background image

TOM CLANCY

POWER PLAYS

Przełożyli:

Piotr Kuś

Błażej Kemnitz

background image

1

ARCHIPELAG RIAU,   , MORZE POŁUDNIOWOCHINSKIE

15 WRZEŚNIA 2000

Frachtowiec ochrzczono Guanyin, od imienia chińskiej bogini miłosierdzia, lecz czy 

można się dziwić, że jego załoga poczuła się w końcu opuszczona przez swoją patronkę?

Wypłynęli o dwudziestej z portu w Kuching w Malezji Wschodniej, unosząc na pokładzie towarowym 

piętnastometrowego, zwodowanego przed pół wiekiem parowca olej palmowy i przyprawy. Towary opatrzone 

były listami przewozowymi informującymi, że produkty przeznaczone są do sprzedaży hurtowej w Singapurze. 

Mimo zacinającego nieustannie deszczu, porywistego wiatru i ograniczonej widoczności morze było względnie 

spokojne, więc pilot nakazał utrzymywać stałą prędkość piętnastu węzłów niemal natychmiast po tym, jak statek 

odbił od nabrzeża. Spodziewał się spokojnego rejsu, a po jego zakończeniu - długiej pijackiej nocy w portowym 

barze. Nawet teraz, podczas pory deszczowej, główny szlak wychodzący z tego portu zdawał się krótki i prosty.  

Pokonanie cieśniny, a następnie krótkiej trasy wiodącej wzdłuż brzegu do nabrzeża w dzielnicy Sembawang po 

północnej stronie wyspy zajmowało niespełna cztery godziny.

Około dziewiątej, jako że nie mieli wielu zajęć przed zawinięciem do portu, czterej 

członkowie brygady trudniącej się załadunkiem i wyładunkiem towarów zaczęli grać w karty 

w   ładowni,   zostawiwszy   na   górnym   pokładzie   pilota   i   bosmana.   Ten   pierwszy   nie   miał 

oczywiście wyjścia. Musiał stać przy sterze, jednak ze względu na jego władcze zachowanie, 

wyższe uposażenie i wygodny, obity skórą fotel znajdujący się na stosunkowo obszernym 

mostku,   którego   ściany   upstrzone   były   plakatami   przedstawiającymi   nagie   kobiety,   nikt 

specjalnie się nad nim nie litował.

W   przeciwieństwie   do   pilota   bosman   cieszył   się   szacunkiem   załogi,   tak   więc 

zaproszono   go   do   gry.   Każdego   innego   dnia   Chien   Lo   przyjąłby   z   entuzjazmem   taką 

propozycję, tej nocy jednak postanowił zostać na pokładzie. Jeśli wzięło się pod uwagę złą 

pogodę   i   odpowiedzialną   naturę   bosmana,   nietrudno   było   zrozumieć,   że   zdecydował   się 

czuwać nad ładunkiem, kiedy w każdej chwili silny wiatr mógł poluzować mocujące go liny i 

zmyć z pokładu.

Około dwudziestej  drugiej  tropikalna  ulewa nieco  zelżała.  Wyglądało  na to, że to 

tylko   przejściowa   poprawa   pogody,   więc   Chien   oparł   się   pokusie   zejścia   pod   pokład   i 

dołączenia   do   pozostałych   członków   załogi.   Kłopoty   bardzo   cierpliwie   czekają   na   twoją 

nieuwagę, mawiała jego żona. Mimo to bosman zdecydował, że to dobry moment, by zrobić 

sobie przerwę na papierosa.

Jego droga, ukochana żona mawiała także - a zawsze chętnie służyła dobrymi radami - 

że kiedy to tylko możliwe, należy korzystać z wszelkich drobnych przyjemności, jakie oferuje 

background image

życie.

W  chwili,  gdy  Chien  Lo  przytykał   zapałkę  do  papierosa,  dwa  pontony motorowe 

marki   Zodiac   wyłaniały   się   z   sitowia   i   namorzynów   otaczających   maleńką   wysepkę 

znajdującą się właśnie mniej więcej czterdzieści stopni na wschód od dziobu frachtowca. 

Wyposażone  w płetwy stabilizujące  i napędzane  wyciszonymi  dziewięćdziesięciokonnymi 

silnikami mknęły z prędkością niemal pięćdziesięciu węzłów - wystarczająco szybko, by w 

kilka minut dotrzeć do burty Guanyin. W ich kilwaterze powstawały fale przypominające 

smugi kondensacyjne unoszące się za silnikami myśliwców odrzutowych. Skrawek lądu, z 

którego wystrzeliły, pochłonęły wkrótce ciemności.

Bandę   tworzyło  dwunastu  mężczyzn.   Przywódcą  był  potężnie   zbudowany  członek 

plemienia   Iban,   resztę   stanowili   rdzenni   mieszkańcy   południowych   wysp.   W   każdym 

pontonie płynęło sześciu piratów. Dwaj spośród nich, których zadaniem było przycumować 

do statku, mieli skórzane rękawiczki i zwoje nylonowych drabinek sznurowych, przyczepione 

do   pasków  na   wzór   wspinaczy   górskich.   Wszyscy   zakryli   oblicza:   jedni   prostymi 

brezentowymi   workami,   w   których   wycięli   otwory   na   oczy,   nosy   i   usta,   inni   starymi 

szmatami i koszulkami zasłaniającymi  po prostu dolne partie twarzy.  Na grzbietach dłoni 

mieli   identyczne   tatuaże   w   kształcie   krisu,   symbolizujące   ich   przestępcze   braterstwo.   Na 

wyblakłe, będące w strzępach ubrania mężczyźni narzucili kamizelki ratunkowe. Uzbrojeni 

byli w broń maszynową, a w pochwach, które przytroczyli do pasów, tkwiły sztylety. Gotowi 

byli bez wahania użyć broni, by zabić, co mógłby potwierdzić wyraz lodowatej zjadliwości 

rysujący się na przesłoniętych twarzach.

Ich dzisiejsze zadanie było nietypowe o tyle, że - w przeciwieństwie do zwykłych 

ataków   na   frachtowce   przypuszczanych   już   wiele   razy   -   nie   polegało   na   kradzieży 

przewożonego ładunku czy na ograbieniu załogi z kosztowności, które można było później 

sprzedać  na czarnym  rynku.  To  wszystko  miało  być  obecnie  tylko  dodatkową  korzyścią. 

Bary, burdele i areny walk kogutów w Sibu przez jakiś czas musiały się obejść bez nich. 

Teraz mieli opanować statek i doprowadzić go do Singapuru, gdzie czekały na nich zupełnie 

inne zajęcia.

Gdy   dwa   mknące   cicho   zodiaki   dotarły   do   rufy   Guanyin,   popłynęły   w   różnych 

kierunkach. Ten, którym płynął przywódca, skierował się ku lewej burcie, drugi natomiast 

ruszył wzdłuż prawej. Oba znacznie zwolniły, by dostosować swoją prędkość do prędkości 

większej jednostki.

Przez   mniej   więcej   dwie   minuty   od   chwili,   gdy   pontony   zaczęły   płynąć   obok 

background image

frachtowca, szef piratów przyglądał się bacznie swojemu celowi, błądząc wzrokiem po jego 

przeżartym rdzą kadłubie. Mężczyzna był ubrany w kurtkę z drelichu, jego długie, mokre od 

deszczu,   czarne   włosy   przytrzymywała   przepaska,   a   usta   i   policzki   zakrywała   szeroka, 

barwna chusta. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni po piersiówkę z tuak, opuścił na chwilę 

chustę, po czym wypił spory łyk mocnego alkoholu. Raz jeszcze pociągnął solidnie, otrząsnął 

się i spojrzał na gwiazdy. Krople mżawki padały na jego odsłonięte, wysmagane przez wiatr 

policzki.  Wreszcie  łyknął  ostatni raz, włożył  chustę i skinął głową na niskiego żylastego 

mężczyznę z drabinką sznurową u pasa.

- Amir - powiedział i przeciął dłonią powietrze, dając tamtemu sygnał do rozpoczęcia 

ataku.

Amir   skinął   głową,   sięgnął   między   kolana   i   otworzył   pokrywę   schowka,   który 

znajdował się pomiędzy jego siedzeniem a aluminiową podłogą zodiaku. Wyjął ze skrytki 

drugą, dwudziestostopową linę. Ta była pojedyncza i zakończona ostrym hakiem, zwanym 

niedźwiedzim pazurem. Zwój ułożył w lewej ręce, natomiast końcówkę z metalowym hakiem 

przytrzymał  w prawej. W końcu wstał, podszedł do burty od strony frachtowca i szeroko 

rozstawił nogi, aby możliwie najbardziej zniwelować skutki kołysania i drgań pontonu.

Przytrzymał stopą wolny koniec liny i rzucił hak w kierunku statku, pozwalając, by 

jego   ciężar   pociągnął   za   sobą   linę.   Niedźwiedzi   pazur   z   głuchym   łoskotem   zahaczył   o 

nadburcie.

W chwilę później podobny odgłos dotarł do ich uszu z drugiej strony frachtowca i 

Amir wymienił z czterema kompanami wyczekujące spojrzenie.

Wszyscy wiedzieli, co to oznacza. Również drugiej grupie udało się przycumować 

zodiak do Guanyin.

Chien Lo opierał się łokciami o reling na prawej burcie i palił papierosa, gdy od strony 

kajut dobiegł go głuchy odgłos uderzenia. Po chwili z tego samego mniej więcej kierunku po-

nownie dotarł do jego uszu taki sam dźwięk.

Zmarszczył czoło. Pomyślał z niechęcią, że cisza i spokój są zbyt piękne, by mogły 

trwać   długo.   W   tym   momencie   Guanyin   znajdowała   się   dwadzieścia   mil   morskich   na 

południowy   wschód   od   portu   docelowego   i   ociężale   pruła   fale,   omijając   znajdujące   się 

dokoła,   wystające   na   powierzchnię   skały,   mielizny   oraz   porośnięty   gęsto   tropikalną 

roślinnością łańcuch maleńkich wysepek należących do archipelagu Riau. Rozrzucone gru-

pami na rozległym obszarze Morza Południowochińskiego, nie miały przeważnie nazw i nie 

były zamieszkane, a Chien zawsze uważał żeglowanie między nimi za spokojne preludium 

background image

przed zawinięciem do zatłoczonego portu w Singapurze.

Popatrzył  na morze i zaczął się zastanawiać, czy nie zignorować tego dźwięku do 

chwili, kiedy skończy palić. Ale nie potrafił tego zrobić. A co, jeśli źródłem hałasu jest nie 

zabezpieczony ładunek, który przewala się po pokładzie?

Chien Lo wzruszył ramionami i wrzucił do wody nie dopalony papieros.

Odpowiedzialność ma swoje minusy, pomyślał, i ruszył, by sprawdzić zamocowanie 

ładunku, nieświadomy, że na pokład wśliznęła się zgraja morderców.

W chwilę po sczepieniu pontonu z frachtowcem Amir umocował swój koniec liny do 

uchwytu przytwierdzonego do dna zodiaku, po czym obciągnąwszy rękawiczki, odwrócił się 

w stronę  statku.  Umieścił   linę  między  rozstawionymi   nogami,  chwycił  ją  mocno   obiema 

dłońmi,   a   następnie   skoczył,   prostując   przy   tym   kolana   i   przyciskając   linę   do   ciała,   by 

możliwie najbardziej się napięła.

Podbite   gumą   buty   mężczyzny   oparły   się   o   burtę   i   pirat   zaczął   się   miarowo, 

rytmicznie wspinać. Dotarcie na pokład zajęło mu niecałą minutę. Kiedy znalazł się już na 

frachtowcu,  odwiązał  od  pasa drabinkę   sznurową,  starannie   przymocował  ją do  relingu  i 

wyrzucił za burtę, by mogła ją pochwycić załoga pontonu.

Pirat, który ją złapał, zaczai się szybko wspinać na pokład, kładąc sprawnie stopy na 

nylonowych   linach   tworzących   szczeble.   Wiedział,   że   pozostali   ruszą   za   nim   w   takich 

odstępach, by umknąć przeciążenia drabinki.

Kiedy dotarł do jej końca, wyciągnął rękę, chwycił dłoń, którą wyciągał do niego 

pierwszy napastnik, i dzięki temu zdołał pokonać nadburcie.

Mężczyzna wspierał się już łokciami o pokład, gdy Chien Lo -sprawdzający właśnie, 

co było źródłem tajemniczych głuchych uderzeń, które usłyszał kilka chwil wcześniej - odkrył 

ku swemu przerażeniu, że jego statek zaatakowali piraci.

Klęczący na pokładzie Amir usłyszał kroki bosmana na ułamek sekundy przed tym, 

nim obrócił się na pięcie i go dostrzegł. Wiedział już, co robić. Nie miał pojęcia, ilu jeszcze 

członków załogi znajduje się na pokładzie, ale i tak nie mógł pozwolić, by zostali ostrzeżeni. 

Tego mężczyznę należało błyskawicznie sprzątnąć.

Chien  Lo  zatrzymał   się kilkanaście   metrów   od Amira  i  wpatrywał  się  w niego  z 

niedowierzaniem oraz przerażeniem. Nogi bosmana zamieniły się nagle w sople lodu. Odgadł 

zamiary mężczyzny, który wtargnął na pokład, choć nie mógł nawet zobaczyć jego twarzy. 

Ciemne,   wąskie   oczy,   spoglądające   przez   otwory   wycięte   w   masce,   powiedziały   mu 

background image

wszystko. Żądza mordu była w nich aż nadto wyraźna.

Nagle   Chien   Lo   przełamał   chwilowy   paraliż,   odwrócił   się   błyskawicznie   i   ruszył 

biegiem w kierunku  dziobu, na mostek,  gdzie  - jak wiedział  - znajduje się pilot. Jednak 

szybkość i zręczność przydały się piratowi nie tylko podczas wspinaczki. Amir poderwał się 

gwałtownie i skoczył za Chienem, wyciągając jednocześnie sztylet z pochwy. Poruszał się 

niemal bezszelestnie, mimo że włożył buty na grubej podeszwie, które były pomocne podczas 

wchodzenia na frachtowiec.

Błyskawicznie dopadł bosmana, rzucił się na niego, objął od tyłu i zacisnął ramię 

dokoła jego piersi. Siła, z jaką w niego uderzył, sprawiła, że obaj mężczyźni przewrócili się 

na pokład.

Chien   zawył   cicho   z   bólu   i   strachu,   gdy   żelazne   palce   chwyciły   go   za   włosy   i 

odciągnęły do tyłu głowę. Po chwili zimne ostrze trzymanego przez pirata sztyletu dotknęło 

gładkiej, ciepłej skóry na jego gardle i błyskawicznie rozcięło ją od ucha do ucha.

Chien nie poczuł prawdziwego bólu, ale jedynie coś, co wstrząsnęło jego nerwami 

niczym porażenie prądem. W tym samym momencie napastnik puścił go i bosman uderzył 

twarzą o pokład. Marynarz skonał w długich, spazmatycznych drgawkach, podczas których 

jego nos, usta i oczy leżały już w kałuży krwi.

Pirat wstał, przyciągnął ciało do nadburcia i wyrzucił je do morza. Gdy uderzyło w 

wodę, rozległ się jedynie ledwo słyszalny plusk i natychmiast pochłonęły je głębiny.

Do czasu, kiedy Amir wrócił na miejsce, w którym przymocował drabinkę do relingu, 

drugi napastnik zdołał się już podciągnąć na pokład. Reszta jego grupy i pięciu mężczyzn z 

drugiego pontonu również dostało się już na statek i czekali teraz tylko na ostatniego, len 

chwilę później dołączył do towarzyszy i wszyscy ruszyli cicho w kierunku dziobu.

