background image

Kryształowy Sześcian Wenus 

Antologia opowiadań Fantastyczno - Naukowych 

background image

ISAAC ASIMOV - Nastanie nocy 

Gdyby gwiazdy świeciły przez jedną noc na tysiąc lat, jakie ludzie czciliby je i wielbili, 

jak zachowywaliby przez pokolenia pamięć o Grodzie Bożym! 

E m e r s o n 

 

Aton  77,  dyrektor  uniwersytetu  w  Saro,  zrobił  wojowniczą  minę  i  z  furią  spojrzał  na 

młodego dziennikarza. 

Teremon  762  potraktował  tę  furię  po  stoicku.  W  dawniejszych  czasach,  kiedy  jego 

poczytna  dziś  kolumna  codzienna  była  szalonym  pomysłem  początkującego  reportera, 

specjalizował  się  w  “nieosiągalnych”  wywiadach.  Kosztowało  go  to  guzy,  podbite  oczy, 

połamane kości, w zamian jednak przyniosło znaczny zasób chłodu i pewności siebie. 

Teraz  opuścił  rękę  wyciągniętą  i  ostentacyjnie  nie  dostrzeganą.  Czekał  cierpliwie,  aż 

minie najgorszy humor sędziwego dyrektora. Astronomowie to na ogół dziwacy, a jeżeli wziąć 

pod  uwagę  akcję,  którą  Aton  prowadzi  od  dwóch  miesięcy,  jest  on  największym  chyba  wśród 

nich dziwakiem. 

Starzec odzyskał mowę i chociaż jego głos drżał od tłumionego gniewu, nie zapomniał o 

wysławianiu się starannym, nieco nawet pedantycznym, z czego słynął, 

- Mój panie - rozpoczął. - Zdradza pan niecodzienną czelność przychodząc do mnie z tak 

bezwstydnymi propozycjami. 

Barczysty telefotograf obserwatorium, młody astronom 

Binej 25, oblizał suche wargi końcem języka i zaoponował nerwowo: 

- W gruncie rzeczy, panie profesorze... Aton 77 spojrzał nań i zmarszczył brwi. 

- Nie wtrącaj się, Binej - przerwał. - Rozumiem, że w dobrych intencjach sprowadziłeś do 

mnie tego człowieka, nie myślę jednakże tolerować niesubordynacji. 

Teremon osądził, że przyszła na niego kolej. 

-  Panie  profesorze,  jeżeli,  pozwoli  mi  pan  dokończyć  to,  co  zacząłem  mówić,  mam 

wrażenie... 

-  Mój  panie  -  przerwał  znów  Aton  -  nie  wierzę,  by  cokolwiek,  co  pan  powie  obecnie, 

mogło  się  liczyć  wobec  tego,  co  pan  pisał  w  ciągu  ostatnich  dwóch  miesięcy.  Prowadził  pan 

szeroką kampanię prasową przeciw staraniom moim i moich kolegów, zmierzającym do tego, by 

przygotować jakoś świat w obliczu groźby, której  nie zdoła uniknąć. Robił pan wszystko,  aby 

osobistymi napaściami szkalować i ośmieszać personel obserwatorium. - Chwycił ze stołu numer 

“Kroniki Saro” i z nową pasją pogroził nim natrętowi. - Nawet pan, znany powszechnie z tupetu, 

winien się zawahać, nim pan tu przyszedł zaproponować, że będzie pan śledził z obserwatorium 

background image

przebieg  dzisiejszych  wydarzeń,  aby  opisać  je  w  swojej  szmacie.  Właśnie  pan!  Ze  wszystkich 

dziennikarzy! 

Aton rzucił gazetę na podłogę, odszedł w kierunku okna i splótł ręce za plecami. 

- Żegnam pana - warknął przez ramię. 

Posępnie zapatrzył się w widnokrąg, nad którym zachodziło najjaśniejsze z sześciu słońc 

planety  -  Gamma. Pobladło i  zmętniało wśród obłoków. Aton wiedział,  że nie. zobaczy  go już 

nigdy jako człowiek przy zdrowych zmysłach. 

Odwrócił się na pięcie. 

-  Nie!  Chodź  no  pan  tutaj  -  niecierpliwie  skinął  na  dziennikarza.  -  Będzie  pan  miał 

materiał do reportażu. 

Teremon, który i tak nie zdradzał chęci odejścia, podszedł wolno do starego astronoma. 

Aton wskazał ręką niebo. 

- Z sześciu słońc pozostała jedynie Beta. Widzi pan? Pytanie było zbyteczne. Beta stała 

niemal  w zenicie. Po zagaśnięciu  jasnego światła Gammy jej  rudawy blask spowijał  krajobraz 

dziwną  pomarańczową  poświatą.  Osiągnęła  apogeum,  była  mała,  mniejsza  niż  ją  Teremon 

kiedykolwiek widział, lecz niepodzielnie władała niebem Lagazy. 

Alfa, właściwe słońce, wokół którego obracała się planeta, oraz dwie pary jej odległych 

satelitów  świeciły  na  antypodach.  Czerwona,  karłowata  Beta,  bezpośrednia  towarzyszka  Alfy, 

była osamotniona - tragicznie osamotniona. 

Aton zwrócił ku dziennikarzowi twarz ubarwioną czerwonym blaskiem. 

- Za niespełna cztery godziny nastąpi kres znanej nam cywilizacji - powiedział. - Stanie 

się tak dlatego, że jak pan widzi, na firmamencie zostało tylko jedno słońce - Beta. Niech pan to 

opublikuje. Proszę! I tak nie będzie komu czytać. 

-  A  jeżeli  miną  te  cztery  godziny  i  kolejne  cztery,  i  nic  nie  nastąpi?  -  zapytał  cicho 

Teremon. 

- Niech się pan nie martwi. Wydarzeń będzie dosyć. 

- Zgoda. A jeżeli mimo wszystko nic się nie stanie? 

Binej 25 ponownie zabrał głos: 

- Myślę, panie profesorze, że należałoby go wysłuchać. 

- Może pan profesor podda wniosek pod głosowanie? - zaproponował dziennikarz. 

Wśród  pozostałych  pięciu  osób  personelu,  które  dotychczas  zachowywały  neutralność, 

nastąpiło pewne poruszenie. 

- To zbyteczne - Aton wydobył z kieszeni zegarek. - Pański przyjaciel Binej jest uparty, 

więc daję panu pięć minut. Proszę mówić. 

background image

-  Dobrze.  Pan  profesor  pozwolił,  aby  został  naocznym  świadkiem  oczekiwanych 

wydarzeń. Czy to zresztą nie wszystko jedno? Jeżeli sprawdzą się pańskie wróżby, nie wyrządzę 

szkody,  bo  reportażu  nie  napiszę.  A  jeżeli  nic  nie  nastąpi,  i  tak  się  pan ośmieszy  albo  jeszcze 

gorzej. Lepiej chyba powierzyć kompromitację życzliwym rękom. 

- Czy mówiąc o “życzliwych rękach” ma pan na myśli swoje? - rzucił cierpko astronom. 

- Naturalnie! - Teremon usiadł i założył nogę na nogę. - Moje artykuły mogą być czasami 

przykre, ale wam, uczonym, dają pewną korzyść - krytyczne spojrzenie. Ostatecznie nasz wiek 

nie  sprzyja  kazaniom  o  bliskim  końcu  świata  na  Lagazie.  Ludzie  przestali  wierzyć  w  Księgę 

Objawienia.  To  należy  zrozumieć.  Opinię  drażni  fakt,  że  naukowcy  zmieniają  front  i  w 

rezultacie przyznają słuszność kultystom... 

-  Nic  podobnego,  mój  panie!  -  przerwał  Aton.  -  Kult  dostarczył  nam  przesłanek,  ale 

wnioski  są  wolne  od  właściwego  mu  mistycyzmu.  Fakty  pozostają  faktami,  a  tak  zwana 

mitologia  kultu  opiera  się  po  części  na  faktach.  Poddaliśmy  je  badaniom,  ogołocili  z 

tajemniczości. Jestem pewien, że kultyści nienawidzą nas dzisiaj bardziej niż nawet pan. 

- Ja nie czuję do was nienawiści. Próbuję tylko zwrócić uwagę pana profesora, że opinia 

publiczna jest zaniepokojona, podrażniona. 

- Niech sobie będzie! - rzucił uczony i lekceważąco wydal wargi. 

- A co przyniesie jutro? - podjął reporter. 

- Nie będzie jutra. 

-  A  jeżeli  będzie?  Wtedy...  Pomyślmy,  co  nastąpi.  Niezadowolenie  przybierze  zapewne 

ostrzejsze  formy.  Widzi  pan,  w  ciągu  ostatnich  dwóch  miesięcy  daje  się  zauważyć  głęboka 

depresja  gospodarcza.  W  gruncie  rzeczy  inwestorzy  nie  wierzą  w  bliski  koniec  świata,  wolą 

jednak  trzymać  w  garści  pieniądze  do  czasu,  kiedy  się  wszystko  wyjaśni.  Szary  człowiek  nie 

wierzy  również,  ale  jest  zdania,  że  na  wszelki  wypadek  warto  odłożyć  na  później  zakupy 

wiosenne. Zdaje pan sobie sprawę, do czego zmierzam? Kiedy minie cała histeria, biznesmeni 

rozpoczną polowanie na pańską skórę. Podniosą krzyk, że w interesie planety leży zwalczanie... 

bardzo  przepraszam...  szarlatanów,  którzy  w  każdej  chwili  mogą  wywołać  przesilenie 

gospodarcze, szermując demagogicznymi sloganami. Iskra trafi na proch, panie profesorze. Aton 

spojrzał bystro na dziennikarza. 

- Co pan sugeruje celem opanowania sytuacji? 

-  Co  sugeruję?  -  uśmiechnął  się  Teremon.  -  Chciałbym  wziąć  na  siebie  sprawę  opinii 

publicznej. Mógłbym pokierować nią tak, że pozostałaby tylko śmieszność. Będzie to przykre, 

bo wyjdziecie na gromadę idiotów. Jeżeli jednak ludzie zaczną z was żartować, rozgoryczenie i 

złość pójdą w niepamięć. W zamian moi wydawcy proszą tylko o wyłączne prawa do reportażu. 

Binej przytaknął szybkim ruchem głowy. 

background image

- Panie profesorze! - wybuchnął. - Teremon ma rację! Koledzy są podobnego zdania. Od 

dwóch miesięcy bierzemy pod uwagę wszystko prócz szansy, być może jednej na milion, że się 

do naszej teorii lub obliczeń zakradł jakiś błąd. Nie wolno zapominać o tej możliwości. 

Zgrupowani wokół asystenci poparli Bineja głuchym pomrukiem. Aton skrzywił się  jak 

ktoś, kto czuje w ustach przykrą gorycz i nie może się jej pozbyć. 

-  Niech  pan  zostanie  -  burknął  -  jeśli  pan  sobie  tego  życzy.  Tylko  proszę  nie  utrudniać 

nam pracy i mieć na względzie, że ja jestem odpowiedzialny za tę pracę i że wbrew poglądom, 

jakim  pan  dawał  wyraz  w  swoich  artykułach,  wymagam  lojalnego  współdziałania  i  szacunku 

dla... 

Profesor  splótł  ręce  za  plecami,  głowę  miał  podniesioną,  wyraz  twarzy  stanowczy. 

Mógłby rozprawiać w nieskończoność, gdyby nie przeszkodził mu inny głos. 

-  Halo,  halo,  halo!  -  zabrzmiał  wysoki  tenor,  a  beztroski  uśmiech  zmarszczył  rumiane 

policzki nowo przybyłego. - Skąd ta atmosfera jak w rodzinnym grobie? Mam nadzieję, że nikt 

nie stracił równowagi ducha. 

Aton zmieszał się, urwał nagle. 

-  A  co  ty  tutaj  robisz,  Szirin?  -  fuknął.  -  Do  licha!  Myślałem,  że  siedzisz  spokojnie  w 

Kryjówce. 

Nowo przybyły roześmiał się, opadł na krzesło całym ciężarem otyłej postaci. 

-  Niech  diabli  wezmą  Kryjówkę!  Okropnie  nudna  dziura!  Wolę  być  u  was,  w 

newralgicznym  punkcie.  Nie  sądzisz  chyba,  Aton,  że  jestem  wyprany  z  ciekawości.  Chcę 

zobaczyć te gwiazdy, o których kultyści plotą od wieków  - zatarł ręce i podjął poważniejszym 

tonem. - Zimno na dworze. Wiatr taki, że pod nosem zamarza. Beta wcale nie grzeje. 

Siwowłosy dyrektor zirytował się, zacisnął zęby. 

- Dlaczego się wtoczysz, Szirin? Co za pomysł? Co tutaj po tobie? 

-  Co  tutaj  po  mnie?  -  Szirin  rozłożył  ręce  humorystycznym  gestem  rezygnacji.  -  W 

Kryjówce nie ma miejsca dla psychologów. Tam trzeba dzielnych, zdolnych do czynu mężczyzn 

i zdrowych kobiet, które mogą rodzić dzieci. A ja? Jak na człowieka czynu ważę o sto funtów za 

dużo, no a z rodzeniem dzieci byłoby jeszcze gorzej. Po co w Kryjówce jeszcze jedna gęba do 

żywienia? Lepiej czuję się tutaj. 

- O jakiej Kryjówce pan mówi, proszę pana? - zainteresował się Teremon. 

Szirin zmarszczył czoło, wydął pucołowate policzki. Zdawać się mogło, że dopiero teraz 

zauważył dziennikarza. 

-  Można  wiedzieć,  z  kim  mam  przyjemność,  rudy  młodzieńcze?  -  zapytał.  Aton 

odpowiedział niechętnie, przez zaciśnięte wargi. 

background image

-  To  Teremon  762,  reporter.  Musiałeś  o  nim  słyszeć.  Dziennikarz  wyciągnął  rękę  do 

psychologa. 

-  A  pan  jest  oczywiście  Szirinem  501  z  uniwersytetu  w  Saro.  Słyszałem  o  panu  - 

powiedział szybko i powtórzył pytanie. - Co to za Kryjówka? 

-  Widzi  pan  -  odrzekł  psycholog  -  udało  nam  się  przekonać  garstkę  ludzi.  Uwierzyli  w 

słuszność  naszych  przepowiedni  na  temat,  że  tak  powiem,  palca  przeznaczenia.  Zgodzili  się 

zastosować  radykalny  środek.  Są  to  przeważnie  rodziny  personelu  obserwatorium,  pracownicy 

uniwersytetu  i  nieliczne  osoby  postronne.  W  sumie  nie  więcej  niż  trzy  setki,  w  tym 

siedemdziesiąt pięć procent kobiet i dzieci. 

-  Rozumiem.  Ci  wybrani  mają  się  ukryć  na  czas  trwania  Ciemności.  Nie  zobaczą  tak 

zwanych gwiazd i ocaleją, gdy reszta świata zwariuje. Takie jest założenie, prawda? 

-  Mniej  więcej.  Ale  to  niełatwa  sprawa.  Cała  ludzkość  oszaleje.  Wielkie  miasta  padną 

ofiarą płomieni. Środowisko będzie mało sprzyjające przetrwaniu. Co prawda w Kryjówce mają 

bezpieczny przytułek - żywność, wodę, broń... 

- I coś znacznie ważniejszego - podchwycił Aton. - Mają wszystkie nasze sprawozdania - 

z  wyjątkiem  tych,  które  dziś  sporządzimy.  Te  dokumenty  będą  posiadały  nieocenioną  wartość 

dla kolejnego cyklu. One muszą przetrwać. Resztę niech licho bierze. 

Teremon  gwizdnął  przeciągle,  smutno.  Później  siedział  przez  kilka  minut  pogrążony  w 

myślach.  Asystenci,  zgrupowani  wokół  stołu,  rozłożyli  multiszachownicę  i  zaczęli  partię  w 

sześciu. Robili posunięcia szybko, bez słowa. Nie odrywali wzroku od blatu stołu. Przez pewien 

czas Teremon przyglądał im się bacznie. Wreszcie wstał, by podejść do Atona, który na uboczu 

rozmawiał szeptem z Szirinem. 

-  Proszę  panów  -  powiedział  -  chodźmy  dokądś,  gdzie  nie  będziemy  przeszkadzać 

szachistom. Chciałbym zapytać o parę rzeczy. 

Stary astronom zrobił posępną minę, lecz Szirin ucieszył się wyraźnie. 

-  Z  przyjemnością!  Pogawędka  dobrze  mi  zrobi,  jak  zawsze.  Aton  mówił  właśnie  o 

pańskich  poglądach  na  przewidywaną  reakcję  świata  w  przypadku,  gdyby  nie  sprawdziły  się 

nasze wróżby. Przyznaję panu rację. Nawiasem mówiąc, czytywałem pilnie pańską kolumnę i w 

zasadzie podzielam zawarte tam opinie. 

- Daj spokój, Szirin - oburzył się astronom. 

- Spokój? Dobrze. Chodźmy do sąsiedniego pokoju. W każdym razie miększe krzesła. 

W sąsiednim pokoju były istotnie miększe krzesła, a także ciężkie szkarłatne zasłony w 

oknach  i  rudy  dywan  na  podłodze.  W  ceglastym  blasku  Bety  całość  sprawiała  wrażenie 

zakrzepłej krwi. Teremon wzdrygnął się nerwowo. 

background image

- Doprawdy, dałbym dziesięć kredytów za sekundę uczciwego, jasnego światła. Tęsknię 

do Gammy czy Delty na niebie. 

- Słuchamy pańskich pytań - odezwał się Aton. - Proszę pamiętać, że nasz czas jest ściśle 

wyliczony. Za godzinę i kwadrans pójdziemy pod kopułę obserwatorium, gdzie nie będzie okazji 

do rozmów. 

-  Cieszę  się,  że  mamy  ją  obecnie  -  dziennikarz  skrzyżował  ręce  na  piersi.  -  Panowie 

traktują  całą  sprawę  tak  niezwykle  serio,  że  sam  zaczynam  się  przejmować.  Proszę  mi 

wytłumaczyć, o co właściwie chodzi? 

-  Co  takiego?  -  wybuchnął  Aton.  -  Przyzna  pan  chyba,  że  bombardował  nas  pan 

drwinami, uprzednio nie zadawszy sobie trudu, by sprawdzić, o co właściwie chodzi... 

Reporter uśmiechnął się blado. 

-  Nie  jest  aż  tak  źle,  panie  profesorze.  Mam  ogólne  pojęcie.  Dowodzą  panowie,  że  za 

kilka  godzin  świat  ogarnie  Ciemność,  a  cała  ludzkość  ulegnie  gwałtownemu  atakowi  szału. 

Chciałbym poznać naukowe podstawy tych twierdzeń. 

-  Nie  pozna  pan,  nie  pozna  -  wtrącił  Szirin.  -  Gdyby  nawet  Aton  raczył  udzielić 

wyjaśnień,  zaprezentowałby  nieprzeliczone  stronice  liczb  i  tomy  wykresów.  Nic  by  pan  nie 

zrozumiał.  Jeżeli  jednak  zwróci  się  pan  do  mnie,  popróbuję  przedstawić  panu  laicki  punkt 

widzenia. 

-  Doskonale.  A  więc  zwracam  się  do  pana  -  powiedział  reporter.  Psycholog  zatarł  ręce, 

zerknął spod oka na dyrektora. 

- Przede wszystkim chciałbym się trochę napić. 

- Wody? - burknął astronom. 

- Nie żartuj. 

- Chyba ty żartujesz? Nie ma dziś alkoholu. Moi ludzie łatwo mogliby się upić. Wolę nie 

stwarzać pokus. 

Psycholog  wydał  nieartykułowany  pomruk  i  zwróciwszy  się  do  reportera  zmierzył  go 

bystrym wzrokiem. 

-  Oczywiście  zdaje  pan  sobie  sprawę  -  zaczął  -  że  cywilizacja  Lagazy  ma  charakter 

cykliczny, najwyraźniej cykliczny. 

-  Wiem,  że  to  modna  teoria  archeologów  -  odrzekł  z  rezerwą  Teremon.  -  Czy  została 

potwierdzona? 

-  Mniej  więcej.  W  ostatnim  stuleciu  aprobowano  ją  na  ogół.  Ów  charakter  cykliczny 

stanowi  albo  raczej  stanowił  jedną  z  wielkich  niewiadomych.  Odkryliśmy  ciąg  cywilizacji,  w 

czym  dziewięć  pewnych,  nie  mówiąc  o  śladach  innych.  Osiągały  one  poziom  w  przybliżeniu 

równy naszemu, a następnie wszystkie, bez wyjątku, padały ofiarą ognia w szczytowym punkcie 

background image

rozwoju. Przyczyn nikt nie zdołał ustalić. Spłonęły wszystkie ośrodki kulturalne, nie zostawiając 

odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się stało. 

- No dobrze, a epoka kamienna? - wtrącił Teremon, który pilnie słuchał wykładu. 

-  Dotychczas  wiadomo  o  niej  tylko  tyle,  że  ludzie  byli  na  poziomie  odpowiadającym 

średnio inteligentnej małpie. Możemy o niej zapomnieć. 

- Rozumiem i słucham dalej. 

- W sposób mniej lub więcej fantastyczny tłumaczono powody katastrof. Jedni mówili o 

powtarzających  się  periodycznie  ognistych  deszczach.  Inni  twierdzili,  że  Lagaza  od  czasu  do 

czasu  przenika  słońce.  Wysuwano  i  jeszcze  bardziej  niepoczytalne  hipotezy.  Istnieje  jednak 

teoria bardzo różna od reszty i od wieków przekazywana z pokolenia w pokolenie. 

- Wiem. Ma pan na myśli mit o gwiazdach, zawarty w Księdze Objawienia kultystów. 

- Właśnie! - przyznał gorąco Szirin. - Kultyści wierzą, że co dwa tysiące pięćdziesiąt lat 

Lagaza  wchodzi  do  olbrzymiej  pieczary.  Słońca  nikną  i  świat  spowija  zupełna  ciemność. 

Wówczas właśnie mają pojawiać się “tak zwane gwiazdy. Odbiera to zmysły ludziom i zmienia 

ich  w  dzikie  bestie,  które  niszczą  cywilizację  stworzoną  przez  siebie.  Oczywiście  kultyści 

ubierają  to  w  wiele  mistyczno-religijnych  ozdób,  ale  tak  przedstawiają  się  z  grubsza  ich 

zasadnicze poglądy. 

Szirin umilkł na moment, odetchnął głęboko. 

- A teraz - podjął - zbliżamy się do TEORII UNIWERSALNEJ GRAWITACJI. 

Zdanie wymówił tak, że wyraźnie zadźwięczały duże litery. W tej chwili Aton odwrócił 

się od okna, stęknął głośno i zamaszystym krokiem ruszył w kierunku drzwi. 

Szirin i Teremon spojrzeli nań z niepokojem. 

- Co się stało? - zapytał reporter. 

-  Nic  szczególnego.  Jego  dwaj  asystenci,  którzy  winni  przyjść  parę  godzin  temu,  nie 

zjawili się dotąd. Atonowi brak rąk do pracy, bo wszyscy, z wyjątkiem najbardziej potrzebnych, 

są już w Kryjówce. 

- Może tamci zdezerterowali? 

- Kto? Imot i Faro? Z pewnością nie. Jeżeli jednak nie wrócą w ciągu godziny, sprawy się 

powikłają. - Szirin wstał, mrugnął filuternie. - Tak czy inaczej, skoro nie ma Atona... 

Na palcach podszedł do okna, ukucnął i z szafki pod parapetem wydobył flaszkę. Kiedy 

nią potrząsnął, czerwony płyn zabulgotał apetycznie. 

-  Mam  nadzieję,  że  Aton  się  nie  dowie  -  mruknął  psycholog  drepcąc  z  powrotem  w 

kierunku stołu., - Jest tylko jedna szklanka. Pan jako gość... Proszę! Mnie wystarczy flaszka - z 

tymi słowy bardzo uważnie napełnił małą szklaneczkę. 

background image

Dziennikarz wstał, począł oponować, ale usłyszał tylko sentencjonalne “Szanuj starszych, 

młodzieńcze”. 

Wobec tego usiadł znowu, lecz minę miał niepewną, zasępioną. 

-  Niech  będzie  -  powiedział.  -  Stary  figlarz  z  pana.  Jabłko  Adama  drgało,  kiedy 

psycholog  ciągnął  z  butelki.  Wreszcie  wydał  pomruk  zadowolenia,  oblizał  wargi  ł  jął  mówił 

dalej. 

- Ale co pan może wiedzieć o grawitacji? 

-  Prawie  nic.  Tyle  że  to  niedawna  teoria,  słabo  jak  dotąd  sprecyzowana,  a  oparta  na 

wyliczeniach  matematycznych  tak  zawiłych,  że  podobno  rozumie  je  zaledwie  kilkunastu 

mieszkańców naszej planety. 

-  Brednie!  Nonsensy!  Podstawowe  zasady  matematyczne  mogę  panu  przedstawić  w 

jednym  zdaniu.  Prawo  Uniwersalnej  Grawitacji  głosi,  że  ciała  niebieskie  podlegają 

współzależnym  siłom  działającym  tak,  że  wartość  siły  działającej  między  dwoma  danymi 

ciałami jest proporcjonalna do sumy ich mas podzielonej przez kwadrat odległości, w jakiej ciała 

znajdują się od siebie. 

- To wszystko? 

- Wystarczy! Sformułowanie tego wymagało czterystu lat. 

- Czemu aż tyle? To, co pan powiedział, wydaje się całkiem proste. 

-  Czemu  aż  tyle?  -  powtórzył  Szirin.  -  Ponieważ  wielkie  prawa  nie  powstają  pod 

wpływem  nagłego  olśnienia,  jak  się  panu  może  wydawać.  Zazwyczaj  to  rezultat  zbiorowych 

wysiłków, pochłaniających stulecia. Astronomowie pracowali bez wytchnienia od czasu, kiedy 

czterysta,  lat  temu  Genowi  41  stwierdził,  że  Lagaza  obraca  się  dokoła  słońca  Alfa,  a  nie 

odwrotnie.  Badano,  analizowano,  rejestrowano  skomplikowane  zagadnienie  ruchów  sześciu 

słońc.  Powstawały  teorie  po  teoriach,  aby  po  weryfikacjach  i  reweryfikacjach,  zmianach  i 

poprawkach  iść  w  zapomnienie,  a  następnie  wracać  w  zmodyfikowanej  formie.  To  była 

piekielna praca. 

Teremon  poważnie  skinął  głową  i  wyciągnął  rękę  ze  szklanką.  Psycholog  nalał 

oszczędnie kilka kropel purpurowego płynu. Następnie zwilżył nieco własne gardło i podjął: 

-  Dopiero  dwadzieścia  lat  temu  udowodniono  ostatecznie,  że  orbitalne  ruchy  sześciu 

słońc są zależne od Prawa Uniwersalnej Grawitacji. Nie lada sukces! 

Szirin wstał i nie zapominając o butelce ruszył pod okno. 

- Docieramy do sedna sprawy. W ciągu ostatniego dziesięciolecia obroty Lagazy wokół 

Alfy  zdradzają  nieprawidłowości,  a  obserwowana  orbita  nie  odpowiada  teoretycznym 

wyliczeniom, nawet przy uwzględnieniu perturbacji innych słońc. Co stąd wynika? Albo prawo 

nie ma sensu, albo też działa nowy, nie znany dotąd czynnik. 

background image

Teremon podszedł do okna, stanął obok Szirina. Nad lesistymi stokami wzgórz spojrzał 

w  stronę,  gdzie  wieże  miasta  Saro  połyskiwały  krwawo  na  widnokręgu.  Dziwne  nerwowe 

napięcie  wzrosło  w  nim,  gdy  przeniósł  wzrok  ku  Becie,  połyskującej  szkarłatne  w  zenicie, 

skarlałej, złowieszczej. 

- Słucham dalej, proszę pana - odezwał się półgłosem. 

- Astronomowie - podjął psycholog - błądzili na oślep całe lata. Kolejno wysuwali teorie 

jeszcze  trudniejsze  do  obronienia  niż  poprzednie.  Wreszcie,  pod  wpływem  natchnienia,  Aton 

sięgnął  do  wierzeń  kultystów.  Głowa  kultu,  Sor  5,  dysponował  danymi,  które  znacznie 

upraszczają cały problem.  Aton wziął się do pracy pod nowym  kątem.  Przyjmijmy, że istnieją 

inne nie świecące ciała niebieskie, zbliżone charakterem do Lagazy. Co wtedy? Ciała te błyszczą 

tylko  zapożyczonym  światłem,  a  jeżeli,  jak  w  znacznej  części  Lagaza,  są  zbudowane  z 

błękitnawych skał, nikną na jasnym tle nieba, pośród nieustannego światła słońc. Są całkowicie 

niewidoczne. Dziennikarz gwizdnął przez zęby. 

- Naciągnięta teoria! 

-  Pańskim  zdaniem  naciągnięta?  Proszę  posłuchać.  Zróbmy  następujące  założenie. 

Podobne  ciało  krąży  wokół  Lagazy  w  takiej  odległości  i  po  takiej  orbicie,  że  jego  siła 

przyciągania  odpowiada  ściśle  odchyleniom  orbity  Lagazy  od  teoretycznych  wyliczeń.  Co  się 

wówczas dzieje? 

Reporter pokręcił głową z powątpiewaniem. 

-  W  swoim  czasie  ciało  to  stanie  na  drodze  słońca  -  powiedział  psycholog  i  jednym 

haustem wypił resztę zawartości flaszki. 

- I zapewne ma to nastąpić teraz - dodał sucho Teremon. 

-  Nie  inaczej.  Ale  tylko  jedno  słońce  znajduje  się  na  niebie  -  Szirin  wskazał  palcem 

poczerwieniałe,  zmalałe  źródło  światła.  -  Beta!  Otóż  udowodniono,  że  całkowite  zaćmienie 

nastąpić  może  wówczas,  gdy  tylko  Beta  pozostanie  na  swojej  półkuli  niebieskiej  -  i  to  w 

maksymalnej  odległości  od  Lagazy.  W  takim  układzie  z  reguły  odległość  księżyca  od  Lagazy 

jest  minimalna.  Przy  średnicy  księżyca  siedem  razy  większej  niż  pozorna  średnica  Bety 

zaćmienie  ogarnie  całą  powierzchnię  Lagazy  i  będzie  trwało  dłużej  niż  połowę  doby.  Wobec 

tego nie będzie na planecie punktu, który nie doznałby skutków tego zjawiska. Taki układ zdarza 

się co dwa tysiące czterdzieści dziewięć lat. 

Twarz Teremona zmieniła się w maskę bez wyrazu. 

- Czy to już cały materiał do mojego reportażu? 

- Cały. Najprzód zaćmienie, które  rozpocznie się za trzy kwadranse. Później kompletna 

Ciemność, być może owe tajemnicze gwiazdy, powszechne szaleństwo i koniec cyklu. 

Psycholog zadumał się na chwilę. 

background image

-  My,  ludzie  z  obserwatorium,  mieliśmy  dwa  miesiące  -  podjął.  -  Nie  wystarczyło  to 

jednak,  by  przekonać  ludność  Lagazy  o  grożącym  niebezpieczeństwie.  Myślę,  że  i  dwa  wieki 

byłoby za mało. Jednakże wyliczenia są w Kryjówce, a dziś sfotografujemy zaćmienie. Kolejny 

cykl  zacznie  się  już  z  naukowymi  podstawami  i  kiedy  przyjdzie  następne  zaćmienie,  ludzkość 

będzie przygotowana. To również niezły materiał dla pańskiego reportażu. 

Teremon  otworzył  okno,  wychylił  się,  spojrzał  na  purpurowy  odblask  słonecznego 

światła  barwiący  jego  ręce.  Lekki  wietrzyk  sfałdował  zasłonę.  Dziennikarz  odczuł  nagły  bunt, 

odwrócił się gwałtownie. 

- A czemu Ciemność miałaby przywieść mnie do obłędu?! - rzucił. 

Szirin uśmiechnął się do siebie. Wahadłowo poruszał ręką z opróżnioną butelką. 

-  Doświadczył  pan  kiedy  ciemności,  młodzieńcze?  -  zapytał  wreszcie.  Teremon  wsparł 

się plecami o ścianę, pomyślał chwilę. 

-  Prawdę  mówiąc,  nie.  Ale  wyobrażam  sobie,  co  to  może  być.  Po  prostu...  -  urwał, 

bezradnie rozłożył ręce; nagle odzyskał pewność siebie. - Po prostu nie ma światła, jak w grocie. 

- Był pan kiedy w grocie? 

- Ja? Skąd? 

- Tak też sądziłem. Ja zrobiłem próbę tydzień temu. Chciałem zbadać własną reakcję, ale 

uciekłem w pośpiechu. Szedłem wśród czerni, póki majaczyła jasna plama wejścia... Słowo daję! 

Nie przypuszczałem, że osobnik mojej wagi potrafi biec tak szybko. 

Teremon wydął wargi. 

- Jeżeli o tym mowa, myślę, że nie musiałbym biec, gdybym już raz zaryzykował. 

Psycholog zmierzył go pobłażliwym wzrokiem. Zmarszczył brwi. 

- Bardzo pan pewny siebie - powiedział. - Zechce pan zasłonić okno? 

- Dlaczego? - zdziwił się reporter. - Gdyby świeciło cztery albo pięć słońc, trzeba byłoby 

ograniczyć światło. Ale teraz? I tak go za mało... 

- O to właśnie chodzi. Proszę zasłonić okno i usiąść spokojnie przy stole. 

- Dobrze. 

Teremon  szarpnął  sznur  zakończony  chwastem.  Szkarłatna  zasłona  pokryła  z  wolna 

szerokie okno. Mosiężne kółka zgrzytały sunąc po pręcie. Pokój pogrążył się w rudawym mroku. 

Wśród  ciszy  głucho  zadudniły  kroki.  Dziennikarz  przystanął  w  połowie  odległości 

między oknem a stołem. 

- Nie widzę pana - szepnął. 

- Trzeba omackiem szukać drogi - poradził psycholog. 

- Ja pana nie widzę! - Teremon oddychał głośno, chrapliwie. - Nic nie widzę! 

- A czego pan się spodziewał? - padła szorstka odpowiedź. - Proszę podejść tu i usiąść. 

background image

Zadźwięczały znów kroki, niepewne, chwiejne. Szurnęło krzesło. 

- No... jestem... - głos dziennikarza odezwał się piskliwie. - Czuję się... eee... nieźle. 

- Zadowolony pan? 

- Chyba... chyba nie. Jest strasznie. Jak gdyby ściany... - zająknął się - jak gdyby ściany 

mnie przygniotły. Chcę je podeprzeć, odepchnąć. Ale to przecież nie obłęd. Nic podobnego! Już 

mi nawet lepiej. 

- Pięknie. Niech pan odsłoni okno. 

Ostrożne kroki zatupotały w mroku. Kotara zaszeleściła, gdy Teremon szukał sznura na 

oślep.  Wreszcie  odezwał  się  triumfalny  chrzęst  mosiężnych  kółek  i  pokój  zalało  czerwonawe 

światło. Reporter spojrzał czule na słońce i wydał radosny okrzyk. 

Szirin otarł spocone czoło wierzchem dłoni. 

- To był tylko ciemny pokój  - powiedział drżącym głosem. - Można wytrzymać - rzucił 

beztrosko Teremon. 

-  Racja.  W  ciemnym  pokoju  można  wytrzymać.  Ale  czy  był  pan  dwa  lata  temu  na 

wystawie Kontynentalnej w Dżonglor? 

- Nie. Jakoś nie wyszło. Sześć tysięcy mil to za daleka podróż, nawet z racji wystawy. 

- Ja tam byłem. Słyszał pan pewno, że Tunel Tajemnic bił wszelkie rekordy powodzenia 

imprez w wesołym miasteczku?... No, w każdym razie przez pierwszy miesiąc. 

- Słyszałem. Narobił trochę hałasu. 

- Stosunkowo niewiele. Zatuszowano sprawę. Tunel Tajemnic był korytarzem długim na 

milę  i  pozbawionym  światła.  Przez  kwadrans  jechało  się  wśród  ciemności  otwartym 

wagonikiem. Tunel miał wielkie wzięcie, póki funkcjonował. 

- Miał wzięcie? 

- Oczywiście. To nie lada satysfakcja bać się dla rozrywki. Dziecko przychodzi na świat 

z trzema instynktownymi lękami: nagłego hałasu, upadku i braku światła. Dlatego za dobry żart 

uchodzi wrzasnąć komuś nad uchem “Bum!”. Dlatego ludzie lubią zjeżdżać ze stromej pochylni, 

dlatego  Tunel  Tajemnic  był  zrazu  popularny.  Ludzie  wychodzili  z  ciemności  rozdygotani,  bez 

tchu, półżywi z przerażenia, ale chętnie płacili za wstęp. 

-  Zaraz,  zaraz!  -  podchwycił  Teremon.  -  Coś  sobie  przypominam.  W  Tunelu  Tajemnic 

umarło podobno kilka osób. Krążyły na ten temat plotki. Później przycichło. 

Psycholog wzruszył ramionami. 

- Drobiazg. Dwa lub trzy zgony. Przedsiębiorstwo wypłaciło rodzinom odszkodowanie i 

uspokoiło sumienia ojców miasta Dżonglor. Ustalono, że osoby cierpiące na niedomagania serca 

mogą zwiedzać tunel, ale tylko na własne ryzyko. Przy wejściu otwarto gabinet lekarski. Każdy 

background image

klient  musiał  poddać  się  badaniom,  nim  zajął  miejsce  w  wagoniku.  Wpływy  kasowe  jeszcze 

zwyżkowały. 

- No i co? 

- Widzi pan, wynikła inna kwestia. Niektórzy opuszczali tunel w doskonałym stanie. Tyle 

że wzbraniali się później wejść do budynku. Rozumie pan? Do jakiegokolwiek budynku! Mógł 

to być pałac, biurowiec, blok mieszkalny, willa, magazyn, barak, szałas, namiot. 

Teremon zrobił zdziwioną minę. 

- Chce pan powiedzieć, że musieli przebywać stale pod gołym niebem? Gdzie sypiali? 

- Właśnie pod gołym niebem. 

- Trzeba było siłą wprowadzać ich pod dach? 

-  Stosowano  ten  środek,  stosowano.  Rezultatem  były  gwałtowne  ataki  histerii  i  próby 

rozbicia sobie głowy o najbliższą ścianę. Chorego, wprowadzonego siłą do budynku, niepodobna 

było utrzymać bez zastrzyków morfiny i kaftana bezpieczeństwa. 

- Taka histeria graniczy z obłędem. 

- Nie tylko graniczy. To właśnie obłęd. W podobnym stanie opuszczała tunel jedna osoba 

na  dziesięć.  Wezwano  nas,  psychologów,  no  i  znaleźliśmy  jedyne  wyjście.  Trzeba  było 

zlikwidować tunel. 

- Co właściwie stało się tamtym ludziom? 

-  Dokładnie  to,  co  panu.  Pośród  ciemności  miał  pan  wrażenie,  że  walą  się  ściany. 

Psychologiczny  termin  określa  wrodzony  ludzkości  lęk  braku  światła.  Nazywamy  to 

“klaustrofobią”, ponieważ brak światła łączy się zawsze z zamkniętą przestrzenią, a zatem jedna 

obawa pociąga za sobą drugą. Rozumie pan? 

- Rozumiem. A tamci z tunelu? 

-  Tamci  z  tunelu?  -  powtórzył  Szirin.  -  Biedacy.  Należeli  do  osób,  których  władze 

umysłowe  nie  potrafiły  opanować  klaustrofobii  zapoczątkowanej  w  ciemności.  Kwadrans  bez 

światła  to  długi  okres.  Pan  przeżył  tylko  dwie  lub  trzy  minuty,  a  i  tak  był  pan,  zdaje  się, 

wytrącony  z  równowagi.  Tamci  z  tunelu  ulegli  obłędowi  na  tle  klaustrofobii,  obłędowi 

chronicznemu  i,  o  ile  nam  wiadomo,  nieuleczalnemu.  Oto,  co  może  zdziałać  piętnaście  minut 

bez światła. 

Zapadło długie milczenie. Teremon zmarszczył czoło. 

- Nie wierzę, by miało być aż tak niedobrze. 

-  Raczej  nie  chce  pan  wierzyć  -  obruszył  się  psycholog.  -  Boi  się  pan.  Proszę  wyjrzeć 

przez okno. 

Dziennikarz posłuchał. Szirin nie zrobił pauzy, mówił dalej. 

background image

- Niech pan sobie wyobrazi ciemność. Wszędzie ciemność. Domy, drzewa, pola, niebo - 

wszystko  czarne.  Jak  wzrok  sięgnie,  nie  ma  światła.  No  i  gwiazdy,  te  gwiazdy,  o  których  nic 

nam nie wiadomo. Potrafi pan to zrozumieć? 

- Potrafię - odparł z mocą reporter. 

Szirin zirytował się, uderzył pięścią w stół. 

-  Kłamstwo!  Nic  pan  nie  rozumie!  Pański  mózg  jest  zbudowany  tak,  że  nie  ogarnia  tej 

koncepcji,  jak  nie  ogarnia  wieczności  czy  nieskończoności.  Potrafi  pan  jedynie  o  tym  mówić. 

Skoro  znikoma  cząstka  zakłóciła  pańską  równowagę,  to  co  będzie,  kiedy  przyjdzie  właściwe 

zjawisko?  Pańska  świadomość  stanie  w  obliczu  zagadnienia,  które  przerasta  granice  jej 

poznania. Oszaleje pan zupełnie i trwale. To nie podlega dyskusji - psycholog umilkł posępnie, 

aby  niebawem  podjąć.  -  No  i  kolejne  dwa  tysiąclecia  straszliwych  walk  i  zmagań  pójdą  na 

marne. Jutro nie będzie na Lagazie nie zniszczonego miasta. 

Teremon odzyskał nieco werwy. 

-  Coś  tam  nie  gra  -  powiedział.  -  Nie  rozumiem  dotąd,  czemu  muszę  dostać  fioła  tylko 

dlatego, że słońca znikną z nieba. Ale gdybym nawet zwariował, ja i reszta ludzkości, to co to 

ma wspólnego z miastami? Czy sądzi pan, że wysadzimy je w powietrze? 

Psycholog zirytował się ponownie. 

-  Czego najbardziej będzie pan pragnął  w  ciemności? Czego będzie domagał  się pański 

instynkt? Światła, do licha! Światła! 

- I co? 

- A jak zyskać światło? 

- Nie wiem - przyznał otwarcie Teremon. 

- W jaki sposób może powstać światło - nie mówiąc oczywiście o działaniu słońc? 

- Nie mam pojęcia. 

Psycholog i reporter stali teraz twarzą w twarz. 

-  Trzeba  coś  podpalić,  młodzieńcze  -  rzucił  Szirin.  -  Widział  pan  kiedy  pożar  lasu? 

Gotował  pan strawę nad płonącym  drewnem? Ciepło  to,  drogi  panie, nie jedyny skutek ognia. 

Daje on również światło i ludzie o tym wiedzą. W czasie trwania Ciemności będą szukać światła 

i znajdą je. 

- Zaczną palić drewno? 

-  Wszystko,  co  im  wpadnie  pod  rękę.  Konieczność  światła.  Jakiegokolwiek.  A  że  o 

drewno nie zawsze łatwo... Rozumie pan? Będą palić wszystko. Osiągną światło, ale wszystkie 

ośrodki mieszkalne staną w płomieniach. 

Psycholog i dziennikarz patrzyli sobie w oczy, jak gdyby cała sprawa polegała na próbie 

siły  woli.  Wreszcie  Teremon  odwrócił  się  bez  słowa.  Oddech  miał  przerywany,  zgrzytliwy. 

background image

Zgiełk,  który  powstał  nagle  w  sąsiednim  pokoju,  za  zamkniętymi  drzwiami,  ledwie  do  niego 

docierał. 

Szirin odezwał się nienaturalnie rzeczowym tonem. 

-  Słyszę,  zdaje  się,  głoś  Imota.  Pewnie  wrócili  z  Faro.  Chodźmy  tam.  Dowiemy  się,  co 

ich zatrzymało. 

- Chodźmy - przystał dziennikarz. 

Wzdrygnął się, odetchnął głęboko. Napięcie zmalało. 

W  obserwatorium  wrzało.  Wszyscy  otoczyli  dwóch  młodych  mężczyzn,  którzy 

zdejmując wierzchnie okrycia odpowiadali na rzucane im bezładne pytania. 

Aton roztrącił tłumek i z marsową miną stanął przed nowo przybyłymi. 

-  Zdajecie  sobie  sprawę,  że  do  całkowitego  zaćmienia  zostało  pół  godziny?  Gdzie 

byliście tak długo? 

Faro 24 usiadł i zatarł ręce. Policzki miał zaróżowione od chłodu. 

-  Kończyliśmy  z  Imotem  drobny  prywatny  eksperyment.  Chodziło  o  urządzenie,  za 

którego pomocą dałoby  się podrobić Ciemność i  gwiazdy i  sprawdzić zawczasu, jak to  będzie 

wyglądało. 

Wśród  słuchaczy  rozległ  się  nieokreślony  pomruk.  Oczy  Atona  błysnęły  wyrazem 

zainteresowania. 

- Nic dotąd nie mówiliście. Na czym miało polegać wasze doświadczenie? 

-  Obydwaj  wpadliśmy  już  dawno  na  pewien  pomysł  -  odparł  Faro.  -  Zaczęliśmy  w 

wolnych  chwilach  pracować.  Imot  znalazł  na  peryferiach  miasta  niski,  parterowy  budynek  z 

kopulastym  dachem.  Dawniej  mieściło  się  tam  chyba  muzeum.  Tak  czy  inaczej,  kupiliśmy 

dom... 

- Skąd wzięliście pieniądze? - przerwał żywo Aton. 

-  Z  własnych  kont  w  banku  -  odparł  zaczepnie  Imot.  -  Dom  kosztował  dwa  tysiące 

kredytów. Wielkie rzeczy! Jutro dwa tysiące kredytów będą dwoma tysiącami świstków papieru. 

-  Naturalnie!  -  przyznał  Faro.  -  Kupiliśmy  więc  dom  i  od  góry  do  dołu  obili  czarnym 

aksamitem,  żeby  uzyskać  możliwie  najdoskonalszą  ciemność.  Następnie  wywierciliśmy  w 

suficie i dachu otwory i zasłonili je metalowymi pokrywkami, które można usunąć jednocześnie 

za  pomocą  wyłącznika.  Nie  wszystko  robiliśmy  sami.  Zatrudniliśmy  cieślę,  elektromontera  i 

kilku  innych  rzemieślników.  Nie  liczyliśmy  się  z  pieniędzmi.  Chodziło  o  to,  by  światło 

przeniknęło otworami do ciemnego wnętrza i stworzyło złudzenie gwiazd. 

Nastąpiła pełna napięcia niema pauza. Wszystkie oddechy umilkły naraz. Wreszcie Aton 

zaczął surowo i formalistycznie. 

- Nie mieliście prawa we własnym zakresie... Faro zmieszał się wyraźnie. 

background image

- Przyznaję, panie profesorze. Wiemy. Ale... Będę zupełnie szczery. Podejrzewaliśmy, że 

to  niebezpieczny  eksperyment,  liczyliśmy  się  z  możliwością  obłędu.  Po  wszystkim,  co  mówił 

Szirin, wydawało nam się to prawdopodobne. Woleliśmy zaryzykować sami. Byliśmy zdania, że 

jeżeli zachowamy zdrowe zmysły, uodpornimy się zapewne na działanie prawdziwej Ciemności. 

W  takim  przypadku  powtórzylibyśmy  oczywiście  doświadczenie  z  całym  personelem 

obserwatorium. Niestety, wszelkie nadzieje zawiodły. 

- Dlaczego? Co się stało?   

Imot uprzedził towarzysza. 

-  Zamykaliśmy  się  -  podchwycił  -  przyzwyczajali  wzrok  do  braku  światła.  Potworne 

uczucie!  W  zupełnej  ciemności  człowiekowi  zdaje  się,  że  przytłaczają  go  ściany  i  sufit. 

Wytrzymaliśmy jakoś. Później przyszedł czas na przekręcenie wyłącznika. Pokrywki ustąpiły. W 

górze zabłysły świetlne punkty... 

- I co? 

- Nic. Na tym właśnie polega fiasko. Nic się nie stało. Mieliśmy nad sobą podziurawiony 

dach i tyle. Wiele razy powtarzaliśmy próbę. To właśnie powód naszego spóźnienia. I nic. Efekt 

był zawsze jednakowy. 

Nastała znowu., pełna skupienia cisza. Wszystkie oczy zwróciły się ku Szirinowi,  który 

siedział  bez  ruchu,  z  uchylonymi  ustami.  Teremon  odzyskał  głos  pierwszy.  Zwrócił  się  do 

psychologa. 

-  Rozumie  pan,  jak  to  kładzie  teorię,  o  której  mówił  pan  przed  chwilą  -  zapytał  z 

uśmiechem ulgi. 

- Chwileczkę! - Szirin podniósł rękę. - Muszę się zastanowić. Umilkł na moment. Później 

pstryknął  palcami  i  podniósł  głowę.  Wyraz  jego  oczu  nie  świadczył  o  wątpliwościach  czy 

zaskoczeniu. 

- Oczywiście... - zaczął, ale nie dokończył, bo piętro wyżej rozległ się nagle łoskot. Binej 

wstał raptownie i skoczył w kierunku schodów z okrzykiem: 

- Cóż to za licho?! Inni wybiegli za nim. 

Wydarzenia następowały szybko.  Znalazłszy się  pod kopułą obserwatorium  Binej objął 

jednym  żałosnym  spojrzeniem  potłuczone  klisze  fotograficzne  i  nachylonego  nad  nimi 

człowieka.  Rzucił  się  na  intruza,  chwycił  go  za  gardło.  Nastąpiła  gwałtowna  szarpanina; 

nadbiegli inni i nieznajomy uległ pod ciężarem sześciu zacietrzewionych przeciwników. 

Ostatni zjawił się zasapany Aton. 

- Podnieście go - zakomenderował. 

background image

Asystenci  cofnęli  się  opornie  i  dźwignęli  na  nogi  zdyszanego  intruza  z  posiniaczonym 

czołem  i  w  podartym  ubraniu.  Miał  on  krótką,  jasną  brodę,  ufryzowaną  wymyślnie  na  sposób 

praktykowany przez kultystów. 

Binej chwycił go za kołnierz, potrząsnął nim mocno. 

- Co ci do łba strzeliło, złodzieju? Nasze klisze... 

- Nie klisz szukałem - przerwał chłodno kultysta. - To był przypadek. 

Spojrzenie Bineja pobiegło śladem pałającego wzroku napastnika. 

-  Rozumiem.  Chodziło  ci  o  aparaty.  Wobec  tego  przypadek  z  kliszami  to  dla  ciebie 

uśmiech  szczęścia.  Gdybyś  ważył  się  tknąć  aparaty,  zginąłbyś  powolną  i  bolesną  śmiercią.  A 

tak... - podniósł zaciśniętą pięść. 

Aton chwycił go za rękaw. 

- Stop! Daj mu spokój, Binej. 

Młody technik zawahał się, niechętnie opuścił rękę. Astronom usunął go z drogi i stanął 

oko w oko z kultysta. 

- Pan ma na imię Latimer, prawda? 

Kultysta skłonił się sztywno i wskazał symbol na biodrze. 

- Jestem Latimer 25, adiutant trzeciej klasy Jego Wzniosłości Sora 5. 

-  I...  -  Aton  zmarszczył  siwe  brwi  -  towarzyszył  pan  Jego  Wzniosłości  w  czasie 

zeszłotygodniowych odwiedzie u mnie? 

Latimer skłonił się ponownie. 

- A czego chce pan teraz? 

- Niczego, co. mógłby mi pan dać dobrowolnie. 

- Zapewne przysłał pana Sor 5. A może to pański własny pomysł? 

- Nie odpowiem na to pytanie. 

- Czy mam oczekiwać innych gości? 

- I na to nie odpowiem. 

Aton spojrzał na zegarek, sposępniał jeszcze bardziej. 

-  O  co  chodzi  Jego  Wzniosłości?  -  zapytał.  -  Przecież  dotrzymuję  układu.  Latimer 

uśmiechnął się blado, ale nie odpowiedział. 

-  Prosiłem  Sora  5  o  dane,  których  wyłącznie  kult  może  dostarczyć.  Otrzymałem  je  i 

jestem wdzięczny. W zamian obiecałem dowieść prawdy podstawowych wierzeń kultu. 

- Tej  prawdy nie trzeba  dowodzić  - padła wyniosła odpowiedź.  - Wystarczający dowód 

stanowi Księga Objawienia. 

- Dla garstki wyznawców kultu. Zechce pan nie wypaczać mojej myśli. Obiecałem dać  - 

naukowe podstawy waszym wierzącym. Obietnicę spełniam. 

background image

Oczy kultysty zwęziły się, zabłysły gniewnie. 

-  Tak.  Spełnia  pan  z  przebiegłością  godną  lisa.  Pańskie  badania  rzekomo  potwierdzają 

naszą wiarę, zarazem jednak czynią ją najzupełniej zbędną. Ciemność i gwiazdy przedstawia pan 

jako  zjawiska  naturalne,  co  pozbawia  je  właściwego  znaczenia.  To  świętokradztwo, 

bluźnierstwo. 

- Nie moja wina. Fakty pozostają faktami. Mogę je tylko stwierdzić. 

- Pańskie tak zwane fakty to czcza iluzja. Aton tupnął gniewnie. 

- Skąd pan wie? 

- Wiem! - odpowiedział Latimer tonem niezachwianego przekonania. 

Sędziwy dyrektor spurpurowiał, lecz gestem ręki uspokoił Bineja, który zaczął coś żywo 

szeptać. 

- Czego więc żąda od nas Sor 5? - podjął. - Jak mi się zdaje, jest nadal zdania, że próby 

przygotowania  świata  do  podjęcia  stosownych  kroków  przeciw  groźbie  powszechnego  obłędu 

mogą narazić na potępienie nieprzeliczoną ilość dusz. Próby te nie przynoszą rezultatów. Może 

będzie to pewną pociechą dla Jego Wzniosłości. 

-  Same  próby  wyrządziły  dosyć  szkód.  Trzeba  położyć  kres  waszym  grzesznym 

zabiegom, by uzyskać wiadomości z pomocą szatańskich instrumentów. My jesteśmy posłuszni 

woli  gwiazd.  Mogę  jedynie  ubolewać,  że  własna  niezręczność  nie  pozwoliła  mi  zniszczyć 

diabelskich wynalazków. 

-  Niewiele  by  pan  zdziałał  -  odpowiedział  Aton.  -  Wszystkie  dane,  z  wyjątkiem 

ostatecznego  dowodu,  który  zamierzamy  wkrótce  uzyskać,  są  w  miejscu  niedostępnym 

zamachom. Ale to nie zmienia pańskiej obecnej sytuacji przestępcy i włamywacza - zwrócił się 

do zgrupowanych za nim asystentów. - Niech ktoś wezwie policję. 

-  Do  wszystkich  diabłów!  -  obruszył  się  pełen  niesmaku  Szirin.  -  Co  ty  wyprawiasz, 

Aton?  Nie  pora  na  hece.  Zaczekaj  -  energicznie  wystąpił  do  przodu.  -  Ja  to  załatwię.  Aton 

spojrzał z góry na psychologa. 

-  Zechcesz  pozwolić,  że  załatwię  sprawę  po  swojemu.  Pamiętaj,  jesteś  tu  osobą 

postronną. Szirin skrzywił się wymownie. 

-  Po  co  zawracać  sobie  głowę  wzywaniem  policji,  stwarzać  zbędne  trudności,  skoro 

całkowite zaćmienie jest kwestią minut, a nasz gość jest gotów zobowiązać się słowem honoru, 

że tu zostanie i nie narobi kłopotu? 

- Odmawiam!  - zawołał  żywo kultysta.  - Róbcie, co chcecie, ale prosta uczciwość każe 

mi uprzedzić, że przy pierwszej sposobności dokończę zadania, które mnie tutaj sprowadziło. Do 

tego zobowiązuję się słowem honoru. Jeżeli mi ufacie, lepiej wezwijcie policję. 

Życzliwy uśmiech rozjaśnił twarz psychologa. 

background image

-  Straszny  z  pana  uparciuch.  Lepiej  pogadajmy  trochę.  Widzi  pan  tego  młodego 

człowieka pod oknem? Silny, bez skrupułów, skory do bicia... Kiedy rozpocznie się zaćmienie, 

nie będzie miał do roboty nic poza pilnowaniem pana. Jestem też ja, może przyciężki do walki, 

ale też się przydam. Rozumie pan? 

- Rozumiem. I cóż z tego? - rzucił lodowato Latimer. 

- Proszę posłuchać. Kiedy rozpocznie się zaćmienie, Teremon i ja zaprowadzimy pana do 

małego schowka o jednych drzwiach z kolosalnym zamkiem i bez okna. Posiedzi pan tam, póki 

będzie trzeba. 

- A następnie - podchwycił godnie kultysta - nie znajdzie się nikt, kto by mnie uwolnił. 

Wiem  nie  gorzej  niż  wy,  wiem  o  wiele  lepiej,  jakie  znaczenie  posiadają  gwiazdy.  Oszalejecie 

wszyscy,  trudno  zatem  liczyć,  by  ktoś  pamiętał,  że  jestem  zamknięty  w  schowku.  Grozi  mi 

uduszenie albo powolna śmierć z głodu. Czy nie mam racji? Czego innego można oczekiwać od 

bandy  naukowców?  Ale  słowa  honoru  nie  dam.  To  kwestia  zasad  nie  podlegających  dyskusji. 

Zblakłe oczy dyrektora przybrały wyraz niepokoju. 

- Doprawdy, Szirin... Zamknąć tak człowieka... 

- Za pozwoleniem! - psycholog uciszył Atona energicznym ruchem dłoni. - Nie sądzę, by 

sprawy zaszły tak daleko. Latimer próbuje blefować. Cwaniak! Ale i ja nie jestem psychologiem 

tylko  dlatego,  że  lubię  brzmienie  tego  wyrazu  -  uśmiechnął  się  do  kultysty.  -  Chyba  nie 

podejrzewa pan, że na serio myślę o czymś równie niskim jak zagłodzenie pana na śmierć. Mój 

miły!  Jeżeli  zamkniemy  pana  w  schowku,  nie  zobaczy  pan  Ciemności  ani  gwiazd!  Wystarczy 

pobieżna znajomość elementarnych wierzeń kultu, by wiedzieć, że odcięcie od gwiazd w czasie, 

kiedy  widnieją  na  niebie,  równa  się  dla  pana  utracie  nieśmiertelnej  duszy.  Poczytuję  pana  za 

człowieka honoru. Uwierzę na słowo, jeżeli zechce pan obiecać, że zaniecha wszelkich dalszych 

szkodliwych dla nas kroków. 

Latimer jak gdyby skurczył się, zmalał. Żyły na czole mu nabrzmiały. 

- Daję słowo - powiedział głucho i dodał zaraz z nagłą pasją: - Pociesza mnie tylko myśl, 

że wszyscy będziecie potępieni z racji swoich praktyk. 

Odwrócił  się  na  pięcie  i  ruszył  w  kierunku  znajdującego  się  opodal  drzwi  wysokiego 

stołka o trzech nogach. 

Szirin skinął na reportera. 

-  Niech  pan  siądzie  przy  nim,  Teremon.  Na  wszelki  wypadek...  Hej!  Teremon! 

Dziennikarz nie zareagował. Wargi miał pobladłe. 

- Spójrzcie! 

Palec, którym wskazywał w niebo, drżał. Głos był zdławiony, ochrypły. 

background image

Wszyscy  wstrzymali  oddech.  Oczy  spoglądające  śladem  wyciągniętego  palca 

znieruchomiały. 

Beta była znacznie z jednej strony okrojona! 

Znikoma  smuga  czerni,  nie  szersza  niż  paznokieć,  urastała  w  oczach  przerażonych 

widzów do rozmiarów czeluści nieubłaganego przeznaczenia. 

Po chwili osłupienia rozległ się gwar zmieszanych głosów. Trwał krótko i ustąpił miejsca 

ożywionej  metodycznej  działalności.  Wszyscy  wrócili  do  wyznaczonej  pracy.  W  szczytowym 

momencie  brakło  czasu  na  wzruszenia.  Ostatecznie  to  grono  naukowców  miało  konkretne 

zadania. Nawet Aton gdzieś znikł. 

-  Wstępny  kontakt  nastąpił  plus  minus  piętnaście  minut  temu  -  odezwał  się  prozaicznie 

Szirin.  -  Trochę  za  wcześnie.  Ale  i  tak  nieźle,  biorąc  pod  uwagę  błędy  nieuniknione  w 

wyliczeniach. 

Rozejrzał  się  dokoła,  podszedł  na  palcach  do  zapatrzonego  wciąż  w  okno  Teremona  i 

odciągnął go lekko. 

-  Aton  jest  wściekły  -  szepnął.  -  Niech  pan  trzyma  się  na  uboczu.  Przegapił  wstępny 

kontakt z powodu awantury z Latimerem. Lepiej go unikać, bo każe pana wyrzucić przez okno. 

Reporter skinął głową i usiadł bez słowa. Psycholog spojrzał nań ze zdziwieniem. 

- Do licha! - zawołał. - Dygoce pan cały, człowieku! 

- Co? 

Teremon oblizał zaschłe wargi. Próbował się uśmiechnąć. 

- Niezbyt dobrze się czuję. To fakt - bąknął. Szirin zmierzył go chłodnym wzrokiem. 

- Ale nie traci pan odwagi, prawda? 

-  Nie!  -  obruszył  się  gwałtownie.  -  Nie!  Proszę  mi  dać  trochę  czasu.  Ja...  Nie  mogłem 

uwierzyć w te brednie... Nie wierzyłem... Dopiero teraz! Proszę mi dać trochę czasu. Muszę się 

zastanowić, przywyknąć... Wy wszyscy szykowaliście się dwa miesiące, może dłużej... 

-  Tak.  To  racja  -  przyznał  z  namysłem  psycholog.  -  Proszę  posłuchać!  Ma  pan  kogoś 

bliskiego? Żonę, dzieci, rodziców? 

- Chodzi o Kryjówkę, prawda? - reporter pokręcił głową. - Nie, proszę się nie kłopotać. 

Mam tylko siostrę. Mieszka dwa tysiące mil od Saro. Nie znam nawet bliższego adresu. 

- No, a pan? Zdążyłby pan jeszcze do Kryjówki. Jest jedno wolne miejsce, moje. Nic tu 

po panu, a w przyszłości... 

- Podejrzewa pan, że umieram  ze strachu  -  przerwał  cicho Teremon.  - Nie, drogi  panie. 

Jestem dziennikarzem. Zlecono mi reportaż i nie myślę rezygnować. 

Psycholog uśmiechnął się mętnie. 

- Rozumiem. Ambicja zawodowa. 

background image

-  Niech  i  tak  będzie...  Do  licha!  Oddałbym  prawą  rękę  za  butelkę  bodaj  o  połowę 

mniejszą niż ta, którą pan wysuszył. Bardzo by mi się przydała... - urwał, bo Szirin dał mu nagle 

kuksańca. 

-  Słyszy  pan?  -  rzucił  i  ruchem  głowy  wskazał  kultystę,  który,  niepomny  na  nic,  stał 

zapatrzony  w  okno  i  z  wyrazem  zachwytu  na  twarzy  mamrotał  coś  przeciągłym,  śpiewnym 

głosem. 

- Co on mówi? - zapytał dziennikarz. 

- Cytuje piąty rozdział Księgi Objawienia. Cicho! Niech pan słucha. 

Głos Latimera wzmógł się nagle, zadźwięczał nutą uniesienia. 

“Działo się, iż w owe dni słońce Beta trzymało coraz dłużej i dłużej samotną stróże na 

niebiesiech,  aż  przyszła  pora,  gdy  przez  całe  pół  obrotu  zostało  samo  jedno  i  świeciło  nad 

Lagazą, umniejszone i ostygłe. 

I ludzie gromadzili się na miejskich placach oraz drogach publicznych, by dziwować się i 

radzić, bowiem zawładnął nimi upadek ducha. Myśli mieli zmącone, mowę zająkliwą, a dusze 

ich oczekiwały przybycia gwiazd. 

A  w  mieście  Trigon,  w  samo  południe,  wystąpił  Wendret  2  i  tako  prawił  ludziom  z 

Trigonu:  »Słuchajcie moich słów, o,  grzeszni! W pogardzie macie sprawiedliwość, atoli  bliski 

jest dzień porachunku. Oto Grota nadchodzi, aby pochłonąć Lagazę, a także was i wszystko, co 

się wokół znajduje«. 

Kiedy zaś prawił tak, wargi Groty Ciemności minęły skraj Bety i zniknęła ona z niebios 

Lagazy. Gromko odezwały się krzyki, a wielki lęk ogarnął ludzkie dusze. 

Działo  się  tak,  że  Ciemność  Groty  padła  na  Lagazę  i  na  całej  powierzchni  jej  zamarło 

światło.  Ludzie  jakoby  zaniewidzieli,  albowiem  nikt  nie  mógł  dojrzeć  sąsiada,  jakkolwiek 

oddech jego czuł na swoim licu. 

I  wśród  powszechnej  czerni  zajaśniały  nieprzeliczone  gwiazdy,  a  przybycie  ich 

zwiastowała  muzyka  takiej  krasy,  że  nawet  liście  drzew  odmieniły  się  w  języki  wołające  ku 

niebiosom w zachwyceniu. 

W  onej  to  chwili  dusze  opuściły  ludzkie  ciała,  a  ludzie  odmienili  się  w  srogie  bestie  i 

niby dzik zwierz puszczy uganiali się wśród wrzawy ulicami miast Lagazy. 

Z  gwiazd  spłynął  Ogień  Niebiański,  a  gdzie  spoczął,  miasta  Lagazy  obracały  się  w 

pogorzeliska i nie zostało śladu człowieka ani dzieł jego. 

Naonczas... 

Nuta  głosu  Latimera  uległa  ledwie  uchwytnej  zmianie.  Kultysta  nie  spojrzał  w  stronę 

słuchaczów,  lecz  zdał  sobie  widać  sprawę  z  ich  skupionej  uwagi.  Gładko,  bez  pauzy  dla 

oddechu, zmienił ton, począł wymawiać sylaby bardziej melodyjnie, płynniej. 

background image

Teremon  patrzył  nań  zdziwiony.  Wyrazy  zdawały  mu  się  niemal  znajome,  chociaż 

różniły  się  akcentem,  sposobem  wymawiania  samogłosek.  Mimo  to  recytacja  Latimera  była 

niezrozumiała. 

Szirin uśmiechnął Się chytrze. 

-  Przeszedł  na jakiś  starocykliczny język, pewno z tradycyjnego dla kultystów drugiego 

cyklu. Widzi pan, w tym języku była początkowo napisana Księga Objawienia. 

-  Mniejsza  z  nim.  I  tak  dosyć  usłyszałem  -  Teremon  cofnął  się  z  krzesłem,  przygładził 

włosy dłonią, która już nie drżała. - Znacznie mi lepiej. 

- Istotnie? - zapytał Szirin nie bez zdziwienia. 

-  Znacznie  mi  lepiej,  mówię  panu!  Wzięło  mnie  przed  chwilą!  Słuchałem  pańskiej 

gadaniny na temat grawitacji. Później zobaczyłem początek zaćmienia. Prawie się wykończyłem. 

Ale  to...  -  lekceważącym  gestem  wskazał  jasnobrodego  kultystę.  -  Coś  podobnego  opowiadała 

mi  niańka.  Przez  całe  życie  drwiłem  z  takich  bredni.  Trudno,  bym  się  dziś  dał  nastraszyć.  - 

Dziennikarz odetchnął głęboko i podjął siląc się na ton swobodny. - Ale dla zachowania dobrej 

formy wolę odwrócić krzesło tyłem do okna. 

-  Słusznie  -  przyznał  psycholog.  -  I  radziłbym  mówić  ciszej.  Aton  wydobył  właśnie 

głowę z pudła, w którym ją trzymał. A jak spojrzał na pana! Taki wzrok powinien zabijać. 

Teremon skrzywił się z niesmakiem. 

- Zupełnie zapomniałem o staruszku. 

Starannie odwrócił krzesło tyłem do okna, zerknął przez ramię na kultystę. 

-  Przyszło  mi  na  myśl  -  zaczął  znów  półgłosem  -  że  musi  istnieć  jakieś  zabezpieczenie 

przeciw gwiezdnemu obłędowi. Jak pan sądzi? 

Psycholog zrazu nie odpowiedział. Zamyślił się, zerknął w kierunku słońca. Beta minęła 

zenit. Odblask z    okna, który tworzył na podłodze krwawy prostokąt, dosięgną! brzucha Szirina. 

Ciemny  rąbek  zmienił  się  tymczasem  w  czarną  plamę  zakrywającą  trzecią  część  Bety. 

Psycholog  wzdrygnął  się,  a  gdy  odwrócił  głowę,  jego  pulchne  policzki  wydawały  się  mniej 

czerstwe. Z prawie wstydliwym uśmiechem również odwrócił swoje krzesło. 

- Myślę - odezwał się - że w samym Saro dwa miliony ludzi odzyskało nagle wiarę i na 

gwałt  próbuje  przystać  do  kultystów  -  uśmiechnął  się  ironicznie.  -  Kult  przeżywa  godzinę 

niespodziewanego odrodzenia. Zapewne wykorzysta ją należycie. Przepraszam... Co pan mówił? 

- Ja? Niepokoi mnie pytanie, jak kultyści przekazują Księgę Objawienia z jednego cyklu 

w  drugi,  a  zwłaszcza  kto  i  kiedy  mógł  ją  napisać.  Musi  istnieć  jakieś  zabezpieczenie  przeciw 

gwiezdnemu obłędowi, bo gdyby wszyscy potracili zmysły, księga nie mogłaby powstać. 

Psycholog zmierzył Teremona pochmurnym wzrokiem. 

background image

- Oczywiście, młody człowieku, nie dysponujemy wiarygodnymi zeznaniami naocznych 

świadków.  Mamy  jednak  jako  tako  wyrobiony  pogląd  na  sprawę.  Proszę  posłuchać.  Trzy 

kategorie ludzi mogły znieść katastrofę stosunkowo dobrze. Po pierwsze ci nieliczni, którzy nie 

zobaczyli gwiazd: niewidomi albo pijani do nieprzytomności od początku zaćmienia do końca. 

Zostawmy ich w spokoju, bo nie potrafią dać żadnego świadectwa. Druga kategoria to dzieci do 

sześciu  lat, dla których  świat  jest  tak nowy i  dziwaczny, że nie zatrwożą ich nawet  gwiazdy  i 

Ciemność.  Poczytują  kataklizm  za  jeszcze  jeden  nowy  szczegół  obcego  środowiska.  Rozumie 

pan, prawda? 

- Zapewne - bąknął reporter tonem powątpiewania. 

-  Na  koniec  są  osobnicy  o  umyśle  zbyt  prymitywnym,  by  mogły  w  nim  nastąpić 

gwałtowne i  nieodwracalne zaburzenia. Zaćmienie nie może zbytnio dotknąć ludzi  minimalnie 

wrażliwych,  takich  dla  przykładu,  jak  ciemny,  zatyrany  chłop.  Widzi  pan  -  po  jednym  z 

kataklizmów dzieci zachowały mętne wspomnienia, które uzupełnione niedorzecznym bełkotem 

debilów,  dały  początek  Księdze  Objawienia.  Jak  stąd  wynika,  materiału  historycznego 

dostarczali ludzie najmniej powołani na twórców historii; małe dzieci i półgłówki. Oni stworzyli 

Księgę Objawienia przepisywaną, zmienianą i wznawianą z cyklu na cykl. 

- Sądzi pan, że przekazywano ją metodą, którą dziś chcecie zastosować wobec tajemnic 

prawa grawitacji? 

- Może - Szirin wzruszył ramionami.  -  Nie chodzi o szczegóły metody. Fakt, że Księgę 

Objawienia  przekazywano.  Zmierzam  do  czegoś  zupełnie  innego.  Może  to  być  jedynie  bełkot, 

jeżeli nawet opiera się na prawdzie. Przypomina pan sobie nieudany eksperyment z otworami w 

dachu, który przeprowadzili Imot i Faro? 

- Naturalnie. 

- Wie pan, dlaczego nie powiod... - Szirin urwał i wstał wyraźnie zaniepokojony, bo do 

rozmawiających zbliżył się Aton z twarzą przypominającą tragiczną maskę. 

- Co się stało?! - zawołał psycholog. 

Kiedy Aton odprowadzał go na stronę, Szirin wyczuwał łokciem drżenie jego palców. 

- Nie tak głośno! - zaczął dyrektor cichym, udręczonym głosem. - Przed chwilą przyszła 

bezpośrednią linią wiadomość z Kryjówki. 

- Coś nie w porządku? - zaniepokoił się Szirin. 

-  Nie  tam.  Już  opieczętowali  wejście.  Do  pojutrza  zostaną  jak  w  grobie.  Są  bezpieczni. 

Ale  miasto...  Nie  wyobrażasz  sobie,  Szirin...  Straszliwy  zamęt...  -  sędziwy  astronom  zdradzał 

wyraźne zaburzenia mowy. 

-  No  i  co?  -  rzucił  niecierpliwie  Szirin.  -  Będzie  jeszcze  gorzej.  Czemu  się  trzęsiesz?  - 

urwał, lecz po chwili podjął podejrzliwie. - Powiedz no, jak się czujesz? 

background image

Oczy Atona błysnęły gniewnie. Później zblakły, przybierając trwożny wyraz. 

-  Nic  nie  rozumiesz.  Kultyści  nie  próżnują.  Podburzają  ludność  do  szturmu  na 

obserwatorium. Obiecują natychmiastowy stan łaski,  zbawienie wieczne... Czego nie obiecują! 

Co robić, Szirin? 

Psycholog  pochylił  czoło.  Długo  przyglądał  się  w  zamyśleniu  szpicom  swoich  butów, 

bębnił palcami po brodzie. Wreszcie podniósł wzrok. 

- Co robić? - rzucił szorstko. - Nic. Nie mamy nic do roboty. Czy twoi ludzie wiedzą? 

- Nie. Skąd znowu! 

- Dobrze. Utrzymaj sekret. Ile czasu do całkowitego zaćmienia? 

- Niespełna godzina. 

- Nie ma rady. Ale można iść na hazard. Trzeba czasu, żeby zgromadzić i zorganizować 

naprawdę  groźny  tłum.  Doprowadzenie  go  tutaj  potrwa  jeszcze  dłużej.  Znajdujemy  się  dobre 

pięć mil od centrum miasta. Pamiętaj o tym. 

Szirin spojrzał przez okno ku stokom wzgórz, gdzie pola ustępowały stopniowo miejsca 

koloniom  białych  domków  na  peryferiach.  Podążył  wzrokiem  dalej  w  kierunku  stolicy,  która 

wydawała się mętną plamą na horyzoncie, tumanem mgieł w zamierającym blasku Bety. 

-  Trzeba  czasu  -  powtórzył  nie  odwracając  głowy.  -  Pracujmy  i  módlmy  się,  aby 

całkowite zaćmienie przyszło pierwsze. 

Beta była przepołowiona. Linia graniczna wyginała się lekko ku jeszcze jasnej części. Jak 

gdyby opadała gigantyczna powieka. 

Psycholog  nie  słyszał  stłumionego  gwaru  w  obserwatorium.  Odczuwał  tylko  głęboką 

ciszę pobliskich pól. Nawet owady umilkły opanowane grozą. Martwe przedmioty pociemniały... 

Wzdrygnął się, gdy głos zabrzmiał tuż nad jego uchem. 

- Czy coś się stało? - zapytał Teremon. 

- Co?... Nie... Wróć pan na krzesło. Przeszkadzamy tutaj. 

Odeszli do swojego kąta, lecz Szirin długo się nie odzywał. Palcem próbował rozluźnić 

kołnierzyk, poruszał szyją do przodu i tyłu. Widocznie jednak nie przynosiło mu to ulgi. Nagle 

podniósł wzrok. 

- Ma pan trudności z oddychaniem? - zapytał.. Dziennikarz szeroko otworzył oczy. Kilka 

razy odetchnął głęboko. 

- Nie... A dlaczego? 

-  Myślę,  że  za  długo  wyglądałem  oknem.  Podziałał  na  mnie  zmrok.  Trudności  z 

oddychaniem to jeden z pierwszych objawów klaustrofobii. 

Teremon wciągnął głęboko powietrze. 

- Nie... Nic mi nie dolega... O! Mamy trzeciego... 

background image

Barczysta postać Bineja stanęła między światłem a zaszytą w kąt parą. Szirin spojrzał nań 

pytająco. 

- Co słychać, Binej? 

Młody człowiek zaczął przestępować z nogi na nogę, uśmiechając się z zakłopotaniem. 

-  Pozwoli  pan,  że  przysiądę  się  na  chwilę?  Chciałbym  trochę  pogadać.  Moje  aparaty 

nastawione. Mogę próżnować aż do całkowitego zaćmienia  - urwał, zerknął w stronę kultysty, 

który  przed  kwadransem  wydobył  z  rękawa  mały  oprawny  w  skórę  tomik  i  bez  słowa  zaczął 

czytać w głębokim skupieniu. - Nie sprawia kłopotu, prawda? 

Szirin  pokręcił  głową.  Prostował  ramiona,  zmuszał  się,  by  oddychać  regularnie,  co 

pochłaniało całą jego uwagę. 

- Ma pan trudności z oddychaniem, Binej? - odezwał się nagle. Binej pociągnął nosem. 

- Nie wydaje mi się tu duszno... - odrzekł. 

-  Ja  zaczynam  odczuwać  coś  w  rodzaju  klaustrofobii  -  bąknął  psycholog  tonem 

usprawiedliwienia. 

- Aha... Na mnie działa to inaczej. Mam wrażenie, że oczy zapadają mi się coraz głębiej. 

Widzę mętnie... Jak to wyrazić... No po prostu przedmioty zatraciły wyraźne kontury. I zimno 

mi, okropnie zimno. 

-  Zimno  jest  naprawdę.  To  nie  złudzenie.  -  Teremon  uśmiechnął  się  krzywo.  -  Palce  u 

nóg mam lodowate, jak gdybym podróżował w wagonie-chłodni. 

- Jedno jest konieczne - zabrał głos Szirin. - Trzeba zająć myśli sprawami zewnętrznymi. 

Niedawno  tłumaczyłem  Teremonowi,  dlaczego  spełzł  na  niczym  eksperyment  z  dziurami  w 

dachu. 

- Ledwie pan zaczął - wtrącił dziennikarz, objął rękami kolano i wsparł na nim brodę. 

- Imot i Faro popełnili błąd, przyjmując Księgę Objawienia zbyt dosłownie. Sądzę, że nie 

należy przypisywać gwiazdom właściwości fizycznych. Być może w absolutnej ciemności umysł 

ludzki odczuwa nieodpartą potrzebę światła, stwarza je więc w wyobraźni. W takim przypadku 

gwiazdy stanowiłyby tylko iluzję. 

- Innymi słowy - przerwał Teremon - twierdzi pan, że gwiazdy są skutkiem, nie jedną z 

przyczyn szaleństwa. Po co zatem fotografie Bineja? 

-  O  ile  wiem,  po  to,  by  dowieść,  iż  gwiazdy  to  złudzenie,  a  może,  by  dowieść  czegoś 

przeciwnego. Ponadto... 

Binej przysunął bliżej krzesło. Ożywił się niespodziewanie. 

-  Cieszę  się,  że  poruszył  pan  ten  temat  -  oczy  błysnęły  mu,  uniósł  palec  wymownym 

gestem. - Dużo myślałem o gwiazdach i nasunęła mi się pewna koncepcja. Naturalnie to bańka 

background image

mydlana. Nie mam zamiaru wysnuwać poważnej teorii. Ale moja koncepcja chyba zasługuje na 

uwagę. Chcą panowie posłuchać? 

Zawahał się, lecz Szirin zasiadł wygodniej i powiedział: 

- Proszę mówić. Słuchamy. 

