Ta chwila paniki wystraszyła go 

pewnie bardziej niŜ ją samą. 

Kerioth wyjął komunikator z pochwy przypiętej do paska. 

Opowieści z Imperium 

42 

- Plutony trzeci, czwarty i piąty, opieczętujcie wejścia. Nikomu nie wolno opuścić 

budynku ani kontaktować się z nikim z zewnątrz. 

-  Bardzo  przepraszam...  -  Dziadek  Strephan  wystąpił  naprzód,  najwyraźniej 

równie zaskoczony jak Tinian. - Sir, co mają oznaczać te rozkazy? 

Moff Kerioth poklepał go po ramieniu końcem laski. 
- Moje gratulacje, I’att. Kupuję twój produkt. 
- Rozkazał pan zamknąć wejścia. 
Kerioth klepnął się po krzyŜu. 
-  Byłoby  bardzo  niefortunnie,  gdyby  elementy  wywrotowe  dowiedziały  się,  Ŝe 

udało  nam  się  stworzyć  dla  szturmowców  zbroję,  która  czyni  ich  niepokonanymi, 
nieprawdaŜ? 

Nam?- zaprotestowała Tinian w myślach.  
Babka Augusta przysunęła się do przodu, szeleszcząc suknią. 
-  Nasze  środki  bezpieczeństwa  zawsze  były  niezrównane,  ekscelencjo.  Nie  musi 

się pan obawiać o... 

- Naturalnie, a zatem... - ciągnął Moff Kerioth - rozumiecie, Ŝe powyŜej pewnego 

szczebla  kaŜdy,  kto  pracował  nad  tym  projektem,  musi  wrócić  ze  mną  do  systemu 
Doldur.  Taką  broń  naleŜy  produkować  w  ściśle  kontrolowanych  warunkach.  Nowy 
Porządek  kontroluje  Doldur  aŜ  po  ruchy  cen  Ŝywności.  To  najbezpieczniejsza  planeta 
do zaawansowanej produkcji zbrojeniowej. 

To  twoje  podwórko,  zrozumiała  nagle  Tinian.  Chcesz  przenieść  ją  tam,  gdzie 

mógłbyś mieć wszystko pod kontrolą.  

Dziadek przymknął powieki. 
-  Bardzo  mi  przykro,  ale  nasza  rodzina  nie  moŜe  podróŜować.  Augusta  wymaga 

opieki medycznej. 

Tinian ścisnęła palcami obszycie czarnego rękawa skafandra. 
- Po tylu latach cięŜkiej pracy zasługują na spokojną emeryturę - zaprotestowała. - 

Daye i ja jesteśmy przygotowani do kierowania fabryką. My... - zawahała się, po czym 
nagle podjęła decyzję. - Pojedziemy z panem  na  Doldur.  Ale dziadek i babcia udadzą 
się na Geridard. 

- Nie - odparł Kerioth. - Jedziecie ze mną na Doldur. Wszyscy. 
-  Sir...  -  odezwała  się  Augusta.  -  Przepraszam,  Ŝe  utrudniam  sprawy,  ale  nasze 

podanie  o  przyjęcie  do  Sanatorium  Geridard  zostało  juŜ  zaakceptowane.  Wpłaciliśmy 
im dziewięćdziesiąt tysięcy kredytów za doŜywotnią opiekę. 

Kerioth  odwrócił  się.  Podniósł  podbródek,  jakby  argumentacja  I’attów  była 

wypisana  na  suficie.  Kiedy  ponownie  zwrócił  się  w  ich  stronę,  znów  miał  na  ustach 
protekcjonalny uśmiech. 

- Więc nie pojedziecie na Doldur? Nie dacie się przekonać? 
-  Niestety,  sir,  to  niemoŜliwe.  -  Strephan  skrzyŜował  ramiona  na  piersi, 

zwracającej uwagę bogatymi zdobieniami czarnego uniformu. 

-  MoŜe  to  i  dobrze.  To  mi  pozwoli  rozwiązać  jednocześnie  problem  twoich 

kłopotów  zdrowotnych  i  twojej  emerytury.  -  Kerioth  machnął  laską  w  kierunku 
najbliŜszego szturmowca. - Bierz ich oboje. 

background image

Peter Schweighoffer 

43 

Zanim  Tinian  zrozumiała,  szturmowiec  uniósł  blasterową  rusznicę  i  dwukrotnie 

wypalił. Dziadek Strephan runął na durabetonową podłogę. Augusta westchnęła, zanim 
osunęła się na jego ciało. 

Nie poruszyli się więcej. Zbyt zszokowana, by zaprotestować, Tinian zakryła usta 

dłońmi. Daye ugiął kolana, gotowy rzucić się do przodu. 

- Dlaczego to zrobiłeś? - wyszeptał. 
Kerioth wycelował laskę w pierś Daye’a. 
-  Dopuszczę  was,  młodych,  do  tajemnicy  -  oświadczył.  -  Sponsorowałem  na 

Doldur  badania  nad  podobnym  antyblasterowym  polem  energetycznym.  Imperator 
Palpatine  będzie  mi  bardzo  wdzięczny,  kiedy  przedstawię  ten  wynalazek  jako 
własny...gdy  juŜ  usunę  z  drogi  osoby  niechętne  do  współpracy.  -  Wy  dwoje  jesteście 
skłonni współpracować? - zakończył bezbarwnym głosem. 

Dziadku!  Babciu!  Choć  ogłuszona  Ŝalem  i  przeraŜeniem,  Tinian  wiedziała,  Ŝe 

musi przeŜyć... by ich pomścić. Skinęła głową. Powiedz tak! błagała w duszy Daye’a. 

Wyprostował się powoli, ale nic nie powiedział.  
Kerioth wzruszył ramionami. 
- Kajdanki dla chłopaka! - rozkazał drugiemu ze szturmowców. - To, jak długo i 

jak wygodnie będziesz Ŝył, chłopcze, zaleŜy od tego, w jakim stopniu będziesz ze mną 
współpracował. 

Daye  zmienił  postawę,  stał  teraz  w  lekkim  rozkroku.  Jeden  ze  szturmowców 

doszedł  właśnie  do  pasa  pomieszczeń  gospodarczych.  Tinian  przeniosła  wzrok  ze 
szturmowca  na  Daye’a.  Daye  wskazał  jej  wzrokiem  szturmowca.  Kiedyś  nauczył  się 
trochę  samoobrony  od  Wrrla.  Umiał  poruszać  się  szybciej,  niŜ  ktokolwiek 
przypuszczał. 

Tinian zrozumiała jego gest. Musi odwrócić ich uwagę. 
Wrrl  zaryczał  tak,  Ŝe  wystraszył  nawet  Tinian.  Uderzył  panel  kodowania  swą 

wielką  łapą.  Transparistalowa  osłona  antyblasterowa  opadła  z  sufitu  i  uwięziła  w 
ś

rodku Keriotha i dwóch szturmowców. 

Ale  pozostało  jeszcze  czterech.  Wrrl  rzucił  się  w  kierunku  dwójki,  która 

blokowała wyjście, podniósł obu za ramiona i mocno zderzył ich ze sobą głowami. 

Tinian podskoczyła w stronę drzwi. 
- Biegnij na lewo! - krzyknął za nią Daye. - Wrrl, zostań z nią! 
Tinian  skręciła  w  lewo  i  spróbowała  biec.  Potknęła  się  o  jedną  z  opadających 

nogawek. Strzał z blastera zaświstał nad jej głową. Wrrl spróbował dźwignąć ją do góry 
długimi, kosmatymi ramionami. W miejscach, którymi jej dotknął, pozostała wypalona 
sierść. 

- Nie! - krzyknęła. 
Pole  w  nieprzewidziany  sposób  uszkadzało  Ŝywe  tkanki,  z  którymi  się  zetknęło. 

Tinian podniosła się z trudem. Wrrl przebiegł obok zaskoczonego robota serwisowego. 
Doszedł do niej swąd palonego futra. 

- Daye? - zawołała. - Wrrl, gdzie... 
Wrrl krzyknął w odpowiedzi coś o rozdzieleniu szturmowców. 

Opowieści z Imperium 

44 

Dobiegli do windy. Tinian wskoczyła na kratę jej podłogi. Winda jednak, zamiast 

uaktywnić się pod wpływem ruchu i unieść ich do góry, pozostała na miejscu. 

- Wyłączyli ją! - krzyknęła. 
Wrrl stanął przed nią, wyraźnie zapraszając, by wspięła się na jego plecy. 
Nie  było  innego  wyjścia  z  tej  pułapki.  Tinian  wyłączyła  pole  generowane  przez 

zbroję,  podskoczyła  i  zacisnęła  ręce  wokół  szyi  Wrrla.  Miała  nadzieję,  Ŝe  nikt  nie 
zacznie  do  nich  strzelać.  Przypalona,  zmatowiała  sierść  ocierała  się  o  jej  twarz. 
Napierśnik,  przystosowany  do  rozmiarów  przeciętnego  szturmowca,  wgniatał  się  w 
Ŝ

ołądek. 

Wrrl  podskoczył  w  górę  szybu  windy  i  wbił  w  durabetonowe  ściany  ogromne 

pazury - nie przyszło jej wcześniej do głowy, Ŝe Wookie w ogóle ma pazury! PotęŜne 
mięśnie napręŜyły się pod jej chwytem. Wsparła się kolanami o jego boki, starając się 
rozłoŜyć wagę, tak by go nie udusić. 

Wrrl  wytaszczył  oboje  na  główny  poziom.  W  ich  stronę  toczył  się  właśnie 

automatyczny ochroniarz - idealnie wywaŜona kula z czterema uzbrojonymi w blastery 
ramionami i skanerami umocowanymi na szczycie. Robot powtarzał bez końca: 

- Stój! Rzuć broń! Stój!... 
Tinian przełknęła ślinę i wzięła głęboki oddech. 
-  Rozpoznanie!  -  krzyknęła  ponad  ramieniem  Wrrla.  Jej  głos  powinien  wyłączyć 

automat... 

-  Potwierdzone  -  robot  zawrócił  w  miejscu.  Wycofał  się,  nie  przestając  nadawać 

swego komunikatu. 

Przez  południowo-wschodnie  drzwi  dla  obsługi  wpadało  światło  dnia.  Przy 

drzwiach  kucało  dwóch  szturmowców;  zaalarmował  ich  niewątpliwie  Kerioth  przez 
komunikator. 

- Nie ruszać się! - rozkazał jeden z nich. 
Tinian zsunęła się z pleców Wrrla i ponownie pstryknęła kontrolkę pola. Rzuciła 

się w ich stronę, zbyt podniecona płynącą w Ŝyłach adrenaliną, by się kulić czy choćby 
zrobić unik. 

Podczas  gdy  szturmowcy  strzelali  do  Tinian,  Wrrl  pędził  za  Tinian  na  swych 

długich,  kudłatych  nogach.  Doskoczył  do  nich  przed  dziewczyną,  cisnął  ich  ciała  na 
boki. 

Nigdy wcześniej nie miała okazji zobaczyć w całej pełni sił Wookiego. Przeraził 

ją. 

Za  drzwiami  dla  obsługi  znajdowały  się  dwa  chronione  polem  siłowym 

taśmociągi,  które  łączyły  wejście  z  główną  recepcją  Zakładów  Zbrojeniowych  I’att. 
Wrrl warknął zachęcająco. 

Tinian wskoczyła na jeden z pasów i ruszyła biegiem w stronę wolności i otwartej 

przestrzeni.  Nogawki  skafandra  opadały  wokół  jej  kostek.  Zwisały,  utrudniając  ruchy 
lecz  zarazem  chroniąc  nieco  stopy.  Złapała  fałdy  luźnego  materiału  nad  kolanem  i 
podciągnęła  do  góry.  Trochę  pomogło,  nie  mogła  jednak  wystarczająco  zgiąć  łokci, 
Ŝ

eby zrobić to naprawdę skutecznie. 

background image

Peter Schweighoffer 

45 

Zeskoczyła  z  taśmociągu  na  szary  durabeton.  Zakłady  otaczał  trzymetrowej 

wysokości  mur,  zwieńczony  pomostem  dla  straŜy  i  stanowiskami  cięŜkiej  artylerii. 
Tinian  spojrzała  w  górę  i  serce  w  niej  zamarło.  Kładką  nadbiegało  pięciu 
szturmowców,  trzech  z  północy  i  dwóch  z  zachodu.  Kierowali  się  do  naroŜnika  na 
wprost Tinian i Wrrla. 

Wtedy przypomniała sobie o talizmanie. 
-  Czekaj!  -  krzyknęła.  Spomiędzy  warstw  ubrania  wyplątała  mały  kawałek 

chepatytu, silnego materiału wybuchowego eksplodującego przy uderzeniu. Podwędziła 
ten kawałek pierwszego dnia, gdy dziadek (Dziadku! - jej umysł przeszył nagły krzyk 
rozpaczy) pozwolił je przepracować całą zmianę. Niemądra pamiątka i zapewne niezbyt 
bezpieczna, ale Tinian nie była dość silna, by rzucając chepatytem, zdetonować go. 

Co innego Wrrl. 
- Łap! - krzyknęła. - Rzuć tym... o, tam! - wskazała na ogromne działo stojące w 

naroŜniku muru. - Potem kryj się! 

Wrrl  obnaŜył  kły,  chwycił  kulkę  chepatytu  i  cisnął  z  całej  siły.  Pot  pociekł 

ciurkiem po plecach Tinian. Za chwilę się upiecze... 

Kurz,  Ŝwir  i  durabetonowe  głazy  eksplodowały  we  wszystkich  kierunkach.  Tam, 

gdzie  jeszcze  przed  chwilą  stało  działo,  pojawiła  się  wyrwa  w  murze.  Tinian  ruszyła 
sprintem  w  tę  stronę.  Jej  ramiona  i  plecy  znów  oblała  fala  gorąca.  Z  tyłu  musieli 
nadbiec kolejni szturmowcy. 

Osypisko gruzu miało ze dwa metry wysokości. Wrrl popędzał ją, kiedy wspinała 

się na górę. 

Tinian szarpnęła kłąb tkaniny, usiłując wgramolić się na górę. 
- Jak... cięŜko... jesteś... ranny...? - wysapała. 
Ryknął lekcewaŜąco. 
- Wrrl...potrzebujesz... lekarza... 
Potrząsnął tylko głową i biegł dalej. 
Tinian wdrapała się na szczyt osypiska. Strzał z blastera ze świstem przeleciał nad 

jej prawym naramiennikiem. Strzał z zewnętrznej strony muru! Tinian zatoczyła się do 
tyłu, wpadając w ramiona Wrrla. 

Wrrl ryknął zdumiony. Znowu go przypaliła? 
Odsunął  ją  na  bok,  złapał  durabetonowy  głaz  i  zepchnął  na  szturmowca,  który 

strzelił  do  nich  zza  muru.  Potem  szczeknął  łagodnie  do  Tinian,  zachęcając  ją  do 
wyjścia. 

Nadlatująca z tyłu kula trafiła go. Zaryczał. 
- Nic ci nie jest? - krzyknęła Tinian. 
Zacharczał i wskazał ręką na zewnątrz muru. 
- Bez ciebie nie idę! 
LekcewaŜąc pole ochronne skafandra szturchnął ją wielką łapą. Tinian zeskoczyła 

w dół osuwiska gruzu, przeturlała się i spojrzała w górę. 

Wrrl stał, zasłaniając sobą wyrwę w murze. Kolejny strzał trafił go w bok. Zawył i 

obrócił się, a potem zatoczył się w kierunku szturmowców wewnątrz muru obronnego. 

Opowieści z Imperium 

46 

Zdruzgotana  Tinian  szła  z  trudem,  potykając  się  przy  kaŜdym  kroku,  przez 

zachwaszczony  pas  nieuŜytków  otaczający  Zakłady  Zbrojeniowe  I’att.  Była  to  strefa 
bezpieczeństwa,  stworzona  na  wypadek  awarii  w  Zakładach  i  jednocześnie 
umoŜliwiająca straŜnikom na murach obserwację osób oraz pojazdów, które wjeŜdŜały 
na ich teren. 

Dlaczego jej nie ścigają? CzyŜby Wrrl powstrzymał wszystkich? 
W  swoim  skafandrze,  wyposaŜonym  w  rozpraszacz  ciepła,  świeciłaby  w 

podczerwieni jak latarnia. Łatwo byłoby ją przyszpilić ogniem cięŜkiej artylerii. Pewnie 
Moff Kerioth właśnie dzwoni do kosmoportu Avali. 

Jak mogła tak się mylić co do Imperium? Kiedy się aŜ tak zmieniło? 
Pole chwastów kończyło się  przy rozsypujących się durabetonowych budynkach, 

tworzących  jakby  wyszczerbione  ogrodzenie.  Tinian  wyłączyła  generator  pola 
klepnięciem  dłoni  w  kontrolkę  i  potykając  się,  ruszyła  w  stronę  opuszczonego 
magazynu.  Drzwi  budynku  wisiały  przekrzywione.  Dwaj  bezdomni,  moŜe  nawet 
ludzkiej rasy, wczołgali się głębiej w mroczne cienie wnętrza magazynu. 

Tinian  spróbowała  sobie  wyobrazić,  jak  musi  wyglądać  w  ich  oczach:  niczym 

korpus  nieuzbrojonego  szturmowca  bez  hełmu?  Ominęła  magazyn  i  pobiegła  dalej, 
skręcając jeszcze dwukrotnie pomiędzy domami. Nie znalazła jednak lepszej kryjówki. 
Ś

ciągnęła  przez  głowę  luźne  kawałki  zbroi  i  wypełzła  z  czarnego  skafandra  jak  gad 

zmieniający  skórę.  JuŜ  miała  zostawić  skafander  i  zbroję,  gdy  uderzyła  ją  myśl 
silniejsza  od  strachu:  Moff  Kerioth  tak  bardzo  chciał  zdobyć  tajemnicę  pola 
ochronnego,  Ŝe  gotów  był  dla  niej  zabić.  Musi  wykorzystać  pole  tak,  Ŝeby  Eisen 
Kerioth na tym ucierpiał. 

Wygrzebała  z  jednej  z  licznych  kieszeni  kombinezonu  wibroostrze.  Skrupulatnie 

wyłuskała  kluczowe  elementy  urządzenia  z  napierśnika:  trzy  elektroniczne  c-płytki, 
kontrolkę i obwody, a potem z pancerza: izolację i sam generator. 

Kątem  oka  dostrzegła  ruch  nad  głową.  Cichy  ślizgacz  repulsorowy  mknął  nad 

dachami magazynów. 

Tinian skuliła się w cieniu najbliŜszego budynku. Drobne podzespoły wetknęła do 

kieszeni  razem  z  wibroostrzem.  Potem  zebrała  resztę  wymontowanych  części.  Kiedy 
biegła  boso  za  róg  budynku,  nadepnęła  na  coś  ostrego  i  omal  nie  upadła  na  stertę 
ś

mieci, gotowych do zebrania przez roboty porządkowe. 

To  nasunęło  jej  pewien  pomysł.  Utykając,  wróciła  do  pozostawionych  resztek 

zbroi.  Wcisnęła  fragmenty  pancerza  do  skafandra,  który  wepchnęła  pod  stos  śmieci, 
gdzie  trudniej  było  go  zauwaŜyć.  Potem  pokuśtykała  dalej,  w  głąb  niebezpiecznych 
dzielnic rozrywki Il Avali. 

Gdzieś  niedaleko  musi  być  Lądowisko  Szczęściarza.  Razem  z  Daye’em 

odwiedzali  czasem  ten  bar,  przebrani  dla  niepoznaki  w  robotnicze  kombinezony, 
szukając  dobrej  muzyki  i  palącego  podniebienie  jedzenia.  Łut  szczęścia  i  adrenalina 
doprowadziły  ją  tam  po  zaledwie  jednym  niewłaściwym  zakręcie.  Zatrzymała  się  w 
drzwiach,  po  czym  zanurkowała  w  ciemne  wnętrze,  nie  dając  sobie  czasu  na 
przystosowanie  wzroku  do  panującego  w  nim  półmroku.  Wnętrze  okazało  się  prawie 
puste. Późne popołudnie nie było nigdy porą szczytu u Szczęściarza. 

background image

Peter Schweighoffer 

47 

Potknęła się o ławkę. Osunęła się na nią, wyczerpana i zawstydzona. Musi opuścić 

Druckenwell, jedyny świat, jaki dotąd znała. 

Ale jak? Sama? Wiedziała, Ŝe Daye przyjdzie tu, Ŝeby się z nią spotkać, jeśli tylko 

zdoła. 

Przełknęła  śliną  przez  zaschnięte  gardło.  Nie  mogła  uŜywać  rachunku 

kredytowego.  Sięgnęła  ręką  do  trzeciej  kieszeni  kombinezonu  i  znalazła  kilka 
kredytów, wartych tyle, co szklanka elbańskiej zimnej wody. Rzuciła Ŝetony na stół. 

Potem oparła spocone czoło na dłoniach i spróbowała pomyśleć. Nie zaszłaby tak 

daleko, gdyby Kerioth nie wysłał większości swych szturmowców w pościg za Dayem. 
A zatem  Daye zapewne został uwięziony. (Znów załkała  w myślach: Daye! Wrrl, och 
Wrrl!). 

Z  drugiej  strony,  to  ona  miała  na  sobie  bezcenny  skafander.  To  ją  powinni  byli 

wszyscy ścigać. 

Ale  przecieŜ  Daye  był  współtwórcą  pola  antyenergetycznego.  Potrzebowali  go 

Ŝ

ywego. Kerioth na pewno ścigał ich oboje. 

 
Daye  Azur-Jamin  rozpłaszczył  się  na  podłodze  wąskiego  tunelu,  wstrzymując 

oddech. W pierwszych chwilach bitwy strzał z blastera trafił go w lewe udo. Pulsujący 
ból ustąpił kilka minut temu. Teraz noga sprawiała wraŜenie martwej. 

Trzy pary białych butów przemknęły obok, za włazem do szybu. 
Prędzej czy później - znajdą go. 
Daye minął właz i czołgał się dalej, w stronę centrum Zakładów. 
Za pomocą miniaturowego komunikatora złapał częstotliwość dowodzenia Eisena 

Keriotha. Biedny Wrrl w pełni spłacił swój dług Ŝycia wobec Tinian, umoŜliwiając jej 
umknięcie  pogoni,  ale  Kerioth  -  który  wydostał  się  z  transparistalowej  klatki, 
przechodząc  ze  szturmowcem  przez  permutacje  kodu  -  zaŜądał  przysłania  ślizgacza 
repulsorowego. Szybko złapią Tinian, jeśli nie uda mu się odwrócić ich uwagi. 

Komunikator umoŜliwiał Daye’owi podąŜanie za oddziałami szturmowców, które 

go  szukały.  Kerioth  kazał  wszystkim  pracownikom  opuścić  teren  fabryki,  zamierzał 
bowiem  uŜyć  skanerów  na  podczerwień,  więc  im  mniej  śladów  ciepła  byłoby  w 
fabryce, tym lepiej. 

A  zatem  wyścig.  Sieć  energetyczna  Zakładów  Zbrojeniowych  I’atta  leŜała  pod 

polem  siłowym,  na  otwartym  powietrzu.  Budynki  Zakładów  usytuowano  wokół  na 
planie  kwadratu.  Daye  był  w  stanie  w  ciągu  pół  godziny  doczołgać  się  do  głównego 
generatora. W ciągu następnych dwóch minut mógł podłączyć pole siłowe do sieci. W 
ten sposób wysadziłby całe Zakłady w powietrze. Daye wzdragał się przed naraŜaniem 
Ŝ

ycia postronnych osób, ale nie miał innego wyjścia. 

Pewnie  nie  zdoła  się  uratować.  Ale  przynajmniej  Eisen  Kerioth  nie  wykradnie 

I’attom  planów  pola  antyenergetycznego  -  owoców  pracy  Daye’a  i  Strephana  -  i  nie 
ucieknie z nimi. 

Nikt nigdy nie dowie się, co Daye zrobił - nikt z wyjątkiem Tinian. Ona znała go 

zbyt dobrze, by się nie domyślić. 

 

Opowieści z Imperium 

48 

- Kogo ja widzę! Witaj, księŜniczko Tinian. 
PrzeraŜona  Tinian  zerwała  się  na  równe  nogi.  Odetchnęła  z  ulgą,  gdy  zobaczyła 

obok  dwoje  znajomych.  Występująca  aktualnie  w  Lądowisku  Szczęściarza  gwiazda 
piosenki,  Twilit  Hearth,  miała  na  sobie  ekstrawagancką,  lśniącą  szafirową  suknię.  Jej 
towarzysz, Sprig Cheever, dumnie nosił krótką, schludną kozią bródkę i niezwracający 
uwagi strój. Postawił przed Tinian szklankę elbańskiej wody. 

Tinian otarła łzy z oczu i łapczywie wypiła wodę. 
Twilit dotknęła jej ramienia. 
- Hej, co się stało? 
-  Ja...  -  Tinian  przełknęła  ślinę.  Potrzebowała  sojuszników,  a  Daye,  trafnie 

odczytujący  intencje  obcych,  lubił  tych  dwoje.  -  Muszę  się  ukryć.  Mam  powaŜne 
kłopoty. 

- Hej, to chyba nie ta bit... 
- To szturmowcy. Zamknęli fabrykę. 
- Nie... - wyszeptała Twilit. - A gdzie jest... no wiesz, twój ksiąŜę? 
- Nie wiem - jęknęła Tinian.  
Twilit wzięła ją pod łokieć. 
- Chodź ze mną. Nie mamy czasu do stracenia. 
Twilit poprowadziła Tinian przez ciemny, zagracony korytarz na tyłach kuchni, a 

potem w górę schodami do małej, ciasnej sypialni-garderoby. 

-  Twilit,  dziękuję,  ale...  -  zaoponowała  Tinian  -  oni  na  pewno  przeszukają  to 

miejsce. 

PołoŜyła  wszystkie  swoje  cenne  rzeczy  pod  starą  półkę  na  buty  i  przeraziła  się. 

Wymontowała przecieŜ z panelu sterowania zbroi trzy c-płytki. Teraz miała tylko dwie. 

-  Ukryjemy  cię  na  widoku.  -  Twilit  chwyciła  lśniącą  czerwoną  suknię.  -  Ale 

musimy się spieszyć. WłóŜ to szybko na siebie. 

Zgubiła  jedną  c-płytkę!  Skup  się,  Tinian!  Po  pierwsze  musisz  przeŜyć!  Tinian 

przyjrzała  się  okrągłościom  Twilit,  a  potem  zerknęła  na  własny  kombinezon  - 
najmniejszy rozmiar. 

- Twilit, przecieŜ to na mnie... 
- Masz tylko kilka minut - przerwała jej piosenkarka. - Zamierzasz wejść im pod 

lufy w tym kombinezonie? 

Tinian  wyślizgnęła  się  ze  skafandra  i  ubrała  się  w  fantazyjną  kreację.  Ku  jej 

zdumieniu,  we  wszystkich  strategicznych  miejscach  sukni  wszyto  poduszki. 
Piosenkarka  miała  ciało  nie  bardziej  ponętne  niŜ  Tinian.  Spojrzała  w  jedyne  lustro  w 
pokoju. Wyjrzała z niego jej twarz nad ciałem obcej osoby. 

- Nieźle - powiedziała piosenkarka. - Ale moŜe być jeszcze lepiej. 
Potoczyła po podłodze w stronę Tinian parę butów i poszperała w wystrzępionym 

worku. 

- Zakładam, Ŝe umiesz śpiewać. 
-  Nie  tak  dobrze  jak  ty.  -  Tinian  wsunęła  pantofle  na  nogi.  Były  wprawdzie  za 

duŜe, ale zawsze to jakaś ochrona dla pulsujących bólem stóp. 

background image

Peter Schweighoffer 

49 

-  Większość  imperialnych  nie  odróŜniłaby  śpiewu  wróbla  od  grzmotu  chmury 

crupa.  Znasz  wszystkie  moje  piosenki  -  widziałam,  jak  ruszasz  ustami,  kiedy  je 
ś

piewam. - Twilit otworzyła słój i rozmazała coś na twarzy Tinian. NałoŜywszy jeszcze 

kilka  warstw  makijaŜu  i  nastroszywszy  włosy  Tinian  kilkoma  szybkimi  szarpnięciami 
szczotki, oznajmiła: - Koniec przerwy, księŜniczko. Idź i pokaŜ im, co umiesz. 

Tinian ponownie rzuciła okiem w lustro. Zobaczyła w nim obcą osobę. 
- Dlaczego to robisz? - zapytała. Usta nieznajomej w lustrze poruszały się, kiedy 

Tinian wypowiadała te słowa. 

Obok  obcej  twarzy  pojawiła  się  Twilit.  Ogień  zalśnił  w  jej  niebieskich  oczach  - 

tego samego koloru, co jej własne, zauwaŜyła Tinian. 

- Imperium i ja mieliśmy pewne nieporozumienie, cztery czy pięć systemów temu 

- wyjaśniła Twilit.- A teraz wychodź na scenę. 

- Ale ty... 
- Jestem śmiertelnie chora. Nie  mogłabym zaśpiewać  nawet jednej nuty przez co 

najmniej godzinę. Idź juŜ. Cheeve i Yccakic ci pomogą. 

Tinian  schodziła  po  schodach  na  miękkich  nogach.  Teraz,  gdy  jej  oczy 

przystosowały  się  do  panującego  we  wnętrzu  mroku,  mogła  dostrzec  wnętrze  lokalu. 
Dwaj  ludzie  siedzieli  przy  jednym  ze  stolików,  przy  barze  zaś  -  Devaronianin.  Na 
jasnej,  trójkątnej  scenie  wzniesionej  ponad  poziomem  stolików  przykucnął  Sprig 
Cheever. Rozprostował palce nad czarnymi, białymi i zielonymi klawiszami KeyBedu, 
zza  którego  ledwo  go  było  widać.  Drugi  członek  zespołu,  Yccakic  z  rasy  Bithów, 
szarpał  pięć  strun  swojego  kontrabasu,  dostrajając  instrument  pokrętłami  długiego, 
prostego gryfu. Redd Metalflake, samodzielny automat do obróbki dźwięku, siedział z 
tyłu i skubał głośno swe obwody. 

- Mam..., śpiewać - wychrypiała Tinian. - Twilit źle się czuje.  
Cheever posłał jej przez scenę zawadiacki uśmiech. 
- Dobra jest. 
Tinian  wspięła  się  na  scenę  i  stanęła  u  jego  boku.  Zagrał  dwa  akordy,  które 

rozpoznała - „Wszystko, co mogę zrobić” - zebrała więc całą odwagę, na jaką było ją 
stać  i  zaczęła  śpiewać.  Teraz,  kiedy  nie  musiała  juŜ  uciekać,  wszystkie  jej  myśli 
absorbował  Daye.  Jak  mogła  śpiewać,  podczas  gdy  on  był  w  śmiertelnym 
niebezpieczeństwie? Jeśli w ogóle jeszcze Ŝył... 

Zupełnie bez ostrzeŜenia w drzwiach frontowych Lądowiska Szczęściarza stanęło 

dwóch  szturmowców.  Tinian  przełknęła  ślinę.  Wypadła  z  rytmu  i  musiała 
improwizować słowa piosenki, Ŝeby pokryć swój błąd. Jeden ze szturmowców spojrzał 
na  nią. Natychmiast jednak odwrócił  wzrok  w  inną  stronę. Poczuła ulgę, ale i  ukłucie 
bólu. CzyŜby była aŜ tak nieatrakcyjna w swojej prawdziwej postaci? 

Szturmowcy przeciskali się od stolika do stolika. Przeszli właśnie do kuchni, gdy 

budynek zadrŜał w posadach od nagiego wstrząsu sejsmicznego. Goście wślizgnęli się 
pod stoły. Tinian zachwiała się. Próbowała uchwycić się czegokolwiek, aŜ natrafiła na 
wyciągnięte ramię Yccakicka. 

- Ze sceny! - zarządził Cheever. Yccakic odłoŜył kontrabas i poprowadził Tinian 

w dół czystymi, wąskimi schodkami, a potem w zapadający mrok ulicy. 

Opowieści z Imperium 

50 

Niebo  na  północy  rozjarzyły  trzy  gigantyczne  kule  ognia,  rosnące  nad  ziemią 

dokładnie tam, gdzie znajdowały się Zakłady Zbrojeniowe I’att. 

Obaj szturmowcy wypadli z Lądowiska Szczęściarza. Nie oglądając się za siebie, 

pobiegli  w  górę  ulicy.  Jeden  z  gości,  który  wyszedł  za  Yccakickiem  na  ulicę,  uniósł 
pięść w kierunku ognistych kul na niebie. 

- Precz z bogaczami! - zawył. - Precz z Imperium! Niech Ŝyje anarchia! 
- Hej! - wygulgotał Yccakic. - Dobrze się czujesz, mała? 
Tinian słyszała tylko dzwonienie w uszach. Kontury jej pola widzenia zaczęły się 

rozmywać, aŜ mgła przesłoniła cały obraz.  

Zemdlała. 
 
TuŜ  przed  świtem  do  Lądowiska  Szczęściarza  trafił  krzepko  wyglądający 

nieznajomy.  Tinian,  wciąŜ  w  stroju  Twilit,  osunęła  się  na  ławkę  obok  Cheevera. 
Przybysz  zaŜądał  Oddechu  Wojaka,  wychylił  duszkiem  pełną  szklanicę  słodkiego, 
zielonoŜółtego napitku i rozejrzał się w poszukiwaniu towarzystwa. ZauwaŜył Tinian i 
Cheevera i zataczając się, podszedł w ich stronę. 

- To powinno pomóc - oświadczył. - Całą noc babrałem się w gruzach. 
- A co się dzieje? - Cheever od niechcenia połoŜył rękę na ramieniu Tinian. 
- Przez cztery godziny łapałem zbiegów dla Imperium. Dowódca oddziału zebrał 

do kupy wszystkich mięśniaków w mieście. 

- Ale po co? 
-  Mieliśmy  przeczesać  Zakłady  Zbrojeniowe  I’atta,  czy  co  tam  jeszcze  z  nich 

zostało, i znaleźć kaŜdego, kto przeŜył. 

Lokal zawirował wokół Winian. 
- I co, znaleźliście kogoś? - Cheever ścisnął ją za ramię. 
Osiłek potrząsnął głową. 
- Udało nam się zidentyfikować tylko resztki śmigacza Wielkiego Mofra. Nic po 

za  tym.  Totalna  klapa.  Wyglądało  mi  to  na  robotę  od  środka.  -  Beknął  i  wyszczerzył 
zęby  w  uśmiechu.  -  Jakiś  stuknięty  kamikaze  musiał  baaardzo  chcieć  sprzątnąć  coś 
sprzed nosa Imperium. - Uniósł szklankę w milczącym hołdzie. 

Tinian  patrzyła  przed  siebie  niewidzącym  wzrokiem.  Daye...  nie  Ŝyje?  A  te 

wszystkie obietnice... złamane? 

Nie tylko Daye, ale i dziadek, babcia i Wrrl. 
Całe jej Ŝycie. 
Straciła poczucie czasu. Kilka godzin później zespół odbył naradę w pokoiku nad 

kuchnią. 

- Czas opuścić Druckenwell. - Cheever ułoŜył swe długie nogi na starym kufrze. - 

To miejsce robi się dla mnie za gorące. 

- Dla mnie teŜ - wtrąciła Twilit. 
-  Nigdy  nie  uda  nam  się  stąd  uciec  -  lamentował  metalicznym,  jednostajnym 

głosem  Redd  Metalflake,  którego  Cheever  wtaszczył  na  górę  i  ustawił  na  podłodze.  - 
Wszyscy zawsze czepiają się muzyków. 

Twilit skrzyŜowała ramiona. 

background image

Peter Schweighoffer 

51 

- WyjeŜdŜamy - powiedziała stanowczo. - Ostatnim razem, kiedy zignorowaliśmy 

radę Cheevera, omal nie straciliśmy instrumentów w poŜarze apartamentu. Czy posłali 
kogoś za nami, Cheeve? 

- Na razie nie. 
Tinian ledwie słuchała. Była w szoku. Nic mnie juŜ nigdy nie dotknie. Nic. I nikt. 

Nigdy. 

Przez maleńkie wargi Yccakicka przebiegła seria skurczy. 
-  Czy  ktokolwiek  z  was  wyglądał  na  zewnątrz?  Mamy  nad  Il  Avali  cały  dywan 

poduszkowców.  StraŜe  będą  podwojone.  A  kontrola  celna  wzmocniona  nawet 
trzykrotnie. A przecieŜ obiecaliśmy Tinian, Ŝe... 

- Uda nam się - oświadczył proroczo Cheever. 
Twilit odchrząknęła. 
- Przeróbcie dla niej mój identyfikator. Ja się tu przyczaję na kilka dni. 
Cheever uniósł brwi.  
Twilit wzruszyła ramionami. 
- Jeśli Comus jest w stanie podrasować mój identyfikator, tak Ŝeby się nadawał dla 

Tinian, to moŜe teŜ bez trudu załatwić mi fałszywkę. Poradzę sobie. 

Cheever poskubał swą krótką brodę. 
- To się moŜe udać. Tylko ten twój, hmm... bagaŜ, księŜniczko. Nie sądzę, byśmy 

mogli ryzykować jego wynoszenie pod nosem imperialnych celników. 

To przerwało wewnętrzne rozterki Tinian. Nawet bez jednej c-płytki te fragmenty 

mogły komuś pomóc odtworzyć generator pola antyenergetycznego. 

-  Chwileczkę...  -  zaczęła  błagalnym  tonem.  -  Celnicy  nie  będą  mieli  pojęcia, jak 

powinny wyglądać wasze instrumenty, prawda? 

Twilit wzruszyła ramionami. 
- To muzyczni analfabeci - przyznała. - Do czego zmierzasz? 
-  Mam  to  w  kawałkach  -  wyjaśniła  Tinian.  -  Przymocujcie  je  do  waszych 

instrumentów! 

Cheever pogładził bródkę. 
-  Taak  -  powiedział  przeciągle.  -  Większość  z  nich  da  się  zamontować  tak,  by 

wyglądała na bebechy KeyBedu. 

-  Ja  mogę  sobie  gdzieś  przyczepić  jedną  czy  dwie  c-płytki  -  oświadczył  Redd. 

Głęboki pogłos dodał pewności jego deklaracji. 

Tinian  zastanawiała  się,  czy  nie  zwariowała.  Nie  dbała  o  to,  czy  przeŜyje  czy 

umrze, ale uparła się, Ŝeby przewieźć transmiter pola przez kontrolę celną. 

- Czy nie byłoby bezpieczniej wywieźć to z Druckenwell beze mnie? Jeśli złapią 

mnie z identyfikatorem Twilit, wszystkich nas ześlą do kopalni przyprawy. 

Twilit delikatnie pogładziła włosy Tinian. 
-  Znamy  pewnych  ludzi  poza  planetą  -  powiedziała.  -  Ludzi,  którzy  potrafią  to 

wykorzystać przeciwko Imperium. Ci ludzie chętnie porozmawiają z księŜniczką I’att. 
Gwarantuję. 

 
Trzasnęły drzwi. 

Opowieści z Imperium 

52 

- Była tam, a jakŜe - oświadczył Woyiq. 
Daye wzdrygnął się. Gromki głos osiłka wbijał się jak sztylet w jego ranną głowę. 
Drugi z ludzi - a moŜe Gotal? Daye nie miał siły zogniskować wzroku - odwrócił 

się, by uciszyć wchodzącego. 

- Hej, trochę ciszej! 
- Przepraszam. - Woyiq podszedł na placach do łóŜka Daye’a. - Przepraszam. 
Olbrzym wytaszczył Daye’a spomiędzy ostrych durabetonowych głazów, pracując 

w prawie kompletnych ciemnościach na dnie nowego głębokiego krateru Il Avali. 

- Naprawdę, strasznie przepraszam...  
Daye ścisnął dłoń swego pomocnika. 
- Czy ona... 
- Zaraz - powiedział... tak, z tymi rogami na głowie to musiał być Gotal. - Podejdź 

no bliŜej, ty góro mięsa. 

Woyiq podsunął się bliŜej. 
- śyje? - wyszeptał Daye. - Nic jej nie jest? 
PotęŜny męŜczyzna połoŜył rękę na obandaŜowanym syntetyczną tkanką ramieniu 

Daye’a. 

Obie  nogi  zmiaŜdŜone,  jedna  ręka  teŜ,  nie  odwaŜyli  się  jednak  zanieść  go  do 

lekarza. 

- Była w Lądowisku Szczęściarza, z zespołem. Dobrze się pan domyślił. 
Daye przełknął ślinę. Nawet ten drobny ruch go zabolał. 
- Czy... 
- Powiedziałem jej, Ŝe nikt nie przeŜył. Ona... 
-  Dzięki.  Dziękuję  wam  obu.  -  Daye  zamknął  oczy.  Nie  był  w  stanie  słuchać  o 

tym, jak Tinian przyjęła wiadomość o jego rzekomej śmierci. Jeszcze nie teraz. Pewną 
częścią siebie pragnął zapaść się w nicość, tak by wiadomość przekazana przez Woyiga 
stała się prawdą. 

Najwyraźniej  jednak  wszechświat  go  oszczędził,  a  przynajmniej  jego  część, 

jeszcze  na  jakiś  czas.  Nie  mógł  wciągać  Tinian  w  potajemne  Ŝycie,  jakie  postanowił 
teraz  prowadzić.  Woyig  i  jego  gotalski  wspólnik  obiecali,  Ŝe  dostarczą  go  prosto  do 
Rebeliantów,  kiedy  tylko  w  Il  Avali  trochę  się  uspokoi.  Powstańcy  potrzebowali  jego 
talentów. MoŜe teŜ uda im się trochę go połatać... 

Uznał  więc,  iŜ  litościwiej  będzie  pozwolić  Tinian  myśleć,  Ŝe  zginął.  Tinian  z 

Druckenwell, błyskotliwa i utalentowana, zacznie nowe Ŝycie. 

On jednak nigdy juŜ nikogo nie pokocha. 
- Do zobaczenia, Tinian - wyszeptał do ściany. - Niech Moc będzie z tobą. 
 
Celnicy  kręcili  się  wszędzie  -  było  ich  ze  cztery  razy  więcej,  niŜ  Tinian 

kiedykolwiek  dotąd  widziała  na  oczy.  Zespołowi  udało  się  jednak  przejść  przez 
kontrolę, dokładnie tak, jak przewidział Cheever. Tinian przeszła za nim przez stęchły 
korytarz  na  pokład  czwartej  klasy.  Znaleźli  miejsca  w  pobliŜu  siedzenia  Yccakicka. 
Redd podróŜował w ładowni bagaŜowej; ochraniał tam trefne instrumenty muzyczne. 

background image

Peter Schweighoffer 

53 

Tinian  opadła  cięŜko  na  fotel,  zadowolona,  Ŝe  pokład  nie  ma  iluminatorów.  Nie 

będzie  ostatniego  rzutu  oka  na  Druckenwell,  który  prześladowałby  ją  później  we 
wspomnieniach. 

Sama w galaktyce, nie licząc dwóch praktycznie obcych jej towarzyszy podróŜy i 

bagaŜu  pełnego  zakazanej  elektroniki  militarnej,  znajdzie  sposób,  by  pomóc  obalić 
Nowy  Porządek.  Za  kaŜdym  razem,  gdy  dzięki  niej  Imperator  Paipatine  poniesie 
choćby  najmniejszą  szkodę,  Tinian  zadedykuje  swe  małe  zwycięstwo  pamięci  Daye’a 
Azur-Jamina i Ŝycia, jakie mogli prowadzić. 

Niech  Moc  będzie  z  tobą,  kochany.  Odchylając  się  w  tył,  Tinian  otarła  łzy  z 

kącików oczu. Była gotowa do startu. 

 

Opowieści z Imperium 

54 

O S T A T N I A   S C E N A  

 

Patricia A. Jackson 

 
 
 

 
 

- Najiba, planeta wielkich skrajności, trwała w stanie wiecznej wiosny; pory roku 

wyznaczały  zaburzenia  elektrostatyczne  i  ulewne  burze.  Ross  wpatrywał  się  w 
nabierający  sił  szkwał,  zafascynowany  rysunkiem  błędnych  linii  błyskawic,  które 
rozdzierały  mroczne  nocne  niebo.  Ukryty  pod  „Kierrą”,  swoim  lekkim  frachtowcem 
YT-1300,  Korelianin  obserwował  burzliwe  niebo  nad  lądowiskiem  i  śledził 
bezkształtne cienie majaczące ponad pokrywą cięŜkich chmur. 

Podpięte  z  wojskową  precyzją  miękkie  kosmyki  jasnych  włosów  lśniły  od 

drobnych  kropli  deszczu,  które  zbierały  się  wzdłuŜ  nich  nad  uszami.  Przemytnik 
ziewnął i oparł się o jeden ze wsporników statku. Zwrócił senne, niebieskie oczy z cieni 
nad głową na sylwetki kilku tubylców, stłoczonych pod wiatami Doków Reuthersa. 

- Sto dziewięćdziesiąt cztery? 
Przycisnąwszy komunikator do policzka, Ross się zgłosił: 
- Tu sto dziewięćdziesiąt cztery.  
Ponętny kobiecy głos kontynuował: 
- Co to za interes, Ross? Sterczymy tu od ponad godziny. 
- Nudzisz się, kochanie? - draŜnił się Ross, którego przystojną twarz widoczną w 

przyćmionym świetle ozdobił szeroki uśmiech. 

-  Naprawdę  cię  to  obchodzi?  Czy  tylko  chcesz  znać  moje  zdanie?  No  chodź, 

ptaszyno. - Jej głos brzmiał błagalnie. - Ruszajmy stąd. 

-  Nie  masz  co  stroić  obwodów  w  warkoczyki.  -  Czule  pogłaskał  ręką  dolną 

wieŜyczkę,  zastanawiając  się,  w  której  części  systemów  pokładowych  się  ukryła. 
Nazwana  pieszczotliwie  imieniem  samego  statku,  zadziorna  sztuczna  umysłowość 
miała  tendencję  do  koncentrowania  się  na  czujnikach  optycznych  z  iście  kobiecą 
ciekawością. 

Ol’val, Ross - powitał go ktoś z niedaleka. 
Mimo iŜ pozdrowienie zabrzmiało w dobrze znanym starokoreliańskim dialekcie, 

Ross zesztywniał i odruchowo odbezpieczył blaster. Z ręką opartą na kaburze pistoletu 
wpatrywał się w najbliŜsze cienie, skupiając wzrok na zgarbionej sylwetce. 

- Reuther? 

background image

Peter Schweighoffer 

55 

Starzejący się nadŜibski barman wyszedł z cienia na deszcz, kuląc się pod atakiem 

zimnych  kropli.  Pod  osłoną  „Kierry”  wyprostował  się  i  spojrzał  spoglądając  prosto  w 
młodą twarz Korelianina. 

Jego  oczy,  pełne  staroświeckiego  uroku,  lustrujące  Rossa  od  stóp  do  czubka 

głowy, były  spostrzegawcze i  wnikliwe. Napotkał psotny  wzrok przemytnika i dumny 
uśmiech zaigrał na jego ustach. 

- Od razu  widać, jak ci się  udało trafić na listy  gończe  w  Mos Eisley  w zeszłym 

tygodniu. Imperialni oferują pięć tysięcy kredytów za twoją głowę. 

- Tylko tyle? 
-  Faktycznie  -  roześmiał  się  starszy  męŜczyzna.  -  Stanowczo  za  mało,  jak  na 

drania  z  twoimi  referencjami.  -  Czerwone  rękawy  tuniki,  typowego  stroju  rdzennych 
mieszkańców  Najiby,  wydymały  się  jak  balony  wokół  wątłych  ramion  i  barków 
Reuthera.  Zmoczone  przez  deszcz,  rzednące  siwe  włosy  okalały  piegowatą  czaszkę 
ś

cisłym warkoczem. 

- Dobrze cię widzieć, chłopcze - szepnął Reuther. Odkorkował misternie zdobioną 

butelkę  i  nalał  hojną  porcję  napoju  do  kryształowego  pucharu,  który  wręczył 
przemytnikowi. 

- Koreliańska whisky? - zapytał Ross, delektując się gorzkim zapachem trunku. - 

A co to za okazja? 

-  Starzejemy  się  -  wychrypiał  Reuther  i  nerwowo  obejrzał  się  przez  ramię.  -  I 

Ŝ

ebyśmy mieli siłę wyjść na spotkanie jutra. 

Ross podejrzliwie podąŜył za spojrzeniem barmana. 
-  Spokojna  noc,  Reuther?  -  zapytał,  ostroŜnie  przesuwając  dłoń  w  stronę  kabury 

blastera. 

Stary potrząsnął smutno głową. 
- Ulice pustoszeją, gdy Dzieci Najiba wracają do domu. 
Ross  słyszał  o  Dzieciach  Najiba.  Zlustrował  wzrokiem  nocne  niebo,  szukając 

dziwnego pasa asteroidów, który nieznanym sposobem zadomowił się na orbicie małej 
planety.  Równie  złowieszczy  jak  skalne  odłamki  przecinające  niebo  nad  ich  głowami 
był posępny ton w głosie Reuthera. 

- Twoja wiadomość była podobno pilna - rzekł Ross. 
Stłumiony  przez  ciepłe  ciała  stłoczone  przy  wąskich  drzwiach  baru,  dobiegł  ich 

nagle zduszony krzyk. Pełen przygnębienia, modulowany skowyt, kakofonia szlochów, 
przebił się nawet przez gwałtowny łoskot burzy. 

-  Tylko  popatrz,  chłopcze  -  powiedział  Reuther.  -  Nie  ściągnąłem  cię  tu  bez 

powodu. 

Tłum  złamał  szyk,  rozdzielając  się  na  boki  przy  drzwiach  wejściowych.  Z  baru 

wytoczył  się  najibski  męŜczyzna,  ubrany  w  niezgrabny  beŜowy  mundur  pracownika 
kontroli  portu.  Załamywał  się  pod  cięŜarem  smukłego,  nieruchomego  ciała 
twi’lekiańskiej  kobiety,  którą  niósł  na  rękach.  Jej  bladoniebieska  skóra  lśniła  od 
deszczu,  nieskazitelnie  gładka  mimo  igrających  na  niej  okrutnych  cieni.  Delikatne 
ramiona,  wyciągnięte  nad  głową  kobiety  w  pozie  tancerki,  kołysały  się  z  gracją, 

Opowieści z Imperium 

56 

podkreślając  łagodny  łuk  ramion  i  szyi.  Jej  kruche  ciało,  skąpo  odziane  w  wyblakłą 
tunikę, podrygiwało konwulsyjnie w ramionach męŜczyzny. 

-  To  Lathaam  -  zaczął  Reuther  -  pracownik  portu.  A  to...  -  zawahał  się  -  to  była 

jego kobieta, Arruna. 

Ross pozbył  się napięcia  mięśni ramion  i karku, rozmasowując naciągnięty  nerw 

na szyi. 

- Co się stało? 
-  Stał  się  Adalryk  Brandl  -  odpowiedział  martwym  głosem  męŜczyzna.  - 

Przywiało  go  tu  jakieś  dziesięć  godzin  temu.  ZaŜądał  pilota,  który  umiałby  strzelać 
równie  dobrze  jak  latać.  -  Westchnąwszy,  ciągnął  dalej.  -  Znasz  zasady,  Ross.  Kiedy 
Dzieci  Najiba  wracają  do  domu,  nie  ma  Ŝadnych  startów  ani  Ŝadnych  lądowań. 
Lathaam, jak to on, niezbyt lotny, popełnił zasadniczy błąd, informując o tym Brandla. 
-  Najibianin  potarł  nerwowo  miejsce  między  brwiami.  -  Lathaam  nigdy  nie  był 
dyplomatą. 

- Więc Brandl zabił dziewczynę? 
-  Nie  mówię,  Ŝe  to  zrobił.  -  Ukryty  w  bezpiecznym  cieniu  statku  Reuther 

obserwował dramatyczną scenę u drzwi baru. Niepewny, odwrócił wzrok i uniósł ręce 
w geście rozpaczy. 

- Widzisz, Ross, tak naprawdę to Brandl nawet jej nie tknął. - Sapnął. - A jednak 

dziewczyna leŜy tam, całkiem martwa. I nikt na tej planecie mi nie powie, nawet ty, Ŝe 
Brandl nie ma z tym nic wspólnego. 

- Za długo mieszkasz wśród tych ludzi. 
-  Wiem,  co  sobie  myślisz,  chłopcze  -  parsknął  Reuther.  -  Ale  pamiętaj,  Ŝe  teŜ 

kiedyś  byłem  łowcą  nagród.  Brandl  nawet  nie  wyciągnął  blastera.  Bo  w  ogóle  go  nie 
nosi.  -  Barman  odchrząknął  głośno  i  splunął  w  deszcz.  -  Tacy  jak  on  nie  potrzebują 
blasterów, Ŝeby zabijać. - Wzdrygnął się i wymamrotał: - To dziesięć-dziewięćdziesiąt 
sześć, albo nigdy ich nie widziałem. 

- Dziesięć-dziewięćdziesiąt sześć? - zapytał ściszonym głosem Ross. 
- Jeśli o nich nie słyszałeś, lepiej to sprawdź -  mruknął Reuther. - Od tego  moŜe 

zaleŜeć twoje Ŝycie. 

Ignorując cyniczną uwagę starego, Ross skrzyŜował ręce na piersi. 
- I gdzie tu miejsce dla mnie? 
-  Brandl  szuka  pilota,  który  umie  się  o  siebie  zatroszczyć.  Powiedziałem  mu,  Ŝe 

znam co najmniej tuzin narwańców, którzy podjęliby się przelotu przez pas asteroidów 
dla łatwego tysiąca kredytów. A potem wspomniałem mu o tobie. 

-  Daj  spokój,  Reuther  -  Ross  westchnął  melodyjnie.  -  Jeden  facet  przyjeŜdŜa  do 

miasta i juŜ wszyscy trzęsą portkami? A co się stało z waszą milicją? 

- A była tu kiedyś taka? - obruszył się Reuther. Wlepił wzrok w tłum Ŝałobników i 

splunął.  -  To  farmerzy!  Kmiotki,  jeden  w  drugiego!  Gotowi  pokąsać  kaŜdego 
nieznajomego, gdyby nie to, Ŝe za bardzo się boją nadepnąć na własny ogon. Popatrz na 
nich! - Wskazał grupkę ludzi zgromadzonych wokół ciała. - Łatwo jest przyglądać się 
cudzemu nieszczęściu i nic nie robić. 

background image

Peter Schweighoffer 

57 

W tłumie nagle podniosły się głosy i ludzie gwałtownie cofnęli się na ulicę. Z tyłu 

baru zbliŜał się ku drzwiom jakiś cień. Przysłaniając przyćmione światło sączące się z 
framugi męŜczyzna przystanął w drzwiach. 

-  To  musi  być  on  -  szepnął  Reuther.  -  Zapłacę  ci  dwa  tysiące  kredytów  oprócz 

tego, co on zaproponuje. Tylko zabierz go z tej planety! - Cofnął się w strugi deszczu, 
ale po chwili dodał: - Ten gość nie ma tu najlepszej prasy, Ross. UwaŜaj na siebie. 

Ross  ostroŜnie  obserwował  reakcję  miejscowych,  gdy  Brandl  mijał  ich,  rzucając 

za  sobą  długi  cień.  Uderzony  niezwykłą  urodą  nieznajomego  przemytnik  nie  mógł 
uwierzyć, by taki męŜczyzna byt zdolny do przemocy. Przystojny i nieco nonszalancki, 
Brandl  miał  klasyczny  profil  i  małe  usta  o  wąskich  wargach.  Igrał  na  nich  ledwie 
dostrzegalny arogancki uśmieszek, który wzbudził podejrzenia przemytnika. 

Gęste,  ciemne  włosy  nieznajomego  lśniły  na  deszczu,  przetkane  gdzieniegdzie 

pasmami  siwizny,  biegnącymi  od  skroni  do  nasady  szyi.  Równie  złe  przeczucia  co 
arogancki  wyraz  na  twarzy  Brandla  budził  jego  płaszcz,  który  wydawał  się  wchłaniać 
otaczającą  ciemność,  a  jednocześnie  krył  ręce  męŜczyzny  i  broń,  jeśli  miał  ją  przy 
sobie. 

- Kapitan Thaddeus Ross? 
Krzywiąc się na dźwięk swojego imienia, Ross odrzucił trzymaną w ręku szmatę, 

odsłonił przy tym blaster i drugą rękę opartą na obcasie. 

- Adalryk Brandl? - odparł szorstko. 
Serdeczny,  dystyngowany  uśmiech  wykwitł  na  bladych  ustach  Brandla, 

uwydatniając ostro kości policzkowe. 

- Powiem krótko, kapitanie. Potrzebny mi transport do systemu Trulalis. 
- Trulalis? MoŜe pan złapać miejscowego skoczka za połowę ceny, której ja bym 

zaŜądał. Prywatny transport pasaŜerski nie jest tani. 

-  Prawość  nie  ma  ceny,  kapitanie  Ross,  a  barman  zapewnił  mnie,  Ŝe  jest  pan 

człowiekiem prawym. 

Prostując ramiona, Brandl spojrzał badawczo w oczy przemytnika. 
- Proponuję panu pięć tysięcy kredytów za transport na Trulalis, gdzie będzie mi 

pan towarzyszył do osady Kovit. 

- Nie ruszę się z portu za mniej niŜ sześć tysięcy - odparował Ross, mruŜąc oczy. - 

A jeśli zaleŜy panu na moim towarzystwie, będzie to pana kosztowało dodatkowe tysiąc 
pięćset kredytów. 

- Zgoda - szepnął Brandl. Długimi palcami z wdziękiem sięgnął po opieczętowany 

Ŝ

eton kredytowy. - Trzy tysiące teraz, reszta po zakończeniu sprawy. 

Spojrzawszy na pieczęć, Ross ruszył z miejsca. 
- Tędy proszę - wskazał ręką na opuszczoną rampę frachtowca. - Kierra, przygotuj 

statek do startu. 

-  NajwyŜszy  czas!  -  syknęła.  -  Myślałam,  Ŝe  moje  przypory  cumownicze 

zapuszczą tu korzenie. 

Ross  rzucił  ostatnie  spojrzenie  na  bar,  po  czym  zasalutował  Reutherowi  i 

pozostałym, którzy obserwowali go bezpiecznie ukryci w cieniu. Wkładając do kieszeni 
list  kredytowy  gestem  świadczącym  o  pewności  siebie,  posłał  im  pokrzepiający 

Opowieści z Imperium 

58 

uśmiech  i  wbiegł  po  rampie.  Uruchomił  zamykanie  włazu  i  przeszedł  dobrze  znanym 
korytarzem  na  mostek.  Korelianin  uśmiechnął  się  przebiegle,  słysząc  zaczepny  głos 
Kierry witający ich dziwnego gościa. 

- Coś ty za jeden? - napadła na Brandla. - NiewaŜne, gdzie ja jestem. Jestem tam, 

gdzie moje miejsce, ale ty... 

- Kierra - powiedział cicho Ross. - Poznaj naszego nowego klienta. 
Rozzłoszczona  aroganckim  zachowaniem  Brandla,  Kierra  rzuciła  pełną  pasji 

pogróŜkę: 

Halle metes, petchuk! 
-  Koccic  sulng!  -  zbeształ  ją  Ross,  zaskoczony  pogardliwym  starokoreliańskim 

określeniem, jakiego uŜyła. 

Brandl podziękował uprzejmie za opryskliwe oświadczenie i podjął rękawicę: 
Onna fulle giuth
Zanim zdołała oddać cios, Ross zajrzał w jeden z jej czujników optycznych. 
- Dość tego! -  wybuchnął.  -  Kierra, otwórz łącze  mocy i  naładuj główny  silnik  - 

polecił. - I to juŜ! 

Syk  wyładowania  elektrostatycznego  w  komunikatorze  zabrzmiał  jak  pełne 

oburzenia zgrzytanie zębami. 

- Potwierdzam, szefie - odpowiedziała. 
SkrzyŜowawszy  ręce  na  piersi,  Ross  oparł  się  o  poszycie  kadłuba  i  słuchał 

odgłosów  zapłonu  silników  jonowych.  Spojrzał  prosto  w  podstępne  oczy  Brandla  i 
powiedział cicho: 

- Niewielu jest ludzi, którzy pamiętają starokoreliański. 
-  W  trakcie  mojej  kariery  musiałem  posługiwać  się  wieloma  językami  -  odparł 

Brandl. - Byłem... jestem aktorem - dodał ostroŜnie. 

-  Zwykle  nie  przewoŜę  pasaŜerów  -  wyznał  Ross.  Przechodząc  przez  przegrodę 

kabiny, włączył oświetlenie korytarza. - Zapraszam do mojej kwatery. Proszę czuć się 
swobodnie. 

Brandl  omiótł  wzrokiem  skromną  kabinę  pasaŜerską.  Zawahał  się  przy  wejściu  i 

stanął w drzwiach. 

- Kiedy dolecimy na Trulalis? - spytał. 
- Za jakąś godzinę. - Ross nie był pewien. Wzruszył ramionami. - Dam panu znać, 

gdy tam dotrzemy. 

- Dziękuję, kapitanie. Doceniam pańską gościnność. 
- Taa... ZałoŜę się, Ŝe doceniasz - wymamrotał Korelianin pod nosem. Kiedy luk 

kabiny zamknął się za nim automatycznie, skierował kroki na mostek. 

- Kierra, ustaw system astronawigacyjny na Trulalis. 
- Sprawdzam. 
Ross usiadł w fotelu pilota i rzucił okiem na wskazania przyrządów pokładowych. 
-  Dobra,  kochanie,  włącz  tego  awaryjnego  autopilota,  którego  zainstalowaliśmy 

rano. 

- Nie dziś, Ross - powstrzymała go. - Boli mnie głowa.  

background image

Peter Schweighoffer 

59 

Obserwując  jego  reakcję  z  kilku  czujników  optycznych,  przypomniała  mu 

płaczliwym głosem: 

- Zapomniałeś odciąć ogranicznik wspomagania, ptaszyno. Więc nie wiń mnie za 

tę wpadkę. 

Z komunikatora dobiegł ściszony, szyderczy śmiech. 
-  Nawiasem  mówiąc,  skąd  wytrzasnąłeś  to  straszydło?  AŜ  ciarki  przechodzą, 

Tadziulku. 

-  Mówiłem  ci,  Ŝebyś  mnie  tak  nie  nazywała  -  syknął  Ross.  Patrząc  w  optyczny 

czujnik, ostro otworzył przepustnicę, przez co frachtowiec zadygotał i przechylił się na 
platformie startowej. 

-  Nie  tak  ostro,  nie  tak  ostro...  -  zagruchała  Kierra.  RozdraŜniona  jego  czarnym 

humorem dodała: - Nienawidzę, kiedy wpadasz w taki nastrój. Twoje maniery... 

-  Mniejsza  o  moje  maniery!  -  Odzyskawszy  panowanie  nad  sobą,  wcisnął  kilka 

włączników  startowych.  Frachtowiec  uniósł  się  w  powietrze,  pokonując  przyciąganie 
planety, wyleciał z doku. 

- Pomyśl raczej o swoich manierach - upomniał ją. Sprawdził najnowsze odczyty 

aktywności  meteorytów  i  mówił  dalej:  -  Brandl  płaci  za  tę  podróŜ  osiem  tysięcy 
kredytów, prawie tyle co za pół ładunku przyprawy. Mogłabyś chociaŜ spróbować mu 
dogodzić. 

- Jak sobie Ŝyczysz, szefie. 
-  I  skoro  juŜ  mnie  słuchasz,  sprawdź,  co  moŜe  oznaczać  kod  dziesięć-

dziewięćdziesiąt sześć. 

Łatwizna! 

kodeksie 

karnym 

Imperium 

to 

oznaczenie 

osoby 

niezrównowaŜonej umysłowo. 

- Nie, to musi być coś więcej - głośno myślał Ross. - Coś innego. Przeszukaj pod 

tym kątem wszystkie martwe pliki w kodzie dziesiątkowym. 

- To zajmie trochę czasu. 
-  Nie  szkodzi!  -  warknął.  -  Chcę  znać  kaŜdy  opis  kodu  dziesięć-dziewięćdziesiąt 

sześć, od imperialnych baz danych po zapisy Starej Republiki. 

- Potwierdzam - odparła niechętnie Kierra. 
Sygnalizator  hipernapędu  zaczął  obliczać  dane  niezbędne  do  skoku  w 

nadprzestrzeń. Sprawdzając systemy pokładowe, Ross zauwaŜył zwiększoną aktywność 
w  programach  bibliotecznych,  w  których  Kierra  wyszukiwała  informacje  o  dziwnym 
kodzie dziesiątkowym. 

- Uwaga, włączamy hipernapęd - oznajmił przez pokładowy interkom. Zapiął pasy 

i uruchomił motywator, który pchnął statek w wielobarwną eksplozję nadprzestrzeni. 

 
W  dolnej  części  kadłuba  statku  Ross  kołysał  się  od  ściany  do  ściany  na 

obrotowym  fotelu  strzelniczym,  wciskał  od  niechcenia  przyciski  kontrolne  wieŜyczki. 
Potem  zamknął  oczy  i  zaczął  masować  zesztywniałe  mięśnie  barku.  Krzywił  się,  w 
miarę  jak  naciągnięte  ścięgno  napinało  się  i  rozluźniało.  Zapomniawszy  o 
widowiskowym spektaklu światła i barw na wąskim ekranie, oparł się o chłodną skórę 
fotela i odpłynął w spokój snu. 

Opowieści z Imperium 

60 

- Wiesz... - szepnęła Kierra. - ...robisz arcysłodkie miny, kiedy śpisz. 
- Nie spałem - skłamał, powstrzymując ziewnięcie. 
- Głowa do góry, ptaszyno! Mam dla ciebie bardzo intrygujące informacje. 
Ross wyprostował się w fotelu i roztarł uszy, by przyspieszyć krąŜenie. 
- Posłuchajmy. 
-  No  więc  wygląda  na  to,  Ŝe  twój  tajemniczy  kod  sięga  czasów  jeszcze  sprzed 

powstania  kodu  dziesiątkowego.  Zgodnie  z  opisem,  do  którego  dotarłam  -  a  muszę 
przyznać,  Ŝe  mnie  to  wprawiło  w  zakłopotanie  -  oznaczenie  dziesięć-dziewięćdziesiąt 
sześć pochodzi od starokoreliańskiego słowa ke’dem

Wpatrując się w zawirowania przestrzeni, Ross wymówił w myślach to słowo.  
- I co dalej? 
-  Dalej?  -  prychnęła.  -  To  jest  to!  Od  czasów  przedimperialnych  dziesięć-

dziewięćdziesiąt  sześć  ma  dwa  znaczenia:  osoba  niezrównowaŜona  i  ke’dem.  -  Po 
chwili wahania dodała cicho: - Co to jest ke’dem

-  To  zniekształcone  starokoreliańskie  słowo,  które  znaczyło  „przeklęty”  bądź 

„upadły”. 

- To by tłumaczyło współczesną terminologię. 
- Taa... - mruknął cicho. - I to, co zdarzyło się tam na dole, w porcie. - SkrzyŜował 

ręce na karku. - Kierra, mój skarbie, Adalryk Brandl to rycerz Jedi. 

- Jedi? No tak, to by wiele wyjaśniało. - Po chwili jej czujnik optyczny ściemniał. 

- Uwaga! Wyłączam hipernapęd. Trzy... dwa... jeden. 

Ross wyczuł wibrację napędu jonowego, włączonego po wyjściu z nadprzestrzeni. 
- UwaŜaj z cewkami zapłonowymi, Kierra. 
- Nie przyjdziesz na mostek? - spytała. 
- Właśnie idę - odpowiedział. - Ale najpierw muszę zgarnąć naszego niezwykłego 

gościa. 

Pod  ochronną  warstwą  chmur  Trulalis  kryła  pełne  uroku  krajobrazy  wiosennej 

zieleni.  Mozaika  falistych  łąk,  pełnych  zachęcającego  cienia  lasów  i  rozległych 
oceanów  była  jak  zaproszenie  do  raju  dla  strudzonego  wędrowca  międzyplanetarnych 
szlaków.  Wśród  obszarów  zdziczałej  roślinności  znajdowały  się  niezliczone  zakątki 
płaskich  poletek,  idealnych  na  lądowiska  dla  niezauwaŜonych  transportowców.  Ross 
uznał, Ŝe ta planeta to idealne  miejsce na przerzut przemytu. Rozejrzał się i po chwili 
dostrzegł  miejsce  nadające  się  do  lądowania.  Kompensując  niewielkie  wzniesienia 
powierzchni, osadził statek w pobliŜu nieduŜej wioski. 

Po  wylądowaniu  Ross  zarzucił  na  ramię  worek  podróŜny  i  upewnił  się,  Ŝe  ma 

zapasowe  ogniwo  energetyczne  w  kaburze.  Stojąc  u  szczytu  rampy,  zajrzał  niepewnie 
w korytarz. Kątem oka dostrzegł Brandla. 

Ekscentryczny Jedi czekał juŜ na dole, w cieniu wysokich, czarnych drzew. Jego 

postać rysowała się na tle zamglonego popołudniowego słońca. 

- Kierra, nadal nie jestem pewien, o co chodzi Brandlowi. Miej oczy otwarte. 
-  Miej  otwarte  łącze  komunikatora  -  odpowiedziała.  -  Wesz,  jak  się  o  ciebie 

niepokoję. 

- Dobra dziewczyna! - zaśmiał się Korelianin. 

background image

Peter Schweighoffer 

61 

Ross podszedł do swego pasaŜera. Po raz pierwszy od opuszczenia Najiba widział 

obie  ręce  Brandla  -  jedna  z  nich  była  owinięta  czarnym  bandaŜem.  Przez  szpary  w 
prowizorycznym  opatrunku  prześwitywał  podraŜniony  róŜ  rany  i  Ŝółty  wysięk, 
wchłaniany przez grubą tkaninę. 

Zanim Ross zdąŜył zapytać, Brandl odwrócił się i podąŜył ścieŜką. 
- Co tamten Najibianin powiedział ci o mnie? 
-  Powiedział,  Ŝe  zabiłeś  twi’lekiańską  dziewczynę  -  wyrzucił  z  siebie  Ross.  Po 

chwili dodał: - Zrobiłeś to? 

Jedi odpowiedział prosto z mostu: 
- Tak. 
Zawahał się, słysząc potępiające prychnięcie Korelianina. 
-  Proszę,  kapitanie.  Pańska  pogarda  to  drobna  nagroda  dla  skruszonego 

pielgrzyma. 

- Nazywa pan morderstwo aktem skruchy? - Ross splunął. 
- Kiedy jest to ostatnia z popełnionych zbrodni... - przerwał na chwilę. - ...tak. 
Obojętny stosunek Brandla do śmierci kobiety przyprawił Korelianina o dreszcz. 
-  Jak  to  się  stało?  Nawet  jej  nie  dotknąłeś.  -  Ross  złapał  Brandla  za  rękaw  i 

pociągnął. - Jak ją zabiłeś? 

- Udusiłem ją. 
- Udusiłeś? Na otwartym powietrzu? 
- Wyrafinowana umiejętność - zadrwił Brandl. - Nie dla ludzi słabego serca. 
- Wydajesz się dumny z siebie, Jedi! - Ross znów splunął pogardliwie. - Sprawiało 

ci przyjemność zabicie niewinnej kobiety? 

-  Zło  wypływa  ze  słabości,  a  słabość  z  ambicji;  w  ten  sposób  kaŜdy  ambitny 

człowiek jest zgubiony. - Jedi z premedytacją rzucił wyzwanie: - Niech mi pan powie, 
kapitanie, pan teŜ jest ambitny. Który z nas jest naprawdę niewinny? 

- MoŜe mam panu teraz przyklasnąć? - zadrwił Ross. 
- Jeśli ma pan ochotę! 
- Zanim złoŜę panu wyrazy uznania, proszę mi powiedzieć, czy naprawdę pan tak 

uwaŜa, czy to tylko wymysł dla ulŜenia sumieniu? 

-  Jeśli  chce  pan  dla  mnie  kary,  kapitanie  Ross,  proponuję,  by  trzymał  się  pan 

blisko mnie. - Skrzywił się. - MoŜe pan wkrótce mieć swoją satysfakcję. 

Sprowokowany  złowieszczą  nutą  w  głosie  Brandla,  Ross  wyciągnął  blaster.  Jedi 

musiał to usłyszeć, bo odwrócił się wprost pod lufę. Ross wystrzelił serię w jego stronę. 
Z  wprawą  byłego  łowcy  nagród  wycelował  promienie  tak,  by  eksplodowały  w 
kwadracie  szerokich  barków  Brandla.  Zanim  jednak  zabójcza  energia  dotknęła  jego 
ciała,  Brandl  zręcznie  odpiął  od  pasa  cylindryczny  przedmiot.  W  jednej  chwili  u  jego 
podstawy  zapalił  się  wąski  snop  białego  światła.  Sparował  strzały,  kierowany 
precyzyjnymi  ruchami  nadgarstka  Jedi.  Odchylone  mieczem  świetlnym  promienie 
blastera trafiły w pole. 

PrzeraŜony Ross mógł tylko patrzeć, jak zabójcza seria wyparowuje. Nagle poczuł 

uścisk  palców  zaciskających  się  na  jego  gardle.  Dusząc  się,  przemytnik  opadł  na 
kolana.  Sielski  krajobraz  Trulalis  przed  jego  oczami  zaczął  rozpływać  się  we  mgle. 

Opowieści z Imperium 

62 

Stopniowo odzyskiwał ostrość widzenia, ale wciąŜ bolała go szyja. Krztusząc się, łapał 
powietrze. 

-  Jest  jedna  zasada  z  teatru,  która  ma  zastosowanie  w  prawdziwym  Ŝyciu  - 

oznajmił  Brandl.  -  Tylko  bohater  ginie.  Złoczyńcy  i  tchórze  pozostają  przy  Ŝyciu,  by 
dalej  cierpieć.  -  Odwrócił  się  plecami  do  dyszącego  cięŜko  pilota,  warknął:  -  A  teraz 
chodźmy. 

Ross potrząsnął głową. 
- Kolejna z pańskich mądrych myśli? - wymamrotał ospale. 
Brandl  zadrŜał.  Był  wyczerpany,  wyłączył  miecz  świetlny  z  widocznym 

wysiłkiem. 

-  Proszę  to  przyjąć  jako  ostrzeŜenie  dla  mniej  niŜ  skromnego  pielgrzyma, 

kapitanie. 

Przypiąwszy miecz do pasa, Jedi lustrował przez chwilę wzrokiem blade niebo. 
- Osada jest o niecały kilometr stąd. Lepiej chodźmy. Wkrótce się ściemni. 
Ross  zaklął  pod  nosem,  wcisnął  swój  worek  pod  pachę  i  schował  blaster  do 

kabury. Mijając Brandla szybkim krokiem, syknął: 

- Nie rozumiem, dlaczego miałby się pan obawiać ciemności. 
Otoczona  potęŜnym  uściskiem  górskiego  pasma  wioska  Kovit  była  dobrze 

chroniona  przed  ostrym  klimatem  północnych  wyŜyn  i  targanych  wiatrami 
nadmorskich  równin.  Spoglądając  ze  wzgórza  na  skromną  wiejską  osadę,  Ross  z 
trudem dostrzegał ruch na zakurzonych ulicach. Ciągnięte przez maleńkie banthy wozy 
skrzypiały na szerokich alejach. Kilkanaście osób przechadzało się ulicą, przystając, by 
pogawędzić z sąsiadami lub potargować się z  handlarzem przy  ulicznych  kramach. W 
bocznej uliczce trzech chłopaków pociło się nad zmaltretowanym śmigaczem, usiłując 
zmusić  silniki  pojazdu,  by  odpaliły.  Rozlegający  się  wśród  sporadycznego  kasłania 
repulsorowych  poduszkowców  śmiech  zdradzał  trójkę  dzieci  bawiących  się 
przestarzałym robotem astromechanicznym. 

Na  szczycie  wzgórza  Brandl  zawahał  się.  Popatrzył  w  dół  na  osadę,  jakby 

rozwaŜając  kilka  moŜliwości  działania.  Widać  było,  Ŝe  z  pewną  niechęcią  myśli  o 
dalszej wędrówce. 

- Skąd pan pochodzi, kapitanie?  
Zaskoczony nagłym pytaniem, Ross zająknął się. 
- Z Korelii - odparł. 
- Czy cięŜko panu tam wracać? 
-  Powroty  do  domu  zawsze  są  trudne.  -  Korelianin  wzruszył  ramionami.  - 

Przynajmniej dla niektórych z nas. 

Brandl  nie  odpowiedział.  Zaczął  schodzić  ścieŜką  w  stronę  osady.  Niepewnie 

podszedł do bram, jakby  spodziewał  się, Ŝe jakieś  niewidzialne pole  siłowe  stanie  mu 
na  drodze.  Mijając  równe  rzędy  drewnianych  wiejskich  domków,  podziwiał 
mistrzostwo miejscowej architektury. Trawniki przed domami zdobiły ogródki ziołowe 
i ukwiecone grządki, troskliwie wypielęgnowane i staranie utrzymane. ZbliŜając się do 
owalnego,  zakurzonego  rynku,  Brandl  zasłonił  oczy,  chroniąc  je  przed  blaskiem 
zachodzącego słońca. Patrzył na urodzajne pola rozciągające się wokół osady. 

background image

Peter Schweighoffer 

63 

W  centrum  wioski  wznosiła  się  makabryczna  konstrukcja  górująca  nad  dachami 

domostw. PotęŜne przypory, które podtrzymywały sklepienie, wyglądały jak kamienne 
skrzydła. Nieskazitelnie prosty obelisk obłoŜony kredowobiałym  wapieniem strzelał w 
ciemniejące  niebo.  Teatr  skupiał  gasnące  promienie  słońca,  kradnąc  cały  urok 
malowniczej  wioski.  Brandta  ciągnęło  do  budowli  mroczne  poczucie  przynaleŜności, 
szedł więc w jej kierunku, ignorując zdziwione spojrzenia mieszkańców osady. 

Gdy  mijali  obrzeŜa  wioski,  Ross  obserwował  prowizoryczny  hangar  i  wystający 

przez  wąskie  odrzwia  prymitywny  dziób  gwiezdnego  myśliwca  Z-95.  Choć 
przytłoczony niewielkimi rozmiarami hangaru wydawał się sprawny, i chętny do walki. 

Kilku  męŜczyzn  na  widok  nieznajomych  przerwało  pracę.  Zebrali  się  w  cieniu 

rzucanym przez niewielki daszek stajni i przyglądali się przybyszom. 

Odbezpieczając kciukiem blaster, Ross zapytał cicho: 
- Twoi wielbiciele? 
-  Sąsiedzi,  klienci,  starzy  znajomi.  -  Brandl  zatrzymał  się  gwałtownie  na  ulicy, 

jakby budząc się z zamyślenia. - Ale to było w innym Ŝyciu. 

- A kim są w obecnym Ŝyciu? - warknął przemytnik. 
- Nieznajomymi. 
W  cieniu  pachnących  ogrodów  brukowaną,  kamienną  ścieŜką  szła  kobieta  z 

młodym chłopcem. Echo przyniosło ich śmiech, gdy wymieniali między sobą Ŝarciki. 

Owalną  twarz  kobiety  okalały  kaskady  płomiennorudych  loków.  Bardzo  jasna 

skóra 

była 

zaczerwieniona, 

zdradzając 

nieprzystosowanie 

do 

nadmiaru 

promieniowania. Chłopiec, wysoki i chudy, miał nie więcej niŜ dwanaście lat. Szerokie 
bary  nad  wątłą  klatką  piersiową  wydawały  się  zbyt  masywne,  nie  pasowały  do  reszty 
szczupłego  ciała.  Rytmiczny,  skoordynowany  krok  długich  nóg  zapowiadał  zbliŜający 
się okres gwałtownego wzrostu. 

Zaskoczona  pojawieniem  się  ciemnej  sylwetki  Brandla  kobieta  zawahała  się. 

Stanęła  nieruchomo,  napotkawszy  jego  beznamiętny  wzrok.  Uśmiech,  który  rozchylał 
jej  pełne  wargi,  zniknął.  Dziwne  zachowanie  zdumiało  chłopca;  spoglądał  to  na  jej 
kamienną twarz, to na Brandla. Po chwili oparł się o ramię  matki i szepnął jej coś do 
ucha. 

Kobieta przytuliła chłopca i razem poszli dalej przez błonia. Brandl westchnął ze 

skruchą, a potem bez Ŝadnych wyjaśnień ruszył w stronę starego teatru. Dzikie kwiaty 
juŜ przed laty wdarły się na dziedziniec teatru przez archaiczny łuk, zarastając dawniej 
prostą  ścieŜkę  prowadzącą  do  potęŜnych  wrót.  W  mrocznym  przedsionku  stał  rząd 
posągów z brązu i metalowych rzeźb. 

Adalryk  Brandl  poruszał  się  z  gracją  wśród  znajomych  cieni,  intuicyjnie 

odnajdując drogę przez ciemne korytarze i przestronne sale. W pustej skorupie pamięci 
odtwarzał  kontury  i  sylwetki  widniejące  na  zmurszałych  gobelinach,  zmatowiałe 
gabloty pełne rekwizytów - mieczy i tarcz - a na końcu wielką salę, do której widzowie 
przychodzili niegdyś oglądać przedstawienia teatralne. 

Nie  zwracając  uwagi  na  podąŜającego  za  nim  Korelianina,  Brandl  przyspieszył 

kroku  i  wszedł  do  ogromnej  sali.  Dobrze  znany  odgłos  oklasków  i  aplauzu  widowni 
oŜył w jego uszach, ale iluzja trwała krótko. Nie było Ŝadnej publiczności, która by biła 

Opowieści z Imperium 

64 

brawa, Ŝadnych aktorów kłaniających się na scenie, Ŝadnej scenografii ani rekwizytów, 
które pamiętał. Pusta scena wydawała się hańbiąco obnaŜona. 

- Kto tam jest? - dobiegi z ciemności cichy głos.  
Brandl zachwiał się. Oparł się o misternie zdobioną framugę drzwi. 
W środkowym przejściu zamajaczyła chuda, krucha postać. 
- Podejdź bliŜej - polecił miękki głos. 
Ukryty  w  cieniu  tylnej  ściany  widowni,  Ross  obserwował  teatr,  szukając  innych 

oznak  ruchu.  Z  kciukiem  na  cynglu  blastera  czekał  cicho  w  stęchłym  bocznym 
skrzydle, podczas gdy Brandl zbliŜał się w kierunku podobnej do cienia postaci. 

-  Adalryk  Brandl,  tak?  To  ty?  -  powiedział  starzec  zachrypniętym,  ale 

przyjemnym głosem. 

-  Mistrzu  Otias...  -  szepnął  Brandl,  przyklękając  u  stóp  swego  nauczyciela.  - 

Wstyd mi, Ŝe zechciałeś pamiętać moje imię. 

Otias  zapalił  latarkę  i  oświetlił  swą  łuszczącą  się  twarz.  Ubrany  był  w  spłowiała 

szarą tunikę, poplamioną potem  i olejem do lamp. Lata trudów  wyrobiły  mięśnie jego 
ramion i zaznaczyły Ŝyły, a sylwetkę przygięły do ziemi. Mętne oczy ledwo było widać 
wśród piegów i plam na twarzy. 

-  Od  kiedy  to  wstyd  staje  pomiędzy  aktorem  a  jego  mistrzem?  -  Otias  powiódł 

drŜącą  dłonią  po  siwych  włosach  i  szepnął:  -  Długo  się  ciągnęło  te  dwanaście  lat, 
Adalryku. Co przywiodło cię z powrotem na scenę? 

- Mistrzu Otias... - Brandl zamilkł. 
-  Chodź,  chłopcze.  Nic  nie  jest  bardziej  oczywiste  niŜ  aktor  potrzebujący 

spowiedzi. 

Brandl skulił się nagle pod światłem latarki. 
- Ja... Ŝywot mój... wiodę wśród wichrów! 
Otias wyprostował się, promieniejąc dumą, gdy rozpoznał słynną kwestię. 
- Ostatnie słowa Soveryna z czwartego aktu. Jak podobnie ułoŜyło się twoje Ŝycie. 

- Stary mistrz cięŜko westchnął. Zmęczenie wielu lat pracowitego Ŝycia było widoczne 
w kaŜdym jego oddechu. - Aktorzy mogą Ŝyć Ŝyciem tysiąca postaci. Ale ty, Adalryku, 
wybrałeś Ŝycie tysiąca kłamstw. Jeśli przyszedłeś do mnie  jako swój własny adwokat, 
musisz mówić głosem płynącym z twego serca, a nie z pustki tragicznej postaci, która 
nigdy się nie narodziła. 

Z kącików ust Brandla popłynęła ślina. 
- Nie mogę! - krzyknął wściekle. 
-  KaŜda  tragiczna  postać  jest  naznaczona  skazą,  owładnięta  potrzebą  uratowania 

ś

wiata  lub  siebie  od  niewybaczalnej  zbrodni.  Nikt  nie  moŜe  stanąć  przed  obliczem 

ludzkości i osądzać, nie będąc samemu osądzonym. 

Otias  delikatnie  zdjął  prowizoryczny  opatrunek  z  lewej  ręki  Brandla  i  aŜ  się 

skrzywił na widok rany. Ciało było bez wątpienia przypalone mieczem świetlnym. 

-  Kto  goni  za  cieniami,  zawsze  znajdzie  ciemność  -  rzekł,  patrząc  w  twarz 

Brandla. Po chwili szepnął: - A wiesz dobrze, Ŝe Ciemna Strona ma swoją cenę. 

- Co się ze mną stało? - zapytał Brandl błagalnie. 

background image

Peter Schweighoffer 

65 

-  Zajrzałeś  w  zbiorową  istotę  wszystkich  Ŝywych  istot  i  osądziłeś  ją,  nie 

spojrzawszy  przedtem  we  własne  serce.  Sfrustrowany,  ruszyłeś  na  poszukiwanie  swej 
tragicznej  skazy  -  bezskutecznie.  Kiedy  zawołał  cię  Imperator,  nie  mogłeś  mu  się 
oprzeć!  Nikt  nie  zna  ciemności  lepiej  niŜ  rycerz  Jedi,  a  nikt  nie  był  lepiej 
przygotowany, by odegrać tę rolę, niŜ ty. 

- Zabiłem kobietę! -  wykrztusił Brandl. - Udusiłem ją! Czułem jej serce w mojej 

dłoni... w moich myślach! I ściskałem, ściskałem... 

-  Zabiłeś  wielu łudzi - oskarŜył  go Otias.  -  Nie  ma krwi na dłoniach Imperatora, 

ale trzyma on całą armię takich, których ręce zostały krwią splamione. 

- Otiasie, proszę, pomóŜ mi znaleźć drogę. 
-  Droga  Mocy  wprowadza  równowagę  w  chaos  Ŝycia,  ale  ty,  Adalryku...  - 

potrząsnął  głową  potępiająco  -...  ty  nie  szukałeś  równowagi.  Twoja  duma  była  tak 
wielka,  Ŝe  zlekcewaŜyłeś  moje  ostrzeŜenia  i  poszedłeś  szukać  swej  niewybaczalnej 
zbrodni, która w nieunikniony sposób oddziela bohatera od ubogich mas. I znalazłeś ją, 
czy nie tak? 

Z trudem łapiąc oddech, Brandl wychrypiał: 
- Tak! Była we mnie od zawsze, w moim mrocznym sercu. 
- Jest w kaŜdym z nas - szepnął Otias - jeśli odwaŜymy się ją dojrzeć. - Westchnął 

gorzko i ponownie przeczesał palcami rzednące włosy. - Nie mogę cię rozgrzeszyć ze 
zła,  które  nosisz  w  sobie;  zła,  które  w  imię  Imperatora  praktykowałeś  od  tak  dawna. 
Przez  ostatnich  dziesięć  lat  obserwowałem  twoje  poczynania,  czekając  aŜ  wrócisz, 
przygotowując słowa, które ci wtedy powiem. Nie mogę ci dać tego, o co prosisz. Nie 
ma odkupienia za twoje zbrodnie. Martwi nie przebaczają. - Zgasił latarkę, odwrócił się 
od zbolałego Jedi i ruszył w kierunku sceny. 

Brandl  patrzył  na  Otiasa,  uderzony  prawdą  jego  słów.  Przyciskając  wilgotny 

bandaŜ do zranionej dłoni, ominął scenę i skierował się w stronę ciemnych skrzydeł z 
tyłu  teatru.  Gdy  znalazł  się  na  zewnątrz,  zwrócił  twarz  ku  ostatnim  promieniom 
zachodzącego  słońca.  WyobraŜał  sobie,  Ŝe  bezsilna  wiązka  ma  moc  wypalenia  jego 
ciała. 

Gniewnie sięgnął pod płaszcz i wydobył spod niego cylindryczny przedmiot. Ross 

wzdrygnął  się  na  wspomnienie  traumatycznego  spotkania  z  mieczem  świetlnym. 
Pewność  siebie  powróciła,  gdy  zauwaŜył,  Ŝe  przedmiot,  który  Brandl  trzymał  teraz  w 
ręku,  jest  znacznie  większy  i  pokryty  maleńkimi  dźwigienkami  i  wyświetlaczami. 
Jakby skręcając kark niewidzialnego wroga, Brandl przekręcił przedmiot i schował go z 
powrotem w fałdach swej szaty. Usłyszał za sobą kroki przemytnika. Ross zbliŜał się z 
ostroŜną dyskrecją, jakby starał się nie zakłócać myśli trapiących Brandla. 

-  Wolę  pańską  pogardę,  kapitanie...  -  szepnął  Brandl  z  gwałtownym  błyskiem  w 

oku. - Pańska litość mnie mierzi. Przyśpieszył i po chwili wkroczył na dziedziniec. Nie 
zwracał uwagi na pył oblepiający mu stopy. 

 
Obramowany ciemnym kapturem korony drzew, perłowy kadłub”Kierry” lśnił jak 

gładki, okrągły kieł wyrzynający się spomiędzy porastających polanę wrzosów. Zanim 
Ross dotarł do statku, kilkakrotnie potknął się na rozrytej koleinami ścieŜce. 

Opowieści z Imperium 

66 

- Kierra, światło! - zawołał. 
Po chwili mruŜył oczy w lśniącym snopie promieni szperających. ZadrŜał z zimna 

i postawił kołnierz kurtki. Silny  wiatr schodził ze szczytów  górskich,  niosąc obietnicę 
deszczu. Ross wszedł do frachtowca. Od razu poczuł ciepło zalewające wnętrze statku. 

- Podładuj silniki - polecił roztargnionym głosem; zauwaŜył, Ŝe Brandl nie wszedł 

za nim na pokład. 

Przyzwyczajony juŜ nieco do jego przypadkowych wahań nastroju, Ross wyjrzał z 

bezpiecznego  ukrycia  rampy  wejściowej.  Brandl  stał  nieruchomo  u  stóp  pochylni, 
wpatrując się w ciemność. Blady mglisty opar ścielił się wokół jego nóg. 

-  Brandl?  -  szepnął  Ross,  po  czym,  wiedziony  intuicją  przemytnika,  polecił:  - 

Kierra, zgaś zewnętrzne światła. 

- MoŜesz juŜ wyjść - powiedział cicho Brandl, gdy zgasły ostre światła. - Nikt ci 

nie zrobi krzywdy. 

Ross przylgnął do wewnętrznych ścian poszycia statku, podpierając rękę, w której 

trzymał  blaster,  tak  by  móc  oddać  czysty  strzał.  Usłyszawszy  go,  Brandl  spojrzał  w 
górę ciemnej pochylni i jednym ostrym spojrzeniem rozbroił przemytnika. Po chwili z 
wrzosowiska wyłoniła się sylwetka chudego chłopaka. Ross poczuł, jak napięcie opada. 
Zszedł  z  rampy.  Chłopiec,  którego  wcześniej  spotkali  w  osadzie,  nosił  ciemnozielone 
ubranie,  dzięki  czemu  był  prawie  niewidoczny  na  tle  drzew.  Twarz  miał  spoconą  i 
zaczerwienioną. OstroŜnie pochodził do frachtowca i obu męŜczyzn. 

Cały  czas  patrzył  na  Brandla,  jakby  chciał  zapamiętać  kaŜdy  moment  jego 

obecności. 

