background image

SEBASTIAN MIERNICKI 

 

 
 
 
 
 
 

PAN SAMOCHODZIK 

 

I… 

 

SZYFR PROFESORA KRAKA 

background image

 

WSTĘ

 

Wiał zimny północny wiatr niosąc znad lądu białe kłęby mgieł. Okręt bez flagi stał w 

dryfie,  pozornie  uśpiony,  ale  jego  załoga  czuwała  przy  linach  gotowa  do  wykonania 
kaŜdego rozkazu młodego kapitana w kapeluszu, stojącego na dziobowym kasztelu. Na 
rufie stał drugi szlachcic, w hełmie i w kirysie, z mieczem w dłoni. Jeśli informacje od 
ich wspólnika były prawdziwe, to statek wiozący skarb powinien był tędy przepływać 
przez wąski, ale głęboki przesmyk między brzegiem a wyspą, gdzie w zatoce czaił się 
okręt kaperski. 

Szybko zapadł zmierzch i właśnie wtedy tylko odgłos skrzypiących lin i szum morza 

rozcinanego dziobem wrogiego statku zdradzał obcych Ŝeglarzy. 

Kapitan  gestem  kazał  wciągać  Ŝagle.  Marynarze  starannie  naoliwili  liny,  które  nie 

skrzypiały  w  blokach.  Szlachcic  sprawdził  na  swoim  kasztelu  artylerzystów  przy 
armatach  strzelających  pięciofuntowymi  pociskami.  Kazał  trzymać  ukryte  lampy  z 
ogniem potrzebnym do podpalenia lontów. 

Kiedy tylko tamci przepłynęli, korsarze wypłynęli z zatoki i ruszyli ich śladem. 
Obrali  kurs  na  Królewiec.  Dopadli  ich  o  świcie.  Mieli  przewagę,  bo  załogę  okrętu 

kaperskiego stanowili doświadczeni Ŝeglarze i rabusie potrafiący szybko podprowadzić 
okręt  do  burty  przeciwnika,  oddać  salwy  z  artylerii  okrętowej,  hakownic  i  kusz,  a 
potem w walce wręcz pokonać wroga. Bój trwał pół godziny, a godzinę przeładowanie 
łupu. Dwa dni później skrzynie ukryto na skalistej wysepce, skąd wydobyto je kilka lat 
później,  dowieziono  na  stały  ląd  i  wozami  przetransportowano  do  zamku.  Tam 
szlachcic zajął się przygotowaniem skrytki. 

Jeszcze tylko we trzech przygotowali jej plan i ustalili szyfr. 
Kapitan zaginął ze swoim statkiem słuŜącym pod inną banderą w czasie podróŜy do 

dalekich krajów. 

Szlachcic poległ w boju, na stepie, daleko od domu. 
Ostatni  wspólnik,  organizator  transportu  lądowego,  który  dzięki  swoim 

znajomościom dowiedział się, kiedy i jaką trasą będzie płynął statek wiozący skrzynie, 
wyprowadził  się  do  małego  miasteczka.  Tam  czekał  na  odpowiedni  moment,  Ŝeby 
wskazać, gdzie są skrzynie, ale nie doczekał się tej chwili. 

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

ZLECENIE WYJAZDU DO SOPOTU * TRÓJKA AUTOSTOPOWICZÓW * 

OTWARCIE WYSTAWY * KORSARSKI SKARB * W SOPOCKIM KASYNIE * 

SPOTKANIE Z DANIELĄ * ADWOKAT Z KOPERTAMI 

 

To  był  środek  upalnego  i  jak  dla  mnie  pracowitego  lipca.  Gorzko  uśmiechałem  się 

słysząc w radio dowcipy o ludziach, którzy: „MoŜe wybiorą się na urlop w przyszłym 
roku, a na razie czeka na nich góra papierów”. Właśnie szykowałem się do poszukiwań 
związanych  z  pewną  zagadką  z  okresu  drugiej  wojny  światowej,  kiedy  zadzwonił  do 
mnie pan Tomasz.  

Mój  szef  kierował  Departamentem  Ochrony  Zabytków  w  Ministerstwie  Kultury  i 

Sztuki,  w  którym  przepracował  wiele  lat.  Poszukiwał  zaginionych  w  czasie  ostatniej 
wojny  skarbów  i  walczył  z  przemytnikami  dzieł  sztuki.  Nazywano  go  Panem 
Samochodzikiem z racji posiadanego przez niego wehikułu o zaskakujących kształtach, 
ale teŜ niesamowitych osiągach, bo pod szkaradną maską krył  wspaniały silnik ferrari 
410. Upłynęło juŜ wiele lat, pan Tomasz i jego auto zmienili się. 

Pracę przerwał mi natarczywy dźwięk dzwonka telefonu. 
- Pawle, bądź łaskaw wpaść do mnie na chwilkę - usłyszałem głos pana Tomasza. 
OdłoŜyłem  słuchawkę,  przeciągnąłem  się  w  krześle  i  wyjrzałem  na  ulicę,  po  której 

korzystając ze słonecznego dnia spacerowały panie w krótkich spódnicach i koszulkach 
z odsłoniętymi ramionami. W tej chwili marzyło mi się, Ŝeby znaleźć się na plaŜy nad 
ciepłym  morzem,  leŜeć  w  hamaku  wsłuchując  się  w  szum  fal  i  obserwować  leniwy 
spacer  obłoków.  Napiłem  się  herbaty,  wziąłem  notes  i  przeszedłem  korytarzem  do 
gabinetu  szefa.  Panna  Monika,  sekretarka  pana  Tomasza,  uśmiechnęła  się  do  mnie 
promiennie. 

-  Szykuje  się  wyjazd  -  wyjaśniła  widząc  moje  pytające  spojrzenie.  KtóŜ,  jak  nie 

sekretarki, najlepiej znał tajemnice szefów? 

- Dzień dobry - przywitałem się z panem Tomaszem. Mój przełoŜony juŜ jakiś czas 

temu  powinien  był  przejść  na  emeryturę,  ale  naleŜał  do  grona  tych  energicznych 
starszych  panów,  którzy  nie  potrafią  usiedzieć  bezczynnie  w  jednym  miejscu.  WciąŜ 
chętnie, raz na jakiś czas, wybierał się ze mną na akcje w terenie. 

Był  starym  kawalerem  o  dość  konserwatywnych  poglądach  na  modę.  Z  trudem 

tolerował,  kiedy  do  biura  zdarzało  mi  się  przychodzić  w  wojskowych  spodniach  z 
demobilu. Nie dziwiły mnie u niego staromodne okulary w rogowych oprawach. 

- Usiądź, Pawle - szef wskazał mi krzesło przy małym stoliczku w rogu. 
To  miejsce  zwykle  słuŜyło  nam  do  odpraw  przed  moim  wyjazdem  w  teren.  Więc  i 

teraz pewnie szykowało się coś ciekawego. 

- Mamy takie słoneczne lato, a ty taki blady? - szef z troską mi się przyglądał. 
Wyczuwałem, Ŝe za tymi słowami pełnymi troski krył się podstęp - zamiar wysłania 

mnie gdzieś, gdzie będę miał okazję złapać trochę opalenizny. 

-  Przygotowuję  się  do  pewnej  delikatnej  sprawy  na  WybrzeŜu  -  odpowiedziałem.  - 

Niestety, wymaga to ślęczenia przy komputerze i nad ksiąŜkami. 

- Na WybrzeŜu? - pan Tomasz zatarł ręce. - To dobrze. Pojedziesz na WybrzeŜe na 

mały rekonesans. W  Sopocie,  w salach Muzeum Rybackiego będzie otwarta  wystawa 
poświęcona  początkom  floty  kaperskiej.  Mamy  zaproszenie  na  to  spotkanie 
organizowane  przez  mojego  znajomego.  To  celnik  z  Gdyni,  miłośnik  historii  polskiej 

background image

 

marynarki  wojennej i bardzo mu zaleŜało na obecności kogoś z ministerstwa. Ja mam 
spotkanie  z  nową  panią  wiceminister  kultury.  Sam  rozumiesz...  -  szef  bezradnie 
rozłoŜył ręce. - Siła wyŜsza! 

- Kiedy jest to otwarcie? 
- Jutro wieczorem - szef podał mi zaproszenie. - Jutro jest czwartek, moŜesz piątek i 

weekend przeznaczyć na rekonesans - przełoŜony znacząco mrugnął do mnie. - NaleŜy 
ci się kilka dni nad morzem. 

Podziękowałem panu Tomaszowi za zlecenie i wróciłem do swojego pokoju. Miałem 

ś

wiadomość,  Ŝe  szef  po  prostu  dał  mi  kilka  dni  urlopu  i  szczerze  się  przyznam,  Ŝe 

myślałem juŜ tylko o kąpieli w morzu, a nie zagadce, nad którą pracowałem. Z trudem 
doczekałem  do  końca  dnia  pracy  i  wyjątkowo,  tuŜ  po  piętnastej,  wychodziłem  z 
gmachu ministerstwa z rzeszą innych pracowników. 

Zwykle  siedziałem  do  późnych  godzin  wieczornych,  albo  po  prostu  pracowałem  w 

terenie.  Pozostało  mi  tylko  przygotować  się  do  wyjazdu,  czyli  zrobić  zakupy  i 
spakować swoje rzeczy. 

Nazajutrz  wyjechałem  z  Warszawy  około  dziesiątej.  Nasz  poczciwy  wehikuł 

tradycyjnie  wzbudzał  ogromne  zainteresowanie  na  drodze  i  właściciele  róŜnych 
szybkich aut dowartościowywali się wyprzedzając mnie, mrugając długimi światłami i 
trąbiąc.  Takie  zachowanie  na  drodze  przestało  mnie  juŜ  oburzać,  nawet  dziwić. 
Przekonałem  się,  Ŝe  jakiekolwiek  kampanie  promujące  bezpieczną  jazdę,  stosowanie 
surowych  kar  wobec  pijanych  kierowców,  nie  przynosiły  skutków,  bo  często  miałem 
wraŜenie,  Ŝe  nikt  na  drodze  oprócz  mnie  nie  przestrzegał  tak  fundamentalnych 
przepisów jak ograniczenie prędkości w terenie zabudowanym czy niewyprzedzanie na 
podwójnej  ciągłej  linii.  Wiedziałem,  Ŝe  gdybym  tylko  chciał,  wehikuł  bez  trudu 
wyprzedziłby  nawet  najszybsze  modele  najlepszych  marek.  Nasze  auto  wyglądało 
nieco szpetnie za sprawą karoserii wykonanej przez zawodowego mechanika, ale nie z 
gotowych  części,  a  według  jego  fantazji,  moŜliwości  i  potrzeb  pojazdu  skrywającego 
pod  maską  silnik  z  auta  rajdowego,  z  przełoŜeniem  na  śrubę  napędową  ukrytą  z  tyłu, 
pod bagaŜnikiem. Wehikuł był szybką, szeroką, wyposaŜoną w mocne resory amfibią. 

Za Olsztynkiem zobaczyłem  na poboczu trójkę młodych turystów.  Dwoje starszych 

miało po około dwudziestu lat. Oboje byli ubrani w stroje paramilitarne. 

Ona, wysoka, szczupła miała na głowie chustę w kwiaty zawiązaną z tyłu głowy. 
On nie  ukryłby pod niczym  gigantycznej czupryny czarnych  włosów  sterczących  w 

róŜnych  kierunkach,  bardziej  widowiskowo  niŜ  na  najbardziej  fantastycznych 
wizerunkach  Einsteina.  Nie  zatrzymałem  się  obok  nich  dlatego,  Ŝe  ci  autostopowicze 
zrobili na  mnie oszałamiające  wraŜenie.  Zrobiło  mi  się Ŝal  tego trzeciego. Mógł  mieć 
najwyŜej  osiem  lat  i  siedział  z  ponurą  miną  na  swoim  plecaczku.  Brodę  podpierał 
piąstkami,  a  policzki  zostały  jak  buldoŜerem  popchnięte  w  górę  do  okularów,  które 
przekrzywiły się na piegowatym nosie. 

-  Dziękujemy!  -  powiedziała  dziewczyna,  na  bluzce  której  widniał  wódz  chińskiej 

rewolucji w centrum czerwonej gwiazdy. - Dokąd pan jedzie? 

- Do Sopotu - odparłem. 
- Świetnie! - ucieszyła się. - Zabierze nas pan ze sobą? To znaczy tylko do Sopotu. 
- Wsiadajcie - zaprosiłem ich. 

background image

 

Ona usiadła obok mnie. Miała na imię Sylwia, studiowała psychologię, socjologię i 

antropologię. Na jednym z tych trzech kierunków poznała Andrzeja, owego młodziana 
z oryginalną czupryną, który studiował teologię i filozofię. Na jego koszulce widniały 
godło amerykańskich marines i napis: 

„Yesterday Bagdad - Tomorrow Bruxell”

. Byli parą 

i  na  wakacje  postanowili  wybrać  się  autostopem,  ale  rodzice  Sylwii  dali  jej  do 
towarzystwa młodszego brata Piotrusia, który właśnie skończył pierwszą klasę. 

- Ma pilnować, by nie miała pani zbyt szalonych pomysłów? - domyśliłem się, jaką 

rolę miał pełnić Piotruś. 

- Mam juŜ dość pilnowania - Piotruś z obraŜoną miną skrzyŜował ręce na piersiach i 

zapadł się między plecak a drzwiczki, wpatrując się w krajobraz za oknem. 

- Mamy Smerfa Marudę na pokładzie - próbowałem Ŝartować. 
- Nienawidzę Smerfów - dobiegło mnie burczenie. 
- Mamy się z nim, mówię panu - westchnęła Sylwia. 
PodróŜ  do  Sopotu  upłynęła  mi  od  tej  pory  o  wiele  ciekawiej,  bo  młodzi  ludzie 

uraczyli  mnie  ogromną  dawką  wiedzy  uniwersyteckiej  oraz  nabytej  podczas 
tygodniowej  podróŜy  po  Polsce,  z  Krakowa,  gdzie  studiowali,  przez  Mazury  nad 
morze, które obiecali pokazać chłopcu. Rzecz jasna nie interesowały go półśrodki i nie 
zadowalała  obecność  nawet  nad  największym  z  mazurskich  jezior.  Miało  być  morze, 
plaŜa,  słona  woda,  muszelki  i  tyle!  Przy  okazji  zapoznałem  się  z  poglądami 
politycznymi  młodego  pokolenia,  które  usiłowało  łączyć  idealistyczne  koncepcje 
socjalistyczne z hedonistycznym podejściem do Ŝycia. 

W Sopocie nie udało mi się uwolnić od towarzystwa autostopowiczów, którzy uznali 

za  bardzo  dobry  pomysł  zanocowania,  podobnie  jak  ja,  na  campingu  przy  Sopockim 
Klubie  Ŝeglarskim.  Był  tylko  jeden  plus  tej  sytuacji.  Obiecali  pilnować  wehikułu  i 
mojego namiotu. 

W  Warszawie  panował  upał,  a  tu  mŜyło  i  wiał  silny  wiatr.  Po  deptaku  wędrowały 

grupki  kuracjuszy  miejscowego  sanatorium  i  turystów  rozkoszujących  się  rześkim  i 
zdrowym  powietrzem.  Poszedłem  nadmorskim  deptakiem  w  okolice  wejścia  na 
sopockie  molo.  W  oczy  rzucił  mi  się  plakat  reklamujący  występ  śpiewaczki  z 
akompaniamentem  zespołu  muzycznego  z  Grand  Hotelu  w  Sopocie.  Zatrzymałem  się 
przy anonsie, bo imię i nazwisko artystki było mi doskonale znane. Tak samo nazywała 
się moja koleŜanka z liceum, która uczyła się w szkole muzycznej i rzeczywiście, jak 
pamiętałem,  miała  ładny  głos.  Afisz  zapowiadał  jej  występ  późnym  wieczorem,  więc 
postanowiłem tam pójść zaraz po otwarciu wystawy w muzeum. 

Furtką  przed  kasami  przeszedłem  na  sopocką  plaŜę,  następnie  pod  molo  i  usiadłem 

na  piasku.  Nad  brzegiem  morza  spacerowali  zakochani,  na  piasku  stały  leŜaki,  na 
których  spoczywali  ciepło  ubrani,  okryci  kocami  ludzie  obserwujący  szalejące  w 
piachu  pociechy  i  wpatrzeni  w  morze,  które  z  ponurym  hukiem  uderzało  o  brzeg. 
Hipnotyzowało  szumem,  wzbudzało  podziw  swoją.  siłą,  która  wydawała  się  być 
powstrzymywana jak dzika bestia na uwięzi. BliŜej Gdańska widziałem wyciągnięte na 
brzeg kutry rybackie przypominające cielska wielorybów, tak nieporadne na lądzie, tak 
zwrotne  na  wodzie.  Właśnie  tam  skupiły  się  rybitwy,  by  leniwie  ustępować 
spacerowiczom,  by  wydeptywać  w  piasku  ścieŜki  charakterystycznych  trójkątnych 
ś

ladów i oczekiwać na okazję na pochwycenie jakiegoś smakowitego kąska. 

background image

 

Na  lewo  ode  mnie,  wokół  molo,  odbywał  się  festiwal  muszli  sprowadzanych  z 

ciepłych  mórz,  korali  bursztynowych,  zabawek  rodem  z  odpustów,  rewia  mody  w 
wykonaniu  młodych  i  często  urodziwych  panien.  Za  mną,  w  maleńkiej  smaŜalni  ryb 
skwierczał  tłuszcz,  a  smakowity  zapach  potraw  nęcił  i  kusił.  Jednak  prawdziwą  siłę 
miało morze, pozornie nieporuszone, a stroszące białe grzywy fal. Wróciłem na molo, 
skąd  patrzyłem  na  szarą  bryłę  wybudowanego  w  1927  roku  Grand  Hotelu,  z 
charakterystyczną  kopułą  i  tarasem.  Wiedziałem,  Ŝe  ceny  w  tym  obiekcie  mogły 
pozostawiać obojętnym tylko  majętnych ludzi. Jako łowca ciekawostek  historycznych 
zapamiętałem, Ŝe właśnie z tego hotelu Adolf Hitler obserwował bombardowania bazy 
polskiej marynarki wojennej na Helu. Innym obrazem, jaki utkwił w mej pamięci, był 
kadr  z  filmu  oglądanego  w  naszym  Klubie  Miłośników  Filmów  Niezwykłych  w 
liceum.  W  filmie  „Wniebowzięci”,  główni  bohaterowie,  po  wydaniu  całej  nagrody  z 
toto-lotka  na  loty  samolotem  po  Polsce  lądują  z  pustymi  kieszeniami  na  plaŜy  przed 
Grand Hotelem. 

Podobno  w  dawnych  wiekach  w  okolicach  dzisiejszego  Sopotu  stał  gród  warowny. 

W  1283  roku  kroniki  zapisały,  Ŝe  wieś  Sopoth  ksiąŜę  Mestwin  II  podarował 
klasztorowi  w Oliwie. NajwaŜniejszym  wydarzeniem  w historii kurortu było zapewne 
kupienie  go  w połowie XVIII  wieku przez hrabiego Józefa Przebendowskiego. To on 
wybudował  tu  pierwszy  pawilon  kąpielowy  dla  grona  zaprzyjaźnionych  rodzin.  W 
1823  roku  w  Sopocie  osiadł  doktor  Jerzy  Haffner,  były  lekarz  wojsk  napoleońskich, 
który  wybudował  tu  z  własnych  funduszy  łazienki  z  ciepłymi  kąpielami  oraz  molo 
długości  41  metrów.  W  1830  roku  w  Sopocie  zarejestrowano  640  mieszkańców,  a 
odwiedziło  to  miejsce  460  kuracjuszy.  W  1842  roku  rząd  pruski  zadekretował 
regulamin kąpielisk oddzielnych dla obu płci. 

Morskich  kąpieli  zaŜywano  wówczas  nago,  dlatego  konieczne  były  obostrzenia: 

wysoki płot i prawie półkilometrowa odległość między miejscami kąpieli. Na początku 
XX  wieku  Sopot  otrzymał  prawa  miejskie,  ufundowano  tu  nowy  dom  kąpielowy,  a 
samo uzdrowisko stało się miejscem modnym wśród elit. 

Wróciłem na camping i przebrałem się w marynarkę, pod szyją zawiązałem krawat. 
- Randka? - Sylwia uśmiechnęła się. 
- Mam słuŜbowe spotkanie - odpowiedziałem. - Wrócę późno, ale mam nadzieję, Ŝe 

będziecie mieli baczenie na mój kramik? 

- Jasne, umowa to umowa - zapewniał mnie Andrzej. Pomaszerowałem deptakiem w 

kierunku  jednej  z  drewnianych  chat  stojących  na  wydmach.  Tam  w  nieduŜej  sali 
zebrało  się  kilkanaście  osób.  Gabloty  stojące  i  wiszące  przytłaczały  bogactwem 
zebranych  w  nich  dokumentów  i  eksponatów.  Kiedy  tylko  wszedłem,  przywitał  mnie 
wysoki  męŜczyzna  w  okularach,  z  zaczątkami  łysiny  i  starannie  przystrzyŜonymi 
wąsami. 

-  Pan  Paweł?  -  witał  mnie  uśmiechając  się.  -  Pański  szef  uprzedzał  mnie  o  pana 

przyjeździe. 

-  Dobry  wieczór  -  wyciągnąłem  dłoń  na  powitanie.  -  Pan  Tomasz  bardzo  chwalił 

efekty  pracy  waszego  posterunku  celnego.  Dzięki  wam  nie  udało  się  przemytnikom 
wywieźć kilku cennych zabytków. 

- Dalej panowie szukają zaginionych skarbów? 
-Tak. 

background image

 

- MoŜe zainteresuje pana i nasza  wystawa - celnik oprowadzał mnie opowiadając o 

ekspozycji.  -  W  1514  roku  Zygmunt  I  Stary  włączył  się  do  walki  o  dominium  maris 
Baltici,  tworząc  flotę  kaperską  z  bazą  w  Gdańsku.  Ta  flota  w  1520  roku,  w  czasie 
wojny z zakonem krzyŜackim blokowała porty w Bałdze i Królewcu. 

W 1522 roku rozwiązano flotę, ale w Gdańsku wciąŜ stacjonowali korsarze z listami 

kaperskimi  wystawionymi  przez  polskiego  króla.  W  Gdańsku  budowano  teŜ  okręty, 
niestety  głównie  na  eksport.  W  pierwszej  połowie  XVI  wieku  powstały  trzy  okręty 
zamówione  przez  Henryka  VIII,  angielskiego  króla.  „The  Morion  of  Danzig”,  „The 
Sepiar of Danzig” i „The Trinity of Danzig” naleŜały do awangardy floty Anglii, więc 
jak  na  owe  czasy  musiały  być  nowoczesne.  Wkrótce  potem  wznowiono  system 
kaperski... 

Słuchałem 

opowieści 

przyglądając 

się 

zebranym 

ilustracjom, 

zdjęciom, 

dokumentom, fragmentom olinowania i poszycia starych okrętów wydobytym z morza, 
monetom,  skarbom  i  wiatrowskazowi  w  kształcie  galeonu  znajdującego  się  niegdyś 
przy figurze Zygmunta Augusta, wieńczącej szczyt ratusza Głównego Miasta Gdańska. 

-...MoŜe  kiedyś  zainteresuje  pana  historia  pewnego  korsarza  z  Gdańska,  który 

podobno  zdobył  ogromny  skarb?  -  mówił  celnik.  -  Przypadkiem  dotarłem  do  takiej 
informacji czytając angielskie tłumaczenie napisanej w XVIII wieku w Danii „Historii 
piratów i korsarzy bałtyckich”. 

- Co się stało z tym skarbem? 
-  Początkowo  miał  być  ukryty  na  jakiejś  wyspie  na  Bałtyku,  a  potem 

przetransportowany  na  brzeg  i  wywieziony  do  jednego  z  polskich  zamków.  Według 
autora  kroniki,  korsarz  ten  wkrótce  po  tych  wydarzeniach  udał  się  w  daleki  rejs,  do 
wysp korzennych, i juŜ nie wrócił w te strony. 

- Ciekawe - przyznałem. 
Na  uroczystym  otwarciu  poznałem  kustoszy  z  Trójmiasta  i  miłośników  historii 

regionu  bałtyckiego.  Około  dwudziestej  pierwszej  wyszedłem  i  poszedłem  do  Grand 
Hotelu.  Dotarłem  tam  po  dwudziestu  minutach.  Chwilę  stałem  w  cieniu  drzew,  Ŝeby 
ochłonąć  i  wreszcie  spokojnie,  niczym  stały  bywalec  ruszyłem  do  wejścia  do  kasyna. 
Na  niewielkim  placyku  przed  wejściem,  obok  cukierni,  natknąłem  się  na  męŜczyznę 
walczącego z trójką potomstwa w róŜnym wieku. 

Mała gromadka wrzeszczała, krzyczała, tupała, córka rzuciła się na chodnik, by leŜąc 

na nim oznajmić całemu światu, Ŝe tatuś postanowił nie kupić dzieciom o tej porze po 
ciastku.  Tata  był  chyba  w  moim  wieku,  ale  miał  juŜ  początki  łysiny,  tęgi  brzuszek, 
okulary  w drucianych oprawach. Przez chwilę jego twarz  wydawała  mi się znajoma  i 
dostrzegłem, Ŝe odprowadzał mnie wzrokiem do drzwi kasyna. 

Bez  problemów  wszedłem  do  środka,  a  tam  przywitał  mnie  kierownik  sali. 

Doświadczenie  podpowiadało  mu,  Ŝe  nie  za  bardzo  pasuję  do  tego  wnętrza  i 
towarzystwa.  Kasyno  nie  wyglądało  jak  te  znane  z  Las  Vegas,  miało  dyskretny  urok 
elegancji,  ale  i  wyczuwalny  był  nastrój  minionych  lat,  kiedy  głównymi  bohaterami 
opowieści kryminalnych byli „turyści dewizowi”, „cinkciarze” i „badylarze”. 

Przeszedłem między stolikami, przy których było więcej widzów niŜ oddających się 

hazardowi,  w  kierunku  baru.  Postanowiłem,  by  za  bardzo  nie  odróŜniać  się  w  tym 
towarzystwie, zamówić sobie drinka. 

background image

 

- DuŜo jeszcze czasu do występu? - zapytałem barmana, kiedy juŜ zrealizował moje 

zamówienie. 

- Zaraz się zacznie - odpowiedział. 
Rzeczywiście za chwilę na scenę weszli muzycy i kobieta w moim wieku, w długiej 

białej  sukni  na  cienkich  jak  włos  ramiączkach,  z  duŜym  rozcięciem  z  lewej  strony, 
sięgającym  do  wysokości  połowy  ud  jej  smukłych  nóg.  Długie  kasztanowe  włosy 
rozpuściła.  Jej  twarzy  nie  dało  się  zapomnieć,  bo  do  złudzenia  przypominała  pewną 
znaną  amerykańską  wokalistkę.  W  czasach  nauki  w  liceum  słuchaliśmy  tych 
przebojów,  przy  nich  tańczyliśmy  i  chwaliliśmy  interpretacje  tych  piosenek  w 
wykonaniu  naszej  szkolnej  koleŜanki  -  Danieli.  Dlatego  często  na  nią  mówiliśmy 
„Whitney”  -  na  cześć  tej  sławnej  wokalistki.  Daniela,  kiedy  chodziłem  z  nią  do  tej 
samej klasy, uczęszczała równieŜ do szkoły muzycznej i grała na flecie bocznym. 

Jej  głos  był  takim,  jaki  mógł  podobać  się  męŜczyznom,  trochę  niski,  łagodny, 

jazzujący i pełen energii, kiedy śpiewała. Kiedy tylko rozbrzmiał głos Danieli, na sali 
zrobiło  się  cicho.  Wszyscy  w  skupieniu  słuchali  jej  śpiewu.  Kiedy  ktoś  nieopatrznie 
uderzył stopką kieliszka o brzeg talerza, natychmiast natykał się na karcące spojrzenia 
innych  słuchaczy.  Mini-recital  mojej  szkolnej  koleŜanki  trwał  prawie  dwadzieścia 
minut.  Patrzyłem  na  to  jak  urzeczony  i  wracały  wspomnienia  dawnych  szkolnych 
czasów,  wspólnych  wycieczek,  klasowych  dyskotek  i  imprez  u  jednego  z  naszych 
wspólnych kolegów. 

- Fajna, co? - zagadnął mnie jakiś niski męŜczyzna stojący obok mnie. 
- Tak, chodziłem z nią do jednej klasy - odparłem. 
-  Akurat  -  prychnął  sąsiad.  -  Ona  to  wyŜsza  sfera,  pewnie  uczyła  się  gdzieś  na 

Zachodzie. O rany, ona tu idzie! 

Rzeczywiście,  Daniela,  promiennie  uśmiechając  się  do  klaszczących  słuchaczy  szła 

w kierunku baru. Kierowała się w moją stronę. 

- Cześć! - wyjąkałem, kiedy stanęła przede mną. 
- Mirosław - mój sąsiad przy barze wyczuł okazję do poznania tak pięknej kobiety i 

wcisnął  się  między  nas.  Był  tak  niski,  Ŝe  patrzyliśmy  sobie  z  dawną  przyjaciółką  w 
oczy ponad jego głową. 

- Miło mi - Daniela podała mu dłoń, ale patrzyła na mnie. - DuŜo lat minęło. 
- Co? - pan Mirosław zadarł głowę, obejrzał się na mnie i niepocieszony, rozumiejąc, 

Ŝ

e przeszkadza nam, wrócił na swój stołek barowy. 

- DuŜo - przyznałem. - Pamiętałaś o mnie? 
- Zapomnisz o obozie, no i o mnie - cicho nuciła mi do ucha piosenkę, którą kiedyś 

ś

piewaliśmy  na  szkolnym  biwaku  -  Zapomnisz,  Ŝe  nas  łączy  tyle  wspomnień. 

Zapomnisz, czy za rok, czy za dwa, Zapomnisz, wszak wspomnienie krótko trwa. 

- Wiesz, Ŝe niczego nie mogłem zapomnieć. 
- Ja teŜ. Co tutaj robisz? 
-  Byłem  słuŜbowo  w  Sopocie,  zobaczyłem  afisz  z  reklamą  twojego  występu  i 

przyszedłem. 

- To dobrze - westchnęła. 
Mimo  upływu  lat  wydawało  mi  się,  Ŝe  jest  tą  samą  dziewczyną,  z  którą  niegdyś 

spędzałem tak duŜo czasu. 

- Co u ciebie słychać? - zapytałem ją. 

background image

 

- Czemu pytasz tak oficjalnie? - dziwiła się. - Byliśmy przyjaciółmi, a ty rozmawiasz 

ze mną prawie jak obcy człowiek. 

-  To  miejsce,  ci  ludzie,  to  wszystko  mnie  krępuje.  To  nie  są  dobre  warunki  na 

szczerą rozmowę. 

- Wiesz co? Jutro wezmę sobie wolny wieczór. 
- O której i gdzie? - podchwyciłem z radością pomysł naszego spotkania. 
- Osiemnasta przy wejściu na molo - odparła Daniela całując mnie na poŜegnanie w 

policzek. - Jak dobrze, Ŝe cię znowu widzę - szepnęła. 

MęŜczyźni  zgromadzeni  na  sali  spoglądali  na  mnie  z  nieukrywaną  zazdrością. 

Odurzony  po  tym  spotkaniu  wracałem  na  camping  brzegiem  morza  drepcząc  po 
mokrym piasku. Po drodze spotykałem zakochane pary, które albo przytulone siedziały 
na plaŜy, albo leniwie spacerowały trzymając się za ręce. 

- Panie Pawle! - usłyszałem chłopięcy krzyk. Rozejrzałem się. W moją stronę biegł 

Piotruś. 

-  Niech  pan  do  nas  przyjdzie!  -  krzyczał  wskazując  za  siebie  na  budynek  jakiegoś 

baru. 

Piotruś zaprowadził mnie do piętrowego lokalu oferującego dania z morskich ryb, do 

tego  sałatki  i  rzecz  jasna  frytki.  Był  to  bar  z  ładnym  wnętrzem,  gdzie  blaty 
drewnianych  stołów  były  wymalowane  w  mapy,  w  kontuar  wkomponowano  latarnię 
morską,  na  ścianach  wisiały  sieci  rybackie,  muszle  i  pagaje.  Ściana  od  strony  morza 
była oszklona. Przy jednym ze stolików na tarasie siedzieli Sylwia i Andrzej. Właśnie 
zaczynali jeść zamówione ryby. Kupiłem sobie sałatkę śledziową. 

- Jak poszło? - zagadnęła mnie Sylwia. 
- Dobrze - odpowiedziałem. 
WciąŜ byłem zamyślony, a Sylwia natychmiast to zauwaŜyła. 
- Uuuu! - wydała okrzyk zachwytu. - Jeździ pan ekstrawaganckim samochodem, stać 

pana  na  takie  eleganckie  ciuchy,  to  pewnie  nie  moŜe  się  pan  opędzić  od  adoratorek? 
Teraz pewnie spotkał pan jedną z nich? 

- Jestem kawalerem - wtrąciłem. 
- Widzisz! - Andrzej ucieszył się i zadowolony patrzył na dziewczynę. 
- Mówiłem ci, Ŝe nie ma pośpiechu... Pan tak sobie Ŝyje... 
- Bo ty tylko udajesz, Ŝe nie rozumiesz, o co mi chodzi - Sylwia stała wyprostowana 

z groźną miną. - Tu nie chodzi o formalne, urzędnicze potwierdzenie faktów... 

- Tak? A niby o co? - dyskusja tej dwójki zbliŜała się do stanu wrzenia. 
- Jestem zapracowany i nie miałem czasu... - próbowałem się tłumaczyć. 
- To nie ma nic do rzeczy! - powiedzieli do mnie jednocześnie. 
-  Przestańcie  się  kłócić  o  to  małŜeństwo!  -  wrzasnął  Piotruś  zakrywając  uszy 

piąstkami. - Nie mogę tego słuchać! Czy wy tylko potraficie o tym rozmawiać? 

Studenci natychmiast spokornieli. 
- Piotrusiu, my się nie kłócimy - Sylwia nachyliła się do brata. - Dorośli czasami tak 

głośno wymieniają poglądy, kiedy jeden dorosły nie rozumie intencji tego drugiego, a 
właściwie to udaje, Ŝe nie rozumie... 

- Piotrusiu, zapamiętaj tego pana - Andrzej kucnął obok chłopca i wskazał mnie. - To 

jest szczęśliwy męŜczyzna, nikt nie rozmawia z nim o ślubie. 

background image

 

10 

Sylwia  spojrzała  na  Andrzeja  tak,  Ŝe  zapowiadało  to  odroczoną  ze  względu  na 

Piotrusia burzę z piorunami. śałowałem decyzji o zabraniu tej pary, nawet zabrania ich 
na camping. 

- Państwo, widzę, na wspólnej kolacji, to ja sobie pójdę - chciałem wstać i uciec od 

bliskiej awantury. 

-  Piotruś  musi  spróbować  morskich  ryb  -  powiedział  Andrzej,  który  wiedział,  Ŝe  w 

mojej obecności nie grozi mu nic złego ze strony Sylwii. 

- Podoba ci się nad morzem? - zagadnąłem Piotrusia. 
- Mmm - przytaknął, bo miał usta wypełnione frytkami i rybą. - Dobrze, Ŝe pan jutro 

pracuje i nie jedzie - dodał, kiedy przełknął jedzenie. 

- Piotruś! - Sylwia ganiła wzrokiem brata. 
- Tak, głupio to wyszło, ale chłopak juŜ się wygadał - dukał Andrzej. 
-  Chcieliśmy  pana  prosić,  właściwie  zapytać,  czy  nie  moglibyśmy  z  panem  zabrać 

się, choćby do Warszawy? 

- Oczywiście, o ile nie będę musiał jechać w innym kierunku - odpowiedziałem. 
Widziałem, Ŝe autostopowicze odetchnęli z ulgą. Mieliby kłopot, by w trójkę znaleźć 

transport  z  WybrzeŜa  do  Krakowa.  Przed  północą  wróciliśmy  na  camping,  gdzie 
musiałem zgodzić się na jeszcze jedną przysługę, by Piotruś spał ze mną w namiocie. 
Rozumiałem,  Ŝe  studenci  chcieli  mieć  trochę  swobody.  Obudziłem  się  około  szóstej. 
Piotruś  leŜał  na  wznak.  Kiedy  tylko  poruszyłem  się,  uchylił  jedną  powiekę,  by 
sprawdzić, co robię. 

- Nie śpisz? - zdziwiłem się. 
- Nie, ale udaję, Ŝe śpię. Muszę tak robić, Ŝeby wujek Andrzej z Sylwią nie musieli 

wychodzić z namiotu, jak chcieli się do siebie przytulić. 

- To wy w trójkę spaliście w jednym namiocie? - zaniepokoiłem się. 
-  Nie,  ja  z  Sylwią,  a  wujek  sam,  tylko  Sylwia  często  wieczorem  u  niego  długo 

siedziała. 

- Nie chce ci się spać? 
- Nie. 
Sprawdziłem,  czy  Sylwia  zostawiła  chłopcu  odpowiedni  strój  i  zabrałem  go  na 

poranny bieg po plaŜy. Razem przebiegliśmy na bosaka drogę od naszej plaŜy do mola 
i z powrotem. Potem jeszcze wykonywaliśmy na piasku róŜne ćwiczenia gimnastyczne, 
przewroty  i  na  koniec  skoczyliśmy  w  kąpielówkach  do  morza.  Woda  była  mocno 
orzeźwiająca, ale po kąpieli czuliśmy się wyśmienicie. 

Wróciliśmy  do  namiotu,  przebraliśmy  się  i  poszliśmy  do  sklepu  po  produkty  na 

ś

niadanie.  Zrobiłem  nam  patelnię  jajecznicy  i  kanapki  z  Ŝółtym  serem.  Potem 

połoŜyłem  się,  Ŝeby  się  zrelaksować,  ale  Piotruś  namówił  mnie  na  grę  w  karty  -  w 
wojnę. Około dziewiątej wstali Sylwia i Andrzej. Wtedy mogłem wyjechać wehikułem 
do Gdańska i na Wyspę Sobieszewską. Wróciłem zadowolony, bo obejrzałem miejsca, 
o  których  wcześniej  tylko  czytałem  i  wiedziałem,  gdzie  powinienem  prowadzić 
poszukiwania. Była pora obiadowa. Przy naszych namiotach siedziała Sylwia. 

- Gdzie pani towarzysze? - zapytałem. 
-  Na  galeonie  -  odpowiedziała  dokładając  ksiąŜkę  jakiegoś  iberoamerykańskiego 

pisarza. 

background image

 

11 

Blisko  nas  był  plac  zabaw  w  kształcie  duŜego  statku  Ŝaglowego,  z  pomostami, 

bulajami,  małymi  szalupami-piaskownicami,  zjeŜdŜalniami.  Byłem  pewien,  Ŝe  jako 
kilkuletni  chłopak  zakochałbym  się  w  takim  miejscu  i  nie  dziwiły  mnie  tłumy 
dzieciaków na tym placu zabaw. 

- Kiedy pan wyjeŜdŜa z Sopotu? 
-  Pewnie  jutro.  Dzisiaj  wieczorem  mam  jeszcze  jedno  spotkanie,  ale  nie  sądzę, 

Ŝ

ebym przedłuŜył tu swój pobyt. 

- Znowu spotkanie słuŜbowe? 
- Nie, to będzie randka z dawną koleŜanką - uśmiechnąłem się. 
- Wracacie do siebie po latach? 
- Nie, to raczej spojrzenie na siebie z dystansu lat. 
Sylwia  wstała  i  ruszyła,  by  dołączyć  do  braciszka  i  narzeczonego.  Zrobiłem  sobie 

obiad z dania w słoiku, rozłoŜyłem koc i chciałem oddać się czytaniu czasopisma, ale 
nie mogłem się skupić i wspominałem czasy liceum. 

Po  południu  grałem  z  Piotrusiem  w  karty  i  w  bierki,  a  Sylwia  i  Andrzej  poszli  na 

plaŜę.  Wieczorem  załoŜyłem  marynarkę  i  poszedłem  na  spotkanie  z  Danielą.  Byłem 
kilka  minut  wcześniej,  a  ona  przyszła  punktualnie.  Była  ubrana  podobnie  jak  wiele 
dziewczyn  w  dŜinsy,  bluzkę,  a  na  ramiona  narzuciła  ciepłą  koszulę.  Oczy  zasłoniła 
okularami przeciwsłonecznymi. 

- Zawsze się spóźniałaś - przywitałem ją. 
- Raz chciałam cię nie zawieść. Pójdziemy na rybę? 
- Znam przyjemny barek nad plaŜą. 
Daniela  chwyciła  mnie  pod  ramię  i  przeszliśmy  deptakiem,  mijając  chińską 

restaurację, do baru „Przystań”, tego samego, w którym wczoraj jedli Sylwia i Andrzej. 
Danieli,  przyzwyczajonej  do  luksusów,  spodobało  się  to  miejsce  i  usiedliśmy  na 
tarasie.  Zapaliliśmy  świeczkę  w  lampce,  zamówiliśmy  ryby,  sałatki  i  wino.  Długo  po 
prostu patrzyliśmy na siebie. 

- Co się z tobą działo przez cały ten czas? - zapytałem. - Nie wyszłaś za mąŜ? 
-  Ty  się  nie  oŜeniłeś  -  uśmiechnęła  się.  -  Ja  jestem  kobietą  po  przejściach,  wdową. 

Mam  dwóch  wspaniałych  synów.  MąŜ  zostawił  mi  w  spadku  sieć  dobrze 
prosperujących  hurtowni,  mam  swoje  butiki,  a  do  tego  śpiewam.  Z  tego  wszystkiego 
tylko to nie przynosi wielkich pieniędzy, ale czyni mnie szczęśliwą. 

- A gdzie są teraz chłopcy? 
- Z moją mamą, wypoczywają na wsi. Mamy tam stadninę, basen i duŜy pensjonat. 
- A co się stało twojemu męŜowi? 
-  Zginął  nocą  w  wypadku  samochodowym.  Jechał  ze  swoją  młodą  sekretarką  -  nie 

pozostawiała  złudzeń  co  myślała  o  charakterze  ich  kontaktów.  -  Co  ci  się  stało?  - 
zaniepokoiła się patrząc na mnie. 

Musiałem  mieć  niewyraźną  minę,  bo  kolejny  raz  w  swoim  Ŝyciu  zobaczyłem 

prawnika z polskiej  filii  nowojorskiej firmy adwokackiej  Walther&Luger. Tak, to był 
ten sam elegancik z neseserem. Wyraźnie szedł w naszą stronę. 

-  Państwo  pozwolą,  Ŝe  na  moment  przeszkodzę?  -  ukłonił  się.  -  Jak  poznaję,  pan 

Paweł Daniec? 

- Tak. Co tym razem się stało? 

background image

 

12 

Prawnik  spojrzał  teraz  na  Danielę,  usiadł  na  krześle,  otworzył  teczkę  i  wyjął  z  niej 

zdjęcie sprzed lat. Byłem na nim ja, była teŜ Daniela. Prawnik porównywał jej twarz z 
wizerunkiem. 

- To ona - wskazałem mu uśmiechniętą dziewczynę ze zdjęcia z fryzurą w stylu afro 

bezskutecznie skrywaną pod chustką. 

- Pani Daniela? - upewnił się prawnik. 
- Tak. 
- Świetnie, mam dla państwa waŜne przesyłki - wyjął długie koperty i podał nam je. 

background image

 

13 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

RANDKA Z DANIELĄ * TESTAMENT PROFESORA KRAKA * WYJAZD DO 

KRAKOWA * STARA PACZKA W KOMPLECIE * ZAGADKA SPRZED WIEKÓW 

 

Wzięliśmy  do  ręki  podłuŜne  białe  koperty  i  przyglądaliśmy  się  im  nieufnie.  Na 

kaŜdej było napisane imię i nazwisko adresata. 

- Bardzo się cieszę, Ŝe tu w Sopocie znalazłem państwa - prawnik był rozluźniony i 

odetchnął z ulgą. - Gdyby nie państwa przyjaciel, to bym pewnie wciąŜ szukał państwa 
po  całej  Polsce.  To  on  mi  powiedział,  Ŝe  znajdę  was  w  Sopocie,  a  czasu  zostało  juŜ 
bardzo niewiele. 

- Jaki nasz przyjaciel? - zainteresowałem się. 
-  Nie  mogę  tego  zdradzić  -  prawnik  wyprostował  się.  -  Nie  mam  dokładnych 

instrukcji  w  tej  kwestii,  więc  wolę  zachować  milczenie.  Państwo  pozwolą,  Ŝe  ich 
poŜegnam. Do zobaczenia. 

Niespodziewany gość wstał, ukłonił się nam, pocałował dłoń Danieli, uścisnął moją i 

zniknął w ciemnościach. 

- Paweł, to jakiś twój dowcip? - Daniela spojrzała na mnie podejrzliwie. 
- Nie, ale przyznaję, Ŝe znam tego mecenasa - mówiłem obracając w palcach kopertę. 

-  Mam  nieodparte  wraŜenie,  Ŝe  kancelaria  prawnicza  Walther&Luger  zyskuje  dzięki 
mnie nowych klientów. 

- Jakich klientów? 
- Najczęściej od dość specyficznych spraw - odparłem. 
- MoŜe i ja powinnam skorzystać z ich usług. Rodzina mojego świętej pamięci męŜa 

wciąŜ walczy o spadek. Zajrzymy do środka? 

- Nie, schowaj tę kopertę - prosiłem. - Mam przeczucie, Ŝe dzięki temu co się w niej 

znajduje, jeszcze nie raz się spotkamy. MoŜe na razie zajmijmy się tylko sobą? 

-  Dobrze  -  koleŜanka  schowała  kopertę  do  kieszeni  dŜinsów.  -  Powiedz,  co 

porabiasz? Słyszałam tylko, Ŝe wzięli cię do wojska. 

-  Tak,  byłem  spadochroniarzem,  studiowałem  historię  sztuki,  a  teraz  pracuję  w 

Ministerstwie Kultury i Sztuki. 

- Czym się zajmujesz? 
- Poszukiwaniem zaginionych i skradzionych dzieł sztuki. 
- Jesteś policjantem? - była zaskoczona. 
-  Raczej  detektywem.  Ostatnia  wojna  spowodowała  straszne  spustoszenia  w 

prywatnych  kolekcjach  oraz  zbiorach  muzealnych.  Najeźdźcy,  hitlerowscy  czy 
sowieccy,  rabowali  dzieła  sztuki,  które  teraz  pojawiają  się  na  aukcjach,  a  powinny 
wrócić  do  prawowitych  właścicieli  lub  ich  spadkobierców.  Na  Wschodzie  dochodzi 
jeszcze  problem  wykradania  z  muzeów  zbiorów  i  sprzedawania  ich  za  granicę.  Takie 
zabytkowe  przedmioty  stają  się  lokatą  kapitału  nie  tylko  uczciwych  ludzi,  ale  i 
kryminalistów. 

Oboje czuliśmy potrzebę, by wreszcie poszwendać się tak, jak to kiedyś mieliśmy we 

zwyczaju.  W  czasie  takich  spacerów  opowiadaliśmy  sobie  o  planach  Ŝyciowych, 
gadaliśmy o szkole, o kolegach i koleŜankach. Zeszliśmy na plaŜę, gdzie białe bałwany 
zakrzywione,  świecące  od  latami  baru,  gnały  do  piasku,  by  po  chwili  rozpłynąć  się, 
zniknąć.  Morze  szumiało,  letnio  uśpione.  Bryza  łaskotała  nasze  policzki.  Daniela 
potknęła  się  na  piasku,  podtrzymałem  ją,  by  nie  upadła  i  tak  juŜ  została  w  moim 

background image

 

14 

objęciu do chwili, kiedy doszliśmy do Grand Hotelu. Jak nastolatkowie przekradliśmy 
się  na  bosaka  przez  korytarze  zostawiając  za  sobą  ślady  z  piasku.  Zatrzymaliśmy  się 
pod drzwiami jej apartamentu. Oparła się o wysokie, rzeźbione, białe drzwi. 

- Wejdziesz? - zapytała. - Mam dobre wino - zachęcała. 
- Myślisz, Ŝe powinniśmy zaczynać wszystko od nowa? 
-  Chodź  -  otworzyła  drzwi  i  wciągnęła  mnie  do  pokoju.  Nie  zapalała  światła,  tylko 

otworzyła drzwi balkonowe. Przed nimi stały stolik i niewielka sofa. 

Posadziła  mnie  na  niej  i  poszła  do  szafki.  Wróciła  niosąc  butelkę  wina  i  dwa 

kieliszki.  Usiadła  obok  mnie,  połoŜyła  głowę  na  moim  ramieniu  i  napiła  się  wina.  Ja 
swój  kieliszek  tylko  trzymałem  i  patrzyłem  na  rozświetlone  molo,  morze,  dalekie 
ś

wiatła na Półwyspie Helskim. 

- Ty uwaŜasz, Ŝe powinniśmy zaczynać jeszcze raz? - odezwała się. 
- Czasu nie da się cofnąć i pewnie teraz nie dalibyśmy się w to wszystko wciągnąć. 
-  A  wiesz,  Ŝe  Krzysiek  i  Baśka  się  rozwiedli?  Krzysiek  zawsze  był  niezłym 

kombinatorem.  Słyszałam,  Ŝe  miał  kantory,  jeździł  na  „Yumę”  do  Niemiec,  dostał 
„misia  w  paszport”  i  nie  mógł  więcej  wjeŜdŜać  do  Reichu.  Zaczął  kombinować  w 
Polsce.  Trochę  jeszcze  ciułał  z  tych  kantorów,  a  potem  jakimś  sposobem  oskubał 
rodziców  Baśki  i  przepadł  jak  kamień  w  wodę.  Potem  do  Baśki  zgłaszały  się  jakieś 
kobiety mówiąc, Ŝe Krzysiek je teŜ oszukał. 

- Taki z niego  Casanova? - roześmiałem  się.  -  A  wydawało się, Ŝe z Baśką zawsze 

będą razem. 

- Myślisz, Ŝe my... 
- Chyba jesteśmy z dwóch innych światów. Moja skromna pensja... 
- Zamknij się, głuptasie - pogłaskała mnie po policzku. Zamilkliśmy. 
Odstawiłem kieliszek, potem nie pamiętam juŜ, jak i kiedy zasnąłem. Obudziłem się 

w środku nocy. Daniela spała z podkurczonymi nogami przytulona do mnie. Delikatnie 
przeniosłem  ją  do  sypialni,  przymknąłem  drzwi  balkonowe,  by  jej  w  nocy  nie 
przewiało,  bo  mogło  to  zaszkodzić  jej  głosowi.  Wyszedłem,  ostroŜnie  zamykając  za 
sobą drzwi. Wymknąłem się z hotelu starając się nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi. 
Niespiesznie wracałem na camping, gdzie w moim namiocie spał Piotruś. 

- Fajnie było? - wymruczał przez sen, kiedy układałem się do snu. 
- Tak - szepnąłem okrywając go kocem. 
-  To  dobrze  -  usłyszałem,  mlasnął  i  spał  dalej.  Zamknąłem  oczy  i  przypomniałem 

sobie  o  kopercie.  Wyjąłem  ją  z  kieszeni  spodni,  otworzyłem,  zapaliłem  latarkę  i 
przeczytałem krótki list. 

 

Szanowny Panie, 
z ogromn
ą przykrością zawiadamiamy Pana o śmierci profesora Fryderyka Kraka... 
Nie wierzyłem własnym oczom! Nasz poczciwy profesor z czasów liceum nie 
Ŝył! Uczył nas 

geografii i historii. To on zainspirował nas do załoŜenia klubu turystycznego „Peregrinator”. 
Jego pasj
ą były turystyka i Kraków. Często opowiadał nam, Ŝe na emeryturze przeprowadzi się 
do  dawnej  i  -  jak  cz
ęsto  podkreślał  -  jedynej  prawdziwej  stolicy”,  by  tam  rozwiązać  wreszcie 
zagadk
ę, która nurtowała go od czasów studenckich. Nikt nigdy nie dowiedział się, ile lat miał 
profesor  Krak,  bo  w  czasie  naszych  w
ędrówek  rzadko  pozostawał  w  tyle,  wciąŜ  utrzymują
doskonał
ą kondycję

...Zgodnie  z  wolą  naszego  klienta,  jego  zwłoki  zostały  skremowane  i  przekazane  jego  córce 

mieszkającej  w  Wielkiej  Brytanii.  Kierując  się  zapisami  ostatniej  woli  Fryderyka  Kraka 

background image

 

15 

prosimy o stawienie się na wzgórzu wawelskim, gdzie zostanie odczytany testament zmarłego. 
Spotkanie odb
ędzie się dnia... 

 

Sprawdziłem  w  kalendarzu.  To  było  dziś!  Musiałem  o  osiemnastej  stawić  się  w 

Krakowie. Oprócz listu, w kopercie była kartka z rezerwacją miejsca w hotelu. 

Powinienem był czym prędzej zasnąć, by zachować trzeźwy umysł w czasie podróŜy 

do Krakowa, ale sen nie chciał przyjść. Chyba świtało, kiedy umęczony zamknąłem w 
końcu oczy. 

-  Panie  Pawle!  -  obudziło  mnie  szarpanie  za  ramię.  Ujrzałem  pochyloną  nade  mną 

Sylwię. 

- JuŜ ósma, chyba pora wstać? - przemówiła. 
- Błagam o jeszcze dwie godziny - wychrypiałem. 
- Nieźle się pan zabawił - usłyszałem głos Andrzeja. 
- To nie będzie juŜ gry w bierki? - marudził Piotruś. 
- Maruda! - zawołałem. - Smerf Śpioch chce jeszcze trochę pospać. 
-  Dobrze  -  padła  odpowiedź,  ale  głos  chłopca  załamywał  się  tak,  jakby  za  chwilę 

miał zamienić się w płacz. 

Studenci  wyszli  z  mojego  namiotu,  a  ja  nawet  przez  sen  słyszałem,  Ŝe  chłopiec 

krąŜył  wokół  czekając,  aŜ  miną  dwie  godziny.  Właśnie  kiedy  spałem  w  najlepsze, 
Piotruś budził mnie swoim krzykiem. 

- JuŜ dziesiąta! - wrzeszczał mi do ucha. 
-  JuŜ  wstaję  -  odpowiedziałem  trochę  zły  za  taką  pobudkę.  Humor  poprawiło  mi 

ś

niadanie przygotowane przez Sylwię. 

- Andrzej poszedł zrobić zakupy na drogę - wyjaśniła. 
- Dobrze, zaraz pakujemy się i jedziemy. Muszę przed osiemnastą być w Krakowie - 

powiedziałem. 

Nie  skończyłem  jeść,  a  namiot  studentów  był  juŜ  zwinięty.  Oboje  spakowali  teŜ  i 

mój,  a  ja  miałem  jako  kierowca  tylko  odpoczywać.  Zadzwoniłem  do  pana  Tomasza, 
Ŝ

eby poinformować go o swoim wyjeździe do Krakowa. 

- Muszę wyjechać do Krakowa, zmarł mój nauczyciel z liceum - wyjaśniłem. - Będę 

uczestniczyć w dość zagadkowej formie wypełnienia ostatniej woli zmarłego. 

- Pamiętasz, Ŝe ja swój wehikuł dostałem w spadku? Na długo tam jedziesz? 
- Myślę, Ŝe góra dwa, trzy dni. 
- Akurat zajmie ci to cały weekend. Powodzenia! 
-  Dziękuję  szefie!  Gotowi?  -  obejrzałem  się  na  autostopowiczów.  Sylwia  i  Andrzej 

byli spakowani. Piotruś teŜ, ale on ściskał w dłoni garść bierek, a jego spojrzenie było 
jedną wielką niemą prośbą. 

- Przepraszam, Piotrusiu  - zwróciłem się do chłopca. - Obiecuję, Ŝe zrobimy postój 

po drodze i wtedy zagramy. Dobrze? 

Piotruś  skinął  głową.  Wsiedliśmy  do  wehikułu  i  nie  dłuŜej  jak  pół  godziny  później 

mijałem  Przejazdowo.  Niewiele  jest  miast  w  kraju  z  tak  dobrze  jak  w  Gdańsku 
zorganizowaną „zieloną falą”, dzięki której przez miasto przejeŜdŜało się szybko i bez 
problemów.  Na  krajowej  trasie  numer  7  niestety  znowu,  co  jakiś  czas,  moŜna  było 
natknąć  się  na  kierowców  jadących  bezmyślnie.  Z  rozrzewnieniem  wspominałem 
chwile, kiedy jadąc po amerykańskich autostradach włączałem urządzenie utrzymujące 
stałą  prędkość  jazdy,  dzięki  czemu,  kiedy  nie  było  wypadków,  ruch  odbywał  się 

background image

 

16 

płynnie i bezpiecznie. Widziałem policjantów, którzy zatrzymywali piratów drogowych 
i jak słyszałem  karali ich, nie  wdając się  w jakiekolwiek dyskusje na  temat  wielkości 
kwoty  mandatu.  Im  bliŜej  byliśmy  Warszawy,  tym  było  coraz  gorzej.  Za  stolicą  ruch 
nieco się uspokoił. 

Zatrzymaliśmy się na parkingu, by odpocząć, zjeść i oczywiście zagrać w bierki. 
Do  Krakowa  udało  mi  się  dojechać  pół  godziny  przed  siedemnastą.  Szczęśliwym 

trafem  znalazłem  miejsce  parkingowe  u  stóp  wzgórza  wawelskiego.  PoŜegnałem 
autostopowiczów,  uściskałem  Piotrusia  i  pobiegłem  pod  górę  po  bruku.  Spotkanie 
zostało  wyznaczone  na  placu  przed  głównym  kompleksem  zamku  królewskiego. 
Zdyszany  znalazłem  się  tam  pół  godziny  przed  czasem.  Znalazłem  wolną  ławeczkę  i 
czekałem delektując się ciepłem wieczornego słońca i obserwując wycieczki. 

ZauwaŜyłem zakonnika, który dziarskim krokiem zmierzał w moją stronę. 
Przyglądałem  mu  się  chwilę  i  rozpoznałem  znajomą  twarz.  To  był  Julian,  kolega  z 

liceum! Nazywaliśmy go Julek. Był wysokim, chudym blondynem o kościstych rysach 
twarzy. Zawsze teŜ miał na nosie okulary. Kiedy graliśmy w piłkę, to on musiał stawać 
na  bramce.  Za  to  z  racji  wzrostu  okazywał  się  doskonałym  zawodnikiem  w  grze  w 
siatkówkę.  W  czasie  wycieczek  „Peregrinatora”  raczył  nas  niestrawnymi  dla 
licealistów dawkami poezji i zagadywał na tematy filozoficzne. 

Nikt tak jak on nie potrafił przygotować ogniska, które zawsze zaczynało się palić od 

tej jednej przysłowiowej zapałki. Julek miał teŜ dar rozmawiania z ludźmi. 

Wielokrotnie  dzięki  niemu  uzyskiwaliśmy  darmowy  nocleg  w  chłopskiej  stodole, 

kolację  z  wiejskiego  chleba  i  zsiadłego  mleka  czy  kosz  jabłek  na  drogę.  Do  ogniska 
zapraszał  kogoś  z  miejscowych,  kto  potrafił  ładnie  opowiadać  i  w  ten  sposób 
poznawaliśmy tę historię, której nie moŜna było opowiadać w szkole. 

- Paweł? - przywitał mnie niepewnym głosem. 
- Pewnie, witaj Julek i siadaj - zaprosiłem go na miejsce obok siebie. 
-  Nie  wiedziałem,  Ŝe...  -  wymownie  patrzyłem  na  habit.  -  Franciszkanin?  - 

upewniałem się. 

- Tak - Julek promiennie uśmiechnął się. - Tak bywa, Ŝe czasami ON z góry da jakiś 

znak i wtedy nie ma wyjścia. A co u ciebie? 

- Jestem muzealnikiem. Czy ciebie teŜ wezwano... 
-  Tak,  dziwna  historia.  Patrz  -  wskazał  na  męŜczyznę  z  brzuszkiem  idącego  w 

naszym kierunku. 

Pot  zlepił  mu  włosy,  ciemnymi  strugami  odznaczył  się  na  jasnej  koszulce.  To  jego 

widziałem w Sopocie. 

- Julek, kto to? - szepnąłem do kolegi. 
- Nie poznajesz Łukasza? 
Łukasz  był  w  liceum  najsilniejszym  członkiem  naszego  klubu.  Był  zapaśnikiem, 

kandydatem  do  kadry  juniorów,  świetnym  kucharzem.  Na  ogół  milczał,  uparcie 
maszerował,  niekiedy  obciąŜony  ekwipunkiem  obozowym  ponad  miarę.  Dziewczyny 
uwielbiały  go  za  jego  siłę  i  dobroduszność  pluszowego  misia.  Jednak,  jak  pamiętam, 
mimo  Ŝe  podkochiwał  się  i  w  Danieli,  i  w  Baśce,  Ŝadna  nie  obdarzyła  go 
wzajemnością. 

- Cześć! - podał nam dłoń. 

background image

 

17 

Upływ  lat  i  brak  treningów  spowodował,  Ŝe  masa  mięśniowa  zamieniła  się  w 

tłuszczową, ubyła mu pewnie połowa zawsze ściętych „na zapałkę” włosów. 

Uścisk pozostał mu ten sam i z Julkiem westchnęliśmy, gdy nas serdecznie witał. 
- Jak ci się podobało w Sopocie? - zagadnął mnie. - DuŜo przegrałeś w kasynie? 
Julek natychmiast spojrzał na mnie zdumiony. 
- To było tylko spotkanie towarzyskie - tłumaczyłem się. - Hazard mnie nie pociąga. 
- Julek, mówię ci, jaki Paweł był odpicowany, na maturze nie był tak odszykowany - 

opowiadał Łukasz. - Widzę, Julek, Ŝe ty sobie teŜ zamówiłeś niezły uniform. 

