Tanner Charles Tumitak na powierzchni Ziemi




Charles R. Tanner



Tumitak na powierzchni Ziemi







(Tumithak in Shawm)




przełożył Wiktor Bukato



WSTĘP



Pięć tysięcy lat już minęło od najazdu szylków, które opuściwszy swą rodzinną planetę Wenus, na dwadzieścia wieków zepchnęły ludzkość z powierzchni Ziemi do Lochów i Korytarzy. Gdy w końcu rodzaj ludzki z nich wyszedł, zapoczątkował tym samym nowy Wiek Bohaterski; dziś patrzymy na wodzów owego powstania jak na półbogów.

A wśród wszystkich przeinaczonych i przesadzonych podań z tam­tych czasów najwięcej magii i cudów jest w historii Tumitaka z Loru. Był to pierwszy i chyba najwybitniejszy z licznego grona Zabójców Szylków, i od samego początku ludzie skłonni byli przypisywać mu nad­przyrodzoną lub co najmniej nadludzką potęgę, a nawet bezpośrednią opiekę mocy boskich.

Wziąwszy, jednak pod uwagę wiedzę uzyskaną w wyniku ostatnich badań archeologicznych, można choć w przybliżeniu odtworzyć życie owego bohatera w racjonalnej i prawdopodobnej wersji. Bez proroctw, cudów i dziwów jest to historia młodzieńca, który pod wpływem opo­wieści o wielkich czynach dokonywanych w przeszłości postanowił za­ryzykować swe życie, by dowieść, że szylki można zabijać i zwyciężać nawet teraz. O tym, jak dowiódł tego swemu ludowi, autor słów niniej­szych opowiedział już czytelnikom; ta historia - dalszy ciąg przygód zawartych w "Tumitaku z podziemnych korytarzy" - obejmuje wyda­rzenia, które nastąpiły później.

I.



Długi korytarz ciągnął się jak okiem sięgnąć, a jego piękne mar­murowe ściany połyskiwały w blasku różnokolorowych lamp starannie ukrytych w ścianach, które rzucały wokół łagodną mleczną poświatę. Obrazy i figury geometryczne wyryte w szlachetnym białym kamieniu, z którego zbudowano ściany, wyglądały, jakby umieszczono je tu ce­lowo, by w połączeniu ze światłami osiągnąć jednolity, harmonijny efekt skończonego piękna. Gdzieniegdzie ukazywały się ozdobne ościeża zamknięte wielkimi odrzwiami z brązu, na których wyrzeźbiono posta­cie i sceny rodzajowe dorównujące pięknem płaskorzeźbom na murach. W niektórych ościeżach drzwi nie było; zawieszono je barwionymi na wszystkie kolory tęczy wielkimi kotarami i kobiercami ciężkimi od zło­tych i srebrnych nici.

Jednak wszystkie te wspaniałości pozostawały niedocenione, gdyż w całym korytarzu nie było ani jednej ludzkiej istoty, która mogłaby je podziwiać; w istocie grube pokłady kurzu pokrywające dno korytarza oraz liczne pajęczyny na ścianach świadczyły, że pomieszczenia były opuszczone od miesięcy. Tak też było - od kilku już lat nikt nie wchodził do tej części korytarza, od kiedy przybysz z głębokich podziemi wyszedł z szybu prowadzącego do jednego z pomieszczeń, by przedostać się tym korytarzem w kierunku Powierzchni znajdującej się wysoko w górze. Nawet przed jego przyjściem rozleniwieni mieszkańcy korytarza zawsze obawiali się i unikali tego odcinka, prowadził bowiem do lochów zamie­szkanych przez “dzikusów", a wiodący sybaryckie życie Esteci wystrze­gali się najmniejszych zwiastunów niebezpieczeństwa. Dlatego też przejście to było zawsze puste, mimo swego wyjątkowego piękna.

Teraz jednak, po długim czasie ciszę korytarza zamąciły jakieś odgłosy. Ciche szmery, ostrożne szepty i ściszone okrzyki dochodziły z pomieszczeń; po paru chwilach w drzwiach pojawiło się dzikie oblicze. Jego właściciel stwierdziwszy, że korytarz jest zupełnie pusty, ukazał się następnie w całej okazałości. Popatrzył w obie strony korytarza, jak gdyby obawiał się ataku ze strony jakiegoś niewidzialnego wroga; gdy jednak zajrzał do kilku pomieszczeń i przekonał się, że całe przejście jest rzeczywiście puste, schował do pochwy trzymany w ręku olbrzymi miecz i cofnął się do drzwi, z których poprzednio wyszedł.

Intruz był olbrzymim mężczyzną o dzikim wyglądzie, liczącym ponad sześć stóp wzrostu, o potężnej, owłosionej klatce piersiowej i szerokich barach; twarz jego pokrywał gęsty rudy zarost. Ubrany był w jedno­częściowy strój składający się z szerokiej tuniki sięgającej do kolan. W jej workowe płótno wszyto dziesiątki kawałków metalu i kości; tę ostatnie zabarwione były na różne kolory, a wszystko razem układało się w dość prymitywny wzór. Miał długie, rude włosy, a na piersiach nosił naszyjnik wykonany z kosteczek ludzkich palców nanizanych na cienki rzemyk.

Nim opuścił korytarz, zatrzymał się na chwilę, następnie wszedł do pomieszczenia i cicho zawołał.

Odpowiedział mu ściszony gwizd, po czym dołączył do niego inny mężczyzna, niższy i-młodszy, ubrany odmiennie. Nowy przybysz nosił szatę z najszlachetniejszego materiału, jaki można sobie wyobrazić: był to przejrzysty muślin w najdelikatniejszych odcieniach opalizujących różów, zieleni i błękitów. Szata nie była nowa, lecz zniszczona, podarta i pocerowana, jak gdyby właściciel cenił sobie ją bardzo i miał zamiar nosić, dopóki nie rozpadnie się ze starości. W talii spinał ją szeroki pas z wieloma kieszeniami i ogromną klamrą, a od pasa zwieszał się miecz i - cóż za dziwny anachronizm! - pistolet! Na głowie mężczyzna miał metalową przepaskę przypominającą koronę, jaką nosili wodzowie wro­gów ludzkości, szylków. Drugi mężczyzna nie miał olbrzymiej siły ani atletycznej budowy pierwszego, ale odznaczał się również nieprzecięt­nym wzrostem i siłą mięśni i wyraźnie górował nad swym towarzyszem inteligencją, co mógłby stwierdzić najgorszy psycholog. Odnosiło się wrażenie, że ci dwaj tworzą parę zdolną stawić czoło każdej sytuacji i wyjść z niej zwycięsko.

Stali przez chwilę w milczeniu rozglądając się na obie strony, aż w końcu drugi mężczyzna przemówił do swego towarzysza.

- I cóż myślisz o Korytarzach Estetów, Datto? - zapytał. - Czyż nie są równie cudowne i piękne, jak opisywałem?

- Są rzeczywiście piękne, Tumitaku - odrzekł jego towarzysz - choć nie potrafię pojąć, jakiemu celowi miałyby służyć owe dziwne ry­sunki. Nie rozumiem również, dlaczego są tutaj tak misterne zasłony w drzwiach. - Zamilkł na chwilę, a gdy ponownie przemówił, oczy mu błyszczały. - Lecz owe drzwi z metalu to doskonały pomysł. Musimy zabrać kilka sztuk do dolnych korytarzy. Za takimi drzwiami człowiek może z powodzeniem bronić się przed setką nieprzyjaciół.

- Teraz naszymi jedynymi nieprzyjaciółmi są szylki - przypom­niał mu Tumitak. - A wątpię, by drzwi z metalu mogły powstrzymać te dzikie bestie, Datto.

Datto chrząknął pod nosem i dalej z lekceważeniem lustrował ko­rytarz. Najwyraźniej, nie miał poczucia piękna, które nieśmiało kołatało się już w piersi Tumitaka.

- Która droga prowadzi na Powierzchnię? - zapytał szorstko Datto, a gdy Tumitak mu pokazał, ciągnął dalej: - Wezwijmy naszych towarzyszy. Na pewno czekają niecierpliwie na nasz znak. - Tumitak wyraził zgodę, jego towarzysz znowu wszedł do pomieszczenia i powtó­rzył ten sam cichy okrzyk, który wydał poprzednio. Nastąpiła chwila ciszy, a potem z bocznej komnaty poczęli wychodzić ludzie. Do tej pory czekali z napięciem w podobnym pomieszczeniu u dołu szybu; na wezwa­nie Datty wspięli się po drabinie na wyższy poziom, gdzie stali ich przy­wódcy.

Pierwszy pojawił się szczupły młodzieniec o jastrzębiej twarzy; krót­ko strzyżone włosy i szeroki pas z kieszeniami świadczyły, że pochodził z tego samego miasta co Tumitak. Imię jego brzmiało Nikadur; jako przy­jaciel Tumitaka z lat chłopięcych był jednym z pierwszych, którzy po­przysięgli pójść za Zabójcą Szylków wszędzie, dokąd on poprowadzi. Za tym młodzieńcem wyłonił się inny i o ile wygląd Nikadur a świadczył o powiązaniu z Tumitakiem, wygląd drugiego młodzieńca świadczył o pokrewieństwie z Dattą. Nazywał się Torp i był bratankiem Datty, któremu pomagał w sprawowaniu rządów w mieście Jakra głęboko pod Powierzchnią.

W ślad za tymi dwoma pojawiło się wielu innych: Tumlok - ojciec Tumitaka; Nenapus - wódz miasta Nonon wraz z synami i bratankami; a za nimi jeden za drugim obywatele o mniejszej, randze ze wszystkich miast dolnych korytarzy: ludzie, którzy nigdy niczym się nie wyróżnili, a pragnęli zyskać sławę za cenę ślepej lojalności wobec swych wodzów. Pośród nich można było napotkać członków osobliwego plemienia, na których wciąż jeszcze mieszkańcy dolnych korytarzy patrzyli spode łba: dzikich z mrocznych korytarzy z oczami zasłoniętymi wieloma warstwa­mi tkaniny, która chroniła ich wrażliwe nerwy wzrokowe przed rażą­cym światłem. Dzicy byli teraz niewolnikami, dopiero niedawno podbi­tymi przez mieszkańców dolnych korytarzy, lecz już teraz obfitość żyw­ności uczyniła z nich wierne sługi.

W sumie z szybu wyszło ponad dwustu mężczyzn; stanęli teraz w szeregu w korytarzu oczekując na słowa Tumitaka, który miał ich po­prowadzić przeciwko Estetom. Stali w milczeniu, gdy Tumitak w skrócie przekazywał im to, co wiedział o przejściach i korytarzach w tej okolicy; potem zaś na cichą komendę cała gromada- ruszyła szybko w głąb ko­rytarza.

Wyprawa przeciwko Estetom była pierwszą tego rodzaju, którą pod jęli mieszkańcy dolnych korytarzy. Od czasu gdy Tumitak powrócił z Powierzchni przed dwoma laty i został ich wodzem, większość czasu spędził na umacnianiu swej władzy. Pomiędzy Jakranami, a nawet po­między Lorianami było wielu niezadowolonych; nowy władca wkrótce dał im poznać swą ciężką rękę. Gdy w końcu wszystkie miasta uznały jego zwierzchnictwo, w bocznych korytarzach pozostały jeszcze liczne małe “wioski", które Lorianin musiał podporządkować swej władzy.

A gdy wreszcie wszystkie dolne korytarze bez wahania uznały Tu­mitaka za wodza, ich mieszkańcy wtargnęli do mrocznych korytarzy i po krótkim czasie dzicy zostali pokonani i ujarzmieni. Odtąd wszystkie lochy poniżej Korytarzy Estetów oddawały pokłon nowemu panu.

Wtedy właśnie Tumitak uznał, że nadszedł właściwy czas, aby pod­jąć wyprawę w korytarze zamieszkałe przez ową rasę olbrzymich arty­stów, którzy oddawali cześć szylkom i byli im posłuszni. Lorianin wie­dział dobrze, co to oznacza. Choć nie potrafił dokładnie ustalić rodzaju zależności między Estetami i szylkami, wiedział jednak, że te opasłe stwory uznawały szylków za swych panów i w razie niebezpieczeństwa z pewnością wezwałyby ich na pomoc. I dlatego też Tumitak zdawał so­bie sprawę, że napaść na Estetów równoznaczna jest z napaścią na ich władców.

Szylki “udomowiły" Estetów przeznaczając ich do tych samych celów, do których my hodujemy bydło; ich podejrzenia zagłuszały obłud­nymi kłamstwami i pochlebstwami, a jednocześnie drogą krzyżowania utrwalały w nich cielęcą głupotę i ufność.

Tak więc Tumitak odkładał wyprawę do czasu, aż zjednoczą się wszystkie dolne korytarze; gdy to nastąpiło, nie widział powodu do dal­szej zwłoki. Wezwał dwie grupy ochotników: tych, którzy byli wystar­czająco dzielni, by wspomóc atak na owe istoty wyhodowane przez szylki, i tych, którzy poszliby za przywódcą gdziekolwiek, nawet na Powierz­chnię. Tumitak wiedział, że może zabrać ze sobą tylko ochotników. Gdy z tysięcy mieszkańców dolnych korytarzy zgłosiło się jedynie około dwu­stu wojowników, chcąc nie chcąc musiał zadowolić się tą garstką i wyruszył w drogę. Na szczęście, jak mu się zdawało, obie grupy ochotników były niemal jednakowe.

I oto Korytarze Estetów zaroiły się od owych dwóch setek śmiałków z obnażonymi mieczami i okrzykami wojennymi na ustach, czekających na chwilę, gdy Tumitak da sygnał do .ataku. Wódz jednak nie widział potrzeby pośpiechu i prowadził ich przed siebie korytarzem, chcąc przede wszystkim dotrzeć jak najbliżej centrum miasta, nim zostanie odkryty. Gdy przekonał się, że jest już nie opodal Wielkiego Placu, dał sygnał i w jednej chwili w Korytarzach Estetów rozpętało się piekło.

Nie ma potrzeby opisywać przebiegu bitwy. Nie .była to właściwie bitwa, raczej rzeź, i gdyby nie dyktowała jej absolutna konieczność, Tu­mitak wolałby uniknąć walki z Estetami. Pamiętał jednak o Latrumidorze, artyście, który chciał go zdradzić podczas poprzedniej wyprawy na Powierzchnię, i świadom wiarołomnej natury Estetów postanowił, że muszą zginąć.

I zginęli wszyscy, co do jednego; a gdy zwycięski oddział zebrał się w górnym odcinku korytarza Estetów jakieś czterdzieści godzin póź­niej, prezentował istną pstrokaciznę ubiorów. Jedni nosili delikatne mu­śliny Estetów, inni zaś nadal ubrani byli w szorstką odzież z rodzinnych stron. Niektórzy dzierżyli w dłoniach miecze, które przynieśli ze sobą, niektórzy zaś mieli inną broń - miecze i włócznie wykonane przez Estetów nie tyle do walki, co jako wyszukane przedmioty zbytku. Teraz stanowiły oręż, podobnie jak wiele innych dzieł rąk artystów. Ktoś dzier­żył nawet w dłoni delikatny posążek z brązu, którego koniec zbrukany był zakrzepłą krwią z przylepionymi włosami w miejscu, gdzie dosięgnął jakiegoś Estety.

Do tych ludzi przemówił Tumitak, ponownie przypominając o ko­nieczności natychmiastowego wymarszu. Mówił, że szylki często odwie­dzają Estetów. Nikt nie wie, kiedy przyjdą znowu. A lepiej będzie, żeby to nie szylki zaskoczyły mieszkańców lochów, lecz raczej żeby oni na­tychmiast udali się na Powierzchnię, by tam zaskoczyć szylki! – Tak więc - zakończył - ci wszyscy, którzy chcą iść za mną, niech będą gotowi po najbliższej porze snu, bo wtedy mam zamiar poprowadzić mój oddział do ataku. - Dał rozkaz do rozejścia się, a sam również oddalił się, by zażyć trochę odpoczynku, którego bardzo potrzebował.

Po porze snu Tumitak z przyjemnym zaskoczeniem stwierdził, że nie więcej niż dziesięciu ludzi postanowiło pozostać w Korytarzach Estetów. Tych oddał pod komendę Turanena, syna Nenapusa; sam zaś następnie, mając za sobą prawie dwustu wojowników, wyruszył na Powierz­chnię - ku szylkom!

Doszli- w końcu do wąskiego przejścia wykutego w czarnym kamie­niu, po którym Tumitak poznał, że znajdują się niebezpiecznie blisko Powierzchni. Zwołał swoich wodzów i rozpoczął radę wojenną. Była to doniosła rada, zapewne po raz pierwszy bowiem od dziewiętnastu lub więcej wieków ludzie rozmyślnie planowali kampanię przeciwko szyl­kom. Rada stwierdziła że ludziom z lochów brak przede wszystkim zna­jomości Powierzchni i zwyczajów szylków. Zdaniem rady, ten brak ro­zeznania należy jak najprędzej uzupełnić, inaczej wszelka szansa zwy­cięstwa zostanie zaprzepaszczona już na początku. Bez wątpienia koniecz­ne będzie wysłanie zwiadowców na Powierzchnię, by ustalić, jakie pa­nują tam warunki.

Na tę propozycję (przedstawioną przez Nenapusa) Jakranin Datto zaśmiał się głośno i pogardliwie. W ciągu dwóch tysięcy lat, mówił, zna­lazł się tylko jeden człowiek dość dzielny, by stawić czoło niebezpieczeń­stwom Powierzchni. A oto Nenapus mówi o wysyłaniu zwiadowców, jak­by chodziło o napad na jeszcze jeden mroczny korytarz! Może Nenapus zaproponuje, komu powierzyć funkcję zwiadowcy?

Nenapus mocno wzburzony miał już odpowiedzieć, gdy przerwał mu Tumitak. .

- Datto - oświadczył Lorianin - gdy ludzie z jednego korytarza atakują pomieszczenia innego, funkcja zwiadowcy czy szpiega jest nie­bezpieczna, lecz -niezbyt ważna czy zaszczytna. Lecz w naszej obecnej wojnie zwiadowca jest niezmiernie ważny, gdyż nie tylko nasze życie, ale cała przyszłość człowieka zależy od tego, jakie informacje zdoła przynieść. Z tego grona tylko jeden człowiek widział w życiu Powierz­chnię; jeśli on uważa, że powinien poprowadzić zwiadowców, którzy pójdą przed armią, któż może mu tego prawa odmówić?

Niżsi wodzowie osłupieli.

- Ale my ciebie potrzebujemy, Tumitaku! - zaczęci protestować. - Nigdy przedtem> władca nie podejmował ryzyka pozostawienia swych ludzi bez przywódcy. Jeśli ciebie by zabrakło, cały Wielki Bunt upadnie.

Tumitak uśmiechnął się.



- Zwołajcie więc armię - zaproponował - i wezwijcie ochotni­ków, by wyszli na Powierzchnię przede mną! \- Wodzowie zamilkli. Nawet oni nie stanęliby sami twarzą w twarz z Powierzchnią, choć z ra­dością oddaliby życie idąc za Tumitakiem.

Zabójca Szylków odczekał chwilę. - Widzicie? - mówił dalej. - Nie ma wątpliwości, że to ja muszę poprowadzić zwiadowców. I z tego samego powodu właśnie ów zwiad musi składać się z wodzów, z przy­wódców. To między wami, członkowie mojej rady, pragnę znaleźć ochot­ników. .

Natychmiast dwadzieścia mieczy, v głowniami przed siebie, wyciąg­nęło się w kierunku Tumitaka. Każdy członek rady chętnie zgodził się iść za Zabójcą Szylków, choć poprzednio nikt nie chciał iść przed nim. Tumitak zawahał się i wybrał trzech mężczyzn. Wybrał Nikadura, towa­rzysza lat chłopięcych, czuł bowiem, że zna go tak dobrze, iż potrafi przewidzieć jego zachowanie w każdej sytuacji. Poza tym Nikadur był wybornym łucznikiem i posiadał tę jedyną znaną mieszkańcom lochów broń, która potrafiła zabijać na odległość. Wybrał Dattę ze względu na chłodny zmysł praktyczny i niezawodne męstwo Jakranina, a także ze względu na jego olbrzymią-, niewyczerpaną siłę. W końcu wybrał Torpa, bratanka Datty, z tych samych powodów, dla których wybrał Dattę.

Kilka godzin później cała czwórka posuwała się w górę wąskiego ko­rytarza o czarnych ścianach, z mieczami w dłoniach i pakunkami na plecach; za nimi zaś armia pod dowództwem Tumloka i Nenapusa z niepo­kojem oczekiwała na ich powrót.

Zwiadowcy doszli do wąskich schodków, wspięli się na nie i w pew­nej odległości ujrzeli przed sobą otwór - wyjście na Powierzchnię. Jed­nak ku zdumieniu Tumitaka nie widać było czerwonego światła jak pod­czas jego poprzednich odwiedzin. Istotnie, żadne światło z Powierzchni nie padało do przejścia! Tumitak nie umiał, tego wyjaśnić. Gestem na­kazał trzem towarzyszom zatrzymać się, a następnie podpełzł ostrożnie do otworu, który był celem ich długiej wędrówki korytarzami. Zabójca Szylków uniósł wzrok ponad krawędź otworu i rozejrzał się. Tak jak myślał, cała Powierzchnia pogrążona była w ciemności! Poczuł ukłucie strachu. Czyżby szylki odkryły nadejście jego ludzi, zastanawiał się, i jakimś sposobem pogrążyły Powierzchnię w ciemnościach? Może nawet czekały teraz w ukryciu na wyjście mieszkańców dolnych korytarzy, by ich pozabijać? >.

Mimo woli Tumitak cofnął się do korytarza i stał tam, zbierając odwagę, która zaczynała go zawodzić. Raz jeszcze, jak wówczas gdy prze­szedł tę drogę samotnie, jego chłodny, żelazny rozsądek pokonał emocje. Przypomniał sobie, że wszystkie legendy, które kiedykolwiek słyszał o szylkach, wspominały o ich wstręcie do ciemności. Zaiste, jego cudowna księga, ten rękopis, który znalazł, gdy był jeszcze chłopcem, powie­dział mu, że szylki pochodzą z okolic, gdzie nigdy nie jest ciemno. Teraz i ta historia wraz z zatartymi legendami Jego plemienia, które głosiły, że żaden szylk nigdy z własnego wyboru nie podejmie walki w ciemności, przekonała go, że owa ciemność nie powstała z zamysłu szylków.

Raz jeszcze więc powrócił do krawędzi otworu i zdobywając się na odwagę, wyskoczył i stanął na Powierzchni!

Po krótkiej chwili oczy zaczęły przyzwyczajać się do ciemności; w oddali ujrzał niewyraźnie jeszcze jakieś kształty. Drzewa, owe słupy, których szczyty pokrywały osobliwe zielone fale, widział jako zagęsz­czone ciemne plamy na tle trochę tylko rzadszej ciemności. O kilkaset stóp prosto przed nim wznosiły się domy szylków, obeliskowe wieże na­chylone pod przeróżnymi kątami, rysujące się konturami na tle nieba. A spojrzawszy w górę Tumitak ze zdumieniem ujrzał, że sklepienie, za które uważał niebo, pokryte było setkami, nie, tysiącami drobnych punk­cików jasności, bez przerwy migoczących i połyskujących, a mimo to da­jących tak mało światła, że z trudem można było powiedzieć, iż ciemność przy nich się zmniejsza.

Lorianin stał tak przez jakiś czas, a następnie, gdy nic nie mąciło ciszy i spokoju, powrócił do otworu i krzyknął do przyjaciół. Po kilku chwilach wynurzył się Datto, a zaraz za nim ukazali się Torp i Nikadur. Rozejrzeli się wokół, wyraźnie zaniepokojeni ciemnością, obawiali się jed­nak zadawać jakieś pytania, aby dźwięk głosów nie zdradził ich obec­ności. Stali bez ruchu, oczekując od Tumitaka rozkazów, aż Zabójca Szylków, powodowany nagłym impulsem, padł płasko na ziemię i począł się czołgać powoli w kierunku szylkowych wież, dając jednocześnie znak swym towarzyszom by uczynili podobnie.

Dotarcie do budowli zabrało trochę czasu, gdyż najlżejszy szum wia­tru w drzewach przerażał mieszkańców lochów, którzy zamierali wów­czas bez ruchu na wiele minut;. w końcu jednak unieśli się z ziemi i sta­nęli w cieniu jednej z wież. Dyszeli, nie tyle zmęczeni czołganiem się po trawie, co przerażeni czyhającym na nich strasznym niebezpieczeń­stwem; w końcu jednak po wielu minutach nasłuchiwania w napięciu uspokoili się nieco i zaczęli rozglądać się wokół siebie zaciekawieni oto­czeniem. Dziwaczna była to budowla, w cieniu której się znaleźli: czworoboczny budynek, zbudowany z nieznanego metalu, wznosił się w górę na ponad sto stóp, a u podstawy miał nie więcej niż piętnaście stóp kwad­ratowych. Nachylony był pod kątem co najmniej dwudziestu pięciu stóp w kierunku, z którego nadeszli ludzie. Gdy tak sterczał nad nimi, zda­wało się, że w każdej chwili może runąć i zmiażdżyć ich; a jednak gdy popatrzyli na jego solidną i mocną podstawę, uświadomili sobie, że bu­dynek ów zapewne stoi tak już od wieków.