Pilot spadł jak kłoda pod koło sterowe, a jego krew niczym deszcz spryskała wielkimi 

kroplami mapy i zdjęcia modelek z rozkładówki “Playboya". Zabójca wykonał swoje zadanie 

szybko   i   sprawnie.   Otworzył   drzwi   prowadzące   na   mostek,   zaatakował   pilota   od   tyłu   i 

poderżnął mu gardło w taki sam sposób, w jaki Amir podciął gardło Chien Lo. Całkowicie za-

skoczony   marynarz   nie   wiedział   nawet,   co   się   stało,   i   nie   miał   najmniejszej   szansy,   by 

wezwać pomoc.

Na   mostek   wszedł   drugi   pirat,   odsunął   na   bok   ciało   pilota   i   przejął   ster.   Szybko 

przebiegł   wzrokiem   znajdujące   się   przed   nim   wskaźniki   instrumentów   i   skinął   głową   do 

swojego towarzysza. Ten tylko poklepał go po plecach, po czym wytarł zakrwawiony sztylet i 

opuścił mostek, by przekazać dobrą wiadomość pozostałym.

background image

Całkowicie opanowali frachtowiec. Mogli się zająć resztą załogi.

- Wszyscy na kolana i ręce za głowy! - wrzasnął stojący na schodach mężczyzna z 

plemienia   Iban.   Mimo   że   zgromadzeni   pod   pokładem   członkowie   załogi   wyglądali   na 

Malajczyków,   rozkaz   wydał   wyraźnym,   choć   brzmiącym   chropowato   angielskim.   Ich 

narodowy język miał wiele dialektów, a wolał uniknąć nieporozumień.

Zdumieni   i   zaskoczeni   marynarze   spojrzeli   na   niego   znad   stolika   do   gry,   a   karty 

wysunęły się im na blat z drżących nagle dłoni. Po chwili na stalowych schodach zastukały 

buty pozostałych piratów.

-Zróbcie, co powiedziałem, albo wszystkich was zabiję! -warknął Ibanin, dostrzegłszy 

wahanie załogi, i odpędził marynarzy od stolika ruchem trzymanej w dłoni beretty 70/90.

Czterej   mężczyźni   wykonali   jego   polecenie,   nie   usiłując   nawet   stawiać   oporu. 

Poderwali   się   tak   gwałtownie,   że   przewrócili   kilka   krzeseł.   Upadli   na   kolana   pośrodku 

niewielkiej ładowni i w milczeniu spoglądali na napastników.

Przywódca piratów spostrzegł, że jeden z pojmanych zdjął z ręki zegarek i wyciągnął 

go ku jego ludziom, jakby chciał jak najszybciej zakończyć całą sprawę. Wiedział, co myśli 

teraz   ten   marynarz,   i   niemal   mu   współczuł.   Żadna   z   operacji   anty-pirackich 

przeprowadzonych ostatnio przez Malezję, Indonezję, Filipiny czy Chiny nie zmniejszyła w 

najmniejszym   choćby   stopniu   liczby   bandyckich   napadów,   do   których   dochodziło   na 

lokalnych wodach. Z tysiącami porośniętych dżunglą wysp i ogromnymi połaciami oceanu do 

patrolowania władze morskie tych krajów nie mogły nawet mieć nadziei, by skutecznie ścigać 

przestępców, nie wspominając już o wykrywaniu ich baz lądowych. Regionalne kompanie 

żeglugowe doskonale zdawały sobie z tego sprawę i po prostu wliczały straty, jakie ponosiły 

w wyniku rabunków oraz uprowadzeń statków, w koszty swojej działalności.

Szef piratów przebiegł wzrokiem po twarzach marynarzy.  Chociaż w padającym z 

góry świetle malowało się na nich napięcie i niepokój, żaden nie okazywał nadzwyczajnego 

strachu. Bo niby dlaczego? Wszyscy byli pracownikami sezonowymi. Zapewne wcześniej 

płynęli   już   na   statku,   który   został   porwany,   i   spodziewali   się,   że   zostaną   ograbieni,   a 

następnie puszczeni wolno w pontonach albo łodziach ratunkowych. Zazwyczaj tak właśnie 

się to odbywało.

Biedni, naiwni idioci nie mieli najmniejszego pojęcia, co spotkało ich towarzyszy na 

pokładzie.

Ibanin   skinął   ręką   na   stojącego   za   nim   pirata.   Tamten   zbliżył   się   i   zamarł 

wyprostowany, oczekując na rozkazy.

background image

- Nie chcę, żeby ich papiery się zabrudziły, Juara - ostrzegł go chrapliwym szeptem, 

tym   razem   w   swoim   narodowym   języku,   bahasa   malayu.   -   Jeśli   coś   takiego   się   zdarzy, 

spieprzymy całą robotę, rozumiesz?

Ten   potwierdził   mruknięciem,   które   nieco   stłumił   zabrudzony   biały   ręcznik 

okrywający jego usta i policzki. Juara - krępy mężczyzna o grubym karku, ogolonej głowie i 

sporym   brzuchu   -skinął   energicznie   na   dwóch   innych   porywaczy,   ci   zaś   podeszli   do 

klęczących marynarzy i rozkazali im opróżnić kieszenie.

Marynarze   ponownie   bez   słowa   sprzeciwu   wykonali   polecenie.   Piraci   zbierali   ich 

własność i układali ją w mały stos na stoliku, a Juara mierzył do pojmanych z karabinu. Kiedy 

członkowie załogi opróżnili już kieszenie, napastnicy raz jeszcze ich przeszukali, by mieć 

pewność, że niczego nie zatrzymali.

Zadowoleni, że marynarze zrobili, co im kazano, skinęli na Juarę.

Ten polecił swoim ludziom, by stanęli obok niego, po czym spojrzał na dowódcę.

- Dokończcie robotę - powiedział Ibanin.

Starał się mówić jak najciszej, jednak jego niski głos niemal zagrzmiał w absolutnej 

ciszy,   jaka   zapanowała   w   ładowni.   Gdy   napastnicy   podnieśli   lufy   karabinów,   twarze 

członków załogi świadczyły, że zrozumieli przerażające znaczenie tego gestu.

Teraz już wiedzą, pomyślał przywódca piratów. Wiedzą i boją się.

Jeden z marynarzy otworzył usta, by krzyknąć, i zaczai się podnosić, lecz napastnicy 

otworzyli ogień i mężczyzna upadł na plecy. Na jego ubraniu pojawiły się dziury po kulach, a 

jeden   z   pocisków   wyrwał   mu   wielki   fragment   czaszki.   Kule   dosięgły   też   resztę   załogi 

Guanyin. Wszyscy osunęli się na podłogę w chmurze rozbryzgującej się krwi, odłamków 

kości i strzępów rozrywanych mięśni, rozrzucając szeroko ręce i nogi, którymi wstrząsały 

przedśmiertne drgawki.

Potężny Ibanin poczekał na zakończenie kanonady, a następnie podszedł do stolika i 

ze   stosu  przedmiotów   należących  do  członków   załogi  wyciągnął  na  chybił  trafił   jeden  z 

portfeli. Zależało mu, by jak najszybciej skończyć tę część zadania i wrócić na pokład. W 

uszach   dzwoniło   mu   jeszcze   po   strzelaninie,   a   powietrze   w   ładowni   cuchnęło   spalonym 

prochem, krwią i zawartością rozszarpanych wnętrzności.

Otworzył   portfel   i   znalazł   prawo   jazdy  umieszczone   w  przezroczystej   plastikowej 

przegródce.   W   innych   przegródkach   było   jeszcze   więcej   dokumentów.   Zastrzelony 

mężczyzna, do którego należał ten portfel, nazywał się Sang Ye.

Z   gardła   przywódcy   piratów   wyrwał   się   niski,   pełen   zadowolenia   pomruk.   Miał 

nadzieję, że marynarz zdołał nacieszyć się życiem i dobrze wydał swoje pieniądze. W każdym 

background image

razie teraz jego portfel i tożsamość należały do kogoś, kto zrobi z nich równie dobry użytek.

A na niego czekały wielkie, naprawdę wielkie sprawy i Ibanin niecierpliwie oczekiwał 

chwili, kiedy zawiną do Singapuru i przystąpią do realizacji właściwej części zadania.

Pomyślał o złożonej kartce papieru, którą trzymał w kieszeni na piersi, pomyślał o 

zapisanych   na   niej   instrukcjach,   pomyślał   o   tym,   jaką   miały   dla   niego   wartość.   Z   całą 

pewnością były  warte o wiele więcej  niż  wszystko,  co zdobył  podczas któregokolwiek z 

dziesiątków pirackich napadów, jakich dokonał do tej pory.

Amerykanin Max Blackburn nie miał szans.

W każdym razie nie były one większe niż te, które mieli marynarze ze statku...

Nawet najmniejszej szansy.

background image

2

PALO ALTO, KALIFORNIA

15 WRZEŚNIA 2000

Kiedy Roger Gordian miał trzynaście lat, na jednym z drzew w zagajniku, do którego 

przychodził się bawić z kolegami, wybudował domek. Pierwotnie miał to być posterunek 

ostrzegający przed zbliżającymi się od strony zabudowań dorosłymi, a także azyl chroniący 

przed starszymi dziećmi, które były potencjalnym źródłem kłopotów. Roger sam naszkicował 

jego projekt i zrealizował plan przy pomocy dwóch najlepszych przyjaciół. Pierwszym był 

Steve Padaetz, najbliższy sąsiad Gordiana, drugim natomiast Johnny Cowans, wiecznie nie-

spokojny, niski chłopak przezywany przez wszystkich - z powodów, których nikt nigdy nie 

pamiętał - Rzepem. Roger zastanawiał się też, czy nie otoczyć ich domku pierścieniem pu-

łapek,   które   miałyby   go   chronić   przed   intruzami,   jednak   żaden   z   przynajmniej   tuzina 

przedstawionych przez niego projektów nie wykroczył nigdy poza fazę planowania. Prawdę 

mówiąc,   chłopcy   nie   spodziewali   się   żadnej   napaści,   tak   więc   pułapki   były   jedynie 

fantazyjnym  pomysłem, czymś, co dodałoby romantyzmu  ich wybrykom balansującym na 

ekscytującej granicy tajemnicy i przygody.  W sąsiedztwie było naprawdę niewiele dzieci, 

które uważali za wrogów, a jeszcze mniej takich, które na tyle interesowałyby się kryjówką i 

zabawami trójki przyjaciół, by w jakikolwiek sposób mogły ich niepokoić.

Tak przynajmniej uważali.

Drabina   i   narzędzia,   które   wykorzystali   podczas   budowy,   pochodziły   z   garażu 

rodziców   Rogera.   Wszystkie   materiały   dostarczył   Steve.   Chłopak   wziął   je   ze   sklepu   z 

artykułami żelaznymi i drewnem należącego do jego ojca. Gordian nigdy nie zapytał, czy 

opuściły sklep za wiedzą i zgodą pana Padaetza. Wówczas jakoś nie wydawało się to istotne. 

Zresztą chłopcy nie potrzebowali wiele, by zbudować swoją kryjówkę. Wystarczyły dwie 

belki,   kilka   kawałków   sklejki   i   skrzynka   gwoździ,   których   nie   wyjaśnione   zniknięcie   z 

magazynu Padaetz Home Improvements, największego interesu rodzinnego w Waterford w 

stanie Wisconsin, z pewnością nie mogło doprowadzić firmy do bankructwa.

Strażnica, bo tak trzej chłopcy nazwali swoją siedzibę na drzewie, stanowiła centrum 

ich życia przez całe lato. Okres ten rozpoczął się wkrótce po tym, jak ukończyli szóstą klasę, 

skończył zaś dwa tygodnie przed pierwszym dzwonkiem w gimnazjum. Podczas tych dwóch 

gorących, pełnych marzeń wakacyjnych miesięcy trwonili beztrosko czas w domku i dokoła 

niego, wymieniając się kartami z wizerunkami baseballistów, czytając komiksy, opowiadając 

background image

sobie sprośne dowcipy, szperając wśród drzew i prowadząc bezowocne poszukiwania grotów 

indiańskich strzał, których - przynajmniej według szkolnej mitologii - miało być mnóstwo na 

nieużytkach hrabstwa Racine.

Mniej   więcej   pod   koniec   sierpnia   -   wykorzystując   do   tego   rupiecie,   których   całe 

mnóstwo zebrali podczas długiego lata - rozpoczęli dokładnie pod domkiem budowę czegoś, 

co miało być salą gimnastyczną na otwartym terenie. Do początku zajęć pozostawały wciąż 

aż dwa tygodnie, poza tym byli przekonani, że mają jeszcze przed sobą przynajmniej miesiąc, 

nim zrobi się zbyt zimno na zabawy na powietrzu po lekcjach i odrobieniu wszystkich zadań 

domowych. Ustawili poziome i pionowe pale i przystąpili do konstruowania konia do ćwi-

czeń, jednak ich prace zostały gwałtownie przerwane, gdy atak, którego podświadomie się 

obawiali, przerodził się w tragiczną rzeczywistość.

Dziećmi,  a właściwie nastolatkami, którzy zniszczyli  ich idyllę, byli  Ed Kozinski, 

Kenny Whitman i Anthony Platt. Ten ostatni był dalekim kuzynem Kenny'ego i miał opinię 

narwańca, co sprawiało, że unikał go, kto tylko mógł. Przerażająca trójka, starsza może o dwa 

lata od Rogera i jego kolegów, nie zwracała dotąd na nich najmniejszej uwagi, koncentrując 

się na aktach drobnego wandalizmu, wyszukiwaniu sposobów kradzieży piwa i papierosów z 

okolicznych sklepów oraz prymitywnych zalotach do dziewcząt, które jednak udawały, że ich 

po prostu nie widzą. Anthony w jakiś sposób dowiedział się o domku i przyszło mu do głowy, 

że dziewczęta  spojrzą może  na niego i jego kohortę łaskawszym  wzrokiem,  jeśli wraz z 

kumplami  będzie dysponował  miłą  i zaciszną  kryjówką, gdzie będzie się można  do woli 

upijać i dobrze bawić.

W chwili, gdy ta myśl zakwitła w mętnym umyśle Antnony'ego, strażnica była już dla 

młodszych chłopców bezpowrotnie stracona. Pewnego ranka udali się do niej jak zwykle i 

stwierdzili, że Kenny oraz jego kompani zajmują ją niczym zjawy z jakiegoś złego świata 

fikcji.   Ich   przyrządy   gimnastyczne   na   ziemi   zniszczono;   fragmenty   drewna,   z   których   je 

zbudowali, walały się po okolicy. Na ścianach z dwóch stron strażnicy wypisano sprayem 

wielkimi, czerwonymi literami słowa “Pałac Tańcuw”, popełniając przy tym nieświadomie 

błąd.   Mogłoby   się   to   nawet   wydawać   śmieszne,   gdyby   nie   bolesne   dla   trójki   przyjaciół 

okoliczności. Gordian poczuł się, jakby był właśnie świadkiem profanacji.