Łukasz  zdąŜył  nam  opowiedzieć,  Ŝe  studiował  na  Politechnice  Warszawskiej,  był 

uczony na budowniczego dróg i mostów, ale wszystko w Polsce się zmieniło i z uczelni 
wyszedł  jako  inŜynier  niepotrzebny  nikomu.  Zaczął  więc  handlować  tym  co 
importował  jeŜdŜąc  z  Berlina.  Potem  otworzył  sklep  ze  sprzętem  RTV.  Przerwał 
opowieść,  bo  przyszła  Karolina.  W  czasach  szkolnych  mówiliśmy  do  niej  „Karola”, 
skracając  w  ten  sposób  jej  imię.  Kiedyś  była  szczupłą  blondynką,  która  była  jedyną 
dziewczyną  na  studniówce  w  sukni  bez  dekoltu  i  dopiero  przed  maturą  odwaŜyła  się 
przekłuć  sobie  uszy.  Miała  talent  do  języków  obcych.  W  szkole  uczono  nas  języka 
rosyjskiego  i  angielskiego  i  w  obu  wygrywała  olimpiady  wojewódzkie.  Na  szczeblu 
krajowym przegrywała przez wrodzoną nieśmiałość. Teraz objawiła się przed nami nie 
tamta  „szara  myszka”,  tylko  pewna  siebie  kobieta  w  eleganckim  kostiumie,  z  torebką 
dyplomatką. Na bruku stukały jej pantofelki. 

- Czołem Legionistom! - przywitała nas starym klubowym zawołaniem. 
- Niech Ŝyją nasze Sandałki! - tylko Julek pamiętał prawidłowy odzew. 
W  „Peregrinatorze”  męŜczyźni  byli  Legionistami,  a  panie  Sandałkami,  czyli  jak 

udowadniał profesor Krak, czymś, bez czego rzymski legionista nie mógł Ŝyć. 

- Pracujesz w biznesie? - Łukasz zapytał Karolę. 
- W dyplomacji - odpowiedziała z wyŜszością. 
-  Zaraz  będzie  dym  -  mruknął  Łukasz  z  uwagą  wpatrując  się  w  to,  co  się  działo 

daleko za plecami Karoli. 

W naszą stronę biegli Krzysiek i Baśka. To nie był bieg w takim stylu, jak podbiega 

się  do  autobusu,  to  był  wyścig.  Baśka  była  w  mini-spódniczce  i  zwiewnej, 
półprzeźroczystej  bluzeczce.  Ona  uznawała  tylko  dwa  rodzaje  strojów:  harcerski  i 
ekstrawagancki, a ten ostatni profesor Krak określał mianem: „nie przystoi panienkom 
z dobrych domów”. Baśka prowadziła druŜynę harcerską, zawsze szła na czele naszej 
grupy, pierwsza intonowała piosenki przy ognisku, rozplanowywała biwak, rozdzielała 
obowiązki  i  zapasy  do  niesienia.  Kiedy  nie  chodziła  na  zbiórki,  do  szkoły  i  na  nasze 
wycieczki, to wolny czas, w sobotnie wieczory spędzała na dyskotekach. Kiedyś nosiła 
krótkie, sięgające najwyŜej za uszy czarne włosy, teraz były dłuŜsze i spięte w kucyk. 
Mimo  ubioru  nie  szytego  na  potrzeby  zawodów  lekkoatletycznych,  na  królewskim 
bruku  biegła  w  pięknym  stylu  wyprzedzając  o  pół  kroku  zasapanego,  ubranego  w 
garnitur, dźwigającego wielką walizę Krzysztofa. 

W  liceum  wszyscy  uwaŜali  ich  za  parę  „jak  malowanie”.  Ona  była  ładna,  on  był 

przystojnym  brunetem  przypominającym  z  wyglądu  znanego  aktora  Patricka  Swayze. 
Wszystkie  dziewczyny  kochały  się  w  tym  aktorze  po  filmie  „Dirty  Dancing”,  a 
Krzysiek  z  tego  podobieństwa  z  ochotą  korzystał.  Baśka  lubiła  przewodzić  grupie  i 
Krzysiek  teŜ.  Ona  była  świetną  organizatorką  i  zaangaŜowanym  społecznikiem.  W 

background image

 

18 

czasach  liceum  uwaŜaliśmy  kaŜdą  oficjalnie  działającą  organizację  za  zbyt  uległą  i 
słuŜącą  władzy.  Kiedy  my  wpinaliśmy  sobie  oporniki  i  agrafki,  Baśka  chodziła  w 
mundurze harcerskim, z czerwoną chustą pod szyją. Krzysiek teŜ lubił działać, ale jego 
polem popisu było wszystko to co zakazane. To on na szkolne potańcówki przemycał 
wino,  zagranicznym  turystom  pilnował  samochodów  i  oprowadzał  ich  po  mieście, 
nawet  organizował  wymianę  walut  na  złotówki.  To  on  zdobył  dostępne  tylko  na 
Zachodzie  lekarstwo  dla  mamy  Karoliny.  Granice  jego  koleŜeństwa  zawsze  sięgały 
tylko  do  momentu,  kiedy  to  nie  psuło  jego  interesów,  a  za  kaŜdą  przysługę  i  tak  w 
końcu oczekiwał pomocy lub dowodu wdzięczności. Krzysiek wciąŜ był przystojny, a 
jego dawniej kruczoczarne włosy przyprószyły pojedyncze siwe pasma. 

Baśka dobiegła pierwsza. 
-  Czołem,  wiara!  -  krzyczała  rzucając  się  kaŜdemu  na  szyję.  Tylko  przy  Julku  się 

zawahała i z miną pensjonarki na wizycie w dobrym domu podała mu rękę. 

Krzysiek dotarł do nas, odczekał, aŜ skończy się powitanie Baśki i kaŜdemu oprócz 

swej dawnej sympatii podał dłoń. 

- No to mamy prawie cały Dyrektoriat - powiedziała Baśka spoglądając po nas. 
Dyrektoriatem  nazywaliśmy  członków  załoŜycieli  naszego  klubu  turystycznego. 

Przez  trzy  lata  jego  działalności  przewinęło  się  około  setki  osób,  ale  to  my,  jako 
najstarsi staŜem decydowaliśmy o tym, co się działo w „Peregrinatorze”. 

- Brakuje Danieli - zauwaŜyłem. 
- Ach tak! Pawciu nie zapomniał o swojej pani - kpiła Karola. 
- Nie mów do mnie „Pawciu” - poprosiłem ją. - Wiesz, Ŝe tego nienawidzę. 
- Co u niej słychać? - zapytał mnie Julek. - Chyba nie jesteście małŜeństwem, bo nie 

widzę u ciebie obrączki na palcu. 

-  Paweł  był  dla  niej  zbyt  biedny  -  Karola  wydęła  usta.  -  Spotkałam  ją  kiedyś  na 

raucie w ambasadzie Francji. Wyszła za mąŜ za jakiegoś bogacza od hurtowni. 

Widziałem  baczne  spojrzenie  Łukasza,  który  wiedział,  Ŝe  ja  i  Daniela  byliśmy  w 

Sopocie w tym samym czasie i moŜe nawet widział nas razem. Kolega jednak milczał. 
Zawsze  taki  był,  rozwaŜny,  starał  się  kaŜdą  rzecz  obejrzeć  z  kaŜdej  strony  i  dopiero 
potem wydawać sądy. 

-  Daniela  jest  wdową,  śpiewa  i  teŜ  dostała  zawiadomienie  -  wyjaśniałem.  -  Pewnie 

jak zwykle się spóźni. 

-  Stara  miłość  nie  rdzewieje,  a  ty  cierpliwie  czekałeś  -  Karola  nie  ustawała  w 

słownym zaczepkach. 

- To przypadek, Ŝe się spotkaliśmy. Byłem słuŜbowo w Sopocie...  
- Przypadek czy przeznaczenie? - uśmiechnął się Julek. 
- Patrzcie, idzie! - krzyknęła Baśka. 
Rzeczywiście,  Daniela  w  białej  sukni,  białym  kapeluszu,  dostojnie  krocząca  wśród 

tłumów w krótkich spodenkach i koszulkach wyróŜniała się z daleka. Jej opalona skóra 
kontrastowała  z  bielą,  a  jej  twarz  rozjaśnił  uśmiech,  kiedy  zobaczyła  nas  wszystkich 
razem. Krzysiek zostawił walizkę i pobiegł, Ŝeby ją przywitać. 

- Paweł, masz konkurencję - zauwaŜyła Karola. 
- Krzysiek wyczuł kolejną ofiarę - westchnęła Baśka. - Bogata wdówka to coś w sam 

raz dla niego. 

background image

 

19 

Podeszli do nas i Daniela powitała się ze  wszystkimi, ale  tylko  mnie pocałowała  w 

policzek. Została obok mnie. 

- To na co czekamy? - zapytała. 
- Na prawnika z firmy Walther&Luger - odpowiedziałem. 
- Spóźnia się - Krzysiek zerknął na zegarek. 
- Nie bałeś się tu przyjechać? - Baśka zwróciła się do niego. - Pewnie liczysz na jakiś 

spadek? 

-  Nie  kłóćcie  się  -  prosiłem.  -  Poczekamy,  co  powie  ten  prawnik,  a  wiem,  Ŝe  ta 

kancelaria nie zajmuje się prostymi sprawami. 

- Zawsze moŜemy odmówić przyjęcia spadku - odezwał się Krzysiek. 
- MoŜe profesor Krak chciał, Ŝebyśmy się po prostu spotkali? - domyślał się Julek. 
-  MoŜe  jeszcze  mamy  zabrać  plecaki  i  ruszyć  na  wycieczkę?  -  Karola  nerwowo 

rozglądała  się  na  wszystkie  strony.  -  W  poniedziałek  muszę  być  w  ministerstwie, 
przyjmujemy delegację z Szanghaju. 

-  Jest  -  powiedziałem  dostrzegając  prawnika.  Musiał  mieć  świadomość,  Ŝe  się 

spóźnia, ale szedł powoli. Podszedł do nas, uśmiechnął się i spojrzał na zegarek. 

-  Specjalnie  przyszedłem  kilka  minut  później,  by  dać  państwu  czas  na  odrobinę 

wspomnień,  przypomnienie  sobie,  kto  kim  jest  -  przemówił.  -  Wiem,  jak  to  jest  na 
takich  spotkaniach.  Mam  teraz  zaszczyt  zaprosić  państwa  w  imieniu  profesora  Kraka 
na kolację... 

- Tylko po to zostaliśmy tu wezwani? - przerwał mu Krzysiek. 
- Ze spadku nici - roześmiała się Baśka. 
- To jeszcze nie koniec atrakcji na dziś - zapewniał prawnik. - Zejdźmy na dół. Tam 

czeka nasz transport. 

Zaintrygowały  nas  te  słowa  i  poszliśmy  za  prawnikiem.  U  stóp  wzgórza 

wawelskiego stały dwie doroŜki. Wsiedliśmy do nich i przy akompaniamencie stukotu 
kopyt końskich, odprowadzani wzrokiem przez innych turystów, przejechaliśmy przez 
krakowską  Starówkę  na  ulicę  Grodzką,  do  restauracji  mieszczącej  się  w  piwnicach. 
Tam  mieliśmy  zarezerwowany  stół  w  zacisznym  boksie.  Usiedliśmy,  a  prawnik  zajął 
honorowe miejsce. Miał przy sobie cienką, czarną teczkę, którą połoŜył na ławie obok 
siebie. 

Kelnerzy  wnieśli  półmiski  z  pysznymi  wędlinami  i  zimnymi  przekąskami.  Potem 

zjedliśmy  krem  z  borowików,  kaŜdy  z  nas  mógł  wybrać  z  karty  danie  główne,  do 
kieliszków nalano wyśmienite i bardzo drogie wina. Przed jedzeniem Julek chwilę się 
pomodlił, a potem panowało krępujące milczenie, które przerwał prawnik. 

-  Profesor  Fryderyk  Krak  przed  śmiercią  zostawił  w  naszej  kancelarii  wyraźne 

instrukcje, co mamy zrobić oraz zabezpieczył fundusze na ten cel - opowiadał prawnik. 
-  Jego  ostatnią  wolą  dotyczącą  państwa  było  to,  byście  wszyscy  razem,  wspólnie 
rozwiązali zagadkę, a właściwie złamali szyfr, którego on nie potrafił złamać przez całe 
swoje Ŝycie. Na zakończenie kolacji kaŜdy z was dostanie kopię listu pana profesora z 
dokładnymi informacjami. Profesor Krak przewidywał, Ŝe państwo mogą być skłóceni 
lub teŜ nie mieć ochoty do współpracy. Dlatego kazał mi przekazać, Ŝe daje kaŜdemu 
takie  same  szansę,  ale  sukces  osiągną  państwo  jedynie  działając  razem,  tak  jak  za 
dawnych lat w klubie. 

 

background image

 

20 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

LIST PROFESORA KRAKA * TRZECH AWANTURNIKÓW I TRZY KLUCZE * JAK 

POWSTAJE SZYFR? * ROZDAJEMY ZADANIA 

 

Słowa  prawnika  zaskoczyły  nas.  Skąd  nasz  poczciwy  profesor  Krak  wiedział,  w 

jakim będziemy nastroju? Mecenas rozdał nam zalakowane koperty. Od tego momentu 
kolacja  nie  mogła  się  juŜ  udać,  bo  kaŜdy  z  nas  myślał  tylko  o  tym,  co  się  w  nich 
znajduje. 

- Słuchajcie, moŜe oficjalnie zakończymy kolację, otworzymy te koperty, poczytamy 

i  na  gorąco  ustalimy  plan  postępowania?  -  zaproponował  Krzysiek.  -  MoŜemy  w  ten 
sposób to zrobić? - zwrócił się do prawnika. 

-  Tak,  tylko  poproszę  kelnera  o  przygotowanie  rachunku  i  resztę  wieczoru  w  tym 

lokalu spędzą państwo na własny koszt - młodzieniec juŜ wstawał. 

- Niech pan jeszcze chwilę poczeka - zatrzymał go Łukasz. - Słuchajcie, zamawiajcie 

co chcecie, bo prawnik chce iść spać - powiedział do nas. 

Na  obfite  dania  nie  mieliśmy  juŜ  ochoty,  ale  ochoczo  korzystaliśmy  z  zawartości 

piwniczki  restauracji  oraz  lodówki  z  wymyślnymi  deserami.  Prawnik  tylko  się 
uśmiechnął, poŜegnał nas i wyszedł z lokalu. 

-  Ale  numer  wyciął  nam  nasz  profesor  -  Baśka  z  niedowierzaniem  kręciła  głową.  - 

Jak to, czego on nie potrafił odgadnąć, mamy my rozszyfrować? 

-  Pamiętacie,  jak  szybko  rozwiązywał  wszelkie  szarady  i  krzyŜówki?  -  wspominał 

Julek. 

-  Dość  gadania,  bierzmy  się  do  czytania!  -  Krzysiek  upił  łyk  wina  i  jednym 

szarpnięciem otworzył kopertę. 

Zaraz przy  stole rozległ się odgłos zbiorowego rwania papieru. W środku przesyłki 

były  dwa  listy  i  wizytówka.  Krótki  liścik  z  kancelarii  Walther&Luger  zawierał 
oficjalną propozycję współpracy, by ten kto zechce donosił pod podany na wizytówce 
numer telefonu o naszych postępach, a wszystko to w imię  „poszanowania zasad fair 
play i aby Ŝadne z Państwa nie złamało prawa”, 

- Łajza - Łukasz ze złością zmiął liścik prawnika. - Chce z nas zrobić Judaszy! 
Łukasz,  w  ostatnich  dwóch  klasach  liceum  zaangaŜował  się  w  roznoszenie  ulotek  i 

ksiąŜek, które kiedyś ukazywały się w drugim obiegu. Kilka razy mu pomagałem i do 
dziś  pamiętam,  jak  mnie  zszokowała  lektura  ksiąŜki  o  zbrodni  katyńskiej,  i  jak  moi 
rodzice  przerazili  się  widząc  takie  wydawnictwo  w  moich  rękach.  Łukasz  został 
zadenuncjowany  przez  jakiegoś  zdrajcę  i  kilka  dni  spędził  w  areszcie,  potem  stanął 
przed sądem dla  nieletnich.  Dobry adwokat  uratował go przed gorszą karą niŜ  nadzór 
kuratora,  ale  wiedzieliśmy,  Ŝe  czasami  ludzie,  którzy  zatrzymali  Łukasza  śledzili  i 
pozostałych  członków  naszego  klubu.  Rozumiałem,  dlaczego  kolega  tak  nie  lubił 
donosicielstwa i ukrytych gier. 

-  MoŜe  ten  prawnik  wykonuje  tylko  swój  obowiązek?  -  Julek  próbował 

usprawiedliwiać fundatora naszej kolacji. 

Nikt inny nie zabrał głosu w tej sprawie. Podobnie jak pozostali zacząłem czytać, co 

napisał do nas profesor Fryderyk Krak. 

 

Moi kochani! 
Kiedy czytacie te słowa, mnie nie ma ju
Ŝ wśród Ŝywych. JeŜeli  mieliście taki zamiar, to nie 

płaczcie,  bo  mam  nadzieję,  Ŝe  jestem  juŜ  tam,  gdzie  trafiają  tylko  uczciwi  ludzie.  Zebrałem 

background image

 

21 

Was,  bo  została  nierozwiązana  pewna  zagadka.  Kilkadziesiąt  lat  temu,  przypadkiem,  na 
strychu  jednej  z  krakowskich  kamienic,  natrafiłem  na  niewielki  zbiorek  ksi
ąŜek.  Jednym  z 
oprawnych tomów okazał si
ę pisany w XVIII wieku pamiętnik mieszkańca Krakowa, potomka 
rodu Bonerów. 

Wspominał  on  w  nim  o  rodzinnej  legendzie,  według  której  na  początku  XVI  wieku  trzech 

obrotnych ludzi weszło w posiadanie ogromnego skarbu. Było to w okresie tuŜ przed wybuchem 
wojny z zakonem krzy
Ŝackim. Najpierw ukryli go na jednej z wysp na Bałtyku, potem przenieśli 
w bezpieczne miejsce, do jakiego
ś zamku. 

Ustalili tylko szyfr i rozeszli się do swoich spraw. Skarb ten miał być wyjęty w chwili bardzo 

waŜnej potrzeby, ale nigdy tak się nie stało, bo ci trzej ludzie szybko zginęli. Byli to: Mateusz 
Boner, Ludwig von Kleen i 
śyd Józef Bałamuth. 

Szyfr to: 

 

ULUYHP RZCGP FNR UL KBPA. 
KBPA FNR OPHBLINXYR JLK HP FL RZYU SHPNUY. 
WYXNCBZ SHBPFC WBPGL N MDCBZ HBZY BLZY. 
HLUSKLBX FLSZ GDZNC SHBLRT FLSZ. 

 

Klucze  do  złamania  szyfru  znajdziecie  dzięki  „Wrogiemu  władcy,  człowiekowi,  który  kram 

miał i urząd piastował, a trzecie słowo ujrzycie patrząc w niebo, tam, gdzie król leŜy”. 

Kiedy nie uda wam się rozszyfrować, jak odnaleźć klucze w ciągu dwóch dni, wtedy prawnik 

podzieli  się  z  wami  moimi  podejrzeniami.  Chciałbym,  Ŝebyście  podeszli  do  rozwiązywania 
zagadki z otwartymi umysłami i nie kierowali si
ę tym co ja, bo przecieŜ mogłem gdzieś popełnić 
ąd. 

Kochani!  Ŝyczę  Wam  sukcesu  i  mam  nadzieję,  Ŝe  jesteście  wszyscy  razem,  przy  stole  i  to 

Basia odczytała mój list. Wasz na zawsze 

Fryderyk Krak 

 

KaŜdy z nas odkładał list zmieszany, Ŝe jednak byliśmy skłóceni, i nie stało się tak, 

jak to sobie wymarzył nasz profesor. Po krótkiej chwili Baśka wstała i głośno odczytała 
list pomijając trudny do wymówienia fragment z szyfrem. 

- No, to jest kaska do zgarnięcia - Krzysiek zacierał ręce. 
- Nie myśl, Ŝe będę z tobą czegokolwiek szukała - rzuciła Baśka. 
- Nie kłóćcie się - apelował Julek. 
- Paweł, powiedz, co o tym myślisz - Daniela spojrzała w moją stronę. - Masz z nas 

wszystkich  największe  doświadczenie  w  tego  typu  sprawach.  To  ostatnie  zdanie 
zelektryzowało pozostałych. 

- Jesteś szpiegiem? - zdziwił się Krzysiek. 
-  Nie,  muzealnikiem  -  wyjaśniałem.  -  Daniela  ma  na  myśli  fakt,  Ŝe  kilka  razy 

poszukiwałem  zaginionych  zabytków,  skarbów  -  jak  moŜna  to  inaczej  określić. 
Przyznam, Ŝe na razie mam tylko ogólne pojęcie, jak zabrać się do rozwiązywania tej 
zagadki.  Myślę,  Ŝe  najlepszym  rozwiązaniem  będzie  ponowne  nasze  spotkanie  jutro 
rano. Wtedy zrobimy „burzę mózgów”. 

- Baśka i Krzysiek się pozabijają- mruknęła Karola.  
Umówiliśmy  się  na  następny  dzień  i  rozeszliśmy  się.  KaŜdy  z  nas  miał 

zarezerwowany  przez  prawnika  pokój  w  hotelu,  ale  kaŜdy  w  innym  miejscu,  w  innej 
części  Krakowa.  Mnie  przypadł  nocleg  w  „Krakowiaku”  wśród  budynków 
krakowskich  akademików.  W  stojącym  po  drugiej  stronie  ulicy  hotelu  asystenckim 
miał nocować Julek. 

background image

 

22 

Zaprosiłem kolegę do mojego wehikułu i razem pojechaliśmy do  wschodniej części 

Krakowa. Wysadziłem go przed jego hotelem i podjechałem pod „Krakowiaka”. 

Portier dał mi klucze do pokoju na trzecim piętrze. 
- Tam jest spokojnie - zapewniał mnie. 
Miałem  wygodny  i  przestronny  jak  dla  jednej  osoby  pokój  z  dwoma  tapczanami, 

telewizorem,  radiem,  biurkiem  i  łazienką.  Nawet  się  nie  rozpakowałem,  tylko  po 
kąpieli rzuciłem się na chłodną pościel i zasnąłem. 

Obudziłem  się  przed  ósmą.  Miałem  jeszcze  trzy  godziny  do  spotkania  z  dawnymi 

przyjaciółmi.  Przeciągnąłem  się  i  usłyszałem  cichy  sygnał  telefonu  komórkowego 
informujący, Ŝe właśnie otrzymałem wiadomość tekstową. To Daniela zapraszała mnie 
do „Sheratona” na śniadanie. Uznałem, Ŝe nie wytrzymam do dziesiątej i zszedłem do 
bufetu,  gdzie  miałem  otrzymać  posiłek  wliczony  w  cenę  pobytu.  Bufet  był  w  duŜej 
stołówce z długimi, przykrytymi ceratą stołami. 

- Kawę czy herbatę? - zapytała miła kelnerka w schludnym fartuszku. 
- Kawę. 
Nastawiła wodę w czajniku elektrycznym, wzięła talerz, połoŜyła na nim dwie bułki 

i zajrzała do lodówki. Obok pieczywa połoŜyła porcje masła i dŜemu w jednorazowych 
opakowaniach, serek topiony i wszystko to postawiła przede mną. 

Dokupiłem  sobie  jeszcze  jajecznicę  i  usiadłem  do  stolika.  Byłem  tu  absolutnie  sam 

do chwili, kiedy zjadłszy połowę jajecznicy, usłyszałem znajomy głos. 

- Wujek Paweł! - radośnie krzyknął Piotruś. 
Oprócz  niego  szli  Sylwia  i  Andrzej.  Okazało  się,  Ŝe  Sylwia  z  bratem  nocowali  u 

Andrzeja,  bo  w  domu  Sylwii  był  remont.  Andrzej  jako  przyszły  asystent  na 
Uniwersytecie Jagiellońskim miał przydzielony pokój w hotelu asystenckim, ale przez 
wakacje  musiał  nocować  w  „Krakowiaku”  zarządzanym  przez  fundację  studencką. 
Mieszkaliśmy w tym samym hotelu i nawet byliśmy sąsiadami. 

- Co pan będzie porabiał w Krakowie? - zapytał mnie Andrzej szykując kanapkę dla 

Piotrusia, który głodnym wzrokiem obserwował wszystko na stole. 

- Mam kilka wolnych dni, więc będę zwiedzał miasto. 
-  Mamy  u  pana  dług,  więc  jak  będzie  pan  potrzebował  przewodników,  to  chętnie 

pomoŜemy - deklarowała Sylwia. 

- Dziękuję, znam trochę Kraków, więc jakoś sobie dam radę.  
Skończyłem  śniadanie  i  wróciłem  do  pokoju,  Ŝeby  szybko  przebrać  się  i  wyjść. 

Odczekałem,  aŜ  studenci  wrócili  do  swojego  pokoju,  słyszałem  jak  Piotruś  za  ścianą 
rozpoczął litanię Ŝalów i cicho wyszedłem z hotelu. Zostawiłem wehikuł na parkingu i 
poszedłem  do  miasta  na  piechotę.  Szedłem  wzdłuŜ  ulic  Armii  Krajowej,  Nawojki, 
Czarnowiejskiej,  doszedłem  do  ulicy  Mickiewicza  i  dalej  maszerowałem  nią  na 
południe, w kierunku Wisły. Dotarłem do bulwaru nad Wisłą koło mostu Dębnickiego. 
Widziałem stąd wzgórze wawelskie, statki spacerowe cumujące przy brzegu. Usiadłem 
na ławeczce i z daleka przyglądałem się zamkowi królewskiemu. 

Po  bulwarze  przejeŜdŜali  rowerzyści,  biegli  uprawiający  jogging.  Jeden  z  biegaczy 

właśnie  usiadł  za  moimi  plecami  i  cięŜko  dyszał,  by  w  pewnym  momencie  rzucić  mi 
się na szyję. 

background image

 

23 

-  Cześć!  -  Daniela  przywitała  mnie  wylewnie.  -  Jak  zwykle  jesteś  opanowany, 

nieporuszony.  Gotowy  byłeś  w  kaŜdej  chwili  do  obrony  i  wykonania  jednego  z  tych 
swoich rzutów. Co ty wtedy trenowałeś? 

-  Aikido  -  odpowiedziałem  patrząc  na  koleŜankę  w  dresie,  przepoconej  koszulce, 

opasce na czole i słuchawkach walkmana w uszach. 

- Chodźmy do mnie - wzięła mnie za rękę i poprowadziła po schodach do przejścia 

dla pieszych. 

Gmach  „Sheratona”  znajduje  się  przy  ulicy  Powiśle.  Hotele  tej  sieci  cechują  się 

dyskretną  elegancją,  trochę  jak  na  mój  gust  zbyt  przypominają  nowoczesne  biura,  ale 
odpowiada to klasie biznesmenów, którzy dzięki temu bez uczucia dyskomfortu mogą 
tu załatwiać swoje interesy, spotykać się, prowadzić negocjacje. 

Daniela  mieszkała  w  apartamencie  na  drugim  piętrze.  Apartament,  równy 

powierzchni mojego mieszkania, był przestronny i luksusowo wyposaŜony. 

-  Zamów  nam  śniadanie,  a  ja  pójdę  się  wykąpać  -  rozkazała  Daniela.  Zniknęła  za 

drzwiami  łazienki,  a  ja  zajrzałem  do  menu  i  dech  mi  zaparło  w  piersiach.  Za  cenę 
jednego  śniadania  w  tym  hotelu  mogłaby  w  barze  mlecznym  najeść  się  cała  grupa 
przedszkolaków.  OstroŜnie  odłoŜyłem  menu  niczym  niewypał  na  stolik  i  zająłem  się 
przeglądaniem  oferty  prawie  osiemdziesięciu  kanałów  w  telewizorze.  Daniela  wyszła 
do mnie po kilku minutach owinięta w ręcznik. 

- Co wybrałeś? - zapytała. 
-  Widziałaś  ceny?  Miałbym  obiekcje  przed  naciąganiem  naszego  poczciwego 

Kraka... 

-  Głuptasie  -  Daniela  roześmiała  się.  -  PrzecieŜ  ten  prawnik  wynajął  mi  zwykły 

pokój, ale mnie, a właściwie moje firmy, stać na coś lepszego. Wszystko i tak wliczam 
w koszty, a z tobą odbywam teraz bardzo waŜne negocjacje. 

Sama sięgnęła po menu, zadzwoniła do obsługi i zamówiła posiłek. Potem poszła do 

sypialni  i  garderoby,  Ŝeby  się  ubrać.  Wróciła  do  mnie  ubrana  w  elegancki  czerwony 
kostium. Rozczesywała włosy, kiedy zapukano do drzwi. 

- Proszę! - krzyknęła. 
Do  środka  wszedł  kelner  ze  stolikiem  na  kółkach.  Daniela  dała  mu  napiwek  i 

natychmiast  nalała  nam  herbatę.  Wybrała  sobie  naleśnika  nadziewanego  serem  z 
truflami,  francuskiego  rogalika  z  dŜemem,  truskawki  w  bitej  śmietanie.  Dla  mnie 
zamówiła pieczywo, smaŜone kiełbaski z musztardą, a do tego konserwową paprykę i 
ser mozarella. 

Usiedliśmy przy stoliku. Daniela roześmiała się. 
-  Zapomniałam,  Ŝeby  ci  przynieśli  gazetę  -  Ŝartowała.  -  Wtedy  bylibyśmy  jak 

prawdziwa para. 

-  Chyba  nasze  światy  są  zbyt  odległe  od  siebie  -  powiedziałem  smakując  delikatne 

kiełbaski. 

- To znaczy? 
- W pewnym momencie problemem stałaby się moja praca. 
- Przesadzasz - lekcewaŜąco machnęła ręką. - Zatrudniłabym cię u siebie - potrzebuję 

zaufanych ludzi. 

- Wiesz, Ŝe to niemoŜliwe. 
- Jeszcze o tym porozmawiamy. 

background image

 

24 

Skończyliśmy jeść i wyszliśmy z hotelu. Skręciliśmy w stronę Wawelu, a potem, za 

domem  Długosza  skręciliśmy  w  lewo.  Szliśmy  ulicą  Senatorską,  po  której  na 
welocypedach jeździli męŜczyźni w ubraniach z epoki początków sportu rowerowego. 
Z resztą bractwa  mieliśmy  spotkać się na Rynku  Starego  Miasta,  w jednej z kawiarni 
przy Sukiennicach. Im bliŜej byliśmy krakowskiego Rynku, tym więcej było turystów. 
Wielojęzyczny,  wielobarwny  tłum  sunął  szerokimi  strumieniami  ocierającymi  się  o 
siebie, mieszającymi, kłębiącymi przy stoiskach z pamiątkami i wyrobami jubilerskimi. 

-  Szkoda,  Ŝe  nie  jesteśmy  tu  tylko  jako  zwykli  turyści  -  powiedziała  Daniela 

wsuwając  mi  rękę  pod  ramię.  -  Ty  byś  źle  tu  się  czuł,  prawda?  Pamiętam,  Ŝe 
nienawidziłeś tłumów. 

-  Czy  w  takim  ścisku  moŜna  spokojnie  chłonąć  klimat  tego  miasta?  Kiedyś  było 

stolicą potęŜnego państwa,  które przez jakiś czas dzięki zaleŜnościom lennym sięgało 
od  morza  do  morza.  Tu  przybywali  artyści  i  posłowie  z  całej  Europy.  Nawet  kiedy 
przestało być stolicą, nic nie straciło ze swej świetności. Nawet jako perła Galicji było 
wspaniałe dzięki swojemu ulotnemu urokowi. Kiedy uczyliśmy się o literaturze końca 
XIX  wieku,  to  czytaliśmy  o  środowisku  artystów  krakowskich,  a  to  oni  wychowali 
pokolenie ludzi, którzy w 1918 roku odwaŜyli się sięgnąć po niepodległość. Pomyśl o 
tych  zabytkach,  wielowiekowej  tradycji  czającej  się  niemal  za  kaŜdym  rogiem.  To 
wspaniałe miasto, ale te tłumy napawają mnie przeraŜeniem. 

Zadzwonił telefon komórkowy Danieli. 
- Tak... juŜ idziemy... - mówiła do aparatu. - Jak to: z kim? Z Pawłem! Zaprosiłam go 

na śniadanie i teraz... dobra, dobra... Gdzie was szukać? - chwilę słuchała i rozłączyła 
się. 

- Kto dzwonił? - zapytałem. 
- Karola. 
- Będzie miała temat do plotek. 
- W końcu to ona nas w to wmanewrowała. 
Roześmiałem  się  na  samo  wspomnienie  intrygi  uknutej  przez  Karolę,  która 

doprowadziła do tego, Ŝe nasi przyjaciele uwaŜali mnie i Danielę za parę narzeczonych. 

Byli  członkowie  „Peregrinatora”  siedzieli  przy  stolikach  kawiarnianych  lokalu 

mieszczącego się w Sukiennicach, blisko dawnej wieŜy ratuszowej. 

- Nic nie zamawialiście? - zdziwiła się widząc pusty stolik. 
- Czekamy, aŜ łaskawie podejdzie do nas kelnerka -  wyjaśnił nam Łukasz. - Nawet 

urok Krzyśka na nią nie działa. 

Widząc,  Ŝe  tu  jest  leniwa  obsługa,  przesiedliśmy  się  do  sąsiadów,  gdzie  kelner 

natychmiast przyjął nasze zamówienie. 

- Macie jakieś pomysły co do tej zagadki? - zapytał Krzysiek. 
-  Trzeba  złamać  klucze,  czyli  poznać  słowa  niezbędne  do  odczytania  szyfru  - 

odpowiedziałem. 

-  MoŜe  jest  jakiś  komputer,  który  rozpracowałby  to?  -  zastanawiał  się  Krzysiek.  - 

PrzecieŜ są specjalne programy... 

- One są pomocne przy łamaniu kodów współczesnych języków, z jasno określonymi 

zasadami  gramatycznymi,  sztywną  pisownią,  ale  i  tak  nie  będą  w  stu  procentach 
skuteczne. 

- Co to moŜe być za szyfr? 

background image

 

25 

- Jeden z  najprostszych. Potrzebujemy odpowiednio długiego słowa,  które dzielimy 

na dwuliterowe grupy. Pamiętacie szyfr z kluczem „GA-DY-RE-PO-LU-KI”? 

- Jasne, do dziś z kolegami uŜywamy jego modyfikacji - przyznał się Julian. 
- Naturalnie  wybieramy inne  słowa  klucze. Klucz dzieli się na dwuliterowe  grupy  i 

potem  pisząc  zdanie  zapisuje  się  znaki  zamieniając  je  tymi  z  pary  w  kluczu.  Na 
przykład gdybym chciał napisać słowo „DANIELA”, to brzmiałoby ono:  

„Y-G-N-K-R-U-G”  -  Julek  rysował  wszystko  na  serwetce.  -  My  stosujemy  nawet 

klucze z wyrazami, w których powtarzają się litery, wtedy waŜna jest kolejność, którą 
moŜna ustawiać w ustalony wcześniej sposób. 

-  Czekajcie,  moŜe  profesor  pojechał  tym  starym  szyfrem?  -  Krzysiek  natychmiast 

zaczął pisać na liście. - Wychodzi: „L-u-l-d h-o e-z-c-a-o f-n-e 1-u i-b-o-u”. Karola, po 
jakiemu to? 

- Brzmi jak jakieś afrykańskie narzecze - Karola pokręciła głową. 
-  To  bełkot  -  powiedziałem.  -  To  jest  potrójnie  zaszyfrowane.  Musisz  znać  trzy 

klucze. Zdanie zostało trzy razy zaszyfrowane, po kolei według kaŜdego z tych kluczy. 
Nie wiemy teŜ, w jakim języku było szyfrowane. Na razie najwaŜniejsze jest odkrycie 
znaczenia tych trzech słów. 

-  „Wrogiemu  władcy,  człowiekowi,  który  kram  miał  i  urząd  piastował,  a  trzecie 

słowo  ujrzycie  patrząc  w  niebo,  tam  gdzie  król  leŜy”  -  Baśka  jeszcze  raz  odczytała  z 
listu profesora Kraka. 

-  Kto  był  tym  wrogim  królem?  -  zapytałem.  -  Car,  cesarz,  któryś  z  ksiąŜąt 

niemieckich, chan? Musimy znać kontekst. A ta druga postać? Kupiec i urzędnik, kto 
to  taki?  Trzecie  słowo,  to  wydaje  się  najłatwiejsze,  bo  królowie  leŜą  w  katedrze 
wawelskiej  i  co,  mamy  patrzeć  na  niebo  nad  nią?  Oczywiście  Ŝe  nie,  tylko  na  sufity, 
tylko które słowo tam wybrać? 

-  MoŜe  trzeba  zacząć  od  poznania  panów,  którzy  zdobyli  skarb:  Mateusza  Bonera, 

Ludwiga von Kleena i śyda Józefa Bałamutha? - sugerował Julek. - Było ich trzech i 
były trzy słowa klucze, tak jakby kaŜdy z nich przygotował jedno. 

-  NajwaŜniejszy  jest  Boner  -  stwierdził  Krzysiek.  -  W  końcu  to  w  pamiętniku  jego 

potomka profesor Krak znalazł te informacje. 

-  Bo  mało  kto  miał  okazję  przyjrzeć  się  pamiątkom  po  krakowskich  śydach  i 

Ŝ

eglarzach  na  słuŜbie  polskiego  króla  -  zauwaŜył  Julek.  -  Nasz  profesor  przecieŜ  był 

bardzo mądry, a jednak  nie złamał szyfru. Jestem pewien,  Ŝe gdzieś przeoczył  waŜny 
szczegół, którego my nie moŜemy przeoczyć. 

- Co proponujesz? - pytał Łukasz. 
-  Paweł  chyba  domyśla  się,  o  co  mi  chodzi  -  odpowiedział  Julek.  Wszystkie 

spojrzenia skierowały się w moją stronę. 

- Pamiętacie, jak przygotowywaliśmy wycieczki? - uśmiechnąłem się. 
- Profesor nazywał nas sforą - przypomniała Karola. 
-  Tak,  to  było  jak  polowanie  z  nagonką  -  przyznałem.  -  Musimy  podzielić  między 

siebie  zadania:  najpierw  dowiedzieć  się  czegokolwiek  o  tych  trzech  panach  i 
przygotować się organizacyjnie do działania w Krakowie. 

- Czyli kto i co ma robić? - zapytał Łukasz. 
- Ty pójdziesz z Baśką i Krzyśkiem i dowiesz się, co i jak działa w mieście - Julek 

wydawał polecenia. - Masz pilnować, Ŝeby się nie pozabijali, a dowiedzcie się, co i w 

background image

 

26 

jakich  godzinach  jest  czynne,  wszystkie  wystawy  i  muzea,  co  w  nich  jest  i  tak  dalej. 
Zbierzcie  foldery  reklamowe,  jeśli  moŜecie  kupcie  przewodniki.  Ja  pójdę  szukać  w 
bibliotekach  śladów  Mateusza  Bonera,  Karola  zajmie  się  Ŝeglarzem,  bo  do  tego 
potrzebna  raczej  będzie  wędrówka  po  świecie  obcojęzycznej  literatury,  a  Paweł  i 
Daniela wybiorą się na Kazimierz, na poszukiwanie Józefa Bałamutha. 

- Czemu akurat tak? - dziwił się Krzysiek. - MoŜe ja chciałbym pójść z Danielą? 
-  KaŜdy  by  chciał  -  Julek  uśmiechnął  się.  -  Jednak  to  Paweł  ma  dość  wiedzy 

historycznej... 

-  Kiedyś  była  w  telewizji  bajka  o  porwaniu  Baltazara  Gąbki,  a  teraz  pójdziemy  na 

poszukiwania  pana  Bałamutha  -  Daniela  śmiała  się.  -  Szyfr  Bałamutha,  to  brzmi 
niesamowicie! 

- Spotkamy się tu około szesnastej? - proponował Julek. 
- Godzinę później - zasugerowałem. 
Wszyscy  przytaknęli,  zostawiliśmy  pieniądze,  Ŝeby  uregulować  rachunek  i 

rozeszliśmy się, kaŜdy w swoją stronę. 

Z  Danielą  ruszyliśmy  na  południe,  w  kierunku  Kazimierza,  który  od  czasów 

Kazimierza  Wielkiego  był  odrębnym  organizmem  miejskim  Ŝyjącym  własnym 
rytmem, ze specyficznymi zapachami i dźwiękami. 

- Myślisz, Ŝe znajdziemy ten skarb? - zapytała mnie Daniela. 
- Czy ty chcesz go znaleźć? 
- Nie mam takiej potrzeby, a ty? 
- Mam obawy, co się z nami stanie, kiedy go znajdziemy. 
- Myślisz, Ŝe ktoś nas napadnie? 
- Nie masz czasami wraŜenia, Ŝe po tylu latach jesteśmy zupełnie innymi ludźmi? 
- Ty jesteś taki sam. Co do reszty masz rację. 
- MoŜe się okazać, Ŝe tak naprawdę wcale się nie znamy. Mamy bardzo mało czasu, 

Ŝ

eby odkryć prawdziwe oblicze dawnych przyjaciół. 

 

*** 

- Nazywam się Paweł Daniec i pracuję w Ministerstwie Kultury i Sztuki - podałem 

męŜczyźnie swoją wizytówkę. - MoŜe mógłby... 

Przy  furtce  cicho,  trzy  razy  zabrzęczał  dzwonek.  MęŜczyzna  wyglądał  na 

zmieszanego.  Najwyraźniej  ktoś  słuchał  naszej  rozmowy  i  teraz  wydał  jakieś 
zaszyfrowane polecenie. 

-  Sytuacja  chyba  się  zmieniła  -  Daniela  odezwała  się,  słodko  uśmiechając  się  do 

młodzieńca. 

Ten  uśmiech  rozładował  napiętą  sytuację  i  męŜczyzna  takŜe  uśmiechnął  się. 

RozłoŜył  ręce  w  geście  bezradności,  oznaczającym  uniwersalne  stwierdzenie:  „siła 
wyŜsza”. 

- Państwo zechcą poczekać... - gestem zaprosił nas do przekroczenia furtki. 
-  MoŜe  zaczekamy  na  cmentarzu?  -  zasugerowałem.  Młodzieniec  był  zaskoczony 

moją propozycją, ale chyba uznał, Ŝe tam nie uczynimy nic złego. 

Przeprowadził  nas  przez  boczny  korytarz  na  teren  kirkutu.  Ujrzeliśmy  tu  maceby  i 

nagrobki sarkofagowe. Młodzieniec ukłonił się i zostawił nas samych, a my mogliśmy 
spokojnie  spacerować  po  terenie  otoczonym  wysokim  murem  pod  koroną  wysokich 
olch. 

background image

 

27 

- Myślisz, Ŝe gdzieś tu jest pochowany Józef Bałamuth? - domyśliła się Daniela. 
- Mogę mieć tylko nadzieję. Skoro zdobył ze współpracownikami jakiś skarb, to jako 

bogaty  śyd  mógł  zamówić  sobie  odpowiedni  pochówek.  Te  sarkofagi  i  maceby 
pochodzą z XVI i XVII wieku, czyli z okresu, który nas interesuje - wyjaśniałem. 

-  Witam  państwa!  -  usłyszeliśmy  głos  za  naszymi  plecami.  Obejrzeliśmy  się  i 

zobaczyliśmy męŜczyznę w wieku około czterdziestu lat, ubranego w czarny garnitur, 
białą koszulę i czarny kapelusz. Miał krótką brodę. Uśmiechał się do nas Ŝyczliwie. 

- O panu Pawle słyszałem, a pani to... - patrzył na moją przyjaciółkę. 
-  To  Daniela,  moja  koleŜanka  z  czasów  liceum,  z  którą  teraz  próbujemy  odszukać 

pewnego człowieka - wyjaśniłem. 

- To mnie szukaliście? - męŜczyzna ukłonił się. - Nazywam się Jakub Lis. 
-  W  Muzeum  Judaistycznym  powiedziano  nam,  Ŝe  pomaga  pan  odszukać 

przodków... - zacząłem, ale Jakub natychmiast mi przerwał. 

- CzyŜby i pan miał kogoś w rodzinie? - wypytywał. 
-  Nie  -  roześmiałem  się.  -  Nic  o  tym  jeszcze  nie  wiem.  Po  prostu  staram  się 

rozwiązać pewną zagadkę. 

- Tak, tak... Zagadki to pana specjalność. Jak się miewa Pan Samochodzik? 
- Skąd pan go zna? Skąd pan wie, czym się zajmuję? 
-  Pan  myśli,  Ŝe  świat  jest  wielki?  -  Jakub  uśmiechał  się  patrząc  na  nas  spod  ronda 

swojego kapelusza. - To ON - wskazał w górę - jest wielki. My, świat, jesteśmy  mali 
przez nasze horyzonty, przesądy, uprzedzenia, słabości. Nie Ŝyjemy w studni, tylko nad 
rzeką. Pan wrzuca do niej kamień, a fala, nawet odrobina jej energii dopływa do morza. 
Pan robi rzeczy waŜne i poŜyteczne. Chętnie panu pomogę, o ile będę potrafił. 

- Szukam czegokolwiek o śydzie, który nazywał się Józef Bałamuth - wyjaśniałem. - 

Ŝ

ył w XVI wieku, prawdopodobnie pochodził z Krakowa. 

- Z Krakowa czy z Kazimierza? 
-  Mógł  urodzić  się  jeszcze  w  Krakowie,  a  potem  mieszkał  w  Kazimierzu  - 

zgadywałem. 

- Pan nic o nim nie wie oprócz tego jak się nazywał? - domyślił się Jakub Lis. 
Bez słowa pokiwałem głową. 
- A niech mi pan powie, o co chodzi w tej sprawie? - dopytywał się, - O jakiś skarb? 
- Tak - przyznałem dostrzegając kątem oka gromiący mnie wzrok Danieli. 
Jakub przyglądał się jej chwilę, a potem znowu zerknął na mnie. 
- Pan znalazł to nazwisko na jednym z sarkofagów? 
- Tak - ponownie przytaknąłem. 
- Czemu mi o tym nie powiedziałeś?! - Daniela nie wytrzymała. - Jakim cudem coś 

przeczytałeś, przecieŜ to pismo... 

- Później ci wyjaśnię - przepraszałem przyjaciółkę całując ją w dłoń. 
-  Niech  pani  się  tak  nie  denerwuje  -  Jakub  uspokajał  ją.  -  Pan  Paweł  jest  jednym  z 

nielicznych ludzi, którym moŜe pani ufać. Niech pan przyjdzie do mnie po zmierzchu 
na kolację - podał mi swoją wizytówkę z adresem domowym. - Mam nadzieję, Ŝe pani 
teŜ przyjdzie? 

Daniela tylko dygnęła jak uczennica. 
-  To  juŜ  wszystko?  -  Jakub  odsunął  się  robiąc  nam  przejście  w  kierunku  drzwi  do 

wyjścia z kirkutu. 

background image

 

28 

Odprowadził  nas  do  furtki  i  poŜegnał  kłaniając  się.  Kiedy  tylko  znaleźliśmy  się  na 

ulicy  Szerokiej,  koleŜanka  stanęła  na  chodniku  i  patrzyła  na  mnie  nienawistnym 
wzrokiem. 

-  Gdyby  nie  ten  facet,  to  pewnie  nigdy  bym  nie  dowiedziała  się  o  tym  grobie  - 

powiedziała z pretensją w głosie. 

- Oczekiwałaś, Ŝe zawołam cię i głośno będę ci wszystko relacjonował? - dziwiłem 

się. - Byliśmy obserwowani, a poza tym takie zachowanie nie przystoi na cmentarzu. 

- Tere-fere, nie przystoi - przedrzeźniała  mnie. - Chciałeś  mnie po prostu  wykiwać. 

Jak mam ci zaufać? 

- Powinnaś. 
- PokaŜ, jaki jest adres tego śyda? Wręczyłem jej wizytówkę. 
- Dobra, to na razie - rzuciła obracając się na pięcie. 
- Co ty robisz? Nie interesuje cię to, co było napisane na nagrobku? 
- Nie, sama dowiem się tego od Jakuba Lisa - odeszła nie oglądając się. 
Widziałem,  jak  machała  na  przejeŜdŜającą  taksówkę  i  wsiadła  do  niej.  Znałem  ją  i 

wiedziałem, Ŝe lubiła tak się obraŜać, a po jakimś czasie udawała, Ŝe tak naprawdę nic 
się nie stało. Sprawdziłem, która jest godzina. Za półtorej godziny miałem spotkanie z 
przyjaciółmi.  Postanowiłem  w  drodze  na  Starówkę  poszukać  jakiejś  przytulnej 
kawiarenki i tam chwilę odpocząć. Znalazłem niewielką cukiernię przy ruchliwej ulicy 
Stradomskiej. Podawano  tam  pyszne kremówki o smaku toffi i advocata. Zamówiłem 
kawę,  dwa  ciastka  i  rozłoŜyłem  przed  sobą  list  od  profesora  Kraka.  Próbowałem 
odszukać jakieś prawidłowości w zaszyfrowanym tekście. 

 

ULUY HP RZCGP FNR UL KBPA. 
KBPA FNR OPHBLIN XYR JLK HP FL RZYU SHPNUY. 
WYXNCBZ SHBPFC WBPGL N MDCBZ HBZY BLZY. 
HLU SKLBX FLSZ GDZNC SHBLRT FLSZ. 

 

Moją  uwagę  zwracała  duŜa  ilość  spółgłosek,  które  zapewne  miały  zastępować 

zaszyfrowane  samogłoski.  Podstawowym  wydawało  się  jednak  pytanie,  w  jakim 
języku ułoŜono szyfr i klucze szyfrujące. Profesor napisał: Klucze do złamania szyfru 
znajdziecie  dzięki  „Wrogiemu  władcy,  człowiekowi,  który  kram  miał  i  urząd 
piastował, a trzecie słowo ujrzycie patrząc w niebo, tam, gdzie król leŜy”. 

Tekst  dotyczył  wydarzeń  z  pierwszej  połowy  XVI  wieku,  kiedy  w  Polsce 

dominującym językiem była łacina, więc pewnie i klucze do niego były w tym języku. 
JeŜeli  tekst  został  zaszyfrowany  przy  pomocy  metody,  jaką  opisywałem  na 
południowym spotkaniu, to mogłem być pewnym, Ŝe litery „x” występujące po łacinie 
najczęściej  jako  końcówki  „-ex”,  w  rzeczownikach  zastępują  samogłoski  „e”.  Litera 
„y” w łacińskich słowach występuje niezmiernie rzadko i w zdecydowanej większości 
w  połączeniach  z  „h”,  jak  w  słowie  „dythyrambus”  -  hymn,  czy  wszelkich  słowach 
zaczynających się od „hydro-”. 

Wszystkie te dywagacje były wciąŜ za mało istotne, by złamać ten szyfr. ZbliŜała się 

pora naszego spotkania, a ja jeszcze  musiałem  wrócić na Starówkę, do  miejsca, gdzie 
spotkaliśmy się w południe. Kiedy mijałem wzgórze wawelskie, zadzwonił mój telefon 
komórkowy. 

- Paweł, jesteś z Danielą? - usłyszałem głos Karoli. 
- Nie, pojechała gdzieś, chyba do hotelu - tłumaczyłem się. 

background image

 

29 

- Pokłóciliście się? Zmieniliśmy lokal, szukaj nas na rogu Kanoniczej i Senackiej w 

cafe „Zaćmienie”. Pa! 

Ulica  Kanonicza,  w  którą  wchodzi  się  mając  za  plecami  strzelnice  austriackich 

fortyfikacji Wawelu i wieŜe zamku królewskiego, swą nazwę zawdzięcza znajdującym 
się  tu  niegdyś  domom  kanoników  kapituły  krakowskiej.  Wiele  z  kamienic  stojących 
przy  tej  ulicy  zachowało  gotyckie  portale.  NajbliŜej  średniowiecznej  sztuki 
architektonicznej jest dom Jana Długosza, na którego ścianie wmurowano pamiątkową 
tablicę.  W  tym  samym  budynku  pracownię  rzeźbiarską  miał  Franciszek  Wyspiański, 
ojciec Stanisława. Mijałem wejście do hotelu, kiedy na jego schodach stanął Krzysiek. 
Był  elegancko  ubrany,  świeŜo  pokropiony  wodą  kolońską,  a  jego  włosy  lśniły  od 
wprowadzonego w nie Ŝelu. 

- Cześć, gdzie podziała się Daniela? - zapytał. 
-  Pojechała  do  hotelu  przebrać  się  -  rzuciłem  nie  chcąc  wdawać  się  w  długie 

tłumaczenia. 

Krzysiek nerwowo rozejrzał się, spojrzał na zegarek i stanął. 
- Mamy jeszcze kwadrans - powiedział. - MoŜe pójdziemy na drinka? 
Czułem, Ŝe za tym zaproszeniem czai się jakiś nowy szatański pomysł Krzyśka, więc 

przystałem na propozycję, Ŝeby wybadać, co on knuje. Wróciliśmy do hotelu. Krzysiek 
zamówił whisky, a ja wybrałem sok z czarnej porzeczki. 

- Nie powinieneś się szczypać i zamawiać co chcesz - zachęcał mnie Krzysiek. 
- Wszystko funduje nasza ulubiona kancelaria adwokacka. Twoje zdrowie! - wzniósł 

toast. 

- Mam wraŜenie, Ŝe mnie trafił się najgorszy hotel - stwierdziłem. 
- śebyś wiedział! - Krzysiek roześmiał się. - Nawet ten mięśniak Łukasz mieszka w 

niezłym  hotelu  blisko  dworca.  Baśka  ma  apartament  obok  mnie  -  znowu  prychnął, 
jakby  był  juŜ  lekko  wstawiony.  -  Karola  mieszka  gdzieś  przy  Bramie  Floriańskiej. 
Dobrze,  Ŝe  ciebie,  komandosie,  nie  wstawili  do  koszar  spadochroniarzy.  SłuŜyłeś  w 
Krakowie? 

- Gdzie indziej - odpowiedziałem wymijająco. 
-  No,  stary  nie  gniewaj  się  -  Krzysiek  poklepał  mnie  po  ramieniu.  -  Wiesz,  Ŝe 

Ŝ

artowałem. Dowiedzieliście się czegoś na Kazimierzu? 

- Powiem, jak będziemy wszyscy razem, po co dwa razy mówić to samo. 
- Masz rację - mocny alkohol zaczął działać na umysł i zmysły Krzyśka, który chwiał 

się siedząc  w  fotelu.  - Powiedz to mnie, a nie  im. Ty i ja byliśmy jedynymi bystrymi 
ludźmi  w  całym  towarzystwie.  Krak  to  był  idealista.  Razem  rozwiąŜemy  zagadkę  i 
podzielimy  się  skarbem.  Wiem!  Ty  chcesz  wszystko  oddać  państwu.  OK!  Pozwól  mi 
tylko  uszczknąć  troszeczkę,  tyle,  Ŝebym  wreszcie  stanął  na  nogi,  wyszedł  na  prostą... 
Ŝ

eby pewni ludzie przestali za mną chodzić... 

- Kto za tobą chodzi? 
- Paweł, ja mam długi! Myślałem, Ŝe je spłaciłem, ale tym facetom ciągle mało. Dasz 

im palec, a oni odgryzą ci rękę - Krzysiek nagle rozpłakał się. 

- Chodźmy do naszych - dopiłem sok i wstałem. 
Pomogłem  koledze  wydobyć  się  z  miękkich  poduszek  fotela  i  pokierowałem  go  do 

wyjścia.  Na  dworze  Krzysiek  trochę  otrzeźwiał  i  jakoś  dociągnąłem  go  do  kawiarni. 
„Zamów kawę, a szarlotka za darmo” - głosił slogan reklamowy. 

background image

 

30 

Przyjaciele juŜ czekali w małej salce, na lewo od głównej sali. Z głośników płynęły 

tu  łagodne  dźwięki  muzyki  jazzowej.  Goście  siedzieli  w  wiklinowych  fotelach,  które 
czasami  skrzypiały.  Nieliczni  czytali  gazety,  większość  była  zajęta  cichymi 
rozmowami.  Moje  wejście  z  uwieszonym  u  mojego  ramienia  Krzyśkiem  przywitane 
zostało  absolutnym  milczeniem  i  karcącymi  spojrzeniami.  Nawet  kelnerki,  które 
wyglądały  na  niezmiernie  miłe  osoby,  przyglądały  mi  się  krytycznie.  Usadziłem 
Krzyśka  w  kącie,  przy  stolikach,  które  zajmowaliśmy  i  musiałem  usiąść  obok  niego. 
Wszyscy juŜ tam byli, w tym Daniela w granatowym kostiumie w srebrne prąŜki. 

- Odpowiedni strój na kolację? - zapytała mnie. 
- Na mój gust powinnaś załoŜyć sukienkę, ale ten moŜe być - odpowiedziałem. 
KoleŜanka juŜ zmieniła swoje nastawienie do mnie i była milsza. 
- Wybieracie się gdzieś? - zainteresowała się Karola. 
-  Tak,  zostaliśmy  zaproszeni  na  kolację  do  pewnego  mieszkańca  Kazimierza  - 

odpowiedziałem.  Zamówiłem to co  wszyscy, czyli kawę plus  szarlotkę. -  Czy coś juŜ 
wiemy na temat naszych zdobywców skarbu? - zapytałem. 

- Ja zacznę, bo mam najmniej do powiedzenia - odezwała się Karola. - Nawiązałam 

przez  Internet  kontakt  z  uczelniami  w  Holandii.  Z  dwóch  otrzymałam  odpowiedź 
prawie  po  godzinie.  Informacje  właściwie  się  pokrywają.  Rodzina  von  Kleen  ma 
niemieckie korzenie. Na przełomie XV i XVI wieku wyodrębniły się w niej dwie linie. 
Pierwsza  zajęła  się  handlem  i  do  dziś  jej  potomkowie  utrzymują  ostatni  rodzinny 
interes:  restaurację  w  Amsterdamie.  Druga  linia  zajęła  się  korsarstwem  i  to  na 
wszystkich  moŜliwych  frontach  ówczesnego  świata.  Ta  linia  wygasła  około  połowy 
XVIII wieku. Nieznany jest los tylko jednego jej członka, kogo? 

- Naszego Ludwiczka - Ŝartował Łukasz. 
-  Bingo,  Misiu!  -  Karola  obdarowała  Łukasza  uśmiechem.  -  Ludwig  urodził  się  w 

1486 roku w Kopenhadze. Jego ojciec był na słuŜbie jednego z ksiąŜąt niemieckich, a 
matka  była  duńską  szlachcianką.  Miał  trzy  starsze  siostry.  Ojciec  zginął  na  Morzu 
Północnym, kiedy chłopak miał dwanaście lat. Matka zajęła się wydawaniem córek za 
mąŜ i  wydała je tak, Ŝe z trzech posagów  nie został Ŝaden  majątek dla chłopca, który 
został oddany na słuŜbę na statek. Miał tam nauczyć się zawodu. Wiemy, Ŝe pływał po 
Bałtyku  i  Morzu  Śródziemnym.  W  końcu  znalazł  się  na  słuŜbie  gdańskich  mieszczan 
jako kapitan i koniec. To było w 1515 roku. 

- Po awanturze ze zdobyciem skarbu wybrał się w długą podróŜ, z której nie wrócił - 

dopowiedziałem. 

- Skąd wiesz? - zdziwiła się Karola. 
-  Od  znajomego,  który  czytał  o  tym  w  kronice  o  piratach  i  korsarzach  Morza 

Bałtyckiego. Opowiedział mi o tym przedwczoraj na otwarciu wystawy w Sopocie. 

- CóŜ za dziwny zbieg okoliczności - mruknął Krzysiek. - Przypadkowo Paweł jest w 

Sopocie  i  tam  ktoś  opowiada  mu  o  naszym  kapitanie,  a  potem  Paweł  spotyka  tam 
Danielę i tam odnajduje ich nasz ulubiony prawnik. Czy to nie dziwne? 

Wszyscy oprócz Danieli patrzyli na mnie podejrzliwie. 
- Julek! - Krzysiek rozkazującym tonem zwrócił się do naszego kolegi. 
- Proszę - rozdał nam koperty. - W środku jest mój raport o Bonerach. Wszystko co o 

nich znalazłem. Uprzedzam, Ŝe jest tego duŜo. JeŜeli chodzi o Mateusza, to znajduję w 
zapiskach  więcej  zagadek  niŜ  wyjaśnień,  kim  on  właściwie  był.  WaŜny  jest  teŜ  rys 

background image

 

31 

historyczny,  który  skopiowałem  z  wydawnictwa  multimedialnego.  Jest  on  dosyć 
ogólnikowy,  ale  zawiera  potrzebne  nam  informacje.  Proponuję,  Ŝeby  Paweł  i  Daniela 
zreferowali swoje odkrycia i Ŝebyśmy spotkali się jutro, znacznie wcześniej niŜ dziś, i 
wtedy zaczęli działać. 

Teraz wszystkie spojrzenia skierowały się na mnie. 
- CóŜ, my teŜ wszelkie rewelacje zrelacjonujemy wam dopiero rano - powiedziałem. 

-  Ta  kolacja,  na  którą  idziemy,  to  właśnie  spotkanie  z  naszym  informatorem.  Dziś, 
podczas zwiedzania kirkutu, znalazłem jedynie nagrobek Jana Bałamutha wybudowany 
za pieniądze synów Józefa i Adama. Znajduje się na nim inskrypcja po hebrajsku: „Inni 
dokoła  błąkają  się  i  błądzą,  dokąd  im  popędliwość  drogę  wskazuje”.  Jan  Bałamuth 
zmarł w 1533 roku. JeŜeli nagrobek opłacił Józef, i jest to ten sam Bałamuth, który nas 
interesuje, to oznacza, Ŝe... 

-  ...miał  spory  wpływ  na  to,  gdzie  został  przeniesiony  skarb,  a  być  moŜe  sam  go 

wydobył  -  wtrącił  się  Julek.  -  To  samo  przyjdzie  wam  do  głowy,  kiedy  poczytacie  o 
Mateuszu Bonerze. 

-  A  więc  do  jutra!  -  Karola  wstała,  ale  zaraz  usiadła.  -  Co  wynaleźli  nasi 

organizatorzy?  -  spojrzała  na  Krzyśka  ze  zwieszoną  głową,  potem  Łukasza,  który 
odwrócił wzrok w kierunku Baśki. 

Baśka wyjęła notatnik, a z niego pliki kartek. 
-  Z Łukaszem doszliśmy do  wniosku, Ŝe i tak  nie będziemy prowadzić poszukiwań 

duŜą  grupą  -  relacjonowała.  -  Skserowałam  wam  kartkę,  na  której  znajdziecie 
informacje o telefonach, godzinach otwarcia, wystawach najwaŜniejszych obiektów w 
Krakowie. Wykupiliśmy teŜ dla nas wszystkich bilety na jutro na Wawel. Zaczynamy 
zwiedzanie od dziewiątej piętnaście. Wyśpicie się? 