Cały ten wypad wyczerpał odwagę mieszkańców lochów. Bali się zapuszczać w głąb miasta szylków; stali niezdecydowani przez dłuższy czas, niepewni, co mają robić dalej. Mimo że długo stali w całkowitej ciszy, ani razu nie słyszeli dźwięków wydawanych przez szylki,. ani nie ujrzeli poruszających się sylwetek.

, W końcu jednak Nikadur zaszeptał Tumitakowi do ucha.

- Coś się dzieje na ścianie Powierzchni po prawej stronie, Tumitaku - szepnął. - Zdaje się, że widzę słabą poświatę.

Tumitak wzdrygnął się. Była to prawda! Słabe, nierówne światło mgliście jaśniało po prawej stronie nieba. Wpatrując się, pojął, że owa jasność pada na całą Powierzchnię. Mógł dojrzeć twarze towarzyszy i nie­równości ziemi. Datto i Torp. cichym głosem wymieniali uwagi na temat zdumiewającego dziwu - drzew, na tyle już widocznych, że można je było rozróżnić.

Tumitak przemówił do towarzyszy. - Światło powraca albo powsta­je nowe. Dziwna sprawa, gdyż światło to znajduje się po przeciwnej stronie Powierzchni niż tamto, które widziałem, gdy byłem tu po­przednio.

- Wkrótce będzie dość jasno, by pojawiły się szylki - szepnął Datto. - Może lepiej wróćmy pod ziemię, Tumitaku?

Lorianin miał właśnie dać odpowiedź twierdzącą, gdy Torp wydał okrzyk przerażenia i dygocząc gwałtownie wskazał ręką ku drzewom w okolicy jamy. Pod nimi widać było niewyraźne sylwetki sunące w kie­runku wież, a z oddali dobiegł dźwięk klekoczących głosów. Grupa szyl­ków zbliżała się w ich kierunku!

W jednej chwili całą czwórkę sparaliżował okropny, czysto instynk­towny strach. Zdjęci paniką, rozglądali się za możliwością ucieczki. Po­wrót do jamy był niemożliwy - grupa pająkowatych istot już ją mi­nęła. Próba ucieczki w kierunku drzew po przeciwnej stronie była rów­nież niemożliwa - intruzi prawie natychmiast zostaliby wykryci. Jeden tylko kierunek oferował kryjówkę - ale włosy zjeżyły im się na gło­wach na myśl udania się w tę stronę. Gdyby jednak tego nie uczynili, i to natychmiast, ich wykrycie było tylko kwestią chwili. Rzucili się więc biegiem obok wieży, w głąb miasta szylków, żeby uniknąć przynajmniej bezpośredniego niebezpieczeństwa w nadziei, że przyszłość sama się jakoś ułoży. Już w trakcie ucieczki różne szelesty i dobiegające z różnych stron klekoczące głosy uświadomiły im, że miasto budzi się do życia. Półżywi z przerażenia przywarli do muru wieży - wtem pojawiły się przed nimi drzwi, stare, zniszczone, drewniane drzwi, które Tumitak otworzył pchnięciem i zaczął wpychać przyjaciół do wnętrza wieży.

Gdyby w środku znajdował się jakiś nieprzyjaciel, mógłby ich bez trudu pozabijać, jak tylko weszli, bo przeskok z warunków szybko rosnącego światła na zewnątrz do ponurych ciemności w środku sprawiło, że pomieszczenie zdało się im ciemne niczym głębia Erebu. Wkrótce jed­nak oczy przywykły do ciemności i ludzie mogli już mniej więcej rozróż­nić zarysy wnętrza wieży. Wielka była ich ulga, gdy uświadomili sobie, że dom ten nie może być zamieszkały przez nieprzyjaciół.

Podłoga nie była niczym pokryta, stanowiła ją goła ziemia - ten dziwny, zbity pył pokrywający podłoże Powierzchni; nie widać było również niczego, co przypominałoby jakieś umeblowanie, chyba że wiąz­ka "słomy w kącie miała służyć za legowisko. Jednak tu i ówdzie wisiały stare, poszarpane liny, a Tumitak patrząc w górę dostrzegał niewyraźnie, że owe liny prowadzą do wysokości około dwudziestu stóp, gdzie wielka masa poskręcanych lin, powrozów i sznurów krzyżowała się wielokrotnie na całej szerokości wieży. Było to istne kłębowisko lin, sieć, pomyślał, gdyż znowu nasunęło mu się podobieństwo szylków- do pająków. W rze­czywistości bliski był pomyłki, gdyż szylki używały wież tylko jako miejsc noclegowych i w nocy chroniły się w ich górnych częściach, gdzie spędzały godziny ciemności w legowiskach sporządzonych z setek krzy­żujących się lin i sznurów. Na szczęście wieża, w której znalazł się Tumitak z towarzyszami, była stara, a jej budowniczowie uznali, że nie nadaje się już do zamieszkania. Wkrótce zobaczymy, jakie znalazła za­stosowanie.

Przerażeni mieszkańcy lochów stali przez kilka chwil w ciemnym wnętrzu wieży, a serca ich powoli zaczynały powracać do normalnego rytmu, gdy raz jeszcze rozległ się złowieszczy klekot szylka, tym razem prawie za drzwiami. Wzmagał się coraz bardziej i ludzie zrozumieli nagle z zupełną jasnością, że szylki zbliżają się do tej wieży! Zaczęli się roz­paczliwie rozglądać wokół, szukając jakiejś kryjówki, lecz cały czas mieli świadomość, że schronienie może być tylko jedno. Próba ukrycia się w labiryncie lin i sznurów rozpiętych na niewielkiej wysokości ponad zie­mią równała się dobrowolnej kapitulacji, tak się przynajmniej wyda­wało. Wobec braku innego wyjścia Tumitak i jego towarzysze po chwili gramolili się już w górę po linach, ginąc w gęstych zwojach poskręca­nych sznurów i powrozów. Tuż nad ziemią krzyżujące się liny nie były liczne, jednak na wysokości dziesięciu stóp wieszano je tak gęsto, że z dołu zupełnie nie można było dostrzec kogoś, kto by się w nich cho­wał. Tam więc nasi poszukiwacze przygód wstrzymali wspinaczkę i po­chowani w gęstej sieci leżeli, nasłuchując dźwięków, które rozlegały się tuż za drzwiami. Rozchylając splątane liny Tumitak stwierdził, że ma prawie swobodny widok na dno wieży. Ukryli się ani trochę za wcześ­nie, czego dowiódł fakt, że ledwie zajęli wygodne miejsca wśród lin, gdy drzwi się otworzyły i pojawiło się w nich osobliwe towarzystwo.



II.



Pierwszy wkroczył szylk i Tumitak poczuł jak liny, na których le­żał wraz z towarzyszami, zatrzęsły się, gdy pozostali mieszkańcy lochów zadygotali ze strachu na pierwszy widok dzikich bestii z Wenus. Istota była typowym przedstawicielem swego rodzaju: miała około czterech stóp wzrostu, dziesięć pająkowatych odnóży i głowę, która, gdyby nie brak włosów i nosa, mogłaby uchodzić za głowę ludzką. Wysoko mię­dzy dwoma odnóżami, tak jak człowiek ujmuje gałązkę między kciukiem i palcem wskazującym, szylk trzymał metalowy pręt, którego koniec ża­rzył się jasnym światłem. Na grzbiecie miał dziwaczną skrzynkę, do któ­rej przymocowany był wąż, zwinięty i zakończony długim prętem, scho­wanym w pochwie umieszczonej na skrzynce.

Za nim pojawił się następny osobnik, który mógłby być jego bratem bliźniakiem, a na końcu dziwnej kompanii szli dwaj ludzie! Osobliwy wygląd tych lodzi sprawił, że obserwatorom w górze zaparło dech ze zdumienia. Mężczyźni byli wysocy, wyżsi nawet niż Tumitak; w rzeczy­wistości wyższy z tej dwójki musiał mieć prawie siedem stóp wzrostu. Jednak to nie ich wzrost zdumiał Tumitaka i jego przyjaciół, lecz raczej ich niewiarygodna smukłość i dziki wyraz twarzy. Ich ręce i nogi były długie i żylaste; uda mieli może nieco grubsze niż ramię Tumitaka. W pa­sie byli zaskakująco wąscy; szyje też były chude. Natomiast mieli po­tężnych rozmiarów klatki piersiowe, podobnie jak głowy. Nie można po­wiedzieć, że ciała ich były nieproporcjonalne; nie, było w nich coś, co kazało się domyślać, że do określonych celów ci ludzie byli może bardziej funkcjonalnie zbudowani niż nawet Datto, ten siłacz z korytarzy. Obser­wując tę dwójkę widać było, że stanowią oni inną rasę, tak jak oczywiste było, że Esteci również należeli do innej rasy. Gdyby porównać obraz dawnych .psów ze Złotego Wieku, zwanych chartami, z dzisiejszymi psami, można byłoby zrozumieć różnicę między mieszkańcami korytarzy, a owymi stworzeniami wyhodowanymi przez szylki.

Ludzie ci odziani byli tylko w tkaninę okręconą w połowie tułowia i opadającą do kolan; tkanina spięta była pasem, z którego zwieszał się miecz. W każdej dłoni trzymali groźnie wyglądający bicz ze skóry ja­kiegoś zwierzęcia, a gdyby ta jeszcze nie wystarczyło, by ich wyróżnić, ich włosy i obfite brody były czarne! Mieszkańcy lochów, którzy ni­gdy nie widzieli włosów- innej barwy niż ruda (oprócz jasnych wło­sów Estetów)v nie zdziwiliby się bardziej, gdyby włosy tamtych były zielone.

Owi ludzie weszli za szylkami do pomieszczenia i od razu rozłożyli się na legowiskach ze słomy. Szylki mruknęły coś do nich cichym kle­koczącym szeptem, a następnie, zgasiwszy lampy, odwróciły się i wyszły z wieży. Ludzie pozostali na miejscu leżąc na słomie i okazując wyraźne oznaki zmęczenia. Po chwili jeden z nich przemówił słabym głosem.

- W Kajmaku widziałem prawdziwe polowania, Tłoku - powie­dział, a w głosie jego dało się słyszeć wyraźne szyderstwo. - Pamię­tam czasy, gdy łapano trzech, a nawet czterech dzikusów, nim noc za­padła. Powinieneś zobaczyć takie polowania w wielkim mieście, Tłoku.

Człowiek zwany Tłokiem odpowiedział mruknięciem.

- Gdy zobaczysz polowanie w Szemie, Traku, będziesz wiedział, że gonisz za prawdziwym dzikusem. Ci tak zwani dzicy, na których polujesz w Kajmaku, są oswojeni, specjalnie hoduje się ich do łowów. Wiesz o tym dobrze.

Trak wyglądał na zbitego z tropu; odwróciwszy się w stronę lego­wiska wyjął spod słomy niewielki dzbanek. Wylał z niego na dłoń trochę oliwy i począł smarować swój bicz. Po chwili znowu ośmielił się na tyle, by zabrać głos.

- Nie bez powodu Hun-Pna nazywany jest “ostrożnym" - zau­ważył. - Nigdy nie widziałem łowcy postępującego z taką ostrożnością. Można by pomyśleć, że spodziewa się, że któryś z dzikich odwróci się, by nas uśmiercić. Mogliśmy powalić tę dzikuskę, którą ścigaliśmy wczo­raj wieczorem, i dotrzeć do Szemu jeszcze przed zmrokiem, gdyby nie to, że Hun-Pna bał się nas wypuścić.

Tłok uniósł się na legowisku i popatrzył na swego towarzysza. Wi­dać było, że podziela jego opinię o szylku, który był ich panem i władcą.

- Gdy będziesz służył Hun-Pnie tak długo jak ja - oświadczył - przywykniesz do jego obyczajów. - Pogrzebał w słomie, wydobył inny, większy dzban, napił się głośno, po czym mówił dalej. - Widziałem raz, jak zaprzestał pościgu i odwołał nas po wielu godzinach pogoni tylko dla­tego, że osaczony dzikus bronił się!

- Ale przecież oni zawsze bronią się, gdy są osaczeni, prawda? - zapytał Trak, który był najwyraźniej młodszy i doświadczeniem ustę­pował towarzyszowi.

- Tylko mniej więcej jeden na pięciu walczy naprawdę - odpo­wiedział starszy. - Pozostali opierają się słabo, tak że nie warto przejmować się tą obroną. Mają dość rozsądku, by zdawać sobie sprawę, że jeśli zdobędą nad nami przewagę, szylkowie natychmiast ich dobiją.

Rozmówcy zamilkli znowu na jakiś czas, a wysoko nad nimi czterej milczący obserwatorzy w zdumieniu zastanawiali się nad tym, co usły­szeli. Po chwili starszy z dwójki odezwał się ponownie. -t Chociaż... wi­działem parę zajadłych walk z udziałem dzikusów. Kobiety Tainów zna­ne są z furii. Przypominam sobie łowy sprzed dwóch lat i najcięższą wal­kę, jaką w życiu stoczyłem. Była to również kobieta. Ona jednak nie uciekała, jak ta wczoraj. Jej skalp ozdabia teraz wieżę Hun-Phy.

Tlok wydawał się zaciekawiony.

- Opowiedz mi o tym - zaproponował.

- No więc - zaczął- ten starszy, a w jego zachowaniu zaznaczyła się pewna pyszałkowatość, która do wściekłości doprowadzała słuchają­cych na górze mieszkańców korytarzy - widzisz, Hun-Pna wydawał wielką ucztę na cześć Koniunkcji i zaprosił połowę szylków z Szemu. Była ich prawie setka, był nawet sam stary Hach-Klotta; oczywiście jednym z głównych punktów programu uczty miała być ofiara poświę­cona ojczystej planecie. Jak pewnie wiesz, w czasie obchodów Koniunkcji nie składa się Ofiary z Estetów, więc nas wypuszczono, żebyśmy spróbo­wali pochwycić żywcem jakichś dzikich.

Postanowiliśmy poszukać Tainów; Hun-Pna zawsze na nich poluje, bo ich korytarze są blisko Powierzchni. Dla “ostrożnego" wyprawa do głębszych korytarzy oznaczałaby ryzykowanie głową. Wpuścił nas po prostu wejściem do lochu i usiadł czekając, aż wystawimy kilku dzikich .i napędzimy do niego. Tak więc ja i jeszcze dwóch Mogów ruszyliśmy av głąb korytarzy Tainów. Miałem oczywiście miecz i bicz, podobnie jak każdy z pozostałych, co wystarcza za obronę przed Tainami. Ci Tainowie są sprytni, lecz boją się własnego cienia.

Niewiele czasu upłynęło, kiedy jeden z pozostałych Mogów wyśle­dził Taina i pogonił go ku Powierzchni. Gdy zniknął w korytarzu, ja sam wpadłem na kobietę z dzieckiem w ramionach. No, przyznasz chyba, że to była gratka, szylkowie są zadowoleni, gdy schwyta się żywe szczenię. Rzuciłem się więc na nią, oczekując łatwej zdobyczy, lecz ona skoczyła na mnie jak wilk. W ręku miała kij i nim zdołałem unieść bicz, oszoło­miła mnie ciosem w kark, po czym momentalnie umknęła kierując się ku Powierzchni. Musiała z przerażenia stracić rozum, inaczej nigdy nie pobiegłaby w tę stronę, bo na całej drodze na Powierzchnię nie było już bocznego przejścia ani odgałęziającego się korytarza. Cios ogłuszył mnie i stałem przez chwilę, żeby dojść do siebie, nim ruszyłem za nią.

Poszedłem za nią ku wyjściu, nie śpiesząc się .zanadto. Miałem na­dzieję, że szylki pochwycą ją, kiedy tylko się pokaże, lecz niestety, zajęci byli tym Tainem, którego wystawił drugi Mog, i kiedy dotarłem do wyjścia, ujrzałem ku swemu zdumieniu, że kobieta wydostała się poza tłum i biegnie jak szalona w kierunku lasu. Zawołałem do Hun-Pny o po­moc i ruszyłem w pościg, nie oglądając się za siebie, by sprawdzić czy ktoś mi towarzyszy. Oczywiście byłem pewien, że tak.

No więc owa Tainka miała nade mną sporą przewagę, a wiesz, jak nierówne i kamieniste są okolice lochów Tainów. I dopiero kiedy nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa i niosły mnie zbyt wolno, bym mógł ją dogonić, zaczęła tracić oddech. W końcu oparła się o zbocze i zwróciła się ku mnie, warcząc zajadle. Zbliżyłem się do niej ostrożnie pamiętając, że muszę, jeśli to możliwe, schwytać ją żywą. Odwróciłem się, by popa­trzeć, jak daleko są szylki i ku memu zdziwieniu nie zobaczyłem ich nigdzie! Przez chwilę zacząłem się obawiać, że będę musiał porzucić łup, bo nikt z nas nie jest przyzwyczajony do walki bez szylka za plecami, chyba rozumiesz, lecz w końcu podjąłem śmiałą decyzję. Zaatakuję tę Tainkę i pokonam ją samodzielnie. Podszedłem więc do niej tak ostroż­nie, jak się dało.

Stała, dysząc ze zmęczenia i wciąż przyciskając do siebie dziecko; gdy się zbliżyłem, zaczęła wywijać wokół siebie kijem.

- Poddaj się, głupia - powiedziałem - nie zabiję cię, chcę cię pojmać żywą.

- Żywą! - zakpiła. - Do jakiego celu? Do łóżka czy na stół?

Nie odpowiedziałem. Po co? Nie miałem ochoty spółkować z żadną z dzikich kobiet, nawet gdyby miało mnie to kosztować życie; gdybym zaś jej powiedział, że potrzebna jest na ofiarę, nic by to nie pomogło. Śmignąłem więc biczem i walka rozpoczęła się.

A była to prawdziwa walka! Gdy tak ścieraliśmy się przez długie minuty, niejeden raz dosięgnął mnie cios jej diabelnego kija, ona zaś bro­czyła krwią z miejsc, gdzie mój bicz rozciął jej skórę. W końcu wpadłem na pomysł i zacząłem kierować uderzenia biczem nie w jej kierunku, ale ku dziecku! Odtąd wydawało się, że zwycięstwo przyjdzie mi z ła­twością. Dzikuska tak była pochłonięta osłanianiem dziecka, że nie miała czasu na walkę. Po chwili zaczęła płakać i przeklinać mnie. Powiedziała, że jestem diabłem wcielonym i nie zasługuję, by nazywać mnie czło­wiekiem. Wiesz, o co chodzi, sam słyszałeś te brednie dzikich. Taka ga­danina nigdy mnie nie obchodziła. Urodziłem się Mogiem i Mogiem Umrę. Gdy zaczęła tak mówić, wiedziałem już, że nadchodzi dla niej moment załamania, i na nowo wstąpiła we mnie nadzieja, że uda mi się dostarczyć żywcem matkę i dziecko. Lecz właśnie gdy czekałem aż upadnie i podda się, krzyknęła nagle “Nie!" i uniósłszy dziecko wysoko nad głową cisnęła nim o ziemię i rozbiła mu kijem głowę. Następnie rzuciła, się na mnie z wściekłością, drapiąc, gryząc i plując, aż w końcu faktycznie w obronie własnej musiałem użyć przeciwko niej miecza.

Powróciłem z polowania z niczym poza skalpem kobiety, lecz Hun-Pna Dowiesił go, wśród swych trofeów, gdzie dotąd się znajduje.

Mówiący umilkł wreszcie; nakrył się słomą i najwyraźniej układał się do drzemki. Drugi mężczyzna po chwili miał zamiar pójść w jego ślady, lecz jego przygotowania zostały gwałtownie przerwane w wyniku decyzji, którą mieszkańcy lochów podjęli u góry wśród lin.

W czasie opowiadania tej ponurej historii obserwatorzy na górze słuchali jej z przerażeniem. Nigdy przedtem nie zaświtało im w głowie przypuszczenie, że mogą istnieć ludzie do tego stopnia podli i nikczemni, że polują na istoty swego rodzaju li tylko dla przyjemności szylków. Opowieści Tumitaka przygotowały ich na zetknięcie się z Estetami, ale ta rasa czcicieli szylków znajdowała się na jeszcze niższym poziomie człowieczeństwa niż Esteci!

Gdy tak słuchali historii Mogą, w umysłach Tumitaka i jego towa­rzyszy rósł wstręt do tych stworzeń, a gdy Tłok zakończył opowieść, w oczach wszystkich pojawił się przebłysk tej samej myśli - owe stwory żyją już o wiele za długo. Mieszkańców lochów dławił mroczny, ślepy gniew. Po pytającym spojrzeniu Datty i Torpa oraz potakującym geście Tumitaka cała czwórka bez słowa opadła na ziemię przed zdumionymi Mogami z zamiarem pozbawienia ich życia.

Nie ulega wątpliwości, że seria zwycięstw odnoszonych przez ludzi w korytarzach napełniła ich zbytnią pewnością siebie. Dzicy z mrocznych korytarzy ulegli wobec przewagi ich broni, Esteci zaś zostali pokonani bez walki; Tumitak i jego towarzysze myśleli, że czeka ich nie bitwa, lecz raczej egzekucja. Było ich więcej, ponadto zaatakowali znienacka, byli więc pewni, że w jednej chwili wyprawią Mogów na tamten świat. Jednakże gdy się już znaleźli na ziemi, w mig pojęli swój błąd. W oka­mgnieniu Mogowie stali już plecami do siebie i dzierżąc miecze w dło­niach bronili się tak bohatersko, że przez chwilę wynik walki był nie­pewny. Ponadto w czasie walki Mogowie wołali - głośno wołali swych panów na pomoc!

Tumitak zdał sobie sprawę z szaleństwa ataku prawie natychmiast po jego podjęciu; ale nawet gdy sobie to uświadomił, był przekonany, że zryw był w jakiś sposób usprawiedliwiony. Gdyby przynajmniej udało się zabić Mogów, ich życie nie zostałoby poświęcone na próżno.

Jeden z wysokich, czarnowłosych osobników leżał już na ziemi, Torp rzucił się na niego i dobił silnym ciosem w szyję. Przez krótką chwilę, gdy uwaga dwóch innych mieszkańców .lochów była tym zajęta, drugi Mog odwrócił się i popędził jak rączy jeleń obok Datty i przez drzwi, nadal wołając szylki na pomoc.

Datto zaryczał z gniewu i chciał puścić się w pogoń, lecz Tumitak powstrzymał go chwytając za ramię.

- Szybko, Datto, musimy się znów ukryć - szepnął wzburzony. - W górę, na liny! Szybko!

Bez chwili wahania skoczył Nikadur ku linom i począł się wspinać, a pozostała trójka natychmiast poszła za jego przykładem. Na zewnątrz wzmagały się klekoty i trzaski wydawane przez szylki i ledwo mieszkańcy lochów dobrze się ukryli wśród splecionych sznurów, gdy Mog wpadł ponownie do wieży, a zaraz za nim pojawiła się gromada szylków. Wszy­stkie stwory były uzbrojone: każdy miał na sobie skrzynkę z wężem, taką samą, jaką nosił ów pierwszy szylk, który zaglądał tu poprzednio.

Teraz jednak w kleszczach szylków znajdowały się długie, dziwaczne rury wylotowe.

Szylki rozejrzały się wokół ze zdumieniem, a potem jeden z nich wskazał w górę. Mieszkańcy lochów nie zaprzestali wspinaczki, gdyż według wszelkiego prawdopodobieństwa sieć lin sięgała aż do szczytu wieży; pięli się więc uparcie chcąc tylko znaleźć się jak najdalej od dzikich władców Powierzchni. Mieli jednak przeczucie, że ucieczka nie ma szans powodzenia, a ostatnie ich nadzieje runęły, kiedy dwa szylki schowały rury wylotowe broni do pochew i z wielką wprawą zaczęły wspinać się za nimi.

Czterej zdesperowani mieszkańcy lochów nie mieli innego wyjścia, tylko kontynuować beznadziejną wspinaczkę i błagać los o jakieś cudo­wne wybawienie. Nikadur w dalszym ciągu znajdował się na czele, zaraz za nim wspinał się zwinny Tumitak, lecz olbrzymie rozmiary. Datty i jego potężnego bratanka hamowały ich ruchy, toteż znajdowali się oni o wiele niżej niż Lorianie.

Labirynt lin i powrozów zagęszczał się w miarę wspinaczki, aż w końcu nie można już było dostrzec podłogi wieży; lecz dochodzące z dołu dźwięki kazały pamiętać, że szylki zbliżają się w szybkim tempie. Nagle gdzieś pod Tumitakiem rozległ się krzyk - krzyk cierpienia. Potem nastąpiła dzika szamotanina, hałas, łomot ciał staczających się po linach i głośny trzask! Tumitak obejrzał się, lecz widok zasłaniała mu plątanina lin; nagle liny rozsunęły się i pojawiła się w nich przerażona twarz Datty, której śmiertelna bladość dziwnie kontrastowała z rudym zabar­wieniem brody i włosów.

- Torp! - krzyknął z bólem w głosie - Tumitaku, złapali mojego bratanka Torpa. To on spadł. Rzucili się na niego i chcieli sięgnąć mu do gardła tymi piekielnymi kleszczami! Bronił się, lecz stracił równowagę i upadł. Ale szylki też przypłaciły to życiem! Też przypłaciły życiem! Już nie jesteś jedynym Zabójcą Szylków, ó, władco Loru!

