background image

Wojny atomowe w starożytności 
 Wprowadzenie 
Autor: alex AltaR 

"Zapewne już sam tytuł tego artykułu Was zaintrygował? Myślicie sobie, że broń nuklearna i 
czasy odległe od współczesności o wiele tysięcy lat nie mogą mieć ze sobą nic wspólnego? 
Jesteście co prawda gotowi przyznać, iż starożytni dysponowali dalece większą wiedzą i 
możliwościami, niż się twierdziło jeszcze niedawno, w końcu nie da się dłużej zaprzeczać 
faktom: kilkadziesiąt wieków temu ludzkość dysponowała prądem elektrycznym, znała 
wszystkie planety układu słonecznego, operowała tak olbrzymi liczbami, że My nie 
poradzilibyśmy sobie bez Pentium IV... Ale broń atomowa? Nasza duma, nasze największe 
osiągnięcie, niezastąpiony środek bojowy, któremu nic się nie oprze. Z drugiej strony to nasza 
największa obawa, ale zawsze i niezależnie od spojrzenia na problem jakim są arsenały 
nuklearne wielkich mocarstw - to NASZ problem i wynalazek, twierdzenie przeciwne wydaje 
się tak nieprawdopodobne, że aż śmieszne... W przygotowywanym cyklu textów postaram się 
Was przekonać, iż owa nierealna z pozoru teza jest nie tylko możliwa, zamierzam udowodnić, 
iż taka jest właśnie prawda. 

Zanim jednak zaczniemy należy wyjaśnić parę kwestii. Pisząc o 'starożytnych' nie mam na 
myśli ludzi. Owszem, mieli oni niewątpliwie styczność z techniką nuklearną, lecz nie jako jej 
twórcy, czy nawet użytkownicy. Analiza źródeł mitologicznych prowadzi do jednego tylko 
wniosku - ludzkość bywała tysiące lat temu ofiarą użycia boni nuklearnej, na szczęście nie była 

background image

to globalna zagłada [choć i takie głosy pojawiają się wśród badaczy], ale liczba ofiar musiała 
być ogromna. Zwłaszcza, że wojny z zastosowaniem tej technologii były, jak się zdaje, na 
początku dziennym. Ludzkość ofiarą, lecz nie w taki sposób, jak tego obawiamy się dzisiaj 
[samozniszczenie]. Ofiary ludzkie były jedynie ubocznym skutkiem wojen prowadzonych 
przez bogów, czyli Przybyszów z obcych planet. 

Wojny wśród bogów, prowadzone z użyciem ludzkich armii, ale i kosmicznej techniki. Dla 
każdego, kto choćby liznął dowolnej mitologii [choćby w szkole - helleńskiej] hasło - wojny 
bogów nie powinno zabrzmieć obco. Ale kosmiczna technika? Tak, jak i zapewne dla Was, tak i 
dla mnie pierwsza styczność z dawnymi legendami prowadziła [nie mogło być inaczej] do 
skwitowania lektury jednym, brutalnym słowem - bajka! Ale później, po lekturze kilku 
paleoastronautycznych książek przyszło olśnienie - opisy są owszem bajkowe, ale wyłącznie 
dlatego, że dla prymitywnych ludzi obserwujących nieznane sobie urządzenia i moce tak to 
wyglądało. Dla nas, gdy uważnie wczytamy się w tekst, gdy przedrzemy się przez grubą 
warstwę przekłamań, jakie siłą rzeczy musiały pojawić się na przestrzeni tych tysięcy lat 
dzielących nas od twórców mitologii, gdy odsuniemy na bok mistyczne opisy naszych nic-nie-
rozumiejących przodków... Dla nas, czytany mit powinien się przeistoczyć w relację z 
rzeczywistych wydarzeń, bogowie przemienią się w kosmitów, czary w niezwykłą broń, 
mityczne stwory w pojazdy i roboty. Zaś wśród tych mitów odnajdziemy te, które aktualnie 
będą nas zajmować - legendy o starożytnych wojnach atomowych. 

Zdaję sobie sprawę, jak kruchą [mimo wszystko] podstawą są przekazy z dawnych lat. Gdyby 
tylko one były podstawą tytułowego twierdzenia, zapewne sam znalazłbym się w gronie 
pesymistów. Jednak mity to nie wszystko, z pomocą przychodzi nam archeologia i geologia. 
Oczywista, fakty zbierane przez naukowców zostaną przeze mnie zanalizowane zupełnie 
inaczej. Właściwie należałoby powiedzieć - zbiorę fakty, które nie znajdują wyjaśnienia w 
oficjalnych naukowych teoriach. Nie nadam im nowego znaczenia, ale nadam im sens, którego 
są w naukowych schematach pozbawione. Sens, którego nie mają w oficjalnej nauce, gdzie są 
przez to pomijane i usuwane w niepamięć. Nieprawdopodobna historia, którą Wam opowiem 
stanie się przez to nie tylko dobrze uargumentowana, ale zapewni spójność i logiczność tych 
aspektów naszej przeszłości, z którymi nauka nie potrafi sobie poradzić. 

Cykl obejmie łącznie 6 prac, wliczając to niniejszy wstęp. Rozpoczniemy od mitologii, ta 
bowiem pozwoli nam wyrobić sobie wyobrażenie rzeczywistości, jak miała faktycznie miejsce. 
Potem zajmie się materialnymi dowodami. Tak więc przeczytacie najpierw zawarte w 
indyjskiej Mahabharacie opisy wojen atomowych, zapoznacie się z pochodzącymi z Bliskiego 
Wschodu opisami przypadków użycia broni nuklearnej. Następnie przedstawię Wam ruiny 
miast zniszczonych w wyniku nuklearnego ataku, przedstawię geologiczne świadectwa 
prawdziwości tych historii. Wreszcie, nijako dla zwieńczenia całości, zapoznamy się z wiedzą 
ezoteryczną potwierdzającą moją teorię. Życzę miłego czytania i ośmielam się wyrazić 
przekonanie, iż po zakończonej lekturze uwierzycie w to, w co ja." _ 

 Mahabharata 

"Indie. Kraj czterdziestu tysięcy bogów. Nic dziwnego, że w tak licznym gronie dochodziło do konfliktów, 
bogowie ścierali się ze sobą wykorzystując do tego najnowocześniejszą technikę, najbardziej niszczycielską broń. 
Korzystając ze swych latających pojazdów zwanych vimanami siali zniszczenie nie tylko w Kosmosie, ale i na 
Ziemi, czego barwne opisy znajdziemy w starożytnym tekście Srimad Bhagawatam [Bhagawata Purana]. 

Pośrodku tych konfliktów zawsze znajdował się człowiek. Nie był li tylko przypadkową ofiarą boskich wojen. 
Często bywało i tak, że siły bogów wzajemnie się równoważyły i o zwycięstwie decydowała ludzka armia. Wierna 
rozkazom swych boskich dowódców brała udział w 'świętej [tylko w ich mniemaniu] wojnie', szła do bitwy, która 
mogła się skończyć tylko masakrą. Do bitwy, w której bogowie wytoczyli najcięższe działo - energię atomu. 

background image

Opisy wojen bogów są rzeczą powszednią we wszystkich mitologiach świata. Teksty indyjskie wyróżniają się 
jednak swoją wymownością i wiekiem. Pierwotne wersje niektórych eposów z subkontynentu datuje się na wiele 
tysięcy lat. Pora, więc przyjrzeć się wybranym fragmentom tych ksiąg i orzec, czy aby na pewno są to tylko 
wytwory bujnej wyobraźni naszych przodków, czy też mamy tu do czynienia z zapisem wydarzeń rzeczywistych, 
z reporterską relacją, którą uznajemy za bajkę, dlatego tylko, że nie dopuszczamy do siebie myśli, iż bogowie 
istnieją naprawdę - jako istoty z krwi i kości. 

1. Mahabharata [księga Mausalaparwan] 

Wyrzucono pojedynczy pocisk załadowany całą energią wszechświata. Żarzący się słup dymu i płomienia, jasny 
jak dziesięć tysięcy słońc, wzniósł się w całej swej wspaniałości... Była to nieznana broń, żelazny grom, 
gigantyczny wysłannik śmierci, który w popiół obrócił wszelki lud Vrishni i Andhaka... Ciała były tak spalone, ze 
nie dawały się rozpoznać, włosy i paznokcie odpadły, gliniane naczynia rozpadły się bez żadnej widocznej 
przyczyny, a pióra ptaków stały się białe. W ciągu jednej godziny wszystkie potrawy stały się niejadalne... w 
ucieczce od owego ognia żołnierze rzucili się do strumieni, aby obmyć swoje ciała i sprzęt... 

[ta bron]...odrzuciła tłumy [wojowników] razem z ich rumakami, słoniami, pojazdami naziemnymi i ich bronią, 
jak gdyby były to suche liście drzewa. Odrzuceni podmuchem...wyglądali pięknie, jak ptaki w locie... odlatujące z 
drzew... 

I jak? Gdyby nie kilka archaicznych sformułowań można by pomyśleć, że mamy tu do czynienia ze współczesną 
relacją z ataku nuklearnego na maszerującą armię. Z opisu, który należy datować na jakieś 2 do 6 tysięcy lat jasno 
wynika, iż Amerykanie bombardujący Hiroszimę nie byli pierwsi - już w starożytności ludzkość miała do 
czynienia z podobnie niszczącymi działaniami. 

Co ciekawe, powyższy fragment pozwala wysnuć szczególnie interesujący wniosek. Osoba, spisująca tę relację 
zdaje się rozumieć istotę zdarzenia, które opisuje, wydaje się znać zasadę działania bomby atomowej. Bo czyż 
można lepiej określić istotę reakcji jądrowej, niż słowami 'cała energia wszechświata'? W końcu, zachodząca w 
czasie wybuchu reakcja jądrowa polega na rozerwaniu wiązań atomowych, a cóż, jak nie ta energia, trzymająca w 
kupie wszelką istniejącą materię, może być tak określona? 

Dalszy opis jest również jak najbardziej rzeczowy i zgodny z faktycznym biegiem wydarzeń w czasie wybuchu 
jądrowego. Mamy, więc majestatycznie wznoszący się ku niebu słup ognia, a później dymu - któż z nas nie 
widział wspaniałych [aczkolwiek tylko wizualnie] zdjęć z prób jądrowych na wojskowych poligonach. Mamy 
spalone, rozpadające się w oczach ciała i przedmioty - dla lepszego wyobrażenia sobie piekła, jakie wywołał taki 
atak obejrzycie sobie pamiętną scenę z placu zabaw w Terminatorze 2... W tym też filmie użyto sformułowania 
'dzieci, jak ze spalonego papieru'. Tu mamy, przy okazji opisu fali uderzeniowej niszczącej wszystko, co stanie jej 
na drodze równie wymowne określenie: 'jak gdyby było to suche liście z drzewa'. 

Co do zastosowanej techniki, mowa o 'żelaznym gromie'. Czy może to być wskazówka, iż chodzi tu o bombę taką, 
jaką znamy - zamkniętą w metalowej puszce, a nie jakąś super wymyślną machinę rodem ze Star Treka? Być 
może, faktem jest natomiast to, iż... wiedziano, co robić. Zdawano sobie sprawę ze skażenia radioaktywnego, z 
tego, iż żywność w obszarze skażenia nie nadaje się do spożycia. Ba, można przypuszczać, iż istniały wówczas 
przepisy BHP na wypadek takiego ataku, można sobie nawet wyobrazić apel, na którym tysiące żołnierzy 
wysłuchuje wykładu na temat sposobów zminimalizowania zagrożenia spowodowanego opadem radioaktywnym: 
'obmyć swoje ciała i sprzęt'. Potwierdza to kolejny fragment: 

Grom opadł i stał się drobnym pyłem. Aby ujść przed tym ogniem, żołnierze rzucili się do rzek, aby obmyć ciała i 
zbroje. 

A propos sprzętu, chciałbym wtrącić tu małą dywagację. Mahabharata mówi nam o 'pojazdach naziemnych', Biblia 
w księdze Hioba opisuje 'krokodyla' i 'hipopotama', które bynajmniej nie są zwykłymi zwierzętami, ale 
zbudowanymi z metalu machinami wojennymi. Wreszcie w Chinach odnajdujemy następującą charakteryzację 
machin wojennych: 'Ich głowy były z brązu, a czoła z żelaza. Miały ludzkie oblicza, ale ciała zwierząt'. Czy tak 
mogły wyglądać antyczne pojazdy opancerzone? 

Oto inny fragment: 

Dwa takie pociski spotkały się w powietrzu. Wówczas ziemia wraz z wszystkimi górami, morzami i drzewami 
zaczęła dygotać, a wszelkie żywe stworzenia zostały porażone energia tej broni i ogromnie ucierpiały. Niebo 
stanęło w ogniu, a dziesięć stron horyzontu napełniło się dymem... 

background image

Tu mamy coś jeszcze lepszego! Coś na miarę systemu wojen gwiezdnych, jaki planują stworzyć Amerykanie, a 
jeśli nawet nie, to i tak system obrony przeciw rakietowej w czasach odległych o tysiące lat wstecz jest czymś 
niezwykłym. Przy okazji poprzedniego cytatu sugerowałem, iż mamy do czynienia z bombą atomową. Tu, z całą 
pewnością mamy opis rakiety balistycznej i jej zderzenia z kontr-pociskiem wystrzelonym przez drugą stronę. Do 
eksplozji nuklearnej doszło wysoko w atmosferze, a mimo to skutki, jakie zdarzenie to wywołało budzą respekt. 
Ognista fala uderzeniowa dotarła do powierzchni zasnuwając niebo dymem i płomieniami. 'Wszelkie żywe 
stworzenia [...] ogromnie ucierpiały' - nawet, jeśli nie zginęły od żaru i płomieni, to wyniszczyła je choroba 
popromienna... 

2. Mahabharata [księga Dronaparwan] 

Było tak, jakby wszystkie żywioły zerwały pęta. Słońce kręciło się w kółko. Wypalony ogniem broni świat 
zataczał się w gorączce. Rozszalałe słonie biegały tam i z powrotem w poszukiwaniu schronienia przed 
potwornym żarem. Woda stała się gorąca, zwierzęta zginęły, wróg padł jak podcięty kosą, a huk ognia powalił 
szeregi drzew. Słonie ryczały straszliwie i martwe padały na ziemię, ich ciała ścieliły się na dużym obszarze. 
Konie i wozy bojowe spłonęły. Tysiące wozów uległy zniszczeniu, a potem nad morzem zaległa martwa cisza. 
Rozszalały się wiatry i ziemia się rozjaśniła. Ukazał się przejmujący grozą widok. Potworne gorąco zniekształciło 
martwe ciała, które nie wyglądały jak ciała ludzi. Nigdy wcześniej nie słyszeliśmy o takiej broni i nigdy wcześniej 
nie widzieliśmy broni równie okrutnej. 

Apokalipsa. W obszarze epicentrum wybuchu wszystko uległo zniszczeniu. Im dalej od miejsca eksplozji tym 
szkody były mniejsze, ale olbrzymia fala ognia i gorąca, jaka zaistniała wyniszczyła sprzęt bojowy, żołnierzy, 
zwierzęta. Niebo zasnuło się dymem. Obraz końca świata. Jednak dopiero, gdy światło słoneczne rozjaśniło pole 
bitwy można było ujrzeć prawdziwy koszmar. Tak niszczycielska broń, która przecież zabijała ludzi w obu 
walczących armiach mogła być użyta jedynie w ostateczności. Nie w celu przechylenia szali zwycięstwa na swoją 
stronę, ale w akcie desperacji, tak by nikt nie był w stanie wygrać. Nigdy wcześniej taka broń nie była użyta, 
nasilenie się gwałtowności boskich starć miało wkrótce doprowadzić do powszechnego wprowadzenia broni 
atomowej na pole bitewne - Ziemię. 

Ze wszystkich stron Cukra miotał grom na potrójne miasto. Na jego trzy części ciskał pocisk, który krył w sobie 
energię Kosmosu. Miasto stanęło w płomieniach. W niebo wystrzelił jaskrawy dym, równy dziesięciu tysiącom 
słońc. Rozszałały się gwałtowne nawałnice; deszcz lał strumieniami. Rozległy się grzmoty, choć niebo było 
bezchmurne. Zatrzęsła się ziemia. Podniosły się wody. Rozstąpiły się szczyty gór, nastała ciemność. 

Ci, którzy stanęli po niewłaściwej stronie frontu, czyli przeciwko bogu wyposażonemu w arsenał nuklearny, byli 
skazani na zagładę. Ofiarą niszczycielskich ataków padały już nie tylko walczące armie, ale całe miasta. 
Zwycięzca ruszył z pola bitwy by zmieść z powierzchni ziemi krainy pozostające pod władzą swego oponenta. 
Pocisk atomowy uderzył w samo centrum miasta. W ciągu ułamku sekundy wszystko wokół stanęło w ogniu, a w 
niebo wystrzelił pióropusz dymu. Niewiarygodny blask oślepiał, ale nikt nie pożył na tyle długo by móc martwić 
się swoją ślepotą... 

Siła użytej bomby musiała być naprawdę niezwykła, skoro spowodowała gwałtowne zmiany pogody. Uderzenie 
rozdzierające podłoże wywołało trzęsienie ziemi. Gwałtowne wyładowania elektryczne napełniały niebo hukiem. 
Góry, czy to w wyniku samej eksplozji, czy późniejszego trzęsienia ziemi, rozpadały się w proch. Obraz totalnej 
zagłady przesłoniły w końcu wody powodzi. 

3. Mahabharata [księga Wanaparwan] 

Miecze, straszliwe oszczepy i maczugi o przerażającym wyglądzie, i posiadające boską moc dziryty, i gromy 
wielkiej jasności tamże, a także pioruny... latające kule, wzbudzające porywisty wiatr... wydające dźwięk wielkiej 
chmury... I spadały z powietrza setki meteorów: pękających, ogłuszających, połączonych z porywistym wiatrem, 
grzmiących, od których włosy stawały dęba. 

Ciekawe, jak udawało się bogom utrzymać dyscyplinę w armii bezsilnie czekającej na zagładę, która nadchodziła 
z nieba? Choć, należy przypuszczać, iż obie strony dysponowały siłami powietrznymi, które ścierały się na 
walczącymi w polu armiami. Fragment ten daje nam ciekawy obraz walki toczącej się na ziemi pomiędzy 
uzbrojonymi w zwykłą broń białą ludzkimi wojownikami i eskadrami kulistych, latających pojazdów, które 
nieustannie bombardowały przeciwnika najwymyślniejszymi środkami bojowymi. Być może z takich właśnie 
pojazdów w innych bitwach dokonano ataku jądrowego? 

4. Mahabharata - bitwa tarakamaja 

Tzw. bitwa tarakamaja to jeden z istotniejszych wątków indyjskiego eposu. Opowiada on o wielkiej wojnie, jaka 

background image

toczyła się pomiędzy bogami światła, a asurami, którą to nazwą w mitologii hinduskiej określa się demony. Walka 
toczyła się na całej planecie: na lądzie, w morzu i w powietrzu. Na początku pojedynek toczyli: Wirta - przywódca 
asurów i bóg nieba - Indra. Później nastąpiła eskalacja konfliktu. Na Ziemię przyleciał bóg ognia - Agni w 
towarzystwie 33 innych bogów zmuszając demony do ucieczki w głąb mórz. Do zwycięstwa było jednak daleko. 

Mahabharata przekazuje nam historię Ardżuny i Kryszny, którzy przed czekająca ich walką poprosili Siwę-
Paśupati i Durgę, aby Ci udostępnili im 'magiczną' broń. I w ten sposób do toczącej się na Ziemi walki włączono 
broń ostateczną - pociski nuklearne. Z ich to wykorzystaniem Ardżuna potrafił likwidować całe miasta, które 
'znikały' w białej chmurze powstałej po eksplozji. Mając na uwadze wcześniejsze opisy, nie wątpię, że 
unicestwienie całych miast leżało w zasięgu boskich możliwości. 

Ardżuna uzyskawszy najwspanialszą z możliwych broni wyruszył na rozkaz Indry do walki z demonami, którzy w 
podmorskich twierdzach zgromadzili 30 milionów żołnierzy! Pan niebios przekazał Ardżunie swój latający 
pojazd, który mógł również poruszać się pod wodą, a także najlepszego pilota o imieniu Matali. Doszło do 
zaciekłego starcia, które przybrało postać globalnej katastrofy. Asurowie chcieli sprowadzić na świat potop, ale 
niszczycielski atak Ardżuny 'wysuszył' wodę i unicestwił siły demonów. Tryumfator wkroczył do siedzib 
pokonanych. 

W innym miejscu eposu odnajdujemy jeszcze bardziej 'fantastyczną' historię. Ardżuna zaatakował kosmiczne 
miasto krążące, jak się zdaje na okołoziemskiej orbicie. Kosmiczna stacja została zepchnięta z orbity tak, że omal 
nie spadła na Ziemię, a następnie została rozerwana na strzępy przez śmiercionośny pocisk odpalony przez 
Ardżunę. Totalne zwycięstwo. 

5. Rygweda 

I całe stworzenie drżało przed nim [Parajaną] i jego straszliwą bronią; także niewinny ustępował przed nim, co 
miał siły byka, kiedy on, Parajana, grzmiąc zabijał złoczyńców. 

Nic dziwnego, że nawet nie będący wrogami Parajany ustępowali przed jego gniewem. W końcu broń atomowa 
nie wybiera, kogo ma zabić. Tak, jak w obecnych czasach, ten, kto ma do dyspozycji broń jądrową stoi na 
uprzywilejowanej pozycji. Zwłaszcza, gdy siła jego nuklearnego ataku jest naprawdę potężna: 

O kapłani, jednym rzutem rozbił sto zamków Cambry... 

a zniszczenia napawają grozą: 

Pośpiesznie lecą twe wirujące płomienie, postępują ze śmiałą odwagą. Uwolnione z więzów rozlewają się wokół 
skrzydlate płomienie. 

Już wskazywałem na to uwagę, ale warto przedstawić to na kolejnym fragmencie. Otóż znów pojawia nam się 
ognista fala uderzeniowa towarzysząca eksplozji nuklearnej, ale nie to jest najciekawsze. Jak wiadomo w wyniku 
reakcji jądrowej zachodzącej w czasie eksplozji dochodzi do rozerwania wiązań atomowych, co powoduje 
wyzwolenie olbrzymich ilości energii. W powyższym opisie jest mowa o 'uwolnieniu z więzów'. Zdaję sobie 
sprawę, iż taka interpretacja jest śmiała i może okazać się za daleko idącą, ale... Czy aby na pewno jest to tylko 
metafora? Czy tylko przypadkiem określenie takie pojawia się kilkukrotnie przy okazji relacji z ataku jądrowego? 
A może jest to nieświadomy przekaz istoty działania tej broni, który przekazany przez bogów został wypaczony 
przez ludzi? Lektura coraz to nowych mitologii, pełnych technonaśladowczych określeń skłania mnie do coraz 
śmielszych hipotez, które szybko znajdują oparcie w rzeczowych argumentach. 

6. Ramajana 

Przyodziany w niebiańskie materie, wstępuje Rama do rydwanu i rzuca się do walki, jakiej ludzkie oczy dotąd nie 
widziały. Bogowie i śmiertelnicy baczyli na bitwę, w drżeniu spoglądali na atak Ramy w jego niebiańskim 
bojowym rydwanie. Chmury od śmiertelnych pocisków przyćmiły błyszczące oblicze firmamentu. I nastał mrok 
nad polem bitwy. 

Rama był swego czasu najpotężniejszym bogiem hinduskim. Nic jednak dziwnego, skoro w swym latającym 
statku bojowym wyposażonym w straszliwą broń był nie do pokonania, decydował o życiu i śmierci całych 
narodów. Na szczególną uwagę zasługuje określenie 'przyodziany w niebiańskie materie'. Podobne określenie 
znajdziemy w wielu innych mitologiach świata. W Mezopotamii bogini Isztar zanim wyruszyła w podróż 
latającym pojazdem ubierała się w szatę zwaną 'pala'. W Biblii Ezechiel został ubrany w specjalne szaty, zanim 
pojazd boga przewiózł do na 'wysoką górę'. Na całym świecie spotykamy wyobrażenia bogów w dziwnych 
szatach, hełmach... Dziś mamy na nie specjalne określenie - skafander kosmiczny. 

background image

Straszliwe wiatry wstrząsnęły wzgórzami, dolinami i oceanem, słońce pobladło. A skoro bitwa nawet teraz nie 
chciała ustać, chwycił Rama w gniewie broń Brahmy, naładowaną niebiańskim ogniem. To była skrzydlata broń 
światła, śmiercionośna niczym piorun zesłany przez niebo. A gdy okrągły łuk przyśpieszył jej lot, broń 
gromowładna runęła w dół i na wskroś przewierciła metalowe serce Rawany. 

Gdy wszelkie inne środki zawodziły bogowie sięgali po broń nuklearną - środek ostateczny. Sądząc po opisie 
Brahma dysponował taką bronią, którą udostępnił Ramie. Musiała ona mieć olbrzymi zasięg. Jak współczesne 
rakiety balistyczne dalekiego zasięgu wystrzelone, leciały po paraboli, najpierw unosząc się w do wysokich 
warstw atmosfery, by potem spaść z nieba 'niczym piorun' niosąc śmierć i zniszczenie... 

I to tyle, jeśli chodzi o mitologię indyjską. Na pewno wiele jest jeszcze równie ciekawych fragmentów, w końcu 
eposy hinduskie należą do najdłuższych dzieł spisanych w historii ludzkości. Sądzę jednak, iż to, co 
przedstawiłem w zupełności wystarcza by Cię drogi czytelniku zaciekawić. W kolejnych częściach cyklu 
zapoznamy się z innymi mitami wskazującymi na to, iż wojny jądrowe w starożytności były faktem. Przedstawię 
również dowody materialne na potwierdzenie moich tez. Tychże znajdziemy sporo już w samych Indiach." 

 Cały świat 

 

"W połowie naszego cyklu czas dokonać podsumowania mitologicznej jego części. Przyjrzeliśmy się do tej pory 
legendom Sumeru i eposom Indii odnajdując w nich przekazy niezbicie świadczące o tym, iż w zamierzchłej 
przeszłości bogowie toczyli niszczące wojny, między innymi z użyciem broni atomowej. W tej części chciałbym 
zabrać Cię w podróż dookoła świata. Pokazać, że podobne opisy znajdziemy w niemal wszystkich zakątkach kuli 
ziemskiej, dowieść, że wojny atomowe były w starożytności zjawiskiem globalnym. 