-  Tak  -  zadecydowała  Karola.  -  Spotkajmy  się  o  dziewiątej  na  dziedzińcu. 

Zwiedzimy Wawel i przy obiedzie porozmawiamy. 

Zwróciliśmy  Baśce  pieniądze  za  bilety,  odebraliśmy  swoje  kartki  i  wyszliśmy  z 

kawiarni.  Z  Danielą  i  Baśką  holowaliśmy  Krzyśka  do  hotelu  i  jego  apartamentu.  Na 
schodach  ledwo  przebierał  nogami,  bo  juŜ  prawie  spał.  Baśka  została  z  Krzyśkiem,  a 
my zeszliśmy na ulicę Kanoniczą. 

- Muszę się przebrać - wskazałem na swoje dŜinsy i bluzę. 
- Zamienię spodnie na sukienkę - stwierdziła Daniela.  
Zamówiłem taksówkę na parking pod Wawelem, odwiozłem Danielę do jej hotelu i 

wróciłem do „Krakowiaka”. Tam zmyłem z siebie całodzienny brud, przebrałem się w 
koszulę i marynarkę, a potem pojechałem taksówką po Danielę. 

Zostaliśmy  zawiezieni  pod  wskazany  adres,  na  wąską  uliczkę  Kazimierza,  kilkaset 

metrów od synagogi Remuh. 

-  To  tu!  -  taksówkarz  wskazał  na  szarą  kamienicę  oświetloną  Ŝółtym  blaskiem 

latarni. 

Wysiedliśmy  i  samochód  zaraz  odjechał.  Zostaliśmy  sami.  Przy  kaŜdym  naszym 

kroku  chrzęściły  drobne  kamyczki.  Odległość  kilkunastu  metrów,  jaką  mieliśmy 
przejść  przez  zamknięty  dla  ruchu  kołowego  fragment  ulicy,  wydawała  się  ogromna. 
OstroŜnie  prowadziłem  Danielę  pilnując,  by  nie  nadepnęła  niczego,  co  mogłoby 
pobrudzić jej buty. Ona szła unosząc rąbek sukni, by ta nie szorowała po bruku. 

Fasada kamieniczki, w której mieszkał Jakub Lis miała kolor piaskowy. 

background image

 

32 

WyróŜniała  się  półkolistymi  oknami  i  sklepieniem  nad  wejściem  do  ciasnego 

korytarza na klatce schodowej. Na parterze, po prawej stronie mieszkała chyba rodzina 
wielodzietna. Słychać było krzyki i piski dzieci. Lis miał zajmować lokal piętro wyŜej, 
dokąd  prowadziły  drewniane,  skrzypiące  schody.  Balustrada  była  idealnie  gładka, 
wyślizgana przez lata uŜytkowania. Lekko chybotała się na boki. 

Wejście oświetlała ledwo Ŝarząca się Ŝarówka o niskiej mocy. 
Zastukaliśmy  kołatką  w  drzwi.  Otworzył  nam  sam  gospodarz.  Za  nim  stała 

niewysoka, ładna brunetka z duŜym kokiem, o ciemnych jak węgiel oczach, ubrana w 
sukienkę  o  stonowanych  kolorach.  To  co  wybrała  Daniela  idealnie  pasowało 
stylistycznie do tego, co miała na sobie Rozalia, Ŝona Jakuba Lisa. 

- Sprawdź, czy dzieci nie brykają i podaj jedzenie - Jakub poprosił Ŝonę. 
Mieszkanie  mogło  sprawiać  wraŜenie  ciasnego,  szliśmy  przez  przedpokój  z  dwóch 

stron  zastawiony  szafami,  na  których  piętrzyły  się  kartony,  pełne  czegoś  worki. 
Weszliśmy  do  salonu  z  dwoma  oknami  wychodzącymi  na  ulicę.  Stały  tu  kredens, 
biblioteka, stół i krzesła. Jakub Lis wyjął z futerału na kredensie skrzypce. 

- Ja  wiem, Ŝe  mamy  tego  samego Boga, tylko czasami róŜnie z nim rozmawiamy  - 

zwrócił się do nas. - Państwo lubią muzykę? Skinęliśmy głowami. 

-  To  dobrze,  kiedy  mam  takie  ekumeniczne  towarzystwo,  to  zamiast  zwykłej 

modlitwy  przed  posiłkiem,  coś  gram  -  wyjaśniał  Jakub  Lis.  -  Mam  nadzieję,  Ŝe  ON 
traktuje  to  jak  modlitwę,  a  wszystkim  jakoś  łatwiej  to  przebrnąć  -  Jakub  szelmowsko 
zmruŜył oko. 

Wiedziałem,  Ŝe  za  tym  pozorem  dowcipu  kryje  się  powaga.  Jakub  przytknął 

skrzypce  do  ramienia,  przesunął  smyczkiem  po  strunach  i  zabrzmiała  melodia,  która 
wydała mi się znajomą. Po chwili usłyszałem, jak Daniela cicho śpiewa i rozpoznałem 
słowa „Modlitwy” Bułata OkudŜawy. 

 

Dopóki ziemia kręci się, dopóki jest tak czy siak  
Panie, ofiaruj ka
Ŝdemu z nas, czego mu w Ŝyciu brak.  
M
ędrcowi darować głowę racz, tchórzowi dać konia chciej, 
Sypnij grosza szcz
ęściarzom, i mnie w opiece swej miej.

1

 

 

Jakub  przestał  grać,  skłonił  się  Danieli  i  schował  skrzypce  do  futerału.  Gestem 

zaprosił  nas  do  stołu,  a  kiedy  usiedliśmy,  Rozalia  przyniosła  nam  kolację,  kaczkę  z 
jabłkami.  Była  pyszna,  mięso  łagodnie  rozpływało  się  w  ustach,  było  doskonale 
przyprawione,  ostre,  ale  niezbyt  pieprzne,  o  smaku  odrobinę  orientalnym.  Na  deser 
zostaliśmy poczęstowani sernikiem obficie nadzianym bakaliami. 

- Dokąd pcha pana pańska popędliwość? - Jakub zapytał mnie, kiedy juŜ zjedliśmy i 

piliśmy herbatę z porcelanowych filiŜanek. 

- Pan wie, Ŝe nie jestem pazerny na skarby - próbowałem wytłumaczyć się. - Myśli 

pan, Ŝe napis z sarkofagu to wskazówka? 

- Raczej ostrzeŜenie. 
- Mówi pan tak, jakby wiedział o co chodzi - odezwała się Daniela. 
- Bo doskonale wiem - Jakub Lis uśmiechnął się. 
 

                                                 

1

 

Słowa polskie: Andrzej Mandalian

 

background image

 

33 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

RODZINNA LEGENDA O SKARBIE * DWAJ BANDYCI * UCIECZKA W 

CIEMNOŚCIACH * PORWANIE CZY NAPAD? * WSPOMNIENIA DAWNEJ 

NAMIĘTNOŚCI * STUDENCKIE JUWENALIA 

 

Słowa Jakuba Lisa nie uczyniły na mnie tak duŜego wraŜenia jak na Danieli. 
- Pan zna kogoś z rodziny Bałamutha? - zapytała. 
- Nie, droga pani - Jakub pokręcił głową. 
- Rozmawiał pan z profesorem Krakiem? - domyśliłem się. 
- Tak. Państwo są z „Peregrinatora” - Jakub kiwał głową. - DuŜo mówił o waszych 

wycieczkach i wspominał o panu. Mówił, Ŝe pan zajmuje się takimi sprawami, ale pan 
Fryderyk chciał, Ŝebyście wrócili do starych nawyków. Słyszałem, Ŝe zmarł i teraz wy 
tu jesteście, a to znaczy, Ŝe udało mu się zrealizować zamiar, o którym mi wspominał. 

- A co z tym sarkofagiem? - dopytywała się Daniela. - Mówił pan, Ŝe napis na nim to 

ostrzeŜenie, tylko przed czym? 

- Przed naszą zachłannością - odezwałem się. - Czy moŜe nam pan powiedzieć coś o 

rodzinie Józefa Bałamutha? 

- Czy wzbogacił się dzięki temu skarbowi? - Daniela wtrąciła pytanie. 
- Pani chyba mało uwaŜała na historii? - Jakub uśmiechał się pobłaŜliwie. - Niech mi 

pani  wskaŜe  śyda,  który  wzbogaciłby  się  na  interesie  z  kupcem  i  korsarzem.  Nie 
zachowały się jakiekolwiek księgi z tamtego okresu, gdzie wymieniany był Bałamuth, 
ale  coś  jednak  wiem  i  dowiedziałem  się  tego  moŜe  tydzień  temu,  i  to  od  przyjaciół  z 
diaspory  w  USA,  gdzie  mieszka  kilka  rodzin  o  tym  nazwisku.  Jeden  ze  starszych 
Bałamuthów  pamiętał  rodzinną  legendę  o  tym  skarbie.  śyd  miał  być  odpowiedzialny 
za logistykę przedsięwzięcia, które miało wyglądać jak zwykła wyprawa handlowa. Po 
zdobyciu fortuny najpierw ukryto ją na morzu, potem przywieziono do Krakowa, skąd 
miała  ruszyć  na  Wschód.  W  końcu  została  ukryta  na  którymś  zamku.  Cała  rodzina, 
której członkowie mieli związki z ludwisarniami i hutami teŜ byli zaangaŜowani w to 
przedsięwzięcie.  Podobno  trzej  organizatorzy  całej  awantury  wiedzieli,  gdzie  jest 
skrytka, ale Ŝaden nie wziął tego skarbu. Rodzina Bałamutha musiała wkrótce po tym 
wyprowadzić się z Kazimierza, ale nie wiem dokąd. MoŜe wszyscy Ŝyjący potomkowie 
są juŜ w USA czy Izraelu? 

Milczałem zastanawiając się nad wartością tych informacji. 
-  MoŜe  będzie  pan  wiedział,  jak  trzeba  rozumieć  określenia:  „wrogi  władca”, 

„człowiek, który kram miał i urząd piastował”? - Daniela wypytywała Jakuba. 

- To wszystko zaleŜy od tego, kto i kiedy ten szyfr układał - Jakub mówił zbierając 

okruchy  ciasta  z  talerza.  -  Tych  wrogich  królów  w  tamtym  okresie  moŜna  wskazać 
wielu.  A  kim  był  człowiek,  który  miał  kram  i  urząd  piastował?  Ktoś  z  Krakowa,  kto 
dorobił  się  na  handlu,  a  awansował  na  królewskim  dworze.  Mógł  to  teŜ  być  bogaty 
mieszczanin. Musicie dobrze szukać i nie błądzić, bo... - znacząco zawiesił głos. 

- Nasza popędliwość nas źle prowadzi - dokończyłem. - Zawsze o tym pamiętam, by 

skarb nie był celem samym w sobie. 

- Pana przyjaciele teŜ tak myślą? 
-  MoŜe  nie  mieli  okazji  z  panem  rozmawiać,  zjeść  tak  pysznej  kaczki  - 

komplementowałem gospodarza i jego milczącą Ŝonę. 

background image

 

34 

Jakub  Lis  zmruŜył  oczy  i  słuchał  z  zadowoleniem.  Było  juŜ  późno  i  chcieliśmy 

wyjść, ale nasz rozmówca zatrzymał nas. 

- A gdyby wasza chęć odnalezienia skarbu podpowiadała tylko łatwe rozwiązania? - 

pytał  Jakub.  -  A  gdyby  szukać  mniej  banalnych  odpowiedzi  na  te  pytania?  Wtedy 
władcą wrogiego nam świata byłby... 

- Szatan, demon - zgadywałem. 
-  Demony  tylko  w  kulturze  chrześcijańskiej  były  bardzo  złymi  duchami  -  Jakub 

uśmiechnął się. - W dobie kultury klasycznej najtęŜsze umysły uwaŜały, Ŝe kaŜdy z nas 
ma  swojego  demona,  czyli  ducha,  który  mógł  być  dobry  albo  zły.  Szatan  to  juŜ 
zupełnie  co  innego.  Pan  wie,  Ŝe  w  pewnych  kręgach,  które  religię  traktują  bardziej 
mistycznie,  nie  tak  dogmatycznie,  szatan  jest  w  gruncie  rzeczy  narzędziem  Boga,  bo 
wystawia  człowieka  na  pokusy,  stara  się  udowodnić  Bogu  i  człowiekowi,  jak 
mizernymi istotami jesteśmy. Niech pan takŜe to ma na uwadze. 

PoŜegnaliśmy gospodarza i z wypiekami na twarzy, rozgrzani jedzeniem, nastrojem 

spotkania i tym co opowiadał Jakub Lis szliśmy dłuŜszy czas w milczeniu. 

- MoŜe nie dzwońmy po taksówkę? - zaproponowała Daniela. 
- Nie boisz się? - zdziwiłem się. 
- Jestem przecieŜ z tobą - powiedziała biorąc mnie pod ramię. - Nic mi złego stać się 

nie moŜe. 

Po  takich  słowach,  który  męŜczyzna  nie  zgodziłby  się  na  piechotę  odprowadzić 

damę  choćby  na  koniec  świata?  Szliśmy  milcząc  i  kaŜde  z  nas  myślało  o  tym,  co 
usłyszeliśmy.  Nagle,  z  ciemnego  wejścia  do  kamienicy  wyszło  dwóch  barczystych 
męŜczyzn. Czułem, jak Daniela drgnęła i cały czas drŜała przestraszona. 

- Dobry wieczór, kierowniku! - odezwał się jeden z nich. - Da pan parę złotych, bo 

noc zimna, a człowiek napiłby się czegoś na rozgrzewkę. 

Starałem  się  wzrokiem  przebić  mrok.  Widziałem,  Ŝe  obaj  byli  ubrani  nie  jak 

kloszardzi, a raczej jak przedstawiciele  współczesnego półświatka. Słabo połyskiwały 
złote  łańcuchy  na  szyjach  i  nadgarstkach.  Obaj  byli  w  czapkach  z  daszkiem,  w 
adidasach, które lekko fosforyzowały. 

- Gdybyśmy mieli pieniądze, to zamówilibyśmy taksówkę - odezwała się Daniela. 
Chciała  mówić  pewnym  głosem,  ale  nie  panowała  nad  sobą  i  zabrzmiało  to  tak, 

jakby zaraz miała zamiar rozpłakać się. 

- Przepraszamy panów - próbowałem z Danielą przejść na drugą stronę ulicy. 
- Zara! - jeden z męŜczyzn złapał Danielę za ramię. - Przynajmniej sobie pogadamy - 

czułem, jak ciągnął moją przyjaciółkę do siebie. 

Około  stu  metrów  za  nami  zamruczał  głębokim  basem  silnik  jakiegoś  samochodu  i 

zabłysły  jego  reflektory.  Ci,  którzy  nas  zaczepili,  wcale  nie  wyglądali  na 
przestraszonych, tylko obejrzeli się na auto, jakby czekał w nim ich wspólnik. 

- Dość! - warknąłem. - Zostawcie nas! 
-  Bo  co?  -  męŜczyźni,  najwyraźniej  zwykłe  bandziory,  szukali  pretekstu  do  bójki. 

Gdyby  chcieli  nas  obrabować,  to  wyjęliby  noŜe  i  nimi  nas  straszyli  lub  po  prostu 
wyrwali Danieli torebkę. 

- Bo chcemy iść do domu - Daniela próbowała wyrwać się jednemu z napastników. 
-  To  my  panią  odprowadzimy.  Gdzie  pani  mieszka?  -  dopytywał  się  ten,  który  ją 

trzymał. 

background image

 

35 

Ruszyłem, Ŝeby uwolnić Danielę. 
- Dokąd, misiaczku! - ten drugi zastąpił mi drogę. 
PołoŜył  swoje  wielkie  łapska  na  moich  ramionach,  zgiął  prawą  nogę,  by  uderzyć 

mnie  kolanem.  Chciał  to  zrobić  szybko,  ale  przewidywałem,  co  on  planuje  i  swoje 
dłonie  połoŜyłem  na  wewnętrznej  stronie  jego  ramion.  Jednocześnie  zrobiłem  lewą 
nogą  krok  do  tyłu,  lekko  nacisnąłem  jego  prawe  ramię  i  obróciłem  tułów.  On  siłą 
rozpędu przeleciał daleko za moją cofniętą nogę i klnąc przeturlał się po bruku. 

Teraz  skierowałem  uwagę  na  bandytę,  który  trzymał  Danielę.  Wysunąłem  ręce,  tak 

jakbym  chciał  zaatakować  jego  szyję.  On  natychmiast  puścił  Danielę  i  usiłował 
chwycić moje nadgarstki. Dłońmi objąłem jego lewy nadgarstek i wyprostowałem jego 
rękę w swoją lewą stronę, jednym duŜym krokiem przeszedłem pod nią. Napastnik stał 
nie  wiedząc  co  się  dzieje,  dopóki  jednym  prostym  ruchem  zrobiłem  dźwignię 
wykręcając jego nadgarstek, a on sam poleciał na plecy. Padł na chodnik, aŜ zahuczało. 

- Uciekajmy! - Daniela pociągnęła mnie. 
W  oddali  pojazd  stojący  dotąd  przy  krawęŜniku  nagle  oderwał  się  od  niego  z 

głośnym rykiem i mknął w naszą stronę. Przyjaciółka wciągnęła mnie w jakąś ciemną 
bramę,  biegliśmy  korytarzem,  na  którym  śmierdziało  smaŜoną  cebulą  i  kapustą. 
Wbiegliśmy  do  kwadratowej  studni  podwórka  otoczonego  galeriami  z  Ŝelaznymi 
balustradami. Nad nami jak chorągwie wielkiej armii kołysały się ubrania powieszone 
na  sznurkach  przeciągniętych  w  poprzek  podwórza.  Gdzieś  zaszczekał  pies.  Coś 
stuknęło  w  szybę,  za  jednym  z  okien  mignęła  sylwetka  człowieka  wyglądającego  na 
nas. 

- Schowajmy się - szepnęła Daniela. 
Stanęliśmy w cieniu, za skrzydłem drzwi prowadzących na klatkę schodową. Otwór, 

w którym kiedyś było szkło, ział pustką i przez niego patrzyliśmy na korytarz, którym 
tu wbiegliśmy. 

- Zadzwonię po policję - Daniela szukała telefonu. Bez słowa ukryłem jej urządzenie 

z  powrotem  do  torebki  i  przyciągnąłem  przyjaciółkę  do  siebie  zakrywając  ją  połą 
marynarki. Obróciłem jej twarz w drugą stronę, by nie była skierowana na podwórko. 
Sam zerkałem tam przez przymruŜone oczy. 

Kroki, które słyszałem, były głośniejsze. Pojawił się jeden z osiłków, stał chwilę bez 

ruchu nasłuchując i rozglądając się, a potem wycofał się. 

- Co robimy? - kaŜde słowo Danieli odbijało się gorącą falą na mojej koszuli. 
-  Poczekamy  -  mruczałem  wdychając  zapach  jej  włosów.  -  Oni  widzieli,  gdzie 

weszliśmy i ten typ mógł nas teŜ tu zobaczyć. Pewnie czekają, aŜ wyjdziemy. 

- Zadzwońmy - prosiła. 
- Damy sobie radę. Zdejmij buty. 
Poprosiłem  o  to,  bo  bałem  się,  Ŝe  obcasy  zastukają  na  metalowych  okuciach 

schodów.  Szliśmy  po  omacku,  tylko  dzięki  światłu  przenikającemu  przez  szpary  przy 
framugach domyślając się, gdzie są drzwi. Weszliśmy na trzecie piętro kamienicy, na 
galerię,  z  której  wchodziło  się  do  mieszkań.  Na  końcu,  w  rogu,  był  wąski  komin  z 
klamrami prowadzący na płaski dach kamienicy. 

- Wchodź - popędzałem Danielę. 
Ta weszła na pierwsze dwa stopnie i zaczęła wykonywać dziwne ewolucje, próbując 

omotać suknię wokół nóg. 

background image

 

36 

- Podciągnij ją - proponowałem. 
Cmoknęła zniecierpliwiona. Wtedy zrozumiałem, Ŝe chodziło jej raczej o to, co bym 

mógł zobaczyć, gdybym zadarł głowę podczas jej wchodzenia na dach. 

- Będę pilnował podwórka - szepnąłem. - Kto by pomyślał, Ŝe masz przede mną takie 

tajemnice? 

Prychnęła niezadowolona, ale chyba zauwaŜyła, Ŝe faktycznie obserwuję podwórze i 

weszła na górę. Po kilku sekundach byłem przy niej. Z tego z pozoru ponurego miejsca 
mieliśmy  wspaniały  widok  i  na  Wawel  oświetlony  reflektorami,  i  na  bulwary  nad 
Wisłą, na ulice, po których mknęły samochody. 

- I co dalej? - Daniela z niepokojem spoglądała w dół. Odciągnąłem ją od krawędzi 

dachu i wyjąłem z kieszeni małą latarkę z Ŝarówką diodową. Dawała mocne światło i 
potrzebowała tylko jednej małej baterii. Włączyłem latareczkę i zacząłem szukać klapy 
w  dachu  sąsiedniej  kamienicy,  której  podwórze  wychodziło  na  równoległą  ulicę. 
OstroŜnie  stawialiśmy  kroki,  by  nie  potykać  się  o  porzucone  tu  róŜne  śmieci, 
rozciągnięte piorunochrony i kable anten telewizji satelitarnej. 

- Co tu tak ciemno? - Daniela wskazała na mroczną plamę na lewo od nas. 
-  To  jakiś  park  -  wyjaśniłem  jej,  bo  wyraźnie  słyszałem  szum  liści.  -  Spróbujemy 

tędy - wskazałem na klapę, którą udało mi się odchylić. 

Zeszliśmy  do  klatki  schodowej,  z  szerokimi  schodami,  ozdobnymi  balustradami  i 

oknami  witraŜowymi.  Daniela  namacała  kontakt  i  zapaliła  światło.  Byliśmy  w 
eleganckiej  kamienicy,  gdzie  były  po  trzy  mieszkania  na  piętrze,  kaŜde  z  duŜymi 
dwuskrzydłowymi drzwiami. Pośrodku spirali schodów była ukryta za kratownicami i 
siatką klatka windy. 

- Przejedziemy się? - rozluźniona Daniela wycelowała palec w przycisk. 
- Nie róbmy hałasu - zaproponowałem. 
Zbiegliśmy po schodach na parter i wyszliśmy na ulicę, wprost na jednego z osiłków, 

który  stał  i  obserwował  ciąg  kamienic  wzdłuŜ  ulicy.  Nim  zdąŜył  cokolwiek  zrobić, 
pociągnąłem  Danielę  do  środka  i  zamknąłem  drzwi  wejściowe.  Po  klatce  schodowej 
poniósł się trzask domofonu. Gdzieś ponad nami zaskrzypiały drzwi. 

- A było proszone, Ŝeby przynajmniej w nocy nie trzaskać drzwiami! - usłyszeliśmy 

czyjś krzyk. 

- Tam! - wskazałem na inne drzwi. 
Były  szerokie,  ale  niskie.  Prowadziły  do  korytarzyka,  którym  wyszliśmy  na  małe, 

zadbane  podwórko  z  jedną  stylową  lampą  pośrodku.  Były  tu  trzepak,  klombiki  z 
bławatkami,  mały  plac  zabaw  z  piaskownicą.  Za  nami  młodzian  szarpał  się  z 
domofonem. 

-  Przez  mur  -  pchnąłem  towarzyszkę  do  trzepaka,  po  którym  weszliśmy  na 

dwumetrowy ceglany mur oddzielający to podwórko od parku. 

Przeskoczyłem  tam  pierwszy  i  pomogłem  Danieli  ześlizgnąć  się  za  mną.  Pod 

naszymi  stopami  chrzęściły  drobne  kamyczki,  jakimi  wysypuje  się  alejki  w  parkach. 
Wokół nas panowały ciemności. Niebo zasłaniał gęsty parasol rosnących tu lip i brzóz. 
Tylko  gdzieś  w  oddali  lśniły  dwa  światełka,  pewnie  Ŝarówki  nad  wejściami  do 
kotłowni czy innych pomieszczeń gospodarczych. 

- Zejdźmy na trawnik, Ŝeby nie robić hałasu - zaproponowałem. 
- Czemu nie zapalisz latarki? 

background image

 

37 

- To miejsca, gdzie intruzi są niemile widziani, a z tobą mieliby szczególny kłopot. 
- Czemu? - zaciekawiła się przyjaciółka. 
- Jesteśmy na posesjach naleŜących do klasztoru i seminarium duchownego. 
Moja towarzyszka nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. 
-  Wyjdziemy  stąd  i  wtedy  wyśmiejesz  się  za  wszystkie  czasy  -  próbowałem  ją 

uspokoić. 

Powstrzymując  śmiech  zakradaliśmy  się  do  trzymetrowego  muru  klasztornego  po 

drugiej stronie parku. Pomogłem Danieli wejść, a potem sam wspiąłem się na mur po 
drzewie.  Zeskoczyłem  z  drugiej  strony  w  krzaki  bzu,  przyjaciółka  zeszła  mi  na 
ramiona, zachwiała się i ześlizgnęła się ze mnie wbijając obcasy pod koszulę. 

Poczułem, jak orze mi skórę na piersiach. Krzyknąłem z bólu, ale i tak złapałem ją, 

nim  upadła  na  ziemię.  Pochylony,  próbując  ją  utrzymać,  upadłem,  przetoczyłem  się 
nad nią i wyleciałem z krzaków bzu, wprost pod nogi spacerującej tu pary staruszków. 
Pokryty  liśćmi,  z  krwawymi  plamami  na  koszuli  nie  wzbudzałem  zaufania.  Po  chwili 
wyszła  na  kolanach  Daniela  poprawiając  potargane  włosy.  Staruszkowie,  widząc  to, 
tylko  z  niedowierzaniem  pokręcili  głową,  odwrócili  wzrok  i  przyspieszyli  kroku.  Nie 
wytrzymałem  i  roześmiałem  się.  Miałem  nadzieję,  Ŝe  nie  zmieniłem  opinii  tych 
przypadkowych przechodniów na temat alumnów seminarium. 

-  Trzeba  ci  to  opatrzyć  -  Daniela  przyglądała  się  moim  ranom.  -  Przepraszam  cię, 

naprawdę to było niechcący. 

- Wierzę ci - kiwałem głową wciąŜ śmiejąc się. 
-  Ty  wariacie!  -  Daniela  uderzyła  mnie  torebką.  -  Czemu  nie  chciałeś  wezwać 

policji? 

- Bo  musiałabyś czekać  na ich przyjazd, nie  wiadomo ile czasu. My tego czasu nie 

mieliśmy. Powiedz mi lepiej, kto chciałby ciebie porwać? 

- Porwać? O czym ty gadasz? 
-  Ci  ludzie  nie  chcieli  nas  zwyczajnie  obrobić,  oni  chcieli  ciebie  zabrać  ze  sobą  i 

najwyraźniej czekali, aŜ wyjdziemy od Jakuba Lisa. Nie śledzili nas, kiedy jechaliśmy 
na kolację, bo co jakiś czas sprawdzałem, co się za nami dzieje. 

- Sprawdzałeś? - dziwiła się Daniela wyciągając liście i gałązki z włosów. 
- Przyzwyczajenie zawodowe. 
- Myślałam, Ŝe to na mnie tak patrzyłeś, a ty wyglądałeś przez tylną szybę taksówki? 
- Zerkałem i na ciebie. Kto wiedział, Ŝe mieliśmy jechać do Jakuba Lisa? 
-  Nasi  przyjaciele  ze  szkolnych  ław,  ale  nie  podejrzewasz  ich  chyba...  Paweł,  to 

bzdura! Ci faceci chcieli nas obrabować, złoiłeś im skórę, zdenerwowali się i gonili za 
nami. 

MoŜe byłem przewraŜliwiony? MoŜe Daniela miała rację? 
- Czemu mocniej ich nie pobiłeś? Słyszałam, Ŝe byłeś komandosem. 
-  Byłem,  ale  nie  jesteśmy  na  wojnie.  Zastosowałem  jedne  z  prostszych  chwytów 

aikido,  a  ta  sztuka  samoobrony  polega  na  tym,  by  unieszkodliwić  przeciwnika  robiąc 
mu jak najmniej krzywdy. 

- A potem musisz biegać po dachach. 
- Ale za to byłaś w klasztorze. 
Wstaliśmy i kierując się słuchem, na szum samochodów doszliśmy obok kościoła Na 

Skałce  na  nadwiślański  bulwar.  Mimo  późnej  pory  byli  tu  spacerowicze,  rowerzyści 

background image

 

38 

mknący  po  ścieŜce  rowerowej,  nawet  szachiści  grający  na  kamiennych  stolikach  przy 
ś

wietle małych świeczek. 

- Czemu my zawsze musimy pchać się w jakieś dziwne sytuacje? - zapytała Daniela, 

kiedy  tak  spacerowaliśmy  wzdłuŜ  Wisły,  w  kierunku  hotelu,  gdzie  mieszkała 
przyjaciółka. 

- Co masz na myśli? 
- Pamiętasz, co wymyśliła Karola? 
- Dzięki temu mieliśmy okazję lepiej się poznać. 
- Jak to miało według niej być? 
- Kiedyś zwierzyła mi się, Ŝe kocha się w Krzyśku, ale bała się, Ŝe ten więcej uwagi 

poświęca  tobie  niŜ  jej.  Namówiła  mnie,  Ŝebym  podrywał  ciebie,  konkurował  z 
Krzyśkiem, a Karola zajmie się nim po swojemu. 

-  Wyszło  tak,  Ŝe  się  wszystko  poplątało.  Krzysiek  naprawdę  durzył  się  w  Baśce. 

Karola wściekła się i nie chciała widzieć, jak oczy za nią wypatrywał Łukasz, a my... 

- Mieliśmy szansę, ale z niej nie skorzystaliśmy. 
- Zmarnowaliśmy ją - podkreśliła Daniela. 
-  Studiowałaś  na  drugim  końcu  Polski  i  wierzysz,  Ŝe  pamiętałabyś  tam  o  mnie,  nie 

szkoda by ci było tego, co by ci uciekło, gdybyś chciała czekać tylko na mnie? 

- MoŜe... Teraz moŜemy to wszystko nadrobić. 
Milczałem  i  oboje  w  tym  milczeniu  odnajdowaliśmy  co  innego.  W  hotelu  Daniela 

poprosiła  o  medykamenty,  zaprowadziła  mnie  do  swojego  apartamentu,  gdzie  kazała 
się rozebrać, umyć i opatrzyła moje rany. 

- Odkupię ci koszulę - obiecała. - MoŜe zostaniesz? - zaproponowała. - Jeszcze coś ci 

się stanie... 

- Zamówię sobie taksówkę. 
- Jesteś pewien? 
- Na razie tak musi być. 
- Na razie? Coś jutro się zmieni? 
Zatrzymałem się w połowie drogi do drzwi apartamentu. 
- Dobrze wiesz, jaki jestem i wiesz, Ŝe... 
Daniela podeszła do mnie, objęła moją szyję, przytuliła się. 
-  Wiem,  jaki  jesteś  i  chyba  wiem,  co  chcesz  powiedzieć  -  mówiła  wtulając  się  we 

mnie jak dziecko. 

Uwolniłem się z jej objęć, pocałowałem jej dłoń i otworzyłem drzwi. 
- Paweł! - zawołała. - Ja chyba cały czas myślałam i czułam to samo co ty. Idź juŜ! 
Wyszedłem  i  wcale  nie  miałem  zamiaru  wzywać  taksówki.  Musiałem  ochłonąć, 

cieszyć się chłodnymi podmuchami wiatru, które gnały ciemne strzępy chmur nad moją 
głową.  Wiele  myśli  tłoczyło  się  w  tym  momencie  w  moim  umyśle,  wspomnienia 
rozpalały  niczym  ognisko  na  leśnym  biwaku,  ale  potrafiły  teŜ  boleśnie  zakłuć  jak 
ziarenko  Ŝaru.  Szedłem  w  kierunku  „Krakowiaka”  przez  osiedle  akademików,  a  na 
trawnikach  studenci  świętowali  czas  juwenaliów,  grillowali,  śpiewali  i  grali  na 
gitarach. 

- Panie Pawle! - usłyszałem krzyk z jednej z takich grupek. - Zapraszamy do nas! 
Obejrzałem się. To Sylwia  machała do  mnie. Przy  grillu siedzieli Andrzej i jeszcze 

dwie studentki. Piotruś spał zwinięty w kłębek na kocyku, przykryty kurtką Andrzeja. 

background image

 

39 

-  Skąd  pan  wraca?  -  pytał  mnie  Andrzej.  -  Pewnie  od  jakiejś  kobiety  - 

porozumiewawczo zmruŜył oko. 

- W pewnym sensie. 
- I to ona to panu zrobiła? - wskazał na bandaŜe. 
- Tak. 
- O! Chce pan się napić? - sięgnął po butelkę piwa. 
- Wolałbym wodę. 
- Abstynent? - zdziwiła się jedna z koleŜanek Sylwii. - Unikat w tych czasach. 
- Mam juŜ dość wraŜeń na ten wieczór i mam ochotę jedynie na wodę.  
Sylwia  miała  przenośną  lodówkę,  w  której  była  butelka  wody  mineralnej.  JuŜ  po 

kilku łykach zrobiło mi się lepiej. 

-  MoŜe  zaniosę  Piotrusia  do  swojego  pokoju  i  prześpi  u  mnie  do  rana?  - 

zaproponowałem. 

- Braciak jest przyzwyczajony - stwierdziła Sylwia. - Od małego uczy się, na czym 

polega Ŝycie studenckie. 

-  Wezmę  go,  tylko  uprzedzam,  Ŝe  rano  jestem  umówiony  na  spotkanie,  więc 

odprowadzę go wam zaraz po śniadaniu. 

Chwilę  jeszcze  się  targowali,  aŜ  wreszcie  uznali  moje  argumenty  i  poniosłem 

ś

piącego  chłopca  do  hotelu.  Kiedy  go  niosłem  i  czułem  jego  głowę  opartą  na  moim 

ramieniu, kiedy tak ufnie leŜał w moich rękach, to czułem, Ŝe coś straciłem i znowu mi 
czas ucieka. 

PołoŜyłem Piotrusia  na  wolnym  tapczanie  w swoim pokoju, okryłem  kocem, a sam 

padłem na drugie łóŜko. Zasnąłem natychmiast. 

background image

 

40 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

MOJE SŁUśBOWE AUTO * ZWIEDZANIE WAWELU * NAPIS W SALI 

TRONOWEJ * W KATEDRZE NA WAWELU * JAK ZŁAMAĆ SZYFR? 

 

Obudziłem się nagle, czując na sobie czyjeś spojrzenie. To był Piotruś stojący nade 

mną. 

- Z kim pan się wczoraj bił? - zapytał mnie, kiedy tylko otworzyłem oczy. 
Nabrałem  powietrza,  Ŝeby  chłopcu  wyjaśnić,  skąd  się  wzięły  te  bandaŜe,  ale  wtedy 

poczułem kłucie i pieczenie w klatce piersiowej. 

- To zrobiła mi jedna pani, której pomagałem zejść z muru - tłumaczyłem się. 
- Uciekała z więzienia? 
- Nie. 
- Opowie mi pan o tym? 
- Pod warunkiem, Ŝe zjesz śniadanie. 
Spojrzałem  na  zegarek.  Miałem  jeszcze  godzinę  do  spotkania  z  przyjaciółmi  na 

Wawelu.  W  telewizji  odszukałem  bajki  i  kazałem  Piotrusiowi  je  oglądać,  a  sam 
poszedłem  się  wykąpać.  Kiedy  zobaczyłem  zadrapania  na  piersiach,  nieco  się 
przeraziłem.  Nie  były  głębokie,  ale  bolesne  i  bardzo  efektownie  wyglądały.  Na  razie 
nie mogłem pojawiać się na plaŜy. Zszedłem z chłopcem na śniadanie i zdziwiłem się, 
ile  mogło  zmieścić  w  tak  małym  brzuszku.  Wcinał  bułki  z  szynką,  aŜ  mu  się  uszy 
trzęsły. 

-  Sylwia  nie  pozwala  mi  jeść  takiego  mięsa,  mniam!  -  delektował  się  smakiem  i 

zapachem szynki. - Ona mówi, Ŝe powinienem zostać wegetarianem. A kto to jest ten 
wege... 

- Wegetarianin - podpowiedziałem. - To ktoś, kto nie je mięsa, wybiera do jedzenia 

wyłącznie produkty pochodzenia roślinnego. 

- Sylwia jadła rybę, a ryba to teŜ mięso. 
- Tak, ale ludzie róŜnie sobie wybierają jadłospisy. Są tacy, którzy jedzą tylko to co 

surowe. 

- Surowe mięso i jajka? - oczy chłopca zrobiły się wielkie jak dwuzłotówki. 
- Nie, wtedy jedzą tylko warzywa i owoce, ziarna, korzenie. 
- Ja lubię mięso. Jak mama zrobi kotlety schabowe, to są przepyszne! 
-  W  twoim  wieku  powinieneś  jeść  wszystko  jak  leci,  tylko  nie  przesadzaj  ze 

słodyczami, hamburgerami, frytkami i napojami gazowanymi. 

Skończyliśmy  i  zaprowadziłem  chłopca  pod  pokój  Sylwii  i  Andrzeja.  Głośno 

zapukałem.  Po  dłuŜszej  chwili  otworzyła  mi  Sylwia,  miała  potargane  włosy, 
podkrąŜone oczy z niewyspania. 

-  Przyprowadzę  Piotrusia  później,  moŜe  po  obiedzie?  -zaproponowałem,  widząc  w 

jakim stanie jest jego siostra. Uznałem, Ŝe lepiej, by ze mną zwiedził Wawel, niŜ nudził 
się z siostrą w pokoju i czekał, aŜ ona się wyśpi. 

-  Będzie  pan  tak  dobry?  -  ucieszyła  się  studentka.  Tylko  pokiwałem  głową  i  bez 

słowa  poszedłem  z  Piotrusiem  do  wyjścia  z  hotelu.  Na  chodniku  przed  budynkiem 
spotkałem Julka; 

- Jak dobrze, Ŝe cię widzę! - ucieszył się na mój widok. - Jedziesz moŜe tym swoim 

potworem do miasta? Mam obawy, czy nie spóźnimy się na spotkanie. 

background image

 

41 

Było  dwadzieścia  minut  do  dziewiątej.  Za  mało,  Ŝeby  dojść  do  Wawelu,  ale  i 

wzywając taksówkę mogliśmy nie zdąŜyć. 

- Pojedziemy wehikułem - zadecydowałem.  
Julek i Piotruś usiedli z tyłu, a ja uruchomiłem silnik, który zamruczał jak lew dający 

znak, Ŝe rusza na łowy. 

- Pawle, nie opowiadałeś, skąd wziąłeś taki oryginalny wóz? - zagadnął mnie Julek. - 

To twój czy słuŜbowy? 

- SłuŜbowy. 
- To z kulturą i sztuką chyba faktycznie słabo, skoro ministerstwo stać tylko na coś 

takiego. 

-  Tu,  pod  maską  maszkary  kryje  się  wspaniały,  ognisty  rumak.  Zawdzięczamy  go 

pewnemu  kolekcjonerowi,  któremu  pan  Tomasz,  mój  szef,  pomógł  odzyskać 
skradzione obrazy. Jednak ostatnio przeszedł pewną drobną rewolucję. Jakiś czas temu 
obserwowaliśmy  pewnego  handlarza  dziełami  sztuki,  który  próbował  wystawić 
starodruk.  Nie  wiedzieliśmy,  skąd  go  miał  i  czy  nie  miał  takich  zabytków  więcej. 
Ś

ledziliśmy  go  i  wtedy  zobaczyłem,  Ŝe  spotkał  się  z  angielskim  arystokratą,  którego 

twarz wydała mi się znajoma. To był kierowca rajdowy. JuŜ jego pradziadek startował 
w 1902 roku w wyścigu o puchar Gordon Bennetta jako reprezentant Royal Automobil 
Club autem marki Napier. Młody lord odziedziczył fortunę przodków i wystawił swój 
team rajdowy na subaru impreza. 

- Ale super! - wtrącił Piotruś, na którym legendarna nazwa zrobiła wraŜenie. 
- To rzeczywiście takie dobre auto? - dopytywał się Julek. 
- Najlepsze! - wykrzykiwał Piotruś. - Wielu rajdowców na nich zwycięŜało w World 

Railly Championship. 

-  Przestrzegliśmy  Anglika  przed  kupnem  starodruku,  który  okazał  się  być  w  końcu 

kradzionym  z  kolekcji  człowieka,  który  starannie  ukrywał  swoje  hobby  - 
kontynuowałem  opowieść.  -  Kilka  miesięcy  później  arystokrata  miał  wypadek  w 
trakcie rajdu na Cyprze. Dachował i z karoserii zostały strzępy. W tym samym czasie 
zepsuł  się  silnik  w  naszym  wehikule,  a  remont  podzespołów  z  astona  martina 
kosztowałby  nas  majątek.  Mieliśmy  otrzymywać  pieniądze  na  utrzymanie  wehikułu, 
ale  wszelkie  wydatki  najpierw  musieliśmy  pokrywać  z  własnej  kieszeni,  a  potem, 
najczęściej  z  kilkumiesięcznym  opóźnieniem  otrzymywaliśmy  zwrot  wydatków. 
Księgowa w ministerstwie nie zgodziła się na wzięcie kredytu na naprawę  wehikułu i 
byliśmy  w  kropce.  Wtedy  do  Polski  na  licytację  obrazów  przyjechał  nasz  znajomy 
Anglik,  odwiedził  nas  i  kiedy  się  dowiedział  o  naszym  problemie,  postanowił  nam 
zrobić prezent - naprawił wehikuł wstawiając w niego elementy ze swojego subaru. 

Subaru  jako  jedna  z  ostatnich  marek  stosuje  silnik  w  układzie  bokser,  takim  jak  w 

starych  garbusach.  Taki  układ  cylindrów  utrudnia  wprawdzie  zasilanie  i  rozrząd,  ale 
obniŜa  całą  konstrukcję  i  punkt  cięŜkości,  a  przez  to  wehikuł  mniej  wychyla  się  na 
zakrętach.  Mamy  rajdowe  amortyzatory  Bilstein,  zawieszenie  multilink,  twarde,  ale 
mocno  trzymające  nas  drogi.  Na  takim  moŜna  przejechać  rajd  ParyŜ-Dakar  i 
oczywiście  jeździć  po  polskich  drogach.  Mamy  wyŜsze,  bo  szesnastocalowe  koła, 
dzięki czemu dziury są mniej groźne. 

- Taka rajdówka pewnie duŜo pali - wtrącił Piotruś. 

background image

 

42 

-  Wiesz,  co  to  jest  chip  tuning?  Nie?  To  jeden  ze  sposobów  podrasowania 

samochodu,  Ŝeby  tak  ustawić  urządzenia  sterujące  wtryskiem  paliwa  i  innymi 
parametrami,  by  uzyskać  więcej  mocy  z  silnika.  Ten  zysk  mocy  oznacza  szybsze 
zuŜycie  elementów  silnika,  ale  ludzie,  których  stać  na  taki  tuning,  nie  przejmują  się 
kosztami. Byłem pierwszym klientem, który prosił o obniŜenie mocy, bo nie było mnie 
stać na paliwo do wehikułu. Panowie zajmujący się tuningiem w pierwszym momencie 
zdębieli,  potem  obejrzeli  silnik  i  kiedy  przyjechałem  po  wehikuł  tydzień  później, 
ujrzałem  cacko  -  czerwony  guzik.  Jedno  naciśnięcie  i  mój  ekonomiczny,  klekoczący 
jak  garbus  wehikuł  zaryczy  jak  rajdowy  lew.  Na  urodę  na  razie  nic  nie  moŜemy 
poradzić i jest taki jak larwa owada, z wielkimi gałami reflektorów. 

Moje  opowiadanie  zajęło  akurat  tyle  czasu,  byśmy  dojechali  pod  Wawel  i  znaleźli 

wolne,  oczywiście  płatne  miejsce  parkingowe.  Wspięliśmy  się  na  wzgórze,  w  kasie 
kupiłem bilet dla Piotrusia i dołączyliśmy do naszych przyjaciół. 

-  Paweł!  Masz  takiego  duŜego  syna?  -  zdziwiła  się  Karola.  Widziałem,  Ŝe  nawet 

Daniela zaniepokoiła się widokiem chłopca. 

- To brat znajomej, która jest dosyć zajęta i... - zacząłem się tłumaczyć. 
- Moja siostra jest studentką i wczoraj miała juwenalia - Piotruś wypalił z właściwą 

dzieciom umiejętnością zdradzania sekretów dorosłych. 

- Rozumiem. Dionizos był u nich? - roześmiał się Julek. 
- Nie znam takiego wujka - Piotruś odpowiedział z powagą. 
-  Jadąc  nad  morze  poznałem  parę  studentów,  którzy  podróŜowali  autostopem  i 

ciągnęli  ze  sobą  Piotrusia  -  opowiadałem.  -  Zlitowałem  się  nad  nimi  ze  względu  na 
chłopca, a kiedy jechałem do Krakowa, okazało się, Ŝe oni są właśnie stąd. Teraz sami 
rozumiecie... 

- Studentka? - Baśka Ŝartobliwie pogroziła mi palcem. - Chodź tu, Piotrusiu. 
Wiedziałem, Ŝe jako doświadczona harcerka zajmie się chłopcem lepiej niŜ ja, a było 

mi obojętne, czego się od niego przy okazji dowie. 

- Czytaliście, co napisałem o Bonerze? - zagadnął nas Julek. 
- Na śmierć zapomniałem - Łukasz teatralnym gestem uderzył się w czoło. - Wczoraj 

„Biała Gwiazda” grała waŜny mecz. 

- Mieszkasz teraz w Poznaniu i kibicujesz krakowskiej druŜynie? - dziwił się Julek. 
- Jak grają z zagraniczną druŜyną, to kibicuję im jak reprezentacji. 
- Głowa mnie bolała i wzięłam proszki od bólu głowy - zwierzała się Karola. 
- Zaraz teŜ szybko zasnęłam. 
Baśka  zajmowała  się  Krzyśkiem,  który  w  pewnym  momencie  zrobił  jej  awanturę  i 

wyszedł  z  pokoju.  Daniela  i  ja  byliśmy  na  kolacji  u  Jakuba  Lisa.  śadne  z  nas  nie 
opowiadało  o  pościgu.  Wydaje  mi  się,  Ŝe  do  Danieli  dotarły  moje  wczorajsze 
argumenty i teŜ do końca nie ufała byłym przyjaciołom. 

- To przynajmniej powiedzcie, czego się dowiedzieliście? - poprosił Julek. 
-  Rodzina  Bałamutha  wyprowadziła  się  z  Kazimierza.  Dokąd?  Niestety,  tego  nie 

wiemy. 

- Tak? - Julek tajemniczo się uśmiechnął. - Mam pewną koncepcję w tej kwestii, ale 

o tym porozmawiamy po wyjściu z zamku królewskiego. 

Program  zwiedzania  Wawelu  mieliśmy  bardzo  napięty.  Sama  nazwa  Wawel 

pochodzi podobno od określenia „Wawel”, znaczącego dawniej „wąwóz”, a chodziło o 

background image

 

43 

ten  rozdzielający  na  dwie  części  wzgórze.  O  Wawelu  słyszymy  od  najmłodszych  lat, 
przy  okazji  opowieści  o  smoku  wawelskim,  Kraku  i  królewnie  Wandzie.  Najstarsza 
droga  na  wzgórze  wawelskie  prowadzi  w  poprzek  północnego  stoku  wzniesienia, 
„ozdobionego”  dziewiętnastowiecznymi  fortyfikacjami  austriackimi.  Zwiedzający,  po 
lewej stronie widzą na murach tabliczki z piaskowca, tak zwane „cegiełki wawelskie” - 
dowód  ofiarności  Polaków,  którzy  wspomagali  finansowo  restaurację  naszego 
narodowego  skarbu.  Przechodzimy  przez  wybudowaną  w  latach  dwudziestych  XX 
wieku  Bramę  Herbową,  wprost  na  rekonstrukcję  pomnika  Tadeusza  Kościuszki.  Tą 
drogą  wchodzi  się  na  wzgórze  tuŜ  przy  katedrze.  My  wchodziliśmy  jednak  po 
południowym  stoku,  przez  Bramę  Bernardyńską,  przy  WieŜy  Sandomierskiej,  wzdłuŜ 
budynku dawnego lazaretu austriackiego, koło WieŜy Złodziejskiej, na duŜy jak boisko 
piłkarskie pusty plac, który po lewej stronie zamykały dawne zabudowania  kościelne, 
po  prawej  mur  obronny,  a  na  wprost  katedra  i  budynki  gospodarcze  przesłaniające 
bryłę  zamku  właściwego.  Tu,  gdzie  obecnie  jest  pusty  dziedziniec,  w  czasach 
ś

wietności zamku były kościół, stawy hodowlane, budynki dla słuŜby. 

Na Wawelu najstarsze ślady grodu z kamiennymi murami pochodzą z przełomu X i 

XI wieku. Sto lat później wybudowano tu romański gród z budynkiem mieszkalnym i 
masywną wieŜą, a kolejne sto lat później na zamku była juŜ komnata z dwudziestoma 
czterema  słupami.  Z  czasów  rozbudowy  za  panowania  Władysława  Łokietka 
najtrwalszymi  i  najlepiej  widocznymi  śladami  są  wieŜa  zwana  Łokietkową  oraz 
Duńska.  Kazimierz  Wielki  jak  porządkował  królestwo  polskie,  tak  teŜ  starał  się 
uporządkować  sytuację  architektoniczną  na  zamku.  Za  czasów  Władysława  Jagiełły 
wybudowano  gotycką  część  zamku,  zwaną  Kurzą  Stopą.  W  1499  roku,  po  wielkim 
poŜarze zamku, rozpoczęto jego odbudowę, ale wówczas Królestwo Polskie i Wielkie 
Księstwo Litewskie tworzyły potęŜne państwo połączone unią personalną. To w latach 
ś

wietności  dynastii  Jagiellonów  powstały  znane  wszystkim  Polakom  przynajmniej  z 

fotografii  kruŜganki,  imponujący  renesansowy  pałac,  który  dzięki  staraniom  włoskich 
architektów przyćmiewał pięknem odwiedzających go gości, a jednocześnie umiejętnie 
wchłonął relikty gotyckich części zamku. 

Zwiedzanie  rozpoczęliśmy  od  skarbca  i  zbrojowni  królewskiej.  Miałem  okazję 

opowiadać Piotrusiowi o wystawionych w gablotach skarbach polskich królów, a był to 
zaledwie  ułamek  tego,  co  posiadali.  WyposaŜenie  zbrojowni  stanowiły  egzemplarze 
broni  charakteryzujące  to,  czym  posługiwali  się  wojowie,  rycerze  i  Ŝołnierze 
królewscy.  Piotruś  co  chwila  stawał  zafascynowany,  nosem  dotykając  szyb 
odgradzających  go  od  eksponatów,  a  jego  uwagi  wskazywały  na  to,  Ŝe  twórcy 
współczesnych  filmów  fantasy  i  gier  komputerowych  pełnymi  garściami  czerpali 
wzorce uzbrojenia z dawnych wieków. 

Później  rozpoczęliśmy  wędrówkę  przez  komnaty  królewskie  oraz  sale 

reprezentacyjne.  Widzieliśmy  zabytki,  meble,  obrazy  zapierające  dech  w  piersiach 
swym  pięknem  i  bogactwem:  arrasy  o  tragicznej  historii,  sławne  kasetony  z  ludzkimi 
głowami. W mej pamięci pozostała najbardziej drobnostka, napis w rogu, pod sufitem 
sali tronowej: „Alii circum yagantur et errant quo ipsis monstrat”. To moŜna tłumaczyć 
mniej  więcej  jako  „Inni  dookoła  się  błąkają  i  błądzą  tam,  dokąd  popędliwość  im 
wskazuje”,  czyli  brzmi  to  podobnie  jak  inskrypcja  na  grobie  Jana  Bałamutha.  Czy  to 
był przypadek? Nie, ja w przypadki nie wierzyłem. 

background image

 

44 

Zastanawiałem się, kto spośród moich przyjaciół mógł zwrócić uwagę na ten napis. 

Daniela  wiedziała,  co  było  na  nagrobku  Bałamutha,  ale  nie  znała  dostatecznie  łaciny. 
Karola i Baśka były zajęte Piotrusiem. Łukasz chodził z rękami załoŜonymi do tyłu, jak 
najdalej  od  aparatu  fotograficznego  wiszącego  na  jego  brzuchu.  Na  całym  zamku 
obowiązywał  bezwzględny  zakaz  fotografowania  i  filmowania  i  panie  pilnujące 
ekspozycji potrafiły  własnymi ciałami zasłaniać  kadr, gdyby ktokolwiek chciał zrobić 
zdjęcie.  Jedynie  Julek  znał  łacinę,  pewnie  perfekcyjnie,  i  bez  trudu  tłumaczył  sobie 
wszystkie napisy. 

Wyszliśmy na słoneczny dziedziniec i rzędem usiedliśmy na schodku pod najniŜszą 

linią kruŜganków. 

-  Chyba  juŜ  jestem  na  to  za  stara  -  Karola  zdjęła  pantofle  i  wyprostowała  nogi.  - 

Nałaziłam się tyle, Ŝe... 

- Zawsze woŜą cię dyplomatycznymi limuzynami? - Baśka była złośliwa. 
- Kiedy byliśmy tu na wycieczce? - wspominał Łukasz. - Koniec trzeciej klasy? 
- Na początku maturalnej - przypomniała sobie Karola. 
-  Nie!  To  było  miesiąc  przed  maturą,  wtedy  kiedy  namówiłaś  Pawła,  Ŝeby  zakręcił 

się wokół Danieli - wspominała Baśka. - Myślisz, Ŝe nie słyszałam, jak go nakręcałaś, 
kiedy nocą jechaliśmy pociągiem do Krakowa, a wy staliście na korytarzu? 

- Dziewczęta! - strofował je Julek. - MoŜe porozmawiamy chwilę o tym, co zwróciło 

waszą uwagę. 

Jak łatwo moŜna się było domyślić, kaŜdy zapamiętał jakiś obraz, zabytki, bogactwo 

wnętrz.  Kiedy  przyszła  moja  kolej,  opowiedziałem  o  inskrypcji  w  sali  tronowej  i  na 
sarkofagu Bałamutha. 

- Czy Bałamuth wiedział o tym napisie, widział go? - zapytał Łukasz. 
- Czy wpuszczono go do sali tronowej? - zabrałem głos. - Raczej nie. Mógł znać to 

zdanie  ze  słyszenia,  ale  z  pewnością  nie  jest  przypadkiem,  Ŝe  nagrobek  i  napis  w 
wawelskiej  komnacie  powstały  w  tym  samym  okresie.  Rozbudowa  renesansowego 
Wawelu  odbyła  się  w  latach  1502-1536,  a  stary  Bałamuth  zmarł  w  1533  roku.  Moim 
zdaniem, to podobieństwo nie jest dziełem przypadku, ale interesującym jest to, co ta 
zbieŜność ma oznaczać? 

Nikt nie miał pomysłu, jak rozwiązać tę zagadkę. Odpoczęliśmy jeszcze kwadrans i 

poszliśmy do katedry. Kupiliśmy bilety wstępu, takŜe na wieŜę do dzwonu Zygmunta i 
do  podziemi  z  grobami  królewskimi.  Najpierw  obejrzeliśmy  wnętrze  katedry.  Nie 
wiemy,  kiedy  wzniesiono  na  wzgórzu  wawelskim  pierwszy  kościół  katedralny,  ale 
najprawdopodobniej  było  to  około  1000  roku,  kiedy  ustanowiono  biskupstwo 
krakowskie.  Następną,  z  kostki  wapiennej  i  ciosów  piaskowca,  wybudowano  na 
przełomie  XI  i  XII  wieku,  za  panowania  księcia  Władysława  Hermana.  Do  dziś 
elementy  tamtej  budowli  moŜemy  podziwiać  odwiedzając  kryptę  Świętego  Leonarda 
czy oglądając dolne kondygnacje wieŜy południowej. 

Obecny  kształt  katedry  zawdzięczamy  jej  budowie  w  XIV  wieku,  zakończonej 

konsekracją  w  1364  roku.  Gotycki  kościół  ma  kształt  trójnawowej  bazyliki  z 
transeptem,  czyli  nawą  poprzeczną,  i  prostokątnym  prezbiterium  z  ambitem,  czyli 
obejściem.  Katedra  od  czasów  koronacji  Władysława  Łokietka  w  1320  roku  była  tą 
ś

wiątynią,  gdzie  odbywały  się  koronacje,  tuŜ  przy  trumnie  świętego  Stanisława, 

background image

 

45 

patrona  Polski,  uwaŜanego  w  średniowieczu  za  duchowego  opiekuna  procesu 
zjednoczenia ziem polskich. 

Budynek  świątyni  rozbudowywano,  jej  wyposaŜenie  zmieniano,  ale  do  dziś  jest 

jednym z najwspanialszych polskich zabytków. Tu spoczywają nasi władcy, zwłaszcza 
warto  zatrzymać  się  przy  ozdobnych  nagrobkach  tych  królów,  którzy  bezpiecznie 
prowadzili  nasz  kraj  przez  okres  burzy  dziejowych.  A  bezapelacyjnie  szczególnym 
miejscem jest krypta, w której spoczywa marszałek Józef Piłsudski. 

Nie sposób w jednym zdaniu wymienić wszystkie zabytki znajdujące się w katedrze, 

która przypomina wielkie muzeum i galerię sztuki. Jak opisać historię i piękno zawarte 
w  sarkofagach  biskupa  Stanisława,  Władysława  Łokietka,  Kazimierza  Wielkiego, 
Władysława  Jagiełły  i  Władysława  Warneńczyka?  Co  moŜna  powiedzieć  o  uroku 
kaplic  i  pomników?  Przeciskaliśmy  się  przez  wielojęzyczny  tłum  turystów, 
podąŜających za swoimi przewodnikami i potrącających tych, którzy chcieliby choćby 
na chwilę zatrzymać się i podziwiać zabytki lub zwyczajnie pomodlić się. Tu nie było 
czasu na zadumę. Szeroki strumień ludzi sunął dookoła nawy głównej i chyba mało kto 
był w stanie jednocześnie przyjrzeć się temu co widział. Kilka razy z panem Tomaszem 
prowadziliśmy  czysto  akademickie  dysputy,  czy  był  sposób  na  opanowanie  ruchu 
turystycznego w takich miejscach i uznawaliśmy, Ŝe niestety jest to niemoŜliwe. 

I  my  odbyliśmy  ten  szlak,  ale  uwaŜnie  przyglądaliśmy  się  temu,  co  znajdowało  się 

nad  królewskimi  pochówkami.  PrzecieŜ  trzecie  słowo-klucz  do  złamania  szyfru 
mieliśmy znaleźć tam, gdzie król leŜy. 

Potem  przeciskaliśmy  się  przez  drewnianą  konstrukcję  WieŜy  Zygmuntowskiej,  by 

dotrzeć  do  słynnego  dzwonu.  Odlany  w  1520  roku  w  krakowskiej  ludwisarni  Hansa 
Behama z Norymbergi waŜy około 11 ton i ma średnicę 260 centymetrów. 

Dotknięcie  serca  dzwonu  ma  przynosić  szczęście.  Tłum  zwiedzających  kłębił  się 

wokół tego serca i usiłował zrobić sobie w tym ścisku pamiątkowe zdjęcie. Następnie 
przez kryptę Świętego Leonarda weszliśmy do podziemi z grobami królów. To tu, przy 
sarkofagach 

Jana 

III 

Sobieskiego, 

Tadeusza 

Kościuszki, 

księcia 

Józefa 

Poniatowskilego, 2 listopada 1946 roku Karol Wojtyła odprawił swą mszę prymicyjną i 
wrócił  tu,  by  odprawić  naboŜeństwo  ponownie  w  czasie  jednej  z  pielgrzymek  do 
ojczystego kraju juŜ jako papieŜ Jan Paweł II. 

Chodząc  po  podziemiach  wpatrywaliśmy  się  takŜe  w  sklepienie,  ale  nie 

zobaczyliśmy tam nic szczególnego, Ŝadnego znaku, nawet najmniejszej podpowiedzi. 

Wróciliśmy  na  dziedziniec,  a  gdy  tam  nie  znaleźliśmy  wolnego  miejsca,  by  usiąść, 

przeszliśmy nad mury fortyfikacji i tam spoczęliśmy w cieniu wysokiej lipy. 

Poszliśmy  z  Julkiem  do  kawiarni  kupić  wszystkim  napoje i  dołączyliśmy  do  naszej 

wycieńczonej wycieczki. 

- Macie jakieś spostrzeŜenia? - wypytywał Julek. 
- Jako zakonnik powinieneś mieć w sobie więcej miłosierdzia - wysapała Baśka. - Ja 

tam nic nie widziałam. 

- I co? - Julek spojrzał w moją stronę. 
- Co znajduje się nad królami leŜącymi w podziemiach? - zerkałem na przyjaciół. 
- Sufit - rzucił Krzysiek przykładając do czoła zimną butelkę. 
- TeŜ - przyznałem uśmiechając się - ale chyba chodzi o katedrę, świątynię. 

background image

 

46 

Słowem-kluczem  mogłyby  być  więc  słowa  „katedra”  po  polsku  i  „templum”  po 

łacinie.  Zgodnie  z  zasadą  budowy  szyfru  odejmijmy  powtarzające  się  litery,  akurat  w 
obu tych wyrazach ostatnie i zostaną nam „katedr” i „templu”. 

- Spróbujmy - Krzysiek wyjął z kieszeni marynarki list profesora Kraka i notatnik. - 

Zacznijmy  od  pierwszego  zdania:  „ULUY  HP  RZCGO  FNR  UL  KBPA”  -  odczytał  i 
zaraz wpisał rozszyfrowany tekst. - To będzie: „ULUY HP DZCGP FND UL ABPL” 
dla klucza „katedr” i: „LULY HM RZCGM FNR LU KBMU”. To wszystko bez sensu! 
- ze złością rzucił notatnik. - Prawie nic się nie zmienia w układzie liter. To bełkot! 

-  Bo  tekst  został  zaszyfrowany  trzema  kluczami  -  Julek  uspokajał  Krzyśka.  - 

MoŜemy rozwiązać zagadkę mając jednocześnie trzy klucze. 

