Williams Walter Jon Klejnoty koronne


WALTER JON WILLIAMS

KLEJNOTY KORONNE

Tytuł oryginału:

The Crown Jewels

PRZEŁOŻYŁA: GRAŻYNA GRYGIEL

Wydawnictwo MAG 2000

0x08 graphic

DLA JOHNA I BETH

Był już najwyższy czas!

Żadna zbrodnia nie jest wulgarna,

ale wszelka wulgarność jest zbrodnią.

Oscar Wilde

ROZDZIAŁ 1

Drake Maijstral, w miękkich skórzanych butach na koturnach, szedł bezszelestnie przez salę balową Peleng City.

Chód miał lekki - atrybut zawodu.

Wysoko pod sufitem unosiły się ideogramy „Długiego życia" i „Witajcie, podróżni". Barwne hologramy oświetlały pokój jaśniej niż zwykle, by zapewnić dobry widok licznym kulom medialnym, dryfującym nad zgromadzeniem. Poszczególne osoby - ludzie i nie-ludzie - indywidualnie reagowali na tę nieoczekiwaną jasność. Niektórzy woleli, by ich interesy pozostały nieznane - ci kulili się w cieniu i cicho coś mówili, z twarzami zwróconymi ku ścianie. Inni, przeciwnie, chcieli się pokazać - przechadzali się pod kulami lub unosili w polu antygrawitacyjnym w nadziei, że jakaś kula raczy przeprowadzić z nimi wywiad.

Niektórzy paradowali w pełnym blasku, ale peszyli się, widząc, że są obserwowani. Inni usiłowali zachowywać się normalnie i w końcu zadawali sobie pytanie: „Co w istocie jest normalne, zwłaszcza w tych warunkach?".

Maijstral nie należał do żadnej z tych grup. Wytrenowano go, jak zachować tupet w nietypowych okolicznościach, był przyzwyczajony do zainteresowania mediów i choć prowadził biznes nie całkiem legalny, nie miał ochoty chować się po kątach i mamrotać.

Większość gości przyjęła postawę formalną: barki ściągnięte, biodra zwarte, kręgosłup lekko wygięty, lecz sztywny. Ta postawa, naturalna u Khosalikhów, od ludzi wymagała treningu.

Maijstral potrafił przydać jej sprężystego wdzięku. Był niecałe dziesięć centymetrów wyższy od przeciętnego człowieka, ale wydawał się znacznie roślejszy. Jego dziełem było również ubranie, które bardzo umiejętnie wykorzystywało wymaganą przez Wysoki Obyczaj dwubarwność: czerń - kolor żałoby ludzi - i biel - kolor żałoby Khosali. Niewiele nosił biżuterii - jedynie srebrne spinki, podtrzymujące z tyłu długie brązowe włosy, i wielki diament na palcu. Jego oczy miały barwę przyjemnej, łagodnej zieleni, a wpółprzymknięte powieki nadawały twarzy wyraz rozleniwienia. Wyglądał na dwadzieścia parę lat.

Maijstral podszedł do wysokiego, eleganckiego, starszego mężczyzny, który samotnie przechadzał się po sali. W jednym jego oku tkwiło szkło. Mężczyzna skórę miał czarną, mankiety i buty czerwone.

- Etienne.

Człowiek ten należał do trzystu ludzi noszących jedynie imię.

- Maijstral, jak miło.

W formalnym powitaniu wzajemnie powąchali sobie uszy. Woskowane wąsy ukłuły Maijstrala w policzek.

- Widzę, że nadal jesteś w żałobie - stwierdził Etienne.

- Mój ojciec nadal nie żyje - odparł Maijstral.

Mówił w wysoko-khosalijskim. Większość ludzi dość łatwo potrafiła opanować dziwną intonację i samogłoski nosowe, ale treningu wymagało właściwe stosowanie zmiennej składni, w której struktura każdego zdania stanowiła komentarz do poprzedniej wypowiedzi, akapitu czy myśli i nawet jedna skomplikowana fraza ustanawiała związek tematu rozmowy ze stanem wszechświata jako całości.

- Pamiętam, że przed rokiem słyszałem wiadomość o śmierci twego ojca. Jak rozumiem, nie ma nadziei na poprawę?

- Nie. Ciągle posyła mi listy, narzekając na swój stan.

- Zmarli potrafią być prawdziwym ciężarem. Ale do twarzy ci w żałobie, Maijstral.

- Dziękuję. A ty wyglądasz jak zwykle elegancko. Mam jednak wątpliwości, czy pasuje ci to szklane oko. Nie jesteś dość leciwy na podobną afektację.

Etienne zniżył głos.

- To tylko kosmetyka. Na Heath Minor Pearl Woman wyzwała mnie na pojedynek i trafiła mnie w oko. Niech to, poślizgnąłem się. Nadal mam siniaki wokół implantu. - Przerwał na chwilę, jakby zmieszany. — Nie słyszałeś o tym?

- Chyba nie. Właśnie skończyłem długą podróż i nie jestem na bieżąco.

- Aha. - Etienne uspokoił się. - Oto moje ramię. Proszę ze mną. Obywatele są tu nieco płochliwi.

Maijstral zrównał krok z Etiennem. Miejscowi rozstępowali się przed nimi z niejaką rewerencją.

- Nie dziwi mnie to - powiedział Maijstral. - Kiedy ostatnio byli tu członkowie Diademu?

- Czterdzieści standardowych. Patrząc na to miasto, wiem, dlaczego.

Maijstral dyplomatycznie milczał. Powinien podziękować swym nauczycielom, że nawet nie musiał spojrzeć w górę, by się przekonać, czy któraś z kul medialnych podsłuchała jego uwagę.

Etienne szedł dalej; wypowiedziane zdanie świadczyło o irytacji.

- Nie chodzi o samo przyjęcie, ale o tę gorliwość, o ile wiesz, co mam na myśli. Za wiele hołdów.

- Wkrótce poczują się swobodniej w twoim towarzystwie. Jestem tego pewien.

- Drogi Maijstralu, nie chcę, by czuli się swobodnie. Nie chodzi o to, bym był ich sąsiadem - mam być bogiem.

Wzruszywszy ramionami, Maijstral pomyślał: „Każdemu, kto dostał rapierem w oko, a potem przekonał się, że jego stary znajomy nie słyszał o tym wypadku, można wybaczyć pewną drażliwość, choćby niezbyt stosowną do sytuacji".

- W takim razie należy ci się tylko cześć - powiedział. - Smakuj ją, to zapłata, jaką otrzymują bogowie. - Wyraził to trudną frazą, łącząc temat z warunkami istnienia.

Etienne nie był aż tak zirytowany, by nie zauważyć, kto tu zdobył punkt, ale z wdziękiem odzyskiwał pozycję. Skłonił się wysokiej blondynce, która podchodziła do nich leniwym krokiem.

Elegancka, w niebiesko-srebrnym ubraniu, nie wyglądała na swoje trzydzieści dwa lata.

- O, Nichole. Maijstral właśnie o ciebie pytał.

Rozsiewała wokół siebie zapach - zapach znajomy, który uderzył go jak jedwabna rękawiczka.

- Pani, jestem zachwycony. - Maijstral przesunął wargami po dłoni kobiety, dopiero potem powąchał jej uszy. Była blada, wyższa od niego. Podobnie jak Etienne, miała tylko imię. Uśmiechnęła się do Maijstrala.

- Drake, jak miło cię spotkać po tak długim czasie. Dobrze ci w żałobie. - Mówiła standardowym ludzkim.

- Dziękuję. I jeszcze raz ci dziękuję za bilecik po śmierci mego ojca.

- Jak on się ma?

Kule medialne zaczęły się przepychać nad głową Nichole.

Etienne prosił o wybaczenie - musiał się pożegnać - powąchał im uszy i odszedł. Nichole wzięła Maijstrala za rękę. Ta bliskość przywoływała dawną intymność, zapowiadała nowe nadzieje. Złączeni, szli przez salę balową. Przynajmniej pięćdziesięciu mężczyzn się wściekło i w myślach natychmiast zamordowało Maijstrala.

- Etienne był chyba zdenerwowany tym, że nie słyszałem o jego pojedynku.

- Wiesz, jego akcje spadały. To wymusiło affaire de coeur z protegowaną Pearl Woman, potem affaire d'honneur z samą Pearl. A w konsekwencji - nowe oko. Głupia sprawa. W ciągu dwunastu miesięcy drugi pojedynek między członkami Diademu.

Pearl Woman była wściekła.

- Powiedział mi, że się poślizgnął.

- Niewykluczone. Miejmy nadzieję, że wyleczy go to z wojowniczości. Pojedynki mogą wejść w nałóg, samobójstwo na szczęście nie.

Nawet Khosali, którzy ponownie wprowadzili do ludzkości bliźniacze mody na pojedynki i samobójstwa, mieli mieszane uczucia, co do tych elementów Wysokiego Obyczaju. Istnieje khosalijskie powiedzenie: „Każdy głupiec potrafi zginąć w pojedynku".

(Podobną maksymę mają na temat samobójstwa). Nichole swoim komentarzem - choć wypowiedzianym w standardowym ludzkim, który nie oddawał trybu kontekstowego wysoko-khosalijskiego - potrafiła jednak tonem przekazać sens tej sentencji, nie wypowiadając jej explicite.

Niuanse, niuanse. Kule medialne to uwielbiały.

- Czy Roman ma się dobrze?

- Roman jak Roman - odparł Maijstral z uśmiechem. - Ucieszy się, gdy mu powiem, że o niego pytałaś, ale ucieszy się sekretnie.

Rozmawiając, obserwowali się nawzajem, słuchali, dotykali. Badali możliwości, próbowali wyciągnąć wnioski, szukali rozwiązania.

- A więc nic się nie zmienił. A ty?

Maijstral przechylił głowę, zastanawiając się nad jej pytaniem.

- Chyba dość znacznie.

- Jesteś za młody, by się nudzić. To bardziej w moim stylu.

- Czy to wygląda na nudę? Chodziło mi raczej o stosowne umiarkowanie.

- Nie jesteś człowiekiem umiarkowanym, Drake. Nie przypisuj sobie cnót, których nie posiadasz - powiedziała beztrosko, acz nieco cierpko. Zmieniła się przez te cztery lata.

- Coś jednak muszę sobie przypisać - odparł Maijstral. - Inaczej nie miałbym żadnych cnót.

Oparła mu dłoń na ramieniu.

- No, teraz przypominasz mi dawnego Drake'a Maijstrala.

Ta druga dłoń leżąca na jego ramieniu to zewnętrzny objaw pewnego wewnętrznego procesu. Nichole coś postanowiła w stosunku do Drake'a, i to postanowienie współgrało z tym, jakie on sam podjął chwilę wcześniej. Z jego strony było chyba nieuprzejme i z pewnością zbyt śmiałe tak szybkie podjęcie decyzji.

Spojrzała na grupkę stojących w pobliżu Khosali.

- Czy ci Cesarscy okazują nam pogardę? Stoją twarzami do ściany.

- To baron Sinn z przyjaciółmi. Zawsze konspirował z moim ojcem. Podejrzewam, że jest szpiegiem. Prawdopodobnie żałuje, że tu przebywa, zważywszy na zainteresowanie mediów.

- A co tu jest do szpiegowania? Oddalona od granicy prowincjonalna planeta bez wartości militarnej.

- Musi jakoś zarabiać na życie.

Zagrały trąbki orkiestry zawieszonej antygrawitacyjnie pod sufitem. Ludzie ustawiali się w pary i szeregi.

- O, Pielgrzymka do Cynamonowej Świątyni. Będziesz mi towarzyszyć?

- Z przyjemnością, pani.

Pielgrzymka był to pierwotnie żwawy taniec, wyprawa na rynek, ale osiemset lat temu, podczas panowania sędziwego, cierpiącego na artretyzm cesarza rytm tańca spowolniono i nadano mu bardziej stateczną nazwę. Zmiany te przyniosły nieoczekiwane korzyści. Ponieważ w tańcu partnerzy cały czas się wymieniali, wolniejszy krok umożliwił wszystkim obwąchiwanie uszu, wymienianie nazwisk i dowcipnych uwag, a gdy tych zabrakło, można było wielokrotnie powtarzać to samo powiedzonko bez obawy, że uznają nas za nudziarza. Cynamonowa Świątynia okazała się, więc doskonałym tańcem zapoznawczym.

Znów zagrały trąbki i ludzie ruszyli w tan. Maijstral podszedł do swej partnerki, pociągnął nosem.

- Spotkamy się jutro? - spytała Nichole.

- Byłbym zachwycony - odparł. Okrążała go majestatycznie, zgięła ramię, jakby niosła wyimaginowany koszyk na zakupy.

- Możesz przyjść o czwartej po południu? Mam oglądać wcielenie Elvisa, więc mógłbyś mi towarzyszyć.

Maijstral skoczył.

- Zatem ubiorę się odświętnie.

- Bóg raczy wiedzieć, jak to wypadnie - westchnęła Nichole. — Na pewno nie potrafi nawet dobrze zaśpiewać „Heartbreak Hotel".

Maijstral miał teraz po prawej stronie mężczyznę i gdy znalazł się naprzeciw niego, przedstawił się. Taniec trwał i trwał.

- Pietro, nie podoba mi się, że baron Sinn tu jest.

Pietro - młody, pająkowaty, średniego wzrostu - miał za partnerkę osobę kilka lat starszą, o ciemnych krótkich włosach i poważnym wyglądzie. Pietro był wyższy, ale tylko dzięki butom na wysokich obcasach.

- Też mi się to nie podoba, panno Jensen - odparł. - Może zamierza wmieszać się do aukcji.

- A niech to! Nie przebijemy go. Szkoda, że nie ma tu Tartaglii. Posłałam mu wiadomość, ale dotychczas się nie odezwał.

- Och, przepraszam.

- Nie powinieneś tańczyć na wysokich obcasach, jeśli... Och, do diabła. Zobaczymy się później, Pietro.

- Baronie, słówko. - Sinn był Khosalikhiem. Wysoki, o spiczastej twarzy i ciemnej skórze pod ciemnym futrem. Jego interlokutorka była człowiekiem: niska, jasnowłosa, o żywych niebieskich oczach błyszczących jak diamentonośny piasek. Miała powyżej pięćdziesiątki, ale wyglądała dziesięć lat młodziej.

Baron dotknął jej policzka ciepłym nosem.

- Hrabino.

Opuściła uszy.

- Mogą pojawić się trudności. Zauważyłam tu Maijstrala.

- Może wybierać rozmaite rzeczy z całej planety, madame. Nie zawracałbym sobie tym głowy. Niewielkie jest prawdopodobieństwo, że interesuje nas to samo.

- Najprościej byłoby zapytać.

- Nie chcę zdradzać naszych intencji takiemu niepewnemu typowi. Będziemy obserwować i czekać.

Rozwarła usta, wywiesiła język - to uśmiech Khosali.

- A jednak. Nie widziałam go od lat. Baronie, pójdziesz ze mną na początek szeregu?

- Z przyjemnością, hrabino. Proszę, oto moje ramię.

- Drake Maijstral, panie. - Obwąchali się wzajemnie.

- Porucznik Navarre, panie. Widzę, że obaj jesteśmy w żałobie. Navarre - trzydziestoletni, wysoki, o miedzianej skórze - miał na sobie mundur z żałobną peleryną.

- Proszę wybaczyć, ale nie poznaję pańskiego munduru. To tutejsza jednostka?

- Nie. - Zaśmiał się. - Jestem z Pompey. Tutaj odziedziczyłem posiadłość. Muszę ją obejrzeć.

- Mam nadzieję, że to znaczna posiadłość.

- O, nie. Dom i kawałek ziemi. Rupieciarnia. Mój wuj miał dziwaczne gusta, ale nie był bogaty. Sprzedaję wszystko.

- Mam nadzieję, że nie uważa pan moich pytań za impertynenckie.

- Nie. - Wzruszył ramionami. - A o czym mogliby rozmawiać obcy sobie ludzie?

- ...Tak. Poślizgnąłem się, psiakrew!

- To było takie ładne oko. Chyba właśnie ze względu na te oczy zakochałam się w panu dawno temu, gdy byłam dzieckiem.

- A, tak. Na pewno.

- Drake Maijstral, panie.

- Pietro Quijano, panie. To pan jest ten Drake Maijstral?

- Aha.

- O, bardzo pana przepraszam. To przez te nowe buty.

- Niech się pan nie przejmuje. Obawiam się, że odpowiedź na pana pytanie brzmi „tak".

Chwila milczenia.

- Jakie pytanie, proszę pana?

- Witaj znów, Nichole. Zrobiłaś miłą rundę.

- Musiałam spróbować czegoś nowego. Tyle już razy tańczyłam ten taniec.

- I kto jest teraz znudzony?

Krzywy uśmiech.

- Zatańczyłam kawałek z przerażającą kobietą. Z hrabiną Anastazją. Pobladłeś, Drake.

- Musiała przybyć niedawno, bo bym ją widział. - Oczy Maijstrala, choć wpółprzymknięte, nie potrafiły ukryć niepokoju. - Upiór mej młodości.

- Musiała się dowiedzieć, że jest tu baron Sinn. Nie sądzę, by przybyła tu dla ciebie.

- Mój ojciec bał się jej panicznie, i miał powody. Prawdę mówiąc, ja również. - Z wyciągniętą szyją spojrzał wzdłuż szeregu. - Może mnie nie zauważy.

- Nie należy na to liczyć, Drake. Ta kobieta wszystko zauważy.

- Cześć, Pietro.

- Dobrze się bawię, panno Jensen.

- Miło mi to słyszeć.

- Wplątaliśmy się w poważną intrygę i otacza nas tylu znanych ludzi... jak w Magicznej Planecie Przygód.

- W czym?

- Nie oglądałeś w dzieciństwie Ronniego Rompera? Ja oglądałam.

- Oczywiście. Zapomniałem.

- Panno Jensen, wie pani, kto tu jest? Drake Maijstral. Ten Drake Maijstral.

- Przepraszam, że słabo kojarzę, ale nie wiem, kogo ma pan na myśli.

- Nie interesuje się pani sportem? Lodowiec Khovenburg? Sprawa Bezpośredniego Wejścia?

- Aaa, teraz sobie przypominam. Który to?

- Tamten. Rozmawia z cebulastym. Myślałem... Mógłby nam pomóc w naszej sprawie.

- O! - odparła zdziwionym tonem. - To bardzo dobry pomysł, Pietro.

Dwa takty milczenia.

- Doprawdy?

- To pech. Poślizgnąłem się.

- Drake Maijstral, proszę pana.

Wysoki głos pełen wspaniałych harmonii:

- Hrabia Quik. - Hrabia był Troxanem. Niewysoki - niecałe metr dwadzieścia - głowę miał dużą, okrągłą, złożoną z przezroczystych warstw tkanki mózgowej i chrząstki. Nie posiadał uszu zewnętrznych - sama głowa wytwarzała rezonans, spełniając tę samą, co uszy rolę. Podczas obwąchiwania zapoznającego Maijstral musiał się zdecydować na pewne przybliżenie.

- Wywnętrzam się do tego systemu dla nie-biznesu - wyjaśnił hrabia. - Ludzkość jest mnie ciekawy. Duży objazd ja robić. Na Ziemi wielki koniec, robię znajomości.

Maijstral zastanawiał się, czyżby dla Troxan nie skonstruowano implantów uczących standardowego ludzkiego.

- To brzmi rozkosznie - odparł. - Nigdy nie byłem na Ziemi.

- Ty jechać powinien. To dom Elvisa i starożytnych Greków.

- Oraz blisko granicy, a ja właśnie tam zmierzam. Powinienem to uwzględnić w swoich planach. Zdecydowanie.

- Porucznik Navarre, madame.

- Nichole. O, Pompejańscy Skauci Wysokich Mórz!

- Rozpoznała pani mundur? Zadziwia mnie pani głęboka wiedza, madame. Była pani w Pompey?

- Niestety, nie. Ale zawsze podobali mi się mężczyźni w mundurach.

- Drake Maijstral, pani.

- Amalia Jensen. Czy pan jest tym Maijstralem z Mirrorglass?

- Nie, proszę pani, chodzi pani zapewne o Geoffa Fu George.

- Przepraszam.

- Nic nie szkodzi. Pochlebia mi to porównanie.

I energicznie:

- Tak sobie myślę, czy... nie moglibyśmy omówić interesów?

- Pani, zamieniam się w słuch.

- Chodzi o pewną starożytność. Ma być sprzedana na aukcji. Obawiam się, że zostanę przelicytowana.

- Chętnie panią wysłucham. Porozmawiamy, gdy następny raz spotkamy się w tańcu.

- Z przyjemnością.

- Jaka szkoda. Mam nadzieję, że nabył pan nową parę wraz z nowym okiem.

- Maijstral, proszę pana.

- Paavo Kuusinen. - Był małym, spokojnym mężczyzną wkraczającym w wiek średni.

- Płaszcz skrojono w stylu cesarstwa. Jest pan z grupą Sinna?

- Podróżuję sam. W interesach.

Maijstral nie potrafi na to odpowiedzieć, a zachowanie mężczyzny zniechęcało do bliskości. Tańczył dalej.

- Drake.

- Nichole.

- Czy wiesz, że corocznie w Pompey, w wypadkach związanych z morzem, ginie czterysta osób?

- A, rozumiem. Rozmawiałaś z tym człowiekiem w mundurze.

- To skarbnica faktów. Bardzo dawno nie słyszałam faktu. Nie chodzi o domniemania, pogłoski czy plotki, ale o precyzyjny fakt. Czterysta istnień. To fakt.

- Faktem również jest to, że jesteś piękna.

- Fakt ten jest mi boleśnie znany.

- Pietro Cmijano.

- Generał Gerald. Piechota morska. Emerytowany.

Generał - mężczyzna wyprostowany, szeroki w barkach - na twarzy stale miał wyraz wściekłości.

- Do usług, proszę pana.

- Co za dziwaczna rzecz ten taniec. Aż skandal, ile wąchałem brudnych karków. A tak w ogóle, to moglibyście używać mydła.

- A... zajmę się tym natychmiast. Czy wie pan, z kim właśnie rozmawiałem? Z Drake'em Maijstralem. Wie pan, Lodowiec Khovenburg, Incydent Szwajcarskeigo Sera.

- Maijstral? Tu? Gdzie?

- Tam. W żałobie.

- Ach! Straszne! Tu, w tym towarzystwie.

- Przykro mi, proszę pana.

- Nie powinien pan nosić wysokich obcasów, młodzieńcze. Nie musi się pan podwyższać.

Takt.

- Och. Naprawdę tak pan myśli?

- Nichole.

- Paavo Kuusinen. Do usług, madame.

- Podróżuje pan z Cesarstwa?

- Owszem. Czy to się rzuca w oczy?

- Jeśli chce pan zachować anonimowość, musi pan zmienić płaszcz.

- Jestem zasmucony. Studiuję naturę ludzką i nie chciałem się wyróżniać, by móc lepiej obserwować ludzi prowadzących swe gry. Krawiec zapewnił mnie, że to ostami krzyk mody.

- Teraz moda nie przychodzi do nas z Cesarstwa. Niektórzy tego żałują.

- Drake Maijstral.

- Generał Gerald. Piechota Morska. Emerytowany. Zabiję cię, gdybyś przyszedł po rzecz, która do mnie należy.

Zdziwienie. Podskok - niedokończony.

- Przepraszam pana, ale nie miałem zamiaru...

- W nosie mam twoje zamiary. Obchodzą mnie skutki. Jeden krok w moim kierunku i jesteś trupem. Uczciwe ostrzeżenie.

- Dość uczciwe.

- Daruj sobie ocenę mojej uczciwości. Idź, powąchaj kark tej pani i zniknij mi z oczu.

- Panno Jensen, jeśli wszystko jest tak, jak pani mówi, moje wynagrodzenie wyniosłoby przynajmniej sześćdziesiąt. Może nawet więcej, jeśli to trudne zadanie.

- Wątpi pan w moje informacje?

- Pani informacje mogą nie być aktualne.

- Pańska stawka jest... wysoka, panie Maijstral.

- Nie przyznaje mi pani praw medialnych. Jeśli zmieni pani zdanie, cena spadnie.

- Niestety, tego warunku nie zmienię.

- Więc ja nie zmienię stawki. Proszę mi wybaczyć.

- Widziałem waszą walkę. Okropna.

- Tak, generale. Niestety poślizgnąłem się.

- Ha! Jest pan kłamcą lub głupcem. Opuściła stopę na pana nogę, zdekoncentrował się pan, ona przyjęła pana szpadę w forte i to był pana koniec. Aspirant by się lepiej sprawił.

- Proszę pana!

- Niech pan nie udaje przede mną człowieka czynu. Jestem wprawdzie na emeryturze, ale nie dam się nabrać na takie sztuczki. Zrobiłbym z pana makaron.

- Maijstral.

- Hrabina.

Jego nerwy zawyły, kończyny chciały drżeć, gotowe zdradzić się z tym zamiarem. Nieprzyjemne jest odkrycie, iż potwór z dzieciństwa nadal ma zęby i potrafi spowodować, że puls nam przyspiesza, przepona się kurczy, a kolana słabną.

- Proszę przyjąć podziękowania za łaskawą notkę po śmierci mego ojca.

- Był wartościowym synem wspaniałego człowieka. Powinieneś go naśladować. - Posługiwała się wysoko-khosalijskim z nienaganną wymową.

Maijstral położył uszy do tyłu - w Wysokim Obyczaju wyraz umiarkowanej zgody. (Wysoki Obyczaj wymagał ruchomych uszu. Biedny hrabia Quik pozbawiony takich wartościowych środków wyrazu!).

- Zważywszy na naturę czasów, jest to niemożliwe - odpowiedział w standardowym khosalijskim, co -jak podejrzewał - mogło hrabinę w pewnym stopniu wytrącić z równowagi.

Jej oczy świeciły jak odłamki polerowanego sinego kamienia.

- Zważywszy na twoją naturę, o to ci chodziło.

Maijstral wzruszył ramionami.

- Może. Jak sobie życzysz.

- Jesteś tu w związku z... ze swoim zawodem, tak?

Uśmiechnął się.

- Oczywiście nie, hrabino. Zamierzam zwiedzić zoo i obejrzeć metanitów.

- Zoo. - Wyraz twarzy hrabiny Anastazji nie zmieniał się. Patrzyła na Maijstrala z natężeniem, które nie tylko go przerażało, lecz również wprawiało w zakłopotanie.

- Twój ojciec był solidnym człowiekiem.

- Wpadał w solidne długi.

- Mogę znaleźć ci pracę, jeśli chcesz.

- Hrabino, wolałbym nie wykorzystywać starych związków.

- Marzył o tym, by jak najszybciej skończył się ten fragment tańca.

Uszy zwróciły się do dołu: u Khosali oznaczało to pogardę.

- Duma. Duma i niesolidność. To niefortunne połączenie.

- Czasy są niefortunne, hrabino. Ku naszemu obopólnemu żalowi, jak sądzę.

Takt się skończył i Maijstral znalazł się teraz naprzeciw mężczyzny po prawej. Nerwy nadal mu śpiewały. W komplementach mniej więcej remis, pomyślał. Nieźle jak na człowieka, który musi się uwolnić od koszmarów dzieciństwa.

- Baron Sinn.

- Ach. Szpieg.

- Przepraszam, proszę pana?

- Generał Gerald. Piechota morska. Emerytowany. Jest pan szpiegiem Khosali.

- Myli się pan - stwierdził chłodno. Podciągnął się na pełną wysokość, nie dorównywał jednak generałowi.

- Jest pan wojskowym, który podróżuje w przebraniu biznesmena, z dwoma Khosali wyglądającymi również na wojskowych. Jeśli to nie szpiegostwo, to, co?

- Sądzę, że nawzajem nie mamy już nic więcej do szpiegowania.

- Źle mnie pan ocenia. Mam wiele do powiedzenia. Ale chciałbym to odłożyć, jeśli pan pozwoli.

- O, ostatni takt. Przypuszczam, że w czasie tańca nawiązano mnóstwo nowych znajomości.

Nichole patrzyła na niego z rozbawionym uśmiechem.

- Drake, wyglądasz na zadowolonego z siebie. Załatwiłeś jakąś sprawę?

- Udało mi się zbyt blisko nie dopuścić strasznej hrabiny, a nie byłem przy tym bardziej przykry od niej.

- Masz, więc prawdziwy powód do radości. - Taniec się kończył i uczestnicy korowodu stukali palcami nóg we wzorcu aprobaty. (Zgodnie z Wysokim Obyczajem. Nie musieli przynajmniej obracać uszami). Nichole położyła rękę na ramieniu Maijstrala i zaczęli iść powoli między rozstępującymi się wielobarwnymi parami.

- Etienne ma niezadowoloną minę. Ciekawe, dlaczego? - spytała Nichole.

- Może następny taniec obiecał hrabinie Anastazji. Chciałabyś coś z bufetu?

- Poproszę.

Kule medialne przysunęły się, ich obiektywy cicho furkotały, robiąc ujęcie z bliska tych dwóch twarzy. Gdzieś w sztabie kontrolerów mediów eksperci od czytania z ruchu warg pochylili się nad ekranami. Skoncentrowani na tej jednej nieistotnej rozmowie nie zwrócili uwagi na trzy sylaby wypowiedziane przez generała Geralda, który patrzył za Maijstralem z wyrazem niesmaku na zaczerwienionej twarzy.

Maijstral wziął sorbet dla Nichole, a dla siebie szklankę drinka.

Rozejrzał się po tłumie - zobaczył hrabinę pogrążoną w rozmowie z baronem Sinnem. Oboje spojrzeli nagle w jego stronę, potem odwrócili wzrok. Zastanawiał się, czy dziś wieczór warto się jeszcze raz spotkać twarzą w twarz z hrabiną, ale doszedł do wniosku, że nie warto.

- Chyba sobie stąd pójdę, Nichole - powiedział. - Dopiero dziś rano przybyłem na Peleng, a podróż była długa. Nie odbyłem sjesty. Przyszedłem tu tylko po to, by się z tobą zobaczyć.

Jeśli nawet Nichole była poruszona, nie okazała tego. Mając w myślach ostatnią uwagę Maijstrala, jeszcze raz poddała osądowi postanowienie, które znacznie wcześniej podjęła, i doszła do wniosku, że było słuszne.

- Zatem zobaczymy się jutro rano - powiedziała. Obwąchali się. — Miło, że tu jesteś, Drake. Dzięki starym znajomym przyjemniej przebywać w nowym otoczeniu.

- Do usług, Nichole. Jak zwykle.

Orkiestra znów zaczęła stroić instrumenty. Pływające hologramy zapowiedziały następny taniec - pionier. Energiczny młodzian na wysokich obcasach przydreptał do Nichole i skłonił się przed nią.

- Pietro Quijano. Może pani pamięta. Mogę mieć zaszczyt prosić panią do tańca?

Jeśli nawet na jego widok Nichole była skonsternowana, zupełnie tego nie okazała.

- Oczywiście.

Kule medialne już się przy nich unosiły.

Maijstral skończył drinka; media go opuściły, i dobrze. Pod ścianą szedł do wyjścia, po drodze krótko zagadał do Amalii Jensen, przypomniał ich wcześniejszą rozmowę i obiecał, że będzie z nią w kontakcie. Już miał przejść przez imponujące drzwi w holograficzne wzory, gdy został zatrzymany.

- Proszę wybaczyć, panie. - Maijstral poznał tego mężczyznę - umundurowany skarbiec faktów.

- Porucznik Navarre.

- Panie, czy mogę prosić pana o wyrozumiałość i odpowiedź... na zuchwałe pytanie?

Maijstral patrzył na niego leniwie zielonymi oczyma.

- Nie odmawiam, proszę pana.

- Czy młoda dama, z którą pan przed chwilą rozmawiał... to pańska dawna przyjaciółka?

- Chodzi o pannę Jensen? Niedawno się spotkaliśmy, na pielgrzymce do Cynamonowej Świątyni.

Navarre przyjął to z ulgą.

- Nie ma, więc żadnej więzi?

- Żadnej, proszę pana. Teren jest czysty.

Mężczyzna uśmiechnął się.

- Dziękuję, proszę pana. Proszę mi wybaczyć zuchwałość.

- Do pańskich usług. - Maijstral skłonił się i wkroczył w ciepłą noc Pelengu.

Kula medialna poprosiła go o wywiad, ale odmówił. Miał już dostateczny rozgłos.

ROZDZIAŁ 2

Jeśli już mają cię podbić kosmici, możesz trafić gorzej niż na Khosali. Podbili kilkadziesiąt zamieszkanych światów i mają w tym sporo doświadczenia, dzięki czemu ofiar jest niewiele, a okres dostosowawczy trwa krótko.

Gdy Khosali podbijali Ziemię, nie było zbyt wielu walk. Ludzkość ledwo oderwała się od swej małej skały w przestrzeni kosmicznej i gdy nagle wokół planety pojawiło się sto tysięcy obcych statków, które wycelowały w ludzi swoje promienie i pociski, tylko kilkuset dowódców stacji bojowych stawiło opór, a gdy zostali pokonani, sensowna większość podjęła sensowną decyzję o kapitulacji.

Większość podbojów Khosali przebiegała w podobny sposób.

Natknęli się na zaledwie parę ras, które nie wykazały takiego rozsądku jak ludzkość - te zostały niestety wytępione aż do ostatniego osobnika, a potem szczerze opłakiwane. Khosali - wspaniali pod innymi względami - nie widzieli nic zabawnego w niezależności obcych sobie cywilizacji. Zasadą Systemu Cesarskiego była powszechna podległość cesarzowi - bez tego wszystko idzie na marne.

Jak na zdobywców, Khosali są dość oświeceni. Nie zwalczają lokalnych instytucji i religii, jeśli potrafią sobie z nimi poradzić. System podatkowy mają w zasadzie łagodny; sprowadzają dziesiątki tysięcy nauczycieli i misjonarzy, którzy podbitą rasę mają podnieść na poziom użytecznej niemal - równości i wdrożyć szacunek dla Wysokiego Obyczaju. Gdy rasa jest dostatecznie zaawansowana, jej przedstawiciele zaczynają się pojawiać w Radzie Cesarskiej i na ważnych stanowiskach w całym Cesarstwie.

Oczywiście wprowadzano pewne zmiany: pojawiały się garnizony, cenzurowano informację - Khosali byli nadęci, ale nie głupi. Wysoki Obyczaj określał to, co Khosali uważali u siebie za najbardziej wartościowe: etykietę, elegancję i sztywny idealizm. Uważali Wysoki Obyczaj za coś uniwersalnego, ale w rzeczywistości był to test. Obcy, który potrafił opanować zawiłości Wysokiego Obyczaju, dowodził, że jest kimś, z kim Khosali mogą rozmawiać i utrzymywać stosunki. Oto zadanie misjonarzy i nauczycieli: łowić ludzi, zanurzać haczyki w oceanie innych ras, szukać tych, którzy mogą być pośrednikami między Khosali a własną rasą, zdolnymi komunikować się z obiema stronami i interpretować wzajemne stanowiska.

Tacy szczęśliwcy często zostają uszlachceni. To głupie, ale Khosali na to nalegają. Cóż znaczyłby system cesarski bez dziedzicznej arystokracji? Przez Ziemię przetoczyły się zawieruchy, gdy usiłowano się pozbyć własnej arystokracji dziedzicznej, a teraz powrócili hrabiowie, baroni, książęta i cała reszta, a żeby było jeszcze weselej, większość z nich okazała się obcymi.

Wysoki Obyczaj nie jest może uniwersalny, ale zachowanie arystokratyczne jest. Nowa ziemska arystokracja dowiodła, że zdolna jest do wielkości, światłych zachowań, natchnionego rządzenia, kultywowania wartościowej sztuki, wspierania talentów.

Dowodem są osiągnięcia wicehrabiego Chenga czy Solomona Nieprzekupnego. Arystokraci pokazali również, że potrafią być brutalni, krótkowzroczni, rozpustni, skąpi i rozpasani - dowodem

Robert Rzeźnik czy Juliusz Szalony. Ludzkość cieszyła się lub cierpiała w warunkach, jakie stworzyła nowa szlachta; na ogół wielkość spotykała się uznaniem, podłość - z tolerancją. Wszystko było dość przewidywalne.

Mniej przewidywalne było to, co przynosiła mieszanka cech ludzkości i Khosali. Każda z tych ras miała przymioty, które druga rasa uważała za wspaniałe, ale też każda z ras uważała drugą rasę za nieznośną.

Gdy ludzie poznali Khosali, doszli do wniosku, że są szlachetni, lecz nudni. Ci zdobywcy, okryci czarnym futrem, długonosi, o mocnych barkach, szanowali Cesarza, praktykowali umiar, lubili parady i muzykę wojskową, uczyli swe dzieci uprzejmości, dobrych manier, wychowywali na produktywnych obywateli.

Skłonni do nudziarstwa i drobiazgowości, byli mistrzami drugorzędnych drobnostek i cesarskich ceremoniałów. Nie było nic zdrożnego w tych cechach - każdy ma wuja, który zachowuje się w taki sposób, a w gruncie rzeczy jest dość miłym facetem, ale przecież nie zapraszasz wuja nudziarza do dobrej zabawy?

Khosali nie traktowali uchybień jako coś zabawnego i nie byli skłonni uznać beztroski, nieodpowiedzialności, kaprysów, jawnej kreatywności czy ufać jednostkom z wrodzonym poczuciem humoru i przekonaniem, że świat zwariował. Nie ufali ludziom, którzy gwizdali publicznie, robili nieprzystojne żarty lub upijali się podczas widowisk sportowych. Szlachetni Khosali uważali, że takie jednostki mogłyby być znacznie ulepszone, gdyby zaprząc je do pracy i zmusić do poważnego traktowania cesarskich zasad.

Smutno to stwierdzić, ale wyobrażali sobie, że wszyscy ludzie są właśnie tacy. Lekkomyślni i zabawni, ale nie można ich traktować poważnie. To niesprawiedliwy stereotyp - istnieje przecież mnóstwo ludzi spełniających wszystkie khosalijskie wyobrażenia o odpowiedzialnym obywatelu, a wielu z nich znalazło miejsce w służbie cesarskiej i zyskało uznanie u sumiennych i wymagających zwierzchników. Niektórzy byli nawet bardziej fanatycznymi Cesarskimi niż niejeden Khosali - weźmy na przykład takiego Roberta Rzeźnika, który w imię Cesarza zgładził setki tysięcy ludzi, czego żaden gubernator khosalijski nawet nie brał pod uwagę.

Nasz własny stereotyp jest równie niepełny. Istnieją Khosali, którzy zachowywaliby się lekkomyślnie i lekceważąco, gdyby dano im ku temu okazję. W głębi duszy mieliby ochotę tańczyć pod gazem w świetle księżyca i zabawiać się z podochoconymi panienkami. Tylko o tym nie rozpowiadają.

Khosali nie są pozbawieni własnych sekretnych grzeszków.

Mają popularną literaturę, poświęconą buntownikom i oszustom, oraz po cichu uwielbiają tych, którzy lekceważą zasady, choć udaje im się uniknąć konsekwencji. Są łagodniejsi dla swych krnąbrnych kuzynów, niż ci kuzyni na to zasługują, i są nie mniej wrażliwi na charyzmę niż ludzkość.

W Wysokim Obyczaju jest miejsce na kaprys - musi to przyznać każdy, kto widział Khosali wcielającego się w Elvisa. W Wysokim Obyczaju jest miejsce dla pijaków, szarlatanów i głupców, o ile ich postępowanie jest odpowiednio skandaliczne oraz stylowe. Chodzi właśnie o styl - nikt nie lubi pijaka, który nie jest dowcipny, czy szarlatana, którego sztuczki nie są zabawne. Wysoki Obyczaj to nie tylko obwąchiwanie uszu i stateczne tańce. Prawo pozwoli ci nawet rabować, jeśli tylko potrafisz to robić w odpowiednim stylu.

Maijstral zostawił latacza na trawniku przed wynajętą willą i przeszedł przez ekran dźwiękowy, będący drzwiami wejściowymi. Po drodze odpiął kurtkę na tyle, na ile pozwalała jej konstrukcja - niepisana reguła Wysokiego Obyczaju wymagała, by nie wkładano i nie zdejmowano ubrania bez pomocy służby. Większość osób korzystała obecnie z robotów, przynajmniej w Konstelacji Ludzkiej.

Maijstral miał jednak służącego - Khosalikha o imieniu Roman. Nawet jak na Khosalikha był on potężny. I bardzo silny. Pierścienie rocznego przyrostu wokół jego pyska wskazywały na czterdzieści pięć lat. Od piętnastu pokoleń jego przodkowie służyli w rodzinie Maijstralów i Drake odziedziczył Romana po ojcu. Powierzał Romanowi fizyczne i czasami ponure zlecenia, których naturę Roman często potępiał. Z potępieniem, jak z wieloma innymi rzeczami, Roman się nie zdradzał. Szczycił się tym, że jest lojalnym i uczciwym członkiem rodzinnej świty, choć ta rodzina stanowiła dla niego niekiedy źródło rozpaczy.

Roman ukazał się w holu i sunął w kierunku Maijstrala z cichym i statecznym spokojem, którego profesjonalizm i estetykę tak Maijstral u niego podziwiał.

- Czy Gregor już wrócił?

Rozmawiali w standardowym. Głos Romana przywoływał na myśl szum spokojnie płynącej wody.

- Jeszcze nie, proszę pana.

- Chyba nie ma żadnych problemów?

- Nie spodziewam się.

Roman rozwiązał kurtkę Maijstrala, pomógł mu zdjąć koturny, odebrał od niego pistolety, nóż, kołnierz i mankiety, a wszystko to robił z najwyższą kompetencją i ekonomią gestów znajomą jak stara kanapa. Maijstral poczuł, jak ustępuje w nim napięcie.

Roman był jedynym stałym elementem jego rozwichrzonego, niepewnego życia - nie tyle służący, co symbol domu, a dom to miejsce, gdzie mógł się odprężyć. Siadł na kanapie, uniósł jedną stopę we włochatych szarych skarpetach i zaczął gimnastykować palce nóg.

Holograficzne dzieła sztuki rotowały powoli na podstawkach osadzonych w ścianach; na odpoczywającego Maijstrala rzucały łagodne światło.

- Była tu Nichole. Pytała o pana.

- Mam nadzieję, że ma się dobrze. - Maijstral spojrzał na Romana. Oczy służącego błyszczały, nozdrza lekko się rozszerzyły.

Sekretna przyjemność, pomyślał Maijstral, zadowolony, że potrafił przewidzieć reakcję Romana. Bez wątpienia. Nichole zawsze należała do ulubienic Romana.

- Tak, ma się bardzo dobrze. Może jest nieco... zmęczona. Jutro towarzyszę jej na recital Elvisa. Dzięki temu znów pojawię się publicznie. To korzystne dla interesów.

- Przyszedł list, proszę pana. Od pańskiego ojca.

Serce Maijstrala omiotła zrezygnowana rozpacz. Łączność z ojcem dotyczyła dwóch tematów - oba były smutne.

- Przeczytam je.

Roman przyniósł list na tacy. List został wysłany jako LBP, co oznaczało, że napisano go na papierze, zamknięto w kopercie i ręcznie dostarczono. To wszystko mnóstwo kosztowało. Maijstral otworzył list i przeczytał go.

Nie rozumiem Twojej migracji ku brzegowi. Na pewno spędzisz sezon na Nanie w związku z twymi obowiązkami charytatywnymi. Jeśli przybędziesz do granicy przed rozpoczęciem sezonu, musisz złożyć wyrazy uszanowania hrabinie Anastazji. Może będziesz w stanie towarzyszyć jej w pewnym przedsięwzięciu związanym ze Sprawą. W razie konieczności można sprzedać parcele na Kapodistrias.

Skontaktował się ze mną lord Giddon, od którego kilka lat temu pożyczyłem 450 n. Z pewnością mówiłem Ci o tym zobowiązaniu i jestem załamany, że tego nie załatwiłeś. Gdybyś nie zamroził mojego dostępu do funduszy rodzinnych, nie wspominałbym o tym, ale sytuacja wymaga, byś dbał o honor rodziny i oddał dług. Jeśli akurat nie masz pieniędzy, można sprzedać parcele na Kapodistrias.

Mam nadzieję, że się tym natychmiast zajmiesz.

Twój pełen wyrzutu ojciec.

Ex-Dornier itd.

PS. Konserwacja mojej trumny ma nastąpić za dwa miesiące. Mam nadzieję, że nie będę ponownie narażony z tego powodu, że nie dotrzymano terminu.

A więc poruszył oba tematy, i to szczegółowo: Sprawa i stary dług. Odkąd Maijstral pamiętał, oba były ze sobą połączone.

Włożył ten List Bardzo Prywatny do koperty i wręczył ją Romanowi.

- Spal to, proszę - powiedział.

Roman bezszelestnie odszedł, by wypełnić polecenie. Maijstral zmarszczył czoło i postukał o zęby diamentowym pierścieniem.

Dług wobec lorda Giddona był czymś nowym dla Maijstrala, ale nie był tym zaskoczony - starzy wierzyciele pojawiali się ostatnio dość regularnie. Parcele na Kapodistrias były - miejmy nadzieję - spłacone. Ojciec Maijstrala sam to załatwił wiele lat temu i zdążył o tym zapomnieć. Nigdy zbyt dobrze nie pamiętał spraw finansowych, a śmierć jeszcze to pogorszyła. Nie było żadnych funduszy na działalność charytatywną Maijstrala ani dla lorda Giddona, ani dla samego Maijstrala.

Maijstral prowadził kosztowny tryb życia; jego gospodarstwo domowe było małe, ale wymagało najwyższych nakładów. Spojrzał na swój pierścień, przyjrzał się pod światło kamieniowi. Bardzo dobra podróbka. Prawdziwy brylant zastawił dwa miesiące temu, by sfinansować podróż. Nawet Roman nie wiedział, że oryginalnego kamienia już nie ma.

Może powinien przyjąć propozycję hrabiny Anastazji? Spojrzał w tym świetle: sprawa beznadziejna, a emerytowany naiwniak wyraża uczucia, w które nie wierzy. Krótko mówiąc, ktoś podobny do jego ojca. Nie. To nie to.

Roman wrócił ze szklanką zimnego rinka. Maijstral wziął od niego napój i zaczął go powoli sączyć. Roman zastrzygł uszami, słysząc warkot latacza lądującego na trawniku. Odwrócił się, spojrzał przez polaryzowane okno.

- Gregor - obwieścił, nieco przy tym sztywniejąc. Nie akceptował nietypowych znajomych Maijstrala, a Gregora uważał za jednego z nich.

- Dobrze. - Maijstral znowu pokręcił palcami nóg. Zastanawiał się. - Mogę mu powiedzieć o naszym zleceniu.

Wszedł Gregor Norman, zdejmując niebieską czapeczkę i odsłaniając bujne rude włosy. Dwudziestoletni, wysoki, szczupły i poważny, ubrany w czerń; jego płaszcz miał mnóstwo kieszeni, wypełnionych elektronicznymi gadżetami. Norman uśmiechał się. Mówił szybko, z impertynenckim akcentem. Zdecydowanie nie należał do warstw wyższych.

- Misja wykonana, szefie. Aż nadto.

„Aż nadto" - Gregor uwielbiał to wyrażenie. Oznaczało: „za łatwe" lub „bardzo prawdopodobne", lub „bardzo szybko", albo coś jeszcze innego, czego skrótem mogły być te poręczne dwa słówka.

- Dobrze. Kule medialne nadają dziś wieczór program, w którym jestem ja i Nichole. Panika powinna zacząć się jutro z samego rana.

Gregor zaśmiał się. Był z siebie zadowolony. W ciągu ostatnich czterech godzin dokonał czterech włamań-i-wejść, wszystko przeprowadził gładko, bez przeszkód, w każdym przypadku zostawiając za sobą kilkadziesiąt elektronicznych gadżetów.

Roman patrzył to na Normana, to na Maijstrala. Nozdrza mu drżały.

- Wspominał pan o jakimś zleceniu.

- Owszem. - Maijstral usiadł, opuścił stopy na podłogę i pochylił się ku rozmówcom. - Siadaj, Gregor. Opowiem ci o tym. - Wiedział, że nie należy proponować krzesła Romanowi - służący powinien stać w obecności swego pracodawcy. Poczekał, aż Gregor się usadowi i zaczął opowieść.

- Kobieta o nazwisku Amalia Jensen chce, byśmy wzięli w posiadanie pewien artefakt w siedzibie admirała Scholdera, JCW, emerytowanego, umarłego. Za kilka tygodni odbędzie się licytacja posiadłości i panna Jensen obawia się, że zostanie przelicytowana.

Roman zastrzygł uszami.

- A obecny właściciel, proszę pana?

- Po Scholderze dziedziczy jego bratanek, porucznik Navarre. Spotkałem go dziś wieczór. Nie sądzę, by był zainteresowany posiadłością wuja. Na pewno nie obchodzi go jej bezpieczeństwo. Odniosłem wrażenie, że całą sytuację osobiście uważa za niezręczną.

Gregor znów się uśmiechnął.

- Przez całe tygodnie mogą nie zauważyć, że tego przedmiotu brakuje. - Stukał palcami po udach w rytm własnej wewnętrznej melodii. Zwykle jakaś część jego ciała była w ruchu.

- Słuszna uwaga. Powinniśmy kontynuować pozostałe plany.

- Ale chciałbym, żebyś jutro rozpoczął, Romanie, rozpoznanie w sprawie panny Jensen. Nie sądzę, by była agentką lub prowokatorską, ale nic nigdy nie wiadomo. Ponadto nie dała nam praw medialnych, co według mnie oznacza, że są tu jakieś podteksty, których nie znamy.

- Tak, proszę pana.

- Jest z nią towarzysz, młody mężczyzna o nazwisku Pietro Quijano. Nie wiadomo, czy jest w tę sprawę wprowadzony. W każdym razie warto się o nim czegoś dowiedzieć.

- Jutro z samego rana, proszę pana.

Maijstral zwrócił się do Gregora:

- Chciałbym, byś poleciał do posiadłości Scholdera i tam się rozejrzał. Sprawdź... no, wiesz.

Gregor zasalutował niedbale dwoma palcami.

- Aż nadto, szefie.

Maijstral zastanawiał się chwilę.

- Tak. Teraz nasza druga sprawa. Jeśli podczas swoich oględzin trafisz do posiadłości, której właścicielem jest generał Gerald z piechoty morskiej, nie zawracaj sobie tym głowy. Ten facet to mnóstwo niepotrzebnych komplikacji.

Roman spojrzał mu prosto w oczy.

- Czy mógłbym zapytać o ich naturę, proszę pana?

Maijstral zaczerpnął powietrza i zastanawiał się, którą wersję kłamstwa podać.

- Sprawy bezpieczeństwa związane z obroną planety - powiedział. - Wolałbym nie mieszać się do spraw kontrwywiadu. Byłoby to sprzeczne z moim image'em, jaki chcę tu prezentować.

- Oczywiście, proszę pana. Rozumiem.

Maijstral oparł stopę wysoko na kanapie i skrył głowę w dłoniach.

- Ty się będziesz bawił, a mnie czeka harówka na recitalu Elvisa.

- To musi być cholerne, szefie.

Przepona Romana skurczyła się jeden raz, potem drugi - u Khosali odpowiednik głębokiego westchnienia. Zdecydowanie nie była to klasa wyższa.

Dziwne znajomości Maijstrala były niekiedy zupełnie niezrozumiałe.

ROZDZIAŁ 3

Elvis - człowiek - miał na sobie białe ubranie wysadzane cekinami. Sposób, w jaki pochylał się nad chromowanym mikrofonem, ruchy bioder, nawet gest, którym ocierał pot z czoła czerwoną jedwabną chustką, wszystko było wystylizowane, zrytualizowane jak kroki balijskiej tancerki.

Holograficzny zespół muzyczny przygrywał z tyłu, w półcieniu. Przestarzałe, zupełnie niepotrzebne wzmacniacze piętrzyły się w stosach po bokach sceny; dźwięk rozprowadzano tak, jakby naprawdę wydobywał się z tych głośników.

„Hunka, hunka, bumin love" - śpiewał Król Rock and Rolla.

W odpowiedzi na te błahe, pre-standardowe słowa rozległy się wokół sceny krzyki zmarłych wieki temu młodych dziewcząt.

Elvis pochylił się do przodu, wytarł pot z czoła i podał chusteczkę jednemu ze swych asystentów na widowni. Asystent przekazał ją Nichole - gościowi honorowemu; Nichole, oświetlona reflektorem, skłoniła się i z wdziękiem przyjęła dar. Widownia uprzejmie biła brawo.

- Maijstral, co ja mam z tym zrobić? - Nichole zakryła usta dłonią, by wszechobecne kule medialne nie mogły czytać z ruchu warg. - Nie mam zamiaru siedzieć tu przez cały wieczór z mokrą szmatą w dłoni.

Maijstral spojrzał na nią ze współczuciem. Strój Nichole - złożony z kilku niebieskawych, półprzezroczystych warstw pseudo-skorupy - nie miał żadnych kieszeni.

- Wezmę to, jeśli pozwolisz. Albo zawiążę ci wokół ręki.

Zgasł reflektor skierowany na Nichole. Naszyjnik i diamentowe kolczyki zmatowiały.

- Przekażę to Etiennowi - postanowiła. - Lepiej pasuje do jego karnacji. - Dała znak komuś ze swej świty i szeptem wydała instrukcje. Etienne w sąsiedniej loży ziewał, zakrywszy usta dłonią. Postanowił nudzić się wszystkim, co go spotka na Peleng.

Przed koncertem Maijstral i Nichole zjedli uroczy obiad; rozmawiali o swych przeżyciach, o starych znajomych. Jak przekonał się Maijstral, Nichole uważała, że on wie więcej na temat Diademu, niż wiedział w rzeczywistości, ale miał nadzieję, że nieźle ukrywał swą ignorancję. Naprawdę nie śledził plotek.

Maijstral odchylił się i poczuł, jak krzesło dostosowuje się do jego ciała. Spojrzał na drugą stronę sali - w loży zobaczył hrabinę Anastazję z baronem Sinnem. Patrzyła uważnie na Maijstrala swymi lodowato niebieskimi oczyma. Skłonił się - hrabina skinęła mu głową.

Ona twierdzi, że to ja naruszam obyczaje, pomyślał. To przecież Khosali włączyli Elvisa do Wysokiego Obyczaju, a Szekspira nie uznają. Może, dlatego, pomyślał, że u Szekspira zbyt wielu jest rebeliantów przeciwko monarchii, którym się udało. A Elvis to pozorny kontestator, który w końcu staje się podporą porządku społecznego.

Maijstral bardzo lubił Szekspira. Czytał go w nowym przekładzie Maxwella Aristide'a. Komedie uważał za szczególnie dobre.

Przypuszczał, że to świadczy o jego złym guście. Większość ludzi uznałaby to za brak subtelności.

Bar w holu, wyściełany czerwoną skórą, był przeładowany brązowymi ozdobami. Podczas przerwy w koncercie kule medialne unosiły się pod sufitem, wpatrzone w tłum. Połowa widzów, którzy pozostali na tyle długo, by mieć pewność, że zostali zauważeni, skorzystała z okazji, żeby wymknąć się z tego niepojętego spektaklu.

Maijstral popijał zimnego drinka. Leniwym wzrokiem wędrował po tłumie, przyglądał się strojom, dodatkom, biżuterii.

W myślach wszystko notował.

- To bardzo dobry dramaturg - powiedział. - Zarząd Praktyk

Konstelacji ponownie go odkrył i kazał Aristide'owi dokonać przekładu.

- Rzucę na to okiem, proszę pana - odparł Pietro Quijano. Zmarszczył czoło, szarpnął dolną wargę. - Czy sądzi pan, że to ma wydźwięk polityczny?

- Nie dostrzegam nic wyraźnie politycznego. Jednak z jakiegoś powodu Khosali go odrzucili, więc kto wie.

Pietro znów szarpnął dolną wargę. Maijstral powiódł oczami za jego wzrokiem i zobaczył Amalię Jensen rozmawiającą z porucznikiem Navarrem, który roześmiał się w reakcji na coś, co powiedziała panna Jensen. Pietro coraz bardziej się chmurzył. Maijstral dopił drinka.

- Proszę mi wybaczyć - powiedział. - Sprawdzę, czy Nichole czegoś nie potrzebuje.

- Oczywiście - mruknął Pietro. Oderwał wzrok od Amalii Jensen i nieco się rozpogodził. - Była najbardziej podniecającą partnerką podczas tańca. Proszę jej przekazać moje pozdrowienia.

- Z przyjemnością.

Maijstral przepchnął się do Nichole, która natrętnym kulom medialnym udzielała wywiadu na wyłączność.

- Jesteśmy starzy, drodzy przyjaciele - mówiła. - Sądzę, że mój dalszy komentarz byłby niestosowny. - Powiedziała to z wahaniem, delikatnie trzepotała powiekami. Niuanse, pomyślał Maijstral. Kiedyś uważał, że jest w tym bardzo dobra, ale w ciągu ostatnich czterech lat stała się wręcz mistrzynią.