- To prawda - szepnął. - Jesteś rycerzem Jedi. 
- A ty kim jesteś? - zapytał Brandl łagodnie. 
Chłopiec uśmiechnął się i spojrzał prosto w oczy ojca. 
- Nie znasz mnie? - zapytał. Przeniósł wzrok na miecz świetlny zwisający u pasa 

Jedi i krzyknął gniewnie: - To ty dałeś mi imię! Jaalib, pamiętasz? A na nazwisko mam 
Brandl. 

Brandl pogłaskał delikatnie włosy i policzki chłopca. Czuł pod opuszkami palców 

gładką skórę. To nieznane wraŜenie rozpaliło kaŜdy nerw jego ciała. 

-  Czy  to  prawdziwy  miecz  świetlny?  Jeszcze  nigdy  Ŝadnego  nie  widziałem  - 

powiedział chłopiec, a po chwili dodał: - Widziałem tylko rekwizyty, na scenie. Brandl 
podał  mu  broń.  Wpatrując  się  w  miecz,  Jaalib  wyciągnął  dłoń,  ale  zawahał  się  i  w 
końcu ją opuścił. 

- Nie bój się - zachęcił go Brandl. 
- Nie boję się - powiedział Jaalib pewnym  głosem, ujmując zamiast  miecza dłoń 

Brandla.  W  kącikach  jego  oczu  zalśniła  łza.  -  Przyszedłem  cię  ostrzec  -  szepnął.  - 
Słyszałem, jak Menges rozmawiał z innymi. Są źli, Ŝe wróciłeś do wioski. Mama sądzi, 
Ŝ

e nic ci nie zrobią, ale ja wiem, Ŝe Menges ma statek.  

Usłyszawszy to, Ross rzucił: 
- Kierra, sprawdź czujniki! 
Ś

wiatła wewnętrznego korytarza nagle zgasły. 

- Proponuję, Ŝebyście się wszyscy pochowali! 

background image

Peter Schweighoffer 

67 

PotęŜny  huk  wstrząsnął  powietrzem.  Pocisk  wybuchł  tuŜ  przy  rufie  statku.  Po 

chwili  eksplodował  następny,  wystrzelony  z  nadlatującego  myśliwca.  Uchylając  się 
przed gradem  kamieni, szczątków  metalu i Ŝwiru,  Ross  wturlał  się pod rampę. Iskry i 
stopione  szczątki  kadłuba  przelatywały  nad  jego  głową,  przypalając  ubranie  i  włosy. 
Zaczął zdzierać z siebie ubranie, odrywał płonący materiał od skóry. Nieopodal Brandl 
pomagał wstać przeraŜonemu chłopcu. 

- Raport o uszkodzeniach - polecił Ross. 
- Trafili nas, szefie - powiedziała Ŝałośnie Kierra. - Pocisk rozpryskowy. 
Nastąpiła krótka przerwa, podczas której Kierra analizowała napływające dane. 
-  Osłony  poszły.  Silniki  działają  w  siedemdziesięciu  procentach.  Istnieje  duŜe 

niebezpieczeństwo, Ŝe cewki jonowe się zatrą, jeśli będziemy chcieli zbyt duŜo z nich 
wycisnąć. 

- Czy zdołamy wystartować? 
- Z tobą przy sterach, ptaszyno - zagruchała - wszystko jest moŜliwe. 
Przytulając chłopca, Brandl powiedział cicho: 
- Tak długo, jak długo pozostaniemy niezauwaŜeni, moŜe nas minąć. 
-  Słuchaj...  -  warknął  Ross  -  bardzo  to  wszystko  wzruszające,  ale  chodziło  im 

właśnie  o  to,  by  się  zorientować,  gdzie  jesteśmy.  Następnym  razem...  -  prychnął 
nerwowo. - Zresztą nie zamierzam czekać do następnego razu. Zbierajcie się, juŜ! 

Brandl ujął w dłonie twarz chłopca. 
- Czy twoja matka wie, Ŝe tu jesteś?  
- Nie. 
- A zatem.... - Brandl zająknął się. - Skąd wiedziałeś?  
Jaalib uśmiechnął się. 
- Otias powiedział mi prawdę dawno temu. Pozwalał mi oglądać nagrania twoich 

sztuk. Mamie na początku nie podobało się to, ale przychodziła ze mną i płakała przez 
cały czas. -  Chłopiec spojrzał  w bok, unikając  wzroku Brandla. - Kiedy zobaczyliśmy 
cię na błoniach, zaczęła płakać, gdy tylko przyszliśmy do domu, Wiedziałem więc, Ŝe 
to  musisz  być  ty.  -  Chłopiec  nagle  zmarszczył  czoło.  Wiedział,  Ŝe  zbliŜa  się  chwila 
rozstania. - Wrócisz kiedyś do domu? 

Brandl pogłaskał syna po policzku i delikatnie pocałował go w czoło. 
- Nie mogę ci tego obiecać. 
Jaalib zmusił się do uśmiechu. 
- Rozumiem. Otias powiedział, Ŝe masz do zagrania inne waŜne role, których taki 

mały świat jak Trulalis nigdy nie mógłby ci zaoferować. Kiedy dorosnę, teŜ będę grał 
na innych planetach. Otias powiedział, Ŝe mi pomoŜe. - Zawahał się. - Chcę być równie 
wielki jak ty, ojcze. 

W oczach chłopca znów zalśniły łzy. 
- Nigdy cię nie zapomnę - wyszeptał. 
Pod osłoną baldachimu leśnych drzew pobiegł w dół ścieŜki i zniknął w cieniach 

nocy. 

- Nigdy nie powiedzieli mu prawdy. - Brandl przełknął ślinę, desperacko starając 

się zapanować nad emocjami. 

Opowieści z Imperium 

68 

- Dlaczego ty mu nie powiedziałeś? - warknął Ross, plombując luk włazu. 
-  Wierzy  pan  w  moją  odwagę?  Człowiek  odwaŜny  to  człowiek  o  mocnych 

przekonaniach,  kapitanie  Ross.  -  Ja  straciłem  moje  z  chwilą,  gdy  wybrałem  wiarę  w 
stare legendy. 

Opadłszy na fotel pilota, Ross gorączkowo włączał urządzenia startowe. Jego ręce 

perfekcyjnie tańczyły nad konsoletą. Zelektryzowany groźbą pojawienia się w zasięgu 
czujników  wrogiego  myśliwca,  uruchomił  zapłon.  Kabinę  pilota  wypełniło  niskie 
buczenie, a wraz z nim wibracje napędu jonowego, pracowicie unoszącego frachtowiec. 
Metaliczny  szczęk  pokryw  pokładu  rozchodził  się  po  wszystkich  korytarzach  i  w 
przestronnej ładowni. 

- Och! - jęknęła Kierra. - Kiepsko to brzmi. 
- Mniejsza o to, jak brzmi, zajmij się lepiej naprawą tarcz! 
Walcząc  o  utrzymanie  kontroli  nad  statkiem,  Ross  zmagał  się  z  tylko  częściowo 

wypełnioną  strumieniem  jonów  przepustnicą.  Starał  się  wycisnąć  maksymalną  moc  z 
uszkodzonych silników. 

-  Najtrudniej  będzie  przelecieć  przez  atmosferę  -  szepnął  Brandl,  zerkając  na 

odczyty wskaźników na ekranach. 

- Jeśli w ogóle uda nam się oderwać od ziemi! - zrządził Ross. - Kierra, gdzie on 

jest? 

- Jeden Łowca Głów Z-dziewięćdziesiąt pięć, nadlatuje z przodu na prawo od nas. 

Według moich odczytów, jego waga przekracza typowe wielkości dla statku tej klasy. 

- To znaczy? 
- To znaczy, Ŝe ma więcej pocisków rozpryskowych. Jest w pełni obciąŜony. 
- Naładuj główną wieŜyczkę - wymamrotał Ross, skoncentrowany na trudnościach 

z uniesieniem frachtowca. - Kiedy zacznie działać generator tarczy? 

-  Daj  mi  jeszcze  pięć  minut.  Ciśnienie  hydrauliczne  rośnie  do  poziomu 

operacyjnego. 

- Pospiesz się! W tym tempie nie zdołamy opuścić atmosfery, zanim nas dopadnie. 

-  Ross  wpatrywał  się  w  dolne  warstwy  atmosfery,  które  skryły  ich  szaleńczy  odlot  w 
nocną mgłę. - Czy moŜesz coś zrobić z napędem jonowym? 

-  Pomyśl  o  czymś  wesołym  -  odpowiedziała.  -  Nie  mamy  ładunku.  Nie  mamy 

dodatkowych  materiałów.  A  poza tym...  - dodała z nutą  kobiecej dumy  w  głosie  - ten 
statek  zawsze  był  lŜejszy  niŜ  norma  dla  jego  klasy.  Jesteśmy  lŜejsi  niŜ  torebka 
mózgowa Gamorreanina. 

- Ile mamy czasu, zanim wejdziemy w jego zasięg? 
- Powiem ci tylko, Ŝe właśnie włączam tarcze. 
Nagle  frachtowiec  zatrząsł  się  pod  kolejnym  bezpośrednim  trafieniem  pocisku 

rozpryskowego.  Koziołkując  od  potęŜnego  wybuchu,  „Kierra”  zanurkowała  pod 
chmurę,  podczas  gdy  niszczące  rykoszety  energii  rozpraszały  się  nieszkodliwie 
pomiędzy rufowymi tarczami. 

- Uszkodzenia? - wysapał Ross. 

background image

Peter Schweighoffer 

69 

-  Tarcza  wzięła  na  siebie  strzał  -  odpowiedziała  Kierra  zmęczonym  głosem,  nie 

przestając zbierać informacji z licznych systemów statku. - Ale poziom hydrauliki juŜ 
zaczął opadać. Następnym razem nie damy rady. 

Ostro pikując przez atmosferę, Łowca Głów  kontynuował pościg. Przedzierał się 

przez gęstą atmosferą Trulalis, podchodząc do kolejnego ostrzału. 

Kierra  uzbroiła  dolną  wieŜyczkę  i  sprzęgła  się  przez  interfejs  z  jej  działem. 

Oddała kilka strzałów w stronę dziobu atakującego statku. Nie spodziewając się odwetu 
ze  strony  uszkodzonego  frachtowca,  myśliwiec  zboczył  z  kursu.  Jego  lewe  skrzydło 
objęły płomienie. By uniknąć strzałów z wieŜyczki, wykręcił beczkę i uciekał z zasięgu 
działa. 

- To powinno go powstrzymać na krótką chwilę. 
-  Za  krótką!  -  odparował  Ross.  Uciekając  wzrokiem  od  ostroŜnego  spojrzenia 

Brandla, mruknął: - Jeśli masz w zanadrzu jakaś sztuczkę Jedi, teraz jest najlepszy czas, 
by ją zaprezentować. 

Brandl  skinął  głową.  Sięgnął  pomiędzy  fałdy  płaszcza  i  znowu  wyciągnął 

intrygujący  cylindryczny  przedmiot.  Urządzenie  było  sprytnie  zamaskowane,  mogło 
uchodzić  za  hydroklucz  czy  inne  narzędzie.  Ross  patrzył  zafascynowany  na 
nieregularnie  migające  światełko  kontrolne,  czerpiące  energię  z  ukrytego  ogniwa 
energetycznego. 

- Co to takiego? - spytała Kierra, zaintrygowana dziwnym przyrządem. Jej czujnik 

optyczny rozjaśnił się, gdy zwiększyła ogniskową. 

- To transponder - odparł Brandl. - Nadaje od prawie godziny. 
Jedi  westchnął  z  wysiłkiem  i  opadł  na  szerokie  oparcie  fotela  pilota.  Na  jego 

przystojnej twarzy malował się wyraz zniechęcenia i rezygnacji. 

Łowca  Głów  przerwał  pościg,  zawracając  w  stronę  powierzchni  planety.  Silniki 

rufowe  jarzyły  się  pełnym  ogniem  otwartej  przepustnicy,  gdy  myśliwiec  znikał  w 
pokrywie gęstych chmur. 

Ross podejrzliwie spojrzał na Brandla. Czuł w gardle uścisk strachu. 
- I gdzie ten haczyk? 
- Lepiej się przygotuj - szepnął Brandl. 
Alarmy zbliŜeniowe zawyły, rozbrzmiewając ogłuszającym echem w korytarzach 

i  lukach  frachtowca.  Czujniki  ukazały  obraz  gigantycznej  sylwetki  imperialnego 
gwiezdnego niszczyciela, który właśnie wyłonił się z nadprzestrzeni. 

Niszczyciel  przesuwał  się  na  ekranach  zaledwie  o  sto  metrów  przed  nimi.  Ross 

opadł  cięŜko  na  fotel,  pokonany,  zanim  padł  choćby  jeden  strzał.  Dziesiątki  baterii 
turbolaserowych  dział  powoli  obracały  się  w  ich  stronę,  biorąc  frachtowiec  na  cel. 
Powstrzymywana  przez  nadal  niesprawny  napęd  jonowy  „Kierra”  zbliŜała  się  do 
gwiezdnego niszczyciela. 

- Mają nas? - jęknął Ross, przecierając oczy i czoło. 
- A czy Boba Fett lubi swoją pracę? 
- Zdołamy ich prześcignąć? 
- W tej chwili chyba tylko myślami, ptaszyno. Trzymają nas jak w kleszczach. 
Ross westchnął, godząc się z nieuniknionym. 

Opowieści z Imperium 

70 

- Właśnie udało ci się podpisać na mnie wyrok śmierci! 
- Wręcz przeciwnie, zagwarantowałem ci ułaskawienie. - Na wargach Jedi zaigrał 

przebiegły uśmiech. 

- Jestem poszukiwany! Imperium wyznaczyło nagrodę za moją głowę! 
-  Niedługo  się  przekonasz,  Ŝe  Imperator  potrafi  być  bardzo  hojny,  gdy  jego 

poddany uzna za stosowne zwrócić mu jego własność. 

-  Więc  jesteś  jednym  z  tych  maniaków  Imperatora?  -  zdziwił  się  Ross.  -  To  co 

robiłeś na Najibie... Uciekałeś! - Wpatrując się w sylwetkę gwiezdnego niszczyciela, z 
trudem łapał oddech. - Uciekałeś od Imperium? Dlaczego? 

-  To  juŜ  niewaŜne  -  szepnął  Brandl.  -  Nadszedł  czas,  by  stanąć  oko  w  oko  z 

ciemnością i przekonać się, czym jest... tylko mrowiem cieni. 

- Niektóre z nich potrafią zabić! 
W miarę jak frachtowiec zbliŜał się do zewnętrznego doku, otoczyła ich ciemność. 
- Niech zatem śmierć oczyści wszystkich. 
Ross szybko odpiął blaster, w którego pasie był schowek na detonatory termiczne 

i  inne  nielegalne  militarne  drobiazgi.  Potem  poszedł  do  składziku  na  narzędzia  tuŜ  za 
kabiną  pilota.  Wziął  kilka  magazynków  z  zasilaniem  do  blastera  i  wrócił  na  mostek, 
gdzie znalazł Brandla zaglądającego ciekawie do schowka. 

-  Kierra,  upewnij  się,  Ŝe  twoje  osłony  pozostaną  nietknięte.  Nie  chcę,  Ŝeby 

znaleźli twoje komory mocy. 

- Dziewczyna ma prawo do odrobiny prywatności - zaŜartowała. - Dobry pomysł, 

szefie. 

Ross  zamknął  skrytkę  i  nalepił  ostrzeŜenie  o  skaŜeniach.  Jeśli  Imperium  zechce 

przeczesać  statek  swoimi  czujnikami,  ominą  to  miejsce  jako  schowek  na  skaŜone 
narzędzia. 

Ś

wiatła  w  kabinie  zamigotały  nagle  i  przygasły,  przechodząc  na  zasilanie 

awaryjne. 

- Wszystko wyczyszczone! - krzyknął Ross. 
-  Przełączyłam  moje  łącza  mocy  do  komory  podporządkowanej.  Nawet  jeśli 

znajdą mój główny generator, nie będą wiedzieli, co to jest. Ale to oznacza - zaczęła się 
przekomarzać  -  Ŝe  nie  będę  mogła  podsłuchiwać  przez  komunikator  ani  kontrolować 
zbliŜenia! 

-  Dla  własnego  bezpieczeństwa  -  zaczął  Brandl  -  radziłbym  ci  nie  wspominać  o 

Trulalis. 

Ross pomyślał o Ŝonie i synu Brandla. Skinął głową. 
-  Kierra,  wyczyść  wszystkie  zapisy  i  dziennik  podróŜy  od  opuszczenia  Najiby. 

Wprowadź dane z poprzedniego zlecenia. Co nam to daje? 

- Podrzucaliśmy tego dzieciaka na Tatooine, pamiętasz? 
-  Nie  przypominaj  mi  o  tym  -  odpowiedział  tęsknym  głosem  Ross.  -  Po  prostu 

wykasuj powody i dodaj coś o kłopotach z silnikiem nad Trulalis. 

- Dobra, szefie. 
- I... Kierra? Schowaj się, dobrze? Przetrząsną pewnie kaŜdy centymetr statku. 
- CzyŜbym słyszała troskę w twoim głosie, ptaszyno? 

background image

Peter Schweighoffer 

71 

- Taa... - mruknął. Podszedł do głównego luku i odpieczętował zamek. 
Zanim  rampa  wejściowa  na  dobre  dotknęła  ziemi,  dwóch  imperialnych 

szturmowców  juŜ  wkraczało  na  pokład,  wycelowując  broń  w  Rossa.  Pchnęli  go  na 
ś

cianę z taka siłą, Ŝe zgiął się w pół, kaszląc, by złapać oddech. Co najmniej dwudziestu 

szturmowców  ustawiło  się  w  szyku  na  zewnątrz  frachtowca,  z  rusznicami 
wycelowanymi w stronę rampy, w kierunku ciemnego Jedi. 

Nie  zmieszany  pokazem  imperialnej  siły,  Brandl  przebiegł  wzrokiem  rząd 

dumnych  czarno-białych  zbroi,  aŜ  poza  kręgiem  Ŝołnierzy  zauwaŜył  znajomą  twarz 
imperialnego oficera. Stanął z boku, pozwalając trzem szturmowcom wbiec do wnętrza 
statku. 

-  Ufam,  Ŝe  będzie  pan  z  nami  współpracował  -  oznajmił  oficer.  Pompatycznym 

gestem poprawił daszek czarnej czapki. - Jeśli nie dla własnego dobra, to przynajmniej 
dla dobra pańskiego towarzysza. 

Pełna dramatyzmu postawa Jedi kryła w sobie przeczucie klęski. 
- Na czym miałaby polegać ta współpraca? - zapytał. 
- Nic nie myśl. Nic nie rób. Nic nie mów, dopóki ktoś ci nie kaŜe. 
Podając  rękę  oddychającemu  z  trudem  Rossowi,  Brandl  uśmiechnął  się  do  niego 

porozumiewawczo. 

- Kapitanie Grendahl, przekona się pan, Ŝe nieróbstwo wychodzi mi doskonale. 
Na twarzy Grendahla pojawiła się groźba. 
- Mamy się spotkać z „Inwigilatorem” za godzinę. Inkwizytor Tremayne nie moŜe 

się doczekać kolejnej rozmowy z panem, lordzie Brandl. Tak, nie moŜe się doczekać. 

Wskazał palcem na Rossa i polecił: 
-  Zabierzcie  go  do  izolatki  na  przesłuchanie.  Musnął  końcami  palców  daszek 

czapki i zwrócił się do Brandla: 

- Bardzo proszę, lordzie Brandl. Pańska kwatera jest juŜ gotowa. 
Masując  puchnące  siniaki  na  piersi  i  ramionach,  Ross  oparł  czoło  o  klinicznie 

czystą ścianę celi. Minęło kilka godzin, wyznaczanych przez kolejne sesje rutynowego 
przesłuchania.  Nagle  drzwi  się  otworzyły.  Do  celi  weszło  dwóch  szturmowców  i 
kapitan Grendahl. Oficer usiadł naprzeciw Rossa i połoŜył notes komputerowy na stole, 
który ich rozdzielał. 

-  Czy  rozpoznaje  pan  tego  męŜczyzną?  -  zapytał,  wskazując  portret  na  małym 

ekranie. 

Ross roześmiał się, zobaczywszy szacowne rysy swej własnej fizjonomii. 
- Czy pomogłoby mi, gdybym powiedział, Ŝe nie rozpoznaję? 
Grendahl uśmiechnął się łaskawie. 
-  Nie.  -  SkrzyŜował  dłonie  na  blacie  stolika  i  dodał  złośliwie:  -  Zakłócanie 

imperialnego dochodzenia jest przestępstwem podlegającym karze więzienia. 

-  Imperialnego  dochodzenia?  -  Ross  zaśmiał  się  szyderczo.  -  To  była  zwykła 

bójka,  i  do  tego  nieuczciwa  -  stwierdził.  -  Dwóch  szturmowców  kontra  mały  Jawa  - 
dajcie spokój! 

-  Stosunek  sił  nie  ma  w  tym  wypadku  znaczenia  -  odpowiedział  bezbarwnym 

głosem Grendahl. - Nie zmienia to faktu, Ŝe wmieszał się pan w tę sprawę. Jednak... 

Opowieści z Imperium 

72 

- Jednak...? - powtórzył Korelianin, przedrzeźniając oficera. 
- Jednak jestem upowaŜniony do udzielenia panu szerokiej amnestii, o ile zechce 

pan współpracować i odpowie na kilka pytań. 

-  Amnestii?  -  zaśmiał  się  Ross.  Podrapał  się  po  głowie  z  wyraźnym 

niedowierzaniem. - Amnestia od Imperium jest mniej więcej tyle warta, co łysy karzeł 
Wookie. 

Grendahl 

zmarszczył 

czoło, 

pokrywając 

niezadowolenie 

suchym 

profesjonalizmem. 

-  Ma  pan  gwarancję  samego  Imperatora,  kapitanie  Ross.  Proszę  nam  pomóc  w 

dochodzeniu, a zostanie pan oczyszczony z wszelkich zarzutów. 

- On jest mi winien pieniądze! - targował się Ross. 
- Nie mogę obiecać, Ŝe je pan dostanie - odparł Grendahl. - Ale ma pan prawo do 

dziesięciu  tysięcy  kredytów.  -  Uśmiechając  się  złośliwie,  obserwował  zaskoczenie 
przemytnika. - To dziesięć procent nagrody za oddanie w nasze ręce Brandla, całego i 
zdrowego. 

Zaintrygowany Ross pochylił się nad stolikiem. 
- Chce pan powiedzieć, Ŝe ten facet jest wart sto tysięcy kredytów? 
-  Ma  pan  szczęście,  Ŝe  w  ogóle  pan  Ŝyje.  Brandl  jest  całkowicie 

nieprzewidywalny, zdolny do niewyobraŜalnego okrucieństwa. Jednak jego wartość dla 
Imperatora sprawia, Ŝe jest niezwykle cenny. Gdzie go pan znalazł? 

- Na Najibie. 
Grendahl nie krył zaskoczenia. 
- Najiba ma surowe przepisy zakazujące przelotów przez pas asteroidów. 
- Kiedy tam trafiłem - wyjaśnił Ross - nikt nie dbał o portowe grzywny. Po prostu 

chcieli mieć go z głowy. 

- Były jakieś kłopoty? Ktoś ucierpiał? 
Korelianin obojętnie wzruszył ramionami. 
- Nie wychodziłem ze statku - skłamał. - Więc tak naprawdę to nie wiem. 
- I gdzie miał go pan zawieźć? 
-  Do  Mos  Eisley,  ale...  -  Ross  roześmiał  się.  -  ...biorąc  pod  uwagę  moją  ostatnią 

wizytę na Tatooine, chciałem go podrzucić nie dalej niŜ do Anchorhead. Potem byłby 
zdany na siebie. 

- Czy kiedykolwiek wspominał o swoich powiązaniach z Imperatorem? 
- Dopiero gdy nas złapaliście promieniem ściągającym. 
- A uszkodzenia na pańskim statku? 
- Zaatakowali  nas piraci - odpowiedział Ross.  - Hipernapęd nawalił i ledwo nam 

się udało tu dotrzeć. 

Grendahl zawahał się. 
-  Prowadzi  pan  dokumentację  bardzo  dokładnie.  Dziennik  pokładowy  i 

dokumenty przewozowe potwierdzają pańską opowieść. 

-  Przyzwyczajenie  z  czasów,  gdy  byłem  łowcą  nagród  -  podpowiedział  Ross.  - 

Jeśli Ŝąda pan zwrotu kosztów, nie obejdzie się bez dokładnej dokumentacji. 

background image

Peter Schweighoffer 

73 

Do pokoju zajrzał młody podporucznik. Zasalutował Grendahlowi, nie zwracając 

uwagi na więźnia. 

-  Kapitanie  Grendahl,  admirał  Etnam  prosi  pana  niezwłocznie  na  mostek.  Lord 

Brandl otrzymał rozkaz odprowadzenia tego cywila do jego statku. 

- Co?! 
Ross  ukrył  przebiegły  uśmiech,  chowając  twarz  za  kołnierzem  kurtki.  Udając 

zaskoczenie, podniósł się z krzesła i pochylił nad lśniącym blatem stolika. Zastanawiał 
się, jak teŜ Brandlowi udało się to zaaranŜować. 

-  Kapitanie  Grendahl...  -  powiedział  cichym  głosem  podporucznik  -  instrukcje 

admirała Etnama były zupełnie jasne. Z niecierpliwością czeka na spotkanie z Wielkim 
Inkwizytorem  Tremaynem.  -  Jako  osobisty  adiutant  Etnama,  młody  podporucznik  nie 
obawiał  się  odwetu  Grendahla.  Skinął  głową  na  najbliŜszego  szturmowca  i  polecił 
cicho: - Proszę zabrać stąd więźnia. 

Grendahl z trudem zachowywał spokój, zirytowany siłą wpływów Brandla, które 

mimo  chwilowej  niełaski  Imperatora  nadal  miały  swoją  wagę,  nawet  dla 
nieustraszonego  admirała  Etnama.  Jego  nozdrza  rozszerzyły  się,  gdy  syknął  przez 
zaciśnięte zęby: 

- Bardzo dobrze. 
Następnie,  aby  podreperować  swoje  ego  w  obecności  podkomendnych, 

wyprostował zgarbione plecy i oznajmił pewnym głosem: 

-  Jest  pan  wolny,  kapitanie  Ross.  Łaskawość  Imperatora  bywa  szczodra  i 

dalekosięŜna,  ale  następnym  razem,  gdy  przyjdzie  panu  ochota  wmieszać  się  w 
imperialne  śledztwo  -  przerwał  wymownie  -  moŜe  się  pan  znaleźć  po  niewłaściwej 
stronie imperialnej sprawiedliwości. 

Splótł ręce za plecami i ruszył w górę korytarza. 
- Proszę pamiętać, Ŝe następny raz byłby igraniem z losem - rzucił. 
Brandl  obserwował  odwrót  Grendahla  znad  wypolerowanych  ramion  kilku 

szturmowców. Uśmiechał się drwiąco, gdy prowadził Rossa korytarzem. 

- Czy jest pan człowiekiem przesądnym, kapitanie Ross? 
Zaabsorbowany obecnością uzbrojonej eskorty za ich plecami, Ross odpowiedział 

cicho: 

- Mój dziadek powtarzał, Ŝe przesądy są protezą dla słabych umysłów. 
-  A  zatem  czeka  nas  zguba,  bo  podstawy  naszej  cywilizacji  leŜą  w  rękach 

kapłanów, szamanów i mnichów. - Brandl roześmiał się dobrodusznie. W jego oczach 
pojawiły się wesołe błyski. - Pański dziadek był mądrym człowiekiem. 

Ross wzruszył ramionami. 
-  Był  tylko  jeszcze  jednym  przemytnikiem,  który  znalazł  się  po  niewłaściwej 

stronie  imperialnej  sprawiedliwości.  -  Prychnął,  przypominając  sobie  groźbę 
Grendahla.  -  To  dlatego  zostałem  łowcą  nagród.  Chciałem  uniknąć  tego,  co  mu  się 
przydarzyło. 

- A potem? 
- A potem mnie to znudziło. Widocznie to zajęcie nie dla mnie. 

Opowieści z Imperium 

74 

- WciąŜ szukamy dla siebie roli, która naznaczyłaby koniec naszego Ŝycia choćby 

chwilą chwały. Zapominamy, Ŝe sława jest niczym  więcej niŜ aromatem cnoty. Nigdy 
nie trwa długo. 

- To kolejna pańska mądrość? - skomentował Ross kpiąco. 
- Gra na scenie wymaga dogłębnej znajomości natury ludzkiej, i to było przyczyną 

mojej  obsesji.  W  miarę,  jak  rozwijał  się  mój  umysł,  moralność  słabła,  aŜ  w  końcu 
stałem się tym, czym najbardziej gardzę. 

- To znaczy? 
-  Człowiekiem.  Nie  królem,  nie  bohaterem,  nie  bogiem.  Tylko  człowiekiem, 

złapanym w pułapkę pasji grania. 

- Więc na co teraz kolej? - drąŜył Ross. 
- Moje Ŝycie było ciągłym dramatem... - szepnął Brandl - i do tego tragicznym. A 

ja brnąłem przez  nie scena po scenie, akt za aktem, jak jakiś przeraŜony neofita. Dziś 
Los woła mnie na scenę ostami raz. Nie mogę dalej Ŝyć kłamstwem. 

- Wraca pan do Imperatora, tak? Po tym, co panu zrobił? 
- On zaledwie wskazał mi ogólny kierunek. To ja zdecydowałem, by pójść za nim 

i wypełniać jego wolę. 

- A co z pana rodziną? Co z chłopakiem? Co będzie, jeśli Imperator kiedykolwiek 

się o nich dowie? 

-  Zapewniam  pana,  Ŝe  nie  spotka  ich  nic  złego  -  westchnął,  po  czym  dodał 

Ŝ

arliwie: - Będą bezpieczni. 

Ross  wyczuł,  Ŝe  Jedi  mówi  szczerze;  szczerość  przebijała  spoza  złowieszczych 

cieni, które oddzielały go wcześniej od Rossa. Sam jednak wciąŜ miał wątpliwości. 

- Czy jest pan naprawdę tego pewny? - spytał. 
- Nigdy w Ŝyciu nie czułem się równie pewny. - Brandl wcisnął Ŝeton kredytowy 

w dłoń przemytnika i zacisnął na  nim jego palce. Ross zauwaŜył  w dłoni Brandla coś 
jeszcze; coś, co Jedi próbował ukryć, nakrywając przedmiot drugą dłonią. - Ten Ŝeton 
to reszta mojej naleŜności i obowiązkowa nagroda Imperatora za schwytanie groźnego 
renegata. - Wykrzywił usta w złośliwym uśmiechu, rozbawiony własnym sarkazmem. 

Wsuwając Ŝeton do kieszeni kurtki, Ross zauwaŜył okrągły metaliczny przedmiot, 

który trzymał Brandl, i płytkę ze znacznikami  naprowadzającymi, które ktoś  wytrawił 
kwasem. Z oczami rozszerzonymi zrozumieniem Ross wpatrywał się w twarz Brandla. 

- Proszę uwaŜać wszystkie moje długi za spłacone - szepnął Jedi. Odwrócił się na 

pięcie i odszedł w dół korytarza prowadzącego do hangaru, a za nim podąŜyła eskorta 
szturmowców. 

Ross popędził w górę rampy, szybko otworzył zamek włazu. 
- Kierra!  - syknął, biegnąc tunelem  komunikacyjnym  na  mostek.  -  Kierra, obudź 

się! 

- O co ci chodzi? - warknęła. - Silniki czekają włączone od godziny. Udało mi się 

nawet wetknąć na miejsce jedną z cewek jonowych, przesuwając tarczę. - Prychnęła, co 
przez komunikator zabrzmiało jak czkawka. - Skąd ten pośpiech? Główne banki danych 
były  czyste,  a  zgodnie  z  tym,  co  mówił  ten  mały  astromech,  którego  mieli  na 
pokładzie... 

background image

Peter Schweighoffer 

75 

- Mniejsza o to! - krzyknął Ross, zapinając pasy w fotelu pilota. - Brandl ma jeden 

z moich detonatorów termicznych i myślę, Ŝe zamierza... 

Stłumiona  eksplozja  zatrzęsła  korytarzami  wokół  doku,  wdmuchując  do  hangaru 

kłęby  dymu  i  deszcz  odłamków.  Zawyły  alarmy,  wzywając  słuŜby  medyczne  i 
techników na miejsce wybuchu. Wśród chaotycznego przekrzykiwania się, wycia syren 
i odgłosu kroków podkutych Ŝołnierskich butów „Kierra” w jednej chwili oderwała się 
od  lądowiska.  Korytarze  przeniosły  echo  kilku  pomniejszych  eksplozji,  które 
pogruchotały  przypory  cumownicze  podtrzymujące  kilka  myśliwców  typu  TIE  i 
wahadłowiec. 

- Co go opętało, Ŝeby puścić takie fajerwerki? 
- Musiał chronić swoją rodzinę - odparł przemytnik zmęczonym głosem. 
- Ale nawet teraz, po jego śmierci, nie ma Ŝadnej gwarancji, Ŝe Imperator ich nie 

znajdzie.  ChociaŜ  z  drugiej  jednak  strony  -  zastanawiała  się  głośno  -  nie  ma  teŜ 
gwarancji, Ŝe Imperium  w ogóle będzie ich  szukać.  -  Zirytowana  nieskończoną liczbą 
moŜliwych wariantów, stwierdziła: - Cieszę, się, Ŝe juŜ po wszystkim. 

-  Nieprawda  -  szepnął.  Skręcił  ostro  nad  flotyllą  myśliwców  i  wyrzutni  i 

wyprowadził  „Kierrę”  z  lądowiska,  stopniowo  otwierając  przepustnicę.  -  Brandl  miał 
wprawdzie  swą  ostatnią  scenę,  ale  sztuka  jeszcze  się  nie  skończyła.  -  Uśmiechnął  się 
nostalgicznie. Zahipnotyzowany zieloną tarczą Trulalis, obserwował wirującą planetę - 
nieskaŜoną,  nieświadomą  i  niezmienną.  Westchnął,  dziwnie  uspokojony.  Nie  było 
więcej cieni. 

Skierował  system  astronawigacyjny  z  powrotem  na  Najibę  i  oparł  się  wygodnie. 

„Kierra” pomknęła przez pustkę, a potem w przezroczystą świetlistość nadprzestrzeni. 

 

Opowieści z Imperium 

76 

S T R A C O N A   S Z A N S A  

 

Michael A. Stackpole 

 
 
 

 
 

Corran  Horn  uśmiechnął  się  szeroko,  gdy  stłumiony  świergot  robota  typu  R2 

dotarł do niego z tylnej części prowizorycznego hangaru. 

- Tak, Gwizdku, odwaliłeś kawał dobrej roboty, maskując to miejsce. 
Podczas  jego  nieobecności  robot  zajął  się  rozrzucaniem  po  opuszczonym  garaŜu 

najprzeróŜniejszych  szczątków  urządzeń  mechanicznych.  Nikt  nie  domyśliłby  się,  Ŝe 
pomiędzy  nimi  a  porośniętym  fioletowym  dzikim  winem  djorra  wejściem  budynek 
skrywał jedynego X-skrzydłowca na planecie Garqi. 

Corran  prześlizgnął  się  pod  lśniącym  nosem  myśliwca  i  przeszedł  pochylony  do 

tyłu,  gdzie  stał  mały  biało-zielony  robot.  Wszystko  dookoła  zostało  dokładnie 
poprzestawiane od czasu,  kiedy ostatnio odwiedził Gwizdka, i Corran podejrzewał, Ŝe 
to, co widzi, to najnowsza z licznych koncepcji dekoratorskich robota. 

-  Przepraszam,  Ŝe  nie  przyszedłem  wcześniej,  ale  całe  miasto  powariowało  na 

punkcie Rebeliantów. Wszyscy patrzą na siebie spode łba, myślałby kto, Ŝe rozsyłanie 
po  komputerach  paru  rebelianckich  sloganów  czy  wywrotowych  obrazków  albo 
wyświetlanie ich na publicznych ekranach to zbrodnia równa przynajmniej morderstwu. 

Robot  wyciągnął  wtyk  transmisji  danych  i  podłączył  go  do  portu  małego  notesu 

komputerowego,  ustawionego  na  denku  duŜej  puszki,  z  której  wyciekała  szara  oleista 
ciecz. Ekran oŜył, ukazując łopatką śmigła do odśrodkowej wyciągarki X-skrzydłowca. 
Ś

wiergot  robota  przeszedł  od  dźwięków  niskich  do  wysokich,  gdy  obracał  głową  od 

ekranu na Corrana. Pilot poczerwieniał i potrząsnął przecząco głową. 

-  Nie,  nie  wiem,  jak  wydostać  tę  część  z  magazynów  StraŜy  Imperialnej.  Z 

powodu  Rebeliantów  straŜ  jest  czujniejsza  niŜ  zazwyczaj.  Znalezienie  tych  części 
zamiennych i torped protonowych na „Gwiezdnej Rozkoszy” to największa gratka, jaka 
od lat trafiła się Imperialnym w tej dziurze. Prefekt Barris aŜ się pali, by rozbić tutejsze 
podziemie.  Nie  wiem,  komu  chce  zaimponować  -  Imperator  nie  Ŝyje,  a  na  Coruscant 
wszyscy są tak zajęci walką o stołki, Ŝe nie moŜna na nikogo liczyć. 

Gwizd  robota  brzmiał  jak  przygana.  Wizerunek  łopatki  śmigła  zastąpił  herb 

Nowej Republiki. 

-  Nie,  nie  chodzi  o  to,  czy  przyłączymy  się  do  Republiki  czy  nie.  Tutaj  nie  ma 

Ŝ

adnych Rebeliantów.  Ci ich „Rebelianci” to grupka dzieciaków z  uniwersytetu Garqi 

background image

Peter Schweighoffer 

77 

Ag. Nie byliby w stanie wydostać dla mnie od Imperialnych tych części, nawet gdybym 
ich  szkolił  miesiącami.  Poza  tym,  gdyby  spróbowali,  na  pewno  by  wpadli.  -  Corran 
potrząsnął głową nieustępliwie. 

- Słuchaj, Gwizdek, to mój problem. Kapitan Nootka przywiózł tu te torpedy, bo 

myślał,  Ŝe  ja  je  kupię  albo  będzie  mógł  je  sprzedać  swoim  Rebeliantom.  Złapali  go, 
aresztowali  załogę  i  skonfiskowali  statek.  MoŜe  faktycznie  jestem  mu  coś  winien,  ale 
próbować go z tego wyciągnąć bez sprawnego statku to nie najlepszy pomysł. 

Mówiąc  to,  Corran  przejechał  dłonią  po  boku  X-skrzydłowca.  Kadłub 

pomalowany  był  na  biało  i  zielono,  podobnie  jak  robot,  a  obu  przydałoby  się  jeszcze 
kilka  pociągnięć  pędzla.  Myśliwiec  naleŜał  do  Corrana  w  czasie  słuŜby  w  StraŜy 
Ochrony Korelii, zwanej w skrócie KorSekiem, a Gwizdek słuŜył mu za drugiego pilota 
podczas niezliczonych misji, mających na celu powstrzymanie przemytników i innych 
kłopotliwych gości od zakłócania spokoju systemu. 

Gwizdek zgasił ekran komputera, wydając przy tym smutny dźwięk. 
- Wiem, Gwizdek, mnie teŜ brakuje tych nocnych lotów. 
Kiedy powiązania KorSeku z Imperium stały się nie do zniesienia, Corran odleciał 

z  systemu,  zabierając  ze  sobą  statek  i  robota.  Przybył  na  Garqi,  Ŝeby  się  przyczaić  i 
zarazem  nie  włazić  w  oczy  Imperialnym.  Mimo  iŜ  latanie  myśliwcem  było 
niebezpieczne,  nie  mógł  się  od  niego  powstrzymać,  tak  jak  nie  mógłby  nie  oddychać. 
Wszystkie loty odbywał jednak nocą, aby trudniej było namierzyć i jego, i statek. 

Unikanie tutejszych oddziałów to łatwizna. Gdyby ten ptak rdava nie wleciał mi w 

turbinę w czasie ostatniego lotu, nadal bym latał i nikomu nie przyszłoby do głowy, Ŝe 
Garqi to siedlisko Rebeliantów. Westchnął. 

-  A  teraz  utknąłem  tu,  bo  kilkoro  dzieciaków  chciało  podenerwować  swoich 

bogatych rodziców i zaczęły odgrywać Rebeliantów. Dla nich to tylko zabawa. 

Robot znowu go zbeształ ostrym gwizdem. 
- Masz rację, Dynba Tesc raczej nie myśli o tym jako o zabawie, ale to jej własna 

wina,  Ŝe  dała  się  złapać  wczorajszej  nocy.  Wprawdzie  tutejsi  Imperialni  to  nie 
szturmowcy,  ona  jednak  zostawiła  za  sobą  taki  ślad,  Ŝe  nawet  nasz  stary  imperialny 
oficer  łącznikowy  KorSeku  byłby  w  stanie  ją  wytropić.  -  Wyciągnął  rękę  i  poklepał 
delikatnie  robota  po  głowie.  -  Posiedzi  trochę  w  tutejszym  więzieniu,  a  potem  ją 
wypuszczą. Tak, będą ją przesłuchiwać, ale zobaczą, Ŝe nic nie wie, i puszczą ją wolno. 
Jestem tego pewien. 

Robot zagwizdał następne pytanie. 
-  Tak,  gdyby  naprawdę  coś  jej  groziło,  zrobiłbym,  co  w  mojej  mocy  -  ale  nie 

dlatego, Ŝe jest Rebeliantką. Nie mam nic wspólnego z Nową Republiką, a prosty fakt, 
Ŝ

e Imperium nienawidzi i ich, i mnie, nie czyni z nas od razu sprzymierzeńców. 

Corran zmarszczył brwi. 
- Rebelianci moŜe i zabili Imperatora - podjął po chwili. - Twierdzą teŜ, Ŝe mają 

po  swojej  stronie  ostatniego  Ŝyjącego  Jedi,  ale  ciągle  im  daleko  do  pokonania 
Imperium.  Mój priorytet  to siedzieć cicho i pozwolić im przyciągać  uwagę Imperium. 
Powstanie przyszło na Garqi, a to oznacza, Ŝe juŜ najwyŜszy czas wynieść się stąd. 

Podniósł rękę. 

Opowieści z Imperium 

78 

-  Nie,  Ŝadnych  protestów.  Nie  chcę  więcej  słyszeć  tego  skrzeczenia  na  temat 

Rebelii,  jasne?  Przez  resztę  czasu  zamierzam  pracować  nad  tym,  Ŝeby  nas  nikt  nie 
znalazł,  i  nad  ściągnięciem  tu  tej  wyciągarki.  Gdy  tylko  wymyślę,  jak  to  zrobić, 
wynosimy się stąd. 

Corran zaczął się obracać, ale robot złapał go za rękaw wysięgnikiem z obcęgami. 
- Co jest, Gwizdek? 
Tym razem świergot robota brzmiał szyderczo. 
- Taa... kiedyś moŜe nie byłbym taki obojętny wobec losów Dynby Tesc, ale juŜ 

nie  zajmuję  się  egzekucją  prawa,  tylko  przed  nim  uciekam.  -  Oswobodził  ramię, 
spojrzał  ponownie  na  robota  i  zwiesił  głowę.  -  No  dobra,  niczego  nie  obiecuję,  ale 
zorientuję się, co mogę zrobić. Najpierw jednak wyjdę zająć się naszymi problemami, 
zgoda? 

Głowa Gwizdka zawirowała, a on sam wydał pisk triumfu. 
- Tak, uratowanie Dynby i jej przyjaciół dobrze by wyglądało w moim Ŝyciorysie. 

- Corran kiwnął głową na robota i wyszedł z hangaru. 

Chyba  Ŝe  to  Imperium  się  nim  zainteresuje,  pomyślał.  Ale  wcześniej  musieliby 

mnie  złapać.  Gdy  zdobędę  tę  wyciągarkę,  będę  w  stanie  ich  unikać.  I  to  właśnie 
chciałbym zobaczyć w swoim Ŝyciorysie. 

 
Prefekt  Mosh  Barris  oparł  się  głębiej  w  niewygodnym  fotelu,  który  uznał  za 

prawie  równie  głęboki  i  czarny  jak  depresja,  w  jakiej  się  znajdował.  Czuł  się  stary  i 
zmęczony,  jakby  znalazł  się  w  takim  punkcie  wszechświata,  skąd  wszędzie  było  pod 
górę.  Jedyną  zaletą  Garqi  było  jej  oddalenie  i  praktyczna  izolacja  od  Imperium,  ale 
nawet ta cienka tarcza okazała się niewystarczająca w tym roku jego urzędowania jako 
wojskowego  prefekta  pod  aktualnym  -  wiecznie  nieobecnym  -  imperialnym 
gubernatorem. 

-  Widzisz,  Eamon  -  zaczął  -  nie  oczekiwałem,  Ŝe  pójdzie  nam  łatwo,  ale 

odporność  tej  dziewczyny  na  narkoprzesłuchanie  jest  niewiarygodna.  Zdecydowanie 
twierdzi,  Ŝe  nic  nie  wie  o  Rebelii  i  Ŝe  nie  ma  Ŝadnych  powiązań  z  tym  Lai  Nootką  z 
„Gwiezdnej  Rozkoszy”.  Mimo  to  posiada  wręcz  encyklopedyczną  wiedzę  o 
symulowanych lotach X-skrzydłowców  - jej hobby, jak utrzymuje - i dobrze rozumie, 
jakie  przestępstwo  popełniła.  Ten  Xeno  to  jej  zdaniem  lider  kółka  włamywaczy 
komputerowych,  do  których  naleŜy.  Co  dziwniejsze,  dziewczyna  przypuszcza,  Ŝe 
naleŜał on do załogi „Rozkoszy” i udało mu się uciec. 

Eamon  Yzalli  przytaknął  skinieniem  głowy  i  podniósł  srebrną  tacę  z  kieliszkiem 

wypełnionym kasandryjskim chohollem. 

- Niestety, sir. Wydaje się, Ŝe dziewczyna rzeczywiście  wie tylko to, co juŜ nam 

powiedziała. 

Barris wziął kieliszek i przez chwilę ogrzewał trunek w dłoniach. 
- Pozory często mylą, Eamon. Patrząc na nią, widzę bardziej dzieciaka niŜ dorosłą 

kobietę  -  ale  wszyscy  dorośli  tu  tak  wyglądają.  Ten  przeklęty  świat  jest  cholernie 
urodzajny. Wielkie kombinaty rolnicze potrzebują tylko robotów, by doglądać upraw, i 
księgowych,  by  pilnować  zysków.  Mieszkańcy  Garqi  są  gnuśni  i  nierealistyczni; 

background image

Peter Schweighoffer 

79 

kiepski materiał na Rebeliantów. - Pociągnął niewielki łyk kasandryjskiego napoju, aŜ 
pachnący, owocowy aromat napełni smakiem całe usta. - Oczywiście, ona chce, byśmy 
w to właśnie wierzyli. 

- W co, mój panie? 
-  śe  jest  zbyt  niewinna,  by  być  Rebeliantką.  -  Barris  spojrzał  na  swojego 

zielonookiego  adiutanta.  -  Nie  uda  jej  się  mnie  oszukać.  Kiedyś  dawno  temu  nie 
zrobiłem nic w sytuacji, która wymagała działania. Dałem się oszukać i płacę za to do 
dziś. Opowiadałem ci juŜ o tym, prawda? 

Jasnowłosy  męŜczyzna  podszedł  do  bufetu  i  schował  tacę.  Dopiero  potem 

odwrócił się i skinął twierdząco głową. 

- Przypominam sobie, Ŝe opowiadał pan coś o incydencie z obcymi. 
- Tak, incydent z obcymi. - Barris wpatrywał się posępnie w bursztynowy napój. 
Obcy  -  inteligentny  humanoid  -  przegonił  jego  i  jego  ludzi  kilka  razy  wokół 

planety,  która,  o  ile  to  moŜliwe,  była  jeszcze  bardziej  zapadłą  dziurą  niŜ  Garqi.  Ten 
obcy  zabił  jego  ludzi,  zniszczył  myśliwca  typu  TIE,  a  nawet  uśmiercił  dwóch 
szturmowców,  uŜywając  technologii  wykradzionej  Imperium  oraz  lokalnej  flory  i 
fauny.  Proponowałem  zbombardować  planetę,  by  pozbyć  się  zagroŜenia  -  wspominał 
Barris  -  ale  kapitan  Parck  zaprosił  to  mordercze  stworzenie  w  szeregi  Imperium. 
Imperator  musiał  akurat  wtedy  zrobić  wyjątek  i  zapomnieć  o  swojej  ksenofobii. 
Awansował Parcka, zaofiarował karierę temu Thrawnowi, a mnie wysłał na ścieŜkę od 
jednej poniŜającej placówki do drugiej. 

Barris  miał  nadzieję, Ŝe nienawiść, jaką Ŝywił do niego Imperator, umrze  wraz z 

nim. Niestety instytucjonalna  pamięć Imperium  wydawała się znajdować przyjemność 
w  spychaniu  go  coraz  niŜej  i  niŜej.  Człowiek,  który  objął  poprzednie  stanowisko 
Barrisa, został tam zesłany za to, Ŝe pozwolił, by ostatni rycerz Jedi uciekł z Tatooine i 
zamordował Imperatora. Jego kara zepchnęła Barrisa jeszcze dalej od Jądra Galaktyki, 
na czerwono-fioletową planetą Garqi. 

-  Przysięgam,  Eamon,  przysięgam,  Ŝe  nigdy  nie  pozwolę,  by  okazja  podjęcia 

zdecydowanych  i  popartych  siłą  działań  wymknęła  mi  się  z  rąk.  Odkrycie  i 
rozgromienie Rebeliantów na Garqi to moja szansa. 

-  Jeśli  pan  pozwoli,  sir,  jest  jeszcze  mnóstwo  czasu,  Ŝeby  wyciągnąć  od  Dynby 

Tesc potrzebne wiadomości. Ma pan ją dopiero od dwóch dni. W końcu się złamie. 

Barris  upił  większy  łyk  chohollu.  Poczuł,  jak  trunek  rozpala  mu  gardło  i 

wnętrzności. 

- GdybyŜ to była prawda! Właśnie dostałem priorytetową wiadomość przez robota 

kurierskiego,  Ŝe  Kirtan  Loor,  agent  wywiadu,  został  tu  przysłany  z  Coruscant,  aby 
przeprowadzić  dochodzenie.  O  co  dokładnie  chodzi,  powie  mi  po  przylocie,  ale  obaj 
wiemy,  Ŝe  dochodzenie  ma  dotyczyć  mnie.  Jeśli  uzna,  Ŝe  się  nie  sprawdzam,  wyślą 
mnie na jakiś inny świat, jeszcze nędzniejszy od tego. 

- Rozumiem pański niepokój, sir. 
- Myślę, Ŝe rzeczywiście pan rozumie. Jesteśmy przecieŜ do siebie podobni. 
- W jaki sposób, sir? 

Opowieści z Imperium 

80 

-  Obaj  nie  mamy  domu.  Mnie  zsyłają  z  jednej  placówki  na  drugą,  bez  praw  do 

Ŝ

adnej z nich. Ty z  kolei pochodzisz z  Aideraan  i Ŝadnego świata  nie  moŜesz  nazwać 

własnym. 

Eamon zesztywniał na chwilę, a potem skinął głową. 
- Jak pan powiedział, sir, Ŝaden z nas nie ma domu. 
Spojrzenie Barrisa wyostrzyło się na chwilę. 
- Jest pewne pytanie, które muszę ci zadać. Proszę, nie czuj się uraŜony. Często o 

tym  myślałem,  ale  nic  nie  mówiłem,  bo  byłeś  dla  mnie  doprawdy  nieocenionym 
współpracownikiem.  Gdyby  mój  poprzednik  cię  nie  zostawił,  a  ty  nie  uczyniłbyś 
mojego pobytu tutaj tak łatwym,  wpadłbym  w rozpacz, nie mając przed sobą Ŝadnych 
perspektyw.  Ale  skoro  i  tak  pewnie  niedługo  opuszczę  to  miejsce,  chyba  niewiele 
ryzykuję, zadając ci to pytanie. 

- Tak, sir? 
-  Imperator  unicestwił  twoją  rodzinną  planetę.  Jak  to  moŜliwe,  Ŝe  zadowala  cię 

praca w słuŜbie Imperium? 

Eamon podniósł głowę. 
- Sir, Alderaan była pokojową planetą. Nie miała uzbrojenia. Byliśmy pacyfistami. 

Nasi przywódcy wybrali bunt. Ja - i nie ja jeden - ceniłem porządek równie mocno jak 
pokój, opuściłem więc mój świat. Rebelia pozbawiła moich ziomków pokoju, a potem 
takŜe  Ŝycia.  Ja  jednak  Ŝyję  w  pokoju  i  nadal  szanuję  porządek.  Ty,  mój  panie, 
reprezentujesz  na  tej  planecie  porządek,  jestem  zatem  szczęśliwy  i  dumny,  mogąc  ci 
słuŜyć. 

-  Dobrze  powiedziane,  Eamon.  Doskonale  rozumiem  twoje  uczucia.  -  Barris 

pochylił się i oparł łokcie na krawędzi czarnego lakierowanego biurka. - Nadszedł czas 
działania.  Najmniejsze  niepowodzenie  to  dla  Imperium  oznaka  całkowitej 
niekompetencji.  Nie  mogę  sobie  na  to  pozwolić,  nie  teraz,  kiedy  przylatuje  tu  Loor. 
Choć  przypomina  mi  to  zniszczenie  twego  świata  przez  Gwiazdę  Śmierci,  muszę  dla 
przykładu  publicznie  stracić  Dynbę  Tesc.  Kiedy  to  zrobię,  jej  towarzysze  przestraszą 
się  i  pójdą  w  rozsypkę.  Będą  wiedzieli,  Ŝe  nie  zabiłbym  jej,  gdybym  mógł  ją  jeszcze 
jakoś wykorzystać. Dojdą więc do wniosku, Ŝe ich wydała. Dowiemy się, kim są, kiedy 
zaczną uciekać. 

Prefekt uśmiechnął się zimno. 
- Niech no tylko Coruscant zaprzeczy, Ŝe to była zdecydowana akcja! 
- Rzeczywiście, sir, to na pewno działanie zdecydowane, ale... - Eamon wyglądał 

na cokolwiek zakłopotanego. 

Barris  powściągnął  uśmiech.  Rozeznanie  Eamona  Yzzali  w  lokalnych 

uwarunkowaniach  niejednokrotnie  okazało  się  bardzo  uŜyteczne;  uchroniło  Barrisa 
przed  popełnieniem  róŜnych  faux  pas,  które  uczyniłyby  jego  urzędowanie  jeszcze 
trudniejszym. 

- Masz jakiś pomysł? 
-  Tak,  sir,  przyszło  mi  coś  do  głowy.  OtóŜ  obawiam  się,  Ŝe  skoro  miejscowi 

rebelianci  potrafią  oprzeć  się  narkoprzesłuchaniu  -  a  na  to  wskazuje  nasz  brak 
sukcesów  z  panną  Tesc  -  mogą  być  dostatecznie  przemyślni,  by  przeczekać  pańską 

background image

Peter Schweighoffer 

81 

akcję.  Sądzę  zatem,  Ŝe  lepiej  będzie  zebrać  jej  towarzyszy  w  jednym  miejscu,  niŜ 
pozwolić, Ŝeby się rozproszyli, co na pewno uczynią, jeśli zrobimy z niej męczennicę. 

- Rozumiem, Eamon, ale jak to zrobić? 
-  Proszę  ogłosić  termin  jej  publicznej  egzekucji,  mój  panie.  To  spowoduje 

poruszenie wśród Rebeliantów. Odwiedzę Tesc potajemnie i powiem, Ŝe nie chcę, aby 
została stracona, i dlatego pomogę jej w ucieczce. 

Barris zmarszczył brwi tak mocno, Ŝe aŜ się zetknęły. 
- Pracujesz dla mnie. Nie uwierzy ci. 
-  AleŜ  uwierzy,  sir.  Nawet  najbardziej  cyniczny  buntownik  uwierzy,  Ŝe  ja, 

Alderaaniańczyk,  odwróciłem  się  od  Imperium  i  chcę  się  zrehabilitować  za  to,  Ŝe  nie 
zrobiłem  tego  wcześniej.  Zresztą,  jak  to  mówią,  sir,  czyny  mówią  więcej  niŜ  słowa. 
ZaaranŜuję  ucieczkę  dla  niej  i  jej  towarzyszy,  a  potem  pomogę  im  uwolnić  załogę 
„Gwiezdnej Rozkoszy”. Zwrócimy im nawet części zamienne do X-skrzydłowców oraz 
amunicję.  Wszyscy  Rebelianci  zbiorą  się  na  statku,  Ŝeby  odlecieć  z  Garqi.  A  wtedy 
pańskie  myśliwce  TIE  zlikwidują  rebelianckie  zagroŜenie  jednym  efektownym 
fajerwerkiem. 

Prefekt podniósł kieliszek i wysączył ostatnie krople chohollu. 
- Czy jesteś pewien, Ŝe moi piloci poradzą sobie z zestrzeleniem statku? 
- Będą w stanie to zrobić, jeśli wyłączymy ich generator tarczy. - Cień uśmiechu 

zagościł  na  brodatej  twarzy  Eamona,  gdy  zaczął  ponownie  napełniać  pusty  kieliszek 
napojem. 

- I ich działo blasterowe. 
- Nie, sir. 
- Nie? 
-  Działo  musi  być  sprawne,  Ŝeby  wszystko  wyglądało  wiarygodnie.  -  Eamon 

zatkał  szyjkę  karafki  kryształowym  korkiem.  -  Jeśli  uciekający  z  Garqi  rebelianci 
zestrzelą  jeden  z  naszych  myśliwców,  potwierdzą  tym  samym,  Ŝe  rzeczywiście 
stanowili  zagroŜenie.  Natomiast  fakt,  Ŝe  usiłowali  uciec,  a  jednak  zostali  zniszczeni, 
będzie lekcją dla kaŜdego, kto chciałby pójść w ich ślady. 

- Rozumiem. - Barris z podziwem patrzył, jak światło migocze i lśni w złocistym 

trunku.  -  Ale  czy  nie  powinniśmy  zatrzymać  tych  części  do  X-skrzydłowców,  aby 
potem udowodnić, Ŝe „Gwiezdna Rozkosz” je szmuglowała? 

-  Będziemy  mieć  oryginalne  odczyty  skanerów,  pokazujące  przemyt,  sir.  A 

zebranie szczątków zestrzelonego frachtowca trochę potrwa. Loor będzie miał mnóstwo 
pracy  przez  cały  czas  pobytu  tutaj.  -  Eamon  uśmiechnął  się  lekko.  -  Poza  tym,  sir, 
wykorzystam  dostarczenie  kontrabandy  jako  swego  rodzaju  przepustkę,  by  dostać  się 
na pokład statku. W ten sposób będę wiedział, kiedy odlatuje, tak Ŝeby nasze myśliwce 
mogły go zdmuchnąć z nieba. 

- Ale ciebie tam nie będzie? 
-  Nie,  sir.  Umieści  pan  w  naszym  systemie  komputerowym  raport,  który  będą 

mogli znaleźć ich włamywacze komputerowi. W raporcie tym znajdzie się informacja, 
Ŝ

e zostałem stracony za zbrodnie przeciwko Imperium. Nie będzie powiedziane, jakie, 

Opowieści z Imperium 

82 

ale  oni  zrozumieją,  Ŝe  zostałem  zdemaskowany.  Odlecą,  gdy  tylko  odczytają  tę 
wiadomość, będziemy więc dokładnie znać ten moment. 

- Wtedy zaalarmuję nasze myśliwce. 
-  Nie  inaczej,  sir.  -  Twarz  Eamona  pociemniała  na  chwilę.  -  Jedyna  trudność 

polega na tym, Ŝe nie moŜemy zostawić Ŝadnego śladu tego planu w naszym systemie 
komputerowym. 

-  Tak.  -  Barris  uroczyście  skinął  głową  i  pociągnął  łyk  chohollu.  -  Skoro  ich 

włamywacze  potrafią  wprowadzać  informacje  do  naszych  baz  danych,  mogą  je  teŜ 
stamtąd wydostać. Jeśli dowiedzą się czegoś o naszej operacji, wszystko stracone. 

- Właśnie, sir. Zajmę się przygotowaniami, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu. 
- Przeciwko? Nie. Ale chcę, rzecz jasna, dostawać raporty. 
-  Oczywiście,  mój  panie.  -  Eamon  uśmiechnął  się.  -  Raporty  tylko  dla  pańskich 

uszu,  aŜ  do  czasu,  gdy  przyjdzie  pora  na  ujawnienie,  co  pan  osiągnął  w  słuŜbie  dla 
Imperium. 

 
Dynba  Tesc  była  zziębnięta  i  obolała,  a  przynajmniej  tak  jej  się  wydawało. 

Zwinięta  w  kłębek  na stalowej pryczy, z plecami  wciśniętymi  w gołą  skałę  ścian celi, 
wiedziała,  Ŝe  ma  prawo  czuć  się  źle.  Jej  ciało  przesyłało  do  mózgu  informacje 
ś

wiadczące o tym, iŜ rzeczywiście nie czuła się dobrze. 

Problem  polega  na  tym,  Ŝe  po  tym  wszystkim,  czym  mnie  nafaszerowali,  aby 

wyciągnąć  ze  mnie  informacje,  nie  jestem  juŜ  pewna,  co  wiem,  a  czego  nie  wiem,  co 
jest prawdziwe, a co nie. 

Owinęła  pasmo  jasnych  włosów  wokół  palca  i  zaczęła  ssać  ich  koniuszek. 

Poczucie bezpieczeństwa wróciło na chwilę, ale mimo to gniewnie odgarnęła włosy. 

Nie jestem juŜ dzieckiem, więc nie mogę zachowywać się jak dziecko, Ŝeby dodać 

sobie pewności siebie. 

Ale  tak  naprawdę  chciała  tego,  bo  nigdy  dotąd  nie  była  równie  przeraŜona.  To 

wiedziała na pewno - z czaszką pełną narkotyków czy bez nich. Zgroza, jaką napełniło 
ją  aresztowanie  i  wtrącenie  do  więzienia,  wystarczyła,  by  powiedziała  władzom  o 
wszystkim, co wiedziała. 

Cała trudność polegała na tym, Ŝe nie wiedziała prawie nic. 
Powstanie było dla niej odległym konfliktem, pełnym romantyzmu i bohaterskich 

postaci.  Ostatni  prawdziwy  Jedi  walczący  z  potworami,  które  zgubiły  jego 
poprzedników, i łobuzerski przemytnik, który zdobył serce księŜniczki z nieistniejącego 
juŜ  świata  -  tyle  mniej  więcej  wiedziała  o  Rebelii.  Rebelianci  zniszczyli  Gwiazdę 
Ś

mierci i zabili Imperatora, ale jedyną zmianą, jaką te wydarzenia spowodowały w jej 

Ŝ

yciu  albo  w  Ŝyciu  jej  przyjaciół  z  uniwersytetu,  była  zmiana  na  stanowisku 

wojskowego prefekta. 

Potem  na  Garqi  przyleciała  „Gwiezdna  Rozkosz”  i  została  zatrzymana  przez 

władze za przemyt broni dla Rebeliantów. Dynba i inni, których spotykała w sieci - na 
tymczasowych  obszarach  wykrojonych  z  ogólnodostępnych  miejsc  i  zamykanych 
natychmiast  po  zakończeniu  rozmowy  -  wymieniali  rozmaite  pogłoski  o  agentach 
Rebelii na Garqi. Dla Dynby ta moŜliwość była elektryzująca, ale i niepokojąca. Snuto 

background image

Peter Schweighoffer 

83 

najrozmaitsze  spekulacje  na  temat  „Gwiezdnej  Rozkoszy”  i  w  naturalny  sposób 
skojarzono fakt jej przybycia z tajemniczymi nocnymi lotami X-skrzydłowca na Garqi. 

A  potem  poznała  Xeno.  Wkradł  się  do  jednej  z  tajnych  rozmów  -  co  od  razu 

stawiało go wyŜej w sztuce łamania kodów niŜ całą imperialną SłuŜbę Bezpieczeństwa 
na  Garqi.  Choć  nigdy  nie  powiedział  tego  wprost,  jego  imię  i  fakt,  Ŝe  pojawił  się  w 
sieci dopiero po schwytaniu „Gwiezdnej Rozkoszy”, przekonały Dynbę, iŜ był jednym 
z członków załogi statku, który wymknął się miejscowym władzom. 

Xeno  sprawił,  Ŝe  Dynba  i  jej  komputerowi  przyjaciele  stali  się  zorganizowaną 

grupką, której anonimowość umiał chronić. Nigdy nie wiedziała, co zobaczy na ekranie 
swojego komputera po włączeniu się do planetarnej sieci, ale zawsze była to przygoda. 
Xeno  pokazał  im,  jak  wszczepiać  do  systemu  slogany  i  grafikę  w  taki  sposób,  by  na 
wszystkich  ekranach  komputerowych  sieci  w  losowo  wybranych  momentach 
pokazywały się przekazy Nowej Republiki. 

Szok  i  oburzenie  jej  rodziców  i  przyjaciół  były  wspaniałe!  Dynba  wiele  razy  z 

najwyŜszym  trudem  zachowywała  powaŜny  wyraz  twarzy,  gdy  jej  wściekły  ojciec 
opowiadał  o  kolejnych  „okropnościach”.  Wiedziała  przecieŜ,  Ŝe  sama  ułoŜyła  dane 
hasło  i  postarała  się,  aby  trafiło  najpierw  do  jego  komputera.  Takie  rzeczy  były 
najpowaŜniejszym  aktem  jej  osobistego  buntu  przeciw  władzy  ojca,  a  planowanie  i 
przeprowadzanie  ataków  na  jego  kody  dostępu  okazało  się  dla  niej  przeŜyciem 
oczyszczającym. 

Dynba  przypuszczała,  Ŝe  Xeno  sposobi  ich  do  czegoś  większego  -  moŜe  nawet 

uwolnienia „Gwiezdnej Rozkoszy” - ale chciała działać juŜ. Opuściła więc bezpieczny 
wirtualny  świat  komputerów,  wyszła  na  miasto  i  kupiła  puszkę  farby.  DuŜymi, 
czerwonymi  literami  napisała  „Śmierć  tyrana  to  triumf  sprawiedliwości”  na  ścianie 
budynku Imperialnego Sądu w sercu stolicy. 

Dopiero  później  zrozumiała  -  wtedy,  gdy  miejscowy  policjant  nakładał  jej 

kajdanki - Ŝe zamówienie w sklepie ściśle określonego odcienia czerwieni i obciąŜenie 
płatnością  jej osobistego  konta  to  nie  najlepszy  sposób  na  zachowanie  anonimowości. 
Konstabl  myślał  chyba,  Ŝe  śmiałość  jej  czynu  oznacza,  iŜ  jest  niebezpieczna,  więc 
przesłuchanie,  któremu  została  poddana,  było  bezwzględne  i  skuteczne.  Brak 
konkretnych  odpowiedzi  rozwścieczał  śledczych  i  Dynba  wiedziała,  Ŝe  ma  powaŜne 
kłopoty. 

Drzwi  do  jej  celi  uniosły  się  z  sykiem,  a  światła  rozjaśniły  się  powoli.  Niski 

brodaty męŜczyzna o jasnych włosach zszedł po aŜurowych metalowych schodkach na 
podłogę celi. Odwrócił się i dał znak niewidocznemu straŜnikowi. Drzwi zamknęły się 
z  hukiem,  zostawiając  ją  samą  z  tym  męŜczyzną,  ubranym  w  mundur  pracowników 
prefekta. Wydawało jej się, Ŝe go poznaje, ale nie mogła dopasować do twarzy Ŝadnego 
nazwiska. 

Podniosła nogi, próbując wcisnąć sięjak najgłębiej w kąt celi. 
- Nic więcej nie wiem. 
MęŜczyzna skinął głową. 

Opowieści z Imperium 

84 

-  Wiem,  moje  dziecko.  -  Przykucnął  i  spojrzał  jej  w  oczy.  -  Mam  smutny 

obowiązek  powiadomić  cię,  Ŝe  prefekt  Barris  postanowił  ukarać  twoją  zbrodnię 
ś

miercią. 

- Co? - zachłysnęła się Dynba. - Nie moŜe tego zrobić! 
- AleŜ moŜe. - MęŜczyzna na czas skierował spojrzenie swych zielonych oczu  w 

dół, dając jej chwilę na dojście do siebie, po czym podniósł wzrok. - Z drugiej jednak 
strony, ja nie jestem w stanie po prostu stać z boku i patrzeć na to spokojnie. 

-  Co  takiego?  -  wydawało  jej  się,  Ŝe  słyszy  szczerość  w  jego  głosie  i  widzi  ją  w 

oczach  męŜczyzny,  ale  strój,  który  nosił,  i  to,  Ŝe  straŜnik  słuchał  jego  poleceń, 
ś

wiadczyły  przeciwko  nagłemu  przypływowi  współczucia  ze  strony  męŜczyzny.  Sam 

fakt, iŜ był tu i rozmawiał z nią nastawił ją nieufnie i kazał podejrzewać jakąś sztuczkę. 
- Pracujesz dla niego. Nie pomoŜesz mi. 

MęŜczyzna spuścił wzrok, a na policzki wypłynął mu rumieniec. 
- Proszę cię, to i tak jest dla mnie trudne. 
-  W  innych  okolicznościach  moŜe  byłabym  bardziej  delikatna.  Pracujesz  dla 

potwora. 

- Wiem. - Dłonie męŜczyzny zwinęły się w pięści. - Jestem jego adiutantem. 
- Ty?! Jesteś Eamon Yzzali?! 
- Tak. 
-  Więc  przyszedłeś  tu  wyprowadzić  mnie  w  pole  -  rzekła  gniewnym  tonem.  - 

Powinieneś się wstydzić. 

Eamon westchnął głośno. 
- Wstydzę się. 
- Co? 
- Wstydzę się. - Z trudem przełknął ślinę. - Powinienem juŜ dawno dostrzec to, na 

co postanowiłem być ślepy - Ŝe Imperium korumpuje ludzi. Zaprzeczałem tej prawdzie 
i dlatego jestem współodpowiedzialny za współudział w unicestwieniu mojego świata, 
Alderaanu.  Przyjechałem  i  pracowałem  w  nadziei,  Ŝe  o  tym  zapomnę.  Potem,  kiedy 
przysłali  tu  prefekta  Barrisa,  postanowiłem  być  buforem  pomiędzy  jego 
rozkapryszeniem a ludnością Garqi. Nawet teraz próbowałem go nakłonić, by złagodził 
twoją karę, ale bez skutku. Nie mogę pozwolić, by twoja śmierć obciąŜyła takŜe mnie, 
postanowiłem więc działać przeciwko niemu, pomagając tobie. 

Dynba  potrząsnęła  głową,  jakby  chciała  oczyścić  umysł  z  radosnej  nadziei,  jaka 

zaczęła w nim gwałtownie kiełkować. 

- A co moŜesz zrobić? 
Twarz Eamona rozjaśnił szeroki uśmiech i w tym momencie Dynba pomyślała, Ŝe 

jest nawet przystojny. Jak bohater Nowej Republiki. 

-  Tym,  co  mogę  i  zamierzam  zrobić,  jest  pomóc  ci  w  ucieczce.  Będziesz  miała 

około  dwóch  dni  na  odbicie  załogi  „Gwiezdnej  Rozkoszy”.  Ty  i  twoi  towarzysze 
odlecicie na niej z Garqi. To juŜ nie jest dla was bezpieczne miejsce. 

ZmruŜył oczy. 
- Kapitan Nootka będzie potrzebował towaru, jeśli chce zaopatrzyć statek i dostać 

się do Nowej Republiki. Załatwię, by kontrabanda, którą przemycał, wróciła na pokład 

background image

Peter Schweighoffer 

85 

statku.  Powiem  robotnikom,  Ŝe  dowody  rzeczowe  muszą  wrócić  na  miejsce,  skoro 
chcemy  pokazać  agentowi  imperialnego  wywiadu,  jak  to  wszystko  wyglądało,  kiedy 
znaleźliśmy przemyt. Uwierzą w to. 

Niebieskie oczy Dynby rozszerzyły się ze zdumienia. 
- Więc ty teŜ z nami polecisz? 
Eamon skinął głową. 
-  Jestem  w  stanie  ukryć  waszą  ucieczkę,  ale  gdy  statek  odleci,  nie  zdołam  ukryć 

mojej  roli  w  tym  wszystkim.  Kiedy  będziecie  gotowi,  niech  jeden  z  waszych  speców 
włamie  się  do  imperialnej  sieci  i  zostawi  mi  wiadomość,  gdzie  i  kiedy  mamy  się 
spotkać. 

-  Zrobię to sama.  -  Dynba opuściła nogi z pryczy, palce jej nóg dotknęły zimnej 

podłogi. - Ci, którzy zginęli na Alderaan, byliby z ciebie dumni. 

Eamon przymknął oczy i skinął głową. 
- Mam nadzieją, Ŝe się nie mylisz. - Ujął w swoje dłonie jej zimną rękę i rozcierał 

ją przez chwilą, aŜ się ogrzała. - Musisz tylko wytrzymać w tym więzieniu jeszcze parę 
godzin. Potem będziesz wolna. 

Mocno uścisnęła jego dłoń. 
- A wkrótce będziemy wolni oboje! 
 
Barris uniósł kieliszek. 
- Twoje zdrowie, Eamonie. Wygląda na to, Ŝe wszystko układa się doskonale. 
-  Tak,  sir.  Dynba  Tesc  ukryła  się  i  ściągnęła  swoich  współpracowników,  Ŝeby 

uwolnić  „Gwiezdną  Rozkosz” i jej załogę. Ma ucharakteryzować się  na Kirtanę  Loor, 
imperialną agentkę  wywiadu, dzięki czemu będzie  mogła zabrać załogę „Rozkoszy” z 
aresztu  bez  potrzeby  zawiadamiania  pana  o  tym.  Zorganizowałem  teŜ  kilka  śmigaczy 
jako transport. 

- A „Gwiezdna Rozkosz” jest gotowa? 
MęŜczyzna przytaknął. 
-  Nie  było  łatwo  wykorzystać  pilotów  naszych  myśliwców  jako  robotników,  ale 

przekonałem ich, wyjaśniając, Ŝe naleŜy ograniczyć krąg osób wtajemniczonych w całą 
operację.  Zgodzili  się,  Ŝe  najlepiej  nadają  się  do  tej  pracy.  Amunicja  do  X-
skrzydłowców jest juŜ na pokładzie „Rozkoszy”, ale co do części zamiennych, wygląda 
na  to,  Ŝe  ktoś  je  ukradł.  PoniewaŜ  zdolny  mechanik  jest  w  stanie  przystosować  takie 
części do śmigacza Incom T-47, przypuszczam, Ŝe to któryś z pracowników magazynu 
przyznał je sobie w nagrodę. Mam kilka tropów w tej sprawie. 

- Zajmiemy się tym później - mruknął Barris. OpróŜnił kieliszek i odstawił go na 

biurko. - Czy tarcze na statku są wyłączone? 

- Tak, sir. Wymieniliśmy podwójny obwód na potrójny.  
- Jeśli mają odpowiedni program uzupełniający, zdołają mimo to podnieść tarcze. 
-  Tak,  sir,  ale  autotest  przeprowadzany  przed  uruchomieniem  statku  pokaŜe,  Ŝe 

obwód działa. Dopiero gdy odkryją awarię, zaczną  szukać  trójnika. W tym  momencie 
znalezienie odpowiedniej sekwencji dostępu zajmie im co najmniej godzinę. 

Prefekt postukał palcem o brzeg pustego kieliszka. 

Opowieści z Imperium 

86 

- Godzinę, której im nie damy. 
- Właśnie, sir. - Eamon napełnił kieliszek chohollem. 
-  Kiedy  ty  pracowałeś,  Eamon,  ja  teŜ  byłem  zajęty.  -  Barris  mrugnął 

porozumiewawczo do swojego adiutanta. - UłoŜyłem raport na temat twojej egzekucji. 

- Ale nie w sieci, sir? 
Barris uśmiechnął się, słysząc napięcie w głosie Eamona. 
- Nie, oczywiście, Ŝe nie. - Popukał palcami prawej dłoni w siwą skroń. - Mam go 

tutaj. Zostałeś zgładzony za działalność przeciwko Imperium. 

- Bardzo dobrze, sir. 
- Mogę go jeszcze zmienić. Chcę, Ŝeby był doskonały. 
- Na pewno juŜ taki jest, sir. 
-  Pomyślałem,  Ŝe  wpiszę  go  do  systemu  jutro  wieczorem.  Wszystko  będzie  juŜ 

gotowe, prawda? 

- Tak, sir.  Agent  Loor  właśnie przyleci i zobaczy, jak świetnie pan sobie radzi z 

pościgiem. 

-  Doskonale.  -  Barris  sięgnął  po  kieliszek  i  uniósł  go  w  niemym  toaście.  - 

Zniszczenie „Gwiezdnej Rozkoszy” powinno być niezłą rozrywką. MoŜe zaproszę paru 
przyjaciół, Ŝeby to zobaczyli. 

Eamon powaŜnie skinął głową. 
-  Poleciłem  juŜ,  Ŝeby  kuchnia  przygotowała  przekąski  na  dziesięć  osób.  Czy  to 

wystarczy, sir? 

-  Jak  najbardziej,  Eamon.  -  Barris  pociągnął  łyk  chohollu  i  uśmiechnął  się.  - 

Uprzedzasz nie tylko moje potrzeby, ale nawet zachcianki. Co ja bym bez ciebie zrobił? 

- To pytanie retoryczne, sir. - Twarz Eamona wyraŜała spokój. - Miejmy nadzieję, 

Ŝ

e nigdy nie będzie trzeba na nie odpowiadać. 

 
Dynba  wyszła  z  pierwszego  śmigacza  i  poprawiła  marynarkę  munduru.  Włosy 

przefarbowane na brąz miała zwinięte w ciasny węzeł z tyłu głowy. Podeszła szybkim 
krokiem do drzwi miejscowego wiezienia i wyjęła z kieszeni na piersi najzwyczajniej w 
ś

wiecie  wyglądający cylinder słuŜbowy.  Z  mocnym biciem serca zbliŜyła go do portu 

wejściowego obok drzwi. 

Jakimś cudem drzwi uniosły się do góry. Na drugim końcu krótkiego korytarzyka 

zobaczyła straŜnika, który spoglądał zza transpastalowej tarczy to na nią, to na zdjęcie 
na komputerze. Dynba dostrzegła, jak krew odpływa z twarzy męŜczyzny. 

Jego oczywisty niepokój dał Dynbie szansę zapanowania nad własnym strachem. 

Eamon  zapewniał,  Ŝe  cylinder  słuŜbowy,  który  jej  wręczył,  zidentyfikuje  ją  jako 
agentkę  imperialnego  wywiadu,  przysłaną  z  Coruscant  na  Garqi  na  inspekcję.  Zrobi  z 
niej  Kirtanę  Loor,  osobę,  która  nikomu  na  Garqi  nie  musi  się  opowiadać  ze  swojego 
postępowania.  Jedno  jej  słowo  wystarczy,  by  zesłać  kogoś  do  kopalni  przyprawy  na 
Kessel  w  oczekiwaniu  na  przesłuchanie.  „Będą  się  ciebie  bać  tak  bardzo, jak  ty  boisz 
się ich. Wykorzystaj to, a zapewnisz sobie przewagę”, powiedział. 

I  wykorzystam  to,  pomyślała.  Pewnie  podeszła  do  straŜnika,  rozkoszując  się 

stukotem skórzanych butów o kamienną podłogę. 

background image

Peter Schweighoffer 

87 

-  Czy  więźniowie  są  gotowi  do  podróŜy?  -  spytała  głosem,  którego  melodyjna 

intonacja zdradzała bywalca systemów Jądra, a ton - zniecierpliwienie. 

Górna warga męŜczyzny zaczęła drŜeć. 
- Do podróŜy? Nic nie wiem o... 
- Oczywiście, Ŝe  nie  wiesz.  -  Powoli ściągnęła z dłoni czarną rękawicę trzepnęła 

nią  o  drugą  dłoń.  -  Niekompetencja  urzędników  na  Terytoriach  Zewnętrznych  nie 
powinna mnie dziwić, nieprawdaŜ? 

- Ja, hmm... 
- Chyba nie zamierzasz mi tu wygłaszać swoich opinii, hę? Nazwisko? 
MęŜczyzna uśmiechnął się niepewnie. 
- O których więźniów chodzi, pani? 
-  O  załogę  „Gwiezdnej  Rozkoszy”.  -  Jej  oczy  zwęziły  się  w  szparki,  a  nozdrza 

rozszerzyły się gniewnie. - Zabieram ich na wizję lokalną. Słyszałeś, mam nadzieję, o 
takiej technice śledczej? 

MęŜczyzna ze złością stukał palcami w klawiaturę komputera. 
- No cóŜ, ja... 
-  Oczywiście,  Ŝe  nie  słyszałeś  -  wprowadziliśmy  ją  na  rok  przed  śmiercią 

Imperatora,  więc  tutaj  jeszcze  nie  zdąŜyła  dotrzeć.  Pewnie  nawet  nie  wiesz,  Ŝe 
Imperator nie Ŝyje! 

- Tak, pani, to znaczy nie... 
Dynba roześmiała się pogardliwie. 
-  Tak  czy  nie,  trudny  wybór,  prawda?  Doprawdy  nie  wiem,  dlaczego  Rebelianci 

wybrali na obiekt ataku tych tępych kmiotków. 

- Nie wiem, pani. 
Drzwi po jej prawej stronie  uniosły się z  sykiem. W celi były  trzy osoby  - niska 

Sullustianka,  ponury,  olbrzymi  Duros  i  Devaronianin  z  wybitym  zębem  i  złamanym 
rogiem.  Nadgarstki  mieli  skute  kajdankami,  podobnie  jak  kostki  nóg.  Wszyscy 
odwracali  głowy  od  gasnącego  światła  zachodzącego  słońca,  wpadającego  przez 
otwarte drzwi na ulicę. 

Dynba spojrzała w twarz Durosa. 
- Kapitanie Lai Nootka, pan i pańska załoga zostaliście oskarŜeni o zdradę. Jestem 

przedstawicielem imperialnego wywiadu i rozstrzygnięcie waszej sprawy leŜy w moich 
rękach. Pójdziecie ze mną. 

Wyprowadziła  więźniów  z  budynku  i  przywołała  ręką  śmigacze.  Kiedy  kaŜdy  z 

więźniów  został  umieszczony  w  osobnym  pojeździe,  wyruszyli  do  hangaru,  gdzie 
umieszczono skonfiskowaną „Gwiezdną Rozkosz”. 

Przez  całą  drogę  do  kosmoportu  pojazdy  jechały  jeden  za  drugim.  Dynba  miała 

ochotę  powiedzieć  załodze,  Ŝe  są  bezpieczni  i  znajdują  się  w  rękach  przyjaciół.  Nie 
mogła jednak tego zrobić, gdyŜ zagroziłoby to powodzeniu całej misji. Gdyby ktoś na 
trasie  ich  przejazdu  zauwaŜył,  Ŝe  wyglądają  na  szczęśliwych,  a  nie  pokonanych  i 
wystraszonych, mogłoby to zwrócić uwagę na nich i na całą operację. Eamon słusznie 
zauwaŜył, Ŝe ludzie wolą nie zauwaŜać ludzi będących w tarapatach. 

Opowieści z Imperium 

88 

Odgrywała  więc  nadal  rolę  agentki  Loor,  patrząc  zaciekawionym  przechodniom 

prosto  w  oczy,  aŜ  sami  odwracali  wzrok.  Nie  lubię  straszyć  -  myślała  -  ale  to  jedyny 
sposób,  by  uratować  tych  ludzi  i  Eamona.  I  mnie  samą.  Patrzyła  wokół  twardo  i 
groźnie, aŜ śmigacze znalazły się w cieniu hangaru. 

Gdy tylko śmigacz się zatrzymał, rozplotła włosy i jednym potrząśnięciem głowy 

pozwoliła im się rozsypać wokół ramion. 

-  Zdejmij  mu  kajdanki.  -  Wskazała  na  Nootkę.  -  Statek  jest  gotowy  do  startu, 

załadowany  amunicją  do  X-skrzydłowców.  Proszą  zacząć  procedury  przedstartowe. 
Jedyne, co moŜe nas teraz powstrzymać, to cztery myśliwce TIE Czy to duŜy problem? 

Duros  rozmasowywał  nadgarstki,  podczas  gdy  kierowca  majstrował  przy 

kajdankach na kostkach nóg pilota. 

- Jesteśmy szybsi; mamy hipernapęd, a oni nie. Mamy teŜ działo blasterowe - oni 

tylko lasery. My mamy tarcze, oni nie. Myślę, Ŝe jesteśmy juŜ prawie wolni. 

-  Dynba,  udało  ci  się!  -  Po  trapie  długiego  koreliańskiego  frachtowca  typu 

Gymsnor-3,  produkowanego  przez  CorelliSpace,  zbiegała  z  podrygującymi  z 
podniecenia ogonami głównymi Twi’lekianka, wymachując notesem komputerowym. - 
ś

adnych alarmów, Ŝadnych śladów. Droga wolna. 

- Dobrze. - Dynba spojrzała ponad ramieniem Arali Dii i zmarszczyła brwi. - Czy 

są tu Eamon albo Xeno? 

Arali potrząsnęła przecząco głową. 
- Nie ma nikogo oprócz Sihha i mnie. 
Dynba  zastanowiła  się  przez  chwilę.  Przed  wyjazdem  do  więzienia  zostawiła 

Eamonowi  wiadomość,  kiedy  odlatują  drugą  zaś  wysłała  do  Xeno,  zapraszając  go  do 
ucieczki  na  pokładzie  „Gwiezdnej  Rozkoszy”.  Spodziewała  się  zastać  ich  obu  po 
powrocie  z  więzienia.  Szczególnie  chciała  zobaczyć  wyraz  twarzy  Eamona,  gdy  ten 
zorientuje się, Ŝe jego plan powiódł się doskonale. 

- Arali, podłącz się do sieci i sprawdź, czy nie ma czegoś od Eamona lub Xeno. 
- JuŜ się robi. 
Twi’lekianka  i  Bothanin  okazali  się  jedynymi  nie-ludźmi  w  kółku 

zorganizowanym  przez  Xeno.  Cała  grupa  składała  się  z  zaledwie  siedmiu  osób,  nie 
licząc Xeno, i wszystkim wydawało się śmieszne, Ŝe - choć tak nieliczni - narobili tyle 
zamieszania,  Ŝe  Imperium  zdecydowało  się  przysłać  na  Garqi  agenta  wywiadu  z 
systemów Jądra, by się nimi zajął. 

Dynba  wtajemniczyła  wszystkich  w  szczegóły  planu  Wielkiej  Ucieczki.  Ze 

względu  na  ksenofobiczne  uprzedzenia  Imperium  ani  Arali,  ani  Bothanin  Sihha  nie 
byliby  w  stanie  podszyć  się  pod  imperialnych  urzędników,  zostali  więc  na  statku. 
Pozostała piątka poleciała na śmigaczach po więźniów. Teraz, po powrocie do hangaru, 
wszyscy szybko wbiegli na pokład „Rozkoszy” i zajęli się przygotowaniami do startu. 

- Ciekawe. 
Dynba odwróciła głowę od wejścia do hangaru i spojrzała na Arali. 
- Co się stało? 
-  Mamy  wiadomość  od  Xeno.  Do  nas  wszystkich.  Pisze,  Ŝe  jego  praca  tutaj 

jeszcze się nie zakończyła. Dogoni nas później, a wtedy wszyscy pękniemy ze śmiechu. 

background image

Peter Schweighoffer 

89 

-  Wolałabym,  Ŝeby  był  z  nami.  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  jest  niezbędny,  aby 

uruchomić statek. 

- Sihha moŜe go zastąpić. Studiował tu astronawigację. 
-  Dobrze.  -  Dynba  poczuła,  jak  zimna  ciemność  rozpływa  się  z  jej  Ŝołądka  do 

wszystkich członków, przeszywając serce. - A od Eamona nic. 

- Na wstrętne serca Sithów! 
Dynba odwróciła się na dźwięk głosu Arali. 
- Co znowu? 
-  Twi’lekianka  wyciągnęła  w  jej  stronę  elektroniczny  notes.  Dynba  wzięła 

urządzenie i zaczęła czytać: 

-  Na  rozkaz  prefekta  Mosha  Barrisa,  skutkiem  rozpatrzenia  przez  niego  działań 

Eamona  Yzzali,  zarządzono  i  wykonano  na  wzmiankowanym  karę  śmierci  za 
działalność wrogą państwu i porządkowi publicznemu. - Jej głos obniŜał się do szeptu, 
w miarę jak czytała. - On nie Ŝyje. 

Notes  wyślizgnął  się  z  jej  rak,  ale  Twi’lekianka  złapała  go  zręcznym  ruchem  i 

chwyciła Dynbę za ramię. 

- Chodź, musimy lecieć. 
Dynba wskazała na wrota hangaru. 
- MoŜe to jakaś sztuczka. 
-  Imperium  nie  Ŝartuje,  Dynba.  Eamon  nie  Ŝyje.  -  Arali  ciągnęła  przyjaciółkę  po 

trapie. - Lećmy stad. Będziemy go opłakiwać na statku. A gdy juŜ dotrzemy do Nowej 
Republiki, znajdziemy sposób, Ŝeby wyrównać rachunki z Imperium. 

 
Barris  poczuł,  Ŝe  komunikator  przypięty  do  pasa  wibruje  niczym  gorgariański 

brzęczyk ostrzegający. RozłoŜył ramiona, jakby chciał nimi objąć cały tłum zebrany w 
sali recepcyjnej, a następnie skierował wszystkich na wschodni balkon. 

-  Przyjaciele,  zostałem  właśnie  poinformowany,  Ŝe  Rebelianci  złapali  przynętę  i 

wpadli w pułapkę, jaką dla nich przygotowałem. Myślę, Ŝe z przyjemnością obejrzycie 
ich spektakularny koniec. 

Odpiął od pasa komunikator i włączył go kciukiem. 
- Garqiańskie Orły, droga wolna. Przechwycić i zniszczyć cel! 
 
Arali usadowiła Dynbę w jednym z foteli w kokpicie i przypięła ją pasami. 
- Barris ma naszego ostatniego pasaŜera, kapitanie. Lepiej ruszajmy. 
Duros  dał  znak  swojemu  pilotowi.  Sullustianka  kartkowała  startową  listę 

kontrolną. Niskie buczenie napędu repulsorowego wypełniało statek, który zadrŜał, gdy 
silniki podświetlne zaczęły go unosić w kierunku wrót hangaru. Skierował się dziobem 
na  wschód,  tyłem  do  słońca,  na  kursie,  który  w  miarę  oddalania  się  statku  od  planety 
odepchnie  go  od  masy  centralnej  gwiazdy  systemu.  Dzięki  temu  szybciej  skoczą  w 
nadprzestrzeń, a podczas ucieczki szybkość jest najwaŜniejsza. 

Dynba  miała  wspaniały  widok  na  światła  Pesktdy  przez  przednie  iluminatory 

kabiny.  Miasto,  w  którym  dorastała,  wydało  jej  się  z  tej  perspektywy  wręcz  piękne. 
Jasne  światełka  mrugały  tu  i  ówdzie,  w  miarę  jak  łagodna  bryza  poruszała  gałęziami 

Opowieści z Imperium 

90 

ciemnej  kopuły  drzew  okrywającej  zabudowania.  Czuła  Ŝal,  Ŝe  opuszcza  miejsce,  w 
którym  się  urodziła,  ale  ten  Ŝal  był  niczym  w  porównaniu  z  bólem,  jaki  sprawiła  jej 
wiadomość o śmierci Eamona. 

„Gwiezdna  Rozkosz”  nabierała  prędkości,  zostawiając  za  sobą  kosmoport. 

Sullustiańska pilotka utrzymywała statek na stałym kursie wznoszącym. Kiedy wyszli z 
cienia  planety,  słoneczne  światło  rozjaśniło  niebo.  Szybko  jednak  ciemniało,  w  miarę 
jak  rzedła  atmosfera.  Gwiazdy  przestały  migotać,  wyglądały  teraz  jak  odległe, 
roziskrzone klejnoty przybite do wnętrza ogromnej czarnej misy. 