-  Otóż  przyjmijmy,  że  we  wszechświecie  mogą  istnieć  inne  słońca  -  młody  astronom 

zająknął się wstydliwie. - Naturalnie mam na myśli słońca tak odległe, że wytwarzane przez nie 

światło jest za słabe, byśmy je mogli dostrzec na Lagazie. Pewno to brzmi jak fragment noweli 

fantastyczno-naukowej? 

-  Niekoniecznie.  Ale  czy  tej  hipotezy  nie  obala  fakt,  że  zgodnie  z  prawem  grawitacji 

pańskie słońca winny zdradzać swoje istnienie siłą przyciągania? 

-  Nie  -  jeżeli  znajdują  się  wystarczająco  daleko,  w  odległości  dajmy  na  to  czterech  lat 

świetlnych albo więcej. W takim przypadku nie bylibyśmy w stanie za obserwować perturbacji 

występujących  zbyt  słabo.  Przypuśćmy,  że  istnieje  wiele  takich  słońc  -  dziesięć  albo  nawet 

dwadzieścia. Teremon gwizdnął raz jeszcze. 

-  Wyborny  temat  artykułu  w  świątecznym  dodatku!  Dwadzieścia  słońc  i  kosmos  o 

średnicy ośmiu lat świetlnych! Czymże jest nasz wszechświat - kruszyną! Ludzie by to pożerali! 

-  To  tylko  przypuszczenie  -  usprawiedliwiał  się  Binej.  -  Sądzę  jednak,  że  dostrzegli 

panowie sedno sprawy. Podczas zaćmienia, kiedy nie będzie prawdziwego światła słonecznego, 

takie  słońca,  w  liczbie  dziesięciu  czy  dwudziestu,  mogłyby  stać  się  widoczne.  Ze  względu  na 

odległość sprawiałyby wrażenia kropek. Kultyści mówią o milionach gwiazd, ale to  oczywista 

przesada. W kosmosie nie ma miejsca dla miliona słońc. Chyba, żeby się stykały. 

Szirin słuchał z rosnącą uwagą. 

-  W  tym  coś  jest,  Binej  -  podchwycił.  -  Przesada  stałaby  się  nieunikniona.  Jak  panu 

zapewne  wiadomo,  umysł  ludzki  nie  potrafi  ogarnąć  bezpośrednio  liczby  większej  od  pięciu. 

Wyżej mamy tylko pojęcie “wiele”. Dziesiątek czy milion... nie ma wtedy różnicy... Wyborny 

pomysł! 

-  Mam  także  inny  -  podjął  młody  astronom.  -  Przyszło  panu  kiedy  do  głowy,  że  w 

odpowiednio  prostym  systemie  grawitacja  stanowiłaby  bardzo  nieskomplikowany  problem? 

Wyobraźmy sobie świat, w którym jest tylko jedna planeta z jednym słońcem. Planeta krąży po 

idealnej  elipsie,  a  pojęcie  siły  przyciągania  narzuca  się  tak  oczywiście,  że  można  je  uznać  za 

pewnik. Na takiej planecie astronomowie odkryliby prawo  grawitacji zapewne i  bez teleskopu. 

Wystarczyłaby obserwacja gołym okiem. 

- Czy taki system byłby dynamicznie stabilny? - zapytał Szirin tonem powątpiewania. 

-  Z  pewnością.  Należałoby  go  nazwać  układem  “jeden  do  jednego”.  Matematycznie 

funkcjonowałby bez zarzutu. Mnie jednak interesują bardziej zastrzeżenia filozoficznej natury. 

background image

-  Miło  pomyśleć  o  czymś  takim.  Ale  to  piękna  abstrakcja  -  niby  idealny  gaz  czy  zero 

absolutne. 

- Naturalnie - przyznał  Binej. - Najsłabszą stronę stanowi fakt, że na takiej planecie nie 

powstałoby życie. Zbyt mało byłoby ciepła i światła. Ale to nie koniec. Gdyby planeta obracała 

się  dokoła  własnej  osi,  przez  połowę  każdego  dnia  musiałaby  panować  zupełna  ciemność. 

Niepodobna  liczyć,  by  życie,  całkowicie  zależne  od  światła,  mogło  rozwinąć  się  w  takich 

warunkach. Ponadto... 

Szirin zerwał się tak raptownie, że przewrócił krzesło. 

- Aton przyniósł światło! - przerwał bez ceremonii. 

- Światło! - powtórzył Binej i z uśmiechem niewysłowionej ulgi zwrócił głowę w stronę 

dyrektora. 

Aton  piastował  w  ramionach  kilka  prętów  o  calowej  średnicy,  długich  mniej  więcej  na 

stopę. Nad wiązką spoglądał na zgromadzenia asystentów. 

- Do roboty! - zakomenderował. - Chodź, Szirin, pomożesz mi. 

Psycholog  przydreptał  do  Atona  i  wspólnymi  siłami,  wśród  absolutnej  ciszy,  osadzali 

jeden po drugim pręty w zaimprowizowanych metalowych uchwytach, zawieszonych na ścianie. 

Jak  gdyby  sprawował  najbardziej  uświęcony  obrzęd  religijny,  Szirin  ożywił  zapałkę 

płomieniem, który z kolei przytknął do górnego końca jednego z prętów. 

Płomień  pociemniał,  drgnął  niepewnie.  Później  rozjaśnił  się  nagle  i  żółtawy  blask 

syczącej  pochodni  dobył  z  mroku  pomarszczoną  twarz  dyrektora.  Aton  cofnął  rękę. 

Spontaniczny okrzyk wstrząsnął szybami w oknach. 

Nad prętem unosiło się sześć cali chwiejnego blasku! W taki sam sposób zapalili resztą 

prętów,  dzięki  czemu  powstało  sześć  niezależnych  źródeł  ognia  malującego  żółtawo  głąb 

pokoju. 

Światło  było  mętne,  jeszcze  bardziej  przyćmione  niż  nikły  blask  Bety.  Płomyki  drgały 

ustawicznie,  rodziły  dziwaczne  cienie,  które  snuły  się  po  ścianach,  niepewne  i  chwiejne,  jak 

pijacy.  Pochodnie  kopciły  obrzydliwie,  rozsiewając  zaduch  spalenizny.  Dawały  jednakże  żółte 

światło,  a  to  przecież  miało  swoją  wymowę  po  paru  godzinach  pod  słabnącymi  promieniami 

Bety. Nawet Latimer oderwał wzrok od książki i z zachwytem gapił się na osobliwe zjawisko. 

Szirin  począł  grzać  dłonie  przy  najbliższym  płomyku.  Nie  dbał  o  sadze  osiadające  na 

skórze szarymi drobinami. 

-  Piękne!  -  mamrotał  do  siebie.  -  Cudowne!  Nie  wiedziałem  dotychczas,  że  żółty  kolor 

posiada tyle czaru. 

Teremon podejrzliwie przyglądał się pochodniom. Marszczył nos, wietrzył cierpki odór. 

- Co to takiego? - odezwał się wreszcie. 

background image

- Drewno - odparł krótko Szirin. 

- Nie! Cal od góry pręt jest już zwęglony. Ogień wyrasta z niczego i świeci. 

-  W  tym  właśnie  całe  piękno.  Ma  pan  przed  sobą  naprawdę  doskonałe  urządzenie 

produkujące  sztuczne  światło.  Mamy  kilkaset  takich  sztuk,  ale  większość  jest  oczywiście  w 

Kryjówce. Widzi pan... - psycholog zerknął na swoje poczerniałe dłonie, wytarł je chusteczką. - 

Widzi  pan  -  wystarczy  gąbczasty  rdzeń  zwykłej  trzciny  wodnej  wysuszyć  dokładnie  i  nasycić 

zwierzęcym tłuszczem. Później przytyka się do pręta ogień i tłuszcz płonie bardzo wolno. Pali 

się  to  nieprzerwanie  przez  blisko  pół  godziny.  Pomysłowe,  prawda?  Wynalazek  jednego  z 

młodych pracowników naszego uniwersytetu. 

Po  krótkotrwałej  sensacji  w  obserwatorium  ucichło.  Latimer  przeniósł  swoje  krzesło 

bezpośrednio pod pochodnię i czytał. Jego wargi poruszały się w monotonnym rytmie modłów 

do  gwiazd.  Binej  odszedł,  by  skontrolować  aparaty  fotograficzne.  Teremon  skorzystał  ze 

sposobności i uzupełniał notatki do artykułu, który dnia następnego miał ukazać się w “Kronice 

Saro”. Robił to od dwu godzin metodycznie, sumiennie i, jak zdawał sobie sprawę, najzupełniej 

bezcelowo. 

Wesołe błyski w jego oczach świadczyły, że pracowite zapiski nie dotyczą złowrogiego 

nieba,  powlekającego  się  stopniowo  ciemną  purpurą  i  coraz  bardziej  przypominającego  barwą 

świeżo obrany burak nadprzyrodzonych rozmiarów. 

Powietrze  jak  gdyby  gęstniało.  Pokój  wypełniał  niemal  dotykalny  półmrok.  Na  tle 

szarzyzny rysował się wyraźnie kształt żółtych płomieni. Pochodnie dymiły mocno i syczały. Od 

czasu  do  czasu  słychać  było  ciche,  niepewne  kroki  wokół  stołu  albo  westchnienie  człowieka 

starającego się zachować spokój w świecie groźnych cieni. 

Teremon  pierwszy  zwrócił  uwagę  na  dobiegające  z  zewnątrz  odgłosy.  Były  to  ledwie 

uchwytne echa dźwięku i zapewne przeszłyby niepostrzeżenie, gdyby nie zalegająca pod kopułą 

śmiertelna cisza. 

Dziennikarz  wyprostował  się,  odłożył  notes.  Przez  chwilę  nasłuchiwał.  Później  wstał 

ciężko, niechętnie, przeszedł między solaroskopem a jednym z aparatów fotograficznych i stanął 

na tle okna. 

Ciszę rozdarł jego krzyk wezbrany grozą. 

- Szirin! 

Praca  ustała.  Szirin  i  Aton  znaleźli  się  momentalnie  u  boku  reportera.  Nawet  Imot  70, 

który siedział wysoko przy wzierniku olbrzymiego solaroskopu, odwrócił się wraz z ruchomym 

stołkiem i niespokojnie patrzył ku dołowi. 

Na  niebie  Beta  -  okopcony,  rudy  skrawek  -  po  raz  ostatni  mierzyła  Lagazę  tragicznym 

spojrzeniem. Od strony miasta wschodni widnokrąg ginął w ciemności, a droga łącząca Saro z 

background image

obserwatorium  przypominała  brudnoczerwoną  kreskę  na  tle  drzew,  które  utraciły 

indywidualność, tworząc jedną mętną, brunatną masę. 

Uwagę przykuwała głównie sama szosa, po której sunęła z wolna inna, niezwykle groźna 

brunatna masa. 

- Szaleńcy z miasta! - zabrzmiał zdławiony głos Atona. - Idą! 

- Ile czasu do całkowitego zaćmienia? - zapytał psycholog. 

- Kwadrans, ale... Ale oni tu będą za pięć minut. 

-  Nie  szkodzi.  Pracujcie  dalej.  Zdołamy  ich  powstrzymać.  Obserwatorium  to  istna 

forteca.  Aton!  Na  wszelki  wypadek  nie  spuszczaj  z  oka  tego  młodego  kultysty.  Teremon,  za 

mną! 

Po  chwili  psycholog  był  za  drzwiami.  Teremon  deptał  mu  po  piętach.  Pod  sobą  mieli 

szerokie, kręcone schody, które opadały spiralą i w głębi szybu nikły pośród szarego mroku. 

Pierwszy impet przeniósł ich o pięćdziesiąt stóp niżej. W górze zniknął żółtawy prostokąt 

otwartych drzwi. Z dołu nacierała złowroga czerń. 

Szirin zatrzymał się, chwycił za pierś pulchną dłonią. Oczy wyszły mu z orbit. 

-  Brak...  mi..  tchu...  -  wyjąkał  przerywanym  głosem.  -  Idź  dalej  sam,  Teremon... 

Zarygluj... drzwi... Wszystkie!... 

O kilka stopni niżej dziennikarz przystanął również, odwrócił głowę. 

- Nie wytrzyma pan minutę dłużej? 

Szirin sapał głośno. Wdychał i wydychał powietrze, jak gęsty, lepki syrop. Zdawał sobie 

sprawę,  że  na  myśl  o  samotnym  zapadnięciu  w  tajemniczą  Ciemność  wzbiera  w  nim  panika. 

Otwarcie mówiąc - bał się. 

- Proszę zaczekać - powiedział Teremon. - W tej chwili wrócę. 

Wspiął się na górę, po dwa stopnie naraz. Serce waliło mu jak młotem - bynajmniej nie 

ze  zmęczenia.  Wtargnął  do  pokoju  i  gwałtownie  wyrwał  pochodnię  z  oprawki.  Cuchnęła 

brzydko. Dym gryzł w oczy, oślepiał. Ale Teremon ściskał w ręku źródło światła, jak gdyby miał 

ochotę ucałować je radośnie. Kiedy zbiegał schodami, płomyk chwiał się, umykał do tyłu. 

Psycholog odemknął powieki i jęknął głucho, kiedy Teremon nachylił się i potrząsnął go 

za ramię. 

-  Już dobrze. Trzymaj się, Szirin. Mamy światło. Uniósł pochodnię nad  głową, chwycił 

psychologa  za  łokieć  i  poczęli  schodzić  w  opiekuńczym,  jasnym  krążku.  W  pomieszczeniach 

biurowych  na  parterze  było  nieco  widniej,  więc  Teremon  odczuł  wyraźną  ulgę.  Groza 

ustępowała. 

- Trzymaj! - rzucił szorstko wręczając pochodnię Szirinowi. - Słyszysz, co się tam dzieje? 

Przez zamknięte drzwi dobiegały strzępy ochrypłych, nieartykułowanych wrzasków. 

background image

Ale Szirin miał słuszność. Obserwatorium było zbudowane jak forteca. Wzniesiono je w 

ubiegłym  stuleciu,  kiedy  neogawotański  styl  architektury  osiągał  szczyty  rozkwitu  i  brzydoty. 

Budowniczowie mieli na względzie raczej wygodę i trwałość niż piękno. 

W oknach widniały kraty z grubych na cal żelaznych prętów, zapuszczonych głęboko w 

betonowe  futryny.  Potężnych  ścian  nie  nadwerężyłoby  nawet  trzęsienie  ziemi,  a  ogromną 

dębową płytę głównych drzwi wzmacniały metalowe ćwieki. 

Teremon wyciągnął rękę. Rygle szczęknęły głucho. 

W  przeciwległym  końcu  korytarza  Szirin  klnąc  półgłosem  wskazywał  ręką  zamek 

bocznych drzwi, wyważony, bezużyteczny. 

- Z pewnością Latimer dostał się tędy - powiedział. 

- Nie stój w miejscu! - rzucił niecierpliwie reporter. - Pomóż przesuwać meble. I nie tkaj 

mi pod nos pochodni. Duszę się dymem! - strofował psychologa wlokąc ciężki stół w kierunku 

drzwi. 

Nim upłynęły dwie minuty, stanęła barykada, która brak piękna i symetrii wyrównywała 

wagą i oporem bezwładnej masy. 

W  oddali  słychać  było  kołatanie  gołymi  pięściami  w  drzwi.  Bezładne  krzyki  tłumu 

wydawały się dalekie, nierealne. 

Napastnicy  wyruszyli z Saro, opanowani  jedynie dwoma uczuciami.  Pragnęli zniszczyć 

obserwatorium i  dzięki temu zyskać obiecywane przez kultystów zbawienie, a ponadto  ulegali 

niepohamowanemu  obłędnemu  przerażeniu.  Nie  było  czasu,  by  starać  się  o  pojazdy,  broń, 

przywódcę  lub  jaką  bądź  organizację.  Pieszo  ruszyli  na  obserwatorium,  aby  je  szturmować 

gołymi rękami. 

Byli na miejscu. Ostatnie rubinowe krople blasku Bety spływały na Lagazę, oświetlając 

mętnie  ludzi,  którym  został  jedynie  powszechny  paraliżujący  strach.  -  Wracajmy  na  górę!  - 

rzucił Teremon. 

Pod  kopułą  tylko  Imot  został  na  dawnym  miejscu  przy  solaroskopie.  Inni  zebrali  się 

wokół  aparatów  fotograficznych.  Binej  wydawał  polecenia  schrypniętym,  pełnym  napięcia 

głosem. 

- Uwaga! Zdejmuję Betę tuż przed całkowitym zaćmieniem i zmieniam kliszę. Każdy z 

was ma jeden aparat. Pamiętacie czas ekspozycji? 

Odpowiedział mu zdyszany szmer potakiwań. 

Binej przetarł oczy dłonią. 

-  Jak  tam  pochodnie,  palą  się?  Mniejsza  z  nimi.  Widzę  -  wyprostował  się  na  krześle.  - 

Pamiętajcie...  Nie  kusić  się  o  dobre  zdjęcia.  Nie  marnować  czasu,  żeby  objąć  dwie  gwiazdy. 

Wystarczy jedna. A jeżeli... Jeżeli ktoś poczuje, że... że z nim źle... niech nie dotyka aparatów. 

background image

W pobliżu drzwi Szirin szepnął Teremonowi: 

- Zaprowadź mnie do Atona. Nie widzę go. 

Dziennikarz  milczał.  Mętne  sylwetki  ukazywały  się  i  nikły.  W  górze  pochodnie 

przypominały drobne żółte plamki. 

- Ciemno! - westchnął żałośnie. 

Psycholog wyciągnął ręce, omackiem poczłapał przed siebie. 

- Aton! - wołał. - Aton! Teremon chwycił go za ramię. 

- Czekaj! Zaprowadzę cię. 

Z trudnością brnął przez pokój. Zamykał oczy, żeby nie widzieć Ciemności. Usiłował nie 

myśleć o własnym wewnętrznym chaosie. 

Nikt ich nie słyszał, nikt nie zwracał na nich uwagi. Szirin zataczał się wzdłuż ściany. 

- Aton! Aton! 

Nagle poczuł dotknięcie rozdygotanych palców, usłyszał szept. 

- To ty, Szirin? 

- Aton! - psycholog zaczął oddychać normalnie.  - Nie przejmuj się tłumem. Ten gmach 

wytrzyma. 

Kultysta  Latimer  wstał.  Twarz  miał  wykrzywioną  spazmatycznie.  Dał  słowo.  Jeżeli  je 

złamie,  narazi  duszę  na  zgubę.  Ale  został  sterroryzowany,  niczego  nie  obiecał  z  własnej  woli. 

Gwiazdy  pojawią  się  rychło...  Nie  może  stać  bezczynnie,  pozwolić...  Mimo  wszystko  jednak 

wiąże go słowo... 

Binej uniósł  głowę. Jego ledwie widoczna twarz majaczyła w półmroku, gdy spoglądał 

na    ostatnie  promienie  Bety.  Później  pochylił  się  znów  nad  aparatem.  Wtedy  Latimer  powziął 

decyzję. Wyprostował się, zacisnął pięści tak, że paznokcie wpiły mu się w dłonie. Zatoczył się i 

na oślep ruszył z miejsca. Przed sobą miał tylko cienie. Nawet podłoga pod stopami zdawała się 

niematerialna. 

Nagle zderzył się z kimś, kto go obalił i przygniótł całym ciężarem. Kultysta poczuł na 

szyi kleszcze palców. Podciągnął kolano, uderzył nim napastnika. 

- Puść, bo zabiję! - ryknął. 

Teremon, porażony nagłym bólem, wrzasnął głośno. Później syknął przez zęby: 

- Ty złodzieju, oszuście! 

Nagle uświadomił sobie wszystko. Usłyszał drżący głos Bineja. 

- Mam! Mam! Do aparatów, chłopcy! 

Reporter  odczuł  w  niepojęty  sposób,  że  ostatnia  nić  słonecznego  blasku  pociemniała  i 

zgasła. Jednocześnie usłyszał zdławiony jęk Bineja i szczególny, cichy i krótki, okrzyk Szirina - 

background image

histeryczny  chichot  przerwany  chrapnięciem.  Uświadomił  też  sobie  ciszę  -  nagłą  śmiertelną, 

głuchą ciszę za murami gmachu. 

Przeciwnik omdlał mu w rękach, spojrzał więc w jego oczy i zobaczył  w nich pustkę  - 

odbijającą  żółtawy  blask  pochodni.  Przez  pianę  na  wargach  kultysty  dobywało  się  żałosne 

zwierzęce skomlenie. 

Urzeczony grozą Teremon dźwignął się na łokciu, zwrócił wzrok w stronę złowieszczej 

czerni okna. 

I wtedy zobaczył gwiazdy! Nie marne trzy tysiące sześćset gwiazd widocznych z Ziemi! 

Lagaza  znajdowała  się  w  centralnym  punkcie  olbrzymiej  galaktyki.  Trzydzieści  tysięcy  słońc 

jaśniało  przytłaczającym  splendorem,  stanowiąc  groźbę  straszniejszą  nawet  od  szalonego 

wichru, który wstrząsał zlodowaciałym, jałowym światem. 

Teremon  wstał  z  wysiłkiem.  Brak  mu  było  tchu.  Mięśnie  kurczyły  się  boleśnie  pod 

wpływem paniki, niemożliwej do zniesienia. Popadał w obłęd i zdawał sobie z tego sprawę, więc 

rozproszone  resztki  świadomości  szamotały  się  w  nim  szukając  ucieczki  z  beznadziejnej 

powodzi mrocznego lęku. Okropnie było wiedzieć, że nadchodzi szaleństwo, że za moment, on, 

Teremon, zostanie ciałem na miejscu, lecz wszystko, co najistotniejsze, odejdzie odeń, zapadnie 

w  czarną  otchłań  szaleństwa.  To  była  Ciemność  -  mrok,  chłód,  zatracenie.  Waliły  się  jasne 

ściany światła. Jak mordercze, czarne gruzy przytłaczały, miażdżyły. 

Zderzył  się  z  kimś  pełznącym  na  czworakach,  lecz  zdołał  jakoś  nad  nim  przeleźć. 

Podnosił  ręce  do  umęczonego  gardła.  Zataczając  się  zmierzał  ku  pochodniom,  których  blask 

pozbawiał go resztek wzroku. 

- Światło! - zawodził. - Światło! 

Gdzieś niedaleko Aton płakał, zanosił się szlochaniem jak przerażone dziecko. 

-  Gwiazdy!  -  jęczał.  -  Wszędzie  gwiazdy!  Nie  wiedzieliśmy  nic!  Myśleliśmy,  że  sześć 

gwiazd  to  już  wszechświat!  Gwiazdy!  Wszędzie  gwiazdy!  I  Ciemność!  Mury  padają!  Nie 

wiedzieliśmy nic, nie wiemy, nie dowiemy się nigdy... Strącona przez kogoś pochodnia upadła 

na podłogę i zgasła z sykiem. Przybliżyła się groza gwiazd. 

Za  oknem,  na  widnokręgu,  od  strony  Saro,  purpurowa  łuna  zaczęła  rosnąć,  jaśnieć, 

przybierać na sile. Nie był to odblask słonecznego światła. 

Zapadła długa noc. 

background image

Stephen Barr - Jądro krystalizacji 

 

 

Kiedy wróciłem z biura do domu, byłem nie tyle zmęczony, co rozbity, lecz skutek był 

ten  sam.  Wszedłem  do  mieszkania,  w  którym  znać  było  nieobecność  żony,  i  wziąłem  zimny 

prysznic.  Temperatura  w  śródmieściu,  według  radia,  wynosiła  trzydzieści  stopni,  ale  na  moim 

termometrze było trzydzieści sześć. Ubrałem się i przeszedłem do saloniku - mocno żałowałem, 

że  nie  ma  mojej  żony,  Molly,  aby  mi  powiedziała,  dlaczego  dom  sprawia  wrażenie  tak 

zaniedbanego. 

Co one takiego robią, myślałem, czego ja nie zrobiłem? Odkurzyłem dywan, sprzątnąłem 

wszędzie,  poprawiłem  poduszki.  Co  jeszcze?  A,  popielniczki!  Wypróżniłem  je,  umyłem, 

postawiłem z powrotem, ale w pokoju nadal znać było nieobecność kobiety. 

Miałem  w  ogóle  zły  dzień.  Zapomniałem  nakręcić  budzik,  musiałem  się  więc  bardzo 

spieszyć, aby zdążyć na dyskusję w sprawie opowiadań w studio stacji telewizyjnej, dla której 

piszę.  Nie  zwróciłem  uwagi,  że  nadciąga  burza,  więc  iście  podzwrotnikowa  ulewa  zaskoczyła 

mnie  bez  parasola.  Byłbym  wrócił  do  domu,  ale  podjechała  akurat  taksówka,  którą  zwolniła 

właśnie jakaś kobieta, więc popędziłem wśród deszczu i wsiadłem. 

- Róg Madison i Pięćdziesiątej Czwartej - powiedziałem. 

-  Dobra  -  odparł  kierowca.  Usłyszałem  zapuszczanie  motoru.  Kierowca  zapuszczał 

motor, zapuszczał, ale bez skutku. 

- Bardzo mi przykro - rzekł po chwili - ale musi pan znaleźć inną taksówkę. Powodzenia. 

Deszcz,  jeśli  to  możliwe,  padał  jeszcze  większy.  Rozwinąłem  gazetę,  przykryłem  nią 

kapelusz  i  pobiegłem  do  kolejki  podziemnej.  Trzy  przecznice.  Ruch  zatrzymywał  mnie  na 

każdym  skrzyżowaniu,  więc  gdy  zbiegłem  na  peron  -  tuż  po  odejściu  kolejki  -  byłem 

przemoczony do nitki. 

Po  długim  czekaniu  wsiadłem  do  następnej  kolejki,  która  spóźniła  się  na  połączenie  w 

śródmieściu. To samo zdarzyło się przy następnych dwóch przesiadkach, ale kiedy wyszedłem 

wreszcie na ulicę, przekonałem się, że deszcz ustał. 

Zbliżając się do biura minąłem długi wykop, który szykowano pod fundamenty nowego 

budynku.  Gromadka  gapiów,  jak  zwykle,  przyglądała  się  spychaczom  i  robotnikom,  w 

szczególności  zaś  człowiekowi  ze  świdrem  pneumatycznym,  który  rozwalał  ogromną  grudę 

skamieniałej  gliny.  W  chwili  gdy  na  to  spojrzałem,  odpadł  duży  kawał  grudy  i  spod  spodu 

ukazała  się  jakby  bryła  brudnego  szkła  wielkości  sporej  skrzyni.  Rozbłysła  w  promieniach 

słońca i w tym samym momencie trafił w nią świder. 

background image

Rozległ  się  szklisty  dźwięk  i  bryła  rozpadła  się.  Jeden  z  kawałów  uderzył  robotnika  w 

plecy, najwyraźniej nie robiąc mu żadnej krzywdy. W tej samej chwili, w chwili wybuchu, jeśli 

to  można  tak  nazwać,  poczułem  jakby  ukłucie  w  twarz  i  dotknąwszy  policzka  zobaczyłem  na 

palcach krew. Wytarłem twarz chustką, zadraśnięcie było nieznaczne, mimo to krwawienie nie 

ustawało.  Wstąpiłem  więc  do  apteki,  kupiłem  plaster  i  zakleiłem  rankę.  Gdy  wreszcie 

przyszedłem do studia, okazało się, że jest już po konferencji. 

Był to typowy przykład tego, co się dzieje w środowisku zwanym, zależnie od tego, czy 

stoi się wysoko, czy nisko w hierarchii, światem reklamy, grą reklamową czy też reklamowym 

kanciarstwem. 

W  drodze  powrotnej  znowu  gubiłem  połączenia  i  wróciłem  późno.  W  bramie  mojego 

bloku spotkałem znajomego policjanta rozmawiającego z dozorcą. 

- Dzień dobry, panie Graham - odezwał się - co to było u was w Telewizji? - Spojrzałem 

pytająco, więc wyjaśnił: - Słyszeliśmy przed chwilą, że w pańskim biurze wszystkie sześć wind 

stanęło równocześnie. Zwariowana historia. Pan był przy tym? 

- Nie, nie byłem - odparłem, a w duchu pomyślałem, że u nas w reklamie wszystko jest 

możliwe. Poszedłem wprost do siebie. 

Psychiatrzy  twierdzą,  że  są  ludzie  podatni  na  wypadki.  Co  do  mnie,  ostatnio  jestem 

podatny na zbiegi okoliczności - rządzi mną po prostu przypadek i, z wyjątkiem budzika, który 

podlega mojej władzy, nie mam wpływu na to, co się dzieje. 

Wszedłem  do  kuchenki,  by  się  czegoś  napić,  i  aby  raz  jeszcze  odczytać  wskazówki 

Molly, co mam robić do czasu jej powrotu (wyjechała do matki i miała wrócić za dziesięć dni). 

Molly  zapisała  dokładnie,  jak  mam  robić  kawę,  jak  otwierać  puszki,  kogo  wezwać,  gdybym 

zachorował, itd. Moja żona jest pielęgniarką i wierzy święcie, że bez niej nie umiałbym nawet 

oddychać. Ma rację, ale z innych powodów, niż sądzi. 

Otworzyłem  lodówkę,  by  wyjąć  trochę  lodu,  i  spostrzegłem  kartkę:  “Mleko  i  masło 

chowaj zaraz z powrotem do lodówki i zamykaj szczelnie drzwiczki”. 

Speszony  tą  uwagą,  zabrałem  szklankę  z  whisky  do  saloniku  i  siadłem  do  pisania. 

Przejrzałem rozdział powieści, która miała mnie uwolnić od pracy w Telewizji, i zauważywszy 

błąd, sięgnąłem po ołówek. Kiedy go odłożyłem, ołówek spadł z biurka, ja zaś nie spuszczając 

oczu  z  maszynopisu  sięgnąłem  dłonią  pod  fotel.  Następnie  spojrzałem  w  dół:  ołówek  stał 

sztorcem. 

Oto,  pomyślałem,  jest  ten  jeden  wypadek  na  milion,  o  jakich  czasem  słyszymy. 

Podniosłem ołówek, wróciłem do powieści i wypiłem łyk whisky w poszukiwaniu natchnienia i 

ulgi od wilgotnego upału - ale nic mi to nie pomogło. Przeczytałem cały rozdział dla nabrania 

rozpędu, ale na ostatnim zdaniu utknąłem. 

background image

Do  licha  z  upałem,  z  ołówkiem,  z  Telewizją  i  reklamami!  Szklanka  była  już  pusta, 

poszedłem  więc  do  kuchni  i  znowu  przeczytałem  notatki  Molly.  Spostrzegłem  jeszcze  jedną, 

której dotąd nie zauważyłem, przypiętą do suszarki: “Śmieci zabierają o szóstej trzydzieści, więc 

trzeba wynieść w przeddzień wieczorem. Kocham cię”. Cóż można zrobić, kiedy kobieta kocha? 

Przygotowałem sobie nową szklankę whisky z lodem, wróciłem do saloniku i zagapiłem 

się przez okno na dach domu naprzeciw. Słońce znowu świeciło i jakiś człowiek z drągiem porał 

się ze stadem gołębi. Krążyły wkoło chcąc opaść na dach, a człowiek im nie dawał. 

Gołębie latają zawsze w określonym szyku i zawracają tak, że ich skrzydła jednocześnie 

chwytają promienie słońca. Myślałem właśnie o tym, gdy spostrzegłem, że w chwili zawracania 

ptaki zdawały się skupiać w jednym punkcie. Jakimś dziwnym przypadkiem chciały wszystkie 

zawracać w tym samym miejscu na niebie, zderzały się i spadały na dół. 

Człowiek na dachu był równie zdziwiony jak ja. Podszedł do jednego z leżących ptaków, 

wziął go do ręki i gładził mu piórka kręcąc ze zdumieniem głową. 

Moje rozważania o tym dziwnym wypadku w ruchu napowietrznym przerwały donośne 

głosy płynące z korytarza. Ponieważ cały nasz dom to ludzie bardzo dobrze wychowani, byłem 

zdumiony  tą  wrzawą.  Wśród  podniesionych  głosów  poznałem  głos  mego  sąsiada,  Nata, 

dziennikarza, bardzo spokojnego człowieka, u którego nigdy, o ile wiem, nie było hałaśliwych 

zebrań, zwłaszcza po południu. 

-  Jak  pan  może  twierdzić  coś  podobnego?!  -  krzyczał  Nat.  -  Mówię  panu,  że  dopiero 

dzisiaj kupiłem te karty i odpakowałem talię, dopiero gdy zaczynaliśmy grać. 

Kilka innych głosów wrzasnęło nagle w odpowiedzi: 

- Nikomu nie trafia się kolor pięć razy pod rząd! 

- I to wtedy, kiedy pan rozdaje! 

Spór  stawał  się  coraz  gorętszy,  więc  otworzyłem  drzwi,  by  w  razie  potrzeby  pomóc 

Natowi. Na wprost niego stało czterech mężczyzn, wyraźnie niezdecydowanych, czy wyjść, czy 

pozostać i obić Nata. 

-  Proszę!  -  wołał  czerwony  ze  złości  Nat  podając  talię  kart.  -  Sprawdźcie  sami,  czy  są 

znaczone! 

-  Dobrze,  magiku!  -  zawołał  jeden  z  mężczyzn  wydzierając  mu  karty.  -  Powiedzmy,  że 

nie są znaczone! Ale pięć razy pod rząd... 

Urwał i wszyscy wpatrzyli się w rozsypane po ziemi karty. Połowa leżała grzbietem do 

góry - wszystkie odkryte były to karo lub kier. 

W  tej  samej  chwili  nadeszła  winda  i  czterej  mężczyźni,  z  wyrazem  zdumienia  i 

przerażenia, wsiedli do niej w milczeniu i zjechali na dół. Nat wpatrywał się ciągle w dziwnie 

ułożone karty. 

background image

- Do licha! - zawołał zbierając je z ziemi. - Niech pan patrzy! Mój Boże, co za poker... 

Pomogłem mu  zebrać karty, prosząc, by wstąpił do mnie na szklaneczkę l  opowiedział 

całą historię, choć domyślałem się, co usłyszę. 

Nat stopniowo się uspokajał, nie mogąc jednak ochłonąć ze zdumienia. 

- Nigdy nie widziałem nic podobnego  - rzekł.  -  Tamci nie wierzyli i zresztą nikt by nie 

uwierzył. Wszystkie rozdania zwyczajne: tu trójka, tam słaby sekwens czy coś w tym rodzaju, 

raz tylko któryś miał trzy damy i dziesiątki - dopóki ja nie zacząłem rozdawać. Panie! Raz po raz 

kolor od króla! I za każdym razem ktoś inny miał cztery asy. 

Oddychał ciężko, więc wstałem, by mu nalać jeszcze szklaneczkę. Został mi jeden syfon 

wody, ale gdy nacisnąłem, góra pękła i odłamki szkła wpadły do środka. 

- Muszę zejść na dół po wodę - powiedziałem. 

- Też zejdę. Muszę wyjść na powietrze. W delikatesach na rogu sprzedawca dał mi trzy 

butelki wody. Włożył je zapewne do wilgotnej torby, bo kiedy mi je wręczał poprzez ladę, dno 

torby  rozdarło  się  i  butelki  upadły  na  kamienną  posadzkę.  Żadna  się  jednak  nie  rozbiła,  choć 

spadły z wysokości co najmniej pięciu stóp. Nat zbyt był pogrążony w myślach, by to spostrzec, 

a  ja  przyzwyczaiłem  się  już  do  cudów.  Opuszczając  sklep  i  sprzedawcę  z  otwartymi  ustami, 

natknęliśmy się na mojego znajomego policjanta zaglądającego do środka również w osłupieniu. 

Na  chodniku  jakiś  człowiek  idący  przed  Natem  pochylił  się  nagle,  aby  poprawić 

sznurowadła.  Nat,  nie  chcąc  na  niego  wpaść,  zszedł  z  krawężnika  i  w  tej  samej  chwili 

nadjeżdżająca  taksówka  skręciła,  by  nie  wpaść  na  Nata.  Jezdnia  wciąż  była  mokra,  taksówką 

zarzuciło i tylny zderzak lekko stuknął o przód małego wozu jadącego z dużą szybkością. Wóz 

skręcił w bok, wjechał na podjazd domu naprzeciwko i stanął z maską w drzwiach frontowych, 

które w tym samym momencie ktoś otworzył. 

Nadjeżdżający kierowca, chcąc uniknąć zderzenia, wpadł w poślizg i kiedy wreszcie on i 

taksówkarz przestali manewrować po jezdni, znaleźli się na wprost siebie, a w poprzek ulicy. W 

rezultacie  żaden  nie  mógł  ruszyć  się  ani  naprzód,  ani  w  tył,  gdyż  taksówka  dotykała  tyłem 

latarni, a wóz hydrantu. 

Ulica,  choć  wąska,  jest  dwukierunkowa  i  w  mgnieniu  oka  ruch  z  obu  stron  został 

zakorkowany aż do najbliższych magistrali. Wszyscy kierowcy naciskali klaksony. 

Danny, policjant, był wściekły; jego zły humor wzmógł się jeszcze bardziej po nieudanej 

próbie zadzwonienia do komisariatu z najbliższej budki. 

Telefon nie działał. 

U  mnie  na  górze  był  przeciąg,  więc  zamknąłem  okno.  Chciałem  także  odciąć  się  od 

hałasów i wrzasków z ulicy. Nat rozpogodził się. 

background image

- Wypiję z panem jeszcze szklaneczkę, a potem muszę iść do redakcji - rzekł. - Wie pan, 

to będzie dobry materiał dla gazety. - Uśmiechnął się i skinieniem głowy wskazał ulicę. 

Gdy wyszedł, spostrzegłem, że robi się ciemno, więc zapaliłem lampę na biurku. Wtedy 

też zwróciłem uwagę na firanki. Wszystkie powiązane były w węzły. A jedna miała aż trzy. 

No tak, pomyślałem, to pewnie wiatr. Uznałem jednak, że warto zasięgnąć czyjejś opinii, 

i  podszedłem  do  telefonu,  by  zadzwonić  do  McGilla.  McGill  jest  zastępcą  profesora  na 

uniwersytecie na wydziale matematyki i mieszka W pobliżu. Ma bujną wyobraźnię, ale uważam, 

że zna się na wszystkim. 

W słuchawce było jednak głucho. Jeszcze jeden kłopot, pomyślałem. Wtem usłyszałem, 

że ktoś kaszle; powiedziałem “Halo!” Odezwał się głos McGilla: 

-  To  ty,  Alec?  Musiałeś  podnieść  słuchawkę  w  momencie,  kiedy  byliśmy  połączeni. 

Szczególny zbieg okoliczności. 

- Wcale nie - odparłem. - Przyjdź do mnie, mam coś dla ciebie do rozszyfrowania. 

- Prawdę mówiąc, właśnie dzwoniłem, by zaprosić ciebie i Molly... 

- Molly wyjechała na tydzień. Czy możesz przyjechać zaraz? Sprawa pilna. 

-  Już  jadę  -  odrzekł  McGill  i  odwiesił  słuchawkę.  Czekając  na  niego  chciałem  napisać 

choćby mały fragmencik mojej powieści - może teraz przyjdzie mi coś do głowy. Istotnie, jakoś 

mi poszło,  ale w pewnej chwili,  gdy miałem napisać słowo  “bulgot”, wydało  mi się, nie  wiem 

dlaczego, że brzmi to pretensjonalnie, i zatrzymałem się na literze “l”. Wtedy spostrzegłem, że 

bezwiednie  uderzyłem  trzy  razy  z  kolei  w  sąsiedni  klawisz  zamiast  we  właściwy. 

Zaczerwieniłem się i podarłem stronę. Już taki fatalny dzień. 

-  Właściwie  -  rzekł  McGill  -  nic  z  tego,  co  mi  opowiedziałeś,  nie  jest  niemożliwe  ani 

nadprzyrodzone. Tylko po prostu bardzo, bardzo nieprawdopodobne. Jeśli chodzi o tego pokera, 

to też podejrzewałbym Nata, choć dobrze go znam. Ale łącznie z całą resztą zdarzeń... 

Wstał,  podszedł  do  okna  i  wyjrzał  w  upalny  zmierzch,  ja  zaś  czekałem.  Następnie 

odwrócił się z wyrazem zatroskania. 

-  Jesteś  rozsądny  chłop,  Alec,  więc  myślę,  że  nie  obrazisz  się  o  to,  co  ci  powiem. 

Wszystko,  co  od  ciebie  usłyszałem,  jest  tak  bezgranicznie  nieprawdopodobne,  że  albo  mnie 

nabierasz, albo podlegasz jakimś halucynacjom. - Chciałem mu przerwać i wyjaśnić, ale nakazał 

mi  milczenie.  -  Wiem,  co  powiesz,  ale  rozumiesz  chyba,  że  takie  wyjaśnienie  jest  możliwsze 

niż... - urwał, pokiwał głową, zamyślił się, wreszcie twarz mu się rozjaśniła. - Mam myśl. Może 

zrobimy próbę. 

Zastanawiał się dłuższą chwilę, pełną napięcia, wreszcie spytał: 

- Czy masz przy sobie jakieś drobne? 

background image

- O, tak, nawet sporo. - Sięgnąłem do kieszeni. Musiało tego być ze dwa dolary srebrem i 

drobniakami. - Czy może przypuszczasz, że wszystkie będą miały tę samą datę? 

- Czy wszystkie te monety dostałeś dzisiaj? 

- Nie, zebrało się przez tydzień. 

- W takim razie nie mogą być tej samej daty. Odrzucając możliwość, że przygotowałeś to 

z  góry,  byłoby  to  nawet  niepodobieństwem,  jeśli  moja  niejasna,  prowizoryczna  teoria  jest 

słuszna.  Wymagałoby  to  odwrócenia  czasu.  Później  ci  to  wytłumaczę.  A  teraz  rzuć  po  prostu 

monety. Zobaczymy, czy wszystkie padną orłem na wierzch. 

Zszedłem z dywanu i cisnąłem garść monet na podłogę. Zadźwięczały, odbiły się, otarły 

o siebie i ułożyły się jedna na drugiej w równiutki słupek. 

Spojrzałem  na  McGilla.  Przymrużył  oczy.  Bez  słowa  wyjął  z  kieszeni  garść  monet  i 

rzucił na ziemię. 

Nie ułożyły się w słupek. Upadły, jedna przy drugiej, tworząc linię prostą. 

- Widzisz - rzekłem - czego jeszcze chcesz? 

- Mój Boże! - zawołał i usiadł. - Przypuszczam, że znasz dwie pozornie sprzeczne zasady 

rządzące  światem:  przypadek  i  plan.  Piasek  na  plaży  jest  przykładem  rozmieszczenia 

przypadkowego, a życie przykładem planu. Ruchy cząsteczek gazu nazywamy przypadkowymi, 

ale  jest  ich  tak  wiele,  że  ujmujemy  je  w  Drugie  Prawo  Termodynamiki,  na  którym  można 

całkowicie polegać. Jest to sprawa olbrzymiego prawdopodobieństwa. Życiem, z drugiej strony, 

zdaje  się  wcale  nie  rządzić  żadne  prawdopodobieństwo.  W  przeciwnym  razie  nie  byłoby  tylu 

zjawisk przypadkowych. 

-  Czy rozumiesz przez to  -  zapytałem  speszony  -  że jakaś  forma życia sprawuje władzę 

nad tymi drobniakami i resztą rzeczy?

 

-  Nie.  Sądzę  tylko,  że  zjawiska  nieprawdopodobne  mają  nieprawdopodobne 

uzasadnienie.  Kiedy  widzę  łamanie  praw  natury,  nie  mówię  sobie:  “O,  to  cud”,  ale  poddaję 

rewizji moje dotychczasowe na ten temat poglądy. Dzieje się coś - nie wiem, jak to nazwać - co 

na  zasadzie  dziwnego  prawdopodobieństwa  wiąże  się  z  tobą.  Czy  byłeś  jeszcze  w  gmachu 

Telewizji, czy w pobliżu, kiedy windy stanęły? 

- To się chyba stało zaraz po moim wyjściu z biura. 

- Hm. Więc jesteś ośrodkiem. Tak, ale dlaczego? 

-  Przede  wszystkim  czego?  -  spytałem.  -  Czuję  się,  jakbym  był  ośrodkiem  burzy 

elektrycznej. Coś we mnie działa. 

-  Nie  bądź  zabobonny  -  uśmiechnął  się  McGill.  -  A  przede  wszystkim  nie 

antropomorfizuj. 

- Ale jeśli to przeciwieństwo przypadku, to musi to być jakaś forma życia. 

background image

-  Na  jakiej  podstawie  tak  sądzisz?  Wiemy  tylko,  że  ruchy  przypadkowe  są 

porządkowane,  i  to  jedno  jest  pewne.  Ale  na  przykład  kryształ  nie  jest  formą  życia,  lecz 

nieprzypadkowym  układem  cząsteczek.  Zastanawiam  się...  -  Urwał  i  zamyślił  się  głęboko. 

Poczułem głód, a alkohol też przestał działać. 

-  Chodźmy  coś  zjeść  -  zaproponowałem.  -  W  kuchni  nic  nie  ma  i  nie  wolno  mi  nic 

gotować prócz kawy i jaj. 

Włożyliśmy kapelusze i wyszliśmy na ulicę. Zewsząd słychać było, jak wozy ratunkowe 

holują unieruchomione auta. Gromada znużonych policjantów kierowała ruchem. Usłyszeliśmy, 

jak jeden z nich mówi do Danny’ego: 

- Nie rozumiem, co się tu dzieje, ale coś się zrobiło z każdym z tych przeklętych aut.  Z 

jakiegoś powodu żaden z nich nie może ruszyć z sensem. Nigdy nic podobnego nie widziałem. 

Tuż  koło  nas  dwóch  przechodniów  wyprawiało  jakieś  dziwne  łamańce,  usiłując  się 

wyminąć. Gdy tylko jeden odstępował na bok, by przepuścić drugiego, tamten podskakiwał w tę 

samą  stronę.  Obaj  mieli  na  twarzach  uśmiechy  zakłopotania,  wkrótce  jednak  w  miejsce 

uśmiechów zjawiło się podejrzenie, a potem gniew. 

- Dowcipniś! - krzyknęli obaj naraz i ruszyli wpadając na siebie. Odskoczyli natychmiast 

i wystawili pięści, które spotkały się równo w połowie drogi. Rozpoczęła się zupełnie niezwykła 

bójka  -  w  której  pięść  uderzała  zawsze  tylko  o  pięść,  aż  przeciwnicy  rozeszli  się  wreszcie 

mamrocząc te same wyjaśnienia, miotając te same pogróżki. 

Wzburzony Danny zbliżył się do nas. 

- Jak pan się czuje, panie Graham? - zapytał. - Nie mam pojęcia, co się tu dzieje, ale od 

chwili,  kiedy  objąłem  służbę,  wszystko  wariuje.  Bartley!  -  zawołał  do  młodszego  kolegi  - 

przeprowadź tamte panie na tę stronę! 

Trzy  kobiety,  zbite  we  wrzaskliwą  gromadkę  i  szarpiące  za  rączki  splecione  ze  sobą 

parasolki, przeprowadzono na naszą stronę ulicy, co było niemal równoznaczne ze wspinaniem 

się  po  błotnikach  aut.  Bartley,  przystojny  młody  policjant,  był  mocno  zakłopotany  -  w 

przeciwieństwie do pań. 

- Chyba już wystarczy, pani MacPhilip! - wołała jedna. - Niech pani wreszcie puści moją 

parasolkę! 

-  Znowu  pani  wyjeżdża  z  jakąś  MacPhilip!  Co  to  za  dowcip?!  -  odparła  jej 

przeciwniczka. 

Trzecia  kobieta,  stojąca  do  nas  tyłem,  z  wyglądu  młodsza,  pociągała  za  rączkę  swej 

parasolki, chcąc ją wyrwać z kłębowiska. Spiorunowana wzrokiem, puściła rączkę, która jednak 

zahaczyła o jej rękawiczkę. Kobieta odwróciła się do nas; była to Molly, moja żona. 

- A, to ty, Alec! - zawołała uwalniając się wreszcie. - Jak się czujesz? Jak j a się czuję! 

background image

- Molly! A ty co tu robisz? 

-  Byłam  tak  zaniepokojona...  A  kiedy  zobaczyłam,  co  się  tu  dzieje,  nie  wiedziałam  po 

prostu, co myśleć. - Wskazała unieruchomione wozy. - Naprawdę nic ci nie jest? 

- Oczywiście, że nie. A dlaczego...? 

- Telefonistka powiedziała, że ktoś wykręcał ciągle numer mamy i wcale się nie odzywał. 

Więc  kazałyśmy  sprawdzić  i  okazało  się,  że  to  z  naszego  telefonu.  Próbowałam  dzwonić,  ale 

nasz numer był ciągle zajęty. Kochanie, czy na pewno nic się nie stało? 

Objąłem  ją  ramieniem  i  spojrzałem  na  McGilla:  był  pogrążony  w  myślach. 

Równocześnie zauważyłem, że Danny przygląda mi się bacznie i podejrzliwie. 

- Wciąż koło pana są jakieś kłopoty - powiedział. Poszliśmy do nas. 

- Wytłumacz to wszystko Molly  - zwróciłem się do McGilla. - No i mnie. Bo dotąd nic 

jeszcze nie rozumiem. 

McGill  zaczął  objaśniać,  ale  kiedy  przystąpił  do  wysnuwania  wniosków,  odniosłem 

wrażenie, że Molly lepiej się orientuje od niego. 

- To znaczy myślisz, że to coś organicznego? 

-  Wątpię  -  odparł  McGill.  -  Właśnie  zastanawiam  się  nad  jakimś  innym  wyjaśnieniem. 

Ale nic mi nie przychodzi do głowy - przyznał. 

- Jeżeli dobrze rozumiem  - rzekła Molly  - to są to tylko zbiegi przypadków, bez żadnej 

regularności. 

-  No nie, te zjawiska mają swoje centrum.  Tym  centrum  jest  Alec. Molly  przyjrzała mi 

się uważnie. 

- A czy rzeczywiście czujesz się dobrze, kochanie? - spytała. Potwierdziłem z zapałem. - 

Może to głupie - zwróciła się do McGilla - ale czy to nie jakiś uwięziony duszek? 

- Naciągana koncepcja - odparł. - Żadnego na to dowodu. 

- Magnetyzm? 

- Stanowczo nie. Po pierwsze działa to z reguły na przedmioty amagnetyczne. Poza tym 

musisz pamiętać, że magnetyzm jest siłą, a nie formą energii, której duże ilości wchodzą tu w 

grę. To prawda, że dostarczyły jej głównie same przedmioty, dotknięte tymi zjawiskami, ale w 

polu magnetycznym mamy do czynienia wyłącznie ze zmagazynowaną energią kinetyczną  - na 

przykład kiedy magnes przyciąga kawałek żelaza. Przyciągnięte żelazo nieruchomieje, jak waga 

w zegarze, który stanął. A tu - zupełnie inaczej - wszystko się porusza. 

- Dlaczego więc wspomniałeś o krysztale? Dlaczego nie może to być jakaś forma życia? 

-  To  tylko  dla  analogii  -  odparł  McGill.  -  Kryształ  przypomina  życie  przez  to,  że  ma 

określony  kształt  i  tendencję  wzrostu.  Ale  to  wszystko.  Owa  tajemnicza  rzecz  nie  ma 

uchwytnego kształtu - w grę wchodzi niewątpliwie ruch. Ale to jeszcze nie dowód - rośliny nie 

background image

mają zdolności ruchu, a ameby nie mają kształtu. Poza tym kryształ wchłania, nie przetwarzając 

tego,  co  wchłania,  a  tylko  nadając  temu  pewną  nieprzypadkową  strukturę.  Tu  mamy  do 

czynienia  ze  zmianą  układu  przypadkowych  ruchów;  istota  zjawiska  polega  na  jądrze,  które 

zdaje się rosnąć. 

- Więc co to jest? - spytała z namysłem Molly. - Z czego to zrobione? 

- Można powiedzieć, że jest to zrobione z ruchów. Podobnie wyobrażamy sobie atom. A 

do kryształu upodabnia to fakt,  że zdaje się to  formować  wokół jądra  - z odmiennej  od siebie 

substancji  -  tak  jak  ziarnko  piasku  wrzucone  do  przesyconego  roztworu  staje  się  jądrem 

krystalizacji. 

- Niby perła w ostrydze - rzekła Molly spoglądając na mnie ironicznie. 

- Dlaczego - spytałem McGilla - powiedziałeś, że monety nie mogą mieć tej samej daty? 

Oczywiście pomijając możliwość przypadku. 

-  Bo  nie  sądzę,  żeby  to  coś  zaczęło  działać  wcześniej  niż  dzisiaj.  Daty  były  już  na 

monetach i zmiana ich wymagałaby działania wstecz, odwrócenia czasu. A to jest, według mnie, 

niemożliwe. Co zaś do telefonu... 

Przy wejściu odezwał się dzwonek. Był to monter od telefonów. Rozebrał aparat i zaczął 

gderać. 

- Musiał go pan upuścić na ziemię - powiedział z wyrzutem. 

- Z całą pewnością nie - odparłem. - A czy coś się potłukło? 

-  Nie  potłukło,  ale...  -  monter  pokiwał  głową.  McGill  podszedł  do  niego  i  zaczęli 

półgłosem  omawiać  sprawę.  Wreszcie  monter  wyszedł,  a  Molly  zadzwoniła  do  matki,  aby  ją 

uspokoić. Przez ten czas McGill usiłował mi wyjaśnić, co się stało z telefonem. 

-  Musiałeś  coś  obluzować.  Poza  tym  odłożyłeś  słuchawkę  w  taki  sposób,  że  obwód  nie 

był całkowicie zamknięty. 

- Ależ Molly powiada, że dobijano się bardzo długo. A ja dzwoniłem tylko do ciebie, i to 

dopiero  przed  chwilą,  kiedy  ona  już  dawno  musiała  być  w  drodze  -  to  prawie  dwie  godziny 

jazdy. 

- W takim razie musiałeś dotykać aparatu wcześniej. Tylko za którymś razem drgania w 

podłodze,  czy  coś  w  tym  rodzaju,  musiały  wywołać  właściwe  impulsy  indukcyjne.  Wiem, 

rozumiem cię - dodał spoglądając na mnie. - Wyobrażam sobie jak to męczy. 

Molly  skończyła  rozmowę  i  zaproponowała,  abyśmy  poszli  na  obiad.  Tak  byłem 

zadowolony z jej przyjazdu, że już całkowicie zapomniałem o głodzie. 

- Nie jestem w nastroju do gotowania - rzekła Molly. - Chodźmy gdzieś, żeby się z tego 

wyrwać. 

- Jeżeli - wtrącił McGill z powątpiewaniem - to co? zechce nas wypuścić. 

background image

Na dole spotkaliśmy Nata. Wyglądał na bardzo zadowolonego. 

-  Będę  o  tym  pisał.  Nic  dziwnego,  przecież  tu  mieszkam.  Póki  co  -  nic  z  tego  nie 

rozumiem. Rozpytywałem Danny’ego, ale niewiele umiał mi powiedzieć. Zdaje mi się jednak, 

że jesteś w to wplątany w jakiś mistyczny sposób. O, McGill, jak się masz! 

- McGill ma swoją teorię - oświadczyła Molly. Może pan pójdzie zjeść coś z nami, a przy 

okazji pogadamy i o tym. 

Zdecydowaliśmy  się  na  przyjemną,  klimatyzowaną  restaurację  w  sąsiedztwie,  więc 

poszliśmy  piechotą.  Korek  samochodowy  wcale  się  nie  zmniejszył,  Danny  był  nadal  czynny. 

Rozmawiał  właśnie  z  porucznikiem  policji.  Kiedy  nas  spostrzegł,  powiedział  mu  coś,  a 

porucznik przyjrzał nam się z zaciekawieniem. Szczególnie mnie. 

-  Pani  parasolka  -  Danny  zwrócił  się  do  Molly  -  jest  do  odebrania  w  komisariacie.  A 

raczej to, co z niej zostało... 

Molly podziękowała, nastąpiła chwila milczenia i  znów poczułem badawcze spojrzenie 

porucznika.  Wydobyłem  paczkę  papierosów  i  oddarłem,  jak  zwykle,  u  góry.  Ale  niechcący 

odwróciłem  paczkę  i  wszystkie  papierosy  wypadły.  Nim  zdążyłem  poruszyć  nogą,  aby  je 

rozrzucić,  porucznik  i  Danny  odczytali  wyraz,  w  jaki  papierosy  ułożyły  się  na  chodniku. 

Porucznik  spojrzał  na  mnie  niechętnie,  ale  nic  nie  powiedział.  Szybko  strąciłem  papierosy  do 

ścieku. 

W restauracji było tłoczno, lecz chłodno, choć chłodek nie miał trwać długo. Usiedliśmy 

przy  bocznym  stoliku,  blisko  wejścia,  i  przed  obejrzeniem  karty  zamówiliśmy  cocktaile.  Przy 

sąsiednim  stoliku  siedziała  tłusta  paniusia  w  długiej  wspaniałej  zielonej  sukni  wieczorowej  i 

chudy, skwaszony jegomość w smokingu. Kiedy zbliżył się kelner, zatrzymali go i zamówili z 

wielkim namysłem obiad: zimne mięso dla jegomościa, a dla tłustej paniusi zupę neapolitańską, 

rybę i krem truskawkowy. 

Skosztowałem  cocktailu.  Miał  dziwny  smak,  jakby  w  nim  była  sól  zamiast  cukru. 

Spytałem moich towarzyszy. To samo. 

Kelner,  bardzo  speszony,  przepraszał  i  zabrał  szklanki  do  baru,  w  drugim  końcu  sali. 

Barman spojrzał na nas i skosztował napojów. Zrobił zdumioną minę, wylał wszystko do zlewu i 

wlał do miksera nową mieszaninę. Ustawił nowy rząd szklanek, powkładał lód i zaczął nalewać. 

Ściślej  mówiąc, potrząsnął  mikserem  nad pierwszą szklanką, ale nic z tego nie wyszło. 

Uderzył mikserem o blat i znowu spróbował - znów z tym samym wynikiem. Zdjął zakrętkę i - 

cały czerwony z wysiłku - usiłował wbić do wewnątrz długi szpikulec. 

Pomyślałem,  że  zawartość  miksera  musiała  zamarznąć  na  kość.  No  cóż,  lód  jest  także 

kryształem. 

background image

Drugi barman podał pierwszemu nowy mikser, ale znów było to samo. Dalej nic już nie 

widziałem, bo klienci stłoczyli się przy barze udzielając porad. Nasz kelner, osłupiały, podszedł 

do stolika, zapewnił, że zaraz poda cocktaile, i zniknął w kuchni. Wrócił niosąc neapolitankę dla 

naszych sąsiadów, ustawił, podał bułeczki i udał się do baru, gdzie tłok robił się coraz większy. 

- Myślę - odezwała się Molly zapalając papierosa - że to dalszy ciąg tego samego... Tu się 

robi dziwnie gorąco... - dodała. 

Istotnie. Miałem przy tym wrażenie, że zrobiło się ciszej. Po chwili uświadomiłem sobie, 

że  nie  słychać  już  lekkiego  brzęczenia  klimatyzatora  nad  drzwiami.  Wspomniałem  o  tym  i 

wskazałem  urządzenie  palcem.  Ręka  moja  zderzyła  się  z  ręką  Molly,  która  właśnie  strząsała 

popiół do popielniczki, i papieros jej wylądował w neapolitance sąsiadki. 

- Co to za dowcipy?! - warknął skwaszony jegomość. 

- Ogromnie przepraszam - powiedziałem. - To czysty przypadek. 

- Rzucać w ludzi papierosami! - oburzyła się gruba paniusia. 

- Doprawdy nie chciałem - zapewniłem zrywając się. 

W  obrusie  sąsiadów  musiała  z  brzegu  być  dziura,  o  którą  zaczepiłem  spinką  od 

mankietów, bo kiedy zrobiłem krok między ciasno ustawionymi stolikami, pociągnąłem za sobą 

wszystko - obrus, nakrycia, szklanki z wodą, popielniczki i neapolitankę - na ziemię. 

Gruba  paniusia  skoczyła  i  wymierzyła  mi  tęgi  policzek.  Jej  towarzysz  zacisnął  pięści  i 

zaczął  się  zgrywać  na  boksera.  Z  końca  sali  podbiegł  do  nas  właściciel,  tęgi  mężczyzna  o 

gęstych, czarnych brwiach. Starałem się wyjaśnić nieszczęśliwy wypadek, ale zakrzyczano mnie, 

a właściciel posępnie zmarszczył brwi. 

W  tym  samym  momencie  podbiegł  do  niego  jeden  z  kelnerów  i  powiedział,  że 

klimatyzator nie działa. Odwróciło to chwilowo uwagę wszystkich - poza grubą paniusią. 

- Pijany! - odezwała się do swego towarzysza, który pogardliwie kiwnął głową. Od strony 

kuchni  nadszedł  człowiek  ze  składaną  drabinką.  Wpatrzony  w  klimatyzator,  uderzył  w  plecy 

właściciela, w momencie gdy ten odwracał się ode mnie. 

Uderzenie  było  właściwie  lekkie,  właściciel  jednak  stracił  równowagę  i  mimo  woli 

uchwycił się kelnera, po czym zwrócił się do mnie, wyraźnie przekonany, że to ja go uderzyłem. 

Sala podzieliła się teraz na dwie grupy. My - i reszta. W tej drugiej grupie wyróżniał się monter 

z drabinką, zajęty wyłącznie klimatyzatorem, oraz właściciel, wyraźnie na mnie wściekły. 

- Panie! - zawołał. - Lepiej będzie, jak pan opuści lokal! 

-  Nic  podobnego!  -  powiedziała  Molly.  -  To  był  czysty  przypadek,  a  pani  -  dodała  pod 

adresem  tłustej  paniusi  szykującej  się  do  jakiegoś  nowego  przemówienia  -  niech  się  uspokoi. 

Zapłacimy za pani zupę! 

background image

- Może to był i przypadek, jak pani mówi - oświadczył właściciel - ale to nie powód, żeby 

mnie pchać! Proszę stąd wyjść! Za cocktaile nic nie policzymy. 

- Nie dostaliśmy ich jeszcze - odparłem. - Poprzednie były z solą. 

- Co pan opowiada?! Moi barmani... 

Klimatyzator  ryknął  nagle  i  odruchowo  spojrzałem  w  górę.  Drabinka,  na  której  stał 

monter,  zaczęła  nagle  rozsuwać  się  niczym  tancerka  robiąca  szpagat.  Skoczyłem,  omijając 

właściciela, by przytrzymać drabinkę. Ale w tej samej chwili spinająca ją metalowa poprzeczka 

puściła ostatecznie i drabina runęła z hałasem, wywracając cały rząd stolików. Monter padając 

pociągnął  za  sobą  trzymaną  właśnie  część  instalacji  klimatyzatora;  taśma  wewnątrz  pękła,  a 

motor zaczął szaleć. Buchnął czarny dym. 

- Co pan wyprawia! - jęknął właściciel usiłując przekrzyczeć wycie motoru. - Mój Boże, 

dość już pan chyba narobił! 

Cofnąłem  się  o  dwa  kroki,  oburzony  niesłusznym  posądzeniem,  i  przydeptałem  suknię 

grubej paniusi. Zrobiła dwa kroki w przeciwną stronę i - jak gdyby wyszła z sukni. 

Dotychczasowe zamieszanie było niczym w porównaniu z tym, co nastąpiło teraz. Dym 

stawał  się  coraz  gęstszy.  Wtem  otwarły  się  drzwi;  ku  memu  przerażeniu  wszedł  Danny  z 

porucznikiem i wzrok ich od razu padł na mnie. 

W tej samej chwili zaczęła gwałtownie działać gaśnica pożarowa. 

Cela była czysta, choć bardzo duszna, i traktowano mnie nieźle. Nawet, powiedziałbym, 

z jakimś zabobonnym szacunkiem. Jeden z policjantów dał mi do czytania tygodniki, a nawet, 

wbrew  przepisom,  ostatnie  wydanie  dziennika.  Nie  było  tam  jednak  jeszcze  opisu  zajścia  w 

restauracji.  Było  natomiast  przekręcone  sprawozdanie  z  wydarzeń  na  ulicy  i  wiadomość  o 

windach w gmachu Telewizji, chociaż bez podkreślenia związku między tymi wypadkami. 

Byłem jednak zbyt roztrzęsiony, aby móc czytać, i przechadzałem się tylko po celi. Wiele 

już godzin minęło, odkąd McGill wezwał mego adwokata Vinelliego, a zatem jakieś niezwykłe 

zupełnie  przeszkody  musiały  go  zatrzymać.  Chodząc  po  celi  szybkim  krokiem,  potrąciłem  w 

pewnej chwili drzwi i przekonałem się, że zatrzask nie zaskoczył. 

Jeszcze  jeden  zbieg  okoliczności.  Tylko  właściwie  nie  miało  sensu  uciekać.  Dokąd 

mógłbym pójść. Zresztą musiałbym przejść przez służbówkę, w której siedzieli dyżurny oficer i 

podoficer. Ale ciekaw byłem, co będzie, jeżeli ich zawołam i powiem o zamku. 

-  Hej! - krzyknąłem, ale głos  mój zagłuszył  wybuch melodii z radia w dalszym  pokoju, 

gdzie dyżurował patrol. Zaraz potem nastąpiła cisza: ktoś pewnie kręcił gałką. Nasunęła mi się 

nowa myśl. 

-  Hej!  -  krzyknąłem  znowu  i  znów  mnie  zagłuszono.  Otworzyłem  zakratowane  drzwi  i 

spojrzałem  w  głąb  korytarza.  Nie  widać  nikogo.  Nie  robiąc  zbędnego  hałasu,  ale  i  nie 

background image

ukradkiem,  krokiem  zupełnie  naturalnym,  podszedłem  do  pokoju  patrolu,  gdzie  wszyscy 

policjanci  siedzieli  tyłem  do  drzwi,  skupieni  wokół  radia,  które  nadawało  sensacyjne 

wypowiedzi znanego radiowego plotkarza, Billa Barta: 

-  ...I  zdaniem  waszego  komentatora  ten  człowiek  jest  niebezpieczny!  Napadł  kobietę  w 

restauracji, wzniecił tam pożar, został zatrzymany i siedzi teraz w areszcie, ale przypuszczam, że 

uczeni poczęstują nas znowu jakimś naukowym ple-ple, w rezultacie czego my wszyscy, zwykli 

obywatele, nadal nie będziemy wiedzieli, jak i dlaczego Graham urządza wszystkie te sztuczki. 

Jak dotąd, na szczęście, nie było większych szkód, ale przepowiadam... 

Poszedłem korytarzem dalej. 

Więc  Bili  Bart  używa  sobie  na  mój  rachunek!  Trudno  po  prostu  przewidzieć,  jakie 

jeszcze  brednie  wmówi  publiczności.  Myśląc  o  tym,  wszedłem  do  służbówki.  W  drzwiach 

przystanąłem  i  rozejrzałem  się.  W  jednym  rogu  dyżurny  sierżant  rozmawiał,  odwrócony,  z 

dwojgiem starszych ludzi. Przy biurku siedział szpakowaty porucznik. W chwili gdy wszedłem, 

upuścił okulary na ziemię. Stłukły się na drobny mak. 

- Matko Boska! - mruknął porucznik, po czym spojrzał na mnie przelotnie.  - Dobranoc, 

doktorze  -  powiedział.  -  Co  prawda  nie  bardzo  dobra.  -  Zaczął  grzebać  w  biurku,  ja  zaś 

wyszedłem. 

Po  drugiej  stronie  ulicy  stał  w  cieniu  jakiś  mężczyzna,  który  podszedł  do  mnie,  gdy 

schodziłem ze schodów. Był to McGill. 

-  Miałem  przeczucie,  że  tak  będzie  -  odezwał  się  ujmując  mnie  za  ramię.  -  Wóz 

zaparkowałem trochę dalej. Vinelli byłby tu dawno, ale pośliznął się na chodniku i złamał nogę 

w kostce. 

-  Ha,  Judasz!  -  zawołałem.  -  Przepraszam!  To  właściwie  wszystko  przeze  mnie.  Dokąd 

idziemy? 

McGill  nie  odpowiedział,  tylko  wciąż  mnie  poganiał.  Gorący  wiatr  udawał,  że  chłodzi 

miasto.  Za  rogiem  ulicy  dojrzałem  zaparkowany  stary  wóz  McGilla  z  włączonymi  światłami 

postojowymi. Zamykano właśnie jakiś bar j. kilku spóźnionych klientów wyszło kierując się w 

naszą stronę. Jeden z nich stanął na mój widok i zwrócił się do pozostałych. 

- To ten facet, o

 

którym wam mówiłem! Graham! 

Był  to  monter,  który  po  południu  naprawiał  nasz  telefon.  Wyglądał  na  trzeźwego  -  w 

przeciwieństwie do swych kolegów. 

- Tak? - spytał jeden z nich patrząc na mnie zaczepnie. - Przecież Bili Bart mówił przed 

chwilą, że go zamknęli. 

- Tak - odparł drugi - ale widocznie uciekł. Słuchajcie, ja go przytrzymam, a wy idźcie do 

baru i dzwońcie na policję. 

background image

- Bar zamknięty - rzekł monter. - Ale komisariat jest zaraz za rogiem. Ty idź i daj znać, a 

my go przytrzymamy. 

Jeden z pijaków pobiegł za róg, a monter z trzema pozostałymi zaczęli ostrożnie do nas 

podchodzić.  Wtem  usłyszeliśmy  gwałtowne  szczekanie:  w  naszą  stronę  pędził  mały  piesek 

goniąc kota. Kot trzymał w pyszczku łeb ryby i z impetem wpadł w sam środek grupy mężczyzn 

upuszczając  przy  okazji  zdobycz.  Pies,  pędząc  jego  śladem,  wpadł  pod  nogi  monterowi,  który 

runął  jak  długi.  Monter  chwycił  się  odruchowo  sąsiada,  który  padł  na  niego.  Trzeci  pijak 

pośliznął się na rybim łbie. 

- Czarny kot - krzyknął padając obok tamtych - przebiegł mi drogę! 

Wsiedliśmy do wozu McGilla, który natychmiast odjechał. Obejrzałem się, zauważyłem, 

że  monterzy  jeszcze  się  nie  podnieśli,  ale  spostrzegli  kierunek  naszej  jazdy.  Równocześnie 

wydało mi się, że latarnia za nami zgasła. 

- To był szczęśliwy przypadek - powiedziałem. - Ten pies z kotem. 

- Jasne - rzekł McGill. - Coś czuwa nad tobą i wyraźnie cię chroni. Możemy bez obawy 

rozwinąć największą szybkość. Pojedziemy do mojej pracowni i naradzimy się. Podejrzewam, że 

to coś po prostu się ciebie trzyma. Ale kto wie, czy nie uda nam się tego usunąć. 

- Trzyma się mnie? 

- Tak, ty jesteś teraz jądrem. 

Wyjechaliśmy na autostradę zachodnią i McGill doda] gazu. Ruchu prawie nie było. 

- Ale co to właściwie jest? - dopytywałem się. - Jak to działa? I dlaczego upatrzyło sobie 

mnie? 

-  Nie  wiem,  ale  być  może  upatrzyło  sobie  ciebie  na  jądro,  bo  byłeś  ofiarą  różnych 

zbiegów  okoliczności  -  w  taksówce,  w  kolejce...  Więc  niejako  reprezentujesz  istotę  tego 

zjawiska: zbiegi okoliczności. Przeczuwam, że nadal będziesz podlegał ochronie. 

- A czy słyszałeś, co Bili Bart mówił przez radio? 

- Tak, to nie najlepiej. Ale... 

Spojrzałem w lusterko i dostrzegłem, że goni nas wóz policyjny, który się stale zbliżał, 

choć jechaliśmy dobrą setką. 

- Policję już mamy na karku - przerwałem McGillowi. Nim jednak zdążył odpowiedzieć, 

usłyszeliśmy lekki wybuch, wóz policyjny zarzucił i ostro zahamował, a po chwili straciliśmy go 

z oczu. 

- Dętka - powiedziałem. 

- Wiesz teraz, co miałem na myśli... - odparł Mc Gill i wjechał pędem  w główną alejkę 

uniwersyteckiego miasteczka. - Molly czeka na nas w pracowni - dodał. 

Poczułem się znacznie lepiej. 

background image

McGill  zwolnił  i  wjechaliśmy  w  jakąś  staroświecką  bramę.  Wóz  stanął  przed  zupełnie 

ciemnym  budynkiem.  Weszliśmy  na  schody.  Było  tu  chłodniej  i  wiało.  McGill  sięgnął  do 

klamki, ale drzwi były zamknięte. Zaczął przeszukiwać kieszenie; brzydko zaklął. 

- Zapomniałeś kluczy? - spytałem. 

Potrząsnął  głową,  potem  zaczął  szarpać  drzwi  i  znów  próbował  szukać po  kieszeniach. 

Wyciągnąłem  rękę  i  ująłem  za  klamkę.  Zamek  szczęknął  i  weszliśmy  do  środka.  Spojrzałem 

przepraszająco na McGilla, który uniósł tylko brwi. Weszliśmy na piętro po zupełnie ciemnych 

schodach. 

Z zewnątrz wpadał tylko słaby odblask latarni. Mrocznym korytarzem, w którym nasze 

kroki dudniły głucho, dostaliśmy się do pracowni, gdzie czekała Molly. Na biurku stało radio, 

które Molly wyłączyła, gdy weszliśmy. 

Byłem trochę zaskoczony, że nie okazała zdziwienia na mój widok. 

- Miałem rację - odezwał się McGill. - Wydostał się z aresztu. 

-  Właśnie  widzę  -  odparła  Molly  uśmiechając  się  i  patrząc  na  mnie  z  dumą.  -  Jakim 

sposobem?  Znokautowałeś  dozorcę?  Zaprzeczyłem  i  opowiedziałem  całą  historię  –  łącznie  z 

psem, kotem i policyjną dętką. 

- Nie zapominaj o drzwiach tu na dole - wtrącił McGill, a gdy i to opowiedziałem, dodał: 

-  Wygląda  mi  na  to,  że  to  coś  coraz  bardziej  się  wtrąca.  Zaczyna  coraz  wyraźniej  czuwać  nad 

swoim jądrem. Alec powinien teraz mieć stanowczo szczęście. 

- Jakoś tego nie czuję - odparłem. - Mam wrażenie, że jestem osaczony. Molly spojrzała 

na mnie z troską. 

- Co teraz zrobimy? - spytała. 

- Przede wszystkim, nim wydarzy się znowu coś szczególnego, chcę zrobić kilka testów i 

sprawdzić, czy i jakie zaszły w nim zmiany. Zbadam go nawet na SEM, żeby cię uspokoić. 

- Na co? - spytałem. 

-  Na  siłę  elektromagnetyczną.  Ty,  Alec,  wypocznij  sobie,  a  ciebie,  Molly,  poproszę  o 

pomoc. Zawołamy cię, jak wszystko będzie gotowe. Byle tylko policja i gapie nie zwiedzieli się, 

gdzie jesteśmy. 

Wyszli do sąsiedniego pokoju,  ja zaś stanąłem przy oknie. Wiatr unosił  papiery i  kurz, 

tworząc miniaturowe trąby powietrzne. Widać było w słabym świetle, jak wirują. Pomyślałem, 

że  pewnie  nadchodzi  burza.  Kilku  zapóźnionych  studentów,  wracających  do  internatów, 

widocznie  myślało  to  samo,  bo  wszyscy  wpatrywali  się  w  niebo.  Podszedłem  do  biurka  i 

nastawiłem radio. 

- ...Robią, co mogą, a jest to, jak się zdaje, niewiele - wywodził Bili Bart. - Po raz ostatni 

spostrzeżono go pędzącego autostradą zachodnią, ale policjanci stracili go z oczu. Miasto jest w 

background image

kleszczach  zabobonnego  strachu.  Obecnie  wiadomo,  że  to  Graham  unieruchomił  windy  w 

Telewizji  dziś  rano,  ale  jak  -  nikt  nie  wie.  I  w  jaki  sposób  wyłączył  prąd  w  całej  dzielnicy 

Greenwich?  Zwróciłem  się  o  wyjaśnienie  do  Elektrowni,  ale  poczęstowali  mnie  jakimiś 

bzdurami, z których nic nie wynika. Powtarzam raz jeszcze: ten człowiek musi być ujęty! Jest... 

Wyłączyłem  odbiornik.  Więc  to  dlatego  wydało  mi  się,  że  latarnia  zgasła,  kiedy 

ruszaliśmy. Po chwili weszła Molly. 

- Chodź teraz, kochanie, i poddaj się pomiarom. McGill ma przygotowane galwanometry 

i  różne  przyrządy  elektronowe  i  będzie  mógł  wykryć,  jeśli  cokolwiek  emanujesz,  aż  do 

miliwłoska. 

Poszedłem za nią do laboratorium, gdzie usadowiono mnie na fotelu, oblepiono plastrami 

i otoczono mnóstwem instrumentów. McGill wypróbowywał na mnie różne przyrządy i odczytał 

bez  liku  różnych  wskaźników.  Rozlegały  się  jakieś  brzęczenia,  zapalały  się  i  gasły  kolorowe 

światełka, aż wreszcie McGill pokiwał z rozczarowaniem głową: 

- Dosłownie nic - obwieścił. - Molly, masz za męża nie przewodzącego, amagnetycznego 

i nic nie emanującego człowieka. 

- Magnetyczny to on jest! - wykrzyknęła Molly. Aż zanadto! 

- Być może. W każdym razie nic nie emanuje. To piekielne coś najwidoczniej po prostu 

go lubi. Jako jądro, rzecz jasna. 

- Czy to coś złego? - spytała Molly. - Czy to może być niebezpieczne? 

- Złe to to jest! - wtrąciłem ponuro. 

-  Ale  może  być  także  i  dobre  -  odparł  McGill  z  błyskiem  naukowego  zapału.  -  Wiesz, 

Alec,  wcale  bym  się  nie  zdziwił,  gdybyś  mógł  robić  wszystko,  co  zechcesz  -  przy  pozorach 

przypadku. 

Patrzył  na  mnie  jak  na  zwierzę  doświadczalne,  co  wcale  mi  się  nie  podobało. 

Powiedziałem  mu  to  wyraźnie  i  dodałem,  że  z  wyjątkiem  paru  szczęśliwych  przygód,  jak 

ucieczka z - aresztu, wszystko razem było bardzo kłopotliwe. 

-  Nie  chcę  wyglądać  na  niewdzięcznika,  ale  wolałbym,  żeby  to  coś  dało  mi  spokój  i 

zajęło się kim innym. 

- Ależ, człowieku, czy nie rozumiesz, że gdybyś jutro poszedł na wyścigi, żaden z twoich 

koni by nie przegrał? 

- Z pewnością nie dojechałbym do wyścigów - odrzekłem posępnie. 

- I założyłbym się - ciągnął McGill ignorując moją uwagę - że gdyby ktoś rzucił w ciebie 

nożem - nie trafiłby! Wiesz co, spróbujemy małego doświadczenia... 

- No, no, dziękuję bardzo! - zawołałem. 

background image

-  McGill!  Czyś  zwariował?!  -  krzyknęła  Molly.  McGill,  nie  zważając  na  nas,  otworzył 

szufladę biurka i wyjął z niej parę kostek do gry, 

- Wyrzuć mi dwie siódemki - powiedział wręczając mi kostki. 

-  Myślałem,  że  zebraliśmy  się  tu  na  naradę  -  odparłem.  -  Nie  wiem,  czy  wiesz,  ale  w 

całym Greenwich nawalił prąd i Bili Bart składa winę na mnie. 

- Masz, babo, placek! Skąd wiesz? 

-  Słyszałem  przed  chwilą  przez  radio.  Poza  tym  Bart  mówi,  że  całe  miasto  jest  “w 

kleszczach zabobonnej trwogi”. 

-  To  zupełnie  możliwe  -  przyznał  McGill.  -  Ludzkość  niewiele  posunęła  się  od  czasów 

średniowiecza. Przypomnij sobie, co było, kiedy Orson Welles nadał audycję o Marsjanach. 