Gdy po wywiadzie kula oddryfowała, Nichole wzięła Maijstrala za rękę. Maijstral przekazał jej posłanie od Pietra.

- Okropny tancerz - stwierdziła. - Potykał się o własne buty.

- Przy tobie na pewno dobrze wyglądał.

Oczy jej się zaświeciły.

- Z pewnością. - Stuknęła go w ramię. - Widzisz tam naszego Skauta Wysokich Mórz?

Maijstral znów spojrzał na porucznika Navarra, z uwagą przysłuchującego się Amalii Jensen.

- Widzę.

- Wyświadczyłbyś mi przysługę i poprosił go, by wieczorem zechciał zjeść ze mną kolację? Sama bym go poprosiła, ale kule na pewno by to zauważyły i cały czas napastowały biedaka.

Cztery lata temu Nichole na pewno by nie prosiła mężczyzny o tego rodzaju przysługę, pomyślał Maijstral. Do takich zadań miała własną świtę. Znów wspomniał swą dawną decyzję i był zadowolony, że okazała się odmienna od decyzji Nichole.

- Naturalnie - odparł. - O której godzinie?

- Około trzydziestej. Zaprosiłabym również ciebie, ale z pewnością pojedziesz gdzieś w interesach.

Odpowiedział jej uśmiechem.

- Obawiam się, że mój dalszy komentarz byłby niestosowny.

- Tego się spodziewałam. - Poklepała go po ramieniu. - Z przyjemnością spotkam się z tobą jutro. Może znów na obiedzie?

- Wspaniale.

Spojrzała w górę - w ich kierunku zlatywały się kule medialne. Twarz jej przybrała wyraz mniej spontaniczny, bardziej kontrolowany. Mniej zadowolony.

- Drake, bądź tak miły i przynieś mi szampana - poprosiła jedwabistym głosem. Maijstral powąchał jej uszy - przecież było to wydarzenie Wysokiego Obyczaju - po czym skłonił się i odszedł.

- Prawie nie mają miednicy - powiedział wysoki, piękny, donośny głos. - Troxanie nie potrafią dobrze naśladować Elvisa.

Maijstral skłonił się hrabiemu Quikowi, przechodząc obok drobnego okrągłogłowego kosmity. Śmiech Amalii Jensen zawisł w powietrzu. Uważała Navarra za osobę zabawną. Maijstral przysunął się ku nim i dotknął ramienia miedzianoskórego porucznika.

- Pozwoli pani, panno Jensen, że powiem coś porucznikowi?

Panna Jensen pozwoliła. Maijstral przekazał zaproszenie od Nichole. Navarre był zmieszany.

- Och, to dla mnie zaszczyt. Jestem zachwycony. Ale obawiam się, że... - spojrzał na Amalię, która uśmiechnęła się bardziej do Maijstrala niż do Navarra - ...wieczór mam zajęty. Z panną Jensen. Proszę przekazać Nichole wyrazy najszczerszego żalu.

Maijstral spojrzał ponad trajkoczący tłum i parę metrów za Navarrem zobaczył Pietra, który potrącił tacę z napitkami - hostessa patrzyła na niego z buzią w ciup.

- Przekażę pańskie przeprosiny - powiedział Maijstral. - Nichole z pewnością zrozumie.

Poszedł do baru i poprosił o szampana. Dostał kieliszek i gdy się odwrócił, napotkał wzrokiem oczy hrabiny Anastazji. Nad nią górował potężny baron Sinn. Krew w Maijstralu zastygła - stary odruch - ale z pogodną miną wymienił obwąchiwania.

- Szampana, hrabino?

- Przysięgłam, że dopóki Cesarstwo nie zostanie odbudowane, nie będę piła szampana w granicach Konstelacji - odparła.

- Obawiam się, że długo będziesz musiała czekać - powiedział Maijstral.

- Pański ojciec... - zaczęła. W sercu Maijstrala wzniósł się gniew.

- Nadal umarły - odparł Maijstral. Powąchał ją i przeprosiwszy, odszedł.

Cholera, ta kobieta zawsze go dopadnie. Musiał trochę poczekać, aż kule medialne całkowicie się oddalą od Nichole; dopiero wtedy mógł jej przekazać wiadomość. Sam musiał odzyskać spokój. Nichole była zdziwiona tym, co usłyszała.

- Maijstral, on dał mi kosza! Co ja dziś wieczór ze sobą pocznę? To jedna z nielicznych wolnych chwil w moim kalendarzu.

- Zaproponowałbym ci moje towarzystwo, ale... - Oczy Maijstrala o ciężkich powiekach sprawiały wrażenie przebiegłych. - Naprawdę mam inne plany, moja pani.

- Nie sądzę, bym mogła to obserwować.

Maijstral pocałował ją w rękę.

- Obawiam się, że twoja obecność przyciągnęłaby niepożądane zainteresowanie.

Nichole westchnęła.

- Mam nadzieję, że przynajmniej wyślesz mi wideo.

- Może zdołam ci przesłać coś interesującego przed twoim wyjazdem. Jednak przeważnie moja praca to nic fascynującego.

Wskazała biały kamień, który miał na palcu.

- Zawsze po tym pierścieniu potrafię rozpoznać, że to twoje wideo. Gdy go widzę, wznoszę dopingujące okrzyki.

- Pierścień to mój znak firmowy. - Maijstral uśmiechnął się.

- Na wideo zmieniają moją twarz i ciało, ale muszę mieć coś rozpoznawalnego, by dbać o swoje miejsce w rankingu.

- Nawiasem mówiąc, czy odpowiada ci sposób, w jaki Laurence ciebie gra? Wygląda jak ty, ale wydaje się, że Anaya lepiej podchwycił twoją osobowość.

- Prawdę mówiąc, moja pani, nigdy ich nie widziałem. - Nichole zaśmiała się sceptycznie. Maijstral spojrzał na nią. - Już raz to przeżyłem - powiedział - i nie mam ochoty na oglądanie imitacji.

- Skoro nalegasz, Maijstral.

Dotknął pęku diamentów wiszących u uszu Nichole. Jego oczy rozszerzyły się zawodowym zainteresowaniem.

- Piękne. Jesteś pewna, że powinnaś je nosić w tak niebezpiecznym towarzystwie?

- Drake, jeśli ja nie miałabym do ciebie zaufania, to któżby je miał? Ponadto nie należą do mnie - Firma Landor pozwala mi je nosić w zamian za umieszczenie jej na liście sponsorów. Byliby nawet zachwyceni, gdyby diamenty zniknęły; zwróciłoby to uwagę na ich produkty.

- Możemy to omówić - powiedział Maijstral. - Podczas obiadu. Jutro.

Znowu pocałował ją w rękę.

- Oczywiście.

Z teatru dobiegały krzyki holograficznej widowni - znak, że za chwilę zacznie się druga połowa przedstawienia.

Nichole wzięła Maijstrala pod ramię.

- Muszę po prostu nastawić się na samotny wieczór. Nikt by w to nie uwierzył.

- Rozkoszuj się tym, moja pani - odparł Maijstral. - Powinnaś się delektować tak rzadkim wydarzeniem.

- Ba - powiedziała, gdy szli do swojej loży. - Znaczy to, że się starzeję. Albo wychodzę z obiegu. - Wydawała się jednak zadowolona.

Rezultatem dawnych i skomplikowanych związków ludzkości z Khosali jest między innymi fakt - choć może godny pożałowania - że wielu Khosali uważa beztroskę i brak odpowiedzialności za interesujące, a szczególnie fascynujący wydaje im się styl, w jakim ludzie okazują beztroskę i brak odpowiedzialności. Człowiek dokona tego, o czym pozbawionemu polotu Khosalikhowi nawet się nie śni. Ludzie potrafią tańczyć do piątej nad ranem, a potem na kacu przychodzą spóźnieni do pracy. Ludzie piszą satyry na temat cesarskich oficjeli, oraz farsy, w których mnóstwo osób chowa się w szafach lub pod łóżkiem. Człowiek utrzymuje namiętne kontakty z osobą, z którą nie jest związany małżeństwem, czasami twierdzi, że taka więź go wzbogaca, a często, (co najbardziej znamienne) nie popełnia potem samobójstwa, by odbyć stosowną pokutę społeczną. Niektórzy grzeszą jeszcze gorzej, a potem żyją długo i szczęśliwie. Diadem to produkt stworzony po to, by bawić ludzi, jednak radości, konflikty i szaleństwa jego członków mają grupkę oddanych - choć nielicznych - zwolenników wśród Khosali.

Nawet w czasach, gdy wpływ Khosali na ludzkość osiągnął swój szczyt, zdobywcy często mieli nieprzyjemne wrażenie, że ludzie skrycie się z nich naśmiewają. Khosali niewiele z tego rozumieli, wiedzieli jednak, że jeśli dzieci Ziemi przygotują puentę, będzie to coś nadzwyczajnego.

Puentą była oczywiście Wielka Rebelia, podczas której pozbyliśmy się systemu cesarskiego, cesarskiej kasty i niefortunnego Cesarza Pendjalli, Nnisa CVI - nieszczęśnikowi w jego własnym pałacu przystawili do głowy pistolet członkowie Szwadronu Śmierci Scholdera. Jako jeden z warunków układu pokojowego wymuszono od biednego Nnisa, by zostawił w spokoju Konstelację Ludzkości - dotychczas skrupulatnie przestrzega tego zobowiązania. Była to jedyna rewolta, nie mówiąc o tym, że jedyna skuteczna, którą wywołała podbita rasa, gdy tylko otrząsnęła się z szoku tuż po podboju. Ta bezprecedensowa sprawa była taką traumą dla Nnisa, że wyliniał i przedwcześnie wycofał się do kriogenicznej krypty, gdzie spoczywa do tej pory samotny i bez dziedzica.

Mimo zakończenia wojny przez Cesarza jednostki po obu stronach granicy nie pragnęły zmiany sytuacji. Ku przerażeniu człowieczych ideologów istnieje w Cesarstwie spora ludzka mniejszość, która żyje tam szczęśliwie i nie ma zamiaru emigrować do

Konstelacji. Wśród ludzi natomiast żyje dość liczna grupa zadowolonych i produktywnych Khosali, którzy tylko z sentymentu tęsknią za Systemem Cesarskim.

Ale oczywiście są buntownicy. Ludzka Konstelacja posiada małą, lecz hałaśliwą partię cesarską, która twierdzi, że rewolta była błędem. Jest to grupa (przeważnie ludzkich) malkontentów, pogardzanych i lekceważonych, choć w ostatnich wyborach na Baroda zdobyli dziewiętnaście procent głosów - wynik tak niepokojący, że zwycięska partia Symbolistów Wspólnotowych postanowiła całkowicie zawiesić wybory do czasu, aż Barodanie wyrobią sobie bardziej wyrafinowane poczucie odpowiedzialności społecznej.

Po cesarskiej stronie granicy niektórzy domagają się głośno, by uznać Konstelację za szaloną aberrację oraz by wcielić ją do Cesarstwa. Miasto Siedmiu Jasnych Pierścieni mogło dotychczas ignorować te głosy, gdyż pochodziły głównie od poniżonych potomków przywódców rewolty - wiele cesarskich stanowisk jest dziedziczne, co bojownicy ze strony ludzi uważają za główny powód sukcesu rewolty. Jednak Partia Rekonkwisty prowadzi stałą agitację, co stanowi pretekst do utrzymywania wysokich podatków w Ludzkiej Konstelacji - są znacznie wyższe niż w Cesarstwie, gdyż należy utrzymywać w pogotowiu liczną flotę, mającą zapobiec odrodzeniu Cesarstwa.

Partia Rekonkwisty jest w zasadzie ignorowana. Nnis nie chce następnej wojny - już ta pierwsza była dość przerażająca - i reszta Cesarstwa nie otrząsnęła się ze zdziwienia po poprzedniej akcji ludzi. Tworzą się nowe szanse i inne podbite rasy zaczynają zdawać sobie z nich sprawę. Może to się wyda dziwne, ale przedtem w ogóle nie myślano nawet o czymś takim jak rewolta.

Mimo tamtej rewolucji, mimo jej skutków, Wysoki Obyczaj nadal obowiązuje po obu stronach granicy - nie ma akceptowalnej alternatywy, nie istnieje ogólnie przyjęty standard ludzkiego zachowania. Jednak w Konstelacji ciągle się szuka prawdziwej kultury opartej na uniwersalnych ludzkich zasadach - raporty Urzędu Tradycji Konstelacji zostały w znacznym stopniu przyspieszone przez ostatnie pokolenie i uważa się, że są w ostatnim stadium opracowania. Nim jednak ZPK skończy swe dzieło, cesarskie prawo i zwyczaje przeważają na ludzkich obszarach życia. Nawet cesarskie tytuły i nadania szlacheckie używane są z kurtuazji, choć nie mają oficjalnej podstawy prawnej. Po raz pierwszy w swej historii wysoka cesarska kasta musi się zdać na własne zasoby, a jej członkowie rosną i upadają stosownie do własnych zdolności. Odzwyczaili się od takich rzeczy. Wśród arystokracji nadal panuje uprzedzenie do pracy w handlu, ale niektórzy zostali do tego zmuszeni. Wiele zagubionych dusz wędruje z miejsca na miejsce, usiłuje trwać w Wysokim Obyczaju i szuka dla siebie domu.

Wędrowców jest wielu. Przecież, jeśli ktoś miał szczęście i dostał od przodków miano barona Drago, wicehrabiego Singa, księcia Dornieru, księcia-biskupa Nany czy dziedzicznego kapitana-generała Zielonego Legionu, nie mógł tego ignorować i przekonywał się, że inni też o tym pamiętają. Trudno byłoby nie zauważyć, że byłeś dziedzicznym przykładem systemu społecznego, który nie spełniał żadnych funkcji, nie miał żadnego znaczenia, istniał tylko z powodu bezwładności kulturowej, - więc co byś zrobił? Tęsknił za przeszłością? Usiłował znaleźć dla siebie miejsce w teraźniejszości? Usiłował stworzyć bardziej sympatyczną przyszłość?

Kto wie, może zawodowo parałbyś się złodziejstwem?

W niszach rotowały nowe hologramy. Sztuka dnia przyjemnie różniła się od sztuki nocy - była weselsza, bardziej radosna.

- Kłopoty, szefie. - Gregor ssał bezdymny nar-zak; powieki drgały mu nerwowo. - Śledzono nas dzisiaj. Mnie i Romana.

Maijstral nadal miał w uszach odgłosy koncertu. Zmarszczył czoło, gdy Roman zaczął mu rozwiązywać skomplikowane supły kurtki.

- Policja? - spytał.

Gregor skrzywił się.

- Czy policję stać na najszybsze latacze marki Jefferson-Singh?

Maijstral uniósł brwi.

- Naprawdę? - Odwrócił głowę i znad ramienia spojrzał na Romana.

- To dwaj Khosali - informował Roman. - Mnie szpiegowała kobieta około dwudziestki. Zauważyłem ją dopiero, gdy zacząłem się wypytywać o pannę Jensen. Wtedy jej zwiałem.

- A ja swego wyczułem od razu - oznajmił Gregor. Odgarnął długie włosy z oczu. - To był Khosalikh, mężczyzna. Potężny drań, dlatego tak szybko go zauważyłem. Ale z łatwością mu umknąłem.

- Może szukali wrażeń - powiedział Maijstral. Wyswobodził się z kurtki. Roman wziął od niego pistolet i zaczął rozsznurowywać boczny szew obcisłych Maijstralowych spodni. - Może chcą się zasłużyć i złapać nas. Albo chcą podpatrzeć nas przy pracy.

- Ten mój nie wyglądał na osobnika, który robi to dla draki - powiedział Gregor. - Miałem wrażenie, że chce mnie rozszarpać gołymi rękami.

- Może to jednak policja.

- Przypominał policjanta. Podejrzewam, że ma coś wspólnego ze zleceniem. - Gregor znów possał nar-zak. - Roman, powiedz mu, czego się dowiedziałeś.

- Panna Jensen to miejscowy szef Rozkwitu Ludzkości - zaczął Roman ostrożnie. Uszy mu zadrżały w stłumionym odruchu dezaprobaty, kiedy to powinny opuścić się do dołu. - Pan Quijano jest skarbnikiem.

- Rozumiem - odparł Maijstral. Rozkwit Ludzkości to grupa stworzona po to, by zapewnić dominację ludzi w Konstelacji, a jej członkowie składali się zarówno z najbardziej szacownych obywateli, jak i z mieszkańców rynsztoków. Ci szacowni udzielali wsparcia słusznym sprawom, na przykład Urzędowi

Tradycji Konstelacji, wydawali materiały propagandowe kwestionujące absurdy Wysokiego Obyczaju, agitowali za większą dzietnością ludzi - na swym terytorium człowiek powinien przewyższać liczebnie kosmitów - oraz wspierali podboje nowych światów. Starali się śledzić w Cesarstwie najnowsze osiągnięcia w dziedzinie uzbrojenia i taktyki oraz popierali wojskowych Konstelacji w ich bezustannej pogoni za funduszami i dążeniem do ekspansji.

Inną działalność prowadziły mniej szacowne kręgi Rozkwitu Ludzkości - grupy paramilitarne, których zadaniem było przeciwstawienie się atakom kosmitów, oraz grupy zajmujące się rozpowszechnianiem kompromitujących informacji na temat prominentnych istot nie-człowieczych (nazywano je najchętniej „nieludzkimi"); ponadto czynnie nękano Cesarskich i wysyłano na nich bandytów, a czasami nawet dokonywano ataków terrorystycznych.

Główne sfery Rozkwitu Ludzkości zawsze ubolewały z powodu tych brutalnych metod i wyjaśniały, że nie są to metody reprezentatywne dla celów ugrupowania ani nie są typowe dla jego członków, jednak macierzysta organizacja nigdy nie wycofała swego poręczenia dla ruchu, który psuł jej dobre imię.

Uszy Maijstrala omal nie wywinęły się do dołu. On sam miał w przeszłości problemy ze stronnikami Rozkwitu.

- Sądzicie, że grupa Khosali obserwuje Amalię Jensen i jej kontakty? - spytał.

- Niewykluczone, proszę pana - odparł Roman.

U spodni Maijstrala wisiały wiązadła. Podszedł do okna, trzymając spodnie w lewej dłoni. Dotknął przełącznika polaryzatora i wyjrzał na zewnątrz. Było późne popołudnie, słońce rzucało niebieskie cienie na zarośla za trawnikiem, nadając chromowo żółtym liściom zielonkawy odcień.

- Nadal tam są? - spytał Maijstral.

- Tak. Siedzą w krzakach, proszę pana.

Maijstral okazał irytację.

- Niech ich cholera. O co im chodzi?

- Mam pewną hipotezę, proszę pana - powiedział Roman z wahaniem.

- Mów.

- Grupa Jensen prawie na pewno zna historię pańskiej rodziny. Może chcą pana zbić z pantałyku i poinformują policję o pańskim zleceniu. Niewykluczone, że wpadnie pan w pułapkę.

- Więc ci Khosali w zaroślach to nasi przyjaciele?

- Roman, to nie ma sensu - stwierdził stanowczo Gregor. Nozdrza Romana zatrzepotały. - Kaktus mi na dłoni wyrośnie, jeśli ten drań, który łaził za mną cały ranek, jest przyjacielem. A jeśli nie podobają im się plany Jensen, dlaczego nas nie uprzedzą, tylko nas tropią? — Złamał zużyty nar-zak na połowy, a te jeszcze raz na dwoje. Rozejrzał się, szukając miejsca, gdzie by je wyrzucić, ale nic stosownego nie znalazł, więc upchnął kawałki w kieszeni. - Według mnie chodzi im o ten cholerny artefakt. Chcieliby go nam odebrać, gdy tylko go dostaniemy.

Maijstral zastanowił się i doszedł do wniosku, że hipoteza Gregora jest bardziej przekonująca. Wiele jednak było pytań, niewiadomych, nieznanych czynników. Maijstral nie osiągnął jeszcze takiego szczebla kariery, by mógł sobie pozwolić na popełnianie zbyt wielu błędów.

- Zacznijmy realizować plan - powiedział i znów spolaryzował okna. - Roman - zwrócił się do służącego - będziesz dziś bardzo zajęty. Przeprowadzisz kilka rozmów.

Maijstral wisiał w nieznacznej antygrawitacyjnej ciemności nad domem zmarłego niedawno admirała Scholdera. Jego prywatne kule medialne krążyły wokół niego i wszystko nagrywały - Jensen mogłaby zmienić zdanie na temat praw medialnych. Unieszkodliwił alarm zewnętrzny - proste hemisferyczne zimnopole - a teraz zastanawiał się, którędy wejść do środka.

Świetliki? Drzwi? Okna? Gdyby wybrał sposób dramatyczny, przedarłby się bezpośrednio przez dach lub ściany.

Serce biło mu szybko, równomiernie. Mięśnie poruszały się sprawnie, ekonomicznie. Na szczęście cały system ochrony i alarmy były automatyczne. Na myśl o żywym strażniku zrobiło mu się sucho w ustach.

- Istoty rozumne są nieprzewidywalne - powtarzał niejednokrotnie Gregorowi. - Zawsze atakuj systemy automatyczne. Możesz ufać, że działają tak, jak powinny. - Nigdy nie był pewien, czy Gregor mu wierzył. Nieważne, akurat teraz nie musiał się o to martwić.

Postanowił przedostać się przez jeden ze świetlików.

Bezciążeniowo skoczył ku dachowi jak delikatna, nieprzezroczysta czarna chmura. Nawet w tym momencie był całkowicie świadom tradycji Wysokiego Obyczaju - spoglądała na niego gniewnie z ciemności. Nawet tutaj grał jedną z wielu ról Wysokiego Obyczaju - rolę Licencjonowanego Włamywacza.

Wysoki Obyczaj pozwalał kraść dla chleba, o ile przestrzegało się pewnych zasad: złodziej musiał wykonywać swą pracę samodzielnie; osoba, którą okradał, mogła sobie pozwolić na stratę; nie można było używać nadmiernej przemocy - uderzyć niespodziewanego strażnika po głowie, owszem, ale bez roztrzaskiwania czaszki. Zrabowany obiekt musiał mieć charakter artystyczny, sensacyjny lub frywolny (nie dopuszczało się kradzieży większych ilości gotówki czy nieoszlifowanych kamieni, ale zasady nie zabraniały zagarnięcia tych rzeczy, jeśli okazało się, że są w tym samym skarbcu, co Costikyański Szmaragd); zrabowany obiekt powinien pozostać u złodzieja do północy następnego dnia po popełnieniu przestępstwa; ponadto włamywacz nie miał prawa wypierać się swego procederu - jeśli zamierzał kraść, musiał to ogłosić, a podczas pracy nosić identyfikator.

I najważniejsze: Licencjonowany Włamywacz powinien działać stylowo, z wdziękiem, fachowo. W rankingu styl zyskiwał dziesięć punktów, zatem nic dziwnego, że Licencjonowanych Włamywaczy uważano za część Wysokiego Obyczaju, więc gdyby nie zachowywali się tak jak pozostali niesforni osobnicy - dżentelmeni-pijacy, złotouści subtelni szarlatani, szczwani naciągacze - jaki sens by miało pozwalanie włamywaczom na przejmowanie cudzej własności?

Maijstral wisiał nad świetlikiem, ale go nie dotykał. Wysunął detektor w kształcie pistoletu, skanując szyb i ramę, by upewnić się, czy nie ma tam promieniowania elektromagnetycznego. Amalia i Pietro przeprowadzili badania systemu zabezpieczeń w posiadłości Scholdera, lecz nie znaleźli żadnych utrudnień. Maijstral wierzył jednak, że trzeba dodatkowo wszystko sprawdzać. To on przecież nadstawiał karku, nie Jensen.

Pułapka. Wątpliwości, sformułowane przez Romana, przemknęły nieproszone przez mózg Maijstrala. Przygryzł dolną wargę i zamocował detektor na swym przylegającym kombinezonie maskującym. Ręka mu lekko drżała, gdy wyjął miniaturową jednostkę antygrawitacyjną i ostrożnie wsunął ją do świetlika. Zanim wyjął ołowkokształtny przecinak i zaczął ciąć, ustabilizował oddech i uspokoił nerwy. Pomieszczenie w dole mogło być przecież pełne policji.

Jednak najprawdopodobniej był to zwykły pokój. Maijstral usiłował trzymać się tej myśli.

Skończył cięcie i świetlik łagodnie poleciał w powietrze. Jednostka antygrawitacyjną miała je przenieść we wcześniej upatrzone miejsce i złożyć na ziemi. Maijstral zaczerpnął tchu, obrócił się i głową do dołu wpłynął do pokoju.

Głowa i ramiona przepchnęły się przez świetlik; ostrożnie obracał głowę w prawo i lewo. Atrium, wysokie na dwa piętra, otoczone z trzech stron balkonem, miało wyjście na dach.

W ciemności przycupnęły okryte pokrowcami meble. Szeroki, obłożony kamieniem kominek ział paszczą przy jednej ze ścian.

Widok z tyłu przejęły detektory i rzutowały go do centrów optycznych mózgu Maijstrala; jego pole widzenia wynosiło niemal 360 stopni, ale odwrócił jednak głowę, by wykorzystać paralaksę. Skanery podczerwieni i ultrafioletu szukały charakterystycznych policyjnych częstotliwości. Czułe odbiorniki audio nasłuchiwały spadających pyłków.

Wsunął się do pomieszczenia na ciemnych jak noc holograficznych skrzydłach. Światło gwiazd połyskiwało na jego sztucznym diamencie. Rozpoznanie przeprowadzone przez Jensen sugerowało, że główne systemy zabezpieczenia oparte są na alarmach uruchamianych przez niewielkie fale zgęszczeniowe wywołane przez poruszające się w pomieszczeniu ciało. Ten bardzo kosztowny system musiał odróżniać sygnał wywołany przez włamywacza od fal wytwarzanych przez klimatyzator, powstałych wskutek zmian termicznych samego budynku czy ruchów zwierząt domowych i robotów.

Kombinezon Maijstrala automatycznie radził sobie z takimi systemami alarmowymi - cofał się w czasie o pół kroku, generując fale, które precyzyjnie interferowały z falami, jakie podczas ruchu powodował Maijstral. Sądzono, że taki kontr-system jest niemożliwy, a ponieważ był, uważano go za cud współczesnej fizyki.

Kombinezon Maijstrala należał do najlepszych osiągnięć w swej klasie.

Artefakt, po który Maijstral przybył, połyskiwał srebrzyście w niszy obok kominka. Maijstral bezszelestnie obszedł pokój, rozglądając się za innymi wartościowymi przedmiotami. Zauważył głównie pamiątki po Rebelii, broń, medale w futerałach, portrety bohaterów. Maijstral był wstrząśnięty: uświadomił sobie nagle, że admirał Scholder to ten sam porucznik Scholder, którego

Bataliony Śmierci szturmowały Miasto Siedmiu Jasnych Pierścieni i pochwyciły Cesarza w czasie ostatniej bitwy Rebelii.

No, no, pomyślał Maijstral, ten człowiek wpłynął na bieg Historii.

Pamiątki nie miały wielkiej wartości - może dla zapaleńców historii wojskowości. Maijstral podryfował, więc do artefaktu i zaczął mu się przyglądać. Skanery wizualne powiększały obraz. Srebrny obiekt miał rozmiary melona, kształt mniej więcej siodłowaty - estetyczny, podkreślony delikatnymi, precyzyjnie wygrawerowanymi liniami. Maijstral widział cesarską pieczęć: wygięte

N (oznaczające Nnis CVI) splecione z pnączem skuhl z Pendjali, ideogramy symbolizujące powodzenie i szczęście, a wszystko otoczone figurą Zoot Torąue. Maijstral zrozumiał, że patrzy na łup z cesarskich posiadłości.

Ciekawe.

Dokonał elektromagnetycznego skanowania, które wykazało stałą emisję niskiej mocy, charakterystyczną między innymi dla niektórych systemów alarmowych. Dokładnie się rozejrzał i odkrył, że to sam obiekt wytwarza promieniowanie. Zastanawiał się, czy ten przedmiot, gdy zostanie podniesiony, nie zacznie wołać

„Pomocy! Pomocy!", jak w bajce.

Nie zdarzyłoby się to po raz pierwszy. Niestety, ostatnio panowała tendencja do uatrakcyjniania systemów alarmowych.

Bardzo starannie zeskanował podest - nie znalazł nic, co sugerowałoby pułapkę lub alarm; potem umysłem wydał komendę kombinezonowi, który otworzył ukrytą fałdę z tyłu. Czas kończyć dzieło i wiać.

Dłonią w rękawiczce sięgnął po obiekt, objął go, poczuł dość znaczny ciężar. Podniósł artefakt i zwinnym ruchem włożył do plecaka, który się automatycznie zamknął. Maijstral popłynął na poziomie balkonów ku świetlikowi. Zimny obiekt ciążył mu między łopatkami.

Otwarły się drzwi w wewnętrznym pokoju. Serce Maijstrala załomotało w piersi. Natychmiast przerwał swój inercyjny dryf.

Jego skanery nastawiły się z szybkością myśli.

Do pokoju wsunął się mały robot domowy na cichych kołach.

Podjechał do stojaka z rozenergetyzowaną bronią z okresu Rebelii i wysunął pierzastą zmiotkę do kurzu.

Robot w ogóle nic nie zauważył. Maijstral uspokoił nerwy.

W kombinezonie, niewidoczny, znowu zaczął powoli unosić się ku świetlikowi.

Robot skończył odkurzanie pistoletów promieniowych, po czym podjechał do niszy. Zatrzymał się i histerycznym kobiecym głosem wrzasnął:

- Pomocy, pomocy! Zostaliśmy obrabowani!

Z głębi domu odezwał się męski głos:

- Co tam, Denise?

- Włamywacz! Myślę, że nadal tu jest! Niech przyjdzie Felicyty z karabinami!

- Idziemy, Denise! - odpowiedział inny kobiecy głos. - Bandyta dostanie za swoje!

Rozmowa miała prawdopodobnie potrwać przez pewien czas - programiści tego systemu alarmowego powinni pisać scenariusze oper mydlanych - ale Maijstral uciszył robota szybkim strzałem z dysruptora, i zrobiłby to szybciej, jednak za pierwszym razem nie udało mu się pochwycić pistoletu. Jak płynąca ciemna chmura, Maijstral śmignął do świetlika i ponad trawnikiem wyleciał na zewnątrz, a za nim, podskakując, podążyły kule medialne.

Kombinezon poinformował go, że czarne skrzynki rozmieszczone wokół terenu dobrze się sprawują — posiadłość próbowała wezwać policję, ale zostało to udaremnione. Przekroczył zimnopole - kombinezon zneutralizował je automatycznie - a potem poleciał do miejsca, gdzie w lataczu czekał na niego Gregor z własną dużą czarną skrzynką, która skanowała otoczenie w zakresie wszystkich długości fal komunikacyjnych. Gregor spojrzał z uśmiechem na Maijstrala, sadowiącego się w fotelu pilota.

- A zawsze mówiłeś, że ochrona automatyczna jest bardziej bezpieczna i przewidywalna.

Maijstral wcisnął guzik napędu i latacz z sykiem wzniósł się w ciemność na cichych odpychaczach. Artefakt uciskał Maijstrala w plecy. Kule medialne sunęły jak race przywiązane do ogona szczeniaka.

Nagrania z tej operacji na pewno nie zostaną sprzedane nadawcom, postanowił Maijstral.

Charakter Maijstrala ukształtował się - zupełnie przypadkowo - w wieku łat szesnastu. Z założenia jego charakter miał się wtedy ukształtować - Maijstral był w najstarszej klasie Akademii Nnoivarl, szkoły uważanej za jedną z najlepszych w Cesarstwie, która obiecywała zrobić wszystko, by rozwinąć charakter chłopca. Jednak głównie uczono Wysokiego Obyczaju, języków i khosalijskich sztuk wyzwolonych. To, co tam nabył, trudno nazwać charakterem - raczej powierzchowną ogładą, która w wielu sytuacjach była użyteczna, ale niekiedy ciążyła jak kula u nogi. Mimo to wielu przechodzi przez życie jedynie z takim polorem i jeśli ich charakter nigdy zostanie poddany próbie, nie zorientują się, że to nie wszystko.

Drake Maijstral miał pecha - jego charakter został poddany próbie wcześniej, niż Maijstral był do tego gotów. Na ogół tak jest z próbami charakteru - nie zdajemy sobie sprawy z tego, że to właśnie próba, a wtedy jest już za późno, by się przygotować.

Ponieważ Maijstral przygotowywał się do końcowego egzaminu, pozwalano mu na pewną swobodę - bez pozwolenia mógł opuszczać teren Akademii i chodzić w cywilnym ubraniu. Korzystał z tej wolności, zwłaszcza dotyczyło to szanownej jasnookiej Zoe Enderby, córki miejscowego szlachcica; jej trzynastoletni brat uczył się w Nnoivari. Była cztery lata starsza od Maijstrala i charakter miała chyba w pełni uformowany. Spotkał ją - rzecz dziwna - na zawodach szermierczych, choć jej brat nie należał do drużyny. Gdyby Maijstral był starszy, ta obserwacja by go powstrzymała, ale wówczas miał zaledwie szesnaście lat.

Przedpołudnie; pomieszczenie pachnie rozpuszczalnikiem do farb - czcigodna Zoe terminowała u miejscowego malarza. Na szybach tańczą plamy stłumionego, żółtawego światła, sączącego się przez tropikalną roślinność. Maijstral, ubrany w szlafrok czcigodnej Zoe, czyta czasopismo i pali cygaretkę (tamtego roku palił); w drugim pokoju Zoe rozmawia z matką przez telefon.

- Kochanie, coś ci przyniosłem.

Maijstral nie słyszał wchodzącego. Nagle uświadomił sobie, że powinien był zamknąć drzwi na klucz poprzedniego wieczoru; teraz, ponieważ siedział w szlafroku dziewczyny i miał długie włosy, ten mężczyzna wziął go za Zoe.

- Przepraszam za tamtą kłótnię. Zobacz.

Biedny facet, pomyślał Maijstral. Wstał, odwrócił się - to Marc Julian, drugi kapitan drużyny szermierczej, sztywny, w szarym mundurze Akademii Nnoivari, w długich rękach trzyma pakunek.

Julian był hrabią Hitti, ale w szkole nie używano tytułów.

- Wybacz, Julianie - powiedział Maijstral. - Przypuszczam, że chciałeś rozmawiać z Zoe.

Jak już wspomniano, ogłady mu nie brakowało. Zaskoczony chłopak stał z rozdziawionymi ustami w holu wejściowym, tymczasem Maijstral poszedł do pokoju Zoe, poinformował ją, że przybył Julian, i zaczął ćwiczyć nowy trik karciany (w Akademii otrzymał wszystkie możliwe pochwały za magiczne sztuczki). Zoe pożegnała się z matką i poszła do holu, ale Juliana już nie było.

Przy śniadaniu Zoe zamierzała wyjaśnić sprawę Juliana, ale Maijstral stwierdził, że wszystko jest jasne, nie musi, więc nic mówić, jeśli nie chce. I tak nie zamierzał słuchać tej historii. Został przez ranek, a potem wrócił do szkoły, by przygotować się do egzaminu z filozofii.

Będąc dorosłym, Maijstral nie obejrzałby się za siebie, ale jako osoba młoda usiłował sobie wmówić, że jest zakochany, a poza tym chciał jak najlepiej wykorzystać pozostałe mu tygodnie przed powrotem do Dornier i do Konstelacji Ludzkiej.

Analizując to później, nie był pewien, czy Julian miał wtedy pomocnika. Maijstral opuścił kabinę egzaminacyjną i szedł ze swym przyjacielem Asadem. Przekonani, że dobrze im poszło, śmiali się - gdy nagle Maijstral potknął się i zachwiał. Coś pchnęło go, uderzając między łopatki, i wpadł na wyprostowane plecy chłopaka idącego przed nim.

- Uderzyłeś mnie, Maijstral. - Spod chwastu mundurowej czapki z tępym zadowoleniem patrzyły błyszczące oczy Marca Juliana.

- Przepraszam, Julianie - odparł Maijstral. - Ktoś mnie...

- Nie ujdzie ci to na sucho - odparł tamten zimno. - Zah będzie moim sekundantem.

Maijstral wyprostował się.

- A moim Asad.

Maijstral był równie opanowany. Natychmiast się zorientował, że Zah, kapitan drużyny szermierczej, cały czas szedł z tyłu.

Maijstral poczuł na ramieniu braterską dłoń Asada. Nie był to gest pocieszający - uświadomił Maijstralowi, że za gładkim rytuałem stoi śmiertelna rzeczywistość i zobowiązanie, które właśnie podjął. Odruchowo odwrócił się i odchodząc, zapalił papierosa, jakby nie miał nic lepszego do roboty.

Studentom zabraniano pojedynków, ale pojedynki się jednak odbywały. Z ostrożności zwyczajowo uczniowie starszych klas usiłowali zapobiec pojedynkom młodszych kolegów, ale jeśli starsi chcieli ze sobą walczyć, nikt im nie przeszkadzał. Najgorsze, co mogło się zdarzyć, to wydalenie ze szkoły.

- Julian nie przyjmuje żadnych wyjaśnień - powiedział potem Asad, gdy odwiedził Maijstrala w pokoju. - Chce się bić.

Maijstral skinął głową, wypuścił dym.

- Świetnie.

- Oczywiście pistolety. Gdybyście walczyli bronią białą, zrobiłby z ciebie makaron. Porozmawiam z Josephem Bobem, czyby nie pożyczył pary pukawek.

- Znakomicie. Napijesz się brandy?

Asad pokręcił głową.

- Nie. Już sobie pójdę. Pojedynek jest jutro rano.

- Tak szybko? - Maijstral był zaskoczony.

Asad zaśmiał się zażenowany.

- Chyba lepiej mieć to za sobą. Nie warto, by ci te sprawy przeszkadzały w nauce.

Asad wyszedł. Maijstral nalał sobie koniaku, zapalił papierosa i podszedł do terminala. Odczytał wyniki, jakie Julian uzyskiwał w strzelaniu, i ciarki mu przeszły po plecach. Przypomniał mu się nagle jeden z obrazów czcigodnej Zoe - dzieło formalne, przedstawiające matowoczerwone słońce i błyszczące niklowo-żelazne asteroidy.

Asad wrócił po kilku minutach. Zaśmiał się z admiracją.

- Ale ty jesteś opanowany! Przygotowujesz się do egzaminu, jakby się nic nie stało.

Maijstral wyłączył monitor.

- Cześć, Asad.

- Joseph Bob sprawdza teraz pistolety - powiedział Asad. - Zastosujemy pociski. Tak będzie uczciwiej - Julian jest lepszym strzelcem. Posłuchaj mojej rady i strzel natychmiast po moim sygnale. Jeśli trafisz go pierwszy, możesz mu uszkodzić rękę lub nogę i być może on nie zdoła strzelić. Jest lepszy i jeśli w ogóle wypali, prawdopodobnie cię trafi.

- Zapamiętam to. - Nalał sobie brandy.

- Szkoda, że nie ma tu dostępu do pojedynków psychicznych. Mógłbyś mu rozwalić mózg - w tej dziedzinie jest bezbronny.

- Zastanawiałem się na tym. Zagrałbyś w karty?

- Ależ ty jesteś spokojny, Maijstral! - powtórzył Asad z podziwem. - Rozegrajmy krótką partyjkę, ale nic z tych twoich sztuczek.

Przez godzinę grali w wesołka. Asad wygrał czterdzieści marek. Potem wstał i powiedział, że musi już iść, by przygotować się do egzaminu z historii.

- Weź mój marker, dobrze. Mój ojciec strasznie się spóźnia z przekazami. - Ściślej mówiąc, ponad rok. Na szczęście kredyt Maijstrala był nadal otwarty.

- Wezmę. Dzięki.

- Ojciec na pewno to pokryje, jeśli... - Lepiej zostawić niedopowiedzenie. Asad uśmiechnął się z zakłopotaniem.

- Przyjdę po ciebie o wpół do siódmej, dobrze? - Ujął Maijstrala za ramię. - Do widzenia.

Maijstral nie chciał, by Asad go opuścił; nie chciał zostawać samotny z własnymi myślami.

Usłyszał odgłos zamykanych drzwi. Przez długą chwilę obserwował drżącą brandy na dnie karafki. Zostało jej tylko na dwa palce. Postanowił już nie pić.

Mógł do woli protestować, mógł rozgłaszać, jak głupie są pojedynki, jak śmieszny jest Wysoki Obyczaj. Niczego by to nie zmieniło. Gdyby się uchylił, nikt by się później do niego nie odzywał.

Pociski. Ręka lub noga zlikwidowane albo płuca przestrzelone. Ćwiczył karciane triki. Palce psuły wszystkie sztuczki.

W nocy nie spał. Spocony leżał w łóżku i patrzył w sufit. Wypalił wszystkie papierosy. O drugiej po północy miał pewność, że nie może stanąć naprzeciw pistoletu Juliana.

Zaczął się zastanawiać, co z tym zrobić.

Podszedł cichcem do drzwi Josepha Boba i spojrzał na panel wejściowy. Usiłował oddychać powoli, naturalnie. Sam był zdziwiony, że jest spokojniejszy niż na egzaminie pisemnym.

Wziął jedną ze swych kart do gry i włożył ją między drzwi a framugę. Przez ostatnie czterdzieści minut usiłował włamać się do komputerowego systemu bezpieczeństwa akademika i sądził, że chyba udało mu się zdalnie odblokować zamek. Teraz musiał go jeszcze odemknąć, co mogło wywołać hałas.

Zapadka kliknęła. Serce Maijstrala zamarło. Nasłuchując, czekał kilka chwil. Nic.

Pchnął drzwi, usłyszał oddech Josepha Boba. Boso wszedł do środka. Na oczach miał pożyczone z sali gimnastycznej gogle, jakich w nocy używali biegacze, widział na biurku futerał z pistoletami. Przymknął drzwi i podszedł do biurka.

Joseph Bob odwrócił się, mamrocząc we śnie. Maijstral zamarł, w uszach czuł pulsowanie krwi. Joseph westchnął i zaczął ciężko oddychać. Maijstral nieco się odprężył. Oczywiście sen Ziemianina został zakłócony i Maijstral musiał zachować ostrożność. Każdy jego ruch trwał wieki: Maijstral wyciągał dłoń, otwierał futerał.

Antyczne pukawki leżały na czerwonej pluszowej wyściółce - widział je wyraźnie przez swoje specjalistyczne okulary. Oblizał wargi i sięgnął po pierwszy pistolet. Na szczycie lufy znajdowała się muszka - mały paciorek na ozdobnej, srebrnej nóżce. Maijstral poprzez chustkę lekko zacisnął na muszce małe szczypce i delikatnie przegiął ją na bok. Zdjął chustkę, obejrzał swe dzieło: nie zostawił żadnych śladów. To samo zrobił z drugim pistoletem i zamknął futerał.

Teraz miał czas, by sobie o tym pomyśleć, i sam był zdziwiony, że tak spokojnie potrafi działać. Dopiero, gdy opuścił pokój, zaczął się bać. A jeśli Julian strzeli odruchowo i w ogóle nie będzie używał muszki? Czy był aż tak dobry? Przez swoje manipulacje Maijstral mógł tylko zniszczyć własne szanse.

Tej nocy nie zasnął. Wypił resztkę brandy, nim rano się wykąpał i ubrał stosownie do okoliczności. Usiłował związać z tyłu długie włosy, ale palce miał niezręczne. Dopiero Asad przyszedł i mu pomógł.

Maijstral ubrał się całkowicie na czarno - nawet jedna biała plamka mogłaby stanowić wyraźny cel. Gdy przybył na miejsce pojedynku - kawałek trawy za Ogrodem Kaplicowym - zobaczył, że Julian był ubrany podobnie.

Maijstral nie odezwał się ani słowem. Opuścił brodę w wysoki kołnierz, by nie drżała mu szczęka.

- Pamiętaj - powiedział Asad - trzymaj lewe ramię z tyłu, nie na widoku. Stań bokiem, by zmniejszyć pole celu. Górną część ciała zasłoń zgiętą prawą ręką. I strzel pierwszy, jeśli ci się uda. - Ścisnął mu ramię. - Powodzenia.

Sprawy potoczyły się szybko. Zah krzyknął: „Raz, dwa, trzy" i upuścił chusteczkę. Pistolet Juliana wystrzelił, nim Maijstral zdołał zrozumieć znaczenie upadającej białej koronki. Z tyłu usłyszał wybuch, gdy kula uderzyła w mur ogrodu.

Ponad muszką Maijstral spojrzał ze zdziwieniem na zaskoczone osoby: Julian miał czerwoną twarz, szczęka mu chodziła. Maijstral przypomniał sobie spojrzenie Juliana, gdy ten wyzywał go na pojedynek, i opanowała go żądza krwawej zemsty.

Usiłował teraz określić, w jaki sposób zdeformował muszkę w swoim pistolecie, ale nie był specjalistą od broni palnej i jego kula wyrwała mały krater w kamiennym murze starej kaplicy.

Asad walnął go po plecach, a Julian wycierał krew z podbródka, gdyż ugryzł się w dolną wargę,

Maijstral podał Asadowi pistolet kolbą do przodu.

- Przekaż Josephowi Bobowi moje podziękowania - powiedział. Niepewnie się uśmiechnął. - Chcesz zobaczyć nową sztuczkę karcianą? Opanowałem ją w nocy.

- Jesteś cholernie opanowany - stwierdził Asad i ponaglił Maijstrala, by opuścił teren wałki.

Niezbyt wielu ludzi ma tak jasną świadomość własnej natury jak Maijstral w wieku siedemnastu lat. Był tchórzem i wiedział o tym. Wysoki Obyczaj nie uznawał tchórzostwa - złodziejstwo i naciąganie, owszem - ale Maijstral doskonale wiedział, jak sobie z tym radzić. Na wylot musiał znać Wysoki Obyczaj, umieć manipulować nim na swą korzyść. Musiał prześlizgnąć się przez świat Wysokiego Obyczaju gładko, bez tarć, świadom pułapek.

- Każdy głupi potrafi zginąć w pojedynku - głosiło przysłowie Khosali.

Maijstral postanowił nie być tego rodzaju głupcem.

ROZDZIAŁ 4

Generał Gerald był przygotowany do odparcia wszelkich ataków. W zbroi bitewnej przycupnął w kącie salonu i uśmiechał się, myśląc o swej strategii i sprycie. Sensory umieszczone w rozmaitych częściach domu przesyłały dane za pośrednictwem zbroi do centrów optycznych. Generał przeglądał je z dreszczykiem emocji, z radosną obsesją. Maijstral mógł wygrać - generał chętnie dopuszczał taką możliwość, - ale niech wie, że walka trwa. Maijstral będzie musiał stoczyć bitwę swego życia.

Wiedział, że prawdopodobnie żaden złodziej kalibru Maijstrala nie oprze się wyzwaniu, które rzucił generał. Zagroził Maijstralowi śmiercią, wiedząc, że ten będzie musiał podjąć rękawicę. Ha! - pomyśli na pewno Maijstral - ten stary piernik sądzi, że może dyktować mi, co mam robić. A potem Maijstral postanowi dać staremu nauczkę, włamać się do jego domu i dokonać kradzieży.

Ale Maijstral zupełnie nie wiedział, że Gerald się na niego przygotował, że przewidział działania wroga i zamierzał go zaskoczyć.

Nieszczęściem generała Geralda było to, że czterdzieści lat przeżył jako wojownik bez wojny. Ani razu nie brał udziału w bitwie. Przez dziesięciolecia szykował się do nieuniknionego, do restauracji Cesarstwa, doskonalił swe umiejętności, badał taktykę wroga, przeprowadzał nieskończone bitwy o fundusze i bił się na symulatorach i manewrach... i z dnia na dzień generał Gerald był coraz bliżej odejścia na emeryturę, a tchórzliwa cesarska flota w ogóle nie stawiała się na wyczekiwany Armageddon. Tego patriota nie mógł znieść.

Teraz generał czekał w starej zbroi, otoczony przez różne rodzaje broni rozłożone półkolem; skanował odczyty zdalnych sensorów i czuł, jak ubranie dmucha mu w czoło chłodnym powietrzem. W myślach przedstawiał sobie wejście Maijstrala: złodziej wdziera się przez okno, drzwi lub przez komin, nieświadom, że generał wydał fortunę na systemy wykrywające, ufny, że kombinezon maskujący ukryje go przed żądnym zemsty, skulonym w kącie eks-wojskowym. Generał Gerald zacząłby walkę od wystrzelenia siatki obezwładniającej, usiłując pojmać włamywacza.

Czarny kombinezon Maijstrala prawdopodobnie potrafiłby pozbyć się tarcia, Maijstral wyswobodziłby się z więzów i zaatakował z pukawki lub ogłuszacza - zbroja generała naturalnie odparłaby ten atak... i wtedy bitwa się rozwija, do walki wchodzi broń wysokich energii, dysruptory, mapery i miotacze, a w końcu może nawet dojść do walki wręcz, gdy generał stanie ze swym wiernym kordem w dłoni przeciw Maijstralowi ze sztyletem.

Wyobrażał sobie własne zwycięstwo, Maijstral - zdruzgotany, pokój w płomieniach (a co tam! - dom jest ubezpieczony); Maijstral po raz pierwszy złapany i aresztowany, złodziej najwyższej klasy pokonany dzięki przezorności i sprytowi generała.

Maijstral, Licencjonowany Włamywacz, myślał generał, to nie to, co admirał floty cesarskiej, ale z braku tego ostatniego, musi wystarczyć.

Peleng to nic zabawnego.

Sierżant Tvi z Tajnych Dragonów Jego Cesarskiej Mości spojrzała zrozpaczona na ekran komunikacyjny: posiadłość Scholdera wzywała pomocy. Nie ma wątpliwości. Cesarski Relikt nie zostanie dziś wieczór odzyskany.

Przepona Tvi skurczyła się z irytacji. Tvi pochyliła swego speedstera Jefferson-Singha, wzniosła się i włączyła do korytarza, naśladując regularnego uczestnika ruchu. Spojrzała przez ramię na swój kombinezon maskujący i sprzęt i zastanawiała się, czyby się tego nie pozbyć.

Nie, postanowiła. Może jeszcze przyjdzie okazja, bym pokazała, co potrafię.

Sierżant Tvi była - mówiąc otwarcie — szałaputem. Jej rodzice, gorliwi służący Cesarstwa, mieli w swym rodowodzie długie linie innych cesarskich służących, z których wszyscy szczycili się wzorcowym brakiem płotu. Męczące i monotonne dzieciństwo Tvi wypełniały fantazje. Gdyby Tvi nie miała rozwiniętej wyobraźni, umarłaby z nudów. Grzęzła w cesarskich grajdołach i jej świat wypełniała albo kwaśna atmosfera Vanngrianu, albo bezkresne, ponure pustynie Zynzlypu. Tvi śledziła rankingi włamywaczy, programy, dokonania Ludzkiego Diademu, biografie Elvisa.... Gdyby... gdybym tylko miała szansę, myślała, pokazałabym, co potrafię, Geoffowi Fu George czy baronowi Drago.

Niestety, jej kariera włamywacza nie była usłana sukcesami. Dwa standardowe lata temu miała pecha i została złapana podczas pierwszej pracy; jedyną ucieczką przed cesarskim wymiarem sprawiedliwości było wstąpienie do Tajnych Dragonów.

Gdy w więziennej celi, wysłuchując wymówek rodziców, zastanawiała się, czy wybrać tę służbę, pomysł wydał się jej ciekawy, nawet atrakcyjny: odwiedzanie dalekich światów, udział w rozwoju Cesarstwa, romantyzm, emocje, niebezpieczeństwa.

W rzeczywistości przydzielono jej stanowisko młodszego oficera do spraw bezpieczeństwa w rozmaitych konsulatach w Ludzkiej Konstelacji. W pracy musiała się głównie zajmować rozmaitymi ludzkimi dziwakami - przeważnie byli to Cesarscy, - którzy twierdzili, że mają informacje o spiskach przeciwko Cesarstwu i wiedzą, jak te sprawy należy załatwić. Hrabina Anastazja była jedną z wielu nieprzystosowanych ludzkich pośredników i Tvi straciła nadzieję w stosunku do całej rasy. Czy to ta sama rasa wydała Juliusza Szalonego i niezrównanego Sodeberga Wampira?

Perspektywy stały się jaśniejsze, gdy baron Sinn włączył ją do specjalnej misji. Nareszcie jakaś szansa! Tvi miała uczestniczyć w szalonym wyścigu, w którym stawką był Los Cesarstwa, a współzawodnikiem sam Maijstral. Ten z góry tabeli, który działał stylowo i budził nadzieje. A teraz okazało się, że Tvi przybyła za późno.

Niech to diabli! Teraz najprawdopodobniej sprawa zostanie przekazana temu okropnemu zbirowi Khotvinnowi, a ona, Tvi, dostanie podrzędną rolę w jakimś podłym zadaniu typu: wysączanie mózgów albo „włam się i wal".

A niech to! Peleng to nic zabawnego.

Z tyłu za sierżant Tvi wznosił się do nieba matowo czarny speedster Paavo Kuusinena. Na jego ekranie latacz Khosali był jasną plamką.

Kuusinen posłuchał rady Nichole i sprawił sobie nową kurtkę według miejscowej mody, by lepiej wtopić się w otoczenie. Jak powiedział Nichole, studiował naturę ludzką; a jak powiedział Maijstralowi, odwiedzał Peleng w interesach.

Tego popołudnia łączył oba te zajęcia: usiłował śledzić Maijstrala. Ku swemu zaskoczeniu odkrył, że Maijstrala śledził już ktoś inny - kobieta Khosali. Tamtego wieczoru Maijstral starannie umknął i jej, i Kuusinenowi, i od tego czasu Kuusinen śledził tę Khosali w nadziei, że znów zlokalizuje Maijstrala. Nic z tego: ta drobna kobieta wybrała się na bezcelową wycieczkę na prowincję, ale gwałtownie zawróciła, zmierzając z powrotem do Peleng City.

Czy ci ludzie w ogóle wiedzieli, co robią? Kuusinen podejrzewał, że nie.

Całą sytuację znamionował chaos. Kuusinenowi zależało jedynie na tym, by nie spuszczać Maijstrala z oczu, ale ku jego zaskoczeniu połowa Cesarskiej Służby Dyplomatycznej wydawała się angażować w to samo zadanie.

Niewątpliwie była w tym jakaś tajemnica. Kuusinen doszedł do wniosku, że właśnie on ją rozwikła.

Hrabina Anastazja przyglądała się swemu odbiciu w oknie: plecy miała sztywne, ramiona nagie, czarna miękka suknia spadała do kostek ciemną kaskadą. Hrabina dotknęła spódnicy, ujęła w palce nieistniejący pyłek; jak taki pospolity okruch śmie się czepiać jej stroju!

W kręgosłupie hrabiny tańczył nerwoból, a bezustanne rozdrażnienie szeptało coś w mózgu. "Maijstral" usłyszała szept i uszy hrabiny zatrzepotały do dołu. Naprawdę nie akceptowała tego człowieka.

- Ten Gregor pytał o Jensen i jej grupę. Maijstral nam uciekł. Ta pani włamywaczka, Tvi, donosi, że uruchomiły się alarmy w całym domu Scholdera. Czy to nie wystarczy, by zacząć działać?

Obok hrabiny, w lustrzanej powierzchni ukazała się ostra twarz barona Sinna. On również palił papierosa, który zwisał mu z jednej strony pyska. Zwykle unikał takich złych nałogów, ale folgował sobie ze względu na Anastazję - staromodna uprzejmość, którą hrabina doceniała.

- Mój personel to tylko dwie osoby - powiedział. - Maijstral ma tu służących, ma koneksje. Jeśli zdobył Cesarski Relikt, prawdopodobnie już się ukrył.

- Cholera z nim. Dlaczego nie da się przekupić?

- Może nie podziela przekonań swego ojca.

Anastazja parsknęła pogardliwie. Nozdrzami wypuściła eleganckie białe smużki dymu - efekt podziwiała w szybie.

- Przyjemność sprawia mu, gdy jest krnąbrny - stwierdziła. - Zajął się włamaniami i wziął tę okropną kobietę, Nichole, tylko po to, by zmartwić rodzinę. Zawsze mówiłam jego ojcu, żeby postępował z nim stanowczo.

- Teraz już za późno, lady.

Wywinęła usta. Zauważyła na zębie drobinkę tytoniu.

- Na stanowczość nigdy nie jest za późno, panie baronie. - Ta jedna z jej zasad życiowych została teraz zniekształcona, gdyż hrabina usuwała paproszek ze swego uśmiechu.

Sinn milczał.

- Ta Nichole. - Anastazja zwracała się do szyby. - Nichole i Diadem. Szczyt konstelacyjnej kultury. Ludzie, których jedyny zawód to wystawianie się na plotki. Wyobraża pan to sobie?

Sinn leniwym ruchem języka przesunął papierosa w kącik ust.

- Hrabino, rozmawialiśmy o Maijstralu i tej kobiecie Jensen.