Olbrzymi Jakranin płakał, przesuwając się w górę, gdyż bratanek był dla niego wszystkim i miał zostać jego następcą jako władca Jakran. Tumitak również uczuł ból w sercu na myśl o tym, że Torpa nie ma już z nimi. Jednak nic nie odrzekł wodzowi Jakran, pragnąc resztę sił oszczę­dzić na wspinaczkę. Nagle Nikadur, który zniknął mu z oczu w sieci u góry, wydał okrzyk i w jednej chwili serce Tumitaka pogrążyło się w jeszcze większej rozpaczy. Czyżby i tego przyjaciela miał utracić? Czyżby szylki zaatakowały ich od góry? Zaczął posuwać się jeszcze spie­szniej zastanawiając się, czy zdoła dotrzeć do przyjaciela na czas, by mu pomóc.

Rozsunął liny nad sobą, wspiął się wyżej i ujrzał przyćmione światło przedostające się przez sieć. Po chwili w polu widzenia pojawiła się sylwetka Nikadura, ciemno rysująca się na tle tego nowego światła. Blask padał od jednej ze ścian i gdy Tumitak dotarł do przyjaciela, zro­zumiał powód jego okrzyku.

Światło wydobywało się z małego okrągłego okienka umieszczonego na samym szczycie wieży. Nikadur krzyknął odruchowo, gdy przez nie popatrzył i po raz pierwszy ujrzał Powierzchnię w pełnym blasku dnia. Kiedy Tumitak wyjrzał poza krawędź okienka, sam ledwie mógł po­wstrzymać się od okrzyku.

Przez szybę widać było miasto szylków, a z parapetu zwieszał się pęk lin. Ich końce przymocowano do okien w innych wieżach; szylki zapewne używały tych lin do przenoszenia się z jednej wieży do drugiej bez schodzenia na ziemię. W dole Tumitak widział inne wieże oraz stale powiększający się tłum szylków, wśród których gdzieniegdzie pojawiała się zarośnięta twarz Mogą.

Jednakże nie tłum na dole ani liny łączące wieże, ani nawet nie szeroka panorama z okna wyrwała okrzyk zdumienia z piersi Nikadura. Powodem było pierwsze spojrzenie na słońce! Nawet w tak rozpaczliwej sytuacji słońce wywarło największe wrażenie na nim, gdy pierwszy raz w życiu ujrzał w pełni oświetloną Powierzchnię. Co prawda Tumitak, który widział słońce już przedtem, był zdumiony prawie tak samo. Słońce, które widział poprzednio, było czerwoną kulą połyskującą przy­ćmionym blaskiem i opadającą na zachodzie, podczas gdy ów olbrzymi krąg, oślepiający intensywnym białym światłem, wisiał dokładnie po przeciwnej stronie nieba. Przez chwilę zastanawiał się nad tą zagadką, lecz szybko zataił zdumienie w głębi duszy i spróbował skupić się nad obmyślaniem możliwości ucieczki.

Metalowe ściany opadające w dół poza krawędzią okna były równie gładkie jak szkliste ściany jego rodzinnego korytarza - tędy możliwości ucieczki nie było. Gdyby nawet udało mu się zsunąć po murze wieży, nic by mu z tego nie przyszło, ponieważ tłum szylków zwiększał się tak szybko, że zajmował cały teren wokół; Tumitak widział, jak coś sobie -pokazywały i gestykulowały gwałtownie, zupełnie tak samo, jak zacho­wuje się tłum ludzi w podobnych okolicznościach.

Między Lorianami znalazł się nagle Datto i wychylił swój potężny tułów ponad krawędź okna. Oczy miał wciąż pełne łez z powodu śmierci Torpa, ale nie wspominał już o swym nieszczęściu. Myśli jego również zajmowała sprawa ucieczki.

- Nadchodzą, Tumitaku - powiedział. - Inne szylki wspinają się po linach. Co teraz zrobimy? Wracamy, by z nimi walczyć?

Lorianin uczuł ciepło w sercu, gdy uświadomił sobie gotowość Datty do walki z szylkami. Przynajmniej ten człowiek zrozumiał nauki, które głosił tak długo i żarliwie wśród mieszkańców lochów. Jednak teraz pokręcił głową na propozycję Datty i dalej wyglądał przez okno. Pozo­stawała im jedna możliwość ucieczki, tak nikła, że z niechęcią nawet o niej myślał. W końcu jednak, gdy usłyszał hałas gdzieś niedaleko w dole i pojął, że ścigające ich szylki wkrótce dobrną do okna, zdecydował się przystąpić do wykonania swego desperackiego planu.

Końce lin zwieszających się z parapetu sięgały do wież, które w większości były zamieszkane. Tumitak widział w oknach twarze szylków, w jednym pojawiło się nawet zarośnięte oblicze Mogą. Dwa okna były jednak puste i Tumitak wskazał na bliższe z nich.

- To nasza jedyna szansa - powiedział, starając się ukryć rozpacz w głosie. - Szansa jest niewielka, ale może uda nam się przejść i uciec potem z drugiej wieży.

Nikadur, który zajmował najlepsze stanowisko przy oknie, w lot pochwycił ten pomysł i wychyliwszy się przez otwór zawisnął na linie. Przesuwał się po sznurze na rękach. Tumitak skinął na Dattę, by po­szedł za nim. Wielki Jakranin potrząsnął głową.

- Nie czas na bohaterskie gesty, o władco Loru - powiedział. - Dolne korytarze bardziej potrzebują ciebie niż mnie. Szansa ucieczki jest i tak niewielka, więc po co ją jeszcze zmniejszać? Idź ty, a ja pójdę za tobą i będę was osłaniał z tyłu.

Ta koncepcja nie podobała się Tumitakowi, który przez chwilę chciał zaoponować, lecz narastające niebezpieczeństwo-uświadomiło mu, że czas jest cenny:, stanął więc w oknie i ruszył za Nikadurem, przesu­wając się na rękach.

Lorianin raz jeden spojrzał w-dół, gdy wisiał niczym małpa na sznu­rze, ,lecz od razu dostał zawrotu głowy i musiał pośpiesznie skierować wzrok w górę. Gdy przekonał się, że ma Nikadura tuż przed sobą, zwolnił tempo posuwania się na tyle, by obejrzeć się i sprawdzić, czy Datto poszedł w ślad za nim. Obraz, jaki ujrzał w tym przelotnym mo­mencie, miał na długie lata pozostać w jego pamięci.

Szylki dotarły do okna i Datto zmuszony był odwrócić się i stawić im czoło. Tumitak widział, jak wielki wódz Jakran, którego jeden szylk starał się za wszelką cenę dosięgnąć kleszczami z tyłu, porwał innego szylka i cisnął go przy wtórze klekotu i pisków przez okno. Dobył nastę­pnie miecza i krzyknął do Tumitaka.

- Mają mnie, Tumitaku - zawołał. - Nie zdołam ich zatrzymać. Jest wiele... - zawahał się i wtem zaświtał mu jakiś pomysł. - Trzymaj się mocno liny, Tumitaku!

Wódz Lorian patrzył w zdumieniu pomieszanym z rozpaczą, jak Datto uderza mieczem. - Trzymaj się mocno liny! - ponownie krzyk­nął Jakranin, a ostrze miecza uderzyło w sznur przecinając go do połowy. Pełen obaw, nie rozumiejąc motywów postępowania Datty, Tumitak przywarł jeszcze mocniej do liny i wtedy miecz ponownie uderzył, gładko od­cinając sznur w miejscu, gdzie był umocowany do okna.

Tumitak zdołał jeszcze dojrzeć, jak Dattę wciągnięto do wnętrza w momencie uderzenia mieczem; w następnej chwili Lorianin odlatywał już od wieży. Myślał już tylko o niechybnej śmierci, a jednak jakiś we­wnętrzny instynkt kazał mu zastosować się do ostatniego żądania Datty i trzymać się liny jak ostatniej deski ratunku. Ujrzał, jak ze straszną szybkością zbliża się do ziemi, zobaczył, że dolatują do wieży, do której przymocowany był drugi koniec sznura; nagle nastąpił potężny wstrząs i z góry dobiegł go okrzyk przerażenia Nikadura. Lina przeniosła ich poza pochyloną wieżę; jej koniec, obciążony Lorianami, zadziałał jak wahadło ,i po chwili ziemia, która dotąd zbliżała się w tempie przypra­wiającym o mdłości, zaczęła się znowu oddalać!

Ledwie obaj Lorianie mgliście zdali sobie sprawę, że jakimś cudem" ( udało im się uniknąć śmierci, gdy ręka Tumitaka zaczęła się ześlizgiwać z liny. Lorianin schwycił za najbliższy przedmiot, którym okazała się noga Nikadura; usłyszał jeszcze jeden okrzyk, a po chwili obaj wirowali już w powietrzu, by wkrótce wylądować w gałęziach drzewa, które rosło opodal wież.

Choć oszołomieni i podrapani na skutek upadku, Lorianie nie tracili ani sekundy chcąc wykorzystać nową możliwość ucieczki. W jednej chwili zsuwali się już po ulistnionych gałęziach. Tumitak zastanowił się przelotnie nad dziwnym obiektem, w którym się znalazł, ale gdy do­szedł do wniosku, że nic mu z tej strony nie zagraża, całą uwagę sku­pił na ucieczce.

Szylki zostały widocznie zaskoczone nagłym rozwojem wypadków, skoro nie od razu podjęły pościg. W istocie Lorianie znajdowali się już poza drzewem, gdy doszły ich okrzyki i klekoty od strony wież, świad­czące o tym, że szylki zorganizowały pogoń. Rozejrzeli się wokół, na próżno starając się dostrzec otwór prowadzący do ich własnych kory­tarzy. Znajdował się on daleko na prawo ukryty wśród drzew; krzyk­nąwszy więc do Nikadura, by biegł za nim, Tumitak zagłębił się w las oddalając się od Szemu.

Bez tchu, poranieni, wyzbyci wszelkich zamiarów podboju Powierzchni, dwaj mieszkańcy lochów uciekali przez zarośla jak króliki, a za nimi coraz bardziej wzmagały się odgłosy pościgu.

III.



Trudno pisarzowi naszych czasów odtworzyć myśli, które przebie­gały przez głowy Lorian w czasie ich ucieczki przez las w rozpaczliwym popłochu. Od tamtych bohaterów świat dzisiejszy dzieli trzy tysiące lat, lat nieustannych zmian i postępu; w bezpiecznym i jednostajnym życiu, które prowadzimy, niewiele jest możliwości odtworzenia ich gwałtow­nych uczuć. Możemy oczywiście łatwo pojąć, że strachów mroczny, ślepy strach, który czasem nawiedza nas w koszmarach nocnych, był zapewne w ich umysłach najsilniejszy. Musiały jednak być jeszcze inne doznania, inne uczucia.

Cóż na przykład mogli myśleć o drzewach, które rosły na każdym kroku? Bez wątpienia zdawać się musiały dziwacznymi formami życia, bo istoty z podziemi znały roślinność jedynie z legend. Cóż sądzili o przerażonych krzykach ptaków lub o nagłym pojawieniu się królika zaskoczonego odgłosem ich ucieczki? Jaka była ich reakcja na widok strumyka lub gęstwiny jeżyn czepiających się i rozrywających im odzież? Lub na widok wielkiego, okrągłego słońca świecącego pośród drzew co­raz silniejszym blaskiem, unoszącego się coraz wyżej nad ich głowami? Łatwo możemy sobie wyobrazić, że to wszystko nie wywarło wielkiego wrażenia na Lorianach w czasie ucieczki, nie można jednak zaprzeczyć, że jakiś wpływ mieć musiało. A nad tą gmatwaniną myśli w ich głowach rósł odgłos nadciągającego coraz bliżej pościgu szylków.

Było to prawdziwe szczęście dla Lorian, że szylki zostały zanadto za­skoczone, by wyruszyć za nimi od razu. Nim zorganizowano grupę po­ścigową, mieszkańcy lochów przepadli już w gęsto zalesionym terenie zaraz za skrajem miasta i minęło dobre pięć minut, nim Mogowie wy­puszczeni przez szylki znaleźli ich trop i ruszyli za nimi. W tym czasie Tumitak i jego towarzysz wspięli się po kamienistym, stopniowo wzno­szącym się zboczu pagórka i zbiegli już po drugiej stronie.

Uciekali w najwyższym przerażeniu, nie myśląc o niczym oprócz tego, by znaleźć się jak najdalej od miasta nieprzyjaciół. Po tej strome pagórka drzewa się przerzedziły, lecz w miarę schodzenia" posuwanie się naprzód stawało się coraz trudniejsze ze względu na wysokie trawy i krzewy, które porastały zbocze. Gdyby znali okolicę, wiedzieliby, że znajdują się teraz w dolinie szerokiej i płytkiej rzeki, która przepływa niedaleko od Szemu. Rzeka miała zwykle tylko kilkaset stóp szerokości i kilka głębokości, lecz po ostatnich wiosennych deszczach płynęła rwą­cym, wezbranym nurtem przecinając dolinę ostrym zakolem w drodze do morza.

Lorianie pędzili ku niej i wkrótce wpadli w gęste zarośla wierzb i olszyn rosnących na brzegach, kierując się racjonalną nadzieją, że gęsta roślinność skryje ich przed oczami ścigających.

Gdy dopadli zarośli, Tumitak odważył się rzucić pośpieszne spojrze­nie za siebie. Daleko u szczytu pagórka dojrzał ścigających, którzy po­konali już grzbiet i pośpiesznie zmierzali w, głąb doliny. Wśród nich było przynajmniej tuzin szylków, większość niosła owe dziwne skrzynki z przymocowanymi do nich wężami, na czele zaś gromady ujrzał grupę ludzi do polowań - Mogów o zarośniętych twarzach.

Gdy tak patrzył, wyśledził go jeden z Mogów i chrapliwym okrzy­kiem zwrócił uwagę pozostałych na cel pogoni.

W serce Tumitaka wkradła się rozpacz, bo nigdy jeszcze od po­czątku wyprawy nie był w tak niebezpiecznych opałach, jak obecnie. A gdyby mu powiedzieć, że sytuacja może być jeszcze gorsza, pewnie by nie uwierzył. Tymczasem odwrócił się i skoczył w gąszcz łozy, i Wtem usłyszał, jak znajdujący się przed nim Nikadur wydał okrzyk przeraże­nia! Przedarł się szybko naprzód, nie pojmując co mogło się stać, i ujrzał, że jego towarzysz przerwał ucieczkę. Przerwał, gdyż dotarł do brzegu wody i nie mógł uciekać dalej!

Dla obu zrozpaczonych Lorian była to ostatnia kropla przepełnia­jąca czarę. Obaj nie widzieli już żadnej możliwości, ratunku, gdyż miej­sce, w którym stali, okalała rzeka i nie można było uciekać ani na pra­wo, ani na lewo. Za sobą słyszeli wycie Mogów i wrogie, nieludzkie głosy szylków.

Nigdy jeszcze dotąd nikt nie miał większego prawa powiedzieć, że znalazł się między młotem i kowadłem.

Jak zwierzątko osaczone w końcu przez drapieżnika Nikadur skulił się na brzegu i ukrył twarz w dłoniach. Tumitak wiele oddałby za umie­jętność poddania się i odczucia tej ulgi całkowitej rezygnacji, którą czuł Nikadur, lecz coś w jego duszy kazało mu umierać w walce. Wydobył pistolet z trzema cennymi pociskami, które zostały jeszcze od dnia, gdy zabił szylka; przez głowę przemknęła mu myśl, że jeśli musi zginąć, zginie przynajmniej walcząc z wrogami człowieka, a taki honor nieczęsto przy­padał Lorianom.

Gdybyż ci dwaj wiedzieli, że> żadnemu z nich nie było pisane zginąć w ten sposób jeszcze przez wiele długich lat... Przez wiele dni, nim jesz­cze trafili w to miejsce, sama natura przygotowywała im drogę ucieczki. Teren, na którym stali, znajdował się kilka stóp ponad poziomem rzeki; był to wysoki, rozsypujący się wał nadbrzeżny i wody wiosennego przy­boru podmywały go, aż miejsce to znalazło się kilka stóp nad wodą. Pod ciężarem Lorian nawis zaczął się chwiać, do tego stopnia, że wystarczyłby najmniejszy wstrząs do oderwania go i rzucenia w fale. Gdy szylki i ich gończy Mogowie zaczęli przedzierać się przez zarośla, by pochwycić uciekinierów, wielka kłoda pochwycona wirem i rzucona na brzeg ude­rzyła z głuchym stuknięciem w wał - i dzieło erozji dokonało się! Tu­mitak poczuł, jak ziemia usuwa mu się nagle spod stóp; wydawało mu się, że cały świat podskoczył pod nim jak oszalały - po chwili Lorianin runął z pluskiem do lodowato zimnej wody chwytając ustami powietrze, walcząc z prądem, przekonany, że zaraz utonie. Nadal kurczowo trzymał pistolet, bo jakiś tajemniczy, podświadomy instynkt samozachowawczy kazał mu przyciskać go do siebie mocno podczas wszystkich wydarzeń, które nastąpiły potem.

Gdy Tumitak wypłynął na powierzchnię po. pierwszym zanurzeniu w lodowatej wodzie, wyrzucił ramiona na bok i próbował instynktownie uratować się przed utonięciem. Pływać nie umiał, w końcu przez całe życie nie widział tyle wody naraz, by można było w niej pływać, lecz jakiś podświadomy instynkt kazał mu wykonywać rozpaczliwe ruchy; nagle uderzył ręką o kłodę, która była przyczyną jego nagłego spotkania z tym zdumiewającym wodnym żywiołem. Schwycił ją, objął ramieniem i podciągnął się na niej. Drugą ręką, w której trzymał pistolet, uderzył w czyjąś mokrą, rudowłosą głowę i ku swemu zdziwieniu ujrzał bladą, przerażoną twarz Nikadura, któremu widocznie udało się pochwycić kło­dę i wspiąć się na nią z drugiej strony.

Gdy Lorianie przestali już łapczywie chwytać ustami powietrze i pluć wodą, i gdy na tyle doszli do siebie, że mogli rozejrzeć się wokół, spostrzegli, że kłoda wyrwała się z wiru i znowu płynęła z prądem, od­dalając się z każdą chwilą od brzegu. Na chwilę powstała w nich na­dzieja - niebezpieczeństwo śmierci ze strony szylków już im nie za­grażało - lecz potem -uświadomili sobie, że wcale nie są tu bezpiecz­niejsi; grożąca im śmierć, poprzednio krótka i litościwa, mogła stać się teraz długim i przewlekłym konaniem. Mimo to nadal trzymali się kur­czowo kłody, choć tylko instynkt samozachowawczy kazał im w ogóle walczyć.

Apatycznym wzrokiem obserwowali brzeg, który oddalał się coraz bardziej, a gdy dotarli prawie do środka rzeki, Nikadur wydobył z sie­bie nieartykułowany okrzyk i wskazał miejsce, w którym obaj spadli do wody. Z gąszczu wyszły szylki i stały zdziwione, zastanawiając się, gdzie mogli się podziać mieszkańcy lochów. Wkrótce wyśledził ich Mog i okrzykiem dał znać swym panom. Tumitak dojrzał, jak szylki wydo­stały z pochew swe dziwne węże z długimi rurami i skierowały je w ich kierunku. W odległości kilkunastu jardów od nich wytrysnęły z wody małe obłoczki pary, lecz najwidoczniej odległość była już zbyt duża, by owa broń mogła wyrządzić jakąś znaczniejszą szkodę. Raz rzeczywiś­cie Tumitak poczuł ognisty podmuch na twarzy, jakby żar z pieca, lecz była to tylko chwilowa przykrość i po krótkiej chwili szylki zaniechały usiłowań i stały obserwując ich, póki Lorianie nie zniknęli za zakrętem rzeki.

Kiedy unosił ich główny prąd, Lorianie mieli czas, by rozejrzeć się dookoła i poznać krajobraz nowego świata, w którym się znaleźli. Prąd był dość szybki, a mimo to gdy się unosili na wodzie, ta szybkość była niezauważalna; zaczęli boleśnie odczuwać stopniowo wzrastające zmęcze­nie ramion. Obserwowali brzegi dziwiąc się drzewom i krzakom, które rozciągały się jakby bez końca wzdłuż rzeki; zastanawiali się, w jaki sposób w ogóle znajdą drogę przez tę gęstwinę na oko nie do przebycia, gdy już dopłyną do brzegu. Spoglądali w niebo i zdumiewali się na widok chmur, którym mogli się po raz pierwszy dokładnie przyjrzeć. A przede wszystkim dziwili się słońcu, które dotarło już do zenitu, nie pozosta­wiając w ich umysłach wątpliwości, że owo zdumiewające światło Po­wierzchni naprawdę przesuwa się powoli po niebie.

Minęła godzina, a mieszkańcy lochów nadal płynęli rzeką uczepieni niesionego prądem drzewa i problem dotarcia do brzegu był tak samo nie rozwiązany, jak poprzednio. Tumitak usiłował raz wspiąć się na wierzch kłody i popłynąć okrakiem, ale przy pierwszej próbie omal nie stracił towarzysza, gdy kłoda nagle się obróciła; porzucił więc ten zamiar i na­dal trzymał się jej zmęczonymi rękami.

Minęła jeszcze jedna godzina. Lorianie ze zbolałymi ramionami i przemoczeni zaczynali myśleć, że nawet ucieczka przed szylkami była od tego lepsza. Tumitak zastanawiał się, co by się stało, gdyby puścił kłodę, gdy nagle stopy jego dotknęły czegoś, obsunęły się i dotknęły po­nownie! Rozluźnił nieco chwyt i domyślił się, że dotknął nogami dna rzeki. Kłoda dotarła do innego wielkiego zakola i niepostrzeżenie zbliżyła się do brzegu, gdzie piaszczysta łacha wysuwała się daleko w głąb rzeki. Tumitak ostrożnie puścił drewno, zapadł się nieco i stanął po szyję w wodzie. Rozejrzał się wokoło i widząc, że brzeg jest niedaleko, puścił kłodę; krzyknąwszy do Nikadura, by uczynił podobnie, odwrócił się i za­czął iść ku brzegowi. Jego towarzysz usłuchał go i w ciągu kilku chwil obaj przebrnęli, brodząc, przez łachę i padli, zmęczeni i mokrzy, w za­rośla na brzegu.

Gdy już skryli się w gąszczu roślin i łozy, chcieli upewnić się, czy pościg za nimi trwa nadal. Długo spoglądali na drugi brzeg szerokiej rzeki i z przerażeniem podskakiwali na każdy dźwięk nadchodzący z lasu. Lecz czas mijał i nie pojawił się żaden dziki szylk, by ich pozabijać, ani nie doszły do ich uszu żadne klekoczące okrzyki; uznali więc, że udało > im się ujść pogoni. Wtedy dopiero ich znużone ciała zaczęły domagać się odpoczynku; Lorianie nie próbowali walczyć z sennością i po kilku mi­nutach spali już głęboko.

Mówi się zazwyczaj, że człowiek śmiertelnie wyczerpany śpi jak zabity, czyli że sen jego jest twardy i niezmącony. Tego popołudnia Lorianie przekonali się o tym, co wie każdy, kto kiedykolwiek był całkowicie wyczerpany - że sen osoby śmiertelnie zmęczonej nie jest wca­le twardy. Co chwila to jeden, to drugi budził się na jakiś dźwięk do­chodzący z lasu; co chwila przeciążone nerwy wyrywały ich z drzemki i Lorianie uświadamiali sobie, że siedzą i wpatrują się w las z wytężoną Uwagą; w końcu zaś pod wieczór, gdy seto zaczynał powoli nadchodzić, zaczęły nawiedzać ich koszmary. Ostatecznie jednak nadszedł odpoczy­nek, i gdy wstał poranek, Tumitak wyświeżony i rześki otworzył oczy i rozejrzał się po świecie, który nie tak dawno przyprawił go o takie przerażenie.

Słońce właśnie wstawało, _a jego blask pięknie odbijał się w we­zbranych wodach rzeki. Ptaki zaczynały śpiewać, a nad głową Tumitaka z gałęzi olbrzymiej starej gruszy opadał deszcz srebrnych płatków. Wiał poranny wiaterek, który gnał przed sobą różowe obłoczki na wscho­dzie; był cudny poranek wiosenny, lecz jego urok nie docierał do Tumitaka; bez reszty pochłonięty był dociekaniem, które z otaczających go rzeczy mogą być dla niego niebezpieczne i w jakich okolicznościach. W końcu odwrócił się i obudził Nikadura. Ten usiadł, rozejrzał się wo­koło, a następnie znowu popadł w rozpacz.

- Myślałem, że to wszystko sen, Tumitaku - powiedział żałośnie. Tumitak uśmiechnął się i wzruszył ramionami.

- Niestety nie - odrzekł na wpół gorzko. - Jesteśmy daleko od bezpiecznych Korytarzy Loru, Nikadurze.

Mówiąc to zdjął z ramion tobołek, z którym nie rozstawał się ani na chwilę, usadowił się wygodnie i ze środka wydobył zawiniątko z żyw­nością. Połowę podał Nikadurowi i na chwilę zapanowała cisza, gdy obaj spożywali proste śniadanie, pierwszy posiłek od czasu wyjścia z podziemi.

