background image

Cate Tiernan

Porwana w mrok

background image

Rozdział 1

- Chcę cię.

Miałam wrażenie, że głos Reyna, niski i natarczywy, osacza mnie ze wszystkich stron. 

I nic  dziwnego, bo Reyn pochylał  się nade  mną wkurzająco, kiedy napełniałam duży szklany 

słój ryżem basmati z piętnastokilogramowego worka, który trzymaliśmy w spiżarni.

Pięknie:  "my".  Zdążyłam  się  już  z  nimi  utożsamić,  jakby  River's  Edge,  ośrodek 

resocjalizacyjny  dla  wykolejonych  nieśmiertelnych,  było  moim  miejscem  na  ziemi.  To  był 

swoisty  program  dwunastu  kroków.  W  moim  przypadku  miał  ich  raczej  sto  jedenaście. 

Przebywałam  tu  dopiero  dwa  miesiące  i  nie  miałam  pojęcia,  jak  długo  potrwa  poprawianie 

złego  zachowania,  które  trwało  już  ponad  czterysta  pięćdziesiąt  lat.  Na  pewno  jeszcze  co 

najmniej  kilka  tygodni.  A  bardziej  prawdopodobne,  że  siedem  albo  osiem  lat.  Albo  dłużej. 

Ech...

Przysunęłam  się  do  wielkiego  drewnianego  kuchennego  blatu  w  nadziei,  że  nie 

rozsypię ryżu po całej kuchni, bo byłoby co zbierać.

- Ty też mnie chcesz.

Niemal słyszałam, jak zaciska i rozluźnia pięści.

- Nie. Odejdź. -  Witamy w beznadziejnym cyrku romantycznych wyczynów Nastasyi. 

Tylko dla ludzi o mocnych nerwach. I mocnym żołądku. Tak się mówi?

Nastasya:  c'est  moi.  Sympatyczna  nieśmiertelna  z  sąsiedztwa.  Pominęłabym: 

sympatyczna, jeżeli mam być uczciwa. Parę miesięcy temu dotarło do mnie, że zabawiam się 

w  żałosnym  miejscu  deprawacji  i  obojętności,  i  zwróciłam  się  po  pomoc  do  River, 

nieśmiertelnej,  którą  poznałam  w  1929 roku.  I  takim  sposobem  znalazłam  się  na  wsi  w 

Massachusetts, ucząc się, jak żyć w  zgodzie z naturą, magyią, w pokoju,  miłości, harmonii i 

tak dalej. Przynajmniej usiłowałam nie czuć, że wkładam głowę do sieczkarni.

Mieszkali tu inni nieśmiertelni: czworo nauczycieli i obecnie ośmioro uczniów. Takich 

jak  ja.  I  Reyn  -  wiking,  chłopak  marzenie.  Reyn:  kolec  w  tyłku,  koszmar  mojej  przeszłości, 

zabójca mojej rodziny, nieustanna irytacja mojej teraźniejszości i, niestety, najprzystojniejszy, 

najpiękniejszy,  najbardziej  wyjątkowy  facet,  jakiego  widziałam  w  ciągu  czterystu 

pięćdziesięciu  lat.  Ten,  którego  obraz  nawiedzał  mój  umysł,  kiedy  drżałam  w  moim  zimnym 

background image

wąskim  łóżku.  Ten,  którego  gorące  pocałunki  przeżywałam  wciąż  na  nowo,  kiedy  leżałam 

wyczerpana, nie mogąc zasnąć.

Jakie  gorące  pocałunki,  spytacie?  Cóż,  jakieś  dziesięć  dni  temu  oboje  doznaliśmy 

nagłego  zaćmienia  umysłu  i  poddaliśmy  się  niewytłumaczalnej,  wszechogarniającej  chemii, 

która  narastała  między  nami  od  dnia  mojego  przyjazdu.  Zaraz  po  tym  ogarnęła  mnie 

miażdżąca  świadomość,  że  jego  rodzina  wymordowała  moją  rodzinę,  a  moja  rodzina  zabiła 

wielu członków jego rodziny. To było nasze wspólne dziedzictwo. Mimo to byliśmy na siebie 

napaleni.  Zabawne,  co?  Dlatego  kiedy  słyszę  o  problemach  w  związkach  na  tle  różnic 

religijnych,  albo  przez  to,  że  jedno  jest  weganem,  myślę  sobie,  że  wystarczyłaby  im 

odpowiednia perspektywa.

W  każdym  razie,  od  czasu  kiedy  się  migdaliliśmy,  a  potem  doznaliśmy  okrutnego 

otrzeźwienia,  Reyn  nie przestawał  mnie  dręczyć,  natarczywie  i  bezlitośnie, jak na Najeźdźcę 

Zimy przystało. A jednak, żadnej nocy, on, który podpalił i wyważył kopniakiem setki drzwi,

wdzierając się do środka - do moich nie odważył się zapukać.

Nie żebym tego chciała, nie wiedziałabym nawet, co robić, gdyby do tego doszło.

Kiedy tak nagle wpada się w mój świat, można doznać zawrotów głowy, prawda? Ja 

mam podobne wrażenie każdego ranka, kiedy otwieram oczy i przekonuję się, że nadal jestem 

sobą i wciąż tu jestem.

Późne  grudniowe  światło  słoneczne,  rozrzedzone  i  szare  jak  woda  po  zmywaniu, 

znikało szybko w ciemności, którą w dzisiejszych czasach można zobaczyć jedynie na wsi. I ja 

właśnie znajdowałam się w takim miejscu.

- Dlaczego tego unikasz?

Reyn  na  ogół  trzymał  emocje  na  wodzy.  Ale  wiedziałam,  do  czego  jest  zdolny  -  w 

ciągu  pierwszych  stu  lat  mojego  życia  on  i  jego  klan  terroryzowali  moją  ojczystą  Islandię  i 

północną Skandynawię. On sam zdobył tytuł Rzeźnika Zimy. Oczywiście wtedy go jeszcze nie 

znałam. Wiedziałam tylko tyle, że żądni krwi najeźdźcy dopuszczali się grabieży, plądrowania, 

gwałtów i spalili doszczętnie dziesiątki wiosek.

Teraz  Rzeźnik  Zimy  spał  dwa  pokoje  dalej!  Pracował  na  farmie,  nakrywał  stół  do 

kolacji  i  wypełniał  mnóstwo  innych  domowych  obowiązków!  W  jakimś  sensie  było  to 

powalające. I oczywiście nieziemsko pociągające. Ale ciągle nie potrafiłam uwierzyć, że jego 

background image

obecne zachowanie jest szczere, według mnie ciągle tkwił w nim okrutny grabieżca, który w 

każdej chwili mógł się przebudzić.

Napełniłam  szklany  słój,  starannie  zawiązałam  worek,  który  znajdował  się  na 

roboczym  blacie,  i  zakręciłam  wieczko  słoika.  Na  usta  cisnęła  mi  się  wiązanka  ciętych, 

sarkastycznych  ripost.  Jeszcze  dwa  miesiące  temu  obrzuciłabym  go  nimi  tak,  jak  samochód 

Jamesa  Bonda  miotający  gwoździami.  Ale  usiłowałam  dojrzeć.  Zmienić  się.  Chociaż 

wydawało się to banałem przyprawiającym o mdłości i okazało się potwornie bolesne i trudne 

- nadal tu byłam. A dopóki byłam - musiałam próbować. Co za odrażający przekaz.

-  Pewnych  rzeczy  wolę  unikać  -  powiedziałam  zgodnie  z  prawdą,  usiłując  wymyślić 

coś bardziej przekonującego.

- Tego nie możesz uniknąć. Mnie nie unikniesz.

Był tak blisko, że czułam ciepło jego ciała bijące spod flanelowej koszuli. Wiedziałam, 

że  pod  nią  kryje  się  napięta,  gładka  i  opalona  skóra  -  skóra,  której  dotykałam  i  którą 

całowałam. Miałam nieodpartą ochotę przytulić twarz do jego piersi, pozwolić palcom błądzić 

po bliźnie wypalonej na wieki, o której istnieniu wiedziałam, a która pasowała do mojej blizny 

na karku, ukrywanej przez ponad cztery wieki.

- Mogłabym, gdybyś zostawił mnie w spokoju - zauważyłam poirytowana.

Przez chwilę milczał, a ja czułam jego złote oczy wpatrujące się w moją twarz.

- Nie zostawię cię.

Obietnica? Groźba? Wybór należy do ciebie!

Na  szczęście  nie  musiałam  szukać  sensowniejszej  linii  obrony,  bo  wybawił  mnie 

dźwięk głosów dobiegających z jadalni.

Ten  dom,  River's  Edge,  był  kiedyś  miejscem  zgromadzeń  kwakrów.  Na  dole 

znajdowało  się kilka  gabinetów,  mały warsztat, weranda przy wejściu, duża prosta  jadalnia  i 

dość  przestarzała  kuchnia,  która  ostatnią  renowację  przeszła  w  1930 roku.  Wcześniej 

mieszkałam  w  drogim  i  prestiżowym  miejscu  w  Londynie  z  niesamowitym  widokiem  na  Big 

Bena  i  Tamizę.  Miałam  lokaja,  pokojówkę  i  kuchnię  dostarczającą  posiłki  z  dołu.  Ale  teraz 

moje życie było... lepsze.

Jak mówiłam, wszyscy tutaj jesteśmy nieśmiertelni, a do tego wesoła z nas ekipa. No 

może  nie  do  końca  -  przecież  wylądowaliśmy  w  tym  miejscu,  bo  nasze  życie  było  żałośnie 

zepsute, każde na swój wyjątkowy sposób.

background image

I  naprawdę  mieszka  tu  River,  ta  od  River's  Edge.  Jest  najstarszą  osobą,  jaką 

kiedykolwiek  poznałam  -  urodziła  się  w  718 roku  w  Genui  we  Włoszech,  kiedy  ta  miała 

własnego króla.  Nawet dla nas, nieśmiertelnych, było to niesamowite. River jest właścicielką 

tej posiadłości, resocjalizuje nieśmiertelnych, którzy zmagają się z mrocznymi skłonnościami. 

Jest chyba jedyną osobą na świecie, której jako tako ufam.

Ja, w wieku  czterystu  pięćdziesięciu  dziewięciu  lat, wyglądam na  siedemnastolatkę  (i 

najwyraźniej  podobnie  jest  z  moją  dojrzałością).  Reyn  ma  czterysta  siedemdziesiąt  lat. 

Wygląda na przystojnego dwudziestolatka.

Otworzyły  się  wahadłowe  drzwi  i  do  środka  weszły  Anne,  jedna  z  tutejszych 

nauczycielek, Brynne, uczennica, i River z policzkami zaróżowionymi od zimnego powietrza 

na  dworze.  Rozmawiały  i  śmiały  się.  Wniosły  torby  z  zakupami,  które  porozstawiały  na 

blatach.  Większość  jedzenia  wytwarzamy  sami,  ale  pojedyncze  rzeczy  River  nadal  kupuje  w 

jedynym sklepie spożywczym w mieście, w Piston's.

- A ja spytałam, czy to wąsy - powiedziała Anne, a pozostałe dziewczyny pokładały się 

ze śmiechu. - Zabiłaby mnie, gdyby mogła.

River oparła się o kuchenny blat i otarła łzy.

Reyn  wymamrotał  coś  pod  nosem  i  wyszedł  bez  kurtki  tylnymi  drzwiami  w  czarną, 

mroźną noc. Nie żebym się tym przejmowała. Absolutnie.

-  O  Boże,  nie  śmiałam  się  tak  od...  -  River  przerwała,  jakby  usiłowała  sobie 

przypomnieć.  Domyślam  się,  że  pomyślała:  od  czasu,  gdy  Neli  (uczennica,  która,  tak  przy 

okazji  mówiąc,  usiłowała  mnie  zabić)  ześwirowała  i  trzeba  było  uspokajać  ją  magyicznymi 

środkami uspokajającymi. Tak myślę.

- Nic mu nie jest? - spytała Brynne, wskazując drzwi. - Przeszkodziłyśmy w czymś? - 

Jej brązowe oczy otworzyły się szeroko pod wpływem nagłego zainteresowania i domysłów. 

Tej nocy, kiedy Neli zwariowała, zdradziła, że widziała, jak całowałam się z Reynem. Miałam 

nadzieję,  że  zostanie  to  zrzucone  na  karb  napadu  histerii  wariatki,  ale  od  tamtej  pory 

spotykałam  się  z  tyloma  wymownymi  spojrzeniami,  że  sama  nie  byłam  już  w  stanie  się 

okłamywać.

-  Nie  -  zaprzeczyłam  i  popatrzyłam  ze  złością.  Zaniosłam  jutowy  worek  z  ryżem  z 

powrotem do spiżarni, a słój odstawiłam na półkę.

background image

-  Słuchajcie  -  odezwała  się  Anne,  najwyraźniej  postanowiła  zmienić  temat.  -  Moja 

siostra przyjeżdża z wizytą.

- Masz siostrę? - Z niewiadomych przyczyn  zawsze ogarniało mnie zdziwienie, kiedy 

poznawałam nieśmiertelnych, którzy mieli rodzeństwo. To znaczy, miało je wielu. Ale zawsze 

odnosiłam  wrażenie,  że  większość  nieśmiertelnych  to  istoty  samotne  -  bo  przecież  po 

siedemdziesięciu czy osiemdziesięciu latach każdy miałby dość rodziny, bez względu na to, jak 

miła by była. Anne wyglądała na jakieś dwadzieścia lat, miała gładką fryzurę obciętą na pazia i 

duże  niebieskie  oczy,  ale  wiedziałam,  że  ma  trzysta  cztery  lata.  Trzysta  lat  to  dużo,  jeżeli 

chodzi o utrzymywanie kontaktów z rodziną.

- Kilka sióstr. I dwóch braci - odparła Anne. - Z Amy jesteśmy prawie w tym samym 

wieku. Nie widziałam jej od prawie trzech lat.

Nieśmiertelne  siostry,  a  do  tego  blisko  związane.  Nie  spotkałam  takich  wiele. 

Wydawało  się,  jakbym  ostatnie  cztery  stulecia  przeżyła  z  klapkami  na  oczach  -  wprawdzie 

była to egzystencja urozmaicona, ale ograniczona, bo wielu rzeczy wolałam nie widzieć i nie 

wiedzieć.

Anne  i  Brynne  w  końcu  wyszły  nakryć  długi  stół  do  kolacji.  River  rozpakowała 

zakupy. Podała mi parę rzeczy, żebym schowała je do lodówki.

- Dobrze się czujesz? - spytała.

- Dobrze? Czy to znaczy, że wyglądam na umęczoną, zdezorientowaną, niewyspaną i 

zmartwioną? - zirytowałam się. - Jeżeli tak, to owszem, czuję się pierwszorzędnie.

River  uśmiechnęła  się  do  mnie.  Miała  tysiąc  lat  na  to,  żeby  wyćwiczyć  w  sobie 

cierpliwość na takich jak ja.

- Pewnie jestem najgorszą osobą, jaką tu miałaś. - Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby 

to  powiedzieć.  Po  prostu  w  ciągu  czterystu  pięćdziesięciu  lat  można  podjąć  wiele  złych 

decyzji. Wiele.

-  W  jakim  sensie:  najgorszą?  -  River  wyglądała  na  zaskoczoną.  Pokręciła  głową.  - 

Nieważne.  Bez względu  na  to, jaka jest  twoja  definicja  słowa  "najgorsza",  na pewno  nią  nie 

jesteś. Dużo ci brakuje.

Skręcało mnie, żeby spytać, kto bardziej jej dopiekł, ale wiedziałam, że River za nic na 

świecie  się  nie  zdradzi.  Później  przyszło  mi  do  głowy,  że  Reyn  jest  gorszy  ode  mnie  i  od 

większości nieśmiertelnych, którzy przyjechali tu, żeby się pozbierać. Reyn wybił całe miasta, 

background image

wziął  w  niewolę  niezliczoną  liczbę  ludzi,  plądrował,  gwałcił  i  grabił.  Ja  w  wielu  kwestiach 

jestem beznadziejna, ale mnie nic takiego nie można zarzucić.

A jednak to Reyna  chciałam. Spośród wszystkich istot na świecie. Widocznie to była 

moja karma, o ironio.

- Znaczy, że Anne ma siostrę? - próbowałam niezdarnie zmienić temat.

- Tak. Jest bardzo miła, polubisz ją.

- Wiem, ja nie mam rodzeństwa - odezwałam się, szybko odpędzając tę myśl. - Ale nie 

znam  wielu  nieśmiertelnych,  którzy  by  je  mieli.  -  Nie  zastanawiałam  się,  czy  polubię  siostrę 

Anne, czy nie. Tak naprawdę nie przepadałam za ludźmi. Toleruję ich, ale żeby od razu lubić? 

Z tym jest o wiele gorzej.

-  Jeszcze  się  przekonasz,  że  nieśmiertelni,  którzy  nie  mają  czterystu  lat,  posiadają 

rodzeństwo - powiedziała River, myjąc dłonie w zlewie. - Ale u starszych to rzadkość.

- Dlaczego? - zdziwiłam się. - Ty masz braci, prawda?

- Czterech - przyznała River. Odwróciła się do mnie z zamyśloną twarzą, na której nie 

było  prawie  wcale  zmarszczek.  Odgarnęła  z  czoła  kosmyk  srebrnych  włosów  i  wzruszyła 

ramionami. - To dość niezwykłe jak na osobę w moim wieku.

-  Dlaczego?  -  spytałam  znowu.  Czyżby  chodziło  o  jakąś  dziwną  cechę  genetyczną 

nieśmiertelnych?

-  W  dawnych  czasach  nieśmiertelni  mieli  w  zwyczaju  zabijać  innych  nieśmiertelnych, 

żeby posiąść ich moc.

- Co? - Moje oczy otworzyły się szeroko.

- Wiesz, że uprawiamy magyę Tahti, tę, która nie wyrządza szkody innym.

Skinęłam głową.

- I wiesz, na czym polega magya Terava, w której nie można zatrzymać mocy, dlatego 

czerpie się ją z innego źródła, przy okazji je niszcząc.

Przytaknęłam. Dobro przeciwko złu. Bingo. Zaczynam chwytać.

- Moc można wziąć od roślin, zwierząt, kryształów... ludzi. - Zacisnęła wargi. - Można 

odebrać komuś moc i ją wykorzystać. Ale wiadomo, że to jest zabójcze. Albo jeszcze gorzej.

Powinnam  wiedzieć,  że  może  dochodzić  do  czegoś  takiego.  Jak  mogłam  na  to  nie 

wpaść. Ale nie wpadłam. River dostrzegła niedowierzanie na mojej twarzy.

background image

- Wiesz, że można nas zabić - dodała łagodnie. Skręciło mnie z bólu, tak znajomego i 

od  tak  dawna  obecnego  w  moim  życiu,  że  przyzwyczaiłam  się  do  tego,  że  przy  każdym 

oddechu  czuję  jego  ostre  ukłucie.  Tak,  wiedziałam.  Przecież  rodzice  zostali  zabici  na  moich 

oczach.  Widziałam  też  martwych  moich  dwóch  braci  i  dwie  siostry,  leżeli  z  odciętymi 

głowami.  Szłam  po  dywanie  przesiąkniętym  ich  krwią.  Nie  mam  rodzeństwa.  Usiłowałam 

przełknąć  ślinę  i  poczułam,  że  mam  ściśnięte  gardło.  -  Jeżeli  nieśmiertelny  zabije  innego 

nieśmiertelnego, może odebrać mu siłę życiową i wzmocnić nią swoją moc - ciągnęła River. - 

A poza tym, to zawsze jedna osoba mniej, która mogłaby stanowić śmiertelne zagrożenie.

Mój  oddech  był  płytki,  miałam  wrażenie,  że  przelotne  wspomnienie  o  rodzinie 

zagłuszyło wszystko, co mówiła River.

- Rozumiem - szepnęłam. - Czyli o to chodziło ojcu Reyna, kiedy zabijał moją rodzinę, 

a jego syn stał na straży w korytarzu.

River była bardzo poważna. Jedną dłonią pogładziła mnie po policzku.

- Tak.

background image

Rozdział 2

River  kupiła  tę  posiadłość,  składającą  się  z  kilku  zabudowań  i  około  sześćdziesięciu 

akrów ziemi, około 1904 roku. Jak większość nieśmiertelnych żyła, podając się za jakąś żyjącą 

osobę, a kiedy nadszedł czas, udawała, że umarła, by później powrócić jako dawno zaginiona 

córka i upomnieć się o posiadłość. Nieśmiertelni dysponują całym arsenałem nazwisk, historii, 

paszportów  i  tak  dalej.  Korzystamy  z  usług  znakomitych  fałszerzy.  Najlepszych  cenimy  tak, 

jak  niektórzy  ludzie  ulubionego  projektanta  ubrań  czy  stylistę  fryzur.  Ale  nie  ukrywam,  że 

tęsknię  za  czasami,  kiedy  nie  było  jeszcze  dowodów  osobistych  ani  numerów  NIP.  Teraz  o 

wiele trudniej przemieszczać się z kraju do kraju i zmieniać wcielenia.

Moja  sypialnia,  podobnie  jak  wszystkie  inne,  znajdowała  się  na  piętrze.  Pokoje  były 

dość skromnie umeblowane - łóżko, umywalka i parę innych przedmiotów. Kiedy wrzuciłam 

pranie  do  maleńkiej  szafy,  usłyszałam  dzwonek  wzywający  na  kolację.  Wszyscy  wyszli  na 

korytarz  i  ruszyli  w  stronę  schodów,  jak  zwierzyna  na  łowy.  Przywitałam  się  z  uczniami  - 

Rachel, która pochodziła z Meksyku i miała około trzystu dwudziestu lat, i Daisuke z Japonii, 

który  miał  dwieście  czterdzieści  pięć  lat.  Oraz  z  Jessem.  Chłopak  przekroczył  zaledwie  sto 

siedemdziesiąt  trzy  lata, ale wyglądał o  wiele, wiele starzej. Skinął sztywno  głową Reynowi, 

który  zamykał  drzwi  do  pokoju.  Usiłowałam  nie  wyobrażać  sobie  Reyna  śpiącego  lub 

leżącego tam na łóżku...

W  dużej  i  skromnie  umeblowanej  jadalni  nakryto  długi  stół.  Miało  przy  nim  usiąść 

dwanaście osób. Na dębowym stoliku kuchennym stały parujące salaterki, które odbijały się w 

dużym złoconym lustrze wiszącym na przeciwległej ścianie. Stanęłam za Charlesem, kolejnym 

uczniem,  i  dostrzegłam  swoje  odbicie.  Zanim  się  tu  zjawiłam,  ubierałam  się  w  stylu  goth  lat 

dziewięćdziesiątych. Miałam postawione czarne włosy, ciężki makijaż i bladą cerę ćpuna. Jak 

na  ironię,  teraz  wyglądałam  całkiem  inaczej  niż  przez  ostatnich  trzysta  lat  -  bo  w  końcu 

przypominałam  siebie.  Teraz  moje  włosy  miały  naturalny  jasny  odcień  blond, 

charakterystyczny  dla  mojego  islandzkiego  klanu.  Moja  szczupła  twarz  i  zbyt  kościste  ciało 

nabrały  kształtów.  Wyglądałam  po  prostu  zdrowiej.  Bez  szkieł  kontaktowych  oczy  stały  się 

naturalnie ciemne, niemal czarne. Czy kiedyś przestanie dziwić mnie to, że jestem sobą?

Wzięłam talerz i przesunęłam się w kolejce. Jedzenie to kolejna zmiana w moim życiu. 

Na  początku  proste  jedzenie  z  naszego  ogrodu  sprawiało,  że  zbierało  mi  się  na  wymioty. 

background image

Człowiek  nie  jest  w  stanie  przyswoić  nieograniczonych  dawek  błonnika.  A  jednak 

przyzwyczaiłam  się  do  niego  -  nauczyłam  się  zbierać,  wykopywać,  przygotowywać  i  jeść 

warzywa,  kiedy  wypadała  moja  kolej.  Nadal  wiele  bym  dała  za  szampana  i  czekoladowe 

ciasto, ale już się nie buntowałam, kiedy pojawiał się przede mną jarmuż.

-  Cześć  wszystkim  -  rozległ  się  głos,  a  ja  uniosłam  głowę  i  dostrzegłam  Solisa, 

nauczyciela, wychodzącego z kuchni.

Podobno pochodził z Anglii, ale jak większość z nas miał nieskazitelny akcent. Brynne 

powiedziała  mi,  że  Solis  ma  około  czterystu  trzynastu  lat,  ale  wyglądał,  jakby  był  przed 

trzydziestką. Asher, siedzący przy końcu stołu, był czwartym nauczycielem i partnerem River 

- raczej  nie  byli małżeństwem. Pochodził z  Grecji  i  wydawał  się  najdojrzalszy  - to znaczy  w 

wieku sześciuset trzydziestu sześciu lat wyglądał, jakby przekroczył trzydziestkę. Cała trójka 

wraz z River robiła, co mogła, żeby przekazać nam wiedzę o ziołach, kryształach, olejkach i 

wywarach,  zaklęciach  i  uprawianiu  magyi,  o  gwiazdach,  runach,  pieczęciach,  metalach, 

roślinach,  zwierzętach  i  tak  dalej.  O  każdej  rzeczy  na  świecie.  Bo  wszystko  to  było  w  jakiś 

sposób ze sobą powiązane - z nami, z magyią, z mocą. Ja pobierałam lekcje dopiero od pięciu 

tygodni,  a  już  miałam  wrażenie,  że  moja  głowa  jest  bliska  eksplozji.  A  byłam  ciągle  w 

magyicznym przedszkolu. Czekała mnie długa droga. Nie cierpiałam tej myśli.

- Solis! - odezwała się Brynne, kiwając do niego widelcem. Jak zwykle, miała na sobie 

kolorowy  zestaw  -  opaskę, apaszkę, sweter,  kombinezon  i  robocze  buty.  Wszystko  to jakoś 

do  siebie  pasowało  tylko  dlatego,  że  wciąż  przypominała  słodką,  wysoką  i  szczupłą 

nastoletnią  modelkę.  Miała  dwieście  cztery  lata  i  była  córką,  jedną  z  jedenaściorga  dzieci, 

dawnego właściciela niewolników i niewolnic.

Usiadłam  przy  stole,  wchodząc  ostrożnie  za  długą  ławę,  żeby  nie  kopnąć  Lorenza 

wysokim  conversem.  Nienawidziłam  tych  ławek.  Krzesła.  Krzesła  byłyby  idealnym 

rozwiązaniem.  River  powinna  założyć  skrzynkę,  do  której  moglibyśmy  wrzucać  nasze 

pomysły. To byłaby długa lista.

- Wróciłeś! - krzyknęła Anne i pocałowała Solisa najpierw w jeden policzek, potem w 

drugi.

Solis  się  uśmiechnął.  Jeszcze  bardziej  niż  wcześniej  przypominał  kalifornijskiego 

surfingowca.  Ciemne  blond  włosy  układały  się  w  loki,  tworząc  dookoła  głowy  zmierzwioną 

aureolę. Jakimś cudem zawsze miał lekki zarost - ani za długi, ani za krótki.

background image

Rozległ się chór powitań, a River ucałowała Solisa.

Siedziałam  ze  spuszczoną  głową  i  zaczęłam  gmerać  w  -  rany,  co  to  miało  być? 

Rozgnieciona potrawka? Kto wpadłby na taki pomysł jak gnieciona potrawka? I dlaczego?

-  Nastasyo?  -  Głos  Solisa  sprawił,  że  uniosłam  wzrok.  Usta  miałam  pełne  papki,  do 

której  przełknięcia  nie  mogłam  się  zmusić, przekonana, że mój żołądek znienawidzi  mnie  na 

zawsze i zacznie odmawiać przyjęcia nawet dobrego jedzenia.

-  Mhm  -  wydusiłam  z  siebie  i  przełknęłam  z  wysiłkiem  to,  co  miałam  w  buzi. 

Przepraszam, żołądku. - Cześć.

- Jak się masz?

Rozbrajające  pytanie.  Kiedy  Solis  widział  mnie  ostatnio,  wszyscy  zdążyli  akurat 

usłyszeć wrzask Neli, że widziała, jak się całowaliśmy z Reynem.

Neli kochała Reyna. Od lat. Rozpaczliwie. A on, matoł skończony, oczywiście tego nie 

zauważył. A potem Reyn  i ja w  pewnym sensie...  eksplodowaliśmy.  I Neli  wpadła w szał. A 

raczej  wpadła  w  jeszcze  większy  szał.  Nabrałam  przekonania,  że  jedną  rękę  miała  już  w 

kaftanie bezpieczeństwa, jeszcze zanim ja znalazłam się w River's Edge.

Wracając  do  rzeczy,  Solis  odwiózł  Neli  do  miejsca,  które  jak  się  domyślałam,  było 

swoistym azylem dla nieśmiertelnych, którzy mieli kompletnie pokićkane w głowie. I właśnie 

wrócił. A jego powrót sprawił, że cała ta niepokojąca, zawstydzająca scena znów  stanęła mi 

przed oczami jak żywa.

- Dobrze - wydobyłam z siebie i napiłam się wody. Zastanawiałam się, czy znam się na 

magyi na tyle, żeby zamienić ją w wino. Albo lepiej w dżin? Chyba nie.

- To dobrze - rzucił swobodnie Solis i rozłożył serwetkę.

-  Co  z  Neli?  -  zapytał  Charles.  Z  jasnorudymi  włosami,  zielonymi  oczami,  piegami  i 

okrągłą promienną twarzą nie miał zbyt poważnego wyglądu, chociaż starał się, jak mógł.

Jasne,  wal  śmiało,  Chuck.  Dalej.  Stawimy  czoło  każdej  sytuacji.  Nie  boimy  się 

emocji...

-  Nie  najlepiej  -  powiedział  Solis,  nalewając  sobie  wody.  -  Prawdę  mówiąc,  oszalała 

dokumentnie. Ale w zręcznych dłoniach Louisette i dzięki uzdrowicielom chyba wydobrzeje. 

Kiedyś.

Charles pokręcił głową, wstyd, taka miła dziewczyna, i znów skupił się na posiłku.

background image

- Moja ciotka Louisette potrafiła uzdrawiać ludzi, którzy byli w stanie o wiele gorszym 

niż Neli - dodała River. - Neli wie, że będziemy słać jej nasze dobre myśli i życzenia.

Nie  mogłam  się  powstrzymać,  żeby  nie  spojrzeć  przelotnie  na  Reyna.  Twarz  miał 

nieruchomą,  zęby  zaciśnięte.  Przesuwał  jedzenie  na  talerzu,  nie  biorąc  go  do  ust. 

Zastanawiałam się, czy czuje się w jakiś sposób winny, w końcu nie zauważył, że Neli jest w 

nim zakochana. Nie wiem.

- Słuchajcie. Jak na pewno wiecie, jutro jest sylwester - ciągnęła River. - Nie do wiary, 

że  ten  rok  prawie  się  skończył!  Jutro  w  nocy,  jak  co  roku,  zrobimy  specjalny  krąg.  Mam 

nadzieję, że będziecie wszyscy. Będę przeszczęśliwa, jeżeli razem przywitamy Nowy Rok.

I  tyle  byłoby  z  moich  marzeń,  żeby  pojechać  do  Nowego  Jorku  i  spić  się  na  Times 

Square.

Chwileczkę.  Ze  zdziwieniem  stwierdziłam,  że  tak  naprawdę  wcale  nie  mam  ochoty 

stąd wyjeżdżać, pić z obcymi, kręcić się w blasku świateł, w hałasie i chaosie. Światła, hałas i 

chaos były moimi towarzyszami z wyboru w ciągu ostatniego wieku - teraz czuły się pewnie 

trochę opuszczone.

A może nie zauważyły mojego zniknięcia? Może moi kumple - Innocencio, Boz, Katy, 

Cicely  i  Stratton  nadal  poświęcali  im  dużo  uwagi?  Otaczałam  się  tymi  samymi  przyjaciółmi 

przez  tak  długi  czas,  że  nie  zauważyłam,  jak  beznadziejni  wszyscy  się  staliśmy.  Nie 

zauważyłam,  że  Innocencio  uczył  się  magyi,  że  pracował  nad  rozwinięciem  mocy,  którą  w 

różnym  stopniu  posiadają  wszyscy  nieśmiertelni.  W  końcu  pewnej  nocy  Incy,  wykorzystując 

magyię,  złamał  kark  taksówkarzowi,  który  był  dla  nas  niegrzeczny.  Złamał  mu  kręgosłup. 

Facet do końca życia miał być sparaliżowany. I choć był tylko zwykłym śmiertelnikiem, a jego 

dni  i  tak  były  policzone,  to  jednak  nie  zasłużył  na  taki  los.  To  była  właśnie  ta  chwila,  która 

otworzyła mi oczy. Delikatnie rzecz ujmując.

Westchnęłam  i  odsunęłam  talerz,  żałując,  że  w  pokoju  nie  mam  ukrytego  sernika. 

Prywatne minilodówki. Kolejna cenna wskazówka dla River.

Po  kolacji  sprawdziłam  grafik  i  ze  zdziwieniem  stwierdziłam,  że  dziś  wieczorem  nie 

mam żadnych lekcji, żadnych obowiązków, nic do zrobienia. Zdarzało się to raz czy dwa razy 

w tygodniu. Hura! Weszłam na górę, wzięłam gorącą kąpiel i zwinęłam się na wąskim łóżku z 

książką o irlandzkich ziołach leczniczych. Wiem, nie mogłam się powstrzymać - zawsze będę 

narwaną, frywolną imprezowiczką.

background image

Szybko zanurzyłam się w świecie cudów i rozkoszy świetlików, złocieni, kaczeńców i 

mleczy.  Urodziłam  się,  zanim  wynaleziono  leki  syntetyczne,  a  podstawowym  składnikiem 

wszelkich domowych lekarstw były rośliny, do których ewentualnie dodawało się skrzepniętej 

krwi jelenia, pajęczyn i tak dalej. Ale dodatek magyi zmieniał właściwości i zastosowanie tych 

roślin. Tyle. Do. Nauczenia.

Temat był pasjonujący, odpłynęłam myślami  tylko ze dwa czy trzy  razy, ale w końcu 

się  poddałam  i  pozwoliłam  powiekom  opaść.  Nie  usnęłam  -  mimo  zamkniętych  oczu  nadal 

widziałam  jasne światło  lampki  do czytania,  nadal byłam  świadoma małego pokoju  i ciemnej 

nocy na zewnątrz. Ale odpływałam, śniłam, aż obudziłam się w lesie. Setki lat temu lasy były 

wszędzie  i  żeby  dostać  się  z  punktu  A  do  jakiegokolwiek  innego  punktu,  prawie  zawsze 

trzeba było iść przez las. Nie jestem wielbicielką lasów. Pojedyncze drzewa, owszem. Bardzo 

mały zagajnik, tak żeby było widać, co jest po drugiej stronie, zgoda. Ale nie lasy. Są czarne, 

wydają się bezkresne i niewiarygodnie łatwo się w nich zgubić albo stracić orientację, pełne są 

odgłosów,  latających  rzeczy  i  trzaskających  gałęzi.  Z  doświadczenia  wiem,  że  najlepiej  ich 

unikać.

A  jednak  się  w  nim  znalazłam.  Byłam  tam,  a  jednocześnie  się  widziałam,  jak  to  we 

śnie.  Wyglądałam  jak  przed  epoką  River  -  miałam  czarne  włosy,  ciężki  makijaż,  byłam 

niesamowicie chuda i blada. Tak wyglądałam przez lata. Teraz, patrząc wstecz, wydawało mi 

się,  że  przypominałam  Edwarda  Nożycorękiego,  tyle  że  nie  miałam  ostrzy  zamiast  dłoni. 

Nagle  ogarnęło  mnie  poczucie  niepokoju  i  zagubienia,  kiedy  szłam  pomiędzy  drzewami  i 

przedzierałam  się  przez  gęste  zarośla,  które  spowalniały  mój  chód.  Twarz  i  ręce  miałam 

podrapane  i  piekące.  Ziemia  była  pokryta  grubą  warstwą  spadających  od  wielu  lat  liści  i 

czułam się tak, jakbym spacerowała po księżycu.

Byłam  zdenerwowana  i  to  zdenerwowanie  cały  czas  przybierało  na  sile.  Szukałam 

czegoś.  Nie  miałam  pojęcia  czego.  Wiedziałam  tylko,  że  muszę  znaleźć  tę  rzecz  i  że  będę 

wiedzieć,  kiedy  się  na  nią  natknę,  a  czas  uciekał.  Nie  mogłam  znieść  tego,  że  jestem  w  tym 

lesie, usiłowałam więc biec, ale to skończyło się większą liczbą zadrapań. Już dawno straciłam 

jakąkolwiek nadzieję na to, że wrócę do miejsca, z którego przyszłam. Nie rozglądałam się za 

wyjściem  z  lasu,  skupiałam  się  tylko  na  tym,  żeby  iść  do  przodu.  Szukałam,  szukałam  i  z 

każdym krokiem czułam coraz większe napięcie, coraz większy strach.

background image

Światło  znikało,  czas  płynął,  a  kiedy  zapadła  noc,  ogarnęło  mnie  przerażenie.  Byłam 

bliska  płaczu,  histerii, rozpaczliwie  marzyłam  o  ogniu,  przyjacielu,  pomocy.  Ale  nie  mogłam 

się zatrzymać, stałoby mi się coś złego, gdybym się zatrzymała. I nagle, po lewej! Wyglądało 

to na ognisko! Odwróciłam się szybko i skierowałam się w stronę światła. Spomiędzy drzew 

docierał do mnie kojący zapach palonego drewna. Usłyszałam głos. Czyżby to był... śpiew? To 

był śpiew. Przedarłam się przez kłujące gałęzie ostrokrzewu i znalazłam się na małej polanie, 

na której w kamiennym kręgu migotało jak szalone ognisko.

-  Nas.  -  Odwróciłam  gwałtownie  głowę,  gdy  usłyszałam  ten  głos.  Zobaczyłam 

Innocencia wynurzającego się z ciemności, mojego najbliższego przyjaciela od stu lat.

- Incy! Co tu robisz?

Uśmiechnął się. Wyglądał nieziemsko pięknie. Oczy miał tak ciemne, że dostrzegłam w 

nich odbijające się maleńkie płomienie. Wpatrywałam się w niego, przestraszona, mimo że

wyciągnęłam do niego ręce nad żarem ogniska.

-  Czekałem  na  ciebie,  skarbie  -  powiedział  Incy  głosem  tak  słodkim  i  upojnym  jak 

wino. - Chodź, usiądź, ogrzej się. - Wskazał wielką kłodę na skraju polany. 

Nie chciałam, wszystko we mnie krzyczało: uciekaj! Ale stopy zaprowadziły mnie do 

tamtego  miejsca.  Usiadłam.  Nie  chciałam  tu  być,  nie  chciałam  być  z  nim,  ale  ognisko  było 

takie kojące, takie przytulne.

-  Za  długo  cię  nie  było,  Nasty  -  szepnął.  -  Strasznie  za  tobą  tęskniłem.  Wszyscy 

tęskniliśmy. - Nie przestawał się uśmiechać, wskazał dłonią, a ja podążyłam za nią wzrokiem, 

szukając  przyjaciół  z  mojej  dawnej  paczki.  Nie  było  nikogo  poza  mną  i  Incym.  Już  miałam 

spytać dlaczego.

I  nagle,  zobaczyłam.  Ognisko...  W  ognisku  była czaszka  i  kawałki  ciała, poczerniałe, 

które  pożerały  płomienie.  Otworzyłam  usta  i  jęknęłam  z  przerażeniem.  Ognisko  było  pełne 

kości, ono składało się z samych kości. Wystarczył mi ułamek sekundy, żeby wiedzieć, że to 

Boz i Katy, może też Stratton i Cicely. Incy zabił ich wszystkich i palił ich ciała. Zerwałam się 

na  równe  nogi,  tylko  po  to,  żeby  Incy  znów  się  do  mnie  uśmiechnął:  miał  mnie.  Nie  było 

ucieczki.  Nagle  moje  usta  i  nos  wypełnił  nieprzyjemny  gryzący  smród  palonych  włosów  i 

skóry,  który  zaczął  mnie  dusić  i  przyprawiać  o  mdłości.  Nie  mogłam  oddychać.  Usiłowałam 

krzyknąć, ale z gardła nie wydobył się  żaden dźwięk. Chciałam uciekać, ale stopy dosłownie 

background image

wrosły mi w ziemię  - oplotły je grube, ciemne i wijące się  korzenie. Uwięziły mnie i  zaczęły 

piąć się w górę po nogach.

Puk, puk.

Znów  się  dusiłam.  Po  chwili  poderwałam  się  i  otworzyłam  oczy.  Sapałam,  wzrok 

błądził po ścianach, byłam zlana zimnym potem. Byłam w moim pokoju, w River's Edge.

Puk, puk.

Dłonie  miałam  zaciśnięte  w  pięści,  oddech  urywany.  Usiłowałam  wziąć  się  w  garść. 

Poczułam energię Reyna za drzwiami i w ciągu sekundy stałam przy nich.

Wzięłam kilka głębokich oddechów, żeby się uspokoić.

-  Czego  chcesz?  -  spytałam  przez  drzwi.  Starałam  się,  żeby  mój  głos  brzmiał 

normalnie. Czułam się tak, jakbym przed chwilą skoczyła z mostu. Opierałam się roztrzęsiona 

o framugę. Zerknęłam na zegarek na nocnej szafce, była prawie dziesiąta. Większość osób o 

tej  porze  na  pewno  jest  już  w  swoich  pokojach,  a  wiele  pewnie  śpi.  Dzień  zaczynamy  o 

niemiłosiernie wczesnej porze.

- Otwórz drzwi. - Dobiegł mnie cichy głos Reyna.

- Po co?

-  Otwórz  i  już.  -  Słychać  było,  że  jest  zniecierpliwiony.  Ja  natomiast  zdążyłam  się 

uspokoić.

Nie  bałam  się  go.  I  żeby  sobie  to  udowodnić,  otworzyłam  drzwi.  Stanęłam  w  nich  z 

rękami założonymi na piersiach.

I  właśnie  wtedy  olśniło  mnie,  że  nie  rozczesałam  włosów  po  kąpieli  i  zasnęłam  z 

mokrymi.  Pewnie  sterczały  mi  na  wszystkie  strony.  Do  tego  zero  makijażu,  odciśnięta  na 

twarzy poduszka i kobiece, podniecające grube skarpety, piżama, apaszka i kamizelka. Byłam 

pewna, że nigdy nie prezentowałam się bardziej pociągająco.

Reyn przechylił lekko głowę. Przyglądał mi się badawczo.

- Nic ci nie jest? - spytał. - Wyglądasz...

-  Po  to  mnie  obudziłeś?  Żeby  komentować  mój  wygląd?  -  Zamierzałam  się 

bezsensownie kłócić z boskim wikingiem, zamiast, powiedzmy, patrzeć jak były przyjaciel pali 

w lesie wszystkich moich przyjaciół.

- Chodź ze mną - powiedział. - Chcę ci coś pokazać. 

Spodziewałam się czegoś bardziej oryginalnego.

background image

- Naprawdę? I to wszystko? Po to do mnie przyszedłeś? 

Zmarszczył  czoło,  przez  co  wyglądał  jeszcze  bardziej  atrakcyjnie.  Nie  przypominał 

chłopaka  z  plakatu  -  rysy  miał  ostre,  szczękę  mocno  zarysowaną,  wargi  wydatne.  Nos 

przekrzywiony z niewielkim garbem, Bóg raczy wiedzieć od ilu złamań. I do tego to ubranie. 

Robił  mniej  więcej  takie  samo  wrażenie  jak  ja.  Dżinsy  oblepione  sianem,  do  tego  znoszone 

robocze  buty  i  flanelowa  koszula  tak  postrzępiona,  że  kołnierzyk  prawie  odpadał.  Miałam 

ochotę go pożreć.

Zapomnijcie, że to powiedziałam. To wynik szoku.

- Mówię poważnie - oznajmił. Rzeczywiście, wyglądał zupełnie poważnie. - Powinnaś 

coś zobaczyć. W stodole.

- Żartujesz? - Otworzyłam szeroko oczy.

- To nie jest żaden podstęp. - Westchnął niecierpliwie. - Pomyślałem, że chciałabyś to 

zobaczyć. Tak się składa, że to w stodole.

To właśnie tam całowaliśmy się namiętnie pierwszy raz, jego wargi i dłonie pobudziły 

mnie.  Za  każdym  razem,  kiedy  sobie  to  przypominałam:  jego  twarde  mięśnie,  jego 

niecierpliwość, musiałam powstrzymywać jęk.

Również w stodole dopadło nas porażające olśnienie na temat naszej wspólnej historii: 

jego  ojciec,  przywódca  klanu  chciwych  najeźdźców,  napadł  na  zamek  mojego  ojca.  Zabili 

wszystkich oprócz mnie. Ukryłam się pod ciałem mojej martwej matki. Ale wcześniej ona za 

pomocą magyi obdarła ze skóry  brata  Reyna, a mój  starszy  brat  odrąbał  mu głowę.  Później, 

kiedy  jego  ojciec  z  paroma  kompanami  usiłowali  użyć  amuletu  mojej  matki,  zamienili  się  w 

proch. Na oczach Reyna jego bliscy obrócili się w popiół.

Anne wspomniała, że Reyn walczył ze swoją naturą grabieżcy przez prawie trzysta lat. 

Domyślałam  się,  że  wymagało  to  od  niego  trochę  więcej  wysiłku  niż  stukrotne  napisanie  na 

tablicy zdania: „Nie będę łupił wiosek".

A ja i on całowaliśmy się jak obłąkane nastolatki.

Pamiętacie, co mówiłam o karmie?

- Zależy mi - westchnął. - Proszę - dodał. Oj, on nie będzie grał czysto.

Ja  też  westchnęłam  ciężko,  ostentacyjnie  i  wciągnęłam  dżinsy  na  długie  spodnie  od 

piżamy.  Nie  zawracałam  sobie  głowy  zawiązywaniem  sznurowadeł  w  adidasach,  za  to 

zawiązałam  sobie  mocniej  apaszkę  na  szyi,  idąc  za  Reynem  cichym  korytarzem.  Właściwie 

background image

cieszyłam się, że mogę na chwilę wyjść z pokoju, bo miałam wrażenie, że ciągle czuję leciutki 

zapach przypalanej skóry.

Na  dworze  było  wilgotno  i  chłodno.  Nos  zrobił  mi  się  lodowaty.  Nie  cierpiałam 

tutejszej ciemności. Odkąd odkryłam miasta, nie opuszczałam ich. Tutaj, dziesięć metrów od 

domu, byliśmy uwięzieni w aksamitnej ciemności, która spowijała nas niczym duszący całun. 

Przysunęłam  się  do  Reyna,  na  pewno  obroni  mnie  przed  trolami,  lądowymi  rekinami  czy 

śmiertelnie niebezpiecznymi przyjaciółmi i innymi niespodziankami, które czyhają nocą. Kiedy 

dotarliśmy  do  stajni,  niemal  wpadłam  do  środka.  Znalazłam  się  w  ciepłym  pomieszczeniu 

pachnącym sianem.

Było ciemnawo  i cicho,  słychać było jedynie rżenie  konia. Znajdowało się  tu dziesięć 

boksów, ale tylko sześć zajmowały konie River. Pielęgnacja koni i sprzątanie stajni należały do 

najmniej lubianych przeze mnie zajęć. Z kilku powodów.

Reyn  przystanął  na  końcu  pomieszczenia.  Drzwi  jednego  z  boksów  były  otwarte. 

Gestem wskazał, żebym weszła do środka. Zawahałam się - czyżby zamierzał pchnąć mnie na 

siano? Miałam sobie za  złe, że na ułamek sekundy ogarnęło mnie intensywne pragnienie, tak 

silne, że poczułam mrowienie w palcach. Nie byłam pewna swojej reakcji.

Nagle usłyszałam cichutkie odgłosy.

Uniosłam jedną brew i wetknęłam głowę za drzwi boksu... Zobaczyłam River siedzącą 

na sianie. Podniosła wzrok i spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i przyłożyła sobie palec do ust.

Molly, jedna z suczek na farmie, leżała zwinięta i popiskiwała cicho. River powiedziała 

coś, żeby ją uspokoić.

Zobaczyłam  jedno,  dwa...  sześć  maleńkich  wijących  się  maleństw  tulących  się  do 

Molly. Szczeniaki. Uklękłam obok River. Nie jestem psiarą. Ani kociarą. W ogóle nie jestem 

wielbicielką  domowych  zwierzaków.  Pochłaniają  czas,  wymagają  uwagi,  a  ja  już 

zapomniałam, jak to jest.

A  jednak  miałam  słabość  do  tłuściutkich  szczeniaków  z  maleńkimi  pyszczkami 

pokrytymi delikatną sierścią, jeszcze ślepych i głuchych.

-  Molly  wspaniale  się  spisała  -  westchnęła  River,  głaszcząc  psa  po  głowie.  Suczka 

zamknęła oczy. Jej wysiłek dobiegł końca.

- Ładne psy - powiedział Reyn. Prawie zapomniałam, że tu jest.

background image

- Tak - przyznała River. - Skojarzyliśmy ją z innym wyżłem niemieckim. Ale... tego nie 

mogę  zrozumieć.  -  Wskazała  najmniejszego  szczeniaka,  który  usiłował  się  wydostać  spod 

większego, bardziej żywotnego brata. River wyjęła go ostrożnie i ułożyła na końcu mlecznego 

baru, gdzie nie groziło mu zgniecenie.

Pięć  szczeniaków  wyglądało  jak  miniaturki  Molly  -  miały  masywne  brązowe  lepki, 

jasnoszare  tułowie  z  ledwie  widocznymi  brunatnymi  plamkami,  które  w  całej  okazałości 

ujawnią się później. Ale jedno małe szczenię wyglądało, jakby było z zupełnie innego miotu. A 

może  nawet  z  innego  gatunku.  Nie  przypominało  tłuściutkiego  i  krępego  rodzeństwa.  Było 

chude i chyba o połowę mniejsze od największego szczeniaka, do tego prawie całe białe, poza 

wielkimi  rudymi  nieregularnymi  plamami,  które  wyglądały  tak,  jakby  ktoś  wylał  na  niego 

kieliszek wina.

-  Najmniejsze  z  miotu  -  zauważył  Reyn.  -  Coś  z  nim  nie  tak?  Ma  rozszczepione 

podniebienie?

-  Nic  nie  widzę  -  zaprzeczyła  River.  -  Biedactwo.  Chyba  nie  dostało  zbyt  wiele 

pokarmu. - Pogłaskała szczeniaka palcem po boku. - Czyż to nie cud? - wymruczała. - To cud 

życia. -  Wyglądała na  rozmarzoną,  przepełnioną nostalgią, co było niespodziewaną odmianą, 

bo zwykle tryskała energią i humorem.

Nagle otrząsnęła się i podniosła się z wdziękiem.

- Dobra robota, Molly - pochwaliła, a suka dwukrotnie machnęła ogonem. - Niedługo 

do ciebie zajrzę. Odpocznij trochę.

Wstałam.  We  troje  poszliśmy  do  domu.  River  została  w  kuchni,  żeby  przygotować 

bulion dla Molly, a Reyn i ja zaczęliśmy wchodzić po schodach.

-  Wilczury  albo  mastiffy  -  odezwał  się  niespodziewanie. -  Głodziłem  je,  żeby zawsze 

były  skore  do  ataku.  Puszczałem  je  pierwsze,  a  potem  wkraczałem  do  akcji  i  kończyłem 

dzieło.

Celowo  mi  o  tym  przypominał.  Wrzałam  ze  złości.  Otworzyłam  usta,  żeby  mu 

dogryźć,  ale  zrezygnowałam.  Dlaczego  o  tym  mówił?  Usiłował  mi  pokazać,  jak  daleko 

zaszedł?

- Brakuje ci tego? -  spytałam. -  Bitwy? Wojny? Podbojów?  - Nie powiedziałam tego 

złośliwie. Pierwszy raz.

background image

Przystanęliśmy przed moimi drzwiami. Kilka przypodłogowych lamp słabo oświetlało 

korytarz. Było cicho, wyczuwało się aurę śpiących ludzi. Przez twarz Reyna, z ostrymi kośćmi 

policzkowymi  i  oczami  w  kształcie  migdałów  koloru  starego  złota,  przebiegł  ledwie 

zauważalny cień emocji. Zastanawiałam się, czy mógłby mnie okłamać.

-  Tak.  -  Odwrócił  wzrok,  jakby  się  zawstydził.  Mówił  tak  cicho,  że  musiałam 

przysunąć się do niego. - Tego mnie nauczono. W tym byłem dobry. - Nie patrzył na mnie.

Nie powinnam być tak surowa.

- Ile czasu minęło? - Chciałam wiedzieć.

Przelotne spojrzenie, spotkanie oczu i równie szybkie odwrócenie wzroku.

-  Odkąd  zrezygnowałem  z  przywództwa  w  moim  klanie,  trzysta  osiem  lat  temu.  Od 

tamtej  pory  nie  brałem  udziału  w  najazdach  i  grabieżach.  A  od  wojny?  Bitwy?  Od  czasu 

drugiej wojny światowej.

Na mojej twarzy musiało odmalować się zaskoczenie, bo Reyn znów odwrócił wzrok, 

a na jego policzkach pojawił się rumieniec.

- Nieważne. Pomyślałem, że chętnie zobaczysz szczeniaki.

-  Czy  wyglądam  na  dziewczynę  lubującą  się  w  szczeniakach?  -  W  ciągu  ostatnich 

miesięcy zmieniłam się tak bardzo, że nie miałam pojęcia, jak teraz widzą mnie inni.

Reyn potarł dłonią jednodniowy zarost.

- Nie - przyznał w końcu. - Nie, nie szczeniaki, nie króliki, nie dzieci. Ale... Wiesz, że 

nie musisz z tego rezygnować.

Dobra, czas się ewakuować. Chwyciłam klamkę, ale powstrzymała mnie mocna, ciepła 

dłoń Reyna.

-  Większość  z  nas  nie  chce  ich  mieć  -  szepnął  w  korytarzu  spowitym  półmrokiem.  - 

Nie  chce  mieć  kochanków,  dzieci,  koni.  Domów.  Bo  tyle  ich  straciliśmy.  Ale  rezygnacja  z 

tego  wszystkiego  oznacza,  że  czas  wygrał,  że  czas  cię  pokonał.  Chyba...  wydaje  mi  się,  że 

jestem gotowy stanąć znów do walki. I zaryzykować.

Reyn  był  skrytym,  małomównym  mężczyzną,  tymczasem  wypowiedział  niemal  cały 

akapit. W dodatku się odkrył. Może coś wypił? Nic nie czułam.

Mój umysł błyskawicznie przetwarzał myśli, analizując na wszystkie sposoby znaczenie 

jego słów. Byłam przerażona, co mogły oznaczać.

background image

-  To  znaczy...  że  chcesz  wziąć  szczeniaka?  -  spytałam  ostrożnie.  Wybrałam 

najbezpieczniejszą interpretację.

Reyn  wyglądał  na  zmęczonego.  Kiedy patrzyłam mu  w  oczy,  czułam  niemal  fizyczny 

ból, ale nie chciałam być tą, która pierwsza odwróci wzrok. Uniósł dłoń, a ja powstrzymałam 

się, żeby się nie skrzywić. Jednym palcem nakreślił linię na mojej twarzy, od skroni po brodę, 

tak samo jak River pogłaskała najmniejszego szczeniaka.

- Dobranoc - powiedział.

background image

Rozdział 3

Ludzie  w  miasteczku  West  Lowing  (pięć  tysięcy  trzydziestu  jeden  mieszkańców)  są 

przekonani, że River's Edge jest małą rodzinną farmą ekologiczną. Co w pewnym sensie jest 

zgodne z prawdą. Z tą tylko różnicą, że wszyscy jesteśmy nieśmiertelnymi, i większość z nas 

stara  się  wyzwolić  z  bezsensownego  życia  mrocznej  nieskończoności  albo  bezkresnego 

mroku, ale nie obnosimy się z tym. Prawdę mówiąc, ukrywamy to. Gdyby ktoś do nas wpadł, 

zobaczyłby normalnie wyglądające osoby pielące ogród, uprawiające polakarmiące kurczaki, 

rąbiące drewno i sprzątające w stajniach.

Jednak nie skupiamy się tylko na zdrowym trybie życia, niektórzy z nas (zwłaszcza ja) 

musieli  dodatkowo  znaleźć  pracę  w  prawdziwym  świecie.  Asher  wytłumaczył  mi  dokładnie, 

jakie  powody  się  za  tym  kryją,  ale  poczułam  w  głowie  pustkę,  kiedy  usłyszałam  kilka 

kluczowych  słów,  takich  jak:  "praca"  i  "minimalna  pensja".  A  gdy  zasugerował  układanie 

książek na półkach w miejscowej bibliotece, rozpłakałam się w głębi duszy.

Ku  zaskoczeniu  współlokatorów  od  prawie  sześciu  tygodni  miałam  pracę  w  aptece 

Maclntyre's przy Main Street w West Lowing. "Śródmiejska" część Main Street składała się z 

czterech  przecznic  i  mieściło  się  na  niej  pięć  porzuconych  sklepów,  zamknięta  stacja 

benzynowa, sklep z paszą, spożywczy, knajpka, sklepik z hot dogami (dosłownie, bo nie było 

w  nim  nic  poza  hot  dogami)  i  restauracja,  w  której  podawano  falafele  i  chińszczyznę.  Taki 

ukłon w stronę kuchni międzynarodowej.

Wystarczającym  nieszczęściem  byłoby  wykładanie  towaru  w  aptece  CVS  na 

Manhattanie.  A  ja  rozkładałam  towar  w  aptece  Maclntyre's  w  cholernym  West  Lowing  w 

Massachusetts. Na domiar złego, moim szefem był złośliwy, zgorzkniały, stary facet. Odnosił 

się do  mnie  z  nienawiścią  i  bez  przerwy  krzyczał na moją  współpracownicę,  która  była jego 

córką. Wolałam nie wyobrażać sobie, jak traktuje ją w domu.

Wszystko  to  stanowiło  część  procesu  mojej  resocjalizacji.  Miałam  nauczyć  się 

pracować i dobrze odnosić się do innych.

Kiedy  weszłam  do  środka  na  minutę  przed  rozpoczęciem  mojej  zmiany,  Meriwether 

Maclntyre już czyściła główną ladę sprejem i ściereczką.

- Macie jeszcze ferie świąteczne? - spytałam, mijając ją, żeby powiesić kurtkę.

background image

-  Tak,  jeszcze  dwa  dni  -  powiedziała.  Meriwether  była  w  ostatniej  klasie  jedynego 

liceum w miasteczku. Była co najmniej dwanaście centymetrów wyższa ode mnie, miała około 

metr siedemdziesiąt i była jedną z najbardziej bezbarwnych osób, jakie w życiu widziałam. Jej 

włosy,  skóra  i  oczy  miały  ten  sam  blady  odcień  spopielonego  brązu,  a  osobowością 

przypominała maltretowanego królika. Winiłam za to jej potwornego ojca.

Stary  Mac,  jak  go  nazywałam,  spojrzał  na  mnie  gniewnie,  kiedy  doskoczyłam  do 

czytnika  i  przyłożyłam  kartę  dosłownie  piętnaście  sekund  przed  czasem.  Posłałam  mu 

beztroski  uśmiech  i  poszłam  na  przód  sklepu,  gdzie  wraz  z  Meriwether  próbowałyśmy 

wciągnąć sldep w XX, jeżeli nie w XXI wiek.

-  Dobra,  mamy  do  rozładowania  kilka  skrzyń  -  powiedziała,  wskazując  niebieskie 

plastikowe  pojemniki  pełne  produktów,  które  należało  wyłożyć  na  półki.  Powoli 

przeorganizowałyśmy sklep, grupując towary w nieco bardziej logiczny sposób niż ten, który 

wymyślił dziadek starego Maca w 1924 roku. Zabawnie było pomyśleć, że gdybym była tu w 

tamtym czasie, zobaczyłabym dziadka starego Maca i jego sklep lśniący nowością.

-  I  spójrz.  -  Meriwether  uklękła  i  pokazała  mi  kilka  nowych  pudeł.  -  Leki 

homeopatyczne. Dręczyłam staruszka, żeby trochę ich zamówił, bo ludzie bez przerwy mnie o 

nie pytali.

Klasnęłam w dłonie i udałam, że mdleję, a Meriwether się uśmiechnęła.

- Jeżeli nie macie nic przeciwko temu, żeby trochę popracować, zamiast bez przerwy 

paplać, to nawet zarobicie na wypłatę! - krzyknął pan Maclntyre z głębi korytarza.

Wzięłam pudełko homeopatycznego żelu echinacea, posłałam mu promienny uśmiech i 

uniosłam  do  góry  kciuk.  Zmrużył  oczy  i  odmaszerował  na  tył  apteki, gdzie  wydawał  leki  na 

receptę.

- Jak ty to robisz? - wyszeptała Meriwether kilka minut później, kiedy przesuwałyśmy 

bandaże, żeby zrobić miejsce na nowy towar.

- Co? - wyszeptałam do niej. - Ej, chyba powinnyśmy to układać alfabetycznie, co?

- Tak - przyznała. - No wiesz, nie wymiękasz, kiedy mój tata na ciebie wrzeszczy.

Cóż,  przez  lata  byłam  zdana  na  łaskę  najeźdźców  z  Północy,  nie  wspominając  o 

dzikich wikingach i Kozakach. Dopóki stary Mac na moich oczach nie rozwala siekierą głowy 

mojemu sąsiadowi, jestem w stanie poradzić sobie z jego wyskokami.

Ale nie mogłam tego powiedzieć.

background image

- Może dlatego, że nie jest moim tatą - szepnęłam. - Zawsze jest gorzej, kiedy to twój 

własny ojciec. -  Straciłam  swojego, kiedy miałam dziesięć  lat,  więc były  to  jedynie  domysły. 

Ale było to bardzo prawdopodobne. - Masz jakieś plany sylwestrowe?

Meriwether  uśmiechnęła  się,  a  ja  zamrugałam,  zaskoczona  tym,  jak  odmieniło  ją  to 

pytanie. Skinęła głową.

- Jest szkolna potańcówka - wymruczała. - I tata pozwolił mi pójść. W końcu. Idę do 

koleżanki i u niej się przebierzemy.

Poczułam się tak, jakby ktoś przejechał paznokciami po tablicy, ale ona wyglądała na 

szczęśliwą, a ja cieszyłam się, że choć na chwilę oderwie się od ojca.

- Nie masz chłopaka? - spytałam.

-  Nikt  się  ze  mną  nie  umówi.  -  Skrzywiła  się.  -  Za  bardzo  boją  się  mojego  taty.  Ale 

mam nadzieję, że będzie tam pewien chłopak, nazywa się Lowell. - Odetchnęła ciężko. -A ty? 

Masz jakieś plany?

-  Nic  wielkiego.  -  Skinęłam  głową.  Tylko  specjalny  krąg  z  bandą  nieśmiertelnych. 

Nuda. - Spotykamy się z kilkorgiem przyjaciół. Postaram się wytrzymać do północy. - Jako że 

ostatnio wstawałam przed świtem, zwykle już spałam o dziesiątej. To było... żenujące. Kiedyś 

zdecydowanie byłam fajniejsza. Ale to znowu wiązało się z poczuciem częściowego obłąkania 

i bezużyteczności. Więc chyba nie tęsknię za tamtą ja.

Wszedł klient, więc Meriwether zostawiła mnie i poszła go obsłużyć. Wróciła po kilku 

minutach, niosąc plakaty reklamujące nasze nowe produkty, które razem zrobiłyśmy. Zupełnie 

nie mam talentu artystycznego, ale Meriwether świetnie się spisała - narysowała małe postaci, 

które  z  uśmiechem  na  twarzy  wybierają  leki  homeopatyczne.  Zostawiłam  to,  co  robiłam,  i 

razem zaczęłyśmy przyczepiać plakaty mocną dwustronną taśmą klejącą.

-  Jaki  jest  twój  tata?  -  spytała  nagle  Meriwether,  kiedy  przytrzymywałam  róg,  żeby 

mogła go podkleić.

Zamrugałam. Nikt nie pytał mnie o to od... wieków. To naprawdę długi czas. Szybko 

wyobraziłam sobie mojego tatę, który był mrocznym, żądnym władzy królem średniowiecznej 

Islandii. Nie miał zbyt wiele wspólnego ze starym Makiem.

- Hm, mój tata nie żyje - wyznałam, a Meriwether się skrzywiła.

- Przepraszam - wyszeptała.

background image

-  Nie  ma  za  co.  Zmarł  dawno  temu.  -  Ha,  ha,  nawet  nie  masz  pojęcia,  jak  dawno. 

Westchnęłam ciężko i pozwoliłam sobie na myślenie o ojcu przez kilka chwil. Zwykle tego nie 

robię.  -  Pamiętam...  że  był  dosyć  nieprzystępny  -  powiedziałam  powoli.  -  Więcej  czasu 

spędzała z nami matka. Chyba był srogi.

-  Podróżował  służbowo?  -  Przycisnęła  pasek  taśmy  i  cofnęła  się,  żeby  podziwiać 

kolorowy  plakat  ze  starannie  wypisanymi  słowami,  tworzącymi  łuk  nad  głowami  chudych 

postaci.

Trudno szabrować, najeżdżać i podbijać wioski z tronu. Mój ojciec nie różnił się wiele 

od  innych  mężów  tamtych  czasów.  W  ciągu  pierwszych  dziesięciu  lat  mojego  życia 

czterokrotnie powiększył terytorium królestwa. Skinęłam głową.

-  Uczył  nas czasami różnych rzeczy - ciągnęłam,  nie wiedząc  za  bardzo,  dlaczego  to 

robię.  -  Był,  hm,  wojskowym.  Chciał,  żebyśmy  byli  odważni  i  twardzi.  Mój  starszy  brat  go 

uwielbiał.  -  Sigmundur  starał  się  naśladować  ojca  we  wszystkim.  Miał  szesnaście  lat,  kiedy 

zginął, ale zdążył nauczyć się władać bronią.

-  Krzyczał?  -  Meriwether  wzięła  ostatni  plakat  i  rozejrzała  się,  szukając  dobrego 

miejsca, żeby go przyczepić. Wskazałam przód kontuaru, a ona przytaknęła. Podeszłyśmy do 

niego i uklękłyśmy, żeby zamocować plakat.

-  Kiedy  krzyczał,  miało  się  wrażenie, że cały...  dom się trzęsie  -  odparłam. -  Ludzie, 

którzy dla niego pracowali, bali się go. - Dopiero teraz sobie to uświadomiłam.

- To jak z moim ojcem. - Meriwether ostrożnie odsłoniła kawałek taśmy i przykleila ją.

- Tak. - W dziwny, zupełnie niewyjaśniony sposób.

- Mój tata jest zawsze gorszy w zimowe ferie - stwierdziła Meriwether. Usłyszałyśmy, 

że  stary  Mac  wychodzi  z  zaplecza  apteki  i  idzie  w  naszą  stronę,  więc  szybko  zamilkłyśmy  i 

rozdzieliłyśmy  się.  Usilnie  próbowałyśmy  skupić  się  na  różnych  czynnościach.  Dopiero  po 

chwili przysunęłyśmy się do siebie, kiedy rozkładałyśmy na półkach pudełka i butelki.

- Mówiłaś, że mniej więcej w tym  czasie twoja mama... - Nie jestem osobą delikatną 

ani wrażliwą i potrafię ranić innych. Ale Meriwether polubiłam, poza tym dość przeszła i bez 

mojego dręczenia.

-  Tak.  -  Meriwether  skupiła  się  na  wyrównaniu  małych  pudełek.  -  Wracaliśmy  ze 

świątecznego przyjęcia, było ślisko. Mojego taty z nami nie było.

background image

-  Jechaliście  jednym  samochodem?  -  O  Jezu,  ja  to  też  przeżyłam.  Właśnie  tak 

poznałam River w 1929 roku we Francji. Ale nie znałam osoby, która zginęła, i jej śmierć nie 

odcisnęła  piętna  w  mojej  świadomości.  Takie  rzeczy  mnie  nie  ruszały,  aż  do  wydarzenia  z 

taksówkarzem,  dwa  miesiące  temu.  W  River's  Edge  uczono  nas,  żeby  we  właściwy  sposób 

odbierać wagę wydarzeń.

Meriwether  skinęła.  Nie  spojrzała  na  mnie.  Nagle  zrozumiałam:  czuła  się  winna,  że 

przeżyła. A ojciec, patrząc na nią, przypominał sobie, że żona i jedyny syn zginęli. A córka nie.

- Bardzo mi przykro - zapewniłam. Te słowa pojawiły się w moich ustach chyba po raz 

drugi  w  życiu.  Ale  naprawdę  było  mi  jej  żal  -  nie  miała  szans,  żeby  wyjść  zwycięsko  z  tej 

sytuacji.

Przypomniałam sobie, jak mieszkałam w małej wiosce pod Neapolem, we Włoszech, w 

latach  pięćdziesiątych  XVI  wieku.  Przetoczyła  się  przez  nią  jedna  z  ostatnich  fal  zarazy, 

zostawiając  stosy  ciał.  Później  przeczytałam,  że  w  tej  epidemii  zginęła  połowa  ludności 

Neapolu. Połowa całego miasta. Połowa.

Moja  mała  wioska  mocno  ucierpiała.  Sąsiedzi,  ich  dzieci,  wszyscy  poumierali,  nawet 

miejscowy  ksiądz.  Ludzie  naprawdę  dobrzy  i  mili,  zmarli  w  ciągu  kilku  dni.  We  wtorek 

sąsiadka pracowała w ogrodzie, a w piątek mijało się jej ciało, leżące na stosie innych ciał na 

ulicy.

Ja  ocalałam.  Tylu  ludzi,  o  wiele  lepszych  ode  mnie,  zmarło,  a  ja  zostałam  sama  na 

mojej drodze do szczęścia, bo miasto popadło w zupełną ruinę. Zawsze uchodziłam z życiem. 

Ciągle, ciągle, ciągle.

Meriwether obok mnie westchnęła i spojrzała do tyłu na aptekę.

- Chodzi o to, że...  to powinnam być ja, wiesz? Tak byłoby o wiele lepiej. -  Wstała i 

wyniosła puste kartony na zewnątrz, do pojemnika na papier.

Siedziałam na piętach, porażona tym wyznaniem. Nie było to nic nowego - widziałam 

to  w  wielu  filmach,  czytałam  o  tym  w  książkach.  Teraz  wiedziałam,  że  Meriwether  tak  się 

czuje naprawdę, w prawdziwym życiu.

A  ja?  Czy  ja  kiedykolwiek  myślałam  o  tym,  że  to  ja  powinnam  zginąć  tamtej  nocy, 

czterysta pięćdziesiąt lat temu? Że może przeżyć powinien mój starszy brat? On by nie uciekł 

jak ja. Może przejąłby rodzinną moc, zgromadził ludzi i ruszył za Reynem i jego ojcem, żeby 

pomścić naszą rodzinę.

background image

Albo któraś z moich sióstr? Starsza, Tina, była bystra i odważna. Kiedy się pojawiała, 

twarz ojca się rozpromieniała. Pamiętam, jak pracowała z mamą w kuchni. Mieliśmy kucharzy 

i służących, ale w każdą Ostarę, czyli Wielkanoc, matka przygotowywała swoją specjalność - 

chleb jajeczny. Razem z Tiną wyrabiały ciasto, śmiejąc się i rozmawiając.

Moja  starsza  siostra,  Eydis,  była  rodzinną  pięknością  i  moim  wiernym  kompanem. 

Miała długie, faliste,  lśniące blond  włosy w  truskawkowym odcieniu, jak słońce, które zerka 

za horyzont. A oczy  błyszczące i  szare.  Mimo że skończyła dopiero jedenaście  lat, słynęła z 

urody. Wszyscy czekali, aż dorośnie i stanie się prawdziwą pięknością. Wiele rzeczy robiłyśmy 

razem, wymyślałyśmy przeróżne zabawy, uczyłyśmy się, spałyśmy w jednym pokoju.

Miałam  jeszcze  młodszego  brata,  Haakona.  Był  chudy  i  blady,  bardzo  delikatny. 

Widziałam, że ojciec przyglądał mu się czasem, zdziwiony, jakby zastanawiał się, jakim cudem 

wziął  się  z  tego  samego  związku,  co  reszta  jego  dzieci.  Ale  Haakon  był  słodki,  nie  był 

skarżypytą  i  wiernie  podążał  za  mną  i  Eydis,  kiedy  chodziłyśmy  z  kijami  na  ramieniu  albo 

ćwiczyłyśmy rzut kamieniem.

Kiedy  najeźdźcy  wyważyli  drzwi  gabinetu  mojego  ojca,  w  którym  się 

zabarykadowaliśmy, w przerażeniu chwyciłam się spódnicy matki. A ona obdarła brata Reyna 

żywcem ze skóry - dosłownie, zdarła z niego całą skórę, obnażając mięśnie, ścięgna i żyły - a 

potem  Sigmundur  odrąbał  mu  głowę,  bo  samo  odarcie  ze  skóry  nie  wystarczyło,  żeby  zabić 

nieśmiertelnego.  Ojciec  Reyna,  słusznie  zwany  Erikiem  Krwawym,  rzucił  się  naprzód  z 

krzykiem,  a  ja  poczułam  gwałtowne  konwulsje  matki,  kiedy  pozbawił  ją  głowy.  Jej  ciało 

poleciało do tyłu, na mnie. Znalazłam się pod szeroką spódnicą jej wełnianej sukni. Po pięciu 

minutach zapanowała zupełna cisza.

Powinnam była zginąć tamtej nocy? Tak. Ojciec Reyna krzyczał, że nikt nie pozostanie 

przy  życiu.  Całe  moje  rodzeństwo  miało  miecze  albo  sztylety  w  rękach  -  choć  byli  dziećmi, 

stanęli  naprzeciw  wroga,  by  walczyć.  Ja  leżałam  tchórzliwie  pod  ciałem  matki.  To  mnie 

ocaliło.

Dlaczego? Pogodziłam się ze zdumiewającą prawdą, że ja żyję, a moja rodzina zginęła. 

Nigdy nie zastanawiałam się, dlaczego tak się stało, ani nad tym, czy musiało się tak stać. Aż 

do dzisiaj.

-  Nie  płacę  ci  za  siedzenie!  -  Krzyk  starego  Maca  przestraszył  mnie  i  sprowadził  z 

powrotem  do  teraźniejszości,  w  której  mój  szef  stał  w  przejściu  z  czerwonymi  ze  złości 

background image

policzkami.  Za  nim  znajdowała  się  Meriwether  z  nieszczęśliwą  miną.  -  Co  to  za  śmieci?  - 

Wskazał z wściekłością nasze plakaty. - Nikt wam nie pozwolił wieszać tu tych bzdur!

Meriwether  się  zaczerwieniła, a stary  Mac  zdarł  nasze  plakaty  i rzucił je na  podłogę. 

Zacisnęłam zęby, żeby nie zacząć wrzeszczeć z wściekłości.

- Tato! - zawołała Meriwether, marszcząc brwi. - My się nad tym napracowałyśmy!

Doskoczył do niej, jakby była zaskrońcem, a on mangustą.

- Nikt was o to nie prosił! Nie potrzebuję tu waszych głupich, paskudnych plakatów!

- Nie są głupie... - zaczęła, a oczy jej zapłonęły.

Stary  Mac  nagle  chwycił  małą  plastikową  fiolkę  z  witaminą  C  i  rzucił  nią.  Wszystko 

działo się bardzo szybko - oczy Meriwether otworzyły się szeroko, głos uwiązł jej w gardle i 

zanim  zorientowałam  się,  co  się  dzieje,  błyskawicznie  uniosłam  dłoń  i  wymamrotałam  coś. 

Fiolka  w  ostatniej  sekundzie  zrobiła  mały  szalony  zygzak  tuż  przed  twarzą  Meriwether. 

Uderzyła  w  ścianę  obok  niej  i  pękła,  po  czym  spadła  na  ziemię.  Wieczko  wyskoczyło,  a 

żelowe kapsułki rozsypały się po całej podłodze.

Staliśmy  nieruchomo  w  przerażającej  ciszy.  Stary  Mac  wyglądał  na  zdumionego, 

bardziej niż zdumionego: wyglądał trochę szaro i przechylał się na bok, niepewnie kiwając się 

na nogach.

- Ja... nie chciałem - powiedział drżącym głosem.

Wtedy mnie olśniło. Szybko, bez zastanowienia posłużyłam się magyią. Jakimś cudem 

z głębin mojej pradawnej podświadomości wydobyłam, Bóg wie jakie, zaklęcie, żeby zmienić 

tor lotu fiolki.

Ale nie byłam wyszkolona w białej magyi. Nie znałam jej zbyt dobrze. Więc to musiała 

być  magyia,  którą  uprawiają  Terava,  czyli  zaczerpnęłam  energii  od  starego  Maca,  żeby  ją 

wykorzystać.

Gdybym  cokolwiek  powiedziała,  na  pewno  pogorszyłabym  sytuację.  Meriwether  i  ja 

patrzyłyśmy,  jak  stary  Mac  kręci  głową,  jakby  z  niedowierzaniem,  że  zrobił  coś  takiego.  W 

końcu odwrócił się dziwacznie i poczłapał z powrotem na tył apteki, przytrzymując się półek 

po drodze, żeby nie stracić równowagi.

Co  ja  zrobiłam?  O  Boże.  Ale  jakie  miałam  wyjście?  Pozwolić,  żeby  fiolka  trafiła  w 

Meriwether? Co prawda była plastikowa i niezbyt duża, ale mogłaby zrobić jej krzywdę.

Meriwether stała w milczeniu, łzy spływały jej po twarzy.

background image

-  On  tak  się  zachowuje?  Rzuca  w  ciebie?  Bije  cię?  -  Bo  jeżeli  tak,  będę  musiała  go 

zabić.

- Nigdy wcześniej niczego takiego nie zrobił. - Meriwether pokręciła głową.

- Wyglądał żałośnie - przyznałam. - Mówiłaś, że jest nieszczęśliwy. Do tego, no wiesz, 

jest  dupkiem.  -  W  głębi  duszy  drżałam  na  myśl  o  szkodach,  jakie  mogłam  wyrządzić 

zaklęciem. - Powiem ci coś - odezwałam się cicho. - Idź do łazienki, obmyj twarz i postaraj się 

wziąć się w garść. Ja to ogarnę. - Wskazałam lśniące żelowe kapsułki koloru miodu, wszędzie 

porozrzucane. - Jeżeli będzie chciał cię zatrzymać, kopnij go w jaja.

To wywołało cień - nie uśmiechu, ale mniejszej żałości - na jej twarzy. Skinęła głową i 

odwróciła się, a po chwili przystanęła i odwróciła się do mnie.

- Jak to zrobiłaś? - Jej głos był przeraźliwie wyraźny i łagodny.

- Co? - Miałam wrażenie, że wnętrzności ściska mi wielka pięść.

- Ruszyłaś dłonią i fiolka  odskoczyła na bok. -  Jej głos był cichy i stanowczy, a oczy 

skupione na moich. - Widziałam. Trafiłaby mnie prosto w pierś. Stałam jak wryta, nie mogłam 

się ruszyć.

Zdobyłam  się  na  nonszalancki  uśmiech  w  rodzaju "oj, co ty".  To uratowało  mi  życie 

setki razy. Ludzie zawsze dawali się oszukać.

- Chciałabym - prychnęłam. Machnęłam teatralnie dłonią. - Tadam! To moja sztuczka! 

- Roześmiałam się lekko.

Meriwether  przyglądała  mi  się  przez  moment,  bez  wątpienia  odtwarzając  w  myślach 

incydent i zastanawiając się, czy drążyć temat i czy rzeczywiście coś widziała. Ja z beztroskim 

wyrazem  twarzy  poszłam  po  miotłę.  Kiedy  wróciłam,  Meriwether  już  nie  było.  Zaczęłam 

zamiatać. 

W środku cała dygotałam, a mój wewnętrzny głos wydawał się tak głośny, że miałam 

wrażenie,  iż  zaraz  wszyscy  go  usłyszą.  Uprawiałam  magyię  poza  posiadłością  River.  Czarną 

magyię.  Bardzo  możliwe,  że  komuś,  jakiemuś  nieśmiertelnemu,  udało  się  wychwycić  jej 

energię i rozpoznać mnie po niej. Komuś takiemu jak Incy.

Usiłowałam oddychać normalnie. Nie, to na pewno niemożliwe, tłumaczyłam sobie. To 

trwało pół sekundy. I była to zupełna błahostka. Taka głupiutka błahostka. Na przyszłość będę 

bardziej ostrożna i nigdy więcej czegoś takiego nie zrobię. Powtarzałam to sobie bez przerwy, 

background image

przez  całą  drogę  do  domu.  Ale nie mogłam  się  powstrzymać,  żeby nie  patrzeć we  wsteczne 

lusterko, jakby śledził mnie sam diabeł.

background image

Rozdział 4

Kiedy  przyjechałam  do  River's  Edge,  była  jesień.  Drzewa  miały  płomienne  kolory  - 

czerwone, złote i pomarańczowe, a świat przygotowywał się do zimy. Teraz, kiedy jechałam 

moim  małym  zdezelowanym  samochodem  po  długim,  niewybrukowanym  podjeździe,  który 

prowadził  do  domu  River,  drzewa  przypominały  nagie,  surowe  szkielety,  z  których  tu  i 

ówdzie  zwisały  pojedyncze  brązowe  liście.  Dwa  miesiące  temu  las  wydawał  się  gęsty  i 

nieprzenikniony, teraz można było zajrzeć dwadzieścia metrów w głąb. Wiosną będzie pięknie.

Wcisnęłam hamulec, nie spuszczając rąk z kierownicy, a samochód potoczył się dalej 

po  podjeździe  wysypanym  szarym  tłuczonym  kamieniem.  Z  zaskoczeniem  uświadomiłam 

sobie, że zamierzałam być tu wiosną. Chciałam tu być, chciałam zobaczyć zmiany. Oczywiście, 

jeżeli moja mała wpadka w mieście nie wywoła efektu motyla i zupełnie nie zniszczy mojego 

życia i życia otaczających mnie ludzi.

No, ale przecież gdybym była Merry Sunshine, nie znalazłabym się w tym miejscu.

Kiedy  pokonałam  ostatni  zakręt,  moim  oczom  ukazał  się  dom  -  duży,  prostokątny, 

biały.  Z  początku  wydawał  mi  się  surowy  i  nieprzystępny,  ale  kiedy  jechałam  podjazdem  i 

parkowałam obok czerwonego pikapa River, czułam łagodne ciepło w piersiach.

Siedziałam w samochodzie  przez minutę, skupiając się na swoich odczuciach, tak jak 

uczył  mnie  Asher.  Czego  tak  bardzo,  bardzo  nienawidziłam.  Posiadam  nadzwyczajne 

zdolności tłumienia wszystkich emocji. Okazuje się, że nawet tłumienie emocji, nie sprawi, że 

się ich  pozbędziemy.  To było jedno z  najbardziej  porażających  odkryć, jakich dokonałam po 

przyjeździe  tutaj.  Wszystkie  te  odczucia  znajdowały  się  we  mnie,  zbite  w  czarną  kulę,  i 

przedzierały  się  do  mojej  psychiki,  doprowadzając  mnie  na  skraj  szaleństwa.  W  ciągu 

ostatnich dwóch miesięcy doświadczyłam ich więcej niż w ciągu stu wcześniejszych lat.

I  chociaż  w  pewnym  sensie  potrafiłam  wbić  sobie  do  głowy,  że  tak  jest  naprawdę 

lepiej,  zdrowiej,  nie  mogłam  się  wyzbyć  głęboko  zakorzenionego  przekonania,  że  w 

rzeczywistości to jest beznadziejne.

Co czułam? Oparłam głowę na kierownicy i zamknęłam oczy. Panikę, oczywiście, jak 

zawsze, kiedy mój umysł uświadamiał sobie, że próbuję się z czymś zmierzyć, zamiast przed 

tym uciekać. O wiele łatwiej było uciekać.

background image

Cieszyłam  się...  chyba  z  tego, że  tu  jestem.  Zwłaszcza  teraz,  kiedy nie było  już Neli, 

która tylko czyhała, żeby wypróbować na mnie  kolejne złe zaklęcie. Cieszyłam się, że wejdę 

do środka i zobaczę wszystkich. Z wyjątkiem Reyna.

Kłamczucha.  Serce  zaczyna  ci  szybciej  bić,  kiedy  go  widzisz,  dłonie  cię  świerzbią, 

wargi...

No  i  właśnie  dlatego  tłumienie  emocji  jest  dla  mnie  zdecydowanie  lepsze.  Kto  nie 

chciałby  tego  uniknąć?  Westchnęłam.  Nagle  ktoś  zastukał  w  szybę  mojego  samochodu, 

napędzając mi nieludzkiego strachu. Nie wyczułam, żeby ktoś się zbliżał.

Odwróciłam  gwałtownie głowę  i go zobaczyłam. Reyna. Złotego wikinga o wzroście 

metr dziewięćdziesiąt, przyczyny wszelkich nieszczęść.

Kiedy  tu  przyjechałam  po  raz  pierwszy,  zaparkowałam  w  tym  samym  miejscu,  tak 

samo  oparłam  głowę,  a  Reyn  zapukał  w  szybę.  Wtedy  pozbawił  mnie  tchu,  taki  był  pewny 

siebie, do tego nieprzyjazny i wspaniały. Teraz robił to znowu.

Ale  ja  nie  byłam  tym  samym  skopanym  bezpańskim  kundlem,  który  doczołgał  się  tu 

resztką sił. Wyjęłam kluczyki ze stacyjki i szybko otworzyłam drzwi samochodu, o mały włos, 

a uderzyłabym go nimi.

- Bardzo lubisz się zakradać - zauważyłam z przekąsem.

-  Sprawdzałem,  czy  przypadkiem  nie  przedawkowałaś  -  powiedział,  naśladując  mój 

ton.