- Stanowczość - powtórzyła swój poprzedni wywód. Nerwoból dźgnął ją w kark. - Maijstral jest osobą publiczną i jego nieobecność zostanie zauważona, ale Jensen nie jest. Jeśli Maijstral nie będzie miał, komu dostarczyć Cesarskiego Reliktu...

- Właśnie.

Baron Sinn patrzył na człowieczą kobietę i powstrzymywał swą przeponę przed skurczem irytacji. Jest naszym sojusznikiem, napominał się, i choć to groteskowa dziwaczka, jest jednak bogatą groteskową dziwaczką, która osobiście finansuje działalność Partii Cesarskiej tutaj w Konstelacji...

Rzucił papierosa do popielniczki.

- Dobrze - powiedział. - Muszę poprosić o pomoc Khvotninna. Przechwycimy tę Jensen, gdy tylko zostanie sama. Obecnie zabawia niejakiego Navarra - ten człowiek jest na służbie i nie chcemy komplikacji.

Anastazja podeszła do niego powoli i splotła ramię z jego ramieniem. Głaskała gładkie ciemne włosy na ręce barona.

- Wspaniale - rzekła. Otworzyła usta, wysunęła język: tak Khosali okazywali dobry nastrój. Blask w jej oczach był odrażający.

- Wreszcie stanowczość.

Polityka polega często na ignorowaniu faktów, zacytował w duchu baron. Uważał się za realistę i rzadko uciekał się do aforyzmów.

Hrabina działała mu na nerwy, powodując, że zaczynał myśleć kliszami.

Porucznik Navarre pomyślał o Amalii Jensen, szybując lataczem po niebie. Doszedł do wniosku, że to interesująca kobieta. W specyficzny sposób oddana sprawie przetrwania Konstelacji, mając fakty i własną inteligencję na poparcie swych poglądów, okazała się w czasie wieczoru porywającą towarzyszką. Przywódczyni organizacji politycznej, czarny pas trzeciego stopnia w pomboxingu, kompetentna dyskutantka... Dziwne, że była również ogrodniczką: jej dom wypełniały wspaniale utrzymane rośliny i kwiaty.

A jednak czuł się nieswojo, odrzuciwszy zaproszenie Nichole. Jak często mężczyzna, zwłaszcza oficer z Pompey, ma okazję być sfotografowanym z członkiem Ludzkiego Diademu? Niestety, w tamtej sytuacji nie mógł przedstawić zgrabnej wymówki.

Komunikator w lataczu dyskretnie zaszczebiotał. Porucznik zmarszczył czoło. Kto mógł dzwonić o tej porze? Nacisnął guzik.

- Navarre - zgłosił się.

- Proszę pana, tu oficer Panket z Policji Pelengu. - Wszystko wskazuje na to, że włamano się do domu pańskiego zmarłego wuja.

Navarre był zdziwiony.

- Naprawdę? - spytał. - Ale, po co?

- Od powodzenia waszej akcji w ciągu następnych kilku godzin może zależeć Los Cesarstwa - oznajmił baron Sinn.

Czy mogło się coś lepszego przytrafić? - pomyślała sierżant Tvi. Los Cesarstwa! Na dźwięk tych słów serce jej zabiło szybciej. To coś znacznie lepszego niż służba cywilna i patrzenie przez okno na bezkresną pustynię i opornych mieszkańców Zynzlypu.

Nawet ciemna sylwetka Khotvinna, który był o głowę wyższy od Sinna, wydawała się mniej ponura niż zwykle.

- Khotvinn będzie twoim podwładnym - ciągnął Sinn. - W razie kłopotów potrafi cię z nich wyciągnąć. Został w tym kierunku wytrenowany.

- Nie przewiduję kłopotów, proszę pana - odparła Tvi głosem, któremu, jak sądziła, nadała ton spokojnej pewności.

Sinn spojrzał na nią władczo.

- Należy przewidzieć najtrudniejsze nawet sytuacje, Tvi. Gdy nastąpią, będziesz przygotowana.

Dlaczego oficerowie zawsze wyrażają się w ten sposób? - myślała Tvi. Uwag podwładnych nigdy nie uznają za całkowicie słuszne i nawet, jeśli podwładni demonstrują pewność siebie, dostają od przełożonych nauczkę.

- Tak jest, proszę pana - odpowiedziała posłusznie.

Hrabina Anastazja pojawiła się w końcu pokoju, podeszła do barona i położyła mu dłoń na ramieniu. Baron Sinn zesztywniał.

- Nie pozwól, by ci ktoś wszedł w drogę - powiedziała. Odmiennie niż baron, posługiwała się wysoko-khosalijskim. - Nie czas na głupie wahania, na szacunek dla życia. Nie potrzebujemy świadków. Masz być przygotowany do podjęcia ostrej akcji.

- Zacisnęła pięść.

Tvi milczała. Nie musiała słuchać rozkazów hrabiny, ale na tej planecie grupa barona zależna była od poparcia hrabiny, więc należało ją traktować z szacunkiem.

Los Cesarstwa! - myślała znów Tvi. Teraz warto było wysłuchiwać nudnych przemówień. Zastanawiała się, czy kiedyś w przyszłości pojawią się programy wideo o Tvi z Tajnych Dragonów.

Hrabina mówiła o stanowczości, o potrzebie działania. Tvi wiedziała, że gdy jej zwierzchnicy przechodzili na wysoko-khosalijski, usiłowali ją zainspirować. Mogła, więc spokojnie podrzemać sobie z otwartymi oczyma. Przyjęła, więc postawę szacunku, uszy pochyliła do przodu, jakby uważnie słuchała, a tymczasem jej umysł wyświetlał wideo i z chłodną przyjemnością obserwował, jak Tvi bohatersko kradnie dokumenty, walczy ze szpiegami, ratuje trumnę cesarza przed zniszczeniem... Nagle spojrzała na Khotvinna.

Oczy potężnego Khosalikha błyszczały, futro na jego ramionach uniosło się. Potwór z wyraźną przyjemnością chłonął słowa hrabiny i tylko czekał na chwilę, gdy będzie mógł komuś połamać kości, skręcić kark, posiniaczyć ciało. Podczas kilkudniowej znajomości Tvi miała wrażenie, że Khotvinn wolałby mieszkać w jaskini. Teraz było to wrażenie bardzo silne. Umysł Tvi przeszedł w stan czujnej uwagi. W jej mentalnym scenariuszu nie występował ktoś taki jak Khotvinn - istoty pokroju Khotvinna, te z wideo, zawsze szukały służby u złoczyńców i tuż przed antraktem były zwykle masakrowane przez główną bohaterkę.

Na Khotvinna należało zwrócić uwagę. Teraz Tvi była tego pewna.

Tvi, w kamuflującym czarnym kombinezonie płynęła jak kawał czarnego szkła nad żółtymi wgórzami na przedmieściach Peleng City. Zmysł powonienia, wzmocniony przez przyrządy kombinezonu, odczuł zapach nocnego kwiatu dzwonosiewki.

Khotvinn stał przy lataczu jak pomnik. Tvi postanowiła nie zabierać go na rekonesans - uważała, że jest niezręczny i z pewnością zauważono go poprzedniego dnia, gdy śledził asystentkę Maijstrala. Tvi zapaliła i wyłączyła projektory holograficzne kombinezonu. Khotvinn zachowywał się tak, jakby w ogóle nie zauważał jej obecności.

- Latacz Navarra zniknął. W domu nie wykryłam żadnych systemów bezpieczeństwa.

- A więc wchodzimy - stwierdził Khotvinn rzeczowo. Mówił z prowincjonalnym, trudnym do zrozumienia akcentem. Zginał ramiona sztywno, metodycznie i Tvi zastanawiała się, skąd Sinn go wytrzasnął. Połowa Tajnych Dragonów wstąpiła do służby wprost z więzienia, a Khotvinn mógł być mordercą zaciągniętym z planety-więzienia dla nieskruszonych, jednym z tych, którzy nie mieli dość przyzwoitości, by po wpadce popełnić samobójstwo.

Jak on mógł rozumieć przemowę hrabiny? - zastanawiała się Tvi. Wątpiła, czy w razie, czego potrafiłby się posłużyć wysoko-khosalijskim.

- Jeszcze nie - rzekła. — Poczekaj na światło.

Khotvinn znów się zgiął z niecierpliwości, ale nic nie powiedział przez cały długi czerwony poranek. Nie był dobrym rozmówcą.

Westchnęła. Wideo o Licencjonowanych Włamywaczach na ogół prezentowało asystentów uprzejmych, amoralnych speców od techniki, którzy spełniali rozkazy z inteligentną efektywnością, zawsze gotowi wyciągnąć z kapelusza nową czarną skrzynkę. Niestety, Khotvinn był z innej gliny.

Tvi czekała, aż zobaczy kilka wczesnych lataczy, wiozących ludzi do pracy. Wtedy dopiero na kombinezon maskujący włożyła zniszczoną kurtkę i skinęła Khotvinnowi, by wszedł za nią do latacza. Maszyna wzbiła się w poranne niebo.

- Mam plan - powiedziała Tvi. - Postępuj zgodnie z moimi instrukcjami.

Khotvinn nie dał żadnego znaku, że polecenie do niego dotarło. Tvi musiała przyjąć, że je usłyszał.

Nie udzieliła mu dalszych wyjaśnień. W duchu próbowała sobie przedstawić tę wymianę zdań, ale obraz się nie kleił.

„Khotvinnie, będziemy udawać ekipę naprawiającą sieć". I taktownie dodała: „Czy wiesz, co to jest ekipa naprawiająca?". Nie, lepiej, żeby tylko ona mówiła. Khotvinn niech udziela wsparcia w razie konieczności.

Sama wszystko zrobi. Ona, Tvi z Tajnych Dragonów, wypełniała swą pierwszą misję, a Los Cesarstwa... Ooo.

Przeoczyła dom Amalii Jensen. Zrobiła teraz lataczem dużą pętlę, udając, że specjalnie poleciała za daleko, w celu rozpoznania. Khotvinn się nie odezwał, prawdopodobnie niczego nie zauważył. Tvi opuściła latacz na płaski dach domu Amalii.

Na skraju dachu stały długie donice z barwnymi kwiatami. Między roślinami krążył robot z konewką.

Był to zwykły wielofunkcyjny domowy robot: pokojówka, lokaj, odźwierny, automatyczna sekretarka i podczaszy w jednym.

Podjechał do latacza. Tvi zauważyła, że konewka pomalowana jest w żółte stokrotki.

- Czym mogę państwu służyć? - spytał robot.

Tvi zaplanowała odpowiedź: „Jesteśmy z Niezależnej Rozgłośni Pelengu. Mieliśmy sygnał o zakłóceniach w waszej okolicy i chcielibyśmy sprawdzić urządzenia". Zamiast tego powiedziała:

- Khotvinn, co ty, do diabła, robisz?

Nie otwierając nawet drzwi, olbrzym skoczył z latacza i powalił robota jednym ciosem. Maszyna rozciągnęła się z rozłożonymi ramionami, konewka upadła z hałasem na dach. Khotvinn podskoczył w górę, a potem obiema stopami wylądował na robocie. Rozległ się trzask.

Tvi skoczyła po czarne skrzynki na tylnym siedzeniu. Uruchomiła je - o czasie, jak sądziła; małe urządzenia błyskały, przejmując komunikaty. Robot alarmował dom, choć Khotvinn podniósł maszynę i walił nią o donicę.

- Proszę pana! - świergotał robot. - Może porozmawiamy jak istoty rozumne?

Tvi doskonale rozumiała, co czuje robot. Khotvinn wyrwał mu jedno ramię.

Tvi czuła pod żebrami łomoczący strach. Los Cesarstwa, powtarzała sobie. Et caetera. Zrób coś.

Skoczyła z latacza, pomknęła do wyjścia na dach i nacisnęła guzik. „Dostęp wzbroniony" - zameldowały drzwi czterema powszechnie używanymi znakami.

- Blebel — zaklęła Tvi. W jakiś sposób musiała wejść do domu. Khotvinn wyrwał robotowi drugie ramię i zaczął okładać nim maszynę.

Tvi jednym ruchem włożyła na głowę kominiarkę, przekazując jej sterowanie umysłowe. Uruchomiła hologram - natychmiast miniaturowa czarna chmura sfrunęła z pobojowiska na dachu i zanurkowała za skraj budynku. Wyjęła z pasa mikroprzecinak i zaczęła ciąć pierwsze napotkane okno. Pchnęła szybę, a gdy wdryfowała do środka, przekonała się, że wkracza do sypialni Amalii Jensen.

W ciągu dnia kamuflujący czarny kombinezon jest bezużyteczny. Oczywiście, czarna holograficzna chmura przesłania postać, ale z drugiej strony czarna chmura wlatująca przez okno przyciąga więcej uwagi, niżby to samo robiła jakaś zwyczajna osoba. I oczywiście, jeśli jesteś w połowie drogi przez okno, twój maskujący kombinezon może wyświetlić chór z „Aidy" i staniesz się łatwym celem.

Tvi zobaczyła, jak człowiecza kobieta Amalia Jensen sięga za materac wodny i ciska w górę ciężki wazon - trafił Tvi między uszy. W jej polu widzenia eksplodowały gwiazdy. Postanowiła jak najszybciej zejść z okna i śmignęła przez pokój. Niestety, percepcję głębi miała nadal zakłóconą - uderzyła głową w drzwi szafy.

Jensen, którą Tvi widziała przez tylny projektor, nadal rzucała ciężkim domowym sprzętem w osłonę tworzoną przez kombinezon. Masywna popielniczka trafiła Tvi między łopatki. Wazon rozleciał się nad jej głową.

Dosyć tego. Reszta należała do Khotvinna.

Tvi przeleciała przez korytarz do salonu i otworzyła wejście na dach. Wzmocniony przyrządami zapach stojących tu kwiatów walczył z bólem w jej czaszce. Khotvinn powoli zjechał antygrawitacyjną windą. W jednej ręce trzymał robota.

- Co tak długo? - warknął.

Tvi umysłem wyłączyła projektory holograficzne i wskazała na sypialnię Jensen.

— Tędy - powiedziała.

Khotvinn cisnął w kąt ramię robota - stłukł przy tym porcelanową donicę, z trzaskiem, który w czaszce Tvi rozlegał się nieskończonym echem. Potem olbrzym ruszył ku sypialni ciężkim krokiem, aż drżała podłoga.

Niestety, Jensen już tam nie było. Wyleciała z przyległej do sypialni łazienki z ręcznikiem w zielono-białe pasy w dłoni. Ręcznik owinął się wokół głowy Khotvinna, a stopa Amalii trafiła go w splot słoneczny. Z olbrzyma uszło powietrze.

Potem nastąpił chaotyczny łomot i walenie. Amalii pomagał mały domowy robot, który wczepił się Khotvinnowi w kolano i dość niefachowo usiłował mu zrobić krzywdę. Tvi nie wiedziała, co się właściwie dzieje, gdyż nie była specjalistką sztuk walki - prawdziwy włamywacz gardził przemocą - ale odniosła wrażenie, że zasługi rozkładały się po równo. Walczący byli bez tchu, krwawili, nim wreszcie Jensen przerwała walkę i wycofała się do łazienki. Khotvinn, nie zwracając uwagi na wczepionego robota i na butelkę szamponu, która odbiła mu się od torsu, ruszył za Amalią.

Tvi oparła się o wyściełany fotel, trzymając się za głowę.

- Słuchaj - powiedziała, gdy walka została wznowiona - dlaczego nie wykorzystasz ogłuszacza?

Robot domowy wyleciał z łazienki i wpadł na przeciwległą ścianę, rozbity na kawałki. Amalia Jensen, skulona, wyleciała przez drzwi za robotem - widocznie przechodziła chyłkiem z łazienki do sypialni - i zmierzała tyłem do Tvi. Tvi sięgnęła po ogłuszacz.

Wtedy pojawił się Khotvinn z wieszakiem na ręczniki. Jensen chwyciła donicę i z całej siły nią cisnęła. Tvi pochyliła broń. Szeroko rażący Ogłuszacz dosięgnąłby ich oboje, gdyby Tvi wystrzeliła.

Podczas walki zniszczony został prawie cały pokój. Tvi unosiła się pod sufitem w antygrawitacyjnej uprzęży, usiłując zdobyć czyste pole rażenia, ale Khotvinn cały czas je przesłaniał.

- Ty ziemskie bagno! - ryczał Khotvinn.

- Nieludzki męcie! - krzyczała Amalia Jensen zakrwawionymi ustami.

Los Cesarstwa, pomyślała Tvi zrezygnowana, zastanawiając się, jak pracują jej czarne pudełka nie nadzorowane.

Zrób coś.

Unosiła się nad Khotvinnem, chwyciła go za kark jedną ręką i szarpnęła, nastawiając swą antygrawitacyjną uprząż na maksimum.

Khotvinn odleciał, młócąc ramionami, i wylądował na szklanym stole. Stół rozpadł się z dźwiękiem, który grzechotał w głowie Tvi jak trzaskający piorun. Jensen triumfalnie krzyknęła i przygotowała się do końcowego ciosu. Tvi miała teraz czyste pole - strzeliła i powstrzymała Jensen.

- Nie! - ryknął Khotvinn. Z trudem wygrzebywał się z rozbitego stołu. - Ona jest moja!

- Głupiec! - powiedziała Tvi. W czaszce ją łupało. - Miałeś ją tylko ogłuszyć. Bierz ją i idziemy.

- To nie fair - mamrotał Khotvinn ponuro.

Los Cesarstwa, pomyślała Tvi. Gdy następnym razem Cesarstwo zaoferuje jej swój los, lepiej niech się powiesi.

ROZDZIAŁ 5

Roman leciał samotnie po rubinowym porannym niebie, pocieszony tym, że dziś go nie śledzono - może ci dwaj Khosali szukali tylko wrażeń i w końcu się znudzili.

Poprzedni wieczór spędził w roli przynęty, usiłował stworzyć wrażenie, że dla niego i dla Maijstrala to zwykły wieczór. Zaniósł bukiet kwiatów do rezydencji Nichole. Z radością ją odwiedził - należała do tych przyjaciół Maijstrala, których naprawdę aprobował. U Nichole Roman zostawił wiadomość domowemu robotowi, że oczekuje Maijstrala później wieczorem - zostawił fałszywy ślad na wszelki wypadek, gdyby pytała ta mała Khosalikh, która przez cały wieczór śledziła Romana. Potem zamówił u Wykwintnego Kucharza Tso dostawę posiłku dla trzech osób oraz zabrał bieliznę do prania. Podczas tej przyziemnej krzątaniny przepadł gdzieś śledzący go Khosali; po prostu zniknął mu z oczu.

Tego ranka Roman przeprowadził na wszelki wypadek kilka mylących manewrów i rejterad, ale dopiero po dłuższym czasie nabrał pewności, że nikt go nie śledzi. Zachęcony tym, z dbałości o dobry styl zaprzestał uników. Miał nadzieję, że pozostała część dnia upłynie spokojnie.

Przez szybę latacza widział zasnute poranną mgłą Peleng City - niskie domy w pastelowych barwach, otoczone barwnymi drzewami ozdobnymi i kwiatami. Radowało się serce Romana. Ustawił latacz na kurs schodzący - chciał wylądować na płaskim dachu białego domku Amalii Jensen. Uszy Romana odwróciły się do dołu, gdy pomyślał o Rozkwicie Ludzkości, a potem jego przepona skurczyła się w wyrazie rezygnacji. Jeśli Maijstral zamierzał zaangażować się w podejrzaną działalność, na pewno będzie miał do czynienia z podejrzanymi ludźmi - Roman mógł sobie tylko życzyć, by więcej było takich jak Nichole, a mniej takich jak Amalia Jensen i jej znajomi.

Latacz osiadł na dachu niczym liść na nieskazitelnym trawniku. Na skraju dachu stały donice z barwnymi kwiatami. Roman był zachwycony - dobrze się czuł w otoczeniu rzeczy żywych. Napawając się kwiatami - wbrew sobie - wysiadł z latacza i poszedł w kierunku wyjścia na dach. I wtedy natknął się na martwego robota.

W nerwach Romana zabrzęczało podejrzenie. Sprawdził swój pistolet - broń tkwiła luźno w kaburze. Żałował, że nie ma ze sobą przyrządów kombinezonu maskującego, które umożliwiłyby mu widzenie z tyłu.

Ostrożnie zbadał robota; ktoś rozbił maszynę, ramiona i nogi oderwał, wyszarpnął jednostkę sterującą i cisnął ją na drugi koniec dachu - zniszczenia bezsensowne, znacznie większe niż te, które wystarczyłyby do unieruchomienia maszyny. Ten, kto ich dokonał, musiał być bardzo silny.

W Romanie narastało oburzenie. Znieważono nie Amalię Jensen, ale honor osoby zatrudnionej przez Maijstrala. Roman wyciągnął pistolet i nastawił go na „Śmiercionośny". Zielone światełko dachowej windy oznaczało, że nie była zamknięta na klucz. Roman wsiadł do windy i nacisnął guzik „w dół".

W sypialni panował bałagan: meble przewrócone, wszędzie walały się papiery, donice potłuczone, na dywanach umierały barwne kwiaty. Nozdrza Romana zatrzepotały w odruchu dezaprobaty.

W korytarzu leżał drugi zniszczony robot. But Amalii Jensen walał się w kącie, nigdzie nie było widać drugiego. Na masywnym wazonie widniały ślady krwi - musiano go użyć jako maczugi. Roman przyjrzał się dokładniej - odkrył przyklejone do powierzchni wazonu ciemne włosy przypominające sierść Khosali.

Stał przez chwilę w zdewastowanym pokoju i zastanawiał się, co mogło tu zajść. Przyszedł, by powiedzieć pannie Jensen, że jej zlecenie zostało zrealizowane - z pewnymi wprawdzie zakłóceniami - oraz ustalić sposób sprzedaży i dostawy artefaktu. Zajmowanie się wandalizmem i przemocą to nie jego zadanie.

Coś się tu jednak stało, coś być może związanego ze zleceniem Maijstrala. Postanowił zebrać dowody - za lub przeciw.

Nie zdążył nawet rozpocząć poszukiwań, gdy usłyszał odgłos latacza opuszczającego się na dach. Przygotował pistolet i wszedł do kuchni, skąd mógł obserwować windę.

Ruszyła cicho - pole anty grawitacyjne spuszczało pasażera na dół. Roman nastawił uszy: rozpoznał głos Pietra Quijano.

- Panno Jensen? Co się stało Howardowi? Och!

Howard to na pewno imię robota leżącego na dachu, pomyślał Roman. Nastawił swój pistolet na „Oszołomienie" i włożył go z powrotem do kabury.

- Panno Jensen?

Roman wyszedł bezszelestnie z kuchni - Quijano przestraszył się. Chcąc go trochę uspokoić, Roman się uśmiechnął: wywiesił język z pyska. Gość patrzył z niepokojem na windę i drzwi, szukając drogi ucieczki.

W standardowym ludzkim spytał przez zaciśnięte zęby:

- Kim jesteś? Co się tu dzieje?

- Mam nadzieję, że pan mi to powie.

Quijano nieco się odprężył.

- Jest pan z policji? Czy Amalii... pannie Jensen nic się nie stało?

- Nie wiem. - Roman zbliżył się nieco do Quijano, bezgłośnie przesuwając stopy po zasianej zniszczonymi przedmiotami podłodze. - Przypuszczam, że została uprowadzona. Nie domyśla się pan, dlaczego?

Obserwując twarz Pietra Quijano, której wyraz kilkakrotnie się zmienił, doszedł do wniosku, że po pierwsze, Quijano bardzo dobrze wie, co się tu mogło stać, po drugie, nie ma zamiaru przekazywać tych informacji osobie nieznanej, której nie ufa, nawet, jeśli sądzi, że to policjant. Zwłaszcza policjantowi nie zamierzał nic mówić.

- Nie - odparł Quijano. Znów rzucił szybkie spojrzenie w kierunku wyjścia. - Nie... nie... zupełnie nie wiem.

- Jest pan pewien? - spytał Roman.

Quijano patrzył na niego z ukosa. Nabrał powietrza i sprężył się, najwyraźniej czerpiąc odwagę z faktu, że Roman go nie zaatakował. Stał z wojowniczą miną, oparłszy rękę na biodrze.

- Zaraz, zaraz, ja chyba pana nie znam. Jeśli jest pan z policji, powinien mi pan pokazać swój identyfikator.

Roman, naśladując człowiecze westchnienie, usiłował uspokoić młodzieńca.

- Ma pan rację, zaniedbałem formalności.

Równie dobrze mógł przyznać, że skończyły mu się pomysły.

Sięgnął do kurtki, wyjął pistolet i z bliskiej odległości strzelił do Quijano, przeciążając impulsami jego nerwy. Osuwającego się nieszczęśnika podtrzymał, przerzucił sobie przez plecy i zaniósł do windy. Gdy wjechał na dach, kazał lataczowi Quijano wrócić do domu na autopilocie, a potem złożył młodzieńca na tylne siedzenie własnej maszyny.

Quijano patrzył na niego szklanym wzrokiem. Wydawał się bardzo rozczarowany zachowaniem gliniarza.

Roman postanowił zostawić tę sprawę Maijstralowi. Od tego są przecież profesjonalni przestępcy - niech całościowo zajmują się problemem.

- Jak? Co takiego ukradli? - Osłupiały porucznik Navarre patrzył ze zdziwieniem na agentkę ubezpieczeniową i przedstawiciela domu aukcyjnego.

Mężczyzna przerzucił katalog.

- Jest, proszę pana. „Grawerowany srebrny pojemnik krioniczny ze źródłem zasilania. Pieczęć Cesarska, działający, c9, ciężar I6 sm, I8 na I7 ng".

Navarre nic z tego nie rozumiał. Zrobił jeszcze parę kroków w głąb dużego pokoju, nie zwracając uwagi na trofea i sztandary bitewne, przenosił wzrok z miejsca na miejsce. Otwarty świetlik, oszołomiony robot, pusta wnęka. Świetlik, robot, wnęka. Szukał w tym wszystkim jakiegoś sensu. Znowu: świetlik, robot, wnęka. Zbierał obserwacje.

- Jaką to ma wartość? - spytał.

- Zamierzaliśmy... hmmm... zacząć licytację od dwunastu nowych, z nadzieją na osiągnięcie szesnastu lub osiemnastu.

- A więc to nie było zbyt wiele warte.

- Proszę pana - powiedział licytator obronnym głosem — w tym domu był to prawdopodobnie najbardziej wartościowy, pojedynczy obiekt. Militaria mają większą wartość w ramach całej kolekcji, dlatego sprzedajemy to w dużych zestawach, ale żaden z pojedynczych przedmiotów nie jest szczególnie godny uwagi. Fakt, że pojemnik został zrabowany z kwater Cesarza, może zwiększyć jego wartość w oczach pewnych kolekcjonerów.

- Ale nie jest on poza zasięgiem kolekcjonerów - powiedział Navarre. - Szesnaście, osiemnaście nowych... Ogłuszacz, który powalił robota, kosztował prawdopodobnie, co najmniej pięć, a czarne skrzynki, które znaleźliśmy, były warte więcej, jakieś osiem, dziewięć.

- Wyglądały na... robotę amatorów, proszę pana. Mogły nawet nic nie kosztować, jeśli ktoś je sam od początku zmajstrował.

Khosalikh z firmy ubezpieczeniowej rozejrzała się po pokoju, patrzyła na stojaki z bronią, na sztandary, dekoracje.

- Kradzieży mógł dokonać tradycjonalista z Cesarskich - stwierdziła. - Artefakt pochodzi z miejsc świętych i sprzedaż na aukcji by go zbezcześciła.

- Naprawdę? - Navarre był nieco rozdrażniony, że sam wcześniej tego nie dostrzegł - lubił porządek w faktach. Zanotował to sobie w umyśle. Potem spojrzał na zwisające sztandary. - Dlaczego więc nie ukradli cesarskich chorągwi bitewnych? Też przecież zostały zagrabione z miejsc świętych.

- Może złodziej nie miał czasu - odparła Khosalikh. - Alarmy chyba dość wcześnie się włączyły.

- Może.

- Proszę pana, Drake Maijstral jest tu na planecie. - Licytator, nie próbując nawet wyjaśnić tej informacji, zawiesił ją w powietrzu, jakby to była jedna z chorągwi.

Navarre zmarszczył czoło.

- To nie jest raczej dzieło osoby jego kalibru.

- Rzeczywiście, proszę pana, rzeczywiście. Sądziłem, że może go pan znać. Myślałem, że to ma związek ze sprawami osobistymi.

- Nie powinno. Po prostu spotkaliśmy się poprzedniego wieczoru.

- Tak, ale jest jeszcze... ta historia z jego i pańską rodziną.

Navarre nachmurzył się.

- Nie sądzę. Nie jest raczej typem, który w ten sposób okazuje urazę.

Agentka ubezpieczeniowa westchnęła.

- Jestem pewien, że hmmm... pan wie najlepiej.

Navarre podszedł do świetlika i zmrużywszy oczy, popatrzył w jasne żółte niebo. Potem się odwrócił i znów spojrzał na wnękę, na robota. Może zmiana perspektywy pomoże wyjaśnić zagadkę. Świetlik, wnęka, robot. Nic nie pomogło.

Uświadomił sobie, że stoi między dwoma portretami wuja: nad kominkiem młody porywacz zakładników patrzył nachmurzony na starszego admirała - wuja Jacka - udekorowanego orderami. Mieli miny surowe, zdecydowane, choć każdy z nich w inny sposób. Navarre zawsze miał nadzieję, że jego własny wygląd skoncentrowanej energii jest tak srogi jak u wuja Jacka - admirała.

Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl. Zwrócił twarz ku licytatorowi.

- A czy w tym pojemniku coś było? - spytał.

- No... - odparł licytator z wahaniem - nie wiemy. Nie wiedzieliśmy, jak to otworzyć. - Navarre spojrzał na niego. - To właśnie ten symbol „c9" w opisie. Nasz kod. Oznacza on, że pojemnik ma skomplikowany zamek i klucz nie jest dołączony, więc nie otworzyliśmy go z obawy przed uszkodzeniem.

Navarre patrzył coraz bardziej ponuro.

- Przypuśćmy, że ktoś wiedział, co jest w środku, i że to coś wartościowego.

- W pojemniku krionicznym? A cóż by to mogło być?

- Materiał genetyczny? Narkotyki? Przechłodzony hardware komputerowy?

- Stare wino.

- Antyczny zabytek lub pamiątka - podsunęła myśl Khosalikh. — Coś łatwo ulegającego zniszczeniu, co cesarska rodzina chciała zachować z powodów sentymentalnych.

Navarre spojrzał na nią.

- Na przykład?

- Serce lub inny organ jednego ze zmarłych zwierząt domowych.

- Och!

- Na przykład przedni pazur mądrości klakla - kontynuowała Khosalikh. - Zawsze chciałam zachować pazury mojej małej Peejee, gdy umarła, ale byłam wtedy młoda, a moi rodzice obawiali się wydatków.

- Proszę przyjąć wyrazy współczucia, pani - powiedział Navarre.

Oczy ubezpieczycielki zaświeciły się.

- Szkoda, że pan nie widział, jak sprytnie moja Peejee potrafiła wykraść jedzenie. Stawiała pomysłowe zasadzki wokół lodówki. Była tak inteligentna, że można by przysiąc, iż to Khosali. - Jej nozdrza rozszerzyły się z emocji. - Jak bym chciała - westchnęła. - Mogłabym zachować przynajmniej jakąś jej część.

- Z pewnością byłaby to pociecha - odparł Navarre. Spojrzał na pustą wnękę. - Jakoś trudno mi uwierzyć, że jest tak wielu cesarskich miłośników zwierząt, mających środki i sprzęt, by zrabować srebrną wazę mego wuja.

- Właśnie, proszę pana. - Licytator patrzył nachmurzony. - Może należałoby poprawić systemy bezpieczeństwa, na wypadek gdyby włamywacz chciał tu wrócić. Niewykluczone, że sprawcom chodziło o coś innego, a pojemnik wzięli przy okazji.

- Może by należało. - Navarre nie lubił dwuznaczności, nie podobało mu się też to, że są elementy sytuacji, które ktoś może wykorzystać, by wprowadzić go w zakłopotanie. Spojrzał na portret wuja: młody mężczyzna w postrzępionym mundurze mierzy z solidnego rozpylacza do przestraszonego cesarza, ten zaś chowa się w haremie, przebrany za jedną ze swych żon. (To była ludzka wersja historii; w wersji Khosali Cesarz został unieruchomiony i pokonany, gdy prowadził obronę w mundurze pułkownika Gwardii Honorowej).

- A niech to wszyscy diabli - powiedział Navarre. - Co tam mogło być?

Roman sunął po niebie. Nerwy śpiewały mu wściekłością. Popełniono zło, zniewagę - potrzebny odwet.

Wiedział, że Maijstral nie przywiązywał wagi do honoru. Ale akurat tego nie mógł lekceważyć. Krew się w Romanie gotowała w imieniu rodziny Maijstrala.

Tej zniewagi nie można tolerować.

Chłodne wiejskie powietrze wpadło przez okno wiejskiego domku i targnęło rozpuszczonymi włosami Maijstrala. Miejsce było bezpieczne. Roman wynajął dom pod fałszywym nazwiskiem, Maijstral mógł się, więc odprężyć i spędzał ranek w łóżku, oglądając stary western. Pogryzał fletha i polecił domowemu robotowi, by nalał szampana do kieliszka.

- Dziękuję - powiedział. To był jego trzeci kieliszek szampana tego ranka.

Na łóżku leżało kilka faksów komputerowych, które dał mu Gregor. Maijstral powinien nad nimi popracować, planując kolejną robotę.

Następna seria włamań to łatwizna. Dwa dni temu w nocy Maijstral był wszechobecny w mediach Pelengu. Zaniepokojeni właściciele słynnych dzieł sztuki i biżuterii znali jego reputację i oczywiście domagali się większego bezpieczeństwa podczas jego pobytu na planecie.

Dlatego tej samej nocy Gregor wykonywał zadania przygotowawcze - umieszczał mikroznaczniki w sprzęcie głównych konsultantów do spraw bezpieczeństwa na Pelengu. Gdyby właściciele domów rozbudowywali swe systemy zabezpieczeń, znaczniki miały zaprowadzić Maijstrala prosto do ich drogocennych zasobów. To ułatwiało pracę, gdyż Maijstral mógł poznać z wyprzedzeniem rodzaj instalowanych zabezpieczeń. Prawie cały poprzedni dzień Gregor śledził i notował lokalizacje znaczników w całym Pelengu.

Dla złodzieja informacja, dokąd iść, jest równie istotna jak to, w jaki sposób się włamać.

Ale miast planować następny wypad, Maijstral popijał szampana i oglądał western. Może to lenistwo, ale przecież pracował poprzedniej nocy.

„Jeźdźcy z Równin" należeli do jego ulubionych wideo. Miał do tego obrazu sentyment, odkąd zobaczył go po raz pierwszy jako siedmiolatek.

Pozwolił robotowi dolać szampana, a sam patrzył, jak Elvis ze swym starym przyjacielem Jesse Jamesem jadą przez prerię. Brzdąkając od niechcenia na elektrycznej gitarze, Elvis namawiał Jessego, by ten porzucił działalność przestępczą i powrócił do uczciwego życia. Elvis wiedział, że Bat Masterson przysiągł dostarczyć Jessego żywego czy umarłego, ale obiecał Batowi, że nie powie o tym Jessemu. Straszny dylemat moralny.

Elvis nie był jednak świadom, że Jesse wybrał bandycką drogę z powodu swej namiętnej miłości do Priscilli, żony Elvisa. Jesse wiedział, że jeśli zostanie na ranczu, Elvis dowie się o romansie i to go zniszczy. W kulminacyjnym punkcie dramatu rozgrywa się tragedia: Jesse i Priscilla umierają w swych ramionach, a prawda dociera do zrozpaczonego Króla Rock and Rolla; pogrążony w żalu Elvis idzie samotnie, szarpiąc struny gitary, a jego własna ostateczna tragedia jest zapowiedziana. To wspaniały mityczny moment.

Maijstral lubił westerny bardziej od innych rozrywek. Zastanawiał się, dlaczego Szekspir nie napisał żadnego westernu.

Cicho zabrzęczał robot.

- Proszę pana, latacz gościnny pojawił się w naszej przestrzeni powietrznej.

Maijstral nachmurzył się. Tylko Gregor i Roman znali jego miejsce pobytu. Gregor był tutaj, a Roman powinien zostać w drugim domu Maijstrala, by przed policją, prasą i innymi niepożądanymi osobami robić wrażenie, że Maijstral przebywa w rezydencji. Polecił robotowi, by ten przekazał domowi prośbę o wyświetlenie widoku zewnętrznego i obrazu osoby, która była w lataczu.

Przybyszem okazał się Roman. Maijstral był coraz bardziej nachmurzony. Wiedział, że skoro Roman się tu zjawił, sprawa jest poważna.

Odwrócił się od wideo. Elvis mówił, jak bardzo Priscilla tęskniła za Jessem, mówił przestępcy, że zawsze będzie dla niego miejsce na ranczu. Jesse odwracał się ze łzami w oczach. To była jedna z najbardziej ulubionych scen Maijstrala, ale teraz nie miał innego wyjścia - musiał opuścić kulminacyjny moment filmu. Kazał wideo, by się samo wyłączyło. Wyskoczył z łóżka i włożył jedwabny szlafrok. Sczesał włosy z czoła i wyszedł na spotkanie Romanowi.

Khosalikh niósł na swych szerokich barkach Pietra Quijano. Maijstral powiedział domowi, by poprosił tu Gregora. Sprawa wyglądała poważnie.

Gdy Roman zobaczył Maijstrala w szlafroku, jego nozdrza zatrzepotały. Nie pochwalał ludzi wylegujących się rankami. Co więcej, Maijstral prawdopodobnie oglądał podrzędne filmy.

To niestosowne, zważywszy na to, że właśnie znieważono jego honor.

Roman naprawdę bardzo dobrze znał Maijstrala.

Maijstral pomógł Romanowi delikatnie złożyć Pietra na miękkiej kanapie - Khosalikhom trudno się zginać, ale to nie kwestia ich temperamentu, lecz anatomii; potem Roman opowiedział, co się stało. W środku relacji wszedł Gregor i Roman musiał zacząć opowiadać od początku.

Pietro spojrzał na Maijstrala. W jego oczach odbijały się ratujące hologramy - dzienne dzieła sztuki. Rozpaczliwie chciał coś powiedzieć. Maijstral nachylił się nad nim.

- Flig - rzekł Quijano opuchłymi wargami. - Gleep.

Maijstral skinął głową, jakby zrozumiał.

- Stawia pan konkretny problem, panie Quijano.

- Nigl. Tlib.

- Powiem robotowi, żeby przyniósł panu szampana. Dobrze to panu zrobi.

- Dobrze.Dziękuje panu.

- Wychodząc, Maijstral westchnął.

- Bardzo proszę, panie Quijano - powiedział.

To wcale nie było zabawne. Sierżant Tvi z zamkniętymi oczami leżała na łóżku w domu hrabiny Anastazji i trzymała półżywy okład przy guzie na głowie. Nieustępliwe dzwonki cały czas hałasowały w jej głowie.

Los Cesarstwa. Romantyczne, ekscytujące, niebezpieczne. Powtarzała te wyrazy, przyciskając do miejsca urazu następny okład. Tylko, że niebezpieczeństwo nie powinno chyba grozić z naszej własnej strony?

Zameldowała baronowi o zachowaniu Khotvinna. Na nic się to nie zdało - baron wygłosił wykład o tym, jak powinna wyjaśniać sprawy podwładnym, by potrafili odpowiednio wykonać swe zadanie, i jak w związku z tym trzeba być przygotowanym i przewidującym.

Tvi doszła do wniosku, że tak naprawdę baron nigdy nie współpracował z Khotvinnem ani nigdy niczego mu nie próbował wyjaśnić. Jak sądziła, oficerowie zawsze doskonale znają się na tym, czego sami nigdy nie doświadczyli.

Zapiszczał komunikator. Echo wypełniło czaszkę Tvi upiornym kurantem. Dotknęła znaku „odpowiedź" i warknęła.

Powietrze przeciął głos barona.

- Czas zmienić Khotvinna i przynieść pannie Jensen drugie śniadanie.

- Tak, proszę pana. - Tvi nakryła głowę poduszką i cicho kwiliła - męczennica Cesarstwa - po czym wykonała polecenie.

Wzięła tacę Jensen z kuchni - nie można było do tej usługi zatrudnić robota, gdyż w razie wpadki jego pamięć mogła być pobrana w celach dowodowych - a potem z trudem weszła po kamiennych schodach do pokoju na strychu, gdzie przetrzymywano Amalię Jensen. Taca pachniała pieczoną arnette. Usta Tvi wypełniły się śliną.

Na szczycie schodów stała popularna dziecięca ponad dwumetrowa człowiecza lalka-mężczyzna: rudy, piegowaty, z przylepionym do twarzy uśmiechem. Nazywał się Ronnie Romper.

- Zwalniam cię - powiedziała Tvi.

- Najwyższy czas - warknął Ronnie Romper. Wyłączył holograf i stał się Khotvinnem. Przez jego ciemną sierść widać było fioletowe siniaki obłożone półżywymi okładami. Odpiął od pasa projektor holograficzny i jeszcze jakieś urządzenie i wręczył je Tvi.

- Twoje przebranie - powiedział. - Sterowanie zakresem ruchów.

- Dziękuję - burknęła Tvi. - To wszystko. - Przymocowała projektor do pasa, zapięła, sterownik kajdanków położyła na tacy. Khotvinn zszedł ciężko ze schodów.

Drzwi były zabezpieczone masywnym ryglem, który zainstalowano poprzedniej nocy. Kompozytowe śruby wyłupały z drzwi kawałki ciemnego drewna. Tvi odsunęła rygiel i weszła.

Pokój gościnny zapełniono przeróżnymi meblami ściągniętymi ze strychu; było tam łóżko z baldachimem, grubymi poduchami i niebieskimi falbanami; dwa krzesła z brzoskwiniowym brokatowym obiciem; miękki dywan z futra fioletowego dewkina; kryształowa lampa w kształcie tancerki Khosali z witrażowym abażurem na głowie. Mieszanina kolorów i stylów przyprawiła Tvi o jeszcze większy ból głowy.

Z tym wystrojem kontrastowała również sama Amalia Jensen. Twarz miała pokrytą półżywymi okładami, dostarczającymi środków przeciwbólowych, leczącymi stłuczenia. Leżała na falbaniastym łóżku, w czarnej piżamie, w której ją pojmano; kostki nóg miała skute kajdankami; wściekła patrzyła na Tvi.

- Drugi Ronnie Romper - powiedziała szyderczo; miała rozbite wargi. Mówiła w khosalijskim. - Po co ta przebieranka za ludzi? I tak was rozpoznaje.

- No, jak się nazywam? — Tvi zwróciła się do niej w tym samym języku.

- Słuchaj, rozumiem, że musicie się przebierać, ale dlaczego wybraliście postać, która się cały czas uśmiecha?

Tvi położyła tacę na antycznym inkrustowanym stole troxańskim i podsunęła go do obitego brokatem krzesła. Poszła potem w kąt pokoju, usiadła na drugim krześle.

- Teraz zapnę ci ręce, a uwolnię kostki - oznajmiła i wzięła sterownik do kajdanków Jensen. - Będziesz mogła podejść do krzesła i usiąść. Potem skuję kostki i uwolnię dłonie. Jasne?

Amalia Jensen rozejrzała się szybko po pokoju; łóżko, krzesła, stół. Oceniła sytuację.

- Dobrze - powiedziała.

Tvi potrafiła się zorientować, gdy ktoś przygotowywał jakiś desperacki krok, i teraz jej przepona skurczyła się w wyrazie rezygnacji. Tvi wyjęła Ogłuszacz z kabury.

- Jasne. Bardzo proszę.

Nacisnęła sterowniki kajdanków. Ścisłe bransolety na kostkach Amalii Jensen posuwały się ku sobie, jakby z własnej woli, aż się zetknęły. Jensen opuściła stopy na podłogę i na sztywnych nogach podeszła do stołu. Dokuczały jej rany. Cały czas patrzyła na Ogłuszacz Tvi. Stojąc przy stole, nieco się zawahała, znów spojrzała na wycelowaną w siebie broń i usiadła tam, gdzie jej kazano.

Tvi dotknęła drugiego przycisku. Nogi Jensen nieuchronnie się złączyły, za to ręce były teraz swobodne. Jensen zdjęła z tacy pokrywkę i zaczęła jeść.

Górny żołądek Tvi burczał. O tym, że jej przydałby się posiłek, nikt nie pamiętał.

Jensen ugryzła kawałek pieczonej arnette, skrzywiła się i zabrała do nieco delikatniejszych warzyw. Tvi siadła głębiej w krześle.

- Bierzecie mnie za kogoś innego - stwierdziła Jensen. - Nie jestem warta zbyt wielkiego okupu.

- Nie trzymamy cię tu dla okupu - odparła Tvi.

Jensen nie okazała specjalnego zdziwienia. Drżącym widelcem nabrała sobie jedzenia.

- W takim razie, po co? - spytała.

- To pani powinna wiedzieć lepiej, madame - odparła Tvi. Na wideo licencjonowani włamywacze zawsze zachowywali się uprzejmie. Za styl można było dostać całe dziesięć punktów.

- Dlaczego jeszcze żyję? - spytała Jensen.

To naprawdę niezłe, pomyślała Tvi. Grzeczna rozmowa między porywaczem a ofiarą. Okazja dla Tvi, by zagrać łagodnego przestępcę.

- Nie ma potrzeby dokonywania czynów tak krańcowych jak morderstwo. Przez kilka dni będzie pani naszym gościem.

- Do kiedy?

Tvi postanowiła udać wymowne milczenie. Choć odpowiadała jej rola uprzejmego porywacza, w istocie nie poinformowano jej, dlaczego Jensen została zakładnikiem. Wiedziała, że ma to jakiś związek z Maijstralem i że chodziło o Los Cesarstwa, ale poza tym utrzymywano ją w niewiedzy.

Amalia Jensen wzruszyła tylko ramionami. Upiła łyk kawy.

- Cóż, prawdopodobnie ci tego nie powiedziano - stwierdziła. Tiv zgrzytała zębami. Ta istota ludzka była ostra. Tvi postanowiła przyjąć inną taktykę, inny rodzaj wyrafinowania. Elegancko zachowujący się najemnik to postać przynajmniej tak samo zabawna jak łagodny przestępca.

- To nie ma znaczenia - powiedziała. - Dobrze mi zapłacono.

Jensen spojrzała na nią i odłożyła z powrotem na talerz porcję manny puree.

- Mogłabym zaproponować większą zapłatę.

- Panno Jensen, o ile sobie przypominam, przed chwilą twierdziła pani, że nie jest pani warta wielkiego okupu. - Górny żołądek Tvi burczał. Zauważyła, że pieczona arnette polana była białym sosem.

Jensen uśmiechnęła się lekko, skrzywiła i wytarła serwetką rozciętą wargę.

- Wszystko można załatwić. Co byś powiedziała na czterdzieści nowych?

Uszy Tvi zastrzygły do przodu. To były niezłe pieniądze, o ile Jensen rzeczywiście mogłaby tę sumę dostarczyć, a Tvi odebrać. Ale cóż to wobec Losu Cesarstwa? Tvi machnęła dłonią.

- Panno Jensen, robi mi pani krzywdę, sądząc, że najemnik mojej klasy zmienia mocodawców po rozpoczęciu akcji. Jestem dumna z tego, że do końca dotrzymuję kontraktów.

- Przepraszam - powiedziała Jensen z uśmiechem. - Nie chciałam kwestionować pani profesjonalizmu.

- Przeprosiny przyjmuję. Rozumiem, że po spotkaniu Kho.. mojego kolegi nabrała pani o mnie błędnej opinii. Zapewniam, on nie jest żadnym z moich. To stworzenie mojego pracodawcy.

- Rozumiem.

Dolny żołądek Tvi dołączył do górnego w rozpaczliwym chórze. Tvi warczała pod swym holograficznym uśmiechem.

Amalia Jensen zdała sobie chyba sprawę, że Tvi burczy w żołądku. Uniosła talerz z arnette.

- Chce pani pieczeni? - spytała. - Dziś moje usta są nieco... wrażliwe.

- Jestem głodna. Jeśli pani pozwoli...

- Ależ oczywiście.

Jensen wstała, trzymając talerz. Tvi uniosła się na nogach, wyciągnęła jedno ramię. Jensen cisnęła talerz w uśmiechniętą twarz Ronniego Rompera i choć nogi miała nadal spętane, skoczyła z dłońmi rozcapierzonymi jak szpony.

Tvi częściowo tego oczekiwała - nauki barona o gotowości nie trafiły w zupełną próżnię, a panna Jensen nagle okazała się zanadto uprzejma. Tvi wystrzeliła z ogłuszacza prosto w nos Amalii Jensen - jej skok skończył się zamieszaniem na miękkim dywanie z futra dewkina. Przepona Tvi pulsowała żalem. Biały sos ściekał jej z karku.

Cholera, pomyślała, a właśnie zaczynałam się dobrze bawić.

Pietro Quijano wylał sobie na koszulę prawie cały kieliszek szampana, ale udało mu się wypić drugi. Nabrał rumieńców, wyprostował plecy; mógł teraz siedzieć bez obawy, że się przewróci.

Gregor siedział w kącie pokoju na krześle i bębniąc palcami po kolanach, obserwował Pietra. W rogu pokoju stał milczący, wysoki Roman. Maijstral widział, że służący jest poważnie zaniepokojony.

Maijstral poszedł do swego pokoju, zawiązał włosy w węzeł i upiął go z tyłu głowy. Włożył zamszowe spodnie, pantofle, swobodną szarą, jedwabną koszulę, zapiął kolczyki. Skoro mieli przyjść goście, dlaczego nie miałby się prezentować elegancko?

Wszedł do saloniku i zaproponował Pietrowi kawałek fletha ze swego talerza. Pietro wziął jedzenie. Maijstral usiadł naprzeciw niego na miękkim krześle. Ponad nim unosił się hologram przedstwiający Głowę Barletta, obracającą się powoli w niszy.

Maijstral zaciągnął rzemyki rękawów.

- No, więc, panie Quijano - zaczął ostrożnie - może mógłby nas pan oświecić w sprawie ostatnich wypadków?

Pietro Quijano spojrzał nerwowo na Romana, potem na Gregora.

- Nie mam o tym pojęcia - odparł niewyraźnie i wyciągnął kieliszek, by mu dolano szampana. Robot zawarkotał z kąta i zaczął nalewać.

Maijstral wyliczał na palcach:

- Amalia Jensen porwana. Porwanie następuje w niecałe dwa dni po tym, jak wraz ze współpracownikami otrzymałem od niej zlecenie na pozyskanie artefaktu. Moje badania wykazały, że panna Jensen była w widoczny sposób zaangażowana w politykę tu na Peleng jako starszy rangą członek organizacji, która ma swe oddziały w całej Konstelacji. A pan jest skarbnikiem tej organizacji.

Pietro wyglądał nieswojo. Odgryzł kawałek fletha i żuł go nerwowo. Maijstral wstał z krzesła, odwrócił się i włożył rękę w Głowę Barletta. Wyciągnął srebrny artefakt i usiadł na krześle. Spojrzenie Pietra wyrażało gorące, nieskrywane pożądanie.

- Widzę, że pan to rozpoznaje - powiedział Maijstral. - Pannę Jensen porwano w kilka godzin po tym, jak zdobyłem ten artefakt. Ponieważ sam obiekt nie jest wartościowy, wnioskuję, że ma on pewne polityczne lub symboliczne znaczenie, którego nie jestem świadom.

Nachmurzony patrzył na ciężki srebrny pojemnik. Po rabunku starannie go zbadał - poza cesarską pieczęcią na pojemniku był ryt przedstawiający Qwelma I, pierwszego Cesarza Pendjalli, przyjmującego hołd pierwszego ambasadora-wysłannika z Zynzlyp. To nie był znamienity podbój - Drawmii, którzy z budowy przypominali ślimaki, byli niepojęci i nieprzewidywalni, i nigdy nie było jasne, czy rozumieją, że zostali „podbici" i zostali członkami „Protektoratu Khosali". Był to jednak pierwszy podbój cesarstwa Pendjalli i zbieracze legend usiłowali z tego faktu wyciągnąć jak najwięcej.

Z drugiej strony siodłowatego pojemnika ukazany był Nnis CVI wśród członków Kolegium — grupy słynnych uczonych, których zebrał w Mieście Siedmiu Jasnych Pierścieni, by towarzyszyli mu w abstrakcyjnych dociekaniach, z jakich był znany bardziej niż ze swej sztuki rządzenia Cesarstwem. Maijstral przyjrzał się bliżej: rozpoznał twarz profesora Gantemura, badacza języka ludzkiego, który przekazał plany Cesarskiej Rezydencji agentom Rebelii i w konsekwencji został nagrodzony posiadłościami pewnych prominentnych ludzi należących do Cesarskich, w tym dziadka Maijstrala.

Maijstral spojrzał na Pietra. Gorączkowość młodego mężczyzny była niemal wyczuwalna.

- Panie Quijano, muszę wiedzieć, co się wydarzyło - powiedział. - Mój klient został uprowadzony. Możliwe, że ja... że my... jesteśmy zagrożeni przez te same czynniki. Za kilka godzin ten pojemnik zgodnie z prawem będzie mój, będę mógł nim dysponować. Naturalnie wolałbym go przekaże pannie Jensen - tak stanowi mój kontrakt. Ale... - Uniósł rękę i twarz Pietra pociemniała. - Jeśli ten obiekt sprowadzi na mnie niepożądane zainteresowanie, mogę się go pozbyć szybko.

- Ale nie może pan tego zrobić - powiedział Pietro. Spojrzał na Gregora, szukając wsparcia. - On nie może tego zrobić, prawda? - Gregor tylko się uśmiechał.

- Przeciwnie, proszę pana - stwierdził Maijstral stanowczo. - Jeśli panna Jensen nie jest osiągalna, nie może wypełnić swojej części kontraktu. Przypuszczam, że ten, kto ją uprowadził, wie o tym i postara się uniemożliwić skomunikowanie się z nią do czasu, gdy albo ja opuszczę Peleng, albo pozbędę się obiektu w inny sposób. Prawdopodobnie, jeśli mnie odnajdą, przedstawią własną ofertę. Okoliczności mogą mnie zmusić, bym ją przyjął.

Pietro wybałuszył na niego oczy.

- Słuchaj pan, jestem skarbnikiem. Ja mogę panu zapłacić zamiast Amalii.

- Być może umieszczę pańską ofertę wśród innych, które się pojawią, gdy dojdzie do licytacji, jeśli panna Jensen się nie stawi. Ale pan, panie Quijano, będzie licytował wraz z innymi.

Pietro jakby się skurczył. Znów spojrzał na Gregora, potem na Romana.

- Powiem panu, ale pański Khosalikh musi odejść.

Irytacja ogarnęła Maijstrala. Okazywanie rasizmu w tych okolicznościach było bardzo denerwujące. Spojrzał na stoicką postać Romana.

- Roman może zostać - odparł Maijstral. - To mój najstarszy towarzysz i mam do niego całkowite zaufanie.

Pietro pokręcił głową.

- Ta sprawa wykracza poza osobistą lojalność, panie Maijstral. - Pochylił się ku niemu, zniżył głos, jakby nie chciał, by Roman go podsłuchał. - Chodzi tu o Los Ludzkiej Konstelacji - oznajmił bardzo poważnie.

Maijstral uniósł brwi.

- Co pan powie? - Ten szczeniak był coraz bardziej irytujący.

- Proszę - powiedział Pietro.

Maijstral przełożył relikt do drugiej dłoni.

- A ja proszę tylko o sześćdziesiąt. Dla Losu Konstelacji.

Pietro był oburzony:

- Zgodził się pan na sześćdziesiąt! - Po chwili odzyskał równowagę. - Niech mi pan wierzy, panie Maijstral.

Ten westchnął. Zapanowała krótka cisza, zakłócona tylko odgłosem stukających o kolano palców Gregora. Wreszcie Pietro przemówił:

- Dobrze, proszę pana. Jeśli pan za niego ręczy. Ale wolałbym, żeby pan zmienił zdanie.

Maijstral spojrzał na Romana.

- Nie zmienię. - Nowy przypływ irytacji pochwycił Maijstrala na widok niewzruszonego Romana. Roman ukrywał jakąś wielką złość - to było jasne - i Maijstral przypuszczał, że to z powodu nietaktu okazanego przez tego młodziana. Odchylił się w krześle i skrzyżował nogi. - Więc co jest w tej urnie, panie Quijano? Ale chcę prawdy.

Pietro przygryzł wargę.

- Ten pojemnik - powiedział szeptem - to zamrożony depozyt spermy bezpotomnego Cesarza Pendjalli Nnisa CVI.

Maijstral spojrzał na obiekt, który trzymał w rękach. Widział zaskoczenie Gregora, widział, jak Romanowi opadła szczęka i teraz żałował, że obu nie odesłał do innego pomieszczenia, a choć by i na inną planetę.