- Może byłoby dobrze wyjechać trochę z miasta? - zagadnęła Molly. - Pojechalibyśmy do 

mojej matki czy gdzieś nad morze... - Nagle zaczęła nasłuchiwać. - A to co za hałas? 

Przez okno, wraz z wyciem wiatru, dochodził teraz gwar wielu głosów. Wyjrzeliśmy na 

zewnątrz. Tłum kilkuset osób stał na uniwersyteckim dziedzińcu i wpatrywał się w niebo. 

- Co oni tam widzą? - spytał McGill. - Nikt chyba nie wie, że tu jesteśmy. 

Wychyliłem się z okna i zadarłem głowę, by spojrzeć w górę. 

- Schowaj się, Alec! Zobaczą cię! - ostrzegł McGill i wciągnął mnie do środka. 

- Czy można wyjść na dach? - spytałem, a Molly zawołała nagle: 

- Patrzcie, już są! 

Zajechały właśnie trzy radiowozy i zaczęli wysiadać z nich policjanci. 

- Zgaśmy może światło - zaproponowałem. 

Molly natychmiast przekręciła wyłącznik przy lampie laboratoryjnej, która była jedynym 

tu oświetleniem. Paliło się tylko w pracowni McGilla. Zajrzałem tam. 

-  A może wyjdziemy?  -  odezwała się Molly. Odpowiedziało jej głośne dobijanie się do 

drzwi frontowych na dole. 

- Mam nadzieję, że ten piekielny zatrzask tym razem nie ustąpi - szepnął McGill. 

- Ale mogą wyłamać drzwi - przeraziła się Molly. 

- Nic podobnego. To jest gmach uniwersytecki, a nakazu rewizji o tej porze tak łatwo nie 

dostaną. 

- Alec Graham! - zawołał jakiś głos z dołu. Jest pan tam? 

-  Nie odpowiadaj  - ostrzegł  McGill.  -  I nie podchodź do okien. Zdaje się, że zauważyli 

światło w pracowni. Czego chcecie?! - krzyknął wychylając się z okna. 

- Tu policja. Proszę otworzyć! 

- Ani myślę, chyba że macie nakaz! 

background image

Krzyki  ustały.  Policjanci  naradzali  się  widocznie,  natomiast  tłum  przybierał  coraz 

groźniejszą  postawę.  Nagle  ostry  snop  światła  wpadł  przez  okno  oświetlając  sufit:  reflektor 

policyjny. Spostrzegłem, że Molly znikła, i zrozumiałem, że poszła do pracowni. 

- Energicznie zabierają się do rzeczy – powiedział McGill. - Ale jak, u diabła, trafili? 

-  Zapominasz, że coś jest  na dachu. Wszyscy tam  się wpatrują. Powinniśmy sprawdzić, 

co to takiego. 

- Dobrze, ale ty lepiej zostań. Dach jest wprawdzie płaski, ale bez okapu, więc musieliby 

cię zobaczyć. 

McGill podszedł do drzwi, a ja postanowiłem mu towarzyszyć aż do wyjścia na dach. W 

tej chwili weszła z korytarza Molly. Była wystraszona. 

- O Boże! Poszłam schodami przeciwpożarowymi i wyjrzałam na dach. Nad nami unosi 

się mały cyklon - przynajmniej tona różnych papierów, kurzu i śmieci  wiruje nad dachem. Na 

pewno widać to z bardzo daleka! 

-  No  tak  -  jęknął  McGill.  -  Teraz  to  coś  urządza  sztuczki  z  wiatrem.  Przez  to  nas 

wypatrzyli. 

- Musimy się stąd wydostać, McGill - rzekła Molly. 

- Może najlepiej będzie - wtrąciłem - jeżeli oddam się w ręce policji. 

- Wątpię - odparł McGill - czy zdołaliby cię przeprowadzić przez ten tłum. Słyszysz, co 

się tam dzieje? Chciałbym tylko znaleźć jakiś sposób zaspokojenia tego przeklętego kryształu... 

Mam wrażenie, że to coś czegoś poszukuje. Nie może wyprawiać tego wszystkiego bez żadnego 

powodu. Tylko  nie  wiadomo,  czym  się to  powoduje  - poza jedynym  pewnikiem,  że ci  sprzyja. 

Od czego się to zaczęło, chciałbym wiedzieć. 

Odruchowo  zapalił  lampę  laboratoryjną.  Wzruszyłem  ramionami  i  potarłem  policzek. 

Mimo woli zdrapałem przy tym plasterek i ranka zaczęła znów krwawić. 

- Skaleczyłeś się przy goleniu? - spytała Molly. 

- Nie - odrzekłem. - Właściwie to był jakiś głupi przypadek. 

-  O!  -  zainteresował  się  McGill.  -  Wszelkie  przypadki  dotyczące  ciebie  bardzo  mnie 

ciekawią. Opowiedz. 

Zacząłem opowiadać, a McGill słuchał z rosnącym skupieniem. 

- Mówisz, że ta bryła szkła jakby się nagle rozpadła? Jak wyglądała? Duża była? 

- Widziałem ją tylko przez moment. Była brudna, mniej więcej okrągła, ale powierzchnię 

miała całą jakby oszlifowaną. Dość spora, może ze dwie stopy w przekroju. 

McGill, bardzo podniecony, zbliżył się do mnie. 

- Czy ten odłamek, który cię uderzył w policzek, tylko cię zadrasnął, czy też wbił ci się w 

ciało?  Jeżeli  się  wbił...  -  Mc  Gili  sięgnął  po  butelkę  alkoholu  i  watę,  z  szuflady  wyjął  szkło 

background image

powiększające.  -  Molly,  w  biurku  znajdziesz  pincetkę.  Przynieś  mi  ją.  -  Skierował  lampę  na 

moją twarz i przemył rankę spirytusem. 

- Oj! 

- Nie ruszaj się! To tylko trochę szczypie... Tak, zdaje mi się, że widzę. - Molly wróciła, 

McGill wziął od niej pincetkę i zręcznie wydobył coś z ranki. Trzymając pod światło obejrzał to 

przez  lupę.  Następnie  spłukał  pod  kranem,  wysuszył  na  kawałku  bibuły  i  przyjrzał  się 

odłamkowi raz jeszcze. - Wygląda na szkło. Ciekawe. Może to właśnie jądro tej bryły szkła i... - 

umilkł, zamyślił się głęboko i położył bibułę z okruchem na stole. 

Wziąłem to do rąk. Wyglądało jak ziarnko piasku, ale było bardzo błyszczące. 

Nowe odkrycie pochłonęło na kilka minut naszą uwagę. Po chwili jednak Molly zaczęła 

krążyć  niespokojnie  po  laboratorium.  Nic  właściwie  nie  mogliśmy  na  razie  robić,  a  czekanie 

bardzo  ją  denerwowało.  Zaczęła  się  przyglądać  różnym  słoikom  i  butelkom  stojącym  na 

półkach. 

-  Co  to  jest?  -  spytała  wskazując  duży  słój  czarnego  proszku  z  napisem  “Grafit 

sproszkowany”. - Założę się, że policjanci poszli po nakaz. 

-  Bardzo  drobno  zmielony  węgiel  -  wyjaśnił  McGill.  -  Psiakość,  nie  mam  zielonego 

pojęcia! Bryła szkła... rozpada się... 

- Czy grafit jest węglem? - spytała Molly. - Chyba nie mogą mu zrobić nic złego... 

- Inna postać węgla. A jeszcze inną jest diament - to najrzadsza, krystaliczna postać. Ten 

tłum - dodał - zdolny jest do wszystkiego. 

- Tak, teraz przypominam sobie z chemii - rzekła Molly. - Ale chyba policja powstrzyma 

ich, co? 

- Przyszło mi coś do głowy... - próbowałem wtrącić. 

- Mogą nie dać rady - odparł McGill. 

- Musimy koniecznie się stąd wydostać! - zawołała Molly. 

- Jeżeli diament... - zacząłem. 

- Chyba helikopterem - powiedział McGill. - Bo jesteśmy zupełnie otoczeni. 

- Może go gdzieś schowamy? - zagadnęła Molly. - A sami udamy, że nic nie wiemy. 

- Nie chcę, żebyście mnie chowali - zaoponowałem. - Mówiłem już, że mam być... 

-  Albo  przyznamy  się  do  winy.  To  byłoby  jeszcze  lepiej.  Będą  przynajmniej 

zadowoleni... 

- Jeżeli się tu dostaną - mruknął McGill - rozedrą nas na kawałki. 

Wyjrzałem  ukradkiem  przez  okno.  Wydało  mi  się,  że  McGill  przesadza  mówiąc,  że 

jesteśmy  otoczeni:  prawie  cały  tłum  skupiony  był  wokół  radiowozu  stojącego  przed  głównym 

wejściem.  Postawę  mieli  zaczepną  i,  choć  nie  miałem  ochoty  się  oddalać,  obawiałem  się 

background image

równocześnie,  że  moja  obecność  narazi  Molly  i  mego  najlepszego  przyjaciela  na  atak  tłumu. 

Policja  bez  nakazu  nie  wejdzie,  ale  tłum  może  się  wedrzeć.  Postanowiłem  więc  zniknąć  w 

nadziei, że jakieś nowe zjawisko odciągnie tłum od laboratorium. Co do mnie - nic gorszego nie 

mogłem już oczekiwać. Najlepszy dla mnie sposób to wciąż się poruszać 

Molly i McGill wciąż jeszcze omawiali położenie, gdy ja na palcach wysunąłem się do 

korytarza. Chciałem poszukać zapasowego wyjścia - gdzieś w suterenie - i zbiegłem trzy piętra 

w dół. Znalazłem się w ciemnym korytarzu o betonowej podłodze. Przy pomocy zapałek trafiłem 

do  drzwi  wiodących  na  tyły  budynku.  Uchyliłem  je  i  wyjrzawszy  na  dwór  spostrzegłem 

kamienne schodki wiodące wzdłuż niewysokiego murku na ziemię. Zamknąłem za sobą drzwi, 

zatrzask  szczęknął  i  zrozumiałem,  że  spaliłem  za  sobą  mosty,  inaczej  mówiąc  odciąłem  sobie 

powrót. W ręku nadal trzymałem bibułę z zawiniętym w nią odłamkiem kryształu. 

Nieco  na  prawo  stało  dwóch  policjantów.  Rozmawiali  żywo,  odwróceni  tyłem,  i 

spoglądali  w  niebo.  Podniosłem  głowę  i  dostrzegłem  opisaną  przez  Molly  trąbę  powietrzną 

pokaźnych  rozmiarów.  Ściskając  w  ręku  bibułę,  niczym  talizman,  zszedłem  ostrożnie  po 

schodkach  i  skręciłem  w  lewo.  Tuż  za  rogiem  ujrzałem  grupę  młodzieży,  również  patrzącą  w 

górę. 

- Moim zdaniem - mówił jeden z młodzieńców - ten tłum wyraźnie szykuje się do linczu. 

Nie bardzo wiem dlaczego... 

- Taka jest psychologia tłumu - odparł inny. 

Struchlałem, gdy zbliżyli się do mnie, ale uprzytomniłem sobie, że w gazetach nie było 

mojego  zdjęcia  -  skąd  by  zresztą  wzięli.  Nikt  więc  nie  mógł  mnie  poznać  i  mogłem  chyba 

swobodnie wyjść z obrębu uniwersytetu. Co zrobię potem, to już inna sprawa. W każdym razie 

miałem czas się zastanowić. 

Poruszałem się teraz z większą pewnością siebie, udając jednego z gapiów i spoglądając 

raz po raz na wir powietrzny. 

Kiedy  znalazłem  się  po  drugiej  stronie  dziedzińca,  przeżyłem  nowy  wstrząs.  O  kilka 

kroków przede mną stała grupa policjantów, wśród których, ku swemu przerażeniu, rozpoznałem 

porucznika z restauracji. Właśnie odwracał się w moją stronę; ledwo zdołałem umknąć do jakiejś 

bramy. Czułem się jak powstaniec irlandzki w Dublinie podczas zamieszek. Przyczaiłem się za 

drzwiami, skąd słyszałem głos porucznika: 

-  Oczywiście jest  tam na górze! Madigan będzie  tu  lada chwila z nakazem,  a wtedy...  - 

głos się oddalił. 

Drzwi, przy których stałem, otwarły się nagle i omal nie upadłem. Ukazał się student z 

plikiem zeszytów pod pachą. 

- Bardzo przepraszam - powiedział i odszedł w stronę tłumu. 

background image

Nie  zamknął  za  sobą  jednak  drzwi,  więc,  struchlały,  wpadłem  do  środka.  Panował  tu 

mrok,  ale  zorientowałem  się,  że  mam  przed  sobą  schody  przeciwpożarowe.  Wspiąłem  się  na 

trzecie  piętro,  wszedłem  do  jakiejś  sali  wykładowej,  a  stamtąd  do  pracowni,  przypominającej 

pracownię McGilla. Laboratorium miałem teraz na wprost siebie. 

Z  okna  widać  było  dokładnie  cały  tłum,  policjantów,  górny  rząd  okien  gmachu 

laboratorium,  oświetlonych  jaskrawo  przez  reflektory,  a  ponad  tym  wszystkim  wir  papierów  i 

śmieci.  Właśnie  w  tej  chwili  wir  zaczął  wolno  opadać.  Molly  ani  McGilla  nie  mogłem 

wypatrzeć. Z niepokojem myślałem, czy spostrzegli moją nieobecność. 

Na  stojącym  w  pobliżu  biurku  zauważyłem  telefon  i  postanowiłem  zadzwonić  do 

McGilla.  Przedtem  jednak  chciałem  sprawdzić  swoją  nową  koncepcję.  Opuściłem  zasłony  w 

oknach, zapaliłem lampę na biurku i obejrzałem dokładnie wydobyty z bibuły odłamek. Dawał 

wspaniałe błyski. Na biurku, obok przyborów do pisania, pucharu sportowego i piłki golfowej, 

stała oprawna w skórę fotografia młodej kobiety z pucołowatym dzieckiem na ręku. Ramka była 

oszklona.  Potarłem  szybkę  trzymanym  w  ręku  odłamkiem  i  dostrzegłem  słabe,  ale  wyraźne 

zadrapanie. Tak więc sprawdziło się jedno podejrzenie. 

Nakręciłem numer pracowni McGilla. Po chwili usłyszałem, że podniesiono słuchawkę - 

ale żadnego głosu. 

- Tu mówi jądro kryształu - odezwałem się, a w odpowiedzi McGill odetchnął z ulgą. 

- Gdzie ty się podziewasz? 

- W budynku naprzeciw. Wyjrzyj przez okno, a ja parę razy zapalę i zgaszę światło. 

- Jesteś - rzekł po chwili McGill - w pracowni profesora Crandala. Dlaczego uciekłeś? 

- O tym pomówimy później. Słuchaj, McGill, ten odprysk to diament. 

- Co? 

- W każdym razie rysuje szkło. 

- Dlaczego wcześniej tego nie powiedziałeś? I w ogóle gdzie ten odłamek? Nie mogłem 

go w żaden sposób znaleźć. 

- Nie daliście mi dojść do słowa. A odłamek mam z sobą. Według mojej koncepcji... 

- Diament! Zaczynam wszystko rozumieć. A jaka jest twoja koncepcja? 

- Wciąż mówiło się o kryształach, więc kiedy powiedziałeś Molly o węglu i diamentach, 

przyszło  mi  na  myśl,  że  może  to  coś  usiłuje  się  wykrystalizować.  Coś,  co  kiedyś  było 

kryształem, zostało rozbite i chce odzyskać pierwotną postać. Próbuje to zrobić z pomocą kart do 

gry, aut i innych sztuczek, ale nic z tego nie wychodzi. Więc czy nie myślisz, że węgiel?... 

Zapadło  milczenie.  Spojrzałem  naprzeciw,  ale  McGilla  nie  było  widać.  Zauważyłem 

kawałek starej gazety, który zahaczył się o gruby drut rozciągnięty między oknem laboratorium 

background image

McGilla a oknem, przy którym stałem. Zapewne rodzaj anteny. Następnie spostrzegłem, że wir, 

zamiast opadać, przesuwa się w moim kierunku. Wkrótce więc znów mnie zdradzi. 

- Chodzi ci pewnie o grafit - odezwał się McGill. - Ale dlaczego wyszedłeś i zabrałeś ze 

sobą ten odprysk? 

- Zapomniałem - odparłem - że trzymam go w ręku. 

Na dziedzińcu nikt mnie nie poznał, więc przypuszczam, że zdołam wrócić. - Miałem już 

odpowiedzieć na pierwsze pytanie, gdy uprzytomniłem sobie, że zatrzasnąłem drzwi sutereny i 

że  McGill  chyba  nie  będzie  mógł  mnie  wpuścić,  skoro  policjanci  czatują  wszędzie  dokoła. 

Czułem  się  jednak  dziwnie  bezpieczny  i  pewny  siebie.  Kryształ  chronił  swe  jądro,  a  ja 

trzymałem je właśnie w ręku. 

- Zaczekaj chwilę! - zawołałem. - Muszę coś sprawdzić. 

Odłożyłem słuchawkę, wziąłem z biurka piłkę golfową i położyłem na ziemi. Stanąłem 

na  niej  prawą  nogą,  a  lewą  ostrożnie  uniosłem  w  powietrze.  W  każdym  razie  nie  spadłbym  z 

wysoka.  Lecz  wcale  nie  padałem.  Stałem  wyprostowany,  z  bibułką  w  ręku,  i  tylko  lekko  się 

chwiałem.  Wobec  tego  zamknąłem  oczy  -  ale  też  nic  mi  się  nie  stało.  Talizman  działał,  jak 

przepowiedział McGill. Zszedłem z piłki i ująłem słuchawkę. 

- Zaraz do was przyjdę - powiedziałem. - Jeżeli tylko drut między oknami mnie utrzyma. 

- Alec! Zwariowałeś! - krzyknął McGill, a ja odłożyłem słuchawkę. 

Przyjrzałem  się  zamocowaniu  drutu.  Przytrzymywał  go  potężny  hak,  wbity  mocno  w 

ścianę. Ściskając w ręku bibułkę z okruchem wylazłem przez okno, postawiłem stopę na drucie i 

- natychmiast poczułem zawrót głowy. Drut wibrował jak struna, ale ugiął się tylko nieznacznie, 

więc    stanąłem na nim także i drugą nogą. Byłem bliski zemdlenia. Zamknąłem oczy. 

Kiedy je otwarłem, stwierdziłem, że uszedłem spory kawałek nad przepaścią. Nie miałem 

nic  do  pomocy  dla  utrzymania  równowagi,  ale  moje  ciało  zdawało  się  zachowywać  ją 

automatycznie, jak gdybym był doświadczonym tancerzem na linie. 

Zamierając ze strachu, posuwałem się dalej z oczyma utkwionymi w okno laboratorium, 

w którym widziałem McGilla i Molly, obserwujących mnie z pobladłymi twarzami. 

Byłem w połowie drogi, kiedy spostrzegł mnie tłum. Rozległy się okrzyki. Wybiegł jakiś 

mężczyzna w kapeluszu o szerokich kresach. Ku memu przerażeniu wyciągnął rewolwer. Inny 

mężczyzna podjął z ziemi  kamień, okręcił się jak dyskobol i  rzucił na  sekundę przedtem, nim 

tamten  nacisnął  spust.  Strzały  były  niezwykle  celne:  kula  trafiła  w  kamień  i  obydwa  pociski 

rozpadły się w powietrzu. Mężczyzna w kapeluszu chciał znowu strzelić, ale rewolwer się zaciął, 

a policja chwyciła obydwu bohaterów za ręce. 

background image

Z bijącym sercem posuwałem się dalej. Byłem już o cztery kroki od okna, gdy noga mi 

ugrzęzła. Spojrzałem w dół. Na drucie w tym miejscu był węzeł, z ostrym szpicem sterczącym 

do góry. Zachwiałem się, ale zaraz się wyprostowałem i... bibułka wypadła mi z ręki. 

Trąba  powietrzna  znajdowała  się  teraz  nade  mną  i  mój  talizman  porwał  prąd.  Przez 

chwilę  chwiałem  się  rozpaczliwie,  w  końcu  zleciałem  tak  gwałtownie,  że  omal  nie  straciłem 

tchu. Połą marynarki zahaczyłem o wystający drut i zawisłem jak oklapła marionetka. 

Tłum  zafalował,  rozległy  się  krzyki,  a  policjanci  zaczęli  sobie  na  gwałt  wydawać 

polecenia. Porucznik kazał wezwać straż pożarną. Nie mogłem patrzeć w dół, chociaż mogłem 

oddychać. 

Bezcenna bibuła unosiła się teraz koło okna laboratorium i McGill usiłował ją chwycić. 

Nagły podmuch wiatru cisnął bibułę do środka. Ukazała się głowa McGilla, który gestami starał 

się  dodać  mi  otuchy.  Molly  nie  odchodziła  od  okna,  wzrok  miała  półprzytomny,  trzymała  za 

mnie  figi.  Próbowałem  uśmiechnąć  się  do  niej  pogodnie,  na  co  Molly  usiłowała  mi 

odpowiedzieć. W oddala słychać już było szczęk wozów strażackich. 

Gdzieś za plecami Molly ujrzałem nagle silny niebieski błysk. Wzmagał się gwałtownie, 

a  postać  mojej  żony  rysowała  się  jak  czarna  sylwetka.  Za  nią  dostrzegłem  głowę  McGilla. 

Wpatrywał się w coś, co wyglądało jak szafirowa butelka. Wtem trąba powietrzna zmieniła się w 

huragan -  wszystkie zasłony w oknach laboratorium wydęły się do środka, a rude włosy Molly 

powiewały do tyłu. 

Wozy strażackie wjechały  na dziedziniec, jeden  z nich ustawiono  dokładnie pode mną. 

Słychać  było  odgłos  kręcenia  korbą  i  poczułem,  że  coś  dotyka  mej  nogi.  W  tej  samej  chwili 

usłyszałem, że coś się drze. Moja marynarka pękła, Molly zamknęła oczy, ja zaś wylądowałem, 

niczym olbrzymi pająk, na szczycie drabiny. 

Strażacy  i  policjanci  prześcigali  się  na  drabinie  nawzajem.  Pierwszy  dosięgną!  mnie 

znajomy  porucznik.  Aresztował  mnie  po  raz  drugi  i  zaczął  ciągnąć.  Pokręciłem  jednak 

odmownie  głową  i  z  uporem  przywarłem  do  szczytu  drabiny.  Okazało  się,  że  jest 

niepodobieństwem odczepić upartego człowieka od szczebla drabiny, kiedy samemu się na niej 

stoi. 

Policjanci  dali  wreszcie  spokój.  I  tu  -  znów  powstał  zbieg  okoliczności:  zacięła  się 

maszyneria. Drabina odjechała unosząc mnie na szczycie. 

Porucznik  kazał  odwieźć  drabinę  do  jednego  z  komisariatów,  gdzie  wkrótce  zjawił  się 

mój  adwokat,  Vinelli,  i  zwolnił  mnie  za  kaucją.  Policja  okazała  mi  niezwykłe  względy;  byli 

zresztą wściekli na Billa Barta. Równocześnie pewna wielka figura naukowa, znajomy McGilla, 

profesor Stein, przekonał policję, że nie jestem niczemu winien, i sprawę umorzono. Następnie 

background image

profesor Stein udzielił prasie całkowicie niezrozumiałego, lecz uspokajającego wywiadu, ja zaś 

wyjechałem z Molly do jej matki nad morze. 

-  Za dwa tygodnie wszyscy już o tym  zapomną  -  powiedział porucznik. -  Może jeszcze 

wyjdzie pan na bohatera... 

Przed wyjazdem poszliśmy z McGillem do laboratorium obejrzeć diament. Spoczywał na 

stole, błyszczał wspaniale, powierzchnie miał gładkie, bez skazy. Miał co najmniej dwie stopy 

średnicy, tyle co bryła “szkła” na ulicy Pięćdziesiątej Czwartej. 

- Policja wcale się nie domyśla, co to jest - powiedział McGill. - Bo to takie wielkie... 

- Któż by się domyślił... - wtrąciła Molly. - McGill, mam pomysł... 

- To było bardzo proste  - nie odpowiadając na jej uwagę wyjaśnił McGill.  - Nasypałem 

grafitu na kupkę żużlu i na graficie położyłem  odprysk. Następnie skierowałem na to  promień 

Bunsena i wszystko natychmiast zapłonęło, dając ogromny blask i wcale nie wydzielając ciepła. 

Proces adiabatyczny - dodał, a ja skinąłem głową. - Niezbędne ciśnienie - ciągnął McGill - jądro 

czerpało  z  przypadkowych  ruchów  cząsteczek  grafitu.  Tak,  przypadkowe  ruchy!  Kiedy  to  się 

skończyło,  jądro  zasilało  się  najpierw  żużlem,  a  następnie  dwutlenkiem  węgla  pobieranym  z 

powietrza.  To  właśnie  spowodowało  gwałtowny  ruch  powietrza  -  fruwanie  zasłon  i...  włosów 

Molly. Ale tego już chyba nie widziałeś. W każdym razie... 

- McGill - przerwała Molly - mam myśl! 

- W każdym razie trzeba to zatopić w morzu. 

-  O!  -  jęknęła  Molly  zgnębiona.  -  A  ja  właśnie  chciałam  zaproponować,  żeby  ułamać 

kawałek i sprzedać w Amsterdamie. 

- Broń Boże! Cała historia zaczęłaby się na nowo! 

- Tylko kawałeczek, McGill... 

- NIE! 

Z  pomocą  Steina  McGill  przekonał  policję,  że  trzeba  rzecz  zatopić.  Wypłynęliśmy 

policyjną motorówką daleko na ocean i w oczach zdumionych policjantów starannie wrzuciliśmy 

diament w głębinę. Ich zdumienie byłoby niewątpliwie jeszcze większe, gdyby wiedzieli, co to 

jest. 

McGill odwiedził nas nad morzem w niedzielę i graliśmy w karty. Pamiętna to była partia 

- karty zachowywały się normalnie i... nawet trochę przegrałem. 

McGill gratulował mi, ale z jakąś niepewną miną. 

- Dlaczego się nie cieszysz? - spytałem. 

- Cieszę się, owszem - odparł. - Tylko że... 

- Że co? - podchwyciła Molly, nagle zafrasowana. 

background image

-  Tylko  że  widziałem  ławicę  ryb płynących ogonem  naprzód.  I zastanawiam się, czy to 

nie jest początek nowych historii. 

Wróciliśmy  do  przerwanej  gry,  ale  myślami  byliśmy  gdzie  indziej.  I  odtąd  wciąż  nie 

możemy  odzyskać  spokoju.  Nie  dalej  jak  wczoraj  wielki  transatlantyk  zerwał  linę,  zostawił 

holownik za sobą i wybrał się w górę Hudsonu na krajoznawczą wycieczkę. 

background image

Alfred Bester - Ostateczne zniknięcie 

 

 

Nie  była  to  ani  Wojna  Ostatnia,  ani  Wojna  dla  Skończenia  z  Wojnami.  Nazwano  ją 

Wojną  o  Amerykański  Ideał.  Generał  Carpenter  pierwszy  uderzył  w  ten  ton  i  trwał  przy  nim 

niezłomnie. 

Istnieją generałowie frontowi (niezbędni dla armii), generałowie polityczni (niezbędni dla 

rządu) i generałowie opiniotwórczy (niezbędni dla prowadzenia wojny). Generał Carpenter był 

mistrzem  kształtowania  opinii.  Zawsze  wytrwale  i  nieustraszenie  idący  wprost  do  celu,  żywił 

ideały  tak  wzniosłe  i  zrozumiałe  jak  dewizy  ryte  na  monetach.  Dla  całej  Ameryki  był 

uosobieniem  armii  i  rządu,  tarczą  obronną  narodu,  jego  mieczem  i  potężnym  ramieniem.  A 

szczytem jego ideałów był oczywiście Ideał Amerykański. 

-  Nie  walczymy  dla  zysku,  władzy  czy  panowania  nad  światem  -  obwieścił  generał 

Carpenter na uroczystym obiedzie Związku Dziennikarzy. 

- Walczymy wyłącznie o Ideał Amerykański - mówił na posiedzeniu Kongresu. 

-  Celem  naszym  nie  jest  agresja  ani  wtrącanie  narodów  w  niewolę  -  powiedział  na 

dorocznym zjeździe wychowanków Akademii Wojskowej. 

- Walczymy o znaczenie cywilizacji - obwieścił w Klubie Pionierów w San Francisco. 

-  Bijemy  się  o  najszczytniejsze  ideały  cywilizacji:  o  kulturę,  poezję,  o  jedyne  rzeczy 

godne zachowania - stwierdził podczas jubileuszu Giełdy Zbożowej w Chicago. 

- Toczy się - mówił - wojna o przetrwanie. Walczymy nie za siebie, ale za nasze ideały. 

By to, co dobre, piękne i szlachetne, nie znikło z powierzchni ziemi. 

Ameryka  walczyła  więc.  Generał  Carpenter  zażądał  stu  milionów  żołnierzy.  Armia 

otrzymała  sto  milionów  żołnierzy.  Generał  Carpenter  zażądał  dziesięciu  tysięcy  bomb 

kosmicznych  -  dziesięć  tysięcy  bomb  kosmicznych  zbudowano  i  zrzucono  na  wroga.  Wróg 

również zrzucił dziesięć tysięcy bomb kosmicznych i zniszczył większość amerykańskich miast. 

-  Musimy  okopać  się  przeciw  barbarzyńskim  hordom  -  obwieścił  generał  Carpenter.  - 

Żądam tysiąca inżynierów. 

Tysiąc inżynierów zjawiło się natychmiast i pod gruzami wybudowano sto podziemnych 

miast. 

- Dajcie mi pięciuset ekspertów sanitarnych, ośmiuset dyspozytorów ruchu podziemnego; 

dwustu  znawców  klimatyzacji,  stu  administratorów  miast,  tysiąc  inżynierów  łączności  i 

siedmiuset kadrowców... 

Lista żądań generała Carpentera nie miała końca. Ameryka nie nadążała z dostarczaniem 

specjalistów. 

background image

-  Musimy  stać  się  narodem  ekspertów  -  oświadczył  generał  Carpenter  w  Centralnym 

Związku  Uniwersytetów  Ameryki.  -  Każdy  mężczyzna  i  kobieta  musi  być  określonym 

narzędziem dla określonego zadania, zahartowanym i wyostrzonym przez szkolenie i zaprawę w 

naszych uczelniach pod kątem wygrania walki o Ideał Amerykański. 

-  Nasz  ideał  -  mówił  generał  Carpenter  na  przyjęciu  z  okazji  rozpisania  pożyczki  Wali 

Street  -  jest  ten  sam,  co  ideał  łagodnych  Greków  ze  starożytnych  Aten,  co  ideał  szlachetnych 

Rzymian  z...  hmm...  Rzymu.  Jest  to  ideał  dobra  i  piękna.  Muzyki,  sztuki,  poezji,  kultury. 

Pieniądz  jest  tylko  bronią  w  walce  o  jego  urzeczywistnienie.  Ambicja  tylko  szczeblem  dla 

wspięcia się na jego wyżyny. Zdolności - jedynie narzędziem, by ideał ten ukształtować. 

Odpowiedzią  były  nie  milknące  oklaski  na  Wali  Street.  Generał  Carpenter  zażądał  stu 

pięćdziesięciu  miliardów  dolarów,  tysiąca  pięciuset  znawców  organizacji,  trzech  tysięcy 

ekspertów  mineralogii,  petrologii,  produkcji  masowej,  wojny  chemicznej  i  komunikacji 

powietrznej.  Otrzymał  ich.  Kraj  był  gotów  na  wszystko.  Wystarczyło,  by  generał  Carpenter 

nacisnął guzik, a dostawał każdego żądanego eksperta. 

W marcu 2112 roku przyszło rozstrzygnięcie losów wojny i Ideału Amerykańskiego. Ale 

nie  na  żadnym  z  siedmiu  frontów,  gdzie  zmagały  się  zaciekle  ze  sobą  miliony  żołnierzy,  w 

żadnej  z  kwater  głównych  czy  stolic  wojujących  państw,  jak  również  w  żadnym  z  ośrodków 

przemysłowych produkujących bez przerwy broń i zaopatrzenie. Dokonało się to na oddziale T 

Okręgowego  Szpitala  Amerykańskich  Sił  Zbrojnych,  zagrzebanego  sto  metrów  pod 

powierzchnią tego, co było niegdyś miastem St. Albans w stanie Nowy Jork. 

Oddział  T  był  w  St.  Albans  otoczony  tajemnicą.  Na  wzór  wszystkich  szpitali 

wojskowych  w  St.  Albans  utworzono  osobne  oddziały  dla  każdego  typu  ran  i  uszkodzeń. 

Amputacje  prawej  ręki  zgromadzono  na  jednym  oddziale,  lewej  na  drugim.  Oparzenia 

radioaktywne, urazy głowy, rany brzucha, wtórne zatrucia promieniami gamma itd. - wszystko 

to  miało  w  szpitalu  swe  osobne  oddziały.  Wojskowa  Służba  Sanitarna  podzieliła  wszystkie 

uszkodzenia  bojowe  na  19  klas,  które  łącznie  obejmowały  wszelkie  możliwe  rany,  urazy, 

choroby  i  uszkodzenia  mózgu  oraz  reszty  ciała.  Oznaczono  je  literami  od  A  do  S.  Cóż  więc 

leczono na oddziale T? 

Nikt tego nie wiedział. Drzwi opatrzone były podwójnym zamkiem. Pacjentów nie wolno 

było  odwiedzać,  żaden  też  pacjent  nie  miał  prawa  wyjść.  Lekarze  wciąż  się  zmieniali,  a 

zdumiony  wyraz  ich  twarzy  był  powodem  najdzikszych  pogłosek.  Rozpytywano  skwapliwie 

pielęgniarzy i pielęgniarki pracujących na oddziale T, ale milczeli jak zaklęci. 

Przedostawały się na zewnątrz strzępy wiadomości, skąpe i sprzeczne ze sobą. Jedna ze 

sprzątaczek  twierdziła,  że  przez  cały  czas,  kiedy  sprzątała,  na  oddziale  nie  było  nikogo. 

Absolutnie  nikogo.  Dwanaście  pustych  łóżek  i  już.  Czy  wyglądało  na  to,  że  na  łóżkach  ktoś 

background image

spał? Tak. Pościel była zgnieciona, przynajmniej na niektórych. Czy były jakieś inne oznaki, że 

oddział  jest  czynny?  O,  tak:  na  szafkach  nocnych  leżały  różne  osobiste  przedmioty,  ale  robiły 

wrażenie zakurzonych. Jakby ich od dawna nie używano. 

Opinia publiczna doszła do wniosku, że jest to oddział-widmo. Dla duchów. 

Ale nocny dozorca szpitala opowiedział któregoś dnia, że przechodząc obok zamkniętych 

drzwi  słyszał  wewnątrz  śpiewy.  Chyba  w  obcym  języku.  Jakim  -  tego  nie  umiał  powiedzieć. 

Niektóre  słowa  były  zresztą  jakby  znajome.  Ale  nic  nie  można  było  z  nich  wywnioskować 

sensownego. 

Rozgorączkowana publiczność orzekła wreszcie, że to oddział psychiatryczny. I tylko dla 

szpiegów. 

Dowództwo  szpitala  wprowadziło  specjalny  system  dostarczania  na  oddział  posiłków. 

Trzy razy dziennie doręczano tam przez okienko po dwadzieścia cztery tace z jedzeniem i tyleż 

tac wkrótce potem zabierano. Niektóre posiłki były zjadane. Większość wracała nie tknięta. 

Coraz  bardziej  podniecona  publiczność  orzekła,  że  oddział  T  jest  po  prostu  kantem. 

Klubem dla dekowników i innych nabieraczy, którzy się tam zabawiają. A niezrozumiały język 

to zwyczajne pijackie śpiewy. 

Publiczność St. Albans stanowili, oczywiście, wyłącznie pacjenci pozostałych oddziałów 

oraz  personel.  Nikt  inny  bowiem  w  podziemiu  tym  nie  mieszkał.  A  wiadomo,  że  środowisko 

szpitalne  jest  stokroć  bardziej  plotkarskie  niż  sto  najgorszych  małomiasteczkowych  plotkarek. 

Ponadto  zaś  ludzi  chorych  byle  głupstwo  potrafi  wytrącić  z  równowagi.  Wystarczyło  parę 

miesięcy jałowych domysłów, by wytworzyć atmosferę zupełnego szaleństwa. W styczniu 2112 

roku  St.  Albans  był  przyzwoitym,  dobrze  prowadzonym  szpitalem.  W  marcu  2112  nastąpiło 

kompletne  rozprzężenie,  co  oczywiście  odbiło  się  poważnie  na  osiągnięciach  tego  zakładu. 

Procent  wyzdrowień  wyraźnie  spadł.  Coraz  częściej  zdarzały  się  wypadki  symulacji,  a  także 

drobnych  naruszeń  regulaminu.  Powszechne  niezadowolenie  rosło.  Trzeba  było  zmieniać 

personel,  co  zresztą  nie  pomogło.  Pacjenci  plotkowali  nadal  i  buntowali  się  z  lada  powodu. 

Przeniesiono większość gdzie indziej, znów zmieniono personel, a niepokój wzrastał. 

Wreszcie wiadomość o tym wszystkim dotarła drogą urzędową do generała Carpentera. 

- W naszej walce o Ideał Amerykański  - oświadczył - musimy pamiętać zawsze o tych, 

którzy już ponieśli ofiary. Przysłać mi eksperta od szpitalnictwa. 

Ekspert zgłosił się, lecz nie zdołał naprawić stosunków w St. Albans. Generał Carpenter 

przeczytał jego meldunki i usunął eksperta. 

-  Troska  o  chorych  -  rzekł  generał  -  jest  pierwszą  oznaką  cywilizacji.  Wezwać  tu 

naczelnego lekarza. 

background image

Naczelny  lekarz  zgłosił  się  natychmiast.  Nie  mógł  zlikwidować  histerii  w  St.  Albans, 

więc sam został zlikwidowany przez generała Carpentera. Tymczasem oddziałem T zajęła się już 

prasa. 

- Wezwać tu - polecił generał - ordynatora oddziału T. 

Z  St.  Albans  przybył  kapitan  doktor  Edsel  Dimmock.  Był  to  człowiek  młody,  ale  już 

łysawy,  poza  tym  tęgi.  Zaledwie  trzy  lata  temu  skończył  akademię  medyczną,  ale  cieszył  się 

doskonałą  opinią  jako  specjalista  od  psychoterapii.  Generał  Carpenter  lubił  specjalistów,  więc 

Dimmock mu się spodobał. A Dimmock ubóstwiał generała jako rzecznika kultury, niedostępnej 

obecnie dla niego z powodu zbyt wąskiej specjalizacji, lecz którą spodziewał się cieszyć w pełni 

po wygranej wojnie. 

-  Słuchaj  pan,  Dimmock  -  zaczął  generał.  -  Każdy  z  nas  to  narzędzie,  zahartowane  i 

wyostrzone,  by  wykonywać  określoną  pracę.  Znasz  pan  naszą  dewizę:  “Praca  dla  każdego  - 

każdy przy pracy”. Otóż na oddziale T ktoś źle pracuje. Trzeba go usunąć. Ale przede wszystkim 

powiedz mi pan, co to, u diabła, jest ten oddział T? 

Dimmock  wahał  się  i  jąkał.  Wreszcie  wyjaśnił,  że  jest  to  oddział  specjalny,  utworzony 

dla specjalnego typu urazów bojowych. Urazy psychiczne. 

- A Więc masz pan na oddziale pacjentów? 

- Tak jest, generale. Dziesięć kobiet i czternastu mężczyzn. Carpenter potrząsnął plikiem 

meldunków. 

- Według zeznań pacjentów St. Albans na oddziale T nie ma nikogo. 

Dimmock był oburzony. 

- Takie twierdzenie jest wierutnym kłamstwem - zapewnił generała. 

- No, dobrze. A zatem, Dimmock, ma pan tam dwa tuziny stukniętych. Ich obowiązkiem 

jest wyzdrowieć. Pańskim obowiązkiem jest ich wyleczyć. Więc dlaczego, u diabła, cały szpital 

z tego powodu wariuje? 

- Czy ja wiem... Może dlatego, że ich trzymamy pod kluczem. 

- Oddział T jest zamknięty? 

- Tak jest, generale. 

- Dlaczego? 

- Żeby utrzymać pacjentów, panie generale. 

- Utrzymać? Jak pan to rozumie? Czy oni chcą uciekać, są niespokojni czy jak? 

- Nie, nie są niespokojni. 

-  Dimmock,  nie  podoba  mi  się  pańska  postawa.  Pan  wciąż  się  wykręca,  odpowiada 

wymijająco. I jeszcze jedno nie podoba mi się w tym wszystkim: ta klasyfikacja “T”. Kazałem 

background image

sprawdzić to dokładnie znawcy rejestrów z korpusu sanitarnego i okazało się, że nie ma żadnej 

klasy T. Co, u licha, wyprawiacie tam w St. Albans? 

- Jakby tu powiedzieć... Klasę T wymyśliliśmy sami. Bo... chodzi o to, panie generale, że 

to  dość  specjalne  przypadki.  Wciąż  jeszcze  nie  wiemy,  co  z  nimi  robić  i  jak  postępować. 

Usiłowaliśmy  trzymać  wszystko  w  sekrecie,  póki  nie  opracujemy  jakiejś  metody.  Ale  to  są 

przypadki  zupełnie  nowe,  panie  generale.  Zupełnie  dotąd  nie  znane.  -  Specjalista  wziął  w  tej 

chwili  w  Dimmocku  górę  nad  służbistą.  -  To  rzecz  niezwykła!  To  wywoła  sensację  w 

medycynie! Najbardziej niezwykła rzecz, o jakiej kiedykolwiek słyszałem. 

- Ale co, Dimmock? Mów pan konkretnie. 

-  Cóż,  panie  generale,  to  są  urazy  psychiczne.  Stupor,  niemal  katatonia.  Bardzo  nikły 

oddech. Tętno zwolnione. Żadnego kontaktu. 

- Widziałem tysiące takich przypadków - zżymał się Carpenter. - Co w tym niezwykłego? 

-  Tak jest,  to,  co powiedziałem  dotąd, brzmi jak standartowa klasyfikacja Q czy R. Ale 

prócz tych objawów mamy jeszcze coś... Ci chorzy nic nie jedzą i wcale nie śpią. 

- Nigdy? 

- Niektórzy nigdy. 

- Więc dlaczego nie umierają? 

-  Nie  wiadomo.  Cykl  metaboliczny  jest  przerwany,  ale  tylko  jeśli  chodzi  o  anabolizm. 

Katabolizm  trwa  nadal.  Inaczej  mówiąc,  panie  generale,  chorzy  wydalają  produkty  przemiany 

materii, ale nic nie przyjmują. Wydalają toksyny zmęczenia i odbudowują zużyte tkanki, ale bez 

pożywienia i snu. Bóg jeden wie, jak. To wprost fantastyczne. 

-  Dlatego  trzymacie  ich  w  zamknięciu?  Czy  to  znaczy...  Czy  pan  ich  podejrzewa  o 

wykradanie żywności i urządzanie sobie drzemek gdzieś indziej? 

-  O, nie! - odparł zmieszany Dimmock.  -  Doprawdy  nie wiem,  jak to  panu powiedzieć, 

panie generale. Ja... my... zamykamy ich z powodów zupełnie tajemniczej natury... Bo oni... oni 

znikają. 

- Co robią? 

- Znikają, panie generale. W mgnieniu oka, nagle. Znikają w oczach. 

- Co pan wygaduje? 

- Kiedy tak jest. Mogą, powiedzmy, siedzieć na łóżkach czy kręcić się po sali. W jednej 

sekundzie widzi pan ich jeszcze, a w następnej już nie. Czasem wszyscy są na oddziale, to znów 

nie ma nikogo.  Znikają  i  pojawiają się bez żadnego ładu czy  racji. Dlatego musieliśmy zrobić 

oddział  zamknięty.  W  całej  historii  medycyny  wojskowej  i  urazów  bojowych  nie  było  dotąd 

takiego przypadku. Toteż nie wiemy, jak z tym postępować. 

- Sprowadź mi pan tu trzech takich pacjentów - rozkazał generał Carpenter. 

background image

Nathan  Riley  zjadł  grzanki,  po  francusku  z  jajami  w  majonezie;  wypił  dwie  butelki 

porteru,  zapalił  hawańskie  cygaro  i  -  z  leciutką  czkawką  -  wstał  od  śniadania.  Skinął  głową 

Jimowi  Corbettowi,  który  przerwał  rozmowę  z  Jimem  Brylantem  Brady,  by  go  złapać  jeszcze 

przed okienkiem kasjera. 

- Powiedz, Nat - zagadnął Jim Corbett - kto według ciebie zdobędzie w tym roku puchar? 

- Niebiescy - odparł Nathan Riley. 

- Kiedy nie są w formie. 

-  Ale  u  nich  grają  Snider,  Furillo  i  Campanella.  Oni  na  pewno  zdobędą  puchar  w  tym 

roku.  I  założę  się,  że  zrobią  to  wcześniej  niż  jakakolwiek  inna  drużyna.  Przed  trzynastym 

września. Zapisz sobie. Zobaczysz, że mam rację. 

-  Ty  zawsze  masz  rację,  Nat  -  powiedział  Corbett.  Riley  uśmiechnął  się,  zapłacił 

rachunek,  wybiegł  na  ulicę  i  wskoczył  do  konnego  tramwaju  jadącego  do  Madison  Square 

Garden.  Wysiadł  na  rogu  Pięćdziesiątej  i  Ósmej  i  udał  się  na  piętro,  do  bukmachera, 

urzędującego nad sklepem radiowym. Bukmacher spojrzał na gościa, wydobył z biurka kopertę i 

wyliczył piętnaście tysięcy dolarów. 

-  Rocky  Martiano  -  powiedział  -  znokautował  Rolanda  La  Starzę  w  jedenastej  rundzie. 

Jak ty, u diabła, potrafisz typować ich tak dokładnie, Nat? 

- Z tego przecież żyję - uśmiechnął się Riley. - Czy przyjmujesz zakład na wybory? 

- Eisenhower dwanaście na pięć. Stevenson... 

- Pal sześć Stevensona. - Riley położył na ladzie dwadzieścia tysięcy dolarów. - Stawiam 

na Ike’a. Zapisz to na mnie. 

Po  wyjściu  od  bukmachera  udał  się  do  swego  apartamentu  w  Waldorf  Pałace,  gdzie 

czekał na niego niecierpliwie wysoki, chudy młodzieniec. 

- Dzień dobry - powitał go Riley. - Pan jest Ford, prawda, Harold Ford? 

- Henry Ford, panie Riley. 

- I szuka pan kredytu dla sfinansowania maszyny, którą buduje pan w swoim warsztacie 

rowerowym, tak? Jak pan ją nazwał? 

- Ipsimobil. 

- Hmm, nie bardzo mi się to podoba. Czy nie lepiej byłoby automobil? 

- Świetny pomysł! Wykorzystam go, jeśli pan pozwoli. 

-  Podoba  mi  się  pan,  Henry,  jest  pan  młody,  energiczny,  bystry,  wierzę  w  pańską 

przyszłość i w pański automobil. Zainwestuję dwieście tysięcy w pana przedsiębiorstwie. 

Riley wypisał czek i  odprowadził Forda do drzwi. Spojrzał  na zegarek  i  pod wpływem 

nagłego  impulsu  szybko  się  cofnął.  Rozejrzał  się  po  saloniku,  po  czym  wszedł  do  sypialni, 

background image

rozebrał  się,  a  następnie  włożył  szarą  koszulę  i  szare  spodnie.  Na  kieszonce  koszuli,  dużymi 

literami wyszyty był napis: Szp. Woj. St. Alb. 

Nathan Riley zamknął teraz drzwi sypialni i - znikł. 

Pojawił  się  w  tej  samej  chwili  na  oddziale  T  szpitala  wojskowego  w  St.  Albans  przy 

swoim  łóżku,  jednym  z  dwudziestu  czterech  łóżek  ustawionych  pod  ścianami  długiego 

koszarowego budynku ze stali. Nie zdążył jeszcze odetchnąć, gdy pochwyciły go trzy pary rąk. 

Nim  zrobił  najmniejszy  gest  obronny,  dostał  zastrzyk  z  2  cc  tiomorfatu  sodu.  Natychmiast 

znieruchomiał. 

- Jednego już mamy - powiedział ktoś. 

- Pilnujcie go póki co - odparł ktoś inny. - Generał Carpenter zamówił troje. 

Kiedy  Marcus  Junius  Brutus  opuścił  jej  łoże,  Lela  Machan  klasnęła  w  dłonie.  Do 

komnaty  weszła  niewolnica  i  przygotowała  kąpiel.  Po  kąpieli  Lela  ubrała  się,  skropiła 

wonnościami,  spożyła  śniadanie,  złożone  z  fig  smyrneńskich,  różowych  pomarańcz  i  dzbana 

purpurowego wina Lachryma Christi. Wypaliła papierosa i kazała przygotować lektykę. 

W  bramie  jej  domu  stał,  jak  zwykle,  tłum  pełnych  uwielbienia  żołnierzy  z  XII  Legii. 

Dwóch  centurionów odepchnęło  ludzi  z lektyką, ujęło drążki  i  poniosło  ją na  własnych tęgich 

ramionach. Lela Machan uśmiechnęła się. Młody człowiek w szafirowym płaszczu przedostał się 

przez  ciżbę  i  podbiegł.  W  jego  ręku  błysnął  nóż.  Lela  zebrała  się  w  sobie,  by  mężnie  przyjąć 

śmierć. 

- O, pani! - wykrzyknął młodzieniec. - O, Lelo! Młodzieniec rozpłatał sobie nożem lewe 

ramię, tak że szkarłatna krew popłynęła obficie plamiąc szaty Leli... 

-  Krew  moja  -  zawołał  młodzian  -  jest  tylko  nędzną  daniną  dla  ciebie,  o  pani!  Lela 

dotknęła łagodnie jego czoła. 

- Niemądry chłopcze - szepnęła - na co to? 

- Na znak hołdu i miłości dla ciebie, o pani! 

- Będziesz dopuszczony dziś wieczór o dziewiątej - szepnęła Lela, on zaś patrzył na nią 

w milczeniu tak długo, że aż się roześmiała. - Przyrzekam ci. A jak ci na imię, piękny chłopcze? 

- Ben Hur. 

- Dziś o dziewiątej, Ben Hurze. 

Lektyka  ruszyła.  Nie  opodal  Forum  minął  ich  Juliusz  Cezar,  żywo  dyskutujący  z 

Savonarolą.  Gdy  ujrzał  lektykę,  skinął  ostro  na  centurionów,  którzy  stanęli  jak  wryci.  Cezar 

rozsunął  zasłony  lektyki  i  wbił  wzrok  w  Lelę,  ta  zaś  spojrzała  nań  omdlewająco.  Grymas 

wykrzywił twarz Cezara. 

-  Dlaczego?  -  spytał  ochryple.  -  Prosiłem,  błagałem,  szlochałem,  rzucałem  wszystko  do 

twych stóp... na próżno! Dlaczego, Lelo? Dlaczego? 

background image

- Czy pamiętasz Boadiceę? - wyszeptała Lela. 

- Boadiceę? Królową Brytów? Na Boga, Lelo, cóż ona znaczy wobec naszej miłości? Jej 

nie kochałem. Pokonałem ją tylko w bitwie. 

- I zabiłeś ją, Cezarze. 

- Sama się otruła. 

- To była moja matka, Cezarze! - Palec Leli wymierzony był w pierś Cezara. - Morderco! 

Zostaniesz ukarany. Nim miną Idy Marcowe, Cezarze! 

Cezar  cofnął  się,  zdjęty  grozą.  Otaczający  Lelę  tłum  wielbicieli  wzniósł  na  jej  cześć 

okrzyk uznania. Ruszyła dalej i wśród ulewy płatków róż i fiołków, poprzez Forum, dotarła do 

świątyni Westy. Tam porzuciła swych wielbicieli i weszła do przybytku dziewiczej bogini. 

Przed  ołtarzem  uklękła,  zmówiła  modlitwę,  rzuciła  szczyptę  kadzidła  w  płonący  na 

ołtarzu ogień i zdjęła szaty. Spojrzała na swe przepiękne ciało, odbite w srebrnym zwierciadle, i 

nagle doznała uczucia gwałtownej tęsknoty za domem. Włożyła szarą bluzę i szare spodnie. Na 

kieszonce  bluzy  wyhaftowane  były  litery:  Szp.  Wojsk.  St.  Alb.  Z  uśmiechem  raz  jeszcze 

spojrzała na ołtarz i znikła. W tej samej chwili pojawiła się na oddziale T szpitala wojskowego w 

St. Albans, gdzie natychmiast straciła przytomność pod wpływem zastrzyku z tiomorfatu sodu. 

- To już dwoje - powiedział czyjś głos. 

- Potrzeba jeszcze jednego. 

George  Hanmer  uczynił  dramatyczną  przerwę  i  spojrzał  po  sali  -  na  ławy  opozycji,  na 

postać  szefa  Izby  siedzącego  symbolicznie  na  worku  wełny  i  na  spoczywającą  na  szkarłatnej 

poduszce  przed  nim  srebrną  buława.  Cała  Izba  Gmin,  zahipnotyzowana  płomiennym 

krasomówstwem Hanmera, czekała z zapartym tchem na dalszy ciąg jego mowy. 

- Więcej nic już nie powiem - rzekł wreszcie Hanmer głosem zdławionym od nadmiaru 

wzruszenia.  Twarz  mu  pobladła  i  przybrała  wyraz  zawzięty.  -  Walczyć  będę  o  tę  ustawę  na 

piaskach nadmorskich, w miastach i miasteczkach, na łąkach, polach i w wioskach. O ustawę tę 

walczyć będę do śmierci i, z bożą pomocą, także po śmierci... Czy to, co mówię, jest prośbą czy 

wyzwaniem  -  niech  rozstrzygną  sumienia  dostojnych  członków  Izby.  Ale  jedno  jest  dla  mnie 

pewne i przesądzone: Anglia musi władać Kanałem Sueskim. 

Hanmer usiadł. W Izbie zawrzało. Wracał na miejsce wśród oklasków i głośnych owacji, 

a po drodze Gladstone, Churchill i Pitt zatrzymywali go, by z wylaniem uścisnąć mu dłoń. Lord 

Palmerston  patrzył  nań  chmurnie,  lecz  Disraeli  szybko  odsunął  Palmerstona,  z  dala  już 

wyrażając swój zachwyt i uznanie. 

- Pojedziemy coś przegryźć w Tattersalu - rzekł Disraeli. - Moje auto czeka. 

background image

Przed  Parlamentem  istotnie  już  czekał  czarny  rolls  royce.  Siedząca  w  nim  Lady 

Beaconsfieid  wpięła  pierwiosnek  w  butonierkę  Disraeliego  i  czule  pogłaskała  Hanmera  po 

policzku. 

- Daleko, odszedłeś, Georgie - powiedziała - od czasów szkolnych - kiedy tak dokuczałeś 

Benowi. 

Hanmer zaśmiał się, Disraeli zanucił Gaudeamus igitur... i razem z Hanmerem śpiewali 

starą scholastyczną pieśń aż do chwili, gdy znaleźli się przed Tattersalem. Tam Disraeli zamówił 

piwo i pieczone gałąbki, a Hanmer poszedł do klubu na górę, aby się przebrać. 

Bez  żadnego  właściwie  powodu  zapragnął  nagle  raz  jeszcze  przyjrzeć  się  swemu 

dawnemu życiu. Może nie chciał tak całkowicie zrywać z przeszłością. Zdjął surdut, nankinową 

kamizelkę,  prążkowane  spodnie  i  lakierowane  buty  z  cholewami,  a  wreszcie  ciepłą  bieliznę. 

Włożył szarą koszulę, szare spodnie i - znikł. 

Pojawił  się  na  oddziale  T  szpitala  St.  Albans,  gdzie  mocna  doza  tiomorfatu  sodu 

pozbawiła go przytomności. 

- To już będzie troje - stwierdził ktoś. 

- Odesłać ich do Carpentera. 

Tak więc sierżant Nathan Riley, sierżant Lela Machan i kapral George Hanmer znaleźli 

się w gabinecie generała Carpentera. Mieli na sobie szare stroje” szpitalne i wciąż jeszcze byli 

pod działaniem tiomorfatu sodu. 

Gabinet,  specjalnie  na  ten  cel  opróżniony,  jarzył  się  od  świateł.  Obecni  byli 

rzeczoznawcy z Wywiadu, Kontrwywiadu, Bezpieczeństwa i Centrali Szpiegostwa. Gdy kapitan 

Edsel  Dimmock  ujrzał  kamienne  twarze  wpatrzone  nieruchomo  w  niego  i  w  jego  pacjentów, 

niczym pluton egzekucyjny, zerwał się z miejsca. Generał Carpenter uśmiechnął się posępnie. 

-  Nie  przyszło  panu  na  myśl,  Dimmock,  że  nie  wszyscy  dadzą  się  nabrać  na  pańską 

opowieść o znikaniu. 

- Panie generale. 

-  Ja  też  jestem  ekspertem,  Dimmock.  Wyjaśnię  panu  krótko,  jak  sprawa  wygląda. 

Przebieg wojny jest niezadowalający. Nawet bardzo zły. Były przecieki informacji. A bałagan w 

St. Albans może wskazywać na pana. 

- Ależ oni naprawdę znikają, panie generale... 

-  Moi  rzeczoznawcy  chcą  właśnie  pomówić  o  tym  z  panem  i  z  pańskimi  pacjentami. 

Zaczniemy od pana. 

Rzeczoznawcy  zabrali  się  do  Dimmocka,  mając  do  dyspozycji  zmiękczalniki 

podświadomości i wyzwalacze instynktów oraz stosując blokadę autokontroli. Uciekli się nawet 

background image

do  narkoanalizy  i  wszelkiego  rodzaju  nacisków  fizycznych  i  psychicznych.  Trzykrotnie 

doprowadzili jęczącego Dimmocka do załamania, ale na nic się to zdało. 

- Niech się teraz wypoci po tym wszystkim  - rzekł Carpenter - a panowie weźcie się do 

pacjentów. 

Eksperci  nie  mieli  ochoty  stosować  drastycznych  metod  wobec  kobiety  i  chorych 

żołnierzy. 

-  Co  za  przewrażliwienie!  -  wściekał  się  generał  Carpenter.  -  Walczymy  o  cywilizację. 

Musimy obronić nasze ideały bez względu na cenę. Proszę zaraz się do nich zabrać. 

Eksperci z Wywiadu, Kontrwywiadu, Bezpieczeństwa i Centrali Szpiegostwa przystąpili 

do  dzieła.  Jak  płomienie  trzech  zdmuchniętych  świec  sierżant  Nathan  Riley,  sierżant  Lela 

Machan i kapral George Hanmer zniknęli w mgnieniu oka. A jeszcze przed sekundą siedzieli na 

fotelach, otoczeni przez znęcających się nad nimi rzeczoznawców. 

Eksperci osłupieli. Generał Carpenter zachował się elegancko. 

-  Kapitanie  Dimmock  -  rzekł  sztywno  skłoniwszy  głowę  -  muszę  pana  przeprosić. 

Pułkowniku  Dimmock,  awansuję  pana  za  dokonanie  doniosłego  odkrycia.  Tylko...  tylko  co  to 

wszystko,  u  diabła,  znaczy?  W  każdym  razie  musimy  sprawdzić  najpierw  samych  siebie.  - 

Podniósł słuchawkę. - Przysłać tu rzeczoznawcę od urazów bojowych i psychiatrę. 

Po  chwili  weszli  dwaj  eksperci.  Skrupulatnie  zbadano  ich  personalia,  oni  zaś  zbadali 

świadków, po czym zastanowili się. 

- Wszyscy panowie cierpicie z powodu lekkiego urazu - rzekł ekspert urazowy. - Nerwica 

wojenna. 

- Pan sądzi, że to zniknięcie nam się przywidziało?   

Urazowiec potrząsnął głową, spojrzał na psychiatrę, ten zaś również potrząsnął głową. 

- Zbiorowy omam - rzekł psychiatra. 

W tej chwili sierżant  Riley, sierżant  Machan i  kapral  Hanmer znów się pojawili.  Przed 

sekundą byli jeszcze zbiorowym omamem, a teraz siedzieli znowu na swych fotelach, otoczeni 

skonfundowanymi ekspertami. 

- Prędko, Dimmock! - zawołał Carpenter. - Uśpij ich pan z powrotem. Wstrzyknij im pan 

po dwa litry. Natychmiast - krzyknął w interfon - przysłać tu wszystkich ekspertów, jakich tylko 

mamy! Nadzwyczajne zebranie w moim gabinecie. 

Trzydziestu  siedmiu  ekspertów,  twardych  i  hartownych  jak  nierdzewna  stal,  zbadało 

nieprzytomnie leżące ofiary urazów bojowych i omawiało je potem przez trzy godziny. Pewne 

fakty były oczywiste. Musi to więc być jakiś nowy fantastyczny syndrom, wywołany przez nowe 

i  fantastyczne  potworności  wojny.  W  miarę  jak  rozwija  się  technika  bojowa,  reakcja  jej  ofiar 

background image

musi  również  przybierać  nowe  formy.  Każda  akcja  powoduje  równą  co  do  rozmiarów 

przeciwstawną reakcję. Na to zgoda. 

Nowy ów syndrom wiązać się musi z jakąś formą teleportacji - panowaniem psychiki nad 

przestrzenią. Najwidoczniej uraz bojowy, niszcząc pewne znane siły psychiczne, musi rozwijać 

inne, utajone i dotąd nie znane. Zgoda. 

Oczywiście pacjenci potrafią wracać tylko do punktu wyjścia. Inaczej nie wracaliby stale 

na oddział T ani też nie wróciliby do gabinetu generała Carpentera. Na to też zgoda. 

Oczywiste jest także, iż pacjenci muszą mieć możność snu i zapewnienia sobie żywności 

tam, dokąd się udają, gdyż ani żywności, ani snu nie potrzebowali na oddziale T. Również i na to 

zgoda. 

-  Drobny  szczegół,  panowie  -  wtrącił pułkownik  Dimmock.  -  Ich powroty na oddział T 

zdają się być coraz rzadsze. Z początku znikali i wracali codziennie. Teraz większość znika na 

całe tygodnie i mało kto z nich wraca. 

- Mniejsza z tym - przerwał Carpenter. - Ale dokąd oni uciekają? 

-  Czy  oni  nie  teleportują  się  przypadkiem  poza  linie  frontu?  -  spytał  ktoś.  -  To  by 

wyjaśniało przecieki informacji. 

-  Tym  niech  się  zaraz  zajmie  Kontrwywiad  -  warknął  Carpenter.  -  Czy  nieprzyjaciel  - 

ciągnął - ma podobne trudności na przykład z jeńcami, którzy znikają z tamtejszych obozów, a 

potem tam wracają? Może to właśnie nasi pacjenci z oddziału T? 

-  Nasi  pacjenci  -  powiedział  pułkownik  Dimmock  -  być  może  uciekają  po  prostu  do 

domów. 

-  Niech  Bezpieczeństwo  to  sprawdzi  -  rozkazał  Carpenter.  -  Należy  zbadać  stosunki 

domowe i powiązania każdego z tych dwudziestu czterech znikaczy. A co do samego oddziału 

T, proszę panów, pułkownik Dimmock opracował pewien plan. 

-  Ustawimy  na  oddziale  T  sześć  dodatkowych  łóżek  -  wyjaśnił  Edsel  Dimmock.  - 

Skierujemy tam w charakterze pacjentów sześciu ekspertów, którzy będą wszystko obserwować. 

Informacje od pacjentów mogą być uzyskiwane tylko pośrednio. W okresach świadomości są oni 

katatoniczni i niekomunikatywni, a pod wpływem narkotyków tracą zdolność odpowiadania na 

pytania. 

- Panowie - zreasumował Carpenter. - Mamy do czynienia z najpotężniejszą potencjalnie 

bronią  w  historii  wojen.  Nie  potrzebuję  wam  tłumaczyć,  czym  byłaby  dla  nas  możność 

przeteleportowania  całej  armii  poza  linie  nieprzyjacielskie.  W  ciągu  jednego  dnia  wygramy 

wojnę o Ideał Amerykański, jeśli tylko uda nam się rozwikłać tę tajemnicę. Musimy zwyciężyć! 

background image

Eksperci  krzątali  się,  Bezpieczeństwo  sprawdzało,  Kontrwywiad  badał.  Sześć  ludzkich 

narzędzi,  ostrych  i  hartownych,  wprowadzono  na  oddział  T  Szpitala  St.  Albans.  Stopniowo 

zapoznawali się oni ze znikaczami, którzy wracali coraz rzadziej. A napięcie w szpitalu rosło. 

Bezpieczeństwo  zameldowało,  że  w  ciągu  całego  ubiegłego  roku  nie  odnotowano  w 

Ameryce  żadnego  wypadku  niezwykłego  zjawienia  się.  Kontrwywiad  doniósł,  że  według  ich 

danych  oraz  danych  wywiadu  nieprzyjacielskiego  nie  mieli  oni,  jak  się  zdaje,  podobnych 

kłopotów. Generał Carpenter był zupełnie zbity z tropu. 

Poruszamy się po zupełnie nieznanym terenie – mówił sobie - nie mamy żadnego w tej 

dziedzinie fachowca. Musimy wynaleźć całkiem nowe środki. 

-  Połączyć  mnie  z  jakimś  wybitnym  uniwersytetem  -  rzucił  w  interfon.  Połączono  go  z 

Yale. 

-  Muszę  mieć  specjalistów  od  panowania  psychiki  nad  materią.  Proszę  mi  takich 

wyszkolić - rozkazał Carpenter. 

Uniwersytet  w  Yale  natychmiast  zorganizował  kursy  dla  absolwentów  w  zakresie 

taumaturgii, percepcji pozazmysłowej i telekinezy. 

Pierwszym  sygnałem  było  żądanie,  z jakim  wystąpił  jeden  z  ekspertów  umieszczonych 

na oddziale T: domagał się przysłania lapidologa. 

- Po co, u diabła? - zdziwił się Carpenter. 

-  Nasz  ekspert  -  wyjaśnił  pułkownik  Dimmock  -  natrafił  na  wzmiankę  o  drogocennym 

kamieniu. Ale że sam jest specjalistą od spraw personalnych, nie wie, co z tym fantem zrobić. 

-  I  słusznie  -  pochwalił  Carpenter.  -  Każdy  jest  specjalistą  w  swojej  dziedzinie,  każda 

dziedzina ma swego specjalistę. - Sięgnął po interfon. - Przysłać mi lapidologa. 

Biegły  lapidolog  został  oddelegowany  z  Arsenału  Sił  Zbrojnych.  Polecono  mu 

zidentyfikować brylant nazwany Jim Brady, Nie zdołał. 

- Spróbujemy innej metody - orzekł generał Carpenter. - Przysłać mi semantyka - rzucił 

w interfon. 

Semantyk  opuścił  pośpiesznie  swe  biuro  w  Ministerstwie  Propagandy  Wojennej,  ale  z 

nazwy  “Jim  Brady”  nie  umiał  wyciągnąć  żadnego  wniosku.  Dla  niego  były  to  tylko  imiona 

własne. Nic więcej. Zaproponował wezwanie genealoga. 

Genealog  otrzymał  jednodniowe  zwolnienie  od  zajęć  w  Komisji  Badania 

Nieamerykańskich Antenatów, ale nic nie mógł ustalić poza faktem, że “Brady” przez pięćset lat 

było pospolitym nazwiskiem w Ameryce. Zaproponował wezwanie archeologa. 

Archeolog, delegowany z Wydziału Kartografii Dowództwa Inwazyjnego, niezwłocznie 

zidentyfikował  znaczenie  słów  Jim  Brylant  Brady.  Tak  nazywała  się  historyczna  osobistość 

background image

głośna  niegdyś  w  mieście  Mały  Stary  Nowy  Jork,  gdzieś  w  okresie  między  gubernatorem 

Peterem Stuyvesantem a gubernatorem Fiorello La Guardia. 

- Na Boga! - zdumiał się Carpenter. - To przecież przed wiekami. Skąd, u diabła, Nathan 

Riley go wytrzasnął? Niech pan przyłączy się do ekspertów na oddziale T i zbada tę sprawę. 

Archeolog zbadał sprawę, sprawdził wyniki i złożył raport. Carpenter przeczytał raport i 

osłupiał. Zwołał natychmiast nadzwyczajne zebranie swego sztabu ekspertów. 

-  Panowie  -  obwieścił  -  oddział  T  to  coś  więcej  niż  teleportacja.  Ci  urazowi  pacjenci 

dokonują  rzeczy  znacznie  bardziej  niewiarygodnych...  Znacznie  bardziej  doniosłych.  Panowie, 

oni podróżują w czasie! 

Eksperci  nie  robili  wrażenia  przekonanych.  Lecz  Carpenter  głosem  stanowczym 

powtórzył: 

- Tak jest, panowie. Podróże w czasie są faktem. Nie doszło do nich w taki sposób, jak 

się  spodziewaliśmy,  to  znaczy  w  wyniku  ścisłych  badań  dokonywanych  przez  odpowiednich 

fachowców. Podróże w czasie wystąpiły jako groźna plaga... zaraza... choroba wojenna... skutek 

urazów  bojowych  u  zwykłych  ludzi.  A  teraz,  panowie,  nim  przejdę  do  dalszych  wywodów, 

proszę was o zbadanie tych meldunków. 

Sztab ekspertów przestudiował powielone meldunki: Sierżant Nathan Riley znikał udając 

się  we  wczesny  wiek  XX  do  Nowego  Jorku...  Sierżant  Lela  Machan  odwiedzała  I  wiek  w 

Rzymie...  Kapral  George  Hanmer  podróżował  do  XIX-wiecznej  Anglii.  Podobnie  reszta 

pacjentów:  wymykali  się  z  zamętu  i  grozy  współczesnej  wojny,  uciekając  z  XXII  wieku  do 

Wenecji  dożów,  na  Jamajkę,  z  czasów  gdy  była  siedliskiem  korsarzy,  do  Chin  dynastii  Hań, 

Norwegii Eryka Czerwonego, do wszelkich zakątków świata i wszelkich epok. 

-  Nie  potrzebuję  podkreślać  olbrzymiego  znaczenia  tego  odkrycia  -  podkreślił  generał 

Carpenter.  -  Pomyślcie  tylko,  panowie,  jaki  byłby  skutek  dla  działań  wojennych,  gdybyśmy 

mogli wysłać całą armię w ubiegły tydzień, miesiąc czy rok. Wygralibyśmy wojnę jeszcze przed 

jej  zaczęciem.  Moglibyśmy  ochronić  nasze  ideały...  Poezję,  piękno,  kulturę  Ameryki...  przed 

barbarzyństwem, zanim jeszcze cokolwiek im zagrozi. 

Sztab ekspertów przystąpił do rozważań nad zagadnieniem wygrywania bitew przed ich 

rozpoczęciem. 

-  Sprawę  komplikuje  fakt  -  ciągnął  generał  Carpenter  -  że  pacjenci  z  oddziału  T  są 

niepoczytalni.  Może  i  wiedzą, a może nawet  nie wiedzą, jak robią to,  co robią, ale w każdym 

razie  nie  są  zdolni  do  udzielenia  najbłahszych  wyjaśnień  fachowcom,  którzy  mogliby 

przeobrazić ten cud w metodę. A skoro oni nie mogą nam pomóc, musimy sami znaleźć do tego 

klucz. 

Zaprawieni i wytrenowani specjaliści popatrywali niepewnie na siebie. 

background image

- Potrzeba nam będzie ekspertów od tych spraw - rzekł generał Carpenter. 

Sztab fachowców odetchnął z ulgą. Z powrotem znaleźli się na znajomym gruncie. 

-  Potrzebny  nam  będzie  cerebromechanik,  cybernetyk,  psychiatra,  anatomopatolog, 

archeolog i pierwszorzędny historyk. Skieruje się ich na oddział i nie wyjdą stamtąd, dopóki nie 

wykonają zadania. Muszą opanować technikę podróży w czasie. 

Pierwszych pięciu ekspertów łatwa było znaleźć w różnych departamentach wojennych. 

Cała  Ameryka  była  wielką  instrumentownią  zaprawionych  i  wytrenowanych  specjalistów. 

Powstały  natomiast  kłopoty  z  wyszukaniem  pierwszorzędnego  historyka.  Wreszcie  Federalny 

Zarząd  Więziennictwa,  w  porozumieniu  z  wojskiem,  udzielił  warunkowego  zwolnienia 

dyrektorowi  Bradleyowi  Scrimowi,  skazanemu  na  dwadzieścia  lat  ciężkich  robót.  Dyrektor 

Scrim, cierpki i kąśliwy, był kierownikiem katedry filozofii historii na uniwersytecie jednego z 

zachodnich  stanów  do  czasu,  gdy  powiedział,  co  myśli,  o  Wojnie  o  Ideał  Amerykański.  Za  to 

właśnie dostał dwadzieścia lat katorgi. 

Scrim  nadal  był  nieprzejednany,  ale  intrygująca  zagadka  oddziału  T  skłoniła  go;  do 

współpracy. 

-  Ale  zwracam  uwagę  -  burknął  -  że  nie  jestem  żadnym  ekspertem.  W  tym  ciemnym 

społeczeństwie ekspertów jestem ostatnim konikiem polnym śpiewającym koło mrowiska. 

Carpenter chwycił słuchawkę interfonu. 

- Przysłać mi natychmiast entomologa! - rzucił. 

-  Zaczekaj  pan!  -  przerwał  mu  Scrim.  -  Zaraz  to  przetłumaczę.  To  wy  jesteście 

mrowiskiem,  gniazdem  mrówek,  bez  przerwy  krzątających  się,  pracujących  i  ciągle  się 

specjalizujących. W jakim celu? 

- By chronić Ideał Amerykański - odparł żywo Carpenter - walczymy o poezję, kulturę i 

oświatę. O lepsze i piękniejsze życie. 

-  To  znaczy,  że  walczycie  i  o  mnie  –  powiedział  Scrim.  -  Bo  tym  właśnie  sprawom 

poświęciłem życie. A tymczasem coście ze mną zrobili? Wsadziliście mnie do więzienia. 

-  Udowodniono  panu  sympatyzowanie  z  wrogiem  i  poglądy  antyamerykańskie  - 

zareplikował Carpenter. 

-  Udowodniono  mi  wiarę w mój własny  Ideał  Amerykański  -  rzekł  Scrim.  -  To znaczy, 

innymi słowy, skazano mnie za to, że myślę samodzielnie. 

Na oddziale T Scrim był nadal nieprzejednany. Spędził tam jedną noc, zjadł ze smakiem 

trzy dobre posiłki, przeczytał meldunki i sprawozdania, odrzucił je i zaczął gwałtownie domagać 

się wypuszczenia. 

-  Każdy  ma  wyznaczone  zadanie  -  oświadczył  mu  pułkownik  Dimmock  -  i  każdy  musi 

swe zadanie wykonać. Nie wyjdzie pan, póki pan nie wykryje tajemnicy podróży w czasie. 

background image

- Nie ma tu żadnej tajemnicy, którą mógłbym wykryć - odparł Scrim. 

- Czy oni. podróżują w czasie? 

- I tak, i nie. 

-  Odpowiedź  musi  być  albo  “tak”,  albo  “nie”.  W  żadnym  razie  jedno  i  drugie.  Pan  się 

uchyla... 

-  Niech  mi  pan  powie  -  znużonym  głosem  przerwał  mu  Scrim  -  jaka  jest  pańska 

specjalność? 

- Psychoterapia. 

-  Więc  jak,  u  diabła,  może  pan  zrozumieć,  o  czym  ja  mówię?  Tu  chodzi  o  koncepcję 

filozoficzną. Powiadam panu, że nie ma tu żadnej tajemnicy, którą mógłby wykorzystać sztab. 

Ani żadna instytucja czy organizacja. To tylko dla jednostek. 

- Nie rozumiem pana. 

- Nie spodziewałem się, że pan to zrozumie. Proszę mnie odwieźć do Carpentera. 

Odwieziono  Scrima  do  biura  Carpentera.  Scrim  spojrzał  na  generała  ze  złośliwym 

uśmiechem; wyglądał zupełnie jak rudy, wychudzony diabeł. 

- Wystarczy mi dziesięć minut. Czy może mi pan tyle poświęcić? Carpenter skinął głową. 

-  Więc  niech  pan  słucha  uważnie.  Dam  panu  klucz  do  tajemnicy  tak  ogromnej  i  tak 

osobliwej, że musi pan wysilić cały swój dowcip, aby to pojąć. 

Carpenter patrzył wyczekująco. 

-  Nathan Riley cofa się w czasie do początków XX stulecia. Tam  prowadzi życie, jakie 

wymarzył sobie w najrozkoszniejszych snach. Jest graczem na wielką skalę, przyjacielem Jima 

Brylanta  Brady’ego  i  innych  graczy  i  spekulantów.  Wygrywa  zakłady  dotyczące  faktów  z 

przyszłości,  bo  zna,  oczywiście,  wyniki.  Wygrał  stawiając  w  wyborach  na  Eisenhowera,  a  w 

meczu  bokserskim  na  boksera  Martiano  przeciw  innemu  bokserowi,  nazwiskiem  La  Starzą. 

Zrobił duże pieniądze inwestując w fabrykę samochodów założoną przez Henry Forda. Na tym 

polega cała historia. Czy te fakty mają dla pana jakieś znaczenie? 

- Nie bez pomocy analityka socjologicznego - odparł Carpenter i sięgnął do interfonu. 

-  Nie  sprowadzaj  pan  analityków,  później  to  panu  wytłumaczę.  Spróbujmy  rozważyć 

jeszcze inne dane. Ważmy na przykład taką Lelę Machan. Ta ucieka do cezariańskiego Rzymu, 

gdzie  prowadzi  życie,  o  jakim  marzyła  -  jemme  fa.ta.le,  wampa.  Wszyscy  się  w  niej  kochają: 

Juliusz Cezar, Sayonarola, cała Legia XII, osobnik zwany Ben Hurem. Czy widzi pan, gdzie leży 

błąd? 

- Nie. 

- Lela pali także papierosy. 

- No więc co? - spytał po namyśle Carpenter. 

background image

- Dobrze, idźmy dalej - rzekł Scrim. - George Hanmer ucieka do Anglii XIX wieku, gdzie 

jest  członkiem  Parlamentu  i  przyjacielem  Gladstone’a,  Winstona  Churchilla  oraz  Disrealiego, 

który wozi go swoim rolls roycem. Czy pan wie, co to jest rolls royce? 

- Nie. 

- To była marka samochodów. 

- Więc co? 

- Jeszcze pan nie rozumie? 

- Nie. 

Scrim wzburzony krążył po gabinecie. 

- Carpenter - rzekł - to znacznie większe odkrycie niż teleportacja czy podróże w czasie. 

W tym może zawierać się ocalenie człowieka. Chyba nie przesadzam. Te dwa tuziny ofiar urazu 

bojowego, ci pacjenci oddziału T zostali wbombardowani w coś tak gigantycznego, że trudno się 

dziwić, iż pańscy specjaliści i eksperci nie mogą tego zrozumieć. 

- A cóż, u diabła, może być większego od podróży w czasie? 

- Niech pan uważa, Carpenter: Eisenhower nie ubiegał się o prezydenturę przed połową 

XX  wieku.  Nathan  Riley  nie  mógł  być  przyjacielem  Jima  Brylanta  Brady’ego  i  stawiać  w 

wyborach  na  Eisenhowera.  W  każdym  razie  nie  równocześnie.  Brady  nie  żył  już  od 

ćwierćwiecza,  kiedy  Ike  został  prezydentem.  Martiano  pokonał  La  Starzę  nie  w  tym  samym 

roku,  kiedy  Henry  Ford  zakładał  swą  fabrykę,  ale  w  pięćdziesiąt  lat  później.  Podróż  w  czasie 

Nathana Rileya pełna jest podobnych anachronizmów. 

Twarz Carpentera wyrażała ogromne zdumienie. 