-  Przedawkowałam?  O,  mój  Boże,  to  rzepa  ma  aż  takie  działanie?  -  Otworzyłam 

szeroko oczy. - Od tej pory będę jej unikać.

Dogonił  mnie  i  szedł  ze  mną  do  domu  szybkim  krokiem.  Kiedy  myślałam  w 

samochodzie, słońce zdążyło zajść i nastał zmierzch - magiczna pora pomiędzy dniem a nocą. 

Pora, kiedy ma się wrażenie, że wszystko się może zdarzyć. Wszystko.

- Wracasz  z pracy? -  spytał Reyn.  Cała ta  scena  wydała mi  się  tak absurdalna, że się 

roześmiałam. Zwrócił na mnie smutne, lekko zmrużone oczy.

- Tak witała cię żona, kiedy wracałeś do domu? - Mój głos łamał się na zimnie, a sama 

myśl  o  tym,  że  Reyn  pewnie  miał  wiele  żon,  była  jak  ostry  cios  w  brzuch.  -  Jak  ci  poszło 

plądrowanie? Grabieże? Masz niezłe łupy?

W jednej chwili, ni z tego, ni z owego, Reyn wpadł w szał. Wyczułam, że zachodzi w 

nim  zmiana,  jeszcze  zanim  spojrzałam  na  jego  twarz,  i  dostrzegłam  zacięte  usta  i  ściągnięte 

background image

brwi. W mojej głowie odezwał się alarm i zaczęłam się zastanawiać, czy uda mi się dotrzeć do 

domu przed nim.

Kiedy  wreszcie  się  odezwał,  stało się  jasne,  że całą  siłą  woli  powstrzymuje  się  przed 

tym, żeby mnie nie udusić.

- Przeszłość stanowi jedynie niewielką część tego, kim jestem. - Jego głos był spięty i 

wyważony.  -  Tak  jak  wszystkie  głupie,  egoistyczne,  niszczące  rzeczy,  których  ty  się 

dopuściłaś, są jedynie częścią tego, kim jesteś.

Moją twarz oblał rumieniec.

- Ale twoja przeszłość jest nieporównywalnie gorsza od mojej!

Przystanął, znowu zmagając się, żeby utrzymać nerwy na wodzy.

-  Moja  przeszłość  jest  gorsza  niż  przeszłość  wielu  ludzi  -  przyznał  ponuro,  a  potem 

odwrócił  się  i  znów  na  mnie  spojrzał.  -  A  jak  wygląda  twoja  teraźniejszość?  Jak  rysuje  się 

twoja przyszłość?

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, ruszył szybko naprzód, zostawiając mnie samą.

Kiedy  znalazłam  się  za  wejściowymi  drzwiami,  poczułam  atmosferę  podniecenia  i 

euforii.  Na czas Jul  dom  był  udekorowany  gałęziami  świerka  i  jemioły, ale  zdjęliśmy  je  parę 

dni  temu.  Powiesiłam  puchową  kurtkę  w  korytarzu,  ciesząc  się,  że  Reyna  nie  ma  w  zasięgu 

wzroku. Jak tylko przekroczyłam próg, River wyszła z głównej werandy.

-  Cześć  -  powiedziała  ze  swobodnym  uśmiechem.  Była  jedną  z  niewielu  znanych  mi 

nieśmiertelnych ze srebrnymi włosami. Były lśniące, proste i opadały jej na ramiona, kiedy nie 

były związane.

-  Cześć  -  odpowiedziałam,  siląc  się,  żeby  wyglądać  na  spokojną  i  niewzruszoną.  - 

Szłam właśnie sprawdzić plan obowiązków.

- Nie kłopocz się - dodała. - Dzisiaj nikt nie ma żadnych obowiązków. Za to na górze, 

na łóżku, masz listę rzeczy, które trzeba zrobić przed kolacją. Nie są to obowiązki. Po prostu 

rzeczy, które pomogą ci się przygotować na noworoczny krąg.

-  Och.  -  Do  kręgów  nadal  miałam  podejście  pełne  miłości  i  nienawiści.  -  Czyli...  nie 

będzie fajerwerków? Ani szampana?

River uśmiechnęła się promiennie, a jej jasnobrązowe oczy się rozjaśniły.

- Szampan będzie przy kolacji.

background image

- A sztuczne ognie? - Uwielbiam fajerwerki. Widziałam kilka niesamowitych pokazów 

we  Włoszech  i  w  Chinach,  setki  lat  temu.  Zanim  wprowadzono  te  wszystkie  upierdliwie 

zasady bezpieczeństwa.

- Nie - odpowiedziała River. - Fajerwerków nie będzie. W lesie to niemożliwe, mimo 

że jest mokro od śniegu. Ale zaręczam, że nie będzie wam ich brakowało.

Bo krąg będzie tak ekscytujący?

- Och, to znaczy, że dziś będziemy uczyć się, jak zmieniać postać?

-  Bardzo  śmieszne.  -  Roześmiała  się  i  pchnęła  mnie  w  stronę  schodów.  -  Idź  się 

szykować. Kolacja jest o ósmej. Dziś później.

Nie  będziemy  zmieniać  postaci.  Żartowałam,  ale  kto  wie,  do  czego  są  zdolni 

nieśmiertelni  posiadający  moc?  Weszłam  na  górę  i  udało  mi  się  dotrzeć  do  pokoju,  nie 

wpadając  na  Reyna.  Przekręciłam  zawór  małego  kaloryfera,  żeby  trochę  ogrzać 

pomieszczenie.  Zgodnie  z  obietnicą  na  łóżku  znajdował  się  liścik,  a  obok  niego  szklane 

naczynie z solą i mała muślinowa torebka pachnąca ziołami. Wzięłam karteczkę i rozpoznałam 

piękne, staroświeckie pismo River:

Na nocnej szafce masz kubek herbaty, wypij ją.

Weź kąpiel z ziołową torebką.

Włóż szlafrok, który wisi w twojej szafie.

Usyp krąg z soli i medytuj w nim przez godzinę. Myśl o Nowym Roku.

Otwórz krąg, rozgarnij sól na podłodze, a później dokładnie zmieć i wyrzuć przez okno.

Do zobaczenia na kolacji!

Wzięłam kubek i powąchałam go. Był jeszcze dość ciepły. Pachniał - wiem, że to was 

zaszokuje  -  ziołami.  Między  nami  mówiąc,  byłabym  wniebowzięta,  gdybym  mogła  się  napić 

zwykłego liptona. Jeżeli można mieć dość ziół, a jestem przekonana, że można, to ja byłam na 

najlepszej drodze do tego, żeby zacząć mieć ich dość.

Wypiłam  herbatę.  Nie  była  zbyt  dobra,  odrobina  brandy  bardzo  by  jej  pomogła.  Ale 

jakoś  ją  przełknęłam.  Potem  podeszłam  do  szafy  po  szlafrok.  Krótka  dygresja:  słowo 

"bieliźniarka" jest proste i opisowe - mebel, który służy do przechowywania bielizny. A szafa? 

Miejsce,  w  którym  trzyma  się  swoje  szaty.  Ubrania.  Interesujące,  co?  Przy  mnie  sporo  się 

nauczycie. Nie tylko złych rzeczy.

background image

Szlafrok, którego wcześniej nie widziałam, był z grubego białego lnu, spranego tak, że 

wydawał  się  bardzo  miękki.  Był  prosty,  jak  koszula  nocna,  a  wokół  dekoltu  wyhaftowano 

runy  białą  nitką.  Dostrzegłam  kenaz,  która  oznaczała  objawienie,  wiedzę  i  wizję.  Algiz  - 

odstraszała  zło.  La-guz  -  symbolizowała  wodę?  Dopiero  się  tego  wszystkiego  uczyłam. 

Zgadza się - woda, sny, fantazje, wizje. Berkano była symbolem kobiecej płodności, wzrostu i 

odnowienia.  Świetnie.  Odwróciłam  szlafrok  w  dłoniach  i  zobaczyłam dagaz  -  jutrzenkę  albo 

świt.  Przebudzenie,  świadomość.  W  końcu,  na  karku,  znajdowała  się  othala.  Westchnęłam. 

Othala  oznaczała  dziedzictwo,  dosłownie:  ziemię  albo  posiadłość,  którą  ktoś  odziedziczył, 

prawo pierworództwa.

Posiadłość,  której  byłam  jedyną  dziedziczką,  została  zniszczona,  zrównana  z  ziemią, 

kiedy  miałam  dziesięć  lat.  Widziałam  jej  zgliszcza,  kiedy  skończyłam  szesnaście  lat.  Potem 

nigdy więcej nie mogłam się zmusić, żeby się tam wybrać.

Po  drodze  do  łazienki  minęłam  Anne.  Wychodziła  z  twarzą  rozpaloną  od  pary,  a 

ciemne,  delikatne  i  mokre  włosy  przylegały  jej  do  głowy.  Uśmiechnęła  się,  kiedy  mnie 

zobaczyła i ucałowała mnie w policzki, jakby nie widziała mnie od dawna.

- Uwielbiam sylwestra - oznajmiła. - Cieszę się, że jesteś z nami.

Ciągle  nie  mogłam  się  przyzwyczaić  do  tak  otwartego  wyrażania  uczuć. 

Odpowiedziałam zakłopotana, mamrocząc jak jakiś gbur.

- Dzisiejszy wieczór będzie bardzo ekscytujący - uśmiechnęła się Anne, której nie zbiła 

z tropu moja gburowatość. - Na kolację przyjdź w nowym szlafroku, wszyscy tak zrobią.

- Co będziemy robić w kręgu? - spytałam.

- Noworoczny krąg na ogół ma za zadanie pomóc uporządkować rzeczy z przeszłości 

i dać nam wejrzenie w to, co niesie przyszłość - tłumaczyła Anne. - Ludzie często mają wizje 

wydarzeń, które dopiero nadejdą.

-  Auć  -  powiedziałam.  Sama  prawie  zawsze  miałam  wizje  podczas  magicznych 

kręgów, dość odrażające zresztą.

- Będzie dobrze - obiecała Anne ze śmiechem. - Będziemy wszyscy razem.

Skinęłam głową ponuro i poszłam wziąć rytualną kąpiel.

background image

Rozdział 5

Moja  godzinna  medytacja  po  kąpieli  okazała  się  niepowodzeniem.  Zapowiedź 

wieczornych  wizji  uczyniona  przez  Anne  wystraszyła  mnie,  poza  tym  nadal  byłam 

rozdrażniona  i  porażona  wczorajszym  koszmarem  z  Incym,  dzisiejszymi  rodzinnymi 

wspomnieniami,  incydentem  w  pracy,  o  którym  nie  chciałam  nawet  myśleć  i  całą  historią  z 

Reynem.

Mimo  wszystko  ja  -  posłuszna  Nastasya  -  usypałam  krąg  z  soli,  zapaliłam  świecę  i 

siedziałam  w  nim  tak  długo,  aż  zupełnie  straciłam  czucie  w  tyłku.  W  końcu  westchnęłam, 

zdmuchnęłam świeczkę i rozgarnęłam sól po całej podłodze, zgodnie z poleceniem. Wzięłam 

miotłę z korytarza i pozamiatałam pokój, a później wyrzuciłam wszystko przez okno.

Spojrzałam  na  szlafrok,  leżący  na  moim  łóżku.  Głupio  będę  się  w  nim  czuła.  To  był 

taki...  banał  -  czarownice  w  szlafrokach  tańczące  o  północy  wokół  ogniska.  Może  wymyślę 

coś naprędce. Grypę żołądkową. A może powinnam po prostu pójść do łóżka i przeleżeć całą 

noc. Może powinnam...

Puk, puk.

To była Brynne - wyczułam jej wibrującą energię. 

- Tak? - zawołałam.

Drzwi  się  otworzyły.  Stała  w  nich  Brynne.  Wyglądała  pięknie  w  purpurowym 

szlafroku.  Była  jedyną  czarnoskórą  osobą  w  naszej  grupie,  nie  było  wśród  nas  zbyt  wielkiej 

różnorodności (to znaczy tu, w River's Edge; tak w ogóle nieśmiertelni byli oczywiście bardzo 

różnorodni,  żyli  we  wszystkich  kulturach),  i  mnie  wydawała  się  najbardziej  młodzieżowa. 

Miała  piękne,  łagodne  rysy  twarzy,  była  wiotka  i  szczupła  jak  rzeźba  Constantina 

Brancu§iego. Tylko gładsza. Czułam się przy niej niska, blada i płaska.

Roześmiała się, kiedy zobaczyła mnie siedzącą na łóżku.

- Wiedziałam, że się tu czaisz!

- Co się pod to wkłada? - spytałam, wyciągając szlafrok. -  Myślę o piżamie z długim 

rękawem.

- A po co w ogóle coś pod to zakładać? - Brynne uśmiechnęła się promiennie.

- O, nie! - Moje oczy rozbłysły z przerażenia. - Nie, muszę coś pod tym mieć.

- Bla, bla, bla - zaszczebiotała, krzyżując ramiona.

background image

- Będzie mróz - zauważyłam.

- Nie poczujesz - obiecała.

- Chyba nie chcesz powiedzieć, że mam być pod tym zupełnie naga?

Brynne  cmoknęła  ostentacyjnie  i  wyszła.  Usłyszałam  ostatnie:  "bla",  kiedy  szła 

korytarzem. Zacisnęłam zęby.

Na  kolacji  czułam  się  głupio  i  byłam  zawstydzona  z  powodu  szlafroka,  mimo  że 

wszyscy je włożyli. Były w różnych kolorach - River miała srebrzystoszary jak jej włosy; Anne 

intensywnie  błękitny,  Daisuke  ciemny  jak  węgiel,  Charles  szmaragdowozielony.  Brynne, 

oczywiście, czerwony.

Uniosła  wymownie  brwi,  biorąc  duży  łyk  szampana.  Zganiłam  ją  wzrokiem. 

Rozejrzałam  się  dookoła  i  zorientowałam  się,  że  tylko  ja  jestem  ubrana  na  biało.  I  tylko  ja 

miałam cienką wełnianą apaszkę ciasno owiniętą wokół szyi. Dostrzegłam, że River zerknęła 

na moją apaszkę, ale nic nie powiedziała. Wiedziała, że bez niej nie pójdę.

- Podaj mi ciecierzycę - poprosił Jess. Siedział po mojej prawej stronie. W jego głosie 

słychać było echo jego licznych ekscesów. Nie wiedziałam, czy kiedyś odzyska dawną formę. 

Miał czarny szlafrok. Zastanawiała mnie symbolika kolorów.

-  Wszystkie  dania  są  tradycyjnymi  potrawami  przynoszącymi  szczęście  w  Nowym 

Roku - powiedział Solis. - Jeżeli spróbujecie każdej potrawy, będziecie zdrowi i szczęśliwi w 

nadchodzącym roku.

Byłam  tak  bardzo  przejęta  tym,  że  mam  na  sobie  tylko  szlafrok  i  czuję  się  jak 

halloweenowy  duch,  że  nie  umiałam  się  skupiać  na  tym,  co  mówi.  Pozostali  roześmieli  się  i 

brzęknęli kieliszkami.

Zobaczyłam  mój  kieliszek  szampana  i  chwyciłam  go.  Szampana  powinno  się  sączyć, 

ale nie miałam alkoholu w ustach od prawie dwóch miesięcy, więc wypiłam go duszkiem.

Asher uśmiechnął się promiennie i napełnił mi kieliszek.

- Delektuj się nim - poradził. - Nie spiesz się.

Wzięłam  łyk  jak  dama  i  odstawiłam  kieliszek,  przekonana,  że  jest  to 

osiemnastowieczny  wenecki  kryształ.  Był  cudownie  niedoskonały  i  delikatny  jak  skrzydło 

motyla.

Ktoś otarł się o mnie, przekraczając ławkę, żeby usiąść. Nie musiałam unosić wzroku, 

żeby  wiedzieć,  że  to  Reyn.  Twarz  mi  stężała,  kiedy  kątem  oka  zobaczyłam  jego  szlafrok  w 

background image

kolorze ciemnego bursztynu. Szybko nabrałam duszonych warzyw z największego półmiska i 

wrzuciłam je sobie na talerz.

- Spóźniłeś się - powiedziała River, ale uśmiechnęła się do niego.

-  Przepraszam  -  rzucił  krótko.  Słowo  daję,  ten  facet  byłby  w  stanie  sprzedać  lód 

Eskimosom!

- No, skoro jesteśmy wszyscy, wypowiedzmy postanowienia! - Asher potarł dłonie. - 

Ja, oczywiście, chcę tego, co zwykle.

Już miałam spytać, czym było to, co zwykle, ale odezwała się Anne.

- Zrobić idealny kozi ser?

-  Tak!  To  będzie  ten  rok!  -  Asher  się  rozpromienił,  a  wszyscy  się  roześmieli. 

Wielokrotnie  przechodziłam  obok  okrągłych  dojrzewających  serów  z  koziego  mleka  w 

piwniczce, ale myślałam wtedy tylko o jednym: "o, ludzie, szczęście, że to nie moja działka".

- Kto następny? - River spojrzała na nas wszystkich. Odezwał się Daisuke. Znałam go 

najmniej  ze  wszystkich  uczniów.  Wiedziałam,  że  należy  do  najbardziej  zaawansowanych  i 

często ma indywidualne zajęcia z River. Był miły, ale nieśmiały.

- Ja też życzę sobie tego, co zwykle - szepnął. - Osiągnąć oświecenie, uwolnić się od 

wszelkiej żądzy i stać się jednym z bogiem i boginią.

A  jego  słowom  towarzyszyły  pełne  zrozumienia  uśmiechy  i  skinienia,  mówił  zatem 

całkiem poważnie. Dążył do oświecenia. A ze mnie taki nieudacznik...

Kolejka przesuwała się wokół stołu. Jedne postanowienia były błahe albo śmieszne, na 

przykład  to,  żeby  jeść  mniej  cukru  albo  częściej  głaskać  koty,  a  inne  poważne,  żeby  być 

bardziej  cierpliwym  albo  miłym.  River  postanowiła,  że  będzie  bardziej  wyrozumiała  i 

tolerancyjna,  co,  moim  skromnym  zdaniem,  zabrzmiało  tak,  jakby  woda  oznajmiła,  że  chce 

być bardziej mokra. Nie mieściło mi się w głowie, jak River mogłaby być bardziej wyrozumiała 

czy tolerancyjna.

Łamałam  sobie  głowę,  usiłując  wymyślić  coś,  co  nie  byłoby  bezczelne,  jak 

postanowienie, że będę częściej parować własne skarpetki, ale też nie za bardzo wydumane i 

ambitne, jak to, żeby stać się  kiedyś  naprawdę dobrym  człowiekiem.  Kiedy zbliżała się moja 

kolej, ogarnęła mnie panika. Zastanawiałam się, czy mogę się jakoś wykręcić, ale wiedziałam, 

że  byłabym  jedynym  nieudacznikiem,  który  usiłuje  się  wymigać.  I  byłaby  to  kolejna  rzecz, 

której nie sprostałam, i po co w ogóle się staram, skoro nawet nie mam powodów do życia...

background image

- Nastasyo? - Brązowe oczy River były... owszem, wyrozumiałe i tolerancyjne.

Przełknęłam  szampana,  żeby  zyskać  kilka  sekund  -  byłam  taka  beznadziejna  -  i 

powiedziałam pierwszą rzecz, która przyszła mi do głowy.

- Chcę... być bardziej ufna. - Nie miałam pojęcia, skąd mi się to wzięło. Z sufitu.

Wszystkie  oczy  były  skupione  na  mnie,  a  ja  zawstydzona.  River  wyglądała  na  lekko 

zaskoczoną. Przechyliła głowę na bok i przypatrywała mi się, zaskoczona i skoncentrowana.

- To wspaniałe postanowienie - odezwał się Asher w ciszy.

- Tak - zawtórowała mu Anne. - Cudownie, bardzo dobrze.

Teraz byłam jeszcze bardziej zawstydzona. To postanowienie pojawiło się tak nagle, a 

jednak...  niechętnie  musiałam  przyznać,  że  naprawdę  tego  chciałam.  Nie  ufałam  nikomu, 

nawet samej sobie.

Nie  wierzyłam  własnym  decyzjom,  emocjom,  planom,  etyce  w  pracy,  szczerości, 

nawet  wyglądowi  -  niczemu.  Owszem,  posiadałam  jedną  niepodważalną  zdolność,  której 

mogłam być całkowicie pewna bez względu na wszystko - zdolność schrzanienia wszystkiego. 

Był to niepodważalny fakt.

- A teraz Reyn - powiedziała River.

Proszę,  niech  ktoś  doleje  mi  szampana,  pomyślałam.  Wyczuwałam  napięcie  Reyna 

siedzącego tuż obok mnie, czułam ciepło jego nogi przylegającej do mojej.

Wszyscy  przy  stole  czekali  w  napięciu.  Zastanawiałam  się,  co  Reyn  powiedział  w 

zeszłym roku.

-  Chcę...  spróbować  być  szczęśliwym  -  wyznał.  Cisza.  Wszyscy  wpatrywali  się  w 

niego,  a  ja  wiedziałam,  dlaczego:  nie  był  chłopcem  z  plakatu,  dla  którego  liczy  się  dobra 

zabawa. Nawet teraz, zerkając na niego ukradkiem, widziałam, że spogląda gniewnie na stół, 

zaciskając pięści po obu stronach talerza.

- Doskonale - pochwaliła go River łagodnie. - Dziękuję.

Reyn  rozprostował  jedną  dłoń,  chwycił  widelec  i  zaczął  spokojnie  zjadać  danie  z 

talerza. Nie miałam wątpliwości, że ma dla niego smak trocin.

Wyglądało  na  to,  że  ja  byłam  najbardziej  nieufną  osobą  na  świecie,  a  on  był 

najnieszczęśliwszym facetem na świecie.

Dobrana para.

background image

Rozdział 6

Miałam ochotę iść do łóżka przed dwudziestą pierwszą trzydzieści i odpuścić sobie ten 

cały noworoczny krąg, ale wiedziałam, że okazałabym się jedyną niedojdą, która się wyłamie, 

a  duma  mi  na  to  nie  pozwalała.  W  końcu  nadeszła  dwudziesta  trzecia  trzydzieści  -  czas 

znaleźć się w kręgu.

Spotkałam  Rachel  i  Charlesa  wychodzących  tylnymi  drzwiami  i  dołączyłam  do  nich, 

ciesząc  się,  że  nie  będę  musiała  iść  przez  las  sama.  Kolejny  krąg.  Będę  wymiotować,  jak 

zwykle?  Będę  miała  potworne  wizje,  jak  zwykle?  Czy  doświadczę  tej  wspaniałej  eksplozji 

światła  i  mocy  wewnątrz,  która  sprawi,  że  magyia  wyda  mi  się  warta  zachodu  i  nawet 

potrzebna,  przynajmniej  do  momentu,  kiedy  zacznę  czuć  mdłości?  Osaczała  mnie  ciemność, 

gęsta  i  nieprzenikniona.  Poprawiłam  sobie  apaszkę  na  szyi.  Miałam  nadzieję,  że  nie  będę 

żałować, iż nie zabrałam kurtki.

-  Zastanawiam  się,  czy  tegoroczny  krąg  będzie  tak  udany  jak  ten  w  zeszłym  roku  - 

powiedziała Rachel.

- A czemu zeszłoroczny krąg był tak udany? - spytałam.

- Piekliśmy ciasteczka na ogniu. - Rachel spojrzała na mnie poważnie.

Uśmiechnęłam  się  promiennie,  a  Charles  zachichotał.  Na  twarzy  Rachel  pojawił  się 

cień uśmiechu. Znaleźliśmy się na polanie, na której Solis już rozpalił ognisko.

- Witajcie - powiedziała River, kiedy ściągaliśmy buty. - Witajcie.

Cała  nasza  dwunastka  stanęła  dookoła  ogniska,  wpatrując  się  w  hipnotyzujące 

płomienie,  które  lizały  suche  drewno  i  skradały  się  po  jego  krawędziach  jak  kot,  a potem  je 

pożerały.  Tak  jak  przypuszczałam,  było  potwornie  zimno.  Wyciągnęłam  ręce  w  stronę 

ogniska, ale drżałam z zimna.

W dodatku przypomniała mi się potworna wizja Incy'ego. Świetnie.

- Za chwilę nie będziesz czuć chłodu - powiedziała Anne, powtarzając to, co obiecała 

Brynne.

Skinęłam głową, myśląc, że moje bose stopy z pewnością już zrobiły się sine. Pewnie z 

powodu  odmrożenia  stracę  kilka  palców.  Brakowało  jeszcze  tylko  tego,  żeby  zaczęło  mi 

lecieć z nosa, co dopełniłoby obrazu nędzy i rozpaczy.

background image

-  A  więc  jesteśmy  -  powiedziała  River,  uśmiechając  się  do  nas.  -  Koniec  kolejnego 

roku. Narodziny nowego roku  w naszym  życiu. Jutro czeka  nas nowy  dzień, nowy rozdział, 

nowy  początek.  -  Wydawało  mi  się,  że  patrzy  na  mnie,  ale  migoczący  ogień  zakłócał 

powietrze nad ogniskiem, więc trudno było stwierdzić. - Ten krąg będzie uroczysty - ciągnęła 

River.  -  Każdy  z  nas  będzie  medytował  na  temat  tego,  co  znaczy  dla  niego  nowy  rok.  A 

później, kiedy nabierzemy mocy, każdy z nas uwolni się od tego, czego już nie potrzebuje. 

W  ostatnich  latach  ja  uwolniłam  się  od  strachu  i  potrzeby  kontrolowania  czy 

niepohamowanego pragnienia gorzkiej czekolady.

Uśmiechy.

-  Oczywiście,  każdy  z  was  ma  w  sobie  coś,  czego  nie  potrzebuje,  coś,  co  go 

powstrzymuje. Niektórzy już wiedzą, czego zamierzają się pozbyć, ale nie martwcie się, jeżeli 

nic wam jeszcze nie przyszło do głowy. W odpowiednim czasie będziecie wiedzieć. Jesteście 

gotowi?

Nie. Lepiej byłoby się rozejść i napić gorącej herbaty.

To życzenie noworoczne akurat mi się nie spełniło. Trzymaliśmy się za ręce, zwracając 

kciuki w lewą stronę, żeby dopasowały się, kiedy ściśniemy dłoń sąsiada. Ja stałam pomiędzy 

Rachel i Charlesem. Naprzeciw mnie stała River, a obok niej Jego Wysokość, niesamowity w 

bursztynowym szlafroku, pod którym prawdopodobnie nic nie miał.

- Mówiłaś coś? - Rachel zerknęła na mnie. - Uderzyłaś się w palec?

- Nie. - Muszę nad sobą panować i nie wydawać głupich pisków, pomyślałam.

River  zaczęła  pieśń,  przyzywając  magyię,  żeby  przyszła  i  rozpoczęła  zabawę.  Nie, 

zabawa  nie  była  właściwym  słowem,  biorąc  pod  uwagę  niszczycielską  moc,  jakiej  tyle  razy 

doświadczałam.

Było to raczej zaproszenie... do rozmowy.

Obracaliśmy się dookoła ogniska zgodnie z ruchem wskazówek zegara i przy drugim 

okrążeniu  uświadomiłam  sobie,  że  odzyskałam  czucie  w  stopach,  że  czuję  zimną  ziemię  i 

rozrzucone  liście.  Przy  kolejnym  okrążeniu  nie  było  mi  już  zimno,  a  moje  piersi  rozpalało 

gorąco, które oznaczało, że magyia wzbiera we mnie i dookoła mnie. Zaczęłam śpiewać moją 

pieśń.

Poprosiłam kiedyś Solisa, żeby nauczył mnie bardziej oficjalnej czy tradycyjnej pieśni, 

którą można przyzywać magyię, ale on powiedział, że tego nie można się nauczyć. Pieśń po 

background image

prostu  wydobywa  się  z  człowieka,  niezależnie  od  tego,  z  jakiej  wywodzi  się  kultury  i  jakim 

językiem  się  posługuje. Wcześniej  wystarczyło,  żebym otworzyła usta,  i zaczynałam śpiewać 

starodawne słowa.

Przypuszczałam,  że  słyszałam  je  w  dzieciństwie,  od  rodziców.  Słowa,  które  istniały 

jeszcze  przed  nimi.  To  co  wiedziałam  o  Wielkich  Domach,  pozwalało  mi  przypuszczać,  że 

pojawiły się w najwcześniejszych dniach magyi i nieśmiertelnych, kiedykolwiek to było.

W  każdym  razie  otworzyłam  usta  i  wydobyła  się  z  nich  moja  pieśń,  przywołująca 

magyię,  radośnie,  uwodzicielsko,  przerażająco.  Nasz  krąg  poruszał  się  teraz  szybciej  i  nie 

tylko ja  byłam czerwona na  twarzy. Ogień tańczył  w środku, a jego płomienie wydawały się 

ostrzejsze, bardziej postrzępione, kiedy tak tańczyliśmy.

Dłoń  Rachel  była  ciepła,  dłoń  Charlesa  wydawała  się  silna  i  zaskakująco  stanowcza. 

Rozglądałam  się  po  twarzach  i  widziałam  blask  odbijający  się  na  skórze  zebranych.  Reyna 

zostawiłam  sobie  na  koniec,  odsuwając  chwilę,  kiedy  w  końcu  moje  oczy  na  nim  spoczną. 

Wreszcie spojrzałam - stał pomiędzy River i Daisuke. Był o głowę wyższy niż cała reszta. Na 

jego  ostrych  kościach  policzkowych  i  w  czarujących,  migdałowych  oczach  tańczyły  cienie, 

rzucane przez ogień.

Nagle  spojrzał  na  mnie,  zanim  zdążyłam  odwrócić  wzrok,  i  uwięził  mnie  w  swoim 

spojrzeniu  tak,  że  zaparło  mi  dech  w  piersiach.  Podobnie  jak  wszystkim  innym  szlafrok 

przylegał  mu  do  ciała,  kiedy  wirowaliśmy,  podkreślając  twardą  płaszczyznę  torsu.  Pod 

materiałem miał bliznę, tę, którą ja miałam pod apaszką. Nasze pasujące do siebie blizny. Nie 

identyczne, ale pasujące do siebie, dwie części amuletu mojej matki.

Moja pieśń wirowała w  powietrzu, stawała się coraz bardziej wyraźna i splatała się  z 

pieśniami  pozostałych.  Tworzyliśmy  razem  silny,  gruby  pień  drzewa  o  poskręcanych 

korzeniach, które wydawały się sięgać głęboko w ziemię. To było takie... porywające, piękne, 

to przyzywanie magyi.

Zapomniałam  już,  jak  to  jest.  Chyba  w  ogóle  nie  zaznałam  czegoś  podobnego. 

Drobiazgi, dziecinne zaklęcia, owszem. Ale nie taką więź pomiędzy mną a magyią, obietnice 

składane sobie nawzajem...

Jak obietnice kochanków. Obawiałam się jej mocy i tego, że jest w stanie mnie zranić. 

Ale  ona,  jak  kochanek,  obiecywała  niewyobrażalną  radość,  rozkwit  wewnętrznej  mocy. 

Objawiała mi się, a ja objawiałam się jej.

background image

Nieźle! Słuchajcie! Zaraz zacznę pisać poradnik! Radość z czarów!

Zmusiłam  się,  żeby  znów  skupić  się  na  tym,  co  się  dzieje  wokół  mnie,  a  nie  na 

zdumiewającym cudzie samoświadomości, który dokonywał się we mnie. River uśmiechała się 

szeroko,  śpiewając.  Jej  włosy,  opadające  na  ramiona,  falowały  jak  srebrny  materiał.  Była 

piękna, szczęśliwa i silna. Ja chyba wyglądałam tak, jak kiedyś, raczej dawno temu.

Ale w tej chwili naprawdę czułam się szczęśliwa i silna. Byłam pełna magyi, która mnie 

rozpierała i pewnie idiotycznie się uśmiechałam. Czułam się idealnie - nie było mi ani gorąco 

ani zimno, wypełniało mnie światło i radość. Moje stopy sunęły po ziemi, włosy owiewały mi 

twarz.

Miałam wrażenie, że należę do tych ludzi, jakby wśród nich było moje miejsce.

- Teraz! - powiedziała River, a my wszyscy wyrzuciliśmy ręce w powietrze, jakbyśmy 

dawali  podarunek  wszechświatowi.  Może  faktycznie  tak  było.  Kto  to  może  wiedzieć,  do 

diabła?

Nasz  krąg  powoli  zwolnił,  aż  w  końcu  łagodnie  się  zatrzymał,  znieruchomiał,  jakby 

dotarł  do  celu.  Na  twarzach  moich  towarzyszy  gościły  uśmiechy,  wyraz  zachwytu,  a  nawet 

zdumienia.  Biło  od  nich  piękno  magyi.  Czułam,  że  za  chwilę  uniosę  się  nad  ziemią, 

przytrzymywał mnie jedynie ciężar mojego lnianego szlafroka.

Magyia  buzowała  i  skwierczała  w  powietrzu.  Ogarniało  mnie  upojne  uczucie 

błogostanu, pewność, że wszystko na świecie ma swoje miejsce. Teraz nie byłabym w stanie 

zrobić niczego złego, i ta pewność, że będzie dobrze.

River  klasnęła  w  dłonie,  chuchnęła  w  nie  i  przysunęła  do  ogniska.  Płomienie 

podskoczyły,  jakby  w  odpowiedzi.  Kobieta  uwolniła  się  od  tego,  czego  nie  potrzebowała,  a 

ogień to pochłonął. Asher wykonał te same ruchy. Zafascynowana przyglądałam się, jak ogień 

przechwytuje  z  powietrza  życzenia.  Mówcie  co  chcecie,  czary  mary,  ale  było  to  po  prostu 

niesamowite.

I tak toczyło się to po kolei: Anne, Lorenz, Brynne, Jess, Rachel... każdy wyrzekał się 

czegoś, oddając to płomieniom.

W końcu nadeszła moja kolej. Wiedziałam, czego chcę się pozbyć, problem tkwił tylko 

w tym, że tego było zbyt wiele i to jedno ognisko na pewno nie poradziłoby sobie. Głupota, 

egoizm, gnuśność, lenistwo - zaraz, zaraz, czy gnuśności przypadkiem nie można podciągnąć 

pod lenistwo? Niedojrzałość, egoizm już wymieniałam, prawda?

background image

Rachel lekko trąciła mnie łokciem w żebra, a ja uniosłam wzrok i zorientowałam się, 

że  wszyscy  czekają.  Przełknęłam  ślinę,  cały  czas  otulona  niebiańską  otoczką  światła  i  mocy. 

Szybko klasnęłam w dłonie i wyszeptałam w nie pierwsze słowa, które przyszły mi do głowy. 

Wyrzekam  się  ciemności.  Rozpostarłam  dłonie  nad  ogniskiem,  a  ono  niemal 

eksplodowało,  potrajając  swój  rozmiar  tak,  że  musiałam  się  cofnąć.  Płomienie  mnie 

zahipnotyzowały, wciągnęły. Czułam ich ciepło, nie mogłam oderwać od nich oczu.

Wyrzekam  się  ciemności.  W  tym chyba  zawierało  się  wszystko.  Pozbyłam  się  całego 

mojego starego życia jak jaszczurka skóry, moich starych przyjaciół, dawnej siebie. Wszystko 

było nowe. To był nowy rok, nowy początek, a ja miałam go zacząć z czystą kartą, otworzyć 

się na możliwość czynienia dobra.

W  moim  umyśle  pojawiło  się  wspomnienie,  które  zaczęło  się  unosić  przed  moimi 

oczami, przybierając kształt w ogniu. To byłam ja, Incy, Boz i Katy. Po chwili ogień zniknął, 

pozostawiając wyraźny obraz.

Byliśmy  we  Francji  w  czasie  II  wojny  światowej.  Próbowaliśmy  przekroczyć  granicę 

szwajcarską  z  fałszywymi  dokumentami,  ale  z  powodu  strasznej  biurokracji  utknęliśmy  i 

musieliśmy czekać na wyrobienie nowych papierów.

Cała nasza  czwórka  zmierzała do  baru  prowadzonego  przez  nieśmiertelnego, który z 

niewyjaśnionych przyczyn postanowił osiąść we Francji. My, oczywiście, cieszyliśmy się, że tu

został. Jego bar był ukryty - droga do niego była ekscytująca i ryzykowna - trzeba było zejść 

stromymi schodami w ciemności, praktycznie czołgać się przez zbombardowane piwnice, a na

jednym  krótkim  odcinku  przeciskać  się  przez  wąski,  nierówny  korytarz  biegnący  pod  zabitą

deskami katedrą.

Kiedy  szliśmy  ulicą,  starając  się  uniknąć  zatrzymania  przez  niemiecki  patrol, 

dostrzegliśmy  ciężarówkę  Czerwonego  Krzyża  zaparkowaną  przy  krawężniku  przed  une 

poste  -  pocztą.  Byliśmy  roześmiani,  dobrze  ubrani,  cieszyliśmy  się  na  myśl  o  wieczorze  i 

mieliśmy  nadzieję,  że  następnego  dnia  dostaniemy  papiery  i  będziemy  mogli  uciec  z  tego 

zrujnowanego, przygnębiającego miasta.

Kierowca  był  na  poczcie,  drzwi  były  otwarte.  Usłyszeliśmy,  że  pyta  po  francusku  z 

wyraźnym  amerykańskim  akcentem,  gdzie  znajduje  się  sierociniec.  Ekspedientka  zaczęła 

tłumaczyć - szybko, gestykulując. Widać było wyraźnie, że kierowca nic z tego nie rozumie. 

Pokazał, żeby narysować mapę, a ekspedientka skinęła głową i pobiegła, żeby wyjąć kawałek 

kartki podobnej do chusteczki higienicznej, bo tylko coś takiego można było zdobyć.

background image

- Ej! - powiedział Boz i zwolnił.

- Co? - spytałam.

- Ciężarówka Czerwonego Krzyża, jedzie do sierocińca. - Ściszył głos i wciągnął nas 

w boczną uliczkę.

- No i? - zdziwił się Incy, którego ciemne oczy nagle rozbłysły. -  Wiezie dary. Może 

jedzenie. 

Kiedy dźwigaliśmy drewniane skrzynie do domu Felipe, powitano nas jak bohaterów. 

Wszyscy  oglądali  niewiarygodne  trofea  -  tabliczki  czekolady,  mydło,  prawdziwe  jajka,  na 

widok których  rozległ  się ogólny  pisk, i prawdziwe  pomarańcze. Nikt z nas  nie widział tych 

rzeczy od miesięcy.

Wspaniałomyślnie  podzieliliśmy  się  ze  wszystkimi,  rozdając  tabliczki  czekolady, 

jakbyśmy  mieli  ją  na  co  dzień,  beztrosko  oddając  jajka  żonie  Felipe,  która  obchodziła  się  z 

nimi jak z prawdziwym złotem.

Pamiętam rozkoszny, cierpki zapach pomarańczy, kiedy zanurzałam moje pomalowane 

na czerwono  paznokcie w  skórce i  powoli zaczęłam  ją zdzierać. Sok trysnął mi  na policzek. 

Roześmiałam  się,  a  Boz  go  zlizał.  Wycisnęłam  trochę  soku  do  paskudnej,  rozcieńczonej 

whisky, która  była  specjalnością  Felipe,  a później  rozerwałam  pomarańczę  i  wgryzłam  się  w 

miąższ. Nic nigdy nie smakowało tak wyśmienicie, ani wcześniej, ani później.

To była wspaniała historia, jedna z tych, które lubiliśmy wspominać najbardziej. Długo 

gratulowaliśmy sobie mistrzowskiego wyczynu.

Teraz,  w  ognisku,  zobaczyłam  to,  czego  nie  widziałam  wcześniej,  o  czym  nie 

myślałam:  o  sierotach  słyszących  nadjeżdżającą  ciężarówkę,  wyglądających  przez  okna, 

niektóre 

powybijane 

zabite 

deskami. 

krzątających 

się 

zakonnicach, 

które pozwoliły im wybiec i zobaczyć le militaire.

Były  to  dzieci, których rodzice  zginęli  podczas  jednego  z  setek  nalotów  bombowych 

niemieckich  samolotów,  jakich  doświadczyła  Francja.  Pewnie  podbiegły  do  ciężarówki  i 

obskoczyły kierowcę. Cieszyły się na widok wielkiego czerwonego krzyża namalowanego na 

samochodzie. Mężczyzna przeszedł na tył auta. Czuł się jak Święty Mikołaj. Widział podarte 

swetry,  chude  nóżki  wystające  spod  za  krótkich  spodni.  A  kiedy  podniósł  oliwkowe  płótno, 

zobaczył... pustkę. Pustą ciężarówkę.

background image

Dzieci musiały być rozczarowane. Przybite. O wiele lepiej byłoby, gdyby ciężarówka w 

ogóle nie przyjechała - przynajmniej nie miałyby nadziei. Ale ciężarówka przyjechała, nadzieja 

rozpaliła się w nich jak przede mną ognisko, a potem została brutalnie rozwiana.

Przez nas. Przeze mnie. Przez moją ciemność.

Ciemności, opuść mnie, błagałam w milczeniu. Ciemności, opuść mnie.

Usłyszałam kaszel i zamrugałam, wracając do rzeczywistości, do "tu i teraz".

- Do licha, czego się wyrzekłaś? - wymruczała Rachel.

- Charles? - powiedziała River i krąg toczył się dalej, jakby nigdy nic. 

Cofnęłam się o krok, drżałam, i objęłam się rękami. Stałam tam chwilę, a może dłużej? 

I  ile  mam  podobnych  wspomnień?  Rzeczy,  które  kiedyś  wydawały  się  wspaniałe,  cudowne, 

zabawne, a teraz patrzyłam na nie z rozczarowaniem, albo wręcz odrazą. Wiele. Zbyt wiele.

Coś ostrego i gorzkiego urosło mi w gardle. Przyłożyłam sobie dłoń do ust i z trudem 

przełknęłam ślinę.

Charles obok mnie chuchnął w dłonie, a ogień ledwie się uniósł, jakby po tym, co wziął 

ode mnie, uznał to za bułkę z masłem.

Twarz  miałam  rozpaloną  i  zaczęłam  się  pocić.  Wyczuwałam  spojrzenia  innych. 

Skupiłam  się  na  punkcie  tuż  przy  podstawie  ogniska  i  nie  podnosiłam  wzroku.  Po Charlesie 

był Solis, a ognisko wykrzesało z siebie trochę energii, żeby pochłonąć to, czego się pozbył. 

Po  Solisie  -  Daisuke,  a  potem  Reyn.  Zerknęłam  na  ognisko,  kiedy  nadeszła  jego  kolej; 

płomienie  podskoczyły  na  średnią  wysokość.  Czego  się  wyrzekł?  Tęsknoty  za  podbojami? 

Pragnienia grabienia wiosek? Pożądania mnie?

I znaleźliśmy się znów przy River, która sprawiała wrażenie czujnej i trzeźwej.

- Wszystkim nieźle poszło. Cudowny krąg. Rozwiążmy go. 

Znów  chwyciliśmy  się  za  ręce.  Było  to  dość  krępujące,  bo  dłonie  miałam  lepiące  i 

Rachel i Charles na pewno to czuli. Cała nasza dwunastka po prostu uniosła dłonie ku niebu i 

wypowiedziała pożegnanie.

Czułam, jak magyia znika, blaknie; czułam, jak zaczyna się rozpraszać i znikać wśród 

drzew,  na  niebie  i  na  ziemi.  Nieopisane  wrażenie  mocy  i  siły  także  zelżało,  a  ja  poczułam 

panikę, bojąc się, że bez niego będę ograniczona, normalna.

Czyjaś ręka objęła mnie delikatnie.

- Wszystko w porządku? - spytała River.

background image

Szybko  sprawdziłam,  czy  nie  mam  objawów  nadciągających  wymiotów,  po  czym 

skinęłam głową.

- Chyba nie będę rzygać.

-  Nie,  pytam  o  emocje  -  wyjaśniła. -  To  był ważny krąg,  wzbudziłaś  niezły  potencjał 

bardzo silnej magyi. Czułaś to? - Pochyliła głowę ku mojej, kiedy inni zaczęli szukać butów i 

kierować się w stronę domu, gawędząc i śmiejąc się.

- Czułam magyię nas wszystkich, splecioną razem - wyznałam, a River zamyśliła się.

- Twoja była wyjątkowo silna. Jak się teraz czujesz?

- Hm, dobrze. - Znalazłam buty i wsunęłam w nie bose stopy. Znów zaczynałam drżeć 

pod wpływem nocnego chłodu.

River  zawahała  się,  jakby  chciała  powiedzieć  coś  jeszcze.  Miałam  nadzieję,  że  nie 

będzie  zadawać  więcej  pytań  o  to,  czego  się  pozbyłam  -  nie  byłam  pewna,  czy  zrobiłam 

właściwą  rzecz,  wypowiedziałam  właściwe  słowa.  Czy  można  wyrzec  się  ciemności?  Może 

powinnam poprzestać na egoizmie?

- Dobrze - westchnęła w końcu. - Porozmawiamy o tym później. Wracajmy do domu. 

Czekają na nas rozmaite frykasy.

-  Dobrze.  -  Zrobiłam  przedstawienie,  powoli  zawiązywałam  sznurowadła,  a  ona 

ruszyła przodem. Nie chciałam o tym rozmawiać, ani o niczym innym. Ani o tym, od czego się 

uwolniłam, ani o tym, co widziałam, ani o potwornym, stłamszonym wspomnieniu pozornego 

szczęścia.

Wstałam  i  zorientowałam  się,  że  wszyscy  już  poszli,  a  ja  zostałam  sama.  Jak  palec. 

Mróz był tylko kropką nad "i". Zacisnęłam zęby.

Zahuczała  sowa,  oczywiście,  przyprawiając  mnie  o  dreszcz,  który  przepłynął  po 

kręgosłupie,  i  tak  już  przemarzniętym.  Usłyszałam  trzask  wysuszonych  zimą  gałęzi  pod  nie 

moimi stopami.

Czyżby... ktoś się śmiał?

O  Boże.  Przysięgam,  że  gdyby  wyskoczył  przede  mną  klaun,  obdarłabym  go  ze 

skóry...

Zza drzewa wyszedł Reyn, a ja mało nie wrzasnęłam.

- Cholera! Musisz się przyczajać? To cię rajcuje?

background image

-  Nie  czaiłem  się  -  syknął  z  poirytowaną  miną.  -  Czekałem  na  ciebie.  Wiem,  że  nie 

lubisz być sama w nocy poza domem. Myślałem, że mnie słyszysz, że wiesz, że tu jestem.

Szczęka opadła mi z zaskoczenia.

-  Wydawało  mi  się,  że  rozmawiacie  z  River  o  prywatnych  sprawach,  więc  czekałem 

tutaj.

Teraz  czułam  się  okropnie  przez  to, że  go  tak  oskarżyłam.  A  on tylko  martwił  się  o 

mnie. I był miły. Jego oczy wydawały się brązowe w przytłumionym świetle, cienie tańczyły na 

jego policzkach i szczęce. Nagle jego twarz się rozjaśniła, spojrzał na mnie z miną, której nie 

rozpoznałam.

- Czy ty naprawdę myślisz... - zaczął łagodnie - ... że po tym, co się nam przydarzyło, 

mógłbym na ciebie napaść? - Skrzyżował ręce na piersiach.

Nabrałam powietrza w płuca i położyłam dłoń na sercu.

- Ja nie myślałam - powiedziałam sztywno. - Byłam przestraszona. Skąd wiesz, że nie 

lubię być sama w nocy poza domem?

-  Zawsze,  kiedy  widzę  cię  w  nocy  na  dworze,  jesteś  spięta  bardziej  niż  cięciwa  - 

szepnął, a ja przysunęłam się do niego, żeby lepiej słyszeć. - Nienawidzisz tego. Nienawidzisz 

na tyle,  że trzymasz  się blisko mnie,  kiedy idziemy. -  Jego głos był  ciepły i  aksamitny, jakby 

chciał odstraszyć zimną noc.

- Czekałeś na mnie? - Powoli to do mnie docierało.

- Tak. Możemy iść? - Wskazał dom.

Skinęłam  głową,  oszołomiona  wdzięcznością  i  jego  wyglądem,  kiedy  tak  stał  między 

drzewami, wśród miękkich płatków śniegu padających na nas bezszelestnie.

Przechylił głowę.

- Twoje  włosy...  wyglądają,  jakby były  uplecione  z  księżycowego  blasku. -  Odwrócił 

wzrok  i  zaśmiał  się  sztucznie.  Chyba  chciał  zatuszować  słowa,  które  mu  się  nieopatrznie 

wymknęły.

Zamrugałam.  Wojownik,  a  do  tego  poeta.  Wtedy  on  odwrócił  się  z  poważną  miną  i 

powoli  pochylił  się  do  mnie.  Jęknęłam.  Poczułam  pustkę  w  głowie,  kiedy  rzuciliśmy  się  na 

siebie, a moje dłonie przesunęły się w górę po miękkiej tkaninie jego rękawów, która nie była 

w stanie ukryć twardych mięśni.

background image

-  Reyn  -  wyszeptałam.  Nagle  jego  usta  przywarły  delikatnie  do  moich.  Oczy  miał 

otwarte, jakby chciał zobaczyć, czy go nie odepchnę. Zacisnęłam powieki i oparłam się o jego 

tors, twardy jak dąb.

To był Reyn. Całował się ze mną w nowy, wyjątkowy sposób, chociaż przez czterysta 

pięćdziesiąt  lat  poznałam  chyba  wszystkie  rodzaje  pocałunków.  Przyciągnął  mnie  bliżej  do 

siebie,  trzymał  dłonie  na  moich  plecach,  a  mnie  ogarnęło  podniecenie  na  myśl,  że  pomiędzy 

naszymi  ciałami  nie  ma  nic  poza  tymi  cholernymi  szlafrokami,  które,  co  od  początku 

wiedziałam, były kompletnie poronionym pomysłem.

Najeźdźca  Zimy  ze  skupieniem  pogłębił  pocałunek,  przyprawiając  mnie  o  zawroty 

głowy. Pachniał dymem, mydłem i jakąś niezwykłą, orientalną przyprawą, która kojarzyła mi 

się tylko z nim. Nie byłam świadoma tego, że popycha mnie do tyłu, ale nagle poczułam zimną 

skałę wystającą z ziemi. Znalazłam się między młotem a kowadłem.

To było...  takie miłe. Zadziwiająco miłe, milsze niż cokolwiek, co mogłam przywołać 

w pamięci, chociaż  byłam przemarznięta  i  niepewna  tego, co stało  się  podczas  kręgu.  Kiedy 

byłam  z  nim  tak  połączona,  czułam  się  bezpieczna.  Nic  nie  mogło  mnie  dosięgnąć.  Nic  nie 

mogło mnie zranić.

Oprócz  niego.  Ale  zanim  zdałam  sobie  z  tego  sprawę,  uświadomiłam  sobie,  że 

zanurzyłam dłoń w jego włosach, a nogą oplotłam jego udo.

Poddałam się, pozwalając, żeby rozkosz mnie pochłonęła, aż po sam czubek głowy.

Przywarłam do niego jeszcze bardziej, jakbym chciała się z nim stopić. Wsunęłam rękę 

za dekolt jego szlafroka i poczułam rozpaloną gładką skórę, mocny obojczyk, gładkie mięśnie 

jego ramienia.

Był duży i silny, twardy i doskonały. Czułam, że ciężko oddycha i byłam zadowolona - 

to  przeze  mnie.  Chciałam  po  prostu...  żeby  czas  się  zatrzymał,  w  tej  chwili.  Chciałam  się 

poddać, oddać, zapomnieć o wszystkim oprócz Reyna.

Oczywiście,  że  kusiło  mnie,  żeby  po  prostu  to  zrobić.  Z  chęcią  zaniechałabym  tego 

głupiego  zmagania  się  ze  sobą,  żeby  stać  się  Tahti.  O  wiele  prościej  byłoby  zwyczajnie... 

oddać się przyjemności. Wypełnić zmysły Reynem, pozwolić mu znaleźć się w moim umyśle, 

sercu, ciele.

background image

Ale - czy nie stałabym się przez to jeszcze większą ofiarą od tej, którą byłam, kiedy tu 

przyjechałam? Wkurzało mnie to potwornie, ale prawda wyglądała tak, że miałam przed sobą 

cel.

Gdybym  zatraciła  się  w  tych  wszystkich  cudownych,  płomiennych,  hipnotyzujących 

emocjach,  stworzyłabym  kolejną  kryjówkę  w  swoim  umyśle,  w  której  Lilja  -  pod  takim 

imieniem się urodziłam - skryłaby się przed światem.

Reyn  uniósł  głowę  i  spojrzał  na  mnie.  Oboje  dyszeliśmy,  wypuszczając  kłęby  pary  w 

mroźnym powietrzu. Moje ręce były zimne i sztywne.

-  Gdzie  jesteś?  -  Jego  głos  był  niemal  szeptem.  Wydawało  mi  się,  że  słyszę  ledwie 

zauważalny  akcent  jego  ojczystego  języka  -  jakiejś  mongolsko-skandynawskiej  mieszanki. 

Cofnął się, nie przestając mnie obejmować. - Nie mogę tego zrobić. - Wiedziałam, że właśnie 

to zrobiłam i wściekałam się za to na siebie.

Lekko zmrużył oczy.

-  Nie  wiem,  dlaczego  to  robimy  -  wydusiłam  z  siebie,  chociaż  towarzyszyło  mi 

poczucie  straty  podobne  do  tego,  jakie  odczuwałam,  kiedy  po  skończonym  kręgu  opuściła 

mnie  magyia.  -  Nie  wiem,  czemu...  -  Pokręciłam  głową.  Czułam  się  zmęczona  do  granic 

wytrzymałości, zdezorientowana i smutna, ale z niewiadomego powodu - zwycięska.

-  Ciągnie  nas  do  siebie.  -  Jego  słowa  ginęły  w  nocnej  ciszy,  niemal  niezauważone.  - 

Łączy nas przeszłość.

- Potworna, katastrofalna przeszłość. - Cóż, ktoś musiał to powiedzieć.

- Może to jedyny sposób na to, żeby ją naprawić. - Jego pierś unosiła się i opadała, ale 

dzięki wieloletniemu treningowi wojownika nie wydawał przy tym żadnego dźwięku.

- Nie wiem. - Nie cierpiałam być tak niezdecydowana. Wolałam być zgryźliwa, nawet 

nieprzyjemna. Prawie zawsze wiem, na czym stoję, z radością wyrażam opinię na każdy temat. 

Ale tej nocy nie mogłam zdobyć się na logiczne myślenie.

- Czujesz... coś do mnie. - Mówił cicho, ale pewnym głosem.

Oj, tak, owszem. Pożądanie. Tęsknotę.

- Przerażenie? Ból?

Czułam, że mięśnie mu sztywnieją, chociaż już go nie dotykałam.

background image

- Przebywanie u River ma na celu to, żeby... być sobą - odparł, a każde słowo brzmiało 

tak, jakby wydobywało się z niego wbrew jego woli. - Tym, kim się jest naprawdę. I sprawić 

jakoś, żeby to się udało.

Moje  ciało,  które  zaledwie  kilka  chwil  temu  rwało  się  do  niego  i  ponaglało  mnie, 

żebym  poznała  go  bliżej,  teraz  zaczęło  się  wycofywać  w  panice.  Opuściła  mnie  fascynacja 

Reynem, tak jak magyia niecałe dziesięć minut temu. Adrenalina i podniecenie wyparowały, a 

ja znów drżałam z zimna.

Skrzyżowałam ręce na piersiach.

- Dobra, doktor Lauro

1

 - powiedziałam.

- Nie ma sensu się okłamywać. - Jego słowa zabrzmiały stanowczo.

- Naprawdę? Niezła rada. - Zdobyłam się na surową minę.

Miałam jednak do czynienia z mężczyzną, który wytrzymywał całe tygodnie, a nawet 

miesiące zimowych oblężeń, czekając, aż zabarykadowani wieśniacy nękani głodem poddadzą 

się, więc moje kruche barykady nie stanowiły dla niego zbyt wielkiego wyzwania.

-  Jeżeli  nie  jesteś  w  stanie  zmierzyć  się  ze  swoimi  uczuciami,  wszystkimi,  nigdy  nie 

staniesz się na tyle silna, żeby uwolnić się od przeszłości.

Jego słowa zbiły mnie z tropu, podobnie jak jego postać na tle czarnych drzew, biały 

śnieg pod  naszymi  stopami, blask księżyca  oświetlający pasami  jego  twarz  i  włosy,  przez co 

wyglądał jak egzotyczny tygrys.

- Oj, ty coś o tym wiesz. - Teraz czułam się głupio, bezbronnie i nie byłam sobą.

Czułam, że muszę uciec od tych wszystkich uczuć. Przecisnęłam się obok niego, a on 

wyswobodził mnie  z objęć. Ruszyłam w stronę  domu, szybkim krokiem sunąc  po śniegu, po 

śladach, które utworzyły ścieżkę. Nie wiedziałam, czy Reyn idzie za mną, a minutę czy dwie 

później  prawie  wbiegałam  po  kuchennych  schodach,  rozpaczliwie  spragniona  światła  i 

śmiechu, które czekały w środku.

1

  Laura  Schlessinger,  amerykańska  psycholog,  terapeutka,  udzielająca  porad  w  audycjach  radiowych,  propagująca 

konserwatywne wartości.

background image

Rozdział 7

Moje  wspomnienia  pierwszego  stycznia  zwykle  wiązały  się  z  kacem,  rewolucjami 

żołądkowymi,  często  też  byłam  zaskoczona  miejscem,  w  którym  się  budziłam.  ("Nie,  panie 

władzo,  nie mam pojęcia,  dlaczego  mam  na sobie kostium  oposa.  Jak pana  nazwałam?  Och. 

Nieźle".) Ogarniał mnie wtedy strach, że nigdy się to nie skończy, ale tylko do czasu, aż ktoś 

zadzwonił albo wytoczył się spod kanapy, proponując Krwawą Mary, i wszystko zaczynało się 

od nowa.

W tym roku było inaczej. Obudziłam się bez kaca, u siebie, podekscytowana na myśl o 

całym roku nowych możliwości. Na Islandii w sylwestra zawsze rozpalaliśmy wielkie ogniska,

wypowiadaliśmy życzenia i wznosiliśmy toasty za Nowy Rok. To samo zrobiłam zeszłej nocy.

Byłam... podniecona. A nawet pełna nadziei, chociaż nie chciałam się do tego przyznać, żeby 

nie zapeszyć. Kiedy leżałam w wannie  w łazience, analizowałam  swoje postępy. Na palcach, 

które od gorącej wody zrobiły się różowe, odliczałam w milczeniu rzeczy, które szły mi coraz 

lepiej.  Wprawdzie  nie  byłam  w  porządku  wobec  moich  nowych  przyjaciół,  nadal 

potrzebowałam  wsparcia  i  potwierdzenia.  Czekała  mnie  długa,  wyboista  droga  pod  górę, 

którą musiałam pokonać.

Ale  byłam  na  to  gotowa.  A  ten  rok  miał  przynieść  dalsze  postępy.  Naprawdę.  Na 

pewno. Zanurzyłam się pod wodę i opłukałam ciało, wyobrażając sobie, że zmywam z siebie 

przeszłość.

Czyszczenie  uprzęży  znajdowało  się  na  początku  listy  rzeczy  nielubianych,  zaraz  po 

pinakoladzie i spacerach w deszczu. Stałam przed kilkoma uprzężami, dwoma siodłami i parą 

popręgów i mogłam jedynie dziękować, że część osprzętu była z pasków parcianych, których 

nie trzeba było konserwować.

-  Cześć,  cara  -  wymruczał  Lorenz,  kiedy  mijałam  go,  wchodząc  do  magazynu  z 

uprzężami.  Wraz  z  Charlesem  zamiatali  główne  przejście  w  stajni.  Powietrze  było  gęste  od 

wzbijającego się siana i kurzu. - Widziałaś słodkie szczeniaki?

- Tak. - Wszyscy tutaj żyli szczeniakami.

Charles kichnął i wyciągnął czystą białą chusteczkę z kieszeni kamizelki. Nawet kiedy 

zamiatał  podłogę,  wyglądał  czysto  i  schludnie.  A  Lorenz  mógłby  pozować  do  "Horse 

Illustrated:  Kolekcji  Zimowej".  Miał  nawet  jedwabną  apaszkę  wokół  szyi.  Ja  -  dżinsy 

background image

ocieplane  flanelą,  robocze  kozaki,  bluzę,  puchową kurtkę  i  grubą  wełnianą  apaszkę.  Lorenz, 

którego  poczucie  estetyki  zostało  urażone,  robił  wszystko,  żeby  się  nie  skrzywić,  ale  po 

prostu nie mógł tego znieść.

-  Nie,  nie  możesz  tak  okręcać  apaszki  -  powiedział,  opierając  szczotkę.  A  później 

podszedł do mnie. Miał około stu lat i nadal mówił z włoskim akcentem.

Uniosłam dłonie, żeby go powstrzymać, ale stanowczo je odrzucił i rozwiązał apaszkę. 

Stałam  jak  sparaliżowana.  Włosy  trochę  mi  urosły,  więc  zakrywały  kark,  ale  niezupełnie. 

Czułam  się,  jakbym  wrosła  w  podłogę.  Usiłowałam  nie  poddać  się  panice,  którą  wywołało 

jego zachowanie.

- Patrz. Tak się to robi. - Wprawnymi ruchami złożył apaszkę i zarzucił mi ją na szyję, 

a ja  starałam  się, żeby nie odskoczyć od niego. Przeciągnął oba końce przez supeł i  zacisnął 

go. Usiłowałam zapanować nad oddechem, kiedy Lorenz poprawiał i układał materiał. Cofnął 

się, żeby przyjrzeć się krytycznie swojej pracy.

- Lepiej, prawda? - Spytał Charlesa, a ten zrobił wymijający gest.

- Lepiej, ale przy  tej  bluzie za dużo  nie zwojujesz -  odparł bez złośliwości, a Lorenz 

westchnął i przytaknął.

-  To  prawda.  Nasya,  masz  wspaniałą  figurę.  Bluzy  nie  są  dla  ciebie  -  oznajmił 

kategorycznie. - Wyraziste kolory. Bardziej dopasowane ubrania. Mały kaszmirowy sweterek.

- Czyszczę uprząż w stajni - zaprotestowałam.

- Oj. - Lorenz skinął głową. - To prawda. Ale ubierasz się tak cały czas. Jak facet.

-  Nie  ubieram  się  jak  facet.  -  Oczy  otworzyły  mi  się  szeroko.  -  Ubieram  się 

praktycznie. Bo mieszkam na farmie. I przez cały czas wykonuję brudną, farmerską robotę. 

-  Milutki  facecik.  -  Lorenz  zaprezentował  promienny  uśmiech  zapierający  dech  w 

piersiach.

Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam do boksu z uprzężą.

Charles i Lorenz zachichotali w przejściu, po czym zabrali się do zamiatania.

- Tęsknię za końmi i powozami. - Usłyszałam głos Charlesa.

- Były takie eleganckie - przyznał Lorenz.

Zaczęłam  szorować  szczotką  wszystkie  metalowe  części  uprzęży.  Ktoś  jeździł  po 

błocie, cała była upaprana. Wiedziałam, że Reyn czasami brał konia - na trzech z sześciu koni 

background image

River  można  było  jeździć  -  podobnie  jak  Lorenz  i  Anne.  Inni  pewnie  też.  Ja  nigdy  tego  nie 

spróbowałam, chociaż River mi to proponowała.

Lorenz zaczął nucić, a później cicho śpiewać partię Aidy.

Usiłowałam  nie  wsłuchiwać  się  w  romantyczne  słowa,  kiedy  szorowałam  siodło 

mydłem, trafnie zwanym do siodeł. On i Charles naprawdę tęsknili za końmi i powozami. To 

był kolejny przykład tego, jak różni jesteśmy, my, nieśmiertelni.

Ja  plus  konie  równa  się  bolesne  wspomnienia.  Wytarłam  mydło  i  zaczęłam  wcierać 

oliwę  w  uprzęż,  starając  się  ze  wszystkich  sił  nie  myśleć  o  tym  okresie  w  życiu,  kiedy  to 

robiłam.  Myśl  o  czymś  innym,  nakazałam  sobie.  Mój  umysł  nagle  zalały  wspomnienia 

wczorajszej  nocy  -  pocałunek  z  Reynem  w  ciemnym,  zimnym  lesie.  Policzki  mi  zapłonęły  i 

skupiłam się na tym, co robię.

Reyn.  Po  co  mnie  nęka?  Zresztą  nie  wyglądał  na  osobę,  która  spotkała  swoją  drugą 

połówkę  i teraz nie może bez  niej  żyć,  raczej  jak  ktoś, kto robi to  wbrew  własnej  woli.  Nie 

żeby  mnie  to  jakoś  specjalnie  obchodziło,  ale  jednak.  Wciąż  żałowałam,  że  mnie  do  niego 

ciągnie, a do tego był tak nieziemsko przystojny.

Wierzcie albo nie, ale naprawdę potrafię nie myśleć o trudnych sprawach, i właśnie w 

tej  chwili  postanowiłam  skorzystać  z  tej  umiejętności.  Zaczęłam  zastanawiać  się,  co  jest  na 

kolację,  jak  minął  sylwester  Meriwether,  co  wywinęła  Dray,  której  ostatnio  nie  widziałam. 

Zastanawiałam się, dlaczego Charles i Lorenz tu są...

Cóż, może powinnam spytać!

- Lorenz!

Po  kilku  chwilach  jego  przystojna  twarz  wychyliła  się  zza  drzwi.  Jego  brwi 

przypominały skrzydła mewy, wygięte idealnie nad intensywnie niebieskimi oczami.

- Tak?

- Dlaczego tu jesteś? - Wykonałam zamaszysty ruch ręką mający znaczyć: "w River's 

Edge", nie: "w stajni".

Zamrugał, zaskoczony, a ja niemal widziałam, jak zastanawia się, czy mi powiedzieć i 

co  powiedzieć.  Wszedł  do  boksu  i  stanął  przy  drzwiach.  Zaskoczyła  mnie  zmiana  jego 

zachowania - na ogół był zuchwały, pewny siebie, czarujący - wyniosły w taki sposób, na jaki 

może  sobie  pozwolić  niewiarygodnie  przystojny  facet.  Otworzył  usta,  jakby  chciał  coś 

powiedzieć, i uniósł dłoń, a potem ją opuścił.

background image

W  milczeniu  czyściłam  siodło,  nie  spuszczając  wzroku  z  chłopaka.  To  widocznie 

podziałało. Jego dłonie zaczęły skubać materiał włoskich wełnianych spodni, które włożył do 

zamiatania stajni.

- Ja... - zaczął i spojrzał na sufit, a potem na podłogę. - Mam...

Wstrzymałam  oddech.  Radosna,  słodka  Brynne  usiłowała  kogoś  podpalić,  więc  nie 

mogłam sobie wyobrazić, co sprowadziło tu Lorenza.

-  Mam  dwieście  trzydzieścioro  pięcioro  dzieci  -  wyznał,  a  ja  mało  nie  zemdlałam.  - 

Czy  coś  koło  tego.  -  Nie  patrzył  na  mnie,  silił  się  na  nonszalancję,  ale  ponieważ  ja  jestem 

królową nonszalancji, od razu go przejrzałam.

Zorientowałam  się,  że  gapię  się  na  niego  z  rozdziawioną  buzią,  więc  zamknęłam  ją, 

skinęłam głową i jeszcze chwilę polerowałam siodło, a mój umysł zalała lawina pytań.

- Nieźle - odparłam cicho, nie odważyłam się powiedzieć: "E, też coś, takie rzeczy to 

normalka. Tylko dwieście trzydzieścioro pięcioro, mówisz? Znam faceta, który..." - To dużo - 

przyznałam.  -  Wszystkie  są  nieśmiertelne?  -  Jasny  gwint,  nasza  populacja  wyraźnie  się 

powiększa.

- Nie. - Odgarnął z czoła gęste czarne włosy. - Tylko sześćdziesięcioro. Chyba.

Nagle  dotarła  do  mnie  brutalna  prawda:  musiał  zmierzyć  się  ze  śmiercią  niemal  stu 

siedemdziesięciorga dzieci, jednego po drugim. Dlaczego sobie to zrobił?

- Próbowałem... - Uśmiechnął się ironicznie do ściany. - Wazektomia się cofa.

Oczywiście. Tak to już z nami jest.

- A jednak masz zamiar się katować? - Najwyraźniej.

- Usiłuję zrozumieć - westchnął.

To  dlatego  tu  był.  Żeby  dowiedzieć  się,  dlaczego  sprawił  taki  ból  sobie,  swoim 

dzieciom,  dla  których  z  pewnością  nie  był  ojcem  -  w  każdym  razie  nie  dla  wszystkich  -  i 

kobietom, które porzucił.

-  O, w  mordę!  Przecież  ty  masz  dopiero  sto  lat!  -  Ta  myśl  wymsknęła  mi  się,  zanim 

zdążyłam ją powstrzymać.

Skinął głową.

O mój Boże - powiedzmy, że zaczął w wieku dwudziestu łat. W ciągu osiemdziesięciu 

lat  spłodził  dwieście  trzydzieścioro  pięcioro  dzieci,  o  których  wiedział.  Niektóre  z  nich 

zapewne  już  nie  żyją  -  choroby,  wypadki.  Ale  czekało  go  kolejnych  dziewięćdziesiąt  lat 

background image

patrzenia  na  śmierć  swoich  potomków.  Poza  tym  była  też  cała  reszta  nieśmiertelnych  dzieci 

wymagających uwagi - na zawsze.

-  Staram  się  zrozumieć  -  powiedział  znowu  i  obdarzył  mnie  grzecznym,  nieobecnym 

uśmiechem. Odwrócił się i wyszedł, a kilka chwil później usłyszałam szelest jego szczotki.

Cóż. Wzięłam oliwę do skór i wylałam odrobinę na szmatkę. To było... pokrzepiające. 

To znaczy, nie chodziło mi o całkowite potępienie Lorenza, ale o świadomość, że nie jestem 

najgorszą  osobą  na  świecie,  i  tej  myśli  uchwyciłam  się  jak  tonący  brzytwy.  Działała 

uspokajająco.

Dobra, chyba przesadziłam  - muszę  przestać  szafować  metaforami  -  ale przynajmniej 

macie wyobrażenie.

Rany,  tyle  dzieciaków!  W  połowie  nieśmiertelni  będą  żyć  bardzo  długo  -  czytacie  w 

gazetach o ludziach, którzy dożywają ponad stu lat. A Lorenz musiałby przed nimi udawać, że 

się  starzeje,  żeby  nie  wzbudzać  podejrzeń,  albo  po  prostu  zniknąć  i  nigdy  więcej  ich  nie 

zobaczyć. Tak czy siak, beznadziejna sprawa. Do tego prawdziwa więź będzie go łączyć tylko 

z  garstką  nieśmiertelnych.  A  zresztą,  kto  wie?  Może  życie  wieczne  oznacza,  że  będzie  miał 

nieskończoną ilość czasu na to, żeby poznać każde ze swoich dzieci? Z którejkolwiek strony 

by na to spojrzeć, sytuacja była dziwna i dołująca.

-  Och,  ładny  korytarz,  chłopaki.  -  Usłyszałam  głos  River.  Jej  obute  stopy  stukały  o 

kamienną posadzkę stajni.

Zaczęłam pilnie polerować uprząż. Musi wyglądać ładnie, ale nie może być za bardzo 

lśniąca, bo będzie śliska, a to ostatnia rzecz, z którą człowiek chce się zmagać, kiedy stara się 

zapanować  nad  sześciusetkilogramowym  zwierzęciem.  Uprząż  trudno  założyć  nawet  wtedy, 

kiedy nie jest śliska. A bywa, że nie ma czasu, żeby zapiąć w nią konia...

W latach sześćdziesiątych XIX wieku byłam w Anglii, w małym, ładnym miasteczku na 

północy.  Czekałam  tam  chyba  na  pociąg  do  Londynu,  czy  coś  takiego.  Wydaje  mi  się,  że 

musiałam tam tkwić dwa  dni. Jak miałam  wtedy na imię?  Nie było to  tak dawno  temu...  Jak 

brzmiało?  Anglia,  Anglia,  po gorączce  złota  w Ameryce...  Rosemund?  Rosemary.  Rosemary 

Munson. Tak, Rosemary.

O  mój  Boże  -  pamiętam  nazwę  motelu,  w  którym  się  zatrzymałam.  Motel  pod  Starą 

Niebieską Kulą.

Nie zmyślam.

background image

Do czego zmierzam. W samym środku tej cholernej nocy - tego rodzaju rzeczy zawsze 

dzieją się  w środku nocy  - obudziłam się, bo ludzie wrzeszczeli jak opętani. Wyskoczyłam z 

łóżka,  otworzyłam  okno  i  wyjrzałam  w  ciemność,  szukając  wzrokiem  pożaru,  armii 

najeźdźców czy tygrysa, który uciekł z cyrku. Ale niczego nie zobaczyłam.

Jednak wiecie, kiedy ludzie dookoła biegają i krzyczą, człowiek siada i patrzy. Można 

zachować  zdrowy  rozsądek,  kiedy  inni  tracą  głowę,  ale  nie  tak  łatwo  się  domyślić,  co  jest 

przyczyną panicznych wrzasków. Daję dwa centy.

I  nagle  zobaczyłam.  Dopiero  po  chwili  uprzytomniłam  sobie,  na  co  patrzę,  ale 

poskładałam sobie wszystkie informacje i połączyłam je z krzykami:

- Zapora pękła! Zapora pękła! Idzie tu!

Ogromny  szary  nurt,  z  dziwną  prędkością  sunący  doliną  oznaczał,  że  wszyscy  zaraz 

zginą. Chwyciłam żakiet i narzuciłam go na nocną koszulę. Mówimy o nocnej koszuli z epoki 

wiktoriańskiej,  czyli  koronkach,  całych  metrach  długachnej  tkaniny  i  tak  dalej.  Zbiegłam  po 

schodach i zastałam gospodarza motelu i jego żonę wrzucających co się da na swój stary wóz. 

Konie rżały i mało nie przewróciły wozu.

Wyglądało  to  przerażająco.  Pamiętam,  że  było  zimno,  a  ja  miałam  bose  stopy. 

Pobiegłam  do  stajni,  gdzie  zastałam  około  ośmiu  koni.  Szalały,  usiłowały  rozbić  boksy. 

Starałam  się  ocenić,  który  koń  jest  najmniej  niebezpieczny,  a  później  otworzyłam  zasuwę 

drzwi jego boksu. Była to klacz, szara, cętkowana, o pięknych kształtach. Nie miałam pojęcia, 

do  kogo  należała.  Zarżała,  wierzgnęła,  a  ja  uchyliłam  się  przed  jej  ostrym  kopytem  i 

rozejrzałam się za siodłem. Jednak większość gości zabrała siodła do motelu, w obawie przed 

złodziejami.

Krzyki  stawały  się  coraz  głośniejsze,  aż  w  końcu  usłyszałam  serię  wybuchów,  które 

wstrząsnęły  ziemią  jak  uderzenie  pioruna.  O  mało  nie  zwaliły  mnie  z  nóg.  Przeczytałam 

później,  że  nurt  powodzi  przerwał  magistralę  gazową,  która  zajęła  się  od  iskry,  a  fontanna 

płomieni  podpaliła  większość  budynków.  Chwyciłam  za  kantar  i  wskoczyłam  na  grzbiet 

klaczy, która usiłowała mnie zrzucić. Ale jeździłam konno, odkąd skończyłam trzy lata, więc 

przytrzymałam się grzywy, przywarłam gołymi nogami do boków konia, wbiłam w nie kolana 

i krzyknęłam: „Wio!". A ona wyskoczyła  z boksu  wprost w  ogień. Nie miała cugli, więc nie 

mogłam nią pokierować. Szarpnęłam jej łeb w bok, ściskając za grzywę, a ona obróciła się jak 

balerina w lewo na dwóch tylnych nogach.

background image

Galopem  wydostałyśmy  się  z  miasta,  pędząc  przez  pożar,  zaledwie  sto  metrów  od 

wielkiej  ściany  szarej  wody,  która  pochłaniała  wszystko  po  drodze.  Uciekałyśmy  stamtąd, 

jakby ścigali nas wierzyciele. Pędziłyśmy pod górę całymi godzinami, przynajmniej tak mi się 

zdawało.

W  pewnym  momencie  odwróciłam  się  i  zobaczyłam  jedynie  dachy  budynków 

wystające z zalanej doliny. Kilka budowli ledwo oparło się rwącej, dzikiej rzece.

Nocna koszula i rękawy żakietu były przypalone, na rękach i nogach miałam pęcherze. 

Ale udało mi się, uniknęłam poważnych poparzeń - nieśmiertelni odczuwają ból podobnie jak 

zwykli ludzie - uniknęłam walki z powodzią, stratowania, utonięcia, które i tak bym przeżyła. 

Większość ludzi nie miała tego szczęścia. Sheffield. Tak nazywało się to miasteczko.

Wyszłam  z  tego  obronną  ręką.  W  żakiecie,  który  chwyciłam,  w  podszewce  i  szwach 

wszyty  był  cały  mój  ziemski  dobytek.  Mogłam  więc  kupić  nowe  ubrania,  sprzedać  tę  ładną, 

kochaną  i  odważną  klacz  i  kupić  bilet  do  Londynu.  To  była  niezła  historia.  Ocalałam  z 

katastrofy!

Teraz  z  trudem  przełykałam  ślinę.  Znajdowałam  się  w  stajni  w  River's  Edge. 

Siedziałam  nieruchomo,  bolały mnie  dłonie, rozsadzało mi pierś. Miałam wrażenie, że czyste 

siodło na moich kolanach drwi ze mnie - z mojej żałośnie małej pokuty.

Pozostałe  konie.  Wszystkie  pozostałe  konie  z  motelowej  stajni.  Co  się  z  nimi  stało? 

Mogłam je uwolnić w ciągu kilku sekund. Miały szansę pogalopować w bezpieczne  miejsce. 

Prawdopodobnie  nie  byłabym  w  stanie  uratować  ludzi.  Może  kogoś  drobnego  wziąć  na 

grzbiet mojego konia. Ale ludzie próbowali się sami wydostać z tego piekła. Wtedy nawet nie 

przyszło mi do głowy, żeby się nimi przejmować.

Ani  końmi.  Uratowałam  stamtąd  własny  tyłek,  zostawiając  uwięzione,  spanikowane 

zwierzęta.  Opadłam  żałośnie  na  podłogę  stajni.  Jestem  po  prostu...  beznadziejna.  Jestem 

zupełną  porażką  jako  człowiek.  Nie  przychodziły  mi  nawet  do  głowy  wystarczająco  złe 

określenia,  które  mogłyby  mnie  opisać.  To,  moi  drodzy,  zaledwie  jedna  z  setek  podobnych 

opowieści,  w  których  wychodziłam  zwycięsko,  szczęśliwa,  cała  i  zdrowa.  W  tumanie  kurzu 

pozostawiając za sobą śmierć, zniszczenie i ofiary.

background image

Rozdział 8

- Hm, och. Masz chwilkę?

Uniosłam  wzrok  i  zobaczyłam River uśmiechającą  się  do  mnie  promiennie  od  progu. 

Potarłam dłonią oczy. Nie mogłam wykrzesać z siebie uśmiechu.

- Całe mnóstwo chwilek? - Jej głos był miły. Podeszła i usiadła obok mnie na podłodze 

pokrytej piaskiem, zaśmieconej sianem i poplamionej oliwą do czyszczenia.

Skinęłam  głową  z  typową  dla  mnie  usłużnością.  Nie  wiedziałam,  dlaczego  te  stare 

wspomnienia  działają  na  mnie  w  ten  sposób  -  widziałam  je  inaczej,  ostrzej,  z  innej 

perspektywy niż wcześniej. A to było bardzo, bardzo nieprzyjemne.

Odwróciłam od niej wzrok, czując obrzydzenie na samą myśl, że miałabym płakać przy 

ludziach.

River położyła dłoń na moim brudnym kolanie.

-  Wyciągnij  wszystkie  trupy  na  światło  dzienne,  żebyśmy  mogli  się  im  przyjrzeć  - 

poradziła łagodnie. - To jedyny sposób, żeby się ich pozbyć. Nienawidzą światła.

Akurat, w życiu nie przyznam się nikomu do takich rzeczy. Mowy nie ma.

- Może nie jestem warta tego, żeby mnie ratować. -  Nie zamierzałam tego mówić, te 

słowa  same  wydobyły  się  ze  mnie  w  postaci  szeptu.  Rano  czułam  się  umiarkowaną 

optymistką; teraz nie byłabym zaskoczona, gdyby River wykopała mnie na ulicę i zakazała się 

tu pokazywać.

- Sama w to nie wierzysz - powiedziała po chwili milczenia.

Wzruszyłam  ramionami.  Nie  wiedziałam,  co  myśleć.  Skręcałam  się  w  środku,  jak 

mrówka pod lupą.

- Chyba... chciałabym ci coś pokazać - oznajmiła.

Wydałam z siebie bulgoczące westchnienie. Czekała mnie kolejna lekcja, która pędziła 

ku mnie niczym pociąg towarowy.

- Będę musiała połączyć nasze umysły - dodała, a ja poczułam błysk zainteresowania.

- Po co?

- Muszę ci to pokazać, nie mogę ci o tym zwyczajnie opowiedzieć. - Czekała na moją 

odpowiedź.

Nie mogłam sobie tego odpuścić. Skinęłam głową.

background image

Oczyściłyśmy  fragment  podłogi  i  River  narysowała  idealnie  równy  okrąg, 

wykorzystując  sól  kamienną,  którą  posypywaliśmy  chodniki,  żeby  nie  były  śliskie.  Na  półce 

stała  stara  zielona  świeca.  River  zdmuchnęła  z  niej  kurz  i  wznieciła  płomień.  Muszę  kogoś 

poprosić, żeby mnie tego nauczył.

-  Teraz  usiądziemy,  dotykając  się  kolanami.  -  Tak  jak  tamtej  nocy,  kiedy  usunęła  z 

moich włosów czarną farbę. Przywróciła mi wygląd z czasów, kiedy byłam nastolatką.

- Dobrze.

- Przywołamy moc, ja wypowiem zaklęcie i położę dłonie na twojej twarzy - wyjaśniła.

- I przedostaniesz się do mojej świadomości, patrząc mi w oczy?

- Nie. Obiecuję. - Kąciki jej warg uniosły się lekko.

-  Dobrze.  -  Odetchnęłam  głęboko,  zamknęłam  oczy  i  usiłowałam  się  skoncentrować. 

Słyszałam  głos  River  intonującej  pieśń.  Po  chwili  przyłączyłam  się  do  niej.  Oddychałam 

głęboko,  jakbym  chciała  wchłonąć  całe  światło,  które  wyparłoby  za  mnie  przyczajoną 

ciemność.

Wzięłam  kolejny  głęboki  oddech.  Wypełnił  mnie  spokojem,  pięknem  i  radością. 

Zabłąkana łza spłynęła mi po policzku, kiedy poczułam cud opromieniającej mnie, nas, magyi. 

Ogarnęło  mnie  oczarowanie,  wspaniała,  krystaliczna  doskonałość,  która  mnie  do  niej 

przyciągała. Później palce River dotknęły mojej twarzy. Zastanawiałam się, co też ma zamiar 

mi  pokazać,  nasze  umysły  się  połączyły.  Poczułam  mdłości,  kiedy  to  do  mnie  dotarło.  Czy 

River dostrzeże we mnie przypadkową i przyziemną groteskowość, tak jak ja w niej?

-  Nie  -  zaprzeczyła  River.  Stała  przede  mną,  wyciągając  rękę.  Rozejrzałam  się.  Był 

dzień,  a  my  znajdowałyśmy  się  na  dworze.  Przypominało  to  senne  marzenie,  ale  miałam 

wrażenie, jakbyśmy były tam naprawdę. Wyciągnęłam rękę i zobaczyłam, że moja dłoń ujmuje 

jej dłoń.

-  Nie  przedostanę  się  do  twojej  świadomość,  chyba  że  mnie  o  to  poprosisz  - 

powiedziała,  kiedy  szłyśmy.  -  Zresztą  wiesz,  jak  zablokować  mnie  czy  kogokolwiek  innego, 

gdybym nawet próbowała.

Zastanawiałam  się  nad  tym,  co  powiedziała,  kiedy  podeszłyśmy  do  wysokiego 

kamiennego  budynku,  takiego,  jakie  można  znaleźć  w  starych  europejskich  miastach.  Ten 

wyglądał  na  dość  nowy.  Nie  zdążyły  go  zniszczyć  warunki  atmosferyczne.  Kamienie  były 

background image

gładkie i ułożone z doskonałą precyzją. Usłyszałam głosy, kiedy wyszłyśmy na plac, piazza, bo 

jak się zorientowałam, byłyśmy we Włoszech.

Wokół platformy ustawionej w rogu placu kotłował się tłum ludzi w białych szatach, o 

egzotycznym  wyglądzie.  Z  kilku  budynków  zwisały  flagi  -  herby.  River  i  ja  stałyśmy  za 

tłumem.

Usiłowałam zrozumieć, o co chodzi w tym zgiełku, ale rozumiałam jedynie pojedyncze 

słowa.

- Dlaczego ich nie rozumiem? - spytałam River. - Przecież znam włoski.

-  Mówią  średniowieczną  odmianą  języka  -  wyjaśniła.  -  To  Genua,  rok  912.  Chodź 

dalej.

Bez trudu przemieściłyśmy się w tłumie, ale nie miałam wrażenia, że przeciskamy się 

między ludźmi czy płyniemy ponad nimi. Po prostu szłyśmy naprzód i nie wymagało to od nas 

wysiłku.

Moje  nozdrza  wypełniły  ostre,  silne  zapachy.  Wyraziste  kolory,  głośne  krzyki  żywo 

kontrastowały z tym, co zapamiętałam ze współczesnego Massachusetts.

