Skąd Się Biorą Marzenia (m76)



TAD WILLIAMS








SKAD SIE BIORA MARZENIA








Przełożyła:

Ewa Hornowska













Tad Williams, jeden z najpopularniejszych pisarzy fantasy, na chwi­lą odstępuje od gatunku, który uprawia, na rzecz czegoś, co z jednej strony jest uroczą parodią, z drugiej zaś hołdem złożonym tak literatu­rze „magicznej”, jak i powieści detektywistycznej spod znaku Raymonda Chandlera, Mickeya Spillane'a czy Dashiella Hammetta. I oto widzi­my, jak dorosły Tad Williams świetnie się bawi. Nie wyobrażam sobie, żeby znalazł się czytelnik, któremu ta igraszka by się nie spodobała. Mnie ona sprawiła ogromną przyjemność.

David Copperfield




Dobra, przyznaję. Facet, który chce się urżnąć w biały dzień, w środku tygodnia, powinien dobrze zamknąć drzwi swojego ga­binetu. Dostępu do mnie broni zazwyczaj Tilly, ale tego dnia niepodobnego do innych wyszła wcześniej, żeby zawieźć matkę do ortodonty na poprawienie klamry, {Emerytki, które na starość dostają fio­ła na punkcie zgryzu, zawsze przyprawiają mnie o ból zębów. Powie­działem Tilly, że jej matka ma za słabe dziąsła na takie fanaberie, ale kto by mnie tam słuchał.)

W każdym razie Tilly zwykle siedzi za biurkiem w poczekalni, by mnie ochraniać. Nie, żebym jej aż tyle płacił, ale jakoś udaje mi się wzbudzić w niej instynkt macierzyński, chociaż różnica wieku między nami jest niewielka. Ma w sobie coś z burkliwej, zwalistej niedźwiedzi­cy. To określenie nawet dobrze do niej pasuje: wszyscy odwiedzający mnie inkasenci, którzy mieli okazję widzieć, jak wkurzona Tilly w gru­bym, bezkształtnym, robionym na drutach swetrze, z opiłowanymi paznokciami przywodzącymi na myśl samicę grizzly wypadającą z ja­skini, podnosi sio zza Swego biurka - będą dobrze wiedzieli, o czym mówię. Gdyby Tilly postanowiła zamieszkać z Misiem Smokcyem, wszyscy podpalacze lasów zwialiby do Meksyku.

Fatalnie się złożyło, że drzwi nie były zamknięte, a posterunek, przy którym Tilly spławiała natrętów, akurat pusty. Dość atrakcyjna blondyn­ka, stwierdziwszy, że droga do mojego gabinetu stoi otworem, weszła do środka i zastała mnie na dywanie, w pozycji niemalże horyzontalnej.

Przez dłuższą chwilę przyglądałem się jej kostkom. Miały idealną linię, ale z powodu krwi, która napłynęła mi do głowy, nie byłem w naj­lepszym nastroju do ich kontemplowania.

- Uff- odezwałem się wreszcie. - Przepraszam. Właśnie szukałem szkieł kontaktowych.

Brzmiałoby to przekonywająco, gdyby nie to, że twarz miałem wciś­niętą w dywan tak głęboko, jakbym zgubił coś nie większego od atomu.

- A ja szukam Daltona Pinnarda - odpowiedziała. - Znanego też jako Pinardo Wspaniały. Widzi pan kogoś o tym nazwisku obok szkieł kontaktowych?

Jej glos - nie to, że schrypnięty - doskonale nadawał się do przywoływania do porządku dziesięcioletnich urwisów błaznujących w tylnych ławkach, Albo do wywoływania u pijanych magików uczucia, że są szumowinami zbierającymi się na powierzchni piwa w browarnianej kadzi. Jeśli nie była nauczycielką, to znaczy, że minęła się z powoła­niem.

- Mam zaświadczenie od lekarza, że jestem uczulony na złośliwości -mruknąłem. - Lepiej niech pani sobie idzie, chyba że chce pani mieć na karku proces pierwszej klasy.

Nie da się ukryć, że wciąż miałem niejakie kłopoty z prowadzeniem konwersacji. Celna riposta odniosłaby większy skutek, gdybym nie wygłosił jej z ustami pełnymi dywanowych kłaków. Czy można jednak oczekiwać od kogoś, kto właśnie wykończył dziesiątą rolling rock, że zdoła się utrzymać w pionie i jednocześnie sypać dowcipami?

- Nie mam zamiaru, panie Pinnard. Przyszłam w bardzo ważnej sprawie, może więc pan sobie darować te gierki.

Skrzywiłem się. Tylko kobieta, której się wydaje, że dwa różowe dżiny serwowane na wieczornym przyjęciu po wywiadówce stanowią o wyuzdaniu, potrafi zbyć pewne aspekty picia w samotności uprawia­nego wyłącznie przez mężczyzn określeniem „gierki". Tak czy owak, popsuła mi nastrój, zabrałem się zatem do nieco skomplikowanego przedsięwzięcia, którego celem było przyjęcie pozycji siedzącej.

Udało mi się to bez specjalnych kłopotów. Wkrótce i tak miałem opuścić biuro, więc co za różnica, że spadło kilka popielniczek. Trochę podniosła mnie na duchu świadomość, że choć baba była drażniąca, nie będzie się tu kręcić tak długo, bym dostał od tego kaca. Nie po­wiem, że przykro było na nią patrzeć. Pominąwszy wyraz lekki ego roz­goryczenia w okolicach ust, który wyglądał na przemijający, i okulary pasujące w sam raz do tych paniuś, co zakładają rękawico ogrodowo, żeby zagrać na automacie, wyglądała cholernie ładnie. Zdradzała nie­wielką skłonność do rozpływania się w powietrzu, ale podrjr/cwiitom, że ma to jakiś związek z tym, co zaserwowałem .snlrn' na lunch.

-No tak - odezwałem się błyskotliwie, kiedy j 117 u huk l łom pmKt.n Przerwałem na chwilą, /,H>y |><mmr;i<- dywim /ii knlkiiirn iiili-ln w ]•"

szukiwaniu jakiegoś niedopałka, który byłoby można jeszcze spożytko­wać. - No tak, no tak. "W czym mogę pani pomóc, panno...?

-Pani, jeśli laska. Pani Emily Heltenbocker. Poza tym coraz bar­dziej wątpię, czy w ogóle może mi pan w czymś pomóc. To mój ojciec ranie do pana skierował, a ja ufam mu na słowo. Przynajmniej jeszcze przez, jakieś czterdzieści pięć sekund.

Trzykrotnie próbowałem zapalić zapalniczkę i nie powiodło mi się, więc odłożyłem ją takim gestem, jakby chodziło mi tylko o zmierzenie długości płomienia w celach czysto naukowych.

-Aha. - W środku coś mi wierzgnęło. Jak długo znalem Charliego, nigdy nie widziałem jego jedynaczki, którą po roawodaie rodziców wy­chowywała matka. Wielka szkoda, że spotkaliśmy się w sytuacji, kie­dy byłem,,. no cóż, w stanie, w jakim byłem. -Dowiedaiałem się o pani tatusiu w zesz,łym tygodniu- Naprawdę mi przykro. To był wspaniały facet.

-Był. Bardzo mi go brakuje.-Nie powiem, żeby odtajała, ale usia­dłszy na krześle naprzeciwko, odsłoniła większy kawałek uda, niż można by oczekiwać po nauczycielce, co natchnęło mnie do ponowienia próby z zapalniczką.

-Na miłość boską - powiedziała po chwili, wyciągnęła z torebki swoją zapalniczkę i podała mi ogień pod sam nos.

Zaciągnąłem się i diablo krótki papieros poszedł z dymem. Wrzuciła zapalniczkę z powrotem do torebki. Uderzyła mnie myśl, że należy do kobiet, które gotowe są zawiązać człowiekowi sznurowadła, gdyby za długo się przy tym guzdrał.

-A więc... Charlie panią do nmie przysłał? - Oparłem się wygo­dniej. Wreszcie zdołałem połączyć dwie panie Heltenbocker w jedną, cii przyczyniło się do większej efektywności rozmowy. Miała wcale nie­brzydką twarz z wyrazistym nosem i ładnie zarysowanymi kośćmi po-liczkowymi. - Chce mnie pani zaangażować na stypę czy coś w tym Duście? Byłbym zaszczycony. Z pewnością mógłbym zmontować jakiś k nitki program w hołdzie jego pamięci. - A w duchu gorączkowo zasta-iiiiwiałem się, które sztuczki ze swoich występów ograniczających się iirawio wyłącznie do dziecięcych balików wybrać, żeby ich wykonanie iH-zfid kolegami z branży nie wypadło żenująco. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, żeby luminarze świata magii wpadli w zachwyt na widok balonńw w kształcie zwierzątek.

Nic. nie nn stypę. Już się odbyła. Skromna, tylko dla najbliższej t ml/.my. ('liov pomówić v. panem o czymś innym. Słyszał pan, co mu się i.r,.Vi!;nv.ylM?

Nic t>yfcm /dolny wymyślić tisi poczekaniu niczego innego poza kiw-nit.Mifin |'.l*>wi| w oilimwinl/1,!, To włiiśnio upadek ducha po odejściu Charliego i świadomość własnej śmiertelności, która narasta przy oka­zji takich wydarzeń, w znacznej mierze były powodem mojego króciut­kiego popołudniowego posiedzenia. Co prawda nie w takiej mierze jak zawiadomienie o zajęciu mojej hipoteki, które otrzymałem dziś rano, ale niewątpliwie podsyciła moją melancholio.