- Tym bardziej Ŝe nie wiemy w jakiej kolejności powinniśmy je ułoŜyć - wtrąciłem. 
- Jak to? - zdziwił się Łukasz. - Chyba tak jak w tym zdaniu, Ŝe najpierw wrogi król, 

potem ten kupiec i urzędas w jednym, a na końcu katedra, bo to chyba o nią chodzi. 

-  Pewnie  tak  trzeba  je  ułoŜyć  -  przyznałem.  -  Tylko  w  jakiej  kolejności  masz  je 

przykładać  do  zdań?  Czy  szyfrowano  zdania  uŜywając  kluczy  w  kolejności  od 
pierwszego do ostatniego, czy jakiejś innej? 

- Faceci! - jęknęła Baśka. - Będą teraz roztrząsać problem teoretyczny, na jaką Ŝyłkę 

złapać  szczupaka,  chociaŜ  dotąd  szczytem  ich  osiągnięć  była  siatka  ościstych  płotek. 
Będziemy mieli te trzy słowa, to rozwiąŜemy szyfr metodą prób i błędów. 

- Czyli mamy impas - stwierdził Łukasz. 
-  Nie  -  Julek  uśmiechał  się.  -  Kiedy  zwiedzaliśmy  katedrę,  przypomniałem  sobie, 

gdzie słyszałem o śydzie o nazwisku Bałamuth. Jutro tam  pojedziemy, tylko  musimy 
ustalić, kto z was oprócz Pawła ma w Krakowie samochód? 

- Mam peugeota - Daniela podniosła rękę. 
- Ja mam poloneza - Łukasz uniósł dwa palce. 
- Dobrze, spotkajmy się rano, około siódmej przed hotelem Danieli i pojedziemy na 

wycieczkę do pewnego  miasteczka - Julek zrobił tajemniczą  minę. - Teraz rozejdźmy 
się i niech wszyscy przeczytają to, co napisałem o Mateuszu Bonerze. 

Przyjaciele  cięŜko  wstawali  z  trawy  i  zeszli  ze  wzgórza.  Na  górze  zostaliśmy  tylko 

ja, Julek i Piotruś. 

- MoŜe pójdziemy na obiad? - zaproponowałem. 
Piotruś  nas  przekonał  i  zamiast  szukać  restauracji  poszliśmy  do  pobliskiej  pizzerii, 

skąd  wynieśliśmy  pudła  z  pizzą,  frytki,  napoje  i  poszukaliśmy  ławeczki  nad  Wisłą. 
Obiad  pod  pachnącym  bzem  smakował  wyśmienicie,  najbardziej  zadowolony  z  niego 
był Piotruś, który podjadał nam co smakowitsze kąski z naszych porcji. 

- Czy coś cię nie zastanawia w tym szyfrze? - zagadnął mnie Julek. 
-  Jest  coś  takiego  -  przytaknąłem.  -  Zastanawiam  się,  czy  dobrze  interpretujemy 

wskazówki? 

- To znaczy? - Julek Ŝartobliwie zmruŜył oko. 
- We wskazówce jest mowa o tym, Ŝe „król leŜy”. My od razu przyjęliśmy, Ŝe chodzi 

o martwego króla, ale przecieŜ mogło chodzić o sypialnie królewskie. 

-  O  tym  samym  myślałem  -  ucieszył  się  Julek.  -  Tylko  o  którego  króla  mogło 

chodzić?  Nie  byłoby  problemu  gdyby  miał  to  być  ciąg  komnat  wazowskich 
rozpoczynających się od sali „Pod Ptakami”, nazwanej tak od malunku na suficie. 

background image

 

47 

Ptak  to  po  łacinie  „avis”,  ale  tu  chodzi  o  ptaki,  ptactwo,  a  więc  „aves”  lub 

„volucres”,  bo  przecieŜ  są  tam  namalowane  ptaki  udomowione.  VO-LU-CR-ES  - 
przeliterował. 

Wyjąłem kartkę papieru i szybko próbowałem rozszyfrować pierwsze zdanie: 
ULUY HP RZCGO FNR UL KBPA i wyszło mi: 
LULY HV CZRGV FNC LU KBPU. 
NiŜej rozpisałem kolejne zdanie mając nadzieję, Ŝe moŜe tam uda się coś odczytać: 
KBPU FNR YPHBUIN XYR JUK HP FL CZYL EHPNLY. 
-  Nic!  -  zamknąłem  notes.  -  To  rzeczywiście  bez  sensu.  MoŜe  nawet  próbujemy 

złamać niewłaściwy szyfr, moŜe zastosowali co innego? 

-  Nie,  z  pewnością  masz  rację.  Koniecznie  musimy  zająć  się  tymi  kluczowymi 

słowami. Wiesz, co mnie jeszcze gnębi? 

- ...Król - powiedzieliśmy jednocześnie. - O którego króla chodzi? - dokończyłem. 
-  O  co  właściwie  chodzi?  -  zapytał  Piotruś  pijąc  napój.  -  Widziałem  na  filmie,  Ŝe 

szyframi  zajmowali  się  szpiedzy.  Nawet  był  taki  amerykański  film  o  tym,  jak 
Amerykanie  zdobyli  niemiecki  okręt  podwodny  i  dzięki  temu  złamali  kod  Enigmy. 
Tata mówił, Ŝe to jakaś bzdura, bo ten kod złamali Polacy i dzięki temu alianci wygrali 
drugą wojnę światową. 

- Twój tata w duŜej części ma rację - przyznał Julek. - Tak to jest, Ŝe z biegiem lat 

wiele osób stara się przypisać sobie róŜne zwycięstwa, ale  faktycznie  w czasie  wojny 
alianci zdobyli taką maszynę do szyfrowania, która się nazywała Enigma i pochodziła z 
niemieckiego  okrętu  podwodnego,  a  było  to  o  tyle  przydatne,  Ŝe  Niemcy,  którzy 
walczyli z aliantami, stosowali róŜne rodzaje maszyn szyfrujących Enigma. 

- Wy teŜ chcecie złamać szyfr Enigmy, ten niemiecki? 
- Nie, znacznie prostszy i starszy - odpowiedziałem z uśmiechem. 
- To kto go ułoŜył? 
Nim  zdąŜyliśmy  odpowiedzieć  na  to  pytanie  Piotrusia,  zadzwonił  mój  telefon 

komórkowy. Dzwoniła Karola, która przekazała mi tylko krótką informację. 

-  Nasz  znajomy  prawnik  zaprasza  nas  wieczorem  na  spotkanie,  Ŝeby  przekazać 

podpowiedzi od profesora Kraka - powiadomiłem Julka. 

- A dokąd? 
-  Coś  z  naprawdę  wysokiej  półki  -  powiedziałem  z  uśmiechem.  -  Klub  „Pod 

Jaszczurami”. 

background image

 

48 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

TAJEMNICZY śYWOT MATEUSZA BONERA * POSZUKIWANIA „WROGIEGO 

WŁADCY” * W KLUBIE „POD JASZCZURAMI” * ZAMEK BONERÓW *  

DRUGI LIST PROFESORA KRAKA * TROP PROWADZĄCY DO TYŃCA *  

WYJAZD DO WADOWIC 

 

Do  wieczora  było  dość  czasu,  byśmy  mogli  z  Julkiem  porozmawiać  na  temat 

zagadki. Najpierw przyjaciel opowiedział mnie i Piotrusiowi o tym, co znalazł na temat 
Mateusza Bonera. 

-  Dokładna  data  narodzin  Mateusza  Bonera  pozostaje  nieznana  -  mówił  Julek.  - 

Wiesz, kim byli Bonerowie? 

- Bogaty ród mieszczański z Krakowa - odpowiedziałem. 
-  Właśnie  -  przytaknął  Julek.  -  JeŜeli  chodzi  o  samego  Mateusza,  to  znalazłem 

informacje,  Ŝe  studiował  w  Krakowie  i  Bolonii.  Co  było  przedmiotem  jego 
zainteresowań,  dokładnie  nie  wiadomo.  Podobno  w  Italii  występował  częściej  jako 
Ŝ

ołnierz  zacięŜny  niŜ  Ŝak,  ale  to  były  tylko  pogłoski.  Jakiegoś  Mateusza  Bonera 

znalazłem  wśród  członków  polskiego  przedstawicielstwa  przy  dworze  cesarskim  i 
chyba  naleŜy  przypuszczać,  Ŝe  to  ten,  o  którego  nam  chodzi.  Zapiska  ta  pochodzi  z 
1516 roku i tyle... 

- Jak to? - zdziwiłem się. 
- Nie znalazłem nic więcej na jego temat - Julek bezradnie rozłoŜył ręce. - W 1515 

Ludwig  von  Kleen  przeszedł  na  Ŝołd  Gdańska  jako  kapitan  statku  kaperskiego,  a  rok 
później urywa się jakikolwiek trop Mateusza Bonera. 

- Kto to jest kaper? - Piotruś wtrącił pytanie, 
- Taki pirat, który pracował dla jakiegoś władcy lub bogatego miasta - wytłumaczył 

Julek. 

-  Z  tego  co  mówiłeś  wynika,  Ŝe  Boner  był  najemnikiem  i  wypełniał  jakąś  misję 

dyplomatyczną, a potem  wszedł  w  układ z  korsarzem  i  śydem. Razem zorganizowali 
wyprawę, zdobyli  skarb, najprawdopodobniej napadli jakiś statek,  skoro łup  ukryli  na 
morzu.  Potem  przewieźli  go  gdzieś  na  terytorium  Korony  i  tu  go  ukryli.  To 
pokrywałoby się z historią z kroniki o bałtyckich piratach. 

-  Zastanawiam  się,  czy  mogło  do  tego  wszystkiego  dojść  bez  wiedzy  polskiego 

króla? - pytał Julek. - PrzecieŜ oni tak naprawdę napadli statek jakiegoś króla... 

- Wrogiego króla - wtrąciłem. - A to wszystko odbyło się po 1516 roku... 
- Czyli za panowania Zygmunta Starego - dopowiedział Julek. - On panował do... - 

starał się sobie przypomnieć. 

- Do 1548 roku - podpowiedziałem. 
-  Wrogi  król  to  ten,  z  którym  walczył  Zygmunt  Stary,  bo  to  dla  niego  pracowali 

Boner,  von  Kleen  i  Bałamuth.  Tym  królem,  który  leŜy,  jest  w  takim  razie  Zygmunt 
Stary. 

-  Nad  sarkofagiem  Zygmunta  Starego  znajduje  się  słynna  Kaplica  Zygmuntowska. 

To tam znajdziemy to trzecie słowo! 

-  Proszę  -  Julek  przesunął  w  moją  stronę  przewodnik  po  katedrze  wawelskiej.  - 

Przeczytaj o tej kaplicy. JuŜ pierwsze zdanie cię zainteresuje. 

- Renesansowa, wzniesiona w latach 1519-1533... - przerwałem. - Data rozpoczęcia 

budowy  moŜe  tylko  przypadkiem  zbiegać  się  z  okresem,  kiedy  Boner,  von  Kleen  i 

background image

 

49 

Bałamuth  organizują  swoje  tajemnicze  przedsięwzięcie.  Kaplicę  ukończono  w  roku 
ś

mierci  Jana  Bałamutha,  a  jego  syn  Józef  umieścił  na  sarkofagu  inskrypcję  o 

podobnym  brzmieniu  do  tej  z  sali  na  zamku  królewskim.  Zaskakujące...  -  z 
niedowierzaniem kręciłem głową. 

-  Dlatego  wczoraj  mówiłem,  Ŝe  to  Józef  Bałamuth  miał  wpływ  na  to,  gdzie  był 

ukryty skarb. 

- JuŜ wczoraj wiedziałeś? - pukałem w przewodnik. 
- Kiedy byłem w bibliotece, to poczytałem teŜ o katedrze. 
- Dobrze, a ten wrogi król? 
-  Pawle,  przyjmijmy,  Ŝe  słowa  -  klucze  utworzono  od  łacińskich  określeń  - 

zaproponował Julek. - Łacina była wówczas w powszechnym uŜytku, przynajmniej w 
piśmie. Pamiętasz, co profesor Krak dokładnie napisał o tym królu? 

-  Nie  pisał  o  królu,  tylko  o  „wrogim  władcy”  -  przypomniałem  sobie.  -  Nasza 

popędliwość  znowu  prowadzi  nas  na  manowce.  Władca  to po  łacinie  „imperator”  lub 
„princeps”, moŜe teŜ być „dominus”, „tyranus”. 

-  Któreś  z  tych  słów  będzie  pierwszym  kluczem  -  stwierdził  Julek.  -  MoŜe  teŜ 

chodzić o imię tego wroga. Z kim wtedy walczył Zygmunt Stary? 

-  Z  wielkim  księciem  moskiewskim  Wasylem.  Co  prawda  Korona  tylko 

organizowała  zaciąg  i  opłacała  najemników  dla  Wielkiego  Księstwa  Litewskiego. 
Michał  Bobrzyński  w  swoich  „Dziejach  Polski  w  zarysie”  pisał,  Ŝe  przewaga  w 
uzbrojeniu,  sztuce  wojennej,  talencie  takiego  wodza  jak  Konstanty  Ostrogski  była  po 
naszej  stronie,  ale  karność  wojskowa  i  niestrudzona  wytrwałość  -  po  stronie 
przeciwnej. 

- To była aluzja do postawy polskiej szlachty? 
-  Tak.  I  kolejny  przyczynek  do  sporu  między  historykami  szkoły  krakowskiej  i 

warszawskiej o to, kto ponosił winę za upadek Rzeczypospolitej i rozbiory. 

-  I  która  szkoła  okazała  się  lepsza?  -  Piotrusia  nudziła  nasza  dysputa,  posprzątał 

stolik i połoŜył głowę na skrzyŜowanych na blacie rękach. 

-  Sam  kiedyś  ocenisz,  czy  warcholstwo  i  patrzenie  tylko  czubka  nosa  swojego  i 

własnej  koterii  nie  jest  przyczyną  wszelkich  klęsk  Polski,  większą  niŜ  potęga  i  spiski 
naszych  wrogów  -  odpowiedziałem.  -  Pamiętam,  Ŝe  kiedy  miałem  tyle  lat  co  ty  i 
porwałem na podwórku trzecią z kolei parę spodni w ciągu dwóch dni, to tłumaczyłem 
się  tym,  Ŝe  to  „kolega  podstawił  mi  nogę”.  Nic  nie  wspominałem  o  właŜeniu  na 
druciane siatki, ślizgach za piłką po błocie, po prostu, Ŝe nie szanowałem spodni, które 
kiedyś trudno było kupić w sklepie. Nie potrafiłem uznać własnej winy. 

-  Widzę,  Ŝe  jeszcze  nie  całkiem  cię  urobili  w  tej  szkole  warszawskiej  -  Ŝartował 

Julek. - Wojska Wasyla w 1514 roku zdobyły Smoleńsk. To wkrótce potem von Kleen 
i  Boner  zajęli  się  swoją  tajemniczą  sprawą.  Rok  później  Zygmunt  Stary  zjawił  się  na 
kongresie  w  Wiedniu,  gdzie  cesarz  Maksymilian  triumfował  załatwiwszy  swojej 
dynastii  sukcesję  na  tronach  węgierskim  i  czeskim,  jakby  nie  wiedząc,  Ŝe  cesarz 
wspiera Wasyla i Albrechta Brandenburczyka, siostrzeńca Zygmunta Starego i od 1510 
roku  wielkiego  mistrza  zakonu  krzyŜackiego.  W  1520  roku  wybuchła  wojna  z 
Zakonem.  Wojska  królewskie  bez  trudu  podeszły  pod  Królewiec,  a  Zygmunt  Stary 
zawarł przymierza z ksiąŜętami pomorskim i meklemburskim oraz z królem Danii. Od 
Albrechta  odwrócili  się  nawet  papieŜ  i  cesarz  widząc,  Ŝe  w  rządzonych  przez  niego 

background image

 

50 

Prusach rozwija się reformacja. Polski król mógł bez trudu ostatecznie zniszczyć Zakon 
i  opanować  część  południowego  wybrzeŜa  Bałtyku,  który  nabrał  znaczenia  dla 
władców z Moskwy jako morska droga do zachodniej Europy. 

-  JeŜeli  chodziłoby  o  imiona  władców,  to  w  grę  wchodzą  Wasyl,  Albrecht  i 

Maksymilian - podsumował Julek. - Moim zdaniem, najlepiej pasują Albrecht i słowo 
„Maksymil” jako skrócona wersja imienia cesarza. 

-  Wybór  będzie  łatwiejszy,  kiedy  dowiemy  się  więcej  o  okolicznościach  zdobycia 

skarbu. 

-  MoŜe  powinniśmy  więcej  dowiedzieć  się  tez  o  rodzinie  Bonerów?  -  proponował 

Julek. 

- ZdąŜymy przed kolacją? 
- Dobrze by było - Julek uśmiechnął się. 
Odwiozłem Piotrusia do hotelu, przebrałem się na wieczorne spotkanie i odszukałem 

w  Krakowie  czynną  czytelnię,  w  której  były  teŜ  stanowiska  z  dostępem  do  Internetu. 
Rozpocząłem poszukiwania i wkrótce byłem juŜ na właściwym tropie. 

 

*** 

Klub  „Pod  Jaszczurami”  znajduje  się  przy  krakowskim  Rynku  i  jest  to  lokal  o 

wspaniałej  architekturze,  oryginalnych  średniowiecznych  sklepieniach.  To  miejsce 
spotkań  studentów,  powaŜnych  debat  politycznych  organizowanych  przez  poczytny 
tygodnik,  pokazów  filmów,  których  nie  obejrzymy  w  multipleksach  skupiających  się 
jedynie  na  ofercie  komercyjnej,  oraz  pub  i  dyskoteka.  Kiedy  spotkaliśmy  się  przy 
wejściu i prawnik wprowadził nas do wnętrza, nie królowały tu jeszcze modne dźwięki, 
tylko  słyszeliśmy  delikatne  nuty  muzyki  jazzowej.  Mieliśmy  wynajęty  stolik  w  rogu, 
oddzielony  ściankami  od  reszty.  Podano  nam  potrawy  kuchni  śródziemnomorskiej, 
miałem  wraŜenie,  Ŝe  robione  specjalnie  dla  nas  na  zamówienie.  Owoce  morza, 
aromatyczne 

sałatki, 

delikatne 

mięsa, 

doskonałe 

wina 

chilijskie 

południowoafrykańskie umilały nam pobyt w tym wspaniałym miejscu. 

-  Jak  państwa  postępy?  -  zapytał  nas  prawnik,  kiedy  wszyscy  juŜ  zaspokoili  głód  i 

ciekawość nieznanych dotąd dań. 

- Klops - rzucił Krzysiek. - Stoimy  w  miejscu. Jutro  mamy gdzieś jechać, ale tylko 

Julek wie dokąd. Zwiedziliśmy Wawel i chyba szukaliśmy dziury w całym. 

- Paweł, znalazłeś coś? - Julek spojrzał na mnie. 
- Tak, a ty? 
-  TeŜ,  troszkę  -  Julek  sięgnął  pod  habit,  skąd  wyjął  notes.  -  Dziś  z  Pawłem  trochę 

rozmawialiśmy i doszliśmy do wniosku, Ŝe musimy dowiedzieć się, co za skarb mogli 
zdobyć  von  Kleen,  Bałamuth  i  Boner  oraz  więcej  na  temat  samych  Bonerów. 
Pozwolisz, Pawle, Ŝe powiem pierwszy? Skinąłem głową. 

-  Zaraz!  -  wtrącił  się  Krzysiek.  -  To  znaczy,  Ŝe  Pawciu  i  nasz  braciszek  kombinują 

coś na boku? 

-  Przestań!  -  skarciła  go  Daniela.  -  PrzecieŜ  chcą  nam  o  tym  opowiedzieć.  Mów, 

Julek. 

- Bonerowie byli rodziną kupiecko - bankierską - Julek czytał z notatek. - Jan Boner 

od 1498 roku był rajcą krakowskim, a od 1508 roku zarządcą dochodów królewskich i 
Ŝ

upnikiem  kopalń  ołowiu  w  Olkuszu,  a  potem  i  w  Trzebini.  Od  1515  roku  zarządzał 

kopalniami  soli  w  Wieliczce  i  Bochni.  W  tym  okresie  otrzymał,  jako  pochodzący  z 

background image

 

51 

Palatynatu,  indygenat  i  juŜ  jako  polski  szlachcic  został  burgrabią  krakowskim,  a  od 
1522  roku  wielkorządcą  krakowskim.  Był  teŜ  kierownikiem  spółki  bankiersko-
handlowej prowadzącej interesy głównie z krajami niemieckimi, Węgrami i Włochami. 
Był  wierzycielem  polskich  królów:  Jana  Olbrachta,  Aleksandra  Jagiellończyka  i 
Zygmunta  Starego.  Spadkobiercą  fortuny  Jana  Bonera  został  jego  bratanek  Seweryn, 
starosta  biecki  i  burgrabią  krakowski.  Odziedziczył  równieŜ  stanowiska  Ŝupnika 
krakowskiego, olkuskiego i trzebińskiego, od 1532 roku był kasztelanem Ŝarnowskim. 
Był  bankierem  Zygmunta  Starego,  administratorem  jego  skarbu,  nadzorował 
przebudowę  zamku  na  Wawelu.  Był  właścicielem  zamku  w  Ogrodzieńcu, 
kilkudziesięciu wsi i kilkunastu kamienic. I co wy na to? 

-  Kiedy  Jan  Boner  awansował  na  dworze  królewskim,  wtedy  Mateusz  Boner 

wypełniał jakąś misję na dworze cesarskim - powiedziałem. 

- Wiemy, o jaki zamek chodzi - stwierdził Łukasz. - Boner był właścicielem zamku 

w Ogrodzieńcu, a podobno na jakiś zamek został przeniesiony ten skarb. Musimy tam 
pojechać. 

-  Gdzie  będziesz  szukał  nie  znając  zaszyfrowanych  wskazówek?  -  zapytałem  go.  - 

Zamek jest ruiną przygotowaną do zwiedzania. Wiesz, co to oznacza? Ruiny przez lata 
stały  bezpańskie  i  dostępne  dla  kaŜdego.  Potem  teren  uporządkowano,  zapewne 
przygotowano  betonowe  lub  metalowe  pomosty,  barierki.  Pewne  miejsca  mogą  być 
niedostępne,  zamurowane,  a  całość  budowli  zmieniona.  Nie  znając  znaczenia  słów-
kluczy zrobimy sobie tylko turystyczną wycieczkę. 

- Skoro Bonerowie byli bankierami  królów, to byli  w posiadaniu ogromnych  sum  - 

odezwała  się  Karola.  -  Po  co  im  był  ten  skarb?  A  moŜe  Bonerowie  wprowadzili  cały 
łup do obiegu? 

-  Bankierzy  w  dawnych  wiekach  stosowali  system,  który  sprawdza  się  do  dziś  w 

ś

wiecie  arabskim  -  tłumaczyłem  koleŜance.  -  Nie  musieli  wysyłać  między  sobą 

worków  ze  złotem,  wystarczyły  listy,  często  szyfrowane,  których  strata  nie  była  tak 
dotkliwa  jak  gotówki.  Jadąc  z  Krakowa  do  Bolonii  wpłacałaś  w  Krakowie  floreny, 
otrzymywałaś  od  miejscowego  bankiera  list  do  jego  współpracownika  we  Włoszech  i 
tam odbierałaś pieniądze. Potrzebowałaś tylko niewielkiej sumy na wydatki związane z 
podróŜą. 

- Czemu ten sposób stosowany jest do dziś? - dziwiła się Baśka. 
- Nie zostawia śladów - wyjaśnił jej Krzysiek. - Dowodem transakcji jest faks, jeden 

telefon. 

- Któryś z  tych Bonerów był  człowiekiem określonym jako ten,  który  „kram  miał i 

urząd piastował” - przypuszczała Daniela. 

-  Tak,  tylko  czy  nazwisko  jest  kluczem  do  szyfru,  któryś  z  jego  tytułów?  - 

zastanawiałem się. 

- Coś, z czego słynął - stwierdził Julek. 
- Był Ŝupnikiem, więc moŜe chodzi o kopalnię, sól, a moŜe o stanowisko bankiera? - 

podpowiadałem. - Według mnie to musi być związane z Krakowem. 

- Niekoniecznie - Julek uśmiechał się. - Słyszeliście o opactwie w Tyńcu? 
-  Kiedy  byliśmy  tu  na  wycieczce  z  Krakiem,  to  mieliśmy  tam  płynąć  statkiem 

wycieczkowym - przypomniał sobie Łukasz. 

- Coś jeszcze? - uśmiech nie znikał z twarzy Julka.  

background image

 

52 

- Poddajecie się? Bonerowie prowadzili interesy z opactwem, a właściwie zajmowali 

się częścią jego pieniędzy inwestując je w operacje handlowe. 

- Mnisi byli tacy bogaci? - dziwił się Krzysiek. 
- W XVI wieku Ŝaden magnat nie miał większego majątku niŜ biskup krakowski, w 

którego posiadaniu było około 240 wsi - tłumaczył Julek. - Zakony bogaciły się dzięki 
nadaniom.  Opactwo  w  Tyńcu  miało  wówczas  44  wsie  i  5  miast.  Szlachtę  oburzało  to 
bogactwo, nie tyle przez zazdrość, ale dlatego Ŝe mnisi płacili małe podatki do skarbu 
koronnego. Jest coś jeszcze... Zygmunt Stary utrzymywał dobre stosunki z opactwem i 
nawet  jego  Ŝyczeniem  miało  podobno  być,  by  to  opat  z  Tyńca  poprowadził  mszę 
pogrzebową króla. 

Prawnik chrząknął chcąc zwrócić na siebie uwagę. 
- MoŜe nadeszła odpowiednia pora, bym przekazał państwu dodatkowe wskazówki, 

jakie  pozostawił  nam  profesor  Krak  -  przemówił  prawnik.  -  Mam  odczytać  państwu 
jego list - z kieszeni garnituru wyjął kopertę i otworzył ją.  

Kochani Peregrynatorzy! 

- zaczął czytać. 

- Mam nadziejęŜe zagadka, która karmiła mą 

wyobraźnię przez wiele lat mojego Ŝycia, wciągnęła i was. Zapewne odkryliście juŜŜe wrogim 
władc
ą,  o  jakiego  chodziło,  był Albrecht,  wielki mistrz  zakonu  krzyŜackiego  lub  wielki  ksiąŜę 
moskiewski  Wasyl.  W  łaci
ńskim  tekście  uŜyto  określenia  „princeps”  co  oznacza  naczelnika, 
władc
ę  i księcia.  Po  sekularyzacji  Zakonu  Albrecht  został  księciem  i  wtedy  Ŝył jeszcze  Wasyl. 
Obaj byli nieprzychylni Zygmuntowi Staremu. My
ślęŜe skarb przeniesiono z wyspy do zamku 
wła
śnie  po  wygranej  wojnie  z  Zakonem.  Jak  pewnie  juŜ  wiecie,  owym  zamkiem  jest 
Ogrodzieniec,  posiadło
ść  Seweryna  Bonera.  Zamek  podobno  bogactwem  wystroju  i 
architektury  dorównywał  Wawelowi.  A
Ŝ  trudno  w  to  uwierzyć  zwiedzając  ruiny,  które  robią 
wspaniałe wra
Ŝenie. To Seweryn Boner jest tym, który „kram miał i urząd piastował”. Niestety, 
nie  udało  mi  si
ę  odgadnąć,  jaki  klucz  moŜe  być  związany  z  jego  osobą.  MoŜe  łatwiej  byłoby 
złama
ć szyfr, gdyby wiedzieć, co jest trzecim kluczem. Mam z nim problem, bo w tekście, jaki 
znalazłem, na czasowniku, który przetłumaczyłem jako „le
Ŝeć” są niewielkie plamki skutecznie 
maskuj
ące  jego  prawdziwe  znaczenie.  Udało  mi  się  odgadnąć,  Ŝe  chodzi  o  „odpocząć”  i 
„spocz
ąć”, które jednakowo odmieniają się w języku polskim i w brzmieniu swych łacińskich 
znacze
ń. Dlatego napisałem „leŜy” bo to słowo moŜe mieć takie podwójne znaczenie. Tak wię
trzeciego  słowa  szukajcie  na  Wawelu  lub  w  katedrze.  Pami
ętajcie,  co  o  błądzących  pisał 
Arystoteles. Czołem Legionistom! Niech 
Ŝyją nasze Sandałki! Wasz Fryderyk Krak 

- prawnik 

złoŜył kartkę i włoŜył ją do koperty.  

- Na  tym  kończą  się  nasze  kontakty -  ukłonił się.  -  Zobaczymy  się jeszcze  na akcji 

wydobycia skarbu, o ile państwo go odkopią. 

- Czemu pan ma wtedy być? - dziwił się Krzysiek. 
-  Ostatnią  wolą  naszego  klienta  było,  by  skarb  trafił  do  jednej  z  placówek 

muzealnych  -  wyjaśniał  prawnik.  -  Oczywiście  zabezpieczyłem  się  na  okoliczność, 
gdyby państwo... - znacząco zawiesił głos. 

- Chcieli skarb zatrzymać dla siebie? - domyśliła się Daniela. - Co pan wymyślił? 
-  Wśród  nas  jest  kapuś  -  rzucił  Łukasz.  -  Pamiętacie,  jak  pan  mecenas  pierwszego 

wieczora szukał jakiegoś współpracownika? Ma pan kogoś takiego? 

-  Nie  widzę  powodu,  Ŝeby  zaprzeczać  -  prawnik  uśmiechnął  się.  -  Mam  wielkiego 

sprzymierzeńca w swojej misji w osobie pana Pawła, nieprawdaŜ? 

- Obdarował mnie pan „pocałunkiem śmierci” - oburzyłem się. - Wszyscy wiedzą, Ŝe 

pracuję w Ministerstwie Kultury i Sztuki i nie dopuszczę, by skarb został rozkradziony. 
Nie jestem jednak pana współpracownikiem. 

background image

 

53 

- CóŜ, muszę państwa poŜegnać - prawnik wstał. - Oczywiście mogą państwo bawić 

się  w  klubie  do  rana,  wasz  pobyt  zostanie  opłacony  przez  naszą  kancelarię.  Do 
zobaczenia, mam nadzieję niedługo - ukłonił się i zostawił nas. 

- Kto donosi temu prawnikowi? - Łukasz gniewnym wzrokiem zerkał na kaŜdego z 

nas. 

-  Ty  -  Karola  powiedziała  do  niego.  -  Czemu  tak  chcesz  znaleźć  tego  agenta? 

Rzucasz podejrzenia na nas, Ŝeby nikt ciebie nie śledził. 

- MoŜe tego agenta nie ma, tylko Paweł ma pilnować nas... - Krzysiek nie dokończył. 
- Chyba najbardziej ciebie trzeba pilnować, bo nie wiem, czy tego złota starczyłoby 

na spłatę twoich długów - wtrąciła Baśka. 

-  Przestańcie!  -  prosił  Julek.  -  On  specjalnie  tak  powiedział,  Ŝebyśmy  siebie 

pilnowali.  Teraz  Ŝadne  z  nas  nie  będzie  miało  zaufania  do  drugiego,  jeden  drugiego 
będzie pilnował nawet wtedy, gdy tego agenta nie ma. O to mu właśnie chodziło. JeŜeli 
wśród nas jest szpieg, to i tak prędzej czy później się to wyda. 

- Wy z Pawłem juŜ macie sztamę - oskarŜył nas Krzysiek. 
- Nie robimy nic złego, kiedy spokojnie wymieniamy poglądy - odpowiedziałem. 
- I tak doszliście do tego, co w liście napisał nam Krak? - Krzysiek nie ustępował. - 

Niedługo sami rozwikłacie zagadkę. 

-  Julek  ma  rację  -  powiedział  Łukasz.  -  Kłótnia  prowadzi  nas  donikąd.  Skoro 

chłopaki  na  spokojnie  trafili  na  właściwy  trop,  to  oznacza,  Ŝe  to  jest  właściwa  droga 
poszukiwań. Julek, ty znasz łacinę, o co chodzi z tymi „odpocząć” i „spocząć”? 

-  Nie  rozumiesz?  -  Krzysiek  był  jeszcze  zły.  -  Odpoczywasz  na  działce  czy  na 

tapczanie, a spoczywasz juŜ tylko w drewnianym garniturze. 

-  Mniej  więcej  o  to  chodzi  -  Julek  kiwał  głową.  -  „Odpoczywać”  po  łacinie  to 

„requiescere”,  a  „spoczywać”  to  „consistere”,  przy  czym  jest  to  znaczenie 
odpowiadające równieŜ „odpoczynkowi”. JeŜeli tekst wspomnień pisał ktoś o niepełnej 
znajomości  języka  łacińskiego,  to  mogło  mu  chodzić  o  „spoczynek”  w  sensie 
„wiecznego  odpoczynku”.  Opieramy  się  w  naszych  poszukiwaniach  na  relacji 
pamiętnikarza,  który  spisał  rodzinną  legendę  około  dwustu  lat  od  wydarzeń. 
Osiemnastowieczna łacina uŜywana potocznie była daleka od klasycznej doskonałości. 

- Podobne językowe haczyki mogą czaić się gdzieś indziej? - zapytała Baśka. 
-  Mogą  -  pokiwałem  głową.  -  Seweryn  Boner  był  bankierem  i  wielkorządcą. 

Wystarczyło  uŜyć  określenia  „argentarius”  -  bankier  i  wszystko  byłoby  jasne.  Jednak 
układający szyfr uŜyli określenia „kram miał i urząd sprawował”. Mogło to wskazywać 
na  bogatego  mieszczanina  krakowskiego,  kupca,  ale  tu  chodziło  o  tego,  którego  nasi 
trzej  awanturnicy  znali  najlepiej,  kto  wie,  czy  nie  był  on  nawet  inicjatorem  ich 
przedsięwzięcia,  bo  jestem  pewien,  Ŝe  o  nim  wiedział.  Profesor  Krak  teŜ  miał 
wątpliwości, domyślał się, Ŝe chodzi o Bonera. MoŜemy błądzić, bo autor pamiętnika 
mógł coś pokręcić. 

- Właśnie, o co chodzi z tym błądzeniem i Arystotelesem? - dopytywał się Łukasz. 
-  Arystoteles  w  „Poetyce”  w  rozdziale o tragedii  wiele  uwagi poświęcił błądzeniu - 

wyjaśnił  nam  Julek.  -  Błądzenie  to  kluczowe  pojęcie,  określane  takŜe  mianem  „wina 
tragiczna”.  Arystoteles pisał: „Los człowieka  niegodziwego nie  moŜe  więc budzić ani 
litości,  ani  trwogi.  Pozostaje  zatem  wybór  kogoś  pośredniego  między  nimi.  Takim 
bohaterem  jest  więc  człowiek,  który  nie  wyróŜnia  się  osobliwie  ani  dzielnością  i 

background image

 

54 

sprawiedliwością, ani ten nie popada w nieszczęście przez swą podłość i nikczemność, 
lecz ze względu na jakieś zbłądzenie”. 

- Znasz klasyków na pamięć? - Daniela z podziwem patrzyła na Julka. 
- Podczas studiów zajmowałem się teorią grzechu - Julek skromnie uśmiechnął się. - 

Ten opis Arystotelesa to jedna z pierwszych definicji grzechu, jaką zawarłem w jednej 
ze swych prac. 

- Czemu profesor Krak napisał o tym błądzeniu? - zastanawiał się Krzysiek. 
- On wiedział, co było na nagrobku Jana Bałamutha - odpowiedziałem. - Profesor był 

u  Jakuba  Lisa,  był  teŜ  pewnie  na  kirkucie,  ale  nie  uznał  tego  napisu  za  jakąś  waŜną 
wskazówkę prowadzącą do skarbu. My, wiedząc, Ŝe podobne sentencje są na sarkofagu 
i w sali tronowej, inaczej reagujemy na wspomnienie o błądzeniu. Profesor chciał nas 
tylko uprzedzić przed róŜnymi pokusami i grzechami dotykającymi zwykłych ludzi. 

-  Julek,  powiesz  nam,  dokąd  jutro  jedziemy?  -  zapytała  Daniela.  -  To  ma  jakiś 

związek z Bałamuthem? 

- Tak, ale resztę powiem wam jutro.  
- Czy w drodze powrotnej z naszej wycieczki pojedziemy teŜ do Tyńca? 
- Chyba tak - Baśka patrzyła na nas. - Słuchajcie, moŜe zrobimy sobie tam biwak?! 
Wszyscy  przyklasnęli  temu  pomysłowi.  Skończyliśmy  kolację  i  wyszliśmy  przed 

klub. Z Julkiem i Danielą szliśmy do wehikułu, dołączył do nas Krzysiek, który szedł 
do  swojego  hotelu,  niedaleko  którego  miałem  zaparkowane  auto.  Julek  i  Daniela 
wysforowali się, a ja miałem chwilę, by spokojnie porozmawiać z Krzyśkiem. 

- Kim są ludzie, o których wczoraj mi mówiłeś? - zagadnąłem go. 
- Jacy ludzie? - udawał zdziwionego. 
-  Mówiłeś,  o  ludziach,  którym  jesteś  coś  winien  i  Ŝe  nie  dają  ci  spokoju  - 

przypominałem. 

- Chyba się przesłyszałeś. 
Chciałem  go  zapytać  o  napad,  do  którego  doszło,  kiedy  z  Danielą  wyszliśmy  od 

Jakuba Lisa, ale stwierdziłem, Ŝe nie nadszedł jeszcze właściwy czas na tę rozmowę. 

- Jakbyś miał problem... - zacząłem. 
-  PoŜyczysz  mi  sześćdziesiąt  tysięcy?  -  rzucił  Krzysiek.  Przyspieszył,  minął  Julka  i 

Danielę mówiąc im: „Cześć” i zniknął za rogiem. My szliśmy ulicą Grodzką w stronę 
Wawelu, a on skręcił w ulicę Senacką. Dołączyłem do moich przyjaciół. 

- Coś ty  mu powiedział, Ŝe dostał takiego przyspieszenia? - Julek przyglądał  mi się 

podejrzliwie. 

Opowiedziałem Julkowi i Danieli o swoich podejrzeniach, Ŝe ludzie, którzy w jakiś 

sposób straszą Krzyśka, mogą być tymi samymi, którzy zaczepili nas na Kazimierzu. 

- Jaki interes miałby Krzysiek w tym napadzie? - powątpiewał Julek. 
-  Te  bandziory,  które  chcą  od  niego  wydobyć  swój  dług,  mogą  czekać,  kiedy 

odnajdziemy skarb i wtedy wkroczyć do akcji - mówiłem. - Krzysiek mógł im obiecać, 
Ŝ

e zaprowadzi ich do skrytki. Kiedy okazało się, Ŝe zadanie nie jest takie łatwe, mogli 

wpaść  na  pomysł,  by  porwać  Danielę.  W  końcu  jest  ona  bogatą  osobą.  O  tej  naszej 
wizycie  u  Jakuba  Lisa  wiedziała  tylko  nasza  paczka.  Krzysiek  jest  wplątany  w  jakieś 
bardzo ciemne interesy. 

- Spróbuję jutro wypytać Baśkę - zaoferowała się Daniela. - Paweł, wybacz, ale nie 

wierzę, Ŝeby Krzysiek miał jakikolwiek związek z tym napadem. 

background image

 

55 

Doszliśmy na parking i widziałem, mimo ciemności, jakie wraŜenie na Danieli zrobił 

wehikuł.  Nie  była  chyba  pewna,  czy  uda  się  uruchomić  silnik,  ale  kiedy  rozległ  się 
charakterystyczny  klekot,  odetchnęła  z  ulgą.  Starannie  zapięła  pasy  bezpieczeństwa  i 
dyskretnie  zaparła  się  nogami  o  podłogę,  jakby  bała  się,  Ŝe  pojazd  moŜe  się  rozpaść. 
Nie powiedziała ani jednego krytycznego słowa o wehikule.  

Wysiadła  na  podjeździe  pod  hotelem  i  pomachała  do  nas  na  poŜegnanie.  Mieliśmy 

spotkać się tu nazajutrz o ósmej. 

Rano zjadłem śniadanie w towarzystwie Julka, który przyszedł do mojego hotelu. 
-  Nie  wierzę  w  twoją  teorię  o  Krzyśku  -  oznajmił  mi.  -  To  zawsze  był  człowiek 

trzymający  się  lewych  interesów,  ale  był  dość  cwany,  Ŝeby  uniknąć  kłopotów.  Nie 
zdradziłby nas. 

-  Julek,  minęło  tyle  lat  -  pokręciłem  głową.  -  Nikt,  kiedy  zdawaliśmy  maturę  nie 

podejrzewał,  Ŝe  ty  zostaniesz  mnichem.  Daniela  bizneswoman,  Karola  znajdzie  pracę 
w  dyplomacji,  a  związek  Baśki  i  Krzyśka  rozpadnie  się.  KaŜdy  z  nas  przez  te  lata 
zmienił  się  i  przechowujemy  obrazy  kolegów  bardzo  wyidealizowane,  tak  jakbyśmy 
chcieli cofnąć czas, a to się nie uda, 

- Jakim człowiekiem ty jesteś? 
- Mam  nadzieję, Ŝe dobrym.  Gdybyś  wiedział, czym przyszło mi się zajmować,  nie 

wierzyłbyś, Ŝe jestem tym samym człowiekiem, którego znałeś. 

Zadzwoniłem  do  pana  Tomasza  relacjonując  mu  przebieg  dotychczasowych 

poszukiwań, a szef wyraził Ŝal, Ŝe nie moŜe brać udziału w poszukiwaniach. Pozwolił 
mi przedłuŜyć nieobecność w pracy i kazał składać sobie regularne meldunki. 

Dwadzieścia  minut  później  wszyscy  spotkaliśmy  się  na  podjeździe  pod  hotelem 

Danieli, która stała oparta o swojego eleganckiego peugeota w złocistym kolorze. 

Polonez Łukasza nosił ślady kilku niegroźnych stłuczek i własnoręcznie dokonanych 

napraw. Mój wehikuł wzbudził zdumienie przyjaciół. 

- Konserwa - śmiał się Krzysiek. - Ja do tego nie wsiądę.  
Po oczach przyjaciół widziałem, Ŝe Łukasz, Karola i Baśka byli podobnego zdania. 
- Wolę swojego rzęcha - stwierdził Łukasz. 
- To całkiem dobre auto - zapewniał wszystkich Julek. 
- Nie dla mnie - Krzysiek pokręcił głową. - Daniela, mogę pojechać z tobą? 
- Chciałam pogadać z Baśką - odpowiedziała Daniela. 
- Łukasz, to melduję się do twojego czołgu - Krzysiek ironicznie zasalutował przed 

kolegą. 

-  Nie  będę  przeszkadzała  dziewczynom  -  stwierdziła  Karola  wybierając  auto 

Łukasza. 

- To dokąd jedziemy? - pytał Łukasz. 
-  Pojedziecie  za  nami,  to  zobaczycie  -  odpowiedział  Julek  siadając  na  miejscu  dla 

pasaŜera. 

-  Paweł,  tylko  jedź  trochę  szybciej  niŜ  czterdziestką,  bo  nam  się  silniki  w 

samochodach zagotują - drwił Krzysiek. 

- Tak jest - kwaśno uśmiechnąłem się.  - Dokąd jedziemy? - zapytałem Julka, kiedy 

zasiadłem za kierownicą. 

-  Do  Wadowic,  do  rodzinnego  domu  naszego  papieŜa  -  odparł  Julek.  -  Tam 

mieszkała rodzina Bałamuthów. 

background image

 

56 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

W DOMU - MUZEUM KAROLA WOJTYŁY * POSZUKIWANIA BAŁAMUTHÓW * 

ROZSZYFROWANY PIERWSZY KLUCZ * ZAMKNIĘTE OPACTWO * BIWAK W 

SADZIE I KĄPIEL W WIŚLE * CZY ISTNIEJE SKARB W TYŃCU? 

 

Wyjechaliśmy z Krakowa w kierunku na Bielsko-Białą. 
- Julek, skąd o tym  wiedziałeś? - nie wytrzymałem i zadałem pytanie, które cisnęło 

mi  się  na  usta  od  momentu,  kiedy  ruszyliśmy.  -  PrzecieŜ  tyle  czasu  zastanawialiśmy 
się... 

-  Nie  gorączkuj  się  -  Julek  łagodnie  połoŜył  mi  dłoń  na  ramieniu.  -  Po  prostu 

przypomniało mi się. Byłem tam niedawno na wycieczce z dzieciakami z osiedlowego 
klubu  zaprzyjaźnionego  z  moim  klasztorem.  Zabieram  ich  na  wycieczki  po  okolicy  i 
trochę dalej - Julek był zmieszany. 

- Robisz to co nasz profesor? - ucieszyłem się. - Wyglądasz, jakbyś się tego wstydził. 
-  Tak,  ale  człowiek  wciąŜ  ma  w  sobie  to  nastawienie...  Rozumiesz,  co  mam  na 

myśli? 

-  Tak,  to  obciach  wzorować  się  na  belfrze  -  roześmiałem  się.  -  Ja  staram  się 

naśladować mojego szefa, który jest teŜ moim nauczycielem. 

- Ja teŜ chciałbym być choć troszkę taki jak profesor - Julek spojrzał w niebo. 
- Myślisz, Ŝe w Wadowicach znajdziemy jeszcze jakikolwiek ślad Bałamutha? 
- MoŜe siostry opiekujące się muzeum papieskim będą coś wiedziały.  
PodróŜ  do  Wadowic  upłynęła  nam  szybko.  Zaparkowaliśmy  samochody  na  placu 

dwieście  metrów  od  Rynku.  Poranek  był  w  przeciwieństwie  do  dotychczasowych  dni 
dŜdŜysty, ale wciąŜ było ciepło. 

- Po co tu przyjechaliśmy? - Krzysiek podszedł do Julka. - Zaraz pewnie pójdziemy 

na kremówki? 

- Nie musisz - Daniela groźnie spojrzała na kolegę. 
-  MoŜe  po  drodze  do  domu,  gdzie  jest  muzeum  papieskie,  zwrócę  wam  uwagę  na 

jedną  rzecz  -  Julek  udał,  Ŝe  nie  słyszy  ataku  Krzyśka.  -  Wadowice  to  stare  miasto 
znajdujące  się  w  dobrach  królewskich.  W  1521  roku  Zygmunt  Stary  obdarował  je 
przywilejem organizowania targów we czwartki. Zaraz pewnie Paweł powie, Ŝe to nie 
przypadek  i  ma  związek  z  tym,  Ŝe  mieszkała  tu  rodzina  Bałamuthów,  a  przynajmniej 
była  tu,  kiedy  rodzina  Wojtyłów  wynajmowała  od  nich  mieszkanie.  Mówiłem 
Pawłowi, Ŝe niedawno byłem tu na wycieczce i wtedy przy okazji wpadło mi w ucho to 
nazwisko, ale nie potrafiłem go od razu skojarzyć z naszą sprawą. 

Pierwsze co  uderzało  w  mieście, to reklamy  kremówek i  mnóstwo reklam towarów 

związanych z pontyfikatem Jana Pawła II. Wybór był duŜy: ksiąŜki, ołtarzyki, obrazki, 
nawet  koszulki  z  orłem  lub  napisem  „Jestem  z  pokolenia  Jana  Pawła  II”.  O  tak 
wczesnej  porze  były  teŜ  pierwsze  wycieczki  autokarowe  ciągnące  grupkami  w 
kierunku bazyliki wadowickiej, bo obok niej, przy ulicy Kościelnej jest dom, w którym 
mieszkał Karol Wojtyła. 

-  Te  prawdziwe  kremówki,  o  których  w  czasie  jednej  z  pielgrzymek  wspominał 

papieŜ,  były  sprzedawane  tam  -  Julek  pokazał  na  witrynę  banku.  -  Tak  mi  mówili 
wszyscy miejscowi sprzedawcy, których o to pytałem. Zastanawiałem się, czy nie jest 
to  jakaś  zmowa,  Ŝeby  stworzyć  legendę,  ale  później  rozmawiałem  z  jedną  z  sióstr  w 
muzeum i ona potwierdziła to, bo sama przeprowadziła dochodzenie. 

background image

 

57 

Karnie  ustawiliśmy  się  w  kolejce  do  zakratowanego  wejścia  na  dziedziniec 

kamienicy. Na piętro, gdzie mieszkał Karol Wojtyła, weszliśmy metalowymi schodami 
na  balkon  i  stamtąd  do  dawnego  salonu,  chociaŜ  pierwotnie  wchodziło  się  przez 
kuchnię. Wojtyłowie zajmowali trzy z ośmiu pokoi obecnego muzeum. 

Ekspozycja  jest  stale  uzupełniana,  a  została  otwarta  w  1984  roku  przez  kardynała 

Franciszka Macharskiego, który wspomniał, Ŝe w dzieciństwie nazaretanki opiekowały 
się  Lolkiem,  więc  teraz  będą  się  zajmować  pamiątkami  związanymi  z  jego  osobą. 
NałoŜyliśmy kapcie i posuwistym krokiem szliśmy po parkiecie. 

Zdjęcia tak dobrze nam znane z dzieciństwa, dojrzewanie Karola Wojtyły, wybór na 

papieŜa,  narty,  kajak.  WyŜej,  pod  samym  sufitem,  w  ozdobnych  ramach  kolorowe 
zdjęcia z okresu pontyfikatu Jana Pawła II i fragmenty jego encyklik. 

Palce  zwiedzających  wędrowały  po  zdjęciach,  dzieciaki  odnajdywały  wzrokiem  „tę 

twarz”.  Nikt  nie  patrzył  wyŜej.  Uwaga  wszystkich  była  skupiona  na  strojach 
przywiezionych  z  Watykanu,  osobistych  i  jakŜe  nielicznych  przedmiotach:  kilka 
dokumentów, sprzęt sportowy, oryginalny piec kuchenny i naczynia - to wszystko. 

Nazaretanki  z  pogodą  i  uśmiechem  przyjmowały  ofiary,  tłumaczyły  pielgrzymom  i 

starały się im opowiedzieć o papieŜu jak najwięcej. Julek poprowadził nas do jednej z 
nich. 

- To siostra odkryła tajemnicę wadowickich kremówek - przedstawił nam zakonnicę. 

-  Dobre  kremówki  powstawały  ze  słodkiej,  gęstej  śmietanki,  uŜywanej  do  produkcji 
kremu.  Dawniej  nikt  nie  robił  kremówek  z  alkoholem,  ale  takowe  widziałem  w 
Krakowie  w  sprzedaŜy.  Siostro,  potrzebujemy  pomocy.  Szukamy  jakichkolwiek 
ś

ladów po rodzinie Bałamuthów. 

- Przyjechaliście kilkadziesiąt lat za późno - siostra odpowiedziała nam ze smutkiem. 

- Wybudowany w połowie XIX wieku budynek naleŜał od 1911 roku do śyda Chiela 
Bałamutha. Od strony Rynku miał on sklep, a obecnie sklep z pamiątkami. Na parterze 
kamienicy  swój  warsztat  miał  introligator  Adolf  Zador.  W  czasie  wojny  wszystkich 
wadowickich  śydów zamknięto  w getcie, a od 1943 roku hitlerowcy  wywozili ich do 
obozów zagłady. 

Poszliśmy  do  bazyliki.  Jej  charakterystyczna,  znana  nam  z  telewizyjnych  relacji 

bryła, pochodzi z XIX wieku, kiedy to do trzynawowego korpusu dobudowano kaplice, 
wieŜę z cebulastym hełmem i fasadę według projektu architekta Tomasza Prylińskiego. 
Widać figury świętych Piotra i Pawła, Matki Boskiej, w niszach - świętych Wojciecha i 
Stanisława.  CzyŜ  trzeba  lepszych  symboli  religijnych  charakteryzujących  to,  czym 
kierował się w swoim kapłaństwie polski papieŜ? 

W  wejściu  do  bazyliki  kłębił  się  tłum.  W  lewej  nawie  był  obraz  Matki  BoŜej 

Nieustającej Pomocy,  dziewiętnastowieczna  kopia  ikony  namalowanej  podobno  przez 
samego  świętego  Tomasza.  Tu  moją  uwagę  zwróciły  liczne  wota,  fresk  na  suficie 
zatytułowany  „Odkupiciel  Człowieka”.  Pamiętałem,  Ŝe  do  tego  obrazu  Matki  Boskiej 
modlili  się  uczniowie  i  studenci,  zwłaszcza  w  chwilach  zbliŜających  się  egzaminów. 
Wśród pielgrzymów robiących zdjęcia aparatami błyskającymi oślepiającymi fleszami, 
na wydeptanym dywaniku klęczała tegoroczna maturzystka. Jej odświętny, czarnobiały 
strój  kontrastował  z  kolorowymi  ubraniami  turystów  i  jej  rozmodlona  twarz  z 
wymalowanymi  ustami,  ociekającymi  tuszem  rzęsami  dziewcząt  moŜe  trzy  lata 
młodszych od niej. 

background image

 

58 

Wyszedłem  i  poszedłem  do  cukierni  „Waniliowa”  pod  arkadami,  sąsiadującej  z 

bankiem,  gdzie  kiedyś  była  „ta”  kawiarnia.  Tam,  nad  drugą  kremówką,  znaleźli  mnie 
moi przyjaciele. 

-  Czemu  tak  uciekłeś  z  kościoła  jak  diabeł  od  święconej  wody?  -  zapytał  mnie 

Krzysiek. 

Opowiedziałem im o tej modlącej się licealistce w środku tłumu turystów. 
-Wiele widziałem w swoim Ŝyciu, rzeczy strasznych, niezwykłych, pięknych, ale ten 

obraz zostanie we mnie na długo - powiedziałem. 

Patrząc  po  twarzach  przyjaciół  widziałem,  Ŝe  tylko  Julek  rozumiał,  co  mnie  tak 

zabolało. Zakonnik tylko westchnął i połoŜył mi dłoń na ramieniu. 

- Pawle, jak zwykle jesteś jak ostatni Mohikanin - powiedział wzdychając. 
Kiedy  wszyscy  usiedliśmy  wokół stolika, a przed kaŜdym  na papierowej tacce była 

kremówką, zapadło kłopotliwe milczenie. 

- Paweł, czy dowiedziałeś się  wczoraj czegoś o okolicznościach zdobycia skarbu? - 

zapytał mnie Julek. 

Nagle przyjaciele zwrócili na mnie spojrzenia. 
-  Mówiłem,  Ŝe  oni  cały  czas  coś  kombinują  -  Krzysiek  wymierzył  palec  we  mnie  i 

Julka w oskarŜycielskim geście. - Cały czas słyszymy, Ŝe tamten sprawdził to, tamten 
tamto. Ciekawe, ile nam mówią prawdy? 

- Jestem pewna, Ŝe są uczciwi wobec starych przyjaciół - stwierdziła Baśka. 
- Paweł - zachęcał mnie Julek. 
-  Będę  musiał  wam  zrobić  mały  wykład  z  historii  -  zapowiedziałem.  -  Jak 

pamiętacie, trzech awanturników: Mateusz Boner, Ludwig von Kleen i Józef Bałamuth 
zdobyło  skarb,  a  miało  to  nastąpić  przed  wybuchem  wojny  polsko-krzyŜackiej,  do 
czego  doszło  w  końcu  1519  roku.  Wcześniej,  w  1515  roku,  na  zjeździe  w  Wiedniu 
Zygmunt Stary próbował ułoŜyć sobie przyjazne stosunki z cesarzem Maksymilianem 
za cenę oddania mu tronów na Węgrzech i w Czechach. W tym samym roku po udanej 
wyprawie Franciszka I, króla  francuskiego,  w  księstwie Mediolanu upadło panowanie 
rodziny  Sforzów,  a  nowy  układ  sił  w  Italii  odwrócił  uwagę  cesarza  od  spraw  Europy 
Ś

rodkowowschodniej.  Rok  później,  po  nieudanej  wyprawie  cesarskiej  i  objęciu  tronu 

hiszpańskiego przez wnuka cesarza, zmieniły się alianse i powstały plany podziału stref 
wpływów na Półwyspie Apenińskim. ZauwaŜcie, Ŝe w tym czasie na dworze cesarskim 
przebywał  Boner,  a  dalszych  jego  losów  nie  znamy.  W  naszej  części  Europy  narastał 
konflikt  wokół  zbuntowanej  wobec  duńskiego  króla  Chrystiana  II  prowincji 
szwedzkiej.  Duński  władca  podejmował  próby  zawarcia  sojuszy  z  Moskwą, 
Albrechtem  i  Polską,  przy  duŜej  nieufności  ze  strony  dworu  krakowskiego.  W  latach 
1516-  1519  Wasyl  III  próbował  porozumieć  się  z  zakonem  krzyŜackim  w  sprawie 
wspólnej  wojny  z  Wielkim  Księstwem  Litewskim.  Zadaniem  Zygmunta  Starego  było 
przerwanie łańcucha  wrogów  wokół granic Rzeczypospolitej, bo Wasyl III do swoich 
rozgrywek wciągnął takŜe Tatarów i próbował zaangaŜować Turcję. Najłatwiej moŜna 
było  wyeliminować  Zakon.  W  1515  roku  król  Polski  owdowiał  i  oferowano  mu  trzy 
kandydatki  na  Ŝonę.  Wiosną  1516  roku  Mikołaj  Wolski,  kasztelan  sochaczewski, 
marszałek  nadworny  kurii  biskupa  Łaskiego,  przedstawił  papieŜowi  Leonowi  X 
niezwykłą  propozycję.  Przewidywano,  Ŝe  król  polski  dostanie  w  posagu  Ŝony  200 
tysięcy  dukatów,  które  gotów  był  ofiarować  papieŜowi  w  zamian  za  przeniesienie 

background image

 

59 

zakonu krzyŜackiego do Italii i osadzenie go w państwie kościelnym, a wtedy Zygmunt 
mógłby  prowadzić  wojnę  z  Moskwą.  Gdyby  ta  kwota  była  niesatysfakcjonująca,  to 
oferowano posag po ślubie jednego z ksiąŜąt mazowieckich. 

-  Kasa,  którą  zdobyli  Boner,  von  Kleen  i  Bałamuth  miała  być  przeznaczona  na 

realizację tej przeprowadzki? - zgadywał Krzysiek. 

-  Nie,  projekt  był  nierealny.  Albrecht  prowadził  takŜe  działania  dyplomatyczne,  a 

największym  sukcesem  jego  dyplomatów  było  przeciwdziałanie  polskiemu  posłowi 
Stanisławowi  Góreckiemu,  sekretarzowi  królewskiemu,  który  przybył  do  Rzymu 
najprawdopodobniej na początku 1517 roku, by opowiedzieć papieŜowi Leonowi X o 
konszachtach  wielkiego  mistrza  ze  schizmatyczną  Moskwą  i  nieudzielaniu  pomocy 
zbrojnej  w  walce  z  poganami,  czyli  Tatarami.  Polska  nie  uzyskała  więc  wsparcia  ze 
strony zwierzchnika Zakonu. Sam Zakon starał się o pośrednictwo w sporze z Polską u 
cesarza, który był przychylny KrzyŜakom. 

Albrecht  zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe  gdyby  Zygmunt  Stary  zakończył  wojnę  z 

księstwem  moskiewskim,  to  Zakon  zostałby  błyskawicznie  zgnieciony  przez  wojska 
polskie. Dlatego w jego interesie była dalsza  wojna polsko-moskiewska, a  w interesie 
Wasyla  III  była  wojna  polsko-krzyŜacka.  Nic  dziwnego,  Ŝe  nastąpiło  zbliŜenie 
pomiędzy wielkim mistrzem i władcą moskiewskim. Na przełomie lutego i marca 1517 
roku w Moskwie przebywał Dytrych von Schonberg, poseł Albrechta. 

Jego  negocjacje  z  Wasylem  III  dotyczyły  formy  pomocy,  jakiej  udzieli  Moskwa 

Zakonowi,  kiedy  ten  rozpocznie  wojnę  z  Polską.  We  wcześniejszych  deklaracjach 
listownych Wasyl III oferował utrzymać od 30 do 40 tysięcy konnych, słuŜących pod 
dowództwem  krzyŜackim.  Von  Schonberg  naciskał,  aby  Moskwa  przekazała 
KrzyŜakom  pieniądze  na  utrzymanie  10  tysięcy  pieszych  i  2  tysiące  konnych  oraz 
artylerii przez dwa lata, ale ostateczny tekst przymierza mówił tylko ogólnie, Ŝe wojna 
miała wybuchnąć w chwili, kiedy Wasyl III ruszy w pole. W pierwszej połowie 1517 
roku  wciąŜ  negocjowano  warunki  sojuszu  i  strona  moskiewska  jak  ognia  unikała 
wypłacenia jakiejkolwiek sumy. Przez pół roku Albrecht poszukiwał sprzymierzeńców 
wśród  ksiąŜąt  Rzeszy,  ale  z  mizernym  skutkiem.  W  lutym  1518  roku  wznowiono 
negocjacje  i  Wasyl  III  zgodził  się  wypłacić  pieniądze  na  zaciąg  wojska.  Niezbędna 
suma miała być wypłacona wysłannikowi Zakonu w Pskowie. 

- I KrzyŜacy ją odebrali, a nasi awanturnicy napadli ich na morzu - Krzysiek znowu 

próbował zgadywać. 

- Znalazłem informacje, Ŝe wobec odroczenia terminu wojny,  wysłannik Wasyla III 

wywiózł  z  Pskowa  całą  kwotę.  Kolejny  raz  do  negocjacji  pomiędzy  Zakonem  i 
Moskwą doszło w marcu 1519 roku. Wtedy von Schonberg prosił kniazia o 100 tysięcy 
grzywien  i  podobno  uzyskał  zapewnienie  wypłacenia  jakiejś  kwoty.  Do  Prus 
Zakonnych wyjechał poseł moskiewski Konstanty Timofiejewicz Zamycki, który miał 
sprawdzić  gotowość  Zakonu  do  wojny.  Wkrótce  Albrecht  rozpoczął  zaciągi  w 
Brandenburgii i wysyłał kolejne prośby do Moskwy o pieniądze - 100 tysięcy grzywien 
w srebrze na wybicie złotych reńskich. Zamycki wrócił do Moskwy latem 1519 roku, 
kiedy Albrecht miał zamiar zaatakować Gdańsk. 