Przypomniałam  sobie,  że  River  urodziła  się  w  Genui  w...  718 roku.  I  pochodziła  z 

jednego  z  Wielkich  Domów  nieśmiertelnych,  genueńskiej  gałęzi,  więc  odziedziczyła  wielką 

moc.

- Och...

W  końcu  zobaczyłam.  Platforma  wznosiła  się  jakieś  dwa  i  pół  metra  nad  ziemią  i  z 

przodu  miała  flagę:  czerwono-zielony  herb  przedstawiający  trzygłowego,  syczącego  węża. 

Ładny. Na górze znajdowało się co najmniej dwadzieścia osób. Już po minucie wiedziałam, na 

co  patrzę.  To była  licytacja, wezwanie  do  składania  ofert na aukcji niewolników. Widziałam 

ich  sporo,  w  różnych  epokach,  w  różnych  częściach  świata  -  zadziwiające,  że  jeszcze 

niedawno niewolnictwo było powszechne w tylu krajach. Ci wyglądali jak biali obszarpańcy...

- Kto ich kupuje? - spytałam River.

- Głównie mężczyźni z krajów muzułmańskich, na Wschód - odpowiedziała.

- Skąd są ci niewolnicy?

-  Z  całego  świata.  Dużo  Słowian  -  powiedziała  River.  -  Z  krajów  bałtyckich,  trochę 

Turków. Ale głównie Słowianie.

background image

Zastanawiałam  się,  dlaczego  mi  to  pokazywała,  kiedy  mój  wzrok  przyciągnął  blask 

czerwieni.

Na  platformie,  zupełnie  z  tyłu,  stała  kobieta.  Była  zwrócona  plecami  do  mnie  i 

najwyraźniej  wydawała  rozkazy  dotyczące  sprzedaży  niewolników.  Na  jej  słowo  muskularni 

mężczyźni bezdusznie wyciągali ludzi ze zbitej gromady. Byli wśród nich mężczyźni, kobiety i 

dzieci.

Prowadzący  aukcję  nie  przestawał  krzyczeć,  opisując  przymioty  niewolnika,  usiłując 

podbić  stawkę  i  znaleźć  kupca.  Po  jednej  stronie  stało  dwóch  wysokich  ciemnowłosych  i 

ciemnookich mężczyzn. Jeden z nich powiedział coś do kobiety, a ta odwróciła się i zaniosła 

się śmiechem.

To była młoda River, niespełna dwustuletnia. Była piękna. Miała długie czarne włosy 

splecione w wyszukane  warkocze opadające na  plecy. Na głowie  - mały biały lniany czepek, 

który zawiązała  pod brodą. Suknię miała prostą, ale wytworną, i wyróżniała się  z tłumu. Od 

razu było widać, że jest z wyższej klasy.

Odkrzyknęła  coś  do  mężczyzny  i  oboje  się  roześmieli.  Później  odwróciła  się  i 

powiedziała  coś  pomocnikowi  prowadzącemu  aukcję,  a  ten  ukłonił  się  i  skinął  głową.  Jej 

jasnobrązowe oczy wnikliwie wpatrywały się w tłum - oceniała publiczność. Szybko policzyła 

niewolników, którzy pozostali do sprzedania tego dnia, i niemal bezwiednie dotknęła brązowej 

skórzanej sakwy przywiązanej w talii.

Odwróciłam się do stojącej przy mnie River. Przyglądała się scenie ze spokojem, ale i z 

głębokim smutkiem w oczach.

- Byliśmy handlarzami niewolników odnoszącymi sukcesy. Moi bracia i ja. Działaliśmy 

jako  członkowie  wielkiej,  mitycznej  rodziny,  dlatego  mogliśmy  mieszkać  w  Genui  przez 

prawie trzysta lat, aż pojawiły się pogłoski o czarownicach.

-  Kim  są  ci  mężczyźni?  -  Wskazałam  wysokich  ciemnowłosych  osobników,  którzy 

trzymali się z boku.

- To moi bracia - wyjaśniła. - Dwaj z nich.

-  Diavola!  -  krzyknął  jeden,  odwracając  się.  Stojąca  na  platformie  River  spojrzała  i 

uniosła brwi, a później odkrzyknęła.

- Diavola. To twoje pierwsze imię?

- Trzecie - sprostowała River. - Kiedy się urodziłam, dano mi na imię Aulina.

background image

Ciężko było  mi przyswoić fakty  - River,  jedna z  niewielu  naprawdę dobrych  osób na 

świecie, a z pewnością najlepsza, z jaką miałam w życiu do czynienia, kupowała i sprzedawała 

ludzkie istoty.

Przez wieki.

Właśnie  rozdzielano  szlochającą  niewolnicę  z  kwilącym  niemowlakiem.  Diavola 

przyglądała się temu beznamiętnie. River spuściła wzrok.

-  Możemy  wracać  -  wymruczała, a  ja  znów  poczułam  opuszki  jej  palców  dotykające 

moich skroni. Z następnym oddechem wchłonęłam rzeczywistość i scena zniknęła.

Nie  otworzyłam  oczu.  Chyba  w  ogóle  ich  nie  zamknęłam.  Raczej  River  pojawiła  się 

przede  mną.  Opuściła  dłonie  i  zaczęła  cofać  zaklęcie.  Jako  że  każde  zaklęcie  składało  się  z 

kolejnych  warstw,  trzeba  było  zdejmować  je  po  kolei.  Ogarnęło  mnie  uczucie  panicznego 

przerażenia,  takiego,  które  zwykle  dopada  mnie,  kiedy  czar  pryska  i  mój  świat  staje  się 

wyblakły  i  bardziej  szary,  a  ja  -  bardziej  niekompletna  i  skażona. To  dlatego  ludzie  zabijają, 

żeby  przejąć  moc  innych.  Teraz  to  rozumiałam.  Łakną  tego  wrażenia,  chcą  go  doświadczać 

częściej, chcą, żeby trwało dłużej i było silniejsze. Gdybym była prawdziwą Terava, zabiłabym 

w tej chwili River i zagarnęła jej moc dla siebie.

Zamrugałam i wzięłam kolejny głęboki oddech, zaskoczona potwornymi myślami. Ale 

nie zabijesz River, pomyślałam szybko. Nigdy byś tego nie zrobiła. Nigdy. Nie jesteś aż taka 

zła. Nie jesteś osobą, która byłaby w stanie to zrobić. Wiesz o tym.

Prawie nie zauważyłam, kiedy River zdmuchnęła świeczkę.

- Każdy jest warty ocalenia - powiedziała łagodnie, nie patrząc na mnie. Drobne dłonie 

trzymała  na  kolanach.  Czułam,  że  tyłek  przymarzł  mi  do  podłogi,  czułam  ból  w  plecach  i  w 

nogach. W przyszłości będę uprawiać magyię w dresie albo na łóżku wodnym. Dość zimnych 

posadzek.

-  Powiedziałaś  mi  kiedyś,  że  dawniej  byłaś  mroczna.  To  właśnie  miałaś  na  myśli?  Ze 

twoja rodzina handlowała niewolnikami? - spytałam.

River wydała krótki, sardoniczny śmiech, a ja zamrugałam. Nigdy nie słyszałam, żeby 

się tak śmiała.

-  Po  części.  Ale,  niestety,  nie  jest  to  najmroczniejsza  część  mojej  historii.  Handel 

niewolnikami był złą rzeczą, która miała negatywny wpływ na moją karmę. Ale obawiam się, 

że moja historia jest głębsza i o wiele gorsza.

background image

Trudno  było  mi  w  to  uwierzyć,  wciąż  widziałam  Diavolę,  młodą  i  piękną,  która  bez 

żadnych  uczuć  rozdzielała  rodziny  i  skazywała  ludzi  na  żałosną  przyszłość  u  właścicieli 

niewolników.

-  Chcę  ci  po  prostu  powiedzieć,  że  ratować  warto  każdego  -  powtórzyła  bardziej 

stanowczo.  -  Gdybym  w  to  nie  wierzyła,  nie  mogłabym  dalej  żyć.  Skończyłabym  ze  sobą 

dawno temu.

Skinęłam głową, kiedy wstawałyśmy. Strzepnęłam siano z pupy i pokręciłam się, żeby 

trochę się rozgrzać.

-  Niewolnictwo  nie  było  dobre.  Ale  w  tamtych  czasach  było  na  porządku  dziennym. 

Społeczeństwo  uważało  je  za  normę.  Nikogo  nie  piętnowano  za  to,  że  trudnił  się  tym 

zajęciem.

- Myślisz, że można to usprawiedliwić? - River miała zamyślone oczy.

-  Myślę,  że  to  mniejsze  zło  -  stwierdziłam  uczciwie.  -  Człowieka  kształtuje 

społeczeństwo. Nic nie jest ani dobre, ani złe, ocena zależy od tego, jak my to postrzegamy.

-  Hm...  -  zastanawiała  się  na  głos  River.  -  Mógłby  to  być  temat  ciekawej  rozmowy 

przy  kolacji.  Skoro  twierdzisz,  że  o  poziomie  zła  danej  rzeczy  decyduje  społeczeństwo, 

byłabyś  skłonna uznać najazdy i grabieże Reyna za mniejsze zło tylko dlatego, że w tamtych 

czasach były tak powszechne? Że tak wiele plemion się ich dopuszczało?

Wpatrywałam  się  w  nią.  Sprytnie  mnie  podeszła.  Szukałam  w  jej  oczach  złośliwości, 

ale dostrzegłam tylko ciepło i współczucie.

Nie  mogłam  znaleźć  zwięzłej,  rozsądnej  odpowiedzi.  Sztywno  odwiesiłam 

wyczyszczoną  uprząż  i  siodła  na  kołki.  Z  całych  sił  próbowałam  się  powstrzymać  przed 

napastliwą reakcją.

-  To  co  innego.  -  Wiedziałam,  że  brzmi  to  niedorzecznie.  Nie  mogłam  jej 

usprawiedliwiać, bo usprawiedliwiłabym jednocześnie Reyna, a tego nie zrobiłabym nigdy.

- Hm... - westchnęła i spojrzała na zegarek. - Późno już. A wydaje mi się, że jesteś w 

grupie kolacyjnej.

Zdobyła  się  na  lekki  uśmiech,  widząc  moje  spojrzenie  pozbawione  entuzjazmu. 

Wyglądała na zmęczoną, ta wizyta w przeszłości musiała ją wyczerpać.

Nie byłam tak zła jak ona.

background image

Rozdział 9

W  ciągu  wieków  deprawacji  i  bezużytecznej  egzystencji  zatraciłam  większość  moich 

praktycznych  zdolności.  Teraz  odnajdowałam  satysfakcję  w  zwykłych,  przyziemnych 

zajęciach. Nawet jeżeli musiałam robić to wraz z Jessem i pozbawionym uśmiechu Rzeźnikiem 

Zimy.

Pod  warunkiem,  że  nie  musiałam  stać  obok  Reyna.  Nie  rozmawialiśmy  ze  sobą  od 

czasu  zdarzenia  w  zimowej  krainie  czarów.  Być może,  jeżeli  nie wyczuję zapachu świeżości 

bijącej  od  jego  koszuli,  powstrzymam  się,  żeby  nie  rzucić  się  na  niego  i  nie  zrobić  tego  na 

kuchennym stole.

- Proszę. - Jess postawił kosz, dzięki Bogu, obranej rzepy, marchwi i ziemniaków na 

blacie. Kilka godzin wcześniej wstawił do piekarnika wielką pieczeń, więc kuchnię wypełniał 

smakowity zapach.

- Chcesz, żebym pokroiła je w duże słupki? - spytałam.

-  W  słupki.  Wrzucę  je  do  brytfanny  -  odpowiedział  i  odwrócił  się,  żeby  otworzyć 

butelkę wina.

Bez  pytania  napełnił  do  połowy  kieliszek  winem  i  postawił  mi  przy  łokciu.  Nikt  tu 

dużo nie pił, ale wiedziałam, że niektórzy z nas, na przykład Jess, mieli swego czasu ogromne 

problemy z uzależnieniem.

Nie  miałam  jednak  zamiaru  wylewać  wina  za  kołnierz.  Chwyciłam  szybko  kieliszek  i 

wciągnęłam słodki, bogaty zapach napoju. Wzięłam łyk i pozwoliłam mu pozostać w ustach. 

Ależ było cudowne. Starałam się nie myśleć o czasach, kiedy wychylałam pół butelki jednym 

pociągnięciem.

Jess  wlał  większą  część  zawartości  butelki  do  wielkiej  brytfanny  w  piekarniku. 

Pomieszczenie wypełnił zapach pieczonego mięsa, od którego zaburczało mi w brzuchu.

Kroiłam  warzywa  przy  jednym  końcu  stołu,  a  pan  Promienny  rozłożył  swój  kramik 

przy drugim. Oprószył mąką  stół, wziął plastikowy  pojemnik z  wyrośniętym ciastem i zabrał 

się do formowania bułeczek na kolację, zupełnie jakby mnie tam nie było.

Widok skrawka przeszłości River był czymś dziwnym i niepokojącym. Wspominała, że 

kiedyś była mroczna. Jednak chyba tak do końca jej nie uwierzyłam - była przecież tak dobrą 

osobą.

background image

Marszcząc brwi, odkrawałam plastry rzepy. Jeżeli River splamiła się takimi rzeczami, 

to dlaczego mam  wierzyć  w cokolwiek z  tego, co mówi?  Czy naprawdę  można  zostawić za 

sobą przeszłość, stać się lepszą, zupełnie kimś innym?

Do  tego  jeszcze  zaskakujące  wyznanie  Lorenza  na  temat  miliona  małych  Lorenzów 

biegających  po  świecie.  To  było  zakręcone.  Oprócz  tego  Jess,  który  był  zupełnym  wrakiem 

człowieka.  I  Reyn,  którego  gnębi  przeszłość  i  od  której  nie  umie  się  odciąć.  Właściwie 

dlaczego  w  ogóle  próbujemy?  Ja  cały  czas  miałam  nadzieję,  że  uporałam  się  ze  swoimi 

demonami,  a  jednak  teraz  coś  je  wywlekało  na  światło  dzienne.  Moja  przeszłość  stawała  na 

środku drogi, wymachiwała rękami i krzyczała: "Spójrz na mnie!" Ale dlaczego? Dlaczego nie 

miało to już dla mnie znaczenia?

Kątem  oka obserwowałam  napięte,  silne ręce  Reyna  ugniatającego ciasto i wprawnie 

formującego bułeczki. Wolałam nie wyobrażać sobie, że to mnie tak ugniata.

- Cześć, cześć! - zawołała Anne, wchodząc kuchennymi drzwiami. Jedwabiste czarne 

włosy okalały jej policzki. Rękawy zielonego swetra miała podciągnięte do łokci. - Nakrywam 

do stołu. Będzie nas na kolacji trzynaścioro, bo...

Drzwi otworzyły się znowu i Anna zrobiła gest: tadam!

- Przyjechała moja siostra! Poznajcie się, to jest Amy. Amy, to Jess, Reyn i Nastasya.

-  Cześć  -  powiedziała  Amy  z  uśmiechem.  To  była  kopia  Anne:  mniejsza,  nieco 

młodsza,  z  dłuższymi,  rozpuszczonymi  włosami  w  kolorze  brązu  i  nieco  mniej  wytwornym 

wyglądem. Anne była nauczycielką, a Amy przy niej wyglądała jeszcze jak uczennica, jeżeli to 

coś wyjaśnia.

Uświadomiłam  sobie,  że  jest  bardzo,  bardzo  ładna,  w  świeży,  naturalny  sposób. 

Dlaczego  niektóre  kobiety  mogą  odpuścić  sobie  makijaż,  a  mimo  to  wyglądają  "świeżo  i 

naturalnie",  ale  kiedy  ja  go  sobie  odpuszczę,  co  zdarza  mi  się  każdego  dnia,  wyglądam  na 

zmumifikowaną?

- Oj, jakie zapachy! - powiedziała Amy, biorąc stertę talerzy, które podała jej Anne.

-  Pieczemy  zwierza  -  wyjaśniłam  i  wzięłam  łyk  wina.  Wyznaczyło  w  gardle  palącą 

ścieżkę, a ja powstrzymałam się, żeby nie przełknąć go od razu.

Amy  uśmiechnęła  się,  a  ja  przyglądałam  się,  jak  zerka  na  Reyna  i  nagle  wszystko 

zaczęło się toczyć jak na zwolnionych obrotach.

background image

Oczy  Amy  wyraźnie  się  powiększyły  Uśmiech  drżał  przez  sekundę  na  jej  wargach,  a 

potem stał  się szerszy. Dotarło do mnie, że chociaż nie  chciałam  Reyna, denerwowało mnie, 

że  interesowała  się  nim  Neli,  a  teraz  Amy  znalazła  się  pod  wpływem  atrakcyjnego  wikinga. 

Ubodło  mnie  to:  nikt  oprócz  mnie  nie  miał  prawa  zauważyć,  że  jest  zabójczo  przystojny, 

piękny, niebezpieczny. A nie ulegało wątpliwości, że Amy to dostrzegła.

- Jest nadzieja na deser? - spytała Reyna, trzepocząc rzęsami.

A  Reyn,  który  przy  mnie  był  małomówny  i  zamyślony,  zupełnie  swobodnie 

odwzajemnił jej uśmiech. Zamrugałam, praktycznie słysząc anielski śpiew. Amy zachowywała 

się jak zahipnotyzowana. Cała w skowronkach. Nie odrywała od niego oczu.

- Tak. - Zarzucił sobie ścierkę na ramię. - Będzie coś czekoladowego.

- Wspaniale. -  Amy obdarzyła nas wszystkich  szerokim uśmiechem i  wyszła z kuchni 

za Anne. Pomieszczenie bez niej wydało się mniejsze.

Wiele  niepokojących  myśli  wirowało  mi  w  głowie,  jak  śmieci  na  wietrze  na  pustej 

ulicy.

- Coś czekoladowego? - Nic innego nie przyszło mi do głowy.

- Wymyślę coś  - odparł, a ja  zrobiłam  się nieracjonalnie  wściekła. Reyn  chciał  zrobić 

coś czekoladowego dla niej.

Odwróciłam się do niego plecami i dokończyłam krojenie warzyw, wyobrażając sobie, 

że  to  Reyn,  a  ja  go  właśnie  ćwiartuję.  Dałam  wszystko  Jessowi,  zerwałam  z  siebie  fartuch  i 

wyszłam z kuchni dumnym krokiem.

Miałam czterysta pięćdziesiąt dziewięć lat, a przepełniała mnie dziewczęca zazdrość z 

powodu kogoś, kogo nawet nie chciałam.

Niech to.

Pewnie  przyjmiecie  tę  wiadomość  z  zainteresowaniem,  że  powyższa  scena  była 

zapowiedzią  całego  tygodnia.  Owszem.  Od  tego  momentu  wszystko  potoczyło  się  bardzo 

szybko, niczym lód topniejący na rozpalonym dachu samochodu.

Wróciłam do pracy, a Meriwether rozpoczęła naukę - byłam sam na sam z czarującym 

starym Makiem aż do czwartej po południu. Pan Maclntyre był wściekły i jeszcze złośliwszy 

niż zwykle. Zastanawiałam się, czy przypadkiem ferie nie wyprowadziły go z równowagi.

background image

Wykonywałam  codzienne  czynności.  Wykładałam  towar,  sprzątałam,  zamiatałam, 

porządkowałam  recepty  z  całego  dnia  i  rejestrowałam  czeki,  które  miały  pójść  do  banku. 

Apteka Maclntyre's, do której nie dotarł jeszcze współczesny świat.

Raczej nie wchodziłam w paradę staremu Macowi, a on w ciągu dnia wypowiedział do 

mnie raptem ze dwa słowa.

O  czwartej  z  rozwianymi  włosami  wpadła  Meriwether.  Uśmiechnęła  się,  chyba 

szczerze.  Ucieszyła się  na mój  widok, a później  poszła na zaplecze, żeby odbić kartę i zdjąć 

plecak. Własny ojciec kazał jej rejestrować godzinę przyjścia i wpisywać się na listę obecności.

Zostawiłam  trochę  towaru  do  przełożenia,  żebyśmy  mogły  razem  popracować,  nie 

narażając  się  na  krzyki  pana  Maclntyre.  Niedługo  potem  schowałyśmy  się  między  regałami, 

gdzie wypakowywałyśmy talk do stóp i stabilizatory.

- Jak było na zabawie sylwestrowej? - spytałam szeptem. Stary Mac siedział za swoją 

apteczną ladą, a ja nie chciałam budzić bestii.

-  Fajnie  i  okropnie  -  odpowiedziała  Meriwether  ściszonym  głosem.  -  Na  początku 

bawiłam się dobrze. Lowell jest naprawdę miły, DJ był fajny. I podobała mi się moja sukienka. 

Nie  mogłam  w  ogóle  uwierzyć  w  to,  że  tata  pozwolił  mi  pójść.  To  wszystko  było  takie 

niesamowite.

- Ale co się stało? - Wsunęłam pudełka na małe metalowe półki.

- Imprezę rozwaliła banda dzieciaków. - Meriwether się skrzywiła. - Byli pijani, zalani. 

Zrobili niezłą aferę. Pan Daly usiłował ich wyrzucić, a wtedy oni rozwalili sprzęt.

- No, nieźle - odparłam. - Naprawdę rozwalili sprzęt?

- Tak.  Zniszczyli jeden wielki głośnik  DJ-a, wpadli na  stół z  jedzeniem, wszystko się 

zawaliło i było po wszystkim. Byliśmy potwornie wściekli.

- Straszne - przyznałam, a przez umysł przetoczyły mi się obrazy, kiedy to ja sama tak 

postępowałam. - Znasz ich?

-  Paru  znam.  Chodzili  do  mojej  szkoły,  ale  wylecieli.  Dziewczyna  o  imieniu  Dray  i 

chłopak - Taylor. I paru innych, których nie znam.

Dłoń  zawisła  mi  w  powietrzu.  Dray?  Ta,  którą  usiłowałam  nawrócić?  Nie  widziałam 

jej  od  paru  tygodni,  ale  ostatnio,  kiedy  na  siebie  wpadłyśmy,  szczerze  sobie  pogadałyśmy. 

Wzbudzała we mnie niepokój, bo przypominała mnie samą. Jeżeli udałoby mi się ją uratować, 

zanim całkowicie się stoczy, zdobyłabym parę punktów, że tak to ujmę.

background image

- Niedobrze - westchnęłam. - Chodzili do twojej szkoły?

- Tak. Taylor w zeszłym roku był w ostatniej klasie, ale wywalili go za palenie trawki 

jakieś dwa  miesiące  przed końcem roku. Dray jest w  moim  wieku. Straszna suka z  niej.  Ale 

wiesz, ona ma nieciekawie w domu. Mój tata nie pozwala jej mamie robić u nas zakupów, bo 

zawsze  zostawia  czeki  bez  pokrycia.  -  Meriwether  wyglądała  na  nieszczęśliwą.  -  Nieważne. 

To nie znaczy, że może rozwalać jedyną imprezę, na którą ojciec pozwolił mi pójść.

-  Tak,  wiem.  Co  za  porażka.  Myślisz,  że  mogłabyś  się  umówić  z  Lowellem?  -  Jacy 

rodzice dają dziecku na imię Lowell?

-  Nie  wiem,  czy  tata  mi  pozwoli.  Ale  widuję  się  z  nim  w  szkole.  Czasami  siadamy 

razem  podczas  lunchu.  -  Jej  twarz  się  rozpromieniła,  kiedy  kończyłyśmy  wypakowywać 

skrzynkę.  Słońce  już  zaszło,  a  ciemne  niebo  prześwitujące  przez  chmury  wyglądało  szaro  i 

posępnie.

- Co robicie? -  Szorstki głos pana Maclntyre  sprawił,  że mało  nie podskoczyłam. Od 

czasu  incydentu  z  fiolką  był  bardziej  pokorny,  najwyraźniej  starał  się  panować  nad  złością. 

Meriwether nie żywiła do niego urazy. Żałowałam, że niewiele mogę zrobić, żeby jej pomóc. 

Wskazałam puste plastikowe skrzynki.

- Wyniosę je - rzuciłam niedbale.

Kiedy wróciłam, Meriwether odkurzała półki. Gdy chowała miotełkę z piór pod ladę, 

usłyszałyśmy, że coś upadło. Meriwether zmarszczyła brwi i się pochyliła. Podniosła z podłogi 

małą  ramkę.  Jej  twarz  spochmurniała,  kiedy  na  nią  spojrzała.  Umierałam  z  ciekawości,  żeby 

zobaczyć, co to jest, ale udawałam, że wcale mnie to nie obchodzi, na wypadek gdyby jednak 

postanowiła schować ramkę z powrotem. Ale dziewczyna podeszła do mnie i mi ją podała.

- To moja mama - szepnęła.

Spojrzałam  na  zdjęcie  i  zobaczyłam  Meriwether  siedzącą  na  zielonej  sztruksowej 

kanapie,  uśmiechającą  się  do  aparatu.  Miała  jakieś  dwanaście,  może  trzynaście  lat,  więc 

musiało to być tuż przed wypadkiem. Jej matka wyglądała właściwie jak Meriwether, tyle że 

była  starsza.  Naprawdę,  były  jak  dwie  krople  wody.  Równie  dobrze  Meriwether  mogłaby 

uchodzić za jej siostrę bliźniaczkę.

Nic  dziwnego,  że  stary  Mac  nie  mógł  znieść  jej  widoku.  A  skoro  mowa  o  starym 

Macu,  szczęka  mi  opadła  na  jego  widok.  Wyglądał  tak  normalnie,  zdrowo.  Uśmiechał  się 

background image

promiennie,  spoglądając  na  swoją  żonę.  Trzymał  rękę  na  oparciu  kanapy.  Nie  mogłam 

uwierzyć, patrząc na jego radosną twarz - był zupełnie innym człowiekiem.

-  To  pewnie  twój  młodszy  brat  -  wymamrotałam.  On  też  wyglądał  na  szczęśliwego. 

Siedzał  bezpiecznie  pomiędzy  ojcem  i  Meriwether.  Ona  była  blada  i  jasna  jak  mama,  a  brat 

miał ciemne włosy i oczy jak stary Mac.

- Tak. To Ben - potwierdziła ledwie słyszalnym szeptem, z rozpaczliwą miną.

-  Do  cholery,  co  to  ma  być!  -  Ryk  zaskoczył  nas  obie,  mało  brakowało, 

żebym wypuściła ramkę z rąk. Pan Maclntyre stał i trząsł się z wściekłości -  najwyraźniej cała 

jego  chwilowa  powściągliwość  prysła  jak  bańka  mydlana.  Wyciągnął  rękę  gwałtownym 

ruchem i wyrwał mi z dłoni ramkę, zostawiając zadraśnięcie na dłoni. - Jak śmiesz! Jak śmiesz 

to  ruszać...  -  Popełnił  błąd  i  spojrzał  na  zdjęcie.  Gdybym  miała  go  przedstawić  w  komiksie, 

narysowałabym  jak  kogoś,  z  kogo  uszło  z  sykiem  powietrze.  W  końcu  się  opanował, 

przycisnął zdjęcie do piersi, a drugą dłonią uderzył w ladę. - Nigdy więcej nie wymawiaj jego 

imienia! - Jego głos, donośny i rozzłoszczony, wypełnił mały sklepik.

Meriwether,  przerażona  jego  tyradą,  wybuchła  płaczem.  Chciałam  wyciągnąć  rękę, 

wysyczeć coś mrocznego i sprawić, żeby padł na kolana. Oczywiście nie zrobiłabym tego, nie 

mogłabym, ale pokusa wibrowała jak naciągnięta struna, gotowa zerwać się w każdej chwili. 

Byłam wściekła, strasznie wściekła, że tak na nią wrzeszczy i nikt go nie może powstrzymać. 

Byłam  wściekła,  że  obwinia  Meriwether  za  to,  że  żyje.  Dłonie  świerzbiły  mnie,  żeby  po 

prostu... utemperować go magyia.

-  Niech  pan  przestanie  na  nią  wrzeszczeć!  -  krzyknęłam.  -  To  nie  jej  wina,  że  nie 

zginęła!  -  Nie  zamierzałam  tego  powiedzieć.  Trudno  stwierdzić,  kto  z  naszej  trójki  był 

najbardziej zszokowany.

Meriwether  nagle  przestała  płakać  i  wpatrywała  się  we  mnie,  a  stary  Mac  pobladł. 

Oczy  mało  nie  wyskoczyły  mu  z  orbit  spod  krzaczastych  czarnych  brwi.  Ja,  oczywiście, 

ciągnęłam dalej. Dlaczego nagle miałabym się silić na powściągliwość?

- Tylko ona panu została! Macie tylko siebie! Co by było, gdyby ona też umarła i nie 

miałby pan nikogo?

Meriwether czknęła w nienaturalnej ciszy.

- Zamknij się! - wrzasnął pan Maclntyre, a ja cofnęłam się o krok na widok jego miny. 

Chyba zamierzał wygrać zawody pod tytułem "Kto jest bardziej wściekły". Czy to mogło mnie

background image

powstrzymać? Nie.

- Niszczy pan sobie życie, które panu zostało! -  odkrzyknęłam. -  Pana interes ledwie 

zipie,  bo  nikt  nie  chce  mieć  z  panem  do  czynienia!  Córka  się  pana  boi!  Wygląda  pan  na 

wariata!  Tego  pan  chce?  -  Chyba  przesadziłam.  Żyła  pulsowała  mu  w  skroni,  a  ja 

zastanawiałam się, czy przypadkiem nie dostanie zawału. Najwyraźniej odjęło mu mowę - był 

tak rozwścieczony, że dosłownie nie nadążał z wyrzucaniem z siebie nienawiści.

W końcu otworzył usta, a ja zebrałam się w sobie.

- Zwalniam cię! - ryknął. - Zwalniam! Wynoś się stąd! Nigdy więcej nie chcę widzieć 

twojej gęby! I trzymaj się z daleka od mojej córki!

Zamrugałam.  Byłam  naiwna,  prawdę  mówiąc,  nie  spodziewałam  się,  że  zostanę 

zwolniona. Myślałam, że wszyscy przez chwilę powrzeszczymy, potem będziemy się wściekać 

w  milczeniu  przez  parę  dni,  a  później  nastąpią  miesiące  biernej  agresji.  Ale  zwolnienie? 

Cholera. Powinnam mieć pracę. Dla własnego dobra.

- Zwolniona? - Starałam się, żeby mój głos brzmiał odważnie.

- Zwolniona! - krzyknął znowu. - Zabieraj swoje rzeczy i wynoś się stąd!

- Dobrze! - Odwróciłam się i pomaszerowałam na zaplecze, gdzie chwyciłam kurtkę i 

moją kartę. Przeszłam na przód apteki. - Proszę! - powiedziałam, rzucając kartę na ladę. - Jest 

mi pan winien za sześć dni, sprzed Nowego Roku!

- Wynocha! - wrzasnął.

Spojrzałam na Meriwether, która trzęsła się jak osika.

- Trzymaj się - szepnęłam do niej. - Przykro mi, że twój tata jest takim gnojkiem.

Jej oczy otworzyły się szeroko, a wściekły stary Mac nabrał powietrza do płuc.

Wymaszerowałam  z  apteki.  W ciemności  uświadomiłam  sobie,  że w  domu  muszę  się 

przyznać, że zostałam zwolniona. Że nie potrafiłam utrzymać się w pracy, którą byłby w stanie 

wykonywać średnio rozgarnięty szympans. Ech...

Kiedy  znalazłam  się  z  dala  od  apteki,  przystanęłam.  Poszłam  w  niewłaściwym 

kierunku. Samochód został w tyle. Ale nie było mowy, żebym jeszcze raz przeszła obok jasno 

oświetlonej aptecznej wystawy.

Zacisnęłam  zęby,  zła  i  podenerwowana.  Co  za  potworna  scena.  On  mnie  naprawdę 

zwolnił.  I  czy  przypadkiem  nie  zrobiłam  krzywdy  Meriwether?  Miała  tak  bladą  twarz,  jakby 

background image

odpłynęła z niej cała krew. Cholera. Zobaczyłam, że jestem przy Early's Feed and Farmware, 

przy naszym sklepie.

Weszłam do środka.

Co ja powiem River?  Wszystko jest kwestią wyboru. Wszystko. Także wykrzyczenie 

szefowi prosto w twarz okropnych rzeczy.

Skierowałam się do działu ze słodyczami i po krótkich męczarniach zdecydowałam się 

na cukierki o smaku kwaśnych jabłek Teraz i Później. Które, jak każdy wie, powinny nazywać 

się: Teraz albo Później.

Przy  kasie,  kiedy  podawałam  kasjerowi  pieniądze,  zerknęłam  w  stronę  sklepu. 

Dostrzegłam znajomy błysk brązowych włosów z zielonymi pasemkami. Dray!

Chłopak  wydawał  mi  resztę,  więc  nie  mogłam  do  niej  podejść,  ale  starałam  się  nie 

stracić  jej  z  oczu.  I  dlatego  zobaczyłam,  jak  kradnie  baterie,  wyciągając  je  z  pudełka  i 

wsuwając pod kurtkę.

Serce we mnie zamarło.

- Proszę pani? - Chłopak podawał mi paragon.

-  Dzięki.  -  Wzięłam  go  i  skierowałam  się  do  wyjścia,  rozmyślając  nad  tym,  jaki  ten 

dzień jest do dupy. Na zewnątrz oparłam się o budynek i odwinęłam Teraz i Później. Zaczął 

padać  śnieg;  delikatne  białe  płatki  leciały  na  ziemię,  zdążyły  już  przysypać  samochody 

zaparkowane przy ulicy.

Nie  musiałam  długo  czekać.  Dray  wyszła  kilka  minut  później.  Przeszła  swobodnie 

przez drzwi, a potem ostro skręciła w prawo i przyspieszyła.

- Hej.

Odwróciła  się,  kiedy  usłyszała  mój  głos  i  zobaczyła  mnie.  Wyciągnęłam  Teraz  i 

Później.

Zawahała się, ale nie zatrzymała się.

- To kwaśne jabłka - powiedziałam przymilnym, śpiewnym głosem.

Skrzywiła się i wzięła ode mnie cukierka.

- Jak leci? - spytałam.

- Dobrze. - Wzruszyła ramionami, nie patrząc na mnie.

- Mnie też. Dzięki, że spytałaś.

Znów wzruszyła ramionami i włożyła sobie cukierka do ust.

background image

Doszłam do wniosku, że zagadywanie o wakacje jest raczej złym pomysłem.

- I... co porabiasz?

- To, co zwykle. Udzielam się charytatywnie w kościele. Czytam niewidomym. - Żuła 

cukierka z lekko rozchylonymi wargami, obserwując padający śnieg.

-  Myślałaś,  żeby  stąd  wyjechać?  -  Podczas  naszej  ostatniej  rozmowy,  przed  feriami, 

zachęcałam ją do tego, żeby zostawiła West Lowing na dobre.

Jej oczy mocno podkreślone konturówką spojrzały na mnie.

- Nie. A co złego w tym, że tu mieszkam? - Jej ton był  wojowniczy. Czułam się tak, 

jakbym  spoglądała  w  lustro,  sześć  miesięcy  wcześniej.  Albo  nawet  tydzień  temu.  Boże,  inni 

ludzie muszą mieć satysfakcję z tego, jaki wpływ mają na mnie.

-  Myślałam, że chcesz się stąd  wyrwać,  uciec  od ludzi,  którzy nie doceniają twojego 

wewnętrznego piękna - stwierdziłam. Kwaśne jabłko drażniło mnie w gardle.

-  Dobrze  mi  tu.  -  Wyglądała  na  znudzoną.  Sprawiała  takie  wrażenie,  jakby  zrobiła 

korespondencyjny kurs: "Ty też możesz być okropna!"

Straciłam cierpliwość.

- To dlatego kradniesz baterie u Early'ego?

- Co? - Zmarszczyła brwi.

- Dlaczego?

Przewróciła  oczami.  Płatki  śniegu  padały  jej  na  głowę  i  topniały  na  włosach.  Było 

wyjątkowo  zimno,  a  ja  przed  chwilą  zostałam  zwolniona  i  pewnie  głęboko  zraniłam  uczucia 

Meriwether.

-  Dray,  daj  spokój,  przecież  rozmawiałyśmy  -  przypomniałam  jej.  -  Mówiłam  ci,  że 

powinnaś zwiewać z tego miejsca. Czemu tu tkwisz i kradniesz?

-  A  kim  ty  jesteś?  -  warknęła.  -  Pracownikiem  społecznym?  Jakie  masz  prawo 

dyktować mi cokolwiek?

Normalny człowiek w tej chwili uświadomiłby sobie, że popełnił błąd i by się wycofał. 

Ale nie ja.

-  Powinnaś  mnie  posłuchać!  -  syknęłam.  -  Wiem  więcej  od  ciebie,  zrobiłam  więcej 

rzeczy niż ty, byłam o wiele gorsza niż ty! Bardziej przypominam ciebie niż ty sama! Ty wiesz, 

i ja wiem, że to miasteczko ciągnie cię w dół. Zadajesz się z nieudacznikami, robisz głupoty. 

background image

Psujesz  szkolne  tańce  i  wynosisz  baterie,  na  miłość  boską.  A  teraz  udajesz  niewiniątko? 

Przestań!

-  Pieprz  się!  -  Dray  wpatrywała  się  we  mnie  z  wściekłością.  Jej  głos  był  donośny  i 

kobieta wychodząca z Early'ego spojrzała na nas. - Jesteś taka pewna? Nie masz rodziny, nie 

masz przyjaciół, jesteś na odwyku na jakiejś zapadłej farmie i pracujesz w zatęchłej aptece na 

zadupiu! I ty śmiesz mnie pouczać? Nie skończyłaś nawet liceum! Jesteś jedną wielką kpiną!

Otworzyłam  usta,  żeby  się  bronić,  ale  zamknęłam  je  w  jednej  chwili.  Nie  miałam 

rodziny,  zostawiłam  wszystkich  moich  przyjaciół,  byłam  na  o  wiele  poważniejszym  odwyku, 

niż  przypuszczała,  tak  naprawdę  zostałam  zwolniona  z  mojej  żałosnej  pracy  i  nigdy  nie 

skończyłam żadnego liceum.

Powinnam chyba się skulić w jakiej zaspie i zamarznąć.

- Prawda w oczy kole, co? - Zaśmiała się, widząc moją minę.

- To banał - wymruczałam.

- Ty jesteś banałem - dodała chłodno. - Kręcisz się, usiłując pomagać ludziom, a sama 

jesteś jedną wielką porażką! I tego nie widzisz!

- Widzę, że jestem porażką! - Nie zabrzmiało to tak, jak zamierzałam.

- Jasne,  akurat. -  Doskonale rozpoznałam  jej złośliwy ton. -  Odpieprz się i  zajmij  się 

własnymi sprawami. Zostaw mnie w spokoju. - Odwróciła się i zaczęła oddalać się w noc.

- Dray! - wrzasnęłam, nie mając zupełnie pojęcia, co jej powiedzieć.

Nie odwróciła się. Za to pokazała mi środkowy palec. No, nieźle mi poszło.

background image

Rozdział 10

Cały  ten  dzień  był  pechowy.  Musiałam  się  przyznać,  że  mnie  wylali.  Przemknęłam 

obok  oświetlonej  wystawy  apteki  Maclntyre's,  zaglądając  pospiesznie  do  środka.  Ulżyło  mi, 

kiedy zobaczyłam pusty sklep i podbiegłam do samochodu.

W  River's  Edge  wiele  oświetlonych  okien  niosło  obietnicę  ciepła.  Śnieg  oprószył 

wszystko  jak  cukier  puder.  Wysiadłam  z  samochodu  i  poczłapałam  do  domu,  zastanawiając 

się, czy uda mi się przemknąć niezauważenie na górę, do wanny z gorącą wodą. Weszłam po 

schodach i cichutko otworzyłam ciemnozielone drzwi wejściowe...

-  Cześć!  Nastasyo!  Na  kolację  będzie  chińszczyzna!  -  Amy  w  korytarzu  kilka  razy 

podskoczyła z podniecenia. - Charles mieszkał w Chinach i wie, jak ją przygotować!

Skąd ona wie, że Charles mieszkał w Chinach? Ja nie wiedziałam. A ona dopiero co tu 

przyjechała!

- Cześć, jak ci minął dzień? - Anne przywitała mnie z uśmiechem.

Mój plan, żeby zakraść się na górę i udawać chorą, legł w gruzach.

- Wylali mnie! - wypaliłam i poczułam, że broda mi drży, a twarz wykrzywia grymas. 

Czy  nie  dość  mnie  dzisiaj  poniżono,  musiałam  się  jeszcze  przy  wszystkich  rozpłakać,  i  to 

przed cudowną siostrą Anne, dla której Reyn zrobił deser czekoladowy?

-  Och,  kochanie  -  odezwała  się  Anne  i  natychmiast  podeszła,  żeby  mnie  przytulić. 

Pogłaskała  mnie  po  plecach,  jakbym  była  dzieckiem,  które  rozbiło  sobie  kolano.  -  Tak  mi 

przykro. Wiem, że ciężko musi się pracować u pana Maclntyre.

- Co się stało? - To był głos River.

-  James  Maclntyre  ją  zwolnił  -  powiedziała  Anne  ponad  moim  ramieniem.  Nie 

otworzyłam oczu, nie chciałam spojrzeć w twarz River.

-  Och,  Boże  -  szepnęła  River.  -  No  cóż,  i  tak  zadziwiająco  długo  się  utrzymałaś. 

Wystarczyło, żebyś źle kichnęła, a on pokazałby ci drzwi.

Stanęły po mojej stronie. Od razu, nie znając faktów. Wiedziały, kim jestem, a mimo to 

stały po mojej stronie. Wyprostowałam się i otworzyłam oczy. Grzbiet jednej dłoni uniosłam 

pod nos.

- Nie kichnęłam.

- A co się stało? - spytała River.

background image

-  Krzyczał  na  swoją  córkę,  Meriwether,  która  tam  pracuje,  a  ona  się  rozpłakała. 

Myślałam, że ją uderzy. Nie chciałam posługiwać się magyia, żeby go powstrzymać, to byłoby 

złe  -  dodałam  szlachetnie.  -  Poniosło  mnie  i  wykrzyczałam  mu  w  twarz  straszne  rzeczy.  Że 

niszczy sobie  życie  i że  córka  się  go boi. -  Wzięłam  oddech. -  A później  on ryknął, że mnie 

zwalnia i że mam się wynosić, i że nie chce mnie więcej widzieć.

Właściwie, wcale tak źle w tym wszystkim nie wypadłam. I wszystko to było prawdą. 

Nie oddałam wprawdzie pełnej grozy sytuacji, bladej przerażonej twarzy Meriwether ani tego, 

że raniąc jej tatę, zraniłam również ją. Ale oddałam ogólny zarys.

- Hm... - westchnęła River. Nie byłam w stanie odczytać wyrazu jej oczu. Nie była to 

złość, potępienie czy rozczarowanie.

- To straszne - dodała Anne i pogłaskała mnie po plecach. - Chyba wiem, co poprawi 

ci humor.

- Lody? - Nadzieja zapłonęła mi w piersiach.

-  Nie  -  zaśmiała  się. -  Miła  sesja  medytacji.  Mamy czas do  kolacji.  Dołącz  do naszej 

czwórki.  -  Wskazała  siebie,  Amy,  Rachel  i  Daisuke,  którzy  zebrali  się  w  holu,  kiedy  ja 

dzieliłam się swoją historią.

O nie! Nie, pomyślałam.

-  Świetny  pomysł!  -  zauważyła  River  z  lekkim  uśmiechem  na  twarzy,  który  zdradził 

mi, że doskonale wie, co myślę. - Idź. Wiem, że po tym poczujesz się o wiele spokojniejsza.

Anne  ruszyła  po  schodach,  a  za  nią  pozostali,  a  ja  wahałam  się  w  nadziei,  że  River 

powie,  że  tylko  żartowała  i  że  tak  naprawdę  potrzebuję  szkockiej  i  gorącej  kąpieli. 

Uśmiechnęła się i pogłaskała mnie po mokrych od śniegu włosach.

-  Naprawdę  dobrze  ci  to  zrobi  -  powtórzyła  łagodnie.  Westchnęłam  i  zaczęłam 

wchodzić po schodach. Były zdradliwie wygodne.

Nie próbowałam medytacji od czasu, kiedy moja noworoczna introspekcja zakończyła 

się  fiaskiem.  To  była  ostatnia  rzecz,  na  jaką  miałam  ochotę.  Czy  kiedykolwiek  będę  na  tyle 

silna,  żeby  powiedzieć:  "Nie,  dzięki,  nie  chcę  w  tej  chwili  tego  robić".  Na  pewno  kiedyś 

zdołam się od tego uwolnić. I dadzą mi w końcu spokój. Prawda?

Wdychałam  i  wydychałam  powietrze.  Męczący  dzień  gdzieś  odpłynął.  Ciało  się 

rozluźniło, ramiona wyprostowały. Ta chwila była ideał...

Moc Nastasyi jest niewiarygodnie silna. Martwię się...

background image

Wyprostowałam  się.  Czyja  to  była  myśl?  Już  wcześniej  zauważyłam,  że  czasami 

podczas  medytacji  słyszałam  myśli  ludzi.  Najwyraźniej  wasza  kłopotliwa  nieśmiertelna  była 

obciążona  taką  umiejętnością.  Ale  kto  się  o  mnie  martwi?  Na  pewno  Anne,  jedyna 

nauczycielka. Ale może Rachel albo Daisuke? Oboje byli mocno zaawansowani. Uspokoiłam 

oddech i otworzyłam się, żeby chłonąć więcej.

Powinienem oddać miskę Shiro.

Rozpoznałam  Daisuke.  Jego  myśl  pojawiła  się  we  mnie  jak  błysk:  miał  małą,  piękną 

miskę, którą wykonał jego brat. Brat nie żył, a to była jedyna rzecz, jaka mu po nim została. 

Zadręczał się, bo nie chciał mieć żadnych materialnych dóbr, nawet maleńkiej miski brata.

Powinnam niedługo odwiedzić mamę...

To  była  Rachel.  Zastanawiałam  się,  gdzie  jest  jej  mama.  Wiedziałam,  że  Rachel 

pochodzi z Meksyku.

Reyn wpadnie w moje ramiona.

Mało  nie  zakrztusiłam  się  własną  śliną.  Zmusiłam  się,  żeby  powoli  ją  przełknąć.  To 

pewnie Amy.

Mierzyła  się  ze  swoimi  emocjami.  Nie  uciekała  przed  problemami.  Musiała  sobie 

poradzić z ogromnym pragnieniem dorwania obcego faceta, którego nawet nie znała.

Nastasyo, jesteś takim cykorem.

Co? Kto to? Oj, chwila, to ja.

Co?

Jesteś  takim  cykorem.  Udajesz  twardzielkę,  a  tak  naprawdę  przepełniają  cię  same 

obawy.

Powtarzasz, że chcesz się stać lepsza, ale pod warunkiem, że nie wymaga to od ciebie 

wysiłku.

Co to ma znaczyć? Przecież ja się wysilam!

Nie. Twoje "wysiłki" polegają na tym, żeby nie walczyć ze wszystkimi o wszystko. A 

to dopiero początek. Musisz zrobić coś więcej niż tylko zaprzeczać. 

Co jest, do diabła?

Musisz być aktywna, nie bierna. Nie możesz odsunąć się od Meriwether, od Dray, od 

Reyna. Możesz to naprawić. Tak naprawdę musisz dorosnąć. W końcu.

Cóż.

background image

To akurat chyba jest prawda.

Wściekałam  się.  Jak  moja  podświadomość  śmie  występować  przeciwko  mnie?  Jak 

śmie...

Skupiasz się na tym, że jesteś zła i odwracasz uwagę od tego, co powinnaś zrobić.

Niemal prychnęłam rozwścieczona.

- Dobrze, zaczynamy wychodzić - powiedziała łagodnie Anne.

Za kogo ta  moja podświadomość się  ma? Otworzyłam oczy, wściekła, że Anne mnie 

do tego namówiła, a River ją poparła. Daisuke, naprzeciwko mnie, wyglądał na zakłopotanego 

i nie był wcale bliżej odpowiedzi na temat miski brata. Rachel wyglądała na zamyśloną. Anne 

patrzyła  na  mnie.  A  Amy?  Ostrzyła  sobie  zęby  na  Reyna?  Zerknęłam  na  nią  i  stłumiłam 

wrzask.

Amy  miała  twarz  Incy'ego,  przystojną  i  nieziemską.  Jego  ciemne,  intensywne 

spojrzenie,  ciemne  loki.  Widziałam  go  w  wizjach,  w  snach...  Musiałam  się  z  całych  sił 

powstrzymać,  żeby  nie  odskoczyć.  Zamrugałam,  wzięłam  szybki  oddech  i  nagle  Amy  była 

znów Amy.

Wszyscy patrzyli na mnie.

Otarłam dłonią usta. Drżałam.

- Przepraszam - wymruczałam. - Złudzenie optyczne.

Polował  na  mnie,  nękał  mój  umysł,  a  ja  czułam  się  zastraszona.  Już  wystarczająco 

trudno było sobie poradzić ze snami i złudzeniami. Jeżeli wizje mają zamiar atakować mnie w 

normalny dzień, oszaleję naprawdę.

Mało  się  nie  rozpłakałam  ze  szczęścia,  kiedy  odezwał  się  dzwonek  na  kolację. 

Podniosłam  się  z  podłogi,  rzuciłam  moją  gryczaną  poduszkę  na  stos  w  kącie  i  wyszłam  za  

Rachel.

Nie tak szybko, Pasikoniku.

- Nasty? Mogę na chwilkę?

Odwróciłam  się  niechętnie  i  spojrzałam  na  Anne.  Inni  wyszli  spokojnie  -  szczęśliwe 

gnojki. A my zostałyśmy w małej sali.

Anne przez chwilę się zastanawiała.

-  Wszystko  w  porządku?  -  spytała  w  końcu.  -  Przez  chwilę  wyglądałaś  na  bardzo 

zdenerwowaną.

background image

-  Oj,  w  porządku  -  odparłam  nieprzekonująco.  Anne  odczekała  kilka  sekund,  miała 

nadzieję, że się złamię i powiem prawdę, ale nie zrobiłam tego.

- Słyszysz myśli innych ludzi podczas medytacji. Zawsze tak jest czy tylko czasami ci 

się to udaje? Nieładnie jest podsłuchiwać.

- A jest jakiś sposób, żeby to powstrzymać? - spytałam.

- Tak. - Anne zamrugała zaskoczona. - Nie słuchasz tego celowo?

-  Nie.  Ja  tylko...  czuję,  że  mam  otwarty  umysł.  -  Przypomniałam  sobie  uszczypliwe 

myśli, którymi zarzuciła mnie wewnętrzna Nasty. - Czasami za bardzo.

-  Dobrze,  zajmiemy  się  tym  na  następnej  lekcji  -  zgodziła  się  Anne.  -  Nigdy  nie 

uczyłam  nikogo,  jak  tego  nie  robić.  Mało  kto  to  potrafi.  Ale  tobie  to  potrzebne,  powinnam 

była wpaść na to wcześniej. Nauczę cię tego, zgoda?

- Jasne. - Chciałam wyjść, ale ona jeszcze nie skończyła.

-  Nastasyo...  Pod  koniec  naprawdę  wyglądałaś  na  przerażoną.  Kiedy  spojrzałaś  na 

Amy. Co się stało?

- Nic! - Zerknęłam na Anne. Amy jest jej siostrą. - To znaczy, nie chodzi o Amy. Mój 

umysł robi mi psikusy. Przez chwilę wyglądała jak ktoś inny, przyjaciel, którego zostawiłam w 

Londynie. Incy.

- Myślałaś o Incym? - Anne zmarszczyła brwi.

- Nie w  tamtej  chwili. Ale to  nie ma związku  z  Amy. Nie przypomina mi  go, ani nic 

takiego.

-  Hm...  -  zastanawiała  się  Anne,  idąc  ze  mną  do  drzwi.  Wzruszyłam  ramionami, 

zawstydzona.

Nie  chciałam  o  tym  rozmawiać.  Czyżby  mój  umysł  chciał  mi  powiedzieć,  że  jestem 

beznadziejnie  mroczna?  Tak  samo  mroczna  jak  Innocencio?  Tak  mroczna  jak  moi  rodzice? 

Czy mam to we krwi i nie jestem w stanie od tego uciec? A w takim razie... jeżeli to prawda, 

czy powinnam tu być?

background image

Rozdział 11

Bądź aktywna, powiedziała mi moja podświadomość. Napraw wszystko. Dorośnij.

Gdybym wiedziała, jak się ochronić, moja podświadomość nigdy  więcej nie  zrobiłaby 

mi żadnego numeru, dopóki żyję. Chwileczkę. Cholera. Nieważne.

Nie  miałam  pojęcia,  co  to  znaczy.  Zastanawiałam  się  nad  tym  podczas  kolacji,  którą 

przygotował  Charles,  później  pod  prysznicem,  a  potem  jakieś  dwie  sekundy  w  łóżku.  Kiedy 

zerwałam się ze snu o piątej dwadzieścia dziewięć, na minutę przed budzikiem, wiedziałam, że

niczego nie wymyślę.

Dziś miałam zbierać jajka - idealnie, biorąc pod uwagę wzmiankę o cykorze. Wściekła 

kura spojrzała na mnie złym okiem, a ja nawet nie próbowałam zabrać jej jajek. Któregoś dnia 

przyjdę tu w azbestowych rękawicach do kominka, długich aż do łokci, i wtedy się policzymy. 

Ale nie dzisiaj.

Włożyłam  ostatnie  ciepłe  jajko  do  koszyka.  Miałam  wrażenie,  że  mózg  mi  się 

przegrzewa  od  zbyt  intensywnego  myślenia.  Napraw  wszystko.  Po  kolei.  Może.  Dobra,  a 

może...  spróbowałabym...  hm,  nie  osądzać  ludzi  zbyt  pochopnie?  Jęknęłam,  to  był 

najżałośniejszy  pomysł  w  życiu,  i  wyszłam  z  ciepłego,  pełnego  piór  kurnika.  Zmierzałam  w 

stronę domu. Jakieś półtora metra przede mną znajdował się Reyn. Niósł dwie metalowe kanki 

z mlekiem od naszych dwóch mlecznych krów, Beulah i Petunii. Taki wysoki i silny, nawet się 

nie ugiął pod ciężarem kanek.

Wyobrażałam sobie, że mam przed sobą zwykłego mleczarza. Nieźle się natrudziłam, 

w końcu znałam Reyna od wielu lat, do tego był obiektem moich gorących fantazji. Najgorsze 

jednak było to, że tak naprawdę wcale go nie znałam.

Znaleźliśmy się razem na schodach do kuchni. Obejrzał się.

- Dzień dobry - powiedziałam. Duża dziewczynka Nastasya.

- Dobry. - Wyczułam jego zaskoczenie. A potem weszliśmy do kuchni.

Jeżeli chcecie się z kimś pogodzić, a ten ktoś was obraża, jest to poniżające. Dlatego 

nigdy  się  na  to  nie  zdobyłam.  Skreślałam  przyjaciół,  opuszczałam  miasta,  i  nigdy  nie 

próbowałam niczego naprawiać. Nie miałam pojęcia, jak rozmawiać z ludźmi, a tym bardziej 

ze... starym Makiem.

background image

Nie miałam pojęcia, co robić, ale mój instynkt żółtodzioba podpowiadał mi, że chyba 

muszę się zbliżyć do mężczyzny, żeby coś z tego wyszło.

Więc  podjechałam  do  pracy.  Apteka  była  otwarta,  a  moja  karta  leżała  tam,  gdzie  ją 

rzuciłam - na ladzie. Przez sekundę zastanawiałam się, czy pan Maclntyre w ogóle zamykał na 

noc, ale wtedy zobaczyłam go za apteczną ladą w innym ubraniu niż zeszłego dnia. Podniósł 

wzrok,  kiedy  zabrzęczał  dzwonek  nad  drzwiami.  Wyglądał  na  zaskoczonego  i  jednocześnie 

złego, że mnie widzi. Ja natomiast poszłam na zaplecze, odbiłam kartę i zaczęłam zamiatać.

Wyszedł,  przyglądał  mi  się  z  rękami  na  biodrach,  ale  ja  nie  przerwałam  pracy. 

Zamiatanie  wydawało  mi  się  bardzo  atrakcyjnym  zajęciem.  Sprzątałam  zawzięcie,  aż 

znalazłam  się  przed  wejściowymi  drzwiami,  a  później  na  chodniku.  Odwróciłam  tabliczkę  z 

napisem "Zamknięte" na "Otwarte" i wyjęłam miotełkę z piórek. Stary Mac wrócił za ladę, ale 

czułam, że mnie bacznie obserwuje cały ranek. Meriwether była w szkole, a on nie miał nikogo 

innego. Wykonywałam codzienne czynności, ustawiałam leki, sprawdzałam, jaki towar trzeba 

zamówić.

Około południa zadźwięczał dzwonek, a ja uniosłam wzrok i zobaczyłam parę, której 

nie  rozpoznałam,  mężczyznę  i  kobietę,  ubranych  tak,  jakby  nie  mieszkali  w  West  Lowing. 

Może  byli  z  Bostonu.  Z  Nowego  Jorku.  Paryża.  Większość  naszych  klientów  stanowili 

miejscowi i znałam dziewięćdziesiąt osiem procent z nich. Ci tutaj byli obcy.

- Hej - rzuciłam. - Pomóc państwu coś znaleźć?

Kobieta  spojrzała  na  mnie,  a  ja  z  jakiegoś  powodu  zadrżałam.  Włosy  miała  koloru 

słomy kukurydzianej, ścięte w wystrzępioną czapkę dookoła głowy. Jej oczy były intensywnie 

niebieskie.

Mężczyzna  wyglądał  jak  Hindus,  miał  gładką  lśniącą  skórę,  był  dobrze  ubrany,  miał 

ostre, regularne rysy i usta, które wyglądały... okrutnie.

Wstałam.  To  pewnie  zabłąkani  turyści,  tak  jak  ja  kiedyś.  Ale  było  w  nich  coś... 

dziwnego.  Coś nienaturalnego. Dostałam  gęsiej  skórki  i nagle zrobiło mi się  zimno.  To było 

głupie, przecież ich nie znałam, a oni nie znali mnie. A jednak.

- Lek na alergię - powiedziała kobieta. Miała lekko brytyjski akcent.

- Pierwszy rząd, w środku - odpowiedziałam bez uśmiechu.

- Dziękuję.

background image

Trzymałam  się  w  bezpiecznej  odległości,  kiedy  stali  przy  półce  z  lekarstwami  na 

przeziębienie i alergię i udawali, że czytają etykiety. Rozmawiali ze sobą ściszonymi głosami, a 

ja miałam wrażenie,  że...  nie zjawili  się tu przypadkiem. Chyba  na kogoś czekali  albo chcieli 

się  tylko  rozejrzeć.  Czy  to  możliwe,  że  są...  przyjaciółmi  Incy'ego?  Chybabym  ich  wcześniej 

widziała?

Zacisnęłam pięści. Cały czas stałam, na wypadek gdybym nagle musiała uciekać. Było 

to dziwne i pewnie głupie, ale czułam się jak gazela obserwowana przez dwa gepardy. Oddech 

miałam płytki, serce waliło mi szybko. Ukradkiem przesunęłam się na tył i zobaczyłam starego 

Maca pochłoniętego rozszyfrowywaniem lekarskiego pisma.

Ruszyłam,  jak  gdyby  od  niechcenia,  na  przód  sklepu,  a  kiedy  uniosłam  wzrok, 

zobaczyłam, że mnie obserwują. Serce zaczęło mi łomotać.

- Tyle tu tego - odezwała się kobieta, wyciągając opakowanie benedrylu.

- Tak - przyznałam, ale nie podeszłam do nich. - Niektóre wywołują senność, inne nie. 

Jedne  działają  szybciej,  a  inne  trzeba  brać  codziennie,  żeby  zadziałały.  Zależy,  do  czego  są 

potrzebne. - Dotarło do mnie, że paplam, bo jestem zdenerwowana.

Kobieta skinęła głową. Spojrzeli sobie w oczy i zaczęli szeptać. Mam naprawdę dobry 

słuch,  tak  dobry  jak  beagle,  ale  nie  byłam  w  stanie  usłyszeć  ani  jednego  słowa  z  tego,  co 

mówili. Może rozmawiali w innym języku? Nie rozpoznałam nawet podstawowych wzorców i 

kadencji mowy - a znałam się trochę na językach.

-  Chcemy  taki,  który  działa  nasennie  -  powiedziała  kobieta,  a  ja  gorączkowo 

zastanawiałam się, czy chcą nafaszerować ofiarę. Benedrylem... Nieprawdopodobne, prawda?

-  Benedryl  będzie  odpowiedni  -  powiedziałam  łamiącym  się  głosem.  Zakaszlałam  i 

skierowałam się do głównej lady. Dłonie mi drżały i były spocone. Nigdy nie reagowałam tak 

gwałtownie  na  innych.  To  mnie  przeraziło.  Nie  byłam  w  stanie  nawet  wyczuć,  czy  są 

nieśmiertelnymi.

Kobieta  położyła  pudełko  na  ladzie.  Zwykle  trzeba  spojrzeć  komuś  w  oczy  albo  go 

dotknąć,  żeby  "wyczuć",  czy  jest  nieśmiertelnym.  Ale  wszystko  we  mnie  sprzeciwiało  się 

temu, żeby na nią spojrzeć. Miotałam się jak w gorączce.

Skasowałam lekarstwo, kobieta zapłaciła gotówką, wydałam resztę i wyszli.

Widziałam,  jak  wsiadają  do  samochodu  i  odjeżdżają,  ale  stałam  i  nerwowo 

wpatrywałam się w wejściowe drzwi, jakby nagle mogli się w  nich znowu pojawić. Po kilku 

background image

minutach  poszłam  na  zaplecze,  zamknęłam  starannie  drzwi  i  przekręciłam  w  nich  klucz.  W 

końcu poczułam, że trochę się rozluźniam, a moje ciało przestało wyczuwać zagrożenie.

To  było  naprawdę  cholernie  dziwne.  Nie  wyczułam  od  nich  żadnych  magyicznych 

wibracji ani przebłysku rozpoznania. Ale byli najbardziej przerażającymi ludźmi, jakich można 

sobie wyobrazić.  Pokręciłam głową  nad nonsensownością  tych rozważań  i poszukałam  sobie 

czegoś do roboty.

Dzień  płynął.  Byłam  wykończona,  kiedy  przyszła  Dray.  Kolejna  szansa  na  to,  żeby 

działać i naprawić błędy! O ludzie!

- Cześć - powiedziałam. Jak mam się zachowywać wobec Dray? Nie osądzać jej?

Skinęła głową i zaczęła krążyć między półkami. Jeżeli zjawiła się tu, żeby coś ukraść, 

wścieknę  się  nie  na  żarty.  No  tak,  znowu  ją  osądziłam.  Kręciłam  się  przy  niej  z  rękami 

założonymi na piersiach. Oszczędziła mi miażdżących spojrzeń.

- O co chodzi? - zapytałam w końcu, wykazując się wyjątkową aktywnością.

Spojrzała na mnie, a potem wróciła do czytania instrukcji na pudełku od bandaży.

- Wszystko w porządku?

- A co cię to obchodzi? - wymamrotała niezbyt pomocnie, mrużąc lekko oczy.

- Obchodzi mnie, czy wszystko u ciebie w porządku. 

Wzruszyła ramionami.

Czekałam.  Na  ogół  cierpliwości  wystarcza  mi  na  półtorej  minuty,  no,  może  na  trzy, 

jeżeli się wyciszę. Ale teraz nie mogłam wytrzymać. Zacisnęłam zęby.

- Chłopak ze mną  zerwał  -  rzuciła  od  niechcenia,  nie patrząc na  mnie. -  Dzień przed 

świętami. Już kupiłam mu prezent i w ogóle.

- O! Niefajnie. Dlaczego to zrobił?

- Nie chciałam wziąć selenu-11 w Melchett. 

Melchett było miasteczkiem. Wziąć? To znaczy, ukraść?

- Uhm, i się wściekł? - odważyłam się zagadnąć.

-  Tak.  I  ze  mną  zerwał.  Teraz  chodzi  po  mieście  i  robi  mi  koło  pióra,  siejąc  plotki. 

Które są nieprawdziwe. Wszyscy mają ze mnie ubaw.

Czekałam,  żeby  powiedziała,  że  to  nie  wszystko,  że  chłopak  strzelał,  jadąc 

samochodem i zakneblował jej babcię, ale najwyraźniej to był koniec historii.

- I jesteś wściekła?

background image

Tym pytaniem zasłużyłam sobie na pełne złości spojrzenie.

-  Tak,  jestem  wściekła!  Całe  miasteczko  nienawidzi  mojej  rodziny,  a  teraz  wszyscy 

moi przyjaciele nienawidzą mnie!

- Więc stąd wiej! - poradziłam jej. - Co cię obchodzi, co wygaduje o tobie ten gościu? 

Do diabła z nim! To śmieć! Zostaw to miejsce i wszystkich dupków, którzy uprzykrzają ci tu 

życie! Wyjedź gdzieś, zacznij wszystko od nowa. Oni są nikim!

Ścisnęło  mnie  w  żołądku,  kiedy  oczy  Dray  wypełniły  się  łzami.  Wypuściła  z  rąk 

pudełko bandaży.

- Mówisz, jakby to było takie proste! - krzyknęła do mnie. - Ale ty nic nie wiesz! To 

nie  jest  proste!  To  trudne!  Nie  mam  pieniędzy,  nie  mam  samochodu...  -  Zacisnęła  zęby. 

Splunęła  na  linoleum  obok  mnie  i  wyszła,  trzaskając  drzwiami  tak,  że  dzwonek  zadźwięczał 

jak zwariowany.

Wetknęła głowę do środka i krzyknęła:

- Pieprz się!

Wyglądało na to, że świetnie sobie radzę z przeprosinami.

Potarłam  dłonią  czoło,  czując,  jak  rozdzierający  ból  wybucha  z  całą  siłą.  Uniosłam 

wzrok  i  zobaczyłam  pana  Maclntyre  stojącego  w  końcu  przejścia.  Spoglądał  na  mnie. 

Przygotowałam się na to, że znów zacznie na mnie krzyczeć.

Ale on  pokręcił tylko  głową.  Sprawiał wrażenie tak zmęczonego  i wyczerpanego jak 

ja.

- Idź do domu - powiedział. - I nie wracaj.

To zabolało mnie  o wiele bardziej niż  krzyk. Rozpłakałam  się, zanim zdążyłam dojść 

do samochodu.

Widzicie? Tak się właśnie dzieje, kiedy człowiek ryzykuje. Mogłam zostać w domu  - 

przecież  zwolniono  mnie z  pracy  -  ale  nie,  musiałam  się  wygłupić.  Powinnam  była  zostać  w 

domu.  Teraz  i  Dray,  i  stary  Mac  wywalili  mnie  ze  swojego  życia  po  raz  drugi.  Tym  razem 

niech tak zostanie.

Podświadomość? Mam ją gdzieś.

Oczywiście w domu, z racji tego, że straciłam pracę, wyznaczono mi mnóstwo zajęć. 

Byłam  nie  w  sosie  i  nie  miałam  ochoty  na  niczyje  towarzystwo.  Ciężko  mi  się  do  tego 

background image

przyznać, ale czułam się zraniona. Raczej nie wysilam się dla innych. Ale tym razem zdobyłam 

się na wysiłek dla Dray i pana Maclntyre. A ich to zupełnie nie obeszło. Więc do diabła z nimi.

Następnego dnia  pojawiłam się na zajęciach z zaklęć, tylko ja i  Jess, które prowadził 

Solis.

Zanotowałam kilka rzeczy:

Główne rodzaje zaklęć:

- wróżenie

- wywołanie zmian na osobie lub rzeczy 

- wywołanie zmian wydarzenia 

- świętowanie i wspólnota

I  co,  ładne  mam  pismo.  Może  i  nie  skończyłam  liceum,  ale  to  wcale  nie  znaczy,  że 

piszę jak osoba niewykształcona.

Byliśmy  w  głównej  sali  zajęć  na  piętrze  i  ćwiczyliśmy  zaklęcie  uzdrawiające.  Miało 

zachęcić ciało do walki z infekcją, wywołaną przez ranę, albo gdyby Amy nadepnęła na grabie. 

Solis opowiedział nam o ograniczeniach, które tak naprawdę zależały od człowieka, długości i 

rodzajach reakcji.

Jess  wypowiedział  zaklęcie  powoli,  ale  dokładnie.  Ciekawie  było  przyglądać  się,  jak 

ktoś inny uprawia magyię i nie trzeba w tym uczestniczyć.

- Czujesz różnicę? - spytałam, kiedy skończył i cofnął zaklęcie.

Jess  zastanawiał  się  chwilę,  pocierając  szpakowatą  brodę.  Był  jeszcze  młody,  a 

wyglądał na tysiąc lat. Postarzał się tak z powodu trudnego życia? Nie wiedziałam.

Nadeszła moja kolej. Widziałam, jak robił to Jess, więc myślałam, że pójdzie mi jak z 

płatka.  Najpierw  nakreśliłam  w  powietrzu  pieczęcie  ograniczające:  oznaczyłam  siebie  jako 

odbiorcę, reakcja miała być łagodna, a skutek powinien trwać, dopóki rytualnie nie odwołam 

zaklęcia  w  przyszłości.  Ograniczenie  reakcji  oznaczało,  że  zaklęciu  miała  podlegać  jedynie 

reakcja obronna na zarazki - nie zmieniając niczego innego, na przykład mojego doskonałego 

wzroku czy czegokolwiek innego. Kiedy wszystkie ograniczenia zostały określone, zerknęłam 

przelotnie  na  Solisa,  żeby  sprawdzić,  czy  jego  mina  nie  wskazuje  jakichś  problemów. 

Zaczęłam przyzywać magyię.

Trzymałam w dłoni kamień księżycowy (kamieniem Jessa był topaz) i zaczęłam nucić 

moją pieśń, z początku cicho, później z większą pewnością.

background image

Czułam  zaklęcie  jako  rzeczywistą  strukturę,  jakbym  budowała  coś  w  fizycznym 

wymiarze.  W  myślach  przeszłam  kolejne  kroki:  wydawało  mi  się  to  sensowne,  treściwe  i 

precyzyjne,  jak  malowanie,  kiedy  kładzie  się  każdą  plamę  farby  w  odpowiednim  miejscu. 

Byłam zadowolona - dowód, że naprawdę się czegoś uczę.

Skoncentrowałam  się.  Miałam  zamknięte  oczy,  czułam  skupienie  i  zadowolenie. 

Otaczała mnie magyia niczym ciężki zapach lilii. Nie przeszkadzał mi żaden dźwięk, nie byłam 

świadoma niczego poza sobą i uczuciem przepływającej przeze mnie i dookoła mnie  energii. 

Czy moja matka uprawiała magyię w ten sposób? Pamiętam, jak nuciła w ogrodzie, śpiewała 

cicho,  kiedy  jedna  z  klaczy  się  źrebiła.  Byłam  z  nią  w  ten  sposób  połączona.  Gratulowałam 

sobie dobrze wykonanego zadania - jedynego, które udało mi się w tym tygodniu - kiedy nagle 

znalazło się na liście rzeczy nieudanych.

Solis krzyknął, ja otworzyłam szybko oczy, coś uderzyło mnie mocno w kark. Głowa 

wysunęła mi się do przodu, a ja krzyknęłam z przerażeniem.

- Co zrobiłaś?! - wrzasnął Solis, chowając się za krzesłem.

W  powietrzu  unosiły  się...  latające  książki.  Nie  były  to  książeczki  z  malutkimi 

skrzydełkami,  fruwające  jak  Złoty  Znicz,  ale  demoniczne,  opętane  książki,  rzucające  się  na 

wszystko, żądne krwi.

-  Nic!  -  wrzasnęłam,  uchylając  się  przed  jedną,  potem  przed  drugą.  Trzecia  uderzyła 

mnie w ramię, które zabolało, jakbym dostała w nie cegłą. - Cholera jasna!

Dookoła rozlegały się odgłosy ciężkich uderzeń, kiedy książki - niektóre grube i duże - 

uderzały  w  przedmioty.  Jedna  trafiła  Jessa  w  bok.  Zaklął  głośno  i  przeczołgał  się,  żeby 

schować  się  za  biurkiem.  Nie  miałam  czasu,  żeby  cofnąć  zaklęcie  -  zasłoniłam  sobie  głowę 

ręką, kuląc się za biurkiem obok Jessa.

Obok mnie przeleciały kolejne książki, strącając po drodze przedmioty ze  wszystkich 

powierzchni  -  kryształowe  kule  roztrzaskały  się  na  podłodze,  szklany  kałamarz  wypluł 

ciemnofioletowy  atrament  na  antyczny  dywan,  puste  filiżanki,  kawałki  pergaminu,  odłamki 

szkła  i  minerałów.  Maleńki  pojemniczek  ze  sproszkowaną  miedzią  otworzył  się  i  wysypał 

lśniący  pył  na  kałużę  atramentu.  Kilka  książek  uderzyło  z  całej  siły  w  okno,  wybijając  je  z 

wielkim hukiem. Inne wylądowały w kominku, gdzie zajęły się od ognia.

- Cofnij to! - krzyknął Solis.

background image

-  Nie  wiem  jak!  -  pisnęłam,  chowając  się  pod  biurkiem.  Książki  zsunęły  się  z  blatu  i 

spadły na Jessa, który znowu zaklął. - Nie wiem, co się stało! To ty jesteś specjalistą! Ty to 

napraw!

Solis  już  wyrzucał  z  siebie  słowa,  zręcznymi  palcami  rysując  w  powietrzu  pieczęcie, 

runy  i  inne  magyiczne  symbole.  Miałam  wrażenie,  że  trwa  to  całą  wieczność,  ale  nagle 

wszystkie książki opadły ciężko na ziemię, wszystkie naraz. Spowodowało to potworny hałas, 

ale w ogłuszającej ciszy po chwili usłyszeliśmy kroki na korytarzu.

Solis  podskoczył  i  podbiegł  do  kominka,  wyciągnął  książki  z  płomieni  i  rzucił  je  na 

podłogę przed paleniskiem.

-  Co  ty  zrobiłaś,  do  cholery?  -  ryknął  Jess  z  odległości  trzydziestu  centymetrów  od 

mojej twarzy.

- Nic! - odkrzyknęiam. - Widziałeś, jak rzucałam zaklęcie! 

Drzwi  otworzyły  się  zamaszyście.  Stali  w  nich  Asher  i  Brynne  z  szeroko  otwartymi 

oczami.  Rozglądali  się  po  pokoju:  niemal  puste  półki,  walające  się  wszędzie  książki,  wybite 

okno.  Wszystko  było  zrzucone  lub  zepchnięte,  małe  naczynka  i  buteleczki  z  olejkami  i 

esencjami leżały roztrzaskane na podłodze. Solis na kolanach przeglądał spalone książki, żeby 

ocenić szkody.

- Co tu się, na Boga, stało? - spytał Asher. - Nic wam nie jest?

Lodowaty  powiew  wpadł  przez  wybitą  szybę  i  rozniósł  przytłaczający  zapach 

kwiatowych esencji i ziołowych olejków.

Przybiegli inni - Charles, River i Anne.

Wstałam powoli. Ja to zrobiłam. Ja to spowodowałam.

- Co się stało?! - spytała River.

Wszyscy troje milczeliśmy. Dawna Nastasya natychmiast zrzuciłaby winę na Solisa, za 

to,  że  nauczył  ją  niewłaściwego  zaklęcia,  albo  na  Jessa,  że  ją  rozproszył,  albo  na  życie  w 

ogóle, za to, że nie idzie po jej myśli. Co było oczywiście kwestią wyboru - cały świat zła.

-  To  ja.  -  Dotknęłam  podpuchniętego  oka.  -  Naprawdę  nie  wiem,  co  się  stało. 

Wypowiadaliśmy zaklęcia ozdrowieńcze. Wydawało mi się, że robię to właściwie.

-  Bo tak było  -  odparł  Solis. Spojrzał  na  River. -  Jess zrobił to  pierwszy,  a zaraz  po 

nim  Nastasya.  Byłem  tu,  słyszałem  i  widziałem.  Zrobiła  to  doskonale  i  wszystko  było  w 

background image

porządku  do  momentu,  kiedy  zaklęcie  miało  zacząć  działać.  Wtedy  wszystkie  książki 

zaczęły... sfruwać z półek.

- Jak w Egzorcyście - zauważyła Brynne niezbyt pomocnie.

-  Tylko,  że  my  nie  wierzymy  w  diabła  -  powiedział  Charles,  przyglądając  się 

zniszczeniom.

- Zastosowałaś ograniczenia? - spytała River.

- Oczywiście - powiedziałam.

-  To  prawda.  -  Solis  skinął  głową.  -  Zastosowała  należycie  wszystkie  ograniczenia. 

Naprawdę nie mam pojęcia, jak to się stało. - Posłał mi zamyślone spojrzenie, a mnie zamarło 

serce.

Jestem po prostu beznadziejna. Myśl ta przyszła mi do  głowy natychmiast, w pełnym 

kształcie i ścisnęła mnie za serce jak zimna dłoń.

River weszła do pokoju, starannie omijając rumowisko.

-  Zwykłe  zaklęcie,  wszystko  jak  należy,  a  książki  nagle  wylatują  z  półek,  latają 

wszędzie i wszystko niszczą.

- Tak. -  Wzdrygnęłam  się  i objęłam się rękami.  Dziwne,  ale  wydało mi się,  że widzę 

Reyna.

Przypomniałam sobie jego bezpieczne ramiona, które mnie obejmowały, tak dobrze się 

w nich czułam. Nie wiedziałam dlaczego, ale tak było.

- Posprzątam - obiecałam.

- Ja pomogę - zaoferował się Solis.

- Poszukajmy kawałka deski, żeby zabić okno - poradziła River.

- Ja się tym zajmę - odparł Jess.

Rozejrzałam się po zdemolowanym pokoju. Na ciele miałam siniaki i byłam poobijana. 

Jak na razie nowy rok nieźle dawał mi w kość.

background image

Rozdział 12

Uporządkowanie  pokoju  zajęło  mi  osiem  godzin,  mimo  pomocy  Solisa.  Kiedy 

pracowaliśmy,  jeszcze  raz przeanalizował  ze mną  wszystkie  etapy zaklęcia. Przyjrzeliśmy się 

każdemu  szczegółowi,  żeby  sprawdzić,  w  którym  miejscu  nastąpił  błąd.  Ale  do  niczego  nie 

doszliśmy.

Chyba  że  myśl,  która  przyszła  mi  do  głowy,  była  prawdziwa  -  że  moja  magyia  jest 

nieuleczalnie mroczna, tak jak magyia moich rodziców. A ja nie mogę wyrzucić z siebie tego 

zła.

Zaledwie  tydzień  temu  czułam  się  tak  przepełniona  nadzieją.  Widziałam  postęp.  A 

teraz  niczego  nie  potrafiłam  zrobić  dobrze.  Czarna,  ciężka  chmura  magyi  wisiała  na  moją 

głową,  podążając  za  mną  wszędzie.  Za  każdym  razem,  kiedy  w  lustrze  widziałam  swoje 

odbicie,  podpuchnięte, podbite oko,  przypominało  mi się,  że nie  można  mi powierzyć nawet 

tak prostej rzeczy jak samodzielne wypowiedzenie zaklęcia.

Kiedy Reyn mnie zobaczył, uniósł brwi.

- A jak wygląda ten drugi?

Chciałam  rzucić  coś  dowcipnego,  odważnego  i  lekkiego,  ale  nic  mi  nie  przychodziło 

do głowy.

Miałam  mętlik,  jakbym  za  mało  sypiała.  Ale  zasypiałam  już  o  dwudziestej  pierwszej 

trzydzieści,  żeby  skrócić  te  okropne  dni.  Nie  miałam  i  innych  objawów  poza  obojętnością, 

zaćmionym umysłem i pragnieniem, żeby każdy dzień spędzić w łóżku.

Chodziłam na zajęcia, ale unikałam pracy wymagającej zastosowania magyi, i prawdę 

mówiąc, nikt mnie do tego nie zmuszał. Wykonywałam swoje obowiązki.

Któregoś  wieczoru  Reyn,  Brynne  i  ja  byliśmy  w  grupie  gotującej.  Poczułam,  że 

przebywanie  z  Reynem  działa  na  mnie  pokrzepiająco,  ale  wywołuje  też  napięcie.  To  było 

wyczerpujące.  Starałam  się  nie  myśleć,  jaki  był  kiedyś,  tylko  obserwowałam,  jak  inni  go 

traktują. Ku mojemu zaskoczeniu zorientowałam się, że wszyscy go lubią i czują się przy nim 

swobodnie. Wcześniej tego nie zauważyłam. Na pierwszy rzut oka wydawał się apodyktyczny 

i  obcesowy,  nieprzystępny  i  pozbawiony  poczucia  humoru.  Zaczynało  do  mnie  docierać,  że 

był po prostu powściągliwy. Żeby nie powiedzieć - zamknięty w sobie. Cichy, zmagający się 

ze swoimi wewnętrznymi demonami.

background image

Nadal nie wiedziałam, dlaczego tu jest. Co sprowadziło go do River? Jak długo tu był? 

Na co ma nadzieję, przebywając tutaj?

Odpowiedzi na te i inne pytania mogą, ale nie muszą ujawnić się w kolejnym odcinku 

niekończącego się dramatu dokumentalnego.

- Oj! zrób głośniej, lubię tę piosenkę - poprosiła Brynne, wskazując małe, staromodne 

radio  na  kuchennej  półce.  Podkręciłam  głośność,  a  Brynne  zaczęła  tańczyć,  co  nie 

przeszkadzało  jej  siekać  czosnku.  Znała  słowa  chyba  każdego  utworu,  który  puszczano.  I 

niechcący  uświadomiła  mi  po  raz  kolejny  moją  niewiedzę,  i  to,  jak  niewielką  wagę 

przywiązywałam do otaczającego mnie świata.

- Kochanie, ty wiesz, że to trwa przez ciebie - śpiewała Brynne, krojąc do taktu.

Uśmiechnęłam  się,  podniosłam  wzrok  i  zobaczyłam,  że  Reyn  także  się  uśmiecha. 

Nasze oczy spotkały się na chwilę, a potem wróciłam do pracy.

Kilka  minut  później  wpadła  Amy  i  przysiadła  kusząco  na  stołku  przy  Reynie,  który 

nacinał kiełbaski na grilla.

- Mogę w czymś pomóc? - spytała.

- Jesteś gościem. - Reyn pokręcił głową. Zamieszałam cebulę i czosnek, które dusiłam. 

Marzyłam o tym, żeby w kuchni nie było nikogo poza mną i Reynem.

- Nastasyo?

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że Amy zwraca się do mnie. Odwróciłam się.

-  Czy  to  twój  pierwszy  raz  u  River?  -  spytała.  -  Byłam  tu  dziesięć  lat  temu  i  był  tu 

zupełnie inny gang. Ale większość ludzi chyba przychodzi, odjeżdża, a potem wraca.

-  To  mój  pierwszy  raz  -  przyznałam.  -  Często  odwiedzasz  tu  Anne?  -  Pora 

przypomnieć sobie sztukę konwersacji. W końcu Amy mogła być całkiem miłą osóbką. Nie jej 

wina,  że  uległa  urokowi  Reyna.  Pewnie  większość  kobiet  tak  reagowała,  pomyślałam  ze 

smutkiem.

- Przyjeżdżam tu dość często, ale ostatnio widziałam się z Anne trzy lata temu. - Amy 

się  uśmiechnęła.  -  Co  pewien  czas  cała  nasza  rodzina  zjeżdża  się  w  jakieś  miejsce,  gdzie 

spędza kilka tygodni i nadrabia zaległości towarzyskie. Ostatni raz byliśmy na Wyspie Księcia 

Edwarda. Pięknie tam jest.

-  Zbieracie  się  całą  rodziną?  -  Na  twarzy  Reyna  pojawiło  się  zdziwienie,  co  prawda 

subtelne.

background image

- Tak. - Amy wzięła kawałek sałaty z miski i zjadła.

- Moja rodzina też się spotyka - przyznała Brynne. - Co pięć lat. Rodzice, rodzeństwo, 

niektóre ich dzieci.

-  Czyż  to  nie  wspaniałe?  -  spytała  ją  Amy.  -  To  znaczy,  szalone  i  wykańczające,  ale 

wspaniałe.

Znów  zerknęłam  na  Reyna  i  zorientowałam  się,  że  na  mnie  patrzy.  Rozumieliśmy,  o 

czym  każde  z  nas  myśli:  oboje  byliśmy  sierotami.  Nasze  rodziny  wybiły  się  wzajemnie. 

Pokręcił głową, równie rozbawiony tą myślą, jak ja.

- A jak jest u ciebie, Reyn? - chciała wiedzieć Amy. - Spotykacie się?

- Nie - odpowiedział. - Brzmi miło. - Położył ostatnią kiełbaskę na półmisku, a później 

wyszedł w tę okropną pogodę rozpalić wielki grill na dworze.

- A twoja? - dopytywała się Amy.

-  Nie  -  zaprzeczyłam.  -  Moja  rodzina  od  dawna  nie  żyje.  -  Wrzuciłam  pokrojone  w 

kostkę ziemniaki do cebuli i zaczęłam mieszać. Ci ludzie mieli bzika na punkcie ziemniaków, 

zjadali każdą ich ilość.

- Och. - Amy wyglądała na bardzo zaskoczoną.

-  Od  ponad  czterystu  lat  -  dodałam,  a  na  jej  twarzy  odmalowało  się  jeszcze  większe 

zdumienie. - Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jacy byliby teraz, czy bardzo by się zmienili, 

wiesz?

Reyn wrócił, strzepując śnieg z butów.

- Tak, rozumiem - przyznała Amy.