Kapitan Nootka zgarbił się nad ekranem. 
- Mamy za sobą cztery gwiezdne myśliwce. Pełna moc na tarcze na łuku rufy. 
Sullustianka wcisnęła guzik na konsoli, ale kontrolka pozostała ciemna. 
- Saricia, nie mamy tarcz. 
- Odwróć statek i strzelaj - z korytarza pomocniczego nad kabiną pilotów doszedł 

do nich basowy głos Devaronianina. 

Dynba  obróciła  się  i  zobaczyła  otwarty  właz,  który  pozwalał  przejść  ponad 

sufitem. 

-  WieŜyczka  działa  blasterowego  jest  na  górze  -  odezwała  się  Arali.  -  Musimy 

odwrócić  statek  na  plecy,  Ŝeby  móc  strzelać  do  celów  nadlatujących  z  tyłu  i  z  dołu. 
Inaczej trafią w nasze komory ładunkowe. 

- To nie najlepszy projekt, co? 
Nootka odwrócił się i spojrzał ostro na Dynbę.  
- To statek transportowy, a nie okręt wojenny. A Saricia jest dobra. 
- Dość dobra, by ich powstrzymać?  
- Tak. 
- Jest pan pewien? 
-  Jeśli  nie,  nie  będę  Ŝył  dość  długo,  by  móc  Ŝałować,  Ŝe  nie  miałem  racji.  - 

Pstryknął jeszcze kilka przełączników na konsoli. 

- Mówiłaś, Ŝe statek jest sprawny. 
- Eamon powiedział... - otworzyła usta. - Ale jego tu nie ma. 
Koniuszki ogonów głównych Twi’lekianki zadrŜały. 
-  Wpadliśmy  w  pułapkę,  Dynba.  W  pułapkę  zastawioną  przez  Eamona  Yzzali.  - 

ObnaŜyła groźnie zęby. - Mam nadzieję, Ŝe częścią pracy, jaką Xeno ma na Garqi, jest 
zabicie tego gada. 

Nootka spojrzał na ekran i potrząsnął głową. 
- Mamy piąty statek. Nadlatuje bardzo szybko. 
Statek zatrząsł się gwałtownie, a z korytarza pomocniczego wystrzelił snop iskier, 

gdy głuche dudnienie wystrzałów oddawanych przez Saricię wypełniło kabinę. 

- Nasza zbroja powstrzyma ich jeszcze przez chwilę, ale nie na długo. 
- Nie moŜemy skoczyć w nadprzestrzeń? 
-  TuŜ  po  starcie?  Nie,  nawet  gdybym  wiedział,  dokąd  lecimy  i  miał  juŜ  gotowy 

kurs w komputerze nawigacyjnym. Wygląda na to, Ŝe zmierzamy prosto do grobu. 

 

background image

Peter Schweighoffer 

91 

Po wyjściu z atmosfery Corran Horn zwolnił przepustnice i jego X-skrzydłowiec 

zaczął wznosić się coraz szybciej. 

- Powinieneś był wcześniej mi o tym powiedzieć, Gwizdek. Teraz to juŜ i tak bez 

znaczenia. Pogadamy o tym później. Teraz musimy dorwać te myśliwce. 

Robot  odpowiedział  modulowanym  gwizdem,  który  Corranowi  wydał  się  niemal 

tak  samo  przygnębiający  jak  szansa,  jaką  miał  w  tej  walce.  Nie  tak  chciałem  to 
załatwić, ale nie mam wyboru, pomyślał. 

Wcisnął  kciukiem  przełącznik  na  drąŜku  X-skrzydłowca.  System  naprowadzania 

torped protonowych włączył się i obrysował Ŝółtym pudełkiem najwolniejszy z wrogich 
myśliwców. 

- To cel numer jeden. Daj mi następny najbliŜszy i oznacz jako cel numer dwa. 
Gwizdek  natychmiast  wykonał  polecenie,  a  potem  oŜywionym  głosem  zadał 

pytanie. 

- Tak, gdy będą w zasięgu, włącz komunikator. 
Corran  usłyszał  w  słuchawkach  hełmu  najpierw  wyładowania  elektrostatyczne,  a 

potem ciszę, kiedy uzyskał czyste połączenie. 

- „Gwiezdna Rozkosz”, aktywator waszych tarcz ma kod 349XER34, powtarzam: 

349XER34. 

- Kto mówi? 
- Ktoś, kto  właśnie oddał wam tarcze. Eamon Yzzali was sprzedał. Nie Ŝyje. To, 

co on wiedział, teraz wiem ja. 

Usłyszał  w  tle  jakiś  podniecony  głos  krzyczący  „To  Xeno!”.  NiŜszy  głos,  który 

zdaniem Corrana naleŜał do kapitana Lai Nootki, zagłuszył tamten. 

- Kod 349XER34 uaktywni nasze tarcze? 
-  Właśnie.  -  Corran  uśmiechnął  się.  -  Powiedz  swojemu  artylerzyście,  Ŝeby  nie 

strzelał do X-skrzydłowca, a ułatwię wam Ŝycie. Bez odbioru. 

Gwizdek zaświergotał triumfalnie. 
-  Jeszcze  nie,  stary,  jeszcze  nie.  Daj  mi  cel  numer  jeden  i  zwolnij  kompensator 

przyspieszenia. Chce poczuć, Ŝe ruszam do przodu. - Pchnąwszy drąŜek do góry i w tył, 
umieścił  wlokący  się  z  tyłu  imperialny  myśliwiec  w  pudełku  celowniczym.  Robot 
popiskiwał,  usiłując  zablokować  cel.  Pudełko  zmieniło  barwę  z  Ŝółtej  na  czerwoną  w 
tym  samym  momencie,  gdy  głos  robota  przeszedł  w  ciągły  gwizd,  a  Corran  wcisnął 
spust. 

Torpeda  wystrzelona  z  X-skrzydłowca  zakręciła  odrobinę,  zanim  trafiła  w 

półokrągłą  kabinę  imperialnego  myśliwca.  Eksplozja  rozniosła  w  pył  sześciokątne 
panele baterii słonecznych trafionego statku. Ich szczątki oddalały się od rosnącej kuli 
czerwono-Ŝółtej plazmy, w którą zamieniła się kabina. 

- Łap cel numer dwa. 
Krótkie  gwizdy  zlały  się  w  jeden  nieprzerwany  ton,  gdy  Corran  wcisnął  pedał  i 

delikatnie skręcił stery, robiąc zwrot na lewą burtę. Wcisnął spust i po chwili zobaczył, 
jak  protonowa  torpeda  wybucha,  uderzając  w  kolejny  myśliwiec.  Trafiła  w  jeden  z 
paneli baterii słonecznych i przebiła go na wylot. Przelatując w dół, pocisk roztrzaskał 
wylot silnika jonowego na lewej burcie myśliwca i drasnął drugi z paneli słonecznych, 

Opowieści z Imperium 

92 

zanim  eksplodował.  Statek  zboczył  z  toru  chwiejnym  kursem,  aŜ  ciśnienie  wylotowe 
silników rozerwało go od środka na części. 

-  Dwa  juŜ  mamy  z  głowy.  -  Corran  przełączył  broń  na  ogień  laserowy  i  sprzągł 

lasery, by dawały podwójny wystrzał. - Gwizdek, wyrównaj tarcze. 

Robot wykonał polecenie, podczas gdy Corran wykręcił ćwierć beczki, stawiając 

myśliwiec  na  lewych  stabilizatorach.  Pociągnął  drąŜek  mocno  do  siebie,  podniósł 
myśliwiec nosem do góry i podąŜył śladem jednego z dwóch pozostałych imperialnych 
statków.  Jeden  z  nich  skręcił  w  lewo,  podczas  gdy  jego  towarzysz  odpadł  w  prawo  - 
strategia,  która  dawno  wyszła  z  uŜycia,  co  potwierdziło  opinię  Corrana  o  marnym 
wyszkoleniu imperialnego garnizonu na Garqi. 

Corran spojrzał w górę na monitor rufowy. Nadlatuje z tyłu. Nie jest taki groźny, 

jak sądziłem, pomyślał. 

- Widzę go, Gwizdek. Teraz wiesz, dlaczego nie chciałem walczyć ze wszystkimi 

naraz. 

Myśliwiec z przodu zaczął wchodzić pętlą na sterburtę. Ruch był na tyle wolny, Ŝe 

Corran czuł pokusę, by polecieć za nim, ale wiedział, Ŝe to zbyt ryzykowne. Ten z tyłu 
skróciłby wtedy pętlę i wysmaŜył mój ogon. Nie jestem taki głupi. 

Zmniejszył  ciąg  i  przycisnął  drąŜek  mocno  do  piersi.  Zrobił  pętlę,  a  potem 

otworzył  przepustnicę  i  skręcił  w  lewo.  W  ten  sposób  wszedł  na  kurs  ataku 
imperialnego myśliwca, który jeszcze przed chwilą go gonił. Zacisnął palce na spuście i 
wycelował rubinowe promienie tak, by przechodziły przez panel baterii słonecznych i 
kabinę i trafiały w drugi panel wrogiego myśliwca. 

Ale myśliwiec nie eksplodował. Skręcił wolno na lewą burtę, opleciony pajęczyną 

błękitnych  wyładowań  tańczących  na  tysięcznych  załamaniach  powierzchni  kadłuba. 
X-skrzydłowiec  strzelił  zbyt  daleko,  więc  Corran  skręcił  i  poszybował  w  dół  długą 
pętlą, Ŝeby mieć statek na oku. Imperialny myśliwiec nie zmienił jednak kursu, wirował 
tylko wokół osi, zmierzając na zabójcze spotkanie z atmosferą Garqi. 

Pilot nie Ŝyje, a myśliwiec leci siłą bezwładności. Corran wzdrygnął się na myśl o 

tym,  jak  musi  się  czuć  człowiek  przez  kilka  pełnych  bólu  ostatnich  sekund  Ŝycia  w 
dziurawej  kabinie,  z  której  wylatuje  powietrze,  a  zamiast  niego  wlewa  się  kosmiczny 
ziąb. Nie chciałbym tak umierać, pomyślał. 

Oburzony  świergot  Gwizdka  i  syk  laserowego  ognia  opływający  tylną  tarczę 

zaskoczyły  Corrana.  Natychmiast  wcisnął  prawy  pedał  sterowniczy,  odrzucając  ogon 
X-skrzydłowca na lewo, poza linię ognia. Pchnął drąŜek w lewo, obracając się na lewą 
burtę,  potem  szarpnął  w  tył,  podnosząc  i  obracając  dziób,  aby  wejść  w  pętlę.  W  jej 
połowie  obrócił  statek  na  prawą  burtę  i  odpadł  w  dół,  ale  czujniki  wskazywały,  Ŝe 
Imperialny myśliwiec nadal za nim leci. 

Dlaczego najlepsi zostają na sam koniec? Corran uśmiechnął się, zadając sobie to 

pytanie.  Bo  kiepscy  piloci  giną  pierwsi.  Pewnie  popadają  w  zamyślenie,  tak  jak  ty. 
Skręcił w prawo, a myśliwiec z tyłu powtórzył jego manewr. 

- Gwizdek, połącz mnie znowu z „Gwiezdną Rozkoszą”. 
- Nootka do X-skrzydłowca. 

background image

Peter Schweighoffer 

93 

-  Kapitanie,  ten  facet  za  mną  jest  niezły.  Opuśćcie  tarcze  i  niech  pan  powie 

swojemu strzelcowi, by mierzył wysoko. 

- Dopiero co odzyskaliśmy tarcze. 
- Wiem. Wyłączcie je. 
- Nie rozumiem. 
- Zrozumie pan. 
Corran  skręcił  w  lewo,  a  potem  lekko  chwycił  drąŜek.  Szarpiąc  nim  w  lewo,  w 

prawo,  do  góry  i  w  tył,  wprawił  statek  w  nieprzewidywalny  taniec.  Po  kaŜdym 
czwartym ruchu, gdy myśliwiec dryfował w lewo, pchał drąŜek w dół, potem w prawo, 
w  górę  i  znowu  w  prawo.  Wyrównywał  lot,  leciał  przez  parę  sekund  prosto,  a  potem 
powtarzał przypadkowy wzór. 

Kiedy zobaczył, Ŝe pilot imperialnego myśliwca zaczyna przewidywać jego ruchy, 

wycofał  X-skrzydłowca  wielką  pętlą  i  zanurkował  prosto  kursem  kolizyjnym  na 
„Gwiezdną Rozkosz”. 

- Pełne tarcze na tył, Gwizdek! 
Corran  powtórzył  serię  manewrów.  Z  „Rozkoszy”  wystrzeliły  lasery,  przelatując 

nad myśliwcem zaledwie o kilkanaście centymetrów. 

Imperialny myśliwiec nadal trzymał się jego ogona, gdy statek Corrana poleciał w 

dół,  mijając  „Rozkosz”  od  dziobu  do  rufy.  TIE  przeleciał  tuŜ  pod  frachtowcem, 
wymykając się spod ognia. 

Prawie  iskry  skrzesał!  Niezły  ten  imperialny.  Corran  uśmiechnął  się.  Miejmy 

nadzieję, Ŝe nie lepszy ode mnie. 

Zakończywszy manewry wzoru, myśliwiec Corrana przeleciał ślizgiem wzdłuŜ osi 

„Gwiezdnej Rozkoszy”. TIE podąŜył za nim, wyrównując lot, by oddać strzał. Pierwszy 
strzał  blastera  uderzył  w  tylne  tarcze  X-skrzydłowca  i  zakołysał  Corranem  w  kabinie. 
Teraz albo nigdy! 

Corran  wyłączył  ciąg  i  dał  całą  naprzód  na  napęd  repulsorowy.  Przyspieszenie 

wcisnęło  go  w  fotel,  gdy  X-skrzydłowiec  odskoczył  w  górę,  odbijając  się  od  masy 
frachtowca.  Imperialny  myśliwiec  strzelił  pod  brzuchem  ściganego  i  poleciał  ostro  w 
górę, by uniknąć zderzenia z osłonami silników frachtowca. 

Corran  otworzył  przepustnicę  i  wyłączył  napęd  repulsorowy,  siedząc  na  ogonie 

imperialnego  myśliwca.  Pudełko  celownicze  zazieleniło  się.  Pociągnął  spust  i 
wpakował całą siłę ognia w ostatni z imperialnych myśliwców. 

Szkarłatne  rozbłyski  energii  rozszarpały  statek,  przebijając  kabinę  pilota  i  topiąc 

bliźniacze  silniki  jonowe.  Myśliwiec  eksplodował.  Kula  rozjarzonej  plazmy  płonęła 
niczym wybuchająca gwiazda, a potem zapadła się, pozostawiając pustkę. 

- „Gwiezdna Rozkosz” do X-skrzydłowca. Czy moŜemy juŜ postawić tarcze? 
- Potwierdzam. - Corran uśmiechnął się. - Kapitanie Nootka, czy naniósł pan kurs 

ucieczki? 

- Tak. 
-  Jeśli  nie  macie  nic  przeciwko  temu,  podporządkuję  wam  moją  nawigację  i 

pociągnę za wami. W końcu nadal jestem wam coś dłuŜny za wyciągarkę. 

Opowieści z Imperium 

94 

-  UwaŜam  dług  za  spłacony,  ale  dołącz  do  nas.  -  Corran  słyszał  wdzięczność  w 

głosie duroskiego kapitana. - Ta przygoda to materiał na całą opowieść, a ja chciałbym, 
byś był przy tym, gdy będę ją opowiadać po raz pierwszy. 

 
Prefekt Mosh Barris kłaniał się wdzięcznie, oklaskiwany przez swych gości. Seria 

jasnych  wybuchów i  widowiskowy spektakl szczątków spadających z górnych  warstw 
atmosfery to więcej, niŜ oczekiwał. 

Jeśli specjalnie tak to przygotowałeś, Eamon, dam ci jeszcze większą nagrodę, niŜ 

planowałem, pomyślał Barris. 

-  Dziękuję,  dziękuję  wam  bardzo  -  powiedział  głośno.  -  Cieszę  się,  Ŝe  podobał 

wam  się  sposób,  w  jaki  rozprawiliśmy  się  z  rebelianckim  zagroŜeniem  na  Garqi.  - 
Uśmiechnął  się  z  dumą.  -  To  ja  wymyśliłem  ten  plan,  ale  kto  inny  wprowadził  go  w 
Ŝ

ycie. Mój adiutant, Eamon Yzzali. Eamon, gdzie jesteś? 

- Właśnie, gdzie? 
Barris podniósł głowę, gdy usłyszał pytanie dochodzące z drzwi na balkon. 
- Kim pan jest? 
Wysoki męŜczyzna wszedł do sali i wbił w Barrisa ostre spojrzenie. 
- Kirtan Loor, wywiad imperialny. Oczekiwał mnie pan? 
-  Oczywiście.  -  Barris  podniósł  rękę  i  wskazał  na  niebo,  rozlewając  przy  okazji 

choholl z kieliszka. - Przybył pan za późno, by zobaczyć, co się stało z Rebeliantami. 

- Och, chyba juŜ wiem, co się z nimi stało. - Oficer drwiąco wykrzywił usta. - Gdy 

przybyłem  do  tego  systemu,  otrzymałem  raport  tego  Eamona  Yzzali.  Pisze  w  nim,  Ŝe 
zorganizował pan  ucieczkę  grupy  miejscowych  Rebeliantów  na pokładzie  „Gwiezdnej 
Rozkoszy”.  Dodaje,  Ŝe  ta  akcja  była  wstępnym  krokiem  do  uzurpacji  władzy 
gubernatora Tadrina i oddania Garqi rebelianckiemu Sojuszowi. 

ś

ołądek  Barrisa  zwinął  się  w  węzeł.  Kirtan  Loor  przypominał  mu  Wielkiego 

Moffa  Tarkina,  a  to  podobieństwo  w  niczym  nie  zmniejszyło  strachu,  opanowującego 
umysł prefekta. 

-  To  niemoŜliwe.  Eamon  musiał  tak  to  zaplanować.  Niech  pan  go  zapyta,  te 

oskarŜenia są nieprawdziwe. 

- Zapytałbym, gdybym tylko go znalazł. - Niebieskie oczy Loora zwęziły się. - W 

załączniku do raportu wspomniał, Ŝe obawia się o swoje Ŝycie. Kiedy tu przyleciałem, 
przeczytałem, Ŝe zarządził pan i przeprowadził jego egzekucję. Ta wiadomość przyszła 
prosto od pana, sprawdziłem to. 

- Tak, ale to była cześć planu, nie rozumie pan? 
Kirtan Loor powaŜnie potrząsnął głową. 
- Nie widzę tego, co by pan chciał, Ŝebym zobaczył. Widzę natomiast przed sobą 

kolaboranta, który mógłby mi wiele opowiedzieć o wrogu. 

- AleŜ ja o nich nic nie wiem! 
-  Szczerze  w  to  wątpię,  Barris.  -  Loor  uśmiechnął  się  z  zimną  wyŜszością,  od 

której kolana Barrisa zmiękły, a kieliszek wypadł z ręki, roztrzaskując się o podłogę. - 
Wystarczy,  Ŝe  zaczniemy  przesłuchanie,  a  zaczniesz  Ŝałować,  Ŝe  nie  wiesz  więcej,  by 
móc powiedzieć mi wszystko. Zdziwisz się, ile informacji moŜna wyciągnąć z twojego 

background image

Peter Schweighoffer 

95 

„nic”.  I  nauczysz  się  bać  kary  za  kaŜdym  razem,  gdy  będziesz  chciał  zasłonić  się 
niewiedzą. 

 
Corran  spodziewał  się  zaskoczenia  na  twarzy  Dynby,  kiedy  po  raz  pierwszy  go 

zobaczyła. 

-  Witaj,  Dynba.  Cieszę  się,  Ŝe  ci  się  udało.  Przepraszam  za  trudności,  które 

mieliście na „Rozkoszy”. 

Walka  przeraŜenia  i  radości  na  jej  twarzy  była  nawet  ciekawa,  chociaŜ 

ostatecznym zwycięzcą w tej potyczce okazał się wyraz oszołomienia. 

-  T-ty  nie  Ŝyjesz...  przynajmniej  tak  powiedziałeś.  Jesteś  Eamon  Yzzali,  ale  to 

przecieŜ niemoŜliwe. 

Corran uśmiechnął się krzywo, gdy usłyszał w jej głosie nie-udawany ból. 
-  Przepraszam  za  tę  maskaradę.  Chciałem,  abyś  myślała,  Ŝe  Barris  mnie  zabił,  i 

odleciała  z  Garqi.  Wiedziałem,  Ŝe  pośle  za  wami  swoje  myśliwce  TIE.  Chciałem 
jeszcze  raz  wykorzystać  was  do  odwrócenia  uwagi,  Ŝebym  mógł  spokojnie  odlecieć, 
kiedy myśliwce będą zajęte wami. 

Za Dynbą stanęła Arali, obejmując jej ramię ogonem głównym w geście obrony. 
- Te myśliwce omal nas nie załatwiły, bo wyłączyłeś nasze tarcze - powiedziała. - 

Próbowałeś nas zabić. 

-  Nie  miałem  takiego  zamiaru.  -  Corran  westchnął.  -  Chciałem  wam  wysłać 

wiadomość  z  kodem  aktywatora  tarczy,  Ŝebyście  mogli  je  z  powrotem  włączyć. 
Chciałem zwalić  majstrowanie z tarczą  na Barrisa, chroniąc  was jednocześnie, ale ten 
stary  głupiec  zamknął  moje  konto  pocztowe,  kiedy  wpisywał  swoją  wiadomość  o 
egzekucji Eamona. 

Dynba przycisnęła łokieć do tułowia Twi’lekianki. 
-  Gdyby  chciał  nas  zabić,  nie  przyleciałby  za  myśliwcami  i  nie  dał  nam  kodu.  I 

bez tego mógłby uciec. 

- Właśnie - przytaknął Corran. - Dokładnie tak. 
- Więc co miałeś na myśli, mówiąc o odwracaniu przez nas uwagi? 
-  Zorganizowanie  ucieczki  „Rozkoszy”  pozwoliło  mi  dobrać  się  do  części 

zamiennych,  których  potrzebowałem  do  mojego  X-skrzydłowca.  Powiedziałem 
Barrisowi, Ŝe ktoś je ukradł z magazynu, ale tak naprawdę miałem tych paru facetów, 
którzy pomogli  mi załadować części. To byli piloci tych  myśliwców,  wiec teraz tylko 
my wiemy, co stało się z częściami zamiennymi. 

Dynba uśmiechnęła się. 
-  Oczywiście,  części  zamienne.  Loty  myśliwca-widma  ustały  na  jakiś  miesiąc 

przed przylotem i zajęciem „Gwiezdnej Rozkoszy”. 

- Potrzebowałem wyciągarki. 
- A więc to ty jesteś Xeno. Zebrałeś nas, Ŝebyśmy wykradli dla ciebie te części. 
-  Nie,  ja  jestem  Corran  Horn,  dawniej  ze  StraŜy  Ochrony  Korelii.  -  Uśmiechnął 

się,  widząc  zbliŜającego  się  Gwizdka,  i  czule  poklepał  robota  po  wieńczącej  jego 
korpus kopułce. - Ten robot to Xeno. 

Ogony główne Arali zadrŜały ze zdziwienia. 

Opowieści z Imperium 

96 

- Robot załoŜył nasze kółko? 
Gwizdek zaświergotai z emfazą, a Corran rozpromienił się. 
- Pracował ze mną w KorSeku. Oprócz oprogramowania astronawigacyjnego jest 

niezły w łamaniu kodów, jest teŜ przygotowany do organizowania akcji dywersyjnych. 
Szykował  was do  wykradnięcia dla mnie tych części, ale mi o tym  nie  wspomniał, bo 
wie, Ŝe nie chcę mieć nic wspólnego z Rebeliantami ani Nową Republiką. 

-  Na  to  juŜ  chyba  trochę  za  późno.  -  Kapitan  Nootka  podszedł  do  Corrana  z 

dwoma oficerami Nowej Republiki za plecami. - Barris domyśli się kim jesteś, i uznają 
cię za Rebelianta. 

- Nie sądzę. Barris sam jest teraz w tarapatach. - Corran uśmiechnął się szeroko. - 

Pracowałem  kiedyś  z  Kirtanem  Loor,  agentem  imperialnego  wywiadu  przysłanym  na 
Garqi. Broda i farbowane włosy nie zwiodłyby go, więc musiałem się wynieść. To był 
powód całej operacji. Dlatego wciągnąłem w nią ciebie i twoich przyjaciół, Dynba. Nie 
robiłbym tego, gdybym nie musiał. 

Potrząsnęła głową. 
-  MoŜesz  tak  myśleć,  Corran,  moŜesz  nawet  w  to  wierzyć,  ale  ja  sądzę,  Ŝe  nie 

chciałeś nas zostawiać sam na sam z gniewem Barrisa, którego nie byłbyś juŜ w stanie 
dłuŜej powstrzymywać. 

Powoli skinął głową. 
-  Loor  nie  jest  najbłyskotliwszym  z  imperialnych  agentów,  ale  zdoła  rozwiązać 

sprawę, którą mu ktoś poda na tacy. A na tacy, którą ja mu zostawiłem, są wskazówki 
jasno  prowadzące  do  stwierdzenia,  Ŝe  Mosh  Barris  jest  zdrajcą  i  mordercą  Eamona 
Yzzali. Jestem czysty. 

Jeden z oficerów Nowej Republiki wskazał na X-skrzydłowca. 
- Ten myśliwiec zestrzelił cztery imperialne?  
Nootka poklepał Corrana po ramieniu. 
- Zabił ich na śmierć, kapitanie Dromath.  
Drugi z Rebeliantów gwizdnął. 
- Ani razu nie trafili w tarcze. 
Corran wzruszył ramionami. 
- Doładowanie tarczy jest łatwiejsze niŜ znalezienie farby do kamuflaŜu. 
Pierwszy oficer pokiwał głową. 
-  Słuchaj,  Horn,  słyszałem,  jak  mówiłeś,  Ŝe  nie  chcesz  mieć  nic  wspólnego  z 

Rebeliantami ani Nową Republiką, ale my potrzebujemy dobrych pilotów. 

-  Nie  zamierzam  się  zaciągać,  kapitanie.  -  Corran  potrząsnął  głową,  a  potem 

zmarszczył brwi i spojrzał na gwiŜdŜącego drwiąco Gwizdka. - Wszystko, czego chcę, 
to by zostawiono mnie w spokoju. Wasza walka to nie moja walka. 

Dromath wzruszył ramionami. 
- MoŜe i nie, ale chyba  wiesz, Ŝe Imperium  nie zostawi cię  w  spokoju. Będziesz 

dalej z nimi walczył. A skoro juŜ musisz z nimi walczyć, lepiej to robić z sojusznikami 
niŜ w pojedynkę. 

-  On  ma  rację,  Corran.  -  Dynba  uścisnęła  jego  ramię.  -  Nowa  Republika 

potrzebuje cię. 

background image

Peter Schweighoffer 

97 

- No nie wiem. 
-  To  niełatwa  decyzja.  -  Dromath  uśmiechnął  się.  -  Ale  proszę  o  tym  pomyśleć. 

Eskadra  Łobuzów  ma  być  przeformowana  i  znowu  rzucona  do  walki.  KaŜdy  pilot, 
który jest dość dobry, Ŝeby się zaciągnąć, moŜe złoŜyć podanie. A ty jesteś dostatecznie 
dobry, by choćby rozwaŜyć taką moŜliwość. 

Gwizdek pisnął ponaglająco. 
Corran popukał kostkami palców w kopułkę robota. 
-  Jestem  znacznie  lepszy,  i  dobrze  o  tym  wiesz.  Mógłbym  być  jednym  z 

najbardziej ostrych pilotów, jakich mają. Oczywiście potrzebowałbym nowej jednostki 
R2. 

Pełna  świętego  oburzenia  odpowiedź  robota  sprowokowała  wszystkich  do 

ś

miechu. Corran zdał sobie nagle sprawę, Ŝe przez cały czas pobytu na Garqi nie słyszał 

szczerego  śmiechu.  Zarówno  pracownicy  imperialnej  administracji,  jak  i  obywatele 
planety  stale  się  pilnowali,  by  się  z  czymś  nie  zdradzić.  Ludzie  zachowywali  się  z 
rezerwą, bo bali się, Ŝe ktoś pomyśli o nich coś złego i doniesie władzom. 

Wiedział,  Ŝe  naprawdę  chciałby,  Ŝeby  wszyscy  zostawili  go  w  spokoju.  Ale 

Dromath miał rację - Imperium nigdy mu nie popuści. Nawet jeśli nie będzie ich tam, 
gdzie  on  akurat  się  znajdzie,  nawet  jeśli  Loor  nie  będzie  mu  siedział  na  ogonie,  cień 
Imperium będzie ciągnął się za nim wszędzie. Z wyjątkiem miejsc, dokąd ten cień nie 
sięga. 

Miedzy Rebeliantami. 
W Nowej Republice. 
- Skoro pozostawienie mnie w spokoju nie wchodzi w grę, mogę przyłączyć się do 

tych,  z  którymi  jestem  w  stanie  współpracować.  -  Corran  uśmiechnął  się  i  wyciągnął 
dłoń  do  kapitana  Dromatha.  -  Myślę,  Ŝe  Gwizdek  i  ja  jesteśmy  zainteresowani 
wstąpieniem do Eskadry Łobuzów. 

- To nie będzie łatwe, panie Horn. 
- Wiem, kapitanie. Nie byłaby to Eskadra Łobuzów, gdyby łatwo było się do niej 

dostać.  Ale  ja  nie  szukam  łatwych  ścieŜek.  -  Corran  mrugnął  porozumiewawczo  do 
Nootki i uśmiechnął się do Dynby. - Jak pan wie, właśnie uciekłem z prowincjonalnej 
planety, na której mój robot kierował grupą rebelianckich spiskowców, a ja pomogłem 
w  ucieczce  wrogom  stanu.  I  cały  czas  spiskowałem  przeciwko  prefektowi 
wojskowemu.  Po  tym  wszystkim  jedyne  miejsce  dostatecznie  podniecające  dla 
Gwizdka  moŜe  się  znaleźć  między  ludźmi,  którzy  mają  na  swoim  koncie  zniszczenie 
dwóch  Gwiazd  Śmierci.  Gdybym  chciał  się  ustatkować  wstąpiłbym  do  imperialnej 
marynarki. 

 
Kiedy straŜnicy ciągnęli Barrisa do celi przesłuchań, przyszło mu do głowy, Ŝe tak 

jak  on  nie  wierzył  Dynby  Tesc,  gdy  zapewniała,  Ŝe  nic  nie  wie,  tak  Loor  nie  wierzy 
jemu.  I  uświadomił  sobie,  Ŝe  jego  upadek  zaczął  się,  bo  nie  zrobił  nic  na  odległym 
ś

wiecie, a zakończy się, bo nie wie nic na innym, równie odległym. Chciał podzielić się 

tą  myślą  z  idącymi  obok  niego  ludźmi,  ale  wiedział,  Ŝe  zdołałby  wydobyć  z  gardła 
tylko gorzki śmiech przerywany łkaniem. 

Opowieści z Imperium 

98 

O D W R Ó T   Z   C O R U S C A N T  

 

Laurie Burns 

 
 
 

 
 

Taryn  Clancy  patrzyła,  jak  urzędniczka  odnotowuje  przyjęcie  kart  danych 

piętrzących  się  na  wózku  repulsorowym,  który  stał  obok  niej.  Nagle  pomruk  starego 
centrum  informacyjnego  Pałacu  Imperialnego  zgubił  się  w  przenikliwym  wyciu  syren 
alarmowych. 

Urzędniczka spojrzała w górę i zbladła, gdy rozpoznała sygnał ostrzegawczy. 
- O nieba! -wykrzyknęła oszołomiona. - Atakują Coruscant! 
Taryn teŜ była zdumiona, ale zareagowała błyskawicznie. 
- Jeśli pani to podpisze, zaraz stąd uciekam - powiedziała i pchnęła wózek bliŜej 

lady,  przy  której  siedziała  urzędniczka.  -  Poczta  dla  pani  -  dodała,  podtykając  jej  pod 
nos notes komputerowy. 

Urzędniczka spojrzała na podaną tabliczkę,  wcisnęła kilka  klawiszy i oddała ją z 

powrotem.  Taryn  szybko  przejrzała  autoryzację,  wstukała  własny  kod,  wyrwała  kopię 
dla urzędniczki i rzuciła ją na ladę. 

- Dzięki - rzuciła przez ramię, trzy kroki od drzwi. 
W  korytarzu  syreny  nadal  wyły  nagląco,  ale  gdy  Taryn  wciskała  się  do 

turbowindy,  zauwaŜyła  z  ulgą,  Ŝe  nikt  nie  wpadł  w  panikę.  ChociaŜ  Nowa  Republika 
przekształciła  się  z  oddziałów  wojskowych  w  galaktyczny  rząd,  dawni  Rebelianci  nie 
zapomnieli,  jak  naleŜy  reagować  na  atak  Imperium.  Taryn  przygryzła  wargę,  zdając 
sobie sprawę, Ŝe nadzieja na opuszczenie planety była co najmniej optymistyczna. Jeśli 
Coruscant  rzeczywiście  jest  pod  ostrzałem,  prawdopodobnie  podniesiono  planetarną 
tarczą. To zaś oznacza, Ŝe ona i Del utknęli na Coruscant na nie wiadomo jak długo. 

Musiała  jednak  spróbować.  Kto  chciałby  tkwić  na  pałacowym  lądowisku  jak 

przyszpilony mynock, podczas gdy Imperium próbuje odzyskać swoją dawną stolicę? 

Nie ja, pomyślała, wychodząc na jasną, smaganą wiatrem platformą i mruŜąc oczy 

przed blaskiem południowego słońca. Pogłos silników mniej więcej pół tuzina statków 
wypełniał powietrze wokół niej, a stojący w oddali „Posłaniec” dodawał swój gardłowy 
pomruk  do  mechanicznego  chóru.  Del  trzymał  rampę  opuszczoną,  czekając  na  jej 
powrót. Kiedy opadła na fotel pilota, byli niemal gotowi do startu. 

-  Słyszałem  syreny  -  powiedział  Del,  przypięty  juŜ  pasami  do  fotela  drugiego 

pilota. - Co się dzieje? 

background image

Peter Schweighoffer 

99 

-  Odlatujemy,  mam  nadzieją  -  odparła  krótko  Taryn.  Kolejny  rzut  oka  na 

wyświetlacze  i  juŜ  łączyła  się  przez  komunikator  z  kontrolą  lotu,  wciskając  pierwsze 
przełączniki.  Poczuła  skurcz  Ŝołądka,  gdy  jej  prośba  o  pozwolenie  na  start  została 
szorstko odrzucona. 

Za  późno,  tarcza  planetarna  była  juŜ  włączona.  Na  górze  -  Imperium,  w  dole  - 

Nowa Republika, a oni utknęli w samym środku. 

Taryn  opadła  się  cięŜko  na  oparcie  fotela.  Chodziło  nie  tylko  o  napięty 

harmonogram.  Centralna  SłuŜba  Kurierska  obiecywała  szybkie  usługi  w  obrąbie 
Ś

wiatów Środka. Mieli ładownie pełne skrzynek z przesyłkami i powinni je dostarczyć 

bez  opóźnienia.  Ale  opóźnione  przesyłki  były  niczym  w  porównaniu  z  tym,  czego 
Taryn obawiała się najbardziej - otwartej wojny o panowanie nad Coruscant. Pojawiły 
się  pogłoski,  Ŝe  Imperium,  mimo  niedawnej  straty  Wielkiego  Generała  Thrawna, 
szykuje się do uderzenia w samo serce Nowej Republiki. 

Wyglądało na to, Ŝe plotkarze mieli rację. 
-  A niech to! - powiedział Del,  wyglądając na lądowisko, skąd  właśnie startował 

transportowiec, najwyraźniej wbrew zarządzeniom kontroli lotów. - Co teraz zrobimy? 

Taryn  patrzyła  na  odlatujący  transportowiec.  Gdyby  „Posłaniec”  naleŜał  do  niej, 

zrobiłaby to samo. Ale mądry kapitan nie ryzykuje utraty słuŜbowego statku. 

- Czekamy - zdecydowała  i  wyłączyła silniki.  - Przynajmniej dopóki nie nadlecą 

posiłki. 

Jeśli  w  ogóle  nadlecą,  dodała  w  myślach.  Imperialni  zapewne  najpierw  odcięli 

nadajniki,  pozbawiając  Nową  Republikę  moŜliwości  przywołania  na  pomoc 
rozproszonej  po  całej  galaktyce  floty.  Była  jeszcze  obrona  orbitalna,  ale...  Kątem  oka 
dostrzegła maleńki rozbłysk. Pochyliła się, by wyjrzeć przez transpastalowy iluminator 
sterowni. 

- Do pioruna! - szepnęła. 
Del podąŜył za jej wzrokiem i zobaczył ledwie widoczne wysoko na niebie błyski 

ognia turbolaserów. 

- No to utknęliśmy tu na dobre. 
W posępnym milczeniu spoglądali przez chwilę na niebo. Nagle Taryn zapytała: 
- Jak długo moŜe wytrzymać planetarna tarcza? 
-  Bo  ja  wiem?  -  odpowiedział  Del.  -  Chyba  zaleŜy,  z  czego  do  niej  walą.  MoŜe 

parę dni... a moŜe parę godzin. 

Spojrzała  na  niego.  Od  trzydziestu  lat  pracował  w  słuŜbie  kurierskiej  i  zaledwie 

dni  dzieliły  go  od  emerytury.  Gdy  tak  patrzyła  na  jego  zmęczoną,  pokrytą  głębokimi 
zmarszczkami twarz, uświadomiła sobie, jak bardzo jest niedoświadczona. To dopiero 
jej  czwarty  kurs  za  sterami  „Posłańca”.  I  to  do  niej  naleŜało,  by  ich  stąd  wyciągnąć. 
Poczuła się tym przytłoczona. 

Przypomniała sobie słowa ojca. Mówił, Ŝe Taryn lata jako kurier, bo nie ma dość 

odwagi,  by  robić  cokolwiek  innego.  Gdy  była  dzieckiem  wiele  razy  słyszała,  jak  Kal 
Clancy  chwalił  się  swymi  dokonaniami  za  sterami  frachtowca.  Potem,  kiedy  dorosła, 
próbował  urobić  ją  na  swój  własny  obraz  i  podobieństwo.  Nawet  nie  próbował  ukryć 
rozczarowania, gdy nie spełniła jego oczekiwań. 

Opowieści z Imperium 

100 

Znowu spojrzała na Dela. Dostarczał pocztę dłuŜej, niŜ ona Ŝyła na tym świecie, i 

nigdy nie został kapitanem. A ona została. CzyŜ nie? 

Przestań, nakazała samej sobie. Bycie kapitanem statku kurierskiego nie jest moŜe 

zbyt ambitne, ale teŜ nie oznacza, Ŝe jestem do niczego. 

Odsunęła myśli o ojcu i spróbowała się zastanowić, co będzie dalej. 
 
Kiedy  po  kilku  godzinach  nadal  nie  widać  było  śladu  imperialnych  okrętów 

lądujących na planecie, Taryn trochę się uspokoiła. Ale potem zapadła noc i nadal nic 
się nie działo. Taryn zaczęła się niecierpliwić. 

-  Dosyć  tego  -  oświadczyła,  kiedy  kolejna  prośba  o  informacje  z  kontroli  lotów 

została zignorowana. - Nie pozwalają nam odlecieć i niczego nie chcą wyjaśnić. Idę się 
dowiedzieć, co jest grane. 

- I kogo o to zapytasz? 
- Samą Mon Mothmę, jeśli nie będę miała innego wyjścia - odpowiedziała Taryn. 
Del  prychnął  z  niedowierzaniem,  tymczasem  dostanie  się  do  pałacu  okazało  się 

nadspodziewanie  łatwe.  Początkowo  dwaj  straŜnicy  Nowej  Republiki  nie  chcieli  jej 
wpuścić,  ale  gdy  wyjaśniła,  Ŝe  jest  kapitanem  stojącego  na  lądowisku  frachtowca, 
odprowadzili  Taryn  do  turbowindy.  Jeden  ze  straŜników  wcisnął  guzik  z  numerem 
piętra. 

- Powodzenia! - zasalutował jej kpiąco, gdy drzwi zaczęły się zasuwać. 
Łatwo poszło, za łatwo, pomyślała.  Zastanawiała  się, co miał oznaczać ten salut. 

Nadal łamała sobie nad tym głowę, gdy drzwi windy otworzyły się, ukazując korytarz 
znacznie  róŜniący  się  od  sekcji  obsługi,  w  której  dotychczas  zostawiała  przesyłki. 
Mimo  iŜ  podstawowy  wystrój  był  taki  sam,  tu  wyczuwało  się  w  powietrzu  aurę 
wojskowej dyscypliny. 

Dostrzegła dwóch Ŝołnierzy stojących naprzeciwko drzwi turbowindy. Zlustrowali 

ją  czujnym  spojrzeniem,  kiedy  wychodziła,  podobnie  jak  kolejni  dwaj,  którzy  pełnili 
straŜ  po  obu  stronach  windy.  Starała  się  nie  zwracać  uwagi  na  wlepione  w  siebie 
spojrzenia  czterech  par  oczu,  popatrzyła  w  dół  korytarza.  Na  jego  drugim  końcu 
rozsunęły się antyblasterowe grodzie, przepuszczając oficera, który podszedł do Taryn. 
Zatrzymał się o jakiś metr od niej i obrzucił badawczym spojrzeniem. 

- Jestem pułkownik Bremen - przedstawił się. - A pani? 
- Taryn Clancy, kapitan „Posłańca”. 
Skinął głową. 
-  Jeśli  jest  pani  uzbrojona,  musi  pani  zostawić  broń  na  zewnątrz  -  poinformował 

ją. 

-  Nie  jestem  uzbrojona  -  odparła,  Bremen  jednak  omiótł  ją  skanerem,  który 

trzymał w ręku. 

- W porządku - powiedział, zadowolony z wyniku badania. - Proszę za mną. 
Jeden  ze  straŜników  ruszył  za  nią,  gdy  przeszła  za  Bremenem  przez  blasterową 

grodź  do  następnego  korytarza.  Z  zaciekawieniem  zaglądała  do  mijanych  po  drodze 
otwartych  sal.  Nogi  ugięły  się  pod  nią,  gdy  rozpoznała  twarz  znaną  z  holotransmisji. 
Czy to naprawdę Mon Mothma? A jeśli tak, to dokąd właściwie Bremen ją prowadził? 

background image

Peter Schweighoffer 

101 

Nie było czasu na dalsze spekulacje, bo pułkownik zatrzymał się obok kolejnych 

drzwi i  gestem zaprosił Taryn do środka. Weszła do  niewielkiego biura i  spojrzała na 
męŜczyznę siedzącego za biurkiem. Przystojny,  mniej  więcej w  wieku Dela,  wyglądał 
znajomo, ale nie mogła go dokładnie umiejscowić. 

Bremen zamknął drzwi, przeszedł obok niej i zatrzymał się koło biurka. 
- Mam dla pana jeszcze jedną, generale Bel Iblis. To kapitan Clancy z „Posłańca” 

- powiedział. 

Taryn była zdumiona. Spodziewała się, Ŝe zaprowadzają do jakiegoś pałacowego 

urzędniczyny, a nie do szefa obrony planetarnej Coruscant! 

- Pani kapitan.  - Bel Iblis powitał ją uprzejmym  skinieniem  głowy. - Rozumiem, 

Ŝ

e chciałaby pani zapoznać się z aktualną sytuacją. 

- Tak, sir - odparła, usilnie próbując się rozluźnić i nie stać na baczność. - Co się 

dzieje? I kiedy będę mogła odlecieć? 

Bel Iblis przyglądał jej się w milczeniu. Wreszcie odpowiedział ponurym głosem: 
-  Coruscant  jest  otoczona.  Nasze  siły  obronne  zostały  zmuszone  do  odwrotu  i 

szacujemy, Ŝe do rana wysiądzie planetarna tarcza. 

- I co wtedy? 
- Nie zamierzamy czekać tak długo, by się przekonać - odpowiedział. - Startujemy 

w nocy. 

- Odlatujecie? 
-  Nie  mamy  wyjścia  -  oznajmił  Bel  Iblis  ponuro.  -  Nie  zdołamy  zawiadomić 

naszej  floty  w  innych  sektorach.  Zresztą  nawet  gdyby  nam  się  to  udało,  nie  zdąŜą  tu 
dolecieć, zanim wysiądzie tarcza. 

-  Ale  co  się  stanie  z  Nową  Republiką?  -  dopytywała  się  Taryn.  -  CzyŜby  nowy 

rząd zamierzał poddać się tak łatwo? 

-  Nowa  Republika  przeŜyje.  Tylko  dowództwo  się  przeniesie.  -  Cień  bólu 

przemknął  przez  jego  twarz.  -  Nie  chcemy  unicestwić  całej  planety,  skoro  Imperium 
dąŜy tylko do zniszczenia nas. Kiedy stąd odlecimy, ludność powinna być bezpieczna. 

Bremen  juŜ  otworzył  usta,  by  coś  powiedzieć,  ale  zamilkł  pod  spojrzeniem  Bel 

Iblisa.  Taryn  patrzyła  to  na  jednego,  to  na  drugiego,  zdając  sobie  sprawę  z  napięcia 
między nimi. W końcu zwróciła się do generała. 

- A pan dokąd poleci? 
- Dobre pytanie - powiedział. - I tu właśnie zaczyna się twoja rola. 
- Moja? - zapytała ostroŜnie. 
-  Do  ewakuacji  potrzebujemy  kaŜdego  statku,  który  uda  nam  się  wyprosić, 

poŜyczyć lub nawet ukraść - rzekł, patrząc na nią z uwagą. 

Taryn zrozumiała w jednej chwili. 
- „Posłaniec” jest za mały - zaprotestowała. - I zbyt wolny. Zresztą ja pracuję dla 

Centralnej SłuŜby Kurierskiej, a nie dla was. Nowa Republika nie  moŜe tak po prostu 
porwać mojego statku! 

-  W  zasadzie  moŜe  -  powiedział  Bel  Iblis.  -  I  zrobi  to.  Ale  nie  do  tego,  o  czym 

pani  myśli.  -  Pochylił  się  do  przodu  z  grobowym  wyrazem  twarzy.  -  Musimy 
zawiadomić  naszą  flotę  w  innych  sektorach,  Ŝe  Nowa  Republika  ewakuowała  się  z 

Opowieści z Imperium 

102 

Coruscant i przegrupuje się w nowej bazie. Poufność jest kluczowa - nie moŜemy sobie 
pozwolić,  Ŝeby  Imperium  podsłuchało  transmisję  i  dowiedziało  się,  gdzie  będzie  ta 
baza. A zatem - rozłoŜył ręce w sugestywnym geście - rozsyłamy kurierów. 

Taryn nie odpowiedziała. Przypuszczała, Ŝe nie przypadkiem uŜył słowa „kurier”. 
- Normalnie wysłalibyśmy posłańca na nieoznakowanym statku wywiadowczym - 

kontynuował  Bel  Iblis.  Bremen  otworzył  usta,  ale  generał  znowu  posłał  mu 
ostrzegawcze spojrzenie. - Potrzebujemy jednak statków do ewakuacji.  

- A jeśli odmówię? 
-  MoŜe  pani  pozostać  na  Coruscant  -  odpowiedział  Bel  Iblis.  -  Albo  odlecieć 

jednym  z  naszych  transportów.  Oczywiście  zapłacimy  słuŜbie  kurierskiej  za 
skorzystanie ze statku. 

TeŜ mi wybór, pomyślała Taryn. Siedzieć i czekać na szturmowców albo dołączyć 

do Nowej Republiki.  

Westchnęła. 
- To kiedy mamy ruszać? 
 
Taryn  musiała  przyznać,  Ŝe  wykorzystanie  „Posłańca”  jako  przykrywki  było 

całkiem sprytne. 

Po pierwsze, karta danych zawierająca raport o odwrocie z Coruscant i informacja 

o punkcie zbornym dla floty, umieszczona w skrzynce z tysiącami innych wiadomości, 
była bezpiecznie anonimowa. Zwłaszcza Ŝe w ładowni „Posłańca” znajdowały się całe 
tuziny identycznych skrzynek. 

Po drugie, miał z nimi lecieć pułkownik Bremen. Dotarł juŜ na pokład, wciśnięty 

w o co najmniej dwa numery za mały zapasowy mundur słuŜby kurierskiej. Stał teraz w 
drzwiach  kabiny  pilota,  próbując  rozluźnić  za  ciasny  kołnierzyk.  Taryn  zerknęła  na 
niego  z  rozbawieniem.  Nogawki  munduru  kończyły  się  wysoko  ponad  kostkami 
pułkownika.  Ale  w  następnej  chwili  kpiący  uśmieszek  zniknął  z  jej  twarzy. 
Przypomniała sobie, Ŝe Bremen jest na pokładzie, by mieć oko na nią i na Dela. 

Zacisnęła dłonie na drąŜkach sterowniczych. 
- Proszę zapiąć pasy - poleciła Bremenowi. - Za chwilę startujemy. 
Kiedy się nie poruszył, spojrzała przez ramię i zapytała: 
- O co chodzi? 
- Zostanę tutaj - odparł. 
Wzruszyła ramionami. 
-  A  niech  robi,  co  chce  -  prychnął  Del.  Od  czasu,  gdy  oficer  Nowej  Republiki 

wszedł na pokład, nie zamienił z nim nawet pół tuzina słów, ale wyraźnie było widać, 
Ŝ

e męŜczyźni nie przypadli sobie do gustu. 

-  Powinna  pani  pozwolić  mi  pilotować  -  ponowił  próbę  Bremen.  -  To  nie  jest 

zwykle rozwoŜenie poczty. 

-  Nie.  -  Taryn  była  nieugięta.  -  Zawarliśmy  układ.  Nowa  Republika  moŜe 

wykorzystać mój statek do swoich celów, ale tylko ja będę go pilotować.  

background image

Peter Schweighoffer 

103 

Właściwie zdziwiła się, Ŝe Bel Iblis przystał na jej warunek. Wyglądało na to, Ŝe 

generał  wyznaczył  Bremena  do  tego  zadania  tylko  po  to,  aby  się  go  pozbyć. 
Najwidoczniej nie przepadali za sobą. Spojrzała na Dela. 

- Gotów? 
- Gotów - potwierdził. 
Włączyła  repulsory.  W  miarę  jak  nabierali  wysokości,  dodające  otuchy  światła 

Imperial  City  zmniejszyły  się  do  wielkości  łebka  od  szpilki.  Bel  Iblis  powiedział,  Ŝe 
przestrzeń  pomiędzy  gwiezdnymi  niszczycielami  jest  patrolowana  przez  mniejsze 
statki, więc kaŜdy pilot musi znaleźć własną drogę ucieczki. 

- Czy mamy juŜ kurs? - zapytała Dela. 
- Komputer nawigacyjny pracuje nad tym - odpowiedział. Spojrzała na Bremena, 

który  balansował  w  drzwiach  kabiny,  a  potem  sprawdziła  wskazania  sensorów.  Nie 
było nic widać  w pobliŜu, ale musi uwaŜać. Bel Iblis chciał, by jak najwięcej statków 
znalazło  się  w  przestrzeni,  gdy  opuści  tarcze.  Miał  nadzieję,  Ŝe  kiedy  wyroją  się 
wszystkie  naraz,  spowodują  przynajmniej  niewielkie  zamieszanie  i  zdołają  się 
przedrzeć między czekającymi na nie okrętami Imperium. 

Błyski  światła  tańczyły  w  miejscach,  gdzie  strzały  trafiały  o  powierzchnię 

planetarnej tarczy. Opalizująca  mgiełka unosiła  się i  marszczyła pod ostrzałem. Taryn 
zmieniła nieco kurs, kierując się w miejsce wolne od trafień, i sprawdziła czas. Prawie 
juŜ. 

Del  włączył  komunikator,  dostrojony  do  częstotliwości  uciekających,  a  Taryn, 

patrząc  na  tarczę,  zastanawiała  się,  co  spotka  ludzi  pozostawionych  na  dole.  Czy 
Imperium  zadowoli  się  odzyskaniem  Coruscant  i  pozostawi  jej  mieszkańców  w 
spokoju?  A  moŜe  uzna,  Ŝe  naleŜy  im  się  kara  za  to,  Ŝe  sami  nie  wygonili  Nowej 
Republiki? 

Tak czy owak, jej to juŜ nie dotyczyło. 
- Powinna zaraz opaść - powiedział Bremen, który równieŜ obserwował iskrzenie 

na  tarczy  atakowanej  przez  Imperium.  -  Szkoda,  Ŝe  ten  statek  nie  ma  praktycznie 
Ŝ

adnego uzbrojenia. 

Taryn  zacisnęła  zęby,  słysząc  tę  uwagę.  Frachtowce  pocztowe  nie  stanowiły 

łakomego  kąska  dla  nikogo,  nawet  dla  piratów.  Zazwyczaj  nie  było  potrzeby 
pobrzękiwać  oręŜem.  Teraz  jednak  musiała  przyznać,  Ŝe  trochę  większa  siła  ognia 
bardzo by się im przydała. 

Czujniki wychwyciły kilka duŜych skupisk masy przed statkiem. Taryn nigdy nie 

widziała tylu gwiezdnych niszczycieli naraz. Opadła ją kolejna fala zwątpienia. Nigdy 
dotąd nie robiła nic takiego, chyba Ŝe w wyobraźni. MoŜe rzeczywiście powinna oddać 
stery Bremenowi... 

Ale po chwili było juŜ za późno. 
-  Tarcza  opadła!  -  rozległ  się  z  komunikatora  głos  Bel  Iblisa.  -  Czystego  nieba  i 

niech Moc będzie z wami! 

Tarcza opadła i zaczęło się zamieszanie. 

Opowieści z Imperium 

104 

Taryn  kątem  oka  widziała  strzały  z  działa  jonowego  na  powierzchni  planety, 

osłaniające  część  odlatujących  statków,  ale  trzymała  się  swojego  kursu.  Wyszła  z 
atmosfery i czekała na pojawienie się w zasięgu wzroku okrętów imperialnych. 

I  oto  dostrzegła  drogę  do  wolności  -  dokładnie  pomiędzy  dwoma  gwiezdnymi 

niszczycielami, z pięcioma mniejszymi pancernikami broniącymi ich flanki. Wyglądały 
jak dzikie psy otoczone rozdokazywanymi szczeniakami. Taryn przełknęła ślinę i dała 
całą  naprzód.  Nawet  przy  maksymalnej  prędkości  „Posłańca”  trudno  było  nazwać 
szybkim. Mogła tylko mieć nadzieję, Ŝe w roju statków startujących z powierzchni uda 
im się przemknąć bez zwracania na siebie uwagi. 

Przez chwilę wydawało się, Ŝe jej prośby zostały wysłuchane. Sterowała statek w 

przesmyk  między  dwoma  pancernikami  najbardziej  oddalonymi  od  gwiezdnych 
niszczycieli.  „Posłaniec”  posuwał  się  śladem  innego  frachtowca,  transportowca  i 
zgrabnego myśliwca. Obok i nieco z tyłu leciały jeszcze dwa transportowce. Pancerniki 
wystrzeliły, ale przy tylu rozproszonych małych celach ogień był bezładny i większość 
pocisków trafiła w pustkę przestrzeni. 

Wskaźniki tarczy niezmiennie jarzyły się na zielono, mijali juŜ pancerniki. Taryn 

pomyślała,  Ŝe  moŜe  uda  im  się  wyjść  z  tego  cało,  bez  jednego  zadraśnięcia.  Nagle 
statek szarpnął ostro. Bremen wpadł na tablicę czujników. 

-  Cofnij  się!  -  krzyknęła,  ale  w  tym  samym  momencie  kolejne  ostre  uderzenie 

przyszpiliło  go  do  tablicy.  Wstrząs  spowodował,  Ŝe  zobaczyła  wokół  znacznie  więcej 
statków,  niŜ  było  ich  przed  chwilą.  Bez  trudu  zidentyfikowała  myśliwiec  typu  TIE, 
który  z  rykiem  silników  przeleciał  obok,  ostrzeliwując  transportowiec  lecący  przed 
nimi.  

- Del? - zapytała. 
Rozwścieczony  pierwszy  oficer  nie  potrzebował  ponagleń.  Wypuścił  w  kierunku 

atakującego  transporter  myśliwca  grad  laserowego  ognia.  Głuchy  huk  z  tyłu  statku 
oznaczał  kolejne  trafienie,  ale  Taryn  leciała  dalej.  Jeśli  zdoła  odbić  trochę  od 
powierzchni  planety,  skoczą  w  nadprzestrzeń,  gdzie  będą  bezpieczni.  Jeden  z 
transportowców  lecących  obok  eksplodował  nagle  w  gwałtownym  błysku.  Taryn 
skorygowała kurs, schodząc z drogi nadlatującym odłamkom metalu, i rzuciła okiem na 
wskaźniki tarcz. 

Zaraz  tego  poŜałowała.  Wskaźniki  zmieniły  kolor  na  czerwony  i  rozbłyskiwały 

przy  kaŜdym  uderzeniu.  Na  panelu  wyświetlała  się  juŜ  wiadomość  z  systemów 
diagnostycznych,  a  czujniki  zbliŜeniowe  sygnalizowały,  Ŝe  jeszcze  jeden  z  tych 
przeklętych  imperialnych  myśliwców  zbliŜał  się  do  nich  od  tyłu.  Taryn  wątpiła,  czy 
„Posłaniec” wytrzyma kolejne trafienia. 

- Trzymaj się - ostrzegła Bremena, nadal rozciągniętego na tablicy sterowniczej, i 

dała nura frachtowcem. 

Strzał z imperialnego  myśliwca przeleciał nad ich  głowami, a gdy  wyprowadziła 

statek z lotu koszącego dziobem do góry, zobaczyła, Ŝe drugi zawraca w ich stronę, by 
pomóc towarzyszowi. 

Działo  laserowe  nadlatującego  ku  nim  X-skrzydłowca  wypaliło,  a  na  czujnikach 

zbliŜeniowych  jedna  z  plamek  za  „Posłańcem”  znikła.  X-skrzydłowiec  zajął  się  teraz 

background image

Peter Schweighoffer 

105 

myśliwcem  TIE,  któremu  się  wymknęli.  Taryn  otarła  pot  z  czoła  i  zwiększyła  do 
maksimum  moc  silników.  Nigdzie  przed  nimi  nie  było  widać  frachtowca  i 
transportowca. Albo zdołały uciec, albo zostały zestrzelone. 

„Posłaniec”  zatrząsł  się  od  kolejnej  serii  strzałów.  Wskaźniki  tarcz  znowu 

rozjarzyły  się  czerwienią,  po  czym  zgasły,  a  ekran  systemu  diagnostycznego  zaczął 
mrugać. 

-  Straciliśmy  osłony!  -  krzyknęła  Taryn.  Szykowała  się  do  następnego 

nurkowania, gdy brzęczyk na konsoli wskazał, Ŝe są gotowi do skoku w nadprzestrzeń. 

Zacisnęła dłonie na dźwigni hipernapędu i łagodnie pociągnęła drąŜek. Zobaczyła, 

jak  gwiazdy  wydłuŜają  się  w  linie,  a  potem  ustępują  cętkowanemu  niebu 
hiperprzestrzeni. 

 
Mknąc  przez  hiperprzestrzeń  w  kierunku  Coriallis,  Del  i  Bremen  mieli  mnóstwo 

czasu, by ugruntować wzajemną nieprzyjaźń. 

Pułkownik  nie  ukrywał,  Ŝe  uwaŜa  ich,  jako  cywili,  za  niekompetentnych.  Jasno 

dał  do  zrozumienia,  Ŝe  Bel  Iblis  powinien  był  powierzyć  mu  dowództwo  nad 
„Posłańcem”, wyrzucić ze statku załogę i zastąpić ją wojskowymi. 

Turyn zbywała te aluzje wzruszeniem ramion, ale Del odgryzał się uszczypliwymi 

uwagami na temat haniebnego odwrotu Nowej Republiki z Coruscant. Po kaŜdej z nich 
Bremen  coraz  mocniej  zaciskał  szczęki.  Taryn  wydało  się  to  dziecinną  zabawą,  ale 
dopóki  Bremen  był  zajęty  złośliwościami  Dela,  nie  siedział  jej  na  karku,  więc  nic  nie 
mówiła. 

Obaj zniknęli w ładowni ponad godzinę temu, a Taryn siedziała w mesie i ścierała 

z  rąk  wazelinę.  Przed  Coriallis  zmienią  kurs,  ona  zaś  chciała  wypróbować  niedawno 
naprawiony system osłonowy, zanim zostanie poddany testowi praktycznemu. 

Nie zdąŜyła. 
Kiedy przechodziła do kabiny pilotów, „Posłaniec” zatrząsł się pod jej stopami, a 

potem  zadrŜał.  Blachy  kadłuba  zapiszczały  w  proteście  przeciw  gwałtownym 
napięciom,  jakim  zostały  poddane.  Taryn  chwyciła  się  grodzi,  aby  utrzymać 
równowagę,  i  wpadła  do  sterowni,  gdy  nieznana  siła  zatrzęsła  gwałtownie  statkiem. 
Brzęk spadających skrzynek i okrzyk dobiegły do niej z ładowni, podczas gdy przed jej 
oczami cętkowane  niebo nadprzestrzeni nieoczekiwanie rozjarzyło się jasnymi liniami 
gwiazd,  które  po  chwili,  po  kolejnym  przyprawiającym  o  wymioty  szarpnięciu, 
przekształciły się w znajome gwiazdozbiory przestrzeni. 

Zostali  silą  wyciągnięci  z  nadprzestrzeni  i  Taryn  nie  musiała  nawet  patrzeć  na 

czujniki  zbliŜeniowe,  by  wiedzieć,  jak  to  się  stało.  Na  wprost,  wypełniając  sobą  cały 
iluminator, wisiał imperialny krąŜownik klasy Interdictor. 

Nie  byli  jego  pierwszą  zdobyczą.  Transportowiec  z  oznaczeniami  Nowej 

Republiki  dryfował  nieopodal  z  przycumowanym  doń  imperialnym  wahadłowcem. 
Taryn  zastanawiała  się,  czy  to  jeden  ze  statków,  które  tak  niedawno  odleciały  z 
Coruscant. 

-  Co  się  stało?  -  zapytał  Bremen,  który  właśnie  pojawił  się  w  korytarzu.  Za  nim 

biegł  Del.  Miał  głęboką  ciętą  ranę  na  czole.  Odpowiedź  nie  była  konieczna. 

Opowieści z Imperium 

106 

Komunikator oŜył i przekazał energiczny głos z krąŜownika „Odwet”, rozkazujący, by 
przygotowali się do przyjęcia na pokład grupy abordaŜowej. 

Taryn  opadła  na  fotel  pilota,  zastanawiając  się  gorączkowo,  co  ma  zrobić.  Karta 

danych była dobrze ukryta i o ile Imperialni nie uprą się, Ŝeby przejrzeć kaŜdy z listów 
zgromadzonych  w  ładowni,  raczej  jej  nie  znajdą.  Skrupulatność,  z  jaką  przeszukają 
statek,  będzie  pewnie  zaleŜeć  w  duŜym  stopniu  od  tego,  jak  bardzo  wydadzą  się  im 
podejrzani.  Identyfikatory  jej  i  Dela  były  w  porządku;  obecność  Bremena  trudniej 
będzie  wyjaśnić,  ale  coś  wymyśli.  Czy  powinna  się  przyznać,  Ŝe  dopiero  co  uciekli  z 
Coruscant, czy raczej... 

-  Ja  będę  mówił  -  oświadczył  Bremen,  przerywając  jej  rozwaŜania.  -  Wy  dwoje 

bądźcie cicho i pozwólcie mi to załatwić. 

Wyciągnął rękę, oczekując najwyraźniej, Ŝe Taryn wręczy mu dystynkcje kapitana 

przypięte na piersi do munduru. Zesztywniała. 

- Nie, to ja będę mówić - rzuciła ostro. - Przeglądał się pan ostatnio w lustrze? 
Imperialni nigdy nie uwierzą, Ŝe facet w niedopasowanym mundurze mógłby być 

kapitanem „Posłańca”. Ignorując czerwieniejącego z gniewu Bremena, poleciła Delowi: 

- Idź do śluzy i czekaj tam na grupę abordaŜową. 
- Tak jest - odpowiedział rzeczowo, wychodząc z kabiny. 
-  Rób  wszystko,  co  ci  kaŜą  -  zawołała  za  nim.  Wahadłowiec  przysłany  przez 

„Odwet”  zbliŜał  się  do  statku,  ale  mieli  jeszcze  kilka  minut.  Spojrzała  na  Bremena, 
unosząc brwi. 

- Więc mówił pan, Ŝe... 
- Czy pani ma pojęcie, jak powaŜna jest ta sprawa? - warknął. - Co, pani zdaniem, 

zrobią po wejściu na pokład? Spojrzą na pani przepustki, będą Ŝyczyć miłego dnia i po 
prostu odlecą? 

-  Taką  mam  nadzieję  -  odparta  Taryn.  -  O  to  chyba  chodziło  generałowi  Bel 

Iblisowi, kiedy uŜył nas jako kurierów. Niech pan słucha, to ja jestem tu kapitanem i to 
ja  mam  autentyczny  identyfikator,  który  moŜe  to  potwierdzić.  Ma  pan  jakiś  lepszy 
pomysł? 

Jego sprzeciw był widoczny jak na dłoni, ale milczał. 
-  No  dobrze  -  powiedziała  Taryn.  -  Nie  będzie  się  pan  odzywał  niepytany,  zrobi 

wszystko,  o  co  poproszą  Imperialni,  a  jeśli  ma  pan  jakąś  broń,  proszę  się  jej  pozbyć 
teraz, zanim wejdą na pokład. Czy to jasne? 

Twarz  Bremena  była  pozbawiona  wyrazu  niczym  twarz  robota,  a  oczy  rzucały 

niebezpieczne błyski, ale zdołał szybko skinąć głową. 

-  W  porządku  -  podsumowała  Taryn  i  z  ulgą  wypuściła  powietrze.  Nie  zdawała 

sobie sprawy, Ŝe wstrzymała oddech. - Chodźmy więc powitać naszych gości. 

Gdy  imperialny  wahadłowiec  podpływał  do  statku,  wygrzebała  arkusze  z 

przepustkami  „Posłańca”.  Wystarczyło  jej  czasu  tylko  na  to,  by  podejść  do  śluzy  i 
wyprostować  się  dumnie,  zanim  drzwi  się  otworzyły  i  do  środka  weszło  pięciu 
wojskowych. 

Idący  na  przedzie  męŜczyzna  w  czapce  oficera  marynarki  zatrzymał  się  tuŜ  przy 

wejściu, a pozostali czterej Ŝołnierze ustawili się wzdłuŜ korytarza. 

background image

Peter Schweighoffer 

107 

-  Jestem  komandor  Voldt  -  przedstawił  się  energicznym  głosem.  -  Kto  tu 

dowodzi? 

- Ja. - Taryn wystąpiła krok naprzód. - Kapitan Taryn Clancy z Centralnej SłuŜby 

Kurierskiej. A to moja załoga. 

Voldt  powiódł  wzrokiem  po  okrągłościach  widocznych  pod  mundurem,  a  potem 

spojrzał na Dela i Bremena. Zerknął na gołe kostki Bremena i zwrócił bladoniebieskie 
oczy na Taryn. 

- SłuŜba kurierska? Więc to statek pocztowy? 
- Tak sir - odpowiedziała. - W drodze na Coriallis. 
- A skąd? 
Taryn juŜ wcześniej zdecydowała, Ŝe nie ma sensu kłamać. Kurs, z jakiego zostali 

wyrwani z nadprzestrzeni, mówił sam za siebie. 

-  Naszym  ostatnim  planowanym  przystankiem  była  Coruscant  -  wyjaśniła.  -  Ale 

kiedy  weszliśmy  do  systemu  i  zobaczyliśmy,  Ŝe  chyba  cała  imperialna  flota  krąŜy 
wokół  planety,  postanowiliśmy  ominąć  to  miejsce.  Nie  chcieliśmy  się  mieszać  w  coś 
takiego, rozumie pan? 

Powoli skinął głową, nie do końca przekonany. 
- Nie dostarczyliście przesyłek? - zapytał. - CzyŜ pani pracodawcy nie gwarantują 

terminowego dostarczania poczty? 

- Owszem - odparła. - Ale nie na obszary objęte działaniami wojennymi. 
Voldt przyjrzał się jej i prychnął. Nie wiedziała, czy z rozbawienia czy z niewiary. 

Na  jego  niedbały  ruch  ręką  dwaj  Ŝołnierze  zareagowali  znikając  w  głębi  statku,  by 
przeszukać ładownie. 

- Zobaczmy wasze identyfikatory - odezwał się Voldt. 
- Oczywiście. - Taryn wręczyła mu arkusze przepustek. 
Przesłał  licencję  i  numery  rejestracyjne  statku  na  „Odwet”  do  sprawdzenia,  po 

czym  zaŜądał  identyfikatorów.  Uniósł  brwi,  gdy  Bremen  poinformował,  Ŝe  nie  ma 
identyfikatora. 

- Przepraszam, sir. Obrabowano mnie w porcie - tłumaczył się Bremen. 
Voldt zerknął na jego mundur. 
- Wygląda na to, ze zabrali panu nie tylko identyfikator - zauwaŜył. - Co za pech! 
Bremen  skinął  głową.  Voldt  przyglądał  mu  się  jeszcze  przez  chwilę,  po  czym 

zwrócił się w stronę dwóch Ŝołnierzy, którzy właśnie skończyli przeszukiwać statek. 

- Nikogo więcej nie ma na pokładzie, sir - zameldował jeden z nich, podczas gdy 

drugi wystąpił, pokazując dwa blastery. 

- Do kogo to naleŜy? - zapytał Voldt. 
-  Ten  jest  mój  -  powiedziała  Taryn,  wskazując  na  blaster,  który  trzymała 

schowany pod poduszką w kabinie. Spojrzała na Bremena i Dela. - Czyj jest ten drugi? 

-  Mój,  pani  kapitan.  -  Del  wystąpił  naprzód.  -  Wiem,  Ŝe  pani  nie  pochwala 

noszenia  broni  na  pokładzie,  więc  schowałem  go  pod  koją.  Przepraszam  -  dodał 
zmieszany. 

-  Porozmawiamy  o  tym  później  -  odparła  z  pogróŜką  w  głosie.  Była  ciekawa, 

gdzie teŜ Bremen mógł utknąć swoją broń. 

Opowieści z Imperium 

108 

Voldt  rzucił  jej  nieprzeniknione  spojrzenie,  po  czym  skinął  na  Ŝołnierza,  który 

cofnął się, nadal trzymając blastery. Wręczył Taryn przepustki. 

- Pani kapitan, jeśli pani pozwoli, chciałbym obejrzeć zawartość ładowni. 
Mimo kurtuazyjnego sformułowania nie była to prośba. 
Taryn zaprowadziła Voldta do ładowni. Po drodze zastanawiała się, czy wzbudzili 

jego  podejrzenia  i  na  ile  dokładnie  zechce  przeszukać  pocztę.  Rzuciła  przez  ramię  od 
niechcenia: 

-  Jeśli  wolno  zapytać,  sir,  dlaczego  zostaliśmy  zatrzymani?  Czy  to  jakiś  punkt 

kontrolny? 

Nie było wątpliwości, Ŝe parsknięcie tym razem wyraŜało rozbawienie. 
-  MoŜna  tak  to  nazwać  -  odparł  Voldt  sucho.  Nie  spuszczał  oczu  z  ciemnych 

włosów  Taryn  spiętych  na  karku  i  kołyszących  się  w  rytm  kroków.  -  MoŜe  to  pani 
nazwać punktem kontrolnym dla zdrajców. 

- Dla zdrajców? - powtórzyła ostroŜnie. 
- Zdrajców Imperium - powiedział, podnosząc w końcu wzrok, gdy stanęli przed 

ładownią. - Rebeliantów uciekających z Coruscant. Przepędziliśmy ich stamtąd, ratując 
miejscową  ludność  od  ich  terrorystycznych  rządów.  Jak  przystało  na  tchórzy, 
rozpierzchli  się.  Szukają  ucieczki  tam,  gdzie,  jak  im  się  wydaje,  będą  bezpieczni.  - 
Wykrzywił  usta  w  nieprzyjemnym  uśmiechu.  -  Nie  zamierzamy  pozwolić  by  uciekli 
zbyt daleko. 

Taryn 

zastanawiała 

się, 

czy 

Imperium 

umieściło 

swoje 

krąŜowniki 

przechwytujące  przy  wszystkich  najczęściej  uŜywanych  hiperprzestrzennych  trasach 
wylotowych  z  Coruscant.  Jeśli  tak,  większość  uciekających  statków  niewątpliwie 
wpadła prosto w imperialną pułapkę, w tym transportowiec, który napotkali wcześniej. 
Niewykluczone, Ŝe ich czekało to samo. 

Odsunęła od siebie tę myśl. Nie, jak na razie idzie nam doskonale, uznała. Jedyną 

rzeczą,  jaka  ją  martwiła,  była  karta  danych,  ale  ta  spoczywała  ukryta  w  jednej  ze 
skrzynek  wypełniających  ładownię.  Taryn  otworzyła  drzwi  do  ładowni  i  gestem 
zaprosiła Voldta do środka. 

Wszedł  do  ładowni  i  rozejrzał  się  dookoła,  lustrując  stosy  zapieczętowanych 

skrzynek. 

-  Te  mają  lecieć  na  Coriallis  -  zauwaŜył,  przeczytawszy  nalepki  na  najbliŜej 

stojących skrzynkach. 

- Tak, sir, to nasz następny przystanek - potwierdziła Taryn. 
- A gdzie są przesyłki, których nie dostarczyliście na Coruscant? - obrócił się w jej 

stroną z pytająco uniesionymi brwiami. 

Faktycznie, gdzie? Taryn przeszedł dreszcz, gdy usłyszała to pytanie. PrzecieŜ nie 

tylko dostarczyli przesyłki dla Pałacu Imperialnego, ale wyładowali równieŜ normalną 
pocztę adresowaną na Coruscant. Nie miała nic na potwierdzenie, Ŝe nie wylądowali na 
planecie. 

Przychodziły  jej  do  głowy  najrozmaitsze  wyjaśnienia,  ale  zanim  zdąŜyła  wybrać 

jedno i wypowiedzieć na głos, Del wystąpił naprzód. 

background image

Peter Schweighoffer 

109 

-  Odstawiłem  je  na  bok,  psze  pani  -  powiedział,  wskazując  trzy  skrzynki 

ustawione w odległym kącie ładowni. KaŜda opatrzona była nalepką „Coruscant”. 

Taryn  wstrzymała  oddech,  gdy  Voldt  zaŜądał  otwarcia  wszystkich  trzech 

skrzynek. Wyjmując jednak na chybił trafił kolejne karty, przekonał się, Ŝe wszystkie są 
zaadresowane  na  Coruscant.  Westchnęła  z  ulgą  i  rzuciła  ukradkowe  spojrzenie  na 
swojego  pierwszego  oficera.  Zastanawiała  się,  czyjeŜ  to  przesyłki  wykorzystał,  aby 
przygotować  tę  maskaradę.  Widocznie  Bremen  i  Del  poświęcili  tylko  część  czasu 
spędzonego razem w ładowni na sprzeczki. 

-  Hmmm...  -  mruknął  Voldt,  nałoŜywszy  pokrywę  na  ostatnią  z  rewidowanych 

skrzynek,  i  rozejrzał  się  wokół,  jakby  spodziewał  się  znaleźć  samą  Mon  Mothmę 
ukrywającą  się  za  podnośnikami.  Nakazał  dwóm  Ŝołnierzom,  by  zbadali  wszystkie 
pozostałe  skrzynki.  Rewizja  była  jednak  pobieŜna,  polegała  po  prostu  na  otwarciu 
skrzynek i potwierdzeniu, Ŝe zawierają pocztę. 

Voldt polecił Ŝołnierzom opieczętować skrzynki, a Taryn i jej załodze kazał pójść 

za  sobą,  w  stronę  śluzy.  Połączywszy  się  z  „Odwetem”,  potwierdził,  Ŝe  przepustki 
„Posłańca”  są  w  porządku,  po  czym,  z  wyrazem  pewnego  niezadowolenia  na  twarzy, 
poinformował Taryn, Ŝe mogą lecieć dalej. 

Starała  się  nie  pokazać  po  sobie  ulgi,  powstrzymała  się  teŜ  od  rzucenia 

triumfalnego  „A  nie  mówiłam?”  Bremenowi.  Czterej  Ŝołnierze  dołączyli  do  nich  przy 
ś

luzie i po nieoczekiwanym uścisku dłoni, w czasie którego Voldt trzymał rękę Taryn 

w swojej trochę za długo jak na jej gust, Imperialni opuścili statek. 

Zleciła  komputerowi  nawigacyjnemu  obliczenie  nowego  kursu,  obróciła 

frachtowiec  i  zwiększyła  prędkość  na  tyle,  by  móc  skoczyć  w  nadprzestrzeń. 
Spoglądała przez chwilę na uwięziony transportowiec Nowej Republiki, zastanawiając 
się, jaki los czeka jego pasaŜerów. 

Kiedy  na  konsoli  zabrzęczał  sygnał  gotowości  hipernapędu,  chwyciła  drąŜki, 

pociągnęła płynnie do siebie i z ulgą zostawiła ten problem za sobą. 

 
Nie  obyło  się  jednak  bez  dalszych  problemów,  myślała  kilka  dni  później, 

wpatrując  się  w  pustą  przestrzeń  przed  nimi.  Bremen  jak  zwykle  zaglądał  jej  przez 
ramię. 

Dalsza  część  podróŜy  na  Coriallis  przebiegła  bez  niespodzianek,  a  gdy  juŜ  tam 

dotarli, Bremen przeprogramował komputer nawigacyjny na nowy kurs. Od tego czasu 
wpadali  i  wypadali  z  nadprzestrzeni  kilkanaście  razy  w  nadziei,  Ŝe  napotkają  nowo-
republikańską flotę bojową, znajdującą się gdzieś tu na RubieŜach. 

Przynajmniej  wyglądało  to  na  RubieŜe.  Nie  rozpoznawała  większości  miejsc,  w 

których  wyskakiwali  z  nadprzestrzeni,  a  Bremen  nie  widział  powodu,  by  oświecać 
Taryn w tej kwestii - ani w Ŝadnej innej. Szorstko oznajmił, Ŝe Taryn odzyska kontrolę 
nad „Posłańcem”, kiedy spotkają flotę i przekaŜą wiadomość. 

Dotarli na miejsce spotkania. Tylko gdzie ta flota? 
- Mogą się trochę spóźnić - powiedział Bremen, marszcząc czoło. - Na pewno tu 

przylecą - dodał, widząc wyraz jej twarzy. 

- Jeśli nie wiedzą, Ŝe tu czekamy, po co mieliby przylatywać? 

Opowieści z Imperium 

110 

Bremen  zignorował  jej  pytanie;  widać  była  to  kolejna  kwestia,  w  której  nie 

naleŜało ufać cywilom. PoniewaŜ wyskoczyli z nadprzestrzeni na obrzeŜach systemu i 
przemykali  się  po  jego  skraju  jak  złodzieje,  zamiast  zbliŜyć  się  do  jednej  z  planet, 
Taryn  doszła  do  wniosku,  Ŝe  Nowa  Republika  ma  tu  wysuniętą  placówkę  i  flota 
przybędzie, Ŝeby się zameldować. Bremen najwidoczniej nie chciał zbliŜyć się do niej 
na tyle, by Taryn i Del mogli się zorientować, gdzie się znajdują. 

Westchnęła. Mimo tygodnia spędzonego wspólnie w ciasnych kwaterach, a moŜe 

właśnie dlatego, Bremen nie zrobił się łatwiejszy w obejściu. Musiała w końcu nakazać 
Delowi, by skończył ze złośliwościami. Gdyby jeszcze mogła polecić Bremenowi, Ŝeby 
przestał  traktować  ich  protekcjonalnie.  Jego  zachowanie  za  bardzo  przypominało  jej 
zachowanie ojca. 

PoniewaŜ  flota  faktycznie  mogła się  spóźnić, a poza tym  nie bardzo mieli dokąd 

lecieć, „Posłaniec” dryfował przez kolejnych kilka godzin. Taryn siedziała w sterowni, 
wpatrując  się  w  gwiazdy  i  próbując  sobie  przypomnieć  mapy  astronawigacyjne 
RubieŜy, gdy Bremen wszedł do kabiny i opadł na fotel drugiego pilota. 

Lekko  zdziwiona  patrzyła,  jak  studiuje  czujniki  dalekiego  zasięgu.  W  końcu 

przestał nad nią wisieć, widocznie się upewnił, Ŝe Taryn nie włamie się do komputera 
nawigacyjnego, by zobaczyć, gdzie są, jeśli tylko spuści ją z oczu na dłuŜej niŜ minutę. 
Oczywiście  zrobiła  to,  ale  tylko  po  to,  by  się  przekonać,  Ŝe  wszystkie  dane  o  ich 
poprzednich skokach zostały wykasowane. 

Nie chodziło więc o zaufanie, po prostu w tej sytuacji nie miało to znaczenia. 
- Nie ma pan o nas zbyt dobrej opinii, prawda? - zapytała. 
Potrwało chwilę, zanim spojrzał na nią i odpowiedział: 
- Słucham? 
-  Nie  chodzi  tylko  o  pańską  Nową  Republikę.  Chodzi  teŜ  o  mnie  i  o  Dela  - 

powiedziała.  -  Jeśli  pan  wpadnie,  my  wpadniemy  razem  z  panem.  Myśli  pan,  Ŝe 
zrobimy cokolwiek, Ŝeby spartaczyć sprawę? 

- Nie, świadomie  na pewno nie - przyznał. -  Ale zdarzają się róŜne  wypadki. Na 

przykład  kiedy  Voldt  zaŜądał  obejrzenia  poczty  na  Coruscant.  -  Nie  pomyślała  pani  o 
tym, prawda? Co by było, gdybyśmy nie mieli nic do pokazania? 

- Te szpiegowskie zabawy w stylu płaszcza i szpady to pana działka - odparowała, 

ale  zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  Bremen  ma  rację.  Zamiast  atakować,  powinna  przyznać 
się do błędu.  - I  nie  usprawiedliwia to traktowania  nas jak  przygłupów ani  ukrywania 
przede mną, gdzie jesteśmy. Mam prawo wiedzieć. 

ZałoŜył ręce na piersi i popatrzył na nią. 
- Droga pani kapitan, to Ŝadna tajemnica, Ŝe moim zdaniem ani pani, ani Del Sato 

nie powinniście uczestniczyć w tej misji. Jesteście cywilami i więcej z wami kłopotów 
niŜ  poŜytku.  Nie  moŜna  oczekiwać,  Ŝe  będziecie  umieli  podjąć  w  ułamku  sekundy 
decyzje niezbędne, Ŝebyśmy nie wpadli w kłopoty. 

Taryn  aŜ  poczerwieniała  ze  złości,  ale  zdołała  powstrzymać  wybuch  gniew. 

Bremen zaś mówił dalej: 

background image

Peter Schweighoffer 

111 

-  Ale  jesteście  tu,  proszą  więc  traktować  moją  niechęć  do  zdradzenia  naszej 

pozycji jako środek  waszej ochrony. Jeśli  niczego nie będziecie  wiedzieć, niczego nie 
będziecie mogli zdradzić. 

-  Za  kogo  pan  mnie  ma?  -  spytała  obraŜona.  -  Gdybym  chciała  pana  wydać, 

uczyniłbym to, kiedy Voldt był na pokładzie. Jak pan widzi, nie zrobiłam tego. 

- Nie, nie zrobiła pani tego - zgodził się. - Ale w moim fachu nieufność jest cnotą. 
Taryn zastanawiała się, czy warto dalej dyskutować. Nagłe brzęczenie czujników 

wybawiło  ją  od  tej  trudnej  decyzji.  Jakieś  trzydzieści  kilometrów  przed  nimi  z 
hiperprzestrzeni wyłonił się statek. 

Zanim  Bremen  zdąŜył  się  poruszyć,  juŜ  włączała  odpowiednie  przełączniki, 

przygotowując silniki. 

- Del! - krzyknęła wychylając się na korytarz. 
Starała  się  ustawić  nieruchawego  „Posłańca”  frontem  do  nadlatującego  statku. 

Zidentyfikowała  go  jako  nieco  sfatygowaną  kanonierkę  typu  Skipray.  Nie  miał 
oznaczeń, które mogłyby wskazać, z kim mają do czynienia. Na pewno jednak nie była 
to flota. 

Wspaniale,  pomyślała  ponuro,  gdy  zapaliła  się  kontrolka  komunikatora, 

wskazując, Ŝe kanonierka chce nawiązać z nimi kontakt. Ledwo włączyła komunikator, 
do  kabiny  wpadł  Del.  Taryn  dostrzegła,  Ŝe  silniki  są  naładowane  do  zaledwie  1,53 
mocy. Jak na razie, nie byli w stanie uciec. 

Z głośnika komunikatora dobiegł chłodny kobiecy głos: 
- Wzywam niezidentyfikowany frachtowiec, czy potrzebujecie pomocy? 
Kanonierka usunęła się lekko na bok, schodząc z linii ostrzału laserowego działa 

„Posłańca”. Taryn skorygowała połoŜenie statku, tak by  nadal był  ustawiony dziobem 
do kanonierki. 

-  Mówi  kapitan  Clancy  z  pokładu  „Posłańca”.  Dziękuję,  nie,  nic  nam  nie  jest  - 

powiedziała szybko, zanim Bremen zdołał się wtrącić. Podniósł się z fotela Dela i stał 
teraz  w  ciasnej  przestrzeni  kabiny,  ze  zmarszczonym  czołem  wpatrując  się  w 
kanonierkę. 

- Kapitan Clancy? Właśnie pani szukaliśmy - odezwał się głos z komunikatora. 
Taryn  ponownie  lustrowała  wskaźniki.  Moc  silników  wzrosła  do  1,65.  Mogli  w 

końcu ruszać. Zaczęła ukradkiem wycofywać statek, gdy pilotka kanonierki zapytała: 

- Czy mogłabym porozmawiać z pani gościem? 
Dziwna prośba, a nieznaczna zmiana tonu przy ostatnim słowie sprawiła, Ŝe Taryn 

spojrzała na Bremena. Ku jej zdziwieniu, Bremen wydawał się wściekły. 

- Tu Bremen - powiedział krótko. 
-  Witam,  pułkowniku.  Tu  Mara  Jadę  -  przedstawiła  się  pilotka.  -  Widzę,  Ŝe 

wydostał się pan z Coruscant cały i zdrowy. - Wydawała się lekko rozbawiona. 

- Do rzeczy, proszę - warknął Bremen. 
Taryn i Del spojrzeli na niego zaskoczeni. ChociaŜ traktował ich z góry, nigdy nie 

był tak otwarcie nieuprzejmy. 

-  Rzecz  polega  na  tym,  Ŝe  pana  spotkanie  z  flotą  RubieŜy  jest  odwołane  - 

oznajmiła, najwyraźniej nic sobie nie robiąc z jego zachowania. - Zboczyli nieco z trasy 

Opowieści z Imperium 

112 

i nie będzie ich tu jeszcze długo. Dowództwo wysłało do nich innego kuriera, więc ma 
pan wolne. 

- Nie poinformowano mnie o tej zmianie - powiedział Bremen. 
- Właśnie się pana informuje. 
- Dlaczego wysłali akurat ciebie? - zapytał. 
-  Bo  informacja  o  nowym  połoŜeniu  floty  przyszła  od  moich  ludzi  ze 

sprzymierzenia  przemytników  -  odpowiedziała.  -  Tym  właśnie  handlujemy  - 
informacją. 

Teraz Taryn zrozumiała przyczyny animozji Bremena do pilotki. Jeśli Mara Jade 

była  przemytniczką,  praworządność  pułkownika  nie  zostawiała  wiele  miejsca  na 
tolerancję. 

- Masz coś na potwierdzenie tych rewelacji? - zapytał. 
-  Tylko  nowe  namiary  na  flotę  -  odpowiedziała  chłodno.  -  Jeśli  jest  pan  gotów, 

zaczynam transmisję. 

Kontrolka  transmisji  danych  na  panelu  sterowniczym  zapaliła  się,  a  po  ekranie 

przemknęła seria liczb. 

-  Nie  Ŝebyś  ich  potrzebował  -  dodała  Mara.  -  Dowództwo  mówi,  Ŝe  moŜe  pan 

lecieć do domu. 

- Dziękują, ale pokręcimy się tu jeszcze trochę - powiedział Bremen. 
Mara nie odpowiadała przez chwilę. 
- A rób pan, co chcesz - rzekła w końcu. 
Kontrolka  komunikatora  mrugnęła,  gdy  statek  wykręcił  i  zaczął  się  oddalać. 

Zanim  Taryn  zdąŜyła  zapytać  Bremena,  jak  długo  zamierza  jeszcze  czekać,  z 
nadprzestrzeni tuŜ przed nimi wyłonił się następny statek. 

Bremen  zaklął  szpetnie,  podczas  gdy  Taryn  rozpoznała  charakterystyczną 

sylwetkę krąŜownika klasy Carrack. 

-  Uciekaj,  uciekaj!  -  warknął,  kiedy  kontrolka  komunikatora  rozjarzyła  się 

ponownie, a ostry głos rozkazał im zatrzymać się pod groźbą zestrzelenia. 

Taryn  obróciła  statek  od  złowieszczej  masy  krąŜownika  i  zwiększyła  ciąg. 

PrzeciąŜenie wcisnęło w fotele i ją, i Dela, gdy „Posłaniec” skoczył do przodu. Bremen 
zdołał utrzymać się na nogach. Kątem oka Taryn dostrzegła, Ŝe kanonierka zawraca na 
poprzednią pozycję. Spojrzała na czujniki i zrozumiała dlaczego. 

KrąŜownik wypuścił myśliwce typu TIE. 
-  A  niech  to,  znowu?  -  wymamrotała  pod  nosem.  Przy  pierwszym  spotkaniu  z 

myśliwcami  „Posłaniec”  miał  sporo  szczęścia;  wątpiła,  by  tym  razem  zdołała 
dotrzymać im pola. - Del, wydostań nas stąd! - rzuciła, starając się jednocześnie ocenić, 
jak szybko myśliwce ich dościgną. 

- Nie mogę ustawić kursu! Nawet nie wiem, gdzie jesteśmy! - krzyknął. 
- A to? - Taryn wskazała na koordynaty podane przez Marę Jade, nadal świecące 

na ekranie. 

-  Nie!  -  zaprotestował  Bremen.  -  Mogła  zastawić  pułapkę!  Ten  krąŜownik  nie 

pojawił  się  tu  przypadkiem!  -  zachwiał  się,  gdy  uderzenie  w  tylną  część  „Posłańca” 

background image

Peter Schweighoffer 

113 

szarpnęło  statkiem.  Myśliwce  ich  doganiały.  -  Teraz  wraca,  by  zakończyć  robotę  - 
dodał, patrząc na kanonierkę lecącą na wprost nich. 

Błysnęły lasery. Taryn nie wiedziała, czy mu wierzyć. Ale kanonierka przeleciała 

nad nimi, a jedna z plamek na ekranie czujników zbliŜeniowych zgasła. 

- Nie czekałabym tu dłuŜej, gdybym była na waszym miejscu! - poradziła im Mara 

Jade, a Taryn doszła do wniosku, Ŝe nadszedł czas na jedną z tych podejmowanych w 
mgnieniu oka decyzji, których, zdaniem Bremena, nie była w stanie podjąć. 

-  Skacz,  gdzie  mówiła!  -  poleciła  Delowi,  który  juŜ  zaczął  wprowadzać  dane  do 

komputera  nawigacyjnego.  Bremen  zaprotestował,  ale  w  tej  samej  chwili  kolejne 
uderzenie  wstrząsnęło  statkiem,  powalając  go  na  podłogę.  Zanim  zdołał  wstać  i  zająć 
miejsce za plecami Taryn, wskaźnik osłon „Posłańca” rozjarzył się groźną czerwienią. 
Ś

ciskając  mocno  drąŜki,  Taryn  próbowała  wymknąć  się  spod  ognia  zasypującego  ich 

rufę.  Stary  frachtowiec  nie  był  jednak  Ŝadną  konkurencją  dla  duŜo  szybszego 
gwiezdnego  myśliwca.  Gdyby  nie  to,  Ŝe  kanonierka  Mary  Jade  nękała  myśliwce, 
uniemoŜliwiając  im  skoncentrowanie  się  na  jednym  celu,  „Posłaniec”  juŜ  dawno 
zostałby posiekany na kawałeczki.  