Przedmiot pomrukiwał w jego rękach zimny; niesamowity, ciężki.

- A więc rzeczywiście chodzi o Los Cesarstwa - stwierdził.

ROZDZIAŁ 6

Krioniczny relikwiarz stał w pokoju na stole. Błyszczał w łagodnym świetle. Maijstral wyciągnął rękę z kieliszkiem, który został ponownie napełniony szampanem.

Grupa raczyła się drugą butelką. Maijstral polecił robotowi schłodzić trzecią -. Przyda się.

Teraz zależało mu tylko na tym, by jak najszybciej pozbyć się relikwiarza: z pędzącego latacza cisnąć go do bezdennego jeziora; wrzucić do najbliższego pieca atomowego; wystrzelić w samo centrum słońca Pelengu.

Ziścił się koszmarny sen każdego włamywacza: zrabować przedmiot tak bajecznie cenny, że stanie się obiektem pożądania wszystkich żołnierzy, polityków, przestępców, dyplomatów, krwiożerczych fanatyków.

Biedny Maijstral, pomyślał Maijstral. I napił się bez przyjemności.

Maijstrala nie pocieszyłaby świadomość, że inni ludzie są w jeszcze gorszej sytuacji. Na przykład ten biedaczysko Nnis.

Obecny cesarz Pendjalli spędził młodość w cesarskim haremie. Zamknięte w sobie, wykształcone dziecko, niedostosowane do niezbyt przyjaznego, rywalizującego środowiska wolało łapać owady i badać pod mikroskopem ich genitalia, niż uczestniczyć w zwykłych haremowych zajęciach - dziecięcych intrygach, naśladujących knowania matek. Wciągano dzieci w wir gierek, intryg i manewrów, w miniaturową burzę, przypominającą zawieruchy podczas niekończących się walk wybitnych rodów Khosali, dążących do tego, by jedno z ich dzieci zostało faworytem - następcą. W Cesarstwie Khosali nie stosowano zasad primognitury, nie było również ustalonego systemu wyłaniania cesarskiego następcy - decyzja należała do samego Cesarza.

Jeśli ktoś nie był urodzonym intrygantem, życie w haremie stawało się dla niego czymś strasznym. Nnis intrygantem nie był. Za to świetnie znał się na owadach.

Z ulgą przyjął wiadomość, że przegrał wyścig z młodszym bratem przyrodnim. Matka- piękna, impulsywna kobieta, córka księcia Moth (wymawiaj Myth) — była gorzko rozczarowana i całymi godzinami robiła mu wyrzuty, że się nie spisał. Nnis zupełnie się tym nie przejmował. Na dobranoc powąchał jej uszy i poleciał do Gosat na szczęśliwych skrzydłach libelulli; spędził tam trzy najszczęśliwsze lata życia, zajmując się entomologią pustyni. Badania zostały przerwane na straszną wiadomość, że Książę Krwi zginął w idiotycznym wypadku balonowym i że w wyniku niezwykle pomyślnej intrygi ze strony matki Nnisa i klanu Moth (wymawiaj Myth) Nnis został namaszczony na następcę. Przerażony tą perspektywą, umknął do Miasta Siedmiu Jasnych Pierścieni, gdzie zainicjował kontr konspirację, w celu wycofania go z sukcesji, ale gdy tylko przybył, dowiedział się, że Cesarz wyliniał i popadł w stan komy. Wszystko było stracone.

Na koronacyjnych hologramach: Mothowie uśmiechnięci, w czerwieni, ze zwieszonymi językami; Nnis CVI, w zielonej, brokatowej oficjalnej szacie, wyglądał tak, jakby brał udział w pogrzebie.

Uśmiechy Mothów dość szybko zniknęły. Cesarze nie mieli zbytniej swobody w wielu aspektach życia, ale Nnis doszedł do wniosku, że przynajmniej uda mu się zorganizować odpowiednie życie rodzinne. Miasto Siedmiu Jasnych Pierścieni ogłosiło następnie, że Matce Dowager wybuduje się nowy pałac na Gosat, gdzie dostanie stanowisko Emerytowanego Kustosza Cesarskiej Kolekcji Entomologicznej. Książę Moth wrócił do Mothholm uboższy o sumy, które wydał na kosztowne podarki koronacyjne. Nnis musiał jednak dojść do wniosku, że nie tak źle być cesarzem. Żenił się kilkanaście razy. Harem miał niewielki - z tego powodu wielu się oburzało, zwłaszcza odwieczni wrogowie Mothów, który chcieli się zemścić - ale tradycjonalistów najbardziej zatrważał fakt, że Nnis nie zgadzał się na spłodzenie potomka.

Nigdy nie było cesarzowej - tradycja wymagała, by korona przechodziła po linii męskiej. Tradycja ta powstała w czasach, gdy jeszcze nie upowszechniły się techniki genetyczne, gdy następca płci męskiej mógł spłodzić znacznie więcej potomków niż jakakolwiek cesarzowa. Techniki genetyczne sprawiły, że wymóg ten nie przystawał do rzeczywistości, ale nadal potrzebny był cesarz, ponieważ tak głosiła tradycja, a Khosali nigdy nie kwestionowali tradycji.

Nnis zamierzał ignorować intrygi związane z wyznaczeniem następcy. Swoje owady lubił najbardziej wówczas, gdy były przybite szpilkami do tablicy, a swoje domostwo - gdy panował w nim spokój, spokój i monotonia. Przewidywalność, cisza, nauka. Gdy prezentowano mu kandydatkę na pierwszą żonę, zapytał, czy ma łagodny głos; drugie pytanie brzmiało: „A czy ma jakieś publikacje?". Żył spokojnie całe czterdzieści lat. Wreszcie przyszły emocje i z nawiązką nadrobiły braki minionych czterech dekad.

Sprawą historyków jest rozstrzygnięcie, czy skuteczne i energiczne przywództwo z Cesarskiego Miasta zapobiegłoby lub zmieniło losy Ludzkiej Rebelii. Prawdopodobnie nie - jeszcze przed wstąpieniem Nnisa na tron kurs polityki Cesarstwa był ustalony, ministrowie wyznaczeni, a ludzie już się burzyli. Gdyby Nnis na dłużej podniósł wzrok znad swej kolekcji, by zauważyć, gdzie są problemy, mógłby zwrócić na nie uwagę swym ministrom, ci zaś dokładniej by je przeanalizowali... ale przecież do

Cesarza nie należało zajmowanie się sprawami niepojętymi, no a zwycięstwo rewolty było czymś niepojętym.

Nnis był pierwszym i jedynym Cesarzem Khosali, który przegrał wojnę. Możecie to sobie wyobrazić?

Gdyby popełnił samobójstwo, nikt by go nie winił, a większość by temu przyklasnęła. Przynajmniej wykazałby zrozumienie sytuacji. Ale musiał trwać, by pielęgnować Cesarskie Zasady i utrzymać pokój. I oczywiście nie było innego wodza, więc on musiał się tym zająć.

Wstrząs okazał się jednak zbyt potężny. Zdrowie Nnisa podupadło - wszedł do zimnej trumny. Stamtąd dość niepewnie doglądał spraw Cesarstwa i rytuału. Trwał tak przez dwa pokolenia, podczas gdy ostateczną ciemność oddalały zabiegi medyczne coraz bardziej wyszukane i niezwykłe, a dłonie Nnisa na lejcach Cesarstwa słabły i stawały się coraz chłodniejsze.

Nigdy nie miał następcy. Wiele lat wcześniej ministrowie wymusili na nim, by złożył królewskie nasienie do kriogenicznej przechowalni. Przygotowano trzy pojemniki - w końcu miała miejsce donacja. Wszystko jednak zniweczyła wojna: dwa pojemniki zostały zniszczone, trzeci zaginął - jak się przypuszcza - bezpowrotnie. Pod koniec wojny płodność Cesarza znacznie się zmniejszyła i dalsze depozyty były już bezcelowe. Cesarz, jako tradycjonalista, odrzucał nietradycyjne metody sukcesji, takie jak klonowanie.

Tkwił, więc tak przez lata, drzemał w swym pudle, czekał na uwolnienie - ostateczną pocieszającą ciszę. Myślał o tym, co się nie udało i co mógłby zrobić w inny sposób.

Zastanawiał się, czy kiedykolwiek pozwolą mu umrzeć.

Porucznik Navarre bujał się w hamaku i z chmurną miną patrzył w słuchawkę. Spacerując poprzednio po domu wuja i szukając dalszych śladów włamania, znalazł w pakamerze hamak.

Rozwiesił go między drzewami przed domem. Telefon, z którym nigdy się nie rozstawał, zamocowany był przy pasie. Pompejański Skaut Wysokich Mórz zawsze gotów! Życie często zależy od właściwej łączności.

Dwugodzinną drzemkę przerwały mu dwa śliwkowo fioletowe ptaki, które w koronie drzewa bawiły się w „Ojca Wirgiliusza".

Potem zadzwonił do Amalii Jensen, by opowiedzieć jej o włamaniu do domu wuja; przy okazji chciał odwdzięczyć się za wczorajszą kolację i samemu zaproponować wspólne wyjście. Jednak telefon nie odpowiadał, a to było dziwne. Nie odezwał się nawet robot ani automatyczna sekretarka. A przecież Amalia powiedziała mu, że cały dzień będzie w domu.

Wszystko wskazywało na to, że łączność zawodzi.

Odłożył słuchawkę, zrobił zamach nogami, by z hamaka sięgnąć po mundur i żałobną pelerynę. Zamierzał osobiście przekazać wiadomość. Uśmiechnął się, wyobrażając sobie Amalię Jensen w wonnym buduarze.

Idąc trawnikiem, wkładał kurtkę i wołał robota, by go pozapinał. Tak był pochłonięty własną wizją, że zapomniał o pozostawionym telefonie, który bujał się z wiatrem w hamaku, pobłyskując w słońcu.

Fioletowe ptaszysko przysiadło na hamaku - telefon zamrugał do niego; ptak wziął telefon w przednie szpony i wzleciał w niebo.

Prasa dowiedziała się, że Maijstral miał przybyć do hotelu Nichole wczoraj późnym wieczorem - Nichole zgodziła się z Romanem, że warto rozpowszechnić taką plotkę, by zostawić fałszywy trop dla zmylenia śledzących go osób. Kule medialne nie widziały wchodzącego Maijstrala, ale przecież on znany był z tego, że potrafi się przemknąć niepostrzeżenie.

Nichole odmówiła dalszych komentarzy na ten temat, co tylko wzmogło spekulacje.

Wiedziała, jak wzniecić pogłoski. W końcu to był jej zawód.

A teraz dzwonił telefon.

- Drake Maijstral, proszę pani.

Nichole zaprogramowała tak swoją sypialnię, by odzywał się głęboki męski khosalijski głos, dostojny i pełen szacunku, znacznie się różniący od dźwięcznego, żeńskiego głosu robota dermatologicznego, który z całą delikatnością przeprowadzał u Nichole zabiegi kosmetyczne. Poleciła dermatologowi, by odsunął swą aparaturę, a pokojowi - by przyjął telefon. Holograficzna głowa Maijstrala naturalnej wielkości pojawiła się przed Nichole. Jego włosy wymykały się z luźnego węzła. Wyglądał tak, jakby był po nieprzespanej nocy.

- Cześć, Maijstral. Udał ci się wieczór?

- To była... interesująca noc, Nichole. - Ton jego głosu sprawił, że usiadła.

- Dobrze się czujesz?

Zawahał się.

- Tak. Ale musze odwołać dzisiejszy lunch. Wiesz, że nie zostawiłbym cię bez towarzystwa, gdyby nie było poważnych powodów.

Zagrożenie? - zastanawiała się. Aresztowanie? Pułapka? Nie słyszała o Drake'u w wideo - informowano tylko o takich sytuacjach, w których łączono Maijstrala z nią. Nie wiedziała, na czym polega problem; nie była to sprawa publicznie znana.

- Mogłabym ci w czymś pomóc?

Uśmiechnął się z ociąganiem.

- Miło, że pytasz, ale nie.

- Może potrzebujesz czegoś? Wiesz przecież, że jesteśmy przyjaciółmi.

Milczał przez chwilę.

- To bardzo miła propozycja - odparł, potrząsając głową, - ale raczej nie skorzystam. Powinnaś się trzymać od tego z dala.

Oparła brodę na dłoni.

- A zatem to coś poważnego.

- Tak, umiarkowanie.

- Czy Roman na ciebie uważa?

Uśmiechnął się.

- Bardzo dobrze, dziękuję.

- Dbaj o siebie, Drake. Nie zrób jakiegoś głupstwa.

- Nie zrobię. - Podniósł kieliszek szampana w zasięg holografu. - Dziękuję za zrozumienie. Odwdzięczę ci się przy najbliższym spotkaniu.

Nichole uśmiechnęła się. Maijstralowi zawsze przyznawano dziesięć punktów za styl.

- Trzymam cię za słowo - powiedziała. Obserwując, jak pije szampana, uświadomiła sobie, że w jego zachowaniu coś ją jednak niepokoi. Był wzburzony, wyraźnie wzburzony. Szampan służył jako starannie dobrany rekwizyt do podtrzymania savoirfaire. Nichole jeszcze nie widziała Drake'a w takim stanie i gdyby go przedtem bardzo dobrze nie poznała, nigdy by tych subtelności nie dostrzegła. - Drake - powiedziała niespodziewanie - zadzwoń do mnie jutro. Chcę wiedzieć, jak ci leci.

Przesunął kieliszek poza zasięg holografu. Patrzył obojętnie.

- Dziękuję - odparł. - Pochlebia mi twoja troska.

Typowa dla niego uwaga, ale mówił w wysoko-khosalijskim w koniugacji odnoszącej się do stanu wszechświata. Znów dziesięć punktów za styl, ale jednak było tu coś naprawdę niedobrego.

Jedna z tych niedobrych rzeczy polegała na tym, że Nichole nie miała towarzystwa na publiczny lunch. Głowa Maijstrala zniknęła i Nichole po chwili zastanowienia kazała pokojowi wykręcić numer porucznika Navarra.

Nie było go w domu. Automatyczna sekretarka prosiła o pozostawienie wiadomości, ale Nichole niczego nie nagrała. Członkowie Diademu rozmawiają ze sobą osobiście - albo w ogóle.

Rozmyślała przez chwilę: postanowiła wymówić się zmęczeniem i odwołała lunch. Wiedziała, że prasa wywnioskuje stąd, że Maijstral nadal jest z nią.

Dobrze. Nie wiadomo, co się dzieje, ale Maijstralowi na pewno nie zaszkodzi, gdy wszyscy będą sądzić, że jest on w miejscu, w którym w rzeczywistości go nie ma.

Fioletowy ptak wleciał do gniazda zaalarmowany brzęczeniem telefonu porucznika Navarra. Ale telefon szybko zamilkł i po chwili refleksji ptak zdecydował się na ostrożny rekonesans. Usiadł na konarze nieco z dala i patrzył w dół na swój dom, przednią łapą drapiąc się ze zdziwieniem w dziób.

Telefon leżał wśród ptasich skarbów: kawałków folii, błyszczącego papierka od cukierka, pióra wiecznego, kilku barwnych kamyków i dziecięcego pierścionka. Ptak nie miał ochoty oddawać swej kolekcji intruzowi. Ten dziwny obiekt tylko udawał, że jest martwy.

Telefon znów zaćwierkał; zaniepokojony ptak podniósł skrzydła i cofnął się na gałęzi, ale tylko parę kroków. Ćwierkanie nie ustawało. Ptak nieco się uspokoił, przesunął bliżej gniazda; w umyśle ptaka powoli zaczęło wzbierać poczucie przyjemności.

A więc ta rzecz mówiła! Nigdy przedtem nie miał mówiącego skarbu. Ptak wstrząsnął piórkami i powiedział: Kuu!

Telefon ćwierkał - ptak odpowiadał. W końcu w Peleng City agentka ubezpieczeniowa odłożyła słuchawkę i telefon zamilkł.

Ptak wrócił do gniazda, zadowolony ze swego nowego przyjaciela.

Ptak mógł zaświadczyć, że materialne podejście do życia nie musi być związane z filisterstwem, jak często twierdzili krytycy. Weźmy na przykład radość życia wśród rzeczy przyjemnych, wygodnych, przednie wina, sztuki piękne, książki oprawne w skórę, dobry samochód. I niech reszta świata idzie do diabła. Można jednak kiepsko sobie to wszystko urządzić wówczas, gdy materializm nie jest już wygodą, lecz przymusem, przez który życie staje się nieznośne. Nikt nie potrzebuje w domu dwóch cedzaków, ale gdy komuś zależy na kolekcjonowaniu platynowych cedzaków wysadzanych diamentami, z ornamentowaną rączką, a wszystko po to, by zaimponować sąsiadom, wówczas obserwator może stwierdzić, że impuls materialistyczny wymknął się spod kontroli.

Licencjonowane Włamania to materializm, ale bez filisterstwa.

Włamywacz wyszukuje obiekt doskonały, najlepszy w swej klasie, unikalny, zadziwiający, a potem zdobywa go dzięki własnemu wysiłkowi. Pospolity akt włamania i kradzieży staje się czynem artystycznego romantyzmu. Wiek temu Ralph Adverse zobaczył Skorupę z Eltdown i wiedział, że musi ją mieć - nie spocznie, póki nie ujmie jej w dłoń, nie zobaczy jej ciemnego blasku w świetle płomieni domowego ogniska. Nic dziwnego, że pół życia zabrały mu przygotowania do rabunku. I nie zamierzał jej sprzedać, lecz zachować dla siebie, tak była wspaniała.

W końcu, gdy wydał na pogoń za skorupą wszystkie pieniądze, jakie zarobił w życiu z pracy włamywacza, i gdy miał już w dłoni ten wspaniały obiekt, wiedząc, że należy do niego, popełnił samobójstwo ze skorupą przyciśniętą do łona - nie godził się, by została zlicytowana przez Cesarski Urząd Skarbowy za zaległe podatki. Któż mógłby go winić? Był przede wszystkim romantykiem, dopiero potem materialistą.

Jednak można być materialistą bez nadzwyczajnych wysiłków.

Na przykład śliwkowo fioletowy ptak wyznaje następującą filozofię: znajdź coś ładnego, zabierz do domu, podumaj nad tym i zaprzyjaźnij się.

Zawsze najlepsze są rzeczy proste i swojskie.

Porucznik Navarre rozglądał się po zdemolowanym domu Amalii Jensen. Gdy tylko znalazł na dachu zepsutego Howarda, wezwał policję. Jestem prześladowany, pomyślał. Ktoś mnie tropi i wyczynia mi te wszystkie rzeczy.

Szedł za oficerem Pankatem przez pobojowisko w salonie.

Śmiertelnie ranne kwiaty wydawały ostami aromat.

- Podczas kolacji rozmawialiśmy. Poleciałem do domu. - Co innego mógł powiedzieć. - Nie, nikogo nie widziałem. Ledwo znam tę kobietę.

Oficer Pankat patrzył na niego obojętnymi migdałowymi oczami.

- Uwzględniając tamten drugi wczorajszy wypadek, czy sądzi pan, że ktoś pana prześladuje?

Navarre wpatrywał się w oficera. Właśnie to samo sobie pomyślał.

- Ale dlaczego? - odpowiedział tylko.

Paavo Kuusinen wysiadł z latacza i bacznie się przyjrzał żółtej trawie. W górze szeleściły liście, poruszane łagodnym wiatrem. Niecały kilometr dalej stał pastelowy dom Amalii Jensen. Kuusinen ustalił, że tu właśnie czekali w nocy dwaj Khosali; z łatwością znalazł na ziemi ślady latacza oraz odciski dwóch par stóp - małe i duże - i na podstawie kształtu podeszwy stwierdził, że należą do Khosali.

Przez chwilę szedł za sierżantem Tvi z domu Navarra do posiadłości, która - jak zasięgnął informacji - została wynajęta przez hrabinę Anastazję z Cesarskich. Stąd Kuusinen poszedł za Tvi do domu Amalii Jensen, gdzie usłyszał trzaski i zobaczył, jak Tvi i jej zwalisty asystent transportują do domu hrabiny czyjeś nieprzytomne ciało. Potem Kuusinen poszedł do mieszkania Maijstrala, ale nikogo chyba tam nie było. Sprawdził na skanerze poranne raporty, dowiedział się, że dokonano włamania do domu Navarra, i wrócił tam akurat w chwili, gdy Navarre odlatywał w kierunku miasta. Kuusinen ruszył za nim i zobaczył, jak pojazd Navarra ląduje na dachu domu Amalii Jensen.

Kuusinen starannie przejrzał teren - znalazł dwa wyczerpane nar-zaki, zużyte prawdopodobnie przez wielkiego Khosalikha w czasie, gdy mniejszy poszedł na zwiady do domu Jensen. Poza tym nic ciekawego nie odkrył.

Wrócił do latacza i kazał skanerowi poszukać raportu na temat włamania do Navarra. W raporcie zawarty był również opis jedynego zrabowanego obiektu — srebrnego krionicznego kontenera. Do opisu oficjalnego dołączono oznaczenia z katalogu aukcyjnego: „własne zasilanie, cesarska pieczęć, c9, funkcjonalny, ciężar I6 sm, I8 na I7 ng. Przypuszczalna wartość I8n".

Dziwne, pomyślał Kuusinen. Pojemnik nie wydawał się aż tak wartościowy, by usprawiedliwiało to ten cały zamęt. Zastanawiał się, co było w środku. Wyliczył wszystkie zdarzenia, których był świadkiem, przypomniał sobie o dwóch Khosali porozumiewających się z hrabiną z Cesarskich i baronem z Cesarstwa, i zastanawiał się, co to ma wspólnego ze srebrnym pojemnikiem, Amalią Jensen i miedzianoskórym porucznikiem z Pompey.

Nie miał pojęcia. Był jednak pewien - choć nie potrafił tego do końca uzasadnić, — że ta zagadka ma związek z Maijstralem.

Obserwował, jak latacz porucznika Navarra unosi się z dachu domu Amalii Jensen; z braku innego pomysłu poleciał za nim. Gdy wzniósł się w niebo, postanowił trzymać się Navarra przez kilka godzin, a potem wrócić do domu hrabiny. Może któreś z nich zaprowadzi go do Maijstrala.

Od dawna nie miał do czynienie z tak interesującą sprawą.

Srebrny pojemnik nadal stał na stole i nie znikał. Maijstral przerwał rozmowę z Nichole i przekonał się, że kontener, zawierający cesarską spermę, jak magnes przyciągnął pozostałe trzy osoby. Gregor i Pietro podsunęli bliżej swe krzesła i nachylili się. Nie spojrzeli nawet na siebie, choć prowadzili rozmowę. Roman, rozedrgany jakimiś ukrytymi emocjami, wyłaniał się znad pleców Gregora, od czasu do czasu stając na palcach dla lepszego widoku. To był żywy przykład Jego Cesarskiej Obecności.

- Jeśli sytuacja w Cesarstwie się nie zmieni - powiedział Piętro Quijano - Nnis może pociągnąć przez parę następnych pokoleń. Gdy wreszcie wyciągnie nogi, muszą się zebrać osoby Krwi

Królewskiej i wyłonić następcę. Nim rodzina podejmie decyzję, upłyną lata, a pod koniec tych narad my w Konstelacji powinniśmy dobrze wiedzieć, kto otrzyma władzę. Ludzka Konstelacja będzie miała długi czas na oddech i gdy nowi poplecznicy cesarza zechcą dokonać ponownego podboju, będziemy mieli czas na przygotowania.

- Za właściwą cenę, proszę pana - powiedział Maijstral, sadowiąc się wygodniej — przyszłość Konstelacji może znaleźć się w pana rękach. - Odchylił się do tyłu, przeciwstawiając się magnetyzmowi srebrnego relikwiarza.

Pietro spojrzał na Maijstrala, na próżno usiłując przeniknąć jego wpółprzymknięte oczy.

- W skarbcu mamy tylko sześćdziesiąt i tylko dzięki temu, że panna Jensen wzięła osobistą pożyczkę.

- Może również pan powinien wziąć pożyczkę, panie Quijano.

- Jestem studentem. Przygotowuję pracę doktorską z matematyki i nie jestem wart żadnych pieniędzy. Od razu dam panu jednak sześćdziesiąt.

- Pan to nie panna Jensen. To z nią kontrakt został zawarty.

W oczach Pietra widać było desperację.

- Waży się Los Konstelacji - powiedział. - Z pewnością może pan...

- Panie Quijano - odparł Maijstral - być może przez ten pański entuzjazm coś umknęło pana uwadze.

- Co mianowicie, proszę pana?

- Z zawodu jestem złodziejem. Nie moim zadaniem jest troska o Los Konstelacji.

Gregor prychnął, ale Pietro się nie zniechęcał.

- Z pewnością mogę się odwołać do ludzkiej przyzwoitości.

- Ludzka przyzwoitość? - Maijstral rozważał te słowa. Pokręcił głową. - Obawiam się, że nie, panie Quijano. Przyzwoitość, którą posiadam, jest z pewnością khosalijska. - Lekko uśmiechnął się do Pietra. - Natomiast nieprzyzwoitość jest u mnie z pewnością ludzka.

Pietro przez dłuższą chwilę przyglądał mu się zimno.

- Skoro, więc panna Jensen jest jedyną osobą, z którą się pan układa, znajdźmy ją.

Maijstral miał odpowiedzieć, że to nie jego sprawa ratowanie dziewic z opresji, ale Gregor już czyścił gardło.

- Szefie - odezwał się Gregor - to niewłaściwe, gdy pozwala się ludziom porywać pańskich klientów. Jeszcze sobie pomyślą, że mogą panu rozkazywać.

Maijstral nachmurzył się.

- Nie mam zwyczaju wysilać się za darmo - odparł.

- Chciałby, pan by pana klientka wróciła, tak, szefie? Jest na to sposób. Znaleźć ją i przyprowadzić.

- Czy mógłbym porozmawiać z panem w cztery oczy? - zapytał Roman w języku khosali. Maijstral skinął głową.

Pozwolił się zaprowadzić do sypialni Maijstrala. Roman odezwał się w wysoko-khosalijskim. Tłumił emocje, głos mu drżał.

- Pański klient został porwany - powiedział. - Pański biznes niedoprowadzony do końca. Porywacze wiedzieli o pańskim interesie, ale nic nie zrobili, by go ochronić, nie skonsultowali się z panem. To zniewaga, a zważywszy na prawdopodobną tożsamość sprawców, to obraza honoru. Na zniewagę trzeba zareagować.

Maijstral dziwił się coraz bardziej, słysząc ciąg idealnych w formie i rytmie wysoko-khosalijskich zdań, przypominających elementy jakiejś skomplikowanej matematycznej struktury. Jeśli się uwzględniło zasady Khosali, wywód był bez zarzutu. Maijstral usiłował znaleźć w nim luki, ale mu się nie udało.

A więc to, dlatego Roman tak kipiał. Maijstral już dawno by się domyślił, gdyby sam nie był tak zaabsorbowany wydarzeniami. Skinął głową.

- Wyrażam ci podziękowania za okazaną troskę - odpowiedział w wysoko-khosalijskim. — Romanie, twoje zainteresowanie przynosi ci zaszczyt. - Oczy Romana nabrały blasku po tej pochwale. - Wiem, że nastąpiła zniewaga honoru, nie trzeba mi przypominać - ciągnął Maijstral - ale najpierw muszę zdecydować, kto dokonał zniewagi i jak należy zareagować. Muszę się również przekonać, co wie pan Quijano. Bezpośrednie wyzwanie mogłoby tym ludziom przynieść większy zaszczyt, niż na to zasługują.

Uszy Romana zastrzygły do przodu.

- To prawda, proszę pana.

Maijstral uniósł rękę i oparł ją na ramieniu Romana.

- Sądzę, że powinniśmy wrócić do pana Quijano - powiedział w standardowym khosali.

- Tak, proszę pana. Słusznie.

Maijstral gestem poprosił Romana, by szedł przodem. Zdjął rękę z pleców służącego - zauważył, że dłoń lekko mu drży. Zacisnął ją w pięść i ruszył za Romanem do salonu. Siłą woli powstrzymał się, by nie zaciskać zębów.

- Dobrze - powiedział. - Musimy przynajmniej zbadać, jak można wyswobodzić pannę Jensen. Ale gdzie jest przetrzymywana?

Gregor zmarszczył czoło.

- Może w jakiejś kryjówce.

- Raczej nie. Odniosłem wrażenie, że porwanie przeprowadzono w pośpiechu, parę godzin po tym, jak zdobyłem pojemnik. Mogli nie mieć czasu na przygotowanie kryjówki, ale niewykluczone, że obecnie coś organizują. Powinniśmy sprawdzić personel konsularny, potem wszystkie rezydencje, które utrzymują poza konsulatem.

- Jest jeszcze hrabina - zauważył Roman.

- Słusznie - odparł Gregor. - Powinienem dodatkowo starannie sprawdzić usługowe służby zabezpieczeń. Może montowali coś dodatkowego.

Maijstral uśmiechnął się. To był dobry pomysł.

- Świetnie. Gdy czegoś się dowiemy, udamy się na rekonesans powietrzny, a potem może przeprowadzimy rozpoznanie w kombinezonach maskujących. Zatem do dzieła.

Roman i Gregor pomknęli do swych zadań. Maijstral usiadł z kawałkiem fletha. Zauważył, że Pietro Quijano patrzy na niego wyczekująco.

- Tak, panie Quijano?

- Zamierza pan znaleźć pannę Jensen, a potem ją oswobodzić?

- Powiedziałem, że zbadam możliwości, panie Quijano. To nie to samo.

- Ale przynajmniej wezwie pan policję?

- Nie. Nie sądzę. Musimy ujawnić cały cel porwania. Po kilku godzinach prawo mnie chroni, ale to nie dotyczy moich mocodawców. Sądzę, że nie chciałby pan odkryć, iż panna Jensen wynajęła mnie w celach kryminalnych?

Pietro nieco pobladł.

- Nie, raczej nie.

Maijstral skubał fletha; Gregor przemówił z korytarza.

- Może uda nam się namówić do pomocy porucznika Navarra?

Pietro skrzywił się na tę propozycję.

- Nie wydaje mi się - odparł Maijstral. - Odkryłby, że panna Jensen zabawiała go wczoraj tylko po to, by go wyciągnąć z domu i bym ja mógł się włamać.

- Och.

Pietro pojaśniał na twarzy, ale potem znowu się nachmurzył.

- A jeśli nie uda nam się jej uratować?

Maijstral spojrzał na kawałek fletha, który trzymał w palcach.

Dłoń mu już nie drżała.

- W takim wypadku, panie Quijano, musiałbym wyzwać na pojedynek każdego z porywaczy - odparł. - I, miejmy nadzieję, wszystkich zabić. Chodzi o honor rodziny i nie ma innego wyjścia. A według mnie wyzwanie ich jest lepsze niż popełnienie samobójstwa i czekanie w nadziei, że okryją się wstydem, gdyż pozwolili umknąć pannie Jensen. - Spojrzał na Pietra leniwie zielonymi oczyma. - Chyba, że pan sam ich wyzwie.

Pietro pobladł jeszcze bardziej.

- Nie, proszę pana, nie chcę... rozumie pan, to nie mój interes.

- Rozumiem. Raczej nie można mieć nadziei na pokonanie wroga w indywidualnej walce za pomocą samej tylko matematyki wyższej. - Skończył fletha i otrzepał palce. Wstał. - Zjemy lunch, panie Quijano? - spytał. - Chyba mamy dużo jedzenia.

- Nie jestem głodny. - Pietro utkwił wzrok w nieokreślonym punkcie. - Dziękuję.

- Znajdę sobie kanapkę - odparł Maijstral. Ruszył do kuchni.

Tak naprawdę chciał znaleźć telefon i wynająć jakąś nową kryjówkę. Ta była definitywnie spalona. Pietro Quijano był teraz po stronie Maijstrala, ale może się to zmienić, gdy Amalia Jensen zostanie oswobodzona.

Mistrz przestępstwa, który odnosi sukces, zawsze patrzy w przyszłość.

Na lunch Nichole zjadła zimnego kurczaka, sałatkę z groszku i marynowane warzywa - skromny posiłek, który mogła zjeść tylko samotnie. Wolała to jednak od wyszukanych, często ekscentrycznych dań, które musiała spożywać jako członkini Diademu. Nawet tu posiłek nie był całkowicie prywatny, ponieważ uważano, że w swym gniazdku miłości ukrywa Maijstrala, musiała zamówić lunch dla dwojga. Widok drugiego talerza jeszcze bardziej pogłębiał samotność. Nieco przygnębiona, sączyła mrożoną herbatę z cytryną i snuła domysły, w co mógł się ten Maijstral wplątać.

Zadzwonił telefon. Nichole wypiła łyk herbaty, czekając, aż pokój powie, kto dzwoni.

- Hrabina Anastazja, proszę pani - powiedział w końcu pokój. - Pyta o pana Maijstrala.

Nichole odwróciła się zdziwiona. A więc coś się zaczyna dziać, pomyślała.

Poleciła pokojowi, by stworzył jej lustrzany hologram - musiała się przekonać, czy obraz nadaje się do pokazania przez telefon; przygładziła włosy, usiadła na drugim krześle - chciała, by posiłek zniknął z ujęcia i by tło pasowało do jej cery.

- Połącz się z hrabiną Anastazją - poleciła zdecydowanie.

Hologram ukazywał twarz hrabiny Anastazji nieco od dołu, co nadawało całemu obliczu wyniosłość - hrabina patrzyła z góry na Nichole. Niektórzy ludzie potrafili z tym przesadzać - widok stawał się nieprzyjemny, jeśli zapomnieli usunąć włoski z nosa - hrabinę cechowała jednak większa subtelność i efekt był bardzo słaby, choć mimo to widoczny.

- Nichole - powiedziała zimno w khosali - prosiłam o Drake Maijstrala.

- Żałuję, lady, ale nie ma go tutaj - odparła Nichole. - Chętnie przekażę mu wiadomość, gdy go zobaczę.

Hrabina uśmiechnęła się.

- Musiano mnie, więc źle poinformować. Te media, rozumie pani.

- Przykro mi stwierdzić, ale media często przedstawiają zwykłe spekulacje jako fakty.

- Owszem. Też mam takie doświadczenie. W ogóle bym nie wierzyła w te raporty, ale nie udało mi się zastać Maijstrala w domu.

Nichole, patrząc na hrabinę, zastanawiała się, dlaczego Maijstral przejawiał w stosunku do niej taki lęk. Choć hrabina miała swoje maniery i okazywała pewność siebie, była istotą żałośnie niepewną, która szukała ratunku w Sprawie Cesarskiej, tak jak inni szukali go w religii, zwariowanej filozofii czy spiskowej teorii dziejów - słaby, buntowniczy, niekonkretny, ale całkiem szczery protest przeciw poczuciu własnej nieważności. Nichole, snując w duchu te rozważania, patrzyła na hrabinę i uśmiechnęła się życzliwie.

- Lady, proszę mi powiedzieć, o co chodzi - oznajmiła - a ja przekażę wiadomość Maijstralowi, gdy go zobaczę.

Hrabina wyglądała na zagniewaną. Według Nichole hrabina podejrzewała, że Maijstral ukrywa się tam w buduarze i podsłuchuje rozmowę.

- Dobrze - powiedziała hrabina. - Przekaż mu, że ma coś, czego chcę; mam nadzieję, że ustali cenę, jaka mu odpowiada.

- Wiernie przekażę pani wiadomość, lady.

- Dziękuję. - Hrabina uśmiechnęła się łaskawie, ale wzrok miała twardy. - Przepraszam, że panią fatyguję.

- To żadna fatyga, hrabino. Lubię oddawać przysługi przyjaciołom. - Nichole uśmiechnęła się w odpowiedzi z lekkim przymusem, usiłując pokazać, że wie, iż uprzejmość hrabiny to jedynie maska. Niuanse, niuanse - specjalność Nichole.

Hrabina zniknęła.

Nichole przestała się uśmiechać. Maijstral, pomyślała z coraz większym niepokojem, w co ty się wdałeś?

ROZDZIAŁ 7

- Przychodzę cię zwolnić - powiedziała sierżant Tvi. Wchodziła po schodach, niosąc tacę zjedzeniem dla Amalii Jensen. Khotvinn z ulgą wyłączył przebranie Ronnie Romper i wręczył Tvi projektor holograficzny, pistolet i sterownik kajdanków.

- Więzień zachowywał się spokojnie - zagrzmiał.

Stąpał ciężko po schodach, napinając mięśnie ramion. Rozglądał się, w co by tu walnąć.

Phi! pilnować więźnia. Łamanie karków to bardziej w jego stylu. To nie była praca dla takiego jak on Khosalikha: I69 ng wzrostu, 70 ng szerokości w barkach, górne ramię 58 ng w obwodzie, a gdy ostatnio próbował się zmierzyć w klatce piersiowej, nie wystarczyło taśmy. Na jego macierzystej planecie - świecie pogranicza, gdzie wpływy Khosali były umiarkowane z powodu skromnych zasobów surowcowych i dzikości miejscowych form życia - traktowany był z nabożnym szacunkiem i strachem. Uczucia te, jak zawsze myślał Khotvinn, były absolutnie uzasadnione.

Wchodząc do pokoju, miał ochotę zadeptać lilie na dywanie. Pokój umeblowany był jak dla mięczaka: falbanki w oknach i na łóżku, miękkie dywany, wazony z kwiatami, zbyt miękki materac, zmieniający kształt na rozkaz. Khotvin powinien się wystrzegać takich rzeczy. Jeśli nie zachowa ostrożności, mogą go zmiękczyć.

Nie zamierzał stać się mięczakiem. Pochodził z najlepszej gałęzi Khosali, z pionierów, którzy dzięki sile i woli przesunęli granice Cesarstwa i podporządkowali sobie całą planetę, zasiedloną poślednimi kosmitami. Bezpłodny Cesarz siedział w haremie, sądząc, że wszystkie zwycięstwa to jego zasługa. Dobre sobie! To tacy jak Khotvinn wykonali całe zadanie, stosując najlepszą i najskuteczniejszą metodę - rozwalanie głów.

Khotvinn uważał się za krwawego zbója - potężnego w swym gniewie, strasznego w radości, niedbającego o prawa przysługujące słabszym. Nie uznawał żadnego zwyczaju -jedynie własną wolę; nie powodowały nim żadne motywy - jedynie chęć wzbogacenia się. Gardził Licencjonowanymi Włamywaczami, którzy wykorzystywali luki w prawie i wkradali się nocami do domów. Trzeba występować otwarcie. A Sinn, wykorzystujący innych do brudnej roboty, wcale nie był lepszy. Jedyną użyteczną osobą była dla niego hrabina, kobieta szanująca siłę, honor i zaciekłość. Khotvinn był z natury łupieżcą, ale w młodości, gdy był zbrojnym rabusiem (i dezerterem z wojska), jego karierę przerwał tchórzliwy człowieczy obrzydliwiec, słabeusz, który z balkonu zrzucił mu na głowę cegłę, a sam się schował. Gdyby nie to, Khotvinn nadal by łupił.

Potem doszedł do wniosku, że praca w Tajnych Dragonach może się opłacać. Mógł bliżej się przyjrzeć głupcom, którzy go otaczali, mógł poznawać ich metody, a gdy nadejdzie czas, mógł zaatakować samodzielnie, zostawiając za sobą tylko ruiny i złamane karki. Sięgnął pod łóżko i wydobył futerał z mieczem. Wyciągnął długie stalowe ostrze - dla Khotvinna żadnych lekkich stopów! - i obiema dłońmi uniósł je nad głowę. Wyobraził sobie barona Sinna... jednym ruchem przeciął jego obraz od głowy do krocza, ostrze, tańcząc jak tornado, siekło barona na kawałki. Serce Khotvinna biło młotem, krew tętniła. Oto on, Khotvinn... Khotvinn... KHOTVINN! Wspaniały przedstawiciel swej rasy! Krwawy awanturnik ze stalowym mieczem! Krwawy niszczyciel, a serce jego beztroski majestat!

Antyczny wazon rozleciał się pod ciosem miecza, posiekane róże rozsypały się na łóżku. Khotvinn warknął i cisnął miecz, który przeszył wzorzysty dywan w lilie; utkwił w podłodze i drgał.

Khotvinn splunął. To nie był odpowiedni pokój. To nie była odpowiednia misja. Koledzy też nie byli odpowiedni.

Lekkim ruchem wyciągnął miecz z podłogi. Wisiał w jego dłoni jak złowieszczy kieł. Khotvinn zastanowił się nad sytuacją.

Jego towarzysze - tak zwani zwierzchnicy - trzymali człowieka - tę Jensen - dla okupu. Mógł sam pilnować więźnia, niepotrzebni byli ani Tvi, ani Sinn.

Podwinął wargi, zwiesił język. Przyszła mu na myśl wspaniała myśl: rąbnąć Sinna, rąbnąć Tvi, potem uciec z Jensen przewieszoną przez plecy, zostawiając w płomieniach ten okropny mięczakowaty dom hrabiny. Cudowny obraz. Co obchodził Khotvinna Los Cesarstwa? - Błąkał się uśmiech na jego twarzy. Komu miał sprzedać tę Jensen? Nie pamiętał. Musi mieć uszy otwarte i czekać na okazję. Wiedział, że nadejdzie sprzyjający dla niego czas. Uśmiechnął się szerzej. Na dywan kapała ślina. To będzie wspaniałe.

- Nie opowiadam się za dyskryminacją, rozumiesz. - Rozbite wargi Amalii Jensen zagoiły się pod półżywymi okładami, opuchlizna się zmniejszyła. Siniaki nadal były widoczne, ale znikł obrzęk i ból, i Amalia mogła mówić i jeść bez trudności.

Jadła z tacy, siedząc ze złączonymi stopami w łóżku. Tvi nie ryzykowała.

- Nie, nie dyskryminacja. Tylko sensowne środki ostrożności. Rebelia powiodła się, gdyż wielu rewolucjonistów znajdowało się wysoko w cesarskiej biurokracji i sfer wojskowych i pomogli w przejściu na stronę wroga całych cesarskich eskadr. Konstelacja powinna przedsięwziąć środki ostrożności, by zapobiec takim zdarzeniom. Tylko to sugeruję.

Tvi nadal z przyjemnością wypełniała rolę wyrafinowanego najemnika. Odprężona siedziała na krześle, nogę przełożyła przez poręcz, Ogłuszacz trzymała w dłoni.

- Zatem osoby nie-człowiecze nie powinny zajmować ważniejszych stanowisk? - spytała Tvi. - I twierdzisz, że nie jest to dyskryminacja?

Amalia, nachmurzona, patrzyła w szklankę z zimnym napojem.

- To konieczność. Wiem, że należy nad tym ubolewać, ale ludzkość zajmuje zbyt delikatne miejsce, by ryzykować.

- Powiem wyłącznie jako obserwator: wydaje mi się, że to by prowadziło prosto do zdrady. Dlaczego jakaś osoba miałaby być lojalna w stosunku do rządu, który jej nigdy nie ufał?

- Może za kilka pokoleń, gdy zmniejszy się zagrożenie ze strony Cesarstwa...

- I znów, wypowiadając się jako obserwator, muszę powiedzieć, że jesteś dość naiwna, jeśli chodzi o naturę ludzką.

Amalia Jensen miała wrażenie, że na jej oczy nasuwa się stalowa zasłona. Z kolei Tvi uświadomiła sobie, że być może zachowała się obraźliwie, przedstawiając swe poglądy na temat gatunku, do którego należała Amalia. No cóż, pomyślała, jaki sens miałoby bycie wyrafinowanym marzycielem bez możliwości formułowania daleko posuniętych wniosków. Ponadto Amalia zrobiła właśnie to samo w stosunku do nie swojej rasy.

- Tak? Jakże to? - spytała Amalia.

- Ponieważ, panno Jensen, nie doceniasz tego, do jakiego stopnia ludzie dają się zdeprawować. Dlaczego zakładasz, że dana osoba zachowa się lojalnie tylko, dlatego, że jest człowiekiem? Ludzie są równie podatni na chciwość, szantaż i zdradę jak wszyscy inni. A nawet bardziej, jeśli wierzyć stereotypom. - Widząc pociemniałe oczy Amalii, Tvi dodała pośpiesznie: - Choć ja im ani trochę nie wierzę. Ale czy rozumiesz, co mam na myśli? Jeśli wszystkie siły poświęcisz na zlikwidowanie zdrady wśród tych nie-ludzi, którzy w ogóle nie są zdrajcami, możesz przeoczyć ludzi, którzy nimi akurat są.

- Wcale nie twierdzę, że należy do tego wykorzystywać wszystkie nasze siły - odparła Amalia. - Ale można przecież liczyć na gatunkową lojalność, prawda? Dlaczegóż by tylu dobrze ustawionych ludzi popierało Rebelię, choć było to wbrew ich własnym interesom?

- Przede wszystkim chciwość i szantaż.

Amalia zmarszczyła czoło, odsunęła tacę.

- To nieprawda.

- Prawdopodobnie nie. Najwyżej w kilku wypadkach. - Tvi przerzuciła przez poręcz fotela drugą nogę i wtuliła się w poduszkę. - Panno Jensen, podałam po prostu kilka motywów, których nie brałaś pod uwagę w odniesieniu do własnego gatunku, ale które chętnie przypisujesz innym.

Amalia Jensen skrzywiła się i odwróciła wzrok.

- Rozumiem teraz, skąd to przebranie za Ronniego Rompera - rzekła. - Ale czy nie mogłabyś się jakoś pozbyć tego uśmiechu? To bardzo rozprasza, gdy ktoś z nami dyskutuje z wyszczerzonymi zębami.

- Przykro mi, ale nie, panno Jensen.

Amalia westchnęła i oparła brodę w dłoni.

- Więc muszę się z tym pogodzić?

- Sądzę, że to dobry pomysł w twojej sytuacji, panno Jensen.

Bingo, pomyślał Gregor Norman. Punkt dla mnie. Patrzył na liczby migające na monitorze komputera i odchylając się w fotelu, splótł ręce na karku tuż poniżej miejsca, gdzie obwód zbliżeniowy w kołnierzu tworzył interfejs między mózgiem a komputerem. Na twarzy Gregora rozlał się szeroki uśmiech. Szampan, który nadal musował na granicy jego świadomości, powodował, że uśmiech stał się jeszcze szerszy. Gregor kiwał głową do rytmu utworu Vivaldiego, odtwarzanego na troxańskim sprzęcie, przez kilka chwil delektował się sukcesem, potem sięgnął do panelu serwisowego w ścianie i nacisnął ideogram „komunikaty ogólne".

- Szefie, chyba coś znalazłem.

- Chwileczkę.

Gdyby Gregor nie oczekiwał Maijstrala, nie usłyszałby, jak ten wchodzi. Maijstral poruszał się tak bezszelestnie, że podczas pierwszych miesięcy terminowania u niego Gregor podejrzewał, że jest w tym coś dziwnego. W końcu doszedł do wniosku, że to zasługa dobrego treningu, i świadomie zaczął naśladować szefa.

Gregor zawsze był dobrym złodziejem. Żył ze swego sprytu, ale wiedział, że nigdy nie zajmie czołowej pozycji w rankingu Licencjonowanych Włamywaczy.

Chodziło o styl za dziesięć punktów. Osoby z czołówki - Alice Manderley, Geoff Fu George, baron Drago - emanowali stylem, poruszali się wśród swych ofiar z nadzwyczajnym wdziękiem i odnosiło się wrażenie, że ofiary nie mają do nich pretensji za sposób, w jaki zrabowano im cenne przedmioty. Maijstral, na przykład, posiadał wszelkie zalety: szlachetne urodzenie, wykształcenie w Cesarstwie, odpowiednie koneksje. Gdy Gregor jako nastolatek usłyszał o Maijstralu i Nichole, przez wiele tygodni dyszał zazdrością.

Problem polegał na tym, że Gregor nie pochodził z klas wyższych. Gdyby kiedykolwiek spotkał Nichole, nie wiedziałby nawet, jak się do niej zbliżyć, o czym rozmawiać. Gdy zostanie uznanym Licencjonowanym Włamywaczem, będzie się musiał nauczyć zachowania wśród tych ludzi, poznać ich sposób mówienia i myślenia, zrozumieć ich wzajemne relacje. Wiele się nauczył, obserwując Maijstrala. Brał lekcje dykcji. Dowiedział się, że fryzura, którą nosił w swoim macierzystym świecie, byłaby prowokacją na wielu planetach Cesarstwa. Oduczył się malować twarz pastelami, jak to z upodobaniem robił w młodości, mówił teraz „prawdopodobnie" zamiast „chyba" i „drobnostka" zamiast „betka". Ciągle jednak miał przed sobą długą drogę.

Gregor spojrzał na Maijstrala, który bezszelestnie pojawił się z prawej strony za jego plecami.

- Chyba znalazłem - oznajmił Gregor. - Włamałem się do komputerów kompanii telefonicznej i zdobyłem numery oraz adres hrabiny Anastazji. Sprawdziłem adresy w swoim zbiorze danych o zabezpieczeniach i okazało się, że wczoraj Anastazja znacznie wzmocniła ochronę swojej rezydencji. Może to oznaczać, że przygotowała się na porwanie Jensen.

- Jakiego typu zabezpieczenia? - spytał Maijstral.

- Zapadniki, wyjce i flaksy.

- A poza tym?

- Żadnych pętli. Zatem może chodzić nie o ochronę pojedynczego obiektu, ale o cały obszar. Na przykład teren, gdzie trzyma się więźnia.

- Potrafisz dotrzeć do planu budynku?

- Prawdopodobnie. Chyba. Sprawdzę w zarządzie planowania. To pozwoli mi na użycie programu odzierającego, który kupiliśmy od Postona.

- Możesz sprawdzić, do kogo należy dom?

- Już się robi.

Gregor, odchylony w fotelu, umysłem wydał komputerowi komendy, prowadził nadzór, gdy ten wdzwaniał się do zarządu planowania, a potem pruł przez systemy zabezpieczenia jak cesarski krążownik przez moskitierę. Odzieracz Postona działał brutalnie, bezbłędnie, bez elegancji. Ani jednego punktu za styl.

Gregor się uśmiechnął, gdy dane zaczęły się pojawiać w ośrodkach optycznych jego mózgu.

- Woolvinn Wynajem Ltd. - powiedział. - Szefie, zajrzeć do domowego komputera hrabiny? Sprawdzimy dostawy jedzenia i przekonamy się, ile osób tam przebywa.

Po chwili zastanowienia Maijstral odparł:

- Jeśli masz pewność, że się w ten sposób nie zdradzimy...

- Używając Odzieracz Postona - nie. Zawsze mogę przerwać połączenie, twierdząc, że to pomyłka.

- Dobrze. Ruszaj.

- Aż nadto.

Gregor zapuścił program. Głową kiwał w rytm utworu Vivaldiego. Spojrzał na Maijstrala - głęboko osadzone oczy szefa sprawiały wrażenie nieobecnych. Gregor przypomniał sobie poranną rozmowę Maijstrala z Piętrem Quijano i zatroskał się. Przypuszczał, że Maijstral tylko gra, ale z nim nigdy nic nie wiadomo.

- Szefie, co z relikwią? - spytał.

- Tak, Gregor. - Maijstral patrzył nieobecnym wzrokiem.

- Pan tylko udawał, że chce pan sprzedać Cesarskim ten kontener, prawda? To znaczy, tak naprawdę nie zamierzamy tego zrobić?

Maijstral odwrócił ku niemu zamknięte oczy, i można było wyczuć, że intensywnie myśli.

- A gdybyśmy sprzedali, przeszkadzałoby ci to?

Gregor przesunął się niespokojnie na krześle.

- No, niezbyt szanuję Konstelację i tych wszystkich nieudolnych, którzy tym rządzą, ale to nie znaczy, że chciałbym, by znowu rządzili nami kosmici. A już na pewno nie Cesarz. Poza tym mój dziadek brał udział w Rebelii i często mi opowiadał, jak to było za Cesarstwa. Dla wielu ludzi nie było to nic dobrego.

Maijstral lekko się uśmiechnął. Utwór Vivaldiego osiągnął kulminacyjny moment i umysł Maijstrala wędrował gdzieś w muzyce.

- Prawdopodobieństwo, że Cesarstwo wróci, jest niezbyt duże — odparł. - I jeszcze coś. Ci ludzie ukradli naszego klienta.

- Zauważyłem to, Gregorze.

Gregor nachmurzył się. Nie był pocieszony.

Maijstral wyciągnął rękę ku odtwarzaczowi Gregora, nacisnął zapadnię, usunął Vivaldiego.

- Co potem?

- Ślimak.

Ręka Maijstrala wybrała drugie nagranie.

- Niech będzie Ślimak. Zawsze lubiłem d-moll. - Opuścił nagranie w zapadnię i nacisnął guzik odtwarzania. Odwrócił się do Gregora.

- Jakieś informacje od hrabiny?

- Tak jest. - Gregor skupił się na danych igrających od kilku chwil w jego umyśle.

- Wygląda na to, że hrabina miała wielu gości ubiegłego wieczoru. Dużo wina i obiad dla czworga. - Zaśmiał się. - Komputer przygotował śniadanie dla piątki i lunch również na pięcioro. Skąd ta piątka?

- Chyba się domyślamy.

- I... zaraz, zaraz... zamówiła narzędzia, drewno budowlane i sklejkę.

- Czyżby jaśnie pani zamierzała zabić okna deskami?

- Możliwe. Zamówiła również masywne zamki i narzędzia do ich zamontowania oraz przebranie Ronniego Rompera ze składu kostiumów. - Spojrzał na Maijstrala. - Ronnie Romper?

Muzyka unosiła się w pokoju. Maijstral wzruszył ramionami.

- Może to jej ulubieniec. W młodości ja też go lubiłem.

- A ja nie. Chyba z powodu tego uśmiechu, który nigdy nie znika.

Maijstral kiwał głową w rytm wioli. Wzrok miał rozmarzony.

- D-moll. Zawsze lubiłem pierwsze cztery takty.

- Ja też, szefie. - Gregor spojrzał na Maijstrala. W umyśle brzęczał mu niepokój. Wiedział, że Maijstral odciągnął go od pytania o losy relikwii i zrobił to bardzo fachowo, ale jego podziw dla Maijstalowego stylu nie zlikwidował niepokoju. Nie miał nic przeciwko dbałości o zyski, ale również nie podobał mu się pomysł powrotu Cesarstwa.

Muszę się nad tym jeszcze zastanowić, pomyślał.

Woolvinn Wynajem miał małe biuro w centrum Peleng City. Obok wejścia umieszczono miedzianą tablicę, którą prawdopodobnie codziennie polerowano. Drzwi były nieprzezroczyste z zewnątrz, ale przezroczyste od wewnątrz, by recepcjonista widział nadchodzącego klienta i mógł wybrać odpowiedni sposób powitania. Roman wszedł do środka i spojrzał na urzędnika przez różowe okulary.

- Proszę z panem Woolvinnem.

- Pan Woolvinn nie żyje od osiemdziesięciu lat - poinformował urzędnik. Był Tanauerem i patrzył na Romana zwężonymi, pogardliwie mrugającymi membranami. - Zaprowadzę pana do pana Clive'a. Kogo mam przedstawić?

- Nazywam się Castor. Jestem osobistym sekretarzem lorda Gravesa. - Roman wręczył Tanauerowi wizytówkę. Prawdziwy Graves, daleki kuzyn Maijstralów, mieszkał w Cesarstwie. Był młodym sknerą, który śmiertelnie by się obraził, gdyby wiedział, w jakim celu Roman wykorzystuje jego nazwisko, ale ze skąpstwa nie wysłałby listu protestacyjnego.

Tanauer ukłonił się, smagnąwszy przy tym pasiastym ogonem i zaprowadził Romana do pokoju wyłożonego jasną boazerią.

- Proszę tu poczekać, proszę pana. - Wskazał krzesło, potem umieszczony w ścianie barek. - Napije się pan kawy, herbaty, linka, kifa? A może wina?

- Poproszę kifa. Dziękuję.

Roman popijał drinka, czując ciepłą, tajemną radość. Miał nie tylko ozdobne okulary, lecz również miękką szarą marynarkę z ciemnym lamowanym kołnierzem i czarne koronki, stary naszyjnik z oksydowanej stali Wilkinsona i ręcznie szyte buty z brązowej skóry. Nic nadzwyczajnego - tak właśnie powinien być ubrany służący - ale sprawiało to Romanowi wielką przyjemność. W głębi duszy zawsze uważał, że byłby pierwszorzędnym lordem. Był zadowolony, że agencja Woolvinn okazała się staromodna - nie podłączyła swych zasobów komputerowych do telefonu i dlatego Roman musiał przeprowadzić rozpoznanie w staromodny sposób.

Okazało się, że Pan Clive to człowiek, mężczyzna w średnim wieku o przyjemnej powierzchowności, w ubraniu w stylu cesarskim. Roman obwąchał mu uszy. Clive poczęstował go ciastem - Roman odmówił.