Anthony   przyglądał   się   z   góry   Rogerowi   i   jego   kolegom.   Siedział   w   wejściu, 

wymachiwał nogami w powietrzu, palił papierosa i głupio się uśmiechał. Komiksy, karty z 

baseballistami oraz wszystko, co chłopcy zgromadzili w strażnicy, zostało bezceremonialnie 

wyrzucone i leżało teraz wśród butelek po piwie, pustych torebek po chipsach, papierków po 

cukierkach i zgniecionych paczek od papierosów.

background image

Gordian   i   jego   koledzy   ledwie   mieli   czas   przyjrzeć   się   zniszczeniom,   gdy   z   ich 

własnego posterunku obserwacyjnego posypał się na nich grad pocisków. Rozważyli szybko 

możliwość stawienia desperackiego oporu, lecz wtedy właśnie jeden z rzuconych kamieni 

trafił Rzepa w sam środek czoła i chłopiec padł na ziemię, krzycząc wniebogłosy. Płynąca 

strumieniem krew zalała mu oczy. Później na ranę nałożono aż cztery szwy i dano chłopcu 

zastrzyk przeciwtężcowy. Roger zrozumiał, że został pokonany. Gorzej, wiedział, że pobito 

go bez walki, i czuł się potwornie upokorzony swoją bezbronnością. Tamci byli wyżsi, starsi i 

o wiele silniejsi od każdego z jego kolegów. Siedzieli na drzewie, pewni siebie i gotowi do 

walki.

Gdy gang Kenny'ego zaczął schodzić na ziemię, Roger i Johnny pomogli się podnieść 

Rzepowi, po czym wszyscy trzej rzucili się do ucieczki. 

Wtedy po raz pierwszy w życiu Gordian był świadkiem brutalnego zagrabienia swojej 

własności. Czterdzieści lat później doświadczenie to wciąż tkwiło w nim jak zadra.

Było całkiem zrozumiałe, że tego wieczoru zadra przypomniała o sobie ze zdwojoną 

siłą, biorąc pod uwagę to, iż jego gość zdążył mu już przekazać niepokojący raport z Wall 

Street.

- Powróciliśmy tam dwa, może trzy miesiące później - mówił, kończąc opowieść. - 

Wtedy Kenny nie mieszkał już w naszym mieście, a jego kuzyn, jak by to powiedzieć, był bez 

niego zupełnie niegroźny.  W każdym  razie wróciliśmy tam i zobaczyliśmy,  że domek na 

drzewie został zniszczony tak samo jak przyrządy gimnastyczne. Ze śniegu wystawały kikuty 

desek. Nie wiem, czy zrobiono to z rozmysłem, czy też te osły, które zajęły naszą siedzibę, 

zrzuciły go po prostu z głupoty. To zresztą, jak przypuszczam, nie ma znaczenia. Znaczenie 

ma jednak to - i smuci mnie to za każdym razem, gdy przypominam sobie ten drobny, przykry 

epizod - że oddałem prymitywnym łotrom coś, co należało przecież do mnie. Oddałem im bez 

walki cząstkę siebie, coś, co zbudowałem z niczego, zupełnie od podstaw.

Charles Kirby spoglądał dłuższą chwilę na Gordiana, po czym wypił łyk szkockiej z 

wodą  sodową.  Minęła   dziewiąta  wieczorem,  a   Charles  był  wyczerpany  i  czuł  się   źle  po 

długim locie z Nowego Jorku. Mimo to zdecydował się na tę wieczorną wizytę w domu 

Rogera w Palo Alto, ponieważ czuł,  że wiadomości,  które przywiózł,  są zbyt  ważne, by 

czekać z nimi do rana.

Gord   nie   tylko   płacił   firmie   prawniczej   Fisk,   Kirby   &   Towland   sporą   sumkę   za 

doradztwo i reprezentowanie go w sprawach holdingu, ale był także przyjacielem Kirby'ego. 

Gdy   ten   dowiedział   się,   że   konsorcjum   Spartus,   największy   udziałowiec   UpLink 

International, zamierza sprzedać swoje dwadzieścia procent udziałów w przedsiębiorstwie, 

background image

zrozumiał natychmiast, co to oznacza. Zdecydował się przylecieć i osobiście poinformować o 

tym Gordiana.

Przyglądając   się   uważnie   zaniepokojonej   twarzy   Rogera,   miał   pewność,   że   podjął 

właściwą decyzję. Kirby był czterdziestopięcioletnim, szczupłym, szpakowatym mężczyzną o 

inteligentnych   niebieskich   oczach,   wystających   kościach   policzkowych   i   tak   cienkich 

wargach,   że   nawet   najszerszy   jego   uśmiech  wydawał   się   bardzo   nikły.   Miał   na   sobie 

ciemnoniebieską wełnianą marynarkę i rozpiętą na piersiach białą koszulę; krawata pozbył się 

na   długo   przed   wejściem   do   domu   w   Palo   Alto.   Anomalię   tę   gospodarz   spostrzegł 

natychmiast. “Chuck, jesteś największym elegantem, jakiego znam. Gdy facet, który przesłał 

mi ilustrowane instrukcje wiązania windsorskiego węzła na krawacie i który nauczył mnie, że 

sportowa   marynarka   sięga   tradycyjnie   do   kłykci   wyprostowanych   wzdłuż   boków   rąk, 

przybywa do mnie w pośpiechu bez obowiązkowego krawata, dochodzę do wniosku, że stało 

się coś złego. Wejdź, proszę", powiedział.

Całkiem trafne spostrzeżenie, pomyślał Kirby, popijając szkocką.

-   Cóż,   przynajmniej   ci   idioci   nie   cieszyli   się   długo   tym   miejscem   -   rzucił   z 

wygodnego, obitego skórą fotela stojącego naprzeciw miejsca Gordiana. - Stawiam dziesięć 

do jednego, że nigdy nie było tam z nimi żadnej dziewczyny.

- Masz rację, Chuck. Ale nie o to teraz chodzi — powiedział Gordian. - Na miłość 

boską, jestem już dorosły. Czy uważasz, że mam prawo popełniać takie same błędy, jakie mi 

się zdarzały, gdy byłem wyrostkiem i marzyłem o pierwszym pocałunku?

-Gord, posłuchaj...

-Chciałbym   się   dowiedzieć,   w   jaki   sposób   uśpiono   moją   czujność.   Jak   mogłem 

prowadzić interesy z kimś, kto teraz próbuje sprzątnąć mi UpLink sprzed nosa.

Kirby wysączył swoją szkocką, opuścił szklankę i przez chwilę grzechotał kostkami 

lodu, które nie zdążyły się jeszcze rozpuścić.

- Chcesz, żebym siedział tutaj, patrząc, jak się zadręczasz? -spytał. - Nie wiedziałem, 

że nasz kontrakt przewiduje coś takiego, ale dla całkowitej pewności mogę się skonsultować z 

partnerami.

- Zrobiłbyś to naprawdę?

Kirby zmarszczył brwi, usłyszawszy sarkastyczny ton w głosie przyjaciela.

- Posłuchaj  - rzucił  Gordian. - Moja  organizacja działa  w dziesiątkach  krajów, w 

części z nich ludzie, których zatrudniam, pracują w warunkach skrajnego ryzyka, w innych 

straciło życie kilku wartościowych  pracowników, Jeśli nie potrafię wyciągać  wniosków z 

tego, co się wokół mnie dzieje, jeśli nie po-trafię skutecznie walczyć o najwyższą stawkę, me 

background image

powinno być dla mnie miejsca w tej najwyższej lidze, w której gram.

Kirby westchnął. Nie sposób było co prawda zaprzeczyć,  że stanęli wobec bardzo 

poważnego problemu, lecz zazwyczaj Gordian nie był skłonny do rezygnacji i defetyzmu, 

niezależnie od tego, jak wielkie trudności trzeba było pokonywać. Co, do diabła, nagle w 

niego wstąpiło? Czy mógł to być rodzaj opóźnionej reakcji na kontrowersje, jakie powstały 

wokół jego nowej techniki szyfrowania?

Zastanawiał   się   nad   tym   jeszcze   przez   chwilę   i   doszedł   do   wniosku,   że   to 

prawdopodobne. Szczególnie jeśli zważyć, od jak dawna cała sprawa dręczyła Gordiana i że 

w ostatnim czasie atakowano go ze wszystkich stron w związku z jego sprzeciwem wobec 

nowej polityki eksportowej rządu. Być może zadecydowało tu wyczerpanie i Gord czuł po 

prostu, że nie podoła już prowadzeniu zbyt wielu walk na zbyt wielu frontach. Być może... 

Kirby nie potrafił pomóc Rogerowi, a wydawało mu się, że przyjaciela gryzie jeszcze coś, coś 

zupełnie innego.

-   Nie   zaprzeczam,   że   jesteś   wrażliwym   człowiekiem,   czasami   zbyt   podatnym   na 

wpływy, dlaczego jednak upierasz się, by nazywać to brakiem rozwagi? - zapytał. - Ostatnio 

miałeś   sporo   wydatków,   które   nadszarpnęły   twoje   zasoby.   Część   z   nich   była   niemal 

nieunikniona, innych nie mógłbyś przewidzieć bez kryształowej kuli.

Rozkazujące   spojrzenie   Gordiana   powiedziało   gościowi,   że   nie   powinien   już 

przypominać mu ostatnich wydarzeń. W tym jednym obaj mężczyźni byli do siebie podobni: 

przedstawiali swój punkt widzenia w możliwie niewielu słowach. A poza tym wielokrotnie 

sprawdzali   już   rachunki.   Holding   poniósł   olbrzymie   koszty   produkcji,   wyniesienia   w 

przestrzeń   i   ubezpieczenia   całej   konstelacji   krążących   na   niskich   orbitach   satelitów 

niezbędnych dla funkcjonowania orbitalnej sieci telekomunikacyjnej UpLink. Setki milionów 

dolarów kosztowała odbudowa rosyjskiej naziemnej stacji łączności satelitarnej, która została 

niemal zrównana z ziemią podczas styczniowego ataku  terrorystycznego, a porównywalną 

sumę pochłonęło doprowadzenie do pełnej gotowości stacji w Afryce i w Malezji.

Było to bez wątpienia ambitne przedsięwzięcie, realizowane z inicjatywy firmy. To, 

że Gordian nie inwestował już tylko w technologię obronną, na której zbił fortunę - choć w 

pewnym  stopniu przyczynił  się  do tego spadek zamówień  wojskowych  - było  w gruncie 

rzeczy   motywowane   chęcią   zysku,   i   to   właśnie   wywierało   zawsze   na   Kirbym   ogromne 

wrażenie. Gord nie kierował się wyłącznie swoim ego. Nie był też zachłanny. Zarobiwszy 

dość pieniędzy, by przynajmniej dziesięć razy przeżyć w dostatku życie, mógłby uczynić to, 

co robiło przed nim mnóstwo bajecznie bogatych ludzi: spocząć na laurach, odbywać długie 

podróże do ciepłych krajów albo, na przykład, bić światowe rekordy Guinnessa.

background image

Tymczasem jego przyjaciel bardziej niż czegokolwiek innego pragnął włożyć swój 

wkład   w   zbudowanie   lepszego   świata   i   w   głębi   serca   wierzył,   że   do   wyeliminowania 

wszelkiej tyranii oraz ucisku prowadzą rozwiązania oparte na systemach łączności. Dorastał 

w   erze   muru   berlińskiego   i   żelaznej   kurtyny,   tak   więc   był   przekonany,   że   nic   -   ani 

rozbudowywanie   armii,   ani   spotkania   przywódców,   ani   traktaty   -  nie   może   tak   sprawnie 

zburzyć barier, które wyrosły podczas zimnej wojny, jak informacje przesączające się przez 

ich szczeliny.  Informacja, wierzył,  jest kluczem do osobistej i politycznej  wolności. Jego 

celem, jego wizją, było wręczenie tego klucza jak największej liczbie ludzi... co, zdaniem 

Kirby'ego, sprawiło, że został pragmatycznym  idealistą. Lecz może to tylko paradoksalne 

zestawienie?

Gordian znów zaczął mówić. Pochyliwszy się do przodu, oparł ta4kcie o kolana i 

złączył dłonie.

-Nie chcę, żebyś się mylił co do mnie, Chuck. Nie podjąłem dotąd w ciemno żadnej 

decyzji   po   to   tylko,   by   holding   mógł   się   rozwijać.   Winie   się   jednak   za   to,   że   nie 

przygotowałem strategii obronnej na wypadek ataku rekinów. A miałem przecież dobrych 

doradców. Wiele razy radziłeś mi, żebym nie był zbyt otwarty wobec rady nadzorczej. Mój 

przyjaciel, kongresman Dan Parker, próbował mnie przekonać, żebym bardziej naciskał na 

wprowadzenie w tym  stanie szczegółowego prawa, które uniemożliwiałoby przejmowanie 

wielkich korporacji. Żadnej z tych rad nie usłuchałem...

-Gord...

Tamten podniósł rękę, żeby go uciszyć.

- Wysłuchaj mnie, proszę. Jak powiedziałem, nie twierdzę wcale, że popełniałem same 

błędy. Jednak przed minutą mówiłeś coś o kryształowej kuli, której potrzebowałbym, żeby 

przewidzieć, co się zdarzy Cóż, w pewnym sensie dysponowałem czymś takim. Nie sądzę, 

żeby sprzedaż akcji Spartusa na rynku była dla nas całkowitym zaskoczeniem. Popatrz na te 

artykuły   w   “Wall   Street   Journar”.   Na   nie   kończące   się   komentarze   w   programach 

finansowych  CNN i CNBC. Każdy aspekt działania  mojego  holdingu  jest krytykowany i 

wyśmiewany, a większość z tych komentarzy pochodzi z jednego źródła. Czy można się więc 

dziwić, że wartość naszych akcji spadła na samo dno?

-Tak dla porządku, moja uwaga dotyczyła raczej twoich wydatków, nie zaś spadku 

wartości udziałów UpLink - odparł Kirby. - Zgadzam się jednak, że ten wielki i egzaltowany 

prorok   finansowy,   Reynold   Armitage,   atakuje   cię   w   mediach   zadziwiająco   gwałtownie. 

Rozumiem, że to on jest tym źródłem, o którym mówisz...

- Nikt inny. - Gordian ponownie złożył ręce na kolanach. - Ludzie ze Spartusa wpadli 

background image

w   panikę   i   choć   jestem   przekonany,   że   uda   mi   się   opanować   ich   przerażenie,   gdy   tam 

zadzwonię, nie będę mógł ich winić, jeśli nie przyjmą moich zapewnień. Powiedz mi prawdę, 

Chuck. Widziałeś kiedykolwiek wystąpienie telewizyjne, które przypominałoby choć trochę 

tę drobiazgową analizę naszego 10-K, jaką przeprowadził Armitage? I tak niewiarygodnie 

negatywną ocenę? Moim zdaniem, to było cholernie osobliwe.

Kirby nic   nie  powiedział,  potrząsnął  tylko  przecząco   głową.  Tak,  Armitage   był   z 

pewnością najlepszym na Wall Street analitykiem rynku papierów wartościowych. Potrafił 

lepiej   niż   niemal   wszyscy   jego   koledzy   z   branży   przewidzieć   poziom   wskaźników 

ekonomicznych.   Czy   dla   społeczności   finansowej   miało   znaczenie,   że   był   zarazem 

napuszonym,   małodusznym   sukinsynem?  Takich   ludzi   nie  trzeba  specjalnie   lubić,   by  ich 

uważnie   słuchać,   a   kiedy   Armitage   coś   mówił,   wszyscy   inwestorzy,   mniejsi   i   więksi, 

nastawiali uszu.