- Lela Machan nie mogła mieć Ben Hura za kochanka. Ben Hur nigdy nie był w Rzymie. 

I w ogóle nigdy nie istniał. To tylko postać z powieści. Lela nie mogła palić, w tamtych czasach 

nie  znano  tytoniu.  Rozumie  pan?  Znowu  anachronizm.  Disraeli  nie  mógł  wozić  George’a 

Hanmera rolls roycem, bo samochody wynaleziono długo po śmierci Disraeliego. 

-  Więc  co,  u  licha,  chcesz  pan  przez  to  powiedzieć!?  -  wykrzyknął  Carpenter.  -  Że  oni 

wszyscy kłamią? 

-  Nie. Niech pan nie zapomina, że ci  ludzie nie potrzebują snu  ani  pożywienia. Oni nie 

kłamią. Istotnie wędrują w czasie. Jedzą i śpią w tych dawnych epokach, do których się cofają. 

-  Ale  sam  pan  powiedział,  że  ich  opowieści  nie  trzymają  się  kupy,  że  są  pełne 

anachronizmów. 

-  Bo  oni  wędrują  w  epoki  oglądane  oczyma  ich  własnej  wyobraźni.  Nathan  Riley  ma 

swój  własny  obraz  Ameryki  początku  XX  wieku.  Obraz  ten  jest  błędny  i  anachroniczny, 

ponieważ Riley nie jest historykiem; ale dla niego ten obraz jest prawdziwy. Więc może tam żyć. 

I to samo dotyczy pozostałych. 

background image

Carpenterowi oczy wyszły na wierzch. 

-  Wszystko  to  jest  właściwie  nie  do  ogarnięcia  umysłem.  Ludzie  ci  odkryli  sposób 

zmieniania  marzeń  w  rzeczywistość.  Potrafią  wejść  w  rzeczywistość  swych  marzeń.  Mogą  w 

niej przebywać, żyć w niej, może na zawsze. Na Boga, Carpenter, oto pana Ideał Amerykański. 

T  o  jest  cudotwórstwo,  nieśmiertelność,  niemal  boski  akt  stworzenia,  władza  ducha  nad 

materią... Trzeba koniecznie to zbadać, trzeba przestudiować dokładnie, trzeba dać to światu. 

- Czy może pan to zrobić, Scrim? 

- Nie, nie mogę. Jestem historykiem. Jestem nietwórczy, a więc jest to ponad moje siły. 

Do  tego  potrzebny  jest  poeta...  artysta,  który  rozumie  mechanizm  powstawania  marzeń.  Od 

przelewania marzeń na papier winien być jeden krok zaledwie do obracania ich w rzeczywistość. 

- Poeta?... Czy pan mówi poważnie? 

-  Oczywiście,  jak  najpoważniej.  Czyż  pan  nie  wie,  co  to  jest  poeta?  Klarował  nam  pan 

przez pięć lat, że toczymy tę wojnę, aby ocalić poetów. 

- Nie rób pan żartów, Scrim, ja... 

-  Niech  pan  pośle  na  oddział  T  poetę.  On  nauczy  się  od  nich  tej  sztuki.  Tylko  poeta 

potrafi  się  tego  nauczyć.  A  gdy  już  raz  będzie  wiedział,  nauczy  pańskich  psychologów  i 

anatomów.  A  oni  z  kolei  będą  mogli  nauczyć  nas.  Bowiem  poeta  jest  jedynym  człowiekiem, 

który może służyć za tłumacza między ofiarami tych urazów a pańskimi ekspertami. 

- Zdaje mi się, że ma pan rację, Scrim. 

-  A  zatem  niech  pan  nie  zwleka,  Carpenter.  Bo  ci  pacjenci  wracają  coraz  rzadziej  do 

naszego świata. Musimy więc zdobyć ich tajemnicę, zanim znikną na zawsze. Trzeba wysłać na 

oddział T poetę. 

Carpenter sięgnął po interfon. 

- Przysłać mi natychmiast poetę! - rozkazał. Generał czekał. Czekał i czekał, podczas gdy 

Ameryka szukała gorączkowo wśród swoich dwustu dziewięćdziesięciu milionów zaprawionych 

i  wytrenowanych  ekspertów,  wśród  swoich  narzędzi  ludzkich,  wyspecjalizowanych  w  obronie 

amerykańskich ideałów piękna, poezji i urody życia. Czekał, by wśród nich znaleziono poetę, i 

nie  rozumiał  zwłoki  i  bezowocności  wszelkich  poszukiwań.  Nie  rozumiał  także,  dlaczego  ten 

fakt zupełnego, ostatecznego zniknięcia tak bardzo rozśmieszył Bradleya Scrima. 

background image

Fredric Brown - Kopuła 

 

 

Kyle  Braden  siedział  wygodnie  na  fotelu,  wpatrzony  w  przełącznik  umieszczony  w 

ścianie naprzeciwko. Zastanawiał się po raz stutysięczny, a może stumilionowy, czy nadszedł już 

czas,  by  przełącznik  obrócić.  Rozmyślał  tak  od  trzydziestu  lat;  tak,  dziś  po  południu  upłynie 

dokładnie trzydzieści lat. 

Przekręcenie przełącznika mogło  oznaczać śmierć, nie wiadomo  tylko,  jakiego rodzaju. 

Na pewno jednak nie śmierć atomową - wszystkie bomby od lat już musiały wypromieniować. 

Promieniowania tego było, rzecz jasna, dosyć, by zniszczyć wszelki ślad cywilizacji. A z jego 

dokładnych obliczeń sprzed trzydziestu lat wynikało jasno, że musi upłynąć co najmniej stulecie, 

nim człowiek zacznie na dobre budować nową cywilizację. 

Co jednak działo się teraz na zewnątrz, poza chroniącym go od wszelkiej groźby polem 

mocy, ukształtowanym w kopułę? Czy krążyli tam ludzie zmienieni w bestie? Czy też ludzkość 

znikła  zupełnie  i  miejsce  jej  zajęły  inne,  mniej  nikczemne  stworzenia?  Chyba  nie.  Ludzkość 

musiała  jakoś  to  przeżyć  d  człowiek  znów  wstąpi  na  drogę  rozwoju.  A  wspomnienie  tego,  co 

uczynił  sam  sobie,  zostanie  może  w  postaci  odstraszającej  legendy.  Inna  sprawa,  czy  można 

kogo odstraszyć... 

Trzydzieści  lat,  myślał  Braden.  Dłużyły  się  potwornie.  A  przecież  miał  i  nadal  ma 

wszystko,  czego  mu  trzeba,  no  i  samotność  jest  przecież  lepsza  niż  nagła  śmierć.  Tak  myślał 

trzydzieści lat temu, gdy miał trzydzieści siedem lat. I tak myśli teraz, gdy ma lat sześćdziesiąt 

siedem.  Nie  żałował  wcale  tego,  co  zrobił.  Był  jednak  zmęczony.  I  zastanawiał  się,  po  raz 

stutysięczny, czy nie czas już obrócić przełącznika. 

Tam, na zewnątrz, doszli już pewnie do jakiejś znośnej formy egzystencji, choć zapewne 

opartej  na  rolnictwie.  Mógłby  więc  ludziom  pomóc,  użyczyć  im  wiedzy  i  obdarzyć  rzeczami, 

jakich potrzebowali, zakosztować - nim się naprawdę zestarzeje - ich wdzięczności i własnego 

zadowolenia, że im pomaga. 

Poza  tym  nie  chciał  umierać  samotnie.  Żył  sam  i  można  to  było  jakoś  wytrzymać,  ale 

samotna  śmierć  była  czymś  zupełnie  innym.  Dla  jakichś  powodów  czuł,  że  umrzeć  tu  w 

samotności  byłoby  jeszcze  gorsze,  niż  zostać  zabitym  przez  nowych  barbarzyńców,  jakich 

spodziewał się znaleźć poza kopułą. Bo właściwie po trzydziestu zaledwie latach czegóż można 

się było spodziewać... 

Dzień  dzisiejszy  byłby  bardzo  stosowny  na  konfrontację.  Minęło  dokładnie  trzydzieści 

lat,  jeżeli  jego  zegary  nadal  szły  dokładnie.  Nie  mogły  się  zresztą  tak  bardzo  rozregulować  w 

takim czasie. Więc jeszcze parę godzin i będzie trzydzieści lat - co do minuty. Postanowił więc, 

background image

że  wtedy  uczyni  tę  nieodwołalną  rzecz.  Dotąd  bowiem  właśnie  nieodwołalność  przekręcenia 

wyłącznika powstrzymywała go za każdym razem, kiedy o tym pomyślał. 

Gdyby  kopułę  mocy  można  było  wyłączyć,  a  potem  znów  uruchomić,  decyzja  byłaby 

łatwa  i  powziąłby  ją  już  dawno.  Może  po  dziesięciu  lub  piętnastu  latach.  Ale  stworzenie  pola 

wymagało  olbrzymiej  ilości  energii,  choć  bardzo  niewiele  było  trzeba,  by  je  utrzymać.  Wtedy 

kiedy je uruchomił, na zewnątrz była jeszcze dostępna energia, ale nie dziś. 

Samo  pole  -  skoro  je  tylko  uruchomił  -  przerwało  wszelkie  połączenia.  Ale  wewnątrz 

kopuły dość było źródeł energii, aby zaspokoić jego osobiste potrzeby i pokryć zapotrzebowanie 

samego pola. 

Tak zaczęło się trzydzieści lat zupełnej samotności. 

Braden  nie  chciał  być  sam.  Gdybyż  tylko  Myra,  jego  sekretarka,  nie  uniosła  się  tak, 

kiedy...  Teraz  nie  było  celu  już  o  tym  myśleć,  ale  przychodziło  mu  to  do  głowy  miliony  razy. 

Dlaczego tak bezsensownie uparła się dzielić los z resztą ludzkości, dlaczego chciała pomagać 

tym, którym pomóc nie było można... I przecież go - kochała. Gdyby nie ten szaleńczy pomysł, 

byłaby za niego wyszła. Zbyt nagle wyjawił jej całą prawdę i to ją wzburzyło. A przecież byłoby 

tak cudownie, gdyby z nim została... 

Wszystko  przez  to,  że  wiadomości  nadeszły  wcześniej,  niż  się  spodziewał.  Kiedy 

tamtego  ranka  włączył  radio,  wiedział,  że  pozostały  zaledwie  godziny.  Nacisnął  guzik 

przywołując Myrę - weszła, piękna jak zawsze, spokojna, opanowana. Można by sądzić, że nie 

czytała gazet, nie słuchała wiadomości radiowych, nie wiedziała w ogóle, co się dzieje. 

- Usiądź, kochanie - powiedział. Oczy jej rozszerzyły się nieco; w tej formie nigdy się do 

niej  nie  zwracał.  Ale  usiadła  z  tym  samym  wyrazem  twarzy  jak  zawsze,  gdy  miała  mu 

stenografować. Ujęła ołówek. 

- Nie, Myro - wyjaśnił. - To sprawa osobista, bardzo osobista. Chcę cię prosić, żebyś za 

mnie wyszła. Zrobiła wielkie oczy. 

- Czy pan żartuje, doktorze? 

-  Nie, stanowczo nie. Wiem, że jestem  trochę starszy od  ciebie, ale nie tak wiele. Mam 

teraz trzydzieści siedem lat, choć może wyglądam na więcej wskutek zbyt intensywnej pracy. A 

ty masz dwadzieścia siedem, prawda? 

- Skończyłam dwadzieścia osiem. Ale nie chodzi o wiek. Tylko że to wszystko przyszło 

tak nagle. Śmiesznie to powiedzieć, ale tak jest. Pan nigdy - uśmiechnęła się trochę złośliwie - 

nigdy mi się nawet nie przyjrzał. Pierwszy raz mi się to zdarzyło, odkąd pracuję. 

-  Przepraszam  -  zaśmiał  się  Braden.  -  Bardzo  cię  przepraszam.  Ale  teraz  mówię 

poważnie, Myro. Czy wyjdziesz za mnie za mąż? 

background image

-  Czy  ja  wiem...  -  odparła  z  namysłem.  -  Właściwie  to  zdaje  się,  że...  kocham  pana... 

trochę.  Chociaż  nie  bardzo  wiem  dlaczego.  Pan  zawsze  był  tak  bezosobowy,  rzeczowy, 

pochłonięty  pracą.  Nigdy  pan  nawet  nie  spróbował  mnie  pocałować  czy  choćby  powiedzieć 

komplement.  A  teraz  te  oświadczyny,  takie  nagłe  i  -  znowu  -  rzeczowe.  Może  odłóżmy  to  na 

trochę.  A  przez  ten  czas  powie  mi  pan  przynajmniej  parę  razy,  że  mnie  pan  kocha.  To  bardzo 

potrzebne. 

- Ależ kocham cię, Myro. I nie gniewaj się. W każdym razie nie odrzucasz mojej prośby, 

prawda? 

Zaprzeczyła w milczeniu. Jej oczy, wpatrzone w niego, były doprawdy piękne. 

- W takim razie pozwól, że ci wyjaśnię, dlaczego wystąpiłem z tym tak późno i tak nagle. 

Po  pierwsze  pracowałem  z  rozpaczliwym  pośpiechem  i  na  wyścigi  z  czasem.  Czy  wiesz,  nad 

czym pracowałem? 

- Wiem, że to ma coś wspólnego z obroną. Jakieś urządzenie. I może się mylę, ale zdaje 

mi się, że pracował pan nad tym bez porozumienia z rządem. 

- To prawda - przyznał Braden. - Dygnitarze nie chcieli mi wierzyć, a większość kolegów 

fizyków nie podzielała moich poglądów. Ale na szczęście miałem osobiste środki - dochody z 

różnych  patentów  na  wynalazki  w  zakresie  elektroniki.  A  to,  nad  czym  pracowałem,  było 

urządzeniem  ochronnym  przeciw  wszelkim  bombom  i  w  ogóle  wszystkiemu,  z  wyjątkiem 

przeobrażenia  Ziemi  w  małe  słońce.  Chodziło  o  pole  mocy,  przez  które  nic  absolutnie 

przeniknąć nie może. 

- I pan... 

- Tak, zbudowałem je. Mogę wytworzyć je w każdej chwili wokół tego budynku i trwać 

będzie,  jak  długo  tylko  zechcę.  Nic  nie  zdoła  przez  nie  przeniknąć,  póki  tylko  będę  chciał  je 

utrzymać.  Poza  tym  ten    budynek  zaopatrzony  jest  w  olbrzymie  ilości  wszelkiego  rodzaju 

zapasów.  Są  nawet  wszelkie  nasiona  i  chemikalia  potrzebne  do  wyhodowania  upraw 

hydroponicznych. Dwojgu ludzi wystarczy tego do końca życia. 

- Ale pan przekazuje to chyba rządowi? Jeżeli to ochrona przeciw pociskom jądrowym... 

- Tak - odparł Braden marszcząc brwi - ale niestety ma to nikłą wartość militarną. W tym 

sensie  sztabowcy  mieli  rację.  Widzisz,  Myro,  energia  potrzebna  dla  stworzenia  takiego  pola 

mocy rośnie w stosunku sześciennym do jego wymiarów. Pole wokół tego budynku mieć będzie 

średnicę osiemdziesięciu stóp i kiedy je uruchomię, zużyję tyle energii, że przepali ono zapewne 

cały  system  oświetleniowy  miasta  Cleveland.  Dla  utworzenia  takiej  kopuły  nad  małą  nawet 

wioską czy jakimś jednym obozem wojskowym trzeba więcej energii elektrycznej, niż zużywa 

cały  kraj  w  ciągu  paru  tygodni.  A  gdyby  wyłączyć  pole  dla  wpuszczenia  czy  wypuszczenia 

kogoś, ponowne uruchomienie wymagałoby drugie tyle energii. Toteż jedyny użytek, jaki rząd 

background image

mógłby uczynić z wynalazku, byłby ten, jaki sam zamierzam zrobić. To znaczy zachować życie 

jednej,  dwóch,  najwyżej  kilku jednostek  i  pozwolić  im  przeżyć  grozę  nadciągających  zdarzeń. 

Obecnie zresztą już za późno, aby zorganizować to gdziekolwiek indziej niż tu, 

- Dlaczego za późno? 

- Bo nie starczy już czasu na zbudowanie sprzętu. Dlatego, moja droga, że wojna już się 

toczy. Wpatrywała się w niego, blada jak płótno. 

-  Podano  to  przez  radio  -  wyjaśnił  -  parę  minut  temu.  Wojna  wypowiedziana,  Boston 

zniszczony  przez  bombę  atomową.  A  wiesz  dobrze  -  mówił  coraz  prędzej  -  co  to  wszystko 

znaczy i do czego prowadzi. Przekręcę za chwilę wyłącznik, by uruchomić pole, i utrzymam je 

do czasu, gdy będzie można bezpiecznie wyjść. - Nie chcąc powiedzieć, że nie przypuszcza, by 

za  ich  życia  było  to  możliwe,  dodał:  -  Więc  jest  już  za  późno,  żeby  komukolwiek  jeszcze 

dopomóc, ale sami możemy się ocalić. Przykro mi - ciągnął z westchnieniem - że musiałem ci to 

wszystko  wyłożyć  tak  brutalnie,  bez  przygotowania.  Ale  rozumiesz  chyba  dlaczego.  I  stąd  te 

nagłe oświadczyny. Powtarzam zresztą: jeśli masz jakieś wątpliwości, nie żądam, abyś wyszła za 

mnie natychmiast. Poczekaj tu, aż decyzja w tobie dojrzeje. Przez ten czas będę mógł ci mówić 

to, co powinienem był dawno powiedzieć. A nie mówiłem dotąd, bo - uśmiechnął się smutno - 

tak byłem zapracowany. Teraz jednak będzie mnóstwo czasu. A ja cię naprawdę kocham. 

Zerwała  się  nagle  i  bez  odpowiedzi,  nie  patrząc,  niemal  na  oślep,  ruszyła  w  kierunku 

drzwi. 

-  Myra!  -  zawołał  i  rzucił  się  w  ślad  za  nią.  Była  już  przy  drzwiach.  Odwróciła  się  i 

powstrzymała go skinieniem ręki. Była bardzo    spokojna. 

- Muszę iść, doktorze. Mam trochę praktyki pielęgniarskiej. Pewnie się przydam. 

-  Ależ  pomyśl,  co  tam  się  będzie  działo!  Ludzie  zmienią  się  w  dzikie  bestie.  Wymrą 

okropną śmiercią. Słuchaj mnie, Myro, kocham  cię za bardzo, aby pozwolić ci odejść. Zostań, 

błagam cię! 

- Niestety, muszę pana pożegnać, doktorze - odparła z dziwnym uśmiechem. - Obawiam 

się, że będę musiała umrzeć razem z dzikimi bestiami. Taka już widać jestem szalona. 

Drzwi  zamknęły  się  za  nią  cicho.  Widział  przez  okno,  jak  zbiegała  ze  schodów,  jak 

ruszyła pędem do miasta, gdy tylko znalazła się na chodniku. 

W  górze  słychać  było  wycie  odrzutowców.  Zapewne  nasze,  pomyślał,  ale  mogą  być  i 

nieprzyjacielskie  -  a  Cleveland  to  jeden  z  celów.  Wróg  może  nawet  wiedział  o  nim  i  o  jego 

pracy, dlatego na początek wybrał to miasto. Braden skoczył do wyłącznika i... przekręcił. 

Za oknem, w odległości dwudziestu stóp, wyrosła szara nicość. Z zewnątrz nie przenikał 

teraz  żaden  dźwięk.  Wyszedł  z  domu  i  spojrzał:  szara  półkula,  wysoka  na  czterdzieści  stóp  i 

szeroka  na  osiemdziesiąt,  dostatecznie  wielka,  by  pokryć  dwupiętrowy,  niemal  sześcienny 

background image

budynek,  który  był  jego  domem  i  laboratorium.  Braden  wiedział,  że  druga  połowa  sięga  na 

czterdzieści stóp w głąb ziemi, tworząc łącznie z pierwszą doskonałą kulę. Żadna siła nie mogła 

przeniknąć od góry, żaden robak i żadna potęga nie mogły wpełznąć czy wedrzeć się od dołu. I 

tak było przez pełnych trzydzieści lat. Nie były w końcu tak złe, pomyślał, te lata. Miał swoje 

książki,  niektóre  czytał  tak  często,  że  umiał  je  prawie  na  pamięć.  Prowadził  doświadczenia  i 

chociaż  od  siedmiu  lat,  odkąd  minęła  mu  sześćdziesiątka,  zainteresowania  jego  i  siły  twórcze 

osłabły, dokonał kilku wcale istotnych odkryć. 

Trudno  je  porównać  z  wynalazkiem  pola  czy  większością  wcześniejszych  jego 

wynalazków;  zabrakło  mu  już  bodźca.  Prawdopodobieństwo,  że  cokolwiek  z  tych  nowych 

odkryć  przyda  się  jemu  lub  w  ogóle  komukolwiek,  było  bardzo  nikłe.  Jakiż  pożytek  z 

udoskonaleń  elektronicznych  mógł  czerpać  dzikus  nie  umiejący  obchodzić  się  z  najprostszym 

odbiornikiem radiowym, nie mówiąc już o zbudowaniu go. 

W każdym razie zajęcia, jakie miał, wystarczyły, by Braden czuł się dobrze, choć daleko 

mu było do szczęścia. 

Podszedł do okna i wpatrzył się w nieprzeniknioną szarość. Gdybyż tylko mógł ją unieść 

na  chwilę  i  obejrzawszy,  co  chce,  na  powrót  ją  opuścić.  Niestety,  raz  usunięta,  nie  dałaby  się 

przywrócić. 

Podszedł do wyłącznika i długo się przyglądał. Nagle sięgnął dłonią i przekręcił. Zwrócił 

się do okna, po czym szybkim krokiem zaczął iść, w końcu podbiegł. Szara ściana znikła, a to, 

co ujrzał, było wprost nie do wiary. 

Za oknem rozciągało się zachwycające miasto - nie Cleveland, jakie znał. Zupełnie nowe 

miasto.  Na  miejscu  dawnej  wąskiej  uliczki  widniał  szeroki  bulwar.  Z  obu  stron  wznosiły  się 

piękne  budynki  o  dziwnej,  nie  znanej  mu  architekturze.  Drzewa,  trawniki  -  wszystko  było 

starannie utrzymane. Co się stało, jak to było możliwe? Po wojnie nuklearnej ludzkość w żaden 

sposób nie mogła tak szybko odrobić zniszczeń. Chyba że wszystkie pojęcia socjologiczne były 

absurdalnie błędne. 

A gdzie są ludzie? Jakby w odpowiedzi przejechał samochód. Samochód? Takiego nigdy 

nie  widział.  Niezwykle  szybki,  zgrabny,  poruszał  się  znakomicie,  ledwie  dotykając  jezdni,  jak 

gdyby antygrawitacja ujęła mu ciężaru, a żyroskopy nadały stabilności. W wozie siedziała para 

ludzi; prowadził mężczyzna. Był młody, przystojny, podobnie zresztą jak kobieta. 

Spojrzeli  w  stronę  Bradena  i  nagle  -  mężczyzna  zatrzymał  wóz,  który  stanął 

niewiarygodnie  szybko.  Oczywiście,  pomyślał  Braden,  musieli  tu  nieraz  przejeżdżać  i  oglądać 

szarą kopułę, której teraz nie było. Wóz ruszył - pojechali pewnie kogoś zawiadomić. 

background image

Braden otworzył drzwi i wyszedł na bulwar. Zrozumiał teraz, dlaczego ruch był tak słaby 

i dlaczego tak mało było ludzi. W ciągu trzydziestu lat jego zegary posunęły się o wiele godzin. 

Był teraz wczesny ranek - około szóstej, sądząc z położenia słońca. 

Braden  poszedł  przed  siebie.  Mógł  zaczekać  w  domu,  gdzie  przebył  pod  kopułą 

trzydzieści lat - na pewno by się ktoś zjawił, zawiadomiony przez parę młodych ludzi. 

Ale Braden wolał nie czekać, chciał sam wszystko zobaczyć. 

Po  drodze  nie  spotkał  nikogo.  Znalazł  się  w  pięknej  dzielnicy  mieszkaniowej,  było 

jeszcze wcześnie. W dali zobaczył parę osób, zauważył, że różni się od nich ubiorem, ale nie na 

tyle, by wzbudzić sensację. Przejechało  jeszcze kilka niezwykłych wozów, ale nikt z jadących 

nie spostrzegł Bradena. Jechali zbyt szybko. 

Doszedł  wreszcie  do  jakiegoś  otwartego  sklepu.  Wiedziony  ciekawością,  wszedł  do 

środka.  Kędzierzawy  młodzieniec,  który  układał  coś  na  ladzie,  spojrzał  na  Bradena  ze 

zdziwieniem i zapytał uprzejmie: 

- Czym mogę panu służyć? 

- Proszę nie brać mnie za wariata. Wszystko za chwilę wytłumaczę. Niech mi pan tylko 

powie, co się tu stało trzydzieści lat temu? Czy nie było wtedy wojny jądrowej? 

-  A,  rozumiem  -  oczy  młodzieńca  rozbłysły  -  pan  musi  być  mieszkańcem  kopuły.  I 

dlatego... - urwał z zakłopotaniem. 

-  Tak  -  potwierdził  Braden.  -  Byłem  pod  kopułą.  Ale  co  się  tu  stało?  Co  się  stało  po 

zniszczeniu Bostonu? 

-  Przyszły  statki  kosmiczne.  Zniszczenie  Bostonu,  proszę  pana,  było  przypadkiem. 

Flotylla statków przyszła z Aldebarana. Należały do rasy przyjaznej i znacznie bardziej od nas 

rozwiniętej.  Przybyli,  żeby  nam  pomóc  i  zaproponować  wstąpienie  do  Unii.  Niestety,  jeden 

rozbił się nad Bostonem. Wybuch energii jądrowej w motorze i w wyniku tego  - milion ofiar. 

Ale  inne  statki  wylądowały  zgodnie  z  programem,  wszystko  się  wyjaśniło  i  -  wprawdzie  w 

ostatniej  chwili  -  ale  uniknęliśmy  wojny.  Nasze  statki,  które  były  już  w  drodze,  zdołano  jakoś 

odwołać. 

- Więc nie było wojny? - spytał Braden stłumionym głosem. 

-  Oczywiście  że  nie.  A  dzisiaj,  dzięki  Unii  Galaktycznej,  wojna  jest  tylko  koszmarnym 

wspomnieniem ciemnego okresu dziejów. Teraz nawet nie byłoby komu wypowiedzieć wojny - 

nie  ma  przecież  państw.  Dzięki  Unii  zrobiliśmy  olbrzymi  postęp.  Skolonizowaliśmy  Marsa  i 

Wenus, które nie były zamieszkane. Ale Mars i Wenus to tylko przedmieście. Podróżujemy do 

gwiazd. Nawet... - tu urwał. 

Braden  przytrzymał  się  mocno  krawędzi  lady.  Więc  ominęły  go  tak  niezwykłe  rzeczy! 

Trzydzieści lat przetrwał w samotni, a teraz był starym człowiekiem... 

background image

- Co nawet? - zapytał odgadując po trosze, jaka będzie odpowiedź. 

-  Nawet  jesteśmy  bliscy  nieśmiertelności.  Już  teraz  możemy  żyć  setki  lat.  Nie  jestem 

chyba młodszy od pana. Nie wiem tylko, czy się pan nie spóźnił. Bo środki, w jakie zaopatrzyła 

nas Unia, działają tylko na ludzi w średnim wieku, w każdym razie przed pięćdziesiątką. A pan 

ma... 

- Sześćdziesiąt siedem - odparł sucho Braden. - Dziękuję panu. 

Tak, ominęło go wszystko. Gwiazdy - dałby nie wiem co, aby się tam dostać, ale już nie 

teraz. No i Myra. Mogła przecież należeć do niego i oboje byliby jeszcze młodzi. 

Wyszedł ze sklepu i skierował się w stronę budynku do dziś jeszcze znajdującego się pod 

kopułą, gdzie już na niego czekano. Może użyczą mu jedynego, o co chciałby prosić - energii, by 

mógł  przywrócić  pole  mocy.  Tak,  jedyne,  czego  sobie  życzył  obecnie,  to  to,  czego  się  dotąd 

najbardziej obawiał: pragnął umrzeć, jak żył, w samotności. 

background image

Raymond Z. Gallun - Posiew zmierzchu 

 

 

Był  to  zarodnik  mikroskopijnych  rozmiarów.  Twarda  powłoka,  odporna  na  absolutną 

suchość przestrzeni międzyplanetarnej, chroniła drobinę roślinnej protoplazmy. Po ochłodzeniu 

niemal  do  zera  absolutnego  protoplazma  nie  przejawiała  energii  wzrostu.  Posiadała  jedynie 

zaciekłą, upartą moc przeżycia, stanowiącą wyzwanie dla samego losu. 

Zarodnik,  wraz  z  bilionami  identycznych  zarodników,  błądził,  wirował  pomiędzy 

drogami Ziemi i Marsa. Raz siła przyciągania Słońca zbliżała go o parę milionów mil do Ziemi, 

raz  potężne  promieniowanie  magnetyczne  słonecznych  mgławic  odpychało  go  w  kierunku 

macierzystej planety. 

Wszystko  wydawało  się  przypadkiem  i  do  pewnego  czasu  niewątpliwie  było 

przypadkiem.  Ale  za  pozornie  bezładnym  błądzeniem  kryła  się  inteligencja,  która  w  sposób 

rozumny potrafiła wykorzystywać zasady prawdopodobieństwa. 

Dominujący  czynnik  tej  inteligencji  polegał  na  woli  przetrwania  i  odrodzenia,  gdyż 

działo się to w epoce, kiedy Ziemia zdradzała już wyraźne objawy wieku starczego, a Mars był 

prawie równie zamarły jak Księżyc. 

Dziwne, zawile zbudowane zarodniki, poczęte tak, jak się poczyna nowy wynalazek, lecz 

w  nierównie  bardziej  konkretnym  procesie  rozwoju  organicznego,  wystrzeliły  ku  czarnym 

bezkresom  kosmicznego  nieba.  Chmura  dymu  uleciała  w  zbliżoną  do  próżni  strefę,  która  była 

niegdyś życiodajną atmosferą. Większość zarodników opadła z powrotem na czerwoną, jałową 

glebę, ale część, stosunkowo nieznaczna, została uniesiona przez prądy powietrzne i minąwszy 

górne warstwy gazowej szaty Marsa trafiła bilionami do pustej przestrzeni eteru. 

Całe zjawisko, uzupełnione elementami świadomego działania, było ilustracją starożytnej 

teorii  zarodników,  stworzonej  przed  niezliczonymi  wiekami  przez  Arrheniusa  i  traktującej  o 

wędrówkach życia pomiędzy światami. 

Ogromne, cudowne rodzicielki drobin zostały w dogorywającym świecie, aby prowadzić 

nadal beznadziejną walkę o przetrwanie. Każdego kolejnego lata miotały one obłoki zarodników 

ku  międzyplanetarnym  otchłaniom.  Niebawem  jednak  miały  zmienić  się  w  brunatne,  wyschłe 

szczątki, powiększając liczbę zmumifikowanych śladów życia na Marsie  - jak szare, rzeźbione 

monolity  lub  dziwaczne  półkoliste  budowle,  upstrzone  otworami  niby  plaster  miodu  - 

mieszkania  wygasłego  od  dawna  gatunku  rozumnych  istot,  które  nie  znały  nigdy  izb  ani 

domostw w postaci, jaką wypracowała ziemska ludzkość. 

Dla  Marsa  nadchodziła  era  zupełnej  martwoty  -  na  jego  powierzchni  nie  miało  się 

poruszać nic, z wyjątkiem cieni wędrujących po głuchej pustyni lub drobin piasku czy żwiru, co 

background image

wibrują  pod  wpływem  miernego  ciepła  dostarczanego  przez  gorące  jeszcze,  chociaż  zmalałe 

Słońce.  Śmierć  i  nic  więcej!  Jednakże  rośliny,  które  były  ostatnimi  cywilizowanymi  istotami 

Marsa, nie stamtąd pochodziły. Niegdyś wegetowały na satelitach Jowisza, a jeszcze dawniej... 

Cóż,  zapewne  nawet  w  biologicznej  pamięci  gatunku  zatarł  się  obraz  tamtych  mrocznych, 

nieskończenie odległych czasów. Zawsze czekały sposobności, kiedy zaś nadchodziła pora, gdy 

jakiś świat stawał się fizycznie właściwy dla ich rozwoju - zaczynały działać. 

Jeden  zarodnik  wystarczał,  by  stworzyć  przyczółek  na  nowej  planecie.  W  pomyślnych 

warunkach taki właśnie zarodnik trafił do wyższych warstw ziemskiej atmosfery. Było to prawie 

nieuniknione,  bo  w  gruncie  rzeczy  sposobność  to  element  matematyczny,  zależny  od  czasu  i 

ilości powtarzanych prób. 

Przez miesiące zarodnik ulatywał pośród rzadkich, naelektryzowanych gazów, skąd mógł 

wrócić w bezkresy przestrzeni. Błądził wyżej i niżej, lecz siła przyciągania działała na znikomą 

masę, więc szansę sprzyjały lądowaniu na jałowiejącej powierzchni Ziemi. 

Wreszcie zarodnik znalazł dobre miejsce i spoczął w zlodowaciałym pustynnym parowie. 

Opodal,  na  tle  dziwacznych  wzgórz  w  kształcie  głów  cukru,  stał  zabytek  dawno  minionej, 

łagodniejszej epoki - ruiny strzelistej wieży z błękitnej porcelany. 

Przytułek  zdawał  się  nie  sprzyjać  zamierzonym  celom,  bo  leżał  na  północnej  półkuli, 

którą  ściskały  kleszcze  morderczej  zimy.  Powietrze,  zanikające  podobnie  jak  rezerwy  wody, 

było suche i rzadkie. Temperatura spadła znacznie poniżej zera, chociaż nie była aż tak zabójcza, 

jak w przestrzeni międzyplanetarnej. Mars w owym czasie nie żył, Ziemia dogorywała. 

Jednakże  w  sumie  warunki  mogły  uchodzić  za  niemal  korzystne,  gdyż  zarodnik 

reprezentował życie przystosowane do rozwoju w środowisku nierównie mniej przyjaznym niż 

Ziemia w okresie schyłku. 

W parowie leżał śnieg nie głębszy niż na ćwierć cala. 

Nie topniał nawet w południe pod działaniem promieni słońca, które zbladło i skarlało po 

miliardach  lat  przetwarzania  własnej  masy  na  energię.  Nie  miało  to  znaczenia.  Siły  żywotne, 

zawarte  w  zarodniku,  znalazły  warunki  sprzyjające  rozwojowi  -  podobnie  jak  od 

nieprzeliczonych stuleci ziemskie nasiona znajdują pomyślne warunki z nastaniem wiosny. 

W sposób analogiczny do prostej fermentacji powstała w zarodniku drobna ilość ciepła. 

Kilka najbliższych kryształków śniegu obróciło się w wilgoć, której minimalny zasób podziałał 

na  siły  życia  i  wzrostu.  Korzonki,  cieńsze  od  pajęczyn,  przeniknęły  warstewkę  śniegu. 

Zamarzały nocami, ale za dnia wznawiały upartą walkę. 

Zarodnik  powiększał  się,  lecz  nie  otwierał.  Jego  powłoka  stanowiła  pancerz  ochronny, 

zbudowany tak, że mógł i musiał rosnąć nie pękając. We wnętrzu zachodziły reakcje chemiczne. 

Chlorofil wchłaniał światło słoneczne, dwutlenek węgla, wodę. 

background image

Z początku przemiany te przypominały procesy zachodzące w ziemskiej florze. Istniały 

wszakże  różnice.  Przede  wszystkim  wolny  tlen  nie  ulatywał  w  atmosferę.  Minęły  wieki  od 

czasu,  kiedy  podobne  marnotrawstwo  było  możliwe,  bo  nawet  za  dni  młodości  Ziemi  rzadka 

atmosfera Marsa zawierała tylko znikome ilości tlenu w triatomicznej postaci ozonu. 

Przybysz  z  Marsa  gromadził  tlen,  sprężając  go  w  mikroskopijnych  zasobnikach 

porowatej  i  twardej  powłoki  zewnętrznej.  Cel  był  prosty.  Tlen,  łącząc  się  wolno  ze  skrobią  w 

procesie fermentacyjnym, wytwarzał ciepło równoważące niską temperaturę zewnętrzną, która w 

innym przypadku zahamowałaby rozwój. 

Zarodnik  odmienił  się  w  roślinę,  która  nie  większa  zrazu  niż  główka  szpilki,  wkrótce 

dorównała sporemu paciorkowi. Ten nieokreślony, brunatnozielonawy kształt mocno trzymał się 

gleby  długimi  włóknami korzonków.  Było to  skomplikowane laboratorium  chemiczne,  gdzie  - 

podobnie jak w każdym okazie ziemskiej flory - zachodziły przemiany niełatwe do zrozumienia. 

W  tej  fazie  roślina  zaczynała  prawdopodobnie  odczuwać  pierwsze  przebłyski 

świadomości, w sposób zbliżony do dziecka, wyłaniającego się z mrocznej mgławicy narodzin. 

Oleiste  drobiny,  rozproszone  wśród  tkanek,  a  połączone  delikatnymi,  białymi  włóknami, 

pełniącymi  funkcję  systemu  nerwowego,  powiększały  się  i,  wraz  z  rozwojem,  stopniowo 

tworzyły odpowiednik mózgu. Roślina zarodnikowa z Marsa zdradzała cechy rośliny myślącej, 

nawet w początkowym stadium rozwoju. 

Roślina myśląca? Tak. Przodkowie bezimiennego najeźdźcy z próżni dawno przegraliby 

walkę o przetrwanie, gdyby nie posiadali inteligencji. 

Jakie  zmysły  miał  ten  dziwaczny  twór?  Dzięki  czemu  był  w  stanie  przenikać 

świadomością otoczenie? Zapewne dysponował możliwościami poznania równie niedostępnymi 

ludzkim pojęciom, jak wzrok jest niezrozumiały dla kogoś, kto przyszedł na świat ociemniały. 

Ale  roślina  musiała  odczuwać  w  jakiś  odmienny,  prostszy  sposób  ciepło  i  zimno,  a  także 

dźwięki.  Niewątpliwie  widziała  otoczenie  na  modłę  zbliżoną  do  ludzkiej,  na  co  wskazywały 

rozproszone  na  zewnętrznej  powłoce  i  osadzone  głęboko  w  jej  porach  drobne  organy  o 

soczewkach z przezroczystej roślinnej substancji. Były to oczy, które rozwinęły się zapewne z 

bardziej prymitywnych światłoczułych komórek, jakie posiadało wiele form ziemskiej flory. 

W  początkowych  miesiącach  wśród  zjawisk  ziemskich  nie  kryło  się  żadne 

niebezpieczeństwo  dla  zarodnika.  Królowała  zima.  Letarg  ogarniał  życie  pustyni.  Ruch 

ograniczał  się  niemal  wyłącznie  do  przejmującego  wichru,  piaskowych  wirów  i  od  czasu  do 

czasu  przelotnej  zamieci  śnieżnej.  Białe,  mizerne  słońce  podnosiło  się  na  wschodzie  i  pełznąc 

leniwie przez niebo wysyłało ledwie wyczuwalne, znikome ciepło. Później zapadała noc, piękna, 

purpurowa, tajemnicza, ale posępna jak kryształowy duch bezbolesnej śmierci. 

background image

Na  przestrzeni  wieków  skala  ziemskiej  rotacji  malała  wydatnie  jako  rezultat  zmian 

zachodzących w stosunku sił przyciągania Słońca i Księżyca, które stopniowo rosły, w miarę jak 

satelita znajdował się coraz bliżej Ziemi. Skutkiem zwolnienia obrotów planety noce i dnie były 

odpowiednio dłuższe lub krótsze. 

Świat  otaczający  roślinę  zarodnikową  stanowił  dziedzinę  ponurej,  bezludnej  pustki.  W 

czasie  trwania  zimy  tylko  raz  owa  monotonia  została  zakłócona.  Pewnego  wieczora,  tuż  po 

wschodzie  Księżyca,  przemknął  po  niebie  z  szybkością  pocisku  smukły  metalowy  pojazd.  Na 

jego dziobie lśniła księżycowa poświata, z rufy  wykwitał długi,  wąski  proporzec ognia. Kiedy 

okręt zbliżał się do pustynnego parowu, rozrzedzona atmosfera drżała od ostrego mechanicznego 

jęku, który niebawem utonął znowu w zadziwiającej ciszy, zostawiając po sobie bolesną pamięć. 

Bo  roślina  zarodnikowa  pamiętała.  Niewątpliwie  piętno  strachu  znaczyło  jej 

wspomnienia,  gdyż  strach  to  uczucie  powszechne,  związane  ściśle  z  instynktem 

samozachowawczym,  który  przejawiają  wszelkie  formy  życia  bez  względu  na  ich  charakter  i 

pochodzenie. 

Ludzie - albo  raczej  chłodne, bezlitosne, przebiegłe, skarlałe istoty będące potomstwem 

człowieka. Iteriu - jak się sami zwali. Oczywiście intruz nie wiedział jeszcze, jak wyglądają, nie 

znał  nazwy  ich  protoplastów.  Ale  latająca  maszyna,  którą  zbudowali,  sygnalizowała  groźną 

potęgę. Dziedziczna pamięć musiała wpływać w pewnej mierze na lęk, jaki nawiedził przybysza 

z  kosmicznej  przestrzeni.  Na  innych  planetach  przodkowie  rośliny  zarodnikowej  spotykali 

reprezentantów  świata  zwierzęcego  dysponujących  podobnym  zasobem  wiedzy.  A  więc  na 

Ziemi  intruz  uprzytomnił  sobie  bez  wątpienia,  że  budowniczowie  wehikułu,  który  przemknął, 

staną się jego najniebezpieczniejszymi i śmiertelnymi wrogami. 

Ale  Iteriu,  zamieszkujący  rozległe  miasta  podziemne,  nie  wiedzieli,  że  coś  takiego 

nawiedziło  ich  planetę  i  przyniosło  wraz  z  sobą  potencjalne  możliwości  zguby.  Z  racji  tej 

nieświadomości  drobna  roślina  zarodnikowa  była  bezpieczna  w  kryjówce  parowu,  gdzie  od 

tysiąca lat nie stanęła noga Iteriu. 

Musiała  tylko  rosnąć,  sposobić  się  do  rozrodu,  uważać  pilnie  na  pomniejszych 

nieprzyjaciół i rozwijać swoje specyficzne siły. 

Nie należy sądzić, że roślina zarodnikowa była z natury rzeczy pozbawiona możliwości 

rozumienia  fizyki,  chemii  czy  nauk  przyrodniczych.  Nie  miała  oczywiście  retort  ani  czułych 

instrumentów  w  pojęciu  ludzkim.  Dysponowała  wszakże  czymś  -  nazwijmy  to  zmysłem 

introspekcji - dzięki czemu potrafiła badać najdrobniejsze zjawiska, wszelkie procesy fizyczne i 

chemiczne zachodzące we wnętrzu własnej materii. Odczuwała nie tylko leniwe krążenie soków 

w tkankach, lecz również przemianę wody i dwutlenku węgla w wolny tlen oraz skrobię. 

background image

Gdyby  człowiek  posiadał  taki  dar  właściwy  intruzowi  z  próżni  -  dar  świadomego 

odczuwania  przemian  wewnętrznych  aż  do  podziału  komórek  tkanki  -  łatwo  uwierzyć,  że  po 

wiekach  doświadczeń  i  wysiłków  woli  zdołałby  zgłębić  istotę  zagadki  życia.  Bo  w  badaniach 

nad  tą  zagadką  muszą  niewątpliwie  uczestniczyć  wszystkie  kolejne  stopnie  i  fazy  wiedzy 

praktycznej. 

Roślina  zarodnikowa  czyniła  postępy  w  cudownym  samokształceniu,  które  polegało 

częściowo na odradzaniu w świadomości zasobów odziedziczonej pamięci. 

Chwilowo,  pod  wpływem  zarówno  lęku,  jak  ciekawości,  badała  skrupulatnie  nowe 

bezpłodne  środowisko.  Musiała  je  zrozumieć,  by  działać  skutecznie.  Bezsprzecznie  posiadała 

inteligencję,  krępowały  ją  jednak  liczne  ograniczenia.  Była  rośliną,  więc  nie  dysponowała 

zwierzęcymi  możliwościami  szybkiej  akcji  zaczepnej  lub  obronnej.  Ten  właśnie  zakres 

nieubłaganej  walki  był  i  miał  zostać  na  zawsze  jej  słabą  stroną.  Mimo  wszystkich  utajonych 

mocy gość z obcych światów mógł łatwo ulec zniszczeniu. 

Na  krawędzi  parowu  rysowały  się  szczątki  strzelistej  wieży  z  błękitnej  porcelany...  Po 

godzinach i dniach pilnej obserwacji intruz poznał każdą rysę i szczelinę, cały deseń zawiłych 

arabesek na widocznej stronie budowli... Były to ruiny piękne i tajemnicze zarówno w świetle 

słońca  i  księżyca,  jak  i  za  powiewnym  welonem  śniegu.  Ale  obcy  przybysz  nie  mógł  zdawać 

sobie sprawy, że są zupełnie niegroźne. 

W pobliżu wieży sterczały wysokie, posępne, nagie szczyty, podobne kształtem do głów 

cukru. Były zbudowane  z mocno ubitej  ziemi  i upstrzone niezliczonymi otworami, lecz wśród 

chłodu zimy nie przejawiały żadnych oznak życia... 

W  trakcie  długich  arktycznych  miesięcy  roślina  zarodnikowa  rosła,  rozwijała  się, 

sposobiła do fazy rozrodu. Gotowała się też do działania, łącząc nabyte obserwacje z trafnymi 

domysłami oraz wiedzą - daleką jednak od technicznej obróbki metali lub jakichkolwiek innych 

surowców. 

Wreszcie nastała łagodniejsza pora roku. Promienie słońca dawały więcej ciepła. Nieco 

śniegu  stopniało  i  zwilżyło  grunt  w  stopniu  wystarczającym  dla  obudzenia  ziemskich  nasion. 

Wkrótce wystrzeliły pędy, rozwinęły się liście i groteskowe, niesamowite kwiaty. 

Pośród  wzgórz.,  za  błękitną  wieżą,  z  wolna  rozpoczynał  się  ruch.  Pojawiły  się  nagle 

miliony drobnych, twardych, brunatnoceglastych żyjątek, gotowych podjąć bój o przetrwanie ze 

srogą przyrodą. Stulecia nieznacznie wpłynęły na mrówki: wzmogły tylko ich spryt i zawziętość. 

Za pokarm służyła im prawie każda substancja organiczna - bez względu na smak. Naturalnym 

rzeczy porządkiem mrówki musiały wkrótce odnaleźć roślinę zarodnikową. Nie były jednak jej 

jedynym  nieprzyjacielem  -  nawet  na  tym  pustkowiu.  Najgroźniejszy  był  Kua  wraz  ze  swoim 

background image

czarnopiórym  gatunkiem.  Niebezpieczeństwo  nie  polegało  na  bezpośredniej  i  zaczepnej  akcji, 

ale na tym, że ptaki mogły rozpowszechnić nowinę szeroko i daleko. 

Oto  samotny  Kua  krąży  wysoko  pod  słonecznym  blaskiem.  Hebanowe  skrzydła  ma 

rozpostarte; jego bystre, okrutne, małe oczy badają pilnie posępny teren. Wraz ze swoją samicą i 

stadem  przespał  zimę, zagrzebany  w  piasku,  który  nie  dopuszcza  chłodu.  Teraz  jest  piekielnie 

głodny. Mógłby jeść mrówki, wie jednak, że wiosną okolica powinna obfitować w lepszą strawę. 

Nagle  wyśledził  szary  ruch  w  dole.  Zdawać  się  mogło,  że  naciśnięcie  cyngla  zmieniło 

jego kurs pełen wdzięku i równowagi. Kua runął ku ziemi nurkującym lotem, bezszelestnie, niby 

ołowianka. 

Atak był prostszy niż zazwyczaj i bardziej bezpośredni, lecz uwieńczyło go powodzenie. 

Zdobycz  stanowił  spory,  długoogoniasty  gryzoń,  równie  przebiegły  jak  sam  Kua.  Pisnął  ze 

strachu głosem przypominającym ludzkie wołanie o pomoc, ale w jednej chwili ptak rozbił jego 

inteligentną,  krągłą  czaszkę  stanowczym  ciosem  spiczastego,  mocnego  dzioba.  Krwawy  mózg 

był nie lada ucztą. Kiedy został pożarty, przyszła kolej na mniej smaczne mięso ofiary. Kua nie 

troszczył się o dobre maniery przy posiłku, jeśli nawet słyszał o nich kiedykolwiek. Był istotą na 

wskroś praktyczną. 

Po  udanych  łowach  mógł  sobie  pozwolić  na  zaspokajanie  złośliwej  ciekawości. 

Odziedziczył  ją  po  praprzodkach,  którzy  w  zamierzchłych  czasach,  kiedy  Ziemia  przeżywała 

młodość,  wyrywali  z  korzeniami  niejedno  świeże  źdźbło  zboża,  a  na  widok  farmera 

nadchodzącego z fuzją krakali ostrzegawczo z wierzchołków drzew. 

Kua podskoczył po błazeńsku na czarnych, pokrytych łuską łapach, strzepnął skrzydłami 

barwy  przyprószonego  hebanu  i  ponownie  wzbił  się  w  powietrze.  Znowu  zataczał  kręgi  i 

zwracając  ku  ziemi  ślepia  opatrzone  białymi  powiekami,  wypatrywał  pilnie  czegoś,  czemu 

mógłby poświęcić uwagę i energię. 

Wnet  znalazł  się  nad  parowem  i  błękitną  wieżą,  na  której  szczycie  on  i  jego  samica 

zamierzali zbudować gniazdo. Opodal ruiny zobaczył błękitny obłok przypominający kłąb dymu 

lub pyłu. Później usłyszał dziwny odgłos, jak gdyby głuche stuknięcie. Obłok uleciał szybko w 

górę, gdzie rósł i rzedniał, aby rychło rozproszyć się w czystej atmosferze. 

Kua  zdumiał  się  naprawdę  -  nie  wydał  ostrego,  przejmującego  wrzasku,  co  zrobiłby 

niewątpliwie  na  widok  czegoś  mniej  osobliwego.  Zrazu  zawrócił  i  jął  oddalać  się  spiesznie; 

mógł wysnuć jeden jedyny wniosek: o ile wiedział, tylko Iteriu, potomkowie człowieka, potrafią 

wywoływać takie eksplozje. A Iteriu są okrutni i niebezpieczni. 

Jednakże  odwrót  trwał  krótko.  Nie  następowało  nic  niepokojącego,  więc  Kua  zatoczył 

łuk  w  kierunku  źródła  dymu  i  hałasu.  Przez  pewien  czas  zachowywał  odległość,  jak  sądził, 

bezpieczną i usiłował zbadać charakter dziwnej, szarozielonawej wypukłości na dnie parowu. 

background image

Wreszcie zadecydował, że bliższe obserwacje należy przeprowadzić z ziemi. Wobec tego 

wylądował ostrożnie o kilkaset jardów od rozpadliny na pustkowiu. 

Posuwał się przezornie, krok za krokiem, wykorzystując osłonę głazów i kopców piasku. 

Jego pióra połyskiwały tęczowo. Duża głowa chwiała się w rytm poruszeń, na ptasią modłę. Jego 

postawa stanowiła zabawną mieszaninę lęku i śmiałej decyzji. 

Wreszcie Kua zerknął zza dużego odłamka skały i zobaczył z bliska to, co go zwabiło - 

pękatą,  lekko  spłaszczoną  bryłę  o  średnicy  mniej  więcej  jarda.  Z  jej  powierzchni  sterczały 

szarozielone pędy, przypominające liście kaktusa. Na nich z kolei wyrastały czworokątne guzy o 

rogowej,  szerokiej  powłoce  -  torby  zarodnikowe.  Jedna  z  nich  musiała  pęknąć  skutkiem 

ciśnienia nagromadzonych wewnątrz gazów. Należy sądzić, że torby zarodnikowe były prościej 

zbudowane  i  nie  tak  wielkie  jak  na  ojczystym  Marsie,  gdyż  miały  służyć  mniej 

skomplikowanym  celom.  Całą  roślinę  pokrywały  długie,  mocne  kolce  i  włoski,  które 

połyskiwały  w  blasku  słońca  niby  cienkie  druciki  ze  srebra.  Dookoła  leżały  tysiące  martwych 

mrówek,  tysiące  żywych  wycofywały  się  w  popłochu.  Kua  objął  bystrym  wzrokiem  te  fakty  i 

posępną  ich  wymowę  ocenił  z  przenikliwością  wieku  dojrzałego.  Wiedział  naturalnie,  że  inne 

torby zarodnikowe poczną rychło wybuchać z donośnym, niepokojącym łoskotem. 

Kua  odczuwał  strach.  W  epoce  nieubłaganego,  surowego  współzawodnictwa  ewolucja 

działająca  na  zasadzie  doboru  naturalnego  wyposażyła  jego    gatunek  we  władze  umysłowe, 

przerastające znacznie możliwości przodków. Potrafił obserwować i interpretować obserwacje z 

praktyczną  wiedzą,  jaką  mogłaby  posiadać  pierwotna  istota  ludzka.  Podobnie  też  jak 

prymitywny człowiek, zdradzał tendencje do zabobonnego lęku. 

Szarozielony  przedmiot  miał  fantastyczne  kształty,  dalekie  od...  powiedzmy  od 

wszystkiego, co naturalne. Kua nie był oczywiście botanikiem, lecz zdawał sobie sprawę, że to 

roślina.  Ale  jej  drobne,  jasne  soczewki,  jak  gdyby  oczy,  stwarzały  niepojęte  wrażenie 

obserwacji,  a  połyskujące  srebrzyście  kolce  przywodziły  na  myśl  upiorne  działanie,  budziły 

bezimienny niepokój i grozę. 

Kua zgadywał - lub wyobrażał sobie czy nawet wiedział - że pojawienie się intruza może 

wywołać  w  przyszłości  daleko  idące  następstwa.  Był  świadom  prostego  faktu,  iż  roślinność 

rozmnaża  się  w  większości  za  pomocą  nasion  lub  ich  odpowiedników.  Rozwój  owej 

spłaszczonej  kuli  nie  wydawał  mu  się  całkowicie  obcy.  Oczywiście  o  tyle,  o  ile  były  to  torby 

zarodnikowe. Jaki stąd wniosek? Biliony zarodników ulecą z wiatrem. Skutki będą oczywiste. 

Niewątpliwie  Kua  niepokoiłby  się  w  mniejszym  stopniu,  gdyby  nie  tysiące  zwłok  i 

zagadka  ich  śmierci.  Z  pewnością  mrówki  próbowały  żerować  na  intruzie  i  zginęły.  Jak?  Czy 

skutkiem działania roślinnej trucizny? 

background image

Wnioski wypływające z logicznego rozumowania mogą budzić lęk w przypadkach, kiedy 

normalnie  strach  byłby  nieprawdopodobieństwem.  Pod  wpływem  pierwszego  impulsu  Kua 

chciał  uciec,  lecz  fascynowała  go  groza.  Uległ  pobudkom  głębszym,  rozumowym.  Człowiek, 

który poczuje w nocy zapach dymu, nie umyka z domu. Przeprowadza rozpoznanie. Nie inaczej 

postąpił Kua. 

Drobnymi podskokami zbliżył  się i  przystanął  w odległości stopy od krągłej, szorstkiej 

powierzchni  intruza;  ustawił  się  przezornie,  jak  gdyby  miał  zaatakować  jadowitą  jaszczurkę. 

Dziób wystrzelił do przodu lekko i zwinnie. Dotknął ostrego kolca. 

Kua został porażony jakby nagłym, ogłuszającym ciosem w głowę. Gwałtowny dreszcz 

wstrząsnął całym jego ciałem. Ptak upadł i począł trzepotać skrzydłami wśród piasku. 

Elektryczność.  Kua  nie  słyszał  nigdy  o  czymś  podobnym.  W  organizmie  intruza  prąd 

powstawał  chemicznie  skutkiem  reakcji  zbliżonych  do  tych,  jakie  w  zamierzchłej  przeszłości 

zachodziły w ciałach węgorzy elektrycznych i podobnych stworzeń. Ale analogie były pozorne. 

Węgorze elektryczne nie rozumiały nigdy charakteru własnej mocy i nie miały na nią wpływu 

tak  jak  na  kształt  własnego  ciała.  Roślina  zarodnikowa  natomiast  rozumowała  ściśle, 

drobiazgowo.  Jej  organy  elektryczne  zostały  dokładnie  zaplanowane,  nim  pierwsza  ich  żywa 

komórka dała początek drugiej. Nie były to organy odziedziczone. Były dostosowane ściśle do 

wymogów samoobrony w danym środowisku. W czasie zimy intruz pilnie studiował otoczenie, 

formułował trafne wnioski. 

Kua  stopniowo  przytomniał.  Słyszał  monotonny  pomruk  i  zdawał  sobie  sprawę,  że  to 

głos  rośliny.  Nie  wiedział  jednak,  że  narządy  dźwięku,  podobnie  jak  organy  elektryczne, 

powstały  w  nowym  środowisku.  Całymi  dniami,  od  nastania  wiosny,  intruz  nasłuchiwał 

różnorodnych dźwięków i oceniał ich znaczenie na Ziemi. 

Kua  miał  tylko  jedno  pragnienie:  znaleźć  się  jak  najdalej.  Oszołomiony  jeszcze, 

półprzytomny, wzbił się w powietrze, aby rychło usłyszeć za sobą tępe stuknięcie. Nowe biliony 

zarodników przemieszały się z wiatrem, co miał je roznieść szeroko i daleko. 

Pierwsze  wrażenie  minęło  -  Kua  miał  już  określony  cel.  Wiedział,  jak  należy  postąpić, 

chociaż  groziło  to  zetknięciem  z  najgroźniejszym  spośród  wrogów.  Kiedy  jednak  przyszło  do 

wyboru, wolał niebezpieczeństwo znane od nie znanego. 

Wzbił  się  wysoko,  pod  jasny  lazur  nieba.  Rychło  zostawił  za  sobą  porcelanową  wieżę, 

mrowiska,  liczne  kopczyki  znaczące  wejścia  do  kolonii  gryzoni  -  jak  gdyby  cały  monotonny 

krajobraz odpłynął na ruchomej taśmie. 

Kua  szukał  swojej  samicy  i  trzydziestu  czarnoskrzydłych  osobników,  które  stanowiły 

jego  plemię.  Znalazł  je  pojedynczo  lub  w  niewielkich  grupkach  i  zebrał  w  stado.  Nastąpiła 

background image

wymiana  ochrypłych,  przejmujących  wrzasków.  Nad  Ziemią  zawisła  groźba  -  dziwaczna, 

bezimienna groźba. Wzburzenie i podniecenie osiągnęło szczyty. 

Piękny,  łagodny,  a  zarazem  pełen  niebezpieczeństw  zmrok  zastał  ptasi  klan  w  sali  na 

jednym  z  głównych  pięter  olbrzymiej  budowli,  położonej  o  wiele  mil  od  miejsca,  gdzie  Kua 

dokonał  odkrycia.  Gmach  stanowił  relikt  tej  samej  subtelnej  kultury,  która  stworzyła  błękitną 

wieżę z porcelany. Bogata mozaika zdobiła niegdyś posadzkę komnaty, lecz gruba warstwa pyłu 

i  ziemi  pokrywała  obecnie  ślady  dawnego  przepychu.  Na  ścianach  pozostały  malowane 

krajobrazy o zwiewnym uroku, a pogodne twarze pradawnych istot ludzkich uśmiechały się tu i 

ówdzie pośród cieni. Robiły wrażenie widm, zdziwionych i zaniepokojonych losami świata, do 

którego  ongi  należały.  Te  delikatne  stworzenia  żyły  w  przychylniejszym  klimacie,  minionym 

bezpowrotnie na Ziemi.  Same zostały zmiecione przez nowy  gatunek istot  - również ludzkich, 

lecz odmiennego, bardziej okrutnego typu. 

Wysoko, pod sklepieniem przestronnej rotundy, blednące światło dzienne sączyło różowy 

odblask  przez  bajkowe  żaluzje  z  delikatnie  rzeźbionego,  ażurowego  marmuru.  Ale  dawny 

przybytek  śmiechu,  zabawy,  strzelistych  wzlotów  sztuki  był  dziś  chłodnym,  pełnym  kurzu 

miejscem zgromadzeń czarnopiórych, posępnych harpii. 

Ptaki  skrzeczały,  pomrukiwały,  wrzeszczały  jak  wrony  z  dawno  minionej  ery.  Pod 

sklepionymi  krużgankami,  wśród  mroków  zapadającej  nocy,  zgiełk  brzmiał  ponuro  i 

złowróżbnie, lecz zupełnie inaczej niż krakanie sprzed wieków. Niewątpliwie stanowił rozumną, 

świadomą wymianę myśli. 

Kua  siedział  wysoko,  na  ozdobnej,  pokrytej  patyną  stuleci  mosiężnej  balustradzie. 

Przemawiał  do  towarzyszy  wydając  przejmujące  wrzaski  i  stłumione  żałosne  tony.  Na  swój 

sposób  posiadał  cechy  krasomówcy,  lecz  mimo  starań  trwających  całe  popołudnie  nic  nie 

osiągnął.  Jego  krewniacy  byli  przestraszeni,  nabierał  więc  coraz  głębszego  przekonania,  iż 

niebezpieczną  misję  musi  podjąć  samodzielnie.  Nawet  Teks,  jego  samica,  odmawiała 

współudziału. 

Wreszcie  Kua  nastroszył  pióra  szyi  i  gwałtownie  potrząsnął  głową,  co  było  gestem 

ptasiego oburzenia. Zeskoczył z balustrady i przez pozbawione szyb okno odleciał z krakaniem 

przypominającym gniewny okrzyk czarnego upiora. 

Pierwszy  raz  podejmował  nocą  tak  daleką  podróż,  był  jednak  zdania,  że  krytyczna 

sytuacja nie pozwala na zwłokę. 

Gwiazdy lśniły jasno. Powietrze było czyste, mroźne. Ziemię znaczyły z rzadka rudawe 

łuny nad kominami prymitywnych palenisk, które ogrzewały podziemne siedziby gryzoniów w 

chłodniejsze noce wiosny lub jesieni. 

background image

Niebawem wyszedł Księżyc - ogromny i żółty, niby potworne oko. Przy jego poświacie i 

wśród  absolutnej  ciszy  Kua  łatwo  uległ  dreszczowi  nieokreślonej  grozy,  która  wzmagała  się  i 

narastała  niczym  lawina.  Oczywiście  nie  miał  pewności,  że  rozumuje  trafnie  i  że  jego  misja 

posiada istotną wagę. Lecz bystra intuicja zdawała się potwierdzać wnioski. 

Musi  odnaleźć  Iteriu,  potomków  człowieka.  Musi  podzielić  się  z  nimi  nowiną.  Dobrze 

zdawał  sobie  sprawę,  że  Iteriu  darzą  miłością  tylko  siebie.  Ale  był  też  świadomy  ich  mocy 

większej  niż siła wiatru albo  nawet  obroty Słońca i  Księżyca.  Oni obmyślą rychłe i  skuteczne 

środki, aby zaradzić niepojętej groźbie. 

Kua leciał więc i leciał, aż do szarego brzasku, by pokonawszy wiele setek mil zobaczyć 

wreszcie  niską  metalową  kopułę  nad  pagórkiem.  W  łagodnym  świetle  wczesnego  rana  jej 

regularne zarysy lśniły hebanem - były piękne, lecz odstraszające. Kua wiedział, że pod kopułą 

znajduje się szyb wiodący do cudownej krainy Iteriu, intrygującej nie mniej niż magiczny świat 

cieni. 

Lęk ściskał ptasie serce, lecz odwrót był niemożliwy. Wysokość stawki nie pozwalała na 

wahanie, 

Kua  zatoczył  szeroki  łuk,  okrążył  kopułę.  Nie  uderzał  długimi,  czarnymi  skrzydłami  - 

posuwając się lotem ślizgowym korzystał umiejętnie z najsłabszych nawet podmuchów wiatru. 

- Iteriu! - krzyknął pełną mocą płuc - Iteriu! Iteriu! Słowo to wymawiał na ludzką modłę, 

lecz  z  dziwacznym  akcentem,  jak  papuga.  Podobnie  jak  jego  przodkowie  -  kruki  -  posiadał 

zdolność naśladowania głosu człowieka. 

Opadając coraz niżej nad kopułą, bacznie wyglądał znaku. 

Żar  był  zły.  Nie  lubił  samotnego  strażowania  na  powierzchni  i  rutyny  bieżących 

obserwacji astronomicznych, obowiązujących na posterunku. Całą noc spędził przy stole, wokół 

którego  migały  światła  sygnałowe.  Współpracował  ze  strażnikami  innych  osiedli  w  ustalaniu 

pozycji nowej chmury meteorów. 

Kąty, odległości, liczby. Miał tego dosyć. Czemu nie pośpieszą się ekipy konstrukcyjne? 

Cały rodzaj Iteriu winien od dawna przenieść się na Wenus - bo przecież mógł. Według opinii 

Zara  nie  należało  trzymać  się  stygnącej  Ziemi.  Przed  wiekiem  już  trzeba  było  wykończyć 

rodzimych  mieszkańców  Wenus.  Czemu  tak  się  nie  stało?  Jak  zwykle  zawinił  niedorzeczny 

urzędowy bezwład. 

Ochrypły ptasi krzyk pulsujący w głośniku na ścianie nie wpłynął dobrze na humor Zara. 

Początkowo  nie  zwracał  uwagi  na  zakłócenia,  lecz  ostatecznie  zirytowały  go  i  pobudziły  do 

działania. Uparcie powtarzała się jedna nazwa: 

- Iteriu! Iteriu! 

background image

Żar wykrzywił gniewnie szeroką, śniadą twarz, brzydką niby oblicze złośliwego gnoma. 

Zerwał  się  z  krzesła.  Chwycił  broń  przypominającą  mały  pistolet.  Po  chwili  stanął  na 

piaszczystym stoku wzgórza i zmierzył wzrokiem czarny kształt szybujący lękliwie tuż nad jego 

głową. Żar nie znał litości. Odruchowo podniósł broń. 

- Iteriu! Loah! - wrzasnął Kua. 

W  języku  Zara  “loah”  znaczy  niebezpieczeństwo,  i  to  w  najwyższym  stopniu. 

Przygotowana do egzekucji ręka znieruchomiała  - przynajmniej na moment.  Zwęziły się małe, 

przebiegłe oczki. Usta jęły wydawać chrapliwe dźwięki, naśladujące język Kua. 

- Mów po swojemu, ptaku - padł szorstki rozkaz. - Zrozumiem. 

Kua  był  wystraszony.  Nerwowo  trzepotał  skrzydłami,  to  obniżał  lot,  to  oddalał  się 

raptownie,  ale  wykrakał  całą  historię.  Nieudolnie  opisywał  dziw,  który  odkrył,  używał 

porównań,  jakimi  mógłby  się  posłużyć  człowiek  pierwotny.  Intruz  był  podobny  do  kamienia, 

przypominał również kolczasty kaktus, a w pewnym sensie i narzędzie śmierci stosowane przez 

Iteriu. W każdym razie było to coś osobliwego, nie widzianego dotąd na Ziemi. 

Żar  słuchał  z  rosnącą  uwagą.  Z  opowieści  ptaka  starał  się  wyłowić  dane  niezbędne  do 

zlokalizowania  szczególnego  zjawiska.  Okazało  się,  że  informacje  są  dokładne,  wystarczająco 

ścisłe. 

Być może Żar oszczędziłby skrzydlatego informatora, gdyby Kua zachęcał go do czynu 

mniej natrętnie. Ale Kua marudził trochę za długo, wrzeszczał zbyt głośno. 

Rozdrażniony  Żar  uniósł  broń.  Ptak  odleciał  niezwłocznie,  lecz  nie  mógł  umknąć  z 

zasięgu  śmiertelnej  groźby.  Wystrzeliła  ku  niemu  niewidzialna  energia.  Płonące  czarne  pióra 

rozproszyły się w porannym wietrze. Kua wydał okrzyk cierpienia i wyrzutu i opadł chwiejnie 

ku ziemi. 

Żar  nie  spojrzał  nawet  na  ofiarę.  Leniwym  krokiem  wrócił  pod  kopułę.  Nim  jednak 

upłynęła  godzina,  zdążył  uzyskać  zgodę  władzy  zwierzchniej  i  odbyć  lot  do  parowu  w 

sąsiedztwie błękitnej wieży. Pochylił  się nad dziwacznym kształtem intruza. Uległ szczególnej 

grozie.  Nigdy  nie  był  na  Marsie.  Od  przeszło  dwustu  tysięcy  lat  żadna  ziemska  istota  nie 

odwiedziła  tamtej  planety.  Iteriu  byli  zbyt  praktyczni,  by  podejmować  nieopłacalne 

przedsięwzięcia, a ich poprzednikom brakło ducha przedsiębiorczości niezbędnego do dalekich, 

awanturniczych wypraw. 

Jednakże Żar czytywał starożytne księgi, pochodzące z epoki odległej o pół miliona lat. 

Wiedział,  że  szarozielony  osobnik  przypomina  florę  dawnego  Marsa.  W  jego  na  wskroś 

rzeczowym  umyśle  powstała  idea  wielkiej  przygody,  zbudziła  się  świadomość  nieokreślonej 

grozy i zawrotnych międzyplanetarnych odległości. 

background image

Kolce. Pękate, okryte twardą powłoką, mięsiste liście magazynujące tlen pod ciśnieniem. 

Chlorofil  wchłania  światło  słoneczne,  wytwarza  skrobię,  jak  to  się  dzieje  w  pospolitych 

ziemskich  roślinach.  Tyle  że  chlorofil  znajduje  się  pod  mocną,  przezroczystą  osłoną,  która 

zmienia  charakter  przepuszczanego  światła.  Dlatego  astronomowie  z  ery  międzyplanetarnej 

mniemali,  że  na  Marsie  nie  ma  wegetacji.  Zielona  flora  Ziemi,  fotografowana  przy  użyciu 

promieni infraczerwonych, wydaje się srebrzysta, jak gdyby pokryta szronem. Flora Marsa nie 

zdradzała w ten sposób swojej obecności - z racji tej właśnie osłony. 

Żar wzdrygnął się, chociaż według jego oceny nie było zimno. Drobne, błyszczące krążki 

na  powierzchni  intruza  zdawały  się  obserwować  go  krytycznie,  chłodno,  z  głębokim 

zrozumieniem. Spoglądał na otwarte torby zarodnikowe. Zdawał sobie sprawę, że ich zawartość 

uleciała z wiatrem, rozproszyła się i osiadła gdzieś, stwarzając nieuchwytną groźbę. Wobec tej 

groźby,  wobec  rozsianych  szeroko  miliardów  zarodników,  należy  zastosować  metody 

najbardziej bezwzględne. 

Wreszcie  przyszedł  gniew.  Żar  dobył  nóż  zza  pasa  i  po  trosze  ze  złości,  po  trosze  dla 

doświadczenia  zadał  intruzowi  cios,  odcinając  spory  płat  powłoki.  Poczuł  uderzenie  prądu 

elektrycznego  -  dotkliwe,  lecz  o  wiele  za  słabe,  by  zabić  istotę  jego  rozmiarów.  Z  cichym 

syczeniem tlen począł uchodzić z roślinnej rany. Intruz nie bronił się dłużej. Na razie wyczerpał 

dostępne mu środki. 

Żar odskoczył do tyłu. Jego piekielna mała broń ziała ogniem przez pełne dwie minuty. 

Kiedy  na  koniec  zwolnił  spust,  miejsce  upiornego  najeźdźcy  z  kosmosu  zajęła  rozżarzona, 

dymiąca dziura. 

Żar  w  imieniu  całego  swojego  gatunku  odpowiedział  na  napaść  błyskawicznym 

zniszczeniem.  Zachichotał  złośliwie.  Tak.  Istnieją  sposoby  uwolnienia  Ziemi  od  zdradliwej 

groźby obdarzonych inteligencją roślin z Marsa - nawet gdyby to wymagało czasu. 

Zresztą jest Wenus - świat obiecany. Wkrótce zostanie tam przesiedlona połowa gatunku 

Iteriu. A i dla reszty znajdzie się miejsce, jeżeli zajdzie potrzeba. 

Jeżeli  zajdzie  potrzeba?  Żar  wybuchnął  śmiechem.  Czym  może  zagrażać  Iteriu 

bezwładna,  przyrośnięta  do  gruntu  masa?  Zwrócił  broń  w  kierunku  błękitnej  wieży,  znowu 

nacisnął spust. Nadwątlone kafelki posypały się  z głuchym,  żałosnym  grzechotem  - jak  gdyby 

drwiły z bezmyślnego wandalizmu. 

Niespodziewanie Żar poczuł się głupio. Każda myśląca istota ma w sobie zmysł doradczy 

i  krytyczny.  Na  moment  Żar  zobaczył  siebie  i  swój  gatunek  w  świetle  nieco  odmiennym  niż 

zwykle. 

W przeciwieństwie do form niżej zorganizowanych potomkowie człowieka nie posunęli 

się  daleko  w  sferze  myśli.  Nie  sprzyjały  temu  wzloty  i  upadki  historii.  Wojny  udaremniały 

background image

korzystny  dobór  naturalny,  gdyż  niszczyły  osobniki  najbardziej  powołane,  aby  wieść  przyszłe 

pokolenia  do  chwały.  Żar  wiedział  o  tym.  Jego  niedorzeczna  napaść  na  zrujnowaną  budowlę 

stanowiła zapewne podświadomy akt zazdrości wobec dawno wymarłych generacji - lepszych, 

rozumniejszych i szczęśliwszych. 

Żałował teraz i przedwczesnego zniszczenia rośliny zarodnikowej. Należało ją zachować 

celem przeprowadzenia badań. Ale cóż? Niepodobna cofnąć czegoś, co zostało dokonane. 

Zajął miejsce w szybkim, lśniącym pojeździe rakietowym. Kiedy zamknął za sobą drzwi 

kabiny, odniósł wrażenie, że odcina się od hordy szyderczych, groźnych upiorów. 

Niebawem wrócił do powierzchniowej stacji obserwacyjnej. Zdał służbę innemu małemu 

człowieczkowi o śniadej cerze i pogrążył się w cylindrycznym, głębokim na milę szybie, który 

wiódł  do  krainy  przypominającej  królestwo  cyklopów.  Ogłuszający  łoskot,  migotanie  świateł, 

donośne krzyki robotników, żar płomieni oraz imponujący majestat gigantycznych pracujących 

niestrudzenie machin. 

Na  rozległym  placu  z  kolumnadą  układano  kile  okrętów  kosmicznych,  budowanych  z 

myślą  o  emigracji  i  podbojach.  Może  za  rok  -  okres  krótki,  jeśli  wziąć  pod  uwagę  ogrom 

zamierzeń - okręty te wystartują z Ziemi, potężnie uzbrojone. Będą ich wtedy tysiące, bo praca 

wre  na  całym  globie,  w  dziesiątkach  identycznych  ośrodków  podziemnych.  Nieokreślony  lęk 

Zara  rozproszył  się  wśród  marzeń  o  przyszłych  triumfach.  Mieszkańcy  Wenus  zginą  w 

niszczącym skwarze płomieni. Chwała Iteriu będzie rozbrzmiewać coraz dalej i dalej... 

Kua żył. Był to cud, możliwy zapewne tylko dzięki szalonej, nieokiełznanej woli życia. 

W drobnym, ptasim ciele płonęło zawzięte męstwo, równoważące wiele innych braków. 

Przez  długie  godziny  Kua  leżał  na  pustynnym  piasku,  jak  żałosny,  zwinięty  pęczek 

pierza.  Ruch  jego  ograniczał  się  do  pracowitego  oddechu  i  mrugania  oczami,  pałającymi 

nienawiścią.  Krew  kapała  wolno  z  ohydnych,  rozjątrzonych  ran  na  piersiach.  Nieznośny, 

świdrujący ból przejmował mięknie. 

Jednakże  przed  zachodem  słońca  Kua  zdołał  podźwignąć  się  i  odpełznąć  kilka  sążni. 

Skostniały, zagrzebał się w płytkim piasku, szukając ochrony przed nocnym chłodem. 

Przez  trzy  doby  pozostawał  bez  ruchu.  Był  za  słaby,  by  opuścić  legowisko.  Nie  czuł 

urazy  do  Zara  ani  innych  okrutnych  Iteriu.  Dość  długo  żył  w  okrutnych  warunkach,  by 

przywyknąć do nieliczenia na żadne względy. Ale uległ pasji, niepohamowanej pasji wywołanej 

cierpieniem  fizycznym.  Pragnął  zemsty  lub  raczej  potrzebował  jej  nie  mniej  niż  ożywczego 

tchnienia.  Nie  wiedział  oczywiście,  że  Iteriu  przygotowują  plany  kampanii  przeciwko 

zarodnikowym roślinom z Marsa i że przy okazji zmiotą z powierzchni Ziemi jego gatunek oraz 

całe życie organiczne. 

background image

Czwartego dnia rozstał się z kryjówką. Szczęście mu dopisywało - opodal znalazł padlinę 

- szczątki zwierzęcia z rodziny antylop. 

Przez  następne  dni  i  tygodnie  walczył  skutecznie  ze  śmiercią.  Gojenie  postępowało  z 

wolna,  bo  zanieczyszczone  rany  zaczęły  się  jątrzyć.  Kua  zdążał  ku  rodzinnym  stronom  z 

początku pieszo, następnie podfruwając od czasu do czasu po sto jardów. Trud i męka zdawały 

się  nie  mieć  końca,  ale  szatańskie  błyski  nienawiści  nie  gasły  w  złych  oczach  z  białymi 

powiekami, a długi, czarny dziób kłapał z nieokiełznanej zawziętości. 

Długie  dni  utworzyły  miesiąc,  a  potem  dwa.  Wreszcie  pewnego  dnia  Kua  wpełznął  do 

głębokiego parowu. Wychudzony straszliwie, przypominał czarno odziany szkielet. Był do cna 

wyczerpany  -  w  swoim  zamroczeniu  nie  uprzytomnił  sobie,  że  gęstniejące  cienie  kryją  coś 

niezwykłego.  Ledwie  zauważył  tu  i  ówdzie  krągłe  kształty,  ale  gdyby  nawet  objął  je  mętnym 

wzrokiem, sądziłby, że to niewielkie głazy. Opanowany nienawiścią do Iteriu, prawie zapomniał 

o roślinie zarodnikowej. Nie wiedział, że właśnie w tym miejscu los i zmienne podmuchy wiatru 

dokazały cudu. Z milionów zarodników setka przynajmniej osiadła w jarze. Warunki sprzyjały 

szybkiemu rozwojowi. Było w miarę ciepło. Była też i wilgoć. 

Kua usłyszał wyraźnie szmer wody. Zapragnął dostać się do niej, ale brakło mu sił. 

Kua  musiał  spać  długo;  zbudził  go  jednostajny  pomruk  o  dziwnie  hipnotycznych 

właściwościach. Ptak nadal był słaby i odrętwiały, lecz mimo głodu i pragnienia spokojniejszy. 

Rozejrzał  się  dokoła.  Rozpadlina  była  głęboka,  cienista.  Tonęła  w  szarym  półmroku, 

chociaż na zębatych szczytach jej zboczy połyskiwały promienie słońca. Kua ocenił to wszystko 

w  mgnieniu  oka  -  spojrzał  na  rozproszone  tu  i  ówdzie  dziwaczne  kształty,  które  o  zmierzchu 

poczytał  za  kamienie.  Zrozumiał.  Były  to  rośliny  zarodnikowe  -  pokraczne,  widmowe, 

kostropate, połyskujące małymi soczewkami światłoczułych organów. 

W  pierwszej  chwili  chciał  odlecieć,  umknąć  przed  śmiertelnym  wrogiem.  Jednakże 

trwało  to  krótko.  Monotonny  pomruk  dobywający  się  z  membran  organów  głosowych  roślin 

koił, łagodził, sprowadzał coraz głębszy spokój. 