Nadal zresztą mu to groziło. 
Kolejne ostre szarpnięcie rzuciło Bremena o fotel Taryn. Wczepiając się palcami 

w  oparcie,  rzucił  okiem  na  wskaźniki  i  krzyknął  coś.  Taryn  spojrzała  na  wskaźniki. 
Zobaczyła,  Ŝe  krąŜownik  wypuścił  pozostałe  dwa  myśliwce,  by  przyłączyły  się  do 
ataku. W tym samym momencie komputer nawigacyjny włączył sygnał dźwiękowy. 

Pociągnęła  do  siebie  dźwignie  i  wskoczyli  w  błogosławioną  pustkę 

hiperprzestrzeni. 

 
Skok okazał się krótki. 
Niecałą  godzinę  po  ucieczce  spod  ostrzału  krąŜownika  rozległ  się  sygnał 

alarmowy, oznajmiający, Ŝe za minutę wyjdą z nadprzestrzeni. Bremen przez cały czas 
groził,  Ŝe  przerwie  skok,  ale  nawet  on  nie  chciał  ryzykować  kolejnej  niespodzianki, 
jaka mogła na nich czekać po wyjściu z nadprzestrzeni. 

Taryn przekonywała  go, Ŝe kanonierka Skipray pomogła im  w ucieczce. Bremen 

jednak był przekonany, Ŝe Mara Jade wydała ich w ręce Imperium. Nie widział innego 
wytłumaczenia dla nagłego pojawienia się krąŜownika. 

- Stary panthac nie zmienia skóry - powiedział ponuro, ale nie chciał wyjaśnić, co 

dokładnie ma na myśli. 

Kontrolka  na  konsolecie  zabrzęczała  ponownie.  Taryn  zwolniła  dźwignie 

hipernapędu. Cętkowane niebo pokryły w rozjarzone linie, które po chwili zmieniły się 
w błyszczące punkty. Dotarli na miejsce. 

W pobliŜu było pusto, ale wskaźniki długodystansowe pokazały mrowie statków z 

lewej  burty.  Po  paru  chwilach  mogli  je  zidentyfikować.  Rzeczywiście  była  to  flota 
Nowej Republiki. 

Taryn pozwoliła mówić Bremenowi, gdy pozdrowił ich krąŜownik Mon Calamari 

„Nadzieja”.  Jego  kapitan  potwierdził,  Ŝe  kurier  z  wiadomościami  z  Nowej  Republiki 
dotarł juŜ wcześniej. 

Opowieści z Imperium 

114 

- Mimo wszystko cieszymy się, Ŝe przylecieliście - dodał kapitan Arboga. - Karta 

danych,  którą  przywiózł,  jest  trochę  uszkodzona  i  chcielibyśmy  porównać  ją  z  waszą, 
by wypełnić puste miejsca. 

Pozostało  im  tylko  wysadzić  Bremena  razem  z  jego  kartą  danych.  Taryn 

rozpoczęła manewr podejścia. Nadal byli o kilka kilometrów od „Nadziei”, gdy Bremen 
wszedł do kabiny pilotów z małą kulką w ręku. 

Oczy Taryn rozszerzyły się z przeraŜenia, gdy ją zobaczyła. 
- Skąd pan to wziął? 
-  Z  ładowni  -  powiedział  ponuro  Bremen.  -  śeby  było  śmieszniej,  z  tej  samej 

skrzynki,  w  której  była  ukryta  nasza  karta  danych.  Imperialni  musieli  to  tam  włoŜyć, 
kiedy przestawiali skrzynki. To w ten sposób nas znaleźli - dodał niechętnie, zmuszony 
przyznać, Ŝe pojawienie się imperialnego krąŜownika nie było jednak winą Mary Jade. 

Pochylił się nad Taryn i włączył komunikator. 
- Kapitanie - zameldował - znaleźliśmy sygnalizator naprowadzający. 
-  A  my  znaleźliśmy  tych,  którzy  go  namierzają  -  przerwał  mu  Arboga.  - 

Zobaczcie, kogo macie za rufą. 

Taryn  spojrzała  na  czujniki  i  jęknęła.  KrąŜownik,  któremu  tak  niedawno  się 

wymknęli, pojawił się za nimi. Zaklęła w duchu i dała całą naprzód. Byli z Delem tak 
blisko domu. A teraz znowu tkwią w samym środku bitwy pomiędzy Imperium a Nową 
Republiką. 

-  Nie  poradzą  sobie  z  całą  flotą  -  powiedział  Del,  zdziwiony,  Ŝe  krąŜownik  nie 

zaprzestaje pościgu. 

-  Ale bez trudu poradzą sobie z nami, jeśli nie  wydostaniemy  się z ich zasięgu  - 

rzekł Bremen ponuro. Spojrzał na Taryn. - MoŜesz wycisnąć jeszcze trochę z tej krypy? 

Zacisnęła zęby. Co za duŜo, to niezdrowo. 
-  Zamknij  się  pan!  -  warknęła.  -  Gdyby  zrobił  pan  swoje  i  znalazł  ten  przeklęty 

sygnalizator, kiedy go nam wetknęli, nie mielibyśmy teraz tego problemu! 

Bremen otworzył usta, ale nagłe uderzenie  w rufę uniemoŜliwiło  mu odpowiedź. 

Wskaźnik  osłon  zalśnił  słabo.  Taryn  spojrzała  na  ekran  z  informacjami  z  systemu 
diagnostycznego a potem popatrzyła na Dela. Jego twarz ściągnęła się, gdy zobaczył, w 
jak  opłakanym  stanie  są  ich  tarcze.  Kolejne  trafienie  wstrząsnęło  „Posłańcem”,  a 
wskaźniki rozjarzyły się na czerwono i zaczęły migotać. Del przyglądał się im z ponurą 
rezygnacją. 

Taryn pochyliła się do przodu i wcisnęła guzik dotychczas ciemnej sekcji tablicy 

sterowniczej. 

- Zapasowy generator osłon - rzuciła krótko, widząc zdziwienie na twarzy Dela. - 

Skończyłam go, kiedy naprawiałam główny generator po naszej ucieczce z Coruscant. 

- Ale przecieŜ nie mieliśmy wszystkich części! 
-  Trzeba  wiedzieć,  gdzie  szukać  -  powiedziała  Taryn,  przypominając  sobie,  jak 

dosłownie pokroiła główny generator, by sklecić zapasowy. 

Podwójne  tarcze  były  środkiem  ostroŜności,  którego  nauczyła  się  od  ojca.  Na 

kaŜdym  statku,  na  którym  latała,  instalowała  zapasowe  generatory.  PoniewaŜ  rzadko 

background image

Peter Schweighoffer 

115 

były potrzebne, nie spieszyła się z wbudowaniem ich na „Posłańcu”. Ale po odwrocie z 
Coruscant zmieniła zdanie. 

- Długo nie wytrzymają - dodała, gdy następne uderzenie trafiło frachtowiec. - Ale 

moŜe wystarczy. 

Wyciskając, ile się da, z silników „Posłańca” i boleśnie świadoma, Ŝe to nadal za 

mało,  Taryn  podprowadzała  statek  do  bulwiastej  masy  „Nadziei”,  oznaczającej 
bezpieczeństwo. Zwabiony łatwą zdobyczą krąŜownik leciał ich śladem. 

Doleciał za daleko. 
Właśnie w chwili, gdy kontrolka osłon znowu rozjarzyła się na czerwono, dotarli 

na miejsce. 

Uderzeniu  turbo  lasera  „Nadziei”  towarzyszyły  strzały  z  dwóch  innych 

krąŜowników  Mon  Calamari.  Statek  imperialny  gwałtownie  zawrócił,  gdy  jego 
dowódca zdał sobie sprawą, Ŝe zapędził się za daleko i jest w zasięgu ognia floty Nowej 
Republiki.  Płomienie  lizały  trafione  sekcje  jego  lewej  burty,  a  niewielkie  wybuchy 
oświetlały kadłub powyŜej jednej z tylnych dysz wylotowych. Uznawszy widocznie, Ŝe 
odwrót  będzie  najrozsądniejszym  posunięciem,  krąŜownik  odpłynął  w  bok,  całym 
ciągiem silników podświetlnych pchany w kierunku otwartej przestrzeni. 

Nie dość szybko jednak. 
Jaskrawa  łuna  eksplodującego  krąŜownika  rozjaśniła  sklepienie  sterowni 

„Posłańca”.  Przez  okno  na  lewej  burcie  Taryn  dostrzegła  rozpędzoną  drobinkę  -  X-
skrzydłowiec,  który  wpakował  zabójcze  torpedy  protonowe  w  uszkodzone  obszary 
krąŜownika,  powracał  teraz  do  swoje  formacji  osłaniającej  flotę.  Kula  ognia  zaczęła 
znikać, gdy Taryn podpływała do doków cumowniczych „Nadziei”. 

Stojący za nią Bremen nic nie mówił. Włączając repulsory i osadzając delikatnie 

statek na pokładzie, Taryn czekała na jego krytykę. 

- Nie powiedziała mi pani, Ŝe mamy zapasowe tarcze - usłyszała. 
- Nie pytał pan. 
- No tak... 
Zawahał  się.  Taryn  odwróciła  się  w  jego  stronę.  Czoło  miał  jak  zwykle 

zmarszczone, ale patrzył jej prosto w oczy. 

- Kiedy wysiadł główny generator, myślałem, Ŝe juŜ po nas - powiedział. 
- Niewiele brakowało - przyznała. - Podziękowania naleŜą się mojemu ojcu, który 

nauczył  mnie, jak sobie radzić, nie  mając nic poza nadzieją i odrobiną pomysłowości. 
Po Coruscant pomyślałam, Ŝe dodatkowa tarcza moŜe nam się przydać. 

- I rzeczywiście się przydała - zgodził się Bremen.  
Znowu przerwał, tym razem na jeszcze dłuŜej. 
-  Niech  pani  posłucha  -  powiedział  w  końcu.  -  Wiem,  Ŝe  sprzeciwiałem  się 

waszemu udziałowi w tej misji, ale... koniec końców, poszło nam nieźle. 

Nieźle?  Taryn  spojrzała  na  niego  zbita  z  tropu.  Zostali  zaatakowani,  wyrwani  z 

nadprzestrzeni,  przeszukani  przez  Ŝołnierzy  Imperium  i  uciekli  imperialnemu 
krąŜownikowi, dostarczając bezpiecznie swoją przesyłkę. To miał być komplement?  

Bremen zaczerwienił się lekko, widząc wyraz jej twarzy. 

Opowieści z Imperium 

116 

- Zawsze szukamy dobrych pilotów - powiedział - więc jeśli interesowałaby panią 

zmiana pracy, ktoś taki jak pani mógłby się przydać Nowej Republice. 

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. 
- Proszę to przemyśleć - dodał. - Zostawię pani kilka kontaktów, gdyby była pani 

zainteresowana. Pan równieŜ - zwrócił się do Dela. 

- Ja na pewno nie - odparł Del. - Przechodzę na emeryturę. 
Taryn spojrzała na niego. No tak, po trzydziestu latach rozwoŜenia poczty do tych 

samych starych portów wzdłuŜ tej samej starej trasy był juŜ zmęczony. 

Czy naprawdę tego chciała doczekać? 
- Dziękuję za propozycję - odpowiedziała Bremenowi. - Pomyślę o tym. Na razie 

jednak mam jeszcze trochę poczty do rozwiezienia. No i muszę wrócić na Coriallis. 

Bremen pochylił się nad ramieniem Dela. 
-  To  powinno  pomóc  -  rzekł,  wkładając  trzymany  w  ręku  arkusz  do  czytnika 

komputera nawigacyjnego. Przed odejściem wręczył Taryn kartę danych i powtórzył: - 
Proszę to przemyśleć. 

Wyprowadzając  frachtowiec  z  doku  „Nadziei”,  próbowała  sobie  wyobrazić,  co 

powiedziałby  jej  ojciec,  gdyby  zrezygnowała  z  rozwoŜenia  poczty  i  zaczęła  latać  dla 
Nowej Republiki. 

Czy  rzuciłby  jakaś  kąśliwą  uwagę,  czy  moŜe  byłby  zadowolony?  Myślała  o  tym 

przez  chwilę  i  w  końcu  uświadomiła  sobie,  Ŝe  nie  obchodzi  jej  juŜ,  co  powiedziałby 
ojciec. 

Pociągnęła  dźwignie  hipernapędu  i  patrzyła,  jak  smugi  gwiazd  bledną,  ustępując 

miejsca wirującemu niebu nadprzestrzeni. Uśmiechnęła się. Znowu jest na  właściwym 
kursie. 

 

background image

Peter Schweighoffer 

117 

P U N K T   W I D Z E N I A  

 

Charlene Newcomb 

 
 
 

 
 

- He, he, he, pani porucznik, chyba tym razem panią dopadł! - zachichotał inŜynier 

Dap Nechel. 

Porucznik  Celia  Durasha  przebiegła  dłonią  po  lufie  blastera  i  spojrzała  na 

Nechela.  Wiedziała,  jak  bardzo  ten  niski,  brodaty  obcy  lubił  naleŜące  juŜ  do  rytuału 
starcia pomiędzy oficerem  nawigacyjnym  „KsięŜniczki Kuari” a Detienem Kaileelem, 
szefem ochrony statku. Ich potyczki oŜywiały rutynowe loty luksusowego liniowca na 
trasie wzdłuŜ Pasa Relgim, łączącej Endoraan z Mantooine. 

- Niech pan chwilę zaczeka, Dap - powiedziała Celia, chowając blaster do kabury 

i pochylając się nad planszą hologry, by przestudiować rozstawienie swoich farangów i 
wojów. Zmarszczyła brwi i zmruŜyła szmaragdowozielone oczy. Ostatni ruch Kaileela 
rzeczywiście zapewnił mu przewagę. 

Szef  ochrony  uśmiechał  się  -  a  przynajmniej  Celii  wydawało  się,  Ŝe  widzi  jego 

uśmiech, bo długa trąba Kabiruńczyka prawie zakrywała jego usta. 

-  No,  moja  droga  czerwonowłosa  przyjaciółko  -  powiedział  Kaileel,  mocno 

akcentując słowa we Wspólnym - spróbujemy jeszcze raz? 

Jego ciemne, inteligentne oczy roziskrzyły się odbłyskiem zielonoŜółtego światła 

padającego od hologramu. Rozparł się wygodnie, zasłaniając swym wielkim cielskiem 
wypchane  poduszki,  które  ozdabiały  kanapy  pokładu  obserwacyjnego  „KsięŜniczki 
Kuari”. 

Celia pokręciła głową. 
-  Powiedz  mi,  Dap  -  spytała  inŜyniera  -  dlaczego  przegrywam  zawsze  wtedy, 

kiedy kręcisz się koło nas? 

Dap uśmiechnął się figlarnie i mrugnął do Kaileela. 
- Przynoszę szefowi szczęście! 
-  Chyba  nie  będę  cię  więcej  zapraszać  na  nasze  mecze  -  roześmiała  się  Celia, 

opadając na kanapę. Popatrzyła na cętkowane światła gwiazd, przemykające obok nich 
w  nadprzestrzeni.  -  Szkoda,  Ŝe  nie  mam  juŜ  czasu  na  następną  rundę.  Niedługo 
przylatujemy na Mantooine i powinnam być na mostku. 

Kaileel skinął głową, napinając mięśnie długiej szyi. 

Opowieści z Imperium 

118 

- WyobraŜam sobie, Ŝe kapitan oczekuje od swych najlepszych oficerów, Ŝe będą 

na swoich stanowiskach. 

- Właśnie - zgodził się Dap. 
-  Będę  miała  trochę  czasu,  gdy  wejdziemy  na  orbitę.  MoŜe  spotkamy  się 

ponownie, powiedzmy, o wpół do ósmej? - zapytała Celia. 

- Nic z tego - odpowiedział szef ochrony. - Mam pewne sprawy do załatwienia na 

Mantooine. Wrócę duŜo później. 

- Pewne sprawy, tak? - zakpiła Celia, zbierając z kanapy swoje papiery. - To kiedy 

zobaczymy tę nową dziewczynę, którą przygruchałeś sobie na Mantooine? 

- A co z tymi z Aris i Vykos? - dodał Dap. 
Skóra Kaileela przybrała ciemniejszy odcień zieleni. Wyprostował się. 
- To nie Ŝadna dziewczyna - powiedział, pociągając za przewód mikroodbiornika, 

umieszczonego w jego lewym uchu. - Tylko... przyjaciele. 

-  No  dobra,  skoro  tak  twierdzisz  -  odparła  Celia  i  uśmiechnęła  się 

porozumiewawczo.  Wstając,  strzepnęła  zabłąkany  rudy  włos  z  białego  jedwabiu 
munduru i poprawiła blaster w kaburze otaczającej biodra. - No cóŜ, czas iść do pracy, 
panowie. 

Dap dokończył drinka i zeskoczył z kanapy. 
-  Tak,  tak  -  powiedział.  -  Praca  inŜyniera  nigdy  się  nie  kończy.  Vetoosh

przyjaciele. 

Vetoosh - rzuciła Celia za odchodzącym w dół korytarza Dapem. - Szefie? 
- Tak, pani porucznik? 
- Są jakieś postępy w sprawie tych zaginionych miotaczy? 
Kaileel potrząsnął masywną głową. 
-  Nie  -  odpowiedział.  -  Obawiam  się,  Ŝe  kapitanowi  nie  spodoba  się  mój  raport. 

Przepytywałem moich ludzi kilkakrotnie i trudno mi uwierzyć, Ŝe któryś z nich kłamie. 
Ale to juŜ trzeci raz. Wszystkie te blastery były schowane w zabezpieczonych szafkach 
w naszych kwaterach. Nie widzę sposobu, by ktoś inny mógł je zabrać. 

- I nie znaleźliście ich nigdzie na statku? 
- Zespoły szperaczy przeszukały kaŜdy centymetr „KsięŜniczki”, chociaŜ i tak nie 

spodziewałem  się  ich  tu  znaleźć  -  powiedział.  -  Obawiam  się,  Ŝe  ta  ostatnia  partia 
została przemycona ze statku na jednym z naszych przystanków w porcie i pojawi się w 
rękach Rebeliantów, takich jak ci, których Imperium zdemaskowało na Mantooine. 

- Wygląda pan na zmartwionego, szefie - zauwaŜyła Celia. 
-  To  nie  będzie  dobrze  wyglądać  w  moich  papierach,  pani  porucznik  - 

przypomniał jej Kaileel. 

-  AleŜ  szefie,  twoje  papiery  są  nienaganne!  -  zaprotestowała  Celia.  -  Masz 

najlepszy zespół ochroniarzy po tej stronie Pierścienia! 

- I dwanaście brakujących sztuk broni! - skrzywił się. - Ale dziękuję za zaufanie, 

Płomyczku. 

Skinąwszy głową, Celia patrzyła, jak wstaje z kanapy, a jego olbrzymia sylwetka 

góruje nad jej drobnym ciałem. 

background image

Peter Schweighoffer 

119 

-  Porozmawiamy,  kiedy  wrócisz  z  Mantooine.  -  Zaczęła  odchodzić,  ale  nagle 

odwróciła się, stając z nim twarzą w twarz. 

- NaleŜy mi się rewanŜ! - zawołała. - Tym razem nie wygrasz! 
 
Pokłady  „KsięŜniczki  Kuari”  były  pełne  pasaŜerów  wsiadających  na  Mantooine, 

by  przez  Mgławicę  Maelstrom  dotrzeć  na  Endoraan.  Celia  uprzejmie  powitała 
skinieniem głowy grupę Ithorian i trzech koreliańskich biznesmenów. Uśmiechnęła się 
na  widok  młodej  pary,  udającej  się  w  podróŜ poślubną.  Nadal  ubrani  w  ślubne  stroje, 
wpatrywali się w siebie, nie widząc świata dookoła. 

-  Bilet,  proszą  -  stewardessa  Kelsa  Vilrein  zwróciła  się  do  pasaŜerki,  która 

wyglądała na osobę bardzo zamoŜną. 

-  Gdzie  jest  taras  widokowy?  -  zapytała  kobieta.  -  Nie  chciałabym  przegapić 

wejścia w Maelstrom. Tak wiele o tym słyszałam. 

- Na pokładzie Lido - odpowiedziała Kelsa. - Kapitan ogłosi, Ŝe się zbliŜamy. Wie 

pani chyba, Ŝe do wejścia w Maelstrom mamy jeszcze piętnaście godzin? 

- Tak, dziękuję pani, moja droga.  
Kelsa powitała Celię skinieniem głowy. 
- Dobry wieczór, pani porucznik. 
- Jak się masz, Kelsa? - zapytała Celia przystojną szatynkę. 
- Bilet, proszę - odpowiedziała, sprawdzając numer kajuty następnego pasaŜera. - 

Pokład  Hamthor,  to  będzie  dwa  poziomy  wyŜej.  -  Mrugnęła  do  Celi.  -  W  porządku, 
pani porucznik. 

- Czy naczelnik Kaileel wrócił na pokład? - pytała dalej Celia. 
- Jakieś pół godziny temu. Bilet, proszę. 
- Dzięki, Kelsa. 
- Celia? 
Głos brzmiał znajomo, ale na pewno nie słyszała go od bardzo dawna. Rozejrzała 

się wokół i otworzyła szeroko oczy. Serce podskoczyło jej do gardła. 

- Adion? Skąd, na wszystkie światy... 
-  Wszędzie  rozpoznałbym  tę  płomienną  czuprynę!  -  zawołał,  wyciągając  do  niej 

rękę. - Celia Durasha! Dobre nieba! Co tu robisz, tak daleko od Lankashiir? 

- Jestem nawigatorem „KsięŜniczki Kuari”. Ale ty... 
- No i jak ci się podobam? - zapytał i poprawił mundur. 
-  No  cóŜ...  poruczniku  -  odparła,  lustrując  od  stóp  do  głów  jego  muskularną 

sylwetkę.  Zapomniała,  Ŝe  Adion  Lang  jest  aŜ  tak  przystojny.  MoŜe  to  ten  mundur, 
pomyślała. - Bardzo. 

- Celia, wyglądasz absolutnie olśniewająco - powiedział Adion. 
-  Ciii!  -  uciszyła  go  i  odwróciła  głowę,  czując,  Ŝe  się  czerwieni.  -  Nie  wolno 

wprawiać w zakłopotanie oficera nawigacyjnego. 

- Dobrze. Postaram się przestać. 
- Jestem dobrą znajomą szefa ochrony, poruczniku Lang. Jeśli nie będzie się pan 

przyzwoicie zachowywał, poproszę, Ŝeby zamknął pana w areszcie! 

Opowieści z Imperium 

120 

-  Tak  jest,  psze  pani  -  rzekł  z  zawadiackim  uśmiechem.  -  Nic  się  nie  zmieniłaś, 

Celia. 

- Ani trochę! - roześmiała się. - A teraz chodźmy. Stoimy w przejściu.  
Prowadząc  go  korytarzami  statku  na  pokład  widokowy,  nie  mogła  nie  zauwaŜyć 

dwóch cieni w białych zbrojach, podąŜających dyskretnie za nimi. 

- To twoi znajomi? - zapytała. 
Adion obejrzał się. 
- Ach, oni? Nie przejmuj się nimi. To tylko dwóch straŜników, którzy mieli dość 

szczęścia,  by  móc  mi  towarzyszyć  -  odpowiedział  z  tonem  przechwałki  w  głosie.  - 
Powiedz, Celia, ile to lat...? 

Zastanowiła się przez chwilę. 
- Chyba siedem. 
- To kawał czasu  - rzekł. - Opowiedz  mi, co słychać u ciebie i u twojej rodziny. 

Obawiam się, Ŝe straciłem kontakt z twoimi braćmi. 

- No więc, Jak jest nadal w marynarce, stacjonuje na pokładzie „Nieustępliwego”. 

Bern jest porucznikiem i dowodzi zbrojnym batalionem w sektorze Generis, a z Rainem 
rozmawiałam nie dalej jak w zeszłym tygodniu. Jego jednostka ma być przerzucona na 
Ralltiir.  Jakieś  lokalne  kłopoty,  jak  sądzę.  Strasznie  za  nimi  tęsknię,  zwłaszcza  za 
Rainem. 

-  To  chyba  naturalne.  W  końcu  to  twój  brat  bliźniak.  Ale  co  z  twoimi  wielkimi 

planami? Myślałem, Ŝe wstąpisz do Akademii, jak twoi bracia. 

Celia  zmarszczyła  brwi,  nie  mogąc  poradzić  sobie  z  zalewającą  ją  falą  emocji, 

które wiązały się z tym tematem. Adion zorientował się, Ŝe dotknął czułego miejsca. 

-  Przepraszam  -  powiedział,  biorąc  ją  za  rękę.  -  Widzę,  Ŝe  powiedziałem  coś 

głupiego. 

- Nic się nie stało - odparła Celia, czując, jak ogarnia ją gniew. - Moje podanie o 

przyjęcie do Akademii nigdy nie opuściło Sektora. 

- Co? Kto mógł zrobić coś takiego? 
Patrząc w przestrzeń za Adionem, drŜącym głosem pełnym goryczy powiedziała: 
- Komandor Reise Durasha. 
- Twój ojciec? 
Skinęła  głową  i  odeszła  na  parą  kroków.  Pogładziła  ręką  złotą  poręcz,  biegnącą 

wzdłuŜ bogato zdobionego korytarza. 

- Ale dlaczego? - zapytał Adion, podchodząc do niej. 
Zatrzymała siej skrzyŜowała ręce na piersi i spojrzała mu prosto w oczy. 
-  Powiedział  coś  w  rodzaju:  „Moja  córka  nie  będzie  studiować  w  Akademii.  To 

nie miejsce dla kobiet”. 

Adion  spuścił  wzrok  i  przez  długą  chwilę  wpatrywał  się  w  podłogę.  Jego 

milczenie ukłuło ją mocniej niŜ uderzenie pioruna. 

- Co? Ty teŜ?! Zgadzasz się z nim? - zapytała, próbując powściągnąć gniew i ból. 
-  Na  pewno  doskonale  radziłabyś  sobie  w  Akademii.  Ale  czy  wiesz,  gdzie  trafia 

większość kobiet po jej ukończeniu? 

background image

Peter Schweighoffer 

121 

Spojrzała  na  niego.  Oczywiście,  Ŝe  wiedziała.  Prowincjonalne  planety,  liche 

zlecenia, Ŝadnych okazji, by się wykazać, Ŝadnych szans na awans. Ale dla niej nie to 
się  liczyło.  Chciała  słuŜyć  w  marynarce,  jak  od  pokoleń  robili  to  inni  członkowie  jej 
rodziny. 

- Ojciec chciał dla ciebie jak najlepiej - powiedział Adion. 
-  Jak  najlepiej?  Przepraszam  cię  bardzo,  ale  dlaczego  miałby  się  tak  troszczyć  o 

córkę, której prawie nie znał? 

-  A jednak chciałabyś pójść w jego ślady! Odwiedzać rodzinę raz na trzy, cztery 

lata, jeśli nadarzy się okazja? Celia - upomniał ją łagodnie - jak moŜesz nadal gniewać 
się na niego po tylu latach? 

-  Wmieszał  się  w  moje  sprawy,  Adion.  Nie  miał  prawa  podejmować  za  mnie  tej 

decyzji. 

- MoŜe masz rację. 
- Czy moŜemy zmienić temat? - zapytała. - Nie powiedziałeś mi jeszcze, co robisz 

na „KsięŜniczce Kuari”. 

Adion objął ją ramieniem. 
- PokaŜ mi swój statek - powiedział. - A ja opowiem ci o moim oddelegowaniu na 

Aris. 

- Aris? W sektorze HQ? - uśmiechnęła się, prowadząc go po szerokich schodach 

wiodących na taras widokowy. - Jestem pod wraŜeniem. Ciepła posadka, nie ma co! 

- Patrzysz właśnie na nowego adiutanta Moffa tego sektora - oznajmił. 
- Gratuluję, Adion! To cudownie! - Stanęła i obróciła się, by wyjrzeć przez jeden z 

iluminatorów.  Przed  nimi  wyłaniała  się  Mantooine,  a  słoneczny  blask  rozświetlał 
horyzont, gdy orbitujący statek przelatywał przez terminator z nocnej strony planety. - 
Jak tu pięknie na górze - westchnęła. - Ale poczekaj tylko, jak wejdziemy do Mgławicy 
Maelstrom! 

- Słyszałem o niej - powiedział łagodniejszym głosem. - Ale nie moŜe być nawet 

w połowie tak piękna, jak cudowne rude włosy, za które ciągnąłem na lekcjach fizyki. - 
Odgarnął luźny lok, który spadł jej na twarz, i delikatnie dotknął policzka. - Tęskniłem 
za tobą, Celia. 

Zaczerwieniła  się  i  odwróciła  głowę.  Adion  ujął  jej  twarz  w  dłonie  i  obrócił  do 

siebie. Potem objął Celię i mocno przytulił. Ich usta zetknęły się powoli. Przez krótką 
chwilę  Ŝadne  nie  dostrzegało  zaciekawionych  spojrzeń  przechodzących  obok 
pasaŜerów. 

Wreszcie  Celia  odsunęła  się  od  Adiona.  Cała  drŜała.  Stare  wspomnienia  oŜyły. 

Był taki czas, dawno temu, kiedy poszłaby za nim na sam kraniec galaktyki. Ale potem 
Adion odleciał z ich rodzinnej planety na Raithal, by studiować w tamtejszej Akademii, 
i nie odezwał się do niej stamtąd ani razu. Chyba nie spodziewał się, Ŝe tak po prostu 
podejmą przerwany wątek? 

Spojrzała mu w oczy. Były jakieś inne. Dostrzegła w nich coś, czego nie potrafiła 

przeniknąć. 

-  Muszę  juŜ  iść,  Adion.  Wkrótce  opuszczamy  orbitę  i  powinnam  być  teraz  na 

mostku. 

Opowieści z Imperium 

122 

- Spotkamy się później? - zapytał. 
- Ja... zobaczymy się jutro rano - powiedziała, odwracając się od niego. 
Zmieszana uczuciami, które poruszył gdzieś głęboko w niej, uczuciami, o których 

myślała,  Ŝe  naleŜą  do  przeszłości,  pośpieszyła  na  mostek.  Potrzebowała  czasu  do 
namysłu. Spokojnego portu. I wiedziała doskonale, gdzie ma go szukać. 

 
Drzwi rozsunęły się, ukazując skromnie wyposaŜone biuro. Hologram na jednej ze 

ś

cian  przedstawiał  przekrój  „KsięŜniczki  Kuari”.  Tuzin  monitorów  zajmował  drugą 

ś

cianą, na prawo od biurka oświetlonego kilkoma włączonymi kartami danych. 

Kaileel  pochylał  się  nad  terminalem  komputera.  Uniósł  wzrok,  gdy  Celia  weszła 

do pokoju. Na jej widok wyraz zniecierpliwienia ustąpił łagodniejszej minie. 

- Dobry wieczór, Płomyczku. Co mogę dla ciebie zrobić? 
-  Ja,  hmmm,  chciałam  sprawdzić,  czy  są  jakieś  nowe  wiadomości  o  tych 

zaginionych blasterach - powiedziała bez przekonania. 

Kaileel spoglądał na nią znad monitora, marszcząc czoło. 
-  Nie  mam  Ŝadnych  nowych  wiadomości,  pani  porucznik  -  odparł.  -  Czy  coś 

jeszcze? 

Wzrok Celii wędrował po pokoju. 
-  Mam  wachtę  na  mostku  jeszcze  przez  godzinę,  a  potem  moŜemy  zagrać.  Mam 

ochotę na rewanŜ za ostatnią poraŜkę. 

Kaileel postukał długimi zielonymi palcami o blat biurka. 
- Chyba wiesz, Ŝe to trochę późno. 
- Chcesz się wykręcić? 
- Oczywiście, Ŝe nie, pani porucznik. Będę wolny za dwie godziny. 
-  Dobrze  -  odparła  Celia,  zadowolona,  Ŝe  gra  odwróci  jej  uwagę  od  pewnego 

przystojnego  imperialnego  porucznika.  -  W  takim  razie  spotkamy  się  na  pokładzie 
widokowym. 

Kąciki warg Kaileela pod długą trąbą uniosły się w górę. 
-  No,  moja  droga  płomiennowłosa  przyjaciółeczko,  nie  przepuściłbym  okazji,  by 

pobić cię po raz kolejny, nawet za całą przyprawę Kessel! 

- Pobić mnie? - uśmiechnęła się. - Nie licz na to, szefie! 
- Wracaj na mostek, maleńka. Prowadź swój statek! Nie zbaczaj z kursu! 
Celia spowaŜniała. Pochyliła się nad biurkiem. 
- Wyglądasz na zmęczonego, szefie - powiedziała. - Czy wszystko w porządku? 
Kaileel odchylił się na oparcie fotela. 
-  Tak...  hmmm,  no  nie  do  końca  -  przyznał,  widząc,  jak  Celia  marszczy  brwi.  - 

Dowiedziałem się na Mantooine paru nieprzyjemnych rzeczy. 

- Szefie? - kolejny głos dobiegi z korytarza. - O, pani porucznik! Przepraszam, Ŝe 

przeszkadzam. 

-  Co  jest,  Raban?  -  zapytał  Kaileel  oficera  ochrony,  podczas  gdy  Celia  obeszła 

biurko, by wyjrzeć przez iluminator. 

- Zgłoszono nam bójkę pomiędzy dwoma pasaŜerami w Galerii Handlowej. 
- Kto się tym zajmuje? 

background image

Peter Schweighoffer 

123 

- Brankton. Wysialiśmy mu wsparcie. 
- Informuj mnie na bieŜąco - polecił Kaileel i odwrócił się z uśmiechem w stronę 

Celii. - To moŜe być całkiem interesująca podróŜ. 

- Jeszcze nawet nie opuściliśmy orbity! - zdziwiła się Celia. 
- A myślałaś, Ŝe to ty masz interesującą pracę. 
- Szefie, co chciałeś mi powiedzieć? Co się stało na Mantooine? 
- Później, moja droga. Opowiem ci o tym później. 
Celia spojrzała na przyjaciela. Najwyraźniej coś go gryzło. Ale zanim zdąŜyła o to 

zapytać, przez interkom rozległ się głos kapitana. 

- Kaileel, czy jest u pana porucznik Durasha? 
- Tak, panie kapitanie - odparł Kaileel. 
- Właśnie idę na mostek, sir - dodała Celia. 
-  Pani  porucznik,  musimy  porozmawiać  na  osobności.  Proszę  przyjść  do  mojego 

biura. 

- Oczywiście, sir. JuŜ idę. Ciekawe, o co chodzi - dodała, kiedy Kaileel wyłączył 

interkom. - Zobaczymy się za parę godzin, szefie. 

 
- Kapitanie Glidrick, chciał mnie pan widzieć? 
- Proszę usiąść, pani porucznik. - Stenn Glidrick był męŜczyzną w średnim wieku. 

Jego  brązowe  włosy  zaczynały  się  pokrywać  pasemkami  siwizny.  Podobnie  jak  Celia 
ubrany  był  w  błękitne  spodnie  ze  złotym  lampasem  wzdłuŜ  nogawek.  Białą  tunikę 
zdobiły medale - przypomnienie czasów, kiedy słuŜył w Imperialnej Marynarce. 

- O co chodzi, panie kapitanie? Co się stało? 
- Dostałem wiadomość od twojego ojca... 
Celia zerwała się z poczerwieniała twarzą. 
- Mój ojciec wysłał wiadomość do pana? - zapytała, nie kryjąc gniewu. 
- Pani porucznik, proszę... 
- Nie chcę mieć z nim nic wspólnego! 
-  Porucznik  Durasha,  proszę  siadać!  -  rozkazał  kapitan.  Wziął  głęboki  oddech.  - 

Twój  ojciec  przesłał  wiadomość  przeze  mnie,  bo  wiedział,  jak  zareagujesz.  Chodzi  o 
twojego brata... 

Celia zbladła. 
- Co z nim? - Chwyciła się krawędzi biurka Glidricka i cięŜko opadła na krzesło. 
- Nie Ŝyje - powiedział kapitan. - Bardzo mi przykro. 
- Panie kapitanie, ja mam trzech braci. Który z nich? 
Glidrick spojrzał w dół na ekran komputera. 
- Raine - odpowiedział. - Twój ojciec powiedział, Ŝe szczegóły znajdziesz w tym 

holo,  dołączonym  do  jego  wiadomości.  Masz  tyle  czasu,  ile  będziesz  potrzebować. 
Naprawdę ci współczuję. 

- Dziękuję, sir - odpowiedziała Celia w odrętwieniu, biorąc od niego hologram. 
Powoli  wstała  z  krzesła  i  sama  nie  wiedząc  jak,  dotarła  do  swojej  kwatery. 

Wysłuchała wiadomości. Kiedy się skończyła, zatrzymała nagranie i wpatrywała się w 

Opowieści z Imperium 

124 

zamroŜony na hologramie wizerunek ojca. Miała wraŜenie, Ŝe pokój zamyka się wokół 
niej. 

Bezwiednym  gestem  pogładziła  dłonią  kaburę,  a  potem  cholewkę  miękkiego 

skórzanego  buta.  Wyjęła  z  pochwy  ukryty  w  bucie  nóŜ.  To  był  specjalny  prezent  on 
Raine’a. Dał jej ten nóŜ ostatniej nocy przed odlotem na ostatni okres słuŜby. Siedząc 
pod  rozgwieŜdŜonym  niebem  Lankashiir,  wspominali  stare  dobre  czasy,  kiedy  razem 
buszowali po lasach ich rodzinnej planety. 

Obróciła nóŜ w ręce. Światło holograficznej wiadomości odbiło się od szarej stali 

ostrza  i  zatańczyło  na  blacie  biurka.  Jej  drobna  dłoń  idealnie  wpasowywała  się  w 
rękojeść,  wyrzeźbioną  z  rzadkiego  gatunku  drewna.  Celia  zapatrzyła  się  w  czerwony 
klejnot osadzony  w rękojeści  tuŜ  nad ostrzem,  lśniący płomiennym blaskiem  nawet  w 
przyćmionym świetle kajuty. 

Miłe  wspomnienia  wydawały się teraz zaledwie odległym  echem.  Celia odłoŜyła 

nóŜ i ponownie włączyła wiadomość od ojca. 

-  Twój  brat  Raine  został  zabity  przez  siły  Rebeliantów  na  planecie  Ralltiir  - 

odezwał  się  głos  z  hologramu.  Reise  Durasha  wyglądał  znacznie  starzej,  niŜ  gdy 
widziała  go  po  raz  ostatni.  Szarozielony  mundur  Imperialnej  Armii  wisiał  luźno  na 
zgarbionej sylwetce. Oczy okalały sine cienie. - Wiem, jak bardzo był ci bliski... 

Celia  ukryła  twarz  w  dłoniach  i  rozpłakała  się.  Wyczerpana  emocjonalnie, 

zmartwiała ze smutku, zapadła w końcu w sen. Kiedy ponad godziną później zabrzęczał 
interkom, obudziła się gwałtownie. Powoli podniosła rękę i włączyła interkom. 

- Mówi Durasha - powiedziała znuŜonym głosem. 
- Celia, myślałem, Ŝe umówiliśmy się na rewanŜ dziś wieczorem - usłyszała. 
Popatrzyła martwym wzrokiem na panel komunikacyjny. 
- Celia? - odezwał się głos Kaileela, tym razem bardziej natarczywy. 
- Szefie... - zdołała w końcu powiedzieć. - Zapomniałam... 
- Czy wszystko w porządku? - zapytał. - Nie musimy grać akurat dzisiaj. 
- Zaraz będę, tylko daj mi pięć minut. 
Kiedy  dotarła  na  pokład  widokowy,  plansza  do  hologry  była  ciemna.  Wysoka 

szklanka z jakimś egzotycznym napojem stała na skraju stolika do gry. 

- Co to takiego? - zapytała Celia, wskazując szklankę. 
-  Zadariańska  brandy.  Mam  wraŜenie,  Ŝe  przyda  ci  się  szklaneczka  czegoś 

mocniejszego - odpowiedział Kaileel. 

Celia  zamrugała  oczami,  starając  się  powstrzymać  łzy.  Sięgnęła  po  szklankę, 

okręciła  ją  w  dłoniach  i  w  końcu  pociągnęła  długi  łyk.  Napój  rozgrzewał,  ale  jego 
ciepło nie zdołało zmniejszyć chłodu, który czuła w środku. Wiedziała, Ŝe szef ochrony 
patrzy na nią. 

- Co się stało? - zapytał. 
Wydawało  się,  Ŝe  nie  usłyszała.  Wpatrywała  się  w  niewyraźne  plamy  gwiazd, 

przemykających w nadprzestrzeni wokół nich. 

- Celia? - Kaileel wstał i połoŜył rękę na jej ramieniu. 
DrŜąc odwróciła się w stroną Kaileela i spojrzała mu w oczy. 
- Mój brat... - zaniosła się szlochem. Płakała z twarzą wtuloną w jego pierś. 

background image

Peter Schweighoffer 

125 

Kaileel otoczył Celię pokrytym łuską ramieniem i mocno przytulił. 
- Tak mi przykro, mój Płomyczku - szepnął. 
Kiedy wyschły łzy, Celia opowiedziała przyjacielowi o zasadzce, jaką Rebelianci 

zastawili na jednostkę Raine’a w kosmoporcie na Ralltiir. 

Kaileel smutno potrząsnął głową. 
- Jeszcze wielu zginie - powiedział cicho. - Po obu stronach.  
Celia otworzyła szeroko oczy. 
- Chyba nie popierasz Rebeliantów? 
-  Powiedzmy  raczej,  Ŝe  nie  pochwalam  metod,  jakimi  Imperium  rozwiązuje  ten 

konflikt. 

- Co masz na myśli, szefie?  
Kaileel wyjrzał przez iluminator. 
- Pomyśl o Mgławicy Maelstrom, Celia - powiedział. 
- Nie rozumiem? 
- Jak wygląda, gdy się na nią patrzy z Mantooine? 
- Jak mała plamka - odpowiedziała. 
- Prawda - pokiwał głową. - Ale co się dzieje, kiedy wchodzimy w Mgławicę? 
Rzuciła mu zdziwione spojrzenie. 
- Co to, szefie, egzamin z astrofizyki? 
- Odpowiedz, proszę - powiedział. 
- No dobrze. Kiedy wchodzimy w Mgławicę, nasza łączność siada. A czujniki są 

ś

lepe. Ale co to ma wspólnego z ...? 

Kaileel podniósł długi zielony palec. 
-  Z  daleka  moŜemy  tylko  domyślać  się  niebezpieczeństw,  które  szykuje  dla  nas 

Mgławica.  Dlaczego  nie  widzimy  niebezpieczeństwa,  dopóki  nie  podejdziemy  bliŜej, 
dopóki  nas  nie  dotknie?  Takie  właśnie  jest  Imperium,  Płomyczku.  MoŜemy  nie 
wyczuwać  niebezpieczeństwa,  gdy  jesteśmy  zbyt  daleko,  by  Imperium  mogło  nas 
dosięgnąć.  Ale  kiedy  juŜ  nas  dotknie,  będziemy  widzieć  i  słyszeć  tylko  to,  co  zechce 
nam pokazać. 

-  Moja  rodzina  słuŜy  temu  Imperium,  szefie.  Mój  brat  oddał  za  nie  Ŝycie  - 

przypomniała  mu.  -  Lepiej  nie  opowiadaj  takich  rzeczy  przy  innych.  Jeszcze  by 
pomyśleli, Ŝe to ty ukradłeś te... - urwała w pół zdania, siadając gwałtownie, i pochyliła 
się nad planszą hologry. 

Kaileel spojrzał jej w oczy. 
-  Dałeś  blastery  Rebeliantom  na  Mantooine?  -  spytała  cicho.  -  Czy  to  były  ta 

sprawa, którą miałeś tam do załatwienia? 

Zanim zdąŜył odpowiedzieć, do pokoju wpadł Dap Nechel. 
-  Dlaczego  mi  nie  powiedzieliście,  Ŝe  będziecie  grać?  -  zapytał  głosem  pełnym 

cokolwiek przesadnego cierpienia. 

Celia  oparła  się  o  wypchane  poduszki.  Przeniosła  wzrok  z  Kaileela  na  Dapa,  a 

potem  odwróciła  głowę.  Kaileel  wyprostował  się  na  krześle  i  pociągnął  łyk  swojego 
drinka. 

Opowieści z Imperium 

126 

-  O,  przepraszam!  -  powiedział  Dap.  -  Wygląda  na  to,  Ŝe  przeszkodziłem  w 

prywatnej rozmowie. Lepiej sobie pójdę. 

-  Nie  ma  sprawy,  Dap.  Zostań  -  zaprotestowała  Celia.  -  Właśnie  ustawialiśmy 

planszę. 

Wcisnęła guzik z boku stolika. Zielonkawy poblask oświetlił ich twarze, a na obu 

stronach  planszy  pojawił  się  tuzin  wojowników,  stojących  na  baczność,  z  bronią  na 
prawym ramieniu. 

- Celia, nie musimy dziś grać... - zaczął Kaileel. 
- Nic mi nie jest, szefie - powiedziała. - Twój ruch. 
Dap  usadowił  się  na  kanapie  obok  Celii,  a  Kaileel  przestawił  pierwszego 

wojownika.  Celia  przesunęła  swojego  taranga,  co  szef  ochrony  skontrował  ruchem 
następnego ze swych wojowników. 

Celia  namyślała  się  przez  chwilę.  Potem  wyprostowała  się,  wyciągnęła  blaster  z 

kabury i w zamyśleniu pogładziła jego lufę. 

- Hmm, szefie... - powiedziała w końcu. - To nie był mądry ruch. 
- CzyŜby? Myślę, Ŝe tak to wygląda tylko z twojego punktu widzenia - odparł. 
- Mojego punktu widzenia? - zmarszczyła czoło. 
- Otwórz oczy, Płomyczku. Popatrz, co dzieje się wokół ciebie. 
Dap spoglądał zdezorientowany to na jedno, to na drugie. 
- O czym wy mówicie? - zapytał. - Czy ktoś mógłby mi to wyjaśnić? 
Celia odwróciła wzrok. 
- Rebelianci zabili brata Celii na Ralltiir. 
-  O  matko!  To  straszne,  pani  porucznik.  Słyszałem  o  tym  powstaniu  w 

holowiadomościach  -  powiedział.  -  Ale  Imperium  rozprawi  się  z  Rebeliantami.  JuŜ 
sobie poradziło z tymi na Alderaan. Nie sprawią więcej kłopotów. 

- Na Alderaan? - zapytał Kaileel. 
-  Dobre  nieba,  to  wy  nic  nie  słyszeliście?  No,  chyba  nie,  skoro  siedzicie  tu  od 

godziny. 

- Co się stało na Alderaan? - powtórzyła Celia. 
- SłuŜby Imperatora odkryły, Ŝe kilku przywódców Rebelii pochodzi z Alderaan - 

sam  Bail  Organa  i  jego  córka,  księŜniczka  Leia.  Nasze  siły  zrobiły  z  Alderaan 
pokazówkę. 

- Co masz na myśli? 
- Alderaan został unicestwiony. 
- Co?! - krzyknęła Celia. 
Kaileel potrząsnął głową ze smutkiem. 
- Nie mówiłem ci tego? 
- Całą planetę? 
- Zostało z niej tylko kilka miliardów cząsteczek kurzu - powiedział Dap. 
- Miliony ludzi potraktowanych jak pionki... - Kaileel wskazał palcem na planszę - 

...przez Imperatora, który moŜe z nimi robić, co zechce. 

- Ale, szefie... 
- Obawiam się, Ŝe gra skończona - rzekł Kaileel miękko. 

background image

Peter Schweighoffer 

127 

Celia pochyliła się nad planszą, sprawdzając rozmieszczenie wojowników. 
-  Nie  poddasz  się  tak  łatwo  -  powiedziała  i  nagle  kątem  oka  zauwaŜyła  wyraz 

zaskoczenia na twarzy Dapa. 

Kaileel odetchnął głęboko. Celia uniosła wzrok. Dwóch szturmowców celowało z 

blasterów do jej przyjaciela. 

- Faktycznie, rebeliancki szpiegu - powiedział Adion Lang, który właśnie wyszedł 

zza pleców szturmowców. - Gra skończona. 

- Adion! - zawołała Celia, ostroŜnie chowając blaster do kabury. - Co to wszystko 

znaczy? PrzecieŜ Kaileel to nie Ŝaden szpieg. 

-  Proszę  cię,  Celia,  nie  próbuj  bronić  zdrajcy.  Wiemy  wszystko  o  działalności 

tego...  -  przerwał,  szukając  odpowiedniego  słowa.  -  ...stworzenia.  Mamy  dowody,  Ŝe 
dostarczył  broń  rebelianckim  agentom  na  Mantooine.  A  biorąc  pod  uwagą  rozmowę, 
którą tu przed chwila słyszałem... 

- Szpiegowałeś nas! - wykrzyknął Dap. 
- Taką mam pracą - odparł Adion. - Przykro mi, Celia, Ŝe ten... ten stwór cieszył 

się  twoją  przyjaźnią.  Pamiętaj,  co jego  przyjaciele  zrobili  twojemu  bratu.  Raine  nadal 
by Ŝył, gdyby nie tacy zdrajcy jak on. 

Jego  słowa  raniły  serce  Celii  jak  wibroostrza.  Straciła  brata  z  powodu 

Rebeliantów.  A teraz traci  najlepszego przyjaciela z powodu Imperium. Popatrzyła  na 
Kaileela.  Nigdy  nie  przyszłoby  jej  do  głowy,  by  winić  go  za  śmierć  Raine’a.  Miała 
nadzieję, Ŝe szef ochrony wyczyta to z jej oczu. 

- W porządku, Płomyczku - powiedział Kaileel. - Teraz jestem jeden, ale niedługo 

Imperium przekona się, Ŝe takich jak ja są setki tysięcy. Pewnego dnia nie będą juŜ w 
stanie powstrzymać nas wszystkich. 

- Zabrać go! - rozkazał szturmowcom Adion. 
- Przepraszam, poruczniku - wtrącił Dap. - Czy mogę odejść? 
-  Tak,  panie  Nachel  -  odpowiedział  Adion.  -  MoŜe  później  poproszę  pana  o 

zeznanie. 

- Rozumiem - rzekł Dap. - Oczywiście, jestem do pana dyspozycji. Wie pan, gdzie 

mnie znaleźć. 

Celia  patrzyła,  jak  zakuwają  nadgarstki  Kaileela  w  kajdanki.  Jego  silne, 

muskularne ramiona przebiegł nerwowy dreszcz, gdy wstawał. 

- Ruszaj - warknął jeden ze szturmowców, dźgając Kaileela karabinem w pierś. 
-  Zabierzcie  go  do  izolatki  i  nie  spuszczajcie  z  niego  oka,  sierŜancie  -  rozkazał 

Adion. - Pamiętajcie, Ŝe zna to miejsce lepiej niŜ ktokolwiek na tym statku. 

- Tak jest, sir. 
Celia patrzyła, jak wyprowadzają Kaileela. 
- Co z nim teraz będzie, Adion? 
-  Celio,  moja  droga,  nie  zaprzątaj  sobie  tym  głowy  -  powiedział,  wyciągając  do 

niej rękę. 

- Nie rozumiem, Adion. Myślałam, Ŝe pracujesz w administracji. 
Potrząsnął głową. 

Opowieści z Imperium 

128 

-  Przepraszam,  Ŝe  musiałem  cię  okłamać.  Pracuję  w  Imperialnym  Biurze 

Bezpieczeństwa. Od kilku miesięcy obserwowaliśmy waszego szefa ochrony. 

-  Myślałam,  Ŝe  dobrze  go  znam.  Nigdy  nie  podejrzewałam...  -  ukryła  twarz  w 

dłoniach. 

Adion wziął ją w ramiona. 
- No juŜ, nie płacz - powiedział. - Wszystko będzie dobrze. Chodź, usiądź tu koło 

mnie. 

-  Szanowni  państwo  -  rozległ  się  głos  z  głośników.  -  Mówi  kapitan  Glidrick.  Za 

około  pół  godziny  „KsięŜniczka  Kuari”  wyjdzie  z  nadprzestrzeni,  by  znaleźć  się  w 
Mgławicy  Maelstrom.  Na  pewno  nie  chcieliby  państwo  przegapić  tego  fascynującego 
widoku, który moŜna obejrzeć z okien pokładu obserwacyjnego Lido. Czekają państwa 
niezapomniane wraŜenia. 

-  Mgławica  -  westchnęła  Celia.  Nadal  miała  w  głowie  porównanie  Imperium  do 

mgławicy,  jakiego  uŜył  Kaileel.  „Nie  widzimy  niebezpieczeństwa,  dopóki  nas  nie 
dotknie”. 

- Zapomnij, co mówił ci ten stary potwór. Jego myśli są niebezpieczne. 
Celia  spojrzała  w  niebieskie  oczy  Adiona,  Były  zimne  i  puste.  Kto  miał  rację? 

Imperium? Rebelianci? I jedni, i drudzy zadali jej ból. Nie wiedziała juŜ, co ma myśleć. 

- Muszę z nim porozmawiać, Adion. 
- To nie jest najlepszy pomysł, Celio. 
- Proszę, pozwól mi. ChociaŜ kilka minut. 
- Muszę go najpierw przesłuchać, ale zanim dotrzemy na Aris, pozwolę ci z nim 

porozmawiać. 

Potaknęła niepewnie i złoŜyła głowę na jego ramieniu. 
 
Drzwi celi zamknęły się za nią. Celia stała sztywno, patrząc na Kaileela. Po ponad 

dziesięciu  godzinach  w  końcu  mogła  z  nim  porozmawiać,  tak  jak  obiecał  jej  Adion 
Lang. 

PołoŜyła swoje notesy nawigatora na stojącej tuŜ przy drzwiach skrzyni i zaczęła 

chodzić po celi w tę i z powrotem. Nerwowo stukała palcami o pustą kaburę blastera. 

- Dlaczego na to pozwoliłeś? - krzyknęła w końcu do Kaileela. 
-  A  co,  twoim  zdaniem,  miałem  zrobić?  -  zapytał.  Zatrzymała  się  gwałtownie  i 

spojrzała na niego gniewnie. 

- Skłamać! 
Kaileel patrzył poza nią, jakby wyglądał przez nie istniejące okno. 
- I co by mi z tego przyszło, mój drogi Płomyczku? - powiedział, zwracając na nią 

wzrok. - PrzecieŜ wiem, Ŝe nie jesteś aŜ tak naiwna. 

Celia zwinęła dłoń w pięść i uderzyła nią w muskularną pierś Kaileela. 
- Ja po prostu tego nie rozumiem, szefie! - krzyknęła. - Co ci zrobiło Imperium? 
- Nic. 
- Więc po co się mieszasz w tę Rebelię? 
-  To,  co  robi  Imperium,  jest  złe  -  odparł.  -  Niemoralne.  Pamiętaj,  co  ci 

powiedziałem o punkcie widzenia. Przestań patrzeć na Imperium z daleka. Przyjrzyj mu 

background image

Peter Schweighoffer 

129 

się bliŜej, Celio. KaŜdy, kto kocha pokój, wie, Ŝe to prawda. - Ujął jej dłoń i przycisnął 
mocno do piersi. - W głębi serca wiem, Ŝe pewnego dnia to zrozumiesz. 

Patrząc  w  jego  ogromne  czarne  oczy,  Celia  przełknęła  grudę,  która  zatkała  jej 

gardło. 

- JuŜ sama nie wiem... 
Drzwi celi uniosły się. 
- Koniec spotkania, pani porucznik. Obawiam się, Ŝe musi pani wyjść. 
-  Ale  to  było  tylko  kilka  minut!  Czy  nie  mogłabym  zostać  jeszcze  chwilkę, 

sierŜancie? 

- Pani porucznik, mam rozkazy. 
Szturmowiec  podprowadził  ją  do  drzwi.  Patrzyła  na  Kaileela  ze  zmarszczonym 

czołem. 

-  Nadal  czekam  na  rewanŜ,  szefie  -  powiedziała,  sięgając  po  notesy  leŜące  na 

skrzyni. 

Tabliczki  wysunęły  jej  się  z  rąk,  z  trzaskiem  spadając  na  podłogę.  Pochyliła  się, 

by  je  podnieść,  i  ukradkiem  wyciągnęła  nóŜ  ukryty  w  cholewce.  Wstała  gwałtownie  i 
dźgnęła noŜem pod hełm szturmowca, sięgając do szyi. Krzyknął z bólu, gdy wciągnęła 
go do wnętrza celi i walnęła jego głową o ścianę. Trzęsącymi się dłońmi obróciła ostrze 
jeszcze raz. Szturmowiec padł na ziemię. 

-  Szybko,  szefie!  -  popędziła  Kaileela,  chowając  nóŜ  do  pochwy.  -  Musimy  się 

stąd wydostać! 

W  drzwiach  pojawił  się  drugi  szturmowiec.  Celia  złapała  rusznicę  zabitego  i 

otworzyła ogień. Strzały  uderzyły  w ścianą, bo Ŝołnierz błyskawicznie  wypadł z celi i 
zaczął uciekać w dół korytarza. Posłała serię za szturmowcem. 

-  Uciekajmy,  szefie!  -  zawołała,  rzucając  Kaileelowi  rusznicę.  Ruszył  za  nią, 

przestępując ciała zabitych szturmowców. 

- Powiedz mi, Płomyczku, czy naprawdę oczekujesz, Ŝe wyjdziemy z tego Ŝywi? - 

zapytał. - Gdzie jest reszta moich ludzi? 

-  Dap  zaaranŜował  mały  problem  na  pokładzie  handlowym  -  odparła,  podnosząc 

drugą rusznicę. 

- Dobry stary Dap. Myślisz, Ŝe turbowinda to najlepszy sposób, by dostać się do 

hangaru? 

- Powinna być puściusieńka, szefie. 
- Zdumiewające. 
- Masz wielu przyjaciół na pokładzie „KsięŜniczki”, staruszku! 
- Czy barka... 
-  Gotowa.  Odłączyłam  autopilota  i  trochę  pobawiłam  się  okablowaniem,  tak 

Ŝ

ebym mogła odlecieć. 

- Prosto w Maelstrom - dokończył Kaileel. 
- Będziemy tam bezpieczni. 
Pół minuty później drzwi turbowindy otworzyły się, ukazując tonący w półmroku 

hangar luksusowego liniowca. Wysokie pomieszczenie zajmowały dwie barki, uŜywane 

Opowieści z Imperium 

130 

do dowoŜenia na statek i odbierania z niego pasaŜerów. Celia rozejrzała się po hangarze 
i dała znak ręką Kaileelowi, by poszedł za nią. 

Byli  w  połowie  drogi,  kiedy  zobaczyli  Adiona  Langa  schodzącego  po  trapie 

najbliŜszej barki. Blaster wycelował w Kaileela, ale wzrok miał wbity w Celię. 

- Rzućcie broń - rozkazał. 
Celia spojrzała na blaster. 
- Adion, proszę cię... - powiedziała drŜącym głosem - pozwól Kaileelowi odlecieć. 
- Obawiałem się, Ŝe spróbujesz czegoś takiego, Celia. Zawsze byłaś impulsywna. 

Ale chyba wiesz, Ŝe nie mogę go wypuścić. Proszą, odłóŜ miotacz. PrzecieŜ nie chcesz 
mnie zabić. 

Celia badała wzrokiem twarz Adiona. W jego oczach nie było emocji, Ŝadnej iskry 

Ŝ

ycia. To nie moŜe się tak skończyć, pomyślała. Musi być jakieś wyjście. 

Kaileel powoli opuszczał rusznicę. 
- Przepraszam, Płomyczku - powiedział, podrywając nagle broń do góry, w stroną 

Adiona. 

Strzał był niecelny. Adion uniósł blaster i nacisnął spust. Trafił Kaileela w pierś. 

Nacisnął spust ponownie, ale  drugi  strzał odbił się rykoszetem od pokrycia barki. Nie 
miało  to  jednak  znaczenia.  Kaileel,  śmiertelnie  ranny,  osunął  się  na  zimną  metalową 
podłogę. 

Celia rzuciła blaster i podbiegła do martwego przyjaciela. 
-  Nie  musiałeś  go  zabijać!  -  krzyknęła  do  Adiona.  Łzy  przesłaniały  jej  wzrok. 

Zmusiła się jednak, by je powstrzymać, i uklękła obok ciała Kaileela. 

Adion  podszedł  do  niej  ostroŜnie,  posyłając  kopniakiem  daleko  po  podłodze 

hangaru oba karabiny. 

- Dlaczego, Celio? Dlaczego pomogłaś  mu  uciec? - zapytał. - PrzecieŜ nie jesteś 

Rebeliantką. 

- To był  mój przyjaciel - powiedziała cicho, ignorując pogardę, jaką usłyszała  w 

głosie Adiona. Zastanawiała się, co się stało z młodym męŜczyzną, którego tak kiedyś 
podziwiała - którego kochała. 

- Będziesz musiała pójść ze mną, Celio - rzekł Adion. 
- Nie zmuszaj mnie do tego - szepnęła, nie odrywając wzroku od ciała Kaileela. - 

Nie moŜesz mnie puścić? 

- To mój obowiązek, Celio - rzucił zimno, wycelowując blaster w tył jej głowy. - 

Jesteś aresztowana za zdradzieckie działania przeciwko Imperium. 

Celia podniosła bezwładną rękę Kaileela, czule gładząc ją palcami. 
- Wygląda na to, Ŝe ta gra prowadzi nas donikąd, szefie - powiedziała. - Jak teraz 

mam się zrewanŜować? 

Adion podszedł o krok bliŜej. Jego wysoka postać rzuciła cień na twarz Kaileela. 

Dotknął nogą pleców Celii, która skuliła się, czując jego dotyk. 

- Wstawaj, Celio. 
Po  jej  policzku  popłynęła  ba.  Odwróciła  się  powoli  spojrzała  na  Adiona. 

Niedostrzegalnym  gestem  sięgnęła  dłonią  w  kierunku  cholewki.  Palce  zacisnęły  się 
wokół rękojeści. 

background image

Peter Schweighoffer 

131 

- Wstawaj! - powtórzył Adion, łapiąc ją za ramię i podciągając do góry tak Ŝe ich 

twarze  dzieliły  zaledwie  centymetry.  Potrząsnął  głową  i  w  tej  jednej  krótkiej  chwili 
Celii  wydało  się,  Ŝe  widzi  w  jego  oczach  cień  Ŝalu.  Potem  zmruŜył  oczy.  Zaślepiony 
własną nienawiścią nie zauwaŜył błysku stali, zanim Celia nie wbiła noŜa w jego ramię. 

Krzyknął z bólu i skrzywił się wściekle. Blaster wypadł mu z reki i potoczył się po 

podłodze,  gdy  Celia  uderzyła  ponownie.  Broniąc  się  przed  atakiem,  puścił  jej  ramię. 
Rzuciła się w stronę barki i wbiegła na trap. 

Zanim klapa włazu opadła, słyszała, jak Adion woła za mą: 
- Celio, nie rób tego! 
Kilka sekund później barka uniosła się nad podłogą hangaru. Mały transportowiec 

cicho wypłynął ku wirom Mgławicy Maelstrom. 

Celia  obserwowała  przez  iluminator  „KsięŜniczkę  Kuari”.  Luksusowy  liniowiec 

robił  się  coraz  mniejszy,  w  miarę  jak  barka  oddalała  się  od  niego  i  zagłębiała  się  w 
mgławicę. 

-  Pat,  szefie  -  powiedziała  do  siebie.  W  jej  głos  wkradła  się  gorycz.  -  Nikt  nie 

wygra w tej rundzie. 

 

Opowieści z Imperium 

132 

W   B L A S K U   C H W A Ł Y  

 

Tony Russo 

 
 
 

 
 

KaŜdy najemnik chce, by go zapamiętano. - „SzalonyVornskr” Lex Kempo przerwał 

na  chwilę,  gdy  zielenie  i  brązy  porastającej  Gabredor  III  dŜungli  zbliŜyły  się  nagle  do 
nurkującego  frachtowca.  Z  sardonicznym  uśmieszkiem  na  twarzy  galaktyczny  wyga 
okręcił się w fotelu pilota i spojrzał na Brixie. 

- Najemnik nie kończy spokojnie kariery. Nie ma Ŝadnego domu spokojnej starości 

dla  byłych  najemników.  Prawdziwy  najemnik  chce  odejść  gwałtownie,  w  ogniu...  w 
blasku chwały. 

-  Naprawdę?  -  Brixie  Ergo  poruszyła  się  nerwowo  w  fotelu  za  stanowiskiem 

drugiego  pilota.  W  zmodyfikowanym,  lekkim  koreliańskim  frachtowcu  było  ciasno, 
zwłaszcza na dziobie. Statek trzeszczał i trząsł się, pikując przez atmosferę planety. 

Kempo wyszczerzył zęby w szerokim, złym uśmiechu. 
- O, tak! 
Coś  pomiędzy  rozkazem  a  warknięciem  rozległo  się  z  siedzenia  drugiego  pilota, 

zajmowanego przez porośniętą sierścią istotę. 

-  Zostaw  Ŝółtodzioba  w  spokoju.  -  Sully  Tygrysie  Oko  był  Trunskiem,  tęgim 

przedstawicielem  gatunku  dobrze  znanego  z  waleczności  i  równie  legendarnej 
porywczości. Szczeciniasta brązowa sierść porastała całe jego ciało z wyjątkiem twarzy i 
wnętrza dłoni. Jakby dla podkreślenia, jak bardzo jest niezadowolony z Kempo, wysunął 
spod  dolnej  wargi  dwa  lśniące,  ostre  kły.  Brixie  przypomniała  sobie  historie,  które 
opowiadali jej rodzice, kiedy była mała, jak to Tninskowie bywają ozdobą karnawałowych 
parad, walcząc jako gladiatorzy lub zapaśnicy. 

Jeśli  Sully  Tygrysie  Oko  kiedykolwiek  uczestniczył  w  takim  pokazie,  nigdy  o  tym 

nie wspomniał. Wiedziała o nim tylko, Ŝe zdobył wiele odznaczeń jako członek elitarnej 
jednostki  wywiadowczej  Nowej  Republiki.  ChociaŜ  juŜ  nie  w  szeregach  Nowej 
Republiki, walczył nadal pod swym dawnym pułkownikiem w grupie najemników zwanych 
Czerwonymi KsięŜycami. To właśnie Tygrysie Oko został wyznaczony na dowódcą tej 
misji, i nikt inny tylko on wybrał Brixie na lekarza polowego. O samej misji Brixie nadal 
niewiele wiedziała. Wystarczyło jednak samo przebywanie w towarzystwie Leksa Kempo 
i Sully’ego Tygrysie Oko, by niedawna studentka medycyny czuła się nieswojo, zupełnie 
jakby była częścią grupy, do której tak naprawdę nie naleŜy. 

background image

Peter Schweighoffer 

133 

Celem  najemników  była  Gildia  Handlarzy  Niewolników  z  Karazak,  przyczajona 

wśród  podmokłej  dŜungli  Gabredora  III.  Podobnie  jak  w  przypadku  tych  kilku  operacji 
Czerwonych KsięŜyców, których dokumentację mogła przejrzeć podczas szkolenia, tak i 
teraz  szczegółowe  informacje  o  celu  i  powodach  ataku  mieli  otrzymać  dopiero  po 
wylądowaniu  na  powierzchni  planety.  Taka  procedura  chroniła  nie  tylko  KsięŜyce,  ale 
przede  wszystkim  ich  zleceniodawców.  Wszystkie  te  tajemnice  wydawały  się  Brbrie 
pozbawione  sensu.  Co  mogli  zdziałać  przeciwko  całemu  obozowi  handlarzy 
niewolników? Kto  w ogóle  wymyślił tę błyskotliwą strategię? Po  chwili  zbeształa  samą 
siebie  -  przyłączenie  się  do  najemników  w  rodzaju  Czerwonych  KsięŜyców  po  to,  by 
odnaleźć rodziców, teŜ nie było specjalnie błyskotliwą strategią. 

Tygrysie Oko nadal wymyślał Leksowi Kempo. 
-  Nie  zabrałem  jej  tutaj,  Ŝeby  ci  dostarczyć  rozrywki.  Zajmij  się  lepiej 

pilotowaniem tej kupy złomu, jeśli nie masz nic przeciwko temu. 

W przeciwieństwie do Sully’ego Tygrysie Oko, który wyglądał wprawdzie na osiłka, 

ale  przejawiał  niespodziewaną  troskę  o  innych,  „Szalony  Vornskr”  Kempo  sprawiał 
wraŜenie,  jakby  właśnie  wypadł  z  wyjątkowo  ponurego  sensacyjnego  holofilmu. 
Utrzymywał,  Ŝe  słuŜył  w  ponad  dwunastu  róŜnych  prywatnych  armiach  i  oddziałach 
ochrony, a nawet przez krótki czas jako zwiadowca w Armii Imperialnej, na dowód czego 
nosił przerobioną  zbroją  imperialnego  zwiadowcy.  Lśniąca  biel  elementów  zbroi  została 
starannie zmatowiona i pomalowana w barwne plamy, zapewniające idealny kamuflaŜ w 
dŜungli  Gabredoru.  Liczne  dodatkowe  kabury  i  kieszenie  kryły  cały  arsenał  ostrzy  do 
ciskania,  gotowych  do  strzału  miotaczy,  zapasowych  ogniw  energetycznych,  pakietów 
medycznych, rac i innego niezbędnego wyposaŜenia. Z krótko przystrzyŜonymi włosami, 
wąską blizną od blastera na prawym policzku i szarymi oczami, Kempo zachowywał się 
jak  budzący  postrach  chodzący  arsenał,  którym  wydawał  się  być.  Mimo  wszystko 
Tygrysie Oko dotknął chyba czułego punktu. Gdy statek zatrząsł się kolejny raz, Kempo 
przeszedł do defensywy. 

- Po prostu staram się wprowadzić naszego lekarza polowego w meandry psychiki 

najemnika, nieustraszony wodzu! 

Brixie natychmiast  wyczuła, Ŝe Tygrysie Oko po prostu nie znosi tego przezwiska. 

Trunsk  odrócił  się  do  Kempo  i  spojrzał  na  niego  wyjątkowo  nieprzyjaznym  wzrokiem. 
Trunskowie nigdy nie słynęli z serdeczności, zwłaszcza w warunkach silnego stresu. 

- Czy moglibyście łaskawie przestać gadać? - odezwał się jękliwie czwarty członek 

druŜyny.  Ze  wszystkich  istot  uwaŜających  się  za  członków  Czerwonych  KsięŜyców 
Hugo Cutter był ostatnią osobą, o której Brixie pomyślałaby, Ŝe moŜe być najemnikiem. 
Uciekinierem  ze  szpitala  dla  nerwowo  chorych  -  to  prędzej,  ale  Ŝołnierzem?  Włosy 
Cuttera  były  równie  dzikie  i  nieprzewidywalne  jak  spojrzenia,  które  rzucał  wokół.  Przed 
rozpoczęciem  misji  Lex  Kempo  wspomniał,  Ŝe  Hugo  Cutter  studiował  kiedyś  w 
prestiŜowej  Imperialnej  Akademii  Technicznej,  skąd  jednak  szybko  wyleciał,  gdy 
okazało się, Ŝe o wiele bardziej lubi wysadzać róŜne rzeczy w powietrze niŜ składać je do 
kupy.  Z  drugiej  strony  jednak,  Kempo  miał  skłonności  do  przesady.  Zwłaszcza  gdy 
mówił o sobie. 

Opowieści z Imperium 

134 

Statek  ponownie  dał  nura.  Siedzący  obok  Brixie  Cutter  gwałtownie  zaczerpnął 

powietrza. Wyciągnęła rękę, by go uspokoić. Reakcją Cuttera było gwałtowne zaciśnięcie 
palców na i tak kurczowo juŜ ściskanym tornistrze, który trzymał na kolanach. 

- Nie dotykaj mnie! 
- Przepraszam - wyjąkała słowa przeprosin. - Myślałam tylko, Ŝe... 
-  śe  co?  -  zaczął  się  śmiać  histerycznie.  -  śe  mógłbym  potrzebować  pomocy  od 

kogoś takiego jak ty? 

- Daj spokój - mruknął Kempo z krzywym uśmiechem. 
-  Cisza!  Zamknijcie  się  wszyscy!  -  ostrzegł  ich  Tygrysie  Oko,  zaglądając  do 

kieszonkowego podręcznika nawigacyjnego, który nosił w specjalnej kieszeni jako część 
wyposaŜenia  bojowego.  Spojrzał  na  Cuftera.  -  Zwłaszcza  ty.  Przestań  się  wiercić.  Za 
chwilę będziemy na dole. 

Nerwowe  zachowanie  Cuttera  wystawiało  na  próbę  nawet  jego  cierpliwość. 

Kolejny wstrząs targnął statkiem. Cutter zacisnął powieki. 

- Wiecie, Ŝe nie cierpię lądowań! 
-  Wyluzuj  się.  Ściśnij  te  zgrabne  ładunki  jeszcze  trochę  mocniej,  a  wysadzisz  nas 

wszystkich w powietrze. 

-  Bardzo  wątpliwe.  -  Frachtowiec  pikował  ostro  przez  gęstniejącą  atmosferę 

Gabredoru  III.  Cutter  przełknął  ślinę.  -  śeby  zdetonować  zogniskowane  ładunki 
mezonowe, potrzebny jest detonator o potrójnej częstotliwości. 

- Zapamiętam to sobie - warknął kudłaty Trunsk, patrząc na Kempo. - Ile jeszcze, 

zanim dotrzemy do punktu przyziemienia? 

Kempo  sprawdził  odczyty  z  komputera  nawigacyjnego,  przelatujące  przez  ekran 

zbyt szybko, by Brixie była w stanie je pojąć. 

-  Jeszcze  parę  minut.  Maskowanie  jak  na  razie  działa.  Patrol  Z-95  tam  na  górze 

nawet nie powąchał śladów po naszym przelocie. 

- Poczuję się lepiej, kiedy wylądujemy. Brixie, przygotuj swój ekwipunek. 
-  Tak  jest  -  rzuciła  krótko  i  zaczęła  wyplątywać  się  z  uprzęŜy  pasów 

bezpieczeństwa. 

Nagle  silniki  frachtowca  zamilkły,  a  statek  runął  w  kierunku  ziemi.  Wstrząs  rzucił 

Brixie prosto na jęczącego Cuttera, którego jej nagła bliskość dosłownie poraziła. Kempo 
szarpał dźwigniami sterów.  Stając  z  powrotem  na  nogi,  Brixie  starała  się  nie  patrzeć  na 
Cuttera. 

- Co to było? - zapytał Tygrysie Oko. 
Kempo  potrząsnął  głową.  Jedyne,  co  mu  zaprzątało  teraz  głowę,  to  odzyskanie 

kontroli nad frachtowcem. Czerwone lampki rozbłysły na panelu kontroli pracy silników. 
Rozdzwoniły  się  sygnały  alarmowe,  tygrysie  Oko  rzucił  się  do  przełączników  -  silniki 
manewrowe na prawej burcie nie reagowały. Kempo zaklął przez zaciśnięte zęby. 

- Skąd zaopatrzenie wygrzebało tę pordzewiałą koreliańską konserwę? Widziałem 

lepsze wraki na złomowisku! 

- Dasz radę wylądować? 
Kempo odwrócił głowę i spojrzał prosto w oczy dowódcy. 
- Chcesz uczciwej odpowiedzi? 

background image

Peter Schweighoffer 

135 

Brixie  widziała,  Ŝe  tym  razem  Kempo  nie  Ŝartuje.  Wszystkie  systemy  statku 

odmawiały posłuszeństwa. Obok słyszała pochlipującego Cuttera. Ale twardziel! 

Tygrysie Oko rozpiął pasy. 
- Wszyscy do kapsuły ratunkowej! To nie ćwiczenia! 
Wstali  z  foteli,  łapiąc  sprzęt  i  prowiant  w  kolejności  przewidzianej  na  wypadek 

awarii,  i  wrzucili  wszystko  do  kapsuły.  Brixie  zerknęła  z  zaciekawieniem  na  Leksa 
Kempo.  Koreliański  tropiciel  stał  przed  tablicą  kontrolną  spadającego  frachtowca, 
wykonując dziwaczne gesty złoŜonymi dłońmi. MoŜe to jakiś rytuał, znany tylko takim 
łazęgom  przestrzeni  i  ich  statkom,  pomyślała.  Ostatnią  rzeczą,  jaką  zobaczyła,  zanim 
zgasły światła w kabinie, był rzucony jej jak zwykle zawadiacki uśmieszek. 

- Mam nadzieję, Ŝe zaciągnęłaś się na długo, Lady Brix. Od teraz moŜe być tylko 

jeszcze ciekawiej. 

 
-  Wiesz  -  odezwał  się  Hugo  Cutter.  -  Gdybyś  był  Hanem  Solo,  albo  Wedge’em 

Antillesem, albo jednym z setki innych pilotów, których znam, nie byłoby nas tutaj. 

-  Zamknij  się  -  warknął  Lex  Kempo.  -  Jakoś  nie  widziałem,  Ŝebyś  pomagał  nam 

wylądować. Grupa uderzeniowa Czerwonych KsięŜyców dyndała w kapsule złapanej w 
pułapkę grubego sklepienia korony drzew gabredorskiej dŜungli. 

-  Czy  pomogłoby  coś,  gdybym  zrobiła  tak?  -  głos  Brixie  doszedł z głębi kapsuły. 

Klapa  pomocniczego  włazu  odpadła,  tnąc  pędy  i  gałęzie  podtrzymujące  kapsułę,  która 
spadła  czterdzieści  metrów  niŜej  i  wylądowała  na  grubym  konarze  starego  bagiennego 
drzewa. 

Tygrysie Oko podrapał posiniaczoną głowę, gdy wypadli z kapsuły w błoto. 
- Nie - odparł. 
Kempo  pierwszy  podniósł  się  z  ziemi.  Szybko  skontrolował  swój  mały  przenośny 

arsenał. Zadowolony odwrócił się i zasalutował kpiąco. 

- Czerwone KsięŜyce wylądowały - zameldował Tygrysiemu Oku. 
- Dzięki za informację. Brixie? 
-  Tak?  -  Nowicjuszka  wstawała  powoli.  Wstąpiła  do  Czerwonych  KsięŜyców 

zaledwie dwa miesiące temu. Przeszła krótkie szkolenie w dalekiej bazie, razem z innymi 
rekrutami  niezadowolonymi  lub  rozczarowanymi  Nową  Republiką  i  jej  wysiłkami  w 
wyzwalaniu pozostałej części galaktyki. Jej rodzice, oboje pomedycynie, zajmowali się 
ratowaniem  Ŝycia,  zanim  zostali  siłą  wcieleni  do  słuŜby  wojskowej  imperialnej  frakcji 
znanej  jako  SprzysięŜenie  Pięciu  Gwiazd.  Brixie  zaciągnęła  się  do  Czerwonych 
KsięŜyców jako  technik  medyczny,  w  nadziei, Ŝe  uda jej siew jakiś sposób  połoŜyć  kres 
niewoli rodziców. 

Od  dłuŜszej  chwili  nie  mogła  sobie  poradzić  z  niedopasowanym  kaskiem,  który 

otrzymała z działu zaopatrzenia Czerwonych KsięŜyców. 

- Czy pociągnęłaś za dźwignię tego włazu? 
Przygryzła  dolną  wargę.  Były  na  świecie  gorsze  rzeczy  niŜ  gniew  Trunska.  Nie 

czując się zbyt pewnie, postanowiła poddać się losowi. 

- Tak jest, sir. 
- A co ci wcześniej mówiłem? Przewróciła oczami. 

Opowieści z Imperium 

136 

- Nie rób nic, dopóki ci nie powiem. 
Domyśliła  się,  Ŝe  nie  gniewa  się  na  nią,  kiedy  zerwał  jej  z  głowy  kask  i  zaczął 

poprawiać wewnętrzne paski mocujące. Po chwili kask pasował jak ulał. 

- A teraz uwaŜaj i trzymaj się blisko mnie. 
- Tak jest, sir! 
- I przestań się wygłupiać z tym „sir”. 
- Tak jest... - ugryzła się w język i wróciła do wyładunku kapsuły. 
- Bardzo przepraszam. - Kempo przeciągnął się. i pomasował obolały krzyŜ- Wiesz, 

jak nie znoszę ci przeszkadzać w szkoleniu naszych oddziałów, ale... 

Ta uwaga zdołała w końcu zirytować nawet Tygrysie Oko. 
- O co ci chodzi, Kempo? 
-  Czy  byłby  pan  łaskaw  skierować  mnie  w  stroną  tych  paskudników,  których 

mamy usmaŜyć, tak byśmy mogli w końcu wydostać się z tego uroczego kurortu? 

- Złe pytanie. To nie jest robota na wyszukanie i zniszczenie, jak ta ostatnia, którą 

sknociłeś  na  Dantooine.  Chodzi  o  wyszukanie  i  uwolnienie.  Oto  dane  naszych 
podopiecznych. 

Wręczył Kempowi elektroniczny notes. Na ekranie pojawiły się z profilu i en face 

twarze  dwojga  młodych  ludzi.  Tropiciel  zmarszczył  czoło.  Brixie  zajrzała  mu  przez 
ramię. 

-  Dzieciaki.  Mało  nie  potopiliśmy  się  na  tej  kuli  błota,  Ŝeby  uwolnić  dwoje 

szczeniaków?  -  Kempo  rzucił  notes  w  stronę  Tygrysiego  Oka.  -  Pułkownik  chyba 
zwariował. 

-  Hej!  -  odezwał  się  Cutter.  -  Mogę  przysiąc,  Ŝe  pułkownik  Stormcaller  jest 

ostatnią osobą w galaktyce o zdrowych zmysłach. 

- Czapki z głów! Król Piratów z Korelii przemówił. - Kempo splunął pogardliwie, 

mocując  wyrzutnie  granatów  pod  lufą  „udoskonalonej”  rusznicy  blasterowej, 
standardowego  uzbrojenia  imperialnych  szturmowców.  -  Więc  nasza  czwórka  ma 
wyrwać dwójkę szczeniaków z obozu łowców niewolników bez Ŝadnego statku, którym 
moglibyśmy wrócić. Wygląda na to, Ŝe to początek kolejnej słynnej akcji Czerwonych 
KsięŜyców. 

- Kim oni są? I dlaczego są tacy waŜni? - Brixie juŜ miała dodać „sir”, ale udało 

jej się powstrzymać. 

-  Nic  ci  do  tego  -  odpowiedział  Kempo,  kręcąc  pistoletem  DL-18  wokół  palca 

wskazującego. - Nasza robota nie polega na zadawaniu  pytań.  Od  tego  są  dyplomaci  i 
poborcy podatkowi. Nam płacą za rozwiązywanie problemów, które tamci powodują. I 
chcę, Ŝebyś wiedział, Trunsk, iŜ mam zamiar nieźle się obłowić za tą małą wycieczkę. 

Tygrysie Oko popatrzył na niego zimno i wręczył notes Brixie. 
- Obejrzyjcie ich sobie dobrze. Musimy ich wydostać Ŝywych. Całych i zdrowych. 
-  Ale  przecieŜ  nie  mamy  statku.  Czy  nie  powinniśmy  poczekać  na  ekipę 

ratunkową? - spytała Brixie. 

- Jesteś technikiem  medycznym, tak? - Tygrysie Oko popatrzył na  nią  wzrokiem 

twardym jak dynaszkło. - Czy mamy rannych? 

background image

Peter Schweighoffer 

137 

Spojrzała  na  Kempo  i  pozbawioną  wyrazu  twarz  Hugo  Cuttera.  Więc  to  jest 

właśnie  Ŝycie  najemników,  pomyślała  ponuro.  Ślepe  wykonywanie  rozkazów. 
Czołganie  się  po  bezlitosnym  świecie,  wśród  wrogów  czających  się  wszędzie  dokoła. 
ś

adnych posiłków. śadnej pomocy. śadnych skrupułów. Powoli potrząsnęła głową. 

Nad  koronami  drzew  rozległ  się  warkot  silników  myśliwca.  Po  pełnej  napięcia 

chwili  ucichł.  W  gęstym  listowiu  znowu  odezwały  się  nawoływania  i  piski  leśnych 
stworzeń. Kempo nachmurzył się. 

- Znaleźli wrak. Lepiej stąd chodźmy. 
Tygrysie Oko zgodził się bez słowa sprzeciwu. 
- Mogę wyznaczyć namiary i nowy kurs do obozu łowców niewolników. Kempo, 

ty  idziesz  z  przodu,  ja  wezmę  tyły.  Upewnijcie  się,  Ŝe  macie  pakiety  przeŜycia  i  środki 
owadobójcze. Łowcy nie bez powodu wybrali tę omszałą skałę. Chodzi pewnie o to, Ŝe te 
porośnięte dŜunglą planety potrafią być wręcz zabójcze. W porządku. Ruszamy! 

 
Naczelnik  obozu  niewolników  Greezim  Trentacal  rozparł  się  wygodnie  w  fotelu 

na  pokładzie  transportowca  „Kochanka  Atrona”  i  wachlował  twarz  kunsztownie 
zdobioną  skórą  dzikiego  lexiausa.  Mroczne  kabiny  wielkiego  frachtowca  były  pełne 
ozdób i błyskotek z setek rozmaitych światów. Trentacal westchnął i oparł nalaną twarz 
na zgiętych  w łokciach rękach. Gibka, skąpo odziana dziewczyna poruszała się  wokół 
niego  ruchami  tak  lekkimi  jak  rozchodząca  się  w  powietrzu  koronka  zapachów 
przyprawy. Gestem zaproponowała Greezimowi szklankę wina. Odprawił ją machnięciem 
ręki i spojrzał na ukrywający się mroku cień. 

-  Ile  to  jeszcze  potrwa,  Vex?  Wiesz,  jak  nie  cierpię  siedzieć  w  tej  malarycznej 

dŜungli. 

- Czekamy na jeszcze jeden ładunek niewolników z ostatniej ekspedycji  w  pobliŜu 

Pierścienia. Jutro przed świtem statek powinien być pełen. 

-  To  dobrze.  -  Trentacal  ziewnął.  Szczegóły.  Nieistotne  drobiazgi.  Niewolnicy 

stłoczeni w ładowniach jego statku to drobnica w porównaniu z kredytami, które mógłby 
zarabiać.  To  był  jeden  z  problemów,  jakich  nastręczały  interesy  ze  SprzysięŜeniem 
Pięciu Gwiazd. 

Twierdzenie, Ŝe SprzysięŜenie Pięciu Gwiazd to tylko jedna z wielu wojskowych 

frakcji  dawnego  Imperium,  byłoby  z  gruntu  głupie.  SprzysięŜenie  uwaŜało  się  za  ni 
mniej, ni więcej, tylko za odrodzone Imperium. Przywódca SprzysięŜenia, Wielki Moffe 
o  imieniu  Ardus  Kaine,  zignorował  próby  konsolidacji  sił  Imperialnych  podejmowane 
przez  Wielkiego  Admirała  Thrawna,  cierpliwie  czekając,  aŜ  będzie  w  stanie  podjąć 
własną kampanię przeciwko Nowej Republice. 

W  przeciwieństwie  do  pozostałych  odłamów  sił  militarnych  Imperium, 

SprzysięŜenie  było  doskonale  zorganizowane  i  wyposaŜone  dzięki  korporacjom  - 
potęŜnym  przedsiębiorstwom  sprzymierzonym  niegdyś  z  Imperium.  Od  kiedy  jeden  z 
takich  koncernów,  a  konkretnie  Konsorcjum  PowerOn  z  Cantras  Gola,  potajemnie 
zagroziło secesją i przejściem na stronę Nowej Republiki, SprzysięŜenie Pięciu Gwiazd 
robiło  wszystko,  Ŝeby  do  tego  nie  dopuścić.  Zwróciło  się  zatem  do  Gildii  Łowców 
Niewolników z Karazak, by ta pomogła rozwiązać problem Nowej Republiki. 

Opowieści z Imperium 

138 

CóŜ za ironia, zastanawiał się Trentacal, Ŝe dzieci ambasadora Cantras Gola zostały 

porwane przez jego łowców. Wiadomość zostawiona przez porywaczy była całkiem jasna. 
Dzieci  będą  Ŝyły  dopóty,  dopóki  ambasador  powstrzyma  się  od  dalszych  rozmów  z 
Nową  Republiką.  Przerwa  w  rozmowach  potrwa  dostatecznie  długo,  by  agenci 
SprzysięŜenia  zerwali  wszelkie stosunki pomiędzy  Cantras Gola  a Nową  Republiką. W 
rezultacie  Cantras  Gola  pozostanie  lojalna  wobec  SprzysięŜenia  Pięciu  Gwiazd,  a 
karazacka  Gildia  Łowców  Niewolników  będzie  mogła  kontynuować  działalność  na 
Gabredorze III bez przeszkód. 

Taki  sposób  załatwiania  interesów  miał  pewne  korzyści  -  Trentacal  zdecydował 

się zatrzymać dzieci jako wynagrodzenie za swoją pracę. SprzysięŜenie nie  miało  w  tej 
sprawie zdecydowanego zdania; samego ambasadora miał wkrótce spotkać nieszczęśliwy 
wypadek, po którym zastąpiłby go zaufany człowiek SprzysięŜenia. 

Trentacal  spojrzał  na  dzieci,  przykute  do  ścian  kabiny  i  pogratulował  sobie 

wspaniałego  nabytku. Jednak  wszystko  ma  swoją cenę. Zastanawiał się, jaką cenę będzie 
musiał zapłacić za zatrzymanie tej dwójki. 

Przywołał gestem niewolnicę i wziął szklanicę wina z jej delikatnych rąk. Grubymi 

paluchami  pogładził  niewolnicę  po  policzku.  Dziewczyna,  niema  od  urodzenia,  była 
jednym  z  pierwszych  niewolników,  jakich  zatrzymał  dla  siebie.  Ujął  ją  za  brodę  i 
skierował jej twarz w stronę dwójki wystraszonych więźniów. 

- Niedługo będziesz ich kształcić w trudnej sztuce dogadzania mi. 
Cień  wystąpił  krok  do  przodu,  ledwie  widoczny  w  mroku  kajuty.  Trentacal 

przyglądał  się  sylwetce  swego  ochroniarza  i  zausznika.  Krępe  ciało  Veksa  z  rasy  Defel 
było  porośnięte  czarnym  kędzierzawym  futrem.  Z  lekko  pochyloną  głową  uwaŜnie 
nasłuchiwał  meldunków  napływających  przez  trzymany  przy  uchu  komunikator.  Dla 
Trentacala  meldunki  te  brzmiały  jak  ledwie  odróŜnialny  szum  zakłóceń.  Za  oknem, 
otoczona  gęstą  gabredorską  dŜunglą,  majaczyła  polana,  na  której  znajdował  się  obóz, 
chroniony  przez  wieŜe  straŜnicze  uzbrojone  w  cięŜkie  powtarzalne  miotacze.  Po  obu 
stronach  frachtowca  zbiry  z  Karazak  zapędzały  do  ładowni  statku  nieprzerwany 
strumień  niewolników.  Cudownie  sprawna  operacja,  pogratulował  sobie  Trentacal.  W 
końcu to on był tu szefem. 

- Co się dzieje, Vex? - zapytał. 
Defelanin  był  odpowiedzialny  nie  tylko  za  bezpieczeństwo  szefa,  ale  za  całość 

jego  operacji  na  Gabredorze  III.  Kiedy  stawał  w  obronie  swego  pana,  niewielu 
przeŜywało, by móc opowiedzieć, jak straszny jest jego gniew. 

Vex wyłączył komunikator i odwrócił się lekko. Starał się nie patrzeć na światło, w 

którym skąpany był jego pan. 

-  Jeden  z  patroli  Z-95  natknął  się  kawałek  stąd  na  wrak  lekkiego  frachtowca. 

Statek podchodził nisko i szybko, stosując jakiś rodzaj zagłuszania, by umknąć naszym 
czujnikom  długodystansowym  i  patrolom.  Kimkolwiek  byli,  nie  chcieli  zwracać  na 
siebie uwagi. 