1. Atlantyda, Mu, Kassakara, Ventui, Lenka... 

Wszystko to nazwy zaginionych lądów, zatopionych w falach oceanu przez niewyobrażalną katastrofę. Wiele 
przekazów wiąże ich zagładę z toczonymi przez bogów wojnami na skalę międzykontynentalną. Atlantyda i 
Kassakara miały się ponoć wzajemnie unicestwić używając szczególnie niszczycielskiej broni. Lenka miała być 
spustoszona w wyniku wojennej zawieruchy, pewne przekazy mówią, iż padła ofiarą najazdu Atlantydów. 
Niektórzy badacze wiążą te wydarzenia właśnie z wojnami atomowymi. Jakkolwiek tezy o używaniu broni 
jądrowej nie są pozbawione podstaw, o tyle hipotezy o zagładzie całych lądów są w moim mniemaniu chybione. 
Co innego zniszczyć miasto, górę, skazić ogromne obszary lądu i wody, o czym mieliśmy okazję czytać we 
wcześniej cytowanych źródłach, co innego natomiast zagłada całego kontynentu i pogrążenie go w odmętach 
oceanu. Według mnie nie mogła to być 'zwykła' broń nuklearna i dlatego rozwodzenie się nad zaginionymi lądami 
zostawiam na czas późniejszy i inne opracowanie. 

2. Tradycja germańska - bitwa Azów 

Centralnym punktem wątku wojen bogów w mitologii germańskiej jest legenda o tak zwanej bitwie Azów. Co 
charakterystyczne nie tylko Ziemia, ale również Kosmos był areną tego konfliktu i obiektem rywalizacji. 
Szczególnie istotna jest scena finałowa tych mitów, która przetrwała w pamięci ludzkiej, jako 'zmierzch bogów', 
koniec świata: 

Zmiarkowaliście ogrom grzechu?... Dlatego Odyn miota włócznię w zastępy. Dlatego padł Bollwerk, zamek 
Azów, gdzie szukali schronienia, byli bowiem nadzy... Utracili szczęście, prawdziwy blask jasności, zamienili 
bowiem istotę rzeczy na pozór, utracili Idafel, raj i musieli deptać na polu bitwy jako Wanowie szaleni. 

Kultury Bliskiego Wschodu i Indii zachowały swe legendy w źródłach pisanych. Jako centra cywilizacyjne 
rozwijały się mając bogów za przewodników. W północnej Europie tego nie było. Brak jest wspaniałych 
osiągnięć, brak wymyślnych dzieł sztuki i wspaniałych eposów. Nie możemy natomiast narzekać na ilość ustnie 
przekazywanych opowieści. Czas i zacofanie kulturowe ludzi tego regionu wpłynął zdecydowanie niekorzystnie 
na jakość przekazów. Analizując je w oderwaniu od całokształtu mitologii światowej nie dalibyśmy rady 

background image

przedstawić konstruktywnych wniosków, mając jednak spore możliwości porównawcze możemy pokusić się o 
odszyfrowanie nawet tak bajecznych relacji. 

Już pierwsze zdanie rzuca nam się w oczy - wszędzie i zawsze jest mowa o karze, boskim wyroku, grzechu, 
zepsuciu itd. Przy okazji opowieści o Sodomie i Gomorze rozszyfrowaliśmy właściwe znaczenie tego zwrotu. W 
świecie rządzonym przez bogów, targanym ich ciągłymi wojnami grzechem było poparcie przeciwnika. Miasta 
nad Morzem Martwym zapłaciły straszliwą cenę za to, iż posłuchały 'złego słowa' Marduka. W powyższym 
fragmencie mamy do czynienia z nieco inną sytuacją - tu zbuntowanymi są Azowie - istoty 'wyższe', nie zaś 
ludzie. Jednak nie trzeba daleko szukać, by uwiarygodnić tę opowieść. W niezliczonych systemach religijnych 
sedno sprawy wyraża się w walce dobra ze złem, sił światła i ciemności, wyższych bogów z ich następcami, 
bogów między sobą. Wystarczy przypomnieć biblijnych 'synów bożych' - upadłych aniołów. Schemat wszędzie 
pozostaje ten sam - Ziemia jest obiektem rywalizacji co najmniej dwóch grup bogów, ludzie zaś, którzy mieli 
nieszczęście znaleźć się pomiędzy walczącymi bogami ginęli, tak, jak to mieliśmy okazję obserwować śledząc 
mity przedstawione w poprzednich częściach cyklu. 

Warto jeszcze zwrócić uwagę na takie elementy jak 'włócznia' miotana przez Odyna. Podłużny kształt pocisku, 
olbrzymie zniszczenia wywołane uderzeniem... Mając w pamięci sumeryjskie opisy rakiet balistycznych 
doskonale pasujących do tego zdawkowego sformułowania - wszystko staje się jaśniejsze. A fakt zniszczenia 
siedziby Azów, bezpiecznego schronienia, jakim był dla nich zamek Bollwerk? Czy nie przypomina to do 
złudzenia bitwy tarakamaja z tradycji hinduskiej? Również efekt wojny jest zaskakująco podobny - bogowie 
zwyciężyli, ale olbrzymim kosztem, ponieśli straty, z których nigdy się już nie podźwignęli, nastąpił zmierzch 
bogów, kres ich panowania na Ziemi, która odtąd stała się wyłączną domeną pozostawionej sama sobie ludzkości. 

3. Edda 

Święta księga ludów północy - Edda [inne nazwy: Edda Poetycka, Wieszczba Wölwy, Völsupá] również brzmi 
bajkowo: 

Wije się wąż świata, straszny w swej wściekłości, bije morskie bałwany... Surt idzie z południa z ogniem 
zniszczenia, boskich wojów miecz jak słońce błyszczy, skały kruszą się; mężowie kroczą śmierci drogą, niebo 
pęka... W górze wysoko wąż lśniący zieje, smokowi na spotkanie syn Odina idzie, z wściekłością go wali obrońca 
Midgardu... Słońce ciemnieje, ziemia osuwa się w morze, spadają z nieba jasne gwiazdy, szaleją dymy i ogień, co 
życie ożywiał, płomieni żar wysoko strzela pod niebo. 

W baśniowej otoczce znajdujemy jednak wszystkie elementy wybuchu jądrowego, które tak precyzyjnie opisywali 
nam sumeryjscy i indyjscy kronikarze: ogień, słup płomieni i dymu, niszcząca fala uderzeniowa, rozbłyski 
spadających na ziemię świateł, huk i grzmoty [niebo 'pęka', lub 'spada'], fale powodziowe wywołane wstrząsami. 
Wystarczy tylko spojrzeć na tę opowieść i porównać ją z jakże rzeczowymi relacjami innych mitów, by dojść do 
wniosku, iż również pod tym fragmentem kryje się zawoalowany przekaz o prawdziwej naturze opisywanych 
zdarzeń. 

Hipoteza o bratobójczych wojnach bogów znajduje potwierdzenie również w tym fragmencie, a konkretnie w 
określeniu 'wąż świata'. W koncepcji Dänikenowskiej, tradycyjnie już przyjmuje się, iż smoki, węże i inne 
mityczne potwory to albo latające pojazdy bogów, albo zaawansowane technicznie machiny wojenne. W wielu 
wypadkach tak z pewnością jest, natomiast należy pamiętać też o tym, iż w niektórych mitologiach na czoło 
wybija się pewna cecha charakterystyczna - tendencja do swoistej animizacji bogów. Analizując poszczególne 
przekazy i opierając się na pracach Sitchina i Alforda jestem skłonny stwierdzić, iż każdy z bogów posiadał coś na 
kształt herbu, znaku rozpoznawczego, którym było zazwyczaj zwierzę. Również poszczególne ich frakcje 
występowały pod tego typu 'sztandarami', zwykle wywodzącymi się od znaku rozpoznawczego przywódcy. 
Według mnie to właśnie spowodowało, iż tyle w starożytnych legendach opisów, w których wyraźnie nie mamy 
do czynienia ani z potworami, ani pojazdami mechanicznymi, tylko z postaciami bogów opisanymi za pomocą 
zwierzęcych symboli. 

Dowodów wskazujących na prawdziwość tego twierdzenia jest wiele. Tymczasem, chciałem powrócić tylko do 
jednego ze zwierzęcych wyobrażeń: smoka/węża. W niemal wszystkich systemach mitologicznych Bliskiego 
Wschodu [ale nie tylko tam], w których pojawiają się te stworzenia, są one ucieleśnienie złych mocy, z którymi 
bezustannie potykają się przedstawiciele dobra - bogowie i herosi. Oczywiście gdzie indziej [n/p Ameryka 
Środkowa] sytuacja jest odwrotna i to wąż/smok jest tym 'dobrym'. Co z tego wynika? 

Zwracałem już uwagę na fakt, iż grzech, zło i wynikająca z tego kara są związane z wojnami bogów. Boskim 
grzechem był bunt przeciwko starszym/wyższym bogom, ludzkim grzechem - pomoc rebeliantom. Kara zaś nie 
miała żadnego szczytnego celu, jak to nieraz opowieść twierdzi - była ślepą zemstą, unicestwieniem potencjalnego 
zagrożenia, pokazem siły mającym zapobiegać podobnym próbom sprzeciwu w przyszłości. Oznacza to, iż nie 

background image

było dobrych i złych bogów, a raczej byli, tylko że ocena zależała od konkretnej sytuacji. W rejonach 
podporządkowanych określonej frakcji zawsze druga strona [co oczywiste] była złym wrogiem, którego należy 
zniszczyć za wszelką cenę. Wracając na chwilę do Sumeru: skupieni wokół Marduka buntownicy - Enkici byli 
wyobrażani symbolicznie właśnie jako węże! 

Jednolitość mitologicznych wyobrażeń pochodzących z najróżniejszych zakątków świata skłania do przyjęcia, iż 
bogowie występujący w różnych systemach religijnych to Ci sami Przybysze, którzy zawitali na Ziemię. Wyraźnie 
potwierdzają to również poszczególne przekazy [porównaj cykl Kronika z Akakor]. Podróżowali oni po całej 
planecie, tocząc swe wojny. Zależnie od tego, kto dany region kontrolował, jedna bądź druga grupa funkcjonowała 
jako 'prawdziwi', dobrzy bogowie. Analiza porównawcza wskazuje, iż 'węże' dominowały w Ameryce, Egipcie, 
wschodniej Azji. Bliski Wschód zaś i Europa to obszary, gdzie funkcjonowały one jako symbol zła. 

Ale, wracając do tematu: 

4. Hellada 

Mitologia grecka jak mało, która obfituje w niezliczone opisy boskich utarczek. Nie mówię tu o drobnych sporach 
pomiędzy poszczególnymi bogami olimpijskimi, które były na porządku dziennym, ale o prawdziwie 
apokaliptycznych starciach, wśród których na pierwsze miejsce wysuwa się walka z Tytanami. Każdy z nas, w 
mniejszym lub większym stopniu zna mity Grecji i Rzymu, ograniczę się więc do dwóch tylko cytatów z mnogiej 
ich liczby do wyboru. Pierwszy fragment pochodzi z Iliady Homera, który to epos, choć będący dziełem czysto 
literackim, w tym fragmencie wyraźnie ukazuje swe mitologiczne korzenie: 

Lecą na siebie, w ręku z groźnymi oszczepy. 

Ryknęła ziemia, nieba zatrzęsły się sklepy... 

Czemu bogów do boju przez twą dumę wypychasz? 

To zaś obszerny fragment jednego z mitów: 

Wśród bogów rozgorzał gwałtowny i gorzki spór. Rzucili się na siebie z tak potężnym hałasem, a odległa ziemia 
zadrżała, a z nieba dalekiego rozległ się głos niczym trąby. Serce Zeusa radowało się, gdy ujrzał bogów w walce. 
A ziemia się rozstąpiła ręką Posejdona, bo sprawił, że się zatrzęsła; tak potężny był hałas, jaki się wzniósł, gdy 
bogowie rzucili się na siebie. A ziemia się zapaliła i spaliła zmarłych i cała była wypalona. I cierpiały męki 
węgorze i ryby w swych odmętach, a przejrzyste wody zawrzały i zabulgotały. 

5. Biblia 

Do Pisma Świętego nawiązałem już podczas opowieści o Sodomie i Gomorze [patrz poprzednia część cyklu], 
obecnie czas na inny fragment, pochodzący z Apokalipsy Św. Jana. Księga ta obfituje we wszelkiego rodzaju 
kataklizmy, katastrofy, w tym i takie, które wykazują cechy opisów użycia broni atomowej. Zdaję sobie sprawę, iż 
sięgnięcie do tego akurat źródła może się wydać chybione. Apokalipsa to dla wielu księga prorocza, 
przepowiadająca koniec świata, inni wysuwają z kolei teorię, w myśl której jest to opowieść o dziejach żony 
Jezusa, Marii Magdalenie uciekającej z Palestyny do Francji. Niezależnie od rozważań nad znaczeniem 
Apokalipsy jedno nie ulega wątpliwości - również tu, wiele opisów jest zaczerpniętych z mitologii 
mezopotamskiej, a więc zawiera pośrednio informacje o rzeczywistych wojnach opisywanych przez sumeryjskich 
kronikarzy, a nie tylko treść przypisywaną jej przez badaczy i teologów. A więc, cytujmy: 

A anioł wziął kadzielnicę i napełnił ją ogniem z ołtarza i rzucił ją na ziemię. I nastąpiły grzmoty donośne i 
błyskawice, i trzęsienie ziemi. [Obj.8,5] 

Przytoczony fragment wygląda na daleką reminiscencję wiedzy o prawdziwej naturze niszczycielskiej broni 
bogów. W wielu innych mitologiach broń ta była jak tu: wypełniona boską mocą, nieznaną energią, namaszczona 
w boskich siedzibach. Pamiętając o opisach indyjskich wiemy, iż bogowie stosowali nie tylko rakiety balistyczne, 
ale również pociski zrzucane bezpośrednio z latających pojazdów. W obu przypadkach skutki były zaś takie same: 

I zatrąbił pierwszy. I powstał grad i ogień przemieszane z krwią, i zostały rzucone na ziemię... I spłonęła jedna 
trzecia ziemi, spłonęła też jedna trzecia drzew, i spłonęła wszystka zielona trawa. [Obj.8,6-7] 

Ogień, zniszczenie, huk, grzmoty, apokalipsa, tak w tej relacji, jak i w innych. W Objawieniu Św. Jana bomby 
rzucają aniołowie. Można się jedynie zastanawiać, czy czasem nie użyto tu określenia aniołowie na opisanie 
powietrznych machin, jakie wysłał Jahwe dla dokonania zniszczenia. W końcu cheruby z księgi Ezechiela zostały 

background image

trafnie zidentyfikowane, jako elementy pojazdu latającego. Ale, kontynuujmy lekturę: 

I spadła z nieba wielka gwiazda płonąca... a imię tej gwiazdy Piołun... a wielu ludzi pomarło od tych wód, dlatego, 
że zgorzkniały. [Obj.8,10-11] 

Zgorzkniałe wody? Skąd My to znamy? Nie muszę chyba nikomu przypominać, że jednym z zasadniczych 
skutków wojny jądrowej, tak w rzeczywistości, jak i w opisach mitologicznych jest skażenie wody, bardzo często 
opisywanej właśnie jako zgorzkniała. W tym kontekście gwiazda Piołun jawi się, jako jaśniejący na nocnym 
niebie spadający pocisk jądrowy. Można oczywiście spekulować nad bronią chemiczną, ale w kontekście całego 
opisu należałoby się raczej skłonić do koncepcji 'jądrowej'. 

I widziałem gwiazdę, która spadła z nieba na ziemię... i otwarła studnię otchłani. I wzbił się ze studni dym... a 
słońce i powietrze zaćmiły się od dymu ze studni. [Obj.9,1-2] 

I wreszcie moment kulminacyjny - opis bezpośredniego uderzenia pocisku nuklearnego w cel... czyż nie idealnie 
pasujący do analogicznego opisu z eposu o Gilgameszu? Tam, zniszczeniu uległa cała góra, tu siła wybuchu 
wyrwała krater w ziemi, z którego wzbił się następnie w górę słup dymu i ognia, rozpościerając charakterystyczny 
'grzyb' nad całą okolicą. 

Jak, już wspominałem opisy użycia broni jądrowej należy łączyć z faktem wojen toczonych między bogami. 
Konflikty te często przedstawiane były pod postacią ścierania się sił dobra i zła. W Biblii, a zwłaszcza w 
apokryficznej księdze Henocha nie brak opisów 'upadku aniołów', 'zrzucenia aniołów' z nieba, 'strąceniu upadłych 
aniołów' na ziemię. Wszystko to nic innego, jak wojny bogów obecne w innych systemach mitologicznych. 'Zła' 
strona takich konfliktów jest czasem przedstawiana pod postacią węży i smoków. O tym również pisałem w 
poprzedniej części naszej opowieści, a teraz chciałem wspomnieć jedynie, iż także w tradycji chrześcijańskiej ta 
symbolika została zachowana: 

I wybuchła walka na niebie: Michał i aniołowie jego stoczyli bój ze smokiem. I walczył smok i aniołowie jego. 
Lecz nie przemógł i nie było już dla nich miejsca na niebie... zrzucony został na ziemię, zrzuceni też zostali z nim 
jego aniołowie. [Obj. 12,7-9] 

Warto jeszcze wspomnieć, iż egipska Księga Umarłych opisuje identyczną sytuację - kosmiczną walkę Ra z jego 
wiarołomnymi dziećmi. 

6. Chiny 

Nie dysponując niestety bezpośrednią treścią mitów kraju środka mogę poprzestać jedynie na wyliczeniu kilku 
określeń, które jednoznacznie wskazują na to, iż również ta mitologia niczym nie odbiega od reszty świata, jeśli 
chodzi o obecność opisów broni jądrowej. 

- włócznie gromów = pociski balistyczne 

- uderzenia pioruna = eksplozje bomb i rakiet 

- kulisty ogień = fala uderzeniowa 

- niebiańskie parasole = charakterystyczny 'grzyb' po wybuchu atomowym 

To tylko mały wycinek naprawdę fascynujących mitów wschodniej Azji, w których odnajdziemy opisy wielu 
niezwykłych urządzeń technicznych i broni. Szczegółowo problemem tym zajmował się Peter Krassa i do jego 
książek pozostaje mi odesłać czytelnika. 

7. Thai'owie 

Jednym ze stale przewijających się motywów jest niewidzialna śmierć nadchodząca po wybuchu, skażenie ludzi, 
zwierząt, wody - opad radioaktywny. Ciekawie przedstawiają się tu legendy ludu Thai opisujące latającego węża, 
Thien-sze: 

Niebiański wąż zaćmił niebo; a tam, gdzie przeszedł, ludzie z trudem chwytali powietrze. Z jego ciała nieustannie 
spadał na ziemię biały pył, który powodował nie tylko trudności w oddychaniu, lecz także nieuleczalną wysypkę, 
która odbierała ludziom siły, aż wreszcie umierali w cierpieniach. Biały pył Thien-sze dławił też wszystkie rośliny 
i małe zwierzęta. 

background image

Przyznaję, że opis ten bardziej przypomina użycie broni chemicznej, takie jaką stosowali n/p Amerykanie w czasie 
wojny w Wietnamie, jednakże jest to relacja na tyle ciekawa, że mimo wszystko postanowiłem ją zamieścić, 
zwłaszcza, że podobne historie odnajdziemy gdzie indziej: w Mahabharacie: 

Grom opadł i stał się drobnym pyłem. Aby ujść przed tym ogniem, żołnierze rzucili się do rzek, aby obmyć ciała i 
zbroje. 

Oraz w Biblii [również 'wysypka']: 

I wyszedł pierwszy, i wylał czaszę swoją na ziemię; i pojawiły się złośliwe i odrażające wrzody na ludziach. 
[Obj.16,2] 

8. Ameryka Środkowa 

Aby nie pominąć żadnego kontynentu pora przenieść się do Ameryki. Wśród wielu mitów i legend opisujących 
kataklizmy, zdecydowana większość jest łączona przez samych autorów z katastrofami naturalnymi, obszernie 
zajmuję się tym problemem w cyklu Kronika z Akakor. Nie przeinaczając zdania samych twórców tych opowieści 
wspomnę jedynie o dwóch ciekawych faktach. W mitologii Indian kanadyjskich przetrwały historie opowiadające 
o straszliwych demonach, które pojawiły się daleko na południu i zniszczyły tamtejsze wielkie miasta. Z Ameryki 
Środkowej pochodzą natomiast przekazy, w myśl których bogowie spalili ziemię bronią 'gorącą, jak słońce'. 
Wreszcie w Popol Vuh, świętej księdze Majów Quiche odnajdujemy historię, jako żywo przypominającą biblijną 
opowieść o Sodomie i Gomorze: 

...słońce wstało i wzniosło się jak człowiek. I nie można było wytrzymać jego ciepła... Natychmiast przemienili się 
w kamień. 

Niniejszym kończę mitologiczną część cyklu starożytnych wojen atomowych. Starałem się możliwe najpełniej 
przedstawić mity i legendy, w których doszukać się możemy faktów potwierdzających tytułową tezę. W 
opracowaniu tym wykorzystałem większość ze zgromadzonych przeze mnie materiałów, ale zdaję sobie sprawę, 
że istnieje ich o wiele więcej. Dlatego, jeśli posiadasz, drogi czytelniku, jakiekolwiek mity i legendy, których treść 
jest zbliżona do tych, zaprezentowanych w moich artykułach, bardzo proszę o kontakt. Moim zamiarem jest 
stworzenie możliwie najbardziej wyczerpującego opracowania tematu. Jednocześnie zapraszam do lektury piątego 
już odcinka, który poświęcę dowodom archeologicznym potwierdzającym moją wiadomą tezę." 

Stopione miasta

"Po wyczerpujących temat, jak mi się przynajmniej zdaje, częściach poświęconych mitologii, czas przedstawić 

fizycznie istniejące dowody na potwierdzenie wysuwanych tez, czas ukazać materialne świadectwo wojen 

atomowych w starożytności. 

Zaczniemy od zeszklonych fortów w Szkocji. Kwestia ta jest jedną z największych zagadek archeologii. I to 

zagadek na olbrzymią skalę. Na rozległej przestrzeni szkockiego wybrzeża znajduje się co najmniej 60 pełnych 

tajemnic fortów. Jako przykład mogę podać kilka najbardziej znanych: Tap o'Noth, Dunnideer, Craig Phadraig 

(rejon Inverness), Abernathy (rejon Perth), Dun Lagaidh (rejon Ross), Cromatry, Arbka-Unskel, Eilean na Goar i 

Bute-Dunagoil w cieśninie Bute u wybrzeży wyspy Arran, wreszcie Cauadale na wzgórzu w Agryll na zachodzie 

kraju. Pochwalę się, że część z tych miejsc udało mi się znaleźć na moich, nie grzeszących szczegółowością, 

mapach. 

Najbardziej okazałym, a przy tym będącym najlepszym przykładem na opisanie tego, o czym będę mówić jest fort 

Tap o'Noth, zlokalizowany w okolicach wsi Ryhnie w północno-wschodnim regionie Szkocji, w hrabstwie 

Aberdeenshire. Zamek wznosi się na szczycie mającej 560 metrów wysokości góry o tej samej nazwie. Idąc w 

jego kierunku mamy z początku wrażenie, iż ściany wykonane są ze zwykłych tłuczonych kamieni, gdy jednak 

podchodzimy bliżej, wrażenie to mija i ogarnia nas zdumienie: cała powierzchnia murów to jednolita warstwa 

stopionej skały! Poszczególne kamienie, spoiwa je łączące, wszystko to przestało istnieć, gdy olbrzymia 

temperatura stopiła je w jednolitą szklaną masę. Gorąco było na tyle wysokie, by stopić skały do postaci płynnej 

masy - na powierzchni murów wyraźnie widać zacieki stopionego szkliwa. 

Istnienie tajemniczych fortów w zaludnionym przecież regionie świata nie mogło być dla nikogo tajemnicą. I 

rzeczywiście, kwestia ta wzbudzała zainteresowanie ludzi od niepamiętnych czasów, nikt bowiem nie wie, jaka to 

background image

starożytna cywilizacja, po której nie został żaden inny ślad wzniosła te twierdze. Nikt też nie wie, jaki to 

kataklizm doprowadził do zagłady jej twórców. Szkocja wzbudziła zainteresowanie archeologów już w XIX 

wieku. W roku 1880 ukazał się artykuł Edwarda Hamiltona 'Zeszklone forty na zachodnim wybrzeżu Szkocji'. Z 

tego właśnie opracowania zacytuję teraz obszerny fragment: 

W miejscu, w którym Loch na Nuagh [nazwa wąskiej zatoki w formie fiordu] zaczyna się zwężać, gdzie 

przeciwległy brzeg leży w odległości od półtorej do dwóch mil [2,4-3,2 km], znajduje się mały cypel połączony ze 

stałym lądem pasem piasku i trzcin, który bywał najwidoczniej kiedyś pod wodą w czasie przypływu. Na płaskim 

szczycie tego cypla znajdują się ruiny zeszklonego fortu, którego właściwa nazwa brzmi Arka-Unskel. Skały, na 

których się wznosi, to metamorficzny gnejs porośnięty trawą i paprociami. Z trzech stron wznoszą się one niemal 

pionowo na wysokość 110 stóp [33 m] nad poziom morza. Płytkie zagłębienie dzieli gładką powierzchnię szczytu 

na dwie części. Na większej z nich, z urwiskami opadającym ku morzu, mieści się główna część fortu, która 

zajmuje całą płaską powierzchnię. Ma kształt jakby owalu, którego obwód mierzy około 200 stóp [60 m]. Całość 

jego murów jest zeszklona... Kopaliśmy pod tymi zeszklonymi ścianami i znaleźliśmy tam coś bardzo 

interesującego, co rzuca światło na sposób, w jaki zastosowano ogień do zeszklenia ścian. Wewnętrzna część 

górnej, zeszklonej ściany, była na odcinku od jednej do półtorej stopy [0,30-0,45 m] zupełnie nietknięta przez 

ogień, z wyjątkiem tego, że pewna część płaskich kamieni była lekko zlepiona i że kamienie - wszystkie ze szpatu 

polnego - były ułożone warstwami, jedna na drugiej. Jest więc oczywiste, że najpierw na podłożu oryginalnej 

skały zbudowano fundament z bloków skalnych, a następnie ułożono grubą warstwę z luźnych, w większości 

płaskich kamieni ze szpatu polnego, a także innych skał, jakie były dostępne w sąsiedztwie, po czym zeszklono ją 

za pomocą dostarczonego z zewnątrz ciepła. Tego rodzaju fundament z luźnych bloków jest również w 

zeszklonym forcie Dun Mac Snuichan w Loch Etive. 