Wokół leżały martwe mrówki - ofiary prądu elektrycznego. Ptak nie miał do dyspozycji 

lepszego pokarmu, więc zaczął jeść żarłocznie. Później odnalazł mętne źródełko wypływające ze 

skalnej  ściany  i  pił  długo.  Wreszcie  osunął  się  na  ziemię  i  podczas  drzemki  mamrotał  coś  o 

sobie, o własnym gatunku i wszechwiedzącym Iteriu. Wkrótce jednostajny pomruk najeźdźców 

uległ  zmianom,  upodobnił  się  do  majaczenia  Kuy  -  jak  gdyby  uczono  mówić  małe  dziecko. 

Można było odróżnić słowa “Kua”, “Iteriu” oraz inne wyrazy i zwroty języka wrogiego klanu. 

Tak  wyglądał  początek  cudownej  i  zdumiewającej  przygody  Kua,  czarnopiórego  wygi. 

Nie odczuwał  już potrzeby powrotu  w ojczyste strony, chociaż Słońce wielokroć wschodziło i 

zachodziło. Nie znał przyczyny, bo nie wiedział nic o czarach hipnotyzmu. W miarę regeneracji 

background image

sił podejmował coraz to dalsze wyprawy. Polował. Odżywiał się głównie owadami i robakami. 

Zawsze jednak wracał do parowu, by słuchać niesamowitych roślin, które szeptały, mamrotały, 

gawędziły  jego  mową.  Była  w  tym  mimo  całej  grozy  nieokreślona,  mglista  zapowiedź  czegoś 

dobroczynnego, jak gdyby nowej dziwnej sprawiedliwości obejmującej cały świat. 

Tymczasem smugi lśniących pojazdów rakietowych przemykały nad pustynią za dnia i w 

nocy.  Niekiedy  strzelała  z  nich  niewidzialna  energia,  spowijając  piasek  w  płomień  i  niszcząc 

rośliny zarodnikowe, tam gdzie zdołały zapuścić korzenie. Prawo przypadku chroniło jednak jar 

i zapewne inne miejsca, więc obce życie kiełkowało. Pustynia była bardzo rozległa. 

Pierwszy  etap  walki  Iteriu  z  najazdem  roślin  zarodnikowych  stanowił  wstęp  i  miał  na 

celu  utrzymanie  w  szacha  przeciwnika.  Tylko  sam  Iteriu  znał  tajemnice  generatorów 

konstruowanych głęboko pod ziemią - generatorów, które wytwarzały straszliwą energię, zdolną 

unicestwić  wszelką  żywą  plazmę  na  powierzchni  planety.  Było  to  zadanie  olbrzymie, 

wymagające długotrwałych przygotowań, lecz Iteriu postanowili zapobiec raz na zawsze groźbie 

wydarcia im władzy nad Ziemią. Zapadł wyrok śmierci na Kuę wraz z całym jego klanem, na 

gryzonie,  mrówki  i  wszystkich  innych  pomniejszych  mieszkańców  ocalałych  wśród  zmierzchu 

planety Ziemi. 

Nienawiść Kuy wobec potomstwa człowieka miała podstawy słuszniejsze, niż sam Kua 

zdawał sobie sprawę. Nietrudno mu więc przyszło zastosować się do polecenia, które usłyszał: 

- Znajdź Iteriu. Sprowadź go tu. Samego. Pieszo. 

Od razu przyszedł mu na myśl Żar, który znajdował się najbliżej. Ale okazja nastręczyła 

się dopiero pod koniec lata, chociaż ptak nie próżnował i stróżował pilnie. 

Pewnego  wieczora,  kiedy  Księżyc  i  Wenus  świeciły  jasno,  Kua  siedział  na  szczycie 

wzgórka  opodal  wielkiej  kopuły  powierzchniowej,  skąd  często  prowadził  obserwacje.  Nagle 

pojazd  Zara  wystrzelił  z  cylindrycznej  wyrzutni,  zatoczył  powolny  łuk  i  obrał  kurs 

północno-zachodni.  Leciał  prosto  i  nie  tak  prędko,  by  mu  ptak  nie  mógł  dorównać.  Bez 

wątpienia pilot odbywał wycieczkę dla rozrywki, bez konkretnego celu. 

Kua, zadowolony i podniecony, utrzymywał bezpieczny dystans, póki pojazd nie zbliżył 

się  do  jaru.  Wreszcie  nadeszła  pora...  Ptak  wiedział,  że  grozi  mu  zguba,  jeżeli  jednak  załatwi 

sprawę zręcznie... 

Mocno  uderzył  skrzydłami,  aby  doścignąć  mechaniczną  zwierzynę.  Jął  nawoływać 

przejmującym ptasim głosem: 

-  Iteriu!  Iteriu!  Iteriu!  Ląduj!  Jestem  Kua,  twój  dawny  informator.  Pokażę  ci  więcej. 

Więcej! Więcej!   

Podstęp  przedstawiał  się  naiwnie  prosto.  Żar  dosłyszał  głos  mimo  łoskotu  rakiety.  Czy 

żywił  podejrzenia?  Oczywiście.  W  owej  epoce  nie  było  na  Ziemi  istoty,  która  przyjęłaby 

background image

podobne zaproszenie bezkrytycznie. Ale i Żar był dobrze uzbrojony i - według własnego zdania - 

bezpieczny. Zwyciężyła ciekawość. 

Wyłączył silniki i zapytał w ptasim narzeczu: 

- Gdzie i co mi chcesz pokazać, czarny łajdaku? Kua wznowił nalegania: 

- Ląduj! Nie dojedziesz swoją maszyną, tam gdzie trzeba. Ląduj, Iteriu! 

Pertraktacje trwały. Nieufność walczyła z zainteresowaniem. 

Tymczasem rośliny zarodnikowe czekały cierpliwie na dnie szczeliny, którą wartki potok 

wyżłobił  w  jakiejś  odległej  epoce  geologicznej.  Soki  krążyły  w  ich  tkankach  tak  samo,  jak  w 

tkankach  innych  roślin,  lecz  delikatne  włoski  łowiły  dźwięki,  a  wrażliwe  na  światło  komórki 

zastępowały  oczy.  Głębiej  znajdowały  się  organy  odpowiadające  mózgowi  i  systemowi 

nerwowemu. Rośliny zarodnikowe nie znały motali ani narzędzi. Działały w odmienny sposób - 

narzucony przez warunki wysoce niekorzystne w porównaniu z sytuacją zwierząt. Ale miało to 

również i swoje dobre strony. 

Teraz czekały zaczajone niby krągłe upiory. Słyszały wrzaski Kuy, swojego wysłannika. 

Odczuwały zapewne wzmożone napięcie - jak myśliwy, którzy wśród ciemności czy mgły złowił 

uchem kwakanie kaczek. 

Wreszcie  żwir  zgrzytnął  i  w  pole  widzenia  wkroczył  mały  człowieczek  w  srebrzystej 

tunice. Drobna, szczupła ręka mocno ściskała broń. Zawahał się na moment, jak gdyby ulegając 

nagłej panice. Ale nie dano mu sposobności do odwrotu. 

Torba zarodnikowa pękła z trzaskiem. Żywy kurz wypełnił  jar jak gęsta, nieprzejrzysta 

mgła,  oślepiająca  i  dusząca.  Żar  odruchowo  nacisnął  spust.  Płomień  strawił  kilka  roślin. 

Kamienie potoczyły się  z łoskotem w miejscu, gdzie źle wymierzona smuga  energii napotkała 

ścianę parowu. 

Mały  człowieczek  przeraził  się,  odetchnął  głęboko,  gwałtownie.  W  tej  chwili  upadł  i 

począł wić się w bezradnej męce. Dławiony miałkim pyłem, miał wrażenie, że jego świadomość 

zapada  w  czarną  otchłań  nieskończoności.  Oto  on,  Żar,  płaci  za  wszystkie  złe  uczynki.  Z 

opętańczą furią słuchał szyderczych wrzasków Kuy, który go zwabi? w matnię. Nie mógł jednak 

odpowiedzieć obelgami - jego myśli roztapiały się w nicość. 

Świadomość  życia  wracała  z  wolna  i  boleśnie.  Początkowo  Żar  czuł  się,  jakby 

przechodził  zapalenie  płuc    duszności,  wysoka  temperatura,  kompletne  otępienie.  Gdyby 

zarodniki  mogły  rozwinąć  się  w  płucach,  umarłby  niezawodnie.  Ale  szczęśliwie  nie  było  to 

środowisko ani zbyt ciepłe, ani zbyt wilgotne. Pomału Zar wykasływał balast. 

Był zziębnięty, zlodowaciały, bowiem wraz ze zmianą pory roku nastały chłody. Drobny 

śnieg  sypał  z  pierzastych  chmurek,  perłowych  i  obrzeżonych  złotem.  Opadające  z  wolna 

maleńkie  kryształki  połyskiwały  tysiącznymi  refleksami  światła.  Grobowa  cisza  przytłaczała 

background image

niemal fizycznym brzemieniem. Zdawać się mogło, że ów ciężar to zamierzchłe dzieje świata, 

dzieje  wspaniałego  rozwoju  zmierzającego  stopniowo  i  nieuchronnie  do  wiecznych  cieni 

kamiennej śmierci. Żar pragnął umknąć z przerażającego parowu, który zdawał  mu się cząstką 

innej  planety.  Podźwignął  się,  próbował  stanąć.  W  tym  momencie  spostrzegł,  że  pętają  go 

podobne  do  sznurów  wąsy,  twarde  jak  róg,  lecz  ciepłe  od  organicznego  fermentu,  bardziej 

zwierzęcego  niż  roślinnego.  Delikatne  szoki  elektryczne  drażniły  skórę,  która  jak  gdyby 

pulsowała. 

Żar zdawał sobie sprawę, że w czasie kiedy leżał bezwładnie, pędy roślin zarodnikowych 

spowiły  go  dokładnie  -  niby  winorośl  -  przywodząc  jednocześnie  na  myśl  rośliny  owadożerne 

występujące w jednej z odległych epok. 

Więzy zacieśniały się. Żar czuł, jak drobne kolce porastające pędy przenikają jego skórę. 

Krzyczał  z  bólu  i  strachu,  a  głuche  echa  powtarzały  jego  wołanie  w  pustynnym  jarze. 

Niemiłosiernie obojętny spokój drobnego śniegu i panującej wokół śmiertelnej ciszy zdawał się 

szydzić z pułapki, w którą wpadł. 

Wreszcie stłumiony głos począł szeptać we wronim narzeczu: 

- Ucisz się, ucisz... Pokój... Pokój... Pokój... 

Senne  tony  niosły  ukojenie,  chociaż  Żar  wiedział  dobrze,  iż  od  najeźdźców  nie  może 

oczekiwać nic dobrego. 

Rośliny obdarzone głosem - prawie ludzkim głosem! Żar osądził, że mięsiste liście muszą 

kryć w sobie organy mowy. Z prac na temat Marsa wiedział coś niecoś o najeźdźcach i ich życiu. 

Organy  działające  na  sposób  urządzeń  mechanicznych  powstają  i  doskonalą  się  w  miarę 

wynikłych  potrzeb.  Obca  wiedza  jest  adaptowana  w  zakresie  wegetatywnej  inteligencji  - 

inteligencji, która nie opanowała jednak nigdy górnictwa ani wytopu czy obróbki metali. 

Spowity  ciasno  mackami  potworów  Żar  uprzytamniał  sobie  ich  moc.  Dziwne,  ale 

świadomość ta nie wpływała na hipnotyczny spokój. 

Mars.  Wędrowna  roślinność,  charakterystyczna  dla  zmierzchu  światów,  przetrwała 

wszelkie  życie  na  Czerwonej  Planecie.  Oplotła  ją  olbrzymią  nieregularną  siecią.  Zapełniła 

wyschłe koryta rzek i zatoki mórz, które zniknęły. Nie były to osobniki - był to system tworzący 

specyficzną, przedziwną cywilizację. Ogromne, puste wewnątrz i zagrzebane głęboko korzenie 

czerpały  wodę  z  topniejących  śniegów  polarnych.  Pełniły  funkcję  kanałów  irygacyjnych. 

Pulsowanie  wewnętrzne  pompowało  wodę  przez  tysiące  mil  pustyni,  dostarczając  wilgoci 

roślinom  rozsianym  po  drodze  wśród  konającego,  odwodnionego  świata.  Kanały  Marsa! 

Oczywiście.  To  kolosalny  system  nawadniający,  wielkie  dzieło  techniki,  niepojętej  i 

niedostępnej dla Iteriu. 

background image

Żywą siecią tych ogromnych połączonych korzeni musiały niewątpliwie płynąć impulsy 

myśli  i  rozkazów  -  wysoko  zorganizowany  system  dowodzenia  i  bezpieczeństwa.  Nawet  dziś, 

kiedy Mars jest prawie martwy, jego schyłkowa cywilizacja nie zrezygnowała pewno z ostatnich 

prób walki. 

Badacze  z  dawnych  epok  widzieli  dziwne,  cudowne  czasy.  Chłodny  blask  słońca  na 

osobliwych ruinach pozostawionych przez wygasłe gatunki. Rozrzedzone powietrze. Arktyczny 

klimat, surowszy niż obecnie na ziemi. Dokoła śmierć i tylko długie, najeżone kolcami wstęgi 

tych  roślin.  Widmowe  kształty  rysują  się  nocą  pod  bliskim  sierpem  Księżyca  i  jego  siostry 

Wenus. Żar nie wiedział, czemu tak się stało, lecz słyszał, że tylko niewielu ludzkich badaczy 

uszło z życiem przed roślinnymi mieszkańcami Marsa. 

Myśli  Zara  poczęły  błądzić  w  oderwany,  niezwykły  sposób.  Może  natura  posiada  jakiś 

plan,  który  systematycznie  realizuje?  Wielkie  gady  ery  mezozoicznej  wymarły,  aby  ustąpić 

miejsca ssakom. Później prymat zyskał człowiek i jego potomkowie. 

Następstwo gatunków zgodnie z precyzyjnym planem? 

Kompletna  cisza  puszystego  śniegu,  urozmaicona  jedynie  słabymi  podmuchami 

lodowatego wiatru, sprzyjała rozważaniom - zwłaszcza że Żar leżał bezwładnie w pętach. Wąsy 

intruza, sękate, kolczaste macki wyrosły niewątpliwie celowo, aby pojmać w niewolę Iteriu. Żar 

poczynał  rozumieć ów fantastyczny zmysł  introspekcji, który pozwala najeźdźcom z Marsa na 

bezpośredni  kontakt  z  fizjologicznymi  zagadkami  ich  organizmów.  Stąd  znajomość  chemii  i 

biologii bardziej przejrzysta niż cokolwiek, co Iteriu może osiągnąć w tych dziedzinach. 

Żar  chciał  krzyczeć,  lecz  osłabienie  i  groza  dławiły  go,  pozwalając  tylko  na  głuche 

westchnienia. 

Wreszcie odzyskał głos potężny instynkt gatunku. Żar wiedział, że najprawdopodobniej 

zginie  rychło,  ale  Iteriu  jako  gatunek  pozostanie,  a  to  sprawa  stokroć  ważniejsza.  Nie  może 

przepaść  dysponując  tak  potężnymi  siłami.  Przypuszczenie,  że  ulegnie  półmartwym, 

nieruchawym  najeźdźcom,  przeczy  zdrowemu  rozsądkowi.  Za  kilka  miesięcy,  kiedy  dobiegną 

końca przygotowania do powszechnego procesu oczyszczającego, Ziemia będzie uwolniona od 

intruza.  Śniada  twarz  Zara,  nie  pozbawiona  znamion  prawdziwej  wielkości,  przybrała 

wyzywający wyraz. Brutalność, siła, spryt,  zdolność szybkiego działania  - oto  narzędzia walki 

Iteriu.  Ale  nie  na  tym  koniec.  Są  również  inne  moce.  Żar  nie  był  krótkowzrocznym  głupcem, 

skłonnym do pochopnego wysnuwania optymistycznych wniosków, wiedział jednak, że według 

wszelkich  logicznych  przesłanek  zapasy  między  Iteriu  a  najeźdźcami  z  Marsa  mogą  dać  tylko 

jeden wynik. 

Umocniony tą wiarą, zorientował się wkrótce, że szczęście dopisuje mu bardziej, niż miał 

prawo liczyć. Po długich godzinach męki chwyt twardych, sękatych macek jak gdyby zelżał. Żar 

background image

nie wiedział, czemu to przypisać. Podejrzewał nowy zdradziecki podstęp, lecz nie następowało 

nic osobliwego. Całą niespożytą energię skoncentrował na próbach ucieczki - miał wrażenie, że 

zdoła  pokonać  słaby  roślinny  ucisk.  Bacznie  wyglądał  sposobności.  Wreszcie  około  północy 

uwolnił zdrętwiałe dłonie i chwycił rękojeść noża. Po chwili stał wolny, uzbrojony w zabójczą 

strzelbę. 

Klął z cicha, gdy kuśtykając sztywno wracał do pojazdu rakietowego. W parowie szalało 

szkarłatne morze ognia. Mroźny wiatr unosił kłęby dymu. 

Żar szukał Kuy, chciał wyładować gniew również i na zdrajcy. Ale czarny wyga przepadł 

bez śladu. 

Najbliższe  dni  przyniosły  srogą  zimę,  której  skutków  nie  odczuwali  Iteriu  w  swoich 

podziemnych  miastach.  Po  upiornej  przygodzie  Żar  został  poddany  badaniom  lekarskim  i 

uznany  za  zdrowego.  Pracował  też  wydajniej  niż  inni.  Dojrzewał  plan  kolonizacji  Wenus. 

Niebawem  potomstwo  człowieka  zawładnie  młodą,  bliską  Słońca  planetą.  Zielone  równiny, 

dżungla, ciepły lazur nieba. Już wkrótce, wkrótce, wkrótce!  Żar snuł marzenia o przygodach i 

prymitywnym szczęściu. 

Z  miast  Iteriu  wylatywały  systematycznie  pojazdy  rakietowe,  aby  niszczyć  świeże 

rozrosty  najeźdźców.  Przepojona  tlenem  materia  ich  organizmów  płonęła  w  pustynnych 

parowach i wzdłuż brzegów słonych wysychających mórz - wszędzie gdzie rośliny zarodnikowe 

próbowały ustanowić swoją cywilizację. Najczęściej nie udawało im się jednak osiągnąć wieku 

bodaj bliskiego dojrzałości. Ale jeden dojrzały niedobitek był w stanie zakazić Ziemię bilionami 

zarodników. Skuteczną metodą mógł być tylko powszechny proces oczyszczający. 

Znowu  nadeszła  wiosna,  a  za  nią  lato.  Okręty  kosmiczne  były  prawie  gotowe.  Rychło 

miały  wystartować  ku  Wenus  i  wielkiej  przygodzie.  Generatory,  które  nasycą  atmosferę 

zabójczymi dla życia falami, czekały pod białymi kopułami hangarów. 

Żar  spoglądał  z  dumą  i  zadowoleniem  na  wspaniałe,  lśniące  wnętrze  doku,  w  którym 

budowano okręt przeznaczony dla jego wspólnoty. Wzrok płonął mu radością. 

-  Jutro  -  rzucił  pod  adresem  towarzysza.  Tamten  skinął  głową.  Biały  odblask  pieców 

atomowych rozjaśniał jego rysy, podkreślał wilczy uśmiech triumfu. 

- Jutro! - powtórzył Zar z dziwną zawziętością. 

Kua  dawno  wrócił  do  współplemieńców.  W  ciągu  ostatnich  miesięcy  życie  wroniego 

klanu  odbiegało  tylko  nieznacznie  od  wzoru  utartego  przez  tysiąclecia.  Dla  bezpieczeństwa 

zaprowadził  stado  w  głąb  pustyni,  gdzie  machiny  latające  Iteriu  docierały  rzadko  i  bardzo 

niewiele roślin zarodnikowych zdołało zapuścić korzenie. 

Pierwszym znakiem, po którym Kua poznał, że dzieje się coś niedobrego, było ogólne złe 

samopoczucie, które wystąpiło raptownie pewnego dnia około południa. Dziwnemu niepokojowi 

background image

towarzyszyło pieczenie i swędzenie całego ciała. Żadne inne objawy nie zapowiadały zbliżania 

się niewidzialnej dłoni śmierci. 

Generatory Iteriu pracowały głęboko pod Ziemią. Kua nie był fizykiem. Wiedział tylko, 

że jemu i jego bliskim coś dolega. Wraz ze swoją samicą Teką i  stadem  towarzyszy wzbił się 

wysoko.  Na  krótki  czas  odczuł  ulgę.  W  górze,  w  pobliżu  słonecznego  dysku,  zobaczył  smugi 

okrętów kosmicznych Iteriu, które sunąc w piątkę - raptownie zawróciły w kierunku Ziemi. 

Postępy  zabójczej  emanacji  były  powolne.  Pełną  moc  miał  jej  nadać  dopiero  rezonans 

skał  tworzących  cienką  wierzchnią  powłokę  skorupy  ziemskiej.  Pod  wieczór  Kua  odczuwał 

tylko  nieznaczne  pogorszenie.  Ale  następnego  dnia  o  świcie  był  zupełnie  wyczerpany  i 

oszołomiony.  Powszechny  proces  oczyszczający  postępował  miarowo  i  systematycznie.  Był 

zwrócony  przeciwko  intruzom,  lecz  przy  sposobności  miał  zmieść  wszelkie  inne  formy 

rodzimego życia Ziemi. 

Cztery  dni.  Klan  Kuy  czekał  zgromadzony  tragicznie  w  ruinach  pozostałych  z  odległej 

przeszłości.  Ptaki  miały  matowe,  nastroszone  pióra  i  drżały  jak  gdyby  z  zimna.  Niektóre 

wydawały krótkie, zdławione okrzyki trwogi. 

Wieczorem Kua patrzył na wschód Księżyca za wybitymi oknami budowli. Był za słaby, 

by spać. Leżał wsparty na piersi. Jego oczy spoglądały mętnie spod opuchniętych powiek, mimo 

wszystko  jednak  połyskiwały  zawziętością,  którą  zachowają  być  może  nawet  wówczas,  gdy 

przestaną  żyć  i  widzieć.  Słabnący  umysł  potrafi  odgadnąć  sprawców  niepojętej  klęski.  Kua, 

bezradny, choć waleczny, zdobył się na chrapliwy okrzyk wyzwania, natchniony odwagą równie 

nieśmiertelną jak wieczność: 

- Iteriu! Iteriu... 

Krótko  przed  odwołaniem  na  Ziemię  pierwszej  grupy  okrętów  kosmicznych 

zmierzających w kierunku Wenus Żar osunął się bezwładnie na tablicę rozdzielczą. Należał do 

drugiej ekipy, która nie weszła jeszcze do wyrzutni. 

Omdlenie  przyszło  nagle.  Kiedy  Żar  odzyskał  zmysły,  leżał  na  wąskim  materacu  w 

szpitalnej dzielnicy miasta. Wzrok miał zamglony, robiło mu się raz zimno, raz gorąco. Zobaczył 

jednak srebrzystą tunikę pochylonego nad sobą lekarza. 

- Źle ze mną? - wyjąkał z trudem. - Dopiero co byłem zupełnie zdrowy... 

- Bardzo źle z tobą - padła rzeczowa odpowiedź. - Od dawna nie byłeś zdrowy. Bakterie 

typu, który uważaliśmy za wytępiony od tysiącleci, miesiącami pustoszyły twój mózg i system 

nerwowy.  To  choroba  utajona.  Wcześniej  nie  mogliśmy  postawić  diagnozy.  W  okresie 

inkubacyjnym  jady  działają  pobudzająco  na  władze  umysłowe  i  fizyczne.  Stąd  pozory 

doskonałego zdrowia. Dziś już wiemy, że choroba jest bardzo zaraźliwa. Trudno ją rozpoznać, 

ale  przeprowadziliśmy  szczegółowe  badania  u  licznych  osobników  pozornie  zdrowych.  U 

background image

wszystkich  stwierdziliśmy  nie  tylko  obecność,  lecz  również  daleko  posunięty  rozwój  choroby. 

Setki już pomdlały - tak jak i ty. Z pewnością będą dalsze przypadki. Moim zdaniem cały nasz 

rodzaj uległ zakażeniu. Sytuacja jest katastrofalna. Szerzy się panika. Wyraźnie spadły dostawy 

żywności. Najprawdopodobniej odkryjemy antytoksyny... ale czy starczy czasu? 

Żar  tracił  przytomność,  lecz  zrozumiał  jeszcze  słowa  lekarza  i  domyślał  się  źródeł 

tajemniczej epidemii. Począł mamrotać na pozór bez związku. 

-  Przemiany  Ziemi...  Gady...  Ssaki...  Ludzie...  Następstwa...  Następstwa...  Natura...  - 

nagle zawołał głosem pełnym mocy: - Walcz, Iteriu! Walcz! 

Był  okrutny,  jak  cały  jego  gatunek,  lecz  nie  brakło  mu  męstwa.  Nagle  usiadł  na 

szpitalnym posłaniu. Był to odruch wspaniały, jeżeli nawet stanowił tylko ostatni dramatyczny 

gest  zgrzybiałej  ludzkości.  Zamiast  biadania  nad  nieuchronną  zgubą  -  apel,  by  do  końca 

wypełnić zadanie. 

- Walcz! - wołał Żar, jak gdyby zwracał się do nieprzeliczonych tłumów. - Walcz, Iteriu! 

Badaj!  Ucz  się!  Pracuj!  To  jedyna  twoja  nadzieja!  Podtrzymaj  działanie  generatorów 

oczyszczających.  Dawne  pisma  badaczy  Marsa...  Rośliny  zarodnikowe  inaczej  niż  my 

podchodzą do problemów. Nie znają metali. Nie znają maszyn. W swoich tkankach wyhodowały 

zabójcze bakterie. Wynalazły je. Rozpowszechniły. Stworzyły z własnej materii. Zakaziły mnie, 

kiedy byłem w niewoli. Kolce na mackach... Stałem się nosicielem... Odkryj antytoksynę, Iteriu! 

Walcz! Pracuj!... 

Minął  rok,  dwa,  trzy  lata.  Słońce  świeciło  jasno.  Powietrze  było  prawie  ciepłe.  Na 

widnokręgu rysowały się te same pustynne wzgórza. Odwieczne ruiny drzemały wśród ciszy  - 

nie  inaczej  niż  dawniej.  Na  zboczach  pagórków  uwijały  się  roje  mrówek.  Liczne  kolonie 

gryzoniów  świadczyły,  że  populacja  tego  gatunku  nie  zmalała.  Pod  niebem  klan  Kuy  zataczał 

leniwe kręgi. Ziemia zmieniła się nieznacznie. Krągłe kolczaste bulwy krzewiły się w parowach, 

sięgając  swymi  zagonami  w  pustynie.  Ich  próżne  wewnątrz,  połączone  korzenie  budowały  z 

wolna rurociągi kolosalnego systemu nawadniającego. Działo się nie inaczej niż ongi na Marsie 

lub  w  jeszcze  odleglejszych  epokach  na  Ganimedzie,  księżycu  Jowisza.  Saliny,  pozostałe  z 

mórz,  i  polarne  śniegi  dostarczały  wilgoci.  Myśl  przebiegała  szybko  wzdłuż  połączonych 

korzeni,  połyskiwały  światłoczułe  soczewki  i  drobne,  złowieszcze  kolce.  Nic  nie  zakłócało 

spokoju najeźdźców. Tylko Iteriu mógłby stanowić groźbę dla ich zmasowanej siły. Pomniejsze 

formy rodzimego życia nie przedstawiały niebezpieczeństwa. 

W  podziemnych  miastach  dawnych  władców  Ziemi  były  tylko  szkielety  i  zabłąkane 

mrówki, których, jak całej fauny planety, nie dotknęła zaraza skierowana wyłącznie przeciwko 

Iteriu.  Ostatnia  rasa  ludzka  nie  różniła  się  obecnie  od  gadów  mezozoicznych.  Ale  na  Ziemi 

panował pokój. 

background image

Kua  krążył  w  powietrzu.  Wydawał  radosne,  donośne  krzyki.  Rzadko  teraz  wspominał 

przeszłość.  Nowi  władcy  nie  byli  zapewne  przychylni,  lecz  przejawiali  kompletną  obojętność. 

Nie  darzyli  go  uwagą,  więc  Kua,  produkt  zmierzchu  Ziemi,  był  szczęśliwy.  Roślinność 

atakowała  zewsząd  wielką  kopułę  powierzchniową,  gdzie  niegdyś  pełnił  straż  Iteriu  imieniem 

Żar. Najeźdźcy odnieśli  wielkie, lecz czcze zwycięstwo, gdyż  Ziemia dogorywała. Pod kopułą 

teleskop  połyskiwał  matowo,  obrastając  kurzem.  W  swoim  czasie  Żar  często  zwracał  go  ku 

Wenus - celu niedościgłych marzeń Iteriu. 

Kto  wie?  Najeźdźcy  przyszli  z  próżni.  Przez  Ganimeda  i  jałową  powierzchnię  Marsa 

trafili na Ziemię. Może kiedyś, gdy Wenus postarzeje, nadejdzie pora... 

background image

Maurice A. Hugi - Mechaniczne myszy 

 

 

Igrać z nieznanym to tyle, co szukać guza. A jednak Burman zaryzykował! Do dziś wielu 

jest  takich,  co  nie  mogą  słuchać  żadnych  trzasków,  tykania,  zgrzytów,  terkotania  -  słowem 

wszystkiego tego, co przypomina stary astmatyczny budzik. Ludzie ci cierpią na mechano-fobię. 

A zawdzięczają to właśnie Danowi Burmanowi. 

Któż nie słyszał o Bajecznej Baterii Burmana? To ten sam facet! Wyczarował ją własnym 

przemysłem  -  od  początku  do  końca  -  i  opatrzył  sławnym  dziś  na  cały  świat  sloganem 

“Elektrownia  w  kieszeni”.  To  nie  takie  proste  -  zbudować  urządzenie  wielkości  pudełka  od 

papierosów,  które  by  produkowało  energię  elektryczną  o  stokrotnie  większej  mocy  niż 

najsilniejsze znane dotąd źródło prądu. Nie jest to proste dla nikogo - z wyjątkiem Burmana! 

Burman popatrzył na mnie uważnie i powiedział: 

- Kiedy dwanaście lat temu przysłali cię z redakcji tego technicznego pisma, wysłuchałeś 

mnie  bardzo  uprzejmie.  Co  dziwniejsze,  nie  potraktowałeś  mnie  ani  jak  marzyciela,  ani  jak 

idiotę.  Przeciwnie  -  napisałeś  o  mnie  zupełnie  sensowną  notatkę,  która  zapoczątkowała  moją 

dzisiejszą popularność i - w konsekwencji - przyniosła mi pieniądze. 

-  Nie  wyobrażasz  sobie  chyba,  że  zrobiłem  to  przez  osobistą  sympatię  dla  ciebie  - 

pospieszyłem go zapewnić - po prostu byłem uczciwie przekonany o wartości twego wynalazku. 

-  Możliwe.  -  Przyglądał  mi  się  w  taki  sposób,  jakby  miał  zamiar  mi  się  z  czegoś 

zwierzyć.  -  Muszę  przyznać,  żeśmy  się  dosyć  zżyli  od  tamtej  pory  -  podjął.  -  Przegadaliśmy 

niejedną  chwilę  i  wydaje  mi  się,  że  jesteś  jedynym  spośród  moich  nielicznych  przyjaciół, 

któremu mógłbym zrobić pewne, głupie być może zresztą, wyznanie. 

-  No,  śmiało  -  próbowałem  go  zachęcić.  Rzeczywiście  byliśmy  bardzo  zżyci,  jak 

powiedział.  Lubiliśmy  się.  Istniało  między  nami  jakieś  pokrewieństwo  dusz.  Burman  był 

człowiekiem  bardzo  inteligentnym,  ale  nie  miał  nic  z  pedantycznego  profesora.  Przystojny, 

około  czterdziestki,  o  zupełnie  przeciętnej  powierzchowności,  na  oko  robił  wrażenie  - 

powiedzmy - wziętego dentysty. 

- Bili - powiedział - bardzo poważnie - to wcale nie ja wynalazłem tę baterię. 

- Nie ty?! 

- Nie. Ukradłem ten pomysł. Ale najidiotyczniejsze w tym wszystkim jest - to, że wcale 

nie wiedziałem, co kradnę i... skąd. 

- Jasne jak słońce - zauważyłem. 

-  Ale  to  jeszcze  nic  -  zignorował  moją  ironię.  -  Wyobraź  sobie,  że  po  dwunastu  latach 

cholernej  orki  zbudowałem  coś  jeszcze;  coś  niesamowicie  skomplikowanego.  -  Uderzył  się 

background image

pięścią  w  kolano,  a  jego  głos  stał  się  niemal  żałosny.  -  Wyobraź  sobie,  stary,  że  teraz,  kiedy 

skończyłem, nie mam zielonego pojęcia, co to jest. 

- Na ogół wynalazcy wiedzą, nad czym pracują. 

-  Owszem.  Ale  nie  ja.  -  Burman  zrobił  się  nagle  zabawnie  poważny.  -  Dokonałem  w 

życiu  tylko  jednego  wynalazku,  i  to  właściwie  przez  przypadek.  -  Ożywił  się.  -  Ale  ten  jeden 

wynalazek stał się kluczem do tysiąca innych. Dzięki niemu zbudowałem baterię. Dzięki niemu 

byłem  bliski  osiągnięć  znacznie  większej  wagi.  Mało  brakowało,  a  w  zasięgu  moich 

niedoskonałych rąk i skromnego umysłu znalazłyby się plany, które, być może, zmieniłyby bieg 

świata  w  sposób  przechodzący  twoją  wyobraźnię.  -  Pochylając  się  do  przodu,  by  dodać  wagi 

słowom, Burman ciągnął:  - Posiadłem  tajemnicę, która kosztowała mnie dwanaście lat  pracy i 

zawrotną  sumę  pieniędzy.  Skończyłem  dzieło  wczoraj  wieczorem,  ale  -  zabij  mnie  -  nie  mam 

pojęcia, co to jest. 

- Może gdybyś mi pokazał... 

- Właśnie o to mi chodzi. - Burman zapalił się nagle. - Mówię ci, ładny kawałek roboty, 

sam to muszę przyznać. Założę się, że nie zgadniesz ani co to jest, ani do czego służy. 

-  Ale  z  tego  wynika,  że  czemuś  jednak  musi  służyć,  a  więc,  że  jakoś  działa.  Burman 

otworzył drzwi. 

- Chodź, zobacz. 

Był to rzeczywiście szlagier. Metalowa kaseta o błyszczącej pokrytej rodem powierzchni, 

z  kształtu  i  wielkości  przypominająca  ustawioną  pionowo  trumnę.  Wokół  tego  dziwnego 

urządzenia unosiła się jakaś złowróżbna atmosfera oczekiwania, by potencjalny jego właściciel 

wyzionął ducha. 

Parę szklanych okienek, umieszczonych z frontu,  pozwalało dostrzec system niezwykle 

precyzyjnych  -  zupełnie  jak  w  pierwszorzędnym  zegarku  -  zębatych  kółek.  Małe,  delikatne 

soczewki spoglądały na mnie z obojętnością Sfinksa. Po jednej stronie widniały trzy przysłonięte 

klapkami otwory, po drugiej podobne dwa, z przodu jeden - największy. 

Na samym czubku sterczały dwie metalowe różdżki, zakończone gałkami, jak diabelskie 

rogi,  co  nadawało  dziwnemu  urządzeniu  jeszcze  bardziej  sataniczny  wygląd,  przywodząc  na 

myśl cmentarną scenerię. 

-  Automatyczny  pogrzebowy  punkt  usługowy  -  powiedziałem  patrząc  na  pudło  z  nie 

ukrywanym niesmakiem. Wskazałem na jedne z drzwiczek. - Tędy wrzucasz całun śmiertelny, a 

z drugiej strony wychodzi już gotowy nieboszczyk, odpowiednio ułożony i spowity. 

-  Widzę,  że  i  tobie  się  to  nie  podoba  -  powiedział  Burman.  Otworzył  jedną  z  szuflad 

biurka  i  wyciągnął  plik  szkiców.  -  Oto  jego  wnętrzności  -  ma  obwód  elektryczny,  zawory, 

kondensatory  i  cos,  czego  nie  jestem  pewny,  a  co  mi  wygląda  na  maleńki,  ale  niezwykle 

background image

wydajny  grzejnik  elektryczny.  W  każdym  razie  są  tu  zębate  kółka,  strugarka  i  kilka  małych 

sztanc  do  blachy.  Wszystko  wskazuje,  na  to,  że  w  tym  dużym  pomieszczeniu,  za  frontowymi 

drzwiczkami,  znajduje  się  miniaturowa  taśma  montażowa.  Zresztą  popatrz  sam  na  te  rysunki: 

piekielnie  skomplikowane  urządzenie  do  produkowania  pewnie  jakichś  niewiele  mniej 

skomplikowanych historii. 

Sądząc  z  rysunków,  miał  rację,  nie  wyjaśniały  one  jednak  wszystkiego.  Zdolny 

konstruktor,  na  podstawie  bardzo  dokładnych  planów,  mógłby  wydedukować  działanie 

maszynerii.  Burman  zgodził  się  z  tym,  przyznając,  że  niektóre  rzeczy  robił  “pi  razy  oko”, 

podczas  gdy  inne  kopiował  bardzo  dokładnie.  Dość  było  danych,  żeby  rozpalić  ciekawość,  za 

mało jednak, by ją zaspokoić. 

- Uruchom po prostu to pudło i zobaczymy, jak ono działa. 

- Próbowałem - odparł Burman - nie mogę. Nie ma żadnego wyłącznika, nic, co by choć 

sugerowało,  jak  to  uruchomić.  Próbowałem  już  na  wszystkie  sposoby  -  nic  z  tego.  Obwód 

elektryczny kończy się w tych antenach na czubku i nawet udało mi się włączyć prąd, ale bez 

żadnego skutku. 

- Może ono się jakoś samoczynnie włącza - poddałem. Nagle olśniła mnie pewna myśl. - 

Może to urządzenie jest zegarowe? 

- Co mówisz? 

- No tak, nastawione na jakiś określony czas. Kiedy wybije oznaczona godzina, samo się 

uruchomi - jak bomba. 

- Nie bądź taki melodramatyczny  - powiedział Burman wyraźnie nieswój. Pochylił się i 

spojrzał w jedną z maleńkich soczewek. 

-  Bzzz  -  zabrzęczało  pudło  ledwo  dosłyszalnie.  Burman  rzucił  się  w  stronę  machiny, 

następnie odsunął się, zmierzył ją uważnie wzrokiem, wreszcie spojrzał na mnie. 

- Słyszałeś? 

-  No  jasne.  -  Zacząłem  przerzucać  rysunki.  Znalezienie  maleńkiej  soczewki  zajęło  mi 

sporo  czasu  -  ale  przecież  była!  Tuż  za  nią  znajdowała  się  selenowa  komórka.  -  To  oko  - 

powiedziałem.  -  Zobaczyło  cię  i  zareagowało.  Czyli  że  to  urządzenie  nie  jest  martwe  -  nawet 

jeśli po prostu stoi, nie widzi, nie słyszy i nic złego nie robi. 

Przyłożyłem do soczewki białą chustkę. 

- Bzzz! - powtórzyła trumna z emfazą. Burman przyłożył teraz chustkę do innej soczewki 

- nic. Żadnego dźwięku ani nawet tej pogrzebowej nuty. Po prostu nic. 

- To mnie wykończy - wyznał Burman. 

I  ja  już  miałem  dosyć  całej  tej  historii.  Gdyby  ta  idiotyczna  machina  zaczęła  działać, 

mógłbym znów coś na ten temat napisać, na czym Burman raz jeszcze zbiłby kabzę. Ale co robić 

background image

z  pudłem,  które  bzyczy,  i  to  tylko  wtedy,  kiedy  ma  na  to  ochotę.  Trzeba  działać  stanowczo  - 

zdecydowałem. 

-  Taki  byłeś  dotąd  tajemniczy  w  sprawie  źródła  tych  wszystkich  pomysłów  - 

powiedziałem  -  dlaczego  nie  wykorzystasz  go,  by  cię  oświeciło  w  kwestii  działania  tej  twojej 

machiny? 

- Powiem ci wszystko... albo raczej... pokażę. 

Burman  wyciągnął  ze  swego  sejfu  szkatułkę,  a  z  niej  pewien  mechanizm.  Był  on 

znacznie  prostszy  niż  tamta  bezużyteczna  kupa  żelastwa.  Przypominał  radioodbiornik 

kryształkowy starego typu, z tą różnicą, że sam kryształ był spory, z dużym połyskiem, i mieścił 

się  w  poziomym  walcu  próżniowym  -  ale  tak  samo  pojedyncza  tarcza,  taki  sam  schemat 

połączeń. Przymocowane na izolowanym drucie zwisało coś w rodzaju słuchawek, które zamiast 

mikrofonów  miały  okrągłe,  wypolerowane  płytki  miedziane,  sporządzone  tak,  by  dokładnie 

przylegały do uszu. 

-  Mój  jedyny  wynalazek  -  powiedział  Burman  nie  bez,  uzasadnionego  zresztą,  odcienia 

dumy w głosie. 

- Co to jest? 

- Przyrząd do podróżowania w czasie. 

-  Cha,  cha,  cha!  -  mój  śmiech  musiał  być  dosyć  cierpki.  -  Czytałem  o  takich  rzeczach. 

Prawdę powiedziawszy, to nawet o nich pisałem. Wszystko to bzdura! Nikomu jeszcze nie udało 

się odbyć podróży w czasie - ani naprzód, ani wstecz. Chciałbym zobaczyć, jak robisz się coraz 

bardziej mglisty i oddalasz się w przyszłość. 

-  Owszem,  pokażę  ci  coś  podobnego,  i  to  bardzo  szybko.  -  Burman  powiedział  to  z 

pewnością, która mnie drażniła, z przekonaniem człowieka, który jest zupełnie pewny, że potrafi 

zrobić coś, co w opinii innych jest zupełnie niemożliwe. Wskazał na kryształkowe urządzenie. - 

Nie  wyobrażaj  sobie,  że  to  takie  proste.  Tysiące  uczonych  eksperymentowało  nad  tym  bez 

skutku. Mnie pierwszemu się powiodło. Musiałem trafić na jakiś szczególny kryształ. Dotąd nie 

wiem, na jakiej zasadzie on działa; nigdy też nie udało mi się odtworzyć podobnego urządzenia - 

nawet z pozornie identycznym kryształem. 

- I rzeczywiście możesz poruszać się w czasie? 

-  Tylko,  w  przód,  nigdy  w  tył,  nawet  o  jeden  dzień.  Za  to  jeśli  chodzi  o  przyszłość, 

urządzenie to ma wprost nieograniczone możliwości. Może nawet do dnia Sądu Ostatecznego, a 

może i przez całą wieczność! 

To  mi  w  zupełności  wystarczyło.  Uwikłał  się  we  własne  absurdy.  Nie  mogłem 

powstrzymać głośnego wybuchu śmiechu. 

background image

- Możesz podróżować w przód dowolnie, ale nigdy w tył, nawet o jeden dzień. No to jak 

do diabła wracasz z takiej wycieczki w przyszłość?! 

-  Ja  po  prostu  nie  opuszczam  teraźniejszości.  A  przyszłości  nie  przeżywam.  Ja  ją 

obserwuję z punktu widzenia teraźniejszości. To jest podróż w czasie we właściwym tego słowa 

znaczeniu. - Burman usadowił się wygodniej. - Powiedz mi, Bili, kto ty jesteś? 

- Jak to kto ja jestem? 

- No tak. Kto ty jesteś - ciągnął, dając od razu odpowiedź na własne pytanie. - Nazywasz 

się Bili. Masz ciało i umysł. Które z nich jest Billem? Możesz mi powiedzieć? 

- Jedno i drugie - odparłem. 

-  No  naturalnie.  Ale  są  to  dwie  różne  części,  mimo  że  złączone  ze  sobą  jak  syjamscy 

bracia.  -  Jego  ton  stał  się  poważny.  -  Twoje  ciało  porusza  się  w  teraźniejszości,  która  stanowi 

niejako linię demarkacyjną między przyszłością a przeszłością. Ale umysł ma znacznie większą 

swobodę:  myśli  -  a  więc  przebywa  w  teraźniejszości;  wspomina  -  a  więc  wraca  w  przeszłość; 

wyobraźnia  zaś  przenosi  go  w  przyszłość,  i  to  w  przyszłość,  która  zależy  wyłącznie  od  jego 

wyboru. A zatem twój umysł może podróżować w czasie. 

Przechytrzył mnie. Mogłem wprawdzie kwestionować to  czy owo i próbować dyskusji, 

ale w zasadzie miał rację. Nigdy nie patrzyłem na te sprawy z tego punktu widzenia, ale przecież 

nie mylił się twierdząc, że każdy może odbywać podróże w czasie w granicach własnej pamięci i 

wyobraźni.  I  nawet  w  tym  momencie  -  wystarczyło,  że  się  cofnąłem  pamięcią  dwanaście  lat 

wstecz, bym zobaczył Burmana młodszego, szczuplejszego, bledszego, bardziej żywiołowego w 

sposobie  bycia,  nie  tak  chłodnego  i  powściągliwego  jak  dziś.  Obraz  był  równie  dokładny,  jak 

wierna była moja pamięć. Na tę krótką chwilę znalazłem się - oczywiście nie fizycznie - przed 

dwunastu laty. 

-  Nazwałem  to  psychofonem  -  ciągnął  dalej  Burman.  -  Kiedy  już  poznasz  przyszłość, 

dokonujesz świadomego wyboru spośród wszystkich możliwości i decydujesz się na taką, jaka ci 

najbardziej odpowiada. 

Psychofon  -  Bóg  jeden  wie,  w  jaki  sposób  -  nastraja  cię  na  przyszłą  rzeczywistość. 

Pozwala ci ujrzeć oczyma wyobraźni przyszłość taką, jaka ona będzie, eliminując automatycznie 

wszystkie te okoliczności, które się nie zdarzą. 

-  Pobudzacz  wyobraźni,  maszyna  do  marzeń  -  pozwoliłem  sobie  zakpić,  ale  nie  byłem 

taki znów pewny siebie, jakby to mogło wynikać z mego tonu.  - Dobrze, mój drogi, a skąd ty 

wiesz, że to właśnie ta, a nie inna przyszłość? 

- Wskazywałaby  na to  konsekwencja, z jaką aparat  powtarza te same  fakty i  zjawiska  - 

odpowiedział poważnie. - Zbyt często i zbyt wiernie na to, by można je uznać za przypadkowe. 

background image

A zresztą... - zrobił ręką wymowny gest - najlepszy przykład to moja bateria. I pomysł, i plany 

wziąłem właśnie z przyszłości. A co - może nie działa? 

-  Działa,  oczywiście  -  musiałem  przyznać.  Wskazałem  na  psychofon.  -  No,  to  chyba  ja 

też mógłbym się wybrać w przyszłość. Daj mi spróbować, może mnie się uda rozwikłać twoją 

zagadkę... 

-  Proszę  cię  bardzo,  spróbuj,  jeśli  tylko  chcesz  -  chętnie  zgodził  się  Burman.  Ustawił 

odpowiednio krzesło i wskazał mi je. - Siadaj, masz, zerknij sobie w przyszłość... 

Burman  włożył  mi  na  głowę  słuchawki,  sprawdził,  czy  miedziane  płytki  szczelnie 

przylegają  do  uszu,  a  następnie  podłączył  psychofon  do  sieci  i  zapalił  go,  a  w  każdym  razie 

wykonał jakiś ruch, który wyglądał na zapalanie. 

-  Do  ciebie  należy  tylko  zamknąć  oczy,  maksymalnie  się  skupić  i...  puścić  wodze 

wyobraźni. 

Przez chwilę manipulował przy aparacie; parę razy westchnął “ach!”, co mój nieszczęsny 

organ  słuchu  odebrał  jako  wibrację.  Po  chwili  westchnienie  Burmana  przeciągnęło  się  w 

“aaach!”.  Zachowałem  się  nie  fair  -  zerknąłem  spod  zmrużonych  powiek.  Kryształ  gorzał  jak 

szczurze ślepia w mroku piwnicy - jakąś tajemniczą purpurą. 

Zamknąłem  oczy  i...  wyruszyłem  w  przyszłość.  Między  miedzianymi  elektrodami 

przelatywało  coś  trudnego  do  opisania,  co  tysiącem  delikatnych  palców  wczepiało  się  w 

najdalsze  zakamarki  mego  mózgu.  Odniosłem  niesamowite  wrażenie,  że  akrobatyczne  palce 

jakiegoś  prestidigitatora,  który  za  chwilę  krzyknie  “Presto!”,  wyjmują  bryłę  moich  szarych 

komórek  z  trzydziestowiecznego  kapelusza  -  zakładając  oczywiście,  że  w  trzydziestym  wieku 

ludzie będą nosili kapelusze. 

Co  to  będzie  -  a  właściwie  jak  to  będzie  w  tym  trzydziestym  wieku?  Czy  nastąpi 

regresja?  Czy  ludzkość  znów  odzieje  się  w  skóry  zwierząt  i  powróci  do  jaskiń?  Czy  może  w 

wyniku stałego postępu świat zaludni się bogami? 

I  nagle  -  przysięgam!  -  zupełnie  przytomnie  ujrzałem  dzikusa,  a  następnie  przedziwne 

indywiduum o ogromnej głowie i połyskliwych oczach. Stwór ten uosabiał w moim pojęciu całą 

szpetotę,  ku  której  ludzkość  zdąża.  Wtem  tajemnicze  palce  zmąciły  tę  chorobliwą  wizję, 

podsuwając inną, której doświadczałem z całą bezradnością i wyrazistością nocnego koszmaru. 

Zobaczyłem  mianowicie  przemawiającego  tłuściocha.  Zewnętrznie  był  to  zupełnie 

zwyczajny  człowiek.  Tak  dalece  zwyczajny,  że  aż  zrobił  na  mnie  wrażenie  typowego 

pantoflarza. Tłuścioch miał na sobie jednak coś w rodzaju rzymskiej togi, a w miejscu, w którym 

winien  się  znajdować  laurowy  wieniec,  małą  czarną  kasetkę.  Jego  audytorium  było  podobnie 

odziane. Treść przemówienia Tłuściocha była dla mnie zupełnie niezrozumiała, jakkolwiek nie 

ulegało wątpliwości, iż mówi z głębokim przekonaniem. 

background image

Tłum  zebrany  był  pod  gołym  niebem;  na  dalszym  planie  widniały  potężne  trybuny. 

Sądząc  z  odległości  ostatnich  rzędów,  musiało  to  być  coś  gigantycznego.  W  dali  strzelała  w 

niebo olbrzymia budowla ze ścianami z połyskliwych kwadratów - jak wielki szklany dom. 

Tłuścioch  grzmiał  w  najwyższym  podnieceniu.  Nagle  energicznie  uderzył  palcem  w 

dziwny przedmiot na głowie i popatrzył po zebranych. 

Tłum  wyraził  aprobatę  dość  powściągliwie,  ale  najwyraźniej  wystarczyło  to  mówcy. 

Podejmując błyskawiczną decyzję, potrząsnął pulchną pięścią i zerwał z czaszki dziwną kasetkę. 

Nikt się nie odezwał; nikt się nawet nie poruszył. Tłum stał niemy, z szeroko otwartymi 

oczyma,  jakby  porażony  widokiem  ludzkiej  istoty  bez  kasetki.  Jakaś  zjawa  o  zwiewnych, 

opływowych kształtach i rozłożystych skrzydłach wzniosła się wdzięcznie do góry i przepłynęła 

nad milczącą, nieruchomą ciżbą. 

Tłuścioch,  z  uśmiechem  tryumfu  na  szerokim  obliczu,  wykrzyknął  coś  i  -  urwał. 

Szybująca w górze zjawa okryła się najpierw mglistym obłokiem, a następnie, w głębokiej ciszy, 

wysłała cieniutką, srebrzystą świetlną strzałę. Pocisk ugodził mówcę. Tłuścioch sczezł w oczach, 

jakby padł ofiarą galopującego trądu. Wiądł, kurczył się, rozkładał i znikał w fałdach własnego 

ubrania, aż wreszcie obrócił się w proch. Było w tym coś przerażającego. 

Słuchacze  nie  rozbiegli  się  w  panice;  z  zaciśniętych  ust  nie  dobył  się  ani  jeden  okrzyk 

strachu,  nienawiści  czy  odrazy.  W  całkowitej  ciszy  stali  -  po  prostu  patrząc  -  jak  oddział 

drewnianych  żołnierzy.  Zjawa,  której  antena  rzucała  wściekłe  błyski,  zatoczyła  koło,  by 

przyjrzeć się swemu dziełu, a następnie dała nura zawisając tuż nad tłumem. Wszyscy, jak jeden 

mąż, zrobili zwrot w lewo. Wszyscy, jak jeden mąż, zaczęli maszerować - raz, dwa, raz, dwa. 

Zerwałem z uszu słuchawki i powiedziałem Burmanowi, co widziałem, czy może raczej, 

jakie wrażenie wywarł na mnie jego wynalazek. 

- Co to wszystko ma do diabła znaczyć? 

-  Automaty  -  mruknął  Burman.  -  Szklane  domy  i  statki  odrzutowe.  -  Zaczął  przeglądać 

zapisany  notatnik,  który  trzymał  w  ręku.  -  Wygląda  mi  na  to,  żeś  się  znalazł  w  początkach 

trzydziestego pierwszego wieku. Zanim wybuchła Antykasetowa Rebelia, przez dwadzieścia lat 

były tam stałe zamieszki. 

- Jaka rebelia? 

-  Antykasetowa.  Rewolucja  automatów  przeciwko  Technokratom.  Jackson-Dkj-99717, 

przebiegły mąciciel ze zwichrowaną kasetą, potajemnie zniekształcił setki innych kaset i w 3047 

roku poprowadził buntowników do zwycięstwa. Jego pra-prawnuk, chytry wielkogłowy osobnik, 

zorganizował z kolei powstanie Wolnych Bezkasetowców przeciwko klice Jacksokratów. 

Nie posiadając się ze zdumienia nad jego relacją, zdołałem wreszcie wyjąkać: 

- Ależ to wygląda na fakty historyczne. 

background image

-  Bo  to  nic  innego,  jak  historia  -  zapewnił  mnie  Burman.  -  Historia,  która  dopiero 

przyjdzie.  -  Zamyślił  się  na  chwilę.  -  Studiowanie  przyszłości  wydaje  ci  się  czymś 

niesamowitym, niemal nadprzyrodzonym, ale dla mnie to zupełnie normalna rzecz. Robię to od 

lat  i  pewnie  po  prostu  rutyna  spowodowała  u  mnie  zobojętnienie  dla  tych  spraw.  Cały  kłopot 

polega na słabej selektywności. Możesz na przykład dwadzieścia razy pod rząd złapać ten sam 

okres,  ale  nigdy  nie  trafisz  na  ten  sam  miesiąc  czy  nawet  rok.  Dobrze  jak  złapiesz  to  samo 

dziesięciolecie. Dlatego moje dane są takie wyrywkowe. 

- Rozumiem - powiedziałem. - Można określić czas w granicach minuty czy dwóch, ale 

nigdy dziesięciu czy nawet pięćdziesięciu sekund. 

-  Otóż  to!  -  podchwycił  Burman.  -  Cała  moja  męka  polegała  na  tym,  że  korzystając  z 

przywileju  podziwiania  panoramy  przyszłości,  nie  mogłem  nigdy  wyzyskać  jej  zdobyczy. 

Owszem,  raz  mi  się  poszczęściło:  udało  mi  się  prześledzić  od  początku  do  końca  proces 

montowania ogniwa w dwudziestym piątym wieku. Postanowiłem je skopiować, no i sam wiesz 

najlepiej, w jakim stopniu mi się to powiodło. 

- Aha! Stąd twoja rewelacyjna bateryjka. 

- Tak, tylko że moja, mimo całej jej doskonałości, nie dorównuje swojemu prototypowi. 

Brakuje w niej jednego małego elementu. - Głos Burmana stał się nagle tajemniczy. - Brak jej 

czegoś, z czego musiałem zrezygnować! 

- Musiałeś? Dlaczego? - zapytałem zupełnie już zdezorientowany. 

-  Bo  historia,  przeszła  czy  przyszła,  nie  znosi  rażących  paradoksów.  Bo  kradnąc  ten 

wynalazek  z  dwudziestego  piątego  wieku  pozostanę  jednak  wynalazcą  dwudziestego  wieku; 

przez  te  pięćset  lat  dokonano  pewnych  ulepszeń  w  tej  dziedzinie,  które  automatycznie  są  dla 

mnie niedostępne. Historia przyszłości, tak jak historia przeszła, jest raz na zawsze przesądzona i 

nie podlega naszemu działaniu. 

-  Wobec tego  -  zażądałem  - wyjaśnij mi ten skomplikowany mechanizm,  który nie robi 

nic, tylko bzyczy “bzzz”. 

-  Do  diabła  z  nim!  -  powiedział  Burman  z  wyraźną  złością.  -  To  mnie  właśnie 

doprowadza do szału. Musi w tym tkwić jakiś pozorny paradoks. 

-  O  key,  ty  mi  powiesz,  jaka  jest  przemysłowa,  a  co  za  tym  idzie  komercjalna  wartość 

twojego wynalazku, a ja już mu zrobię reklamę. Ignorując moją ironię Burman ciągnął: 

-  Próbowałem  zgłębić  przyszłość  tak  dokładnie,  jak  tylko  zdolny  jest  do  tego  ludzki 

umysł.  Moją  najdalszą  wycieczkę  uwieńczył  widok  rozległej  sterylnej  podłogi,  na  której, 

połyskując  w  swoim  samotnym  majestacie,  stała  taka  właśnie  machina.  Czułem,  że  w  jakiś 

sposób jest ona świadoma mojego natarczywego wzroku, docierającego do niej poprzez bezmiar 

background image

wieków.  Przykuwała  moją  uwagę  z  niemal  hipnotyczną  siłą.  Przeszło  dobę,  bo  przez  pełne 

trzydzieści godzin, nie traciłem sprzed oczu tej wizji - jak dotąd najdłuższej. 

- No i co? 

- Narysowałem ją. Sporządziłem rysunki z precyzją zawodowego kreślarza. Nie mogłem 

wprawdzie  zobaczyć  wnętrza  tego  urządzenia,  ale  jakoś...  byłem  go  świadom.  Znałem  je.  O 

czwartej  nad  ranem  -  obłożony  niezliczoną  ilością  rysunków,  z  piekielnym  bólem  głowy, 

zasypiając  ze  zmęczenia  i  z  uczuciem  niewytłumaczalnego  lęku  w  sercu  -  straciłem  wizję.  - 

Burman  zamilkł  na  chwilę.  -  W  rok  później  zdobyłem  się  na  odwagę  i  przystąpiłem  do 

konstrukcji. Kosztowało mnie to masę czasu i masę pieniędzy, ale wreszcie - skończyłem! 

-  I  jedyne,  do  czego  dzieło  twego  życia  jest  zdolne,  to  “bzzz”  -  powiedziałem  z 

niekłamanym współczuciem. 

- Tak - westchnął zdeprymowany. 

Uważałem, że nie ma się nad czym dalej rozwodzić. Burman, zamyślony, patrzył tępo w 

ścianę. Ja bezmyślnie bawiłem się miedzianymi słuchawkami psychofonu. Pochlebiam sobie, że 

moja wyobraźnia działa nie gorzej niż czyjakolwiek inna, a jednak w żaden sposób nie mogłem 

wpaść na jakieś rozsądne zastosowanie dla metalowej trumny wypełnionej starymi częściami od 

zegarków i tym podobnym szmelcem. Nie, nawet mimo że wydawała takie osobliwe dźwięki. 

Od  strony  skrzynki  doszedł  nas  lekki  zgrzyt.  Był  to  całkiem  nowy  dźwięk,  toteż 

obróciliśmy się nagle zdumieni. 

-  Wrrr  -  usłyszeliśmy  znowu.  Przez  szybkę  z  przodu  widać  było  obracające  się  zębate 

kółka. 

- O Boże! - jęknął Burman. 

- Bzzz! Wrrr! Klap! - trumna przesunęła się nieznacznie na niewidocznych łożyskach. 

Diabeł, którego znamy, nie jest ani w połowie tak niebezpieczny jak nieznany diabeł. Nie 

chcę przez to powiedzieć, że ten nagły przejaw życia ze strony skrzynki napędził nam stracha, w 

każdym razie zrobiliśmy się czujni, a ilość uderzeń naszych serc na minutę wzrosła przynajmniej 

o  tuzin.  Trumna  była,  a  w  każdym  razie  mogła  się  okazać,  właśnie  czymś  w  rodzaju  takiego 

nieznanego diabla. Czekaliśmy więc zafascynowani, pełni nie sprecyzowanych obaw. 

Pudło  przesunęło  się  o  jakieś  dwie  stopy  i  stanęło  nie  wydając  żadnego  dźwięku  i 

wlepiając  w  nas  swoje  szklane  spojrzenie  bez  wyrazu.  Nagle  przesunęło  się  o  następne  dwie 

stopy. Jeszcze krok. I znów ta przedziwna kontemplacja. Wreszcie ostatnie szybkie przesunięcie 

i  -  zatrzymało  się  o  stół.  W  tej  chwili  zaczęło  emitować  różnorodne,  ale  zsynchronizowane 

dźwięki, przypominające tykanie starych zegarów. 

Burrnan powiedział spokojnie: 

- Coś się chyba zaczyna dziać! 

background image

Gdyby  machina  potrafiła  mówić,  niewątpliwie  wyjęłaby  Burmanowi  te  słowa  z  ust. 

Ledwo  bowiem  zdążył  to  powiedzieć,  otworzyła  się  jedna  z  bocznych  klapek  i  metalowe 

przegubowe  ramię  ostrożnym,  wężowym  ruchem  sięgnęło  po  stojący  na  stole  morski 

chronometr. 

Osłupiały Burman z przekleństwem rzucił się na ratunek chronometru. Za późno. Ramię 

porwało  go  i  ukryło  we  wnętrzu  skrzynki,  a  klapa  z  głośnym  łoskotem,  przypominającym 

złowrogi trzask niedźwiedzich sideł, powróciła do poprzedniej pozycji. Jednocześnie uchyliła się 

druga  klapa,  z  przodu,  i  identyczne  niemal  ramię  wyskoczyło  i  schowało  się  -  zbyt  jednak 

szybko, by można było zareagować. W spodniach Burmana, dokładnie w miejscu, gdzie przed 

chwilą spoczywał w kieszeni kosztowny zegarek na złotej dewizce, widniała pokaźna dziura.  - 

Jezus Maria! - jęknął cofając się przed machiną. Przez chwilę staliśmy jak wrośnięci w ziemię, 

wpatrując  się  w  Molocha.  Stał  spokojnie,  tykając  tylko  miarowo,  jakby  delektował  się  świeżo 

pochłoniętym  smakołykiem,  i  spoglądał  na  nas  tępym  wzrokiem  swoich  soczewek  jak  nażarta 

krowa.  Odniosłem  idiotyczne  wrażenie,  że  ten  stwór  trawi  właśnie  w  bezgranicznej  euforii 

ładunek zębatych kółek, śrubek i trybików. 

Ponieważ  złowieszcza  atmosfera  rozwiała  się  jakoś  czy  też  może  rozładowała  w 

całkowitym  zainteresowaniu  machiny  osobliwym  posiłkiem,  podjęliśmy  próbę  odzyskania 

drogocennego  chronometru.  Burman  zaczął  więc  energicznie  szarpać  klapę,  za  którą  zniknął 

zegarek,  ale  jego  wysiłki  okazały  się  daremne.  Usiłowałem  mu  pomóc  -  na  próżno.  Klapa  ani 

drgnęła - jak przylutowana. Nawet śrubokręt na nic się nie zdał. Uznaliśmy, że tylko porządny 

łom  załatwiłby  sprawę,  na  to  jednak  Burman  nie  mógł  się  zdecydować.  Budowa  całego  tego 

urządzenia  kosztowała  go  znacznie  więcej,  niż  wynosiła  wartość  zegarka.  -  Tik!  Tik!  Tik!  - 

powtarzała flegmatycznie trumna. 

Znaleźliśmy się znów w punkcie wyjścia - ani trochę mądrzejsi niż na początku. Byliśmy 

bezradni i odniosłem wrażenie, że przeklęta trumna zdaje sobie z tego sprawę. Wpatrywała się w 

nas swoimi soczewkami, szydząc: “tik, tik, lik!”. Z jej brzucha czy też może z miejsca, w którym 

by  się  znajdował,  gdyby  był,  promieniowało  delikatne  ciepło.  Zgodnie  ze  szkicami  Burmana 

tutaj właśnie mieścił się grzejnik elektryczny. 

W  każdym  razie  nie  ulegało  najmniejszej  wątpliwości,  że  wynalazek  Burmana 

funkcjonował. Jeżeli jednak wynalazca doznawał podobnych uczuć co ja, musiał go trafiać szlag. 

Staliśmy jak dwa patentowane durnie, nie wiedząc, do czego ta cholerna skrzynia ma służyć, a 

ona sobie na naszych oczach wyrabiała, co jej się żywnie podoba. Skąd brała energię? Czy po 

prostu anteny sterczące z jej “głowy” jak rogi czerpały ją z powietrza? A może to fale radiowe? 

A  może  sama  była  źródłem  energii?  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  machina  ma  jakąś  siłę 

napędową, że coś produkuje - ba, ale co! 

background image

Jedyną odpowiedzią na dręczące nas pytania było jej “tik, tik, tik!”. 

Wybiła  północ,  nasze  pytania  pozostały  bez  odpowiedzi,  nasza  ciekawość  -  nie 

zaspokojona.  Odłożyliśmy  sprawę  do  rana.  Zanim  jednak  wyszliśmy,  Burman  zamknął 

laboratorium na cztery spusty. 

Zadanie  policjanta  Burke’a  było  proste.  Przechadzając  się  od  przecznicy  do  przecznicy 

musiał baczyć na pobliskie sklepy, w szczególności zaś na duży sklep jubilerski i raz na godzinę 

ze  znajdującej  się  na  rogu  budki  telefonicznej  dzwonić  do  centrali.  Mrukliwemu  Burke’owi 

odpowiadało  to  nocne  zajęcie.  Mógł  się  snuć,  wiodąc  ze  sobą  nie  kończące  się  rozmowy,  w 

których  mu  nikt  nie  przeszkadzał.  W  tej  dzielnicy  miasta  bowiem  nie  działo  się  w  nocy  nic  - 

dosłownie nic. 

Policjant zatrzymał się przed założoną kosztownościami wystawą. Przez  szybę i  ciężką 

żelazną żaluzję przyglądał się oświetlonemu słabą żarówką masywnemu sejfowi. Spoczywał w 

nim  klejnot  radży.  Strzegła  go  krata  w  oknie  wystawowym,  skomplikowany  system 

automatycznych urządzeń alarmowych i cała sieć genialnie pomyślanych pułapek - na wypadek 

gdyby  jakieś  niepowołane  ręce  ośmieliły  się  tu  zabłądzić.  Przez  dwadzieścia  lat  jednak  nie 

znalazł  się  nikt,  kto  by  po  niego  sięgnął.  Nie  było  nawet  zakusów  na  zdobiące  witrynę 

pomniejsze klejnoty. 

Burkę spojrzał w niebo na rozświetloną chmurę, spoza której wyzierał księżyc, i podjął 

spacer. Z ciemności ulicy wyłonił się i minął go kot, stąpając cicho i ostrożnie i ocierając się o 

mur. Wprawne oko policjanta wyłowiło ten kształt nawet z gęstego mroku nocy. Kot przyczaił 

się koło wystawy, którą Burkę przed chwilą obserwował. Stał z przednią łapą uniesioną do góry, 

z czujnie nastawionymi uszami; po chwili przywarł brzuchem do chodnika, bystre oczy mało nie 

wyszły mu z orbit, a ogon kołysał się miarowo z boku na bok. 

Nagle - coś małego i błyszczącego smyrgnęło w stronę kota z mysią wprost zwinnością i 

szybkością. Kot sprężył się do skoku i dał zwinnego susa. Pożądliwe pazury dopadły dziwnego 

stworzenia, którego powierzchnia  - zamiast  być  miękka, kosmata i  ciepła  -  okazała się twarda, 

połyskliwa i śliska. Przedmiot śmigał wkoło jak nakręcana zabawka, zręcznie unikając pazurów. 

Wreszcie, z gniewnym fuknięciem, kot odrzucił łapą niesfornego intruza, który upadł na grzbiet 

parę kroków dalej, wydając na znak protestu ciche trzaski i delikatne szybkie impulsy. 

Dopadając  ofiary  kot  sprężył  się  ponownie  do  skoku  -  na  widok  drugiego  podobnego 

przedmiotu, trochę jednak większego niż pierwszy, odrobinę głośniejszego, ale za to różnego w 

kształcie.  Przypominał  on  mały  pozłacany  walec,  stożkowato  zakończony  z  jednego  końca,  z 

którego wystawało  niewielkie ostrze, i  poruszał  się szybko na niewidocznych kółeczkach. Kot 

skoczył; Burkę usłyszał  jego pisk,  a następnie zduszony charkot. Ale policjant pełniący  nocną 

background image

służbę zna wszystkie, najdziwniejsze nawet odgłosy, rozlegające się wśród uśpionych ulic, nie 

przerwał więc swego flegmatycznego spaceru. 

W jakieś trzy kwadranse później policjant znalazł się w miejscu, w którym rozegrała się 

osobliwa  scena.  Światło  latarki  ukazało  martwego  kota;  Burkę  odwrócił  go  butem.  Zwierzę 

miało  poderżnięte  gardło,  i  to  z  takim  okrucieństwem,  że  głowa  ledwie  trzymała  się  tułowia. 

Policjant popatrzył zasępiony. Sam wprawdzie nie przepadał za kotami, ale nie wyobrażał sobie, 

że zwierzę to może mieć aż tak zaciekłego wroga. 

- Jakby je ktoś żywcem próbował obdzierać ze skóry - mruknął. 

Kocie ścierwo, kopnięte potężnym buciorem policjanta, wylądowało w rynsztoku, skąd je 

nazajutrz  wymiotą  sprzątacze.  Burkę  spojrzał  w  kierunku  jubilerskiego  sklepu,  gdzie  słaba 

żarówka oświetlała w dalszym ciągu nie naruszony sejf. Myślami był jeszcze przy kocie, kiedy 

wprawne oko powiedziało mu, że coś tu jest nie w porządku. Nagle oblał się zimnym potem. Nie 

chodziło  o  sejf;  to  z  wystawą  działo  się  coś  dziwnego.  Na  samym  froncie,  na  ustawionych  w 

szeregu  tacach,  połyskiwały  spokojnie  wartościowe  pierścionki.  Na  prawo,  jak  dawniej,  leżało 

srebro. Ale po lewej stronie, w miejscu niewielkiej kolekcji bardzo precyzyjnych i kosztownych 

zegarków,  ziała  pustka.  Zniknęły  wszystkie.  Co  do  jednego.  Pamiętał,  że  dokładnie  w  samym 

środku leżał piękny zegarek z kalendarzem wartości mniej więcej jego rocznych dochodów. I ten 

także znikł. 

Światło  latarki  migotało,  kiedy  Burkę  próbował  drzwi.  Były  dobrze  zamknięte.  Sztabę, 

jak zwykle, zabezpieczała żelazna kłódka. Policjant ruszył ku wystawie: w rogu, gdzie dawniej 

leżały zegarki, widniała w szybie wystawowej dziurka średnicy może dwóch cali. 

Burkę zaklął siarczyście; pobiegł na róg i drżącą ręką złapał za słuchawkę. Połączywszy 

się  z  centralą  zrelacjonował  zajście.  Biorąc  je  jednak  za  coś  zupełnie  innego,  odgrzebywał  w 

pamięci szczegóły podobnego wypadku, o którym kiedyś czytał. 

-  Wygląda  na  to,  że  wycięli  diamentem  dziurę,  szkło  usunęli  za  pomocą  gumowej 

przyssawki i jakimś teleskopowym prętem powyciągali te zegarki. - Burkę słuchał przez chwilę, 

po  czym  powiedział:  -  Tak,  właśnie  mnie  to  samego  zastanawia.  Przecież  te  pierścionki  są 

znacznie więcej warte. 

Słuchał  jeszcze  głosu  po  drugiej  stronie,  gdy  jego  oczy  znów  zaczęły  błądzić  po  ulicy. 

Odnalazły rynsztok i... spoczęły na jakimś niewyraźnie zarysowanym kształcie. Tak. Nie ulegało 

wątpliwości  -  było  to  ścierwo  drugiego  kota!  Burkę,  nie  rozłączając  się  ze  swoim  rozmówcą, 

odszedł tak daleko, jak mu na to pozwolił sznur telefoniczny. Znów strącił butem z krawężnika 

kociego trupa. Światło latarki ukazało podobny widok. Kropka w kropkę. 

- Halo! - wrzasnął w telefon. - Słuchajcie, jakiś maniak szwenda się tu po nocy i morduje 

koty. 

background image

Powiesił słuchawkę i wrócił do uszkodzonej wystawy pełnić wartę, dopóki nie zjawił się 

wóz policyjny, z którego wysiadło czterech funkcjonariuszy. 

- Rzeczywiście ktoś się musiał uwziąć na te koty - powiedział jeden z nich. - Minęliśmy 

po drodze dwa.  Leżały  na środku ulicy, oświetliliśmy je dokładnie  reflektorami. Miały niemal 

całkowicie odcięte głowy i były jeszcze ciepłe. 

Drugi z policjantów, oglądając dokładnie precyzyjną dziurkę, zauważył: 

- Zbyt doświadczony, żeby zostawić jakiekolwiek ślady. 

- Ale za mało doświadczony, żeby się poznać na tych pierścionkach - mruknął Burkę. 

-  A  może  coś  w  tym  jest  -  zastanawiał  się  tamten  -  zostawił  jedno,  to  mógł  zostawić  i 

drugie. W każdym razie trzeba dokładnie poszukać odcisków. 

Z  mroku  ulicy  wyłoniła  się  taksówka  i  przystanęła  obok  wozu  policyjnego.  Wysiadł  z 

niej  elegancko  ubrany  mężczyzna,  najwyraźniej  mocno  wzburzony,  i  zbliżył  się  do  grupy 

policjantów. W jego bladej, wilgotnej dłoni zabrzęczały klucze. 

-  Maley  jestem,  właściciel  sklepu.  Panowie  do  mnie  dzwonili  -  powiedział  bez  tchu.  - 

Boże! To potworne. Ta kolekcja była warta tysiące, grube tysiące. Co za strata! 

- Czy pan mógłby nas tam wpuścić? - zapytał spokojnie jeden z policjantów. 

- Naturalnie, naturalnie. 

Maley,  używając  do  tego  celu  co  najmniej  sześciu  różnych  kluczy,  otworzył  najpierw 

kratę, a następnie drzwi sklepu, czemu towarzyszył przenikliwy pisk i zgrzyt. Weszli do środka. 

Zrozpaczony  właściciel  zapalił  światło,  natychmiast  wetknął  głowę  między  szklane  półki  i 

obejrzał dokładnie uszkodzoną wystawę. 

- Moje zegarki, moje zegarki! - lamentował. 

-  Tak,  to  rzeczywiście  okropne  -  zauważył  uroczyście  jeden  z  policjantów,  mrugając 

porozumiewawczo do kolegów. 

-  Wszystkie,  wszystkie  co  do  jednego!  -  desperował  Maley.  -  Cała  kolekcja 

najwspanialszych zegarków na... Auuuu!  -  zebranych jakby poraził prąd. Maley o mało się nie 

przewrócił, usiłując poprzez zawadzające mu półki sięgnąć do kraty i do szyby wystawowej.  - 

Mój zegarek, mój własny zegarek! 

Każdy z obecnych stawał na palcach, by zajrzeć Maleyowi przez ramię. Zdążyli jeszcze 

zobaczyć,  jak  złota  sprzączka  od  czarnego  zamszowego  paska  jego  zegarka  ginie  w  okrągłym 

otworze. Burkę pierwszy znalazł się na zewnątrz i za pomocą latarki zaczął przeszukiwać ulicę. 

Nagle...  tak,  nie  ulegało  wątpliwości:  niknący  za  rogiem  przedmiot  był  to  zegarek  Maleya. 

Zanim jednak Burkę stracił go z oczu, zegarek zatrzymał się pod wpływem światła latarki, które 

na niego padło. Burke’owi wydawało się, że widzi, jak coś metalicznie pobłyskującego czmycha 

szybko  z  kręgu  światła.  Podniósł  zegarek,  ale  chwilę  jeszcze  stał  nasłuchując.  Kroki 

background image

wychodzących ze sklepu zmąciły ciszę, ale mógłby przysiąc, że słyszał cichuteńkie bzyczenie i 

jakby pospieszne miarowe tykanie  -  nie pochodzące jednak od trzymanego w ręce zegarka. To 

pewnie nerwy - zadecydował w końcu i z marsem na czole wrócił do towarzyszy. 

- Z całą pewnością nie ma nikogo. Musiał panu spaść z ręki i się tam potoczyć. 

Do diabła - pomyślał jednak. - Czyżby zegarek mógł się potoczyć aż tak daleko? Co za 

piekielna noc! Nagle, w odległości paru kroków, rozległ się pisk, a zaraz potem charkot. Burkę 

zadrżał - wiedział dobrze, co to znaczy. Spojrzał na towarzyszy, ale tamci najwyraźniej nic nie 

słyszeli. 

Rano  gazety  pełne  były  sensacyjnych  wiadomości.  Ogółem  zginęło  sześćdziesiąt 

zegarków i osiem kotów, nie licząc jakichś drobnych części z laboratorium pewnego naukowca, 

zajmującego  się  konstruowaniem  różnego  rodzaju  aparatury  naukowej.  Przeczytałem  to  w 

jednym  z  dzienników  idąc  rano  do  Burmana.  Szczegółów  nie  skąpiono,  wiadomości  nie  były 

jednak ścisłe. Uzupełniłem je sobie nieco później, kiedy odkryliśmy istotną przyczynę nocnych 

wydarzeń. 

Burman  czekał  już  ma  mnie.  Był  zaniepokojony  i  zmartwiony.  W  rogu  stała  trumna 

tykając miarowo, znacznie jednak głośniej niż wczoraj. Jak wrący pracą ul. 

- No i cóż? - zagadnąłem. 

-  Rozrabiała  w  nocy  -  powiedział  Burman.  -  Stłukła  mi  parę  termometrów  i  wyssała  z 

nich  rtęć.  Niektóre  szuflady  i  szafki  były  zamknięte,  inne  pootwierane,  ale  mam  niejasne 

wrażenie, że buszowała po wszystkich. W każdym  razie wsiąkła rolka niklowej  folii  i  szpulka 

miedzianego drutu. - Ze złością wskazał na dół drzwi, którymi właśnie wszedłem. - Te dziury to 

też jej sprawka. Wczoraj ich przecież nie było. 

Rzeczywiście,  w  drzwiach,  u  dołu,  widniało  parę  dziur.  Nie  mogły  być  one  jednak 

dziełem szczura - miały idealnie gładkie brzegi i były dokładnie koliste, jakby zostały wycięte 

laubzegą, i to przez fachowca. 

- Ale co by jej przyszło z tych dziur, przecież i tak by się przez nie nie zmieściła. To nie 

ma sensu - zaoponowałem, 

- A czy w tym wszystkim jest w ogóle jakikolwiek sens? - Burman popatrzył na skrzynię, 

która  odpowiedziała  mu  pustym  spojrzeniem  swoich  soczewek,  nie  ustając  przy  tym  w 

pracowitym “tik, tik, tik”. Wtem: bzzz - bum - klap! 