- Czy to Jasper? - spytał, wskazując na stojącą w rogu, gładką, srebrną, wdzięczną konstrukcję. Mistyfikator pośledniejszego gatunku powiedziałby „autentyczny Jasper".

- Tak, rzeczywiście - odparł pan Clive. — Założyciel naszej firmy, Woolvinn Starszy, był kolekcjonerem.

Roman usiadł, Clive poszedł w jego ślady.

- Gratuluję panu Woolvinnowi dobrego smaku - powiedział Roman. - Osobiście gustuję raczej w Torfelksie, ale rozumiem, że teraz trudno zdobyć dzieła Jaspera. Lord Graves miał małą kolekcję, którą zawsze zamierzał powiększyć, ale niestety, Jaspera znacznie trudniej nabyć obecnie niż w czasach zmarłego pana . Woolvinna

- Istotnie - wymamrotał pan Clive.

- Lord Graves wybiera się w podróż po Konstelacji - oznajmił Roman. — Chciałby spędzić miesiąc na Peleng. Od dziś za półtora roku. Chce mieć odpowiednie lokum.

- Na pewno jego lordowska mość myśli o domu w mieście.

- Powiedziałbym, raczej na wsi. - Siedziba hrabiny Anastazji miała wiejski adres i Maijstral opowiedział Romanowi o jej gustach. — Dom powinien być obszerny, w którym mogliby bawić liczni znajomi lorda. Elegancko wyposażony, najchętniej z altaną, może z boiskiem do krokieta. Byłoby to możliwe?

- W istocie, proszę pana. - Pan Clive powtórzył to po raz trzeci. — Mamy kilka posiadłości, które byłyby odpowiednie. Za półtora roku, tak pan powiedział?

- W istocie - odparł Roman. - Tak.

Roman obejrzał hologramy kilku rezydencji, z których każda odpowiadałyby opisowi. Jak wiedział, firma Woolvinn bierze tyle za wynajęcie, że w razie potrzeby zainstaluje nawet boisko do krokieta. Czytał adresy pod każdym hologramem i gdy pokazała się piąta rezydencja, usiadł głębiej w fotelu i przechylił pysk tak, by przez okulary popatrzeć na neogeorgiański gmach z żyłkowanym porcelanowym dachem.

- Niech mnie kule biją - powiedział. - To dokładnie w guście jego lordów cesarskiej mości.

Uszy pana Clive'a zastrzygły do przodu. Delikatne światło - zbyt słabe, by można je było nazwać blaskiem - wsączyło się do jego oczu.

- Jeśli pan pozwoli, pokażę panu hol wejściowy. Marmur importowany z Couscous.

Roman rozpływał się w zachwycie nad couscouskim marmurem, meblami, znakomitym smakiem i pieczołowitością, z jaką wyposażono dom. Ponieważ lord Graves brał w podróż liczne dzieła sztuki, Romana interesowały sprawy bezpieczeństwa, więc pan Clive udzielił mu informacji na temat systemów ochronnych posiadłości. Roman poprosił o kopię hologramu, by lord mógł obejrzeć meble i wyposażenie - chemie mu ją dano. Zapytał, czy mógłby zwiedzić to miejsce; Clive powiedział, że obecnie dom zajmuje hrabina Anastazja ze świtą, ale wynajęła go tylko na miesiąc i Roman może tam zadzwonić i zapytać, czy wizyta jej nie przeszkodzi. Czy mógłby dostać numer telefonu pana Castora...?

Roman podał mu numer do domku, gdzie ukrywał się Maijstral, po czym wstał, by się pożegnać. Pan Clive odprowadził go do drzwi i obwąchał mu uszy.

Roman zauważył, że recepcjonista zupełnie odsłonił oczy (to komplement, jak przypuszczał); opuszczając biuro, skinął Tanauerowi. Gdy szedł chodnikiem wyłożonym niebieską kostką, zapłonęła w nim sekretna radość. Przez krótką chwilę dwustumetrowego spaceru między biurem Woolvinna a lataczem całkowicie zatopił się w myślach: jest panem Castorem, sekretarzem cesarskiego lorda, powiernikiem arystokracji, tancerzem w eleganckim, pięknym balecie wśród najznakomitszych kręgów Cesarstwa...

Jeśli się nad tym zastanowić, to zadziwiające, jak bardzo suknia zdobi człowieka; lamowany płaszcz i różowe okulary. Oto Roman - opanowany, muskularny pomocnik słynnego złodzieja - idzie sobie ulicą, z gracją rozdzielając przechodniom łaskawe ukłony, żywe wcielenie zasady noblesse oblige i wspaniały dowód na to, czym może być Khosalikh, jeśli się usunie kilka drobnych zahamowań. Jego tajemna radość udzielała się mijanym przechodniom, którzy szli dalej z lekkim sercem, sprężystym krokiem, wdychając świeższe jak im się wydawało powietrze, uszczęśliwieni, że wysoki, ciemny lord Khosali z taką radością witał ich na ulicy. To był mały cud - zaledwie dwustumetrowy spacer wspólnej błogości, ale jednak cud.

Roman, ciągle pełen wewnętrznego żarliwego przekonania, że jest panem Castorem, wszedł z wdziękiem do latacza i podjął cudowną podróż w niebo.

Hrabina Anastazja usłyszała, że zgłasza się domowy robot, i rzuciła słuchawkę na widełki. Maijstral cały dzień nie odpowiadał. Był prawdopodobnie w apartamencie Nichole, odrażająco folgując zmysłom, a przecież mógł być tutaj i walczyć dla Cesarstwa jak jego ojciec i dziadek...

Na myśl o tym miała ochotę splunąć.

- Maijstral ukrywa się, aż minie termin prekluzji - stwierdził baron Sinn. - Musimy się koniecznie z nim skontaktować jutro rano.

Hrabina nadal była wściekła.

- To frustrujące. Chcę mieć ten Cesarski Artefakt i chcę, żeby ta istota, Jensen, zniknęła z mego domu.

- Nie ma się, czego obawiać. Jensen w żaden sposób nie może się dowiedzieć, gdzie jest przetrzymywana. Nikogo z nas nie widziała.

Hrabina nachmurzyła się.

- Nie o to się boję. Maijstral to... człowiek leniwy. Ale ma swoją dumę.

Uszy Sinna odwróciły się w dół - wyraz zamyślenia.

- Chodzi pani o to, że może zrobić coś niewygodnego?

- Tak, o to się boję. Gdy sobie coś wbije do głowy, potrafi to skutecznie realizować. Może powinniśmy postawić dodatkowych strażników wokół domu. - Położyła baronowi dłoń na ramieniu i pogładziła gęste futro. - Znam dwójkę odpowiednich ludzi. Korzystaliśmy z ich ochrony na spotkaniu Cesarskich, na wszelki wypadek, gdyby ludzie usiłowali nam przeszkodzić.

Sinn zamyślił się.

- Im mniej wtajemniczonych, tym lepiej dla nas.

- No, nie podawałabym im prawdziwej przyczyny, dla której ich wynajmujemy. Po prostu: mam powody do obaw. Możemy im przydzielić pokoje na dole, w ten sposób będą na zawołanie, ale nie będą nam przeszkadzać.

Przepona Barona zapulsowała.

- Dobrze, hrabino - powiedział. - Nich pani zadzwoni.

Hrabina Anastazja z uśmiechem sięgnęła po telefon. Czuła niezwykły optymizm. Choć obecność tych dwóch ludzi niewiele miała zmienić, zawsze pewnym pocieszeniem było to, że podjęło się jakieś działania.

- Może później zagrasz ze mną w krokieta, hrabio? - zaproponowała.

- Z przyjemnością, pani.

Powiedziała telefonowi, pod jaki numer ma zadzwonić, wyobraziła sobie gładką, żółtą murawę, odgłos uderzeń drewnianych młotków, rześkie powietrze; baron Sinn szuka swej piłki w stosie owoców śrutowca. Cudownie, cudownie. Ona się będzie bawiła, a w tym czasie plan będzie się realizował. Czyż można mieć większe marzenia?

- Muszę się przez chwilę skupić. - Maijstral przygotował sobie późny lunch. Kanapki. - Nie przeszkadzajcie mi, proszę, chyba, że sprawa jest bardzo ważna.

Maijstral zachowywał się z taką arystokratyczną godnością, że ani Gregor, ani Pietro Omijano nie śmieli zapytać, o czym zamierza myśleć i jak długo to potrwa. Tylko Roman znał Maijstrala na tyle dobrze, by wyczuć w jego zachowaniu najmniejszy fałsz, ale Roman załatwiał sprawy w firmie Woolvinn Wynajem.

W istocie chodziło o to, że Maijstral nie miał nic do roboty, a do powrotu Romana nie chciał siedzieć tu i patrzeć na relikwiarz, słuchając zaniepokojonego Quijano. Zamierzał zjeść kanapki i dokończyć oglądanie westernu, a potem się zdrzemnąć. Wiedział, że dla utrzymania pozycji przywódcy istotne jest zachowanie pewnej zagadkowości, a wyjawienie, w jaki sposób zamierza spędzić popołudnie, nie służyłoby tajemnicy.

Usiadł na łóżku ze skrzyżowanymi nogami. Western zmierzał do katharsis: Jesse i Priscilla martwi, Bat ranny, samotny Król, przy ostatnich akordach samotnej gitary, idzie na tle krwawego zachodu słońca. Wspaniała, straszna tragedia. Maijstral natychmiast poczuł się lepiej. Nie przygotował sobie trzeciej kanapki - miałby ochotę na coś innego, ale kuchnia była terenem Romana i Maijstral nie wiedział, jak zrobić sobie coś innego. W końcu wyciągnął się na łóżku i próbował zasnąć.

To może dziwna reakcja jak na człowieka, którego honor został właśnie moralnie nadwerężony. Być może powinien się złościć, wściekać i planować krwawą zemstę. Robert Rzeźnik na pewno by tak postąpił. Maijstral jednak traktował te sprawy z większą beztroską - w istocie nie zamierzał ani wyzwać barona Sinna ani nikogo innego, ani narażać się bardziej niż dotychczas. Powiedział to tylko po to, by wywrzeć wrażenie na Quijano; ponadto oczekiwał tego Roman. Maijstral wiedział, jak należy grać swą rolę.

Zdawał sobie sprawę, że ma wielkie braki w sferze moralności, ale ta świadomość raczej mu nie przeszkadzała. Niewątpliwie miał również braki, jeśli chodzi o sumienie.

Nerwy ukojone kanapkami, bezpieczna tragedia wideo, brak sumienia. Zasnął zdrowo.

Roman przebrał się w odpowiednio skromne ubranie; z żalem rozstawał się z panem Castorem, wieszając w szafie lamowaną marynarkę. Potem dopiero poszedł obudzić Maijstrala, który był przyzwyczajony do wstawania o dziwnych porach i gdy tylko Roman cicho poskrobał w drzwi, natychmiast się poderwał.

Roman - gdy tylko zobaczył Maijstrala w łóżku - natychmiast się domyślił, że Maijstral w tajemnicy znów oddawał się niskim rozrywkom. Zrezygnowany, — choć tego nie okazał - zameldował o swych spostrzeżeniach u Woolvinna i obserwował, jak Maijstral ogląda hologram rezydencji Anastazji. Maijstral obejrzał go dwukrotnie, nerwowo kręcąc diamentem na palcu.

— Musimy ułożyć plan - powiedział, spoglądając na Romana. - Czy sądzisz, że pan Quijano potrafi utrzymać pistolet.

ROZDZIAŁ 8

Paavo Kuusinen wyciągnął się pod żółtolistnym wierzbowcem i przedrzemał większość popołudnia. Wybrał sobie wzgórze odległe niecały kilometr od rezydencji hrabiny Anastazji. Gdy uchylił powiekę, patrzył na tył domu i portyk z podwójnym rzędem kolumn, który wychodził na gładkie pole do krokieta, otoczone niskimi zaroślami śrutowca, wydającego czerwone owoce. Kuusinen miał ze sobą zdalniki, dzięki którym widział tylne okna, a za nimi niewyraźne postacie, przeważnie robotów. (Ze swego wygodnego miejsca nie mógł dostrzec zabitego deskami frontowego okna - tam w pokoju marniała uprowadzona, choć dobrze żywiona, Amalia Jensen. Ale Kuusinen był nowicjuszem w tych sprawach). Latacza zaparkował na drugim, niewidocznym stoku wzgórza.

Od rana niewiele było do oglądania; jedynie hrabina grała w krokieta z baronem Sinnem. Paavo ustawił zdalniki na maksymalne powiększenie - widział, że oboje mają i pistolety, i młotki do krokieta. Obserwował ich dość długo i przekonał się, że hrabina to gracz energiczny i zaciekły. Dała baronowi piłkę w szczególnym, czerwonym kolorze i gdy uderzyła ją tak mocno, że odgłos dotarł nawet do wzgórz Kuusinena, baron Sinn musiał szukać piłki w stosie opadłych owoców śrutowca o identycznej, co piłka barwie i rozmiarach. Kuusinen doszedł do wniosku, że wybór takiej piłki to ze strony hrabiny zagrywka psychologiczna. Skuteczna. Hrabina zwyciężyła w obu pojedynkach.

Gra zakończyła się w porze sjesty. Kuusinen zapadł w drzemkę. Gdy się obudził, ziewnął, przeciągnął się i zdalnikami przejrzał okna. Nic interesującego. Poszedł do kosza piknikowego, który mu na zamówienie dostarczyła restauracja, zjadł zimną sałatkę z łososiem, wypił butelkę rinka. Może powinienem zadzwonić anonimowo do Maijstrala i powiedzieć mu, gdzie jest przetrzymywana Amalia Jensen, pomyślał. Postanowił jednak poczekać do rana.

Ukazały się gwiazdy. Przez wierzbowiec powiał zimny wiatr. Kuusinen zadrżał, włożył płaszcz. Gdy wiatr na chwilę ucichł, Kuusinen usłyszał delikatny szept latacza, dochodzący z ciemnego nieba. Skierował zdalniki w górę i zobaczył sunącą na tle

Drogi Mlecznej sylwetkę Gustafsona SC-700 - tej maszyny nie można było z niczym pomylić. Uśmiechnął się: Maijstral miał Gustafsona.

Latacz wylądował niecałe dwa kilometry dalej, po drugiej stronie porośniętego drzewami pasma, skąd rozciągał się widok na fronton budynku. Ze swego miejsca Kuusinen nie widział przybyszów. Nie przejmował się tym. Z własnego latacza wziął trochę wspomagaczy koncentracji i przełknął je na sucho. Coś się szykowało. Był pewien, że gdy Maijstral wykona swe posunięcie, on w jakiś sposób to zobaczy.

W górze świsnął inny latacz, sunąc nad wzgórzem Kuusinena. Ten spojrzał w górę i pomachał ręką. Drugi Gustafson SC był tak, blisko, że Kuusinen dostrzegł w środku dwie osoby. Maszyna zatoczyła łuk i wylądowała przy tamtej pierwszej. Po kilku minutach oba latacze wzniosły się i pomknęły nad horyzontem.

Kuusinen zastanowił się. Zachowanie Maijstrala - jeśli to był Maijstral — wydało mu się dziwne. Potem jednak doszedł do wniosku, że latacze zostały prawdopodobnie posłane na autopilocie, na wszelki wypadek, gdyby ktoś widział ich lądowanie.

Paavo Kuusinen uśmiechnął się, gdy pierwsza fala wspomagacza zatańczyła w jego nerwach. Zapowiadała się niezła zabawa.

- Słuchaj, czy wiesz, co powstanie ze skrzyżowania wytycznika z dygotnikiem? Dziecko, które wytyka dygotki.

Amalia Jensen dusiła się ze śmiechu. Chichocząc, uniosła związane kostki i kopała nogami. Tvi uśmiechnęła się: po sjeście zostawiła związaną Amalię i wymknęła się na dół po butelkę wina; to był niezły pomysł. By jej nie wykryto, musiała przemknąć się po kręconych schodach w owalnej bibliotece we wschodnim skrzydle domu. Ale cóż to za problem dla doświadczonego złodzieja. Głębiej wtuliła się w miękki fotel.

- Mój dziadek pracował jako wytycznik przez jeden sezon - powiedziała Amalia. - Znał mnóstwo różnych historii. To było przed Rebelią. Dowodził krążownikiem w Khorn, ale nie spotkał wtedy admirała Scholdera, dopiero po wojnie. - Westchnęła. - Mój ojciec też był we flocie. Do dwunastego roku życia mieszkałam w szesnastu różnych bazach. Potem ojciec umarł podczas wypadku w Hotspur i mama tu przyjechała. Mieszkaliśmy z dziadkiem do jego śmierci...

- Moje dzieciństwo było podobne - rzekła Tvi. - Ale oboje rodzice pracowali w służbie cywilnej. - Mówiąc to, niewiele zdradzała - istniały setki milionów cesarskich urzędników cywilnych.

- Nie były to miejsca najgorsze. Granica jest dość blisko Ziemi, więc większość baz znajdowała się w pobliżu lub na planetach od dawna zamieszkanych. Mój ojciec nie był członkiem Korpusu Pionierów, nic w tym sensie.

- Ale był wojskowym, jak rozumiem.

- Panowała, no... dyscyplina. Ale nie było źle. Nie lubiłam tylko tego, że mój ojciec cały czas wyjeżdżał.

- Ale ty nie wstąpiłaś do floty.

Amalia Jensen wzruszyła ramionami. Twarz miała bez wyrazu.

- Mam łagodną epilepsję. Da się ją kontrolować dzięki lekarstwom, ale to mnie zdyskwalifikowało. Leczenie wymaga wielkich nakładów, a flota wolała wydać pieniądze na szkolenie innej osoby.

- Przykre - powiedziała Tvi. Zastanawiała się, co to takiego epilepsja. Najwyraźniej coś charakterystycznego dla ludzi.

- Mogłam się dostać do Służby Planetarnej. Ale uważałam, że albo flota, albo nic. - Odezwał się żołądek Tvi. Spojrzała na zegarek: Khotvinn powinien wkrótce przynieść kolację. Lepiej skończyć butelkę. - Jeszcze wina? - zaproponowała.

- Dziękuję. Więc zamiast tego weszłam do polityki. W każdym razie znalazłam się poza armią. - Tvi złączyła nadgarstki i kostki Amalii, nalała wina, przeszła przez pokój, usiadła w fotelu.

Amalia cały czas opowiadała.

- Sądzisz, że twój ojciec by to pochwalił? - spytała Tvi.

- Sądzę, że tak - odparła Amalia. - On i mój dziadek zawsze byli prohumanistami.

Tvi zamyślona zlizywała wino.

- Mój w ogóle mnie nie aprobował - powiedziała. - Gdy dorastałam, cały czas toczyliśmy walkę. Ale tak sobie myślę. Gdybym straciła ojca jako dwunastolatka, czy byłabym w cesarskim mundurze, usiłując się stać najlepszym oportunistą na pięćdziesięciu planetach?

Amalia Jensen zatopiła się w myślach. Ktoś zapukał do drzwi - obie kobiety podskoczyły; usłyszały głos Khotvinna.

- Zmieniam cię.

Tvi pospiesznie wylizała resztkę wina. Schowała kieliszek do szuflady. To, co zostało na dnie w butelce, wlała do filiżanki Amalii.

- Do zobaczenia - powiedziała.

- Au revoir, panie Romper - odparła Amalia z pijanym chichotem.

Tvi, zaskoczona, zauważyła długi miecz u boku Khotvinna i dziwny wyzywający blask w jego oczach. Zastanawiała się, jakiż to pomysł wpadł temu troglodycie do mózgownicy. Doszła jednak do wniosku, że musiał spędzić podniecające popołudnie przy nagraniach „Dziesięciu największych przemówień wojennych" czy czymś równie ekscytującym.

- Więzień jest w dobrym nastroju - zameldowała.

Khotvinn chrząknął.

- Jak się nazywała ta osoba, która odwiedziła ją wczoraj wieczór?

Tvi była zaskoczona tym dowodem zainteresowania.

- Tamten? Chyba porucznik Navarre.

- Aha, dobrze.

Tvi niemal widziała, jak powoli zaskakują zapadki w mózgu Khotvinna. Ten jaskiniowiec o zawziętych oczach, z mieczem przy pasie, miał w sobie coś niesamowitego; sierść na ramionach Tvi uniosła się lekko, ale świadomie ją wygładziła i podała Khotvinnowi sterownik hologramu Ronniego Rompera. Po chwili zastanowienia doszła do wniosku, że jest niemal zadowolona, iż nie zna myśli Khotvinna. Dowodziło to, pomyślała, że przez ostatni milion lat jej przodkowie, w odróżnieniu od jego przodków, zrobili prawdopodobnie pewne postępy.

Zeszła na dół służbowymi schodami, uważając, by się pijacko nie zataczać. To dziwne, myślała, że ta zakładniczka Amalia Jensen to w tym domu jedyna osoba, z którą mogę porozmawiać; jest może postrzelona politycznie, ale jej opinie nie są złowrogie i sprawia wrażenie bardziej zrównoważonej niż inni postrzeleńcy.

- Na wzgórzu, na północnym wschodzie siedzi jakiś świr - powiedział Gregor. Był w czarnym luźnym kombinezonie z miękkiej czarnej krepy, zakrywającym wszystko poza bladą twarzą.

Nie włączył jeszcze kamuflującego hologramu. - Zaparkował gdzieś swój latacz, nie widać go stąd. Facet machał do nas, gdy nad nim lecieliśmy. W ogóle nie starał się schować. Ma tam tylko drzewo, które i tak jest za cienkie, by go ukryć.

- Sądzisz, że to obserwator? - spytał Pietro. Miał na sobie skąpy czarny kombinezon i broń u pasa. Przedtem pobieżnie zapoznał się z instrukcją obsługi, ale Maijstral i jego asystenci nie wiedzieli, jak się zachowa podczas prawdziwej akcji, więc postanowili wyposażyć go jedynie w broń niezabijającą, przeciwko której ich kombinezony miały wbudowaną ochronę.

- Obserwator? - spytał Maijstral. Jego głos brzmiał dziwacznie w chmurzastej czerni hologramu. - Możliwe, choć przypuszczam, że to raczej policja albo ktoś z politycznych znajomych panny Jensen.

Pietro pokręcił głową.

- Nie. To nie jeden z nas.

- Ze swego miejsca nie widzi połowy wejść do domu - ciągnął Maijstral. - Jeśli to obserwator, lepiej by zrobił, siedząc na dachu. Ale może nie mamy tu do czynienie z profesjonalistami. - Maijstral wylądował przed chwilą po krótkim locie nad drzewami, gdy obserwował fronton domu za pomocą zdalników. - Na pierwszym piętrze, przy południowo-wschodnim rogu, jedno okno zabito deską. To wyraźna wskazówka, ale przecież hrabina nigdy nie cechowała się subtelnością.

Gregor trzymał w dłoni projektor holograficzny. Dotknął przycisku i nagle w ciemności pojawił się biały budynek. Maijstral wyłączył swój czarny kombinezon i wskazał łagodnie świecącą ręką:

- Tam.

Gregor zmienił perspektywę hologramu - powędrował przez pierwsze piętro domu.

Fronton budynku miał kształt szerokiego płytkiego U; na skrzydłach, po obu stronach, znajdowały się kryte werandy. W południowo-wschodnim rogu na pierwszym piętrze mieścił się salon, zajmujący tam skrzydło litery U. Na północ od salonu była owalna biblioteka, wysoka na dwa piętra, z ozdobnymi kręconymi schodami z kutego żelaza oraz z wielkim kryształowym żyrandolem. Zachodnie okna salonu wychodziły na dach werandy, a w północno-zachodnim rogu salonu znajdowały się drzwi, prowadzące do górnego holu frontowego. Dalej w holu, następne drzwi na zachód prowadziły do pokoju z zabitym deską oknem.

Dla Maijstrala ta sytuacja to test cierpliwości.

— Na pierwsze piętro jest zbyt szeroki dostęp - wymamrotał. - Zobaczcie. Wewnątrz domu, kilka kroków od drzwi pokoju panny Jensen, biegną służbowe schody, a zaraz za rogiem wielkie schody na parter. Tu są kręcone schody, idące z owalnej biblioteki - mają dostęp do salonu, a z salonu są tylko dwa kroki do pokoju, gdzie przetrzymują pannę Jensen. Z frontowego ganku dwie pary schodów prowadzą na taras nad frontowym portykiem i dalej do okna panny Jensen. Co tu jeszcze widać... cztery pary schodów i dwie windy.

— Dzięki temu mamy więcej dróg ucieczki - zauważył Gregor.

— Oznacza to również, że na każdej z tych dróg możemy się natknąć na problemy - stwierdził Maijstral. - Panna Jensen jest najprawdopodobniej pilnowana i nie zdołamy załatwić strażnika cichcem. Musimy, więc być przygotowani na to, że zostanie włączony system alarmowy.

- Może akcja odwracająca uwagę - zaproponował Pietro. - Ktoś z nas szturmuje tylne wejście...

Pietro zamilkł, gdy Maijstral opuścił uszy z dezaprobatą.

- Nie. Rozdzielanie naszych sił wprowadzi zamieszanie i nic nie osiągniemy, jeśli oni zignorują twój szturm i skoncentrują się na obronie panny Jensen. - Nachmurzony, kręcił pierścieniem na palcu. - Musimy zablokować pokój panny Jensen na czas potrzebny do jej uwolnienia. Musimy tylko umieścić ją w uprzęży antygrawitacyjnej i opleść obwód zbliżeniowy wokół jej szyi. Dzięki temu, nawet, jeśli jest związana, sama sobie poradzi z ucieczką, a my tylko będziemy ją osłaniać.

Przekręcił pierścień po raz ostatni, jakby podejmując decyzję.

- Bardzo dobrze. Roman i pan Quijano wchodzą przez salon na pierwszym piętrze w południowo-wschodnim rogu. Roman, ty idziesz do drzwi holu i czekasz, gotów do załatwienia ewentualnego strażnika w korytarzu. Panie Quijano, pańskie zadanie polega na zablokowaniu drzwi do schodów w bibliotece. Niech pan ich nie zamyka, tylko przystawi jakiś ciężki mebel. A potem proszę pomóc w razie potrzeby Romanowi. Gregor, wchodzisz przez nie zablokowane okno, najbliżej pokoju panny Jensen. Jeśli w korytarzu będzie jakiś strażnik, zostanie zablokowany między tobą a Romanem.

- A ty, szefie?

- Najpierw podlecę do okna panny Jensen. Chcę się przekonać, czy rzeczywiście jest tam przetrzymywana, nim ktokolwiek z nas wykona jakiś ruch.

Pietro Quijano spojrzał z podziwem na Maijstrala. Pozostali bez słowa przyjęli jego plan. Maijstral miał własne powody, by iść przodem i znaleźć się na balkonie pierwszego piętra, gdzie nie natknie się na strażników i będzie miał czystą drogę ucieczki; a przy tym w ogóle się nie spodziewał, że Pietro może podziwiać jego odwagę.

- Zbliżymy się od południowego wschodu, by nie wykrył nas ten facet na wzgórzu. Pozostańcie w ukryciu do mojego sygnału...

- Hasło „Deus vult", proszę pana? - zaproponował Roman.

Maijstral uśmiechnął się. Roman chętnie tropił bardzo dawnych przodków Maijstrala, tak dawnych, że Maijstral uważał tę genealogię za niewiarygodną. Jean Parisot de La Valette był, jak się wydaje, kawalerem, a ponadto prawie na pewno nie zaaprobowałby swego domniemanego potomka.

- Deus vult. Znakomicie. Dziękuję, Roman.

Maijstral poprosił towarzyszy, by powtórzyli, jakie zadanie im wyznaczono — chciał się upewnić, że wiedzą, co mają robić. Potem zabrał ich na szybką wędrówkę u stóp wzgórza - tak jednak, by nie było ich widać z domu - potem przez pierwszy alarm zapadkowy, półsferyczne zimnopole, otaczające budynek niewidzialną bańką. Roman, sterujący kombinezonem Pietra Quijano przez obwód zbliżeniowy, pokazał mu, jak prześlizgnąć się przez sieć.

Nad zachodnim horyzontem pojawił się jasno oświetlony latacz. Maijstral zamarł, włączając czarny kombinezon; serce mu absurdalnie waliło. Był zadowolony, że nikt nie widzi, jak drżą mu ręce. Kombinezon Romana był również włączony, ale Roman najwyraźniej podniósł zdalniki.

- Dewayne Seven - stwierdził.

Stary model, niezbyt szybki. Goście? — zastanawiał się Maijstral. Latacz zatoczył koło i wylądował z tyłu domu. To nie goście, skoro używają wejścia dla służby, pomyślał Maijstral. Hydraulicy, kucharze albo instalatorzy dodatkowych zabezpieczeń - w tym wypadku należałoby się spieszyć.

- To działa na naszą korzyść - stwierdził. - Strażnicy niechętnie użyją siły, gdy w domu będą osoby postronne.

Mina Pietra Quijano wyrażała wątpliwości. Nadal walczył ze swym kombinezonem, próbując uruchomić ciemny, maskujący hologram. Maijstral wyciągnął rękę i nacisnął ćwiek na pasie Pietra.

- Dziękuję - powiedział Pietro.

Maijstral nic nie odrzekł. Leciał już w kierunku domu, a za nim poszybowała jedna z kul medialnych - i on, i ona, tuż przy ziemi.

Stary generał Gerald, zdyszany po wysiłku - nakładał swą bitewną zbroję - znów przykucnął w rogu salonu. Podczas sjesty widział na monitorach kilka obiektów latających nad jego domem - każdy z nich mógł należeć do Maijstrala, który przeprowadzał lataczem rekonesans. Oczywiście generał nie miał pewności, ale z dużym prawdopodobieństwem podejrzewał, że Maijstral przyjdzie dziś w nocy.

Rozciągnął w uśmiechu wąskie usta, przeglądając dane z różnych pomieszczeń swego domu: miał informacje o ruchu pyłków kurzu na półkach z książkami. Maijstral nie miał żadnych szans.

Będzie wspaniale.

Maijstral dryfował nad gęstym, wypielęgnowanym trawnikiem. Rezydencja zalana była oślepiającym światłem reflektorów; zabite deskami okno było jak rana, wyraźny znak, że coś tu nie pasuje. Maijstral ustawił sensory, wykrył i przeskanował systemy zabezpieczające budynku. Odwrócił się i stopami do przodu przecisnął się przez sieć flaksów, dotarł do generatora i unieruchomił go. Holograficzny obraz, w którym tkwił Maijstral - ten model kombinezonu był bardziej zaawansowany technicznie od stroju Tvi - zaczynał przybierać jaśniejsze tony oświetlonych murów.

Bez wysiłku Maijstral dostał się na Pietro i unieszkodliwił rząd zapadników, które Gregor oznakował wcześniej miniaturowymi sygnalizatorami. Podleciał do okna ostrożnie, nie dotykając stopami balkonu, i zajrzał przez szczeliny między deskami. W oknie wisiała kotara, która zasłaniała widok. Maijstral wyjął przecinak i wyciął w deskach gładkie koło i drugie koło w szybie. Przez dziurkę przepchnął mikrokulę medialną; przeprowadził ją delikatnie pod koronkową bordiurą zasłony. To, co widziała kula, dochodziło do mózgu Maijstrala.

Amalia Jensen leżała na łożu z baldachimem, jedząc kolację z tacy. Poza tym w pokoju nikogo nie było. Maijstral odetchnął z ulgą. Zadanie przedstawiało się dość łatwo. Matowo czarna kula pomknęła skrajem zasłony, prześlizgnęła się po ciemnej boazerii, wjechała po nodze łóżka i poddryfowała na odległość dwóch centymetrów do lewego ucha Amalii Jensen. Maijstral widział siniaki na jej policzku. Zalała go złość. Przemówił za pośrednictwem mikrofonu w gardle, a kula szeptem przekazywała jego słowa:,,Niech pani nie podskoczy, panno Jensen. Tu Drake Maijstral".

Jednak podskoczyła, ale przynajmniej nie zrzuciła tacy. Gdy odwróciła głowę w kierunku kuli, Maijstral otrzymał zniekształcony widok jej szerokich oczu, rozsuniętych warg, siniaków, porów skóry przypominających kratery meteorytowe.

- Niech pani mówi szeptem, panno Jensen. Czy monitorują tu panią?

Jej poruszające się wargi dawały w umyśle Maijstrala obraz tak wielki jak Wąwóz Fassbindera na Newtonie.

- Nie - powiedziała. - Na zewnątrz stoi strażnik. Ponadto ostrzegli mnie, żebym nie dotykała okna, ponieważ jest tam zainstalowany alarm.

Maijstral zmniejszył skalę tego niepochlebnego, zbliżonego obrazu.

- Wypełniłem swoją połowę umowy - powiedział po chwili. - Chciałbym porozmawiać o zapłacie.

- Ale chyba przyszedł pan tu po to, by mnie uwolnić? - spytała zdziwionym tonem. - Gdy będę wolna, dokonamy transferu należności.

- Panno Jensen, jestem tu, by ustalić, jak mam dostarczyć obiekt i pobrać zapłatę.

W głosie Amalii narastał gniew.

- Panie Maijstral, jak pan może oczekiwać, że panu zapłacę? Uwięziono mnie.

- Niech pani mówi ciszej, panno Jensen. - Maijstral uśmiechnął się w swym holograficznym przebraniu. - Pragnę się jedynie upewnić, że pani ocena sytuacji jest taka jak moja.

- To oczywiste! Musi pan mnie tylko stąd wydostać i wtedy panu zapłacę.

- Właśnie zamierzałem wspomnieć, panno Jensen, że zwykle nie zajmuję się uwalnianiem porwanych.

- Może pan zawiadomić policję.

- Odkryliby wówczas, że wynajęła mnie pani do kradzieży bezcennego obiektu. Nie chciałbym wplątać pani w kłopoty, panno Jensen. A poza tym zawsze unikam policji.

Zapadła dłuższa cisza. Maijstral znów skoncentrował się na obrazach przekazywanych przez kulę medialną. Amalia patrzyła na niego wilkiem.

- Co pan proponuje, panie Maijstral?

- Proponuję wycofać naszą poprzednią umowę i zawrzeć nową. Za wyzwolenie pani chciałbym sześćdziesiąt. Po pani bezpiecznym powrocie do przyjaciół możemy negocjować sprzedaż Cesarskiego Artefaktu.

- Nie daje mi pan zbyt wielkiego wyboru.

- Przeciwnie, wybór całkowicie należy do pani. Może pani przyjąć moją propozycję albo sama zorganizować swoje oswobodzenie. Może pani tu zostać, aż upłynie czas pani zlecenia, a ja odzyskam swobodę działania.

- Skąd wezmę pieniądze?

- Pani najlepiej zna własne finanse. Ale przecież jest pani członkiem międzygwiezdnej, bardzo bogatej organizacji politycznej, której aktywa można w tę transakcję zaangażować.

- Wykorzystuje pan sytuację.

Maijstral odparł natychmiast:

- Panno Jensen, źle mnie pani rozumie. Moja natura i interes polegają na tym, by rozpoznać sytuację i odpowiednio reagować. Nie usiłuję ukryć faktów, na przykład tego, jak cenna jest zawartość srebrnego pojemnika, czy jak drastycznych działań mogą się dopuścić ci, którzy chcieliby go zdobyć.

Decyzję podjęła błyskawicznie.

- Zatem umowa stoi - rzekła stalowym głosem. Maijstral przez chwilę poczuł przypływ podziwu. - Sześćdziesiąt za moje uwolnienie.

- I nasz poprzedni kontrakt unieważniony.

- Tak.

- Do usług, madame. Niech pani odstawi tacę i przygotuje się do wyjścia.

Maijstral upewnił się, że kula medialna zarejestrowała transakcję, potem przesunął się na kanał komunikacyjny i szepnął:

- Deus vult.

Za nim, na skraju percepcji kombinezonu, pozostała część zespołu ubrana na ciemno, ruszyła trawnikiem. Wszystko szło nieźle.

Hrabina zapaliła papierosa, stukając nim dwa razy o filar portyku. Spojrzała na dwóch pachołków, Changa i Bixa. Obaj dobrze zbudowani, muskularni, każdy z nich niósł małą walizkę i większą torbę z narzędziami. W obecności hrabiny zdjęli czapki, a ponieważ ręce mieli już zajęte, wetknęli czapki pod pachę.

- Roboty jeszcze nie przygotowały waszych pokojów. - Hrabina mówiła w khosali. - Zaprowadzę was do biblioteki. Tam możecie poczekać.

- Tak, lady. - Z nich dwóch Chang był bardziej rozmowny, choć ani on, ani Bix, nie posługiwali się dobrze żadnym znanym językiem. - Jesteśmy szczęśliwi, że możemy się przydać.

- Tędy. - Poprowadziła ich przez gabinet i małą salę balową, potem przez salę bilardową do biblioteki. W przyćmionym świetle błyszczały oprawne w skórę woluminy. Hrabina odwróciła się - nerwoból dźgnął ją w łopatki.

- Na parterze możecie chodzić wszędzie. - Zatoczyła papierosem koło. — Możecie zamówić, co wam się podoba, a dom wam przyniesie. Na piętrze przebywa Bardzo Ważny Gość... Osobistość... - podkreślała każde słowo. Zauważyła, jak oczy pachołków zerkają w górę. - I naszemu gościowi nie wolno w żadnym wypadku przeszkadzać. Gdyby pojawiło się coś niepokojącego, jestem pewna, że będziecie umieli zareagować.

- Tak, lady. - Chang skłonił się sztywno, po chwili Bix poszedł w jego ślady.

- Robot pokaże wam drogę do waszego pokoju, gdy tylko skończy tam przygotowania.

Gdy hrabina opuszczała pokój, nerwoból spacerował po jej ramionach i barkach na ostrych jak igły paluszkach. Miała ochotę się przeciągnąć, poruszyć ramionami, ale nie - cesarska arystokratka zawsze zachowywała postawę wyprostowaną.

Musi umówić się na dodatkowy seans z robotem-masażystą. Robot nie miał takiego wyczucia jak masazysta-człowiek, ale wszyscy służący-ludzie zostali wysłani do Peleng City, gdy tylko hrabina zdecydowała się na dokonanie porwania.

Nic nie szkodzi. Niekiedy służba wymaga poświęcenia. W ostatecznym rachunku wyjdzie mi to na dobre, pomyślała hrabina.

Baron Sinn nie był pewien, czy chce być rozpoznany przez pachołków hrabiny, więc gdy ich latacz wylądował za domem, postanowił przejść na frontowy ganek. Stał cicho przy jednej z kolumn korynckich i rzucił papierosa na trawnik. Robot to jutro uprzątnie.

Poryw wiatru szarpał jego koronkami. Musi dziś wziąć prysznic, by usunąć z futra zapach papierosów. Kolejne małe poświęcenie dla dyplomacji.

Kilka stóp ponad głową barona Sinna przecinak Maijstrala cicho pruł deski zamykające okno Amalii Jensen, potem wyciął samą szybę. Kawałki drewna i szkło wzniosły się w powietrze nad głową Maijstrala, podtrzymywane przez antygrawitację. Gregor, niemal niewidoczny w maskującym kombinezonie, wisiał nad nim - zaczynał przenosić alarmy na sąsiednie okno.

Maijstral poczuł obcy zapach i zamarł. To papierosy. Czy ktoś tu palił? Nerwy Maijstrala dziwnie dygotały. Włączył odbiornik fal radiowych i wśród owadziego bzykania posłyszał wyraźny odgłos ruchów Sinna. Maijstral przygryzł wargę. Wystarczy, uświadomił sobie, żeby ta osoba zeszła z ganku i spojrzała w górę, a dostrzeże usunięte z okna deski.

- Gregor - powiedział subwokalnie - ktoś jest pod nami.

Odpowiedź przyszła natychmiast:

- Jakiś khosalijski świr. Pod kurtką ma broń. Pali silwery.

Maijstral zamrugał. Gregor szybko wyciął okno i wdryfował do wnętrza.

Dobry pomysł, zauważył w duchu Maijstral. Wleciał przez zasłony.

Amalia Jensen spojrzała na niego chłodno.

- Mój bohaterze! - zawołała.

- Niezłe miejsce - powiedział Bix.

- Aż nadto, partnerze. - Chang podszedł do ściany i na panelu serwisowym nacisnął ideogram „kuchnia". - Przysłać piwo - powiedział.

- Nigdy nie widziałem tylu książek.

- Mój brat ma trochę książek.

Bix postawił na podłodze walizkę i torbę. Wszedł na schody, czytając tytuły książek.

- „Przegląd geograficzny Terytorium Rosę na Peleng". Dwanaście tomów. Komu się chce czytać coś takiego?

- Phyllis Bertram z Terytorium Rosę.

- Nie. Ona jest z Falkland.

- To przecież na Terytorium Rosę.

- Nieprawda.

- A właśnie, że...

Obaj zachowywali się zgodnie z rutyną wytworzoną przez lata współpracy.

- „Nieintuicyjne podejście do Psychologii Kondensacyjnej", „Dzieła wszystkie Bulwer-Lyttona". Skąd oni to wzięli?

Właśnie, ciekawe. Z wyjątkiem paru pokazowych egzemplarzy książki pochodziły z miejscowych bibliotek, które przeznaczyły je do kasacji; książki potem oprawiono, by wyglądały jak rzadkie i cenne woluminy. W Woolvinn Wynajem doskonale wiedzieli, że książki potrafią znikać w kieszeniach i walizach najemców i migrują w nieznane rejony. Firma postarała się, więc, by w tej wyrafinowanej bibliotece panowała niezwykła nuda, zniechęcająca do kradzieży.

- Kto to Bulwer-Lytton? - spytał Chang.

- Nie mam pojęcia, partnerze.

Bix wchodził na podest na piętrze.

- Tu jest tego więcej - powiedział. - Stare wideo. „Król Lear". - Spojrzał na Changa. - Kto to taki?

- Z dynastii Tsanvinn. Dziadek cesarza, który podbił Ziemię.

- Stare dzieje. - Wyciągnął rękę, zamierzając otworzyć drzwi do sali recepcyjnej. - Ciekawe, co tam jest?

- Nie rób tego. Zabroniono nam...

Pietro Quijano szedł za Romanem po ścianie budynku ku ciemnym oknom południowo-wschodniej sali recepcyjnej. Zaczynał pojmować, jak działa kombinezon; przerzucał się z nocnego wzmocnionego widzenia na widzenie podczerwone, zabawiając się odmiennymi rodzajami percepcji.

Roman pracował zręcznie i szybko. Po kilku sekundach pozbawił okno systemu alarmowego i usunął z niego szybę, która wzniosła się w górę. Pietro obserwował, jak zawisła w powietrzu, nieczuła na lekki wiatr. Potem zaskoczony dostrzegł, że Roman wchodzi do wnętrza domu - sam teraz powinien za nim wejść.

Sala recepcyjna, widziana przez Pietra na wzmocnionym obrazie, pozbawiona była światłocieni - wszystko wydawało się jednakowo jasne, bez perspektywy. Pietro wylądował na podłodze; miękki dywan stłumił odgłos. Światło dochodziło spod drzwi wychodzących na korytarz, i spod drugich drzwi, prowadzących do owalnej biblioteki. Słyszał głosy, ale nie potrafił określić, skąd dochodzą.

Roman nadal się unosił, podleciał do drzwi na korytarz. Quijano przypomniał sobie, że musi zablokować drzwi biblioteczne, i rozejrzał się za jakimś ciężkim meblem. W pomieszczeniu stały długie kanapy, kilka krzeseł i biurko. Pietro podszedł do biurka i zaczął je ciągnąć do drzwi po grubym dywanie. W uchu usłyszał subwokal Romana.

- Nie rób tego. Mogą usłyszeć.

Pietro zamarł przed drzwiami biblioteki.

- Ciekawe, co tam jest? - dobiegł głos tuż zza drzwi. Pietro zastanawiał się gorączkowo, co ma teraz zrobić. Łomot serca zagłuszał dochodzącą rozmowę. Tego nie było w planie. Doszedł do wniosku, że powinien przytrzymać drzwi.

Drzwi się otworzyły.

W Pietra wpatrywał się zaciekawiony Bix. Zareagował momentalnie - zapominając o broni, którą ma przy pasie, o tym, że w kombinezonie jest prawie niewidoczny - z całej siły wyprowadził cios pięścią. Uderzenie zmiażdżyło Bixowi nos. Pachołek wylądował na barierce podestu, odbił się i Pietro zadał drugi cios, który przypadkowo trafił przeciwnika w szczękę. Bix padł nieprzytomny. Pietro wycofał się do pokoju i zatrzasnął drzwi do biblioteki. Odwrócił się do Romana - ten wyciągnął broń i użyłby jej, ale Quijano stał na drodze strzału. Pietro czuł w knykciach ostry ból.

- No to wpadliśmy - rzekł Pietro i natychmiast zasłonił sobie usta, gdyż powiedział to głośno.

Khotvinn nastroszył uszy, usłyszawszy obcy głos.

- No to wpadliśmy.

Jak ta-la-la, chłopcze, pomyślał. Odwrócił się i lewą ręką wyciągnął miecz, a prawą Ogłuszacz. Z rykiem szturmował drzwi.

Khotvinn dzielny! Khotvinn wspaniały!

Posieka intruzów jak kawałek sera.

Chang widział, jak Bix pada bez czucia, znokautowany przez postać, którą ledwo było widać. Nie zdziwił się - nie miał dość wyobraźni, nie miał daru przewidywania, więc nigdy się nie dziwił, gdy jego przewidywania okazywały się nieprawdziwe.

Bardzo Ważny Gość ma silny cios i ostre poczucie prywatności, pomyślał Chang. Nie zamierzał tłumaczyć się przed hrabiną za Bixa, który wtargnął do pokoju bez pozwolenia. Nagle usłyszał ryk i odgłos strzałów. Doszedł do wniosku, że dzieje się coś złego.

Podszedł do panelu serwisowego, dotknął ideogramu „komunikaty ogólne".

- To Chang z biblioteki - powiedział. - Na górze toczy się jakaś walka.

Potem poszedł po swoje pistolety.

Roman usłyszał głos Pietra i przeraził się. Wiedział, że musi działać szybko, stłumił, więc przerażenie, odwrócił się do drzwi prowadzących na korytarz, otworzył je gwałtownie i wycelował z pistoletu. Miał przed sobą ponad dwumetrową rudą lalkę z czarodziejską różdżką w dłoni i radosnym, lekko figlarnym uśmiechem przylepionym do twarzy; lalka wykonywała skok z podniesioną stopą.

Roman usunął się na bok. Lalka oczekiwała na swej drodze drzwi - teraz straciła równowagę i machając rękami, upadła na podłogę w salonie. Pietro wpatrywał się w zjawę. Roman wystrzelił z ogłuszacza — na lalce i Piętrze pojawiły się wzorce energetyczne, plujące jasnymi barwami. Wiedział, że kombinezon Pietra zabezpiecza przed takimi atakami; widocznie kombinezon lalki potrafił to samo. Do diabła! Roman zatrzasnął drzwi i rozejrzał się za jakimś przedmiotem, którym mógłby uderzyć lalkę.

Skoczyła na nogi, na ślepo poruszając się w nieoświetlonym pokoju. Nie mogła zobaczyć swych przeciwników w maskujących kombinezonach. Jej uśmiech olśniewał.

- Przygotujcie się na śmierć, ludzkie męty! - ryknęła. Na ślepo wystrzeliła z pistoletu. Kule roztrzaskały meble.

- Ronnie Romper? - spytał Pietro.

Maijstral umieścił Amalię Jensen w uprzęży antygrawitacyjnej, na szyję włożył jej obwód zbliżeniowy. Nagle serce mu skoczyło, gdy usłyszał wycie Khotvinna i odgłosy bijatyki.

- Tędy - powiedział i jak strzała ruszył do okna.

Stojący na ganku baron Sinn, zdziwiony harmiderem spojrzał w górę, wyciągnął pistolet i pognał do schodów, które na zewnątrz budynku łączyły frontowy ganek z balkonem na piętrze.

W biegu baron włączał swe osłony. Dostrzegł przepiłowane deski w oknie pokoju Amalii Jensen, a potem zobaczył, jak zmienia się widok okna, gdy Maijstral przenika przez nie w ciemnym kombinezonie. Sinn strzelił, jego rozpylacz odłupał płonące kawałki muru.

Maijstral instynktownie odwrócił się i z powrotem wleciał do wnętrza pokoju. Co za idiota ze mnie, przeklinał się w duchu, mógłbym przecież bez problemu zniknąć. Wyciągnął własny rozpylacz i kilkakrotnie strzelił w okno, by dać baronowi do zrozumienia, żeby tu nie wchodził.

Amalia Jensen unosiła się pośrodku pokoju. Była zaskoczona. Jasne, że bez odpowiedniej ochrony nie może wyjść przez okno.

- Przepraszam - powiedział Maijstral. Otworzył drzwi. - Tędy, proszę.

Gdy zaczęła się walka, Gregor podziwiał właśnie - i w myślach wyceniał - wazon Basila, stojący na osiemsetletniej, ręcznie rzeźbionej komodzie z couscouskiego marmuru. Dlatego z opóźnieniem otworzył drzwi i wetknął nos oraz pistolet w korytarz; wtedy zobaczył zatrzaskujące się drzwi do południowo-wschodniego salonu recepcyjnego. W korytarzu nic nie było. Wtedy rozpylacz barona Sinna zaczął odłupywać kawałki muru ze ściany z tyłu za Gregorem. Gregor doszedł do wniosku, że jego Ogłuszacz niezbyt pasuje do sytuacji, odłożył go i wyciągnął swój dysruptor.

Otworzyły się drzwi do pokoju Amalii Jensen.

- Tędy, proszę. - To głos Maijstrala. Nieznana Gregorowi kobieta wyleciała w uprzęży antygrawitacyjnej, za nią Maijstral ostrzeliwując się z tyłu.

- Co się dzieje, szefie? - spytał Gregor.

Maijstral omal nie wyskoczył ze skóry.

Sierżant Tvi samotnie jadła kolację w kuchni dla służby, gdy Chang zawiadomił ją przez interkom o bójce na piętrze.

Tvi na ratunek! - pomyślała radośnie. Serce jej rosło, gdy wyobraziła sobie, jak przy dźwiękach dramatycznej muzyki rzuca się w wir walki i w ostatniej chwili ratuje Cesarstwo.

Włączyła kombinezon, wyjęła pistolet i błyskawicznie wbiegła po schodach.

Dzika radość napełniła hrabinę Anastazję, która usłyszała komunikat Changa. Podeszła do panelu serwisowego i przycisnęła ideogram „komunikaty ogólne".

- Zabij ich! - wrzasnęła i już ruszała po strzelby sportowe, znajdujące się w jej prywatnym gabinecie. Przyszło jej jednak coś do głowy, więc znów nacisnęła ideogram na panelu.

- Bądź teraz stanowczy - dodała. Stanowczo.

Działania hrabiny mogą stanowić interesujący komentarz do natury ludzkiej. Czasami wydaje się dziwne, jak w chwilach stresu decydującą rolę odgrywa trening. Hrabina mogła przecież polecić domowi, by zrobił to za nią, ale zgodnie z Wysokim Obyczajem to po prostu nie przystało, nikt się nie odwracał i nie krzyczał na obiekty nieożywione, zwłaszcza w obecności innych istot rozumnych. Wdzięcznie podejść do najbliższego panelu serwisowego, by cicho wydać polecenie - to właściwe postępowanie we wszystkich sytuacjach, poza być może skrajnymi.

Hrabina Anastazja, nawet zagrzewając przyjaciół do walki, pozostawała panią. Nawet, gdy uznała, że osobiście musi się zaangażować w rzeź, miało się pewność, że w jakimś stopniu pozostanie ona ponad to i zrobi wszystko, by krew za bardzo nie spryskała jej sukni.

Szlachectwo nie jest wrodzone - wymaga długiej nauki. Ale gdy ktoś się go nauczy, trudno się oduczyć - pozostaje silne jak instynkt. Dlatego trening triumfuje nad sytuacją.

Licencjonowany Włamywacz to inny przykład. Kradnie - no i dobrze. Ale robi to stylowo, z wdziękiem, i ludzie mu wybaczają. Czasem nawet przytrzymają drzwi, gdy z łupem wychodzi w noc. Wytrenowana uprzejmość przetrzyma najbardziej zadziwiające i prowokacyjne postępki, w tym kradzież.

Można jedynie mieć nadzieję, że złodziej i ofiara przestrzegają tych samych zasad.

W pokoju zakładniczki wszystko zajęło się ogniem. Otworzyły się drzwi szafy, i prosty robot, który miał tylko pilnować, czy ubrania są starannie powieszone, wyciągnął długie mechaniczne ramię i zaczął rozpylać środek gaśniczy.

- Ronnie Romper? - spytał Pietro. Natychmiast zakrył usta dłonią, gdy olbrzymi rudy duch odwrócił się w stronę głosu i podniósł magiczną różdżkę. Pietro doszedł do wniosku, że różdżka nie przeniesie go na Magiczną Planetę Przygody, gdzie miła ciocia June i zrzędliwy, lecz dobroduszny, wuj Amos udzielą swych mądrych rad między walkami z prehistorycznymi zwierzętami albo zdegenerowanymi kosmitami; różdżka najprawdopodobniej rozwali go na pół. Krzyknął i śmignął za kanapę, a miecz już z gwizdem siekł poduszki.

Roman stał za Khotvinnem, podniósł metalowe krzesło i walnął Ronniego Rompera dokładnie w ciemię. Ronnie zawył i obrócił się, a jego magiczna różdżka rozsiewała bajeczny pył iskrzącym się łukiem. Kobiecy głos w interkomie obiecywał śmierć i stanowczość. Ronnie znów się okręcił - Roman uniósł krzesło, by go powstrzymać. Miecz ciął przez krzesło i utknął w nim, drżąc. Roman obrócił krzesło, wyrwał miecz z dłoni Ronniego Rompera, cisnął go w kąt.

- Kwiaty straty! - krzyknął Ronnie Romper. Uśmiech z jego twarzy nie znikał.

Roman uświadomił sobie, że to Ronnie zniszczył kwiaty Amalii. Napełniła go wściekłość.

- Barbarzyńca! - zawołał i silnie uderzył Rompera w nos. Ronnie się odwinął, ale nie trafił. Roman znów zadał celny cios, kopnął Ronniego w splot słoneczny, obrócił się i kopnął go prosto w czoło. Khotvinn padł ogłuszony.

- Masz nauczkę, ty prostaku - rzekł Roman dobitnie. Otrzepał dłonie i już otwierał drzwi. (Uprzejmość, uprzejmość. Tu znów wychodzi trening). W korytarzu zobaczył Gregora, Maijstrala i Amalię Jen sen.

- Panie i panowie, tędy proszę - powiedział z zamaszystym ukłonem.

Tvi dotarła na szczyt schodów służbowych. Przez wzmacniacze sensoryczne, przez triumfalną muzykę, która w jej mózgu akompaniowała filmowi, do Tvi dotarł dziwny khosalijski głos: „Panie i panowie, tędy proszę" i gwar przechodzących ludzi. Miała wrażenie, że jest ich wielu. Wtedy przypomniała sobie, że ma tylko Ogłuszacz i że prawdziwi włamywacze gardzą przemocą. Uświadomiła sobie również, że jeśli odsunie się od drzwi, nie uniknie niefortunnych zdarzeń, jakie spotkały ją wówczas, gdy pokonywała okno pokoju Amalii Jensen.

Postanowiła chwilę poczekać.

Baron Sinn zorientował się, że w jego rozpylaczu nie ma już energii, nie ma już zapasowych ładunków i trzeba działać szybko. Polecił swą duszę Cesarzowi oraz Szesnastu Aktywnym i Dwunastu Biernym Cnotom, pobiegł i skoczył głową naprzód w wybite okno pokoju Amalii Jensen. Upadł na podłogę, przetoczył się, wysunął broń gotową do strzału.

Pokój był w ogniu, kłębił się dym. Oczy barona piekły. Zobaczył niewyraźną rękę wysuniętą z szafy i trzema strzałami rozpylacza rozwalił na kawałki prostego robota, który usiłował stłumić ogień.

- Jasny gwint - zaklął, gdy zorientował się, że to pomyłka. Dyszał. Pokój całkowicie wypełnił się dymem.

Pietro wstał z ukrycia za kanapą. Amalia Jensen przelatywała przez drzwi za Maijstralem.

- Panno Jensen! - zawołał radośnie. Wychodząc zza kanapy, potknął się o miecz Khotvinna, tkwiący w rozbitym krześle, i padł na podłogę.

Amalia, usłyszawszy łomot, spojrzała w tamtym kierunku.

- O, cześć, Pietro - powiedziała.

Chang, nasłuchując hałasów i głuchych uderzeń dochodzących z piętra, mocował się z pasem ochronnym i sięgał po strzelbę dysruptora. Spojrzał w górę, spochmurniał, patrząc na ciało nieprzytomnego Bixa, i doszedł do wniosku, że bezpośredni atak po kręconych schodach pełen jest niebezpieczeństw. Otworzył francuskie drzwi na mały wschodni ganek i przyjrzał się oknom w południowo-wschodnim saloniku. W jednym z nich dostrzegł gładką dziurkę. Na pewno tędy uciekli ci nikczemnicy.