Hamilton opisuje jeszcze jeden zeszklony fort, znacznie większy, usytuowany na wyspie u wejścia do Loch Ailort. 

Wyspa ta, o miejscowej nazwie Eilean na Goar, jest najbardziej wysunięta na wschód i ze wszystkich stron opada 

do morza gnejsowymi urwiskami. Jest to siedlisko i miejsce lęgu wielu gatunków morskich ptaków. Na płaskiej 

powierzchni wieńczącej jej szczyt wznoszącej się na wysokość 120 stóp [36 m] nad poziom morza znajdują się 

ruiny zeszklonego fortu w kształcie prostokąta z ciągłą linią wału obronnego w postaci zeszklonej ściany o 

grubości 5 stóp [1,5 m] łączącej się w południowo-zachodnim krańcu z wielką pionową skałą gnejsową. Długość 

obwodu przestrzeni zawartej wewnątrz tej ściany wynosi 420 stóp [126 m], zaś szerokość - 70 stóp [21 m]. Wał 

obronny jest ciągły i ma około 5 stóp [1,5 m] grubości. U wschodniego krańca znajduje się duża część ściany w jej 

oryginalnym położeniu, zeszklona po obu stronach. Wewnątrz przestrzeni otaczanej przez mur jest głębokie 

zagłębienie, w którym leży cała masa zeszklonych kawałków ściany, najwidoczniej przemieszczonych z miejsca 

oryginalnego położenia. 

Hamilton zadawał sobie, rzecz jasna, wiele pytań dotyczących fortów, w szczególności zaś, w jaki sposób mogła 

powstać ich zeszklona powierzchnia. Jedną z najwcześniejszych koncepcji była absurdalna teza, iż twierdze te 

postawiono na wulkanach lub, że do ich konstrukcji użyto stopionych skał pochodzenia wulkanicznego. Nie 

muszę chyba dodawać, iż w żadnym z tego typu fortów nie odkryto śladów działalności wulkanicznej, w 

większości w ogóle nie mamy do czynienia ze skałami wulkanicznymi, wreszcie stopione są nie pojedyncze głazy, 

a cała powierzchnia murów i ścian tajemniczych budowli. Jest jasnym, iż uległa ona stopieniu już PO ich 

wzniesieniu. 

Teorię tą szybko zastąpiono inną, głoszącą, iż zabieg topienia ścian był sztucznie wywołany i jak najbardziej 

celowy, a miało chodzić o zwiększenie ich wytrzymałości i trwałości. W tym celu całą twierdzę obkładać miano 

łatwopalnym materiałem i następnie podpalano. Hipoteza ta byłaby bardzo interesująca, gdyby nie kilka istotnych 

kwestii. Po pierwsze tego typu zabieg nie wzmacnia w żaden sposób ścian, więcej - wyraźnie je osłabia! Wysoka 

temperatura, jaka spowodowała zeszklenie była zbyt niska, by procesem tym objąć całość użytych do budowy 

skał. Wynikiem tego powierzchnia jest stopiona, wnętrze zaś nie. Skutkuje to łatwym kruszeniem i łuszczeniem 

się skał. Byłoby zrozumiałe, gdyby taki zabieg użyto raz, na próbę, ale wszystkie forty zostały w ten sposób 

potraktowane, co wyklucza możliwość eksperymentów z utwardzaniem. Idąc dalej - wiele z fortów jest 

zeszklonych jedynie częściowo, tak jakby gorąco uderzało jedynie z jednego kierunku. Jest to dowodem na to, iż 

nie mamy tu do czynienia z celowym zabiegiem, mającym wzmocnić całość konstrukcji, po drugie zaś - źródło 

temperatury, która spowodowała zeszklenie znajdowało się NA ZEWNĄTRZ konstrukcji! Podważa to całkowicie 

tezę o obłożeniu całej budowli substancjami łatwopalnymi i podpaleniu JEJ samej. 

Mimo tych argumentów, w zasadzie wykluczających poważne traktowanie teorii o celowym działaniu człowieka, 

mającym na celu wzmocnienie zamków, hipoteza ta, w braku innych 'logicznych' wyjaśnień była dalej 

eksploatowana. Odwołano się do jedynych istniejących źródeł pisanych traktujących o architekturze Galów - dzieł 

Gajusza Juliusza Cezara. Opisuje on konstrukcje zwane murus gallicus, które składały się z dwóch równoległych 

warstw kamieni, wypełnionych i wzmocnionych od środka gruzem i balami drewnianymi. W wyniku podpalenia 

background image

takiej konstrukcji mury miały ulec zeszkleniu. Badacze obmyślili ponadto, że do gruzu dodawano substancji 

zapalających i w ten sposób dokonywano zeszklenia murów. Hipoteza ta, tak jak poprzednia, wydaje się prosta i 

logiczna jedynie na pierwszy rzut oka. Już samo źródło, na jakim oparli się autorzy hipotezy budzi poważne 

wątpliwości. Zeszklone forty pochodzą bowiem ze znacznie odleglejszych czasów, niż czasy Celtów. Stały już na 

długo przed przybyciem tej nacji na wyspy brytyjskie, sami zaś Celtowie otwarcie mówili, iż nie wiedzą, jaka to 

zaginiona cywilizacja wzniosła te konstrukcje. Być może pewną wiedzą dysponowali Druidzi. Wiele bowiem 

wskazuje, iż ta kasta kapłanów wywodziła swe korzenie ze znacznie odleglejszych czasów, niż się to powszechnie 

przyjmuje. Ich zaawansowana wiedza dotyczyła n/p starożytnego Stonehenge, możliwe więc, że i zeszklone forty 

nie były dla nich tajemnicą. Faktem jest jednak, iż wiedza Druidów za czasów najazdów rzymskich praktycznie 

zaniknęła, a dodatkowo, jako że była to nauka tajemna - nie było praktycznie możliwości, by Cezar mógł mieć o 

niej większe pojęcie. Reasumując - już sama podstawa tej teorii jest chybiona, ale idźmy dalej. Podpalenie samego 

drewnianego szkieletu w żadnym wypadku nie mogło doprowadzić do interesujących nas skutków. Arthur C. 

Clark cytuje w swym opracowaniu ekspertyzę chemików z Muzeum Historii Naturalnej, którzy bez większych 

efektów próbowali rozwikłać zagadkę: 

Biorąc pod uwagę wysokie temperatury, które należało wytworzyć, oraz to, że około 60 zeszklonych fortów 

znajduje się na ograniczonym terenie Szkocji, nie wierzymy, aby ten rodzaj konstrukcji był rezultatem 

przypadkowego pożaru. Musiało wchodzić w grę dokładne planowanie. 

A zatem pozostaje nam rozwinięcie wspomnianej już wyżej teorii o świadomym podpaleniu łatwopalnego 

materiału zgromadzonego pomiędzy warstwami kamieni. Również tę propozycję nietrudno obalić. Sprawa 

pierwsza - mury fortów są złożone z JEDNEJ warstwy, a do przeprowadzenia powyższego zabiegu potrzebne były 

dwa rzędy głazów. Myśl o tym, iż jedna warstwa budowana była tylko w celu jej późniejszej rozbiórki jest na tyle 

bez sensu, że nie warto nawet jej rozważać. Kwestia druga - kamienie byłyby oszklone jedynie ze strony 

wewnętrznej, tymczasem zawsze jest to strona zewnętrzna, czasami TYLKO ta strona [istnieją fortece spalone z 

obu, jak i jedynie z zewnętrznej strony]. By osiągnąć efekt trzeba by więc postawić trzy (!) mury, a następnie dwa 

z nich rozebrać! Daje to w sumie trzykrotnie większe nakłady pracy, a zysk z tego był żaden - pamiętajmy, iż 

zabiegi te osłabiały (!) ściany tak, że w niektórych miejscach uległy one zapadnięciu. Może więc to nie obrońcy, a 

oblegający zastosowali ogień, by uszkodzić pozycje obrońców? Również to rozwiązanie niczego nie wyjaśnia. 

Ustaliliśmy już, że nie wchodziło w grę podpalenie drewnianej konstrukcji, ani realizacja na małą skalę. Owszem, 

starożytni saperzy posługiwali się ogniem, do 'wysadzania' podkopów pod murami, ale w przypadku szkockich 

zamków nie mamy podkopów, zeszklenie ogarnęło ogromne obszary twierdzy (nie tylko fragmenty murów), zaś 

uszkodzenia nie były na tyle poważne, by zniszczyć samą konstrukcję. Istniejące uszkodzenia są raczej wynikiem 

czasu, który kruszył osłabione mury, niż efektem bezpośredniego uszkodzenia w momencie zeszklenia. Wreszcie 

pozostaje nam najważniejsza kwestia - czy kontrolowany zabieg podpalenia mógł w ogóle zaowocować 

zeszkleniem? 

Udowodnienia takiej możliwości podjął się w latach trzydziestych Gordon Childe z pomocą Wallace'a 

Thorneycrofta. Przeprowadzone przez nich w 1934 i 1937 roku miały wykazać, iż zeszklenie było możliwe w 

drodze podpalenia murów. I trzeba przyznać, że faktycznie wykazały, jednakże ilość zastrzeżeń jest tak duża, iż 

zaakceptowanie teorii Childe'a jest bardzo trudne. W czasie badań Arthura C. Clarka określono typowy skład 

chemiczny skał pochodzących z 11 wybranych fortów i określono, iż temperatura potrzebna do rozpoczęcia 

procesu zeszklenia to minimum 1100 oC. Childe znacząco uprościł swoją próbę. Po pierwsze zastosował technikę 

dwóch murów (pamiętajmy, iż większość fortów to konstrukcje pojedyncze), po drugie do budowy testowej ściany 

nie użył kamieni, a cegieł (!), po trzecie użył niewyobrażalnej wprost ilości drewna, którego ilość w samej 

konstrukcji muru była znacznie wyższa, niż przypuszczalna ilość drewna użytego do budowy fortec, po czwarte 

próbę przeprowadził w czasie wyjątkowo porywistego wiatru - huraganu wiejącego znad Atlantyku. Założenie, iż 

z budową musiano czekać na sporadycznie pojawiające się potężne wichury jest absurdalne. Testowy mur miał 

długość 3,6 metra i 1,8 metra szerokości [dwie warstwy kamieni + wewnętrzne wypełnienie] i tyle samo 

wysokości. Zostawmy na boku fakt, iż jest to śmieszna miniaturka prawdziwej skali fortec, zostawmy na boku 

fakt, iż forty zbudowano z przypadkowego materiału charakteryzującego się różną podatnością na temperatury. 

Zajmijmy się podsycaniem ognia. Ilość chrustu użytego dla tego kawałeczka muru, który nie stanowi nawet 

ułamka procentu faktycznej wielkości przeciętnego fortu to 4 tony! Przy takim zapotrzebowaniu na opał w 

krótkim czasie cała Szkocja zostałaby całkowicie pozbawiona lasów. A co uzyskał Childe? Częściowe zeszklenie 

powierzchni, nie docierające do głębszych warstw skał, zero charakterystycznych zacieków świadczących o 

płynności powierzchniowej warstwy kamienia. Można powiedzieć, iż elementy muru testowego zgrzały się ze 

sobą, ale nie zespoliły w wyniku stopienia. Porównując efekty jego zabiegów [temperatura ok. 1100 oC] z 

wyglądem fortów można zaryzykować twierdzenie, iż temperatura, w której uległy one stopniu była dwukrotnie 

wyższa - poza zasięgiem metod branych pod uwagę. Dodatkowo Childe'a kompromituje uparte twierdzenie, iż to 

atakujący stosowali tę metodę dla niszczenia murów. Tymczasem wymaga ona dostępu do murów z obu stron, 

również od strony obrońców! 

Wspólnym i chyba najistotniejszym mankamentem wszelkich teorii 'ludzkiego działania' jest założenie 

background image

prymitywnego stanu cywilizacji istniejącej w północnej Szkocji w czasach antycznych. W opracowaniach 

'wyjaśniających' zagadkę budowy fortów dziwnym milczeniem zbywa się ogrom tego zjawiska. Dla unaocznienia 

wielkości tych architektonicznych konstrukcji posłużę się kolejnym cytatem z pracy Janet i Colin Bord - 

'Tajemnicza Brytania', cytat dotyczy Zamku Maiden: 

Zajmuje obszar 120 akrów [48,6 ha] o średniej szerokości 1 500 stóp [450 m] i długości 3000 stóp [900 m]. 

Wewnętrzny obwód wynosi około 1,5 mili [2,4 km] i obliczono... że wymagałby 250000 ludzi do obrony! To każe 

wątpić, że ta konstrukcja miała przeznaczenie obronne. Wielką zagadkę dla archeologów stanowiły zawsze liczne i 

mające charakter labiryntu wschodnie i zachodnie wejścia u każdego z końców obwałowanego terenu. Być może 

początkowo służyły jako wejścia konduktów ludzi z epoki neolitu. Później, kiedy wojownicy epoki żelaza używali 

tego miejsca w charakterze fortecy, prawdopodobnie uznali, że są one użyteczne jako środek mylący atakujących, 

którzy starali się je zdobyć. Fakt, że tak wiele z tych ?fortów na wzgórzu" posiada dwa wejścia - jedno z 

północnego wschodu i drugie z południowego zachodu - zawsze sugerował jakieś obrządki związane ze Słońcem. 

250000 tysięcy ludzi do obrony! Jasne, jak słońce, że taka liczba kazałaby odrzucić twierdzenie o obronnym 

charakterze tych budowli, ale czemu w takim razie, wszyscy archeologowie zgodnie mówią o wojskowych fortach 

i starają się bezskutecznie wykazać, iż mury te były przeznaczone do obrony? Odpowiedź jest równie prosta - 
innego wytłumaczenia dla przeznaczenia tych budowli nie ma! Bo, po co niby ktoś, olbrzymim nakładem sił i 

środków miałby 'grodzić' w ten sposób teren wielkości Watykanu? Tu wypływa druga kwestia - jak niesamowita 

musiała być liczba robotników wznoszących te fortyfikacje. Biorąc to pod uwagę liczba ćwierć miliona obrońców 

nie wydaje się już tak wygórowana. Miałem niedawno okazję czytać, znaleziony w sieci, artykuł o mitologii 

precesyjnej, którego autor odrzuca wiarygodność jednej z biblijnych historii tylko dlatego, że liczba 600 tysięcy 

wojowników skupionych w jednej armii jest dla niego nie do przyjęcia. Jeśli kiedyś będzie miał okazję przeczytać 

ten tekst ciekawe jak zareaguje na ćwierć milionową armię skupioną dla obrony JEDNEGO tylko fortu. Coraz to 

nowe odkrycia archeologiczne w bezlitosny sposób dostarczają dowodów na prawdziwość i rzetelność mitologii i 

siłą rzeczy twierdzenia nauki MUSZĄ ewoluować w kierunku wyśmiewanych do niedawna teorii 

paleoastronautycznych. Nie dzieje się to bez oporów: w szkołach do dziś tłucze się uczniom do głowy, że Sfinx 

został postawiony w trzecim tysiącleciu pne. Tymczasem w zeszłym tygodniu miałem okazję usłyszeć na 

Discovery najnowsze OFICJALNE datowanie posągu na 7 tysięcy lat przed naszą erą! Oznacza to nie tylko 

odrzucenie wymyślonej na siłę tezy, iż rzeźba ta to wyobrażenie Chefrena. Takie datowanie oznacza przesunięcie 

3 tysiące lat wstecz początków cywilizacji! Droga do pełnego uznania twierdzeń Dänikena i innych jest jeszcze 

długa, ale pierwszy krok został już uczyniony. 

Wracając do tematu należy postawić zasadnicze pytanie - jaka to olbrzymia armia musiała okupować dziesiątki 

fortów zlokalizowanych na wybrzeżach Szkocji, nie mogło to być plemię barbarzyńców z czasów neolitu, jak to 

się przyjmuje, ale wysoko rozwinięta i zorganizowana kultura podporządkowana przy tym prawom wojny. I przed 

jakim niesłychanym zagrożeniem musiała się chronić? Pierścień umocnień jest zlokalizowany na wybrzeżach, a 

więc zagrożenie nadchodziło od morza i to ze strony północnej gdzie nic nie ma! Kto mógł dysponować tak 

olbrzymią flotą, by zagrozić kilkumilionowej populacji wojowników dysponujących silnie rozbudowanym 

systemem obronnym? Tu docieramy do prawdziwych cieni historii o Atlantydzie, której olbrzymia flotylla 

wojenna miała siać postrach na zachodnich wybrzeżach Europy. Badacze tych legend teoretyzowali nawet, iż 

właśnie wyspy brytyjskie stały się areną zaciekłej walki Atlantydów i tajemniczej cywilizacji, która wzniosła 

system umocnień w Szkocji, ale i zapewne na całych wyspach brytyjskich (analogiczne ruiny znajdujemy bowiem 

w Irlandii i w Anglii - w hrabstwie Sussex). Zeszklone ruiny wskazują, iż obrońcy przegrali tę walkę, a 

cywilizacja, która je wzniosła uległa zagładzie. 

Czy są to ślady wojen atomowych? Czy też ludzkość sama wynalazła w zamierzchłych czasach niesłychanie 

potężną broń chemiczną? Oficjalne datowania fortów wskazują na tysięczny rok pne, jako moment ich 

konstrukcji. Jest jednak oczywiste, iż metoda radioaktywnego węgla 14C jest całkowicie zawodna, jeśli chodzi o 
datowanie szczątków nieorganicznych. Faktycznie więc, budowle te mogą być znacznie starsze i tak pewnie jest. 

Jeśli zaakceptować ciężko weryfikowalną hipotezę o najeździe Atlantydów musielibyśmy ustalić datę na jakieś 12 
tysięcy lat - w czasach przed potopem. Potwierdzenie dostarcza nam mitologia celtycka, która wspomina o wojnie 

toczonej w zamierzchłych czasach [na długo przed przybyciem Celtów na wyspy] przez tamtejsze ludy z 

morskimi demonami. Wkrótce po tej wojnie ogromne obszary lądu miały zostać zalane, co doprowadziło do 

odcięcia Irlandii i Brytanii od kontynentu. Opowieść ta, jak ulał pasuje do tezy 'atlantydzkiej'. Pamiętać też należy 

o tym, iż Celtowie, którzy przybyli w ten rejon w połowie pierwszego tysiąclecia pne, nie mieli najmniejszego 

pojęcia o budowniczych fortów. Poza nielicznymi, koloryzowanymi opowieściami o starożytnej apokalipsie nie 

wiedzieli nic o faktycznych budowniczych, co sugeruje po pierwsze znacznie odleglejszą w czasie datę 

konstrukcji twierdz, a po drugie gwałtowny koniec ich cywilizacji, która nie tyle upadła, co zginęła gwałtowną 

śmiercią nie pozostawiając po sobie nic, poza tajemniczymi ruinami. 

W odległym regionie północnych Indii, w rejonie Srinagaru na wyżynie Kaszmiru doszukać się możemy ruin o 

innym charakterze. Nie są to spalone miasta, ale rumowisko będące wynikiem kataklizmu, który dosłownie 

background image

potłukł monumentalne kamienne budowle w drobny mak. Mówię tu o ruinach Parhaspuru. W centrum tego 

niegdyś wspaniałego miasta stała piramida - do dziś możemy doszukać się jej tarasowatych fundamentów. 

Wszędzie dalej jest już tylko kamienna pustynia popękanych, rozbitych i roztrzaskanych kamieni, tak jak gdyby 

mityczny olbrzym uderzył ogromnym młotem i jednym uderzeniem zrównał z ziemią całą budowlę, całe miasto. 

Wszędzie pełno jest porozrzucanych na wielkie odległości obrobionych bloków kamiennych, strzaskanych skał 

będących niegdyś częściami budynków. Wszystkie odłamki pokryte są lśniącą glazurą, jak gdyby poddane były 

działaniu ogromnej temperatury. Obraz niezmierzonego chaosu zakłócają jedynie ślady ludzkiej grabieży 

zagarniającej nadające się do wykorzystania odłamki. Nie są to zwykłe ruiny, pozostałości miasta popadłego w 

ruinę, zniszczonego w czasie najazdu, opuszczonego, spalonego, rozpadłego pod wpływem czasu i erozji. 

Parhaspur zostało zniszczone jednym gwałtownym uderzeniem, którego niszcząca energia rozchodziła się od 

miejsca epicentrum wybuchu. Rozbite budowle zostały następnie poddane działaniu niesłychanie wysokich 

temperatur. Zniszczenie w wyniku jednej eksplozji potwierdza symetryczność zniszczeń - rozchodzących się po 

okręgu, z podobnej wielkości blokami rzuconymi na podobną odległość. Zniszczenie zakończyło się totalną 

zagładą miasta, które w okresie swej świetności mogło liczyć kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. 

Podążając na południe od Kaszmiru wkraczamy w doliny. Pomiędzy górami Radżmahal, a Gangesem ponownie 

natrafiamy na zeszklone formacje, pozostałości gmachów stopionych przez wysokie temperatury, oprócz 

zeszklonej powierzchni i nadtopionych kształtów charakteryzują się one obecnością specyficznych bąbli - 

zastygłych baniek powietrza powstałych, gdy dostało się ono pod płynną warstwę roztopionej skały. Oczywiście 

pozostałości te w żadnym wypadku nie są efektem działalności wulkanicznej, więcej powstały już PO wzniesieniu 

budowli. Znajdziemy tam także coś więcej - radioaktywne szkielety. Odnalazł je słynny badacz de Camp, podając 
jednocześnie, iż wartość napromieniowania pięćdziesięciokrotnie przekraczała normę. Potwierdziły to ekspedycje 

radzieckich archeologów. W okolicy oczywiście brak naturalnego źródła promieniowania. 

Na zachodzie Indii znajduje się dolina innej wielkiej rzeki - Indusu. Zlokalizowane w niej miasto Mohendżo Daro 

było obok Harappy wielkim ośrodkiem handlowym utrzymującym kontakty z Indiami, Sumerem i innymi 

kulturami Bliskiego Wschodu. Ogromna aglomeracja osiągnęła szczyt swojego rozwoju 5 tysięcy lat temu i... 

nagle przestała istnieć, niemal z dnia na dzień. Jeden z czołowych badaczy David W. Davenport otwarcie przyznał, 

iż ruiny miasta wyraźnie wskazują na dawną katastrofę atomową. Nawet konserwatywni archeologowie milkną w 

obliczu totalnego zniszczenia i przyznają, iż nie mogło do tego dojść stopniowo - mamy tu do czynienia z 

gwałtowną katastrofą na ogromną skalę. Archeologowie nazywają ten obszar 'miejscem śmierci' i jest to ze wszech 

miar trafne określenie, gdy weźmie się pod uwagę, iż szacowana liczba ofiar ludzkich wyniosła tylko w chwili 

samej eksplozji najmniej 30 tysięcy! Odnalezione szkielety były w straszliwy sposób zdeformowane, zgniecione, 

połamane. Wymieszane między sobą kości wyraźnie wskazują na śmierć w wyniku niespodziewanej katastrofy, 

podobnie jak to możemy obserwować w Pompejach. Pomiary napromieniowania wykazały 20-krotne 

przekroczenie normalnych wartości. 

Wszystko świadczy na rzecz teorii o olbrzymiej katastrofie jako źródle zagłady. Czy był to jednak kataklizm 

naturalny? Wiele wskazuje, że nie, po pierwsze należy wykluczyć działalność wulkaniczną, która mogłaby by być 

ewentualnym źródłem promieniowania i śladów wysokiej temperatury, którą określa się w tym przypadku na 2200 

oC, warto przy tym zauważyć, iż zgadza się to z proponowanymi przeze mnie wyliczeniami dotyczącymi 

zeszklonych fortów w Szkocji. Archeolodzy musieli się sporo nagłówkować, zanim doszli do tego, iż dziwne 

czarne grudy to najzwyklejsze gliniane naczynia... całkowicie stopione. Podobnie, jak w przypadku Kaszmiru, tak 

i tu epicentrum eksplozji to środek miasta. Im dalej tym zniszczenia są mniejsze. 

W zupełnie innym rejonie świata, w stanie Piaui w Brazylii znajduje się miejscowość zwana Sete Cidades (Siedem 

Miast), gdzie odnajdziemy jeszcze bardziej fascynujące ruiny. Zniszczenia, jakie tu nastąpiły przekraczają 

wszystko to, z czym dotychczas się spotkaliśmy, skały są tak stopione, pokryte bąblami - pęcherzami, zaciekami 

płynnej masy na powierzchni, zespolone ze sobą tak ściśle, że ciężko orzec, czy mamy do czynienia z jednolitą 

skałą, czy warstwami skał stopionych w jedność. Obraz jaki prezentuje nam Siedem Miast najbardziej przypomina 

efekt działań sił przyrody, ale po pierwsze brak na to dowodów, po drugie nigdzie więcej w okolicy nie spotkamy 

podobnego widoku, po trzecie - w całym tym chaosie da się odnaleźć pewien porządek. Ruiny układają się w 

siedem części rozdzielonych szerokimi 'arteriami', od których odbiegają liczne wąskie 'dróżki'. Jaka jest prawda 

dotycząca Sete Cidades, tego się chyba nigdy nie dowiemy. Faktem jest, iż wszystko tu pasuje do naszego 

schematu, a identyczne [również co do struktury kompleksu!] ruiny odnajdujemy na Wyspach Kanaryjskich i w 

okolicy miasta Darwin w Australii. 