Co można powiedzieć o starym przyjacielu, dla którego Sztuczka z Koszem i Szablami skończyła się tak strasznie? Że pewnego dnia, gdy był w finansowym dołku, zdarzyło mu się ćwiczyć bez pomocy asy­stenta, co wygląda trochę tak, jakby ów stary przyjaciel popełnił samo­bójstwo? Oczywiście, ostra jak brzytwa azabla kojarzy się raczej z na­rzędziem mordu niż samobójstwa, a większość ludzi rucacj nie próbujfi się kłamać ze środka ratanowego kosza szerokości czterech stóp, ale drzwi pracowni były zamknięte, a jedyny klucz został znaleziony w kieszeni zakrwawionej koszuli, którą Charlie miał na sobie. Poważ­na prasa pisała, że ćwiczył z koszem i coś musiało nie wyjść, Ostra kling-a przecięta tętnice szyjną tuż za uchem. Większość gazet orzekfa, że to wypadek, a policja (przypuszczalnie chcąc wykazać takt) zgodziła się z tym werdyktem. Niektóre brukowce robiły aluzje do samobójstwa i zamieszczały ponure zdjęcia z miejsca zbrodni pod tytułami w stylu: OSTATNIA SZTUCZKA! albo KOSZ PEŁEN KRWI! (Mógłbym obsy­pać owe pisma jeszcze większymi szyderstwami, ale mój najnowszy wywiad - sprzed dwóch zaledwie lat - zawdzięczam „Gazecie Astrolo-giczno-Detektywistycznej", co dowodzi, że nie wszystkie one pozbawio­ne są wnikliwości.)

-Mhmm, czytałem - rzekłem w końcu. - Przeżyłem prawdziwy wstrząs. Okropny wypadek.

. To było morderstwo.

Zegaiynka nie podaje godziny z takim przekonaniem.

Nagle mnie to zainteresowało. Przyszła tu, żeby mnie do czegoś wy­nająć, chociaż nie wiedziałem, do czego.

Wyciągnąłem rękę po kopertę, ale zmroziła mnie spojrzeniem. Do­kładnie tak się pisze w książkach. A jeśli komuś z was przytrafiło się kiedyś w szkole dostać w czasie lekcji karteczkę ze świńskim rysunkiem przedstawiającym nauczycielkę i podniósłszy wzrok, stwierdzić, Że ona właśnie nad wami stoi, to wiecie, co mam na myśli. Już po was.

Odwróciłem wzrok, częściowo ze współczucia, częściowo, żeby unik­nąć odroczonej na chwile groźby spojrzenia w oczy Gorgonie, Odchrząknęła,

- Kiedy go nie znalazłam, uznałam, że dał go na przechowanie ad­
wokatowi. Agenta wyrzucił dawno temu, z mamą nie rozmawiał, więc
nie mógł to być nikt inny. Jednak adwokat nic o tym nie wiedział.
Dziennik po prostu... zniknął. A to podejrzana sprawa: rękopis wywo­
łał spore zainteresowanie, zwłaszcza wśród rywali taty z branży. Nie­
pokoiło ich, że może zawierać coś, co raczej nie powinno ujrzeć światła
dziennego.

Wyprostowałem się. Dochodzący do mnie w rytmicsnych odstępach głos nawykły do powtarzania: „Siedźcie prosto, dzieci", zaczynał wy­wierać wpływ na moje skłonności do garbienia się. No i dokuczały mi skutki lunchu.

- Niech mnie pani posłucha, pani Heltenbocker. Nie jestem glina,
ale nie wydaje mi się, żeby to wystarczyło, by podejrzewać morder­
stwo.

-Wiem, że nie jest pan gliną. Jest pan bezrobotnym magikiem. Niech pan zajrzy do koperty.

- O, przepraszam. Całkiem przyzwoite występy odwalam na urodzi­
ny i bar micwe. - Tego rodzaju obrona przez atak działa najlepiej,
kiedy następuje po niej natychmiastowy odwrót, więc podniosłem ko­
pertę. Widniało na niej jej nazwisko napisane drżącą ręką starca.
W środku znajdowała się tylko jedna rzecz: stara fotografia, na której
widać było stojących w dwóch rzędach młodych mężczyzn w cylindrach
i frakach. Na umieszczonej z przodu tablicy widniał napis: „Akademia
Magii Saviniego, rocznik '48". Wokół trzech twarzy zakreślono atra­
mentem kółka. Żadna z nich nie należała do Charliego. Dostrzegłem
go uśmiechniętego w pierwszym rzędzie. Wyglądał na wiejskiego chło­
paka, który dopiero co wysiadł z autobusu. I w zasadzie był nim
w 1948 roku, jak sobie przypomniałem. - To mi nic nie mówi - stwier­
dziłem, - Bo i co mogłoby powiedzieć? Nawet nie było mnie wtedy na
świecie.

-Proszę spojrzeć na drugą stronę.

Na odwrocie zdjęcia ta sama drżąca dłoń nagryzmoliła u góry: „Jeśli coś stanie się mnie albo mojej książce, sprawdź tych trzech". Na dole, również atramentem, ale trochę bledszym, ta sama osoba napisała: „Powiernik Pinardo".

-Owszem, to wszystko napisał tato. Trochę czasu mi zabrało, żeby dociec, kto to jest Pinardo, i znaleźć pana. Wygląda na to, że nie wystę­pował pan ostatnio na wielkich scenach. - Uśmiechnęła się, ale cieplej byłoby mi przy masce chewoleta. - Jak dotąd opinia taty zdaje mi się mocno naciągana, ale przez wzgląd na niego postanowiłam dać panu szansę. Nadal uważam, że to morderstwo i dlatego potrzebuję pomocy.

Potrząsnąłem głową.

-Zgoda, pani ojciec był moim przyjacielem, chociaż nie widzieliśmy się całe wieki. Nawet jeśli wyłącznie z tego względu przyjmiemy za pewnik, że to morderstwo, niech mi pani powie, czego pani... czego on,,, oczekuje ode mnie, jak rany?

-Pomocy. Mój ojciec podejrzewał coś, co miało związek z tymi trze­ma mężczyznami, którzy byli z nim w szkole magii. Jego rękopis znik­nął. Mam zamiar spojrzeć im w oczy, ale potrzebny mi ktoś, kto zna ich świat. - Fasada znów runęła i zobaczyłem coś nowego, 1/udzka twarz, która wyłoniła się spod narzuconego sobie chłodu, była doprawdy uj­mująca. - Moi rodzice rozeszli się, kiedy byłam mała. Wychowywałam się bez ojca. Nic nie wiem o występach iluzjonistów. Jestem nauczy­cielką, na litość boską!

- No właśnie! - potwierdziłem,
-Co to ma, do diabła, znaczyć?

Moja skromna kwatera prywatna to mieszkanie nad biurem, jeśli pokój z wnęką kuchenną i łazienką można nazwać mieszkaniem. Tak więc zdążyłem coś przegryźć, zdrzemnąć się parę godzin, wziąć pry­sznic i aejść na długo przed powrotem pani Heltenbocker, która miała przyjechać po mnie samochodem. Zaczynała innie boleć głowa, ale podejrzewałem, że nikogo oprócz siebie nie mogę winić za to, że odby­wały się w niej lekcje tańca ludowego.

Wróciła Tiłly i zajęła swe miejsce z-a biurkiem, zajadając wprost z opakowania foo yong z jajkiem i przeglądając rachunki. Miafa niezadowoloną. minę. Nic dziwnego: wszelkie próby łatania moich wydat­ków przychodami przypominały naprawianie Titanica za pomocą gu­my do żucia i taśmy klejącej.

- Hej, miałaś wziąć dzień wolny. - Grzebałem w saafce na dokumen­
ty w poszukiwaniu aspiryny. - Jak się czuje mama?

Tilly obdarzyła mnie jednym ?. tych swoich spojrzeń. Prawdopodobnie zauważyła piramidę z puszek po piwie, którą ułożyłem na swym biurku.

-Gdybym zostawiła to biuro na cały dzień, zalałaby je warstwa bło­ta, jak Pompeje. Mama czuje się dobrze. Dziąsła wciąż ją bolą. Prze­grzałam mikser, przygotowując jej pr^ez cale popołudnie koktajle mleczne. - Przerwała, żeby przyjrzeć się klusce, która wylądowała jej na swetrze i leżała tam niby pyton, który adechł w trakcie wspinaczki na Mount Everest. -A swoją drogą, kim, dodiaska, jestEmily Helten-bocker?

- Klientką - powiedziałem niedbale, chociaż ściany mojego biura od
dawna nie słyszały tego słowa. - A także córką Charliego Heltona.
Dlaczego pytasz?

-Zostawiła panu wiadomość. Biedaczysko ten Charlie, naprawdę mi go szkoda. W każdym razie powiedziała, że będzie o siódmej i że powinien pan włożyć czystą koszulę,

Nic zaszczyciłem jej odpowiedzią.

-Och, i dzwoniło jeszcae dwóch reporterów; jeden z „Metropolita-na", drugi z „Gazety Astronomiczno-Defetystycznej".

-„Astrologiczno-Detektywistycznej" - poprawiłem ja odruchowo, zastanawiając się, któż mógł uczynić ze mnie centrum tej prasowej trąby powietrznej. „Metropolitan" był wówczas dość modnym pismem: zdjęcia z wypadków drogowych drukował tylko czarno-biale, a pod ar­tykułami o porwaniach przez kosmitów umieszczał drobną czcionką informacje, że nie są to poglądy redakcji. Łyknąłem kilka kolejnych tabletek aspiryny i ruszyłem na spotkanie z prasą.