Skończywszy jeść obejrzeli dokładniej owo cudowne miejsce, w któ­rym się znaleźli. Na chwilę zaabsorbowała ich ziemia; nie potrafili od­gadnąć, czy była to obfita warstwa grubego pyłu, czy też rozpadło się i skruszyło pierwotne podłoże skalne. Jednak problem ten zniknął w obliczu dalszych tajemnic, bo gdziekolwiek spojrzeli, znajdowali nowe cuda przyciągające uwagę. Nad głowami Lorian przeleciał ptak i choć spotykali oni już w korytarzach nietoperze, zdumiewali się osobliwością owego stworzenia z Powierzchni i, precyzją jego lotu.

Podziw ich wzbudziły następnie kwiaty, obficie kwitnące w lesie, lecz nawet teraz jeszcze nie wiedzieli, jak to wytłumaczyć, że owe przed­mioty, bez wątpienia wyglądające na żywe organizmy, były nieszkodliwe i nie mogły się poruszać. Dwa razy spostrzegli niewielkie zwierzątka, z których jedno szybko przed nimi umknęło, drugie zaś z zaciekawieniem przyglądało się im z nory pod kamieniem; Tumitak osiągnął jednak już taką równowagę ducha, że potrafił zapanować nad obawą i uznał, że jest potężniejszy przynajmniej od tych małych stworzeń z Powierzchni.

Przez ponad godzinę obserwowali ów zadziwiający świat. Naraz Nikadur głośno wypowiedział myśl, która od pewnego czasu dręczyła Tumitaka.

- Jak wrócimy do naszych korytarzy, Tumitaku? - zapytał. - Czy zastanowiłeś się chociaż przez chwilę, w którą stronę musimy pójść?

Tumitak zamyślił się. - Jeśli pójdziemy w kierunku, z którego przyniósł nas prąd rzeki, powinniśmy znaleźć się wystarczająco blisko miasta szylków, żeby odnaleźć nasz dom. Być może jednak szylki nadal nas szukają. Czy potrafisz jeszcze raz stawić czoło niebezpieczeństwom Szemu?

Nikadur zadrżał, lecz odpowiedź jego uświadomiła Tumitakowi, że wydarzenia ostatnich dwóch dni w jakiś sposób ożywiły w Nikadurze resztki dawnego odważnego ducha, bo Lorianin udzielił mężnej odpo­wiedzi. - Nenapus i inni wojownicy oczekują nas w korytarzach Este­tów. Powinniśmy chyba spróbować przedostać się do nich!

Zabójca Szylków uśmiechnął się i poklepał towarzysza po plecach.

- No to chodźmy - powiedział. Wstali i ponownie ruszyli w drogę trzymając się jak najbliżej brzegu rzeki i błagając los, by nie stanęła im na drodze jakaś nowa i nieznana przeszkoda. Daleko jednak nie odeszli, gdy stało się oczywiste, że nie będą w stanie długo iść z biegiem rzeki. Brzegi były coraz bardziej strome, a porastająca je roślinność coraz gęstsza, aż w końcu Lorianie przestali trzymać się rzeki i ruszyli w głąb lasu mając nadzieję znaleźć teren bardziej otwarty. Przeszli nie więcej niż kilkadziesiąt jardów, gdy napotkali dobrze widoczną ścieżkę prowa­dzącą w pożądanym kierunku. Byli do tego stopnia niedoświadczeni i nie-obyci w lesie, że nie przyszło im do głowy, że owa ścieżka została celowo wytyczona przez szylki. Natychmiast na nią wstąpili i ruszyli w dalszą drogę, nieświadomi niebezpieczeństwa.

Przez ponad milę maszerowali bez żadnych przygód. Cieszyli się głoś­no, że udało im się szczęśliwie trafić na tę ścieżkę i ich nadzieje rosły, że mimo wszystko uda im się ponownie dotrzeć do jamy, gdy nagle w czasie podchodzenia do szczytu wzniesienia usłyszeli wyraźne odgłosy zamieszania, dochodzące z dolinki znajdującej się po drugiej stronie. Na­tychmiast skoczyli w zarośla i zataili się; po pewnym czasie powoli pod-pełzli do szczytu pagórka i leżąc na brzuchach przyglądali się osobliwej scenie.

Była to scena bitewna - taka właśnie, o jakiej słyszeli w opowia­daniu Mogą Tłoka, kiedy chowali się w linach i powrozach szylkowej wieży. W dolince znajdowało się siedem istot - trzy szylki i cztery isto­ty ludzkie. Byli tam trzej Mogowie uzbrojeni w krótkie, ciężkie oszczepy przypominające starorzymskie włócznie; czwartą zaś istotą była kobieta opierająca się plecami o pień wielkiego drzewa, która zajadle opędzała się od Mogów długim, spiczastym mieczem. Miecz wystarczał jej chyba do obrony przed trójką napastników. Widok trzech złamanych bieży leżących u jej stóp świadczył, że bitwa trwała już przez pewien czas, i że dziewczyna nieźle sobie radzi.

Trzy szylki nie brały udziału w walce; stały z boku i zagrzewały Mogów do walki ironicznym klekotem. Dwa z nich były, jak się zda­wało, nieuzbrojone, trzeci zaś miał znajomą czarną skrzynkę z wężem, któ­rego długą rurę trzymał między dwoma odnóżami, podobnie jak człowiek trzyma ołówek między palcem wskazującym i kciukiem. Uważnie obser­wował przebieg walki, a Tumitak wiedział, że gdyby zwycięstwo prze­chylało się na stronę dziewczyny, zabiłby ją natychmiast, kładąc kres zmaganiom.

Za szylkami znajdował się dziwaczny pojazd; długi, wąski wóz dziw­nie ustawiony na dwóch kołach, z wysoką, przezroczystą osłoną w kształcie litery V, za którą znajdowało się oszałamiające mnóstwo przy­rządów sterowniczych. Najwyraźniej szylki i służący im Mogowie jechali dokądś tym pojazdem i zatrzymali się po to tylko, by zabawić się wido­kiem śmierci dziewczyny.

Przyjrzawszy się przelotnie pojazdowi, Tumitak zauważył również znajdującą się z tyłu wozu skrzynkę, w której leżało wiele białych, lśnią­cych prętów z metalu. Wydało mu się, że owe pręty wykonane są z sub­stancji przypominającej materiał, z którego zrobione są płyty oświetla­jące korytarze. Nie były one zupełnie identyczne, bo wydzielały o wiele słabszy blask niż światło płyt; była to w istocie ledwie luminescencja. Tumitak przelotnie tylko zainteresował się pojazdem, ledwo nań spojrzawszy; gdy zaś ponownie powrócił wzrokiem na pole walki, serce podskoczyło mu do gardła. Ujrzał bowiem, jak jeden z Mogów uderzył gwałtownie w miecz dziewczyny i zanim zdołała się zasłonić, drugi Mog uniósł broń w górę i wtedy... Coś świsnęło w powietrzu nie opodal głowy Tumitaka i nim Mog zdołał zadać cios, podał się gwałtownie w tył i padł na ziemię ze strzałą w sercu!

Tumitak odwrócił się i ujrzał Nikadura klęczącego w trawie i na­kładającego nową strzałę na cięciwę. Pojął natychmiast, co uczynił jego towarzysz i chichocząc trochę ze zdumienia, a trochę z radości, że Ni­kadur wykazał taką odwagę, wydobył pistolet i ponownie odwrócił się w stronę pola walki. Szylki zostały zaskoczone nagłą, niezrozumiałą śmiercią ich człowieka do polowań i ta chwila konsternacji wystarczyła, by dać Lorianom owe pół sekundy potrzebne do zwycięstwa. Gdy Tu­mitak odwrócił się, ujrzał, jak uzbrojony szylk unosi wąż z długą rurą wylotową - i wtedy, ku zdziwieniu Lorianina, krzewy na prawo, gdzie skierowany był wylot, buchnęły płomieniem.

W jednej chwili wypalił pistolet Tumitaka i cudownym trafem po­cisk trafił szylka prosto w tułów. Szylk wydał niesamowity okrzyk, jego odnóża zwisły bezwładnie i runął na ziemię wypuszczając rurę z uścisku.

Gdy wąż spadł na ziemię, Tumitak ujrzał osobliwe zjawisko. Długa rura wylotu padając zakreśliła poziomy krąg, a gdziekolwiek się skierowała, roślinność natychmiast stawała w płomieniach! Ognista droga znaczyła się na lewo i na prawo oraz wysoko w drzewach, nad głowami i z tyłu za nimi - a gdy w końcu rura wylotu oparła się o ziemię, pojawiło się nad nią długie pasmo sczerniałej ziemi, rozpoczynające się od wylotu i się­gające w głąb lasu. Gdzieś tam z trzaskiem opadł na ziemię wielki konar, odcięty od pnia ognistym snopem - i wówczas Tumitak pośpiesznie prze­niósł wzrok na pole bitwy, wtedy właśnie gdy drugi z szylków sięgał po węża. Tumitak ponownie wystrzelił z pistoletu - spudłował! Miał właśnie wystrzelić trzeci, ostatni pocisk, gdy usłyszał jęk cięciwy Ni­kadura i drugi szylk upadł na ziemię, słabo przebierając odnóżami, którymi próbował pochwycić strzałę przebijającą jego tułów.

Pozostało jeszcze dwóch Mogów i jeden szylk, a Lorianie wciąż mieli przewagę zaskoczenia. Ostatni szylk rzucił się w kierunku broni swego zabitego pobratymcy, lecz jednocześnie Tumitak i Nikadur pełni bitew­nego zapału, skoczyli naprzód, by temu zapobiec. W połowie pagórka zatrzymali się, by wystrzelić z broni, a gdy dotarli do miejsca przezna­czenia, znaleźli tam tylko jednego Mogą. Obaj szylkowi łowcy byli bo­wiem tak zajęci walką z dziewczyną, że ledwie zdawali sobie sprawę z tego, co dzieje się za ich plecami; w chwili gdy Tumitak i Nikadur dotarli do podnóża pagórka, dziewczyna udanym ciosem wysłała jednego z Mogów w zaświaty i wobec tego ostatni, który pozostał przy życiu, zwrócił się o pomoc do swych panów. Widok ich zwłok na ziemi wystar­czył zdumionemu Mogowi; z wyciem opuścił pole walki i rzucił się do ucieczki.

Tumitak miał zrazu zamiar pozwolić mu uciec, jednak po chwili namysłu przypomniał sobie tamtego Mogą, który uciekł z szylkowej wie­ży w Szemie; szybko więc wydał rozkaz Nikadur owi i śmigła strzała do­padła szylkowego łowcę, uciszając jego wycie na zawsze. Wówczas Loria­nie odwrócili się i podeszli do dziewczyny.

Stała wciąż oparta plecami o drzewo, a jej piersi falowały od zmę­czenia walką; długie włosy, czarne, jak u Mogów, ,mokre od bitewnego potu, opadały jej na ramiona. Ubrana była w długą szatę, przypomina­jącą nieco przewiązywane pasem suknie kobiet z Loru, z wyjątkiem tego, że lud jej najwyraźniej posiadał technikę barwienia tkanin, suknia bo­wiem była pięknego niebieskiego koloru. Tumitak czuł, że nie spotkał jeszcze żadnej kobiety, która miałaby choć połowę tego wigoru, połowę tej determinacji, jaką odznaczała się owa dziwna dziewczyna. Zabójca Szylków, Tumitak, zbliżył się do niej nieśmiało, po raz pierwszy zaże­nowany w obecności kobiety. Nie mówił nic; to Nikadur pierwszy przer­wał milczenie.

- Jesteśmy przyjaciółmi - rzekł, i dobrze się stało, że to powie­dział, gdyż dziewczyna nadal trzymała miecz w postawie obronnej, nie­pewna jak ci przybysze ją potraktują. Na słowa Nikadura opuściła nieco miecz i przybrała swobodniejszą pozę.

- Kim jesteście? - zapytała, a w jej głosie zabrzmiało zdziwie­nie. - Kim jesteście wy, którzy zabijacie zarówno szylki, jak i Mogów, dziwną grzmiącą bronią?

Tumitak uderzył się w pierś z godną miną. Odzyskał już pewność siebie i na słowa dziewczyny znowu wezbrała w nim jego charaktery­styczna próżność.

- Jam jest Tumitak, Zabójca Szylków! - obwieścił. - Tumitak, władca Loru, wódz Jakran i Nonończyków, pan Mrocznych Korytarzy i Korytarzy Estetów! Przybyłem na Powierzchnię, by zabijać szylki i by nauczyć człowieka, jak ma podjąć walkę o swe pradawne dziedzictwo! Ten oto mój towarzysz to Nikadur, który również zabija szylki - a gdy to mówił, zaświtało mu po raz pierwszy, że nie jest już “Jedynym Za­bójcą Szylków", że tytuł ów musi teraz dzielić ze swym towarzyszem. Odwrócił się do Nikadura i chwyciwszy go w ramiona, ucałował w po­liczek.

- Ty również jesteś Zabójcą Szylków, przyjacielu - powiedział. - Szybko, zabierz ich głowy, pokażemy je naszym towarzyszom, gdy wró­cimy do korytarzy. - I gdy Nikadur, usłuchawszy go, odszedł i zajął się ciałami szylków, Tumitak powrócił do przyjaźnie już nastawionej dziewczyny.

- Nigdy nie słyszałam o miejscach, o których wspominałeś - po­wiedziała, przesuwając miecz przez kółko u pasa. - Czyżbyś pochodził z jakichś innych lochów?

To wyjaśnienie zdało się Tumitakowi dość prawdopodobne, nigdy bowiem we własnych lochach nie spotkał człowieka o włosach tej bar­wy, co włosy dziewczyny. - Chyba masz rację - odrzekł. - Jak na­zywają się twoje lochy i jak ty się nazywasz?

- Jestem Tolura z plemienia Tain, a pochodzę z lochów Tainów - dziewczyna pokazała na swe gardło, gdzie przemyślnie wytatuowano nie­bieską sześcioramienną gwiazdę. - Oto znak wszystkich Tainów - po­wiedziała.

- Lecz co robisz na Powierzchni? - zapytał Tumitak. - Czy twoi rodacy często odważają się wyjść na Powierzchnię i mierzyć się z szylkami?

W głosie dziewczyny zabrzmiała pogarda.

- Nigdy w życiu nie słyszałam o Tainie, który z własnej woli sta­nąłby twarzą w twarz choćby z Mogiem - odrzekła. - Tainowie to rasa tchórzy! Kryją się w trwodze w najniższych korytarzach naszych lochów,

ł

a gdy szylki i obrzydliwi Mogowie nadchodzą, by na nich polować, albo uciekają w trwodze, albo poświęcają jednego spośród siebie, by reszta mogła przeżyć.

- Ale ty... - upierał się Tumitak. - Jak zdobyłaś się na odwagę, by wyjść z lochów? Jak to się stało, że znalazłaś się na Powierzchni?

- Nie wiem - Tolura odrzekła wymijająco. - Zawsze różniłam się od innych Tainów. Dla mnie zawsze było rzeczą niegodną uciekać nawet przed wrogiem. Wielu spośród moich rodaków uważa mnie za trochę szaloną, sądzę bowiem, że szlachetniej jest umrzeć niż uciekać. Nawet mnie jednak nie śniło się wyjście na Powierzchnię do czasu, kie­dy trzy dni temu banda polujących Mogów najechała na naszą część korytarzy i zabiła moją siostrę.

Próbowałam skłonić ojca i braci, by podążyli za nimi, gdyż by­łam pewna, że można będzie ich doścignąć, nim wydostaną się z naszych lochów. Lecz oni jak tchórze, którymi są wszyscy Tainowie, kulili się ze strachu w naszym mieszkaniu i mówili, że jestem szalona, iż myślę o czymś podobnym. Może i jestem szalona, bo wzięłam miecz ojca i po­szłam w stronę Powierzchni przysięgając, że pójdę za nimi i nie po­wrócę, nim nie dokonam zemsty na mordercach mojej siostry.

Przestała mówić, gdy\ przybliżył się Nikadur i rzucił do stóp Tumitaka głowy szylków. Patrzyła na nie przez chwilę zafascynowana, po czym z kobiecym grymasem odrazy odwróciła wzrok i poczęła mówić dalej:

- Podążałam w stronę wyjścia do lochów, lecz nie spotkałam już Mogów, którzy zabili moją siostrę. Szłam więc dalej w kierunku -Po­wierzchni i dzisiaj, przeszedłszy bardzo długą drogę, natknęłam się na inną bandę. Może i spróbowałabym ich ominąć, lecz dostrzegli mnie, nim zdołałam się ukryć. Stawiłam więc opór w nadziei, że uda mi się zabić jednego Mogą czy dwóch, nim zginę.

Nie śniłam jednak o tym, że istnieje bohater, który nie tylko nie da mi zginąć z rąk Mogów, lecz zabije również ich dzikich panów - a spojrzenie, jakie przy tych słowach posłała Tumitakowi, sprawiło, że Nikadur dyskretnie się uśmiechnął, odwrócił głowę i zaczął oglądać róż­ne przedmioty należące do szylków.

IV.



Przez jakiś czas Tumitak i Tolura siedzieli, rozmawiając, pod wiel­kim drzewem i opowiadali sobie dzieje życia w korytarzach. Tumitak był pełen zadziwienia, że spotkał dziewczynę, której myśli bez reszty odpowiadały jego własnym myślom. Zasypywał ją więc dziesiątkami pytań na temat jej przeszłości. Ona go oczywiście również wypytywała i Tumitak opowiedział swą wielką przygodą, która sprowadziła go na Powierzchnię z rodzinnych korytarzy, położonych tak głęboko; można było mieć pewność, że opowiadając niczego nie pominął.

Tymczasem Nikadur dokonał kilku odkryć, które ogromnie go za-? interesowały. Broń wytwarzająca ognisty snop leżała nadal w tym miej­scu, gdzie upadła, a pasmo spalonej i poczerniałej ziemi biegnące od wylotu zaczęło już żarzyć się czerwienią od gorąca. W pewnej zaś od­ległości, gdzie zielona roślinność tliła się i płonęła, unosił się gęsty dym. Nikadur niepewnie zbliżył się do broni szylków zastanawiając się, jak jest możliwe, że taki zimny przedmiot jak ten wąż może wydzielać tak intensywne ciepło. Jednak zagadka ta przerastała możliwości jego umy­słu; uznał więc ją za dziwo szylków nie do pojęcia przez ludzi, a uwagę zwrócił na długi i wąski pojazd.

Wehikuł miał około dwudziestu stóp długości; był długi, o opływo­wych kształtach, wykonany z jakiegoś nieznanego żółtego metalu. W dal­szym ciągu utrzymywał równowagę na dwóch kołach, a gdy Nikadur przybliżył się, ze środka dobiegł go przytłumiony pulsujący szum. Obej­rzał przyrządy sterownicze, lecz nie był w stanie ich zidentyfikować, wobec czego przeszedł ku tyłowi pojazdu, gdzie leżała skrzynka białych świecących prętów. Zatrzymał się nad nimi, niemal przekonany, że są rozgrzane do białości; nie czuł jednak bijącego od nich ciepła. Zebrał w końcu dość odwagi, by wziąć jeden z nich w rękę, i ze zdziwieniem stwierdził, że pręt jest zupełnie zimny.

Przyjrzał się mu z zaciekawieniem. Pręt miał około czterech stóp długości i nieco ponad pół cala średnicy. Gdy Nikadur zamachnął się nim nad głową, przyszedł mu do głowy wspaniały pomysł. Te metalowe pręty doskonale nadadzą się na styliska do toporów! Z jakąż dumą będzie się obnosił z tak wspaniałą bronią, pomyślał. I wtedy, gdy w myślach wypowiedział słowo “broń", wzrok jego natychmiast powrócił do czarnej skrzynki z wężem, leżącej na prawo od niego. To byłaby prawdziwa broń, myślał, gdyby dało się regulować ognisty snop lub go wyłączyć, jak to niewątpliwie potrafiły szylki. Po raz pierwszy przyszło mu do głowy, że w rękach człowieka taka broń mogłaby stać się równie nie­bezpieczna dla szylków jak dotychczas była dla ludzi. Była to epokowa myśl i Nikadurowi należą się z tego tytułu słowa uznania. Odwrócił się w stronę, gdzie Tumitak i dziewczyna wciąż siedzieli zatopieni w roz­mowie, i zawołał do wodza Lorian.

- Co uczynimy z bronią szylków, Tumitaku? - zapytał. - Czy sądzisz, że można w jakiś sposób zatrzymać ów straszny strumień go­rąca, tak jak to robią szylki? Może znajdziemy sposób posługiwania się tą bronią i zatrzymamy ją dla siebie?

Tumitak miał odpowiedzieć, gdy Tolura parsknęła krótkim, nerwowym chichotem i zbliżyła się do nieznanej broni.

- Jakże jestem głupia - wykrzyknęła - powinnam dostrzec to wcześniej. - Ująwszy w dłoń długą rurę wylotu przesunęła małą dźwigienkę i bron stała się nieszkodliwa! Lorianom dech w piersiach za­parło.

- Wiesz, jak się obchodzić z tą bronią? - wykrzyknął Tumitak. - Gdzie się nauczyłaś? Co jeszcze wiesz o zwyczajach szylków?

Dziewczyna uśmiechnęła się. - O obyczajach szylków wiem nie­wiele - odpowiedziała. - Lecz o życiu naszych dawnych przodków wiem chyba dużo więcej od was. To co opowiadałeś mi o Lorze i wa­szych korytarzach dowodzi, że nic lub niewiele wiecie o mądrości staro­żytnych. Przynajmniej tu Tainowie mają przewagę. Przez wiele stuleci przechowywali tradycje wielkiej wiedzy naszych uczonych praojców, a w naszych muzeach, które są również miejscami kultu, mamy wiele narzędzi i maszyn .ongiś używanych przez tych uczonych przodków, ka­płani zaś wciąż utrzymują je w doskonałym stanie. Niestety paliwo, energia, która wprawia je w ruch, jest nieosiągalna i dlatego też Taino­wie nie są w lepszej sytuacji niż owe ślepe dzikusy, o których mi opo­wiedziałeś. Gdyby nadszedł jednak dzień, w którym na nowo poznali­byśmy tajemnicę owej utraconej energii... - Tolura zamilkła, a oczy jej zabłysły. - O, Zabójco Szylków, to jest cel, któremu mógłbyś od­dać życie! - wykrzyknęła. - Gdybyśmy potrafili odnaleźć sekret tej zaginionej mocy, moglibyśmy stawić czoło szylkom na równych pra­wach. I wtedy...

- I wtedy - wykrzyknął Tumitak, zarażony jej entuzjazmem, i wyrwał z jej rąk broń szylków - napadniemy na Szem, to cuchnące siedlisko szylków! Węże miotające ogień i burzące wieżę za wieżą! Par­szywi Mogowie umykający z okrzykami przerażenia do lasu w ślad za szylkami!

Nie skończył jeszcze swych fantastycznych rojeń, gdy nagle zamilkł, bo jakiś dźwięk doszedł go z głębi lasu od strony Szemu. Nikadur usły­szał również i ostrzegł Tumitaka kładąc mu rękę na ramieniu. Cała trój­ka natychmiast umilkła, nastawiając uszu i nasłuchując. Nie było wąt­pliwości, że z dala dochodził ich cichy klekot zbliżającej się gromady szylków, i to licznej. Z wyżyn fantazji Tumitak i Tolura powrócili gwałtownie na łono rzeczywistości. Ich ludzka natura tym razem wzięła górę; instynktownie rzucili się do ucieczki w kierunku przeciwnym do tego, skąd dochodził dźwięk głosów. Tym razem to Nikadur sprawił, że na chwilę się zatrzymali. Dotychczas jeszcze nie zwrócił uwagi Tumitaka na białe, świetliste pręty, które odkrył, a typowa u niego wytrwałość w dążeniu do celu sprawiła, że zdecydowany był zabrać kilka z nich ucie­kając. Schwycił więc Tumitaka za ramię i zatrzymał go na miejscu.

- Czy chcesz odejść stąd, nie zabrawszy głów szylków, Tumitaku? - zapytał. - A czy te pręty nie będą doskonałymi styliskami do toporów? Weźmy kilka do naszych lochów.

Tumitak zatrzymał się natychmiast, nieco zawstydzony swoim po­płochem. Podniósł dwie głowy szylków i przymocował je do pasa, Nikadur zaś wziął trzecią. Zbliżył się następnie do pojazdu i po raz pierwszy przyjrzał mu się dokładnie oraz sprawdził, co było w środku. Podobnie jak Nikadura, od razu uderzyło go piękno i użyteczność błyszczących prętów z metalu. Każdy z Lorian wziął więc około tuzina prętów, Tolura, myśląc zapobiegliwie o przyszłości, przeniosła pozostałe pręty na pewną odległość od ścieżki i ukryła je w stosie liści. Następnie cała trójka bie­giem oddaliła się od ścieżki i pobiegła w kierunku wskazanym przez Tolurę.