Uśmiechnął się. Do diabła, są w pułapce.

Przykucnął za metalowymi donicami i odsunął paprocie z pola widzenia. Obserwował okno. Osoba o większej wyobraźni poczekałaby, aż wrogowie będą usiłowali opuścić dom, a potem przy wyjściu przejęła ich po kolei. Ale, jak wspomniano, Chang nie miał zbyt dużej wyobraźni.

Strzelił. Powietrze zaskwierczało.

Roman podniósł eksploder Khotvinna, sprawdził, czy jest naładowany, i przygotował go do strzału.

- Tędy. - Maijstral wskazał otwarte okno i gdy już miał przeskoczyć przez parapet, na displayu kombinezonu zaczęły migać ostrzegawcze światełka, informując, że przez okno wdzierają się niewidzialne pioruny dysruptora. Maijstral zatrzymał się gwałtownie, rozejrzał po pokoju - zobaczył drzwi do biblioteki. Przypomniał sobie, że zawsze przechodzi pierwszy i ma już tego dosyć.

- Tamtędy! - powiedział, wskazując drzwi.

Tvi wzięła mikrokulę medialną z pasa i kazała jej się rozejrzeć za rogiem. Tvi musiała dokładnie sprawdzić, czy nie ma tam pewnego osobnika, którego obecność zaznaczona jest tylko dziwnym migotliwym zniekształceniem kombinezonu. Stał w drzwiach salonu recepcyjnego, najwyraźniej w charakterze straży tylnej. Reszta już się przedostała do salonu recepcyjnego.

Tvi zastanowiła się nad sytuacją. Dramatyczna muzyka buchnęła w jej głowie. Tvi Cicha, Tvi Złodziejka zajdzie tę paczkę od tyłu i wybije ich po kolei! Jeśli dobrze to przeprowadzi, nawet się nie zorientują, że ich podchodzi.

Roman rzucił się przez drzwi biblioteki, zobaczył poniżej jakiś ruch i trzema dobrze wycelowanymi strzałami z Khotvinnowego eksplodera całkowicie rozwalił robota, który - na wcześniejsze zlecenie Changa - przyniósł kilka piw. Piana rozlała się po dywanie. Roman poczuł ukłucie żalu.

- Tędy - powiedział i przerzucił swe ciało przez barierkę, ześlizgując się antygrawitacyjnie na parter. Maijstral, Amalia Jensen i Pietro zrobili to samo.

Tvi przykucnęła, przygotowała się i nagle z impetem rzuciła na migoczącą postać w drzwiach. Pierwszy bolt Gregora nie trafił i Gregor nie zdążył wystrzelić drugiego. Tvi rzuciła się na Gregora, przypierając go do framugi. Stracił oddech i opadł na podłogę. Tvi zobaczyła gwiazdy przed oczyma, ale sięgnęła po omacku do wnętrza maskującego kombinezonu Gregora, zlokalizowała jego kark, doszła do wniosku, że powyżej musi być głowa, i walnęła w to miejsce kolbą ogłuszacza. Celnie. Gregor osunął się na podłogę.

Tvi uśmiechnęła się niewidocznie za swym holograficznym całunem. Sytuacja poprawiała się, jeśli chodzi o Los Cesarstwa.

Khotvinn powracał do zmysłów przez rozbłyski gwiazd. Kilkanaście mikrych ludzi ukrytych w kombinezonach ustawiło się wokół niego z palami. Ale Khotvinn jeszcze trwał - był pewien, że posiekał przynajmniej pięciu czy sześciu, a pozostali z pewnością stracili ducha walki. Wstał, po omacku poszukał miecza - wyciągnął go z metalowego krzesła. Od razu poczuł się lepiej. Gdzie te śmierdzące gołe brzuchy?

Ktoś w kombinezonie maskującym prowadził zapasy w korytarzu; w jasnym świetle biblioteki Khotvinn dostrzegł, jak Amalia Jensen, z nadal spętanymi kostkami, schodzi na parter.

Światło! Gdy zobaczy swą ofiarę, nic go nie powstrzyma! Gdyby zdrajcy nie wyłączyli świateł, byłby niepokonany.

Khotvinn z rykiem podniósł miecz i ruszył.

Wreszcie coś się dzieje! Śmierć zdrajcom!

Szczebiocząc, hrabina gnała korytarzem do biblioteki, trzymając nowy, zrobiony na zamówienie maper firmy Nana-Coulville, ze składanym para-bojowym trzonem i celownikiem typu Trovinn XVII. Pieśń bojowa hrabiny brzmiała prosto:

- Zabić, zabić, zabić... stanowczo, stanowczo, stanowczo.

Było to jednak odśpiewane w wysoko-khosalijskim i każde słowo stanowiło komentarz do słowa poprzedniego; pieśń chwytała za serce. Hrabina śpiewała z całej duszy. Nawet wspaniała Sebastiana nie włożyłaby w to więcej uczucia.

Jak nam stale przypominają, najlepsze są proste przyjemności.

- Powiedz - odezwał się Pietro Quijano, pamiętając tym razem, by wokalizować dźwięki - czy nie powinniśmy zaczekać na Gregora?

Stał na podeście w bibliotece przy drzwiach, obserwując Amalię Jensen, która opuszczała się w dół na środek pokoju, gdzie leżał dymiący robot, a strumień piwa rozlewał się po kosztownym dywanie. Wtedy Pietro usłyszał wycie, które ścięło mu krew. To Ronnie Romper nadchodzi, by posiekać pannę Jensen na kawałki.

Umysł Pietra pracował w tej chwili z zadziwiającą jasnością. Pietro opadł na podest i wpakował stopy w korytarzyk.

Ronnie Romper z wyciem leciał korytarzykiem, potknął się o stopy (zawył), zrobił idealny architektoniczny łuk (zawył), gdy wzbił się nad ciałem nieprzytomnego Bixa oraz poręczą z kutego żelaza i - ciągle wyjąc - spadł sześć metrów w dół na podłogę biblioteki.

Dom się zatrząsł; fontanna piwa trysnęła pod żyrandol. Amalia Jensen - omal nie trafiona - patrzyła ze zdziwieniem.

Mając lekkie mdłości, Pietro ostrożnie spojrzał przez barierkę. Ronnie, rozpostarty na podłodze w kształcie litery X, kierował ku górze niezmienny uśmiech. Pietro czuł, jak buntuje się mu żołądek.

- No i koniec z nim! - stwierdziła Amalia Jensen. Spoglądała to na Pietra, to na Rompera. - Dziękuję ci, Pietro.

- Cała przyjemność po mojej stronie, panno Jensen. - W tym momencie Pietro uświadomił sobie z bólem serca, że nigdy więcej nie odwiedzi Magicznej Planety Przygód.

Tvi przykucnęła w przejściu i ze zdziwieniem obserwowała, jak olbrzym Ronnie Romper rzuca się przez pokój; jego wiecznie uśmiechnięte usta wydały chrapliwy ryk. Potem trzask, zadrżał cały dom, nie było jednak żadnych strzałów ani odgłosów walki.

Czas na podchody, postanowiła Tvi.

Baron Sinn, polecając swą duszę, komu trzeba, prawie pokonany przez dym, wleciał do korytarza zamaskowany w fali pożaru. Ledwo widział, gdy zataczając się, biegł do południowo-wschodniego salonu.

Przez załzawione oczy dostrzegł jednak w drzwiach postać w kombinezonie. To na pewno niewierny. Sinn podniósł rozpylacz i strzelił.

Tvi krzyknęła, gdy rozpylacz zmiótł kawał ściany tuż nad jej głową. Dzięki kombinezonowi Tvi miała widok korytarza z tyłu i z ulgą zobaczyła Sinna, który - jak sądziła - podążał z odsieczą. Jednak szef, nie deklarując wrogich zamiarów, strzelił do niej.

To nie fair, pomyślała. Nie zamierzała się zastanawiać, dlaczego baron otworzył ogień. Najważniejsze teraz pytanie: czy osłona kombinezonu chroni przed rozpylaczem?

Jak błyskawica Tvi podleciała do schodów służbowych. Drugi pocisk rozpylacza trafił w mur.

Baron Sinn gonił ją, dysząc i zataczając się. Tej sztuce na pewno nie pozwoli umknąć.

Maijstral zastanawiał się, czyby nie opuścić domu drzwiami na wschodni taras, ale doszedł do wniosku, że ten, kto wystrzelił z dysruptora, ze swego stanowiska z łatwością dosięgnie również wschodniego tarasu. Maijstral wskazał drzwi prowadzące do wnętrza domu.

- Tamtędy - powiedział. - Potem na północ.

Roman otworzył na oścież drzwi i ruszył przez nie - wpadł na hrabinę Anastazję i powalił ją na podłogę.

- Przepraszam, lady — powiedział natychmiast i uwolniwszy ją od mapera, z galanterią podał jej rękę i pomógł wstać.

Na czole hrabiny pojawił się głęboka bruzda w kształcie X - wyraz wściekłości.

- Giń, rebeliancki łotrze! - warknęła i odepchnęła pomocną dłoń Romana.

Nawet dobrze wytrenowana uprzejmość ma swe granice. Roman zesztywniał. Na usta cisnął mu się komentarz do jej gburowatego okrzyku, niegodnego szlachetnej damy. Roman się jednak powstrzymał.

- Dobrego wieczoru, lady - odparł tylko grobowym, oburzonym tonem. - Pani uniżony sługa.

I wściekły poszedł w głąb domu.

- A gdzie Gregor? - spytał Pietro Quijano.

Nadal stał na podeście, nasłuchując wybuchów rozpylacza w korytarzu, gdzie - o ile wiedział - Gregor samotnie stał przeciw cesarskim zastępom.

Maijstral chyba tego nie słyszał, gdyż gnał przez korytarz. Wybuchy rozpylacza ustały.

- Gregor?! - zawołał Pietro subwokalnie. W odpowiedzi usłyszał chrząknięcie.

Zajrzał do salonu recepcyjnego i zobaczył ciało Gregora rozłożone w przejściu, a nad jego głową dymiącą dziurę po pocisku rozpylacza.

W pobliżu nie zauważył żadnych wrogów. Pietro z powrotem wślizgnął się do saloniku, wziął Gregora w uchwyt strażacki - z łatwością, gdyż Gregor był w antygrawitacyjnej uprzęży i w zasadzie nic nie ważył - i pognał za pozostałymi towarzyszami.

Maijstral, usłyszawszy żałosne wołania Pietra, szukającego Gregora, pomyślał w pierwszej chwili, że bez pachołków można się w końcu obyć. Myśl druga: bez Pietra w zasadzie też.

Przecież zgłosili się na ochotnika. Podniesiony na duchu, leciał pod sufitem, chcąc uniknąć hrabiny - kusiło go, by powiedzieć coś okrutnego, ale postanowił zachować korzystną pozycję - zwiększył, więc prędkość, kierując się na tył domu.

Grupa natknęła się tylko na robota z gaśnicą, biegnącego do służbowych schodów, a potem wyleciała przez tylne drzwi i przyspieszyła nad polem do krokieta. Po drodze minęli Tvi, która wskoczyła do latacza Bixa i usiłowała zerwać blokadę i ruszyć, nim baron wypuści w jej kierunku następny pocisk.

Maijstral zawołał latacze, by przybyły mu na spotkanie półtora kilometra stąd.

Tvi udało się uruchomić Dewayna Seven i odlecieć.

Baron Sinn wybiegł z domu, machając rozpylaczem. Oślepiony łzami, nadepnął na swoją czerwoną piłkę do krokieta i rozciągnął się na trawie jak długi. Przez załzawione oczy widział tylko migoczące gwiazdy.

Do Bixa dotarł zapach piwa. Oparł dłoń na zranionej szczęce i wstał chwiejnie. Gwiazdy wypełniały mu pole widzenia. Niepewnie chwycił się żelaznej barierki. Gdy odzyskał wzrok, zobaczył Ronniego Rompera rozciągniętego w sporej kałuży, w otoczeniu szczątków robota.

- Hej, czy coś przegapiłem?

Weszła hrabina Anastazja - plecy miała proste, pięści zaciśnięte. Z wściekłością kopnęła szczątki robota przez cały pokój.

- Świnia! - oznajmiła.

Bix postanowił zniknąć jej z oczu. Najwyraźniej źle postąpił, otwierając drzwi do saloniku recepcyjnego.

Ostrożnie, po cichu, wycofał się do saloniku i zamknął za sobą drzwi.

ROZDZIAŁ 9

Pan Paavo Kuusinen był po nieodpowiedniej stronie budynku i nie widział, co się dzieje w domu hrabiny. Leżał sobie pod drzewem z rękami pod głową, gdy nagle usłyszał odgłos szczekających rozpylaczy i towarzyszące temu jasne wybuchy od frontu domu. Kuusinen pobiegł przez wzgórze do swego latacza i wskoczył do środka, nie otwierając nawet drzwi. Odwinął dach, by mieć lepszy widok, i ustawił latacz na długą pochyloną krzywą na południe, by mógł obserwować dom z bezpiecznej odległości. Od frontu piętro stało w płomieniach, poza tym Kuusinen niczego interesującego nie zauważył. Ciągle zataczając koło, zobaczył postać opuszczającą dom od tyłu. Nastawił zdalniki - to Amalia Jensen leciała z dużą prędkością nad trawnikiem i wypielęgnowanymi ogrodami. Kuusinen nikogo obok Amalii nie dostrzegł. Cała akcja wyglądała mu na ucieczkę.

Kuusinen kazał swemu lataczowi zatoczyć łuk; cały czas obserwował Amalię Jensen. Teraz dwa Gustafsony ukazały się na horyzoncie; Jensen podleciała do jednego z nich, nad oboma pojawiły się czarne kombinezony. Kuusinen zaklął. Usiłował złapać ich na swych detektorach, gdy wznosiły się w niebo i pognały w przeciwnych kierunkach, ale obie postacie dysponowały doskonałymi technikami maskującymi i na pewno specjalnymi komputerami do rozpoznawania terenu, leciały, więc tuż przy ziemi, a Kuusinen nie odważył się lecieć tak nisko.

Wkrótce pojawi się policja i straż. Czas stąd umykać, pomyślał Kuusinen.

Postanowił kontynuować swe obserwacje od rana.

Generał Gerald chrapał cicho w swojej zbroi, śniąc o chwale. Maijstral nie przyszedł i nie przyjdzie, ale w marzeniach sennych generał walczył z większym przeciwnikiem, potężną siłą Cesarstwa Khosali; armada, do której zwalczenia przygotowywał się przez całe życie, wreszcie nadciągnęła.

- Potem zorientowałem się, że Pietro mnie niesie - powiedział Gregor.

Na skroni wyrósł mu ciemniejący teraz guz. Roman chciał mu przyłożyć półżywy okład. Gregor cofnął się przed jego dotykiem, wziął okład, odsunął swe długie włosy i ostrożnie nałożył sobie stworzenie na czoło. Okład, rad, że został uwolniony ze stanu zawieszenia, przystawił korzenie do skóry i zaczął przekazywać środki lecznicze w zamian za pokarm.

Gregor nie pamiętał momentu, gdy go powalono. Pamiętał tylko, jak unosił się w pomieszczeniu sąsiadującym z pokojem Amalii i podziwiał wazon Basila.

Pozostali z grupy byli w znacznie bardziej gorączkowym nastroju. Cały czas coś mówili, śmieli się ze swych wyczynów, wymieniali opowieści o tym, co się działo od chwili, gdy latacze zaparkowały przed domem Maijstrala.

Maijstral podniósł kieliszek szampana.

- Panie Quijano - powiedział - okazał się pan wspaniałym nabytkiem w naszym zespole. Zlikwidował pan dwóch wrogów, w tym okrutnego Rompera, i uratował pan Gregora. Pańskie zdrowie!

Pietro zaczerwienił się i spuścił wzrok.

- To nic wielkiego - odparł.

- Przeciwnie - rzekła Amalia. - Nie potrafiłabym pokonać tego Rompera, a od lat nie trenowałam pomboksu.

Pietro jeszcze bardziej poczerwieniał. Amalia nadal unosiła się w powietrzu, czekając, aż Roman znajdzie narzędzie, którym zdoła zdjąć jej z nóg kajdanki.

Roman ponownie napełnił wszystkim kieliszki, skłonił się i poszedł poszukać odpowiedniego przecinaka. Teraz, po udanej akcji ratunkowej, powrócił do roli beznamiętnego służącego. Zmienił jednoczęściowy kombinezon na strój bardziej formalny. Maijstral również się przebrał w koszulę wykończoną koronkami i w ciemną haftowaną marynarkę domową - czyli taką, której nie trzeba było sznurować - skrojoną w ten sposób, by nie było widać pistoletu ukrytego w kieszeni.

- A tak przy okazji - powiedział Maijstral - nasz bohater chyba nadal nosi nasze zasłony i broń.

- A, właśnie!

Pietro wręczył Maijstralowi pistolet - ten schował go do innej ukrytej kieszeni - i zdarł z siebie kombinezon - Maijstral rzucił go na stół. Na twarzy Gregora pojawił się nietypowy dla niego aksamitny uśmiech, gdy okład wsączał mu środki kojące.

- Czy sądzisz, że ktoś z nich został ranny? - spytała Amalia. - Oczywiście, poza Romperem.

- Raczej nie - odparł Maijstral. - Czy zależało ci na kimś szczególnie, by został ranny?

Amalia przygryzła dolną wargę.

- Nie. Tylko Romper starał się być nieprzyjemny. Pozostali po prostu wykonywali swe zadania. Nie widziałeś małej Khosalikh w żadnym momencie walki?

Pozostali spojrzeli po sobie.

- Raczej nie - odparł Maijstral. — Jedyny Khosalikh, jakiego widziałem, to baron.

Ku zdziwieniu Maijstrala Amalia przyjęła to z ulgą. Postanowił powstrzymać się od komentarza.

Roman wrócił z przecinakiem i maską mikrowizji, która umożliwiała wykonanie delikatnej operacji usunięcia cienkich jak skóra kajdanków z nóg Amalii.

- Panienko, podejdź, proszę, do kanapy i oprzyj nogę na stole - powiedział.

Pozostali, popijając szampana, z zapartym tchem obserwowali Romana. Nałożył maskę i ostrożnie odciął kajdanki z kostek i nadgarstków Amalii.

Wyprostowała nogi.

- Znacznie lepiej - stwierdziła. - I ani zadraśnięcia. Dziękuję, Romanie.

- Przyniosę jeszcze jedną butelkę - powiedział Roman. Zabrał narzędzia i kajdanki.

- Słuchaj, pokażmy pannie Jensen relikwiarz - zaproponował Pietro. Sięgnął ręką do ratującej Głowy Barletta. Szukał po omacku - dłoń niczego nie znalazła.

Maijstral westchnął. Szkoda, że taka miła uroczystość dobiega końca. Dobrze, że przedtem rozbroiłem Pietra, pomyślał. Wygląda na miłego młodzieńca, ale jest porywczy i wszystkiego się po nim można spodziewać.

- Och! - Maijstral jakby sobie dopiero teraz przypomniał. - Przeniosłem Cesarski Artefakt w inne miejsce. Na wszelki wypadek, gdyby śledzili nas wrogowie lub gdyby kogoś z nas porwali, by dowiedzieć się, gdzie to przechowujemy.

Pietra patrzył na niego bez wyrazu.

- Kiedy?

- Gdy lecieliśmy do domu hrabiny. Byłeś w drugim lataczu. Na chwilę zawróciłem.

Pietro zmarszczył czoło.

- Mam go przynieść? Moglibyśmy zakończyć transakcję.

Amalia Jensen położyła mu dłoń na ramieniu.

- Maijstral i ja zawarliśmy inną umowę - powiedziała.

Pietro był oszołomiony.

- Kiedy? Byłaś...

- To mi przypomina... - Wstała, odstawiła kieliszek. Przypomniała sobie sprawy, które chwilowo przesłoniła radość z odzyskanej wolności. - Pietro, musimy iść - rzekła chłodno. - Mamy wiele do załatwienia.

- My? A co takiego?

Maijstral wyprostował ramiona i również odstawił kieliszek.

- Roman odwiezie was, gdzie sobie życzycie - powiedział.

W jego głosie słychać było łagodność Wysokiego Obyczaju.

- Myślałem, że przyjęcie dopiero się zaczyna - zaprotestował Pietro.

Roman, który wszedł do pokoju z nową butelką szampana, wyczuł zmianę nastroju. Spojrzał na Maijstrala.

- Słucham, proszę pana?

- Zabierz naszych gości do domu.

Roman skłonił się.

- Oczywiście, proszę pana. Czy życzy sobie pani płaszcz?

- Nie, dziękuję, Romanie. Musimy już iść.

- Jak sobie pani życzy.

Amalia Jensen ujęła Pietra za ramię; Roman otworzył przed nią drzwi. Maijstral wziął swój kieliszek i znów zaczął sączyć szampana. Smak wydał mu się nieco mdły.

Gregor spojrzał na niego z anestetyczną radością.

- Krótkie przyjęcie, szefie.

- Lepiej się stąd zbierajmy - powiedział Maijstral. - Musimy wyjść, zanim panna Jensen ściągnie posiłki.

- To znaczy, szefie?

- Możliwe, że nasi przyjaciele wrócą uzbrojeni i zabiją nas - wyjaśnił Maijstral.

Gregor usiłował to zrozumieć. Wzrok miał szklany.

- Krótkie przyjęcie - powtórzył.

Maijstral doszedł do wniosku, że najlepiej sytuację podsumuje powiedzenie Gregora.

- Aż nadto - powiedział, odstawiając kieliszek. - Czas się zbierać.

Do świtu brakowało czterech godzin. Wzniósł się nocny wiatr, pędząc liście po żółtotrawym obrzeżu gazonu Amalii Jensen.

Amalia i Pietro stali na dachu i obserwowali, jak Gustafson Romana znika im z oczu. Amalia była uboższa o sześćdziesiąt nowych; oswobodzenie pchnęło ją w długi na następne dwanaście lat. Pietro odwrócił się ku niej zdezorientowany.

- O co chodzi, panno Jensen?

Od niechcenia kopnęła część z rozbitego Howarda, która potoczyła się po dachu.

- Zejdź ze mną na dół. Będę robić porządki i wszystko ci wyjaśnię.

Domowe porządki to dobra terapia na wściekłość i choć Amalia Jensen niezbyt dobrze dawała sobie z nimi radę - było to zadanie Howarda i jemu podobnych - praca fizyczna zdziałała cuda, nastrój Amalii się poprawił. Wyjaśniła Pietrowi, że Maijstral przedstawił dodatkowe warunki za jej uwolnienie. Pietro nie pracował tak intensywnie i jego wściekłość rosła.

- Niech cholera weźmie tego człowieka! Gdybym wiedział, to bym go walnął!

- Pietro, aleja nie miałam pojęcia, że jesteś w drużynie. Gdybym wiedziała, mogłabym mu odmówić i wtedy on nie mógłby odwołać wszystkiego, gdy miał cię w zespole... ty byś się domyślił, że coś się szykuje.

- Gdyby dał mi żyć - odparł Pietro ponuro.

- Gdybym to sobie przemyślała, inaczej bym to załatwiła. Teraz zdaję sobie sprawę, że powinnam mu zwrócić uwagę, że jego honor cierpi, gdy ja jestem porwana, i jeśli mnie nie uwolni, będzie musiał wyzwać ludzi na pojedynek albo znaleźć sobie inny zawód.

- Sam mam ochotę go wyzwać. - Pietro wskazał palcem na wyimaginowanego Maijstrala. - Trzask. Koniec z nim. I wziąć artefakt.

- Jeśli wyzwiesz Maijstrala na pojedynek, możesz być pewien, że nie przyniesie artefaktu ze sobą - zauważyła trzeźwo Amalia.

- Ponadto, Pietro, możesz przegrać. - Położyła mu dłoń na ramieniu. - Będziesz potrzebny do innej pracy. Musimy ustalić, gdzie znajduje się artefakt, i wykraść go. Albo zniszczyć.

Pietro czuł cudowną pewność siebie - przecież dość dobrze spisał się dziś wieczór - i pragnął wziąć udział w następnych akcjach. Dłonie go świerzbiły - miał ochotę zacisnąć je na szyi Maijstrala. Poklepał Amalię po ręce.

- Racja - powiedział. - Zajmę się tym. Wiemy, gdzie oni przebywają.

- Nie mamy broni, a oni mają - zauważyła Amalia.

Pietro uśmiechnął się zuchwale.

- Zamiast tego zastosujemy strategię.

- Dobrze. Czy masz już coś na myśli?

Uderzenie zegara.

- Nie. - Drugie uderzenie. - A ty?

- Już czas na pierwsze śniadanie. Zjedzmy coś i zastanówmy się, dobrze?

- Dobrze, panno Jensen.

Poprowadziła Pietra do kuchni, cały czas trzymając go za rękę.

- Ponieważ mnie wyratowałeś - powiedziała - możesz mówić do mnie Amalio.

- Z przyjemnością. - Uśmiechnął się. - Amalia. - W jego ustach imię zabrzmiało jak słowo z piosenki.

Lekarz z kilkoma asystentami-robotami składał kości Khotvinna. Jęki olbrzymiego Khosalikha rozbrzmiewały echem w korytarzach zniszczonego przez pożar domu.

Baron Sinn strzepywał pianę gaśniczą z rękawa. Popiół podnosił się kłębami z aksamitu. Barona swędział nos. Sinn jeszcze nigdy tak nie pachniał dymem.

Przed chwilą wyszli strażacy i policja, zdziwieni zupełnie nieprzekonującą wersją o włamaniu i ataku dokonanym przez osoby nieznane. Sinn musiał przygotować hrabinę na poranne spotkanie z agentem nieruchomości. Chang i Bix zostali odesłani do domu przed przybyciem policji - Sinn nie ufał, że potrafią zapamiętać ułożoną przez niego i hrabinę opowiastkę, mającą usprawiedliwić ich obecność w posiadłości.

Korytarze rozbrzmiewały jękami Khotvinna. Sinn zapukał do drzwi saloniku na parterze i usłyszał zapraszający głos hrabiny.

- Lady.

Hrabina miała na sobie czarną jedwabną piżamę i barwny brokatowy szlafrok; wrażenie psuł jednak pas na broń. Hrabina powiedziała policji, że z głębokiego snu obudziły ją strzały i dlatego to na siebie włożyła. Mimo stroju i późnej pory hrabina nie wyglądała na zaspaną; powąchała uszy Sinna, zapaliła papierosa i podjęła swój spacer po pokoju; ramiona miała wyprostowane, plecy sztywne.

- Tvi jeszcze się nie zgłosiła - powiedział baron. - Sadzę, że śledzi Maijstrala.

- Zakłada pan, że ona dla niego nie pracuje - rzekła hrabina.

- Nie widzę, w jaki sposób mogłaby zostać przekupiona. Nikogo nie zna na tej planecie - przybyła tu ze mną, gdy konsulat odkrył obecność Cesarskiego Reliktu.

Hrabina Anastazja zwróciła się ku niemu, obracając cały tors jak Khosalikh, ale nie zginając kręgosłupa.

- Jestem pewna, że Maijstral jakoś do niej dotarł. Albo ta Jensen.

- Może jest uwięziona.

- Może zbiera grzyby w lesie, drogi baronie. Albo poszła do całonocnego butiku, by kupić nowe ubranie. Nie bójmy się faktów.

Sinn usiadł na krześle i obserwował chodzącą w kółko hrabinę. Był w podłym nastroju, sytuacja wymknęła mu się spod kontroli i to mu nie odpowiadało.

- Fakty? Jakie fakty ma pani na myśli, lady?

Hrabina znów się ku niemu zwróciła. Jej ciało było raz spięte, raz rozluźnione, gdy cały czas na niego patrzyła, chodząc w kółko.

- Pańscy Tajni Dragoni zawiedli. Tvi zniknęła, a Khotvinn został wyłączony z akcji przynajmniej na kilka dni. Musimy zmobilizować do tego ludzi, baronie.

Sinn poruszył się niespokojnie.

- Jest pani pewna, lady? Przeprowadzenie odpowiedniej tajnej akcji, wymagającej dyskrecji, to rodzaj sztuki. Im mniej ludzi wie, tym...

Hrabina dźgała powietrze papierosem.

- Nie musimy wszystkim nic mówić. Niech tylko obserwują Maijstrala, i kilku niech będzie tu w domu - na przykład Chang i Bix - ci zajmą się ostrą robotą w razie... w razie konieczności.

Sinn wstał z krzesła. Nie miał wyboru: sytuacja dyktowała warunki.

- Nikt nie musi znać przyczyny. Ani pani ludzie, ani moi.

Hrabina przyjęła to za zgodę.

Skłoniła się baronowi.

- Nikt nie powinien wiedzieć. Wymyślimy historyjkę, która zaspokoi dociekliwych. Może przy pierwszym śniadaniu. - Podeszła do panelu serwisowego i nacisnęła ideogram „kuchnia". - Zjesz ze mną, baronie?

- Z przyjemnością, hrabino. Ale pozwól, że się najpierw umyję. Obawiam się, że przesiąkłem dymem.

- Dziękuję, proszę pana.

- Aż nadto, szefie.

Gregor podniósł do ust licznik gotówki i ugryzł go na szczęście. Złoty ideogram, oznaczający pieniądze, błysnął na jego kle.

Półżywy okład na skroni Gregora wyglądał jak truskawkowe znamię.

Maijstral włożył swój licznik gotówki do kieszeni. Właśnie przekazał pachołkowi należną mu część z sześćdziesięciu nowych Amalii Jensen. Robot zebrał już talerze po śniadaniu.

Maijstral przeprowadził się do kryjówki w Peleng City - doszedł do wniosku, że tam go najprawdopodobniej nie będą szukać. Wiejski domek został zaprogramowany w ten sposób, by wyglądał na zamieszkany: żaluzje zasuwały się i rozsuwały, światła to gasły, to się zapalały.

Dom w mieście miał około czterdziestu lat; zbudowano go w okresie architektonicznego awanturnictwa, jaki nastąpił po zwycięstwie Rebelii, gdy obalono wszystkie stare granice i perspektywy człowieka wydawały się nieograniczone. Dom przypominał matowoniebieski talerz latający, który pod kątem czterdziestu stopni wbił się w żółtą murawę niewielkiego wzgórza.

W nocy obrzeże domu rozbłyskiwało pulsującymi światłami i barwnymi promieniami światła monochromatycznego. Stabilizatory grawitacyjne utrzymywały wygodny pion w stosunku do podłogi, jednak wyglądając przez okno, widziało się przechylony horyzont i można się było poczuć nieswojo, dopóki się do tego nie przywykło.

Obecnie ten styl miał urok retro; dotyczyło to głównie urządzeń domowych, których projekt podkreślał funkcje: umywalki i toalety zaopatrzono w błyszczące rury i kurki, tworzące skomplikowane konstrukcje nad kranami; panele serwisowe miały metalowe ćwieki, przyciski i błyskające światełka, a nie proste ideogramy; roboty domowe z założenia wyglądały jak sprzęt mechaniczny - ich ramiona i nogi napędzane były przekładniami, hydraulicznymi tłokami i małymi elektrycznymi silnikami - a poruszając się, grzechotały i posykiwały, jakby zasilane parą; ich mowa była sztuczna, a myśleniu towarzyszyło migotanie lampek. Maijstralowi nie odpowiadał pomysł uroczych robotów; dość wcześnie sobie uświadomił, że jeśli dłużej tu zostanie, będzie musiał użyć ciężkiego klucza do wszystkich mechanicznych urządzeń, bo to szczękanie i furkotanie doprowadzało go do szału.

Wstał od śniadania, przeciągnął się, ziewnął.

- W ciągu dnia skontaktujemy się z panną Jensen i hrabiną - powiedział. Poklepał się po kieszeni, w której trzymał licznik gotówki. - Ich wzajemna licytacja to dla nas korzyść.

Zauważył, że Gregor, wbrew swym zwyczajom, nie okazywał radości na myśl o pieniądzach. Może półżywy okład wyczerpał już swój zasób środków przeciwbólowych, pomyślał i wtedy przypomniała mu się wyimaginowana troska Gregora o Los Konstelacji.

- Nie rozpaczaj - powiedział. - Jestem pewien, że wynik będzie po twojej myśli.

Gregor natychmiast się rozpogodził. Robot grzechotał sztućcami w systematycznym, zaprogramowanym rytmie. Co sekunda.

- Odpocznę sobie trochę - ciągnął Maijstral. - Obudź mnie o pierwszej, jeśli jeszcze będę spał. Przygotuj mi drugie śniadanie.

Roman wstał od stołu.

- Proszę pana, jedno słówko.

- Oczywiście, Romanie. Chodź ze mną.

Naczynia kuchenne znów zagrzechotały. Maijstral zacisnął zęby.

Poprowadził Romana do pokoi mieszkalnych. Położył pistolet na nocnym stoliku, marynarkę powiesił na krześle. Spojrzał na Romana - ten jedno ucho nastawił w kierunku drzwi, jakby obawiał się, że ktoś podsłuchuje.

- Romanie, jeśli chcesz, zamknij drzwi.

Służący zastrzygł uszami, ale nadal wyciągał je w stronę drzwi.

- Nie ma potrzeby, proszę pana - odparł cicho. Maijstral usiadł na łóżku i zaczął odwiązywać mankiety. Podszedł Roman i automatycznie zrobił to za niego. - Czy mógłbym spytać, jakie ma pan plany, co do ostatecznych losów Cesarskiego Artefaktu?

- Oczywiście zamierzam to sprzedać. - Maijstral nawet na niego nie spojrzał. - Jak najszybciej. Trzymając go, narażam się na kłopoty.

Sierść uniosła się na ciele Romana pod ubraniem, kilka kępek wyszło nad kołnierz. W milczeniu włożył mankiety Maijstrala do szuflady.

- Możemy śmiało powiedzieć, że honor został uratowany dzięki wyzwoleniu panny Jensen - stwierdził Roman.

Maijstral rzucił koszulę na marynarkę i obrócił swe ramię w panewce, krzywiąc się z lekkiego bólu. Musiał je sobie nadwerężyć podczas nocnej eskapady.

- Słusznie - odparł natychmiast. - Dziękuję ci za tę uwagę i za wsparcie.

- Szkoda byłoby karać linię cesarską po to, by dać nauczkę niektórym z jej zwolenników - stwierdził Roman. - Przypuszczam jednak, że Cesarstwo dysponuje większymi środkami niż panna Jensen z przyjaciółmi.

- Możliwe. - Maijstral zastanowił się chwilę. - Musimy jednak ostrożnie wyważyć nasze żądania. W jakimś momencie taniej będzie nas zlikwidować.

- Zaryzykowaliby coś takiego?

- Hrabina Anastazja tak; Baron Sinn prawdopodobnie nie.

- Jednak nie chciałbym, by dynastia została zniszczona w wyniku czyjegoś działania na Peleng.

Maijstral spojrzał na Romana. Uśmiechnął się.

- W takim razie, Romanie, my musimy o to zadbać.

- Jak sobie pan życzy, proszę pana.

- To wszystko?

- Tak, proszę pana. Dziękuję.

- Wychodząc, zamknij drzwi, proszę.

Roman wyszedł. Maijstral energicznym zamachem nóg usadowił się na łóżku. Myśli kłębiły mu się w głowie, senność minęła. Zawsze wiedział, że Roman jest tradycjonalistą - o ile Roman w ogóle uważał, że to stosowne, gdy ma się jakieś poglądy, prawdopodobnie żałował, że istnieje Konstelacja, i z sentymentem traktował Cesarstwo, w którym nigdy nie mieszkał. Gregor przeciwnie: nienawidził wszelkiej arystokracji i Cesarstwu życzył śmierci. Maijstral był władny służyć jednemu z tych celów, - ale nie obu.

Problem polegał na tym, że Maijstral w wielu sprawach liczył na swych pomocników. Gregor chciał pieniędzy i porad w zakresie etykiety, więc będzie zadowolony, dopóki będzie otrzymywał obie zapłaty. Roman był lojalny w stosunku do rodziny Maijstrala - Maijstral wiedział, że nie zrobi on niczego potajemnie, nie zdradzi, nie zawiedzie zaufania. Ale przecież przyszłość Maijstrala zależała nie od zwykłej współpracy, ale od współpracy gorliwej. Zadania były zbyt ważne - serca musiały być całkowicie oddane sprawie, inaczej łatwo popełnić błąd. Przeoczony alarm, narzędzie zostawione na parapecie, pułapka nie zlikwidowana — i kto potrafi udowodnić, że to zwykła pomyłka lub nieświadomy sabotaż, którego idea mogła się nieoczekiwanie pojawić w zaniepokojonym umyśle?

Musiał dbać o zadowolenie obu swych pachołków, by nadal izolowali go od zagrożeń ze strony Rozkwitu Ludzkości i hałastry Anastazji.

Maijstral wtulił się w poduszki i zamknął oczy. Musiał to sobie przemyśleć.

ROZDZIAŁ 10

Nichole, wyciągnięta wygodnie na kanapie, przyglądała się swoim stopom. Ale zrobiły się brzydkie! - pomyślała.

W pracy wiele godzin musiała spędzać na nogach; pięć lat temu przemodelowała je, ale już się zdeformowały i czas na kolejny zabieg. Na tydzień, dziesięć dni, musi odsunąć się od ludzi, by po operacji przyzwyczaić się do nowego kształtu, nim będzie mogła pojawić się publicznie.

W każdym paznokciu widziała swój maleńki obraz. Na dzień dobry pomachała swemu odbiciu i w odpowiedzi poruszyła palcami nóg. Dzwonek do drzwi.

- Drugie śniadanie, madame.

- Wnieś, do pokoju.

Stół-robot wleciał do środka w polu anty grawitacyjnym, opuścił nogi, rozstawił się. Pozostałe przedmioty dostosowały się do nowego umeblowania pokoju. Do stołu podjechało krzesło i odchyliło się zapraszająco.

- Śniadanie, madame. - Rozległy się dźwięki koncertu Emanuela Bacha na dęte instrumenty drewniane.

- Dziękuję ci, pokoju. - Nichole usiadła. Z półmisków uniosły się pokrywki, buchnęła para. Na Peleng drugie śniadanie było znacznie obfitsze od pierwszego. Nie wiedziała, czy Maijstral nadal chce podtrzymywać pozory, że przebywa z nią, ale Nichole zamówiła tylko jedno śniadanie - nie mogłaby siedzieć przed podwójnym zestawem. Nie skorzystała z propozycji stołu i sama nalała sobie kawy.

Drugi dzwonek.

- Drake Maijstral, madame.

- O! - Odstawiła dzbanuszek ze śmietanką. - Połącz go bezpośrednio.

Maijstral był dziś w znacznie lepszym nastroju. Jego zielone oczy świeciły dawną pewnością siebie i na ten widok serce Nichole rosło. Poza tym trudno go było poznać - twarz pomalował na niebiesko, w uszach miał okropne kolczyki, które mrugały jak mechaniczne zabawki, w tle widać było salon gier.

Cztery lata temu Nichole przyzwyczaiła się do takich sztuczek i teraz doszła do wniosku, że skoro Maijstral przebiera się i korzysta z telefonu publicznego, nadal jest w niebezpieczeństwie.

Z uśmiechem podniosła filiżankę.

- Miło cię widzieć, Maijstral. Jesteś w dobrym humorze.

- Nichole, jak zwykle wyglądasz cudownie.

- Widzę, że nie zmieniłeś swego niepokojącego gustu, jeśli chodzi o maskarady.

Pochylił się do kamery holograficznej.

- Tego wymaga służba, moja pani. - Strzelił oczami na brzeg obrazu holograficznego, jakby usiłował spojrzeć poza niego. Od niechcenia dotknął jednego z kolczyków. - Wybacz mi śmiałość: mógłbym spytać, czy jesz śniadanie sama?

- To zależy, czy nadal masz u mnie mieszkać.

Uśmiechnął się.

- Na nieszczęście, ofiary naszego podstępu bardzo dobrze wiedzą, gdzie byłem zeszłej nocy.

- Odniosłam wrażenie, że twoje słowa naznaczone są sukcesem. Dobrze ci poszło?

- Dość dobrze. W każdym razie łotrostwo zostało udaremnione.

- Czy to łotrostwo ma coś wspólnego z hrabiną Anastazją? - Nichole uśmiechnęła się, gdy Maijstralowi drgnęły powieki. - Dzwoniła tu wczoraj i prosiła, bym przekazała ci wiadomość. Ale może teraz wiadomość jest już nieaktualna.

Maijstral wzruszył leniwie ramionami.

- Powiedz. Może to coś zabawnego.

- Powiedziała, że masz coś, czego ona chce, i że jest gotowa za to zapłacić. To brzmi jak prawdziwie łotrowska wiadomość.

- Rzeczywiście - odparł pogodnie. - Cieszę się, że hrabina chce zapłacić za przedmiot, który posiadam. Właśnie o to mi chodziło.

Nichole zaśmiała się.

- Mam wrażenie, że świetnie panujesz nad sytuacją.

- Na razie. - Obejrzał się konspiracyjnie.

- Miałeś mnie poprosić o przysługę - przypomniała mu Nichole.

- Tak, oczywiście. - Minę miał nieco zakłopotaną.

- Zbyt dobrze cię znam, Drake. No, mów.

- Zauważyłem, że w twoim publicznym rozkładzie dnia nie umieszczono żadnych wystąpień po spotkaniu ze stworzeniami metanowymi w zoo, a to spotkanie ma się skończyć w południe.

- To prawda. Mam wolne popołudnie i wieczór. - Nichole poruszała palcami stóp na dywanie, gdy pomyślała, że będzie miała wolny czas tylko dla siebie. Oparła brodę w dłoniach i spojrzała z dziewczęcą naiwnością na obraz Maijstrala. - Nie zamierzasz chyba przerwać mi chwil poświęconych urodzie?

- Tylko w przyjemny sposób. Miałem nadzieję, że zaprosisz na kolację swojego ulubionego Maijstrala.

Nichole zaśmiała się.

- Jeśli pozwolisz, Drake, będę jadła śniadanie, a ty mi wyjaśnisz, co masz na myśli.

- Nie krępuj się. Ja już jadłem.

Nichole słuchała planów Maijstrala, a wesołość banieczkowała na powierzchni jej umysłu.

- Dobrze, Maijstral. - Roześmiała się. - Zrobię to. Mam twój hologram. - Ugryzła kęs, skierowała widelec na Maijstrala. - Prawdę mówiąc, Drake, jestem wdzięczna za rozrywkę, jaką mam dzięki tobie. Życie w Diademie stało się ostatnio niezwykle nudne.

- Pani, przyjmij wyrazy współczucia.

Uniosła brew.

- Nie potrzebuję żartobliwej litości. Zwłaszcza od starych przyjaciół.

- Przepraszam, Nichole - odparł natychmiast.

- Przeprosiny przyjęto. - Znów ugryzła, żuła powoli, przełknęła. - Czy nie uważasz, Drake, że twoje zajęcie, choć satysfakcjonujące, zaczyna nużyć?

Maijstral miał nieodgadniony wyraz twarzy.

- Pani, to mi odpowiada. Podróże, nowe widoki, nowe znajomości, przygody, gdy mam na nie ochotę, a gdy potrzeba - odpoczynek... Moja sława nie jest tak wielka, by była uciążliwa, ale jest na tyle wielka, że wszędzie traktują mnie dobrze. Rzadko się nudzę, pani. Jeśli w ogóle trzeba mieć jakiś fach, mój wydaje się dość dobry.

- Drake, twój zawód daje ci więcej wolności niż mój.

- Istotnie. Wiesz, dlaczego...

- Zastanawiam się, Drake, czy miałeś rację wtedy, cztery lata temu.

Po oczach widać było, że wie, o co jej chodzi.

- Aha.

- Podróżuję więcej niż ty, ale nowe widoki zawsze przesłania mi parawan pochlebców, wylewni reporterzy i rój ludzi chcących zawrzeć ze mną znajomość... ciągle to samo i wszystko jest takie nierealne. Sława przeszkadza mi w pracy... w istocie stała się moją pracą.

- Wiedziałaś o tym, Nichole. Wiedziałaś, co to Diadem, gdy do niego wstępowałaś.

- To nie to samo, co żyć w ten sposób. Mam być aktorką... Boże, od dwóch lat nie grałam!

- Znajdź nową sztukę.

- Niewiele jest sztuk, w których może grać członkini Diademu. Są nierzeczywiste, tak jak moje życie jest nierzeczywiste. Gorzej - są nudne, niesamowicie nudne.

Maijstral zastanawiał się.

- Nosisz się z myślą opuszczenia Diademu?

- Zastanawiałam się nad tym. Ale jeszcze nic nie postanowiłam. - Nichole poruszała palcami nóg. Może jednak nie trzeba nic robić z nogami?

Maijstral przyglądał jej się uważnie.

- Nichole, czułabyś się szczęśliwa? Żyjąc poza?

Wzruszyła ramionami.

- Nawet już nie pamiętam, jak to było.

- Sądzę, że nie byłabyś szczęśliwa. Znam cię, Nichole.

Zamieszała potrawę na talerzu.

- Jestem dwa punkty do tyłu - powiedziała.

- Aha.

- Po to to całe tournee. Mam pokazać widzom nowe cuda. Moi pisarze przekazują mi powiedzenia dla każdej z ośmiu planet. Każde z nich stuprocentowo spontaniczne, dowcipne i łatwe do zapamiętania.

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, pozwolę sobie zauważyć, że oprowadzanie po zoo w Peleng City nie jest konieczne dla osoby twojej rangi, niezależnie od tego, jak wspaniała jest menażeria.

- Wiem o tym. - Spojrzała szybko. - A co proponujesz?

- Znajdź nową sztukę, Nichole. Coś innego, nie to, co ci ciągle dają. Rozwiń pojęcie sztuki Diademu. Sama się rozwiń.

Wykrzywiła usta w ironicznym uśmiechu.

- Tego mi potrzeba? Nowej sztuki? I nieco... rozwoju?

- Może czegoś jeszcze, lady.

- Mianowicie?

- Nowej namiętności - zasugerował. Patrzył z rozbawieniem.

Zaśmiała się krótko i cisnęła łyżeczkę przez obraz Maijstrala.

Kawa w jej filiżance zadrżała ostrzegawczo.

- Do diabła z tobą, Maijstral. Zbyt dobrze mnie znasz. Nie pozwolisz mi się wywinąć. - Zaśmiała się ponuro. - W porządku. Powiem swoim ludziom, by mi czegoś poszukali.

- Moja pani, jeśli strasznie czegoś potrzebujesz, rozejrzyj się za tym sama.

Milczała przez chwilę.

- Owszem, Drake. - Powoli skinęła głową. - Rozejrzę się. Dziękuję.

- Tyle przynajmniej mogę zrobić, zważywszy, jak bardzo mi pomogłaś. Lekko to traktujemy, ale twoja pomoc może mi uratować życie. Nichole, ludzie, z którymi mam do czynienia... to ludzie poważni.

- Muszę dbać o twoje zdrowie. Twoja rada, Maijstral, może się okazać bezcenna dla mej kariery.

Maijstral znów obejrzał się przez ramię.

- Muszę kończyć, lady. Za długo rozmawiamy i robi się to niebezpieczne.

- Jak zwykle rozmowa była inspirująca. Przekaż pozdrowienia Romanowi.

- Przekażę.

- Mam nadzieję, że zobaczymy się osobiście przed moim wyjazdem?

Maijstral uśmiechnął się.

- Zapominasz, że mamy się widzieć dziś wieczór.

- Ach, oczywiście. Zatem au revoir.

- Twój uniżony sługa.

Zniknęła niebieska twarz Maijstrala. Nichole spojrzała na palce i zastanawiała się przez chwilę, do kogo zadzwonić, by zrobił jej stopy.

Khotvinn czuł, że jest naładowany energią. Półżywy pancerz podtrzymywał jego strzaskany kark i żebra oraz dostarczał środków przeciwbólowych i dawał zastrzyk siły. Lekarz nałożył mu na nogi okłady, które miały przynieść ulgę i uśpić go, ale Khotvinn poczekał, aż ta człowiecza istota sobie pójdzie, po czym zdarł rozczarowane stworzenia, nim w ogóle pojawił się jakiś pozytywny rezultat, i wyrzucił je do śmieci.

Niewprawnie zwlókł się z łóżka. Stanął mocniej na nogach. Odsłonił zęby i ryknął. Te słabowite człowiecze gołe brzuchy dostaną, co im się należy.

Myślał o zemście. Wyciągnął ze schowka broń, po czym ją przypasał.

Khotvinn Mściciel! Musiał coś zniszczyć, i to natychmiast. Otworzył okno, wysunął nogę na zewnątrz, ale się zawahał.

Uświadomił sobie, że nie wie, dokąd iść.

Wciągnął nogę z powrotem i wpadł w zadumę. Wiedział, gdzie mieszka Amalia Jensen, ale tamten dom był zdemolowany i ta istota, ta Jensen, najprawdopodobniej już tam nie przebywa, a sam dom jest obserwowany przez policję. Tvi mogłaby tam wprowadzić Khotvinna —jednak Tvi zniknęła. Mógłby pójść do rezydencji Maijstrala, ale nie miał pojęcia, gdzie był Maijstral.

Z porannym wiatrem nadleciały głosy. Khotvinn nastawił uszy w tamtym kierunku.

Czas się podkraść, postanowił.

Przeszedł przez parapet i dla zachowania równowagi przytrzymał się pnącza. W powietrzu nadal unosił się zapach spalenizny. Chichocząc w duchu, Khotvinn opuścił się z ganku i stanął obok okna jadalni.

- ...i drugi do porucznika Navarra - usłyszał głos Sinna. - Możliwe, że Panna Jensen jest z nim.

Khotvinn po raz drugi w życiu usłyszał nazwisko Navarra.

- I ta odrażająca kobieta Nichole. - To był głos hrabiny Anastazji.

Grzechot zastawy stołowej zagłuszył słowa barona.

- Lepiej, żeby media to za nas zrobiły. Wokół Diademu jest ścisła ochrona. Każdy, kto nie ma stosownego upoważnienia, a znajdzie się w pobliżu Nichole, idzie do więzienia, przynajmniej na śledztwo.

- Baronie, a może ty sam...?

- Zrobię, co będę mógł, moja pani.

Potem rozmowa była nudna - hrabina proponowała kryptonimy dla różnych zadań, a baron Sinn pytał o ich wierzytelność.

Khotvinn wyszczerzył zęby w uśmiechu. A więc Navarre! Poczuł zapach jedzenia i w żołądku mu zaburczało.

Zaczął się prześlizgiwać w kierunku kuchennego wejścia. Zamierzał ukraść jedzenie na kilka dni, dotrzeć do Jensen poprzez tego faceta Navarra, uwięzić ją dla okupu - od obu stron. A potem zrobi z jej towarzyszy siekaninę.

Jak wspaniale jest żyć.

Policja wreszcie sobie poszła, niezadowolona z opowieści o porywaczach przebranych za Rompera, którzy przez jeden dzień przetrzymywali Amalię Jensen i nie żądali nawet okupu, nie dokonali żadnego ataku, po czym puścili zakładniczkę. Coś w tym musi być, myślała policja, ale Amalia niczego nie zdradziła. To przecież mnie porwano i mogę mówić, co uważam za stosowne, pomyślała.

Pietro wrócił do swego mieszkania - Amalia doszła do wniosku, że nie ma sensu mieszać go do policyjnego śledztwa. Nowe roboty domowe poruszały się bezgłośnie, zmiatały kurz, połykały szczątki, które Amalia przeoczyła przy pierwszym sprzątaniu. Bardzo potrzebowała odpoczynku, ale obowiązki wymagały, by nadzorowała Pietra, mobilizującego lokalnych członków Pełni Ludzkości, którzy mieli poszukać Maijstrala i obserwować barona Sinna, hrabinę i konsulat khosalijski. Ssąc nar-zak, podeszła do panelu komunikacyjnego. W ciągu ostatnich godzin został wymieniony przez techników pracujących w nadgodzinach. Czas zawołać Pietra.

Nie zdążyła dotknąć panelu, gdy zadzwonił telefon.

- Przyjąć - powiedziała i spojrzała na hologram. - Kapitan Tartaglia? - spytała zdziwiona. - Co za...

- Niespodzianka. Wiem.

Kapitan - niewysoki, o szerokich ramionach - łysiał z przodu. Wycofał się z wojska, by poświęcić się działalności w Pełni Ludzkości i był dumny ze swych „ludzkich" manier - choćby bezpośredniego sposobu bycia i wojowniczości. Dzięki ciężkiej pracy i poświęceniu dla sprawy Tartaglia dorobił się pozycji Zastępcy Miejscowego Dyrektora - bezpośredniego przełożonego Amalii Jensen. Amalia spotkała go tylko dwa razy i instynktowną niechęć do niego skrywała za maską pogodnej uprzejmości.

Właśnie Tartaglia w zaszyfrowany sposób poinformował Amalię o istnieniu cesarskiego obiektu — najwyraźniej Pełnia Ludzkości dowiedziała się o jego istnieniu od podwójnego agenta w cesarskich szeregach. Gdy Amalia zobaczyła ten obiekt w katalogu aukcyjnym, wysłała do kapitana wiadomość, że zamierza stanąć do licytacji. Spodziewała się gratulacji, a tu w odpowiedzi dostaje samego Tartaglię.

Patrzył na Amalię Jensen małymi, ciemnymi, inteligentnymi oczyma.

- Jaki jest status Artefaktu Jeden? - spytał.

Amalia nigdy nie słyszała tego określenia, nie miała jednak wątpliwości, co ono oznacza.

- Nic dobrego, proszę pana. Został zrabowany przez Drake Maijstrala.

Wyraz twarzy Tartaglii prawie się nie zmienił.

- Rodzina Cesarskich.

- Nie sądzę, by sam Maijstrał należał do Cesarskich. Sadzę, że zamierza wzniecić wojnę licytacyjną między Cesarskimi a nami.

Oczy kapitana błysnęły pogardą.

- Łobuz. Niemoralny. Zajmiemy się tym.

- Ci Cesarscy ostro działają. Zostałam porwana i Maijstral z jednym z naszych ludzi, Pietrem Quijano, oswobodzili mnie.

- Oho. - Tartaglia uniósł brwi. - Dlaczego Maijstral się w to zaangażował? Czy was dwoje coś łączy?

Amalia zaczerwieniła się.

- Zupełnie nie, proszę pana. Oswobodził mnie, bo potrzebny mu był ktoś, kto by licytował z naszej strony.

- Dobrze. Mam ze sobą linię kredytową i paru naszych najlepszych ludzi. Tak czy inaczej, dostaniemy ten obiekt od Maijstrala.

Nerwy Amalii omiótł lekki strach. Odniosła wrażenie, że kapitan Tartaglia nie jest miłym człowiekiem. Patrzyła na jego ponure, rozbawione oblicze.

- Jestem tego pewna - odparła.

Porucznik Navarre zamierzał wziąć nowy telefon - w miejsce tamtego zagubionego - ale nie mógł go nigdzie znaleźć. Miał wiec szczęście, że Nichole zadzwoniła wtedy, gdy on akurat był w domu. Pomyślał, że źle przeprowadził rozmowę - chrząkał, czerwienił się, wykrzykiwał jak uczniak - ale został zaskoczony i przecież nie, co dzień dzwonią do nas członkowie Ludzkiego Diademu. Tak, doskonale rozumie, dlaczego musi zostać odwieziony. Nie, nie ma nic przeciwko drobnemu podstępowi... to nawet zabawne, eee, eee...

Skończył rozmowę i odczuwał zdziwienie i niecierpliwość. Zawsze bardzo lubił Nichole. Był próżny, ale nie do tego stopnia, by sądzić, że dokona natychmiastowego podboju. A jednak był zadowolony, że ze wszystkich mężczyzn na Peleng postanowiła spędzić tych kilka wolnych godzin właśnie z nim. I ten podstęp dodawał smaczku. Będzie przynajmniej, o czym opowiadać po powrocie do domu.

Poprosił wideo, by poszukało w swej pamięci transmisji z wizyt Nichole na Peleng. Może znajdzie jakieś dobre momenty i będzie jej mógł przekazać wyrazy uznania.

Ktoś był w domu. Zimnopole wokół siedziby Scholder-Navarre zostało wyłączone, Khotvinn mógł się, więc przemknąć do okien, nie podnosząc alarmu. Człowiek o miedzianej skórze stał w atrium i z pomocą robota przymierzał koszule i marynarki; wdzięczył się przed lustrem, jednym okiem patrząc na wideo, w którym blondynka opowiadała o metanowych formach życia. Khotvinn nie miał pewności, ale sądził, że ten człowiek jest sam. Jensen tu nie było. Zawsze to jakaś informacja.

Otworzył drzwi — nie zamknięto ich na klucz - i wślizgnął się do domu. Przeszedł krótkim korytarzykiem prowadzącym do atrium.

- Niestety, niewielu ludzi potrafi posługiwać się metanickim - powiedziała blondynka.