-  Skąd  Albrecht  miał  pieniądze  na  zaciągi  wojska  w  Brandenburgii?  -  zapytała 

Karola. - Czy dostał je od Wasyla III? 

background image

 

60 

-  Nie,  najprawdopodobniej  zacięŜnych  opłacił  z  kwot  otrzymanych  od  ksiąŜąt 

niemieckich i tamtejszej gałęzi Zakonu. Zaskakujące jest to, Ŝe pod koniec lipca rajcy 
gdańscy  informowali  króla  polskiego  o  pomocy  finansowej  Moskwy  dla  Albrechta. 
Pieniądze  faktycznie  dotarły  jesienią  1519  roku,  a  przywiezionego  przez  Iwana 
Charłamowa  Niekrasowa  srebra  starczyło  na  55  tysięcy  florenów.  Albrecht  nie  dostał 
więcej pieniędzy z Moskwy, mimo Ŝe prosił o to prawie do końca wojny zakończonej 
hołdem pruskim, uwiecznionym przez Jana Matejkę na słynnym obrazie. 

- Z tego, co mówisz, nie wynika, Ŝe Wasyl III przekazał Albrechtowi więcej srebra - 

powiedział Łukasz. 

- Masz rację - kiwnąłem głową. - Była to wojna bardzo pomyślna dla strony polskiej, 

mimo  Ŝe  Polacy  nie  byli  do  niej  przygotowani.  Wojska  Mikołaja  Firleja,  hetmana 
wielkiego koronnego, w maju 1520 roku podeszły pod mury Królewca, stolicy państwa 
zakonnego,  a  flota  z  Gdańska  pobiła  flotę  krzyŜacką  na  Zalewie  Wiślanym. 
Gdańszczanie  zajęli  teŜ  Kłajpedę  wywołując  poŜar  w  mieście  i  uprowadzając  kilka 
statków.  Atakowali  równieŜ  port  w  Bałdze.  Potem  Albrecht  organizował  rajdy  na 
Warmię  i  w  stronę  Łowicza,  ale  Ŝe  nie  dotarły  do  niego  posiłki  z  Niemiec,  nie  mógł 
dostatecznie mocno stawić czoła wojskom polskim. W 1521 roku podpisano rozejm. 

-  Myślisz,  Ŝe  w  tych  atakach  na  porty  brał  udział  okręt  dowodzony  przez  von 

Kleena? - domyślał się Julek. 

- Tak, jestem tego pewny. Zastanawia mnie tylko gwałtowność ataków krzyŜackich 

w kierunku Mazowsza. MoŜe wkroczenie na rdzennie polskie ziemie miało przekonać 
Wasyla  III,  Ŝe  Zakon  moŜe  prowadzić  zwycięską  wojnę,  tylko  potrzebne  są  kolejne 
dotacje? Interesuje mnie takŜe, którędy po zdobyciu skarbu przewoŜono go do zamku 
w Polsce? 

- Przez Gdańsk - Julek nie miał wątpliwości. 
- Gdańsk był duŜym portem,  w  którym  kręciło się zbyt  wielu ludzi. Kogoś  mógłby 

zainteresować statek z tak cennym ładunkiem - zauwaŜyłem. 

-  Powiedzmy,  Ŝe  popłynęli  oni  do  Elbląga  czy  do  Braniewa,  to  w  takich  miastach 

statek nie zwróciłby niczyjej uwagi? - powątpiewał zakonnik. 

- Gdyby łup przeładowano do mniejszych łodzi, a te wpłynęły rzekami w głąb lądu... 

- podpowiadałem. - Trzeba pamiętać, Ŝe wzdłuŜ brzegu Zalewu Wiślanego moŜna było 
napotkać grupy polskich i zacięŜnych Ŝołnierzy. Ilu z nich powstrzymałby glejt wydany 
nawet przez króla polskiego? 

- JeŜeli Gdańsk i inne porty  odpadały, to którędy oni przewieźli skarb? - dziwił  się 

Krzysiek. 

- Warmia, pomijając akcję Albrechta, nie była nawiedzana przez wojnę, bo naleŜała 

do Prus Królewskich, a  więc Ŝołnierze polscy nie łupiliby ziem, nad którymi panował 
polski król. Ja bym skarb przewoził przez Warmię. 

- Dobra, dość tych dywagacji - Krzysiek klasnął. - Jedźmy do Tyńca! 
Wróciliśmy do naszych aut i pojechaliśmy do niewielkiej miejscowości na zachód od 

Krakowa. Opactwo benedyktyńskie w Tyńcu, według legend, zostało załoŜone w 1044 
roku  przez  Kazimierza  Odnowiciela,  który  próbował  ustabilizować  sytuację  w  kraju 
wzburzonym  jeszcze  po  nawrocie  do  pogaństwa  w  latach  trzydziestych  XI  wieku. 
Czemu  wybrano  akurat  benedyktynów?  Zakon  ten  załoŜył  Benedykt  z  Nursji  w  529 
roku  w  klasztorze  na  Monte  Cassino.  Celem  nowego  zgromadzenia  była  działalność 

background image

 

61 

misyjna prowadzona z powodzeniem  w Irlandii i potem w Anglii. Benedyktyni starali 
się  przykładem  swej  pracy  wiedzy  z  ksiąŜek  gromadzonych  w  klasztornych 
bibliotekach  emanować  na  okoliczną  ludność.  Pierwszy  opat  tyniecki  Aaron  był 
biskupem  krakowskim  i  otrzymał  tytuł  arcybiskupa,  czyli  zwierzchnika  kościoła  w 
Polsce. W drugiej połowie XI wieku w Tyńcu powstała romańska bazylika, a jej relikty 
są widoczne w obecnej budowli wzniesionej w XV i przebudowywanej w XVII i XVIII 
wieku.  Badania  archeologiczne  doprowadziły  do  odnalezienia  grobów  pierwszych 
opatów  tynieckich  z  cennymi  romańskimi  przedmiotami  liturgicznymi.  Klasztor  w 
Tyńcu  przypomina  budowlę  warowną,  z  prowadzącą  pod  górę  drogą,  z  dwiema 
bramami, wjazdem załamującym się pod kątem prostym. 

Zostawiliśmy samochody na parkingu nad Wisłą i wróciliśmy do klasztoru. 
Niestety  nie  wpuszczono  nas  na  dziedziniec,  bo  obiekt  odwiedzały  waŜne 

osobistości,  podobno  sam  premier.  Julek  dowiedział  się  od  benedyktyna  pilnującego 
bramy, Ŝe moŜemy przyjść zwiedzić klasztor po południu.  

Wróciliśmy  do  naszych  aut  i  patrząc  na  Wisłę  zastanawialiśmy  się,  co  powinniśmy 

robić: czekać czy jechać do Krakowa. 

- Zatrzymajmy się u kogoś w ogródku - proponował Julek. - Do Krakowa wrócimy 

jutro. 

- Pójdziesz? - zagadnęła Baśka. 
- Pójdę - uśmiechnął się Julek. 
Było  jak  za  dawnych  lat.  On,  z  tym  swoim  anielskim  uśmiechem,  poszedł  zdobyć 

czyjeś  zaufanie  i  załatwić  nam  nocleg.  Czekając  na  jego  powrót  rozsiedliśmy  się  nad 
brzegiem opalając się. Baśce pierwszej znudziło się lenistwo. 

- Słuchajcie, a co my będziemy jedli na kolację? - zapytała. - Pójdę po jakieś zakupy. 

Dziewczyny, idziecie? 

Panie  wstały  i  poszły  szukać  sklepu.  Wróciły  pół  godziny  później,  w  towarzystwie 

Julka. 

- Znalazłeś coś? - Łukasz zagadnął zakonnika. 
- Pewnie, zanocujemy w sadzie - Julek uśmiechnął się. Wsiedliśmy do aut. 
Julek  pilotował  mnie  do  gospodarstwa  prawie  nad  brzegiem  Wisły.  Trzyizbowa 

chatka  była  pomalowana  na  pomarańczowy  kolor.  Gospodarzem  był  tu 
sześćdziesięcioletni męŜczyzna o zdrowej, opalonej cerze, z gęstymi siwymi włosami i 
wąsami nieco okopconymi od fajki, którą lubił ssać, nawet kiedy nie była zapalona. Był 
ś

redniego wzrostu, silnie zbudowany. Przywitał nas ubrany w białą koszulę i brązową 

kamizelkę. Na głowie miał słomkowy kapelusz. 

-  To  pan  Józef  -  Julek  przedstawił  nam  dziadka.  -  To  moi  przyjaciele  -  wskazał  na 

nas. 

- Spora i dosyć pstrokata gromadka - staruszek przyglądał nam się mruŜąc oczy. - W 

sadzie będzie wam dobrze, tylko wy pewnie przyzwyczajeni do luksusów, Ŝeby woda i 
toaleta były, co? 

-  Wiele  lat  razem  wędrowaliśmy  nie  bacząc  na  niedostatki  i  niewygody  - 

odpowiedział Julek. - Teraz mamy takie spotkanie po latach, trochę turystyczne, trochę 
wspominkowe. 

- A ognisko będziecie chcieli rozpalać? Bo ja tam mam piękne grusze i... 

background image

 

62 

- Mamy grilla - Łukasz uprzedził ewentualny zakaz. - Wiemy, co trzeba robić, Ŝeby 

przy okazji nie spalić panu całego sadu - zapewniał gospodarza. 

-  Dobrze  -  gospodarz  kiwał  głową.  -  Panie  mogą  się  wykąpać  w  łazience,  ale  dla 

panów juŜ wody nie starczy. 

- To nic - Julek lekcewaŜąco machnął ręką. - Skoczymy do Wisły i po kłopocie. 
- Tak? - pan Józef roześmiał  się. - Powodzenia! Tak chichotał, Ŝe aŜ poczerwieniał 

na twarzy. Taki rozbawiony poszedł do szopy, skąd po chwili dobiegł nas dźwięk piły 
mechanicznej. 

-  Musimy  zabrać  tabory  z  samochodów  i  rozstawić  namioty  między  drzewami  - 

dyrygował nami Julek. 

W wehikule miałem dwa namioty: jeden szefa, duŜy, czteroosobowy i mniejszy, mój, 

z którym zawsze wybierałem się na wycieczki. Swój namiot miał teŜ Łukasz. 

Panie ulokowaliśmy w płóciennej willi pana Tomasza, ja zamieszkałem z Julkiem, a 

Łukasz z Krzyśkiem. Ustawiliśmy namioty około pięćdziesięciu metrów od domu pana 
Józefa,  między  gruszami  otoczonymi  drucianą  siatką.  Zostawiliśmy  bagaŜe  i 
postanowiliśmy pójść do klasztoru. 

- Na wycieczkę? - zagadnął nas gospodarz widząc, jak całą gromadą wychodzimy. 
- Tak - odpowiedzieliśmy. 
- To dobrze - staruszek pokiwał głową.  
Poszliśmy  i  po  półkilometrowym  marszu  wykonaliśmy  odwrót,  bo  jak  się  okazało 

waŜna  osobistość  przyjmowała  teraz  równie  waŜnego  gościa  zza  granicy  i  policjanci 
nie pozwolili nam nawet zbliŜyć do klasztornych murów. 

- Co tak szybko? - dziwił się pan Józef widząc nas z powrotem. Tylko Julek był na 

tyle  spokojny,  by  opowiedzieć  gospodarzowi  o  naszych  perypetiach.  My  byliśmy 
wściekli. 

- Rozbijają się limuzynami za nasze, czyli podatników pieniądze, mają lekką pracę, 

za którą nikt ich nie rozlicza i do tego zajmują sobie zabytek, jakby to był ogródek w 
pubie z piwem - grzmiał Krzysiek. 

Panie postanowiły utopić smutki pod prysznicem i poszły się wykąpać. Julek, kiedy 

tylko  koleŜanki  zniknęły  nam  z  oczu,  wyjął  ze  swojej  torby  podróŜnej  kąpielówki  i 
ręcznik. 

- Idziemy się kąpać w Wiśle? - zaproponował. 
- Nie mam kąpielówek! - protestował Łukasz. 
- Na golasa! Jak za starych dobrych czasów! - ucieszył się Krzysiek.  
On teŜ wziął ręcznik. Szybko przebrałem się w kąpielówki i ścigając się pobiegliśmy 

przez  sad  w  kierunku  brzegu  Wisły.  Julek  był  najszybszy,  bo  wystartował  pierwszy. 
Byłem  drugi  i  biegłem  tuŜ  za  przyjacielem.  W  porę  zauwaŜyłem  niebezpieczeństwo, 
przyhamowałem 

podtrzymałem 

Julka, 

który 

chwiał 

się 

na 

krawędzi 

sześciometrowego klifu. Łukasz i Krzysiek dołączyli do nas i wspólnie wypatrzyliśmy 
zejście  na  piaszczystą  łachę  u  naszych  stóp.  W  tym  miejscu  był  leniwy  nurt,  bo 
znajdowaliśmy się po wewnętrznej stronie zakrętu rzeki. 

Zrzuciliśmy ubrania, zostawiliśmy ręczniki i pobiegliśmy w kierunku Wisły. Dopiero 

kiedy wbiegliśmy do wody, poczuliśmy, Ŝe coś jest nie tak. To nie był ściek, ale teŜ i 
nie była to ta sama Wisła, w której kąpaliśmy się kiedyś. Zaraz wyszliśmy obwąchując 
swoje ramiona. 

background image

 

63 

- Co teraz zrobimy? - niepokoił się Łukasz, 
- Będziesz płakał, kiedy dostaniesz  wysypki - Krzysiek próbował Ŝartować. - Julek, 

to był twój pomysł. 

- W sadzie widziałem pompę - podpowiedział przyjaciel. Wspięliśmy się piaszczystą 

ś

cieŜką do sadu i w rogu znaleźliśmy pompę. Nie byliśmy pewni, czy była sprawna, bo 

odłaziły  z  niej  wielkie  płaty  niebieskiej  farby  ukazując  pokłady  ukrytej  pod  nią 
zielonej. 

- Będę pompował - zaoferowałem się. 
-  O  nie,  ty  jeden  z  nas  byłeś  komandosem  -  zaprotestował  Krzysiek.  -  Na  tobie 

przetestujemy urządzenie. 

Łukasz  i  Krzysiek  machali  pół  minuty,  nim  skrzypiąca  pompa  wydała  z  siebie 

pierwszy  haust  brudnej  wody.  Potem  leciała  juŜ  krystalicznie  czysta  i  kiedy  tylko 
zanurzyłem pod nią ręce poczułem teŜ, Ŝe była równie zimna. Parskałem, trząsłem się, 
pokryłem  gęsią  skórką,  ale  taka  kąpiel  była  niezwykle  orzeźwiająca  i  zmyła  brud  z 
rzeki. Koledzy powtarzali po mnie te same manewry, kaŜdy aŜ wzdychał, kiedy poczuł 
na sobie lodowate krople, ale potem byli szczęśliwi. 

KoleŜanki,  które  wróciły  do  namiotów  później  niŜ  my,  nie  potrafiły  rozszyfrować 

powodu naszego dobrego nastroju i tego, Ŝe sami zaczęliśmy robić kolację. 

Krzysiek i Łukasz zajęli się grillem, ja przygotowaniem sałatek, a Julek gotowaniem 

wody na maszynce gazowej. Dla niego wybraliśmy to zadanie, bo zajęty był czytaniem 
jakiegoś tomiku wierszy i jak przed laty próbował nas zainteresować poezją. Kiełbaski 
i  kaszanka  pachniały  na  tyle  kusząco,  Ŝe  przyszedł  do  nas  pan  Józef.  Kto  wie,  moŜe 
chciał  sprawdzić,  czy  nie  spalimy  mu  sadu,  a  moŜe  po  prostu  chciał  z  kimś 
porozmawiać? Zaprosiliśmy go na koc rozłoŜony na trawie. 

- Jak kąpiel w Wiśle? - zapytał Julka. 
- To było przeŜycie mroŜące krew w Ŝyłach, ale potem hartowaliśmy nasze Ŝelazne 

organizmy pod pańską pompą - odpowiedział nasz kolega.  

Staruszek roześmiał się. 
- Czasami woda w rzece jest dobra do kąpieli, najlepsza wiosną, bo wtedy jest duŜo 

wody,  a  lato  tego  roku  jakieś  takie  suche  tu  na  południu.  A  wy  do  Tyńca 
przyjechaliście tak tylko, Ŝeby zobaczyć klasztor? 

- Czego innego moŜna by tu szukać? - zdziwiłem się. 
- Skarbu - wyszeptał pan Józef. 

background image

 

64 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

NA SZLAKU PROFESORA KRAKA * NOCNY SPACER DO OPACTWA * 

TAJEMNICZE SPOTKANIE KRZYŚKA * PRZED OBRAZEM 

ŚWIĘTEGO BENEDYKTA * KŁÓTNIA MIĘDZY PRZYJACIÓŁMI 

 

To  co  powiedział  pan  Józef  musiało  wzbudzić  nasze  zainteresowanie,  a  staruszek 

widząc naszą reakcję, tylko zadowolony podkręcił wąsa. 

- Jakiego skarbu? - wykrztusiła w końcu Baśka. 
-  Takiego,  co  go  benedyktynom  przekazano  na  przechowanie  -  odpowiedział  pan 

Józef. 

- Kiedy to było? - zapytałem. 
- A dawno... 
-  Najlepiej  niech  pan  nam  wszystko  opowie  od  początku,  bo  my  lubimy  słuchać 

takich historii - mówił Julek. 

- Widzę, Ŝe lubicie - pan Józef kiwał głową. - Temu panu - wskazał na Krzyśka - to 

aŜ w oczach coś zabłysło, jak powiedziałem o skarbie. 

-  Proszę  -  Łukasz  podał  panu  Józefowi  na  talerzyku  porcję  kiełbasy,  musztardę  i 

chleb. - Najpierw niech pan zje. 

Jedliśmy  w  milczeniu oczekując, kiedy  tylko  nasz  gospodarz zacznie opowieść. On 

zjadł,  podziękował  za  poczęstunek,  wyjął  fajkę,  kapciuch  z  tytoniem  i  wypuszczając 
pierwszy kłąb dymu, zapatrzył się w kierunku zachodzącego słońca. 

-  Był  tu  u  mnie  kilka  razy  taki  pan,  co  mówił,  Ŝe  szuka  królewskiego  depozytu  - 

opowiadał pan Józef. 

- Niewysoki, siwy, z bródką, w okularach, z niewielkim brzuszkiem - Julek opisywał 

profesora Kraka. 

- O, ksiądz zna go? - ucieszył się staruszek. 
- Wszyscy go znaliśmy, to był nasz nauczyciel z liceum. Niestety, zmarł niedawno. 
- To szkoda, dobry był z niego człowiek. Nie durny, historię i języki znał - pan Józef 

zamyślił się. - On to nawet kiedyś mówił, Ŝe jak on nie znajdzie tego skarbu to przyśle 
swoich następców. To wy jesteście? 

- Tak - powiedziała Baśka. - Profesor w testamencie kazał nam odszukać ten skarb. 
- To pewnie wam teŜ napisał co trzeba o Tyńcu? 
- Właśnie ani słowa - odparł Julek. 
-  Ten  wasz  profesor  przyjeŜdŜał  tu  dawno  temu,  był  ze  trzy  razy  na  dwa  dni  - 

wspominał pan Józef. - Chodził do klasztoru i mówił, Ŝe jego zdaniem obraz świętego 
Benedykta  kryje  wskazówki,  ale  jakie,  nigdy  nie  wspominał.  Mówił  tylko,  Ŝe  jacyś 
piraci  zdobyli  na  morzu  wielki  skarb,  pieniądze,  które  mieli  dostać  KrzyŜacy  i  ci 
rozbójnicy oddali wszystko królowi polskiemu, a ten kazał wszystko ukryć na później. 
Skarb schowano tak, Ŝeby nikt go nie znalazł w jakimś warownym miejscu i tyle. 

- Pan widział ten obraz, o którym mówił nasz profesor? - zapytała Karola. 
- Mało to razy? - pan Józef wzruszył ramionami. - Oprócz świętego są na nim jakieś 

trzy niewiasty. 

- Trzy, jak trzy słowa-klucze - powiedział Krzysiek.  
Musieliśmy opowiedzieć panu Józefowi o zagadce, jaką nam zostawił profesor Krak, 

a  staruszek  słuchał  naszej  opowieści  z  zainteresowaniem.  Jeszcze  długo  wieczorem 
rozmawialiśmy  o  róŜnych  sprawach,  o  tym,  jak  rodzice  pana  Józefa  przekazali  mu 

background image

 

65 

swoje  gospodarstwo,  jak  ludzie  Ŝyli  tu  bezpiecznie,  moŜe  niezbyt  bogato,  ale 
spokojnie.  TakŜe  o  tym,  jak  panu  Józefowi  jest  smutno,  bo  jego  Ŝona  wyjechała  do 
sanatorium, a on nie mógł jej towarzyszyć, bo trzeba pilnować sadu. 

Po  kolacji  z  Danielą  poszedłem  do  pompy  umyć  naczynia.  Pompowałem,  a 

koleŜanka myła w wiadrze naczynia. 

-  Niesamowite  -  szeptała  Daniela,  tak  widocznie  nastrajała  ją  ta  pora  przed 

zmrokiem. - Nocujemy  w tym samym miejscu co profesor Krak i jesteśmy tak jak on 
blisko rozwiązania zagadki. 

-  Raczej  nie  -  stwierdziłem.  -  Czemu  nie  wspomniał  nam  ani  razu  o  tym  tropie? 

Myślę, Ŝe uwaŜnie go przebadał i uznał za fałszywy. 

- Czemu? 
-  Myślisz,  Ŝe  nasi  rozbójnicy  specjalnie  ufundowali  ten  obraz,  a  moŜe  byli  tu  i 

dopasowali  szyfr  z  kluczami,  które  odkryjesz  na  Wawelu  i  tu,  stojąc  przed  tym 
obrazem? Po co mieliby to robić? Musimy poczekać do rana, zobaczymy ten obraz, to 
porozmawiamy. 

Wróciliśmy do obozowiska, zostawiliśmy naczynia, Ŝeby się wysuszyły i kaŜde z nas 

poszło  do  swojego  namiotu.  Słyszałem,  jak  dziewczyny  jeszcze  długo  o  czymś 
rozmawiały. Julek cicho chrapał leŜąc na prawym boku, a jego bose stopy wystawały z 
mojego namiotu. Długo nie mogłem zasnąć, spałem niespokojnie. 

Było duszno i w środku nocy obudziłem się, w samą porę, by usłyszeć cichy zgrzyt 

zamka  błyskawicznego.  Ktoś  otwierał  namiot.  LeŜąc  nasłuchiwałem.  Ktoś  chciał 
wpuścić do namiotu świeŜe powietrze, a moŜe wybrał się na spacer? 

Słyszałem  tylko  cichy  szelest,  kiedy  ktoś  szedł  po  trawie.  Starając  się  nie  robić 

hałasu,  usiadłem  i  ostroŜnie  wyjrzałem  z  namiotu.  Widziałem,  Ŝe  brezentowa  willa 
pana  Tomasza  i  namiocik  Łukasza  były  szeroko  otwarte.  Po  ciemku  wymacałem 
spodnie  i  koszulę.  Sprawdziłem,  czy  w  kieszeni  dŜinsów  mam  latarkę,  zabrałem 
jeszcze  tenisówki  i  wyszedłem  ze  swojego  domku.  Na  niebie  królował  jasny  krąŜek 
księŜyca. Było bardzo jasno. 

Szybko ubrałem się i dyskretnie zajrzałem do dziewczyn. Brakowało tylko Karoli. 
W namiocie Łukasza dla odmiany było pusto. W którą stronę oni poszli? Od domku 

pana Józefa dobiegł mnie cichy warkot. Tam czuwał pies gospodarza, który nikogo w 
nocy  by  nie  przepuścił  nie  szczekając  na  niego.  Za  jednym  płotem  był  sąsiad,  za 
drugim  pole  pszenicy.  Zostawała  tylko  droga  do  Wisły,  nad  klif.  Poszedłem  tam  i 
ostroŜnie wyjrzałem na brzeg. Z góry zobaczyłem świeŜe ślady na ścieŜce prowadzącej 
w  dół  i  cień  kogoś  stojącego  przy  ścianie.  Sylwetka  przypominała  mi  Łukasza,  który 
stał odwrócony do mnie plecami obserwując coś za zakrętem. Po chwili poruszył się i 
zniknął mi z oczu. 

Stojąc na nadbrzeŜnym piasku ostroŜnie  wyjrzałem za róg. Sto  metrów przede mną 

za uschniętym drzewem czaił się Łukasz. Dalej, przed nim, na brzegu widziałem dwie 
postaci  maszerujące  w  kierunku  opactwa.  CzyŜby  Krzysiek  i  Karola  postanowili 
odwiedzić  klasztor  tej  nocy?  Skradałem  się  za  nimi,  kiedy  szli  u  podnóŜa  skały,  na 
której  stało  opactwo.  Zastanawiało  mnie,  jak  chcą  dostać  się  do  środka,  skoro  na  noc 
zapewne zamykano wszystkie wejścia. 

Najpierw Krzysiek i Karola zniknęli za załomem skały, przy parkingu, na którym w 

południe  czekaliśmy  na  powrót  Julka.  Odczekałem,  aŜ  śledzący  ich  Łukasz  takŜe 

background image

 

66 

skręcił w prawo i szybko dobiegłem do zakrętu. OstroŜnie wyjrzałem i zaniepokoiłem 
się  nie  widząc  nikogo.  Postanowiłem  zakraść  się  na  wzgórze  po  północnym  zboczu 
porośniętym u podnóŜa krzakami, a wyŜej starymi dębami i lipami. Kiedy dotarłem do 
końca  linii  krzewów,  zobaczyłem  Krzyśka  i  Karolę  stojących  pod  podpartym 
drewnianymi  konstrukcjami  murem  opactwa.  Tylko  gdzie  był  Łukasz?  Rozglądałem 
się, alei nigdzie go nie dostrzegłem. 

Wycofałem  się  i  szerokim  łukiem  idąc  w  prawo  dotarłem  do  murów  opactwa  i 

podchodziłem do bramy, przy której byli Krzysiek i Karola. Ostatnie metry pokonałem 
na czworaka. W samą porę, bo usłyszałem, jak nadjechał jakiś samochód. 

- Co słychać? - usłyszałem czyjś młody głos. 
- W porządku - odpowiedział Krzysiek. - To moja koleŜanka, Karola. 
-  Szkoda,  Ŝe  ja  nie  mam  takich  ładnych  współpracowniczek  -  nieznajomy 

komplementował Karolę. - Kiedy wykopiecie ten skarb? 

- Nie wiem. Jutro Paweł, ten koleś, o którym ci opowiadałem, będzie oglądał obraz 

w klasztorze, to moŜe czegoś się dowiemy. 

- Nie mógłbyś go przycisnąć? 
- To trudny typ. 
- No dobra, to pamiętaj o nas. 
Rozległ  się  trzask  drzwiczek  i  chrzęst  kół  na  drodze,  kiedy  auto  odjechało 

oświetlając  całą  okolicę.  Wtedy,  w  świetle  reflektorów  zauwaŜyłem  cień  sylwetki 
przyczajonego za drzewem Łukasza. Stojący przed bramą z pewnością go nie widzieli, 
a  mnie  to  co  widziałem  wystarczyło.  UłoŜyłem  się  na  ziemi  i  czekałem,  co  teraz 
nastąpi. 

- To był ten człowiek, któremu jesteś winny pieniądze? - zapytała Karola. 
- Pracownik tego człowieka - odparł Krzysiek. 
- Miły młody człowiek. 
- Miły, ale do czasu. Zacznie się niecierpliwić i wiesz, jak mogę skończyć. 
-  Póki  kusisz  go  tym  skarbem,  nic  ci  nie  zrobi,  ale  co  będzie,  jak  Paweł  znajdzie 

skrytkę i niczego ci nie da? 

- Dlatego w decydującym momencie trzeba będzie go uprzedzić albo odwrócić jego 

uwagę. 

- Ciekawe, jak chcesz to zrobić? 
- Moja w tym głowa. Musimy wracać. 
- Czemu umówiłeś się z nim aŜ tu? 
-  Po  pierwsze,  nikt  z  naszych  przyjaciół  nas  tu  nie  wypatrzy.  Po  drugie,  zaraz 

wrócimy i zobaczymy, czy wszyscy smacznie śpią. 

- A jak nas zobaczą? 
- To powiemy, Ŝe wyszliśmy na spacer. PrzecieŜ to prawda.  
Słyszałem, jak zaszeleściły trawy, kiedy Łukasz zaczął wycofywać się, by zdąŜyć do 

obozu przed Krzyśkiem. 

- Co to było? - Karola zaniepokoiła się. 
- Pewnie Paweł nas tu wyśledził - Krzysiek roześmiał się. - Chodź! 
- Ja się boję - szepnęła Karola. 
Na dole, na tle rozjaśnionej światłem księŜyca wody Wisły, mignął cień biegnącego 

Łukasza.  Krzysiek  wziął  Karolę  za  rękę  i  zeszli  drogą  w  kierunku  parkingu. 

background image

 

67 

Wiedziałem, Ŝe Łukasz  miał  szansę odbiec dostatecznie daleko, Ŝeby  Krzysiek  go nie 
zauwaŜył.  Zerwałem  się  na  równe  nogi  i  chciałem  przebiec  koło  bramy,  potem  przez 
wieś dobiec do gospodarstwa pana Józefa, nie bacząc na psa przeskoczyć przez płot i 
schować  się  w  namiocie.  Właśnie  mijałem  załom  muru  przy  bramie,  kiedy  poczułem 
silne  uderzenie  w  kostki  i  poleciałem  ku  ziemi.  Na  szczęście  w  porę  ułoŜyłem  ręce  i 
coś  co  mogło  być  twardym  lądowaniem  zamieniło  się  w  przewrót.  Błyskawicznie 
obróciłem się, by zobaczyć, kto podstawił mi nogę. 

Z  cienia  wyszedł  zakonnik  ubrany  w  czarny  habit.  Był  wysoki,  szczupły,  łysy,  w 

wieku około  sześćdziesięciu lat. Miał  nos przypominający  haczyk  i patrzył na  mnie z 
dobrotliwym uśmiechem. W ręku trzymał gruby kostur. 

- Dobry wieczór - powiedziałem prostując się. - Od kiedy to benedyktyni tak traktują 

wędrowców? 

-  Zawsze  dobrze  traktujemy  przybyszy  -  odparł  zakonnik.  -  Szczególną  uwagę 

zwracamy  na  tych,  którzy  czają  się  w  cieniu,  przy  murach,  podsłuchują,  odbywają 
tajemnicze schadzki. 

-  Chyba  powinienem  się  wytłumaczyć...  -  zakonnik  przerwał  moją  wypowiedź 

unosząc dłoń. 

- Chodź tu, drugi tajemniczy wędrowcze - odezwał się. Zza muru wyszedł Julek. 
- Co ty tu robisz? - zdziwiłem się. 
- Spiętrzenie do kwadratu - starszy zakonnik roześmiał się. Patrząc na minę Julka nie 

mogłem  się  powstrzymać  i  teŜ  wybuchnąłem  śmiechem,  którym  zaraził  się  Julek. 
Oparłem się o drzewo łapiąc oddech. 

- Wyjaśnij koledze z konkurencji co tu robimy - poprosiłem Julka. 
- Franciszkanie i benedyktyni nie konkurują - zaprotestował Julek. 
-  No,  jeśli  juŜ,  to  jest  to  zdrowa  konkurencja,  ale  cel  przyświeca  nam  ten  sam  - 

zapewniał duchowny z kosturem. - MoŜe przestaniecie się tak chichrać i powiecie, co 
się tu wyprawia? 

- To długa historia - powiedziałem. 
-  To  zapraszam  -  zakonnik  gestem  wskazał  nam  drogę.  Poprowadził  nas  do 

pomieszczenia  nad  bramą.  Usiedliśmy  tam  przy  prostym  drewnianym  stole,  na 
prostych krzesłach, przy zwykłej lampie. Zakonnik podał nam szklanki z herbatą. 

- Paweł, Julek - przedstawiłem nas. 
-  Brat  Jan  -  uśmiechnął  się  zakonnik.  -  Opowiadajcie,  bo  strasznie  mnie  intrygują 

ludzie, którzy podglądają innych. 

Na  zmianę  opowiadaliśmy  naszemu  gospodarzowi  dzieje  naszej  dziwnej  wyprawy 

poszukiwaczy skarbu. 

- Tego profesora to pamiętam - powiedział brat Jan. - Wpatrywał się w obraz, robił 

szkice, notatki, a potem nagle przestał przyjeŜdŜać. 

- Niedawno zmarł - wyjaśnił Julek. 
- A chcielibyście zobaczyć ten obraz? 
-  Teraz?  -  upewniałem  się.  -  MoŜe  powinniśmy  przyjść  tu  z  resztą?  Tak  byłoby 

chyba uczciwiej. 

- PrzecieŜ nie chcemy sami wydobyć tego skarbu - zauwaŜył Julek. 
- Tu nie ma Ŝadnych skarbów, poza jednym, wiedzą - odparł brat Jan.  

background image

 

68 

Zabrał  latarnię,  sprawdził  zamknięcie  bramy  i  poprowadził  nas  do  kościoła. 

DwuwieŜowa  fasada  kościoła  wybudowana  w  XVII  wieku  sprawiała  wraŜenie 
skromnej,  ale  w  ciemnościach,  rozświetlona  tylko  latarnią,  przejmowała  swym 
surowym  pięknem.  Przeszliśmy  do  wschodniej  nawy,  gdzie  znajdował  się  ołtarz  z 
wizerunkiem świętego Benedykta. 

- Te malowidło nie pochodzi z XVI wieku - powiedziałem, kiedy na nie spojrzałem. 
-  Nie,  namalował  to  Andrzej  Radwański  w  drugiej  połowie  XVIII  wieku  -  brat  Jan 

przyznał  mi  rację.  -  Podobno  inspirował  się  przekazami  o  poprzednim  obrazie,  a 
właściwie średniowiecznym fresku, który był w tym miejscu. 

- Paweł, nie rezygnuj tak szybko - Julek zatrzymywał mnie. - PrzecieŜ profesor Krak 

nie przyjeŜdŜał tu bez powodu. Coś musi być w tym obrazie. 

- Z prawej strony masz postać kobiety z wędzidłem... - zacząłem analizę. 
- To jedna z cnót. Wstrzemięźliwość - wtrącił brat Jan. 
-  PoniŜej  świętego  Benedykta  jest  Ziemska  Wenus  z  tablicą  z  wizerunkiem  nagiej 

kobiety i kałamarzem w kształcie serca - kontynuowałem. - PowyŜej, na tle globu, jest 
Wenus Niebiańska podająca świętemu Benedyktowi jakąś księgę. 

- Księgę naszej Reguły - dopowiedział zakonnik. 
-  Święty  Benedykt  jest  zawieszony  pomiędzy  symbolami  miłości  czystej, 

niebiańskiej oraz ziemskiej, czyli nieczystej. To Wstrzemięźliwość podtrzymuje Księgę 
Reguły, a Wenus Niebiańska trzyma dłoń na ramieniu zakonnika, jakby go prowadziła. 
Benedykt pisze w księdze piórem unurzanym w tuszu z kałamarza podsuniętym przez 
Wenus Ziemską. To przypomina mi sceny podpisywania cyrografu, tylko tu Benedykt 
wyrzeka  się  spraw  ziemskich.  Popatrzcie  na  wzrok  postaci.  Wenus  Niebiańska  patrzy 
nas piszącego Benedykta, a on na nią. Wstrzemięźliwość z pewnym rodzajem odrazy, 
ale i zaciekawienia, spogląda na wizerunek nagiej niewiasty, a Wenus Ziemska z Ŝalem 
spogląda w niebo. 

- Gdzie tu wskazówka prowadząca do skarbu? - zastanawiał się Julek. 
-  Skoro  to  tylko  próba  powtórzenia  fresku  lub,  co  bardziej  prawdopodobne,  własna 

inwencja twórcy, to nie odnajdziemy tu Ŝadnych drogowskazów - stwierdziłem. 

-  EjŜe,  młody  człowieku!  -  brat  Jan  Ŝartobliwie  zmruŜył  oko.  -  To  dosyć  klarowne 

pokazanie, co powinno być celem naszego Ŝycia, czym powinniśmy się kierować. 

- MoŜe dotyczy to tylko zakonników? - odparłem. 
-  Jesteś  pewny?  Zostańcie  tu,  ja  sprawdzę  furtę,  a  wam  chwila  zadumy  moŜe  w 

czymś dopomoŜe? 

Zakonnik  zostawił  nas  samych.  Julek  oddał  się  modlitwie,  a  ja  usiadłem  w  ławie  i 

patrzyłem na obraz teraz oświetlany tylko płomieniem świecy. W cichym, pogrąŜonym 
w mroku kościele wszystko nabierało mocniejszej wymowy. 

Wpatrywałem  się  w  postaci  świętego  Benedykta  i  Wenus  Niebiańskiej,  którzy 

wydawali się być zajęci tylko sobą, na wzrok Wstrzemięźliwości, na kałamarz. Kiedy 
mój  wzrok  błądził  po  obrazie,  zdawało  mi  się,  Ŝe  bliski  jestem  dotarcia  do  sedna 
zagadki, ale zaraz gdzieś ta jedna myśl umykała niczym płoche zwierzę, niczym przed 
laty  Daniela.  Myśl  o  niej  przywróciła  mnie  do  realnego  świata.  Zerknąłem  na  Julka, 
który przyglądał mi się z uwagą. Po chwili wrócił do nas brat Jan. 

- I wydumaliście coś? - zapytał nas. 
- Nic - pokręciłem głową. 

background image

 

69 

- Tak ci się tylko zdaje - brat Jan uśmiechnął się. - Czasami wystarczy choćby chwilę 

wyciszyć się, otworzyć, by świat oglądać trochę inaczej. JuŜ świta, chyba powinniście 
wrócić do swoich. 

Wyszliśmy na dziedziniec, potem przez obie bramy na aleję prowadzącą do opactwa 

i przeszliśmy do wioski. Był chłodny poranek. Szliśmy z Julkiem milcząc, kaŜdy z nas 
był zajęty swoimi myślami. Doszliśmy do gospodarstwa pana Józefa. 

Jego  pies,  duŜy  mieszaniec,  na  nasz  widok  tylko  niespokojnie  się  poruszył  i  zaraz 

zamknął oczy, by dalej spać. Wróciliśmy do obozowiska, gdzie czekał na nas komitet 
powitalny. Nasi przyjaciele siedzieli otuleni w śpiwory, koce wokół maszynki gazowej, 
na której w czajniku gotowała się woda. 

- Nareszcie - przywitał nas Krzysiek. - Powiecie nam, gdzie tak długo byliście? 
- W opactwie - odpowiedział Julek. 
- Nie mogliśmy zasnąć i poszliśmy na spacer - wtrąciłem się, bo nie wiedziałem, co 

powie Julek. - Przy opactwie spotkaliśmy zakonnika, który zapytał nas, co tam robimy 
i tak od słowa do słowa... 

- Obejrzeliście obraz - domyśliła się Karola. - Powiecie nam, co odkryliście? 
- Nic - wzruszyłem ramionami. - Nic, co by pchnęło nasze poszukiwania, ale sami o 

tym wkrótce się przekonacie, kiedy pójdziemy tam razem. 

-  Nie  pójdziemy!  -  oświadczył  Krzysiek.  -  Działacie  samodzielnie,  więc  proponuję 

wykluczyć was z naszej grupy. Co wy na to? 

-  Nie  oszukujmy  się,  bez  Pawła  i  Julka  nie  znajdziemy  tych  słów  -  kluczy,  nawet 

gdybyśmy się o nie potknęli - stwierdziła Baśka. - Poszukajmy skarbu, spełnijmy wolę 
profesora Kraka i wtedy moŜemy się na siebie obraŜać. JeŜeli chcieli obejrzeć ten obraz 
sami, w porządku! PrzecieŜ niczego przed nami nie ukrywają. 

-  Jesteśmy  blisko  odkrycia  skarbu  i  musimy  ustalić,  co  z  nim  zrobimy,  kiedy  go 

znajdziemy  -  zaczął  Krzysiek.  -  Po  tylu  trudach  nie  stać  nas,  byśmy  oddali  złoto  czy 
srebro państwu tak za nic, za uścisk ręki ministra. 

-  Nie  dzielmy  skóry  na  niedźwiedziu  -  apelował  Julek.  -  Krzysztofie,  wiesz  gdzie 

szukać skrytki? 

- Na zamku w Ogrodzieńcu albo tu, w Tyńcu - odparł Krzysiek. 
- Jak złamiesz szyfr? - dopytywał się Julek. 
- To moja... nasza sprawa - Krzysiek poprawił się patrząc na Łukasza i Karolę. 
-  Wiemy,  Ŝe  jedno  słowo  klucz  to  Albrecht.  Z  tego  co  mówił  Paweł,  to  on  był 

władcą,  który  najwięcej  spiskował  przeciw  królowi  polskiemu.  Drugie  słowo  będzie 
związane  z  Bonerem.  Pewnie  wystarczy  dobrze  poszukać  w  Krakowie,  Ŝeby 
dowiedzieć  się  o  co  chodzi.  Trzecie  słowo  to  na  pewno  Kaplica  Zygmuntowska, 
wystarczy dobrze wszystko skojarzyć. 

- Łatwe - drwiła Daniela. 
-  Tak  się  mądrzysz,  bo  jesteś  po  stronie  świętoszków  Pawcia  i  Julka  -  Karola 

ironicznie  patrzyła  na  koleŜankę.  -  Pewnie  w  odpowiednim  momencie  zrobisz  słodką 
minkę i zabierzesz przynajmniej część dla siebie? 

- Nie potrzebuję pieniędzy - zaprzeczała Daniela. 
- Co się z wami stało? - pytałem zdziwiony. - Czy naprawdę myślicie, Ŝe ten skarb 

jeszcze gdzieś tam jest i tak łatwo uda się go odnaleźć? 

- Przyznasz, Ŝe nie jest to niemoŜliwe? - rzucił Krzysiek. 

background image

 

70 

- Jest moŜliwe, ale tylko wtedy, kiedy będziemy działać wspólnie. Pamiętacie, o co 

prosił profesor Krak? Co się z wami stało? Czy jakikolwiek skarb wart jest tego, byśmy 
na drugiej szali ułoŜyli naszą przyjaźń? 

- Jej juŜ od dawna nie ma - drwiła Karola. 
-  Jak  to  nie  ma?  -  wzdrygnąłem  się.  -  Pamiętacie,  jak  kiedyś  odpowiadaliśmy  na 

pytanie  „Być  czy  mieć?”.  Woleliśmy  być!  Pamiętacie,  co  czuliśmy,  kiedy  na  biwaku 
czytaliśmy  ksiąŜki  zakazane  przez  władze?  Nawet  Krzysiek  razem  z  nami  czytał 
wiersze. 

- To była chwila słabości, młodzieńcze wygłupy - odparł Krzysiek. 
- Łukasz, czemu? - spojrzałem w oczy przyjaciela. Łukasz spuścił wzrok. 
- Kiedy będę bogaty, to zacznę być - odpowiedział. 
-  Odbiło  wam!  -  Baśka  odłoŜyła  kubek  z  herbatą.  -  Mam  dość  tej  imprezy,  tych 

poszukiwań. Nie tego chciał profesor. W Ŝyciu nie znajdziecie tego skarbu i niech tak 
pozostanie. Złoto przesłoniło wam oczy. Nie tego się po was spodziewałam. Nie chcę 
waŜyć złota i przyjaźni, dlatego nie przyłączę się do grupy Pawła. śegnajcie! - odeszła 
do namiotu zostawiając nas milczących. 

- To faktycznie bez sensu - po chwili mruknęła Daniela. Wstała i zaczęła w namiocie 

pakować swoje rzeczy do torby. Wstaliśmy z Julkiem i poszliśmy do Danieli. 

- Jedźcie do miasta, ja na razie mam teŜ dosyć - oświadczyła Daniela patrząc na nas 

gniewnym wzrokiem. 

Nie  czułem  Ŝadnej  winy,  Ŝe  tak  nagle  doszło  do  rozdarcia  naszej  grupy,  a  reakcja 

przyjaciółki bardzo mnie zabolała. Wyszedłem do sadu. W oddali widziałem, jak Baśka 
z  plecakiem  idzie  w  kierunku  Wisły  gniewnie  stawiając  długie  kroki.  Julek  próbował 
jeszcze porozmawiać z Danielą, ale bezskutecznie. Ona wsiadła do swojego peugeota i 
odjechała w kierunku bramy gospodarstwa. 

-  Co  się  porobiło  -  mówił  Julek  z  niedowierzaniem  kręcąc  głową.  -  Wszystko  się 

rozsypało... 

- Co gorsza, nie moŜemy zrobić tego co Basia - powiedziałem. 
-  To  ty  nie  moŜesz!  -  Julek  poprawił  mnie.  -  To  prawie  twój  obowiązek  -  w  jego 

głosie czułem ironię. 

- Julek! - prosiłem go. 
- Wiem - zakonnik skinął głową. - Jedźmy do hotelu.  
Karola  demonstracyjnie  opuściła  namiot,  który  z  Julkiem  spakowaliśmy,  podobnie 

jak ten, w którym mieliśmy spać. Zebraliśmy nasze rzeczy do wehikułu i podobnie jak 
Daniela pojechaliśmy do Krakowa. Julek milczał całą drogę. Zostawiłem wehikuł pod 
„Krakowiakiem” i poszedłem do pokoju odespać nocne przygody.  

Po  obiedzie  powędrowałem  na  piechotę  na  krakowską  Starówkę  zabierając 

przewodnik po Krakowie. Przy ulicy Dominikańskiej, blisko skrzyŜowania z Grodzką, 
znalazłem  niewielką  ciastkarnię,  o  której  słyszałem,  Ŝe  ma  długą  tradycję.  W  środku, 
na półkach, w chłodniach cieszyły oko oszałamiająco pachnące wyroby cukiernicze. 

Zamówiłem  czekoladę  na  gorąco  i  dwa  ciastka.  Po  godzinie  wypiłem  drugą 

czekoladę i juŜ wiedziałem, dokąd muszę iść, by szukać śladów Bonera. Wyszedłem z 
lokalu  i  skręciłem  w  lewo,  w  kierunku  bazyliki  Świętej  Trójcy,  a  za  nią  na  Planty. 
Chciałem się przejść po tym pięknym miejscu, by nacieszyć się ciszą tego miejsca, tak 
kontrastującą  z  rozgadanym,  wirującym  tłumem  na  Rynku.  Tu  przychodzili  ludzie, 

background image

 

71 

którzy szukali spokoju. Do tego Planty miały ten urok, który w Warszawie moŜna było 
odnaleźć  tylko  w  Łazienkach.  Tu  było  czuć  tę  wielowiekową  historię  miasta,  kiedy 
mijało się ławki nawiązujące kształtem do czasów secesji, prawie widziało się damy w 
zdobnych  kapeluszach  i  panów  z  laskami  i  cylindrami.  Była  tu  dziwna  atmosfera 
dostojnego  lenistwa.  W  tak  magicznym  miejscu  ujrzałem  Danielę,  jak  szła  wolno 
stawiając  kroki,  ubrana  w  dŜinsy,  koszulę  wypuszczoną  na  wierzch,  z  małym 
plecaczkiem  kołyszącym  się  jej  na  ramieniu.  Widziałem,  Ŝe  wyszła  tu,  by  ochłonąć, 
przemyśleć. 

Szedłem  za  nią  zastanawiając  się,  czy  podejść,  czy  skręcić  i  pomaszerować  swoją 

drogą.  Nagle  za  mną  rozdźwięczał  się  dzwonek  rowerowy.  Daniela  obejrzała  się  i 
zobaczyła mnie. Na jej twarzy widziałem złość i zaskoczenie. 

- Szpiegowałeś mnie? - rzuciła oskarŜenie. 
- Nie, raczej szukałem tu tego samego co i ty - odpowiedziałem. - Byłem w cukierni i 

czytałem o Krakowie - pokazałem jej przewodnik. 

- Nie poddałeś się. 
- Nie. 
- W sprawie skarbu przejawiasz zdecydowanie, a kiedy chodzi o mnie, to… 
- Nie potrafię - przyznałem. 
- Czego tu szukałeś? 
- Odpowiedzi na dręczące mnie pytania. 
- I znalazłeś? 
- Tak. Znalazłem ciebie. 
- To, dokąd idziemy? - Daniela podeszła bardzo blisko mnie i patrzyła mi w oczy. 
- Na Rynek, do galerii, a potem do kamienicy Bonerów - wykrztusiłem. 
To  była  zła  propozycja,  bo  widziałem,  Ŝe  nie  takiej  odpowiedzi  oczekiwała  moja 

przyjaciółka. 

background image

 

72 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

KTO NAS ŚLEDZIŁ W KOŚCIELE MARIACKIM? * BONER NA OBRAZIE  

JANA MATEJKI * W KAMIENICY BONERÓW * MŁODY FAN DANIELI *  

MAMY DRUGI KLUCZ DO SZYFRU 

 

Ulicą  Sienną  wyszliśmy  na  Rynek,  wprost  na  pomnik  Adama  Mickiewicza,  stojący 

przy  Sukiennicach.  Autorem  alegorycznej  kompozycji  postawionej  w  1898  roku  był 
Teodor  Rygier.  Na  lewo  od  nas  wyjście  z  ulicy  Grodzkiej  zamykała  sylwetka 
niewielkiego kościoła Świętego Wojciecha, który podobno stoi w miejscu, gdzie przed 
wiekami była świątynia pogańska, juŜ na przełomie X i XI wieku zastąpiona kościołem 
chrześcijańskim. Nas bardziej interesowała najsłynniejsza budowla sakralna Krakowa - 
kościół  Mariacki.  Jej  początki  są  związane  ze  sprowadzeniem  do  Krakowa  w  1221 
roku  dominikanów,  którzy  rozpoczęli  budowę  romańskiej  bazyliki  pod  wezwaniem 
Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Inwestycję tę mógł przerwać najazd tatarski 
w pierwszej połowie XIII wieku. Pod koniec tego stulecia zaczęła się budowa ceglanej, 
gotyckiej hali. Kościół był stale upiększany i przebudowywany. 

Mieliśmy wyjątkowe szczęście, Ŝe o tej porze we wnętrzu nie było wielu turystów i 

mogliśmy we względnym spokoju cieszyć się widokiem niezwykłej architektury. 

Z  kruchty  zeszliśmy  po  kilku  stopniach,  między  kaplicami  Matki  Boskiej 

Częstochowskiej oraz Świętego Antoniego, a potem stanęliśmy zafascynowani. OdŜyły 
wspomnienia  wycieczki  z  czasów  licealnych,  kiedy  ciekawość  walczyła  ze 
zniechęceniem  do  przeładowanego  programu  zwiedzania.  Wtedy  nie  mieliśmy  takich 
doświadczeń  jak  obecnie;  teraz  upływ  czasu  sprawił,  Ŝe  zachłannie  czerpaliśmy 
wraŜenia, jakbyśmy bali się, Ŝe nie starczy nam Ŝycia, by wszystko zobaczyć. 

W oddali jak mityczny skarb błyszczał złotymi zdobieniami ołtarz Wita Stwosza. 
Przed  nim  na  belce  tęczowej  umocowany  był  krucyfiks.  Barokowe  ołtarze  boczne, 

arkady,  światło  ukośnie  wpadające  do  wnętrza,  sklepienie  znajdujące  się  dwadzieścia 
osiem  metrów  nad  naszymi  głowami  powodowały,  Ŝe  wszystko  tu  wydawało  się 
monumentalne  i  lekkie  zarazem.  Cienie  i  jasne  plamy  światła  kontrastowały  i 
przenikały  się  tworząc  odpowiednią  atmosferę  i  do  modlitwy,  intymnej  rozmowy  z 
Bogiem, i do podniosłych uroczystości. 

Podeszliśmy do ołtarza głównego, powstałego ze składek mieszczan krakowskich w 

latach  1477-1489.  Do  dziś  jest  jednym  z  najwspanialszych  przykładów  sztuki 
gotyckiej. Na ucho opowiadałem Danieli, jak w 1939 roku, tuŜ przed wybuchem wojny 
zdemontowano ołtarz i ukryto go w katedrze w Sandomierzu. 

Hitlerowcy znaleźli go tam i wywieźli do Rzeszy, ale na szczęście odzyskano go ze 

skrytki  w  zamku  norymberskim.  W  cieniu  ołtarza  jest  inne  dzieło  Wita  Stwosza  - 
kamienny krucyfiks z około 1491 roku ufundowany przez Henryka Slackera, mincerza 
królewskiego. 

KrąŜyliśmy  po  kościele.  Daniela  przyglądała  się  detalom,  obrazom,  a  ja 

wypatrywałem nagrobków rodziny Bonerów. Kiedy je znalazłem, pokazałem kamienne 
tablice  przyjaciółce.  Nie  znaleźliśmy  Ŝadnej  podpowiedzi,  były  tu  tylko  inskrypcje 
nagrobne. Od jakiegoś czasu mój niepokój budził młodzieniec, który dyskretnie chodził 
za  nami.  Był  przystojnym  brunetem,  ubranym  w  ciemną,  doskonale  na  nim  leŜącą 
marynarkę, jedwabną białą koszulę, rozpiętą pod szyją, tak Ŝe widać było jego świeŜą 
opaleniznę.  Miał  mocno  zarysowaną  szczękę,  krótko  przycięte  włosy  z  prostą  linią 

background image

 

73 

grzywki  nad czołem. Jego brązowe oczy patrzyły  na  wszystko z  widocznym ciepłem, 
ale mnie nie podobało się jego zainteresowanie Danielą. 

-  Gapi  się  na  mnie  -  przyjaciółka  szepnęła  mi  do  ucha,  kiedy  zauwaŜyła 

przystojniaka. - Szkoda, Ŝe taki młody - dodała. Po tonie rozpoznałem, Ŝe chce, Ŝebym 
był zazdrosny. 

- Oprócz tych dwóch osiłków był teŜ kierowca samochodu - przypomniałem Danieli. 
- Powinieneś kręcić thrillery - Daniela zalotnie poprawiła włosy. 
- Chodźmy - objąłem ją ramieniem i wyprowadziłem ze świątyni. 
-  Będziesz  mnie  teraz  pilnował,  będziesz  moim  bodyguardem?  -  zapytała,  kiedy 

wyszliśmy na rozjaśniony zachodzącym słońcem Rynek. - Wszystko to przez zazdrość 
o jakiegoś młokosa? 

-  Profesor  Krak  powiedział  kiedyś,  Ŝe  zazdrosny  męŜczyzna  to  postać  tragiczna  - 

odpowiadałem.  -  Z  jednej  strony  powinien  ufać  swojej  partnerce,  a  z  drugiej  ma 
ś

wiadomość, Ŝe nie ma takiej siły, która potrafiłaby upilnować kobietę. 

- A pamiętasz, co wtedy odpowiedziała mu Karola? 
- Nie. 
-  Zacytowała  chińskie  powiedzenie,  Ŝe  nie  warto  przywiązywać  się  do  rzeczy,  z 

którymi nie potrafisz rozstać się w ciągu trzech mrugnięć powiek i do ludzi, z którymi 
nie potrafisz biec przez ogród. 

Teraz przypomniałem sobie jaka potem rozgorzała dyskusja na temat: „Co autor tego 

stwierdzenia  miał  na  myśli”.  Była  to  kolejna  okazja  do  manifestacji  naszego  pełnego 
idealizmu spojrzenia na czekające nas Ŝycie. 

-  Dokąd  teraz  zaprowadzisz  mnie,  by  uchronić  przed  tym  przystojniakiem?  - 

dopytywała  się  Daniela  wymownie  patrząc  na  bruneta,  który  teraz  stał  dwadzieścia 
metrów od wejścia do kościoła i z kimś rozmawiał przez telefon komórkowy. 

- Tam - wskazałem na Sukiennice. 
Murowane kramy na krakowskim Rynku istniały juŜ w XIII wieku. Pod koniec XIV 

wieku Marcin Lindintolde wzniósł długą murowaną halę z kramami umieszczonymi za 
ostrołukowymi arkadami. Handlowano tu  suknami i cennymi  materiałami. Sukiennice 
były  otoczone  drobną  zabudową  i  bogatymi  sklepami,  a  wszystko  to  usunięto  w  XIX 
wieku.  Pod  koniec  tego  stulecia  władze  miasta  postanowiły  na  piętrze  Sukiennic 
zorganizować  zaląŜek  Muzeum  Narodowego,  a  jego  zaczynem  był  podarowany  przez 
Henryka  Siemiradzkiego  obraz  „Pochodnie  Nerona”.  Właśnie  do  galerii  malarstwa 
polskiego  prowadziłem  Danielę.  Miałem  w  tym  ukryty  cel,  ale  teŜ  zawsze  lubiłem  tu 
przychodzić,  kiedy  tylko  byłem  w  Krakowie  i  miałem  dostatecznie  duŜo  wolnego 
czasu.  Tu  moŜna  było  zobaczyć  obrazy  Marcelego  Bacciarellego,  Franciszka 
Smuglewicza,  Michała  Stachowicza,  Wojciecha  Komelego  Stattlera,  Piotra 
Michałowskiego,  Jana  Matejki,  Henryka  Rodakowskiego,  Artura  Grottgera,  Józefa 
Chełmońskiego,  Maksymiliana  i  Aleksandra  Gierymskich,  Józefa  Brandta,  Jacka 
Malczewskiego, Juliana Fałata, Władysława Podkowińskiego. Pamiętam, jak pierwszy 
raz,  jeszcze  w  czasach  szkolnych,  ujrzałem  słynną  „Czwórkę”  Chełmońskiego,  o 
monumentalnych  rozmiarach,  perfekcyjnie  oddającą  dynamikę  pędzącego  powozu, 
rozpędzonych koni. Zazwyczaj jego kopie wiszące w domach to maleństwa, paseczki, 
nędzne  pocztóweczki.  Nie  da  się  opisać  tego,  co  się  czuje  widząc  oryginał  „Szału” 
Podkowińskiego,  obrazu,  który  wzbudzał  wiele  kontrowersji.  Jak  duŜy  jest  „Hołd 

background image

 

74 

pruski”? Ogromny, bo stojącemu przed nim  widzowi wydaje się, Ŝe jest uczestnikiem 
historycznych wydarzeń. 

Chodziliśmy  po  salach,  gdzie  byli  tylko  nieliczni  zwiedzający,  niekiedy  w  zadumie 

siedzący przed ulubionym obrazem i delektujący się jego  naturalnym pięknem. Jak  w 
Luwrze,  była  tu  atmosfera  kontaktu  z  wielkimi  dziełami  sztuki,  ale  było  o  wiele 
spokojniej.  Zatrzymaliśmy  się  przed  „Hołdem  pruskim”  i  usiedliśmy  na  miękkiej 
kanapie. 

-  Co?  -  Daniela,  kiedy  ścisnąłem  lekko  jej  rękę,  wydobyła  z  siebie  szept,  jakim 

przemawiamy w salach muzealnych pod wraŜeniem dostojeństwa miejsca. 

-  Popatrz  -  zachęcałem  ją.  -  Przed  Zygmuntem  Starym  klęczy  Albrecht 

Hohenzollern.  Obok  króla  na  podwyŜszeniu  stoi  mały  Zygmunt  August  ze  swoim 
ochmistrzem  Piotrem  Opalińskim.  Za  królem  z  mieczem  zobaczysz:  Hieronima 
Łaskiego, wojewodę siewierskiego z mieczem. Piotra Tomickiego, biskupa w infule, a 
za  nim  Jana  Łaskiego,  prymasa,  Andrzeja  Tęczyńskiego,  chorąŜego  krakowskiego  z 
rozwiniętą  chorągwią  królewską,  Krzysztofa  Szydłowieckiego,  kanclerza  wielkiego 
koronnego z jabłkiem królewskim  w ręku, Mikołaja Firleja, kasztelana  krakowskiego, 
w  czapce  i  najdalej  na  prawo,  ubranego  na  czarno,  pochylonego  w  stronę  tłumu 
Seweryna Bonera. 

- Myślisz, Ŝe na obrazie Matejki znajdziesz wskazówkę? - dziwiła się przyjaciółka. - 

PrzecieŜ obraz powstał prawie cztery stulecia po ukryciu skarbu. 

-  Masz  rację,  ale  Matejko  malował  z  ogromnym  wyczuciem  epoki  i  dbałością  o 

szczegóły.  Malarz  mógł  mieszkając  w  Krakowie  dotrzeć  do  relacji  o  Bonerze,  nawet 
plotek, które mogłyby być dla nas istotne. 

- I co? Widzisz coś ciekawego? 
- Nic - przyznałem. 
- Wygląda jakby kogoś karcił, gniewnie mu coś tłumaczył. 
- Masz rację - przyznałem. 
Nasze zwiedzanie trwało godzinę, co było za małą chwilą na pobyt w takim miejscu. 

Ś

pieszyło  mi  się,  bo  chciałem,  byśmy  jeszcze  tego  wieczora  poszli  do  dawnej 

kamienicy Bonerów. Wyszliśmy na Rynek i skierowaliśmy się ku wschodniej pierzei. 
NaroŜnik ulicy Siennej zajmowała obszerna kamienica zwana Szarą, niegdyś naleŜąca 
do  potęŜnych  rodów  Zborowskich  i  Zebrzydowskich,  która  w  czasie  insurekcji 
kościuszkowskiej była kwaterą Tadeusza Kościuszki. Na prawo od niej stała kamienica 
Montelupich,  z  późnorenesansowym  portalem,  a  jej  dzieje  wiąŜą  się  z  początkiem 
poczty  w  Polsce  za  czasów  Zygmunta  Augusta.  Trzecią  kamienicą,  którą  pokazałem 
Danieli, była nosząca nazwę „Pod Jaszczurami”; to tu byliśmy w klubie. Ostatnią była 
ta z numerem 9, tak zwana Bonerowska, z dekoracyjną attyką. Weszliśmy do bramy z 
umieszczoną  nad  wejściem  reklamą  lokalu  gastronomicznego.  Mijaliśmy  pomazane 
farbami  w  sprayu  ściany  i  drzwi,  wejścia  do  pubów  i  barów.  Kiedy  w  nozdrzach 
poczułem charakterystyczny zapach frytek smaŜonych na starym oleju i zapiekanek, aŜ 
zrobiło mi się mdło. Widać, Ŝe turyści rzadko zachodzili w te miejsca, bo zgromadzeni 
tu  młodzi  ludzie  przyglądali  się  nam  nieufnie.  Ręce  Danieli  lekko  drŜały  i  szybko 
objęła moje ramię. 

- Chyba nic tu nie znajdziemy - podpowiadała. 

background image

 

75 

W  jednej  z  szyb  zauwaŜyłem,  Ŝe  w  bramie  stanął  młodzieniec,  który  śledził  nas  w 

kościele Mariackim. Przed nami na podwórku był tłum młodzieŜy. Mocno przytuliłem 
Danielę. 