Po paru krótkich rozmowach telefonicznych okazało się, że obaj szu­kali mnie w związku z Tajemnicą Charliego Heltona ananą także jako Rękopis Magicznego Morderstwa. Najwyraźniej przeciek na temat za­ginionej książki, którego dopuścił się adwokat Charliego, zaczynał te­raz urastać do rozmiarów pokaźnej kaczki dziennikarskiej. Zanim je­szcze zdążyłem się ich pozbyć, zadzwonił jakiś pismak ze „Scrutinizera". W czasie, gdy kończyłem swoje półoficjalne rzecznikowanie - nie zapo­minając przypomnieć im, że Pinnard pisze się przez dwa „n", ale Fi-nardo (podobnie jak Wspaniały) przez jedno - Tilly stanęła w drzwiach, oparła się o framugę i oznajmiła, Że „moja dziewczyna" już caeka.

(Coś obrzydliwego jest w zdarzeniach, jakie nieuchronnie następują od momentu, kiedy Tilly trafia na którąś z moich klientek, przynaj­mniej taką, która liczy poniżej sześćdziesiątki. Na nic się zdaje tłuma­czenie, że nie spotykam się z nimi w celach romansowych. Tilly przyjmuje to jako dowód mojej beznadziejnej skłonności do okłamywania samego siebie. Jeśli o nią chodzi, każda w miarę dojrzała kobieta, choć­by zadawała się ze mną przelotnie i w celach wyłącznie zawodowych, podpada pod jedną z dwóch kategorii: powierzchownej poszukiwaczki złota, która przekopuje moją wyeksploatowaną do cna działkę, albo szykownej damulki spoza mojej sfery, przy której skazany jestem na robienie z siebie śliniącego się głupca. Jedynie kompletny w ostatnim okresie brak klientów wszelkiego rodzaju pozwolił mi o tym zapomnieć, w przeciwnym razie na pewno umówiłbym się z córką Charliego na dole przed pralnią, choćbym miał stracić godność.)

Emiiy Heltenbocker nieświadomie zwiększyła prawdopodobieństwo wystąpienia takiej reakcji, ubierając się na nasze wyjście do nocnego klubu we wzruszająco niemodną wizytową sukienkę. Mała czarna od­słaniała interesujący, lecz przecież wcale obyczajny kawałek podwój­nej wypukłości. Dzięki niej Emily natychmiast trafiła na listę Tilly jako Numer 1.

Skrzywiłem się, nie tyle z powodu aż nadto prawdziwej wzmianki na temat stanu moich finansów, ile nieszczęsnej uwagi o nieżyjących krewnych, ale zdawało się, że Emily nie zauważyła faux pas mojej pomocnicy.

- Jakaż lojalna pracownica - zagruchała. Pomyślałem, że pod górą
słodyczy daje się wyczuć kropelkę jadu. - Wygląda na to, że jest
w firmie wiecznie. Chyba jednak powinna wyjść punktualnie, żeby zdą­
żyć na filiżankę ulubionego kakao i wiadomości wieczorne. Nawet jeśli
wpadną tu dziś w nocy komornicy, zebranie tego wszystkiego nie po­
winno im zająć dużo czasu,

Tilly uniosła brew na znak niechętnej pochwały. Lubiła ludzi, którzy umieją przyjąć serw. Zanim w powietrzu zdążył świsnąć jakiś morder­czy wolej, chwyciłem Emily za rękę i pociągnąłem za sobą ku schodom. Czy wspomniałem, że ostatnio byty kłopoty z windą?

-Dobrze, że chociaż koszula miala kontakt z żelazkiem - powie­działa. - Niech zgadnę... W połowie lat siedemdziesiątych?

Ona prowadziła. Robiła to w stylu, który obalił moje wyobrażenie o nauczycielce za kierownicą i w dodatku zdecydowanie poszerzył ogólne pojęcie o czynności zwanej kierowaniem pojazdem. Widocznie inni kierowcy odnosili takie samo wrażenie, bo jechaliśmy przez miasto w takt Uwertury 1812 - przy dźwiękach klaksonów, pisku hamulców i dobiegających od czasu do czasu dosadnych uwag, na tyle głośnych, że było je słychać przez zamknięte okna.

Postanowiłem puścić mimo uszu uwagę na temat mojej koszuli i zamiast tego -kurczowo chwyciwszy się fotela jedną ręką - skupiłem się na wertowaniu raportu z sekcji zwłok, który Emily skądś wytrza­snęła. (Po cichu podejrzewałem, że pomocnik koronera ma wyrzuty sumienia na wspomnienie lat szkolnych.)

Wyglądało na to, że raport nie różnił się specjalnie od tego, co napi­sały gazety. Karl Marius Hettenbocker vel Charlie Helton skończył sześćdziesiątkę, ale fizycznie był w dobrej formie. Śmierć nastąpiła w wyniku wykrwawienia na skutek rany zadanej dużą i bardzo ostrą bronią sieczną nazywaną szablą kawaleryjską. Kilka pobieżnych ry­sunków ukazywało pozycję, w jakiej znaleziono ciało w koszu, a notat­ka potwierdzała, że lekarze z pogotowia stwierdzili śmierć ofiary na scenie. Orzeczenie brzmiało: śmierć z powodu nieszczęśliwego wypad­ku, a oba raporty, zarówno z autopsji, jak i wstępny, podpisał George Bridgewater. główny koroner hrabstwa. Jeśli ktoś z władz podejrzę-wat morderstwo, to nie znalazło to odbicia w oficjalnych dokumentach.

-Z pewnością wygląda to na wypadek — orzekłem, krzywiąc się lek­ko na widok przechodnia, który wykonał pas prawie jak Baryaznikow, w pośpiechu ustępuj ąc Emily pierwszeństwa na przejściu dla pieszych.

Już dawno nie byłem w klubie Pod Królikiem i zmiany, jakie tam zastałem, potwornie mnie przygnębiły. Przypuszczam, że pensja, na którą szkoła się rujnowała dla Emily, nie była imponująca, bo miejsce oczarowało dziewczynę. Na tle nieco wyblakłych wspaniałości klubu (jego świetność przypadała z grubsza na czasy, kiedy szczyt popular­ności przeżywała drużyna Dodgersów z Brooklynu) wyglądała dużo bardziej naturalnie niż ja w swojej skórzanej kurtce i dżinsach. W wie­czorowej sukni bez pleców i okularach w rogowej oprawie mogła ucho­dzić za pracownicę Centralnej Agencji Impresaryjnej.

Kiedy tak dumałem, powiedziała coś, czego do końca nie zrozumia­łem; zdałem sobie sprawę, że stoję w przejściu i podziwiam jej ramiona (zawsze byłem pies na leciutką mgiełkę piegów). Dogoniłem ją przy stoliku.

Przedstawienie nie należało do tych, co wprawiają w zachwyt, ale klub był jednym z niewielu w mieście, w których mógł zadebiutować młody iluzjoiiistyczny talent. Rozglądając się po ciemnej sali, poczu­łem przypływ tęsknoty za latami własnego terminowania. Przez na­stępną godzinę oglądaliśmy jednego po drugim niedoświadczonych pre­stidigitatorów, którzy niezdarnie wyciągali bukiety z rękawa i toczyli monety na grzbiecie dłoni, omal ich nie upuszczając na podłogę. Sączy­łem wodę sodową, nagrodzony za to przez mą towarzyszkę powściągli­wym uśmiechem, Emily natomiast wypiła dwa i pół kieliszka szampa­na i oklaskiwała z zapałem jeden z najgorzej wykonanych numerów z latającymi obręczami, jakie w życiu widziałem. Stwierdziłem z nie­smakiem, że na jej podziw wpłynęła młodość (a także irytująco dobra sylwetka) magika oraz to, że występował on w smokingu założonym na gołe ciało.

Po przerwie, w czasie której mikroskopijna klubowa orkiestra wy­męczyła parę kawałków Glenna Millera, zapowiedziano występ Fabri-aia Ivone'a. Gwiazda wieczoru niewiele się zmieniła od czasu, kiedy go ostatnio widziałem. Trochę się oczywiście postarzał, ale eay naa weay-atkich nie spotyka to samo? Trajkotal z pewną staromodną sztywno­ścią, a przylizane włosy i cieniutki wąsik nadawały mu wygląd gościa żywcem przeniesionego z minionego stulecia. Patrząc na niego, kiedy bez wysiłku wykonywał jedną standardową sztuczkę po drugiej, z ła­twością można było zapomnieć, że żyjemy w epoce jumbo jetów, kom­puterów i filmowych efektów specjalnych. Na zakończenie z jaskrawe­go pudełka z chińskiej laki wypuścił białego gołębia, za co niedobitki publiczności nagrodziły go gorącymi brawami-

Wziąłem Emily pod rękę (odrobinę niepewnie trzymała się na szpil­kach) i zaprowadziłem za kulisy. Bez trudu odnalazłem garderobę. Ivon.e wkładał do pudełka wybrylantynowaną czuprynę - albo przy­najmniej ten jej fragment, który nie był prawdziwy.

- Świat magii - odezwała się Emily i zachichotała,
ścisnąłem j ą mocniej za nadgarstek.

- To było wspaniałe przedstawienie, panie Ivone. Nie wiem, czy mniepan pamięta, krótko pracowaliśmy razem w Vegas z dziesięć lat temu,
chyba w Dunes. Dalton Pinnard, Pinardo Wspaniały...

-A tak, oczywiście. - Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów i wrócił do zmywania makijażu. Odniosłem wrażenie, że niewiele go to obchodzi.

- To moja przyjaciółka, Emily Heltenbocker. - Wziąłem głęboki oddech
i postanowiłem walić prosto z mostu. - Jest córką Charliego Heltona.

Wydepilowana brew popełzła w górę gładkiego jak jajo czoła.

-O... Ze smutkiem przyjąłem te wiadomość. -Wjego glosie słychać było tyle samo smutku, co przed chwilą radości na mój widok.