Khotvinn włączył hologram Ronniego Rompera, wyciągnął miecz i z rykiem wpadł do atrium. Jednym ciosem rozplatał robota. Porucznik Navarre odwrócił się - wtedy Khotvinn chwycił go za kark i cisnął o ścianę.

- Gdzie jest Amalia Jensen?! - ryczał. Oczy wyszły Navarrowi z orbit. Nie odpowiadał. Khotvinn znów przycisnął go do ściany. - Gdzie jest Amalia Jensen? - Słychać było tylko program wideo, w którym opowiadano o wspanialej komunikacji w temperaturach bliskich zera bezwzględnego. Navarre siniał. Khotvinn cisnął nim o wideo - urządzenie zamilkło.

- Gdzie? - Cios. - Gdzie? — Cios. - Gdzie? - Cios.

Porucznik Navarre, który nie odpowiadał z bardzo prostego powodu - Khotvinn dusił go za gardło - wydał gulgoczący dźwięk i zemdlał. Khotvinn warknął zirytowany, uniósł zwiotczałe ciało porucznika, po czym je puścił. Navarre osunął się na podłogę.

Korzystając z okazji, Khotvinn przetrząsnął pokój. Spodziewał się znaleźć jakąś wskazówkę.

Kapitan Tartaglia tak szybko przejął dowodzenie, że Amalia Jensen nie pamiętała dokładnie, jak to się stało. Odniosła wrażenie, że w chwilę po telefonie Tartaglii ona i Pietro byli tu, na zewnątrz wiejskiego domu Maijstrala, wraz z siedmioma uzbrojonymi mężczyznami, których Tartaglia sprowadził z Pompey.

- Tu Wade. Zająć pozycje.

Targtaglia uśmiechnął się.

- Transmisja przyjęta.

Amalia Jensen spojrzała na niego.

- A alarm, proszę pana?

- Szybko przyszło, szybko poszło. Na tym wszystko polega.

- A jeśli nie ma tu tego obiektu?

- Będzie Maijstral lub ktoś z jego ludzi. Gdy ich dostaniemy, zmusimy do mówienia. - Zasłonił przed światłem swe małe oczy. - Mam w tym wielkie doświadczenie. Nie uda się podtrzymać Cesarstwa, jeśli się nie wie, jak być perswazyjnym.

Amalia była zdziwiona.

- Myślałam, że my to nie Cesarstwo - powiedziała.

- Nieważne, jak się to nazywa - odparł Tartaglia sucho. - Chodzi o to, że musimy utrzymać w posłuszeństwie wiele obcych ras. Inaczej nie utrzymalibyśmy się na górze. Chodzi o to, by pokazać im, kto tu rządzi. Wówczas nie będziemy mieli żadnych trudności.

Amalia spojrzała na Pietra - na twarzy miał niepokój; ona też w głębi duszy go odczuwała. Maijstral niezbyt ładnie z nią postąpił, ale czy naprawdę zasługiwał na to, co gotował mu Tartaglia?

- Tu Royo. Na pozycji.

- Dobrze. To ostatni. Przygotować się do ataku.

Tartaglia zwrócił się do Amalii i Pietra.

- Nie stawajcie na linii ognia, a nic się wam nie stanie. Wszystko zostawcie nam.

Amalia skinęła głową, wdzięczna w duchu.

- Dobrze, proszę pana.

- Wykonała pani zadanie, przyprowadzając nas tutaj. Dopilnuję, by dostała pani pochwałę.

- Dziękuję, proszę pana.

Wokół twarzy Tartaglii ukazała się holograficzna maska kamuflująca.

- Gotowi? - spytał swych żołnierzy. - Ruszamy.

W powietrzu widać było tylko migotanie, gdy ludzie kapitana ruszyli na dom; potem rozległy się trzaski, gdy drzwi i okna zostały wyważone przed samym atakiem. Amalia obserwowała to w ciszy, przygryzając wargę.

- Amalio, nie podobają mi się ci ludzie - powiedział Pietro.

Patrzyła bez emocji w kierunku domu.

- Rozumiem. - Próbowała być silna. To było konieczne. Los Konstelacji od tego zależał.

- Mogliśmy odkupić tę przeklętą rzecz - powiedział Pietro. - Wiesz - dodał po chwili milczenia - w jakiś sposób lubiłem Maijstrala.

Spojrzała na niego - zaczerwienił się i spuścił wzrok. Rozumiała jednak, jak się czuje.

Z domu Maijstrala dobiegały wrzaski i odgłosy uderzeń. Amalia słyszała protest robota, po czym nastąpił ostateczny trzask. Nie było odgłosów walki. Zastanawiała się, czy Maijstral z przyjaciółmi zostali zaskoczeni bezbronni.

Stopniowo hałasy ustały. Krótkie migotanie na trawniku i grupa Tartaglii pojawiła się przed Amalią. Byli wyraźnie rozczarowani.

- Nikogo nie ma. Artefakt Jeden nadal na swobodzie.

Amalia Jensen usiłowała opanować uczucie ulgi.

- Przewidzieli to - rzekła.

- Znajdziemy ich.

- Oni nas znajdą - odezwał się Pietro, zaskakując tym wszystkich. - Chcą sprzedać artefakt.

- Chodzi panu o Artefakt Jeden. Racja. - Tartaglia skinął głową. - My ich znajdziemy. To moje słowa. Wsiadajmy do lataczy - zwrócił się do swych żołnierzy. - Zaraz tu będzie policja.

- Gdzie? - Łomot. - Gdzie? - Łomot. - Gdzie? - Łomot. Mężczyzna nazywał się Calvin. Był dobry w swym fachu i szczycił się tym. Cichy, anonimowy, skuteczny, dyskretny. Czy Diademowi potrzebny lepszy bezpieczniak?

- Gdzie? - Łomot. - Gdzie? - Łomot. - Gdzie? - Łomot.

Calvin miał tu przygotować porucznika Navarra do wizyty Nichole - wydawało się, że ta wizyta, mająca niezwykłe elementy, wymaga zaawansowanej pracy. Gdy tylko wylądował na dachu, usłyszał chrapliwe khosalijskie krzyki i odgłosy uderzeń.

Diadem nie chciał, by jego członkowie byli wplątani w tego typu sytuacje. Calvin wysiadł po cichu z latacza, biorąc ze sobą zestaw pierwszej pomocy. Włożył zasłonę i wziął pistolet. Wszedł przez górne drzwi, spojrzał w dół z balkonu atrium i zobaczył porucznika Navarra w łapach olbrzyma Ronniego Rompera, który jak lalką ciskał porucznikiem o meble i ściany, powtarzając w kółko chrapliwie:

- Gdzie jest Amalia Jensen? - I cios.

Calvin nie wahał się ani chwili. W życiu widział dziwniejsze rzeczy. Nie tracił nawet czasu na rozważania, kim może być Amalia Jensen. Najważniejsze, że jeśli to dłużej potrwa, kolacja z Nichole będzie zagrożona.

Bezpieczniak rozejrzał się na lewo i prawo, dostrzegł karłowate drzewko zen w ciężkiej ołowianej donicy i przesunął się, by ją objąć. Znów wyjrzał przez balkon - zobaczył Ronniego Rompera w dole tuż pod sobą - starannie wymierzył i pchnął donicę.

Rozległ się łomot. Ronnie Romper padł na dywan. Porucznik Navarre osunął się na poduszki, westchnął i chwycił się za gardło.

- Jestem Calvin, proszę pana. Z bezpieki Diademu. Jest pan ranny?

Porucznik Navarre patrzył wyłupiastymi oczyma na rozciągniętą lalkę.

- Ronnie Romper? - spytał.

Bezpieczniak wyciągnął karabin, sięgnął do hologramu i wyłączył go. Przebranie zniknęło - Khotvinn patrzył bez życia w sufit.

- Kto to? - spytał Navarre.

- Nie wie pan?

- Nigdy przedtem go nie widziałem. Pytał o Am... o osobę, którą znam. Ale nie wiem, gdzie ona jest, i nie mogłem mu powiedzieć, bo mnie dusił. Ale nie mam pojęcia, kto to taki.

Calvin przyjrzał się uważnie Khotvinnowi.

- Nie żyje. Nie będziemy go mogli przesłuchać.

Porucznikowi wracał normalny oddech. Patrzył to na ciało Khotvinna, to na Calvina. Poprawił pogniecioną jedwabną koszulę.

- Jestem panu wdzięczny za interwencję.

- To moja praca.

- Jestem pańskim dłużnikiem. - Przyszła mu do głowy pewna myśl. - Działy się ze mną dziwne rzeczy - powiedział. - Rabunek, moja przyjaciółka uprowadzona... a teraz to. Zastanawiam się, czy to zrobiła ta osoba. - Wzruszył ramionami. - Chyba należy wezwać policję. - Wyciągnął rękę do panelu serwisowego.

Calvin go powstrzymał.

- Proszę pana - powiedział - jeśli teraz zacznie pan zadawać się z policją, spóźni się pan na spotkanie z Nichole.

Porucznik Navarre patrzył bez wyrazu.

- Przypuszczam, że tak. Czy da się tu coś zrobić?

Calvin był cały czas uprzejmy.

- Proszę pana, jeśli mógłbym sugerować...

- Naturalnie.

- Diadem ma porozumienie z lokalną policją. Jestem pewien, że jeśli Nichole o to poprosi, policja chętnie przełoży wszelkie pytania na wygodniejszy termin.

Porucznik Navarre okazał zaskoczenie.

- Może pan to zrobić?

- Jak najbardziej, proszę pana.

Navarre masował sobie kark.

- Jestem dość mocno poturbowany.

- Na szczęście nie na twarzy, proszę pana. Jeśli pan chce, po drodze zabiorę pana do lekarza i masażysty. Ale musimy już iść.

Navarre zawahał się, spojrzawszy na rozciągnięte na ziemi ciało.

- Zostawimy je tutaj?

- Na pewno nikt tego nie ruszy.

Porucznik najwyraźniej się zdecydował.

- Dobrze, postąpię, jak pan radzi.

Calvin skłonił się z gracją, przyjmując decyzję do wiadomości.

- Bardzo dobrze, proszę pana.

Porucznik Navarre zdjął porwaną koszulę i włożył inną. Spojrzał na kilka marynarek leżących na kanapie i zamilkł.

- Czy mógłbym coś zasugerować? - spytał Calvin.

- Oczywiście.

- Odpowiednia będzie biała żałobna marynarka.

- Dziękuję, Calvin. - Porucznik Navarre włożył marynarkę.

Calvin pomógł mu ją zawiązać, sprawdzając przy tym, czy w marynarce nie ma broni, ukrytych karper.

- Możemy już iść, panie Calvin?

- Jak pan sobie życzy.

Porucznik Navarre wziął żałobny płaszcz i zaczął wchodzić po schodach. Calvin szedł cicho jak kot. Wychodząc na dach, Navarre zaktywizował system bezpieczeństwa domu.

- Panie Calvin, dziękuję za wszystko.

Calvin otworzył drzwi ciężkiego, luksusowego Jeffersona-Singha.

- To nic wielkiego, proszę pana. Zwykła sprawa.

ROZDZIAŁ 11

Hrabina Anastazja oglądała wideo: Drake Maijstral wychodzi z latacza marki Jefferson-Singh i trafia w ramiona Nichole; w ręku ma małą torbę.

- Cholera! - Waliła pięścią w oparcie drewnianego krzesła.

Z papierosa, który trzymała w ręce, spadał popiół na sześćsetletni dywan. Robot pośpieszył, by posprzątać.

- Nigdy go tu nie dostaniemy! - Zastosowała wysoko-khosalijską składnię zdania, podkreślając swą apokaliptyczną niemal frustrację. — Prawdopodobnie ma w tej torbie Cesarski Relikt.

Baron Sinn skinął filozoficznie głową.

- Następny ruch należy do Maijstrala, proszę pani.

Hrabina zacisnęła zęby.

- Nie podoba mi się to, baronie.

Baronowi jeszcze mniej się to podobało. Wszystko wskazywało na to, że spędzi sporo czasu zamknięty w tym domu z wściekłą, niespokojną hrabiną. Może dać jej szansę, by pozbyła się swego gniewu?

- Zagramy w krokieta, proszę pani? - zaproponował, skazując się na to, że przez resztę dnia będzie szukał piłki pod śrutowcem.

Hrabina zwiesiła język i odpowiedziała wrogim uśmiechem.

Bezpieczny w apartamencie Nichole, mając za strażników Calvina z towarzyszami, porucznik Navarre wyłączył hologram Drake'a Maijstrala. Nichole, roześmiana, podała mu rękę. Navarre z galanterią powąchał jej dłoń, nie zwracając uwagi na uporczywe kłucie w posiniaczonych plecach.

- Jesteś bardzo podobny do Maijstrala ubranego żałobnie - powiedziała. - Miło cię widzieć, poruczniku.

- Cała przyjemność po mojej stronie - odparł Navarre. Mówił prawdę. Z ulgą odkrył, że czuje się tu bezpieczny.

Maijstral wyłączył wideo i zadowolony oparł się wygodnie w fotelu. Nichole umiała przeprowadzić mistyfikację, a ta podstawiona osoba - nie wiadomo, kto to był - dobrze odegrała swą rolę; miała nawet duplikat diamentu, który Maijstral nosił na palcu.

Robot krzątał się, grzechotał, popiskiwał. Maijstral zacisnął zęby, zaraz się jednak uspokoił. Coraz bardziej nie znosił robotów, ale teraz nie czas na złość. Czas pchnąć sprawy naprzód.

Tvi z zainteresowaniem oglądała wideo.

- Przynieś drugą butelkę caberneta - zwróciła się do robota. - Bądź łaskaw, czterdzieści cztery.

- Tak, proszę pani.

Od przylotu z rezydencji Anastazji sprawiła się dość dobrze. Najpierw musiała pozbyć się Dewayne Seven i ukraść nowego sportowego Jeffersona-Singha. Od kiedy przybyła na Peleng, przyzwyczaiła się do tej maszyny.

Potem znalazła sobie kryjówkę - wygodny, dwunastopokojowy dom, najwyraźniej zamieszkany przez rodzinę, która na pół roku wyjechała w interesach do Nana. System alarmowy był tu dość stary i dziecinną zabawą okazało się przeprogramowanie go tak, by uważał Tvi za członka rodziny.

Teraz Tvi musiała znaleźć jakieś źródło utrzymania. Dumała nad tym, popijając wino.

Złodziejstwo to dobry pomysł.

Uśmiechnęła się. Poprawiało się życie na Peleng.

- Nazywam się Roman, proszę pana. Do usług.

- Hrabia Quik. Pański. Proszę usiąść.

Roman usiadł na miękkiej ławce obok Troxanina.

- Widzę, że wrócił pan na wystawę środowiska metanowego.

- Niedobrze przedtem zobaczyłem. Z kulami przeszkadzała Nichole. Wiele, wiele tłumu.

- To na pewno.

- Ja mówię metanickim - powiedział hrabia.

Roman zastanawiał się, czy w języku metanickim hrabia mówi w równie osobliwy sposób jak w innych językach. Hrabia pochylił dyniowatą głowę do mikrofonu, który został po wizycie Nichole. Gdy głos hrabiego przenosił się w przechłodzonym środowisku, stworzenia metanowe zapłoniły się delikatnym fioletem i zaczęły się skupiać galaretowato przy głośnikach. Gdyby poruszały się w tym tempie, zajęłoby im to około pół godziny.

- Gratulacje, hrabio - powiedział Roman. - Zdaje się, że wspaniale ich pan naśladuje.

W odpowiedzi z ukrytych głośników dobiegły jęki. Hrabia nasłuchiwał i sformułował zdanie.

- Powiedziałem im, że jesteś. Zainteresowani byli. - Głowa mu opadła w charakterystyczny dla Troxan sposób. - Źle robią te głośniki. Troxanie lepiej głośniki robią.

- Bez wątpienia najlepiej - powiedział Roman. Głowy Troxan były tak znakomitymi pudłami rezonansowymi, że jako gatunek byli bardzo wybredni, jeśli chodzi o sprzęt audio.

- Kto ty powiedz - zasugerował hrabia Quik. - Ja powiem potem metanowym istotom.

- Należę do otoczenia Drake'a Maijstrala.

- Ciekawe. Tłumaczyć problem jest rzeczywiście. Nie ma słowa na „złodziej" i metan świecie.

- Może lepsze słowo niż nasze, proszę pana.

- Ale nieciekawiejsze.

- Nudniejsze. Tak, panie, bez wątpienia.

Hrabia rozmawiał z istotami metanowymi. Jęknęły coś w odpowiedzi. Roman poczekał, aż w rozmowie nastąpi przerwa.

- Pan Maijstral prosił mnie, bym pana odnalazł, panie hrabio - powiedział.

Goglowate oczy hrabiego Quika jak na osiach obróciły się ku Romanowi.

- Tak? Po co, panie Roman?

- Ma nadzieję, że zechce mu pan wyświadczyć pewną przysługę. Zdaje sobie sprawę, że to dość niezwykła prośba, ale ma nadzieję, że gdy zrozumie pan okoliczności, uczyni mu pan ten zaszczyt i zechce zadziałać dla niego w imię ważnej sprawy, mówiąc krótko: dotyczącej Losu Cesarstwa. Ma nadzieję, że sprawa zostanie rozwiązana szybko i pomyślnie, z korzyścią dla pana i dla dobra Cesarstwa.

Wyraz twarzy hrabiego Quika nie zmienił się - w istocie nie mógł się zmienić - ale Roman odniósł wrażenie, że Troxanin patrzył teraz z większym natężeniem.

- Pan ciekawy, panie Roman. Proszę dalej mówić. Zamieniam się w słuch.

To ostatnie zdanie, które słyszałem tyle razy, teraz jest w dosłownym sensie prawdziwe, pomyślał Roman, układając sobie, jak ma przedstawić plan Maijstrala.

Generał Gerald patrzył zamglonymi oczyma na młodego mężczyznę stojącego przed drzwiami. Gdy bladym świtem obudził się ze swego niezwykle przyjemnego, pełnego agresji snu, wygramolił się ze zbroi i poszedł do łóżka, przysięgając sobie, że tym razem porządnie się wyśpi, by nie drzemać, gdyby Maijstral pojawił się w nocy. Pojawienie się młodego człowieka zaskoczyło go. Niezbyt często odwiedzali go goście i czasami zastanawiał się, czy przypadkiem nie onieśmiela ludzi.

Generał mógł obserwować przybysza, sam nie będąc widzianym. Młody człowiek ubrany był wizytowo, ale krzykliwie - taki styl od razu zmienił konwencję i poczucie generała na temat harmonii barw. Zuchwalec, pomyślał generał. Butny. Potrzebna mu dyscyplina. Wystarczy spojrzeć: ręce w kieszeniach, nar-zak zwisa z ust. Dobrze by mu zrobił pobyt w wojsku.

Pobyt w wojsku - uniwersalna recepta generała na wszelkie bolączki społeczne. Otworzył drzwi.

- Generał Gerald?

- Piechota morska. Emerytowany - padła automatyczna odpowiedź.

- Jestem Gregor Norman. Współpracownik Maijstrala.

W sennym umyśle generała zawrzało zdziwienie.

- A co ja mam z tym wspólnego? - warknął. Odpowiedział automatycznie, zastanawiając się, co szykuje Maijstral. Usiłuje wyciągnąć go z domu, by móc go złupić?

- Pan Maijstral natknął się na coś, co mogłoby pana zainteresować - powiedział Gregor. - To coś związane jest, ni mniej ni więcej tylko z Losem Konstelacji.

Jeśli to miał być ten manewr, to był to manewr zuchwały.

Generał Gerald podziwiał zuchwałość.

Wszedł do korytarza.

- Wejdź, młody człowieku.

- Dziękuję, generale.

- Wyrzuć ten nar-zak. Nie wiesz, że to szkodliwe?

Gregor zawahał się, ale po chwili przełamał ten grzeszny stymulant i włożył go do kieszeni.

Wreszcie Maijstral ma współpracownika, który potrafi słuchać rozkazów, pomyślał generał z satysfakcją.

Robot sunął cicho przez zarośla śrutowca, zmierzając w stronę barona Sinna. Sinn uderzał krokietowym młotkiem w czerwone owoce; niszczył je, szukając piłki. Dotychczas bez rezultatu.

Robot podał mu telefon.

- Panie, dzwoni Jego Ekscelencja Hrabia Quik.

Baron wyprostował się.

- Wie, że tu jestem?

Robot, niewyposażony w poczucie ironii, nic nie odpowiedział.

Po drugiej stronie boiska do krokieta Sinn zobaczył hrabinę Anastazję. Paliła papierosa, patrząc ze złośliwą satysfakcją na barona i na rozrzucone pod drzewem czerwone owoce.

- Dobrze, odbiorę - powiedział.

Baron, nadal od niechcenia rozrzucając owoce, wziął telefon z manipulatora robota. Robot unosił się nad leżącymi na ziemi owocami. Baron Sinn zawahał się przez chwilę, spojrzał na hrabinę, na robota, i nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł.

Zwiesił język w uśmiechu.

- Robocie, ułóż wszystkie owoce w stos - rozkazał. - Mniej więcej tej wysokości. - Pokazał ręką. - Jeśli znajdziesz piłkę do krokieta, odłóż ją na bok.

- Tak jest, panie.

Sinn uśmiechnął się szeroko, gdy robot ruszył do pracy. Nacisnął ideogram „odpowiedź" i telefon natychmiast wyświetlił przed pyskiem Sinna miniaturowy holograficzny obraz okrągłej głowy hrabiego Quika.

- Dobry wieczór, baronie. Twój posłuszny.

- Twój zawsze wiemy, panie. Miła niespodzianka, że pan zadzwonił.

- To dzień pełen niespodzianek. Mnie samego spotkała wcześniej niespodzianka.

- Mam nadzieję, że przyjemna.

- Z przyjaciel Maijstral ja rozmawiał.

Na dźwięk nazwiska Maijstrala nerwami barona przebiegł impuls energii. Nastąpiło to kilka sekund przedtem, nim baron zdołał odcyfrować składnię zdania hrabiego i domyślić się, co właściwie zamierzał przekazać.

- Rozmawiał pan z przyjacielem Maijstrala. - Baron chciał mieć całkowitą pewność.

- Istotnie to. Mojej pomocy zażądał jako neutralnej osoby, ale obywatela Cesarstwa. Ja dałem.

Maijstral dobrze się ubezpiecza, pomyślał baron Sinn z niejakim podziwem. - I działa szybko.

Cały czas miał uprzejmy wyraz twarzy.

- To bardzo hojne z pana strony, hrabio - powiedział.

- Proponował wynagrodzenie. Dwadzieścia procent. Odrzucona.

- Oczywiście, hrabio.

- Brak zainteresowania najlepszy się wydaje.

Robot układał owoce w piramidkę. Nie znalazł jeszcze piłki. Sinnowi, jakby na zawołanie, minęło zainteresowanie, gdy spojrzał na hrabiego Quika.

- Jakiego rodzaju pomocy spodziewał się Maijstral od Waszej Ekscelencji?

- W licytacje stawki przekazywać, baronie.

- Rozumiem. - Sinn zastanawiał się nad tym przez chwilę. - Hrabio, czy można się z panem skontaktować w jakimś miejscu?

- Tak, w Hotelu Peleng teraz.

Zachowując uprzejmy wyraz twarzy, Sinn szczerze w duchu przeklinał. Tam zatrzymali się Etienne, Nichole i przypuszczalnie Maijstral. Chronieni przez bezpieczniaków Diademu.

Odwlec, pomyślał baron. Im dłużej się odwlecze, tym większe szanse, że uda się złapać Maijstrala bez ochroniarzy jego ukochanej. Baron wpatrywał się dobrodusznie w hologram.

- Obecnie nie mam żadnej oferty, ekscelencjo. Ale niewątpliwie otrzymam instrukcje ze swego konsulatu i coś zaproponuję.

- Zrozumienie, baronie. Ale umowa musi być zawarta w ciągu jednego dnia tutejszego. Trzydzieści osiem godzin.

Sinn znowu przeklął. Maijstral wszystko przewidział.

- Nie ma żadnych konkretnych zapewnień, co do oferty rządu Jego Wysokości - oznajmił - ale jestem pewien, że są skłonni zaoferować uczciwą cenę za Cesarski Artefakt. - Uszy barona Sinna pochyliły się bacznie do przodu. - Jeśli jednak Cesarski Artefakt nie zostanie zwrócony pod koniec tej awantury, mam nadzieję, że pański mocodawca weźmie pod uwagę konsekwencje takiego nieprzyjaznego czynu. Gdy wielkie imperia grają o wielkie stawki, stoły są często w niebezpieczeństwie.

- Zrozumienie, baronie Sinn. Twój sługa, panie.

- Twój sługa. - Niuanse, niuanse, pomyślał baron.

Hologram hrabiego zniknął. Baron Sinn zauważył, że robot, układając piramidki z owoców, odłożył na bok pojedynczą czerwoną kulę. Baron podszedł do niej i uderzył młotkiem. To była piłka do krokieta.

Zapalił papierosa i zwrócił się do robota.

- Nadal układaj owoce.

- Tak, proszę pana.

Baron Sinn wprowadził piłkę na pole gry i wrócił na trawnik.

Hrabina cisnęła papierosa poza boisko; podeszła do swojej piłki.

- Kazałem robotowi usunąć owoce śrutowca. Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko temu.

Hrabina nie okazała żalu.

- Zupełnie nie, baronie. - Stanęła nad swoją piłką i przygotowała młotek. - Sama powinnam była o tym pomyśleć, gdy dawałam panu specjalną piłkę. Proszę mi wybaczyć to przeoczenie.

- Oczywiście, hrabino.

Anastazja zmrużyła oczy, przygotowując się do uderzenia.

- Czy to była jakaś ważna rozmowa, baronie?

Baron doskonale wybrał moment na udzielenie odpowiedzi.

- Dzwonił agent Maijstrala, proszę pani.

Młotek nie trafił w środek i piłka hrabiny ruszyła po krzywej.

- Co za pech, hrabino - powiedział baron i przygotował się do skrokietowania i wypchnięcia piłki hrabiny poza boisko, pod drzewa śrutowca.

Coraz bardziej podobała mu się ta gra.

- Oczywiście biorę dwadzieścia procent, młodzieńcze! Uważasz mnie za głupca?

Paavo Kuusinen obserwował grę w krokieta ze wzrastającą frustracją. W domu Amalii Jensen nic się nie działo, od kiedy oddział łotrów Pełni Ludzkości Prime wrócił w swoje pielesze.

Drake Maijstral - tak się przynajmniej wydawało - był bezpieczny pod ochroną Nichole. Kuusinen przeniósł się do siedziby hrabiny, mając nadzieję, że nastąpią tu jakieś dramatyczne wydarzenia - a tu dwie osoby grały w krokieta i robot ustawiał piramidki z owoców.

Kuusinen westchnął. Postanowił polecieć do porucznika Navarra - może tam się coś wydarzy.

Paavo obserwował start i nie chciał stracić finiszu.

Amalia Jensen całe popołudnie zniechęcona rozglądała się po domu, w którym przedtem oddział wojowniczych rzezimieszków urządził sobie koszary; Amalia, zrozpaczona, uniosła ręce i wycofała się do swego pokoju. Obejrzała wiadomości wideo, mając nadzieję, że dowie się czegoś o bieżących działaniach Maijstrala.

Zamiast tego podano informacje o fali dziwnych przestępstw w Peleng City: włamanie do domu porucznika Navarra, podczas którego zrabowano obiekt o małej wartości, stosując bardzo kosztowne środki; gwałtowne porwanie, a wkrótce potem uwolnienie w niejasnych okolicznościach; równie niezrozumiały atak zbrojny na rezydencję hrabiny Anastazji; gwałtowne wtargnięcie do wiejskiej posiadłości, gdzie zastrzelono roboty i zdemolowano dom; i ostatnie zdarzenie - brutalny atak na porucznika Navarra, dokonany przez Khosalikha przebranego za Ronniego Rompera.

Amalia wyprostowała się w fotelu. Dziennikarz - wyniosły Khosalikh - dodał, że takie przebranie wykorzystali porywacze Jensen. Niewiele sprawdzonych faktów zebrano dotychczas, ale dziennikarze nie ustawali w spekulacjach.

Zimne macki dotknęły karku Amalii, gdy usłyszała, że Ronnie Romper został zabity, prawdopodobnie przez gościa, który pojawił się na scenie. Dziennikarzom nie udało się ustalić tożsamości Khoslikha, nawet jego płci, i Amalia Jensen nie była pewna, czy nie chodzi o Tvi. Niewykluczone, że to ona - potężny Khosalikh został prawdopodobnie poważnie ranny podczas ataku na rezydencję hrabiny i mógłby wziąć udziału w dalszych łobuzerstwach.

Otworzyły się drzwi i wpadł Pietro.

- Oglądałaś wideo? - spytał.

- Tak.

- Dlaczego Navarre?

Amalia zastanowiła się przez chwilę.

- Sama jestem ciekawa. Może spodziewali się mnie tam zastać.

- I kto zabił Ronniego Rompera? W ogóle nie podano jego tożsamości.

- Coś tu się dzieje.

- Jak cholera. - Ten ostatni komentarz wygłosił kapitan Tartaglia, który ukazał się w drzwiach. Amalia szybko zmieniła wyraz twarzy, usiłując ukryć odruchowy niesmak na widok tego człowieka. Tartaglia drapał się po brodzie. Spojrzał w wideo. - Może należy przejąć tego Navarra i zadać mu parę pytań?

Serce Amalii łomotało z niepokoju.

- Na pewno jest dobrze strzeżony - rzekła.

- Mimo to należy się rozejrzeć po jego domu.

- Wszędzie będzie policja.

Tartaglia wzruszył ramionami.

- Trzeba się nad tym zastanowić.

Jednostka wideo zadzwoniła.

- Proszę pani, rozmowa telefoniczna z generałem Geraldem. Piechota morska. Emerytowany.

Amalia była zdziwiona. Ledwo znała tego człowieka.

- Co takiego? - powiedziała. Zwróciła się do Tartaglii. - Wybaczy pan, kapitanie.

Tartaglia wzruszył ramionami i odwrócił się do wyjścia. Amalia przyjęła telefon. Pojawiła się czerwona twarz Geralda. Amalia usiłowała okazać uprzejme zainteresowanie.

- Generał Gerald. Co za niespodzianka.

Generał się uśmiechał.

- Drake Maijstral prosił, bym do pani zadzwonił.

Z tyłu dobiegło Amalię zdziwione westchnienie Pietra, a z korytarza odgłos nagłego zwrotu w tył Tartaglii; kapitan wracał do pokoju.

Amalia panowała nad sobą, nie okazywała zaskoczenia i nawet nieco ją zdumiało to, że jest tak zrównoważona. Może przyzwyczaja się do spiskowania?

- Proszę dzwonić, kiedy pan zechce, generale. Dziwię się jednak, że pan Maijstral osobiście nie zadzwonił, jeśli ma jakąś wiadomość.

- Może nie chce zostać zabity.

- Wprawdzie w wielu sprawach panuje między nami niezgoda, ale nie oznacza to, że wszystkie telefony na Peleng wyposażyliśmy w ładunki wybuchowe na wypadek, gdyby Maijstral chciał z nich dzwonić.

- Prawdopodobnie pragnie zachować ostrożność. Dano do zrozumienia, że dziś rano wasi ludzie włamali się do jego domu.

Tartaglia chrząknął z irytacją.

- Przejdźmy do sedna sprawy, dobrze? - Generał nieźle się bawił. - Dotychczas nie okryliście się chwałą w tej sprawie. A Maijstral, jak sądzę, zachowuje się dość rozsądnie, proponując wam wyjście z sytuacji. - Szeroki uśmiech generała przekazywał czystą, złośliwą radość. - Maijstral chce, by licytacja skończyła się w jeden dzień, w trzydzieści osiem godzin. Ja dostanę za pośrednictwo dwadzieścia procent. Składacie jakieś oferty?

Tartaglia odsunął na bok Amalię i sam stanął przed wideo, w zasięgu holografu. Amalia nadstawiła uszu.

- Generale, jestem kapitan Tartaglia.

Generał zrobił taką minę, jakby właśnie sięgał do swej pamięci.

- Nie przypominam sobie żadnego kapitana o tym nazwisku. Byłego kapitana, owszem. Kogoś, kto opuścił służbę w Konstelacji i wstąpił do dziwacznej, paramilitarnej organizacji, fałszywie aspirującej do bycia wielką.

Usta Tartaglii ułożyły się w ponurą linię.

- Dziwi mnie, że jest pan w to zaangażowany, generale. Stawką jest los Konstelacji. Zdaje się, że panu zależy jedynie na tych dwudziestu procentach.

Generał poczerwieniał. Odpowiedział tak głośno, że Amalia aż drgnęła.

- Ty szczeniaku, zależało mi na Konstelacji i przesłużyłem sześć terminów w piechocie morskiej! Podkreślam: w piechocie morskiej, która gotowa jest walczyć przeciw Cesarstwu, bez względu na to, czy dostanie Cesarza albo jego przeklęte nasienie! Na tyle zależy mi na Konstelacji, by dzwonić do was teraz! Gdybym się nie zgodził być pośrednikiem, zostalibyście wykluczeni z gry. Moja propozycja, jeśli wam zależy, przedstawcie sensowną ofertę!

- Skoro pan sobie tego życzy, generale...

- Szczeniaku, to Maijstral sobie tego życzy! Gdybym dysponował funduszami, sam stanąłbym do licytacji, ale wiem, ile czasu zajmie wojskowemu nietypowe gromadzenie funduszy. Zatem Los Konstelacji jest teraz w waszych rękach i niech nam pomogą Niebiosa i Cnoty.

- Zatem amatorzy mają swoje zalety.

Generał strofująco uniósł palec.

- Szczeniaku, pieniądze przemawiają głośniej niż sarkazm.

Amalia widziała, jak ręce Tartaglii drżą z tłumionej wściekłości.

- Bardzo dobrze. Sto pięćdziesiąt. Ale niech pan powie Maijstralowi, że jeśli woli Cesarstwo, niech się lepiej przygotuje do spędzenia reszty swego życia poza granicami. I nawet wówczas Cesarstwo może się okazać dla niego niezbyt łaskawe.

Na generale Geraldzie nie zrobiło to większego wrażenia.

- Przekażę mu to, szczeniaku, ale na waszym miejscu nie formułowałbym gróźb, których nie mógłbym spełnić.

Odpowiedź Tartaglii brzmiała krótko:

- Sto pięćdziesiąt. Przekaż to Maijstralowi, generale.

- Dobrze. Odezwę się. Stawki prawdopodobnie podskoczą. - Generał powędrował wzrokiem poza hologram, jakby szukał Amalii. - Panno Jensen, jestem rozczarowany, że przebywa pani w takim towarzystwie.

Hologram generała zniknął. Tartaglia przeklinał, a Amalia coraz bardziej podziwiała strategię Maijstrala. Wybrał doskonałego pełnomocnika - kogoś, kto sympatyzuje z Konstelacją, ale mimo to jest doskonale uczciwy, i kto uznałby jakiekolwiek stosunki z Maijstralem za uszczerbek na honorze.

- Pokonamy generała. Wydobędziemy z niego informację, gdzie jest Maijstral! A potem, potem... - gorączkował się Pietro.

- Prawdopodobnie on nie posiada tej informacji - przerwała mu Amalia. - Musisz przyznać, że Maijstral zna swój fach. Oczywiście prowadzi sprawy przez pośredników i nie zdradza im, gdzie jest jego kryjówka. - Wstała i spojrzała w zdziwione oczy kapitana. - Generał Gerald wygrał w przeszłości wiele pojedynków i jeśli naśle pan na niego swych ludzi, wrócą ranni, pan zostanie wyzwany na pojedynek, a Cesarstwo nie dostanie artefaktu.

- Może się pani wydaje, że to pani powinna wszystkim kierować - szydził Tartaglia.

- Może właśnie Amalia powinna kierować - stwierdził Pietro.

I Jensen, i kapitan byli zaskoczeni.

- Ona lepiej zdaje sobie sprawę, jak należy postąpić w tej sytuacji.

- Przeklęty Maijstral! - Tartaglia walił z wściekłością w ścianę. Amalia słyszała zaskoczoną reakcję jego zwolenników, świadków tego hałasu i agresji. - Niech go cholera!

- Właśnie: przeklęty - powiedziała Amalia. Jak poprzednio, była sama zdziwiona swym opanowaniem. - Niech go pan do woli przeklina, ale niech pan mu nie grozi, bo wszystko stracimy.

Tartaglia zamilkł, poczerwieniał skonfundowany.

- Właśnie - powiedział Pietro. - Od teraz my się tym zajmiemy, jeśli pan pozwoli.

Zbliżył się do Amalii i wziął ją pod rękę. Wiele wspólnie przeszli i niech Tartaglia im tego nie niszczy.

Ze ścian dobiegały dźwięki „Eroiki", doskonale przekazywane przez troxańskie głośniki. Krzątający się robot zagwizdał cicho, po czym kilkakrotnie blipnął.

To przepełniło miarkę. Maijstral obrócił się w fotelu i strzelił do robota z dysruptora. Robot zamarł.

Maijstral wiedział, że chyba będzie musiał pokryć szkody, ale ocenił, że słuchanie „Eroiki" bez zakłóceń warte jest tej ceny. Wywołał Osobiste Notatki Peleng City z tablicy biuletynu, gdzie generał Gerald umieszczał stawki Pełni Ludzkości. Uśmiech pojawił się na twarzy Maijstrala. Sto pięćdziesiąt. Nieźle, jak na początek. Cesarscy jeszcze nie przedstawili swojej oferty.

Jednak obie strony wysunęły groźby - kody przetransmitowane przez generała Geralda i hrabiego Quika jasno tego dowodziły.

Należało się nad tym zastanowić. Polecił, by wideo się wyłączyło, i jednostka odpowiedziała mu blipaniem i miganiem. Maijstral stłumił odruch irytacji.

Każde stronnictwo groziło użyciem siły, jeśli nie sprzeda artefaktu właśnie jemu. Gdyby doszło do najgorszego, Cesarstwo prawdopodobnie lepiej by strzegło Maijstrala, ale nie uśmiechało mu się spędzanie reszty życia w ukryciu. Również nie zamierzał go spędzać w Cesarstwie.

Zastanowił się nad tym przez chwilę, wspominając to, co wczoraj wieczór powiedział Roman o swym stosunku do Cesarstwa. Maijstral uśmiechnął się i kiwał głową. To wymagało konspiracji.

Roman poszedł kupić jedzenie - nigdy nie dowierzał innym w sprawach aprowizacji Maijstrala. Nieobecność służącego to świetna okazja, by zainaugurować mały bez-Romanowy plan.

Maijstral poszedł za „Eroiką" do drzwi Gregora i zapukał cicho.

- Gregor, mogę z tobą porozmawiać?

- Oczywiście, szefie, wejdź.

Gregor rozebrał na części jeden z domowych robotów i badał urządzenie.

Został tylko jeden! - pomyślał Maijstral pogodnie.

Gregor położył narzędzia na biurku i wyłączył czwartą część ostrym rozkazem skierowanym do audiodecka.

Maijstral podszedł cicho do fotela i usiadł wygodnie.

- Dobrze się czujesz? - spytał.

- Oczywiście, szefie. - Na skroni miał ledwo widoczny siniak, ale poza tym półżywe okłady dobrze się spisały: zlikwidowały opuchliznę, przyśpieszyły gojenie się ran, ściągnęły siniaki, po czym zakończyły okres przydatności w półżywym błogostanie i odpadły.

- Gregor, obie strony wysunęły groźby. Spodziewam się tu niebezpieczeństwa.

Gregor wzruszył ramionami.

- Co poza tym nowego?

- Obawiam się, że żaden z naszych klientów nie będzie zadowolony, jeśli nie dostanie artefaktu.

- Będę ostrożny. Nie martw się, szefie, mi też zależy na zachowaniu całej skóry.

- Nie chodzi o to. Tylko... - Maijstral udawał, że się waha. - Wolałbym, żeby naszych Cesarskich przyjaciół spotkało rozczarowanie.

Gregor wyszczerzył zęby w uśmiechu. Pochylił się.

- Ja również. Jak mamy do tego doprowadzić?

Głęboko w leniwych oczach Maijstrala błąkał się śmiech. Sprawa zapowiadała się na łatwiejszą, niż przypuszczał.

- Doszedłem do wniosku, że artefakt musiał przetrwać jakieś poważne wojny. Byłaby wielka szkoda, gdyby Cesarstwo, otrzymawszy artefakt, odkryło, że został on ostrzelany z dysruptora.

- I wysterylizowany?

Maijstral uniósł ręce z rozłożonymi dłońmi.

- Nie mogliby przecież nas za to winić.

Gregor zakrztusił się śmiechem.

- To niezłe, szefie.

- Oczywiście Roman nie może o tym wiedzieć. Nie chodzi o to, że jest pro cesarski, ale on nie zaaprobowałby oszustwa.

Gregor mrugnął konspiracyjnie.

- Nie ma sprawy. Oczy mam zamknięte.

- Ale jeśli postanowimy sprzedać Cesarstwu jakąkolwiek część spermy Jego Wysokości, nasi przyjaciele z Konstelacji chcieliby mieć pewność, że jest ona sterylna.

Gregor zmarszczył czoło.

- Rozumiem. W jakiś sposób musimy pokazać Jensen i jej kumplom, że próbka została wysterylizowana, zanim przekazano ją Cesarskim. - Pokręcił głową skonfundowany. — To będzie trudne, szefie.

Maijstral uniósł rękę.

- Mam pewien pomysł - powiedział. - Sądzę, że dobry. Przekonajmy się, czy to zaaprobujesz.

- Baron Sinn. Do usług, proszę pana.

- Hrabia Quik. Zawsze do usług, baronie.

- Mój konsulat upoważnił mnie, bym postawił dwieście. - To było kłamstwo. Sinn korzystał z własnej linii kredytowej - on, podobnie jak generał Gerald, wiedział, że zbyt długo potrwałoby uzyskanie kredytu drogą oficjalną.

- Przekażemy to, baronie. Dziękuję.

Baron Sinn oddał telefon robotowi i z cienia pod śrutowcem spojrzał na boisko, gdzie czekała hrabina Anastazja; nie miała zadowolonej miny.

Baron wrócił do gry i energicznie uderzył młotkiem. Dla hrabiny gra się już, niestety, skończyła - baron miał prawie pewne zwycięstwo w drugim pojedynku.

- I wtedy ten olbrzym wyskoczył z pułapki. Przebrany za lalkę. Chyba niespełna rozumu. Chwycił mnie i miotał po całym pokoju, i cały czas pytał o pannę Jensen.

- To musiało być straszne.

- Cały czas mnie dusił. Nie mogłem nic powiedzieć. Nawet, gdy puścił moje gardło, nic mu nie mogłem powiedzieć. Prawie w ogóle nie znam tej kobiety. Dopiero od ciebie dowiedziałem się, że została uwolniona. Gdyby nie Calvin, leżałbym martwy w domu wuja.

- Czy sądzi pan, że to ta sam osoba, która włamała się do domu wuja?

- Tak mi się wydawało. Ale to by oznaczało, że włamanie ma związek z zamachem na pannę Jensen. Nie mam pojęcia, jaki.

Nichole uśmiechnęła się. W myślach prowadziła własne rozważania.

- Tak, to zupełnie niezrozumiałe - oznajmiła.

Porucznik Navarre oparł brodę w dłoni.

- Przypomina mi to przedstawienie, które widziałem w Pompey - powiedział zamyślony. - Dziwna, skomplikowana sztuka, napisana przez miejscowego pisarza. Dramat, komedia, parę piosenek. Jest tam rola dla mojej ulubionej aktorki. - Zamilkł na chwilę. - Przypomina mi ona ciebie, moja pani.

- Naprawdę? - Nichole położyła mu dłoń na ramieniu. - Opowiedz mi o tym - mruczała cicho. - Powiedz mi wszystko, co pamiętasz.

Zbliżała się sjesta. Gregor wyszedł na krótko, by z najbliższego publicznego telefonu przekazać stawkę Cesarskich, podbijając propozycję generała Geralda. Roman został w domu - do stolika podjechał wózeczkiem z przyrządami kuchennymi, by przygotować przekąskę dla Maijstrala. Ten z podziwem obserwował fachowe ruchy służącego, gdy na patelni płonął sos.

Czas na konspirację.

- Pańska sałata.

- Dziękuję, Romanie. Czuję chyba smak kava-kivi?

- Istotnie, proszę pana. To moja kompozycja.

- Wspaniały pomysł, Romanie. Oby nie zabrakło ci ich w przyszłości.

- Dziękuję, proszę pana.

Maijstral znów zakosztował sałatki. Roman składał kuchenne utensylia. Maijstral odłożył widelec i postukał fałszywym diamentem w przedni ząb.

- Romanie, czy mógłbym cię prosić o radę?

Roman odłożył szpatułkę.

- Byłbym zaszczycony, proszę pana.

Maijstral mówił w khosalijskim - ten język precyzyjniej oddawał sens tego, co zamierzał przekazać.

- W naszej mocy jest wpłynięcie na bieg historii.

- Tak, proszę pana.

- Nie pragnąłem nigdy poważnej odpowiedzialności, moje zainteresowania były zawsze dość przyziemne. Jestem całkowicie zaskoczony tą galaktyczną intrygą.

- Wydarzenia nie pytają nas o pozwolenie, ale zmuszają do działania, jak same chcą.

Maijstral uśmiechnął się. Tak brzmiało khosalijskie przysłowie, a Roman był prawdziwym Khosali.

- Słusznie — przyznał Maijstral. - Okoliczności postawiły mnie w tej sytuacji i mógłbym, gdybym chciał, pozwolić okolicznościom, by mnie z niej wyprowadziły.

Roman okazywał wyraźne zainteresowanie.

- Pozwalając, by licytacja się toczyła, i przekazując relikwiarz oferentowi, który zaproponuje najwięcej?

- Właśnie.

Uszy Romana pochyliły się do przodu.

- Nie chce być pan zmuszany do takiego działania, prawda, proszę pana?

Maijstral odchylił uszy na pozycję ostrożnej zadumy. Patrzył na stygnącą sałatkę i zastanawiał się, w jaki sposób to przeprowadzić. Mógł powiedzieć Romanowi, że Sinn i Amalia Jensen mu grozili, ale to by tylko Romana rozwścieczyło, zacząłby ostro namawiać Maijstrala, by ten wyzywał wszystkich na pojedynek.

Należało znaleźć inny sposób.

- Nie chcę być odpowiedzialny za zniszczenie cesarskiej linii. To symbol cywilizacji starszej od cywilizacji ludzkiej. Niezależnie od przesłanek politycznych, sądzę, że nie mam prawa decydować, czy Pedjalli powinien żyć czy umrzeć.

- Ale honor zmusza, by przestrzegał pan uczciwej licytacji.

- Tak. - Maijstral bez celu dziobał widelcem sałatkę. - Widzisz, więc, Romanie, że stoję przed dylematem.

- Proszę pana, nie czuję się upoważniony do udzielania rad...

Maijstral wyrzucił w górę ręce.

- Jeśli nie ty, Romanie, to kto?!

Nozdrza Romana zadrgały z podniecenia. Maijstral był zadowolony z przedstawienia - ale przecież ten krzyk rozpaczy nie był zupełnie udawany. Musiał skłonić Romana do pewnych działań, inaczej Peleng - oraz wszystkie inne miejsca - staną się bardzo niebezpiecznymi miejscami dla nich wszystkich.

- Proszę pana, proszę się chwilę zastanowić - powiedział Roman.

- Oczywiście. - Maijstral udawał, że znów jest zainteresowany sałatką. Obserwował służącego wpółprzymkniętymi oczami.

Nos Khosalikha poruszył się, uszy pochyliły do przodu, na lewo, na prawo; ręce grały na kuchennym sprzęcie. Roman najwyraźniej prowadził walkę wewnętrzną.

- Proszę pana, można chyba stwierdzić, że pewne obowiązki stoją ponad honorem, a zachowanie życia to jeden z nich? Ponadto, czy nie można powiedzieć, że zachowanie niewinnego życia jest samo w sobie zaszczytnym obowiązkiem?

Co za ulga i radość! Maijstral starannie ukrył symptomy tych uczuć.

- No, cóż...

- Naturalnie, Cesarscy uważają rodzinę królewską za wyraz transcendentnego ideału, bez względu na opinie, panujące po tej stronie politycznej granicy.

- Romanie, ale to oznacza oszustwo naszych klientów.

- Owszem, proszę pana.

- To oznacza oszukanie Gregora. Osoba o jego pochodzeniu i wychowaniu nigdy nie zrozumie naszego sposobu traktowania ideałów Pendjalli.

Roman myślał przez chwilę.

- To byłoby trudne, proszę pana.

Maijstral podniósł serwetkę do ust.

- Dlatego powinniśmy zaplanować wszystko teraz, gdy Gregora nie ma w domu.

- Trzysta.

- Czterysta pięćdziesiąt.

- Siedemset.

- Tysiąc.

- Młodzieńcze, nie zobaczymy się aż do zamiany. Gdyby cię tu ktoś zobaczył, mogłoby to być dla ciebie niebezpieczne.

- Przedsięwziąłem środki ostrożności. Generale, szef przysyła mnie z pewnymi propozycjami. Wolałby, żeby jedna ze stron - ludzka - wysunęła się na czoło.

Generał mrugał.

- Naprawdę? Proszę mi powiedzieć.

- Aż nadto.

- Tysiąc pięćset.

- Jak chce?

- W gotówce, kapitanie.

- W gotówce? Nie licznik kredytów? - Milczenie. - Na planecie może się nie znaleźć aż tyle gotówki.

- Z pewnością się znajdzie. Nawet w najporządniejszym społeczeństwie zawsze jest popyt na fundusze niedające się wytropić.

- Pan Romans. Mi przyjemnie.

- Jest pan bardzo uprzejmy.

- Proszę pić brandy.

- Do usług.

- Zdziwiony pana widzieć. Po groźbach myślałem, że zostanie pan blisko.

- Pan Maijstral przysyła mnie z propozycją. W tej sprawie ma pewne poglądy. Żywi sentymentalne uczucia dla cesarskiego rodu i życzy mu długiego trwania i powodzenia.

- Bardzo interesujące. Proszę powiedzieć więcej i kontynuować.

- Poczekaj chwilę, młodzieńcze.

- Tak, proszę pana?

- Bardziej to skomplikowane niż trzeba. Skąd mam pewność, że nie dokonacie zamiany?

- Pojemnik krioniczny cały czas będzie na widoku. Pan może go obserwować, a pan Maijstral w ogóle go nie dotknie. Widziałby pan, gdyby dokonywano podmiany.

- Ale panie Romans, proszę wybaczyć. Skąd nasza pewność, że to duch Cesarza?

- Przeprowadzono mapowanie cesarskich genów, proszę pana. Tuż przed wymianą można zrobić porównanie.

- Gregor.

- Tak, szefie.

- Wieczorem muszę wyjść i coś załatwić. Proszę, nie wspominaj o tym Romanowi.

Poufały uśmieszek.

- Jasne, szefie. Jak rozkażesz.

- Dwa tysiące dwieście.

- Romanie?

- Tak, proszę pana?

- Wieczorem wychodzę z domu. Na pewno domyślasz się, po co.

Milczenie.

- Tak, proszę pana. Przyda się panu moja pomoc?

- Podejrzewam, że bank nasienia w Peleng City ma dość słabą ochronę.

- Jak pan sobie życzy.

- Proszę, nie wspominaj Gregorowi, że dzieje się coś niezwykłego.

- Oczywiście, proszę pana.

- Dwa tysiące pięćset.

- Dwa tysiące osiemset.

Cesarski Artefakt połyskiwał na biurku Maijstrala. Maijstral wrócił przed chwilą z wyprawy do banku nasienia i ciągle był ubrany w kombinezon. Związane włosy piętrzyły się na czubku głowy. Na oczach miał wzmacniacz obrazu, na dłoniach rękawiczki wyczuwające przepływ energii. W panującej w domu ciszy słychać było tylko ostatniego działającego robota - krzątał się w korytarzu, blipając przy tym.

Przed Maijstralem leżał sprzęt do przechowywania i zakonserwowania khosalijskiej spermy. Sam nie ukradł żadnej spermy, musiał użyć autentycznego cesarskiego materiału ze zmapowanymi genami Pendjalli, inaczej transakcja, którą miał przeprowadzić, nie udałaby się.

Ostrożnie przesunął dłonią po wzorach na relikwiarzu. Elektrony pulsowały mu w skroniach.

Przypomniał sobie swój plan i część jego mózgu zareagowała lękiem. Niepotrzebnie wszystko komplikował. Narażał się na niebezpieczeństwo.

W mózgu Maijstrala formowały się wzorce. Dłonie efektywnie manipulowały narzędziami.

Klik - i część artefaktu obróciła się i odsunęła. Na wyrytych wzorach utworzyły się delikatne struktury szronu, gdy kriogeniczny chłód zetknął się z powietrzem.

Artefakt był otwarty - i na łasce Maijstrala.

ROZDZIAŁ I2

Metanowe stworzenia z zoo w Peleng City, ufne w swych snach, żyły sobie niespiesznie, sunąc przez zamarznięte amoniakowe morze. Komunikowały się za pomocą języka i w ograniczonym zakresie potrafiły rozumować, ale obserwatorzy nie byli pewni, czy uważać je za istoty inteligentne. Odgrodzone od otoczenia - w którym by natychmiast wyparowały - pełzły przez swój habitat z szybkością lodowca, wchłaniały pokarm i siebie nawzajem, wydalały odpady i nowych osobników. Percepcję miały ograniczoną do zmysłu słuchu i dotyku; w swej izolacji żyły szczęśliwe, niezagrożone niepokojącym kontaktem z zabawnymi ułudami świata zewnętrznego.

Widzowie, obserwujący je na monitorach, byliby zdziwieni, odkrywszy, że stworzenia metanowe nie uznają rzeczywistości obserwatora. Metanici sądzili, że dziwna pulsacja, skierowana ku nim z głośników, jest formą zbiorowej halucynacji, mimowolnym efektem ubocznym ich własnych rozedrganych fantazji. Przez znaczną część swej historii metanici tworzyli bogate dzieło dramatyczne - wzniosłą, zawiłą mozaikę, abstrakcyjną jak opera, gorącą jak romans; pojawiali się w niej bogowie i diabły, humor, filozofia, cuda i dziwy, a całość była autokomentarzem, samooceną i krytyką. To niekończące się dzieło żyło własnym życiem, niespodziewanie pojawiały się nowatorskie zwroty akcji, wynikające z pozornie prostych dramaturgicznych pomysłów; zadziwiająco często uzewnętrzniały się nowe cechy osobowości u postaci tak starych jak sam gatunek, który je stworzył.

Próby nawiązania kontaktu z metanitami - w morzu amoniakowym - przypominały spontaniczny proces intuicyjny. Istoty te wnioskowały, że mają do czynienia z ostrą formą halucynacji, zaczęły, więc długą dyskusję o naturze własnej podświadomości, zastanawiając się, z jakiego źródła te myśli pochodzą; po dziś dzień tej kwestii nie rozstrzygnięto. Opowieść hrabiego Quika o Maijstralu rozeszła się falą szoku w małej metanickiej społeczności. Czy określenie „złodziej" może znaleźć swe miejsce w ramach Wielkiego Dzieła czy nie? Ta idea zakładała istnienie „własności" - takiego pojęcia metanici nie znali, a nawet gdyby je znali, nie potrafiliby się nim posługiwać. Dla tych istot koncepcja własności okazała się radykalnym ćwiczeniem spekulatywnej filozofii. Zaskoczone, skonstatowały, że metanicka podświadomość potrafi być niezwykle twórcza, bardziej niż podejrzewały.

Nie powinniśmy czuć w stosunku do nich wyższości. Choć fizyczne horyzonty, metanitów są ograniczone, to ich aktywność umysłową cechuje wielka witalność. Zastanówmy się przy tym, czy przypadkiem życie metanitów nie może być dla nas wzorcem. Nas, podobnie jak te stworzenia egzystujące w temperaturze bliskiej zera bezwzględnego, ograniczają mury naszej własnej konstrukcji; a te mury mają nazwy: religia, sceptycyzm, ideologia, własność, Wysoki Obyczaj. Właśnie, Wysoki Obyczaj to rozmyślne wykluczenie pewnych sposobów życia na korzyść tych, które uważa się za cenniejsze i bardziej wzniosłe. Wysoki Obyczaj przyznaje się przynajmniej do swych ograniczeń. Istnienie postrzegane jako całość - konflikt między osobistą egzystencją a wszechświatem... chyba żaden kulturalny czy ideologiczny twór nie traktuje spraw makrokosmosu we właściwy sposób. Metanici wolą swe iluzje i chyba są z tym szczęśliwi. To więcej, niż niektórzy z nas mogą się domagać.