- Jakby  nas rozdzielono, to krzycz! - szepnąłem do niej. Przyspieszyłem i jak taran 

wbiłem  się  pomiędzy  chłopców  i  dziewczęta,  Gdyby  nie  moje  zdecydowanie,  pewnie 
ktoś  postanowiłby  zatrzymać  mój  marsz,  ja  jednak  pewnym  krokiem  zmierzałem  ku 
wejściu do jakiejś dyskoteki. Rośli ochroniarze prowadzili „selekcję” kierując się tylko 
sobie znanymi kryteriami doboru tych, którzy mogli dostąpić zaszczytu wejścia do tego 
raju. Jeden z nich wypatrzył nas z daleka i ruszył w naszą stronę. 

-  Oto  prawdziwe  średniaki  -  ucieszył  się.  -  Dziś  impra  tylko  dla  trzydziesto  i 

czterdziestolatków - wyjaśnił nam. 

PołoŜył cięŜkie ręce na naszych ramionach i niczym ośmiornica przygarnął do siebie, 

postawił pieczątki na dłoniach i wepchnął nas do środka. 

- No, motyla noga, jesteście za młodzi! - wrzeszczał do tłumu. Spodziewałem się, Ŝe 

wśród  papierosowego  dymu  w  uszy  uderzą  nas  dźwięki  najnowszych,  syntetycznych 
rytmów tworzących łomotliwą sieczkę, ale spotkała mnie miła niespodzianka. 

- Zatańczymy? - prosiła Daniela wciągając mnie na parkiet. Kiwało się tu kilkanaście 

par  w  podobnym  wieku  do  naszego.  Złota  kula  nad  naszymi  głowami  obracała  się 
odbijając  w  swych  drobnych  zwierciadłach  błyski  trójkolorowych  świateł.  Kogut  z 
dawnego  milicyjnego  koguta  migał  od  czasu  do  czasu  omiatając  wszystko  zimnym, 
niebieskim blaskiem. 

- Pamiętasz to? - pytała Daniela przechylając głowę. Te takty piosenek „Republiki” 

zostały  nam  na zawsze  w pamięci. Dorastaliśmy  w czasach, kiedy  słuchało się  „Lady 
Punk”  lub  „Republiki”.  W  naszym  towarzystwie  tolerowaliśmy  się  i  łączyła  nas 
fascynacja  „Depeche  Mode”.  Jednak  teraz,  kiedy  usłyszeliśmy  głos  Grzegorza 
Ciechowskiego, razem z nim śpiewaliśmy. 

 

Na plaŜy jesteś ze mną pani, juŜ nic nie zdoła mnie ocalić

 

Nie  wszyscy  w  klubie  tak  dobrze  pamiętali  tekst,  ale  kiedy  nadszedł  czas  na  refren 

rozległo  się  zgodne: 

„W  bikini  śmierć!”. 

Te  same  strofy  wyśpiewywane  na  szkolnych 

imprezach  były  namiastką  buntu,  odrobiną  wolności  słowa,  na  jaką  mogliśmy  sobie 
wówczas  pozwolić.  Walczyły  w  nas  wtedy  sprzeczne  uczucia,  bo  wiedzieliśmy,  Ŝe 
wiatru zmian nie da się zatrzymać, ale mieliśmy teŜ feralne uczucie dekadencji, bo nie 
wierzyliśmy,  Ŝe  doŜyje  tego  nasze  pokolenie.  To  samo  działo  się  z  nami  teraz,  kiedy 
tak jak przed laty śpiewaliśmy „Kombinat”. 

 

Kombinat pracuje, oddycha, buduje. 
Kombinat to tkanka, ja jestem komórk
ą
Nie wyrw
ę się, nie wyrwę się, teraz juŜ wiem! 

 

Po  kilku  piosenkach  podeszliśmy  do  baru,  by  napić  się  czegoś  orzeźwiającego. 

Zamówiłem „napój firmowy”, hit tej wspomnieniowej imprezy, a Daniela wybrała coś 
nowoczesnego - drinka w wysokiej szklance, mieniącego się kolorami tęczy. 

-  Przepraszam,  czy  mógłby  prosić  panią  o  autograf?  -  naszą  beztroskę  przerwał 

męski głos. 

background image

 

76 

Natychmiast obróciłem się. Przed nami stał przystojniak z  notesem i długopisem  w 

dłoni. Poznałem ten głos, to był ten sam człowiek, który spotkał się z Krzyśkiem przed 
opactwem w Tyńcu. 

- Widziałem panią  w  kościele Mariackim, ale  wtedy nie  wypadało podejść -  mówił 

patrząc mojej przyjaciółce w oczy. - Słyszałem kiedyś pani recital w Sopocie i nawet w 
sklepach szukałem pani płyty, ale chyba pani niczego nie nagrała? 

-  Nie  -  odpowiedziała  zaskoczona  Daniela.  -  Jest  pan  pierwszą  osobą,  która  prosi 

mnie o autograf... 

- Tym bardziej będę wdzięczny za taką pamiątkę. Bardzo panią proszę... 
Daniela oczywiście złoŜyła podpis i młodzieniec ukłonił się jej. Za chwilę wyszedł z 

lokalu. 

- Widzisz? - Daniela rozłoŜyła ręce. - Ty się tak denerwowałeś, Ŝe ktoś nas śledzi, a 

to był tylko mój fan. 

Przełknąłem tę gorzką pigułkę, bo miałem powiedzieć, Ŝe nie wierzę w tego „fana”? 

Nie chciałem straszyć koleŜanki, opowiadać o dziwnych powiązaniach Krzyśka z tym 
osobnikiem. Po godzinie zabawy wyszliśmy z klubu. 

Odprowadzałem  Danielę  do  hotelu,  ale  wcale  nam  się  tam  nie  śpieszyło.  Szliśmy 

wolnym  krokiem  oświetlonymi  ulicami  Starego  Miasta.  Przy  Bramie  Floriańskiej 
przyglądaliśmy  się  obrazom,  które  pakowali  malarze  wystawiający  tu  na  sprzedaŜ 
swoje dzieła. 

-  Niech  pan  poczeka  -  Daniela  poprosiła  jednego  z  artystów.  -  Poproszę  to!  Co  to 

jest? 

- Szkic ołówkiem  - odpowiedział  młody  malarz.  - To  młoda tancerka szykująca się 

do egzaminu. 

Na rysunku była baletnica wiąŜąca baletki. W tej prostej czynności malarz oddał tyle 

piękna anonimowej modelki, jej ciepła, troski i obawy o wynik pokazu. 

Daniela kupiła obrazek. 
- To dla ciebie - podała mi go. - Cokolwiek się z nami stanie, pamiętaj o mnie. 
- Wiesz, Ŝe nigdy cię nie zapomnę. Dziękuję za prezent - pocałowałem ją w policzek. 
Plantami obeszliśmy Stare Miasto i zbliŜaliśmy się do Wawelu. Z daleka widać było 

oświetlone  mury  zamku  królewskiego  z  charakterystyczną  sylwetką  Kurzej  Stopy. 
Zaprowadziłem Danielę do jej hotelu i pomaszerowałem do swojej kwatery. 

Zdziwiłem  się,  kiedy  mimo  późnej  pory  zobaczyłem  Piotrusia  siedzącego  w 

ś

wietlicy  przed  włączonym  telewizorem,  tyłem  do  schodów,  oglądającego  jakąś 

komedię. 

- Co ty tu robisz? - zapytałem. 
Nie reagował. Podszedłem do niego i zobaczyłem, Ŝe zawinięty w koc zasnął przed 

ekranem. Wziąłem go na ręce i gotów zrobić wykład Sylwii o wychowaniu i opiece na 
dziećmi poszedłem do pokoju, w którym mieszkała z Andrzejem. Zapukałem łokciem i 
zaraz  nacisnąłem  klamkę.  Moje  zdziwienie  było  ogromne,  kiedy  ujrzałem,  Ŝe  przed 
parą studentów na jednym tapczanie, spoczywa Julek na drugim. 

- ...i Konfucjusz... - Andrzej nie dokończył myśli. 
- Piotruś! - Sylwia zerwała się z miejsca. 
-  Piotruś!  -  przedrzeźniałem  ją.  -  Ładnie  go  pilnujecie,  Ŝe  chłopiec  zasypia  w 

ś

wietlicy przed telewizorem, a wy tu prowadzicie jakieś filozoficzne dysputy! 

background image

 

77 

- Pawle, to przeze mnie - Julek bronił moich sąsiadów. - Jakoś tak się zagadaliśmy... 
- Piotruś miał pilnować, aŜ pan przyjdzie - broniła się Sylwia. - Będzie załamany, Ŝe 

zasnął w czasie słuŜby. 

- To wy będziecie załamani, jak jutro będzie niewyspany i marudny - pouczałem ich. 

- Co to za pomysły, Ŝeby na mnie czatować? 

-  Pawle,  mam  ślad!  -  Julek  przerwał  moją  tyradę.  -  Przyszedłem  tu,  ale  ciebie  nie 

było,  zapytałem  sąsiadów  o  ciebie  i  dowiedziałem  się,  Ŝe  bardzo  pomogłeś  tym 
młodym  ludziom.  Jestem  z  ciebie  naprawdę  dumny.  Popatrz!  -  z  torby  wyjął 
opracowanie o fortyfikacjach wawelskich. 

- MoŜe zostawimy państwa samych? - zaproponowałem.  
-  Ach  tak  -  Julek  ukłonił  się  studentom.  -  Przepraszam,  Ŝe  tak  długo  zająłem  sobą 

państwa uwagę. Mam nadzieję, Ŝe jeszcze kiedyś dokończymy naszą dyskusję. 

-  Jasne  -  Sylwia  i  Andrzej  wstali,  Ŝeby  się  z  nami  poŜegnać.  Przeszliśmy  z 

przyjacielem  do  mojego  pokoju.  Z  torby  wyjąłem  grzałkę  i  duŜy  blaszany  kubek,  w 
którym zagotowałem wodę na herbatę. 

-  Tę  ksiąŜkę  kupiłem  okazyjnie  za  kilka  złotych  na  Wawelu,  na  stoisku  obok  kas  - 

opowiadał  Julek  pokazując  mi  wydawnictwo.  -  Kartkując  ją  natrafiłem  na  nazwisko 
Seweryna  Bonera  -  pokazał  mi  fragment  na  jednej  ze  stron,  gdzie  cytowano  łaciński 
tekst. 

-  To  fragment  umowy  pomiędzy  Sewerynem  Bonerem  a  murarzem  w  sprawie 

naprawy kruŜganków na zamku królewskim - zauwaŜyłem po przeczytaniu. - Do tego 
dotyczy to napraw z 1537 roku. To trochę za późno w stosunku do interesującego nas 
okresu. 

- Teraz popatrz tu - Julek przewrócił kilka kartek. 
- W rachunku z 1530 roku Boner wymienia naprawy w komnacie przed wieŜą zwaną 

Kurzą Nogą. Dalej jest o hipotezach dotyczących tego, gdzie nocował duński król. To 
ciekawe,  ale  czy  uwaŜasz,  Ŝe  kluczem  związanym  z  Bonerem  jest  „Kurza  Noga”?  - 
zapytałem przyjaciela zamykając ksiąŜkę. 

-  W  rachunkach  Boner  pisze  „Curzanoga”,  czyli  zgodnie  z  twoją  teorią  odrzucamy 

ostatnie „a”, bo się powtarza, i zostaje nam ciąg par liter cu - rz - an - og. 

To  co  mówił  Julek  brzmiało  sensownie  i  jeszcze  raz  zacząłem  wczytywać  się  we 

fragmenty ksiąŜki, potem czytałem więcej, na temat wieŜ, rozbudowy murów, napraw 
fortyfikacji. 

- Julek, to nie chodzi o wieŜę zwaną Kurzą Nogą - stwierdziłem po dłuŜszym czasie. 

- To Boner odpowiadał za wzniesienie muru obronnego, ze strzelnicami artyleryjskimi, 
biegnącego  wokół  Kurzej  Nogi.  Te  elementy  fortyfikacji  określono  w  dokumentach 
mianem „moenia”. To moŜe być nasz klucz. Jan i Seweryn Bonerowie odpowiadali za 
ufortyfikowanie  Wawelu  i  mogli  być  w  tamtych  czasach,  kiedy  wszyscy  mieszkańcy 
Krakowa widzieli prace budowlane, właśnie z tym kojarzeni. 

- Czyli pierwszy klucz to „Albrecht”, a drugi „moenia”? 
- Prawdopodobnie tak. 
Zapadło milczenie, bo obaj wiedzieliśmy, Ŝe po wydarzeniach dzisiejszej nocy nie da 

się ot tak przejść nad tym do porządku dziennego. 

-  Uznałem,  Ŝe  masz  rację  -  odezwał  się  Julek.  -  Profesor  nie  chciałby,  Ŝebyśmy 

odnajdując skarb, którego szukał, ratowali swoje finanse. MoŜe przynajmniej postarasz 

background image

 

78 

się,  Ŝeby  państwo  wypłaciło  nagrody.  Z  tego  co  słyszałem,  Krzyśkowi  bardzo 
przydałby  się  zastrzyk  pieniędzy.  Ja  bym  poprosił  o  dotację  na  remont  naszego 
klasztoru. 

- Julek - uśmiechnąłem się do przyjaciela. - Doświadczenie nauczyło mnie, śe skarb 

nie jest istotny. Jego moŜe juŜ nie być. MoŜe tok naszego rozumowania idzie w złym 
kierunku? 

- Chodzi o rozwiązanie zagadki? To czemu śledziłeś Krzyśka? 
-  Tak,  chodzi  tylko  o  zagadkę  -  przyznałem.  -  Krzyśka  śledziłem,  bo  zadaje  się  z 

tajemniczymi typami. Podejrzewam, Ŝe to oni, na Kazimierzu chcieli porwać Danielę. 
Zaniepokoiłem  się  jeszcze  bardziej,  kiedy  zobaczyłem  młodzieńca,  z  którym  w  nocy 
spotykał się Krzysiek, jak śledził mnie i Danielę... 

- O! 
- Poszedłem na spacer i przypadkowo spotkaliśmy się. 
-  Pawle,  to  było  przeznaczenie  -  ocenił  Julek,  kiedy  wysłuchał  mojej  opowieści  o 

tym co robiłem z Danielą. -  To popołudnie,  we dwoje, było  wam potrzebne. Co teraz 
zrobimy? Jesteśmy bliscy rozwiązania, a ekipa rozpadła się. 

- Rano spotkamy się z Danielą na Wawelu i poszukamy trzeciego słowa. 
- W katedrze? 
- Tak, tylko tam - byłem pewny. 
Zadzwoniłem do przyjaciółki, która odebrała zaspana. 
- Co się stało? - zaniepokoiła się. 
-  Mamy  drugie  słowo  -  poinformowałem  ją.  -  Rano  spotkamy  się  na  Wawelu  i 

znajdziemy to trzecie. 

- Dobrze, będę o dziesiątej - odpowiedziała i rozłączyła się. Podczas mojej krótkiej 

rozmowy  Julek  próbował  złamać  szyfr  przy  pomocy  słów  kluczy,  jakie  mieliśmy. 
Zaczął od ostatniego wersu. 

HLU SKLBX FLSZ GDZNC SHBLRT FLSZ 

Które po uŜyciu słowa klucza 

AL - BR - EC - HT 

brzmiało: 

TAU SKARB FASZ GDZNE STRABH FASZ 

- Widzisz to? - zaaferowany pokazał mi zdanie. - Wyraźnie widać słowo „skarb”. Te 

„tau”  to  pewnie  „tam”,  a  „fasz”  to  „nasz”.  „Gdzne”  oznacza  jak  nic  „gdzie”. 
Rozszyfrujmy resztę! 

Po chwili na kartce mieliśmy rozpisane kolejne zdania; 

ULUY HP RZCGP FNR UL KBPA. 
KBPA FNR OPHBLIN XYR JLK HP FL RZYU SHPNUY. 
WYXNCBZ SHBPFC WBPGL N MDCBZ HBZY BLZY. 

- Wcześniej wyszło nam, Ŝe „n” zastąpiło „i”, a „u” literę „m”, więc od razu naniosę 

te poprawki - relacjonował Julek i zaraz na kartce mieliśmy „rozszyfrowane” te wersy. 

UAUY TP BZEGP FIB KRPA. 
KRPA FIB OPTRANI XYB JAK HP FA BZYU STPIUY. 
WYXICRZ STRPFE WRPGA I MDERZ TRZY RAZY. 

-  Wyszedł  bełkot  i  kilka  podpowiedzi  -  oceniłem.  -  W  drugiej  linijce  masz  słowo 

Jak”, a w trzeciej kolejno: „strpfe”, czyli „strofę” oraz na końcu „trzy razy”. 

Te  „wrpga”  moŜna  uznać,  Ŝe  oznacza  „wroga”,  a  „mderz”,  moŜna  odczytać  jako 

„uderz”. 

background image

 

79 

-  Podsumujmy  -  Julek  zerkał  na  kartkę.  -  Pierwsza  linijka  niezrozumiała.  Druga 

prawie teŜ. W trzeciej trzeba coś zrobić ze strofą, a moŜe stroną? 

-  Stroną  -  kiwnąłem  głową.  -  To  brzmi  jaśniej.  Trzeba  coś  zrobić  w  stronę  wroga  i 

uderzyć  trzy  razy.  Na  koniec  dowiadujemy  się,  Ŝe  tam  skarb  nasz,  gdzie  znajduje  się 
coś, czego jeszcze nie wiemy. Mój szef szukał kiedyś skarbu templariuszy, do którego 
drogę wskazywała sentencja: „Tam skarb twój, gdzie serce twoje”. 

-  Skoro  klucz  „Albrecht”  jest  pierwszym,  to  teraz  spróbujemy  drugiego  klucza 

„moenia” - zapowiedział Julek. Znowu napisał trzy wersy: 

ULUY HP RZCGP FNR UL KBPA. 
KBPA FNR OPHBLIN XYR JLK HP FL RZYU SHPNUY 
WYXNCBZ SHBPFC WBPGL N MDCBZ HBZY BLZY 

Które po uŜyciu klucza 

MO-EN-IA 

moŜna było odczytać jako; 

ULUY HP RZCGP FER UL KBPI. 
KBPI FER MPHBLAE XYR JLK HP FL RZYU SHPEUY. 
WYXECBZ SHBPFC WBPGL E ODCBZ HBZY BLZY. 

- Mam wraŜenie, Ŝe jeszcze bardziej wszystko zaszyfrowaliśmy - stwierdził Julek. - 

Wyjaśnij  mi,  jak  to  się  stało,  Ŝe  uŜyliśmy  klucza  „Al-br-ec-ht”  i  rozszyfrowaliśmy 
ostatnią  linijkę,  a  reszta  pozostała  niezrozumiała.  Czy  to  moŜliwe?  Do  tego  ten  drugi 
klucz nam nie pomógł. 

-  MoŜe  być  tak,  Ŝe  „moenia”  powinno  być  uŜyte  przed  „Albrechtem”  - 

podpowiadałem. - Wydaje mi się, Ŝe jednak „moenia” to nie to słowo. Ono musi mieć 
w  sobie  sylaby  „mu”  i  „ni”  by  moŜna  było  wymieniać  litery,  tak  jak  to  uczyniliśmy 
wcześniej, kiedy rozszyfrowaliśmy prawie cały ostatni wers. 

Próbowaliśmy  jeszcze  jakiś  czas  zmieniać  kolejność,  odczytać  ukryty  sens,  ale 

bezskutecznie.  MoŜe  byliśmy  po  prostu  zmęczeni  i  nie  dość  skoncentrowani.  Julek 
wyszedł  ode  mnie  późno  w  nocy.  Po  kąpieli  zasnąłem  błyskawicznie,  a  moje  sny 
wypełniały  szkolne  tablice  zapisane  literami  i  cyframi  układającymi  się  we  wzory 
przypominające reakcje chemiczne. 

Kiedy  na  śniadaniu  w  bufecie  hotelowym  zobaczyłem  Julka,  zauwaŜyłem,  Ŝe  on 

bardzo mało spał. 

-  Munire!  -  krzyknął  tonem,  jakim  Archimedes  oznajmił  Grekom:  „Eureka!”.  -  To 

jest to słowo. 

- Jesteś pewien? 
-  Sprawdziłem  w  słowniku  łacińskie  słowa  zawierające  sylaby  „mu”  i  „ni”,  tak  jak 

wczoraj  mówiłeś.  „Munire”  pasuje  idealnie,  a  oznacza  oczywiście  „fortyfikować”. 
Boner był odpowiedzialny za ufortyfikowanie Wawelu, nieprawdaŜ? 

background image

 

80 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

ZAMIESZANIE W KATEDRZE * W KAPLICY ZYGMUNTOWSKIE * 

TRZECI KLUCZ * WYJAZD DO OGRODZIEŃCA * POLE 

NAMIOTOWE ZUZANNY GRUSZKOWEJ 

 

Goście  i  mieszkańcy  „Krakowiaka”  powrócili  do  posiłku,  kiedy  tylko  uspokoiłem 

Julka. Przesiedliśmy się w kąt jadalni. 

-  Popatrz!  -  podsunął  mi  kartki  z  rozszyfrowanymi  wersami.  -  Mogę?  -  zapytał 

zabierając mój talerz z jajecznicą, kiedy studiowałem notatki. 

- Tak - odpowiedziałem wstając, by zamówić sobie drugą porcję. Po drodze do barku 

przyglądałem się napisom: 

 

MAMY TP BZRGP FIB MA KRPL 
KRPL FIB OPTEANI XYB JAK TP FA BZYM STPIUY 
WYXIREZ STEPFR WEPGA I UDREZ TEZY EAZY 
TAM SKARX FASZ GDZIR STRABH FASZ 

 

-  Jaką  zastosowałeś  kolejność  kluczy?  -  zapytałem  Julka,  kiedy  wróciłem  do  stołu 

widząc, Ŝe zdąŜył zjeść takŜe połowę  mojej porcji sera i pieczywa. - Masz jeszcze na 
coś ochotę? - upewniłem się, nim wróciłem do sprzedawczyni, by dokupić jedzenie. 

- Tu dają pyszne śniadania, ale dziękuję - Julek zapewniał z szerokim uśmiechem. 
Doskonale  pamiętałem,  Ŝe  kiedyś  na  wycieczce  w  Górach  Świętokrzyskich 

zostawiliśmy go samego przy namiotach, bo miał ugotować zupę, a sami poszliśmy do 
lasu po jagody. Julkowi tak posmakowała jego zupa i jednocześnie tak zaczytał się  w 
„Folwarku  zwierzęcym”  George'a  Orwella,  Ŝe  sam  zjadł  jedną  czwartą  kociołka. 
Dobrze, Ŝe wtedy Baśka w porę wróciła do obozu. 

-  Najpierw  wszystko  odczytywałem  kluczem  „Albrecht”  a  potem  „munire”  - 

opowiadał, kiedy wróciłem i mogłem wreszcie spokojnie jeść. - Wiesz, co mnie gryzie? 

-  Wiem,  fenomen  słowa  „Albrecht”  -  odpowiedziałem.  -  Wczoraj  ono  jedno 

wystarczyło  do  odczytania  prawie  całego  wersu.  -  Teraz  teŜ  moŜna  odczytać  słowa, 
kiedy tylko przestawi się litery, ale my nie moŜemy popełnić błędu i musimy odkryć to 
trzecie  słowo,  Ŝeby  dokładnie  zrozumieć  treść  podpowiedzi.  Sądzę,  Ŝe  tak  naprawdę 
trzeba ustawić klucze w odwrotnej kolejności, niŜ my to robimy. 

Julek natychmiast zaczął przepisywać litery, ale z pośpiechu zaczął się mylić. 
- Zostaw to - zabrałem mu długopis. - Pamiętasz, Ŝe nasza popędliwość pcha nas ku 

błędom? 

- Masz rację - Julek zamyślił się i zaczął pochłaniać kromki suchego chleba. 
Szybko  zrobiłem  sobie  kanapki,  zawinąłem  w  serwetki,  by  zjeść  po  drodze,  i 

ruszyliśmy ku Wawelowi. Tym razem nie brałem wehikułu, bo przewidywałem, Ŝe na 
wzgórzu  wawelskim  spędzimy  cały  dzień  i  nie  chciałem  płacić  astronomicznego 
rachunku za parkowanie w centrum miasta. 

Szliśmy  i  rozkoszowałem  się  smakiem  kanapek,  a  Julek  stawiając  długie  kroki 

wpatrywał się w swoje kartki i próbował odgadywać, jaki to łaciński  wyraz mógł być 
tym trzecim kluczem. 

-  No  przecieŜ  nie  musi  chodzić  o  sufit?  -  co  jakiś  czas  z  niedowierzaniem  kręcił 

głową. 

background image

 

81 

-  Szukaj  najprostszego  rozwiązania,  jak  dotąd  one  się  sprawdzają  -  mówiłem 

uśmiechając  się.  -  Takie  niebo,  to  po  łacinie  będzie  „coelum”,  bo  moŜe  wystarczy 
patrzeć  w  górę?  A  moŜe  trzeba  sprawdzić  tablice  astronomiczne  układu  gwiazd  nad 
Wawelem. Kluczem moŜe być nazwa gwiazdozbioru. 

- Jak jesteś taki mądry, to czemu tego sam dotąd nie zrobiłeś? - Julek chował notatki 

do torby. 

-  Bo  najpierw  trzeba  dokładnie  sprawdzić  Kaplicę  Zygmuntowską.  MoŜe  chodzi  o 

kopułę, moŜe złoto, od którego ona lśni? Pamiętam teŜ, Ŝe na zewnątrz, na murze jest 
jakaś łacińska sentencja. To wszystko trzeba sprawdzić. 

- A jak tam nic nie wypatrzymy? 
- To pozostaje nam obraz świętego Benedykta w Tyńcu.  
Danielę  znaleźliśmy  w  ogródku  kafejki  przy  dziedzińcu.  Ubrana  w  białe  płócienne 

spodnie,  koszulę  i  kapelusz  sączyła  wodę  z  kostkami  lodu,  plasterkami  cytryny  i 
listkami  mięty.  Najpierw  opowiedzieliśmy  jej  o  swoich  odkryciach.  Słuchała  tego  z 
szeroko otwartymi oczami. 

- Czyli tam gdzieś jest mowa o skarbie? - upewniała się. 
- Tak, tylko nie łudź się, Ŝe to co odszyfrujemy, będzie gotowym opisem, gdzie leŜą 

skrzynie  ze  złotem  -  uspokajałem  ją.  -  Czeka  nas  kolejne  łamanie  zagadki,  ale 
przypuszczam, Ŝe znacznie łatwiejszej do rozwiązania, na zamku w Ogrodzieńcu. 

Poszliśmy  do  katedry  wawelskiej.  Przekroczyliśmy  jej  próg  i  znaleźliśmy  się  w 

nawie  głównej, gdy z okolic  Kaplicy  Zygmuntowskiej doszedł nas rozpaczliwy  krzyk 
jakiejś niewiasty. 

-  Bandzior!  Łobuz!  Moja  torebka!  Jak  ja  ją  teraz  wydobędę?  -  to  pytanie  było 

wykrzyczane płaczliwym tonem. 

W naszą stronę przez tłum przedzierał się sprawca tego zamieszania. Był to jeden z 

młodzieńców,  którzy  napadli  mnie  i  Danielę  na  Kazimierzu.  Kiedy  tylko  to 
zobaczyłem, ruszyłem  w jego kierunku  wyciągając rękę, by go zatrzymać. Rozpoznał 
mnie  i  natychmiast  chwycił  przynętę,  czyli  mój  prawy  nadgarstek,  Ŝeby  mnie 
odepchnąć. 

- Z drogi! - warknął. 
MoŜe  chciałby  ze  mną  dłuŜej  „porozmawiać”,  ale  widział,  Ŝe  zbliŜają  się  stróŜe 

pilnujący  porządku  w  katedrze.  Kiedy  tylko  poczułem  jego  uchwyt,  błyskawicznie 
obróciłem się cofając prawą nogę i rękę. Lewą dłoń podsunąłem pod jego prawy łokieć 
i kiedy tylko trzymając mnie, stracił równowagę, uniosłem jego ramię, by się zachwiał 
i  bez  trudu  rzuciłem  go  na  posadzkę.  Upadł  i  wtedy  chciałem  zatrzymać  go,  by  nie 
uciekł. 

- Coś pan taki bojowy? - nagle wyrósł przede mną drugi osiłek i zagrodził mi drogę. 
-  Tamten...  -  nie  dokończyłem  tłumaczenia,  bo  rozpoznałem  twarz  drugiego 

napastnika. Teraz jego kumpel podniósł się z podłogi i uciekł. StraŜnicy gonili za nim, 
a jeden, starszy podszedł do nas. 

- No juŜ! - wszedł między nas. - Rozejść się, nie robić zbiegowiska! Osiłek obrócił 

się  do  mnie  plecami  ukazując  mi  umięśnione  bary  w  opiętej  koszulce  z  napisem 
„adidas”. Na chwilę zatrzymał się i wycelował w moją stronę palce ułoŜone w kształt 
przypominający pistolet. Bezgłośnie strzelił i wyszedł z katedry. 

- To byli oni? - Daniela podbiegła do mnie przestraszona. 

background image

 

82 

-  Tak,  ciekawe  co  tu  kombinowali,  Ŝe  tym  razem  nie  chcieli  ciebie  porwać  - 

odpowiedziałem. 

-  Co  za  czasy,  Ŝeby  w  kościele  urządzać  bijatyki  -  Julek  z  niedowierzaniem  kręcił 

głową. 

-  Zrobili  to  specjalnie  -  rzuciłem  ciągnąc  przyjaciół  w  kierunku  Kaplicy 

Zygmuntowskiej. 

Tam  zrobiło  się  spore  zbiegowisko,  nawet  słychać  było  podniesione  głosy 

dyskutujących. Przeciskaliśmy się, by zobaczyć co się stało. 

- Stałam tu - tęga turystka w wieku około pięćdziesięciu lat z przejęciem opowiadała 

przewodnikowi - o tu, przy tym pomniku... 

-  To  sarkofag  świętej  królowej Jadwigi  -  tłumaczył  jej  siwy  męŜczyzna  z  plakietką 

„przewodnik”. 

- Wtedy ten bandzior jakoś tak sprytnie zaszedł mnie od tyłu, wyrwał torebkę, którą 

trzymałam pod pachą i chciał uciec. Wtedy na jego drodze stanął ten pan - wskazała na 
kogoś klęczącego przy kracie Kaplicy Zygmuntowskiej. 

Przepchnąłem się, Ŝeby zobaczyć, kto był tym bohaterem. To był Krzysiek. 
Teraz  przez  kratę  zamykającą  wejście  do  kaplicy  próbował  ręką  sięgnąć  po  pasek 

futerału od aparatu cyfrowego. 

- Nowy aparat - jęczał. 
-  To  Krzysiek?  -  Daniela  nie  wierzyła  własnym  oczom.  Krzysiek,  kiedy  tylko 

rozpoznał  głos  przyjaciółki,  obejrzał  się  i  widząc  naszą  trójkę,  zmieszany  odwrócił 
wzrok. 

- Szarpałem się z tym bandytą i wtedy mój aparat wpadł do środka, razem z torebką 

tej pani - opowiedział nam. - Wy teŜ przyszliście tu szukać? 

- Jak i ty - zauwaŜyłem. 
- No tak - Krzysiek spuścił głowę. - Znaleźliście coś ciekawego? 
- Mamy pierwsze i drugie słowo - wygadała się Daniela. 
- Albrecht i... - próbował z niej wyciągnąć informacje. 
- I tyle - wtrąciłem się. 
Właśnie  przyszli  straŜnicy  z  kluczami  od  kraty.  Wysłuchali  relacji,  pokiwali 

głowami, przez radiotelefony poprosili kogoś, by wyłączył alarm i otworzyli kratę. 

-  Mogę  tam  wejść  na  chwilę?  -  poprosiłem  pokazując  im  swoją  legitymację 

słuŜbową. 

Jeden  z  nich  łączył  się  ze  swoim  dowódcą,  by  uzyskać  zgodę,  a  drugi  wszedł  do 

ś

rodka, by wyjąć wrzucone tam rzeczy. Krzysiek rzucił się za nim do swojego aparatu. 

Natychmiast wyjął go, odsłonił obiektyw i zaczął robić zdjęcia celując w sufit. StraŜnik 
skoczył, Ŝeby zasłonić obiektyw. 

- Co pan?! - krzyczał Krzysiek. - PrzecieŜ wam tego nie ukradnę, a sprawdzam tylko, 

czy aparat działa po upadku. 

-  Niech  pan  to  schowa,  bo  będę  zmuszony  prosić  pana  o  skasowanie  wszystkich 

zdjęć - straŜnik zrobił groźną minę. 

Krzysiek posłusznie schował aparat i wyszedł, ale turyści, z którymi poszkodowana 

zwiedzała katedrę, zaczęli krzyczeć na straŜnika. 

- Człowiek bił się z bandytą, a policja go tu atakuje - szemrali. 

background image

 

83 

-  Minuta  -  rzucił  do  mnie  straŜnik,  który  musiał  pomóc  koledze  uspokoić  ludzi, 

chcących wejść do środka. 

- Oni są ze mną - wskazałem na Julka i Danielę. 
Gdyby  moja  przyjaciółka  nie  uśmiechnęła  się  do  funkcjonariuszy  pilnujących 

porządku na Wawelu, pewnie Ŝadne z nas by nie weszło do środka, ale jej urok był tak 
silny, Ŝe nikt nie mógł mu się oprzeć. 

-  Kaplicę  zaprojektował  Florentczyk  Bartolomeo  Berrecci  w  1517  roku,  a 

wybudowano  ją  w  latach  1519-1533  -  opowiadałem.  -  To  perfekcyjny  przykład 
architektury  włoskiego  renesansu  -  przydawała  mi  się  wiedza  ze  studiów  na  historii 
sztuki.  -  Mauzoleum  nawiązuje  do  wzorców  toskańskich  z  XV  i  XVI  wieku,  których 
teoretyczne  zasady  stworzył  sam  Leonardo  da  Vinci.  Zgodnie  z  renesansowym 
przekonaniem  o  doskonałości  formy  centralnej  kaplicę  wybudowano  na  planie 
kwadratu.  Korpus  jest  w  kształcie  sześcianu  ze  skromną  klasycyzującą  dekoracją  na 
zewnątrz.  WyŜej  widzicie  ośmioboczny  tambur  z  okrągłymi  oknami,  a  dźwiga  on 
zaostrzoną kopułę z latarnią. To musi był wpływ architektury florenckiej... - mówiłem i 
jednocześnie rozglądałem się, próbując zapamiętać jak najwięcej szczegółów. 

- Koniec! - popędzał mnie straŜnik. 
Posłusznie wyszliśmy, a kaplicę zamknięto. Wyprowadziłem przyjaciół na zewnątrz 

katedry. 

- MoŜe jeszcze raz uŜyjesz tej swojej magicznej legitymacji? - sugerował Julek. 
-  Gdybym  miał  pozwolenie  od  samego  ministra,  to  moŜe  wpuściliby  nas  do  środka 

na dłuŜej - odparłem. - Teraz nie mamy czasu na takie formalności, bo Krzysiek zdobył 
zdjęcia wnętrza kaplicy i kiedy tylko je przeanalizuje, to odkryje podpowiedź. 

- A ty ją zobaczyłeś? - domyślił się Julek. 
-  Tak.  Najpierw  zwróciłem  uwagę  na  kolory  dominujące  w  kaplicy:  jasnoszary 

piaskowiec,  którym  wyłoŜono  ściany  i  czerwień  węgierskiego  marmuru  rzeźb 
figuralnych. Myślę, Ŝe przygotowującym klucze do szyfru nie chodziło o jakąkolwiek 
symbolikę  barw.  Widzieliście  nagrobek  królewski?  Jego  obecny  stan  zawdzięczamy 
przebudowie z lat 1574 i 1575, kiedy sarkofag z figurą Zygmunta Starego podniesiono 
robiąc  niŜej  miejsce  dla  podobnie  skomponowanej  postaci  Zygmunta  Augusta.  Na 
wprost  wejścia  widzieliście  płytę  z  postacią  Anny  Jagiellonki.  Myślałem  więc,  Ŝe 
poszukiwanym przez nas słowem będzie coś związanego z „dynastią”, „synem”, jednak 
nie!  Miałem  mało  czasu,  ale  zauwaŜyłem,  Ŝe  zgodnie  z  renesansowym  zwyczajem 
Zygmunt  Stary  został  przedstawiony  w  pozie  człowieka  śpiącego,  który  tylko 
chwilowo  opuścił  świat  Ŝywych.  W  kaplicy  widać  przedstawienia  Zygmunta  Starego 
jako  Aleksandra  Wielkiego,  Salomona,  a  więc  władców  strasznych  dla  wrogów  i 
łagodnych  dla  poddanych.  Co  innego  zauwaŜycie  wyŜej,  w  płycinach  zakreślonych 
łukiem  ścian  tarczowych:  symbolikę  pogańskiej  zmysłowości,  nagie  nimfy,  takŜe 
Dafne, Kleopatrę. 

- Pogańskie symbole w kościele? - dziwiła się Daniela. 
- Właśnie kiedy to zobaczyłem, przypomniał mi się spór polskich historyków sztuki, 

którzy  w  umieszczeniu  tych  postaci  widzieli  samodzielną  inicjatywę  twórcy  kaplicy, 
Berrecciego.  Inni  badacze  widzieli  w  tym  idealizację  zasad  humanizmu,  dąŜącego  do 
włączenia  tradycji  antycznej  do  kultury  chrześcijańskiej  i  powołują  się  na  Ŝałobną 
wymowę  sfinksów,  gryfów,  orłów.  Spór  nie  został  jednoznacznie  rozstrzygnięty  i  nie 

background image

 

84 

słyszałem,  by  ktokolwiek  napisał  wyczerpujący  artykuł  na  temat,  jak  sam  fundator 
przyjął projekty wykonawcy. 

- Gdzie to trzecie słowo? - niecierpliwił się Julek. 
- Pamiętasz, co napisał profesor Krak? „Trzecie słowo ujrzycie patrząc w niebo, tam, 

gdzie  król  leŜy”.  Spojrzałem  w  niebo  i  zobaczyłem  napis:  „Bartholo  Florentino 
Opifex”.  Budowniczy  umieścił  swoisty  znak  firmowy  na  sklepieniu  latarni,  ponad 
kopułą  symbolizującą  sklepienie  niebieskie.  Ktoś  mógłby  podejrzewać,  Ŝe  dał  w  ten 
sposób  wyraz  swej  megalomanii  umieszczając  siebie  w  pozycji  Boga,  ale  wymowa 
tego jest zupełnie inna: artysta jest pośrednikiem pomiędzy Bogiem a ludźmi, pracuje 
w natchnieniu. Berrecci nie uwaŜał się za twórcę, a określił się mianem „opifex”, czyli 
robotnika wykonującego wolę boską. 

To  „opifex”  jest  tym  trzecim  słowem,  bo  zauwaŜyliście,  Ŝe  w  zaszyfrowanej 

wiadomości występuje duŜo liter „f i „x”? Julek natychmiast wyjął notes i zaczął pisać. 

-  Albrecht,  munire  i  opifex  to  nasze  klucze?  -  upewniał  się.  -  Tylko  w  jakiej 

kolejności je ustawić? 

-  Tak  jak  przeczytałeś,  tylko  deszyfrować  powinieneś  od  ostatniego  klucza  - 

podpowiedziałem. 

Julek bacznie przez nas obserwowany zaczął pisać i powstało coś takiego: 

 

ULUY HP RZCGP FNR UL KBPA. 
OPIFEX ULUY HO RZCGO INR UL KBOA. 
MUNIRE MLMY HO EZCGO NIE ML KBOA. 
ALBRECHT MAMY TO CZEGO NIE MA KRÓL. 
KBPA FNR OPHBLIN XYR JLK HP FL RZYU SHPNUY. 
OPIFEX KBOA INR POHBLFN EYR JLK HOIL RZYU SHONUY 
MUNIRE KBOA NIE POHBLFI RYE JLK HO NL EZYM SHOIMY 
ALBRECHT KRÓL NIE POTRAFI BYĆ JAK TO NA CZYM STOIMY. 
WYXNCBZ SHBPFCWBPGLNMDCBZHBZYBLZY 
OPIFEX WYENCBZ SHBOIC WBOGL N MDCBZ HBZY BLZY. 
MUNIRE WYRICBZ SHBONC WBOGL I UDCBZ HBZY BLZY 
ALBRECHT WYBIERZ STRONĘ WROGA I UDERZ TRZY RAZY 
HLU SKLBX FLSZ GDZNC SHBLRT FLSZ 
OPIFEX HLU SKLBE ILSZ GDZNC SHBLRT ILSZ 
MUNIRE HLM SKLBR NLSZ GDZIC SHBLET NLSZ 
ALBRECHT TAM SKARB NASZ GDZIE STRACH NASZ 

 

- Mamy to, czego nie  ma król - czytał Julek. - Król nie potrafi być jak to, na czym 

stoimy. Wybierz stronę wroga i uderz trzy razy. Tam skarb nasz, gdzie strach nasz. No, 
to klops! Musimy zgadywać dalej. 

- Nie martw się, braciszku - objąłem przyjaciela. - Teraz juŜ wiemy, za czym mamy 

się oglądać, kiedy pojedziemy do Ogrodzieńca. 

- Jesteś pewny, Ŝe akurat tam? - powątpiewał Julek. 
-  Tak,  z  pewnością  mieli  tam  łatwy  dostęp,  był  to  obiekt  blisko  Krakowa,  dobrze 

ufortyfikowany. Powinniśmy tam pojechać jak najprędzej. 

- O której? - zapytała Daniela. 
- Za dwie godziny - zaproponowałem wiedząc, Ŝe kobiety potrzebują więcej czasu na 

spakowanie wszystkich swoich rzeczy.  

- A co zrobimy z resztą ekipy? - zapytał Julek, 

background image

 

85 

- Myślę, Ŝe oni zjawią  się  w  Ogrodzieńcu bardzo szybko,  znając nawet tylko jeden 

albo  dwa  klucze  -  odpowiedziałem.  -  Jeśli  nie  przyjadą,  a  my  będziemy  bliscy 
rozwiązania zagadki, to zadzwonimy po nich. 

Przyjaciele przystali na moją propozycję i rozeszliśmy się do hoteli, by zabrać nasze 

bagaŜe.  Wychodząc  z  „Krakowiaka”  napotkałem  Andrzeja,  który  wracał  ze  sklepu  z 
siatkami pełnymi zakupów. 

-  WyjeŜdŜa  pan?  -  zainteresował  się.  -  JuŜ  rozwiązał  pan  wszystkie  zagadki,  jakie 

pana tu sprowadziły? 

- Przynajmniej ich część - odparłem. - Proszę pozdrowić ode mnie Piotrusia i Sylwię. 

Jestem umówiony i nie mam czasu się z państwem Ŝegnać.  

Andrzej uśmiechnął się. 
- Ludzie, którzy poznali się na szlaku przygody nie powinni sobie mówić „śegnaj”, 

tylko „do zobaczenia” - rzucił. 

Kiedy  podchodziłem  do  wehikułu  i  chowałem  torbę  do  bagaŜnika,  słyszałem,  jak 

nucił jakąś piosenkę. 

Zajechałem  na  podjazd  przed  hotelem  Julka,  a  następnie  razem  udaliśmy  się  do 

hotelu  Danieli.  Ona  czekała  juŜ  na  nas  w  swoim  aucie.  Umówiliśmy  się,  Ŝe  będzie 
jechała  za  nami.  Julek  jako  pilot  sięgnął  po  mapę  i  ruszyliśmy  w  drogę  do  Jury 
Krakowsko-Częstochowskiej. W skład regionu powszechnie i w skrócie zwanego Jurą 
wchodzą:  WyŜyna  Częstochowska  z  charakterystycznymi  ostańcami  wapiennymi. 
WyŜyna  Olkuska  dla  odmiany  słynąca  z  głębokich  nawet  do  100  metrów  dolin 
potoków  o  skalistych  zboczach  (w  Dolinie  Prądnika  utworzono  Ojcowski  Park 
Narodowy) oraz Garb Tenczyński. Teren ten słynie ze skał, jaskiń, zróŜnicowanej szaty 
roślinnej i znanego wszystkim miłośnikom historii szlaku Orlich Gniazd, czyli zespołu 
zamków i straŜnic. 

Szukając zamku Ogrodzieniec najpierw trzeba odszukać miejscowość o tej nazwie, a 

następnie  pojechać  na  wschód  do  Podzamcza.  Ledwo  minęliśmy  tablicę  z  napisem: 
„Podzamcze”, a juŜ strzałki, drogowskazy prowadziły nas do parkingów pod zamkiem. 
Skierowaliśmy  się  tam,  by  uzyskać  informacje,  gdzie  znajdziemy  nocleg.  Po  drodze 
Daniela zatrzymała się przy hotelu. Wyszła z niego po minucie. 

-  Organizują  tu  festiwal  masek  pod  hasłem  „Maszkaron”  -  powiedziała  stojąc  przy 

wehikule.  -  Recepcjonista  mówił  coś  o  polu  namiotowym.  Znowu  będę  musiała 
poŜyczyć namiot od Pawła. 

Podjechaliśmy  pod  parkingi  przy  małym  placu.  Jego  środek  zajmował  ogródek 

jakiejś  kawiarni  czy  baru,  wokół  którego  jeździły  samochody  szukając  miejsca  na 
parkingach. Z tego swoistego ronda prowadziły cztery wyjazdy. Dwa z nich, północne, 
słuŜyły pojazdom podjeŜdŜającymi na parkingi. Na wprost prowadziła szutrowa droga 
między  domkami  jednorodzinnymi.  Południową  część  placu  zajmowała  restauracja  z 
ładnie  urządzonym  ogródkiem,  otoczonym  murem,  z  kwiatami,  wygodnymi  ławami. 
Na  wschód  wspinała się asfaltówka na  górę zamkową. Przy niej stał drewniany  kiosk 
Informacji Turystycznej i tam zapytałem o noclegi. 

- Panie, teraz bez szans  - odpowiedział  miły pan odkrawając plasterek jabłka. - Jak 

się  artyści  zjeŜdŜają  na  tego  „Maszkarona”,  to  tu  cuda  na  kiju  się  wyprawiają  - 
uśmiechał się. 

background image

 

86 

Ten  pięćdziesięcioletni  męŜczyzna  wyglądał  na  bardzo  pogodnego,  czerpiącego 

radość z kaŜdej chwili Ŝycia, kaŜdej rozmowy, nawet zdawkowej, z turystami. 

- Ma pan namiot? - zapytał. 
- Mam. 
- To pozostaje panu pole biwakowe u Gruczkowej - machnął noŜem za siebie. 
- To daleko stąd? 
- Ze dwa kilometry, tą szutrówką dojedziecie do asfaltu. Na prawo do Ogrodzieńca, 

na lewo do Ryczowa, a wy jedziecie przed siebie. 

Podziękowałem za pomoc. I kilka minut później staliśmy juŜ przed drewnianą bramą 

osadzoną w murze z cegieł i kamieni. 

-  „U  Gruczkowej”  -  Julek  przeczytał  napis  nad  wjazdem.  -  Własność  Zuzanna 

Gruczkowa. Trochę mnie to niepokoi... 

- To uciekamy? - proponowałem. 
-  Chyba  nie  ma  na  świecie  dwóch  identycznych  ciotek  -  głos  Julka  zdradzał 

niepewność. 

Obaj  doskonale  pamiętaliśmy  biwak  w  ogródku  pani  Zuzanny  Gruczkowej,  ciotki 

profesora  Kraka.  Było  to  w  czasie  naszej  wycieczki  na  Wał  Pomorski.  Ta  krewka 
niewiasta potęŜnej postury potrafiła niewyszukanym językiem sztorcować  nas  niczym 
sierŜant Ŝołnierzy na placu apelowym. Wszystko jej się nie podobało, za mało napięte 
ś

ledzie,  bałagan  w  namiotach,  Ŝe  rzuciliśmy  się  na  ziemniaki  i  zsiadłe  mleko  bez 

uprzedniego zmycia z siebie kurzu z trzydziestokilometrowego marszu. 

Pouczała  nawet  naszego  profesora.  Wieczorem  przez  otwarte  okno  w  salonie  jej 

wiejskiego  domku  popłynęły  do  nas  dźwięki  mazurka  Fryderyka  Chopina.  Po 
zachodzie  słońca  ciocia  Zuzanna,  bo  tak  kazała  nam  wtedy  na  siebie  mówić, 
przypominała  sobie,  Ŝe  w  jej  Ŝyłach  płynie  szlachetna  krew,  przebierała  się  w  ładne 
sukienki,  starannie  upinała  włosy.  Zakładała  rodową  biŜuterię  i  grała  na  pianinie,  bo 
fortepian  zabrali  jej  urzędnicy.  O  ten  fortepian  to  najbardziej  pomstowała,  bo  stał  w 
auli  szkoły  podstawowej  wybudowanej  w  czasie  realizacji  propagandowego  hasła 
„Tysiąc szkół na tysiąclecie państwa polskiego” i nauczycielka grała na nim moŜe raz 
w roku. 

U  cioci  Zuzanny  spędziliśmy  sześć  dni  i  sześć  nocy,  mając  w  jej  sadzie  bazę 

wypadową. Dopiero po latach zrozumieliśmy, Ŝe jej surowe oblicze było tylko murem 
odgradzającym ją od teraźniejszości, której nie potrafiła zaakceptować, a sobą stawała 
się  dopiero  wieczorem.  Była  wdową,  prowadzącą  samodzielnie  duŜe  gospodarstwo 
sadownicze  i  ostatni  dzień  spędziliśmy  u  niej  pracując  przy  zbiorze  czereśni.  Wtedy 
zarobiłem dość pieniędzy, by kupić sobie na giełdzie winylową płytę „Dark Side of the 
Moon” zespołu „Pink Floyd”. Julek kupił „Misplaced Childhood” grupy „Marillion” i 
potem długo rozmawialiśmy o tekstach, ćwiczyliśmy chwyty gitarowe, a kiedy byliśmy 
sami w domu - śpiewaliśmy. 

Spojrzałem w lusterko i widziałem, Ŝe Daniela popędza nas gestami. 
-  Pójdziesz?  -  zapytałem  Julka  wskazując  na  chwost  uwieszony  do  mosięŜnego 

dzwonu przy bramie. 

- Boisz się? - Julek ironicznie się uśmiechał. - Ty, były komandos, boisz się Zuzanny 

Gruczkowej? 

background image

 

87 

-  Nie  pozwolę  się  sprowokować  -  broniłem  się.  -  Będę  cię  osłaniał  i  będę  trzymał 

stopę nad pedałem gazu - zapewniałem go. 

Przekomarzaliśmy  się,  ale  te  nasze  Ŝarty  były  jednak  podszyte  odrobiną  strachu, 

związanego z ciotką Zuzanną. 

- Tego się bałem, Ŝe powiesz coś o tym osłanianiu - mruknął Julek zakasując habit i 

wysiadając z wehikułu. 

Podszedł  do  bramy.  Była  wysoka  na  cztery  metry,  mur  na  trzy.  Julek  pociągnął  za 

sznurek  i  dzwonek  zabrzęczał  najpierw  głębokim  basem,  który  niespodziewanie  w 
kolejnym  uderzeniu  zamieniał  się  w  piskliwe  kwilenie  podobne  jak  w  dzwonkach 
wieszanych na szyjach owiec. Chwilę trwało, nim rozsunęły się skrzydła wrót i wtedy 
Julek cofnął się o krok i przeŜegnał. 

- To ty, Joanno? - Julek zapytał łamiącym się głosem. Widziałem, Ŝe przyjaciel stał 

blady  jak  ściana  i  wpatrywał  się  w  kogoś.  Myślałem,  Ŝe  skoro  obaj  wspominaliśmy 
ciotkę  Zuzannę,  to  Julkowi  przypomniała  się  Joanna,  jej  córka,  która  była  naszą 
rówieśnicą.  Dziewczyna  była  po  prostu  śliczna,  ideał  zdrowia,  urody,  promieniowała 
humorem,  blaskiem,  który  nie  pozostawiał  obojętnym  Ŝadnego  z  nas.  Wiedzieliśmy 
jednak,  Ŝe  nie  wolno  było  nam  pozwolić  sobie  choćby  na  zalotne  spojrzenia.  Trzeba 
było liczyć się z powaŜnymi konsekwencjami. 

Pierwszą  była  rozmowa  z  ciocią  Zuzanną,  która  juŜ  pierwszego  wieczoru 

uświadomiła  nas,  jakimi  przymiotami,  „za  dawnych  czasów”,  winien  był 
charakteryzować się kawaler, który miałby ochotę zabrać dziewczynę na tańce. 

Drugą było znalezienie się w orbicie mocniejszych zainteresowań profesora Kraka. 
Tylko Julek miał dość odwagi i zdobył tyle zaufania ciotki Zuzanny, Ŝe pozwoliła im 

pojechać wozem do miasteczka, Ŝeby na targu sprzedać owoce. 

Kiedy  ze  szpary  wysunęła  się  siedemnastolatka,  aŜ  podskoczyłem.  Ta  dziewczyna 

wyglądała jak Joanna, córka ciotki Zuzanny. 

background image

 

88 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

PROBLEMY NA BIWAKU * OGNISKO I GULASZ * NOWI MIESZKAŃCY  

POLA NAMIOTOWEGO * DECYZJA O ZAWARCIU POKOJU *  

DRUGA PRÓBA PORWANIA * SKALP CEZARA 

 

Siedziałem  za  kierownicą  niezdolny  do  jakiegokolwiek  czynu.  Zniecierpliwiona 

Daniela wysiadła z peugeota i ruszyła ku bramie. 

-  Na  co  czekacie?  -  rzuciła  mijając  mnie  siedzącego  w  wehikule.  Po  chwili  i  ona 

stanęła  jak  posąg.  Dziewczyna,  która  wyszła  zza  bramy  patrzyła  na  nas  z  szeroko 
otwartymi  oczami.  Była  ubrana  w  sukienkę  sięgającą  powyŜej  kolan  i  wysokie 
sznurowane buty. 

-  Jesteście  z  „Maszkarona”?  -  zapytała  śmiejąc  się.  -  To  jakaś  artystyczna 

prowokacja? Gdzie ukryliście kamery? Julek tylko pokręcił głową. 

-  To  jesteście  z  jakiejś  pantomimy?  -  dziewczyna  wciąŜ  się  uśmiechała.  -  Ty  się 

przebrałeś za księdza - wskazała na Julka - Tamta laska to pewnie bogata lalunia, tylko 
kim jest ten dziwak w takim komicznym samochodzie? - wskazała na mnie. 

- Przyjechaliśmy na pole namiotowe - oznajmiła Daniela. 
-  Pierwszy  raz  widzę,  Ŝeby  duchowny  nocował  u  mnie  pod  namiotem,  a  pani  to 

pewnie pogubi tipsy... 

Rozpoznałem  intonację,  dykcję,  styl.  To  nie  mógł  być  przypadek  i  ta  dziewczyna 

miała coś wspólnego z ciocią Zuzanną 

- Szukamy pani Zuzanny Gruczkowej - powiedziałem wstając. 
- To ja! - dziewczyna podparła się pod boki. 
-  Chcieliśmy  przenocować  u  pani  na  polu  namiotowym,  będziemy  tu  kilka  dni  - 

prosiłem. 

-  Trzeba  tak  było  od  razu,  ale  nie,  aktorzy  muszą  zrobić  widowisko  -  zrzędziła 

dziewczyna otwierając nam bramę. - I to wszystko dla kogo? Gdzie są widzowie? 

Daniela  wróciła  do  swojego  auta,  a  Julek  przytrzymywał  skrzydło  bramy.  Kiedy 

przejeŜdŜałem  koło  Zuzanny,  mogłem  się  jej  dobrze  przyjrzeć.  Miała  ciemniejszą  niŜ 
mama  oprawę  oczu,  ostrzejszy  rysunek  nosa  niŜ  jej  babcia.  Zatrzymałem  się,  Ŝeby 
Julek wsiadł do wehikułu. 

- Tam - przyjaciel wskazał mi, dokąd mieliśmy dojechać.  
Pole  namiotowe  zajmowało  polanę  o  średnicy  około  stu  pięćdziesięciu  metrów. 

Między  drzewami  otaczającymi  tę  przestrzeń  prześwitywały  jasne  plamy  muru  lub 
ciemniejsze  palisady.  Kilkanaście  metrów  od  wjazdu  stał  piętrowy  dom  ze 
zbudowanym  z  kamieni  parterem  i  piętrem  z  bali.  Dalej,  za  nim  ciągnął  się  szereg 
sanitariatów, a w gęstym zagajniku świerków stał śmietnik. 

Widziałem,  Ŝe  łąka  była  podzielona  na  kwatery,  kaŜda  ze  swoim  ujęciem  wody, 

gniazdkiem  elektrycznym  i  lampą.  Wszystko  było  tak  rozplanowane,  by  turyści  nie 
musieli  tłoczyć  się,  a  kaŜdy  miał  dość  miejsca  wokół  namiotu  na  rozstawienie  grilla, 
rozłoŜenie koca. Był tu teŜ mały plac zabaw. 

- Mamy wypakować się tam pod lasem - mówił mi Julek. Szybko zajechałem przez 

łąkę  na  miejsce,  za  to  auto  Danieli  ugrzęzło  w  pryzmie  błota  rozjechanego  przez 
traktor. Przyjaciółka dawała znaki, Ŝe poradzi sobie i wyjedzie. Kiedy wyjęliśmy nasze 
bagaŜe, ona wciąŜ nie mogła wyjechać z pułapki. 

background image

 

89 

- Poszukasz z przodu jej auta dobrego miejsca, Ŝeby to zaczepić - podałem Julkowi 

linę holowniczą. 

Tyłem  podjechałem  do  peugeota.  Auto  zakopało  się  w  błocie  po  próg.  KaŜde 

naciśnięcie pedału gazu powodowało, Ŝe pojazd jeszcze bardziej grzązł. 

-  MoŜe  przyjadę  traktorem?  -  proponowała  Zuzanna  stojąc  z  boku  i  krytycznie 

przyglądając  się  zabiegom  Julka,  który  usiłował  podczepić  linę  do  wehikułu.  -  Ten 
gruchot zadusi się, a nie wyciągnie tej limuzyny... Niech ksiądz to zostawi! - krzyknęła 
i  śmiało  wskoczyła  w  błoto.  -  Ruszaj  pan  tego  grata!  -  wrzasnęła,  kiedy  umocowała 
linę. Dla lepszego efektu walnęła dłonią w pokrywę bagaŜnika. 

- Lakier się panu osypuje - dodała odchodząc i otrzepując ręce. 
Sekundę  przed  naciśnięciem  pedału  gazu  przełączyłem  ustawienia  wehikułu  na 

rajdowe.  Peugeota  wyrwałem  jednym  mocnym  szarpnięciem  z  błota  i  poholowałem 
Danielę  na  koniec  łąki.  W  miejscu  skąd  startowałem  zostały  w  trawie  tylko  głębokie 
ś

lady  moich  kół.  Pomogliśmy  Danieli  wyjąć  bagaŜe.  Postanowiliśmy,  Ŝe  Daniela 

będzie spała w namiocie szefa, Julek w moim, a ja w wehikule. 

Nie minęła minuta od chwili kiedy zaczęliśmy się rozpakowywać, kiedy usłyszałem 

szelest  kroków  i  widziałem  przeraŜoną  minę  Julka.  Błyskawicznie  obróciłem  się  i 
zobaczyłem  Zuzannę  Gruczkową  z  łopatą  i  grabiami.  Podeszła  do  mnie,  wbiła  łopatę 
przed moimi stopami i oparła grabie o mnie. 

- Mam nadzieję, Ŝe te dziury w trawie znikną - oznajmiła. 
- Rozstawcie namioty, a ja zrobię porządek - powiedziałem do przyjaciół. 
Wziąłem  narzędzia i podszedłem do  miejsca, gdzie  wehikuł  wyrwał  kawałki trawy. 

Gospodyni poszła do domku, ale chyba obserwowała moje poczynania, bo widziałem, 
jak  kilka  razy  drgnęła  firanka.  Zdjąłem  marynarkę,  zakasałem  rękawy  koszuli  i 
najpierw  starannie  zdjąłem  warstwę  ziemi  z  trawą,  potem  plantowałem  dziury.  Kiedy 
grabiłem  ziemię,  by  na  niej  ułoŜyć  odłoŜone  na  bok  kwadraty  murawy,  Zuzanna 
wróciła do mnie z tacą, na której stały szklanki i dzbanek z kompotem. 

-  Uczciwa  robota  -  oceniła  moje  wysiłki.  -  Czeka  cię  jeszcze  drugi  i  chyba  gorszy 

wysiłek - wymownie spojrzała w kierunku Julka i Danieli. 

Dopiero teraz obejrzałem się i ujrzałem, jak Julek stara się utrzymać maszt namiotu, 

a  Daniela  robi  coś  w  środku.  Nie  potrafiłem  ocenić  co,  ale  wkrótce  cała  konstrukcja 
runęła.  Julek  potknął  się  i  upadł,  a  zaplątana  w  płachty  namiotowe  Daniela  podniosła 
wrzask. 

- Długo tak się męczą? - zapytałem Zuzannę. - Na śmierć o nich zapomniałem. 
- Od kwadransa to trzecia próba - Zuzanna nalała  mi  kompotu do szklanki i podała 

napój. 

Wiśniowy  kompot  smakował  wspaniale,  słodyczą  dodając  sił,  cierpkością  owoców 

orzeźwiając. 

- Kim wy jesteście? - zapytała Zuzanna. 
-  Grupą  przyjaciół  z  liceum  -  odpowiedziałem.  -  Czy  twoja  mama  miała  na  imię 

Joanna, a babcia Zuzanna? 

- Skąd wiesz? 
- Jesteś bardzo podobna do mamy. Poznaliśmy ją kiedyś i... Dziewczyna zbladła. 
- To wy byliście z wujkiem mamy u babci na wycieczce? - zapytała. 
- Tak. 

background image

 

90 

Zuzanna upuściła tacę, rozpłakała się i pobiegła do swojego domku.  
Pozbierałem  naczynia,  dokończyłem  sprzątania,  zaniosłem  to  wszystko  na  schody 

domu  i  wróciłem  na  nasz  biwak.  ZdąŜyłem  akurat  na  moment,  kiedy  obcasik 
pantofelków Danieli utknął w trawie, a ona sama poleciała przed siebie szorując białą 
koszulą po trawie. 