- Po tej stronie leżą lochy Tainów - wyjaśniła dziewczyna. - Nie moglibyśmy teraz powrócić do waszych korytarzy bez napotkania tej bandy szylków, której nadejście słyszeliśmy, a to byłoby nierozumnym i niepotrzebnym wystawianiem się na niebezpieczeństwo. Być może w naszych lochach dodacie swoim przykładem trochę odwagi tym tchó­rzom Tainom.

Tumitak pragnął powrócić do własnych lochów, jednak mimo całej swej śmiałości i chełpliwości wciąż jeszcze bał się instynktownie kon­taktu z większą gromadą szylków. Wiedział, że nie jest nadczłowiekiem, a w chwili obecnej uznał, że lepiej będzie, jeśli swą energię poświęci na szukanie bezpiecznego miejsca gdzieś pod ziemią, gdzie warunki będą bardziej znajome niż na tym zdumiewającym świecie Powierzchni. Za­pewne jego towarzysze w lochach Loru poradzą sobie sami przez jesz­cze jeden dzień czy dwa; najprawdopodobniej zresztą uznali go już za martwego i powrócili do swych miast. Wobec tego Tumitak postanowił wyruszyć w kierunku lochów Tainów.

Przez chwilę biegli szybko między drzewami, a dźwięk głosów szyl­ków oddalał się coraz bardziej. W« końcu nie słychać .było już go zupeł­nie i poszukiwacze przygód zwolnili tempo ucieczki, przechodząc w szyb­ki marsz. Lorianie poświęcili teraz trochę czasu, by świecące pręty uło­żyć w pęki i przymocować na plecach, aby mieć wolne ręce. Tumitak przytroczył również do pleców miotacz ognia szylków, po czym wszyscy troje mężnie podjęli wędrówkę dobrze wiedząc, że przez cały ten dzień dokonali już więcej, niż ktokolwiek inny przez minione stulecia.

Późno po południu mieli już za sobą dość daleką drogę i prawie za­pomnieli o gromadzie szylków. Tumitak skracał sobie czas zaznajamia­niem się z działaniem miotacza; wiele drzewek i małych krzaków na jego drodze buchnęło ogniem, gdy skierował na nie snop gorąca. Po pew­nym czasie las się przerzedził i znaleźli się na terenie przypominającym rzadko zadrzewiony park, przez który mogli iść znacznie szybciej. W koń­cu drzewa znikły całkowicie i troje wędrowców doszło do rozległej, pła­skiej doliny porośniętej trawami; tutaj obok wielkiego głazu polodowcowego usiedli, by odpocząć i pożywić się ze zmniejszającego się zapasu kostek żywności. Przez jakiś czas w milczeniu ,żuli posiłek, po czym cicho przemówiła Tolura.

- Wiele można zdziałać tą bronią szylków, którą mamy, Tumitaku. Uważam, że najlepiej będzie, jeśli zasięgniemy w tej sprawie rady Zaremy, głównego kapłana Tainów. On jest bardzo_ mądry w sprawach do­tyczących wiedzy starożytnych i może nam poradzić, jak najlepiej użyć tej mocy, która dostała się w nasze ręce. Powinniśmy pójść do niego od razu, gdy dotrzemy do lochów, które są moim domem.

Tumitak zgodził się i ponownie zapadło milczenie. Wszyscy byli zmęczeni długim marszem, promienie ciepłego popołudniowego -słońca padały na ich twarze, a świeże wiosenne powietrze niosło ze sobą sen­ność, która zdawała się wsączać i przenikać nawet ich dusze. Głowy im opadły, a Tolura, która niemal nie spała poprzedniej nocy, zapadła na­wet w krótką drzemkę, gdy nagle Tumitak usiadł sztywno, natężając wszystkie zmysły. Położył palec na ustach ostrzegając Nikadura, by za­chował ciszę. Nie było wątpliwości - z drugiej strony głazu dochodziło znajome skrobanie! Po drugiej stronie skały poruszyło się jakieś stwo­rzenie - czyżby był to szylk, a może człowiek, czy jakieś inne, mniejsze zwierzę?

Obaj Lorianie stali nieruchomo w milczeniu, aż dźwięk się powtó­rzył. Najwyraźniej owa istota czy istoty przybyły dopiero co i nie wie­działy, że ktoś jest po drugiej stronie głazu, nie starały się nawet unikać hałasu. Tumitak odpiął broń szylków, którą miał na plecach, ujął rurę wylotu w dłonie i na palcach podszedł do bocznej krawędzi skały. Do­szedłszy do jej skraju, ostrożnie zniżył głowę i bardzo powoli wyjrzał za róg. Rozległ się syk ognia, Tumitak gwałtownie odskoczył w tył, a trawa kilka stóp za nim buchnęła płomieniem. Lorianin schwycił się za głowę, gdzie wielki placek spalonych włosów świadczył, jak blisko był śmierci. Nim jednak zdołał coś powiedzieć lub choćby ostrzec in­nych, zza węgła wyskoczył szylk z miotaczem ognia w kleszczach i wy­razem dzikiej wściekłości w zimnych oczach!

Nie ma obecnie żadnych wątpliwości, że gdyby takie spotkanie na­stąpiło kilkanaście lat później, gdy Tumitak jako władca Kajmaku zy­skał wśród szylków sławę, budzącą przerażenie i nienawiść, wódz Lo­rian miałby trudniejsze zadanie. Jednak w tych pierwszych dniach szylki były nadal panami ziemi i stawianie człowieka na równej stopie z nimi było nie do pomyślenia. Dlatego też gdy szylk ujrzał, jak Tumitak uskakuje za kamień, nie myślał o niczym innym jak tylko o tym, by zabić człowieka dla zabawy, toteż natychmiast ruszył za nim w po­goń. W pościgu nie zważał na nic myśląc zapewne, że człowiek może być uzbrojony co najwyżej w miecz czy też może łuk i strzały; skoczył więc za głaz wywijając miotaczem, prosto przed wylot ognistej broni, którą Tumitak trzymał w ręku. Lorianin przerzucił dźwignię, rozległ się syczący trzask, klekot okrzyku i szylk przestał istnieć; jeszcze jeden wróg człowieka połączył się ze swymi przodkami w legendarnym świecie ponad ich macierzystą planetą.

Umysł Tumitaka był spokojny, działał jednak szybko. Prawie na­tychmiast Lorianin pomyślał, że najlepiej będzie wykorzystać przewagę, którą zyskał w ten sposób, i zamieniając myśli w czyn ponownie ruszył za skałę, tym razem kierując broń przed siebie. Obszedł wielki kamień, spodziewając się ujrzeć gromadę szylków, którą słyszał wcześniej tego dnia. Jednakże widok, który pojawił się przed oczami, wywołał na jego twarzy uśmiech, a w myślach Tumitak poklepał się kilka razy po plecach. Szylków nie było już więcej, natomiast w odległości około stu jardów dwóch Mogów uciekało pędem klucząc między drzewami, zaś na ziemi leżały dwa dziwne pakunki najwidoczniej porzucone przez szylkowych łowców, gdy ujrzeli śmierć swego pana.

Tumitak obrócił się i przywołał gestem dwoje swych towarzyszy; następnie zaś, gdy ujrzał, że uciekający Mogowie wydostali się poza za­sięg miotacza ognia, machnął na nich ręką i zbliżył się do dziwacznych pakunków. Przyjrzał się im dokładnie, a ich wielkość i kształt nasunęły mu podejrzenie co do ich zawartości. W połowie drogi zatrzymał się prze­straszony, bo przelotnie dostrzegł ludzką twarz - tak, miał rację, w tych pakunkach byli ludzie! A potem prawie natychmiast okrzyk prze­strachu, który zamarł mu w gardle, zmienił się w okrzyk zdumienia i radości; podbiegł do pakunków i począł jak szalony ciąć krępujące je sznury i powrozy.

Nikadur i Tolura, posłusznie idący za Tumitakiem krok w krok, usłyszeli jego okrzyk i cofnęli się; gdy dotarło do ich świadomości, że nie był to okrzyk przestrachu, pośpieszyli naprzód chcąc się przekonać, co też tak zadziwiło ich przywódcę. Ledwie pojawili się w polu widze­nia Tumitaka, gdy ten zawołał: - Pomóż mi, Nikadurze! - i Nikadur, dobywszy miecza, pognał przed siebie, gdy Tumitak przecinał ostatnie więzy krępujące... Jakranina Dattę!

Przez kilkanaście sekund skłębione myśli jak szalone przebiegały przez głowę Nikadura. Tumitak odnalazł Jakran! Skąd się tu wzięli? Czy byli żywi, czy martwi? Dlaczego szylki ich tu przyniosły? Z osłupie­nia wyrwał go głos Tumitaka. - Rozwiąż Torpa, Nikadurze! Obaj są osłabieni z powodu silnego skrępowania powrozami. Za kilka minut po­czują się lepiej.

Nikadur usłuchał pośpiesznie i wkrótce obaj Jakranie byli wolni od więzów. Tolura poiła ich wodą, podczas gdy Tumitak i Nikadur rozcierali ich kończyny, by przywrócić krążenie krwi. Minęła dłuższa chwila, nim Jakranie zaczęli reagować na otoczenie. Uprzednio, znajdowali się w sta­nie półprzytomnego oszołomienia; w końcu jednak Torp usiadł i rozcie­rając ramiona przemówił komicznie uroczystym tonem.

- Są ludzie w Lorze i w Jakrze, Tumitaku, którzy uważają cię za nadczłowieka. Aż do dzisiaj tak nie uważałem, lecz jak inaczej wytłu­maczyć twoją tu obecność, z głowami szylków u pasa i szylk ową bronią w rękach, tego nie wiem. Szybko powiedz skąd się tutaj wziąłeś, bo inaczej będę cię podejrzewał o nadprzyrodzone umiejętności.

Tumitak zaśmiał się. Przy jego szczególnej próżności nie było nic, przyjemniejszego niż taka przemowa, lecz nie miał zamiaru sztucznie podkreślać swej waleczności przez otaczanie się tajemnicą.. Odpowiedział więc od jazu, dając Jakranom dokładne sprawozdanie ze swych przy­gód i przy okazji przedstawiając Tolurę. Datto i Torp byli zdziwieni, że istnieje jeszcze jeden loch. Nic podobnego przedtem nie przychodziło im do głowy. Ich świat składał się z lochów Loru i Jakry, które, jak głosiła legenda, otwierały się na Powierzchnię, zaś Powierzchnia w ich pojęciu była tylko większym i obszerniejszym lochem, wyposażonym w różne luksusy. Gdy jednak usłyszeli o lochu Tainów, natychmiast zgodzili się, że najlepiej będzie dla wszystkich zainteresowanych, gdy odwiedzą ten loch i spróbują zawrzeć -sojusz z jego mieszkańcami. Lorianie i Tolura chcieli wyruszyć jak najprędzej, lecz ciała Jakran były tak zesztywniałe i obolałe po wielu godzinach, które spędzili w więzach, że ubłagali in­nych, by dali im choć parę minut na odpoczynek i odzyskanie sił.

Zarządzono więc chwilowy odpoczynek, a w tym czasie Tumitak zaproponował, by Jakranie opowiedzieli, jak znaleźli się w tym miejscu, gdyż Lorianie byli również zdumieni obecnością Jakran.

Datto, który wyraźnie czuł się nieco lepiej niż Torp, wystąpił w imieniu obu.

- Gdy odciąłem linę, na której wisieliście, Tumitaku, nie miałem możliwości dojrzeć, czy uratowałem ci życie, czy tylko zapewniłem łat­wiejszą śmierć, bo kłębiły się na mnie szylki i choć walczyłem wszystki­mi siłami, pokonały mnie samą przewagą liczebną. Wśród lin i powro­zów, gdzie się znajdowaliśmy, nie mogły użyć swej broni, i" temu tylko mogę przypisać, że nie zabiły mnie od razu.

Gdy jednak ściągnęły mnie na ziemię, widocznie przemyślały całą sprawę i postanowiły, że nie zabiją mnie, póki nie pokażą mnie swemu wodzowi. Gdy dotarłem na ziemię, ze zdumieniem i ogromną radością ujrzałem, że Torp, żywy, choć lekko poturbowany, stoi obok mnie trzy­many za ręce i nogi przez czterech Mogów. Natychmiast zajęło się mną czterech innych Mogów i na rozkaz wydany przez szylki wszyscy razem wyszliśmy z wieży i udaliśmy się w głąb miasta.

Możesz być pewien, że jak tylko wydostałem się na zewnątrz, szu­kałem śladów twej obecności, lecz zrazu nic nie wskazywało na to, co mogło się z tobą stać. Jednakże jeden z Mogów najwidoczniej wiedział o waszej ucieczce, bo zwrócił moją uwagę na wielką gromadę uzbrojo­nych szylków, spiesznie opuszczających miejsce naszej bitwy, i wskazał kierunek, w którym się udawali.

- Oni ścigają twoich przyjaciół, Dziki Człowieku - powiedział szyderczo. - Twoi przyjaciele wkrótce do was dołączą. Już teraz ściga ich połowa Szemu. - Nie odpowiedziałem mu, Tumitaku, bo w duszy zgadzałem się z nim, że to tylko kwestia czasu, kiedy znajdziesz się tu razem ze mną.

I tak doszliśmy po pewnym czasie do wieży, wyższej niż pozostałe, wykonanej z odmiennego metalu. Wprowadzono nas do środka i posa­dzono na ziemi, a po chwili z lin znajdujących się u góry opuścił się na ziemię szylk, który na głowie miał koronę taką jak twoja, Tumitaku; stąd poznałem, że jest to wódz miasta szylków. Szylki, które mnie poj­mały, przemówiły do niego i przez jakiś czas wszyscy rozmawiali w tej ich ohydnej mowie, a ja nie pojmowałem niczego, o czym mówiono. Naczelny szylk przemówił następnie do Mogą Tłoka, z którym wal­czyliśmy.

- Tłoku - powiedział - mówiono mi, że jeden z tych dzikusów, których teraz ścigają po lesie, nosił koronę podobną do mojej. Czy to prawda? - Mog uniżenie przyznał, że to prawda.

- Czy prawdą jest również to, że ubrany był w szaty podobne do tych, które noszą Esteci? - Mog przytaknął ponownie, a wtedy szylk rozgniewał się strasznie. Zwrócił się do Torpa i do mnie.

- Trzy lata temu - rzekł swoim klekoczącym głosem - podgubernator miasta Szemu został zabity u wejścia do ludzkich lochów, a jego głowę odcięto i zabrano. Niektórzy zabobonni szylkowie twierdzili, że dokonał tego dziki człowiek z głębokich lochów, lecz wyśmiano ich i tym samym sprawa ucichła. Uważaliśmy, że nie narodził się jeszcze taki człowiek, który miałby dość odwagi, by to uczynić. Wydaje się teraz, że to tamci mieli rację, a my byliśmy w błędzie. Skąd przybyliście, dzicy ludzie? Wskażcie nam drogę do waszych lochów, byśmy mogli zlikwido­wać zagrażające nam niebezpieczeństwo.

- Miałem już mu odpowiedzieć, Tumitaku, drżałem ze strachu i ogromnie bałem się śmierci, lecz nagle jakby z dna mojej rozpaczy narodziła się nowa odwaga. Pomyślałem, że i tak muszę zginąć, dlaczego więc mam pomagać wrogom w zgładzeniu moich krewnych i przyja­ciół? Dałem więc szylkowi odpowiedź i zapewne musiałem go wielce nią zdziwić, bo sam się nawet zdumiałem.

- Wstrętny pająku - powiedziałem. - Już zbyt długo moi ro­dacy lękali się was i uciekali przed wami! Jeśli nie zechcę odpowiedzieć na wasze pytanie, jak wymusicie odpowiedź? Idźcie zapytać waszych Estetów, skąd nadeszła zagłada, która ich spotkała! Może oni zaspokoją waszą ciekawość.

Tumitak wybuchnął śmiechem, podobnie jak Nikadur, a Tolura spra­wiała wrażenie, jakby nie mogła uwierzyć własnym uszom.

- Tak mu powiedziałeś? - zachichotał Tumitak, gdy ucichł ogól­ny śmiech. - Co on wtedy zrobił, Datto?

- Jego gniew, jeśli to w ogóle możliwe, zwiększył się jeszcze bar­dziej. Wyklekotał jakiś rozkaz i kilka szylków wyszło z pokoju, zapewne biegli zobaczyć, co stało się z Estetami. Wydał następnie inny rozkaz, lecz zdaje się kilka innych szylków nie, zgadzało się z tym poleceniem. Rozmawiały przez jakiś czas, a jeden z parszywych Mogów, chcąc, jak przypuszczam, przestraszyć mnie, wyjaśnił, że naczelny szylk, którego nazywał Hach-Klotta, chciał uśmiercić mnie natychmiast, podczas gdy pozostałe uważały, że powinno się odesłać nas obu do miejsca zwanego Kajmakiem, wielkiego miasta na tym obszarze Powierzchni, tam bowiem znajdowały się szylki, które mogły nas zmusić do ujawnienia wszyst­kiego co wiemy, choćbyśmy nawet woleli raczej umrzeć niż- zdradzić tajemnice. W końcu te szylki nakłoniły starego Hach-Klottę; zabrano nas z wielkiej wieży i wrzucono do innej, pozostawiając jednego szylka i tuzin Mogów, by nas strzegli.

Przebywaliśmy tam przez wiele godzin i znowu nadeszła pora ciemności; kiedy szylk spał, Mogowie pilnowali nas na zmianę. Gdy światło znowu się pojawiło, Torpa i mnie wyprowadzono na zewnątrz z powrotem pod wielką wieżę. Czekaliśmy tam przez chwilę i wtedy pojawiło się wielkie dziwo: olbrzymia maszyna, która leciała w powie­trzu jak nietoperz, Tumitaku! Nadleciała sponad szylkowych wież i osiad­ła nie opodal nas na ziemi; otworzyły się drzwi i popchnięto nas w tam­tym kierunku. Ze środka wyszły szylki i wciągnęły nas do środka, po­tem, ku naszemu przerażeniu, maszyna ponownie wzniosła się w powie­trze i odleciała wraz z nami!

Nie ulecieliśmy zbyt daleko, gdy Torp zauważył dziwną rzecz. Jeden z szylków siedział z przodu niewielkiej kabiny, w której się znaj­dowaliśmy, i bez przerwy wyglądał przez małe okienko przed sobą. W .kleszczach trzymał koniec niewielkiego drążka, którego drugi koniec niknął w pokrywie skrzynki umieszczonej przy okienku. Gdy poruszał tym drążkiem w lewo lub w prawo, cała latająca machina zwracała się w tym kierunku. Torp zwrócił mi uwagę na ten fakt i w mojej głowie zrodził się desperacki plan. Nie zaznajamiając nawet Torpa ze szcze­gółami, skoczyłem nagle przed siebie wyrwawszy się z rąk pilnujących mnie Mogów, i rzuciłem się na szylka trzymającego drążek.

Gdy upadł pode mną, schwyciłem drążek i popchnąłem go w dół, aż do oporu. Szylki zaskrzeczały ze strachu i rzuciły się na mnie; ja zaś wyprostowałem się odtrącając je na prawo i lewo, potem coś gruchnęło i straciłem świadomość... Kiedy odzyskałem zmysły, byłem związany tak. jak mnie zobaczyłeś, a Mogowie nieśli Torpa i mnie przez las. Wtedy ty się zjawiłeś, a resztę już wiesz.

- Latająca maszyna została zgruchotana, nie nadawała się już da niczego - przemówił Torp, który zapewne więcej widział z katastrofy niż Datto. - Zginęło dwóch Mogów i trzy szylki, pozostał więc tylko jeden szylk i tych dwóch Mogów, którzy umknęli przed tobą. Pozostały szylk postanowił zapewne powrócić do Szemu i oczekiwać na przylot in­nej latającej machiny, bo wydał rozkazy Mogom, by zaniosły nas z po­wrotem do miasta. Mogowie związali nas starannie, by upewnić się, że nie uczynimy już większych szkód, i wtedy szylk dał im rozkaz do wy­marszu. Myślę, że szli około czterech godzin, kiedy zmęczeni i wyczerpa­ni niesieniem takich ciężarów Mogowie zaczęli domagać się, by odpocząć pod tą wielką skałą, gdzie nas znalazłeś.

- Czy dowiedziałeś się czegoś o obyczajach szylków? - zapytał Tumitak. - Jak kierują swymi dziwacznymi maszynami albo jaką posia­dają broń? Jak żyją i co jedzą? Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że największym utrudnieniem dla nas jest brak dostatecznej wie­dzy o naszych wrogach.

Datto zawahał się. - Niewiele się o nich dowiedziałem, o władco Loru - odrzekł. - Dostrzegłem jednak coś, co może nam pomóc w przyszłości. Czy pamiętasz, że miasto zdawało się nam milczące i puste, gdyśmy je ujrzeli po raz pierwszy? I jak natychmiast obudziło się z na­dejściem światła? No więc światło Powierzchni ponownie schowało się pod ziemię i nadeszła ciemność, w mieście znowu zapanowało milczenie, Przez jakiś czas Torp i ja nie mogliśmy pojąć, co spowodowało tę ciszę, aż w końcu zrozumieliśmy. Otóż, Tumitaku, szylki przeznaczają te okresy ciemności na porę snu i dopóki światło nie powróci, wszystkie szylki w mieście idą spać poza kilkoma, które czuwają na straży. Jeśli kiedy­kolwiek nadejdzie taki czas, że powrócimy do naszego lochu i będziemy mogli zaatakować szylki, natarcie na pewno musi nastąpić w porze ciem­ności.

- To odkrycie może okazać się cenne - rzekł Tumitak, i miał po­wiedzieć coś jeszcze, gdy przerwała mu Tolura.

- Jeśli chodzi o te dysputy, Tumitaku - powiedziała - czy nie można odłożyć ich na później? Światło zbliża się do ziemi, a my wciąż jeszcze mamy do, przejścia długą drogę do lochów Tainów. Ruszajmy więc.

Tumitak przyznał jej słuszność i po kilku chwilach cała grupa ma­szerowała już przez szeroką równinę, która prowadziła w stronę pod­nóża gór, widocznych w pewnym oddaleniu. Nikadur niósł teraz miotacz ognia zabitego szylka, a swój łuk oddał Torpowi, który był niezgorszym strzelcem. Datto zaś uzbroił się w krótki miecz, porzucony przez jednego z Mogów w czasie ucieczki.

Maszerowali przez kilka godzin i według Tolury znajdowali się już bardzo blisko wejścia do lochów, gdy Torp wydał okrzyk przerażenia. - Spójrz za siebie, Tumitaku! - wykrzyknął. - Ścigają nas! I rzeczywiście, w pewnej odległości za nimi znajdowała się duża gro­mada szylków, która zbliżała się w szybkim tempie. Mieszkańcy lochów zdumieli się tą prędkością poruszania się bestii, które nie biegły, lecz sadziły wielkimi sprężystymi skokami, przenosząc się z olbrzymią szyb­kością ponad ziemią. Nie było większej wątpliwości, że jest to ta sama banda, którą słyszeli wcześniej tego dnia, a która zboczyła ze swej po­przedniej drogi zapewne napotkawszy Mogów zbiegłych po walce pod skałą. Tumitak wydał okrzyk bólu i -rozpaczy, i już się chciał odwrócić, by stawić im czoło, lecz Tolura pociągnęła go naprzód.

- Szybko! - wykrzyknęła. - Jesteśmy prawie u wejścia do lo­chów. Zdążymy tam dobiec, a gdy już będziemy w lochu, może uda się ich zgubić w labiryncie korytarzy.

Odwrócili się więc i pomknęli w kierunku niskiego pogórza. Przez . pół godziny biegli wytrwale za dziewczyną w niebieskiej szacie. Zawsze jednak, gdy oglądali się za siebie, widzieli jak przybliża się gromada szylków. W końcu gdy stało się oczywiste dla Tumitaka, że albo odwróci się i stawi czoło szylkom, albo zginie uciekając, dziewczyna zatrzymała się nagle.

- Szybko! Za tym kamieniem! - wykrzyknęła, a Tumitak, spoj­rzawszy w kierunku, który wskazywała, -zobaczył wąską rozpadlinę mię­dzy skałami. - Do środka - dyszała. - Może jeszcze uda się nam ich zgubić.

Tumitak wiedział jednak, że wszelka próba ucieczki przed szylkami skazana jest na niepowodzenie. Pająkowate stwory znajdowały się bliżej niż o sto jardów i już teraz, gdy uciekinierzy wskakiwali do lochu, Lorianin ujrzał, jak najbliższy szylk kieruje w jego stronę wylot ognistego węża, który trzymał w kleszczach. Tumitak uniósł własną broń, posłał w kierunku szylków strumień gorąca, a następnie popędził w stronę wejścia do lochów, które przypominało jaskinię.

- Jesteśmy zbyt blisko nich - zawołał do Tolury. - Datto i Torp, wy musicie pójść naprzód z Tolura do jej rodaków. Nikadurze, my dwaj jesteśmy uzbrojeni w broń szylków, musimy więc tu pozostać i spróbo­wać odeprzeć tę bandę. Gdybyśmy wszyscy uciekli, poszłyby za nami i zgładziły wszystkich mieszkańców miasta Tainów. Chodź, Nikadurze - i Tumitak cofnął się do wyjścia.

Przez chwilę ci dwoje wahali się. Potem Nikadur stanął po lewej stronie swego wodza, trzymając w ręku przygotowany już miotacz ognia. A ku zdumieniu Tumitaka Tolura zajęła miejsce po jego drugiej stronie.