Zeszklonych pozostałości dawnych kompleksów pełno jest również w Andach, choć tu gdzieniegdzie mogą 

wchodzić w grę wulkany. Jednak przynajmniej jedno miejsce pozostaje poza wszelkimi wątpliwościami, co do 

nienaturalnego charakteru jego pochodzenia: prastara twierdza Sacsayhuaman w Peru. Ogromne bloki ważące po 

100 ton, przykłady najdoskonalszej obróbki kamienia w dziejach ludzkości (Robert Charroux sugeruje obróbkę 

chemiczną skał), a wszystko to na wysokości 3500-3800 metrów nad poziomem morza. Robi to ogromne 

wrażenie, ale prawdziwa zagadka czai się nieco wyżej, na rozciągającym się za twierdzą płaskowyżu. Ogromne, 

background image

kilkunastometrowe skalne bloki, są ogarnięte całkowitym chaosem: połamane, popękane, poprzesuwane ze swych 

pierwotnych miejsce ułożenia, wręcz wywrócone do góry nogami! Ogromne skalne pozostałości niegdysiejszego 

kompleksu są rozrzucone na całym terenie jak dziecięce klocki. Nauka nie jest wstanie udzielić odpowiedzi nie 

tylko na pytanie: co się stało, co strzaskało, zmiażdżyło wszystkie te monumentalne budynki, nauka nie wie nawet, 

jak je zdołano wykonać... Oczywiście również i tu nie brak śladów wysokich temperatur i stopionych skał. 

Miejsca największych zniszczeń charakteryzują się podniesionym poziomem napromieniowania. 

W rejonie Pacyfiku i wschodniej Azji również nie brak podobnych przykładów. W 1961 roku profesor historii 

starożytnej uniwersytetu w Pekinie - Czi Pen-Lao dokonał intrygującego odkrycia w Dolinie Kamieni na zachód 

od miasta Joyang na pogórzu masywu Honan, na południowym brzegu jeziora Tungting. Odnalazł mianowicie 

częściowo zachowany system podziemnych tuneli, których pierwszy poziom znajdował się na głębokości 32 

metrów pod powierzchnią gruntu. Po dokładniejszych badań okazało się, że prowadzą pod powierzchnię jeziora! 
Tunele i podziemne hale mają stopione ściany, jakby ktoś wypalił je przy użyciu nieznanego urządzenia. Nie jest 

to oczywiście ślad eksplozji nuklearnej, ale czemu ludzie tak często w dawnych czasach chowali się pod ziemią, a 

często i pod wodą? Czy czasem nie uciekając od niszczącego powierzchnię zniszczenia i zwłaszcza 

promieniowania pochodzącego z wybuchów pocisków atomowych? Na marginesie tylko wspomnę, że na ścianie 

tych tuneli odnajdujemy rysunki naskalne, na których postaci trzymają przedmioty do złudzenia przypominające... 

współczesne karabiny! Podobne podziemne kompleksy na niewiarygodnie wielką skalę odnajdziemy w całej 

Ameryce Południowej [patrz Kronika z Akakor], Północnej i Turcji. Ich skala przywodzi na myśl tylko jedne - 

podziemne miasto pod Pekinem przygotowane specjalnie z myślą o wojnie atomowej... 

Budzące największe kontrowersje tunele znajdują się w kalifornijskiej Dolinie Śmierci. Oto cytat z 'Tajemnic 

zaginionych ras' autorstwa Rene Noorbergen'a: 

Najliczniejsze zeszklone ruiny w Nowy Świecie [Ameryce] zlokalizowane są w zachodniej części Stanów 

Zjednoczonych. W roku 1850 amerykański badacz, kapitan lves William Walker, był pierwszym, który ujrzał te 

ruiny w Dolinie Śmierci [Death Yalley]. Odkrył on miasto o długości około mili [1,6 km] z wciąż widocznymi 

pasmami ulic i miejscami posadowienia budynków. W jego środku odkrył olbrzymią skałę o wysokości około 20-

30 stóp [6-9 m] z resztkami jakiejś ogromnej konstrukcji na szczycie. Południowe strony, zarówno skały, jak i 

budynku, były stopione i zeszklone. Walker przyjął, że przyczyną tego był wulkan, jednak w tamtej okolicy nie ma 

wulkanów. Poza tym ciepło pochodzenia tektonicznego nie mogłoby spowodować tego rodzaju upłynnienia 

powierzchni skały. 

Współpracownik kapitana Walkera, który poszedł śladem jego pierwotnych badań, powiedział: Cały region 

między rzekami Gila i San Juan pokryty jest ruinami. Znajdują się tam ruiny miast, które musiały być znacznych 

rozmiarów. Są one spalone i częściowo zeszklone, pełne stopionych kamieni i kraterów wyżłobionych przez 

płomienie wystarczająco gorące, aby spowodować upłynnienie skały lub metalu. Są tam kamienie chodnikowe i 

domy z olbrzymimi pęknięciami... [które wyglądają tak, jakby] zostały zniszczone gigantycznym ogniowym 

pługiem. 

Istnienie zaginionych ruin w tym regionie wciąż jest nierozstrzygnięte. Jak się zaraz przekonamy mimo 

istniejących odkryć, badaczom NIE udało się ponownie trafić w to samo miejsce! Przynajmniej taką sytuację 

opisuje Jim Brandon: 

Legendy Pajutów mówią o mieście położonym pod Doliną Śmierci, które nazywają Shin-au-av. Tom Wilson, 

indiański przewodnik utrzymywał w latach dwudziestych, że jego dziadek ponownie odkrył to miasto, kiedy trafił 

przypadkowo do długiego na milę [1,6 km] labiryntu jaskiń położonych pod powierzchnią doliny. W końcu dotarł 

do podziemnego miasta, gdzie spotkał ludzi mówiących niezrozumiałym językiem i noszących ubiory wykonane z 

piór. Wilson opowiedział tę historię po tym, jak poszukiwacz nazwiskiem White oświadczył, że wpadł do szybu 

opuszczonej kopalni na przełęczy Wingate i trafił do nieznanego tunelu, który przechodził przez szereg 

pomieszczeń, w których White znalazł setki odzianych w skóry mumii ludzkiego kształtu. Były tam złote sztabki 

poukładane w stosy, jak cegły, i upakowane w pojemnikach. 

White utrzymywał, że badał te jaskinie trzykrotnie. W jednej z tych wypraw towarzyszyła mu żona, a w następnej 

jego partner, Fred Thomason. Nikt z nich nie potrafił ich jednak znaleźć, kiedy trzeba było zaprowadzić do nich 

grupę archeologów, którzy zgodzili się je zbadać. 

Nie dysponuję niestety informacjami o ostatnich latach poszukiwań prowadzonych w tym regionie, ale myślę, że 

przynajmniej w części okażą się one prawdą. Dawno już nauczyłem się traktować z należytym szacunkiem i 

powagą mity i legendy, a dodatkowym potwierdzeniem są odkryte w kanionie Titus petroglify nieznanego 

pochodzenia, co do których sami Indianie się nie przyznają, więcej - podchodzą do tych pozostałości dawnej 

cywilizacji z nabożnym lękiem i strachem. Niektórzy badacze skłonni są przypuścić nawet, iż jest to pozostałość 

po kulturze, która rozwijała się w Ameryce PRZED pojawieniem się tam przodków późniejszych Indian! O tym 

background image

jak mało wiemy o rzeczywistych dziejach Ameryki niech świadczą następujące fakty, których zresztą dałoby się 

doszukać znacznie więcej: 

* wizerunki dinozaurów, a także ślady dinozaurów i ludzi(?) w jednej warstwie skalnej [patrz - Galeria], 

* wizerunki słoni w Ameryce Południowej, które nigdy w Ameryce nie żyły, zaś mamuty nigdy w te rejony nie 

dotarły, 

* świątynia Chavin de Huantar, będąca dokładnym odbiciem świątyni jerozolimskiej, 

* negroidalne rysy twarzy w rzeźbach Olomeków [patrz - Galeria], 

* szkielety ludzi białej rasy liczące sobie wiele tysięcy lat, a odnalezione we wschodniej części USA, 

* podwodne budowle i piramidy na wyspach Bahama [archipelag Bimini], a także w wodach jezior 

północnoamerykańskich, 

* liczne figurki 'Chińczyków' w Ameryce Środkowej [patrz - Baian Kara Ula]. 

Staram się nie przyjmować niczego bez wystarczającej liczby dowodów mogących świadczyć za daną teorią. W 

tym przypadku jedynie sygnalizuję fakt, iż w podziemnych miastach pod Górami Skalistymi może się kryć wiele 

niespodzianek. A przy okazji znów pojawiają nam się olbrzymie podziemne kompleksy, wybudowane... no 

właśnie po co? Po co w odległej przeszłości powstawały tysiące kilometrów podziemnych korytarzy, których sieć 

oplatała Chiny, Turcje, olbrzymie połacie Ameryki Południowej [n/p Ekwador], zachodniej części USA i zapewne 

wiele innych miejsc? Wybudowanie tych kompleksów nie byłoby proste nawet dziś, a przecież zostają do 

rozwiązania takie problemy, jak doprowadzenie światła, powietrza, wody, zabezpieczenie kompleksu przez 

zniszczeniem... Tylko wyjątkowa potrzeba mogła ludzi pchnąć do podjęcia tego dzieła. Więcej o podziemnych 

miastach możecie poczytać w cyklu Kronika z Akakor. 

W blisko sto lat po odkryciu Walkera świat obiegła elektryzująca wieść - grupa archeologów pod wodzą Howarda 
Hill'a oświadczyła, iż w jaskiniach Kalifornii zlokalizowała ślady cywilizacji stworzonej przez istoty o wysokości 

blisko trzech metrów. W podziemnych kompleksie odkryć miano mumie ludzi i zwierząt, narzędzia datowane na 

80 tysięcy lat! Obszar ukrytego pod górami miasta to 32 jaskinie na obszarze blisko pół tysiąca kilometrów 

kwadratowych! Obok szczątków ludzkich znaleziono podobno szkielety dinozaurów i tygrysów szablozębych. 

Podniesiono oczywiście, że zagładę dinozaurów i pojawienie się wielkich kotów dzieli 10 do 13 milionów lat, 

ale... ślady istot ludzkich i dinozaurów razem są faktem, który też w żaden sposób nie przystaje do oficjalnej 

chronologii dziejów. Szczególną uwagę zwraca fakt, iż były to szczątki ściśle uszeregowane i poukładane obok 

siebie, jak dzisiaj w muzeum, ich wiek mógł być więc faktycznie różny. 

Nie wiem, czy odkrycie to rzeczywiście miało miejsce, dziś po ponad 50 latach od tego spektakularnego odkrycia 

ciężko jest zweryfikować tamte relacje. Faktem jest, że środowisko archeologów potraktowało sprawę z 

lekceważeniem przemilczając odkrycie, bądź próbując je za wszelką cenę zdyskredytować. Takie działanie 

czynników oficjalnych wielokrotnie oznaczało już, iż 'szaleni' odkrywcy mieli rację [o najsłynniejszej ofierze 

nauki możecie przeczytać w dziele Tajemnice - Szyb Gatenbrinka]. Zaś chyba największy śmiech wzbudziła 

relacja o technicznych urządzeniach, które w/d Hilla miały wykorzystywać fale radiowe do gotowania żywności... 

Kuchenki mikrofalowe 80 tysięcy lat temu? Czysta głupota, prawda? Ale gdy weźmiemy pod uwagę fakt, iż Hill 

w ogóle nie znał takiego wynalazku [w 1947 roku nikomu się nie śniły mikrofale], cała sprawa wygląda 

wyjątkowo tajemniczo. 

Podkreślam jeszcze raz - powyższa historia jest na tyle słabo udokumentowana, że cieżko wyrokować o jej 

prawdziwości. Nie odrzucałbym jej jednak tylko z tego powodu. Wracając zaś do głównego wątku moich 

rozważań, chciałem tytułem zakończenia zasygnalizować jeszcze jedno miejsce, gdzie dowody mogą wskazywać 

na potwierdzenie tezy o starożytnych wojnach atomowych. 

Odkrył je na pacyficznej wysepce Tarawa, Erich von Däniken. To krąg ziemi otoczonej murem z kamieni, w 

którym NIC nie rośnie i to nie dlatego, że ktoś plewi tu ziemię, bądź też nie nadaje się ona dla roślinności. Nic z 

tych rzeczy, po prostu nic w tym miejscu nie zdołało się zakorzenić, nic nie zdołało przeżyć. Ludziom również nie 

wolno wchodzić do zamkniętej strefy. Efekt silnego skażenia radioaktywnego?" 

_______________________________ 

 

W ten sposób dotarliśmy do przedostatniej części naszej epopei. Po wprowadzeniu 3 kolejne artykuły poświęciłem 

mitologii, dwa następne odkryciom archeologicznym i geologicznym. Teraz przyszedł czas na dowody, które 

można określić słowem kontrowersyjne, dla niektórych [być może nawet większości] mogą one wręcz nie być 

żadnymi dowodami. Chodzi o ezoteryczne przekazy mówiące o Atlantydzie i innych zaginionych cywilizacjach, 

które toczyć miały ze sobą straszliwe wojny. Wiele wskazuje na to, iż była to wojny atomowe... 

Imperium Ramy kontra Atlantyda 

background image

W części drugiej cyklu opisywałem szeroko fragmenty Mahabharaty, w której pojawiają się opisy niszczycielskich 

broni, ogromnych zniszczeń, wielkich wojen. Opisy te zinterpretowałem jako pozostałe w ludzkiej pamięci [która 

nie umiała właściwie zinterpretować pradawnych przekazów] ślady konfliktów prowadzonych przez podległe 

bogom i ich potomkom wielkie imperia. W tym wspaniałym hinduskim eposie, tak jak i w Ramayanie mowa jest o 

państwie znanym jako Imperium Ramy, które to - zgodnie z tradycją ezoteryczną i teoriami niektórych badaczy - 

istniało równolegle wraz z innymi podobnymi boskimi dominiami. Była więc i Atlantyda w bliżej nie 

zidentyfikowanym miejscu pomiędzy Afryką a Ameryką. Była tzw. kultura Ozyrysów w rejonie Morza 

Śródziemnego. Możliwe też, że i inne państwa kontrolowane przez bogów istniały w tym czasie. Wymienić można 

choćby Kassakarę [która to nazwa odnosi się do zaginionego lądu na Pacyfiku], jak i tereny Międzyrzecza, gdzie 

w miastach-państwach panowali sumeryjscy bogowie - Annuanaki. 

Imperia te istniały i zniknęły w odległej przeszłości, zanim jeszcze rozwinęły się czysto ludzkie cywilizacje, 

jakimi dziś zajmuje się archeologia. Nieodmiennie zagładę Atlantydy łączy się z wielkim kataklizmem, w wyniku 

którego cały obszar tego państwa został zatopiony. Katastrofa miała najpewniej wymiar globalny, gdyż w wyniku 

podobnego potopu zniszczona została Kassakara, a także kultura ozyrejska, gdy w wyniku nagłe podniesienia się 

poziomu wód w oceanach basen Morza Śródziemnego zaczął wypełniać się wodą. Badania geologiczne dają nam 

pewne pojęcie o dacie tego zdarzenia. Pojawiają się daty pomiędzy 9 a 12 tysięcy lat pne. Wśród wspomnianych 

cywilizacji jedynie Imperium Ramy oparło się zagładzie i, zgodnie z naukami tradycji ezoterycznej istniało 

jeszcze blisko tysiąc lat, bezpieczne na wyżynie Dekanu. Nie będziemy się jednak zajmować ową wielką 

katastrofą, nie ulega bowiem wątpliwości, iż czegoś takiego, jak zatopienie całych lądów, użycie broni jądrowej 

spowodować nie mogło. Interesować nas będzie natomiast to, o czym w przekazach medialnych i tradycji 

ezoterycznej odnajdziemy sporo: wielka wojna pomiędzy Atlantydą i Imperium Ramy, a także zadziwiająca 

[nawet patrząc ze współczesnego poziomu technicznego] technika wojenna, jaka została użyta. 

Najsłynniejszym z zaginionych lądów jest niewątpliwie Atlantyda. Z opisów platońskich, zapisów wywodzących 
się z czasów przeddynastycznego Egiptu, jak i tekstów powstałych w trakcie dziesiątków hipnotycznych transów 

Edgara Cayce'go - 'śpiącego jasnowidza' wyłania nam się obraz patriarchalnej kultury o zdecydowanie 

technologicznym wymiarze. Jest to świat rządzony przez naukę i technikę, wyprany z wartości duchowych i 

mistycyzmu. To między innymi doprowadzić miało do upadku tej cywilizacji w wyniku 'boskiej interwencji'. 

Odpowiada temu tradycja hinduistyczna, wedle której oponentem Atlantydy było Imperium Ramy, będące 

zupełnym przeciwieństwem stechnicyzowanego świata Wielkiej Wyspy. I te właśnie różnice miały doprowadzić 

do konfliktu pomiędzy zaborczą Atlantydą, dążącą do dominacji na Ziemi, a pacyfistycznym indyjskim imperium. 

Jak bardzo te powody odpowiadają rzeczywistości - ciężko powiedzieć. Poruszamy się w końcu na bardzo 

niepewnym gruncie. Nie tyle ze względu na małą wiarygodność źródeł, ten zarzut nie może bowiem dotyczyć 

[według mnie] eposów hinduskich, ale z uwagi na fakt, iż eposy te, jako relacje jednej ze stron konfliktu z natury 

rzeczy muszą być tendencyjnym zapisem wydarzeń. Na pewnego nie można postawić Imperium Ramy w opozycji 

do techniki, w tym technologii militarnych, Atlantydy. W końcu i bogowie hinduistyczni użyli zaawansowanych 

broni, które zapewniły im zwycięstwo. Ostrożnie należy patrzeć też na owo 'pacyfistyczne' nastawienie kultury 

doliny Indusu, w końcu i ona nie cofała się przed bezwzględnym stosowaniem najbardziej niszczycielskich 

rodzajów broni. 

Pomińmy jednak powody wojny, historia uczy nas bowiem, iż powód do wojny znajdzie się zawsze, jeśli tylko 

ktoś do niej dąży. Poprzestańmy na tym, iż doszło do konfliktu na skale globalną: Imperium Ramy starło się z 

Atlantydami. Bardzo prawdopodobnej jest, iż w konflikcie brały udział i inne siły. Pamiętajmy, iż wraz z 

Atlantydą zniszczona została kultura Ozyrysów, być może z tym właśnie konfliktem wiązać należy zagładę 

zagadkowej cywilizacji z rejonu pustyni Gobi. Pamiętajmy wreszcie o przekazach Indian amerykańskich, które 

wspominają o innym przeciwniku Atlantydy: Kassakarze, która również uległa zagładzie w wyniku Wielkiej 

Wojny. 

Warto być może wrócić w tym momencie do mitologicznej części naszego cyklu, zgodnie bowiem z ezoteryczną 

nauką i koncepcją, przedstawiane przeze mnie fragmenty hinduskich eposów tyczą się właśnie wojny pomiędzy 

Indiami i Atlantydami, w której to wojnie bogowie sięgnęli po wszelkie dostępne im środki. Nie będę przypominał 

tu przedstawionych już opisów użycia broni atomowej i ich skutków, a wspomnę jedynie o kilku innych 

maszynach do zabijania, jakie opisuje Mahabharata i Drona Parva: wielkie ogniste kule, która zdolne były 

zniszczyć całe miasta. Być może również to należy łączyć z użyciem rakiet balistycznych? W końcu w fala 

uderzeniowa postała po wybuchu atomowym przypomina rozszerzającą się ognistą kulę. Same zaś rakiety 

określone zostały jako latające włócznie, a o użyciu w ich przypadku głowic z materiałem radioaktywnym nich 

świadczą zarówno skutki samego uderzenia [niszczył w całości 'umocnione fortami miasta'], jak i późniejszej 

choroby popromiennej, co opisywałem w artykule o Mahabharacie [druga część cyklu]. Wreszcie, użyto w czasie 

konfliktu broni noszącej miano 'Spojrzenia Kapilii', które w jednym momencie spaliło na popiół armię 

pięćdziesięciu tysięcy ludzi! Trudno sobie wyobrazić, by coś innego niż tylko energia atomu była wstanie dokonać 

podobnego spustoszenia. 

background image

By lepiej zrozumieć ten tekst, myślę że warto w skrócie powiedzieć czym było Imperium Ramy. Wszyscy bowiem 

mamy mniejsze lub większe pojęcie o Atlantydzie, ale nie każdy mógł się spotkać z informacjami dotyczącymi jej 

przeciwnika w Wielkiej Wojnie. 

Imperium Ramy założone zostało przez lud Nagów, który przybył do Indii z terenów dzisiejszej Birmy, a który - 

wedle badacza Jamesa Churchuwarda - przybył na kontynent azjatycki z 'ziemi ojczystej na wschodzie', Lemurii. 

Podobnie, jak w przypadku Atlantydy kluczową rolę odgrywała stolica, którą w przypadku Nagów było miasto 

Dekkan [utożsamiane z obecnym Nagpur]. Państwo szybko poszerzyło sfery swych wpływów obejmując całe 

północne Indie, wraz dolinami Gangesu i Indusu. 

Poszczególne rejony Imperium miały swoje własne stolice - miasta, w których rezydowali 'Mistrzowie' ['Wielce 

Nauczyciele'], których archeologia ochrzciła mianem królów-kapłanów, gdy znaleziono kilka posągów tych ludzi. 

Wszystko wskazuje bowiem na to, iż - podobnie, jak to miało miejsce w innych przypadkach cywilizacji 

założonych przez bogów - samych Przybyszów z gwiazd było niewielu, a kluczową rolę w administracji 

odkrywali ludzie. Byli oni albo specjalnie szkoleni we wszelkich dziedzinach wiedzy [tak legendy Indian Hopi 

dotyczące pierwotnego Imperium Majów], albo byli wręcz potomkami bogów i ludzi - półbogami [od których z 

kolei roi się w mitologiach Bliskiego Wschodu]. Przekazy indyjskie pozwalają wysnuć przypuszczenia, iż w 

przypadku królów-kapłanów mamy do czynienia z ludźmi charakteryzującymi się zdolnościami paranormalnymi, 

która wydawać się musiały niezwykłe dla zwykłych ludzi. Jednak na temat tego, czy ich pochodzenie było 

naturalne [dzieci bogów], czy też sztucznie rozbudzone, możemy jedynie snuć przypuszczenia. 

W rezultacie, choć mamy do dyspozycji jedynie szczątki informacji, otrzymujemy obraz nie tak wcale odległy od 

wyglądu struktury społeczno-politycznej Atlantydów. Być może więc powodów Wielkiej Wojny szukać należy w 

materii, która w wielu mitologiach stała się zaczątkiem konfliktu między bogami. A chodzi mi o podejście do 
ludzi, czy ich rolą jest być sługami boskich władców, czy też należy poprzestać jedynie na przyspieszeniu ich 

rozwoju cywilizacyjnego, bez przejmowania władzy. Chyba najsłynniejszym mitologicznym odbiciem tego 

konfliktu jest historia Prometeusza. Są to jednak tylko moje wolne rozmyślania, stąd też, poprzestanę na koncepcji 

prezentowanej przez Towarzystwo Lemuryjskie [konflikt na linii technika - duchowość], przy czym z dużą 

ostrożnością podchodziłbym do wszelkich rozważań na temat doktrynalnych przyczyn konfliktu pomiędzy obiema 

cywilizacjami. Za pewne założenie uznajmy jedynie to, iż u szczytu rozkwitu obu kultur doszło między nimi do 

konfliktu, a agresorem była Atlantyda. 

Według nauk Towarzystwa Lemuryjskiego społeczeństwo zamieszkujące Mu [Lemurię, która poprzedzała inne 

cywilizacje] podzielić się miało na dwie zwalczające się frakcje. Jedna grupa kłaść miała nacisk na rozwój 

techniki i sprawy materialne, druga dążyła do rozwoju zdolności mentalnych, parapsychicznych i zwracała uwagę 

przede wszystkim na kwestie ducha. Postępujący rozłam objąć miał w końcu same elity lemuryjskie, co 

doprowadziło w ostateczności do kresu wspólnej cywilizacji. Zwolennicy pierwszej koncepcji osiedlili się na 

Wyspie Posejdona [Atlantyda], ich oponenci, zgodnie z tym, co pisałem kilka akapitów wcześniej, dotarli 

ostatecznie do północnych Indii. 

Separacja odmiennych społeczności nie przyniosła jednak zażegnania konfliktu. Materialiści atlantydzcy i cała ich 

zorientowana technologicznie cywilizacja parła do wojny. Uznając się za 'Panów Świata' dążyli do 

podporządkowania sobie całej Ziemi, a na ich drodze siłą rzeczy stanąć musiała inna wielka kultura - Indie. 

Atlantydzi wysłali armię. 

Towarzystwo Lemuryskie przedstawia następnie opis pierwszego starcia pomiędzy wrogimi armiami. Zaznaczam, 

iż opis ten nie ma oparcia w eposach hinduskich. Dopiero późniejsze losy wojny według obu źródeł toczą się 

analogicznie. Zajmiemy się więc najpierw szczegółowym opisem pierwszej bitwy, a co do dalszych losów wojny 

przedstawię je jedynie skrótowo, po szczegółowe opisy odsyłając do wcześniejszych części cyklu. 

Do pierwszego starcia doszło wkrótce po lądowaniu armii atlantydzkiej na ziemiach Imperium Ramy. Co ciekawe 
armia najeźdźców przybyć miała na pokładach powietrznych statków określanych jako vailixiamy, która zapewne 

są odpowiednikami szeroko opisywanych w eposach indyjskich viman - pojazdów latających hinduskich bogów. 

Po lądowaniu, czy raczej desancie, ustawiona w szyku armia stanęła u bram jednego z miast. Jej dowódca 

skierował żądanie natychmiastowej kapitulacji. Król-kapłan wystosował następującą odpowiedź: 

My, mieszkańcy Indii, nie szukamy zwady z wami, Atlantami. Prosimy jedynie, aby wolno nam było żyć w 

sposób, jaki nam odpowiada. 

Rzecz jasna dla wojowniczo nastawionych Atlantów taka odpowiedź oznaczać mogła tylko jedno - dowód słabości 

przeciwnika i obietnicę szybkiego zwycięstwa. Było to tym pewniejsze dla najeźdźców, że przeciwnicy znani byli 

z niechęci do techniki i pacyfistycznego usposobienia. Dowódca armii wystosował kolejne ultimatum: 

background image

Nie zniszczymy waszego kraju potężną bronią będącą w naszym posiadaniu, pod warunkiem że zapłacicie 

odpowiedni okup i podporządkujecie się władzom Atlantydy. 