- Zastanawiamy się, czy mógłby pan coś wiedzieć na temat książki,
którą pisał - rzekła Emily. - Ktoś ją ukradł- - Obdarzyła Ivone'a olśnie­
wającym uśmiechem. Uśmiech był w porządku, ale takie bezceremo­
nialne zachowanie zepsuło cały efekt i nie wiedziałem, czy się z tego
cieszyć, czy płakać.

Stary magik posłał jej spojrzenie, którym chyba obrzucał psie kupy na chodniku,

- Słyszałem, że pełno w niej było oszczerstw. Nie ukrywam, że wieść
o kradzieży mnie ucieszyła. Żeby tylko na tym się skończyło, ale nie
ma wątpliwości, że wkrótce opublikują ją brukowce. Jeśli pyta mnie
pani, czy coś wiem o tej ohydnej aferze, odpowiedź brzmi: nie. Jeśli zaś
insynuuje pani, że mam coś wspólnego z kradzieżą, będzie pani miała
do czynienia z moim adwokatem.

Szalenie delikatnie nadepnąłem Emily na stopę, starając się skiero­wać rozmowę na bezpieczniejszy grunt. Moja inicjatywa została utrą­cona paskudnym kuksańcem wymierzonym w splot słoneczny.

- Nie, panie Ivone, wcale nie o to nam chodzi - rzekłem, kiedy zła­
pałem oddech. - Mamy tylko nadziej?, że może będzie nam pan w sta­
nie powiedzieć, co pan wie o stosunkach Charliego z innymi iluzjoni­
stami. No wie pan, Żebyśmy mogli raz na zawsze ustalić, czy zniknię­
cie książki może wywołać groźne konsekwencje. Pan, proszę pana, jest
oczywiście poza wszelkimi podejrzeniami.

Popatrzył na mnie uważnie, aż zastanowiłem się, czy nie przeholo­wałem. Zimny krem oblepił mu pomarszczoną twarz jak obłażący tynk.

- Nic chciałbym nikogo skrzywdzić - odezwał się w końcu - ale
muszę powiedzieć, ie nie byłem podobny do pani ojca, młoda damo.
Rzeczywiście studiowaliśmy razem, ale nawet w czasach Akademii
Saviniego nigdy nie zachowywał się poważnie. On i jego przyjaciele
z drugiego rzędu zawsze się śmiali.

-A kto był jego przyjacielem w akademii?

Irone wzruszył ramionami.

-Nie pamiętam. Kawalarze, szlifibruki, na pewno nie prawdziwi artyści. Z tej paczki tylko on ukończył akademię.

Odetchnąłem. Więc jeśli Charlie znał tych dwóch ze szkoły, to nie byli bliskimi kumplami.

Ivone rozkręcił się na dobre i perorował gniewnie:

-Nie miał szacunku dla naszej wielkiej tradycji ani wówczas, ani później. Zawsze stroił sobie żarty, nawet na scenie, uwielbiał głupie zagadki i łamigłówki, opowiadał historyjki, jakby występował dla dzie­ci. - Umieścił tupecik w pudełku tak troskliwie, jakby to była relikwia jakiegoś świętego, i z namaszczeniem zamknął wieko. - Swego czasu występowałem przed koronowanymi głowami Europy i Azji i nigdy, ani razu, nie pozwoliłem sobie na żart. Ani przez chwilę w to nie wątpiłem.

-Wolałbym, żeby trzymała pani buzię na kłódkę - powiedziałem. Nie zabrzmiało to tak zdecydowanie, jakbym sobie życzył, bo Emily już ruszyła i gorączkowo, po omacku macałem podłogę w poszukiwaniu pasów bezpieczeństwa.

-Niech pan nie będzie ordynarny, proszę pamiętać, że to ja pana zatrudniam. Poza tym nie spodobał mi się. Małoduszny- Człowiek.

Podniosłem oczy do nieba.

-Tonie manie dorzeczy. Po tym, jak pani się wyrwała i wygadała

O tej książce, on nie miał zamiaru nic więcej zdradzić. Na przykład nie
mogłem go już zapytać, gdzie był, kiedy zginął pani ojciec.

Emily pokręciła głową.

- Już się dowiedziałam. Był na scenie w klubie Pod Królikiem, jego
program szedł od kilku tygodni. Sprawdziłam.

-Co?

- Sprawdziłam. Zadzwoniłam do Gildii Artystów Sceny, gdy powie­
dział mi pan, jak on się nazywa. Pracował tego wieczoru, kiedy mój
ojciec został zabity.

Wytrzeszczyłem na nią oczy. Zręczne palce, które kiedyś ubezpie­czyłem (no dobra, tylko na pięć tysięcy dolców z miesięczną składką dwadzieścia sześć dolarów - to była sztuczka reklamowa), zaczęły mnie swędzić, żeby ją udusić albo przynajmniej strącić jej te głupie okulary

1 zobaczyć, czy bez nich prowadziłaby choćby kapkę lepiej.

-Pracował? Fabrizio Ivone, ten domniemany morderca, znajdował się na drugim końcu miasta i wyciągał ludziom monety z nosa, kiedy zginął pani ojciec?

-Tak, właśnie panu powiedziałam, że dzwoniłam do Gildii. Niech się pan tak nie jeży, nie oczekuję od pana, że odwali pan całą robotę, lecą jedynie to, co wymaga wiedzy fachowca.

Wcisnąłem się w fotel, ale po nanosekundzie gwałtowne hamowanie na środku skrzyżowania znów rzuciło mnie na przednią szybę.

-Nie mogę uwierzyć, że tracę czas na takie bzdury - warknąłem. Zapaliło się zielone światło, ale córka Charliego zdawała się czekać na kolor, który będzie jej bardziej odpowiadał. - Chodzi mi o to, Emily, że Fabrizio Ivone ma alibi. Jak z tym: „Sierżancie, uwolnijcie tego uczci­wego obywatela, on ma alibi".

Z politowaniem pokręciła głową, jakbym właśnie ją namawiał, by się założyła, że ziemia jest płaska.

- Nigdy pan nie słyszał o płatnych mordercach?

Ruszyliśmy akurat w chwili, kiedy światła znów zmieniały si? na czerwone.

Nie można ufać klientom. Za każdym razem jest to samo. Przekra­czają twoje progi, machają ci forsą przed nosem i obiecują złote góry, a potem - łup! W rezultacie okazuje się, że skromne przyjęcie, na które cię wynajęto, to jakaś masówka, a ty odgrywasz karciane sztuczki przed bandą pijanych gburów, bo striptizerka nawaliła.

Tak, jestem trochę zgryźliwy. Gdybyście tkwili w tej branży tak dłu­go jak ja, też byście byli. Szarpniesz się na Tajemnicze Pudełko z Tybe­tu, które ma być jak nowe, jak zaklina się sprzedający ci je gość, a kiedy wracasz z nim do domu, okazuje się niemal zjedzone przez korniki. Zamawiasz dostawę gołębi z domu wysyłkowego, a oni zapo­minają zrobić w paczce otwory wentylacyjne. A kobiety! Nawet nie mówcie mi o kobietach. Nie zliczę, ile razy z okazji niedzielnego poran­ka stałem gdzieś za kulisami na dziesięć minut przed podniesieniem kurtyny, kłócąc się przez telefon z moją aktualną asystentką, która nie przyszła, bo dostała wzdęcia albo zapudłowali jej chłopaka, albo dlatego, że poprzedniego wieczoru przedstawiłem ją jako „uroczą Zel-dc", a naprawdę ma na imię Zena.

- Niech się pani zatrzyma - sapnąłem. - T spróbuje użyć do tego celu
hamulców, zamiast wyłącznie odbijać się od latarni tak długo, aż sa­
mochód sam nie stanie.

Posłuchała mojej rady. Tak ochoczo nacisnęła na hamulec, że je-ssdze przez kilka godzin miałem na czole bardzo dokładnie odciśniętą fakturę deski rozdzielczej.

- Idź pan do diabła - powiedziała. - Od początku wiedziałam, że jest
pan łamagą, jak tylko zobaczyłam pana czołgającego się po podłodze.

-Cóż, mogę być łamagą... ale pani mnie zatrudniła. - Efekt mojej błyskotliwej riposty i eleganckiego wyjścia osłabiły nie odpięte pasy. Szarpanina z nimi dała mi czas, żeby się nieco uspokoić. Kiedy się wreszcie wyzwoliłem i wyturlałem na chodnik, odwróciłem się, bo my-śiałem, że ujrzę łzy w oczach bezradnej kobiety, a może mignie mi pod jej rysami twarz Charliego i w ten spoaób przypomnę sobie starego przyjaciela, którego córką była ta zdesperowana osoba. Emily nie była wcale zła. Czułem, że moje gburowate męskie serce powoli topnieje.

- Proszę zamknąć te cholerne drzwi - parsknęła. Jeśli miała w oczach
łzy, to stanowczo uszły mojej uwagi.

Udało jej się najechać mi na nogę, gdy ruszała.

Kiedy dokuśtykałem do domu, po zastanowieniu uznałem, że chyba nie powinno mnie to dziwić. Tak samo poróżniłem się z ojcem Emily. Nikt z tej cholernej rodzinki nie potrafił przyznać się do błędu.