Co zresztą było zrozumiałe, pomyślał Kirby. Od czasu, gdy na stałe zadomowił się w 

branży,   Armitage   pomógł   wielu,  naprawdę  wielu  akcjonariuszom   lepiej  zrozumieć   prawa 

rządzące giełdą i dobrze ulokować pieniądze. Od czasu do czasu jednak niszczył  swoimi 

nieostrożnymi wypowiedziami borykające się z kłopotami firmy, żonglując przy tym liczbami 

tak, by pasowały do jego przepowiedni, i dręcząc szefów korporacji, zupełnie jakby robienie z 

nich głupców sprawiało mu przyjemność. Jak jednak powiedział Gordian, jeśli grało się w 

najwyższej lidze, trzeba było być gotowym na przyjęcie ciosów. A przecież mimo nagłego 

zwątpienia   w   siebie   Gord   był   graczem   w   tej   lidze...   i   to   jednym   z   najlepszych.   Co   nie 

zmieniało faktu, że nie miał pojęcia, jaka była przyczyna nagłej, niew1ytłumaczal-nie wprost 

zjadliwej kampanii Armitage'a przeciwko UpLink. Bo “kampania” to jedyne odpowiednie 

słowo na określenie tego, co się działo.

Tego   samego   dnia,   kiedy   UpLink   opublikował   roczny   raport   dla   akcjonariuszy, 

Armitage  wystąpił  w Moneyline  i wymachując ich sprawozdaniem 10-K, zarzucił  im,  że 

między oboma dokumentami występują ogromne rozbieżności. Były to zarzuty wyssane z 

palca.   Rzeczywiście,   każdy   z   raportów  w   inny  sposób  przedstawiał   dane,   tyle   że   roczne 

tradycyjnie   miały   ukazać   firmę   w   jak   najkorzystniejszym   świetle,   podczas   gdy   oficjalne 

sprawozdania 10-K były tylko suchym statystycznym wyciągiem sporządzonym na użytek 

Komisji Papierów Wartościowych i Giełdy. Prezentując niektóre liczby wyrwane z kontekstu, 

na przykład nie odnosząc czasowych długów i zobowiązań do spodziewanych zysków, można 

było   z   łatwością   wywołać   wrażenie,   że   firma   jest   w   znacznie   gorszym   stanie   niż   w 

rzeczywistości.   A   Armitage   posunął   się   o   wiele   dalej:   wyolbrzymiając   znaczenie   nawet 

najdrobniejszych  kosztów, bagatelizując  wszystkie  zyski i analizując  wszelkie czynniki  w 

background image

możliwie   najgorszy   dla   UpLink   sposób,   sugerował,   że   holding   znajduje   się   na   skraju 

bankructwa. 

Rzeczywiście, cholernie zastanawiająca sprawa. 

Wciąż milcząc, Kirby wstał, podszedł do barku w przeciwległym  kącie gabinetu i 

znów   nalał   sobie   whisky,   rezygnując   tym   razem   z   wody   sodowej.   Tymczasem   umysł 

Gordiana pracował jak zwykle na pełnych obrotach. Skąd te nieustanne ataki Armitage'a? O 

ile było mu wiadomo, Gordian nigdy nie nastąpił ekonomiście na odcisk, ba, nigdy w życiu 

nie spotkał nawet tego człowieka! Zatem dlaczego? Pytanie to od tygodni nie dawało spokoju 

Kirby'emu,   a   jedyna   odpowiedź,   jaka   przychodziła   mu   do   głowy,   zawierała   tylko 

przypuszczenia. Wahał się więc, czy podzielić się nią z Gordianem, bo czuł, że bez podania 

dowodów byłby to nierozważny krok.

-   Mam   nadzieję,   że   nie   odmówisz   mi   tego   luksusowego   towaru   -   powiedział, 

odwracając się do przyjaciela.

-Pij,   dopóki   jeszcze   go   mam   -   odparł   Roger   z   kwaśnym   uśmiechem,   opróżniając 

szklaneczkę i wyciągając ją w stronę Kirby'ego.

Charles Kirby podszedł do niego z jego ulubionym beefeaterem i nalał mu solidną 

porcję.

Obaj mężczyźni popatrzyli sobie w oczy. Wymiana spojrzeń trwała niezwykle krótko, 

lecz była na tyle znacząca, że gość się upewnił, iż Roger myśli o tym samym co on.

Nadszedł czas, domyślił się prawnik, by podzielić się tym, co krążyło im po głowach.

-Więc sądzisz, Gord, że ta próba przejęcia została przez kogoś zaplanowana? - spytał, 

nim zdążył ugryźć się w język. -Że Armitage atakuje cię z zamiarem zniszczenia zaufania 

udziałowców do firmy i...

-I z zamiarem sprowokowania wyprzedaży akcji - odparł Gordian, kiwając głową. - 

Wszystko to pachnie mi potężną zakulisową manipulacją.

Kirby  wciągnął   powietrze   i   zaraz   gwałtownie   je   wypuścił.   Cisza,   jaka   zapadła   w 

gabinecie, przygniatała go niemal wyczuwalnym ciężarem.

- Jeśli to prawda, znaczy to przynajmniej tyle, że Armitage siedzi w czyjejś kieszeni - 

powiedział po chwili.

- Tak. Zapewne tak właśnie jest - przyznał Gordian głuchym głosem.

Mężczyźni  popatrzyli  sobie  poważnie  w oczy i  przez  długą  chwilę   wytrzymywali 

swoje spojrzenia.

 -Masz pojęcie, czyja mogłaby to być kieszeń? - zapytał Kirby.

Gordian siedział i nie odezwał się, aż stary zegar odmierzył pełną minutę.

background image

- Nie - odparł w końcu z nadzieją, że przyjaciel nie będzie wątpił w jego szczerość.

Bo kłamał.

background image

3

SINGAPUR l JOHOR, MALEZJA

16 WRZEŚNIA 2000

“Uwierz mi na słowo, ten kraj byłby doskonałym miejscem wypoczynku dla Barneya 

z   Jaskiniowców”,   powiedział   kiedyś   w   Singapurze   pewien   amerykański   emigrant   do 

przybysza z Nowego Jorku. A przynajmniej tak powtórzyła jego słowa prasa.

Uwagę tę - rzuconą w odpowiedzi na pytanie, gdzie można by się tu dobrze zabawić, a 

potem słynną na całą wyspę -podsłuchała w kakofonii śpiewu, świergotu i popiskiwania nie-

zliczonych   ptaków   pewna   dziennikarka.   Był   niedzielny   poranek   i   singapurscy   miłośnicy 

ptaków, w większości rdzenni Chińczycy, wynosili swoje drozdy, mata puteh i sharma na co-

tygodniowe,   organizowane   na   wolnym   powietrzu   konkursy   treli,   które   odbywały   się   na 

skrzyżowaniu   Tiong   Baharu   i   Seng   Poh.   Bambusowe   klatki   wieszali   na   specjalnych 

kratownicach   umieszczonych   nad   ławkami   i   ciągnącymi   się   wzdłuż   ulic   kawiarnianymi 

stolikami.

“Jeśli   marzy   ci   się   dreszcz   emocji   za   niewielkie   pieniądze,   masz   tylko   dwie 

możliwości:   albo   obejrzysz   wieczorem   film   pornograficzny,   albo   pójdziesz   prosto   do 

Grubego B na wschodnim końcu ulicy”, kontynuował imigrant ku całkowitej dezorientacji 

odwiedzającego   go   przyjaciela.   I   ku   pełnemu   radości   zdumieniu   nadstawiającej   uszu 

dziennikarki, która - zdawszy sobie sprawę, że natrafiła na doskonały wstęp do swego cotygo-

dniowego felietonu - zaczęła uważniej wsłuchiwać się w perliste śpiewy ptaków, wznoszące 

się ku bezchmurnemu niebu.

Rzeczywiście, dekadencki przybytek U Grubego B, ukryty za rozpadającą się fasadą 

sklepu w wąskiej uliczce dzielnicy Geylang, był bez wątpienia najbardziej znanym barem ero-

tycznym w całej wyspiarskiej republice. Było to zarazem miejsce zawierania wielu transakcji, 

przyciągające mimo surowych kanonów moralnych noc w noc rzesze alfonsów, którzy trzy-

mali się kurczowo swojej brudnej profesji, niczym odporne zarazki uczepione czyszczonych 

skądinąd nieustannie i dezynfekowanych ścian sali operacyjnej. Pytanie, dlaczego władze to-

lerowały   to   miejsce,   zadawano   sobie   bez   końca,   choć   krążyły   plotki   o   łapówkach,   jakie 

otrzymywali   za   przymykanie   oczu   wysoko   postawieni   funkcjonariusze   policji,   oraz   o 

kompromitujących zdjęciach pewnego ministra, które były dla baru polisą ubezpieczeniową.

Wnętrze lokalu - straszące odrapanymi ścianami i sufitem pokrytym purpurową folią, 

skąpane w mdłym świetle i ozdobione wielkimi straszydłami z krepy, malowanymi drewnia-

background image

nymi maskami ludowymi, fajkami, sznurkami paciorków, smokami oraz stuletnimi ludzkimi 

czaszkami, które zdobiły niegdyś długie chaty łowców głów na Borneo - zawdzięczało swoje 

obskurne i prymitywne oblicze właścicielowi: Grubemu B. Gruby B, w przeciwieństwie do 

tego, co sugerowała jego ksywa, nie był wcale gruby, lecz szczupły. Miał reputację pieniacza, 

którą zawdzięczał rzucającej się w oczy, obcej Singapurczykom mieszance agresywności i 

ekstrawagancji,   odziedziczonej   zapewne   po   bogatych   chińskich   przodkach.   Ci,   którzy 

prowadzili z nim interesy, znali również twarde, groźne spojrzenie, jakie pojawiało się w jego 

oczach, gdy narastała w nim złość i podejrzliwość. Przypominał wtedy nieufnego krokodyla.

Tego  wieczoru   Gruby  B miał  na  sobie   żółtą  jedwabną  koszulę  bez  kołnierzyka  z 

wymalowanymi eksplodującymi feerią barw piwoniami i czarne spodnie ze skóry rekina. W 

prawe ucho wpiął złoty kolczyk z diamentem, a aż osiem jego palców ozdabiały pierścienie z 

nefrytami. Kruczoczarne włosy zaczesał prosto do tyłu. Sprawiał wrażenie człowieka, który 

wie, czego chce, i znalazł się we właściwym mu miejscu. Siedział plecami do ściany przy 

swoim   stałym   stoliku   na   tyłach   baru,   obserwując   bacznie   wszystkich   odwiedzających   i 

opuszczających jego przybytek.

-   Masz   tu   to,   po   co   przyszedłeś,   Xiang   -   powiedział,   przesuwając   po   stoliku   brązową   kopertę   w 

kierunku   potężnego,   długowłosego   mężczyzny,   który   siedział   naprzeciw   niego.   -  Dziwne,   jak   wiele   trzeba 

starań, by odebrać tak niewielki pakunek.

 - Ale tak to już jest, gdy handluje się informacjami. Ma tak niewielką, a jednocześnie tak wielką wagę, 

lah.

Tamten jedynie popatrzył na niego, po czym bez słowa sięgnął po kopertę i podniósł 

ją ze stolika. Gruby B starał się nie pokazać po sobie, że zauważył kris wytatuowany na 

grzbiecie dłoni Xianga. Sądził, że jego zainteresowanie nie zostałoby docenione... w każdym 

razie   nie   przez   tego   zdegenerowanego   brutala.   A   jednak   cały  czas   przyglądał   się   mu   ze 

skrywaną   fascynacją.   W   dawnych   czasach   ludzie   tacy   jak   on   biegali   nadzy   lub   niemal 

zupełnie nadzy po dżunglach Malezji, ze skórą pokrytą tatuażami przedstawiającymi smoki, 

skorpiony i tym podobne, traktując tę ozdobę ciała jako symbol odwagi i męskości.

Opuściwszy nisko powieki, Gruby B zastanawiał się, czy podobne znaki pokrywają 

całe ciało muskularnego Ibanina i jak imponujący byłby to widok. Takie tatuaże robiły wraże-

nie, lecz ich wykonywanie było bez wątpienia bardzo bolesne.

Xiang, jakby nie zdając sobie sprawy z ciekawości właściciela baru, rozdarł kopertę i 

rzucił okiem na zawartość.

Gruby   B   tymczasem   obserwował   go   i   czekał.   Z   głośników   umieszczonych   we 

wszystkich  narożnikach  pomieszczenia  dobiegała  muzyka  pop; dźwięki  wschodnich  lutni, 

background image

harf   i   cymbałów   nie   harmonizowały   z   syntezatorami   i   gitarami   elektrycznymi.   Lampy 

stroboskopowe rzucały na pokryte folią ściany fioletowe światło. Pracujące dla Grubego B 

dziewczyny w krótkich spódniczkach, obcisłych,  wydekoltowanych  bluzeczkach i ze zbyt 

mocnym   makijażem   śmiały   się   afektowanie   do   mężczyzn,   którzy   stawiali   im   drinki. 

Większość miała niewielkie torebki, które otwierały tylko wtedy, gdy udało się im zaciągnąć 

mężczyznę   na   klatkę   schodową   za   barem   albo   do   jednego   z   kilku   małych,   zacisznych 

pokoików na piętrze. Tam przeprowadzały zakazane transakcje: gorące ciało za zimny szmal. 

Pięćdziesiąt procent gotówki z każdej z nich trafiało do kieszeni właściciela tego przybytku.

Bez żadnego szczególnego powodu Gruby B przypomniał sobie nagle stare chińskie 

powiedzenie: “Wszystko nadaje się do zjedzenia”.

Wydymając w zamyśleniu usta, patrzył na dwóch siedzących po drugiej stronie sali 

mężczyzn w zniszczonych ubraniach, którzy przyszli tu z Xiangiem. Zajęli miejsca bardzo 

blisko wyjścia. Jeden zaciągał się papierosem i spoglądał prosto na niego, drugi po prostu 

gapił się na ścianę, najwyraźniej studiując zawieszone na niej ludowe maski. Zapewne i oni 

mieli na dłoniach wytatuowane sztylety.

Obejrzawszy się ostrożnie za siebie przez każde ramię, by upewnić się, że nikt go nie 

podgląda, Xiang otworzył kopertę i przyjrzał się jej zawartości. W środku było dziewięć czy 

dziesięć fotografii. Chwycił je jedną ręką, wyciągnął na tyle tylko, by odsłonić ich górną 

krawędź, i przejrzał szybko, przerzucając kciukiem rogi i ignorując treść przyczepionej do 

ostatniej z nich karteczki. Po chwili schował wszystko do koperty, zagiął rozerwany brzeg i 

znów popatrzył na Grubego B.

- Kim jest ta dziewczyna? - zapytał po angielsku. - Wszystko, co wiem na jej temat, 

napisałem na kartce.

Nazywa  się Kirsten Chu i pracuje w kompanii  o nazwie Monolith Technologies.  Bardzo 

atrakcyjna panienka, nie uważasz? - Gruby B uśmiechnął się łagodnie do pirata. - Rodzice 

raczej niefortunnie nadali jej zachodnie imię, założę się jednak, że urodziła się i wychowała w 

Anglii. Tak to wygląda. Pirat patrzył na niego pozbawionym wyrazu wzrokiem.

- Wiesz, o co mi chodzi. Nie spodziewałem się, że będzie ich dwoje.

Gruby   B   próbował   sprawiać   wrażenie,   jak   gdyby   w   zawartości   koperty   nie   było 

niczego, co wymagałoby wyjaśnień.

- Posłuchaj - powiedział spokojnie. - Ta Kirsten jest małym, słodkim dziewczątkiem 

dyndającym na końcu bardzo krótkiej liny, rozumiesz? Jej posunięcia łatwo jest śledzić. Ob-

serwuj ją, a doprowadzi cię do Amerykanina.

- Na czym polega ich związek?

background image

- Nasi pracodawcy nie powiedzieli, a ja nie pytałem.

- Czy to Singapurka?

Właściciel   baru   zwlekał   chwilę   z   odpowiedzią,   wsłuchując   się   w   piskliwy   głos 

chińskiej wokalistki, przebijający się przez donośny rytm disco, który dudnił w głośnikach. 