Paavo Kuusinen czuł się jak istota otoczona murami nie przez siebie wzniesionymi i zaczynał się zastanawiać, czy wydarzenia ostatnich kilku dni nie są w istocie dziwnym wytworem jego podekscytowanego umysłu. To frustrujące - przez cały dzień obserwować ludzi, którzy wiodą najzwyklejsze życie; i jak to możliwe, by po tylu wydarzeniach ostatnich dni wszyscy zachowywali się tak normalnie? Wieczorem Kuusinen przerwał obserwacje i wrócił do hotelu. Zamierzał się wreszcie wykąpać i przebrać. Pokój okazał lekkie zdziwienie, gdy go zobaczył - lokatora nie było tu od dwóch dni.

Gdy się obudził, zamówił śniadanie i przejrzał w komputerach ostatnie informacje. Policja nadal była zdezorientowana, Maijstral nadal pozostawał w apartamencie Nichole, która - tu Kuusinen ustawił uszy do przodu - oznajmiła, że Maijstral będzie jej partnerem podczas uroczystego balu na pożegnanie Diademu.

Przekartkował wiadomości, znalazł zaproszenie, czekające na niego w komputerze, i zamówił je w postaci drukowanej - do tego pasek magnetyczny, umożliwiający ominięcie ochrony Diademu.

Przynajmniej dziś wieczór przyjrzę się wszystkim i może coś wywnioskuję z ich zachowania, pomyślał.

- Mam nadzieję, że nam pan wybaczy, poruczniku.

- Naturalnie, madame.

Porucznik Navarre ukłonił się, powąchał uszy Nichole i Maijstrala i wycofał się z saloniku Nichole do dużego salonu. Drzwi się za nim zasunęły. Nichole spojrzała na Maijstrala jasnymi oczyma.

- Nowa namiętność, moja pani? - spytał z uśmiechem.

Nichole skrzywiła się.

- A nie mówiłam, że zbyt dobrze mnie znasz?

- Spędził tu dwie noce. Po co został dłużej? Mógł wyjechać, pokazując własną twarz. A teraz zastaję was we dwoje. Dojadacie śniadanie.

Wzięła go za rękę i westchnęła.

- To zaskakujący mężczyzna. Znakomita pamięć. Niczego nie potrafi zapomnieć. Ma zadziwiająco jasne wspomnienia. Drake, on wiele dokonał. Ratował życie innych, ryzykując własne. A ja w tym czasie paradowałam przed kamerami. Z nim wszystko stało się realne.

- Życzę ci szczęścia, Nichole.

Zaśmiała się.

- Dziękuję, Drake. Wiesz, cieszę się, że się nie załamałeś.

Pocałował ją.

- To szczęście być niezałamanym, pani.

- Zamówić drugie śniadanie?

- Dziękuję, dla mnie nie. Już jadłem.

- Usiądź przy mnie.

Maijstral wziął kartki faksu ze swego krzesła i wręczając je robotowi, od niechcenia rzucił na nie okiem.

- To jakaś sztuka?

Nichole przesłała mu ukradkowy uśmiech.

- Owszem. Porucznik Navarre uważa, że byłabym w tym dobra.

- A ma rację?

- To znakomita rola. Główna postać to manipulantka. Gra kilka silnych postaci, zmuszając inne osoby, by zachowywały się zgodnie z jej wolą.

- Podejmiesz się tego?

- Bohaterka nie jest już młoda. Gdy zacznie się grać role dojrzałe, nie można w zasadzie wrócić do grania podlotków.

- Ale zamierzasz nad tym pracować?

- Chyba tak. - Przygryzła dolną wargę. - Zastanawiam się, czy się do tego nadaję. To wymaga szerokiego wachlarza umiejętności.

Maijstral chwycił jej dłoń i uścisnął.

- Odwagi.

Uśmiechnęła się blado.

- Tak, wiem, podejmę się. Ale jeśli nie masz nic przeciwko temu, trochę jeszcze odwlekę podjęcie decyzji. Nie chciałabym mieć poczucia, że potraktowałam to zbyt lekko.

- Ty sobie odwlekaj, a ja ci coś pokażę, jeśli pozwolisz. - Maijstral odsunął mankiety z nadgarstków, sięgnął do kieszeni i wyciągnął dwie małe krioniczne fiolki. Obrócił rękę w przegubie - pokazał Nichole wierzch dłoni i znów obrócił nadgarstek. W ręce miał tylko jedną fiolkę. Nichole skinęła głową z aprobatą.

- Świetnie — powiedziała.

Maijstral powtórzył ten sam trik i obie fiolki pojawiły się w dłoni.

- Sądzisz, moja pani, że nauczyłabyś się tej sztuczki do wieczora?

Nichole patrzyła twardo.

- Maijstral, nie biorę udziału w żadnej konspiracji, przynajmniej, gdy nie wiem, o co chodzi. Nawet dla ciebie, Drake.

Zrobił w jej stronę ukłon - fiolki ukazały się i zniknęły między jego palcami.

- Oczywiście, powinnaś wiedzieć, moja pani - stwierdził. - Ale muszę cię ostrzec, byś niczego nie powtarzała porucznikowi Navarremu. Gdyby się czegoś domyślił, będzie musiał wyzwać na pojedynek połowę osób na balu. - Spojrzał na Nichole i uśmiechnął się, przewidując jej reakcję. Fiolki cały czas tańczyły między jego palcami. - Stawką jest Los Cywilizacji, ni mniej, ni więcej.

W sali balowej, w powietrzu, uroczyście sunęły ideogramy „szczęśliwej podróży" i „smutne pożegnanie"; nie zwracały uwagi na tańczące kule medialne. Na balkonie antygrawitacyjnym pod sufitem orkiestra grała muzykę odpowiednią dla tych, którzy się przechadzali i chcieli pokazać. Pod orkiestrą dwa wcielenia Elvisa wpadały sobie w melodię. Etienne stał w uroczystej purpurze, bębnił palcami po rękojeści szpady (wspomnienie pojedynku) i ziewał uprzejmie w twarze swych admiratorów. Nichole, w nieco staromodnej sukni z krynoliną, odsłaniającej wspaniałe blade ramiona, z łatwością odpierała pytania na temat Drake'a Maijstrala.

Miejscowe sławy i politycy smażyli się w silnym świetle; kto nieśmiały, szukał zacisznych zakątków i unosił się nad wazami z ponczem; inni stali w grupkach twarzami do ściany - grupka Cesarskich w jednym końcu pokoju, grupka Konstelacji w drugim, a wszyscy naburmuszeni, patrzący wilkiem, dreptali w miejscu.

Pośrodku inne towarzystwo: Maijstral, Gregor i Roman patrzą na zewnątrz, otwarci. Uśmiechają się - każdy ma swój własny powód.

- Tak, nie potrzebuję już szkła, niech Cnotom będą dzięki. Siniaki zniknęły. - Ukrył ziewanie.

- Zauważyłem, że jest pan dziś uzbrojony. Został pan zmuszony do nowego pojedynku?

Spojrzał wilkiem.

- Nie mogę stawać. Nie rozmawiam o takich sprawach.

- Drake.

- Nichole. - Powąchał ją delikatnie, ucałował w rękę. Kule tłoczyły się, by lepiej widzieć. Nichole mówiła półszeptem, ledwo poruszała wargami, ku rozpaczy tych, co czytali na wideo z ruchu warg.

- Prosiłam orkiestrę, by zagrali Pielgrzymkę do Cynamonowej Świątyni z dwukrotnie większą liczbą taktów. To powinno wystarczyć.

- Dziękuje, madame. Sądzę, że będzie znakomicie pasowało. — Zwrócił się do innych osób ze swego otoczenia. - Nichole, pozwól, że ci przedstawię swego asystenta, Romana.

- Cieszę się, że znów pana widzę. - Dla kamer. - Oczywiście, jesteśmy starymi przyjaciółmi.

Odgłosy wąchania.

- Jestem zaszczycony, madame. Wygląda pani zachwycająco.

- Dziękuję, Romanie. Dobrze wyglądasz.

- To miło, że pani zauważyła, madame.

- Nichole - powiedział Maijstral - to mój młodszy asystent, pan Gregor Norman.

- Panie Norman.

- Ach, jestem zachwycony, madame. - Gregor tak nagle stanął twarzą w twarz z kobietą — obiektem swych wieloletnich młodzieńczych westchnień, że rzucił się do przodu i chwycił jej rękę w spoconą dłoń. Nichole zrobiła właściwy ruch ramieniem, dzięki czemu uniknęła dyslokacji łokcia. Na twarzy zachowała jednak spokojny uśmiech. Zwróciła się do Romana. Gregor mrugał, strzepując pot z powiek, i cicho przeklinał sam siebie.

- Mam nadzieję, że odwiedzi mnie pan przed wyjazdem. Może jutro rano?

Roman zwiesił język.

- Byłbym zachwycony, o ile pan Maijstral nie będzie mnie potrzebował.

Maijstral uśmiechnął się pobłażliwie. Zawsze nieco go bawiło wzajemne przyciąganie Nichole i Romana.

- Oczywiście, możesz iść, Romanie - powiedział. - Zakładając, że dożyjemy jutrzejszego ranka.

- Ta Jensen jest tutaj.

- Widziałem ją, hrabino.

- Nie podoba mi się ten ostatni manewr, baronie. Wydaje mi się niezwykle skomplikowany.

- Maijstral chce nadal żyć tu, w Konstelacji. Cesarstwo nie opowiada się ani za, ani przeciw.

- Masz do niego zaufanie?

- Tak i nie. - Chwila wahania. - Wie, co się stanie, jeśli mnie rozczaruje.

- Tak. - Głos hrabiny warczał satysfakcją. - To prawda. Jeśli się boi, jest naszym sługą. I tylko to się liczy.

- Cesarscy są tutaj.

- Wiem, Pietro. - Uśmiechnęła się. - Cesarscy, których czeka rozczarowanie. Mój ulubiony gatunek.

- Jesteś w dobrym nastroju.

- A dlaczego nie miałabym być? Wygraliśmy. A według stacji nadawczych Cesarski, który poległ, okazał się tym, którego chciałam widzieć umarłego. - Chwila zastanowienia. - Oczywiście nikomu nie życzę śmierci.

- Oczywiście. Rozumiem, co ma pani na myśli.

- A ten, który rzeczywiście był... w pewnym sensie miły... nadal żyje. - Uśmiechnęła się i wzięła go za rękę. - A gdy to wszystko się skończy, zaczniemy realizować własne plany.

- Porucznik Navarre?

- Tak. Pan... nie przypominam sobie, proszę pana...

- Kuusinen. Posłuszny sługa.

- Oczywiście. Musi mi pan wybaczyć.

- Ależ naturalnie. Ostatnie dni przyniosły tyle napięcia.

Navarre rozejrzał się niepewnie. Co chwila zerkał do tyłu, wypatrując niebezpieczeństwa, szalonych lalek machających magiczną różdżką czy innych tego typu postaci.

- Istotnie - powiedział.

- Czy wyjaśniło się, kto pana zaatakował?

- Okazuje się, że to dezerter z cesarskiej armii. Nikt nie wie, jak się tu dostał ani jakie miał zamiary. Jakiś szalony osobnik.

- Bez wątpienia. Nic nie wiadomo o jego współpracowniku?

- Współpracowniku?

- Jeśli ten dezerter był jednym z Romperów zamieszanych w porwanie panny Jensen, to miał partnera.

Navarre znów się obejrzał. Zobaczył Nichole, uśmiechnął się i zrobiło mu się cieplej. Odpowiedziała mu uśmiechem.

- Zastanawiałem się nad tym — rzekł. - Naturalnie, bezpieczeństwo jest tu znakomite.

- Oczywiście.

- Mimo to. Cieszę się, że jestem na tej planecie tylko przez krótką chwilę.

- Panowie, do usług.

- Hrabia Quik. Pański sługa.

- Panna Nichole. Największa przyjemność widzenia pani.

- Dziękuję, hrabio. Zechce mi pan wybaczyć.

- Naturalniutko. - Zwrócił się do Romana i Maijstrala. - Rozejrzymy się?

Nichole sięgnęła do krynoliny prawą ręką, dotknęła krionicznej fiolki. Dwa razy przećwiczyła zamianę. Przechodząc, skinęła do Etienna. Ponownie zrobiła zamianę. Serce jej bilo szybciej niż zwykle; zastanawiała się, czy widać po niej zdenerwowanie. Nie była przyzwyczajona do występów, od których zależało życie.

Spojrzała na porucznika Navarra w drugim końcu sali. Był dobrze widoczny: wysoki, miedzianoskóry, ubrany w żałobny płaszcz. Czuła, że on lepiej od niej sprawiłby się w takiej akcji — był przecież człowiekiem czynu. Rozmawiał z mężczyzną w płaszczu, który wydał się Nichole znajomy. Navarre obejrzał się, dostrzegł Nichole, skinął głową. Serce Nichole rosło.

Nichole dokonała podmiany bezbłędnie - najlepsza z dotychczasowych prób.

Uśmiechnęła się do Navarra i przeszła dalej, otoczona przez dryfujące srebrne kule.

Generał Gerald górował nad tłumem; potężny tors obwieszony miał medalami. Spojrzał surowo na Maijstrala i szybko powąchał jego kark. Maijstral również go powąchał, uszy zastrzygły do tyłu; zachowywał się oschle. Generał zwrócił się do Gregora.

- Jesteś gotów, młodzieńcze?

Gregor skłonił się; mankiety sięgnęły aż do podłogi.

- Do usług, generale.

Generał Gerald nachmurzył się. Choćby Gregor nie wiem jak się starał, w jego zachowaniu zawsze było coś niearystokratycznego.

- Przejdźmy gdzie indziej - warknął.

Hrabina Anastazja stała bez ruchu, jak rzeźba, i obserwowała Romana oczami jak amoniakowy lód. Baron Sinn wywiesił język z satysfakcji.

- Zdecydowanie z cesarskiej linii.

W małym pomieszczeniu zadźwięczał melodyjny głos hrabiego Quika.

- A więc satysfakcja?

- Tak, hrabio. - Baron Sinn dał fiolkę Romanowi, który wyciągnął z kieszeni dysruptor.

- Proszę odejść, panie baronie - powiedział i szybko przeprowadził sterylizację analizatora, zabijając wszystko, co zostało tu z Naisa CVI. Skłonił się baronowi. - Pański sługa.

Baron Sinn podniósł małą skórzaną torbę z gotówką.

- Zawsze pański - odparł.- Roman złożył pożegnalny ukłon.

- Spotkamy się ponownie, hrabio, jako Pielgrzymi do Cynamonowej Świątyni.

Roman i hrabia Quik odeszli. Hrabina wzięła barona za ramię.

- To zbyt skomplikowane - stwierdziła.

- Nie mamy wielkiego wyboru. Inne rozwiązania mogły zagrozić Cesarskiemu Reliktowi.

- A jednak trudno mi uwierzyć w tę cudowną podmianę.

- Wydaje się dość dobrze przemyślana.

- Najprostsze plany najłatwiej realizować - oznajmiła hrabina w nienagannym wysoko-khosalijskim.

- Racja - odparł baron, kręcąc z niesmakiem nosem na tę wymianę głębokich uwag. - Ale dobry gulasz wymaga wielu składników. - Poczuł, jak ręka hrabiny sztywnieje. Naprawdę uczę się, jak postępować z tą kobietą, pomyślał.

- Paavo Kuusinen, madame. Do usług.

- Panie Kuusinen, myśmy się chyba już spotkali.

- To bardzo uprzejme, że pani pamięta.

- Proszę się ze mną przejść. Porozmawiamy.

- Z rozkoszą, panno Nichole. - Włożyła mu lewą rękę pod prawe ramię. - Madame, czy mógłbym mieć zaszczyt towarzyszyć pani w Pielgrzymce.

- Proszę wybaczyć, ale taniec mam zajęty, panie Kuusinen. Może Kryształowy Liść?

- Jestem oczarowany. - Takt. - Madame, jak się wydaje, okazuje pani pewną nerwowość. Mógłbym pani w czymś pomóc?

Nichole zesztywniała.

- Czemu pan pyta, panie Kuusinen?

- Pani prawa dłoń, madame. Wybaczy pani, ale dostrzegłem, że nerwowo ściska coś pani w krynolinie.

Ręka Nichole drgnęła w krynolinie, jakby ukłuta. Nichole spojrzała na Kuusinena i uspokoiła się.

- To podarunek, panie Kuusinen. Wręczono mi go tuż przed przybyciem i nie zdążyłam go otworzyć. Najprawdopodobniej widać po mnie, że zżera mnie ciekawość.

- Rozumiem, madame. Mam nadzieję, że wybaczy mi pani impertynencję.

Znów na niego spojrzała - nie podobało jej się to, że twarz mężczyzny jest tak opanowana.

- Naturalnie, proszę pana - odparła i zaczęła się nad tym wszystkim zastanawiać.

- Panie Maijstral? - Pytanie skierowała unosząca się w powietrzu kula medialna. Głos był męski, khosalijski.

- Tak?

- Czy mógłbym spytać, z całkowitą delikatnością, o pańskie stosunki z panną Nichole?

- Jesteśmy starymi przyjaciółmi, proszę pana.

- A może czymś więcej? Spędził pan w jej towarzystwie trzy noce.

- Doprawdy?

- Czyżby pan twierdził, że tak nie było?

- Pozwolę sobie zauważyć - „z całkowitą delikatnością", używając pańskiego sformułowania - że pańskie pytania sugerują znacznie więcej niż moje odpowiedzi. - Zerknął jednym okiem na porucznika Navarra. - Jeśli pan wybaczy, muszę teraz opuścić ten bankiet delikatności. W drugim końcu pokoju widzę innego starego przyjaciela.

Kapitan Tartaglia w towarzystwie swych komandosów z wściekłością oglądał wideo. O czym ten dziennikarz trajkocze?

Dlaczego nie zada ważnego pytania o to, gdzie do diabła jest cesarskie nasienie. Gdybym tam był, pomyślał Tartaglia, ten Maijstral musiałby mi odpowiedzieć na parę pytań.

Przygryzając z wściekłości wargę, przeszukał wzrokiem tło, chcąc znaleźć Amalię Jensen i Pietra, ale dostrzegł tylko potężną sylwetkę tego zdrajcy, generała Geralda, maszerującego w drugi koniec sali. Zaproszenia na bal były wystawione na ich nazwiska i nikt z nich nie chciał mu oddać swojego zaproszenia.

Przeklęta niesubordynacja!

Czując smak krwi, kapitan Tartaglia warczał na wideo. Ktoś za to zapłaci, jeśli plan Maijstrala jest tylko zwykłym trikiem.

- Tak, to zdecydowanie materiał cesarski. - Amalia Jensen uśmiechnęła się.

- Za pani pozwoleniem, madame.

Gregor wyciągnął swój dysruptor, starannie wymierzył i wystrzelił trzy razy do analizatora. Urządzenie zaskwierczało i zamarło.

Wysoki generał Gerald, stojący za Gregorem, głośno zachichotał.

Na twarzy Pietra i Amalii pojawiły się uśmiechy.

- Wysterylizowany - powiedział Pietro. Podniósł torbę z pieniędzmi.

Gregor wyjął fiolkę z urządzenia.

- Cesarscy dostaną sterylną fiolkę. Wy, za te pieniądze, dostaniecie pozostały materiał. Aż do rozpoczęcia tańca możecie mnie cały czas obserwować, by mieć pewność, że wszystko przebiega zgodnie z planem.

- Będziemy obserwować, niech się pan nie obawia - potwierdziła Amalia Jensen.

- Pan Maijstral ma tańczyć w części korowodu dalekiej od dokonywanych transferów - oznajmił Gregor. - W jego pobliżu fiolki się nie pojawią. - Odchrząknął. - Zaproponowałem takie rozwiązanie. Sądziłem, że będzie wam to odpowiadać.

Maijstral i porucznik Navarre przechadzali się ramię w ramię wzdłuż sali balowej.

- Proszę nie zapominać, że oboje będziecie żyć pod wielką presją - powiedział Maijstral. - Cały czas obserwowani. Ciągła troska o bezpieczeństwo. Natrętne pytania.

Navarre skłonił uszy w kierunku dryfujących kul medialnych.

- Przyzwyczaję się do tego — powiedział i po raz pierwszy udało mu się stłumić odruchową chęć spojrzenia przez ramię do tyłu.

- A ja tego nie potrafiłem, poruczniku, choć miałem pod tym względem pewne doświadczenie, jeszcze nim spotkałem Nichole. Ale życzę panu więcej szczęścia.

- Dziękuję, proszę pana. Zważywszy na okoliczności, okazał pan nadzwyczajną wspaniałomyślność.

Orkiestra zamilkła, goście tupali z uznaniem. Rozległy się trąbki. Formowano korowód do Cynamonowej Świątyni.

Maijstral wziął Nichole za ramię; wyczuł, że jest zdenerwowana. Uścisnął jej dłoń.

- Odwagi, madame. Mam pełną ufność.

- Boję się, Maijstral.

- Wszystko ci się świetnie uda. O ile pamiętam, twoja trema kończy się zawsze wtedy, gdy orkiestra zaczyna grać uwerturę.

- Uwertura się skończyła, a ja nadal trzęsę się ze strachu.

W leniwych oczach Maijstrala zapłonęły zielone ogniki.

- Madame, taniec się zaczyna, a wraz z nim - komedia. Bo to jedynie komedia, nic więcej. Powinniśmy się bawić, a nie narzekać. - Pocałował ją w rękę i odprowadził na właściwe miejsce.

- Hrabia Quik. Do usługów.

- Salli Elrond, hrabio. Wczoraj widziałem pana w zoo. Wydawał się pan tam zadomowiony.

- Spędzam tam wiele czasu. Mówię w języku metanitów.

Milczenie.

- Naprawdę?

- Paavo Kuusinen, madame. Zaszczyci mnie pani?

- Amalia Jensen, proszę pana. Z przyjemnością.

- Pani posłuszny sługa.

- Pańska.

Kuusinen podskoczył.

- Pozwolę sobie zauważyć, madame, że sprawia pani wrażenie osoby, która całkowicie odzyskała równowagę psychiczną po niemiłej przygodzie.

- Owszem, odzyskałam. Dziękuję.

- To na pewno nie było przyjemne najpierw być zakładnikiem, a potem stać się obiektem powszechnej ciekawości.

- Jestem tylko chwilową sensacją, panie Kuusinen. Przyjdą inne sensacyjne wydarzenia, a ja popadnę w błogie zapomnienie.

- Mam wrażenie, że cieszyło panią to spotkanie ze sławą.

- Cieszę się, proszę pana, ale chyba nie z tego powodu.

- Baron Sinn.

- Jestem zaszczycony, baronie. Althegn Wohl.

- Panie Wohl, dostałem właśnie torbę należącą do pana Maijstrala. Czy mógłby pan przekazać ją dalej wzdłuż korowodu?

- Aha. Oczywiście, proszę pana.

- Jestem panu zobowiązany.

- Miło cię widzieć, Etienne.

- Twój sługa, Maijstral. Jak zwykle.

- Peleng nie przypadł ci do gustu. Wyrazy współczucia.

Etienne tańczył gorliwie, jedną ręką przytrzymując miecz, by broń nie uderzała innych tancerzy.

- Dziękuję za wyrazy współczucia, Maijstral. Choć może trzymasz coś w rezerwie. Po balu wyjeżdżam na Nanę. - Zamrugał. - Och, przepraszam, Maijstral. Zapomniałem, że się tam urodziłeś.

Maijstral przechylił głowę, zmarszczył czoło.

- Wiesz, co chyba to szkło ci jednak pasuje.

Etienne podkręcił wąsa.

- Naprawdę tak sądzisz?

- Pani sługa, panno Jensen.

- Czy mógłby mi pan wyświadczyć drobną przysługę?

- Oczywiście, madame.

- Znalazłam torbę należącą do pana Drake'a Maijstrala. Czy mógłby ją pan podać dalej w jego kierunku? Na pewno się o nią niepokoi.

- Hrabia Quik.

- Elvis Presley. Z Gracelandu.

- To dla mnie zaszczyt, proszę pana. Mam nadzieję, że niedługo odwiedzę Memphis.

Sierżant Tvi obserwowała taniec, leżąc przed wideo na pożyczonej kanapie. Ciepły, maślany zapach rogalików wypełniał pokój; jedząc, otrzepała z palców żółty barwnik. Jak na razie życie nie było takie złe. Tvi miała na sobie zrabowaną biżuterię, a później tego samego wieczoru (nim bal się skończy) zamierzała wyjść na następne łowy.

Obecnie miała tylko jeden problem - nie mogła opuścić planety; nie śmiała korzystać ze swego cesarskiego paszportu, a nie znała nikogo na planecie, kto mógłby wydać jej nowy dokument.

Niestety, jej trening nie obejmował fałszerstwa - gdy była w Tajnych Dragonach, cesarskie konsulaty mogły dostarczyć jej w dowolnej chwili doskonałe autentyczne dokumenty.

Tvi zobaczyła, jak baron Sinn przesuwa się wzdłuż korowodu z hrabiną Anastazją przy boku. Na ten widok Tvi położyła płasko uszy. Wycelowała w tych dwoje wyimaginowany rozpylacz.

- Pach! - Prosto w sztywne plecy hrabiny.

Kule medialne przesunęły się wzdłuż korowodu mniej więcej do centrum, gdzie tańczyli Nichole i Maijstral. Tvi zauważyła Amalię Jensen w towarzystwie niskiego mężczyzny w płaszczu w stylu Cesarstwa - przesuwali się wzdłuż korowodu. Uszy Tvi pochyliły się do przodu. Może tu jest rozwiązanie.

- Powiedziano mi, że ta torba należy do pana Maijstrala. Czy mógłby pan mu ją przekazać?

- Jestem asystentem pana Maijstrala, madame. Niech się upewnię, czy to ta sama torba, którą zgubił.

Roman otworzył torbę i zobaczył gotówkę. Zamknął torbę.

- Rzeczywiście, zgubiliśmy to, madame. Dziękujemy za zwrot.

Rzucił okiem wzdłuż korowodu i pochwycił spojrzenie Maijstrala.

- Generał Gerald.

- Hrabina Anastazja.

Zapanowało chłodne milczenie.

- Gregor Norman, madame.

- Do usług, panie. Jak powiedziałam... właśnie otrzymałam torbę, powiedziano mi, że należy do pana Maijstrala. Czy mógłby ją pan przekazać w jego kierunku.

- Czemu nie? Proszę ją podać.

Chwilowa partnerka Gregora była przerażona, widząc, jak Gregor przeszukuje torbę i szybko stwierdza, że istotnie, jest tam w przybliżeniu odpowiednia ilość gotówki. Spojrzał wzdłuż korowodu, dostrzegł Maijstrala, skinął mu.

Partnerka Gregora odchyliła uszy do przodu, odsłoniła zęby.

Mało, że to było plebejskie - to było plugawe!

Paavo Kuusinen otrzymał torbę i pomacał ją, nim przekazał dalej. Na twarz wypełzł mu uśmiech.

- Z pewnością mają bardzo aktywną wyobraźnię.

- Pewnie.

- Mam teorie. Może tylko arystokratyczny dyletant może dojść do czegoś takiego, ale pozwolę sobie sformułować pewną myśl...

- Do usług, panie Quijano.

- Dziękuje, generale Gerald. Zawsze pański.

- Wkrótce wszystko się skończy, młodzieńcze.

- Tak. Panna Jensen zostanie oswobodzona, gdy kapitan Tartaglia wyprowadzi się z jej domu.

- Powinna była go wyrzucić.

- Łatwiej by jej było, gdyby poszukała schronienia u mnie.

Generał uniósł brew.

- Tak?

Pietro zaczerwienił się.

- Planowaliśmy wspólną przyszłość.

Generał Gerald uśmiechnął się. Jego twarz nie nawykła do takiej miny i rezultat był bardziej przerażający, niż gdyby generał pokraśniał i zaczął wrzeszczeć.

- Życzę wam szczęścia, młodzieńcze. Uważam, że dobrze do siebie pasujecie.

Pietro, lekko sparaliżowany miną generała, dopiero po pewnym czasie zareagował na jego słowa.

- Och, dziękuję, proszę pana. Jestem pewien, że będziemy razem szczęśliwi.

- Proszę pana. Natknąłem się na ten... obiekt... który chyba wypadł z kieszeni baronowi Sinnowi. Czy nie sprawiłoby panu trudności przekazanie go baronowi?

- Nie uwierzą, że my istniejemy?

- Jesteśmy, że tak powiem, produktem wyobraźni, ich podświadomości. To są moje podejrzenia.

- Nie przychodzi mi na... myśl... nic, co by przeczyło takiej interpretacji.

- Jeśli to prawda, uzyskalibyśmy jasną wiedzę, co do ich psychologii.

Maijstral był zajęty: tańczył wokół Nichole i patrzył wzdłuż tanecznego korowodu, jak przesuwają się torby i fiolki. Od pewnego czasu docierał do niego wysoki, dźwięczny głos; nagle go rozpoznał i spojrzał w lewo na niską postać o owalnej głowie. Hrabia Quik.

Hrabia wyrażał się jasno w ludzkim standardowym. A zatem jego zwykły sposób mówienia to czysta arystokratyczna afektacja, pomyślał Maijstral.

Nieco zdziwiony, omal nie pomylił kroku. Odnalazł rytm i tańczył dalej.

Tartaglia był wściekły.

- Widzisz to? Co się tu do diabła dzieje?

- Może powinniśmy zmienić kanał, kapitanie.

- Pilnuj swego cholernego nosa.

- Wydaje mi się, że powinien pan tu zawrócić, proszę pana.

- Och, dziękuję, madame.

Gregor zacisnął zęby, wetknął skórzaną torbę pod pachę i zanurkował pod ramieniem partnerki na swe właściwe miejsce. Jego szereg zrobił dwa kroki bez niego i gdy Gregor go dogonił, korowód znów przesunął się do przodu. Gregor wytarł pot z twarzy, rozmazując rękawem makijaż.

Przeklęty taniec! Gregor nigdy nie miał czasu, by się go nauczyć.

Teraz wreszcie mógł przez chwilę postać spokojnie, a trzecia para wykonywała pasaż. Odliczając w umyśle osiem taktów, sięgnął do kieszeni i wyjął sterylną fiolkę. Na ósmy takt odwrócił się i stanął obok nowego przelotnego partnera - Tanauera z prince-nez o przydymionych soczewkach. Wtedy odsłonił mu się widok na twarz ładnej dziewczyny, która miała stać się jego partnerką za czterdzieści osiem taktów; Gregor mrugnął do niej.

Wydawała się zdziwiona. Gregor i Tanauer zakończyli ten fragment tańca tyłem do siebie i rozpoczęli osiem kroków bokiem.

- Proszę pana - powiedział, wyjmując fiolkę. - Właśnie podniosłem coś, co należy do panny Jensen. Może powinniśmy to oddać. Czy mógłby mi pan wyświadczyć przysługę i przekazać to wzdłuż korowodu.

Błony mrużne Tanauera zamknęły się, co, zważywszy na przydymione szkła, dało dziwaczny efekt.

- Zgoda, dziwna młoda osobo - powiedział i wziął fiolkę.

Gregor skoczył do tyłu, do swej stałej partnerki; mrugał, usuwając z powiek pot. Dzięki Bogu, już po wszystkim.

Paavo Kuusinen spojrzał po korowodzie i zobaczył, że coś się przesuwa w jego kierunku. Podniósł wzrok - zobaczył przedmiot zmierzający w jego stronę.

Wyobraził sobie kilka figur naprzód i przeprowadził szybkie obliczenia. Zagiął ramię tańczącego obok Khosalikha i okręcił go.

- Niech pan poczeka. To jest następna figura.

- Nie, proszę pana. Teraz.

- Panie! — Głos był bolesny. Kuusinen właśnie zmienił sekwencję kroków. Khosalikłi i Kuusinen zmienili przed chwilą partnerów.

Amalia Jensen spojrzała na niego zaskoczona, gdy taniec ją porwał.

- Baron Sinn.

- Generał Gerald.

Pożerał go wzrokiem.

- Niech pan teraz próbuje zaprzeczyć, że jest pan szpiegiem.

Baron zachował spokój.

- Jako szlachcic, prywatnie usiłuję służyć swemu Cesarstwu.

Ha! - pomyślał generał. Sądzisz, że dostaniemy prawdziwy artefakt i że nas oszukasz, sugerując nam, że twój jest wysterylizowany, podczas gdy nie jest. Ale ja widziałem, jak nasienie było sterylizowane, i wiem, że dostaniesz tylko małe, nieznaczące zwoje martwego białka. Właśnie tak. Ha!

Przez tę intrygę serce bolało generała, ale wiedział jedno: to było lepsze niż zniszczenie cesarskiej floty. Dostarczyło mu więcej osobistej satysfakcji.

- Navarre kończy tu swe interesy. Za pięć dni ma się odbyć licytacja posiadłości.

- Rozumiem.

- Mam jeszcze jeden postój na trasie, a potem jadę przemodelować sobie stopy. Spotkamy się na Fantome i poczynimy ustalenia w sprawie sztuki.

Tańczył wokół niej.

- Może uda mi się przybyć na premierę.

- Mógłbyś się nieźle obłowić, Drake. Ale czy potrafisz dobrze imitować złamane serce? Będziesz musiał, wiesz o tym.

- Przypuszczam, że zdobędę się na parę łez - odparł zamyślony.

- Powinieneś zdobyć się na coś więcej. Przecież miałeś nawiązać ze mną namiętny romans, a ja tymczasem miałam się zakochać w przystojnym poruczniku. Obecność na premierze byłaby zbyt dla ciebie bolesna.

Maijstral zastanawiał się nad tym; Nichole okrążała go w tańcu.

- Może masz rację. Nie wystarczy zwykły pokaz męskiej rozpaczy.

- Szkoda, że nie możemy powiedzieć prawdy. Publiczność byłaby wściekła, odkrywszy, że udawaliśmy romans, by przeprowadzić nasze intrygi - fani Diademu nalegają, koniecznie chcą autentycznych iluzji, i mogą się zemścić za to, że ich oszukaliśmy.

Maijstral wspomniał swoją decyzję sprzed czterech lat, by nie wstępować do Diademu. Nie mam, czego żałować, pomyślał.

- Będę musiał pocieszyć się nagraniami - stwierdził.

- Prześlę ci nagranie, jeśli moja rola dobrze wypadnie. Jeśli okaże się okropna, zniszczę wszystkie kopie.

Maijstral uśmiechnął się.

- Postaram się, by jednak nagrania dotarły, madame. - Odwrócił się w lewo - Nichole patrzyła w drugą stronę. On i Nichole mieli przez chwilę tańczyć osobno. Teraz następował fragment marsza.

- Panie Kuusinen, znowu się spotykamy.

- Nichole, zawsze wierny pani sługa.

Kuusinen był jej nowym przelotnym partnerem. Zupełnie nie ufała temu człowiekowi. A teraz nie podobał jej się jego uśmiech.

- Do usług, panno Jensen.

- Generał Gerald.

- Ten pani Pietro Quijano mówi mi, że wstępujecie do Pionierów. Pozwolę sobie złożyć gratulacje. W dzisiejszych czasach niewielu chce podjąć ciężki trud kolonizacji.

- Dziękuję, generale.

- Ojciec byłby z pani dumny.

Uśmiech rozjaśnił twarz Amalii.

- Generale, sądzę, że ma pan rację.

Maijstral spodziewał się kolejnego ataku strachów z dzieciństwa, ale był mile zdziwiony, gdy serce nawet mu nie drgnęło na widok hrabiny Anastazji. To raczej po hrabinie widać było konsternację - stała nieustępliwa, plecy odchyliła sztywne, jak jarzmo.

Spojrzała na Maijstrala oczami jak okruchy diamentów.

- Jak mogłeś?

Jak mogłem, co? - pomyślał Maijstral. Zdemolować jej dom, zastrzelić służących, oswobodzić porwaną, wszystkich oszukać?

- Przepraszam, mamo - powiedział. - Wiesz, okoliczności mnie zmusiły.

Wypadek nie zdarzył się z winy Nichole. Plan wymagał trzech fiolek - Maijstral nie chciał zdać się na przypadek, że Nichole otrzyma dwie fiolki równocześnie. Wykazał ostrożność, ale również popełnił błąd.

Najpierw przybyły żywe kultury — przywędrowały wzdłuż korowodu w kierunku Amalii Jensen. Nichole uśmiechnęła się, przejęła fiolkę lewą dłonią; prawą przesądnie dotykała krynoliny, gdzie czekała druga kultura; ale to nie była jeszcze zamiana - Nichole musiała wyciągnąć prawą dłoń do Kuusinena, dotknąć palców i obejść go. Potem skoczyć i wszystko jeszcze raz powtórzyć.

Pod koniec tej sekwencji odwróciła się w prawo - miała teraz poprosić swego tymczasowego partnera o przekazanie fiolki. Jednak ten nowy partner - zdezorientowany starszy Khosalikh o nadmiernej liczbie pierścieni na pysku - przed chwilą otrzymał fiolkę ze sterylnym materiałem, którą teraz podawał Nichole.

Ręce się splątały, fiolki się zderzyły, Khosalikh się potknął, fiolki brzęknęły i upadły na podłogę. Nichole ogarnęło przerażenie.

Paavo Kuusinen uważnie obserwował przedmioty, które wypadły z rąk Nichole, i dostrzegł na jej twarzy przerażenie. Wydawało się, że czas się zatrzymał.

Maijstral dostrzegł ruch kątem oka i zamarł w połowie tanecznego kroku. Hrabina padła nań i zatopiła mu obcas w stopie. Nie czuł bólu.

Pietro Quijano, tańcząc w korowodzie, był zdziwiony - mógłby przysiąc, że widział, jak fiolka pada na podłogę.

Baron Sinn widział to zdarzenie z bliska i odsłonił zęby. Na ten widok jego partnerka cofnęła się przerażona.

Po korowodzie rozchodziło się wrażenie katastrofy. Tylko nieliczni wiedzieli, o co chodzi, ale wszyscy zdawali sobie sprawę, że coś się nie udało; taniec utracił rytm, gdy ludzie po kolei wyciągali szyje w prawo i w lewo. Kule medialne pikowały to na lewo, to na prawo, by odkryć przyczynę zamieszania.

Stary Khosalikh, mamrocząc usprawiedliwienia, skłonił się, podniósł fiolkę i spojrzał zdziwiony: wyglądała identycznie jak ta, którą przed chwilą trzymał w dłoni. Ale czy była to ta sama fiolka?

Maijstral stał bez ruchu - wyobrażał sobie hrabinę z karabinem, Amalię Jensen z karabinem, Cesarską Piechotę Morską i Konstelacyjne Oddziały Śmierci, wszystkich z karabinami. Hrabina zionęła w niego obelgami, oskarżała go, że jest niewdzięcznikiem, łajdakiem, fuszerem i w ogóle nie jest jej synem.

Chciałby, żeby przynajmniej to ostatnie było prawdą.

Paavo Kuusinen zrobił krok do przodu.

- Proszę mi wybaczyć, madame. - Schylił się i podniósł fiolkę spod nóg Nichole. - Właśnie ta należy do pana - powiedział.

Stary Khosalikh patrzył to na jedną fiolkę, to na drugą.

- Naprawdę?

Nichole patrzyła to na jedną fiolkę, to na drugą, uświadamiając sobie, że nadszedł czas decyzji. Sięgnęła ręką do krynoliny i wyjęła ukrytą fiolkę. Odebrała fiolkę Kuusinenowi, bezbłędnie dokonała zamiany i podmieniony materiał przekazała na lewo.

- Dla barona Sinna - powiedziała.

Cesarska Piechota Morska zblakła w umyśle Maijstrala.

Nichole spojrzała na starego dżentelmena - ten ciągle przyglądał się fiolce. Nichole ujęła jego rękę i pomogła mu się obrócić.

- To należy do panny Jensen - powiedziała. - Proszę przekazać fiolkę w tamtą stronę.

Oddziały Śmierci stawały się przezroczyste.

Ludzie przypominali sobie swoją rolę w tańcu. Stopniowo korowód się porządkował.

- Sądzę, że w tym miejscu powinien się pan odwrócić - powiedział Gregor.

- Och, niewątpliwie ma pan rację. Dziękuję.

Gregor uśmiechnął się z satysfakcją. Przynajmniej pamiętał swą rolę.

Pietro przygryzł wargę, operując drugim odbiornikiem. Słyszał szmer tłumu, gdy po zakończonym tańcu wszyscy tłoczyli się przy bufecie.

Odbiornik zadzwonił. Ulga zalała umysł Pietra. Spojrzał na Amalię i uśmiechnął się.

- To żywa kultura. Teraz mamy pewność, że sterylne fiolki powędrowały w przeciwnym kierunku.

- To zbyt skomplikowane. Wiedziałem, że się nie uda.

Światełka mrugnęły na odbiorniku. Baron Sinn obrócił ekran w stronę hrabiny Anastazji.

- Nie ma wątpliwości, hrabino, to Cesarski Artefakt.

W umyśle hrabiny wrzasnęło przerażenie.

- Zatem Maijstralowi udała się podmiana.

- Najwyraźniej.

Musiała się przyznać do porażki. Wyprostowała ramiona.

- Niech żyje Pendjalli - powiedziała. Jej głos brzmiał jak sygnał trąbki - był nieco stłumiony, lecz szczery.

- Niech żyje cesarska linia - wtórował jej baron Sinn tonem pełnym czci.

Włożył fiolkę do kieszeni i podał ramię hrabinie.

- Hrabino, chyba czas już iść.

Ponieważ okazało się, że nie mogłem postąpić inaczej, pomyślał Maijstral. Nie podejrzewał się o takie skrupuły. Choć nie zamierzał żyć w Cesarstwie i nie chciał mieć nad sobą Cesarza, nie potrafił z zimną krwią skazać cesarskiej linii na wymarcie - tyle przecież znaczyła dla miliardów ludzi. Jeśli stanowiło to potencjalne zagrożenie dla Ludzkiej Konstelacji - co wcale nie było pewne - zagrożenie należy odeprzeć wtedy, gdy się realnie pojawi. Maijstral nie rościł sobie prawa do zniszczenia liczącej wiele tysięcy lat cywilizacji tylko, dlatego, że istniała mglista szansa, iż być może kiedyś-tam wybuchnie konflikt.

A ponadto ruch należał do Cesarza.

Baron Sinn zapewnił Maijstrala, że sprawa zostanie załatwiona delikatnie; w dalekich rejonach świata poszuka się konkubin z dobrych rodzin. Przez wiele lat żadna z nich nie zostanie zapłodniona; żadnego z następców tronu nie ujawni się przez dziesięciolecia. Gdyby przedstawiono ich publicznie, powstałyby plotki, że jeden z pozostałych dwóch artefaktów został odkryty lub, że Pendjalli, wbrew tradycji, sklonowali potajemnie biednego Nnisa i nie chcą się do tego przyznać.

Zakończenie jak w starym romansidle: nieznany następca tronu wychowany gdzieś daleko przez przybranych rodziców zostaje kolejnym Pendjalli; zaskoczenie i dla niego, i dla wszystkich innych. I cała ta historia wydarzy się z powodu dziwnych skrupułów pewnego złodzieja. Serce Maijstrala rosło, gdy sobie o tym pomyślał.

Czyżbym stawał się sentymentalny? - zadawał sobie pytanie. - Sam nie wiem.

- Proszę pana?

Maijstral odwrócił się do kuli wiszącej na wysokości jego torsu. Kula mówiła ludzkim głosem.

- Pani? - odparł.

- Podczas pielgrzymki toczyła się jakaś gra, ludzie przekazywali sobie jakieś przedmioty. Czy wie pan, o co w tym wszystkim chodziło?

Maijstral wzruszył ramionami.

- Mnie nic nie przekazano - powiedział. - Może należy pytać kogoś innego.

- Czy będzie pan towarzyszył Nichole podczas dalszego tournee?

Maijstral przypomniał sobie, że powinien demonstrować objawy złamanego serca.

- To jeszcze nie zostało ustalone - rzekł. - Wydarzenia nas zaskoczyły.

Tym dwuznacznym stwierdzeniem zakończył wywiad.

Paavo Kuusinen, z uśmiechem na twarzy, przez nikogo niezauważony, wymknął się z sali.

Jego pobyt na Peleng okazał się dość owocny. Kuusinen będzie mógł wiele opowiedzieć swemu pracodawcy.

Wiedział, że jeszcze się spotka z Maijstralem.

ROZDZIAŁ I3

Kapitan Tartaglia starannie wycelował z dysruptora.

- Gotów. Cel. Pal! - zawołał.

Palce zacisnęły się na spuście. Cicha, niewidzialna energia rozlała się w ciemności na podwórku Amalii Jensen.

Gdzieś w ciemności zawołał nocny ptak.

- Przerwać ogień - rozkazał Tartaglia i spojrzał na małą fiolkę opartą na krześle.

Fiolka nie uległa żadnej widocznej zmianie. Tartaglia był rozczarowany. Zniszczyłem cię, ty nieczłowieczy śmieciu, pomyślał, ale nie przyniosło mu to pociechy.

Amalia Jensen wetknęła pistolet do kabury. Poklepała się po kieszeni, w której spoczywał licznik kredytów Tartaglii. Jutro będzie mogła spłacić swoje długi.

- Za dwie godziny odlatuje prom do stacji - powiedziała. - Pan i pana ludzie macie całkiem sporo czasu na zarezerwowanie sobie przelotu.

- Dwie godziny?

- Wystarczy, nie sądzi pan? - Amalia wzięła fiolkę z krzesła i trzymała ją w świetle gwiazd. - Chyba zatrzymam ją sobie na pamiątkę. - Włożyła fiolkę do kieszeni, a gdy dostrzegła nachmurzoną minę kapitana, dodała: - Zasługuję na to. To przecież ja zostałam porwana.

Tartaglia ustąpił.

- Skoro pani nalega.

Przyszło mu na myśl, że mimo to przedstawi przełożonym znakomity raport i może się spodziewać pochwał i awansu. Silna Ręka, pomyślał, idzie do góry.

Amalia wyjęła kopertę i wręczyła ją Tartaglii.

- Występuję z Rozkwitu Ludzkości - oznajmiła. - Oto rezygnacja. Moja i pana Quijano.

- No, cóż, czego można oczekiwać po osobach bojaźliwych?

- Bojaźliwych? Wstępujemy do Korpusu Pionierów, kapitanie. Już dawno powinniśmy to zrobić.

Tartaglia wmawiał sobie, że niewiele go to obchodzi i że powinien myśleć o spodziewanych pochwałach i awansie. Czemuś go to jednak nie emocjonowało.

Wydał rozkazy swoim oddziałom - miały się pakować i zmierzać na prom.

Melodia „Zegnajcie, towarzysze, żegnajcie" unosiła się nad tarasem. Maijstral zaczerpnął chłodnego powietrza. Podliczał swe zyski. Lord Giddon zostanie usatysfakcjonowany, diamentowy pierścień - odzyskany, i jeszcze sporo pozostanie na długoterminowe inwestycje. Zakładając, że nie pojawią się jacyś nowi lordowie Giddon.

- Roman, widziałeś Gregora?

- Chyba nawiązał znajomość z jedną z młódek hrabiny Tank.

- Czyli dziś wieczór widzimy go po raz ostatni.

Maijstral patrzył pogodnie na swego służącego. Wszystko świetnie się układało.

- Roman, uważam, że dobrze nam dziś poszło.

- Owszem, proszę pana.

- Przypuszczam, że za nasz końcowy sukces powinniśmy podziękować panu Kuu... Kuusinenowi, prawda?

- Też tak sądzę, proszę pana.

Maijstral nachmurzył się.

- Chciałbym mu podziękować osobiście, ale chyba nadal powinienem się trzymać od tego z daleka. Nie ma powodu, by mnie łączył z tą sprawą.

- Żadnego, proszę pana.

Maijstral odwrócił się, słysząc kroki - na taras wyszedł Etienne z młodą damą pod ramię. Wokół oka błysnęło złoto.

- Widzę, że przywróciłeś szkło.

- Tak, Maijstral. Myślę, że mi to pasuje.

- Rzeczywiście.

Etienne zwrócił się do damy:

- Szkło to efekt zdarzenia z Pearl Woman. Przypuszczam, że słyszała pani o tym?

- Tak, proszę pana. Chyba kilkanaście razy widziałam nagranie. Cały czas miałam serce w gardle. Śmiertelnie się o pana bałam.

Etienne uśmiechnął się. Maijstral podszedł do niego.

- Mam nadzieję, że nam wybaczysz?

- Naturalnie, Maijstral. Niech mi pan życzy powodzenia na Nanie.

Maijstral powąchał policzek Etienna - dziobnął go przy tym jego prawy wąs. Wrócił do sali balowej, za nim Roman; kilku tancerzy wirowało jeszcze w rytm ostatniej melodii, reszta powoli wychodziła. Maijstral obserwował Nichole, idącą pod rękę z porucznikiem Navarrem, i pamiętał, żeby westchnąć.

Czas zająć się swym złamanym sercem, pomyślał.

- Kto to? - zawołała Amalia z kuchni, gdzie nadzorowała nowego robota, który sprzątał zastawę i kieliszki, używane podczas pobytu komandosów Tartaglii.

Pietro poprosił pokój, by mu pokazał hologram osoby znajdującej się na dachu. Zmrużył oczy, patrząc na jasny obraz w pełnym świetle dnia.

- Nie poznaję jej. Mała Khosalikh w Jeffersonie-Singhu. Ma na sobie mnóstwo biżuterii.

- Naprawdę?! - wykrzyknęła Amalia. Pietro był zaskoczony radością w jej głosie. Wysunęła głowę z kuchni, by przyjrzeć się uważnie hologramowi. - Wyjdę jej na spotkanie - stwierdziła.

- Czy ja ją znam?

- Później ci powiem. To długa historia.

Amalia weszła do windy antygrawitacyjnej i wzniosła się na dach. Osłoniła oczy dłonią przed porannym słońcem. Nie miała jeszcze całkowitej pewności.

- Czym mogę służyć? - spytała.

Khosalikh zawahała się.

- Może mnie pani nie poznaje. Nazywam się Tvi.

Serce Amalii napełniło się radością.

- Poznaję twój głos.

Tvi zwiesiła język, gdy Amalia ją obejmowała.

- Nie byłam pewna, jak mnie pani przyjmie.

- Politykę odłóżmy na później. Zapraszam cię na śniadanie.

- Wspaniale, panno Jensen. - Tvi uniosła papierową torebkę. - Kupiłam kilka rogalików.

- Po tym wszystkim, co razem przeszłyśmy, mów mi: Amalio.

Zapach uprzęży i smaru wdarł się w nozdrza generała Geralda, lekki żal napełnił mu umysł. Generał rozmontował już zbroję i teraz układał ją w skrzyni.

Był pewien, że Maijstral nie przyjdzie i nie rozegra się wspaniała, wyczekiwana bitwa.

Nie ma powodu do rozczarowania, pomyślał. Oddał szczególną usługę Konstelacji i choć jego rola nigdy nie zostanie upubliczniona, ma satysfakcję, że dobrze wykonał zadanie i że jego długą karierę ukoronował ostami wspaniały plan.

Szkoda tylko, że tak niewiele było przy tym przemocy.

Pietro dopiero teraz uświadomił sobie, kim jest Tvi.

- To jedna z twoich porywaczek?

- Tak. - Amalia uśmiechnęła się. - Ta miła.

- Miła? - Dłonie Pietra zacisnęły się w pięści. - Trzymała cię jako zakładniczkę!

- Wykonywałam tylko swoje zadanie, panie Quijano. - Tvi oblizała palce z dżemu. - Zwykle gardzę przemocą, ale tak się złożyło, że potrzebowałam tej pracy.

- „Potrzebowałam tej pracy". - Pietro powtórzył jej słowa, jakby nie rozumiejąc ich znaczenia. Pokręcił głową. - A teraz... - wskazał widelcem na Tvi - ...teraz proponujesz pannie Jensen... - widelec obrócił się w kierunku Amalii - ...pannie Jensen, byłej ofierze, żeby współdziałała w twoich przyszłych przestępstwach.

Tvi zastanawiała się przez chwilę nad tym, co powiedział.

- Tak jest, panie Quijano.

- A była ofiara... - Amalia uśmiechnęła się - zamierza przyjąć tę propozycję.

- Amalio!

- A czemuż by nie? Tvi chce zostać Licencjonowanym Włamywaczem, i nic na to nie poradzimy. Ponieważ zamierza kraść, czemuż nie miałabym zostać jej agentką do spraw negocjacji z firmami ubezpieczeniowymi i pobierać dziesięciu procent od sprzedaży zrabowanych przedmiotów? Zwłaszcza, że mam świeże doświadczenia w tego typu negocjacjach.

- „Czemuż nie?". - Pietro nic z tego nie rozumiał. - „Czemuż nie?". - Palcami kruszył kawałki rogalika. - O ile sobie przypominam, poprzednio twierdziłaś, że Licencjonowani Włamywacze to żałosna pozostałość dekadenckiej kultury Cesarstwa, a kradzieże powinny być bezwzględnie zabronione i karane więzieniem.

Amalia spojrzała na Tvi.

- Będąc zakładnikiem, poszerzyłam swoje doświadczenie - wyjaśniła. - W każdym razie będę pracowała dla Tvi, aż uda jej się ukraść odpowiedni dokument i opuścić Peleng. Ponadto - dodała rzeczowo - to nie ja namawiam ją do kradzieży.

- Sofistyka, Amalio.

- I jeszcze, jeśli mam wstąpić do Pionierów, muszę wyleczyć epilepsję i równie dobrze mogę to finansować z procederu Tvi.

- Widzę, że zdanie narzeczonego się tu nie liczy - stwierdził Pietro.

Amalia położyła mu dłoń na ręce.

- Raczej nie, kochanie. Moja przyjaźń z Tvi jest wcześniejsza od naszych ostatnich... ustaleń.

Pietro westchnął.

- Przyjaźń - powtórzył zrezygnowany. - Ustalenia. - Doszedł do wniosku, że nic więcej nie potrafi dodać na ten temat. Szczęście rodzinne to głównie kwestia kompromisu, pomyślał rozsądnie i sięgnął po kolejnego rogalika.

Rozpłynął mu się na języku smakiem nowego świata.

Maijstral ucałował dłoń Nichole.

- Sądzę, że moje serce zostało ostatecznie złamane.

Nichole uśmiechnęła się.

- Obawiam się, że tak. - Poklepała miejsce obok siebie. - Chodź, usiądź przy mnie.

Maijstral spojrzał w kierunku salonu i usiadł. Przez okna wlewało się poranne światło.

- A porucznik Navarre? - spytał.

- Ma pierwszą konferencję prasową.

Maijstral uniósł brwi.

- Pani, czy nie za wcześnie został wydany krukom na żer?

Spojrzała na niego.

- Niech się przyzwyczaja. Jeśli ma go to wystraszyć, lepiej niech nastąpi to teraz.

Westchnął.

- Racja. Nie dla bojaźliwych umizgi do osoby z Diademu.

Spojrzała na niego, położyła mu dłoń na ręce.

- Nie kierowałam tej uwagi do ciebie, Maijstral. Całkowicie rozumiem twoją decyzję, choć przyjmuję ją z żalem.

- Nie obraziłem się.

Milczeli przez chwilę.

- Co zrobisz, Drake, by ukoić swe złamane serce?

Głęboko w jego rozleniwionych oczach paliło się spokojne światło.

- Łupić w Peleng wszystko, co się da. Przynajmniej tyle postaram się wycisnąć z tej planety, zważywszy na kłopoty, jakie mnie tu spotkały. Niektóre z namierzonych obiektów są już wiele dni przeterminowane.

- Mam wrażenie, Drake, że nieźle sobie zrekompensujesz miłosne rozczarowania.

- Postaram się, moja pani.

Uśmiechnęła się, ścisnęła jego dłoń.

- Jesteś, więc zadowolony z roli, jaką odegrałeś?

- Nie twierdzę, że to coś miłego, albo, że jestem wdzięczny za to, że zostałem wplątany w tę sprawę. Ale wszystko dość dobrze się skończyło, jeśli pomyśleć, co za jatka z tego mogła wyniknąć. Przyznam nawet, że osiągnąłem coś w rodzaju pomyślnego zakończenia.

Śmiech Nichole rozbrzmiewał w pokoju.

- Właśnie! Powiedz... czy takiego zakończenia oczekiwałeś?

Oczy Maijstrala były całkowicie zakryte.

- Prawie, szanowna pani - odparł.

I tym musiała się zadowolić.



Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Williams Walter Jon Drake Maijstral 01 Klejnoty koronne
Williams Walter Jon Metropolita
Williams Walter Jon Dinozaury
Walter Jon Williams Hardwired
Walter Jon Williams The Crown Jewels
Walter Jon Williams Argonautica
Walter Jon Williams Dinozaury (mandragora76)
Woundhealer Walter Jon Williams
Walter Jon Williams Wolf Time
Walter Jon Williams Wall, Stone, Craft
Walter Jon Williams The Tang Dynasty Underwater Pyramid
Argonautica Walter Jon Williams
Walter Jon Williams House of Shards
Walter Jon Williams Metropolitan
Walter Jon Williams City on Fire
Walter Jon Williams Voice of the Whirlwind
Prayers on the Wind Walter Jon Williams
Metropolitan Walter Jon Williams
Stacja aniołów Walter Jon Williams

więcej podobnych podstron