-  Dla  mnie  są  jakby  zatrzymani  w  czasie  -  powiedziałam  i  poczułam,  że  Reyn 

sztywnieje,  kiedy  zorientował  się,  o  czym  mówię.  Nigdy  nie  szafowałam  informacjami  na 

temat  mojej  rodziny,  wołałam  raczej  skrywać  ból  pod  osłoną  ciętych  ripost.  Ale  ostatnio 

byłam  zdołowana  i  moja  zuchwałość  wyparowała.  Więc  wywlokłam  ich  szkielety  na  światło 

dzienne,  jak  sugerowała  już  wcześniej  River.  -  Widzę  ich  jedynie  takimi,  jakimi  byli  w  XVI 

wieku. Dziwne.

- Tak, wyobrażam sobie - przytaknęła Amy, wyraźnie zmieszana.

-  Czy  dla  ciebie  widok  zmieniającej  się  z  upływem  lat  rodziny  jest  interesujący?  - 

spytałam grzecznie.

background image

- Niezupełnie - odparła Amy, bezwiednie biorąc z salaterki następny kawałek sałaty. - 

Wydaje  mi  się  po  prostu  normalny.  Zmieniają  się  ubrania,  fryzury,  mamy  coraz  to  nowe 

rzeczy, ale to wszystko dzieje się stopniowo, więc zmiany nie wydają się nagłe ani szokujące. 

Normalne życie.

Nigdy  nie  słyszałam,  żeby  ktoś  opisywał  życie  nieśmiertelnego  jako  coś  normalnego. 

Było  to  dla  mnie  zupełnie  inne  spojrzenie.  Zajęłam  się  mieszaniem  ziemniaków  i  cebuli  na 

patelni,  pilnując,  żeby  nic  się  nie  przypaliło,  ale  mój  umysł  pochłonęły  myśli.  Moje  życie 

wydawało się niekończącą się katastrofą - jedna długa seria paskudnych doświadczeń co jakiś 

czas przerywana czymś dobrym albo śmiesznym, żeby znów zamienić się w tragedię. Tragedie 

prześladowały  mnie,  odkąd  pamiętam.  Nie  byłam  na  tyle  silna  ani  zawzięta,  żeby  się  zabić, 

nigdy  też  nie  traktowałam  minionych  lat  jako  zbioru  doświadczeń,  możliwości  czy  szans. 

Nigdy nie przyszło mi to nawet do głowy.

Kolację jadłam automatycznie, nie byłam w stanie skupiać się na tym, co mówili inni. 

Tyle rzeczy musiałam przemyśleć. Spojrzeć na wiele spraw od nowa.

Kiedy  weszłam  na  górę,  nie  mogłam  sobie  przypomnieć  zaklęcia  zabezpieczającego 

drzwi mojego pokoju. Kiedy mieszkała tu jeszcze Neli, Anne nauczyła mnie takiego zaklęcia, 

żeby  nikt  nie  mógł  zostawić  w  środku  złych  życzeń.  Teraz  używałam  go  prawie  zawsze, 

niezależnie  od  tego,  czy  byłam  w  pokoju,  czy  nie,  bo  czułam  się  bezbronna,  i  nie  chciałam 

zostawiać otwartych drzwi. Wprawdzie nic nie mogło mi się tu stać, ale... nigdy nie wiadomo.

Teraz  stałam  wyczerpana,  przytłoczona  nowymi  spostrzeżeniami  i  nie  mogłam  się 

dostać do pokoju. Kiedy usiłowałam przypomnieć sobie słowa zaklęcia, miałam wrażenie, że 

mam  przyćmiony  umysł,  jakby  latały  nad  nim  roje  pszczół.  Zaczynałam  i  przerywałam  kilka 

razy, a dłoń zamierała mi w powietrzu, kiedy próbowałam nakreślić pieczęć, ale nie byłam w 

stanie przywołać jej przed oczy.

Co  jest  grane?  Usłyszałam  kroki  na  schodach.  Nie  chciałam,  żeby  ktoś  zobaczył,  że 

stoję tu jak idiotka, zwłaszcza po wydarzeniach w zeszłym tygodniu. Myśl, myśl, myśl. Nagle 

sobie przypomniałam i wymruczałam krótkie zaklęcie. Narysowałam odpowiednie pieczęcie i 

runy, najszybciej jak potrafiłam.

Na  czole  poczułam  zimny  pot.  Co  się  ze  mną  dzieje?  Roztrzęsiona  znów 

wyrecytowałam  zabezpieczające  zaklęcie  i  przeszłam  przez  pokój,  żeby  zaciągnąć  zasłony, 

background image

odcinając  się  od  zimnej,  czarnej  nocy.  Przekręciłam  pokrętło  małego  grzejnika  i  usłyszałam, 

jak para zaczyna syczeć.

Zrzuciłam buty i dżinsy i wśliznęłam się pod pościel. Była zimna.

W głowie mi dudniło. Zamknęłam oczy.

- Skarbie, jak ładnie wyglądasz. - Głos Incy'ego, ciepły i przyjacielski, sprawił, że moje 

oczy  znów  się  otworzyły.  Siedział  na  zgrabnym  nowoczesnym  krzesełku z białej  błyszczącej 

tkaniny  i  ciemnego  drewna,  w  czymś,  co  wyglądało  na  salon  hotelowego  apartamentu. 

Wydawało mi się, że go poznaję - Liberty Hotel w Bostonie? Przed nim, na ławie ze szklanym 

blatem, stała ciężka srebrna taca.

-  Herbaty?  Nie,  chyba  ostatnio  masz  jej  dość.  W  takim  razie  kawa.  -  Nalał  mi  małą 

filiżankę  espresso  i  wrzucił  do  niej  jedną  kostkę  białego  cukru.  -  Pamiętasz  Rosję?  Piliśmy 

gorącą herbatę przez kostkę cukru w zębach.

Moja  dłoń,  jakby  odłączona  od  ciała,  chwyciła  filiżankę  z  chińskiej  porcelany. 

Skinęłam  głową.  Rosyjska  herbata  była  mocna  i  gorzka,  co  wyjaśniało  zwyczaj  sączenia  jej 

przez kostkę cukru. Musiałam próbować kilka razy, żeby przestać siorbać  i żeby herbata nie 

ściekała mi po brodzie.

-  Co  tu  robisz?  -  Mój  głos  brzmiał  tak,  jakbym  słyszała  go  przez  papierową 

chusteczkę. Czułam się zamroczona, oszołomiona.

Incy oparł się w fotelu i założył nogę na nogę. Wyglądał tak elegancko w spodniach od 

Armaniego i fioletowej jedwabnej koszuli szytej na miarę.

-  Chciałem  się  z  tobą  zobaczyć.  -  Uśmiechnął  się  i  napił  się  kawy.  -  Widzisz,  w 

pewnym sensie jestem od ciebie uzależniony.

- Dlaczego? - Zmusiłam się, żeby przełknąć kawę mimo ściśniętego gardła. Zostawiła 

gorący szlak w przełyku i pobudziła kwasy żołądkowe. Dlaczego on tu jest? Jak mnie znalazł? 

Starałam się zniknąć, myślałam, że u River jestem bezpieczna.

Innocencio wzruszył ramionami i przyjrzał się olejnemu obrazowi nad konsolą z boku.

-  Chyba  po  prostu  się  do  ciebie  przyzwyczaiłem  -  powiedział  powoli.  -  Ale  prawdę 

mówiąc,  chodzi  o  coś  więcej.  Ty  i  ja  jesteśmy  bratnimi  duszami,  dwiema  stronami  jednej 

monety.  Ja  bez  ciebie  nie  istnieję.  -  Jego  twarz  się  zmieniła,  spochmurniała,  a  jego  oczy 

przypominały czarne lśniące węgielki, kiedy na mnie patrzył. - A ty nie istniejesz beze mnie. - 

background image

Jego  uśmiech  był  piękny,  a  zarazem  okrutny.  Zadrżałam,  jakbym  poczuła  lodowate  palce  na 

kręgosłupie. Mówił o tym, czego się bałam i o czym chciałam zapomnieć.

- Nie jesteśmy bratnimi duszami, Incy - rzuciłam. Napiłam się kawy, żeby mu pokazać, 

że  nie  jestem  zestresowana  ani  przejęta,  i  mało  się  nią  nie  udławiłam.  -  Nie  jesteśmy 

kochankami.  Przez  długi  czas  byliśmy  najlepszymi  przyjaciółmi.  Ale  teraz  potrzebuję 

przestrzeni...

W pokoju zrobiło się ciemno jak podczas zaćmienia. Twarz Incy'ego nabrała ostrości 

przy małym kominku. Blask ognia rzucał cienie na jego regularne rysy. Chłopak wstał, patrząc 

na mnie, a potem rzucił swoją filiżanką o ścianę. Porcelana rozbiła się w  drobny  mak. Kawa 

spłynęła po żółtej tapecie jak strużka krwi. Serce łomotało mi nierówno i miałam wrażenie, że 

nie mogę oddychać.

- Nie, Nastasyo. - Jego głos był opanowany. - Nie, Nastasyo. Nie, Laguno. - Laguna, 

tak  miałam  na  imię  przed  Nastasya.  -  Nie,  Hope.  Nie,  Bev.  Nie,  Gudrun. -  Żonglował  moją 

tożsamością, cofając się w czasie o dziesiątki lat. - Widzisz, Linn, Christiane, Prentie, Maarit - 

jesteśmy dla siebie stworzeni. Pamiętasz, Sahar? Pamiętasz, kiedy się poznaliśmy? Byłem...

- Luisem.

-  Tak.  Miałem  na  imię  Luis,  a  ty -  Sahar. A  później  ja  byłem  Clausem,  a  ty Brittą. - 

Wymawiał  to  z  niemieckim  akcentem.  -  Później  nazywałem  się  Piotr,  a  ty  Maarit.  Jeszcze 

później  byłem  Jamesem,  ty  -  Prentice.  Miałem  na  imię  Laurent.  Beck.  Pavel.  Sam.  Michael. 

Niebo.  Pamiętasz,  kiedy  byłem  Niebem,  a  ty  Laguną,  w  Polinezji?  Teraz  ja  jestem 

Innocenciem, a ty Nastasya. I nie. Potrzebujesz. Przestrzeni! - Ryknął, kopniakiem przewrócił 

ławę i zmiótł ze stolika kryształową lampę. Stał na wprost mnie, dysząc, z oczami nabiegłymi 

krwią. Wyglądał, jakby całkiem postradał zmysły, jak ćpun, jak...

Jak narkoman. Jak uzależniony... ode mnie.

Była  to  zdumiewająco  oczywista  myśl.  Żałowałam,  że  nie  przyszła  mi  do  głowy, 

powiedzmy, osiemdziesiąt lat temu.

Wstałam, starając się sprawiać wrażenie silnej. W ciągu stu lat Incy nigdy nie zrobił mi 

krzywdy. Nie chciało mi się wierzyć, że skrzywdziłby mnie teraz.

-  Nie  jesteśmy  bratnimi  duszami,  Incy.  -  Czułam,  że  złość  we  mnie  napiera  i  tłumi 

strach.  -  Nigdy  tak  nie  myślałam  i  nie  wiem,  dlaczego  ty  miałbyś  tak  myśleć.  I,  oczywiście, 

mogę  od  ciebie  odejść.  Od  ciebie,  od  wszystkiego.  Mam  zamiar  odpocząć,  na  chwilę  się 

background image

wyłączyć, a potem może wybierzemy się razem do Rio czy gdzie indziej. W porze karnawału. 

- Mogłam mu to obiecać. Karnawał był w lutym.

-  Nie  sądzę,  Nastasyo  -  syknął  Incy  z  wymuszonym  uśmiechem.  -  Nie  jest  mi  miło 

samemu.  A  biorąc  pod  uwagę  to,  ile  to  będzie  cię  kosztować,  jestem  pewien,  że  zmienisz 

zdanie.

Wdzięcznym  gestem  wskazał  na  prawo,  jakby  pokazywał,  co  znajduje  się  za 

pierwszymi drzwiami.

Obejrzałam  się  i  całe  moje  ciało  podskoczyło  z  przerażenia.  Dopiero  po  kilku 

sekundach dotarło  do mnie, co widzę. Były  to...  głowy leżące w gęstej kałuży ciemnej krwi, 

rozbryzganej naokoło i zakrzepłej. Ciężko było rozpoznać ludzkie rysy, ale zajrzałam głębiej, 

poza szarą skórę,  w połowie zamknięte  oczy  i zwiotczałe  wargi...  Zobaczyłam  twarz Boza  i 

Katy. Zza kanapy wystawała blada ręka, tam leżały ich ciała. Zabił ich.

Incy trzymał wielkie zaokrąglone ostrze przypominające szablę turecką. Jego brzeg był

splamiony zaschniętą krwią. Zbliżał się do mnie z uśmiechem. Ogień w kominku się wypalił i 

w  pokoju  unosił  się  tłusty  czarny  dym.  Czułam  go.  Czułam  duszący,  miedziany  zapach 

zastygającej krwi.

- Chodź tu, Nas - szepnął łagodnie. - Chodź tu, skarbie.

Stałam  jak  wryta,  jak  zaklęta.  Nienawidziłam  go,  chciałam  znów  tamtego  Incy'ego, 

zabawnego.

Dym mnie dławił, charczałam, nabierając powietrza, dusiłam się...

Nagle Incy znalazł się nade mną, z błyskiem w oku i uniesioną szablą. Nie mogłam się 

zmusić do ruchu, nie mogłam odskoczyć, nie mogłam go zaatakować...

I z uśmiechem mocno zamachnął się szablą.

Wtedy  podskoczyłam  jak  poparzona,  obudziłam  się  tak  gwałtownie,  że  spadłam  z 

łóżka na podłogę, boleśnie uderzając ramieniem i kością biodrową w zimne drewno. Leżałam 

tak, cicho i nieruchomo, jakby mój najmniejszy ruch mógł zmaterializować Incy'ego.

Oddychałam powoli, po cichu, aż w końcu się uspokoiłam. Byłam w swoim pokoju. W 

którym nie  było  nikogo oprócz mnie. Okno zamknięte. Drzwi zabezpieczone  zaklęciem.  Nie 

mogłam  sobie  przypomnieć.  Znów  nabrałam  powietrza  i  poczułam  jedynie  lawendę,  której 

dodajemy  do  wody  do  prania  i  zapach  octu  po  myciu  szyb  i  luster.  Żadnej  krwi.  Żadnego 

gryzącego czarnego dymu.

background image

Podłoga była zimna. Podciągnęłam się i usiadłam, włączyłam lampkę nocną, po czym 

znów opadłam, opierając się o łóżko. Twarz i plecy miałam mokre od lepkiego potu. Drżącą 

dłonią odgarnęłam sobie włosy z twarzy.

Co się ze mną dzieje?

To się zaczęło w Nowy Rok... w noworocznym kręgu. Jak na ironię, zadeklarowałam 

się,  że  chcę  być  dobra,  że  chcę  uprawiać  magyię  Tahti.  To  znaczy,  ja...  o  mój  Boże. 

Wyrzekłam  się  ciemności.  A  jeżeli...  jeżeli  ja  tylko  uwolniłam  ciemność,  wypuściłam  ją  na 

wolność?  A  jeżeli  wysłałam  moją  ciemność  -  co  było  możliwe,  z  uwagi  na  historię  mojej 

rodziny - do świata? A teraz wracała do mnie niczym bumerang z obietnicą o wiele gorszych 

rzeczy.

Później  przyszła  mi  do  głowy  kolejna  zła  myśl.  Wczołgałam  się  pod  łóżko  i 

paznokciami  podważyłam  kawałek  poluzowanej  deski  podłogowej.  Za  nią  znajdowała  się 

niewielka  przestrzeń,  wydłubana  w  tynku.  Sięgnęłam  do  niej  i  wyjęłam  kolorową  jedwabną 

apaszkę, całą splątaną.

Oparłam się o łóżko. Nadal roztrzęsiona rozwinęłam ukryty przedmiot.

Zalśniło przede mną starożytne, wypolerowane złoto, ciepłe w mojej dłoni. Nigdy nie 

wydawało  się  zimne.  Była  to  połowa  amuletu,  który  nosiła  na  szyi  moja  matka.  Chcąc  go 

znaleźć  i  posiąść,  najeźdźcy  przypuścili  szturm  na  zamek  mojego  ojca  i  zabili  wszystkich 

oprócz  mnie.  Ale  znaleźli  tylko  połowę.  Drugą  połowę  miałam  ja.  Wyjęłam  ją  z  ognia, 

owinęłam w apaszkę i zawiązałam sobie na szyi, żeby nie przeszkadzała mi podczas ucieczki. 

Paliła mnie przez apaszkę, wypaliła mi na karku znamię. Ten ślad nigdy nie zniknął - podobnie 

jak ten, który miał na piersi Reyn.

Będę go nosić do końca życia - to była jedyna rzecz, jaka została mi po mojej rodzinie, 

jaka została mi z dzieciństwa.

To  był  tarak-sin,  rodowy  amulet,  który  pomagał  gromadzić  potężną  magyię  moim 

rodzicom, władcom jednego z ośmiu Wielkich Domów nieśmiertelnych. Każdy z tych domów 

ma  lub  miał  swój  własny  tarak-sin.  Nie  musiał  być  nim  amulet  -  mogło  nim  być  cokolwiek. 

Niektóre  z  nich  przepadły.  Przed  przyjazdem  do  River's  Edge  nie  miałam  pojęcia  o  ich 

istnieniu.  Dowiedziałam  się  także,  że  wszyscy  są  przekonani,  iż  tarak-sin  domu  Ulfura 

przepadł bezpowrotnie.

background image

Nie  miałam  pojęcia,  czy  ta  złamana  połówka  ma  nadal  moc,  czy  może  udoskonalić 

moją własną. Przez te czterysta pięćdziesiąt lat przechowywałam ją tylko dlatego, że należała 

do mojej matki.

Teraz  trzymałam  ją  w  dłoni,  zastanawiając  się,  czy  to  ona  jest  powodem  mojej 

ciemności,  moich  niepowodzeń.  Przez  wieki  więziła  czarną  magyię,  kto  wie,  jak  długo.  Czy 

sama  w  sobie  jest  nieodwracalnie  mroczna?  Czy  to,  że  noszę  ją  ze  sobą,  sprawia,  że  moje 

życie, ogólnie rzecz biorąc, jest pasmem niepowodzeń?

Była to jedyna rzecz, jaka została mi po matce. Jedyna rzecz, jaka została mi z życia, 

które zmieciono z powierzchni ziemi. Mimo kilku fortun, jakie zdobyłam i straciłam w ciągu 

wieków, ten tajemny przedmiot zawsze uważałam za mój największy skarb. I, być może, klucz 

do mojego wiecznego potępienia. Nieuniknione źródło zła.

Możliwe, że ta jedyna rzecz, która miała dla mnie taką wartość, była jedyną, której nie 

mogłam mieć.

background image

Rozdział 13

Nie spałam  aż do świtu, a potem odłożyłam  amulet do  sekretnego miejsca w ścianie. 

Nakreśliłam  szybko  pieczęć  zapewniającą  niewidzialność,  chociaż  nie  przypuszczałam,  żeby 

ktoś  miał  się  przyglądać  listwie  przypodłogowej  za  moim  łóżkiem.  Kilka  tygodni  temu 

ogarnęła  mnie  myśl,  że  chcę  upomnieć  się  o  moje  dziedzictwo  jako  córka  mojej  matki  i 

dziedziczka ojca. Jakoś umknął mi fakt, że moja przeszłość była równie mroczna jak ich.

Czułam się nieswojo, jakbym była trędowata. Przyjaciele śmiali się w jadalni, siadając 

do śniadania. Nie chciałam być z nimi. Nie chciałam być też w stajni ani w kurniku. Pojawienie 

się  dziś  rano  na  zajęciach  będzie  czymś  okropnym,  zupełnie  nie  było  wiadomo,  co  się 

wydarzy, kiedy następnym razem będę posługiwać się magyia.

Potrzebowałam...

Nie  miałam  pojęcia,  czego  potrzebowałam.  Ale  musiałam  się  ruszyć,  coś  zrobić.  Na 

szczęście  impulsywność  nadal  stanowiła  część  Nasty,  i  to  ona  kazała  mi  odłożyć  szczotkę, 

chwycić  kluczyki  i  kurtkę  i  przedostać  się  po  śniegu  do  mojego  małego  samochodu.  Co też 

natychmiast  uczyniłam,  czując  ulgę  na myśl  o  tym,  że ucieknę od tych  ludzi, od tego  domu. 

Rozpaczliwie  potrzebowałam  znaleźć  się  gdzie  indziej,  robić  coś  innego,  nie  rozmawiać  z 

nikim.

Zamarznięta szyba, problemy z odpaleniem samochodu na mrozie - w takich chwilach 

przydałaby się magyia, wiecie? Czy znałam jakieś użyteczne zaklęcia? No nie, oczywiście, że 

nie. Ale spytajcie mnie o łacińską nazwę, na przykład, naparstnicy. Digitalis purpura. Proszę 

bardzo.

Cholera!  Samochód  ślizgał  się  po  długim  niewybrukowanym  podjeździe,  aż 

wyjechałam  na  drugorzędną  drogę,  która,  dzięki  Bogu,  była  odśnieżona.  Stąd  miałam  kilka 

kilometrów do drogi, która prowadziła do miasta.

No,  bo  miasto  miało  mi  tyle  do  zaoferowania,  prawda?  Była  w  nim  restauracja, 

opuszczone  budynki,  miejsce,  z  którego  zwolniono  mnie  dwukrotnie...  Był  jeden  paskudny 

bar, sklep spożywczy i podupadła pralnia samoobsługowa. Main Street miała długość czterech 

przecznic.

Byłam w muzeach większych niż te cztery marne przecznice.

background image

Ale gdzie indziej miałam pojechać? Mogłam się tylko tu kręcić, tam i z powrotem. W 

brzuchu  mi  burczało.  Przypomniałam  sobie,  że  jeszcze  nic  nie  jadłam.  Przejechałam  obok 

apteki  Maclntyre's.  I  oczywiście  nie  mogłam  się  powstrzymać,  żeby  nie  zajrzeć  do  środka. 

Była oświetlona, otwarta, ale nie widziałam nikogo oprócz kobiety stojącej przy pustej ladzie i 

rozglądającej się za kimś, kto mógłby ją obsłużyć.

Stary Mac pewnie teraz gorzko żałował, że mnie zwolnił.

Main  Street  się  skończyła,  a  pół  kilometra  dalej  znalazłam  się  znowu  przy  pustych 

parkingach,  odosobnionym  małym  domku,  który  służył  do  przesyłu  prądu  wielkimi  liniami 

elektrycznymi.  Zawróciłam,  wzdychając.  Może  kupię  coś  w  Piston's,  jedynym  sklepie 

spożywczym, a potem wrócę do River's Edge. Była dopiero ósma rano, co innego mogłabym 

zrobić? Przejechałam znów obok apteki, zobaczyłam kobietę wychodzącą ze sklepu z pustymi 

rękami. Nikt jej nie obsłużył.

Nie zawołała starego Maca? Powinien być na zapleczu.

Podjechałam jeszcze kawałek i zatrzymałam się przy krawężniku. Siedziałam tak przez 

minutę. O niczym nie myślałam, uderzałam tylko palcami o kierownicę. W końcu wysiadłam z 

samochodu, zamknęłam go i cofnęłam się do apteki. Dzwonek u drzwi zabrzęczał zwodniczo 

radosnym  dźwiękiem,  jakby  próbował  mnie  przekonać,  że  nie  przekraczam  właśnie 

piekielnych  bram.  Rozejrzałam  się,  ale  nie  dostrzegłam  starego  Maca.  Niepewnym  krokiem 

poszłam  na  zaplecze.  Drzwi  apteki,  zawsze  zamknięte  na  klucz,  były  otwarte,  a  w  zamku 

znajdował  się  pęk  kluczy.  Światło  było  włączone,  ale  mężczyzny  nie  było  w  środku.  Nigdy 

czegoś takiego nie widziałam.

Zamknęłam  drzwi  apteki  i  schowałam  klucze  do  kieszeni.  Nie  znalazłam  Maca  w 

schowku  na  tylnym  ganku.  Ślady  na  świeżym  śniegu  prowadziły  do  małego  składziku  przy 

płocie.  Drzwi  były  otwarte,  więc  zakradłam  się  tam.  Bałam  się,  co  tam  zastanę.  Nie  jestem 

typem bohaterki, ale jak się wysilę, to jestem w stanie zadzwonić pod 911.

Wtedy go  zobaczyłam. Stał w  domku,  opierał  głowę o  karton  na półce.  Mruczał coś 

do siebie. Modlił się? Oszalał? To znaczy, jeszcze bardziej oszalał? To nie wyglądało dobrze. 

Postanowiłam  dać  mu  kilka  minut,  żeby  zobaczyć,  czy  się  z  tego  otrząśnie.  Wróciłam  po 

moich śladach do sklepu.

Straciłam wielu  ludzi w życiu. Straciłam własnego syna. Tego, którego znalazł Reyn, 

tak  dawno  temu.  Od  tamtej  pory  wiele  przeżyłam.  A  jednak,  kiedy  zamykałam  oczy,  nadal 

background image

czułam  niemowlęcy,  świeży  zapach  mojego  dziecka,  nadal  słyszałam  jego  śmiech,  który 

zawsze mnie rozbawiał...

Mieszkałam  w  Norwegii.  Byłam  mężatką.  Mój  mąż  był  okropny  i  nienawidziłam  go, 

ale  wtedy  młode  kobiety  nie  mogły  żyć  samodzielnie.  Mój  syn  był  cudem.  Taki  grubiutki  i 

milusi.  Cieszył  się  doskonałym  zdrowiem,  co  nie  było  powszechne  w  czasach  wysokiej 

śmiertelności niemowląt. Miał gęste jasne włosy i oczy niebieskie jak rześkie wiosenne niebo. 

Nazywałam go Niedźwiadkiem, bo przypominał małego niedźwiadka. Dzięki niemu wszystko 

nabrało  sensu  -  mój  mąż,  nasza  bieda  i  to,  jak  nam  było  ciężko.  Kładłam  go  zwykle  w 

plecionym koszyku i nosiłam ze sobą, kiedy szłam prać, doić kozy czy zbierać jagody.

Gaworzenie  Niedźwiadka,  to,  jak  się  bawił  zabawkami  -  wszystko,  co  się  z  nim 

wiązało,  było  urocze.  Byliśmy  strasznie  biedni.  Mój  mąż  przepijał  wszystko,  co  zarabiałam, 

sprzedając  jajka  i  kozie  mleko,  a  latem  masło  z  krowiego  mleka.  Kiedy  był  trzeźwy,  bez 

entuzjazmu uprawiał ziemię, wypożyczając wołu od sąsiada, przy pomocy którego orał zbitą, 

skalistą  glebę.  Z  każdym  rokiem  nasze  zbiory  jęczmienia  i  owsa  robiły  się  coraz  mniejsze  i 

mniejsze. Zarobiłby więcej, polując na zwierzęta i sprzedając ich skóry, ale to wymagałoby od 

niego prawdziwego zaangażowania.

Jednak  ja  byłam  szczęśliwa  z  moim  Niedźwiadkiem.  Dni  spędzaliśmy  głównie  we 

dwoje w naszym surowym domu krytym strzechą.

Aż kiedyś zjawili się najeźdźcy. Jeden z ludzi Reyna wbił mojemu mężowi siekierę w 

głowę.  Znalazłam  go  przed  pustą  zagrodą  dla  zwierząt,  w  której  wcześniej  miałam  kozy  i 

mleczne krowy. Grabieżcy zabrali każde zwierzę z wioski, opróżnili każdy spichlerz z ziarna i 

piwa,  i  niemal  wszystkich  krążków  sera.  Żałosna  kupka  pieniędzy,  jaką  udało  mi  się  ukryć 

przed  mężem,  była nic  nie  warta,  bo w  promieniu  pięćdziesięciu  kilometrów  nie  można  było 

niczego kupić.

To  było  potworne,  to,  jak  zginął  mój  mąż,  ale  przyniosło  też  ulgę.  Cieszyłam  się  z 

tego, że jestem wdową, że jestem sama  z  Niedźwiadkiem.  Później do  moich  drzwi zapukała 

Truda, miejscowa sierota, która nie miała dokąd pójść. Uchroniła się przed życiem dziwki czy 

niewolnicy i z  radością  zamieszkała  z nami, stając się moją pomocnicą. Pracowała  ciężej  niż 

mój mąż. Miałam dobre życie.

Niedźwiadek  wyrósł  na  bystrego,  silnego  berbecia,  zawsze  się  śmiał,  wszystko  go 

interesowało.  Udało  mi  się  zebrać  trochę  owsa,  który  jedliśmy.  Robiłam  z  niego  owsiankę, 

background image

chleb  i  picie.  Później  przez  miasto  przetoczyła  się  epidemia  grypy.  Głód wszystkich osłabił i 

wielu  ludzi  odeszło.  Zmarła  Truda,  miała  tylko  trzynaście  lat.  I  zmarł  Niedźwiadek,  chociaż 

półnieśmiertelni  posiadają  często  zdolność  zwalczania  chorób.  Chętnie  oddałabym  mu  moją 

bezwartościową  nieśmiertelność,  chętnie  umarłabym  zamiast  niego.  Kąpałam  jego  rozpalone 

małe ciałko, próbowałam poić wodą.

Nie  pomogło.  Umarł.  Nigdy  więcej  nie  miałam  dziecka.  Drugi  raz  bym  tego  nie 

przeżyła.

- A, tu jesteś. - Jakiś głos mnie przestraszył. Uzmysłowiłam sobie, że stoję w drzwiach,

pogrążona  w  myślach.  Wzięłam  oddech  i  otarłam  dłonią  twarz.  Przy  aptecznej  ladzie  stała 

kobieta.

Była stałą klientką - Meriwether nazywała ją panią Philpott.

- Och... - Otworzyłam usta, żeby wytłumaczyć, że już tu nie pracuję, ale pani Philpott 

nie dała mi dokończyć.

-  Cieszę  się,  że  cię  widzę.  Trochę  się  spieszę.  Jadę  na  lotnisko  i  rano  się 

zorientowałam, że muszę wykupić receptę. Nie starczy mi lekarstw do powrotu.

- Hm... Pan Maclntyre... jest w tej chwili nieosiągalny - powiedziałam. - Może za pięć 

minut?

-  Bardzo  przepraszam.  -  Pani  Philpott  wyglądała  na  zmartwioną.  -  Nie  mogę  czekać 

pięciu minut - odparła stanowczo, ale grzecznie. - Taksówka na mnie czeka.

Wskazała  na  okno,  a  ja  zobaczyłam  miejscową  taksówkę  w  bordowym  kolorze  z 

włączonymi światłami.

-  Dobrze,  sprawdzę.  -  Poszłam  na  zaplecze  w  nadziei,  że  zobaczę  starego  Maca 

człapiącego w stronę apteki. Ale nadal był w szopie. Głowę opierał o karton i wyglądał, jakby 

płakał.

- Niestety, jest nieosiągalny - powtórzyłam. - Może wykupi pani receptę na miejscu?

- Tam jest moja torebka. - Kobieta pokazała na półkę za ladą. Nadal była uprzejma, ale 

stanowcza. Pewnie takim zachowaniem potrafiła przekonać wielu ludzi. Ja czułam, że mięknę.

- Nie wolno mi tam wchodzić.

- To tamoxifen - dodała. - Potrzebny mi jest teraz i przyniesiesz mi go, nawet gdybyś 

musiała przeskoczyć przez ladę.

background image

Tamoxifen  był  lekiem  na  raka.  Czytałam  o  nim  wieki  temu  w  "Reader's  Digest"  w 

poczekalni  mojego  ulubionego  salonu  kosmetycznego  w  Nowym  Jorku.  Nieruchomy  wzrok 

pani Philpott pokonał mój opór.

Wyjęłam  z  kieszeni  klucze,  otworzyłam  drzwi  i  modliłam  się,  żeby  chwila  załamania 

starego  Maca  trwała  jeszcze  jakieś  siedem  minut.  Wtargnęłam  do  sekcji  z  lekarstwami, 

porwałam  torebkę  i  podałam  jej  wraz  z  wymaganym  formularzem  do  podpisu, 

potwierdzającym, że odebrała lek.

-  Tu  jest  napisane,  że  lek  refunduje  pani  ubezpieczalnia  -  zwróciłam  się  do  niej, 

zerkając na opis.

-  Zgadza  się  -  potwierdziła  kobieta,  podpisując  się.  Uśmiechnęłam  się  promiennie,  a 

ona wyprostowała się i odwzajemniła uśmiech.

- Dziękuję ci ba...

- Do licha ciężkiego, co ty robisz? - Stary Mac gwałtownie otworzył drzwi i wpadł do 

pomieszczenia z lekami, które było o wiele za małe, żeby pomieścić nas oboje.

Świetnie. Akurat teraz musiał wziąć się w garść. Na pewno każe mnie aresztować.

-  James,  przestań  krzyczeć  -  rozkazała  pani  Philpott.  Włożyła  do  torebki  małe 

papierowe opakowanie. - Praktycznie przystawiłam jej pistolet do skroni, żeby mi to wydała. 

Powiedziała, że nie wolno jej tam wchodzić.

- Bo nie wolno! - ryknął stary Mac, znów w doskonałej formie. - Wzywam policję! To 

nielegalne!

Pani  Philpott  walnęła  dłonią  w  ladę,  sprawiając,  że  oboje  podskoczyliśmy.  Chłodna 

rezerwa, której ja doświadczyłam tylko odrobinę, ujawniła się w całej krasie.

- Jamie Maclntyre - syknęła opanowanym głosem. - Znam cię od liceum i się ciebie nie 

boję. To ja kazałam jej wydać lekarstwo. Nic jej nie zrobisz. Nie bądź osłem. Słyszysz mnie?

Stary  Mac  stał  w  milczeniu.  Starałam  się  sprawiać  wrażenie  niewinnej  i  pomocnej. 

Przesunęłam się ukradkiem za niego i wymknęłam się na teren sklepu.

- Czy to oznacza zgodę? - spytała pani Philpott. Taksówka czekająca na zewnątrz dała 

sygnał klaksonem, a ja się skrzywiłam. Nigdy więcej nie chciałam jechać taksówką.

- Tak - wymruczał w końcu stary Mac, chociaż było mu to całkiem nie w smak.

-  Do  widzenia.  Do  zobaczenia  po  powrocie.  -  Odwróciła  się  i  ruszyła  do  drzwi, 

posyłając mi uśmiech. Odwzajemniłam go.

background image

Kiedy wyszła, postanowiłam się  zmyć, zanim stary Mac  wezwie gliny. Spojrzałam na 

niego po raz ostatni. Wyglądał żałośnie, jakby ktoś spuścił z niego powietrze, kiedy tak stał za 

ladą  pustej  apteki.  Przez  sekundę  miałam  ochotę  coś  powiedzieć.  Ale  pewnie  znowu  by  na 

mnie ryknął, a potem naprawdę wezwał gliny.

Więc  zwyczajnie  odwróciłam  się  i  zostawiłam  go  samego.  Na  dworze  wiał  zimny 

wiatr,  mogłam  oddychać.  Czas  wracać  do  River's  Edge.  Nie  miałam  pojęcia,  czemu  miała 

służyć ta moja mała ucieczka, poza tym że na chwilę oddaliłam się od posiadłości.

Odpaliłam samochód i włączyłam wycieraczki, żeby pozbyć się grubej warstwy śniegu 

z przedniej szyby. Czułam się potwornie, jakby ponury zimowy dzień rozgościł się również we

mnie,  nie  tylko  na  zewnątrz.  Dlaczego  pomyślałam  o  Niedźwiadku?  Przecież  nauczyłam  się 

tego nie robić. To było ponad cztery wieki temu, Nas. Życie toczy się dalej.

Jechałam  Main  Street  i  żeby  mój  poranek  nie  był  taki  całkiem  ponury,  zobaczyłam 

Dray.  Wyglądała  na  zmarzniętą  w  krótkiej  kurtce  z  tanim  zmechaconym  futerkiem  dookoła 

twarzy. Pokiwałam do niej, a ona zamrugała na mój widok.

Nie  było  żadnego  samochodu,  a  to  oznaczało,  że  mogę  zawrócić,  co  też  uczyniłam. 

Dray nie było. Spojrzałam w jedną i w drugą stronę ulicy. Nie miała się gdzie schować, poza 

wąską uliczką pomiędzy dwoma budynkami. Uciekła.

Porażkę miałam wypisaną na czole, odciśniętą na całym moim życiu.

Ze zdziwieniem zobaczyłam, że jest dopiero parę minut po dziewiątej. Do tej godziny, 

rzecz  jasna,  zauważyli  moją  nieobecność.  Skręciłam  z  głównej  drogi  na  drugorzędną  i 

niedługo potem dostrzegłam bezlistny klon stojący na początku podjazdu do River's Edge. I... 

poczułam się dziwnie, jak tylko się tam znalazłam.

Dziś, z powodu śniegu i lodu, jechałam wolniej niż zwykle, pamiętając, jak ślisko było 

tu wcześniej. Ale to nie warunki na drodze mnie martwiły. Byłam... przerażona. Zupełnie bez 

powodu.  Serce  mi  łomotało,  czułam  niepokój,  do  tego  stopnia,  że  się  odwróciłam  i 

rozejrzałam, jakbym się spodziewała, że ktoś mnie zaatakuje.

To było głupie. Moje głupie emocje robiły sobie ze mnie żarty. Nadal byłam bez pracy, 

Dray nadal mnie nienawidziła. Próbowałam dzisiaj pomóc, co skończyło się tym, że mało nie 

wezwano glin. Myślałam o Niedźwiadku. Wszystko szło nie tak. Wszystko sprawiało ból.

Kiedy tak wpędzałam się w bezsensowną rozpacz, zorientowałam się, że samochód nie 

reaguje.  Nacisnęłam  hamulce  na  zakręcie,  ale  nic  się  nie  stało.  Wcisnęłam  hamulec  mocniej, 

background image

przygotowana  na  to,  że  zacznę  się  ślizgać.  Nic.  W  trakcie  wewnętrznej  tyrady  trochę 

przyspieszyłam  i  teraz  musiałam  zwolnić.  Dojeżdżałam  do  ostatniego  zakrętu,  za  którym 

podjazd zmieniał się w wyłożony tłuczonym kamieniem szeroki parking.

Czułam  się  tak,  jakbym  trzymała  lejce  szalejącego  konia.  Kurczowo  ściskając 

kierownicę, z całej siły wdusiłam pedał hamulca, ale nic się nie stało. Boże! Jest źle! Musiałam 

się zatrzymać!

Chwyciłam hamulec ręczny i szarpnęłam go. Też nic!

Czyżby  moja  ciemność  ogarnęła  nawet  tę  maszynę?  Toczyłam  się  wprost  na  starą 

czerwoną farmerską ciężarówkę River. Wyglądało na to, że ją stuknę.

Co robić, co robić... Nagle kierownica sama skręciła. Poczułam, że obraca się w moich 

dłoniach,  chociaż  próbowałam  obrócić  ją  w  przeciwną  stronę.  Przede  mną  stał  wielki  dąb. 

Robił się większy i większy...

- Coś wysiadło? - Wydawało mi się, że głos dobiega z daleka. Może spod wody.

- Jeszcze nie wiem. Wyłączmy silnik. - Głos Solisa. I Lorenza.

Nie  chciałam  otwierać  oczu,  chciałam  zapaść  w  sen,  ale  nos  miałam  zatkany,  a  usta 

pełne krwi. Zamrugałam nieprzytomnie, kiedy silne dłonie wyciągały mnie z samochodu.

- Co się stało? - To był Reyn. Czyżby w jego głosie słychać było zmartwienie?

-  Nie  wiemy  -  odpowiedział  Solis.  -  Widziałem  tylko,  że  za  szybko  wjeżdża  na 

dziedziniec, a potem kieruje się wprost na drzewo.

Nieprawda, pomyślałam, kiedy ktoś uwalniał moje nogi z samochodu. Pochyliłam się i 

wyplułam  krew  na  śnieg.  Mimo  zamglonego  wzroku,  jaskrawa  czerwień  krwi  wyglądała 

przerażająco na białym śniegu.

- Nastasyo, co się stało? - Solis ukląkł na śniegu i uniósł mój podbródek.

-  Silnik  nie  chce  się  wyłączyć  -  oznajmił  Lorenz.  Usłyszałam  brzęk  kluczyków.  - 

Kluczyki są wyciągnięte, a silnik chodzi.

Nos mi krwawii. Wytarłam go, zanim znów naleci mi krwi do ust. Wiem, tak.

Skoro i tak  się pochylałam, wzięłam garść  śniegu i włożyłam  sobie do  ust. Poczułam 

się  cudownie.  Usiłowałam  wymyślić,  jak  włożyć  w  zaspę  śniegu  całą  głowę.  Usłyszałam 

odgłos otwieranej maski samochodu.

- Solis - odezwał się Reyn. Jego głos brzmiał dziwnie. - Odłączyłem akumulator. Silnik 

nadal chodzi.

background image

Dłoń Solisa, która badała moje ramię, szukając złamań, zamarła.

- To nie jest wina samochodu - powiedział. - To magyia. Czarna magyia.

- Pójdę po River - powiedział Lorenz. Usłyszałam, jak biegnie do domu.

Znów zamrugałam. Nie mogłam oddychać przez nos.

- Możesz wstać? - spytał Solis. - Chcę cię zabrać od tego samochodu.

Skinęłam  głową,  zabolało.  Powoli  wstałam.  Solis  szybko  obejrzał  moje  nogi,  jakby 

badał kulawego konia. Znów uniósł mi brodę i spojrzał na moją twarz.

- Masz złamany nos - westchnął, prowadząc mnie do domu. Zobaczyłam biegnącą do 

nas River z zatroskaną twarzą.

- Samochód jest zaklęty - rzucił krótko Solis. - Możesz to zatrzymać?

River skinęła szybko głową i minęła nas. Słyszałam, że Reyn coś do niej mówi, ale nie 

zrozumiałam co.

- Co się stało? - spytał Solis.

- Nie wiem - odparłam, ale z powodu krwotoku z moich ust wydobyło się tylko: "E-

em". Znów wyplułam krew na śnieg, paskudztwo. - Jechaam i samoód e chsiał się zaszymaś.

- Dobra. Najpierw zajmijmy się tobą. - Pomógł mi wejść po schodach.

Później zaprowadził mnie do mojego pokoju. Zdążyłam zdjąć kurtkę, kiedy do środka 

wbiegła Anne, niosąc basen, kilka ręczników i apteczkę. I, oczywiście, kubek gorącej herbaty, 

bo tutaj  wystarczy  kichnąć,  a już  biegną  do ciebie  z gorącą herbatą. Odcięta ręka?  Napij się 

herbaty. Dziedzictwo ciemności powoli niszczące każdy aspekt twojego życia? Herbatka.

- Ma złamany nos - zwrócił się do niej Solis.

- O kurczę - szepnęła Anne. - Coś jeszcze? Żebra? Zęby?

- Reszta wydaje się w porządku.

- Zdejmijmy apaszkę, jest cała we krwi.

- Je! O snaczy, sejmę ą póniej. - Ściskałam ją w dłoniach.

- Wypij to. Wypłucze ci krew z ust. - Anne wcisnęła mi kubek. Dłonie mi drżały, ale 

zdołałam go utrzymać. Ciepło napoju było takie miłe, i rzeczywiście pozbyłam się smaku krwi. 

Cholera. Znowu mają rację.

- Dobra - zakomenderowała Anne, zabierając mi kubek. - Połóż się.

Posłuchałam.  Bardzo  ostrożnie  przemyła  mi  twarz  ciepłą  szmatką.  W  ciepłej  wodzie 

wyczułam rumianek i liście czarnego bzu.

background image

-  Będziesz  miała  śliwki  pod  oczami  -  westchnęła  Anne.  -  A  dopiero  co  zniknęła  ci 

jedna opuchlizna. Pewnie poduszka powietrzna wyskoczyła. Dlatego masz złamany nos.

- Je paęta.

- No, zaczynasz puchnąć. Zajmijmy się twoim nosem, zanim sprawa się skomplikuje.

Zanim zdążyłam coś zrobić, Anne ścisnęła mój nos.

- A, a, a, jeee! - wrzasnęłam, a później usłyszałam głośny chrzęst i eksplodował nowy 

ból. Wygięłam się do tyłu, wymachując dłońmi w powietrzu. - O Jesu! Kudeł! Ała!

- Nie ruszaj się! - nakazała. Jej palce cały czas mocno ściskały mój nos. - Wytrzymaj. - 

Zaczęła  pośpiesznie  mruczeć  pod  nosem.  Jedną  dłonią  przytrzymywała  mi  nos,  a  drugą 

wprawnie  rysowała  w  powietrzu  pieczęcie  i  runy  z  zadziwiającą  prędkością.  Zaklęcia 

uzdrawiające. Kolejne pożyteczne zaklęcia, których nie znałam. Później przypomniałam sobie, 

że właśnie takiego zaklęcia się uczyłam, kiedy biblioteka zaczęła wymiotować książkami.

- Dobra - wymruczała minutę czy dwie później. - Prawie gotowe. - Wzięła biały plaster 

z  opatrunkiem  i  starannie  przykleiła  mi  go  na  nosie.  Spojrzała  na  swoje  dzieło  i  się 

uśmiechnęła. - Wyglądasz jak mały bokser. Po medalowej walce.

- Waga kogucia. O tym samym pomyślałem - zachichotał Solis.

Nie zareagowałam na to wcale. Wca-le.

- A teraz usiądź i dopij herbatę.

Zrobiłam  to.  Ból  nosa  łagodniał.  Kiedy  kubek  był  pusty,  nie  mówiłam  już  jak  Elmer 

Fudd.

- Więc co się stało? - spytał Solis, kiedy do pokoju weszli River i Reyn.

Czy Reyn mógłby zobaczyć mnie kiedyś w przyzwoitych ciuchach i uczesaną? Raczej 

się na to nie zanosiło.

- Co się stało? - powtórzył jak echo z dość srogą miną.

Nie chciałam rozmawiać o wypadku. Byłam przekonana, że to moja własna ciemność 

sprawiła, że samochód stał się zabójczy.

-  Pojechałam  do  miasta  -  zaczęłam  niechętnie  i  nagle  uprzytomniłam  sobie,  że 

wyjechałam,  nic  nikomu  nie  mówiąc.  -  Wszystko  było  w  porządku,  samochód  był  sprawny. 

Ale  na  podjeździe  przyspieszył  tak,  że  nie  zauważyłam.  Próbowałam  zwolnić,  ale  hamulce 

wysiadły - przerwałam, próbując przypomnieć sobie dokładnie sytuację. - Dotarło do mnie, że 

background image

się rozbiję i stuknę w czerwoną ciężarówkę River. Ale kierownica skręciła, a ja nie mogłam jej 

powstrzymać. Jechałam prosto na drzewo.

- Próbowałaś ręcznego hamulca? - spytał Solis.

- Szarpnęłam go, ale nie zadziałał.

River podeszła do mnie i pogłaskała mnie po głowie. Na dłuższych kosmykach moich 

włosów była zakrzepła krew.

- Po co pojechałaś do miasta? - spytała łagodnie.

- Musiałam coś załatwić, szybko.

- Samochód był zaklęty - powiedział Reyn.

- Udało mi się zatrzymać silnik. - River wyglądała na zmartwioną. - Wyczułam czarną 

magyię, silną magyię, ale bardzo dobrze zaaranżowaną. Nie byłam w stanie wyczuć niczyjego 

podpisu. Gdzie zaparkowałaś w mieście? Jak długo nie było cię w samochodzie?

-  Niedługo  -  powiedziałam.  -  Zaparkowałam  niedaleko  apteki.  Na  pewno  nie 

wysiadłam na  dłużej  niż dziesięć minut. -  Uniosłam brwi, kiedy dotarło  do mnie, co mówiła. 

Jej zdaniem ktoś w mieście mógł nałożyć zaklęcie na samochód. I wtedy przypomniałam sobie 

mój ostatni sen o Incym, był w Liberty Hotel w Bostonie. We wcześniejszych wizjach, kiedy 

byłam  w  stanie  stwierdzić,  gdzie  jest,  przebywał  w  Kalifornii.  Czyżby  naprawdę  był  w 

Bostonie?  A  może  nawet  bliżej?  Czy  to  możliwe,  że  to  jego  sprawka?  Jego,  nie  moja?  Po 

chwili pokręciłam głową, co okazało się błędem. Byłam strasznie zmęczona myśleniem o tym 

wszystkim.

Do pokoju wszedł Asher. Zrobiło się naprawdę tłoczno.

- Właśnie się dowiedziałem. - Spojrzał najpierw na River, a potem na mnie.

-  Zerknij  na  samochód  Nastasyi,  dobrze?  -  poprosiła  go  River.  -  Ja  niczego  nie 

wyczułam, ale może tobie się uda.

Skinął głową i wyszedł, a echo jego kroków poniosło się korytarzem.

- Teraz leż. - Anne wstała. - Później zejdziesz na obiad.

- Dobrze.

Wszyscy wymaszerowali, a w moim pokoju znów zapanowała cisza.

Reyn zatrzymał się w drzwiach. Nic nie powiedział, tylko na mnie spojrzał. Czułam się 

zakłopotana.  Pewnie  byłoby  miło  znaleźć  się  w  jego  ramionach.  Czy  dostrzegł  to  w  moich 

oczach?

background image

Czy wiedział, o czym myślę?

Po paru sekundach, a może po godzinie, odwrócił się i wyszedł, milczący.

Zasnęłam.

background image

Rozdział 14

- Idzie? - wyszeptałam do Eydis.

Eydis wyjrzała zza ciężkiego arrasu.

- Nie - odszepnęła ledwie słyszalnie.

Uśmiechnęłyśmy  się  do  siebie  z  zachwytem.  Ja  miałam  siedem  lat,  ona  dziewięć. 

Chowałyśmy  się  przed  naszym  irytującym  młodszym  bratem,  Haakonem,  który  wszędzie 

chciał  z  nami  chodzić.  Nie  mogę  powiedzieć,  żebyśmy  go  nie  lubiły,  ale  nie  miał  jeszcze 

czterech  lat  i  doprowadzał  nas  do  szału.  Znalazłyśmy  doskonałą  kryjówkę  -  ściany  zamku 

mojego ojca były z kamienia. Na Islandii.

Prawie zawsze oprócz lata były przykryte olbrzymimi wiszącymi gobelinami. Eydis i ja 

byłyśmy  naprawdę  bardzo  chude,  więc  kiedy  wspięłyśmy  się  na  palce  i  wstrzymałyśmy 

oddech, na arrasie tworzyło się ledwie widoczne wybrzuszenie. Sprawdzało się znakomicie, a 

Haakon nie mógł nas znaleźć.

- Najeźdźcy! Mój Boże, najeźdźcy! - dobiegł głośny krzyk z dziedzińca.

Zaraz potem  Eydis i ja usłyszałyśmy trzask  broni i  tarcz, i rżenie  koni. Podbiegłyśmy 

do najbliższego okna i otworzyłyśmy je, bo przez faliste szyby nie było nic widać. W oddali, 

na  szczycie  góry,  wyznaczającej  granicę  ziem  mojego  ojca,  znajdowała  się  mała  grupka 

najeźdźców.

Nie  wyglądali,  jakby  mieli  stanowić  wielkie  zagrożenie,  ale  równie  dobrze  mogli  być 

tylko zwiadowcami.

- Zamykać bramy! - krzyczeli ludzie na dole.

Lokaj mojego ojca pilnował, żeby w obrębie murów zamknąć wszystkie owce, kozy i 

konie,  a  później  sześciu  mężczyzn  pociągnęło  za  łańcuchy  grubości  mojej  ręki  i  zatrzasnęło 

bramy dziedzińca.

Eydis  i  ja  przyglądałyśmy  się  temu  przez  długie  godziny.  Oczywiście  Haakon  nas 

znalazł,  a  ja  przysunęłam  stołek  do  okna,  żeby  mógł  na  nim  stanąć  i  patrzeć  z  nami. Więcej 

najeźdźców  się  nie  pojawiło  -  naliczyłyśmy  siedmiu,  kiedy  dostatecznie  się  zbliżyli.  Jeden 

trzymał sztandar, który pokazywał, z jakiego są klanu.

background image

Zanim zatrzymali  się przed murami miasta, goniec przyniósł nam wieść, że najeźdźcy 

niosą  sztandar  Ulfura  Haraldsona,  mojego  ojca.  Nie  można  było  go  nie  rozpoznać:  pięć 

czarnych niedźwiedzi na czerwonym tle, a wszystko zwieńczone girlandą z dębowych liści.

Zapanowało  niesamowite  podniecenie  -  najeźdźcami  był  mój  wuj  i  jego  ludzie!  Nie 

wiedziałam nawet, że mam wuja!

Wszyscy  zbiegliśmy  na  dół  i  czekaliśmy  z  ojcem  przed  jego  fortecą  -  zamek  to  zbyt 

wielkie słowo. Była to raczej ogromna kamienna posiadłość, która wyglądała jak mały zamek. 

Ku mojemu zaskoczeniu  zobaczyłam,  że ojciec  włożył  na głowę koronę -  okrąg z  cienkiego 

złota wysadzanego rubinami i perłami, z brązowym diamentem na środku. Prawie nigdy jej nie 

wkładał. Pomyślałam, że chce wyglądać dostojnie ze względu na brata. Moja matka miała na 

sobie  drugą  najlepszą  suknię  z  granatowego  ciężkiego  lnu  z  rozciętymi  rękawami 

sznurowanymi  złotymi  tasiemkami.  Spod  lnianego  czepka  wyglądały  dwa  warkocze,  na  tyle 

długie,  że  można  było  na  nich  usiąść.  Miała  na  szyi  amulet,  który  zawsze  nosiła.  Wyglądała 

pięknie i dostojnie.

Bramy  otworzyły  się,  skrzypiąc  i  jęcząc  i  mój  wuj  ze  swoimi  ludźmi  wjechali  do 

środka. Mieli wielkie czarne konie i rzeczywiście jeden z mężczyzn trzymał ten sam sztandar, 

który nieśli ludzie mojego ojca, kiedy wybierał się z wizytą do innego miasta albo kiedy musiał 

przeprowadzić swoje wojsko w inne miejsce.

Chciałam  wybiec  im  na  powitanie,  ale  ojciec  uwięził  moje  ramię  w  żelaznym  uścisku 

swojej dłoni. Spojrzałam na niego w górę, a matka odciągnęła mnie za siebie.

- Czekaj, Liljo - wymruczała. - Pierwszy idzie ojciec. 

Mężczyzna na przedzie zeskoczył z konia. Wyglądał jak mój ojciec - był wielki i jasny, 

ale młodszy i mniej zniszczony bitwami. Podszedł i nisko ukłonił się przed ojcem, jak było w 

zwyczaju.

Ojciec wyszedł do przodu z wyciągniętymi ramionami.

- Geir! Tyle czasu!

Objęli się i poklepali mocno po plecach. Podskakiwałam z podniecenia.

Kiedy matka nas przedstawiła, dwie moje siostry, dwóch braci i mnie, wypaliłam:

- Nie wiedziałam, że mam wuja!

Wuj Geir zrobił dziwną minę i spojrzał na ojca.

- Miałaś kilku - powiedział. - Ale zostałem tylko ja.

background image

- Chodź, Geir - rzekł ojciec. - Na pewno jesteś zmęczony po podróży.

Tego  wieczoru  mieliśmy  uroczystą  kolację.  Zasnęłam,  kiedy  ojciec  z  wujem 

rozmawiali.

Obudziłam  się  w  łóżku,  narzuciłam  na  siebie  ubranie  i  zbiegłam  na  dół.  Wuj  Geir 

opowiadał  takie  interesujące  historie.  A  ja  zapomniałam  go  spytać,  czy  ma  dzieci.  Może 

mogłyby nas odwiedzić.

Już  miałam  zapukać  do  drzwi  gabinetu  ojca,  kiedy  usłyszałam  podniesione  głosy 

dobiegające ze środka. Wiedziałam, że są podniesione, bo drzwi miały dziesięć centymetrów 

grubości i trzeba było krzyczeć, żeby głos wydostał się poza gabinet.

- Liljo, co robisz? - Moja matka stała z gosposią, trzymając całe naręcze pościeli.

- Chciałam pójść do ojca - wyznałam. - Dlaczego kłóci się z wujem Geirem?

W naszym języku mamy inne słowo określające brata ojca i brata matki. W dosłownym 

tłumaczeniu to: "ojca-brat" i "matki-brat". Wuj i stryj.

- Cśśś - odezwała się matka, biorąc mnie za rękę i odciągając. - Nie kłócą się. Każdy z 

nich  to  kawał  chłopa,  po  prostu  głośno  mówią.  Idź  na  śniadanie.  Jest  królik  na  zimno  od 

wczorajszej kolacji.

Pobiegłam.  Następnego  ranka  mój  ojciec,  wuj,  ludzie  wuja  i  paru  ludzi  mojego  ojca 

wyruszyli na polowanie na dzikie knury biegające po lesie.

Mój  ojciec  i  jego  ludzie  wrócili  dopiero  przed  zachodem  słońca.  Wyglądał  na 

zmęczonego  i  zdruzgotanego.  Wydarzyła  się  tragedia.  Wuj  Geir,  mimo  że  nie  znał  naszych 

terenów,  żartobliwie  wyzwał  mojego  ojca  na  pojedynek.  Ojciec  ostrzegał  go  krzykiem,  ale 

Geir nie posłuchał.

- Zawsze był uparty - skwitował ojciec.

Wuj  Geir  i  jego  ludzie  pognali  przez  las,  mimo  ostrzeżeń.  My  wszyscy  wiemy,  że  w 

pewnym miejscu las nagle się kończy, ustępując miejsca stromemu zboczu. Tamtejszą ziemię 

zabrało morze, a ogromne, ostre głazy w dole zalewały fale białej piany. Wuj i jego ludzie nie 

byli w stanie zatrzymać rozpędzonych koni i wszyscy spadli w przepaść.  Zanim mój ojciec i 

jego ludzie zeszli na dół z linami, tamci zostali już porwani przez wodę.

Rozpłakałam  się,  zanim  ojciec  dokończył  historię,  podobnie  Eydis  i  Haakon.  Moja 

starsza siostra, Tina, i mój starszy brat, Sigmundur, przyjęli wiadomość ze stoickim spokojem, 

background image

jak przystało na dzieci Ulfura Wilka. A ja szlochałam w suknię matki. Mój jeden, jedyny wuj 

zginął na zawsze. Co za tragedia.

Zamrugałam  powoli,  zostawiałam  surowe,  piękne,  kamienne klify Islandii, budząc się 

w przytulnym pokoju. Nie myślałam o wuju od wieków. Teraz, z perspektywy osoby dorosłej,

zrozumiałam,  jak  było  naprawdę.  Mój  wuj  i  jego  ludzie  nie  zginęli  w  tragicznym  wypadku 

podczas polowania. Zabił ich  mój ojciec  i jego  ludzie. Chciał zostać  jedynym z rodzeństwa i 

odziedziczyć całą moc rodziny.

Wsunęłam  sobie  pięść  do  ust,  ogarnięta  smutnym  przerażeniem.  Dopóki  Geir  się  nie 

pojawił, nie wiedziałam nawet o jego istnieniu. Wszystko wskazywało na to, że byli też inni, 

których  zabił  mój  ojciec.  Moje  myśli  przeskakiwały  z  jednej  zamierzchłej  rozmowy  czy 

strzępka informacji na inną - dorastałam bez kuzynostwa i myślałam, że oboje moi rodzice są 

jedynakami,  a  dziadkowie  dawno  pomarli.  Teraz  nie  miałam  pojęcia,  czy  to  prawda.  Może 

skrupulatnie robili wszystko, żeby zapewnić sobie pozycję jedynych dziedziców?

Moja matka znała prawdę na temat śmierci wuja, byłam tego pewna. Przez cały tamten 

dzień miała ponurą, zaciętą minę. Zawsze uważałam ojca za człowieka twardego i ambitnego. 

Teraz uświadomiłam sobie, że moja matka w niczym mu nie ustępowała.

O Boże. Dopóki nie skończyłam dwudziestu lat, nie miałam nawet pojęcia, że jestem 

nieśmiertelna.  Już  samo  to  było  dla  mnie  ogromnym  szokiem.  Dopóki  nie  przyjechałam  do 

River's Edge,  nawet nie  myślałam  o  tym,  że mój  ojciec  był  głową  jednego  z ośmiu  Wielkich 

Domów nieśmiertelnych. Powoli do mnie docierało, do czego posunęli się moi rodzice, żeby 

zapewnić sobie tę pozycję.

Byłam dzieckiem morderców.

Ale  skoro  wiedzieli  o  bezwzględnej,  śmiertelnej  rywalizacji  pomiędzy  rodzeństwem, 

po co, u licha, zdecydowali się na pięcioro dzieci?

Usiadłam na łóżku i przyciągnęłam kolana do piersi, zupełnie rozbudzona. Mój oddech 

stał się płytki, kiedy zrozumiałam prawdę, chociaż nigdy nie będę mieć pewności. Moi rodzice 

mieli  pięcioro  dzieci,  wiedząc,  że  najprawdopodobniej  tylko  jedno  z  nich  zostanie  głową 

klanu.  Moi  bracia,  siostry  i  ja  kochaliśmy  się  nawzajem.  Dzieliliśmy  się,  bawiliśmy  razem  i 

pomagaliśmy  sobie.  Jedną  rzeczą  jest  zabicie  obcego  czy  wroga.  Ale  zupełnie  czymś  innym 

jest posiadanie tak dużej ambicji, żeby zabić kogoś, kogo się kocha. Osoba, która zdecyduje 

background image

się na takie morderstwo, musi być niezwykle silna i bezwzględna, bo tylko ktoś taki może się 

stać głową domu Ulfura.

Znów  cała  drżałam  z  zimna.  Odwinęłam  się  z  koców,  żeby  włączyć  grzejnik.  Kątem 

oka  zauważyłam  odbicie  mojej  pokiereszowanej  twarzy  i  się  skrzywiłam.  Włożyłam  czystą 

flanelową koszulę, która rozpinała się od góry  do dołu i nie trzeba było przekładać jej przez 

głowę.  Dzięki  typowym  zdolnościom  regeneracyjnym  nieśmiertelnych  za  dwa  dni  dojdę  do 

siebie, a wszelkie ślady obrażeń znikną. Ale w tej chwili czułam się jak... hm, jakbym wyszła z 

rozbitego samochodu.

Zdążyłam zawiązać apaszkę pod szyją, przypominając sobie, jak robił to Lorenz, kiedy 

River zapukała do pokoju.

- Wejdź - krzyknęłam.

- Cześć - powiedziała. - Czujesz się już lepiej?

- Nie bardzo.

- Zjesz obiad? Jest zupa z kurczaka.

- Brzmi nieźle. - Skinęłam głową. Kontrast tej normalnej rozmowy i potwornych myśli, 

które przed chwilą kołatały mi się w głowie, sprawił, że się rozpłakałam.

Dam wam radę: starajcie się nie płakać, jeżeli macie złamany nos. To jeden wielki ból. 

Byłam zmęczona płaczem. Byłam zmęczona potężnymi, rozdzierającymi duszę olśnieniami na

temat życia, które dopóki było głupie, samolubne i bezużyteczne, nie sprawiało tyle kłopotów.

- Nastasyo - odezwała się w końcu River. - Co się dzieje?

- Nie wiem. - Usiadłam i wzięłam pudełko chusteczek z łóżka. Ludzie tutaj starali się 

używać  chusteczek  z  materiału,  a  nie  papierowych,  ale  ja  jeszcze  się  do  tego  nie 

przyzwyczaiłam. I chyba nigdy się nie przyzwyczaję. I tyle.

Zaczęłam wyrzucać zużyte chusteczki do kosza na odpadki.

- Jak myślisz, co się stało?

Nie mogłam  na nią  patrzeć, kiedy wypowiadałam na  głos słowa, które nie dawały  mi 

spokoju od wielu dni.

-  Może  to...  przez  moją  ciemność?  Mam  wrażenie,  że  wychodzi  na  jaw  i  wpływa  na 

wszystko, co mnie otacza. Na pracę. Na magyię. Na wszystko.

River milczała przez kilka minut, a ja bawiłam się apaszką w palcach.

background image

- Hm - powiedziała w końcu. - Można się też zastanawiać, kto mógłby chcieć zrobić ci 

krzywdę.

Uniosłam wzrok, żałując, że nie mogę obarczyć winą kogoś innego.

- Chyba Incy. Nikt inny nie przychodzi mi do głowy. - Czy wyczułabym go, gdyby był 

w pobliżu? Czy River wyczułaby jego ciemność? Moją wyczuwała.

- Dobrze. A dlaczego myślisz, że ty to sprawiasz?

- Nie wiem - wyznałam. - Po prostu jest we mnie ciemność! - wyrzuciłam w końcu z 

siebie.  -  Jestem  mrocznym  potomkiem  mrocznych  rodziców  i  długiej  linii  mrocznych 

przodków.  Nie  jestem  w  stanie  przed  tym  uciec!  Nawet  nie  ma  sensu  próbować!  -  Znów 

zaczęłam płakać.

- Wierzysz w to? - Dłoń River spoczęła na moim ramieniu.

- Nie ma znaczenia, czy w to wierzę, czy nie - wykrztusiłam. - Tak po prostu jest. Tak 

to  wygląda.  Taka  jest  rzeczywistość.  -  Rzeczywistość,  mój  Boże,  tak  bardzo  nienawidziłam 

rzeczywistości.  Sto  razy  wolę  fantazję.  River  nic  nie  powiedziała,  więc  opowiedziałam  jej  o 

tym, co uświadomiłam sobie na temat mojego ojca, wuja i rodziców.

-  Jestem  potomkiem  takich  ludzi  -  mówiłam.  -  Taka  krew  płynie  w  moich  żyłach.  - 

Zerknęłam na twarz River i dostrzegłam na niej współczucie, ale także spokojne  zamyślenie, 

jakbym  była  układanką,  którą  usiłuje  poskładać.  -  I  ja  chciałam  być  jego  dziedziczką?  - 

dodałam.  -  Chciałam  być  córką  godną  Ulfura  Wilka?  Jak  ja  to  sobie  wyobrażałam?  Chyba 

byłam  stuknięta!  A  na  dodatek  Reyn!  -  Stawałam  się  coraz  bardziej  zmęczona,  myśli  i  ból 

wylewały się ze mnie jak krew z rany.

- Co z Reynem? - spytała River. Wzięłam rozedrgany oddech.

-  To...  co  między  nami  jest.  Nie  wiem,  co  to  jest.  Ale  coś...  jest.  On  jest  Najeźdźcą 

Zimy, Rzeźnikiem Zimy, odpowiedzialnym za śmierć wielu ludzi! Ja jestem jedyną dziedziczką 

Domu Ulfura Mordercy! To my. Gdybyśmy byli ze sobą, świat by eksplodował.

Wiedziałam, że to byłaby katastrofa, i to ogromna.

- Wydaje ci się, że jesteś tak mroczna, że nie masz już wyboru? - spytała River.

- Nigdy nie miałam wyboru - westchnęłam zrezygnowana. - To było tylko... złudzenie. 

Albo  pobożne  życzenia.  Ale  nie  ma  ucieczki.  -  To  bolało  o  wiele  bardziej,  niż  się 

spodziewałam.

background image

- Nastasyo, posłuchaj mnie. - Głos River brzmiał bardzo poważnie. Położyła dłonie na 

moich  ramionach,  zmuszając  mnie,  żebym  na  nią  spojrzała.  -  Zawsze,  zawsze,  zawsze  jest 

wybór. Musisz mi uwierzyć. Większość z nas zaczyna w ciemności. Wielu z nas w niej zostaje. 

Nie wiem, czy dotyczy to  wyłącznie  nieśmiertelnych,  ale przekonałam się, że to prawda, tak 

jest na całym świecie. Ale prawdą jest również to, że zawsze jest wybór. Bez względu na to, 

jak bardzo jesteś mroczna, bez względu na to, co myślisz o swoim dziedzictwie albo o tym, że 

twój upadek jest nieunikniony, zawsze możesz podjąć decyzję, że następna sekunda twojego 

życia będzie inna.

Już to słyszałam. Ona mnie nie rozumiała. Owszem, jej rodzina zajmowała się handlem 

niewolnikami,  co  było  złe.  Ale moi rodzice  wyeliminowali  swoje rodzeństwo.  I dopuścili  się 

pewnie o wiele gorszych rzeczy. Modliłam się o to, żeby nigdy się o nich nie dowiedzieć.

- Nie wierzysz mi - rzekła, kiedy milczałam. - Myślisz, że nie rozumiem i że ty i twoja 

rodzina byliście o wiele bardziej mroczni od mojej.

Cholera.

- Moja twarz nie jest aż tak ekspresyjna.

- Nas, znam cię. - Jej głos był łagodny, ale stanowczy. - Naprawdę cię znam. Znam cię 

doskonale. Widzę w tobie wszystko, światło i mrok, i wszystko pomiędzy nimi. Widzę rzeczy, 

których ty jeszcze nie odkryłaś. I taką cię kocham.

Ścisnęło  mnie  w  gardle.  Kłamała.  Zastanawiałam  się,  czy dam radę wyskoczyć przez 

okno, zanim River mnie powstrzyma.

- Zapomnij o tym, jest zamknięte - powiedziała.

- Podsłuchujesz - oskarżyłam ją ze złością.

-  Proszę.  Nienawidzisz  rozmawiać  o  emocjach,  w  tej  chwili  czujesz  się  tak 

skrępowana, że wijesz się jak piskorz, masz minę: "zamknij się", a oczy skierowane w stronę 

okna. Dziecko z przedszkola poskładałoby to w całość.

-  Muszę  stąd  wyjść.  -  Wstałam  tak  szybko,  że  o  mało  jej  nie  przewróciłam.  Z 

prędkością  błyskawicy  chwyciła  mnie  za  rękę  i  szarpnęła.  Opadłam  mocno  na  łóżko, 

podrażniając nos i wszystko inne. Byłam w szoku - nie zauważyłam nawet, żeby się poruszyła.

- Usiądziesz i mnie wysłuchasz - syknęła. Moje oczy otworzyły się szeroko na dźwięk 

chłodu w jej głosie, którego nigdy wcześniej nie słyszałam. - Muszę ci coś pokazać.

background image

Otworzyłam  usta  -  nie  wiedząc  wcale,  co  chcę  powiedzieć  -  ale  River  zdążyła  już 

położyć  mi  dłoń  na  twarzy,  rozpościerając  palce.  Wymruczała  coś  i  wolną  dłonią  nakreśliła 

pieczęcie.

Po  kilku  chwilach  zaczęłam  widzieć...  pewną  scenę.  Nie  było  to  tak,  jak  wcześniej, 

kiedy czułam się, jakbym rzeczywiście tam była i mogła czuć zapachy i powiew powietrza. To 

było płytsze,  przypominało  oglądanie  filmu.  Brzegi były  zamazane,  a kiedy  patrzyłam  na coś 

zbyt długo, znikało.

Jeszcze raz zobaczyłam młodość River - czarnowłosej i pięknej, z surowym uśmiechem 

i  oczami  koloru  kamienia  w  lodowatej  wodzie.  Dostrzegłam  dwóch  mężczyzn,  których 

widziałam  na  aukcji  niewolników  -  jej  braci.  Byli  tam  jeszcze  dwaj  inni  mężczyźni.  Mówię: 

mężczyźni,  ale  wszyscy  wyglądali  bardzo  młodo,  byli  może  przed  dwudziestką  albo  tuż  po. 

Sądząc z podobieństwa domyśliłam się, że byli to dwaj inni bracia. Mieli dziwaczne fryzury, a 

ubrani byli w stylu, który zdążył wyjść z mody, zanim ja się urodziłam.

Byłam świadoma River obok mnie, śpiewającej cicho pod nosem.

Młodsza  River  i  jej  bracia  znajdowali  się  w  małym  ciemnym  pomieszczeniu,  które 

miało  ściany  z  przyczernianego  drewna.  Byli  na  łódce.  Na  stoliku  między  nimi  migotała 

pojedyncza świeczka.

- A więc postanowione? - spytał jeden z braci. Rozumiałam jego mowę, chociaż musiał 

posługiwać się średniowieczną odmianą włoskiego.

-  Tak  -  zgodziła  się  Diavola.  -  Kiedy  znajdą  się  na  drodze  do  Savony,  w  lesie,  dwie 

godziny  drogi  stąd,  wtedy...  -  Jej  długi  szczupły  palec  wskazał  miejsce  na  pergaminowej 

mapie. - Możemy schwytać ich w zasadzkę.

- Kto to zrobi? - spytał jeden z młodszych braci.

-  Musimy  zrobić  to  wszyscy  -  odpowiedział  brat,  który  wyglądał  na  najstarszego.  - 

Diavola  odpali  racę  i  przestraszy  konie.  Mazzo,  ty  załatwisz  woźnicę  i  dwóch  członków 

eskorty. Najpierw ich, potem woźnicę. Michele, ty weźmiesz obu tylnych jeźdźców. A potem 

wszyscy zbiegniemy się do powozu i... - Klasnął w dłonie i zamachnął się szybkim ruchem, od 

prawej do lewej, jakby trzymał miecz.

Zrozumiałam.  Planowali  zabójstwo.  Kilku  osób.  Najmłodszy  brat,  Michele,  skinął 

powoli głową.

background image

- To dobry plan. Cała nasza piątka będzie mogła rządzić razem, jak pięć palców jednej 

dłoni.

Poraziło mnie: Diavola i jej bracia zamierzali zabić swoich rodziców i posiąść ich moc. 

Własnych rodziców.

Odebrało  mi  mowę,  kiedy  to  do  mnie  dotarło.  Później  zobaczyłam  Diavolę  i  jej 

starszego  brata,  Benedetta,  wymieniających  porozumiewawcze  spojrzenia.  W  jednej  chwili 

wszystko  stało  się  dla  mnie  jasne  -  Diavola  i  Benedetto  mieli  jeszcze  jeden  plan,  sekretny. 

Zamierzali  później  zabić  troje  młodszych  braci.  Dzięki  temu  ich  dziedzictwo  zostanie 

podzielone na dwie części, a nie na pięć.

Ten  widok  był  dla  mnie  bolesny.  Pięcioro  nieśmiertelnych  z  genueńskiego  domu 

przypominało  mi  naszą  islandzką  piątkę.  Zastanawiałam  się,  jakby  to  było,  gdybyśmy  -  moi 

bracia, siostry i ja - byli dorośli. Czy obrócilibyśmy się przeciwko sobie jak żmije. Tu właśnie 

się to rozgrywało.

Więc jednak odziedziczona ciemność w końcu może pochłonąć. Okazuje się, że nie ma 

ucieczki  i  że  ciemność  wywołuje  skutki,  z  którymi  człowiek  nie  będzie  w  stanie  żyć. 

Udźwignąć ich. Wybaczyć.

Mój  oddech  stał  się  płytki  i  szybki.  Chciałam  opuścić  tę  scenę.  Nie  chciałam  dłużej 

patrzeć na potworny upadek River.

River wyczuła moje emocje i powoli wyciągnęła nas z wizji.

Kiedy oprzytomniałyśmy i powróciłyśmy do rzeczywistości, wpatrywałam się w River, 

usiłując doszukać się śladu okrucieństwa w jej smutnym i zbolałym wyrazie twarzy.

Odkaszlnęłam, a dźwięk wydał się głośny i przerażający w cichym pokoju.

- Zabiłaś... swoich rodziców? - Proszę, zaprzecz, błagałam w myśli.

Serce mi zamarło, kiedy River skinęła głową, z dawnym niepokojem na twarzy.

- Tak. - Jeden kącik jej warg uniósł się w gorzkim uśmiechu. - Tysiąc lat terapii to za 

mało.

- I razem z Benedettem zabiliście pozostałe rodzeństwo? - Zaraz, zaraz, pamiętam, jak 

mówiła, że ma czterech braci. Ma, nie: miała.

-  Nie,  na  całe  szczęście  -  zaprzeczyła. Wzięła  głęboki  oddech  i  wypuściła  powietrze, 

jakby uwalniała  ból i wspomnienie. - Dzięki Bogu, nie zabiliśmy. Nie stało się  to...  tej samej 

nocy,  jak  planowaliśmy.  A  zanim  nadarzyła  się  kolejna  okazja,  zostałam...  zbawiona.  - 

background image

Spotkałyśmy  się  wzrokiem  i  zauważyłam,  że  ból  w  jej  oczach  nieco  zelżał,  usunięty 

świadomością tego, kim jest teraz, a nie kim była tysiąc lat temu.

- Zbawiona? Czyżbyś uznała Jezusa za swojego Pana i Zbawiciela?

-  Jest  więcej  dróg  zbawienia.  -  Jej  głos  odzyskał  normalne  brzmienie.  Wyprostowała 

plecy  i  znów  wydawała  się  znajoma,  z  ledwie  widocznym  cieniem  Diavoli  w  oczach.  -

Przyjechała nauczycielka. Jeżeli ci się wydaje, że jesteś oporna, cóż. Ja byłam o wiele bardziej 

uparta.  Ale  udało  jej  się  mnie  złamać.  W  końcu.  Ocaliła  mnie.  Skierowała  mnie  na  ścieżkę 

jasności.  Nauczyła  mnie  wszystkiego  o...  wyborach.  Powoli  przekonałam  moich  braci.  - 

Spojrzała w górę. - A teraz uczę ciebie i innych. Czasami myślę, że może uda mi się w końcu 

odkupić winy. Może kiedyś ty będziesz uczyć innych, dzieląc się swoją historią.

Prychnęłam w zadumie i skrzywiłam się z bólu.

- A teraz, przyjaźnisz się ze swoimi braćmi? - spytałam.

-  Są  dla  mnie  kimś  więcej  niż  przyjaciółmi.  Są  moim  rodzeństwem.  Płynie  w  nas  ta 

sama krew, łączy nas wspólna historia.

- Wybaczyli ci to, że chciałaś ich zabić? - A może nie wiedzieli? - pomyślałam.

- Wyrzucają mi to zawsze na wakacjach. - River uśmiechnęła się z goryczą.

Nie  rozumiałam,  jakim  cudem  dzisiaj  jest  taka...  normalna.  Po  tym,  co  się  jej 

przydarzyło.

-  Większość  z  nas  zaczyna  w  ciemności  -  powtórzyła  swoje  wcześniejsze  słowa.  - 

Niektórzy z ciemności czynią wręcz sztukę. Ja usiłuję pomagać ludziom, którzy nie chcą być 

mroczni. Zajmuję się jedną osobą. W tej chwili przyszła kolej na ciebie.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. River wstała z wdziękiem, jakby wcale dopiero co nie 

ogłuszyła mnie swoim wyznaniem.

- Odpocznij jeszcze. Zejdziesz potem na obiad?

Skinęłam  powoli,  a  River  wyszła  z  pokoju.  Znów  podciągnęłam  kolana  pod  brodę  i 

ostrożnie położyłam policzek na jednym kolanie. Za dużo wrażeń.

background image

Rozdział 15

Próbowaliście  kiedyś  wymieszać  blenderem  coś,  czego  było  troszeczkę  za  dużo,  ale 

nie  chcieliście  niczego  marnować?  Więc  wszystko  wlaliście,  a  po  uruchomieniu  urządzenia 

cała zawartość trysnęła spod pokrywki.

W  takim  właśnie  stanie  znajdował  się  mój  umysł.  W  ciągu  roku  przyswajałam  jedną, 

góra dwie nowinki. Jak na przykład, elektryczność. Tak było przez całe moje życie. A przez te 

dwa ostatnie miesiące doświadczyłam kilku wielkich i wstrząsających objawień, które każdego 

mogły  doprowadzić  do  szaleństwa.  Teraz  wszystko  wyciekało  mi  uszami.  W  przenośni, 

oczywiście.

Zadźwięczał  dzwonek  na  kolację.  Westchnęłam,  obwiązałam  sobie  szyję  apaszką  i 

wyszłam z pokoju.

Reyn właśnie stał przed swoimdwa pokoje dalej. Zmusiłam się, żeby się uśmiechnąć. 

Nie chciałam zachowywać się jak paranoiczka, ale uśmiech zamarł mi na twarzy, kiedy z jego 

pokoju wyszła również roześmiana Amy.

-  I  ty  go  tak  zostawiłeś?  -  spytała  go,  chichocząc.  Reyn  skinął  głową.  Wyglądał 

młodziej i promienniej niż zwykle.

- Na półtora dnia.

Amy znów się roześmiała i oparła się o niego. Wtedy mnie zobaczyli.

Oto  przykład,  w  jakim  tempie  dojrzałam:  wytrzymałam  i  wysiliłam  się  na  uśmiech. 

Przypominał pewnie zbolały grymas, ale na nic więcej nie było mnie stać.

Amy natychmiast podeszła do mnie, ze szczerą troską na twarzy.

- Słyszałam, co się stało - szepnęła. - Tak mi przykro. Anne ci pomogła, prawda?

- Tak. - Zdarłam wprawdzie plaster z nosa, powoli i z bólami, ale nadal przypominał 

nos szopa.

Amy pochyliła się do mnie konspiracyjnie.

- Kazała ci wypić herbatę? - Jej oczy były pełne wesołości i ciepła. Nie dało się jej nie 

lubić.  Przecież  to  nie  jej  wina,  że  Reyna  i  mnie  łączy  potworna,  pogmatwana  historia  i  że 

jestem kompletną emocjonalną kretynką.

- Tak.

background image

-  Wiem  -  odparła.  -  Herbata  na  wszystko!  A  przecież  wcale  nie  jest  remedium  na 

wszystko.

Tym razem uśmiechnęłam się szczerze.

-  Lepiej  się  czujesz?  -  spytał  grzecznie  Reyn.  On  widział  wcześniej  moją 

zmasakrowaną twarz, więc nie był zaskoczony.

Cóż za względne określenie. Lepiej. Pokręciłam głową.

- Jeszcze nie wiem.

Reyn  otworzył  usta, jakby chciał coś  dodać,  ale znaleźliśmy się  przy schodach,  gdzie 

dołączyli do nas Charles i Jess.

Jess nie skomentował mojego wyglądu, ale Charles skinął głową.

- Jak na ciebie, to wyglądasz nieźle. 

Szturchnęłam  go  lekko  w  ramię,  a  on  uśmiechnął  się  promiennie.  Olśniło  mnie:  ci 

ludzie  byli  mili.  Milsi  niż  większość  tych,  których  znałam.  Tylko  ja  byłam  jedynym 

instrumentem, który nie pasował do tej małej orkiestry.

Anne  wkroczyła  do  jadalni  z  wielką  emaliowaną  brytfanną  w  dłoniach,  które 

zabezpieczyła  wielkimi  kuchennymi  rękawicami.  Postawiła  ją  ciężko  na  stole  i  odwróciła  się 

do mnie, przyglądając się badawczo mojej twarzy.

- Wygląda lepiej. - Cofnęła się z uśmiechem. - Cholera, niezła jestem.

- To dzięki herbacie - przekomarzała się Amy z poważną miną, a Reyn uśmiechnął się 

promiennie.  Przez  chwilę  w  pokoju  czuć  było  świetliste  ciepło.  Jego  twarz  była  zupełnie 

odmieniona, kiedy się śmiał, a oczy promieniały.

Usiedliśmy  i  zaczęliśmy  podawać  sobie  miski  z  gulaszem,  koszyki  z  chlebem  i  łyżki. 

Czułam się zawstydzona - wszyscy na pewno wiedzieli o moim wypadku, zresztą trudno było 

to przeoczyć.

Sama, kiedy zobaczyłam się w wielkim złoconym lustrze na ścianie, wzdrygnęłam się, 

zaskoczona  tym,  jak  paskudnie  wyglądam,  jak  jestem  do  siebie  niepodobna.  Już  wcześniej 

czułam się  tu nie na  miejscu. A teraz  przypominałam neonowy  znak pulsujący oślepiająco w 

spokojną, cichą noc.

Kiedy wzięłam kawałek chleba, zauważyłam, że coś się po nim rusza. Wypuściłam go 

szybko: były na nim, w nim, larwy. Żywe larwy, wijące się po chlebie.

Brynne wrzasnęła i również wypuściła swój kawałek.

background image

- Spójrzcie na chleb! - krzyknęła.

- Co, do licha... - zaczęła River.

- Piekłam go dzisiaj! - zdenerwowała się Rachel.

Charles, który zdążył już zjeść trochę gulaszu, wybałuszył oczy. Wyskoczył zza stołu i 

pobiegł do kuchni. Słyszeliśmy, jak wypluwa wszystko do zlewu.

- Spróbuj gulaszu - powiedział cicho Asher do Solisa. - Odrobinę.

Solis zanurzył łyżkę i ostrożnie polizał. Twarz mu się skrzywiła i wypuścił łyżkę.

- Hm...

Anne  natychmiast  wsadziła  palec  do  swojej  miski  i  również  spróbowała  gulaszu. 

Wypluła go  od razu,  nie zawracając sobie  głowy bieganiem  do kuchni, żeby oszczędzić nam 

wrażeń. Miała przerażoną minę.

- Gulasz był wyśmienity, jeszcze pięć minut temu, w kuchni - powiedziała.

- Próbowałam - przyznała Rachel. - Był pyszny.

-  A  teraz  smakuje,  jakbyśmy  ugotowały  go  z  zepsutego  mięsa.  Trującego.  -  Anne 

siedziała jak ogłuszona.

- No i chleb - drążyła River. Miała poważną minę. - Kiedy go piekłaś, Rachel?

Reyn  wstał i pozbierał  chleb z larwami. Potem wyszedł do kuchni, a my usłyszeliśmy 

trzask tylnych drzwi.

- Dziś po południu - powtórzyła Rachel. - Chwilę temu. Jest jeszcze ciepły.

-  I  nie  użyłaś  przepisu  na  chleb  z  larwami?  -  zapytał  Solis  bez  uśmiechu,  serwując 

kiepski żart.

- Nie - odparła Rachel. Ona i Anne wyglądały na zdumione.

Byłam  tak  oszołomiona  jak  wszyscy,  ale  w  końcu  mnie  olśniło:  moja  ciemność.  To 

moja wina. Jedzenie było doskonałe, dopóki ja nie zeszłam na dół.