I odpowiedź: 

My, mieszkańcy Indii, nie wierzymy w wojny i spory. Naszym ideałem jest pokój. Nie jest również naszym 

zamiarem zniszczenie ciebie, panie, lub twoich żołnierzy, którzy są jedynie wykonawcami rozkazów. Jeśli jednak 

będziesz trwał, panie, przy swoim zamiarze zaatakowania nas z chęci dokonania podboju, nie pozostawisz nam 

innej możliwości poza zniszczeniem ciebie, panie, i wszystkich twoich zastępów. Odejdźcie i zostawcie nas w 

spokoju. 

Atlanci nie uwierzyli. O świcie arogancko nastawiona armia rozpoczęła marsz na mury miasta. Krół-kapłan udał 

się na najwyższy punkt umocnień, wzniósł ku niebu ramiona i sprawił, że wódz i jego zastępcy padli trupem. 

Armia, pozbawiona przywództwa poddała się panice, wróciła do swych vailixi i odleciała. 

Zastanawiać się można ile w tym opisie prawdy, a ile pacyfistycznych marzeń ludzi zafascynowanych kulturą 

Wschodu. Zastanawiać się można, jakiej to techniki mentalnej użył król-kapłan. A może uciekł się do pomocy 

bogów? Faktem jest, iż gnani chęcią zemsty, Atlantydzi wrócili i zaatakowali Imperium Ramy najbardziej 

niszczycielską, bo atomową bronią. I tu tradycja ezoteryczna znajduje już potwierdzenie w mitologii, w tekstach 

Mahabharaty, Drona Parvy, Ramayany. Ponieważ teksty te były już szeroko omawiane pozwolę sobie tylko na 

jeden, szczególny cytat gwoli przypomnienia: 

Wyrzucono pojedynczy pocisk załadowany całą energią wszechświata. Żarzący się słup dymu i płomienia, jasny 

jak dziesięć tysięcy słońc, wzniósł się w całej swej wspaniałości... Była to nieznana broń, żelazny grom, 

gigantyczny wysłannik śmierci, który w popiół obrócił wszelki lud Vrishni i Andhaka... Ciała były tak spalone, że 

nie dawały się rozpoznać, włosy i paznokcie odpadły, gliniane naczynia rozpadły się bez żadnej widocznej 

przyczyny, a pióra ptaków stały się białe. W ciągu jednej godziny wszystkie potrawy stały się niejadalne... w 

ucieczce od owego ognia żołnierze rzucili się do strumieni, aby obmyć swoje ciała i sprzęt... 

Sceptycy stwierdzić mogą, że również eposy indyjskie nie są źródłem wiarygodnym. Tych odsyłam do piątej i 

szóstej części cyklu. Tam znajdą opisy zrównanych z ziemią miast: Parshapur i Mohendżo Daro, co do zniszczenia 

których ciężko znaleźć wytłumaczenie inne niż atak bronią jądrową. Lokalizacja tych ruin [Kaszmir i dolina 

Indusu] odpowiada zaś zachodnim obszarom Imperium Ramy. Czterysta kilometrów na północny-wschód od 

Bombaju mamy z kolei kolejny dowód - olbrzymi krater Lonar. Jest to okrągła niecka o wieku 50 tysięcy lat, 

średnicy 2154 metrów, ciśnienia w czasie wstrząsu osiągnęło 600 000 atmosfer, a olbrzymie temperatury topiły 

skały. Nie znaleziono przy tym niczego, co świadczyłoby, iż krater powstał w wyniku uderzenia meteorytu. Jest to 

przy tym jedyny istniejący krater w bazalcie. Pat Frank, amerykański ekspert w dziedzinie programów 

kosmicznych między innymi na tej podstawie sformułował teorię głoszącą, iż tego typu kratery mogą być [także 

braku jakiegokolwiek innego wyjaśnienia] śladami potężnych eksplozji nuklearnych. Niedawno, w rejonie 

pomiędzy Gangesem i górami Rajmahal odkryto kolejne tego typu 'poatomowe' miasto. 

I tak dochodzimy do punktu, w którym przekazy ezoteryczne zgadzają się z istniejącymi tekstami źródłowymi, 

eposami i mitologiami. Zaś archeologia i geologia chcąc, czy nie chcąc przynoszą nam kolejne dowody 

niezwykłej hipotezy o wojnach atomowych toczonych w starożytnych czasach. Na koniec przedstawię jeszcze 

pokrótce, jak według nauki ezoterycznej zakończyła się Wielka Wojna. 

Atlanci, nauczeni doświadczeniem nie próbowali więcej gróźb i targów, ale bezlitośnie zasypywali kolejne miasta 

i armie indyjskie bombami atomowymi zrzucanymi z ich statków powietrznych, a także rakietami balistycznymi. 

Olbrzymie połacie Kaszmiru, doliny Indusu i centralnych Indii zostały całkowicie spustoszone. Po każdym ataku 

znikało miasto, jego mieszkańcy, nawet jeśli przeżyli sam wybuch zapadali na chorobę popromienną, a okoliczne 

pola nie nadawały się do uprawy. Atlanci stosowali taktykę spalonej ziemi nie pozostawiając po sobie niczego. 

Nawet bogowie hinduscy byli bezradni wobec zmasowanego natarcia ich konkurentów. Jednak stało się coś, co 

odwróciło bieg wojny i najpewniej losy świata [bo kto wiem, jak potoczyłyby się dalsze dzieje Ziemi, gdyby 

Atlantydzi opanowali całą planetę?]. Atlantydzi, uznając wojnę z Indiami za wygraną, rozpoczęli kolejny konflikt! 

Używając broni emitującej poprzez środek Ziemi tzw. 'fale skalarne' zaatakowali cywilizację z pustyni Gobi. 

Jednak ta najbardziej niszczycielska ze wszystkim technologii stworzonych przez Atlantów okazał się być bronią 

obusieczną. W wyniku tego ataku nastąpił potężny kataklizm, który zmiótł z powierzchni ziemi nie tylko cel, ale i 

atakującego. A uratowane w ten sposób Imperium Ramy przetrwało, choć nigdy już się nie wróciło do dawnej 

świetności. Koniec. 

Kilka słów podsumowania 

background image

Muszę przyznać, że wahałem się włączając powyższy tekst o cyklu o wojnach atomowych. Przygotowując 

bowiem to wyjątkowe opracowanie stałem na gruncie możliwie największej [co przy takiej skali czasowej jest 

niezwykle trudne] obiektywności i rzetelności, tymczasem teraz przytaczam historię rodem z filmów S-F. Ale 

doszedłem do wniosku, iż nawet najbardziej wątpliwa przesłanka, może nabrać w całokształcie istniejących 

śladów wagi dowodu. 

PS - Edgar Cayce o technice Atlantydów 

Dla uzupełnienia powyższego artykułu pozwolę sobie przedstawić dodatkowo kilka cytatów z zapisów sesji 

najsławniejszego jasnowidza świata - Edgara Cayce'go, który wiele miejsca poświęcił właśnie Atlantydzie. Więcej 

z zapisków Cayce'go znajdzie w Źródłach Czasu Bogów. 

(...) w Atlantydzie w okresie wielkiego rozwoju komunikacji, dróg i sposobów poruszania się ludzi po kraju, 

środków transportu, jak to dziś nazywamy, samolotów, statków powietrznych, gdyż mogły one szybować nie tylko 

w powietrzu, ale także w innych ośrodkach (...) 

Mamy więc statki powietrzne Atlantydów - vailixiamy. 

(...) w Atlantydzie, kiedy ludzie byli w stanie zrozumieć prawa natury (...) 

A jaka jest podstawa istnienia całej materii? Siły wewnątrzatomowe. Ich przezwyciężenie jest kluczem do 

wykorzystania energii jądrowej, czy to w celach pokojowych, czy militarnych. 

(...) tajemnice związane z 'ciemną stroną życia', czyli, jak to wtedy określano, energią powszechną (...) 

Mając na uwadze poprzedni akapit - cóż innego można określić mianem 'energii powszechnej', jeśli nie energię 

atomową, która jest zawarta w każdym atomie budującym świat? 

(...) w Atlantydzie w czasie tych ludzi, którzy osiągnęli znajomość praw mechaniki i zastosowania 'ciemnej Strony 

życia' do zniszczeń (...) 

Użycie energii atomu do niszczenia = broń jądrowa!" 

 Bliski Wschód 

 

"Bliski Wschód, czyli nuklearny atak na Sodomę i Gomorę 

Mezopotamia, inaczej międzyrzecze to kraina wywodząca swą nazwę z położenia pomiędzy rzekami: Eufrat i 

Tygrys. Przez wielu ten właśnie region utożsamiany jest z legendarnym Edenem i, kto wie, czy nie ma w tym 

trochę racji. Wiele bowiem wskazuje na to, iż właśnie rejon Bliskiego Wschodu stał się miejscem narodzin 

ludzkiej cywilizacji, stworzonej przez bogów-astronautów. W każdym razie kultura Sumeru stała się podstawą nie 

tylko wszelkich późniejszych cywilizacji tego regionu, ale również [poprzez Grecję, Rzym i Judaizm] wpłynęła 

pośrednio na naszą chrześcijańską Europę. W tym artykule, trzecim już w cyklu [a drugim merytorycznym], 

postaram się przedstawić Ci, drogi czytelniku, nie tylko mity i legendy tego regionu wskazujące na użycie w 

starożytności broni atomowej, ale również zmienić Twój pogląd na całą historię Bliskiego Wchodu, snując 

fantastyczną na pozór opowieść o wojnach bogów. 

Bliski Wschód to tygiel narodów. Stykały się tu najróżniejsze nacje, formy rządów, religie. Wszystkie czerpały co 

prawda ze wspólnego praźródła, jakim był Sumer, jednak liczne odrębności i modyfikacje dokonywane przez 

poszczególne kultury utrudniają dokonanie właściwej rekonstrukcji rzeczywistości. Wspaniałe eposy sumeryjskie, 

które śmiało można porównać z ich odpowiednikami w Indiach, którymi zajmowaliśmy się ostatnio w większości 

nie dotrwały do naszych czasów. Stąd też najczęściej korzystać musimy z ich przeróbek dokonywanych w czasach 

późniejszych [głównie w Babilonii i Asyrii]. Obraz jaki ukazują nam poszczególne teksty jest jednak równie 

frapujący, jak ten z Mahabharaty. 

1. Oto kilka fragmentów wartych szczególnej uwagi. Pochodzą z Pieśni nad Pieśniami Gudei, spisanej u schyłku 

trzeciego tysiąclecia pne.: 

background image

Niebiańska broń MITUM, która niczym dziki wicher z wrzaskiem runęła na krainę wrogów, broń SZARUR, orkan 

bitwy, młot na nieprzyjazny kraj. 

Memu władcy dał Mullil potężną broń bogów, która wszystkie wrogie kraje obróci w perzynę, która zniszczy 

nieprzyjazny kraj. 

Mullilu, twój straszliwy blask sprawia, że ryby gotują się w morzu, a ptaki na niebie. Ryby w morzu trwożą się 

tego... 

Że broń SZITA, siedmiogłowa, prowadzona będzie broń EMEGIR, broń MITUM, cała wroga kraina... stanie się 

jako woda. 

Opisy totalnego zniszczenia niesionego przez straszliwą broń bogów są tu równie przerażające, co historie znane 

nam już z Indii. Warto zwrócić uwagę na ogromne pole rażenia owej broni. W eposach hinduskich była mowa o 

niszczeniu za jednym zamachem całych armii, całych miast. Pieśń nad Pieśniami przedstawia owo narzędzie 

zniszczenia, jako jeszcze potężniejsze - tu niszczone są całe krainy! Jest to jak najbardziej realne, należy bowiem 

pamiętać o tym, iż Sumer był w istocie zbiorowiskiem państw-miast rzadko tworzących większe organizmy 

państwowe. Zniszczenie miasta było więc jednoznaczne z zagładą całego kraju. Tak właśnie mity sumeryjskie 

tłumaczą upadek miasta Ur. Biorąc pod uwagę moc takiego pocisku [wydaje się, iż przewyższała ona współczesne 

głowice termonuklearne], ogromny obszar skażenia powodujący śmierć, bądź wyniszczające napromieniowanie 

wszystkich żywych istot w okolicy - unicestwienie całej krainy jednym atakiem wydaje się jak najbardziej 

możliwe. 

W tradycji Sumeru miasta były siedzibami bogów. Każdy z nich posiadał jedno, lub kilka miast, a niezależnie od 

tego sprawował kontrolę nad obszarami położonymi poza granicami Mezopotamii. W sytuacji ciągłych wojen 

pomiędzy Anuanaki [grupa 4 tysięcy istot boskich, o jakich mówi mitologia Sumeru], które były wynikiem walki 

o dominację dwóch frakcji: Enkitów skupionych wokół buntownika Marduka i Enlilitów popierających Enlila i 

Dumuzjego, było oczywiste, iż niszczące uderzenia skupiały się na głównych miastach - stolicach bogów. Biorąc 

pod uwagę stopień rozwoju cywilizacji Sumeru, dziesiątki tysięcy ludzi musiały ginąć w czasie jednego 

bombardowania. 

Cytowany tekst posługuje się nazwami własnymi dla określenia rodzajów użytych broni. Niedoskonałe 

tłumaczenia pisma klinowego, dokonywane w nieświadomości faktycznego znaczenia przekładanych historii, nie 

pozwalają na właściwe tłumaczenie poszczególnych zwrotów. Specjaliści tkwią w określonym schemacie 

myślowym, pełnym dogmatów nie dopuszczających takich faktów, jak istnienie i przede wszystkim stosowanie 

broni jądrowej w starożytności. To właśnie powoduje, iż dla takich ludzi dawne teksty są często 

nieprzetłumaczalne, a nawet jeśli badacze pokusili się o całościowy przekład danej historii, to i tak jest ona pełna 

błędów, wprowadzanych na siłę określeń zniekształcających rzeczywistość. Techniczne opisy autorów antycznych 

ksiąg zmieniają się w wyniku pracy tłumaczy w bajkowe opowieści pełne udziwnionych metafor odnoszących się 

najczęściej do przyrody i pogody. Inna rzecz, że sami autorzy tekstów mogli nie być świadomi tego, czego byli 

świadkami i posługiwać się metodą opisową w przekazywaniu niezrozumiałych dla nich faktów. 

Nie oznacza to jednak, iż nie jesteśmy już w stanie dojrzeć właściwego znaczenia użytych słów. Weźmy chociażby 

jedno z określeń broni użyte w powyższym fragmencie - EMEGIR. Nie wiem niestety, co znaczy słowo EME, ale 

wiem za to, jak należy właściwie odczytywać GIR. Zecharia Sitchin, jeden z największych autorytetów w 

dziedzinie mitologii Sumeru tak oto interpretuje to określenie: ostatni człon rakiety. Robi się ciekawie? No to 

dodajmy do tego jeszcze określenie 'siedmiogłowa'. Co otrzymujemy dokonując alternatywnej interpretacji tekstu, 

biorąc pod uwagę fakt, iż broń atomowa istniała w tamtych czasach? Rakietę balistyczną z siedmioma głowicami 

jądrowymi! 

2. Pieśń żałobna nad upadkiem miasta Ur, tabliczka gliniana z asyryjskiej biblioteki w Aszur: 

Wichura, co obraca kraj w perzynę, ryczy nad ziemią, spada na statki, miasta, niszczy je... [Mullil - przyp. Aut.] 

poluje na firmamencie niebieskim, zrzuca deszcz ognia przed wichurą... chwycił promieniste światło dnia. W 

krainie jasnego słońca świeci jak gwiazda wieczorna. Noc, co dawała dotąd radość i ochłodę schwyciła 

południową burzę... Puchary ludzi pełne są pyłu... Burza ognista, co zniszczyła kraj, położyła się nad miastem 
śmiertelnym milczeniem, przykryła Ur jak suknem, otuliła je niczym płótnem lnianym. Wichura spada na kraj 

niczym byk - a lud się skarży. Tego dnia znikło świtało miasta, stało się ruiną... W jego potężnych bramach leżą 

trupy, na targowiskach ścielą się ciała... Mężowie nie uzbroili się w hełmy, nie przywdziali pasów. Jak gdyby byli 

w miejscu, gdzie zrodziły ich matki, leżeli we krwi. Ci, którzy trafieni zostali bronią MITUM, nie przywdziali 

zbroi. Nie pijąc napoju, który oszałamia, zataczali się ludzie... Słabi i silni w ten sam sposób uszli w Ur z życiem. 

Starcy i staruszki, co nie wyszli ze swych domów ogniem trafieni zostali. Dzieci, co na łonach swych matek 

spoczywały, uniosło jako ryby... Wszystkie dobra zebrane w kraju uległy zniszczeniu. Na wszystkie skarbce kraju 

background image

spadł deszcz ognisty... Burza rycząca, co zniszczyła miasto, co zakończyła wszelakie dobro w kraju..., co runęła na 

kobietę i dziecko, co kazała zniknąć światłu. 

Znów napotykamy na typowe dla opisów broni atomowych, sporządzonych czy to w starożytności, czy 

współcześnie, elementy. Fala uderzeniowa, której niszczycielska siła jest relacjonowana jak niszczycielska 

wichura. Ściana ognia, jaka pędzi wraz z nią to mitologiczny deszcz ognia. Charakterystyczne jest również 

jaskrawe światło bijące z miejsca wybuchu, widoczne z ogromnej odległości. Warto zatrzymać się na chwilę przy 

sformułowaniu - "puchary [...] pełne są pyłu". Porównanie z innymi opisami mitologicznymi, w zestawieniu ze 

świadomością, iż tego typu relacje są opisami skutków ataku nuklearnego, każe nam przyjąć następującą 

interpretację: opad radioaktywny. To ten właśnie pył, który zatruwa całą żywność; opada na ludzi wywołując 

chorobę popromienną; dopełnia totalnej zagłady całej okolicy będącej świadkiem eksplozji. 

Podobnie, jak we wszystkich wcześniejszych opisach tak i tu jest mowa o niezliczonej ilości zabitych. Biorąc pod 

uwagę wielkość ówczesnych miast było to wiele tysięcy istnień. Jak dla nas niewiele, ale tysiące lat temu 

oznaczało to nie tylko zagładę pojedynczego miasta, ale wyludnienia na długo całej okolicy. Uderzenie było 

niespodziewane, nagłe, ale przez to nic nie traciło na swojej niszczycielskiej sile. Nikt nie zdołał się przygotować 

do walki, a zresztą cóż mogła poradzić ludzka armia przeciwko 'magicznej sile' wszechpotężnych bogów? 

3. Oto obszerny cytat z najsłynniejszego tekstu mezopotamskiego - eposu o Gilgameszu: 

Przyjacielu, trzeci sen zobaczyłem i widziany przeze mnie sen cały straszny, w drżenie wprawiający! Niebo 

krzyczało, ziemia grzmiała, dzień zamarł i nastała ciemność, lśniła błyskawica i promień tryskał, chmury były 

gęste, śmierć z nich siekła ulewą. Wygasł ogień, pioruny pogasły, z walącej się góry pozostał popiół. 

To bardzo ekspresyjny opis, czysto literacki. Taki jest bowiem epos o Gilgameszu, dzieło artystyczne, pod którym 

wciąż jednak możemy dostrzec echa jego prawdziwej treści. Wspaniałe metafory zawarte w tym fragmencie 

stosunkowo łatwo jest rozszyfrować i mając na uwadze spostrzeżenia, jakie poczyniłem przy poprzednich 

fragmentach zapewne sam byś sobie poradził drogi czytelniku. Jednakże dla porządku przedstawię właściwą 

interpretację tego tekstu. Narrator stał się światkiem eksplozji nuklearnej, która zniszczyła całą górę. Najpierw 

usłyszał przeciągły grzmot, gdy rakieta balistyczna nadleciała z przestworzy i uderzyła w cel. Wybuch wzniósł w 

powietrze ogromne ilości pyłów, które zasnuły niebo. Wśród ciemności wyraźnie był jednak widoczny słup ognia, 

tryskający w górę niczym lśniąca błyskawica. Gęste chmury fali uderzeniowej niosły ze sobą ognistą śmierć. 

Powoli wszystko zaczęło wygasać, fala uderzeniowa osłabła, ogień wygasł, a oczom przerażonego widza ukazała 

się kupa gruzu, która jeszcze chwilę wcześniej była górą. 

4. Upadek cywilizacji Sumeru 

Wspaniała cywilizacja Sumeru wciąż pozostaje jedną z największych tajemnic tego świata. Pojawiła się znikąd 

niemal sześć tysięcy lat temu i zniknęła wraz z Akadem równie tajemniczo około 2000 roku p.n.e. Bez żadnej 

ważnej przyczyny wspaniała kultura przepadła w mroku dziejów, a na jej gruzach wyrosły dwa nowe imperia: 

Babilonia i Asyria. Naukowe tłumaczenia, mające charakter luźnych spekulacji trudno uznać za zadowalające. Czy 

zatem nigdy się nie dowiemy, co spowodowało upadek najstarszej i jednocześnie najwspanialszej cywilizacji 

świata starożytnego? 

Wbrew pozorom istnieją źródła opisujące zagładę Sumerów. Są one jednak na tyle dziwne, że nauka traktuje je 

jako zwykłe mity. Prawda jest taka, że dla samych Sumerów to, co się stało było tajemnicą, stąd też ich tak 

rzeczowe zwykle relacje przybierają bardziej baśniowy charakter. Nie znaczy to jednak, by były wyssane z palca! 

Wręcz przeciwnie są one sprawozdaniem z faktycznych wydarzeń, których naukowcy, w swej ignorancji nie 

dopuszczającej innych możliwości, niż tylko ich własne twierdzenia, nie biorą pod uwagę. Jedno ich twierdzenie 

jest jednak zgodne z prawdą - zagłada Sumerów przyszła nagle. 

W 1985 roku Zecharia Sitchin przedstawił po wielu latach badań mezopotamskich mitów wiarygodne i podparte 

rzeczowymi argumentami wyjaśnienie tej zagadki. Jest to hipoteza na pierwszy rzut oka nieprawdopodobna, ale 

dla Ciebie, mającego za sobą lekturę pierwszych części cyklu wojen atomowych, powinna być ona alternatywą 

zasługująca na rozważenie. Otóż Sitchin twierdzi, iż w czasie odpowiadającym gwałtownemu końcowi cywilizacji 

sumeryjskiej doszło do niewiarygodnie olbrzymiej eksplozji jądrowej na zachód od Mezopotamii, której skutki 

objęły całe międzyrzecze i w konsekwencji spowodowały upadek Sumeru. Samą katastrofą zajmiemy się później, 

na razie zastanówmy się, czy rzeczywiście silny opad radioaktywny mógł doprowadzić do zdziesiątkowania 

Sumerów. Dowodami archeologicznymi zajmiemy się w dalszych częściach cyklu, teraz zaś pora sięgnąć po 

źródła pisane. A będą to "lamenty" nad zniszczonymi miastami sumeryjskimi: 

Na kraj [Sumeru - przyp. Aut.] spadło nieszczęście 

nieznane człowiekowi; 

jakiego nikt wcześniej nie widział; 

jakiemu nikt nie potrafił stawić czoła. 

background image

Wielka burza z nieba [...] 

burza unicestwiająca ziemię [...] 

zły wiatr, jak rwący potok [...] 

niszcząca burza, połączona z palącym żarem [...] 

w ciągu dnia pozbawiła ziemię blasku słońca, 

wieczorem gwiazdy nie świeciły [...]. 

Ludzie, przerażeni, nie mogli oddychać; 

zły wiatr schwycił ich w objęcia, 

nie dając im następnego dnia [...]. 

Usta były wypełnione krwią, 

głowy nurzały się we krwi [...]. 

Twarz zbladła od Złego Wiatru. 

Sprawił, że miasta opustoszały, 

domy zostały opuszczone, 

stajnie zostały opuszczone, 

owczarnie stały puste. 

Sprawił, że rzekami Sumeru 

popłynęła woda, która jest gorzka; 

pola uprawne zarosły zielskiem, 

rośliny na pastwiskach zwiędły. 

Powyższy fragment różni się nieco od tych, już Ci znanych. Zapewne zauważyłeś już, iż brak w tym fragmencie 

elementów opisujących sam moment wybuchu [grzmot, wstrząsy, światło, słup dymu, ogień itp.], które 

wskazywałyby na eksplozję nuklearną. Cała relacja dotyczy jedynie skutków wybuchu, a konkretnie jednego z 

nich - opadu radioaktywnego. 

Było to nieszczęście, którego nikt nie mógł zobaczyć. Nie było bowiem samego wybuchu - radioaktywne chmury 

wichura przywiała z daleka, Sumer stał się ofiarą potężnej eksplozji gdzieś poza swoimi granicami. Siła tego 

wybuchu musiała być zaiste ogromna, a prawdopodobnie ogrom szkód spotęgowały warunki atmosferyczne - 

silny wiatr wiejący znad wybrzeży Morza Śródziemnego, gdzie jak się wkrótce przekonamy doszło do wybuchu, 

który stał się przyczyną zagłady. 

Lamenty opisują typowe następstwa choroby popromiennej: wewnętrzne krwotoki, poważne uszkodzenia 

organów, problemy z oddychaniem, 'żar' - pieczenie odczuwane przez chorych. Ludność Mezopotamii została 

zdziesiątkowana. Ci zaś, którzy przeżyli musieli uchodzić ze swoich domów. Powodem tego była świadomość 

skażenia terenu, która przez wiele lat musiała powstrzymywać ludzi od ponownego zasiedlenia zatrutych 

obszarów. Lecz Sumerowie nie zdołali powrócili do swoich wspaniałych miast, by odbudować upadłą cywilizację. 

Osłabieni przez katastrofę, nieustanne walki z ludami, na tereny których zostali zmuszeni uchodzić, wchłonięci 

przez inne nacje, przestali faktycznie istnieć. Zaś ich miejsce na arenie dziejów zajęła Babilonia. 

Ogrom zniszczeń musiał być zaskoczeniem również dla samych bogów. Albo ci, którzy dokonali ataku 

nuklearnego przesadzili z użytą siłą, albo warunki pogodowe sprzysięgły się przeciwko nim. Najpewniej jedno i 

drugie. W każdym razie również bogowie zostali zmuszeni do porzucenia swoich miast, o czym mogą świadczyć 

następujące fragmenty: 

Lament nad Uruk: 

Tak więc wszyscy bogowie uciekli z Uruk; 

trzymali się z dala od niego; 

ukryli się w górach; 

uciekli na dalekie równiny. 