Właśnie otwierałem usta, by uraczyć cholerną trumnę epitetem, kiedy z jej wnętrza dobył 

się dźwięk niezwykle wysoki, cienki i subtelny. Nagle przez jedną z mysich dziur smyrgnęło coś 

małego i połyskującego metalicznie. Zanim zdążyłem przyjrzeć się temu bliżej, jedna z klapek 

otwarła  się  błyskawicznie  i  tykające  monstrum  wchłonęło  owo  dziwne  stworzenie.  Zdołałem 

background image

jedynie zauważyć, że miało ono kształt cylindryczny i było gładkie jak czółenko od maszyny do 

szycia, tylko ze cztery razy większe. A poza tym taskało jakiś drugi metalowy przedmiot. 

Popatrzyłem  na  Burmana.  Burman  popatrzył  na  mnie.  Przeszukał  dokładnie  całe 

laboratorium i  znalazł ze trzy stopy półcalowego stalowego pręta. Następnie przysunął  krzesło 

do  drzwi  i  trzymając  pręt  w  pogotowiu,  nie  spuszczał  z  oka  tajemniczych  otworów.  Tykająca 

machina obserwowała go dokładnie. 

W jakieś dziesięć minut później znów dało się słyszeć klapnięcie i ten sam przejmujący 

wysoki  ton.  Tym  razem  otworzyła  się  jedna  z  klapek;  identyczny  wrzecionowaty  stwór 

wyskoczył  z  wnętrza  skrzyni  i  podjechał,  jeśli  tak  można  to  nazwać,  pod  drzwi,  przy  których 

czatowaliśmy. Ale i teraz refleks zawiódł Burmana. Zamachnął się prętem, ruchliwe wrzeciono 

przemknęło jednak zwinnie koło jego stóp, unikając ciosu, który spadł na podłogę, i zniknęło w 

jednej z dziur. 

-  Cholera!  -  zaklął  Burman.  Patrzył  na  niestrudzoną  trumnę,  nie  wypuszczając  z  ręki 

stalowego pręta. - Rozbiłbym przeklęte pudło w drobny mak, gdyby nie to, że koniecznie chcę 

złapać takiego drobnego wrzecionowatego stwora. Patrz! - wrzasnął nagle. 

Niestety,  było  już  za  późno.  Wymachując  ciężkim  prętem  rzucił  się  do  drzwi,  ale  jego 

reakcja  była  odrobinę  za  wolna.  Trzy  czółenka  były  już  w  połowie  drogi  do  skrzyni,  która 

wchłonęła je błyskawicznie z trzaskiem zamykanej klapki. 

Wojownicze  trio  przemknęło  szeregiem,  tak  że  tym  razem  mogłem  dokładniej 

zaobserwować szczegóły. Dwa pierwsze, złociste, czółenka przypominały te, które widzieliśmy 

na początku. Trzecie było większe, szybsze i chyba zwinniejsze. Z przodu sterczało mu cienkie, 

złowrogo połyskujące ostrze - jak skalpel. Z powodu szybkości, z jaką się poruszało, nie mogłem 

przyjrzeć  się  tak  dokładnie,  jakbym  chciał,  wydaje  mi  się  jednak,  że  sam  czubek  skalpela 

umazany był na czerwono. Zrobiło mi się gorąco. 

Po drugiej stronie drzwi rozległo się skrobanie i w jednym z otworów pokazała się biała 

łapa. Kot cofnął się na bezpieczną odległość, kiedy Burman otworzył drzwi, ale nie spuszczał z 

oka laboratorium. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości: zwierzę musiało wyczuć obecność tych 

piekielnych  stworów.  Tą  samą  myślą  tknięci,  popatrzyliśmy  na  siebie  z  Burmanem.  Koty  są 

bajecznie zwinne i atakują błyskawicznie. Jak mu stworzymy warunki, może złowi dla nas jedną 

z tych myszy. 

Zaczęliśmy więc wabić kota czułymi słowy. Podniecenie wzięło górę nad instynktowną 

nieufnością w stosunku do obcych i zwierzę weszło. Natychmiast zamknęliśmy drzwi. Burman, 

z prętem w ręku, usiadł przy wejściu, jednym okiem obserwując otwory, drugim kota. Musiał się 

zdobyć  na  maksymalną  podzielność  uwagi.  Kot  myszkował  po  kątach,  pomiałkując  żałośnie. 

Wyglądało na to, że w swoich poszukiwaniach polega raczej na wzroku niż na węchu. Nie było 

background image

przecież żadnego zapachu. Z cierpliwością czatującego na zdobycz drapieżnika przeszukał całe 

laboratorium.  Kilka  razy  przechodził  obok  bzykającej  trumny,  lekceważąc  ją  całkowicie.  Na 

koniec zrezygnował; skoczył na stół i zaczął się myć. 

Nagle: tik, tik, tik! - bzzz - bum! 

Otworzyła  się  klapka,  wypuszczając  jednego  wrzecionowatego  stwora,  który 

błyskawicznie smyrgnął ku drzwiom, a zaraz potem drugiego. Pierwszy był za szybki nawet dla 

kota, nie mówiąc już o osłupiałym Burmanie. 

-  Bang!  -  stalowy  pręt  uderzył  o  podłogę,  gdy  błyszczący  przedmiot  znikał  już  w 

pierwszym  z  brzegu  otworze.  Kot  jednak  spisał  się  lepiej.  Wykonał  wspaniałego  susa  i 

wysuniętymi  w  locie  pazurami  dopadł  ofiary  o  jakąś  stopę  od  drzwi.  Zwierzę  próbowało 

przytrzymać  gładki  przedmiot,  czółenko  jednak  wysmyknęło  się  z  pazurów  napastnika  w 

szalonych piruetach. Kot złapał je ponownie, znów wypuścił, wydał wściekły pomruk i odwrócił 

zdobycz łapą na grzbiet. Wrzeciono leżało do góry czterema maleńkimi kółkami, które obracały 

się z zawrotną szybkością i ledwie dosłyszalnym skrzypieniem. 

Z oczyma płonącymi podnieceniem Burman odłożył broń i podszedł do bezradnie leżącej 

na  grzbiecie  ofiary.  Nim  jednak  zdążył  sięgnąć,  z  głośnym  brzękiem  otworzyła  się  klapka  i  z 

przedziwnej machiny wyskoczył następny egzemplarz. Ze zdumiewającą zręcznością kot rzucił 

się  na  nową  zdobycz.  Rozgorzało  istne  piekło:  robiąc  zwinne  uniki,  metalowy  mechanizm 

atakował  fukającego  i  plującego  kota.  Pole  walki  spowił  biało-czarny  obłok  puchu,  wśród 

którego  raz  po  raz  migało  złoto,  a  poprzez  kocie  wrzaski  przebijał  to  wznoszący  się,  to 

opadający cieniusieńki pisk. 

Nagle  kot  zachłysnął  się  dziwnie,  a  na  podłodze  wykwitły  czerwone  plamy.  Pazury 

zamknęły  się  w  spazmatycznym  przedśmiertnym  skurczu,  kot  zacharczał  raz  jeszcze, 

zabulgotało mu w krtani; parę drgawek, fontanna krwi trysnęła z szerokiej rany i... zwierzę padło 

martwe. 

Ledwie  zdołaliśmy  zdać  sobie  sprawę  z  potworności  tej  sceny,  kiedy  pogromca  kota 

ruszył w stronę Burmana, który wciąż jeszcze stał z bzykającym  czółenkiem  w ręku. Mojemu 

przyjacielowi  oczy  mało  nie  wyszły  z  orbit,  zachował  jednak  przytomność  umysłu  na  tyle,  że 

wykonał  zręczny  skok  na  sekundę,  zanim  napastnik  dosięgną!  jego  stóp.  Wylądował  za 

krwiożerczym  mechanizmem,  który  dokonał  błyskawicznego  obrotu,  by  podjąć  atak.  W 

szalonym  pędzie  błysnął  mi  tylko  skalpel,  na  jakieś  dwa  cale  unurzany  w  lepkiej  czerwieni. 

Burman raz jeszcze przesadził napastnika i wskoczył na stół. 

- Boże! - jęknął bez tchu. 

Ja  tymczasem  dopadłem  stalowego  pręta.  Poczułem  w  ręce  jego  zbawczy  ciężar.  Ale 

moje  wysiłki,  żeby  zdzielić  nim  mechanicznego  potworka  i  wyrzucić  go  za  okno,  okazały  się 

background image

daremne. Zaciekłe czółenko było dla mnie za szybkie. Wirowało coraz prędzej, unikając ciosu, i 

dwukrotnie zdążyło okrążyć stół, na którym Burman szukał schronienia. Ignorowało mnie przy 

tym  całkowicie,  odpowiadając  jednocześnie  na  jakiś  magiczny  zew  tego,  które  trzymał  mój 

przyjaciel. 

Zamachnąłem  się  raz  jeszcze  i  znów  chybiłem,  chociaż  przysiągłbym,  że  najwyżej  o 

milimetr.  Widziałem,  jak  przez  otwory  w  drzwiach  smyrgają,  a  następnie,  przy 

akompaniamencie trzasku otwieranych i zamykanych klapek, nikną w czeluściach macierzystego 

mechanizmu  następne  wojownicze  czółenka.  Całej  tej  nieprzytomnej  krzątaninie  towarzyszyło 

niezmienne “tik, tik, tik”. Wymierzyłem jeszcze jeden, ostatni cios, którego ofiarą i tym razem 

padła li tylko podłoga, a który jako jedyny skutek pozostawił mi silny ból w ramieniu. 

Nagle,  nieoczekiwanie,  nasz  prześladowca  zaprzestał  swojego  szaleńczego  tanu  wokół 

stołu.  Z  donośnym  trzaskiem  i  głośniejszym  jeszcze  niż  dotychczas  bzyczeniem  bez 

najmniejszego  trudu  wspiął  się  po  nodze  na  stół.  Jednym  susem  Burman  opuścił  swój  azyl, 

trzymając jednak w dalszym ciągu przeklęte czółenko. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby był tak 

blady. 

- Do diabła z tym cholernym robotem! - wrzasnął ochryple. - Rozwal go! 

-  Bang!  -  odpowiedziała  machina.  Uchyliła  się  klapka,  wypuszczając  następnego 

opatrzonego  skalpelem  demona.  -  Tzzz!  -  i  znów  ruch  przy  drzwiach.  Cztery  czółenka  z 

charakterystyczną szybkością zniknęły w czeluści robota, piąte, obciążone sprężyną od zaworu 

samochodowego, poruszało się nieco wolniej. Udało mi się je kopnąć pod ścianę. 

Mój  przyjaciel  tymczasem  zdołał  jakoś  umknąć  napastnikowi,  któremu  przyszedł  w 

sukurs  drugi,  podobny,  rozcinając  Burmanowi  ostrym  skalpelem  czubek  buta.  Teraz  nacierały 

już na niego z przerażającą wprost energią trzy jednocześnie. Raz jeszcze poszukał schronienia 

na stole. 

- Rzuć to przeklęte świństwo! - wrzasnąłem. Nie usłuchał mnie. Dopiero kiedy wściekłe 

trio dopadło go i tam, z całej siły cisnął czółenkiem w tajemniczą machinę, która dała mu życie. 

Trumna jęknęła, a maleńki mechanizm - nieruchomy już i cichy - legł na podłodze. 

W  tym  samym  momencie  uzbrojone  wrzeciona  jak  gdyby  nagle  zmieniły  zamiar: 

opuściły stół i wysunęły się przez otwory w drzwiach. Za nimi podążyło czwarte, które dopiero 

co  wyskoczyło  z  robota,  eskortując  dwa  zwykłe  czółenka.  W  sekundę  czy  dwie  później  przez 

jedną  z  dziur  w  drzwiach  wpełzło  coś  zupełnie  nowego,  co  nie  przypominało  żadnego  z 

dotychczasowych  stworów:  było  obłe  w  kształcie,  zadartonose,  długości  mniej  więcej  połowy 

policyjnej  pałki,  miało  sześć  kółek  i  było  z  przodu  podwójnie  ząbkowane;  przejechało  niemal 

przez cały pokój, pozwalając nam napaść oczy swoim widokiem. Dziwne wyrostki poruszały się 

i falowały, kiedy stwór wpełzał do robota jak do ula przez najniżej umieszczone drzwiczki. 

background image

Ale Burman miał już tego dosyć. Był zdecydowany. Ścisnął mocno w dłoni stalowy pręt i 

podszedł do znienawidzonej skrzyni, która zdawała się łypać złośliwie w jego stronę. Dwanaście 

lat  pracy  zniszczyć  za  jednym  uderzeniem!  Tyle  dni  i  nocy  ogromnego  wysiłku  za  jednym 

zamachem  obrócić  wniwecz!  Ale  Burmanowi  już  nie  zależało.  Wściekłym  ciosem  rozbił  w 

drobny mak szybę, a następnie znajdujący się za nią system zębatych kółek i sprężynek. 

Pod coraz silniejszymi uderzeniami pudło dygotało i przesuwało się z miejsca na miejsce. 

Wszystkie klapki stały otworem, a z wnętrza robota wysypywał się jego martwy miot. Burman 

nie ustawał w swym niszczycielskim dziele, któremu towarzyszyły zgrzyty i trzaski. Wreszcie - 

wszystko umilkło. Z robota pozostała kupa bezużytecznego szmelcu. 

Podniosłem jedno z czółenek, które przed chwilą skryło się w głębi macierzystego pudła; 

było zastanawiające ciężkie, ale mimo nawet znacznego stopnia zniszczenia mogłem podziwiać 

precyzję konstrukcji. Z przodu miało ledwie dostrzegalne oczko, ale miniaturowa soczewka była 

stłuczona. Czyżby wróciło do remontu? 

- No - powiedział Burman niemal bez tchu - już po wszystkim! 

Otworzyłem  drzwi,  żeby  sprawdzić,  czy  hałas  nie  wzbudził  zainteresowania  sąsiadów. 

Ale  nie.  Za  drzwiami  leżało  martwe  czółenko,  o  krok  od  niego  drugie.  Pierwsze  miało 

przyczepiony do wystającego z tyłu haczyka kawałek delikatnego miedzianego łańcuszka. Łebek 

drugiego  ział  otworem  przypominającym  wentylatorek,  z  głębi  wyzierały  dwa  ramiona,  w 

których uchwycie tkwił średniej wielkości brylant. Wyglądało na to, że właśnie wracały z jakiejś 

wycieczki, kiedy Burman rozprawił się z robotem. Podniosłem je. Nie zdradzały najmniejszych 

śladów  zniszczenia,  ale  ich  kompletny  bezruch  świadczył  o  tym,  że  były  sterowane  przez 

macierzystą  machinę,  z  której  czerpały  siłę  napędową.  Załatwiliśmy  więc  sprawę  radykalnie: 

niszcząc robota-matkę, zniszczyliśmy całe potomstwo. Burman odzyskał w końcu głos. 

-  Robot-matka!  Oto,  co  zbudowałem!  Zupełnie  nieświadomie  skonstruowałem  jedno  z 

najbardziej  niebezpiecznych  urządzeń  na  świecie:  twór  groźny  przez  swoją  zdolność 

rozmnażania, którą dzieli z rodzajem ludzkim! Bogu dzięki, żeśmy ją w porę zahamowali. 

- Wobec tego - zauważyłem - mieliśmy do czynienia z potencjalnym gospodarzem ziemi. 

Miła perspektywa dla ludzkości, nie ma co! 

- Niekoniecznie. Nie wiem, jak daleko zaszedłem w swojej wędrówce w przyszłość, ale 

odnoszę  wrażenie,  że  to  sprawy  bardzo  odległe:  prawdopodobnie  do  tego  czasu  Ziemia  -  z 

punktu  widzenia ludzkości  - będzie już sterylna.  Być może ludzie osiedlą się w jakimś innym 

miejscu Kosmosu, pozostawiając kulę ziemską na wpół rozumnym robotom, by na własną rękę 

walczyły o byt. I może właśnie w walce tej wygrały... 

- Po to, by zafałszować przeszłość na swoją korzyść - zasugerowałem. 

background image

-  Nie  sądzę.  -  Burman  był  już  prawie  spokojny.  -  Należy  to  raczej  traktować  jako 

interesujący eksperyment niż jakąś rzeczywistą groźbę. Cała ta historia musi być w sferze bardzo 

odległej przyszłości - inaczej byłby to nieprawdopodobny wprost paradoks. W przyszłym wieku 

nie istnieją roboty, a nauka milczy na ich temat. Ten intruz musiał więc w naszej rzeczywistości 

ulec zniszczeniu, a nawet więcej - zapomnieniu. 

-  Co  się  sprowadza  do  tego  -  pozwoliłem  sobie  spuentować  -  że  musisz  zniszczyć  nie 

tylko robota, nie tylko wszystkie rysunki i plany, ale także psychofon, pozostawiając jedynie w 

naszej  pamięci  ten  niezwykły  epizod  -  jako  ciekawy  materiał  do  wykorzystania  dla  mnie  w 

felietonie. 

-  Naturalnie, że wszystko zniszczę. Myślałem  już o tym,  ale dopiero teraz zrozumiałem 

ponad wszelką wątpliwość, że nigdy nie będę miał z psychofonu najmniejszej korzyści. Pozwala 

mi on bowiem jedynie dokonywać wynalazków przewidzianych dla mnie przez historię, a więc 

takich,  których  prawdopodobnie  i  tak  bym  dokonał,  bez  pomocy  tego  piekielnego  urządzenia. 

Tak, nie można jednak igrać z historią, czy to przeszłą, czy przyszłą. 

Ha! Trudno mu było odmówić słuszności! 

-  Zauważyłeś  pewne  cechy  pszczelej  psychologii  w  tych  stworach?  Zbudowałeś  ul,  w 

którym były i robotnice, i żołnierze, i nawet - tu wskazałem na największy okaz - jeden truteń. 

- Taaak... - powiedział Burman ponuro. - Tylko ten miód... Osiemdziesiąt zegarków! Nie 

licząc innych rzeczy, o których jeszcze przeczytamy w gazetach. No i koty. Całe szczęście, że 

nie jestem biedny. 

-  Ale  przecież  nikt  tego  nie  kojarzy  z  twoją  osobą.  Możesz  zresztą  po  cichu  popłacić 

ludziom odszkodowania, jeśli już koniecznie chcesz. 

- Zrobię to z pewnością - oświadczył. 

- No cóż, wszystko dobre, co się dobrze kończy. Całe szczęście, żeśmy się pozbyli tego 

piwa, któregośmy zresztą sami nawarzyli. 

Z  westchnieniem  ulgi  skierowałem  się  do  drzwi.  Cienki  pisk  miniaturowego  robocika 

osadził  mnie  w  miejscu  i  przyciągnął  mój  wzrok.  Gdy  obaj  z  Burmanem  staliśmy  jak  wryci, 

złociste  wrzeciono  wychynęło  z  jednego  z  otworów  w  drzwiach,  ale  najwyraźniej  poczuwszy 

śmierć robota-matki, błyskawicznie czmychnęło z powrotem. 

To,  co  Burman  przeżył  dotąd,  było  niczym  w  porównaniu  z  szokiem,  jakiego  doznał 

teraz. Podszedł do drzwi i nie wierząc własnym oczom wpatrywał się w otwór, w którym zniknął 

przed chwilą maleńki intruz. 

- Bili - jęknął - twoje porównanie do pszczół było genialne. Nie rozumiesz? Gdzieś tutaj 

musi być drugi rój. Ocalała królowa! 

background image

Mój  przyjaciel  miał  rację.  W  ciągu  następnych  czterdziestu  ośmiu  godzin  rozpętało  się 

istne  piekło.  Cały  niemal  ten  czas  Burman  spędził  na  policji,  próbując  przekonać  jej 

funkcjonariuszy,  że  jego  zeznanie  nie  jest  wytworem  fantazji.  Za  całą  pomoc  miał  równie 

nieprawdopodobne meldunki, które nadchodziły ze wszystkich stron. 

A  więc  na  przykład:  stary  Gildersome  usłyszał  gdzieś  około  północy  dziwny  trzask  w 

swoim sklepie z aparatami fotograficznymi i projektorami filmowymi; wciągnął spodnie i pognał 

na dół. Kiedy był w połowie drogi, ukłuło go w podbicie prawej stopy maleńkie, przypominające 

brzytwę  ostrze.  Stary  stracił  równowagę,  spadł  ze  schodów  i  leżał  potłuczony  i  na  wpół 

ogłuszony, a wokół niego roiło się coś, bzyczało i tykało w ciemnościach. Przez ten czas jeden 

po  drugim  wywędrowały  z  kasety  przez  otwór  w  drzwiach  wszystkie  wysokowartościowe 

obiektywy. Podobny los spotkał całą masę kółek zębatych i różnych części projektorów. 

Inni  skarżyli  się,  że  zostali  w  nocy  obrabowani  z  zegarków  i  budzików.  Ktoś  wpadł 

nawet w histerię i twierdził, że jego napastnik był “sześciocalowym karaluchem”, który bzyczał 

jak dziecinne dynamo. Wstając z łóżka postawił na nim bosą stopę i czuł, jak umyka spod niej 

coś twardego i zimnego. Kiedy z odrazą cofnął nogę z powrotem na łóżko, “nadpełzł następny 

karaluch”.  Burman  powstrzymał  się  przed  uświadomieniem  pokrzywdzonemu,  jak  bliski  był 

utraty nogi. 

Nazajutrz  wpłynęło  dalszych  trzydzieści  skarg.  Ze  dwadzieścia  mieszkań  i  co  najmniej 

cztery sklepy zostały splądrowane przez stworzenia ruchliwością przypominające szczury - z tą 

tylko różnicą, że wydawały dźwięki podobne do cichutkiego tykania i bzyczenia. Widziano, jak 

jeden z nich sunął dosłownie przy nodze pewnego przechodnia, kolejarza. Kiedy człowiek ten 

schylił się, by go podnieść, stracił kciuk i palec wskazujący i zabrało go pogotowie. 

Ofiarą  dziwnych  tykających  rabusiów  padały  rzadkie  metale  i  różne  precyzyjne  części. 

Nie  wyobrażałem  sobie,  jak  Burman  czy  ktokolwiek  inny  zdoła  opanować  tę  plagę.  A  jednak 

mój  przyjaciel  dał  sobie  radę:  podjął  regularną  akcję,  coś  w  rodzaju  odszczurzania, 

systematycznie zakładając przynęty. Pomagałem mu w tym ze specjalnie sporządzoną mapą w 

ręku. 

-  Każdy  meldunek  -  twierdził  Burman  -  prowadzi  na  tę  ulicę.  Tu  gdzieś  znaleziono 

porzucony budzik, którego dzwonek rozległ się w nocy ni z tego, ni z owego. W tej okolicy dwa 

samochody zostały obrabowane z precyzyjnych części. Tutaj też widziano kręcące się czółenka. 

Nie  mówiąc  już  o  pięciu  martwych  kotach.  Wszystkie  inne  incydenty,  o  jakich  doniesiono, 

wydarzyły się również w pobliżu. 

- Czyli - dopowiedziałem - trzeba gdzieś tu szukać królowej. 

-  Tak  -  Burman  rozejrzał  się  po  pustej,  cichej  ulicy,  oblanej  widmowym  światłem 

księżyca. Była druga w nocy. - My się z nimi rozprawimy. 

background image

Do  nawiniętej  na  szpulkę  mocnej  bawełnianej  nitki  przywiązał  kawałek  srebrnego 

łańcuszka; przytwierdziwszy szpulkę do muru, spuścił łańcuszek na chodnik. To samo zrobiłem 

z mechanizmem starego zegarka. Rozrzuciliśmy jeszcze w pobliżu parę zębatych kółek, części 

od  starych  aparatów  fotograficznych,  kilka  zwitków  miedzianego  drutu  i  inne  drobiazgi,  które 

mogły się wydać atrakcyjne naszej zwierzynie. 

W  trzy  godziny  później  powróciliśmy  z  policją.  Wszyscy  byliśmy  uzbrojeni  w  młoty  i 

młotki,  a  nogi  mieliśmy  zabezpieczone  specjalnie  w  tym  celu  wyklepanymi  z  blachy 

ochraniaczami. 

Połknęły  przynętę!  Kilka  sznurków  zastaliśmy  zerwanych,  reszta  jednak  była  cała. 

Wszystkie wiodły do stalowego okratowania okienka piwnicy w starym opuszczonym składzie. 

Przyjrzawszy  się  bliżej,  dostrzegliśmy  kilka  nitek  wymownie  ginących  w  ciemnej  czeluści 

okienka. 

-  No!  -  powiedział  Burman  i  ruszyliśmy  z  impetem.  Zardzewiałe  zamki  szczęknęły, 

spróchniałe drzwi ustąpiły. 

Wtargnęliśmy do składu, a w chwilę potem byliśmy już w piwnicy. 

Pod  jedną  ze  ścian  stał  niewielki,  z  kształtu  przypominający  trumnę  przedmiot,  który 

tykał  miarowo  i  wpatrywał  się  w  nas  upiornie  obojętnym  spojrzeniem  swoich  soczewek.  Do 

złudzenia przypominał robota-matkę, z tą tylko różnicą, że był ze cztery razy mniejszy. Światło 

policyjnej  latarki  ukazało  nam  złowrogi  obraz  rozmnażającego  się  samiczego  mechanizmu. 

Dokoła,  wśród  bzyku  i  tykania,  roiła  się  z  metaliczną  furią  aktywna  progenitura.  Mimo 

wściekłego chrzęstu i zgrzytu maleńkich skalpeli o nasze ochraniacze, torowaliśmy sobie jakoś 

drogę. Pierwszy dopadł robota Burman. Jednym ciosem dwudziesto-funtowego młota zgniótł go, 

a  następnie  rozbił  doszczętnie  serią  szybkich  uderzeń.  Dziecię  macierzystego  robota  przestało 

istnieć, a wraz z jego śmiercią ustał wszelki ruch w wojowniczym plemieniu. 

Burman usiadł na starej skrzynce, otarł z czoła pot i powiedział z ulgą: 

- Bogu dzięki, że już po wszystkim! 

- Tik, tik, tik! 

Zerwał się na równe nogi i z obłędem w oczach chwycił za młot. 

- To tylko mój zegarek - wyjaśnił ze skruchą jeden z policjantów. - Tandeta. Dlatego robi 

tyle hałasu. - Wyciągnął go, żeby uspokoić Burmana. 

- Tik, tik, tik! - powtórzył zegarek z mechaniczną pewnością siebie. 

background image

Leiber Fritz - Mutanci 

 

 

Kabina  steeltońskiego  rakietowca  wyglądała  jak  długa  mahoniowa  skrzynia  pędząca  w 

jakiś cudowny sposób poprzez noc. Wewnątrz grzmot rakiet był stłumiony, brzmiał jak łagodne 

dudnienie.  W  przyćmionym  świetle  pasażerowie  drzemali  lub  wymieniali  półgłosem  urywane 

uwagi. 

W  kabinie  było  wygodnie,  zacisznie,  bezpiecznie.  Ale  Greer  Canaryon  siedział 

odwrócony  od  reszty  pasażerów.  Patrzył  przez  okno  na  zwały  ciemnych  chmur,  pędzone 

wiatrem  i  wysrebrzone  na  brzegach  przez  księżyc.  Zwijały  się  i  skręcały  niby  cienie  jakichś 

potworów,  to  spowijając  rakietowiec  dokoła,  to  rozsuwając  się  tak,  że  widać  było  oświetlone 

księżycem dzikie wzgórza Dakoty. 

Gdzieś tam wśród nich, myślał Greer, przebywa  jego prawdziwy krewny, jeden jedyny 

człowiek  podobny  do  niego  w  straszliwej  swej  niezwykłości.  Pełen  tych  samych  groźnych  i 

nieznanych  ciemnych  sił.  Nieludzkich  i  nienormalnych,  jakkolwiek  ukrytych  pod  maską 

człowieczeństwa. 

Greer odczuł znowu ostre pragnienie, by zobaczyć brata, by z nim być razem, pragnienie 

dotąd nigdy nie spełnione. Wydobył z kieszeni radiogram, mocno już wymięty, choć otrzymał 

go dopiero wczoraj, 

RADIO DAKOTA 

Teleekspres Nr 3A-3077-B89 9/17/1975 

Greer Canarvon Ulica Buny 209 Compton, Ohio 

Drogi bracie, 

Czas najwyższy się spotkać. Jeżeli jesteś tym, czym myślę, będziesz wiedział, że mamy 

wiele  do  pomówienia  o  rzeczach,  które  ty  jedynie  i  ja  rozumiemy.  Adres  mój:  ulica  Damona 

1532, Steelton. Pospiesz się. 

John Hallidane. 

Serce  Greera  biło  mocno  -  serce,  którego  uderzenia  wprawiały  w  zdumienie  każdego 

lekarza, kiedy osłuchiwał go przez stetoskop. Sięgnął po papierosa, lecz paczka była już pusta. 

Spojrzał  na  swój  standartowy  promienio-czynny  zegarek.  Jeszcze  pół  godziny  podróży.  Na 

miejscu będzie więc za jakąś godzinę. 

Jedyny  brat.  Bliźniak.  I  jeśli  można  ufać  danym  sierocińca  na  temat  ich  uderzającego 

podobieństwa - bliźniak identyczny. Jedyna istota w świecie, której chromozomy i geny mogły 

zawierać cechy tej straszliwej mutacji. 

background image

Bo z pewnością była to mutacja. Trudno sobie wyobrazić, aby ich rodzice byli obdarzeni 

taką  mocą,  żyjąc  w  tak  trudnych,  niemal  nędznych  warunkach,  jak  wynikało  z  rejestrów. 

Podobnie  zresztą  trudno  sobie  wyobrazić,  by  takie  cechy  spoczywały  uśpione  w  plazmie 

zarodkowej  przez  całe  pokolenia,  zagłuszone  przez  inne  czynniki,  i  doszły  do  głosu  jedynie 

drogą przypadkowego doboru. 

- Wracam o dzień wcześniej - mówił półżartem pasażer siedzący przed nim. - Moja żona 

bardzo nalegała. Ta sprawa Carstairsów strasznie ją niepokoi. 

-  Całe  miasto  jest  w  strachu  -  potwierdził  jego  sąsiad.  -  Też  się  cieszę,  że  już  będę  z 

rodziną. 

“Z  rodziną”  -  powtórzył  w  myśli  Greer  z  goryczą.  -  Wszystko,  co  rodzinne,  zaciszne, 

bezpieczne, pewne - było teraz daleko od niego. Może by tak pochylić się naprzód i szepnąć im 

do  ucha:  “Jeśli  mowa  o  rzeczach  strasznych,  panowie,  to  mogę  wam  zdradzić,  że  tym 

rakietowcem leci potwór”. 

Na dobrą sprawę jego dotychczasowe życie upływało  bardzo przyjemnie i  szablonowo. 

Przybrani  rodzice byli wspaniałymi ludźmi  -  pod tym  względem  poszczęściło  mu  się znacznie 

lepiej niż bratu. Zresztą przez całe dzieciństwo i wczesną młodość tylko bardzo niejasne oznaki 

wskazywały  na  to,  co  pewnego  dnia  miało  go  wyodrębnić  spośród  reszty  świata.  Lekarzy 

dziwiło  jego  serce,  zdumiewało  ich  coś  w  jego  oczach  i  niezwykły  odcień  cery.  Wyczuwali 

jakieś  zupełnie  nieuchwytne  dowody  inności.  Lecz  jako  ludzie  rzeczowi  i  trzeźwi  stwierdzali 

tylko,  że  chłopak  ma  serce  w  porządku,  i  nie  zagłębiali  się  w  te  sprawy.  A  może  jakiś  rodzaj 

intuicji, niemal automatycznie chroniącej ludzi przed zetknięciem z czymś nienaturalnym, kazał 

im powstrzymywać się od tego rodzaju badań? 

Czasami Greer zastanawiał się z niejasnym lękiem, czy nie jest przypadkiem jakiś inny. 

Ale  to  robią  wszystkie  dzieci.  Poza  tym  zaś  rósł  w  sprzyjających  warunkach  jako  zdrowe, 

normalne dziecko. Jego ideały, cele, zamiary i kryteria postępowania były dokładnie te same co 

wszystkich dzieci dokoła; może cokolwiek wyższe, bo jego przybrany ojciec był bardzo prawym 

człowiekiem. 

A jednak przez cały ten czas owa tajemnicza siła stopniowo dojrzewała. 

Kabina lekko się przechyliła, odgłos rakiet stał się nieznacznie głębszy, srebrzystoszare 

otwory chmur trochę się przybliżyły. 

Uświadomienie  sobie  tajemnej  siły  wystąpiło  u  Greera  nagle  -  jak  uderzenie  piorunu. 

Później dopiero przypomniał sobie ostre bóle głowy, jakie miał od tygodni, i zdał sobie sprawę, 

że coś musiało rosnąć mu w mózgu. Jakiś nowy organ, dla którego nie było właściwie miejsca 

pod czaszką. 

background image

Nie  wszystkie  cechy  jednostki  -  normalne  czy  mutacyjne  -  muszą  występować  już  w 

chwili urodzenia. Niektóre, jak cechy płciowe, dojrzewają późno. Tak było z tą jego siłą. 

Spojrzał  znów  na  poszarpane  chmury.  Widok  ich  przypominał  taniec  potworów,  jakby 

wywoływanie  ducha  dziwacznej,  nieurodzajnej  krainy,  nad  którą  przelatywał  rakietowiec. 

Greera  ogarnął  tający  się  gdzieś  w  kosmosie  lęk  przed  nienormalnością.  Ewolucja  to  proces 

przerażający, nieludzki, działający na zimno. Mutacja rządzi się prawem przypadku - bez wzorca 

czy  planu.  Zwykle  zniekształca  tylko  trochę  normalny  organizm.  Czasem,  bardzo  rzadko, 

nieznacznie go doskonali. Ale nie zdarza się, by stworzyła coś zupełnie nowego. 

Greer uprzytomnił sobie, że przeszywają go lekkie dreszcze. Twarz stężała mu w maskę. 

Odruchowo sięgnął znów po papierosa, przypomniał sobie, że paczka jest pusta, i zgniótł ją. Bał 

się  własnej  siły,  przerażała  go.  Było  to  coś  tak  nieludzkiego,  jak  magia  czy  czarnoksięstwo. 

Dlatego właśnie nie był w stanie się przemóc, by komukolwiek o tym opowiedzieć. Ta siła kryła 

w sobie zawrotne możliwości. Robiła z człowieka władcę, a nawet więcej. Domagała się, by jej 

użyć. Kusiła go i Greer przeczuwał, że w końcu ulegnie pokusie. 

Musi o tym z kimś porozmawiać! Za niecałą godzinę spotka się z bratem. Z nim będzie 

łatwiej. Razem mogą obmyślić plan postępowania. Greer nie mógł się już doczekać. 

O tym, że ma brata, dowiedział się nie tak dawno. Kiedy przybrani rodzice zabrali go z 

sierocińca,  drugi  bliźniak  był  już  adoptowany  przez  państwa  Hallidane.  Później  dopiero 

przybrani rodzice powiedzieli mu o istnieniu tamtego chłopca i chcieli urządzić spotkanie. Lecz 

państwo Hallidane odrzucili stanowczo propozycję. 

Wyszły  zresztą  później  na  jaw  w  związku  z  nimi  różne  niemiłe  rzeczy,  o  których 

przybrani rodzice mu nie powiedzieli. Dowiedział się o tym dopiero teraz, czyniąc poszukiwania 

przez sierociniec. Zarzucano tym ludziom mianowicie brak opieki i okrucieństwo w stosunku do 

przybranego syna; obyło się jednak bez sprawy sądowej. A potem przyszła tragedia ostateczna: 

ojciec zamordował matkę, a następnie popełnił samobójstwo. 

Stało się to niecały rok temu. I od tej chwili John Hallidane zniknął bez śladu. 

Łagodne światła kabiny mrugnęły raz i drugi, a zimny blask księżyca, wpadający przez 

wyrwę w chmurach, zmienił na moment wszystkich pasażerów w gromadę widm, pędzących w 

jakiejś posępnej misji. 

Od  chwili  gdy  Greer  dowiedział  się,  że  ma  brata  bliźniaka,  gubił  się  w  bezustannych 

domysłach.  Wyobrażał  sobie,  że  brat  ma  te  same  przekonania,  robi  te  same  rzeczy. 

Uświadomienie sobie, że jest mutantem, zmieniło te rozważania w gorące pragnienie spotkania. 

W ciągu ostatnich miesięcy robił, co mógł, by trafić na ślad brata. Bez skutku. Wreszcie brat sam 

odezwał się do niego. 

background image

Najwidoczniej John Hallidane nie miał najmniejszego pojęcia o istnieniu bliźniaka i fakt 

ten odkrył tylko przypadkiem. Może zresztą odezwał się do sierocińca. 

Greer  ponownie  odczytał  lakoniczną  depeszę.  Między  wierszami  oględnego  tekstu 

wyczuwał niepokój podobny do jego niepokoju. Wyczuwał tę samą tęsknotę za kimś bliskim, ten 

sam lęk, by tajemnicy nie wykryli obcy. “Jeżeli jesteś tym, czym myślę...” 

Greer  aż  namacalnie  wyobrażał  sobie  to  spotkanie.  Domysły,  jaki  jest  brat  i  jakie  jest 

jego  życie,  przelatywały  mu  przez  głowę  z  szybkością  błyskawicy.  Tysiąc  rzeczy  chciał 

wiedzieć naraz. 

- Już za parę minut będziemy - mruknął jeden z pasażerów sięgając po kapelusz. - Wtedy 

dowiemy się wszystkiego. 

-  Na  pewno  -  odparł  trochę  nerwowo  jego  sąsiad.  -  W  całym  Steelton  nikt  o  niczym 

innym chyba nie mówi. 

A więc za pół godziny, może mniej! Chowając depeszę Greer zauważył, że drżą mu ręce, 

a krew pulsuje gwałtownie. 

Stłumiony  odgłos  rakiet  znów  zmienił  tonację.  Greer  przywarł  twarzą  do  okna. 

Rakietowiec  obniżał  lot.  Przez  otwór  w  chmurach,  jak  przez  soczewkę  teleskopu,  można  było 

dostrzec  ulice  i  wieże  Steeltonu.  Miasto  wyglądało  widmowo,  nie  było  żadnych  punktów 

świetlnych,  tylko  nad  wszystkim  unosiła  się  wielka  łuna.  Greer  poczuł  nie  tyle  tęsknotę  za 

bratem, co lęk. 

-  Candeny  -  powiedział Greer do dziewczyny w  kiosku, małym  budyneczku z plastyku, 

zagubionym w nieskończoności lotniska. 

- Samozapalne? 

Zaprzeczył  głową.  Dziewczyna  sięgnęła  po  papierosy.  Greer  dociekał,  co  go  tak 

zafrapowało  w  zachowaniu  ludzi  dokoła.  Wyraz  ich  twarzy  był  szczególny  -  każdy  ruch 

przejawiał  napięcie.  Przypominali  trochę  zmechanizowane  manekiny  demonstrujące  wspaniałe 

suknie  w  wystawowym  oknie  naprzeciw.  Wszyscy  mówili  stłumionym  głosem.  Nagle  w 

głośniku  rozległy  się  donośne  słowa  spikera.  Niepokój,  jaki  Greer  wyczuwał  od  chwili 

lądowania,  wzmógł  się  tak  bardzo,  że  stał  się  niemal  dotykalny  -  jak  mgła.  Steelton  robiło 

wrażenie miasta oczekującego ataku. 

Greer  pomyślał,  że  to  zapewne  tylko  odbicie  jego  własnego  nastroju.  Odwrócił  się 

ponownie do dziewczyny w kiosku i zauważył, że ta wpatruje się weń uporczywie. 

Wziął od niej paczkę papierosów; zmarszczyła twarz w uśmiechu i wydała mu resztę, nie 

przestając mu się przyglądać. 

Zapalił papierosa i usłyszał głos spikera: 

background image

-  Główny  komisarz  Marły  zapewnił  przed  chwilą  delegację  obywateli  Steeltonu,  że 

schwytanie Roberta Carstairsa jest tylko kwestią czasu. Cała policja została postawiona na nogi, 

rzekł  Marły,  powołano  dwustu  rezerwistów.  Sieć  zacieśnia  się.  Godziny  wolności  Roberta 

Carstairsa są policzone. 

Greer zdał sobie nagle sprawę, że gwar rozmów i odgłos kroków ustał niemal zupełnie. 

Dziewczyna  z  kiosku  skierowała  wzrok  na  ogromny  ekran  telewizyjny.  Pozostali  zrobili  to 

samo. 

-  Przy  okazji  przypominamy  wcześniejsze  oświadczenie  komisarza  Marły  -  ciągnął 

spiker. - Jest obowiązkiem wszystkich obywateli dopomóc w uwolnieniu Steeltonu od tej groźby 

społecznej. Robert Carstairs jest niebezpieczny. Jak tego aż nazbyt dobrze dowiodła tragedia w 

rezydencji  Carstairsów,  posiadł  on  piekielny  talent  wkradania  się  w  zaufanie  swych  ofiar  i 

podporządkowywania ich swej woli. Każdy, kto go zobaczy, ma niezwłocznie wezwać policję. 

W tej samej chwili Greer ujrzał na ekranie swoje olbrzymie zdjęcie - łudząco wierne. 

To, co się stało następnie, przypominało zwolniony film. Dziewczyna z kiosku znów na 

niego spojrzała i otworzyła usta jak do krzyku. 

Lecz krzyku nie wydała. Greer użył swej  siły.  Nie czytał w jej myślach,  rzadko się do 

tego uciekał. Po prostu użył swej siły. I dziewczyna znieruchomiała jak kloc. 

Greer pochylił głowę tak, że kapelusz zasłaniał mu pół twarzy, i szybko ruszył naprzód. 

Mógł utrzymać dziewczynę w swej władzy na odległość jakich stu kroków. A potem... 

Obok szedł wysoki mężczyzna z czarną walizką. Spojrzał bacznie na Greera raz, drugi. 

Puścił walizkę i wyciągnął rękę, aby go pochwycić. 

Ale nie pochwycił. Pod wpływem tajemnej władzy ujął walizkę i odszedł. 

Kilka osób spostrzegło incydent. Z zaciekawieniem patrzyli na Greera. Musiał rozciągnąć 

swoją  władzę  najpierw  na  dwie  osoby,  potem  na  trzy  -  w  miarę  jak  rozpoznawano  w  nim 

człowieka ukazanego na ekranie. Nie wiedział, nad ilu naraz zdoła panować, bo nigdy tego nie 

próbował. Sądził, że najwyżej nad czworgiem czy pięciorgiem ludzi. 

W dali rozległ się przejmujący krzyk. To dziewczyna z kiosku uwolniła się spod wpływu. 

Reakcja publiczności na krzyk dziewczyny nasunęła Greerowi myśl. Trzeba odwrócić ich 

uwagę.  Właśnie  mijał  go  młody  człowiek,  ubrany  podobnie  do  niego.  Ponieważ  liczba  osób, 

które  go  rozpoznały,  stała  się  zbyt  wielka,  nakazał  młodzieńcowi  ucieczkę,  a  kilku  ludziom 

pogoń. “Tam, tam ucieka!” Sam skierował się do wyjścia. 

Odczuwał  głębokie  zadowolenie.  Dobrze  było  posługiwać  się  tajemniczą  władzą,  nie 

mieć  czasu  na  strach,  namysły,  rozważanie  następstw.  Każdy  krok  był  celowy,  wzrok  bacznie 

wypatrywał wszelkiej oznaki rozpoznania, tajemna siła unieruchamiała każdego podejrzanego. 

background image

Raz  po  raz  ktoś,  wymykając  się  spod  jego  władzy,  ze  strachem  sobie  uprzytamniał,  że 

stracił  kilka  sekund  nie  wiadomo  jak.  Dopiero  co  widział  tego  arcyzbrodniarza  Roberta 

Carstairsa,  już  chciał  podjąć  jakieś  kroki,  gdy  tamten  nagle  znikał.  Zupełnie  jakby  życie  było 

filmem  i  film  ten  skoczył  nagle  o  kilka  metrów.  A  może  była  to  halucynacja?  I  kim  był  ten 

zbrodniarz? Opowiadano sobie o nim niezwykłe wprost rzeczy, choć spikerzy radiowi starali się 

nie rozdmuchiwać historii. Lodowata groza ściskała ludzkie serca. 

Fala podniecenia płynęła w ślad za Greerem - nie mogąc go dognać. Wciąż przenosił swą 

władzę z jednej grupy osób na drugą. 

Młody  człowiek,  który  uciekał,  przyszedł  tymczasem  do  siebie  i  gęsto  się  tłumaczył 

przed jakąś starszą kobietą potrąconą w biegu. Jego prześladowcy stanęli dokoła, równie jak on 

zdumieni. Specjalna sieć radiowa alarmowała policję i tajnych agentów porozmieszczanych przy 

wszystkich wyjściach, a z wysokiej galerii starszy oficer kierował akcją. 

Greer był już blisko wyjścia. Ale podniecenie dokoła rosło, coraz więcej ludzi skupiało 

się wokół niego rozpoznając go. Coraz trudniej było panować nad sytuacją. Jeszcze chwila i... 

nie da rady. 

Zmienił  taktykę.  Nakazał  czterem  mężczyznom  utworzenie  jakby  zapory  kryjącej  go 

przed wzrokiem publiczności. 

Następnie szybkim krokiem ruszył naprzód - z wyrazem twarzy dygnitarza spieszącego w 

pilnej sprawie. Ludzie odruchowo ustępowali mu z drogi. 

Przy  wyjściu  dwaj  mundurowi  policjanci  patrzyli  podejrzliwie.  Lecz  ze  zbliżeniem  się 

Greera wyraz ich twarzy zmienił się; otwarli przed nim drzwi. Wyszedł porzucając swój kordon. 

Zachował jednak władzę nad policjantami, nakazując im powstrzymanie wszelkiego pościgu. 

W tej samej chwili nawinął się mały lotowóz. Greer zatrzymał go i aż przechylił na bok 

przy  wsiadaniu.  Wóz  wyrównał  i  ruszył  natychmiast.  Na  milczący  rozkaz  kierowca  zatoczył 

kilka kręgów, by zmylić pogoń, po czym ruszył już prosto na miejsce spotkania. 

Steelton  było  miastem  młodym,  więc  wprowadzono  tu  wszędzie  oświetlenie  pośrednie. 

Toteż ulice wyglądały widmowo, pozbawione nawet śladu cieni. Przechodniów nie było prawie 

wcale. Nikt nie wychodził z domu, powszechny niepokój wyczuwało się tutaj jeszcze wyraźniej 

niż na dworcu lotniczym. 

Lotowóz  sunął  gładko.  Greer  odczuwał  przykre  zmęczenie.  Było  coś  wstrętnego  w 

posługiwaniu się ludźmi jak marionetkami - nie wiedząc przy tym, jak daleko trzeba się będzie 

posunąć. 

Czy  to  właśnie  zdarzyło  się  jego  bliźniakowi?  Czy  uległ  pokusie,  by  użyć  niezwykłej 

władzy dla własnej korzyści, by wyzyskiwać ludzi? 

background image

Myśl  Greera  cofała  się  przed  takim  podejrzeniem.  Najprawdopodobniej,  mówił  sobie, 

brat  znalazł  się  w  kłopotach  przez  nieostrożne  ujawnienie  swojej  potęgi.  Wystarczy  się  z  nią 

zdradzić, aby narazić się na nienawiść ludzką, strach i fałszywe oskarżenia o wszelkie możliwe 

zbrodnie.  Zresztą,  trudno  było  spodziewać  się  czego  innego.  Jak  mieli  zachować  się  ludzie 

wobec mutanta obdarzonego władzą bezpośredniej hipnozy? 

Skąd  jednak  ta  zmiana  nazwiska  z  Hallidane  na  Carstairs?  Czyżby...  Greer  usilnie 

zwalczał brzydkie podejrzenia. Częściowo przez spontaniczną lojalność, częściowo zaś wskutek 

przemożnego  pragnienia,  by  ujrzeć  brata,  nie  mógł  znieść  myśli,  iż  cokolwiek  mogłoby  ich 

dzielić. Postawa brata musi być taka jak jego. 

Rozległ  się  warkot  radiolotu  policyjnego.  Greer  ukrył  głowę,  świadom  tego,  że 

cokolwiek zagraża jego bratu - on jest w tych samych opałach. W chwili obecnej w Steelton jest 

dwóch Robertów Carstairsów. 

Mógł,  oczywiście,  w  razie  potrzeby  dowieść  swej  tożsamości.  Mógł?  Czyżby?  Miasto 

ogarnęła histeria grożąca samosądem. Poza tym,  gdyby dowiódł swej tożsamości, oznaczałoby 

to, że jest identycznym bliźniakiem Roberta Carstairsa. Z tego płynął prosty wniosek, że zamiast 

jednego potwora należy zlikwidować dwóch. 

Brat  musi  rozpaczliwie  potrzebować  pomocy.  Greer  zrozumiał  teraz  ostatnie  zdanie 

radiogramu: “Pospiesz się”. 

Lotowóz znalazł się teraz w zamożnej dzielnicy willowej. Domy stały daleko od siebie, 

osłonięte  drzewami.  Słabsze  tutaj  światło  uliczne  łączyło  się  posępnie  z  zimnym  blaskiem 

księżyca.  Przy  zmniejszonej  szybkości  motoru  prawie  nie  było  słychać.  W  oddali  rozległ  się  i 

ucichł  jęk  policyjnych  syren.  Twarz  kierowcy  była  bardzo  blada  i  nieruchoma.  Greer  zadrżał, 

choć  wiedział,  że  sprawuje  władzę  nad  tym  człowiekiem.  A  jednak  nie  mógł  się  oprzeć 

wrażeniu, że wóz prowadzi duch. 

Cicho,  jakby  ukradkiem,  reagując  na  nastrój  Greera,  kierowca  zatrzymał  wóz  przed 

wysoką bramą, na której widniały błyszczące metalicznie cyfry: 1532. 

Greer  wysiadł  i  rozejrzał  się  ze  zdumieniem.  Niewątpliwie  coś  było  nie  w  porządku. 

Stanowczo  nie  spodziewał  się  znaleźć  brata  w  takim  otoczeniu.  W  odpowiedzi  na  milczące 

pytanie  kierowca  spojrzał  posępnie  na  Greera.  W  świetle  księżyca  był  biały  jak  papier. 

Bezbarwnym głosem wyjaśnił: 

- Tak, to tu. To rezydencja Carstairsów. 

W  tej  samej  chwili  mgliste,  telepatyczne  odczucie  ostrzegło  Greera  niejasno,  że  w 

pobliżu znajdują się wrogie mu jednostki. 

Z bramy rezydencji i z podobnej bramy po przeciwnej stronie ulicy wytrysły strumienie 

białego  światła,  ostre  jak  pęki  włóczni.  Greer  wiedział,  że  takie  światło  toruje  drogę  salwom 

background image

policyjnym.  Ale  to  samo  niepokojące  ostrzeżenie  telepatyczne,  jakie  kazało  mu  się  mieć  na 

baczności,  uchroniło  go  przed  strzałami.  Zanim  palce  policjantów  zdążyły  nacisnąć  spusty, 

mózgi rządzące tymi palcami znalazły się we władaniu Greera. 

Jednakże samotna kula z ostrym gwizdem otarła się niemal o jego ucho, a z chodnika tuż 

poza nim wystrzelił snop iskier. Z dachu, w odległości około stu jardów, wypatrywał go samotny 

reflektor, nieubłaganie torując szlak drugiemu pociskowi. 

I  znowu,  jak  na  dworcu  lotniczym,  Greer  odniósł  wrażenie,  że  wszystko,  z  wyjątkiem 

jego  myśli,  toczy  się  w  tempie  zwolnionym.  Wytężył  umysł,  aby  owładnąć  strzelającym 

policjantem.  Niestety,  jak  się  tego  obawiał,  odległość  była  za  duża.  Samotny  reflektor  już  go 

prawie odszukał. Ucieczka była niepodobieństwem. Zanim by się schronił, strzelec dosięgnąłby 

go co najmniej ze dwa razy. 

Jedno tylko pozostało mu do zrobienia. 

Odruchowo,  bezwiednie  prawie,  skierował  pozostałe  reflektory  policji,  nad  którymi 

panował, na sylwetkę jakiegoś przechodnia ukrytego w pobliskim załamaniu muru. Człowiek ten 

przytaił  się  tam  widocznie,  zdjęty  lękiem  na  widok  tego,  co  się  działo.  Nastąpiła  krótka, 

szarpiąca nerwy pauza, po czym rozległ się głuchy odgłos ciała padającego na chodnik. 

Dreszcz obrzydzenia wstrząsnął Greerem. Świadomie nakazał morderstwo. Wiedział, że 

strzelec na dachu nie może postąpić inaczej. 

Szybko  zwalczył  w  sobie  uczucie  odrazy.  Naprężając  wolę,  by  utrzymać  władzę  nad 

policjantami,  rozumiał  doskonale,  że  kieruje  nim  nie  tylko  instynkt  samozachowawczy.  Miał 

pewne zadanie do spełnienia i tylko on jeden mógł to zadanie wykonać. W Steelton znajdował 

się potwór. Trzeba uwolnić miasto od potwora. Nie tylko zresztą miasto. Cały świat. 

Wszystkie  jego  obawy  i  podejrzenia  skrystalizowały  się  w  mgnieniu  oka.  Dotąd  był 

zaślepiony,  zaślepiony  lojalnością  wobec  nie  znanego  brata  i  dojmującym  pragnieniem 

odszukania bliskiej istoty. 

Dlaczego  brat  wezwał  go  tutaj,  nie  ostrzegając  o  śmiertelnym  niebezpieczeństwie,  na 

jakie musiał się narazić? Dla jednej jedynej przyczyny: chciał, by Greer Canarvon został zabity. 

W  Steelton  zapanowałoby  wówczas  przekonanie,  że  Robert  Carstairs  już  nie  żyje,  a  bliźniak 

Greera  mógłby  bezkarnie  wykorzystywać  swą  tajemną  siłę,  oczywiście  z  większą  niż  dotąd 

ostrożnością, lecz i z nieporównanie większą groźbą dla ludzkości. 

Serce  Greera  przepełniało  teraz  jedno  uczucie.  Nie  była  to  nienawiść,  lecz  zimne  i 

niewzruszone zdecydowanie. Błyskawicznie ułożył sobie plan. Policjanci, których miał w swej 

władzy, odprowadzili go do radiolotu. 

background image

Myślał  z  szybkością  maszyny.  Całe  Steelton  bierze  udział  w  pościgu  za  człowiekiem. 

Jeśli mózg jego brata działa jak jego mózg, to jedno jest tylko miejsce, w którym może się w tej 

chwili znajdować John Hallidane. 

A Greer znał bardzo prosty sposób, by się tam dostać. 

Chmury  znów  przysłoniły  księżyc.  Pustymi  ulicami  pędził  radiolot,  jękiem  syren 

ogłaszając  swoje  zbliżanie  się.  Greer  siedział  między  dwoma  policjantami,  dwóch  innych 

zajmowało siedzenia z przodu. Wszystko wskazywało, że jest ich więźniem. 

Monotonnym  głosem  jeden  z  policjantów  streszczał  przebieg  sprawy  Carstairsów.  I  ta 

właśnie  monotonia  głosu  wskazywała,  że  działa  pod  bezpośrednią  hipnozą,  równie  posłuszny 

milczącym rozkazom Greera jak kierowca. 

-  Z  początku  myśleliśmy  po  prostu,  że  po  mieście  grasuje  niezwykle  zręczny 

kieszonkowiec.  Co  prawda  już  wtedy  nastąpiła  cała  seria  dziwnych  samobójstw,  ale  dopiero 

później  zrozumieliśmy  związek.  Niektórzy  z  okradzionych  twierdzili,  że  doznawali  jakby 

przelotnych zamroczeń, i to zwykle kiedy szli jakąś ruchliwą ulicą. Gdy przychodzili do siebie, 

stwierdzali  brak  różnych  kosztowności.  Przypuszczaliśmy,  że  kieszonkowiec  obserwuje 

przechodniów, wykorzystując chwile zamyślenia. Później wszakże musieliśmy zmienić zdanie, 

bo w dwóch wypadkach świadkowie zeznali, że widzieli, jak ofiary same, na pozór dobrowolnie, 

wręczały swe portfele jakiemuś młodemu człowiekowi. 

Mniej więcej w tym samym czasie zaczęła się seria niezrozumiałych napadów. Ludzie na 

odgłos dzwonka podchodzili do drzwi wejściowych swych mieszkań, otwierali, popadali w nagłe 

zamroczenie, a gdy odzyskiwali przytomność, mieszkania były ograbione. Któryś z reporterów 

rozpowszechnił  wiadomość,  że  złoczyńca  posługuje  się  tajemniczym  gazem  w  celu 

obezwładniania  swych  ofiar.  Policyjni  lekarze  stwierdzili  jednak,  że  przypuszczenie  takie  jest 

bezpodstawne. 

Radiolot ostro zarzucił na zakręcie, ale policjant ciągnął dalej swą opowieść. 

- Pierwotnie podejrzewaliśmy, że grabieże są pozorowane dla podjęcia ubezpieczenia czy 

w  innych  oszukańczych  celach.  Rabunków  jednak  było  za  dużo  i  trudno  było  sądzić,  by 

wszystkie pozorowano w ten sam sposób. 

Aż  wreszcie  zgłosiła  się  do  nas  pewna  kobieta  z  następującą  relacją:  Otóż  służąca 

Carstairsów wygadała się, że jej państwo są bodajże najbogatszymi ludźmi w mieście. Padli oni 

rzekomo ofiarą jakiegoś młodego człowieka, który u nich zamieszkał i wobec gości uchodzi za 

dalekiego krewnego. Służąca wyznała, że może on im nakazać, co chce, czy przyprawić ich na 

przykład o zamroczenie, że w tym stanie spełniają oni wszystkie jego życzenia. Młody człowiek 

groził, że rozprawi się z nimi bez litości, gdyby szepnęli komukolwiek choć słówko nie będąc 

background image

pod jego wpływem. Sterroryzował wszystkich. Służąca też była potwornie wystraszona, ale nie 

mogła powstrzymać się od mówienia. 

Relacja kobiety brzmiała wprost nieprawdopodobnie, wyglądało to na stek bzdur. Mimo 

to udaliśmy się do domu Carstairsów dla zbadania sprawy i zabraliśmy ze sobą kobietę. 

Córka Carstairsów zaprzeczyła wszystkiemu, mówiąc, że służąca zmyśliła całą historię. 

Tak, ich kuzyn, Robert, mieszka tutaj, ale to bardzo poważny i solidny młodzieniec. Oskarżenie 

jest zupełnie bez sensu. Nie wiedzieliśmy wtedy, że Robert Carstairs znajduje się w sąsiednim 

pokoju. 

Dziewczyna  mówiła  bardzo  rozsądnie  i  spokojnie;  nic  nie  wskazywało  na  to,  że  się 

czegokolwiek  boi.  I  to  właśnie  nas  zmyliło.  Tym  bardziej  że  nasza  informatorka  wpadła  w 

histerię. 

Ponieważ  jednak  nie  chcieliśmy  pominąć  żadnych  środków  ostrożności,  zarządziliśmy 

śledzenie Roberta Carstairs. 

W  dwa  dni  później  śledzący  go  detektyw  zamknął  się  starannie  w  swoim  mieszkaniu i 

popełnił  samobójstwo.  Samobójstwo  nie  ulegało  najmniejszej  wątpliwości;  detektyw  zostawił 

nawet  własnoręcznie pisaną kartkę. Jednakże zbieg okoliczności był  zastanawiający. Komisarz 

Marły polecił zebrać wszystkie dane dotyczące Roberta Carstairsa. Śledztwo prowadzono, rzecz 

jasna, w wielkiej tajemnicy, gdyż Carstairsowie mają ogromne wpływy, a jeżeli znajdowali się 

we władzy kuzyna, z pewnością na jego rozkaz zdołaliby wstrzymać dochodzenie. 

Stopniowo,  dodając  szczegół  do  szczegółu,  doszliśmy  prawdy.  Znajomi  Carstairsów 

skarżyli się, że cała rodzina od pewnego czasu popada w dziwne nastroje. Niekiedy, zwykle w 

obecności Roberta, byli pogodni i mili, choć jakby trochę inni niż zazwyczaj. To znów sprawiali 

wrażenie  zatroskanych,  jakby  ciążyła  im  jakaś  tajemnica,  której  nie  mają  odwagi  zdradzić. 

Niektórzy  z  ich  przyjaciół  wspominali,  że  w  obecności  Roberta  doznają  wyraźnie  przykrego 

uczucia.  Bali  się  go,  choć  nie  umieli  określić  dlaczego.  Ktoś  wspomniał  także,  że  w  domu 

Carstairsów podlegał niezrozumiałym zamroczeniem. 

Zwolniona  ze  służby  pokojówka  opowiedziała  o  bardzo  brzydkim  incydencie, 

świadczącym,  że  słowo  Roberta  jest  dla  Carstairsów  prawem.  Staraliśmy  się  ustalić  jego 

przeszłość, zbadać, skąd przybył. Ale tu dochodzenie trafiało na ślepy mur. Różni przemysłowcy 

twierdzili, że stary Carstairs całkowicie zmienił politykę finansową swojej firmy. Niektórzy byli 

zdania, że jest to w jakiś sposób sprawka Roberta. 

A  zbrodnie  nie  ustawały.  Coraz  więcej  przestępstw  sprawiało  wrażenie,  jakby  ich 

dokonywano nie tyle dla zysku, co dla sportu, dla zaspokojenia kaprysu czy zadokumentowania 

władzy. Wyglądało na to, że zbrodniarz zabawia się po prostu swymi ofiarami. 

background image

Aż któregoś dnia, w sprawozdaniu telewizyjnym z jakiegoś przyjęcia, pokazano zdjęcie 

rodziny  Carstairsów.  I  wtedy  jeden  ze  świadków  ulicznej  kradzieży  zgłosił  się  do  komendy  i 

zidentyfikował  Roberta  Carstairsa  jako  tego  właśnie  młodego  człowieka,  któremu  ofiara 

wypadku wręczała swój portfel. Na to tylko czekaliśmy. 

Komisarz Marły przeczuwał chyba, co może się zdarzyć, bo wysłał aż sześciu ludzi dla 

przeprowadzenia aresztu. 

Ale  i  tych  sześciu  było  za  mało.  Gdy  weszli  do  domu  Carstairsów,  coś  im  się  stało. 

Popadli  jakby  w  obłęd,  w  szał  morderczy.  Nie  zostało  to  dotąd  ujawnione,  ale  pozabijali  się 

nawzajem. W każdym razie wszystkich znaleziono martwych, pozabijanych z broni, jaką nadal 

trzymali w rękach. 

To  samo  zaraz  potem  zdarzyło  się  z  rodziną  Carstairsów,  z  tą  różnicą,  że  tu  wszystko 

wskazywało na zbiorowe samobójstwo. 

Z jękiem  syren radiolot  wpadł  na jasno oświetloną ulicę, ale Greer miał  uczucie, jakby 

nadal  był  pogrążony  w  mroku. Działał  w napięciu,  ale  chłodno  i  sprawnie. Przypomniał  sobie 

okoliczności  śmierci  przybranych  rodziców  Johna  Hallidane:  potworną  tragedię  rodzinną  - 

zamordowanie matki przez własnego męża, który zaraz potem sam się zabił. 

Samobójstwo  było  jakby  autografem  wypisywanym  przez  jego  brata  na  popełnianych 

przez niego przestępstwach. 

Greer  aż  nadto  dobrze  rozumiał  ich  mechanizm.  Rozumiał  pokusę  wykorzystywania 

władzy nad ludźmi, a następnie jej nadużywanie. Gdyby się znalazł w zasięgu wpływu brata... 

Całe  miasto  powstało  przeciw  bratu  Greera  i  teraz  dopiero,  zbyt  późno,  zdał  on  sobie 

sprawę,  że  i  jego  władza  ma  granice.  Niewątpliwie  mógł  się  wymknąć  z  miasta,  lecz  zawsze 

ścigać go będzie zbrodnicza przeszłość. O ileż prościej sprawić, by Robert Carstairs umarł. 

Greer  posępnie  skinął  głową,  jakby  przytakując  swym  myślom.  Opowieść  wydobyta  z 

zahipnotyzowanego  policjanta  całkowicie  potwierdziła  własny  pogląd  Greera  na  mechanizm 

myślowy  brata.  W  dążeniu  do  potęgi  bliźniak  opanował  najbogatszą  rodzinę  Steeltonu  i  do 

ostatka starał się jej trzymać. Lecz teraz ściga go całe miasto. 

W  komendzie  policji  dyżurny  spojrzał  na  przybyłych.  Zobaczył  aresztanta  i  otworzył 

szeroko oczy. 

- Tak, ujęliśmy Carstairsa - powiedział jeden z eskorty. - Prowadzimy go do komisarza. 

Ruszyli korytarzem, po dwóch z każdej strony i z tyłu, z rewolwerami przyłożonymi do 

jego pleców. 

Dyżurny  patrzył  za  nimi  w  zdumieniu.  Nadal  nie  wierzył,  że  to  Carstairs.  Nie  mógł 

uwierzyć wobec tego, co wcześniej widział. 

A tamci prowadzili go jak gdyby nigdy nic! 

background image

Po  chwili  dopiero  dyżurny  uprzytomnił  sobie,  że  nie  powiadomił  komisarza  o  ich 

nadejściu. 

Greer  czuł  rosnące  napięcie  -  chciał  je  zwalczyć,  uwolnić  mózg  od  wszelkiej  myśli, 

utrzymać  tylko  władzę  nad  czterema  otaczającymi  go  ludźmi.  Musi  pilnować,  by  ich  nie 

poprzedziło żadne ostrzeżenie. 

Na  zakręcie  korytarza  nakazał  wszystkim  czterem  policjantom  iść  przed  sobą.  Pod 

wpływem jego nakazów przyspieszyli kroku. 

Jeszcze chwila, myślał Greer, jeszcze chwila! Nagle ciemność, w jakiej pogrążył się jego 

umysł,  rozjaśnił  oślepiający  blask  -  niczym  żywe  światło.  Uderzało  o  Jego  mózg  coraz 

potężniejszymi falami, jakby chcąc go przeniknąć. Najwyższym wysiłkiem Greer oparł się. 

Idący  przed  nim  czterej  policjanci  wchodzili  właśnie  w  drzwi  z  napisem  “Główny 

komisarz”. Greer dostrzegł metalicznie połyskujące biurko i siedzącego za nim w towarzystwie 

dwóch policjantów ogorzałego siwego mężczyznę. Ale za nimi  znajdował  się jeszcze ktoś.  Jak 

gdyby w nieznacznie zniekształcającym lustrze Greer ujrzał samego siebie. 

Domysły  jego  były  trafne.  Brat  zrobił  tę  właśnie  obłędnie  logiczną  rzecz,  jakiej  się  po 

nim  spodziewał  Greer:  całe  miasto  ścigało  w  tej  chwili  jego  brata,  który  sam  kierował 

pościgiem. 

Patrząc mu w twarz, mierząc się z nim umysłem, myślał, czym mogliby być dla siebie, w 

innych okolicznościach. Na sekundę zawahał się z wydaniem rozkazu. Sekunda spóźnienia. Nim 

policjanci,  którymi  władał,  zdążyli  wznieść  rewolwery,  zwaliła  ich  salwa  oddana  przez 

komisarza i jego dwóch towarzyszy. Rozległ się łomot padających ciał. 

Po raz trzeci tego wieczoru czas jakby stanął. Greer rzucił się w bok. Na mgnienie oka 

znalazł  się  poza  zasięgiem  strzałów.  Lecz  wiedział,  że  następna  salwa  będzie  wymierzona  w 

niego.  Usiłował  zawładnąć  komisarzem  i  jego  asystą.  Z  tym  samym  jednak  skutkiem,  jakby 

chciał owładnąć mózgami posągów. Ci ludzie byli we władzy nie jego, lecz jego brata. 

Słyszał jeszcze, jak w korytarzu zamiera echo poprzedniej salwy, widział wstęgę dymu 

kłębiącego się w drzwiach. Sekundy zdawały się minutami. Znał na wylot zamiary swego brata, 

odczytywał je wprost z jego mózgu. Panowanie nad światem. Tak przecież łatwe do zdobycia. 

Wystarczyło  znaleźć  się  w  pobliżu  ludzi,  którzy  mają  lub  mogą  mieć  władzę,  i  tymi  ludźmi 

zawładnąć. 

Greer zdoła temu zapobiec, jeżeli... 

Jeżeli... 

Całą mocą zaatakował nagle umysł swego brata, by nad nim zapanować. 

background image

Przez  chwilę  miał  wrażenie,  że  mu  się  powiodło.  Za  moment  znów,  że  przegrał!  Dwie 

potęgi myślowe usiłowały się nawzajem unicestwić. Greer poczuł, jak drętwieją mu mięśnie, a 

umysł ogarnia ciemność. Najwyższym wysiłkiem zwalczył ją. Grał na zwłokę. 

Rozległ  się huk wystrzałów. Greer nie potrzebował  patrzeć. Czuł,  jak umysł  jego brata 

zamiera.  Zwalczając  atak  Greera  bliźniak  musiał  uwolnić  ze  swej  władzy  komisarza  i  jego 

asystę. 

Przez  głowę  Greera  przemknęła  myśl,  czy  i  on  nie  powinien  zginąć.  On  także  był 

przecież niebezpiecznym potworem. Przed godziną zabił niewinnego człowieka, a teraz stał się 

przyczyną śmierci czterech innych. Prócz tego zniszczył jedyną bliską sobie. istotę, kogoś, z kim 

mógł nawiązać bezpośredni duchowy kontakt. Stracił tę szansę raz na zawsze. 

Od  strony  biurka  komisarza  doszedł  go  stłumiony  okrzyk  zdziwienia.  Greer  Canarvon 

zrozumiał, że jeżeli chce ujść, musi działać szybko. 

Ruszył na spotkanie swego przeznaczenia. 

background image

Matheson Richard - Człowiek-encyklopedia 

 

 

Pewnego dnia Fred Elderman obudził się i stwierdził, że mówi po francusku. 

Było  to  zupełnie  niespodziewane.  O  wpół  do  siódmej  budzik  zadzwonił,  jak  zwykle,  i 

oboje z żoną poruszyli się. Fred jeszcze na wpół przytomnie wyciągnął rękę i wyłączył dzwonek. 

Przez chwilę było cicho. 

Potem Eva odrzuciła kołdrę po swojej stronie, a on zrobił to samo po swojej. Spuścił na 

podłogę żylaste nogi i powiedział: 

- Bon matin, Eva. 

- Czego? - spytała Eva po chwili milczenia. 

-  Je  dis  bon  matin  -  odpowiedział.  Jej  nocna  koszula  zaszeleściła  gwałtownie,  kiedy 

odwróciła się, żeby na niego spojrzeć. 

- Coś ty powiedział? 

- Powiedziałem tylko dzień... 

Fred Elderman spojrzał na żonę zdumiony. 

- Co ja mówiłem? - spytał szeptem. 

- Powiedziałeś “bon matę” czy coś takiego. 

- Je dis bon matin. C’est un bon matin, n’estce pas? Gwałtownym ruchem zakrył dłonią 

usta, a sponad dłoni patrzyły zdumione oczy. 

- Fred, co się z tobą dzieje? Powoli odejmował rękę od ust. 

- Nie wiem, Eva - powiedział ze strachem i bezwiednym gestem podrapał się w łysinę na 

czubku głowy. - To chyba jakiś... jakiś zagraniczny język. 

- Przecież ty nie znasz żadnego obcego języka. 

- No właśnie. 

Siedzieli tak patrząc na siebie osłupiali. Wreszcie Fred spojrzał na zegar. 

- Lepiej się ubierajmy - powiedział. 

Eva słyszała, jak śpiewał w łazience Elle fit un fromage, du lait de son mouton, ron, ron, 

du lait de son mouton... ale nie chciała mu przeszkadzać przy goleniu. 

Przy porannej kawie Fred znowu wymamrotał coś niezrozumiałego. 

- Co? - spytała automatycznie. 

- Je dis, que vous dire ceci? 

Usłyszał, jak żona głośno przełknęła kawę. 

- Chciałem powiedzieć: “co to ma znaczyć?” 

background image

- Właśnie, sama chciałabym wiedzieć, co to ma znaczyć. Nigdy przecież nie mówiłeś w 

żadnym obcym języku. 

- Wiem - powiedział trzymając w powietrzu kawałek chleba - jaki to może być język? 

- Wygląda mi na francuski. 

- Francuski? Nie umiem po francusku. Eva wypiła kolejny łyk kawy. 

- Umiesz - powiedziała słabym głosem. Fred wpatrywał się nieruchomo w obrus. 

- Le diable s’en mele - mruknął. Eva podniosła głos: 

- Co ty mówisz, Fred? 

Spojrzał na nią zawstydzony. 

- Mówię, że to jakieś diabelskie sztuczki. 

-  Fred,  jesteś...  -  Wyprostowała  się  na  krześle  i  gwałtownie  zaczerpnęła  powietrza.  - 

Tylko nie bluźnij, Fred - powiedziała. - Coś w tym musi być. - I nie słysząc odpowiedzi dodała: - 

Prawda, Fred? 

- Chyba tak. Ale... 

-  Tylko  bez  ale  -  ucięła  pośpiesznie,  jakby  się  bała  przerwać.  -  Czy  jest  jakiś  powód, 

żebyś nagle, ni z tego ni z owego, zaczął mówić po francusku? 

Zaprzeczył niezdecydowanym ruchem głowy. 

- W takim razie - ciągnęła zastanawiając się, co teraz powiedzieć - musimy pomyśleć. - 

Popatrzyli na siebie  w  milczeniu.  -  Powiedz coś  -  zdecydowała.  -  Zobaczymy...  -  przez chwilę 

szukała słów - zobaczymy, co to właściwie jest - dokończyła cicho. 

- Powiedzieć coś? 

- Tak. Mów! 

-  Un  gemissement  se  fit  entendre.  Les  dogues  se  mettent  a  aboyer.  Ces  gants  me  vont 

bien. Il va sur les quime ans... 

- Fred? 

- Il fit fabriquer une exacte representation du monstre. 

-  Fred, przestań!  -  krzyknęła przestraszona. Głos  mu  się załamał,  wpatrywał  się w żonę 

mrugając oczami. 

- Co mówiłeś teraz, Fred? - spytała. 

- Powiedziałem: “Usłyszano jęk. Dogi zaczęły szczekać. Te rękawiczki pasują na mnie. 

On ma prawie piętnaście lat i... 

- I co dalej? 

- Kazał zrobić dokładną kopię potwora. Sans meme 1’entamer. 

- Co? 

- Bez jednego zadraśnięcia - dodał złamanym głosem. 

background image

O  tej  porze  na  terenie  uniwersytetu  panował  spokój.  Tak  wcześnie  zaczynały  się  tylko 

wykłady z ekonomii, ale odbywały się one w innym miejscu. Tu było zupełnie cicho. Za godzinę 

chodniki  zapełnią  się  rozgadaną,  roześmianą  zgrają  studentów,  ale  na  razie  było  cicho  i 

spokojnie. 

Jednak  Fred  Elderman  wcale  nie  był  spokojny,  kiedy  wędrował  w  stronę  budynku 

administracyjnego. Zostawił osłupiałą Evę w domu i rozmyślał nad swoim problemem po drodze 

do pracy. 

Co to jest? Kiedy się to zaczęło? C’est une heure - odpowiedział sobie w myśli. 

Gniewnie  potrząsnął  głową.  To  okropne.  Na  próżno  wytężał  umysł,  aby  znaleźć 

odpowiedź na dręczące go pytania. Wszystko to było snem. Miał pięćdziesiąt dziewięć lat, był 

woźnym  na  uniwersytecie,  nie  miał  żadnego  wykształcenia  i  prowadził  spokojne,  zwyczajne 

życie. I nagle pewnego dnia budzi się mówiąc płynnie po francusku. 

Po francusku. 

Zatrzymał  się  jak  wryty  i  stał  na  przenikliwym  październikowym  wietrze,  patrząc  na 

kopułę Pałacu Jeremy. Wczoraj wieczorem sprzątał sale seminarium francuskiego. Czy to może 

mieć coś wspólnego...? 

Nie, to śmieszne. Ruszył przed siebie mrucząc bezwiednie pod nosem: 

- Je suis, tu es, U est, elle est, nous sommes, vous etes... 

Dziesięć  po  ósmej  wszedł  do  pomieszczeń  wydziału  historycznego,  aby  naprawić  kran 

przy  umywalce.  Pracował  dokładnie  godzinę  i  siedem  minut,  po  czym  spakował  narzędzia  i 

skierował się do wyjścia. 

- Dzień dobry - pozdrowił po drodze profesora. 

- Dzień dobry, Fred - odpowiedział profesor. 

Fred Elderman wyszedł do hallu, myśląc, jakie to niezwykłe, że dochody Ludwika XVI, 

uzyskiwane  z  tych  samych  podatków,  były  o  sto  trzydzieści  milionów  luidorów  wyższe  od 

dochodów  Ludwika  XV  i  że  wartość  eksportu  wynosząca  w  1720  roku  sto  sześć  milionów 

podskoczyła do stu dziewięćdziesięciu dwóch milionów w 1746, i że... 

Nagle  zdał  sobie  sprawę  ze  swoich  myśli  i  zatrzymał  się  wpół  kroku  z  wyrazem 

zdziwienia na twarzy. 

Tego ranka odwiedził jeszcze wydział fizyki i chemii, anglistyki i historii sztuki. 

Knajpa  “Pod  wiatrakiem”  mieściła  się  w  pobliżu  głównej  ulicy.  Fred  chodził  tam  w 

każdy poniedziałek, środę i piątek, aby wypić kilka piw i pogawędzić z przyjaciółmi  - Harrym 

Bullardem, kierownikiem kręgielni Hogana, i Lou Peacockiem, który pracował na poczcie i był 

zamiłowanym ogrodnikiem. 

background image

Kiedy  tego  wieczoru  Fred  przekroczył  próg  tonącej  w  półmroku  sali,  można  było 

usłyszeć, jak mówił sam do siebie: 

-  Je  connais  tous  ces  brayes  gens  -  Fred  rozejrzał  się  dokoła  z  wyrazem  skruchy.  - 

Chciałem powiedzieć... - mruknął, ale nie dokończył. 

Harry  Bullard  pierwszy  zobaczył  go  w  lustrze.  Odwracając  głowę,  osadzoną  na 

masywnej szyi, powiedział: 

- Chodź, Fred. Tu dają pić - a do barmana: - Nalej pan dla pana starszego - i zaśmiał się. 

Fred  podszedł  do  baru  i  po  raz  pierwszy  tego  dnia  uśmiechnął  się.  Peacock  i  Bullard 

przywitali się z nim, a barman postawił przed nim pieniący się kufel. 

- Co nowego, Fred? - spytał Harry. Fred otarł wąsy z piany. 

-  Niewiele  -  odparł,  nie  mogąc  się.  zdecydować  na  to,  by  im  opowiedzieć  o  swoich 

kłopotach. 

Obiad  w  towarzystwie  Evy  też  był  męką  -  nie  kończącym  się  komentarzem  na  temat 

Wojny  Trzydziestoletniej,  Wielkiej  Karty  i  życia  prywatnego  Katarzyny  Wielkiej.  Był 

zadowolony, kiedy wreszcie o wpół do ósmej mógł wyjść z domu, mrucząc na pożegnanie: Bon 

nnit, ma chere. 

- A co u ciebie? - spytał z kolei Bullarda. 

- Malowaliśmy dzisiaj kręgielnię. Kolejna zmiana dekoracji. 

-  Naprawdę?  -  powiedział  Fred.  -  W wypadku  gdy posługiwanie się barwnym  woskiem 

było niedogodne, malarze starożytnej Grecji i Rzymu używali tempery, to jest farb łączonych za 

pomocą takich środków, jak... 

Fred przerwał nagle. Zapanowała cisza. 

- Jak? - spytał Harry Bullard. Fred nerwowo przełknął ślinę. 

-  Nic -  powiedział pośpiesznie.  -  Ja tylko...  -  Zajrzał  w bursztynową  głębię kufla.  -  Nic 

takiego - powtórzył. 

Bullard popatrzył na Peacocka, który wzruszył ramionami. 