- O mój Boże, to przeze mnie - wymruczałam.

- Co? - spytał Jess, który siedział obok mnie. Rozejrzałam się wokół stołu i wstałam z 

ławki.

-  To  przeze  mnie.  Ja  to  zrobiłam.  Wypadek  wydarzył  się  z  mojej  winy.  Przeze  mnie 

wybuchła biblioteka. Przeze mnie dzieje się wszystko, co złe.

- Co ty... - zaczął Asher, ale mu przerwałam.

- W noworoczną noc chciałam się wyrzec ciemności - wyznałam, byłam coraz bardziej

background image

zdenerwowana.  -  Ale  tylko  ją  uwolniłam.  Nie  rozumiecie?  To  przeze  mnie!  Ja  jestem 

przyczyną tego wszystkiego! Ja!

- Nastasyo - odezwał się Solis. - Nie sądzę...

- Nie mogę tu zostać! - krzyknęłam i uciekłam z jadalni. Wbiegłam po schodach, jakby 

gonił mnie sam diabeł, w którego zresztą nie wierzyliśmy. Wstydziłam się swojej przeszłości, 

mojej  głupoty  i  tego,  jak  długo  opierałam  się  faktom.  Rozmyślanie  nad  moim  życiem  już 

wcześniej  wydawało  mi  się  bolesne,  ale  teraz  wywoływało  rozdzierający,  piekący  ból, 

piekielne męki, jakby ktoś zalewał mi mózg kwasem.

Wcześniej  stąd  uciekłam,  bo  nie  chciałam  tu  zostać.  Teraz  było  inaczej. 

Potrzebowałam  i  chciałam  tu  być.  Ale  siałam  wokół  spustoszenie.  Całe  życie  uciekałam,  a 

teraz doganiała mnie moja przeszłość.

Wpadłam do mojego pokoju. Miałam wrażenie, że głowa mi eksploduje i rozpadnie się 

na wiele kawałków. Zastanawiałam się gorączkowo, co robić, ale nie miałam pojęcia. Teraz, 

kiedy  wiedziałam  o  mojej  ciemności,  nie  było  mowy,  żeby  wymazać  ją  z  pamięci,  a 

świadomość ta doprowadzała mnie na skraj szaleństwa.

Odwróciłam się, słysząc jakiś odgłos, i zobaczyłam, że do pokoju weszła River. Wzięła 

mnie za rękę.

- Nastasyo, posłuchaj mnie - powiedziała stanowczo. - Powinnaś...

-  Co  powinnam?  -  Zdawałam  sobie  sprawę,  że  ogarnia  mnie  histeria.  Myślałam  o 

wszystkim,  czego  River  o  mnie  nie  wie.  Wiącznie...  -  O  Boże!  -  Zasłoniłam  dłonią  usta, 

rzuciłam się na kolana i zanurkowałam pod łóżko.

- Co robisz? - spytała River.

Odsłoniłam  deskę  przypodłogową, wsunęłam  dłoń  w  szczelinę  i  wygramoliłam  się  ze 

splątaną  apaszką  w  dłoni.  Nigdy  w  życiu  nie  pokazałam  nikomu  amuletu  matki.  Szybko 

rozwiązałam apaszkę, a później pokazałam ciężki złoty przedmiot.

-  Masz!  Weź  go  sobie!  Jest  mroczny  i  zły!  Nie  mogę  go  dłużej  mieć.  -  Wodziłam 

błędnym wzrokiem i ciężko dyszałam. Czułam się trochę jak widz, który obserwuje scenę, ale 

nie może nic zrobić, bo na nic nie ma wpływu.

River chwyciła go. Powoli rozpostarła dłonie i spojrzała na mój amulet, złamany i bez 

kamienia.

background image

Oczy  otworzyły  jej  się  szeroko.  Niesłychanie  szybko  podeszła  do  drzwi  i  zatrzasnęła 

je, nakreślając palcami znaki na klamce, żeby nikt nie mógł otworzyć ich od zewnątrz.

- Co to jest? - Jej głos był niemal szeptem.

- Wiesz, co to jest - odparłam drżącym głosem. Wpatrywała się we mnie zdumiona, a 

później znów przyjrzała się amuletowi. Jej długie palce powoli sunęły po wiekowych runach i 

innych znakach.

-  Tarak-sin  Domu  Ulfura.  Nie  mogę...  Jest  przepiękny  -  powiedziała  dziwacznie,  a 

potem chciała mi go oddać.

- Nie potrzebuję go. - Cofnęłam się. - Mam go zawsze przy sobie. - Zdjęłam apaszkę i 

odgarnęłam  włosy  z  karku.  Kolejna  rzecz,  którą  zrobiłam  pierwszy  raz  -  dobrowolnie 

pokazałam komuś bliznę.

River westchnęła.

- Och, Nas... - Wzięła oddech. - Jak...

-  Wypalił  się.  Przypadkowo  -  tłumaczyłam.  -  Więc  ten  możesz  sobie  zatrzymać.  Z 

daleka ode mnie.

-  Jest  pęknięty.  -  Obróciła  go  w  dłoni.  Wydawało  się,  że  bije  od  niego  złote  ciepło, 

jakby ożywał w obecności nieśmiertelnego obdarzonego mocą.

-  Były  dwie  połówki.  I  księżycowy  kamień.  -  Potarłam  oczy.  -  Musisz  go  zniszczyć, 

jest zły. Sprowadził tu zło - wykrztusiłam. - Sprowadził tu mnie.

- Nie, mylisz się - zaprzeczyła River, najwyraźniej sparaliżowana widokiem amuletu.

Myśl,  że  mój  tarak-sin  może  być  na  tyle  mroczny,  żeby  wywieść  z  ukrycia  Diavolę, 

wzbudziła we mnie odrazę. Nie wiedziałam, co zrobić. Wszystko, za co się brałam, kończyło 

się źle  i miało  opłakane skutki. Byłam trucizną, tak ohydną, jak dzisiejszy gulasz. Powinnam 

stąd zniknąć, zanim zniszczę wszystko, co wypracowała River.

Nigdy  nie  zostawiałam  mojego  amuletu  -  zawsze  miałam  go  przy  sobie.  Na  myśl  o 

tym, że zostanie w rękach River, chciało mi się wrzeszczeć. Ale nie byłam na tyle silna, żeby 

sobie z nim poradzić. Może River będzie umiała. Miałam nadzieję. Jeżeli nie...

-  Muszę  iść  -  rzuciłam  i  przeszłam  obok  River.  Otworzyłam  drzwi  i  wybiegłam  na 

korytarz. River ruszyła za mną. Przyspieszyłam, zbiegając po schodach, i wybiegłam z domu, 

jakby gonił mnie duch.

background image

Rozdział 16

Biegłam.

Biegłam  przez  zarośla,  w  których  całował  mnie  Reyn,  nie  dalej  jak  tydzień  temu. 

Zimne powietrze paliło  mnie w płucach i sprawiało, że łzawiły  mi oczy. Miałam nadzieję, że 

bieg mnie rozgrzeje, ale jak na razie trzęsłam się z zimna, przejęcia albo strachu.

Cienkie  gałęzie  smagały  mnie  po  twarzy  i  rękach.  Śnieg  skrzypiał  mi  pod  stopami  i 

utrudniał  bieg.  Nagle  w  mojej  głowie  pojawił  się  przebłysk  wspomnienia,  okropnego  snu  o 

Incym.

Ogrzewałam  dłonie  przy  ognisku  rozpalonym  z  moich  przyjaciół.  Uderzyłam  się 

ramieniem o drzewo i w końcu wybiegłam z lasu jak szalona. Zobaczyłam, że znajduję się na 

farmie,  na  pastwisku  leżącym  odłogiem.  Teraz  biegłam  wzdłuż  ogrodzenia,  a  przy  każdym 

oddechu miałam wrażenie, że przez gardło przeciskają mi się odłamki lodu. Zimny pot zamarzł 

mi na brwiach, płuca ciężko pracowały, bo nie jestem przyzwyczajona do takiego wysiłku.

Bieg zmienił się w chód, aż wreszcie się zatrzymałam, bo nie byłam w stanie dalej iść. 

Byłam  przerażona  i  spanikowana.  Byłam  sama  w  nocy  poza  domem.  Z  upokorzeniem 

uświadomiłam  sobie,  że  w  głębi  duszy  miałam  nadzieję,  że  ktoś  ruszy  za  mną  po  śladach  i 

będzie mnie szukał - ale to byłoby jeszcze gorsze, bo musiałabym wrócić. Znowu. Musiałabym 

stawić czoło wszystkim okropnościom, które czekają na mnie na ziemi prawdy.

Rozpłakałam się.

Jeszcze  kilka  tygodni  temu  widziałam  maleńki  promyk  nadziei,  przedostający  się  do 

mojej  czarnej  jak  smoła  duszy.  Byłam  w  stanie  wymienić  rzeczy,  które  robię  dobrze. 

Widziałam postęp - naprawdę. Co się stało? Miałam wrażenie, że wszystko legło w gruzach: 

cały mój czas spędzony u River, więzi z ludźmi, moja magyia, moja nauka... zmierzyłam się z 

tyloma  rzeczami...  z  moim  dziedzictwem,  przeszłością,  pustką.  I  po  co?  Czułam  się  teraz 

gorzej niż wtedy, kiedy tu przyjechałam, bo teraz rozumiałam, jak bardzo jestem zła.

Co się ze mną dzieje?

Upadłam na sztywną oblodzoną trawę, która zachrzęściła pode mną. Niestety, nie było 

szans na to, żebym zamarzła na śmierć. Co najwyżej mogłam nabawić się hipotermii i stracić 

przytomność.

background image

Zamrugałam  z  wysiłkiem,  czułam  na  rzęsach  łzy  zimne  jak  lód.  Podobnie  jak  w 

Londynie, znalazłam się w takim miejscu, że nie byłam w stanie udźwignąć bólu.

Płakałam tak długo, aż rozbolały mnie żebra i miałam wrażenie, że zaraz zwymiotuję. 

Trawa drapała mnie po policzkach, które i tak były już obolałe od gałęzi smagających mnie w 

lesie, a zadrapania na twarzy piekły mnie, kiedy dostawały się tam słone łzy.

Zamknęłam oczy. Może się obudzę i znajdę się z powrotem na Tahiti, a to wszystko 

okaże się tylko koszmarnym snem. Na Tahiti byłam Laguną Caraway, a Incy Niebem Benolto. 

Wyrabiałam  ozdoby  z  muszli  i  sprzedawałam  je  w  miejscowych  sklepikach.  To  były  lata 

siedemdziesiąte XX wieku. Wcześniej nazywałam się Hope Rinaldi, w latach sześćdziesiątych, 

a w osiemdziesiątych stałam się Nastasya Crowe.

Głowa  pękała  mi  z  bólu,  a  zimno  jeszcze  go  potęgowało.  Chciałam  po  prostu  być 

szczęśliwa. Kiedy byłam szczęśliwa?

Pamiętam, że się śmiałam. Kiedy ostatnio się śmiałam?

Wysiliłam  umysł,  starając  się  przypomnieć  sobie,  kiedy  się  śmiałam.  Pragnęłam 

usłyszeć brzmienie własnego śmiechu.

Usłyszałam  odgłos  przypominający  brzęk  kryształowych  kieliszków  od  szampana, 

delikatnie dotykających się na srebrnej tacy. Wśród tłumu krążył jeden z dostojnych służących 

w  smokingu,  w  którym  przypominał  pingwina.  Wyciągnęłam  rękę  i  wzięłam  szóstą  lampkę, 

czując, jak bąbelki łaskoczą mnie w nos.

- Najdroższa. - Incy uśmiechnął się i uniósł kieliszek.

- Skarbie. - Odwzajemniłam uśmiech. James. Miał na imię James. Przyjaźniliśmy się od 

około trzydziestu lat. A najlepszymi przyjaciółmi byliśmy od jakichś dwudziestu ośmiu.

- Prentice! Kochanie! - Sarah Jane Burkhardt przecisnęła się przez tłum.

Pocałowałyśmy się w powietrzu. Sarah Jane była bystrą, wytworną dwudziestolatką - 

jedną z córek gospodarzy. Poznałyśmy się parę miesięcy wcześniej na domowym przyjęciu na 

Long Island. Trzymała długą cygarniczkę z kości słoniowej z boku, żeby popiół nie spadł na 

moją złotą suknię wizytową.

-  Jak  uciekłaś  sir  Richardowi?  -  zachichotałam,  przypominając  sobie,  jak  z  radością 

pokiwałam jej na pożegnanie, a ona musiała zostać i dalej wysłuchiwać wojennych wspominek 

tego chwalipięty. To był rok 1924. Pierwsza wojna światowa dobiegła końca i nigdy nie miała 

się  powtórzyć.  Ameryka  od  pięciu  lat  nie  musiała  magazynować  żywności,  nie  musiała  już 

background image

kupować  na  gwałt  obligacji  wojennych  ani  wysyłać  dodatkowych  zapasów  ziarna  do  Francji 

czy Anglii.

Znów nastał  czas  pięknych przyjęć,  pięknych ludzi. Jasne,  że niedorzeczna prohibicja 

wymagała od ludzi ostrożności, ale zakaz można było obejść na tyle sposobów, że niektórych 

właściwie w ogóle nie obowiązywał. Ludzi takich jak my.

- Przekazałam go Dayton MacKenzie - zachichotała Sarah Jane.

- Zasłużyła sobie - skwitował James vel Incy. -  Widziałyście, co włożyła na siebie do 

Twenty One w zeszłym tygodniu?

Sarah Jane i ja zaśmiałyśmy się złośliwie.

-  Dobry  Boże.  Kim  jest  ten  cudowny  mężczyzna?  -  Zaciągnęła  się  papierosem  i 

wypuściła dym nosem, co ćwiczyłyśmy prawie cały dzień.

Spojrzałam.  W  holu  stał  niewiarygodnie  przystojny  mężczyzna.  Wielka  dłoń  na 

marmurowej  żardinierze  częściowo  zasłaniała  jego  twarz,  ale  widać  było,  że  jest  wysokim 

blondynem. Był ubrany w piękny lniany garnitur.

- Nie wiem - szepnęłam. - Nigdy wcześniej go nie widziałam. James?

-  Nie  -  pokręcił  głową  James.  -  Ale  wygląda  na  kogoś,  kogo  powinniśmy  znać. 

Zgadzacie się, panie?

-  Jasne,  że  tak  -  zapaliła  się  Sarah  Jane,  a  James  odważnie  nas  poprowadził,  żeby 

przedstawić się nieznajomemu.

Mężczyzna odwrócił się, jakby wyczuł, że się zbliżamy, a ja usłyszałam, jak Sarah Jane 

na chwilę  wstrzymuje oddech.  Był zbyt ładny, jak na mój  gust, miał gładką  skórę, niebieskie 

oczy  i  długie  rzęsy,  które  bardziej  pasowałyby  do  dziewczyny,  ale  najwyraźniej  był 

spełnieniem marzeń mojej towarzyszki.

Sarah  Jane  wyciągnęła  dłoń,  na  wysokość  piersi.  Nieznajomy  był  zmuszony  ją 

pocałować. Sarah Jane mało nie zamruczała z rozkoszy.

- Jestem zaszczycony - wymruczał nieznajomy. - Jestem Andrew. Andrew Vancouver.

- Sarah Jane Burkhardt - przedstawiła się Sarah Jane. - A to Prentice Goodson i James 

Angelo.

Zorientowałam  się,  kiedy  nasze  oczy  się  spotkały:  Andrew  był  nieśmiertelny.  On  też 

nas  rozpoznał  -  domyśliłam  się  po  przelotnym  błysku  w  jego  oczach,  którego  nikt  inny  nie 

zauważył.

background image

- Sarah?

Odwróciłyśmy się  i zobaczyłyśmy  dziewczynę,  która z rysów i karnacji przypominała 

moją przyjaciółkę, ale miała subtelniejszą urodę i była  ładniejsza. Sarah Jane była atrakcyjna, 

pięknie ubrana i miała makijaż. Ta dziewczyna była młoda - przekroczyła może szesnaście lat - 

młoda i niewinna, ale już było widać, że będzie prawdziwą pięknością.

- Tak, Lalo, o co chodzi? - Głos Sarah Jane był miły.

- To szampan?

Sarah  Jane  roześmiała  się  i  wyciągnęła  kieliszek.  Dziewczyna  o  imieniu  Lala 

uśmiechnęła  się  nieśmiało  i  wzięła  ostrożnie  łyk,  my  wszyscy  zaś  przyglądaliśmy  się  jej, 

rozbawieni. Przełknęła, a jej wielkie błękitne oczy zrobiły się jeszcze większe.

- Jakbym... piła kwiaty.

- Cóż za poetyckie określenie - zauważył Andrew.  -Panno Burkhardt, pani gość jest 

czarujący.

- To nie gość. - Sarah Jane się roześmiała. - To moja młodsza siostra, Louisa. Louiso, 

przywitaj się z panem Vancouverem, panią Goodson i panem Angelo.

Dziewczyna podała rękę Andrew, potem mnie, a później Jamesowi, spoglądając mu w 

oczy.

I takim właśnie sposobem Incy poznał Lalę Burkhardt i stał się przyczyną potwornego 

skandalu  z  udziałem  tej  biednej  osóbki.  Po  próbie  samobójczej  wylądowała  w  sanatorium  w 

Szwajcarii. Cały ten incydent był wstrętny. Lala pewnie już nie żyje.

A  Andrew  Vancouver?  Tak  właśnie  poznaliśmy  Boza.  Boz  tamtego  wieczoru 

pracował  nad  inną  dziedziczką,  przez  chwilę  nawet  z  dużym  powodzeniem.  Ale  na  krótko 

przed dobraniem się do dziewczyny, nakrył ich jej ojciec i wyrzucił Boza na zbity pysk.

Od tego czasu nasza trójka trzymała się razem: trafił swój na swego.

Lata dwudzieste były wspaniałym czasem zabawy. Przyjęcia, letnie domy, wszystkie te 

nowiuśkie  samochody -  powozy bez koni  - które  właśnie  pojawiły  się w  sprzedaży.  Kobiety 

pożegnały się z gorsetami, dzięki Bogu, a w niektórych miejscach mogłyśmy nawet głosować. 

Incy, Boz i ja świetnie się bawiliśmy. Lata trzydzieste po Czarnym Piątku były mniej wesołe, 

czterdzieste były ponure, pięćdziesiąte trochę dziwne, pełne napięcia i sztuczne. Wesołe czasy 

nastały w Ameryce dopiero w latach sześćdziesiątych.

background image

Leżałam,  wszystkie  zmysły  miałam  przytępione,  prawie  zamarzłam.  Wiedziałam,  że 

ruch sprawi mi ból. I nadal byłam: samotna, mroczna, bezdomna, bez kurtki i bez przyjaciół. 

Wzięłam  kolejny  lodowaty  oddech  przyprawiający  o  dreszcz,  zastanawiając  się,  jak  to 

wszystko się skończy.

Nie miałam siły się ruszyć ani podjąć żadnej decyzji.

W  pewnym  momencie  coś  delikatnie  obudziło  moją  czujność,  ledwo  zauważalnie 

naruszając moje pole energetyczne. Zwierzę? Człowiek? River czy ktoś z River's Edge? Reyn? 

Zamknęłam  oczy,  ogarnięta  rozpaczą.  Może,  jeżeli  będę  bardzo,  bardzo  cicho,  nie  zauważy 

mnie. Taka bezsensowna nadzieja.

Panowała  tu  ciemność  nie  do  opisania  -  nie  było  księżyca,  a  gwiazdy  przesłaniały 

chmury.  Ale  nie  miałam  wątpliwości,  że  ktoś  się  do  mnie  zbliża.  Otworzyłam  oczy.  Ledwie 

widziałam granicę wysokiej trawy, poza którą była zgięta i przywalona śniegiem. Wyłoniła się 

z niej ciemna postać.

Zmierzała w moją stronę.

Nie był to Reyn. Ani River.

Leżałam bez ruchu.

To był Incy.

background image

Rozdział 17

Incy.

Poznałam  go  tuż  przed  rozpoczęciem  nowego  wieku,  w  1889 roku.  Można  by 

pomyśleć,  że  tak  długa  przyjaźń  jak  nasza  i  silna  więź,  która  nas  łączyła,  zrodziła  się  w 

dramatyczny sposób, na przykład: on uratował mi życie albo ja ukradłam mu konia.

Ale  poznaliśmy  się,  kiedy  on  sprzedawał  fałszowane  dzieła  sztuki  w  Nowym  Jorku. 

Poszłam z przyjaciółką obejrzeć "niedawno odkryte" dzieło del Sarto. Nie stosowano jeszcze 

skomplikowanych  technik  ekspertyzy,  wykorzystywanych  do  określenia  wieku  i 

autentyczności dzieła. Choć często konsultowano się ze znawcami, łatwo było oszukać. Ach, 

te stare dobre czasy.

- Pani Humphrey Watson - zaanonsował lokaj. - Pani Alphonse North.

Lubiłam  Eugenię  Watson,  od  pięciu  lat  byłyśmy  bliskimi  przyjaciółkami.  Uchodziłam 

za  mężatkę,  ale  żaden  pan  North  nie  istniał  -  wymyśliłam  sobie  zmarłego  męża,  bo  kobieta 

zamężna, choćby była wdową, miała więcej swobód niż panna.

Zajechałyśmy  powozem  przed  dom  przyjaciółki,  a  jej  lokaj  przytrzymał  nam  długie 

spódnice  i  warstwy  halek,  kiedy  schodziłyśmy  po  stopniach  małego  powozu  na  chodnik.  Na 

szczęście  turniury  były  mniejsze,  ale  talię  miałam  ściśniętą  do  modnych  czterdziestu  pięciu 

centymetrów. Zróbcie sobie dłońmi czterdziestopięciocentymetrowy okrąg. No właśnie. Cud, 

że mój układ trawienny jakoś pracował.

- Coral! - powiedziała Eugenia i pocałowała dwa razy w policzek naszą przyjaciółkę, 

panią Barrett-Smith.

- Eugenia! - zawołała Coral. - I droga Sarah. Dziękuję, że przyjechałyście.

-  Dziękujemy,  że  nas  zaprosiłaś.  Jesteśmy  szczerze  zainteresowane  dziełem,  które 

odkryłaś - zauważyła Eugenia, a ja wiedziałam, że mówi prawdę: jej mąż pracował w jednym 

z  wiodących  domów  aukcyjnych  w  mieście.  Jeżeli  Coral  odkryła  nowe  źródło  wcześniej 

nieznanych szesnastowiecznych europejskich dzieł, Eugenia chciała o tym wiedzieć.

- Najpierw może przedstawię wam kogoś - odparła Coral. Skinęła wytwornym gestem 

w  stronę  alkowy.  Z  jej  cienia  wyszedł  elegancki  mężczyzna. -  Pani  Watson, pani  North  -  to 

Louis Carstairs.

background image

To  był  Incy.  Przystojny,  pięknie  ubrany,  miał  raczej  zagraniczny  wygląd  i,  co 

uświadomiłam  sobie,  kiedy  pocałował  mnie  w  rękę,  był  nieśmiertelny.  Błysk  rozpoznania  w 

jego oczach pozostał niezauważony przez moje przyjaciółki.

Do rzeczy. Obraz był sfałszowany, ale nikt tego Coral nie powiedział. Kupiła go i była 

z  niego  szalenie  dumna.  Wdała  się  w  szalony,  płomienny  romans  z  Incym,  który  trwał  kilka 

dobrych lat, a ja się z nim zaprzyjaźniłam. Oboje lubiliśmy dostatnie życie, bawiły nas te same 

rzeczy i pasowaliśmy do siebie idealnie. Od czasu do czasu się sprzeczaliśmy, ale szybko się 

godziliśmy.  Z  Incym  wszystko  było  zabawniejsze,  ciekawsze,  bardziej  niesamowite.  To  on 

sprawił,  że  stałam  się  odważniejsza  w  kwestii  wyglądu,  i  to  przez  niego  zaczęło  mi 

odpowiadać coraz dziwniejsze zachowanie, i moje, i jego. Zawsze uwielbiałam podróże, ale to 

Incy decydował, gdzie powinniśmy udać się na wypoczynek - do Egiptu, Peru czy na Alaskę.

Przez  wszystkie  te  lata  żyłam  w  przekonaniu,  że  przebywanie  z  Innocenciem 

pozwalało  mi  być  prawdziwą  sobą,  pełną  i  kompletną.  Naprawdę  tak  mi  się  wydawało.  Jak 

mogłam  się  tak  pomylić?  Przez  cały  wiek  byliśmy  zlepieni  ze  sobą  jak  cukierek  tofi  z 

podniebieniem. Czyżbym przez cały czas tkwiła w takim błędzie?

A teraz, proszę. Ukrywałam się przed nim dwa miesiące.

Widok  Innocencia  zbliżającego  się  do  mnie  nie  przywiódł  mi  na  myśl  wszystkich 

zabawnych  chwil  przeżytych  razem.  Mój  umysł  oblepiły  niszczące  wizje,  przerażające  sny, 

narastający strach przed nim. Czyżby teraz moje koszmary miały się sprawdzić?

Serce biło mi wolno, ale nagle przyspieszyło. Znajdowałam się w stanie emocjonalnego 

i  psychicznego  chaosu,  nie potrafiłabym  w  stanie  walczyć  z  Innocencio  ani go  przechytrzyć, 

byłam  zbyt  daleko,  żeby  ktokolwiek  mógł  usłyszeć  moje  krzyki.  Nabrałam  do  płuc  boleśnie 

zimnego powietrza i niezdarnie spróbowałam usiąść.

Innocencio. Za każdym razem, kiedy go sobie wyobrażałam, był splamiony krwią i stał 

na skraju szaleństwa. A teraz zjawił się tu naprawdę. Moje najgorsze obawy ucieleśniły się w 

ciemności.

Czyżby moje wspomnienia sprowadziły go tutaj?

Najlepiej byłoby, gdybym poderwała się na równe nogi i zmierzyła się z nim na stojąco, 

bo  w  pozycji,  w  której  się  znajdowałam,  nie  miałam  żadnych  szans.  Usiadłam  z  trudem  i 

oparłam się ciężko o słupek ogrodzenia. Dłonie drżały mi nerwowo na nogawkach spodni.

background image

- Incy? - Jego imię wydobyło się ze mnie jak skrzek. Wysoka szczupła postać zbliżyła 

się,  a  mnie  oddech  uwiązł  w  gardle,  kiedy  wyczułam  pierwszą  nutę  zapachu  jego  wody 

kolońskiej.  Używał  tej  samej  od  lat  trzydziestych  XX  wieku  -  nazywała  się  4711. 

Rozpoznawała ją każda komórka mojego ciała.

- Nas... nie mogę w to uwierzyć. To naprawdę ty. Szukałem cię. - Teraz znajdował się 

nade mną, a ja bezskutecznie usiłowałam wyciągnąć ręce do góry, żeby jakoś się bronić. Ale 

mięśnie  miałam  ociężałe,  przemarznięte  i  prawie  nie  mogłam  się  ruszyć.  Starałam  się  coś 

wymyślić, ale wszystkie moje obawy pozbawiły mnie sił.

W tej chwili chmury odsłoniły księżyc - cienki jak palec sierp oświetlił nas anemicznym 

światłem.  Spojrzałam  w  górę  na  Incy'ego  z  sercem  w  gardle  i...  zamrugałam.  Wyglądał... 

zadziwiająco  normalnie.  W  moich  wcześniejszych  wizjach  przypominał  dzikusa,  pacjenta 

zakładu  dla  obłąkanych  z  błyszczącymi  ze  złości  oczami.  Tymczasem  wyglądał  dobrze  -  był 

porządnie  ubrany,  włosy  zaczesał  do  tyłu.  Był  świeżo  ogolony  i  miał  spokojne,  zmartwione 

spojrzenie.

-  Szukałem  cię  wszędzie  -  powtórzył.  -  Przejeżdżałem  w  pobliżu  i...  po  prostu  cię 

wyczułem.  -  Wskazał  bezkresną  okolicę.  -  Myślałem,  że  zwariowałem,  ale  wrażenie  było 

bardzo silne. No i jesteś. - Zerknął na mnie. - Co ty tu robisz?

Umieram  ze  strachu.  Ale  to  chyba  nie  była  sensowna  odpowiedź.  Incy  nie  czekał  na 

odpowiedź.

-  O  Boże,  jakie  ty  masz  włosy!  -  zachichotał  cicho.  -  Nie  widziałem  tego  koloru... 

nigdy.  Ale  przecież  tobie  jest  zimno!  -  zauważył  i  zdjął  gruby  kaszmirowy  płaszcz,  który 

kosztował pewnie cztery tysiące dolarów. Okrył mnie nim, mnie zaś przypomniały się nie tak 

dawne  czasy,  kiedy  siedziałam  sama  na  dworze,  a  River  zarzuciła  mi  na  plecy  swój  płaszcz. 

Podobnie jak wtedy, zaskoczyło mnie jego ciepło.

-  Właśnie  wracałam  -  odkaszlnęłam.  -  Czekają  na  mnie,  miałam  zaraz  być.  Czego 

chcesz? - Mój głos był drżący i zdarty od płaczu.

Roześmiał się, lekko zakłopotany.

- Przykro mi, skarbie. Nie chcę się narzucać. - Ukląkł na śniegu. Jego piękne, ręcznie 

szyte buty zaskrzypiały na zamarzniętej trawie. Podał mi rękę. Wolałam go nie dotykać, więc 

sama podźwignęłam się z ziemi, chociaż wszystkie moje mięśnie protestowały.

background image

Incy  też  wstał.  Teraz  byłam  bardziej  czujna,  tajałam  pod  niewiarygodnie  ciepłym 

płaszczem.  Ostrożnie przyjrzałam  się przyjacielowi, ale jeżeli rzeczywiście  popadł w  zupełne 

szaleństwo, to nie mogłam znaleźć żadnych jego oznak. Może po prostu wszystkie moje wizje 

i  sny  były,  jak  się  obawiałam,  jedynie  odzwierciedleniem  mojej  własnej  wewnętrznej 

ciemności, która właśnie w ten  sposób  się objawiała? Ta myśl była na tyle przytłaczająca, że 

omal nie jęknęłam.

- Chodzi o to, Nas - ciągnął Incy. - ... że naprawdę się o ciebie martwiłem.

- Martwiłeś? Czemu?

-  Nas...  zniknęłaś  bez  słowa.  -  Jego  głos  był  miły  i  nieskończenie  rozsądny.  Z  nas 

dwojga, na tym polu zapomnianym przez Boga i ludzi, to ja wyglądałam na stukniętą.

Nic nie odpowiedziałam.

-  Owszem,  zdarzało  się,  że  któreś  z  nas  wybierało  się  w  podróż  samo.  Ale  ja 

zostawiałem ci wiadomość. A ty do mnie dzwoniłabyś z Bali czy skądkolwiek. Tym razem po 

prostu zniknęłaś i nikt nie wiedział, czemu ani gdzie się podziałaś, ani czy coś się stało.

Powiew zimnego wiatru dostał mi się pod płaszcz. Zauważyłam, że Incy drży i zaciera 

ręce.

-  Trzymaliśmy  się  tak  długo  razem,  kochanie,  połączeni  jak  chleb  z  masłem.  Jeżeli 

postanowiłaś  to  zakończyć,  jeżeli  zerwaliśmy  ze  sobą,  w  porządku.  Ale  powiedz  mi  o  tym, 

dobrze?  Nie  każ  mi  się  martwić,  czy  ktoś  nie  odrąbał  ci  głowy.  -  Brzmiało  to  zupełnie 

racjonalnie. Poczułam się zdezorientowana. Nie mogłam uwierzyć w to, że nie jest taki, jak go 

sobie wyobrażałam. Uciekłam od niego przestraszona i pełna odrazy z powodu taksówkarza. 

Ale  Incy, który stał  obok  mnie  tej  nocy, w żaden sposób  nie  przypominał  tamtego  Incy'ego. 

Czyżby wszystko było jedynie wytworem mojej wyobraźni?

- Potrzebuję krótkiej przerwy. - Oblizałam spękane, suche wargi.

-  Dobrze.  W  porządku.  -  Wyciągnął  ręce,  jak  ktoś,  kto  chce  uspokoić  wariata.  - 

Rozumiem  to. Naprawdę  nie wiesz,  dlaczego  się o  ciebie  martwiłem? -  Wypuścił powietrze, 

zostawiając  obłok  pary  w  ciemności.  -  Wszędzie  o  ciebie  pytałem.  Próbowałem  wróżyć  ze 

szklanej kuli! - roześmiał się, ukazując równe białe zęby. Przypomniałam sobie, kiedy je robił, 

w latach osiemdziesiątych. - Oczywiście, donikąd mnie to nie doprowadziło. Kochanie, tak się 

martwiłem. -  Pokręcił głową. - Nie mogłem spocząć, dopóki nie upewniłem się, że nic ci nie 

jest,  dopóki  nie  zobaczyłem  cię  na  własne  oczy.  Nawet  jeżeli  chciałaś  zniknąć,  musiałem 

background image

wiedzieć, że nic strasznego ci się nie stało. -  Chuchnął w dłonie i roztarł je. -  Gdybym sobie 

odpuścił, a później dowiedział się, że potrzebowałaś pomocy, nie byłbym w stanie z tym żyć.

- A jak możesz żyć dalej po tym, co zrobiłeś taksówkarzowi? - wypaliłam.

Przechylił głowę, cofając się pamięcią, aż w końcu jego twarz się rozjaśniła.

- Ach, taksówkarz - powiedział, jakby dopiero zaskoczył, o co chodzi. - Coś ty, Nas, 

czyżbyś była o to zła?

-  Okaleczyłeś  go!  Na  zawsze!  -  Wyprostowałam  się  trochę,  a  krew  w  moich  żyłach 

zrobiła się ciepła.

- Owszem  -  zgodził  się. -  To prawda.  Byłem wściekły. Wywalił  Katy z  taksówki,  jej 

było niedobrze, a on  zionął  nienawiścią.  Miałem wrażenie, że pluł  na nas  jadem.  Ja go  tylko 

dotknąłem. 

Nie zarzekał się, że jest niewinny, ani nie próbował usprawiedliwić swojego czynu. Nie 

usiłował  zbyć  go  śmiechem.  Patrzył  w  przeszłość,  jakby  przypominał  sobie  całą  tamtą  noc. 

Westchnął, wydychając kolejną chmurę.

- Kochanie, to dlatego uciekłaś?

- Powodów było wiele - wymruczałam.

Milczał przez chwilę, jakby rozważał to w myślach.

- W porządku - powiedział znowu. - Przykro mi, że to wszystko przeze mnie. Szkoda, 

że mi  tego nie wyjaśniłaś. Nieważne. Więc jesteś  tu, na tej farmie. Byłaś tu przez  cały czas? 

Dobrze ci tu? - Wskazał w stronę River's Edge.

"Dobrze"  nie  było  słowem,  którym  opisałabym  mój  pobyt  tutaj.  Wzruszyłam 

ramionami.

-  Słuchaj,  jeżeli  będę  pewien,  że  jesteś  cała,  zdrowa  i  szczęśliwa,  i  otaczają  cię 

przyjaciele,  będę  mógł  odjechać  z  czystym  sumieniem  -  uśmiechnął  się.  -  Bo  będę  mieć 

pewność, że mojej przyjaciółce nic nie jest.

Przyjaciółce.  Byliśmy  przyjaciółmi  przez  bardzo  długi  czas.  Więź,  która  nas  łączyła, 

można było wykorzystać jako definicję przyjaźni. Dzwoniłam do niego w nagłych sprawach, a 

on  zawsze  się  pojawiał.  Kiedy  on  potrzebował  pomocy,  ja  z  radością  wyciągałam  pomocną 

dłoń.  Chodziliśmy  razem  na  zakupy,  przez  co  mieliśmy  wpływ  na  to,  jak  ubiera  się  drugie. 

Przez  bardzo  długi  czas  moje  dni  były  znośne  tylko  dlatego,  że  obok  był  Incy.  Kiedy  byłam 

zdołowana, robił najbardziej szalone rzeczy, żebym się rozchmurzyła. Co prawda striptizer nie 

background image

był  najlepszym  pomysłem,  ale  jednak.  Wysyłaliśmy  sobie  czekoladki,  kwiaty  i  drobne 

podarunki. Raz dał mi studebakera. Ja podarowałam mu corvettę. Ujął mnie tym.

My po prostu... woleliśmy swoje towarzystwo od jakiegokolwiek innego. Podniosłam 

wzrok  i  spojrzałam  mu  w  oczy,  tak  ciemne,  że  wyglądały  jak  skrawek  nocnego  nieba. 

Patrzyłam  w  te  oczy  milion  razy,  tuż  przed  zaśnięciem,  nad  stołem,  na  niezliczonych 

liniowcach oceanicznych, w szpitalnej sali przyjęć.

Kogo  mogłabym  nazwać  przyjacielem  w  River's  Edge?  Z  zaskoczeniem  musiałam 

przyznać, że nikogo. Nikt mnie nie nienawidził, ale nikt nie był też prawdziwym przyjacielem, 

nie takim, jakim był Incy, albo nawet Boz czy Katy.

Pomyślałam  o  Anne  i  Amy  chodzących  pod  rękę,  o  Rachel  i  Brynne  uczących  się 

razem  z  głowami  jedna  przy  drugiej.  Można  by  myśleć,  że  żywiołowości  Brynne  nie  da  się 

pogodzić z wrodzoną pilnością Rachel, ale jeżeli chodzi o magyię, były chyba do siebie bardzo 

podobne.

Ja  byłam  outsiderką  w  chwili  przyjazdu  i  pozostałam  nią  przez  ponad  dwa  miesiące. 

Musiałam  przyznać,  że  może  sama  byłam  temu  winna,  kiedy  przypomniałam  sobie,  jak 

mieszkańcy River's Edge starali się pozyskać moje względy, a ja ich odrzuciłam - zaproszenia 

na spacery, raz nawet do kina, na spędzenie popołudnia przy pieczeniu ciastek. Nigdy z nich 

nie skorzystałam, zwykle kryjąc się w swoim pokoju.

Pamiętam, jak River  powiedziała mi, że nigdy  nie pokocham, dopóki nie  zaakceptuję 

siebie samej. Ciągle wydawało mi się to nieosiągalnym celem, podobnie jak w dniu, w którym 

pojawiłam się tu niczym zabiedzony kundel.

Spieprzyłam  sprawę,  zmarnowałam  ostatnie  dwa  miesiące.  Oszukiwałam  się. 

Wszystkie  moje  wysiłki,  żałosna  praca,  próby  nauczenia  się  czegokolwiek,  dopasowania  się, 

były  pasmem  bolesnych  wspomnień.  Co  myślałam?  Po  co  w  ogóle  próbowałam? 

Przypomniałam sobie wyrozumiałe uśmiechy, spokojne tłumaczenie podstaw, które zna każdy 

nieśmiertelny na świecie, każdy oprócz mnie. Musieli mieć ze mnie niezły ubaw.

Incy wypuścił kolejny obłok pary.

- Nie kojarzę, żeby w Massachusetts było tak zimno - stwierdził. Zerknął na delikatny 

płatek  śniegu  kołyszący  się  w  powietrzu  jak  leciutkie  piórko.  Wkrótce  dołączył  do  niego 

kolejny.  Świetnie,  brakowało  tylko  tego,  żeby  zasypał  mnie  śnieg.  Nadal  nie  miałam  dokąd 

pójść, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. A będę musiała oddać Incy'emu palto.

background image

A  potem  co?  Tak,  wszystko  dogłębnie  przemyślałam.  Podejmowałam  wspaniałe 

decyzje. Dużo się nauczyłam. Incy uśmiechnął się nagle i spojrzał na mnie.

-  Pamiętasz  wtedy,  w  Rzymie?  Kiedy  to  było?  Chyba  w  latach  pięćdziesiątych.  Pod 

koniec?  Byliśmy  w  restauracji,  Boz  coś  opowiadał,  a  kelner  postawił  wielki  półmisek 

spaghetti. Byliśmy tacy głodni...

Scena  stanęła  mi  przed  oczami  i  uśmiechnęłam  się  mimowolnie,  wiedząc,  co  będzie 

zaraz.

- Boz oczywiście był zalany w trupa - powiedział Incy.

- Montepulciano - powiedziałam, przypominając sobie, jakie wino wtedy piliśmy.

- Wymachiwał rękami, opowiadając tę głupią historię o owcy - mówił Incy, zaczynając

chichotać. - A potem walnął pięścią w stół, żeby podkreślić puentę...

- I blat stolika wyleciał w powietrze, wyrzucając półmisek ze spaghetti - zaśmiałam się. 

- Makaron był dosłownie wszędzie. Ale musiała być afera.

- Tego nie  wiemy  -  stwierdził  Incy. Miałam wrażenie,  że jego  uśmiech  rozjaśnia całą 

okolicę.

-  Bo  wybiegliśmy  stamtąd,  zostawiając  Boza  samego.  Musiał  wziąć  winę  na  siebie  - 

przyznałam.

Incy odchylił głowę i się roześmiał, i chociaż widziałam go śmiejącego się milion razy, 

nadal wydawał mi się zabawny. Szalony, ociekający krwią Incy z moich wizji wydawał mi się 

w tej chwili zupełnie irracjonalny. Fakt, okaleczył taksówkarza. .. ale może to był zwyczajny 

przypadek, po prostu Incy nie zapanował nad swoją ciemnością... i stało się. A może to ja go 

do tego pchnęłam?

Ta myśl przyprawiała mnie o mdłości.

Zadrżałam.  Muszę  oddać  Incy'emu  płaszcz.  Był  tak  rozkosznie  ciepły.  Niewiele 

myśląc, wsunęłam ręce w przepastne rękawy i owinęłam się paltem.

Incy posłał mi słodki, czuły uśmiech.

-  Tak  się  cieszę  i  tak  mi  ulżyło,  że  widzę  cię  całą  i  zdrową,  skarbie  -  wyznał.  - 

Martwiłem  się, ale nieźle sobie radzisz. Więc...  zadzwoń do  mnie, jak będziesz  miała ochotę 

znowu gdzieś wyjść, powspominać Boza.

- A co u niego? - Nadal nie mogłam się otrząsnąć z tego przerażającego obrazu.

background image

- Wszystko w porządku. -  Incy pokręcił głową. - On, Katy, Stratton i Cicely czekają 

na mnie w Bostonie. Oni też się o ciebie martwili. Chcieliśmy się tu zatrzymać, a pod koniec 

miesiąca wybrać się w sześćdziesięciodniowy rejs, który organizuje Halliday.

Uwielbiam rejsy. Żadnego jeżdżenia, szukania hoteli, restauracji. Poza tym można się 

upić i grozi człowiekowi jedynie to, że wypadnie za burtę. O co jest naprawdę trudno.

- To rejs na Daleki Wschód - Chiny, Japonia, Tajlandia, Wietnam. A później dalej do 

Indii.  Oferują  kilka  fajnych  całodziennych  wycieczek. -  Wzruszył  ramionami. -  Brzmi  nieźle. 

Jak obietnica raju.

- Hm. Ile kosztuje? - Nie żeby cena była dla nas problemem.

-  Jak  za  darmo.  -  Incy  prychnął.  -  Dwadzieścia  dwa  tysiące  dolarów  za  kajutę.  Za 

sześćdziesiąt dni.

-  Wszyscy  się  wybieracie?  -  Przypomniałam  sobie  poprzednie  rejsy  z  moją  paczką. 

Były takie szalone.

Incy skinął głową.

- Stratton jeszcze się waha, zależy od dziewczyny, za którą się ugania.

- Och. Brzmi zachęcająco. Rejs zaczyna się pod koniec stycznia?

Przytaknął  i  schował  dłonie  do  kieszeni  sztruksów.  Musiało  mu  być  strasznie  zimno, 

przestępował z nogi na nogę.

-  Tak.  Chyba  dwudziestego  piątego  stycznia  czy  jakoś  tak.  Katy  upiera  się,  że  na 

wyjazd  musi  skompletować  nową  garderobę.  -  Przewrócił  oczami.  -  Ale  możemy  zrobić 

zakupy w Bostonie, a później nocnym samolotem polecieć do Los Angeles na statek. - Posłał 

mi  kolejny  słodki,  lekko  melancholijny  uśmiech.  -  Ucieszą  się,  że  nic  ci  nie  jest.  Że  tylko 

ukrywasz się w lesie, przemarznięta. 

Roześmiałam się cicho.

- Jak się tu dostałeś? - spytałam.

-  Mam  słodki  wóz,  caddy.  -  Wskazał  od  niechcenia  przez  ramię.  -  Najnowszy 

Incymobil.  Stoi  przy  drodze.  Skupiłem  się  na  tobie  i  wydawało  mi  się,  że  wyczuwam  twoją 

energię. Pomyślałem, że chyba oszalałem, ale coś kazało mi się tu zatrzymać, wysiąść i iść. No 

i cię znalazłem.

- Och. - Znów oblizałam wargi. Mój samochód był zdezelowany.

background image

- Kochanie, jesteś tu szczęśliwa, prawda? - Incy spojrzał na mnie. - Dobrze ci? Mogę 

odjechać i być o ciebie spokojny?

Moje  oczy  znów  napełniły  się  łzami,  a  Incy  wyglądał  na  przestraszonego.  Nie  byłam 

przecież płaczką, a Incy nie widział mnie przez ostatnie dwa miesiące, kiedy lałam łzy.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Czułam się rozdarta. Nie było mowy, żebym wróciła 

do  River's  Edge  i  spojrzała  w  twarz  jego  mieszkańcom.  A  szczególnie  teraz,  kiedy  byli 

świadkami  mojego  upadku  i  mrocznej  natury.  Ale  czy  będzie  mi  lepiej  samej?  Będę  musiała 

zorganizować sobie całe życie. Co zrobię? Dokąd pójdę? Zawsze miałam mieszkanie czy dom, 

wprawdzie  Incy  był  strasznym  bałaganiarzem,  ale  przynajmniej  nie  nudziło  nam  się  razem. 

Pobyt w River's Edge był pod wieloma względami podobny: miał pewien schemat.

Jeżeli opuszczę River's Edge i nie zostanę z Innocencio, co ze sobą pocznę? Ta myśl 

mnie  poraziła.  Wyobraziłam  sobie  siebie  w  nowym  miejscu,  z  kilkoma  nieśmiertelnymi  przy 

boku, z którymi niewiele mnie łączy. To była ostatnia rzecz, której pragnęłam.

Ale  czy  miałam  inne  wyjście?  Nadal  obawiałam  się  Incy'ego.  I  nie  byłam  go  pewna. 

Wydawał się taki... swojski. Całkiem swojski. Swobodny, zabawny i naprawdę szczerze się o 

mnie martwił, i nie był szalony. Szaleństwo zdyskwalifikowałoby go od razu.

Potarłam  dłonią  piekące  oczy.  Czułam,  jakbym  miała  piasek  pod  powiekami.  Śnieg 

padał już mocniej.

- Nas. Znów się martwię. Czy ktoś cię zranił? Mam komuś skopać tyłek?

Ta  myśl  wydała  mi  się  komiczna  -  Incy  nigdy  nie  zaryzykowałby  tego,  że  zniszczy 

sobie ubranie. Uśmiechnęłam się lekko.

Byłam  zmrożona  -  nie  z  zimna,  ale  z  powodu  niezdecydowania  i  całkowitego 

skołowania. Już dwa miesiące temu byłam zagubiona i nie wiedziałam, kim jestem, ale teraz to 

wrażenie przybrało na sile.

-  Posłuchaj  -  rzekł  Incy  poważnie  zmartwiony.  -  Chcesz  się  stąd  wydostać?  Możesz 

wsiąść do samochodu. Włączę ogrzewanie, a za dwie godziny będziemy w Bostonie. Będziesz 

mogła  wziąć  gorącą  kąpiel  z  brandy,  rozgrzejesz  się  od  stóp  do  głów.  Wezwiemy  obsługę 

hotelową. Poczujesz się jak nowo narodzona. A jutro postanowisz, na co masz ochotę.

Wszystko  to  brzmiało  tak  bardzo  kusząco,  że  mało  nie  jęknęłam.  Ale  jak  mogłabym 

wskoczyć do jego samochodu i zapomnieć o wszystkim? Przecież przez dwa ostatnie miesiące 

to właśnie przed nim się ukrywałam. Ale nie mogłam tu zostać.

background image

-  Nie  chcę  cię  namawiać.  Wiem,  że  robisz  ten...  eksperyment  dla  siebie  i  chcę  cię  w 

tym wesprzeć - tłumaczył uprzejmie.

Przypomniały mi się czasy, kiedy postanowiłam uczyć się baletu, w Paryżu, pod koniec 

lat  czterdziestych.  Incy  delikatnie  zwrócił  mi  uwagę,  że  baletnice,  które  odnoszą  największe 

sukcesy, zaczęły  trenować  w  dzieciństwie. A ja  miałam...  no wiecie, już ponad  czterysta  lat. 

Ale mimo wszystko  wspierał mnie, poszedł ze  mną kupić  kostium  i baletki. Przyszedł nawet 

na występ, a ja w końcu zmądrzałam i rzuciłam to w diabły.

- Jeżeli będziesz chciała, możemy się spotykać. Nie musisz żyć z nami, ze mną, jeżeli 

potrzebujesz więcej przestrzeni - dodał szybko. - Zrobisz, co zechcesz. Możesz jutro wylecieć 

z Bostonu i udać się dokąd chcesz. Ale będziemy się bardzo cieszyć, jeżeli zostaniesz z nami. 

Byłbym przeszczęśliwy, gdybyś wybrała się z nami w rejs. Kto inny doceni przekrój społeczny 

ludzi,  których  można  spotkać  podczas  takiej  wyprawy?  Chyba  tylko  ty.  -  Bezlitośnie 

wyśmiewaliśmy garderobę i fryzury  współpasażerów, siedząc przy barze i sącząc rickeya

2

 na 

dżinie. Ale czy teraz miałam prawo oceniać czyjś strój czy uczesanie?

Przypominało  to  dobijanie  rannego:  wizja  rejsu  była  obietnicą  raju.  Sześćdziesiąt  dni 

obserwowania  ludzi,  oglądania  fascynujących  rzeczy,  bez  konieczności  myślenia  o 

czymkolwiek.

Bez pracy i nauki, i udawania, że jestem coś warta. Nie musiałabym patrzeć na Reyna, 

widzieć twarzy Amy promieniejącej na  jego widok.  Bez River, która daje mi kolejną  szansę, 

jedną za drugą.

Uciekłam już kiedyś od Incy'ego. Dałam się przekonać, że jest zły i niebezpieczny.

I uciekłam już kiedyś od River.

Byłam niezła w uciekaniu. Nie byłam typem bohatera. Z jakiegoś powodu wyobraziłam 

sobie Reyna, zdegustowanego moim tchórzostwem, który nigdy nie zrozumie mojej potrzeby 

ucieczki.  Na  pewno  pomyśli,  że  jestem  cykorem,  dużym  dzieckiem.  Na  szczęście  nie 

obchodziło mnie, co pomyśli Reyn. Cała ta sytuacja była bezsensowna.

Wiedziałam to.

Nic  nie  było  pewne,  niewzruszone  jak  skała.  Żadna  decyzja  nie  wydawała  mi  się 

dobrym pomysłem.

2

 

Koktajl alkoholowy z dżinu (lub wódki), soku z limonki (lub cytryny), wody sodowej, cukru i lodu (przyp. ttum.)

background image

Naprawdę  nie  miałam  pojęcia,  co  zrobić,  ale  wiedziałam,  że  cokolwiek  postanowię, 

odbije się na moim życiu.

Daj mi znak, błagałam w milczeniu. Boże? Wszechświecie? Ktokolwiek? Daj mi znak. 

Powiedz mi, co robić.

Proszę, niech ktoś mi powie, co robić...

- Nas? - Głos Incy'ego był łagodny. - Chodź, wsiadajmy do auta. Zaopiekuję się tobą, 

dobrze?

background image

Rozdział 18

Trzy godziny później patrzyliśmy na miliony  jasnych  świateł  Bostonu. Zatrzymaliśmy 

się na  chwilę  po drodze  i  kupiliśmy  wino  i paczkę  twinkiesów, i muszę  przyznać, że te  dwa 

wspaniałe produkty w połączeniu smakują nieciekawie. Incy co pewien czas spoglądał na mnie 

i się uśmiechał.

- Co jest? - spytałam.

-  Tak  się  cieszę,  że  cię  widzę  -  odparł.  -  Wiem,  że  to  głupie.  W  końcu  jesteś  dużą 

dziewczynką,  ale  nie  mogłem  przestać  się  martwić.  Poza  tym  wiesz,  że  było  to  dla  mnie 

trudne.  -  Zaśmiał  się  gorzko.  -  Dobra,  dość  już  o  tobie.  Pomówmy  o  mnie.  Tak  się 

przyzwyczaiłem, że wszystko robię z tobą, że przez jakiś czas byłem wytrącony z równowagi.

Wzięłam  kolejny  łyk  wina  -  najlepszego,  jakie  miała  w  ofercie  sieć  Selen-11 przy 

Highway 2 - i poczułam pierwszy dreszcz niepokoju, odkąd wsiadłam do samochodu. O jakiej

równowadze  on  mówi?  Czy  wsiadając  do  tego  caddy'ego,  zrobiłam  najgłupszą  rzecz  na 

świecie? Czy to znaczy, że wsiadłam do samochodu z zabójcą?

- Jak to...  wytrącony z  równowagi?  -  zapytałam  i zaraz tego  pożałowałam, bo wcale 

nie  chciałam  usłyszeć  odpowiedzi.  Po  prostu  dały  o  sobie  znać  godziny  terapii  -  zaczęłam 

stosować to, czego się nauczyłam. Było to dla mnie czymś nowym i innym. Obserwowałam go 

kątem oka, na wypadek gdyby zaczął się dziwnie zachowywać  albo zmienił w wilkołaka czy 

coś takiego. Tak, zdecydowanie, zamiana w wilkołaka zdyskwalifikowałaby go.

- Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo jestem od ciebie uzależniony - wyznał 

szczerze, a potem zaśmiał się potulnie. - Tak się przyzwyczaiłem, że się ciebie radzę, wszystko 

z tobą planuję i robię, że kiedy zniknęłaś, snułem się żałośnie, aż w końcu Boz walnął mnie i 

powiedział: "Weź się w garść, chłopie!"

Ostatni  wyraz  wymówił  z  czystym  brytyjskim  akcentem,  jakby  cytował  kwestię 

filmową, i się roześmiał.

- Hm... - Przyglądałam się mu uważnie.

-  Zawsze  za  tobą  tęskniłem,  ale  nauczyłem  się  samodzielnie  kąpać  i  ubierać.  - 

Wzruszył ramionami.

Nie, w tym mu nie pomagałam. Na miłość boską. Przesadzał.

- Oj.

background image

- W końcu zacząłem planować za jedną osobę. -  Kolejne potulne wzruszenie ramion. 

Wydawał się  tak  cholernie  normalny. Niewiarygodnie normalny i  zdrowy, nawet bardziej niż 

wtedy, kiedy uciekłam. Może moje odejście dobrze mu zrobiło? Przerwało ciąg złych zdarzeń, 

w które byliśmy uwikłani? Może ciemność promieniowała ode mnie już wtedy i miała wpływ 

na niego i na nas wszystkich? A kiedy mnie zabrakło, zdołał się odtruć? W takim przypadku 

wszystko  na  pewno  znów  się  powtórzy  -  nadal  byłam  przesiąknięta  złem.  Ale  teraz  miałam 

tego  świadomość.  Czy  to  w  czymś  pomoże?  Nie  wiedziałam,  a  zastanawianie  się  nad  tym 

przyprawiało mnie o ból głowy. Nie chciałam o tym myśleć, rozbierać wszystkiego na czynniki 

pierwsze. Chciałam po prostu... czuć się lepiej.

Nawet Incy był teraz w lepszej formie, twardo stał na ziemi.

Domyślałam się, że wszystko w końcu się wyjaśni. Albo wszystko będzie w porządku, 

albo moje życie stanie się o wiele bardziej przerażające, niż byłam sobie w stanie wyobrazić. 

Jedno z dwóch.

Jakoś  sobie  z  tym  poradzę,  tak  jak  zawsze  sobie  radziłam  -  w  ciągu  czterystu 

pięćdziesięciu lat przetrwałam głód, plagi, powodzie, wojny i kryzysy gospodarcze.

Wyglądałam  przez  okno  na  zatłoczone  ulice  Bostonu,  przyjemnie  zamroczona 

paskudnym winem w ciepłym aucie Incy'ego. Miałam niezliczoną ilość wspomnień z Incym w 

samochodzie,  począwszy  od  pierwszego  modelu  TS  do  dzisiejszego  caddy'ego.  Razem 

rozbiliśmy jakieś osiem czy dziewięć aut, stając się bohaterami wielu gazetowych nagłówków 

w  stylu:  "Cudownie  ocaleni  z  poważnego  zderzenia".  Pamiętam  jazdę  autostradą  w 

Niemczech i przez ciemną pustynię w nocy. Mieliśmy zjawiskowe samochody sportowe i stare 

blaszane buggy z oponami podobnymi do rowerowych. Incy i ja. Tyle wspomnień.

W  moim  umyśle  pojawiła  się  twarz  River  i  musiałam  sporo  wypić  z  butelki,  żeby 

wymazać ją z pamięci. Czy będą zaskoczeni, że to zrobiłam, że znów jestem z Incym? A może 

pokręcą tylko głowami i pomyślą, że zawsze wiedzieli, że polegnę w brawurowym stylu. Będą 

mnie  szukali?  A  może  już  mnie  szukają?  A  Reyn...  chciał  czegoś  ode  mnie.  A  ja  uciekłam 

przed nim jak zając przed lisem.

Przez  ułamek  sekundy  wyobraziłam  sobie  ulgę  na  widok  przychodzącego  po  mnie 

Reyna, wyrywającego mnie Incy'emu, ratującego mnie przed samą sobą.

Później  wściekłam  się,  że  taka  myśl  zaświtała  mi  w  głowie,  iż  jestem  taka  słaba  i 

potrzebuję  kogoś,  kto  mnie  ocali  przede  mną  samą.  Pieprzyć  to!  Ja  chyba  znam  siebie 

background image

najlepiej! Ich styl życia może i jest dobry, ale nie dla mnie! Ja nie jestem do tego stworzona. W 

moim przypadku się nie sprawdził. Zbeształam się za to, że wyobraziłam sobie Reyna, silnego, 

silniejszego ode mnie.

Umiałam zatroszczyć się o siebie, robiłam to cztery  i pół wieku. Nie potrzebowałam, 

żeby on ani ktokolwiek inny ratował mnie przed czymkolwiek.

Wszystko było w porządku.

Byłam spragniona dobrej zabawy po dwóch długich miesiącach harówki i frustracji.

- Jesteśmy - zakomunikował Incy, podjeżdżając przed portal Liberty Hotel.

Zatrzymywaliśmy  się  tu  kilka  razy;  był to jeden  z  najlepszych  i  najfajniejszych  hoteli. 

Dzięki  temu,  że  kiedyś  był  miejskim  więzieniem,  zyskiwał  na  atrakcyjności  o  co  najmniej 

osiem punktów. Projektant wnętrz nawiązał do tamtego okresu - jedna z restauracji nazywała 

się, na przykład, Paka.

Do  samochodu  podbiegł  lokaj  i  otworzył  Incy'emu  drzwi,  a  boj  hotelowy  otworzył 

drzwi mnie.

- Witamy w Liberty, madam - powiedział. - Mogę wziąć bagaż?

-  Nie  mam  bagażu.  -  Przełknęłam  ślinę,  myśląc  o  tym,  co  zostawiłam  u  River.  Mój 

amulet. Najcenniejszą rzecz mojej matki. Rodzinny tarak-sin.

A  oprócz  niego  wszystkie  paskudne  ciuchy  robocze.  Dobre  posunięcie.  Tu,  w 

Bostonie,  miałam  sejf  z  pieniędzmi,  paszportami  itd.  Widzicie?  Żadnych  problemów,  same 

rozwiązania.

-  Ach.  Bardzo  dobrze.  -  Udawał,  że  nie  zwraca  uwagi  na  mój  zjawiskowy,  za  duży 

płaszcz  narzucony  na  brudne  dżinsy,  a  do  tego  buty  robocze.  Uśmiechając  się,  ruszył 

przodem, żeby otworzyć nam ciężkie hotelowe drzwi.

Kiedy przekroczyłam próg, powróciłam do mojego starego życia.

Było  potwornie  jasno.  Światło  spływało  mi  na  powieki  tak,  że  musiałam  wcisnąć 

głowę  pod  poduszkę.  Leżałam  na  wielkim,  rozkosznie  wygodnym  łóżku,  z  rękami  i  nogami 

rozrzuconymi na pościeli.

Światło?

Poderwałam  się  z  łóżka  i  od  razu  tego  pożałowałam.  Zaburczało  mi  w  brzuchu  i 

zakręciło mi się w głowie.

Na dworze było jasno! Musiałam nieźle zaspać! Na pewno...

background image

Nie  byłam  w  domu.  Byłam  w  Liberty  w  Bostonie,  z  Incym.  Spojrzałam  na  zegarek, 

mrugając nieprzytomnie. Była ósma trzynaście. Domyślałam się, że rano. Nie spałam tak długo 

od miesięcy.

Pochyliłam  się  do  szafki  nocnej  i  chwyciłam  za  telefon,  a  potem  wybrałam  numer 

obsługi  hotelowej.  Powoli  poprawiłam  cztery  puchowe  poduszki  i  ostrożnie  się  położyłam. 

Zamówiłam  paczkę  ciastek,  kilka kieliszków  mimozy

3

, a do  tego parę alka seltzer,  a później 

opuściłam słuchawkę na łóżko.

Zdumiewające,  że  znów  byłam  z  Incym.  Przyjechaliśmy  wczoraj  około  dziesiątej 

wieczorem.  Incy  cały  rozpromieniony  zaprowadził  mnie  na  najwyższe  piętro,  do 

najokazalszego  apartamentu  w  hotelu.  W  środku  Boz  i  Katy,  cali  i  zdrowi,  kłócili  się 

żywiołowo ze Strattonem i Cicely o... nie żartuję... Buffy. Postrach wampirów.

Podnieśli wzrok, zszokowani, kiedy weszłam do środka, a Katy dosłownie się cofnęła, 

kiedy  zobaczyła,  co  mam  na  sobie:  oliwkowe  dżinsy  ubłocone  na  kolanach,  ciepły 

podkoszulek i flanelową roboczą koszulę w kratę.

-  A  jednak  ją  porwali!  -  wykrzyknęła  Katy.  -  Incy,  miałeś  absolutną  rację!  Nas, 

przetrzymywali cię w obozie pracy na farmie?

- Tak jakby - powiedziałam.

- Miło cię widzieć, Nasty! - Objęcia i pocałunki.

- Tęskniliśmy za tobą! - Zwłaszcza Katy wyglądała na szczerze podekscytowaną moim 

widokiem. Przyjrzałam jej się uważnie, ale nie przypominała Katy z mojej wizji. Poza tym na 

pewno  nie  była  w  kawałkach  ani  w  ognisku.  To  dobrze.  -  A  tak  poważnie,  co  ty  masz  na 

sobie? Urwałaś się z balu kostiumowego?

- Tak jakby. - Wzruszyłam ramionami i wzięłam chocolatini, które wcisnęła mi do ręki. 

Wzięłam  duży  łyk.  Drink  był  wyśmienity.  Uśmiechnęłam  się  do  Incy'ego,  który  odwzajemnił 

uśmiech z drugiego końca pokoju. Imprezę czas zacząć!

Ta  część  Bostonu  idealnie  nadawała  się  na  tego  rodzaju  wycieczki.  Włożyłam 

pożyczone ciuchy i ruszyliśmy na podbój okolicznych pubów, barów i klubów. Nie było mnie 

dwa  miesiące,  ale  nie  miałam  ochoty  spowiadać  się  z  mojej  porażki  na  farmie.  Za  to  im  nie 

zamykały się usta  - opowiadali, jak wyrzucano ich z samolotów, wypraszano z przyjęć, ktoś 

wspomniał  niefortunny  incydent,  kiedy  to  ciężki  hotelowy  stół  wyleciał  przez  balkon,  bo 

3

 

Drink na bazie szampana i soku pomarańczowego (przyp. tłum.)

background image

próbowali trafić nim do basenu. Chybili tylko o metr. Boz przegrał zakład o tysiąc dolarów. A 

Cicely  opowiedziała,  jak  przypadkowo  spłoszyła  konia  w  Central  Parku  i  o  mało  nie 

przewrócił  dorożki,  ruszając  z  kopyta,  a  woźnica  w  cylindrze  robił  wszystko,  żeby  go 

zatrzymać, zanim kogoś stratuje.

Te  historie  wywołały  uśmiech  na  mojej  twarzy.  Szczególnie  Katy  miała  wiele  do 

opowiedzenia,  a  jej  opisy  rozwścieczonych  ludzi  były  ostre,  uszczypliwe  i  niewiarygodnie 

zabawne.  W  miarę  upływu  czasu,  opowieści  stawały  się  coraz  mniej  interesujące.  Ożywiłam 

się dopiero, kiedy Boz wspomniał o instalacjach artystycznych w Barcelonie. Marzyłam, żeby 

je zobaczyć. Pomysł wydawał się szalony i ambitny - całe miasto w pomnikach. W ciągu tego 

wieczoru wypiliśmy i zjedliśmy wszystko,  na co przyszła nam  chęć. A do tego  nie musiałam 

przygotowywać niczego sama ani sprzątać. Byłam zachwycona.

Wróciliśmy  około  drugiej,  dość  wcześnie,  bo  niestety  bary  w  Bostonie  są  o  tej 

godzinie  zamykane,  ale  imprezę  kontynuowaliśmy  w  naszym  apartamencie,  aż  szefostwo 

hotelu przyszło nas poprosić, żebyśmy się uciszyli. Było nieźle.

Tyle tylko... że zapomniałam o nieuniknionych przypadłościach poimprezowych. Teraz 

czułam się naprawdę okropnie. Jakbym miała dżumę. A doskonale znałam jej objawy i skutki. 

Cóż,  wieki  doświadczenia.  Krótka  dygresja:  czarną  śmierć,  która  zabiła  około  czterdziestu 

procent  Europejczyków,  teraz  można  wyleczyć  standardową  kuracją  antybiotykową. 

Wyobrażacie sobie? Antybiotyki. Leczące śmiertelną zarazę, która wyniszczyła prawie połowę 

Europy. To niesamowite, prawda? Czasami chciałabym się jednak cofnąć w czasie.

Nie byłam w stanie się podnieść, kiedy do drzwi zapukał ktoś z obsługi hotelowej. Na 

szczęście wszedł sam i postawił przy łóżku ładną tacę platerowaną wzorem serwetkowym.

-  Mógłby  pan  trochę  bardziej  zaciągnąć  zasłony?  -  poprosiłam,  sięgając  po  pierwszą 

mimozę.  Mhm.  Dobry,  markowy  szampan.  Do  tego  trochę  witaminy  C  z  soku 

pomarańczowego. Mieliśmy przecież sezon grypowy.

Kelner zablokował dopływ porannego światła, tworząc w pokoju błogi półmrok.

Przełknęłam  duńskie  ciastko,  kolejną  mimozę,  wypiłam  drinka  z  alka  seltzer. 

Uświadomiłam  sobie,  że  jestem  wyczerpana  i  że  nie  mam  powodu,  żeby  wstawać.  Zdjęłam 

tacę  z  łóżka,  poprawiłam  poduszki  i  zanurzyłam  się  w  miękkim,  ogromnym  materacu. 

Podciągnęłam  kołdrę  pod  brodę  i  pomyślałam,  że  nigdy  w  całym  życiu  nie  było  mi  bardziej 

wygodnie. Takie życie powinnam wieść. Co. Za. Luksus.

background image

- Dalej! Wstawaj, śpiochu!

Poczułam,  że  ktoś  wali  mnie  poduszką  w  plecy.  Ostrożnie  wychyliłam  głowę  spod 

kołdry. Zasłony były rozsunięte, a pokój wypełniało jasne zimowe światło, które znów nękało 

moje gałki oczne.

- Och, przestań - wymamrotałam, wyciągając rękę.

- Jest druga po południu. - Incy przysiadł na brzegu łóżka.

Dziwnie  było  znów  go  widzieć.  Przecież  całkiem  niedawno  zastanawiałam  się,  czy 

jeszcze kiedyś w życiu go zobaczę. Po tym, jak bez wyraźnego powodu zbudowałam wokół 

niego olbrzymi mur strachu, nadal wyglądał... dobrze. Miał trzeźwe spojrzenie, a był to drugi 

dzień, hura! Ileż to razy budziłam się z Incym w hotelu czy apartamencie? Milion? Na pewno 

wiele. To prawda, często lądował u kogoś innego. Ja czasami też. Ale przez ostatnich sto lat 

spędzaliśmy  razem  mnóstwo  czasu.  Z  żadną  inną  osobą  w  ciągu  całego  mojego  życia  nie 

spędziłam tyle przyjemnych chwil, co z Incym.

I znów byliśmy razem.

- Widzę, że już śniadałaś. - Użył osobliwego sformułowania, żeby mnie rozbawić.

- Tak - odpowiedziałam, siadając i odgarniając włosy z twarzy. - Co nieco.

-  Wstawaj.  -  Incy  rzucił  poduszkę  w  stronę  zagłówka  i  się  odniósł.  -  Mamy  dzisiaj 

mnóstwo rzeczy do załatwienia.

-  Na  przykład?  -  Z  pewnością  nie  będzie  to  zbieranie  jajek  od  wściekłych  kur  ani 

sprzątanie stajni. Dzięki, dzięki, dzięki Bogu.

Kopnął moje stare ubranie z odrazą.

-  Twoje  ciuchy  są  okropne,  a  nie  możesz  w  nieskończoność  pożyczać  ubrań.  Włosy 

masz w opłakanym stanie. Gdybyś nie włożyła na siebie wczoraj miu miu Cicely, nie mógłbym 

się z tobą pokazać publicznie. Musimy się tobą zająć. Dalej! Masz siedemnaście minut!

Uśmiechnęłam się. Incy był zabawny. Bystry i pełen życia. Potrafił być niewiarygodnie 

wkurzający, ale był też zabawny. Pan Ekscytacja. Impreza zaczynała się, jak tylko przekroczył

próg. Był katalizatorem - wszystko działo się dzięki niemu. A ja znajdowałam się wtedy u jego

boku.

- Co? - spytał.

-  Przejmujesz  się  tym,  co  mam  na  sobie  -  zauważyłam.  Reyn  napomknął  na  temat 

mojego wyglądu zaledwie parę razy i bynajmniej nie po to, żeby go skomplementować.

background image

- Tak. - Incy był najwyraźniej wzburzony. - Jesteś piękną dziewczyną. Powinnaś nosić 

satynę i aksamit. Dla mojej laleczki tylko to, co najlepsze.

Znów  się  uśmiechnęłam.  Od  tak  dawna  nikt  nie  nazwał  mnie  piękną.  Uświadomiłam 

sobie,  że  przy  Incym  naprawdę  czułam  się  piękna.  Całe  wieki  nikt  nie  zachwycał  się  moim 

wyglądem - a już na pewno nikt w River's Edge - więc było to dla mnie czymś fantastycznym.

Chwyciłam  ostatnie  ciastko  i  poszłam  pod  prysznic.  Gorąca  woda  była  cudowna. 

Ciastko trzymałam w wyciągniętej ręce, żeby nie zamokło, aż całe je zjadłam. Potem zmyłam z 

dłoni lepką słodycz. Bardzo skutecznie.

Zanim  zdążyłam  wyjść  z  łazienki,  Incy  wyrzucił  moje  stare  ubranie,  więc  na  zakupy 

udałam się w hotelowym ręczniku, z apaszką wokół szyi.

-  Myślę  o  odcieniu  magenty  -  powiedziała  stylistka  i  zagryzła  wargi  w  skupieniu. 

Jeszcze raz przeczesała dłonią moje włosy, pozwalając im przepłynąć między palcami. - Są w 

zadziwiająco dobrym stanie, jak na tak mocne rozjaśnianie. - Zmarszczyła czoło, ujęła kosmyk 

pomiędzy  kciuk  i  palec  wskazujący  i  potarła.  -  O  mój  Boże,  nie  są  rozjaśniane.  To  twój 

naturalny kolor. Nieźle.

- To twój naturalny kolor? - Incy wstał z krzesła i podszedł do nas. - Żartujesz.

-  Nie.  -  Przypomniałam  sobie  River  wypowiadającą  zaklęcie,  które  miało  odsłonić 

prawdziwą  mnie.  Teraz  znów  się  maskowałam.  I  co  z  tego?  Czułam  się  swobodnie,  a  to 

najważniejsze. - Chyba ich nie widziałeś.

- Nie  -  przyznał  Incy,  najwyraźniej  oszołomiony. Dotknął moich włosów, uśmiechnął 

się i usiadł z powrotem. - Cóż, już starożytni Rzymianie farbowali włosy.

Uśmiechnął się do mnie szelmowsko, a ja się skrzywiłam. Aż taka stara nie jestem.

-  W  każdym  razie  potrzebujesz  radykalnej  zmiany  -  zarządził.  -  Zgadzam  się,  że 

magenta  będzie  idealna.  I  może  strzyżenie  maszynką?  Przy  twoich  oczach  efekt  będzie 

olśniewający.

Spojrzałam  na  swoje  odbicie  w  lustrze  i  zobaczyłam  pozornie  skromny  kaszmirowy 

sweter  i  miękkie  jak  masło  zamszowe  piaskowe  spodnie  od  Comme  des  Garcons.  Nie 

wiedziałam  nawet,  ile  dziś  wydałam.  Same  tylko  czarne  botki  do  kostek  od  Ann 

Demeulemeester - kwintesencja doskonałości - kosztowały trzy razy tyle, ile wydałam podczas 

mojego wygnania. Byłam ubrana elegancko i kosztownie.

W takim stroju w końcu przestałam wyglądać jak strach na wróble.

background image

Wyciągnęłam  ręce.  Incy  kupił  mi  przepiękny  złoty  pleciony  pierścień  przyjaźni 

HorSenBroos  wysadzany  szmaragdami  tak  dużymi,  że  zmieściłby  się  w  nich  mały  pies. 

Migotały w świetle salonu, a ja obracałam rękę pod różnymi kątami. Incy zauważył, co robię, i 

uśmiechnął się do mnie.

Stylistka w tym czasie bawiła się moimi włosami, wygładziła je i zrobiła przedziałek na 

środku głowy.  Chyba  czekała,  aż spłynie na  nią  fryzjerskie  natchnienie. Nie byłam  u  fryzjera 

od niepamiętnych czasów. Nawet przed wyjazdem do River's Edge moje rozwichrzone włosy 

rosły, jak chciały, bo nie byłam w stanie utrzymać ich w ryzach.

- Nie, nie chcę cięcia maszynką - zakomunikowałam. - Za dużo zachodu z układaniem. 

Może po prostu podcięłaby pani końcówki, nadała włosom kształt, ale zostawiła długie?

- Jasne - zgodziła się stylistka, a Incy zmarszczył brwi.

-  A  może  coś  asymetrycznego,  posągowego?  -  zasugerował.  -  Żeby  podkreślić 

wyjątkowy kształt serca twojej twarzy, twoje piękne oczy?

Usiłowałam  cofnąć  się  pamięcią  i  zastanowić,  czy  wcześniej  Incy  ingerował  w  mój 

wygląd.

Czyżby moje ubrania i fryzury odzwierciedlały jego, a nie mnie? Skąd mam wiedzieć? 

W zasadzie nie było w ogóle "mnie", która mogłaby się odzwierciedlać. Zastanawiałam się też, 

jak Incy zareaguje, kiedy się mu sprzeciwię.

-  Nie  -  zaprotestowałam  łagodnie. -  Chcę coś  prostego, żeby je umyć  i  mieć  spokój. 

Nie chcę ich suszyć, nakładać pianki i się z nimi bawić.

Stylistka z zastygłą twarzą spojrzała mi w  oczy w  lustrze, jakbym zaproponowała co 

najmniej  trwałą  ondulację,  tak  modną  w  latach  osiemdziesiątych.  Uniosłam  brwi  i  się 

uśmiechnęłam.

Incy westchnął, uśmiechnął się do mnie i wyciągnął ręce.

- Jak chcesz, kochanie - westchnął. - To twoje włosy. - Odwrócił się, położył nogi na 

krześle obok i zaczął czytać czasopismo plotkarskie z pozaginanymi rogami.

Uspokój  się,  zganiłam  się.  Co  z  tego,  że  miałaś  parę  snów  i  wizji.  Spójrz  na  niego: 

wcale nie chce kontrolować każdego twojego ruchu. Nie stresuj się.

Spojrzałam znów w lustro i napotkałam wzrok fryzjerki.

- Nie chcę magenty - oznajmiłam. - Wolę jakiś odcień czerwieni.

Na przykład magentowy w odcieniu czerwieni?

background image

- Chciałam jakiś  odcień czerwieni. -  Okręciłam  głowę, żeby przyjrzeć  się, jaki kształt 

ma  moja  nowa  fryzura.  Co  prawda  wyglądałam,  jakbym  wpadła  głową  do  zbiornika  z 

barwnikiem  do  cukierków  wiśniowych,  ale  włosy  były  obcięte  idealnie  i  nieźle  układały  się 

przy kręceniu głową.

Cieszyłam się fryzurą, dopóki mogłam, bo aby uzyskać taki efekt sprężystości, trzeba 

było  suszyć  włosy  suszarką,  nałożyć  piankę,  spryskać  lakierem...  W  imię  tego  efektu  wiele 

produktów  do  stylizacji  oddało  życie.  To  przekraczało  moje  możliwości,  nigdy  sama  nie 

osiągnę tego efektu. A do tego ta cholerna magenta. - Chyba dość wyraźnie mówiłam, że nie 

chcę magenty?

- Ale wygląda fan-tas-tycz-nie - oceniła Cicely, stając obok mnie. Byłam znów w moim 

pokoju  hotelowym.  Szykowaliśmy  się  na  wyjście  do  Den,  który  przedstawiono  mi  jako 

superszałowy nowy klub.

- To magenta. - Usiłowałam przypomnieć sobie zaklęcie River, cofające zmiany, które 

oczywiście pojawiło się w moich myślach jako magyicznie brzmiący bełkot. - Jestem do siebie 

zupełnie niepodobna.

- Bo nie wyglądasz już jak Hilda pastuszka? - Katy pochyliła się nade mną i otworzyła 

buzię, i zaczęła malować mi rzęsy. Dostrzegła mój wzrok i uniosła brwi. - Skarbie, wyglądałaś 

jak Hilda pastuszka. Teraz przypominasz zjawisko. W końcu jesteś do siebie podobna.

Miałam fryzurę w kolorze jaskrawego różu, ułożoną na sprężystego boba sięgającego 

ramion, z kilkoma sterczącymi kosmykami nad czołem. Stylistka wycieniowala je umiejętnie. 

Byłam po prostu modnie ostrzyżona. Na szyi miałam szeroki naszyjnik z mnóstwa cieniutkich 

żyłek  z  zielonymi  i  fioletowymi  kryształkami  Swarovskiego.  Pod  kolię  włożyłam  cieniutką 

jedwabną apaszkę, żeby mieć podwójną ochronę. Wiecie dlaczego.

Zawiązałam  limonkowozielony  satynowy  top  podkreślający  parę  miejsc,  w  których 

przybyło  mi  ciała.  Domyślałam  się,  że  celowo  był  tak  skrojony,  wolałam  się  w  nim  nie 

pochylać.  Zastanawiałam  się,  co  River  -  czy  Reyn  -  pomyśleliby  na  temat  moich  zupełnie 

niepraktycznych czarnych kabaretek i zupełnie niepraktycznych i zadziwiająco niewygodnych 

szpilek od Louboutina. Na szczęście ani Reyna ani River tu nie było, i również na szczęście, 

niewiele  mnie  to  obchodziło,  co  by  sobie  pomyśleli.  Wyglądałam  niesamowicie.  Z 

zaskoczeniem stwierdziłam, że naprawdę ładnie.

background image

Wszystkie  kościste,  wklęsłe  miejsca  wypełniły  się  podczas  pobytu  na  farmie,  chyba 

dzięki  komosie  ryżowej.  Nie  pamiętam,  kiedy  miałam  tak  czystą  i  promienną  cerę. 

Wyglądałam  atrakcyjnie  i  modnie.  Hm.  Nie  mogłam  sobie  przypomnieć,  kiedy  ostatnio  było 

tak dobrze. W latach sześćdziesiątych? Pod koniec siedemdziesiątych?

- Panie? - Boz wetknął głowę za drzwi łazienki.

Kiedy po raz pierwszy go zobaczyłam, mogłam powiedzieć o nim jedynie tyle, że jest 

niewiarygodnie przystojnym blondynem. Po upływie kilku dekad z przekonaniem twierdziłam, 

że gdyby Robert Redford i Brad Pitt mieli ukochane dziecko, byłby nim właśnie Boz.

Za każdym razem, kiedy widziałam go żywym, czułam ogromną ulgę. To były dziwne, 

dziwne sny. Wywołał je pewnie nadmiar zdrowego jedzenia. Na szczęście mój organizm się z 

niego oczyszczał.

- Jesteśmy gotowe - powiedziała Katy, przeglądając się w lustrze.

Przez  lata  zmieniałam  wygląd  tak  często,  jak  tylko  mogłam  -  wypróbowałam  każdy 

kolor  włosów  i  każdą  ich  długość,  dość  szeroki  wachlarz  możliwości,  jeżeli  chodzi  o  wagę, 

różnorakie  odcienie  bladości  i  opalenizny.  Katy  była  jedną  z  niewielu  znanych  mi 

nieśmiertelnych,  którzy  woleli  nie  eksperymentować  ze  swoim  wyglądem.  Była  naturalną 

szatynką  ze  słonecznymi  pasemkami  we  włosach,  miała  skórę  w  odcieniu  kości  słoniowej  i 

brązowe oczy.

Włosy  podpinała  albo  nosiła  rozpuszczone,  czasami  je  kręciła.  I  na  tym  koniec. 

Podobnie  z  wyczuciem  mody  (możecie  umieścić  to  w  cudzysłowie,  jeżeli  chcecie)  -  moje 

ocierało  się  o  ekstrema,  od  chłopskiej  juty  i  szorstkiego  lnu  poprzez  piękne  ręcznie  tkane 

jedwabne żakardy, porozdzierane dżinsy i ciuchy w luzackim stylu po nowoczesną elegancję, 

za  to  Katy  zawsze  miała  bardzo  drogi  gust,  jeżeli  chodzi  o  ubrania.  Nie  ubierała  się 

ekstrawagancko,  ale  z  wyczuciem.  Stawiała  na  bardzo  drogie  ciuchy,  pięknie  skrojone  i 

uszyte, dekada za dekadą.

Cicely 

natomiast 

przypominała 

wieczną 

nastolatkę. 

Owszem, 

większość 

nieśmiertelnych  zachowuje  bardzo  młody  wygląd,  bo  proces  starzenia  spowalnia  się  u  nas, 

kiedy  kończymy  piętnaście  czy  szesnaście  lat.  Są  jednak  wyjątki,  na  przykład  Jess,  który 

wyglądał  na  sześćdziesiątkę.  River,  która  miała  tysiąc  trzysta  lat,  a  wyglądała  jak 

trzydziestolatka,  tyle  że  lekko  posiwiała.  Ja  mieściłam  się  w  przedziale  pomiędzy 

siedemnastym  a  dwudziestym  pierwszym  rokiem  życia.  Ale  Cicely  wyglądała  naprawdę 

background image

młodo. Dzięki odpowiedniemu makijażowi udawało się jej wejść wszędzie. Bez makijażu nie 

mogła sama pójść na film dla dorosłych.

Była mniejsza niż  ja, drobniejsza,  miała szczuplutkie nadgarstki  i kostki  jak angielska 

dama  urodzona  pod  koniec  XIX  wieku,  w  którym  rzeczywiście  się  urodziła.  Włosy  miała 

delikatne,  kręcone,  w  kolorze  słonecznego  blondu.  Tylko  jej  stroje  czasami  budziły 

wątpliwości.  Uwielbiała  najnowsze  trendy,  bez  względu  na  to,  jakie  były,  i  robiła  zakupy  w 

sklepach dla nastolatek. Była ładna, bardzo ładna, ale nie grzeszyła elegancją czy subtelnością. 

Nie  twierdzę,  że  ja  jestem  elegancka.  Potrafiłam  się  ubrać,  ale  w  głębi  duszy  było  mi  to 

obojętne.  Po  prostu  nie  przejmowałam  się  tym  za  bardzo.  Natomiast  Cicely  dbała  o  wygląd 

tak, jak robiły to nastolatki.

Wszystkie trzy bardzo  się  różniłyśmy.  Wcześniej  chyba tego nie  zauważałam.  Jednak 

Katy i Cicely były moimi najlepszymi przyjaciółkami i niejeden raz przemierzyłyśmy wspólnie 

świat.

- Babeczki, wyglądamy olśniewająco! -  Wzięłam je obie pod rękę i  uśmiechnęłam się 

do naszego odbicia w lustrze. Cicely roześmiała się i pocałowała mnie w policzek.

- Fakt - przyznała.

Do Den pojechaliśmy limuzyną, żeby Incy nie musiał prowadzić, jeżeli wypije. Bardzo 

mądre  z  naszej  strony.  Przez  całą  drogę  modliłam  się,  żeby  kierowca  nie  zrobił  nic,  czym 

mógłby zdenerwować Incy'ego.

Kolejka  do  wejścia  zaczynała  się  na  początku  przecznicy  i  miała  szerokość  mniej 

więcej  pięciu  osób  stojących  ramię  w  ramię.  Wszyscy  byli  ubrani  wystrzałowo,  zupełnie 

inaczej  niż  ludzie  z  West  Lowing,  i  przez  chwilę  zastanawiałam  się,  co  o  tym  tłumie 

pomyślałaby Meriwether. Albo Dray, dla odmiany.