Charlie był wspaniałym facetem, moim mentorem w sprawach za­wodowych. Pomógł mi znaleźć pierwszego w życiu agenta i odsłonił przede mną tajniki swej sztuki, które sam posiadł ciężką pracą, robiąc mi reklamę, jaką jedynie nieliczni młodzi wykonawcy mogli się cie­szyć. Był niemal wszędzie, przysłużył się kilku ludziom, których, na­wet nie znal, i potrafił opowiadać tafcie historie, że szczeka opadała. Czasami jednak był trudny w pożyciu i uparty, miał też dość dziwne pojęcie o żartach, co tak wyraźnie zapamiętał Ivone. Po rozstaniu 2 matką Emily mieszkał sam (przez kilkanaście lat naszej przyjaźni nawet nie wiedziałem, że był żonaty), a jego życie obracało się, jak to z kawalerami często bywa, wokół tego, co inni ludzie uważają za cał­kiem bezużyteczne hobby. Charlie miał dwa koniki: łamigłówki i pła­tanie figli.

Niestety, nie wszystkie jego żarty były śmieszne, przynajmniej dla tych, co padli ich ofiarą. Jedna z takich szczególnie skomplikowanych operacji wymagała ode mnie udania się na występy do kolonii natury-stów w Catskills. Czułem się bardzo niepewnie, bo musiałbym wystą­pić nago, tylko w pelerynie i cylindrze, ale Charlie przekonywa! mnie, że mnóstwo ludzi ze sfer wielkiej rozrywki bawi się w niedzielnych nudystów i będę miał okazję nawiązać przydatne znajomości.

Po przyjeździe do ośrodka, tego wieczoru, kiedy miał się odbyć po­kaz, przyszedł do mnie kierownik klubu, całkiem goły. Był bardzo gru­by, miał około pięćdziesiątki i uważał, że jest odpowiednim człowie­kiem, by mi pomóc przezwyciężyć zahamowania. Jak wiadomo, pod­czas występu, kiedy światła na scenifi są dość silne, i tak nio widii się publiczności. Kierownik zapewnił mnie, że będzie to jak występowanie we własnym pokoju. Rozebrałem się więc, skrzyżowałem ręce na pier­siach, uspokoiłem podrygujący żołądek i wymaszerowałem na scenę.

I, rzecz jasna, nie była to żadna kolonia nudystów, tylko widownia 2 typową dla kurortu w Catskills publicznością w średnim wieku: pra­wie martwi, ale jeszcze dychający. „Kierownik klubu" był w zmowie z Charliem i wyniósł się natychmiast po odegraniu swojej roli.

Publiczność nie była zachwycona. Ani ja.

Żałosne było to, że poróżniliśmy się z Charliem nie z powodu samego kawału, chociaż był wredny, ale ponieważ nie chciałem przyznać, że w istocie był śmieszny. Sądzę, że została zraniona jego duma, bo uwa­żał się za najzabawniejszego gościa na świecie.

Od tej chwili sprawy zaczęły przybierać dla mnie córa?/ gorszy obrót, i to nie dlatego, że pochopnie zapuściłem się na scenę. Przytrafiła mi się mianowicie dłuższa przerwa. Prawdę mówiąc, cały ciąg takich przerw.

Może Charlie przez te wszystkie lata winił się za nasze rozstanie i za to, że nie było go w pobliżu, kiedy potrzebowałem pomocy, żeby stanąć na nogi. Może dlatego powiedział swojej córce, żeby mnie odna­lazła, gdyby potrzebowała powiernika.

Nagle zdałem sobie sprawę, że należało uwzględnić jeszcze coś. Jeśli istniało nieskończenie małe prawdopodobieństwo, że Emily Heltenbo-cker ma racje, a wszyscy inni się mylą, to może Charlie został załatwićr, v dlatego, że ktoś poczuł się dotknięty jakimś jego figlem. Może zrobił •obie z kogoa zaciętego wroga i nie miało to nic wspólnego z rękopisem.

To godne prawdziwego detektywa rozumowanie wprawiło mnie •.=•- dumę. Pomimo męczarni długiego i mozolnego marszu do domu, za­rżałem się zastanawiać, czy powinienem pozwolić Emily - pod warun­kiem że wyraziłaby stosowną skruchę - znów mnie zatrudnić. Przeży­liśmy z Charłiem dużo dobrych chwil, zanim wszystko się skończyło. Może jego córka zasługuje na odrobinę cierpliwości.

Nie wspominając o tym, że winna rai jest przynajmniej za jeden wie-77,ńr pracy.

- Pańska dziewczyna dzwoni! - wykrzyknęła Tilly.

Odłożyłem samouczek bankruta i niespiesznie podniosłem słuchaw­kę. Wiedziałem, że Emily spokornieje i wróci, ale nie miałem zamiaru tak łatwo j ej odpuścić,

- Ma pan wciąż zdjęcie mojego ojca z wręczenia dyplomów - powie­ działa. - Niech mi je pan natychmiast odeśle, bo w przeciwnym razie
przyjdę tam i złamię panu rękę.

Zagrała znacznie ostrożniej, niż się spodziewałem.

-Proszę nie robić mi krzywdy - odparłem. - Moje ubezpieczenie

zalicza napad przez nauczycielkę do interwencji boskich, byłoby więc diabelnie trudno wydusić z nich pieniądze.

- Chcę tylko, żeby pan odesłał mi zdjęcie. Natychmiast.

Byłem pewien, że wyczuwam w jej głosie nutkę rozbawienia, aczkol­wiek starannie skrywaną.

-A może aamje przyniosę, co pani na to? Moglibyśmy porozmawiać na temat maleńkiej różnicy zdań z ostatniego wieczoru.

-Zbliży się pan do mnie na odległość mniejszą niż mila, a na włas­nej skórze przekona się pan, jak się robi baloniki w kształcie zwie­rzątek.

Odwiesiła słuchawkę tak głośno, że zwątpiłem w niektóre z moich uczuć, ale wiedziałem, że w zasadzie już ją mam.

Tak więc po parunastu zaledwie telefonach (z drobną zmianą stra­tegii z mojej strony, którą postronny obserwator mógłby pomylić z uni­żonymi przeprosinami) ponownie nawiązaliśmy z Emily Hełtenbocker współpracę.

- Niech pan powtórzy ich nazwiska. - Przegazowała silnik, chociaż światło wciąż było jak najbardziej czerwone.

Ostatecznie w rezultacie pracowitych poszukiwań w rozmaitych branżowych informatorach zlokalizowałem dwóch pozostałych tajemni­czych mężczyzn.

- Sandor Horja Nagy, węgierski Houdini, to ten, do którego właśnie
jedziemy. Drugi to Gerard 0'Neill. I wyłącznie do pani wiadomości:
obaj mieli występy rzeczonego wieczoru, tak jak Ivone. Kolejne dwa
alibi nie do podważenia.

-Na litość boską, Pinnard, pan kompletnie nie ma wyobraźni. To magicy, ludzie, którzy żyją % tego, że potrafią znikać i pojawiać się w dowolnym miejscu. Mówiąc szczerze, gdyby chodziło o książkowe morderstwo, pan właśnie byłby tym głupkowatym gliną, którego autor wprowadza po to, by prywatny detektyw robił wrażenie bystrzejszego.

-Dziękuję za tyle komplementów. - Sięgnąłem do kieszeni po pa­pierosy. Emily w końcu zaoferowała mi zaliczkę, wiec szarpnąłem się na cały karton. - Niech pani sobie myśli, co chce, ale iluzjonista w wieku przedemerytalnym nie może zniknąć w połowie przedstawie­nia odbywającego się w śródmieściu, złapać taksówki, pojechać na przedmieścia, zamordować starego kumpla ze szkoły i wrócić, zanim publiczność się zorientuje. I nie potrafi zamienić piasku w złoto ani dyni w sześciokonną karoce, choćby pani nie wiem jak mocno upierała się przy swoich błędnych przekonaniach na temat tego, co potrafi praw­dziwy magik. - Przechyliłem się i wyciągnąłem nową, jednorazową zapalniczkę:, szczyt nowoczesności.

- Niech się pan nie waży palić w moim samochodzie. Nie chce, żeby

tapicerka amierdsiała dymem.

Najwidoczniej nie miała podobnych kłopotów z zapachem, jaki roz­siewa okłamywanie siebie i zaprzeczanie faktom. Zrozumiałe, że nie powiedziałem tego głośno. Długie lata pracy z ludźmi nauczyły mnie, że chociaż klient nie zawsze ma rację, trzeba być skończonym głup­cem, żeby mu zaprzeczać, dopóki nie wybuli całej forsy.

- Proszę posłuchać - rzekłem. - Staram się jedynie zachować rozsą­
dek. Jest pani miłą osobą, Emily, ale chyba kieruje pani swą złość pod
niewłaściwy adres. Policja twierdzi, że to był wypadek. Koroner stwier­
dził, że to był wypadek. Wszyscy pani podejrzani mają alibi. Kiedy
wreszcie stawi pani czoło wnioskom, do jakich to prowadzi?

Już miała rzucić wściekłą odpowiedź, ale ugryzła sic w język. Mil-czala długą chwile i nawet gdy w końcu światła się zmieniły, dodała gazu bez normalnej dla siebie werwy. Byłem zadowolony, że w końcu ją przekonałem, aby poshichała głosu rozsądku, ale zupełnie mnie to nie uszczęśliwiło, jeśli wiecie, co to znaczy. Czasami, gdy wszystko się wali, my, ludzie, rozpaczliwie szukamy wytłumaczenia takiego obrotu spraw. To nic zabawnego, kiedy jest się tym, który odbiera szansę na jego znalezienie.

- To zupełnie niepodobne do mojego ojca - odezwała się w końcu. -
Samobójstwo? Nigdy. Nawet w najgorszej chwili. Więc zostaje wypa­
dek. Ale pan też go znał, panie Pinnard. Wie pan, jak starannie wszyst­
ko przygotowywał.

Musiałem przyznać, że to prawda. Przyglądanie się Charliemu pra-zu-ącemu nad jakąś sztuczką przypominało obserwowanie admirała Nimitza ustawiającego swe okręciki: każdy szczegół, choćby nie wiado-~o jak nieistotny, wart jest obsesyjnych rozważań.