Zazwyczaj   odpowiadała   mu   głośna   muzyka   i   to   żenujące   łączenie   tradycji   z   wpływami 

Zachodu,   teraz   jednak   natrętne   zawodzenie   instrumentów   elektronicznych   zaczynało   mu 

działać na nerwy, a falset rapującej piosenkarki rozdzierał bębenki niczym stalowe kolce.

Pozostawała nadzieja, że dalej sprawa potoczy się bardziej gładko niż ta rozmowa.

Wziął głęboki wdech, wypuścił powietrze i pokiwał głową, a na jego ustach pojawił 

się cień uśmiechu.

-   Niech   ci   się   nie   wydaje,   że   sprawa   jest   bardziej   skomplikowana   niż   w 

rzeczywistości. To w końcu nie jest żaden wielki ani trudny kontrakt - powiedział do Ibanina.

- Gówno prawda. Myślisz, że jestem głupi? Amerykanin, który nie prowadzi w tym 

kraju żadnych interesów i nagle znika, to jedna sprawa, ale ktoś miejscowy? I to w dodatku 

kobieta? Kpisz sobie ze mnie?! Jeśli tylko coś pójdzie nie tak, od razu nas złapią. I raczej nie 

skończy się na sześciu uderzeniach rotanem.

Gruby B zachichotał.

- W Singapurze facet o moich przyzwyczajeniach i trybie życia podlega takiej karze za 

to   tylko,   że   wstanie   rano   z   łóżka.   Można   powiedzieć,   że   korzenie   naszego   systemu 

sprawiedliwości tkwią bezpośrednio w chrześcijańskim pojęciu grzechu pierworodnego.

Xiang spojrzał na niego badawczo ciemnymi, pustymi oczyma, ale nic nie powiedział.

Gruby B pomyślał, że ta odrobina humoru udobruchała wreszcie Ibanina. Sam jednak 

już  się   nie   uśmiechał,   gdyż   jego   nastrój   zmienił   się   gwałtownie   w   ciągu   ostatnich   kilku 

sekund. Oczywiście w związku z tą sprawą nie groziły mu żadne straty finansowe, jednak nie 

podobała mu się rola pośrednika między bandytą a ich wspólnymi mocodawcami. Poza tym 

takie rozmowy nie były jego ulubionym zajęciem; przed spotkaniem miał nadzieję - raczej 

naiwną, jak się okazało - że pirat po prostu zabierze kopertę i szybko sobie pójdzie.

- O co właściwie chodzi? - zapytał. - Jeśli uda ci się schwytać ich oboje żywych, to 

doskonale. Pamiętaj jednak, że dla naszych pracodawców prawdziwą wartość ma tylko Black-

burn. Twoje wielkie zainteresowanie kobietą powinno ograniczyć się do tego, by się upewnić, 

że nie pozostanie przy życiu, a więc nie będzie świadkiem.

- Jeśli to takie proste, to dlaczego nie mogą się tym zająć twoi ludzie? Chodzili za nią. 

Robili jej zdjęcia. Mogli pociągnąć to dalej.

- Każdy z nas jest w inny sposób użyteczny dla sprawy.  Widzisz, to jest kraj, w 

background image

którym   żyję.   Jestem   tu   już   od   dawna.   Ty   pojawiłeś   się   tylko   na   krótko   i   niedługo   stąd 

znikniesz, lah. - Gruby B raz jeszcze wzruszył ramionami. - Nie traćmy więcej czasu na tę 

jałową dyskusję. W końcu obaj już się w to zaangażowaliśmy, zgadza się?

Xiang milczał, a Gruby B patrzył ponad jego ramieniem na drzwi. Czekał, aż pirat 

wreszcie podejmie decyzję. Niepokoił się, czy zlecenie zostanie przyjęte. Jak długo jeszcze 

będzie   musiał   znosić   towarzystwo   tego   brutalnego   prymitywa?   Cały   ten   przykry   epizod 

przyprawił go o ból głowy.

Poczekał jeszcze chwilę, przyglądając się dwóm ponurym mężczyznom, którzy weszli 

do środka, a potem skierowali się do baru.

-   W   porządku   -   powiedział   wreszcie   pirat.   -   Ale   resztę   pieniędzy   chcę   dostać 

natychmiast po wykonaniu zlecenia. Lepiej tego dopilnuj.

Gruby B popatrzył na niego i powiedział złośliwie, kiwając głową:

- Oczywiście. Będzie mi bardzo miło.

Dwaj mężczyźni mierzyli  się jeszcze chwilę wzrokiem, nie zamieniając ani słowa. 

Wreszcie Xiang wsunął kopertę z fotografiami do wewnętrznej kieszeni drelichowej kurtki, 

odsunął krzesło i wstał. Ruszył zdecydowanym krokiem do wyjścia i nie zatrzymując się, 

opuścił lokal. Dwaj jego kompani w milczeniu podążyli za nim.

Gruby B westchnął cicho i jeszcze przez dłuższy czas wpatrywał się w wahadłowe 

drzwi, za którymi zniknęli piraci.

Blackburn  natknął  się na tę marionetkę  na bazarze  - było  to już jakiś czas temu, 

podczas   diwali,   hinduskiego   święta   światła.   Chcąc   odpocząć   po   wyczerpującej   pracy   w 

naziemnej stacji łączności satelitarnej, wziął kilka dni urlopu i pojechał na wybrzeże. Pragnął 

nacieszyć   oczy   widokiem   frenetycznych  obchodów   święta,   znaleźć   się   wśród   ulicznych 

tancerzy,   muzyków   i   sztukmistrzów,   spróbować   znakomitego   curry   i   satay,   przyjrzeć   się 

kunsztowi złodziei i wreszcie powłóczyć się po prostu między krzykliwymi transparentami, 

wśród barwnych dekoracji z kwiatów, w deszczu kolorowego, rzucanego ze wszystkich stron 

ryżu i niezliczonych świeczek, lampek oraz lampionów, które rozjaśniają każde drzwi i okno.

W   wyszukanym   turbanie   ze   sterczącym   prosto   pawim   piórem,   bordowej   koszuli 

przetykanej lśniącymi złotymi nitkami tworzącymi pionowe pasy i ze stalowymi bransoletami 

na kościstym  nadgarstku handlarz, który sprzedał Blackburnowi marionetkę, wyglądał jak 

sułtan, który niespodziewanie znalazł się na rogu ulicy w swoim odświętnym stroju. Jednak 

jego szeroki, uduchowiony uśmiech odsłaniał czarne zęby i zaczerwienione dziąsła będące 

oczywistym   dowodem   notorycznego   żucia   betelu   -   narkotycznej   używki   o   delikatnie 

background image

odurzających składnikach. Prawdopodobnie właśnie betel sprawił, że mężczyzna wyglądał na 

dziesięć lat starszego niż był w rzeczywistości.

Blackburn przypomniał sobie mocny zapach egzotycznych przypraw, którym zionął 

oddech   sprzedawcy,   gdy   podszedł   doń   blisko,   by   przyjrzeć   się   dwuwymiarowym 

marionetkom ze skóry, którymi tamten kołysał wysoko na cienkich pręcikach. Zapamiętał ich 

żywe   barwy,   które   przyciągały   wzrok   i   wspaniale   prezentowały   się   w   oślepiającym 

południowym   słońcu,   zapamiętał   wszystkie   śliczne   szczegóły   ich   wykonanych   ręcznie 

twarzy. Najbardziej jednak uderzyła go wtedy maestria wykonania marionetki spoczywającej 

w lewej ręce handlarza. Właściwie natychmiast postanowił ją wówczas kupić, a teraz wisiała 

nad nim na ścianie jego biura - dziwna animistyczna figura pół słonia, pół człowieka.

-   Pięćdziesiąt   ringgitów,   dwadzieścia   pięć   amerykańskich   dolarów!   -   krzyczał 

mężczyzna, poruszając marionetką nad głową.

Blackburn   z   ciekawości   zatrzymał   się   i   zapytał   go,   jakie   hinduskie   bóstwo   ona 

przedstawia.   Odezwał   się   po   angielsku,   ponieważ   przebywał   wtedy   w   Malezji   niespełna 

miesiąc i nie władał jeszcze biegle bahasa.

Sprzedawca   ukazał   w   uśmiechu   zepsute   zęby   i   pokiwał   głową,   jakby   zrozumiał 

Blackburna, po czym przysunął gwałtownie marionetkę do jego twarzy i zaczął krzyczeć z 

entuzjazmem:

- Tak! Tak! Pięćdziesiąt ringgitów, dwadzieścia pięć amerykańskich dolarów!

- To Ganeśa, syn Śiwy...

Był to kobiecy głos o melodyjnym brytyjskim akcencie. Blackburn odwrócił się w 

stronę, z której dobiegł, i ujrzał może trzydziestopięcioletnią, uderzająco piękną kobietę o 

orientalnym   typie   urody...   Kobietę   o   czarnych,   ściętych   na   pazia   włosach,   skośnych 

brązowych oczach i skórze, którą w nie kończącym się tropikalnym sierpniu opaliła na kolor 

migdałów. Miała na sobie letnie spodnie, luźną bawełnianą bluzkę i sandały, przez ramię 

przewiesiła   torebkę   od   Coacha.   Już   sama   ta   torebka   -   zdawał   sobie   sprawę   -   musiała 

kosztować więcej niż łączne roczne dochody wszystkich mieszkańców tej wioski.

Blackburn   zapamiętał,   że   natychmiast   dostrzegł,   iż   kobieta   ma   wspaniałe   ciało. 

Potrafił to ocenić mimo jej luźnego stroju. Pomyślał, że prawdopodobnie zwykle się tak nosi, 

lecz jego oko zawsze było wyczulone na damskie kształty.

To jedna z twoich najlepszych zdobyczy,  myślał teraz, po trzech miesiącach. Miał 

zmartwioną minę i w głębi duszy niemal gardził sobą za ten podbój. Siedział za biurkiem w 

swoim gabinecie i rozmyślał. Nie potrafił sobie przypomnieć, czy pragnienie pójścia z nią do 

łóżka oraz chęć przekonania kobiety, by została jego wtyczką u Marcusa Caine'a, były od 

background image

samego początku ze sobą związane. Och, oczywiście, że niemal natychmiast poczuł ogromne 

pożądanie, lecz czy w końcu nie czuł tego za każdym razem, gdy spoglądał na atrakcyjną 

kobietę?

Ostatecznie doszedł do wniosku, że chęć przespania się z nią była czymś odrębnym. 

Najpierw zapragnął jej, a dopiero potem zdecydował się wykorzystać...

Nagle i niespodziewanie  pomyślał  o Megan Breen, o tym,  że z nią było  zupełnie 

inaczej. Nie lepiej, lecz  łatwiej, bez choćby śladu dręczącego  poczucia winy.  Bardzo się 

lubili, a poza tym oboje czuli się samotni i odizolowani od reszty świata w samym środku 

ponurej rosyjskiej zimy. Nie oczekiwali niczego więcej ponad to, co ich łączyło, a jednak nie 

mieli przed sobą  sekretów, niczego do ukrycia. Ich związek był prosty, klarowny, o jasno 

wytyczonych granicach.

Oczywiście nie wiedział, dla kogo ta kobieta pracuje, nie wiedział przynajmniej przez 

pierwsze pięć minut rozmowy, którą rozpoczęły żarty na temat marionetki.

- ...to bóg symbolizujący zwierzęcą naturę mężczyzny - powiedziała.

Popatrzył na nią i uśmiechnął się.

- Dziękuję. Zdaje się, że to doskonała maskotka do mojego biura.

- Jego wizerunki można zobaczyć na wielu wisiorkach i talizmanach. - Posłała mu 

szeroki   uśmiech.   -   Ludzie   noszą   je   niczym   tarcze   chroniące   przed   nieszczęściem   i   złym 

losem.

- Nadzwyczajne! - zawołał. - Myślę, że powieszę go więc tuż nad telefonem. Żebym 

zawsze był w pobliżu, kiedy będzie mnie sprawdzał szef.

Jej radosny uśmiech rozkwitł jeszcze bardziej.

- Muszę panu powiedzieć, że cena, jakiej żąda ten handlarz, jest bardzo przystępna - 

oznajmiła.   -   Wykonanie   marionetki   wayang   kulit   to   bardzo   czasochłonne   zajęcie, 

przynajmniej w wypadku maskotki takiej jakości jak ta. Proszę spojrzeć, nawet ciosy tego 

boga wykonane są z rogu bawołu.

- Czy one także przynoszą szczęście?

-   Nie,   jeśli   jest   pan   bawołem,   jak   sądzę.   Niemniej   jednak   świadczą   o   jakości 

wykonania. Większość marionetek, które sprzedaje się turystom, ma ciosy z drewna.

Blackburn spojrzał w ciemnobrązowe oczy kobiety i nagle zdał sobie sprawę, że ona 

przygląda się uważnie jego oczom. -To słowo, którego pani użyła, wayang...

- Kulit - uzupełniła. - W wolnym tłumaczeniu znaczy to mniej więcej “gra cieni”. To 

przedstawienie oparte na hinduskiej prozie, w którym wykorzystuje się nawet sto marionetek 

oraz pełną orkiestrę. W tej części świata to starożytna forma rozrywki i sposób kultywowania 

background image

pewnych tradycji. W obecnych czasach jednak nintendo bije ją pod tym względem na głowę.

- Lecz jest chyba równie stare.

-   Być   może,   ale   to   ogromny   wstyd.   Mistrzowie   marionetek,  których   nazywa   się 

dayang, długie lata uczą się swojej sztuki. Wszystkie postaci wykonują ręcznie, a podczas 

przedstawień obdarzają każdą z nich charakterystycznym głosem i ruchami. Marionetkami 

poruszają za białym wełnianym ekranem. Cienie padają na ekran dzięki lampkom oliwnym. 

Gdy oświetlenie jest prawidłowe, są nawet kolorowe. Wiedział pan o tym? Widownia jest 

podzielona na dwie grupy w ten sposób, że jedna część widzi grę cieni na ekranie, druga 

natomiast - grę marionetek oraz orkiestrę.

- Co ma  symbolizować  przepaść między materią  a wzniosłością, między ciałem a 

duszą - dodał. - Między iluzją życia a ostateczną prawdą...

-Atmanem i brahmanem - dodała, posyłając mu spojrzenie, w którym walczyły ze 

sobą zaskoczenie i ciekawość. - Widzę, że filozofia hinduska nie jest panu obca.

- To szkoła The Beatles - odparł. - W college'u zaczytałem na śmierć chyba z pięć 

egzemplarzy All Things Must Pass George'a Harrisona.

Stali przez chwilę w milczeniu, patrząc sobie w oczy. Tłum kłębił się wokół nich, a w 

parnym powietrzu unosił się ostry dym pochodzący z niezliczonych kuchenek.

-   Pięćdziesiąt   ringgitów,   dwadzieścia   pięć   amerykańskich   dolarów!   -   krzyknął 

piskliwie   handlarz,   przepychając   się   do   nich   z   widocznym   na   twarzy   niepokojem,   że 

zapomniano o nim.

Blackburn   sięgnął   do   kieszeni   po   portfel,   wyciągnął   z   niego   dwa   banknoty: 

dwudziestodolarowy   i   pięciodolarowy,   po   czym   zapłacił   za   marionetkę.   Handlarz 

podziękował mu nieznacznym ukłonem i natychmiast zniknął w tłumie, zostawiając go lekko 

zdumionego z nowym nabytkiem. Amerykanin wyglądał jak człowiek, który właśnie wygrał 

na wiejskiej strzelnicy wypchane zwierzę i nagle zdał sobie sprawę, że nie ma najmniejszego 

pojęcia, co zrobić z wygraną.