- Czy to statek Nowej Republiki? - zapytał Trentacal, nagle zaniepokojony. 
Szparki  oczu  w  twarzy  podobnej  do  trupiej  maski  zwęziły  się,  gdy  Defelanin 

tłumaczył: 

background image

Peter Schweighoffer 

139 

- Nie sądzę. Nie ryzykowaliby wchodzenia tak głęboko na terytorium SprzysięŜenia. To 

by oznaczało otwartą wojnę, a wojny Nowa Republika nie chce ryzykować. Jedyny sposób, 
by się dowiedzieć, to przesłuchać rozbitków. Nie znaleźliśmy jednak przy szczątkach statku 
głównej kapsuły ratunkowej. Moi tropiciele nadal jej szukają. 

Trentacal  walnął  pięścią  w  podłokietnik  swego  okazałego  fotela.  PrzeraŜona 

słuŜąca odskoczyła do tyłu. 

-  A  więc  to  musi  być  SprzysięŜenie.  Oszukali  nas!  Defelanin  powoli  pokręcił 

kędzierzawą głową. 

-  Nie  przypuszczam,  by  to  było  SprzysięŜenie,  panie.  Mają  ogromne  zasoby.  Nie 

muszą  się bawić  w  wysyłanie  małych  grup  uderzeniowych.  Gdyby chcieli,  mogliby nas 
zaatakować krąŜownikiem klasy „Enforcer” albo czymś podobnym. 

- Więc kto? 
Oczy Veksa zwróciły się w stronę odległej ściany i przykutych do niej milczących 

postaci.  Handlarz  niewolników,  zrozumiał  w  ułamku  sekundy.  Kimkolwiek  byli  intruzi, 
przybyli o nich. 

- Vex, chyba powinieneś włączyć barierę ochronną. 
- JuŜ to zrobiłem, panie. 
 
Zabierz ze mnie to świństwo! - Lex Kempo, najemnik nad najemnikami, skamlał jak 

cielak  banthy,  próbując  zerwać  wieloramiennego  oślizgłego  stwora,  który  spadł  mu  na 
głowę. Brbcie robiła, co mogła, usiłując odpędzić stworzenie wibronoŜem. Sully Tygrysie 
Oko tylko im się przyglądał. W innych okolicznościach nawet by go to bawiło. 

- Zdejmij to z niego, Brixie. - Trunsk wyciągnął z pochwy wibrotopór bojowy. 
- PrzecieŜ próbuję! 
-  Czy  moglibyśmy  juŜ  wracać  do  domu?  -  wymamrotał  Hugo,  przysiadając  na 

zwalonym pniu, zmęczony i zdenerwowany. 

- Przykro mi, Ŝe się z nami nudzisz - burknął Kempo. Trzymał atakujące go zwierzą 

obiema rękami i ciągnął z całych sił. Nagle stwór zamachnął się wyrostkiem ogonowym 
i strzyknął mu w twarz obłok pyłu. Kaszląc i kichając odruchowo, Kempo pchnął Brixie 
w krzaki. Cutter zaśmiał się. 

Tygrysie Oko przeklął szpetnie. Jego cierpliwość się wyczerpała. 
-  Wystarczy  tego  dobrego!  Koniec  lekcji  egzobiologii!  Złapał  stwora  za 

wyciągnięty  ogon  i  zakręcił  nim.  Wibrotopór  odciął  machający  na  wszystkie  strony 
wyrostek.  Trysnęła  z  niego  zielonkawa  ciecz,  oblewając  wszystkich.  Zwierzę  puściło 
głowę Kempa i spadło, zdychając u ich stóp. 

Brixie  natychmiast  otworzyła  pakiet  medyczny.  Obejrzała  głowę  jęczącego 

tropiciela,  szukając  znaków  po  ukąszeniu  lub  innych  ran.  Szybki  test  krwi  stworzenia 
ujawnił, Ŝe nie było niebezpieczne dla zdrowia. Niestety, nic nie była w stanie poradzić 
na upadające morale grupy. Przedzierali się przez dŜunglę juŜ prawie cały dzień. Nerwy 
mieli napięte jak superczułe zapalniki. 

-  Czuję  się  jak  robot  z  kompletnie  poplątanymi  receptorami  i  skrzeczącym 

serwomotorem. Dzięki, mała. - Kempo przetarł twarz wilgotną chusteczką, którą podała 
mu Brixie. - Co to było? 

Opowieści z Imperium 

140 

Tygrysie Oko zastanawiał się przez chwilę. 
-  Nie  wiem, ale  miałeś szczęście, Ŝe  nie było trujące. Proponuję, Ŝebyś następnym 

razem, gdy usłyszysz jakiś hałas, patrzył nie tylko na boki, ale i do góry. 

Kempo  nie  odpowiedział,  delikatnie  obmacywał  rosnące  obrzmienie  na  czole. 

Cutter nie przestawał chichotać. 

Tygrysie Oko skierował swój gniew na eksperta od pirotechniki. 
- Nie przypominam sobie, Ŝebym dawał rozkaz do odpoczynku, Hugo. 
-  No  cóŜ,  chłopcy,  wyglądaliście  na  tak  zajętych  zabawą  z  tym  zwierzakiem,  Ŝe 

nie chciałem wam przeszkadzać. 

-  Nie  mamy  czasu.  Zrób  krótki  rekonesans  i  upewnij  się,  Ŝe  nie  czeka  nas  więcej 

niespodzianek. 

Rozczochrany inŜynier wskazał palcem we własną pierś, zaskoczony. 
- Ja mam być... zwiadowcą? Sully, przecieŜ wiesz, Ŝe to nie moja działka. Ja jestem 

od  rozwalania  rzeczy  na  maciupeńkie  kawałeczki.  Wszyscy  w  jednostce  twierdzą,  Ŝe 
kiepski ze mnie zwiadowca. 

- Potraktuj to jako Ŝyciową lekcje.. Brixie musi opatrzeć Kempa. Ktoś powinien nad 

nią czuwać. 

Hugo  wstał  gniewnie,  pobrzękując  ładunkami  wypełniającymi  tornister.  Wyjął  z 

kabury blaster. 

- Dobra, a kto będzie czuwać nade mną? 
- Dosyć tego narzekania. Ruszaj! 
Hugo  przestąpił  powalony  pień,  na  którym  wcześniej  siedział  i  odszedł,  nie 

przestając  głośno  marudzić.  Tygrysie  Oko  potrząsnął  siwiejącą  głową.  Wyjął  mapę  i 
ustalił  współrzędne  miejsca,  w którym przystanęli, porównując je z koordynatami obozu 
handlarzy  niewolników.  Wkrótce  powinni  dotrzeć  do  ich  bariery  ochronnej.  Uniósł 
wzrok  na  Brixie,  która  właśnie  smarowała  maścią  obrzmiałą  pręgę  na  głowie  Kempa,  i 
napotkał jej spojrzenie. 

- Masz jakiś problem? 
- Nie, tak się tylko zastanawiałam... - zająknęła się. - Wszyscy cały czas kłócicie się 

i przeklinacie. Nie zachowujecie się jak najemnicy, których dotąd widziałam. No wiesz... 
zawodowcy. 

Przerwała,  przekonana,  Ŝe  ich  obraziła.  Ale  Kempo  wybuchnął  śmiechem.  Ku  jej 

zdziwieniu, nawet Tygrysie Oko nie wyglądał na uraŜonego. 

-  Naoglądałeś  się  za  duŜo  sensacyjnych  historyjek  na  holo,  Brixie.  Nie  wszyscy 

udajemy wzorowych najemników, jak Kempo. 

- Kto tu mówi o udawaniu? - przerwał mu zwiadowca. - Nie daj się zwieść naszym 

potyczkom, mała. Znamy się od bardzo dawna. Dostatecznie długo, Ŝeby się nienawidzić 
od serca, a jednocześnie być najlepszymi kumplami. 

- Hugo jest twoim najlepszym przyjacielem? - Brixie wyglądała na zdezorientowaną. 

- Nie zachowujecie się jak przyjaciele. 

Tygrysie oko wydął wargi. 

background image

Peter Schweighoffer 

141 

- KaŜdy w tym towarzystwie, to znaczy kaŜdy w Czerwonych KsięŜycach, ma jakaś 

historię. Weźmy na przykład twoich rodziców. Nie podoba ci się sposób, w jaki traktuje ich 
SprzysięŜenie, prawda? 

-  SprzysięŜenie  zabrało  moich  rodziców  z  kliniki  i  silą  wcieliło  do  wojska  jako 

chirurgów polowych. To prawie tak, jakby ich uwięziło. Po prostu chciałabym ich mieć 
z powrotem. 

- Rodzice Cuttera naleŜeli do imperialnej arystokracji. Za czasów Imperium Hugo 

mieszkał  na  planecie  pewnej  korporacji.  Rodzice  próbowali  wszystkiego,  Ŝeby 
zachować  nad  nim  kontrolą,  łącznie  z  uwięzieniem  go.  Ja  z  kolei  byłem  kiedyś 
traktowany jak zwierzę. Wiem, jak to jest, kiedy się jest zamkniętym. Gdy prowadzisz 
takie Ŝycie, potrzebujesz czasem kogoś, kto by się tobą zajmował. Hugo troszczy się o 
mnie, tak jak ja o niego. 

Kempo wstał i podał jej maść. 
-  Pamiętaj,  mała,  pierwsza  zasada  Ŝołnierza  to  nie  dać  się  zwieść  pozorom. 

Tygrysie  Oko  nie  wybrał  nas  do  tego  zespołu  dla  naszych  pięknych  oczu.  Ma  więcej 
doświadczenia  bojowego  w  najmniejszym  pazurze  u  nogi  niŜ  większość  imperialnych 
generałów. A Hugo potrafi wprawić maszynę kroczącą AT-ST w pląsawicę za pomocą 
kombinerek i zwykłego detonatora termicznego. Do mnie naleŜy, byśmy się wydostali 
stąd Ŝywi i mogli się później chwalić tą historyjką. A gdybyśmy się rozpadli na kawałki, 
ty,  Lady  Brix,  masz  poskładać  nas  do  kupy,  Ŝebyśmy  mogli  odebrać  wypłatę,  kiedy 
będzie po wszystkim. 

Brixie poczuła zakłopotanie. To, co omyłkowo wzięła za otwartą wrogość między 

trzema  weteranami,  było  po  prostu  ich  sposobem  na  radzenie  sobie  z  kolejną  sytuacją 
bez wyjścia. 

Nad powalonym pniem ukazała się nagle głowa Hugo Cuttera. 
-  Przepraszam  bardzo,  nie  chciałbym  przeszkadzać  w  plotkowaniu  na  mój  temat, 

ale wydaje mi się, Ŝe coś znalazłem. 

 
Z daleka maszt czujników wyglądał jak chromowana metalowa kula nasadzona na 

czubek  słupa  nieco  wyŜszego  niŜ  otaczająca  roślinność.  Inne,  identyczne  wyrastały  z 
kaŜdej  strony  w  odległości  mniej  więcej  dwudziestu  metrów.  Zatrzymali  się  jakieś 
trzydzieści metrów od tego dziwacznie wyglądającego ogrodzenia sensorowego. 

-  Wygląda  na  to,  Ŝe  znaleźliśmy  ich  barierę  ochronną  -  mruknął  Kempo  do 

Tygrysiego  Oka  przyciszonym  głosem,  by  nie  uaktywnić  ewentualnych  odbiorników 
akustycznych. Tui za nimi czekali niespokojni Cutter i Brixie. 

-  Albo  juŜ  dawno  przekroczyliśmy  zakopaną  linie,  zewnętrzną.  -  Tygrysie  Oko 

skontrolował  instrumenty  pomiarowe.  Mimo  wyraŜonej  przed  chwilą  obawy 
prawdopodobieństwo, Ŝe faktycznie tak się stało, było niewielkie. Wszechobecna wilgoć i 
miejscowe  formy  Ŝycia  szybko  rozprawiłyby  się  z  wszelkimi  obiektami  z  metalu  lub 
skomplikowanym  okablowaniem  zagrzebanym  w  ziemi.  Obejrzał  się  do  tyłu.  -  W 
porządku, Hugo. Twoja kolej. 

Opowieści z Imperium 

142 

Cutter  zdjął  kurtkę  i  wyrzucił  na  nią  całą  zawartość  swojej  pełnej  skarbów  torby. 

Ładunki, popsute notesy komputerowe, granaty, części zamienne od robotów, kawałki c-
płytek i chipy rozsypały się na materiał. Kempo przyglądał się tym akcesoriom z pogardą. 

- Nosisz ze sobą tyle śmieci, Ŝe mógłbyś zostać dostawcą Imperialnego Instytutu 

Automatyki. 

-  Daj  mi  spokój  -  burknął  Cutter,  zabierając  się do pracy.  Brixie  przyglądała  mu 

się z zainteresowaniem, podczas gdy 

Kempo  i  Tygrysie  Oko  stanęli  na  warcie  w  pobliŜu.  Nawet  nie  zauwaŜyła,  jak 

awansowała  na  pomocnika  Cuttera,  który  co  chwilę  prosił  jąo  podanie  tego  czy  innego 
narzędzia i wygrzebanie określonego elementu z kupki porozrzucanych fragmentów. W 
ciągu  kilku  minut  niezwykła  zbieranina  płytek  sensorów,  chipów  od  automatycznych 
próbników, skanerów i zagłuszaczy łączności zaczęła nabierać kształtu. 

- Czy to będzie działać? - zapytała. 
Cutter przerwał na chwilę pracę i usiadł, by podziwiać swoje dzieło. 
- Wyrzucili mnie z Imperialnej Akademii Technicznej. Śmiali się ze mnie. A ty jak 

sądzisz? Czy twoim zdaniem to wygląda na wytwór szaleńca? 

Brixie  przyjrzała  się  uwaŜnie  urządzeniu.  Cutter  patrzył  na  nią,  jakby  próbował 

wyczuć myśli przelatujące jej przez głowę. Skrzywił usta w uśmiechu. 

- Nie zawracaj sobie głowy odpowiedzią. 
Trzask w pobliskich zaroślach spowodował, Ŝe wszyscy zamilkli. 
- Padnij! - rzucił krótko Kemp. - Ktoś właśnie zapowiedział się z wizytą. 
Tygrysie  Oko  sięgnął  po  makrolornetkę.  Wpatrując  się  w  szlak,  którym  przyszli, 

czekał przez kilka długich chwil. Dostrzegł szybkie poruszenie i zogniskował lornetkę. 
Przeszukiwacz  pokazał  pokrytą  łuską  głowę  węszącą  grunt.  Powoli  przesuwając 
lornetkę,  złapał  w  końcu  w  zasięgu  sylwetkę  jeźdźca  w  kamuflującym  kombinezonie, 
dzięki któremu niemal idealnie wtapiał się w tło dŜungli. Jeździec w jednej dłoni ściskał 
długą  pikę,  a  drugą  badał  „dzwonek”  spreparowany  przez  Kempo  -  konar  drzewa 
przywiązany cienką linką w poprzek ścieŜki, którą przyszli. 

- Kto to? - spytał Kempo. 
- Wygląda na zwiadowcę - szepnął Tygrysie Oko. - Dosiada jakiegoś dwunoŜnego 

gada. 

Kempo przyjrzał się gościowi przez celownik rusznicy. 
- Widzę go. W pobliŜu moŜe być drugi - rzekł cicho. 
- Dragi nie sprawi  wielkiej róŜnicy. Wystarczy jeden, by ściągnąć nam na głowę 

cały obóz łowców niewolników. 

-  Mnie  taki  stosunek  sił  nie  robi  róŜnicy.  -  Kempo  odpiął  z  pleców  pochwę  i 

wręczył  Brixie  bardzo  ostrą  wibroszpadę,  której  ostrze  i  krawędzie  sczerniały  od 
wielokrotnego uŜycia w walce. 

- A to po co? - spytała. 
-  Teraz  dla  odmiany  ty  musisz  zatroszczyć  się  o  mnie.  Mam  juŜ  dość  pełzania  w 

błocie.  -  Kempo  ruszył  biegiem  między  drzewa.  -  Wy  rozwalcie  płot,  ą  ja  się  zajmę 
czarnymi charakterami! 

- Kempo! Nie wydałem rozkazu, Ŝebyś... - warknął Tygrysie Oko za tropicielem. 

background image

Peter Schweighoffer 

143 

Brixie i Cutter spojrzeli na dowódcę, nie wiedząc, co dalej robić. 
-  Na  co  czekacie?  Hugo,  rozbrajasz  barierę.  Brixie,  osłaniasz  go!  -  Ledwie  to 

powiedział, sam równieŜ zniknął w bujnej roślinności. 

 
Wypadłszy  spomiędzy  drzew,  Kempo  opadł  na  kolano  i  wystrzelił  z  rusznicy 

blasterowej w zwiadowcę. Nie trafił. 

Jeździec dźgnął piętami boki gadziego wierzchowca i zaatakował. Zęby zwierzęcia 

kłapnęły tuŜ nad głową Kempo, a ostre jak piła pazury próbowały rozplatać go na pół. 
Kempo przyjął atak na chronioną pancerzem zbroi pierś. Silą uderzenia zwaliła go z nóg 
i wytrąciła z rak rusznicę. 

Jeździec uniósł pikę i pochylił się nad Kempo, by uderzyć. Nie zdąŜył. Zza drzew 

wypadł  Sully  z  wibrotoporem  w  rękach.  Naparł  na  jeźdźca  i  gadzinę  i  zakręciwszy 
młynka wibrotoporem, rozciął grubą skórę zwierzęcia. Zraniony gad zawył i odskoczył, 
pociągając  za  sobą  jeźdźca.  Kempo  zdąŜył  chwycić  rusznicę  i  posłał  serię  za 
zwiadowcą.  Rozbłysk  energii  uderzył  zwiadowcę  prosto  w  plecy,  zabijając  go,  zanim 
zdołał paść na ziemię. Ryczące z bólu zwierzę, uwolnione od cięŜaru jeźdźca, zaczęło z 
głośnym trzaskiem przedzierać się przez gęstwinę liści. 

Tygrysie Oko zamachał wibrotoporem w stronę Kempa. 
-  Powinienem  pozwolić  temu  stworowi,  Ŝeby  cię  trochę  pokąsał.  MoŜe  to  by  cię 

czegoś nauczyło. 

- Szło mi doskonale, dopóki się nie pojawiłeś. 
-  Zgaduję,  Ŝe  po  prostu  wciągałeś  go  w  pułapkę  -  prychnął  Trunsk.  -  Sprawdź 

ciało. Jeśli mamy szczęście, moŜe nie zdąŜył nikogo zawiadomić. 

-  Nigdy  nie  mamy  szczęścia  -  odparował  Kempo,  pochylając  się  nad  trupem 

zwiadowcy. 

 
Hugo,  podniósł  sklecone  naprędce  urządzenie.  Brixie  przyglądała  się  z 

powątpiewaniem wynalazkowi i jego twórcy, który powoli ruszył w kierunku masztu z 
czujnikami, by poszukać odpowiedniego przełącznika. Nagle zatrzymał się. 

-  Co  się  stało?  -  zapytała  Brixie  półgłosem,  próbując  jednocześnie  patrzeć  na 

Cuttera i rozglądać się wokół. 

- Chodzi o typ tego masztu z czujnikami. 
Podszedł  jeszcze  o  krok  do  masztu.  Łącze  mocy  elektronicznego  notesu  zaczęło 

nagle  buczeć,  nieprzystosowane  do  napięcia  innych  komponentów  urządzenia.  Cutter 
spojrzał  na  wysoki  na  dwa  i  pół  metra  maszt.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  wyraz 
zrozumienia. Zatrzymał się, przełączając coś naprędce. 

- Teraz mi się przypomniało! 
- Co ci się przypomniało? - spytała Brixie. 
Urządzenie  zaczęło  głośno  popiskiwać.  Przed  oczami  Brixie  pojawił  się 

naprzemienny  wzór  świateł  emitowanych przez  maszt. Głośno  wciągnęła  powietrze,  gdy 
pewnie wyglądające podłoŜe przed ich stopami nagie zniknęło, odsłaniając rów wielkości 
ś

migacza towarowego. Na dnie odsłoniętej wyrwy w ziemi leŜały miny i inne materiały 

wybuchowe. Hugo uśmiechnął się z wyŜszością. 

Opowieści z Imperium 

144 

-  Pułapka  holograficzna.  Bardzo  podstępna.  I  bardzo  droga.  Ci  handlarze 

niewolników mają lepsze zabezpieczenia, niŜ myślałem. Widziałaś, jak ustawiłem emiter 
wielofazowy, Ŝeby wyłączyć hologram? 

Brixie  wpatrywała  siew  Cuttera  z  taką  uwagą,  Ŝe  niemal  nie  usłyszała  szelestu 

deptanych  liści  za  swoimi  plecami.  Odwróciła  się,  mocno  ściskając  w  dłoniach 
wibroszpadę  od  Kempa.  Drugi  zwiadowca  patrzył  na  nią  z  grzbietu  kolejnego  gada  z 
łakomym uśmieszkiem, jak drapieŜnik przed skokiem na ofiarę. PrzeraŜające dudnienie 
dobyło się z zębatej paszczy gada, gdy jeździec pochylił pikę, celując w gardło Brixie. 

 
- Eee, Hugo? - przełknęła ślinę. 
Kobiecy  krzyk  przeciął  powietrze  dŜungli  niczym  wypolerowane  ostrze 

wibrotopora,  który  nosił  Tygrysie  Oko.  Trunsk  zanurkował  w  zieleń,  z  powrotem  w 
kierunku bariery sensorycznej. 

Tygrysie  Oko  wpadł  na  polanę  dokładnie  w  tym  samym  momencie,  gdy  Lex 

Kempo skoczył z gałęzi drzewa prosto na zwiadowcę i jego gada. Zwierzę stanęło dęba, 
kiedy tropiciel rzucił na głowę jeźdźca znajomo wyglądające stworzenie. Zwiadowca, nie 
widząc nic poprzez śliskie macki stwora, zamachnął się dziko piką. 

Cała  scena  wyglądała  komicznie,  dopóki  jeździec  nie  pogonił  gada  pod  sobą, 

wbijając pięty w boki zwierzęcia. Wystrzał z cięŜkiego blastera Tygrysiego Oka powalił 
jeźdźca, ale zwierzę, którego dosiadał, nadal szarŜowało na Brixie. 

- Brixie! - ryknął Tygrysie Oko, rzucając się do przodu. Gad ucichł nagle i upadł 

obok przestraszonej dziewczyny. 

W  pokrytej  łuską  piersi  tkwiła  wbita  aŜ  po  rękojeść  wibroszpada  Kempa.  Gdy 

Tygrysie Oko dobiegi do Brixie, wyglądała raczej na wystraszoną niŜ ranną. 

- Nic ci nie jest? 
Przełknęła ślinę i przez chwilę zmagała się z własnym strachem. 
- Nie... nie, w porządku. 
Nawet  Cutter  wyglądał  na  oszołomionego,  przyglądając  się  gałęzi,  z  której 

zeskoczył Kempo. 

- A myślałem, Ŝe to ja jestem stuknięty - wymamrotał pod nosem, 
Kempo  podniósł  się  z  ziemi.  Brixie  patrzyła  na  niego  przez  chwilę,  próbując 

wymyślić  jakiś  sposób,  by  mu  podziękować  i  nie  popaść  zarazem  w  sentymentalizm. 
Tropiciel  wzruszył  ramionami  i  jak  gdyby  nigdy  nic  odwrócił  się  do  niej  plecami,  by 
sięgnąć po swą wibroszpadę. Potem podszedł do ciała martwego zwiadowcy i wyłączył 
jego  komunikator.  Brixie  szybko  zebrała  swój  pakiet  medyczny  i  sprzęt.  Nie  chciała 
patrzeć więcej na to miejsce. 

W  międzyczasie  Cutter  i  Tygrysie  Oko  zajęli  się  rozbrojonym  masztem  i 

odsłoniętą pułapką. 

-  Czy  moŜemy  to  jakoś  obejść?  -  Tygrysie  Oko  zamienił  wibrotopór  na 

identyfikator połoŜenia. 

Cutter triumfalnie podniósł swoje urządzenie. 
- śaden problem. Ci zbóje pewnie drapią się teraz po głowach, zastanawiając się, 

jak nam się to udało. 

background image

Peter Schweighoffer 

145 

- Jeśli wystarczy im czasu na zastanawianie - wtrącił Tygrysie Oko. - Mamy tylko 

jedno podejście. Karazaccy łowcy niewolników nie  są głupi. Gdy tylko zorientują się, 
Ŝ

e  przekroczyliśmy  ich  barierę  ochronną  zostawią  za  sobą  tylko  speców  od  mokrej 

roboty, Ŝeby nas wykończyli, a sami odlecą z planety, zabierając wszystko, co ma jakąś 
wartość - w tym nasze dzieciaki. 

-  Sully...  -  Brixie  przerzuciła  przez  ramię  pasek  pakietu  medycznego.  -  Zanim 

pójdziemy  dalej,  muszę  wiedzieć,  kim  są  te  dzieci.  Mógłbyś  nam  chociaŜ  powiedzieć, 
dlaczego ich Ŝycie jest waŜniejsze od naszego. 

-  Mała  ma  rację  -  rzucił  Kempo,  chowając  wibroszpadę  do  pochwy.  -  Dla  tych 

szczeniaków  z  pełną  świadomością  rzucam  się  głową  w  dół  z  całkowicie  przyzwoitego 
drzewa. Coś nam się w końcu naleŜy. 

Tygrysie Oko westchnął. 
- To dzieci ambasadora Cantras Gola. 
- Cantras Gola to planeta korporacyjna. - Brixie poczuła, Ŝe rośnie w niej gniew. - 

Planeta SprzysięŜenia. Co w tym takiego waŜnego? 

-  Wszystko  -  odparł  Tygrysie  Oko.  -  Kempo  ma  racją,  Brixie.  Jesteśmy 

Ŝ

ołnierzami.  Nie  zadajemy  pytań.  Dostarczamy  odpowiedzi.  Jeśli  cała  planeta  chce 

przejść  na  stronę.  Nowej  Republiki,  która  nie  jest  gotowa  na  otwartą  konfrontację  ze 
SprzysięŜeniem  Pięciu  Gwiazd,  wtedy  ktoś  inny  musi  wkroczyć  do  akcji.  Ten  ktoś  to 
my. 

- Myślałam, Ŝe Czerwone KsięŜyce zerwały z Nową Republiką, bo Republika robi 

za mało! A teraz okazuje się, Ŝe walczymy za nich! 

-  Pomoc  w  przyłączeniu  Cantras  Gola  do  Nowej  Republiki  kaŜdemu  przyniesie 

korzyści.  Czy  ci  się  to  podoba,  czy  nie,  te  dzieci  mają  wrócić  Ŝywe  do  ambasadora 
Cantras  Gola.  Musimy  opanować  statek  łowców  niewolników,  zanim  stąd  odleci.  To 
jedyny sposób, by uratować dzieciaki i wydostać się z tej planety. Czy są jeszcze jakieś 
pytania? 

Popatrzyli  na  siebie  wszyscy  czworo.  Słaba  woń  ozonu  z  blasterowej  strzelaniny 

nadal unosiła się w powietrzu wokół nich. 

- Pewnie jest juŜ za późno, Ŝeby prosić o przeniesienie? - zauwaŜył Kempo. 
 
Greezim  Trentacal  niecierpliwił  się.  Nerwowo  spacerował  od  ściany  do  ściany 

luksusowego prywatnego salonu  na pokładzie „Kochanki Atrona”. Zwiadowcy  wysłani 
do  znalezienia  kapsuły  ratunkowej  rozbitego  frachtowca  nie  zgłaszali  się  od  kilku 
godzin. Bez wątpienia statek krył w sobie więcej tajemnic, niŜ przypuszczał Vex. 

- To musieli być Ŝołnierze. Albo jeszcze gorzej. Najemnicy. - Wzdrygnął się. Ta 

sama  perspektywa  kredytów  i  fortuny,  która  jedne  istoty  skłaniała  do  niewolenia 
drugich, innych przywodziła do walki o niemądre sprawy. 

-  A  więc?  -  spojrzał  na  Veksa,  który  nadal  stał  nieruchomo  niczym  posąg  obok 

okien kabiny. 

Defelanin wyjął z ucha komunikator. 
-  Zespół  zwiadowczy  wciąŜ  nie  odpowiada.  Poza  tym  wysiadł  chyba  jeden  z 

czujników bariery ochronnej. Nie wiem jeszcze dlaczego. 

Opowieści z Imperium 

146 

- Oni tu są! - Trentacal zakrył dłonią usta, teraz juŜ niemal w panice. - Na lordów 

Atron! JuŜ tu są! Daj rozkaz do odlotu. Natychmiast! 

-  Mówiłem  panu  -  rzekł  Defelanin  cichym,  ale  pewnym  głosem  -  Ŝe  nie 

załadowaliśmy jeszcze ostatniej partii niewolników. - wskazał ręką na duŜy budynek z 
prefabrykatów, który słuŜył do odprawiania nowo przybyłych. - Trzeba ich ometkować i 
poddać skanowi medycznemu. Wielu z tych niewolników ma być sprzedanych Hurtom. 
Wie pan, jacy potrafią być Huttowie, kiedy dostają towar gorszej jakości. 

- MoŜesz ich zeskanować po załadunku. Rób, co ci kaŜą! Vex skłonił się lekko. 
-  Osobiście  wydam  rozkazy,  panie.  Odlatujemy  niezwłocznie.  Trentacal 

pospiesznie  wyszedł  z  kabiny  i  udał  się  do  swej  kajuty.  Defelański  Ŝywotrupiec 
popatrzył na dzieci ambasadora, nadal przykute łańcuchami do ściany. Odpowiedziały 
mu  spojrzenia  pełne  trwogi  i  nienawiści.  Dziewczyna,  kilka  lat  starsza  od  chłopca, 
starała się zasłonić brata przed przenikliwym, strasznym spojrzeniem Veksa. 

W  jednej  chwili  Ŝywotrupiec  zniknął.  Dziewczynka  zamrugała  powiekami, 

niepewna,  czy  wierzyć  własnym  oczom.  Nagle  rygle  u  drzwi  kabiny  zamknęły  się  z 
głośnym  trzaskiem,  pozostawiając  ich  znowu  w  ciemnościach.  Jej  brat  zaczął  pociągać 
nosem. Przytuliła go, zastanawiając się w milczeniu, co ich jeszcze czeka. 

Poczuła,  Ŝe  coś  dotknęło  jej  ramienia.  Głośno  złapała  powietrze,  natychmiast 

jednak czyjaś dłoń opadła na  jej usta. Rozpoznała  w  ciemności zastygłą  w bólu twarz 
ulubionej niewolnicy Trentacala. Jak długo ukrywała się w kabinie, czekając, aŜ Vex z 
niej wyjdzie? Niewolnica wcisnęła jej w dłoń kluczyk i połoŜyła palec na ustach. 

Zanim  dziewczynka  zdąŜyła  podziękować,  drzwi  do  prywatnej  kajuty  Trentacala 

rozsunęły  się  niespodziewanie,  ukazując  stojącą  w  przejściu  masywną  sylwetkę 
handlarza niewolników. Jego twarz była ukryta w cieniu. - Co się tu dzieje? 

 
Lex Kempo leŜał w gęstych zaroślach i obserwował przez makrolometkę polaną, 

która wyłoniła się przed nimi. Pozostali przycupnęli tuŜ za nim. 

- Co tam widzisz? - zapytają szeptem Brixie. 
Obóz łowców niewolników składał się z kilku wieŜ straŜniczych, paru budynków z 

prefabrykatów i opuszczonego w tej chwili lądowiska dla statków wielkości myśliwca. 
Na środku obozu ściółka dŜungli została sprasowana, by umoŜliwić lądowanie duŜego 
transportowca,  który  zajmował  teraz  to  miejsce.  Istoty  najrozmaitszych  ras  były 
pędzone na statek, co nie wróŜyło nic dobrego. 

Kempo Ŝuł niespiesznie kawałek wafla proteinowego i uwaŜnie obserwował obóz. 
- Wygląda na to, Ŝe mają nad nami przewagę siły ognia jakieś siedem do jednego. 

Cztery  wieŜe  uzbrojone  są  w  działa  blasterowe,  dwa  po  naszej  stronie  i  dwa  za 
transportowcem.  W  obozie  aŜ  się  roi  od  opryszków.  Widzicie  ten  bunkier  tuŜ  obok 
statku?  Wszystkie  czujniki,  cała  łączność  i  obrona  są  pewnie  kontrolowane  właśnie 
stamtąd. 

- A te klapy z boku? 
Kempo zmarszczył brwi, ogniskując makrolometkę. 

background image

Peter Schweighoffer 

147 

- Masz oczy jak lasery, dziewczyno! To muszą być szczeliny artyleryjskie. Ale to 

i tak bez znaczenia. Ten bunkier równie dobrze mógłby być o pół roku świetlnego stąd. 
Odetną nas, zanim dotrzemy do transportowca. 

- Nie, jeśli ich czymś zajmę - mruknął za nimi Cutter. Kempo i Brixie obejrzeli się 

jednocześnie.  Hugo  trzymał  w  ręku  jeden  z  dziwacznie  powgniatanych 
zogniskowanych  ładunków  mezonowych,  przeznaczonych  do  burzenia  budowli. 
Przykucnięty  obok  piromana  Sully  Tygrysie  Oko  zrobił  ręką  znak  -  dłoń  z 
rozcapierzonymi palcami ścisnął w pięść. Kempo prychnął szyderczo, ale skinął głową. 
Brixie spojrzała na niego pytająco. 

- Nie znam tego znaku - szepnęła. - Co on pokazał? 
Tropiciel 

uśmiechnął 

się 

ponuro, 

odbezpieczając 

wyrzutnię 

granatów 

przymocowaną do szturmowej rusznicy blasterowej. 

- Pokazał, Ŝe masz trzymać nisko swoją śliczną główkę. 
Zamierzamy narobić trochę hałasu. 
 
Niewolnica rzuciła się na Trentacala z wąskim metalowym noŜem w dłoni. Mimo 

swej  tuszy  handlarz  niewolników  potrafił  poruszać  się  bardzo  szybko.  W  ciągu  kilku 
sekund przygwoździ! ręce dziewczyny. Próbowała  się  wyrwać z  uścisku,  gryząc go  w 
dłonie,  ale  Trentacal  zdołał  ją  utrzymać  dostatecznie  długo,  by  wcisnąć  guzik  alarmu. 
ś

ywotrupiec i kilku uzbrojonych straŜników zjawiło się w kajucie w ciągu kilku chwil, 

właśnie wtedy, gdy Trentacal cisnął dziewczyną o podłogę. 

-  Głupcy!  Wszyscy  jesteście  do  niczego!  Mieliście  mnie  ochraniać!  -  Podniósł 

nóŜ, który odebrał niewolnicy i wskazał nim na dziewczynę. - Anihilujcie to bezczelne 
stworzenie  i  odlatujemy!  I  módlcie  się,  Ŝebym  w  następnej  kolejności  nie  poprosił  o 
wasze durne łby na półmisku! 

StraŜnicy  wyciągnęli  broń  energetyczną!  wycelowali  ją  w  niewolnicę.  Córka 

ambasadora krzyknęła, zasłaniając brata, by oszczędzić mu widoku okrutnej sceny. 

Stłumiony  wybuch  wstrząsnął  statkiem.  Oczy  Trentacala  wyszły  na  wierzch  w 

niemym zaskoczeniu, gdy  ujrzał, jak dwie straŜnicze  wieŜe zapadają się i przewracają 
w idealnie tym samym rytmie. 

 
Zaledwie  Kempo  i  Brixie  dotarli  do  prowizorycznego  lądowiska,  ze  szczelin 

bunkra  dowodzenia  wysunęły  się  długie  pyski  ogromnych  blasterowych  dział.  CięŜka 
artyleria bluznęła kurtyną ognia, przygwaŜdŜając ich tam, gdzie stali. 

-  Nie  ruszaj  się!  -  Brixie  próbowała  zamocować  opatrunek  na  osmalonej  lewej 

nodze Kempa. Tropicie! stał się nieoczekiwanie pierwszym celem ataku cięŜkiego ognia 
Masterów. 

- AleŜ wielkie te działa! - Kempo mlasnął językiem. - Pewnie zakosili je z jakiegoś 

imperialnego okrętu! 

- Mniejsza o to! Widzisz gdzieś Hugo i Sully’ego? 
Kempo wystawił ostroŜnie głową za róg i trafił straŜnika w pierś, zabijając go na 

miejscu. ZauwaŜył znajomą potarganą czuprynę Cuttera, chowającego się przed ogniem 

Opowieści z Imperium 

148 

energii  wypluwanym  z  bunkra.  Ściany  z  prefabrykatów,  między  którymi  się  skrywał, 
nie zapewniały długotrwałej osłony. 

-  Hugo  utknął  między  tamtymi  budynkami  -  powiedział  Kempo  do  Brixie.  Raz  za 

razem  włączał  komunikator,  ale  nie  było  odpowiedzi.  Potrząsnął  głową.  -  Nie  mogę 
złapać Sully’ego, ale zakładam, Ŝe udało mu się dotrzeć do transportowca. 

Kiedy  ponownie  wyjrzał  zza  węgła,  zobaczył,  Ŝe  działa  z  bunkra  nadal  celują  w 

Cuttera. Promienie energii waliły w jego stronę, odrywając i podpalając ogromne kawały 
prefabrykowanych ścian budynku. Przekrzykując kanonadę, Kempo krzyknął do Brixie: 

-  Hugo  zamieni  się  zaraz  w  dymiącą  kupkę  popiołu,  jeśli  nie  zrobimy  czegoś  z 

tymi działami! 

Brixie spojrzała na bunkier. 
- Ale chyba mieliśmy przedzierać się do transportowca! To nasz jedyny ratunek! 
- Mój kontrakt nie przewiduje pozostawiania towarzyszy na pewną śmierć. 
Kempo  cofnął  się  o  krok  i  potknął  się  o  coś.  Wnęka,  w  której  się  chowali, 

znajdowała  się  w  ścianie  szopy  w  pobliŜu  lądowiska.  Kempo  wszedł  do  szopy  i  po 
chwili  wrócił  z  wózkiem  grawitacyjnym,  na  którym  leŜało  kilka  duŜych  cylindrów, 
oblepionych nalepkami ostrzegawczymi. 

-  Chyba  juŜ  czas,  Ŝeby  Czerwone  KsięŜyce  zgotowały  gorące  powitanie  naszym 

przyjaciołom w bunkrze. 

Dwóch straŜników  uzbrojonych  w pałki ogłuszające stało w pobliŜu pomocniczej 

rampy  załadunkowej  transportowca,  upychając  na  statek  jak  najwięcej  zniewolonych 
istot. Wielu z niewolników wykorzystało okazję do ucieczki. StraŜnicy niewiele mogli 
na to poradzić. Jedna za drugą unosiły się pozostałe rampy statku, przygotowującego się 
do odlotu. Z komunikatorów straŜników dobiegł trzask wiadomości. Zadowoleni z faktu, 
Ŝ

e  są  najdalej  od  strzelaniny,  straŜnicy  zaczęli  wchodzić  po  rampie.  Jeden  z  nich 

dostrzegł  niewolnika  bez  kołnierza  paraliŜującego.  Krzyknął  do  swojego  partnera  i 
wskazał mu Trunska ręką. 

- Hej! Zapomnieli tamtemu załoŜyć kolczatkę! 
Sully  Tygrysie  Oko  odwrócił  się.  Jednemu  straŜnikowi  wbił  ostre  szpony  pod 

brodę,  w  drugiego  wycelował  cięŜki  blaster.  Strzał  wytrącił  pałkę  ogłuszającą  z  jego 
rąk. StraŜnik odwrócił się i uciekł. 

- Nie będzie więcej kolczatek. Póki Ŝyję. - Ścisnął straŜnika za szczękę i przysunął 

jego twarz do swojej. - A teraz, kiedy nikt nie odwraca twojej uwagi, powiedz mi, gdzie 
jest twój szef. 

 
Kempo  i  Brixie  pośpiesznie  ułoŜyli  na  wózku  cylindry  z  paliwem,  które  znaleźli 

koło  szopy,  przyniesione  ze  sobą  materiały  wybuchowe  i  granaty.  Krąg  ognia  z  dział 
blasterowych zacieśniał się wokół nich coraz bardziej. 

- Teraz widzę, Ŝe nasz plan ma jeden słaby punkt - mruknął półgłosem Kempo. 
-  Nie  mamy  czasu  na  zastanawianie  się  nad  słabymi  punktami!  -  odparła  Brixie, 

krzywiąc się lekko, gdy kawał pobliskiego lądowiska został rozerwany pociskiem z działa 
ukrytego w bunkrze. 

- Jedno z nas będzie musiało pilotować ten wózek do ich drzwi. 

background image

Peter Schweighoffer 

149 

- Popatrzyli na siebie. Lex uśmiechnął się blado. Ujął dłoń Brixie i ucałował ją. 
- Nie  martw się,  mała,  właśnie zgłosiłem się na ochotnika.  - Tropiciel wszedł na 

wózek i usiadł przy panelu sterowania, chowając się jak najniŜej. Podał Brixie rusznicę 
szturmową. - Zajmij się nimi, dopóki nie podjadę całkiem blisko. 

Włączył napęd repulsorowy wózka. Pojazd ruszył powoli. 
- Nie pozwól, Ŝeby o mnie zapomnieli! - dodał z krzywym uśmieszkiem. 
Brixie  potrząsnęła  głową.  W  wyrazie  jego  twarzy  było  coś,  czego  nigdy 

dotychczas nie widziała. 

Zajęła  pozycję  z  boku  lądowiska.  Odpaliła  granat  z  wyrzutni  przymocowanej  do 

rusznicy.  Pociski  odłamkowe  rozprysnęły  się  po  utwardzonej  zewnętrznej  skorupie 
bunkra. Bnxie zdawała sobie sprawę, Ŝe niewiele zdziałają. 

Wózek  grawitacyjny  jechał  zygzakiem  przez  polanę.  Przez  krótką  chwilę,  która 

wydawała się wiecznością, artyleria bunkra ostrzeliwała go, ale niecelnie. Wózek zbliŜył się 
do  bunkra.  Brixie  zobaczyła,  jak  Kempo  próbuje  zeskoczyć.  Niestety,  runął  na  burtę  ze 
stopą złapaną w pułapkę. Wózek wlókł go za sobą bezlitośnie, aŜ... 

W  następnej  sekundzie  patrzyła  w  górę  na  ciemniejące  wieczorne  niebo.  Fala 

uderzeniowa przewróciła ją na plecy.  Z trudem podniosła się na nogi. Tam, gdzie stał 
bunkier,  pozostały  tylko  wyszczerbione  pozostałości  permabetonowych  fundamentów. 
Wybuch osmalił nawet burty transportowca. Łowcy niewolników rozbiegli się w panice 
na  wszystkie  strony.  Podeszła  bliŜej,  osłaniając  twarz  przez  palącymi  płomieniami. 
Wypatrywała znajomej sylwetki. 

Kempo  musi  w  końcu  stamtąd  wyjść.  Tak  zawsze  kończyły  się  wszystkie 

holofilmy. Bohater zawsze wychodzi cało. 

Ale nie tym razem. 
Hugo złapał ją za ramię i zaczął ciągnąć w stronę statku. 
-  Nie!  -  krzyknęła  do  niego.  -  Nie  zostawimy  przecieŜ  towarzysza  broni!  Nie 

moŜemy! 

Musiał wydostać ją z tego piekła siłą. 
 
Wybuch  był  tak  potęŜny,  Ŝe  wstrząsnął  transportowcem  i  jego  przyporami 

ładowniczymi. 

Drzwi  na  mostek  otwarły  się  z  trzaskiem.  Tygrysie  Oko  pchnął  straŜnika  na  kilku 

stojących  wewnątrz  członków  załogi.  Niektórzy  z  nich  sięgnęli  po  broń,  ale  nie  dość 
szybko.  Promienie  energii  odbiły  się  rykoszetem  od  ścian  kabiny.  Kiedy  ucichły, 
Tygrysie Oko machnął blasterem na ocalałych. 

- Wszyscy do kapsuły ratunkowej! Ale juŜ! 
Kolejno  wchodzili  do  kapsuły.  Tygrysie  Oko  zaryglował  właz,  zamykając  ich  w 

ś

rodku. Zabezpieczywszy mostek, pstryknął przełącznik komunikatora. 

Niepotrzebnie.  Brixie  i  Hugo  Cutter  pojawili  się  właśnie  w  drzwiach  -  Hugo 

przygarbiony, Brixie ze zszarzałą twarzą, po której ciekły łzy. 

Tygrysie Oko zrozumiał od razu. Kempo. Eksplozja. 
Zwinął  dłonie  w  pięści.  Chciał  wyć.  Chciał  rozedrzeć  mostek  na  strzępy.  Złapał 

straŜnika,  którego  wcześniej  pochwycił  i  rzucił  nim  o  konsoletę  z  taką  siłą,  Ŝe  tablica 

Opowieści z Imperium 

150 

kontrolna  aŜ  się  wygięła.  Podsunął  męŜczyźnie  przed  oczy  notes  z  twarzami  dzieci 
ambasadora błyskającymi na ekranie. 

- Nie ma ich wśród niewolników trzymanych na dole. Wiec gdzie są? - zapytał. 
StraŜnik wskazał ręką jeden z korytarzy wychodzących z mostka. 
- Są tam! W kajucie pana! 
Tygrysie Oko rzucił miotacz Cutterowi i wyciągnął z pochwy wibrotopór. 
- Nastaw broń na ogłuszanie. Mamy dostać je Ŝywe. 
-  Idą  z  wami.  -  Roztrzęsiona  Brixie  wystąpiła  krok  naprzód,  ściskając  w  garści 

rusznicę Kempa. 

Tygrysie Oko wskazał na straŜnika. 
- Nie. Zostajesz tutaj, Ŝeby go pilnować. 
Brixie obróciła się na pięcie, nastawiwszy zasięg rusznicy na ogłuszanie i strzeliła 

do straŜnika. Osunął się na ziemię nieprzytomny. 

-  On  się  nigdzie  nie  wybiera  -  powiedziała  krótko,  wkładając  dwa  granaty 

ogłuszające do wyrzutni rusznicy. 

Tygrysie  oko  i  Cutter  popatrzyli  na  siebie  zaskoczeni.  Zza  zamkniętych  drzwi 

usłyszeli stłumiony wystrzał z blastera, a po nim pełen bólu krzyk. 

Tygrysie Oko wskazał drzwi Cutterowi. 
- Otwórz je! Szybko! 
 
Kajuta  handlarza  niewolników  tonęła  w  mroku.  On  sam  leŜał  nieŜywy, 

przewieszony przez fotel. Brixie natychmiast mszyła w kierunku młodej dziewczyny i 
jej  brata,  nadal  przykutych  do  ściany,  ale  Tygrysie  Oko  powstrzymał  ją.  Widząc,  jak 
kulą się w milczeniu, czuł, Ŝe coś jest nie w porządku. 

- Jest tu ktoś jeszcze - szepnął. 
-  Słusznie  -  stwierdził  głos  w  ciemnościach.  Najemnicy  weszli  do  kajuty. 

Przechodząc obok fotela, Brixie 

otarła  się  o  coś  miękkiego.  Gwałtownie  złapała  powietrze,  widząc  rozszarpane 

gardło martwej niewolnicy rozciągniętej na podłodze, z blasterem nadal zaciśniętym w 
drobnych dłoniach. StraŜnik handlarza niewolników leŜał nieŜywy tuŜ obok. 

- Zdawało jej się, Ŝe ma szansą ucieczki - wyjaśnił rzeczowo głos. - Musiałem ją 

przekonać,  Ŝe  się.  myliła.  Przyjrzyjcie  jej  się  dobrze,  panowie  najemnicy.  Wasz  los 
będzie taki sam. 

Cień rzucił się na Cuttera i powalił go na podłogę. W dosłownie parę sekund później 

pojawił się znowu, wbijając głęboko pazury w kamizelkę ochronną Brixie. Stwór cisnął nią 
o ścianą, pozbawiając  oddechu.  Rusznica z  łoskotem  potoczyła  się po podłodze. Brutie 
próbowała  zogniskować  spojrzenie.  Przez  krótką  chwilę  dostrzegła  napastnika  na  tle 
zaciemnionych okien. Natychmiast rozpoznała kudłatą istotę o skłębionej czarnej sierści. 
Widziała taką na ilustracji w podręczniku medycznym. Nic dziwnego, Ŝe nie było światła. 

- To Defelanin! śywotrupiec! 
Tygrysie Oko znalazł kontrolkę oświetlenia i włączył przełączniki na maksymalną 

moc.  Kule  jarzeniowe  zalały  kabinę  światłem.  Straszne  stworzenie  wydało  okrzyk 
agonii, próbując zasłonić oczy przed blaskiem. 

background image

Peter Schweighoffer 

151 

Otoczony  i  oślepiony,  Defelanin  miotał  się  w  koło.  Brixie  podniosła  rusznicę. 

Hugo  juŜ  był  z  powrotem  na  nogach  z  pistoletem  w  dłoni  i  pokiereszowaną  twarzą. 
Tygrysie Oko dał krok naprzód, a jego oczy zwęziły się do dwóch szparek zimnej Ŝółci, 
gdy wyjmował z pochwy swój wibrotopór. 

- Jedyny los, którym powinieneś się teraz martwić... to twój własny. 
 
Transportowiec  z  ładowniami  pełnymi  oswobodzonych  niewolników  powoli 

wzlatywał w niebo Gabredoru III. PoniŜej, na zaciemnionej nocą powierzchni planety, 
płonął  zniszczony  obóz  łowców  niewolników.  Tygrysie  Oko  postarał  się,  by 
pozostawić  mnóstwo  znaków  Czerwonego  KsięŜyca,  tak  by  kaŜdy  mógł  je  łatwo 
znaleźć.  Wiedząc,  Ŝe  ktoś  ma  ich  na  oku,  Karazacka  Gildia  Handlarzy  Niewolników 
będzie  długo  szukać  nowego  miejsca  do  prowadzenia  interesów.  A  obecność  pociech 
ambasadora  Gola  na  pokładzie  oznaczała,  Ŝe  SprzysięŜenie  Pięciu  Gwiazd  równieŜ 
przegrało. 

Brixie czuła w duszy, Ŝe było to puste zwycięstwo. Próbowali przeszukać szczątki 

bunkra,  ale  ogień  był  wciąŜ  zbyt  mocny.  Siedziała  w  fotelu  na  mostku  transportowca 
nie zwracając uwagi na Tygrysie Oko i Cuttera, którzy zapoznawali  się z kontrolkami 
systemu astronawigacyjnego statku. Pomyślała, Ŝe moŜe wreszcie zdjąć z głowy hełm. Z 
cięŜkim westchnieniem odpięła paski i pozwoliła, by upadł na podłogę obok fotela. 

Tygrysie  Oko  obejrzał  się,  słysząc  ten  dźwięk.  Podczas  szkolenia  trudno  jej  było 

ocenić Trunska, oddzielić jego reputację od rzeczywistości. Te same szponiaste dłonie, 
które  rozdarły  Defelanina  na  części,  pospiesznie  rozpinały  kolczatki  setkom 
niewolników. 

W końcu zrozumiała, dlaczego wybrał ją do tej misji. Pewnych rzeczy nie moŜna 

się nauczyć na szkoleniu, trzeba ich doświadczyć. Brixie poznała, czym jest braterstwo 
broni i czym jest strach, widziała przemoc i śmierć, która była nieodłączną częścią Ŝycia 
najemnego  Ŝołnierza.  Tygrysie  Oko  i  Hugo  będą  opłakiwać  utratę  wieloletniego 
przyjaciela na swój własny sposób. 

Wzrok  Brixie  przemknął  po  ekranach  mostka.  Gabredor  III  powoli  się  oddalał. 

Poczuła, Ŝe brakuje jej Leksa, zastanawiała się, jak zareagowałby na jej chrzest bojowy. 
Pewnie tylko by się uśmiechnął. 

Potem  zobaczyła  na  ekranach  pozostałości  obozu  łowców  niewolników.  WzdłuŜ 

kręgosłupa  przebiegł  ją  zimny  dreszcz.  Płomienie  na  dole  coś  jej  przypomniały.  W 
głowie usłyszała głos Kempo. Rzeczywiście zginął tak, jak mówił - w blasku chwały. 

Z  wysokości  kilkuset  kilometrów  chmura  po  eksplozji,  która  zmiotła  z 

powierzchni bunkier, wyglądała jak rozjarzony półksięŜyc... 

Czerwony KsięŜyc. 

 

Opowieści z Imperium 

152 

P O G R O M C Y   S M O K Ó W  

 

Angela Philips 

 
 
 

 
 

BŁĘDNY KOD WEJŚCIOWY - BRAK DOSTĘPU_ 
BŁĘDNY KOD WEJŚCIOWY - BRAK DOSTĘPU_ 
BŁĘDNY KOD WEJŚCIOWY - BRAK DOSTĘPU_ 
 
„Pióropusz  dymu  na  krańcu  wąwozu  zwiastował  nadejście  smoka.  Veni 

przysunęła się do swojej starszej siostry Vici, która włączyła miecz świetlny”. 

 
BŁĘDNY KOD WEJŚCIOWY - BRAK DOSTĘPU_ 
BŁĘDNY KOD WEJŚCIOWY - BRAK DOSTĘPU_ 
 
„Veni  zadrŜała,  słysząc  dudnienie  dwudziestu  mocarnych  gadzich  nóg, 

zsynchronizowane  z  zabójczą  precyzją.  Ale  Vici  nie  bała  się.  Choć  zaledwie 
szesnastoletnia, czuła w dłoniach potęŜną siłę Mocy. Smok podchodził coraz bliŜej”. 

 
UIIIIPI DOSTĘP PRZYZNANY_ 
 
Shannon  Voorson  wyłączyła  program  narracyjny  i  odwróciła  się  w  stronę 

monitora. 

-  Nareszcie  -  mruknęła  pod  nosem.  Ten  kod  był  trudniejszy  do  złamania  niŜ 

zwykle.  Mimo  wszystko  jednak,  pomyślała,  kaŜdy  kod,  który  wygeneruje  jeden 
komputer,  drugi  jest  w  stanie  złamać.  Pierwsze  Prawo  Dekodowania.  A  teraz 
zobaczmy, czy mamy tu coś ciekawego... 

- O rety! - aŜ westchnęła, widząc zawartość pliku, który właśnie otworzyła: rejestr 

sześciu  nowych  gwiezdnych  niszczycieli  bliskich  ukończenia  w  niedalekiej  stoczni 
Kuat  Drive  Yards.  Ale  mają  głupie  nazwy,  pomyślała  -  „Nieczuły”,  „Penetrator”, 
„Nieugięty”,  „Niepokonany”,  „Nieubłagany”  i  „Eksterminator”.  Gdybym  to  ja 
nadawała 

nazwy 

gwiezdnym 

niszczycielom, 

nazywałyby 

się 

„śelazna 

Ręka”,,DrapieŜca”  albo  „Tytania”.  Ale  w  końcu  czego  moŜna  oczekiwać  od  ludzi, 
którzy mają tak mało wyobraźni, Ŝe przysyłają komputery razem z kodami dostępu? 

background image

Peter Schweighoffer 

153 

Przez  cienkie  prefabrykowane  ściany  pokoju  Shannon  usłyszała  głosy;  ktoś 

wszedł  do  mieszkania,  a  jej  rodzice  witali  właśnie  gościa.  Decydując  się  na  małe 
ś

ledztwo, zapisała plik z rejestrem gwiezdnych niszczycieli pod nazwą „głupienazwy” i 

wyłączyła program dekodujący. 

Voorsonowie  od  pokoleń  pracowali  na  stanowiskach  technicznych  Portu 

Przeładunkowego  Kuat.  Większość  z  nich  spędzała  całe  Ŝycie  na  pokładzie  stacji  - 
rodzili  się  w  zakładowym  Centrum  Ochrony  Zdrowia,  uczyli  w  zakładowej  szkole, 
odbywali  staŜ  zawodowy  w  SłuŜbach  Pomocniczych  Portu  Kuat,  a  potem  byli 
zatrudniani  w  porcie.  śenili  się  z  koleŜankami  z  pracy,  wychowywali  dzieci  w 
zakładowych mieszkaniach i zwykle nie opuszczali stacji nawet na krótką wycieczkę na 
powierzchnię  planety.  Nie  mieli  po  co  wyjeŜdŜać  -  zakładowe  sklepy  na  stacji 
zapewniały wszystko, czego mogli potrzebować, płace i świadczenia dla pracowników 
PPK  naleŜały  do  najlepszych  w  całym  systemie,  a  świadomość,  Ŝe  jako  członkowie 
Kombinatu  Przemysłowego  Kuat  pomagają  budować  najlepsze  gwiezdne  statki  w 
galaktyce,  była  dla  nich  źródłem  dumy  i  zadowolenia.  Mimo  to  co  jakiś  czas  kolejny 
członek  rodziny  postanawiał  wyjrzeć  poza  wygodne  ściany  swojego  mieszkania  i 
sprawdzić, co mają do zaoferowania tysiące innych światów. Cioteczny brat Shannon, 
Deen, był właśnie jednym z takich niespokojnych duchów. 

-  Deen!  -  pisnęła  zachwycona  na  widok  młodego  męŜczyzny  witającego  się  z 

ojcem.  - Deen, to  naprawdę ty! W końcu przyjechałeś! Gdzie byłeś? Co robiłeś przez 
ten czas? - Shannon skoczyła w stronę gościa. 

Deen odwrócił się, by ją złapać. 
- Hej, Okruszku! Ale się za tobą stęskniłem! Uff! - stęknął, próbując ją podnieść. - 

Urosłaś,  Okruszku!  Niech  no  ci  się  przyjrzę.  Jesteś  teraz  taka  wysoka,  a  jakie  masz 
długie włosy! Kiedy wyjeŜdŜałem, byłaś małą dziewczynką z włoskami nie dłuŜszymi 
niŜ  do  ucha,  a  ciocia  Nell  musiała  ci  je  przewiązywać  chustką  na  noc,  Ŝeby  rano  nie 
sterczały na wszystkie strony! 

Nell Voorson przytaknęła z uśmiechem. 
- Tak, a teraz muszę ją pilnować, Ŝeby nie gryzła koniuszków warkoczy. 
- Och, Deen! - westchnęła Shannon. - Strasznie za tobą tęskniłam. Chodź obejrzeć 

mój pokój! Wszystko się tam zmieniło. - Mam swój komputer i wszystko! - Pociągnęła 
go za rękę. 

Deen uśmiechnął się wyrozumiale do dziewczynki. 
- Ja teŜ za tobą tęskniłem, Okruszku, ale nie sądzisz, Ŝe twoi rodzice teŜ chcieliby 

ze mną porozmawiać? 

- Idź z nią, Deen - powiedziała Nell. - Pogadacie, a Johan i ja przygotujemy obiad. 
- Nie mogę uwierzyć, Ŝe naprawdę tu jesteś! - zawołała Shannon, podskakując na 

ś

rodku pokoju. - To całe cztery lata. Co robiłeś przez ten czas? 

- Walczyłem ze smokami.  
Shannon roześmiała się. 
- No nie, Deen, naprawdę? 
-  Naprawdę!  No,  w  pewnym  sensie.  Pomagałem  zabijać  sztuczne  smoki  -  jako 

technik. - Usiadł na krześle przy komputerze Shannon. 

Opowieści z Imperium 

154 

- Ale gdzie? 
- W wielu róŜnych miejscach - odparł, rozglądając się po pokoju. - Nadal czytasz 

te  stare  opowieści,  które  dała  ci  babcia?  -  zapytał,  widząc  program  narracyjny  na 
ekranie komputera. 

- Mhm - odpowiedziała Shannon. - ChociaŜ Mama mówi, Ŝe powinnam juŜ z nich 

wyrosnąć, jak z lalek. 

- Nie widzę tu zbyt wielu lalek - stwierdził Deen. 
- Teraz wolę komputery. Jestem włamywaczem. Potrafię się włamać wszędzie. 
- Wszędzie? - zaśmiał się Deen. 
- Wszędzie. To dla kogo teraz pracujesz? Jaką  masz pracę? Czy duŜo zarabiasz? 

Co naprawiasz? Roboty? Statki? 

- Hej! - powiedział Deen. - Jedno pytanie na raz wystarczy! Pracuję dla przyjaciół, 

których poznałem zaraz po wyjeździe stąd. Dobrych przyjaciół. Nie zarabiam wiele, ale 
lubię to, co robię. Pracuję głównie na statkach... 

- Jakich? 
- Małych statkach gwiezdnych, ale czasem teŜ na większych. Na wszystkich, które 

wymagają naprawy. Muszę być elastyczny. 

- A jaką miałeś dotychczas najtrudniejszą naprawę?  
Deen zamilkł na chwilę. 
-  No  więc...  -  zaczął,  zerkając  na  zamknięte  drzwi  do  sypialni  -...  parę  miesięcy 

temu  musiałem  przystosować  kilka  śmigaczy  do  działania  w  temperaturze  dwudziestu 
stopni poniŜej zera... 

- I działały? 
- Wystarczająco dobrze... To „Vici z Alderaan”, prawda? - zapytał, wskazując na 

program narracyjny. 

- Mhm. To moja ulubiona opowieść. Vici jest taka dzielna. 
- Ten, kto ma Moc, nie musi się bać - mruknął Deen. 
- Tak mówi dziadek Vici. Powiedz - zapytała Shannon - czy miałeś okazję, Ŝeby 

zwiedzić Alderaan, zanim... 

Deen potrząsnął głową. 
- Nie. Nigdy. Bardzo tego Ŝałuję. Ale nie było okazji. 
- To nie w porządku - oświadczyła Shannon, sadowiąc się na podłodze. 
- śe nigdy nie pojechałem na Alderaan? 
- śe ją rozbili. Głupie Imperium. Dlaczego to zrobili? Babcia zawsze mówiła, Ŝe 

Alderaan to planeta pokoju i piękna. Nie było tam Ŝadnej broni. Dlaczego to zrobili? 

- Z powodu tego - powiedział Deen, pokazując palcem na ekran komputera. 
- Z powodu mojego programu narracyjnego? 
- Z powodu tej opowieści - odparł Deen. - Tej i innych podobnych. Opowieści z 

Alderaan są bardziej niebezpieczne dla Imperium niŜ jakakolwiek broń. 

- Jak opowieść moŜe być bardziej niebezpieczna od broni? 
-  Z  powodu  idei,  które  wyraŜa.  Na  Alderaan  ludzie  ciągle  wierzyli  w  Moc. 

Pamiętali  rycerzy  Jedi  i  Starą  Republikę.  Lud  Alderaan  pamiętał,  jak  wyglądała 
galaktyka przed nadejściem Imperium, zanim nastały czasy strachu i nienawiści. A ich 

background image

Peter Schweighoffer 

155 

opowieści,  biblioteki  i  uniwersytety  przechowywały  idee,  które  mogą  zniszczyć 
Imperatora  -  Ŝe  miłość  jest  silniejsza  niŜ  nienawiść,  Ŝe  ludzie  są  silniejsi  niŜ  broń,  Ŝe 
połączone razem ludy galaktyki mają siłę, której Imperator nigdy nie zdoła pokonać. - 
Oczy Deena błyszczały, kiedy to mówił. 

- A więc Imperator - dopytywała się Shannon - zniszczył Alderaan, by zniszczyć 

te wszystkie idee? 

-  Próbował  -  odparł  Deen  -  ale  nie  udało  mu  się.  Nigdy  mu  się  nie  uda.  Jedyny 

sposób, by kontrolować wszystkie idee w galaktyce, to zabić lub zniewolić ją całą, a to 
jest  niemoŜliwe.  Nigdy  nie  wygra.  Im  więcej  popełnia  zbrodni,  tym  więcej  ludzi 
powstanie, by z nim walczyć... 

- Deen - zapytała Shannon - czy ty jesteś Rebeliantem? 
Deen zakrył jej usta dłonią. 
- W porządku -  szepnęła.  - Nikomu  nie powiem. Nawet  mamie i tacie. Popatrz - 

powiedziała, siadając przed komputerem.  - Patrz, co dziś znalazłam. TuŜ przed twoim 
przyjściem. Dam ci kopię, jeśli chcesz. 

-  Jak  ci  się  udało  uzyskać  dostęp  do  tego?  -  zapytał  Deen,  patrząc  na  listę 

gwiezdnych niszczycieli. - Czy masz jakiekolwiek pojęcie... 

-  Nietrudno  jest  się  włamać  do  plików  Imperium.  Mają  kody  wejściowe 

generowane  komputerowo.  Ja  swoje  kody  wymyślam  sama.  Zazwyczaj  nazwy 
zwierząt, jak „nerf” albo „billen”, czy choćby „pies”. 

- Nie mogę w to uwierzyć - powiedział Deen, nadal czytając dane z ekranu. - Czy 

wiesz, ile to jest warte? Czy wiesz, co się stanie, jeśli ktoś cię na tym przyłapie? 

- Nikt nigdy nie złamał moich kodów - oświadczyła dumnie Shannon. 
-  Pewnie  dlatego,  Ŝe  nikomu  nie  przyszło  do  głowy,  Ŝeby  sprawdzać  pliki 

dziewięcioletniej dziewczynki - rzekł Deen. - Musisz z tym skończyć! Kręcisz stryczek 
na własną szyję! 

Shannon przygryzła wargi. 
- Czy to znaczy, Ŝe nie chcesz kopii tych plików? 
Pani Voorson zawołała ich na obiad, nie dając Deenowi czasu na odpowiedź. 
 
Zebrana  wokół  kociołka  duszonego  billena  rodzina  rozmawiała  o  wydarzeniach 

ostatnich  czterech  lat:  o  postępach  w  nauce  Shannon,  o  awansie  Nell  na  stanowisko 
starszego  kierownika  doków  Portu  Przeładunkowego  Kuat,  o  pracy  Johana  i  Deena. 
Johan  narzekał  na  niecierpliwych  kapitanów  statków,  oczekujących  cudów,  Deen 
opowiadał  straszne  historie  o  walce  z  upałem,  mrozem,  wilgocią,  kurzem,  lodem, 
agresywną  florą,  fauną  i  bakteriami  i  o  wielu  innych  zagroŜeniach,  jakie  czyhały  na 
urządzenia techniczne na zapadłych planetach, których nazwy zapomniał wymienić. 

- Naprawdę znalazłeś mech porastający zwoje chłodzące statku? - zapytał Johan. 
- Mhm - odparł Deen. - Na dwie godziny przed startem. 
- I udało wam się je usunąć na czas?  
Deen uśmiechnął się szeroko. 
- Pestka! 
- Moc była z tobą - powiedział do niego wuj.  

Opowieści z Imperium 

156 

Nell zmarszczyła lekko brwi. 
- Dobrze, Ŝe wróciłeś, Deen, po tylu latach. Zaczynałam juŜ myśleć, Ŝe opuściłeś 

nas  na  dobre.  A  tu  proszę,  jesteś  z  powrotem.  Czy  masz  jakieś  kłopoty,  Deen? 
Potrzebujesz czegoś? 

-  Nell  -  zaprotestował  Johan  -  czy  chłopak  nie  moŜe  po  prostu  przylecieć,  bez 

Ŝ

adnego ukrytego motywu? 

Deen wpatrywał się w talerz. 
- Właściwie - powiedział, grzebiąc widelcem w sosie - to zastanawiałem się, czy... 
- No proszę! A jednak! 
-  Moi  przyjaciele  -  ciągnął  Deen  -  ci,  z  którymi  pracuję,  mieli  ostatnio  trochę 

problemów, stracili mnóstwo sprzętu... 

- Stracili? - zapytała Nell. 
- Hmm, no, tego... uszkodzili. Nie do naprawienia. 
- W jaki sposób? - zapytał Johan. 
- No więc... wpadli w pole asteroidów i... to długa historia, w kaŜdym razie chodzi 

o to, Ŝe potrzebny jest nam generator mocy typu Colony 23669 i ja... 

- Dlaczego nie skontaktujecie się z fabryką? - zapytała Nell. - Jeśli teraz złoŜycie 

zamówienie,  moŜecie  mieć  generator  za  sześć  miesięcy,  nie  licząc  priorytetowych 
zamówień z Imperialnego Zaopatrzenia. 

-  Musimy  mieć  go  znacznie  szybciej,  a  słyszeliśmy,  Ŝe  w  ciągu  najbliŜszych 

dwóch tygodni będziecie wysyłać generator dla imperialnej placówki. 

- Nie rozumiem, co to ma wspólnego z tobą - powiedział Johan. 
-  No  więc  chodzi  o  to,  Ŝe  ciocia  Nell  nadzoruje  doki,  i  pomyśleliśmy,  Ŝe  jeśli 

udałoby się  nam załatwić przejście przez kontrolę doków,  to ciocia  mogłaby po cichu 
załadować ten napęd na naszą barkę zamiast na imperialną... 

-  Nie  wierzę  własnym  uszom  -  przerwała  mu  Nell.  -  Siedzisz  przy  moim  stole  i 

mówisz  o  porwaniu  wartego  dwadzieścia  pięć  tysięcy  kredytów  generatora  mocy,  tak 
jakby chodziło o poŜyczenie śmigacza! 

- Ale ciociu Nell... 
- Chodzi o kradzieŜ tego generatora, tak? 
- Ale... my byśmy zapłacili... 
Nell zaniemówiła. 
- Deen, czy ty zdajesz sobie sprawę, co proponujesz? - odezwał się Johan. - To nie 

jest  kolejny  psikus,  jak  wtedy,  kiedy  włamałeś  się  do  szkolnego  komputera  pozorując 
ć

wiczenia przeciwpoŜarowe... 

- To jest zdrada - dokończyła Nell. - Deen,  nie chcę  słyszeć ani słowa  więcej na 

temat  tych  twoich  przyjaciół.  PoniewaŜ  jesteś  moim  bratankiem,  nie  wydam  cię  i 
będziemy wszyscy udawać, Ŝe tej rozmowy nigdy nie było. Czy to jasne? 

Reszta posiłku upłynęła w milczeniu. 
 
W nocy Shannon nie mogła zasnąć. Słysząc głosy dochodzące z pokoju rodziców, 

podkradła się pod ich drzwi, by posłuchać, co mówią. 

- Sojusz potrzebuje sprzętu, Nell! 

background image

Peter Schweighoffer 

157 

- Myślisz, Ŝe mnie to obchodzi? Johan, ten cały Sojusz nie wyŜywi mojej rodziny 

ani nie da Shannon wykształcenia, które pozwoli jej wyrwać się z tej stacji! 

- Ale Imperium... 
-  ...trzyma  w  ręku  ten  system  i  wszystko,  co  do  niego  naleŜy.  Nas  teŜ.  A  na 

zdrajców  zawsze  są  sposoby.  Wypadki.  Johan,  czy  naprawdę  wierzysz,  Ŝe  to  był 
przypadek,  kiedy  twój  brat  zmarł  od  awarii  reaktora  niecały  tydzień  po  tym,  jak 
naprawiał  statek  Rebeliantów?  Nic  nie  jest  warte  więcej  niŜ  bezpieczeństwo  mojej 
rodziny, Johan - nic! Ani Sojusz, ani Alderaan... 

- Ani Deen? 
Shannon uciekła, by nie słyszeć odpowiedzi matki. 
 
Deen wyjechał nazajutrz, po pełnym napięcia, milczącym śniadaniu. 
- Jeśli zmienicie zdanie... - zaczął. 
- Nie zmienimy - przerwała mu ciotka. - Zostaw ten temat. 
-  Gdyby  jednak...  -  nalegał  Deen.  -  Pozostanę  w  obrębie  systemu  jeszcze  przez 

parę  dni.  Macie  tu  sygnalizator,  gdybyście  chcieli  się  ze  mną  skontaktować  - 
powiedział,  kładąc  na  stoliku  przy  drzwiach  kieszonkowe  urządzenie  elektroniczne.  - 
Niech Moc będzie z wami. 

- Wyrzuć ten sygnalizator - powiedziała Nell, kiedy drzwi się zamknęły. 
- Ja to zrobię, mamo - zaoferowała Shannon. 
Chwyciła  urządzenie i  machnęła ręką  w stronę  utylizatora odpadków. Przyjemny 

dla ucha chrzęst oznaczał, Ŝe  poranna porcja śmieci została usunięta.  Ale sygnalizator 
pozostał bezpiecznie ukryty w kieszeni Shannon. 

 
Starsi  Voorsonowie  zachowywali  się  tak,  jakby  odwiedzin  Deena  nie  było;  gdy 

Shannon  wspominała  jego  przyjaciół  lub  prośbę  o  pomoc,  była  bez  dyskusji  odsyłana 
do swojego pokoju. 

-  Nie  rozumiem!  -  powiedziała  do  samej  siebie  przy  jednej  z  takich  okazji.  - 

PrzecieŜ na stacji ciągle coś ginie. Mama stale narzeka, Ŝe nie moŜna znaleźć tego czy 
tamtego.  Wirusy  w  sieci  -  tak  zawsze  mówiła.  Gdyby  dała  Deenowi  ten  generator, 
wszyscy by pomyśleli, Ŝe to kolejna pomyłka komputera. 

Wygrzebawszy  się  z  pościeli,  Shannon  włączyła  komputer.  Kilka  minut  i  kilka 

złamanych  kodów  później  po  ekranie  przesuwała  się  lista  wysyłanych  w  najbliŜszym 
czasie  towarów.  Jest!  Generator  CC-23669,  do  odebrania  w  doku  przeładunkowym 
numer 42, o 14.30, za pięć dni. Jeśli zmienię datę odbioru, pomyślała, mama na pewno 
to  zauwaŜy  i  przeszkodzi  nam.  Numeru  doku  teŜ  nie  mogę  zmienić,  to  by  wywołało 
zbyt  duŜo  zamieszania.  A  gdybym  tak  zmieniła  godzinę?  Ile  czasu  potrzeba  na 
przywiązanie  holownika  do  barki? Tata  mówi,  Ŝe  potrafi  to  zrobić  w  niecałą  godzinę. 
Dwie godziny wystarczą? 

Zmieniła  godzinę  odbioru  na  12.30,  mając  nadzieję,  Ŝe  matka  nic  nie  zauwaŜy. 

Potem wyciągnęła spod poduszki sygnalizator Deena. 

 
- Jak się nazywasz? - zapytała straŜniczka. 

Opowieści z Imperium 

158 

Shannon przełknęła ślinę, robiąc słodką i bezbronną minkę. 
- Shannon Voorson, psze pani - odpowiedziała. 
-  Aaa,  to  ty,  Shannon  -  powiedziała  kobieta,  przypominając  ją  sobie.  -  Dlaczego 

nie jesteś jeszcze w szkole? Co tutaj robisz? 

Shannon wiedziała, Ŝe „Uciekam, Ŝeby przyłączyć się do Rebeliantów” nie byłoby 

zadowalającą  odpowiedzią  na  to  pytanie.  Na  szczęście  miała  wcześniej  przygotowaną 
wymówkę. 

-  Tatuś  zapomniał  drugiego  śniadania,  więc  przyniosłam  mu  je  po  drodze. 

Kanapka z billenem. O, proszę. - Odstawiła przenośny komputer, otworzyła termotorbę 
i  podetknęła  ją  straŜniczce  pod  nos,  Ŝeby  na  pewno  poczuła  intensywny  zapach 
bestiniańskiego korzenia. 

- Mhmm, no tak, jasne - powiedziała straŜniczka, cofając się. - Idź do taty i daj mu 

kanapkę. Będzie zachwycony. 

-  Dzięki  -  rzekła  Shannon  i  odryglowała  drzwi.  Pomyślała,  Ŝe  surowy  korzeń 

bestiniański  śmierdzi  wprawdzie  jak  nieszczęście,  ale  dzięki  temu  nie  grozi  jej,  Ŝe 
straŜniczka zacznie grzebać w torbie i znajdzie sygnalizator Deena. 

Poszła  jeszcze  kilka  kroków  w  kierunku  miejsca  pracy  ojca,  schowała  się  we 

wnęce,  wyjrzała  na  korytarz,  by  sprawdzić,  czy  straŜniczka  sobie  poszła,  a  potem 
zawróciła w kierunku doku 42. 

Techników  jeszcze  nie  było  w  doku,  więc  Shannon  nie  miała  najmniejszych 

problemów ze złamaniem kodów kontenera za pomocą kilku kabli podłączonych do jej 
przenośnego  komputera.  Po  zaskakująco  długim  przeciskaniu  się  pod,  nad  i  obok 
generatora dotarła do czołowej płyty kontenera, gdzie usadowiła się z kilkoma chipami 
ksiąŜkowymi, czekając cierpliwie na Deena. 

 
-  Jesteś  pewien,  Ŝe  to  zadziała,  Deen?  -  zapytał  Boo  Rawl,  kapitan  powstańczej 

barki holowniczej o nazwie „Długodystansowiec”. 

- Ile razy jeszcze mam ci to powtórzyć, Boo? Tak! Moja ciotka jest kierownikiem 

doków  w  tym  porcie.  Nie  wezwałaby  nas,  gdyby  nie  zapięła  wszystkiego  na  ostatni 
guzik. Nie po to przeŜyłem ewakuację Bazy Echo, Ŝeby dać się wysadzić w powietrze 
własnej rodzinie. 

-  Nawet  w  połowie  nie  martwię  się  twoją  rodziną  tak  jak  tym,  co  wyczyniasz  z 

moimi silnikami podświetlnymi - powiedział Boo. 

-  Nic  takiego  nie  zrobiłem  twoim  ukochanym  silnikom,  Boo  -  odparł  Deen.  - 

Dodałem  raptem  moduł  ST,  Ŝeby  w  porcie  odczytali  sygnał  z  naszego  transpondera 
jako imperialny. Standardowa procedura operacyjna, prosto z „Vademecum polowego” 
Crackena. Robię to nie po raz pierwszy. 

-  No  dobra,  tylko  Ŝe  jak  na  mój  gust  machałeś  hydrokluczem  trochę  za  blisko 

kobulatorów... 

- Przestań marudzić i wywołaj port. Jesteśmy praktycznie nad nimi. 
Boo Rawl wzruszył ramionami i otworzył kanał łączności. 

background image

Peter Schweighoffer 

159 

-  Wzywam  Port  Przeładunkowy  Kuat.  Tu  holownik  36DD,  proszę  o  zgodę  na 

połączenie z barką w... - Boo przerwał, by zajrzeć do notesu. - ...doku przeładunkowym 
numer 42. 

- Wzywam holownik 36DD, twój sygnał z transpondera jest niewyraźny - odezwał 

się  chłodny  głos  ze  stacji.  -  Proszę  o  ponowną  transmisję  waszego  kodu 
identyfikacyjnego. 

Boo spojrzał na Deena znacząco i wysłał kod. 
-  Przepraszamy  za  ten  transponder,  Kuat  -  powiedział.  -  Nasz  nowy  technik 

pokładowy naprawiał silniki podświetlne i chyba trochę mu się klucz ześlizgnął. 

- Identyfikacja potwierdzona - odezwał się kontroler, zupełnie niezainteresowany 

wyjaśnieniami Boo. 

-  Holownik  DD,  przylecieliście  przed  czasem.  Technicy  będą  w  doku  dopiero  o 

czternastej trzydzieści. 

Boo odwrócił się w stronę Deena, który gestami pokazał, Ŝe nic o tym nie wie. 
-  Czy  jesteście  pewni,  Kuat?  -  zapytał  Boo.  -  Moje  zamówienie  podaje,  Ŝe 

załadunek nastąpi o dwunastej trzydzieści. 

- Sprawdzę to, DD. - powiedział kontroler.  
Boo wyłączył komunikator. 
- Czy to nie jest jeden z ludzi twojej ciotki?  
Deen skinął głową. 
- Więc o co chodzi? 
- Nie mam pojęcia. 
Kontroler portu wywołał holownik. 
- Holownik DD, wygląda na to, Ŝe macie rację - stwierdził. - Jesteście zapisani na 

dwunastą trzydzieści. 

Deen uśmiechnął się z wyŜszością. 
- Ale technicy trochę się spóźnią. W ich rozkładzie jesteście zapisani na czternastą 

trzydzieści. Będziecie musieli poczekać godzinę, aŜ wrócą. 

-  Nie  ma  problemu,  Kuat,  zaczekamy  -  powiedział  Boo.  Ponownie  wyłączył 

komunikator. - I co teraz? - zapytał Deena. 

- Dokładnie to, co powiedziałeś. Poczekamy, aŜ technicy wrócą z obiadu. 
Boo przewrócił oczami. 
- A co będzie, jeśli straŜ portowa zechce nas odwiedzić w tym czasie? 
-  Boo,  lubisz  wynajdywać  sobie  problemy,  zupełnie  jak  mój  przyjaciel  Voren  - 

odparł Deen. - StraŜ teŜ poszła na przerwę. 

-  Tak,  pograć  w  „Łapaj  Bothanina”,  albo  „Calamari  na  huśtawce”.  -  Boo 

westchnął. - Nienawidzę czekania. 

 
-  Nareszcie!  Myślałem,  Ŝe  to  się  nigdy  nie  skończy!  -  powiedział  Boo,  kiedy 

otrzymali sygnał, Ŝe ostatnia  klamra łącząca  kontener z barką holowniczą znalazła  się 
na swoim miejscu. 

Opowieści z Imperium 

160 

-  Kuat,  tu  holownik  DD  -  wywołał  Boo  stację,  przerywając  najnowszy  przebój 

Billi  B  i  Rajskich  Ptaków.  -  Połączyliśmy  się  z  barką.  Chciałbym  sprawdzić  ładunek, 
zanim odlecimy. 

- Proszę bardzo, DD. 
- W porządku, Deen  - powiedział Boo, wyłączając komunikator. - Generator jest 

nasz. Ostatni rzut oka i znikamy, zanim pojawi się prawdziwy holownik DD. 

Deen wszedł do śluzy powietrznej łączącej właz statku z kontenerem. 
-  Czy  z  generatorem  wszystko  w  porządku?  -  zapytał  Boo,  gdy  Deen  wrócił  do 

ładowni. 

-  Generator  jest  ogromny.  Chyba  nie  chcesz,  Ŝebym  przeprowadził  pełną 

dwudniową inspekcję. Chwileczkę... 

- Co jest? 
- Chyba widziałem, jak coś się tu poruszyło... 
-  Cześć,  Deen!  -  powiedziała  Shannon,  wychodząc  z  ukrycia.  -  Czy  to  taki 

generator był ci potrzebny? 

- Shannon! 
- Kim jest ta mała? - zapytał Boo. 
- To moja siostra cioteczna. Shannon, czy twoja matka wie, Ŝe tu jesteś? 
- Oczywiście, Ŝe nie. Lepiej ruszajmy. 
- My? - zapytał Deen. - Co to ma znaczyć? 
-  śe  przyłączam  się  do  Rebelii  -  odpowiedziała,  podnosząc  z  podłogi  swój 

przenośny komputer. - Chodź juŜ, musimy lecieć. 

- W Ŝadnym wypadku - zaprotestował Deen. - Ty wracasz prosto do domu. 
-  Ciekawe  jak?  -  zapytał  Boo.  -  Dok  jest  juŜ  rozhermetyzowany,  a  niespecjalnie 

zachwyca mnie pomysł, Ŝeby zawołać z powrotem techników, którzy odłączą holownik 
od barki i wpuszczą powietrze do doku, a potem tłumaczyć się przed ochroną, skąd się 
tu  wziął  ten  dzieciak  i  czekać  na  ponowne  podłączenie.  Nie  jestem  stuknięty,  Ŝeby 
naraŜać małą na niebezpieczeństwo, ale nie mamy wyboru. Musi lecieć z nami. 

-  On  ma  rację  -  stwierdziła  Shannon,  wspinając  się  do  kabiny  holownika.  - 

Zamknij właz i lecimy! 

- Ale... - zaczął Deen. 
-  Imperialny  holownik  będzie  tu  za  niecałe  pół  godziny  -  powiedziała  Shannon, 

spoglądając  na  zegarek.  -  Wprowadź  współrzędne  do  skoku  w  nadprzestrzeń  i  niech 
Moc będzie z tobą, bracie - zwróciła się do Boo. 

-  Nazywam  się  Boo.  A  teraz  bądź  cicho,  mała.  Muszę  pogadać  z  ludźmi  twojej 

mamy. 

Shannon skinęła głową. Deen stał zszokowany. 
-  Kuat,  tu  barka  holownicza  DD.  Mój  ładunek  jest  zabezpieczony  i  mogę 

odlatywać. 

- Holownik DD, macie zgodę na odlot - powiedział kontroler. - MoŜecie opuścić 

port, gdy tylko będziecie gotowi. Dziękujemy za wybranie Kombinatu Przemysłowego 
Kuat. UwaŜajcie na Ŝurawie stoczni remontowych przy wyjściu z portu. 

background image

Peter Schweighoffer 

161 

-  Będziemy  uwaŜać,  Kuat  -  rzekł  Boo.  -  I  dzięki  za  wszystko.  -  Zaczął 

wyprowadzać  barkę  z  doku.  -  Nie  mogę  uwierzyć,  Ŝe  poszło  nam  tak  łatwo.  Deen, 
twoja ciotka jest najlepszą... 

- A co ona miała z tym wspólnego? - zapytała Shannon. - PrzecieŜ to ja wszystko 

zorganizowałam! 

- Jak to ty? - zapytał Deen. 
-  Mama  za  bardzo  się  bała,  Ŝeby  ci  pomóc.  Chyba  wiedziałeś  o  tym,  prawda, 

Deen? - odpowiedziała Shannon. - Więc zmieniłam godzinę odbioru. 

- A ciotka Nell... 
- O niczym nie wie. 
Boo był zdumiony. 
- Ten dzieciak załatwił nam to wszystko? Jestem pod wraŜeniem! Niezła ta twoja 

siostrzyczka, Deen. ChociaŜ szkoda, Ŝe nie udało jej się wcześniej przysłać techników. 

- Przepraszam, Boo, ja... eee.. zapomniałam zmienić ich harmonogram. Ile jeszcze 

czasu do skoku? 

-  Właśnie  wylecieliśmy  z  zasięgu  promienia  ściągającego.  Niech  no  tylko  ominę 

tamten statek... No nie! Nie mogę w to uwierzyć! 

- Co takiego? - zapytała Shannon. 
- Widzisz tamten statek z przodu? To prawdziwy holownik 36DD, właśnie leci po 

generator. 

- Jesteś pewien? - zapytał Deen. 
Lampka kontrolna komunikatora błysnęła. 
-  Wzywam  niezidentyfikowany  holownik  -  odezwał  się  kontroler.  -  Natychmiast 

wracaj do doku. 

Troje Rebeliantów spojrzało po sobie. 
- Leć dalej - orzekł Deen. 
- Powtarzam - powiedział kontroler. - Nieznany holownik, zawróć barkę do doku, 

a nie spotka was Ŝadna krzywda. 

- Mhm, na pewno... - mruknął Boo. 
Imperialny holownik ustawił się między rebeliantami a drogą do gwiazd. 
- Omiń go! - zawołała Shannon. 
-  Jak?  -  spytał  Boo.  -  „Długodystansowiec”  to  nie  myśliwiec,  a  podłączony  do 

wyładowanej barki jest równie zwrotny jak pijany Hutt... 

- Jak wytrzymałe mamy tarcze? - zapytał Deen, wskazując iluminator, na którym 

widać było co najmniej pół tuzina lecących na nich myśliwców typu TIE. 

- No, pięknie! - jęknął Boo. - Wiedziałem, Ŝe za łatwo poszło.  
Lampka kontrolki komunikatora znowu błysnęła. 
-  Wzywam  niezidentyfikowany  holownik  -  rozległ  się  znajomy  kobiecy  głos.  - 

Mówi  starszy  kontroler  Voorson.  Ostrzegam  was  po  raz  ostami.  Wejdźcie  na  kurs 
powrotny do doku 42 albo nasze siły bezpieczeństwa otworzą do was ogień. 

- Cudownie! - mruknął Boo. - Deen, siadaj przy działach. Rozbij w pył wszystko, 

co stanie nam na drodze do wolności. 

Opowieści z Imperium 

162 

-  Zaczekaj!  -  odezwał  się  Deen.  -  Mam  pomysł.  Shannon,  idź  moim  tropem  - 

polecił, waląc dłonią w pulpit łączności. 

-  Kontroler  Yoorson  -  powiedział  -  odwołaj  atak.  Mamy  tu  twoją  córkę.  - 

Szturchnął Shannon. 

- Mamo, mamo, to ja! Nie strzelajcie!  
Pulpit łączności milczał. 
- Myślisz, Ŝe to ich powstrzyma? - zapytała Shannon.  
Wystrzał z blastera odbił się od tarczy holownika. 
- No i masz odpowiedź! - odparł Boo. - Bierz się do dział, Deen! 
Deen  wcisnął  klawisze  sterujące  ogniem.  Mały  turbolaser  zdołał  trafić  dwa 

nadlatujące myśliwce, a trzy następne zostały uszkodzone przez wirujące w przestrzeni 
szczątki tamtych. Deen nie przerywał ognia. 

-  Wzywam  rebeliancki  holownik!  -  rozległ  się  głos  Nell  Voorson,  tym  razem 

pełen paniki. - Natychmiast zawracajcie! Siły ochrony nie pozwolą wam odlecieć! 

- Nie prosimy o pozwolenie! - krzyknął Boo, nie zmieniając kursu. Jeden z paneli 

baterii  słonecznych  nadlatującego  myśliwca  zahaczył  o  ich  osłony;  odbił  się  i  stracił 
sterowność, lecąc prosto na dwójkę swoich towarzyszy. 

-  Boo,  tarcze  mogą  puścić  w  kaŜdej  chwili!  -  zawołał  Deen,  nie  przerywając 

ostrzału. 

- Wzywam rebeliancką barkę holowniczą - odezwał się głos Nell Voorson. - Nie 

macie szans. Natychmiast przestańcie albo zostaniecie zniszczeni... 

- Przepraszam, cioteczko, ale stąd nie ma odwrotu! - powiedział Boo. 
-  Wzywam  rebeliancki...  Deen!  -  błagała  Neli.  -  Deen,  zastanów  się,  co  robisz! 

Pomyśl o Shannon! StraŜ mnie nie posłucha! - krzyczała. - Nie puszczą was! 

- Przepraszam, ciociu Nell... - zaczął Deen. 
-  UwaŜaj  na  myśliwce!  -  ostrzegł  go  Boo;  nieprzerwany  strumień  maleńkich 

stateczków wydawał się nie mieć końca. 

- Zderzymy się z tamtym holownikiem! - krzyknęła Shannon, gdy tuŜ przed nimi 

wyrosła nagle imperialna barka 36DD. 

- Niekoniecznie, jeśli będą sprytniejsi od nas - powiedział Boo. 
Deen przygryzł wargę, a Shannon zakryła oczy rękami, gdy dwie barki mijały się 

z  trudem.  Dochodzący  z  panelu  łączności  głos  Nell  Voorson  nadal  błagał  ich  o 
rozsądek. Kropla potu spłynęła po twarzy Boo. 

- Chyba nie będą... 
W  ostatniej  chwili  imperialny  holownik  zanurkował  pod  „Długodystansowcem”. 

Tarcze ochronne zderzyły  się z trzaskiem, odkształciły i opadły, gdy przemykali obok 
statku  w  otwartą  przestrzeń  kosmosu.  Cztery  laserowe  strzały  oddane  przez  cztery 
róŜne  myśliwce  minęły  „Długodystansowca”  w  chwili,  gdy  Boo  ciągnął  do  siebie 
drąŜki  sterownicze.  Troje  Rebeliantów  wstrzymało  oddechy,  gdy  linie  gwiazd 
połączyły się w mgłę nadprzestrzeni. 

-  Czy  teraz  juŜ  jesteśmy  bezpieczni,  Boo?  Powiedz,  jesteśmy  bezpieczni?  - 

zapytała Shannon. 

background image

Peter Schweighoffer 

163 

- To zaleŜy od dwóch rzeczy - odparł Boo. - Po pierwsze, czy twoja matka poprosi 

Venir lub Renegg o przysłanie „Interdictora”... 

- A po drugie, czy nie uderzymy w kogoś po drugiej stronie - dokończył Deen. 
Shannon  wspięła  się  na  kolana  ciotecznego  brata  i  połoŜyła  głowę  na  jego 

ramieniu.  Wszyscy  troje  czekali  w  napięciu,  nic  nie  mówiąc,  na  śmiertelne  zderzenie 
lub wyrwanie z hiperprzestrzeni przez imperialną jednostkę przechwytującą. 