Fragment ten daje nam ponadto wyobrażenie o dwóch podstawowych kierunkach ucieczki Sumerów, należy 

bowiem założyć, iż lud podążył za swoimi bogami. Pierwszy kierunek to góry zamykające dolinę Mezopotamii od 

wschodu, zamieszkałe przez wojownicze plemiona. Drugi kierunek to północne równiny ciągnące się aż po 

dzisiejszą Turcję - obiekt rywalizacji między takimi imperiami jak: Hatti i Akad. Tam też narodziły się nowe 

imperia, których powstanie być może należy łączyć z sumeryjskim eksodusem: Asyria i Mittani. Jedno jest pewne 

- sumeryjska cywilizacja przestała istnieć. Nawet tak potężny bóg, jak Enki został zmuszony do ucieczki wraz ze 

swą małżonką Ninki: 

Lament nad Eridu: 

Ninki, wielka pani, latająca jak ptak, opuściła swoje miasto [...] 

Ojciec Enki został poza miastem [...] 

Los swojego nieszczęsnego miasta opłakał gorzkimi łzami. 

background image

Ostatnie lata przyniosły przetłumaczenie wielu podobnych fragmentów, określanych wspólnie jako 'lamenty'. 

Odnalezione teksty dotyczyły czterech kluczowych miast: Uruk, Eridu, Ur i Nippur. Wskazują one, iż te miasta 

uległy zagładzie w jednym czasie, z jednej konkretnej przyczyny. Nie mógł to być zwykły najazd, jak sugerują 

archeologowie, w zachowanych tekstach brak bowiem jakiejkolwiek wzmianki o tym, a przecież problem wojny 
był dobrze znany sumeryjskim kronikarzom. Jeden z czołowych badaczy Thorkild Jacobsen stwierdził, iż Sumer 

nie uległ najazdowi, lecz "straszliwej katastrofie", która stanowi "całkowitą zagadkę". Nie mogła to być również 

zaraza, opisy wskazują na to, iż skażenie objęło nie tylko ludzi i zwierzęta, ale i rośliny, a nawet rzeczy. 

Kronikarze opisują przyczynę zniszczenia, jako niewidzialnego ducha niosącego śmierć. Ci, którzy doświadczyli 

opadu radioaktywnego i choroby popromiennej nie mogliby znaleźć lepszego określenia. 

5. Nuklearny atak na Sodomę i Gomorę 

Pozostaje nam zastanowić się, jaka to katastrofa stała się 'katem' Sumeru. Zecharia Stichin podaje nam kierunek - 

na zachód od Mezopotamii. Cóż tam znajdziemy? Ogromne obszary pustynne, a dalej - zachodni kraniec 

'zielonego półksiężyca' - Palestynę. Skoro skutki katastrofy były tak straszliwe, że dotknęły nawet tak odległy 

rejon, jak Sumer, wydaje się pewnym, iż jakieś jej ślady odnajdziemy. I tak rzeczywiście jest. Dowodami 

materialnymi zajmiemy się w następnych częściach cyklu, a na razie przeanalizujmy dowody pisane - biblijną 

opowieść o Sodomie i Gomorze: 

[Rdz. 19,13] Mamy bowiem zamiar zniszczyć to miasto, ponieważ oskarżenie przeciw niemu do Pana tak się 

wzmogło, że Pan posłał nas, aby je zniszczyć [...]. 

[Rdz. 19,17] [...] Nie oglądaj się za siebie i nie zatrzymuj się nigdzie w tej okolicy, ale szukaj schronienia w 

górach, bo inaczej zginiesz! 

[Rdz. 19,24] [...] Pan spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia od Pana [z nieba]. 

[Rdz. 19,25] I tak zniszczył te miasta oraz całą okolicę wraz ze wszystkimi mieszkańcami miast, a także 

roślinność. 

[Rdz. 19,26] Żona Lota, która szła za nim, obejrzała się i stała się słupem soli. 

[Rdz. 19,27] Abraham, wstawszy rano, udał się na to miejsce, na którym przedtem stał przed Panem. 

[Rdz. 19,28] I gdy spojrzał w stronę Sodomy i Gomory i na cały obszar dokoła, zobaczył unoszący się nad ziemią 

gęsty dym, jak gdyby z pieca, w którym topią metal. 

Historię tę uważa się zwykle za mit i religijny symbol. Zakrawa na ironię, że w czasach, gdy coraz to nowe fakty 

opisane w Starym Testamencie uzyskują naukowe potwierdzenie, Kościół Katolicki ogłasza publicznie, iż księgi w 

nim zawarte są jedynie zbiorem, nie mających pokrycia w faktach, przypowieści. Opis biblijny wyraźnie 

wskazuje, iż zdarzenie to było dokładnie zaplanowanym i przemyślanym aktem boga, zrelacjonowanym przez 

jego naocznego świadka. Nie tak wygląda mit. Zdarzenie dotknęło nie tylko ludzi, których, jak twierdzi teologia 

Jahwe chciał ukarać, ale też roślinność i całą okolicę. Nie tak powinna wyglądać boska kara. Było to rzeczywiste 

wydarzenie, niczym nie różniące się od kilku podobnych przypadków już przeze mnie opisanych. Dowodzi tego 

zwłaszcza charakterystyczny opis dymu wznoszącego się nad miejscem katastrofy. Opowieść ta jest dla 

współczesnych mitem, gdyż nie dopuszczamy do siebie myśli, że tysiące lat temu bogowie z krwi i kości mogli 

rozpętać wojnę atomową. Lektura tego cyklu zmierza do ukazania, iż to, przed czym uciekamy jest rzeczywistym 

faktem i nie można już dłużej ignorować faktów, jednoznacznie potwierdzających tezę o wojnach atomowych w 

starożytnym świecie. 

A co z przemienieniem się żony Lota w słup soli? Na pierwszy rzut oka nie da się tego w żaden rzeczowy sposób 

wyjaśnić. Badacze spekulują, iż mogło tu chodzić o wysokie zasolenie Morza Martwego - kobieta uciekając miała 

wpaść do wody i tam umrzeć, a jej ciało miało się pokryć warstwą soli. Takie tłumaczenie możemy sobie z góry 

darować. Po pierwsze - gdzie tu słup? Po drugie - przemiana nastąpiła błyskawicznie, a nie w wyniku 

długotrwałego procesu pokrywania się zwłok solą. Cóż mam zatem do zaproponowania zamiast tej naciąganej 

hipotezy? 

Wszystko staje się nadzwyczaj jasne, gdy tylko wie się, że podobnie jak wiele innych, również ta opowieść 

biblijna jest kopią wcześniejszej relacji sumeryjskiej. Wiedząc to możemy dokonać porównania obu tekstów i 

przeanalizować znaczenie poszczególnych określeń. Okazuje się, że termin sól został po prostu źle 

przetłumaczony! Sumeryjskie słowo NIMUR użyte w oryginale oznacza owszem 'sól', ale jego innym znaczeniem, 

które wydaje się ze wszech miar właściwsze w tym kontekście jest 'dym'! Tak więc żona Lota zamieniła się w słup 

dymu, czyli inaczej mówiąc wyparowała pod wpływem ogromnego gorąca, jakie wytworzyło się w wyniku reakcji 

background image

jądrowej! Pamiętam jeszcze, jak wielkie wywarły na mnie wrażenie sceny nakręcone po zbombardowaniu 

Hiroszimy i Nagasaki. Na betonie widniała ciemna plama, komentarz brzmiał zaś - w tym miejscu zginął człowiek 

- zwyczajnie wyparował, gdy dotarła do niego fala uderzeniowa... 

Jak już wspomniałem odkryto kilka starszych relacji niezwykle zbliżonych do tekstu z Księgi Rodzaju, śmiało 

więc można spekulować o sumeryjskim pochodzeniu tej historii. Zwłaszcza, gdy ma się świadomość, iż niemal 

wszystkie ważniejsze wydarzenia opisane w pierwszej księdze biblijnej są pochodzenia sumeryjskiego. 

Najlepszym przykładem jest tu opis potopu i arki Noego, czy cały spektakl stworzenia świata. Poniższy fragment 

mitu sumeryjskiego opisuje zniszczenie dwóch złych miast: 

Pan przynoszący Żar, 

który spalił przeciwników, 

który uspokoił nieposłuszny kraj, 

który zniszczył życie wyznawców Złego Słowa, 

który spuścił deszcz kamieni i ognia na przeciwników. 

Znajdujemy tu nie tylko potwierdzenie poznanej już opowieści, ale również kilka nowych faktów dopełniających 

obrazu wydarzeń. Do "dymu" dołączamy deszcz ognia i odłamków uniesionych w powietrze siłą wybuchu. Sam 

zaś atakujący zostaje określony imieniem "Żar", a jakie to ma konsekwencje przekonamy się już wkrótce. 

Zgadzają się również cele ataku - ukaranie zbuntowanych ludzi, którzy posłuchali 'złego słowa'. Ten fakt okaże się 

niezwykle istotny w naszych dalszych rozważaniach. 

6. Tło wydarzeń - wojna bogów 

Ze względu na brak miejsca [i czasu], a także z obawy przed zanudzeniem czytelników drobiazgowymi 

wywodami, historię opisaną poniżej przedstawiam w formie skróconej. Zainteresowanych dogłębniejszym 

zbadaniem opowieści odsyłam do książek Sitchina [zwłaszcza Wojny bogów i ludzi] i Alforda [Bogowie Nowego 

Tysiąclecia]. 

Tłem wydarzeń w Sodomie i Gomorze był zaciekły spór bogów dotyczący osoby Marduka - pierworodnego Enki, 

który z kolei był synem najwyższego boga Anu. Enki bronił praw swego potomka do dziedziczenia, czemu 

sprzeciwiali się inni bogowie. Należy tu wyjaśnić, iż system dziedziczenia był ściśle określony i oznaczone za 

pomocą liczb - im wyższa, tym lepsza pozycja określonego boga. Najwyższą pozycję zajmował Anu [60], lecz w 

zasadzie nie przebywał on na Ziemi. Stąd też na planecie rywalizowali ze sobą jego synowie: Enlil [50] i Enki 

[40], popierani przez frakcje pomniejszych bogów. Ich synom przypadałaby normalnie pozycja ojców, oczywiście 

po ich śmierci, ale Marduk wysunął roszczenia do przewodzenia bogom i chciał odsunąć od dziedziczenia po 

Enlilu jego syna Ninurtę. Żądania Marduka stały się przedmiotem obrad bogów i spotkały się z gwałtownym 

sprzeciwem Enlilitów, ale nie tylko ich. Brat Marduka, zazdrosny o niego, a dodatkowo spokrewniony z Enlilitami 

- Nergal [Erra] w gniewie opuścił stół rozmów poprzysięgając zniszczenie Marduka i jego stronników. Opisuje to 

poemat Erry: 

Zniszczę kraje, 

zamienię je w pył; 

przewrócę miasta, 

zamienię je w pustkowie; 

spłaszczę góry, 

sprawię, że ich zwierzęta zginą; 

poruszę morza, 

zdziesiątkuję to, co w nich pływa; 

unicestwię ludzi, 

ich dusze zamienią się w dym; 

nikt nie zostanie oszczędzony [...]. 

W obliczu zaostrzenia konfliktu i otwartych gróźb wojny zaniepokojonym bogom pozostało jedynie zwrócić się o 

arbitraż do najwyższego Anu. Ten postanowił utrzymać przypisaną prawem linię dziedziczenia i wydał zgodę na 

zniszczenie Marduka za pomocą siedmiu rakiet atomowych. Atak mieli przeprowadzić: znany nam już Erra 

[Nergal] - bóg wojny, polowania i zarazy, zwany w mitologii: "niszczącym królem", "gwałtownym", "tym, który 

spala"; i Iszum [Ninurta] - prawowity następca po Enlilu - najwyższym na Ziemi. Gdy dodam, że określenie Iszum 

znaczy tyle, co "Żar" jasnym się stanie [w świetle wcześniejszych wywodów] cel ataku - Sodoma i Gomora. To 

właśnie Nergal, zazdrosny brat był najbardziej zaciekły i chciał unicestwić nie tylko Marduka, ale i jego 

ewentualnego mściciela - syna o imieniu Nabu. Bogowie przypuszczali, że poszukiwany ukrywa się w rejonie 

Sodomy i Gomory. Nie wiedzieli jednak, że inny z synów Enkiego - Gibil ostrzegł Marduka przed planowanym 

atakiem: 

background image

Tych siedmioro - przebywają w górach, 

mieszkają w jaskini w głębi ziemi. 

Z blaskiem wyruszą z tego miejsca, 
z Ziemi do Nieba, odziani w strach. 

Wymowa tego tekstu nie budzi wątpliwości - siedem rakiet balistycznych wznoszących się w czasie lotu wysoko 

w atmosferę znajduje się ukrytych w ziemi silosach [w sumeryjskim - KA.GIR, co znaczy "usta rakiety"]. Nergal i 
Ninurta mają je wykorzystać do ataku; z pierwszym blaskiem słońca rozpocząć się ma dzieło zniszczenia. Marduk 

oczywiście nie miał zamiaru na to czekać. 

7. Zniszczenie Sodomy i Gomory 

Atak miał być przeprowadzony na dwa miejsca. Celem ataku nie była li tylko domniemana kryjówka Marduka 

nad Morzem Martwym, ale obiekt o wiele ważniejszy, którego zniszczenie miał zapewne uniemożliwić 

Mardukowi ucieczkę - centrum kosmiczne na Synaju, skąd bogowie udawali się do "nieba". Szczegółowe opisanie 

skomplikowanego systemu nawigacyjnego, jaki bogowie stworzyli na potrzeby swoich podróży wykracza poza 

ramy tematyczne tegoż artykułu, dlatego ograniczę się do jednego tylko fragmentu potwierdzającego tą tezę: 

Z miasta do miasta wyślę posłańca [broń - Przyp. Aut.]; 

syn, nasienie swego ojca, nie umknie; 

jego matka przestanie się śmiać [...]. 

Nie wejdzie on do miejsca bogów; 

wstrząsnę miejscem, z którego Wielcy się wznoszą. 

Nie ulega wątpliwości, że określenie posłaniec oznacza broń, najpewniej rakietę balistyczną, co zgadzałoby się z 

innymi tekstami. Obrazowo mówiąc [a barwne metafory nie były obce kronikarzom sumeryjskim] był to 

"posłaniec śmierci". Zakładając, że Marduk znajduje się bądź w Sodomie, albo Gomorze, bądź próbuje uciec z 

kosmodromu, Nergal mógł być rzeczywiście pewny swego. Jak wielka zaślepiała go nienawiść niech świadczy 

fakt, że postanowił poświęcić tak cenny kosmodrom dla zabicia swego znienawidzonego brata. 

Co dziwne, dalsze fragmenty opisują, jak Ninurta próbował uspokoić swojego żądnego mordu sprzymierzeńca. 

Użył przy tym słów niezwykle podobnych do tych, jakimi Abraham zwracał się do swego boga: 

Mężny Erro, 

czy zniszczysz prawe nieprawym? 

Czy zniszczysz tych, którzy zgrzeszyli przeciwko tobie, 

razem z tymi, którzy przeciw tobie nie zgrzeszyli? 

Cytat ten potwierdza to, co zaznaczałem już w punkcie 5, a mianowicie, że nie tylko sam opis wydarzeń, 

zamieszczony w Biblii i mitach Sumeru jest zbieżny; jednakowe są również przesłanki zniszczenia miast. Owe 

"złe słowo", o którym mówi Pismo to nic innego, jak poparcie buntownika - Marduka przeciwko prawowitemu 
następcy - Ninurcie. Możliwe jest jednak jeszcze inne rozumienie tego fragmentu. Jak wiemy Marduka już nad 

Morzem Martwym nie było, czy więc możliwa jest taka sytuacja, iż Ninurta dowiedział się o tym i próbował - 

bezskutecznie - powstrzymać Nergala od zagłady niewinnych miast? Podkreślenie, że użycie boskiej broni 

zabijało zarówno winnych, jak i niewinnych jest dodatkowym potwierdzeniem tego, iż nie ma tu mowy o boskiej 

karze za grzechy - to ślepa nienawiść. 

Po ustaleniu planu ataku, sojusznicy przeprowadzili atak. Najpierw Ninurta [Iszum] zaatakował centrum 

kosmiczne: 

I szum skierował się na Najwyższą Górę; 

straszliwa siódemka, niezrównana, 

ruszyła za nim. 

Bohater przybył na Najwyższą Górę; 

wzniósł swoją dłoń - 

góra została zmiażdżona. 

Później starł 

równinę wokół Najwyższej Góry 

z jej lasów nie pozostał nawet jeden pień. 

A następnie Nergal [Erra] zniszczył dwa miasta w Palestynie: 

Później, naśladując Iszuma, 

Erra podążył Królewską Drogą. 

Zniszczył miasta, 

zamienił je w pustkowie. 

background image

Sprawił, że w górach zapanował głód, 

wyniszczył zwierzęta. 

Przeanalizujmy powyższe fragmenty. Ninurta uderzył na centrum kosmiczne. Wynika to z wcześniejszego 

fragmentu, który precyzował cele ataku, ale można się tego dopatrzyć również w określeniu "najwyższa góra". Po 

pierwsze słowo "góra" bywa używane w języku sumeryjskim jako synonim rakiety. Po drugie to właśnie na górze 

na Synaju lądował w huku ognia i dymu biblijny Jahwe. Jest to wyraźna wskazówka, iż to właśnie miejsce było 

głównym punktem w boskich podróżach. Ową najwyższą górę można również potraktować dosłownie. Według 

mnie mogłoby tu chodzić jedynie o górę Św. Katarzyny, która do dziś jest ważnym punktem dla wszystkich 

wielkich religii monoteistycznych. Dowodami materialnymi na potwierdzenie tezy o wybuchu jądrowym na 

Synaju, a jest ich niemało, zajmiemy się później. 

Powyższy, dość skąpy opis zniszczeń, jakie spowodował atak Nergala warto uzupełnić kolejnymi fragmentami 

mitów Sumeru. Poniższy fragment pochodzi z Tekstów Kedorlaomera: 

Ten, który spala ogniem 

i ten od złego wiatru, 

razem wypełnili swoje zło. 

Ci dwaj sprawili, że bogowie uciekli, 

sprawili, że uciekli przed żarem. 

Sprawili, że to, co się wznosiło do Anu, zwiędło; 

oddalili jego oblicze, 

sprawili, że jego miejsce opustoszało. 

Fragment ten, to pole do popisu w zabiegach interpretacyjnych. Z pierwszych wersów jasno wynika, z kim mamy 
do czynienia. "Ten, który spala ogniem" to, jak już wspominałem opisowe imię Nergala - boga wojny. Biorąc pod 

uwagę, iż działał on razem z Ninurtą, osoba kryjąca się w drugiej linijce przestaje być zagadką. Ich atak sprawił, 

że bogowie zostali zmuszeni do ucieczki. Można spekulować, czy chodziło tu o bogów stanowiących obsługę 

urządzeń naziemnych w gwiezdnym porcie, czy też należy przyjąć szerszą interpretację i przyjąć, iż chodzi tu o 

wielki eksodus bogów z Sumeru skażonego opadem radioaktywnym. Liczne "lamenty" nad miastami Sumeru 

wskazują na prawdziwość drugiej możliwości. Wątpliwości budzi też określenie "to, co się wznosiło do Anu". Anu 

był bogiem słońca, a więc na pierwszy rzut oka chodzi tu o roślinność. Z drugiej jednak strony Anu był 

najwyższym bogiem Nieba, a więc startujące z kosmodromu statki kosmiczne wznosiły się do Anu! Na podobnej 

zasadzie można się zastanawiać, czy "miejsce Anu" to tylko metafora Słońca, które zostało "oddalone" przez 

chmury dymu i popiołu powstałe po eksplozji, czy też miejsce Anu [boga Niebios] to właśnie kosmodrom - 

miejsce kontaktu "Ziemi" i "Nieba". 

Idąc dalej - siła wybuchu była tak olbrzymia, iż cały obszar, gdzie zlokalizowane były dwa miasta zapadł się pod 

ziemię i uległ zatopieniu przez wody Morza Martwego. Fakt ten podawany przez poemat Erry zgadza się z opisem 

biblijnym i pracami archeologów. Opisana w Biblii Dolina Siddim jest przez naukowców utożsamiana właśnie z 

Morzem Martwym, a konkretnie jego płytszą, południową częścią. Potwierdzają to również źródła greckie i 

rzymskie. Szczegółowe omówienie materialnych świadectw wydarzeń w dolinie Jordanu już wkrótce, teraz zaś 

fragment z poematu Erry, o którym mowa: 

Przekopał się przez morze, 

podzielił jego całość; 

sprawił, że to, co w nim żyło, 

nawet krokodyle, 

zwiędło. 

Zwierzęta spalił jak ogniem, 

rozwiał ich popioły, aby stały się jak piasek. 

Opis skutków ataku jądrowego jest zbieżny z innymi, już nam znanymi i nie wymaga komentarza, zdziwienia 

mogą jednak budzić krokodyle. Obecnie nie żyją one w Morzu Martwym, w którym zresztą, z racji zasolenia, nic 

nie żyje. Czy jednak kiedyś gady te zamieszkiwały w tych regionach? Jest to możliwe, a potwierdzenie tego 

znajdujemy w eposie o Gilgameszu, który był ostrzegany przed tymi wodami z racji żyjących w nim potworów. 

Akcja eposu dzieje się na 900 lat przed opisywanymi obecnie przeze mnie wydarzeniami, jednak chronologii 

poświęcony jest następny już punkt artykułu. 

8. Chronologia wydarzeń 

Powyższa historia jest mocno skróconym opisem wydarzeń. Dla dopełnienia całości należałoby przedstawić 

dokładniej ówczesną sytuację polityczną Sumeru, sprecyzować przebieg sporów pomiędzy bogami, jak i opisać 

rolę Abrahama i Lota w tej wojnie. Wszystko to jednak nie dotyka bezpośrednio tematu niniejszego opracowania. 

background image

Być może poświęcę tym sprawom dodatkowy artykuł, do sprawy Sodomy i Gomory powrócimy jeszcze przy 

okazji omawiania geologicznych dowodów potwierdzających tezy o wojnach atomowych w świecie starożytnym. 

Na koniec wpadałoby powiedzieć jeszcze parę słów o chronologii wydarzeń. Mitologia Sumeru wyraźnie łączy 

wydarzenia w Palestynie i na Synaju z kresem ich cywilizacji, spowodowanym "złym wiatrem", "wielką burzą 

zesłaną przez Anu", "burzą stworzoną w blasku błyskawic", która "na zachodzie się zrodziła". Synaj, zwany przez 

Sumerów Równiną Bez Litości jest wyraźnie powoływany, jako mający związek z upadkiem ich cywilizacji: 

"spośród gór to spadło na kraj, z Równiny Bez Litości przybyło". Kres Sumeru to czasy około 2000 roku p.n.e. 

Sitchin i Alford na podstawie szczegółowej analizy mitów, nie tylko sumeryjskich, ale również egipskich i 

hetyckich [Marduk był egipskim Re, a przez pewien czas ukrywał się w Anatolii, o czym świadczą sfinksy na 

modłę egipską znalezione w miastach Hetytów], jak i Biblii [epoka Abrahama] ustalili wyraźną datę ataku 

nuklearnego na Sodomę i Gomorę - 2024 rok p.n.e." 

 Geologia 

"Geologia - kolejne potwierdzenie 

To już szósta część mojej opowieści. W poprzednim artykule przedstawiłem pierwszą grupę materialnych 

świadectw na potwierdzenie tezy o starożytnych wojnach atomowych. Teraz pora na oddanie głosu geologom. 

Skoro przed tysiącami lat dochodziło do kataklizmów tak potężnych, że z powierzchni ziemi znikały całe miasta, a 

ogromne krainy pustoszały w wyniku radioaktywnego opadu powinniśmy odnaleźć ślady tych wydarzeń również 

w postaci odkryć geologicznych. Tak rzeczywiście jest i tym właśnie faktom poświęcony jest poniższy tekst. 

Zapraszam do lektury. 

1. Zaczniemy rzecz jasna od Sodomy i Gomory. Jeśli bowiem tam nastąpiła bitwa atomowa tak potężna, że 

skończyło się to nie tylko zniszczeniem kilku miast, ale także kresem cywilizacji Sumeru [patrz: 3 część - Bliski 

Wschód, czyli nuklearny atak na Sodomę i Gomorę] ślady tych wydarzeń powinny być jak najbardziej widoczne. 

Zaczynamy więc. 

Biblia dokładnie lokalizuje Sodomę i Gomorę, jak też i kilku innych miast [Soar, Adma, Seboim; Rdz.14,2] nad 

Morzem Martwym. Mieścić się one miały w dolinie Siddim, znajdującej się na południowym krańcu Morza 

Słonego [dziś zwanego Martwym]. O dokładnym umiejscowieniu właśnie na południowym brzegu wiemy dzięki 

mapie w formie mozaiki, która znajduje się w kościele, w miejscowości Madaba. Datowana jest na V wiek ne, a 

przedstawia Jerozolimę, Jerycho i wreszcie miasto Soar na południowym krańcu Morza Martwego. Pozostałe zaś 

miasta, o których wspomniałem, leżały w tym samym regionie. Archeologom udało się, a przynajmniej tak 

twierdzą zlokalizować ruiny wszystkich pięciu miast. Gomorę utożsamia się z ruinami miasta zwanego Numeira, a 

Sodomę z Bab edh-Dhra. To, czy jest to słuszne jest bez znaczenia dla naszej historii, dlatego też nie będę 

opisywał badań źródłosłowu żydowskiego, które doprowadziły lingwistów do wysunięcia takiego właśnie 

wniosku. 

Akwen Morza Słonego jest ze wszech miar niezwykły. Położony w najgłębszej depresji na świecie - 390 metrów 

poniżej poziomu Morza Śródziemnego ma zadziwiającą głębokość 365 metrów, co daje łącznie 755 metrów 

poniżej poziomu morza! Równie niezwykły jest skład chemiczny wody wypełniającej dno uskoku tektonicznego, 

w którym jezioro powstało. Jest ono bodajże najbardziej słonym akwenem wśród wszystkich słonych wód na 

Ziemi. Choć wydaje się to nieprawdopodobne blisko 1/3 'wody' to substancje stałe, głównie chlorek sodowy, który 

pewnie lepiej znacie, jako sól kuchenną  Dla porównania woda morska zawiera jedynie 3,3 do 4 % soli. Dzieje się 

tak dlatego, iż brak jest odpływu - wszystkie nanoszone wodami Jordanu gromadzą się na obszarze 1295 

kilometrów kwadratowych, zaś tempo parowania - 6500000 metrów sześciennych dziennie dopełnia reszty. Zaiste 

niezwykłe jezioro, a kryje ono w sobie jeszcze jedną niespodziankę, jedną z największych zagadek ludzkiej 

przeszłości - historię 'złych miast', Sodomy i Gomory. 