- Cóż, jestem pewna, że marionetka wzbudzi zainteresowanie, kiedy przyniesie ją pan 

do biura. Założę się, że w Stanach nie widuje się wielu takich rzeczy - powiedziała kobieta.

Blackburn popatrzył na nią ze zdziwieniem, nie bardzo wiedząc, co miała na myśli. 

Dopiero   po   chwili   dotarło   do   niego,   że  wyobrażała   sobie,   iż   jego   biuro   znajduje   się   w 

Ameryce.   W   sumie   była   to   całkiem   zrozumiała   pomyłka,   skoro   bez   wątpienia   był 

Amerykaninem i zapłacił za marionetkę amerykańską walutą.

-   Prawdę   mówiąc,   w   dającej   się   przewidzieć   przyszłości   mój   kumpel   Ganeśa   nie 

opuści półwyspu - powiedział. - Zdaje się, że powinienem się przedstawić. Nazywam się Max 

background image

Blackburn. Pracuję w ochronie firmy UpLink International, a obecnie zatrudniony jestem w 

naszym regionalnym centrum w...

- W Johor, prawda?

Kiedy wymieniali uścisk dłoni, kobieta niespodziewanie wybuchnęła śmiechem, a on 

nie   bardzo   wiedział,   co   ją   tak   rozbawiło.   Szybko   się   opanowała,   lecz   gdy   raz   jeszcze 

zobaczyła   jego   zdziwione   spojrzenie,   które   od   kilku   minut   to   pojawiało   się,   to   znikało, 

ponownie zaczęła się śmiać.

Jednak przez cały czas, jak zauważył, nie puszczała jego ręki.

- Przepraszam, musiał pan pomyśleć, że jestem strasznie nieokrzesana - powiedziała, 

kiedy wreszcie uspokoiła się na dobre. - Nazywam się Kirsten Chu i tak się składa, że pracuję 

dla Monolith Technologies w Singapurze. W wydziale łączności globalnej. Jestem tutaj na 

wakacjach, odwiedzam siostrę i jej dzieci.

Na twarzy Blackburna wreszcie pojawiło się zrozumienie.

- Aha. To wyjaśnia przyczynę pani śmiechu - powiedział.

- Istotnie. Nasi pracodawcy już od dawna ze sobą rywalizują, prawda? Przez ostatnie 

sześć   miesięcy   nie   robiłam   nic   innego   poza   spotykaniem   się   z   naszymi   lobbystami   i 

dziennikarzami na rozmowach o technikach szyfrowania Rogera Gor-diana oraz urządzaniem 

burzy mózgów, by odparować jakoś ten cios.

Chociaż Blackburn zdał sobie z tego sprawę dopiero po kilku miesiącach, właśnie 

wtedy   postanowił,   że   wykorzysta   Kirsten.   Była   to   wykalkulowana,   chłodna   decyzja,   nie 

mająca żadnego związku z prawdziwym zainteresowaniem, jakim ją darzył. Niemniej jednak 

wszystkie chwile, które spędzili ze sobą od tego momentu, i wszystkie noce, podczas których 

ich ciała  splatały się w najwyższej  namiętności,  były  w znacznym  stopniu rezultatem  tej 

decyzji.

- Cóż, z tego, jak kiepsko wyglądają ostatnio nasze sprawy, wynika, że robi pani 

piekielnie dobrą robotę. - Uśmiechnął się nieznacznie, pozwalając, by wyczuła w jego głosie 

delikatny   ton   flirtu.   -   Czy   jednak   to,   że   zawodowo   walczymy   po   przeciwnych   stronach 

barykady, musi oznaczać, że w życiu prywatnym nie możemy zacząć rokowań pokojowych?

- Rokowań pokojowych? - powtórzyła.

- Tak. Osobistego zawieszenia broni. Ich spojrzenia znów się spotkały.

- Przypuszczam, że byłoby to możliwe - powiedziała powoli. - Przypieczętujmy zatem 

to porozumienie kolacją dzisiejszego wieczoru.

-Cóż...

- Proszę - rzucił, nie dając jej czasu na odpowiedź. - Gwarantuję, że w naszym pakcie 

background image

nie będzie miejsca na żadną jednostronną rezolucję.

Wpatrywała się w niego przez dłuższą chwilę. Wreszcie uśmiechnęła się.

-Zgoda - powiedziała. - Z przyjemnością zjem z panem kolację.

To było to. W ten sposób zaczai się romans, z którego powinien czerpać mnóstwo 

satysfakcji. Wspaniały seks, wiele tajnych informacji z obozu wroga. Czegóż więcej mógłby 

pragnąć mężczyzna?

Teraz   Blackburn   siedział   w   milczeniu   w   zaciszu   swojego   gabinetu,   spoglądał   z 

zatroskaną twarzą przez okno na rozkwitające niskie budynki z prefabrykatów, które tworzyły 

naziemną stację łączności satelitarnej w Johor, i bez powodzenia odpędzał od siebie straszną 

świadomość, że zapewne naraził Kirsten na śmiertelne niebezpieczeństwo. Próbował wracać 

myślami do chwil, które były dla nich prawdziwe. Próbował przypominać sobie zbliżające się 

ciało Kirsten, to, jak się z nim łączyła,  wspólne jęki rozkoszy wypełniające ciemność jej 

sypialni i odpływające fala za falą w noc. Tak, ta część była prawdziwa.

Prawdziwa.

Sięgnął po słuchawkę, wystukał numer jej biura i czekał, aż sekretarka go połączy.

- Max? - spytała, odebrawszy po chwili. - Otrzymałeś wiadomości ode mnie?

- Tak - odparł. - Przepraszam, że nie mogłem wcześniej oddzwonić. Usprawniamy 

system   alarmowy   i   musiałem   nadzorować   całą   zabawę.   Miałem   drobne   problemy   i   ich 

usunięcie zabrało mi większość przedpołudnia.

Kirsten zniżyła głos do szeptu.

- Jestem trochę niespokojna. Coś się tutaj wydarzyło i wydaje mi się, że może to być 

bardzo ważne. Być może to to, na co czekałeś.

- Lepiej nic już teraz nie mów.

- Zgoda. Nawet gdybym nie była właśnie w biurze, sprawa i tak jest zbyt poważna, 

żeby rozmawiać o niej przez telefon.

- Rozumiem. Porozmawiamy więc osobiście.

- Przyjedziesz do mnie w ten weekend?                      

- Tak - odparł.

- Co za entuzjazm w głosie!

Uświadomił sobie, że musi zapomnieć o poczuciu winy.

- Jestem po prostu zmęczony - powiedział. - Co chwilę dzieje się tutaj coś nowego, 

czego   nie   przewidywałem,   a   przy   czym   muszę   być.   Ale   jutro   wieczorem   przyjadę   do 

Singapuru.

- Weźmiesz torbę z rzeczami na noc?

background image

- Jest spakowana już od wczoraj.

- Mam nadzieję, że nie jest zbyt pełna. Ubrania raczej nie będą potrzebne na weekend, 

który zaplanowałam.

- Wystarczy szczoteczka do zębów i dezodorant?

- To absolutne maksimum! - Roześmiała się. - Muszę kończyć, Max. Kocham cię.

Max odwrócił wzrok od okna i spojrzał na miejsce, w którym wisiała marionetka.

Atman i brahman, pomyślał. Iluzja i prawda.

- I ja cię kocham - usłyszał swój głos.

Odłożywszy   słuchawkę,   zastanawiał   się,   czy   po   drugiej   stronie   ostatnie   słowa 

zabrzmiały równie pusto i mechanicznie jak w jego uszach.

background image

4

SANJOSE, KALIFORNIA

17 WRZEŚNIA 2000

- Gratulacje, Alex. Założę się, że każdy felietonista polityczny w tym kraju skręca się 

teraz z zazdrości o twoją chwałę.

Alex Nordstrum uśmiechnął się nieco niepewnie, wchodząc do sali konferencyjnej. 

Miał nadzieję, że głośna uwaga Gor-diana w zestawieniu ze spóźnieniem nie wzbudzi jednak 

nadmiernego zainteresowania jego osobą. To, że byłoby to uzasadnione zainteresowanie, nie 

podlegało   dyskusji.   Po   co   jednak   robić   szum   wokół   siebie?   Nordstrum   zawsze   stawiał 

dyskrecję ponad zarozumiałość i miał ku temu powody. Jego stary kolega z Harvardu przez 

ostatnie dwadzieścia lat nosił na złotej dywizce symbol swojego bractwa studenckiego, Phi 

Beta Kappa, i nigdy nie był to miły widok.

- A więc słyszałeś już o moim zbliżającym się rejsie okrętem podwodnym - odparł, 

siadając przy stole.

Może powinien to powiedzieć z większym entuzjazmem? Czy jego skromność mogła 

zostać   odebrana   jako   fałsz?   Może   popełniał   błąd,   udając   zblazowanie,   kiedy   tymczasem 

wybrano go do elitarnej grupy reporterów, którzy mieli towarzyszyć  prezydentowi i kilku 

innym   światowym   przywódcom   -   tym   wszystkim,   którym   zależało   na   wykorzystaniu 

zainteresowania opinii publicznej aktem sygnowania traktatu - w “przejażdżce” na pokładzie 

łodzi podwodnej Seawolf.

Tak, może powinien nieco zdominować osoby zebrane w sali konferencyjnej.

- Mogę spytać,  kto przekazał  ci tę  wiadomość?  - zapytał,  zdając sobie  doskonale 

sprawę,   że   Gordian   mógł   bez   trudu   zdobyć   ową   informację   od   któregokolwiek   spośród 

swoich licznych przyjaciół ze świata polityki i biznesu, nie wyłączając kilku osób obecnych 

na tym spotkaniu. Mimo że lista zaproszonych reporterów została ustalona przed kilkoma 

zaledwie godzinami, nie mogła długo pozostać w tajemnicy.

- Mój informator nalega na zachowanie anonimowości - rzekł Gordian. - W każdym 

razie, Alex, nalej sobie lepiej kawy. Mamy dziś rano sporo spraw do omówienia i nie jestem 

pewien, czy jeszcze zanim skończymy, nie poczujesz się, jakbyś już był pod wodą.

Sympatyczny wstęp do poważniejszej rozmowy, pomyślał.

Rozejrzał  się   po  pomieszczeniu,  posyłając  lekkie   ukłony  osobom,  które   przybyły  przed  nim.  Znał 

większość z nich, ponieważ zebrała się tutaj grupa najbliższych przyjaciół i konsultantów Gordiana. Oprócz 

Nordstruma,   który  jako   doradca   do  spraw   międzyna-   rodowych   był   praktycznie   wolnym   strzelcem,   w   sali 

background image

znajdowało się dwoje pracowników UpLink: wiceprezes projektów specjalnych, Megan Breen, która zasiadała 

po   prawej   ręce   Gordiana,   oraz   -   po   jego   lewej   stronie   -   Vince   Scull,   człowiek   odpowiedzialny   za   ocenę 

zagrożenia  realizacji  programów.  Dokładnie naprzeciw  Maxa zajmował  miejsce Dan Parker,  kongresman  z 

Kalifornii i najbliższy przyjaciel Roge-ra jeszcze z czasów, gdy latali razem na rajdy bombowe w 355. Skrzydle 

Taktycznego Lotnictwa Myśliwskiego w Wietnamie. Obok Parkera zasiadał inny rządowy oficjel, Robert Lang,  

szef waszyngtońskiego biura FBI.

Najdalej od Nordstruma siedział Richard Sobel, założyciel i dyrektor generalny Secure 

Solutions, młodej firmy z Massa-chusetts specjalizującej się w technikach szyfrowania. Sobel 

zarówno uzupełniał skład małej grupy, jak i - przez samą swoją obecność na spotkaniu - 

symbolizował wszystkie powody, dla których zebrali się tego ranka. Nordstrum nie potrafił 

powiedzieć,   czy   ważniejsze   jest   to,   że   jeden   z   rywali   w   dziedzinie   technik   szyfrowania 

pojawił  się  tutaj,   by  zaoferować   Gordianowi   wsparcie  i   sojusz,   czy  też   to,  że   Sobel  był 

jedynym spośród pięćdziesięciu liderów na rynku oprogramowania, który przyjął zaproszenie 

Gorda.

-   W   porządku,   przystąpmy   do   rzeczy   -   odezwał   się   Gordian,   odrobinę   tylko 

rozjaśniając   uśmiechem   bardzo   poważną   jak   zwykle   minę.   -   Po   pierwsze,   chciałbym 

podziękować wszystkim za przybycie. Po drugie, nie będę ukrywał, jak bardzo cenił sobie 

powody, dla których pojawiliście się na tym spotkaniu. Jest dla mnie oczywiste, że łatwiej 

byłoby   wam   po  prostu   nie   zareagować   na  moje   zaproszenie.   Nasze   jednolite   stanowisko 

wobec technik szyfrowania zdążyło już przysporzyć większości z tu obecnych poważnych 

problemów, a mógłbym się założyć, że w ciągu najbliższych kilku dni problemy te jeszcze 

ogromnie wzrosną. - Urwał i popatrzył na Megan Breen. - Oświadczenie, które przeczytam 

podczas naszej konferencji prasowej, jest wyłącznym  dziełem  pani Breen. Zakładając,  że 

wszyscy   otrzymaliście   jego   tekst   faksem   i   mieliście   okazję   się   z   nim   zapoznać,   jestem 

przekonany, iż zgodzicie się ze mną, że pani Breen wykonała doskonałą robotę, przekładając 

nasze troski na język miły mediom.

- Bez wątpienia - powiedział Sobel i spojrzał na nią, oderwawszy wzrok od kartki, 

którą   czytał   uważnie.   -   Megan,   gdybym   miał   choć   cień   nadziei,   że   mogę   cię   odebrać 

Rogerowi, natychmiast złożyłbym  ci ofertę i załatwilibyśmy  to bez względu na porządek 

dnia.

Megan   uśmiechnęła   się,   usłyszawszy   ów   komplement.   Była   wysoką,   szczupłą, 

trzydziestosześcioletnią kobietą o dużych szafirowych oczach i kasztanowych, sięgających do 

ramion włosach, które tego dnia zaplotła we francuski warkocz. W fioletowej bluzeczce i 

szarej marynarce sprawiała wrażenie osoby kompetentnej i pewnej siebie. Nordstrum - który 

uważał, że ma oko wyczulone na atrakcyjne kobiety - już dawno dostrzegł, iż jej uroda jest 

background image

powalająca. Ponieważ jednak była jego współpracowniczką, uznał, że nie byłoby rozsądnie 

dzielić się z kimkolwiek taką obserwacją, i zachował ją dla siebie. Z drugiej strony jednak 

podejrzewał, że i tak wielu mężczyzn, z którymi współpracowała - a kilku z nich znajdowało 

się   teraz   na   tej   sali   -   podziela   jego   atawistyczny   pogląd.   Czy   w   przeciwnym   razie   nie 

wyczułby nuty zazdrości w głosie Sculla, kiedy ten powtarzał plotki, jakoby Meg i Max 

Blackburn rozgrzewali się razem podczas ubiegłorocznej rosyjskiej zimy?

- Podczas gdy Roger mógłby przedstawić całą sprawę w zbyt  korzystnym  dla nas 

świetle, ja chciałam, by nasz komentarz do tej sytuacji był krótki i bezpośredni - powiedziała 

Megan. - Mam jednak nadzieję, że nikt z was nie zawaha się powiedzieć mi o tym, jeśli 

uważa,  że  mimo   wszystko   coś należałoby  do  tego  tekstu  dodać,  coś z  niego  usunąć  lub 

poprawić. Mamy jeszcze czterdzieści osiem godzin do momentu, kiedy prezydent Ballard 

podpisze Kartę Morrisona-Fiore'a, co wystarczy mi zupełnie, by wygładzić lub skorygować 

każdy fragment oświadczenia, który będzie tego wymagał. Mimo to uważam, że i tak nasza 

informacja jest naprawdę nieskomplikowana.