Minuty  ciągnęły  się  niemiłosiernie.  Shannon  uświadomiła  sobie  nagle,  Ŝe 

niezaleŜnie  od  tego,  czy  ucieczka  się  uda  czy  nie,  nigdy  juŜ  nie  zobaczy  rodziców. 
Zaczęła płakać. Deen przytulił kuzynkę i ocierał łzy z jej twarzy. 

- Słuchajcie - powiedział miękko Boo - minęło juŜ pół godziny. Droga wolna. 
- Uciekliśmy im? - zapytała Shannon.  
Boo przytaknął. 
- Jesteśmy wolni i bezpieczni. Witaj w Sojuszu, mała. 
- Okruszku - zaczął Deen - tak mi przykro, Ŝe cię w to wszystko wciągnąłem... 
-  A  mnie  nie...  -  powiedziała  Shannon,  uśmiechając  się  szeroko.  -  Daj  spokój, 

Deen, ruszajmy na smoki... 

 

Opowieści z Imperium 

164 

P O   P I E R W S Z E  

-   N I E   S Z K O D Z I

Ć

 

 

Erin Endom 

 
 
 

 
 

Zaczęło  się  bez  specjalnych  ceregieli  -  wezwano  mnie  do  biura  komandora 

Briessena. „Czasowe oddelegowanie”, tak to nazwał. Jasne, Ŝe zastanawiałam się, gdzie 
teŜ  moŜna  oddelegować  lekarza  ze  statku-szpitala,  ale  nie  dano  mi  na  to  zbyt  wiele 
czasu - tylko do chwili, gdy do gabinetu wszedł porucznik Haslam. 

Muszę  powiedzieć,  Ŝe  nie  wyglądał  na  członka  elitarnej  jednostki  komandosów. 

Parę  centymetrów  wyŜszy  ode  mnie,  jasnobrązowe  włosy  rzednące  na  czubku  głowy, 
blade  niebieskie  oczy,  okrągła  twarz,  szczupła  sylwetka  -  wyglądał  bardziej  na 
księgowego. Ale wtedy wśród Rebeliantów nie było juŜ chyba nikogo, kto by o nim nie 
słyszał. Czego ktoś taki mógł chcieć ode mnie? 

Dowiedziałam  się  tego bardzo szybko. Gebnerret Vibrion, polityczny przywódca 

innej  powstańczej  komórki,  został  schwytany  przez  Imperialnych  i  był  teraz 
przesłuchiwany  na  Selnesh,  cieszącej  się  paskudną  sławą  więziennej  planecie  w 
sektorze Irishi. Wiedział zbyt  wiele, by pozostać  w  więzieniu. Imperium  musiało albo 
go  złamać,  albo  szybko  zabić.  Dobra,  to  mogłam  zrozumieć.  Byłam  wprawdzie  u 
Rebeliantów od niedawna, ale nawet ja wiedziałam, Ŝe mając dostatecznie duŜo czasu, 
moŜna  złamać  kaŜdego.  Tortury  fizyczne,  narkotyki,  groźby  wobec  bliskich  -  na 
kaŜdego  jest  sposób.  Ale  gdzie  tu  miejsce  dla  lekarza?  Jak  się  okazało,  Vibrion  był 
niemłodym juŜ męŜczyzną i cierpiał na syndrom Zithroma - chorobę nerek wymagającą 
regularnego  przyjmowania  clondeksu,  by  utrzymać  się  przy  Ŝyciu.  MoŜna  się  było 
załoŜyć,  Ŝe  Imperialni  nie  zatroszczą  się  specjalnie  o  jego  zdrowie.  Co  więcej,  przed 
ś

miercią Vibrion popadłby w malignę. I kto wie, o czym by wówczas mówił? 

Zameldowałam  się  więc  na  odprawę,  w  miarę  rozumiejąc,  w  czym  rzecz.  Nie 

przyłączyłam się do Rebeliantów po to, Ŝeby przeŜywać przygody; zaciągnęłam się, by 
ratować Ŝycie. (O nieba, jak to pompatycznie brzmi. Powiedzmy więc, Ŝe zaciągnęłam 
się,  by  spokojnie  robić  to,  w  czym  jestem  dobra,  po  właściwej  stronie  barykady). 
Poczułam się jeszcze bardziej nie na miejscu, kiedy spotkałam resztę druŜyny, samych 
komandosów:  Melennę,  drobną,  wesołą,  niesłychanie  piękną  kobietę  z  burzą 
rozpuszczonych  złotych  włosów  i  najzimniejszymi  niebieskimi  oczami,  jakie 

background image

Peter Schweighoffer 

165 

widziałam;  Gowana,  wielkiego  czarnoskórego  chłopa,  zdecydowanie  typ  milkliwego 
siłacza; Enkheta, wysokiego, chudego, bladego chłopaka, który miał wypisane na czole 
„włamywacz  komputerowy”;  Liaka,  stosunkowo  nieduŜego  Wookie  o  długiej, 
jasnobrązowej  sierści,  emanującego  aurą  niemal  namacalnego  spokoju;  no  i  Haslama, 
który mierzył nas wszystkich chłodnym, analitycznym spojrzeniem. 

-  Plan  -  powiedział  po  długiej  chwili  -  jest  prosty:  wchodzimy,  zabieramy 

Vibriona i wynosimy się stamtąd tak cicho, jak się da. Nie będzie rozwalania Ośrodka 
Przesłuchań.  Nie  będzie  pogromu  Imperialnych.  Nie  szukamy  chwały.  Mamy  dorwać 
Vibriona. Kropka. 

Ton jego głosu budził we mnie niepokój. 
- W jakim sensie „dorwać”? - zapytałam. 
-  W  takim,  jaki  okaŜe  się  konieczny  -  odpowiedział  spokojnie  Haslam.  -  Jeśli 

będziemy w stanie go ewakuować - świetnie. Jeśli nie, moŜemy zapewnić mu szybszą i 
łatwiejszą  śmierć  niŜ  Imperialni,  zamykając  mu  usta  raz  na  zawsze.  Ma  pani  jakieś 
zastrzeŜenia w tej kwestii, pani doktor? 

W rzeczy samej, miałam zastrzeŜenia. Rozumiałam jego stanowisko: z półŜywym 

podopiecznym druŜyna  właściwie  nie  miała szans  wyjść z tego cało. Z drugiej strony, 
jestem lekarzem, a moja praca polega na tym, Ŝeby ratować pacjenta za wszelką cenę. 
Na razie nie odezwałam się, ale ściskało mnie w Ŝołądku coraz bardziej. 

-  A  więc  -  zwrócił  się  do  pozostałych  -  łatwizna.  Robiliście  to  setki  razy. 

Przenikniemy  do  ośrodka  incognito.  Melenna,  Liak  -  wy  będziecie  więźniami. 
Standardowy  scenariusz:  „przemytnicy  podejrzani  o  sympatie  dla  Rebelii”.  Gowan  i 
Enkhet będą szturmowcami,  a ja - oficerem dowodzącym. Aurin - zwrócił się  w  moją 
stronę.  -  Ty  musisz  być  kolejnym  więźniem.  Leciałaś  z  Melenną  i  Liakiem  na 
Sestooine,  złapali  cię  przez  pomyłkę,  nic  nie  wiesz  i  nic  nie  rozumiesz.  Nie  odzywaj 
się, a wszystko pójdzie dobrze. Ile sprzętu będziesz potrzebować? 

Na szczęście przewidziałam to pytanie i przygotowałam się do odpowiedzi. 
-  Wystarczy  mi  jeden  pakiet  medyczny  -  odpowiedziałam  krótko.  -  Muszę  tylko 

zabrać więcej clondeksu i trochę dodatkowych narzędzi. 

-  Dobrze.  Dostaniemy  się  do  sektora  więziennego,  dowiemy  się,  gdzie  jest 

więzień, pozbędziemy się straŜników i włamiemy do jego celi. Kiedy juŜ będziemy  w 
ś

rodku, twoim zadaniem będzie postawić go na nogi jak najszybciej. Jeśli nie zdołasz... 

No cóŜ, musimy uciec bez niego. - Pozostali skinęli głowami z pełnym zrozumieniem. 
Miałam wraŜenie, Ŝe jego wahanie zostało odegrane specjalnie na mój uŜytek. - JeŜeli 
będzie  przytomny  i  na  chodzie,  wracamy  do  wahadłowca.  Dostaniemy  się  tam  przez 
tunele dla obsługi technicznej. 

Wcisnął guzik na stojącej na stole konsoli i ze środka stolika wyrósł holograficzny 

schemat  instalacji,  typowej  dla  obiektów  Imperium;  kolejny  guzik  -  i  część  korytarzy 
zmieniła  kolor  na  czerwony.  Trasa  od  cel  więziennych  do  doków  była  długa,  kręta  i 
zagmatwana. 

Melenna zachichotała. 

Opowieści z Imperium 

166 

-  I  tu  do  akcji  wchodzi  Liak.  Jego  lud  doskonale  wspina  się  po  drzewach.  Liak 

potrafi znaleźć drogę przez kaŜdy dziwaczny labirynt. To działa równieŜ w sztucznych 
stacjach. Nie rozumiemy dlaczego, ale przyjmujemy za pewnik. 

- Promień ściągający jest pojedynczy- ciągnął Haslam. - Kiepski projekt, świadczy 

o  tym,  Ŝe  są  pewni,  iŜ  nikomu  nie  uda  się  stamtąd  uciec.  Gowan,  włamiesz  się  do 
głównego  komputera  i  odłączysz  promień,  podczas  gdy  nasza  pani  doktor  będzie  się 
zajmować Vibrionem. Na pełnym ciągu i podrasowany przez Enkheta, statek powinien 
móc odlecieć dostatecznie szybko, byśmy zdąŜyli skoczyć w nadprzestrzeń. Pytania? 

Jeśli ktokolwiek je miał, to nie dał tego po sobie poznać; jedyną odpowiedzią była 

seria  krótkich  skinięć  głową  pozostałych  członków  druŜyny.  Ja  miałam  pytanie,  i 
męczyło  mnie  ono  na  tyle,  Ŝe  nawet  nie  zareagowałam  na  interesujący  fakt,  iŜ  to 
Gowan,  a  nie  Enkhet  był  specem  od  komputerów.  Haslam  rzucił  mi  ostre  spojrzenie, 
ale powiedział tylko: 

-  Ok,  spocznij.  Spotykamy  się  przed  wahadłowcem  punkt  szósta  rano,  dok 

trzydziesty szósty. Prześpijcie się wszyscy. Aurin, zostań jeszcze chwilę. 

Kiedy zostaliśmy sami, zapytałam: 
- Nie powiedział pan  wszystkiego na odprawie.  A co będzie, jeśli nie uda  mi się 

postawić go na nogi? Nie sądzę, Ŝeby zamierzał pan po prostu odlecieć i pozostawić go 
Ŝ

ywego. Kto odwali mokrą robotę? 

-  Szczerze  mówiąc,  najchętniej  zabrałbym  robota  medycznego  -  odparł  chłodno 

Haslam.  -  Małe  zwarcie  w  programatorze  i  zrobiłby  dokładnie  to,  co  trzeba,  bez 
pojawiających się w najmniej stosownej chwili wątpliwości natury moralnej. Niestety, 
roboty typu MD sporo kosztują. śywi lekarze są znacznie tańsi i łatwiej ich zastąpić. 

- Miło wiedzieć, Ŝe moŜecie się obyć beze mnie - wymamrotałam. 
Haslam  zignorował  tę  uwagę,  ale  po  chwili  jego  twarz  złagodniała,  przybierając 

wyraz niemal... hm, bezradności. 

-  Aurin,  zabijanie  mnie  nie  bawi.  Mam  tu  pracę  do  wykonania,  podobnie  jak  ty. 

Chodzi o to, Ŝe nie  moŜemy  pozwolić, by  umierał  w rękach Imperium albo z powodu 
tej choroby. I nie chodzi tylko oto, co moŜe im powiedzieć. Przesłuchanie to... jak by tu 
powiedzieć...  nie  najprzyjemniejszy  sposób  umierania.  Chcę  go  stamtąd  wyciągnąć 
równie  mocno  jak  ty,  ale  moŜe  się  okazać,  Ŝe  to  niemoŜliwe.  Pytanie  brzmi:  gdyby 
faktycznie do tego doszło, czy  moŜesz  mu podać coś, dzięki czemu odejdzie szybko i 
bezboleśnie? 

- Prosisz, Ŝebym go zabiła. Nie mogę tego zrobić. - Tego jednego byłam pewna w 

całym tym zamieszaniu. NiezaleŜnie od  wszelkich innych  kwestii, złoŜyłam przysięgę 
przed  wstąpieniem  do  Akademii  Medycznej  na  Byblos.  W  największym  skrócie, 
brzmiała ona: „Po pierwsze - nie szkodzić”.  

Haslam nie wyglądał na zdziwionego.  
-  No  dobrze  -  westchnął.  -  Ja  za  to  odpowiadam.  Zajmę  się  tym.  -  A  potem 

szepnął: - Do pioruna, Ŝe teŜ musieli mi zrobić coś takiego. 

Zawahałam  się.  Nie  podobał  mi  się  cień  myśli,  która  zaczęła  formować  się  w 

mojej  głowie.  Skoro  ten  facet  i  tak  umrze  -  myślałam  -  czy  twoim  obowiązkiem  jako 
lekarza nie jest sprawienie, by odbyło się to dla niego jak najłatwiej? Jeśli nie uda nam 

background image

Peter Schweighoffer 

167 

się go wyciągnąć, Haslam go zastrzeli. Jeśli nie jesteś w stanie naciągnąć swoich zasad 
moralnych  na  tyle,  by  przedawkować  mu  potas  i  pozwolić  umrzeć  szybko  i 
bezboleśnie, czy nie moŜesz go chociaŜ uśpić, Ŝeby umarł we śnie? 

Ale to by oznaczało, Ŝe pomagam Haslamowi go zabić. Ciągną mnie na tę misję, 

Ŝ

eby ratować Ŝycie - jeśli to w ogóle moŜliwe - a nie Ŝeby je odbierać. 

Twoją  misją  jest  słuŜyć  pacjentowi  jak  najlepiej,  czy  oznacza  to  ratowanie  mu 

Ŝ

ycia, czy zapewnienie łatwej i szybkiej śmierci. 

O nieba, nienawidzę tego! 
-  Mogę  dać  mu  conerginę  -  usłyszałam  własne  słowa.  Zdziwiło  mnie,  Ŝe  mówię 

płaskim, spokojnym głosem; w środku byłam jak najdalsza od spokoju. - Nie zabije go, 
ale uśpi na tyle głęboko, Ŝebyś mógł zrobić, co będziesz musiał. 

Haslam uniósł wzrok. 
- PomoŜesz mi? 
- Pomogę. Ale dopiero wtedy, kiedy uznam, Ŝe zrobiłam wszystko, co mogłam, by 

postawić  go  na  nogi  i  wydostać  stamtąd.  To  problem  medyczny,  nie  wojskowy.  To 
musi  być  moja  decyzja.  Nie  pańska.  -  Patrzyłam  mu  prosto  w  oczy,  czując  mdłości.  - 
Jeśli nie  moŜe pan zaakceptować  takiego rozwiązania, pan i pańska  Rebelia będziecie 
musieli sobie znaleźć innego lekarza. Albo robota. 

-  Zgoda  -  odparł  Haslam,  ściskając  moją  rękę,  jakbyśmy  właśnie  dobili  interesu. 

Bo tak teŜ było. 

 
Lot na Selnesh byt stosunkowo krótki, tylko cztery dni w nadprzestrzeni. Jasne, Ŝe 

z  moim  dylematem  cztery  dni  to  dłuŜej  niŜ  wieczność.  Przez  cały  czas  pakowałam  i 
rozpakowywałam mój pakiet medyczny, układając narzędzia i leki w takiej kolejności, 
by  najłatwiej  było  po  nie  sięgnąć.  W  myśli  powtarzałam  program  reanimacji  i 
przyzwyczajałam  się  do  cięŜaru  małego  blastera  przymocowanego  pod  lewą  pachą. 
Melenna wręczyła mi go tuŜ po starcie. 

- Zaraz! - zaprotestowałam. - Nie chcę tego. Nawet nie wiem, jak go uŜywać. 
- To nic trudnego. - Melenna wzruszyła ramionami. - Celujesz i strzelasz. 
- Ale ja nie chcę! Jestem lekarzem! Nie strzelam do ludzi! 
- Tym razem moŜesz nie mieć wyjścia. - Z niesmakiem podciągnęła rękaw mojej 

tuniki i  umocowała  małą  kaburę  wokół przedramienia, zapinając ją z trzaskiem, który 
zabrzmiał  jak  kiepska  puenta.  -  Jeśli  nie  jesteś  w  stanie  zabić,  to  trudno.  Tylko  nie 
postrzel przy okazji kogoś z nas, dobra? 

Wyskoczyliśmy  z  nadprzestrzeni  nad  Selnesh  po  południu  czwartego  dnia. 

Gdybym  chciała  zbudować  więzienną  planetę  od  jądra  w  górę,  tak  właśnie  by 
wyglądała: szara, skalista kula w samym środku pustkowia, ze słońcem dającym blade, 
sine  światło.  „Posępna”  to  za  mało  powiedziane.  Powierzchnia  planety  pozbawiona 
była  jakiejkolwiek  roślinności  czy  choćby  koloru.  Sterylna,  biała  plastalowa  kopuła 
więzienia tkwiła jak grzyb dokładnie poniŜej opadającego w dół statku. Na planecie nie 
było ani jednego innego miejsca, które mogłoby podtrzymać Ŝycie przez choćby kilka 
godzin. Wiedziałam juŜ, dlaczego nikomu nie udało się stąd uciec. 

Opowieści z Imperium 

168 

Podczas  gdy  Enkhet,  juŜ  w  zbroi  szturmowca,  wymieniał  grzeczności  i  kody 

identyfikacyjne  z  lądowiskiem,  reszta  stała  rządkiem  gotowa  do  oszukańczego 
przedstawienia. Melenna miała na sobie typowy strój wolnego handlowca, Liak - tylko 
swoje futro, a ja zwyczajną cywilną tunikę i spodnie; cenny pakiet medyczny ukryłam 
wokół talii pod luźną tuniką. Wszyscy troje byliśmy zakuci w kajdanki. Gowan, teŜ w 
zbroi, trzymał rusznicę blasterową wycelowaną w pokład. Haslam w szarym oficerskim 
mundurze wyglądał, przynajmniej dla mnie, oficjalnie i onieśmielająco. 

Korytarz  wlotowy  na  lądowisko  był  ciasny;  Enkhet  faktycznie  był  tak  dobrym 

pilotem, jak utrzymywali pozostali. Zwinęłam dłonie w pięści, a ból wcinających się w 
nadgarstki  kajdanek  ogłaszał:  „Nie  podoba  mi  się  to.  Chcę  do  domu.  Natychmiast. 
ś

ycie  pełne  przygód  to  nie  dla  mnie”.  Wyczuwając  w  jakiś  sposób  moje 

zdenerwowanie,  Liak  odwrócił  się  i  warknął  coś,  co  brzmiało  całkowicie 
niezrozumiale, ale podnosiło na duchu. 

-  Udawaj,  Ŝe  to  tylko  holofilm  -  poradziła  mi  pogodnie  Melenna.  -  I  Ŝe  ty  grasz 

rolę więźnia. Ja tak właśnie robię. I nic nie mów. Niech tym zajmie się porucznik. 

- Dzięki - wymamrotałam. Zdenerwowanie zawsze chwyta mnie za Ŝołądek, który 

fikał  teraz  koziołki.  Zresztą  lepiej  Ŝołądek  niŜ  ręce  -  lekarz  powinien  mieć  ręce 
spokojne, niezaleŜnie od tego, jak bardzo jest zdenerwowany. 

Z kokpitu dołączył do nas Enkhet. 
-  Droga  wolna  -  oznajmił  od  niechcenia.  -  śadnych  problemów.  Wyglądali  na 

znudzonych. 

- To dobrze - stwierdził Haslam. - Wychodzimy. 
 
Przejście przez odprawę na lądowisku było duŜo łatwiejsze, niŜ przypuszczałam. 

Haslam, genialnie odgrywając imperialnego oficera (urywana mowa, oficjalna postawa 
i tak dalej), przedstawił się jako porucznik Grallant, numer operacyjny 13398247, a nas 
- jako przemytników najprawdopodobniej popierających Rebelię. Dowódca bazy, który 
wyglądał, jakby słyszał tę samą historię o jeden raz za duŜo, machnął niedbale ręką w 
kierunku korytarza, prowadzącego - jak się domyślałam - do właściwego więzienia. 

Szliśmy gęsiego szarym korytarzem. Zakończył się wyjściem na ogromną halę, z 

odchodzącymi  we  wszystkie  strony  w  regularnych  odległościach  korytarzami,  wzdłuŜ 
których  usytuowane  były  cele.  Za  konsolą  centralnego  komputera  stało  czterech 
szturmowców z rusznicami blasterowymi co najmniej równie duŜymi jak te Enkheta i 
Gowana,  oraz  gładko  wyprasowany  oficer  z  insygniami  kapitana  na  mundurze,  który 
wyglądał na znacznie bardziej czujnego niŜ jego dowódca. Oficer spojrzał w górę, gdy 
wchodziliśmy, a szturmowcy jak na komendę unieśli nieco rusznice, celując wprawdzie 
nie prosto  w  nas, ale zdecydowanie  w  naszą  stronę. Nagle  zaczęłam  mieć problemy z 
oddychaniem.  Jakąś  częścią  umysłu  powaŜnie  rozwaŜałam  pomysł,  by  wystąpić, 
powiedzieć „Ja nie wchodzą do tej gry, dziękują bardzo, ale to nie dla mnie”, zawrócić 
na  pięcie  i  odmaszerować  do  statku.  To  jednak  zrujnowałoby  piękny  scenariusz 
Haslama. Zresztą i tak byłam zbyt sparaliŜowana, Ŝeby się poruszyć. Zostałam więc na 
miejscu, nic nie mówiąc. 

background image

Peter Schweighoffer 

169 

Haslam  wyrecytował  ponownie  swą  formułkę  (nazwisko,  stopień  i  numer 

operacyjny)  oficerowi,  który  -  dzięki  niebiosom  -  nie  podawał  tych  danych  w 
wątpliwość. Zamiast tego uczynnie  włączył komputer i przydzielił nam trojgu numery 
cel.  Przesłuchanie  więźniów  odbywało  się  najwidoczniej  w  celach,  a  nie  na  otwartej 
przestrzeni  -  pewnie  po  to,  aby  zmniejszyć  ryzyko,  Ŝe  więzień  ucieknie.  PoniewaŜ 
właśnie o ucieczkę nam chodziło, nie była to pocieszająca wiadomość. 

Enkhet szturchnął mnie w plecy lufą blastera, popychając do przodu. Kapitan Jak-

mu-tam  dał  krok  naprzód,  Ŝeby  pomóc  doprowadzić  nas  -  zatwardziałych 
kryminalistów - do cel na przesłuchanie. Haslam zatrzymał go, unosząc dłoń. 

- Będę musiał poprosić pana i pańskich ludzi o wyjście na kilka minut. 
- Słucham? - zapytał kapitan pozbawionym wyrazu głosem. 
-  Pan  i  pańscy  Ŝołnierze  musicie  czasowo  opuścić  to  miejsce  -  odpowiedział 

Haslam  poufałym  tonem.  -  Pracuję  dla  wywiadu.  Podejrzewamy,  Ŝe  ci  więźniowie 
mieli dostęp do ściśle tajnych informacji o ruchach róŜnych komórek Rebeliantów. Nie 
chodzi o to, Ŝe nie mamy zaufania do lojalnych oficerów Imperium, ale obecność tych 
więźniów  tutaj  musi  być  utrzymywana  w  ścisłej  tajemnicy  do  czasu  zakończenia 
przesłuchania. Jestem pewien, Ŝe pan to rozumie. 

- Czy major Caton o tym wie? 
- Nie, i jest sprawą kluczową dla wysiłków wojennych, by nadal nie wiedział. Nie 

mogę  panu  powiedzieć  nic  więcej.  I  tak  powiedziałem  za  duŜo.  Przywiozłem  tych 
więźniów  właśnie tutaj, bo  wiem, jaką reputacją cieszą się oficerowie i Ŝołnierze z tej 
bazy. Nie ma bezpieczniejszego miejsca w galaktyce. 

- Rozumiem - powiedział grobowym tonem kapitan i skinął ręką na szturmowców, 

by poszli za nim. Najwyraźniej pochlebstwo podziałało. 

- Muszę równieŜ czasowo wyłączyć kamery. Tylko dopóki ich nie przesłuchamy, 

rozumie pan. Nikt nie moŜe wiedzieć, Ŝe tu są. 

- Rozumiem - rzekł kapitan. 
A  więc  jak  do  tej  pory  wszystko  szło  łatwo.  Imperialni  po  prostu  wyszli  i 

zamknęli  za  sobą  drzwi.  Gowan,  zdjąwszy  hełm,  juŜ  się  włamywał  do  komputera;  po 
krótkiej chwili kamery umocowane pod sufitem zgasły. 

Haslam poruszał się po pomieszczeniu, jakby czegoś szukał, podczas gdy Enkhet 

zdejmował  nam  kajdanki.  Melenna  rozprostowała  zesztywniałe  ręce,  wyciągając  je 
przed siebie. 

- Nie musiałeś zakładać ich tak ciasno - powiedziała gderliwie. - Ręce mi całkiem 

zdrętwiały. 

- To tobie zaleŜało, Ŝeby wszystko wyglądało przekonująco. 
Liak  warknął  coś  tonem  wymówki  i  sprzeczka  -  zapewne  najnowszy  odcinek 

tasiemcowej  sagi  -  skończyła  się.  W  międzyczasie  po  raz  kolejny  sprawdziłam 
zawartość pakietu medycznego, upewniając się, Ŝe Ŝadne z moich cennych narzędzi ani 
fiolek  nie  zostało  uszkodzone.  Łaskotanie  w  mięśniach  -  zwykły  wstęp  do  pełnej 
gotowości przed reanimacją - zaczęło pokonywać mój strach. 

- Gdzie on jest? - zapytałam ostro. 

Opowieści z Imperium 

170 

-  Właśnie  patrzę  -  odpowiedział  Gowan  nieobecnym  głosem;  całą  jego  uwagę 

zaprzątały obrazy przelatujące przez ekran. - Dobra, mam go. Cela 2826. 

- To na co czekamy? Chodźmy! 
- Aurin - powiedział spokojnie Haslam. - To ja dowodzę misją. Pójdziemy, kiedy 

powiem. 

-  Haslam  -  powiedziałam  podobnym  tonem.  -  przeprowadził  nas  pan  przez 

Imperialnych. Teraz to juŜ misja medyczna. A to moja działka, pamięta pan? W jednej 
z tych cel umiera człowiek. Mam zadanie do wykonania. Proszę pozwolić mi zająć się 
moją pracą. 

Słowa  „bo  inaczej...”  wisiały  w  powietrzu.  Nie  byłam  do  końca  pewna,  co  bym 

zrobiła,  gdyby  się  nie  zgodził.  Ale  Haslam  zrozumiał,  Ŝe  mówię  powaŜnie.  Z  ni  to 
westchnieniem, ni to śmiechem dał sygnał do wyjścia. 

Cela  znajdowała  się  na  samym  końcu  środkowego  korytarza.  Enkhet  stanął  na 

straŜy  u  wylotu  korytarza  (Gowan  został  przy  komputerze,  Ŝeby  coś  jeszcze 
poobliczać),  a  Haslam  wprowadził  skomplikowany  kod  na  klawiaturze  przy  drzwiach 
celi.  Drzwi  rozsunęły  się,  ukazując,  siwego  męŜczyznę  leŜącego  na  platformie  przy 
ś

cianie  na  wprost.  Na  nasz  widok  uniósł  się  nieco  na  łokciu  z  rozszerzonymi  ze 

zdziwienia  oczami.  Odpięłam  pakiet  medyczny  i  podeszłam  do  niego.  Był  bardzo 
blady, oczy  miał zapadnięte, a usta spierzchnięte, co  wskazywało na odwodnienie, ale 
był  czujny,  zwarty  i  gotowy.  Spodziewałam  się,  Ŝe  zobaczę  pacjenta  jedną  nogą  po 
tamtej stronie, więc zdziwiło mnie, iŜ wygląda nie tak najgorzej. 

-  Czy  to  moja  ekipa  ratunkowa?  -  odezwał  się  głosem  słabym  i  ochrypłym,  nie 

pozbawionym jednak nuty ironicznego humoru. 

-  To  właśnie  my.  -  Melenna  weszła  tuŜ  za  mną  posyłając  mu  olśniewający 

uśmiech,  który,  jak  podejrzewam,  kaŜdego  męŜczyznę  poderwałby  z  łoŜa  boleści. 
Pewnie dokładnie o to jej chodziło. - Wszystko dla dobra misji - oświadczyła zwięźle. 

Jeśli  flirtowanie  z  naszym  podopiecznym  miało  mu  pomóc,  nie  miałam  nic 

przeciwko temu. 

-  Nie  myślałem...  Ŝe  przylecicie.  Musiał  przerwać  to  krótkie  zdanie  w  połowie, 

Ŝ

eby  złapać  oddech;  tak,  niewątpliwie  wymagał  pomocy  medycznej.  Szybko 

rozpakowałam  mój  sprzęt.  Przytknęłam  do  klatki  piersiowej  męŜczyzny  JDD  -
jednostkę dostępu doŜylnego - i wcisnęłam przycisk aktywacji. Podczas gdy podskórny 
minidren  lokalizował  duŜą  Ŝyłę  pod  obojczykiem,  prowadzącą  prosto  do  serca, 
otworzyłam dwie ampułki clondeksu, jedną sterydu endogenicznego, plasterek cordiny 
oraz litr substytutu  surowicy  i rozłoŜyłam to  wszystko, by  było pod ręką. Liak  kucnął 
koło  mnie,  gotów  słuŜyć  pomocą,  gdybym  jej potrzebowała.  Haslam  stał  czujnie  koło 
drzwi. 

- Ho, ho - odezwała się Melenna - nie naleŜy nie doceniać siły kobiety. 
- Jest pan w lepszym stanie, niŜ się spodziewałam - zauwaŜyłam. 
-  Miałem  trzy  fiolki...  clondeksu,  kiedy  tu  trafiłem...  Brałem  oszczędne  dawki... 

Skończył się... zaledwie dwa dni temu. 

- Jak się panu udało ukryć je przed rewizją osobistą? - zaciekawiła się Melenna. 
- Połknąłem je. - Mimo słabości uśmiechnął się do niej ironicznie. 

background image

Peter Schweighoffer 

171 

Meienna przetrawiła jego oświadczenie, doszła do jedynego logicznego wniosku i 

skrzywiła  się.  To  śmieszne,  ale  nie  myślałam,  Ŝe  naleŜy  do  osób,  które  łatwo  bierze 
obrzydzenie.  Przesunęłam  bioskaner  nad  ciałem  Vibriona,  zauwaŜając  zmniejszone 
serce - kolejna oznaka odwodnienia, i skurczone nerki oraz nadnercza - typowy objaw 
syndromu  Zithroma.  Ciśnienie  miał  trochę  za  niskie,  a  puls  nieco  za  szybki,  ale  poza 
tym  wszystko  wyglądało  raczej  prawidłowo.  Pozwoliłam  sobie  na  westchnienie  ulgi. 
Nie  będzie  tak  źle,  jak  przypuszczałam  -  pomyślałam.  I  pamiętaj,  następnym  razem, 
gdy Briessen będzie chciał cię gdzieś posyłać, powiedz nie. 

JDD  zaterkotał,  a  do  komory  wejściowej  wpłynęła  ciemna  Ŝylna  krew,  co 

wskazywało, Ŝe dren dotarł do Ŝyły. Szybko wstrzyknęłam pierwszą porcję clondeksu i 
steroidów, a potem zaczęłam wprowadzać roztwór surowicy. Musiałam z tym uwaŜać - 
podając  zbyt  szybko  duŜą  ilość  płynu,  mogłam  przedobrzyć  i  doprowadzić  do 
uszkodzenia płuc i nerek. 

- Jak idzie? - zapytał Haslam. - Musimy niedługo ruszać. 
- Potrzebuję jeszcze kilku minut. Zorientowali się juŜ? 
-  Nic  na  to  nie  wskazuje  -  powiedział.  -  Ale  nie  kuśmy  losu.  Liak,  otwórz  tunel 

awaryjny i stań tam na warcie. 

Liak podźwignął się i ruszył do drzwi. Po drodze zmierzwił mi włosy swą wielką 

łapą. 

Torebka  z  płynem  była  niemal  pusta;  ścisnęłam  ją,  by  wtłoczyć  ostatnie  krople 

płynu,  a  potem  odłączyłam.  Vibrion  wyglądał  teŜ  znacznie  lepiej,  worki  pod  oczami 
zmniejszyły się, a twarz zaróŜowiła. Dałam mu drugą dawkę clondeksu i nalepiłam na 
szyję  plaster  z  cordiną.  Zaczerwienił  się  i  uniósł  trzęsącą  się  rękę  do  czoła,  gdy 
stymulator zaczął działać. 

- Ból głowy ustąpi mniej więcej za minutę - powiedziałam. - To powinno postawić 

pana na nogi. MoŜe pan usiąść? 

Vibrion przytaknął. Skrzywił się lekko, gdy pomagałam  mu usiąść. Sprawdziłam 

ciśnienie - nie zmieniło się. Jak na razie nie najgorzej. 

-  Liak  otworzył  tunel  -  powiedział  Haslam  spokojnie,  ale  z  nutą  ponaglenia  w 

głosie. 

Dźwignęłam Vibriona, a Melenna dala krok do przodu, podsuwając bark, by oparł 

się o nią ramieniem. Sprawdziłam wskazania bioskanera. Puls podskoczył o 10 uderzeń 
na minutę, by skompensować zmianę, pozycji ciała, ale ciśnienie było stabilne. 

- W porządku? - zapytałam go. 
- W porządku. - Uśmiechnął się blado. - Chodźmy. 
 
Tunel  awaryjny  biegł  wzdłuŜ  korytarza  -  jasno  oświetlony,  zakurzony  i  dość 

wysoki,  Ŝeby  stanąć  prosto  (choć  Liak  i  Enkhet  musieli  pochylić  głowy),  ale  szeroki 
tylko na tyle, by  mogła nim  przejść jedna osoba. Melenna, Vibrion i ja, trzymając się 
mocno w pasie, stanęliśmy bokiem i posuwaliśmy się krok za krokiem. Prowadził Liak, 
za  nim  szli  Enkhet  i  Gowan;  Haslam  w  środku,  skąd  miał  dobry  widok  na  nas 
wszystkich  jednocześnie.  Szliśmy  wolno,  początkowo  cofając  się  niekiedy,  by 
skorygować  trasę.  Nie  miałam  pojęcia,  dokąd  idziemy,  i  szczerze  mówiąc,  niewiele 

Opowieści z Imperium 

172 

mnie  to  obchodziło.  Zrobiłam,  co  do  mnie  naleŜało,  a  teraz  pooperacyjny  odpływ 
adrenaliny  sprawił,  Ŝe  czułam  się  wyczerpana,  oklapła  i  głodna.  Melenna  za  to 
wyglądała na spiętą i niespokojną. 

-  Za  długo  to  trwa  -  syknęła  do  Haslama,  który  szedł  tuŜ  przed  nią.  -  Ile  czasu 

twoim zdaniem, potrwa, zanim Imperialni zorientują się, Ŝe coś się kroi? Nie wszyscy z 
nich są idiotami, chyba wiesz. 

-  Wiem  o  tym,  Melenna  -  odparł  Haslam  z  wystudiowanym  spokojem.  -  Minęło 

tylko jedenaście minut. Mamy czas. 

Jedenaście minut? Jak to moŜliwe, Ŝe wszystko trwało zaledwie jedenaście minut? 

Wydawało mi się, Ŝe upłynęły godziny od chwili, gdy weszłam do celi Vibriona. 

Idący  z  przodu  Liak  warknął  coś  i  ruszyliśmy  dalej.  Co  chwila  spoglądałam  na 

Vibriona, sprawdzając, w jakim jest stanie. Po kilku minutach ociekał potem (w tunelu 
było gorąco) i zbladł, kiedy ustał dopływ cordiny, ale ściskał lekko moje ramię i szedł 
do  przodu.  Pomyślałam,  Ŝe  skoro  mimo  swego  wieku  i  nieuleczalnej  choroby  zdołał 
zorganizować  i  prowadzić  całą  komórkę  Rebeliantów,  musi  być  twardszy  niŜ 
hartowany tytan. 

Po  kolejnych  kilku  minutach  zatrzymaliśmy  się  na  znak  dany  przez  Liaka. 

ZbliŜaliśmy  się  do  hangaru.  Plan  był  taki,  Ŝe  wrzucimy  tam  granat  udarowy,  sami 
ukryci  w  tunelu;  przy  straŜnikach  pozbawionych  moŜliwości  działania  i  wyłączonym 
(miejmy nadzieję) promieniu ściągającym, mieliśmy popędzić do naszego wahadłowca, 
wystartować  i  wymknąwszy  się  pogoni,  odlecieć  dostatecznie  daleko,  by  móc 
wskoczyć w nadprzestrzeń. Przynajmniej tak to wyglądało w teorii. Przykucnęliśmy na 
zakurzonej  podłodze  tunelu.  Tylko  Vibrion  usiadł  cięŜko,  jakby  nogi  odmówiły  mu 
nagle posłuszeństwa. Melenna oparła go o ścianę, podczas gdy ja grzebałam w apteczce 
w poszukiwaniu kolejnego plasterka cordiny. Nie byłam pewna, czy powinnam dać mu 
kolejną  dawkę  -  mogło  to  spowodować  niewydolność  serca  -  ale  chciałam,  Ŝeby  była 
pod  ręką,  gdyby  jej  potrzebował.  Kątem  oka  złapałam  błysk  bieli  na  końcu 
zakręcającego  korytarza.  Spojrzałam  w  górę.  Rozpłaszczony  o  ścianę  szturmowiec 
wyglądał zza rogu z blasterem w ręku wycelowanym prosto we mnie. 

Pułapka, pomyślałam.  Czas  wokół  mnie zwolnił, by  się zatrzymać.  Nie byłam  w 

stanie  złapać  oddechu  -  czułam  niemal  tę  samą  duszącą,  ogłuszającą  pustkę  jak 
wówczas,  gdy  w  wieku  sześciu  lat  wypadłam  z  balkonu  prosto  na  brzuch.  Jednak 
umysł,  wytrenowany,  by  pracować  logicznie  w  warunkach  kryzysowych,  nadal 
funkcjonował. 

Nie  ma  czasu  ostrzec  Haslama,  myślałam.  Blokuję  przejście  -  nie  będą  mogli 

strzelać. Jeśli upadnę, następny w kolejce będzie Vibrion. 

Ale mam przecieŜ blaster. 
Prawą  ręką  wyszarpnęłam  mały  miotacz  z  kabury  pod  lewym  rękawem, 

wycelowałam w szturmowca i strzeliłam. Pocisk przeszedł między napierśnikiem zbroi 
i  podstawą  hełmu  -  trafiłam  go  prosto  w  gardło.  Wydał  z  siebie  zdławiony  gulgot  i 
osunął  się  na  kolana.  Hełm  spadł  mu  z  głowy  i  zanim  szturmowiec  runął  na  ziemię, 
widziałam  przez  moment  jego  zaskakująco  młodą  twarz,  z  ciemnymi  włosami 
wilgotnymi od potu i jasnymi szarymi oczami rozszerzonymi ze zdziwienia. 

background image

Peter Schweighoffer 

173 

Miałam tylko chwilę na zdumienie, Ŝe naprawdę go trafiłam, zanim otoczyła mnie 

kanonada blasterowego ognia. Haslam i reszta zauwaŜyli, Ŝe coś jest nie tak za naszymi 
plecami, i zaczęli strzelać nad moją głową. Wystrzały układały się w perfekcyjny taniec 
trafień  i  rykoszetów,  który  mówił,  Ŝe  nie  pierwszy  raz  znaleźli  się  w  takiej  sytuacji. 
Pozostali  szturmowcy,  zorientowawszy  się,  Ŝe  odkryliśmy  ich  obecność,  wypadli  zza 
rogu  i  otworzyli  ogień.  Zaczęłam  się  odwracać,  z  mglistym  pomysłem,  by  osłonić 
własnym ciałem Vibriona, ale Melenna syknęła: 

- Nie wstawaj! 
Jej komendę potwierdził głuchy, ale niezwykle głośny wybuch od strony hangaru, 

który  wstrząsnął  ścianami  wokół  nas.  Przełknęłam  ślinę,  by  wyrównać  ciśnienie  w 
uszach, i  wystrzeliłam  kilka razy  w  kierunku szturmowców, szukając jednocześnie po 
omacku ręki Vibriona. Puls miał szybki i trochę nieregularny, ale silny; uścisnął lekko 
moją dłoń, dodając mi otuchy. 

Przez  to  wszystko  zapomniałam  o  oddychaniu.  Zachłysnęłam  się  głęboko,  a 

powietrze napływające do płuc sprawiło, Ŝe zakręciło mi się w głowie. Oparłam czoło 
na  ręku;  niezgrabnie  zwinięta  w  kłębek  na  podłodze,  niewiele  więcej  mogłam  zrobić. 
Tkwiłam tak, ściskając za rękę Vibriona, aŜ ktoś ostro szarpnął mnie za ramię. 

- Chodź! - usłyszałam szorstki głos. - Idziemy! 
Spojrzałam  w  górę i zobaczyłam pochylonego  nade  mną Gowana, bez  hełmu i z 

osmaloną pręgą  wypaloną przez strzał blastera  w poprzek czoła, tam  gdzie drasnął go 
ogień. Złapał mnie za nadgarstek i dźwignął do góry, a potem wepchnął do hangaru. Za 
nami  pozostał  stos  trupów  w  białych  zbrojach;  szarooki  chłopak  leŜał  gdzieś  pod 
ciałami  swoich  towarzyszy.  Podłoga  hangaru  była  usłana  bezwładnymi  ciałami 
szturmowców i oficerów, powalonych wybuchem granatu udarowego wrzuconego tam 
przez Liaka. Haslam czekał na nas przy wejściu. Chwycił mnie za ramię i wciągnął po 
trapie  wahadłowca  tuŜ  za  Melenną  i  Vibrionem,  który  opierał  się  cięŜko  na  ramieniu 
dziewczyny,  wyraźnie  bliski  omdlenia.  Gowan  wpadł  na  pokład  tuŜ  za  nami,  wcisnął 
rygiel  zatrzaskowy  luku  i  na  łeb,  na  szyję  pognał  do  sterowni;  silniki  juŜ  warczały  w 
sekwencji  przedstartowęj.  Haslam  pchnął  mnie  i  Vibriona  na  siedzenia  pasaŜerów, 
szybko zapiął nam pasy, a potem odwrócił się i pobiegł za Melenną w stronę rury. 

- Dokąd idziecie? - rzuciłam za nim. 
- Zająć się działami! - odkrzyknął przez ramię, nie gubiąc kroku. 
- Działami? Myślałam, Ŝe wahadłowce nie mają dział!  
Jedyną  odpowiedzią  było  szarpnięcie  startującego  statku;  potem  gwałtowne 

przyspieszenie wcisnęło nas w fotele, gdy wahadłowiec skoczył do przodu. Kolejnych 
kilka  minut  przypomniało  mi  przejaŜdŜkę  repulsorową  karuzelą  na  festynie  na 
Coruscant: prosto w górę, na boki, potem korkociągiem w dół, kilka szarpnięć w róŜne 
strony  i  wreszcie,  pędem  na  złamanie  karku,  wszystko  w  kompletnych  ciemnościach 
(światła  kabiny  zgasły  po  drugim  z  manewrów  na  najwyŜszej  szybkości).  Dodatkową 
atrakcją  był  fakt,  Ŝe  do  nas  strzelano.  Słyszałam  przytłumioną  wymianę  okrzyków 
pomiędzy  Haslamem  i  Melenną  z  wieŜyczki  strzelniczej;  najwidoczniej  wahadłowiec 
rzeczywiście  był  uzbrojony.  Vibrion  siedział  za  daleko,  bym  mogła  go  dotknąć;  ciało 
miał bezwładne, a oczy zapadnięte, ale błyszczące. Mówi się, Ŝe lekarze pogotowia są 

Opowieści z Imperium 

174 

uzaleŜnieni od adrenaliny, ale tego juŜ było jak dla mnie trochę za wiele. Haslam miał 
rację  co  do  talentu  Enkheta  do  pilotaŜu  -  nawet  ja  wiedziałam,  Ŝe  odwala  kawał 
doskonałej roboty i tylko dzięki niemu jesteśmy jeszcze cali. Atrakcje zakończyły  się, 
gdy wahadłowiec, pozbawiając mnie tchu od przeciąŜenia, rozciągnął gwiazdy wokół i 
skoczył  w  nadprzestrzeń.  Następnych  kilka  minut  pamiętam  jak  przez  mgłę  - 
usadowiwszy  wygodniej  Vibriona,  podałam  mu  koleją  porcję  płynów  i  pół  dawki 
clondeksu. Haslam dostał z blastera w prawe ramię; na szczęście strzał ominął główne 
naczynia i splot nerwów. Oczyściłam i opatrzyłam jego rany. Zajęłam się teŜ Gowanen. 
Melenną, choć stała na linii strzału szturmowców i nie miała na sobie zbroi ani Ŝadnej 
innej ochrony, wyszła ze strzelaniny nietknięta.  

- Dlatego ją tu trzymamy! - zaŜartował Enkhet, wchodząc do wspólnej kabiny ze 

sterowni. - Przynosi nam szczęście. 

Melenna  stuknęła  go  lekko  w  głowę,  a  on  oddał  cios  i  pociągnął  ją  za  jeden  z 

jasnych loków. 

Składałam pakiet medyczny, marząc o napiciu się czegoś gorącego, gdy przyszły 

dreszcze.  Zawsze  jestem  trochę  roztrzęsiona  po  operacji;  zwykle  przechodzi  mi  to  w 
ciągu  minuty,  ale  teraz  z  kaŜdą  chwilą  było  gorzej.  Przyklękłam  w  kącie  świetlicy, 
twarzą do ściany. Paskudne, szydercze myśli zaczęły mi pełzać po głowie. 

Strzeliłaś  do  tego  szturmowca.  Zabiłaś  go.  A  przecieŜ  miałaś  być  lekarzem, 

pamiętasz? 

Musiałam! Albo oni, albo my! 
No jasne. Cale to  moralizowanie o przysiędze, o tym, Ŝe po pierwsze, nie  wolno 

szkodzić, o świętości Ŝycia - okazało się bez znaczenia, prawda? 

Nie  chodziło  tylko  o  mnie,  nie  tylko  o  moje  Ŝycie.  Musiałam  chronić  mojego 

pacjenta. Musiałam chronić całą grupę. 

Daj  spokój!  Ty  miałaś  ich  bronić?  A  któŜ  to  cię  wyznaczył  na  Obrońcę 

Wszechświata? Nie oszukujmy się - moŜesz opowiadać o moralności, ale gdy przyszło 
co do czego, wybrałaś własne Ŝycie. Nie jesteś lekarzem, jesteś mordercą. 

- Aurin? 
Ktoś  dotknął  mojego  ramienia;  odwróciłam  się.  Gowan  kucnął  przy  mnie. 

Wyglądał  na  potwornie  zmęczonego  i  absurdalnie  młodego,  a  ciemne  oczy  nie  kryły 
troski. Patrzyłam na niego bez słowa, w gardle wyrosła mi nagle wielka gula. 

- Wiesz - powiedział powoli - świetnie się spisałaś. 
- Zabiłam go - wykrztusiłam, ale nie zdołałam ukryć drŜenia w głosie. 
- Wiem. Przykro  mi, Ŝe  musiałaś to zrobić... ale nie mogę powiedzieć, Ŝe Ŝałuję, 

Ŝ

e  ci  się  udało  -  rzekł  spokojnym,  cichym  głosem.  -  Słuchaj,  Aurin,  to  jest  wojna. 

Celem wojny jest zabicie tylu ludzi po drugiej stronie, Ŝeby ustąpili. CięŜko z tym Ŝyć. 
A jeszcze cięŜej jest tym, którzy znajdą się nagle w ogniu walki, choć tak naprawdę to 
nie ich miejsce. Myślę, Ŝe to właśnie jest twój przypadek. 

- Powiedz mi to jeszcze raz - załkałam. - Powinnam uzdrawiać ludzi, a nie... to. 
- Wiem. I dlatego to, co dziś zrobiłaś, jest tak cenne. Rebelianci nie mają nawet w 

przybliŜeniu tyle wojsk, co Imperium. Jeśli nie utrzymamy się przy Ŝyciu dostatecznie 
długo, by wygrać tę wojnę, będzie to oznaczać, Ŝe nasze Ŝycie poszło na marne. Spójrz 

background image

Peter Schweighoffer 

175 

na  to  od  tej  strony:  pomogłaś  utrzymać  nas  przy  Ŝyciu  trochę  dłuŜej,  Ŝebyśmy  mogli 
dalej  walczyć.  I  ocaliłaś  Vibriona,  a  to  jeszcze  waŜniejsze.  On  moŜe  sprowadzić 
innych, którzy wierzą, Ŝe nasza walka jest słuszna. 

Nie  spodziewałam  się  takiej  delikatności  po  ciemnoskórym  męŜczyźnie,  który 

prawie nie otworzył ust podczas całej misji. Ciasny węzeł w gardle szybko rozpuścił się 
we łzach. Gowan niezgrabnie otoczył mnie ramieniem. 

Napięcie  i  ból  wypływały  ze  mnie  powoli  wraz  ze  łzami.  Po  kilku  minutach 

przestałam  płakać.  Oparłam  się  wyczerpana  o  ścianę,  wytarłam  oczy  rękawem  i 
uśmiechnęłam się niepewnie do Gowana. 

-  JuŜ  mi  lepiej.  Naprawdę  -  powiedziałam,  widząc  jego  pytające  spojrzenie.  - 

Przepraszam, Ŝe tak się rozkleiłam. Teraz chciałabym... zostać przez chwilę sama. 

Skinął głową i wstał. 
- Coś ci przynieść? Coś do picia? 
- Nie teraz. Dziękuję. 
Ruszył w kierunku kabiny pilota. 
- Gowan?  
Odwrócił się. 
- Dziękuję. 
Znowu skinął głową i odszedł. Siedziałam przez jakiś czas z zamkniętymi oczami, 

pogrąŜona  w  myślach.  W  zasadzie  wykonałam  swoje  zadanie.  Pomogłam  wydostać 
Vibriona  Ŝywego  z  więzienia;  udało  mi  się  uciec,  podobnie  jak  reszcie  druŜyny.  A  Ŝe 
złamałam  przysięgę...  No  cóŜ,  moŜe  po  prostu  trzeba  się  pogodzić  z  tym,  Ŝe  czasem 
trzeba zrobić coś złego w dobrej sprawie. MoŜe szczytne ideały medycyny nie do końca 
sprawdzają  się  w  czasie  wojny.  Tak  czy  owak,  teraz  juŜ  nic  nie  byłam  w  stanie  na  to 
poradzić...  Mogłam  tylko  prosić  w  duszy,  by  chłopak  o  szarych  oczach  połączył  się  z 
Mocą,  która  spaja  nas  wszystkich  w  jedno,  i  starać  się  dalej  Ŝyć  i  pracować  najlepiej, 
jak  umiem.  Westchnęłam,  wstałam  -  obolała  jak  po  ogłuszeniu  blasterem  -  i  poszłam 
poszukać czegoś gorącego do picia. 

 
Dostałam  potem  medal  „Za  osiągnięcia  na  polu  walki”  -  dają  taki  wszystkim, 

którym uda się wrócić z pierwszej akcji. Nadal go mam. Wrzuciłam go na dno szuflady 
i więcej nie oglądałam. Ale wiem, Ŝe ciągle tam jest, tak jak czuje się na pół zaleczoną 
ranę. 

 

Opowieści z Imperium 

176 

W Y P A D   -   C Z

Ę Ś Ć

  I  

 

Timothy Zahn 

 
 
 

 
 

Zamglona  krawędź  planety  przesuwała  się  w  dół  iluminatora  kabiny  kontroli. 

Haber Trell próbował wycisnąć jeszcze trochę mocy z jak zwykle kapryśnych silników 
„Pasikonika”, gdy jego partnerka wróciła w końcu z oględzin rufy statku. 

- Trochę ci to zajęło - zauwaŜył Trell, gdy opadła na fotel pilota. - Kłopoty? 
-  Nie  większe  niŜ  zwykle  -  odpowiedziała  Maranna  Darmic,  sięgając  dłonią  pod 

posrebrzaną  spinkę,  która  zbierała  jej  ciemnoblond  włosy  z  tyłu  głowy  i  drapiąc  się 
zaciekle. - Pasy mocujące ładunek jakoś przetrwały ten twój firmowy start. Ale chyba 
nie pozbyliśmy się całkiem próŜniowego świerzbu. 

- Mniejsza o robactwo - mruknął Trell. 
Gdy  następnym  razem  będą  mieli  dwadzieścia  stopni  nie  wywaŜonego  ładunku, 

obiecał sobie ponuro, niech sama startuje. Ciekawe, czy zrobi to delikatniej. 

- A co z pasaŜerami? - zapytał. 
Maranna prychnęła. 
- Myślałam, Ŝe nie chcesz słyszeć o robactwie? 
-  UwaŜaj,  mała  -  ostrzegł  ją  Trell.  -  Płacą  niezłe  pieniądze  za  przemycenie  tych 

blasterów na Derre IV. 

- I nie ufają nam ani trochę - odparowała. - Nie spuszczają ich z oka. 
Trell wzruszył ramionami. 
-  Nie  mogę  powiedzieć,  Ŝebym  ich  specjalnie  winił  za  ostroŜność.  Od  czasu  tej 

wielkiej  poraŜki,  czy  co  to  tam  było  w  systemie  Yavin,  Imperium  pluje  ogniem  w 
piętnaście stron naraz. Słyszałem, Ŝe niektórzy niezaleŜni dostawcy Rebeliantów uznali, 
Ŝ

e bezpieczniej jest wziąć zaliczkę, wyrzucić ładunek i spalić za sobą przestrzeń. 

- Nie lubię przewozić towarów dla desperatów - powiedziała Maranna, drapiąc się 

niŜej, pod karkiem. - Denerwują mnie. 

-  Gdyby  nie  byli  zdesperowani,  nie  płaciliby  tak  dobrze  -  zauwaŜył  rozsądnie 

Trell. - Nie martw się, to ostatni raz, kiedy mamy z nimi do czynienia. 

- Ile razy juŜ to słyszałam? - prychnęła znowu Maranna. 
Czujniki  zbliŜeniowe  zaczęły  świergotać,  więc  pochyliła  się,  by  sprawdzić 

odczyty. 

background image

Peter Schweighoffer 

177 

- Tym razem  wystarczy  na  wymianę silników,  na  której ci tak zaleŜy; ale potem 

zachce ci się pewnie wymiany sensorów i... 

Przerwała. 
- Co jest? - zapytał Trell. 
-  Gwiezdny  niszczyciel  -  odparła  ponuro,  włączając  sekcję  obronną  na  swej 

konsoli i wciskając przełączniki dopalaczy. - Doganiają nas. 

-  Cudownie!  -  warknął  Trell,  sprawdzając  komputer  nawigacyjny.  Gdyby  tylko 

mogli skoczyć w nadprzestrzeń... ale nie, byli zbyt blisko planety. - Na jakim kursie? 

- Walą prosto na nas - odpowiedziała Maranna. - Chyba za późno, Ŝeby wyrzucić 

ładunek i wyglądać niewinnie. 

-  Frachtowiec  „Pasikonik”,  mówi  kapitan  Niriz  z  imperialnego  niszczyciela 

„Upomnienie”  -  zagrzmiał  szorstki  głos  z  głośników.  -  Chciałbym  zaprosić  was  na 
słówko na mój pokład, jeśli łaska. 

Ostatnim słowom towarzyszył pojedynczy łagodny wstrząs, który przebiegł przez 

pokład pod nimi, gdy promień ściągający trafił w statek. 

- No tak, jest zdecydowanie za późno na wyrzucenie ładunku - westchnął Trell. - 

Miejmy nadzieję, Ŝe to nic powaŜnego. 

Wcisnął klawisz łączności. 
-  Mówi  Haber  Trell  z  pokładu  „Pasikonika”  -  powiedział.  -  To  dla  nas  zaszczyt, 

kapitanie. 

-  No,  no  -  zaczął  kapitan  Niriz.  Jego  głos  dudnił  echem  w  rozległej  pustce 

hangaru, a oczy lustrowały czwórkę stojących przed nim istot. - Bardzo ciekawe. Nasze 
rejestry  mówią,  Ŝe  „Pasikonik”  ma  dwoje  członków  załogi,  nie  czworo.  -  Zatrzymał 
wzrok na Riiju Winwardzie. - Dopiero się pan zaciągnął, co? 

-  Nasz  poprzedni  statek  musiał  opuścić  Tramanos  nieco  zbyt  pospiesznie  - 

wyjaśnił  Riij,  starając  się,  by  jego  głos  brzmiał  normalnie.  Fałszywy  identyfikator,  w 
który zaopatrzyli go Rebelianci, był dobry, ale gdyby Imperium postanowiło pogrzebać 
głębiej  w  jego  przeszłości,  niewątpliwie  dokopaliby  się  do  niedawnych  kontaktów  z 
policją  w  Mos  Eisley  na  Tatooine.  Nie  były  to  kontakty,  którymi  warto  się  teraz 
chwalić.  - Musieliśmy się dostać na Shibric  - ciągnął dalej  - a poniewaŜ  kapitan Trell 
właśnie tam się wybierał, był tak miły i zabrał nas ze sobą. 

-  Za  sowitą  opłatą,  jak  sądzę  -  dopowiedział  Niriz,  przenosząc  wzrok  na 

muskularnego Tunrotha, który stał obok Riija. -W tych stronach Tunrothów nie widuje 
się za często. Jesteś licencjonowanym łowcą, jak przypuszczam? 

Shturlan - dudniący głos Rathe’a Parlora wpadał niemal w infradźwięki. 

-  Jest  łowcą  klasy  dwanaście  -  przetłumaczył  Riij,  starając  się  ściągnąć  uwagę 

Niriza  z  powrotem  na  siebie.  Chlubna  słuŜba  Parlora  w  Karabinierach  Churhee  nie 
spodobałaby się oficerowi Imperium jeszcze bardziej niŜ jego własne osiągnięcia. 

-  Doskonale  -  stwierdził  Niriz.  -  Talenty  łowcy  mogą  się  przydać  w  czasie  tej 

misji. 

Stojący na lewo od Riija Trell odchrząknął. 
- Misji? - spytał ostroŜnie. 

Opowieści z Imperium 

178 

-  Tak.  -  Niriz  skinął  ręką,  na  co  stojący  obok  porucznik  wystąpił  krok  naprzód  i 

podał mu notes komputerowy. - Chcę, Ŝebyście dostarczyli pewną przesyłkę na Korelię. 

-  Słucham?  -  zapytał  jeszcze  ostroŜniej  Trell,  biorąc  do  ręki  notes.-  Pan  chce, 

Ŝ

ebyśmy my...? 

-  Potrzebuję  do  tego  zadania  cywilnego  frachtowca  -  powiedział  Niriz  szorstkim 

głosem,  w  którym  Riij  wyczuwał  przebijający  niesmak.  -  Którego  nie  mam.  Wy  go 
macie.  Nie  mam  teŜ  czasu  szukać  kogoś,  kto  by  się  tym  zajął.  Ale  mam  was.  Wy  to 
zrobicie. 

Riij spojrzał na notes, teraz bardziej zaintrygowany niŜ zaniepokojony problemem 

fałszywych  identyfikatorów.  Kapitan 

gwiezdnego 

niszczyciela,  który  prosi 

kogokolwiek o pomoc a zwłaszcza byle pilota cywilnego frachtowca - takie rzeczy się 
nie  zdarzały.  To  świadczyło  o  pośpiechu  i  desperacji;  a  cokolwiek  doprowadziło 
imperialnego  oficera  do  takiego  stanu,  było  warte  zainteresowania  dobrego  agenta 
Rebeliantów. 

- Co pan o tym sądzi? - zapytał Trella.  
Trell potrząsnął głową. 
- Czy ja wiem? - powiedział. - To nam całkiem rozwali harmonogram. 
Riij zaklął w duchu. Niestety, Trell nie był agentem Rebeliantów, ani dobrym, ani 

kiepskim, i wyraźnie nie chciał z tym mieć nic wspólnego. 

-  Chyba  nie  zajęłoby  nam  zbyt  wiele  czasu  -  zachęcił  go  ostroŜnie.  -  A  kaŜdy 

dobry obywatel ma obowiązek pomagać władzy. 

- Nic z tego - powiedział twardo Trell, oddając porucznikowi notes. - Przykro mi, 

kapitanie, ale naprawdę nie mamy czasu. Nasz ładunek musi trafić na Shibric... 

- Wasz ładunek to sześćset skrzynek paszkińskich kiełbasek - przerwał mu zimno 

Niriz. - Zakładam, Ŝe wiadomo panu, iŜ gubernator zarządził niedawno licencjonowanie 
eksportu Ŝywności. Ma pan licencję? 

Trell był zdumiony. 
-  To  niemoŜliwe!  -  powiedział.  -  To  znaczy  inspektorzy  nic  mi  o  tym  nie 

wspominali. 

-  Kiedy wydano to zarządzenie? - zapytała podejrzliwie Maranna. 
Niriz posłał jej wątły uśmiech. 
- Jakieś dziesięć minut temu. 
Riij poczuł skurcz Ŝołądka. W rzeczy samej, pośpiech i desperacja. 

- Zostaliśmy wrobieni - mruknął do Trella. 

Niriz spojrzał na Riija, a potem znów na Trella. 
- Jestem jednak skłonny uchylić ten przepis tym razem - ciągnął - pod warunkiem, 

Ŝ

e w zamian będziecie skłonni dostarczyć wasze kiełbaski trochę później. 

- Albo nie dostarczymy ich wcale? - domyślił się Trell.  
Niriz skinął głową. 
- Coś w tym rodzaju. 
Trell spojrzał na Marannę. Wzruszyła ramionami. 

background image

Peter Schweighoffer 

179 

- Stąd na Korelię i z powrotem będą jakieś dwa dni - powiedziała. - Dodaj do tego 

czas na wyładunek i dostarczenie towaru - razem trzy dni. Będzie trochę szarpaniny, ale 
myślę, Ŝe nasz harmonogram to wytrzyma. 

- Nie mamy zresztą wielkiego wyboru. - Trell spojrzał z powrotem na Niriza. - Z 

prawdziwą  przyjemnością  panu  pomoŜemy,  kapitanie.  Jaki  będzie  ładunek  i  kiedy 
moŜemy odlecieć? 

- Ładunek to dwieście małych pudełek - odparł Niriz. - I to wszystko, co musicie 

wiedzieć na ten temat. Jeśli chodzi o odlot, moŜecie startować, gdy tylko wyładujemy 
wasze kiełbaski i załadujemy nasz towar. 

Stojący obok Riija Parlor znów wydał dudniący głos, a sam Riij walczył, by jego 

twarz  pozostała  bez  wyrazu.  Gdyby  jakiemuś  znudzonemu  imperialnemu  Ŝołnierzowi 
przyszło do głowy zajrzeć pod trzy warstwy kiełbasek... 

-  Nie  przejmujcie  się,  schowamy  je  w  chłodni  -  obiecał  Niriz.  -  Nic  się  nie 

zepsuje. 

- Jestem pewien, Ŝe będą bezpieczne - zgodził się Trell. - Dokąd dokładnie mamy 

zabrać wasz ładunek? 

-  Szczegóły  przekaŜe  wam  wasz  przewodnik  -  powiedział  Niriz,  wskazując  ręką 

na kogoś za ich plecami. 

Riij  odwrócił  się  i  poczuł,  Ŝe  brakuje  mu  tchu.  Od  strony  rufy  wyszedł  w  ich 

kierunku, w poplamionej mandaloriańskiej zbroi... 

Trell zaklął. 
- Boba Fett. 
- To nie Fett - poprawił go Niriz. - Powiedzmy po prostu, Ŝe to jego wielbiciel. 
- Były wielbiciel - skorygowała postać w zbroi. - Nazywam się Jodo Kast. I jestem 

lepszy od Fetta. 

-  To  w  tej  chwili  niewiele  znaczy  -  stwierdził  Niriz,  wydymając  usta.  -  Zawsze 

uwaŜałem,  Ŝe  kompetentny  szturmowiec  poradziłby  sobie  z  dowolnymi  trzema 
łowcami nagród naraz i nawet by się nie spocił. 

- Nie przeciągaj struny, Niriz - ostrzegł go Kast. - W tej chwili potrzebujesz mnie 

bardziej, niŜ ja potrzebuję tej roboty. 

- Potrzebuję cię mniej, niŜ ci się wydaje - odparował Niriz. - Na pewno znacznie 

mniej, niŜ ty potrzebujesz imperialnej łaski za ten bałagan, który zostawiłeś za sobą na 
Borkyne... 

-  Panowie,  proszę  -  wtrącił  pospiesznie  Trell.  -  Jestem  biznesmenem  i  mam 

terminy do dotrzymania. NiezaleŜnie od tego, co was dzieli, jestem pewien, Ŝe moŜecie 
odłoŜyć to na później, aŜ wykonamy pracę. 

Niriz nadal spoglądał niechętnie na Kasta, ale w końcu skinął głową. 
-  Nasz  kupiec  ma  rację.  MoŜecie  odpocząć  w  pokoju  odpraw,  dopóki  nie 

załadujemy  towaru.  A  jeśli  chodzi  o  ciebie  -  wskazał  palcem  na  Kasta  -  chcę  cię 
widzieć w sterowni. Jest parę rzeczy, które powinieneś dobrze zrozumieć. 

Kast powaŜnie skinął głową. 
- Oczywiście. Pójdę za panem. 
 

Opowieści z Imperium 

180 

Niriz wszedł do sterowni. Okryta pancerzem postać wkroczyła tuŜ za nim. Drzwi 

zasunęły się; Niriz mógł się w końcu rozluźnić. 

- Obawiam się, Ŝe nie jestem w tym najlepszy, sir - powiedział. - Mam nadzieję, 

Ŝ

e nie nawaliłem. 

-  Spisał  się  pan  znakomicie,  kapitanie  -  zapewnił  go  właściciel  mandaloriańskiej 

zbroi,  odkręcając  i  zdejmując  z  głowy  hełm.  -  Dzięki  tej  zbroi  i  twojemu 
przedstawieniu wszyscy czworo są przekonani, Ŝe jestem Jodo Kastem. 

-  Mam  nadzieję,  sir  -  rzekł  Niriz,  patrząc  w  czerwone  oczy  swego  rozmówcy.  - 

Panie  admirale,  muszę  to  powiedzieć  jeszcze  raz.  Sądzę,  Ŝe  nie  powinien  pan  tego 
robić. W kaŜdym razie - nie osobiście. 

- Pańska troska będzie zapamiętana - odparł Wielki Admirał Thrawn, przeczesując 

dłonią w rękawicy granatowoczarne włosy. - I doceniona. Nie mogę jednak powierzyć 
tego zadania nikomu innemu. 

Niriz potrząsnął głową. 
- Chciałbym powiedzieć, Ŝe to rozumiem. 
-  Zrozumie pan  - obiecał Thrawn. -  Zakładając, Ŝe  wszystko potoczy  się tak, jak 

zaplanowałem, zanim wrócę, będzie pan miał pełen obraz sytuacji. 

Niriz uśmiechnął się, myśląc o tych wszystkich kampaniach, przez które przeszedł 

razem z Wielkim Admirałem w Odległych RubieŜach. 

- Czy kiedykolwiek coś poszło niezgodnie z pańskim planem? - zapytał sucho. 
Thrawn uśmiechnął się lekko. 
- Niezliczoną ilość razy,  kapitanie  - powiedział.  - Na  szczęście na ogół byłem  w 

stanie zaimprowizować alternatywne podejście. 

- Rzeczywiście tak było, sir - westchnął Niriz. - Mimo wszystko chciałbym, Ŝeby 

przemyślał  pan  to  jeszcze  raz.  Moglibyśmy  schować  pod  tą  mandaloriańską  zbroją 
jednego z moich szturmowców, a pan kierowałby nim przez komunikator skądkolwiek. 

Thrawn potrząsnął głową. 
-  To  zbyt  wolne  i  niewygodne.  Poza  tym  forteca  Thyne’a  na  pewno  ma 

pełnozakresowy  system  czujników.  Namierzyliby  taką  transmisję  i  albo  podsłuchali, 
albo zagłuszyli. 

Niriz wziął głęboki oddech. 
- Tak jest, sir. 
Thrawn znowu się uśmiechnął. 
- Niech się pan nie martwi, kapitanie. Nic mi nie będzie. Proszę nie zapominać, Ŝe 

w pobliŜu jest imperialny garnizon. W razie konieczności zawsze mogę zwrócić się do 
nich o pomoc. 

Nasunął hełm na głowę i zatrzasnął zamki. 
- Lepiej pójdę przyjrzeć się przeładunkowi. Nie chcielibyśmy, by cenne kiełbaski 

naszego kupca się zepsuły. Zobaczymy się za kilka dni. 

- Tak jest, sir - powiedział Niriz. - Powodzenia, panie admirale. 
 
Bazar  przy  aleji  Łowców  Skarbów  uznawany  był  za  najbardziej  egzotyczny  i 

eklektyczny  w  całym  Imperium.  Tysiące  kramów  i  straganów  wszelkich  rozmiarów  i 

background image

Peter Schweighoffer 

181 

pochodzenia  usadowiło  się  wzdłuŜ  alei,  a  setki  innych  rozrastały  się  w  poprzecznych 
uliczkach  Coronet  City.  Przedstawiciele  ludzkiej  i  wielu  innych  ras  siedzieli  przy 
otwartych  ladach  albo  przy  drzwiach  swoich  budek  i  zachwali  towary  tysiącom  istot 
przepychających się wąskimi uliczkami. 

W  tym  wibrującym  Ŝyciem,  ekscytującym  miejscu,  Trell  czuł  się  trochę 

onieśmielony. Zachwycał się gamą dostępnych tu dóbr i liczbą potencjalnych klientów, 
którym przedsiębiorczy  handlowiec  mógłby je sprzedać. Ale jednocześnie nie czuł  się 
dobrze  w  tak  wielkim  tłumie.  Maranny,  która  szła  obok  niego,  nie  trapiły  podobne 
rozterki. Podobnie jak dwójki agentów Rebelii, którzy podąŜali za Trellem. Jeśli chodzi 
o Kasta, idącego na przedzie, nie sądził, by ktokolwiek z nich był w stanie powiedzieć, 
co tamten czuje. Albo o co mu chodzi. 

- Właściwie dokąd idziemy? - zapytała Maranna, podchodząc bliŜej Kasta. 
- Tędy - powiedział Kast, skręcając gwałtownie w bok. 
Reszta podąŜyła za nim, a po chwili cała piątka stała w wąskim przejściu między 

dwiema budkami o zatrzaśniętych okiennicach. 

- To tutaj? - zapytał Trell. 
-  Kram,  o  który  nam  chodzi,  jest  piąty  po  lewej  stronie  -  wyjaśnił  im  Kast.  -  To 

sklep  z  osobliwościami.  Właściciel  nazywa  się  Sajsh.  Ty  -  wycelował  palcem  okrytej 
rękawiczką  dłoni  w  Trella  -  powiesz  mu,  Ŝe  masz  dostawę  dla  Borbora  Criska,  i 
poprosisz o instrukcje, gdzie masz ją dostarczyć. 

- A co z nami? - zapytał Riij. 
-  Ty  pójdziesz  pierwszy  -  powiedział  Kast.  -  Nie  mieszaj  się  do  rozmowy,  ale 

obserwuj i słuchaj. 

Trell  spojrzał  na  przepływający  tłum  i  poczuł  dreszcz  przebiegający  od  karku  w 

dół pleców. Coś mu się nie podobało, ale było za późno, by się wycofać. 

- Maranna, upewnij się, Ŝe stoisz tak, byś mogła mnie kryć - powiedział. 
- Nie będzie strzelaniny - zapewnił go Kast. 
-  Świetnie  -  stwierdziła  Maranna.  -  Ale  chyba  nie  masz  nic  przeciwko  temu, 

Ŝ

ebym mimo wszystko go osłaniała? 

Niewidoczne oczy Kasta wydawały się świdrować ją przez wizjer hełmu. 
- Jak sobie Ŝyczysz - rzeki. - Ruszajcie wszyscy. 
Bez  słowa  jeden  za  drugim  wmieszali  się  w  tłum,  Kast  na  samym  końcu.  Trell 

policzył do pięćdziesięciu, dając im czas, by zajęli pozycje, a potem podąŜył za nimi. 

Sklep z osobliwościami łatwo było znaleźć - niewielki kramik z zamkniętą budką 

dobudowaną  z  tyłu  na  tyle  dawno,  Ŝe  rozpadała  się  prawie  tak,  jak  sam  stragan. 
Jaszczurkopodobne  stworzenie  nieznanej  rasy  opierało  się  o  ladę,  obserwując 
przechodzących. Trell wziął głęboki oddech i przystanął obok kramiku. 

Jaszczur przyglądał mu się z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. 
- Dzień dobry, dobry panie  - powiedział bezbłędnym Wspólnym.  - Jestem Sajsh, 

właściciel tego skromnego przedsiębiorstwa. Czy mogę panu w czymś pomóc? 

-  Mam  nadzieję  -  odpowiedział  Trell.  -  Mam  ładunek  dla  niejakiego  Borbora 

Criska.  Powiedziano  mi,  Ŝe  pan  będzie  mógł  mnie  poinformować  o  szczegółach 
dostawy. 

Opowieści z Imperium 

182 

Potrójnie rozwidlony język wystrzelił na moment z pokrytej łuską paszczy gada. 
-  Wprowadzono  pana  w  błąd  -  rzekł  jaszczur.  -  Nie  znam  nikogo  o  takim 

nazwisku. 

- Ach tak? - powiedział zaskoczony Trell. - Czy jest pan pewien? 
Język błysnął znowu. 
-  Wątpi  pan  w  moje  słowa?  -  splunął  obcy.  -  Czy  raczej  w  moją  pamięć  lub 

inteligencję? 

-  Nie,  nie  -  zapewnił  go  Trell.  -  SkądŜe  znowu!  Po  prostu  mój  informator  był 

pewny, Ŝe chodzi o to miejsce. 

Sajsh szeroko otworzył paszczę. 
-  MoŜe  niewiele  się  pomylił.  MoŜe  chodziło  mu  o  sąsiedni  sklep.  -  Pokazał  w 

prawo, na podobny kram, zamknięty w tej chwili. - Właściciel wróci o siódmej. MoŜe 
pan wtedy przyjść i go zapytać. 

- Tak zrobię - powiedział Trell. - Dziękuję. 
Jaszczur kłapnął szczękami. Skinąwszy mu głową, Trell odwrócił się i włączył w 

strumień przechodniów. 

- No i jak? - zapytała Maranna, podchodząc do niego ukradkiem. 
- Kast podał niewłaściwe miejsce - warknął Trell, rozglądając się wokół. Nigdzie 

jednak nie zauwaŜył łowcy nagród. - Gdzie reszta? 

-  Jesteśmy  tutaj  -  odparł  Riij,  wychodząc  z  tłumu  za  Trellem.  Kast  powiedział, 

Ŝ

ebyśmy poszli prosto w dół ulicy, gdzie do nas dołączy. 

-  Świetnie  -  mruknął  Trell.  -  Mam  parę  rzeczy  do  powiedzenia  naszemu  wielce 

szanownemu łowcy nagród. Idziemy! 

 
Sajsh  skończył  rozmowę  z  nieznajomym,  który  cofnął  się  w  tłum  kupujących  i 

sprzedających.  Dwie  budki  dalej  Corran  Horn  odłoŜył  oglądany  przed  chwilą  melon  i 
wmieszał się w strumień przechodniów. 

Obcy  nie  starał  się  zginąć  w  tłumie.  Zresztą  kaŜda  taka  próba  musiała  się 

zakończyć  niepowodzeniem,  jeśli  się  wzięło  pod  uwagę  towarzystwo,  które  do  niego 
dołączyło: kompetentnie wyglądająca kobieta o twardym spojrzeniu, młody męŜczyzna 
mniej  więcej  w  wieku  Corrana  i  Ŝółtoskóry  obcy  z  kilkoma  krótkimi  rogami 
wyrastającymi  z  podbródka.  Przez  chwilę  cała  czwórka  rozmawiała;  potem  wszyscy 
ruszyli w dół ulicy. Prowadził męŜczyzna, który rozmawiał wcześniej z Sajshem. 

Kątem oka Corran zauwaŜył potęŜną postać, która dołączyła do jego boku. 
- Kłopoty? 
-  Nie  wiem,  tato  -  odpowiedział  Corran.  -  Widzisz  tę  czwórkę?  Brązowa  kurtka 

robocza, blondyna, obroŜa z białych kolców i Ŝółtoskóry obcy? 

- Tak. - Hal Horn skinął głową. - Nawiasem mówiąc, ten obcy to Tunroth. Rzadko 

się  ich  widuje  poza  rodzinnym  systemem;  większość  z  tych,  których  moŜna  dziś 
spotkać, pracuje dla organizatorów elitarnych safari, najemników albo łowców nagród. 

- Ciekawe - powiedział Corran. - A moŜliwe, Ŝe takŜe znaczące. Brązowa Kurtka 

dopiero  co  odszedł  od  kramu  Sajsha,  któremu  chciał  dostarczyć  ładunek  dla  Borbora 
Criska. 

background image

Peter Schweighoffer 

183 

- Co ty powiesz? - rzekł zamyślony Hal. - Czy Crisk i Zekka Thyne pogodzili się 

ze sobą, kiedy patrzyłem w drugą stroną? 

-  Jeśli  tak,  to  ja  teŜ  nie  zauwaŜyłem  -  odpowiedział  Corran.  -  Albo  Brązowa 

Kurtka i jego kumple są bezdennie głupi, albo dzieje się tu coś bardzo dziwnego. 

- Tak czy owak, nie sądzę, by Thyne przeszedł nad tym do porządku dziennego - 

stwierdził Hal. - Czy Brązowa Kurtka wspomniał, jak moŜna się z nim skontaktować? 

-  Nie,  ale  Sajsh  miał  to  opracowane  -  odparł  Corran.  -  Powiedział,  Ŝe  moŜe  im 

chodzić o właściciela straganu obok, i zaproponował, by wrócili koło siódmej. 

-  Kiedy  to  zostaną  zaproszeni  na  pogawędkę  z  kilkoma  osiłkami  z  Czarnych 

Słońc.  -  Hal  wyciągnął  szyję,  by  rozejrzeć  się  w  tłumie.  -  No,  no,  no,  atmosfera  się 
zagęszcza. Patrz, do kogo podłączyły się nasze niewiniątka. 

Corran  wspiął  się  na  palce.  ZauwaŜył  Brązową  Kurtkę  i  jego  towarzyszy;  a  z 

nimi... 

- Niech mnie kule biją! - zachłysnął się. - Czy to Boba Fett? 
- Nie, nie sądzę - powiedział Hal. - Raczej Jodo Kast, chociaŜ musiałbym obejrzeć 

z bliska jego zbroję, Ŝeby mieć całkowitą pewność. 

-  Kimkolwiek  by  był,  wygląda  na  to,  Ŝe  tym  razem  wdepnęliśmy  w  coś 

większego. Mandaloriańska zbroja nie jest tania. 

- Jeśli w ogóle uda się jakąś znaleźć - zgodził się starszy z Hornów. - Z minuty na 

minutę to się robi coraz bardziej zagadkowe. Zakładam, Ŝe masz juŜ kilka pomysłów? 

- Właściwie tylko jeden - odpowiedział Corran. Grupa znów ruszyła, więc podąŜył 

wraz z ojcem za nimi. - Thyne nie będzie taki głupi, Ŝeby zabić ich wszystkich, zanim 
się dowie, kim  są i co ich łączy z Criskiem.  A to zapewne oznacza, Ŝe zabiorą ich do 
fortecy. 

- A ty myślisz, Ŝe mógłbyś się wprosić razem z nimi? 
- Wiem, Ŝe to dość ryzykowne... 
- Nie określiłbym tego  słowem  „ryzykowne”  - przerwał  mu Hal. - Dostać  się do 

ś

rodka  to  tylko  pierwszy  krok.  Myślisz,  Ŝe  będziesz  mógł  tak  po  prostu  podejść  do 

Thyne’a, zakuć go w kajdanki w imieniu StraŜy Ochrony Korelii i wyprowadzić? 

- Jesteśmy w stanie to zrobić, wiesz o tym - przypomniał mu Corran. 
- Na terenie fortecy nasza władza znaczy tyle co nic - odparował Hal. - Czy masz 

jakiekolwiek pojęcie, ilu agentów CorSeku tropiło poruczników Czarnych Słońc, takich 
jak Thyne, i po prostu zniknęło? 

Corran skrzywił się. 
-  Wiem  -  powiedział.  -  Ale  tym  razem  będzie  inaczej.  A  nawet  jeśli  wejście  do 

fortecy to tylko pierwszy krok, trzeba przecieŜ ten pierwszy krok postawić. 

Starszy z Hornów potrząsnął głową. 
- Nadal twierdzę, Ŝe „ryzykowne” to za mało powiedziane. Przede wszystkim, nie 

wiemy, jaką grę prowadzi Brązowa Kurtka i jego mandaloriański przyjaciel. 

-  W  takim  razie  czas  się  o  tym  przekonać  -  odparł  Corran.  -Trzymajmy  się  w 

pobliŜu, a moŜe trafi się okazja, by się im przedstawić. 

 
Przeszli moŜe dwa kwartały, gdy usłyszeli krzyk. 

Opowieści z Imperium 

184 

- Co to było? - zapytał Riij, rozglądając się wokół. 
-  Tam!  -  zadudnił  Parlor,  wskazując  grubym  środkowym  palcem  w  lewo.  - 

Zaczyna się sprzeczka. 

Trell  wykręcił  szyję.  Zobaczył  kafejkę  na  wolnym  powietrzu,  z  długim  barem  z 

tyłu i moŜe dwudziestoma małymi stolikami rozrzuconymi z przodu pod szeroką wiatą 
z liści w stylu Karvisz. Wątły męŜczyzna w fartuchu właściciela stał między stolikami, 
otoczony  zacieśniającym  się  groźnie  kręgiem  sześciu  drabów  w  strojach  najemników. 
Krzesła od najbliŜszego stolika leŜały poprzewracane na ziemi, wskazując, Ŝe siedzące 
na nich wcześniej osoby wstały gwałtownie i bezceremonialnie. 

- JuŜ po sprzeczce - stwierdził Trell. - Zaczęły się kłopoty. 
- Chodźcie - powiedział Riij, skręcając w tamtą stronę. - Zobaczmy, co się dzieje. 
- Zostaw ich - rozkazał Kast. - To nie nasza sprawa.  
Ale Riij i Parlor juŜ przeciskali się przez tłum. 
-  Do  pioruna!  -  warknął  Trell.  Głupi,  idealistyczni,  odmóŜdŜeni  Rebelianci....  - 

Maranna, idziemy. 

Na  skraju  kafejki  zaczął  się  juŜ  formować  krąg  gapiów,  gdy  razem  z  Maranną 

przedarł  się  przez  strumień  przechodniów.  Riij  i  Parlor  podchodzili  właśnie  do 
najemników, którzy złamali krąg wokół oberŜysty, by stawić czoło nadchodzącym. 

A  Trell  zobaczył  coś,  co  wcześniej  umknęło  jego  uwadze.  Za  właścicielem 

kafejki,  wczepiona  w  jego  ubranie,  stała  przeraŜona  dziewczynka.  Pewnie  córka,  nie 
mogła mieć więcej niŜ siedem lat. 

Trell  zaklął  pod  nosem.  Straszenie  dzieci  było  w  jego  pojęciu  wyjątkowo 

nikczemną formą zezwierzęcenia. Nie oznaczało to jednak, by miał pójść ślepo w ślady 
Riija i zaatakować sześciu najemników jak szalony Jedi w kracjańskim odwecie. 

- Osłaniaj lewe skrzydło - mruknął do Maranny. - Ja wezmę prawe. 
- W porządku - odparła cicho. 
Trell  połoŜył  dłoń  na  rękojeści  miotacza  i  wkroczył  między  gapiów  po  prawej 

stronie. 

Walka zaczęła się tak nagle, Ŝe nawet nie zauwaŜył dokładnie kiedy. 
I  nie  od  strzałów  z  blastera,  czego  się  najbardziej  obawiał.  Dwóch  najbliŜej 

stojących  najemników  rzuciło  się  znienacka  na  Riija  i  Parlora.  Mając  trzykrotną 
przewagą liczebną, uwaŜali zapewne, Ŝe broń nie będzie potrzebna. 

I  tu  spotkała  ich  nieprzyjemna  niespodzianka.  Riij  przeszedł  widać  niezłe 

szkolenie  z  walki  wręcz,  a  Parlor  był  znacznie  szybszy,  niŜ  Trell  by  się  po  nim 
spodziewał. Kontratak Riija spowodował, Ŝe jego przeciwnik zatoczył się w tył; Parlor 
rzucił  z  głośnym  łoskotem  na  stoliki  atakującego  go  rębajłę,  który  spadając, 
poprzewracał krzesła. 

Ktoś zaklął szpetnie. Powalony najemnik z trudem dźwignął się na nogi i dołączył 

do  towarzyszy,  których  dotychczas  luźny  krąg  przekształcił  się  w  śmiercionośną 
formację, świadczącą o tym, Ŝe Ŝarty się skończyły. OberŜysta skorzystał z okazji, jaką 
dało  zamieszanie,  by  popchnąć  córkę  do  tyłu  w  stronę  baru.  Pozostawiwszy  ją 
stosunkowo bezpieczną za kontuarem, sam wrócił, by obserwować rozwój sytuacji. 

background image

Peter Schweighoffer 

185 

Przez  dłuŜszą  chwilę  walczący  stali  nieporuszeni  naprzeciwko  siebie.  Trell 

posuwał  się  na  upatrzoną  pozycję  z  oczami  wbitymi  w  najemników  i  dłonią  coraz 
mocniej ściskającą miotacz. Czy najemnicy sięgną teraz po broń? Czy teŜ zwykła duma 
kaŜe im wytoczyć krew z tak bezczelnych przeciwników gołymi rękami? 

Gapie obserwujący zajście zastanawiali się chyba nad tym  samym. Trell czuł ich 

napięcie, podniecenie, Ŝądzę krwi... 

I  właśnie  wtedy  kątem  oka  zauwaŜył  ruch  po  swojej  lewej  stronie.  Najemnicy 

równieŜ coś dostrzegli, zwrócili tam zagniewane spojrzenia. 

Trell równieŜ zerknął w lewo. Jodo Kast wystąpił z kręgu gapiów. 
Przez chwilę stał, w milczeniu kontemplując scenę. Potem podszedł do jednego ze 

skrajnych stolików, przystawił sobie krzesło i usiadł. SkrzyŜował swobodnie nogi pod 
stolikiem,  załoŜył  ręce  na  piersi  i  przechylił  lekko  głowę.  -  I  co  dalej?  -  zapytał  od 
niechcenia. To przewaŜyło szalę. śaden najemnik, który miałby w sobie choć odrobinę 
dumy  zawodowej,  nie  uŜyłby  broni  przeciwko  mniej  licznemu  przeciwnikowi,  który 
sam  po  nianie  sięgnął.  Nie  wtedy,  gdy  obserwuje  go  łowca  nagród  tej  klasy,  co  Jodo 
Kast.  Wydając  z  siebie  posępny  i  najprawdopodobniej  wulgarny  okrzyk  bojowy, 
najemnicy ruszyli do ataku. 

Przy  pierwszym  starciu  Riij  i  Parlor  mieli  przewagę,  bo  działali  z  zaskoczenia. 

Tym razem było inaczej. Starali się oczywiście, jak mogli - a nawet znacznie lepiej, niŜ 
Trell  przypuszczałby  biorąc  pod  uwagę  przewagę  liczebną  -  ale  w  zasadzie  nie  mieli 
szans.  Niecałe  półtorej  minuty  po  pierwszym  okrzyku  bojowym  i  Riij,  i  Parlor  leŜeli 
rozciągnięci  na  ziemi,  obok  dwóch  powalonych  najemników.  Pozostali  czterej,  wcale 
nie  tak  pewnie  trzymający  się  na  nogach,  stanęli  wokół.  Jeden  z  nich  rozejrzał  się  i 
pokazał palcem na oberŜystę ukrywającego się za barem. 

- Najpierw oni - wydyszał cięŜko. - Potem ty. 
- Nie - powiedział Kast. 
Najemnik obrócił się twarzą do łowcy, niemal tracąc równowagę, gdy uszkodzone 

kolano ugięło się pod nim. 

- Co nie? - zapytał. 
-  Powiedziałem:  -  nie  -  odrzekł  Kast.  Ręce  miał  teraz  złoŜone  na  brzuchu  pod 

stołem,  ale  nogi  nadal  swobodnie  skrzyŜowane.  -  Zabawiliście  się,  a  teraz  ja  ich 
potrzebuję. śywych. 

- Tak? - warknął najemnik. - A co, czekasz na nagrodę za tych dwóch? 
-  Zabawiliście  się  -  powtórzył  Kast,  ale  tym  razem  jego  głos  pobrzmiewał 

chłodem metalu. - Zostawcie ich i do widzenia. JuŜ! 

- Tak ci się wydaje? - najemnik splunął. - A kto, twoim zdaniem, nas powstrzy... 
- Błyskawicznie sięgnął dłonią do miotacza i wyszarpnął go z kabury. 
Stara sztuczka, która pewnie nieraz zapewniła mu przewagę. Na jego nieszczęście, 

Trell  widział  ją  juŜ  niezliczoną  ilość  razy.  I  zanim  ręka  tamtego  dotknęła  miotacza, 
trzymał juŜ własny w wyciągniętej dłoni. Po drugiej stronie kręgu gapiów zobaczył, Ŝe 
Maranna sięga po swój... 

Najemnik miał niezły refleks. W ułamku sekudny zastygł z bronią na pół dobytą z 

kabury, patrząc spod krzaczastych brwi na cztery blastery skierowane w jego stronę. 

Opowieści z Imperium 

186 

Trell zamrugaj, gdy dotarło to do niego. Cztery miotacze? 
Cztery.  Trzeci  miotacz  trzymał  potęŜnie  zbudowany  facet  w  średnim  wieku 

stojący nieopodal Maranny, czwarty wysunął się spomiędzy tłumu po jego stronie. I był 
trzymany z równą pewnością. 

Najemnik splunął. 
- Więc tak to chcesz rozegrać, hę? 
-  Nie  będziemy  w  nic  grać  -  powiedział  Kast  lodowatym  głosem.  -  JuŜ  ci 

mówiłem - zostaw to i odejdź. Bo jeśli nie... 

Trell nie zauwaŜył ostrzegawczego drgnięcia, na które czekał. Ale Kast widocznie 

je zobaczył. Zanim najemnik zdąŜył wyciągnąć do końca swój miotacz z kabury, spod 
stolika łowcy wystrzelił jasny promień blasterowego strzału. Najemnik ryknął wściekle, 
gdy kabura i lufa jego miotacza eksplodowały. 

-  ...  to  mogę  ci  obiecać,  Ŝe  poŜałujesz  -  dokończył  Kast  spokojnie.  -  To  twoja 

ostatnia szansa. 

Najemnik  wyglądał,  jakby  za  moment  miał  wpaść  w  szał.  Ale  mimo  furii  i 

osmalonej blasterem ręki kontrolował się jeszcze na tyle, by wiedzieć, kiedy szanse są 
przeciwko niemu. 

-  Będę  cię  obserwował,  łowco  nagród  -  wysapał.  -  Skończymy  tę  sprawę  kiedy 

indziej. 

Kast ukłonił się lekko. 
- Kiedy tylko znudzi ci się Ŝycie, najemniku. 
Najemnik  machnął  ręką  na  towarzyszy.  Pomogli  swoim  poszkodowanym  wstać. 

Jeden  z  nich,  choć  kompletnie  oszołomiony,  trzymał  się  na  nogach;  drugi  nadal 
potrzebował  mocnego  podparcia.  Przecisnęli  się  przez  krąg  gapiów  i  wmieszali  się  w 
tłum. 