Limuzyna  dowiozła  nas  bez  żadnych  incydentów  pod  drzwi  klubu,  przed  którymi 

rozścielono czerwony dywan. Wysiedliśmy, a ja cieszyłam się, że po adidasach moje stopy tak 

szybko  przystosowały  się  do  niebotycznie  wysokich  szpilek,  dzięki  czemu  nie  poleciałam 

jeszcze na twarz.

Znów na wozie - oto ja.

Głośna,  pulsująca  muzyka  przedostawała  się  przez  klubowe  drzwi  na  zewnątrz. 

Poczułam dreszcz podniecenia, tak jak dawniej, a Incy uśmiechnął się do mnie i wziął mnie za 

rękę. Dwóch wielkich, barczystych bramkarzy wyłapywało pospólstwo i wszelkie szumowiny. 

background image

Zastanawiałam  się,  jakim  cudem  w  nocy  mogą  cokolwiek  dostrzec  w  przeciwsłonecznych 

okularach. W uszach mieli dziwne słuchawki, przez co wyglądali jak agenci CIA. Ciekawe, po 

co  im  to?  Żeby  wbiec  do  środka,  gdy  usłyszą,  że  przy  barze  odbywa  się  wielka  wyprzedaż 

drinków?

Jeden z nich ze stoickim spokojem skinął na Incy'ego i Boza, po czym odsunął się na 

bok,  odpinając  ochronną  taśmę.  Tłum  czekających  ludzi  zaczął  głośno  protestować  -  diabli 

wiedzą,  jak  długo  czekali,  a  na  dworze  było  potwornie  zimno.  Bramkarz  ryknął,  żeby  się 

zamknęli,  a  cała  nasza  szóstka  weszła  do  środka.  Nie  będę  kłamać:  czułam  się  jak  królowa 

albo  sławna  osoba,  przechadzająca  się  przed  tłumem  czekających  biedaków.  Było  to 

fantastyczne uczucie. Po dwóch miesiącach bycia najniżej w hierarchii, cieszyłam się, że znów 

jestem na szczycie.

Kiedy  znaleźliśmy  się  w  środku,  moje  oczy  potrzebowały  minuty,  żeby  oswoić  się  z 

ciemnością.  Jedynym  oświetlonym  punktem  była  scena,  na  której  występowała  zjawiskowa 

dziewczyna w czerwonej lateksowej miniówce - wokalistka kapeli retro. W powietrzu unosił 

się  dym  i  rozmaite  zapachy,  słychać  było  głośne  rozmowy  i  jeszcze  głośniejszą  muzykę. 

Donośne  dźwięki  gitary  basowej  pulsowały  mi  w  piurtiUtcIi.  Energia  iskrzyła  jak  prąd.  I 

prawie jak magyia. 

-  Nie  zdawałam  sobie  sprawy,  jak  bardzo  mi  tego  brakowało!  -  wrzasnęłam 

Strattonowi do ucha, wspinając się na palce, żeby go dosięgnąć.

Uśmiechnął się promiennie i skinął do mnie, a ja chwyciłam go za marynarkę, żeby go 

nie zgubić - kiedy szliśmy w stronę o wiele za bardzo oblężonego baru, odczuwałam ulgę, że 

jest wysoki i postawny jak bramkarz.

Pół  godziny  później  mieliśmy  własny  stolik  z  okrągłą  fioletową  kanapą.  Piłam  czystą 

whisky, a Katy z dumą demonstrowała, jak samym językiem zawiązać łodyżkę czereśni. Znów 

nastały dobre czasy.

background image

Rozdział 19

Trzeba przyznać, że krzywa nauczania tu, w Liberty Hotel, nie wypadała imponująco. 

Zdążyłam  zapomnieć,  jak  wysoka  może  być  cena  dobrej  zabawy.  Następnego  popołudnia 

obudziłam się z koszmarnym, ale to koszmarnym kacem. Kiedy się podniosłam, ból dosłownie 

rozerwał mi głowę.

Przepraszam. Ale ból był naprawdę potworny.

Spojrzałam  na  siebie,  zasnęłam  w  ubraniu.  Usiłowałam  nie  myśleć  o  tym,  ile 

kosztowało. Pewnie da się je wyczyścić chemicznie. Najważniejsze, że udało mi się wrócić do 

hotelu.

Ganiłam  się  w  myślach:  Jak  myślisz,  czy  istnieje  związek  pomiędzy  zbyt  dużą  ilością 

alkoholu w nocy a tym, że następnego ranka człowiek czuje się do dupy? Ja nie wiem, a tobie 

jak się wydaje?

Wygramoliłam się z łóżka i poszłam do łazienki, w której zamierzałam zwymiotować, 

ale  nie  mogłam.  Z  trudem  oswobodziłam  się  z  ciuchów  i  spojrzałam  na  wielkie  czerwone 

pęcherze  na  stopach  od  tych  wspaniałych  butów,  w  których  udało  mi  się  przetańczyć  wiele 

godzin. Włożyłam hotelowy szlafrok i weszłam do salonu. 

Stratton, śpiący twardym snem, uwalił swoje wielkie ciało na o wiele za małej kanapie. 

Wiedziałam,  że  kiedy  w  końcu  się  obróci, spadnie na podłogę.  A to  będzie zabawne.  Cicely 

spała skulona na fotelu, bez jednego buta i bez makijażu. Wyglądała jak dziecko, które zasnęło 

podczas imprezy  rodziców. Ich apartament  znajdował się  naprzeciwko, ale sądząc  po liczbie 

walających się po podłodze butelek, po powrocie do hotelu balowaliśmy dalej i widocznie nie 

byli w stanie przejść takiej odległości.

Zerknęłam  do  pokoju  Incy'ego  w  nadziei,  że  nie  zobaczę  niczego  potwornego.  Nie 

zobaczyłam. Incy spał we własnym łóżku, z ręką zarzuconą na twarz. Obok niego leżała Katy, 

ale  pewnie  tylko  tak  zasnęła  -  wszyscy unikaliśmy  wdawania  się  w  związki  między sobą,  co 

było zadziwiające i o wiele mądrzejsze od nas samych.

Stałam  cicho  i przyglądałam  się  śpiącemu  Incy'emu.  Kiedyś w  Metropolitan Museum 

of Art widziałam pochodzący ze starożytnego Rzymu portret pośmiertny młodego mężczyzny, 

który zmarł dwa tysiące lat temu. Miał oliwkową skórę i duże ciemne oczy, prosty nos i pełne 

usta.  Nie  wiedziałam,  czy  rzeczywiście  zmarł  w  kwiecie  wieku,  czy  był  to  wyidealizowany 

background image

portret  starszego  mężczyzny,  który  chciał  być  zapamiętany  z  okresu,  kiedy  miał  najwięcej 

uroku. Tak czy siak, był piękny w męski, klasyczny sposób, miał tak proporcjonalne rysy, że 

nawet dwa tysiące lat nie były w stanie zmienić reakcji widza na piękno.

Incy  wyglądał  dokładnie  jak  on.  Prawdę  mówiąc,  kiedy  po  raz  pierwszy  zobaczyłam 

fajumski  portret,  sapnęłam  przestraszona  -  myślałam,  że  Incy  zrobił  mi  kawał  i  umieścił  w 

zbiorach kolekcji swój własny portret.

Przypomniałam sobie o tym teraz, kiedy patrzyłam, jak śpi, na jego gładką, odprężoną 

twarz.  Incy.  Znaliśmy  się  bardzo,  bardzo  dobrze.  Widzieliśmy  się  w  chorobie,  wściekłych, 

wymiotujących, euforycznie szczęśliwych, znudzonych, pijanych, oniemiałych. Widzieliśmy się 

w najgorszych i najlepszych chwilach, i zawsze się wspieraliśmy.

Nawet w czasie epizodu z Lalą Burkhardt. I w czasie, kiedy rzuciłam Evana Piccolo, 

na wspomnienie czego nadal pojawiał się grymas na mojej twarzy. Boże, biedny Evan.

Właściwie teraz, kiedy się nad tym zastanawiałam, nie mogłam sobie przypomnieć tych 

naszych  "najlepszych"  chwil.  Czy  którekolwiek  z  nas  miało  swoje  najlepsze  momenty?  Hm. 

Może jest to bardziej ukryte przesłanie. Przekażę je wam, kiedy je odkryję.

Znów  dotarło  do  mnie,  jak  beznadziejnie  się  czuję  i  opadłam  na  fotel  przy  oknie. 

Potrzebowałam alka seltzer, który, według mnie, jest jednym z najlepszych darów cywilizacji. 

A do tego może chelatacji. Zamknęłam oczy.

Zastanawiałam się mgliście, ile wysiłku musiałabym włożyć, żeby zdobyć tylenol, kiedy 

zorientowałam się, że Incy uniósł się na łóżku i wspierając się na łokciu, obserwował mnie tak, 

jak ja wcześniej jego.

- Cześć - powiedziałam bez entuzjazmu.

-  Potrzebny  ci  dzień  w  spa  -  orzekł,  zsuwając  się  z  łóżka.  Przeciągnął  się  w 

niemiłosiernie  pogniecionej  koszulce.  Potem  odetchnął  i  uśmiechnął  się,  gotowy  rozpocząć 

nowy dzień.

- Jak ty to robisz? - spytałam ściszonym głosem, żeby nie rozsadziło mi głowy.

- To znaczy co? - Incy skierował się do łazienki.

- Wyglądasz fenomenalnie. - Wskazałam na niego. - Jesteś wypoczęty, wyskakujesz z 

łóżka pełen sił i wigoru. Czemu nie wyglądasz beznadziejnie? Czemu nie masz kaca? Wczoraj 

byłeś kompletnie zalany. Tyle jeszcze pamiętam.

background image

-  Oj,  nie  piję  tyle,  ile  ci  się  zdaje  -  odparł  beztrosko.  Zdjął  koszulkę  i  cisnął  nią  we 

mnie. - Dalej, ubieraj się. Dzisiaj zafundujemy ci relaks i masaż. Wszystkie toksyny wyparują z 

twojego delikatnego organizmu.

To  faktycznie  brzmiało  zachęcająco.  Sześć  godzin  później  czułam  się  jak  nowo 

narodzona.  Wysiedziałam  się  w  parze,  zrobiono  mi peeling,  masaże,  nawet takie z gorącymi 

kamieniami na plecach. Wszystko to z bawełnianą chustką na szyi - ekscentryczna dziewczyna 

w apaszce.

Wypiłam  galon  mleczka  kokosowego  i  zielonej  herbaty  i  zjadłam  miskę  brązowego 

ryżu skropionego octem. Smakował lepiej, niż mogłoby się wydawać. Moja twarz nie była tak 

głęboko  oczyszczona  od  czasów  poważnego  oparzenia  słonecznego  w  latach 

siedemdziesiątych, które skończyło się w zasadzie tym, że zeszła mi skóra z calutkiej twarzy. 

Zrobiono mi manikiur, pedikiur, makijaż i modelowanie włosów. Znów nabrały sprężystości.

Potem  Katy  zapięła  mnie  w  czarną  sukienkę  od  Armaniego,  bez  rękawów,  ale  z 

golfem,  a  ja  wsunęłam  opatrzone  plastrami  opatrunkowymi  stopy  w  jaskraworóżowe  szpile. 

Wyglądałam  jak  modelka  prezentująca  modę  dla  niskich  kobiet.  Z  jaskrawymi,  cholernie 

jaskrawymi włosami w kolorze magenta. Boże.

Tego  wieczoru  Incy,  Katy  i  ja  poszliśmy  na  kolację  do  restauracji  Ostrygi  B&G  na 

South  End.  Mieli  bar  z  owocami  morza,  w  którym  serwowano  dwanaście  dań,  a  Katy 

poinformowała,  że  mają  też  doskonały  wybór  win.  Czułam,  że  ludzie  na  mnie  patrzą  i  z 

początku myślałam, że to z powodu moich włosów, ale Incy zapewnił mnie, że dlatego, że po 

prostu wyglądam olśniewająco i wszyscy zastanawiają się, kim jestem.

Strasznie  mi  się  to  podobało,  naprawdę.  Podobało  mi  się  chodzenie  do  dobrych 

restauracji zamiast do, powiedzmy, przybytków typu: U Cioci Lou. Uwielbiałam ubierać się w 

piękne ciuchy, zamiast w koszule flanelowe i dżinsy. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak 

bardzo to kochałam.

Nad  deserem  poczułam,  że  jestem  w  siódmym  niebie  i  doszłam  do  wniosku,  że 

wcześniej  tak  naprawdę  nie  doceniałam  tego  wszystkiego.  Przyjmowałam  to  jako  rzeczy 

oczywiste  i  prowadziłam  niezdrowy  tryb  życia.  Ale  teraz  wiedziałam  co  nieco  na  temat 

równowagi. Tym razem wszystko będzie idealne.

Oprócz  twojej  ciemności.  Boże,  tak  bardzo,  bardzo  nienawidzę  mojej 

podświadomości.

background image

Po  kolacji  mieliśmy  się  spotkać  z  Bozem  w  galerii  dzieł  sztuki  w  modnej  dzielnicy 

SoWa. Incy zatrzymał taksówkę, a ja usiłowałam stłumić nagły przypływ strachu i przerażenia, 

jakie wywoływała u mnie myśl o Incym i taksówkarzu.

Kiedy Katy wsiadła, Incy wziął mnie za rękę i pocałował.

-  Popełniłem  błąd  -  powiedział  cicho,  patrząc  mi  z  przejęciem  w  oczy.  -  Popełniłem 

błąd, a ty mi to uświadomiłaś. Nie masz się czego obawiać.

Przy Incym nie było sensu udawać, że czegoś nie rozumiem. On wiedział, że wiem, o 

czym mówi. Zawsze doskonale się rozumieliśmy, również bez słów.

Skinęłam głową i wsiadłam do taksówki, z ulgą i wzruszeniem.

Galeria  sztuki  znajdowała  się  w  odległości  niecałych  dziesięciu  minut  drogi  i 

dojechaliśmy  do  niej  bezpiecznie  -  moja  ciemność  nie  zdążyła  nikim  zawładnąć  i  zmusić  do 

popełnienia potwornego czynu. Tu możecie sobie narysować uśmieszek.

Wysiedliśmy i naszym oczom ukazała się olbrzymia klatka schodowa, przeszklona od 

podłogi  do sufitu,  za którą widać było  galerię pełną światła,  ludzi  i dzieł sztuki,  w tym  parę 

prac  Luciena  Freuda,  które  zawsze  mnie  zachwycały.  Parę  osób  odwróciło  się,  kiedy 

weszliśmy,  ale  nikt  nie  wytknął  palcem  moich  włosów  i  nie  wyśmiał  mnie,  zasłaniając  twarz 

dłonią. Wieczór, jak na razie, można było uznać za udany.

- O, jest Boz! - Katy chwyciła kieliszek czerwonego wina z tacy, którą trzymał kelner, 

i przecisnęła się przez tłum do miejsca, gdzie Boz czarował małą grupkę wielbicielek.

-  Kim  jest  dziewczyna,  z  którą  rozmawia?  -  spytałam  Incy'ego,  kiedy  przyniósł  mi 

szampana. - Wygląda znajomo.

Incy obejrzał się przez ramię.

-  Wczoraj  na  pierwszej  stronie  "Boston  For  You"  było  jej  zdjęcie  jak  wymiotuje  z 

balkonu.

- Och. To ona. Dziedziczka.

-  A  z  kim  innym  mógłby  rozmawiać  Boz?  -  Innocencio  uśmiechnął  się  szeroko,  a  ja 

przytaknęłam. To fakt.

-  Musi  się  nauczyć  inwestować  pieniądze  tak,  żeby  dłużej  się  go  trzymały  - 

powiedziałam.  -  Na  świecie  jest  ograniczona  liczba  ludzi  z  fortuną,  z  której  można  coś 

uszczknąć.

- Chyba jeszcze nie znalazł się pod ścianą - skwitował Incy. - Przyłączymy się?

background image

- Tak.

Dziennikarze z magazynów plotkarskich krążyli po sali, robiąc zdjęcia. Znajdowało się 

tu niewiarygodnie dużo pięknych ludzi - w większości zapewne sławnych i wpływowych, ale 

ponieważ nie byłam na bieżąco z nowinkami towarzyskimi Bostonu, nie rozpoznałam nikogo, 

poza dziewczyną, która wymiotowała.

Myślałam,  że  z  moimi  włosami  w  kolorze  lodów  truskawkowych  będę  się  czuła  jak 

idiotka, ale w takiej ilości ekstremalnych stylów doskonale komponowałam się z tłumem.

Wysoka,  olśniewająca  czarnoskóra  dziewczyna  o  idealnej  figurze  miała  na  głowie 

krótkie białe afro. Z takim wyglądem powinna być modelką. Przypomniała mi się Brynne. Inna 

kobieta  miała  fryzurę  stworzoną  z  matematyczną  dokładnością  -  włosy  na  górze  były 

granatowe,  a  od  spodu  czarne.  Ktoś  powiedział  mi  nawet,  że  strasznie  podoba  mu  się  moja 

fryzura. Chyba nie zdarzyło mi się to... od dziesiątków lat.

- Naprawdę wyglądasz niesamowicie, skarbie - rzucił mi Incy nad uchem.

Odwróciłam  się,  a  on  podał  mi  miniaturowy  talerzyk  z  chińskiej  porcelany  z  jeszcze 

bardziej  miniaturową  napoleonką  z  pieczonego  buraka  i  innymi  maleńkimi  przekąskami. 

Dopiero co wyszliśmy z kolacji, więc ograniczyłam się do kilku talerzyków. Zauważyłam, że 

Incy  uśmiecha  się  do  mnie,  kiedy  pochłaniałam  trzeciego  lub  czwartego  eklera  rozmiarów 

ciastka  dla  lalek.  Chcę  powiedzieć,  że  doceniam  finezyjne  jedzenie.  Ale  wolałabym  dużego 

ordynarnego eklera, wiecie, o co mi chodzi?

- Co? - spytałam.

- Apetyt ci wrócił - zauważył. - Wakacje dobrze ci zrobiły.

Uśmiechnęłam się i skinęłam głową. Tyle tylko wynikło z pobytu w River's Edge? Były 

to wakacje, dzięki którym miałam odzyskać siły? Teraz wróciłam i znów żyłam starym życiem. 

Które  uwielbiałam.  Czy  rzeczywiście  wcześniej  byłam  aż  tak  nieszczęśliwa?  Czy  moi 

przyjaciele byli tacy okropni?

Przecież  Reyn  zabił  setki  ludzi,  a  może  i  tysiące.  Moi  krewni  także  byli  zabójcami, 

nawet  brat  mojego  ojca.  River  z  rodzeństwem  zabili  własnych  rodziców.  A  Incy  jedynie 

okaleczył taksówkarza. Co wcale nie zmienia faktu, że postąpił źle. Ale w porównaniu... Poza 

tym, możliwe, że pchnęła go do tego moja wrodzona ciemność, za którą przecież nie można 

winić biednej dziewczyny, prawda?

background image

Wypiłam  szampana,  zastanawiając  się  nad  wieloma  rzeczami,  pierwszy  raz  od 

opuszczenia  River's  Edge.  Mój  wzrok  błądził  po  tłumie,  nagle  zauważyłam  wysokiego 

mężczyznę  o  szerokich  barkach  i  nierównych  blond  włosach.  Miał  około  metra 

dziewięćdziesięciu. Czy mógł to być Reyn? Czyżby przyjechał tu, żeby mnie odnaleźć? Serce 

zaczęło mi łomotać, puls szumiał jak coca-cola po otworzeniu butelki.

Wtedy się odwrócił. Wstrzymałam oddech, już szłam w jego stronę, zastanawiając się 

nad tym, co powiem, jak wyjaśnię moje zniknięcie, jak to wszystko obrócę w żart.

Jego  twarz,  kiedy  ją  zobaczyłam,  była  takim  rozczarowaniem,  że  mało  się  nie 

potknęłam. Była to twarz prawnika albo bankiera. Rysy miał łagodne, miękkie, oczy okrągłe, 

niebieskie i zwyczajne. Inne kobiety pewnie uznałyby go za przystojnego, ale był tak odległy 

od tego, co miałam nadzieję zobaczyć, że łzy niemal napłynęły mi do oczu.

A  kiedy  znów  się  odwrócił,  śmiejąc  się  z  czegoś,  co  ktoś  powiedział,  jego  plecy  i 

ramiona zupełnie nie przypominały pleców Reyna. Był zbyt zadbany, zbyt cywilizowany, miał 

zbyt  eleganckie  maniery  jak  na  Reyna  albo  kogoś  z  jego  świata.  Reyn  przedzierał  się  przez 

życie od ponad czterystu lat, co było widać w jego ostrych rysach, uniesionych kącikach oczu 

i malującym się na twarzy wyrazie nieustannej nieufności.

Nie zawsze wyglądał na nieufnego... 

Szampan  zalał  mi  ciepłem  żołądek  na  wspomnienie  twarzy  Reyna  ogarniętej 

pożądaniem,  jego  warg  pochylających  się  nad  moimi  i  silnymi  dłońmi,  przyciągającymi  mnie 

do  niego.  Atrakcyjny  wygląd  Reyna,  który  pragnął  zdobywać,  w  niczym  nie  przypominał 

mężczyzny brylującego w tłumie.

Twarz  mi  zapłonęła,  jakby  nagle  zrobiło  się  tu  gorąco,  zbyt  tłoczno,  za  jasno  i  zbyt 

głośno. Poszukałam Incy'ego i po chwili zauważyłam go stojącego obok pięknej dziewczyny. 

Uśmiechała się i szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w niego. Była niemal tak wysoka 

jak  on  i  miała  na  sobie  krótszą  sukienkę  niż  ja  -  liliową,  satynową  mini  bez  ramion,  przy 

dekolcie i u dołu wyszywaną kamieniami. Incy przysuwał się do niej, szeptał, a ona spuszczała 

wzrok, jakby jego słowa ją gorszyły i pociągały jednocześnie. Najprawdopodobniej tak było.

Kiedy  obserwowałam,  jak  szepcze  jej  do  ucha,  dostrzegłam,  że  oczy  jej  błyszczą  i 

pomyślałam  o  tym,  ile  musiała  wypić  i  czy  Incy  to  wykorzysta.  Widziałam,  jak  robił  to 

wcześniej, chociaż na ogół jego charyzma wystarczyła, żeby ludzie dobrowolnie padali mu do 

background image

stóp. W samym tym pomieszczeniu było pewnie ze trzydzieści osób, mężczyzn i kobiet, które 

z radością wróciłyby z nim do domu, gdyby zwyczajnie je poprosił.

Niemal  się  uśmiechnęłam,  kiedy  uprzytomniłam  sobie,  z  jaką  łatwością  Incy  był  w 

stanie przekonać łudzi do czegokolwiek. Nie byłabym w stanie zliczyć mandatów, od których 

się  wymigaliśmy,  zwrotów  pieniędzy  za  używane  przedmioty,  pokoi  hotelowych,  kiedy 

wszystko  było  zajęte.  Przekonywał  ludzi,  żeby  podzielili  się  swoimi  ubraniami,  pieniędzmi, 

koneksjami i wpływami tak długo, jak go znałam.

Wyprostowałam się, porażona niepokojącą myślą, i w tej właśnie chwili dziewczyna się 

osunęła.  Owszem,  wypiła  za  dużo.  Kiedy  patrzyłam,  jak  Incy  z  gracją  prowadzi  ją  na  małą 

brokatową  sofę  pod  ścianą,  pomyślałam:  Boże,  chyba  nie  ma  zamiaru  jej  stąd  porwać? 

Dokonał dobrego wyboru i byłam zadowolona. Uśmiechnął się, kiedy ostrożnie kładł jej głowę 

na oparciu sofy i wtedy właśnie to dostrzegłam: jego triumfalny uśmiech.

Przez kilka sekund nie rozumiałam. Później przeszedł mnie dreszcz, jakbym stała pod 

lodowcem.  Nieeee...  twarz  Incy'ego.  Jego  mina.  Dziewczyna  osunęła  się,  jej  pierś  poruszała 

się  nierówno  pod  wpływem  urywanego  oddechu.  Incy  wstał  i  spojrzał  z  góry  na  ofiarę. 

Oddychał  głęboko.  Oczy  miał  błyszczące,  skórę  lśniącą.  Wyglądał...  jak  my  wszyscy  po 

zakończonym kręgu w River's Edge: był pełen życia. Pełen magyi. Oddech utknął mi w gardle 

niczym kawałek drewna.

Wyglądało  na  to,  że  wykorzystał  na  niej  magyię,  na  zwykłym  człowieku.  Zarówno 

ludzie, jak i rzeczy posiadali swoją moc, niezależnie od tego, czy byli nieśmiertelnymi, czy nie. 

Oczywiście  nieśmiertelni  mieli  jej  o  wiele  więcej.  Incy  wymruczał  dziewczynie  do  ucha 

zaklęcie i odebrał jej moc. Nie byłam pewna, nie miałam namacalnego dowodu, ale coś w głębi 

duszy mówiło mi: tak, to właśnie zrobił.

Przez  minutę  stałam  jak  jedna  z  rzeźb  o  zawyżonej  cenie,  trzymając  kieliszek  w 

połowie  drogi  do  ust.  Incy  wydawał  się  tak  inny.  Wydawał  się  w  porządku  i  nie  wyglądał 

wcale na złego. Czyżby był tak mroczny, jak wcześniej podejrzewałam? Co robił? Ruszyłam w 

ich  stronę,  ale  drogę  zagrodziła  mi  mała  grupka  ludzi  otaczająca  obraz,  o  którym  ktoś 

opowiadał. Zerknęłam i zobaczyłam, że Incy oddala się od dziewczyny. Ciekawe, czy żyła. A 

może ją zabił? Przybierający na sile sygnał alarmowy zagłuszył przyjemne wrażenie wywołane 

alkoholem,  kiedy  usiłowałam  przecisnąć  się  między  dwoma  mężczyznami  w  garniturach.  Co 

background image

zrobię, jeżeli dziewczyna nie żyje? Co zrobię, jeżeli okaże się, że można ją uratować magyia, 

której nie znam?

W końcu przedarłam się przez tłum, dostrzegłam dwie dziewczyny pochylające się nad 

koleżanką, szarpiące ją za ramię. Dziewczyna na kanapie zamrugała powoli i z trudem usiadła. 

Zwolniłam kroku. Żyła. Przyjaciółki się z niej śmiały, drocząc się z nią, że za dużo wypiła, a 

ona  po  prostu  kręciła  głową  i  wyglądała  na  zdezorientowaną.  Usłyszałam,  jak  jedna  z 

dziewczyn radzi jej:

- Weź taksówkę i idź do łóżka, głupolu.

Miałam  nadzieję,  że  nic  jej  nie  będzie.  Wstała  i  przy  pomocy  przyjaciółek  wyszła  z 

galerii na własnych nogach.

Nie  wiedziałam,  jak będzie się czuć jutro. Nie  wiedziałam,  jak Incy  się  tego  nauczył. 

Nie wiedziałam, jak będę mogła z tym żyć. I co powinnam teraz zrobić?

background image

Rozdział 20

Tej nocy, tradycyjnie, śniły mi się osoby, których nie było przy mnie - przyśniło mi się 

River's  Edge.  Stałam  przy  płocie,  który  chronił  warzywniak  przed  jeleniami.  Byłam  ubrana 

cała  na  czarno,  w  stare  motocyklowe  buty,  te  same,  które  na  pięcie  miały  skrytkę  na  mój 

tarak-sin. We śnie czułam ciężar i ciepło amuletu, promieniujące od pięty w górę nogi.

Przyglądałam  się,  jak  River  i  Reyn  pracują  nad  starym  czerwonym  pikapem,  który 

wyglądał,  jakby  był  z  początku  lat  sześćdziesiątych.  Może  i  był.  River  siedziała  na  miejscu 

kierowcy  i  wychylała  się  przez  okno,  żeby  słyszeć  polecenia.  Reyn  pochylał  się  nad  otwartą 

maską  i  coś  naprawiał.  Widziałam,  jak  ze  sobą  rozmawiają,  ale  nie  słyszałam,  co  mówią. 

Oparłam  się  o  płot,  siląc  się  na  nonszalancję,  i  czekałam,  aż  mnie  zobaczą,  żebym  mogła 

utrzeć im nosa.

Miałam  zamiar  wyglądać  na  lekko  zaskoczoną,  kiedy  się  do  mnie  odezwą,  a  później 

okazać chłód i zupełny brak zainteresowania, gdy będą mnie prosić, żebym wróciła. Chciałam 

im powiedzieć, że znam lepsze miejsca na świecie i lepszych ludzi. I że czekam na przyjaciela. 

Na pewno będą rozczarowani i przygnębieni.

Później podjedzie samochód, wsiądę na ciemne tylne siedzenie i rzucę: Adios.

Tylko że oni w ogóle mnie nie zauważyli. Stałam przy płocie, aż rozbolały mnie nogi i 

całe ciało, a oni nawet się nie odwrócili.

Podeszłam  bliżej, cały czas  udając,  że mi  na nich nie  zależy. Czekałam  aż ich  twarze 

się rozpromienia na mój widok, wtedy i ja bym się uśmiechnęła.

Czułam  wibracje  silnika,  kiedy  River  próbowała  go  odpalić,  ale  nic  nie  słyszałam. 

Byłam w kokonie ciszy, odseparowana od wszystkiego.

Podeszłam  jeszcze  bliżej,  zapominając  o  udawanej  nonszalancji.  Odezwałam  się  do 

nich,  ale  z  moich  ust  nie  wydobył  się  żaden  dźwięk.  Usiłowałam  chwycić  Reyna  za  rękę,  i 

chociaż  widziałam,  że  wyciągam  dłoń,  nie  mogłam  go  dosięgnąć.  Teraz  już  krzyczałam, 

usiłowałam  walnąć  pięścią  w  ciężarówkę,  chwycić  River  za  ramię,  uderzyć  Reyna,  ale  bez 

rezultatu. Byłam sama, na nikogo nie miałam wpływu.

Obudziłam się z mokrą twarzą, bólem gardła i wszystkich mięśni, tak jakbym stała na 

polu wiele godzin.

background image

Nie  miałam  pojęcia,  co  miał  oznaczać  ten  sen.  Jeżeli  przyjdzie  wam  coś  do  głowy, 

dajcie mi znać.

- Jaka dziewczyna? - Na twarzy Incy'ego malowało się szczere, prawdziwe zmieszanie.

- Ta z galerii, z zeszłego wieczoru - powiedziałam.

- Jakiej galerii?

- Wydaje mi się, że wczoraj byliśmy tylko w jednej - zauważyłam.

Jego wzrok odszukał moje spojrzenie. Nie był przyzwyczajony, że wypytuję go o  to, 

co  robi.  Jeszcze  parę  miesięcy  temu  wszystko,  co  robił,  wydawało  mi  się  dość  zabawne. 

Kiedyś  byłam  beztroska,  uległa,  nie  oceniałam.  Nieznajomych  traktowałam  z  irytującą 

szorstkością, co w pełni ujawniło się w River's Edge. Ale nigdy nie zachowywałam się tak w 

stosunku do Innocencia.

- Dobra, jaka dziewczyna? - Całkowita dezorientacja. Zmarszczone czoło.

Siedzieliśmy  w  moim  pokoju,  za  zamkniętymi  drzwiami.  Nie  chciałam  konfrontacji  z 

Incym  w  obecności  innych.  Ciągle  miałam  wrażenie,  że  jestem  wyobcowana.  Mimo  że 

należałam  do tej grupy  od kilku dziesięcioleci,  nie czułam  się już  wśród nich swobodnie.  Na 

pewno  było  to  tylko  przejściowe,  taki  wytwór  mojej  wyobraźni.  Ale  nie  chciałam  robić 

żadnych scen.

Zmierzchało,  szykowaliśmy  się  na  kolację.  Rano  obudziłam  się  otumaniona  snem,  a 

potem na dodatek uświadomiłam sobie, że mój tarak-sin został u River. Wcześniej nie miałam 

pojęcia,  jaka  jest  jego  tradycyjna  nazwa  -  dla  mnie  od  zawsze  był  amuletem  matki.  Teraz, 

kiedy wiedziałam, czułam się bez niego jeszcze bardziej zagubiona. Mogłabym spróbować go 

odzyskać. Na pewno.

Ale  czy  powinnam?  Był  mroczny.  Spotęgowałby  tylko  moją  ciemność.  Byłam  o  tym 

przekonana.

Tęskniłam za nim, ale bałam się jego mocy. Ech...

Potem  niepokój  i  przerażenie  z  powodu  tego,  co  Incy  zrobił  zeszłego  wieczoru, 

sprawiły, że poczułam się jeszcze gorzej. W nocy nie miałam okazji go o to spytać, bo poszedł 

z Katy do klubu. Ja nie miałam ochoty na towarzystwo i wróciłam do hotelu. Nie wiedziałam, 

co w tym czasie robili Boz, Cicely i Stratton.

Jednak  nie  uciekłam  z  Bostonu.  Nie  wsiadłam  w  pierwszy  lepszy  samolot.  Starałam 

się...  przestać  uciekać.  Ale  zastanawiałam  się  nad  wszystkim  całe  popołudnie,  aż  w  końcu 

background image

postanowiłam  zrobić  pożytek  z  tego,  czego  się  nauczyłam  w  Riyer's  End  -  miałam  zamiar 

doprowadzić do konfrontacji, zamiast ignorować problem w złości i w milczeniu. Dobra jest, 

River!  Ale  nie  było  to  wcale  proste.  Przez  cały  dzień  zastanawiałam  się,  jak  przeprowadzić 

rozmowę z Incym. Z jednej strony czułam, że muszę to zrobić, z drugiej - bałam się skutków. 

Nie żebyśmy nigdy wcześniej się nie kłócili. Owszem, kłóciliśmy się. I zawsze się godziliśmy. 

Ale  na  ogół  pozwalaliśmy,  żeby  drugie  robiło  to,  na  co  ma  ochotę.  Unikaliśmy  pouczania  i 

zadawania  pytań.  Może  jednak  było  tak  tylko  dlatego,  że  wolałam  nie  wiedzieć,  co  on 

rzeczywiście robi.

Usiadłam  na  buduarowym  fotelu  w  łazience  i  włożyłam  piękne  wysokie  szpile  w 

panterkę  z  wyciętym  palcem  i  jaskrawo  różową  lamówką  Manola  Blahnika.  Jak  tylko  znów 

zacznę uczyć się magyi, na pewno poznam parę zaklęć przeciw pęcherzom.

Ociągałam  się.  Przećwiczyłam,  co chcę  powiedzieć, ale teraz wszystko  wydawało  mi 

się zbyt  brutalne. Część mnie  chciała  o tym  nie  myśleć, nie przejmować się  tym, udawać,  że 

wszystko jest w porządku. Dawniej tak właśnie bym zrobiła. Ale wiecie, Ewa zjadła owoc z 

drzewa poznania, bla, bla, bla...

Używając metafory - weszłam w kostium dużej dziewczynki.

- Incy. Zeszłego wieczoru widziałam, jak szeptałeś do ucha dziewczynie...

Uśmiechnął się do siebie w lustrze i przygładził włosy.

-  Zeszłego  wieczoru  szeptałem  do  ucha  wielu  dziewczynom.  A właśnie,  mówiłem  ci, 

kogo widziałem w Carly's? Byłaś w barze Carly's? Maleńki, zapuszczony i idealny...

-  Tej  wysokiej,  w  liliowej  sukience  bez  ramion  -  przerwałam  mu.  -  Szeptałeś  jej  do 

ucha,  a  ona  się  uśmiechała,  a  potem  oczy  zaszły  jej  mgłą  i  osunęła  się  na  kanapę.  Kiedy  się 

wyprostowałeś, wyglądałeś tak, jakbyś właśnie wypił... napój energetyzujący czy coś takiego.

- Napój energetyzujący? - Przechylił głowę. - Są puskudne. Próbowałaś ich kiedyś? Po 

co miałbym coś takiego pić?

Wzięłam oddech, czując narastający niepokój wywołany tym, że tak go naciskam.

- Innocencio. - Siliłam się na łagodny ton. Może potrzebował pomocy, jak ja? Uratuję 

go, a za sto lat oboje będziemy się z tego śmiali. Może. - Posłużyłeś się magyia, żeby przejąć 

siły życiowe tej dziewczyny, jej czi... żeby się wzmocnić. Wyssałeś z niej energię.

Innocencio  przyglądał  mi  się  nieruchomym  wzrokiem  -  wpatrywaliśmy  się  w  siebie 

przenikliwie.  Jak to  możliwe, że przez sto  lat  nie  zauważyłam  głębi  jego  oczu? W tej  chwili 

background image

wyczułam,  że  nasza  więź  właśnie  się  zmienia.  Miałam  wrażenie,  że  atmosfera  wokół  nas 

gęstnieje, staje się niemal elektryzująca, a Incy chyba nabrał do mnie lekkiej rezerwy.

- Nasty. Nie wiem, o czym mówisz. - Nie było w nim cienia fałszu. Był przekonujący, 

spoglądał  mi  prosto  w  oczy.  Sama  jestem  pierwszorzędną  kłamczucha  i  kłamstwo  potrafię 

wyczuć  na  kilometr. Teraz  jednak  nie  umiałam rozgryźć  mojego  przyjaciela.  Było to bardzo 

dziwne. Incy zmarszczył brwi. - Czekaj, chodzi ci o tę pijaną dziewczynę? - spytał.

-  Nie  była  pijana.  -  Wstałam  i  spojrzałam  na  siebie  w  lustrze,  przeczesując  palcami 

włosy  jak  z  komiksu.  Dziś  miałam  na  sobie  jaskraworóżowy  satynowy  kombinezon  od 

Alexandra  Wanga,  z  kapturem  i  bez  rękawów  i  szeroki  pasek  w  cętki  leoparda  z  trzema 

klamrami.  Dzięki  dziesięciocentymetrowym  obcasom  osiągnęłam  słuszny  wzrost  metra 

sześćdziesięciu  ośmiu.  Wyglądałam  jak  typowa  imprezowiczka  cierpiąca  na  nadmiar 

pieniędzy.  Gdyby  ktokolwiek  z  River's  Edge  mnie  teraz  zobaczył...  Pewnie  zadałby  sobie 

pytanie, po co w ogóle zawracali sobie mną głowę.

-  W  porządku,  nie  była  pijana,  ale  stokrotka,  którą  połknęła,  nie  podziałała  na  nią 

dobrze. - Przysunął się do lustra i przejechał dłonią po twarzy, żeby sprawdzić, czy powinien 

się ogolić.

- Co chcesz powiedzieć?

- Namawiałem ją, żeby nie brała, bo będzie miała więcej radości z moich skarbów, że 

tak powiem, a ona zachichotała i odparła, że już za późno, bo stokrotka może w każdej chwili 

zacząć  działać.  I faktycznie,  zadziałała  jak  się  patrzy. -  Wzruszył  ramionami,  jednym palcem 

wygładzając sobie gęste, czarne brwi. - Zająłem się ciekawszymi wyzwaniami.

Stokrotka była bardzo  silnym narkotykiem, popularnym w klubach. Nazwano go tak, 

bo przypominał stokrotkę,  okrągła, żółta w  środku  i biała  na obrzeżu. Mogła zwalić z  nóg i 

sprawić, że każdy stawał się uległy i bezwolny.

O ile ją wzięła.

Intuicja  podpowiadała  mi,  że  Incy  użył  wobec  niej  magyi  -  w  ciągu  ostatnich  dwóch 

miesięcy  widziałam,  jak  działa.  Byłam  pewna,  że  Incy  jej  użył.  Potrafiłam  wyczuć  energię 

człowieka  zbliżającego  się  do  mnie  albo  stojącego  przed  moim  pokojem,  wyczuwałam  to 

samo 

ożywienie 

pomieszczeniu, 

którym 

uprawiano 

magyię. 

Byłam  też  czuła  na  mroczną  moc  promieniującą  od  mojego tarak-sinu.  Kiedy  mieszkałam  u 

River, wszystkie moje zmysły zostały rozbudzone, rozwinięte. A ja im ufałam.

background image

-  Dobrze,  powiedzmy,  że  wzięła  stokrotkę. -  Włożyłam  do  uszu  perłowe  kolczyki  w 

kształcie  półksiężyców.  Mój  szmaragdowy  pierścień  zamigotał  w  sufitowym  świetle,  kiedy 

zatrzaskiwałam zapięcie. Incy oparł się o futrynę łazienki, słuchając mnie z pobłażaniem. Miał 

na sobie spodnie od Johna Varvatosa i marynarski sweter w pasy. - To nie wyjaśnia tego, że 

zachowywałeś się tak, jakbyś był... pełen magyi, pełen mocy.

Innocencio uśmiechnął się swobodnie i stanął za mną. Położył mi ręce na ramionach.

Patrzyliśmy na siebie w lustrze.

-  Cóż,  dziękuję  ci,  moja  droga,  za  taki  komplement.  Chciałbym  w  to  wierzyć,  ale 

obawiam  się,  że  to  pewnie  whisky,  którą  wypiłem,  połączona  z  dość  słabo  działającą 

klimatyzacją  w  galerii.  Wydawało  mi  się,  że  widziałem  wielu  dziwnie  lśniących  i  spoconych 

ludzi, jeżeli wiesz, co mam na myśli.

Co  za  proste  wyjaśnienie.  Pewnie  kiedyś  dałabym  się  nabrać,  gdybym  w  ogóle 

odważyła  się  o  coś  takiego  zapytać.  Znów  otworzyłam  usta,  ale  on  pochylił  się,  wyciągnął 

rękę i delikatnie położył mi palec na ustach.

- Nasty, martwisz się o mnie? - spytał łagodnie. - Tak, jak ja martwiłem się o ciebie? - 

Spojrzał  mi  w  oczy,  a  ja  zobaczyłam  lśniącą  w  nich  miłość.  Nie  miałam  najmniejszej 

wątpliwości.  -  Nie  jestem  w  stanie  wyrazić,  ile  to  dla  mnie  znaczy,  jak  bardzo  mi  tego 

brakowało. Martwisz się o mnie. Nie chcesz, żebym wpakował się w kłopoty. Chcesz, żebym 

był... brak mi słowa... lepszym człowiekiem. Zgadza się?

-  Tak. -  Wypuściłam  powietrze. -  Chyba  tak. -  Czułam  się zdezorientowana  tą  nagłą 

zmianą tematu.

-  Dziękuję.  -  Pocałował  mnie  w  nagie  ramię.  -  Mając  ciebie  obok,  jestem  najlepszy, 

jaki  mogę  być.  Wiem  to.  Wróciłaś  i  mnie  pilnujesz.  Zależy  ci  na  mnie.  -  Sprawiał  wrażenie 

szczerze szczęśliwego z tego powodu.

-  Tak,  oczywiście.  Przecież  wiesz  -  powiedziałam,  ale  zdawałam  sobie  sprawę,  że 

rozmowa zeszła na niewłaściwy tor. - Chciałam powiedzieć...

Don't woryy, be happy - zacytował znaną piosenkę. Znów ścisnął mnie za ramiona i z 

rozpromienioną miną otworzył drzwi mojej sypialni. - Wszyscy gotowi?! - ryknął.

Spojrzałam  na  siebie  w  lustrze,  nie  wiedząc,  co  o  tym  myśleć.  Nie  poszło  tak,  jak 

planowałam.  Jakim  cudem  z  taką  łatwością  udało  mu  się  mnie  zbyć?  Pokręciłam  głową 

zdumiona, nadal gapiąc się w lustro.

background image

- Ty nic nie wiesz - wyszeptałam. Chwyciłam kaszmirowy szal i wyszłam do salonu.

W  salonie  była  cała  paczka.  Wszyscy  się  odstrzelili  oprócz  Strattona,  który  miał  na 

sobie starą bluzę i dżinsy, a gęste brązowe włosy rozkosznie potargane.

- Nie idziesz z nami? - spytałam.

- Nie - zaprzeczył. - Jest mecz. Dogrywka. Obejrzę na dole w Paddym. Załatwię sobie 

kogoś,  żeby  pomógł  mi  wrócić.  Ale  wy  macie  być  grzeczni.  -  Uśmiechnął  się  i  lekkim 

tanecznym krokiem podbiegł do drzwi apartamentu.

Nie  mogłam  powstrzymać  się  od  śmiechu.  Wyglądał  jak  wielki,  ładny  niedźwiedź, 

zwłaszcza  w  porównaniu  ze  szczupłym  Bozem  i  Incym.  Czułam  ulgę,  będąc  tu  z  innymi,  a 

najważniejsze, że nie musiałam już prowadzić trudnej rozmowy z Incym.

- Stratton, Amerykanin z ciebie pełną gębą - rzuciłam za nim.

Podrygując, wyszedł z apartamentu i usłyszeliśmy, jak śpiewa, kiedy szedł korytarzem.

- Od kiedy on tak lubi koszykówkę? - spytałam.

-  Boże,  przecież  nawet  ja  wiem,  że  chodzi  o  futbol  -  oznajmiła  Cicely  i  zapaliła 

papierosa.

- Dziwne. Zafascynował się amerykańskim futbolem.- Boz wziął parę ciastek z tacy z 

popołudniową herbatą i zjadł jedno. - Martwię się, że będzie chciał grać.

- Chyba nie masz nic przeciwko temu? - zapytałam. - Mógłby ostro grać i nie musiałby 

się przejmować kontuzjami.

-  Rugbiści.  -  Boz  podrzucił  ciastko  i  złapał  je  zręcznie.  -  Hura!  Dwa  punkty! 

Widzieliście?

-  No,  ty  miałeś  tylko  parę  wieków  na  to,  żeby  wyćwiczyć  ten  ruch  -  zauważyłam 

szyderczo, a on rzucił we mnie ciastkiem. Upadło mi na kolana, więc je zjadłam.

- W każdym razie, rugby - powiedział Boz. - W to mógłby grać. Bez tych ochraniaczy 

w pasie, na twarzy i tak dalej.

-  Nie  mogę  sobie  przypomnieć,  kiedy  ostatnio  się  tak  nudziłem  -  westchnął  Incy 

szyderczo,  idąc  w stronę  swojego  pokoju. -  Zadzwonię  w parę miejsc. Zawołajcie  mnie,  jak 

będziecie gotowi do wyjścia.

- Incy - odezwała się zaskoczona Cicely.

- Już jesteśmy gotowi - prychnęłam, ale drzwi się za nim zamknęły. Obrzuciłam Cicely 

i Boza zaskoczonym spojrzeniem. - Co z nim? Wyglądamy, jakbyśmy nie byli gotowi?

background image

Boz wzruszył ramionami. Incy ma humory. Uniosłam brwi i opadłam na sofę, unosząc 

stopy do góry. Jeszcze się nachodzę w tych cudownych narzędziach tortur w cętki leoparda, 

więc teraz lepiej oszczędzać stopy.

- Do kogo on dzwoni?

- A kto to może wiedzieć? - Cicely dopiła wino. - W zeszłym tygodniu spotkaliśmy u 

Clancy'ego parę osób.

Mało  nie  podskoczyłam.  To  właśnie  u  Clancy'ego  byłam  parę  miesięcy  temu,  kiedy 

usiłowałam zniknąć. Wpadłam tam na paru starych przyjaciół (starych - ha, ha) i powiedziałam 

wtedy Beatrice, że ukrywam się przed Incym, że to taka zabawa. Czyżby właśnie ją spotkali w 

zeszłym tygodniu? Co im powiedziała? To była ta sama noc, kiedy nasza przyjaciółka Kim za 

pomocą  magyi  uśmierciła  kilkadziesiąt  śpiewających  ptaków,  które  żyły  w  Bostonie.  To 

było...  groteskowe.  Obrzydliwe.  Zupełnie  nieodpowiednie  użycie  mocy.  Nawet  ja  to 

rozumiałam. Właśnie to przekonało mnie, żeby wrócić do River's Edge.

A skoro mowa o niewłaściwym użyciu mocy...

-  Czy  któreś  z  was  widziało  wczoraj  Incy'ego  z  tą  dziewczyną  w  galerii?  -  spytałam 

szeptem. Drzwi były zamknięte, ale wolałam uważać.

- Z którą? - spytała Katy. - Zawsze sporo się przy nim kręci. - Udała, że mdleje, a my 

się roześmieliśmy.

-  Z  tą  wysoką,  w  liliowej  sukience  -  dodałam.  -  Wydaje  mi  się,  że  widziałam...  to 

wyglądało tak, jakby Incy odprawiał nad nią magyię.

Cicely uniosła brwi.

- Jak? - spytała Katy.

- Moim zdaniem chciał odebrać jej moc. Nie wiem, jak to nazwać. W każdym razie za 

pomocą magyi można wyssać z kogoś energię i stać się silniejszym.

- Tak, jasne - zgodził się Boz, a ja mało nie spadłam z krzesła.

-  Wiesz  o  tym?  -  To  była  dla  mnie  niespodzianka.  Najwyraźniej  byłam 

niedoinformowana.

- Tak, słyszy się o tym. - Boz zmarszczył czoło. - Ale trzeba wiedzieć, jak to zrobić, a 

przede wszystkim trzeba mieć moc. Magyiczną moc. Daleko nam do czegoś takiego. Możemy 

ściągnąć  taksówkę  albo  sprawić,  żeby  ktoś  się  potknął.  -  Uśmiechnął  się  do  swoich 

wspomnień. - Ale żeby dokonać czegoś takiego, trzeba się uczyć wiele lat.

background image

- Wydaje mi się, że Incy'emu się udało - wyszeptałam i opisałam to, co widziałam, i to, 

że Incy powiedział mi, że dziewczyna zażyła stokrotkę.

- Czasami każdy stosuje małe sztuczki. - Cicely zrobiła lekceważącą minę.

- Zgadza się, małe - przyznałam. - Ale tu chodzi o większą.

- Hm, stokrotka. A tobie się  wydaje, że posłużył  się magyia? - spytał Boz ściszonym 

głosem. Skinęłam głową, niezadowolona z tej rozmowy. Czułam się jak zdrajca. Jak ktoś, kto 

wścibia  nos  w  nie  swoje  sprawy.  Czy  w  ogóle  mi  uwierzą,  biorąc  pod  uwagę  to,  że  parę 

miesięcy temu porzuciłam ich bez najmniejszych skrupułów?

Nigdy wcześniej nie zastanawiałabym się nad tym. Zapamiętale próbowałam odróżniać 

dobro od zła.

Boz usiadł i przeczesał ręką włosy, przez co tylko potargał je jeszcze bardziej. Zerknął 

na zamknięte drzwi Incy'ego, a później wymienił spojrzenia z Katy.

- Przyznaję, że wydaje mi się, że... Incy ostatnio przesadza - szepnął.

- Co masz na myśli? - Lekki dreszcz przerażenia przebiegi mi po kręgosłupie.

- Znowu to samo - wymruczała Cicely.

-  Wydaje  się  bardziej...  nierozważny  -  tłumaczył  Boz  nieco  skrępowany,  ignorując 

uwagę  Cicely.  -  Jak  z  tamtym  taksówkarzem  zeszłej  jesieni.  Głupio  ryzykuje.  Czasami  w 

bardzo niebezpieczny sposób. Przesadny, nawet dla mnie - roześmiał się nerwowo.

-  Mówiłam  ci,  że  przesadzasz  -  powtórzyła  Cicely,  najwyraźniej  poirytowana.  -  Incy 

po prostu lubi się bawić. Parę rzeczy potoczyło się źle, ale tak to już bywa. To nie była jego 

wina.

Boz  wyglądał  tak,  jakby  miał  zamiar  zacząć  się  z  nią  sprzeczać,  a  ja  odniosłam 

wrażenie, że rozmawiali już o tym wcześniej.

- Co się źle potoczyło? - spytałam.

- Po prostu ciągle mu mało. - Boz pokręcił głową. - Zawsze wykorzystywał ludzi, ale 

teraz... traktuje ich tak, jakby w ogóle nie byli ludźmi.

Boz  był  mistrzem  wykorzystywania.  Jeżeli  już  nawet  on  czuł,  że  Incy  przekroczył 

granicę, było to naprawdę przerażające.

-  Raz  była  akcja  z  bezdomnym  psem.  Nie  zrobił  mu  krzywdy,  ale  zmuszał  go...  do 

różnych  rzeczy,  żeby  było  śmiesznie.  Nie  wiem.  -  Boz  wyglądał  tak,  jakby  powoli 

odechciewało  mu  się  o  tym  rozmawiać.  -  Wydaje  się  odmieniony,  ale  nie  dam  sobie  głowy 

background image

uciąć. Od twojego powrotu jest jednak o wiele lepszy. - Uśmiechnął się do mnie. - Może miał 

tylko taki etap.

-  Ja  też  się  martwiłam  -  wtrąciła  się  niemal  szeptem  Katy.  -  To  znaczy,  wszyscy  w 

pewnym stopniu jesteśmy szaleni, ale chyba nie jesteśmy stuknięci. Ale tutaj jest naprawdę...

- Idiotyczne. - Głos Cicely był ostry. - Incy jest taki sam, jaki był zawsze: szuka dobrej 

zabawy. Jak my wszyscy. Nie wiem, co się z wami dzieje.

- Ja też nie wiem, co się z wami dzieje. - Podskoczyłam na głos Incy'ego i zobaczyłam, 

że  stoi  w  drzwiach  swojego  pokoju.  A  przecież  zanim  mrugnęłam,  drzwi  były  na  pewno 

zamknięte. Jakim cudem zdążył otworzyć je tak szybko i niepostrzeżenie? Podsłuchiwał nas? 

Twarz miał surową, oczy zimne. -  Nie mogę uwierzyć, że siedzicie tu sobie i rozmawiacie o 

mnie za moimi plecami! - Pomyślałabym, że żartuje i  odstawia przedstawienie, ale naprawdę 

wyglądał na zdenerwowanego.

- A o czym  innym mielibyśmy  rozmawiać? - powiedziałam  swobodnie,  udając, że nie 

dostrzegam  jego  złości.  Zawsze  był  w  gorącej  wodzie  kąpany,  szybko  wybuchał  i  jeszcze 

szybciej  się  uspokajał.  Wiedziałam,  jak  sobie  z  tym  radzić.  -  Ty  jesteś  najbardziej 

interesującym tematem.

Wahał się przez chwilę, twarz mu złagodniała, ale po chwili znów się zachmurzyła.

-  Ale  nie  rozmawialiście  o  tym,  że  jestem  przystojny  czy  czarujący  ani  o  tym,  że 

wyglądam najmłodziej z was wszystkich - rzucił kpiąco. - Mówiliście, że się o mnie martwicie. 

Że przekraczam granice. Jakie granice? Dlaczego wszyscy na mnie wsiedliście?

Wygląda  najmłodziej...?  O  co  tu  chodzi,  do  cholery?  Przecież  wszyscy  wyglądamy 

młodo. Dla nas wszystkich czas się zatrzymał.

- Nie wsiedliśmy na ciebie - zauważyła Cicely i rzuciła mi rozzłoszczone spojrzenie.

- Jakie granice? - spytał znów Incy. - Podajcie mi przykład. - Od mojego powrotu był 

słodki, niemal czuły, ale teraz wyglądał na wściekłego i nieugiętego.

Boz wstał powoli, żeby pokazać, że jest o parę centymetrów wyższy od Incy'ego.

-  Wyluzuj,  chłopie  -  westchnął.  -  Nie  ma  żadnej  konspiracji.  Rozmawiamy  jak 

przyjaciele o jednym z nas.

- Zgadza się, rozmawiacie o... - Incy syknął ze ściśniętym gardłem, mrużąc oczy. - A 

nie: z... Skoro rzeczywiście tak się o mnie martwicie, dlaczego po prostu nie porozmawialiście 

ze mną? Dlaczego musicie to robić za moimi plecami? Dlaczego tak mi zazdrościcie?

background image

- Zazdrościmy? Co ty wygadujesz? - spytała Katy.

- Dobrze wiesz, o czym mówię - zwrócił się Incy do Katy. - Obgadujecie mnie od paru 

tygodni, twierdzicie, że jestem stuknięty, mroczny, że robię złe rzeczy.

- Wcale nie... - zaczęła Katy z szeroko otwartymi oczami.

-  Przestań!  Po  prostu  przestań!  -  Głos  Incy'ego  wypełnił  hotelowy  pokój.  Gdyby  był 

zwykłym  człowiekiem,  zastanawiałabym  się,  czy  czegoś  nie  wziął.  Ale  większość  używek, 

oprócz  alkoholu,  źle  na  nas  wpływała.  -  Dobrze  wiecie,  że  ja  się  rozwijam!  A  wy  nie. 

Zmierzacie donikąd. - Spacerował po pokoju. - Ja tylko pragnę, żebyśmy trzymali się razem, 

jak za dawnych czasów. Ale wy nie chcecie iść ze mną. Jesteście zazdrośni. - Odwróci! się i 

spojrzał na nas czarnymi oczami miotającymi ogniem. Wyprostowałam się lekko. Owszem, to 

było dziwne. Incy był zdenerwowany i mówił jak paranoik.

Czyżby  naprawdę  był  stuknięty,  mroczny  i  robił  złe  rzeczy?  Czyżby  uprawiał  czarną 

magyię, tak jak podejrzewałam, i to miało na niego taki wpływ? Jego kroki były gwałtowne, 

nerwowe,  niczym  kroki  szaleńca.  Widziałam  już  wcześniej,  jak  zaciska  pięści,  kiedy  sprawy 

toczyły się nie po jego myśli. Rzucał przedmiotami, klął na nieznajomych i wykrzykiwał..

Podchodziłam  do  tego  ze  spokojem,  czasami  nawet  wydawało  mi  się  to  zabawne: 

zepsuty Incy. Ale nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Tylko w moich snach. W wizjach. 

Przypomniały mi się rozczłonkowane ciała, ognisko z kości.

Może...  Czy  to  możliwe,  że  znalazłam  się  tutaj,  żeby  temu  zapobiec?  Że  wszystko 

sprowadziło mnie tu, żebym pomogła? Może Incy był już na skraju, a ja miałam go odciągnąć 

od przepaści?

Raczej  nie  wierzyłam  w  takie  przeznaczenie,  ale  myśl,  że  znalazłam  się  tu  celowo  o 

wiele  bardziej  mnie  uspokajała  niż  bezcelowe  zastanawianie  się  nad  czymś,  na  co  i  tak  nie 

miałam wpływu.

-  O,  Panie.  -  Usiłowałam  udawać  znudzenie,  starając  się  zapanować  nad  nerwami. 

Zawsze  potrafiłam  go  uspokoić  i  choć  sytuacja  wydawała  się  beznadziejna,  nie  zamierzałam 

rezygnować.  Wzięłam  kolejne  ciastko  z  tacy  i  przesunęłam  się,  żeby  dać  sobie  sekundę  na 

myślenie. - Incy, opanuj się.

Incy odwrócił się na pięcie.

- Ty! - krzyknął. - Wierzyłem ci!

Uniosłam lekko brwi, pokazując, że nie jest warty ich pełnego uniesienia.

background image

- Tak. Ale słuchaj, nie powiem, rozmawianie o tobie jest fascynujące. Sprawiało mi to 

przyjemność,  mimo  że  cię  przy  tym  nie  było.  Ale  oczywiście  nie  tak  wielką,  jak 

wysłuchiwanie,  jak  nawijasz  o  sobie.  -  Włożyłam  do  ust  resztkę  ciastka  i  przeciągnęłam  się, 

wyginając plecy przez poręcz sofy.

- Kocham cię - niemal wyszeptał. - Dlaczego zwróciłaś się przeciwko mnie?

Uniósł  pięści  i  nerwowo  uderzył  w  ścianę  za  sobą,  nie  na  tyle  mocno,  żeby  ją 

uszkodzić.

-  Nikt  się  przeciwko  tobie  nie  zwrócił.  -  Jezu,  on  naprawdę  oszalał.  Zawsze 

zachowywał się tak, jakby wiedział, że wszyscy go kochają i są pod wpływem jego uroku.

- Myślisz, że jestem zły. - Spojrzał na mnie smutno. - Myślisz, że zwariowałem.

Dobra, można mnie uznać oficjalnie za zmartwioną. Wiedziałam jednak jedno - do tej 

pory nigdy tak nie wariował, przez ten cały czas, kiedy go znałam. Przypomniałam sobie, jak 

River do mnie dotarła, mimo że byłam nieznośna. Jaka była spokojna i tolerancyjna. Wróciłam, 

żeby być  z  Incym, moim przyjacielem. Nie skreślę go  tylko  dlatego, że coś  się z nim  dzieje. 

Chciałam  ofiarować  mu  pomoc,  tak  jak  River  pomogła  mnie.  Chciałam,  żeby  dzięki  mnie 

odmieniło się jego życie, chociaż w przypadku Meriwether i Dray poszło mi nie najlepiej. Nie 

wspominając o mnie samej.

Boz,  Katy  i  Cicely  wyglądali  na  zdenerwowanych  i  skrępowanych.  Odniosłam 

wrażenie,  że  musiał  tak  się  zachowywać  podczas  mojej  nieobecności,  a  przecież  tylko  ja 

umiałam sobie radzić z jego wybuchami.

- My... szczerze mówiąc, myślimy, że jesteś trochę zarozumiały - odezwałam się. - Ale 

zły?  Ty?  Na  najbardziej  złego  wyglądałeś,  kiedy  założyłeś  hippisowskie  sandały  do  tamtego 

wspaniałego  kostiumu  rekina.  A  stuknięty?  -  Postukałam  palcem  w  policzek,  udając,  że  się 

zastanawiam. - Zgoda, stuknięty może i jesteś. Nie jesz owoców. Ty w ogóle ich nie znosisz, a 

przecież  lubi  je  chyba  każdy.  Widziałam,  jak  zlizujesz  czekoladę  z  truskawki,  którą  później 

odłożyłeś  z  niesmakiem.  Byłeś  na  Polinezji  Francuskiej,  ziemi  cudów,  pełnej  owoców,  a  ty 

wsuwałeś  krakersy.  To,  owszem,  wskazuje  na  pewne  zaburzenia  pod  pokrywką.  Ale  to...  - 

zatoczyłam dłonią dookoła. - To całe przedstawienie, ten teatr? Chciałbyś.

Incy  wyglądał  na  dość  zaskoczonego.  Och,  prawdę  mówiąc,  widziałam  go  bardziej 

złego.  Bardziej  mrocznego  niż  przypuszczałam,  wtedy.  Ale  teraz  musiałam  powstrzymać 

lawinę złych myśli.

background image

Boz poruszył się na krześle, przyglądając mi się. Katy wyglądała tak, jakby wolała być 

gdzieś indziej. Cicely była wściekła.

-  A  jeżeli  już  skończyłeś  ten  żałosny  cyrk,  to  jestem  głodna.  -  Opuściłam  nogi  na 

podłogę i spojrzałam na niego. - Skończyłeś? Te gadki o byciu złym i co tam jeszcze?

Jak  za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki  z  jego  twarzy  zniknęły  złość  i  smutek. 

Zamrugał  parę  razy  i  rozejrzał  się  po  pokoju,  jakby  usiłował  odzyskać  orientację.  Miałam 

ochotę  położyć się z  mokrym  okładem  na  głowie.  Musiałam dojść, o co  chodzi, i pomyśleć, 

czy jestem w stanie coś z tym zrobić. Może dałoby się go zawieźć do ciotki River, Louisette, 

do Kanady? I czy w ogóle jest z nim aż tak źle? Nie wiedziałam, ile z tego wszystkiego należy 

przypisać dramatyzmowi Incy'ego, a czego tak naprawdę trzeba się obawiać.

Incy  przełknął  ślinę.  Był  bledszy,  ale  bardziej  podobny  do  siebie.  Podszedł  do 

drzwiczek barku i nalał sobie trochę szkockiej. Wychylił jednym haustem. Alkohol na pewno 

mu  pomoże.  Później  znowu  się  rozejrzał  i  utkwił  we  mnie  wzrok.  Odwzajemniłam  jego 

spojrzenie z cierpliwością widoczną na twarzy.

- Och, Nas. - Podszedł do mnie. Uklęknął na podłodze przy moich stopach i ujął jedną 

moją  dłoń.  Miałam  ochotę  odskoczyć,  kiedy  poczułam  jego  dotyk.  Przeraziło  mnie  to. 

Roześmiał się ponuro i lekko pokręcił głową. - Dzięki Bogu, że tu jesteś. Widzisz, jak bardzo 

cię  potrzebuję?  Tylko  ty  mnie  rozumiesz.  -  Wydawało  mi  się,  że  słyszę  cichy,  pełen  złości 

kaszel.  Dłoń  Incy'ego  była  zimna  i  lepka;  pot  zmoczył  mu  czoło  i  skronie.  Oparł  głowę  na 

moich kolanach. -  Tak bardzo za  tobą tęskniłem. Po prostu lepiej  mi, kiedy tu jesteś. Dzięki 

tobie czuję się człowiekiem.

- Oj - odezwała się Katy.

- Wiesz, co chcę powiedzieć. - Incy uniósł głowę. - Normalnym. Prawdziwym.

Przeraziłam się nie na żarty.

-  Miło  mi  to  słyszeć  -  zaśmiałam  się.  -  Naszym  celem  jest  zadowolenie.  A  dźwięk, 

który słyszysz, to burczenie w moim brzuchu.

Roześmiał  się.  Wyglądał  zupełnie  jak  dawny  Incy.  Wstał  z  podłogi.  Wyjął  jedwabną 

chusteczkę z kieszeni marynarki wiszącej na oparciu krzesła i delikatnie otarł sobie twarz.

Andiamo - powiedział, a potem wziął marynarkę i poszedł do drzwi.

Boz  i  Katy  spojrzeli  mi  w  oczy.  Uniosłam  brwi  pytająco.  Ich  zdaniem,  to  nie  był 

koniec. Moim też nie.

background image

Rozdział 21

-  Naprawdę?  Tak  myślisz,  kochanie?  -  Wdowa  Barker  zamrugała,  patrząc  na  mnie 

spoza swoich okularów o kocim kształcie.

Uniosłam  dłonie  i  zaczęłam  nimi  machać  -  cała  ta  formalna  rozmowa  przyprawiała 

mnie o lekki ból głowy.

-  Nawet  sobie  pani  nie  wyobraża,  pani  Barker  -  mówiłam.  -  A  tak  między  nami, 

wolałabym czytać gazetę nad basenem w Beauforfs Motel.

Słowo: "motel" z moim południowym akcentem miało trzy sylaby: Mo-tay-el.

-  Ci  mężczyźni,  zawsze  się  na  coś  wściekają  -  wyznała  wdowa  i  obie  się 

roześmiałyśmy. Wstała i zdjęła dzbanek od przelewowego ekspresu do kawy ze staromodnego 

piecyka. Podsunęłam filiżankę, a ona napełniła ją kawą, tak gęstą i czarną jak produkt, którym 

byłam zainteresowana: teksańska ropa.

Był  rok  1956 i  w  południowo-wschodnim  Teksasie  ropa  płynęła  już  od  czterdziestu 

lat.  Teraz  niektórzy  spekulowali,  że  złoża  łupków  ciągną  się  dalej  na  zachód,  niż  się 

spodziewano. Przeżyłam kalifornijską gorączkę złota w 1849 roku, która okazała się dla mnie 

bardzo  pomyślna.  Tym  razem  chciałam  być  właścicielką,  a  nie  zwykłym  posiadaczem 

dodatkowych  zasobów.  Dlatego  właśnie  starałam  się  wykupić  od  wdowy  Barker  prawa  do 

wydobycia ropy i minerałów, i to za parę groszy.

To  nie  był  najlepszy  czas  dla  tej  kobiety.  Surowe  kamienne  pomniki  w  ogrodzie 

pokazywały,  że  pochowała  dwóch  mężów  i  czterech  synów.  Pomyślałabym,  że  nie  lubi 

mężczyzn, gdybym nie wiedziała, że synowie zginęli podczas II wojny światowej; jej pierwszy 

mąż  uciekł  i  zapił  się  na  śmierć,  a  drugi  stoczył  się  ze  stromego  zbocza  na  północnym 

pastwisku, zaledwie dwa lata temu.

Teraz żyła z marnej rządowej emerytury, co dało się zauważyć: jedyną nową rzeczą w 

zasięgu  wzroku  były  różowe  okulary  z  kryształem  górskim  w  rogach.  Małego  wiejskiego 

domku  nie  malowano  od  dziesięcioleci,  gdzieniegdzie  tylko  ze  zniszczonych  szarych  desek 

zwisały białe płaty farby. Piecyk był, jak wspomniałam, staromodny, rozpalało się go starymi 

kolbami kukurydzy pastewnej, którą jej drugi mąż uprawiał tu przez trzydzieści lat.

-  Ale  dlaczego  pani  kuzyn  uważa,  że  to  dobre  miejsce  dla  pani  matki?  -  spytała 

wdowa, siadając przy odrapanym drewnianym stole.

background image

- Uparł się, że mogłaby tu uprawiać ogródek. -  Próbowałam jej pokazać, że uważam 

kuzyna za świra.

- Chyba tak. - Wdowa usiłowała nie wyglądać przez okno na spieczoną, jałową ziemię, 

która ciągnęła się jak okiem sięgnąć. Posłałam jej beztroski uśmiech i wzięłam łyk kawy, która 

była zaskakująco dobra. W jej wyblakłych oczach pojawił się cień chciwości. - Ale obiecałam 

mężowi,  mojemu  pierwszemu  mężowi,  że  nigdy  nie  podzielę  parceli.  Ta  ziemia  była  w  jego 

rodzinie  od  pokoleń.  Jego  prapradziadek  założył  tę  farmę,  jeszcze  zanim  Teksas  został 

stanem.

Nie miałam pojęcia, czy jest to prawda. Piłam kawę ze zmartwioną miną.

- Całą parcelę? - spytałam bez entuzjazmu. - Oj, to nie wiem. Mama chyba chciałaby 

dom i tyle ziemi, żeby stary wilczur miał gdzie pobiegać. Może pięć akrów?

Ale wdowa Barker nie słuchała.

- To samo mówił mój sąsiad, Edford Spenson - powiedziała z dezaprobatą w głosie. - 

Zadręczał mnie przez całą wiosnę. Ale nie sprzedałam. Obiecałam Lelandowi, że nie podzielę 

parceli i nie podzielę! Jeżeli chce pani tę posiadłość, musi ją pani kupić całą.

-  Ale...  -  Moje  oczy  zrobiły  się  wielkie  ze  zmartwienia.  Potrząsnęłam  natapirowaną 

fryzurą. Moje teksańskie uczesanie. - Pani Barker, to prawie tysiąc akrów!

-  Nie,  panno  Whistone  -  odparła  wdowa.  -  To  prawie  dwa  tysiące  akrów.  -  Na  jej 

twarzy  odmalowało  się  zmartwienie  -  była  przekonana,  że  raczej  nie  ma  szans  na  to,  żebym 

zgodziła się kupić dwa tysiące akrów.

- O Boże - wymruczałam, biorąc ciastko Lorna Doone. Tak naprawdę w okręgowych 

księgach  widniało,  że  działka  ma  tysiąc  dziewięćset  sześćdziesiąt  siedem  akrów,  plus  minus 

parę metrów.

Ziemia rolna w tej okolicy sprzedawana była po sześćdziesiąt pięć dolarów za akr, ale 

to  było  przed  suszą,  która  trwała  tu  od  pięciu  lat.  Wdowa  zaczęła  bawić  się  nerwowo 

papierową  serwetką.  Powykręcane  palce  miała  sztywne  od  artretyzmu.  Musiała  przekroczyć 

niedawno sześćdziesiąt lat i zastanawiałam się, jak zmieściła całe życie w tak krótkim odcinku 

czasu,  z  początkiem,  rozwinięciem,  a  teraz  zakończeniem.  Bez  dzieci,  wnuków,  bez  męża. 

Miała zamiar przeprowadzić się do Oklahomy do młodszej siostry, również wdowy.

background image

- Boże - westchnęłam, kreśląc paznokciem cyfry na serwetce. Nabrałam powietrza do 

płuc.  -  Trzydzieści  siedem  dolarów  za  akr,  to  wychodzi...  siedemdziesiąt  cztery  tysiące 

dolarów!

Robiła wszystko, żeby nie okazać podniecenia. Wyobraziłam sobie, jak przyjeżdża do 

domu  siostry,  z  całym  swoim  dobytkiem  w  kilku  podniszczonych  walizkach  i  z  dumą 

oświadcza, że nie przyjeżdża do niej na żebry: ma spadek i może dokładać się do utrzymania 

w równej części.

- Edford proponował mi pięćdziesiąt dolarów za akr - zauważyła, ale wiedziałam, że to 

jawne  kłamstwo.  Byłabym  ją  w  stanie  zbić  pewnie  do  trzydziestu  pięciu  dolarów  za  akr. 

Wzięłam  jeszcze  jedno  ciastko  i  zanurzyłam  je  w  kawie.  Herbatniki  Lorny  Doone  były 

nieziemsko dobre.

- Cóż, pani Barker, ja naprawdę potrzebuję tylko pięciu akrów - odparłam przebiegle. 

- Owczarek i tak już dużo nie biega.

- Z dwoma tysiącami można dużo zrobić - powiedziała. -  Wolałabym, żeby trafiły do 

pani  i  do  pani  mamy,  a  nie  do  Edforda  albo  jakiejś  spółki  naftowej,  która  chce  wszystko 

przekopać - dodała z południowym akcentem.

Posłałam jej blady uśmiech.

- Mój kuzyn mówi... - zaczęłam, ale mi przerwała.

-  Pani  kuzyn  jest  bystrym  mężczyzną.  -  Pokiwała  głową.  -  Na  pewno  zna  się  na 

interesach.  Ale  to  jest  sprawa  pomiędzy  panią  a  mną.  Pomiędzy  kobietami.  Nie  będę  pani 

okłamywać,  ta  ziemia  nie  była  dla  mnie  dobra.  Potrzebuje  nowej  krwi.  Potrzebuje,  żebyście 

obudziły  w  niej  nowe  życie.  Jestem  gotowa  ją  sprzedać,  zamieszkać  w  Greer's  Pass  w 

Oklahomie,  żeby  nie  mieć  z  nią  już  nic  wspólnego.  Ale  musi  być  w  jednym  kawałku.  I  po 

pięćdziesiąt dolarów za akr!

Podniosła się. Szare przerzedzone włosy zaczesała do tyłu w marny kok. Twarz miała 

pomarszczoną  i  szorstką  po  sześćdziesięciu  latach  przeżytych  pod  teksańskim  słońcem. 

Oszukiwała  mnie  w kwestii ceny  ziemi, ale  bardzo  polubiłam  wdowę  Barker. Uśmiechnęłam 

się do niej ciepło.

- Wiem, że mój kuzyn wpadnie w szał - powiedziałam. - Ale mam pieniądze po ojcu, i 

przecież chodzi o moją mamę. Zgadzam się. Kupię od pani całą działkę i dam... - zawahałam 

się, aż w końcu powzięłam decyzję i przełknęłam ślinę - czterdzieści dolarów za akr!

background image

Pani  Barker  szybko  dokonała  obliczeń  w  myślach.  Prawie  osiemdziesiąt  tysięcy 

dolarów.  Więcej  niż  oczekiwała.  Wyciągnęła  dłoń.  Uścisnęłam  ją.  I  tak  właśnie  nabyłam 

prawie  dwa  tysiące  akrów  pola  naftowego  w  południowo-środkowym  Teksasie.  Zapłaciłam 

siedemdziesiąt osiem tysięcy dolarów z drobiazgami, co było niebagatelną sumą w 1956 roku. 

A sprzedałam je  za kwotę iście  astronomiczną  w  roku 1984.I nigdy nie będę  musiała  się już 

martwić  o  pieniądze,  do  końca  życia,  a  to  coś  znaczy.  Chyba  że  ludzkość  wróci  do  handlu 

wymiennego. Wtedy będę miała przerąbane.

Przypuszczam,  że  wdowa  Barker  przeniosła  się  z  całym  swoim  dobytkiem  do 

Oklahomy  i  resztę  życia  spędziła  w  poczuciu  winy,  że  tak  się  obłowiła  kosztem  małej 

dziewczynki  z  Louisiany.  Jeżeli  w  ogóle  dotarto  do  niej,  że  na  terenie  posiadłości  zaledwie 

dwa lata później znaleziono ropę, nigdy mi o tym nie powiedziała.

A mój "kuzyn" Sam faktycznie wpadł w szał.

-  Czterdzieści  dolarów  za  akr!  -  krzyczał  Incy,  trzaskając  szklanką  z  whisky  w  blat 

stołu z laminatu. - Miałaś zbić co najmniej do trzydziestu pięciu!

Wyśmiałam  go,  wsuwając  włosy  pod  gumowy  czepek  pływacki  z  wielkimi 

plastikowymi kwiatami. Było cholernie gorąco, a motelowy basen kusił.

-  Mam  pieniądze,  to  jak  zabieranie  cukierka  dziecku,  a  ta  ziemia  jest  warta  o  wiele 

więcej.

- Może - sapnął ponuro. - O ile jest na niej ropa.

-  Ropa,  gaz  ziemny.  -  Wzruszyłam  ramionami.  -  Jestem  tego  pewna.  Widziałeś 

raporty. Poza tym polubiłam wdowę Barker. Zrobiłyśmy interes jak kobieta z kobietą.

-  Powinienem  pójść  z  tobą.  -  Incy  nalał  sobie  kolejną  szklankę  whisky  i  wcisnął 

mocniej na głowę kowbojski kapelusz. Z jego ciemną karnacją nadal wyglądał jak przyjezdny, 

ale starał się, żeby wyglądać na mężczyznę Zachodu. Zakazałam mu tylko przyczepiać ostrogi 

i rogi do auta. Każda dziewczyna ma jakieś granice wytrzymałości.

-  Dlaczego?  -  Dłoń  mi  zamarła.  -  Bo  nie  wiem,  jak  się  kupuje  nieruchomość?  - 

Napotkałam jego wzrok w lustrze.

- Oczywiście, że wiesz. - Przerwał. - Ale dałaś się nabrać. Pozwoliłaś, żeby ta kobieta 

cię ocyganiła...

-  Innocencio  -  zwróciłam  się  do  niego  jego  ulubionym  imieniem,  na  które  zawsze 

reagował,  bez  względu  na  to,  jak  nazywał  się  oficjalnie.  -  Nikt  mnie  nie  ocyganił.  Zrobiłam 

background image

interes. Wiedziałam, co robię. Moim zdaniem wszystko jest w porządku. - Mój ton był ostry, 

na co rzadko sobie przy nim pozwalałam.

Zamrugał,  wiedział,  że  mnie  zdenerwował.  Później  uśmiechnął  się  lekko  i  wstał, 

pomagając mi zarzucić ręcznik na ramiona.

-  W  porządku,  Bev. Wycofam  się. Wiesz,  że chcę tylko  pomóc,  prawda?  Ja kupiłem 

działkę tuż obok za jedyne trzydzieści trzy dolary za akr. Chciałem, żebyś ty też zrobiła dobry 

interes. Wiesz, że przejmuję się tym tylko dlatego, że jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Ty i 

ja. Zgadza się? - Jego oczy zalśniły, a kąciki warg uniosły się mimowolnie.

- Wiem - uśmiechnęłam się. - Ale nie musisz się martwić. Wystarczy, że pojawisz się w 

czwartek w sądzie i pomożesz zakończyć mi sprawę.

- Będę! - ucieszył się.

- Bez ostróg - wyjaśniłam, a jemu zrzedła mina.

Potem  wyszedł  i  ograł  w  pokera  stałych  klientów  miejscowego  baru.  Wtedy  się  nad 

tym  nie  zastanawiałam,  ale  teraz  wydawało  mi  się,  że  nie  mógł  znieść  myśli,  że  kogoś  nie 

wykorzystał  i  nie  zostawił  go  z  mniejszą  ilością  pieniędzy  niż  wtedy,  kiedy  go  poznał. 

Naprawdę był na mnie  zły o to, że nie wykiwałam  wdowy, chociaż nie wspomniałam, co się 

znajduje na jej ziemi, jakie bogactwo, o czym zapewne nie miała pojęcia.

- Ty po prostu jesteś pozbawiona instynktu zabójcy - stwierdził, kiedy wychodziliśmy 

z sądu po podpisaniu wszystkich papierów.

- Mam instynkt do robienia pieniędzy - zauważyłam z uśmiechem.

Wzruszył  ramionami.  Nie  chciałam  być  już  zależna  od  mężczyzn,  dlatego  pragnęłam 

mieć  posiadłość,  prowadzić  interes,  uprawiać  ziemię,  czuć  się  bezpieczna.  Nigdy  więcej  nie 

chciałam  liczyć  na  mężczyznę,  nawet  lubianego  czy  kochanego.  Mój  ojciec  zmarł,  kiedy 

miałam  dziesięć  lat,  mój  pierwszy  mąż  po  osiemnastu  miesiącach  naszego  małżeństwa,  a 

później wiele lat pracowałam jako służąca w różnych posiadłościach, żeby mieć ochronę i nie 

narażać się na ryzyko bycia samotną kobietą.

Stąd  mój  pociąg  do  pieniędzy.  Teraz  mamy  XXI  wiek  i  dla  niektórych  kobiet 

zależność od mężczyzn nadal jest kwestią  konieczności lub wyboru. Ale nie dla mnie. Nigdy 

więcej.

background image

Incy'emu  chodziło  o  wygraną,  przechytrzenie  kogoś.  Nawet  uwodzenie  ludzi 

postrzegał  jako  wyzwanie,  nie  chodziło  mu  wcale  o  sympatię,  miłość  czy  nawet  zwykłe 

chemiczne przyciąganie.

Oboje  chcieliśmy  mieć  wszystko  pod  kontrolą,  ale  na  różne  sposoby  i  z  różnych 

powodów.

- O, nie - powiedziała Katy. - Nie róbmy tego.

Incy obejrzał się  na  nią przez ramię. Od jego  wybuchu w  pokoju  hotelowym, myśl o 

tym,  że  mam  się  z  nim  publicznie  pokazać,  wydawała  się  co  najmniej  nie  na  miejscu. 

Potrzebowałam czasu, żeby to wszystko rozgryźć, żeby go rozgryźć. Musiałam się dowiedzieć 

czegoś więcej o tym, co robił. W końcu doszłam do wniosku, że już i tak przeżyłam z Incym 

zawstydzające  sceny  w  miejscach  publicznych,  więc  jeżeli  ten  wieczór  skończy  się  źle  i  z 

hukiem, nie będzie to pierwszy raz.

Nie  byłam  zachwycona  tym,  że  prowadzi,  ale  najważniejsze,  iż  był  trzeźwy,  może 

lekko wstawiony, mimo wszystko wolałam nie ryzykować jazdy taksówką. Nie żeby taksówki 

wyzwalały  w  nim  najgorsze  instynkty,  ale  po  prostu  miałam  przeczucie.  Jednak  nie  na  tyle 

silne, żeby go skreślić i znów zostawić. Jeszcze nie. Chciałam mu pomóc. Zamiast widzieć w 

nim zagubioną istotę,  postrzegałam  go jako  skażonego  i niepojętnego,  tak jak  bez wątpienia 

postrzegała mnie River.

Pojechaliśmy  na  kolację  i  wszystko  było  w  porządku.  Siedzieliśmy  do  samego 

zamknięcia, a kelnerzy wychodzili z siebie, kiedy zastanawialiśmy się nad drinkami, deserami i 

kolejnymi drinkami, i kolejnymi deserami. Incy był taki jak dawniej: czarujący, nawet słodki, i 

złośliwie zabawny. Było dużo śmiechu i niezły ubaw. Kiedy kolacja się kończyła, czułam się o 

wiele  lepiej.  Nawet  Cicely  się  wyluzowała  po  tym,  jak  wściekła  się  w  hotelu  na  Boza  i  na 

mnie.

Ale  teraz  debatowaliśmy  nad  tym,  czy  iść  do  ulubionego  baru  Incy'ego,  który 

znajdował się na skraju miasta, a nazywał się Miss Edna's.

- Nie możemy pójść jeszcze raz do Den? - spytała Katy.

-  Nie  bądźcie  nudni  -  odezwał  się  Incy  z  nutą  szyderstwa  w  głosie.  -  Strat  dzwonił. 

Mamy się z nim tam spotkać po jego sportowym doświadczeniu.

Katy  westchnęła  i  wyjrzała  przez  okno  caddy'ego.  Siedziałam  z  przodu  z  Incym,  a 

Katy, Cicely i Boz byli z tyłu.

background image

- To wcale nie jest takie zabawne, chłopie - marudził Boz. Chwycił się za grzbiet nosa, 

a później się wyprostował. -  Ej,  chodźmy do baru  na  górze  wieżowca  McAllistera!  Stamtąd 

jest  wspaniały  widok,  mnóstwo  najbardziej  pustych  i  najbogatszych  ludzi  Bostonu  i  jazzowa 

kapela.

- Brzmi świetnie - zakpiłam. Kapela jazzowa, kolejny klub dudniący basem.

- Nie - upierał się Incy. - Tam możemy pojechać zawsze. Chcę iść do Edna's. Chcę go 

pokazać Nasty.

- No, to zmienia postać  rzeczy  - wymruczał Boz. Zerknęłam na niego  przez ramię, a 

on przewrócił oczami.

- Co to jest ta Edna's? - spytałam.

Incy uśmiechnął się i pogłaskał mnie po dłoni.

- To wyjątkowe miejsce - wyjaśnił. - Pokochasz je. Nie mogłem się doczekać, żeby ci 

je pokazać.

- Że tak powiem - rzuciłam, a on się roześmiał.

- I mamy się tam spotkać ze Stratem - powtórzył.

-  To  naprawdę  interesujące  -  powiedziała  Cicely.  -  Wszystko  nabiera  nowego 

wymiaru.

- Może wysadziłbyś nas pod hotelem - zasugerowała Katy.

-  Nie!  -  warknął  Incy,  dodając  gazu.  -  Jesteście  niewdzięczni!  Znalazłem  to 

niesamowite miejsce, a wy chcecie wszystko spieprzyć! Chcecie mnie zniszczyć! Nie możecie 

znieść tego, że jestem od was lepszy!