- Kilkanaście lat wystarczyło, byście zapomnieli, jak to się robi? - dziwiłem się. 
-  Sam  ustawiaj  ten  namiot!  -  Daniela  udawała  wściekłą.  -  MoŜecie  w  nim 

zamieszkać, a mnie zostawcie tę dwójkę albo będę spała w samochodzie.  

Usiadła na swojej torbie i narzekała na los. Po kilku minutach zaczęła pouczać nas, 

zajętych  rozstawianiem  namiotu.  Kiedy  pałac,  z  przedsionkiem  i  duŜą  komorą  stanął, 
Daniela  wprowadziła  się  do  niego  bez  słowa.  Kiedy  kończyliśmy  ustawianie  namiotu 
Julka, wymaszerowała w dresie, z ręcznikiem i kosmetyczką w kierunku sanitariatów. 

Usiedliśmy zmęczeni i podziwialiśmy niebo, barwy zachodzącego słońca, ciszę tego 

miejsca przerywaną świergotem ptaków i nadchodzącym wieczornym chłodem. 

-  MoŜe  rozpalimy  ognisko?  -  Julek  wskazał  na  otoczone  kamieniami  palenisko  i 

przygotowaną stertę drewna. 

- Świetny pomysł - przyznałem. - Ugotuję w kociołku jakąś kolację... 
- Co tam się wydarzyło? - zapytał Julek. Widocznie widział, Ŝe Zuzanna rozmawiała 

ze mną i nagle pobiegła do domu. 

- To córka Joanny, tej od cioci Zuzanny - powiedziałem. - To podobieństwo nie jest 

przypadkowe. 

- Ile ona ma lat? 
-  Szesnaście,  siedemnaście  -  zgadywałem.  -  Nastolatki  teraz  szybciej  dojrzewają  i 

młode dziewczyny wyglądają jak dorosłe kobiety. 

Julek nagle wstał i odszedł ode mnie. Usiadł kilkanaście metrów dalej i zatopił się w 

modlitwie.  Dostrzegłem  róŜaniec  w  jego  dłoni.  Postanowiłem  zająć  się 
przygotowaniem  posiłku.  Nie  oznaczało  to,  Ŝe  byłem  nieczułym  draniem,  ale  nie 
potrafiłem  w  Ŝaden  sposób  pomóc  Julkowi,  bo  przypuszczałem,  jakie  uczucia  i 
wątpliwości  nim  targały.  Wszyscy  wtedy  widzieliśmy,  Ŝe  Joanna  zrobiła  na  nim 
ogromne  wraŜenie  i  nie  bez  wzajemności.  Czy  mogłem  teraz  iść  do  Zuzanny  i 
próbować zrozumieć, czemu tak dziwnie się zachowała? 

Z bagaŜnika  wyjąłem  kociołek rozpaliłem ogień i z zapasów  w puszkach i słoikach 

zrobiłem  gulasz,  sałatkę  z  ogórków  konserwowych  i  papryki  na  ostro  oraz  kanapki  z 
mozarellą i pomidorem. 

- Ale zapach! - wzdychała Daniela zaglądając do kociołka. - Jeśli to będzie tak dobre 

jak wspaniale pachnie, to pozwolę ci zająć jedną trzecią namiotu. 

- Wehikuł ma wygodne, rozkładane fotele. 
- Co mu jest? - zapytała patrząc, jak Julek chodzi w kółko. 
- Ta mała - wskazałem na domek - to córka Joanny, tej od ciotki Zuzanny. Dlatego 

taka podobna do mamy jak dwie krople wody.  

Daniela zasłoniła usta dłonią. 
- Nawet  nie próbuj - powstrzymałem ją przed pójściem do Julka. -  śadne z  nas  nie 

pomoŜe mu walczyć ze wspomnieniami. 

- To co? Mamy sobie czekać przy kotleciku? - wskazała na kociołek. 

background image

 

91 

- To gulasz - upomniałem ją. - Ta dziewczyna jest tam - wskazałem na domek. - Idę 

o  kaŜdy  zakład,  Ŝe  teraz  siedzi  w  oknie  i  widzi,  co  się  dzieje.  PrzecieŜ  nie  jesteśmy 
zbójami, nie zrobiliśmy nic złego, tylko znaliśmy jej mamę... 

- Ale ona ma tyle lat, Ŝe... - Daniela nie dokończyła. 
- Nie fantazjuj! - nie wytrzymałem. - Poczekajmy na rozwój wypadków, bo któreś z 

nich nie wytrzyma i postanowi porozmawiać, a moŜe córka sprowadzi tu swoją mamę? 
MoŜe po prostu będziemy musieli stąd jutro wyjeŜdŜać? Zobaczymy i nie popędzajmy 
przeznaczenia. 

- Z nami teŜ tak zrobisz? 
- To chyba zupełnie inna sprawa. 
- A co myślisz o nas? Zaraz powiesz, Ŝe powinniśmy sobie dać czas. 
- Tak, ale wiesz... 
-  Nie  wiem!  -  Daniela  obróciła  się  na  pięcie  i  poszła  do  namiotu.  Czułem  się 

niezręcznie  nie  wiedząc  właściwie,  dla  kogo  gotuję  kolację,  ale  uparcie  mieszałem 
drewnianą łyŜką  w kotle, rozkładałem  na ławie przy ognisku talerze i kiedy  wszystko 
było juŜ gotowe, usiadłem i czekałem.  

Pierwszy  przyszedł  Julek.  Schował  róŜaniec  i  widziałem,  Ŝe  wyraźnie  był 

spokojniejszy. Nachylił się nad kotłem i wdychał zapach. 

- Musi być niezłe - ocenił. 
-  Jedz  ile  chcesz,  bo  wydaje  mi  się,  Ŝe  na  wieczerzy  będzie  nas  tylko  dwóch  - 

mówiłem specjalnie głośno, Ŝeby Daniela to usłyszała. 

- JuŜ idę, zgredzie! - krzyknęła. - Chcecie mnie zagłodzić?  
Nie  potrafiłem  odgadnąć  zmian  nastroju  Danieli.  Wyszła  do  nas  ubrana  w  spodnie, 

gruby  sweter,  z  uśmiechem  na  twarzy.  Nabrała  sobie  sporą  porcję  gulaszu  i  sałatki. 
Wstałem  i  skierowałem  się  w  stronę  domku.  W  oknach  było  ciemno.  Wszedłem  po 
trzech schodkach i zapukałem w drzwi. W środku słyszałem energiczne kroki i w progu 
stanęła Zuzanna. 

- Jemy kolację... 
- Dobrze! 
- Chcieliśmy cię zaprosić... 
- Nie jestem głodna! 
- Chcieliśmy porozmawiać, dowiedzieć się, co słychać u twojej mamy? 
- Ma się dobrze. 
- A ciocia Zuzanna? 
- Babcia była waszą ciocią? 
- Chciała, Ŝebyśmy tak ją nazywali. 
- Babcia zmarła kilka lat temu. 
- Jest mi bardzo przykro... MoŜe jednak? - gestem wskazałem ognisko. 
- A macie gitarę? 
- Nie. 
-  Turyści  -  prychnęła  jak  zła  kotka  i  poszła  po  instrument.  Na  sukienkę  narzuciła 

grubą  bluzę  z  kapturem.  Gitarę  zarzuciła  na  ramię  niczym  starzy  Ŝołnierze  swoje 
karabiny.  Szła  stawiając  duŜe  kroki.  Najpierw  zaprosiłem  ją  do  stołu,  gdzie  z  ochotą 
zjadła gulasz. 

- Ostry, ale co do niego daliście? - zaciekawiła się. 

background image

 

92 

-  Pieprz  cayenne  -  odpowiedziałem.  -  Jego  ostrość  nie  jest  wyczuwalna,  bo  nie 

napada od razu kubeczków smakowych... 

-  Wyrobiłeś  się  kulinarnie  na  tym  starokawalerstwie  -  Daniela  przerwała  mi 

uszczypliwą uwagą. 

- Nie mogę się doczekać smakołyków z twojej kuchni - bronił mnie Julek. 
- I nie doczekasz się - hardo odpowiedziała mu Daniela. 
-  Jednak  na  biwaku  przyjdzie  czas,  kiedy  będziesz  musiała  coś  ugotować  - 

zauwaŜyłem. 

- Zaproszę was jutro na obiad do jakiejś restauracji - zapowiadała. 
- Jesteście zabawni, tacy sami jak opowiadała mama - odezwała się Zuzanna. 
Jej głos trochę nas otrzeźwił. 
- Co słychać u twojej mamy? - zapytał Julek. - Gdzie ona teraz jest? 
- Wyjechała do rodziny, do Anglii. 
- I zostawiła cię samą, z tym polem biwakowym na głowie? - dziwiłem się. 
- To mój posag i potrafię o niego dbać. Rano przyjdzie pracownik, który mi pomaga. 

Mam jeszcze Cezara, mojego ukochanego wilczura. 

- A szkoła? - dopytywała się Daniela. 
- Teraz są matury, więc w liceum mamy wolne dni. 
- A twój tata? - zadałem pytanie, które nas nurtowało. 
- Nie znam go - wstrzymaliśmy oddech. - Mama mówiła, Ŝe to była jakaś przelotna 

znajomość,  ale  nie  czuła  się  z  tym  człowiekiem  najlepiej,  bo  cały  czas  wspominała 
kogoś  innego.  Przegnała  tamtego  człowieka  i  zostałyśmy  same.  Mama  cały  czas 
opowiadała mi o jednym z was. Czy któryś z was ma na imię Julian? 

Z Danielą nie wytrzymaliśmy i spojrzeliśmy na Julka. 
- Zakonnik? - zdziwiła się Zuzanna. 
- Wtedy był cywilem - Daniela pospieszyła z wyjaśnieniami. 
- Czy brat wstąpił do zakonu, bo... 
- Nie, ale cały czas pamiętałem o twojej mamie - odpowiedział Julek. - Czy znalazła 

w końcu odpowiedniego partnera? 

-  Nie.  Mówiła,  Ŝe  dobrego  faceta  spotyka  się  tylko  raz  w  Ŝyciu.  Drugiej  szansy  los 

nie daje. 

Zuzanna mówiła o tym tak naturalnie, jak potrafiłaby o tym mówić tylko jej babcia. 

Ciocia  Zuzanna  była  jeszcze  wychowana  w  tym  duchu,  w  jakim  były  ukształtowane 
Ŝ

ony patriotki, które w XIX wieku podąŜały za męŜami na katorgę. To były niewiasty, 

które potrafiły poświęcić się idei lub zasadom. My patrzyliśmy na to jak na przeŜytek, 
ale  czuliśmy  do  tego  szacunek,  taki  sam  jak  odkrywcy  patrzący  na  wspaniałe  zabytki 
staroŜytnych kultur. 

- Dość smęcenia na sucho - Zuzanna wstała i przesiadła się na kłodę drewna słuŜącą 

jako  siedzisko  przed  ogniskiem.  -  Ciekawe,  czy  to  pamiętacie?  Mama  mnie  tego 
nauczyła. Jej palce miękko przesunęły się po strunach gitary, a jej głos z tak mocnego 
nabrał łagodności, kiedy śpiewała. 

 

Przez ile dróg musi przejść kaŜdy z nas 
By mógł człowiekiem si
ę stać
Przez ile mórz, lecie
ć ma biały ptak 
Nim w ko
ńcu opadnie na piach. 

 

background image

 

93 

Przez ile lat będzie kanion ten trwał 
Nim w ko
ńcu rozkruszy go czas. 

 

Przy refrenie piosenki Boba Dylana dołączyła Daniela. 

 

Odpowie ci wiatr, wiejący przez świat 
Odpowie ci, bracie, tylko wiatr. 

 

Przez ile lat ludzie giąć będą kark 
Nie wiedz
ąc, Ŝe niebo jest tuŜ
Przez ile łez, ile bólu i skarg 
Przej
ść trzeba i przeszło się juŜ
Jak blisko 
śmierć musi przejść obok nas 
By człowiek zrozumiał swój los. 
Odpowie ci wiatr, wiej
ący przez świat 
I ty sw
ą odpowiedź rzuć na wiatr.

2

 

 

Z kaŜdym taktem, kaŜdą linijką śpiewaną przez Zuzannę i Danielę przenosiłem się w 

odległy  świat  czasów  młodości,  kiedy  pełni  marzeń  o  przyszłości  siedzieliśmy  przy 
ogniu.  Słuchaliśmy  piosenek,  opowieści  profesora  Kraka  i  kaŜdy  z  nas  w  iskrach 
wznoszących  się  ku  rozgwieŜdŜonemu  niebu  wyszukiwał  dobrej  wskazówki,  jaką 
drogą pójść, co dla nas miało być waŜne. Ten dobry nastrój przerwało dzwonienie przy 
bramie. 

- Będą się rozbijać po ciemku? - roześmiała się Zuzanna.  
Wstała,  zostawiła  gitarę  i  pobiegła  otworzyć  nowym  gościom.  Po  chwili  na  łąkę 

wjechały  polonez  Łukasza  i  volvo  ciągnące  przyczepę  kempingową.  KaŜde  z  nich 
pojechało  w  inny  kąt  pola,  tak  Ŝe  byliśmy  oddaleni  od  siebie  o  kilkadziesiąt  metrów. 
Widzieliśmy, jak Krzysiek i Łukasz rozbijali dwa namioty dla siebie i Karoli. Kto był 
pasaŜerem  volvo  nie  dostrzegliśmy,  bo  jego  właściciele  rozkładali  się  obozem 
zasłonięci  przyczepą,  która  po  dostawieniu  wielkich  płacht  namiotowych  rozrosła  się 
do rozmiarów małego domku. 

- Konkurencja przybyła. Od jutra zacznie się wyścig szczurów - stwierdził Julek. 
- Wy ich znacie? - pytała Zuzanna wracając do naszego ogniska. 
- Tamci - wskazałem na poloneza - teŜ byli wtedy na tej wycieczce. A kto przyjechał 

tą przyczepą? 

- Jakaś większa rodzina, dwie pary i chłopak - odpowiedziała Zuzanna. 
Opowiedzieliśmy gospodyni, co nas sprowadza  w okolice  zamku  w Ogrodzieńcu, a 

ona słuchała naszej opowieści z ogromnym zainteresowaniem. 

- Mamy to, czego nie ma król - powtarzała wskazówki. - Król nie potrafi być jak to, 

na czym stoimy. Wybierz stronę wroga i uderz trzy razy, Tam skarb nasz, gdzie strach 
nasz  -  chwilę  namyślała  się.  -  Znam  zamek,  ale  nie  potrafię  wam  niczego 
podpowiedzieć. Te zdania niczego mi nie mówią. Wasi przyjaciele teŜ tego szukają? 

- To są nasi wrogowie - poprawiała ją Daniela. 
-  Co  jest  waŜniejsze:  wspomnienia  wspaniałych  wspólnie  spędzonych  chwil  czy 

poszukiwania  jakiegoś  tam  skarbu?  -  zapytała  Zuzanna.  -  Oni  wciąŜ  są  waszymi 
przyjaciółmi,  tylko  wy  i  oni  jesteście  ślepi.  Nie  marnujcie  tego,  co  macie  wspólne  - 
apelowała wstając. 

                                                 

2

 Słowa polskie: Andrzej Bianusz

 

background image

 

94 

ś

yczyła nam dobrej i spokojnej nocy, zabrała gitarę i poszła do swojego domku. 

My  siedzieliśmy  przy  ognisku  i  widzieliśmy,  jak  przy  polonezie  płonie  niebieski 

ogień kuchenki gazowej, a od wozu kempingowego dolatywał do nas zapach kiełbasy z 
grilla. 

-  Ta  siksa  ma  rację  -  Daniela  łamała  suche  patyczki  i  rzucała  je  do  dogasającego 

ogniska. - MoŜe zawrzemy z nimi pokój?  

- To dobra myśl - przyznał Julek. 
- To oni pierwsi rzucili się na nas pytając, jak podzielimy skarb - przypominałem. 
- PrzecieŜ nie moŜemy... 
-  Pawciu,  nie  jęcz  -  skrzywiła  się  Daniela.  -  Nie  moŜemy  dzielić  skóry  na 

niedźwiedziu. Skarb jest albo go nie ma, a nasza przyjaźń była i powinna trwać. 

- Racja - Julek kiwał głową. 
- I ty, Brutusie, przeciwko mnie? - spojrzałem na niego z wyrzutem. 
- Brutus myślał, Ŝe tym ciosem noŜa ratuje republikę - bronił się Julek. 
- To kto będzie naszym parlamentariuszem? - zapytała Daniela. 
- Julek - zaproponowałem, 
- Daniela - odparł Julek. 
- Pójdę - Daniela kiwnęła głową. - Na ile mogę złagodzić nasze stanowisko? 
- Ani trochę! - stwierdziłem. - Z renegatami nie powinniśmy negocjować! 
- Prawdziwy Cezar - Julek uśmiechnął się. 
Ustaliliśmy,  Ŝe  poselstwo  wyślemy  rano,  po  śniadaniu.  Jeszcze  siedzieliśmy  przy 

ognisku  jedząc  pieczony  chleb  polewany  oliwą  i  resztki  pikantnej  sałatki. 
Wspominaliśmy  czasy,  kiedy  w  trakcie  wędrówek  prawie  kaŜdy  wieczór  spędzaliśmy 
przy ognisku. W końcu zalaliśmy  wodą ognisko i ułoŜyliśmy się do snu. Wehikuł nie 
był najlepszym miejscem do snu, bo błyskawicznie tracił całe ciepło nagromadzone w 
dzień  i  nocą  zamieniał  się  w  lodówkę.  Dla  lepszej  wentylacji  naleŜało  spać  przy 
przynajmniej uchylonych oknach. Miałem jednak doskonały śpiwór i koc. Dlatego nie 
bałem się chłodu. Przez szyby widziałem, jak zgasło światło w namiocie Julka, potem u 
Danieli. Przy polonezie jeszcze kilkanaście minut siedzieli Krzysiek i Łukasz pijąc coś 
z puszek. Przy volvo panował ład i porządek. JuŜ od dwudziestej drugiej, z początkiem 
ciszy  nocnej,  paliła  się  tam  tylko  jedna  lampka.  Godzinę  później  tamta  część 
obozowiska  tonęła  w  mroku  rozświetlana  tylko  specjalnie  przyćmionym  światłem 
latami.  Gdzieś  za  domem  cicho  skowyczał  pies  uwiązany  na  łańcuchu,  w  końcu  i  on 
zamilkł. UłoŜyłem się  wygodniej, przymknąłem oczy i  wydawało  mi się, Ŝe trwało to 
tylko sekundę, kiedy obudził mnie rozpaczliwy krzyk Danieli. 

Błyskawicznie usiadłem wyplątując się z kokonu śpiwora i koca. Zobaczyłem, jak od 

namiotu Danieli odskakuje czyjś cień. Byłem pewien, Ŝe był to jeden z osiłków. Kiedy 
gwałtownie poruszyłem się sięgając klamki, on obejrzał się w moją stronę. W namiocie 
Julka widać było, jak zakonnik przeciska się do wyjścia. 

Napastnik  rzucił  się  w  kierunku  bramy,  co  mnie  zdziwiło,  bo  przecieŜ  skoro  chciał 

uciec,  to  miał  palisadę  za  naszymi  plecami  w  lesie.  Nie  musiał  ryzykować  sprintu  po 
łące.  Biegłem  za  nim,  kiedy  od  strony  poloneza  ruszył  ktoś  w  pościg.  W  wozie 
kempingowym  zapaliło  się  światło.  Bandzior  był  szybki,  ale  powoli  zmniejszałem 
dystans  i  wtedy,  mniej  więcej  dwadzieścia  metrów  od  bramy  usłyszałem  za  sobą 
straszliwy warkot, jakby gnał za mną motocyklista. Momentalnie stanąłem. 

background image

 

95 

Przeczucie mnie nie myliło. Poczułem, jak o moje nogi otarło się wielkie cielsko psa. 

Minął mnie Łukasz z latarką, ale zaraz padł obalony na ziemię przez wilczura i kolega 
takŜe  podjął  słuszną  decyzję,  by  zamrzeć  w  bezruchu.  Teraz  Cezar,  bo  był  to  pewnie 
pies Zuzanny, skierował swoją uwagę na bandytę. Widziałem, jak osiłek podskakiwał, 
chwycił  się  krawędzi  muru,  podciągnął  się  i  w  tym  momencie  Cezar  stanął  oparty 
przednimi  łapami  o  ogrodzenie.  Nie  szczekał,  tylko  patrzył  w  górę  i  doczekał  się 
nagrody, bo bandyta z głośnym krzykiem, z wysoko uniesionymi rękoma spadał prosto 
na  Cezara.  Pies  ugryzł  męŜczyznę  w  pośladek  podany  mu  jak  na  tacy  i  ugryziony 
napastnik podskoczył, klnąc, wymachując rękoma i wyjąc z bólu przedostał się za mur. 

- Cezar! Noga! - obok mnie pojawiła się Zuzanna. - Co tak stoisz jak słup soli? 
- Wolę stać niŜ leŜeć jak on - wskazałem na Łukasza - lub mieć pogryzione porcięta 

we wstydliwym miejscu jak tamten. 

-  Dobry  Czaruś!  -  Zuzanna  głaskała  psa  po  głowie.  -  Ale  tamten  zły  pan  krzyczał! 

Dobry, dzielny piesek! 

- Świetnie wyszkolony - zauwaŜyłem. 
-  To  robota  babci  -  wyjaśniała  Zuzanna.  -  Jaki  ładny  kawałek  dresu  -  pokazała 

skrawek materiału który Cezar wyszarpał ze spodni uciekiniera. - Markowe - oceniła. 

- Ale pasy z boku nie świeciły - mruknął Łukasz wstając z ziemi. 
- To ciocia Zuzanna wymyśliła, Ŝeby na murze umieścić w tynku kawałki rozbitego 

szkła? - domyślałem się przyczyny krzyków osiłka, 

- I drut kolczasty na palisadzie - z dumą dodała Zuzanna. 
- No, to babcia przygotowała ci bardzo bezpieczny posag - uśmiechnąłem się. 

background image

 

96 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

 

NOCNE ROZMOWY PRZY OGNISKU * ZWIEDZAMY ZAMEK W OGRODZIEŃCU * 

SKAŁA „KARAWELA” * LEGENDA O SKARBIE MORSKIEGO DIABŁA 

 

Niebezpiecznym  i  niepotrzebnym  było  szukać  tajemniczego  napastnika  za 

ogrodzeniem.  Wróciliśmy  do  namiotu,  gdzie  roztrzęsiona  Daniela  przyjmowała  od 
Julka kubek z gorącą herbatą. Byli tu Karola i Krzysiek. 

- Złapaliście go? - zapytał Krzysiek. 
- Kogo? - udawałem zdziwionego. 
- No tego... - Krzysiek na moment zawahał się. - Tego, kto tu był u Danieli! 
- Zostało po nim tylko to - Zuzanna pokazała kawałek materiału jak skalp. 
- Co się właściwie stało? - pochyliłem się nad Daniela. 
-  JuŜ  spałam,  kiedy  poczułam,  Ŝe  ktoś  wchodzi  do  namiotu  -  przyjaciółka 

opowiadała, co chwila ocierając łzy i pociągając nosem. - Najpierw się przeraziłam, ale 
potem pomyślałam, Ŝe przecieŜ tu  nie  ma  nikogo obcego. I  wtedy ten bandzior rzucił 
się na mnie, zakrył mi usta ręką, Ŝebym nie krzyczała i chciał mnie wynieść zawiniętą 
w śpiwór. Wrzasnęłam i wykręciłam mu rękę tak, jak kiedyś uczył mnie Paweł. 

- Ty wykręciłaś rękę takiemu dryblasowi? - powątpiewał Łukasz. 
- ZałoŜyła mu dźwignię - podpowiedziałem. - Kiedyś uczyłem ją prostych chwytów 

aikido i teraz po latach przydało się. 

-  Wtedy  on  chciał  mnie  uderzyć,  ale  ja  tak  wrzeszczałam,  Ŝe  uciekł  -  Daniela 

dokończyła opowieść. 

- Czy Cezar potrafi dobrze tropić? - zapytałem Zuzannę. 
- Tak. 
- To poszukajmy, którędy wszedł tu nasz nocny gość - zaproponowałem. 
Moi  przyjaciele  uznali  to  za  czynność  zbędną,  bo  bandyta  pewnie  tak  się  zląkł,  Ŝe 

drugi  raz  nie  powtórzy  swojego  czynu.  Poszliśmy  z  Zuzanną  do  lasu  za  naszymi 
namiotami. 

- Szukaj! - Zuzanną pomachała wilczurowi materiałem przed nosem.  
Bystry zwierzak tylko zamerdał ogonem i zaczął krąŜyć wśród świerków. Po chwili 

złapał  trop  i  jak  po  sznurku  poszedł  do  palisady.  Na  ziemi  bielała  chusteczka 
higieniczna.  Nachyliłem  się  nad  nią,  były  na  niej  ślady  krwi.  Poświeciłem  latarką 
wyŜej i zobaczyłem, w którym miejscu osiłek przechodził przez ogrodzenie. 

- Podsadzę cię, a ty zobacz, czy na zewnątrz nie zostawili czegoś - powiedziałem do 

Zuzanny. 

- Zostawili? Kto? 
-  Mieliśmy  wcześniej  wątpliwą  przyjemność  spotkać  panów,  którzy  mocno 

interesowali się Danielą. Podejrzewam, Ŝe juŜ wtedy chcieli ją porwać. Nie sądzisz teŜ, 
Ŝ

e  ten  bandzior  działał  sam.  Miał  wspólnika,  który  pewnie  miał  pomóc  mu  przy 

przechodzeniu przez twoje fortyfikacje, podstawić gdzieś w pobliŜe samochód. 

- Czemu mieliby ją porwać? Dla okupu? 
- Sądzę, Ŝe tak. Jest dosyć bogata. 
Wróciliśmy  na  biwak  i  potem  Zuzanna  poszła  do  swojego  domku.  Wszyscy 

rozsiedliśmy się na ziemi. Nikt nie miał ochoty spać. 

-  Jest  okazja,  Ŝebyśmy  się  pogodzili  -  odezwała  się  Daniela.  -  Tak  ustaliliśmy  przy 

wieczornym ognisku - spojrzała na mnie i Julka. 

background image

 

97 

- To powinniśmy jeszcze zaprosić Baśkę - powiedział Łukasz. 
-  Będziesz  ją  teraz  sprowadzał  z  drugiego  końca  Polski?  -  dziwił  się  Julek.  -  Czy 

wiesz, dokąd wyjechała? 

- Wiem  - Łukasz  wzruszył ramionami. - Jest tam  -  wskazał na  wóz  kempingowy.  - 

Razem z tym prawnikiem, jakimiś studentami i dzieciakiem. Jechali za nami tu, na pole 
biwakowe, ale oni nawet nie szukali noclegu w miasteczku, tylko od razu tu zjechali z 
szosy. 

- Baśka! - pierwszy krzyknął Julek. 
- Baśka! - za drugim razem dołączył do niego Łukasz.  
Nie  wiem, co  nas ogarnęło, ale ryczeliśmy  na całe gardło imię  koleŜanki. W  wozie 

kempingowym zapaliło się światło i po chwili zobaczyliśmy postać, która szła do nas 
gniewnie stawiając duŜe kroki. 

- Jelenie wyszły na rykowisko? - wrzasnęła na nas Baśka. - Co wy wyprawiacie?! 
- Chodź się godzić - zachęcał j ą Łukasz. 
- Jak to godzić? JuŜ nie chcecie walczyć o ten skarb? Co tu w ogóle się działo? 
Ta  noc  zakończyła  się  dla  nas  dopiero  przed  świtem,  kiedy  budziły  się  ptaki,  a  my 

gasiliśmy ognisko. Mój gulasz został wyjedzony do cna, zapasy herbaty wypite, chleba 
dawno  juŜ  zabrakło.  Widocznie  wobec  zagroŜenia  z  zewnątrz,  ataku  na  jedno  z  nas, 
postanowiliśmy  zewrzeć  szeregi.  WciąŜ  nie  wierzyłem  zapewnieniom  Krzyśka,  Ŝe 
scena  przy  Kaplicy  Zygmuntowskiej  nie  była  zainscenizowana.  Pamiętałem  teŜ  o 
tajemniczym  spotkaniu  Krzyśka  i  Karoli  z  młodym  gangsterem  przed  opactwem  w 
Tyńcu,  ale  głośno  nie  wyraŜałem  swoich  wątpliwości.  Nie  chciałem  rozmawiać  o 
osiłkach,  bo  cały  czas  obok  mnie  siedziała  wtulona  we  mnie  Daniela.  Wspomnienie 
tych bandziorów tylko niepotrzebnie by ją denerwowało. 

Nasi „rywale” długo biedzili się nad złamaniem kodu i nie udało im się to do końca. 

Stwierdzili, Ŝe i tak muszą tu przyjechać, bo i my tu będziemy. Mówiąc inaczej liczyli, 
Ŝ

e  jakimś  cudem,  rzutem  na  taśmę  przegonią  nas  w  drodze  do  skarbu.  Wtedy  Julek 

opowiedział im o tym, co odkryliśmy. 

Baśka opowiedziała za to, jak szukała mnie, bo postanowiła przyłączyć się do mojej 

druŜyny. Przyszła do „Krakowiaka”, pukała do drzwi mojego pokoju i wtedy chłopiec 
mieszkający po sąsiedzku, Piotruś, powiedział, Ŝe wie, gdzie-jestem. Zaprowadził ją do 
Sylwii i Andrzeja, którzy dowiedziawszy się od Baśki o poszukiwaniach, opowiedzieli 
o  wizycie  Julka,  a  Piotruś  dodał,  Ŝe  przez  okno  widział  jak  odjeŜdŜałem  wehikułem. 
Razem  postanowili  pojechać  do  Ogrodzieńca,  oczywiście  autostopem.  Stanęli  na 
drodze  wyjazdowej  z  Krakowa  czekając  na  okazję  i  to  był  prawnik,  który  nas  w  to 
wszystko wpakował. 

- Skąd on wiedział, dokąd trzeba jechać? - zastanawiała się Baśka. - Wsiedliśmy do 

jego volvo. Natychmiast  go rozpoznałam i zapytałam, dokąd jedzie. On na to, Ŝe tam 
gdzie i ja. Więc udawałam, Ŝe podróŜuję jak w tej piosence Maryli Rodowicz: „Wsiąść 
do  pociągu  byle  jakiego...”.  Prawnik  wtedy  w  śmiech  i  mówi,  Ŝe  wszystkie  drogi 
prowadzą do Ogrodzieńca. Zaczął opowiadać o tym, do czego doszliśmy. 

- Czyli ma wśród nas swoją wtykę - stwierdził Łukasz. 
- Nie zaczynajmy - prosił Julek. - Ma i tyle! Ten ktoś i tak się zdemaskuje, a wtedy 

kaŜdy z nas w swoim sercu oceni go i osądzi. Nie szukajmy go, bo znowu zaczniemy 
się kłócić. 

background image

 

98 

Łukasz  miał  ochotę  drąŜyć  sprawę,  ale  był  jedynym,  któremu  naprawdę  na  tym 

zaleŜało.  Ta  długa  noc  zaowocowała  nie  tylko  pokojem  i  obietnicą  współpracy,  ale  i 
moimi  przenosinami  do  namiotu  Danieli.  Oboje  uznaliśmy,  Ŝe  tak  będzie  dla  niej 
bezpiecznie,  a  zamontowanie  w  środku  specjalnej  przegrody  miało  dawać  Danieli  i 
mnie dość intymności. Płachta wisiała, ale Ŝadne z nas jej nie zasuwało. 

Po  długim  nocnym  siedzeniu  przy  ognisku  spaliśmy  do  późna  i  śniadanie  jedliśmy 

dopiero o jedenastej, wszyscy razem, przy wygasłym palenisku, które było świadkiem 
naszego pojednania. Zaprosiliśmy teŜ prawnika, Sylwię, Andrzeja i Piotrusia. Mecenas 
grzecznie  odmówił  wymawiając  się  zajęciami  i  rzeczywiście  widzieliśmy  jak  siada 
przy rozkładanym stoliku,  włącza przenośny  komputer i próbuje połączyć  się z siecią 
internetową przez telefon komórkowy. Co jakiś czas szukał miejsca, gdzie byłby lepszy 
zasięg sieci i w końcu musiał wejść na dach przyczepy. Wyglądał tam komicznie, ale 
nic sobie nie robił z naszych Ŝartów i propozycji wejścia na sosny. 

Po posiłku całą grupą poszliśmy do zamku. Minęliśmy parkingi, ryneczek, budkę z 

Informacją  Turystyczną  i  wspięliśmy  się  asfaltową  drogą  ku  górze,  na  której  wznosił 
się  zamek.  Najpierw  widzieliśmy  białe  ostańce  wapienne  wyglądające  jak  rozrzucone 
kości  gigantycznych  stworów.  Dopiero  za  zakrętem,  kiedy  zza  drzew  wyłoniły  się 
ruiny  zamku  wysokiego,  dech  zaparło  nam  w  piersiach.  Widząc  okna  na  wysokości 
kilkunastu  metrów,  mury  dopasowane  do  skał,  mając  dookoła  wspaniały  widok  na 
okolicę,  czuliśmy  się  jak  prawdziwi  awanturnicy  ruszający  na  poszukiwanie 
legendarnego skarbu. W kasie zastaliśmy młodych ludzi, w wieku najwyŜej dwudziestu 
lat. 

- Zapraszamy na paradę „Maszkarona” - powiedziała miła blondynka sprzedając nam 

bilety wstępu. - Wystarczy przygotować sobie odpowiednio straszne maski i przyjść tu 
wieczorem.  Będą  tańce,  występy,  a  na  koniec  pokaz  ogni  sztucznych  i  parada  przez 
miasteczko. 

-  Przyjdziemy?  -  Daniela  chciała  nas  zachęcić  do  tego  pomysłu.  Poparły  ją 

dziewczyny,  Andrzej,  Piotruś  i  Krzysiek.  Z  Julkiem  i  Łukaszem  zostaliśmy 
przegłosowani.  Przeszliśmy  przez  przedzamcze  po  chodniku  szerokim  łukiem 
prowadzącym ku bramie na zamek właściwy. Minęliśmy scenę, na której instalowano 
sprzęt  nagłośnieniowy,  ławki,  gdzie  odpoczywali  artyści  w  dziwnych  strojach 
przypominających te znane z brazylijskich karnawałów. 

- Kto odrobił dziś lekcję przewodnicką? - zapytała nas Karola. 
-  Ja  -  zgłosił  się  Julek  poprawiając  okulary  i  wyjmując  spod  habitu  zeszycik  z 

notatkami.  -  Zamek  jest  połoŜony  wśród  ostańców  najwyŜszego  szczytu  Jury 
Krakowsko-Częstochowskiej,  Góry  Janowskiego,  515,5  metra  wysokości  nad 
poziomem  morza.  Jej  patronem  jest  Aleksander  Janowski,  który  tu  właśnie  wpadł  na 
pomysł  załoŜenia  Polskiego  Towarzystwa  Krajoznawczego,  pierwowzoru  obecnego 
PTTK.  Historycy  przyjmują,  Ŝe  zamek  został  załoŜony  za  czasów  Kazimierza 
Wielkiego,  który  przekazał  go  w  doŜywotnią  dzierŜawę  Przedborowi  z  Brzezia. 
Archeolodzy  badali  załoŜenie  obronne  na  pobliskiej  górze  Birów,  które  miało 
funkcjonować od końca XIII do połowy XIV wieku. W 1386 roku Władysław Jagiełło 
przekazał zamek Włodkowi z Charbinowic, herbu Sulima, cześnikowi krakowskiemu i 
staroście  lubelskiemu.  W  1470  roku  Sulimowie  sprzedali  warownię  Salomonom, 
krakowskim 

mieszczanom. 

Potem 

przechodziła 

przez 

ręce 

kilku 

rodzin 

background image

 

99 

mieszczańskich,  aŜ  stała  się  własnością  Bonerów.  Kiedy?  Tego,  niestety,  nie  wiem. 
Wiadomo,  Ŝe  w  1532  roku  Seweryn  Boner  przystąpił  do  rozbudowy  obiektu, 
przekształcając  go  w  renesansową  rezydencję.  W  połowie  XVII  wieku  zamek  był  juŜ 
własnością Jana Firleja, marszałka wielkiego koronnego, jako wiano Zofii Bonerówny. 
W  1699  roku  kupił  go  Stanisław  Warszycki,  potem  naleŜał  do  rodzin  Męcińskich  i 
Jaklińskich. 

Kiedy  Julek  opowiadał,  usiedliśmy  na  ławeczkach  i  nasze  panie  wystawiały  twarze 

do piekącego słońca. 

-  To  co  mówisz  bardzo  mnie  niepokoi  -  odezwała  się  Baśka.  -  Wygląda  na  to,  Ŝe 

zamek naleŜał do rodu Bonerów bardzo krótko, ponad sto lat. Nowi właściciele mogli 
odnaleźć skrytkę. 

- Poczekaj - Julek  uniósł dłoń. - To co powiem dalej, teŜ nie  wprawi  was  w lepszy 

nastrój.  W  1587  roku  fortecę  zdobyły  wojska  arcyksięcia  Maksymiliana 
Habsburskiego,  a  Szwedzi  w  1655  i  1702  roku.  Czy  to  moŜliwe,  Ŝeby  łupieŜcy  nie 
odkryli skarbu? 

- MoŜliwe - stwierdziłem. - Znalezienie skarbu byłoby głośnym wydarzeniem, chyba 

Ŝ

e ktoś wydobył go potajemnie. 

-  Czemu  od  razu  o  tym  wszystkim  nie  powiedzieliście?  -  Krzysiek  zapytał  z 

wyrzutem. - Marnujemy tu czas. W tych ruinach nie ma juŜ nic! 

-  MoŜe  dzięki  tym  poszukiwaniom  odnajdziemy  coś  zupełnie  innego,  coś  tylko 

naszego - oponowała Daniela. 

- Ty i Paweł juŜ się odnaleźliście... - zauwaŜyła Karola. 
- Tu nie o to chodzi - broniła się Daniela. 
Łukasz roześmiał się pierwszy i zaraz pozostali, a Daniela i ja zaczerwieniliśmy się 

po czubki uszu. Wstaliśmy i ruszyliśmy ku bramie prowadzącej na zamek. Nad wąską 
fosą,  mrocznym  korytarzem  bramnym  weszliśmy  na  dziedziniec  zamkowy,  który 
sprawiał  wraŜenie  ciasnego,  tak  gęsto  był  bowiem  zabudowany  straganami  z 
pamiątkami. W centrum znajdowało się zejście do kawiarenki „Czarny Rycerz”, a obok 
pod dawnymi pomieszczeniami zamkowymi znajdowała się studnia. To do niej wpierw 
podeszliśmy  i  wpatrywaliśmy  się  w  jej  ciemną  czeluść.  Potem  kierując  się 
drewnianymi strzałkami rozpoczęliśmy zwiedzanie zamku. Mijając zejście do piwnic i 
„Czarnego  Rycerza”  ruszyliśmy  na  betonowe  schody  i  podesty  wbudowane  w  ruiny, 
tak  by  móc  je  bezpiecznie  zwiedzać.  Przewodniki  podają,  Ŝe  był  tu  dziedziniec 
otoczony  kruŜgankami,  sypialnie,  biblioteki,  pokoje  gościnne,  sala  rycerska.  My 
staraliśmy  się  wyobrazić  sobie,  jak  wyglądała  ta  rezydencja  w  czasach  świetności  i 
widzieliśmy, jak wiele potrafią zniszczyć wojny i lata zaniedbań. 

Wyglądając  przez  gigantyczne  dziury  w  miejscu  dawnych  okien,  nadstawialiśmy 

twarze  do  podmuchów  chłodnego  wiatru  i  słońca.  Tłocząc  się  na  szczycie  Baszty 
Kredencerskiej,  chodząc  po  podziemiach  Kurzej  Stopy  i  przechodząc  ciasnym 
korytarzem  wykutym  w  skale,  wypatrywaliśmy  śladów  dawnej  świetności  oraz 
miejsca, które mogło być skrytką. Zeszliśmy do „Czarnego Rycerza”, ale cały lokal był 
zajęty  przez  biesiadujących  tu  od  rana  artystów.  Wyszliśmy  na  dziedziniec  i  w  rogu 
znaleźliśmy zaciszne miejsce. Sylwia pobiegła odganiać Piotrusia od stoisk, a Andrzej 
pomagał jej w tym. 

- Nic! - mruknął Krzysiek. - Paweł, masz jakiś pomysł, gdzie jest ten skarb? 

background image

 

100 

- Nie - przyznałem się. 
- To niemoŜliwe, Ŝeby ukryli go tu i on tu do dziś przetrwał - stwierdził  Łukasz. - To 

jest  gigantyczna  ruina,  w  której  chyba  nie  ma  jednej  całej  ściany.  Jedyne  co  nam 
pozostaje, to skała, na której stoi zamek. 

- Albo najbliŜsza okolica - dopowiedziała Baśka. - I jeszcze opactwo w Tyńcu. 
-  Będziesz  chodziła  po  lasach  i  skałkach  szukając  sama  nie  wiesz  czego?  -  drwił 

Krzysiek. 

- Wiemy czego - odezwał się Julek od jakiegoś czasu zerkający na swoje notatki i na 

mapę  okolicy.  -  Mamy  to,  czego  nie  ma  król  -  czytał  Julek.  -  Tak  brzmiało  pierwsze 
zdanie. Czego nie miał król, a mieli to nasi awanturnicy? MoŜna powiedzieć więcej, Ŝe 
król potrzebował tego, co oni posiadali. 

- Młodość - rzuciła Karola. - W końcu Zygmunt był Stary, no nie? 
-  Okręt  -  zgłosiłem  swoją  propozycję.  -  Bez  niego  nie  przejęliby  skarbu,  nie  ukryli 

gdzieś w rejonie Bałtyku. Król nie miał wtedy własnej floty i korzystał z usług kaprów. 

- Właśnie! - Julek kiwał głową. - Około kilometra stąd mamy na mapie zaznaczoną 

skałę o nazwie „Karawela”. 

- Myślisz, Ŝe od wieków tak ją nazywano? - powątpiewała Baśka. 
- Jej nazwa z pewnością bierze się od oryginalnego kształtu - bronił się Julek. 
- MoŜe i w XVI wieku zwracała ona na siebie uwagę? 
- To idziemy - zdecydowała Baśka. 
Wstaliśmy i wyszliśmy z zamku. Studenci i Piotruś zostali jeszcze na podzamczu, bo 

chłopiec  chciał  odpocząć.  Za  bramą  skręciliśmy  w  prawo,  obeszliśmy  wąską  ścieŜką 
mury i pojedyncze skałki, by wejść na czerwony szlak turystyczny. 

Wyprawa  nie  była  daleka,  ale  zaraz  poczuliśmy  się  jak  za  dawnych  czasów:  w 

długiej  trasie,  zmęczeni,  zakurzeni,  ale  szczęśliwi.  Brakowało  tylko  profesora  Kraka. 
Szkoda  było  teŜ  tych  lat  młodości,  które  odeszły  bezpowrotnie.  Szliśmy  ścieŜką  pod 
górę,  na  grzbiet  za  Górą  Janowskiego.  Pomagałem  iść  Danieli  trzymając  ją  za  rękę. 
Widziałem,  Ŝe  Baśka  i  Łukasz,  daleko  na  przedzie  rozmawiali  ze  sobą,  śmiali  się  i 
Ŝ

ywo  gestykulowali.  Uwodzicielskie  spojrzenia  Krzyśka  jak  pajęcza  sieć  oplatały 

Karolę, ale ta nie miała zamiaru być łatwą zdobyczą i opędzała się od naszego amanta, 
choć  nie  na  tyle  mocno,  by  ten  zrezygnował  z  zabiegów.  Julek,  zamykający  naszą 
kolumnę, podziwiał widoki i między palcami przesuwał koraliki róŜańca. 

- Jak dawniej? - Daniela pomyślała chyba o tym samym. 
- Wiesz, Ŝe nic nie moŜe być juŜ jak przedtem. 
- Nic? - nagle stanęła. 
- Nihii est in intellectu quin prius fuerit in sensu - mijający nas Julek włączył się do 

naszej dyskusji. Powiedział to i nie zatrzymując się szedł dalej, stawiając wielkie kroki. 

- Co on powiedział? - dziwiła się Daniela. 
-  Nie  ma  nic  w  umyśle,  czego  byśmy  przedtem  nie  poznali  zmysłami  -  wyjaśniłem 

jej.  -  To  z  przekładu  traktatu  Arystotelesa  „O  duszy”.  Chodzi  o  to,  Ŝe  w  umyśle  nie 
mamy  pojęć  wrodzonych.  W  chwili  narodzin  jesteśmy  jak  tabula  rasa,  którą 
zapisujemy naszymi spostrzeŜeniami.  

- Jak to się ma do nas? 
-  JuŜ  nie  jesteśmy  czystymi  tablicami,  tylko  kaŜde  z  nas  ma  za  sobą  jakieś 

przeŜycia... 

background image

 

101 

- Przeszkadza ci, Ŝe byłam męŜatką? Ty nie miałeś Ŝadnej narzeczonej?  
Na szczęście od odpowiedzi na trudne pytanie uratował mnie krzyk Baśki. 
- Jest! - wrzeszczała. 
-  Znaleźli  skarb?  -  zaniepokoiła  się  Daniela  i  pobiegła  pod  górę,  Minęła  Julka,  do 

którego doszedłem po kilkunastu sekundach. 

- Kiedy się w końcu dogadacie? - zapytał mnie zakonnik. 
- O co ci chodzi? 
-  Chłopie,  czy  ty  oczu  nie  masz,  czy  tylko  udajesz  niewidomego?  PrzecieŜ  los  dał 

wam  drugą  szansę.  Jesteście  dojrzalsi,  potraficie  dokonywać  mądrzejszych  wyborów, 
łatwiej wypracujecie kompromis. Odpowiedz sobie na jedno pytanie: czemu nigdy nie 
znalazłeś odpowiedniej... 

-  Pobiegnę  tam,  bo  są  gotowi  zmalować  jakieś  głupstwo  -  szybko  przerwałem 

zakonnikowi i pobiegłem za Danielą. 

Nie  chciałem,  by  mówił  dalej.  Sam  nie  potrafiłem  sobie  jeszcze  właściwie 

odpowiedzieć  na  to  pytanie.  Dogoniłem  Danielę  w  lesie,  w  miejscu,  gdzie  ścieŜka 
opadała ku płytkiej kotlince, z której wyrastała skała „Karawela”. 

Rzeczywiście ten twór natury mógł przypominać kształtem szesnastowieczny statek. 
Rufa  z  platformą  szerokości  czterech  metrów  wznosiła  się  na  wysokość  dziesięciu 

metrów,  a  z  niej  wyrastała  iglica  masztu  sięgającego  jeszcze  sześć  metrów  wyŜej. 
Między  tym  „bezanmasztem”  a  „grotmasztem”  był  komin,  a  iglice  odchylały  się  od 
siebie.  WyŜszy  o  metr  „grotmaszt”  był  zakończony  niewielką  płytą  skalną. 
„Bukszpryt”  celował  na  wschód  i  odległość  między  nim  a  ziemią  wynosiła  najwyŜej 
cztery metry. 

Zeszliśmy  do  naszych  przyjaciół,  którzy  chodzili  wokół  podnóŜa  skały  długiej  na 

piętnaście  metrów.  Kiedy  nadszedł  Julek,  siedzieliśmy  na  zwalonym  pniu  i 
zadzieraliśmy głowy patrząc na maszty „Karaweli”. 

- I co wypatrzyliście, wilki morskie? - przyjaciel szeroko się uśmiechał. 
- Trzeba wejść na skałę - oznajmiłem. - Pamiętacie: „Król nie potrafi być jak to, na 

czym  stoimy”?  Król  nie  potrafił  być  jak  skała,  nieustępliwy,  prawie  niezniszczalny. 
PrzecieŜ lata panowania Zygmunta Starego określa się mianem czasu triumfu szlachty, 
której późniejsze sobiepaństwo było jedną z przyczyn upadku Rzeczypospolitej. 

-  Jak  tam  wejdziesz?  -  Krzysiek  wzruszył  ramionami.  -  Ktoś  z  was  zna  się  na 

wspinaczce? 

- Mogę na dole asekurować - zgłosił się Julek. 
- Ja kiedyś byłam ma kursie skałkowym - Baśka podniosła rękę. 
- Pójdę po sprzęt do wspinaczki, a wy zajmijcie się zdobyciem jakiegoś prowiantu - 

zaproponowałem. 

Przyjaciołom  zostawiłem  bluzę  i  pobiegłem  na  nasz  biwak.  W  linii  prostej  było  to 

niewiele ponad półtora kilometra, ale musiałem zbiegać krętymi ścieŜkami. 

- O! - krzyknęła Zuzanna otwierając mi bramę i widząc moją przepoconą koszulkę. - 

Skąd ten pośpiech? 

- Chcemy wejść na „Karawelę” - powiedziałem. 
- Macie chrapkę na piracki skarb? - Zuzanna roześmiała się. - To juŜ nie szukacie go 

na zamku? 

- Skąd mieliby się tu brać piraci? - zdziwiłem się. 

background image

 

102 

-  To  stara  legenda  o  piratach,  którzy  pływali  po  morzach  i  oceanach,  rabowali, 

mordowali, aŜ pewnego dnia napadli na statek widmo - opowiadała Zuzanna. - To był 
statek  jakiegoś  diabła  morskiego,  który  akurat  wtedy  był  w  porcie  i  werbował  sobie 
nową  załogę,  czyli  kusił  ludzi  cyrografami,  by  potem  ich  potępione  dusze  więzić  na 
swoim  okręcie.  OdwaŜni  piraci  walczyli  z  duchami  strzelając  do  nich  srebrnymi, 
poświęconymi  kulami  i  zdobyli  wielkie  skarby.  Z  walki  ocalało  ich  tylko  trzech  i 
potem uciekali tą swoją karawelą, a diabeł morski gonił ich przez cały ocean. Dopadł 
ich  w  końcu  i  doszło  do  bitwy.  Piraci  strzelali  kulami  armatnimi,  które  teŜ  były 
poświęcone  przez  jakiegoś  misjonarza.  Trzema  strzałami  roztrzaskali  maszty  okrętu 
widma.  Wtedy  diabeł  się  wściekł  i  wezwał  najstraszliwszą  burzę,  jaką  tylko  potrafił 
sprowadzić. Wiał taki wiatr, Ŝe piracki okręt porwało w górę, tak wysoko, Ŝe zamarzł i 
zamienił się w skałę, i tak daleko, Ŝe aŜ tu doleciał. 

- Gdzie niby jest ukryty skarb? Na statku czyli w skale? 
-  RóŜnie  ludzie  gadali  -  Zuzanna  śmiała  się.  -  Jedni  mówili,  Ŝe  trzeba  dojść  do 

ładowni, inni, Ŝe kosztowności rozrzuciło po całej okolicy. Podobno trzeba teŜ patrzeć, 
gdzie pada cień najwyŜszego masztu w samo południe na świętego Jana. 

- Dziękuję - uśmiechnąłem się do Zuzanny i pobiegłem do wehikułu.  
Prawnik  zszedł  juŜ  ze  swojego  stanowiska  na  dachu  przyczepy  i  właśnie 

rozkoszował  się  smakiem  jakiegoś  soku  w  szklance  z  kostkami  lodu.  Studenci 
pieczołowicie  przygotowywali  sobie  posiłek  na  patelni,  a  Piotruś  zaraz  do  mnie 
podbiegł. 

- Co pan robi? - zapytał patrząc z zainteresowaniem, jak do worka pakuję liny, szelki 

i osprzęt niezbędny do wspinaczki. 

- Będziemy wspinali się na skałę - odpowiedziałem. 
- Mogę iść z panem? - prosił. 
- A obiad? 
- JuŜ jadłem. Sylwia usmaŜyła rybę i chleb. Teraz robią obiad dla siebie. 
- To zapytaj ją, czy zgadza się, Ŝebyś poszedł ze mną. 
Chłopak w podskokach pobiegł przez łąkę i wrócił, kiedy umyty przebierałem się w 

ś

wieŜe i wygodniejsze ubranie. 

- Mogę! - wysapał. 
Dałem mu zwój cienkiej liny i wyszliśmy z pola namiotowego. Sto metrów od bramy 

dogonił nas prawnik. 

- Mogę panu towarzyszyć, nieprawdaŜ? - uprzejmie zapytał.  
Z  politowaniem  patrzyłem  na  jego  popielate  spodnie,  jasne  pantofle,  koszulę  na 

krótki rękaw zaprasowaną na kancik, krawat, włosy pokryte cienką warstwą brylantyny 
i... czarną teczkę. 

- Będzie panu piekielnie niewygodnie - powiedziałem. 
- Trudno, muszę wykonywać obowiązki związane ze zleceniem mojego klienta. 
-  Jestem  pewien,  Ŝe  pański  klient  nie  chciałby,  Ŝeby  pan  pojawiał  się  na  szlaku 

turystycznym w takim stroju. 

- Przykro mi, nie mam innego - rozłoŜył ręce. 
- Zdradzi mi pan kto panu donosi o naszych postępach? 
- Przykro mi, ale nie mogę. 
- To Krzysiek, prawda? 

background image

 

103 

- Pan pierwszy się o tym dowie w odpowiednim czasie.  
Tworzyliśmy  nieco  komiczne  trio  i  nie  dziwię  się,  Ŝe  moi  przyjaciele  parsknęli 

ś

miechem  na  nasz  widok.  Ubrałem  spodnie  sięgające  do  kolan  i  flanelową  koszulę  z 

obciętymi rękawami. Piotruś po krótkim, ale intensywnym marszu wydawał się uginać 
pod  cięŜarem  cienkiej  linki.  Koszula  prawnika  nadawała  się  tylko  do  wyŜęcia,  na 
spodniach miał brudną plamę na kolanie po wywrotce w przydroŜnym rowie. 

background image

 

104 

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

 

TRZY SZKLANKI NA ZACHÓD * WIZYTA W KOMISARIACIE POLICJI 

* WIECZORNA WYPRAWA NA ZABAWĘ * TANIEC OGNIA * 

UPROWADZENIE DANIELI * POŚCIG DO ZAMKU SMOLE 

 

Prawnik  usiadł  pod  drzewem,  wielką  lnianą  chusteczką  otarł  pot  z  czoła  i  z  teczki 

wyjął małą butelkę wody mineralnej. 

-  Trzeba  być  przewidującym  -  oznajmił  wzdychając.  Mina  nieco  mu  zrzedła,  kiedy 

zobaczył,  jakie  zakupy  zrobili  Krzysiek,  Karola  i  Daniela.  Na  trawie  leŜały  butelki  z 
napojami,  w  woreczkach  gotowe  kanapki,  które  nasi  intendenci  zrobili  na  stoliku  w 
wiejskim  sklepie.  Piotruś  dostał  ogromną  bułkę  z  grubym  plastrem  szynki,  ogórkiem 
konserwowym  i  majonezem.  Kiedy  zjadł,  połoŜył  się  na  trawie,  Ŝeby  popatrzeć,  jak 
będziemy się wspinali. Opowiedziałem wszystkim legendę zasłyszaną od Zuzanny. 

-  To  legenda  pokrywa  się  trochę  z  tymi  naszymi  zdobywcami  skarbu  -  ocenił 

Krzysiek. 

-  To  tylko  legenda,  trochę  bujdy,  trochę  faktów  -  stwierdziła  Daniela.  -  Tu  pewnie 

jest przewaga czyjejś fantazji. Paweł, zjedz przed drogą. 

- Zjem na górze - powiedziałem dziękując przyjaciółce za kanapkę. 
RozłoŜyłem  sprzęt,  Ŝeby  przygotować  się  do  wspinaczki.  Z  Baśką  i  Julkiem 

omawiałem  szczegóły,  a  reszta  szykowała  się  do  pikniku.  Wyglądało  na  to,  Ŝe  ta 
formacja skalna z duŜą ilością poprzecznych szczelin, małych półeczek, w sam raz na 
postawienie stopy, nie będzie trudna do sforsowania. Tak było w rzeczywistości. 

Bardzo  szybko  z  Baśką  weszliśmy  na  półkę  „rufy”.  Z  niej  mogliśmy  obejść  oba 

maszty i dojść do dziobu. 

- Coś widać?! - krzyczeli do nas przyjaciele z dom. Mogliśmy tylko kręcić głowami, 

Ŝ

e nie. Nawet rozgrzebaliśmy liście, które zebrały się w zagłębieniu między masztami, 

ale nie znaleźliśmy jakiegokolwiek znaku, śladów kucia, wejścia do jaskini. 

-  Myślę,  czy  ta  „Karawela”  to  nie  jest  tylko  punkt  orientacyjny  -  powiedziałem  do 

Baśki, kiedy szykowaliśmy się do wejścia na „bezanmaszt”. 

Tu Baśka mnie asekurowała, bo i tak nie było potrzeby, byśmy we dwójkę wchodzili 

na  iglicę.  Po  wejściu  i  obejrzeniu  pięknych  widoków  okolicy  zjechałem  na  „rufę”  i 
przeszliśmy  z  Baśką  pod  „grotmaszt”.  Tam  wejście  było  trudniejsze,  z  przewieszką 
„bocianiego  gniazda”  przy  szczycie.  Po  kilkunastu  minutach  usiedliśmy  na  półce, 
ś

ciskając  w  ręku  kanapki,  które  na  lince  przysłał  nam  Julek,  i  rozglądaliśmy  się  po 

okolicy. 

-  Paweł,  co  my  robimy  nie  tak?  -  zastanawiała  się  Baśka.  -  Na  początku 

próbowaliśmy  w  sposób  metodyczny  organizować  poszukiwania,  ale  staliśmy  w 
miejscu. Kiedy kaŜdy sobie rzepkę skrobał, nagle wszystko ruszyło z kopyta. 

-  Rywalizacja  nas  mobilizuje -  odpowiedziałem.  -  KaŜdy  próbuje  pokazać, jaki  jest 

ś

wietny, lepszy, niŜ był wtedy. Powiedz mi, co się dzieje z Krzyśkiem? 

- Co masz na myśli? 
-  Chodzi  mi  o  jego  dobrze  zbudowanych  kolegów  preferujących  brutalne  metody 

działania. 

- Krzysiek doigrał się - Baśka odezwała się po dłuŜszej chwili i otarciu pojedynczej 

łzy. - Popadł w długi, próbował spłacić je tym, co mi zabrał. Potem uciekał przez całą 
Polskę przed nimi, przede mną. Wszędzie naciągał kolejne osoby... 

background image

 

105 

- Kobiety? - domyślałem się prawdy. 
-  Wiesz,  jaki  on  jest.  One  nawet  specjalnie  nie  mają  do  niego  Ŝalu  o  te  pieniądze, 

tylko chciałyby, Ŝeby do nich wrócił. Te osiłki straszą Krzyśka, Ŝerują na tym, Ŝe sam 
jest poszukiwany przez policję... 

- Co?! Dopiero teraz mi to mówisz?! 
-  Błagam  cię  -  Baśka  ściskała  mi  dłoń.  -  On  musi  mieć  szansę,  Ŝeby  to  wszystko 

naprawić. Gdyby znalazł ten skarb, to... 

- PrzecieŜ wszystko oddamy do muzeum. 
- Tak, ale on będzie wśród tych uczciwych, moŜe sąd weźmie to pod uwagę... 
Z niedowierzaniem pokręciłem głową, Ŝe ktoś moŜe naiwnie w to wierzyć. 
- Krzysiek ci tak powiedział? - upewniałem się. 
- Tak. On chciał nawet z tobą porozmawiać  w tej sprawie, ale najpierw bał się, jak 

zareagujesz, a później doszło do tej naszej secesji. 

- Nie wiesz, jak on nawiązuje kontakt z tymi bandziorami? - wypytywałem Baśkę. - 

Przez telefon komórkowy, swój, Karoli? 

- Nie ma swojego to poŜycza, ode mnie, Karoli, Łukasza. Wysyła do im SMS-y. 
- Wiesz, pod jaki numer? 
- Tak, nie skasował jednej z wiadomości i zapisałam sobie ten numer. 
-  Co  wy  tam  robicie?!  -  usłyszeliśmy  krzyk  Łukasza.  Uniosłem  rękę  w 

uspokajającym geście. Wyjąłem mapę, kompas i mały kawałek ołówka. 

- Mamy to, czego nie ma król - mówiłem do Baśki. - Domyślaliśmy się, Ŝe chodzi o 

okręt, flotę. Jesteśmy przy „Karaweli”. Dalej jest: „Król nie potrafi być, jak to na czym 
stoimy”. Weszliśmy  na  skałę, ale niczego tu  nie  ma. Szukamy dalej. „Wybierz stronę 
wroga i uderz trzy razy”. 

- Strona wroga to północ, bo Albrecht, albo wschód, bo Wasyl - powiedziała Baśka. 
-  Tylko  to  nie  jest  takie  proste.  Oni  zapewne  ukrywali  skarb  w  momencie,  kiedy 

Albrecht  faktycznie  był  juŜ  na  kolanach.  Nie  wiemy  dokładnie,  kiedy  skarb 
przywieziono  do  Ogrodzieńca.  Nie  znamy  dokładnej  daty  nabycia  zamku  przez 
Bonerów.  Gdybym  szykował  jakąkolwiek  skrytkę,  to  przygotowałbym  ją  przed 
remontem  czy  rozbudową  zamku,  bo  prace  budowlane  mogłyby  skutecznie 
zamaskować to, co zrobiłem. Wtedy wchodziłby w grę okres przed 1532 rokiem. Teraz 
jednak  jesteśmy  na  „Karaweli”,  która  stała  tu  zawsze  i  była  do  dyspozycji  naszych 
awanturników.  Przyjmijmy  jednak,  Ŝe  chodzi  o  północ  lub  wschód.  Co  to  znaczy: 
„uderz trzy razy”? 

- W skałę - proponowała Baśka. 
-  Nie  sądzę  -  pokręciłem  głową.  -  W  jaki  sposób  mogliby  w  dawnych  wiekach 

zamaskować  skrytkę?  Murowana  ściana,  głaz,  tajne  przejścia,  dziura  pod  dębem 
zasypana ziemią? Tylko gdzie jej szukać? 

- Nie dręcz mnie, tylko powiedz. 
- Trzy uderzenia mogą oznaczać marynarskim zwyczajem trzy szklanki, a te wybija 

się  co  pół  godziny  lub  co  godzinę.  Wtedy  autorom  szyfru  mogłoby  chodzić  o 
odległość, jaką przebywa się w ciągu półtorej godziny lub trzech godzin. Na piechotę 
byłoby to od sześciu do dziesięciu, moŜe dwunastu kilometrów. 