- To niezbyt śmieszne.
Natychmiast poczułem się okropnie.

- Tak, ma pani rację. Przepraszam. Jedźmy do tego faceta nazwi­
skiem Nagy, co? Nawet jeśli aię okaże, że nie ma pani racji, podejrze­
wając morderstwo, poczuje się pani lepiej, gdy się pani upewni.

Skinęła głową, ale nie wyglądała na przekonaną. Ani zbyt radosną. Umilkła i prowadziła jak na siebie wyjątkowo spokojnie. Kiedy więc przedzieraliśmy się przez miasto, ponieważ jestem z natury miłym gościem, zaśpiewałem jej wiązankę pieśni Burta Bacharacha. Zawsze byłem pewien, że jeśli nie wyjdzie mi z magią, będę mógł zawiązać schludny węzełek i pójść śpiewać Naprzód marsz w co lepszych jadło­dajniach.

Nie poprawiło jej to za bardzo nastroju.

-Zapłacę panu całą dzisiejszą dniówkę od razu, jeśli się pan za­mknie -jak sama to ujęła.

Sandor Nagy (chyba powinno się mówić „Nagy Sandor", ale cała moja wiedza na temat zwyczajów węgierskich zmieściłaby się na od­wrocie znaczka pocztowego, a jeszcze zostałoby miejsce na dowolnie wybrany przepis na gulasz) swe najlepsze dni miał za sobą. W porów­naniu z nim nasz koleżka Ivone na scenie był Elvisem.

Zdążyliśmy wrosnąć w plastikowe krzesła, czekając w holu Klubu Rotariańskiego, aż Nagy przebierze się w męskiej toalecie. Przedsta­wienie było ciekawe, jeśli ciekawym można nazwać występ pijaczyny dla garstki facetów urażonych tyra, że widowisko okazało się bardziej wybuchowe od nich. Częściowo z litości zaprosiliśmy go do całodobowe­go baru po drugiej stronie ulicy i zamówiliśmy mu Zestaw Śniadanio­wy Wielki Szlem. (W takich miejscach jak to nie widać -upływu czasu, więc równie dobrze można wieczorem zjeść śniadanie. A właściwie czas płynie, ale jedynie kelnerki to odczuwają i dlatego wszystkie mają coś koło stu czterech lat. Zawsze uważałem, że z tego paradoksu ktoś po­winien zrobić wątek powieści science fiction.)

- Nie wiem, co się stało, że nie udało roi się wydostać z kufra – rzekł Nagy. Żeby wyrazić to dokładniej: wybełkotał. - Zwykle idzie jak z płatka.

Po ciężkich przeżyciach, jakich dostarczył nam jego występ, zamie­rzałem, golnąć kilka szybkich piw, żeby nie zostać na wieki przy wodzie sodowej tylko dlatego, że zadaj? się z panią Linijkąpolapach, ale od­dech staruszka i wyraźna, gęsta siateczka żył na jego nosie przekonały mnie do zamówienia sobie coli. Tak więc miałem usta zajęte słomką, co zwalniało mnie z obowiązku odpowiedzi.

- Na pewno w końcu by się pan wydostał - rzekła Emily, - Sądzę, że niepotrzebnie wzywano straż pożarną.

Nagy z wielkim smutkiem przyglądał się jajkom na miękko. Sam by chyba wolał łyknąć parę głębszych, ale odmówiliśmy zamówienia mu czegokolwiek, co zawierało procenty. I tak nie doszedł jeszcze do sie­bie, mimo całej butli tlenu, którą wtłoczyli w niego strażacy.

- Powiem wam w tajemnicy - zwrócił się do nas - że nie jestem taki swinny jak kiedyś. Nogi odmawiają mi posłuszeństwa, jeśli wiecie, co
mam na myśli.

-No cóż, był pan w akademii w tym samym czasie co mój ojciec, prawda? To szmat czasu.

Uśmiechnąłem się. Emily zrobiła duży postęp, lecz i tak nie miało to znaczenia. Wypytywanie tego pana miało tyle samo sensu, ile strzela­nie do gołębia za pomocą rakiety ziemia-powietrze. Jeśli on był mor­dercą, to ja jestem Merlinem.

-A, prawda, powiedziała pani, że jest pani córką Charliego Helto-na. Szkoda go. Słyszałem, że pisał książkę. Mnie samemu szkoda było­by na to czasu, nie chciałbym odrywać się od mojego kufra. Żeby nau­czyć się z niego wyswabadzać, trzeba stale ćwiczyć. - Dziabnął widel­cem jajko, jakby nie był pewien, czy ma podjąć się czegoś tak męczącego jak jedzenie. - Był dziwakiem ten pani tatuś. Kupę ludzi doprowadzał do szału.

- Tak? Narobił sobie wrogów? - Emily pochyliła się do przodu, obda­
rzając staruszka przenikliwym spojrzeniem mówiącym: „Czy chciał­
byś o tym powiedzieć kolegom w klasie", które za każdym razem powo­
dowało, że cały się kuliłem, nawet jeśli nie było skierowane na mnie.
Opanowałem chęć zwrócenia jej uwagi, że utaplała łokieć w keczupie.
Oczywiście wyłącznie dlatego, żeby nie rozpraszać jej uwagi.

-Nie, nie miał wrogów. Naprawdę. - Sandor Nagy przerwał, żeby pomyśleć, co było najwyraźniej zadaniem wymagającym zbyt wiele zręczności. Minęło z pół minuty, zanim podjął wątek. -Byłpo prostu... Za bardzo się przechwalał. Opowiadał bajeczki. Płatał ludziom figle.

Teraz przyszła kolej na mnie, żeby się nachylić. Moja teoria, że to była zemsta kogoś, kto padł ofiarą jego żartów, zdawała się pasować coraz lepiej-

- Czy wkurzył kogoś konkretnego?

Nagy potrząsnął głową.

-Nie potrafię teraz panu powiedzieć. Minęło dużo czasu. Za dużo ludzi olał. Pani wybaczy tę łacinę.

Wróciłem do żucia słomki, zły na siebie, że choćby przez sekundę pomysł z morderstwem brałem poważnie.

- Pozwoli pan, że zadam panu jeszcze jedno pytanie - przerwałem
mu. - Czy naprawdę jest pan Węgrem? Bo nie mówi pan z akcentem.

Nagy spojrzał na mnie spode łba i zmrużył przekrwione oczy. Gdyby marynarza Popeye'a najpierw głodzić kilka tygodni, a potem wcisnąć go w wybitnie zatęchły smoking, to z grubsza wyszedłby Nagy.

-Jestem, jasna cholera! Oboje moi rodzice pochodzili ze Starego Kraju, chociaż ja sam nigdy tam nie byłem. Mam tam przynajmniej krewnych. Jeden z tych gówniarzy z akademii przyjął imię II Myste-rioso Giorgio, a nie był w ogóle Włochem! Tylko jakimś durniem z Weehawken!

Zostawiliśmy węgierskiego Houdiniego mamroczącego ze złością do grahamek z befsztykiem.

Następnego dnia zszedłem do biura z mieszanymi uczuciami. Bar­dziej niż w popraednich dniach byłem przekonany, że tracimy czas i że JSmily, która okazała się całkiem do rzeczy, czeka rózczarowjmit!. Z dru­giej strony płaciła mi niezłą pensyjkę, a sprawa nabierała rozgłosu w bru­kowcach.

Nie trafiła od razu na pierwszą stronę „Scrutinizera", ale na którąś następną i dodatkowo na rozkładówkę. Rysunkowa interpretacja Śmiertelnego kosza (rysownik widział w nim więcej szabli, niż było tam w rzeczywistości), zdjęcie Charliego w kostiumie magika i inne, 2 konferencji prasowej, na którym widać strasznie poważnego korone-ra i szefa policji. (Tę fotografię tak naprawdę zrobiono przy okazji in­nej, dużo poważniejszej sprawy, ale muszę przyznać, że dodawała zda­rzeniu dramatyzmu.) Rzucał się w oczy jedynie brak zdjęcia reklamo­wego z dedykacją, które im wysłałem (nie ma czegoś takiego jak promocja w niewłaściwej chwili, zwłaszcza kiedy od kilku lat jest się skazanym na objeżdżanie przyjęć urodzinowych), ale wspominano o mnie pochlebnie we wszystkich artykułach, aczkolwiek „JMetropoli-tan" przekręcił mi nazwisko na „Pinrod". Tak więc razem wziąwszy, mogło być gorzej.

Emily była jednak innego zdania. Kiedy do niej zadzwoniłem, wyda­wała się zmęczona i przygnębiona.

- Zaczynam się zastanawiać, czy nie ma pan racji - powiedziała. -
Cokolwiek było w rękopisie, zniknęło. Pismaki nie dadzą mi spokoju.
Po zapłaceniu panu honorarium będę spłukana, bo wszystkie moje
oszczędności poszły na pogrzeb tatusia. Chyba^pora jechać na ryby.

-Hę? - Nagle stanął mi przed oczami niepokojący obraz Emily w wędkarskich butach do bioder.

- To takie rodzinne powiedzonko. Kiedy coś się waliło, kiedy za ro­
giem czyhali wierzyciele, mówiło się: „Chyba pojadę na ryby". Tak się
właśnie teraz czuję.

Wciąż myślałem o butach wędkarskich. W pewnych okolicznościach mogły nawet stanowić seksowny strój. Przypuszczam, że miało to jakiś związek z rozczytywaniem się w „Na polu i nad wodą", gdy dorasta­łem. Tak czy inaczej, nieco rozkojarzony palnąłem szalone głupstwo zupełnie nie w moim stylu.