-   Ja   również   jestem   tego   zdania   -   mruknął   Vince   Scull.   Z   niedbale   zaczesanymi 

włosami okalającymi błyszczący czubek czaszki, zmarszczonym czołem i niespokojną twarzą 

buldoga Vince wyglądał, jakby miał za chwilę wybuchnąć gniewem. Dla ludzi, którzy znali 

go od dawna, widok ten nie był niczym nadzwyczajnym, gdyż wachlarz jego emocji wydawał 

się równie wąski jak zmienny. Najniższym punktem skali była zmartwiona mina, najwyższym 

natomiast   wybuchy   furii,   a   gwałtowne   przejścia   od   jednego   ekstremum   do   drugiego   na-

stępowały zwykle  co godzina. - Jeśli tak po prostu udostępnimy wszystkim bez żadnych 

ograniczeń nasz wynalazek, wtedy każdy facet o niecnych zamiarach, który ma komputer i 

dostęp   do   sieci,   będzie   mógł   zakraść   się   do   najtajniejszego   systemu   łączności,   i   to   bez 

żadnych konsekwencji. Jeżeli Ballard jest naprawdę tak inteligentny, jak o nim mówią, powi-

nien to bez problemu zrozumieć. Sytuaca jest zresztą całkiem cholernie oczywista, prawda, 

Bob?

Mężczyzna z FBI wzruszył ramionami.

-   Szczerze   mówiąc,   widzę   tu   pewne   szare   strefy.   Istotnym   argumentem,   który 

przemawia na naszą niekorzyść, jest to, że ci źli faceci już dostali się do naszej technologii za 

pośrednictwem   Internetu,   nie   wspominając   w   ogóle   o   amerykańskich   kompaniach,   które 

obeszły   prawo,   sprzedając   techniki   szyfrowania   za   granicą   w   swoich   międzynarodowych 

oddziałach.   Rozumując   w   ten   sposób,   powinniśmy   sobie   zadać   pytanie,   czy   opłaca   się 

zabraniać naszym producentom oprogramowania wkraczania na rynki zagraniczne.

- Aha, więc skoro nie można umieścić z powrotem dżinna w lampie, to trzeba mu 

background image

chociaż znaleźć zajęcie, prawda? - rzucił Scull. - Te same bzdury słyszę od lat z ust ludzi, 

którzy żądają legalizacji narkotyków. Powiem ci coś: to nie ma najmniejszego sensu. Kiedy 

jeszcze byłem policjantem, widziałem...

- Posłuchaj, zadałeś mi pytanie, więc na nie odpowiedziałem - przerwał mu Lang. - 

Gdyby trzeba mnie było przekonywać, nie siedziałbym tu dzisiaj, kładąc na szali reputację i 

całą karierę. Dan może poświadczyć, że wystarczająco gwałtownie występowałem przeciw 

rezygnacji   przez   państwo   ze   sprawowania   kontroli   nad   dystrybucją   nowych   technik 

szyfrowania, i to przynajmniej przed tuzinem komisji Kongresu.

- Zgadzam się - powiedział Gordian. - Nie ma sensu ponownie roztrząsać przy tym 

stole   całego   tego   policyjnego   problemu.   Powinniśmy   się   raczej   upewnić,   czy   nie 

zaniedbaliśmy żadnego ze środków, by zapobiec sygnowaniu Karty Morrisona-Fiore'a lub 

skutecznie przedstawić nasze wspólne stanowisko i na oczach opinii publicznej, rządu oraz 

wszystkich, którzy są zainteresowani technikami szyfrowania, dać dowód solidarności.

Nordstrum myślał dokładnie tak samo i z ulgą przyjął słowa Gordiana. Rozładowały 

one napięcie, nim jakaś przypadkowa iskra zdołała spowodować wybuch.

- Odnosząc się do twoich ostatnich słów, chciałbym zauważyć, że doskonałą strategią 

byłoby odczytanie naszej małej deklaracji w National Press Club w dniu podpisania karty 

-powiedział. - To wywołałoby spory i zwróciło na nas uwagę mediów, dzięki czemu cała 

sprawa, zamiast na dziewiątą, trafiłaby na pierwsze strony dzienników. - Nordstrum przez 

chwilę   zastanawiał   się   nad   czymś,   po   czym   poprawił   na   nosie   druciane   okulary.   -   Jeśli 

natomiast chodzi o zapobieżenie podpisaniu karty... Cóż, szczerze mówiąc, nie widzę innego 

sposobu jak zamknięcie prezydenta na najbliższe dwa dni w gabinecie albo złamanie mu ręki, 

którą pisze.

- Jakieś pomysły, Dan? - zapytał Gordian.

- Jestem za złamaniem ręki - odparł Parker, ale Gordian zareagował jedynie niemal 

niezauważalnym uśmiechem.

Kongresman   popatrzył   na   niego   uważnie   i   chyba   po   raz   czwarty   tego   dnia 

skonstatował, że Gord nie wygląda dobrze. Jego policzki przybrały barwę popiołu, a głębokie 

cienie   pod   oczami   sprawiały,   że   wyglądał   jak   ktoś,   kto   od   kilku   tygodni  nie   przespał 

spokojnie   nocy.   Roger   nie   był   człowiekiem   ochoczo   dzielącym   się   swoimi   problemami, 

zwykle jednak radził się Parkera, zanim jeszcze coś zaczynało go przerastać. Zwierzył mu się, 

że  ma  kłopoty  z przyzwyczajeniem  się  do życia  na  wolności   po pięciu   latach   pobytu  w 

“Hanojskim   Hiltonie”,   a   niedawno   zaufał   mu,   gdy   jego   małżeństwo   przeżywało   trudne 

chwile... Później jednak wycofał się zdecydowanie, zostawiając przyjaciela samemu sobie i 

background image

każąc mu się domyślać, co takiego wydarzyło się w tym związku. Instynkt podpowiadał mu, 

że chodziło o coś głębszego... lecz domysły domysłami, a przy milczeniu Gordiana i całej tej 

aferze,   jaka  powstała  po  debacie  na  temat  technik   szyfrowania,   nie  miał   szansy,   by wy-

dedukować coś więcej.

Nagle Parker zdał sobie sprawę z ciszy,  która zapanowała na sali, i zrozumiał, że 

Gordian wciąż czeka na odpowiedź.

- Z politycznego punktu widzenia powinniśmy, jak sądzę, dobrze przygotować się do 

następnej sesji Kongresu - powiedział, odpychając od siebie obawy o stan przyjaciela. - Tym-

czasem   należy   rozpocząć   stanowczą   kampanię   w   mediach,   domagając   się   powrotu   do 

poprzedniej   polityki   administracji,   czyli   do   ustanowienia   ścisłych   limitów   określających 

rodzaj   i   ilość   oprogramowania   z   dziedziny   technik   kryptograficznych,   które   można   by 

dopuścić do sprzedaży za granicą...

-   I   zapewne   wypracować   granice   kompromisu,   który   bylibyśmy   skłonni   zawrzeć, 

kiedy sprawa znów odżyje na Kapitolu - rzucił Gordian, uzupełniając jego myśl. - Tak, to mi 

się podoba.

- Mnie również - powiedział Lang. - Gdy to przeczytałem, zrozumiałem, że Karta 

Morrisona-Fiore'a będzie miała katastrofalny wpływ na bezpieczeństwo narodowe. Jednak do 

takiego dokumentu zawsze można wprowadzić poprawki, które osłabią nieco jego wymowę...

- Takie jak...?

-   Och,  tak   na   szybko...   Można   na   przykład   zakazać   eksportu   wymienialnych   kart 

szyfrujących  albo zasadniczych  komponentów podzespołów dekodujących,  których  używa 

nasza armia. Takich jak te, których ty i pan Sobel nie dopuściliście do obrotu rynkowego.

- Sądzę, że należałoby też użyć wszelkich wpływów, by wprowadzić jak najbardziej 

restrykcyjne międzynarodowe prawa i standardy zarządzania operacjami dotyczącymi kodów 

we   wszelkich   zagranicznych   obiektach   -   powiedział   Parker.   -   Dotyczy   to   zwłaszcza 

prywatnych banków, w których depozytach rządy składają kody cyfrowe do oprogramowania 

komputerów szyfrujących dane. Teraz policja i agencje wywiadowcze mogą zmusić banki do 

oddania kodów... chociaż libertarianie protestują przeciwko temu w różnych sądach. - Spoj-

rzał   na   Langa.   -   Popraw   mnie,   jeśli   się   mylę,   ale   o   ile   wiem,   nie   ma   obecnie   żadnych 

traktatów  międzynarodowych,  które mogłyby  zmusić  jeden z zagranicznych  ośrodków do 

przekazania jego kodów alarmowych drugiemu, nawet gdyby sprawa toczyła się na szczeblu 

międzyrządowym,   a   proszący   o   nie   gabinet   potrafił   udowodnić,   że   są   niezbędne,   by 

zlikwidować zagrożenie jego bezpieczeństwa narodowego.

Lang pokiwał głową.

background image

-   Trafiłeś   w   samo   sedno.   Podczas   gdy   ambasadorzy   debatowaliby,   jakie   środki 

zaradcze można, a jakich nie można przedsięwziąć w świetle obowiązujących porozumień, 

terrorysta   dysponujący   wystarczająco   zaawansowanym   sprzętem   elektronicznym   mógłby 

teoretycznie   doprowadzić   do   załamania   całą   naszą   gospodarkę,   a   nawet   unieruchomić 

komputery armii.

Przez kilka sekund Gordian siedział, spoglądając przez rozciągające się od sufitu do 

podłogi okno na panoramę San Jose i rysujące się niewyraźnie w oddali na południowym 

wschodzie grzbiety gór. Dopiero po długiej chwili przeniósł ponownie uwagę na Dana.

-   Co   z   Komisją   Handlu   Zagranicznego?   -   zapytał.   -   Myśląc   o   przyszłości, 

zastanawiam się, czy nie udałoby się przekonać któregoś z jej członków do naszych racji.

- Marne szansę - westchnął Parker. - Olivera, jej szef, to wojujący zwolennik wolnego 

handlu.  Co ważniejsze, został  mianowany  przez  prezydenta  Ballarda.  Jest jego zaufanym 

człowiekiem od czasów, gdy studiowali razem na Uniwersytecie Wisconsin.

-   Może   więc   dotrzemy   do   kogoś   z   Kongresu?   Najlepiej   z   Rady   Bezpieczeństwa 

Narodowego.

Parker potrząsnął głową.

- Znam kilku ludzi, którzy prywatnie sympatyzują z nami. Jeden z nich uważa nawet, 

że Karta Morrisona-Fiore'a to trucizna wpuszczona do naszego narodowego systemu obrony. 

Wszyscy oni pochodzą jednak ze stanów, w których przemysł informatyczny ma ogromne 

wpływy i gdzie ludzie bardzo obawiają się utraty pracy ze względu na niemożność wejścia na 

rynki zagraniczne. - Uśmiechnął się ponuro. - Czy masz pojęcie, ile głosów w wyborach 

będzie   mnie   kosztowało   przeciwstawienie   się   karcie?   Mnie,   reprezentanta   Doliny 

Krzemowej? Straciłbym chyba mniej, gdybym napadł na bank i został złapany z workiem 

pieniędzy w jednej i uzi w drugiej ręce.

Gordian znów popatrzył przez okno ponad szerokim odcinkiem Rosita Avenue, tam 

gdzie Diablos maszerowali ku Mount Hamilton, której odległe stoki ledwie przebijały się 

przez kurtynę smogu. Bliżej wciąż można było dostrzec stare przetwórnie żywności i fabryki 

tworzyw sztucznych, które dawno temu kształtowały przemysłowe oblicze miasta. Teraz były 

jednak zaledwie reliktami minionych czasów. Od ponad dwudziestu lat San Jose kojarzono 

niemal wyłącznie z nowoczesną techniką oraz nowatorskimi badaniami naukowymi, a jego 

ekonomiczne   przetrwanie   uzależnione   było   od   producentów   sprzętu   i   oprogramowania 

komputerowego,   którzy   dawali   zatrudnienie   ogromnej   liczbie   mieszkańców.   Dan   Parker 

raczej   zaniżył   cenę,   jaką   będzie   musiał   zapłacić   za   trwanie   przy   swoich   zasadach...   i 

przyjacielu. Najprawdopodobniej już popełnił polityczne samobójstwo.

background image

Gordian  odwrócił  się  od okna  i  przebiegł   wzrokiem  dokoła  stołu,  zatrzymując   na 

chwilę spojrzenie na każdej z twarzy i przyglądając się każdemu z członków skupionej wokół 

niego koalicji. Parker natychmiast - niemal fizycznie - odniósł wrażenie, że do jego spojrzenia 

powróciła dawna siła.

- Powinniśmy omówić przygotowania do naszej podróży do Waszyngtonu  - powiedział Gordian. - 

Sądzę, że jesteśmy już gotowi do następnej rundy.

background image

5

SINGAPUR

18 WRZEŚNIA 2000

Z DZIENNIKA “STRAITS TIME”

TRWA ŚLEDZTWO W SPRAWIE FRACHTOWCA WIDMA

Władze wciąż uważają napad piratów

za najbardziej prawdopodobną przyczynę

zniknięcia załogi

SINGAPUR. Blisko 48 godzin po tym, jak frachtowiec Guan-yin został w tajemniczych  

okolicznościach porzucony przez załogę w porcie w Sembawang, jego ładunek w dalszym  

ciągu pozostaje w rękach miejscowych celników, którzy ujawnili, że konsultują się ze swoimi  

malezyjskimi kolegami oraz z pracownikami Piracy Center w Kuaoa Lumpur, rozważając  

możliwość, iż załogę statku porwano.

Według Tai Al-Furana, rzecznika Ministerstwa Ceł, frachtowiec eksploatowany był 

przez   Tamu   Exports,   armatora   handlowego   zarejestrowanego   w   Malezji   Wschodniej.   Al-

Furan potwierdził, że jednostka opuściła Kuching w godzinach wieczornych 15 września, 

zgłosiwszy przewóz towarów przeznaczonych do sprzedaży hurtowej, i spodziewana była w  

Singapurze   jeszcze   tego   samego   wieczoru.   Nie   przewidywano   żadnych   innych   cumowań.  

Ujawniono także, że w chwili odnalezienia, 16 września nad ranem, stojący na kotwicy statek  

wciąż miał na pokładzie cały ładunek. Zrodziło to dodatkowe pytania dotyczące motywów  

pirackiego napadu, a ponadto pogłębiło niepokój o los załogi, która - jak się mówi - liczyła  

niemal tuzin ludzi.

“Armator ściśle współpracuje z władzami i dostarczył naszym funkcjonariuszom pełną  

listę osób, które miały prawo przebywać na Guanym, gdy wypływała ona z portu”, powie-  

dział reporterom Al-Furan.

Rzecznik   Ministerstwa   Ceł   potwierdził   obawy,   że   członkowie   załogi   mogli   zostać 

zmuszeni przez napastników do opuszczenia pokładu na pełnym morzu, czym dał podstawy do  

spekulacji, iż statek opanowano wyłącznie w celu zdobycia fałszywych dokumentów mających  

następnie posłużyć przestępcom do nielegalnego wkroczenia na terytorium Singapuru. Al-Fu-

ran   wyraził   jednak   nadzieję,   że   zniknięcie   marynarzy   można   wytłumaczyć   w   jakiś   inny,  

zwyczajny sposób.

background image

“Oczywiście,   nie   wykluczamy   żadnej   możliwości,   w   tej   chwili   jednak   nie   widzę  

powodów, by sugerować jakiekolwiek wnioski", oświadczył.