Dla Kościoła Katolickiego Stary Testament, mimo licznych cięć i przeróbek, mimo odrzucenia najbardziej 

niewygodnych ksiąg [część z nich znajdziecie u nas w dziale Źródła] szybko stał się dość kłopotliwym tekstem, 

pełnym niezwykłych zdarzeń, niemal baśniowych historii, które dla człowieka epoki nowożytnej były nie do 

przyjęcia. To zaś w istotny sposób podważało wiarygodność chrześcijaństwa jako religii. Nic więc dziwnego, że 

Kościół po długim, upartym trwaniu na stanowisku dosłownego odczytywania Pisma uległ w tej walce i oficjalnie 

przyznał, iż Stary Testament jest li tylko zbiorem opowiastek, ludowych przypowieści nie mających pokrycia w 

rzeczywistości. Dziwnie wygląda takie stwierdzenie w obliczu słów papieża o pojednaniu z Żydami - 'starszymi 

braćmi w wierze', dla których to właśnie Stary Testament jest jedyną świętą księgą. Oficjalne stanowisko 

hierarchów nie zastopowało jednak działań licznych grup naukowców i niezależnych badaczy pragnących dowieść 

historycznej wartości Biblii. Dziś można powiedzieć z całą pewnością, że swoją misję wykonali, a Watykan stanął 

w bardzo niezręcznej sytuacji. Biblia stała się nieocenioną pomocą dla przeprowadzenia nowego datowania 

dynastii egipskich faraonów, takie historie jak exodus z kraju Nilu, wieża Babel, egipskie ciemności, rozstąpienie 

background image

się wód Morza Czerwonego zyskały uzasadnienie historyczne. Jedną z niezwykłych historii biblijnych, dla 

których podjęto próbę znalezienia potwierdzenia jest historia zagłady Sodomy i Gomory. Naszą analizę 

rozpoczniemy od wyjaśnień oficjalnej nauki, by wykazać ich wątpliwą wiarygodność. 

Podstawowa teoria opiera się na założeniu, iż biblijne 'miasta zepsucia' legły w gruzach w czasie naturalnego 

kataklizmu, takiego jak trzęsienie ziemi, albo wybuch wulkanu. Czy było to jednak możliwe? 

Propagatorem pierwszego z tych rozwiązań był Werner Keller, autor bestsellerowej książki popularnonaukowej: 

Biblia jako Historia. Zaproponował on rozwiązanie, w myśl którego w wyniku ruchu skorupy ziemskiej w rejonie 

wielkiego uskoku tektonicznego, jaki przebiega pod Morzem Martwym nastąpiło gwałtowne trzęsienie ziemi, 

eksplozje, w których wyniku uwolnione zostały naturalne gazy, a siarka, która dostała się do atmosfery, spadła jak 

deszcz - paląc wszystko. Keller przyjął, iż takie właśnie wydarzenie miało miejsce w epoce Abrahama i Lota, czyli 

u schyłku trzeciego tysiąclecia pne. Uskok, o którym mowa faktycznie istnieje, rejon ten jest faktycznie miejscem 
aktywnym sejsmicznie. Keller stara się także wyjaśnić pochodzenie 'słupa soli' - miałby to być jeden z licznych w 

tym rejonie naturalnych stalagmitów solnych. Wszystko pięknie, ale tylko z pozoru. Koncepcja Kellera w 

konfrontacji z opiniami geologów upadła. Sam jej autor musiał przyznać, iż się pomylił. Zgodnie z najnowszymi 

badaniami rozpadlina jordańska powstała miliony lat temu [w oligocenie], a nie tysiące, jak do niedawna sądzono, 

więcej w ciągu ostatnich kilkunastu tysięcy lat rejon ten nie był aktywny sejsmicznie. Co pozostaje z składnie i 

logicznie brzmiącej koncepcji? Nic. Idźmy jednak dalej. 

Za teorią wybuchu wulkanu opowiedział się z kolei profesor geologii na Uniwersytecie Brigham Young - Revell 

Philips. Podszedł on do sprawy z typową dla naukowca pewnością, że wszystko da się wyjaśnić zgodnie z 

oficjalnie przyjętymi dogmatami. Przedstawił wspaniały i budzący grozę opis zniszczenia, który każdy głupi 

stworzyłby widząc ruiny Pompei. Słup soli tłumaczy zaś tym, iż żona Lota uciekając wpadła do wody i utopiła się, 

a w warunkach Morza Martwego wystarczy kilka tygodni, by ciało pokryło się solą. Philips najpierw jednak 

ogłosił trafność swojej tezy, a dopiero później zabrał się za zbieranie dowodów materialnych. Nie znalazł ich. Z 

kolei wyjaśnienie historii żony Lota jest całkowicie sprzeczne z opisem biblijnym. 

Kolejną próbę podjęli archeolog z Yale Philip Hammond i geolog Frederick Clapp. Stwierdzili oni, iż duża 

koncentracja naturalnych gazów, asfaltu, smoły i siarki doprowadziła do ogromnego pożaru, który strawił 

doszczętnie cały obszar. Za główne potwierdzenie biblijne uznał informację o dymach, jakie obserwował 

Abraham. Obecnie, nie licząc mało liczącego się poglądu o spaleniu miasta przez samych mieszkańców dla 

obrony przed zarazą, która to hipoteza nijak się ma do opowieści biblijnej, jest to jedyne stanowisko nauki, które 

można traktować poważnie. Czy jednak odpowiada ono rzeczywistości? Naukowcy powołują się na fragmenty 

biblii, które w opisach walk toczonych na tym terenie wspominają o jeziorkach wypełnionych asfaltem. To one 

właśnie miały ponoć doprowadzić do tragicznego w skutkach pożaru. Jednak teza ta ma jeden poważny 

mankament - spłonęło miasto, a nie okoliczne pola, a miasto nie mogło być przecież zbudowane na 'płynnym 

asfalcie'. A może nagle, w wyniku wstrząsów tektonicznych otworzyły się podziemne złoża? Ale przecież przed 

chwilą dowiedzieliśmy się, że w tym rejonie nie było trzęsień ziemi od tysiącleci! 

Cóż więc nam pozostaje? Tajemnicza opowieść z Biblii, potwierdzona licznymi innymi źródłami [o części z nich 

wspominałem w 3 części cyklu], choćby tym fragmentem Historii Żydów rzymskiego historyka Józefa Flawiusza: 

...ale żona Lota, odwracając się za siebie, żeby zobaczyć całe miasto, z którego uciekła - choć Bóg zabronił jej to 

robić - została przemieniona w słup soli: sam go widziałem, bo zachował się do dziś. 

Chwileczkę, zachował się do dziś? Flawiusz żył w I wieku ne, dwadzieścia jeden wieków po tych tragicznych 

wydarzeniach. Jeśli przyjąć naukowe wyjaśnienia dotyczące 'słupa soli' [pokrycie ciała warstwą chlorku sodu, lub 

naturalnie ukształtowane wzniesienie z tego minerału] nie mogło być mowy o ponad dwóch tysiącach lat, zwykła 

sól rozpuściłaby się po pierwszych deszczach. A jeśli nie była to zwykła sól? 

L.M. Lewis w książce Tropy na piaskach czasu utrzymuje, iż miasta nad Morzem Martwym zostały zniszczone 

bronią atomową. I właśnie sól stanowi dla niego jeden z fundamentalnych dowodów. Słusznie zauważa on, iż 

zwykła sól szybko rozpuściłaby się nawet w tak suchym [dopiero w dobie współczesnej] klimacie, podczas gdy 

liczne koncentracje soli na południowych krańca jeziora są wyjątkowo odporne na erozję wodną. Lewis twierdzi, 

iż jest to typowy objaw powstały na skutek reakcji nuklearnej, w wyniku którego powstaje tzw. 'twarda sól'. 

Podobna reakcja dotyczy popiołów. W przeciwieństwie do popiołu wulkanicznego popiół poatomowy jest bardziej 

trwały. Po II wojnie światowej w Hiroszimie produkowano z takiego właśnie materiału... pamiątki. Posłuchajmy, 

jak wyniki swoich badań podsumowuje Lewis: 

Zmiany atomowe gleby, na której stała żona Lota, oraz gleby w Hiroszimie są właściwie takie same! Obie gleby 

poddane zostały gwałtownej atomowej konwersji, która mogła być spowodowana tylko przez nagły proces 

rozszczepienia jądra atomowego. Jeśli dwa zdarzenia prowadzą do takich samych skutków, oba musiały zajść w 

background image

takich samych warunkach, trudno więc uniknąć przeświadczenia, że Sodoma uległa zniszczeniu takiemu, jak 

Hiroszima, a żona Lota została poddana zabójczemu atomowemu odziaływaniu. [określenie 'słup soli' jest 

wynikiem błędu w tłumaczeniu, w rzeczywistości żona Lota dosłownie wyparowała pod wpływem gorąca przy 

przejściu fali uderzeniowej, stała się 'słupem dymu' - szczegóły w trzeciej części cyklu] 

Jeszcze jedno potwierdzenie tej teorii przyniosły badawcze odwierty prowadzone przez niemieckich i izraelskich 

naukowców. Po kilku nieudanych próbach dopiero w 1993 roku udało im się przewiercić pod dno południowej 

części Morza Martwego. Powód: niespotykana twardość ziemno-solnej skorupy o grubości kilkudziesięciu 

centymetrów pokrywającej dno jeziora. 

Warto zadać teraz następujące pytanie: jeśli rzeczywiście miała miejsce tak ogromna katastrofa, która zniszczyła 

całą dolinę, kwitnące miasta, żyzne obszary na południowym krańcu Morza Martwego to powinniśmy znaleźć o 

wiele wymowniejsze ślady geologiczne, niż tylko poatomowa sól? Takie ślady rzeczywiście istnieją, choć 

możliwość ich zarejestrowania pojawiła się stosunkowo niedawno. Aby dokładniej przedstawić ten proces trzeba 

pokrótce opisać budowę akwenu Morza Martwego. Uczynię to za pomocą poniższego szkicu: 

Cechą charakterystyczną budowy geologicznej Morza Martwego jest fakt, iż składa się ono z dwóch zupełnie od 
siebie odmiennych części: głębokiego uskoku na północy [blisko 400 metrów] i płytkiego zalewu na południu [1 

do 4,5 metra], które to części oddziela półwysep Lisan ['Język']. Budowa ta jest niespotykana w jeziorach 

powstałych w rowach tektonicznych i geologowie zgadzają się, iż południowa część była kiedyś doliną zalaną 

następnie przez wodę. Cóż jednak spowodowało podniesienie się poziomu wody? Odpowiedź, którą proponuję 

brzmi następująco: w wyniku eksplozji, jaka miała miejsce w nadbrzeżnej dolinie Siddim nastąpiło obniżenie 

powierzchni lądu, który znalazł się w wyniku tego poniżej poziomu Morza Martwego i został zalany wodą. Nie 
jest to li tylko hipoteza. W ciągu ostatnich lat poziom wody opadł o 18 metrów, co odsłoniło dziwne pęknięcia i 

szczeliny powstałe 'jakby w wyniku strzaskania skał'. Czy trzeba czegoś więcej? 

Jeśli trzeba to pozwólcie, że wspomnę jeszcze, iż do dzisiejszego dnia wody źródeł w rejonie południowych 

krańców jeziora wykazują nienaturalnie wysoki poziom radioaktywności, na tyle niebezpieczny by wywoływać 

bezpłodność o zwierząt i ludzi w przypadku długotrwałego spożywania niezdrowej wody. Inne dowody? Ruiny 

miast Bab edh-Dhra i Numeria identyfikowanych przez archeologię z Sodomą i Gomorą są pokryte grubą warstwą 

popiołów, a kamienie wykazują ślady częściowego stopienia. W pobliżu Bab edh-Dhra znaleziono olbrzymią 

nekropolię liczącą minimum 50 tysięcy ciał! Biorąc pod uwagę fakt, iż zniszczonych zostało pięć miejscowości, a 

zapewne i pobliskie wioski liczbę zabitych w wyniku kataklizmu sprzed 4 tysięcy lat można oceniać na jakieś 200 

tysięcy ofiar! Cały region opustoszał zaś na zawsze. I nic w tym dziwnego ludzie musieli przecież uciekać z 

regionu skażonego promieniowaniem, a opad radioaktywny zniszczył olbrzymi obszar na wschód od epicentrum i 

przyczynił się do zagłady cywilizacji Sumeru. O skali wyludnienia niech świadczy poniższy fragment Biblii: 

Potem wyszedł Lot z Soaru i zamieszkał w górach, a z nim dwie jego córki. Bał się bowiem mieszkać w Soarze. 

Zamieszkał więc w jaskini on i jego dwie córki. Wtedy rzekła starsza do młodszej: Ojciec nasz jest stary, a nie ma 

w tym kraju mężczyzny, który by obcował z nami według zwyczaju całej ziemi. Pójdź, upójmy ojca naszego 

winem i śpijmy z nim, aby zachować potomstwo z ojca naszego. [Rdz. 19,30-32] 

Nie ma w tym kraju mężczyzny? Czy wszyscy zmarli, lub zostali skażeni, co skutkuje bezpłodnością, lub 

możliwością defektu genetycznego płodu? Zapewne tak, skoro Lot bał się pozostać w okolicach eksplozji i uciekł, 

najprawdopodobniej do Petry, czyli jakieś 100 kilometrów na północ - dopiero taką odległość uznał za bezpieczną. 

Ćwierć miliona ofiar tylko jednego ataku bogów. Drugi miał w tym samym czasie miejsce na Synaju. 

2. Synaj podobnie, jak rejon Morza Martwego jest miejscem niezwykłym sam w sobie. I tak samo, kryje tajemnicę 

o wiele większą niż to nauka chce przyznać. Położony na styku dwóch kontynentów, pomiędzy największymi 

starożytnymi kulturami: Egiptu i Sumeru od niepamiętnych czasów traktowany był, jako centrum świata [patrz: 

Galeria/Mapa Piri Reisa]. Mało kto wie jednak o innym jeszcze, niż położenie geograficzne powodzie wielkiej 

wagi, jaką Synaj odgrywał w Starożytności. Powód ten wiąże się oczywiście z bogami, którzy upodobali sobie ten 

szczególny półwysep, jako... kosmodrom. Nie przez przypadek to właśnie tam przybył Jahwe, by przekazać 

Izraelitom 10 przykazań. Nie będę przeprowadzał tu analizy tekstów mezopotamskich potwierdzających takie 

właśnie znacznie tego konkretnego miejsca na Ziemi - zainteresowanych odsyłam do prac Alforda i Sitchina. 

Wykazanie zaś roli, którą odgrywał Synaj wykracza poza ramy niniejszego opracowania, mającego na celu jedynie 

zebranie możliwie największej liczby dowodów na poparcie tytułowej tezy. 

3. Skoro spalone powierzchnie, poczerniałe skały, zeszkliwione powierzchnie są niezbitym dowodem eksplozji 

atomowych - nauka nie znalazła żadnego innego wytłumaczenia, a współczesne poligony atomowe pokryte są 

identycznymi śladami - powinno ich być całkiem sporo, w końcu, jak staram się udowodnić użycie broni jądrowej 

w czasach starożytnych było na początku dziennym. Jednym z najbardziej spektakularnych takich miejsc jest 

płaskowyż Saad w południowo-wschodnim Egipcie. 

background image

W 1932 geodeta P. Clayton przejeżdżając przez niezamieszkały obszar Wielkiego Morza Piasku natknął się na 

niezwykłe znalezisko - oto olbrzymi obszar, dziesiątki kilometrów kwadratowych jest pokryty niezwykle 

przejrzystym żółtozielonym... szkłem. Tysiące kilometrów kwadratowych błyszczą w świetle słonecznym, 

niezliczona ilość drobnych, kanciastych odłamków, ale i mające po kilkadziesiąt kilogramów bryły. Leżą tu od 

tysięcy lat, już w grobowców Tutanchamona odnaleziono ozdoby, które zostały wykonane z owego niezwykłego 

materiału, znanego jako libijskie szkło pustynne. Zagadkowe [nie dla uznających teorię starożytnych wojen 

atomowych] jest nie tylko pochodzenie owego 'morza szkła', ale zwłaszcza jego skład. 

Analiza chemiczna wykazała, iż libijskie szkło pustynne jest niemal idealnie czystym szkłem krzemowym, takim, 

jakie powstaje przy oddziaływaniu niezwykle wysokich temperatur na piasek. Podobne minerały powstają w 

czasie uderzeń piorunów. W przypadku Wielkiego Morza Piasku nie ma jednak o tym mowy. Po pierwsze już 

sama wielkość obszaru pokrytego szkłem wyklucza teorię o uderzeniach piorunów, po drugie brak jest 

charakterystycznych form w kształcie korzenia [zwanych fulgurytami] - czyli zeszkleń powstałych wzdłuż linii, 

którą podążała elektryczność w czasie wyładowania. Wreszcie, niektóre bryły pustynnego szkła mają wagę 

sięgającą 30 kilogramów - za dużo, jak na piorun. Choć sam minerał budujący owo tajemnicze szkło jest czysty, to 

jednak jego bryły zawierają w sobie liczne skazy: drobne pęcherzyki, białe smugi, atramentowoczarne zwoje. 

Białe inkluzje zbudowane są z ogniotrwałych minerałów, głównie krystobalitu, czarne natomiast bogate są w iryd. 

Na tej właśnie podstawie naukowcy zaryzykowali tezę, iż pustynia w tym rejonie była świadkiem uderzenia 

ogromnego obiektu kosmicznego: komety lub meteorytu, który wyzwoliłby na tyle wysoką temperaturę, by stopić 

piasek i pozostawić w powstałym szkle owe charakterystyczne skazy. Kolejna logicznie brzmiąca teoria. Kolejna, 

która nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości. Nie znaleziono bowiem, ani na ziemi, ani pod jej powierzchnią 

najmniejszego śladu świadczącego o katastrofie kosmicznej. Badania sejsmograficzne, obserwacje satelitarne, 

technika mikrofal - wszystkie te supernowoczesne analizy jednoznacznie potwierdziły błędność postawionej tezy. 

Geologowie dodają wreszcie, że w porównaniu z rejonami, gdzie faktycznie doszło do upadku meteorytu libijskie 

szkło pustynne jest znacznie czyściejsze, niemal sterylne. Brak ponadto jakichkolwiek drobin żelaza, czy innych 

szczątków meteorycznych. 

Libijskie szkło składa się z 97% krzemu, jakością jest porównywalne jedynie z kamieniami szlachetnymi. 

Podstawowy obszar na jakim jest zlokalizowane to owal o szerokości 53 kilometrów ze wschodu na zachód i 

długości 130 kilometrów z północy na południe. Teren ten jest niemal pozbawiony piasku, tak jakby każde, nawet 

najmniejsze ziarenko zostało 'przetopione'. Charakterystyczne jest równomierne rozłożenie szkła i fakt, iż 

występuje wyłącznie na powierzchni, co wyklucza ewentualne tezy, o jego naturalnym geologicznym 

pochodzeniu. Egiptolodzy z Kairu twierdzą, iż szkło pochodzi z późnego okresu neolitycznego, albo wczesnego 

okresu predynastycznego. Faktem jest, że prymitywne ludu pustyni używały go do wyrobu grotów strzał, ale 

faktem jest, iż był wykorzystywany w charakterze surowca jubilerskiego w znacznie późniejszym okresie. 

Wszelkie naukowe wyjaśnienia zawodzą. Drogą naturalnej selekcji pozostaje nam więc teza o wojnach 

atomowych. Wszystko wskazuje na to, iż jakieś 28 tysięcy lat temu na terenie Egiptu doszło do gigantycznej 

eksplozji nuklearnej. Znajdziemy wreszcie kilka podobnych śladów. Wiem o spalonych piaskach w Australii, 

Arabii Saudyjskiej, Mongolii i Chinach. Wszędzie jedynym wyjaśnieniem, którego nie da się uznać za 

pozbawione podstaw okazuje się być teza o wybuchu jądrowym. Poniższy artykuł pojawił się 16 lutego 1947 roku 

w Herald Tribune: 

Po eksplozji pierwszej bomby atomowej w Nowym Meksyku piasek na pustyni stopił się, zmieniając w zielone 

szkło. Według magazynu 'Free World' ten fakt dał wiele do myślenia pewnym archeologom. Prowadzili oni prace 
wykopaliskowe w dolinie Eufratu, gdzie natrafili na warstwę kultury rolniczej sprzed 8 tysięcy lat, a następnie na 

znacznie starszą warstwę kultury pasterskiej oraz jeszcze starszej kultury człowieka jaskiniowego. Ostatnio dotarli 

oni do kolejnej warstwy (...) stopionego zielonego szkła. Przemyśl to, bracie. 

Pozostaje mi powtórzyć ostatnie zdanie powyższego cytatu tym wszystkim, którzy jeszcze nie przekonali się do 

teorii wojen atomowych. 

4. I na koniec zagadka tektytów. W literaturze geologicznej porusza się niemal nieustannie problem tajemniczych 

szklanych grudek, zwanych jako tektyty. Uważa się powszechnie, iż są one produktem ubocznym upadku 

meteorytu. Są jednak liczne rejony, gdzie nie ma o tym mowy. Albo brak jest krateru, albo obszar, na jakim 

rozsiane są tektyty jest tak olbrzymi, iż taka ich geneza jest niedopuszczalna. Poniżej podaję spis takich obszarów 

z datowaniami okresów, kiedy prawdopodobnie tektyty się pojawiły: 

Północnoamerykański pas występowania; 35 milionów lat. Obejmuje on całe południowo-wschodnie wybrzeże 

USA, od granic Meksyku po Kanadę, a także Kubę. 

Rejon Wybrzeża Kości Słoniowej; milion lat. Obejmuje obszar tegoż państwa, a ponadto Liberii i Sierra Leone. 

background image

Aoelloul; 4 miliony lat. Zachodnia Afryka. 

Mołdawit; 15 milionów lat. Europa środkowo-wschodnia. 

Irgiztyt; milion lat. Wschodnie wybrzeża Morza Kaspijskiego. 

Australijsko-azjatycki pas występowania; 750 tysięcy lat. To największy na świcie rejon występowania tektytów, 

obejmujący Tasmanię, południową Australię, półwysep Indochiński, Tajwan, zachodnią część Indonezji. 

Jak widać to znacznie odleglejsze czasy, niż te, z którymi mieliśmy dotychczas do czynienia, ale ich 

satysfakcjonujące i całościowe wytłumaczenie drogą naukową dotąd nie nastąpiło. Możliwe są, jeśli nie liczyć 

energii jądrowej trzy wytłumaczenia. Pierwsza z nich zakłada istnienie jakiegoś, do dziś nie odkrytego naturalnego 

procesu, który błyskawicznie przekształca glebę i skały w jednorodne, pozbawione domieszek wody i powietrza 

szkło i wyrzuca je na wysokość tysięcy kilometrów w górę, gdzie płynna masa ochładza się i opada na 

powierzchnię ziemi w postaci tektytów. To czysta hipoteza, chyba żeby za ów naturalny proces uznać eksplozję 

nuklearną. Druga odwołuje się do wulkanów, trzęsień ziemi, czyli pochodzenia tektytów z głębin Ziemi. Związku 

tego nie udało się jednak ustalić. Wreszcie pozostaje pomysł o księżycowym pochodzeniu tajemniczych 

minerałów. Konkretnie ma to być materiał wyrzucany przez księżycowe wulkany z tak olbrzymią siłą, że 

wydostaje się on z pola grawitacyjnego naszego satelity i opada na Ziemię. To, że tektyty w niczym nie 

przypominają skał księżycowych pomysłodawca tej teorii John O'Keefe tłumaczy 'ziemskim' pochodzeniem 

satelity, który powstać miał poprzez oderwanie fragmentu Ziemi w drodze niewyobrażalnie straszliwej kosmicznej 

katastrofy. We wnętrzu Księżyca miały według O'Keefe'a pozostać minerały typowo ziemskie. Jednak teza, że 

stosunkowo niedawno [750 000 - 1000 000 lat temu] na Księżycu miałyby mieć miejsce aktywność wulkaniczna 

jest dla astronomów niedopuszczalna. Zagadka pozostaje nierozwiązana." 

 Alternatywy 

"Suplement - Alternatywy 

Ostatnią część cyklu poświęcam już nie przedstawianiu kolejnych dowodów, faktów, odkryć, znalezisk i tekstów 
źródłowych, a czemuś zgoła innemu - omówieniu konkurencyjnych, wobec teorii wojen atomowych, hipotez. 
Jakkolwiek bowiem liczba i waga dowodów świadczących na korzyść prezentowanej przeze mnie wersji jest 
znacząca, to jednak cały czas poruszamy się na granicy faktów i domysłów, a wiele [mam tu na myśli zwłaszcza 
kwestie mitologii] zależy od interpretacji posiadanych informacji. Stąd też uznałem, iż zasadnym będzie 
poświęcenie końcowego artykułu z serii krótkiemu omówieniu głosów tych badaczy, którzy sceptycznie 
podchodzą do kwestii bogów astronautów, bądź też akceptując to założenie przedstawiają odmienny przebieg 
zdarzeń z przeszłości. Alternatywne rozwiązania można więc podzielić na dwie odrębne grupy. Pierwsza to 
poglądy archeologów i naukowców ściśle trzymających się ustalonych profesorskich dogmatów. Oni szukają 
rozwiązania zagadkowych znalezisk bądź to w działaniu czynników naturalnych, bądź w prostej technice 
dostępnej dawnym ludziom. Druga grupa rozwiązań to głosy niezależnych badaczy, którzy uważają, iż działali tu 
Obcy, ale w użyciu była broń daleko bardziej zaawansowana niż nuklearne rakiety i bomby. Zgodnie z tym 
podziałem ułożona jest treść niniejszego artykułu. 