Tylko  nie  to.  Rzuciłam  Bozowi  zdezorientowane  spojrzenie.  Odpowiedział  zbolałym 

wzrokiem. Cicely wyglądała na znudzoną, przyglądała się lakierowi na paznokciach.

-  Lepszy  niż  ja!  -  zaczęła  Katy  ze  złością.  -  Ciekawe,  w  czym?  W  tym, że  sikasz  na 

stojąco? Słuchaj, ty kretynie...

-  Jesteśmy. - Innocencio  wcisnął  hamulec  i  wyłączył  światła, zanim  zdążyłam  choćby 

rzucić okiem na okolicę.

- Gdzie jesteśmy? - spytałam. Wyjrzałam przez okno samochodu i zorientowałam się, 

że  znaleźliśmy  się  w  jakimś  okropnym  miejscu.  -  Incy,  gdzie  nas  przywiozłeś?  -  Wolałam 

unikać takich miejsc. Jeżeli mnie zastrzelą albo zadźgają nożem, nie umrę, ale bólu nie uniknę, 

background image

a  to  nie  należało  do  najprzyjemniejszych  przeżyć.  Nie  jesteśmy  nadludźmi.  Nie  mamy  siły 

Supermana i łatwo można nas zranić. Nie wspominając o napaści, rabunku czy pobiciu.

Incy uśmiechnął się i wyjął kluczyki ze stacyjki.

- Maleńkie miejsce, które znam w Winchley. 

Winchley. Dawno temu była  to  dobrze  prosperująca  dzielnica ludzi średniej klasy,  ze 

sklepikami na parterze budynków i mieszkaniami wyżej. Nie miałam pojęcia, na jakiej jesteśmy 

ulicy,  ale  kiedy  myślałam  o  Winchley,  wyobrażałam  sobie  słoneczny  dzień,  trawniki, 

brukowane  uliczki,  konie,  powozy  i  ulicznych  sprzedawców.  To  było  w  latach... 

dziewięćdziesiątych XIX wieku czy jakoś tak.

Rozejrzałam  się.  Trudne  czasy  nie  ominęły  również  Winchley.  Niektóre  dzielnice 

wyglądają na  gorsze, niż są w  rzeczywistości, a inne są  gorsze, niżby się mogło zdawać. To 

miejsce  było  dokładnie  takie,  na  jakie  wyglądało.  Otaczały  nas  ciemne  dwu-  i  trzypiętrowe 

budynki z piaskowca o brunatnej barwie, część z nich była spalona, zabita deskami lub pokryta 

graffiti.  Płoty  z  siatki  ogradzały  puste  miejsca  pełne  śmieci,  kilka  przęseł  było  wyrwanych. 

Rozbito  nawet  latarnie.  W  ciemności  od  czasu  do  czasu  migały  zapalone  końcówki 

papierosów.

- Co my tu robimy? - spytałam.

- Odwiedzamy Miss Ednę - powiedział Incy. Otworzył drzwi i wysiadł.

- To gryzie - powiedziała Katy.

- No to zostań w aucie. - Cicely skrzywiła się do niej.

- I mam siedzieć w nim podczas jakiegoś napadu? - prychnęła Katy. - Nie, dziękuję.

- Dalej! - krzyknął Incy, przebierając niecierpliwie nogami.

Przez  myśl  przemknęło  mi  West  Lowing.  Ludzie  nie  zamykali  na  noc  samochodów. 

Wszyscy się znali. Któregoś dnia, będąc w pracy, widziałam, jak jacyś ludzie zaparkowali na 

ulicy. Zostawili w środku GPS i iPoda na kokpicie. Szyby były opuszczone, nikogo nie było w 

pobliżu,  a  ja  mogłam  się  założyć,  że  samochód  będzie  o  kilogram  lżejszy,  kiedy  wróci 

właściciel. Ale mimo że przeszło obok niego co najmniej ze dwadzieścia osób i minęło go parę 

samochodów, wszystko było na swoim miejscu, kiedy właściciel wsiadł do wozu. Dziwne.

Drzwi samochodu po mojej stronie się otworzyły. Na zewnątrz stał Incy z wyciągniętą 

ręką. Zawsze był humorzasty, z prędkością  błyskawicy przechodził z błogostanu  w złość,  ze 

złości w smutek. Teraz było inaczej. Teraz był...  złośliwy. Nie był samolubny i beztroski, ale 

background image

władczy  i mroczny. Czyżby  aż  tak się zmienił w  czasie mojej nieobecności?  A może  zawsze 

tak  się  zachowywał,  tylko  ja  wolałam  tego  nie  widzieć?  Po  raz  pierwszy  przyszło  mi  do 

głowy, że moje pragnienie, żeby mu pomóc, było takie naiwne.

Doskonale wiedziałam, że pomóc można było komuś, kto tego chciał. Incy wprawdzie 

twierdził,  że  cieszy  się, że  wróciłam,  nie  byłam  jednak  nawet  w  jednej  tysięcznej  tak  mądra, 

cierpliwa i ofiarna jak River.

- Ty też masz zamiar zepsuć zabawę? - spytał mnie Incy, po czym się roześmiał. - Nie 

Nastasya! Nastasya potrafi dorównać mi kroku! - Obdarzył mnie pełnym miłości spojrzeniem. 

- Ty i ja jesteśmy parą. Jak chleb i masło.

Ja  też  kiedyś  tak  myślałam,  bez  wątpliwości.  Teraz  już  nie  byłam  tego  taka  pewna. 

Wcale. 

Wysiadłam  z  samochodu.  Cicely  już  stała  przy  Incym,  z  dłońmi  w  kieszeniach 

futrzanego  płaszcza.  Zaczął  padać  śnieg  i  nad  miasto  nadciągnął  przenikliwy  chłód.  To  była 

najzimniejsza i najbardziej śnieżna zima w Massachusetts, jaką pamiętałam. Katy i Boz, oboje 

z  minami,  jakby  przed  chwilą  zjedli  cytrynę,  również  wysiedli.  Incy  zamknął  samochód,  a 

później szybko machnął ręką, mrucząc coś pod nosem.

- Incy. - Moje oczy otworzyły się szeroko. - Używasz magyi?

- To drobiazg - roześmiał się. - Chyba chcemy, żeby samochód tu stał, kiedy wrócimy, 

prawda?  -  Nie  czekając  na  odpowiedź,  płynnym  ruchem  skierował  się  w  ciemną  alejkę. 

Oczywiście. Jakby wszystkiego było mało, musieliśmy szukać rozrywki w potwornej dzielnicy 

z ciemną alejką.

- Nastasyo, chodź - zachęcała Cicely. - Spodoba ci się. 

Do tej pory podobało mi się wszystko, co Incy'emu udało się odkryć. Przez te ostatnie 

sto  lat  bawiłam  się  lepiej  niż  przez  wszystkie  wcześniejsze  lata  mojego  życia.  Dlaczego  się 

wahałam?

Może  dlatego,  że  nie  chowasz  już  głowy  w  piasek,  powiedziała  moja  zdradziecka 

podświadomość.  Och,  a  ciebie  kto  pytał  o  zdanie?  -  odpowiedziałam  równie  złośliwie  i 

przyśpieszyłam, żeby dorównać kroku Incy'emu i Cicely.

Udało mi się dotrzeć do końca alejki bez zaczepek. Przede mną wyrósł wysoki ceglany 

magazyn, który oświetlała jedna marna żarówka, zresztą bez większego skutku. Ledwo można 

background image

było  dostrzec  szare  metalowe  drzwi.  Nie  słyszałam  muzyki,  nie  czułam  wibracji  dudniącego 

basu, który dobiegałby zza ścian czy z dołu.

- O Jezu, mamy się po tym wspiąć czy co? - spytałam.

- Tak. - Cicely westchnęła. - Wszyscy mamy bzika na punkcie fizycznej sprawności.

Przy  drzwiach  była  mała  czarna  klawiatura,  prawie  niewidoczna.  Incy  wbił  kod  i 

metalowe drzwi otworzyły się z kliknięciem.

W  środku  znajdowała  się  wysoka,  wąska,  pomalowana  na  czarno  klatka  schodowa  i 

nic poza nią. Na górze migotały różowe światła. Teraz słyszałam muzykę.

- Czy to burdel? - spytałam. Byłam daleka od osądzania; sama zbiłam fortunę na moim 

burdelu  w  czasach  kalifornijskiej  gorączki  złota,  ale  wiecie,  bez  przesady.  Dlaczego  tu 

byliśmy?

-  Nie.  -  Incy  uśmiechnął  się  tajemniczo.  -  Niezupełnie.  -  Zaczął  iść  na  górę  po 

schodach.

- Niezupełnie? - Uniosłam brwi.

- To nie burdel. - Cicely ruszyła za Incym.

Byłam na pierwszym stopniu, kiedy poczułam: ciemność. Przystanęłam, z jedną stopą 

na  schodach,  drugą  na  ziemi.  Incy  był  już  prawie  na  górze.  Cicely  podążała  za  nim, 

zostawiając za sobą woń perfum Anna Sui Dreams.

Boz  i  Katy  prawie  na  mnie  wpadli,  kiedy  przystanęłam,  próbując  się  uspokoić. 

Spojrzałam  na  klatkę  schodową.  W  przytłumionym  świetle  spływały  w  dół  promienie 

ciemności, czarnej magyi. Zerknęłam na Boza i Katy.

- Co? - spytała Katy. - Musimy jakoś przeżyć.

- Co to za miejsce? - szepnęłam.

- Głupie miejsce, które znalazł Incy. - Boz wzruszył ramionami. - Ja tego w ogóle nie 

rozumiem. Jest strasznie nudne.

- Chodźmy przynajmniej na drinka - rzuciła Katy, pokazując mi, żebym się ruszyła.

Czarna magyia mnie przyzywała, kusiła, żebym weszła.

- A wy... też to czujecie? - rzuciłam od niechcenia.

- Co? - Boz rozejrzał się dookoła.

- Ciemność.

- Owszem. Jasno to tu nie jest. - Katy zmarszczyła czoło. Chyba się ze mną zgadzała.

background image

- Czuję chłód... i mogę się założyć, że mój kaszmirowy płaszcz załapie jakiegoś grzyba 

albo coś gorszego - narzekał Boz.

Skinęłam  głową,  wzięłam  głęboki  oddech  i  zaczęłam  wchodzić  po  schodach. Miałam 

wrażenie, że to miejsce pomoże mi zrozumieć, co się dzieje z Incym. To tutaj nastąpiła w nim 

zmiana.

Musiałam być ostrożna, żeby nie wpłynęło i na mnie.

Co  mnie  czeka  na  górze?  Z  każdym  krokiem  czułam  ciężar  ciemności,  Terava,  ludzi 

dokonujących wyboru dla mocy. Atmosfera wokół mnie iskrzyła od magyi, niekontrolowanej, 

nieopanowanej. Dwa miesiące temu pewnie bym tego nie wyczuła, tak jak Boz i Katy nie byli 

jej  świadomi.  Nauczyłam  się  zaklęć  ochronnych  o  niewielkim  zasięgu,  które  teraz 

powtarzałam pod nosem. Nie miałam pojęcia, czy zadziałają.

Schody  kończyły  się  olbrzymim  pomieszczeniem  oświetlonym  słabym  różowym 

światłem.  Przy  jednej  ścianie  z  surowej  cegły  ciągnął  się  długi,  pięknie  rzeźbiony  drewniany 

bar. Musiał mieć ze dwanaście metrów. Reszta pomieszczenia była otwarta, nie licząc grubych 

kolumn wspierających. Sufit znajdował się na  wysokości jakichś pięciu metrów, a drewniane 

deski  podłogowe  były  poczerniałe  ze  starości.  Okien  było  niewiele.  W  powietrzu  unosił  się 

słodkawy zapach piwa, jakby kiedyś był tu browar.

- Ja biorę drinka - oznajmiła Katy. - Chcecie coś?

- Oj, tak. - Miałam wrażenie, że jestem osaczona, że się duszę. - Cokolwiek.

Katy  i  Boz  poszli  do  baru,  a  ja  stałam  bez  ruchu,  rozglądając  się  dookoła  i  usiłując 

zapanować  nad  oddechem.  Strach  mnie  paraliżował,  ale  starałam  się  nie  tracić  głowy.  Nie 

widziałam Incy'ego ani Cicely. Wielka przestrzeń usiana była małymi wysepkami mebli - kanap 

i  krzeseł  ustawionych  wokół  niskich  stolików.  Sofy  były  podniszczone,  brokatowe, 

staroświeckie  i  tworzyły  w  tym  miejscu  dziwną  atmosferę  lat  trzydziestych.  W  dodatku 

dusiłam się od czarnej magyi.

Harmonijkowe  parawany  w  różnych  wzorach  tworzyły  półprywatne  przestrzenie,  w 

których  siedziały  grupki  gości.  Kiedy  lepiej  się  im  przyjrzałam,  zorientowałam  się,  że 

właściwie  nikt  nie  robi  niczego  dziwnego.  Byli  w  ubraniach,  wykonywali  powolne  ruchy  i 

szeptali. Nie był to burdel.

W takim razie... Przybytek opium? Istnieją jeszcze takie poza Azją?

background image

-  Masz.  Przynajmniej  nie  rozcieńczają  alkoholu.  -  Katy  wcisnęła  mi  w  dłoń  niską 

szklankę,  a  ja  niemal  wychyliłam  jej  zawartość.  Zaszczypało  mnie  lekko  w  gardle,  kiedy 

przełknęłam whisky z wodą sodową.

- Co robią ci ludzie? - spytałam, niepewna, czy chcę wiedzieć.

- To samo, co Incy pewnie zrobił w galerii. - Boz westchnął. - Ludzie, zwykli ludzie, 

przychodzą  tu,  a  nieśmiertelni  w  pewnym  sensie  się  nimi  karmią,  nie  wiem,  jak  to  inaczej 

określić.

-  Nie  ma  innego  określenia. - Słychać  było,  że  Katy  jest  zdegustowana. Wzięła  duży 

łyk dżinu z tonikiem.

-  Chyba  żartujesz.  -  Zerknęłam  na  Boza.  -  To  miejsce  jest  właśnie  po  to?  I  zwykli 

ludzie przychodzą tu dobrowolnie? Mówiłeś mi, że Incy nie wie, jak to się robi.

-  Nie  sądziłem,  że  wie  -  odpowiedział  Boz.  -  Po  prostu  lubił  tu  przychodzić,  a  ja 

szybko się znudziłem. Nie umiem wyssać energii - nie udzielają tu takich lekcji. Nie wiem, kto 

nauczył Incy'ego. -  Jego niebieskie oczy badały pomieszczenie. Roześmiał się sardonicznie. - 

To  znaczy,  przejąć  czyjeś  pieniądze,  fortunę?  Nie  ma  sprawy.  Nawet  niewinność.  Nawet 

szczęście.  Możesz  nazwać  mnie  kanalią.  Jestem  szczęśliwy,  kiedy  mogę  okraść  kogoś  ze 

wszystkiego... oprócz energii. I woli.

- Jak tylko wspomniałaś o dziewczynie w galerii, pomyślałam, że Incy musiał się tego 

nauczyć - przyznała się Katy. Pokręciła głową i się napiła.

To była odpowiedź na moje pytania.

- Cześć. - Stanęła przed nami  dziewczyna. Wyglądała młodo, ale miałam nadzieję, że 

ma  skończone  osiemnaście  lat.  Znów  ogarnęło  mnie  wrażenie,  że  cofnęłam  się  w  czasie. 

Dziewczyna miała ciemne włosy ułożone w staranne fale, przy twarzy spięte klamrą z białym 

kwiatem.  Jej  suknia  była  z  ciemnozielonego  aksamitu,  z  dekoltem  w  głębokie  V,  a  w  pasie 

przewiązana czarnym paskiem wyszywanym koralikami. - Jestem Tracy

Boz zmierzył ją od góry do dołu i napił się drinka.

- Cześć - powiedziała Katy obcesowo i odwróciła wzrok.

- Jesteś tu nowa - zwróciła się do mnie Tracy. - Nie widziałam cię wcześniej.

- Zgadza się - odparłam.

Słodka Tracy posłała mi łagodny uśmiech.

- Nie jestem nieśmiertelna.

background image

- Taaak? - Oczy mi zapłonęły.

- Ale ty jesteś.

Mało nie zakrztusiłam się drinkiem. Zakaszlałam dziwacznie.

-  I  widzisz  mnie?  -  Myślałam,  że  mam  na  sobie  niewidzialną  pelerynę.  -  Tak,  jestem 

nieśmiertelna i bardzo tajemnicza. Nazywam się Crowe, Nastasya Crowe.

- Czujesz, że żyjesz? - Tracy spojrzała na mnie ze współczuciem. - Zwykli ludzie czują 

się martwi.

Dobra, witamy w Krainie Horroru, tu masz mapę.

-  Mam  nowe  baterie.  -  Chciałam  się  napić,  ale  moja  szklanka  była  pusta,  po  ściance 

zsunęła  się  jedynie  kostka  lodu,  która  uderzyła  mnie  w  nos.  Takie  rzeczy  zdarzają  się  tylko 

mnie. Wytarłam nos grzbietem dłoni.

- Chcesz mnie? - Tracy wyciągnęła rękę i chwyciła moją dłoń.

Oczy znów otworzyły mi się szeroko, zerknęłam na Boza i Katy. Zniknęli, zostawiając 

mnie z tą dziewczyną, z tym manekinem.

Dłoń  Tracy  pogłaskała  mnie  po  ręce.  Jej  oczy  miały  piękny  zielony  odcień,  jak  jej 

suknia. Włosy spływały miękko, pachniały niezapominajkami. Wargi miała delikatne, różowe, 

uśmiechały  się  do  mnie.  Była...  cudowna.  I  tak  po  prostu  oferowała  mi  swoje  życie,  swoją 

moc, żebym wzięła ją, jeśli chcę.

Zaczęła ciągnąć mnie w stronę pustej sofy. Czy ona naprawdę jest tak głupia? Zgadza 

się,  Boz  powiedział  mi,  co  ludzie  tu  robią,  ale  kiedy  to  do  mnie  dotarto,  byłam  w  szoku. 

Niemal nie zdając sobie z tego sprawy, zanurzyłam się w wygodnej kanapie brzoskwiniowego 

koloru, z szerokimi, podwiniętymi poręczami. Trący podwinęła jedną nogę i oparła się o mnie. 

Otoczył mnie zapach kwiatów. Zaczęłam się modlić, żeby nie okazało się, że Katy dodała mi 

czegoś do drinka. Jej chyba mogłam wierzyć? Ha, ha, ha, ha.

- Co robisz? - wymruczałam Tracy we włosy.

- Weź mnie - wyszeptała. - Uczyń mnie swoją.

Na pewno słyszałam, że to powiedziała. Tylko po prostu nie byłam w stanie uwierzyć, 

że ot tak sobie ofiaruje swoją siłę witalną nieśmiertelnej.

-  O  czym  ty  mówisz?  -  Słychać  było,  że  jestem  czujna.  Tracy  usiadła  i  spojrzała  na 

mnie.

- Połóż... na mnie swoje dłonie - szepnęła. - I posiądź mnie. Weź moją energię.

background image

Usiadłam i odstawiłam pustą szklankę na mały stół.

-  Poczujesz  się  wtedy  cudownie.  -  Znów  mówiła  przymilnym  głosem.  -  I  ja  też.  - 

Oparła  się  o  mnie  i  objęła  mnie  w  talii.  -  Poczujesz  się...  bardzo  ożywiona.  Strasznie 

ożywiona. A ja cudownie.

To  miejsce  jednak  było  burdelem  -  mrocznym  burdelem,  do  którego  przychodzili 

nieśmiertelni,  żeby  karmić  się  zwykłymi  ludźmi.  Jak  wampiry,  o  ile  takowe  istnieją.  A  ci 

wszyscy  ludzie,  ci  zdumiewająco  głupi  ludzie,  dążący  do  samozagłady,  ofiarowali  im  siebie. 

Wiedzieli o nas i byli chyba całkowicie oddani nieśmiertelnym. Ale jak i dlaczego? Incy lubił tu 

przychodzić. Incy wszystkiego się tu nauczył.

- Jak możesz się czuć cudownie? - spytałam.

- Po prostu. - Tracy zamrugała. -  Po tym robisz się śpiąca i lekka. Czasami pada się ze

zmęczenia. Raz spałam przez trzy dni.

- Tracy... ty... - Pokręciłam głową. - Wiesz, że to może cię zabić, prawda? Ktoś może 

pochłonąć tyle twojej energii życiowej, że cię zabije. Zostanie z ciebie warzywo, albo gorzej.

- Nie - zaprzeczyła z niedowierzaniem.

-  Tak  -  zapewniłam  ją.  -  W  ten  właśnie  sposób  większość  nieśmiertelnych  uprawia 

magyię, wysysają z kogoś energię. Co może zabić. To naprawdę odrażające.

- Nie. - Tracy pokręciła głową.

- Tak. Naprawdę - znowu potwierdziłam. Teraz doskonale rozumiałam, co się dzieje. 

Ludzie  tutaj  wyglądali  na  oszołomionych,  bezwolnych.  Natomiast  nieśmiertelni  czuli  się 

fenomenalnie,  tryskali  życiem  i  energią.  A  to  nie  było  wszystko.  Oprócz  wysysania  energii, 

uprawiano  tu  też  wielką  magyię.  Czarną  magyię.  Wyczuwałam  ją  w  atmosferze, praktycznie 

pachniała,  jak  ozon  przed  burzą.  To  było...  naprawdę  niebezpieczne  miejsce.  Naprawdę 

mroczne, złe, niebezpieczne miejsce. Musiałam się stąd wydostać.

Nie  widziałam  Incy'ego,  odkąd wszedł na  górę.  Katy i  Boz  opierali  się  o  kolumnę,  z 

nikim nie rozmawiali. Byłam lekko zaskoczona, że nie wskoczyli w to ochoczo. Nie żeby byli 

okropnymi  ludźmi,  ale  byli  po  prostu...  nieświadomi.  Zaślepieni.  Nie  przejmowali  się 

konsekwencjami. Jak my wszyscy, zresztą. Boz przyznał się  przecież, że ma ochotę okradać 

innych. I robił to. Doprowadzał ludzi do ruiny, sprawił, że tamta biedna dziewczyna chciała się 

zabić, łamał serca. Jak Incy.

background image

A rzeczą, która mnie w jednej chwili otrzeźwiła, która przeszyła mnie do szpiku kości, 

była  świadomość,  że  jeszcze  dwa  miesiące  temu,  to  wydałoby  mi  się...  bardzo  interesujące. 

Nie  wiedziałabym,  jak to zrobić,  ale  chciałabym  się  nauczyć. Nie  sądzę, żebym przejmowała 

się tym, że kradnę tym ludziom energię, wykorzystuję ich głupotę.

Uznałabym, że na to zasługują, skoro dosłownie się o to proszą. Nie miałabym z tego 

powodu żadnych wyrzutów sumienia.

To było odrażające, jak mogłam się tak zachowywać? Wstyd. Hańba, w dawnym tego 

słowa znaczeniu. A co było  jeszcze gorsze? Że miałam  tego świadomość. Zmieniłam się, ale 

przeszłości nigdy już nie wymażę, nigdy nie zdołam zapomnieć.

Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek będę w stanie wybaczyć to River.

background image

Rozdział 22

-  Dobrze  się  bawisz,  skarbie?  -  Incy  przechylił  się  przez  oparcie  mojej  kanapy.  Oczy 

miał  lśniące,  twarz  zarumienioną  i  szczęśliwą.  Wcześniej  wydawał  się  bardzo  rozdrażniony, 

właściwie  napastliwy.  Teraz,  kiedy  usiadł  obok  mnie,  wyglądał  na  bardzo  spokojnego, 

opanowanego.

Pożywił  się  kimś.  Może  nawet  nie  jedną  osobą.  Wydało  mi  się  to  takie...  nie  na 

miejscu. A wcale nie jestem dobra. Jestem beznadziejna, a mimo to uznałam to za naganne.

- "Dobrze" to zbyt mocne słowo. - Marzyłam o kolejnym drinku.

- Widzę, że poznałaś uroczą Tracy. - Incy wyglądał na zaskoczonego.

- Tak.

Tracy wyglądała na zachwyconą widokiem Incy'ego i natychmiast mnie porzuciła, żeby 

zająć  się  nim.  Uśmiechnął  się  do  niej  i  pogłaskał  ją  po  głowie,  a  ona  mało  nie  zamruczała  z 

rozkoszy.

- Tracy jest bardzo hojną dziewczyną - zauważył Incy, a oczy Tracy zalśniły. Spojrzał 

na  mnie.  -  Naprawdę  powinnaś  jej  spróbować.  Na  pewno  nauczyli  cię,  jak  to  się  robi  w 

szkółce czarownic.

- W szkółce  czarownic?  - Wcześniej twierdził,  że to farma. Jakby nie wiedział, co to 

jest.

- Na pewno nauczyli cię wszystkiego - powtórzył, a ja rozpoznałam uwodzicielski ton, 

jakim  zwracał  się  do  ludzi.  Teraz  wykorzystywał  go  wobec  mnie.  Po  stu  latach  stałam  się 

kimś, kogo chciał osłabić i uwieść. Czułam, że serce w piersiach rozpada się na pół.

-  Jak  zbierać  jajka  -  powiedziałam  sztywno.  Incy  się  roześmiał,  głaszcząc  Tracy  po 

karku.

- Są tu też bardziej prywatne pokoje, na tyłach. Może pójdziemy tam w trójkę? Tracy 

pewnie chciałaby być z nami obojgiem?

Twarz  Tracy  się  rozjaśniła,  jakby  właśnie  znalazła  studolarowy  banknot  w  kieszeni 

starej pary dżinsów.

- Tak, chciałabym!

-  Ja...  -  Przełknęłam  ślinę.  -  To  nie  dla  mnie,  Incy.  -  Byłam  zaskoczona  myślami 

tłukącymi  mi  się  po  głowie:  to  nie  jest  miejsce  dla  mnie,  już  nie.  Moje  miejsce  jest  gdzie 

background image

indziej. Wcześniej myślałam,  że uciekając, zareagowałam  przesadnie. Myślałam, że był to po 

prostu  nagły  atak,  a  później  nadal  okłamywałam  się  w  River's  Edge.  Myślałam,  że  kiedy  tu 

wrócę,  poczuję się tak,  jakbym była  w  domu, jakbym znalazła się  z powrotem  w świecie,  w 

którym potrafię się poruszać, funkcjonować.

Tymczasem  i  tutaj  czułam  się  jak  chwast  w  szklarni.  Gdzie  było  moje  miejsce? 

Nigdzie.

-  Nie  bądź  głupia.  -  Incy  zaśmiał  się  lekko.  -  To  będzie  dla  ciebie  idealne.  Będziesz 

zachwycona,  kochanie,  kiedy  zobaczysz,  jak  to  jest...  -  W  jego  oczach  było  jeszcze  więcej 

miłości.  -  Pamiętasz,  jak  przedstawiłaś  mnie  Hansenowi  Sno-Bliz  w  Nowym  Orleanie,  to 

odmieniło moje życie? To mniej więcej tak samo, tylko jeszcze bardziej. To chcę ci dać.

Spojrzałam  na  Incy'ego,  potem  na  Tracy,  siedzących  blisko  siebie  na  kanapie.  Oboje 

byli  nienaturalnie  piękni,  uwodzicielscy,  pociągający.  W  ciągu  dziesięcioleci  Incy'emu  udało 

się  namówić  mnie  na  milion  różnych  rzeczy,  włącznie  z  powrotem  do  Bostonu,  a  ja  się  nie 

opierałam  i  rzadko  czegokolwiek  żałowałam.  Zmusiłam  się,  żeby  się  zastanowić,  a  czy 

przypadkiem  nie  jest  to  po  prostu  kolejny  taki  raz,  czy  może  jestem  ograniczona  i  zbyt 

zachowawcza.  Nie  mogłam  się  do  tego  zmusić.  Byłam  zła,  to  było  złe,  nieczyste. 

Rozpoznawałam  to.  Czułam.  Postąpienie  wbrew  tym  uczuciom  byłoby  nie  do  zniesienia. 

Kolejna rzecz, za którą mogłam winić River. Uśmiechnęłam się blado.

-  To  kuszące...  -  Jestem  takim  tchórzem!  Taką  beznadziejną  idiotką.  Przez  cały  ten 

czas  starałam  się  mu  przypodobać,  dostosować  do  niego.  Ale  miałam  dość  okłamywania 

wszystkich dookoła. 

Miałam dość okłamywania siebie. Serce mi przyspieszyło. Przełknęłam ślinę i wzięłam 

oddech.

- Nie, Incy. To nie jest kuszące. Nie jest. To odrażające.

Tracy wyglądała na obrażoną. Twarz Incy'ego była nieruchoma, wzrok miał utkwiony 

w moich oczach. Równie dobrze mogłam pójść na całość.

-  To  paskudne,  żeby  Tracy,  czy  ktokolwiek  inny  oddawał  nam  swoją  energię.  Są 

stuknięci,  mają  zapędy  samobójcze  i  okłamują  siebie.  Ale  nieśmiertelni  nie  powinni  ich 

wykorzystywać. Chociaż nie jestem dobra, to nawet ja widzę, że to nie jest słuszna droga. Jest 

zła. Czułabym się... jak coś, co zeskrobuje się z buta.

- Hej!

background image

Wszystkich  nas  przestraszył  Stratton,  który  nagle  się  pojawił.  Wziął  łyk  piany  ze 

szklanki z porterem i spojrzał na nas.

-  Cóż  za  rozkoszne  towarzystwo  tu  masz.  -  Stratton  zerknął  na  Tracy,  która 

zamrugała do niego oczami koloru liściastej zieleni.

-  To  prawda,  jest  rozkoszna  -  zgodził  się  Incy,  a  Tracy  wyglądała  na  zadowoloną.  - 

Ale Nastasya jest innego zdania. Twierdzi, że Tracy jest odrażająca i odpychająca.

Dziewczyna spojrzała na mnie z naganą.

- Powiedziałam, że odrażające i odpychające jest to, co się tutaj odbywa - wyjaśniłam. 

- Nie sama Tracy

- Nie - zaprzeczył Incy. - Nazwałaś ją głupią i stukniętą i uważasz, że ma skłonności 

samobójcze.

Trący patrzyła na mnie zmrużonymi oczami.

Stratton  zamyślił  się,  starał  się  zrozumieć,  jak  coś  tak  pięknego  można  uważać  za 

odrażające i odpychające. W końcu uniósł wzrok.

- Ee... - Napił się piwa, zupełnie wyluzowany.

- Przesadzasz, Nas. - Incy nadal się przymilał. - Ci purytanie zrobili ci pranie mózgu. - 

Roześmiał  się.  -  Uwierz  mi,  tego  właśnie  ci  potrzeba.  Posłuchaj,  spróbuj  raz.  Jak  skok  na 

bungee. Szybko będziesz robić postępy.

Miał na myśli postępy magyiczne. W co on się wpakował? I od jak dawna w tym tkwi? 

Od czasów Londynu? Wcześniej?

Jakimś  cudem  dwa  miesiące  temu  ślepy  zwierzęcy  instynkt  kazał  mi  stąd  uciekać, 

szukać  bezpiecznego  miejsca.  Ale  okazało  się  to  za  trudne.  Moje  nieprzystosowanie  i 

ciemność  przeraziły  mnie.  Teraz  to,  że  jestem  przepełniona  ciemnością,  powinno  być  zaletą, 

moją siłą. Ale wiedziałam za dużo, żeby się jej poddać.

Nie  mogłam  uwierzyć,  że  znalazłam  się  w  takim  położeniu.  Chyba  nigdy  w  całym 

moim życiu się nie zbuntowałam. Nigdy się za niczym nie opowiedziałam. Zawsze płynęłam z 

nurtem, szłam za tym, co mówili czy robili inni.

Żołądek mi się  ścisnął na  tę  myśl. Zrozumiałam, że muszę  sobie poradzić z  czterema 

wiekami wyrzutów sumienia.

Tego nie byłam w stanie przeżyć.

background image

Wstałam,  czując,  że  twarz  mnie  pali.  Serce  już  miałam  złamane,  teraz  zupełnie  się 

rozpadło,  na  drobne  kawałki.  Miałam  wrażenie,  że  jestem  niczym.  Jeżeli  przyjeżdżając  do 

River, byłam jeszcze pełna nadziei, tak teraz czułam, że wszystko straciłam, że przegrałam.

- Idę - szepnęłam roztrzęsiona. Wsunęłam ręce w kaszmirowy płaszcz Jil Sander. - Do 

zobaczenia później.

Spojrzeli na mnie, jakbym zaczęła przemawiać starożytną greką, i nic nie powiedzieli, 

kiedy odwracałam się i ruszałam w stronę drzwi. Nie widziałam Cicely, odkąd przyjechaliśmy. 

Może była w jednym z prywatnych pokoi na zapleczu. Napotkałam wzrok Boza i Katy, kiedy 

wychodziłam z dużej sali. Oczywiście nie miałam czym jechać, nie miałam jak się wydostać z 

tej  piekielnej  dziury.  Wyjęłam  komórkę  i  niezdarnie  zaczęłam  przeszukiwać  pamięć,  żeby 

znaleźć  numer  korporacji  taksówkowej.  Bezgłośnie  zbiegałam  po  schodach.  Z  każdym 

krokiem robiło mi się lżej na duszy, ale nie mogłam się łudzić: nie miałam domu, nie miałam 

dokąd pójść. Tak naprawdę, nie miałam nawet siebie.

- Nastasyo! Poczekaj! Poczekaj!

Odwróciłam się i zobaczyłam pędzącego za mną Incy'ego.

- Idę, Incy - sapnęłam. - To nic nie da.

Przez jedną sekundę w  jego oczach zapłonął strach, ale po chwili zniknął i nie byłam 

nawet pewna, czy w ogóle go widziałam.

- Nas. - Ścisnął mnie za kołnierz płaszcza i pochylił się, żeby zbliżyć twarz do mojej. 

Ogarnęło  mnie  przerażenie,  ale  starałam  się  zachować  spokój.  To  wszystko  było  wielkim 

błędem. Nieźle się wpakowałam. Incy wcale nie byl zainteresowany tym, żeby mu pomóc czy 

żeby  go  uratować.  Nigdy  tego  ode  mnie  nie  chciał.  -  Nas  -  powiedział  znów  łagodnie.  - 

Przepraszam. Naprawdę myślałem, że to będzie fantastyczne i że ci się spodoba.

Jak to o mnie świadczyło? Fuj.

-  Ale  jeżeli  nie,  to  trudno  -  ciągnął.  -  Nie  musimy  tu  zostawać.  Boz  i  Katy  też  chcą 

jechać.  Po  prostu  cała  wasza  trójka  nie  nadaje  się  na  imprezy.  -  W  jego  głosie  słychać  było 

nutę  goryczy,  ale  zmusił  się  do  śmiechu.  -  Stratton  i  Cicely  zamierzają  zostać.  Oni  to 

rozumieją.

Chyba  wtedy  się  zreflektował  i  dotarło  do  niego,  że  pogrąża  się  jeszcze  bardziej. 

Pokręcił głową i wygładził mój kołnierz, poprawiając mi apaszkę na szyi.

background image

- Ja też rozumiem, Incy - odparłam. - Tylko po prostu myślę, że to jest odrażające. Że 

to  gwałt.  Ci  idioci  tam  nie  mają  pojęcia,  co  robią,  jak  bardzo  jest  to  niebezpieczne. 

Wykorzystujecie ich. - Spojrzałam na niego poważnie. - To nie jesteś ty, Incy. To nie jesteśmy 

my.

Jego urocza twarz wykrzywiła się na chwilę w okrutnym uśmiechu, który sprawił, że 

cofnęłam się do poręczy schodów. Boz i Katy zaczęli schodzić, a on się opanował.

- Ej! - rzuciła Katy. - Chodźmy gdzieś indziej.

- Bary będą zamknięte. - Boz zorientował się, że przerwali nam rozmowę.

Incy się uśmiechnął.

- Tak. Ale nie szkodzi. Możemy robić coś innego. Zgoda, Nas? Nas wróciła! -  Objął 

mnie  ramieniem  i  pocałował  w  policzek.  -  Wróciła  na  dobre!  Jesteśmy  ty  i  ja,  kochanie. 

Zobaczysz. Za kilka dni znów będziemy jak chleb z masłem.

Poczułam na plecach dreszcze.

Na  dworze  było  przeraźliwie  zimno.  We  czwórkę  szliśmy  żwawym  krokiem  do 

samochodu  Incy'ego,  który  stał  nietknięty,  zapewne  dzięki  zaklęciu.  Spojrzałam  w  górę  na 

niebo  -  gwiazdy  tłumiły  miejskie  światła  i  pasiaste  chmury,  które  przesuwały  się  szybko  z 

południowego  zachodu  na  północny  wschód.  Byłam  w  stanie  się  domyślić,  że  jest  około 

drugiej w nocy.

Czułam się bardzo, bardzo stara.

Ogarnęło mnie przytłaczające uczucie żalu i straty. Z rozpaczą uświadomiłam sobie, że 

oddałabym wszystko, żeby tu nie być, żeby obudzić się jutro na moim małym, twardym łóżku 

w  River's  Edge.  Miałam  ochotę  wybuchnąć  niepohamowanym,  rozpaczliwym  szlochem. 

Dlaczego to zrobiłam?

No,  jasne.  To  akurat  jest  jasne.  Bo  zawsze  potrafiłam  wszystko  spieprzyć.  Zawsze 

wbijałam sobie nóż w plecy. Czułam lęk przed tym, żeby być szczęśliwą, bo nikt nie może być 

szczęśliwy wiecznie, a ja nie mogłam znieść strachu przed nieuniknioną stratą.

Wsiadłam do zimnego samochodu Incy'ego, ogłuszona żalem. Boz i Katy zajęli miejsca 

z tyłu, drzwi się zatrzasnęły, a Incy odpalił silnik. Wyjrzałam przez okno, wyobrażając sobie, 

że  widzę  przed  sobą  twarz  River.  Jej  oczy  z  ich  mądrością,  miłością,  pełne  przebaczenia. 

Wyrozumiałe. To wszystko, co kiedyś mi dawała. Odrzuciłam to - nie jeden raz, ale dwa.

background image

I  Reyn.  Odepchnęłam  go,  chociaż  czułam  do  niego  pożądanie.  Mimo  przeszłości, 

starał się, żeby stać się lepszym. A ja chciałam być z Incym jak chleb z masłem. Na myśl o tym 

skurczył  mi  się  żołądek.  Przeobraził  się  w  bolesny  supeł.  Incy  miał  za  sobą  złą  przeszłość  i 

zupełnie nie interesowało go to, żeby stać się dobrym. Jak mogłam tego nie widzieć? Może nie 

chciałam  się  do  tego  przyznać,  chociaż  w  głębi  duszy  doskonale  o  tym  wiedziałam.  Miałam 

nadzieję, że uda mi się porozmawiać z Bozem na ten temat, kiedy będę mieć pewność, że Incy 

nas nie podsłuchuje.

Oparłam się  o chłodną  szybę, świadoma tego, że muszę  ułożyć sobie życie od nowa. 

Co było najbardziej mglistą myślą, jaka może pojawić się w głowie człowieka.

- Nasty! - Głos Incy'ego był natarczywy.

-  Co?  -  Poderwałam  głowę.  Rozejrzałam  się  i  dotarło  do  mnie,  że  wyjeżdżamy  z 

Winchley. Incy patrzył na mnie, chyba zdenerwowany.

- Pytałem cię, dlaczego to, co się dzieje w Miss Edna's uważasz za gwałt. Ludzie sami 

siebie oddają. Jeżeli oni tego chcą, nie jest to chyba gwałtem, nie sądzisz?

- Jest. - Marzyłam o tym, żeby znaleźć się z powrotem w hotelu, wejść pod prysznic, 

zwinąć  się  w  brodziku  i  płakać  przez  kilka  dni  pod  strumieniem  gorącej  wody.  -  Oni  nie 

rozumieją tego, co robią.

-  Niektórzy  nie,  zgadzam  się  -  przyznał  Incy  całkiem  rozsądnym  tonem.  -  Ale 

niektórzy  doskonale  o  tym  wiedzą,  a  mimo  wszystko  tego  chcą.  To  jest  jak  hipnoza.  Kiedy 

jest się połączonym, można wypełnić kogoś spokojem i dobrym samopoczuciem. Potem czują 

się wspaniale.

- To ich może zabić - zauważyłam z goryczą.

- Jeszcze się to nie zdarzyło - powiedział Incy. - Zawsze bardzo uważamy.

- Kto cię  tego  nauczył?  - Ogrzewanie w  samochodzie  było włączone, ale mimo  to ja 

nadal drżałam.

- Miss Edna. - Incy skręcił w kolejną ulicę.

- Wracamy do miasta? - spytał Boz. - Gdzie jesteśmy?

- W moim samochodzie - powiedział Incy z przesadną cierpliwością. - To ich nigdy nie 

zabija. Czują się po tym fenomenalnie i oddają się dobrowolnie. Gdzie tu gwałt?

background image

Miałam dość dyskusji, miałam dość Incy'ego, nie mogłam się doczekać, żeby wysiąść z 

tego samochodu, żeby znaleźć się sama, w miejscu, gdzie mogłabym dać upust emocjom. Od 

jutra znów zacznę je dusić w sobie, nie mam innego wyjścia.

-  To  pogwałcenie  prawa  -  upierałam  się.  Przyłożyłam  głowę  do  szyby.  -  To  jest  po 

prostu złe.

- Złe? - zdziwił się Incy. - Dla kogo złe?

- Ogólnie rzecz biorąc, złe. -  Czułam, że szloch zaczyna ściskać mnie w gardle. -  Bo 

wyobraź  sobie,  że  zło  i  dobro  istnieją  naprawdę,  i  to,  po  czyjej  stronie  się  opowiadasz, 

stanowi różnicę.

Incy oderwał wzrok od drogi i spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

- O czym ty mówisz?

- Pewne rzeczy są dobre, a inne złe. - Naprawdę musiałam to wytłumaczyć.

-  Ty  akurat  się  na  tym  znasz  -  zakpił  Incy,  nieświadomie  powtarzając  słowa,  które 

wykrzyczała  mi  Dray.  Znajdowałam  w  nich  wspólny  motyw.  -  Ty,  która  przez  dziesiątki  lat 

okradałaś  ludzi!  Ty,  która  zostawiałaś  innych  na  pastwę  losu  i  na  pewną  śmierć,  a  sama 

uciekałaś!  Pouczasz  mnie,  Nas.  Mnie.  Widziałem,  jak  robiłaś  rzeczy,  za  które  najgorsze 

szumowiny biłyby ci brawo. Pamiętasz wrak pociągu w Indiach? Ilu ludzi wtedy uratowałaś? 

Oj,  czekaj,  byłaś  za  bardzo  zajęta  zbieraniem  ich  cennych  rzeczy,  którymi  wypychałaś  sobie 

kieszenie.

-  To  było  kiedyś!  -  Paliła  mnie  brutalna  prawda  jego  słów.  Incy  mógłby  wymieniać 

przez wiele dni wszystkie potworne  rzeczy, których się dopuściłam. Ja nie byłabym w stanie 

sobie  ich  wszystkich  przypomnieć,  nawet  gdybym  próbowała  przez  resztę  życia.  Incy 

roześmiał się szyderczo.

Na  usta  cisnęły  mi  się  zjadliwe  riposty,  ale  ugryzłam  się  w  język.  Wypominanie  mu 

jego własnych występków było bez sensu. Nie miałam prawa nikogo osądzać.

-  To  było  kiedyś  -  powtórzyłam  nieprzekonująco. -  Ale  teraz  umiem  odróżnić  dobro 

od  zła  i  nie  mogę  udawać,  że  tego  nie  wiem.  -  Ledwie  mówiłam,  przepełniało  mnie 

obrzydzenia do siebie  samej, do mojej  przeszłości. Pogrążona w  rozpaczy, zamknęłam oczy. 

Natychmiast zobaczyłam twarz Reyna, surową i nieprzystępną, później skupioną i zamyśloną, 

a  później  płonącą  z  pożądania,  kiedy  pocałunkiem  złączyliśmy  naszą  przeszłość  i 

teraźniejszość. Wyrzuciłam go jak ogryzek jabłka.

background image

- I ja o tym nie wiem? - wtrącił się Boz. - To takie nudne. Zdecydowanie wolałbym się 

znaleźć w innym barze.

- Ja też - przyklasnęła mu Katy.

- Ja też. - Łamiący głos był odzwierciedleniem mojej złamanej duszy.

Przez chwilę panowała cisza, chociaż Incy mruczał coś pod nosem ze złością. Pewnie 

wymyślał nam od niewdzięcznych zdrajców. Wiłam się z bólu, miałam wrażenie, że za chwilę 

popadnę w histerię. Byłam zagubiona, byłam sama. Nie miałam nic ani nikogo, kto mógłby mi 

pomóc. Już nie.

Kiedy Incy się odezwał, jego głos był miły, niemal beztroski.

- Naprawdę przykro mi, że wszyscy to mówicie. - Machnął dłonią, jakby otrzepywał ją 

z wody.

I nagle pogrążyłam się w ciemności.

background image

Rozdział 23

Nie mogłam się ruszyć. Moje dłonie, stopy - miałam wrażenię, że ważę pół tony. Nadal 

wszystko czułam, ale mimo największych, wytężonych wysiłków nie mogłam poruszyć niczym 

poza oczami.

Świat  wyglądał  tak,  jakby  był  wysmarowany  wazeliną.  Kontury  były  rozmazane  i 

niewyraźne. Światła na zewnątrz samochodu tworzyły nieostrą poświatę. Miałam wrażenie, że 

Incy mówi do mnie z bardzo dużej odległości.

Usiłowałam krzyknąć, próbowałam przywołać potężny hałas z głębi siebie, ale dotarło 

do  mnie  tylko  ciche  popiskiwanie.  Znów  spróbowałam  poruszyć  rękami,  nogami,  ale  siła 

ciążenia  była  o  wiele  za  mocna.  To,  oczywiście,  przypomniało  mi  jeden  z  najgorszych 

momentów  mojego  życia  -  w  noc  śmierci  moich  rodziców  lokaj  mojego  ojca  ukrył  mnie  w 

wozie sąsiada, pod hałdą siana. Nie ruszałam się i nie wydałam żadnego dźwięku przez wiele 

godzin,  byłam  w  szoku,  traumie,  bałam  się,  że  mnie  znajdą.  Kiedy  wdychałam  ciepły  kurz  z 

siana, tłumiłam kaszel. Powieki miałam mocno zaciśnięte, żeby nikt nie mógł mnie zobaczyć. 

Przykryta ciężarem duszącego siana, całe godziny wciąż na nowo przeżywałam śmierć moich 

rodziców,  braci i  sióstr.  Cały czas  na  nowo widziałam,  jak głowa Eydis  spada z  jej  ramion  i 

toczy się po ziemi.

Wcześniej,  podczas  najazdów  Rzeźnika  Zimy  lub  innych  plemion,  chowałam  się  na 

drzewach,  w  piwnicach,  w  specjalnych  kryjówkach.  Trwało  to  do  końca  XVII  wieku,  kiedy 

najeźdźcy nie byli już częścią mojego świata. Potrafiłam wisieć uczepiona gałęzi z podwiniętą 

spódnicą, starając się nie strząsnąć jednego listka, nie zrzucić ani jednego żołędzia czy szyszki. 

Trwałam w ciszy, nieruchomo, chociaż moje mięśnie krzyczały w męczarniach, choć drżałam 

z zimna, a szczęka bolała mnie od zaciskania zębów. Kiedy w końcu mogłam się ruszyć długo 

po ich odjeździe, moje ciało było  tak sztywne, że nie byłam w stanie zejść na  dół. Upadłam, 

uderzając  po  drodze  w  kilka  gałęzi  i  tak  mocno  walnęłam  o  ziemię  ramieniem,  że  złamałam 

obojczyk.

Później  znalazłam  sąsiada  ukrywającego  się  w  stogu  siana,  który  podpalono  razem  z 

nim.  Inny  sąsiad  ukrył  się  w  beczce.  Porąbano  ją,  kiedy  najeźdźcy  szukali  piwa.  Mężczyzna 

zginął. Byłam szczęściarą, uszłam z życiem, zaledwie ze złamanym obojczykiem.

background image

Wszystkie  moje  wspomnienia  chwil,  kiedy  musiałam  siedzieć  nieruchomo,  cicho, 

wszystkie  te  wspomnienia,  które  łączyły  się  z  przerażeniem,  bólem  i  strachem  - 

powróciły  i  zaczęły  oplatać  mnie  jak  kolczasta  solanka

4

  czy  ramiona  Banshee

5

,  kiedy 

siedziałam  jak  skamieniała  w  samochodzie  Incy'ego.  O  Boże!  Pomocy.  O  Boże,  o  Boże,  o 

Boże...

Incy obok  mnie  się  roześmiał.  Odwrócił  się,  żeby spojrzeć na  Boza  i Katy  na  tylnym 

siedzeniu.

-  No!  Wszyscy  jesteście  w  ładnych  kokonach,  prawda?  -  Znowu  się  roześmiał.  - 

Jeszcze  lepiej,  jesteście  zakneblowani.  Już  nie  będziecie  mi  jęczeć  i  skamleć  ani  prawić 

morałów. Fantastycznie! - Odwrócił się do mnie. - Widzisz, co potrafię zrobić, kiedy dostanę 

moc innych? Staję się bardzo, bardzo potężny.

Z tylnego siedzenia dobiegły stłumione odgłosy. Najwyraźniej Incy usiłował nałożyć na 

nas  jakieś  unieruchamiające  zaklęcie.  Skąd  wiedział,  jak  to  zrobić?  Zastanawiałam  się  w 

narastającej  histerii.  Czyżby  tajemnicza  Miss  Edna  nauczyła  go  również  tego?  Usiłowałam 

zacisnąć zęby, unieść jeden palec, używając całej swojej siły i krzyknęłam w duszy, kiedy nic 

się nie wydarzyło.

Incy  odetchnął.  Zjechaliśmy  z  głównej  ulicy  i  znaleźliśmy  się  na  mniejszej  drodze, 

która  nie  była  oświetlona.  Matko  Święta,  dokąd  on  nas  wiezie?  To  nie  może  dziać  się 

naprawdę. Mimo całego mojego strachu związanego z Incym, nie przypuszczałam, że dojdzie 

do czegoś takiego, nigdy tak naprawdę nie wierzyłam, że obróci się przeciwko mnie, że może 

zrobić mi krzywdę.

Usiłowałam  powiedzieć:  Incy,  przecież  mnie  kochasz,  ale  byłam  uwięziona  w 

galarecie. I nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku, nie mogłam poruszać ustami.

-  Wiesz,  naprawdę  się  starałem,  Nasty  -  powiedział  Incy.  -  Naprawdę  się  starałem. 

Wszystko przez ciebie. Sama to na siebie ściągnęłaś i dobrze o tym wiesz. Nie tego chciałem. 

Nie  chciałem,  żebyś  zginęła.  Chciałem,  żebyś  była  ze  mną,  jak  chleb  z  masłem,  jak  dawniej. 

Żebyśmy we dwoje rządzili razem.

Oczy  otworzyły  mi  się  szeroko.  Rządzili?  Czym  rządzili?  Zaraz,  zaraz.  Zginęła? 

Zginęła?

4

 

Rodzaj roślin z rodziny komosowatych (przyp. tłum.)

5

 

5W mitologii irlandzkiej zjawa w kobiecej postaci, najczęściej zwiastująca śmierć w rodzinie (przyp. tłum.)

background image

Incy  wyciągnął  rękę  i  ujął  moją  dłoń,  która  sprawiała  wrażenie,  jakby  została 

zanurzona w nowokainie - czułam ją, ale była odrętwiała i bezwładna.

-  Starałem  się  tak  bardzo,  przez  tak  długi  czas  -  mówił.  -  Robiłem  wszystko,  co 

chciałaś. Byłem dla ciebie. Wspierałem cię we wszystkim, co chciałaś robić. Ale to ci nigdy nie 

wystarczało,  prawda?  Powinnaś  była  mi  dziękować.  Powinnaś  była  czuć  wdzięczność.  A  ty 

sobie znikłaś bez słowa. Bez słowa!

Wykrzyczał  tę  ostatnią  część,  boleśnie  głośno  w  samochodzie,  i  uderzył  dłońmi  o 

kierownicę.

- Zostawiłaś mnie! - wrzeszczał. - Jak śmiałaś! Jak śmiałaś! Uciekłaś! Musiałem pytać 

ludzi!  Nikt  nie  wiedział,  gdzie  jesteś!  Wiesz,  jakie  to  było  poniżające?  Wszyscy  byli 

zaskoczeni, że ja, twoja druga połówka, nie wiem, gdzie jesteś!

Uważałam go za przyjaciela, moją drugą połówkę. Wydawało mi się to czymś dobrym. 

Teraz  postrzegałam  to  tak,  jakbym  była  budynkiem,  a  on  trującym  bluszczem  oplatającym 

mury, przesłaniającym okna, wślizgującym się do środka. Znów zebrałam siły, usiłując zerwać 

sznury, których nie było. Może jego zaklęcie zelżało, albo nie wypowiedział go prawidłowo, 

albo się wyczerpało... Nie. Usiłowałam krzyknąć, ale udało mi się wykrzesać z siebie jedynie 

jęk. Topiłam się, topiłam się w kokonie czarnej magyi.

-  A  ty  -  ciągnął  Incy,  celując  we  mnie  palcem,  tak  jak  w  pokoju  hotelowym.  Czy  to 

było dziś wieczorem? Naprawdę dzisiaj? - Masz tę cudowną moc. Czy zaproponowałaś mi, że 

się nią podzielisz? Nie. Uciekłaś i oddałaś ją obcym. Rzuciłaś ją całą tym żałosnym purytanom! 

A przecież im wcale na tobie nie zależy. Nie tak jak mnie.

Zorientowałam  się, że z  moich  oczu płyną  łzy. Zależało  im na  mnie, w River's Edge. 

Zależało.  A  ja  nie  dałam  im  nic  w  zamian.  Czy  kiedykolwiek  powiedziałam  im:  dziękuję? 

Chociaż  raz?  Nie  mogłam  sobie  przypomnieć.  Oczy  mnie  piekły.  Wszystkie  słowa  Solisa  o 

konsekwencjach,  przyczynach  i  skutkach  zalały  mój  umysł.  Miałam  wrażenie,  że  cały 

wszechświat teraz do mnie krzyczy: Dokonałaś fantastycznego wyboru, ty skończona idiotko! 

Bo żadne z wcześniejszych ostrzeżeń nie podziałało.

Incy chciał mojej mocy. Chciał większej mocy, niż była mu w stanie dać zwykła osoba. 

Tak jak w moich wizjach i snach.

Dlaczego...  dlaczego  marnowałam  czas,  pogrążając  się  w  użalaniu  nad  sobą?  Mój 

umysł  nagle  otrzeźwiał,  ogłuszająca  panika  na  chwilę  ustąpiła.  Później  będę  się  zmagać  z 

background image

niekończącym  się  poczuciem  żalu  i  rozpaczy.  W  tej  chwili  musiałam  ratować  własny  tyłek. 

Gdybym  tylko  mogła  pojechać  do  River's  Edge,  przeprosić  za  to,  że  taka  jestem,  a  później 

ukryć się w jaskini i spędzić w niej resztę wieczności.

Skupiłam  się.  Skoncentrowałam  się  na  tym,  żeby  stłumić  narastające  we  mnie 

przerażenie. Myśl, Nastasyo, myśl. Przypomniałam sobie wszystkie nudne lekcje medytacji, do 

których mnie  zmuszano.  Oddychałam powoli, raz,  dwa, trzy, cztery. Miałam wrażenie, że te 

cztery sekundy nigdy się nie skończą. Adrenalina zalała mój umysł, kiedy powoli wydychałam 

powietrze  -  raz,  dwa,  trzy,  cztery.  I  znowu.  Wepchnij  powietrze  do  brzucha,  powiedziała 

kiedyś  Anne.  Wdychaj  i  wydychaj  tylko  przez  nos.  Wdychaj  spokój,  wydychaj  wewnętrzne 

rozproszenie. Oddychaj. I znowu.

Poczułam, że moja szczęka się rozluźnia.

- Nie mam żadnej mocy - zdołałam wymamrotać ledwie zrozumiale.

Incy się  roześmiał,  odrzucając  głowę. Po chwili jego twarz  stężała i  zamachnął  się w 

moją  stronę.  Nie  mogłam  się ruszyć, nie mogłam  się uchylić.  Walnął  pięścią  w siedzenie  tuż 

przy mojej głowie, tak że uderzyłam o oparcie.

- Nie okłamuj mnie! - wrzasnął mi prosto w twarz. - Cały czas mnie okłamujesz! - Jego 

twarz była brzydka, cała w czerwonych plamach. Nagle pochylił się i pociągnął za apaszkę na 

szyi.

Czułam się jak w kokonie, toteż byłam zszokowana, kiedy mnie dotknął. Pociągnął za 

nią kilka razy, aż w końcu zerwał mi ją z szyi. Opuścił szybę i wyrzucił ją w ciemność. Moja 

apaszka, moja ochrona... Teraz szalałam ze strachu.

Oddychaj. Oddychaj. Powoli, raz, dwa, trzy, cztery.

Incy  prowadził  jak  szaleniec,  pędząc  ciemną  drogą.  Samochód  ślizgał  się  na  śniegu. 

Jeżeli się rozbijemy, Boz, Katy i ja będziemy uwięzieni, nie uda nam się ruszyć. Jeżeli w coś 

uderzy  i  wybuchnie  zbiornik  z  paliwem,  będziemy  się  palić  w  tak  potwornym  bólu,  że 

postradamy zmysły.

Ale nie umrzemy.

Incy brutalnie wsunął mi rękę za kołnierz, a jego palce z łatwością odnalazły bliznę z 

jej wypukłymi krawędziami.

- Myślisz, że jestem głupi? - krzyczał. - Wiem, kim jesteś! Wiem, czym jesteś! Myślisz, 

że nie umiałem sobie tego wszystkiego poskładać do kupy? Nie! Jestem! Głupi! - Przy każdym 

background image

słowie  walił  pięścią  w  kierownicę,  a  samochód  jechał  zygzakiem,  przyprawiając  mnie  o 

mdłości.

Wiedział? O mojej rodzinie, moim dziedzictwie? Jak? Od jak dawna? Czy był ze mną 

tylko po to, żeby czerpać z niego korzyści? Ta myśl była miażdżąca, pogłębiająca mój smutek 

i rozczarowanie wszystkim tym, czym byliśmy dla siebie nawzajem z Incym. Więc wiedział, że 

jestem jedyną dziedziczką Domu Ulfura Wilka. Że posiadam niezmierzoną, starodawną moc. 

Zamierzał mi ją odebrać.

-  Ty  samolubna  suko  -  syknął.  -  Ale  ja  cię  powitałem  z  otwartymi  ramionami.  Nie 

zasługiwałaś na to, po tym co zrobiłaś. A jednak przyjąłem cię z powrotem. - Spojrzał na mnie 

z zimną złośliwością, a samochód znów podskoczył.

Nigdy nie czułam się tak pozbawiona mocy jak teraz, co było ironią, bo Incy robił to 

wszystko  dlatego,  żeby  zdobyć  moją  moc.  Nie  miałam  wątpliwości,  że  już  wymyślił,  jak  to 

osiągnie. Miał zamiar odebrać moc mojej rodziny i, w przeciwieństwie do mnie, miał plany z 

nią  związane.  Wystarczyło  tylko  spojrzeć  na  to,  co  był  w  stanie  zrobić,  kradnąc  energię 

zwykłym  ludziom.  Co  zdziałałby  z  tak  wielką  mocą,  jak  moja?  Ja  w  ogóle  jej  nie 

wykorzystywałam,  nie  licząc  tego,  kiedy  chciałam  dopiec  Neli.  Nie  interesowałam  się  moim 

dziedzictwem,  moim  potencjałem,  moim  spadkiem.  Teraz  mogłam  zostać  pozbawiona 

wszelkiej szansy.

Musiałam  się  stąd  wydostać,  musiałam  poukładać  sobie  to,  kim  jestem  i  do  czego 

jestem  zdolna,  bo  inaczej  nigdy  niczego  nie  zrobię.  Ta  świadomość  spowiła  mnie  jak  całun. 

Mało brakowało, żebym rozpłakała się z rozpaczy.

Czy  jest  gdzieś  poradnik,  w  którym  można  znaleźć  adresy  wszystkich  opuszczonych 

magazynów idealnych dla szalonych maniaków, żeby zabierali tam swoje ofiary? W telewizji, 

w filmach i książkach zawsze znajdzie się jakiś pod ręką, w którym morderca z siekierą może 

się skryć i dokonywać swoich łajdackich zbrodni.

Najwidoczniej Incy miał taki poradnik. Jego magazyn znajdował się na przedmieściach 

Bostonu, za Quincy, na cyplu terenów przemysłowych, tuż nad brzegiem oceanu. Zaparkował 

caddy'ego  przy  doku  rozładunkowym  i  zostawił  auto  z  włączonymi  światłami.  Jak  tylko 

wysiadł  z  samochodu,  ja  znów  zaczęłam  próby  uwolnienia  się  z  jego  zaklęcia.  Skręcałam  i 

rozluźniałam  czary,  i  tak  na  zmianę.  Nie  wiedziałam,  co  robią  Boz  i  Katy.  Nie  słyszałam 

żadnych odgłosów z tyłu, a nie mogłam się odwrócić.

background image

Przyglądałam się, jak Incy wskakuje na platformę i otwiera metalowe przesuwne drzwi

prowadzące  prosto  do  otchłani  ciemności.  Wyraźnie  podekscytowany  i  zawzięty  wrócił  do 

samochodu i szarpnął boczne drzwi.

- Najpierw ty - rzucił ponuro. Usłyszałam szelest i poczułam, jak czyjeś nogi uderzają 

w tył mojego fotela. Dopiero kiedy Incy wyciągnął Boza na żwir i przeciągnął go obok mnie, 

mogłam  go  zobaczyć.  Twarz  Boza  była  biała  i  zlana  potem.  Oczy  miał  przymknięte,  a  usta 

luźno  otwarte.  Incy  wsunął  ramię  pod  jedną  rękę  Boza  i  zaprowadził  go  przez  cementową 

rampę do otwartych drzwi.

Stopy  Boza  wlokły  się  niezdarnie  po  ziemi,  przypadkowy  widz  powiedziałby,  że  jest 

kompletnie  pijany.  Incy  wciągnął  Boza  do  magazynu,  wprost  w  ciemność,  a  mnie  za  gardło 

ścisnął  szloch.  Incy  sprowadził  nas,  żeby  nas  zabić.  Nie  wiedziałam,  dlaczego  wciągał  w  to 

także Boza i Katy, skoro celem byłam ja. Ich śmierć też będę miała na sumieniu.

Mój  umysł  zamarł  pod  wpływem  ogłuszającej  paniki.  Usiłowałam  sobie  przypomnieć 

cokolwiek  z  magyicznych  rzeczy,  których  mnie  uczono:  jak  pozbyć  się  much  lub  pomóc 

rosnąć  cebuli.  Miałam  nadzieję,  że  coś  mnie  olśni.  Moje  myśli  były  chaotyczne,  niespójne, 

obijały  się  powoli  o  siebie  jak  atomy  w  schłodzonej  matrycy.  Usłyszałam  ciche  sapanie  z 

tylnego siedzenia, jakby Katy usiłowała się rozpłakać albo miała problemy z oddychaniem.

Naszego oprawcy nie było całą wieczność, nie wiedziałam, jak długo, a potem wrócił 

po Katy. Chwycił ją i wyciągnął z samochodu, co poszło mu łatwiej niż z Bozem. Opadła mu 

na rękę jak kukiełka bez sznurków, wyglądała na nieprzytomną, bladą. Przyszło mi do głowy, 

że Incy pewnie w tej chwili pozbawiał mocy Katy i Boza. Wyrządzał im krzywdę. Może nawet 

zabijał.  Posługiwał  się  nimi,  żeby  trzymać  nas  wszystkich  w  więzach,  żeby  przyjąć  o  wiele 

większy zasób mojej mocy.

W  końcu  wrócił  po  mnie,  swojego  trzeciego  jeńca.  Chciałam  go  kopnąć,  walnąć 

pięścią,  wrzeszczeć  co  sił  w  płucach,  ale  to  jedno  mizerne  zdanie,  które  wypowiedziałam 

wcześniej  pozbawiło  mnie  całej  energii.  Myśl,  Nas.  Musiałam  wykrzesać  z  siebie  wszelką 

psychiczną  i  magyiczną  energię,  żeby  wymyślić  cudowny  plan  ucieczki,  który,  miałam 

nadzieję, w każdej sekundzie mógł wpaść do mojego zaćmionego umysłu.

-  Szzz...  -  Incy  wyglądał  na  smutnego,  kiedy  otwierał  drzwi.  Byłam  uwięziona  w 

magyicznej  sieci  pajęczej,  w  śmiertelnym  kokonie  paraliżującej  bezradności.  Odpiął  mój  pas 

bezpieczeństwa i wyciągnął mnie z samochodu, jak rzecz.

background image

-  Incy  -  wymruczałam,  próbując  zapanować  nad  stopami,  kiedy  ciągnął  mnie  po 

rampie.

Spojrzał na mnie gniewnie.

- Zamknij się. Miałaś szansę. Teraz będziesz robić to, co ja chcę.

Miałam  wrażenie,  że  zamiast  nóg  mam  źdźbła  trawy,  które  nie  są  w  stanie  utrzymać 

mojego ciężaru, nieposłuszne moim niejasnym rozkazom. Przy drzwiach magazynu poczułam 

wilgotne,  chłodne  powietrze,  a  z  nim  wyraźne  wrażenie  korupcji  i  złośliwości.  Wcześniej 

uprawiano  tu  czarną  magyię.  Miały  tu  miejsce  obrzydliwe,  nieludzkie  rzeczy.  Kiedy 

przekroczyłam  próg,  na  nowo  ogarnęła  mnie  panika,  jakbym  została  pozbawiona  ostatniej 

iskierki nadziei.

Incy  mnie  wypuścił,  a  ja  upadłam  ciężko  na  zimną,  zakurzoną  betonową  podłogę. 

Głuchy ból zaczął promieniować od ramienia w stronę piersi, sprawiając, że oddychanie stało 

się  bolesne.  Incy  pociągnął  jakieś  zardzewiałe  łańcuchy,  drzwi  załadunkowe  zaskrzypiały  i  z 

jękiem  otworzyły  się  jak  starodawne  wrota.  Kurz  dostał  mi  się  do  nosa  i  do  ust.  Chciałam 

kichnąć,  ale  nawet  te  mięśnie  nie  były  w  stanie  się  poruszyć,  więc  zostałam  z  drażniącym, 

dokuczliwym łaskotaniem w nosie i w ustach.

-  Przykro  mi,  że  kończymy  w  ten  sposób.  -  Incy  wziął  mnie  pod  ręce,  w  połowie 

ciągnąc, w połowie niosąc do drucianej klatki. - Nie musiało tak być. Mogliśmy być ja i ty. Jak 

chleb  z  masłem.  Dzieląc  się  twoją  mocą.  -  Wsadził  mnie  do  klatki.  To  była  winda.  Wcisnął 

guzik, a klatka uniosła się, chybocząc się i skrzypiąc linami. Zatrzymała się gwałtownie, przez 

co znów straciłam równowagę, tak że obiłam się o jej drucianą ściankę. Incy otworzył klatkę i 

objął mnie w talii.

Znajdowaliśmy  się  na  balkonie,  który  ciągnął  się  wzdłuż  trzech  ścian  budynku  nad 

podłogą  magazynu. Przez dziury w  zardzewiałym  metalowym suficie i  wybite  okna  wpadało 

księżycowe  światło.  Panował  tu  lodowaty  chłód,  taki  sam  jak  na  zewnątrz.  Powietrze  było 

zanieczyszczone.  To  miejsce  było  skażone  i  brudne,  wypełniało  mnie  z  każdym  oddechem, 

przyprawiając o gęsią skórkę. Incy był tu wcześniej. Dlaczego?

Myśl, Nastasyo, myśl. Jesteś taka potężna - pokaż nam. Wymyśl zaklęcie, jakiekolwiek 

zaklęcie, którego mogłabyś użyć. Wymyśl coś, na miłość boską. Och, River, pomóż mi. Tak 

mi przykro. Tak mi przykro!

background image

Incy  ciągnął  mnie  jak  nieporęczny,  uciążliwy  bagaż.  Nasze  stopy  wzbijały  pył,  który 

wypełniał mój  nos i  usta, i dałabym  wiele, żeby móc splunąć i  kichnąć. Przed nami  migotało 

światło  świec.  Kiedy  się  zbliżyliśmy,  dostrzegłam  ciemne,  skulone  postaci  Boza  i  Katy 

klęczących na podłodze, z rękami za sobą przykutymi do dwóch kolumn z surowego drewna, 

oddalonych od siebie o jakieś dwa i pół metra.

Potknęłam się, widząc ich szare twarze, włosy posklejane od potu. Ich piersi poruszały 

się w szybkich, gwałtownych ruchach. Nie podnieśli wzroku ani w żaden inny sposób nie dali 

znać, że wiedzą, że tu jesteśmy. Przez myśl przemknęły mi  ich obrazy z tych wszystkich lat. 

Boz ubrany w biały lniany garnitur, roześmiany i pijący szampana; Katy na czarno od stóp do 

głów, przykładająca jeden palec do ust, kiedy pomagała mi włamać się do sejfu. Zobaczyłam 

wilczy  uśmiech  Boza,  kiedy  w  jego  oczach  pojawiał  się  nowy  błysk,  zobaczyłam  lśniące 

brązowe oczy Katy, wirującej w tańcu, wijącą się wokół niej spódnicę.

-  Proszę.  Dołącz  do  swoich  przyjaciół.  Możecie  sobie  tu  we  trójkę  posiedzieć  i 

zastanowić  się  nad  tym,  jacy  z  was  hipokryci.  -  Incy  brutalnie  pchnął  mnie  na  słup 

naprzeciwko nich. Uderzyłam w niego obolałym ramieniem i sapnęłam ciężko, kiedy nowy ból 

eksplodował mi w obojczyku i w plecach. 

Osunęłam się, lądując niemal twarzą przy zatęchłej drewnianej podłodze. Boz usiłował 

na mnie spojrzeć mglistym wzrokiem, ale po chwili jego głowa znów opadła.

- Ty to zrobiłaś, nie ja - odezwał się Incy tak, jakby mówił o plamie na moim ubraniu. 

Wyciągnął  długi  łańcuch  i  chwycił  mnie  za  ramiona,  przyciskając  mnie  do  słupa  o  średnicy 

około dwudziestu pięciu centymetrów, nabijanego starymi gwoździami i pineskami, kłującego 

od  drzazg.  Jak  tylko  łańcuch  dotknął  mojej  skóry,  podskoczyłam,  jakby  był  pod  napięciem. 

Łańcuch był zaklęty.

Zabezpieczał  przed  magyia,  był  przeciwko  życiu.  Nie  wiedziałam,  że  coś  takiego 

istnieje.  Incy  kilka  razy  owinął  łańcuchem  moje  nadgarstki,  aż  w  końcu  usłyszałam  trzask 

zamka.  Poczułam  się  zamroczona,  oszołomiona,  zimny  łańcuch  palił  mi  skórę.  Nie  mogłam 

zebrać dwóch myśli do kupy. Widziałam, co się dzieje przede mną, dookoła mnie, słyszałam, 

jak  Incy  mówi,  słyszałam  stłumione  odgłosy,  jakie  wydawali  Boz  i  Katy.  Ale  wszystko  to 

wydawało  się  surrealistyczne,  jakbym  kątem  oka  oglądała  horror.  W  ramieniu  cały  czas 

czułam rozdzierający ból, a na dodatek zaczęły mnie boleć naciągnięte mięśnie, czułam gołe, 

nieobrobione drewno ocierające się o moje nadgarstki.

background image

-  Żadna  z  tych  rzeczy  nie  musiała  się  wydarzyć.  -  Incy  machnął  dłonią,  a  później 

pochylił się  nade  mną. Mimo oszołomienia dostrzegłam w  jego  czarnych oczach żółty  blask. 

Dlaczego nie widziałam tego wczoraj? Przedwczoraj? Zeszłego lata?

- Masz szansę - syknął. - Oddaj mi swoją moc, a wszystko skończy się w jednej chwili. 

I  tak  jej  nie  używasz.  Jeżeli  mi  ją  oddasz,  wypuszczę  Boza  i  Katy.  -  Spojrzał  na  mnie. 

Wyobraziłam sobie, jak pokazuję mu środkowy palec. Żałowałam, że nie znam zaklęcia, które 

pozwoliłoby mi odzyskać kontrolę nad jednym palcem jednej ręki.

Przełknęłam ślinę, mało się przy tym nie dławiąc.

- Ugryź się - wydusiłam.

Jego  wojownicza  twarz  znów  się  zmieniła.  Wściekł  się,  zaczął  krzyczeć,  tupać, 

wzbijając  tumany  nieznośnie  drażniącego  kurzu  wokół  nas.  Zakołysał  grubym  łańcuchem, 

smagając  nim  tuż  obok  mojej  głowy,  tak  blisko,  że  czułam,  jak  unosi  mi  włosy,  a  mogłam 

zareagować jedynie mrugnięciem.

- Nienawidzę cię za to, że mi to robisz! - krzyczał centymetr od mojego nosa. - Za to, 

do  czego  mnie  zmuszasz!  -  Znów  zamachnął  się  łańcuchem,  uderzając  w  słup  Boza  tak,  że 

odłupał kawałek drewna.

Był  rozwścieczony,  szalał,  wrzeszczał,  bluzgał  i  kopał  różne  rzeczy.  Podniósł  kawał 

metalu i cisnął nim przez magazyn. Metal uderzył w stare kruche okno, wybijając je.

Nie  mieliśmy  najmniejszej  szansy  na  przeżycie.  Wiedziałam  to,  a  strach  wywoływał 

bezsensowne łzy w moich oczach. Miał zamiar nas zabić i odebrać nam moc. Nikt za nami nie 

będzie tęsknił. Byliśmy weteranami znikania. Ludzie dojdą  do wniosku, że przyjęliśmy  nową 

tożsamość,  wyjechaliśmy  do  innego  miasta.  Kogo  zresztą  miałoby  to  obchodzić?  Cała  nasza 

trójka  zostawiła  za  sobą  niejednego  rozczarowanego  przyjaciela,  zranionych  i  zgorzkniałych 

znajomych. Byliśmy przegrani, a naszym zniknięciem nikt się nie zmartwi.

Po wszystkim, co przeszłam, kiedy wymykałam się śmierci, w końcu umrę, dzisiaj. Nie

zginęłam czterysta pięćdziesiąt lat temu. Dzisiaj w końcu umrę. Już drżałam z zimna, a teraz 

nowy strach wywołał świeży przypływ adrenaliny. Czułam się podenerwowana, pobudzona, a 

jednak nieruchoma, jakbym wypiła sto filiżanek espresso i wbiła się w przebranie mumii.

Kiedy Incy szalał, nakręcając się, wyobrażałam sobie twarz River, jak na mnie patrzy z 

dobrocią i wyrozumiałością. Widziałam Reyna, pamiętałam, jak mnie wkurzał, jak bardzo go 

pragnęłam, jak wielu rzeczy o nim nie wiedziałam i jak bardzo powinnam go zrozumieć. 

background image

Reyn tam był, w dniu, i kiedy umarło moje pierwsze życie. Był w mojej teraźniejszości, 

kiedy  starałam  się  stać  inną,  nową  mną.  Nigdy  więcej  go  nie  zobaczę.  Ta  myśl  była 

przerażająca. 

Incy  nagle  się  zatrzymał,  stanął  spięty  i  wściekły  przed  Bozem.  A  ten  uniósł  głowę  i 

zamrugał.  Wzrok  miał  rozproszony.  Był  bardzo  przystojny,  nawet  ładny.  Znałam  go  mniej  i 

więcej  od  dziewięćdziesięciu lat,  widziałam, jak zmieniał  się przez lata jego wygląd.  Zawsze 

był przystojny, chociaż nie nadzwyczajnie męski, nie przypominał też upadłego anioła jak Incy. 

Był po prostu blondynem z ładnymi rysami i błyskiem w oku. Teraz zamroczony, z otwartymi 

ustami  i  rozczochranymi  włosami  pokrytymi  smugami  kurzu,  nie  przypominał  tamtego 

chłopaka. Pochylał się do przodu, ręce miał skute za słupem. Powoli oblizał wargi, zmagając 

się przez chwilę ze swoją słabością.

- Nie rób tego, chłopie. - Słowa były ledwie słyszalne, jakby głos grzązł mu w gardle.

-  Boz.  -  Incy  sprawiał  wrażenie  pełnego  żalu,  kiedy  klękał  przy  nim.  -  Przepraszam. 

Tak naprawdę chodziło mi o Nas, ale się napatoczyłeś. - Super. To będzie mnie dręczyło do 

końca życia. Choćby to życie miało trwać jeszcze bardzo krótko.

Incy wyciągnął ręce i położył obie dłonie na twarzy przyjaciela.

- Daj mi swoją moc, Boz, stary - wyszeptał Incy. Boz próbował przełknąć ślinę, aż w 

końcu wydobył z siebie ledwie słyszalne słowa:

- Wal się.

Palce Incy'ego zacisnęły się na twarzy Boza.

- Daj mi swoją moc. - Jego głos był niski i śmiertelny.

- Nie.

Widziałam  ruch  warg  Boza,  ale  nie  słyszałam  głosu.  Incy  usłyszał.  Zaczął  nucić,  z 

początku cicho  i delikatnie, a później  coraz głośniej. Nie byłam  w stanie zrozumieć żadnego 

słowa,  ale  mimo  odległości  wyczuwałam  ich  mściwość  i  nienawiść.  Dostałam  gęsiej  skórki, 

kiedy  poczułam  zbierającą  się  czarną  magyię,  skradającą  się  po  deskach  podłogi  jak  insekty 

wabione wonią śmieci. Spływała przez otwory w dachu, wlewała się przez powybijane okna, 

mroczne smugi zła i rozpaczy snuły się w powietrzu jak zimny, oleisty dym.

Normalny człowiek nic  by nie  wyczuł, nic nie  poczuł. Ale mnie  uniosły się  wszystkie 

włoski na rękach. Skręcałam się w środku, czując potęgujący się mrok.

background image

-  Przestań  -  wyszeptałam  tak  cicho,  że  ledwie  usłyszałam  siebie  samą.  Usiłowałam 

odkaszlnąć. - Przestań.

Incy mnie zignorował. Nie przestawał nucić. Ćwiczył to, planował od dawna. Pewnie 

od chwili mojego zniknięcia. A może nawet wcześniej.

Katy  przyglądała  się  scenie  otępiałym  wzrokiem.  Reakcje  również  miała  opóźnione. 

Rozumiała, co się dzieje? Nagle poczułam, że chociaż przebywałam z Katy, podróżowałam z 

nią, czasami właściwie z nią mieszkałam, tak naprawdę za dobrze jej nie znałam. Nie umiałam 

powiedzieć, o czym myśli, co by zrobiła, gdyby mogła.

Gładki  tenor  Incy'ego  przybrał  na  sile,  stał  się  ostrzejszy,  jego  słowa  przypominały 

odgłos kul, smaganie biczem, pełne złych zamiarów. Nagle Boz chyba się ocknął i zaczął się 

bronić.  Szarpnął  ramionami.  Usłyszałam  brzęk  łańcuchów  i  zgrzyt,  kiedy  otarły  się  o 

drewniany słup. Oczy mu płonęły, wpatrując się z niedowierzaniem w Incy'ego.

- Przestań! - zawyłam. Próbowałam walczyć, ale bez skutku.

Z  gardła  Boza  wydobył  się  dźwięk  przypominający  ryk  zwierzęcia,  pełen  bólu  i 

strachu.

- Dobra! Tak! Weź ją! - zaszlochał. - Weź! Ale przestań! 

Incy  uśmiechnął  się  okrutnie  i  nucił  dalej.  Boz  zaczął  krzyczeć  wzburzonym, 

zdławionym głosem. Oczy wyszły mu na wierzch, a źrenice wypełniły niebieskie tęczówki jak 

czarna plama oleju. Ogarnęło mnie przerażenie, kiedy patrzyłam, jak prawdziwe zło wydziera 

Boza z jego ciała. 

Przypomniałam  sobie  widok  brata  Reyna  odzieranego  ze  skóry  przez  moją  matkę 

podczas  najazdu.  Jej  słowa  były  tak  mroczne  i  okrutne  jak  te,  jej  twarz  niemal  nie  do 

rozpoznania. Uniosła dłoń, uderzyła najeźdźcę, a jej amulet zalśnił przerażającą mocą. Skóra 

ofiary  oderwała  się  od  niego,  przedzierając  się  przez  ubranie,  skórzaną  zbroję  i  kolczugę. 

Patrzyłam  jak  porażona,  kiedy  tak  stał  z  odsłoniętymi  mięśniami,  ścięgnami  i  kośćmi,  z 

ogromnymi,  zaskoczonymi  oczami  bez  powiek,  bez  brwi.  Oczywiście,  to  go  nie  zabiło. 

Sigmunder wyskoczył do przodu i odrąbał najeźdźcy głowę - dopiero to go zniszczyło. Moc 

mojej matki była równie mroczna i zła jak ta, chociaż ona usiłowała obronić nas, swoje dzieci.

-  Przestań!  -  powiedziałam,  a  zabrzmiało  to  jak  szloch,  który  pozbawił  mnie  sił, 

sprawił, że poczułam się tak, jakbym zapadała się w pyle i mdlała na sto lat.

background image

Incy nadal śpiewał, jego głos był teraz zwycięski, twarz płonęła mu triumfalnie, pełna 

życia,  a  oczy  lśniły.  Powietrze  wydawało  się  skażone,  zanieczyszczone,  jakbym  wdychała 

chorobę, wdychała nieszczęście i rozpacz.

Głos Incy'ego jeszcze bardziej się wzmógł. Jego dłonie wciskały się w twarz Boza tak 

mocno,  że  skóra  wokół  jego  palców  zbielała.  Łzy  spływały  mi  po  policzkach.  Miałam 

wrażenie, że to maleńkie owady biegają po moim ciele.

Plecy Boza wygięły się. Jego głos był ostry i zduszony. Katy powoli odwróciła głowę 

w  jego  stronę,  przyglądając  mu  się  i  nie  rozumiejąc,  co  się  dzieje.  Incy  ostatnie  słowa 

wykrzyczał, a potem podskoczył z uniesionymi rękami jak matador, który właśnie na oczach 

tłumu zabił byka.

Głos Boza nagle zamilkł. Zaledwie trzy metry ode mnie dostrzegłam, jak twarz mojego

przyjaciela  się  zapada,  jakby  spuszczono  z  niej  powietrze.  Sapnęłam,  zemdliło  mnie  na  ten 

widok. Ramiona Boza złożyły się, głowa opadła na pierś w nienaturalny, groteskowy sposób. 

Jego skóra była szara  i pudrowa, zwiędnięta i pomarszczona, nie do rozpoznania. Jego ciało 

osunęło  się  do  przodu,  przytrzymywane  jedynie  łańcuchami,  którymi  skute  były  jego  ręce. 

Wyglądało  na  to,  że  Incy  wyssał  z  Boza  duszę,  zostawiając  wyschniętą,  nieludzką  łupinę, 

odrażającą, pustą skórę, która kiedyś była moim przyjacielem. Cały Boz, wszystko, czym był, 

wszystko, co w życiu zrobił - zniknęło na zawsze.

Nigdy  nie  widziałam,  żeby  nieśmiertelny  umarł  inaczej  jak  przez  pozbawienie  głowy. 

Było to zdumiewające i poruszyło mnie o wiele bardziej niż tych kilka razy, kiedy widziałam 

śmierć człowieka. Nie wiedziałam, że coś takiego jest możliwe. Incy wiedział.

W  powietrzu  iskrzyło  do  magyi  i  mroku.  Była  ostra,  kolczasta,  bolesna  i  odrażająca 

jednocześnie. Usiłowałam jej nie wdychać, bo miałam wrażenie, że zaraz zwymiotuję. Incy się 

śmiał, tańczył, tak pełen życia i energii Boza, że nie mógł ustać w miejscu.

-  Jestem  niepokonany!  -  krzyczał,  wirując  i  podskakując  obok  Katy  i  mnie.  -  Jestem 

niepokonany!

Robiłam wszystko, żeby nie zwymiotować z obrzydzenia i przerażenia. Obejrzałam się 

na  Katy  i  dostrzegłam  jej  przerażenie  i  zrozumienie.  Wiedziała,  że  piękny,  samolubny,  głupi 

Boz nie żyje, wiedziała, że właśnie wydarzyło się coś nieopisanego. I że to samo stanie się z 

nią i ze mną. W każdym przypadku któraś z nas będzie musiała patrzeć na to jeszcze raz.

background image

Zaczęła  płakać.  Jej  ramiona,  wygięte  do  tyłu  tak  dziwacznie  i  boleśnie,  zadrgały. 

Dławiła się łzami, podobnie jak ja, a w pewnej chwili wydawało mi się, że zemdlała. Później 

jej głowa znów się uniosła, a łzy zmywały pył z  jej twarzy. Otworzyła usta, ale zamknęła je, 

nic nie mówiąc.

Widziałam  ją  kiedyś  pijaną  i  chorą,  śmiejącą  się  histerycznie,  płaczącą  pod  wpływem 

silnych  emocji,  kiedy  ludzie  wokół  nas  wznosili  na  ulicach  okrzyki  w Dniu Zwycięstwa.  Ale 

nigdy  nie  widziałam  jej  takiej  -  zaniedbanej,  brudnej,  oszołomionej,  ogarniętej  strachem, 

przerażeniem. Żałowałam, że nie mogę jej jakoś pocieszyć.

Incy cały czas tańczył wokół nas, tryskając mocą, ożywiony magyia Terava, śmiejący 

się histerycznie, zacierający dłonie.

W końcu obrócił się i stanął przede mną. Wyglądał nieziemsko.