-  Jak  tam  twoje  kwiaty  w  oranżerii,  Lou?  -  powiedział  Fred,  żeby  zmienić  temat.  Mały 

Lou kiwnął głową. 

- Doskonale. 

-  To  dobrze  -  powiedział  Fred  i  również  skinął  głową.  Vi  sono  piu  di  cinquanta 

bastimenti m porto. 

-  Co  to  znaczy?  -  spytał  Lou  drapiąc  się  w  ucho.  Fred  zachłysnął  się  pośpiesznie 

połkniętym piwem. 

- Nic - powiedział. 

background image

-  Nie,  co  tam  powiedziałeś?  -  nalegał  Harry  z  uśmiechem,  jakby  oczekiwał  dobrego 

kawału. 

-  Ja...  powiedziałem,  że  w  porcie  jest  przeszło  pięćdziesiąt  okrętów  -  wyjaśnił  Fred 

niechętnie. Uśmiech znikł z twarzy Harry’ego. 

- W jakim porcie? 

Fred starał się nadać głosowi naturalne brzmienie. 

- To taki kawał, który dziś usłyszałem, tylko że zapomniałem zakończenia. 

- Aha - Harry spojrzał na Freda i zajął się kuflem. Przez chwilę pili w milczeniu. Potem 

Lou zwrócił się do Freda: 

- Skończyłeś już robotę na dzisiaj? 

- Nie, muszę jeszcze sprzątnąć na matematyce. 

- Szkoda - westchnął Lou. 

Fred w zamyśleniu otarł wąsy i pod wpływem nagłego impulsu powiedział: 

- Co byś zrobił, gdybyś obudził się któregoś dnia mówiąc po francusku? 

- A komu się to zdarzyło? - zapytał Harry mrużąc oczy. 

- Nikomu - powiedział Fred pośpiesznie. - Ale przypuśćmy... Przypuśćmy, że ktoś umie 

rzeczy, których się nigdy nie uczył. Rozumiecie? Po prostu umie. Jak gdyby zawsze były w jego 

umyśle i nagle je odnalazł. 

- O jakich rzeczach mówisz, Fred? - spytał Lou. 

-  No,  na  przykład...  historia.  Różne  języki.  Wiadomości  o  książkach  i  obrazach,  o 

atomach i chemii. - Wzruszył ramionami. - Różne takie... 

- Nie rozumiem cię, przyjacielu - powiedział Harry, tracąc ostatecznie nadzieję na kawał. 

- To znaczy, że wie rzeczy, których się nigdy nie uczył? - spytał Lou. - O to ci chodzi? 

Było coś w ich głosach - jakieś niedowierzanie, rezerwa, podejrzliwość. 

Fred przeciął dyskusję: 

- Tak mi tylko przyszło do głowy. A zresztą nie ma o czym mówić. 

Wypił  tylko  jedno  piwo  tego  wieczoru  i  poszedł  posprzątać  salę  po  wykładzie 

matematyki. 

Zamiatając i wycierając kurze przez cały czas zastanawiał się, co się z nim dzieje. Kiedy 

wreszcie wrócił do domu późnym wieczorem, stwierdził, że Eva czeka na niego w kuchni. 

- Chcesz kawy, Fred? - spytała. 

-  Z  przyjemnością.  -  Eva  wstała.  -  Nie  trzeba,  s’accomodi,  lo  pręgo  -  wyrwało  mu  się. 

Spojrzała na niego ponuro. 

-  Chciałem  powiedzieć  -  przetłumaczył  -  siedź,  sam  sobie  wezmę.  Przy  kawie  Fred 

opowiadał żonie o swoich kłopotach. 

background image

- W żaden sposób nie mogę tego zrozumieć, Eva. To mnie... przeraża. Wiem tyle rzeczy, 

o których nigdy nie słyszałem.  Nie mam pojęcia, skąd się to  bierze... najmniejszego pojęcia.  - 

Zacisnął wargi. - Ale wiem mnóstwo rzeczy, to pewne. 

- Już nie tylko francuski? - spytała. 

Potrząsnął głową. 

-  Więcej.  Dużo  więcej  -  powiedział  zmartwiony.  Podniósł  wzrok  znad  filiżanki.  -  Na 

przykład...  posłuchaj  tego:  największy  postęp  w  uzyskiwaniu  szybkich  cząsteczek  osiągnięto 

wykorzystując  stosunkowo  niewielkie  napięcie  i  wielokrotne  przyśpieszenie.  W  większości 

urządzeń  naładowane  cząsteczki  nabierają  prędkości  poruszając  się  po  orbitach  kołowych  lub 

spiralnych, przy zastosowaniu... Słuchasz mnie? 

Widział, jak nerwowo przełknęła ślinę. 

- Słucham. 

-  ...przy  zastosowaniu  pola  magnetycznego.  Przyśpieszenie  można  uzyskać  różnymi 

sposobami. W tak zwanym betatronie Kersta i Serbera... 

- Co to znaczy, Fred? - przerwała. 

- Nie wiem - powiedział bezradnie. - To tylko słowa, które są w mojej głowie. Rozumiem 

wszystko, kiedy mówię w obcym języku. Ale to...? 

Eva załamała ręce i zatkała. 

- To coś niedobrego - powiedziała. Przyglądał jej się przez chwilę. 

- Dlaczego tak myślisz? 

- Nie wiem, Fred - powiedziała cicho i potrząsnęła głową. - Po prostu nie wiem. 

Kiedy obudziła się w środku nocy, usłyszała, jak Fred mruczy przez sen: 

- W badaniach teoretycznych stosowane są logarytmy naturalne, zwane też logarytmami 

Nepera albo hiperbolicznymi. 

- Fred, śpij - powiedziała zdenerwowana. 

- Podstawą logarytmów naturalnych jest liczba e = 2,71828... 

Szturchnęła go łokciem. 

- Śpij, Fred. 

-  Co?  -  Fred  jęknął  i  przewrócił  się  na  drugi  bok.  W  ciemności  słyszała,  jak  na  wpół 

przytomny poprawia sobie poduszkę. 

- Fred? - powiedziała cicho. 

- Co? 

- Lepiej idź do doktora Boone’a jutro rano. 

Fred westchnął głęboko. 

- Ja też tak myślę. 

background image

W  piątek  rano,  kiedy  otworzył  drzwi  do  poczekalni  doktora  Boone’a,  przeciąg  porwał 

papiery ze stołu pielęgniarki. 

- Och - powiedział ze skruchą. - La chiedo scusa. Non vale la pena. 

Panna  Agnes  McCarthy  pracowała  przez  siedem  lat  u  doktora  Boone’a  i  nigdy  nie 

słyszała, żeby Fred Elderman choć raz przemówił w obcym języku. Dlatego teraz wytrzeszczyła 

oczy ze zdziwienia. 

- Co pan powiedział? - spytała. 

Fred z wysiłkiem zmusił się do uśmiechu. 

- Nic, proszę pani. 

W odpowiedzi panna McCarthy uśmiechnęła się bardzo sucho. 

- Niestety, doktor nie mógł przyjąć pana wczoraj... 

- Nic nie szkodzi. 

- Zaraz doktor będzie wolny. 

Wkrótce Fred siedział przy biurku, na wprost masywnej postaci doktora Boone’a, który 

odchylając się w fotelu, pytał: 

- Co wam dolega, Fred? Fred opowiedział o swoim zmartwieniu. W miarę jego opowieści 

kordialny uśmiech stopniowo znikał z twarzy doktora. 

- Naprawdę? - spytał. Fred ponuro skinął głową. 

- Je me laisse conseiller. 

Doktor Boone uniósł krzaczaste brwi. 

- Francuski - powiedział. - Co to znaczy? Fred przełknął ślinę. 

- Powiedziałem, że chcę się poradzić. 

- O, psiakrew! - zaczął doktor Boone wyciągając dolną wargę. - Niech to diabli. - Wstał i 

obmacał starannie głowę Freda. 

- Nie uderzyliście się ostatnio w głowę? 

- Nie, panie doktorze. 

-  Hmm.  -  Doktor  Boone  opuścił  ręce.  -  Nie  wyczuwam  żadnych  guzów  ani  śladów 

obrażeń. Spróbujemy prześwietlenia. 

Prześwietlenie również niczego nie wykazało. Obaj siedzieli teraz w gabinecie i naradzali 

się. 

-  Trudno w to  uwierzyć  - mówił doktor kręcąc  głową. Fred westchnął  ciężko.  - No, nie 

trzeba  się  tym  w  każdym  razie  przejmować.  To  nie  jest  powód  do  rozpaczy.  Możecie  teraz 

występować w teleturniejach. 

Fred nerwowym ruchem pogładził wąsy. 

- Ale to nie ma sensu. Dlaczego tak się dzieje? Ja się tego boję, doktorze. 

background image

-  Nonsens,  Fred.  Nonsens.  Fizycznie  jesteście  w  doskonałej  kondycji.  Macie  końskie 

zdrowie. Za to ręczę. 

-  A  co  z  moim...  -  Fred  zawahał  się  -  z  moją  głową?  Doktor  Boone  uśmiechnął  się 

pocieszająco.  -  O  to  też  możecie  być  spokojni.  Nie  widzę  powodu  do  zmartwienia.  -  Uderzył 

dłonią  o  blat  biurka.  -  Zresztą  pomyślę  o  tym,  Fred.  Poradzę  się  kolegów.  Zastanowimy  się 

wspólnie i dam wam znać. Dobra? Odprowadził Freda do drzwi. 

- A na razie nie przejmujcie się tym. Naprawdę nie widzę powodu do zmartwienia. 

Jednak  sam  doktor  Boone  wyglądał  na  zmartwionego,  kiedy  w  kilka  minut  później 

nakręcał numer telefonu. 

- Fetlock? Mam coś, co cię zainteresuje. 

Tego  wieczoru  Fred  zaszedł  do  knajpy  “Pod  wiatrakiem”  raczej  z  przyzwyczajenia  niż 

wiedziony pragnieniem. Eva chciała, żeby został w domu i odpoczął; sądziła, że to wszystko z 

przepracowania,  ale  Fred  stwierdził  stanowczo,  że  czuje  się  doskonale,  i  wyszedł  mrucząc  na 

pożegnanie Au revoir. 

Przywitał się z Harrym  Bullardem i Lou Peacockiem przy barze i wypił swój pierwszy 

kufel  w  milczeniu,  podczas  gdy  Harry  wyjaśniał  wszystkim,  dlaczego  nie  powinni  w 

nadchodzących wyborach głosować na Milforda Carpentera. 

- Powiadam wam, że ten facet ma prywatne połączenie z Moskwą. Kilku takich jak on we 

władzach i jesteśmy załatwieni. - Harry spojrzał na Freda, zadumanego nad piwem. 

- Co cię trapi, staruszku? - zapytał klepiąc go po ramieniu. 

Fred opowiedział przyjaciołom wszystko tak, jakby opowiadał im o jakiejś chorobie. 

Lou Peacock patrzył z niedowierzaniem. 

- Więc o to ci wtedy chodziło? Fred przytaknął. 

-  A  nie  robisz  ty  z  nas  przypadkiem  wariatów?  -  powiedział  Harry.  -  Naprawdę  wiesz 

wszystko? Jego twarz przybrała chytry wyraz.  - A co będzie, jeśli cię spytam o coś, czego nie 

wiesz? 

- Będę szczęśliwy - powiedział ponuro Fred. Harry uśmiechnął się. 

-  Dobra. Nie będę  cię pytał  o  atomy  -  czy związki  chemiczne  i  inne takie rzeczy. Chcę 

tylko, żebyś mi opowiedział o okolicy między moim rodzinnym Au Sable i Tarvą. - Zadowolony 

z siebie uderzył dłonią o kontuar. 

W oczach Freda przez chwilę zabłysła nadzieja, ale zaraz twarz mu się wydłużyła i zaczął 

recytować z miną nieszczęśnika. 

- Z Au Sable do Tarvy droga prowadzi przez tereny porosłe niegdyś borem sosnowym, na 

których  obecnie  rosną  lasy  mieszane.  Po  wycięciu  lasów  przez  wiele  lat  głównym  zajęciem 

okolicznej ludności był zbiór jagód. 

background image

Harry słuchał z otwartymi ustami. 

- Ponieważ jagody rosną najlepiej na pogorzeliskach, zbieracze celowo wzniecali pożary, 

które niejednokrotnie wyrządzały poważne straty. 

- To jest bezczelne kłamstwo! - powiedział Harry wojowniczo. 

Fred spojrzał na niego zdziwiony. 

- To świństwo opowiadać ludziom takie bzdury. I on to nazywa znajomością okolicy! 

-  Ja  tego  nie  powiedziałem  -  bronił  się  Fred.  -  To  jest  tak,  jakbym...  jakbym  to  skądś 

wyczytał. 

- Tak? - Harry nerwowo bawił się kuflem, 

-  Więc  naprawdę  wiesz  wszystko?  -  spytał  Lou,  trochę  dlatego,  żeby  zmienić  temat,  a 

trochę z rzeczywistej ciekawości. 

- Zdaje się, że tak - odpowiedział Fred. 

- To nie jest żaden... kawał? Fred potrząsnął głową. 

- Żaden. 

Lou Peacock zastanawiał się chwilę. 

- Co możesz mi powiedzieć na przykład o pomarańczowych różach? 

Przez moment twarz Freda miała bezmyślny wyraz, ale zaraz zaczął mówić: 

-  Pomarańczowy  nie  jest  kolorem  podstawowym,  powstaje  z  połączenia  kolorów 

różowego  i  czerwonego  o  różnej  intensywności  -  z  żółtym.  Do  czasu  wyhodowania  odmiany 

Pernatia  róże  pomarańczowe  były  niezwykle  rzadkie.  Wszystkie  gatunki  o  kwiatach 

pomarańczowych,  morelowych,  chamois  i  koralowych  mają  tendencję  do  odcienia  różowego. 

Niektóre osiągają wspaniały i rzadki odcień Cmsse de Nymphe Emue. 

Lou Peacock słuchał w niemym podziwie. 

Harry Bullard dyszał ciężko. 

- A co wiesz o Carpenterze? - spytał zaczepnie. 

- Carpenter Milford urodzony w roku 1898 w Chicago... 

- Zostaw to - przerwał mu Harry - to mnie nie ciekawi. On jest komunistą i to wystarczy. 

-  W  kampanii  politycznej  -  ciągnął  Fred  nie  mogąc  się  zatrzymać  -  odgrywa  rolę  wiele 

czynników, takich jak osobowość kandydata, stanowisko prasy i grup ekonomicznych, tradycje, 

wyniki badania opinii publicznej itp. 

- A ja wam mówię, że to komunista! - stwierdził Harry podnosząc głos. 

- O ile pamiętam, sam głosowałeś na niego ostatnim razem - wtrącił Lou. 

- Nieprawda! - ryknął Harry czerwieniąc się. Fred Elderman znów miał nieobecny wyraz 

twarzy. 

background image

-  Wiara  w  prawdziwość  wydarzeń,  które  nigdy  nie  miały  miejsca,  jest  schorzeniem 

pamięci znanym pod nazwą patologicznego kłamstwa lub mitomanii. 

- Nazywasz mnie kłamcą, tak? 

- Mitoman różni się od zwykłego kłamcy tym, że sam wierzy święcie w to, co mówi... 

- Na litość boską, kto ci tak podbił oko? - spytała Eva, kiedy wrócił do domu. - Chyba się 

nie biłeś... W twoim wieku... 

Na widok jego miny przerwała jednak wyrzuty i podbiegła do lodówki. Kazała mu usiąść 

i  przyłożyła  mu  do  oka  kawałek  surowej  wołowiny,  podczas  gdy  Fred  opowiadał,  co  się 

zdarzyło. 

- On jest cham - powiedziała Eva - zwykły cham! 

- Wcale nie mam do niego pretensji - zaprotestował Fred. - To ja go obraziłem. Sam już 

nie wiem, co mówię. Jestem... wszystko mi się plącze. 

Eva spojrzała z góry na jego przygarbioną postać, na bezradny wyraz twarzy. 

- Czy doktor Boone zrobi coś, żeby ci pomóc? 

- Nie wiem. 

Pół godziny później, wbrew radom żony, Fred wraz z drugim woźnym poszedł sprzątać 

bibliotekę. W momencie, kiedy przekraczał próg wielkiej sali, jęknął, przycisnął ręce do skroni i 

upadł na kolana szepcząc: “Moja głowa! Moja głowa!” 

Dopiero  po  dłuższym  odpoczynku  ból  głowy  ustąpił.  Fred  siedział  nieruchomo, 

wpatrując się w klepki parkietu z takim uczuciem, jakby wytrzymał dwadzieścia dziewięć rund z 

mistrzem świata wagi ciężkiej. 

Rano przyszedł Fetlock. Arthur B. Fetlock, kierownik katedry psychologii. Był to niski, 

tęgi  mężczyzna  w  słomkowym  kapeluszu  i  płaszczu  w  kratę.  Nadszedł  szybkim  krokiem, 

wskoczył  po  stopniach  ganku  i  gwałtownym  ruchem  nacisnął  guzik  dzwonka.  Czekając  na 

otwarcie  drzwi,  sapał  niecierpliwie  i  zacierał  dłonie.  -  Słucham  -  powiedziała  Eva  otwierając. 

Profesor  Fetlock  wyjaśnił  cel  swojej  wizyty.  Nie  zauważył  przy  tym,  jak  zmienił  się  wyraz 

twarzy  Evy,  kiedy  usłyszała  o  jego  specjalności.  Upewniwszy  się,  że  profesor  przybywa  z 

polecenia doktora Boone’a, Eva poprowadziła go na górę. 

- Jest jeszcze w łóżku. Wczoraj miał atak. 

- Tak? - zdziwił się gość. 

Kiedy wreszcie profesor Fetlock został sam na sam z woźnym, zasypał go lawiną pytań. 

Fred siedział w łóżku, obłożony poduszkami, i odpowiadał najlepiej, jak umiał. 

- Ten atak... - spytał Fetlock - jak to się stało? 

- Nie wiem, panie profesorze. Wszedłem do biblioteki i... jakby tona cementu spadła mi 

na głowę. Nie, raczej wpadła do głowy. 

background image

- Zadziwiające. A ta wiedza, którą pan ostatnio zdobywa... Czy zauważył pan jej wzrost 

po wizycie w bibliotece? 

Fred skinął głową. 

- Tak, wiem teraz więcej niż przedtem. Profesor zastanawiał się chwilę. 

- Książka Pela o języku. Dział 9B, numer 429.2, o ile pamiętam. Czy może pan coś z niej 

zacytować? 

Fred spojrzał nieprzytomnie, ale zaraz znalazł właściwe słowa. 

- Leibniz pierwszy wysunął teorię rozwoju języka z pierwotnych dźwięków. W pewnym 

sensie był on prekursorem... 

-  Dziękuję,  dziękuję  -  przerwał  mu  Fetlock.  -  Przypuszczalnie  przypadek  spontanicznej 

telepatii połączonej z jasnowidztwem. 

- Więc co mam robić? 

-  Telepatia,  panie  Elderman,  telepatia!  Wygląda  na  to,  że  zapamiętuje  pan  zawartość 

każdej książki lub umysłu, w pobliżu których pan się znajduje. Pracuje pan w sekcji francuskiej i 

zna  pan  francuski.  Pracuje  pan  na  matematyce  i  może  pan  cytować  liczby,  tablice,  prawa. 

Podobnie ze wszystkimi innymi naukami, przedmiotami i ludźmi. Tylko dlaczego. 

- Causa qua re - mruknął Fred. Profesor Fetlock chrząknął dziwnie. 

- Tak, ja też chciałbym wiedzieć... o co chodzi. 

- Jak to się dzieje, że mogę zapamiętać    tyle rzeczy - spytał Fred przybity. 

-  To  proste.  Widzi  pan,  żaden  człowiek  nie  wykorzystuje  w  pełni  możliwości  mózgu, 

który wciąż jeszcze zachowuje ogromny potencjał. Prawdopodobnie to,  co się dzieje z panem, 

jest właśnie uruchomieniem tych potencjalnych rezerw. 

- Ale jak to jest? 

-  Spontaniczny  przejaw  telepatii  i  jasnowidztwa  plus  absolutna  pamięć.  -  Doktor 

gwizdnął cicho. - Zadziwiające. Rzeczywiście zadziwiające. No, to ja już pójdę. 

- Ale co ja mam robić? - spytał błagalnie Fred. 

-  Cieszyć się z tego  -  powiedział profesor radośnie. To naprawdę wspaniały dar natury. 

Czy  nie  zechciałby  pan  spotkać  się  z  grupą  moich  kolegów  z  wydziału?  Oczywiście 

nieoficjalnie. 

- Ale... 

- Oni powinni to zobaczyć, koniecznie. Muszę napisać artykuł do “Przeglądu”. 

- Ale co to wszystko znaczy, profesorze? - pytał Fred drżącym głosem. 

-  Zastanowimy  się.  Proszę  być  dobrej  myśli.  To  jest  prawdziwa  rewelacja.  Jedyny  w 

swoim rodzaju przypadek. Nieprawdopodobne! - Profesor cmoknął z podziwu. - Nie do wiary! 

background image

Po  wyjściu  profesora  Fred  siedział  zgnębiony  do  reszty.  Więc  nic  się  nie  da  zrobić! 

Trzeba będzie nadal wyrzucać z siebie nie kończący się potok niezrozumiałych słów i głowić się 

po  nocach,  co  to  wszystko  ma  znaczyć.  Profesor  był  zachwycony,  być  może  to  podniecająca 

przygoda  intelektualna  dla  ludzi  z  zewnątrz.  Dla  niego  był  to  przygnębiający  i  przerażający 

wypadek. 

Dlaczego?  Dlaczego?  Było  to  pytanie,  na  które  nie  mógł  znaleźć  odpowiedzi  i  przed 

którym nie mógł uciec. 

Gdy tak rozmyślał, weszła Eva. Fred spojrzał na nią i uniósł się w łóżku. 

- Co mówi profesor? - spytała z napięciem. 

Kiedy jej opowiedział, zareagowała podobnie jak on. 

-  I  to  wszystko?  Cieszyć  się?  -  gniewnie  zacisnęła  usta.  -  I  po  to  doktor  Boone  go 

przysłał? 

Fred potrząsnął głową w milczeniu. Na jego twarzy malował się taki strach i bezradność, 

że Eva w przypływie wzruszenia pogłaskała go po twarzy. 

- Boli cię głowa, kochanie? - spytała. 

- Boli mnie w środku - powiedział i chrząknął. - Jeśli traktować mózg jako tkankę, która 

tylko  w  niewielkim  stopniu  daje  się  ściskać  otoczoną  dwoma  zmiennymi  faktorami  -  krwią, 

którą  zawiera,  i  płynem  mózgowo-rdzeniowym,  który  ją  otacza  i  wypełnia  komory  wewnątrz 

mózgu - to otrzymamy... Nagle głos mu się załamał, zaczął drżeć cały. 

- Boże, zlituj się nad nami - szepnęła Eva. 

-  Jak  mówi  Sextus  Empiricus  w  swoich  “Argumentach  przeciwko  wierze  w  Boga”,  ci, 

którzy utrzymują z całą pewnością, że Bóg istnieje, grzeszą brakiem pokory, gdyż... 

- Fred, przestań! 

Fred spojrzał na żonę nieprzytomnym wzrokiem. 

-  Fred,  ty  chyba...  sam  nie  wiesz,  co  mówisz?  -  Tak.  Nigdy  nie  wiem,  co  mówię.  Ja 

tylko... Evo, powiedz, co się ze mną wyrabia? 

Eva ścisnęła go mocno za rękę. 

- Wszystko będzie dobrze, Fred. Proszę cię, nie przejmuj się. 

Ale on się przejmował, gdyż mimo całej tej skomplikowanej wiedzy wypełniającej jego 

umysł pozostał sobą - prostym, niczego nie rozumiejącym, przestraszonym człowiekiem. 

Dlaczego tak się działo? Jakby był gąbką nasiąkniętą wiedzą - aż do momentu, kiedy nie 

będzie w niej wolnego miejsca i gąbka trzaśnie. 

W poniedziałek rano na uniwersytecie zatrzymał go profesor Fetlock. 

-  Elderman,  rozmawiałem  o  panu  z  kolegami,  nie  mogą  się  doczekać,  żeby  pana 

zobaczyć. Czy mógłby pan przyjść dzisiaj po południu? Jeśli potrzeba, zwolnię pana z pracy. 

background image

Fred spojrzał tępo na ożywione oblicze profesora. 

- Dobrze, przyjdę - powiedział. 

- Wspaniale. A więc o wpół do piątej w moim gabinecie. 

- Dobrze. 

-  I jeszcze jedno. Jeśli można, chciałbym prosić, żeby pan się przeszedł  po uczelni  - po 

wszystkich gmachach. 

Kiedy się rozstali, Fred poszedł do piwnicy schować narzędzia. 

O  wpół  do  piątej  otworzył  masywne  drzwi  wydziału  nauk  psychologicznych.  Stanął  w 

drzwiach, czekając cierpliwie, aż ktoś z licznie zebranych pracowników naukowych go zobaczy. 

Profesor Fetlock pośpieszył mu naprzeciw. 

- Pan Elderman, proszę, proszę. 

- Panie profesorze, czy doktor Boone coś panu mówił? - spytał Fred. - Chodzi mi o... 

- Nie, nic nowego. Proszę się nie obawiać, załatwimy to jakoś. A teraz proszę tu stanąć. 

Chcę pana przedstawić. Panie i panowie, proszę o uwagę! 

Po prezentacji Fred stał pośrodku gabinetu; mimo bicia serca i zdenerwowania starał się 

opanować. 

-  Czy  zrobił  pan,  jak  prosiłem?  -  spytał  Fetlock  głośno.  -  Odwiedził  pan  wszystkie 

wydziały? 

- Tak jest. 

-  Doskonale.  -  Profesor  Fetlock  kiwnął  głową  znacząco.  -  Wyobraźcie  sobie,  panie  i 

panowie,  że  cała  suma  wiedzy  naszego  uniwersytetu  mieści  się  w  głowie  jednego  człowieka! 

Wśród zebranych przebiegł szmer niedowierzania. 

-  To  nie  są  żarty  -  powiedział  Fetlock.  -  Państwo  mogą  sami  się  przekonać.  Proszę 

zadawać pytania. 

Fred Elderman stał pośród ciszy, która nagle zapanowała, i myślał o tym, co przed chwilą 

powiedział profesor Fetlock. Wiedza całego uniwersytetu jest w jego głowie. To znaczy, że nic 

już więcej do niej nie wejdzie. 

Co będzie dalej? 

Posypały się pytania - odpowiadał drewnianym, monotonnym głosem. 

- Co się stanie ze Słońcem za piętnaście milionów lat? 

- Jeśli natężenie promieniowania utrzyma się na obecnym poziomie, to w ciągu piętnastu 

milionów lat cała masa Słońca przekształci się w energię. 

- Co to jest tonacja? 

background image

-  Jest  to  podstawa  harmoniczna  utworu  muzycznego,  oparta  na  harmonice  funkcyjnej, 

wyznaczona przez akord foniczny gamy, której dźwięki stanowią główny materiał melodyczny i 

harmoniczny utworu... 

Wiedza całego uniwersytetu w jego głowie! 

- Pięć porządków architektury rzymskiej. 

-  Toskański,  dorycki,  koryncki,  joński  i  kompozytowy.  Toskański  jest  uproszczeniem 

stylu doryckiego, dorycki zachowuje tryglify, koryncki charakteryzuje się... 

Nie  ma  rzeczy,  której  by  nie  wiedział.  Wszystko  zostało  wtłoczone  w  jego  mózg. 

Dlaczego? 

- Co to są mieszaniny buforowe? 

-  Są  to  mieszaniny  wodnych  roztworów  słabych  kwasów  z  solami  tych  kwasów, 

wykazujące ściśle określone wartości PH. Wartości te praktycznie nie ulegają zmianie podczas 

rozcieńczania, a nawet po dodaniu małych ilości mocnych kwasów. 

Dlaczego? 

- Jak będzie po francusku “przed chwilą”? 

- Il ny a qu’un instant. 

Napięcie wśród zebranych rośnie. Pytania są prawie wykrzykiwane. 

- Co jest przedmiotem literatury? 

-  Przedmiotem  literatury  są  idee,  ponieważ  zajmuje  się  ona  człowiekiem  w 

społeczeństwie, a więc przedmiotem jej są... 

Dlaczego? 

- Przepis o umieszczaniu światła sygnalizacyjnego na masztach parowców.  - Śmiech na 

sali. 

-  Parowiec  winien  mieć  na  przednim  maszcie  lub  -  jeśli  nie  ma  masztu  -  na  przedniej 

części pokładu jasną latarnię koloru białego, skonstruowaną tak, aby... 

Nikt się nie śmieje. Znowu pytania. 

- Jak odbywa się start rakiety trzystopniowej? 

- Rakieta trzystopniowa startuje pionowo i dopiero później tor jej odchyla się w kierunku 

wschodnim. Zwrot następuje na wysokości... 

- Kto to był hrabia Bernadotte? 

- Jakie są produkty uboczne rafinacji nafty? 

- Jakie miasto jest... 

- Jak można... 

- Co to jest... 

- Kiedy.... 

background image

A  kiedy  już  odpowiedział  na  wszystkie  pytania,  w  gabinecie  zapanowała  wielka, 

przygniatająca cisza. Fred stał nieruchomo; w głowie zaczynało mu coś świtać. 

Nagle zadzwonił telefon i wszyscy drgnęli. 

Słuchawkę podniósł profesor Fetlock. 

- To do pana, Elderman. 

Fred podszedł do telefonu i wziął słuchawkę. 

- Fred? - był to głos Evy. 

- Oui. 

- Co? 

-  Przepraszam.  Chciałem  powiedzieć,  że  to  ja.  Na  drugim  końcu  przewodu  usłyszał 

westchnienie. 

- Martwiłam się, dlaczego nie wracasz, więc zadzwoniłam i Charlie powiedział mi... Fred 

powiedział żonie o zebraniu. 

- Ach tak, a przyjdziesz na kolację? Powoli narastało w nim zrozumienie. 

- Postaram się, Eva. Chyba zdążę. 

- Martwiłam się, Fred. 

- Niepotrzebnie się martwisz. 

W tym momencie dotarł do jego świadomości rozkaz. Ze słowami: “Do widzenia, Eva” 

odłożył słuchawkę. 

-  Muszę  już  iść  -  powiedział  do  Fetlocka.  Nie  słyszał  dobrze,  co  mu  odpowiedziano. 

Słowa,  przejście  z  gabinetu  do  hallu  -  wszystko  to  przesłoniła  nagła,  niepokonana  potrzeba 

wydostania się na zewnątrz. Twarze pytających pozostały w tyle, szedł szybko poprzez hali w 

stronę wyjścia, a ten pośpiech, podobnie jak poprzednie jego odpowiedzi, był nie umotywowany 

i niezrozumiały. Coś nim kierowało. Wtedy mówił nie rozumiejąc swoich słów  - teraz szedł w 

stronę  wyjścia  nie  wiedząc  dlaczego.  Prawie  biegł,  z  trudem  łapiąc  oddech.  Rozkaz  brzmiał: 

“Chodź. Już czas”. 

Tyle faktów - kogo to wszystko mogło interesować? Prawie cała wiedza Ziemi. 

Wiedza Ziemi.... 

Kiedy  wybiegł  na  schody  prowadzące  w  ciemność  wcześnie  zapadającego  zmierzchu, 

ujrzał  migotliwe,  niebieskawe  światło  na  niebie.  Jego  promień  biegł  ponad  drzewami  i 

budynkami wprost na niego. 

Stał  jak  wryty,  patrząc  w  górę,  i  wtedy  zrozumiał  ostatecznie,  dlaczego  zdobył  całą  tę 

ogromną wiedzę. 

Białobłękitny snop światła zbliżał się do niego z przenikliwym świstem. W ciemnościach 

rozległ się krzyk dziewczyny. 

background image

“Życie na innych planetach jest nie tylko możliwe, ale wysoce prawdopodobne” - była to 

ostatnia myśl, jaka przebiegła jego umysł. 

Potem światło dotarło do niego i wróciło tą samą drogą do swego źródła - jak błyskawica 

bijąca z piorunochronu w chmurę burzową - pozostawiając go w strasznej ciemności. 

Na  terenie  uniwersytetu  znaleziono  błąkającego  się  starego  człowieka.  Ponieważ  nie 

odpowiadał na pytania, przeszukano mu kieszenie; znaleziono nazwisko i adres i odwieziono go 

do domu. 

W rok później, kiedy znowu nauczył się mówić, wypowiedział swoje pierwsze niepewne 

słowa. Powiedział je którejś nocy do żony, kiedy zastała go w łazience z gąbką w ręku. 

- Fred, co ty tu robisz? 

- Zostałem wyciśnięty - powiedział. 

background image

O’Donnevan Finn - Bezgłośny pistolet 

(Robert Sheckley) 

 

Czy to trzasnęła gałązka? Dixon obejrzał się - odniósł wrażenie, że jakiś ciemny kształt 

znikł  w  podszyciu.  Zamarł  w  bezruchu,  wpatrując  się  w  głąb  lasu.  Ale  wszędzie  panowało 

zupełne,  całkowite  milczenie.  Wysoko  nad  głową  jakiś  drapieżny  ptak  szybował  prawie  bez 

ruchu i wyczekujący, pełen nadziei, rozglądał się po spalonym słońcem krajobrazie. 

Nagle, wśród krzewów, rozległ się cichy, niecierpliwy kaszel. 

Dixon zrozumiał, że jest śledzony. Dotąd nie był tego pewien. Ale obecnie już wiedział, 

że  niewyraźne,  słabo  widoczne  kształty  są  rzeczywistością.  Z  początku  pozwoliły  mu  iść 

samemu  dróżką  wiodącą  do  stacji  sygnalizacyjnej  i  tylko  przyglądały  się  czujnie,  jakby  coś 

rozważając. Obecnie były gotowe do działania. 

Wydobył broń z kabury, sprawdził bezpiecznik, schował z powrotem i podjął wędrówkę. 

Znów  rozległo  się  kaszlnięcie.  Coś  szło  cierpliwie  jego  śladem,  czekając  zapewne,  aż 

opuści busz i wejdzie do lasu. Dixon uśmiechnął się sam do siebie. 

Nic mu nie mogło zagrażać. Miał przecież broń. 

Bez  niej  nie  oddaliłby  się  tak  znacznie  od  statku  kosmicznego.  Nie  można  przecież 

włóczyć się po obcej planecie. Lecz nie dotyczyło to Dixona. Na biodrze czuł broń doskonałą, 

zabezpieczającą zupełnie i całkowicie przed wszystkim, cokolwiek chodzi, pełza, lata czy pływa. 

Ostatnie słowo w zakresie broni ręcznej, najznakomitszy środek obrony osobistej. 

Znów spojrzał za siebie. O jakieś pięćdziesiąt kroków za nim posuwały się trzy bestie. Z 

odległości wyglądały na psy czy hieny. Naszczekując, wolno posuwały się naprzód. 

Dixon sięgnął po broń, ale postanowił na razie wstrzymać się z jej użyciem. Będzie na to 

dość czasu, kiedy 

bestie się zbliżą. 

Alfred  Dixon  był  niski,  krępy,  szeroki  w  ramionach,  mocno  zbudowany.  Miał  jasne 

włosy  i  jasne  wąsiki,  zakręcone  na  końcu  do  góry.  Wąsiki  te  nadawały  jego  opalonej, 

zawadiackiej  twarzy  wyraz  szczerości.  Stałym  jego  miejscem  pobytu  były  szynki  i  knajpy  na 

Ziemi.  Zawsze  w  pomiętym,  pobrudzonym  polowym  mundurze,  zamawiał  napoje  głosem 

donośnym,  zaczepnym  i  towarzyszy  pijatyki  przeszywał  ostrym  wzrokiem  szarych  oczu  o 

metalicznym  blasku.  Z  zamiłowaniem  wyjaśniał  im  różnice  między  coltem  a  iglicowym 

rewolwerem Sykesa, tonem nieco wzgardliwym mówił o broni używanej na Marsie i na Wenus, 

tłumaczył, jak się zachować, gdy w gęstym buszu atakuje ramaryjski czołgoróg i jak się bronić 

przed napaścią skrzydlatych chyżobłysków. 

Niektórzy  uważali  Dixona  za  blagiera,  ale  nikt  nie  śmiał  mu  tego  powiedzieć.  Inni 

sądzili, że jest to w gruncie rzeczy, mimo całego swego zarozumialstwa, porządny człowiek. Ma 

background image

tylko nadmierne pojęcie o sobie, tłumaczyli. Ale śmierć czy kalectwo naprawi kiedyś ten defekt. 

Dixon był wielkim zwolennikiem broni ręcznej. Jego zdaniem podbój amerykańskiego Dzikiego 

Zachodu był po prostu próbą sił między łukiem i szybkostrzelnym coltem. Afryka? To karabin 

przeciw  włóczni.  Mars?  Colt  przeciw  dwusiecznemu  nożowi.  Bomby  wodorowe  niszczyły 

miasta,  ale  kraje  podbijał  człowiek  uzbrojony  w  broń  ręczną.  Po  co  szukać  zawiłych  racji 

gospodarczych,  filozoficznych  czy  politycznych,  gdy  wszystko  jest  tak  proste?  Dixon  obdarzał 

pełnym zaufaniem broń doskonałą. 

Obejrzał  się  wstecz  i  zauważył,  że  do  trzech  bestii  przyłączyło  się  dalszych  sześć.  Nie 

skrywały się teraz, przyspieszyły tylko kroku wywiesiwszy długie języki. 

Dixon postanowił zaczekać jeszcze chwilę. Wstrząs będzie tym większy. 

Różne już zawody uprawiał w życiu: był badaczem, myśliwym, zwiadowcą, kosmonautą. 

Jak  dotąd  jednak  niewiele  miał  szczęścia.  Inni  zawsze  trafiali  jakoś  na  zagubione  miasto, 

udawało im się zastrzelić rzadkiego zwierza czy znaleźć złotonośny strumień. On - nie. Ale cóż 

na  to  poradzić.  Przyjmował  swój  los  pogodnie.  Obecnie  był  radiotechnikiem  i  kontrolował 

automatyczne  stacje  sygnalizacyjne  na  dziesięciu  nie  zamieszkanych  planetach.  Ale  co 

ważniejsze, miał przeprowadzić pierwszą próbę polową z najdoskonalszą bronią ręczną świata. 

Wynalazcy  nowego  pistoletu  spodziewali  się,  że  broń  ta  będzie  powszechnie  wprowadzona. 

Dixon zaś liczył, że w związku z tym zrobi karierę. 

Doszedł  do  skraju  lasu.  Jego  statek  znajdował  się  o  dwie  mile  stąd  na  małej  polance. 

Wkraczając  w  ponury  cień  drzew  usłyszał  podniecone  piski  zwierząt  nadrzewnych.  Były 

pomarańczowo-niebieskie i przyglądały mu się uważnie z góry. 

Las wywarł na Dixonie wrażenie afrykańskiej dżungli. Spodziewał się spotkania wielkiej 

zwierzyny  i  ustrzelenia  co  najmniej  paru  sztuk.  Dzikie  psy  były  już  w  odległości  zaledwie 

dwudziestu kroków od niego. Szarobrunatne, wielkości jamników, miały paszcze hien. Niektóre 

z nich smykały przez podszycie usiłując przeciąć mu drogę. 

Nadeszła chwila użycia broni. 

Dixon  wyciągnął  ją  z  kabury.  Broń  miała  kształt  pistoletu,  była  ciężka  i  dość 

niewygodna. Wynalazcy zapowiedzieli udoskonalenie w przyszłości, polegające na zmniejszeniu 

wagi i poprawie kształtu. Ale Dixonowi odpowiadała taka właśnie, jaka - była obecnie. Przyjrzał 

się broni z zadowoleniem, po czym odbezpieczył ją i nastawił na pojedynczy strzał. 

Psie stado zbliżało się w podskokach, warcząc i ujadając, Dixon zmierzył i strzelił. Broń 

brzęknęła cichutko. W odległości stu kroków część lasu po prostu znikła. 

Dixon wystrzelił pierwszy dezintegrator. 

Z lufy o przekroju  niecałego cala dobył  się pęk  promieni  o średnicy dwunastu  stóp.  W 

lesie powstała próżna przestrzeń w kształcie stożka o zasięgu około  stu metrów; w jej obrębie 

background image

wszystko  znikło  bez  śladu  -  drzewa,  krzaki,  trawy,  owady,  motyle  i  dzikie  psy.  Roślinność 

sięgająca powyżej stożka wyglądała jakby ją przecięto olbrzymią brzytwą. 

Dixon ocenił, że w zasięgu wybuchu znalazło się co najmniej siedem psów. Siedem bestii 

za jednym półsekundowym wybuchem. Świetna broń, nie ma problemu celu czy odchyleń, jak 

przy  broni  zwykłej.  Nie  ma  potrzeby  ładowania  na  nowo,  gdyż  broń  ta  mogła  działać 

osiemnaście godzin bez przerwy. 

Broń doskonała. 

Dixon włożył pistolet do kabury i poszedł naprzód. Dokoła panowała cisza. Stwory leśne 

rozważały zdarzenie. Po chwili jednak osłupienie minęło. Po drzewach nad głową Dixona znów 

skakać zaczęły pomarańczowo-niebieskie zwierzęta, ptak drapieżny znów szybował po niebie w 

towarzystwie  innych  czarnoskrzydłych  ptaków.  W  zaroślach  znów  naszczekiwały  dzikie  psy. 

Nie  dały  za  wygraną.  Dixon  słyszał,  jak  z  obu  stron  posuwają  się  szybko,  ukryte  głęboko  w 

leśnym podszyciu. Wydobył broń, zastanawiając się, czy bestie ośmielą się znów zaatakować. 

Jakby  w  odpowiedzi,  z krzaków  tuż za  nim  wyskoczył  łaciaty  buldog.  Brzęknęła  broń, 

pies znikł wpół skoku, a drzewa zaszumiały, gdy powietrze z sykiem wypełniło nagle powstałą 

próżnię. 

Jeszcze jeden pies rzucił się naprzód; Dixon zdezintegrował go. Przecież te bestie nie są 

chyba tak głupie... Dlaczego więc nie rozumieją oczywistości - że nie można mierzyć się z nim i 

z jego bronią? W całej  galaktyce wszystkie stwory  szybko uczyły  się wystrzegać uzbrojonego 

człowieka. A tu jest inaczej. Dlaczego? 

Trzy psy z trzech różnych kierunków rzuciły się bez żadnego ostrzeżenia. Dixon nacisnął 

spust i zniszczył je w oka mgnieniu. Kłąb kurzu wypełnił próżnię. 

Dixon  zaczął  nasłuchiwać.  Cały  las  wypełniony  był  teraz  głuchymi  odgłosami 

szczekania. Zbliżały się inne stada. A zatem niczego się nie nauczyły? 

Nagle  prosta  myśl  rozświetliła  mu  sprawę.  Nie  mogły  się  przecież  niczego  nauczyć  - 

nauka była zbyt subtelna. Broń unicestwiała wszystko szybko i bezgłośnie. Psy w jej zasięgu po 

prostu znikały. Nie było czasu na jęki konania, wycie, piski czy ryki. Przede wszystkim zaś nie 

było  odgłosu  strzału,  który  by  je  zadziwił  i  przeraził,  nie  było  zapachu  prochu,  nawet 

szczęknięcia pocisku wprowadzanego do lufy. 

Może więc, myślał Dixon, nie są dość sprytne, by zrozumieć, że ta broń zabija. Może nie 

pojmują tego, co się dzieje. Może sądzą, że jestem bezbronny? 

Przyspieszając  kroku  zagłębił  się  dalej  w  las.  Nie  grozi  mu  żadne  niebezpieczeństwo, 

perswadował sobie. Bestie może nie rozumieją, że broń zabija, ale przecież ona zabija. Trzeba 

jednak będzie zażądać, aby nowe modele wydawały jakiś odgłos. Nic prostszego. 

background image

Stwory  na  drzewach  rozzuchwaliły  się  na  dobre  i  obnażając  kły  opuszczały  się  teraz 

niemal  do poziomu głowy  Dixona. Chyba są mięsożerne, pomyślał.  Strzelił  i  poczynił wielkie 

spustoszenie wśród drzew. Zwierzęta uciekły z wrzaskiem, a z góry spadł deszcz gałązek i liści. 

Nawet psy czmychnęły, wylęknione. 

Dixon zaśmiał się i zaraz potem upadł, silnie uderzony w ramię przez dużą gałąź. Broń 

wypadła  mu  z  ręki  i  wylądowała  w  odległości  dziesięciu  stóp,  odbezpieczona,  siejąc  dokoła 

zniszczenie.  Wygramoliwszy  się  spod  gałęzi  Dixon  sięgnął  po  pistolet.  Ubiegło  go  jedno  z 

nadrzewnych zwierząt. 

Dixon padł twarzą na dół. Zwierzę piszcząc zwycięsko wymachiwało dokoła pistoletem. 

Olbrzymie  drzewa,  równo  przecięte,  spadały  na  ziemię,  porytą  i  zasłaną  zwałami  gałęzi  i  liści. 

Wybuch z pistoletu obalił drzewo tuż obok Dixona i porył ziemię przy samej jego nodze. Dixon 

odskoczył i gwałtownie się pochylił, cudem ocalając głowę. 

Stracił już teraz wszelką nadzieję. Ale zwierzę, zaintrygowane trzymaną w ręku bronią, 

próbowało  zajrzeć  do  lufy.  W  tej  samej  jednak  chwili  straciło  głowę  w  sposób  bezszelestny. 

Dixon  wykorzystał  tę  chwilę.  Skoczył  naprzód  i  odzyskał  pistolet,  zanim  pochwyciło  go  inne 

zwierzę. Wyłączył spust automatu. 

Psy wróciły i bacznie przyglądały się człowiekowi. Ale Dixon nie ośmielił się strzelać. 

Ręce tak mu drżały, że niebezpieczeństwo było równie wielkie dla niego, jak dla psów. Utykając 

powlókł się w stronę statku. Psy szły jego śladem. 

Człowiek szybko się opanował. Spojrzał na trzymaną w ręku broń. Budziła w nim teraz 

szacunek, a nawet strach. Obawiał się jej znacznie bardziej niż psy, które najwidoczniej wcale 

nie łączyły zniszczenia w lesie z pistoletem, przypisując je zapewne nagłej burzy. 

Burza jednak minęła i psy rozpoczęły łowy na nowo. 

Dixon strzelał raz po raz, torując sobie drogę w gęstych zaroślach. Psy towarzyszyły mu 

z obu stron, dotrzymując kroku. Były ich teraz dziesiątki. 

Do licha, pomyślał, czy nie liczą swych strat? Uprzytomnił sobie jednak, że zapewne nie 

umieją rachować. 

Był  już  teraz  niedaleko  statku.  Drogę  zagradzał  ciężki  pień.  Dixon  chciał  przeskoczyć, 

gdy pień nagle ożył i rozwarł olbrzymie szczęki. Dixon skierował pistolet w dół i uruchomił go 

na trzy sekundy. Stwór znikł, ale Dixon wpadł nagle w świeżo powstałą jamę. Psy otoczyły go 

warcząc  i  naszczekując.  Dwoma  strzałami  oczyścił  brzeg  jamy  i  mimo  zwichniętej  kostki 

usiłował  się  wydostać.  Ale  ściany  rozpadliny  były  strome  i  gładkie  jak  szkło.  Jeszcze  jeden 

wysiłek - bez skutku. Zaczął więc myśleć. Przez broń znalazł się w jamie, dzięki broni musi się 

więc  wydostać.  Naciął  jedną  ze  ścian,  dzięki  czemu  zdołał  się  wygramolić  na  powierzchnię. 

background image

Stąpał  z  trudem,  ale  jeszcze  bardziej  dokuczał  mu  ból  w  ramieniu.  Wyciął  kij  i  powoli  ruszył 

naprzód. 

Psy raz po raz rzucały się do ataku. Unicestwiał je tyle razy, że zmęczenie zaczęło mu się 

coraz bardziej dawać we znaki. Sępy spadły na ścierwo. Dixon czuł, że ciemnieje mu w oczach. 

Przemógł się, nie wolno mu zemdleć, póki psy są w pobliżu. Statek było już widać. Próbował 

biec, ale natychmiast  upadł.  Obskoczyły  go psy. Strzelił,  przecinając dwa psy i  odstrzeliwując 

sobie czubek prawego buta. Wstał z trudem i poszedł w stronę statku. 

Piękna broń, myślał. Niebezpieczna dla wszystkich - łącznie z tymi, którzy jej używają. 

Chciałby dostać w swe ręce wynalazcę. Co za pomysł! Broń bezgłośna! 

Dotarł wreszcie do statku. Nie zdążył otworzyć komory wyjściowej, gdy znów opadły go 

psy. Unicestwił najbliższe dwa i wczołgał się do środka. Mąciło mu się w głowie, odczuwał silne 

mdłości. Ostatkiem sił zatrzasnął drzwi komory i usiadł. Nareszcie jest bezpieczny. 

Wtedy usłyszał obok siebie chrobot. Zamknął ze sobą jednego z psów. 

Czuł  się  za  słaby,  by  władać  ciężką  bronią,  zdołał  ją  jednak  unieść.  Pies,  ledwie 

widoczny w ciemnym wnętrzu statku, skoczył na niego. Dixon był przekonany, że nie uda mu 

się  uruchomić  pistoletu.  Bestia  sięgała  mu  już  do  gardła.  Odruchowo  zacisnął  jednak  dłoń. 

Zwierzę pisnęło i zamilkło. Dixon stracił przytomność. 

Gdy  ją  odzyskał,  długi  czas  leżał  nieruchomo  napawając  się  cudownym  uczuciem,  że 

żyje. Postanowił odpocząć jeszcze parę minut, a potem zabierać się stąd czym prędzej. Zaszyje 

się w jakiejś knajpie na Ziemi i upije się do nieprzytomności. A potem odszuka wynalazcę broni 

i wtłoczy mu jego cudo w gardło. Tylko niebezpieczny wariat mógł wynaleźć bezgłośną broń. 

Tak, ale to wszystko potem. A teraz można po prostu cieszyć się życiem, leżeć sobie w 

słońcu... 

W słońcu? Słońce w statku kosmicznym? 

Skoczył  na  równe  nogi.  U  jego  stóp  widniały  szczątki  zabitego  psa.  A  tuż  obok 

zygzakowatą linią przebiegała długa szpara w ścianie statku. To tędy przedostawało się światło 

słoneczne. Przez szparę widać było sylwetki zwierząt zaglądających do środka. Zabijając tamtą 

bestię Dixon sam zrobił tę szparę. Rozejrzał się i dostrzegł inne jeszcze otwory. Jak to się stało? 

Ach  tak!  Przecież  torując  sobie  drogę  musiał  nieraz  trafić  w  statek!  Przyjrzał  się 

uszkodzeniu.  Dobra  robota,  nie  ma  co!  Tu  naruszone  dwie  tablice  rozdzielcze.  Tu  zaś  do 

niedawna stało radio. Tam za jednym zamachem przedziurawione zostały zbiorniki tlenu i wody. 

A  do  tego  wszystkiego  przestrzelone  przewody  doprowadzające  paliwo.  Zgodnie  z  prawem 

ciążenia  paliwo  utworzyło  kałużę  na  ziemi  pod statkiem.  Jak  na  kogoś,  kto  się  wcale  o  to  nie 

starał, myślał obłędnie Dixon, to wcale nieźle! 

background image

W rok później, gdy Dixon nadal się nie zgłaszał, wysłano drugi statek, aby urządzić mu 

przyzwoity pogrzeb, jeśli uda się odnaleźć jakieś szczątki, i przywieźć prototyp nowej broni. 

Statek  ratowniczy  wylądował  w  pobliżu  statku  Dixona  i  załoga  z  zaciekawieniem 

obejrzała szparę i inne uszkodzenia. 

- Są faceci - powiedział inżynier - którzy nie potrafią obchodzić się z bronią. 

-  Ano  tak  -  potwierdził  główny  pilot.  Od  strony  lasu  rozległy  się  odgłosy  uderzeń. 

Ruszyli w tamtym kierunku. Dixon podśpiewywał sobie przy pracy. Drewniany szałas otoczony 

był  ogródkiem  warzywnym,  zabezpieczonym  palisadą.  Dixon  wbijał  właśnie  nowy  palik  w 

miejsce przegniłego. 

- A więc żyjesz! - zawołał jeden z załogi. 

- Jak widzicie - odparł Dixon. - Zaczekajcie, aż skończę naprawiać płot. Ohydne bestie te 

psiska! Ale nauczyłem je rozumu. 

Dixon  z  uśmiechem  wskazał  łuk  z  mocnego,  giętkiego  pręta,  oparty  o  palisadę.  Obok 

znajdował się zapas strzał. 

- Nabrały szacunku - dodał - kiedy kilku z nich wsadziłem strzałę. 

- A broń? - spytał pilot. 

- Przydała się! - zawołał Dixon z wesołym błyskiem w oku. - Nie dałbym sobie bez niej 

rady. 

I zabrał się na powrót do pracy. Wtedy dopiero spostrzegli, że wbija palik ciężką, płaską 

rękojeścią pistoletu. 

background image

A. E. Van Vogt - Kryształowy sześcian Wenus 

 

 

Schodziłem do lądowania na powierzchni Wenus. Odrzutowe dysze hamownicze działały 

doskonale.  Wszystko  wydawało  się  snem.  Niewielka  maszyna  osiadła  łagodnie  na  otwartym 

błoniu,  rozpościerającym  się  wśród  długiej,  płytkiej,  jasnozielonej  doliny.  A  w  kilka  minut 

później pierwszy człowiek, jaki kiedykolwiek znalazł się na planecie Wenus, wyszedł ostrożnie i 

stanął na świeżej i bujnej murawie obok rakiety o kształcie cygara. 

Kilgour  westchnął  głęboko. Powietrze było tu  jak wino.  Zawierało niezbyt wiele tlenu, 

ale co za świeżość i słodycz, aromat i przyjemne ciepło! Nagle wydało mu się, że trafił do raju. 

Wydobył notes i zapisał swe wrażenia. Przecież każda myśl podobna do tej będzie na wagę złota 

po powrocie na Ziemię. A on będzie potrzebował wówczas naprawdę dużo pieniędzy. 

Skończył pisać, schował notes. I wówczas ujrzał sześcian. 

Leżał  po  prostu  obok  niego  na  trawie  w  niewielkim  wgłębieniu,  jakby  spadł  z  niezbyt 

dużej  wysokości.  Ot, przezroczysty blok krystaliczny, posiadający  coś w rodzaju  uchwytu czy 

rączki. Bok sześcianu liczył około ośmiu cali długości. Ta dziwna bryła świeciła przyćmionym 

blaskiem, trochę podobnie jak wypolerowana kość słoniowa. Wydawała się nie posiadać żadnej 

przydatności ani określonego przeznaczenia. 

Kilgour  przyniósł  ze  sobą  kilka  liczników  energii  i  dotykał  kolejno  końcami  drutu 

różnych części kryształu. Nie wykazywał  ani energii elektrycznej,  ani działalności elektronów. 

Nie  odznaczał  się  także  radioaktywnością  ani  nie  dawał  żadnego  odczynu  pod  wpływem 

działania  kwasów,  których  próbował  na  nim  Kilgour.  Ta  sześcienna  bryła  nie  przepuszczała 

prądu elektrycznego, jak również odrzucała wiązki elektronów o dużej skali drgań. 

Przybysz nałożył specjalne gumowe rękawice ochronne i dotknął uchwytu sześcianu. Nic 

się  nie  stało.  Delikatnie,  niemal  pieszczotliwie,  przesuwał  palcami  po  powierzchni  bryły.  W 

końcu mocno ścisnął uchwyt w dłoni. Nic. 

Kilgour  zastanawiał  się.  Następnie  szarpnął  za  uchwyt.  Z  łatwością  podniósł  kryształ, 

oceniając  jego  ciężar  na  około  cztery  funty.  Na  powrót  położył  sześcian  na  ziemi,  cofnął  się 

nieco  i  lustrował  go  uważnie.  Z  wolna  budziło  się  w  nim  coraz  większe  zainteresowanie  i 

podniecenie, które osiągnęło szczyt, gdy zdał sobie sprawę, co przed nim leży. Sześcian stanowił 

przecież  niewątpliwie  produkt  działalności  przemysłowej.  A  więc  na  Wenus  znajdowała  się 

jakaś  forma  życia  wyższego  rzędu.  Kilgour  spędził  samotny,  ponury  rok  w  przestrzeni 

międzyplanetarnej,  marząc  o  spotkaniu  jakichś  żywych  istot.  A  teraz  sprawa  się  wyjaśniła. 

Wenus jest zamieszkała. 

background image

Kilgour zawrócił w kierunku statku, myśląc intensywnie. Powinien znaleźć jakieś miasto. 

Mniejsza  z  tym,  że  zużyłby  paliwo  rakietowe  -  obecnie  uzupełnienie  go  byłoby  możliwe. 

Wracając  do  statku  rzucił  jeszcze  okiem  na  kryształowy  sześcian.  Jego  entuzjazm  opadł  na 

chwilę.  Cóż  właściwie  począć  z  tym  przedmiotem?  Nie  ma  przecież  sensu  zostawiać  go  tutaj. 

Jeśli  bowiem  raz  oddali  się  z  tej  doliny,  może  jej  już  potem  nie  odnaleźć.  Należy  jednak 

postępować rozsądnie i zachować najdalej posuniętą ostrożność wobec wszystkiego, cokolwiek 

by zabierał na pokład statku. A może sześcian podrzucono tu specjalnie? 

Myśl  ta  wydawała  się  jednak  tak  fantastyczna,  iż  część  jego  wątpliwości  rozwiała  się. 

Wystarczy  jeszcze  kilka  doświadczeń  -  zdecydował.  Ściągnął  ochronną  rękawicę  i  delikatnie 

dotknął uchwytu obnażonym palcem. 

- Mam we wnętrzu farbę! - powiedział dziwny przedmiot. 

Kilgour odskoczył wstecz. 

- Ach! - zdumiał się. 

Rozglądał  się  półprzytomnie  dokoła.  Lecz  był  zupełnie  sam  w  zielonej  niewielkiej 

dolinie. Znów dotknął uchwytu kryształowego bloku. 

- Mam we wnętrzu farbę! - Teraz już nie było żadnych wątpliwości. Myśli układały się w 

mózgu Kilgoura jasno i precyzyjnie. 

Wyprostował  się  z  wolna.  Stał,  olśniony  swym  odkryciem,  wpatrując  się  jak 

zahipnotyzowany w znaleziony przedmiot. Minęła dłuższa chwila, zanim zebrał myśli na tyle, by 

wyobrazić  sobie  poziom  techniczny  i  właściwości  rasy,  która  -  była  zdolna  wynaleźć  taką 

fantastyczną  puszkę  farby.  Umysł  jego  bujał  w  obłokach  i  niechętnie  już  wracał  na  ziemię. 

Popadał  w  coraz  silniejsze  osłupienie.  W  całej  bowiem  ludzkiej  wiedzy  nie  ma  nic,  co  by 

zaćmiło tej miary odkrycie, chociaż było ono zupełnie proste. Puszka z farbą, która przemówiła. 

Opatrzono ją widocznie w jakiś prosty mechanizm myślący. 

Kilgour  uśmiechnął  się.  Jego  prostą,  pociągłą  twarz  pokryły  zmarszczki.  Zabłysnęły 

szarozielone  oczy.  Rozchyliły  się  wargi,  odsłaniając  białe  zęby.  Śmiał  się  serdecznie.  Puszka 

farby!  Prawdopodobnie  farba  ta  zawiera  inne  substancje  niż  biel  cynkową,  olej  lniany  i  jakiś 

barwny tlenek. Lecz to można będzie sprawdzić później. 

Obecnie  wystarczał  sam  fakt  posiadania.  Niezależnie  od  tego,  cokolwiek  odkrył  na 

Wenus, jego wyprawa opłaciła się już choćby dzięki temu znalezisku. Przecież liczą się właśnie 

te  zwykłe  przedmioty  codziennego  użytku.  Kilgour  schylił  się  energicznie,  ujmując  uchwyt 

naczynia gołą ręką. 

Właśnie dźwignął puszkę z ziemi, gdy nagle lśniący, jasny płyn wytrysnął mu na piersi, 

rozlewając się natychmiast po skafandrze, lepki jak klajster, lecz szybko spływający. Z początku 

biały  płyn  począł  stopniowo  zmieniać  barwę  na  czerwoną,  żółtą,  niebieską,  fioletową.  Aż  w 

background image

końcu mienił się tysiącami odcieni. Gdy się wreszcie Kilgour wyprostował, jego skafander lśnił 

wszystkimi kolorami tęczy. Z początku rozzłościło go to raczej niż zaniepokoiło. 

Począł się rozbierać. Miał na sobie koszulę sportową i sportowe szorty, nic poza tym. I 

jedno,  i  drugie  lśniło  jak  wielokolorowe  ognie.  Błyskawicznie  zrzucił  ubranie.  Poczuł  płyn 

ściekający po nagim ciele. Ten przykry i dziwny fakt zauważył dopiero po zdjęciu koszuli, gdy 

szorty opadły mu do kostek. Farba, której większa część znajdowała się na koszuli, całkowicie 

spłynęła na skórę Kilgoura - ani kropla nie spadla jednak na ziemię, również i szorty były czyste. 

Farba zdawała się żarzyć, rozpływając się po coraz większej powierzchni, gdy zaś próbował ją 

zetrzeć za pomocą koszuli, pieniła się i lśniła jak płomień. Z wściekłością usiłował zetrzeć ją ze 

skóry.  Przywierała  wówczas  do  palców,  gorąca  i  lepka,  migotała  i  mieniła  się  różnobarwnie, 

wędrując stopniowo z miejsca na miejsce. 

Kolorowa  plama  stanowiła  zwartą  całość,  przemieszczającą  się  bardzo  szybko. 

Przyjmowała  kolejno  wszystkie  możliwe  kształty,  ale  wciąż  pozostawała  jedną  spoistą 

płaszczyzną - jak niesłychanie barwny szal czy wstęga. Minęło dziesięć minut, a Kilgourowi nie 

udało się usunąć jeszcze ani krzty farby. 

-  “Farbę”  -  czytał  Kilgour  na  głos  w  swym  chemicznym  poradniku  -  “wywabia  się  za 

pomocą terpentyny”. 

Miał na szczęście w magazynie trochę terpentyny. Wylał sporą ilość płynu na dłoń, by go 

wetrzeć, zaraz jednak terpentyna wylała mu się z ręki, spływając na ziemię. Farba nie dała się 

nawet dotknąć. 

Ponowne  próby  ostatecznie  przekonały  zdumionego  Kilgoura  -  powrócił  do  statku. 

Kolejno  starał  się  zetrzeć  kolorową  plamę  gazoliną,  wodą,  winem,  a  nawet  odrobiną  cennego 

płynu, stanowiącego paliwo napędowe rakiety. Niestety, farba nie wchodziła w reakcję z żadną 

substancją.  Wszedł  pod  prysznic.  Woda  zraszała  jedynie  płaszczyzny  skóry  wolne  od  farby.  I 

tylko w tych miejscach czuł wyraźnie, jak zazwyczaj, ostry masaż cieniutkich strużek prysznica. 

Reszta była jakby znieczulona. 

Kilgour  napełnił  więc  rozkładaną  wannę  i  zanurzył  się  po  szyję.  Kolorowa  plama 

wpełzła, mieniąc się, na kark, szyję, podbródek, a nawet na usta i nos. Nie mogła wedrzeć się co 

prawda do nozdrzy i ust, lecz przykryła szczelnie wszystkie otwory. Kilgour przestał oddychać, 

ale  z  uporem  nadal  siedział  w  kąpieli.  Wówczas  plama  zaczęła  posuwać  się  ku  oczom. 

Wyskoczył więc z wanny i zanurzył głowę w wodzie. Farba wycofywała się stopniowo z nosa, 

ust i pomału spłynęła na podbródek. Stąd, pomimo że coraz głębiej i częściej zanurzał głowę w 

wodzie, nie chciała się już ruszyć. 

Kilgour  rozłożył  gumowy  materac  na  specjalnym  leżaku  i  usiadł,  by  przemyśleć  tę 

przykrą  sprawę.  Cały  incydent  był  właściwie  komiczny.  I  zapewne  Kilgour  stałby  się 

background image

pośmiewiskiem całego systemu słonecznego, gdyby się dowiedziano o fantastycznej sytuacji, w 

jakiej się znalazł. 

Przypadkiem zostawiono czy zagubiono naczynie z wenusjańską farbą, której padł ofiarą. 

Szybkość,  z  jaką  zalepiła  mu  usta  i  nozdrza,  wskazywała  na  to,  iż  substancja  może  być 

śmiertelnie niebezpieczna, niezależnie od tego, czy jest istotą myślącą, czy nie. A gdyby tak nie 

ustąpiła... - udusiłby się jak nic. 

Poczuł chłód w kręgosłupie. Chłód nie opuścił go nawet wówczas, gdy przekonał się, że 

z łatwością mógłby zrobić otwór w warstwie farby, umożliwiający mu oddychanie. Dreszcz nie 

ustępował - niesamowite mazidło jedynie przez przypadek nie zalepiło mu oczu. 

Wyobraził  sobie  ślepego,  duszącego  się  człowieka,  szukającego  wyjścia  z  przestronnej 

kabiny nawigacyjnej. 

Minął  dłuższy  czas,  zanim  odzyskał  równowagę.  Siedział  odrętwiały,  myśląc 

gorączkowo i intensywnie. Farba, która wylała się z puszki, wcale nie wysychała. Ale właściwie 

nie była płynem, bo ani nie wsiąkała w odzież, ani nie spływała zgodnie z prawem grawitacji, 

jak również nie dopuszczała do zetknięcia z żadną cieczą. 

Kilgour  próbował  rozgryźć  problem:  dlaczego  farba  posiada  takie  możliwości? 

Oczywiście jest wodoodporna. Powinien przecież o tym pamiętać! To nie była zwyczajna farba, 

lecz  wodoodporna  impregnowana,  nie  przepuszczająca  żadnych  płynów.  Podniecony  tym 

odkryciem, zerwał się gwałtownie i zaczął chodzić po kabinie. Przez dwadzieścia pięć lat, gdy 

pierwsze z superrakiet osiągnęły martwy Księżyc, a następnie półmartwą planetę Mars - Wenus 

stanowiła cel dla wszystkich odkrywców przestrzeni międzyplanetarnych. Podróże jednak do tej 

strefy  były  zakazane,  dopóki  nie  odkryto  pewnych  środków  chroniących  statki  przed 

niebezpieczeństwem  zderzenia  ze  Słońcem.  Taki  bowiem  tragiczny  los  spotkał  dwa  statki 

międzyplanetarne.  Udowodniono  matematycznie  nieuchronność  tego  typu  katastrof  tak  długo, 

dopóki Ziemia i Wenus nie osiągną pewnej szczególnej pozycji wobec siebie wzajemnie i wobec 

Jowisza. 

Ale  zaistnienia  tych  idealnych  warunków  nie  spodziewano  się  w  ciągu  najbliższych 

dwudziestu  ośmiu  lat.  Dopiero  pół  roku  przed  wyprawą  Kilgoura  słynny  astronom  ustalił,  iż 

planety osiągną sprzyjające położenie w ciągu bieżącego roku. Rozprawa naukowa na ten temat 

wywołała  sensację  wśród  astronautów.  I  chociaż  rząd  nie  chciał  zatwierdzić  prognozy 

astronoma,  to  jednak  -  jak  się  dowiedział  Kilgour  -  pewien  wysoki  urzędnik  Wydziału  Patroli 

Kosmicznych  stwierdził  nieoficjalnie,  że  sprawa  przybrałaby  zupełnie  inny  obrót,  gdyby  ktoś 

wystartował  na  Wenus,  a  ponadto,  że  -  dopilnuje,  by  ludzie  podobnie  myślący  dokonali 

koniecznych  przed  wyprawą  badań  i  lotów  przygotowawczych.  Kiedy  Kilgour  startował  swą 

małą rakietą ku Wenus, ostentacyjnie i pieczołowicie szykowano kilka ekspedycji na Marsa. 

background image

Spodziewano  się  po  Wenus  rewelacji.  Ale  nie  takich  wielkich  jak  ta.  A  przecież  rasa, 

która  doszła  do  stworzenia  farby  doskonałej,  doskonałej  pod  każdym  względem  -  choćby  już 

dzięki temu zasługuje na bliższe poznanie. 

Na tym skończył rozmyślania. Spojrzał po sobie i wówczas zauważył coś niesamowitego. 

Poderwał się zaniepokojony. Farba, lśniąc i mieniąc się tysiącami odcieni, rozprzestrzeniała się 

coraz  bardziej.  Na  początku  pokrywała  jedną  czwartą  powierzchni  jego  ciała.  Teraz  zajęła  już 

przeszło trzecią część. Jeśli tak dalej pójdzie, pokryje go od stóp do głów, zalepi mu oczy, uszy, 

usta, nos - wszystko. Od tej chwili Kilgour zaczął poważnie myśleć nad wynalezieniem jakiegoś 

sposobu pozbycia się farby. 

Tymczasem zapisał: 

Farba  doskonała  powinna  być  wodoodporna  i  niewrażliwa  na  działanie  atmosferyczne, 

powinna posiadać piękną barwę, a ponadto być łatwa do usunięcia. 

Spojrzał posępnie na ostatnie zdanie, rzucił ołówek i pobiegł przejrzeć się w lustrze. 

- Ładne rzeczy! - Przecież to nie ja! - wyjąkał do swego bladego odbicia. - Wyglądam jak 

w cygańskim przebraniu. 

Po  bliższym  przyjrzeniu  się  stwierdził  jeszcze  większe  bogactwo  kolorystyczne. 

Przeróżne  barwy  stapiając  się  w  jedno  emanowały  silne  światło  rzucające  ostre  cienie.  Sama 

farba była jednak niewidoczna. Jaśniała, ale nie oślepiając, a jej jaskrawość nie raziła poczucia 

dobrego smaku. Rozśmieszyło to wreszcie Kilgoura - nie mógł oderwać oczu od zadziwiającego 

zjawiska. 

Wreszcie odwrócił się. 

Jeślibym  zdołał  zaczerpnąć  łyżką  nieco  farby,  pomyślał,  to  bym  ją  wlał  do  retorty  i 

zanalizował. 

Ale  przecież  już  tego  próbował.  Ożywiony  nadzieją  spróbował  ponownie.  Jak 

poprzednio,  farba chętnie wpływała do łyżki.  Skoro jednak podniósł  łyżkę do góry, na powrót 

wylewała się na niego. Kilgour usiłował nożem zatrzymać farbę na łyżce; wyśliznęła się jednak 

spod ostrza, podobnie jak olej. 

Kilgour doszedł do wniosku, iż ma za mało siły, by przycisnąć szczelnie nóż do brzegów 

łyżki. Poszedł więc do kabiny, gdzie miał mały czerpak ze szczelną nakrętką. Naczynie okazało 

się jednak zbyt okrągłe i za małe. Można było wcisnąć doń zaledwie odrobinę farby. A ponadto 

przykręcanie wieczka trwało przeszło minutę. 

Kilgour odszedł i siadł gwałtownie w fotelu. Odniósł jakieś osobliwe, przykre wrażenie, 

że  będzie  chory.  Jego  mózg  pod  wpływem  nagłego  odprężenia  nie  mógł  normalnie 

funkcjonować.  Dopiero  po  chwili  zdolny  był  pomyśleć  nad  dalszym  działaniem.  Oczywiście, 

logicznie  rzecz  biorąc,  powinien  zaraz  starannie  usunąć  z  siebie  całą  farbę  za  pomocą  przed 

background image

chwilą  stosowanej  metody.  Tymczasem  przelał  farbę  z  naczyńka  do  menzurki.  Płynu  było 

niewiele, trochę więcej niż łyżeczka deserowa. 

Jak  przypuszczał,  miał  na  ciele  co  najmniej  pięćset  takich  łyżeczek  farby,  a  zdjęcie 

każdej  z  nich  zajmie  mu  ponad  dwie  minuty.  Razem  tysiąc  minut!  Siedemnaście  godzin! 

Uśmiechnął się żałośnie. Przez ten czas będzie musiał posilić się cztery lub pięć razy. I właśnie 

teraz był czas na posiłek. 

W  trakcie  jedzenia  rozważał  całe  zagadnienie  ze  spokojem  człowieka,  który  znalazł 

rozwiązanie problemu i którego stać na to, by się zastanowił nad innymi możliwościami. 

Siedemnaście godzin to mnóstwo czasu! Teraz, gdy “złowił” trochę farby do naczyńka, 

niezwłocznie  uda  się  do  małego  podręcznego  laboratorium  i  odkryje  z  tuzin  reakcji 

chemicznych, które go uwolnią od całego kłopotu w ciągu kilku minut. 

Może  w  większym  i  lepiej  wyposażonym  laboratorium  byłoby  to  możliwe.  Niestety  - 

pracownia  Kilgoura  była  na  to  za  mała.  Farba  nie  reagowała  na  żaden  z  odczynników,  jakimi 

dysponował. Nie można jej było z niczym zmieszać ani ż niczym połączyć chemicznie. Nie dała 

się również zapalić. Była odporna na działanie kwasów oraz metali i zdawała się nie podlegać 

niczemu, co wobec niej stosował. Farba była całkowicie obojętna. 

- Oczywiście! - rzekł do siebie Kilgour ze złością. Jakże mogłem zapomnieć! Substancja 

ta  winna  być  przede  wszystkim  odporna  na  działanie  atmosferyczne  przez  duże  “A”.  Przecież 

jest farbą doskonałą. 

Zabrał  się  do  pracy.  Zamykanie  i  otwieranie  naczynia  szło  mu  tak  sprawnie,  iż  każda 

operacja napełniania łyżki i umieszczania jej zawartości w pojemniku nie trwała obecnie dłużej 

niż  trzy  czwarte  minuty.  Tak  bardzo  zależało  mu  na  utrzymaniu  szybkiego  tempa  pracy,  że 

naczynie było już do połowy napełnione, gdy zauważył coś, co nim wstrząsnęło: na jego ciele 

znajdowało się tyle samo farby, co poprzednio. 

Kilgour  zdrętwiał.  Drżącymi  rękami  dokonał  pomiaru  farby  w  naczyniu.  Nie  było  już 

żadnej wątpliwości - zebrał niemal całą ilość, która wytrysnęła na niego z osobliwego kryształu, 

co nie zmniejszyło ilości substancji na jego skórze. 

Widocznie farba doskonała raz użyta samoczynnie uzupełniała swą ilość. 

Zapisał  to  na  końcu  listy  właściwości  farby.  I  wtedy  uświadomił  sobie,  że  może  się 

swobodnie pocić. Na nie przykrytych substancją częściach ciała wystąpiły perliste krople potu. 

Kilgour  natychmiast  wyciągnął  wnioski  z  ostatniego  zjawiska,  porwał  notes  i  pośpiesznie 

nakreślił kilka słów: “Farba doskonała jest również odporna na zmiany temperatury”. 

Trudno w ciągu pół godziny wyrobić sobie bezstronny sąd w tej sprawie. Niemniej farba 

nadal  pokrywała  prawie  połowę  jego  ciała.  Wytężona  praca  silnie  rozgrzała  Kilgoura.  Był 

rozpalony od własnego ciepła, które narastało. Przeraził się. Myślał teraz gorączkowo: “Muszę 

background image

wyjść  stąd  za  wszelką  cenę.  Następnie  trzeba  odnaleźć  jakieś  wenusjańskie  miasto  i 

wykombinować antidotum na ten niesamowity płyn”. 

Było mu już obojętne, czy się ośmieszy, czy nie. W przystępie paniki wpadł do kabiny 

nawigacyjnej.  Już-już  sięgał  ręką  do  drążka  sterowego,  gdy  niemal  w  ostatniej  chwili  coś  go 

powstrzymało. Wenusjańskie naczynie samo przecież powiedziało: “Mam we wnętrzu farbę”. Z 

pewnością  ma  również  wskazówki  co  do  użytkowania  swej  zawartości  i  późniejszego  jej 

usuwania czy wywabiania. 

- Co za bałwan! - szepnął do siebie Kilgour wstając. - Że też nie wpadłem na to od razu! 

Kryształowe naczynie leżało na trawie tam, gdzie je zostawił. Wziął ostrożnie kryształ do 

rąk. 

- Mam we wnętrzu jedną czwartą swej farby! - poinformował kryształ. 

A więc wylał na siebie trzy czwarte zawartości naczynia! Bardzo ważna wiadomość. Był 

na tyle trzeźwy, że nie poddawał się panice. 

Delikatnie musnął  gołymi rękami kryształowy sześcian, bacząc, by nie poruszyć go ani 

nie zmienić jego położenia. Prawie natychmiast nastąpiła odpowiedź: 

-  Instrukcja:  Umieścić  skrzynki  manipulacyjne  wokół  powierzchni,  którą  należy 

pomalować,  i  dopiero  wówczas  rozpocząć  działanie.  Farba  wyschnie,  gdy  tylko  powierzchnia 

zostanie  nią  pokryta.  Farbę  usuwa  się  przyciskając  do  pomalowanej  płaszczyzny  zaciemniacz 

przez jeden terard. 

To ostatnie niezrozumiałe słowo miało prawdopodobnie oznaczać małą jednostkę czasu. 

-  Uwaga!  -  bezszelestny  głos  przekazywał  bezpośrednio  do  jego  mózgu  dalszy  ciąg 

instrukcji. - Zaciemniacze można otrzymać w najbliższym sklepie z żelastwem lub z farbami. 

- Rozkoszniak! - powiedział Kilgour z wściekłością. - Lecieć teraz po zaciemniacze. 

Rzuciwszy z pasją te słowa, poczuł  się znacznie  lepiej.  Przecież na szczęście świat,  na 

który  przybył,  okazuje  się  konkretnym,  praktycznym  światem,  a  nie  planetą  makabrycznych 

stworów o dziesięciu oczach i ośmiu nogach, które straszą i dybią na przybyszów z Ziemi. Istoty 

używające  farby  nie  zabiją  go  chyba  od  razu.  To  jasne!  Jego  intelekt  wypracował  na  poły 

racjonalny  obraz  uporządkowanego,  zorganizowanego  świata.  Naturalnie,  nie  wszyscy 

mieszkańcy kosmosu darzą ludzi sympatią. Ale ostatecznie i ludzie potrafią się nienawidzić. 

Jeśli  kryształowy  sześcian  i  farbę  w  nim  zawartą  przyjęłoby  się  za  kryteria  oceny,  to 

cywilizację  Wenus  należy  uznać  za  stojącą  na  wyższym  szczeblu  rozwoju  niż  ziemska. 

Wenusjanie  z  pewnością  chcieli  zastosować  wobec  przybysza  testy  kontrolne,  co  pociągało  za 

sobą pewne przykrości. Fantastyczne mazidło, którym się tak pechowo upaćkał, miało zapewne 

spełnić tę rolę. 

background image

Jednakże  odkrycie  to  nie  pomogło  powstrzymać  procesu  coraz  silniejszego 

wewnętrznego rozgrzewania się Kilgoura, pokrytego szczelną powłoką farby. Nadszedł czas, by 

wczuć  się  w  sposób  myślenia  Wenusjan.  Ostrożnie  ujął  od  dołu  i  podniósł  kryształ.  Sześcian 

tchnął w niego myśl: 

- Zgodnie z przepisami rządowymi farba zawiera następujące składniki: 

1) !?!?!? - 7% 

2) !?!?!? - 13% 

3) Płynne światło - 80% 

- Płynne co? - zapytał Kilgour głośno. 

- Uwaga! - nadeszła w odpowiedzi myśl z sześcianu.  - Ta farba nie może przebywać w 

pobliżu paliwa, materiałów palnych i lotnych substancji. 

Mimo  oczekiwań  Kilgoura  dalsze  wyjaśnienia  nie  nastąpiły.  Widocznie  Wenusjanie 

dobrze rozumieli, że przepisów urzędowych trzeba słuchać bez żadnej dyskusji. Tymczasem on 

próbował  łączyć  farbę  z  substancjami  lotnymi,  z  terpentyną,  gazoliną,  paliwem  rakietowym  i 

szeregiem  innych  wybuchowych  odczynników.  I  nic  się  strasznego  nie  stało.  Chyba  więc 

przepisy urzędowe są nie przemyślane albo oznacza to jeszcze coś innego. 