- Nie mogę cię opuścić, Tumitaku - powiedziała - kiedy gotujesz się na śmierć za mnie i mój naród.

Tumitak żachnął się niecierpliwie. - Nie jestem taki głupi, by umierać za miasto, o mieszkańcach którego nic nie wiem, Toluro. Moje zadanie nie będzie takie trudne, jak ci się wydaje. Jestem tu przy wejściu dobrze zabezpieczonymi równie dobrze uzbrojony jak szylki; one zaś są na otwartej przestrzeni, nieświadome tego, że mam jeden z ich miotaczy ognia i umiem się nim posługiwać. Popatrz tylko, wkrótce będzie po nich.

Mówiąc to uniósł swój ognisty wąż i z wejścia do jaskini wysłał ła­dunek gorąca. Wśród szylków na zewnątrz rozległ się klekoczący okrzyk zdziwienia, a Tolura ujrzała przez ramię, jak rzuciły się nagle w po­szukiwaniu ukrycia. Trzy z nich leżały już na ziemi, jeden martwy, dwa zaś śmiertelnie poparzone. Tumitak zaśmiał się, a jego miotacz po­nownie wysłał swój niewidzialny promień w ich kierunku. Padł czwarty szylk. Tumitak uskoczył w tył, ściana jaskini po jednej stronie rozja­rzyła się na chwilę, a rozpalone odłamki odprysnęły i posypały się wokół nich. Gdy odważyli się wyjrzeć ponownie, szylkom udało się już skryć między kamieniami i drzewami, a bitwa przeszła w stadium wyczekiwania. Po chwili Nikadur wydał cichy okrzyk radości i uniósł swój miotacz. Jedno z olbrzymich drzew zaskwierczało ogniem niedaleko ziemi, gdzie dosięgnął je snop gorąca, a potem z ukrycia, w którym z powodu żaru nie można było już przebywać, wypadł z klekotem bólu szylk i pomknął ku pobliskiej skale. W połowie drogi dosięgnął go mio­tacz Nikadura i stwór upadł spalony na węgiel.

Lorianie roześmieli się ponownie. Ich potyczki tego dnia kończyły się takim powodzeniem, że zaczęli nie, doceniać szylków, zaczęli je uwa­żać za wrogów nie tak niebezpiecznych, na jakich wyglądały. Lecz teraz miało nastąpić sos, co napełniło ich respektem wobec szylków, uświa­domiło im, że -mimo wszystko mało jeszcze wiedzą o stosowaniu broni szylków, i że wiele jeszcze dni upłynie, nim naprawdę będą mogli zmie­rzyć się z szylkami na równej stopie.

Zorientowali się, że dzieje się coś dziwnego, kiedy Tolura wskazała na sklepienie jaskini. Sklepienie żarzyło się przyćmioną czerwienią w miejscu, gdzie jakiś szylk skierował na nie niewidzialny snop gorąca. Tumitak był zdania, że nie stanowi to dla nich żadnego zagrożenia, jako że działo się to kilkanaście stóp nad ich głowami, lecz mimo to szylk wytrwale wypalał sklepienie. I wtedy... Tolura krzyknęła i chwytając Tumitaka za rękę wciągnęła go w głąb jaskini.

- Do tyłu, Lorianie, szybko - zawołała do innych i tylko ich daw­na instynktowna bojaźń sprawiła, że uskoczyli w tył dostatecznie szyb­ko. Z trzaskiem i grzmotem, który prawie-ich ogłuszył w zamkniętym korytarzu, całe wejście zapadło się i runęło do środka. Gdyby spóźnili się choć o sekundę, zostaliby zmiażdżeni spadającymi skałami.

V.



Fakt, że o włos uniknęli nieszczęścia, wstrząsnął całą grupą. Za­równo Torp jak i Nikadur odnieśli kilka skaleczeń, tam gdzie uderzyły ich przelatujące odłamki skalne, Tumitak natomiast przez krótki czas był dosłownie oszołomiony. Po chwili Tolura zaśmiała się nerwowo.

- Jeszcze żyjemy, Lorianie - powiedziała. - Naprawdę zaczy­nam wierzyć, Tumitaku, że chronią cię jakieś czary. Szylki wyraźnie chciały pogrzebać nas pod skałami wejścia do jaskini, lecz sami przeszkodzili sobie w osiągnięciu celu. Nie tylko żyjemy i jesteśmy prawie cali, lecz umknęliśmy im, przynajmniej na razie.

Mężczyźni nic na to nie odpowiedzieli. Nie podzielali ulgi Tolury, zdawali sobie bowiem sprawę, że nawet jeśli zostali odcięci od szylków, byli równie skutecznie odcięci od drogi powrotu do domu, zamknięci w korytarzu, którego mieszkańcy mogli okazać się wrogo nastawieni. Po chwili Tolura odwróciła się i zaczęła schodzić korytarzem w dół. Pozo­stali poszli za nią w milczeniu, wciąż jeszcze wstrząśnięci niedawną przy­godą, po chwili jednak zaczęli przyglądać się korytarzom, przez które szli. Takiego labiryntu ślepych uliczek i fałszywych przejść Tumitak nigdy jeszcze nie widział i doznał wkrótce zawrotu głowy od prób za­pamiętania drogi, którą przeszedł. Szli już ponad godzinę, gdy zaczęli dostrzegać oznaki bytności mieszkańców. Tumitak był zdumiony. Sły­szał, najpierw w rozmowie Mogów z wieży, a potem od samej Tolury, że lochy Tainów są bardzo płytkie - ale żeby ludzie mogli mieszkać tylko o godzinę drogi od Powierzchni, wydawało mu się szaleństwem. Nic dziwnego, że szylki wolały polować w lochach Tainów. W porówna­niu z tym napaść na Jakrę musiała stanowić długotrwałą wyprawę.

Tumitak miał się jednak przekonać, że ów labirynt korytarzy dostar­czał Tainowi pewnej ochrony. Tolura prowadziła ich jeszcze przynajmniej dwie mile poprzez szereg szybów i korytarzy, które stanowiły dla nich łamigłówkę nie do rozwiązania. W końcu zatrzymała się, gdy dotarli do drabiny, która wychodziła na długi, szeroki korytarz.

- Tu zaczyna się miasto Tainów, Tumitaku - powiedziała. - Myślę, że będzie lepiej, jeśli pójdę pierwsza, by uprzedzić ó waszym przybyciu. Zaczekajcie tu, póki... - Przerwała z okrzykiem przerażenia, gdy z pobliskiego pomieszczenia wyskoczyła jakaś postać i rzuciła się na Tumitaka. Był to chłopiec, młodzieniec w wieku może, szesnastu Jat, uzbrojony tylko w krótki miecz. Natarł tak gwałtownie, że przez chwilę Tumitak musiał się bronić zawzięcie.

- Uciekaj, Toluro - krzyknął chłopiec, a jego miecz ciął i śmigał w powietrzu z zaskakującą sprawnością - uciekaj, póki mogę ich za­trzymać! - Potem zaś krzyknął do Lorian: - Parszywi Mogowie! Nie dostaniecie mojej siostry, póki żyję! Brońcie się, nim was pozabijam!

Datto miał właśnie uderzyć chłopca mieczem myśląc tylko o ochro­nie Tumitaka, powstrzymały go jednak słowa Tolury.

- Przestań, Luramo! - krzyknęła. - Przestań, mówię! To są przy­jaciele! - A potem do Tumitaka: - Och, nie zrób mu nic złego! To jest mój brat!

Tumitak i Datto rzucili miecze na ziemię, a po chwili chłopiec poszedł za ich przykładem, a na jego ustach pojawił się bojaźliwy pół­uśmiech.

- To jest mój brat Luramo - obwieściła Tolura kładąc rękę na ramieniu młodzieńca. - Jest on najmłodszym spośród moich braci, lecz sądzę, że także najdzielniejszym.

Luramo uśmiechnął się radośnie.

- Dziwnych przyjaciół przyprowadzasz, Toluro - wykrzyknął. - Nie są to Tainowie ani też Mogowie, co teraz widzę. Powiedz mi, kim są?

- Ci, którzy stoją tutaj, potężniejsi są od Tainów i Mogów - od­powiedziała Tolura. - Oto Tumitak, Zabójca Szylków, i jego towarzy­sze, którzy również uśmiercali szylki! Byłam na Powierzchni, Luramo, i tam opadło mnie trzech Mogów i trzy szylki! A gdy walczyłam z Mogami, Tumitak z pomocą -jednego ze swych przyjaciół uśmiercił całą szó­stkę i uratował mnie! Oto świadectwo jego wielkości! - i obróciła Tumi­taka, by Luramo mógł zobaczyć głowę szylka zawieszoną u jego pasa.

Chłopiec przyglądał mu się z lękiem. Patrzył na niego przez całą minutę, a jego myśli łatwiej można sobie wyobrazić niż opisać. Następ­nie z wolna wyciągnął swój miecz w kierunku Tumitaka odwiecznym wiernopoddańczym gestem. Lorianin uśmiechnął się i lekko dotknąwszy miecza chłopca przyjął jego hołd. Choć wtedy jeszcze nie przykładał wielkiej wagi do tego aktu, po latach cenił to oddanie prawie ponad wszystkie inne, a -Luramo stał się. jednym z najdzielniejszych wojowni­ków Tumitaka.

Teraz zaś Tolura przyglądała się chłopcu z troską. - Cóż to spro­wadziło cię, bracie - spytała nagle - na skraj miasta? Czy w domu wszystko w porządku?

- Chyba tak, o ile to możliwe - odrzekł szyderczo Luramo. - Oj­ciec nadal kryje się w mieszkaniu i opłakuje śmierć dwóch córek z rąk Mogów, bo uważa oczywiście, żeś ty też już zginęła. A Luragar i Batlura usiłują go pocieszyć i przysięgają, że pomszczą ciebie, jeśli Mogowie znowu pojawią się w mieście. Lecz nawet nie próbują pójść za tobą, choć wiedzą, że gdy opuściłaś lochy, szłaś na niemal pewną śmierć.

Poświęciłem wiele godzin, by poruszyć ich i zmusić do pójścia na poszukiwanie ciebie, Toluro, ale oni znajdowali jedną wymówkę za drugą, by pozostać w domu; w końcu sam postanowiłem cię znaleźć. -Widzisz - wyznał z niejakim wstydem - nie sądziłem, że rzeczywiście pójdziesz aż na Powierzchnię. Myślałem, że może chodzisz po koryta­rzach i że tu może cię znajdę. Ja... Myślę, że ja sam bałbym się samotnie wyruszyć na Powierzchnię.

Tumitak zaśmiał się nagle i schwycił dłoń chłopca.

- Luramo - rzekł radośnie - bez wątpienia znalazłem parę bliską memu sercu - ciebie i twoją cudowną siostrę. Nie wstydź się tego, czego nie dokonałeś. Wątpię, czy jest ktoś inny w całym mieście Tainów, kto byłby na tyle odważny, by zrobić to co ty.

Luramo uśmiechnął się z odrobiną dumy, a gdy Tolura odwróciła się, by ruszyć w dalszą drogę, schował miecz do pochwy i ruszył za Tumitakiem ramię w ramię z Jakranami i Nikadurem. Po chwili Tolura zawołała do niego. - Lepiej będzie, Luramo - powiedziała - jeśli pośpieszysz przed nami, by powiadomić ludzi, że nadchodzimy. Inaczej ktoś inny może pomylić się tak jak ty i dojdzie do nieporozumienia.

Luramo pobiegł więc naprzód i po kilku chwilach zniknął im z oczu za zakrętem. Minęło około piętnastu minut, nim pojawił się znowu na czele wielkiego tłumu ludzi. Ludzie szli ostrożnie, na wpół bojaźliwie, zgodnie z ludzkim obyczajem, widać jednak było, że przepełniała ich ciekawość i podniecenie w obliczu tego nowego dziwu, o którym Luramo im opowiedział. Pomiędzy nimi kroczył starzec ubrany w białą tunikę, a jego długa, rzadka broda sięgała mu prawie do pasa.

- Zaremo - szepnęła Tolura pokazując na niego. - Oto kapłan Tainów, najmądrzejszy ze wszystkich Tainów mądrością naszych uczo­nych przodków.

Starzec zbliżył się trzymając otwartą dłoń uniesioną do góry gestem, który Tumitak rozpoznał i odwzajemnił. Gromada Tainów zatrzymała. się w niewielkiej odległości i przez chwilę obie grupy stały, przyglądając się sobie nawzajem. Potem przemówiła Tolura.

- Byłam na Powierzchni, Zaremo, i powracam, prowadząc gości. Zapewne Luramo opowiedział już wam, jak ci mężowie ocalili mnie, zabijając szylki i Mogów swą nieznaną bronią. Ten oto to Tumitak, ich wódz i największy Zabójca Szylków, za nim zaś stoją Nikadur, Datto i Torp.

Zaremo przyjął prezentację, a następnie przemówił. - Witajcie w mieście Tainów, nieznani przybysze. Minęło, wiele pokoleń od czasu, gdy przybył tu ktoś z zewnątrz poza wstrętnymi Mogami i dzikimi szylkami. Jednak od wielu lat żyje wśród nas przepowiednia, że pewnego dnia nadejdzie Bohater z Powierzchni, który na nowo nauczy nas używania potężnej broni naszych przodków. Czyżbyś to był ty? , ,

Tumitak potrząsnął głową ze smutkiem.

- Nie, Zaremo, słyszałem o wielkiej mądrości waszych uczonych przodków, lecz wiem o niej daleko mniej niż ty, jeśli to, co mówi Tolura, jest prawdą. Mimo to jednak, szczęśliwym trafem mam tu ze sobą tę broń szylków. Może z niej uda się wam dowiedzieć czegoś o starożytnych maszynach i broni.

Mówiąc to odpiął miotacz ognia i podał go staremu kapłanowi. Ten ostatni już wyciągnął ręce, gdy raptem wzrok jego padł na białe, bły­szczące pręty, które Tumitak wciąż jeszcze miał przytroczone do pleców. Gdy kapłan na nie spojrzał, oczy jego rozszerzyły się ze zdumienia, a ręce, które wyciągnął po miotacz ognia, bezwładnie opadły - puste. Milczał, jakby bojąc się wydobyć głos, lecz w końcu przemówił.

- Masz ze sobą coś, o Zabójco Szylków, co jest ważniejsze i potęż­niejsze niż głowa szylka i miotacz ognia! Skąd masz te białe, błyszczące pręty?

Tumitak w skrócie opowiedział mu o bitwie, której wynikiem było ocalenie Tolury, oraz o znalezieniu prętów w pojeździe, po zwycięstwie. Zaremo skinął głową.

- Chyba się nie mylę - powiedział pewnym wahaniem, a potem, wyjąwszy miotacz ognia z wciąż wyciągniętej ręki Tumitaka, przekręcił śrubę w długiej rurze wylotu, zdjął z jednego końca pokrywkę i wy­ciągnął ze środka na wpół zużyty kawałek białego pręta!

- Oto Moc! - zakrzyknął dramatycznie. - Zasilanie, którym szylki napędzają swe maszyny! A ty, o Tumitaku, naprawdę jesteś tym, o któ­rym mówi nasza przepowiednia, ty bowiem przyniosłeś nam jedyną rzecz, której brakowało do uruchomienia wielu maszyn znajdujących się w naszych muzeach!

Gdy mówił to, wielu Tainów, którzy przyszli z nim, skłoniło głowy z czcią i podziwem, a Zaremo stał wymachując ostatkiem pręta w kie­runku Tumitaka i kontynuował swą mowę tonem wręcz wizjonerskim. - Tymi prętami Tainowie będą zasilać miotacze ognia, które mamy w muzeach! Nimi będziemy napędzać te osobliwe maszyny, i które wypalają w ziemi korytarze! Możemy wykonać nowe korytarze, znacznie głębsze niż te, w których mieszkamy teraz, korytarze tak głębokie, że szylki i wstrę­tni Mogowie nigdy nas tam nie dosięgną! Mając je Tainowie nareszcie poczują się bezpieczni.

- Tymi prętami - przerwał Tumitak, gestem nakazując kapłanowi milczenie - nauczymy szylki, że człowiek wciąż jeszcze na swe prze­znaczenie! Nimi wypędzimy szylki z ich cuchnących wież w Szemie; nimi w końcu wybijemy co do jednej bestie, które od tak dawna chcą władać ziemią!

Z tyłu za nimi Luramo wydał okrzyk radości. Datto donośnie klepnął swego wodza po plecach, zaś Tolura żywo skinęła głową na znak aprobaty. Zaremo i inni Tainowie wyglądali, jakby nie dowierzali własnym uszom. Tumitak uznał, że teraz jest odpowiednia chwila, by przekonać ich do swych poglądów, użył więc- daru wymowy, podobnie jak czynił to wiele razy przedtem w Lorze i Jakrze.

Opowiedział o swym życiu j swej misji; mówił o pierwszej długiej podróży przez korytarze, w końcu zaś opowiedział, jak zabił pierwszego szylka i jak później podniesiono go do godności władcy dolnych koryta­rzy. Prosił następnie Tainów, by popatrzyli na niego, by uświadomili sobie, że jest tylko zwykłym człowiekiem, a to, czego dokonał, leży w zasięgu możliwości każdego człowieka I tym razem skutek jego prze­mowy był taki jak zawsze. Tainowie spoglądali na niego jak na nad-człowieka; poczynając od Zaremy wszyscy poprzysięgli mu wierność, jednak prawie nikt nie chciał wierzyć, że oni sami mogą próbować walki przeciwko szylkom.

W końcu Tumitak zwrócił się do starego kapłana i poprosił, by wy­znaczono mu pomieszczenie mieszkalne.

- Pozostanę tu prawdopodobnie przez pewien czas - powiedział - gdyż droga na Powierzchnię jest odcięta, a ja nie widzę innej możliwości powrotu do moich rodaków niż ponownie ją przetrzeć. A minie wiele okresów snu, nim uda się tego dokonać.

- Może mniej niż przypuszczasz - odrzekł kapłan. - Nie chcę wzbudzać złudnych nadziei, ale może znajdzie się droga do waszych korytarzy bez wychodzenia na Powierzchnię. Powiem ci więcej, kiedy zdobędę pewność - i odwróciwszy się, Zaremo skierował swe kroki ku zamieszkałym korytarzom.

Przez czas równy trzem dniom Tumitak mieszkał w mieście, a Taino­wie nie szczędzili mu oznak gościnności. Lorianin zdumiewał się ich pożywieniem, Tainowie zachowali bowiem sekret metody nadawania sma­ku syntetycznym kostkom żywności i po raz pierwszy w swym życiu Tumitak stwierdził, że jedzenie może być przyjemnością, a nie zwykłą nudną koniecznością. Faktycznie nie tylko on, ale również Datto, Nikadur i Torp byli bliscy niestrawności z przejedzenia.

Większość czasu, nie przeznaczonego na jedzenie lub spanie, Tumitak i jego towarzysze spędzali w wielkiej świątyni czy też korytarzu muze­alnym, oglądając cudowne maszyny zbudowane przez przodków Tainów. Tainowie utrzymywali je w doskonałym stanie i po tylu stuleciach były one nadal w pełni sprawne., Zaremo uruchomił miotacz ognia i dezintegrator i zademonstrował wszystkim, jak dobrze jeszcze działają. Te dwie maszyny były dla Tumitaka szczególnie interesujące. Pierwszą umiał się posługiwać, o drugiej natomiast wspominała często owa słynna księga, którą dawno temu odnalazł w opuszczonym korytarzu Loru.

Jednak nie były to jedyne maszyny zachowane przez Tainów, czy też jedyne, którymi Zaremo umiał się posługiwać. Kapłan pokazał przy­byszom osobliwą broń, która zabijała wysokimi dźwiękami, oraz inną, która, jak mówił, zmieniała samo powietrze w śmiertelną truciznę zabi­jającą wszystkich, którzy ją wdychali. Były tam także maszyny pomaga­jące ludziom, a wśród nich urządzenia, które wytwarzały owo zimne białe światło rozjaśniające korytarze.

Wszystkich tych maszyn można było teraz używać, choć oszczędnie, gdyż nawet te pręty, które Lorianie przynieśli ze sobą, nie były nie­wyczerpane. Owe pręty składały się z metalu ożywianego procesem sprawiającym, że jego atomy rozpadały się ze straszliwą szybkością. Gdy wystawiano go na działanie pewnego promienia emitowanego w maszynach, jego przemiana w energię znacznie się przyśpieszała. Ta metoda pozyskiwania energii umożliwiała przechowywanie wielkich za­sobów paliwa w małej objętości, ostatecznie jednak białe pręty wypalały się i przestawały istnieć. Tumitak postanowił więc, że musi rozmówić się z Zaremą co do najlepszego zastosowania tych prętów, aby odnieść jak największe korzyści. Zaproponował kapłanowi, że on i jego towarzysze uzbroją się w miotacze ognia i spróbują wrócić do swych lochów. Zaremo potrząsnął głową.

- Byłoby wielce niebezpieczne próbować w walce utorować sobie drogę do lochów, z których przyszliście, Tumitaku - powiedział po­ważnie. - Myślę, że potrafię pomóc wam w taki sposób, że nie tylko odsuniemy wszelkie niebezpieczeństwa, ale zarazem twój naród i mój zostaną związane sojuszem, który będzie mocniejszy niż sobie to wy­obrażałeś.

Zaintrygowany Tumitak poprosił Taina o wyjaśnienia, lecz Zaremo tylko potrząsnął głową.

- Nie jestem zupełnie pewien, że potrafię dokonać tego, czego mam nadzieję dokonać - wyjaśnił - a póki nie mam pewności, wolę nie wzbudzać nadziei, których nie mógłbym spełnić.

Jednak następnego dnia starzec wezwał Tumitaka i Nikadura do siebie i poprowadził ich w opuszczony korytarz, gdzie ustawiono osobliwą machinę. Była to maszyna zbyt skomplikowana, by Tumitak potrafił ją zrozumieć. Na pierwszy rzut oka przypominała metalową skrzynię wyso­kości pięciu stóp. Na wierzchu znajdowało się kilka dziwnych przezro­czystych rur, w których wnętrzu jarzyły się dziwne światełka. Z boku tej metalowej skrzyni wyrastało długie ramię, zakończone wielką, miękką poduszką, przylegającą zapewne dzięki sile ssania do ściany. Zaremo wskazał w głąb korytarza, gdzie w odległości około stu-jardów znajdowała się druga machina, podobna we wszystkich szczegółach do pierwszej.

Jeden z niższych kapłanów Zaremy siedział na -niewielkim stołku przymocowanym do boku skrzyni, a teraz, na polecenie swego mistrza, podniósł i umieścił na głowie dziwny aparat całkowicie zakrywający mu uszy. Następnie przekręcił niewielką gałkę na skrzyni i, obróciwszy się, krzyknął do mężczyzny obsługującego drugą maszynę. Tamten również założył na głowę owe osobliwe nauszniki i uruchomił swoje urzą­dzenie.

Przez kilka minut obaj bez przerwy obracali małe gałki, a po każdym obrocie nasłuchiwali pilnie, jakby słyszeli jakiś odległy dźwięk, nieza­uważalny dla pozostałych. Po jakimś czasie bliższy z nich zwrócił się do Zaremy. ,

- Mam tu inny ton, Zaremo - powiedział. - Jak stwierdzimy, do czego się odnosi? .

Kapłan gestem nakazał mu zejść z siedzenia i powiedział Tumitakowi, by zajął jego miejsce. Lorianin z wahaniem zrobił, co mu kazano, i ostrożnie włożył nauszniki. Gdy to uczynił, w uszach zabrzmiał mu dziwny dźwięk, stały, monotonny szum. Tumitak zdjął nauszniki i spoj­rzał pytająco na naczelnego kapłana.

- Ta maszyna, Tumitaku - wyjaśnił Zaremo, widząc w jego oczach pytanie - używana była przez naszych przodków do wykrywania pod­ziemnych żył metalu czy wody, czy nawet podziemnych jaskiń. Oparta jest na zasadzie echa. Ta część ramienia, która jest przytwierdzona do ściany, wysyła w skałę dźwięk, dźwięk o takiej wysokości, że ludzkie uszy nie są w stanie go usłyszeć. Dźwięk przechodzi przez skałę, aż na­trafi na jakąś inną substancję i wtedy część tego dźwięku odbija się w stronę innej części ramienia, ku odbiornikowi, który go przechwytuje i tak przemienia, że można go usłyszeć w tych słuchawkach na głowie Koritaka.

Lecz dźwięk ten nie przypomina dźwięków, o których zwykle myślimy. Jak już wspomniałem, jest o wiele za wysoki, by wychwyciło go ucho ludzkie, a takie dźwięki mają zupełnie inne właściwości niż zwykłe dźwięki. Po pierwsze, takie -fale dźwiękowe można wysyłać w wiązce, tak jak fale świetlne, po drugie zaś, ulegają one pewnym zmianom spowodowanym gęstością substancji, która je odbija. W ten sposób można ustalić, w jakim kierunku znajduje się odbijający ma­teriał oraz czy jest płynny, stały, czy też, powiedzmy, jest to jaskinia lub grota.