Nie odpowiedziała od razu. Pomyślałem, że zaniemówiła z wdzięcz­ności, ale nie byłem pewien. Córka Charliego okazała się nieprzewidy­walną kruszynką. Czekając na postanowienie, przeanalizowałem za­wartość „Scrutinizera". Wielka szkoda, że nie zamieścili zdjęcia Emily -była urodziwą kobietą.

Zachmurzyłem się. Coś w tych sprawozdaniach od samego początku nie dawało mi spokoju, jakieś skojarzenie domagało się mojej uwagi, ale miedzy pojawieniem si$ abi-azu Emily w wędkarskich butach a nagłym powrotem głosu prawdziwej Emily niewiele mogłem zdziałać.

To... to miło z twojej strony, Daltonie. Jesteś naprawdę miłym czło­wiekiem.

.

- , - żyłem słuchawkę

z dziwnym uczuciem, że się czerwienię.

Tilly stała w drzwiach mojego gabinetu. Słyszała całą rozmowę. Na twarzy miała wymalowane lekceważenie pomieszane z rozbawieniem, jakie prawdopodobnie pierwsi chrześcijanie oglądali na lwich pyskach.

-Dał się pan złapać, Pinrod - powiedziała. - Co za idiota! Wystar­czył haczyk, żyłka i spławik.

Zebrałem wszystkie zasoby wewnętrznej siły i zmilczałem.

Przez cały występ O'NeiIla zastanawiałem się, jak zareagowałaby Emily, gdybym ją objął. Chciałbym móc powiedzieć, że z uwagą śledzi­liśmy pokaz, ale przecież nie śledziliśmy. (Mam uzasadnione podejrze­nie, że normalnie prowadzący śledztwo w sprawie morderstwa nie umawiają się ze sobą na randki, a jeśli tak, to nie wybierają miejsca spotkania związanego z bieżącą sprawą. Mam taką nadzieje.)

No i program Gerry'ego 0'Neilla nie należał do tych, które wyma­gają wytężonej uwagi. Składał się z oklepanych gagów przeplatanych zonglerką w marnym wykonaniu. Dawał się znieść jedynie dlatego, :e było to przedstawienie dobroczynne, które odbywało się w szpital­nej sali pełnej chorych dzieci. I żeby być szczerym, dzieciakom się po­dobało.

Jak się okazało, O'Neill, jedyny z trójki, był z Charliem w dobrych stosunkach i utrzymywał z nim przez te lata luźny kontakt- Odprowa­dziliśmy go do samochodu. Po drodze, ocierając pot z okrągłej twarzy : sumiastych wąsów, z wstrząsającą szczerością opowiedział nam, jak <ię zdenerwował, gdy dowiedział się o wypadku.

- To był dobry człowiek, Charlie znaczy się. Czasami mu trochę odbi-
ała szajba, ale miał w gruncie rzeczy złote serce.-Wepchnął kilkana­
ście metrów kolorowych chustek z powrotem do kieszeni i poklepał
Emily po ręce. - Życzę pani jak najlepiej, panienko. Załamałem się, jak
to usłyszałem.

Emily zadawala pytania od niechcenia. Miała, jak się wydawało, dużo lepszy humor niż w czasie rozmowy telefonicznej, straciła chyba ;ednak zainteresowanie śledztwem. Nie dziwiło mnie to zbytnio; żaden z naszych trzech podejrzanych nie pasował specjalnie do obrazu Fu Manchu - mistrza zbrodni.

- Co pan miał na myśli, mówiąc, że Charliernu czasami odbijało? -
spytałem. -Jego psikusy?

O'Neill wyszczerzył zęby.

-Słyszałem o nich. Co za jegomość. Myślałem głównie o jego opo­wieściach. Sypał nimi jak z rękawa, a niektóre były zupełnie odlotowe.

- Na przykład?

-Och, no wie pan, o miejscach, które poznał, o rzeczach, które wi­dział. Raz mi opowiadał, że był w Chinach i jakiś starzec nauczył go gadać z ptakami. Człowieku, słuchając go, można by pomyśleć, że robił wszystko! Gdzieś tam wsmyknął się do sułtańskiego haremu, na Haiti zadawał się z kapłanami wudu, oswajał ałonie w Tajlandii, co tylko chcecie, Opowieści nie z tej planety.

Emily stanęła w obronie ojca.

-Sporo podróżował, panie O'Neill, zwłaszcza w młodości. Objechał kawał świata, dawał przedstawienia wszędzie: w Azji, Ameryce Połud­niowej, na Karaibach. Był wielką gwiazdą.

O'Neill potrafił się znaleźć.

-A wiec może wszystkie te opowieści były prawdziwe, panienko. Tak czy siak, przykro mi, że odszedł. Był nie do podrobienia.

Patrzyliśmy za O'Neillem, gdy odjeżdżał. Kiedy wracaliśmy sparur-kiem przez parking, Emily wzięła mnie za rękę.

- Może to był wypadek - powiedziała i odwróciła się do mnie. Pro­
mienie zachodzącego słońca zagrały na jej włosach głębszym odcieniem
złota. - Może to, co napisał na zdjęciu, to tylko jeszcze jedna z jego
opowieści albo głupich sztuczek. Ale przynajmniej zrobiłam wszystko, żeby się dowiedzieć. - Westchnęła. - Rozmowy z tymi ludźmi przypo­mniały mi wszystkie cłiwile mojego życia, kiedy mi go brakowało. Nie­często miałam, okazję go widywać, kiedy dorastałam.

Nie odpowiedziałem. Całą uwagę skupiłem na dotyku cieplej skóry pod palcami i na zastanawianiu się, co mam teraz zrobić. Zatrzyma­łem się, przyciągnąłem ją do siebie i ostrożnie zdjąłem jej okulary.

- No, no, panno Heltenbocker - powiedziałem jakby w zdziwieniu. - Jest pani piękna! Czy będzie miała pani coś przeciwko temu, że panią
pocałuję?

Wyrwała mi okulary z ręki i wepchnęła z powrotem na miejsce, zmarszczywszy brew z irytacją.

- Nienawidzę, kiedy wszystko mi się zamazuje. Pocałuj mnie w tych cholernych okularach.

Jak było? A czy muszę wam mówić? Magicznie.

Obudziłem się w środku nocy. Wróciło to, co mnie tak niepokoiło. I to jeszcze jak wróciło!

Zbiegłem do biura, nie zawracając sobie głowy szlafrokiem. To po­winno wam uświadomić, jaki byłem zdenerwowany, bo nawet jeśli Til-ly mieszka na drugim, końcu miasta i od wielu godzin nie powinno jej tu być, a biuro w zasadzie jest częścią mojego domu, to łażenie po nim na golasa (nawet ń czwartej nad ranom) uchodziło w moich ociach za oznakę lekceważenia dla jej osoby.

Po kilku minutach wbiegłem z powrotem na górę i obudziłem Emily.

(Posłuchajcie, to, że była nauczycielką, nie znaczy, że wolno wam snuć jakieś staromodne przypuszczenia.)

Emily się wyprostowała.

- Ktoś go zamordował? - Jej twarz przybrała dziwny wyraz. - Czy
może chcesz mi powiedzieć, że to było samobójstwo?

Nagle zacząłem się ociągać. Obudzenie kogoś w środku nocy po to, żeby uraczyć go takimi wieściami, jakie zamierzałem zakomunikować Emily, może wywołać szereg groźnych następstw, a ja chciaJem chro­nić ją i to, co niespodziewanie pojawiło się między nami,

- No, sama zobacz. - Rozłożyłem na biurku egzemplarz „Scrutinize-ra", a na nim położyłem zdjęcie z rozdania dyplomów. - Coś w związku
z tym artykułem nie dawało mi spokoju, ale z powodu tego wszystkie­
go, co się dzisiaj wydarzyło, przyznaje, zdążyłem prawie zapomnieć,
Aż później, jakieś piętnaście minut temu, obudziłem się i wiedziałem. -
Wskazałem na zdjęcie, na jedną z twarzy, których CharKe nie zakre­
ślił. - Widzisz go? Wiesz, kto to jest?

Emily przyjrzała się mu i pokręciła głową.

Podniosłem zdjęcie i wskazałem na „Scrutinizera".

- Bo trudno mu byłoby j ednocześnie być iluzjonistą i utrzymać posadę głównego koronera. - Położyłem zdjęcie obok fotografii gazetowej dla
porównania. - Poznaj dawnego II Mysterioso Giorgio: George Bridgewater.

Przyjrzała się obu fotografiom, po czym spojrzała na mnie.

- O Boże, chyba masz rację. Jednak wciąż nie rozumiem. Co to ozna­cza? Czy on ukrył coś na temat śmierci mojego taty?

Tu robiło się trudniej. Nagle, przy świetle, moja pewność osłabła. To byłoby straszne i okrutne, gdybym się mylił. Wziąłem ją za rękę.

- Emily - powiedziałem - sądzę, że twój tato żyje.

Odsunęła się ode mnie, jakbym ją uderzył. Łzy, które pojawiły się nagle w jej oczach, sprawiły, że miałem ochotę uderzyć sam siebie.

Roześmiała się - ze złością, w strachu.

- Gdzie? W „Gazecie Astrologiczno-Detektywistycznej"?