Odmierzyłem na mapie odpowiednie odległości. 

background image

 

106 

- Dobry punkt znajdziemy tylko na wschodzie - oceniła Baśka. - To dawna straŜnica 

w  okolicach  miejscowości  Udórz,  w  odległości  piętnastu  kilometrów.  Jest  teŜ  zamek 
Smoleń, bliŜej, bo tylko dziewięć kilometrów stąd w linii prostej. 

- To tam! - wskazałem na pagórek porośnięty lasem i doskonale widoczny z naszego 

punktu obserwacyjnego. - Między wierzchołkami drzew widać basztę. 

Zebraliśmy wszystkie swoje rzeczy i zjechaliśmy do przyjaciół. 
- Bingo! - oznajmiła Baśka dotykając stopami ziemi. - To zamek Smoleń! 
Podniecenie  po  tym  jak  opowiedzieliśmy  wszystkim,  co  odkryliśmy,  udzieliło  się 

takŜe  prawnikowi.  Julek  natychmiast  wygrzebał  przewodnik  i  przeczytał  nam  krótką 
notkę o zamku Smoleń. 

- Warownia naleŜała do rodu Pileckich i jego dwóch linii: Toporczyków i Leliwitów. 

Pod koniec XIV wieku zamek kupił Filip Padniewski, biskup krakowski, i przekazał go 
swemu  bratankowi  Wacławowi.  Zamek  spalili  Szwedzi  w  czasie  potopu,  częściowo 
rozebrali Austriacy i uległ zniszczeniom w czasie walk w 1914 roku. TeŜ nie brzmi to 
optymistycznie - ocenił. - Czy moŜliwe, Ŝe schowali skarb na zamku, który nie naleŜał 
ani do rodu Bonerów, ani do von Kleena, ani do Bałamutha? 

-  MoŜliwe  -  przyznałem  ze  spokojem.  -  Taki  zamek  nie  był  wcale  przyjemnym 

miejscem  do  zamieszkania,  chyba  Ŝe  był  rezydencją  przygotowaną  z  przepychem  i 
smakiem. Warownia nie odgrywała juŜ wtedy większej roli, więc prawdopodobnie była 
tam  tylko  słuŜba,  a  sam  właściciel  mieszkał  w  dworku  wybudowanym  w  pobliŜu. 
Zamek był mu potrzebny tylko jako symbol władzy. KaŜdy posiadacz Smolenia musiał 
liczyć  się  z  kimś  takim  jak  Boner,  z  tak  waŜnym  i  bogatym  sąsiadem.  CóŜ  mogła 
oznaczać jedna drobna przysługa sąsiedzka, tym bardziej Ŝe wykonana dla dobra kraju 
i króla? 

- Czyli jednak Smoleń? - Krzysiek był nieustępliwy. 
-  Tak  -  powiedziałem  z  przekonaniem.  -  Proponuję  pojechać  tam  jutro  rano,  a  dziś 

wieczorem pójdziemy zabawić się na zamku w Ogrodzieńcu. 

Wszyscy  przystali  na  moją  propozycję  i  wróciliśmy  na  pole  namiotowe.  Tam 

odświeŜyliśmy  się,  przebraliśmy,  a  dziewczyny  przygotowały  nam  maski  na  wieczór. 
Same  miały  teŜ  fantazyjne  przebrania.  Wyglądały  jak  skrzyŜowanie  księŜniczek  i 
Cyganek, w zwiewnych, niekiedy półprzeźroczystych strojach. 

Kiedy  panie  były  zajęte  przygotowaniami  do  wieczoru,  a  panowie  cieszyli  się 

spokojem  popołudnia,  wsiadłem  do  wehikułu  i  pod  pozorem  zatankowania  go 
pojechałem  na  najbliŜszy  posterunek  policji.  Przyjęto  mnie  tam  chłodno,  oficer  ze 
spokojem  robił  notatki,  z  tego  co  mu  mówiłem.  Niekiedy  uśmiechał  się  pod  nosem, 
jakby  miał  wraŜenie,  Ŝe  jestem  człowiekiem  owładniętym  manią  prześladowczą. 
Czasami zadawał podchwytliwe pytania, a  moje odpowiedzi  wzbudzały  u  niego tylko 
kolejne pobłaŜliwe uśmieszki. 

- To mogę liczyć na waszą pomoc? - zapytałem na koniec rozmowy. 
- Obywatele naszego kraju zawsze mogą ufać policji - oświadczył policjant. 
Wróciłem na pole namiotowe po dwóch godzinach i zaraz wszyscy zebraliśmy się do 

wyjazdu.  Piotruś  został  pod  opieką  Zuzanny,  która  dała  mu  blok,  kredki  i  chłopak 
rysował swoją, komiksową wersję legendy o piratach, którzy złupili statek diabła. My 
wsiedliśmy do samochodów i pojechaliśmy do Podzamcza. 

background image

 

107 

Wybraliśmy się tam autami, bo wieczorne niebo chmurzyło się zapowiadając deszcz. 

Nie  chcieliśmy  w  taką  pogodę  wracać  w  nocy  na  piechotę  po  polnych  drogach. 
Zostawiliśmy auta na parkingu i poszliśmy do restauracji na kolację. 

- Dziś ja stawiam  wieczerzę  - oświadczyła Daniela.  - Kto  wie,  moŜe ostatnią  naszą 

wspólną. 

-  Daniela,  daj  mi  kluczyki,  bo  zapomniałem  zabrać  aparat  -  Krzysiek  poprosił 

przyjaciółkę w czasie posiłku i wyszedł. 

Zamówiliśmy  to,  co  kaŜdy  lubił  najbardziej.  Restauracja  „Hetmańska”  oprócz 

wystroju  stylizowanego  na  wnętrze  karczmy  oferowała  teŜ  smaczne  i  spore  porcje 
jedzenia, które kaŜdy z nas lubi: zupy, kotlety, pieczenie, naleśniki, pierogi i surówki. 
Jedliśmy  przy  długiej  ławie  ciesząc  się  smakiem  i  z  ciekawością  wyglądając  przez 
okno.  Widzieliśmy  artystów  i  turystów  zmierzających  na  zamek.  To  był  kolorowy, 
roześmiany tłum ludzi w maskach. W końcu było to święto „Maszkaronów”! 

Zapadał  zmrok,  kiedy  i  my  ruszyliśmy  pod  górę.  Nasze  maski  były  przepustką  do 

wejścia na podzamcze. Z daleka widziałem straŜnika stojącego przy zamkniętej bramie 
prowadzącej na zamek. Scena była zajęta przez muzyków grających muzykę etno. Na 
dziedzińcu  płonęły  kłody  z  pni  drzew,  odpowiednio  nacięte:  płonęły  w  środku 
wypuszczając  na  zewnątrz  przez  specjalne  nacięcia  języki  ognia  i  kłęby  dymu.  Przy 
ogniskach  nie  pieczono  tu  kiełbasek,  tylko  jedzono  dania  wegetariańskie.  Tłum 
łagodnie falował w rytm dźwięków, które moŜna by kojarzyć i z dworem królewskim 
epoki renesansu, i z pogańskimi obrzędami. Dominującymi instrumentami były bębny, 
które  sprawiały  wraŜenie,  Ŝe  potrafiły  zahipnotyzować  widzów.  Dziewczyny 
natychmiast  poszły  na  klepisko  pod  sceną,  gdzie  tańczył  kto  tylko  chciał.  Mieliśmy 
skromne maski, podobne do tych, które miał Zorro. Tylko Julek w Ŝaden sposób się nie 
przyozdabiał,  bo  stwierdził,  Ŝe  i  tak  nikt  nie  uzna  jego  stroju  za  coś  innego  niŜ 
przebranie, a z drugiej strony co to za zakonnik w masce? 

Weszliśmy do górnych rzędów ławek, Ŝeby stamtąd lepiej widzieć barwny tłum. 
Melodie łagodnie nas kołysały tak jak wirujący tłum upstrzony kolorowymi strojami, 

nastrojem  przypominający  karnawał  w  Rio  de  Janeiro.  Światła  na  scenie  błyskały,  na 
obrzeŜach  tańczących  krąŜyli  połykacze  ognia,  szczudlarze  w  wysokich  cylindrach  i 
frakach  w  kolorowe  kraty.  Co  chwila  koło  nas  przebiegały  półnagie  dziewczyny 
zalotnie uśmiechając się do Julka, draŜniąc się z nim w ten sposób. Krzysiek próbował 
posyłać w ich stronę swe spojrzenia, ale maska mu to utrudniała. 

Nagle  wśród tańczących zrobił się tumult. Na chwilę zgasło światło, a z  głośników 

popłynęły  tony  jakiegoś  mrocznego  marsza.  Punktowe  światło  wyłoniło  z  mroku 
ś

rodek parkietu. 

- To Daniela! - szepnął zdumiony Julek. 
Zobaczyliśmy, Ŝe naszą przyjaciółkę tancerki przywiązały do pala. Pewnie wybrali ją 

jako odpowiednio przebraną, pasującą do ich koncepcji przedstawienia. 

Wokół  klepiska  rozstawiono  stojaki  z  pochodniami.  Nagle  w  rogu  podzamcza 

buchnął  wysoko  płomień,  po  chwili  w  przeciwległym,  a  potem  w  trzecim  i  w 
czwartym.  Za  sekundę  przez  tłum  biegły  cztery  postaci  w  srebrnych  strojach  z 
pochodniami.  Płomienie  głośno  furkotały,  na  chwilę  zagłuszając  bębny  i  śpiew 
niewidocznej wokalistki. 

- Co to jest? - szepnął zdziwiony Łukasz. 

background image

 

108 

- To taniec ognia - wyjaśnił mu męŜczyzna wysmarowany czymś na czarno, ubrany 

w przepaskę biodrową z przewiązanej w pasie koszuli, z hełmem ozdobionym rogami z 
dwóch bananów. 

Czworo  tancerzy  zaczęło  krąŜyć  wokół  Danieli.  Ręce  i  nogi  tańczących  tworzyły 

przedziwne  kształty  wyginające  się  w  rytm  muzyki.  Nagle  dołączyło  do  nich  dwoje 
szczudlarzy. Tancerki wokół Danieli zdjęły kaptury, zrzuciły peleryny ukazując obcisłe 
fantastycznie  pomalowane  stroje. Teraz  przemykały  pomiędzy  nogami  maszerujących 
szczudlarzy  wymachujących  trzymanymi  w  dłoniach  łańcuchami  zakończonymi 
kulami  ognia.  W  środku  tego  wszystkiego  znajdowała  się  moja  przyjaciółka. 
Przyzwyczajona  do  występów  estradowych  wydawała  się  być  zadowolona  ze 
znalezienia się w centrum uwagi. 

Z ciemności wyłonił się król w długim czarnym płaszczu, któremu wszyscy tancerze 

bili  pokłony.  On  rozpalił  swoje  dwa  łańcuchy,  które  zaczęły  krąŜyć  wokół  niego  jak 
węŜe.  Co  jakiś  czas  wysuwały  się  w  stronę  przywiązanej  Danieli.  Wstałem 
zaniepokojony tym, Ŝe mojej przyjaciółce moŜe stać się coś złego. 

-  To  tylko  gra,  pewnie  na  kaŜdym  występie  wybierają  jakąś  laskę  z  widowni  - 

Krzysiek połoŜył mi dłoń na ramieniu. 

Zrzuciłem  ją  jednym  ruchem  i  zacząłem  przedzierać  się  między  widzami,  w  stronę 

sceny. Tam, z przeciwnej niŜ król strony nadchodziła królowa z dwiema pochodniami, 
które  wirowały  wokół  niej,  tworząc  oszałamiające  kręgi.  Jak  się  moŜna  było 
spodziewać,  doszło  do  sceny  zazdrości  i  królowa  ruszyła  w  kierunku  Danieli,  by 
pozbyć się nowej maskotki króla. Pal i przywiązana do niego kobieta stały się centrum 
gigantycznej świetlistej kuli. Królowa stanęła na drodze króla, zasłoniła sobą Danielę i 
nagle dotąd pojedyncze pochodnie zamieniło się w osiem ogni, które wyrastały w dłoni 
tancerki  jak  macki  ośmiornicy.  Nastąpiła  gwałtowna  zmiana  rytmu  i  szczudlarze 
zaatakowali  tancerki,  a  królowa  rzucała  sztyletami  pochodni  w  swego  partnera,  który 
odchylał się od nich otoczony sferą ogni, okryty peleryną. 

To,  co  wydawało  się  walką,  znowu  zamieniło  się  w  taniec  miłosny  podobny  do 

ptasich  zalotów  i  kiedy  wydawało  się,  Ŝe  król  uległ  czarowi  królowej,  zbliŜył  się  do 
niej i oboje znaleźli się w kuli ognia z pochodni i łańcuchów, nagle wszystko ucichło, 
zamarło.  Król  padł  twarzą  na  ziemię  z  teatralnie  wbitym  w  plecy  sztyletem  -  płonącą 
pochodnią.  Zapadły  ciemności.  Wtedy  w  niebo  wystrzeliły  pierwsze  race  sztucznych 
ogni.  Widzowie  stali  nieruchomo,  podziwiając  widowisko  na  niebie,  mało  kto  juŜ 
zwracał uwagę na dogasający, pojedynczy płomyk na scenie. 

W  błyskach  wybuchów  ujrzałem  dwie  postaci  przemykające  się  do  Danieli.  Ich 

sylwetki  w  niczym  nie przypominały tancerzy, tylko osiłków, którzy tak nam juŜ dali 
się  we  znaki.  Przedzierałem  się  przez  tłum,  przepraszając,  rozpychając  łokciami, 
groŜąc  i  błagając.  Machałem  do  kolegów,  krzyczałem  do  nich.  Nie  widzieli  mnie 
zapatrzeni w niebo i nie słyszeli ogłuszeni hukiem. 

-  Czego  się  pchasz!  -  ktoś  boleśnie  uderzył  mnie  z  boku  w  Ŝebro.  Ktoś  próbował 

podstawić mi nogę. W tym czasie osiłki przecinały więzy Danieli, która próbowała się 
z  nimi  szarpać.  Musiałem  jeszcze  pokonać  kilka  rzędów  stojących,  kiedy  na  szyi 
poczułem  silny  ucisk.  Kątem  oka  zauwaŜyłem,  Ŝe  to  przystojny  wielbiciel  talentu 
Danieli,  ten,  który  śledził  nas  w  kościele  Mariackim,  teraz  otacza  moją  szyję  swoim 
prawym  ramieniem,  a  lewą  ręką  przyciska  do  moich  pleców  ostrze  noŜa.  Cofnąłem 

background image

 

109 

prawą  nogę,  obróciłem  nieco  głowę  w  tę  samą  stronę,  jednocześnie  łapiąc  duszące 
mnie  ramię.  Teraz  wystarczyło  tylko  przyklęknąć  na  lewe  kolano  i  przystojniak 
przeleciał ponad moim prawym barkiem. Wokół nas zrobiło się pusto, ale jeszcze ktoś 
z  tłumu  wściekły,  Ŝe  przerwaliśmy  zabawę  próbował  mnie  kopnąć  w  brzuch. 
Odchyliłem się i z napastnikiem uwieszonym na plecach kilka razy przetoczyliśmy się 
aŜ na krawędź sceny, gdzie odbywał się „Taniec ognia”. 

Bandyta  chwycił  nie  zapaloną  pochodnię,  przytknął  ją  do  niewielkiego  płomyka 

lampki  oznaczającej  pole  widowiska,  za  które  widzowie  nie  powinni  byli  wchodzić. 
Buchnął  ogień  i  on  natychmiast  zamachnął  się  w  moją  stronę.  Obejrzałem  się  w 
kierunku Julka. ZauwaŜył, co się stało. Ręką wskazałem mu na pusty pal i na bramę z 
podzamcza, dając do zrozumienia, Ŝe Daniela została porwana. 

Język ognia znowu zbliŜał się do mojej twarzy. Ponownie  odskoczyłem. Pochodnia 

jednak zbliŜała  się do  mnie, tym  razem z  lewej strony.  Zrobiłem prawą  nogą krok  na 
prawo, lewą dłonią chwyciłem uzbrojoną dłoń od góry, a prawą od dołu za przedramię. 
Kontynuując  obrót  z  cofnięciem  lewej  nogi  rozpędziłem  bandziora,  by  wywrócić  go 
prostym chwytem. Nie zawracałem sobie nim juŜ głowy, tylko pobiegłem w kierunku 
bramy. Kiedy wybiegałem z podzamcza, widziałem na zakręcie, koło budki z lodami, 
moich przyjaciół z krzykiem zbiegających w kierunku zabudowań i parkingów. 

Przyspieszyłem  i  zbiegałem  jak  szalony  omijając  grupki  spacerowiczów  z  głowami 

zadartymi  w  niebo.  Kiedy  byłem  przy  Rynku,  widziałem  tylne  światła  czarnego  auta 
bandziorów. 

- Gońmy ich! - krzyknąłem wyjmując kluczyki do wehikułu. 
- Zostaw tego gruchota! - wrzasnął Łukasz. - Pojedziemy polonezem. 
- Ja  mam  kluczyki do  wozu  Danieli - Krzysiek pokazał je,  widocznie nie oddał ich 

po tym jak poszedł do peugeota po aparat fotograficzny. 

-  Ale  ja  poprowadzę  -  Karola  wyrwała  mu  kluczyki.  -  Przeszłam  specjalny  kurs  w 

Biurze Ochrony Rządu. 

- Wracajcie na pole namiotowe! - jeszcze rozkazałem studentom. 
Julek  zdecydował  się  pojechać  ze  mną.  Krzysiek  wsiadł  z  Karola  do  peugeota,  a 

Łukasz  z  Baśką  do  poloneza.  To  Łukasz  pierwszy  wyjechał  z  parkingu.  Za  nim 
wzbijając  fontanny  kamyczków  spod  kół  wyjechała  Karola.  Na  razie  byliśmy  ostatni. 
Wpadliśmy na wąskie uliczki miasteczka. Dopadliśmy wóz bandziorów sto metrów od 
skrzyŜowania,  gdzie  kłębił  się  tłum  szykujący  się  do  parady.  Widziałem,  jak  z  tego 
kłębowiska do środka wozu wsiadł przystojniak. 

Wszyscy trąbiliśmy, ale rozbawiony tłum chętniej przepuszczał pojazd bandytów, bo 

osiłki przez okna wystawiły swe gniewne i ponure oblicza. My mogliśmy tylko trąbić. 

Czarny  wóz  porywaczy  dotarł  do  skrzyŜowania  i  skręcił  w  prawo.  Nam  udało  się 

powtórzyć  ten  manewr  z  kilkunastosekundowym  opóźnieniem.  Wypadliśmy  z 
Podzamcza na wschód. W oddali paliły się światła pozycyjne uciekinierów. 

- Puśćcie mnie! - wrzeszczałem na przyjaciół naciskając klakson. - Nie ma czasu na 

zabawy, bo tamci mogą uciec w jakąś boczną drogę. 

Polonez Łukasza leniwie nabierał rozpędu, jak czołg rwał po asfalcie. Widać było, Ŝe 

jadąca tuŜ za nim Karola nerwowo zmieniała biegi, mrugała światłami, trąbiła. 

Łukasz  nie  chciał  jej  puścić  nie  dowierzając  umiejętnościom  kobiety-kierowcy.  W 

końcu  kiedy  ujrzeliśmy  w  oddali  odblask  tablic  na  przystanku  autobusowym,  Karola 

background image

 

110 

zredukowała  bieg  i  jechała  chyba  tylko  centymetry  od  zderzaka  poloneza.  Kiedy  po 
lewej stronie zaczęła się zatoczka autobusowa, Karola prawie bokiem wskoczyła w nią, 
przyspieszyła  tak,  Ŝe  chyba  cała  okolica  słyszała  ryk  silnika  peugeota.  Łukasz  tak  się 
przestraszył tego manewru, Ŝe zjechał na prawo, co i ja wykorzystałem, błyskawicznie 
wyprzedzając go. 

Karola  doskonale  panowała  nad  samochodem,  ale  peugeot  Danieli  był  pojazdem 

przygotowanym  do  wygodnej  jazdy  z  rodziną,  a  nie  do  wyścigów.  To  wehikuł  miał 
silnik  auta  rajdowego.  Wcisnąłem  magiczny  czerwony  guzik  i  wehikułem  szarpnęło, 
seria wystrzałów z rury wydechowej była znakiem, Ŝe zaraz nasza maszyna zacznie pić 
benzynę jak smok wawelski wiślane wody po porcji baraniny po szewsku. 

ZbliŜyliśmy  się  do  czarnego  audi  bandziorów,  ale  Karola  nie  miała  szans  go 

wyprzedzić.  Dałem  jej  znak  światłami,  Ŝeby  mnie  puściła.  Widziałem,  jak  Krzysiek 
obrócił  się  w  fotelu  i  wymownie  popukał  w  czoło.  Z  prędkością  stu  dwudziestu 
kilometrów  wpadliśmy  do  Pilicy.  W  wąskich  uliczkach  trzeba  było  przyhamować. 
Audi lepiej trzymało się drogi, miało mocniejszy silnik i bandyci ryzykując zamiatanie 
tyłem  wozu  po  chodniku  zbytnio  nie  zwolnili.  U  stóp  parku  zespołu  pałacowego  w 
Pilicy nagle audi zawróciło w naszą stronę. Widziałem strzałki nakazujące objazd, ale 
dopiero  przy  zamkniętej  drodze  bandyci  zorientowali  się,  Ŝe  muszą  pojechać  inaczej. 
Karola  z  wyciśniętym  hamulcem  ręcznym  powtórzyła  manewr  audi.  Ja  rozpędzony 
gnałem dalej. 

- Co ty robisz? - dziwił się Julek. - Rezygnujesz? 
- Wręcz przeciwnie - odparłem. 
Przydał mi się zwyczaj zaczerpnięty od szefa, by uwaŜnie przyjrzeć się mapie przed 

wyjazdem  w  teren.  Bandyci  najwyraźniej  chcieli  z  Pilicy  pojechać  na  południe. 
Drogowcy, jak zauwaŜyłem,  zamknęli przejazd  wzdłuŜ  Zalewu Pilickiego na odcinku 
dwustu  pięćdziesięciu  metrów.  Objazd  najbliŜszymi  uliczkami  musiał  wynosić 
przynajmniej kilometr. Wybrałem krótszą drogę i ostro skręciłem w lewo, w kierunku 
lustra wody. 

- Zwariowałeś?! - wrzasnął przeraŜony Julek. 
Włączyłem  śrubę  napędową  i  wehikuł  bez  trudu  mknął  po  wodzie.  Solidne 

zawieszenie  i  mocny  silnik  pozwoliły  nam  bez  problemów  wyjechać  na  betonowy, 
pochyły brzeg zalewu, wprost na drogę. Kiedy jechaliśmy przez trawnik, zobaczyliśmy 
reflektory  audi.  Wjechałem  na  asfalt  tuŜ  za  wozem  osiłków.  Kilkadziesiąt  metrów  za 
nami  był  peugeot  z  Karolą.  Niewidoczny  pozostał  polonez  Łukasza.  Na  pierwszym  z 
zakrętów zauwaŜyłem, Ŝe kierowca audi prowadzi z wielką nonszalancją zjeŜdŜając na 
lewy  pas,  dodaje  gazu  w  chwili,  kiedy  wóz  jest  juŜ  na  prostej.  Wiedziałem,  Ŝe  na 
zakręcie lepiej jest przyspieszać, bo kiedy jesteśmy  w szczytowym momencie wiraŜu, 
wtedy silnik „wyciągnie” nas na prostą.  

Minęliśmy  skrzyŜowanie  z  drogą  prowadzącą  do  małej  wioski  Cisowa,  kolejny 

zakręt  przed  Smoleniem  i  na  wiraŜu  skręciliśmy  w  lewo,  gdzie  kierowca  audi 
przyhamował.  Wówczas  wyprzedziłem  go  jadąc  po  wewnętrznej.  On  uciekł  w  prawo 
na  boczną  drogę,  pod  górę.  Hamulce  wehikułu  działały  bez  zarzutu.  Bez  trudu,  nie 
tracąc prędkości jechałem równolegle do audi, które z parkingu pod zamkiem Smoleń 
nie miało juŜ drogi wyjazdu. 

background image

 

111 

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

 

WYMIANA ZAKŁADNIKÓW * CO ZROBI KRZYSIEK? * PRZYGOTOWUJĘ 
ZASADZK
Ę * NOCNA WSPINACZKA DO ZAMKU * BANDYCI W PUŁAPCE 

 

Kiedy tylko kierowca audi w świetle reflektorów zobaczył barierki zagradzające mu 

wyjazd  z  parkingu  przyhamował,  odbił  w  prawo...  Wiedziałem,  co  teraz  nastąpi  i  teŜ 
hamowałem,  jednocześnie  redukując  biegi.  Z  jedynki  od  razu  przeskoczyłem  na 
wsteczny.  Skrzynia  biegów  wehikułu  zazgrzytała  w  proteście,  opony  zapiszczały  i 
moim  autem  szarpnęło  do  tyłu.  W  porę,  we  wstecznym  lusterku  zobaczyłem  światła 
peugeota  i  nie  zastawiłem  swoją  maszyną  wyjazdu.  Karola  przemknęła  za  nami, 
ominęła audi, które w tym czasie z wyciśniętym hamulcem ręcznym robiło obrót o 180 
stopni, i ledwo zatrzymała się przed barierkami. 

Drzwi w samochodzie porywaczy otworzyły się i ze środka wyskoczyła Daniela. 
Wybrała  dobry  moment,  bo  audi  po  swoim  manewrze  na  moment  zamarło  w 

bezruchu, nim kierowca ruszył do przodu. Za przyjaciółką wybiegła ubrana na czarno 
postać. Był to przystojniak, jej tajemniczy wielbiciel. Chwycił Danielę wpół i kolegom 
dał znak, Ŝeby odjechali. Oni tylko dodali gazu i z rykiem silnika minęli mnie, uniknęli 
zderzenia z nadjeŜdŜającym Łukaszem i zniknęli w mroku. 

Z  Julkiem  wyskoczyliśmy  z  wehikułu  i  rzuciliśmy  się  w  pogoń  za  porywaczem, 

który pociągnął Danielę w las, pod górę, gdzie znajdował się zamek Smoleń. 

- Zapalmy latarkę - poprosił zakonnik. 
- Lepiej, Ŝeby ten bandzior nie widział dokładnie, gdzie jesteśmy - odparłem. 
Za nami biegli Krzysiek i Karola. Najwidoczniej Baśka i Łukasz pilnowali naszych 

aut.  Co  jakiś  czas  słyszeliśmy  szelest  liści  usypujących  się  spod  nóg  uciekiniera, 
odgłosy szamotaniny, zdławione krzyki Danieli. 

Najpierw  na  tle  cieni  drzew  zobaczyliśmy  ciemne  plamy  kamiennych  murów  ruin 

warowni,  potem  wyszliśmy  przez  wyrwę  na  dawny  dziedziniec  północnego 
podzamcza.  Zamek  wysoki  znajdował  się  za  naszymi  plecami  na  wysokiej  skale 
stanowiąc środek ósemki, której brzuszkami były właśnie podzamcza, kaŜde ze swoją 
bramą. 

Zobaczyliśmy,  jak  przystojniak  stoi  z  Danielą  przy  studni.  Nasza  przyjaciółka  stała 

na  kracie,  którą  była  przykryta  gigantyczna  i  głęboka  na  kilkadziesiąt  metrów 
cembrowina. Bandyta jedną ręką obejmował ją za szyję, drugą trzymał za jej plecami. 

- Nie zbliŜajcie się! - krzyknął.  
Stanęliśmy kilka metrów od nich. 
-  Wiesz,  Ŝe  nie  masz  szans?  -  zapytałem  go.  -  PrzecieŜ  jest  tylu  świadków,  nasi 

przyjaciele na dole z pewnością juŜ wezwali policję. Mądrzej będzie, jeśli się poddasz. 

- MoŜe wypuścimy go w zamian za uwolnienie Danieli? – zaproponował Krzysiek. 
- Ty, mądralo! - przystojniak spojrzał na mnie. - Zaprowadź mnie do skarbu! 
- Sam go sobie moŜesz zabrać - wzruszyłem ramionami. 
- Jak to? - zdziwił się Julek. 
- Skrytka musi być w podziemiach wieŜy, wystarczy zejść do piwnicy i rozbić ścianę 

po  północnej  stronie.  Trzy  uderzenia  zaprowadziły  nas  do  Smolenia.  Dalej  jest 
napisane,  Ŝe  tam  skarb  nasz,  gdzie  strach  nasz.  Siedzibą  wszelkich  uczuć  ludzkich 
moŜna uznać serce, a sercem zamku była ta wieŜa. 

- A ta piwnica i północna strona? - dopytywał się Krzysiek. 

background image

 

112 

-  To  proste.  Podziemia  to  jedyne  miejsce  na  skrytkę,  a  północna  strona,  to  strona 

wroga,  bo  na  północy  był  Albrecht.  Właściwie,  jak  spojrzymy  na  ten  garb,  który  był 
dawniej  podstawą  muru,  to  stwierdzimy,  Ŝe  opuszcza  się  on  w  stronę  północno-
wschodnią, czyli zahacza takŜe i o księcia Wasyla. 

- To takie proste? - dziwił się bandzior. 
- Nie, wpadłem na to tu, na miejscu, kiedy dotarłem do tego zamku. Masz problem, 

bo nie masz narzędzi do rozbicia ściany, a nie moŜesz tu tkwić w nieskończoność, bo 
zaraz przyjedzie policja. Z zakładniczką daleko nie uciekniesz. 

- Co proponujesz? Ta krata wydaje się być bardzo słabo zamocowana... 
- Weź mnie - zaproponowałem. 
- Mnie - jednocześnie zaoferowali się Julek i Krzysiek. 
- Wezmę jego - wskazał na Krzyśka. - Powiecie, Ŝe faktycznie ktoś porwał tę babkę, 

ale  wam  uciekł.  Ani  słowa  o  koledze,  bo  inaczej...  Chodź  tu  -  kiwnął  palcem  na 
Krzyśka. - Spotkamy się tu wieczorem... 

Nasz  kolega  niepewnym  krokiem  podszedł  do  bandziora,  a  ten  przeszedł  za  jego 

plecy  i  pociągnął  go  ku  wyrwie  w  murze.  Natychmiast  podbiegłem  do  Danieli  i 
pomogłem  jej  przejść  przez  barierkę  otaczającą  studnię.  Przyjaciółka  drŜąc  na  całym 
ciele przytuliła się do mnie. 

- Ale się bałam! - rozpłakała się wtulona w moje ramię. 
- JuŜ wszystko w porządku - głaskałem ją po głowie. 
- A co z Krzyśkiem? - niepokoił się Julek. 
- Do południa radykalnie zmieni się jego sytuacja - odpowiedziałem. 
Zastanawiałem się, czy moje przewidywania będą słuszne? Zeszliśmy ze wzgórza na 

parking,  gdzie  stał  juŜ  policyjny  radiowóz.  Siedział  w  nim  oficer,  z  którym 
rozmawiałem  kilka godzin  wcześniej. Skinął  mi tylko głową i  uśmiechnął  się. Krótko 
nas przesłuchano, a my opowiedzieliśmy, Ŝe porywacz uciekł. Wszyscy opisaliśmy go 
na tyle  niedokładnie, by Ŝaden patrol policji przypadkiem  nie aresztował go. PrzecieŜ 
mogło  to  grozić  Ŝyciu  Krzyśka.  śadne  z  nas  nie  wspomniało  teŜ  o  nim,  chociaŜ 
widziałem, Ŝe Baśkę i Łukasza aŜ skręcało z ciekawości. Pół godziny później byliśmy 
wolni i wróciliśmy na pole namiotowe. 

Tam, przy bramie czekali na nas Zuzanna i Piotruś. Chłopiec ściskał garść rysunków, 

które chciał nam koniecznie pokazać przed snem. 

- Dziękuję, Piotrusiu - podałem chłopcu dłoń i wziąłem kartki. - Teraz idź spać. 
- A przydadzą się te moje plany? - dopytywał się. 
- Tak. 
- A do czego? 
- Będę miał miłą pamiątkę. Nie wszystko da się zapamiętać, a taki rysunek czasami 

jest lepszy niŜ fotografia czy pocztówka. 

- A czemu? 
-  Bo  w  rysunku  jest  zawarta  cząstka  duszy  twórcy,  tego  jak  on  widział  ten  zamek. 

Teraz zawsze będę widział Ogrodzieniec tak, jak ty go namalowałeś. 

-  To  fajnie  -  chłopiec  zadowolony  pobiegł  spać.  My  usiedliśmy  przy  ognisku, 

Zuzanna przyniosła termosy z kawą i herbatą. Prawnik i studenci smacznie spali, więc 
ich nie budziliśmy. 

background image

 

113 

-  Czemu  nie  powiedzieliście  policjantom  o  Krzyśku?  -  Baśka  miała  pretensje.  - 

PrzecieŜ oni mogą mu zrobić krzywdę, a policjanci mogliby go uratować. 

-  Zanim  policja  się  ruszy,  to  bandyci  potrafiliby  z  Krzyśkiem  dwa  razy  obrócić  do 

Sopotu i z powrotem - Łukasz drwił z policji. 

- Włos Krzyśkowi z głowy nie spadnie - zapewniałem przyjaciół. 
- Czemu? - zapytała Zuzanna. 
-  Paweł  uwaŜa,  Ŝe  Krzysiek  jest  wspólnikiem  tych  bandziorów  -  Karola  odgadła 

moje myśli. - Pawciu, ty i te twoje teorie spiskowe - pokręciła głową. 

- MoŜe nie tyle jest wspólnikiem, ile nie ma wyjścia - stwierdziła Baśka. 
- O czym ty mówisz? - zapytał Julek. 
-  Krzysiek  wpadł  w  nieodpowiednie  towarzystwo  -  tłumaczyłem.  -  Mam  pewien 

pomysł, jak mu pomóc, ale i tak ostatecznie wszystko zaleŜy od Krzyśka. 

Baśka opowiadała przyjaciołom o kłopotach Krzyśka, a ja w tym czasie wziąłem jej 

telefon  komórkowy  i  pod  pozorem,  Ŝe  podziwiam  jego  moŜliwości  wysłałem 
wiadomość  tekstową  pod  numer  telefonu  bandytów.  Ze  zdziwieniem  rozejrzałem  się 
słysząc  panującą  przy  ognisku  ciszę.  To  Baśka  skończyła  opowieść  i  wszyscy 
zastanawiali się, jak pomóc Krzyśkowi. 

- Chodźmy spać - zaproponowałem. 
- Nie będę mogła zasnąć - stwierdziła Karola. - Cały czas będę myślała o Krzyśku. 
- Trzeba było jednak powiadomić policję - odezwał się Łukasz. - MoŜe są niemrawi, 

ale oni jedyni mogą wygrać z takimi bandziorami. 

- Na wszystko przyjdzie odpowiednia pora - zapewniałem przyjaciół. 
- Sen moŜe przynieść nam dobre podpowiedzi, co powinniśmy uczynić - dodał Julek. 

- Dziwi mnie tylko, Ŝe tak łatwo zdradziłeś bandycie, gdzie jest skrytka. 

- Gdzie ona jest? - zaciekawił się Łukasz. 
- Po północnej stronie w podziemiach wieŜy w Smoleniu - wyjaśnił Julek. 
- Tak? - Łukasz spojrzał na mnie. 
- Nie - roześmiałem się. - Dopiero przed chwilą nabrałem pewności, Ŝe skrytka jest 

na zamku w Ogrodzieńcu. 

- Co?! - zdziwili się moi przyjaciele. - Chodźmy tam natychmiast! - Łukasz wstał. 
- Nie. Zrobimy to w dzień... 
- A Krzysiek? - niepokoiła się Baśka. 
- Do południa będzie uwolniony od towarzystwa bandziorów - obiecywałem. 
Wszyscy  niechętnie  rozeszli  się  do  swoich  namiotów.  Pomogłem  Zuzannie  odnieść 

naczynia.  Wnętrze  domu  było  wypełnione  starymi,  starannie  odnowionymi  meblami. 
Drewniane  schody,  tapety  w  stonowanych  kolorach,  kafelki  w  ceglanym  kolorze  - 
wszystko to współgrało tworząc nastrój szlacheckiego dworku. 

- Zuzanno,  mam do ciebie prośbę - powiedziałem stawiając termosy na kuchennym 

stole. 

- Tak? 
- Masz telefon komórkowy? 
- Mam. 
-  Niedługo  wyjdę  z  pola  namiotowego,  wyśliznę  się  przez  palisadę,  ale  chciałbym, 

Ŝ

ebyś obserwowała, kto oprócz mnie wyjdzie stąd, i wysłała mi SMS-a. Zrobisz to? 

- Zrobię, ale powiedz, po co ci to? 

background image

 

114 

- Ta noc na zamku w Ogrodzieńcu będzie niezwykła - uśmiechnąłem się tajemniczo. 

- Wezwę cię w odpowiednim momencie, kiedy będziemy odkrywać skrytkę. 

- Obiecujesz? 
- Obiecuję. 
- Ty nawet ze swoimi przyjaciółmi prowadzisz grę? 
- Muszę. 
- Nie ufasz im? 
-  Nie  chciałbym  ci  odpowiadać  na  to  pytanie,  bo  nic  tu  nie  jest  takim,  jakim  się 

wydaje. 

- Boisz się, jak zareagują na skarb? 
-  Edmund  Burke  wyraził  kiedyś  pogląd,  Ŝe  Ŝadna  namiętność  nie  odziera  umysłu 

równie skutecznie ze wszystkich władz, działania i myślenia, co strach. 

- Ty się boisz i oni się boją? Czego? 
- Tego, Ŝe nie jesteśmy juŜ tacy sami jak w czasach liceum. Do zobaczenia! 
Wyszedłem  i  wróciłem  do  namiotu,  w  którym  Daniela  szykowała  się  do  snu. 

Właśnie ułoŜyła sobie śpiwór i dmuchaną poduszkę. 

- Długo byłeś u tej Zuzanny - zwróciła mi uwagę. 
- Musiałem z nią chwilę porozmawiać. 
- Macie swoje tajemnice? 
- Jej pomoc będzie nam niezbędna tej nocy. 
- Nam? Co ty knujesz? 
- Ubierz się ciepło, w coś wygodnego i ciemnego. Pójdziemy na spacer. 
- Na zamek? - szepnęła. 
Tylko  skinąłem  głową  i  sam  wyjąłem  z  worka  czarne  spodnie,  ciemne,  wygodne, 

wysokie buty i koszulę. Spakowałem teŜ mały plecak. 

- Wyjdziemy za pół godziny - szeptałem gasząc latarkę. Słyszałem, jak przyjaciółka 

niespokojnie kręciła się leŜąc na swoim legowisku. Byłem wyjątkowo spokojny, raz po 
raz analizując w myślach swój plan i zastanawiając się, czy przewidziałem wszystko? 
Miałem nadzieję, Ŝe tak. 

Nim  wyszliśmy,  ostroŜnie  wyjrzałem  na  zewnątrz.  Z  namiotu  Julka  dobiegało 

chrapanie. W obozie przy polonezie Łukasza panował spokój, podobnie u prawnika. 

Wyczołgaliśmy się w kierunku świerków, za którymi była palisada. Po minie Danieli 

rozpoznałem, Ŝe ona świetnie się bawi naszymi harcerskimi podchodami. 

Gdzieś za nami zaszczekał Cezar, a potem po trawie poniósł się tupot jego łap. 
-  LeŜ!  -  połoŜyłem  dłoń  na  plecach  przyjaciółki.  Tak  jak  przeczuwałem,  pies 

przybiegł  do  nas.  Obwąchał  mnie,  machnął  ogonem  i  podszedł  do  Danieli.  Ta 
zachichotała, kiedy polizał ją za uchem. 

- Do pani! - szepnąłem do psa. Łobuz w odpowiedzi tylko szczeknął. 
- No juŜ! - popędzałem go. 
Cezar szczeknął kilka razy. Wtedy rozległ się od strony bramy krótki gwizd i wilczur 

pobiegł w tamtą stronę. 

- Cała konspiracja prysnęła jak bańka mydlana - stwierdziła Daniela opędzając się od 

komara. 

- Nie mamy czasu na dyskusje - popędzałem ją. 

background image

 

115 

Podeszliśmy  do  palisady,  ukucnąłem,  Daniela  stanęła  mi  na  ramionach,  powoli 

prostowałem  się  i  przyjaciółka  weszła  na  płot.  Słyszałem,  jak  zeskoczyła  z  drugiej 
strony lądując w krzakach. Sam podskoczyłem, podciągnąłem się i bez trudu znalazłem 
się  koło  Danieli,  która  oglądała  zadrapania  na  swoich  dłoniach.  Poszliśmy  wzdłuŜ 
ogrodzenia  pola  namiotowego  w  kierunku  zamku  Ogrodzieniec.  Cienie  jego  murów 
były widoczne na niebie dzięki światłom, które towarzyszyły trwającej na podzamczu 
zabawie  festiwalu  „Maszkaron”.  Rozglądając  się  na  wszystkie  strony  szliśmy  drogą 
przez  pola  w  kierunku  góry.  Kiedy  rozpoczęliśmy  wspinaczkę,  po  raz  pierwszy 
poczułem, jak drŜy bateria mojego telefonu. Szybko zerknąłem na informację. 

- Karola juŜ jest w drodze - powiedziałem do Danieli. Przyjaciółka spojrzała na mnie 

zdziwiona, potem na telefon. 

- Agentka Zuzanna? - domyśliła się. 
- Tak - przyznałem. 
Minutę później otrzymałem kolejną wiadomość: „Łukasz”. 
- Musimy się pospieszyć - wziąłem Danielę za rękę i przyspieszyłem.  
Do  zamku  doszliśmy  od  południa.  Ominęliśmy  mury  podzamcza  i  popatrzyłem  w 

górę. Wypatrzyłem otwór strzelniczy w kazamatach Kurzej Stopy. Z plecaka wyjąłem 
cienką  linkę  z  kotwiczką.  Rozkręciłem  ją  i  rzuciłem.  Trafiłem  za  trzecim  razem,  ale 
dopiero za piątym kotwiczka dobrze zaczepiła się o ścianę. 

- Jak tam wejdę? - zaniepokoiła się Daniela. 
- Spuszczę ci linkę z węzłami - wyjaśniłem jej. - Tą cienką obwiąŜesz się w pasie.  
Z pomocą liny, dzięki występom skalnym i kamieniom w murze, szybko dotarłem na 

górę.  Wczołgałem  się  do  kazamatów  i  chwilę  nasłuchiwałem,  czy  nikogo  tu  nie  ma. 
Byłem sam na zamku. Z plecaka wyjąłem drugą linę i wyrzuciłem ją przez strzelnicę. 
Wychylony na zewnątrz obserwowałem, jak Daniela obwiązała się linką asekuracyjną i 
jak wspina się korzystając z węzłów. Po minucie mogłem ją wciągnąć do środka. Była 
zmęczona, trochę przestraszona, ale widziałem, Ŝe zadowolona. 

- Ale przygoda! - szeptała podekscytowana. - Ciemno tu. 
Zwinąłem linki i schowałem je do plecaka. Wziąłem Danielę za rękę i nie zapalając 

latarki  prowadziłem  przez  zamkowe  podziemia.  Wykutymi  w  skale  schodami 
przeszliśmy  do  poziomu  dawnych  sal  gościnnych,  skąd  wspięliśmy  się  na  WieŜę 
Kredencerską.  Na  jej  szczycie  czuliśmy  chłodne  powiewy  wiatru,  a  wyglądając  zza 
blank widzieliśmy kończącą się zabawę na podzamczu. 

- Nikt nas tu nie złapie? - pytała Daniela. 
- Sądzę, Ŝe na razie jesteśmy tu sami 
- Na razie? 
Bez  słowa  pokazałem  jej  na  grzbiet  góry,  którym  wczoraj  szliśmy  do  skałki 

„Karawela”. Widać tam było pięć cieni zmierzających w stronę zamku, 

- Kto to? 
- Krzysiek, Karola i trzech bandytów - odparłem bez wahania. 
- Skąd wiesz? 
- Krzysiek kontaktował się z przystojniakiem przy pomocy telefonów, które poŜyczał 

od Baśki  i  Karoli,  moŜe  teŜ  od  Łukasza.  Podejrzewam,  Ŝe  skontaktował  się  z  Karolą, 
która bojąc się o jego Ŝycie powiedziała, o czym rozmawialiśmy przy ognisku. Sam do 
nich wysłałem wiadomość, w imieniu Baśki, ale bez jej wiedzy. 

background image

 

116 

- I teraz będą chcieli wydobyć skarb? 
- Tak, tylko nie będą wiedzieli, gdzie go szukać. 
-  Co  robisz?  -  zapytała  widząc,  Ŝe  kryjąc  pod  bluzą  rozjaśniony  ekran  telefonu 

komórkowego piszę wiadomość. 

- Wzywam resztę naszych poszukiwaczy. 
Skończyłem  pisać  i  wyjrzałem  zza  blank  wieŜy.  Pięć  cieni  właśnie  przechodziło 

przez furtkę w murze przedzamcza. Wiedziałem, Ŝe tamto przejście było zamknięte na 
kłódki,  a  więc  osiłki  wyłamały  je  i  zapewne  w  podobny  sposób  chciały  dostać  się  do 
zamku.  Jednak  wciąŜ  trwała  zabawa  i  bandyci  nie  mogli  wyłamać  zamków  w  furcie 
bramnej tak, by nikt tego nie zauwaŜył. Wybrali inne rozwiązanie. Przystojniak wspiął 
się  po  murach  dziedzińca  gospodarczego,  w  załomie  zakrytym  w  cieniu  i  swoim 
towarzyszom spuścił linę. 

- Czas na nas - szepnąłem do Danieli. 
- Co ty chcesz zrobić? 
Milcząc  sprowadzałem  ją  po  schodach,  a  kiedy  z  dołu  dobiegły  nas  kroki, 

zatrzymałem się. Czułem, jak przyjaciółka trzęsie się ze strachu. 

- ...gdzie moŜe być ten skarb? - usłyszeliśmy Krzyśka. 
- Pewnie w podziemiach - rozpoznałem głos przystojniaka. 
- Jedyne podziemia to ta kawiarnia - dodała Karola. 
- Tam na drzwiach moŜe być alarm - zauwaŜył Krzysiek. 
- Spokojnie, chłopcy wzięli odpowiedni sprzęt - powiedział przystojniak. 
Weszli do dawnych pokoi gościnnych, skąd schodami zeszli do dawnej biblioteki, a 

stąd  na  dziedziniec.  Podkradliśmy  się  do  krawędzi  betonowego  tarasu,  z  którego 
widziałem ich poczynania. Wyjąłem telefon i  wysłałem  wiadomość,  którą juŜ miałem 
napisaną. Po chwili w ciemnościach na dole rozległ się dźwięk dzwonka. 

- Czemu tego nie wyłączyłaś? - Krzysiek denerwował się. 
-  To  od  Pawła  -  odpowiedziała  Karola.  -  Pisze,  Ŝe  skarb  jest  gdzie  indziej,  nie  w 

piwnicach  „Czarnego  Rycerza”.  Proponuje,  Ŝebyśmy  się  poddali,  bo  jesteśmy 
otoczeni... Co jest grane?! 

Daniela patrzyła na mnie i w ciemnościach widziałem, Ŝe jest zdziwiona. 
- On tu jest? - zaniepokoił się przystojniak. 
- Wchodzimy czy nie? - odezwał się jeden z osiłków. 
- Ej, słuchajcie! Te drzwi są otwarte! - zawołał drugi. Rozległ się zgrzyt otwieranych 

drzwi.  Z  naszego  punktu  obserwacyjnego  dojrzeliśmy,  jak  włamywacze  włączyli 
latarki i zaraz krzyknęli przestraszeni. Karola pisnęła i zaczęła płakać. 

Wstałem  i  pociągnąłem  Danielę  oszołomioną  przebiegiem  wydarzeń.  Kiedy 

zeszliśmy  do  kawiarni,  w  środku  zobaczyliśmy  grupkę  policjantów  pilnujących 
bandytów,  Karolę  i  Krzyśka.  Dowodził  nimi  oficer  policji,  z  którym  miałem  okazję 
dwa razy się spotkać. 

-  Gratuluję!  -  tym  razem  szczerze  się  uśmiechnął.  -  Doskonale  przewidział  pan  ich 

kaŜdy krok. To oni usiłowali porwać panią? - policjant zapytał Danielę. 

Przyjaciółka zdołała tylko kiwnąć głową. 
-  Zabierzcie  ich  do  aresztu!  -  oficer  rozkazał  swoim  ludziom.  -  A  co  z  nimi?  - 

popatrzył na Krzyśka i Karolę. 

- Sami wyjaśnią nam motywy swojego postępowania - odpowiedziałem. 

background image

 

117 

- Kiedy pójdziemy po ten skarb? - oficer zacierał ręce. 
-  Powinniśmy  poczekać  na  resztę  -  powiedziałem  siadając  na  ławie,  na  wprost 

Krzyśka. 

- Jesteś dumny z siebie? - kolega starał się agresją zdusić uczucie poraŜki. - To taki z 

ciebie przyjaciel? 

-  Taki  -  powtórzyłem.  -  Stworzyłem  ci  szansę,  a  co  z  nią  zrobisz?  Obrazisz  się  na 

cały świat za swoją przegraną? 

- Nigdy ci tego nie zapomnę! 
- MoŜe powinieneś się do czegoś przyznać? 
W tej chwili policjanci wprowadzili do kawiarni Łukasza oraz Zuzannę prowadzącą 

resztę naszej ekipy. Julek aŜ przecierał oczy, a Piotruś był niewyspany, ale szczęśliwy, 
Ŝ

e mógł odbyć taką nocną wycieczkę. 

- Co byś chciał wiedzieć? - Krzysiek lekcewaŜąco patrzył mi w oczy. 
- To ty dzwoniłeś do pana mecenasa? 
- Co cię to obchodzi.  
Prawnik znacząco chrząknął. 
- W gruncie rzeczy to chyba  niczego nie zmienia, a  moŜe być pewna okolicznością 

łagodzącą pana niewygodną sytuację - mecenas wygłosił przemowę. - Znam pewnego 
dobrego karnistę... - nachylił się do Krzyśka. 

- Niech pan się odczepi! - wrzasnął Krzysiek. 
- To gdzie ten skarb? - niecierpliwił się policjant. 
-  W  skarbcu  -  uśmiechnąłem  się.  -  Czy  ma  pan  klucze  od  wszystkich  pomieszczeń 

zamkowych, tak jak pana prosiłem? 

Wszyscy, z wyjątkiem Piotrusia, popatrzyli na mnie jak na wariata.  
Dla chłopca było naturalne, Ŝe skarby są w skarbcu. 

background image

 

118 

ZAKOŃCZENIE 

 

Poprowadziłem  naszą  wycieczkę,  którą  zamykało  dwóch  funkcjonariuszy  policji,  z 

dziedzińca  przez  północne  i  zachodnie  skrzydło  w  pobliŜe  dziedzińca  gospodarczego, 
gdzie  znajdowały  się  dwa  pomieszczenia  zamknięte  wielkimi  drewnianymi  wrotami. 
Pierwszym  z  nich  była  prochownia.  Kiedy  wszyscy  weszliśmy  do  środka,  zrobiło  się 
tam tłoczno. Pojedyncze światło ledwo rozświetlało pomieszczenie. 

- I co? - zapytał Łukasz. 
-  Popatrzcie,  to  miała  być  prochownia,  a  jej  ściany  pocą  się,  pokrywają  drobną 

warstwą wilgoci - powiedziałem. 

KaŜdy od razu przeciągnął palcami po ścianach sprawdzając, czy mówię prawdę. 
- To chyba normalne w takich miejscach - Krzysiek wzruszył ramionami. 
- Nim przejdziemy do skarbca, chciałbym z wami coś jeszcze omówić - oznajmiłem. 

-  Pamiętacie?  Mamy  to,  czego  nie  ma  król.  Nasi  trzej  bohaterowie  mieli  dostęp  do 
wspaniałego  zamku,  w  którym  był  skarbiec.  Pieniądze  zawsze  były  tym,  czego 
brakowało  polskim  królom.  Przypomnijcie  sobie  teraz  drugie  zdanie  wskazówki 
prowadzącej do skrytki. 

- Król nie potrafi być jak to, na czym stoimy - powiedziała Baśka. 
- Na czym stoi zamek? - uśmiechnąłem się i dotknąłem skalnych ścian. 
- Ogrodzieniec stoi na skale, a na palcach obu rąk moŜna policzyć polskich królów, 

którzy  byli  dość  stanowczy,  by  rządzić  nie  obawiając  się  moŜnowładców,  nie 
utrzymując  władzy  tylko  dzięki  rozdawnictwu  przywilejów.  Chodźmy  teraz  do 
skarbca. 

Oficer  policji  poszedł  pierwszy,  otworzył  nam  drzwi  sali  szerokiej  na  trzy  i  długiej 

na sześć metrów. Tu ściany wykonano z cegieł pokrytych freskami. 

Malunki  przez  lata  były  częściowo  zamazane,  a  przedstawiały  róŜne  straszliwe 

stwory o wielkich oczach i gigantycznych zębiskach, zionące ogniem. Były tu smoki i 
diabły.  Wszystko  to  miało  wytworzyć  w  dawnych  wiekach  odpowiedni  nastrój  tego 
miejsca.  Z  jednej  strony  freski  ostrzegały  rabusiów  przed  groźnymi  reperkusjami 
kradzieŜy, a z drugiej przypominały, jak ulotną wartością był jakikolwiek skarb. 

- Julian, przypomnij, co było dalej w liście profesora Kraka - poprosiłem zakonnika. 
- Wybierz stronę wroga i uderz trzy razy. 
-  Zastanawialiśmy,  co  to  znaczy  strona  wroga,  pamiętacie?  Wśród  wrogów  byli  i 

Albrecht,  i  Wasyl,  nawet  wybraliśmy  trop  metafizyczny  i  zastanawialiśmy  się  nad 
samym szatanem. Rozejrzyjcie się! 

- Na wszystkich czterech ścianach jest diabeł - pierwszy odezwał się oficer policji. 
-  Przyszło  mi  coś  do  głowy  i  zaraz  przekonamy  się,  czy  moja  teoria  była  słuszna. 

Ostatnie  zdanie  wskazówek  brzmiało:  Tam  skarb  nasz,  gdzie  strach  nasz.  Czy 
pamiętacie z czasów liceum jakieś sentencje związane ze strachem? 

- Strach ma wielkie oczy - rzucił Piotruś. 
- „Strach dodaje nogom skrzydeł”, to Wergiliusz - dodał Julek. 
- „Kto Ŝyje w strachu, nigdy nie będzie wolny”, to Horacy - uśmiechnął się policjant. 
- „Kto wiele pragnie, wiele przeŜywa strachu”, to Cervantes - powiedziała Baśka. 
-  Ja  najbardziej  zapamiętałem  Ezopa:  „Lepiej  umrzeć  od  razu,  niŜ  całe  Ŝycie 

przepędzić w strachu” - mówiłem. - Przyjrzyjcie się tym ścianom. Oprócz diabłów było 
tu  jeszcze  coś,  co  powtarzało  się  po  kaŜdej  stronie.  Jak  widzicie,  freski  zostały 

background image

 

119 

zniszczone.  Między  innymi  ktoś  tłukł  w  malunki  róŜnymi  narzędziami,  zapewne 
bronią, moŜe nawet strzelano do nich? Skala tego wandalizmu pokazuje, co wzbudzało 
największą niechęć, a moŜe strach wśród ludzi, którzy tu przybywali. 

Głowy wszystkich obracały się dookoła szukając podobieństw, porównując. 
- Śmierć - oznajmił oficer. 
-  Kolejny  raz  naleŜą  się  panu  gratulacje  -  przyznałem.  Diabłom  na  freskach 

towarzyszyły wizerunki śmierci, z których zostały kosy, kawałki czarnych płaszczy lub 
tylko  fragment  postaci.  Wyjąłem  z  plecaka  długi  nóŜ.  Wydłubałem  nim  fragment 
zaprawy  między  cegłami  w  miejscu,  gdzie  znajdował  się  fresk  ze  śmiercią.  Potem 
wyjąłem  małą  ręczną  wiertarkę  z  cienkim  wiertłem.  DrąŜyłem  otwór,  dopóki  nie 
poczułem,  Ŝe  trafiłem  na  coś  twardego.  Zapaliłem  latarkę  i  poświeciłem  w  otwór  o 
ś

rednicy kilku milimetrów. 

- Niech pan stuknie trzy razy - poprosiłem policjanta wręczając mu długi szpikulec. 
Wsunął ostrze w dziurę i trzy razy stuknął. Wszyscy usłyszeliśmy charakterystyczny 

odgłos stukania metalu o metal. 

- Co to znaczy? - pytał Julek. - Tam jest skarb? 
-  NaleŜy  wam  się  jeszcze  małe  wyjaśnienie  w  sprawie  obrazu  z  Tyńca  - 

uśmiechnąłem się. 

- Okłamałeś nas i ten obraz krył rozwiązanie - oburzył się Krzysiek. 
- Gdybyś tylko chciał, sam byś je zobaczył - odparłem. - Po moim i Julka wyjeździe 

z Tyńca poszliście do opactwa? 

- Tak - mruknął Krzysiek. 
- I co? 
- Nic - obojętnie wzruszył ramionami. - Ładny religijny obraz. 
-  To  jest  wskazówka!  -  powiedziałem  z  przekonaniem.  -  Skarbem  na  obrazie  jest 

Księga  Reguły  podtrzymywana  przez  dwie  postaci:  Wenus  Niebiańską  i 
Wstrzemięźliwość.  Księga  jest  jakby  zawieszona  pomiędzy  niebem  a  ziemią,  a  to 
Wenus  Ziemska,  symbolizująca  to  co  nieczyste,  podaje  świętemu  Benedyktowi 
kałamarz. Jest to alegoria religijna, ale i proste wskazanie, gdzie jest ukryty łup. 

Księga  to  skarb,  z  otwartej  księgi,  jak  ze  skarbca,  czerpiemy  korzyści,  ale 

symbolicznie  wędrując  palcem  po  wersach  znajdujemy  się  w  środku  skarbnicy,  bo 
skarb  jest  wszędzie  -  okręciłem  się.  -  Spójrzcie  na  sufit,  na  podłogę.  Wszędzie  były 
jakieś  maszkary,  wizerunki  naszych  strachów,  a  tam  skarb  nasz,  gdzie  strach  nasz. 
Jesteśmy  w  puszce  ze  srebra,  w  czymś  w  rodzaju  srebrnej  komnaty.  Jakub  Lisek 
mówił,  Ŝe  Bałamuth  miał  kontakty  z  ludwisarzami  i  hutnikami.  To  chyba  wszystko 
tłumaczy? 

Moi towarzysze z niedowierzaniem rozglądali się po komnacie.  
-  Gdyby  państwo  potrzebowali  porady  prawnej  w  sprawie  przeciwko  skarbowi 

państwa o kwotę znaleźnego, to słuŜę pomocą - prawnik pierwszy otrząsnął się i zaczął 
rozdawać nam swoje wizytówki. 

*** 

Moje odkrycie potwierdziły późniejsze ekspertyzy specjalistów. Wykazały one, Ŝe za 

ceglanymi  ścianami  znajdowały  się  sztaby  srebra  ułoŜone  jak  boazeria.  Oceniono,  Ŝe 
było tu sześćset kilogramów srebra. Narodziły się jednak kolejne problemy: jak wybrać 
srebro nie niszcząc zabytkowych fresków i co zrobić ze skarbem? NaleŜał on do skarbu 

background image

 

120 

państwa, ale czy jego część nie powinna być przekazana na rzecz zamku Ogrodzieniec? 
My teŜ mieliśmy prawa do znaleźnego... 

Z tego co wiem, skrytki do dziś nie opróŜniono. 
Krzysiek  dobrowolnie  poddał  się  karze,  a  jego  zeznania  obciąŜyły  gangsterów, 

którzy na długie lata trafili za kratki. Krzysiek teŜ nie uniknął kary, ale jemu ten trudny 
czas  upłynął  chyba  łatwiej,  bo  odwiedzały  go  i  Baśka,  i  Karola.  Utraciłem  z  nimi 
kontakt i nie wiem, którą z nich wybrał Krzysiek. 

Julek  wyjechał  na  misję  do  Afryki.  Z  niepokojem  obserwowałem  doniesienia  z 

Czarnego Lądu, bo wiedziałem, Ŝe Julek był nieustraszony i z pewnością nie lękał się 
wojen nękających ten kontynent. Na zawsze pozostał wierny swoim ideałom. 

Łukasz  nie  otrzymał  znaleźnego,  ale  słyszałem,  Ŝe  podobno  wygrał  sporą  sumę  w 

grach  liczbowych,  a  do  tego  zaangaŜował  się  w  Ŝycie  polityczne.  Pewnego  dnia 
zobaczyłem jego nazwisko na liście kandydatów na waŜne stanowisko ministerialne w 
resorcie gospodarczym. 

Piotrusia  spotkałem  kilka  lat  później  i  bardzo  mi  pomógł  w  rozwikłaniu  pewnej 

zagadki.  Wtedy  dowiedziałem  się,  Ŝe  Sylwia  i  Andrzej  napisali  plan  projektu 
badawczego,  dostali  z  zagranicy  pieniądze  na  jego  realizację  i  wyjechali  do  Azji 
wykonać zamierzone zadanie. 

Zapytacie: co z Danielą? Postanowiła zrobić karierę w show-biznesie, a nie było tam 

miejsca  dla  mnie.  Z  kolorowych  gazet  dowiadywałem  się,  z  kim  ją  widywano,  z  kim 
pojawiała  się  na  bankietach.  Pewnego  dnia  z  wytwórni  muzycznej  otrzymałem  płytę. 
Na  okładce,  przy  piosence  pod  tytułem  „Biała  flaga”  z  repertuaru  „Republiki” 
znalazłem dedykację: 

Pawłowi.

 

Wróciłem  do  domu,  włoŜyłem  płytę  do  odtwarzacza  i  słuchałem,  jak  moja 

przyjaciółka śpiewa: 

 

Gdzie oni są
Gdzie wszyscy moi przyjaciele? 
Zabrakło ich, cho
ć zawsze 
było ich niewielu... 
Gdzie s
ą moi przyjaciele? 
Wojownicy z tamtych lat. 
Zawsze było ich niewielu, 
teraz jestem sama. 
 
 

 
 
 

KONIEC