- No, Nastasyo, teraz ty. Oddaj mi swoją moc, jak stary dobry Boz, a Katy nie będzie 

musiała przenosić się na tamten świat. Zgoda?

Wpatrywałam się w niego. Mówił poważnie? Mogłam ją uratować? Ale... co on zrobi 

z moją mocą? Nic dobrego. Niezły wybór. Co River chciałaby, żebym zrobiła?

background image

Rozdział 24

Miałam  wrażenie,  że Nowy Rok  był  sto lat  temu.  Tańczyłam  w kręgu ze wszystkimi 

mieszkańcami  River's  Edge,  wokół  ogniska,  i  czułam,  jak  magyia  przelewa  się  we  mnie  jak 

fontanna, wschodzi jak wschód słońca. Próbowałam wyrzec się ciemności.

Później czekał na mnie Reyn. W zaśnieżonym lesie przytuliłam się do niego, a on mnie 

pocałował. Był taki ciepły, taki silny. Powiedział mi, czego chce - mnie - i spytał, czy ja też go 

chcę. 

Byłam idiotką, przerażoną idiotką. Nauczyłam się tam tak wiele, ale wiedza docierała 

do mnie w kawałkach - tu kryształy, tam zioła, gwiazdy, nazwy rzeczy, zaklęcia, olejki i fazy 

księżyca.  Byłam  taka  głupia,  że  nie  poskładałam  razem  tych  wszystkich  rzeczy.  Gdybym 

mogła spróbować jeszcze raz...

-  Co  mówisz,  kochanie?  -  Twarz  Incy'ego  promieniała,  tak  doskonała  i  wieczna  jak 

malowidło, które widziałam w Met, pełna skradzionego życia i energii.

Jego  głos  ściągnął  mnie  z  powrotem  do  przerażającej  teraźniejszości  -  obolałych 

mięśni,  dręczonych  skurczami,  szalejącego  umysłu,  tego  denerwującego  wiążącego  zaklęcia, 

trzymającego  mnie  ciasno  jak  w  kokonie.  Spojrzałam  na  Incy'ego,  skupiając  się  na  jego 

twarzy. W mojej świadomości pojawiło się słowo, z początku niewyraźne, później formujące 

się czytelniej - fjordaz.

Fyore-dish.  Było  to  starodawne  słowo,  określające  to,  co  Incy  kradł  -  jakoś 

instynktownie to wiedziałam. Zabrał fjordaz Boza.

Gdzie  ja  to  wcześniej  słyszałam?  Od  matki?  Było  to  słowo,  które  śpiewała,  kiedy 

przyzywała swoją moc. Pamiętałam jej donośny, cudowny głos, kiedy śpiewała, i wplecione w 

pieśń  słowo:  fyore-dish.  Przyzywała  tak  swoją  moc?  Czy  próbowała  podporządkować  sobie 

cudzą? Zamknęłam oczy, usiłując się skupić.

-  Dobrze!  -  zawył  Incy.  Moje  oczy  otworzyły  się,  kiedy  wyciągnął  stary  miecz,  z 

wygrawerowanymi  na  ostrzu  słowami,  od  których  dostałam  gęsiej  skórki.  Metal  zalśnił  w 

blasku  świec,  kiedy  Incy  go  uniósł.  -  Wiesz,  że  kota  można  obedrzeć  ze  skóry  na  wiele 

sposobów?

Mój umysł starał się nadążyć za jego myślami.

background image

- Bozowi odebrałem moc na żywo, żeby sprawdzić, czy potrafię. - Incy uśmiechnął się, 

ukazując  zęby  -  To  było  niewiarygodne.  Mam  nadzieję,  że  ci  się  podobało.  -  Zrobił  kilka 

tanecznych kroków, uderzając mieczem o podłogę jak laską. - Ale jeżeli utnę głowę Katy będę 

mógł chwycić jej moc z powietrza. Super, nie?

- Czekaj! - wydobyłam z siebie. Cały czas klęczałam na zimnej podłodze, kolana piekły 

mnie i pulsowały z bólu.- Czekaj!

-  Czekać?  Chcesz  się  nad  tym  zastanowić?  Nie.  -  Incy  doskoczył  do  Katy  i  uniósł 

miecz nad jej głową. Zamrugała kilka razy, spoglądając na niego w górę, a ja dostrzegłam, że 

usiłuje  się  poruszyć,  usiłuje  wstać.  Wszystko  to  wydawało  się  nierealne,  jak  zamglone 

wspomnienie koszmaru, z którego zaraz się obudzę.

- Nie! -  Nie byłam  w stanie krzyczeć, ale wysiliłam głos  najbardziej  jak  mogłam.  Był 

zniekształcony, jakbym krzyczała przez filcową tubę. - Nie, Incy, zaczekaj!

Katy się dusiła, nie była w stanie szlochać. Oczy miała szeroko otwarte, nie mogła w 

to uwierzyć.

-  Ty  mnie  do  tego  zmuszasz  -  powiedział  Incy,  spoglądając  na  mnie  i  opuszczając 

miecz.

-  Katy!  -  wykrztusiłam,  a  zaraz  potem  usłyszałam  niespodziewanie  głośne:  ciach. 

Rzuciłam  się do  przodu, ale powstrzymały  mnie  łańcuchy. Nieartykułowany wrzask Katy  się 

urwał.

Otworzyłam  usta, kiedy zobaczyłam, jak głowa  Katy toczy  się po  ziemi, zatrzymując 

się tuż  przy mnie.  Jej oczy patrzyły na  mnie, powoli mrugnęły  raz,  a potem zaszły mgłą,  jak 

stare mleko pianą. Z jej szyi kilka razy trysnął strumień żywo czerwonej krwi, w rytm uderzeń 

serca. W ułamku sekundy cofnęłam się do nocy, kiedy cała moja rodzina została wybita.

Wtedy też było  tyle  krwi.  Stąpałam  po niej w  wełnianych  plecionych  kapciach,  które 

grzęzły w przesiąkniętym nią dywanie. Teraz patrzyłam, jak krew Katy, czerwona i lśniąca na 

podłodze  magazynu,  płynie  w  moją  stronę,  tworząc  strumyki  w  kurzu.  Ciężki,  miedziany 

zapach dotarł do mojego nosa, wypełnił mi usta.

Skręciły  mi  się  wnętrzności.  Przechyliłam  się  na  bok  i  zwymiotowałam.  Żołądek 

podskoczył mi parę razy. Drinki, które wypiłam godzinę temu, paliły mnie z żółcią w gardle.

Incy śpiewał przy tym, ale teraz cofnął się szybko, żeby rozlewająca się coraz bardziej 

krew nie poplamiła mu butów. Oddychał ciężko. W słabym świetle księżyca widać było małe 

background image

chmurki  dymu.  Oczy  lśniły  mu,  kiedy  na  mnie  patrzył,  wydawał  się  zadziwiony,  pod 

wrażeniem, oszołomiony, że naprawdę zrobił tak odrażającą, niszczycielską rzecz.

-  Jesteś  teraz  szczęśliwa?  -  spytał.  Krew  kapała  z  miecza,  który  zwisał  mu  z  jednej 

dłoni. - Widzisz, do czego mnie zmusiłaś?  To twoja wina! - Wskazał na Katy. -  Nie musiała 

umierać! Mogłaś ją uratować! Ale twój egoizm ją zabił! - Jego słowa byłyby bardziej bolesne, 

gdyby nie był taki podniecony.

To  właśnie  w  tym  momencie  moja  nienawiść  do  niego  zaczęła  pokonywać  zaklęcie, 

powolutku.

- Nienawidzę cię! - wrzasnęłam. Cały czas miałam sztywny język, ale głos był silniejszy 

niż wcześniej. Incy cofnął się przerażony, nie wiedziałam, czy z powodu moich słów, czy tego, 

że byłam w stanie je wypowiedzieć. Ale wylewały się ze mnie, tak jak krew z Katy.

-  Nienawidzę  cię!  Nienawidzę  w  tobie  wszystkiego!  Jesteś  stuknięty!  Zły!  Pijany 

mocą!  -  I  tak  miałam  umrzeć,  przynajmniej  mogłam  sobie  ulżyć.  W  mój  głos  włożyłam  tyle 

chłodu i nienawiści, na ile tylko mogłam się zdobyć.

Twarz Incy'ego wykrzywiła się z wściekłości.

-  Zamknij  się!  To  ty  jesteś  mroczna!  Ty  jesteś  zła,  na  wskroś,  do  głębi  twojej 

pomarszczonej duszy!

- Też tak myślałam. Bałam się tego - wypaliłam. Mówienie sprawiało mi trudność, nie 

było  płynne  i  musiałam  wkładać  w  nie  wiele  wysiłku,  ale  byłam  w  stanie  wydobyć  z  siebie 

słowa. -  Wszystko szło źle, a ja myślałam, że to przeze mnie! Ale to nie była moja wina! Ze 

mną jest wszystko w porządku! To ty, przez cały czas! To ty jesteś mroczny! - Miałam ochotę 

szlochać  z  powodu  ulgi,  jaką  poczułam,  kiedy  sobie  to  uświadomiłam,  niedługo  i  tak  zginę, 

więc nie musiałam się nad tym zastanawiać.

- Zamknij się! - krzyknął znowu Incy, wymachując nade mną zakrwawionym mieczem. 

- Nie wiesz, co mówisz! Kochasz mnie! Zrobiłem dla ciebie wszystko!

Zamurowało mnie.

-  Kocham  cię?  Jesteś  szurnięty?  Rozejrzyj  się!  Patrz,  co  zrobiłeś!  Popatrz,  co  robisz 

mnie!  -  Moje  łańcuchy  pobrzękiwały  i  ocierały  się  o  słup.  Czułam  ostre  ukłucia  drzazg, 

wbijających mi się w nadgarstki.

Incy  rozejrzał  się  i  na  chwilę  na  jego  ciemnej,  przystojnej  twarzy  zagościł  wyraz 

dezorientacji. Pokręciłam głową.

background image

-  Prawie  nie  pamiętam  dawnego  Incy'ego,  przyjaciela  -  powiedziałam.  -  Wszystkie 

wspomnienia związane z tobą zostały zniszczone, są brzydsze niż kiedyś. Chcę cię wymazać z

mojej  przeszłości,  wymazać  każdą  rzecz  związaną  z  tobą.  -  Wypowiadałam  te  prawdziwe, 

bolesne słowa bardziej spokojnie, co doprowadziło Incy'ego na skraj wytrzymałości.

Na jego twarzy pojawiła się złość.

- Nie mówisz tego poważnie!

Skinęłam głową. Miałam wrażenie, że moja głowa waży dwadzieścia pięć kilogramów.

- Uwierz mi, Incy, mówię poważnie.

-  Tak?  -  Doskoczył  do  mnie,  rycząc  z  wściekłości  i  wymachując  mieczem.  Ledwie 

mogłam się skrzywić i zacisnąć powieki, czekając na cios. Miecz uderzył w słup z wielką siłą, 

poruszając nim, posyłając drażniące wibracje ku moim dłoniom.

Sekundę zajęło mu wyciągnięcie ostrza, a ja strasznie żałowałam, że nie mogę wysunąć 

nogi  i  powalić  go  kopniakiem.  Wyobrażałam  sobie,  jak  go  biję,  bez  przerwy,  wyobrażałam 

sobie, jak podnoszę miecz...

Wyswobodził ostrze, cofnął się i wycelował je prosto w moją twarz. Trzymał koniec, 

mokry od krwi Katy, kilka centymetrów od mojej twarzy.

- Nienawidzisz mnie, tak? W takim razie nawet nie będę udawał, że czuję się winny, że 

odbieram ci moc.

Zadarłam brodę.

- Nie możesz! Nie pozwolę ci!

Incy zachichotał, a jego śmiech stał się denerwujący, piskliwy.

- Akurat nie masz nic do gadania.

-  Mam!  -  wypaliłam,  ale  Incy  nie  dał  się  nabrać.  Wycelował  we  mnie  palcem  i 

wypowiedział  kilka  słów,  a  przy  następnym  oddechu  opadłam  ciężko,  nie  mogąc  poruszyć 

nawet oczami.

Wzmocnił  więżące  zaklęcie, a ja miałam ochotę skowyczeć z  wściekłości  i  frustracji. 

Oczy  znów  napełniły  mi  się  łzami  i  nie  mogłam  uwierzyć,  że  wygra,  że  nie  potrafię  temu 

zaradzić.

-  Lepiej  by  było,  gdybyś  oddała  mi  swoją  moc  -  powiedział  Incy.  Podpierając  się 

dłonią,  pochylił  się  i  zaczął  rysować  krwią  Katy  wielki  okrąg  dookoła  nas.  Najwidoczniej 

odebranie  mi  mocy  wymagało  większej  oprawy,  większego  przygotowania  niż  w  przypadku 

background image

Boza i Katy czy zwykłego człowieka. Potworna woń krwi w połączeniu z odorem alkoholu i 

wymiotów  sprawiła,  że  znów  poczułam  mdłości.  -  Ale  z  pewnością  jestem  w  stanie  ci  ją 

odebrać, nawet wbrew twojej woli. Będzie to nawet interesujące wyzwanie.

Chciałam krzyczeć, ale miałam wrażenie, że moja szczęka jest jak z gąbki.

Zanim  Incy  zamknął  krąg,  ułożył  cztery  długie  kawałki  hematytu  na  cztery  strony 

świata.  Później  wziął  więcej  krwi  i  w  środku  okręgu  namalował  dużą  gwiazdę,  tworząc 

pentagram. Widziałam, jak Anne używała go podczas rytuałów ozdrowieńczych. Jak wszystko 

inne, sam w sobie  nie był zły. Wszystko może mieć dwie twarze - ciemną i jasną. Zależy od 

intencji użytkownika.

Później  Incy  ustawił  osiem  czarnych  świec  i  cztery  fioletowe  i  zapalił  je  wszystkie 

zwykłą srebrną zapalniczką. Dodatkowe świece sprawiły, że cała sceneria była jeszcze bardziej 

odrażająca  -  krew  Katy  miała  teraz  odcień  jaskrawoczerwony,  a  pomarszczona, 

przypominająca  wyschnięte  jabłko  twarz  Boza  była  bladozielonkawa.  Światła  rzucały  długie 

cienie  w  kąty  ogromnego  magazynu.  Marzyłam  o  tym,  żeby  przeleciał  nad  nami  śmigłowiec 

kontrolujący ruch. Zgłosiliby podejrzenie wandalizmu, przyjechałyby gliny...

- Cała ta cudowna moc - podśpiewywał Incy. - Cudowna, cudowna moc Nasty. Moja, 

cała  moja.  Będę  taki  silny.  Miss  Edna  będzie  zdumiona.  Miss  Edna  może  nawet  będzie 

przerażona - paplał.

- Jaka Miss Edna? - Miałam wrażenie, że mój język jest spuchnięty. Byłam pobudzona, 

a jednocześnie spętana. Każda sekunda ciągnęła się jak wieczność, ale nie mogłam się ruszyć, 

nie czułam już nawet rąk.

-  Będzie  rozkosznie.  -  Głos  Incy'ego  był  rozanielony,  dziecinny.  -  Rozkosznie  i 

pożywnie. - Wyprostował się i spojrzał na mnie. - Miss Edna. Miss Edna jest... bardzo stara. 

Ma  wielką  moc.  Ale  nie  jest  tak  stara  i  tak  potężna  jak  jej  mistrz.  -  Machnął  dłonią.  -  Ten 

magazyn należy do jej mistrza.

Jasny gwint.

- Do jej mistrza? - Mamy w ogóle coś takiego?

Incy znów zachichotał i odszedł, żeby przygotować czarne zaklęcie.

- Kto jest jej mistrzem? - Język miałam sztywny i mówienie sprawiało mi trudność.

Incy zmarszczył czoło i pogroził mi palcem.

- Nie twój interes! A teraz się zamknij! 

background image

Mistrz?

-  Będę  taki  silny,  taki  silny  -  podśpiewywał  Incy.  Przystawał  przy  każdym  kawałku 

hematytu  i  wypowiadał  nad  nim  jakieś  słowa,  słowa  ociekające  żądzą  i  perwersyjnym 

pożądaniem.

Niedługo  będę  martwa.  Była  to dziwna  świadomość. Zdarzało  się  w  czasie  czterystu 

pięćdziesięciu dziewięciu lat mojej egzystencji, że chciałam umrzeć. Ale dopiero teraz, w tym 

roku, w tym miesiącu, tego dnia nabrałam pewności co do tego, czym jest życie. I że mam w 

życiu cel.

Wcześniej postrzegałam przyszłość jako wielką, gigantyczną przepaść czasu, ciągnącą 

się  bezsensownie,  bez  końca.  Teraz  cała  moja  przyszłość  miała  się  skończyć  w  ciągu 

najbliższej godziny. Było to takie... niespodziewane. Gdyby tylko River...

Nagle wpadła mi do głowy myśl, przebijając się przez mgłę. River była niewiarygodnie 

silna dlatego, że była nieśmiertelną z Domu Genui. Również dlatego, że była naprawdę stara i 

przez wieki wnikliwie studiowała magyię. Ale w dużej mierze znaczenie miało to, że urodziła 

się  w  tym  domu.  Ja  urodziłam  się  w  islandzkim  domu  nieśmiertelnych.  Byłam  jak  River. 

Potencjalnie byłam tak samo silna jak ona. Oczywiście, nie przeszłam żadnego przeszkolenia, 

brakowało  mi  elementarnej  wiedzy  i  byłam  kompletną  ignorantką.  A  jednak.  Byłam  jedyną 

ocalałą z Domu Ulfura Wilka. To z powodu mocy Incy mnie chciał. Jeżeli on mógł się dostać 

do mojej mocy, dlaczego ja miałabym tego nie zrobić?

Ta idea była porażająca, jakby ktoś właśnie wylał mi szampana na twarz. Myśli zaczęły 

eksplodować  z  uporządkowaną  jasnością,  po  raz  pierwszy,  odkąd  Incy  mnie  porwał.  Z 

wielkim  wysiłkiem  odepchnęłam  na  bok  żal  i  odrazę  wywołane  śmiercią  Boza  i  Katy,  i 

spojrzałam na niego. Chodził od świecy do świecy, śpiewając krótkie wersy jeden po drugim. 

Wyglądał  dostojnie,  sprawiał  wrażenie  ważnego  i  szczęśliwego.  Był  skupiony  na  sobie  i  tak 

zawzięty. Nigdy w całym życiu niczego tak bardzo nie pragnął.

Byłam  silna.  Nadzwyczajnie  silna.  Nienaturalnie  silna.  Wróciłam  myślami  do  Helgar. 

Pracowałam  dla  niej  jako  pokojówka  w  Reykjaviku,  kiedy  skończyłam  dwadzieścia  lat  i  już 

zdążyłam owdowieć. To Helgar rozpoznała we mnie nieśmiertelną i powiedziała mi o tym, ku 

mojemu  zdumieniu.  Opowiedziała  mi  o  naszej  magyi,  o  tym,  że  rodzimy  się  w  ciemności  i 

żyjemy w ciemności, i że tak już jest. Było to dla mnie prawdą przez cztery i pół wieku. Teraz 

background image

chwyciłam  się  nowej  prawdy:  możemy  wybierać,  czy  chcemy  być  światłem  czy  ciemnością, 

dobrzy czy źli.

Była to zdumiewająca prawda, z wieloma konsekwencjami. Chciałam mieć czas, żeby 

o  tym  pomyśleć,  zamiast  kilku  minut  na  żal  z  powodu  tego,  że  byłam  taka  nieoświecona. 

Helgar  opisała  naszą  magyię  jako  czarnego  węża,  zwiniętego  w  nas  zawsze.  Uprawiając 

magyię, otwieraliśmy usta  i przyzywaliśmy  węża. Znałam tylko kilka  podstawowych zaklęć i 

nawet ich nie potrafiłam sobie przypomnieć. Mój czarny wąż spał.

Incy zamknął krąg, spojrzał na mnie w skupieniu i ukląkł w środku. Zasłonił sobie oczy 

dłońmi i zaczął nucić.

Jestem wyjątkowo silna. Mam potężną moc, jak River.

Otworzyłam usta.

To  był  mój  plan.  Pozwoliłam,  żeby  mój  wzrok  się  rozproszył  i  zaczęłam  myśleć  o 

mojej  mocy,  o  tych  paru  zaklęciach,  jakie  znałam,  o  lekcjach,  które  wzięłam.  Pomyślałam  o 

moim  księżycowym  kamieniu  i  z  przerażeniem  uświadomiłam  sobie,  że  mam  go  w  kieszeni 

spodni.  Włożyłam  go  tam  odruchowo,  z  przyzwyczajenia.  Myślałam  o  moim  księżycowym 

kamieniu, o tym, jak go kocham i że jest częścią mnie.

Dobra,  czarny  wężu,  szepnęłam,  po  raz  pierwszy  w  życiu,  przyzywam  cię  teraz. 

Czarny  wąż,  chyba  zwariowałam.  Niech  będzie  biały.  Nie.  To  była  moja  moc,  i  będzie... 

gołębiem  -  białym  gołębiem,  cholera.  Dobra,  biały  gołębiu,  biały  gołębiu,  biały  gołębiu... 

przybądź do mnie.

Zamknęłam  oczy  i  zobaczyłam  gniewną  twarz  Reyna.  Jakby  mówił:  nie  bądź 

mięczakiem. Zawołaj ją! Przestań czekać, aż inni zrobią to za ciebie!

Incy skrzyżował dłonie przed ustami. Tonacja pieśni się zmieniła. Miałam wrażenie, że 

powietrze jest zimniejsze, bardziej złowrogie.

Kolejny raz wyczuwałam czarną magyię przedostającą się przez deski w podłodze jak 

obrzydliwe,  odrażające  stwory,  sączącą  się  przez  powybijane  okna  jak  zły  wiatr,  wciskającą 

się przez zardzewiałe dziury w dachu razem z niewinnym blaskiem księżyca.

Huitur  dufa.  Biały  gołąb,  w  języku,  który  znałam  od  urodzenia,  w  języku  moich 

rodziców.  Hvitur  dufa,  przybądź  do  mnie.  Zadziała,  jeśli  to  nie  będzie  czarny  wąż?  Nie 

wiedziałam.  Wiedziałam  tylko,  że jeżeli wyobrażę sobie  czarnego węża, wychodzącego  mi z 

ust, znowu zwymiotuję. Hvitur dufa... przybądź do mnie. Myśli mi się rozproszyły, jakby coś 

background image

je  zakłóciło.  Pieśń  Incy'ego  stawała  się  coraz  głośniejsza.  Co  ja  robię?  Czemu  jest  mi  tak 

zimno? Wszędzie panowała ciemność, zbliżała się do mnie, lizała obrys okręgu.

Och, hvitur dufa. Myśl, Nas, skup się. Zaczęłam mruczeć pierwsze, co przyszło mi do 

głowy.  Miałam  nadzieję,  że  jest  to  pieśń,  którą  wezwę  moją  moc,  ale  wtedy  nie  miałam 

pojęcia. Byłam wyczerpana, resztki mojej energii wyciekały ze mnie.

Miałam mój księżycowy kamień. Moja matka też miała księżycowy kamień. Zmusiłam 

się, żeby wydobywać z siebie dźwięk, utrzymać w umyśle obraz silnego, białego gołębia, ale 

on cały czas znikał, a mnie chciało się płakać.

Czarne palce ciemności zbliżały się coraz bardziej i bardziej. Niedługo dosięgną moich 

stóp, głowy, dłoni, zaczną mnie drapać, torować sobie drogę pod skórę. W końcu poczuję, jak 

zakradają  się  do  mojego  mózgu  i  zaczynają  wdzierać  się  do  środka,  do  moich  myśli,  mojej 

duszy.

Jeszcze  raz  zaśpiewałam,  żeby  przyzwać  moją  pradawną  moc.  Wzniosłam  się  ponad 

fizyczny  ból,  ponad  emocjonalny  niepokój.  Byłam  mocą.  Wdech,  dwa,  trzy,  cztery...  Hvitur 

dufa...  mój  gołębiu.  Mój  gołębiu.  Mój  biały  gołębiu  mocy.  Moje  dziedzictwo,  mój  spadek. 

Moja  matka.  Mój ojciec.  Islandia.  Czyżby  mi  się  zdawało,  czy mój księżycowy kamień robił 

się coraz  cieplejszy?  Cały czas mruczałam,  śpiewałam  pod nosem, nie spuszczając wzroku z 

Incy'ego. Teraz stał, trzymając ręce wzdłuż ciała. Jego głos był silny, ale tłumił go zły zamysł 

pieśni. Słowa były obrzydliwe i stare, przez wieki wykorzystywane do tego, żeby siać śmierć i 

zniszczenie.  Ogarnięta  paniką,  nad  którą  z  trudem  byłam  w  stanie  zapanować,  czułam,  jak 

ciemność wokół mnie gęstnieje.

Incy  osiągał  szczyt.  Jego  twarz  zlana  była  potem,  oczy  miał  dzikie  i  niewidzące,  ale 

jego radość była ewidentna. Uniósł dłoń do sufitu i powoli obrócił się po okręgu.

Jego zaklęcie dotknęło mnie jak lodowate powietrze arktycznego oceanu. Zatrzęsłam 

się  z  zimna  i  zamknęłam  oczy,  wydychając  moją  pieśń  mocy,  czując,  że  nigdy  więcej  nie 

będzie  mi  już  ciepło.  Byłam  kanałem,  naczyniem,  które  miało  zostać  wypełnione  rodzinnym 

dziedzictwem.  Nie  brałam  mocy  od  Incy'ego,  z  drewnianej  podłogi,  z  nocnego  powietrza. 

Przekazywałam ją, pozwalałam jej przez siebie przepływać. Nie poddam się. Nie pozwolę mu 

wygrać  bez  walki.  Nie  pozwolę  jemu  ani  nikomu  innemu  odebrać  tego,  co  należy  do  mnie. 

Moja moc pozostanie moją na zawsze. 

background image

Chłód  piął  się  po  mnie  jak  dusząca  winorośl.  Kiedy  otworzyłam  oczy,  miałam 

zamazany wzrok. Niedługo ciemność Incy'ego wślizgnie mi się do gardła, dostanie mi się do 

uszu, do oczu i będzie po wszystkim.

Haft,  haft,  efta  gordil,  efta  alleg,  śpiewałam.  Słowa  były  pradawne  już  w  czasach, 

kiedy  urodzili  się  moi  rodzice,  utworzone  przez  Starszych  w  czasach  początków  magyi. 

Hvitur  dufa,  eilil  dag...  myn  hroja,  myn  gulfta...  Mój  biały  gołąb.  Wyobraziłam  go  sobie, 

wyobraziłam  sobie  każde  piórko,  oczy  czarne  jak  moje.  To  była  moja  moc.  Ja  nad  nią 

panowałam.  Moja  moc  była  nieograniczona!  Znajdowała  się  na  skrzydłach  mojego  gołębia, 

taka silna i jasna, w białych piórach, rozsyłana jak słoneczne promienie. Mój gołąb przybywał 

na  moje  wezwanie,  tak  jak  jego  inne  wcielenia  przez  wieki  przybywały  na  wezwanie  moich 

przodków.  Był  o  wiele  silniejszy  niż  patchwork  Incy'ego,  ukradziony  fyordaz.  To  była  moja 

moc, z moich kości, z mojej krwi.

Incy  teraz  już  krzyczał,  obracając  się  bez  przerwy.  Z  każdym  obrotem  śmiertelny 

węzeł wokół mojej szyi zaciskał się coraz bardziej. Zaraz zemdleję. Nagle Incy tupnął i stanął 

nieruchomo. Energicznie opuścił  ręce, jakby uciszał orkiestrę. Zamgliło mi się przed oczami. 

Już nic nie wiedziałam. Garota

6

 czarnej magyi zacisnęła mi się na szyi...

Hvitur dufa, uwalniam cię. Uwalniam cię! W myślach wyobraziłam sobie, jak wznoszę 

ręce w górę, uwalniając moc mojego klanu... i wtedy, ku mojemu zaskoczeniu, przeszyła mnie 

fala  potężnej  mocy,  elektryzując  każdą  komórkę  mojego  ciała!  Plecy  wygięły  mi  się 

gwałtownie,  a  moje  dłonie  otarły  się  mocno  o  drewniany  słup.  Jakby  poraził  mnie  piorun, 

włosy stanęły mi dęba, skóra mnie paliła, jakby miała zamiar popękać. Nos wypełniła mi krew, 

a przeszywający ból w uszach sprawił, że krzyknęłam. Czułam, że coś się ze mnie wydobywa, 

coś potężnego i namacalnego, co pędziło, żeby wykonać moje zaklęcie.

W  ułamku  sekundy  zaklęcie  Incy'ego  zostało  złamane:  Byłam  zupełnie  trzeźwa  i  biła 

ode  mnie  nieśmiertelna  moc  pokoleń.  Łańcuch,  który  skuwał  moje  ręce,  pękł,  a  zniszczony 

metal poleciał we wszystkie strony.

Dwa  metry  dalej  krąg  Incy'ego  eksplodował.  Świece  zgasły,  hematyt  ślizgał  się  po 

podłodze. Incy podskoczył, jakby dostał policzek, który niemal zwalił go z nóg. Zachwiał się, 

złapał równowagę i wpatrywał się we mnie z otwartymi ze zdziwienia ustami.

6

 

od hiszp. garrote - broń wykorzystywana od czasów starożytności do szybkiego duszenia ofiar. Jest to kawałek dość cienkiego, 

lecz wytrzymałego materiału, do uchwycenia oburącz i zaciskania na szyi ofiary (przyp. tłum.)

background image

Sama nie mogłam w to uwierzyć. Przepełniała mnie zarówno euforia, jak i pokora.

- Nigdy nie zabierzesz mi mocy - syknęłam. Moje ramiona były boleśnie spięte. Kiedy 

odzyskałam czucie w dłoniach, które zaczęły mnie lekko piec, miałam ochotę się rozpłakać, a 

mięśnie moich nóg protestowały, gdy podniosłam się z ziemi. - Nigdy nie będziesz miał dość 

siły! Jesteś żałosny!

Incy doskoczył do mnie, rycząc z wściekłości. Jego dłonie zacisnęły się na mojej szyi, a 

ja  nagle  zorientowałam  się,  że  moja  moc  znikła,  wyczerpała  się  przy  tym  jednym  wybuchu. 

Nie miałam dość wiedzy, by ją zatrzymać, żeby wymyślić coś innego.

Cholera,  pomyślałam,  usiłując  go  kopnąć,  przeklinając  go,  mówiąc  najobrzydliwsze 

rzeczy, jakie byłam w stanie wymyślić.

- Jesteś mordercą, jesteś stuknięty, nienawidzę cię, zawsze będę cię nienawidzić...

Ale on był silniejszy i zaczął mnie dusić.

- Jak śmiesz ze mną walczyć - warknął. - Jak śmiesz próbować być potężniejsza niż ja! 

Nie rozumiesz? To przeze mnie byłaś skończonym nieudacznikiem u purytan. To ja obróciłem 

twoje życie w trociny. Wplotłem truciznę  do twojej egzystencji, żeby ci pokazać, jak bardzo 

tam  nie  pasujesz,  jak  bardzo  mnie  potrzebujesz. Ale  ty  mimo  wszystko  tego  nie  widziałaś. - 

Szarpał mnie za ramiona, trzęsąc głową. Czułam mdłości, kręciło mi się w głowie, usiłowałam 

chwycić  go  za  ręce,  za  nadgarstki.  Incy  zacisnął  dłonie  na  mojej  szyi,  ściskając  je  coraz 

bardziej i bardziej.

Zakaszlałam, próbując nabrać powietrza. Płuca zaczęły mnie boleć i poczułam zawroty 

głowy.

- Pieprz się! - wydusiłam cicho i ugryzłam się w język, kiedy mną potrząsał. Cholera. - 

Nienawidzę cię! Jesteś porażką! Dupkiem! Pozerem!

-  Ty  jesteś  porażką!  -  odgryzł  się.  -  Nieszczęściem!  Twoi  rodzice  by  się  ciebie 

wstydzili, twojej słabości! Sami chcieliby, żebyś umarła... Auć!

Dobra, może i jest ode mnie silniejszy, ale ma jeden czuły punkt. Chwała mi za to, że 

pamiętałam. W następnej sekundzie wbiłam mu kolano w przyrodzenie, najsilniej jak mogłam. 

Zamarł, a potem wydał z siebie zdławiony odgłos. Jego dłonie oderwały się od mojej szyi, a on

opadł na ziemię, skulił się i zaczął sapać. To było jak magyia!

To  była  moja  szansa.  Wskoczyłam  na  niego,  w  niezdarnym  lądowaniu  boleśnie 

skręcając  sobie  zdrętwiałą  kostkę.  Podniosłam  miecz  z  miejsca,  w  którym  go  upuścił  i 

background image

stanęłam nad nim. Oczy wyszły mu z orbit, usiłował mnie kopnąć, usiłował wstać, ale mu się 

nie udało, jedynie skrzywił się i zaskomlał z bólu. Pot wystąpił mu na czoło i zrobił się blady.

- Zabiję cię - wydobył z siebie. Z wściekłości wyszły mu żyły na skroniach.

-  To  ja  mam  miecz,  geniuszu  -  warknęłam.  Usiłował  podnieść  się  na  jedno  kolano, 

wyciągając do mnie rękę. Uniosłam miecz, myśląc o tym, co zrobił z moim życiem, co zrobił z 

moim  życiem  w  River's  Edge.  Wydawało  mi  się,  że  słyszę  w  oddali  dudnienie  i  trzaski,  ale 

wszystkie zmysły eksplodowały mi pod wpływem magyi, więc nie mogłam ufać swoim uszom.

-  Zasługujesz  na  śmierć.  -  Czułam  się  mocna  i  niepokonana.  -  Za  wszystko,  co 

zrobiłeś. Zabiłeś Boza i Katy. Mało mnie nie zabiłeś.

Incy cały czas próbował się podnieść, a ja przyglądałam się mu, na wypadek, gdybym 

znów musiała kopnąć go w jaja.

- Akurat umiesz się posługiwać tym mieczem - zakpił, ale w jego oczach dostrzegłam 

strach. Uśmiechnęłam się złowrogo, tak jak ćwiczyłam wiele lat temu, dla zabawy.

- Zdziwiłbyś się - powiedziałam z uśmieszkiem na twarzy i dostrzegłam, że zwątpił.

Cofnęłam  się  o  parę  kroków,  na  wypadek  gdyby  usiłował  się  na  mnie  rzucić,  i 

opuściłam miecz. Ręce mi drżały, kiedy podejmowałam decyzję.

-  Jestem  silniejsza  od  ciebie.  Bo...  nie  zamierzam  cię  zabić,  nieudaczniku.  -  Wzięłam 

rozedrgany  oddech,  zastanawiając  się,  jak  go  unieruchomić,  żeby  zdołać  stąd  uciec.  -

Zasługujesz  na  śmierć  -  dodałam.  -  I  mogłabym  cię  w  tej  chwili  zabić,  i  nikt  na  ziemi  by  za 

tobą  nie  płakał,  oprócz  szczurów,  które  zjadłyby  twoje  kości.  Ale  jestem  ponad  to,  ty 

zawszawiony koński bobku! - dokończyłam, krzycząc, znów rozwścieczona.

Nagle  podłoga  się  zatrzęsła,  a  ja  usłyszałam  kolejny,  jeszcze  głośniejszy  ryk 

wściekłości. Incy spojrzał w górę, na jego twarzy odmalowało się przerażenie i złość...

...na widok wściekłego Najeźdźcy z Północy, który pędził po balkonie.

Więc jednak umarłam. Więc jednak, mimo że tak się starałam, Incy'emu udało się mnie 

udusić. Po wszystkim. Jakby z oddali widziałam, jak Reyn chwyta Incy'ego za płaszcz i ciska 

nim  o  podłogę.  Tak  właśnie  wyglądało  niebo:  mogłam  patrzeć  w  nieskończoność,  jak  Reyn 

bije Incy'ego.

Przypuszczałam, że będę patrzeć na to przez całą wieczność. Nie tak źle.

Później  dotarło  do  mnie  kilka  rzeczy:  byłam  nieśmiertelna,  nie  można  było  mnie 

udusić.  W  niebie  pewnie  ładniej  pachnie  i  jest  cieplej.  Nie  wiedziałam  nawet,  czy  niebo  w 

background image

ogóle istnieje, poza tym mało prawdopodobne było, żebym się w  nim  znalazła, o ile  istnieje. 

Poza tym biegli do mnie River, Asher, Solis i Anne.

Chyba jednak nadal żyłam i wszystko się skończyło.

background image

Rozdział 25

Niezupełnie.

-  Nastasyo!  -  Asher  popatrzył  mi  w  oczy,  a  później  ostrożnie  wyjął  miecz  z  mojej 

zdrętwiałej  dłoni  i  przyjrzał  się  moim  nadgarstkom,  które  były  posiniaczone,  pokaleczone  i 

podrapane. River i Solis zaczęli odciągać Reyna od Incy'ego, który wdał się w walkę. Nie miał 

szans wygrać, bo walczył z kimś, kto urodził się i został wychowany do pokonywania innych 

ludzi.  River nakreśliła  pieczęć  w  powietrzu, a Incy  padł  jak  kawka,  z oczami  utkwionymi  w 

suficie. Solis wziął Reyna za rękę i go odciągnął. Ciężko dyszał z zaciśniętymi pięściami.

Teraz,  kiedy  Incy  nie  stanowił  już  zagrożenia,  poczułam  się  oszołomiona  i 

niedorzecznie  zmęczona.  Uświadomiłam  sobie,  że  Solis  i  Anne  są  przy  Bozie  i  Katy. 

Słyszałam,  jak  szeptem  wypowiadają  modlitwy  i  miałam  ponurą  świadomość  tego,  że 

sprowadziłam to na nich.

Byli tu. W czasie najgorszych chwil tęskniłam, żeby znów zobaczyć River, żeby mieć 

jeszcze  jedną  szansę  porozumienia  się  z  Reynem.  Teraz  odczuwałam  głęboką  ulgę  i 

wdzięczność, ale też  niewysłowione zażenowanie z  powodu tego, że byli świadkami mojego 

największego upadku. Odrzuciłam dar ich wiedzy, zostawiłam ich i natychmiast wpakowałam 

się  w  kłopoty.  Ci  ludzie,  na  których  opinii  rozpaczliwie  mi  zależało,  patrzyli  na  mnie  w 

momencie mojej największej porażki.

River podeszła  i uklękła  przy mnie.  Przypomniało mi  się, jak się poznałyśmy -  wtedy 

też podeszła i uklękła przy mnie, kiedy wykręcałam moją etolę z lisa z lodowatej wody. Bałam 

się spojrzeć jej w oczy, ale się zmusiłam. Dostrzegłam troskę, zmartwienie i miłość. Zrobiło mi 

się mokro w nosie, jak zawsze, kiedy zbiera mi się na płacz. River pogłaskała moje włosy w 

kolorze  flamingowej  magenty  i  odwróciłyśmy  się,  żeby  przyjrzeć  się  scenie.  Wszystko 

wyglądało teraz o wiele gorzej, kiedy nie znajdowałam się pod wpływem zaklęcia: magazyn, 

wysuszone ciało Boza, pozbawiona głowy Katy, krwawy okrąg, łańcuchy, świece, które użył, 

żeby uprawiać złą magyię.

Nie wiedziałam, czy będę w stanie kiedykolwiek się z tego pozbierać. Moje poczucie 

triumfu nad Incym, nad ciemnością, wyparowało jak dym.

background image

Jasnobrązowe  oczy  River  spojrzały  na  mnie.  Jej  dłoń  ostrożnie  pogłaskała  mnie  po 

ramieniu,  a ból  sprawił, że znowu zebrało mi się  na  wymioty. River nachyliła się  do  mojego 

ucha.

- To wygląda bardzo źle. Ale widziałam gorsze rzeczy. Pozbierasz się.

- Moja twarz nie jest chyba aż tak ekspresywna? - rozpłakałam się.

Nos  miałam  zimny.  Cała  reszta  mojego  ciała  była  ciepła.  Materac  pode  mną  był 

twardy. Wyciągnęłam ostrożnie rękę  i szybko odnalazłam brzeg  łóżka. Było wąskie. Powoli, 

wstrzymując oddech, otworzyłam oczy. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam, było pęknięcie na 

suficie  w kształcie  Brazylii. Błądząc wzrokiem, dostrzegłam  małą  drewnianą  szafę, drzwi do 

mojego pokoju. Metalową ramę łóżka w nogach. Zlew. Małą szafkę przy łóżku. Okno.

Mój pokój u River.

Wtedy  zorientowałam  się,  że  śnię.  Leżałam  nieruchomo,  żeby  się  nie  obudzić. 

Oddałabym  wszystko,  żeby  to  było  prawdą,  rzeczywistością.  Ale  wiedziałam,  że  zaraz  się 

obudzę w zjawiskowym hotelu w Bostonie, na szerokim, miękkim łóżku. Ktoś wejdzie, głośno 

mówiąc,  wezwie  obsługę  hotelową.  Będę  się  czuła  okropnie,  dopóki  nie  wypiję  czterech 

filiżanek kawy.

Dzień upłynie na zakupach, jedzeniu, włóczeniu się, a później wieczorze w teatrze albo

snobistycznym  nowym  klubie  czy  znanej  restauracji.  Krótko  mówiąc,  jałowa,  bezcelowa, 

głupia egzystencja, koszmar.

Znów zamknęłam oczy. Nie taki koszmar, jaki miałam z Incym w roli głównej - który 

zabił Boza i Katy w magazynie. Wydawało się to takie... prawdziwe. Dlaczego cały czas mam 

te sny, wizje?

Usłyszałam  pukanie  do  drzwi,  ale  zignorowałam  je.  Pewnie  pokojówka,  a  może 

obsługa hotelowa. Jeżeli znów otworzę oczy, to obudzę się na dobre, a myśl o tym, że obudzę 

się w Bostonie z Incym przyprawiała mnie o rozpacz.

Drzwi się otworzyły. Udawałam, że śpię. Poczułam... zioła?

- Wiem, że nie śpisz - odezwała się River, a moje oczy natychmiast się otworzyły.

To  naprawdę  była  ona.  Ja  naprawdę  tu  byłam.  Zmarszczyłam  czoło,  cofając  się 

pamięcią. Moim ostatnim wspomnieniem było... Czy to wszystko naprawdę się wydarzyło? To 

nieopisane okrucieństwo w magazynie? Czy to było prawdą? O Boże.

- Usiądź i wypij to - powiedziała River.

background image

Wtedy  zobaczyłam  moje  nadgarstki,  upstrzone  ciemnymi,  fioletowymi  siniakami, 

pokryte  rankami  od  drzazg  słupa.  Szyję  miałam  obolałą.  Jedną  ręką  dotknęłam  karku.  Ktoś 

zawiązał mi wokół szyi cienką apaszkę. Wzruszyła mnie ta troska i poczułam, jak moje oczy 

napełniają się łzami. Wzięłam kubek od River i się napiłam.

Nowe  fale  przerażenia  zalewały  mnie,  kiedy  przypominałam  sobie  coraz  więcej 

szczegółów.  River  usiadła  na  moim  łóżku.  Nie  mogłam  na  nią  patrzeć,  po  prostu  piłam 

ziołowy napar i pozwoliłam łzom spływać po policzkach.

- Tak... tak mi przykro - wyszeptałam, spoglądając na kołdrę.

- Wiem - uspokajała mnie River.

- Innocencio... nie żyje?

-  Nie,  biedny  Incy  będzie  musiał  się  poddać  uzdrawiającym  talentom  mojej  ciotki 

Louisette  -  odpowiedziała.  -  Neli  przeniosła  się  do  Anglii,  do  nowego  miejsca  terapii.  Ale 

wydaje mi się, że Incy trochę u Louisette pobędzie.

- Pewnie nie można mu pomóc? - Usłyszałam sceptycyzm we własnym głosie.

- Myślę, że można - odparła River.

Jeżeli Incy'emu można pomóc... to mnie tym bardziej.

Znów rozległo się pukanie do drzwi i do środka weszła Anne z tacą. Na widok miski z 

zupą  i  chleba  skrzywiłam  się,  przypominając  sobie  noc,  w  którą  opuściłam  to  miejsce, 

zaledwie parę dni temu. Ciemność Incy'ego, którą brałam za moją własną, zniszczyła posiłek. 

Anne postawiła mi tacę na kolanach, a ja oparłam się o zagłówek.

- Cały czas zapominam o twoich włosach - powiedziała sucho. - Co cię opętało?

Wzięłam pasemko różowych włosów między palce.

- Właściwie... chyba opętał mnie Incy - wyznałam powoli, usiłując sobie przypomnieć 

słowa, którymi mnie zarzucił... kiedy? Wczoraj w nocy? - Jaki mamy dzień? Jak długo spałam?

- Jakieś osiemnaście godzin - powiedziała River. - Jak to, Incy cię opętał?

- Wczoraj w nocy, podczas walki, mówiłam wszystkie najgorsze rzeczy, jakie byłam w 

stanie  wymyślić,  jak  bardzo  go  nienawidzę,  jaki  jest  potworny  i  żałosny,  i  że  jestem  o  wiele 

silniejsza od niego... - przerwałam, zawstydzona. Z pewnością nie zademonstrowałam moich 

wspaniałych zdolności.

background image

Wzięłam  chleb,  odłamałam  kawałek  i  zanurzyłam  w  pomarańczowej  zupie.  Nie 

spodziewałam  się,  że  będę  mogła  jeszcze  cokolwiek  zjeść  po  tym,  jak  mdliło  mnie  na 

wspomnienie tego, co się stało. Ale uświadomiłam sobie, że umieram z głodu.

- Jesteś o wiele silniejsza niż on - stwierdziła rzeczowo River. I co?

- On powiedział, że nie jestem dość silna, żeby się go pozbyć. Powiedział, że to przez 

niego wszystko tutaj szło mi źle. To on sprawił, że działy się te rzeczy, moje zaklęcia się nie 

udawały, kłóciłam się z ludźmi, wyleciałam z pracy. Powiedział, że to wszystko przez niego - 

zsyłał na mnie złe zaklęcia i niszczył wszystko dookoła mnie. 

River i Anne spojrzały po sobie.

- Powiem Solisowi i Daisuke, żeby pozamiatali - oznajmiła Anne i wyszła.

-  Jeżeli  to  prawda,  jest  tutaj  coś,  czym  posługiwał  się,  żeby  się  do  ciebie  dostać  - 

wyjaśniła River. - Jeżeli tak jest, znajdą to i zniszczą. Ale nie chce mi się wierzyć, żeby Incy 

był na tyle silny, żeby posługiwać się tego rodzaju magyia.

-  Nie  sam  -  zaprzeczyłam,  przypominając  sobie.  Opowiedziałam  River  wszystko,  co 

Incy powiedział o tajemniczej Miss Ednie, chociaż nie było tego zbyt wiele. Opowieść o barze

Miss  Edny  na  nowo  mną  wstrząsnęła.  Ukryłam  twarz  w  dłoniach.  -  Ja  to  wszystko  tu 

sprowadziłam - wymamrotałam z palącymi policzkami.

- Tak  -  przyznała River. Wzięła  kawałek mojego chleba i  zjadła. -  Ale nie  pochlebiaj 

sobie, że jesteś najgorsza, i że ustanowiłaś nowe rekordy porażek.

-  Starasz  się  tylko  poprawić  mi  samopoczucie  -  westchnęłam  i  zjadłam  trochę  zupy. 

Była  z  dyni  piżmowej  doprawionej  curry,  fan-nieziemsko-styczna,  pierwszy  prawdziwy 

posiłek, jaki jadłam od kilku dni.

-  Tak.  -  River  uśmiechnęła  się  przelotnie.  -  Nie  staram  się  zmniejszać  wagi  twoich 

dokonań.  To  było  niewiarygodnie  złe.  Bardzo  ciemne,  bardzo  złe.  Incy  jest  niebezpiecznie 

mroczną  osobą  i  pewnie  przez  jakiś  czas  taki  pozostanie.  Bardzo  mi  przykro  z  powodu 

śmierci  twoich  przyjaciół.  Przykro  mi  z  powodu  tego,  jaką  rolę  odegrałaś  w  tym  całym 

zdarzeniu, jakakolwiek by była.

Znów poczułam się potwornie. Odłożyłam łyżkę.

- Ale to nie przez ciebie Incy stał się mroczny, nie ty zabiłaś tych ludzi - dodała River. - 

A to, chociaż tragiczne, nie jest aż tak złe, jak rzeczy, z którymi przez lata przychodzili tu inni

ludzie.

background image

Umierałam  z  ciekawości,  żeby  dowiedzieć  się,  kto  i  z  czym,  ale  przypuszczałam,  że 

chyba nietaktem będzie pytać.

- Na przykład kto? - Znów wzięłam łyżkę.

-  Nie  zdradzę  żadnych  poufnych  spraw.  -  River  znów  uśmiechnęła  się  lekko.  -  Ale 

przypuszczam,  że  niedługo  ludzie  będą  chcieli  się  podzielić  swoimi  opowieściami.  Od 

niektórych historii włosy staną ci dęba. Niektóre z nich spowodowały katastroficzne skutki.

Oj, dzięki Bogu. Wiecie, co mam na myśli.

Mimo wszystko byłam  zawstydzona z  powodu tego, jak źle  wykorzystałam mój  czas 

tutaj.  I  wszyscy  inni  studenci  oczywiście  dowiedzą  się,  co  się  stało.  Nie,  wcale  nie  będę 

zażenowana, patrząc wszystkim w twarz, będę się czuła fenomenalnie. Och.

Jadłam powoli. River ujęła obie moje dłonie i wtarła jakąś maść w siniaki i zadrapania 

po  drzazgach.  Pachniała  ogórecznikiem,  olejkiem  z  drzewa  herbacianego,  parafiną  i  od  razu 

podziałała  kojąco.  Wiele  jeszcze  rzeczy  chciałam  wyjaśnić.  Skąd  wiedzieli,  że  potrzebuję 

pomocy?  Skąd  wiedzieli,  gdzie  mnie  szukać?  Co się  stało  z  ciałami  Boza  i  Katy? Gdzie  jest 

Reyn? Dlaczego tam był?

Nagle poczułam się wyczerpana, przytłoczona ciężarem tego, co się stało. Mimo tego, 

co powiedziała River, była to okropna, straszna sytuacja, a ja czułam się zbrukana.

Tylko...

-  W  końcu,  powaliłam  Incy'ego  -  powiedziałam  powoli.  -  Wzięłam  jego  miecz,  ten 

sam,  którego  użył  do...  Nieważne,  nienawidziłam  go  strasznie,  a  on  usiłował  mnie  zabić  i 

zamordował  moich  przyjaciół,  a  do  tego  nasłał  na  mnie  nieszczęścia.  Chciałam  go  zabić. 

Wyobraziłam sobie, jak go zabijam, wyobraziłam sobie, że jest martwy na wieki.

River  siedziała  w  milczeniu,  słuchając  tak,  że  miało  się  ochotę  opowiedzieć  jej 

wszystko. Uniosłam wzrok.

-  Postanowiłam,  że  go  nie  zabiję.  To  znaczy,  nie  bałam  się  samego  zabijania.  Wtedy 

naprawdę  chciałam,  żeby  zginął.  Ale...  miałam  wybór.  I  postanowiłam  go  nie  zabijać.  -

Dziwiłam się temu przez chwilę.

Napotkałam wzrok River, która skinęła głową, a później uniosła dłoń.

- Wspaniale. Piątka za to, że go nie zabiłaś. - Kąciki jej warg uniosły się, a ja poczułam 

nagłą lekkość na sercu. Uniosłam dłoń i przybiłam piątkę za to, że nie dałam się ciemności.

background image

Nie  było  mnie  tu  przez  cztery  dni.  Ten  czas  zdołałam  wypełnić  zniszczeniem.  Ale 

śmiem powiedzieć, że przyniósł też wiele zrozumienia, a nawet... dojrzałości.

River wstała i wzięła tacę.

- Prześpij się. Zobaczymy się, jak się obudzisz. 

Wyłączyła  mi  lampkę  i  wyszła  po  cichu,  a  ja  przez  chwilę  leżałam  na  łóżku,  usiłując 

sobie wszystko przetworzyć, co mi się zupełnie nie udawało. Aż w końcu zasnęłam.

background image

Rozdział 26

Dopiero po tygodniu doszłam do siebie na tyle, żeby zejść na dół. W idealnym świecie 

zostałabym w tym pokoju na zawsze, jak pustelnica, a ludzie wsuwaliby mi jedzenie do pokoju 

przez szparę w drzwiach.

To nie jest idealny świat. Ale to już wiecie.

Przez  tych  kilka  dni  słyszałam,  jak  mieszkańcy  przechodzili  pod  moimi  drzwiami, 

rozmawiając cicho. Brynne przyszła mnie odwiedzić i okazała współczucie. Miałam nadzieję, 

że  opowie  mi  o  czymś  naprawdę  potwornym,  co  zrobiła  -  poza  tym,  że  usiłowała  kogoś 

podpalić, co już wiedziałam, ale ona tylko mnie pożałowała i kazała przefarbować z powrotem 

włosy, na miłość boską.

Uświadomiłam  sobie,  że  jest  moją  przyjaciółką.  Wcześniej  tego  nie  wiedziałam. 

Powiedziała mi prawdę. Okazywała współczucie i troskę. Kiedy wracałam myślami do moich 

dawnych przyjaciół, nie mogłam sobie przypomnieć, żeby któremukolwiek z nich naprawdę na 

mnie zależało, na moich uczuciach, na tym, co robię, jakie decyzje podejmuję. Poza tym, jak 

to na nich wpłynie. To była ta różnica. Jedna z różnic.

Któregoś popołudnia pojawili się River i Asher.

- Doszliśmy do tego, co robił Incy - powiedział Asher bez ogródek. - Pamiętasz lustro 

w jadalni? To w pozłacanej ramie? Było zaklęte. Nie wiemy, jak to zrobił. Zwykle, żeby tego 

dokonać,  trzeba  dotknąć  przedmiotu.  Posługiwał  się  lustrem  jako  kanałem,  wysyłał  zaklęcia 

czarnej  magyi  wycelowane  w  ciebie.  Jesteśmy  przekonani,  że  to  przez  te  zaklęcia  miałaś  tu 

takie przejścia w ciągu kilku ostatnich tygodni.

- Pierwszych kilka tygodni było twoją winą - zauważyła poważnie River, wymuszając 

mój uśmiech.

- Lustro zostało rytualnie zniszczone - ciągnął Asher. - Pokój i dom zostały zamiecione 

i wysprzątane. Teraz powinno być dużo lepiej.

Skinęłam głową, mając nadzieję, że ma rację.

Pewnego dnia obudziłam się i zobaczyłam w pokoju dwie walizki z jakimiś ciuchami, 

które  kupiłam  w  Bostonie.  Później  River  powiedziała  mi,  że  znaleźli  je  w  bagażniku 

samochodu Incy'ego. Zabrał je z nami tamtej nocy, żeby wyglądało to tak, jakbym spakowała 

wszystkie manatki i wyjechała. Przeszukałam je i pozbyłam się wszystkiego, co nosiłam przy 

background image

Incym i  innych. Resztę upchnęłam w  szafie,  obok flanelowych  koszul i  wełnianych  swetrów. 

Nie byłam  gotem  ani pankówą,  jak wtedy  kiedy przyjechałam  tu pierwszy  raz,  ale nie  byłam 

też całkowicie Hildą pastuszką. Byłam po trochu każdą z tych dwóch.

River  poprawiła  mi  włosy  tym  samym  zaklęciem,  którego  użyła  poprzednio.  Nie 

przywykłam do koloru magenta ani trochę, więc poczułam ulgę, widząc ponownie mój blond. 

Przynajmniej cięcie nadal wyglądało fajnie, o ile pamiętałam, żeby uczesać włosy, dopóki były 

wilgotne.  Siniaki  i  skaleczenia  nadgarstków  zniknęły.  Fioletowe  ślady  palców  na  szyi  też. 

Emocje miałam nadal w kiepskim stanie.

Po  pewnym  czasie  przyszła  mi  do  głowy  myśl,  żeby  wczołgać  się  pod  łóżko,  wyjąć 

luźny  kawałek  listwy  i  sięgnąć  do  skrytki.  Serce  waliło  mi  jak  oszalałe,  kiedy  poczułam 

apaszkę i ciepły metal w niej. Rozwinęłam ją i spojrzałam do środka. Była to połowa amuletu 

mojej matki, mój rodzinny tarak-sin.

River  odłożyła  go  z  powrotem.  Łzy  znów  napłynęły  mi  do  oczu  -  wierzyła  mi.  Nie 

uważała, że jestem mroczna albo że wykorzystam amulet do mrocznych celów. I... myślała, że 

po niego wrócę.

Każdego  dnia  czułam  Reyna  pod  moimi  drzwiami,  ale  nigdy  nie  zapukał,  nigdy  nie 

poprosił, żebym go wpuściła. Wcale nie byłam na tyle odważna, żeby rzeczywiście podejść do 

drzwi, żeby się z nim zobaczyć jak normalny człowiek. Tęskniłam, żeby z nim porozmawiać, 

bez  przerwy  wyobrażałam  sobie  jego  twarz.  Ale  przez  tak  długi  czas  byłam  tchórzem,  że 

trudno było mi się zmienić.

W końcu przestali mi przynosić jedzenie, żeby zmusić mnie do wyjścia. Wytrzymałam 

osiem godzin. Jakiś bydlak zaczął piec w kuchni ciastka, a zapach doleciał na górę, pod moje 

drzwi. Pewnie skierowali nawiew w moją stronę, żeby było mi jeszcze gorzej. Byłam prawie w 

stanie delirium, kiedy człapałam na dół, podążając za zapachem.

W  kuchni  Amy  i  Lorenz  rzucali  kawałki  ciasta  na  blaszki  do  pieczenia.  W  każdym 

razie Amy, a Lorenz siedział na stołku i wyglądał zjawiskowo.

-  Ha!  -  powiedziała  Amy  do  Lorenza,  kiedy  mnie  zobaczyła.  -  Mówiłam  ci,  że  to 

zadziała. - Uśmiechnęła się promiennie, wzięła jeszcze ciepłe ciasteczko  i rzuciła je  do mnie. 

Było  to  ulubione  ciasteczko  Anne,  z  tofu,  migdałami  i  ziarnem  sezamu,  ale  smakowało 

naprawdę nieźle. Były tak pyszne, że zjadłam ze dwanaście na podwieczorek.

Lorenz podszedł i pocałował mnie w oba policzki, po włosku.

background image

- Bardzo ładna fryzura - powiedział z uznaniem. - Bardzo modna.

- Dziękuję.

To było to. Ci ludzie byli tak cholernie przejęci, hojni i wybaczający, przygarnęli mnie 

z  powrotem,  jakbym  wcale  nie  brała  udziału  w  potwornej,  śmiertelnej  tragedii  na  własne 

życzenie. Ciężko było to znieść.

Ale  nie  mogłam  stać  tu  wiecznie,  jedząc  ciastka.  W  idealnym  świecie...  Wyszłam  z 

kuchni i zobaczyłam River w korytarzu z grafikiem obowiązków.

-  Cześć  -  odezwała  się  promiennie.  -  Właśnie  dodaję  twoje  imię.  Jutro  rano  masz 

zbieranie jajek!

-  O  Jezuuuu  -  wymruczałam,  a  ona  się  roześmiała. -  Uhm...  wiesz  może...  gdzie  jest 

Reyn?  -  Trzy  ostatnie  słowa  wypowiedziałam  naprawdę  szybko,  bo  dzięki  temu  całkowicie 

uniemożliwiłam jej poskładanie wszystkiego do kupy.

-  Zobaczmy.  -  River,  kompletnie  niezmieszana,  sprawdziła  grafik.  -  Teraz  powinien 

być w stajni.

Tak, bo stajnia jest moim ulubionym miejscem, gdzie czuję się najbardziej swobodnie, 

gdzie  nie  dręczą  mnie  wspomnienia  koni,  które  kochałam  i  straciłam.  Albo  których  nie 

uratowałam.

Westchnęłam.

- Idź - powiedziała River.

Reyn  wprowadzał właśnie Titusa  z  powrotem  do  boksu. Usłyszał,  że wchodzę, i stał 

przez  sekundę,  patrząc  na  mnie.  Kiedy  Titus  znalazł  się  w  środku,  Reyn  wymruczał  coś  do 

niego, a później zamknął drzwi boksu. Titus prychnął.

- Umiesz się obchodzić z końmi  - siliłam się na swobodny ton, ale głos mi się łamał i 

zabrzmiało to jak głos wystraszonego małego dziecka, więc cóż...

Reyn  podszedł  bliżej  i przyjrzał mi  się badawczo, jakby chciał  się upewnić,  że nic  mi 

nie jest, że jestem prawdziwa czy coś takiego.

- Jak się czujesz? - spytał.

Mało nie zachichotałam nerwowo. Bo taką właśnie jestem luzarą.

- Prawdę mówiąc, nie wiem - powiedziałam. - Cieszę się, że tu jestem. Ale jest ciężko. 

- Odgarnęłam włosy za ucho. - Trudno jest być mną. Chyba. Wiem, że to cię dziwi.

Reyn skinął głową - nie miał najmniejszego zamiaru zaprzeczać.

background image

- Bycie mną to też nie są Hawaje.

Był to numer 6237 z listy rzeczy, które nigdy nie przyszły mi do głowy.

- Och. No tak, chyba nie.

Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, co on może czuć w związku ze sobą samym, ze 

swoją przeszłością. Chyba przez to, że byłam tak bardzo zaabsorbowana własnymi sprawami. 

Ale zgadza się, jemu też musiało być ciężko. A raczej - co za olśnienie - bez wątpienia każdy 

ma  trudniejsze  etapy  w  życiu,  kiedy  ogarniają  go  albo  wypełniają  wątpliwości.  Ja  spędziłam 

ponad czterysta lat na opłakiwaniu życia nieśmiertelnej, ani przez chwilę nie zastanawiając się 

nad tym, że życie może być naprawdę wredne, bez względu na to, kim jesteśmy.

To był przełom w myśleniu, nad którym w szczegółach będę rozmyślać później. W tej 

chwili miałam pytania.

- Skąd wiedzieliście z River, gdzie jestem?

Reyn  otworzył  drzwi  boksu,  ukazując  czyste,  puste  wnętrze  z  kilkoma  belkami 

świeżego siana.

Przypomniało  mi  o  tej  nocy,  kiedy  po  raz  pierwszy  pocałowaliśmy  się  z  Reynem,  na 

górze w schowku na siano. Wydawało mi się, że wydarzyło się to dekadę temu. Reyn rzucił 

kurtkę  na  podłogę  i  usiadł  na  ziemi.  Ja  przysiadłam  na  belce  obok  niego,  żeby  być  wyżej. 

Blade światło późnopopołudniowego słońca wlewało się przez okno, oświetlając jego mocno 

zarysowane  kości  policzkowe,  rozjaśniając  jego  włosy.  Wyglądał  na  zmęczonego.  Na 

przystojnego dwudziesto- albo dwudziestodwuletniego boga, tyle - że zmęczonego.

- Szukaliśmy cię - odparł. - Tamtej nocy. Ale czuliśmy, że coś jest nie tak, jakbyś była 

blisko, ale nie mogliśmy cię zobaczyć.

- Tak naprawdę wcale nie byłam daleko. Zastanawiam się, czy Incy nie odgrodził mnie 

jakimś zaklęciem czy czymś. - Ciężko mi było wymówić jego imię.

Reyn skinął głową, zaciskając zęby ze złości na myśl o Incym.

- Pewnie tak było. W każdym razie zniknęłaś, a my nie byliśmy w  stanie cię  wyczuć. 

River  i  inni,  Anne,  Solis  i  Asher,  próbowali  wróżyć  ze  szklanej  kuli,  żeby  cię  znaleźć.  Bez 

skutku.  -  Reyn  odetchnął  głęboko.  Znowu  żałowałam,  że  ich  na  to  wszystko  naraziłam.  - 

Próbowaliśmy codziennie. River skontaktowała się ze znajomymi, ale nikt cię nie widział, nikt 

nic  nie  słyszał.  Potem,  nie  wczoraj,  chyba  dzień  wcześniej,  zadzwonił  do  niej  przyjaciel. 

Widział  Innocencia  w  Bostonie.  River  spotkała  się  z  nim  i  dowiedziała  się  mniej  więcej,  jak 

background image

wygląda  -  wyjaśnił  Reyn.  Incy  był  ze  mną  tamtej  nocy  we  Francji,  w  1929 roku,  kiedy 

poznałam  River.  -  Domyśliliśmy  się,  że  na  pewno  jesteś  z  nim.  -  Reyn  był  coraz  bardziej  i 

bardziej  odległy,  a  teraz  spojrzał  na  mnie  z  chłodnym  dystansem  w  oczach.  -  Jest  twoim 

kochankiem?

- Incy? Nie - pokręciłam głową. - Święty narodzie. Skąd. Święty narodzie, tak mówią 

fajni ludzie. Tak samo jak Boshe.

- Jest gejem? - Spojrzenie Reyna było bardzo bezpośrednie, i wyglądał tak... nie wiem, 

pięknie?  Wyglądał  jak  dom,  dla  mnie.  Przypominał  moich  sąsiadów  i  przyjaciół,  których 

znałam dawno temu. Wyobraziłam sobie, jak przeszukuje las w nocy, kiedy zniknęłam, jedzie 

do Bostonu, żeby mnie odnaleźć.

- Niezupełnie - zaprzeczyłam. - Gra... na dwa fronty. Ale między nami nigdy niczego 

nie  było.  -  No  i?  To  jest  przykład  znanego  zwrotu:  "Ratując  własną  skórę".  Widzicie,  jak 

można być wdzięcznym z powodu uratowania własnej skóry.

- Jesteście po prostu przyjaciółmi.

- Tak. Dobrymi przyjaciółmi. Najlepszymi - westchnęłam i poczułam się bardzo stara. 

Wsparłam głowę na jednej dłoni.

- W każdym razie, pojechaliśmy do Bostonu - ciągnął Reyn. - Po drodze, już była noc, 

nagle  cię  wyczuliśmy,  wyczuliśmy  cię  bardzo  ożywioną.  Pod  wpływem...  wielkich  emocji. 

River potrafiła za tym pójść. 

Pewnie stało się to, kiedy byłam w Miss Edna's albo zaraz potem, kiedy kłóciłam się z 

Incym w samochodzie.

- A potem nagle wydałaś nam się martwa. - Reyn przełknął ślinę i chwycił kilka nitek 

na  kolanie  znoszonych  dżinsów.  Ten mężczyzna  wyglądał  w  dżinsach  tak,  że należałoby  mu 

zrobić  zdjęcie  i  umieścić  w  katalogu.  Zamrugałam  i  skupiłam  się  na  tym,  co  mówił.  - 

Znaleźliśmy twoją apaszkę po drodze, przemoczoną od śniegu. Wiedziałem, że nigdy byś się 

jej nie pozbyła, dopóki oddychasz. Więc pomyśleliśmy o najgorszym. Ale River powiedziała: 

"Znajdźmy przynajmniej jej ciało". Więc podążaliśmy za tym, co udawało nam się wyczuć.

- Poświęciłeś się tak dla mojego ciała - zdziwiłam się.

-  Tak.  -  Reyn  uniósł  wzrok,  z  wyraźną  irytacją  na  twarzy.  -  Mieliśmy  zamiar  cię 

wypchać i zachować jako eksponat dla przyszłych studentów.

background image

-  Moglibyście  doprawić  mi  koła  i  przesuwać  z  sali  do  sali.  -  Uśmiechnęłam  się 

promiennie.

Reyn skinął oschle głową.

-  Znaleźliśmy  się  przed  magazynem,  przejechaliśmy  obok  niego  kilka  razy.  River 

pomyślała, że pewnie został zamknięty zaklęciem. W końcu zauważyliśmy światła migoczące 

w górnych oknach i zaczęliśmy otwierać drzwi doku załadunkowego. Wtedy poczuliśmy ten 

ogromny  podmuch  magyi,  naprawdę  silnej,  wielkiej  mocy.  -  Pokręcił  głową,  przypominając 

sobie. - Wiedzieliśmy, że to ty. Było cię czuć. To było niesamowite.

Policzki mi zapłonęły z powodu zadziwienia i podziwu w jego głosie. Przypomniałam 

sobie  ekstazę  pomieszaną  z  bólem,  przeszywające  jak  piorun  uczucie,  kiedy  uwalniałam 

mojego  białego  gołębia.  Chciałam  poczuć  to  znowu.  Tyle  że  z  większą  wiedzą  i  mniejszymi 

konsekwencjami.

- I weszliśmy po ciebie do środka. - Wzruszył ramionami. Przełknęłam ślinę. Próbując 

wydobyć z siebie głos, miałam wrażenie, że połykam gwoździe.

- Bardzo... to doceniam, że po mnie przyjechaliście. Żeby mnie uratować. Albo zabrać 

to, co po mnie zostało.

-  Jasne.  -  Reyn  spojrzał  na  mnie  pewnym  wzrokiem.  -  Nie  mieliśmy  wyboru.  Byłaś 

studentką River.

- Hm... - odezwałam się, zraniona. - Super. Dzięki.

- Nie to chciałem powiedzieć. - Reyn przeczesał dłonią włosy.

-  Nie?  A  co  chciałeś  powiedzieć?  -  Postanowiłam  puścić  strumień  światła  na  ten 

szkielet.  -  Dobrze,  River  musiała  pojechać  za  swoją  studentką.  Zgoda.  Ale  ty?  Dlaczego  ty 

tam  byłeś?  Tylko  dlatego,  że  jesteś  duży  i  twardy,  i  potrafisz  kogoś  znokautować?  -  Jest. 

Przyparłam go do muru.

- Nie - zmarszczył czoło. - Nie bądź taka zgryźliwa. Pojechałem, bo to, co jest między 

mną  i  tobą,  nie  jest  jeszcze  zakończone.  -  Szczerość,  której  zażądałam,  rozbroiła  mnie. 

Spojrzałam mu w oczy, głęboko złote, lekko skośne i bardzo bystre, mądre i doświadczone.

Skinęłam  głową.  Nie  miałam  czasu,  żeby  udawać,  że  nie  wiem,  o  co  mu  chodzi. 

Wstrzymałam oddech. To był moment, w którym powinien porwać mnie w ramiona i zacząć 

całować. Zaczęłam niecierpliwie wyczekiwać szczęścia wywołanego przez Reyna.

background image

- Zaczekaj. - Nagle wstał i wyszedł z boksu. Wpatrywałam się w drzwi. Czyżby teraz 

stchórzył?

Ale  po  niecałej  minucie  wrócił,  trzymając  coś  na  rękach.  Coś  białego  o  wyglądzie 

larwy. Ukląkł na sianie i pokazał mi: było to najsłabsze szczenię z miotu Molly.

- Hm - odezwałam się bez entuzjazmu.

Szczeniak poruszał mu się w dłoniach, przewracał się i ziewał, wyciągał długie, proste 

łapy.  Nie  widziałam  go  od  tamtej  nocy,  kiedy  się  urodził  i  był  taK  samo  niesforny  jak 

wcześniej.

- Jest moja - powiedział Reyn, a moje oczy otworzyły się szeroko na widok jego dumy 

i miłości.

Nigdy wcześniej ich w nim nie widziałam. Niewiarygodne było zobaczyć go młodszego 

i szczęśliwszego. Było to tak, jakby wziąć idealnego mężczyznę i w niewytłumaczalny sposób 

zrobić  z  niego  jeszcze  idealniejszego.  No  dobra,  bardziej  idealnego.  Szczęka  mało  mi  nie 

opadła, kiedy siedziałam tak, oczarowana.

Przesunął  delikatnie  palcem  po  chudym  boku  szczeniaka.  Pies  znowu  ziewnął, 

otwierając mały pyszczek. Potem odwrócił łepek i zamrugał, patrząc na mnie.

- On ma otwarte oczy - dotarło do mnie. Uszy miał większe i bardziej opadające.

- To jest ona - poprawił łagodnie Reyn. - Wabi się Dufa. 

Wpatrywałam się w niego.

- Gołąb - powiedział pomocnie.

- Tak, znam norweski - odezwałam się z przekąsem. Znów spojrzałam na szczeniaka, 

na tego brzydkiego białego cherlaka, którego Reyn adoptował, kochał i nazwał Gołębiem.

- Hm - powiedziałam, rozmyślając nad dziwnymi zakrętami i zwrotami w moim życiu,

zwłaszcza w ciągu trzech ostatnich miesięcy. - Cóż... coś w niej jest.

- Tak. -  Reyn  uśmiechnął  się do niej.  Przeniósł promienny uśmiech  na mnie, co mnie 

lekko onieśmieliło, a później wstał i odniósł szczeniaka Molly, która zaczęła skomleć. Wrócił, 

zanim  skończyłam  rozważania  nad  tajemnicami  życia,  i  usiadł  bliżej  mnie.  Powoli  wyciągnął 

rękę i położył dłoń na mojej. Dotyk był ciepły i elektryzujący, a ja robiłam wszystko, żeby nie 

popaść w hiperwentylację. - Mogę się nią z tobą podzielić, jeżeli chcesz.

To mnie wyprowadziło z równowagi. Nie chciałam  psa, nie chciałam więcej żadnego 

psa, dopóki żyję. Dufa tylko zestarzeje się i umrze, zostawiając nas z kolejną raną w sercu.

background image

To  było...  przerażające.  To  znaczy,  nie  tak  samo  jak  Incy,  który  usiłował  wyssać  ze 

mnie moc i mnie zabić, ale na swój sposób przerażające.

Poczułam, że moje palce zaciskają się wokół palców Reyna.

- Reyn? - szepnęłam. Spojrzał na mnie. - Z jakim imieniem się urodziłeś? - Było to coś 

wyjątkowo  osobistego,  czego  większość  nieśmiertelnych  nie  opowiada  na  lewo  i  prawo. 

Wiedziałam, że był synem Krwawego Erika. On wiedział, że jestem, córką Ulfura Wilka. Ale 

kim był wcześniej, zanim stał się częścią zagłady mojej rodziny?

- Eileif - odparł. Aj-liff. - Eileif Eriksson. 

Staronordycki,  co  oczywiście  miało  sens.  Rozpoznałam  korzenie  imienia.  Część  "Ei" 

oznaczała "samotny". Część "lei" oznaczała dziedzictwo lub spadek.

Tak, niezłe brzemię dla dziecka. Jezu.

-  Eileif.  -  Starałam  wyobrazić  go  sobie  jako  roześmiane  dziecko,  z  rozjaśnionymi 

słońcem włosami i psotnym spojrzeniem.

-  Tak.  -  Wyglądał  na  zdezorientowanego.  Może  przypominał  sobie  siebie  z  tamtych 

czasów. - A ty pod jakim imieniem się urodziłaś?

- Ja... Miałam na imię Lilja.

- Lil-ja - powtórzył. - Lily - uśmiechnął się. 

Skinęłam głową.

- Pocałuj mnie, Liljo - poprosił cicho.

- To ty mnie pocałuj, Eileif - wyszeptałam.

I  nagle  znaleźliśmy  się  w  objęciach  i  całowaliśmy  się,  starając  się  zbliżyć  do  siebie 

bardziej  i  bardziej.  On  wydawał  mi  się  twardy  jak  klif  na  Islandii.  Przedtem  nie  czułam  tak 

bardzo jego fizyczności jak teraz. Ale jedyne, czego w tej chwili chciałam, to być jak najbliżej 

Reyna.

Wykręciłam  się,  żeby  znaleźć  się  bliżej  niego,  a  on  poleciał  do  tyłu,  na  siano, 

pociągając  mnie  ze  sobą.  Obrócił  się,  przytrzymując  mnie  w  miejscu  jedną  dłonią,  a  później 

jego ciężar znalazł się na mnie, niosąc mi pociechę, podniecając mnie, witając mnie w domu. 

Całowaliśmy  się  bez  przerwy,  nie  byliśmy  w  stanie  się  sobą  nasycić,  przylegaliśmy  do  siebie 

tak  mocno,  jak  tylko  się  dało,  biorąc  pod  uwagę,  że  cały  czas  byliśmy  kompletnie  ubrani  i 

znajdowaliśmy się w publicznym miejscu, jakim była stajnia. Moje dłonie zanurzyły się w jego 

włosach, kiedy całował moje powieki, czoło, policzki, brodę i nos. Roześmiałam się, bo mnie 

background image

to łaskotało, a kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że się do mnie uśmiecha. Przyciągnęłam 

do siebie jego głowę i odnalazłam jego wargi, i przypomniałam sobie, jak bardzo chciałam go 

zobaczyć.

To była decyzja, którą podjęłam. Miałam nadzieję, że to była dobra decyzja.

-  Chcę  tego  -  wyszeptałam  mu  w  usta.  Odsunął  się,  dysząc  ciężko,  z  błyskiem  w 

oczach. - Chcę cię.

-  Ja  też  ciebie  chcę  -  wymruczał,  całując  mnie  znowu,  wsuwając  kolano  pomiędzy 

moje kolana.

Nagle mój umysł zaczął wirować pod wpływem doznań i emocji, wrażenia upojenia od 

tego, że całkiem mną zawładnął, rozpaczliwie pragnęłam z nim być, głodna jego dotyku. Było 

to  tak,  jakbym  pocałunkami  przywoływała  magyię  -  z  tą  samą  intensywnością  białe  światło 

wypełniało  moje  piersi,  wybuch  niemal  bolesnej  radości,  mocy  i  ciekawości.  Ta  namiętność 

była bardzo silną magyia.

Reyn  znów  się  odsunął.  Jego  oddech  był  teraz  krótki  i  płytki,  wargi  czerwone,  a 

bursztynowe oczy skupione na mojej twarzy niczym wiązka laserowa.

-  O  czym  myślisz?  -  spytałam.  Czułam  się  upojona  i  obezwładniona  pożądaniem  i 

emocjami.

Nie chciałam tego, ale Reyn łamał wszystkie moje opory.

- Myślałem, że to nie będzie łatwe - powiedział, a w jego oczach znów pojawił się brak 

ufności.

Czekał,  że  go  odepchnę  i  zmienię  zadanie,  tak  jak  zawsze  wcześniej.  Położyłam  mu 

dłoń  na  policzku,  zapamiętując  kształt  jego  twarzy,  kości,  lekki  zarost,  który  drapał  mnie  w 

twarz.

- Nie - przyznałam. - Biorąc pod uwagę, że jesteś niemożliwy.

Oczy mu zamigotały.

- Ja? To ty nie...

- Ale chcę  spróbować  -  przerwałam  mu.  Zaskoczenie,  chwilowa przezorność i  chyba 

uczucie ulgi przemknęły przez jego twarz, nieznacznie zmieniając cudowny wikingowy pejzaż.

- Naprawdę? - Jego głos był ochrypły i sprawił, że zakołatało mi w piersiach.

- Tak.

background image

Uśmiechnął się, powoli i pięknie, a później znów spoważniał. Podniósł się na kolana i 

sięgnął po kurtkę, a potem zanurzył dłoń w jednej kieszeni i wyciągnął pogniecioną czerwoną 

bandankę.

- Miałem zamiar ci  to dać zanim wyjechałaś -  powiedział. -  Trzymałem to  dla ciebie. 

Jest twoje.

Spojrzałam  mu  w  oczy,  ale  niczego  nie  wyczytałam.  Wsunął  mi  w  dłoń  zwitek 

materiału.  Kiedy  tylko  go  dotknęłam,  zmarszczyłam  brwi.  Nie...  Na  pewno  nie.  To 

niemożliwe.

Powoli odwinęłam pomiętą bandanę. Kiedy zobaczyłam, co jest w środku, usta mi się 

otworzyły, ale zabrakło mi słów. Drżącą dłonią przemierzyłam starodawny wzór, którego nie 

widziałam  od  nocy,  w  której  zginęła  moja  rodzina,  czterysta  czterdzieści  dziewięć  lat  temu. 

Wzór drugiej połowy amuletu mojej matki.

Z bólem w gardle przełknęłam ślinę.

- Myślałam... nie został zniszczony? - Mój głos wydobył się jak ledwie słyszalny szept.

- Nie. Wszystko dookoła zostało zniszczone. Ale ani on, ani ja nie.

Wyciągnęłam drugą rękę i powoli rozpięłam guziki flanelowej koszuli Reyna, a później 

wsunęłam  pod  nią  palce,  żeby  dotknąć  jego  skóry.  Na  piersi,  nad  sercem,  wyczułam 

wybrzuszenie blizny, która była odbiciem połowy jego amuletu.

- Eksplodował i uderzył we mnie, wypalił mi koszulę i skórę - mówił Reyn. - Materiał 

wtopił mi się w ciało, musiałem wydłubywać go nożem.

Skrzywiłam się.

-  Wszystko  wokół  mnie  zamieniło  się  w  popiół.  Mój  ojciec,  dwóch  moich  braci. 

Ludzie mojego ojca. Największą rzeczą, jaką znalazłem, był kawałek kości nogi mojego ojca. 

Podniosłem go, ale w dłoni zamienił się w pył. 

Jego ojciec próbował użyć magyi, która nie należała do niego.

Reyn spojrzał na amulet.

- Nie był nasz, żebyśmy mogli go brać czy używać. Ale potem szukałem go i znalazłem 

przy torfowisku. Podniosłem go - nawet się nie zorientowałem, że jest złamany. Wcześniej go 

nie widziałem. Zatrzymałem go. Zawsze miałem przy sobie.

- Dlaczego? - Wydawało się, że będzie to tylko druzgocące wspomnienie.

Uśmiech Reyna był raczej gorzki.

background image

- Żeby mi przypominał o tym, żeby nie chcieć za wiele. 

Wzięłam oddech, znów przemierzając symbole palcami, wracając pamięcią do czasów, 

kiedy  jako  małe  dziecko  siedziałam  u  matki  na  kolanach  i  bawiłam  się  jej  naszyjnikiem. 

Owijałam go w jej długie blond włosy, usiłowałam przejrzeć księżycowy kamień, starałam się 

zapamiętać symbole, których nie rozumiałam.

-  Kiedy  uświadomiłem  sobie,  kim  jesteś,  wiedziałem,  że  ci  go  oddam.  Przede 

wszystkim  nie  powinienem  był  zabierać  go  waszej  rodzinie.  Miałem  nadzieję,  że  jeżeli  go 

zwrócę, będzie można przywrócić równowagę.

Byłam przytłoczona jego darem, jedyną rzeczą, której pragnęłam ponad wszystko, od 

jedynego człowieka, którego pragnęłam... w całym życiu.

- Oczywiście, najpierw musiałem się upewnić, że nie jesteś zła - powiedział rzeczowo. 

- Ale teraz wiem, że powinnaś go mieć.

- Bo się z tobą obściskiwałam? - Głos mi drżał.

-  Tak,  właśnie  dlatego.  -  Reyn  przewrócił  oczami.  Przestań  się  wreszcie  ukrywać, 

Nastasyo, po prostu przestań.

- Nie mogę w to uwierzyć.

Reyn wyglądał trochę tak, jakby on też nie mógł w to uwierzyć.

-  To  królewski  dar  -  odparłam,  wiedząc,  że  wychwyci  starodawne  odwołanie.  Na 

szczęście  był  w  podobnym  do  mnie  wieku,  więc  nie  musiałam  mu  bez  przerwy  wszystkiego 

tłumaczyć.

- Daję go tobie - rzekł oficjalnie.

I  jego  serce.  Je  również  mi  podarował.  Wiedziałam  to.  I,  najwyraźniej,  kawałek 

szczeniaka.  Pieściłam  amulet  w  dłoni,  właściwie  nie  mogąc  się  doczekać,  aż  będę  mogła 

dopasować  go  do  drugiej  połówki,  którą  oddała  mi  River.  Później  o  czymś  pomyślałam. 

Powinnam  była  sobie  to  uświadomić  przed  paroma  tygodniami,  ale  wtedy,  oczywiście, 

bywałam ślepa i głupia.

Sięgnęłam do kieszeni spodni. Miałam w niej księżycowy kamień, jak zwykle. Pomógł 

mi  pokonać  Incy'ego,  w  magazynie,  co  nigdy  by  mi  się  bez  niego  nie  udało.  Wyjęłam  go  i 

przystawiłam  do  amuletu.  Nie  miał  nadanego  kształtu,  a oszlifowały  go jedynie  moje  dłonie. 

Ale...  pasowałby  idealnie  pomiędzy  dwie  połówki.  Dokładnie  tak  jak  wtedy,  kiedy  miała  go 

moja matka.

background image

-  Tarak-sin  mojej  rodziny  znów  będzie  cały.  -  Po  raz  pierwszy  od  czterech  wieków, 

miałam  obie  cząstki  mojego  rozbitego  życia,  zrujnowanego  dzieciństwa.  A  kiedy  amulet 

będzie  cały  i  ozdobiony  moim  księżycowym  kamieniem,  pomoże  mi  posługiwać  się 

niewiarygodną mocą: mocą Domu Ulfura. Będę córką mojej matki, dziedziczką mojego ojca. 

Lilja af Ulfur. Lilja, córka Ulfura.

Reyn nakreślił na mojej nodze runę othala. Prawo pierworództwa.

-  Dziękuję,  Eileif  -  powiedziałam.  Czułam  się  niewypowiedzianie  szczęśliwa, 

przerażająco szczęśliwa. Ale nie miałam zamiaru przed tym uciekać. Nie tym razem.

Reyn ujął moją dłoń i zaczął całować moje palce.

- Należy do ciebie, Liljo. Ja go tylko trzymałem dla ciebie. 

Była  to  ogromna  odpowiedzialność.  Potrzebowałam  pomocy,  żeby  nauczyć  się  tego, 

co powinnam wiedzieć, jak go używać, jak uprawiać za jego pomocą magyię.

Trzymałam  go  w  jednej  dłoni,  tej  przy  piersi.  Reyn  ścisnął  drugą  moją  dłoń  i 

siedzieliśmy blisko siebie, opierając się o snop siana, w milczeniu, pełni myśli i wspomnień.

Ja byłam Lilją af Ulfur - córką Tahti z rodziców Terava. Moje dziedzictwo będzie inne.