-W czaeopiśmic naukowym. Przeprowadzono badania, Emily. Ka­płani wudu używają tych substancji do wprowadzania ludzi w stan przejściowej śpiączki. Nie ma żadnych oznak życia. Żaden felczer usiłujący przywrócić twojemu ojcu życie nie potrafiłby stwierdzić różnicy. Wystarczyło, że Charlie zrobił prawdziwe, ale małe nacięcie i porozle­wał dokoła pełno krwi. Nie musiałaby to być nawet krew ludzka, po--nieważ nikomu by nie przyszło do głowy, żeby to sprawdzać, bo sam zamknął się w pokoju, chowając klucz do kieszeni. Ale trzeba było mieć kogoś, kto pomoże później, bo nikt nie przeżyje prawdziwej sekcji zwłok. Główny koroner rzadko dokonuje oględzin osobiście, tak więc to, że w ogóle sporządzał raport, zawdzięczamy drobnemu zbiegowi okolicz­ności. Dziwniejsze jeszcze, że nie usunął się na bok, kiedy stwierdził, że to stary kumpel ze szkoły.

-Więc ten Bridgewater pomógł ojcu upozorować jego śmierć? Dla­czego?

- Któż to wie? Może ostatni figiel przez wzgląd na dawne czasy?
Powiedziałaś, że tata był w depresji i bez grosza. Może w ten sposób
Tajemniczy Oiorgio chciał pomóc koledze wydostać się z kłopotów. -
Nie chciałem o tym wspominać, ale możliwe było również, że układ
został zawarty na cokolwiek mniej przyjaznych warunkach: staruszek
Charlie, zbieracz plotek i dziwnych opowieści, mógł dysponować infor­
macjami nadającymi się do szantażowania Bridgewatera.

Emily przyglądała się zdjęciom. Kiedy odwróciła się w moją stronę, była już spokojniejsza, ale bardzo ponura.

- Nie przypuszczam, żebyś zamierzał być wobec mnie okrutny - po­
wiedziała - ale twoje wyjaśnienie jest znacznie bardziej naciągane niż
wszystko, co sama chciałam udowodnić. To zwyczajny obłęd.

Poczułem w żołądku skurcz, jakby zagnieździło się tam coś bardzo zimnego. Wiedziałem, że wszystko sknociłem. -Ale... Przerwała mi podniesionym ze złości głosem:

- Niemal wierzę, że ojciec mógłby zrobić coś tak scalonego, tak nie­
godziwego. Niebiosa świadkiem, że uwielbiał dobre kawały i miał przez
to mnóstwo kłopotów. Ale ani na chwilę nie uwierzę, że chciał, abym
uważała go za zmarłego, i nie dał mi znać, że żyje, a potem na domiar
złego posłał mnie do takiego łachmyty jak ty i kazał ruszyć w obłąkań­
czy pościg za nie istniejącym mordercą! - Potrząsała mi zdjęciem przed
nosem. - Popatrz! To jest jego pismo! Jeśli chciał mi na coś zwrócić
uwagę, to czemu nie zaznaczył twarzy koronera Bridgewatera? Za­
miast tego wybrał tych trzech Bogu ducha winnych...

Tak mocno zaciskałem powieki, że nie od razu zareagowałem. Do­piero kiedy jej milczenie trwało z dobrych dziesięć sekund, zdecydowa­łem się na nią zerknąć. Emily wciąż miała marsa na czole, ale był to już innego rodzaju mars.

- O Boże - rzekła w końcu.

Zdjęcie spadło w ten sposób, że ukazała się druga strona, na której napisałem nazwiska zidentyfikowanych mężczyzn.

-Spójrz na migały. G-O-N, F-I, S-H-N*. - Teraz naprawdę w jej oczach pojawiły się łzy. - POJECHAŁEM NA RYBY.

Historia miała jeszcze długi ciąg dalszy, oczywiście, ale nie od razu na to wpadliśmy. Podczas spotkania z Bridgewaterem koroner nasko-czył na nas, że wysuwamy niedorzeczne oskarżenia, i groził karami za oszczerstwo, ale nie wyglądał na zbyt pewnego siebie. (Później odkry­liśmy, że jeden z żartów Charliego z epoki akademii zaowocował zdję­ciami nagiego Giorgia w łóżku z owcą ubraną w pas do pończoch. Rzecz jasna wszystko to miało całkowicie niewinny charakter, ale przecież nie należało do tego typu świadectw, których ukazania się w depe­szach prasowych pragnąłby polityk lokalnego szczebla.) Działo się to na kilka miesięcy przed tym, zanim poznaliśmy całą prawdę.

Poza tym Charlie Helton miał agenta, o którym Emily nie wiedzia­ła. Agenta teatralnego z kontaktami w kręgach wydawniczych. Kiedy szum wokół Tajemnicy Zamordowanego Magika rozpętany przez bru­kowce doszedł do szczytu, agent ujawnił, że ma rękopis zmarłego, czym wywołał wojnę wydawców chcących zdobyć prawa do publikacji, i po licytacji uzyskał za nie porządną zaliczkę. Jako jedyna spadkobierczy­ni Charliego, Emily otrzymała wszystko oprócz niewielkiej kwoty i udziałów agenta, Koszty zaliczki szybko się zwróciły i Emily otrzy­mała cały dochód ze sprzedaży książki z wyjątkiem takiej samej nie­wielkiej kwoty z napływających tantiem. Nawet kiedy cała sprawa straciła rozgłos w prasie, Magiczne życie nieźle się sprzedawało. Jak się okazało, Charlie napisał całkiem dobrą książkę pełną barwnych opowieści o swoim życiu i podróżach oraz zabawnych, choć mniej nie­przyzwoitych, niżby się można było spodziewać, zakulisowych plotek ze świata zawodowych iluzjonistów.

Nawet Fabrizio Ivone nie wypadł źle we wspomnieniach Charliego, mimo Że często była mowa o jego braku poczucia humoru.

A ta niewielka suma, której nie dostała Emily? No cóż, co miesiąc agent wysyła na poste restante na Florydę czek - nie, nie zdradzę wam, do jakiej miejscowości, po prostu na Florydę. Wystarczy, że po­wiem, że do małego miasteczka, które jest ośrodkiem wędkarstwa. Czeki wystawiane są na niejakiego Bookera H. Charltona. Emily po­stanowiła nie wnosić sprawy w kwestii podziału honorariów, no i mamy zamiar odwiedzić starego Bookera, jak tylko będziemy mogli wyjechać

.a ryby" - Zniekształcona forma/ haue górce for fishing - (przyp. tlui

Dlaczego odkładamy nasze odwiedziny u tajemniczego wędkarza? Cóż, ostatnio byliśmy naprawdę bardzo zajęci zakładaniem Muzeum Sztuk Magicznych im. Charliego Heltona. Okazało się, że zajmuje nam to osiem godzin dziennie: Emily zrezygnowała z pracy w szkolnictwie, żeby kierować operacją, a Tilly odbiera telefony i zajmuje się finansa­mi. Z zadowoleniem mogę stwierdzić, że jestem do przodu. Mama Tilly pracuje jako kasjerka, przez cały boży dzień czarując zwiedzających kosztownym nowym uzębieniem. A ja? Cóż, dostałem koncesję na ba­lonowe zwierzaki, ale mocno obciętą, toteż siedzę nad własną książką.

Aha, w razie gdyby ktoś poczuł się rozczarowany, że w historii o magikach nie ma żadnej prawdziwej magii, powinienem na koniec wspomnieć o jednej sprawie. Pamiętacie, co Charlie nagryzmolił na odwrocie zdjęcia? „Powiernik Pinardo". Kilka miesięcy później odkryli­śmy, że gdyby pismo Charliego było odrobinę wyraźniejsze, inaczej odczytalibyśmy końcówkę pierwszego słowa. Widzicie, przejrzeliśmy niektóre jego dokumenty, z których wynikało, że Charlie schował parę setek, tak wiec Emily nie ugrzęzła w długach po zapłaceniu za jego sfingowany pogrzeb. Depozyt znajdował się na koncie funduszu po­wierniczego w niewielkiej instytucji finansowej: Kasie Zapomogowo--Pożyczkowej Pinarda, nie mającej żadnego związku z waszym uniżo­nym sługą.

Innymi słowy, bosko piękna kobieta, o której mogę z przyjemnością powiedzieć, że nosi obecnie nazwisko Heltenbocker-Pinnard, światło mego życia i podpora (mam. nadzieję) na stare lata, weszła do mojego biura tamtego dnia z przekonaniem, które okazało się całkowicie błęd­ne. Naszym życiem rządzi przypadek, szczęśliwy traf.

Bez wątpienia to miłość (jak powiedział kiedyś Bogart o jednym ko­sie, a Szekspir o czymś innym, dokładnie nie pamiętam) budzi do życia marzenia. I to ona jest wciąż największą tajemnicą i jedyną magią, w którą warto wierzyć.

Zadowoleni?


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Tad Williams Skad sie biora marzenia
Williams Tad Skąd Się Biorą Marzenia
Williams Tad Skąd się biorą marzenia
Tad Williams Skąd Się Biorą Marzenia
Skąd się biorą wpadki
Worki pod oczami skąd się biorą i jak z nimi walczyć
skąd się biorą dzieci
Skąd się biorą psychopaci
SKĄD SIĘ BIORĄ DIOKSYNY
SKĄD SIĘ BIORĄ ZMARSZCZKI
Skąd się biorą niepowodzenia szkolne i jak można im zapobiegać, pedagogika
Skąd się biorą mali czarodzieje, Fan Fiction, Harry Potter
Skąd się biorą nocne lęki naszych dzieci, Psychoterapia, Lęki, fobie, obsesje
Skad sie Biora Dzieci, Inne
Skąd się biorą sieroty społeczne, studia, II ROK, Resocjalizacja
SKĄD SIĘ BIORĄ PIENIĄDZE
Skąd się biorą nałogi
Skąd się biorą Lemingi Proste z Wilanowa, Polska dla Polaków, DLA LEMINGA
Skąd się biorą pieniądze w Lyoness czyli trochę matematyki dla już trochę osadzonych w systemie

więcej podobnych podstron