Kilgour postawił sześcian i ponownie podszedł do tablicy kontrolnej. Ujął w dłoń gładką 

jak szkło dźwignię startową i przesunął, aż zaskoczyła z lekkim szczęknięciem. Następnie usiadł 

i  zapiął  pasy  w  oczekiwaniu  na  rozruch  silników  odrzutowych  przez  specjalne  urządzenie 

automatyczne. Nic jednak nie nastąpiło. 

Było  to  ostrzeżenie.  Przesunął  dźwignię  sterową  z  powrotem  na  poprzednią  pozycję. 

Zaskoczyła, szczęknęła. Lecz znów eksplozja nie nastąpiła. Silniki milczały. 

Kilgour dyszał ciężko. Ostrzeżenie pochodziło od jakiejś żywej siły, której wpływ i moc 

odczuwał  wprost  całym  ciałem.  Paliwo,  którym  próbował  zmyć  farbę,  zlał  z  powrotem  do 

wielkiego  zbiornika.  Zostało  zaledwie  kilka  litrów.  Astronauci  potrafią  oszczędzać,  a  farba 

najwyraźniej nie podziałała na paliwo. 

-  Uwaga!  Ostrzegam!  -  znów  przemówił  kryształowy  sześcian.  -  Ta  farba  nie  może 

pozostawać w pobliżu ciał lotnych. 

Ta obojętna substancja pozbawiła widocznie energii osiemnaście tysięcy galonów paliwa 

w jednym zapasowym zbiorniku. Kilgour włączył radio. Jeszcze przedtem, gdy znajdował się o 

milion mil od Wenus, rozpoczął nadawanie sygnałów radiowych. Wciąż pilnie nasłuchiwał przy 

swoim aparacie, lecz nie otrzymał żadnej odpowiedzi. W eterze panowała niczym nie przerwana 

cisza.  A  przecież  Wenusjanie  muszą  znać  radio.  Z  pewnością  odpowiedzieliby  na  wołanie  o 

pomoc. 

background image

Minęło  pół  godziny,  a  sygnały  na  próżno  szły  w  przestrzeń.  Odbiornik  Kilgoura  wciąż 

milczał. Nie dochodził nawet najmniejszy trzask na żadnej długości fal. Był zupełnie samotny w 

tym  zabitym  deskami  świecie  -  świecie  agresywnej,  mnożącej  się,  doprowadzającej  do 

szaleństwa i mieniącej się różnymi kolorami farby. 

Zaciemniacz...  Płynne  światło!  Do  diabła!  Może  ono  świeci  nie  tylko  promieniami 

odbitymi...  Gdyby  więc  zgasić  światło...  Jeszcze  trzymał  palce  na  wyłączniku,  gdy  po  raz 

pierwszy  zauważył,  że  na  zewnątrz  panuje  zupełna  ciemność.  Właz  był  otwarty.  Kilgour 

podszedł  doń  z  wolna  i  spojrzał  na  bezgwiezdne,  ponure  niebo.  Zapadła  noc,  zasnuwając 

firmament  nieprzeniknioną  zasłoną  ciemności.  A  więc  musiały  tu  istnieć  chmury,  oczywiście 

chmury  typowe  dla  atmosfery  Wenus.  Wskutek  bliskości  Słońca  insolacja  na  planecie  stawała 

się  za  dnia  tak  silna,  że  chmury  zaledwie  przygaszały  oślepiający  blask.  Teraz,  nocą,  sprawa 

miała  się  zupełnie  odmiennie.  Pierścień  chmur  spowijał  całą  planetę  nieprzerwaną  powłoką 

ciemności.  Oczywiście  dochodziły  tu  jakieś  promienie  świetlne.  Żadna  bowiem  planeta, 

położona  tak  blisko  słońca  czy  gwiezdnych  konstelacji,  nie  może  być  zupełnie  pozbawiona 

światła  i  energii.  Jego  seleniometr  zarejestrowałby  ich  nasilenie  z  dokładnością  do  jednej 

stutysięcznej.  Kilgour  oderwał  wzrok  od  nieba  i  zauważył  iż  podłoga  lśni  światłem 

pochodzącym  od  jego  farby.  Zdumiony,  wyszedł  na  zewnątrz,  oddalając  się  od  światła 

przedostającego się poprzez właz statku. W ciemnościach postać Kilgoura żarzyła się i migotała 

kaskadą  płomieni  jak  pochodnia.  Trawa  wokół  mieniła  się  gamą  barw.  Jego  śmierć  byłaby 

wspaniałym widowiskiem. 

Kilgour wyobraził sobie siebie rozciągniętego na podłodze i pokrytego od stóp do głów 

farbą. Być może Wenusjanie znaleźliby go na tej odludnej łące”. Zastanawialiby się, kim jest i 

skąd przyszedł. 

Niewątpliwie  nie  posiadali  oni  komunikacji  międzyplanetarnej.  Wszystko  o  tym 

świadczyło.  A  może  jednak  mieli?  Kilgour  natychmiast  opanował  gorączkową  gonitwę  myśli. 

Czyżby  to  było  możliwe,  żeby  Wenusjanie  rozmyślnie  unikali  wszelkich  kontaktów  z  istotami 

ludzkimi? 

Umysł  Kilgoura  nie  był  w  stanie  skoncentrować  się  na  tak  trudnym  problemie. 

Astronauta  powrócił  więc  do  statku.  Prześladowała  go  jakaś  nieokreślona  myśl  -  coś,  co 

powinien zrobić - tak! Radio! Szybko nastawił aparat. Nagle podskoczył z wrażenia: z głośnika 

wydobywał się jakiś dziwny głos: 

- Przybyszu z planety Ziemi! Przybyszu z planety Ziemi! Czy jesteś? 

Kilgour gwałtownie przywarł do aparatury stacji nadawczej i włączył nadajnik. 

- Tak!  -  krzyknął  radośnie.  - Tak! Jestem! Ale  w jakim  okropnym stanie! Przychodźcie 

niezwłocznie. 

background image

-  Znamy  twoje  położenie!  -  odpowiedział  bezbarwny  głos.  -  Jednakże  wcale  nie 

zamierzamy ci pomóc. 

- Ach! - westchnął zrozpaczony Kilgour. 

-  Pojemnik  z  farbą  -  ciągnął  dalej  głos  -  podrzucił  niewidzialny  statek  tuż  przy  włazie 

twej rakiety w kilka sekund po twoim lądowaniu. Przez kilka tysięcy lat my, których nazywacie 

Wenusjanami, obserwowaliśmy z rosnącym niepokojem rozwój cywilizacji na trzeciej planecie 

systemu słonecznego. Naszej społeczności obca jest wszelka żądza przygód. A historia planety 

Wenus  nie  zna  w  ogóle  wojen.  Nie  oznacza  to,  iż  nie  znamy  trudów  walki  o  byt.  Mamy 

niezwykle  powolną  przemianę  materii.  I  już  w  zamierzchłej  przeszłości  nasi  psychologowie 

zdecydowali, że nie nadajemy się do astronautyki. 

Stosownie  do  tego  skoncentrowaliśmy  się  na  doskonaleniu  czysto  wenusjańskiego 

sposobu życia. Dlatego też z chwilą pojawienia się twego statku w atmosferze Wenus stanęliśmy 

wobec  konieczności  podjęcia  decyzji,  na  jakich  warunkach  moglibyśmy  nawiązać  stosunki  z 

istotami ludzkimi. Postanowiliśmy rzucić naczynie z farbą w takim miejscu, w którym mógłbyś 

je od razu znaleźć. Gdyby to zawiodło, znaleźlibyśmy inny sposób dokonania na tobie testu. 

Tak!  Dobrze  zrozumiałeś!  Byłeś  i  nadal  jesteś  poddawany  próbom.  Test  wypadł 

niepomyślnie: wszyscy ludzie o podobnym tobie lub nawet nieco niższym poziomie inteligencji 

winni być usuwani z Wenus. Wypracowanie właściwych testów do badania zupełnie odmiennej 

rasy stanowiło niezwykle skomplikowany i trudny problem. Dlatego też obojętnie, co myślisz o 

przebiegu próby, musisz umrzeć. Tylko w ten sposób inni, którzy przyjdą tu po tobie, będą mogli 

zostać  nieświadomie  poddani  takim  samym  lub  innym  testom.  Jest  to  dla  nas  sprawa 

nieprzeciętnej wagi. Szukamy bowiem takiego człowieka, który by wyszedł z testu zwycięsko. 

Wtedy dopiero zbadalibyśmy go za pomocą naszych instrumentów. A wnioski wyciągnięte na tej 

podstawie  posłużyłyby  do  podjęcia  właściwych  kroków  wobec  przyszłych  przybyszów  na 

Wenus. Wszyscy obdarzeni inteligencją równą lub wyższą od inteligencji pierwszego kandydata, 

który  szczęśliwie  przejdzie  przez  wszystkie  badania,  będą  mogli  swobodnie  przybywać  na  tę 

planetę. Oto nasze ostatecznie postanowienie. 

Osoba  przebadana  musi  także  umieć  bez  naszej  pomocy  opuścić  Wenus.  Zaraz 

zobaczysz,  jak  dalece  jest  to  konieczne.  Nie  wykluczone,  że  później  moglibyśmy  nawet 

współpracować z ludźmi nad udoskonalaniem statków kosmicznych. 

Rozmawialiśmy  z  tobą  za  pomocą  specjalnej  maszyny  mówiącej.  Proste  myśli,  jakie 

przekazywała  ci  puszka  z  farbą  o  kształtach  kryształowego  sześcianu,  wtłoczyliśmy  do  tego 

naczynia  za  pomocą  niezwykle  skomplikowanego  urządzenia.  Nawiązanie  bowiem  kontaktu 

myślowego  z  niewenusjańskim  mózgiem  stanowi  niesłychanie  trudny  problem.  Ale  teraz  - 

żegnaj! I chociaż może to zabrzmieć dziwnie, życzymy ci szczęścia! 

background image

Nastąpił charakterystyczny trzask w głośniku. Kilgour gorączkowo manipulował gałkami 

aparatu. Lecz nie wydobył już z niego dźwięku. Wyłączył wszystkie światła, a następnie usiadł 

w oczekiwaniu śmierci. Było to pełne niepokoju oczekiwanie. Całe jego jestestwo tętniło chęcią 

życia. 

Zaciemniacz! Cóż to u diabła może być? - pomyślał nagle z zaciekawieniem. 

Ostatecznie dla Kilgoura nie było to nowe zagadnienie. W ciągu godziny, którą spędził w 

pokoju rozświetlonym fantastycznym blaskiem, gorączkowo przeglądał wszystkie swoje zapiski 

i dane. 

Farba  doskonała,  złożona  w  osiemdziesięciu  procentach  z  płynnego  światła!  No  cóż, 

światło jest światłem, a więc i w formie płynnej musi podlegać takim samym prawom. Ba! Ale 

czy  rzeczywiście  musi?  Zresztą  co  z  tego?  Farba  doskonała,  zdolna...  -  jego  umysł  odmówił 

ponownego  przeglądu  jej  właściwości.  Kilgour  poczuł  się  wprost  chory  fizycznie,  walczył  z 

mdłościami. 

Był rozgrzany wewnętrznie jak w wysokiej gorączce. Wsadził nogi do naczynia z wodą. 

Istniała bowiem teoria, iż krew nie przejdzie w stan wrzenia, o ile się w ten sposób obniży jej 

temperaturę. 

Co  prawda  chwilowo  nie  zagrażało  mu  bezpośrednio  niebezpieczeństwo  wzrostu 

temperatury  ciała  znacznie  po  nad  osiągniętą  wysokość.  Z  tego  zdawał  sobie  sprawę.  Istniała 

przecież  poza  tym  górna  granica  ciepłoty  organizmów  zwierzęcych  i  ludzkich.  Zrozumiał  to  i 

postanowił  nie  dostarczać  organizmowi  więcej  kalorii,  poprzestając  na  kapsułkach 

witaminowych.  Najgorsze  jednak  niebezpieczeństwo  polegało  na  czymś  jeszcze  innym. 

Mianowicie  jego  skóra  nie  mogła  prawie  wcale  oddychać,  ciało  pokrywała  na  znacznej 

przestrzeni szczelna powłoka farby. Śmierć wydawała się nieunikniona. Jak szybko nadejdzie? - 

tego Kilgour nie wiedział. 

Ta  niepewność  nie  wpływała  na  niego  uspokajająco.  Dziwne  -  teraz,  gdy  już  czekał 

całkowicie  przygotowany,  śmierć  zwlekała  z  przyjściem.  Nagle  uderzyła  go  pewna  myśl. 

Zwlekała?  Zerwał  się  gwałtownie  z  miejsca,  pomknął  do  lustra  i  z  ogromnym  podnieceniem 

obserwował uważnie swoje odbicie. 

Farba  w  dalszym  ciągu  pokrywała  połowę  ciała.  Podczas  ostatniej  godziny  nie 

rozprzestrzeniła  się  ani  trochę.  Była  to  właśnie  ta  godzina,  którą  spędził  w  ciemności, 

rozświetlonej  jedynie  emanującą  z  niego  poświatą.  Farba  wyraźnie  trzymała  się  go  jeszcze. 

Oczywiście - musiała mieć przecież odporność na czerń wenusjańskich nocy. A może by więc 

spróbować jeszcze głębszej ciemności, wchodząc na przykład do pustego zbiornika paliwa? 

Pół godziny spędził Kilgour w zbiorniku. I chociaż po wyjściu nie był pewien rezultatu, 

podjął ostateczną decyzję. Zupełna ciemność musi być właściwym rozwiązaniem i jednocześnie 

background image

wyzwoleniem. Musiał  tylko  jeszcze przeoczyć jakiś  istotny czynnik.  Wydawało  się oczywiste, 

że jeśli wystarczyłoby samo zaaplikowanie ciemności, to wówczas paliwo w pełnym zbiorniku 

powinno przez ten czas uwolnić się od fatalnego wpływu, jaki wywarła, na nie farba. Nacisnął 

starter. Cisza. Silniki wciąż milczały. Gdzieś musiał być błąd... 

Cały  problem  -  pomyślał  Kilgour  -  sprowadza  się  do  usunięcia  z  farby  tych 

osiemdziesięciu  procent  płynnego  światła  za  pomocą  ciemności  o  właściwym  stężeniu  lub  w 

jakiś inny sposób. Ale przecież intensywniejszej ciemności niż wnętrze tego pustego zbiornika 

nie zdoła osiągnąć. To po prostu niemożliwe. Zbiornik posiadał bowiem specjalną izolację i był 

zabezpieczony  przed  działaniem  wszelkiego  rodzaju  energii  z  zewnątrz.  Gdzież  więc,  u  licha, 

tkwi  błąd?  Oczywiście!  Izolacja!  Światło  wydzielane  przez  farbę  odbijały  izolowane  ściany. 

Odbite  zaś  promienie  musiały  powracać  do  farby,  która  je  na  powrót  wchłaniała.  Światło  nie 

miało po prostu ujścia. Jedynym więc rozwiązaniem było usunięcie izolacji. 

Nie!  A  jednak  nie  byłoby  to  rozwiązanie.  Radość  Kilgoura  przygasła.  Gdyby  usunąć 

izolację, światło z nieznośnej substancji by uciekło, a na jego miejsce wtargnęłyby promienie z 

zewnątrz, w pełni uzupełniając utracone przez farbę elementy. Lepiej jednak zbadać tę sprawę 

dokładnie... 

Rozumowanie Kilgoura okazało się słuszne. Wyszedł ze zbiornika pokryty farbą w takim 

samym  stopniu  jak  poprzednio.  W  poczuciu  zupełnej  bezradności  stał  dłuższy  czas  jakby  w 

odrętwieniu obok zbiornika. I nagle - rozwiązanie problemu przyszło zupełnie nieoczekiwanie. 

Miesiąc później, w drodze powrotnej na Ziemię, Kilgour odebrał sygnały radiowe innego 

statku kosmicznego zmierzającego na Wenus. Nawiązali łączność i Kilgour wyjaśnił wszystko, 

co mu się przydarzyło na nowo odkrytej planecie. 

-  A  więc,  jak  już  mówiłem,  nie  napotkacie  żadnych  trudności  w  czasie  lądowania  - 

kończył. - Wenus Janie dadzą wam klucze do swych kolorowych miast. 

-  Zaraz,  zaraz!  Chwileczkę!  -  nadeszła  pełna  wątpliwości  odpowiedź.  -  Z  twoich 

wyjaśnień  zrozumiałem,  że  będą  tolerować  ludzi  o  takim  samym  poziomie  inteligencji  lub 

wyższym  niż  inteligencja  osobnika,  który  pomyślnie  przejdzie  przez  ich  testy.  Jesteś  więc 

niewątpliwie  zdolną  jednostką,  skoro  ci  się  to  udało.  My  jesteśmy  zupełnie  przeciętni.  Jakież 

więc mamy możliwości? 

-  Nigdy  nie  wyróżniałem  się  wysokim  wskaźnikiem  inteligencji,  jak  większość 

kosmonautów, a jedyne moje kwalifikacje to po prostu energia i umiłowanie przygody - odparł 

skromnie  Kilgour.  -  Ponieważ  jednak  stanowię  dla  was  miernik  możliwości  wstępu  na  Wenus, 

muszę  dodać,  że  nawet  według  ostrożnego  szacunku  dziewięćdziesiąt  dziewięć  procent 

mieszkańców naszej planety odpowiada wymogom. 

- Ale przecież... 

background image

- Nie pytaj mnie tylko - przerwał mu Kilgour - dlaczego ich testy były takie proste. Może 

to zrozumiesz, gdy się z nimi zetkniesz. - Zmarszczył czoło. - Nie będziesz nimi zachwycony, 

mój  drogi.  Ale  już  pierwszy  rzut  oka  na  ich  wielonożne  i  wieloręczne  ciało  pozwoli  ci 

zrozumieć,  co  mieli  na  myśli,  twierdząc,  że  sporządzenie  testów  kontrolnych  dla  zupełnie 

odmiennych  osobników  sprawiło  im  tyle  trudu.  Czy  mogę  wam  jeszcze  służyć  jakimiś 

informacjami? 

- Tak! Jak właściwie oswobodziłeś się od tej dziwacznej farby? 

-  Fotokomórki  i  sole  baru.  Zabrałem  ze  sobą  transformator  fotokomórkowy  i  mosiężne 

naczynie z barem. One pochłonęły w końcu światło farby. Co po niej pozostało? 

Brązowy proszek, który opadł na ziemię. I znów stałem się wolnym człowiekiem. W ten 

sam sposób przywróciłem energię swym silnikom rakietowym. 

- Hallo! - krzyknął radośnie Kilgour. - Do zobaczenia! Mam na pokładzie ładunek, który 

muszę szybko przehandlować. 

- Ładunek? Czego? 

- Farby! Tysiące kryształowych sześcianów wspaniałej farby. Ziemia stanie się naprawdę 

piękna. A poza tym uzyskałem wyłączne przedstawicielstwo... 

Dwa  statki  kosmiczne  minęły  się  wśród  czarnej  jak  noc  przestrzeni  międzyplanetarnej, 

podążając w odmiennych kierunkach swego przeznaczenia. 

background image

Wallace F. L. - Feliksa 

 

 

Pierwszego rana po wylądowaniu na planecie komendant wyszedł ze statku kosmicznego. 

Ledwie dniało. Komendant Hafner spojrzał w nikłe światło, szeroko otworzył oczy i cofnął się 

spiesznie. Po chwili wyszedł znów - tym razem w towarzystwie biologa. 

-  Wczoraj  wieczorem  twierdziłeś,  że  nie  grozi  niebezpieczeństwo  -  powiedział.  -  Nie 

zmieniłeś zdania? Dano Marin zrobił zdziwioną minę. 

- Nie zmieniłem. 

Był zakłopotany. Roześmiał się niepewnie. 

- To nic śmiesznego - podjął Hafner. - Później porozmawiamy. 

Biolog został przy statku. Spoglądał śladem komendanta, odchodzącego w stronę szeregu 

śpiących kolonistów. 

- Pani Athyl - Hafner nachylił się nad nieruchomą postacią. 

Ziewnęła,  otworzyła  oczy,  obróciła  się  na  drugi  bok  i  wreszcie  wstała.  Koców,  które 

winny ją okrywać, nie było. Zniknęło również ubranie, w jakim pani Athyl ułożyła się do snu. 

Obecnie przybrała konwencjonalną pozę kobiety stwierdzającej nagle, że nieświadomie i wbrew 

woli została obnażona. 

-  Nic  się  nie  stało,  proszę  pani  -  powiedział  komendant.  -  Ja  nie  należę  do  gapiów  z 

zamiłowania. W każdym razie proszę coś na siebie włożyć. 

Tymczasem obudzili się prawie wszyscy koloniści, więc Hafner rzucił pod ich adresem: 

-  Jeżeli  nie  macie  na  statku  ubrania,  zaopatrzy  was  intendent.  Wyjaśnień  udzielimy 

później. 

Koloniści  rozproszyli  się  wstydliwie.  Nie  hołdowali  przesadnej  skromności,  która  nie 

mogła  się  ostać  w  ciągu  osiemnastu  miesięcy  spędzonych  wspólnie  w  ciasnocie  pojazdu 

kosmicznego.  Bądź  co  bądź  jednak  to  wstrząs  -  ocknąć  się  bez  ubrania  i  nie  wiedzieć,  w  jaki 

sposób znikło ono podczas nocy. Byli zdziwieni, zaskoczeni - i to głównie zbijało ich z tropu. 

W powrotnej drodze do statku Hafner zatrzymał się na moment. 

- Masz pogląd na tę kwestię? 

- Skąd? - Dano Marin wzruszył ramionami. - Planeta jest równie obca dla mnie, jak dla 

ciebie. 

- Bezsprzecznie. Ale ty jesteś biologiem. Marin był jedynym naukowcem w grupie tych 

nieokrzesanych  kolonistów  i  specjalistów  budowlanych,  często  więc  wymagano  odeń 

odpowiedzi na pytania w zakresach nie związanych bynajmniej z jego specjalnością. 

- To chyba jakieś nocne owady - bąknął bez przekonania. 

background image

Wątła hipoteza, chociaż Marin pamiętał, że dawnymi czasy szarańcza ogołacała pola w 

ciągu godzin. Coś podobnego mogła też chyba zrobić z ludźmi - nie budząc śpiących... 

- Zbadam kwestię - dodał - a jak będę wiedział coś konkretnego, poinformuję cię zaraz. 

- Dobrze - zgodził się Hafner i zniknął we wnętrzu pojazdu. 

Dano Marin poszedł do lasku, w którym nocowali koloniści. Pozwolono na to omyłkowo, 

ale  wydawało  się,  że  nic  nie  stoi  na  przeszkodzie.  Po  półtorarocznej  podróży  zatłoczonym 

statkiem wszyscy tęsknili spontanicznie do świeżego powietrza i szelestu liści nad głową. 

Biolog  rozejrzał  się  po  opustoszałych  zaroślach.  Koloniści  -  mężczyźni  i  kobiety  - 

zniknęli w głębi pojazdu; ubierali się zapewne. 

Niewysokie  drzewa  miały  liście  koloru  ciemnozielonego  szkła  butelkowego. 

Gdzieniegdzie ogromne białe kwiaty połyskiwały w słońcu i - oświetlone jasno - wydawały się 

większe  niż  w  rzeczywistości.  Magnolie  nie  mogły  oczywiście  rosnąć  nie  na  Ziemi,  lecz 

drzewka przypominały magnolie i Marin począł tak je w myślach nazywać. 

Problem  zniknięcia  odzieży  zakrawał  na  paradoks.  Instytut  Badań  Biologicznych  nie 

mylił  się  nigdy,  lecz  w  tym  przypadku  musiała  zajść  omyłka.  Tę  -  właśnie  planetę  uznano  za 

najodpowiedniejszą  dla  człowieka  pośród  wszystkich  odkrytych  dotychczas.  Mało  owadów, 

zupełny  brak  groźnych  zwierząt,  niemal  idealny  klimat.  Nazwę  “Feliksa”  uznano  za 

najwłaściwszą. Cały obszar lądowy zdawał się jedną rozległą, uroczą łąką. 

Widocznie pewne szczegóły uszły uwagi ludzi z Instytutu Badań Biologicznych. 

Marin ukląkł, przystąpił do szukania śladów. Gdyby w grę wchodziły owady, zostałoby 

niewątpliwie  trochę  nieżywych,  zgniecionych  przez  ludzi  poruszających  się  przez  sen.  Nie 

znalazł jednak owadów - ani żywych, ani martwych. 

Podniósł się, zawiedziony, i wolno ruszył w głąb lasku. Czyżby drzewa? W nocy mogły 

wydzielać  opar  zdolny  rozpuścić  materiał,  z  którego  sporządzona  była  odzież.  Trochę  to 

naciągnięte, ale ostatecznie możliwe. Biolog zgniótł  liść w palcach i  potarł nim rękaw. Poczuł 

ostry zapach, ale nie nastąpiło nic szczególnego. Oczywiście pierwsze doświadczenie nie może 

obalić teorii. 

Poprzez drzewka spojrzał na błękitne słońce. Było większe niż na Ziemi, lecz jak gdyby 

dalsze.  Mimo  wszystko  odpowiadało  raczej  ziemskiemu.  Idąc  dalej  prawie  przegapił  lśniące 

oczy  zerkające  nań  z  podszycia.  Domena  biologii  obejmuje  wszystko  -  od  górnych  warstw 

atmosfery do traw, mchów i żyjących wśród nich drobnych stworzeń. 

Marin pochylił się szybko. Stworzenie umknęło z piskiem. Złapał je na murawie już za 

skrajem  lasu.  Uniesione,  zmieniło  się  w  coś  bezkształtnego,  wrzeszczącego.  Przemówił 

łagodnym  tonem  i  panika  minęła.  Zwierzątko,  po  drodze  do  statku,  zabrało  się  z  apetytem  do 

marynarki biologa. 

background image

Komendant  Hafner spoglądał  niechętnie na klatkę.  Zwierzątko  było nieciekawe, małe  - 

przypominało  słabo  rozwiniętego  gryzonia.  Sierść  miało  rzadką,  szczeciniastą,  bez  połysku. 

Niepodobna liczyć na przyszły eksport takich skórek. 

- Uda się je wytępić? - zapytał. - Oczywiście lokalnie. 

- Wątpię. To gatunek ekologicznie podstawowy. Komendant zrobił tępą minę, więc Dano 

Marin podjął wyjaśnienia. 

-  Wiesz  naturalnie,  jak  Instytut  przeprowadza  rozpoznanie  biologiczne.  Po  odkryciu 

planety  i  stwierdzeniu,  że  się  nadaje  do  kolonizacji,  wysyłamy  statek  z  właściwą  aparaturą. 

Statek  przelatuje  nisko  nad  znaczną  częścią  lądu  i  instrumenty  rejestrują  prądy  neuronowe 

wysyłane  przez  znajdujące  się  w  dole  organizmy  żywe.  Instrumenty  te  są  w  stanie  zanotować 

charakterystyczny  układ  neuronowy  wszystkiego,  co  posiada  mózg,  nie  wyłączając  owadów. 

Daje to względnie dokładny obraz gatunków znajdujących się na planecie oraz ich zasadniczego 

rozmieszczenia.  Naturalnie  ekspedycja  zwiadowcza  bada  później  kilka  okazów.  Trzeba  to 

zrobić,  aby  porównać  zwierzę  z  osiągniętymi  wynikami.  W  przeciwnym  razie  wykres  układu 

neuronowego  pozostałby  szeregiem  niezrozumiałych  hieroglifów,  zapisanych  na  mikrofilmie. 

Ekspedycja  zwiadowcza  stwierdziła,  że  te  zwierzęta  należą  do  jednego  z  czterech  gatunków 

ssaków  żyjących  na  Feliksie.  Nawiasem  mówiąc,  to  gatunek  najliczniejszy.  Hafner  wydał 

nieartykułowany pomruk. 

- Jeżeli więc wytępimy je tutaj, nadciągną zaraz chmarami z sąsiednich okolic. 

- Mniej więcej. Na półwyspie muszą ich być miliony. Oczywiście można by je lokalnie 

wytępić, gdyby zbudować zaporę na przesmyku łączącym półwysep z lądem stałym. 

Komendant  zmarszczył  czoło.  Budowa  zapory  była  możliwa,  lecz  kosztem  większych 

nakładów, niż mógłby sobie pozwolić. 

- Co one jedzą? - zapytał. 

-  Jak  się  zdaje,  wszystko  po  trosze.  Owady,  jagody,  orzechy,  owoce,  nasiona. 

Zaliczyłbym je do wszystkożernych. Nawet nasza odzież przypadła im do smaku. 

Hafner nie zdobył się na uśmiech. 

- Podobno nasza odzież miała być odporna na szkodniki... Marin wzruszył ramionami. 

-  Owszem,  dotyczy  to  dwudziestu  siedmiu  planet.  Na  dwudziestej  ósmej  spotkaliśmy 

małe stworzonko posiadające lepsze soki żołądkowe. To cały sekret. 

-  Czy  twoje  wszystkożerne  stworzenia  będą  napastować  zasiewy?  -  zapytał  żałośnie 

Hafner. 

-  Bo  ja  wiem?  Wydaje  się,  że  nie,  ale  to  samo  powiedziałbym  wczoraj  o  tkaninach. 

Komendant powziął decyzję. 

background image

-  Dobrze.  Nie  martw  się  o  zbiory.  Znajdziesz  sposób,  by  nie  dopuścić  plagi  na  pola. 

Tymczasem wszyscy mają sypiać na statku, póki nie wybudujemy koszar. 

Marin  pomyślał, że indywidualne jednostki mieszkalne byłyby  właściwsze na obecnym 

etapie  rozwoju  kolonii.  Ale  nie  on  sprawował  władzę,  a  komendant  należał  do  ludzi 

poczytujących każdy plan za coś, co warto skrytykować. 

- To zwierzę wszystkożerne... - rozpoczął biolog. 

- Dobrze... Pracuj nad zagadnieniem - przerwał Hafner i odszedł. 

Dano  Marin  westchnął.  Wszystkożerne  było  istotnie  ciekawym  zwierzęciem,  nie 

stanowiło  jednak  kluczowego  zagadnienia.  Czemu  na  przykład  istnieje  na  Feliksie  tak  mało 

zwierząt  lądowych?  Liczne  ptaki,  tylko  cztery  gatunki  ssaków  i  kompletny  brak  gadów. 

Wszystkie  inne  podobne  planety  kipią  bogactwem  życia.  Czemu  nie  rozwinęło  się  ono  tutaj 

mimo  warunków  pozornie  idealnych?  Marin  postarał  się  o  ten  przydział,  ponieważ  ostatnią 

kwestię uważał za niezwykle interesującą. Tymczasem miał zostać tylko tępicielem. 

Sięgnął  do  klatki  i  wyjął  Wszystkożerne.  Na  Feliksie  należało  spodziewać  się  ssaków. 

Przemawiały  za  tym  analogie  ewolucji.  W  warunkach  środowiska  z  grubsza  podobnego  winny 

powstawać zbliżone rodzaje i gatunki. 

W  późnowęglowym  okresie  żyło  w  ziemskich  lasach  zwierzę  odpowiadające 

Wszystkożernemu: pierwotny ssak, z którego rozwinęły się inne. Na Feliksie nie miała miejsca 

ewolucja  pokrewnego  typu.  Co  stanęło  na  przeszkodzie?  Co  zahamowało  naturę?  Oto 

prawdziwy problem - a nie wyniszczanie szkodników! 

Marin zagłębił igłę w zwierzątko, które pisnęło i zwisło bezwładnie. Włożył je do klatki 

napełniwszy strzykawkę krwią. Potrafił się wiele dowiedzieć o istotach żywych dzięki próbom 

ich zabijania. 

Kwatermistrz krzyczał, chociaż normalny ton wystarczyłby w zupełności. 

- Skąd wiesz, że to myszy? - zapytał go biolog. 

- Spójrz! - obruszył się kwatermistrz. Marin spojrzał.  Istotnie, wszystko  wskazywało na 

myszy. Nim zdążył odpowiedzieć, kwatermistrz warknął gniewnie: 

- Tylko nie gadaj o jakichś myszokształtnych stworzeniach. To już znam. Chodzi o jedno. 

Jak się tej zarazy pozbyć? 

- Próbowałeś trucizny? 

- Powiedz, jakiej użyć. Bardzo chętnie spróbuję. 

Kwestia nie była łatwa. Co może być trującego dla zwierzęcia, którego Marin nie widział 

nigdy i nic o nim nie wiedział. Przecież według opinii Instytutu Badań Biologicznych nic takiego 

nie istniało. 

background image

Problem okazał się nadspodziewanie poważny. Kolonia mogła żyć niezależnie od plonów 

i była na to przygotowana. Jednakże kolejnej partii kolonistów oczekiwano mniej więcej za trzy 

lata.  Należało  gromadzić  nadwyżki  żywnościowe  dla  zwiększonej  liczby  ludności.  Gdyby  w 

przyszłości produktów własnych nie udało się przechowywać lepiej niż koncentratów, nadwyżki 

byłyby nader szczupłe. 

Marin przeprowadził szczegółowe oględziny magazynu - zwykłej prymitywnej budowli, 

mało  estetycznej,  lecz  za  to  bardzo  mocnej.  Klepisko  podłogi  wzmocnione,  grube  na  stopę 

ściany,  podobnie  płyty  stropu.  Całość  łączona  piankowym  cementem,  praktycznie  biorąc 

gazoszczelnym.  Dwoje  wrót  -  kompletny  brak  jakichkolwiek  otworów.  Z  pewnością  taki 

magazyn winien być niedostępny dla gryzoniów. 

Dokładniejsze  badania  zdradziły  nieprzewidziany  defekt.  Podłoga  była  twarda  niczym 

szkło,  żadne  zwierzę  nie  zdołałoby  jej  przegryźć.  Ale  podobnie  jak  szkło,  odznaczała  się 

kruchością. Załoga, która budowała magazyn, śpieszyła się widocznie na Ziemię, nie wykonała 

więc pracy z należytą uwagą. Podłoga była gdzieniegdzie zbyt cienka i pękała pod spiętrzonym 

wysoko ciężkim sprzętem. Tamtędy właśnie zdołały wtargnąć żyjące w norach zwierzęta. 

Trudno było o skuteczniejszy sposób, jak postawienie nowego magazynu. Ale podobne 

myszom zwierzęta znajdowały się we wnętrzu budynku i tam należało je opanować. 

Biolog nabrał pewności siebie. 

- Złapcie trochę żywych okazów, a zobaczę, co się da zrobić - powiedział. 

Następnego  rana  dostarczono  do  laboratorium  kilkanaście  żywych  okazów.  Istotnie, 

bardzo przypominały myszy. 

Reakcje ich okazały się dziwaczne. Żadna trucizna nie działała jednakowo na bodaj dwa 

osobniki.  Po  środku,  który  jedne  uśmiercał  w  ciągu  paru  minut,  inne  pozostawały  zdrowe  i 

raźne.  Trucizna  stosowana  przez  Marina  przeciwko  Wszystkożernym  okazała  się  całkiem 

nieskuteczna. 

Pustoszenie  magazynów  trwało.  Czarne  myszy,  białe,  popielate,  brunatne,  o  krótkich 

ogonach  i  długich  uszach  lub  odwrotnie  pożerały  koncentraty  oraz  zanieczyszczały  to,  czego 

zjeść nie mogły. 

Marin  odbył  rozmowę  z  komendantem.  Scharakteryzował  zagadnienie  w  świetle 

własnych poglądów i przedstawił projekty skutecznego zaradzenia klęsce. 

-  Nie możemy wybudować nowego magazynu  -  zaoponował  Hafner.  -  W każdym  razie 

nie  przed  zainstalowaniem  generatora  jądrowego.  A  i  wtedy  będziemy  mieli  inne  potrzeby  - 

oburącz ścisnął skronie. - Nie! Bardziej podoba mi się drugi pomysł. Trzeba skonstruować jedną 

sztukę takiego stworzenia i przekonać się, jak działa. 

- Myślałem o trzech - podchwycił biolog. 

background image

- Jedna wystarczy - rzucił stanowczo komendant. - Nie możemy szastać materiałem, póki 

nie zobaczymy skutków. 

Najprawdopodobniej  miał  słuszność.  Kolonia  dysponowała  zapasami,  które  zdołały 

dostarczyć trzy statki, ale im więcej dostarczano, tym bardziej rosły potrzeby i wymagania.  W 

rezultacie odczuwano zawsze niedobory sprzętu i materiałów. 

Marin  przekazał  stosowne  zlecenie  inżynierowi.  Po  drodze  poprawił  specyfikację  na 

własną rękę. Był zdania, że skoro nie może dostać tyle sztuk, ile zażądał, niech przynajmniej ta 

jedna będzie lepsza. 

W ciągu dwu dni maszyna została zbudowana i w małej klatce dostarczona do magazynu. 

Kiedy klatkę otwarto, maszyna wyskoczyła i stanęła opodal w zrównoważonej pozie. 

- Kot! - zawołał radośnie kwatermistrz i wyciągnął rękę do misternego robota. 

- Ostrożnie! - przestrzegł biolog. - Mogłeś dotknąć czegoś, z czym mysz miała uprzednio 

kontakt. To reaguje na zapach nie gorzej niż na dźwięk lub obraz. Kwatermistrz cofnął spiesznie 

rękę. Robot zniknął bezszelestnie pośród nadwerężonych zapasów. 

Po upływie tygodnia okazało się, że myszy są wprawdzie jeszcze w magazynie, lecz nie 

przedstawiają już niebezpieczeństwa. 

Komendant  wezwał  Marina  do  swojego  biura,  niewielkiego,  lecz  solidnego  budynku, 

umieszczonego  pośrodku  osady.  Kolonia  rosła,  zaczynała  sprawiać  wrażenie  czegoś  trwałego. 

Hafner siedział na krześle i z zadowoleniem patrzył na młode uprawy. 

- Dobra robota z tymi myszami - zagaił rozmowę. 

- Niezła - przyznał biolog. - Tyle że na Feliksie nie powinno być myszy. Instytut Badań... 

- Daj spokój - przerwał komendant. - Każdy może się omylić, nawet I.B.B. - Rozsiadł się 

wygodnie  i  z  miną  bardzo  serio  spojrzał  na  Marina.  -  Mam  jedno  ważne  i  pilne  zadanie. 

Rozumiesz, brak mi ludzi. Jeżeli więc nie miałbyś nic przeciwko temu... 

Komendant odczuwał z reguły brak ludzi i miał go odczuwać do czasu, gdy na Feliksie 

wystąpi  przeludnienie.  Lecz  nawet  wtedy  będzie  zapewne  poszukiwał  obcych,  którzy 

wykonaliby pracę obowiązującą w zasadzie jego zespół. Dano Marin nie podlegał bezpośrednio 

Hafnerowi.  Został  wypożyczony  ekspedycji  przez  Instytut  Badań  Biologicznych.  Był  jednak 

zdania, że winien współdziałać z komendantem. Westchnął cicho. 

- Nie taka zła robota, jak się obawiasz - Hafner uśmiechnął się interpretując westchnienie 

w sposób prawidłowy. - Zmontowaliśmy sondę. Chcę, żebyś ty ją poprowadził. 

Praca miała być badawcza, więc Marin odczuł znaczną ulgę. 

- Widzisz, musimy importować prawie wszystko, z wyjątkiem żywności - ciągnął Hafner. 

-  To  długa  droga  i  trudny  transport,  więc  powinniśmy  korzystać  z  wszystkiego,  czego  planeta 

może  dostarczyć.  Potrzeba  nam  ropy.  W  ruch  puścimy  mnóstwo  kół  i  kółek,  a  każde  z  nich 

background image

wymaga przecież smarów. W swoim czasie uruchomimy produkcję syntetyczną,  ale chwilowo 

musimy szukać choćby średnio wydajnych naturalnych złóż. 

- Zakładasz, że geologia Feliksy jest zupełnie podobna do ziemskiej? 

-  Czemu  nie?  -  Hafner  machnął  ręką.  -  Feliksa  to  po  prostu  bardziej  udana  bliźniacza 

siostra Ziemi. 

Czemu nie? Marin pomyślał, że powierzchnia nie świadczy o niczym.  Feliksa zdaje się 

przypominać Ziemię, ale czy rzeczywiście aż tak dalece? Cóż, nastręcza się dobra sposobność, 

by zbadać dzieje planety. 

Hafner wstał. 

- Jak tylko zechcesz, technik zapozna cię z sondą. Daj mi znać przed odjazdem. 

W  istocie  rzeczy  sonda  nie  była  sondą.  Nie  poruszała  z  miejsca  ani  grama  warstw 

zewnętrznych lub skały. Pozwalała jednak zaglądać pod powierzchnię do każdej głębokości. Był 

to  pojazd  gąsienicowy,  wystarczająco  duży,  by  człowiek  mógł  w  nim  żyć  przez  tydzień  bez 

szczególnych niewygód. 

Sama  sonda  składała  się  z  ogromnego  ultradźwiękowego  generatora  i  urządzenia 

kierującego  wiązkę  promieni  w  głąb  planety.  To  był  nadajnik.  Zasadniczą  część  odbiornika 

stanowiły  wielkie  soczewki  dźwiękowe,  które  chwytały  wiązki  promieni  załamanych  na 

dowolnej  głębokości  i  po  przetworzeniu  na  energię  elektryczną  rzucały  je  w  formie  wizji  na 

ekran. 

Głębokość  dziesięciu  mil  dawała  obraz  mętny,  lecz  wystarczająco  przejrzysty,  by 

wyrobić sobie pojęcie o ogólnej strukturze pokładu. Na głębokości trzech mil było lepiej. Sonda 

mogłaby uchwycić dźwiękowe odbicie spoczywającej tam monety i przetworzyć je w obraz, na 

którym nawet data byłaby wyraźna. 

Sonda  stanowiła  dla  geologa  to,  czym  dla  biologa  był  mikroskop,  a  Dano  Marin,  jako 

biolog, potrafił ocenić należycie jej znaczenie. 

Rozpoczął  pracę  od  cypla  półwyspu  i  zakosami  posuwał  się  w  kierunku  przesmyku. 

Metodycznie badał teren, a nocami sypiał w pojeździe. Rano trzeciego dnia zaobserwował ślady 

ropy, a około południa zdołał zlokalizować główne pole. 

Powinien był wrócić zaraz, lecz po odkryciu ropy mógł sobie pozwolić na swobodniejsze 

badania. Rozpoczął przegląd od powierzchni i sięgał coraz głębiej i głębiej. 

Wyniki  przedstawiały  się  odwrotnie,  niż  należało  oczekiwać.  Warstwy  do  głębokości 

niewielu stóp  obfitowały w pozostałości głównie czterech znanych gatunków ssaków. Zwierzę 

przypominające  wiewiórkę  oraz  drugie,  trawożerne  i  znacznie  większe,  były  pierwszymi 

mieszkańcami  lasów.  Na  równinach  żyły  dwa  pozostałe  gatunki,  odpowiadające  wymiarami 

zwierzętom leśnym. 

background image

Pod warstwami powierzchniowymi, pokrywającymi w  przybliżeniu dwadzieścia tysięcy 

lat,  nie  było  żadnych  śladów  życia  zwierzęcego.  Pojawiały  się  znów  dopiero  na  głębokości 

odpowiadającej ziemskiemu okresowi późnowęglowemu i świadczyły o występowaniu zwierząt 

typowych  dla  tej  epoki.  Na  wspomnianej  głębokości  i  niżej  dzieje  Feliksy  były  podobne  do 

dziejów Ziemi. 

Zaskoczony  biolog  przeprowadził  sondowanie  w  kilkunastu  odległych  od  siebie 

punktach. Wszędzie stwierdził to  samo: pozostałości z ostatnich dwudziestu  tysięcy  lat i  nic z 

okresu mniej więcej stu milionów. Głębiej nietrudno było odkryć ślady normalnego rozwoju. 

A  zatem,  z  grubsza  licząc,  sto  milionów  lat  temu  coś  jedynego  w  swoim  rodzaju 

wydarzyło się na Feliksie. Co to być mogło? 

Piątego dnia sygnał radiowy przerwał tok badań. 

- Tu Marin. Słucham - przełączył aparat na odbiór. 

- Jak prędko zdążysz wrócić? 

Spojrzał na fotomapę. 

- Za trzy godziny. Dwie, jeżeli się pośpieszę. 

- Lepiej za dwie. Nie żałuj benzyny. 

- Znalazłem ropę. Ale co się stało?    - Wolę ci to pokazać. Pogadamy na miejscu. 

Marin  niechętnie  zwinął  aparaturę  i  ruszył  w  drogę  powrotną.  Jechał  prosto,  nie 

zwracając  uwagi  na  teren.  Błoto  tryskało  wysoko  spod  gąsienic.  Zwierzęta  umykały  z 

wrzaskiem.  Mniejsze  laski  omijał,  przez  większe  sunął  na  przełaj,  zostawiając  za  sobą 

spustoszenie. 

Gwałtownie  zatrzymał  sondę  na  skraju  osady.  Cały  ruch  koncentrował  się  wokół 

magazynu. Lekkie ciężarówki wjeżdżały tam i wyjeżdżały, transportując zapasy na pobliski plac, 

oczyszczony i starannie przygotowany. W kącie magazynu Marin odszukał komendanta zajętego 

rozmową z inżynierem. 

Hafner zwrócił się do biologa. 

- Twoje myszy podrosły, Dano. 

Marin spojrzał na podłogę, gdzie leżał kot-robot. Przyklęknął, aby go obejrzeć. Stalowy 

szkielet  był  zgnieciony,  połamany,  skóra  z  mocnego,  grubego  plastyku  zdarta.  Precyzyjny 

mechanizm zmienił się w bezkształtną miazgę. 

Wokół  kota  leżało  dwadzieścia,  może  trzydzieści  niezwykle  dużych  szczurów.  Kot 

walczył niewątpliwie. Trupy jego przeciwników nie miały głów, były wypatroszone, poszarpane 

straszliwie. Widocznie jednak szczury zwyciężyły dzięki przewadze liczebnej. 

Instytut Badań Biologicznych stwierdził, że na Feliksie nie ma szczurów. Miało też nie 

być myszy. Skąd ta omyłka? 

background image

Biolog wstał z klęczek. 

- Jak myślisz sobie poradzić? - zapytał. 

- Zbudujemy nowy magazyn o monolitycznych ścianach i podłodze na dwie stopy grubej. 

Przeniesie się tam wszystkie zagrożone materiały. 

Biolog skinął głową. Sposób wydaje się skuteczny, chociaż musi pochłonąć wiele czasu i 

energii - całą energię świeżo uruchomionego reaktora jądrowego. Wszelkie inne budowy zostaną 

na razie przerwane. Nic dziwnego, że Hafner ma zatroskaną minę. 

-  A  może  jednak  skonstruować  więcej  kotów?  -  zaproponował  Marin.  Komendant 

uśmiechnął się krzywo. 

-  Nie  było  cię,  kiedy  otworzyliśmy  wrota.  Magazyn  roił  się  od  szczurów.  Ile  robotów 

dałoby  im  radę?  Pięć?  Piętnaście?  Nie  wiem.  W  każdym  razie  inżynier  twierdzi,  że  mamy 

materiał  tylko  na  trzy  koty.  Tego,  co  tutaj  leży,  niepodobna  wyremontować  ani  nawet 

wykorzystać na części. 

Marin pomyślał, że nie trzeba inżyniera, by wydać taką opinię. 

-  Gdybyśmy  chcieli  zbudować  więcej  kotów  -  ciągnął  Hafner  -  musielibyśmy  rozebrać 

mózg  elektronowy,  który  pracuje  w  pojeździe  kosmicznym.  Na  coś  takiego  stanowczo  nie 

pozwolę. 

Oczywiście! Pojazd kosmiczny to jedyny środek łączności z Ziemią do czasu przybycia 

następnej ekspedycji. 

Żaden komendant przy zdrowych zmysłach nie mógł zgodzić się na takie rozwiązanie. 

Marin  zastanawiał  się,  dlaczego  Hafner  polecił  mu  wrócić.  Czy  po  prostu  chciał  go 

zaznajomić z sytuacją? 

Hafner jak gdyby odgadł myśli biologa. 

-  W nocy  -  podjął  -  oświetlimy reflektorami zapasy  przeniesione z magazynu. Wystawi 

się też uzbrojone warty do czasu, kiedy będziemy mogli umieścić żywność w nowym budynku. 

Zajmie to około dziesięciu dni. Tymczasem dojrzeją szybko wegetujące plony. Domyślasz się, 

że  szczury  zaraz  się  na  nie  rzucą.  Trzeba  zabezpieczyć  naszą  przyszłą  żywność,  musisz  więc 

uaktywnić swoje zwierzęta. i - Jak to? - zdziwił się biolog. - Przepisy zabraniają wypuszczania 

jakichkolwiek  zwierząt  na  teren  planety  przed  ostatecznym  zakończeniem  badań  nad 

możliwościami złych skutków. 

-  To  potrwa  dziesięć,  może  dwadzieścia  lat.  Sytuacja  jest  alarmowa.  Ja  przejmę 

odpowiedzialność na piśmie, jeżeli sobie życzysz. 

Marin był stanowczo przeciwny. Bał się powtórzenia plagi królików w Australii czy też 

historii planety opanowanej przez ślimaki. Jednakże nie miał wyboru. 

- Obawiam się, że to nie jest sposób na szczury takiej i wielkości - bąknął. 

background image

-  Masz  hormony.  Możesz  je  zastosować.  Hafner  odwrócił  się  i  zaczął  omawiać  z 

inżynierem szczegóły przyszłej budowy. 

Marin polecił zebrać martwe szczury i przechować w zamrażalni celem przeprowadzenia 

dokładnych badań. 

Następnie udał się do laboratorium - pracował nad metodą postępowania ze zwierzętami 

domowymi,  które  przywieźli  koloniści.  Zastosował  pierwsze  zastrzyki  i  bacz  nie  obserwował 

swe obiekty do czasu, gdy ustąpił wstrząs początkowej fazy wzrostu. Upewniwszy się, że życiu 

pacjentów nie grozi niebezpieczeństwo, podjął dalsze zabiegi. 

Z  kolei  zajął  się  szczurami.  Zastanawiające  były  różnice  ich  wymiarów,  występujące 

również i w budowie wewnętrznej. Szczury posiadały normalne organy, które jednak różniły się 

między  sobą  znacznie.  Uzębienie  też  było  niejednolite.  To  potężne  kły  tkwiły  w 

nieproporcjonalnie drobnych szczękach, to miniaturowe ząbki nie pasowały do silnie rozwiniętej 

struktury kostnej. Dotychczas Marin nie zetknął się nigdy z gatunkiem równie niezwykłym. 

Kiedy  rozpoczął  mikroskopowe  badania  tkanek  i  zestawił  wyniki,  stwierdził  mniejsze 

rozbieżności. Osobniki różniły się pod tym względem nie tak wyraźnie, lecz wystarczająco, by 

budzić zdziwienie. Tyczyło to szczególnie komórek reprodukcyjnych. 

Pod  wieczór  biolog  odczuł  raczej,  niż  usłyszał  ledwie  uchwytny  szelest  maszyn 

budowlanych.  Wyjrzał  z  laboratorium  i  zobaczył  ulatujące  w  górę  kłęby  dymu.  Po  wypaleniu 

roślinności dym niezwłocznie opadł. Tylko powietrze wibrowało nadal od gorąca. 

Magazyn  budowano  na  wzgórzu.  Drobne  zwierzątka  buszujące  w  trawie  zaatakowały 

najwrażliwsze  miejsce:  zaopatrzenie  w  żywność.  Wobec  tego  wszelka  roślinność  zniknęła  z 

placu przyszłej budowy. Nie pozostało ani źdźbła murawy. 

Teriery. W przeszłości były to psy łowne okresu rolnictwa. Mały wzrost wyrównywały 

zaciekłością  w  bojach  z  gryzoniami.  Posługiwano  się  nimi  ongi  na  polach  i  w  spichlerzach,  a 

przez krótki czas pełniły podobne zadania. na nowo kolonizowanych planetach, gdzie warunki 

były zbliżone do ziemskich. 

Koloniści  przywieźli  ze  sobą  teriery.  Były  one  nadal  zwinne  i  usposobione  wrogo  do 

gryzoniów, lecz już nie małe. Marin dokonał nie lada dzieła - psy zachowały szybkość ruchów i 

energię, osiągając przy tym wzrost doga. 

Szczury przeniosły się tymczasem na uprawy szybko-wegetujących plonów. Odmiany te 

wyhodowano  specjalnie  na  użytek  kolonistów.  Zbiór  odbywał  się  w  niewiele  tygodni  po 

zasiewie.  Po  czterokrotnym  wykorzystaniu  zasoby  gleby  wyczerpywały  się  doszczętnie,  co  nie 

miało  znaczenia  w  początkowym  okresie  życia  na  nowej  planecie,  obfitującej  w  urodzajne 

tereny. 

background image

Powódź szczurów zalewała pola, wypuszczono więc psy. Uganiały się wśród roślinności, 

polowały. Skok, kłapnięcie zębami, jeden ruch głowy i - szczur leżał z pogruchotanymi kośćmi, 

a pies szukał kolejnej ofiary. 

Po  całych  dniach  teriery  myszkowały  na  polach  i  mordowały.  Wieczorem  wracały  do 

osady, wyczerpane i zbroczone krwią - zazwyczaj nie własną. Marin ładował je antybiotykami, 

bandażował  rany,  odżywiał  dożylnie,  a  nieuleczalnie  okaleczone  zabijał  podczas  snu.  Rano 

budził psy zastrzykami podniecającymi i - wzmocnione - wyprawiał do walki. 

Przed upływem dwóch dni szczury zorientowały się, że nie sposób żerować za dnia. W 

zmniejszonej  liczbie  atakowały  pola  nocą.  Wspinały  się  na  łodygi,  obgryzały  kłosy,  niszczyły 

jarzyny. Koloniści zainstalowali reflektory. 

Godzinę przed zmierzchem biolog zwołał psy i uśpił zastrzykami. Obudzone tak samo po 

nastaniu  ciemności,  poszły  ku  polom  chwiejąc  się  na  nogach.  Ożywił  je  dopiero  zapach 

szczurów. Były równie zawzięte jak zwykle, chociaż mniej zwinne. 

Szczury  nadciągnęły  z  sąsiednich  łąk,  nie  -  jak  dotychczas  w  pojedynkę  czy  po  kilka. 

Przyszły gromadą. Piszcząc, szeleszcząc trawą postępowały w stronę pól. Marin nie widział nic, 

lecz słyszał wyraźnie. Kazał oświetlić teren wielkimi reflektorami. 

Szczury  zatrzymały  się,  oślepione.  Piszczały  kręcąc  się  w  miejscu.  Psy  zaczęły  drżeć  i 

skomleć;  Marin  powstrzymał  je  na  razie  i  wypuścił  dopiero,  gdy  gryzonie  wznowiły  pochód. 

Teriery ruszyły naprzód, lecz nie ważyły się zaatakować głównej masy. Chwytały maruderów, 

zmuszając  przeciwnika  do  zacieśniania  szyków,  co  z  kolei  zapewniało  szczurom 

bezpieczeństwo. 

Naturalnie można byłoby spalić zwartą kolumnę gryzoniów, lecz koloniści nie posiadali 

odpowiedniego  sprzętu,  a  sprowadzenie  go  trwałoby  lata.  Ponadto  użycie  ognia  zagroziłoby 

zbiorom, które należało uchronić za wszelką cenę. Pozostawały tylko psy. 

Formacja  szczurów  rozbiła  się  na  skraju  upraw.  Zwierzęta  maszerowały  zwarcie  w 

obliczu wspólnego nieprzyjaciela, ale w bliskości żeru zapomniały o jedności i rozproszyły się 

nieopatrznie. Głód okazał  się potężnym  wrogiem  solidarności.  Psy  skoczyły  do walki  - łowiły 

wygłodzone gryzonie, uśmiercając jednego po drugim. 

Nim nastał dzień, plaga minęła. 

W  następnym  tygodniu  koloniści  zebrali  plony  i  przygotowawszy  żywność  do 

magazynowania, rozpoczęli zaraz kolejny zasiew. 

Marin  siedział  w  laboratorium,  próbował  analizować  sytuację.  Kolonia  przeżywała 

kryzys  po  kryzysie  -  wszystkie  w  zakresie  wyżywienia.  Poszczególne  krytyczne  momenty  nie 

były groźne, lecz razem wzięte - mogły wieść do zguby. Tak czy inaczej, ekspedycji brakowało 

sprzętu niezbędnego do zagospodarowania Feliksy. 

background image

Wina zdawała się leżeć po stronie Instytutu Badań Biologicznych, który nie wykrył plag 

zagrażających zapasom żywności. Komendant może mówić, co chce. Instytut pracuje sprawnie. 

Jeżeli  stwierdził,  że  na  Feliksie  nie  ma  myszy  ani  szczurów,  musiało  ich  nie  być  w  czasie 

prowadzenia badań. 

Nasuwa się pytanie, skąd mogły przyjść i w jaki sposób? 

Biolog  siedział  zapatrzony  w  ścianę.  Roztrząsał  w  myślach  hipotezę  po  hipotezie.  Ze 

ściany  przeniósł  wzrok  na  klatkę  z  Wszystkożernymi  -  zwierzętami  leśnymi  rozmiarów 

wiewiórki.  Był  to  gatunek  najliczniejszy  na  Feliksie,  stanowił  więc  widok  powszedni  dla  oka 

kolonisty. 

Niemniej jednak Wszystkożerne zasługiwało na uwagę większą, niż Marin był w stanie 

sobie  zrazu  uprzytomnić.  Brzydkie,  niepozorne,  mogło  wszakże  być  najważniejszym 

stworzeniem, jakie człowiek napotkał na wielu opanowanych światach. Im dłużej Marin patrzył, 

tym bardziej się umacniał w swoich domysłach. 

Do  zmroku  siedział  spokojnie,  bez  ruchu.  Przyglądał  się  bacznie.  Wreszcie 

Wszystkożerne podjęły normalne działanie. Normalne? Ten wyraz nie pasował do Feliksy. 

Seans  w  laboratorium  udzielił  jednej  odpowiedzi.  Biolog  potrzebował  drugiej. 

Odgadywał ją, lecz wymagała dalszych badań, uzupełniających danych. 

Troskliwie instalował swój sprzęt na krańcach osady. Pewien czas spędził w sondzie, na 

porównaniach  z  wynikami  wstępnymi.  To  uzupełniło  obraz.  Kiedy  upewnił  się  ostatecznie, 

poszedł do Hafnera. 

Komendant  był  pogodny,  jak  gdyby  stanowił  wierne  odbicie  łatwości,  z  jaką  kolonia 

wypełnia jedno zadanie po drugim. 

- Siadaj - powitał gościnnie Marina. - Zapalisz? Biolog usiadł, sięgnął po papierosa. 

- Myślę, że chętnie wysłuchasz, skąd wzięły się myszy - zaczął. 

- Już nam nie dokuczają - uśmiechnął się Hafner. 

- Odkryłem także pochodzenie szczurów. 

- Iz nimi koniec. Wszystko idzie jak z płatka. Przeciwnie, pomyślał Marin zastanawiając 

się nad właściwym wstępem. 

- Feliksa - odezwał się wreszcie - ma klimat i topografię typu ziemskiego. Przynajmniej 

od  dwudziestu  tysięcy  lat.  Znacznie  dawniej,  plus  minus  sto  milionów  lat  temu,  również 

przypominała Ziemię z analogicznej epoki. 

Na  twarzy  komendanta  spostrzegł  wyraz  uprzejmego  zainteresowania,  właściwego 

komuś,  kto  słucha  rzeczy  oczywistych.  Tak!  Przesłanki  są  oczywiste,  ale  nie  da  się  tego 

powiedzieć o wnioskach. 

background image

- W okresie między stoma milionami a dwudziestoma tysiącami lat temu coś się działo na 

Feliksie - ciągnął Marin. - Nie znam istoty tych procesów. Należą one do historii kosmosu, może 

więc nie przenikniemy ich nigdy. Mogły to być fluktuacje Słońca, zakłócenie równowagi sił we 

wnętrzu  planety  albo  spotkanie  z  chmurą  pyłu  międzygwiezdnego  o  zmiennym  zagęszczeniu. 

Tak  czy  inaczej,  klimat  Feliksy  uległ  zmianie.  Zmienił  się  z  niepojętą  gwałtownością  i  nadal 

przejawiał wahania. Przed mniej więcej stoma milionami lat Feliksę porastały lasy węglorodne. 

Żyły wśród nich olbrzymie gady przypominające dinozaura i bardzo małe ssaki. Pierwsza wielka 

zmiana  zmiotła  dinozaura,  podobnie  zresztą  jak  na  Ziemi.  Nie  wyginął  jednak  pierwotny 

protoplasta  naszych  Wszystkożernych  -  zwierzę,  które  potrafiło  przystosować  się  do  nowych 

warunków. 

Chciałbym  dać  ci  jakie  takie  pojęcie,  na  czym  polegały  raptowne  zmiany  klimatyczne. 

Otóż przez pewien czas dany obszar stanowił pustynię, następnie przeobrażał się w dżunglę. Z 

kolei  powstawał  lodowiec,  a  kiedy  ustępował,  cykl  zaczynał  się  od  nowa,  i  to  z  najbardziej 

zaskakującymi  różnicami.  Wszystko  to  mogło  nastąpić...  powiem  raczej:  następowało  -  w 

okresie życia jednego osobnika z

 

gatunku Wszystkożernych. Zjawiska powtarzały się cyklicznie. 

Przez, z grubsza licząc, sto milionów lat stanowiły normalne warunki bytu na Feliksie; warunki 

nie sprzyjające oczywiście zachowaniu skamienielin i innych pozostałości. 

Hafner zrozumiał, zaczął zdradzać niepokój. 

-  Powiadasz,  że  wahania  klimatyczne  ustały  nagle  dwadzieścia  tysięcy  lat  temu.  Czy 

mogą się powtórzyć? 

- Nie mam pojęcia - wyznał szczerze biolog. - Zapewne można by to sprawdzić... gdyby 

sprawa okazała się interesująca. 

Hafner zmarszczył czoło. 

- Jest interesująca, nawet bardzo - powiedział. Dano Marin przyznał mu w duchu rację. 

-  Chodzi  o  to,  że  przetrwanie  było  trudne.  Ptaki  mogły  szukać  bardziej  sprzyjającego 

klimatu, więc migrowały. Zachowało się sporo ich gatunków. Ale tylko jeden gatunek ssaków 

zdołał się uchronić. 

- Coś tu nie gra - wtrącił Hafner. - Są przecież cztery gatunki: w rozmiarach od wiewiórki 

do bawołu. 

- Jeden gatunek - powtórzył z naciskiem Marin.. - Należą do niego wszystkie ssaki. Jeżeli 

polepszają się warunki bytowania dla zwierząt dużych, małe rozrastają się. I odwrotnie. W razie 

niedostatku  odpowiedniej  żywności  następne  pokolenie  kurczy  się,  przystosowuje  do  nowych 

warunków. Pokolenie takie może powstać, jak się zdaje, zdumiewająco szybko. 

- Myszy... - zaczął wolno Hafner. 

background image

- Myszy nie było na Feliksie, kiedy wylądowaliśmy tutaj - dokończył jego myśl Marin. - 

Narodziły się z Wszystkożernych wielkości wiewiórki. 

Komendant przytaknął skinieniem głowy. 

- A szczury? - zapytał. 

- To kolejny większy kaliber. 

Hafner  był  człowiekiem  praktycznym,  wyszkolonym  do  administrowania  kolonią.  W 

świecie koncepcji czuł się niepewnie. 

- Więc te mutacje - zaczął. - Sądziłbym... Biolog uśmiechnął się półgębkiem. 

-  Na  Ziemi  byłyby  to  mutacje.  Tutaj  występuje  tylko  normalne  przystosowanie  drogą 

ewolucji.  Nie  mówiłem  ci  nigdy,  ale  Wszystkożerne,  które  na  pozór  mogłyby  uchodzić  za 

zwierzęta  ziemskie,  nie  posiadają  genów  ani  chromosomów.  Bez  wątpienia  występuje  u  nich 

dziedziczność, lecz w jakiej formie - nie wyobrażam sobie. W każdym razie reagują na warunki 

zewnętrzne szybciej niż jakikolwiek żywy organizm, z którym zetknęliśmy się dotychczas. 

-  Innymi  słowy,  nigdy  nie  uwolnimy  się  od  różnych  plag  -  rzucił  posępnie  Hafner.  - 

Chyba że oczyścimy planetę z wszelkiego życia zwierzęcego. 

-  Myślisz  o  pyle  radioaktywnym?  -  zapytał  biolog.  -  Życie  zwierzęce  na  Feliksie 

wytrzymało gorsze kataklizmy. Hafner wziął pod uwagę przeciwną alternatywę. 

- Może należałoby opuścić planetę, pozostawić ją zwierzętom? 

-  Za  późno  -  westchnął  biolog.  -  Te  zwierzęta  będą  wkrótce  na  Ziemi,  na  wszystkich 

innych zamieszkałych planetach. 

Komendant  zmierzył  Marina  zatroskanym  wzrokiem.  W  jego  wyobraźni  zarysował  się 

ten sam obraz. Na Feliksę wyprawiono trzy pojazdy kosmiczne. Jeden został z kolonistami, jako 

ostateczny środek ratunku na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. Dwa wróciły na Ziemię, 

by zameldować, że sprawy układają się pomyślnie, i zażądać nowych dostaw. Na statkach tych 

odleciały również okazy miejscowej fauny. 

Klatki  były  mocne,  ale  najmniejsze  egzemplarze  mogły  wymknąć  się  między  prętami, 

zagnieździć się w komorach ładunkowych pojazdu. 

Nie można było zrobić nic, aby zatrzymać statki. A skoro wylądują na Ziemi... Biologom 

nie  nasuną  się  żadne  podejrzenia.  Przynajmniej  na  razie.  Najpierw  pojawi  się  nowa  odmiana 

szczurów. Wiadomo - mutacja. Nikt nie skojarzy tej nowej odmiany z okazami dostarczonymi z 

Feliksy. 

- Musimy zostać  -  powiedział Marin.  - Musimy  prowadzić badania tutaj, w środowisku 

najwłaściwszym. 

background image

Wyobraził  sobie  olbrzymie  kompleksy  budowli  ziemskich.  Kosztowały  za  dużo,  by  je 

zburzyć,  a  następnie  wznieść  nowe,  zabezpieczone  przeciwko  pladze.  Niepodobna  też 

ewakuować z Ziemi bilionów ludzi na okres trwania robót. 

Feliksa - gigantyczne laboratorium, nie kolonia. Człowiek zyskał jedną planetę, a stracił 

równowartość  dziesięciu,  a  być  może  i  więcej.  Okaże  się  to  po  dokładniejszym  zbadaniu 

zdolności niszczycielskich Wszystkożernych. 

Głuchy, zwierzęcy pomruk zakłócił lok myśli biologa. Hafner odwrócił się gwałtownie, 

spojrzał  w  stronę  okna.  Zacisnął  wargi,  szeroko  otworzył  oczy.  Porwawszy  ze  ściany  strzelbę 

wybiegł. Marin pośpieszył za nim. 

Komendant  zmierzał  w  kierunku  pól,  gdzie  dojrzewały  kolejne  plony  szybko 

wegetujących roślin. Na szczycie wzgórka zatrzymał się raptownie, przyklęknął. Obrócił tarczę 

na “pełny ładunek”, zmierzył i wystrzelił. Pośród zieleni przemknęła brunatna, dymiąca smuga. 

Za wysoko. 

Komendant  wycelował  uważniej.  Padł  drugi  strzał.  Ładunek  trafił  zwierzę  w  przednią 

łapę. Podskoczyło wysoko i upadło martwe, zwęglone. 

Po  chwili  dwaj  mężczyźni  stanęli  nad  okazem  upolowanym  przez  Hafnera.  Pomijając 

brak pręg, stanowił wierną podobiznę tygrysa. Komendant dotknął go szpicem buta. 

-  Tępimy  szczury  w  magazynie,  więc  przenoszą  się  na  pola  -  mruknął.  -  Na  polach 

szczujemy je psami, więc wydają na świat tygrysy. 

-  Mniejszy  z  nimi  kłopot  niż  ze  szczurami  -  powiedział  Marin.  -  Do  tygrysów  można 

strzelać. 

Pochylił się nad rozszarpanym psem, przy którego zwłokach zobaczyli olbrzymiego kota. 

Ze  zboża  wyszedł  skomląc  drugi  pies.  Był  bojowy,  odważny,  ale  nie  mógł  sprostać 

wielkiemu drapieżnikowi. Teraz skowyczał liżąc po pysku martwą sukę. 

Biolog podniósł zmasakrowane zwłoki i ruszył w stronę laboratorium. 

- Nic nie pomożesz - rzucił posępnie Hafner. - Suka nie żyje. 

-  Ale  szczenięta  żyją  i  będą  bardzo  potrzebne.  Szczury  nie  znikną  dlatego  tylko,  że 

pojawiły się tygrysy. 

Głowa psa zwisała bezwładnie z ramienia Marina, krew przesiąkała ubranie. Hafner szedł 

pod górę za biologiem. 

- Jesteśmy tutaj od trzech miesięcy - odezwał się po chwili. - Psy puściliśmy w pole przed 

dwoma miesiącami. A przecież tygrys jest zupełnie dojrzały. Jak to tłumaczyć? 

Marin uginał się pod ciężarem psa. Oto padają wszelkie pojęcia, które wyrobił sobie jako 

biolog. Co wyjaśnia ewolucja? To historia rozwoju życia organicznego w określonym świecie. 

Poza jego granicami może nie mieć zastosowania. 

background image

Człowiek  nie  wie  wszystkiego  nawet  o  sobie  samym.  W  świadomości  istnieją  ciemne 

plamy, nad którymi teoretyczna wiedza może jedynie przejść do porządku dziennego. 

Narodziny  są  prostą  sprawą.  Zdarzają  się  na  niezliczonych  planetach.  Płochliwe 

trawożerne,  groźne  drapieżniki,  rozmaite  najdziwaczniejsze  potwory  wydają  na  świat  młode. 

Proces powtarza się nieustannie. Młode rosną, dojrzewają i parzą się z kolei. 

Marin  przypomniał  sobie  wieczór  w  laboratorium.  Naturalnie  odkrycie  było  dziełem 

przypadku. Mógł przecież znajdować się gdzie indziej - nie zaobserwowałby niczego. Co by się 

wówczas stało? Wiedziałby jeszcze mniej, niż wie obecnie. 

Z powagą wyjaśnił Hafnerowi: 

-  W  tym  przypadku  zdolność  przetrwania  jest  zadziwiająco  duża,  a  różnice  wymiarów 

znaczne.  Widocznie  młode  nie  muszą  wcale  być  młodymi.  Przychodzą  na  świat  jako  osobniki 

dorosłe, całkowicie wydolne. 

Mimo  pewnego  ograniczenia  tempa  kolonia  rozwijała  się  nadal.  Szybkość  wegetacji 

nieco zwolniono. Przystąpiono do upraw bardziej zróżnicowanych. Budowano nowe magazyny, 

obszerniejsze, co ułatwiało częste kontrole. 

Szczenięta żyły - dorosły w ciągu roku. Po stosownej tresurze wypuszczono je na pola, 

gdzie  przyłączyły  się  do  innych  psów.  Walka  ze  szczurami  trwała  i  mimo  pokaźnych  szkód 

dawała zamierzone rezultaty. 

Wszystkożerne  zaczęły  zdradzać  apetyt  na  instalacje  elektryczne.  Jedyną  na  to  radę 

stanowiło nieustanne trzymanie urządzeń pod napięciem. Ale i tak zakłócenia w dopływie prądu 

trafiały  się  często  i  trwały  do  czasu  zlokalizowania  krótkiego  spięcia  i  usunięcia  spopielało] 

padliny. Pojazdy parkowano pod strażą albo w stosownie zabezpieczonych garażach. Plaga nie 

przybierała na sile, ale i nie można jej było zwalczyć. 

Masowe ataki tygrysów były o tyle mniej kłopotliwe, że duże zwierzęta stanowiły łatwy 

cel dla strzelców. Żerowały one jednak również nocą, koloniści musieli więc strzec osady przez 

dwadzieścia cztery godziny. Tam gdzie nie docierało światło, działały promienie infraczerwone, 

pod  wpływem  których  tygrysy  ginęły  natychmiast.  Z  wyjątkiem  pierwszej  ofiary  nie  utracono 

ani jednego psa. 

Tymczasem drapieżniki podlegały niedostrzegalnym zmianom. Na pozór były rosłe, lecz 

w  miarę  tępienia  Marin  obserwował  zdumiewający  objaw.  Ich  organy  wewnętrzne  stawały  się 

stopniowo coraz mniej dojrzałe. 

Ostatni badany tygrys odpowiadał budową wewnętrzną nowo narodzonemu szczenięciu. 

Maleńki  żołądek  był  przystosowany  do  trawienia  raczej  mleka  niż  mięsa.  Sposób,  w  jaki 

dostarczał energii napędowej dla kolosalnych mięśni, graniczył z cudem. 

Był to ostatni upolowany tygrys. Napaści ustały. 

background image

Czas mijał i nie działo się nic nowego. Pojazd kosmiczni cywilizacja czy też znikoma jej 

cząstka,  reprezentowana  przez  kolonię,  zwyciężyły  gatunek,  który  Marin  począł  nazywać  w 

myślach  Wszechzwierzęciem.  Wszystkożerne  przetrwały  kataklizmy  przeszłości,  były  jednak 

bezradne w warunkach jeszcze surowszych. 

Tak się przynajmniej zdawało. 

Trzy  miesiące  przed  spodziewanym  przybyciem  następnych  kolonistów  dała  znać  o 

sobie,  nowa  odmiana.  Na  polach  pojawiły  się  zniszczenia.  Nie  mógł  w  grę  wchodzić  tygrys  - 

zwierzę mięsożerne - ani szczur, gdyż kłosy były łuskane w sposób nietypowy dla gryzonia. 

Nie chodziło o żywność, której rezerwy pokaźnie wzrosły. Jeżeli jednak zagrażała nowa 

plaga,  należało  opracować  metodę  jej  zwalczania.  Im  szybciej  zostanie  rozpoznane  nowe 

zwierzę, tym łatwiej będzie sobie z nim poradzić. 

Psy nie przydawały się na nic. Szkodnik, którego nie atakowały, a nawet, jak się zdaje, 

nie potrafiły zwietrzyć, buszował wśród pól. 

Kolonistów  znowu  zmobilizowano  do  służby  wartowniczej.  Przez  tydzień  patrolowali 

pola, lecz zwierzę wymykało się skutecznie, nawet nie dostrzeżone. 

Hafner  wzmocnił  straże  i  na  polu  najbardziej  pustoszonym  kazał  zainstalować  system 

alarmowy. Zwierzę odkryło widać zagrożenie, gdyż przeniosło się w inne miejsce. 

W dwa dni później alarm zabrzmiał na krótko przed świtem. 

Marin  i  Hafner  spotkali  się  na  skraju  osady.  Obydwaj  mieli  strzelby.  Szli  pieszo,  aby 

odgłos jakiegokolwiek pojazdu nie spłoszył szkodnika. Okrążyli pole, chcąc ubezpieczyć je od 

przeciwległej  strony.  W  obozie  zarządzono  ostre  pogotowie.  W  razie  potrzeby  pomoc  miała 

nadejść niezwłocznie. 

Cicho  szli  przez  zarośla.  Zwierzę  żerowało  na  polu  -  niezbyt  hałaśliwie,  lecz  tak,  że 

można je było słyszeć. 

Psy nie szczekały. 

Postępowali wolno, krok za krokiem. Błękitne słońce Feliksy wzeszło i nagłym blaskiem 

spowiło  szkodnika.  Hafner  opuścił  rękę,  w  której  trzymał  strzelbę.  Po  chwili  Jednak  zacisnął 

zęby i zmierzył. 

Marin podniósł dłoń ostrzegawczym ruchem. 

- Nie strzelaj - szepnął. 

- Ja jestem komendantem - burknął Hafner. – To niebezpieczny szkodnik. 

-  Niebezpieczny  -  przyznał  biolog  nie  podnosząc  głosu.  -  Dlatego  właśnie  nie  strzelaj. 

Trudno sobie wyobrazić, jak bardzo jest niebezpieczny. 

Hafner zawahał się, Marin zaś mówił dalej: 

background image

- Wszystkożerne nie mogły funkcjonować w nowym środowisku, więc wydały na świat 

myszy, a kiedy zażegnaliśmy i to niebezpieczeństwo, pojawiły się szczury. Opanowaliśmy i tę 

plagę, wówczas wystąpiły tygrysy. Walka przeciwko nim okazała się najłatwiejsza, wobec czego 

Wszechzwierzę  uspokoiło  się  na  pewien  czas.  Ale  nie  dało  za  wygraną.  Powstała  następna 

forma, którą widzisz przed sobą. Wyprodukowanie jej trwało dwa lata. Rozumiesz? A na Ziemi 

trzeba było milionów lat! 

Hafner  nie  opuścił  strzelby  i  najwidoczniej  nie  myślał  tego  zrobić.  Pieścił  wzrokiem 

przyrządy celownicze. 

-  Czy  ty  nic  nie  rozumiesz?  -  nacierał  dalej  Marin.  -  Nie  zdołamy  zniszczyć 

Wszechzwierzęcia.  Jest  już,  na  Ziemi  i  na  innych  planetach.  Żeruje  w  magazynach  wielkich 

miast.  Z  powodzeniem  udaje  szczura.  Od  wieków  nie  możemy  zwalczyć  własnych,  ziemskich, 

szczurów, jakim więc cudem moglibyśmy wytępić te? 

- Tym bardziej należy rozpocząć zaraz - rzucił szorstko Hafner. 

Marin szarpnął w dół strzelbę komendanta. 

- Czy ich szczury są lepsze od naszych?  - podjął głucho. - Czy ich plaga pokona naszą, 

okaże się mocniejsza? A może zawrą rozejm, zjednoczą się, skrzyżują i wspólnie poprowadzą z 

nami wojnę? To nie jest wykluczone. Wszechzwierzę może zastosować i  taką metodę  – jeżeli 

krzyżowanie wzmocni siłę przetrwania. Jeszcze nic nie rozumiesz? Działa tu prawo postępu. Po 

tygrysie  -  zjawiło  się  to!  Jeżeli  zawiedzie  nowy  szczebel  ewolucji,  jeżeli  zniszczymy  to 

stworzenie,  co  narodzi  się  w  kolejnej  fazie?  Sądzę,  że  istota,  z  którą  nie  będziemy  w  stanie 

współzawodniczyć. Rozumiesz? Czemuś, co nastąpi po tym, wolałbym nie stawiać czoła. 

Zwierzę  usłyszało  głosy.  Podniosło  głowę,  rozejrzało  się  dokoła.  Po  chwili  cofnęło  się 

bez pośpiechu i odeszło w stronę najbliższego zagajnika. 

Biolog  wyprostował  się,  zawołał  z  cicha.  Zwierzę  umknęło  między  drzewa  i  czujnie 

przystanęło w ich cieniu. 

Hafner i Marin odłożyli strzelby. Ramię w ramię zbliżali się wolno do lasku. Ręce mieli 

rozłożone na znak, że nie posiadają broni. 

Zwierzę wyszło im na spotkanie. Było nagie. Nie zdążyło jeszcze wymyślić odzieży. Nie 

miało  również  broni.  Zerwało  z  drzewa  ogromny  biały  kwiat  i  niosło  go  przed  sobą  na  znak 

pokoju. 

- Ciekaw jestem szczegółów - powiedział Marin. - Wydaje się dorosłe, nie może jednak 

być całkowicie dojrzałe. Chciałbym zobaczyć jego wewnętrzne organy. 

-  Mnie  niepokoi  bardziej  to,  co  ma  w  głowie  -  podchwycił  Hafner  posępnym  tonem. 

Zwierzę było łudząco podobne do człowieka.