Myślałem przeto, Tumitaku, że jeśli za pomocą tego przyrządu uda się nam odkryć jakąś długą, prostą jaskinię biegnącą pod ziemią, możemy być prawie zupełnie pewni, że będą to wasze ojczyste korytarze; w ten sposób również dowiemy się, w jakim kierunku leżą. A przy pomocy drugiej maszyny znajdującej się w pewnym oddaleniu będziemy mogli ustalić dokładną odległość waszych korytarzy od tego miejsca.

Tumitak słuchał oszołomiony. Jak przez mgłę rozumiał coś z tego, co powiedział Tain, ale jego ostatnie słowa zupełnie go zdezorientowały. Zaremo musiał wyjaśnić mu bardzo dokładnie sekret dwóch kątów i za­wartego między nimi boku trójkąta, nim w końcu Lorianin pojął, jak można zmierzyć odległość do jego domu z tego oddalonego korytarza. A gdy zrozumiał, jego podziw wzrósł jeszcze bardziej.

- Zaiste, Zaremo - wykrzyknął - cuda waszych przodków nie mają końca. Powiedz mi jednak, po co zadawałeś sobie taki trud, by ustalić położenie moich ojczystych korytarzy?

Tain uśmiechnął się dumnie idąc w stronę maszyny, by zająć przy niej miejsce, które Tumitak opuścił skwapliwie.

- Czyżbyś zapomniał o dezintegratorze? - zapytał. - Tumitaku, chcę przebić nowy korytarz z lochów Tainów do lochów Lorian!

Godziny, które nastąpiły, pełne były napięcia. Co jakiś czas .obsłu­gujący maszyny myśleli, że odkryli odległy korytarz, by po bliższym zbadaniu stwierdzić, że jest to tylko jakaś mała jaskinia czy podziemny strumień wody. W końcu jednak wykryli coś, czego prosty .kierunek i re­gularność świadczyły, że jest to korytarz wykonany przez człowieka. Wtedy Zaremo i jego ludzie rozpoczęli szereg badań i ćwiczeń, które ostatecznie zakończyły. się potwierdzeniem dokładnej odległości i kie­runku ojczystego korytarza Tumitaka.

Cała grupa powróciła do zamieszkałej części lochów i radośnie przy­gotowywała się do pracy na dzień następny. Dezintegrator przeniesiono do miejsca, gdzie były przedtem wykrywacze, i ustawiono go tam, dziwny, monstrualny aparat z wielkim reflektorem w kształcie trąby na przedzie i trzema siedzeniami z tyłu dla ludzi, którzy go obsługiwali. Zaremo pozostawił swych pomocników nad maszyną i zabierając ze sobą Tumita­ka powrócił do miasta na wieczerzę.

- Uważam, że powinieneś być w grupie tych, którzy poprowadzą dezintegrator przez skały, Tumitaku - rzekł do Lorianina, gdy skoń­czyli posiłek. - Nie tylko dlatego, że należy ci się niewątpliwie ten zaszczyt, ale również dlatego, że potrzebny jest ktoś, kto przekona two­ich przyjaciół, że przychodzimy w pokojowych zamiarach. Nie będziesz miał zbyt wielu czynności przy obsłudze maszyny - a te nieliczne są łatwe do wyuczenia.

I tak po okresie snu cała grupa zebrała się w przejściu, w którym znajdowała się wyrzutnia promieni dezintegrujących. Nikadur i Jakranie, którzy chcieli pójść za Tumitakiem najprędzej, jak tylko będzie można, otrzymali po jednym ze starożytnych miotaczy ognia, podobnie jak Luramo, który zażądał, by włączyć go do grupy Tumitaka. A ku zdziwieniu Lorianina jeszcze ktoś zażądał, by uznać go za wojownika: nikt inny, tylko sama Tolura, która oświadczyła, że nie pozwoli, by jej nowi przy­jaciele poszli bez niej na spotkanie wszelkich niebezpieczeństw. W końcu postanowiono, że może iść z nimi, i wtedy Zaremo zbliżył się do Tumi­taka, który siedział już na swym miejscu przy maszynie, i począł wyja­śniać mu jego obowiązki.

- Spójrz tam, Lorianinie - wyjaśnił kapłan. - Za tobą na ścianie jest wielki biały krzyż. Patrząc w ten okular przed sobą zobaczysz inny krzyż wymalowany na tym lusterku, w którym ujrzysz również odbicie pierwszego krzyża. Dopóki jeden krzyż pokrywa się z drugim, maszyna posuwa się we właściwym kierunku. Jeśli odchyli się choćby o włos, musisz natychmiast zwrócić uwagę pozostałych osób obsługujących ma­szynę. Wystarczy tylko tyle; moi ludzie zajmą się resztą. Twoja grupa pójdzie za wami, jak tylko skała ochłodzi się do tego stopnia, że będzie można iść naprzód. Żegnaj i miejmy nadzieję, -że wszystko powiedzie się tak, jak to sobie zaplanowaliśmy.

Mówiąc to obrócił się i wydał polecenie ludziom siedzącym obok Tumitaka. Jeden z nich przesunął dźwignię, nastąpił oślepiający błysk światła, a gdy blask zmalał do słabej fioletowej poświaty, Tumitak ujrzał wielki otwór, który pojawił się w ścianie, na którą skierowany był mocny reflektor. Drugi mężczyzna pociągnął teraz dźwignię, nacisnął jakiś guzik i wielka machina powoli ruszyła w głąb otworu, który wy­drążyła. W miarę przesuwu otwór pogłębiał się, a ze środka buchnął ciepły podmuch powietrza o osobliwym zapachu. Maszyna ponownie ru­szyła w głąb otworu i znowu jego tylna ściana odsunęła się głębiej. Tu­mitak i jego przyjaciele z powodzeniem wykonywali czynność, której ludzie nie robili przez prawie dwa tysiące lat.

Przez następne godziny Tumitak pilnie wpatrywał się w wizjery maszyny. Była to praca nużąca, gdyż maszyna nieczęsto zbaczała z prostej drogi, na którą ją skierowano. Co jakiś czas natrafiała na nową żyłę skalną, co trochę zmieniało kierunek jej poruszania się, lecz wtedy Tumitak zwracał na to uwagę pozostałych i natychmiast dokonywano poprawki.

Wielki biały krzyż, który Zaremo wymalował na przeciwnej ścianie korytarza, zmniejszał się coraz bardziej w miarę jak maszyna odsuwała się od niego, lecz gdy Tumitak nie mógł go już wyraźnie dostrzec, ześrodkował swój własny krzyż na odległym wlocie nowego korytarza i ma­szyna poruszała się dalej.

Było straszliwie gorąco. Wkrótce pot lał się strumieniami po twa­rzach Tumitaka i dwóch kapłanów. W końcu po nieprzerwanym marszu, który trwał, jak się zdawało, wiele godzin, wszyscy trzej zgodzili się, że muszą zatrzymać się na jakiś czas. Maszynę unieruchomiono i cała trójka rozparła się na siedzeniach, korzystając z bardzo potrzebnego im odpoczynku.

Po godzinie ponownie włączyli maszynę. - Przebyliśmy już zape­wne ponad połowę drogi - rzekł jeden z kapłanów - lecz druga połowa wyda się nam dużo gorsza od pierwszej. Ciepło nie uchodzi teraz tak łatwo jak wtedy, gdy byliśmy blisko miasta.

Miał słuszność; Tumitak nigdy przedtem nie zaznał takiego gorąca i nigdy czas tak się nie dłużył. Wydawało mu się, że minęły całe dni upalnych, bezlitosnych cierpień, nim jeden z jego towarzyszy zakomuni­kował, że zbliżają się wreszcie do celu. Tumitak ożywił się ponownie i czas zaczął upływać szybciej. A potem nareszcie skała przed, nimi-zaczęła wydawać dziwaczny dudniący odgłos; po chwili ukazał się w niej mały otwór, który szybko poszerzał -się, i gdy kapłani pośpiesznie wyłączyli maszynę, Tumitak zeskoczył z miejsca i znalazł się w starym, znajomym korytarzu.

Stał w odcinku tego nierównego, nie wykończonego korytarza, który leżał pomiędzy Powierzchnią i korytarzami Estetów. Niedaleko stąd pa­trzył ongiś, jak szylki mordują grupę Estetów i drżąc z przerażenia zastanawiał się, dlaczego. A nie dalej niż o dwie mile w dół korytarza, jeśli dobrze jeszcze pamiętał, powinna oczekiwać go jego gromada wojo­wników. - Czy są tam jeszcze? - zastanawiał się - czy też uznali go i jego towarzyszy za zmarłych i powrócili do Loru i Jakry? Czy może szylki wykryły ich i pozabijały wszystkich? - Tumitak tknięty złym przeczuciem przypomniał sobie, co powiedział mu Datto, że chwalił się naczelnemu wodzowi szylków napaścią na Korytarze Estetów. A wódz szylków zarządził dochodzenie! Nie mogąc opanować niepokoju, targany różnymi przypuszczeniami, co mogło się wydarzyć, skinął na dwóch kapłanów by udali się za nim, i popędził w dół korytarza.

Gdy zbliżał się do miejsca, gdzie powinna znajdować się jego gro­mada, jego obawy wzrosły, gdyż panująca tam cisza świadczyła, że kory­tarz został opuszczony. W końcu dotarł do miejsca,, gdzie powinni być jego wojownicy i stwierdził, że obawy jego potwierdziły się. Lecz na jednej ze ścian wypisana była wiadomość, wiadomość od jego ojca: “Tumitaku" - głosiła - “nasze straże doniosły o zbliżaniu się hordy szylków. Dzicy z mrocznych korytarzy zaproponowali ukrycie nas w rozpadlinach i jaskiniach ich korytarzy, więc opuszczamy to miej­sce. Jeśli kiedykolwiek powrócisz, szukaj nas w mrocznych korytarzach. Tumlok".

Tumitak chciał zrazu natychmiast ruszyć w stronę mrocznych kory­tarzy, lecz po namyśle postanowił zaczekać na swoją grupę, która wkrótce miała nadejść z miasta -Tainów, wiedział bowiem, że przyjdą, jak będą mogli najprędzej. Usiadł więc wraz z dwoma kapłanami i zjadł prowiant, który ze sobą przynieśli, a następnie, ukrywszy się w jednym z pomie­szczeń, przygotowali się do snu, którego bardzo potrzebowali.

Obudziły ich dźwięki z korytarza na zewnątrz; wyszli więc i znaleźli tam Nikadura, Tolurę i wszystkich innych, którzy przybyli w czasie ich snu i bardzo martwili się ich zniknięciem. W końcu Nikadur odkrył wia­domość od Tumloka i miał właśnie poprowadzić grupę w dół ku mrocz­nym korytarzom, gdy pojawił się Tumitak i jego towarzysze. Teraz już cała grupa postanowiła natychmiast wszcząć próby odnalezienia Nenapusa i pozostałych wojowników. Wobec tego wszyscy ruszyli w dół. Nie przeszli jednak nawet mili, gdy natknęli się na całą gromadę, któraś ostrożnie powracała do poprzedniego obozowiska. Ukrywali się w mrocz­nych korytarzach, kiedy szylki prowadziły poszukiwania w pomieszcze­niach nad nimi, a gdy poczuli, że bestie ponownie powróciły na Powierz­chnię, śmiało wyruszyli z powrotem do Korytarzy Estetów.

Przewodzący im Nenapus i Tumlok nie posiadali się z radości, widząc swych towarzyszy całych i zdrowych, i gorączkowo zasypywali ich pyta­niami. Tumitak w skrócie opowiedział im całą historię i wspomniał o cudownych maszynach, które udało im się zdobyć. Entuzjazm Lorian i Jakran nie znał granic; zapomnieli się tak bardzo, że wydali okrzyk, który rozbrzmiewał długim echem po korytarzach. Wodzowie usiedli i zaczęli układać plan ataku na miasto Szem.

VI



Następne sto godzin było bardzo pracowite dla mieszkańców koryta­rzy. Owe sześć czy siedem mil nowego korytarza stało się ruchliwą arterią, którą Tainowie, Lorianie i Jakranie śpieszyli w jedną i w drugą stronę wymieniając zdobyte cuda Estetów na wspaniałą żywność, która była sekretem Tainów, oraz na starożytną broń, tak teraz cenną.

Tumitak powrócił do miasta Tainów i przyprowadził nowym kory­tarzem Zaremę, aby naradzić się z pozostałymi wodzami w sprawie możliwości zaatakowania Szemu. Przez kilka dni układali strategię działań, aż w końcu opracowano możliwą do przeprowadzenia .metodę. Nikadur z Tumlokiem, Nenapusem oraz Lorianami i Nonończykami mieli pozostać w swoim korytarzu, zaś Tumitak oraz Datto, Torp i Jakranie . mieli przejść korytarzem i lochami Tainów, aby wyjść na Powierzchnię ł zaatakować miasto z drugiej strony.

Ci, którzy pozostali w lochach, mieli zaczekać pięćdziesiąt godzin, a następnie zaatakować w trzeciej godzinie nocy po upływie pięćdziesię­ciu godzin. W ten sposób, jeżeli ich plany powiodą się, oba natarcia zostaną przeprowadzone równocześnie, nieoczekiwanie i, jak ufano, będą druzgocące. Szylki dostałyby się w dwa ognie i, jak spodziewali się mieszkańcy lochów, zostałyby zlikwidowane co do jednego. Miasto Szem znajdzie się wówczas w rękach ludzi wraz ze wszystkimi zadziwiającymi maszynami i urządzeniami, a człowiek ponownie odzyska miejsce pod słońcem, na Powierzchni świata.

Dumny był Tumitak, gdy wiódł swych dzielnie śpiewających Jakran przez miasto Tainów i w górę zawiłych korytarzy do miejsca, gdzie szylki zawaliły wejście ogniem z miotaczy. Zatrzymali się na jakiś czas, jeden z Tainów otworzył im drogę przy pomocy małego dezintegratora, a następnie podjęli marsz na Powierzchnię. Tu oddział Tumitaka zatrzy­mała gromadka Tainów, która dotarła za nimi w górę korytarza. Było ich około dziesięciu, a dowodził nimi Luramo.

- Zaczekaj, Tumitaku - zawołał - oto jeszcze kilku wojowników, którzy pójdą z tobą. Nie wszyscy Tainowie to tchórze, chociaż tak o nich zapewne myślisz. - Odwrócił się i przywołał oddział, by się przybliżył, a Tumitak spostrzegł, że w większości byli to chłopcy, młodzieńcy, do których jeszcze nie całkiem przylgnął ów potworny strach, znacznie bardziej zauważalny u starszych. Powiódł wzrokiem po szeregu i nagle zatrzymał się, zaskoczony.

- Ty tutaj, Toluro? - wykrzyknął zdumiony. - Ty idziesz z wojo­wnikami? Wydaje mi się, że wyprawa wojenna to nie miejsce dla kobiety, Toluro.

Dziewczyna odpowiedziała mu z oburzeniem:

- Mówisz, chyba nie zastanawiając się, co mówisz - powiedziała. - Bo przecież gdybyś się tylko zastanowił, przypomniałbyś sobie, że by­łam pierwszą spośród Tainów, która ośmieliła się spojrzeć na Powierz­chnię. Czyżbyś zapomniał, jak nazywałeś mnie bratnią duszą? I jak ktoś taki mógłby kryć się ze strachem w korytarzach, gdy inni idą walczyć z wrogami ludzkości?

Tumitak uśmiechnął się. Dziewczyna przekonała go jego własnymi słowami, a gdy sam się dobrze zastanowił, nie rozumiał, po co propono­wał, by została w domu. Wiedział tylko, iż miał wtedy nagłe niezrozumiałe przeczucie, że strasznie byłoby żyć na tym świecie, gdyby Tolura zginęła w walce. Chciał chronić ją w najprostszy sposób - odsyłając z powrotem do korytarzy.

Lecz wiedział teraz, że jest to niemożliwe, wzruszył więc ramionami i nakazał zająć jej miejsce przy sobie, obok Datty i Torpa.

Grupa wyszła z podgórza i przemaszerowała przez trawiastą równinę bez wypadków i przygód. Gdy znaleźli się w lesie, Tumitak poczuł się bezpieczniej, szczególnie dlatego, że zbliżała się noc, a wiedział, że choć marsz znacznie przez to się opóźni, jego ludziom nic nie będzie zagrażało ze strony wroga. Świt zastał ich w pobliżu miejsca, gdzie ukryte były pozostałe białe, błyszczące pręty -i wkrótce ku ich wielkiej radości odna­leźli je, wciąż jeszcze pod warstwą liści, gdzie schowała je Tolura.

Uświadomili sobie, że nie mogą już być daleko od Szemu i gdy grupa wojowników posuwała się ostrożnie naprzód, Tumitak przebiegał od drze­wa do drzewa lub czołgał się w poszyciu, jeżeli było dość gęste, by go ukryć. W końcu dotarli do wierzchołka skalistego, rzadko zalesionego pagórka i popatrzywszy w dół, poza las, ujrzeli opodal u podnóża wieże Szemu.

Spiczaste wieże z łączącymi je linami i błyszczącymi ścianami z me­talu przedstawiały zadziwiający widok dla mieszkańców lochów, lecz dzień ten był tak pełen dziwnych zjawisk, że czuli w owej chwili wyłą­cznie zadowolenie, że osiągnęli swój cel. Tumitak nadal patrzył w stronę wież, jakby czegoś szukając, i po chwili wydał okrzyk zadowolenia.

- Spójrz tam, Datto! - wykrzyknął. - Patrz, wejście do naszych lochów! - Rzeczywiście, za kępą drzew można było, choć z trudem, dojrzeć płytką jamę, w której znajdowało się wejście do rozległych kory­tarzy wiodących do Loru. Gdzieś niedaleko pod Powierzchnią Tumlok i Nenapus czekali z armią na nadejście właściwego momentu, aby wyjść z jamy i ruszyć na podbój Szemu.

Tumitak pokazał innym wejście do lochów, a Tolura i Luramo szcze­gólnie interesowali się położeniem jamy. Gdy wciąż jeszcze się jej przy­glądali, z piersi jednego z Tainów wyrwał się okrzyk i Tumitak, odwró­ciwszy się, ujrzał, jak Tain pokazuje na niebo. Lorianin spojrzał w górę i wydał okrzyk przerażenia, gdyż właśnie pikowała na nich jedna z lata­jących machin szylków, olbrzymia maszyna, w której wnętrzu musiał kryć się co najmniej tuzin szylków! .

W jednej chwili zapanowało nieopisane, zamieszanie. Przepadły gdzieś dzielne plany zwycięstwa, a myśli ludzi opanował jedynie ów wielki, odziedziczony strach, który im towarzyszył od tylu pokoleń. Tainowie, a nawet większość dzielnych Jakran oderwała się od grupy i umknęła, na próżno starając się schować między skałami, drzewami, krzakami lub czymkolwiek, co dawało możliwość ukrycia. Nie minęły dwie minuty, a z Tumitakiem pozostali Datto, Torp, Tolura, Luramo i jeszcze trzej Jakranie. Wszyscy uzbrojeni byli w miotacze ognia; wytrwali na swych pozycjach i przyglądali się nadlatującemu autolotowi. Jak wielki ptak maszyna krążyła przez chwilą nad nimi z rozpostartymi skrzydłami, a następnie osiadła na ziemi. W jej burcie otworzyły się drzwi i wtedy Tumitak posłał w otwór z miotacza ładunek energii! Rozległ się klekoczą­cy okrzyk i drzwi zamknęły się ponownie. Tumitak uśmiechnął się ponu­ro i gestem odesłał resztę grupy w tył. W odległości, około dwudziestu jardów stała wielka skała, ku której poprowadził ich pośpiesznie i zajął za nią stanowisko, oczekując dalszych posunięć ze strony szylków.

Szczęśliwie dla Tumitaka autolot był transportowcem i jako taki nie był odpowiednio wyposażony do walki. Oczywiście szylki we wnętrzu były uzbrojone, lecz na zewnątrz nie miały żadnej broni. Miotacza ognia nie można było użyć ze środka bez otwierania drzwi. Szylki nie mogły za­atakować ludzi, znajdując się wewnątrz autolotu, i choć może się to wydawać dziwne, ani Tumitakowi, ani jego towarzyszom nie przyszło do głowy, że maszyna jest całkowicie zdana na ich łaskę. Przez tyle lat broń człowieka kierowała się tylko przeciwko jego wrogom, że myśl o zniszczeniu szylków przez spalenie autolotu i wszystkiego, co było w środku, nie przyszła Tumitakowi do głowy. Wyglądało na to, że bitwa znalazła się w martwym punkcie.

I wtedy nagle w środku podjęto chyba decyzję, bo autolot szylków .uniósł się na wysokość około pięćdziesięciu stóp i śmignął ponad skałę, za którą ukrywała się grupka ludzi. Wisiał tam przez chwilę, a spod jego kadłuba wysunęły się olbrzymie metalowe uchwyty podobne do kleszczy; pojazd opadł w dół z zawrotną szybkością, a kleszcze zacisnęły się wokół trzech osób i uniosły je w górę! Tumitak wydał dziki okrzyk podobnie jak pozostali, bowiem jedną z trójki pochwyconych była Tolura! Myśli przebiegające przez głowę Tumitaka, gdy patrzył, jak autolot pono­wnie unosi się w powietrze, były w najwyższym stopniu zagadkowe. W pamięci stanęła mu bitwa, w czasie której poznał Tolurę; .wspominał jej odwagę i urodę, myślał jaki szary i nieciekawy byłby ten świat, gdyby nagle jej zabrakło - i wtedy . nagle zdał sobie sprawę, że ją kocha. I oto zabrano mu ją! Jak oszalały szukał w głowie jakiegoś spo­sobu uratowania jej. Przyszedł mu do głowy spóźniony pomysł strącenia autolotu miotaczem ognia; jednak był on już tak wysoko, że każda próba skończyłaby się śmiercią Tolury w rozbitej maszynie. Gdy tak szukał jakiegoś sposobu ratowania" jej, ujrzał jak autolot opada w dół ponad lasera i niknie wśród wież Szemu! Tolura, jeśli jeszcze żyła, była wię­źniem szylków! .

Na. jakiś czas Tumitak pogrążył się w rozpaczy. Młody Luramo podszedł do niego i wziął go za rękę, a Tumitak ujrzał wielkie łzy w oczach chłopca, który zmusił się do uśmiechu i przemówił dzielnie. - Mamy jeszcze zadanie do wykonania, Tumitaku. Będziemy opłakiwać moją siostrę, gdy ją pomścimy.

Te mężne słowa pomogły Tumitakowi wziąć się w garść. Wiedział, że Luramo szczerze kochał swoją siostrę, a mimo to pamiętał, że ich misja wymagała nawet większych ofiar niż ta, jeśli było to możliwe. Tumitakowi również nie wypadało o tym zapominać,

W kilka minut później Tumitak znowu był sobą. Przywoławszy do siebie tych wszystkich Jakran i Tainów, których można było odnaleźć, ostro ich zbeształ za tchórzostwo, i wezwał, by przynajmniej teraz wy­różnili się jak najlepiej w zbliżającej się bitwie. Krzyknął następnie do Luramy i wskazał na widoczne w oddali wejście do lochów Lorian. - Jak myślisz Luramo, uda ci się przedostać lasem do tego wejścia? - zapytał. A gdy chłopieć odpowiedział twierdząco, mówił dalej. - Musisz zaraz udać się do Nikadura i poinformować" go, że atak należy rozpocząć natychmiast. Szylki z maszyny na pewno powiadomią miasto o naszym nadejściu, a więc nie możemy dłużej odwlekać natarcia. Tymczasem my zaatakujemy z tego miejsca. Spiesz się więc, Luramo!

Młody Tain zbiegł po stoku pagórka i po chwili zniknął w lesie u jego podnóża. Tumitak wydał następnie rozkaz i cała grupa ruszyła do ataku na Szem.

Dziwne wydarzenia miały miejsce w szylkowym mieście. Nie było to duże miasto ani stare w porównaniu z innymi; była to zaledwie osada niedawno założona w tym dzikim, nie skolonizowanym kraju, który przez wiele wieków był opuszczony przez szylki. Jednak w całej historii miasta nie słyszano o czymś podobnym, jak ostatnie wypadki. Gdzieś z głębi korytarzy wynurzyła się rasa ludzi najwyraźniej dzikich i zdecydowania ziejących nienawiścią. Najpierw miała miejsce dziwna śmierć Mogą, po której nastąpił pościg i ucieczka istot które go zabiły. Wkrótce zaś po tym dziwnym wydarzeniu nadeszły wieści o tym, że grupa szylków i Mogów uległa swej własnej broni w lasach za Szemem. Szylki, które udały się w celu zbadania sprawy, zostały wybite prawie co do jednego, a te, które uszły z życiem, opowiadały o ludziach uzbrojonych w mio­tacze ognia, którzy schronili się w lochach Tainów. Ta sprawa była naj­bardziej zagadkowa, gdyż jeden z dzikich, którego ujęto i dostarczono do Kajmaku, zeznał, że pochodzi z lochów, w których znajdowały się Kory­tarze Estetów.

Szylki zaczęły czynić przygotowania do najazdu na oba lochy, by zapewnić sobie bezpieczeństwo przez całkowite zniszczenie wszelkich śladów ludzi, gdy przyleciał do miasta autolot informując o wielkich siłach nieprzyjaciół uzbrojonych w miotacze ognia, którzy znajdowali się niedaleko miasta. Na dowód tego przyniósł trzy uzbrojone okazy.