1. Koncepcje dogmatyków 

a.) Uderzenie meteorytu 

Ta kwestia pojawiała się już w poprzednich częściach cyklu, dlatego pozwolę sobie przedstawić tą koncepcję 
możliwie skrótowo. Uderzeniem meteorytu można tłumaczyć jedynie kilka ze śladów, co do których snuję 
przypuszczenia o użyciu energii jądrowej. Rzecz jasna upadek sporego kawałka skały mógł doprowadzić do 
chaotycznego zniszczenia kamiennych budowli, to nie ulega wątpliwości, podobnie jak to, iż w czasie takiego 
zderzenia wytwarzana jest wysoka temperatura zdolna stopić skały. Można nawet snuć przypuszczenia, iż 
podwyższony stopień radioaktywności obecny w niektórych rejonach wykopalisk może mieć coś wspólnego z 
ewentualną obecnością radioaktywnych pierwiastków w meteorycie. Pozostaje jednak kilka poważnych 'ale'. Po 
pierwsze i najistotniejsze należy podkreślić, iż uderzenie meteorytu pozostawia po sobie krater, a w przypadku gdy 
zniszczeniu ulega całe olbrzymie - jak na tamte czasy - miasto [Mohendżo Daro to przynajmniej 30 tysięcy 
zabitych mieszkańców] dziura w ziemi musiałaby być zaiste olbrzymia. Tymczasem niczego takiego w 

background image

zdecydowanej większości przypadków się nie znajduje - żadnych śladów krateru, materii meteorytowej, niczego 
co mogłoby świadczyć na korzyść twierdzenia o upadku z nieba kawałka skały. Można wręcz twierdzić, iż nie ma 
w ogóle takiego przypadku, bo znaleziska dotyczące dziwnych kraterów [jak opisywany w poprzedniej części 
krater z Lonar] to osobna kategoria zdarzeń. Choć już w tym momencie można wykluczyć meteoryt jako 
uniwersalne wyjaśnienie zagadek stanowiących podstawę wysuwanej przeze mnie teorii zastanówmy się jeszcze 
przez chwilę nad niedoskonałością naukowego rozwiązania. 

Liczba spalonych i zniszczonych miast, zagadkowych kraterów, obszarów występowania tektytów, czy stopionego 
piasku i skał jest olbrzymia, zaś w zasadzie wszystkie te znaleziska [poza tektytami i niektórymi innymi 
przypadkami] umiejscawiać możemy na nie tak w końcu długim odcinku kilkunastu/kilkudziesięciu tysięcy 
ostatnich lat. To zaś oznacza, - przy przyjęciu omawianej koncepcji - iż Ziemia była wówczas zasypywana 
deszczem wielkich [w końcu zniszczone są naprawdę spore obszary] meteorytów, na co nie ma żadnego dowodu. 
Bo niby czemu wtedy, a dziś już nie? Trzeba też pamiętać o tym, iż do Ziemi większe odłamki kosmicznych skał 
docierają wyjątkowo rzadko, gdyż mało który meteoryt zdoła się przedrzeć w stanie nienaruszonym przez gęstą 
ziemską atmosferę. Jedynym wyjaśnieniem byłaby tu znacznie mniejsza gęstość atmosfery w tamtym okresie, a to 
kolejne niczym nie uzasadnione twierdzenie. 

Jakie płyną wnioski z analizy naukowej koncepcji meteorytów? Po pierwsze - brak jest jakichkolwiek dowodów 
na jej poparcia, a nie jest to kwestia tego, że dowody mogły nie przetrwać, a sama teoria jest prawdziwa choć nie 
do udowodnienia. W tym przypadku - jeśli zdarzenie rzeczywiście miało miejsce - dowody musiały pozostać. 
Skoro ich nie ma, teoria jest fałszywa. I dotyczy to nie tylko zniszczonych miast, spalonych powierzchni, ale i 
zagadkowych kraterów, co do których można dowieść [wskazując na brak typowych śladów uderzenie meteorytu 
w postaci pozostałości materii meteorytowej], że nie są one wynikiem uderzenia meteorytu, a innej wielkiej 
eksplozji. Na koniec zaznaczyć należy, iż do niektórych znalezisk teoria ta nie pasuje zupełnie, tak iż nie trzeba 
nawet badać, czy są dowody świadczące na jej rzecz. W przypadku jedynie stopionych, a nie rozbitych formacji 
skalnych czy miast [jak n/p omawiana już Sete Cidades w Ameryce Południowej] w ogóle nie może być mowy o 
meteorycie, który spowodowałby zniszczenia zupełnie innego typu. Ocena ogólna - teoria zupełnie chybiona, 
dzieło archeologów, którzy - zamknięci w wąskim przedziale swojego wykształcenie zawodowego - nie mają 
pojęcia o meteorytach. 

b) Wybuch wulkanu i trzęsienia ziemi 

Koncepcje te zwykle są łączone dlatego tak też je omówię. Trzęsienia ziemi mogą bowiem faktycznie powodować 
ruinę całych miast, ale na pewno nie prowadzą do topienia skał - tu pomysł ten wspomaga się twierdzeniem o 
wybuchach wulkanów. Już na wstępie można z całą pewnością stwierdzić, iż realność tego wyjaśnienia można 
badać jedynie w części przypadków, bowiem często zupełnie nie nadaje się ono do wykorzystania. Chodzi tu o te 
ślady i znaleziska, które leżą poza terenami aktywności wulkanicznej [a tą, zwłaszcza jeśli chodzi o nieodległe w 
końcu czasy, łatwo zlokalizować], jak i o te które znajdują się poza obszarami występowania trzęsień ziemi. 
Założenie zaś, iż obszary te mogą się szybko zmieniać i tysiące lat temu leżały one zupełnie gdzie indziej jest 
podważeniem całego dorobku geologów firmujących oficjalną teorię ruchów płyt kontynentalnych. Stojąc więc na 
stanowisku spójności oficjalnych doktryn naukowych takiej rozbieżności dopuścić nie można. Co jednak z tymi 
śladami, które leżą w strefach sejsmicznie aktywnych? 

Trzęsienia ziemi mogą spowodować zawalanie się budynków, niszczenie całych miast. Ale w przypadkach takich 
jak Parszaspur, Mohendżo Daro, Sacsayhuaman i innych mamy do czynienia z niezwykle charakterystycznymi 
śladami wskazującymi jednoznacznie na to, iż budowle nie rozsypały się, jak by to miało miejsce w przypadku, 
nawet silnych, wstrząsów gruntu, ale zostały rozbite pod wpływem uderzenia w nie jakiejś siły, energii 
pochodzącej z zewnątrz, a nie z wnętrza Ziemi. To raz. Dwa - trzęsienie nie skutkuje wysoką radioaktywnością 
okolicy, nie prowadzi do takiej zagłady ludzkości jak to miało miejsce w Mohendżo Daro [ludzie zginęli 
błyskawicznie, w czasie swoich codziennych zajęć!]. Wreszcie trzęsienia nie topią budynków, skał, piasku... 

Tu nauka sięga po wulkany, które wytwarzają wysokie temperatury zdolne topić skały, mogą wynosić na 
powierzchnię radioaktywne pierwiastki, mogą spowodować nagłą śmierć całego miasta [Pompeje]. Jest jednak, 
analogicznie jak w koncepcji meteorytu, jedno 'ale', które przekreśla realność analizowanego pomysłu - brak jest 
jakichkolwiek śladów wskazujących na udział wulkanu w powstaniu interesujących nas znalezisk. Erupcja 
oznacza popioły, lawę - tego zaś brak zupełnie, zaś znalezisk, w pobliżu których odnaleźć można stożki 
wulkaniczne wskazujące na aktywność w czasach powstania śladów danej katastrofy, jest naprawdę niewiele. 
Ocena końcowa - teoria nie nadaje się do wykorzystania. 

c) Celowe podpalanie kamiennych konstrukcji 

Od razy zaznaczyć trzeba, iż tyczy się to tylko wąskiej grupy znalezisk - stopionych miast. Technikę takich 
zabiegów omawiam w piątej części cyklu pt. 'Stopione miasta' i tam też odsyłam czytelnika. Moje wywody 

background image

również wskazują na to, iż koncepcja ta jest całkowicie nietrafna. 

d) Grecki ogień 

Być może znasz czytelniku to określenie. Najprościej zdefiniować grecki ogień jako chemiczną mieszankę łatwo 
palnych substancji, których stosowanie w technice wojennej datować można na co najmniej V wiek pne. Z tego to 
okresu pochodzi traktat wojskowego taktyka Aineiasa - 'Obrona ufortyfikowanych pozycji'. Oto drobny cytat z 
tegoż dzieła: 

A sam ogień, który ma być niemożliwy do ugaszenia, należy przygotować w sposób następujący. Smołę, siarkę, 
pakuły, granulowane żywice i sosnowe trociny w woreczkach masz zapalić, jeśli chcesz spalić coś 
nieprzyjacielowi. 

Genezą owego rozwiązania, samą techniką stosowaną do produkcji tejże broni zajmuje się w swej książce 
'Starożytni inżynierowie' L. Sprague de Camp. Przedstawię w skrócie jego wywody: 

Otóż w pewnym momencie historii ludzie zdać sobie mieli sprawę z faktu, iż ropa naftowa, sącząca się prosto z 
ziemi w wielu roponośnych rejonach na Bliskim Wschodzie, stanowi doskonałą bazę dla łatwopalnych mieszanek. 
Co więcej, jako że wytwarzana w ten sposób mieszanka zapalająca ma ciekłą konsystencję można ją było 
zastosować w olbrzymich strzykawkach, które dawniej wykorzystywano do gaszenia pożarów. Drogą 
eksperymentów do ropy naftowej zaczęto dodawać inne substancje, takie jak siarka, oliwa, bitum, sól, niegaszone 
wapno. Niektóre faktycznie wzmagały ogień, siarka wytwarzała ponadto olbrzymi smród, zaś sól nie dawała 
niczego poza jasnym płomieniem, ale być może właśnie dlatego starożytni mylnie sądzili, iż dodana do ognia 
powoduje wzrost temperatury, czego oznaką jest właśnie jasny płomień. Różnego rodzaju mieszanki układano w 
beczkach, które katapultami przerzucano w stronę nieprzyjaciela, a następnie łucznicy podpalali substancję 
wyciekającą z rozbitych pojemników za pomocą płonących strzał. 

Największy użytek z greckiego ognia zrobili Bizantyjczycy w swych wojnach z Arabami. Tajemnicę greckiego 
ognia poznać oni mieli od Kallinikosa - architekta z Heliopolis [Baalbek], który uciekając przed rosnącą potęgą 
arabską schronił się w Bizancjum i zdradził ów sekret Konstantynowi IV. Była to wersja szczególnie ciekawa, 
dzięki bowiem odpowiedniej mieszance chemikaliów zapalała się w zetknięciu z wodą - doskonale nadawała się 
więc do walka morskich. Bizantyjczycy zaopatrzyli dzioby swoich okrętów w odpowiedniej wielkości 'sikawki' i 
dzięki tajemnej formule greckiego ognia przerwali morskie blokady Konstantynopola w latach 674-676 i 715-718, 
a także wyprawy z Wielkiego Księstwa Kijowskiego w latach 941 i 1043. Skuteczność nowej broni była naprawdę 
imponująca. W 716 roku spalono w czasie jednej wielkiej bitwy 800 arabskich okrętów! Tajemnicy składu owej 
samozapalającej się w zetknięciu z wodą substancji nigdy nie ujawniono, oto jak komentuje ten fakt de Camp: 

Zastosowanie odpowiednich środków ostrożności pozwoliło bizantyjskim cesarzom utrzymać skład substancji 
zwanej 'mokrym ogniem' lub 'dzikim ogniem' w tajemnicy tak skutecznie, że jej formuła nigdy nie stała się 
powszechnie znana. Kiedy pytano ich o nią, opowiadali bajeczkę o aniele, który ujawnił ją Konstantynowi I. 
Pozostaje nam więc jedynie zgadywać, czym była ta substancja. Według pewnej kontrowersyjnej teorii 'mokry 
ogień' składał się z ropy naftowej z dodatkiem fosforanu wapnia, który można otrzymać z wapna, kości i moczu. 
Być może Kallinikos wytworzył tę substancję w trakcie swoich eksperymentów alchemicznych. 

Historia greckiego ognia zaiste brzmi fantastycznie, pełna jest tajemnic i zagadek, które potrafią zafascynować 
człowieka. Nic więc dziwnego, iż tak łatwo jest wykorzystać tę tajemnicę do pozornego wyjaśnienia tajemnicy nas 
interesującej. Jest to jednak tylko mydlenia oczu i odwracanie uwagi w inną stronę. Doświadczenia wskazują 
bowiem na to, iż grecki ogień w żadnym razie nie wytwarzał na tyle wysokiej temperatury by topić skały, nie 
mówiąc już o rozbijaniu w proch całych miast i wywoływaniu silnego promieniowania radioaktywnego. Ocena 
końcowa - ciekawe, ale niczego nie wyjaśnia. 

2. Koncepcje paranaukowe 

Sztandarowymi dowodami teorii wojen atomowych są zeszklone cegły, skały i piasek. Przyjąłem w tym 
opracowaniu, iż to olbrzymie energie powstające przy okazji wybuchów termojądrowych są tego przyczyną. 
Niezależny badacz przeszłości Robin Collyns podaje w swej pracy [Starożytni astronauci - czyżby odwrócenie 
czasu?] cztery inne technologie, które mogły wywołać podobne skutki: miotacze plazmy, palniki termojądrowe, 
dziury wywoływane w warstwie ozonowej i manipulacje klimatyczne. Myślę, że pierwsze dwa z tych określeń 
mogą brzmieć tajemniczo - śpieszę więc z wyjaśnieniami. 

Miotacze plazmy zdawać się mogą pojęciem rodem z filmów S-F, ale wbrew pozorom jest to technologia dostępna 
człowiekowi od pewnego czasu. Collyns wydał swą książkę w 1976 roku i już wtedy pisał: 

background image

Eksperymentalne miotacze plazmy są już skonstruowane i przeznaczone do zastosowań pokojowych. Ukraińscy 
naukowcy z Instytutu Mechaniki Geotechnicznej wytopili eksperymentalnie tunele w kopalni rudy żelaza, 
używając plazmotronu, czyli palnika gazowej plazmy, który daje temperaturę 6 tysięcy stopni. 

Plazmą w takim plazmotronie jest naelektryzowany gaz. Wedle interpretacji Childressa - innego znanego badacza 
przeszłości właśnie takie gazy opisywane są w Vymaanika-Shaastra, starożytnej indyjskiej księdze opisujące 
viamny - powietrzne statki bogów i ich wyposażenie bojowe. Inne fragmenty tej księgi opisywać mają jak ciekła 
rtęć ulega naelektryzowaniu zmieniając się w plazmę. 

Cytowany przeze mnie ustęp mówi o zastosowaniach pokojowych, nic jednak nie stoi na przeszkodzie 
wykorzystaniu tej technologii w działaniach wojennych, na przykład do niszczenia umocnień. Tam gdzie nie 
poradzi sobie największa klasyczna bomba, tam miotacz plazmowy wypali głęboki tunel prosto do podziemnych 
kryjówek. Otrzymywana temperatura [a to tylko prototyp, teoretyczne możliwości są znacznie wyższe] jest 
najzupełniej wystarczająca do topienia skał, cegieł i piasku. Osobiście uważam, iż jest bardzo prawdopodobne, iż 
ta właśnie lub podobna technologia mogła mieć w niektórych przypadkach zastosowanie. Mam tu na myśli 
zwłaszcza wypalone podziemne tunele w Chinach i Ameryce Północnej, o których wspominam w części piątej: 
Stopione miasta, gdzie sugeruję też, iż te podziemne kompleksy wykorzystywano następnie jako schrony przeciw-
atomowe. Faktem jest jednak, iż technologia ta daje jedynie ograniczone pole działania - ściśle nakierowany 
strumień energii, nadaje się więc do wypalania tuneli, ale nie do topienia całych miast, sporych powierzchni 
gruntu i skał. Nie druzgocze również kamiennych budowli, jak to miało miejsce w wielu analizowanych przeze 
mnie przypadkach. Wreszcie nie wiąże się ze wzrostem stopnia radioaktywności otoczenia. Powyższe uwagi 
krytyczne odnoszą się również do innego urządzenia: palnika termojądrowego, o którym poniżej [znów za 
Collynsem]: 

To jeszcze jeden z możliwych środków prowadzenia wojen przez kosmitów lub starożytne, techniczne 
zaawansowane cywilizacje ziemskie. Może słoneczne lustra starożytności były w rzeczywistości palnikami 
termojądrowymi? Palnik termojądrowy jest zasadniczo dalszym rozwinięciem miotacza plazmy. W 1970 roku dr 
Bernard J. Eastlund i dr William C. Cough zaprezentowali w Nowym Jorku na aerokosmicznej konferencji 
naukowej teoretyczne podstawy budowy palnika termojądrowego. Podstawowym zadaniem jest wytworzenie 
niezwykle wysokiej temperatury, rzędu co najmniej pięćdziesięciu milionów stopni Celsjusza, którą można by 
kontrolować i zamknąć na ograniczonej przestrzeni. W ten sposób uwolniona energia może być zastosowana do 
wielu zadań o charakterze pokojowym, jako że nie ma tu żadnych radioaktywnych odpadów, które skażają 
środowisko, oraz nie są wytwarzane żadne wysoce niebezpieczne pierwiastki radioaktywne, takie jak pluton, który 
jest najbardziej zabójczą substancją znaną człowiekowi. Synteza termojądrowa zachodzi w sposób naturalny 
wewnątrz gwiazd i sztucznie podczas eksplozji stworzonej przez człowieka bomby wodorowej. 
Można tu zastosować syntezę jąder deuteru [ciężki izotop wodoru, który łatwo wydzielić z morskiej wody] z 
innym jądrem deuteru lub trytu [kolejny izotop wodoru], albo helu. Palnik termojądrowy to rozpylacz 
zjonizowanej plazmy, która zamienia w parę wszystko, na co zostanie skierowana jego dysza wylotowa, jeśli... 
zastosuje się go w celu niszczenia. W zastosowaniu pokojowym może on z kolei służyć do odzyskiwania z 
metalowego złomu podstawowych pierwiastków. 
Naukowcy z Uniwersytetu Teksaskiego ogłosili w roku 1974, że opracowali pierwszy eksperymentalny palnik 
termojądrowy i że dał on na wyjściu niesamowitą temperaturę 93 milionów stopni Celsjusza. Jest to pięć razy 
więcej od poprzednio uzyskanej temperatury gazu w zamkniętej przestrzeni i dwa razy więcej od minimum 
koniecznego do zainicjowania reakcji syntezy termojądrowej, jednak utrzymano ją przez zaledwie 1/50 000 000 
sekundy zamiast przez jedną sekundę, jak to jest wymagane. 

Czytając ostatnie zdanie pamiętajmy jednak o tym, iż wszystko to dane sprzed blisko trzydziestu lat. Ile w tym 
czasie zdołano osiągnąć w zamkniętych wojskowych laboratoriach, czego nie ujawniono opinii publicznej? 

Dr Bernard Eastlund opatentował owo urządzenie, które podobno [podaję za Childressem] jest wykorzystywane w 
programie badawczym HAARP [High-frequency Active Auroral Reasearch Program], który ma mieć coś 
wspólnego z zabiegami kontrolowania pogody - kolejnym, podawanym przez Collynsa, sposobem prowadzenie 
starożytnych wojen. Co do tych innych metod Collyns pisze: 

Sowieccy uczeni przedstawili i zaproponowali na forum ONZ układ o zakazie stosowania nowych sposobów 
prowadzenie wojen, takich jak tworzenie dziur lub 'okien' w warstwie ozonowej w celu bombardowania 
określonych obszarów Ziemi promieniowaniem ultrafioletowym, co może doprowadzić do unicestwienia 
wszelkich form życia i obrócenia powierzchni lądu w jałową pustynię. 
Inne pomysły omawiane na tym spotkaniu dotyczyły stosowania 'infradźwięków' do niszczenia statków przez 
tworzenie akustycznych pól na morzu i ciskanie wielkich bloków skalnych do morza przy pomocy tanich 
ładunków atomowych. Będące wynikiem tego fale pływowe mogą niszczyć przybrzeżne strefy określonych 
krajów. Innym sposobem wytwarzania fal pływowych może być detonowanie atomowych ładunków na 
zamarzniętych biegunach. Kontrolowane powodzie, huragany, trzęsienia ziemi i susze wywoływane w 

background image

określonych rejonach i miastach, to kolejne możliwości. 
W końcu, co zresztą nie jest niczym nowym w sztuce wojennej, rozwijane są obecnie bronie spopielające w 
postaci 'chemicznych kul ognia', które będą wydzielać energię termiczną podobną do tej, jaką wytwarza bomba 
atomowa. 

Czytając pierwszy akapit powyższego cytatu przypomniały mi się niedawno odkryte wielkie cywilizacje z pustyni 
Gobi i Turkmenistanu. Dla archeologów zagadką jest w jaki sposób powstały i rozwinęły się w tak jałowych 
terenach [jest to zaprzeczenie naukowemu dogmatowi 'cywilizacji wielkich rzek']. Być może wcale nie rozwinęły 
się na pustyni... 

Z kolei ostatni akapit każe wspomnieć 'Spojrzenie Kapilii' opisywane w indyjskich eposach, które w jednej 
sekundzie spaliło na popiół pięćdziesięciotysięczną armię. Być może w podobny sposób zniszczone zostały Sete 
Cidades w Ameryce Południowej i bliźniacze do Siedmiu Miast Moon City w Australii. Oba te kompleksy zostały 
jedynie doszczętnie stopione, a nie zdruzgotane, jak to miało miejsce w innych przypadkach. Wskazuje to właśnie 
na użycie broni termalnej, chemicznej, a nie atomowej. 

Reasumując, naukowe koncepcje nie wyjaśniają niczego, natomiast śmiałe pomysły niezależnych badaczy 
wskazują, iż jakkolwiek broń atomowa z całą pewnością była w powszechnym użytku to i znajduje się miejsce na 
snucie rozważań na temat bardziej jeszcze zaawansowanych technologii, które były w użytku w czasie wojen 
atomowych w starożytności. 

PS 
Jako, że jest to ostatni artykuł z cyklu wojen atomowych pozwolę sobie wyrazić nadzieję, iż zdołałem Cię drogi 
Czytelniku przekonać do moich racji, a przynajmniej, że zwróciłem twą uwagę na fakt, jak wiele jeszcze jest 
tajemnic naszej przeszłości, z którymi konwencjonalna nauka sobie nie radzi. Zostawiam Cię teraz czytelniku, byś 
jeszcze raz się nad wszystkim zastanowił, a na drogę polecam słowa Roberta Oppenheimera, twórcy bomby 
wodorowej. Zapytany, czy próba w Alamogordo była pierwszym w historii wybuchem atomowym, odparł: 

Jeśli chodzi o historię nowożytną, na pewno tak. 

Następnie, cytując Bhagawadgitę, uzupełnił: 

Stałem się Śiwą, niszczycielem światów." 

 Post Scriptum 

"Post Scriptum 

Jak można się tego było spodziewać zaczynam docierać do nowych świadectw potwierdzających teorię wojen 
atomowych w Starożytności. Nie chcąc jednakże wprowadzać zamieszania zaopatrując poprzednie części cyklu w 
suplementy [problem rozdzielenia, jakie dane mają trafić do konkretnych artykułów] postanowiłem stworzyć coś 
na kształt listowego PS - dziewiątą (sic!) część w całości poświęconą nowym faktom, informacjom, znaleziskom i 
świadectwom wojen atomowych w Starożytności. 

1. Upadek ludzkości 

Walter-Jorg Langbein w swej książce Bogowie-astronauci wiąże użycie przez Obcych broni jądrowej z upadkiem 
ludzkości. Broń atomowa miała w tym ujęciu służyć albo do dania ludzkości nauczki, albo wręcz jej wytępienia w 
części lub całości. W moim odczuciu może to być reminiscencja wydarzeń z bardzo odległej przeszłości, gdy 
przedstawiciele pozaziemskiej cywilizacji niezadowoleni ze swych dotychczasowych prób genetycznego 
przyspieszenie ewolucji małp, zniszczyli nieudaną 'partię' ludzi. Ów upadek ludzkości Langbein wiąże z takimi 
zjawiskami, opisywanymi w mitach i legendach, jak transwestytyzm [Grecja], zoofilia [Bliski Wschód], 
wielomężostwo, jak trzeba by opisać za pomocą neologizmu hinduskie praktyki, gdzie pięciu lub dziesięciu braci 
poślubia jedną kobietę [Mahabharata]. Każdy zaś zna chyba opowieść o zepsuciu moralnym i rozpuście w 
Sodomie i Gomorze, za co spotkała te miasta zagłada. Inny obraz takiej zemsty bogów za nieprzestrzeganie 
nadanych ludziom praw odnajdziemy w Mahabharacie: 

background image

Jadawowie nie troszczyli się o swą przyszłość. Zaczęli wieść życie lekkomyślne, stracili szacunek dla rodziców i 
żyli w grzechu. Kobiety były wyuzdane, mężczyźni oszukiwali się wzajemnie. Wtedy Wasudewa uznał, że 
nadszedł czas Jadawów zniszczyć. Jeszcze w wieczór zniszczenia trwały orgie. 

Potem nastąpić miała straszna noc, której nikt nie przeżył. Przypuszczać możemy, iż był to kataklizm podobny do 
opisywanego w Biblii. 

Czy rzeczywiście takie były przyczyny użycia broni atomowej? Z pewnością zasadniczym powodem były wojny 
pomiędzy bogami-astronautami, w czasie których ludzkość stawała się przypadkową ofiarą. Nie ulega jednak 
wątpliwości, że niektóre z legend wiążą zniszczenia z zepsuciem moralnym ludzkości. Pozostaje jednak otwartym 
pytanie, czy faktycznie taki był powód, czy też zabobonni ludzie tak sobie tłumaczyli zagładę, jaka spotkała ich 
przypadkowo - gdy wielcy bogowie niszczyli swoje tereny i swoich poddanych w krwawych sporach o władzę. 

2. Rakiety balistyczne 

W siódmej księdze Mahabharaty odnalazłem wielce wymowny opis rakiety, jak sądzę balistycznej - określona 
bowiem została jako broń: 

Broń strzelała wysoko w powietrze, a z jej wnętrza wydobywały się płomienie. 

Wystarczy jedynie słowo 'strzelała' zinterpretować jako wznosiła się [a nie jest to naciągane tłumaczenie, n/p: 
'płomienie strzelały wysoko w niebo'] i mamy zupełnie współczesny opis starty rakiety."