Kast zaczekał, aŜ zniknęli z pola widzenia. Wtedy schował blaster i wstał. 
-  Przedstawienie  skończone  -  oznajmił,  rozglądając  się  potwarzach  gapiów.  - 

Zostańcie i kupcie sobie drinka, albo do widzenia. 

Karczmarz juŜ stał obok Parła i Riija, gdy dotarli do nich Trell i Maranna. 
- Nic wam nie jest? - zapytała Maranna, podając dłoń Parlorowi. Tunfoth machnął 

ręką gestem mówiącym, Ŝe nie potrzebuje pomocy. 

- Nie jestem ranny - powiedział wstając. Poruszał ręką w łokciu, sprawdzając, czy 

nie jest złamana. - Po prostu na chwilę zostałem unieszkodliwiony. 

- Masz szczęście, Ŝe tylko czasowo - stwierdził Trell. - Nie powinieneś był się w 

to mieszać. 

-  Jasne  -  powiedział  Riij,  któremu  oberŜysta  pomagał  podnieść  się  z  ziemi.  - 

Dzięki, Kast. Szkoda tylko, Ŝe nie zareagowałeś trochę wcześniej, zanim wzięli nas  w 
obroty. 

- Sześciu najemników nie wycofałoby się na widok trzech blasterów - odparł Kast. 

-  Chciałem  poprawić  te  proporcje,  pozwalając  wam  wyeliminować  kilku  wcześniej. 
Gdybym  wiedział,  Ŝe  będziemy  mieć  pięć  miotaczy,  a  nie  trzy,  moŜe  wszedłbym  do 
akcji wcześniej - dodał, odwracając się w stronę gapiów. 

background image

Peter Schweighoffer 

187 

Trell  popatrzył  w  ślad  za  wzrokiem  Kasta.  Dwaj  męŜczyźni,  którzy  równieŜ 

wyciągnęli broń, stali tam, obserwując ich. 

- Dzięki - powiedział do nich. - Nie liczyłem na niczyją pomoc w miejscu takim 

jak to. 

-  Nie  ma  za  co.  -  Starszy  męŜczyzna  wzruszył  ramionami.  -  Najemnicy  z 

Broomstaad uwaŜają, Ŝe normy  cywilizowanego zachowania ich nie dotyczą.  A ja nie 
lubię, kiedy grozi się dziecku. 

- Poza tym - dodał młodszy - zachciało nam się pić. 
- Pić? - podchwycił szybko kramarz. - Oczywiście: zapraszam wszystkich państwa 

na drinki. I na jedzenie, jeśli tylko jesteście głodni. Podamy wszystko, co najlepsze. 

-  Weźmiemy  ten  długi  stolik  w  głębi  -  powiedział  Kast.  -Nie  chcielibyśmy,  by 

nam przeszkadzano. 

- Tak, dobry panie, w tej chwili - przytaknął mu oberŜysta. Skłoniwszy się przed 

nimi, podbiegł truchcikiem do stolika, który wskazał Kast. 

-  A  tak  w ogóle  to nazywam  się Hal  - przedstawił się starszy  męŜczyzna.  -  A to 

mój partner Corran. 

Trell wymienił z nimi ukłony. 
- Miło nam. Nazywam się Trell. A to Maranna, Riij, Parlori... 
- Nazywaj mnie Kast - wpadł mu w słowo łowca. - Syn czy krewny? 
Hal zamrugał. 
- Co takiego? 
- Corran to twój syn czy krewny? Bratanek albo siostrzeniec? - Kast wyjaśnił, co 

miał na myśli. - Wasze oczy wskazują na rodzinne podobieństwo. 

- Parę osób zwróciło nam na to uwagę juŜ wcześniej - odezwał się Corran. - Ale to 

czysty przypadek. O ile wiemy, nie jesteśmy spokrewnieni. 

Kast powoli skinął głową. - Mhm. 
-  Stolik  jest  chyba  gotowy  -  stwierdził  Hal,  zapraszając  pozostałych  gestem.  - 

Siadajmy. 

 
-  Pewnie  -  powiedział  Hal,  sącząc  drugiego  juŜ  drinka.  -  Wszyscy  tu  słyszeli  o 

Borborze  Crisku.  Jak  na  kryminalistę,  to  raczej  płotka.  Ogranicza  się  do  działań  w 
obrębie  systemu.  Ale  jeśli  szukacie  prawdziwie  spektakularnych  intergalaktycznych 
gangsterów, to takich teŜ tu mamy. 

-  Nie  interesują  nas  widowiskowe  akcje  -  poprawił  go  Trell.  -  Przestępcze  czy 

jakiekolwiek  inne.  Po  prostu  mamy  dostarczyć  temu  Criskowi  nasz  ładunek,  a  potem 
się wynosimy. 

-  Tak,  wspominaliście  o  tym  -  przytaknął  Corran,  przyglądając  się  Trellowi  i 

próbując go rozgryźć. 

Nie wierzył, Ŝe ci ludzie rzeczywiście są zbłąkanymi owieczkami, na jakie chcieli 

wyglądać, zwłaszcza po incydencie z najemnikami. Ale niczego więcej na razie nie był 
w  stanie odgadnąć. W  kaŜdym razie  na pewno  nie patrząc z zewnątrz. Nadszedł czas, 
by zaryzykować próbę wejścia głębiej. 

Opowieści z Imperium 

188 

-  Jest  tylko  jeden  problem  -  ciągnął,  patrząc  po  twarzach  wokół  stolika.  -  A 

właściwie  dwa.  Po  pierwsze,  biorąc  pod  uwagę,  kim  jest  Crisk,  wasz  ładunek  jest 
najprawdopodobniej  nielegalny  i  na  pewno  bardzo  cenny.  To  zaś  oznacza,  Ŝe 
powinniście  się  martwić  nie  tylko  tym,  Ŝe  zgarnie  was  StraŜ  Ochrony  Korelii,  ale  i 
innymi  kryminalistami,  którzy  będą  chcieli  połoŜyć  łapę  na  waszym  towarze.  A  po 
drugie  -  zawahał  się  ledwo  zauwaŜalnie  -  chodzi  o  to,  Ŝe  Hal  i  ja  przylecieliśmy  na 
Korelię przede wszystkim po to, Ŝeby znaleźć robotę w organizacji Criska. 

- Chyba Ŝartujesz! - wtrącił się Riij. - W jakim charakterze? 
-  Jakimkolwiek  -  odpowiedział  Hal.  -  Nasze  ostatnie  zajęcie  nie  za  bardzo 

wypaliło i musimy się trochę odkuć. 

-  To  dlatego  szliśmy  za  wami  -  powiedział  Corran  głosem,  w  którym  próbował 

odpowiednio  wywaŜyć asertywność i zakłopotanie. - Podsłuchałem, jak Trell mówił o 
Crisku i pomyślałem sobie, Ŝe... no... 

-  Pomyśleliśmy,  Ŝe  moŜe  moglibyśmy  dołączyć  do  was,  jak  będziecie  iść  na 

spotkanie z nim dziś wieczorem - wyrzucił z siebie Hal. 

Trell i Maranna wymienili spojrzenia.  
- No więc... 
-  Tak  naprawdę  to  nie  wiemy,  czy  rzeczywiście  się  z  nim  spotkamy  -  zaznaczył 

Riij. - Ten dragi sklepikarz moŜe wiedzieć o Crisku niewiele więcej niŜ Sajsh. 

-  Słuszna  uwaga  -  zgodził  się  Trell,  spoglądając  na  Kasta..  -  To  moŜe  być  ślepa 

uliczka. 

-  A  wtedy  będziecie  potrzebować  pomocy,  Ŝeby  go  znaleźć  -  powiedział  Hal  z 

mistrzowsko odegraną gorliwością. - Corran i ja jesteśmy tutejsi, mamy róŜne kontakty 
na tym terenie. MoŜemy wam pomóc go znaleźć. 

- Jeden z was moŜe iść - odezwał się Kast. 
Corran  spojrzał  na  łowcę  lekko  zaskoczony.  To  były  pierwsze  słowa  Kasta  od 

czasu, gdy zasiedli do stolika. 

- Aha - powiedział. - Tylko jeden z nas? 
- Tylko on. - Kast wskazał głową na Hala. - Pójdą z nim Trell i Tunroth. Ja będę 

szedł za nimi jako tylna straŜ. 

- A Riij i ja? - zapytał Maranna. 
- Wy dwoje i Corran wrócicie na statek - odpowiedział Kast. PrzełoŜycie ładunek 

na śmigacz, Ŝeby był gotowy do dostarczenia. 

Trell  i  Maranna  ponownie  wymienili  spojrzenia.  Corran  spostrzegł,  Ŝe  Ŝadne  z 

nich  nie  jest  zbyt  zadowolone  z  takiego  układu.  Było  jednak  równie  jasne,  Ŝe  nie 
zamierzają dyskutować z łowcą. 

- W porządku - stwierdził Trell, skrzywiwszy się lekko. - Świetnie. A co zrobimy, 

jeśli nikt z tego drugiego sklepu nie będzie wiedział, gdzie znaleźć Criska? 

- Nie będzie takiego problemu - zapewnił go Kast. - Uwierz mi. 
 
-  Ciekawy  facet,  ten  Jodo  Kast  -  zauwaŜył  Hal,  gdy  cała  trójka  skierowała  się  z 

powrotem w stronę budki Sajsha. - Od dawna z nim pracujesz? 

background image

Peter Schweighoffer 

189 

-  Pierwszy  raz  -  odpowiedział  Trell,  rozglądając  się  wokół  niespokojnie.  O  tej 

porze  kupujących  było  znacznie  mniej  i  mimo  wrodzonej  niechęci  do  tłumów 
stwierdził,  Ŝe  czuje  się  teraz  nieprzyjemnie  odsłonięty.  -  Właściwie  to  nie  tyle 
pracujemy z nim, co dla niego. Parlor, widzisz go gdzieś? 

- Nie, nie odwracaj się - powiedział szybko Hal. - Mogą nas obserwować, a wtedy 

nie warto im podpowiadać, Ŝe mamy osłonięte tyły. 

Trell spojrzał na niego spod oka. Coś w głosie starszego męŜczyzny nie pasowało 

mu  do  wizerunku  włóczęgi  szukającego  zajęcia.  Mówił  władczym  tonem  człowieka, 
który nawykł do tego, Ŝe jego rozkazy są spełniane... 

Parlor odezwał się nagle dudniącym głosem: 
- Kłopoty. 
Trell spojrzał na sklepik Sajsha. Był juŜ zamknięty. 
- Wspaniale - warknął, zatrzymując się. - Nadal nikogo tam nie ma. 
-  Nie  zatrzymuj  się  -  powiedział  z  tylu  miękki  głos.  Trell  poczuł,  Ŝe  serce 

podchodzi mu do gardła. 

- Co takiego? 
-  Dobrze  słyszałeś  -  powiedział  inny  głos,  dochodzący  tym  razem  zza  Hala.  - 

Idźcie dalej. 

Trell zmusił się, by postąpić krok naprzód. 
- Czy przysłał was Barbor Crisk? 
- Raczej nie - tym razem głos prychnął. - Zachowujcie się, jak gdyby nigdy nic, i 

nie próbujcie Ŝadnych sztuczek. Wolelibyśmy dostarczyć was w pełni sprawnych. 

Trell z trudem przełknął ślinę. 
- Dokąd idziemy? 
- Na razie za budkę Sajsha - powiedział dragi głos. - A potem... zobaczycie. 
-  Tego jestem  pewien  -  mruknął  Trell.  W  uszach  słyszał,  jak  wali  mu  serce.  Ale 

pocieszał  się  myślą,  Ŝe  jest  coś,  o  czym  porywacze  nie  wiedzą.  Jodo  Kast,  jeden  z 
najprzedniejszych  łowców  nagród  w  galaktyce,  szedł  gdzieś  za  nimi.  Za  chwilę 
wyskoczy  ze  swego  ukrycia,  grzmiąc  z  blastera  z  mikronową  precyzją,  i  całkowicie 
odwróci  układ  sił.  Jeszcze  tylko  chwila  i  usłyszą  świst  wystrzałów.  Jeszcze  tylko 
chwila... 

Nadal  czekał  na  tę  chwilę,  gdy  porywacze  wepchnęli  ich  do  budy  towarowego 

ś

migacza, zaryglowali drzwi i odjechali w gęstniejący mrok. 

 

Opowieści z Imperium 

190 

W Y P A D   -   C Z

Ę Ś Ć

  I I  

 

Michael A. Stackpole 

 
 
 

 
 

Corran Horn utwierdził się w przekonaniu, Ŝe coś jest nie w porządku, gdy tylko 

zobaczył „Pasikonika”. Frachtowiec wyglądał tak, jakby ktoś wziął typowy koreliański 
model  YT-1300,  przeciął  go  na  pół  wzdłuŜ  linii  biegnącej  od  dziobu  do  rufy,  nałoŜył 
jedną  połowę  na  drugą  i  połatał  całość  kawałkami  złomu,  które  akurat  wpadły  mu  w 
ręce. Corran widział w Ŝyciu brzydsze statki, ale od tamtych nikt nie oczekiwał, Ŝe będą 
latać. 

Czekał, aŜ Riij zamknie wrota hangaru, zanim wygłosił uwagę: 
- Chyba przemyt nie opłaca się dziś tak jak kiedyś?  
Oczy Maranny zabłysły gniewem. 
- Jesteśmy handlowcami, nie przemytnikami.  
Corran uniósł ręce. 
-  Nazywaj  to,  jak  chcesz.  Przy  tych  wszystkich  przepisach,  jakie  wprowadziło 

Imperium,  podróŜ,  która  zaczęła  się  jako  legalny  handel,  moŜe  się  skończyć  jako 
przemyt. 

Na  twarzy  Maranny  odmalowało  się  zaskoczenie,  odwróciła  się  jednak  szybko, 

podrapała kark, i powiedziała: 

- Idę po śmigacz. 
Jej słowa wydały mu się zbyt pospieszne, a poza tym Corran odniósł wraŜenie, Ŝe 

słyszy cień strachu w jej głosie. 

Zdecydowanie coś się za tym wszystkim kryje, pomyślał. W chwili, gdy zobaczył 

statek,  porzucił  wszelkie  podejrzenia,  Ŝe  ci  ludzie  mogliby  być  wysokiej  klasy 
przemytnikami,  którzy  przylecieli  z  dostawą  dla  Borbora  Criska.  Tego,  czego  Crisk 
potrzebuje,  by  prowadzić  swą  małą  wojną  z  Zekkiem  Thyne  i  Czarnymi  Słońcami  o 
dominację  nad  przestępczym  światem  Korelii,  nikt  nie  powierzyłby  załodze 
„Pasikonika”.  Zdetronizowanie  Thyne’a  przez  Criska  wymagałoby  gwiezdnego 
niszczyciela, którym ten statek nie jest, i legionu szturmowców, który na pewno się tu 
nie kryje. 

Corran zobaczył, Ŝe Maranna znika w luku frachtowca, więc zwrócił swoją uwagę 

na Riija. 

background image

Peter Schweighoffer 

191 

-  Chyba  miło  jest  mieć  na  pokładzie  kogoś  takiego  jak  ona.  Przyjemnie  na  nią 

popatrzeć. Znasz ją od dawna? 

Szczupły  męŜczyzna  potrząsnął  głową  i  powiódł  palcami  po  krótkich  białych 

włosach. 

- Zabrałem się z nimi po drodze. Jeśli na coś się przydam, dostanę zapłatę, kiedy 

dotrzemy  na  miejsce  -  odparł  Riij  ostroŜnie.  -  A  ty  od  dawna  pracujesz  ze  swoim 
partnerem? 

-  Od  przypadku  do  przypadku.  -  Corran  wzruszył  ramionami.  Krótkie 

przesłuchanie,  jakie  urządził  Riijowi  na  temat  jego  przeszłości,  odwoływało  się  do 
powszechnej skłonności ludzi do mówienia o sobie. To technika dobrze znana ludziom, 
którzy wyciągają informacje z podejrzanych. Albo Riij był szkolony, by jej nie ulegać, 
albo  był  bardzo  skryty.  Albo  jedno  i  drugie.  -  Znam  Hala  od  dawna,  ale  dopiero 
niedawno zaczęliśmy ze sobą pracować. Wiesz, jak to jest, połączyły nas trudne czasy. 
Jak ciebie i Tunrotha. 

- Poznałeś, Ŝe to Tunroth? 
- Hal i ja jesteśmy tutejsi, ale to nie znaczy, Ŝe nigdy nie wyściubiliśmy nosa poza 

Korelię. - Corran cofnął się, gdy Maranna zaczęła opuszczać tylną rampę załadunkową 
prowadzącą do ładowni „Pasikonika”. - To jakiś doŜywotni dług wdzięczności? 

-  DoŜywotni  dług  wdzięczności  to  sprawa  Wookiech.  -  Riij  zmarszczył  brwi  i 

zaczął wchodzić po rampie do ładowni frachtowca. - Rathe i ja po prostu podróŜujemy 
tym samym statkiem. Nic więcej nas nie łączy. 

-  Rozumiem.  -  Corran  uśmiechnął  się  beztrosko,  porządkując  jednocześnie 

informacje, jakich właśnie udzielił mu Riij. Wiedział, Ŝe doŜywotni dług wdzięczności 
to  zwyczaj  Wookiech,  ale  wiedział  o  tym  tylko  dlatego,  Ŝe  czytał  imperialne  listy 
gończe  i  nakazy  zatrzymania  rozesłane  za  Hanem  Solo  i  Wookiem,  który  z  nim 
pracował.  Większość  ludzi,  myślał  Corran,  nawet  nie  wie,  Ŝe  taka  rasa  jak  Wookie  w 
ogóle  istnieje,  a  w  najlepszym  przypadku  wiedzą  tyle,  Ŝe  Imperium  uŜywa  ich  jako 
niewolników.  Ludzie,  którzy  wiedzą  coś  więcej  o  Wookiech,  zazwyczaj  popierają 
Rebeliantów. 

Wszedł  za  Riijem  po  rampie  do  ładowni  i  zaczął  rozglądać  się  wokół,  szukając 

znaków,  które  tłumaczyłyby,  co  tak  naprawdę  załoga  „Pasikonika”  robiła  w  Coronet 
City. Jako członek StraŜy Ochrony Korelii Corran miał dostęp do większości informacji 
na  temat  Rebelii  i  jej  powiązań  z  Korelią.  W  kaŜdym  razie,  pomyślał,  mam  do  nich 
dostęp,  kiedy  nie  ma  w  okolicy  tego  bezwartościowego  oficera  łącznikowego 
imperialnego wywiadu. ChociaŜ prawdą było, Ŝe dwóch bohaterów Sojuszu pochodziło 
z Korelii, Imperator coraz mocniej zaciskał na  niej swój uścisk  i zwiększył obsadę sił 
stacjonujących  na  planecie,  co  ograniczyło  działania  Rebelii  na  tym  terenie.  Corran 
wiedział  o  istnieniu  na  Korelii  komórek  Rebeliantów  i  chętnie  by  do  nich  dotarł.  Nie 
sądził jednak, aby były tak aktywne i na tyle zdesperowane, by wchodzić w konszachty 
z ludźmi pokroju Criska. 

Corran minął opuszczony nos starego śmigacza. Podobnie jak sam statek, pojazd 

wyglądał, jakby był sklecony z wielu  nie do końca pasujących części. Miał tylko dwa 
siedzenia, jak eleganckie śmigacze sportowe, ale za nimi doczepiono płaską platformę 

Opowieści z Imperium 

192 

bagaŜową. Z wyjątkiem miejsc, gdzie wgniecenia pozwalały zobaczyć jasny srebrzysty 
metal,  cały  pojazd  pokryty  był  równą  warstwą  brudnobrązowego  kopcia.  Ani  szybki, 
ani mocny, pomyślał Corran, ale lepsze to niŜ dźwigać ładunek na własnym grzbiecie. 

Rząd  pudeł,  z  których  Riij  i  Maranna  zdejmowali  siatkę  mocującą,  natychmiast 

przyciągnął  jego  uwagę.  Wszystkie  były  tych  samych  wymiarów  i  miały  dość 
nieokreślony wygląd, ale to właśnie uderzyło Corrana. Pudła były zrobione z zielonego 
duraplastu ciemniejszego o parę odcieni od jego oczu, ale Ŝadne nie miało ani jednego 
zadrapania  czy  skazy,  tak  częstych  w  przypadku  duraplastowych  opakowań.  Na 
Ŝ

adnym nie było teŜ holograficznych metek, wytrawionych napisów czy innych śladów 

zuŜycia.  KaŜda  skrzynka  była  natomiast  przewiązana  duraplastowym  kablem  i 
zalakowana holograficzną pieczęcią. 

Kiedy  podniósł  pierwsze  pudlo,  nic  we  wnętrzu  nie  zagrzechotało,  nie  miał  teŜ 

kłopotów z wyczuciem środka cięŜkości. Potrząsnął głową. 

- Skąd wam się udało wytrzasnąć „sprytne” pudła?  
Maranna  i  Riij  zatrzymali  się,  patrząc,  jak  Corran  wstawia  pudło  na  pakę 

ś

migacza. Dziewczyna zmarszczyła czoło. 

- A co to są „sprytne” pudła? 
-  Jeśli  nie  wiecie,  to  chyba  rzeczywiście  nie  jesteście  przemytnikami.  -  Corran 

postukał  palcem  w  pokrywę  pudła.  -  Wygląda  normalnie,  ale  ma  wbudowaną 
niskonapięciową matrycę zwojów repulsorowych i źródło zasilania. Neutralizują cięŜar 
zawartości. Pudło moŜe być pełne detonatorów termicznych albo całkiem puste, ale na 
podstawie  cięŜaru  nie  sposób  nic  wywnioskować.  Przemytnicy  wymyślili  tę  sztuczkę, 
by  oszukać  celników,  ale  w  tej  chwili  większość  robotów-celników  wie,  czego  ma 
szukać. 

Maranna ustawiła swoje pudło obok pudła Corrana. 
- Ciekawa historia. Wygląda na to, Ŝe częściej zajmowałeś się przemytem niŜ my. 
-  MoŜliwe,  a  moŜe  po  prostu  wiem  o  szmuglowaniu  więcej  niŜ  ty  -  Corran 

uśmiechnął  się  przebiegle.  -  Na  przykład  wiem,  Ŝe  Ŝaden  przemytnik  nie  weźmie  na 
pokład ładunku, jeśli nie wie, co on zawiera. Co jest w tych pudłach? 

Kobieta potrząsnęła głową. Jej jasnobrązowe włosy zafalowały. 
- Nie wiem. I nie chcę wiedzieć. 
-  Trudno  w  to  uwierzyć.  -  Corran  zmarszczył  brwi.  Nie  wiem,  w  co  tu  gracie, 

pomyślał,  ale  wiem  na  pewno,  Ŝe  te  „sprytne”  pudła  nie  przeszłyby  przez  kontrolę 
KorSeku.  Jeśli  to  jakieś  dostawy  dla  Rebeliantów,  to  wykryją  je,  a  wy  wpadniecie  w 
porządne tarapaty. 

Riij zsunął swoje pudło na platformę śmigacza. 
- Gdybyśmy byli Rebeliantami i wiedzielibyśmy, co jest w tych pudłach, a to coś 

rzeczywiście  byłoby  dla  Rebeliantów,  to  znacznie  bardziej  martwilibyśmy  się  o 
Imperium niŜ o ich marionetki z Korelii. 

-  Myślisz,  Ŝe  ludzie  KorSeku  to  marionetki  Imperium?  -  Corran  machnął  ręką, 

bagatelizując  tę  kwestię.  -  KorSek  zajmuje  się  wyłącznie  kwestią  integralności  tego 
systemu.  Jeśli  tolerowaliby  Rebeliantów,  Imperium  zwiększyłoby  swoją  obecność  na 
Korelii. A tego nikt by tu nie chciał.  

background image

Peter Schweighoffer 

193 

Brązowe oczy Riija zalśniły groźnie. 
-  Więc  twierdzisz,  Ŝe  agenci  KorSeku  są  skłonni  zwalczyć  wrogów  reŜimu  zła 

tylko po to, Ŝeby uchronić swoje karki od buta Vadera? Gdybym to ja był Rebeliantem, 
trudno byłoby mi odróŜnić agentów KorSeku od Imperialnych. 

Corran  zmusił  się,  by  wziąć  kolejne  pudło,  zamiast  odwarknąć  Riijowi. 

Argumenty przemytnika padały często - i głośno - na Korelii. Corran, który wstąpił do 
KorSeku, idąc w ślady ojca i dziadka, od dawna wierzył, Ŝe KorSek zrobiłby najlepiej, 
trzymając  Imperium  z  dala  od  wewnętrznych  problemów  bezpieczeństwa  systemu. 
Gdyby  Korelia  była  w  stanie  sama  się  o  siebie  troszczyć  i  zachować  neutralne 
stanowisko w tej wojnie domowej, obywatele Korelii tylko by na tym zyskali. 

Takie  myślenie,  choć  sensowne  i  w  pełni  uzasadnione,  było  jednak  bardzo 

niebezpiecznie.  Dyrektorzy  KorSeku  zdołali  juŜ  zmusić  miejscowe  oddziały,  by 
przyjęły  w  swoje  szeregi  oficerów  łącznikowych  Wywiadu  Imperialnego,  którzy 
nadzorowaliby i koordynowali ich operacje z poczynaniami imperialnych garnizonów. 
Kirtan Loor, oficer łącznikowy przydzielony do oddziału Corrana, okazał się arogancki 
do  szpiku  kości  i  niemal  nie  sposób  było  z  nim  współpracować.  Nie  znosili  się  z 
Corranem serdecznie. 

Corran dźwignął kolejne pudło. 
-  Myślę,  Ŝe  z  punktu  widzenia  KorSeku  trudno  jest  odróŜnić  Rebeliantów  od 

uczciwych przestępców, takich jak ja. Ja to umiem, bo patrzę na sprawę z odpowiedniej 
perspektywy. Rebelianci nie są uczciwymi kryminalistami. 

Maranna uśmiechnęła się. 
- Uczciwymi kryminalistami? 
- A tak, uczciwymi. Wiem, Ŝe to, co robię, jest niezgodne z prawem, ale nadal to 

robię, bo na tym polega moje zajęcie. Podejmuję ryzyko. Albo zarabiam pieniądze, albo 
zsyłają  mnie  na  Kessel.  Sprawa  jest  prosta  i  jasna.  -  Corran  postawił  pudło  na 
poprzednim. - Natomiast Rebelianci, którzy robią to samo, co ja, twierdzą, iŜ uprawnia 
ich  do  tego  fakt,  Ŝe  prawo  jest  złe  i  Ŝe  Imperium  jest  złe.  Oni  po  prostu  szukają 
wymówki,  która  nadałaby  ich  działaniom  pozór  szlachetności,  a  tak  naprawdę  są 
niewiele lepsi ode mnie. 

- CóŜ za interesujące rozumowanie.  
Corran obrócił się na dźwięk głosu dochodzącego z głębi hangaru. Jodo Kast stał 

przy  luku  ładunkowym,  zasłaniając  sobą  widok  na  większą  cześć  hangaru.  Corran 
przechylił głowę na bok, próbując spojrzeć poza łowcę, ale nic nie zobaczył.  

- Gdzie Hal? 
- Spodziewam się, Ŝe w tej chwili niedaleko fortecy Zekki Thyne’a. 
- Co?! - okrzyk zdumionego Riija wypełnił cały hangar. - Miałeś ich chronić! Co 

się stało? 

Kast wszedł do ładowni i oparł się od niechcenia o ścianę. 
- Ludzie Thyne’a juŜ czekali na Trella i tamtych dwóch. Było ich siedmiu, w tym 

najemnicy  z  Brommstaad.  Czekałem,  dopóki  nie  odlecieli  na  wschód,  a  potem 
wróciłem. 

Corran walnął dłonią w wieko „sprytnej” skrzynki. 

Opowieści z Imperium 

194 

- Właśnie na wschodzie Thyne ma swój mały pałac. 
Kast skinął głową. 
- Stąd moje przypuszczenie co do miejsca, gdzie ich wiozą. 
- I nic nie zrobiłeś, Ŝeby ich powstrzymać? - Corran wycelował palec w kierunku 

Kasta.  -  Ty,  słynny  łowca  nagród  w  mandaloriańskiej  zbroi,  który  potrafi  siedząc 
odstrzelić facetowi blaster z ręki, nawet nie kiwnąłeś palcem? 

- Było ich siedmiu, a ja tylko j eden. JuŜ raz dyskutowaliśmy kwestie arytmetyki 

przy okazji tamtej potyczki. Mogłem ich dopaść, ale wtedy oni zabiliby waszych ludzi. 

Riij potrząsnął głową. 
- Rathe zająłby się paroma z nich.  
Maranna skinęła głową. 
- Trell wyeliminowałby co najmniej jednego. 
- Hal teŜ by się nie przyglądał z boku. Jednego czy dwóch... 
- Jeden czy dwóch wyeliminowanych na pewno nie załatwiłoby sprawy. 
-  ...  albo  i  więcej,  gdyby  tylko  miał  szansę.  -  Corran  przeniósł  wzrok  od  Riija  i 

Maranny na Kasta. - Czy naprawdę wszyscy jesteście tak naiwni, Ŝe nie wiecie, co się 
stanie  z  naszymi  ludźmi?  Thyne  zapyta  ich  o  kontakty  z  Criskiem,  a  jeśli  wszyscy 
wiedzą tyle, co i wy, to weźmie ich w niezłe obroty, Ŝeby uzyskać odpowiedzi, którym 
mógłby zaufać. Nie bardzo mi się podoba pomysł, Ŝe w ten sposób zajmie się Halem.  

Kast wzruszył ramionami. 
- Zawsze moŜesz znaleźć sobie nowego partnera. 
- Jeśli myślisz, Ŝe zostawię Hala, to chyba będę musiał wytrząsnąć cię z tej zbroi i 

wbić ci do głowy trochę rozumu. 

Kast  podniósł  głowę  i  stanął  prosto,  milcząco  podkreślając,  o  ile  jest  wyŜszy  i 

masywniejszy od Corrana. 

-  Dziwna  reakcja  jak  na  dwóch  kryminalistów,  których  niewiele  łączy. 

Powiedziałbym, Ŝe przesadna. Zachowujesz się, jakby był ci bardzo bliski. 

Corran spojrzał na Kasta tak zimno, jak tylko mógł. Przypominał trochę ojca, ale 

był  teŜ  podobny  do  matki.  Miała  najbardziej  niebieskie  oczy,  jakie  kiedykolwiek 
widział. Jego zielone były czymś pośrednim między jej - błękitnymi, a piwnymi oczami 
ojca, a jego brązowe włosy były ciemniejsze niŜ jasny blond matki, lecz jaśniejsze niŜ 
czarne włosy Hala. 

-  Nawet  gdyby  był  moim  klonem,  zareagowałbym  tak  samo.  To  mój  partner  i 

jestem  za  niego  odpowiedzialny.  Wiem,  co  oznacza  taka  odpowiedzialność,  Kast. 
Oznacza  ona,  Ŝe  nie  zamierzam  zostawić  Hala  w  łapskach  bezlitosnych  oprawców 
Thyne’a. 

Kast skrzyŜował ramiona na piersi. 
- I odwaŜyłbyś się zadrzeć z Czarnymi Słońcami?  
Maranna zbladła. 
- Thyne jest w Czarnych Słońcach? 
- To pupilek samego księcia Xizora, jeśli pogłoski, które słyszałem, są prawdziwe. 

- Corran oparł się o jedno z zielonych pudeł. - Jest wyjątkowo okrutny i amoralny, ale 
powoduje nim przede wszystkim Ŝądza zysku. Ten ładunek był moŜe przeznaczony dla 

background image

Peter Schweighoffer 

195 

Criska,  ale  równie  dobrze  moŜemy  go  zaoferować  Thyne’owi  jako  okup  za  naszych 
ludzi. 

- Nie sądzę. - Kast  wyciągnął z sakiewki u pasa datakartę i rzucił ją Marannie. - 

Na  tej  karcie  jest  czas  i  miejsce  naszego  spotkania  z  Criskiem.  Dostarczycie  tam 
ładunek, wrócicie tutaj i przygotujecie się do startu. 

Maranna złapała kartę. 
- Nigdzie nie odlecimy bez Habera. 
-  Wiem-  -  Kast  skinął  głową.  -  Mam  zamiar  udać  się  do  fortecy  Thyne’a  i 

zapewnić, Ŝe wasi przyjaciele zostaną uwolnieni. 

Corran roześmiał się. 
-  Wzdragasz  się  przed  zaatakowaniem  siedmiu  opryszków,  ale  sam  jeden 

uwolnisz  naszych  przyjaciół  z  fortecy  Thyne’a?  Coś  kiepsko  z  twoją  arytmetyką  tym 
razem. 

- Mają znaczną przewagę liczebną, ale wróŜę mojej akcji sukces. 
-  Tu  jest  Korelia,  a  Korelianie  nie  zajmują  się  wróŜbami.  Myślę,  Ŝe  byłbym 

bardziej skłonny uwierzyć w twój sukces, gdybym poszedł z tobą, Ŝeby zwiększyć jego 
szanse. 

- Pracuję sam. 
- Ha!  - prychnął Corran,  wskazując ruchem  głowy  na  Riija i Marannę. - MoŜesz 

pracować z nimi, to moŜesz i ze mną. - Zacisnął dłonie w pięści. - Oszczędź kłopotów 
nam obu i powiedz, Ŝe się zgadzasz. 

Kast  zawahał  się,  w  ładowni  zaległa  cisza.  Najemnik  studiował  twarz  Corrana  i 

chociaŜ ten nie widział jego oczu, czuł na sobie twarde spojrzenie łowcy, lustrujące go 
od stóp do głów. Corran zmusił się, by patrzeć prosto w czarną szparę hełmu, gotowy 
zareagować na kolejny ruch Kasta. 

Łowca nagród powoli rozłoŜył skrzyŜowane ramiona. 
- Pójdę poszukać dla nas śmigacza. 
- Świetnie.  -  Corran zdał sobie sprawę, Ŝe do tej pory  wstrzymywał oddech. Hal 

będzie  wariował,  pomyślał,  gdy  się  dowie,  co  zrobiłem.  Przeciwstawić  się  łowcy 
nagród tej klasy co Kast. Trzeba to było zrobić, chociaŜ mogłem to lepiej rozegrać. Nie 
uciekam nigdy od walki z kimś takim, ale teŜ się do niej nie pcham. 

Sylwetka  Kasta  rozpłynęła  się  w  ciemności,  a  Corran  odwrócił  się  i  spojrzał  na 

dwoje pozostałych. 

- Boicie się o własne głowy, tak? 
Riij wzruszył ramionami. 
-  Nie  bardzo  wiem,  co  się  dzieje,  ale  nie  podoba  mi  się  pomysł,  by  zostawić 

Rathe’a w łapach zbira z Czarnych Słońc. 

-  Borbor  Crisk  jest  niewiele  lepszy.  Znaleźliśmy  się  na  arenie  między  dwoma 

cyborreańskimi  psami  bojowymi.  śaden  z  tych  facetów  nie  cacka  się  z  innymi,  jak 
widzicie. 

Maranna machnęła datakartą. 
- To co robimy? Mamy się spotkać z rym Criskiem i dostarczyć mu towar. 

Opowieści z Imperium 

196 

-  Po  pierwsze  sprawdźmy,  co  w  ogóle  mamy  w  tych  pudłach.  -  Corran  oglądał 

pieczęcie  na  pudłach  załadowanych  na  śmigacz.  -  Jest  tu  jedno  uszkodzone. 
Sprawdźcie, czy jest ich więcej. 

Riij  zaczął  badać  kolejne  pudła,  podczas  gdy  Corran  wyjął  z  kieszeni  mały 

hydroklucz. 

- To powinno nam wystarczyć. 
Maranna podeszła do niego, marszcząc czoło. 
- Co masz na myśli mówiąc, Ŝe pudło jest uszkodzone? 
-  Nie  samo  pudło,  tylko  pieczęć  na  duraplastowych  mocowaniach.  -  Corran 

pokazał  jej  okrągłą  pieczęć  spinającą  taśmę.  -Widzisz  ten  hologram  zatopiony  w 
pieczęci?  Dwie  połówki  hologramu  nie  schodzą  się  dokładnie.  Spójrz  na  nie  pod  tym 
kątem. Korony dwóch słońc nie pokrywają się ze sobą. 

- Mam tu jeszcze jedno takie - oznajmił Riij. 
-  Świetnie,  przynieś  je  tutaj.  -  Corran  wsunął  krawędź  hydroklucza  między 

połówki  pieczęci.  -  Jeśli  połówki  się  nie  schodzą,  moŜna  je  rozdzielić,  podwaŜając  i 
przekręcając  lekko.  -  Szarpnął  kluczem  i  skręcił  nadgarstek.  Pieczęć  rozpadła  się  na 
dwie  połówki,  uwalniając  taśmy  opasujące  pudło.  -  MoŜemy  potem  z  powrotem  je 
zapieczętować, gdy juŜ zobaczymy, co jest w środku. 

Maranna pochyliła się, Ŝeby podnieść dwie połówki pieczęci, podczas gdy Corran 

zaatakował  kolejne  pudło.  Pieczęć  rozdzieliła  się  łatwo.  Corran  odwrócił  klucz  i  jego 
drugą, płaską stroną podwaŜył wieko. 

- Na czarne serce Imperatora! 
Jeszcze zanim wieko odskoczyło, Corran poczuł ostry, kwaśny zapach przyprawy. 

W pudle leŜało siedem kilogramowych sprasowanych kostek przyprawy, opakowanych 
cięŜkim  celuplastem.  Zostały  zanurzone  w  woskowej  polewie,  która  miała 
zabezpieczyć  przyprawę,  ale  widać  było,  Ŝe  zrobiono  to  w  pośpiechu.  Jedna  z  paczek 
otworzyła się, a przyprawa - nie najlepszej wprawdzie jakości - wysypała się do środka 
pudełka. 

- Co to takiego? 
Corran spojrzał na Marannę. 
- śartujesz? 
- Mówiłam ci, nie jestem przemytniczką. 
-  To  przyprawa.  Tak  naprawdę  to  podły  gatunek  błyszczostymu.  Lepsze  gatunki 

są  krystaliczne.  Jedna  dawka  i  jesteś  cała  szczęśliwa,  przynajmniej  dopóki  nie 
potrzebujesz więcej, a głód narkotyku nie pali cię w Ŝyłach. To nic dobrego. 

Riij skrzywił się z obrzydzeniem. 
- Wiesz to z doświadczenia? 
- Tak słyszałem, widziałem teŜ faceta, który próbował sprzedać płuco, Ŝeby kupić 

kolejną dawkę błyszczostymu. 

- Sprzedać płuco? - Maranna wzdrygnęła się. 
Corran wzruszył ramionami. 
- Nie swoje. Przypadkowego przechodnia. Jak mówiłem, to nic dobrego. 
Riij podwaŜył pokrywę następnego „sprytnego” pudła. 

background image

Peter Schweighoffer 

197 

- A niech to Sith! 
Sięgnął  ręką  i  wyciągnął  długi  na  dłoń  kryształowy  kolec  grubości  kciuka.  Był 

fioletowy, jasny na końcach i ciemny w środku. Kiedy Riij podniósł kamień, złapane w 
nim  światło  wystrzeliło  pomarańczowymi,  Ŝółtymi  i  czerwonymi  błyskami.  Wszyscy 
troje zamilkli, obserwując ten świetlisty spektakl. 

Corran patrzył na klejnot przez chwilę, po czym potrząsnął głową. 
- Czy to Ognie Durinda? 
- Tak mi się wydaje - głos Riija załamał się, gdy przełykał ślinę. - Mój ojciec kupił 

matce  pierścionek  z  Ogniem  Durinda  na  dwudziestą  piątą  rocznicę  ślubu.  Dopiero  na 
trzydziestą rocznicę go spłacił, a to był naprawdę maleńki kamień. 

-  Niewiele  ich  opuszcza  Tatooine  i  rzadko  kiedy  są  nieobrobione,  tak  jak  ten.  - 

Maranna wzięła kamień od Riija i zwaŜyła w dłoniach. - To by wystarczyło na kupno 
nowego statku. 

Riij odwrócił się. 
- Sprawdźmy, co jest w innych pudełkach. 
-  Nie,  poczekaj.  -  Corran  powstrzymał  go  gestem.  -  Nie  mamy  czasu,  Ŝeby  to 

sprawdzać.  OdłóŜ  kamień,  zapieczętujemy  te  dwa  pudła  i  połoŜymy  je  na  przednim 
siedzeniu śmigacza. 

Maranna niechętnie włoŜyła kamień do pudła. 
- Masz jakiś pomysł? 
-  Będziemy  potrzebować  zabezpieczenia,  jeśli  chcemy  się  wydostać  stąd  cali  i 

zdrowi.  Zapieczętujemy  skrzynki  i  nikt  nigdy  się  nie  dowie,  Ŝe  przy  nich 
majstrowaliśmy.  Zabierzesz te dwa pudła do Criska i powiesz, Ŝe  masz  takich jeszcze 
sto dziewięćdziesiąt osiem. Nie zrobi ci nic, dopóki nie dostanie wszystkich. 

Riij zmarszczył czoło. 
- PrzecieŜ moŜe tu przyjść i je zabrać. 
-  Tak,  ale  juŜ  ich  tu  nie  będzie.  Załadujemy  resztę  na  śmigacz  i  schowamy  w 

magazynie.  -  Corran  zmarszczył  brwi,  zastanawiając  się  intensywnie.  -  JuŜ  wiem,  po 
drodze  do  centrum  Coronet  City  są  magazyny  Dewback  Storage.  MoŜemy  wynająć 
jakąś  szopę  i  tam  wyrzucić  nasze  pudła.  Wy  pójdziecie  na  spotkanie  z  Criskiem  i 
powiecie  mu,  Ŝe  dowie  się,  gdzie  jest  reszta  towaru,  kiedy  będziecie  pewni,  Ŝe  wasi 
przyjaciele  są  bezpieczni.  Ja  i  Kast  pojedziemy  do  Thyne’a,  a  jeśli  nie  wrócimy  w 
określonym czasie, wykorzystacie Criska, by pomógł nas odbić Thyne’owi. 

Maranna wolno potrząsnęła głową. 
- Nie podoba mi się to. 
- Słuchaj,  mamy  w  tych pudłach istną fortunę. Jeśli  Crisk nie będzie chciał  wam 

pomóc, spotkacie się z Thyne’em i zaoferujcie je jako okup. 

- Ale jak mamy do niego dotrzeć? 
Corran uśmiechnął się. 
- Udało wam się za pierwszym razem w alei Łowców Skarbów, pamiętacie? 
- Słusznie. 
- Dobra, ładujemy dalej. - Corran zapieczętował pierwsze, a potem drugie pudło. - 

Wiem,  Maranna,  Ŝe  nie  podoba  ci  się  to  wszystko,  ale  to  ty  powiedziałaś,  Ŝe  jesteś 

Opowieści z Imperium 

198 

handlowcem.  Jeśli  sprawy  pójdą  źle,  będziesz  musiała  kupić  nasze  Ŝycie.  Mam 
nadzieję, Ŝe uda ci się wytargować dobrą cenę. 

 
Pułkownik Maksymilian Veers spojrzał na krzesło, które mu zaproponowano, ale 

nie usiadł. 

- Jest pan bardzo uprzejmy, agencie Loor, ale nie przewiduję, Ŝebym miał tu długo 

zostać. Widział pan wiadomość, którą panu wysłałem. 

Wysoki,  szczupły  męŜczyzna  usiadł  na  krześle  i  w  tym  momencie  jakaś  siła 

rzuciła go na blat biurka. Chwycił blat jedną ręką, a drugą poprawił kosmyk ciemnych 
włosów, który opadł mu na twarz. 

Veers  był  pewien,  Ŝe  męŜczyzna  specjalnie  tak  się  czesze,  by  uwydatnić  swoje 

podobieństwo  do  zmarłego  Wielkiego  Moffa  Tarkina.  SłuŜyłem  pod  Tarkinem, 
pomyślał. KaŜdy, kto twierdziłby, Ŝe ten cały Loor jest podobny do Tarkina, powinien 
wiedzieć, Ŝe nie fryzura tworzy człowieka. 

- Coś nie tak ze spręŜynami w pańskim krześle, Loor? - spytał pułkownik. 
Oficer łącznikowy prychnął. 
-  Mamy  tu  sabotaŜystów,  którzy  uwielbiają  znajdować  wciąŜ  nowe  sposoby,  by 

mnie zirytować. Majstrowanie przy moim krześle to ich najnowszy sposób ekspresji. 

Wyciągnął rękę i wcisnął klawisz stojącego na biurku komputera. 
-  Tak,  pułkowniku  Veers,  zgodnie  z  pańskim  Ŝyczeniem  przeanalizowałem 

wiadomość, którą mi pan przesłał. Nie jestem  w stanie potwierdzić jej wiarygodności. 
Ustaliłem  jedynie,  Ŝe  Zekka  Thyne  faktycznie  ma  małą  fortecę  we  wschodniej  części 
Coronet City. 

- Wiem o tym, Loor. 
Oficer podniósł głowę. 
-  Ach  tak?  Nie  zdawałem  sobie  sprawy,  Ŝe  siedziba  Thyne’a  jest  czymś,  co 

mogłoby  pana  zainteresować,  pułkowniku  Veers.  Nie  byłem  świadom,  Ŝe  imperialne 
siły wojskowe mają powód, by uwaŜać budowle Czarnych Słońc za cele militarne. 

Nozdrza  Veersa  rozszerzyły  się  ze  zdenerwowania.  Jedyną  rzeczą,  której 

nienawidził  bardziej  niŜ  zadawania  się  z  aroganckimi  agentami  wywiadu,  było 
przymykanie  oka  na  działalność  Czarnych  Słońc.  Zakładał,  Ŝe  Imperator  musi  mieć 
jakiś powód, aby tolerować tę przestępczą organizację, ale zdaniem Veersa ta tolerancja 
była szkodliwa dla Imperium. Akceptowanie przestępców naruszało rządy prawa. Jeśli 
ludzie  widzieli,  Ŝe  Czarne  Słońca  to  coś  bardziej  złowrogiego  niŜ  Rebelianci,  tym 
łatwej przychodziło im popieranie tych ostatnich. 

-  Moim  obowiązkiem,  agencie  Loor,  jest  traktowanie  kaŜdej  twierdzy  pełnej 

uzbrojonych  ludzi  jako  potencjalnego  celu  militarnego.  W  tym  przypadku  zostałem 
poinformowany, Ŝe Thyne spotyka się z przedstawicielami rebelianckiego podziemia. 

- Tak, ale nie jestem pewien źródła tej informacji. Kim jest pański informator? 
-  Widział  pan  kod  kontrolny.  Jest  waŜny.  -  Veers  zmarszczył  czoło.  -  Nie  ma 

powodu,  by  podawać  w  wątpliwość  wiarygodność  moich  informacji.  Są  prawdziwe  i 
zamierzam działać, kierując się nimi. 

- A zatem nie wie pan, kim jest pańskie źródło. 

background image

Peter Schweighoffer 

199 

- Nie muszę tego wiedzieć. 
Z pełnym wyŜszości uśmiechem Loor odchylił się na oparcie krzesła. Veers miał 

nadziej ę, Ŝe agent straci równowagę i przewróci się do tyłu. 

- Jeśli wierzy pan swojemu informatorowi, to po co przychodzi pan do mnie? 
Veers miał ochotę pochylić się nad biurkiem i uderzyć Loora. 
- Przychodzę do pana, agencie Loor, bo jest pan oficerem łącznikowym Imperium, 

powołanym  do  kontaktów  ze  SłuŜbą  Ochrony  Korelii  na  terenie  tego  sektora.  Chcę 
wiedzieć, czy mają w otoczeniu Thyne’a swoich agentów operacyjnych. 

-  Czy  zamierza  pan  potraktować  próbę  odbicia  tych  agentów  jako  pretekst  do 

ataku  na  Thyne’a,  czy  teŜ  obawia  się  pan,  Ŝe  złoŜę  protest  przeciwko  wypłaceniu  im 
odszkodowań? 

Veers zmruŜył oczy. 
- Nie ma potrzeby, by ginęli uczciwi ludzie. 
Loor leniwie wzruszył ramionami. 
- Jeśli zginą, zostaną bohaterami. JeŜeli dostarczy mi pan Zekkę Thyne’a, pan teŜ 

moŜe zostać bohaterem. 

-  Sądzę,  agencie  Loor,  Ŝe  jestem  w  stanie  znaleźć  własny  sposób,  by  zostać 

bohaterem. - Veers obrócił się na obcasach i sztywnym krokiem wyszedł z pokoju. 

Zastanawiał  się  w  duchu,  jak  to  moŜliwe,  Ŝe  Rebelianci  jeszcze  nie  obalili 

Imperium.  Czy  Imperium,  które  powierza  waŜne  sprawy  ludziom  takim  jak  Loor,  ma 
szansą, by w ogóle przetrwać? 

 
Corran  westchnął,  kiedy  zobaczył  śmigacz  SoroSuub  X-34,  pilotowany  przez 

Kasta. 

- Kupiony czy „poŜyczony”? 
Łowca nagród spojrzał na niego zza kierownicy. 
- A czy to ma jakiekolwiek znaczenie? 
- Jeśli juŜ mąją mnie aresztować za jazdę kradzionym śmigaczem, wolałbym, Ŝeby 

to było coś nowszego i bardziej sportowego, na przykład XP-38. 

- Zawsze moŜesz iść piechotą, Corran. 
-  Słuszna  uwaga.  -  Przytrzymując  się  lewą  ręką  owiewki,  Corran  wskoczył  na 

miejsce pasaŜera. - A niech mnie! 

Kast zakręcił kierownicą, dodał mocy i zwolnił przepustnicę. 
- Jak poszedł załadunek? 
- Załadunek? W porządku. - Corran wiercił się, nie mogąc usadowić się wygodnie 

w zdezelowanym fotelu. - Powinni być juŜ gotowi do spotkania. 

- Dobrze. 
Corran  usłyszał  w  jego  głosie  właściwą  intonację  i  nacisk,  ale  mimo  to  odniósł 

wraŜenie,  Ŝe  odpowiedź  Kasta  nie  zabrzmiała  całkiem  naturalnie.  Próbował  sobie 
uzmysłowić, co go tknęło, ale nie potrafił, i to go martwiło. W przeszłości jego intuicja 
wobec  takich  twardzieli  jak  Kast  graniczyła  z  szóstym  zmysłem,  ale  w  tym  wypadku 
nie był w stanie odczytać intencji zakutego w pancerz najemnika. Świadomość, Ŝe mój 

Opowieści z Imperium 

200 

ojciec  wpadł  w  łapy  faceta,  który  pewnie  go  teraz  filetuje,  nie  pomaga  mi  się 
skoncentrować, pomyślał. 

Kast  skierował  śmigacz  w  stronę  centrum  miasta.  Jasne  światła  i  zgiełk  Coronet 

City,  a  zwłaszcza  aleja  Łowców  Skarbów  zaczęły  działać  na  Corrana.  Jako  agent 
KorSeku  uwaŜał  Rynsztok  -  jak  nazywali  aleję  agenci  -  za  miejsce  niebezpieczne. 
ChociaŜ centralna część alei nie była taka zła - wielu praworządnych obywateli ubijało 
tam  interesy  -  w  niektóre  miejsca  bałby  się  zapuścić  sam  Darth  Vader.  Większość  z 
nich była pod kontrolą Czarnych Słońc. 

Dziadek  Corrana  ubolewał  nad  zmianami,  jakie  zaszły  w  środowisku 

przestępczym od czasu powstania Imperium. Rostek Horn  pamiętał czasy  Moffa Fliry 
Vorru, kiedy  to naruszanie prawa było swoistą sztuką. W tamtych czasach, jak  mówił 
Corranowi,  przestępcy  prowadzili  wojny  wyłącznie  z  innymi  przestępcami. 
Uprowadzenie  Hala  i  Trella  nie  byłoby  na  pewno  wtedy  moŜliwe  -  osoby  postronne 
musiały  być  znacznie  głębiej  zaangaŜowane  w  działania  kryminalne,  by  uznano  je  za 
przeciwników. 

A  potem  nastał  okres  dominacji  Xizora  i  jego  organizacji  Czarne  Słońca.  Xizor 

zdradził  Vorru,  wydał  go  Imperium  i  w  ten  sposób  uzyskał  przychylność  Imperatora. 
Traktował  Korelię  jako  swoisty  poligon  dla  swoich  poruczników.  Najbardziej 
brutalnym z nich był Zekka Thyne. 

Corran  spojrzał  w  bok  na  magazyny  Dewback  Storage,  które  właśnie  mijali. 

Kiedy z powrotem skierował wzrok na drogę przed nimi, dostrzegł kątem oka, Ŝe Kast 
go obserwuje. 

- Coś się stało? Wygląda na to, Ŝe zauwaŜyłeś tam coś interesującego. 
- Tak, rzeczywiście. - Wymyśl coś, Corran. Musisz wymyślić coś przekonującego. 

- Malowidła ulicznych artystów na ścianach budynku. 

- Artystów? UwaŜasz dewastowanie budynków za sztukę? 
Corran wzruszył ramionami. 
-  Nie  jest  to  moŜe  Venthan  Chassu,  ale  bije  na  głowę  kłującą  w  oczy  biel 

gwiezdnych niszczycieli. 

Kast przyglądał się Corranowi przez dłuŜszą chwilę. 
- Skąd ktoś taki jak ty mógł słyszeć o Venthanie Chassu? 
-  Mógłbym  skłamać  i  powiedzieć,  Ŝe  matka  zabierała  mnie  do  muzeum,  ale 

pewnie  byś  nie  uwierzył.  -  Corran  zmusił  się,  by  patrzeć  prosto,  gdy  od  prawdy 
przeszedł  do  kłamstwa,  opowiadając  nieprawdopodobną  historię,  zasłyszaną  od 
złodzieja,  którego  kiedyś  aresztował.  -  Znałem  faceta,  który  miał  klienta  nieźle 
napalonego  na  sztukę  koreliańską.  Powiedział,  Ŝe  ukradł  i  sprzedał  mu  juŜ  parę 
obrazów,  kilka  rzeźb  i  holograficzne  dioramy.  Klient  był  zachwycony,  ale  to  mu  nie 
wystarczyło. Wydawał kredyty w takim tempie, jakby to były atomy wolnego wodoru, 
więc ten facet powiedział, Ŝe planuje skok na Muzeum Sztuk Pięknych w Coronet City. 
Chciał, Ŝebym brał w tym udział, więc obejrzałem sobie to miejsce.  

Kast powoli skinął głową. 
- Kto był tym klientem? 

background image

Peter Schweighoffer 

201 

- Nie mam pojęcia. Facet rozmawiał tylko z pośrednikiem, a potem namierzył go 

KorSek, więc zarobił od nich tylko na bilet w jedną stronę do Akrit’tar. Tam umarł. 

- A co myślisz o dziełach Chassu? 
Corran  zmarszczył  czoło.  Co  moŜe  takiego  łowcę  obchodzić  sztuka,  pomyślał, 

albo moje zdanie na ten temat? 

-  Interesujące.  Najbardziej  podobały  mi  się  akty  Selonianek  -  ale  nie  dlatego,  Ŝe 

lubię goliznę. Selonianki są pokryte sierścią, więc czy kiedykolwiek bywają naprawdę 
nagie? Zresztą, gdyby zachciało mi się nagiej Selonianki - machnął ręką nad owiewką - 
mógłbym ją znaleźć bez problemu w alei Łowców Skarbów. 

- Więc co ci się w nich spodobało? 
-  Chassu  uchwycił  dwie  najbardziej  charakterystyczne  cechy  Selonianek:  ich 

zmysłowe,  Ŝylaste  kształty  i  ich  tęsknotę  za  prywatnością.  Wszystkie  mają  twarze 
ukryte  w  ciemności.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Niektóre  inne  jego  prace  teŜ  mi  się 
podobały. 

- A co myślisz o portrecie „Palpatine triumfujący”? 
-  Tron  z  ludzkich  kości  śnił  mi  się  przez  parę  nocy.  -  Corran  wzdrygnął  się, 

przypominając  sobie,  Ŝe  senne  koszmary  wywołał  nie  tyle  widok  tronu  z  czaszek  i 
potrzaskanych  kości,  ale  wyraz  morderczej  radości  na  pełnej  uniesienia  twarzy 
Imperatora.  -  Jako  ukoronowanie  pracy  spełnia  swoje  zadanie,  ale  wolałbym,  Ŝeby 
Chassu wrócił do studiów Selonianek. 

- Jego śmierć była  wielką stratą. - Kast spojrzał na Corrana. - Wygląda na to, Ŝe 

coś przede mną ukrywasz. 

- Tak? 
-  Owszem.  Po  raz  ostami  seloniańskie  akty  były  pokazywane  w  Muzeum  Sztuk 

Pięknych dziesięć lat temu. 

Corran pokrył zaskoczenie uśmiechem. 
-  Niezupełnie.  Dwa  lata  temu  na  Nowy  Rok  zostały  wystawione  na  prywatnym 

pokazie dla sponsorów muzeum. Cztery godziny, dziesięć tysięcy kredytów od osoby. - 
Corran  poklepał  Kasta  po  naramienniku.  -  Spodobałoby  ci  się,  tylko  musiałbyś 
najpierw trochę odmalować zbroję. 

- A ty tam byłeś. 
- Byłem. - I Hal teŜ tam był, pomyślał. Matka od tylu lat pracowała społecznie na 

rzecz  Muzeum,  Ŝe  kiedy  przyszło  zatrudnić  dodatkowych  straŜników  na  przyjęcie, 
administracja  wzięła  nas  dwóch.  -  Dam  ci  znać,  gdy  znowu  zrobią  taką  fetę,  jeśli 
chcesz. 

- Chętnie. MoŜe uda mi się dostać zaproszenie. 
Corran roześmiał się. 
- Jeśli byłbyś w stanie je zdobyć, to moŜe rzeczywiście uda ci się dostać do Zekki 

Thyne’a. Jak chcesz to zrobić? 

Głos Kasta doszedł echem z głębi hełmu. 
- Myślałem, Ŝeby odwołać się do jego poczucia sprawiedliwości. 
-  Łatwiej  by  ci  chyba  było  odnaleźć  katańską  flotę.  -  Corran  potrząsnął  głową.  - 

Zekka  Thyne  to  skundlony  mieszaniec  ludzkiej  kobiety  i  jakiegoś  obcego,  z  wielkimi 

Opowieści z Imperium 

202 

sinymi  plamami  na  bladoróŜowym  cielsku.  Ma  krwistoczerwone  oczy  z  czarnymi 
ź

renicami  w  złotych  obwódkach.  A  takŜe  ostre  uszy,  jeszcze  ostrzejsze  zęby  i 

najostrzejsze  poczucie  krzywdy  w  tej  części  galaktyki,  porównywalne  tylko  z 
Wookiem, który ma do kogoś urazę. Słyszałem, Ŝe zastrzelił przewoźniczkę przyprawy, 
która powiedziała  mu, Ŝe  na  chwilę poŜyczyła  kredyty z wypłaty, ale juŜ  uregulowała 
ten dług wraz z odsetkami. 

- A co by zrobił, gdyby mu tego nie powiedziała? 
-  Zabijałby  ją  powoli.  Jest  prawdziwym  artystą,  jeśli  chodzi  o  wibroostrze.  - 

Corran  zmarszczył  czoło.  -  Braki  umysłowe  nadrabia  wściekłą  złośliwością.  Ile  byś 
wziął za zabicie go? 

Kast lekko uniósł głowę. 
- Prosisz mnie, Ŝebym go zamordował? 
Corran zawahał się przez chwilę. 
-  Nie,  chyba  nie.  Tak  się  tylko  zastanawiałem.  Pomyślałem  sobie,  Ŝe  gdybym  to 

zrobił,  moŜe  mógłbym  odliczyć  twoje  wynagrodzenie  od  podatku,  jako  darowiznę  na 
cele charytatywne. Oczywiście gdybym w ogóle płacił podatki. 

- Myśl o wyeliminowaniu Thyne’a nie jest mi niemiła, ale nie wchodzi w zakres 

mojego aktualnego zadania. - Kast spojrzał na niego. - Myślę jednak, Ŝe uda mi się go 
przekonać, aby się z nami spotkał. Sądzę, Ŝe podejście dyplomatyczne będzie najlepsze. 

-  Zgadzam  się.  TeŜ  wolę  dyplomację.  -  Corran  poklepał  się  po  kaburze  blastera 

przymocowanej  pod  lewą  pachą.  -  Ale  jestem  równieŜ  przygotowany  na  okoliczność, 
gdybyśmy musieli zachować się niedyplomatycznie. 

- To znaczy? 
- To znaczy ja będę strzelał dołem, a ty górą.  
Kast uroczyście przytaknął. 
- Dobrze, to będzie nasz plan awaryjny. 
Łowca  nagród  bez  trudu  prowadził  śmigacz  przez  ciemne  wzgórza  otaczające 

Coronet  City.  Rezydencja  Thyne’a  naleŜała  kiedyś  do  magnata  transportowego,  który 
został  aresztowany  i  zesłany  na  Kessel  za  przemyt  przyprawy.  Thyne  kupił  ją  na 
licytacji,  w  związku  z  czym  w  koreliańskim  półświatku  rozeszły  się  pogłoski,  Ŝe  on 
sam  dostarczył  dowodów,  które  doprowadziły  do  skazania  magnata.  Corran  zawsze 
przypuszczał, Ŝe ten podstęp zaplanował i przeprowadził raczej ksiąŜę Xizor, bo Thyne 
nie wykazał się nigdy podobną przemyślnością. 

Wjechali na zbocze wzgórza, a potem w dół w szeroką dolinę. Corran wskazał na 

główny budynek. 

-  Nie  wygląda  specjalnie  imponująco,  ale  pod  wzgórzami  są  kanały,  którymi 

moŜna doprowadzić  siły  wojskowe do  miejsc, gdzie Thyne  ma pola  minowe. Na tych 
wieŜach  są  podobno  elektroniczne  siatki  zdolne  zmieść  z  powierzchni  kaŜdego 
Ŝ

ołnierza.  Thyne  ma  nawet  wyrzutnię,  dzięki  której  moŜe  się  stąd  wydostać,  gdyby 

pojawiły się kłopoty, co jest jednak mało prawdopodobne. Ściany podwójnej grubości, 
okna  z  podwójnej  transpastalowej  tafli,  pełen  zestaw  sensorów  i  czterdziestu  do 
pięćdziesięciu  uzbrojonych  oprychów  sprawia,  Ŝe  to  raczej  twardy  orzech  do 

background image

Peter Schweighoffer 

203 

zgryzienia.  Słyszałem,  Ŝe  KorSek  ma  nakaz  na  przeszukanie,  ale  bez  pomocy 
imperialnego garnizonu nikt nie jest dość głupi, Ŝeby próbować go dostarczyć. 

-  Nie  Ŝartowałeś  o  tych  sensorach.  -  Kast  skierował  śmigacz  w  kierunku  dwóch 

męŜczyzn,  którzy  wyszli  z  bocznej  furtki,  łapiąc  ich  w  światła  reflektorów  pojazdu,  a 
potem skręcił w lewo i osadził śmigacz. - Pójdę z nimi porozmawiać. Bądź gotowy, na 
wypadek gdyby coś poszło nie tak. 

- Dasz mi jakiś znak? - Corran patrzył, jak łowca nagród wstaje z fotela kierowcy, 

i  katalogował  w  myśli  uzbrojenie,  które  był  w  stanie  dostrzec.  -  Głupie  pytanie,  jeśli 
upadną, to pobiegnę. 

Obserwował,  jak  Kast  podchodzi  do  straŜników.  Łowca  rozłoŜył  ręce,  ale  nie 

podniósł ich, by go nie posądzono, Ŝe się poddaje. 

Chce,  Ŝeby  wiedzieli  -  pomyślał  Corran  -  Ŝe  nie  zamierza  ich  zabijać,  ale  jest 

gotów  to  zrobić,  jeśli  go  sprowokują.  Trójka  męŜczyzn  spotkała  się  i  Corran  słyszał 
szmer  głosów,  ale  nie  był  w  stanie  odróŜnić  poszczególnych  słów.  Jeden  z  ludzi 
Thyne’a  powiedział  coś  przez  komunikator,  a  Kast  podniósł  lewą  rękę  i  wezwał 
Corrana niedbałym gestem. 

Corran  wyszedł ze  śmigacza  i podszedł do  męŜczyzn,  naśladując postawę Kasta. 

Jeden z ludzi Thyne’a zbiŜył się do niego, najwyraźniej z zamiarem zabrania mu broni, 
ale Corran zmarszczył czoło. 

Wydaje ci się - pomyślał - Ŝe jestem na tyle głupi, aby próbować się tu dostać albo 

uciec, ostrzeliwując się z blastera? 

Opryszek zawahał się, po czym wsunął ręce do kieszeni. 
Drugi ze zbirów Czarnego Słońca pokazał na Corrana. 
- No dalej, zabierz mu miotacz. 
- Myślisz, Ŝe jest na tyle głupi, by próbować się tu dostać albo uciec, ostrzeliwując 

się z blastera? - pierwszy z oprychów potrząsnął głową. -  Zaprowadzimy  go do szefa. 
Nie kaŜmy mu czekać. 

- Słusznie. Chodźcie za nami. 
Przewodnicy  wprowadzili  ich  przez  główne  wejście  do  holu,  który  -  zdaniem 

Corrana - mógłby konkurować pod względem przepychu z Muzeum Sztuk Pięknych w 
Coronet  City.  RóŜowy  granit  i  czarny  marmur  splatał  się  na  posadzce  w 
skomplikowany,  chaotyczny  wzór.  Kamienne  schody  prowadzące  na  drugie  i  trzecie 
piętro  wiły  się  w  górę,  kierując  wzrok  ku  sklepieniu,  zdobionemu  holograficznym 
wizerunkiem  nocnego  nieba.  W  małych  niszach  wokół  holu  stały  posągi,  a  ogromne 
złocone  panele  na  ścianach  stanowiły  doskonałe  tło  dla  bogatej  i  zróŜnicowanej 
kolekcji obrazów i oryginalnych hologramów. 

Zdumiewające  -  pomyślał  Corran  -  jak  łatwo  jest  przeobrazić  miejsce,  które 

mogłoby  by  być  tak  piękne,  w  coś  równie...  prostackiego.  Wyglądało  na  to,  Ŝe  dla 
Thyne’a  pojęcie  sztuki  wiązało  się  ściśle  z  golizną,  przesadą  i  paletą  kolorystyczną 
zdominowaną  przez  róŜe,  fiolety  i  denerwująco  jaskrawy  odcień  zieleni.  Niektóre 
rzeźby  zostały  „poprawione”  przez  hojne  zastosowanie  tej  właśnie  palety,  a  nadmiar 
farby spłynął po ścianach nisz, w których stały. Obrazy przedstawiały modelki i modeli 

Opowieści z Imperium 

204 

w  pozach,  które  nadawałoby  się  bardziej  do  podręczników  ksenobiologii,  hologramy 
zaś stanowiły wizualny odpowiednik skowytu. 

- Ile chciałeś mi zaproponować za zabicie go? - szepnął Kast. 
- Za mało. 
Idąc  za  przewodnikami,  przecięli  hol  i  przez  ogromne  dwuskrzydłowe  drzwi 

weszli  do  gabinetu  Thyne’a.  Tutaj  do  plastycznej  kakofonii  dołączył  nowy  element: 
skłócone  ze  sobą  style  umeblowania.  Biurko  Thyne’a  zostało  wykonane  z 
ciemnobrązowego  drewna  Vweliu  i  samo  w  sobie  było  dziełem  sztuki.  Otaczały  je 
krzesła  i  stoliki  taśmowej  produkcji  z  duraplastu  i  fiberplastu  -  takie,  które  moŜna 
zostawić w ogródku, bo Ŝadna pogoda im nie zaszkodzi. Kilka stolików z nierdzewnej 
stali  ze  spiętrzonymi  na  nich  arkuszami  transpastali  dopełniało  wystroju,  a  zbieranina 
lamp - z których Ŝadne dwie nie pasowały do siebie - zapewniała oświetlenie. 

Corran  spojrzał  na  Hala  i  zauwaŜył,  jak  ten  dumnie  skinął  głową,  nie  bacząc  na 

dwie struŜki krwi wypływające z nosa. Haber Trell wyglądał gorzej, z podbitym okiem 
i  wibroostrzem  wbitym  nieruchomo  w  krzesło  pomiędzy  jego  udami.  śółta  skóra 
Tunrotha zszarzała nieco, a z nosa kapała  mu niebieskawa krew,  lecz poza tym  Rathe 
wyglądał przytomnie. 

Zekka  Thyne  uśmiechnął  się  do  Kasta,  a  Corran  uznał,  Ŝe  jego  twarz  przybrała 

przy tym wyraz niemal obsceniczny. 

- Ach! Jodo Kast! W końcu się spotykamy. Zazwyczaj nie przyjmuję usług osób, 

które  nie  zostały  mi  przedstawione,  ale  twoja  reputacja  jest  powszechnie  znana. 
Uznałem,  Ŝe  nie  na  darmo  wydałem  tyle  kredytów.  -  Przekrwione  spojrzenie  Thyne’a 
wyostrzyło się. - Nie rozczaruj mnie. 

-  Nie  mam  takiego  zamiaru.  -  Szybkim,  łagodnym  ruchem  Kast  wyciągnął 

miotacz prawą dłonią i wbił jego lufę w lewą skroń Corrana. - Haber Trell i Tunroth są 
najemnymi  mordercami, których  nastał na ciebie Borbor Crisk. Ich  wspólnicy  właśnie 
teraz  pilnują,  by  Crisk  wypełnił  kilka  setek  „sprytnych”  skrzynek  zapłatą  za  twoją 
głowę. 

- To nieprawda! - warknął gniewnie Haber Trell. - On kłamie! 
Thyne uciszył go, waląc na odlew w twarz. 
- A ci dwaj pozostali? 
Kast prychnął, co niemal przypominało śmiech. 
-  Najęli  tych  dwóch  miejscowych  jako  przewodników  i  dla  kamuflaŜu.  Kto  by 

pomyślał, Ŝe intergalaktyczni zabójcy będą ciągać za sobą takich wycieruchów? 

Corran podniósł rękę, Ŝeby rozmasować głowę, ale Kast mocno przyciskał lufę do 

jego czaszki. Corran nie wiedział, co go bardziej boli - głowa czy zraniona duma, Ŝe dał 
się wyprowadzić w pole Kastowi. Oszukał mnie jak się patrzy - pomyślał - tak samo jak 
resztę z nas. Szkoda, Ŝe ojciec nie był na moim miejscu. On nie dałby się wystrychnąć 
na dudka. 

Corran spojrzał w bok na Kasta, a potem skinął głową w stronę Thyne’a. 
- Wiesz co? Naprawdę nie moŜna ufać łowcy nagród. 
-  Prawda,  ale  prędzej  zaufam  jemu  niŜ  jakiemuś  lokalnemu  chłopcu  na  posyłki 

najemnych morderców. 

background image

Peter Schweighoffer 

205 

Kast sięgnął ręką i uwolnił Corrana od jego broni, a potem opuścił miotacz. 
-  Moją  historię  jest  dość  łatwo  sprawdzić.  Wyślij  paru  swoich  ludzi  do  „Niebios 

Mynocka”. To knajpa, w której kompani Trella mają się spotkać za godzinę z Criskiem, 
Ŝ

eby  uzgodnić  szczegóły  zapłaty.  „Sprytne”  pudła  pełne  wynagrodzenia  znajdziesz  w 

magazynach Dewback Storage w pobliŜu kosmoportu. MoŜesz tam posłać kilku swoich 
i zaczekać, aŜ przyjdą ludzie Criska, Ŝeby wypełnić pudła. 

Corran potarł skroń. 
-  Domyśliłeś  się  tego  z  mojego  spojrzenia,  kiedy  mijaliśmy  to  miejsce?  Dobry 

jesteś. 

-  Dlatego  mnie  zatrudniają.  -  Kast  spojrzał  na  Thyne’a.  -  Zakładam,  Ŝe  masz  tu 

jakieś cele, w których moŜna by ich zamknąć. 

- Piwnica na wino jest pusta. MoŜesz ich tam pozamykać. 
- Dobrze. Zrobię to, a ty zajmij się pułapką na Criska. - Kast skinieniem miotacza 

skierował  Corrana  ku  drzwiom.  -  Kiedy  wrócą  twoi  ludzie,  będziesz  wiedział,  komu 
ufać. 

-  Tak  -  syknął  Thyne.  -  A  ci,  którzy  kłamią,  zapłacą  za  to,  Ŝe  ośmielili  się  mnie 

oszukać. 

 

Opowieści z Imperium 

206 

W Y P A D   -   C Z

Ę Ś Ć

  I I I  

 

Michael A. Stackpole 

 
 
 

 
 

Zdopingowany dźgnięciem lufy karabinu w okolice nerek, Corran Horn potykając 

się  wszedł  do  prowizorycznej  celi.  Odzyskał  kontrolę  nad  ruchami  w  samą  porę,  by 
uniknąć kolizji z potęŜnym ciałem ojca i odwrócić się szybko, ale Jodo Kast juŜ zdąŜył 
zamknąć  za  nim  furtę  z  kutego  Ŝelaza.  W  ten  sposób  Hornowie  znaleźli  się  sami  w 
małej, zakurzonej grocie, która niegdyś kryła w sobie kolekcję najprzedniejszych win z 
całego  Imperium.  Przynajmniej  tak  to  wyglądało,  pomyślał  Corran,  sądząc  z  ilości 
potłuczonego szkła na podłodze. 

Corran wbił w Kasta najgroźniejsze spojrzenie, na jakie udało mu się zdobyć. 
- To jeszcze nie koniec między nami. 
Łowca nagród spojrzał na Corrana spokojnie, ale trójka najemnych zbirów Zekki 

Thyne, którzy wpychali właśnie Tunrotha i Trella do drugiej celi, roześmiała się głośno. 
Ich dowódca, czerwony na gębie, rudy mięśniak, który wcześniej popchnął Corrana, nie 
mógł powstrzymać się od szyderstwa. 

- Ty, koleś, jesteś teraz o, taki malutki. Nie myśl, Ŝe szef da ci szansę wypróbować 

tego gościa. JuŜ ja się tobą zajmę. 

-  Ach  tak?  -  Corran  posłał  męŜczyźnie  złowrogi  uśmiech.  -  Nie  wiedziałem,  Ŝe 

Thyne ma zwyczaj pozwalać swoim najemnym pachołkom na rozrywki. Będę do twojej 
dyspozycji, gdy przyjdzie ci ochota mnie wypróbować. 

-  Nie  będzie  miał  okazji.  -  Głos  Kasta  był  niski  i  zimny.  -  Znosiłem  twoją 

paplaninę, przechwałki i groźby, Corran, i nie mam zamiaru pozwalać komuś innemu, 
by  pozbawił  mnie  moŜliwości  osobistego  wyeliminowania  twojej  uciąŜliwej  osoby  z 
mojego Ŝycia. - Wycelował palec swej opancerzonej ręki w rudowłosego. - Spróbuj go 
choćby tknąć, a wypatroszenie cię uznam za kwestię honoru. 

Rudy najemnik zbladł. 
- Tak jest, sir. 
Drugi ze zbirów Thyne’a zamknął i zaryglował drugą furtę 
- Gotowe. Chcesz postraszyć któregoś z tamtych, Nidder? 
Rudy zmarszczy! brwi. 
- Idź ssać próŜnię, Somms. Jeśli sądzisz, Ŝe jesteś taki dowcipny, to moŜesz sobie 

wymyślać dowcipy, gdy będziesz pilnował tych pajaców. 

background image

Peter Schweighoffer 

207 

Jasne brwi Sommsa zjechały się w kierunku nosa. 
- PrzecieŜ są zamknięci, nie trzeba ich tu pilnować. 
Kast potrząsnął głową. 
-  Nie,  tu  nie,  oczywiście,  tylko  wyŜej,  na  pierwszym  podeście.  Będziesz  mógł 

wtedy  słyszeć,  co  dzieje  się  na  dole  i  na  górze  w  głównej  sali,  aby  odpowiednio 
zareagować w razie potrzeby. 

Nidder rzucił Sommsowi swój karabin. 
- Słyszałeś, co powiedział. 
Corran uśmiechnął się. 
-  Dokładnie  tak,  jak  przypuszczałem,  Kast.  Chcesz,  Ŝeby  ktoś  stał  między  nami 

dwoma. 

Kast chwycił Ŝelazne kraty furty i potrząsnął nimi raz, ale mocno. Metal zagrzmiał 

głośnym łoskotem i zaskoczony Corran cofnął się odruchowo. Nidder, Somms i trzeci 
podwładny  Czarnych  Słońc  wybuchnęli  śmiechem,  ale  ich  rechot  nie  zagłuszył 
odpowiedzi Kasta. 

- Nie boję się ciebie, Corran. Chętnie się z tobą spotkam, gdy juŜ uda ci się stąd 

wydostać,  bo  jestem  niemal  pewien,  Ŝe  teraz,  kiedy  Thyne  wysłał  swoich  strzelców, 
Ŝ

eby  złapali  Marannę  i  Riija,  tylko  ja  stoję pomiędzy  tobą  a  wolnością.  MoŜe  i  jesteś 

niezły - moŜe nawet lepszy, niŜ chciałbym przyznać - ale ja jestem jeszcze lepszy. 

Corran czuł pulsowanie w lewej skroni, gdzie Kast wbił lufę swego pistoletu. 
- Myśl sobie tak dalej, Kast i nie zdziw się, jak ci udowodnię, Ŝe się myliłeś. 
-  Zobaczymy  się,  Corran,  jeśli  twoje  przechwałki  nie  okaŜą  się  próŜne.  -  Kast 

odwrócił  się  i  wyprowadził  pozostałych  męŜczyzn  z  małego  pomieszczenia.  Stare 
drewniane drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem. 

Corran spoglądał za nim przez chwilę, po czym odwrócił się na pięcie i zaklął. 
- Na ikrę Sithów! Ten syn rancora wystrychnął mnie na dudka! - Spojrzał na ojca. 

- Przepraszam, tato. Wszystko spaprałem. 

- Dlaczego uwaŜasz, Ŝe nasze kłopotliwe połoŜenie jest twoją winą? 
- Powinienem był wiedzieć, Ŝe coś jest nie tak. - Corran potarł dłonią policzek. - 

Ten  ich  statek  „Pasikonik”,  to  stary  śmieć,  którego  Crisk  nie  uŜyłby  nawet  do 
przewoŜenia  trupów,  a  co  dopiero  cennych  towarów.  Pozostali  nie  mieli  pojęcia,  co 
mają w ładowni, a okazało się, Ŝe jest pełna „sprytnych” pudeł. 

Hal zmarszczył czoło. 
-  „Sprytne”  skrzynki  to  dziś  historia.  śaden  porządny  przemytnik  juŜ  ich  nie 

uŜywa. Wygląda to prawie tak, jakby sami się prosili, Ŝeby ich złapać. 

-  Właśnie!  Nie  inaczej!  -  Corran  oparł  się  o  stojak  na  wina  z  fiberplastu, 

wbudowany  w  ścianę  groty.  -  Kast  powiedział  Thyne’owi,  Ŝe  pudła  są  puste,  ale 
znalazłem  kilka  z  uszkodzonymi  holopieczęciami  i  otworzyłem  je.  W  jednej  była 
przyprawa  -  wprawdzie  tylko  „pył  radości”,  ale  zawsze  to  przyprawa,  a  w  drugiej  - 
prawdziwa  fortuna  w  nieoszlifowanych  Ogniach  Durinda.  Nawet  jeśli  załoŜymy,  Ŝe 
tylko  w  tej  jednej  skrzynce  są  klejnoty,  a  pozostałe  sto  dziewięćdziesiąt  dziewięć 
zawiera  przyprawę,  Crisk  mógłby  kupić  całą  armię  w  zamian  za  te  kamienie,  a 
przyprawą zalać rynek, pozbawiając Czarne Słońca zysków. 

Opowieści z Imperium 

208 

Hal Horn usiadł na przewróconej skrzynce po winie. 
- A więc twierdzisz, Ŝe mamy do czynienia z ludźmi, którzy nie są przemytnikami 

i  przewoŜą  dwieście  „sprytnych”  skrzynek,  nie  wiedząc,  co  jest  w  środku.  W  dwóch 
znalazłeś  klejnoty  i  przyprawę,  a  całość  transportu  jest  przeznaczona  dla  Criska.  Sam 
Crisk nie byłby w stanie załatwić takiej ilości towaru, a zatem ktoś za nim stoi. Kto?  

Corran zmarszczył czoło. 
- Klejnoty pochodzą z Tatooine. Czy  to nie tam  siedzi jakiś Hutt,  który handluje 

przyprawą? 

- Tak, jakiś Jappa czy Jadda. Jest tam dość potęŜny, ale ekspansja na Korelię? To 

zbyt zuchwały ruch.  - Hal otworzył usta, po czym potrząsnął  głową. Odsunął  syna od 
krat i zajrzał do drugiej celi. - Trell, od jak dawna znasz Jodo Kasta? 

Pilot „Pasikonika” wstał i chwycił kraty swojej celi. 
- W ogóle go nie znam. Zabrał się z nami tylko na ten kurs. 
- Tak. - Hal oparł się o ścianę i roześmiał cicho. - I o to chodzi. 
Corran pokręcił głową. 
- Więc myślisz, Ŝe to Kast stoi za tą przesyłką dla Criska? Ale przecieŜ to nie ma 

sensu. Powiedział ludziom Thyne’a, gdzie znaleźć skrzynki z przyprawą i klejnotami. 

-  Nie,  Corran,  Kast  nie  jest  mózgiem  tego  planu.  On  jest  tym,  co  miało  być 

przemycone na Korelię. 

Corran otworzył usta ze zdziwienia. 
- AleŜ to nie ma sensu! 
-  Nie?  -  Hal  spojrzał  badawczo  na  syna,  tak  jak  zwykł  był  patrzeć  kiedyś,  dając 

mu  do  zrozumienia,  Ŝe  umysł  chłopca  pracuje  zbyt  leniwie.  -  Jak  oceniasz  ostatnią 
uwagę Kasta? 

Corran zastanowił się przez chwilę. 
- Drwił ze mnie. 
- Zgoda, ale co nam powiedział? 
Corran westchnął ze zrozumieniem. 
-  Powiedział,  Ŝe  pomiędzy  wolnością  a  nami  stoi  tylko  on.  A  więc  Ŝe  ludzie 

Thyne’a  juŜ  nie  Ŝyją.  Powiedział  teŜ,  Ŝebym  go  odszukał,  gdy  się  stąd  uwolnimy.  - 
Corran klepnął się dłonią w czoło. - Powinienem był to zauwaŜyć. 

- ZauwaŜyłeś. 
-  Tak,  ale  musiałeś  mnie  wcześniej  nakierować.  -  Corran  potrząsnął  głową  i 

rozgniótł  nogą  zalegające  podłogę  kawałki  szkła.  -  Czasami  mój  umysł  po  prostu  się 
wyłącza. 

- Nie, Corran, twój umysł pracuje jak naleŜy. - Hal wycelował palec w pierś syna. 

- Musisz tylko się skoncentrować. Jesteś zły, bo dałeś się oszukać Kastowi, i myślę, Ŝe 
trochę się bałeś, jak ja sobie poradzę. 

- Trafiłeś bez pudła, za jednym i drugim razem. 
- To zrozumiale, synu, i doceniam twoją troskę o mnie, ale nie moŜesz pozwolić, 

by emocje i przypadkowe wydarzenia odwracały twoją uwagę. 

- Wiem, tato, naprawdę. - Uśmiechnął się do ojca. - Staram się postępować tak jak 

ty, ale zawsze jesteś lepszy. 

background image

Peter Schweighoffer 

209 

- Mam parę lat więcej, Corran. 
- Nie chodzi tylko o  wiek, tato. - Corran posłał ojcu krzywy  uśmiech. - Ja nigdy 

bym nie odczytał słów Kasta w taki sposób jak ty. 

Oczy starszego z Hornów zaiskrzyły. 
- Muszę przyznać, synu, Ŝe tym razem oszukiwałem. 
- Co? 
Hal wskazał palcem gdzieś za Corranem. 
- Tam w górze, na prętach, które potrząsnął Kast... moŜesz zobaczyć, co to jest? 
Corran odwrócił się i przyjrzał kratom. Tam, gdzie Kast chwycił jeden z prętów, 

zobaczył mały czarny cylinder długości mniej więcej dłoni, o średnicy nie większej niŜ 
strzał  z  blastera.  Szarpnął  za  cylinder,  odrywając  go  od  kutego  Ŝelaza,  na  którym 
pozostał osad kleju. Pod kciukiem, na jednym z końców, wyczuł mały przycisk. 

- OstroŜnie z tym, Corran. 
Młodszy  z  Hornów  przytaknął  i  wcisnął  guzik.  Z  cylindra  wysunęło  się  niemal 

niewidoczne w półmroku celi, delikatne monomolekularne ostrze. 

-  Wiem,  co  to  takiego,  i  pamiętam  teŜ,  co  się  przytrafiło  Lefty’emu  Dindo.  - 

Corran  delikatnie  skierował  ostrze  w  dół  i  przeciął  zasuwę  zamka.  Wycofał  sztylet  i 
pchnął  drzwi.  -  Ale  uwolnienie  nas  z  tej  celi  jest  duŜo  łatwiejsze  niŜ  majstrowanie 
sztyletem monomolekulamym przy kajdankach, którymi był skuty Lefty. 

Hal Hom zatrzymał się w drzwiach celi. 
-  MoŜe  byś  wyciął  parę  tych  prętów.  Moglibyśmy  ich  uŜyć  jako  broni.  Somms 

chyba  nie  naleŜy  do  najbystrzejszych  z  Czarnych  Słońc,  więc  pewnie  będziemy 
potrzebować cięŜszych argumentów, Ŝeby go przekonać, by nas wypuścił. 

-  Zgoda.  -  Ponownie  wysunąwszy  ostrze,  Corran  wyciął  dwie  półmetrowej 

długości sztaby z dolnej części kraty i wręczył jedną z nich ojcu. 

Hal  zamachnął  się  palką  i  chwycił  jej  koniec  lewą  ręką.  Rozległo  się  mięsiste 

klaśnięcie. 

- Nada się. Jak zwabimy tu Sommsa? 
Corran przyjrzał się zamkniętym drzwiom. 
-  Myślisz,  Ŝe  Somms  natychmiast  podniesie  alarm,  czy  poczeka,  aŜ  będzie  mógł 

się pochwalić sukcesem? 

-  Po  tym,  jak  Nidder  postawił  go  na  stanowisku?  Najpierw  będzie  działał,  a 

dopiero potem zamelduje, co się stało. 

- Oceniam go podobnie. Podest był o dziesięć stopni w górę, a to na tyle daleko od 

gabinetu, Ŝe nawet jak narobimy trochę hałasu, nikt nie powinien nas usłyszeć. - Corran 
uśmiechnął się. - Mogę się zająć cięŜszą robotą, jeśli chcesz sobie powrzeszczeć. 

- Uwielbiam wrzeszczeć. - Hal Horn uśmiechnął się. - Bądź ostroŜny. 
-  W  porządku.  -  Corran  podszedł  do drewnianych  drzwi  i  ustawił  długość  ostrza 

sztyletu  prawie  na  głębokość  drzwi,  zostawiając  pół  centymetra  zapasu.  OstroŜnie 
wyciął okrąg w środku skrzydła. Potem wyŜłobił rozchodzące się koncentrycznie linie, 
jak na dziecięcym rysunku słońca. Na końcu wyciął półkola wokół zawiasów i zamka. 

Schował ostrze i podał je ojcu. 
- Dobra, to juŜ wszystko. 

Opowieści z Imperium 

210 

- Zaczekaj! 
Corran spojrzał na Habera Trella. 
- Czego chcesz? 
- Nie zostawiaj nas tutaj. Jeśli stąd uciekacie, weźcie nas ze sobą. 
-  Chyba  nic  z  tego,  Trell.  -  Rysy  Corrana  stwardniały.  -  Nawet  jeśli  jesteś  dwa 

razy lepszym zapaśnikiem niŜ przemytnikiem, i tak tylko byś nam zawadzał. 

Hal przytaknął. Rzucił im jednak sztylet. 
- Corran ma rację, lepiej, Ŝebyście nie szli z nami. Wyjdziemy stąd i zajmiemy się 

Thynem.  Dajcie  nam  parę  minut,  a  potem  szybko  uciekajcie.  Weźcie  jeden  z 
airspeederów Thyne’a i lećcie prosto na statek. Na waszym miejscu zmykałbym z tego 
systemu. 

Trell skinął głową. 
- Dzięki. 
Corran zmarszczył brwi, patrząc na ojca, a potem pokiwał palcem na Trella. 
- I wiesz co jeszcze? Nie wracaj po tamte skrzynki do magazynu. Lepiej, Ŝeby nikt 

cię nie przyłapał na przemycie przyprawy. 

Treli  wzdrygnął  się,  a  Corran  uznał  to  za  wymowną  odpowiedź  na  jego 

ostrzeŜenie. 

- Jesteś gotów, tato? 
- Tak. 
Corran  uśmiechnął  się  i  pobiegł  tyłem  w  stronę  drzwi.  Podskoczył  i  rzucił  się 

całym ciałem w sam środek. Drzwi rozpadły się w drzazgi, które rozprysły się po całej 
długości  korytarzyka  prowadzącego  do  prowizorycznego  więzienia.  Corran  upadł  na 
ziemię,  wydając  niezamierzony  okrzyk  zamiast  zaplanowanego  „uff’.  Nie  ma  ostrych 
drzazg, pomyślał, ale równe to nie jest. 

Do zamierającego echa roztrzaskujących się drzwi dołączył okrzyk Hala: 
- Zabierzcie ode mnie tego Tunrotha! 
Spod półprzymkniętych powiek Corran zobaczył Sommsa zbiegającego pędem po 

schodach  na  podest.  Podchodząc  do  celi  męŜczyzną,  poruszał  się  z  plecami 
przyciśniętymi  do  muru,  po  czym  uniósł  karabin  i  przygotował  się,  by  wkroczyć  do 
ś

rodka. Zamierzał to zrobić, obracając się na prawej pięcie, stając w przejściu, a potem 

wkraczając do celi. 

Gdy  lewa  stopa  Sommsa  zawirowała  w  piruecie,  Corran  chwycił  ją  lewą  ręką. 

Somms  opadł  do  pozycji  siedzącej,  a  wtedy  Corran  uderzył  go  pałką  w  miednicę. 
Somms zawył, bardziej chyba z zaskoczenia niŜ z bólu, ale Hal, który właśnie nadbiegł, 
szybko uciszył go ciosem pięści w głowę. 

Somms upadł na ziemię i juŜ się nie poruszył. 
Corran zmarszczył czoło, patrząc na ojca. 
- No i po co wycinałem ci pałkę, jeśli nie miałeś zamiaru jej uŜyć? 
-  Nie  była  potrzebna.  -  Hal  wydobył  karabin  blasterowy  spod  ciała  Sommsa, 

ustawił na ogłuszanie i wpakował w leŜącego błękitny strzał. MęŜczyzna wzdrygnął się 
raz, a potem leŜał nieruchomo. 

- Myślę, Ŝe jak się ocknie, nadal będzie czuł twoje uderzenie. 

background image

Peter Schweighoffer 

211 

- MoŜemy tylko mieć nadzieję. - Corran przewrócił męŜczyznę i odpiął jego pas z 

blasterami.  Zapiął  pas  na  biodrach,  wyjął  miotacz  z  pochwy  i  sprawdził  ogniwa 
energetyczne. Spojrzał na ojca. - Zamierzasz zostawić broń nastawioną na ogłuszanie? 

- Nie wydaje mi się, Ŝeby ogłuszanie było bardziej na niby. 
- Fakt, tyle Ŝe  mamy  wtedy  więcej papierkowej roboty, kiedy ofiary powrócą do 

Ŝ

ycia. 

- To nie jest temat do Ŝartów, Corran. - Ojciec spojrzał na niego z naganą, a pod 

jego  wzrokiem  Corran  poczuł,  Ŝe  kurczy  się  do  rozmiarów  sylwetki  z  hologramu.  - 
Ustaw broń na ogłuszanie, a nie będziesz musiał opłakiwać przypadkowo zastrzelonego 
przyjaciela. 

-  Tak  jest,  sir.  -  Corran  odpowiednio  ustawił  przełącznik  przy  pistolecie  i  wstał. 