W mieście zapanowało szalone podniecenie. Szylki biegały tam i z powrotem zbrojąc się, zajmując stanowiska w różnych dzielnicach miasta. Prowadzono obserwację tej części lasu, skąd można było oczekiwać pojawienia się niebezpieczeństwa, oraz wyciągano wszelką najdziw­niejszą broń, którą to małe miasteczko mogło się poszczycić. Podgubernator Hach-Klotta, nie wierząc, że ludzie mogą być rzeczywiście tak inteligentni, by używać promieni cieplnych, zwołał grupę wytresowa­nych Mogów i posłał ich w tym kierunku, z którego przyleciał autolot. Obserwował z wieży, jak pokonali pustą przestrzeń między wieżami i drzewami, a na jego twarzy pojawił się dziki uśmiech, gdy zobaczył ich całych w pobliżu drzew. Niewątpliwie, myślał, gdyby w lesie byli jacyś dzicy, spaliliby Mogów, nim ci ostatni dotrą do osłony drzew. Ledwo jednak te myśli postały w jego głowie, ujrzał kłąb dymu, który buchnął z ziemi przed Mogami, a potem jeszcze jeden - i przed oczami szylka jego Mogowie padli na ziemię, powoli przemieniając się w popiół w promieniach cieplnych rażących ich od strony lasu.

Hach-Klotta przekonał się, że niebezpieczeństwo jest bardzo realne i nabrał ostrożności w swych poczynaniach. Zaczął zastanawiać się, czy w ogóle będzie można zaatakować obcych, skoro chowają się między drzewami poza zasięgiem promieni cieplnych. Wiedział, że mieszkańcy lochów nie odważą się wyjść z ukrycia wśród drzew, lecz również szylki nie zdecydują się opuścić schronienia, jakie dają im wieże. I zaczęło zanosić się na to, że bitwa przerodzi się w oblężenie.

Lecz idea oblężenia była jak najdalsza od planów Tumitaka. Wie­dział, że nie- będzie w stanie zbliżyć się do Szemu w tym miejscu ze względu na szeroką otwartą przestrzeń ciągnącą się w odległości prawie czterystu jardów między lasem i wieżami; Lorianin przypomniał sobie jednak, że po tej stronie, skąd po raz pierwszy uciekał z Szemu, drzewa dochodziły prawie do samych wież. Pozostawiwszy więc oddział ludzi , pod dowództwem Datty i Torpa, by oblegali tę część miasta, Tumitak wyruszył z tuzinem innych, by zaatakować miasto od strony, gdzie drze­wa znajdowały się najbliżej.

Szczęściem dla Tumitaka pomysł ten powstał w jego głowie natych­miast, gdyż umysł starego Hach-Klotty pracował prędko i szylk pomyś­lał o możliwym ataku prawie jednocześnie z Tumitakiem. Natychmiast wysłał grupę szylków na pozycje obronne i gdy Tumitak i jego wojow­nicy podchodzili między drzewami do tego miejsca, zobaczyli, że szylki posuwają się wśród wież w ich kierunku.

Tumitak natychmiast dał swym ludziom sygnał do ataku, a jedno­cześnie ze strony bandy szylków buchnęły w jego kierunku ładunki go­rąca. Uskoczył za drzewo, wołając do swych ludzi, by poszli w jego ślady, a następnie włączył swój miotacz ognia, celując na jedną z wież, za którą kryły się szylki. .

Bestie natychmiast skierowały swe promienie na pnie drzew, za którymi kryli się ludzie, chcąc bez wątpienia spalić wszystkie drzewa, a następnie uderzyć na schowanych za nimi wojowników. Jednak Tumitakowi wpadł do głowy pewien pomysł; zawołał do swych ludzi, by skie­rowali ogień na lewo i prawo od szylków paląc tylko te ściany wież, które znajdowały się najbliżej szylków. Pozostali w lot pochwycili jego zamiar i natychmiast przystąpili Do działania. Drzewa, wypełnione so­kami wczesnej wiosny, nagrzewały się powoli, za to metalowe wieże po­chłaniały ciepło gwałtownie i nim promienie zdołały przepalić drzewa na wylot, Tumitak osiągnął swój cel. Dwie wieże, jedna na prawo, druga na lewo od szylków, załamały się nagle i runęły z hukiem na ziemię, grzebiąc pod sobą całą hordę szylków. Większość z nich zginęła na miej­scu, inni zostali poważnie ranni, a jedyny, który na pierwszy rzut oka nie odniósł żądnych obrażeń, odwrócił się i pomknął jak błyskawica w głąb miasta. Ludzie patrzyli przed siebie ze zdumieniem, nie dowierzając własnym oczom. Lecz choć zdawało się to nieprawdopodobne, rzeczy­wiście oglądali szylka umykającego przed ludźmi. Przez pewien czas wybałuszali oczy, aż pojęli w końcu, że starcie z tą bandą szylków za­kończyło się sukcesem. Wszyscy obrońcy albo zginęli, .albo byli śmier­telnie ranni, a droga do Szemu stała otworem!

Tumitak nie zamierzał jednak nierozważnie ruszyć z miejsca w głąb miasta. Najpierw wydał rozkazy, aby systematycznie palić wieże w tej części miasta. Jedna za drugą wieże padały z hukiem na ziemię, gdy tylko ich. podstawy roztopiły się w straszliwym ogniu miotaczy Jakran.

A gdy wieże były w gruzach, mieszkańcy lochów ruszyli przed sie­bie wśród ruin i z ukrycia rozpoczęli niszczenie wież w głębi miasta. Nie dane im jednak było długo zajmować się tym dziełem zniszczenia. Nim padło pół tuzina wież, napotkali inną grupę szylków stawiającą opór i w chwili nieostrożności dwaj spośród Jakran zginęli, nim udało im się ukryć.

Wewnątrz miasta mieszkańcy lochów byli już w korzystniejszej sy­tuacji. Szylki, jakkolwiek walczące zaciekle, starały się pokonać wro­gów nie niszcząc swych domów. Ludzie nie mieli takich skrupułów i z ra­dością zrównaliby z .ziemią cały Szem, by zabić jednego szylka. I tak mimo strat Tumitak i jego ludzie posuwali się naprzód, aż dotarli do niewielkiego wzniesienia, skąd mogli atakować grupę szylków broniącą miasta przed Dattą i jego oddziałem.

Wówczas olbrzymi wódz Jakran jego jeszcze potężniejszy bratanek oraz ich zawzięci wojownicy rzucili się pędem przez otwartą przestrzeń przed miastem i po chwili znaleźli się wśród wież. Z dzikimi okrzykami zaatakowali szylki zapomniawszy, że walczą wręcz ze stworzeniami uzbrojonymi w miotacze ognia lub w dezintegratory. I rzeczywiście, z tak małej odległości promienie stawały się bronią obosieczną, rażąc za­równo sprzymierzeńców, jak i wrogów. Nawet szylki uświadomiły sobie to niebezpieczeństwo i zaniechały użycia miotaczy. W ich kleszczach po­jawiła się osobliwa broń sieczna: ostre stalowe krążki umieszczone na tyczkach i szybko wirujące jak dziecinny bączek. Była to broń nie­wątpliwie niebezpieczna - gdy tylko dotknęła ręki, nogi czy głowy, natychmiast je odcinała.

Rozszalała się walka wręcz, podobna do bitew świata starożytnego jeszcze przed erą nowoczesnej nauki. Po raz pierwszy od prawie dwóch tysięcy lat człowiek walczył ze swymi wrogami na równej stopie i wy­stawiał sobie w tej walce dobre świadectwo. Szylki już ustępowały pola ludziom, gdy daleki okrzyk dał znać Tumitakowi, że Nikadur i Lorianie opuścili lochy. Odpowiedział im okrzykiem triumfu i zaatakował szylki z nową energią.

Trzeba by było dłuższej opowieści niż ta, aby zrelacjonować wszystkie szczegóły bitwy. Rozpadła się ona na wiele pojedynków, a w takich walkach rodzą się bohaterowie. Pierwszy w ten sposób odznaczył się Turanen z Nononu, po nim wielu innych, którzy później stali się słyn­nymi rycerzami w królestwie Tumitaka; Luramo. potwierdził pokładane w nim nadzieje, zaś pozostali - Datto, Nikadur, Torp, Nenapus, Tumlok i im podobni dokazywali cudów waleczności, z nadludzką sprawnością powalając szylka za szylkiem.

Dwukrotnie Tumitak stawał oko , w oko z samym Hach-Klottą i dwukrotnie niższe szylki ginęły z poświęceniem, by dać staremu gu­bernatorowi możliwość ujścia przed wodzem mieszkańców lochów. Tu­mitak dziwił się widząc, z jaką ochotą szylki idą na śmierć broniąc sta­rego przywódcy. Było to jego pierwsze zetknięcie się z tym osobliwym instynktem społecznym, który później pozwolił mu zyskać tak wielką przewagę nad szylkami. Po latach miał się przekonać, że bitwa z szylkami w pewien sposób przypominała partię szachów - wystarczy po­konać króla, by wygrać walkę.

Teraz jednak Lorianin był nieświadom tego i gdy Hach-Klotta unikał go, zadowalał się atakiem na jakiegoś niższego szylka. I tak bitwa trwała dalej, a szylki padały jeden za drugim w sposób dla nich niepojęty. Wy­obraźcie sobie, że ludzie giną w walce, z owcami i świniami, i to uzbrojo­nymi w noże i karabiny i zjednoczonymi w celu zniszczenia wioski! Jest to zapewne najbliższa analogia, jaką dziś możemy sobie wyobrazić, do tego niezwykłego najazdu.

Nie należy sądzić, że bitwa wszędzie była zwycięska dla mieszkań­ców lochów. W niektórych miejscach szylki chwilowo przeważały i dzie­siątki ludzi zginęły pod ich wirującymi nożami. W innych miejscach ludzie oddzielali się od głównych sił i wtedy miotacz ognia w kleszczach jakiegoś szylka palił ich na popiół, nim zdołali uciec.

Jednak za każdego człowieka, który poniósł śmierć pod nożami szylków, ginęły dwa szylki od mieczy i strzał ludzi; a za każdą grupę spaloną miotaczami szylków ginęła inna grupa pod ogniem miotaczy mieszkańców lochów.

Aż w końcu, gdy słońce zniżało się już ku ziemi, ostatnia grupa szylków skupiła się w pobliżu wielkiej latającej machiny, ustawionej w środku wioski, próbując bronić tej ostatniej pozycji. Wcześniej jesz­cze, w ciągu dnia szylki miały nadzieję wejść do. machiny i uciec, a na­stępnie sprowadzić pomoc z wielkiego miasta Kajmaku leżącego w pew­nej odległości; Tumitak ubiegł ich jednak nakazując jednemu ze swych ludzi ostrzeliwać wejście z miotacza ognia, ustawionego pod osłoną po­bliskiej wieży. Tak więc szylkom udaremniono wykonanie ich zamiarów. Zajęły jednak swą ostatnią pozycję, mając nadzieję, że jakieś wydarze­nie w ostatniej chwili pozwoli im dostać się do autolotu i uciec.

Zdawało się, że nie mają już wielkich szans. Jeszcze chwila, a wy­bito by je co do jednego. -I wtedy Lorianin, który pilnował wejścia do autolotu, krzyknął i padł na wznak z głową zwęgloną promieniem ciepl­nym jakiegoś ukrytego .szylka. Nikadur natychmiast skierował swój mio­tacz w kierunku, z którego pojawił się promień, i z satysfakcją ujrzał trafionego szylka, spadającego z wrzaskiem z okna wieży; lecz tych kil­ka sekund, w czasie których drzwi autolotu były nie strzeżone, wystar­czyło, by aż połowa pozostałych szylków dostała się do środka i zatrza­snęła drzwi. Nie trzeba dodawać, że pierwszy w środku znalazł się Hach-Klotta, a gdy drzwi zamknęły się, pozostałe szylki padły pod promie­niami Jakran. Tumitak miał właśnie rozkazać, by miotacze ognia zmie­niły autolot w roztopiony metal, gdy nawiedziła go przerażająca myśl. Tolury ani dwóch pojmanych Jakran nie widziano w czasie wałki w żad­nym miejscu Szemu. Czyżby nadal znajdowali się wewnątrz autolotu? Jeśli tak, atak na maszynę oznaczał ich pewną śmierć. Tumitakowi zro­biło się słabo na myśl o tym jak bliski był wydania rozkazu, który mógł sprowadzić na nich zgubę. Rozkazał swoim ludziom odstąpić od auto­lotu i oczekiwał z niepokojem, czy maszyna wzięci, unosząc ze sobą wo­dza szylków oraz tą-jedyną na całym świecie, którą kochał najbardziej. Lecz gdy chwile mijały jedna za drugą,- a autolot pozostawał na miejscu, nabrał nowej nadziei. Może maszyna była w jakiś sposób uszkodzona i nie mogła oderwać się od ziemi?

Może szylki odniosły tak ciężkie rany, że nie były w stanie kierować maszyną? I wtedy, gdy miał dać rozkaz do ataku na autolot i spróbować, dostać się do środka, drzwi maszyny otwarły się szeroko i pojawiła się w nich postać, której pobladłą twarz okalały zmierzwione włosy. Była to Tolura - a na jej głowie jaśniała złota przepaska, którą nosił Podgubernator Szemu. W ręku zaś trzymała broczącą, nadpaloną głową - głowę Hach-Klotty z Szemu!

- Tumitaku - zawołała wątłym głosem, a ujrzawszy go, pośpie­szyła ku niemu. - Tumitaku - krzyknęła - zabierz mnie. Kocham cię i jestem teraz ciebie godna... ja również jestem zabójczynią szylków.

Wkrótce Tolura opowiedziała swą historię. Gdy autolot poleciał w . kierunku Szemu, wciągnięto ją i dwóch Jakran do kadłuba maszyny, rozbrojono i bezceremonialnie rzucono do kąta, gdzie skulili się w trwo­dze zastanawiając się, co będzie dalej. Podniecenie wywołane wiadomoś­ciami przekazanymi przez szylki z autolotu po przybyciu do miasta oraz tumult bitewny, który zapanował zaraz potem, sprawiły najwyraźniej, że szylki zapomniały o nich zupełnie; w ten sposób ludzie pozostawali w zamknięciu w autolocie, przez cały czas walki. Pod koniec Tolura od­zyskała odwagę do tego stopnia, że zaczęła przeszukiwać autolot. Roz­glądała się wokół, przyjrzała się sterom i uznała, że są zbyt skompliko­wane, by zaryzykować próbę lotu, przeszukała wszystkie miejsca w po­szukiwaniu jakiejś broni i w końcu, ku swemu zdumieniu i radości, od­kryła tę samą broń, którą im wcześniej odebrano. Szylki najwyraźniej cisnęły ją niedbale do komory bagażowej, gdzie dziewczyna ją znalazła. Było oczywiste, że zarówno tu, jak i w czasie całej .bitwy na zewnątrz szylki nie doceniły inteligencji ludzi, z którymi walczyły, i zarówno tu, jak i na zewnątrz drogo zapłaciły za swój błąd.

Zdecydowana na wszystko Tolura przypięła skrzynkę do pleców i usiadła przy wejściu czekając na powrót szylków. Gdy drzwi otworzy­ły się, ukryła się, aż cała grupa znalazła się we wnętrzu kabiny i wtedy otworzyła w ich kierunku ogień z miotacza. Szylki nie miały żadnych szans, lecz w podnieceniu Tolura zapomniała, jak bardzo użycie miota­cza ognia w tak ciasnym pomieszczeniu podnosi temperaturę otoczenia. Zarówno ona, jak i Jakranie niemalże padli ofiarą gorąca, nim udało im się otworzyć drzwi i wydostać na chłodniejsze powietrze na ze­wnątrz.

Lecz teraz było już po bitwie, szylki zginęły co do jednego, Tumi­tak i Tolura byli znowu razem, a mieszkańcy lochów wznosili okrzyki radości aż do ochrypnięcia, gdy Tumitak ogłosił swój zamiar poślubienia Tolury przy najbliższej okazji.

Następnie na propozycję Datty Tumitak zezwolił wojownikom ro­zejść się i plądrować miasto w poszukiwaniu łupów; sam zaś zebrał swych oficerów, by omówić sposoby i środki odpowiedniej ochrony miasta.

Nazajutrz rano Nenapus zwrócił się do Lorianina bardzo oficjalnie i poprosił o pozwolenie na przeczytanie listy, którą sporządził. Tumitak skinieniem głowy wyraził zgodę, a wtedy Nonończyk odchrząknął j swym charakterystycznym ozdobnym stylem rozpoczął przemowę,

- Oto jest lista wszystkich maszyn i urządzeń, które zdobyto w czasie zajęcia miasta. Pozwoliłem sobie zażądać raportu od wszystkich ludzi, którzy zdobyli te .urządzenia, i oto jest podsumowanie tych rapor­tów. Zdobyliśmy dwadzieścia siedem miotaczy ognia, co razem z czter­dziestoma czterema dostarczonymi przez Tainów stanowi w sumie sie­demdziesiąt jeden. Mamy dwieście pięćdziesiąt prętów z energometalu, które znaleziono w skrzyni w wieży wodza szylków. Dwadzieścia sześć małych maszyn, które unicestwiają rzeczy, cztery osobliwe maszyny do poruszania się, których nikt nie potrafi uruchomić, jedna maszyna z mo­cnymi ramionami, która zdaje się służyć do podnoszenia wielkich przed­miotów, jedna maszyna do latania w powietrzu i siedemdziesiąt dwie maszyny, których zastosowania w chwili obecnej nie znamy.

Tumitak uśmiechnął się słuchając obszernego wyliczenia, które tak starannie sporządził wódz Nononu, a następnie zastanawiał się chwilę w skupieniu.

- Miotacze ognia - ogłosił w końcu - i pręty z energometalu mogą zostać własnością tych, którzy je znaleźli. Maszyny, których prze­znaczenia nie znamy, pozostaną w posiadaniu tych, którzy mają je teraz, do czasu gdy ustalimy ich przydatność. Jednak dezintegratory przejdą, na własność rady do użytku przy ochronie miasta. Powiedz, aby Datto i Zaremo przyszli do mnie.

Nadeszli obaj wodzowie i Tumitak wyłożył im plan, który opracował dla obrony miasta. Zaremo i Datto oddalili się pełni entuzjazmu i zajęli się ustawianiem dezintegratorów zgodnie z planem. Na ziemi wokół Szemu nakreślono wielki krąg, następnie w równych odstępach na jego obrzeżu - rozmieszczono maszyny, a Tainowie poświęcili wiele, czasu ucząc ich działania wojowników, których przydzielono do obsługi..

Jeden ze strażników, których Tumitak rozstawił w wieżach i na wzniesieniach poza miastem, nadbiegł do wodza i obwieścił głosem peł­nym przerażenia, że na dalekim horyzoncie pojawiło się wiele olbrzymich niby-ptasich sylwetek, które szybko przybliżały się do Szemu.

- To latające maszyny szylków, Tumitaku! - zakrzyknął w prze­strachu. - Uciekajmy natychmiast do lochów!

Zabójca Szylków uciszył go stanowczym gestem- i nakazał posłań­cowi, by wezwał pozostałych wodzów. Gdy nadeszli, zaczął od razu wy­dawać im zalecenia w sprawie obrony miasta. Posłańcy biegiem ruszyli do strażników, którzy trzymali stałą wartę przy dezintegratorach, inni zgromadzili właścicieli miotaczy ognia w centrum miasta, inni zaś jeszcze zajęli się odprowadzaniem kobiet i dzieci do lochów, aby zapewnić im bezpieczeństwo na wypadek, gdyby bitwa przybrała niepomyślny .obrót.

Nim zakończono te wszystkie przygotowania, flota szylków (która, choć Tumitak tego nie wiedział, była zapewne tylko eskadrą transportowców zapewniających temu miasteczku dostawy z jakiejś większej metropolii, gdzie nie dotarła wieść o zajęciu Szemu) była w odległości za­ledwie kilku mil od miasta. Stojąc na niewielkim wzniesieniu blisko centrum Szemu Tumitak z Tolurą u boku i innymi wodzami z tyłu obserwował ich przylot. Były to ornitoptery. Leniwy ruch metalowych skrzydeł sprawiał, że bezustannie połyskiwały w słońcu.

Leciały przed siebie, nie podejrzewając niczego, aż dotarły na od­ległość ledwie kilkuset jardów od miasta i zaczęły podchodzić do lądo­wania. Słychać było już wyraźnie stukot silników. Tumitak zaczął z nie­pokojem spoglądać na teren poza miastem! Czy jego plan powiedzie się, czy też mieszkańcy lochów zostaną zmuszeni do desperackiej walki, która postawi pod znakiem zapytania samo ich istnienie?

I wtedy, gdy Lorianin stracił już nadzieję, nastąpiło zdarzenie, któ­rego oczekiwał. W pobliżu najbardziej wysuniętego do przodu ornitoptera rozległ się ogłuszający huk, maszyna na moment zabłysła jasnym, oślepiającym światłem - i zniknęła! Rozległ się grzmot - dźwięk po­wietrza napływającego gwałtownie na miejsce tego, co zniszczył promień dezintegratora - i było po wszystkim.

Tumitak uśmiechnął się z ulgą i zwrócił się do Tolury. - Dezintegratory - wyjaśnił. - Ustawiono je w ten sposób, by powstał wielki stożek promieni nad Szemem, przez który nic się nie przedostanie; póki nie wyłączymy maszyn. Nad nimi czuwa nieprzerwa­nie warta w dzień i w nocy, a gdy pojawia się jakiś obiekt na niebie, natychmiast włącza zasilanie.

Odwrócił się i obserwował pozostałe ornitoptery. Ich główne ugrupo­wanie, około siedmiu sztuk, leciało bezpośrednio za pierwszym i nawet nie usiłowało się zatrzymać, gdy ten pierwszy ornitopter znalazł się pod ostrzałem. Szylki nie miały .powodu przypuszczać, że maszyna została zaatakowana z ziemi i gdy dostrzegły jej katastrofę, przypisały ją ja­kiejś awarii wewnątrz maszyny.

One same, nie zdążywszy uniknąć zagłady, również znalazły się w zasięgu promieni i w ciągu niecałej minuty z hukiem rozpadły się w nicość. Ściślej, jednemu maruderowi udało się na kilka chwil uniknąć losu innych. Tumitak obserwował go z niepokojem obawiając się, że może uda się mu wymknąć i dolecieć do jakiegoś odległego ośrodka szylków, skąd sprowadziłby armię, która zgładzi mieszkańców lochów.

Na szczęście jednak nie miało do tego dojść, gdyż ludzie obsługujący dezintegratory, uważając za punkt honoru całkowite zniszczenie floty szylków, skierowali całą baterię szesnastu maszyn przeciwko temu ornitopterowi i pod ogniem zaporowym ucieczka stała się niemożliwa. Ostat­nia maszyna z łoskotem eksplodowała (na tej odległości promienie dezintegratorów utraciły częściowo moc) i opad drobnego pyłu na las zwia­stował zagładę eskadry.

Podmuch powietrza, który wystąpił w chwili włączenia dezintegratorów, a który narastał aż do silnego wiatru, ucichł teraz, a Tumitak obrócił się do Tolury i ucałował ją radując się ze zwycięstwa. Następnie wydał westchnienie żarliwej ulgi, gdyż uprzednio nie był pewien, jak poskutkuje ta metoda obrony.

- Raz jeszcze zwyciężyliśmy - powiedział cicho, a potem dodał - ale oni przyjdą znowu, Toluro, z pewnością przyjdą znowu. Lecz kiedy przyjdą, będziemy przygotowani na spotkanie.



KONIEC


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Tanner Charles R Tumitak na powierzchni Ziemi s f
Tanner Charles Tumitak 02 Tumitak na powierzchni Ziemi s f
Tanner Charles R 02 Tumitak na powierzchni Ziemi
Charles R Tanner Tumitak na powierzchni Ziemi
Tanner Charles Tumitak 04 Tumitak i Spadek Starożytnych
Tanner Charles R Tumitak z podziemnych korytarzy s f
Tanner Charles Tumitak 01 Tumitak z Podziemnych korytarzy
Niesamowite odkrycie! Czym jest tajemnicza baza na powierzchni Marsa, W ஜ DZIEJE ZIEMI I ŚWIATA, ●tx
Procesy wewnętrzne i zewnętrzne oraz ich wpływ na kształtowanie powierzchni Ziemi, szkola, Geografia
Rysunek rzeźby powierzchni Ziemi na mapie, Konspekty lekcji
Wpływ człowieka na zmiany klimatyczne i modelowanie powierzchni Ziemi
ochrona powierzchni ziemi ppt
16 Człowiek zmienia powierzchnię Ziemi
45Załamania światła na powierzchni sferycznej
4 Co to są linie poślizgu widoczne na powierzchni próbki ze stali GX120Mn13
Na ratunek Ziemi na EE
Rzeki w Polsce w dużym stopniu kształtują powierzchnię ziemi, Geodezja i Kartografia, Referaty
Pojęcia geologia, Geologia - Pojęcia (2), ABLACJA DESZCZOWA -Spłukiwanie, ablacja, jeden z najważnie
20 Wykonywanie powłok antykorozyjnych na powierzchniach metalu

więcej podobnych podstron