Dał ojcu znak ręką, by szedł pierwszy. - Czas na Thyne’a. Najpierw wiek, potem uroda. 

-  Najpierw  myślenie,  potem  beztroska.  -  Hal  zasalutował  w  stronę  Trella  i 

Rathe’a.  - śyczę  wam  szczęścia, ale trzymajcie głowy  nisko i uciekajcie szybko. Jeśli 
Thyne  źle  zareaguje  na  to,  Ŝe  zlekcewaŜyliśmy  jego  gościnność,  lepiej  dla  was, 
Ŝ

ebyście nie znaleźli się w promieniu ostrzału. 

 
Arl  Nidder próbował dotrzymać kroku Jodo Kastowi. Podziwiał łowcę  nagród, a 

jeszcze  bardziej  jego  zbroję.  Gdybym  miał  taką  mandaloriańską  zbroję,  myślał  sobie, 
byłbym  niezły.  Zostawiłbym  pozostałych  bromstaadzkich  chłopaków  o  całe  lata 
ś

wietlne  z  tyłu.  Mógłbym  się  zatrudnić  do  mokrej  roboty  u  jakiegoś  Moffa,  a  moŜe 

nawet u samego księcia Xizora. 

Jego  przemyślenia  zostały  gwałtownie  przerwane,  gdy  weszli  do  biura  Thyne’a. 

Nidder  lubił  to  pomieszczenie,  bo  jego  zdaniem  przypominało  muzeum.  Nigdy 
wprawdzie nie był w prawdziwym muzeum, ale wiedział, Ŝe gromadzi się tam piękne i 
cenne przedmioty. Szczycił się tym, Ŝe Thyne trzymał go na tyle blisko siebie, by mógł 
chronić jego cenną własność. 

Jednak  nawet  otoczony  tym  pięknem,  Thyne  nie  wyglądał  na  szczęśliwego. 

Holoprojektor  wbudowany  w  blat  biurka  pokazywał  widok  jego  fortecy  i  szczegóły 
otaczającej ją doliny w półprzezroczystym zielonym świetle. Po terenie wokół twierdzy 
poruszały  się  małe  pomarańczowe  figurki,  które  Nidder  widział  do  tej  pory  na 
symulacjach  w trakcie ćwiczeń, ale tylko  wtedy, gdy przerabiali najgorszy scenariusz, 
Ŝ

eby nastraszyć nowych rekrutów. 

- Czy to naprawdę szturmowcy? - spytał Nidder. 
Thyne potwierdził skinieniem głowy, a potem warknął przez komunikator: 
-  Cały  personel  ma  się  natychmiast  zameldować  w  stacji  bojowej.  To  nie  są 

ć

wiczenia.  Wrogie  oddziały  penetrują  nasz  teren  od  północy  i  wschodu.  Ruszać  się, 

chcę, by za pół minuty cała obrona była postawiona na nogi! 

Nidder i Deif ruszyli w stronę uchylonych drzwi, ale Thyne ich powstrzymał. 
- Wy dwaj zostajecie - rozkazał. Nie Ŝebym ci nie ufał, Kast. 
Kast uniósł ręce. 
- AleŜ nie ufasz mi. Przypomnę ci to następnym razem, gdy będziemy negocjować 

cenę za moje usługi. - Łowca wysunął krzesło i usadowił się w miejscu, z którego mógł 

Opowieści z Imperium 

212 

obserwować  Thyne’a  po  prawej  stronie  i  drzwi  po  lewej.  Zrobił  to  tak  niedbale,  Ŝe 
Nidder  potrzebował  dłuŜszej  chwili,  by  sobie  to  uświadomić.  Kast  spojrzał  prosto  na 
niego, po czym spokojnie załoŜył jedną nogę na drugą. 

Nidder  odsunął  się  niepewnie,  odnosząc  dziwne  wraŜenie,  Ŝe  jedyny  sposób,  by 

zdobyć tę zbroję, to mieć szczęście znaleźć się w pobliŜu, gdy ktoś inny zabije Kasta. 
Oczywiście ta myśl nie pojawiła się w głowie Niddera dokładnie w tej formie. Wiedział 
tylko, Ŝe nie chce dokładnie tej zbroi, a po prostu podobną. 

Jego chwilowe poczucie niŜszości rozwiało się, gdy zrozumiał, Ŝe Kast nie jest aŜ 

tak  sprytny,  jak  myślał.  Gdyby  łowca  nieco  odwrócił  krzesło,  byłby  w  stanie  nadal 
obserwować i biurko, i drzwi, a zarazem mógłby patrzeć na wiszący na ścianie obraz, 
który przedstawiał baraszkujące nagie dziewczęta. Nidder mógł podziwiać dzieło - choć 
nie  był  w  stanie  zrozumieć,  po  co  artysta  umieścił  na  obrazie  zupełnie  niepotrzebne 
elementy  roślinne  -  a  nawet  uśmiechnąć  się  do  Kasta,  dając  mu  do  zrozumienia,  jak 
wiele traci. 

Hologram  zmienił  się,  pokazując  teraz  schemat  budynku,  na  którym  korytarz 

prowadzący do gabinetu jarzył się na Ŝółto. Thyne syknął wściekle. 

- Ktoś jest w holu. Imperialni musieli się juŜ wedrzeć do budynku. - Pokazał drzwi 

Nidderowi i Deifowi. 

-  Rzecz  jasna  -  odezwał  się  Kast  -  rozegranie  tego  w  sposób  dyplomatyczny 

byłoby  najlepsze.  -  Łowca  nagród  wskazał  na  dwa  punkty  przy  ścianie,  skąd 
bromstaadzcy najemnicy mogli ostrzeliwać drzwi morderczym krzyŜowym ogniem. - Z 
drugiej jednak strony, czasami dyplomacja nie popłaca. 

Nidder  nie  mógł  wyjść  z  podziwu,  jak  przemowa  Kasta  zdołała  zagłuszyć  jego 

kroki,  gdy  podchodził  do  drzwi.  Zatrzymał  się  dokładnie  tam,  gdzie  chciał  Kast,  i 
wyciągnął  miotacz.  Nastawił  broń  na  zabijanie  i  czekał,  posławszy  Kastowi 
porozumiewawczy  uśmieszek.  Kiedy  łowca  odpowiedział  mu  skinieniem  głowy, 
Nidder  zaczął  sobie  wyobraŜać,  Ŝe  Kast  mógłby  go  wziąć  na  ucznia,  a  moŜe  nawet 
partnera. PrzecieŜ widzi - roił sobie - jaki jestem dobry. Wie, co by dostał, gdyby chciał 
ze mną pracować. 

Eksplozja  dolnej  części  jednego  ze  skrzydeł  drzwi  przerwała  marzenia  Niddera. 

Poprzez  dym  i  deszcz  ostrych  szczątków  drzwi  rozpryskujących  się  wokół  wpadł  do 
sali  najmniejszy  z  więźniów,  których  pozostawili  na  dole.  Ciemnowłosy  męŜczyzna 
stanął  w  rozkroku,  podniósł  miotacz  i  wystrzelił  dwa  razy.  Pierwszy  z  błękitnych 
promieni  nie  dotarł  do  celu,  ale  drugi  trafił  Deifa  prosto  w  brzuch,  spowijając  go 
błękitnym obłokiem energii. 

Nidder  skierował  blaster  prosto  w  niewysokiego  męŜczyznę.  Nie  widzi  mnie, 

pomyślał. Nie wie, Ŝe tu jestem. Jego błąd. 

Zaczął  zaciskać  palec  na  spuście  blastera,  gdy  poczuł,  Ŝe  leci  do  tyłu.  Uderzył 

barkiem  i  głową  o  ścianę.  Poprzez  eksplodujące  wokół  gwiazdy  zobaczył  drugi 
promień 

energii, 

wystrzeliwany 

blastera 

wbudowanego 

nagolennik 

mandaloriańskiej zbroi. 

W  ciągu  nanosekund,  jakie  upłynęły,  zanim  szkarłatny  promień  skwiercząc  wbił 

się w jego pierś, Nidder uświadomił sobie, Ŝe Kast obrał swoją pozycję w tak dokładny 

background image

Peter Schweighoffer 

213 

i  przemyślany  sposób,  bo  chciał  go  zabić.  Nie  czuł  wściekłości,  Ŝe  pozwolił  się  tak 
łatwo  zdradzić  i  zabić,  a  w  momencie  agonii  nie  poczuł  nawet  odrobiny  szacunku  do 
Kasta, który rozprawił się z nim tak chłodno. Nie, Arl Nidder, gdy konał osuwając się 
na podłogę, miał w głowie jedną myśl: „Gdybym tylko miał taką zbroję...” 

Corran dostrzegł czerwone promienie energii lecące z lewej strony i odwrócił się 

w  tym  kierunku.  Zobaczył,  Ŝe  jego  niedoszła  ofiara  pada  na  ziemię.  Zobaczył  teŜ 
Thyne’a  biegnącego  w  kierunku  czarnego  otworu,  który  ukazał  się  za  rozsuniętym 
panelem  ściennym.  Zaczął  namierzać  uciekającego  gangstera,  ale  cofnął  miotacz,  gdy 
głowa i ramiona Kasta zasłoniły Thyne’a. Ucieknie nam, pomyślał. 

Corran spojrzał do tyłu w kierunku drzwi wejściowych. 
- Droga wolna. 
Hal wszedł do pokoju, spojrzał na ciało Niddera, a potem na Kasta. 
- NaleŜy ci się za to kolejka.  
Łowca nagród rozplótł nogi i wstał. 
- Po prostu zwalczam szkodniki. 
Corran wskazał na czarną czeluść w ścianie. 
- Thyne uciekł tamtędy. 
Hal ostroŜnie podszedł do otworu. 
- Wygląda na to, Ŝe droga wolna. 
Corran  podniósł  karabin  blasterowy,  który  nosił  postrzelony  przez  niego 

męŜczyzna, i nastawił przełącznik na ogłuszanie. 

- Chodźmy go poszukać. - Odwrócił się w stronę Kasta. - Chodź z nami. Mógłbyś 

nam  pomóc.  Za  pojmanie  Thyne’a  jest  nagroda.  Nam  zaleŜy  na  nim  samym,  ale  ty 
mógłbyś  wziąć  nagrodę.  -  Corran  rozejrzał  się  po  pokoju.  -  Mogłaby  wystarczyć  na 
zakup prawdziwych dzieł sztuki i starcie śladów pobytu w tym miejscu tej kreatury. 

-  To  bardzo  kusząca  propozycja  -  Kast  wzruszył  ramionami  -  ale  kogoś  o  tak 

niewyrobionym  smaku  nie  powinno  być  trudno  złapać.  Poszedłbym  z  wami,  lecz 
jestem tylko prostym łowcą nagród i mam jeszcze coś do zrobienia. 

ChociaŜ Corranowi trudno było rozgryźć Kasta, wiedział, Ŝe łowca kłamie. Uniósł 

brwi. 

- Nie wierzę, Ŝe jesteś zwykłym łowcą głów. 
- Ani ja nie wierzą, Ŝe ty i twój ojciec jesteście pospolitymi przestępcami, którzy 

szukają  brudnej  roboty.  -  Kast  podszedł  do  biurka  i  włączył  holoprojektor.  Nad 
biurkiem  ukazał  się  widok twierdzy i  Corran zobaczył poruszające się  wokół budowli 
małe pomarańczowe figurki, od których aŜ się roiło. 

- To imperialni szturmowcy. Mogą wam robić problemy, jeśli stąd nie znikniecie. 

Lepiej, Ŝeby was tu nie zastali. 

- Ani ciebie. 
- Mnie tu nie będzie.  
Corran skinął głową. 
- MoŜe innym razem. 
- MoŜe. 

Opowieści z Imperium 

214 

Corran  zrozumiał,  Ŝe  nie  będzie  innego  razu,  i  nie  wiedzieć  czemu  poczuł,  iŜ  ta 

perspektywa napełniła go wyłącznie ulgą. 

Dołączył  do  ojca  tuŜ  za  wejściem  do  tajnego  przejścia Thyne’a.  Wąski  korytarz, 

wytopiony  w  litej  skale,  schodził  lekko  w  dół.  Co  kilkanaście  metrów  gwałtownie 
zawracał,  zmuszając  Hornów  do  wyjątkowo  ostroŜnego  podejścia.  Na  tak  krótkich 
odcinkach  kaŜda  strzelanina,  ze  względu  na  małą  odległość  między  przeciwnikami, 
byłaby mordercza. 

Corran  ściskał  karabin  obiema  rękami.  Fabryczny  model  karabinu  został  nieco 

zmodyfikowany  - zamontowano punktowy pręt jarzeniowy  wzdłuŜ lewej strony lufy i 
dokonano kilku innych przeróbek, dzięki którym ten rodzaj broni w ulicznym Ŝargonie 
zyskał sobie miano „rozpylacza”. Odpiłowano osłonę spustu, więc broń mogła wypalić 
w  kaŜdej  chwili,  nawet  gdy  cyngiel  przypadkowo  zahaczył  o  ubranie  lub  został 
poruszony  w  inny  sposób.  Noszenie  przy  sobie  rozpylacza  miało  wskazywać,  Ŝe  jego 
właściciel  jest  prawdziwym  twardzielem,  ale  wystarczył  jeden  rzut  oka  na  ofiary 
przypadkowego wystrzału, by przekonać większość ludzi, iŜ nie warto się popisywać w 
tak głupi sposób. 

Jasna sprawa, pomyślał Corran, Ŝe nikt nie wsadzi sobie takiego karabinu za pasek 

od  spodni.  Uśmiechnął  się  lekko  i  skinął  głową,  gdy  ojciec  dał  mu  znak,  Ŝe  moŜe  iść 
dalej. Wyjrzał zza rogu korytarza i natychmiast padł na ziemię, gdy powietrze tuŜ nad 
nim przeciął ze świstem czerwony promień blastera. 

Strzelił dwukrotnie, ale oba błękitne promienie trafiły w skałę. 
-  Korytarz  rozszerza  się  tu  w  rodzaj  naturalnej  jaskini.  Jesteśmy  chyba  z  tyłu 

posiadłości. 

- Dobrze, teraz powoli. Zgaś światło. 
Corran  wyłączył  pręt  jarzeniowy  i  zamknął  oczy.  Policzył  do  dziesięciu,  dając 

sobie  czas,  by  wzrok  przystosował  się  do  ciemności,  a  potem  otworzył  oczy. 
Bioluminescencyjne formy Ŝycia - porosty i stworzenia, które się nimi Ŝywiły - dawały 
słabą fioletowawą poświatę, która pozwalała Corranowi odróŜnić kształty w ciemności. 
Niektóre były regularne i wyglądały jak duraplastowe pudła róŜnej wielkości, podczas 
gdy  większe,  groźniej  wyglądające,  były  dziwacznie  powyginanymi  kamiennymi 
formacjami  o  ostro  zakończonych  wystających  krawędziach.  Jaskinia  pozostała  w 
stanie  niemal niezmienionym. Wskazywały na to nierówności podłoŜa i fakt, Ŝe pudła 
spiętrzono  tam,  gdzie  pozwalało  na  to  naturalne  ukształtowanie  powierzchni  groty. 
Zapewne  poprzedni  właściciel  pozostawił  jaskinię  w  stanie  naturalnym,  a  Thyne 
przechowywał w niej najwaŜniejsze lub najcenniejsze towary, których nie powierzyłby 
nikomu innemu. 

Corran skradał się do przodu, nisko pochylony. Dotarł do pierwszej skrzynki i w 

słabej poświacie zdołał odczytać imperialne oznaczenia, które mówiły, Ŝe skrzynia jest 
pełna  blasterowych  karabinów.  Otworzyłby  ją,  ale  mocny  zapach  przyprawy 
rozchodzący się w pobliŜu pudła powiedział mu, co kryje się w środku. 

Albo  Thyne  po  prostu  przechowuje  przyprawę  w  tych  pudłach,  albo  Czarne 

Słońca  mają  jakieś  powiązania  z  Imperium,  dzięki  którym  udaje  im  się  przepchnąć  to 
przez cło. 

background image

Peter Schweighoffer 

215 

Corran gwizdnął  krótko, a po chwili  usłyszał, Ŝe ojciec dołącza do niego. Jak na 

starszego juŜ męŜczyznę, i w dodatku postawnego, Hal poruszał się bardzo cicho. 

Corran  ruszył  do  przodu.  Szedł  powoli  i  ostroŜnie,  od  jednej  skały  do  drugiej. 

Starał  się  unikać  tych  z  porostami,  nie  chcąc,  by  na  ich  tle  widoczny  był  zarys  jego 
postaci. 

Obejrzał się na ojca i aŜ gwizdnął, usłyszawszy zgrzyt metalu o skałę. Spojrzał w 

górę  i  posłał  strzał  z  karabinu  blasterowego.  Lazurowa  błyskawica  ominęła  Thyne’a, 
gdy zeskakiwał z duŜego dolmenu. Kopnął Corrana piętą w ramię i posłał go na ziemię. 
Karabin Corrana potoczył się na bok, oddając dwa przypadkowe strzały. Corran poczuł, 
jak  lewe  ramię  Thyne’a  zaciska  się  wokół  jego  szyi.  Thyne  szarpnął  go  do  góry, 
postawił na nogi i trzymał przed sobą jako Ŝywą tarczę. 

Corran  poczuł,  Ŝe  mięśnie  ramienia  oplatającego  jego  szyję  napięły  się, 

pozbawiając oddechu. Porzucił wszelkie myśli o stawianiu oporu. 

Thyne warknął głośno, posyłając groźne echa w głąb jaskini. 
- Masz pięć sekund, Ŝeby się pokazać, albo twój partner zginie. 
Corranowi te pięć sekund przeciągnęło się w wieczność, wypełnioną niekończącą 

się serią wyrzutów. Gdybym tylko wsunął blaster za pasek, gdy wyjmowałem karabin. 
Gdybym  tylko  miał  sztylet.  Gdybym  tylko  podchodził  ciszej...  SamooskarŜenia 
wypełniły jego mózg, podsycając rosnącą rozpacz. 

Nagle  jego  ojciec  wystąpił  naprzód  i  włączył  pręt  jarzeniowy  przymocowany  do 

karabinu.  Hal  stał  w  odległości  mniej  więcej  dwudziestu  metrów,  z  wycelowanym 
karabinem  w  dłoni.  Pokazał  się  Thyne’owi  z  profilu,  oferując  cel,  który  miał  zastąpić 
Corrana. Wyraz twarzy Hala był powaŜny, a oczy wydawały się wolne od gniewu, ale 
pełne intensywnego napięcia. 

- Mam obowiązek poinformować cię, Zekko Thyne - rzekł głucho - Ŝe nazywam 

się  Hal  Horn  i  jestem  inspektorem  StraŜy  Ochrony  Korelii.  Jesteś  aresztowany.  Mam 
waŜny nakaz zatrzymania cię za naruszenie przepisów dotyczących przemytu. Wypuść 
zakładnika i nie pogarszaj swojej sytuacji. 

Thyne’a zarechotał z pogardą. 
- Nie, ten numer nie przejdzie. To ty zdejmiesz palec ze spustu i opuścisz miotacz. 
- Nie mogę tego zrobić. 
- A jednak to zrobisz. - Thyne zacisnął ramię wokół szyi Corrana jeszcze mocniej. 

- Widzę dostatecznie dobrze nawet w ciemności, więc zobaczę, jeśli twój palec choćby 
muśnie  cyngiel.  Mam  teŜ  niezły  refleks  i  zanim  zdąŜysz  wystrzelić,  wpakuję  trzy 
strzały  w  głowę  twojego  partnera.  MoŜesz  mnie  dostać,  ale  twój  partner  zginie 
pierwszy. Rób, co mówię! JuŜ! 

Hal zmarszczył brwi. 
- Zgoda. Tylko nie rób nic pochopnego. 
- Nie, Hal! Strzelaj... 
Thyne mocniej wbił lufę w szczękę Corrana. 
- Byłeś dość głupi, by wstąpić do KorSeku, ale chyba nie aŜ tak, Ŝeby dać się dla 

nich zabić. 

Hal podniósł lewą rękę. 

Opowieści z Imperium 

216 

- Dobrze, robię to, co chciałeś. Zdejmuję palec ze spustu. 
Corran  próbował  potrząsnąć  głową,  chcąc  powiedzieć  ojcu,  Ŝeby  nie  wypełniał 

rozkazu Thyne’a. Musi wiedzieć - pomyślał - Ŝe w tej samej sekundzie, kiedy pozbawi 
się broni, Thyne zastrzeli najpierw mnie, a potem jego. Pewnie jestem juŜ martwy, ale 
nie ma potrzeby, Ŝeby i on zginął. 

Hal  Horn  powoli  puszczał  spust  karabinu.  Kiedy  to  zrobił,  Corran  zobaczył 

wycelowane w siebie kłykcie. To koniec, pomyślał. Obaj jesteśmy juŜ martwi, a nasze 
ciała zgniją w tej pieczarze... 

Wtem błękitny promień energii wystrzelił z lufy karabinu. W powietrzu rozległ się 

trzask, a promień minął Corrana ze świstem. Corran opadł na kolana. TuŜ za nim ciało 
Thyne’a gruchnęło o ziemię, a miotacz z łoskotem potoczył się w ciemność. 

Hal  przyklęknął  obok  syna  i  wpakował  jeszcze  jeden  ogłuszający  strzał  w 

Thyne’a. 

- Dobrze się czujesz, synu? 
Corran przysiadł na piętach. 
- Za chwilę poczuję się lepiej. - Potarł dłonią szyję. - Zrobił mi siniaka z drugiej 

strony, dla równowagi. Jakby nie wystarczył ten od Kasta. Siniaki od blastera na głowie 
i szyi to doświadczenie, bez którego mógłbym się świetnie obyć. 

- Lepsze to niŜ dostać prosto w łeb, jak się przed chwilą przekonał nasz przyjaciel. 
Corran  spojrzał  na  Thyne’a.  Obszar  wokół  jego  oka  zaczął  szybko  puchnąć, 

wskazując, gdzie trafił strzał. - Jak ci się udało...  

Hal uśmiechnął się. 
-  Złota  obwódka  wokół  jego  źrenicy  stanowiła  doskonały  cel.  Po  prostu 

wycelowałem i strzeliłem, odsuwając na bok - na tyle, na ile byłem w stanie - troskę o 
ciebie. 

Corran zmarszczył brwi. 
- Nie, nie o to mi chodzi. Zdjąłeś palec ze spustu, ale karabin i tak wystrzelił. Jak 

ci się to udało? Opary przyprawy rozbudziły w tobie zdolności do telekinezy czy co? 

-  Ja  miałbym  coś  poruszyć  silą  własnego  umysłu?  -  Hal  potrząsnął  głową  i 

machnął  karabinem.  -  PrzecieŜ  to  rozpylacz!  W  tym  samym  momencie,  gdy 
zdejmowałem  ze  spustu  palec  wskazujący,  podniosłem  środkowy  i  pociągnąłem.  Nic 
specjalnego ani niezwykłego. Ot, taka sobie sprytna sztuczka. 

Mimo uśmiechu na twarzy ojca i zimnej logiki jego odpowiedzi Corran nie mógł 

pozbyć  się  wraŜenia,  Ŝe  Hal  nie  powiedział  mu  całej  prawdy.  Pewnie  nie  chce, 
pomyślał, Ŝebym  wiedział, jak bardzo ryzykował, ale przynajmniej  miał dość odwagi, 
by to zrobić. Nie chciałbym wtedy być w jego skórze za całą przyprawę, galaktyki. 

Hal  wręczył  Conanowi  miotacz  Thyne’a,  a  potem  dźwignął  bezwładne  ciało  i 

przerzucił przez ramię. 

- Czuję z przodu powiew świeŜego powietrza. Jesteśmy prawie na miejscu. 
Corran  podniósł  własny  karabin  i  trzymając  go  jak  miotacz  w  lewym  ręku, 

oświetlał  drogę  prętem  jarzeniowym  przymocowanym  do  blastera,  który  nosił  w 
prawym ręku. 

- Widzę coś z przodu. Gwiazdy i Selonię. 

background image

Peter Schweighoffer 

217 

Wyszli  z  pieczary  bez  większych  problemów.  Jej  ujście  było  zagrodzone 

kratownicą  z  Ŝelaznych  prętów,  zamkniętą  drzwiami  podobnymi  do  tych,  przez  które 
uciekli  z  więzienia.  Corran  przestrzelił  zamek  i  obaj  wyszli  na  niewielką  trawiastą 
polankę. 

Hal połoŜył Thyne’a na ziemi. 
- Zobacz, czy  ma komunikator. MoŜemy przywołać jakiś transport, Ŝeby się stąd 

wydostać. 

Corran  przyklęknął  przy  ciele  Thyne’a  i  zaczął  je  przeszukiwać,  gdy  nagle 

usłyszał rozkaz, wydany dziwnie mechanicznym głosem. 

- Rzućcie broń i ręce do góry! 
Pierwszy  z  ósemki  szturmowców  wyłonił  się  jak  duch  spomiędzy  drzew 

otaczających polanę. Białe zbroje lśniące w świetle księŜyca czyniły z nich doskonały 
cel. Jednak fakt, Ŝe kaŜdy z nich wymachiwał karabinem blasterowym, skłonił Corrana 
do uniesienia rąk. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, pomyślał, Ŝeby mieli je nastawione 
na ogłuszanie. 

Hal wolno opuścił karabin. 
-  Jestem  inspektor  Hal  Horn,  a  to  mój  partner,  Corran  Horn.  Pracujemy  dla 

KorSeku. Właśnie pochwyciliśmy Zekkę Thyne’a. 

Dowódca szturmowców podszedł do Hala. 
- A mnie się wydaje, Ŝe kłamiesz, i właśnie pomagasz Thyne’owi w ucieczce. 
Corran zmarszczył brwi. 
- Co za głupi wniosek. Nie wiem, po co nosisz ten wielki hełm chroniący głowę, 

skoro od razu widać, Ŝe nie masz w niej nic, z czego mógłbyś zrobić uŜytek. 

Szturmowiec skierował broń na Corrana. 
- Wstawaj, Czarna Szumowino.  
Corran spojrzał na ojca. 
- Wygląda na to, Ŝe jesteśmy ich więźniami.  
Szturmowiec potrząsnął głową. 
- Kto mówił, Ŝe mamy zamiar brać jeńców? 
- Na twoim miejscu postarałbym się mieć wyraźny rozkaz od przełoŜonego, zanim 

nas zastrzelisz - powiedział Hal spokojnym, ale autorytatywnym tonem. - Myślę, Ŝe w 
przeciwnym  razie  narazisz  na  powaŜne  niebezpieczeństwo  swoją  karierę,  a  moŜe  i 
Ŝ

ycie. 

Szturmowiec odwrócił się w stronę Hala i przez chwilę Corran myślał, Ŝe będzie 

musiał  na  niego  skoczyć,  by  go  powstrzymać  przed  zastrzeleniem  ojca.  On  byłby 
następny  w  kolejce  -  widział  juŜ  niezliczoną  ilość  razy,  jak  za  znacznie  mniej 
wyzywające  uwagi  ludzie  kończyli  jako  trupy.  Dostrzegł  jednak,  Ŝe  szturmowiec 
przygląda  się  Halowi  tak,  jakby  rzeczywiście  dogłębnie  rozwaŜał  sens  i  wagę  jego 
wypowiedzi. 

Co to dziś mamy, pomyślał Corran, jakiś dzień cudów? 
Z  głębi  hełmu  szturmowca  odezwał  się  komunikator.  Nocne  powietrze  wypełnił 

szmer  rozmowy.  Corran  uśmiechnął  się  do  ojca  i  wzruszył  ramionami.  Hal  puścił  do 
niego oko i pozwolił sobie na szeroki uśmiech. 

Opowieści z Imperium 

218 

Szturmowiec uniósł głowę. 
- Musimy zaczekać minutę albo dwie. 
Hal kiwnął głową i pokazał kciukiem na wlot jaskini. 
-  Pewnie  warto  by  zabezpieczyć  tę  pieczarę.  Prowadzi  prosto  do  gabinetu 

Thyne’a.  Wasi  ludzie  mogą  dostać  się  tamtędy  do  środka  i  zaatakować  wieŜe 
strzelnicze od dołu. Jeśli zacznie się strzelanina, wielu ludzi zginie, próbując zdobyć to 
miejsce. 

Szturmowiec zastanowił się przez chwilę, a potem wysłał połowę swego oddziału 

naprzód.  Pozostała  trójka  ustawiła  się,  by  obserwować  granice  polany.  Dowódca 
trzymał  na  muszce  Corrana  i  Hala.  Ochłodziło  się  i  Corran  zdał  sobie  sprawą,  Ŝe  jest 
cały spocony. 

- Czy mógłbym opuścić ręce? Zaczynam marznąć.  
Szturmowiec potrząsnął głową. 
- MoŜesz trochę pomarznąć. 
- Jaka  miła  noc, nieprawdaŜ? - Corran  wyszczerzył się  w  uśmiechu i  uniósł ręce 

trochę wyŜej. 

Wojskowy  w  oliwkowoszarym  mundurze  Cesarskiej  Armii  wyszedł  na  polanę 

spomiędzy  zarośli  w  towarzystwie  dwóch  kolejnych  szturmowców.  Baretki  na 
mundurze  wskazywały,  Ŝe  jest  pułkownikiem.  Zlustrował  szybkim  spojrzeniem 
brązowych oczu ojca i syna, a potem zatrzymał wzrok na bezwładnym ciele Thyne’a. 

-  Zekka  Thyne.  MoŜecie  opuścić  ręce.  Zakładam,  Ŝe  jesteście  funkcjonariuszami 

KorSeku. 

Hal przytaknął. 
-  Hal  Horn.  To  mój  syn,  Corran.  Mam  dysk  identyfikacyjny  w  obcasie  buta.  Na 

dysku jest równieŜ nakaz przeszukania tego  miejsca i aresztowania Thyne’a. Jeśli pan 
sobie Ŝyczy, wyjmę ten dysk, by potwierdzić naszą toŜsamość. 

- Jestem pułkownik Veers i wierzę, Ŝe jesteście tymi, za kogo się podajecie. Mój 

informator dał mi znać, Ŝe będziecie się kręcić gdzieś w pobliŜu, a nawet sugerował, Ŝe 
mógłbym wam pomóc w odwrocie. - Spojrzał na szturmowca, który groził im śmiercią. 
-  Widocznie  jednak  powody  wysłania  tego  oddziału  nie  zostały  przez  wszystkich 
właściwie zrozumiane. 

Hal wzruszył ramionami. 
- Nikomu nic się nie stało, więc nie widzę problemu. 
Corran wskazał na Thyne’a. 
- Najpaskudniejszy z nich jest tutaj. W środku nie pozostało wiele osób i powinni 

to być juŜ tylko ludzie Thyne’a.  

Hal potwierdził skinieniem głowy. 
- MoŜe pan uwaŜać ten teren za strefę swobodnego ostrzału. 
- Będę o tym pamiętał, jeśli dadzą nam powód, Ŝeby wkroczyć - powiedział Veers 

z  uśmiechem.  -  Nie  natrafiliście  przypadkiem  w  środku  na  agentów  Rebelii  albo  na 
towary dla nich? 

-  Nie,  ale  jako  inspektor  KorSeku  sądzę,  Ŝe  mam  swobodę  w  doborze 

pomocników  do  wykonania  nakazu  i  zatrzymania  podejrzanych.  -  Hal  spojrzał  na 

background image

Peter Schweighoffer 

219 

wzgórza  zamykające  dolinę.  -  Powinienem  to  sprawdzić  z  moim  oficerem 
łącznikowym, ale obawiam się, Ŝe nie mam stąd kontaktu z Coronet City, więc jestem 
zdany tylko na siebie.  

Veers potrząsnął głową. 
- Jaka szkoda. 
- Rzeczywiście. - Hal machnął ręką w kierunku pieczary. - Pułkowniku, jeśli pan i 

pański oddział zechcieliby udzielić mi pomocy, byłbym wam ogromnie wdzięczny. 

-  Zawsze  staramy  się  działać  w  ścisłej  współpracy  z  miejscowymi  słuŜbami.  - 

Veers skinął Halowi głową i skierował swych szturmowców do pieczary. - Słyszeliście, 
co powiedział. Nie musicie czekać, aŜ oddadzą pierwszy strzał. Mamy wolną rękę. 

Szturmowcy  pobiegli  w  kierunku  jaskim  z  chrzęstem  zbroi.  Veers  podał  Halowi 

komunikator. 

-  Wasz  kod  przejścia  to  słowo  „majstersztyk”.  Gdy  dojdziecie  do  granicy 

posiadłości,  po  prostu  zarekwirujcie  jeden  z  naszych  śmigaczy  i  zabierajcie  stąd 
waszego aresztanta. 

-  Dzięki.  -  Hal  spojrzał  w  otwór  jaskini  i  wskazał  palcem  na  strumień  zielonych 

laserowych strzałów padających z wieŜy. - Wygląda na to, Ŝe pańska wojna właśnie się 
zaczęła. 

- Więc szybko wkroczymy i zakończymy ją. - Veers zasalutował im i pobiegł za 

swymi ludźmi. 

-  Myślałem,  Ŝe  Imperialni  mają  zwyczaj  dowodzić  z  tylnych  linii  frontu  - 

powiedział Corran. 

- Wygląda na to, Ŝe nie  wszyscy.  - Hal chwycił ramię Thyne’a i przewrócił jego 

ciało na plecy. - Weź go za kostki, dobrze? 

-  Jasne.  -  Corran  chwycił  kostki  nóg  Thyne’a  i  podąŜył  za  ojcem.  -  To  chyba 

koniec Czarnych Słońc na Korelii? 

- Wątpię. Dwaj agenci KorSeku, garstka przemytników i łowca nagród, który nie 

jest  łowcą  nagród,  nie  wystarczą,  Ŝeby  rozbić  taką  organizację  jak  Czarne  Słońca. 
Nawet  jeśli  pułkownik  i  jego  ludzie  zrównają  to  miejsce  z  ziemią,  ksiąŜę  Xizor  jest 
dość  potęŜny  i  bogaty,  by  je  odbudować.  A  na  pewno  wie,  Ŝe  liczba  tych,  którzy 
chcieliby zająć miejsce Thyne’a, jest niezliczona. 

Corran wzdrygnął się. 
- Tak, chyba masz rację. To przygnębiające. 
-  Przygnębiające?  -  Hal  odwrócił  się  i  spojrzał  na  syna.  -  Co  w  tym 

przygnębiającego?  Dopóki  będą  Hornowie,  Ŝeby  łapać  kryminalistów,  ksiąŜę  Xizor 
moŜe wysyłać nam, kogo zechce. 

- I ta perspektywa nie wydaje ci się przygnębiająca? - Corran zmarszczył brwi. - 

Jeśli nie przygnębiająca, to jaka? 

-  To  chyba  oczywiste,  synu.  -  Hal  roześmiał  się  pełną  piersią,  zagłuszając  na 

chwilę  jęk  blasterowych  strzałów.  -  Chodzi  o  pewność  zatrudnienia.  Nie  jest  to 
najłatwiejsza  robota,  czasami  nawet  niebezpieczna,  ale  polega  na  walce  ze  złem,  a  to 
najlepsze, czemu moŜesz poświęcić Ŝycie. 

Opowieści z Imperium 

220 

Corran  skinął  głową  i  przypomniał  sobie  rozmowę,  którą  toczył  niedawno  z 

Riijem Winwardem. 

- A co będziemy robić, jeŜeli jedynym złem, jakie pozostanie w galaktyce, będzie 

Imperium? 

-  Dobre  pytanie,  Corranie,  bardzo  dobre  pytanie.  -  W  głos  ojca  wkradła  się  nuta 

znuŜenia. - KaŜdy musi sobie na nie odpowiedzieć sam. Mam tylko nadzieję, Ŝe kiedy 
przyjdzie czas na moją odpowiedź, będę dość mądry, by wybrać właściwą, i dość silny, 
by postępować zgodnie z nią. 

- TeŜ mam taką nadzieję. 
- Nie wątpię, Corran, Ŝe tobie się to uda. - Hal mrugnął do syna i kiwnął głową. - 

Będziesz umiał odróŜnić światło od ciemności, a ci, którzy się w niej kryją, poŜałują, Ŝe 
stanęli na twojej drodze przez ten krótki czas, jaki im pozostanie do przeŜycia. 

 

background image

Peter Schweighoffer 

221 

W Y P A D   -   C Z

Ę Ś Ć

  I V  

 

Timothy Zahn 

 
 
 

 
 

Powietrzne  śmigacze  Zekki  Thyne’a  stały  w  niŜszym  końcu  dwupoziomowej 

części  dachu  fortecy,  w  podobnej  do  bunkra  budowli,  do  której  jedyne  wejście 
prowadziło prosto z twierdzy, a jedyne wyjście przypominało wylot hangaru. Na warcie 
stało  dwóch  straŜników,  ale  obaj  byli  całkowicie  pochłonięci  tym,  co  dzieje  się  na 
zewnątrz.  Wsłuchiwali  się  w  kanonadę  blasterowych  strzałów,  które  rozlegały  się  w 
lesie wokół fortecy, więc Ŝaden nie zauwaŜył wyłaniającego się z cienia cielska Rathe’a 
Parlora.  Tuhroth  podszedł  do  nich  cicho  i  po  chwili  obaj  straŜnicy  na  pewien  czas 
stracili zdolność zauwaŜenia czegokolwiek. 

-  Musisz  mnie  kiedyś  nauczyć  tej  sztuczki  -  skomentował  Trell,  podchodząc  do 

jednego  ze  śmigaczy.  Pojazd  wyglądał  typowo,  ale  w  przyćmionym  świetle  Trell 
zauwaŜył  dodatkową  deskę  rozdzielczą,  sterującą  uzbrojeniem.  Była  przymocowana 
obok głównego panelu sterowania po stronie pasaŜera. Idealnie. -Weźmiemy ten. Nadal 
masz sztylet molekularny? 

-  Proszę  -  zagrzmiał  Tunroth  i  wyjął  spod  paska  cienki  cylinder.  -  Czy  nie 

powinniśmy  raczej  wziąć  jednej  z  tych  uzbrojonych  maszyn?  -  dodał,  wskazując 
rogami  na  podbródku  trzy  zaparkowane  nieopodal  szerokiego  wylotu  z  hangaru 
pojazdy typu KAAC Freerunner. Jednocześnie rzucił broń w kierunku Trella. 

- Trochę za bardzo rzucałyby się w oczy podczas jazdy w mieście - odparł Trell, 

łapiąc sztylet. Wysunął niemal niewidoczne ostrze i zaczął ostroŜnie ciąć wokół zamka 
ś

migacza. - Ten ma ukryte uzbrojenie, pewnie ma więc równieŜ ukryte osłony. 

Zanim Parlor dołączył do niego, drzwi śmigacza były otwarte, a sam Trell siedział 

juŜ w fotelu kierowcy. 

-  Tak,  to  powinno  wystarczyć  -  powiedział,  wyciągając  dodatkową  tablicę 

rozdzielczą,  Ŝeby  się  jej  lepiej  przyjrzeć.  -  Czy  taki  łowca  jak  ty  poradzi  sobie  z 
nietypowym  uzbrojeniem,  dajmy  na  to  z  lekkim  działem  laserowym  albo  wyrzutnią 
granatów udarowych? 

-  Shturlan  poradzi  sobie  z  kaŜdą  bronią  -  zapewnił  Parlor,  rzucając  zdobyczne 

rusznice blasterowe na tylne siedzenie i zaglądając Trellowi przez ramię. 

- Świetnie. Biorę cię - powiedział Trell, przypinając się pasami. - W takim razie ja 

będę prowadzić. 

Opowieści z Imperium 

222 

Trell  nie  był  pewien,  co  dzieje  się  w  lesie  otaczającym  fortecę  Thyne’a.  Ale 

cokolwiek to było, sprawy miały się coraz gorzej. Las oŜył, rozświetlony błyskami serii 
blasterowego  ognia,  przebijającego  się  z  trudem  przez  kopułę  liści  z  dwóch  stron 
twierdzy. 

- Mam nadzieję, Ŝe ci na dole są zbyt zajęci, Ŝeby zajmować się nami - mruknął, 

wyprowadzając  śmigacz  z  bunkra  na  znajdujące  się  obok  lądowisko.  -  Corran  i  Hal 
będą mieć pełne ręce roboty, Ŝeby się przez to wszystko przebić. 

-  I  tak  nie  mają  najgorzej  -  powiedział  Parlor.  -  Pamiętasz?  Thyne  wysłał 

większość swoich ludzi do miasta.  

Trell skrzywił się. 
- Tak, pamiętam. Jedna grupa ma zabrać nasz ładunek, a druga - złapać Marannę i 

Riija. 

- Na zlecenie Jodo Kasta - przypomniał mu Parlor. - Jeśli Kast naprawdę jest tu po 

to, by przeciwstawić się Thyne’owi, nie pozwoli, Ŝeby coś złego przytrafiło się naszym 
towarzyszom. 

-  Jakoś  mnie  to  nie  przekonuje  -  warknął  Trell.  -  Nawet  jeśli  Corran  i  Hal  mieli 

rację, moim zdaniem Kast nie dba o resztę z nas bardziej niŜ o odchody slorka. 

-  Zakładając,  Ŝe  mieli  rację,  na  co  nie  mamy  Ŝadnych  dowodów.  Osobiście 

powiedziałbym,  Ŝe  wiele  wskazuje  na  to,  iŜ  Thyne  i  Kast  uknuli  całą  tę  sprawę,  Ŝeby 
zdemaskować paru agentów KorSeku i wciągnąć ich w pułapkę. A to oznaczałoby, Ŝe 
są juŜ martwi. 

- Gdyby tak było, to samo stałoby się z nami - zauwaŜył Parlor. - Kim jesteśmy, 

Ŝ

eby taki Kast pozwolił nam uciec? 

- No cóŜ, tak naprawdę to jeszcze nie uciekliśmy - przypomniał mu cierpko Trell, 

rozglądając  się  wokół  lądowiska.  Zwłoka  nie  zwiększała  w  Ŝaden  sposób  ich  szans, 
zwiększała  natomiast  ryzyko,  iŜ  ktoś  w  fortecy  zauwaŜy  ich  nieobecność  i  podniesie 
alarm. 

-  A  poza  tym  -  przez  Kasta  -  Riij  i  Maranna  właśnie  wchodzili  w  pułapkę 

zastawioną na nich w „Niebiosach Mynocka”. MoŜe nawet juŜ weszli. Nie martwił się 
za  bardzo  o  Riija  -  facet  był  agentem  Rebeliantów  i  Trell  nie  czuł  się  za  niego 
odpowiedzialny.  Co  innego  Maranna.  -  Była  jego  partnerką  i  okazałby  się  szmatą, 
gdyby pozostawił ją w łapskach rzezimieszków Thyne’a. 

-  Tracimy  tu  tylko  czas  -  zadudnił  Parlor.  -  Nie  zostawię  Riija  samego  w 

niebezpieczeństwie. 

-  A  ja  Maranny  -  powiedział  Trell,  włączając  repulsory  i  zwiększając  moc 

silników.  Nie  zostawiłby  Maranny,  tak  jak  Parlor  nie  zostawiłby  Riija.  Kiedy  dach 
fortecy  zostawał  za  nimi  w  dole,  zrozumiał  z  jasnością,  jaką  miewa  się  tylko  w 
przebłysku  intuicji,  Ŝe  Kast  najprawdopodobniej  rozdzielił  ich,  biorąc  pod  uwagę 
właśnie wzajemne związki lojalności łączące poszczególnych członków grupy. 

- Tylko po co - tego nadal nie wiedział. I nawet nie był pewien, czy chce wiedzieć. 
Nadal  zastanawiał  się  nad  tą  kwestią,  kiedy  pół  minuty  później  dwa  bombowce 

typu TIE zgrabnie otoczyły ich z obu stron. 

 

background image

Peter Schweighoffer 

223 

Siedzieli  w  „Niebiosach  Mynocka”  juŜ  prawie  pół  godziny;  zdaniem  Riija 

Winwarda, zanosiło się na kolejną klapę. 

-  Nie  przyjdą  -  powiedział  cicho  do  kobiety  siedzącej  po  drugiej  stronie 

niewielkiego  stolika.  -  Z  kimkolwiek  mieliśmy  się  tu  spotkać,  ten  ktoś  na  pewno  nie 
przyjdzie. 

-  Chyba  masz  rację  -  mruknęła  Maranna  Darmic,  drapiąc  się  zajadle  po  karku.  - 

Kolejne wielkie zero na rachunek arcywspanialego Jodo Kasta. 

-  Arcynieudolnego, chciałaś powiedzieć - poprawił ją Riij, patrząc z niesmakiem 

na  bukiet  Ŝółtych  i  czerwonych  kwiatów  jebwa  na  środku  stolika.  Według  datakarty 
Kasta,  to  właśnie  miał  być  znak  rozpoznawczy,  ale  jak  dotąd  Ŝaden  z  pozostałych 
klientów nie zaszczycił bukietu dłuŜszym spojrzeniem. Biorąc zaś pod uwagę klientelę 
baru, lepiej było nie włazić im w oczy. 

-  Właśnie  -  zgodziła  się  Maranna  -  człowiek  zaczyna  się  powaŜnie  zastanawiać, 

jak  w  takim  układzie  wyglądają  jego  szanse  na  wydostanie  Trella,  Parlora  i  tamtych 
dwóch z twierdzy Thyne’a. 

-  Ja  zaczynam  się  zastanawiać,  czy  w  ogóle  miał  zamiar  ich  stamtąd  wydostać  - 

odparł posępnie Riij. 

Maranna przyjrzała mu się badawczo. 
- Myślisz, Ŝe cała ta sprawa to pułapka? 
-  Coraz  bardziej  mi  na  to  wygląda  -  odpowiedział  Riij,  z  nachmurzoną  miną 

rozglądając się po lokalu. - Spójrz na ciąg  wydarzeń. Najpierw Kast  wysyła Trella do 
niewłaściwego  straganu  w  alei  Łowców  Skarbów,  dzięki  czemu  Thyne  i  jego  ludzie 
dowiadują  się,  Ŝe  szukamy  Borbora  Criska.  Potem  wysyła  tam  Trella,  Parlora  i  Hala 
jeszcze  raz  i  pozwala,  by  ich  złapali.  W  końcu  sam  wybiera  się  do  fortecy  Thyne’a, 
razem  z  Corranem,  a  nas  wysyła  na  tę  idiotyczną  wyprawę.  W  branŜy  Kasta  ktoś 
równie niekompetentny nie przeŜyłby tak długo. 

- Myślisz, Ŝe ktoś podszywa się pod Kasta? - zastanawiała się Maranna. - Bo tak 

naprawdę widzieliśmy tylko jego zbroję. 

- To moŜliwe - powiedział Riij. - A teraz przypomnij sobie, gdzie się to wszystko 

zaczęło - na pokładzie imperialnego gwiezdnego niszczyciela. 

- Którego kapitan zmusza nas, Ŝebyśmy załatwili za niego jego sprawy. - Maranna 

zaklęła. - Swoją drogą, to nie do wiary, jacy byliśmy głupi. 

- ZasłuŜyliśmy na parę nagród w tej dziedzinie - zgodził się Riij. - Nie wiadomo 

tylko, w co grają Imperialni. 

-  Przypuszczam,  Ŝe  chodzi  im  o  to,  aby  skłócić  ze  sobą  Thyne’a  i  Criska  - 

powiedziała  Maranna.  -  MoŜe  szukają  pretekstu,  Ŝeby  rozprawić  się  i  z  jednym,  i  z 
drugim. 

- UŜywając przyprawy i klejnotów jako przynęty - dodał Riij. - Ale niezaleŜnie od 

tego, jaką grę prowadzi Kast, jest jedna rzecz, o której nie ma pojęcia. 

Maranna uśmiechnęła się lekko. 
- śe na pokładzie „Pasikonika” nie ma juŜ towaru. 
- Właśnie. - Riij rzucił kilka monet na blat stolika i wstał. - Chodź, zabieramy się 

stąd. Ludzie Criska na pewno juŜ nie przyjdą. 

Opowieści z Imperium 

224 

- Więc jaki będzie nasz następny ruch? - zapytała Maranna, dołączając do niego. 
-  Myślą,  Ŝe  awaryjny  plan  Kasta  -  odparł  Riij  i  ruszył  w  stronę  drzwi.  - 

Zabierzemy  nasze  dwie  skrzynki  do  fortecy  Thyne’a  i  spróbujemy  wykupić  Trella  i 
Parlora. 

Maranna podbiegła do niego. 
-  Masz  zamiar  postępować  według  planu  Kasta?  -  zapytała  z  niedowierzaniem.  - 

Zwariowałeś? 

- Nie, po prostu jestem zdesperowany - oznajmił Riij posępnie. - Nie widzę innej 

moŜliwości, chyba Ŝe mielibyśmy sami we dwójkę zaatakować jego rezydencję. 

-  A  co  z  twoimi...  -  Maranna  rozejrzała  się  dookoła  i  zniŜyła  głos  -  co  z  twoimi 

przyjaciółmi? 

Riij skrzywił się. Jego przyjaciele: Sojusz Rebeliantów. Zupełnie rozsądna prośba, 

pomyślał, zwłaszcza Ŝe jedynym powodem, dla  którego razem z Parlorem znaleźli  się 
na pokładzie „Pasikonika”, było pilnowanie ładunku blasterów dla Rebeliantów,  który 
Trell i Maranna zgodzili się przemycić na Derrę IV. Niestety... 

-  Nie  mogą  nam  pomóc  -  powiedział  z  Ŝalem.  -  Nawet  gdyby  dowódcy  się 

zgodzili,  zbyt  wiele  czasu  zajęłoby  zgromadzenie  sił  zdolnych  sprostać  jednocześnie 
Thyne’owi, StraŜy Ochrony Korelii i tutejszemu garnizonowi Imperium. 

-  Jesteś  pewien,  Ŝe  nie  chodzi  po  prostu  o  to,  Ŝe  nie  chcą  zadzierać  z  księciem 

Xizorem i Czarnymi Słońcami? 

-  Człowiek  musi  starannie  dobierać  bitwy,  w  których  bierze  udział  -  westchnął 

Riij.  -  Osobiście  sądzę,  Ŝe  tym  razem  odgryźliśmy  większy  kawałek,  niŜ  jesteśmy  w 
stanie przełknąć. 

- Chyba masz rację - mruknęła Maranna. - Świetnie. W takim razie wypróbujmy 

plan awaryjny. 

Przecisnęli  się  przez  grupę  wchodzących  do  knajpy  Durosów  i  wyszli  w  parne 

powietrze nocy. Zdezelowany śmigacz z „Pasikonika” stał zaparkowany na niewielkim 
placu po lewej stronie. 

- Przepraszam bardzo... - odezwał się niepewny głos. 
Riij  odwrócił  się,  odruchowo  kładąc  dłoń  na  rękojeści  blastera.  TuŜ  za  nimi  z 

lokalu wyszedł zwalisty męŜczyzna. W mięsistej dłoni trzymał ich przywiędłe kwiatki 
jebwa. 

- Tak? 
-  Zapomnieliście  swoich  kwiatów  -  powiedział  męŜczyzna,  rzucając  im  bukiet. 

Riij odruchowo wyciągnął ręce, by go złapać... 

... i nagle w dłoni osiłka pojawił się mały miotacz. 
- Dziecinnie proste - stwierdził męŜczyzna. - Selty? 
- Robi się - odpowiedział ktoś stojący za Riijem. Usłyszeli zbliŜające się kroki, a 

po  chwili  Riij  poczuł,  jak  ktoś  wyjmuje  jego  blaster  z  kabury.  Jeszcze  chwila  i 
podobnie rozbrojono Marannę. 

- Gotowe - rzucił Selty. 
- A teraz idziemy - powiedział pierwszy z męŜczyzn, gestem wskazując Riijowi i 

Marannie kierunek, w jakim się pierwotnie udawali. - Obejrzymy wasz śmigacz. 

background image

Peter Schweighoffer 

225 

Parking  był  nieoświetlony  i  pusty.  Nie  na  długo  jednak.  Gdy  szli  w  kierunku 

ś

migacza,  Riij  zauwaŜył  cienie  wyłaniające  się  z  mroku  ze  wszystkich  stron. 

Ktokolwiek ich dopadł, nie zamierzał w najmniejszym stopniu ryzykować. 

- MoŜecie nam powiedzieć, który śmigacz jest wasz? - zapytał osiłek. 
- MoŜecie nam powiedzieć, kto was nasłał? - odparował Riij. 
Oczy męŜczyzny zabłysły. 
- Nie przeciągaj struny, szmaciarzu - ostrzegł Riija sucho. - I bez tego macie dość 

problemów. 

- To musiał być Zekka Thyne - stwierdziła smutno Maranna. 
-  Tak,  na  pewno  on  -  zgodził  się  Riij  z  bijącym  sercem.  A  więc  teraz  wszystko 

zaleŜy od tego, jak się uda plan awaryjny.  

- To tamten brudas, o, tam. 
Dwóch  z  nadchodzących  rzezimieszków  skręciło  gwałtownie  w  kierunku 

ś

migacza, reszta utworzyła luźny, ale wystarczająco skuteczny kordon wokół więźniów 

i ich eskorty. 

Dwustronny  krąg,  zauwaŜył  Riij  -  tyle  samo  osób  skierowanych  na  zewnątrz,  co 

do środka. Spodziewają się kłopotów? 

StraŜnicy otworzyli bagaŜnik śmigacza i postękując z zadowoleniem, wytaszczyli 

z niego dwa „sprytne” pudła. 

-  Mam  je,  Grobber  -  sapnął  jeden  z  nich.  -  Dwa  „sprytne”  pudła,  tak  jak  mówił 

tamten facet. 

- Gotowe do napełnienia, co? - powiedział osiłek, rzucając mroczne spojrzenie na 

Riija. - Więc jednak Kast miał rację. 

Riij  popatrzył  na  Marannę,  która  odpowiedziała  podobnym  spojrzeniem.  Nie 

mylili się. Kast najwyraźniej rozgrywał jakąś podwójną, a moŜe nawet potrójną grę. 

- To Kast wam o tym powiedział? - zapytał. 
- No pewnie - zapewnił go Grobber. - CóŜ to miało w nich być, pierwsza rata? 
Riij potrząsnął głową. 
- Przykro mi, ale nie mogę ci pomóc. Wynajęto nas, Ŝebyśmy dostarczyli te pudła 

na miejsce przeznaczenia, to wszystko. 

-  Pewnie  -  warknął  Grobber.  -  Tylko  dostarczyli.  A  gdyby  tak  Crisk  je  napełnił, 

gdy  odwrócicie  się  plecami,  to  juŜ  nie  wasz  interes,  co?  Promk,  co,  do  jasnej  próŜni, 
tam robisz? 

-  A  jak  ci  się  wydaje?  -  odparł  jeden  z  męŜczyzn  przy  śmigaczu.  Postawił 

pierwsze  pudło  na  masce  pojazdu  i  właśnie  podwaŜał  noŜem  pieczęć.  -  Dwoje 
spryciarzy, dwie „sprytne” skrzynki. Przyszło mi do głowy, Ŝe zabawnie byłoby wysłać 
Criskowi ich głowy w tych skrzynkach. 

Riij poczuł, Ŝe kołnierzyk koszuli zaciska mu się na gardle. 
-  Sądzę,  Ŝe  to  nie  najlepszy  pomysł  -  powiedział,  starając  się,  by  głos  mu  nie 

zadrŜał. - Nie wiecie, gdzie jest reszta skrzynek. 

- Nie wiemy, tak? - zapytał drwiąco Grobber, sięgając po komunikator i włączając 

go jednym pstryknięciem. - Skinkner? Hej, Skinkner, nie udawaj trupa! 

- Ale śmieszne, Grobber! - odezwał się zniekształcony głos. - Czego chcesz? 

Opowieści z Imperium 

226 

- Dotarliście juŜ do magazynów Dewback Storage? 
- No jasne. Jeśli sądziłeś, Ŝe uda ci się zakablować Thyne’owi, Ŝe się obijamy, to 

nie masz szczęścia. 

- Nawet o tym nie pomyślałem - odpowiedział Grobber. - Nadal uwaŜasz, Ŝe nie 

wiemy, gdzie są pudła, cwaniaku? - zadrwił. 

Riij  poczuł,  jak  ściska  mu  się  Ŝołądek.  To  by  było  na  tyle,  jeśli  chodzi  o  plan 

awaryjny.  To  by  było  na  tyle,  jeśli  chodzi  o  zdobycie  przewagi  nad  Thynem  i  jego 
gangsterami. Uratowanie Parlora i Trella było w tej chwili w rękach jego i Maranny. 

Riij przyglądał się otaczającym ich zbirom, starając się, by wyglądało to niedbale. 

Jednocześnie gorączkowo próbował wymyślić jakiś plan...  

- O matko dymu! 
Riij obejrzał się do tyłu. Stojący obok śmigacza Promk zdołał w końcu otworzyć 

„sprytne”  pudlo...  i  nawet  w  słabym  świetle  Riij  zauwaŜył  wyraz  zdumienia  na  jego 
twarzy. 

- Grobber! Chodź no tu... co, do jasnej próŜni...? 
-  Co  ci  jest,  nawąchałeś  się  Pyłu  Radości?  -  zapytał  Grobber,  podchodząc  do 

niego. - Co u licha...? - zachłysnął się, pokonując jednym skokiem dystans dzielący go 
od Promka. 

Riij wciągnął w nozdrza nocne powietrze. Poczuł słabą woń przyprawy. 
- Mówiliście coś o pustych pudłach? - zapytał. 
Grobber nie zwrócił na niego uwagi. 
- Otwórzcie drugie pudło - polecił, wyciągając nóŜ i ostroŜnie nabierając na jego 

czubek  szczyptę  proszku.  -  Selty,  chodź  no  tutaj.  Reszta  niech  uwaŜa,  co  się  dzieje 
dookoła. 

Selty dołączył do szefa, podczas gdy Promk przyniósł drugie pudło i zabrał się do 

otwierania. Przez chwilę dwaj gangsterzy prowadzili przyciszoną rozmowę, deliberując 
nad  otwartą  skrzynką  przyprawy.  Konwersację  przerwał  szczęk  otwierającej  się 
pokrywy z duraplastu. MęŜczyźni zajrzeli do pudła. 

Jeden z nich gwizdnął zaskoczony. 
- Grobber, czy to są...? 
-  Ognie  Durinda  -  powiedział  Grobber,  wbijając  w  Riija  wzrok  ostry  jak 

bliźniacze turbolasery. - Dobra, stary, załatwmy to raz a dobrze. O co, na jasną próŜnię, 
chodzi w tej grze? 

-  JuŜ  ci  mówiłem  -  to  nie  nasza  sprawa  -  odpowiedział  Riij.  -  Wysłano  nas, 

Ŝ

ebyśmy dostarczyli przesyłkę, i tyle. Jeśli ktoś tu w coś gra, nie jestem to ja. 

- Kast - warknął jeden ze zbirów. 
-  Albo  Kast  razem  z  Criskiem  -  mruknął  Grobber,  ponownie  włączając 

komunikator. - Skinkner? Obudź się, Skinkner! 

- Czego chcesz? - zapytał Skinkner. - Do próŜni z tym wszystkim... 
- Zamknij się i słuchaj - przerwał Grobber. - Zaglądałeś do tych skrzynek? 
- Jasne, Ŝe nie. Thyne kazał ich tylko pilnować, dopóki nie przyjdą ludzie Criska, 

Ŝ

eby je napełnić... 

- Idioto! One juŜ są pełne! 

background image

Peter Schweighoffer 

227 

Głos z komunikatora zaklął. 
- Kast! 
-  ZałoŜył  się,  Ŝe  to  jego  sprawka  -  powiedział  Grobber.  -  Zacznij  zbierać 

chłopców.  Ja  skontaktuję  się  z  Kontrolą.  -  Przełączył  komunikator  na  inny  kanał.  - 
Kontrola? Tu Grobber. Kontrola? 

- Grobber! - nowy głos ni to warknął, ni prychnął. - Próbujemy was złapać od pół 

godziny. Gdzie jesteście? 

- W „Niebiosach Mynocka” - odparł Grobber. - Słuchaj... 
-  Nie,  to  ty  słuchaj!  -  przerwał  mu  głos  z  komunikatora.  -  Atakują  nas, 

próŜniojady! Macie natychmiast wracać! 

- Zaraz, zaraz - powiedział Grobber. - Jaki atak? Kto was atakuje? 
- A jak myślisz? WypróŜnione Imperium, nikt inny!  
Zdziwiony Grobber popatrzył na Selty’ego. 
- Imperium? 
- Zaczęło się od jakiejś akcji przeciwko Rebeliantom - powiedział głos z Kontroli. 

-  Przynajmniej  tak  nam  powiedzieli.  Potem  ktoś  do  nich  strzelił  i  teraz  wszędzie  ich 
pełno. Wypalają sobie drogę przez wschodnią ścianę. 

- Do próŜni z tym! A gdzie Thyne? 
- Nie wiem, nie moŜemy go znaleźć. 
- Pewnie uciekł - mruknął Selty. 
- Albo ukrył się w jakimś prywatnym bunkrze - powiedział Grobber. - Kontrola? 

JuŜ do was jedziemy. Skinkner? 

-  My  teŜ  się  zbieramy  -  potwierdził  Skinkner.  -  Co  mamy  zrobić  z  resztą 

„sprytnych” skrzynek? 

- Mniejsza o skrzynki! - warknął głos z Kontroli. - Potrzebujemy was tutaj. 
- Nie, zapakujcie je i weźcie ze sobą - polecił Grobber. 
- Grobber... 
-  Są  warte  fortunę!  -  upierał  się  Grobber.  -  Thyne  obetnie  nam  głowy,  jeśli  je 

zostawimy. Nie przesadzajcie, ile kłopotu moŜe narobić kilku Imperialnych? 

Przez komunikator doszedł ich słaby odgłos eksplozji. 
-  Taka  odpowiedź  ci  wystarczy?  -  prychnął  głos  w  Kontroli.  -  Do  jasnej  próŜni, 

wracaj do twierdzy! 

Rozległo się syknięcie i komunikator zamilkł. 
-  Zagłuszają  nas!  -  warknął  Grobber,  chowając  komunikator  za  pas.  -  Selty, 

weźmiesz  Promka  i  Bullkeya,  zabierzecie  tych  dwoje  i  ich  śmigacz  z  powrotem  do 
fortecy. Reszta biegiem do śmigaczy. Ruszać się! 

Gangsterzy rozproszyli się. 
- A wam dwojgu Ŝeby nic nie przyszło do głowy! - ostrzegł Grobber, patrząc spod 

ś

ciągniętych brwi na Riija i Marannę. - Jeszcze z wami nie skończyliśmy! 

Powiedziawszy to, podąŜył cięŜkim krokiem za resztą bandy. 
- Chodźcie tutaj - rzucił Selty, machając ręką na Marannę i Riija. Gdzieś w oddali 

zagwizdał  jakiś  owad;  jego  głos  wydawał  się  dziwnie  nie  na  miejscu  w  miejskim 
otoczeniu. - Bullkey? 

Opowieści z Imperium 

228 

-  Mam  ich  -  doszedł  głęboki  głos  zza  pleców  Riija,  poparty  przez  blaster, 

wbijający się w jego kark. - No, ruszaj się. 

Riij  ruszył  do  przodu.  W  tej  samej  chwili  Maranna  spojrzała  na  niego  z  ukosa  i 

szturchnęła łokciem. 

- Przygotuj się - mruknęła tak cicho, Ŝe tylko on usłyszał. 
Na polecenie Selty’ego stojący przy śmigaczu Promk podniósł pudło zawierające 

Ognie  Durinda,  by  schować  je  z  powrotem  w  bagaŜniku.  Dziwny  owad  znowu 
zagwizdał  i  nagle,  nie  wiadomo  dlaczego,  jedna  z  dolnych  krawędzi  pudła  otworzyła 
się, a klejnoty rozsypały się po ziemi. 

- Promk!  -  krzyknął zaskoczony Selty.  - Ty debilu!  - Skoczył do przodu i złapał 

pudło, podczas gdy Promk próbował je obrócić do góry dnem. Przez chwilę obaj byli 
całkowicie zaaferowani pudłem, zapominając o jeńcach. 

Z  tyłu  za  Riijem  rozległ  się  krótki  gulgot  i  stłumione  gruchnięcie.  Poczuł,  Ŝe 

stojąca obok Maranna szykuje się do ataku. 

-  Jeszcze  nie  -  szepnął,  dotykając  ostrzegawczym  gestem  jej  ramienia  i 

jednocześnie wydłuŜając krok. 

Zajęci rozsypanymi klejnotami Selty i Promk nie zauwaŜyli jeszcze, co się święci. 

Cztery kroki... trzy... jeśli tylko zajmą się skrzynką jeszcze przez kilka sekund ... jeden. 

-  Teraz!  -  Riij  rzucił  się  do  przodu,  oparł  się  lewą  dłonią  o  maskę  śmigacza  i 

przeskoczył nad pojazdem, wbijając z całej siły obie stopy w pierś Promka. MęŜczyzna 
runął  na  ziemię,  a  skrzynka,  która  wypadła  mu  z  rąk,  poleciała  w  ciemność.  Selty 
zdąŜył  tylko  zakląć  i  chwycić  za  pochwę  blastera,  zanim  Maranna  powaliła  go  na 
ziemię. Jedno silne kopniecie kolanem i męŜczyzna stracił przytomność. 

- Nic wam nie jest? - zadudnił z tyłu Parlor. 
- Nie, jesteśmy cali i zdrowi - zapewnił go Riij, odwracając się. TuŜ za Tunrothem 

trzeci z opryszków leŜał na ziemi nienaturalnie skulony. 

- Ładnie sobie poradziłeś z Bulkey’em - pochwalił go Riij. 
-  Nie  wspominając  o  tym,  jak  załatwiliście  pudło  -  dodała  Maranna,  wyciągając 

zza pasa Selty’ego blastery, które wcześniej im odebrał. Jeden z nich rzuciła Riijowi. - 
Jak to zrobiłeś? 

-  Pudło  to  była  moja  robota  -  odezwał  się  Trell,  wychodząc  zza  jednego  ze 

ś

migaczy. - Jeden mały, umiejętnie rzucony sztylet molekularny i po wszystkim. 

-  Porozumiewacie  się  gwizdami  i  rzucacie  sztyletem  molekularnym.  -  Riij 

pokręcił głową w zamyśleniu. - Macie swoje sztuczki, co? 

-  Sztylet  dostaliśmy  w  prezencie  -  powiedział  Trell,  kucając  przy  „sprytnym” 

pudle. - A niech to! Ostrze jest złamane! 

-  Mniejsza  o  ostrze  -  stwierdziła  Maranna  i  przysiadła  obok  niego.  -  Zbieraj 

klejnoty. 

- Mniejsza o klejnoty - powiedział Riij, patrząc w stronę, w którą poszli Grobber i 

spółka.  Gdyby  Grobberowi  przyszło  do  głowy,  Ŝeby  wstąpić  do  nich  w  drodze 
powrotnej  do  twierdzy  Thyne’a,  nadal  mieli  szansę,  Ŝe  skończą,  uŜyźniając  trawnik.  - 
Wynośmy się stąd. 

- Ale... 

background image

Peter Schweighoffer 

229 

-  On  ma  rację  -  rzucił  Trell  przez  zaciśnięte  zęby.  -  Jeśli  zamieszanie  w  fortecy 

Thyne’a nie potrwa dość długo, to nadal moŜemy zastać kolesiów Grobbera na pikniku 
w ładowni „Pasikonika”. Łap pudło i idziemy. 

Maranna wysyczała coś złowrogo, ale wstała z pudłem w rękach. 
- Świetnie - powiedziała gorzko. - A co z przyprawą? 
- Zostaw ją tutaj - powiedział jej Trell. - Corran powiedział, Ŝe lepiej, by nikt nas 

nie złapał na przemycie przyprawy. Jestem skłonny się z nim zgodzić. 

- MoŜemy po drodze skontaktować się z KorSekiem i powiedzieć im, gdzie znajdą 

przyprawę - dodał Riij. - A teraz wynośmy się stąd. 

Wsiedli wszyscy do śmigacza. 
- A wracając do Corrana i KorSeku - zauwaŜył Trell, dodając gazu. - Wygląda na 

to, Ŝe Corran i KorSek to jedno. 

-  Corran  jest  w  StraŜy  Ochrony  Korelii?  -  zapytała  Maranna,  marszcząc  brwi.  - 

Chyba Ŝartujesz. 

-  Tak  wynikało  z  jego  rozmowy  z  Halem  -  stwierdził  Trell.  -Kiedy  ostatnio  ich 

widzieliśmy, właśnie wybierali się po Thyne’a. 

Riij skrzywił się. 
- W samym środku fortecy Thyne’a? Nie mają szans. 
- TeŜ tak sądziliśmy - zgodził się Parlor. - Ale biorąc pod uwagę, ilu ludzi Thyne 

wysłał tutaj, a takŜe tych, którzy  walczą ze  szturmowcami  atakującymi jego twierdzę, 
całkiem moŜliwe, Ŝe w samej fortecy nie został prawie nikt. 

-  „Prawie  nikt”  to  moŜe  być  i  tak  za  duŜo  -  powiedziała  Maranna.  -  A  co  z 

Kastem? Został w twierdzy? 

-  Zrezygnowałem  juŜ  ze  zgadywania,  jaką  grę  prowadzi  Kast  -  odparł  Trell, 

skręcając  ostro,  Ŝeby  wyminąć  duŜy  śmigacz  towarowy.  -  Wiem  tylko,  Ŝe  to  on  dał 
Corranowi sztylet molekularny, dzięki któremu wydostaliśmy się stamtąd. 

-  I  nie  sądzimy,  by  była  to  tylko  pułapka  -  dodał  Parlor.  -  Gdy  odlatywaliśmy  z 

twierdzy,  natknęliśmy  się  na  imperialne  bombowce  typu  TIE,  ale  puścili  nas,  kiedy 
powiedzieliśmy, kim jesteśmy. 

-  To  musiała  być  sprawka  Corrana  i  Hala  -  powiedział  Trell.  -  Podobno  KorSek 

ś

ciśle współpracuje z Imperium. 

- Tak  -  mruknął  Riij,  wracając  myślą do krótkiej sprzeczki z Corranem  na  temat 

Rebelii. A teraz okazało się,  Ŝe Corran jest agentem KorSeku.  Czy  mógł się domyślić 
prawdziwych sympatii Riija na podstawie tej rozmowy? 

- W końcu nas jednak puścili - przypomniał mu Parlor. 
- Wiem - powiedział Riij. - Wiem teŜ, Ŝe biorąc pod uwagę wszystko inne, nie ma 

to  większego  znaczenia.  Jeśli  dotrzemy  bez  przeszkód  do  „Pasikonika”,  moŜe  wtedy 
uwierzę, Ŝe mamy to juŜ za sobą. 

- Co mamy za sobą? - zapytała Maranna.  
Riij rozłoŜył ręce. 
- To, co tu robiliśmy, cokolwiek by to było. 

Opowieści z Imperium 

230 

Przy  „Pasikoniku”  nie  czekała  na  nich  jednak  Ŝadna  pułapka.  Ani  Ŝaden  z  ich 

poprzednich  towarzyszy  -  Corran,  Hal  czy  Kast.  Czekała  na  nich  tylko  pojedyncza 
datakarta. 

- Wygląda na ten sam klej, którego Kast uŜył, Ŝeby przymocować sztylet do krat 

w  celi  Corrana  - zauwaŜył Trell, przyglądając się resztkom substancji  na datakarcie. - 
Przeczytamy ją tu, czy w środku? 

-  W  środku  -  powiedział  pewnym  głosem  Riij,  biorąc  od  niego  datakartę  i 

rozglądając się  wokół.  - I dopiero  wtedy,  gdy  stąd odlecimy. Ty i Maranna zacznijcie 
procedurę przedstartową. Ja z Parlorem rozejrzymy  się, Ŝeby sprawdzić, czy  nikt  nam 
nie zostawił Ŝadnych niespodzianek. 

Trell  uruchomił  silniki,  które  z  prychnięciem  obudziły  się  do  Ŝycia,  a  Maranna 

zaczęła obliczać kurs w komputerze nawigacyjnym. Riij i Parlor wrócili z obchodu. 

- Wygląda na to, Ŝe wszystko w porządku - oznajmił Riij, sadowiąc się w fotelu. - 

Rozmawialiście juŜ z wieŜą? 

- Jesteśmy trzeci w kolejce do startu - odpowiedziała Maranna. - Przeczytasz nam 

teraz naszą dobranockę? 

-  Jasne  -  odparł  Riij.  Zdrapał  resztki  kleju  z  datakarty  po  czym  włoŜył  ją  do 

czytnika. 

-  To  od  Kasta  -  stwierdził.  -  „Do  załogi  i  pasaŜerów  «Pasikonika»  -  brawo, 

ś

wietnie wam poszło”. 

- Świetnie wam poszło? - warknęła Maranna. - Co, u licha? 
- Ciii... - uciszył ją Trell. - Czytaj dalej. 
-  „Wypełniliście  z  powodzeniem  zadanie,  które  zostało  wam  przydzielone”  - 

ciągnął  Riij.  -  „MoŜecie  teraz  wrócić  na  «Upomnienie»  po  swój  ładunek.  Niniejsza 
datakarta  posłuŜy  równieŜ  jako  dowód  dla  kapitana  Niriza,  Ŝe  wywiązaliście  się  ze 
swojej misji i moŜecie z powrotem otrzymać wasze towary”. Dalej jest podpis Kasta i 
coś, co wygląda na identyfikator. 

-  Więc  on  z  nami  nie  wraca?  -  powiedział  Trell,  czując  dziwne  mrowienie  w 

Ŝ

ołądku. - Nie wiem, czy mi się to podoba. 

-  Musiał  sobie  załatwić  odbiór  wypłaty  gdzie  indziej  -  stwierdziła  Maranna.  - 

Chyba nie za bardzo się polubili z kapitanem Nirizem. 

- MoŜe jego wynagrodzenie jest w pozostałych „sprytnych” pudłach - zasugerował 

Parlor. 

-  Nie  liczyłbym  na  to  -  odparł  Riij.  -  Jest  tu  postscriptum:  ,,Nie  wracajcie  do 

magazynów Dewback Storage po resztę «sprytnych» pudeł. Są puste”. 

-  Co?  -  warknął  Trell,  oglądając  się  do  tyłu,  by  zerknąć  przez  ramię  Riija.  -  No 

nie, to juŜ przesada. Chcesz powiedzieć, Ŝe te dwa pudła, które zabraliśmy do „Niebios 
Mynocka” były jedynymi, w których coś było? Jakie jest prawdopodobieństwo czegoś 
takiego? 

- Właściwie nie taki niskie - powiedziała ponuro Maranna. - Nie, jeśli wziąć pod 

uwagę,  Ŝe  były  to  jedyne  pudła,  o  których  wiedzieliśmy,  Ŝe  zdołamy  je  otworzyć  i 
ponownie zapieczętować. Od początku do końca prowadzili nas jak po sznurku. 

background image

Peter Schweighoffer 

231 

-  Od  początku  do  końca  -  zgodził  się  Riij.  -  „Nie  zawracajcie  teŜ  sobie  głowy 

Ogniami Durinda ani przyprawą. Są podrobione”. 

Trell spojrzał na Marannę, by napotkać jej spojrzenie. Co mieli mówić? 
Zza pleców doszedł ich kolejny szmer. Riij wyciągał datakartę z czytnika. 
-  Słuchajcie,  jesteśmy  wszyscy  cali  i  zdrowi  -  przypomniał  im  i  podał  datakartę 

Trellowi.  -  Moi  instruktorzy  zawsze  powtarzali,  Ŝe  Ŝadnej misji,  z  której  wraca  się  na 
własnych  nogach,  nie  moŜna  nazwać  fiaskiem.  MoŜe  kiedyś  spotkamy  ponownie 
Corrana i Hala i dowiemy się, o co w tym wszystkim chodziło. 

Trell obrócił datakartę w ręku. 
- Wątpię. - stwierdził. - Moim zdaniem istnieje duŜe prawdopodobieństwo, Ŝe oni 

teŜ nie wiedzieli, co jest grane. 

Wsunął datakartę do schowka w tablicy rozdzielczej. 
- Dobra, Maranna. Wynośmy się stąd. 
 
-  Wiem,  Ŝe  to  dla  pana  krępujące  -  rzekł  kapitan  Niriz,  nalewając  swojemu 

gościowi  szklankę  wyśmienitej  wody  mineralnej  z  R’alla  -  więc  powiem  to  tylko  raz. 
Kiedy  przeczytałem  raporty  z  akcji  militarnej  na  Korelii,  martwiłem  się  o  pańskie 
bezpieczeństwo. Cieszę się, Ŝe moje obawy były bezpodstawne. 

-  Dziękuję,  kapitanie  -  odparł  wielki  admirał  Thrawn.  Wziął  oferowaną  mu 

szklankę  i  pociągnął  łyk  napoju.  Nadal  miał  na  sobie  zbroję  Jodo  Kasta,  tyle  Ŝe  bez 
hełmu  i  rękawic.  -  Myli  się  pan  jednak,  sądząc,  Ŝe  krępuje  mnie  przyjmowanie 
wyrazów troski i wsparcia. Wręcz przeciwnie, lojalność jest jedną z dwóch cech, które 
najbardziej cenię u moich podwładnych i współpracowników. 

- A ta druga cecha? - zapytał Niriz, nalewając sobie wodę R’alla. 
- Kompetencja - odpowiedział Thrawn. - Czy załadowano juŜ z powrotem ładunek 

„Pasikonika”? 

-  Właśnie  to  robią,  sir  -  odrzekł  Niriz.  Pomyślał,  Ŝe  większość  ludzi  w 

mandaloriańskiej  zbroi  wyglądałaby  od  razu  bardziej  władczo  i  tajemniczo.  Thrawna 
zaś zbroja wręcz pozbawiła części autorytetu, który aŜ bił od jego postaci. - Wydałem 
rozkaz,  by  mostek  poinformował  innie,  kiedy  będą  odlatywać.  -  Uniósł  brwi.  -  To  mi 
przypomina, Ŝe obiecał pan wyjaśnić mi całą sprawą po powrocie. 

- I mam zamiar to zrobić - zapewnił go Thrawn. - Ale czekam, aŜ dołączy do nas 

jeszcze jedna osoba. 

Drzwi  za  Nirizem  rozsunęły  się.  Odwrócił  się  i  juŜ  otworzył  usta,  by  zbesztać 

oficera, który ośmielił się wejść bez pozwolenia do prywatnych kwater kapitana... 

Chwilą później zrywał się na nogi, a słowa reprymendy uwięzły mu w gardle. Do 

kabiny weszła, ze zwykłą sobie arogancją, zakuta w zbroję postać. 

-  Ach,  lord  Vader!  -  powiedział  Thrawn,  wstając.  -  Witam  pana  na  pokładzie 

„Upomnienia”. Jesteśmy zaszczyceni pańską obecnością. 

- Podobnie jak ja obecnością pana - odpowiedział lord Vader z nutą wyzwania w 

głosie. - Spóźnił się pan prawie o sześć godzin. 

Opowieści z Imperium 

232 

-  Wiem,  mój  panie,  i  przepraszam,  Ŝe  kazałem  panu  czekać  -  rzekł  Thrawn  z 

pełnym  szacunku  skinieniem  głowy.  -  Byłem  zmuszony  znacząco  zmodyfikować 
pierwotny plan, który panu przedstawiłem. 

- Ale cel został osiągnięty? - zapytał Vader. 
-  Jak  najbardziej,  mój panie  -  odparł Thrawn.  -  Zekka  Thyne  i  koreliańska  gałąź 

Czarnych Słońc księcia Xizora zostały skutecznie wyeliminowane. 

Niriz spojrzał zaskoczony na Thrawna. 
- Zekka Thyne? A ja myślałem, Ŝe... 
-  Myślał  pan,  Ŝe  Imperator  ma  umowę  z  księciem  Xizorem?  -  zapytał  Vader, 

zwracając ku niemu swą makabryczną maskę. 

Niriz  przełknął  ślinę.  Vader  nie  pobłaŜał  oficerom,  z  których  nie  był 

zadowolony...  Ale  z  drugiej  strony,  Thrawn  wymagał  absolutnej  szczerości  od  swych 
podwładnych. 

- Tak, mój panie - odpowiedział. - Tak myślałem. 
Sztywność w postawie Vadera jakby nieco ustąpiła. 
-  W  tej  chwili  moŜe  to  być  prawdą.  Ale  takie  umowy  zawiera  się  po  to,  by  je 

zerwać.  -  Odwrócił  się  do  Thrawna.  -  Jak  rozumiem,  w  akcji  przeciwko  twierdzy 
Thyne’a wzięły udział siły Imperium. 

-  W  bardzo  ograniczonym  zakresie  -  zapewnił  go  Thrawn.  -  Zresztą  potyczkę 

wszczęli  ludzie  Thyne’a,  co  wykaŜą  zapisy  obu  stron.  Akta  zawierać  będą  równieŜ 
wzmiankę,  iŜ  wyłącznym  powodem  wkroczenia  na  teren  fortecy  wojsk  imperialnych 
była wiadomość otrzymana przez ich dowódcę, w której zasugerowano, Ŝe w pobliskim 
lesie zbierają się siły Rebeliantów. 

- Wiadomość, która wyszła oczywiście od pana? - zapytał Vader. 
- Oczywiście - potwierdził Thrawn. - A poniewaŜ kodu weryfikacyjnego, którego 

uŜyłem, nikt nie połączy z Ŝadnym z naszych informatorów ani agentów, ksiąŜę Xizor 
nie będzie w stanie powiązać tajemniczego konfidenta z panem. 

-  Jednak  siły  Imperium  uczestniczyły  w  akcji  -  nalegał  Vader.  -  Pierwszą  osobą, 

która im przyjdzie na myśl, będę ja. 

Thrawn potrząsnął głową. 
- Tak naprawdę, mój panie, udział prowincjonalnego garnizonu tylko oczyści pana 

w  ich  oczach.  KsiąŜę  Xizor  spodziewałby  się  raczej,  Ŝe  albo  przypuści  pan  frontalny 
atak  siłami  Imperium  -  których  powiązanie  z  panem  łatwo  byłoby  wytropić  -  albo 
będzie  pan  unikał  angaŜowania  sił  Imperium,  opierając  swoją  akcję  na  pańskich 
potajemnych  kontaktach  wśród  łowców  nagród  lub  najemników.  Dwuznaczność  tego 
zajścia  spowoduje  zamieszanie  w  jego  szeregach.  Co,  jak  sądzę,  było  jednym  z  pana 
kluczowych załoŜeń. 

- Rzeczywiście - powiedział Vader, nadal nie do końca przekonany. - Ale jak sam 

pan  powiedział,  Xizor  wie  o  moich  kontaktach  wśród  łowców  nagród.  Jodo  Kast  nie 
jest  wprawdzie  na  mojej  liście,  lecz  Thyne’a  zabił  pan,  przebrany  za  Kasta.  Ten  fakt 
moŜe skierować uwagę na mnie. 

Thrawn uśmiechnął się. 

background image

Peter Schweighoffer 

233 

-  Tak,  ale  ja  nie  zabiłem  Thyne’a.  Miałem  okazję  pozostawić  jego  los  w  rękach 

dwóch agentów KorSeku. 

Vader przechylił lekko głowę. 
-  Nie  przypominam  sobie,  Ŝebyśmy  kiedykolwiek  wspominali  o  StraŜy  Ochrony 

Korelii w naszych rozmowach, admirale. 

- Ci dwaj agenci przyłączyli się do mojej grupy - wyjaśnił Thrawn. - Od samego 

początku było jasne, Ŝe przybyli do Coronet City, Ŝeby ująć Thyne’a. Nie mogłem nie 
skorzystać z takiej okazji, więc zmodyfikowałem mój pierwotny plan, pozostawiając im 
wyeliminowanie Thyne’a. 

- Zatem Thyne Ŝyje? 
Thrawn wzruszył ramionami. 
- W najgorszym przypadku jest kompletnie bezsilny - powiedział. - Tak czy owak, 

pozostawienie  go  w  rękach  KorSeku  lepiej  posłuŜy  pańskim  celom  niŜ  jego  szybka 
ś

mierć. KsiąŜę Xizor będzie się teraz zastanawiał, czy Korelianie nie wyciągają właśnie 

z  Thyne’a  wiadomości,  które  mogłyby  się  okazać  niebezpieczne  dla  niego.  To  mu 
nieźle pomiesza szyki. A to, jak rozumiem, było kolejnym pańskim celem. 

Zabrzęczał  komunikator.  Podszedłszy  do  tablicy  rozdzielczej,  Niriz  włączył 

urządzenie. 

- Niriz - zgłosił się. 
-  Tu  Kontrola  Lądowiska,  sir  -  odezwał  się  głos  z  komunikatora.  -  Zgodnie  z 

pańskim poleceniem melduję, Ŝe „Pasikonik” właśnie odleciał. 

- Dziękuję - odpowiedział Niriz. - Proszę zawiadomić mostek, Ŝeby wzięli namiar 

na wektor ich skoku w nadprzestrzeń. 

- Tak jest, sir. 
Niriz wyłączył komunikator. 
- Rozumiem, Ŝe przemytnicy i ich przyjaciele Rebelianci właściwie odegrali swoje 

role? - zapytał Vader. 

- Jak najbardziej - zapewnił go Thrawn. - Dostarczyli mi doskonałego pretekstu do 

wyprowadzenia  większości  ludzi  z  fortecy  Thyne’a  i  oczyszczenia  drogi  dla  agentów 
KorSeku. 

Niewidoczne oczy za czarną maską wydały się wbijać w twarz Thrawna. 
- A druga część pańskiego planu? 
Thrawn uniósł granatowoczarne brwi, patrząc na Niriza.  
- Kapitanie? 
-  Tak  jest,  sir  -  powiedział  Niriz.  -  Urządzenie  naprowadzające  zostało 

zainstalowane w kaŜdym z ukrytych blasterów, które szmuglowali. 

- A pudła zapakowano dokładnie tak samo, jak wcześniej. 
-  Co  do  milimetra  -  potwierdził  Niriz.  -  Nie  ma  sposobu,  by  się  dowiedzieli,  Ŝe 

pudła były otwierane, a co dopiero naruszone. 

Czarny Lord skinął głową. 
- Doskonale - powiedział. 
Komunikator znowu zabrzęczał. 

Opowieści z Imperium 

234 

-  Kapitanie,  tu  mostek.  „Pasikonik”  właśnie  wskoczył  w  nadprzestrzeń.  Wektor 

skoku wskazuje na system Shibric. 

- Dziękuję. - Niriz spojrzał na Thrawna i uniósł brwi. 
Wielki admirał skinął głową. 
- Niech przygotują kurs z powrotem na Odległe RubieŜe - polecił. - Wykonaliśmy 

nasze zadanie w tej części galaktyki. 

- Tak jest, sir - Niriz wydał rozkaz i wyłączył komunikator. 
- Chyba Ŝe - dodał Thrawn, spoglądając na Vadera - chciałby pan, bym osobiście 

zajął się księciem Xizorem. 

- To zdecydowanie kusząca myśl - powiedział Vader głosem mrocznym od skrytej 

groźby. - Obcy przeciw obcemu? Ale nie. Xizor jest mój. 

-  Jak  pan  sobie  Ŝyczy  -  rzekł  Thrawn.  -  Osobiście  wątpię,  by  Shibric  był 

ostatecznym portem przeznaczenia tych rebelianckich blasterów. Sądząc  na podstawie 
wektora skoku i róŜnych drobnych informacji i wskazówek, jakie zdołałem zgromadzić 
podczas  tej  misji,  powiedziałbym  Ŝe  odbiór  przesyłki  będzie  miał  miejsce  gdzieś  w 
systemie Derra. 

- Urządzenia naprowadzające pozwolą nam to stwierdzić z całkowitą pewnością - 

powiedział  Vader.  -  Ale  krąŜą  pogłoski,  Ŝe  w  systemie  Derra  jest  wielu  Rebeliantów. 
Zapewnię, Ŝe będą tam na nich czekać nasze oddziały. 

- Świetnie - stwierdził Thrawn. - Ostatnia sugestia, zanim nasze drogi się rozejdą. 

Dowiedziałem się, Ŝe generał dowodzący  siłami lądowymi na pokładzie „Egzekutora” 
złoŜył  niespodziewanie  rezygnację  niecały  miesiąc  temu.  Przez  pewien  czas 
obserwowałem  bitwę  wokół  twierdzy  Thyne’a,  czekając,  aŜ  przemytnicy  bezpiecznie 
uciekną. Moim zdaniem oficer dowodzący imperialnym garnizonem na Korelii marnuje 
się tam. 

- Wypowiedział pan waŜką opinię - powiedział Vader. - Z czego na pewno zdaje 

pan sobie sprawę. Jak nazywa się ten oficer? 

-  Pułkownik  Veers  -  odparł  Thrawn.  -  A  sądząc  po  jego  umiejętnościach 

taktycznych, powiedziałbym, Ŝe od dawna zasługuje na awans. Być moŜe jego koneksje 
polityczne w strukturach dowodzenia pozostawiają coś do Ŝyczenia. 

- Koneksje polityczne mnie nie obchodzą - warknął Vader, podchodząc do drzwi. 

- Zobaczę, co da się zrobić z tym pańskim pułkownikiem. Dziękuję, admirale. 

-  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie,  lordzie  Vader  -  powiedział  Thrawn, 

skłaniając  głową  w  pełnym  szacunku,  choć  oszczędnym  ukłonie.  -  Przysługa  za 
przysługę. Być moŜe będziemy jeszcze mieć okazję, by razem pracować. 

Ukryte oczy wydały się sondować twarz wielkiego admirała. 
- Być moŜe - odpowiedział Vader. - śegnam, admirale. 
Długi czarny płaszcz zawirował za Vaderem, i juŜ go nie było. 
-  Ciekawe  zadanie  -  stwierdził  Thrawn,  sięgając  po  butelkę  wody  R’alla  i 

napełniając  szklanki  dla  siebie  i  Niriza.  -  Ale  czy  ja  wiem?  Mam  wraŜenie,  Ŝe  ci 
Rebelianci  są  silniejsi  i  lepiej  zorganizowani,  niŜ  lord  Vader  przypuszcza.  Mam 
nadzieję, Ŝe nasze działania pomogą mu zadać Rebelii druzgocący cios. 

Czerwone oczy zalśniły, gdy nabrał łyk napoju ze swej szklanki.  

background image

Peter Schweighoffer 

235 

- Ale to nie nasza sprawa, przynajmniej na razie. Nasze miejsce jest na Odległych 

RubieŜach; czas, byśmy tam wrócili. 

- Tak jest, sir. - Niriz zawahał się. - Jeśli wybaczy mi pan zuchwałość, admirale... 

Z  pańskiej  ostatniej  uwagi  wynika,  Ŝe  otrzymał  pan  coś  w  zamian  za  pomoc,  jakiej 
udzielił pan Vaderowi w sprawie Thyne’a i Czarnych Słońc. Czy wolno mi zapytać, o 
jakiej przysłudze pan mówił? 

-  To  bardzo  osobisty  podarunek,  kapitanie  -  powiedział  Thrawn.  -  I  właśnie  ze 

względu  na  tę  przysługę  uwaŜałem  za  stosowne,  by  osobiście  pokierować  eliminacją 
Thyne’a.  Lord  Vader  przekazał  pod  moje  rozkazy  grupę  komandosów  obcej  rasy, 
którzy oddali mu w minionych latach nieocenione usługi. ChociaŜ nie przydadzą mi się 
zbytnio  na  Odległych  RubieŜach,  nie  wątpię,  Ŝe  kiedyś  wrócę  na  tereny  właściwego 
Imperium. A wtedy... no cóŜ, zobaczymy, co będą w stanie zrobić. 

-  Nigdy  nie  słyszałem,  Ŝeby  Vader  zatrudniał  obcych  -  powiedział  Niriz  z 

powątpiewaniem  w  głosie.  -  Czy  jest  pan  pewien,  Ŝe  to,  co  panu  powiedział,  jest... 
hmm. 

-  Prawdą?  -  Thrawn  uśmiechnął  się.  -  Tak,  jestem  pewien.  Niech  pan  dobrze 

zapamięta nazwę tej rasy - Noghri. Ręczę, Ŝe jeszcze pan o nich usłyszy. 

Wysączył napój do dna i odstawił szklankę. 
-  A  teraz  na  mostek.  Wzywają  nas  Odległe  RubieŜe.  Przed  nami  jeszcze  wiele 

pracy.