Al-Furan ani nie potwierdził, ani nie zaprzeczył pogłoskom, że na Guanyin znaleziono  

ślady   zbrojnej   przemocy,   w  tym  najwyraźniej   otwory  po  kulach   odkryte   przez  policję  na 

dolnym pokładzie.

Mimo   wspólnych   wysiłków   członków   Stowarzyszenia   Narodów   Azji   Południowo-

Wschodniej   (ASEAN)   w   zwalczaniu   przestępczości   na   morzach   częstotliwość   ataków  

pirackich na wodach terytorialnych Chin i akwenach regionu, w dużej części inspirowanych  

przez podziemne syndykaty, wzrosła w ciągu ostatniego dziesięciolecia o ponad 50 procent.  

Wyraźnie widoczne jest przy tym nasilenie okrucieństwa i przemocy. Tylko w ubiegłym roku z  

rąk piratów zginęło lub odniosło rany ponad 400 marynarzy. Jest to liczba alarmująca, jeśli  

wziąć pod uwagę to, że w ostatnim okresie poprawiły się zarówno wyposażenie w broń oraz  

środki łączności, jak i metody przeciwdziałania stosowane przez patrole antypirackie...

Śledzili kobietę już od dwóch dni. Według ich informacji, Amerykanin pojawi się 

prawdopodobnie   tego   właśnie   wieczoru.   Dziś   wieczorem   powinni   więc   uderzyć.   W 

przeciwnym   razie   minie   pewnie   kolejny   tydzień,   nim   znów   będą   mieli   szansę,   tydzień, 

podczas   którego   śledztwo   w   sprawie   Guanyin   może   się   znacznie   posunąć   naprzód   i 

przerodzić w polowanie na ludzi, a sfałszowane dokumenty załogi - stać dla Xianga i jego 

ludzi bezużyteczne. Zanim to nastąpi, powinni się znaleźć bardzo daleko od Singapuru.

Położony niedaleko baru Grubego B hotel, w którym się zatrzymali, był zniszczonym, 

starym budynkiem wciśniętym między dwa inne walące się domy usytuowane przy krętej la-

rong. Wynajęli trzy tanie pokoje i chociaż wyposażenie każdego z nich ograniczało się do 

kilku zarwanych łóżek polowych, rozchwianego narożnikowego stolika otoczonego paroma 

równie koślawymi krzesłami oraz umywalki z kapiącym kranem, byli zadowoleni, ponieważ 

ustronne   położenie   i   obskurna   okolica   zniechęcały   turystów   i   innych   wścibskich 

przyjezdnych. Tak naprawdę była to jedyna rzecz, której Xiang oczekiwał od tego miejsca.

Owego wieczoru komfort był ostatnią rzeczą, której by pragnął.

Siedział   w   swoim   pokoiku   z   rękami   na   stole   i   z   obnażoną   wytatuowaną   klatką 

piersiową.   Pod   jedną   z   nóg   mebla   wsunął   mały   kawałek   tektury,   by   powstrzymać   jego 

irytujące chybotanie. Na blacie leżała fotografia Maxa Blackburna. Przy jego prawej ręce, na 

płaskiej metalowej popielnicy, stała płonąca świeczka, a obok niej spoczywała długa, cienka 

igła z okrągłą ceramiczną  główką. Po drugiej stronie pokoju dwaj ludzie Xianga, Sang i 

Kamal,   odsunęli   na   bok   łóżka   i   ćwiczyli   płynne,   utrzymane   w   stylu   tygrysa   wojskowe 

background image

techniki karena matjang. Zasłony były zaciągnięte, wszystkie żarówki zgaszone, a panujący w 

pokoju mrok rozpraszał jedynie blask świecy rzucającej na ściany i sufit chwiejne cienie.

Na jednym z łóżek polowych leżały rozrzucone niedbale ubrania, które mieli włożyć 

podczas   wieczornej   akcji   porwania   Blackburna   i   kobiety:   nie   wyróżniające   się   niczym 

spodnie,   kurtki   z   drelichu   i   wełniane   koszule   z   długimi   rękawami.   Stroje   noszone   przez 

słabych, prostych ludzi, którzy wiodą proste, spokojne żywoty.

“Proponuję, żebyście włożyli  coś, co pozwoli wam zniknąć w tłumie”, powiedział 

napuszony paw z baru. Przyjęli oczywiście jego radę, mimo że uważał Xianga za nie dość 

inteligentnego, by mógł on rozpoznać szyderstwo kryjące się w jego pozornie normalnym 

głosie. Facet  z baru sądził  zapewne, że masywna  budowa ciała  idzie w parze z głupotą. 

Ludzie, którzy mieli do czynienia z Ibaninem, często popełniali ów błąd. A to tylko grało na 

jego korzyść.

Xiang   wyciągnął   wielką   prawą   dłoń,   podniósł   leżącą   na   stole   igłę   i   ostrożnie 

przytrzymał  jej ostry koniec nad płomieniem.  Niech ci dwaj ćwiczą swoje kata. On miał 

własną, specjalną metodę przygotowywania się do akcji, koncentrowania na czekającym go 

zadaniu.

Siedział w milczeniu, przytrzymując igłę za porcelanową główkę i obserwując, jak się 

rozgrzewa. Gdy była już czerwona, wyciągnął ją z płomienia, po czym uniósł lewą dłoń, za-

trzymał ją przed twarzą, a następnie wyprostował i mocno ścisnął palce. Przez kilka chwil 

wpatrywał się w dłoń ostrym, skoncentrowanym spojrzeniem, jakby czytał coś, co zapisano w 

jej wnętrzu. W drugiej ręce wciąż trzymał rozżarzoną igłę.

Wreszcie skierował igłę poziomo ku dłoni, celując gorącym końcem w mały palec, tuż 

poniżej górnego stawu. Zacisnąwszy usta, wbił ostrze i zaczął drążyć delikatną tkankę pod 

opuszkiem. Naciskał na nią, dopóki rozżarzona stal nie ukazała się z drugiej strony wraz z 

cienką strużką krwi.

Choć czoło Xianga pokryła warstewka potu, nie przestawał wbijać igły. Drążył teraz 

palec serdeczny, wciskając ją poniżej stawu i kauteryzując tkankę. W końcu ostrze wyszło z 

drugiej strony i zraniło palec środkowy.

Pirat wpychał je dopóty, dopóki nie przeszył wszystkich palców z wyjątkiem kciuka; 

manipulował przy tym rozpaloną końcówką, nie chcąc uszkodzić kości. Jego twarz była skon-

centrowana, zupełnie jakby był w transie.

Po   chwili   zacisnął   pięść,   otaczając   igłę   palcami.   Minęła   minuta,   dwie,   trzy.   Nie 

otwierał dłoni. Czuł, jak gorący jest rozpalony metal, jak ból obejmuje palce. Krew spłynęła 

strużką na nadgarstek Xianga i zaczęła kapać na fotografię Maxa Blackburna. Im bardziej 

background image

rozdzierający   stawał   się   ból,   tym   mocniej   pirat   zaciskał   dłoń   na   zaborczym   metalu, 

sprawiając, że skóra palców naciągała się i pokrywała pęcherzami. Krew spływała szybszym, 

intensywniejszym   strumieniem,   który   znaczył   przedramię   mężczyzny   i   zalewał   twarz 

Blackburna   na   zdjęciu.   Xiang   jeszcze   mocniej   zacisnął   dłoń.   Ból   był   niczym   fala,   którą 

należało uwolnić i opanować siłą woli; nie chciał przestawać.

Siedział   w   pokoju,   patrząc   niewidzącym   wzrokiem   na   dwóch   mężczyzn 

kontynuujących swoje rytualne ćwiczenia, na ich sunące do tyłu i do przodu cienie, które 

łączyły się i rozdzielały w płynnych sekwencjach technik tysiącletniej sztuki walki.

- Zrobimy to - powiedział wreszcie syczącym szeptem. - Zrobimy.

Jego dłoń wciąż była zaciśnięta.                       

Po półgodzinie Xiang powoli wyciągnął igłę.                 

Był gotów.

Gdy byli ze sobą po raz drugi - pierwszy raz do zbliżenia doszło podczas szalenie 

ekscytującego weekendu w Selangor, kiedy to Max Blackburn wdarł się w jej życie niczym 

trąba powietrzna i znalazł się w jej łóżku, nim zdołała uświadomić sobie, co robi, lub choćby 

zadać   sobie   pytanie,   czy   przypadkiem   nie   powinna   się   trochę   opamiętać   -   do   rozmowy 

wkradło się zagadnienie etyki biznesu w ujęciu Marcusa Caine'a. Właściwie to Max podjął 

ten temat. Przypomniała sobie, że było to podczas obiadu w tajskiej restauracji na Scotts 

Road.

Skończyli już swoje dania i siedzieli przy drugiej butelce clareta; pół godziny później 

mieli   się   kochać   szaleńczo   w   pokoju   Maxa   w   hotelu   Hyatt.   Pamiętała   doskonale,   że 

porozrzucane bezładnie części garderoby, które zdarli z siebie, znaczyły ich drogę od drzwi 

do   łóżka.   Wcześniej   jednak,   jeszcze   w   restauracji,   popijali   wino   i   rozprawiali     o   jej 

pracodawcy. Krótko, to prawda. Bardzo krótko, ponieważ obojgu spieszno było do zajęcia 

bardziej   ekscytującego   niż   rozmowa.   Mimo   wszystko   jednak   wymiana   zdań   trwała 

wystarczająco długo, by wydarzenia, które nastąpiły później, mogły przewrócić do góry no-

gami cały jej świat.

Jeśli nie liczyć krzątającej się na korytarzu sprzątaczki, Kirsten Chu była w biurze 

sama. Skończyła już pracę i siedziała w zaciszu swojego gabinetu. Zdawała sobie doskonale 

sprawę, że wkrótce jej kariera zawodowa, a może nawet całe życie, legnie w gruzach. Być 

może kiedyś, w przyszłości - gdy będzie to już proste i oczywiste - zdoła przekonać samą 

siebie, że zrobiła to świadomie, z nakazu sumienia i wiedziona oburzeniem, nie akceptując 

roli   narzędzia,   którą   wyznaczono   jej   w   działaniach   wykraczających   daleko   poza   ramy 

background image

określone   przez   prawo   międzynarodowe.   Kobieta   z   zasadami.   Tak,   ta   myśl   była   nawet 

przyjemna.   Upewniała   ją,   że   postąpiła   słusznie,   gdy   zastanawiała   się   nad   tym   podczas 

nielicznych   momentów   refleksji   przerywających   jej   zauroczenie.   Teraz   jednak,   w   chwili 

prawdziwej   szczerości,   potrafiła   podać   jeden   tylko,   dominujący   nad   pozostałymi   motyw 

swojego postępowania.

Ze   wszystkich   cholernych   powodów   najważniejsze   były   miłość   i   tęsknota   za 

człowiekiem, o którym prawie nic nie wiedziała.

Cholernie to romantyczne!

Kirsten rzuciła okiem na zegarek: piąta trzydzieści, już niemal czas opuścić biuro. Za 

pół godziny spotka się z Maxem pod Hyattem. Wyjęła z CD-ROM-u dysk, który już wkrótce 

stanie się przyczyną jej zawodowej śmierci, i przez kilkanaście sekund po prostu siedziała, 

kręcąc   głową   i   wpatrując   się   w   niebezpieczny   krążek   plastiku.   Pamiętała   rozmowę   z 

restauracji tak dobrze, jakby odbyła się zaledwie wczoraj.

Och,   Max,   Max,   Max.   Pytanie,   które   jej   zadał,   było   nietaktowne   i   zapewne 

obruszyłaby   się,   gdyby   padło   z   ust   kogokolwiek   innego.   Ale   to   był   cały   Blackburn, 

nieprawdaż?  Potrafił  z nią rozmawiać  o sprawach,  o których  nikt  inny by nie  mógł,  nie 

narażając  się  przy  tym  na   jej  gwałtowną   reakcję.  Cóż,   od  samego  początku  miał  na   nią 

ogromny   wpływ.   W   jakiś   sposób   potrafił   zmienić   swój   oczywisty   brak   taktu   w 

obezwładniającą   broń   -   może   dlatego,   że   wiedział,   iż   działa   to   na   jego   korzyść,   i   ta 

świadomość sprawiała mu przyjemność.

Wtedy, w restauracji, zapytał niespodziewanie, czy Kirsten ma wyrzuty sumienia w 

związku   z   “podstępnymi   poczynaniami   korporacyjnymi”   swojego   pracodawcy.   Zupełnie 

jakby było całkiem oczywiste, że jest coś złego w tym, jak Marcus Caine prowadzi swoje 

interesy. Niebo jest błękitne, morze ogromne, a Marcus Caine to pozbawiony skrupułów łotr. 

To elementarz, moja droga Kirsten.

W pierwszej chwili nie wiedziała, co powiedzieć, więc popatrzyła tylko na niego znad 

brzegu kieliszka, zastanawiając się, czy rzeczywiście oczekuje od niej jakichkolwiek słów. A 

Max po prostu czekał, dając do zrozumienia, że tak właśnie jest.

- Uważam, że twoje pytanie narusza nasze zawieszenie broni - powiedziała w końcu, 

mając wciąż nadzieję, że uniknie tego tematu.

- Nieprawda. Sprawdziłem jego zasady i mówią wyraźnie, że to dopuszczalne - odparł 

i posłał jej jedno ze swoich pewnych siebie, diabelnie ujmujących spojrzeń. - Nie krępuj się, 

możesz mi odpowiedzieć, nie ponosząc żadnego ryzyka.

Nie rozumiała, dlaczego jego pytanie wprawiło ją w taki niepokój. Ani w tamtym 

background image

momencie, ani przez kilka następnych chwil. Nie była jeszcze gotowa przyznać się - samej 

sobie, tym bardziej zaś Maxowi - że poruszył temat, który już od dłuższego czasu nie dawał 

jej spokoju. Że nieprawidłowości finansowych, jakie zauważała w Monolith Technologies - 

tak,   nieprawidłowości,   bo   w   ten   właśnie   sposób   myślała   wtedy   o   tym   wszystkim, 

umniejszając   zawsze   znaczenie   podejrzanych   materiałów,   które   przewijały   się   przez   jej 

biurko - nie da się wyjaśnić w jakiś zwyczajny sposób.

- Cóż, jestem pewna, że taka jest właśnie reputacja Marcusa wśród jego rywali w 

interesach i adwersarzy w bataliach politycznych - odparła wreszcie odrobinę ostrzejszym 

głosem,   niż   zamierzała.   Mimo   że   Max   był   czarujący,   jego   wojownicza   postawa 

zdenerwowała ją. - W przeciwnym razie...

- W gruncie rzeczy chodzi mi przede wszystkim o proces, jaki toczył  się przeciw 

niemu kilka lat temu - stwierdził Max. - Pamiętasz tę sprawę?

Jako jeden z całej armii fachowców, którzy starali się wówczas powstrzymać  falę 

nieprzychylnych  publikacji wywołaną przez proces, Kirsten pamiętała wszystko aż nazbyt 

dobrze. Ponieważ nowy system operacyjny Caine'a ustępował wtedy popularnością jedynie 

Windows   Microsoftu,   który   zresztą   szybko   doganiał   w   rankingach,   producenci 

oprogramowania - jeszcze przed rzuceniem na rynek - dostarczali Monolith Technologies 

swoje   nowe   produkty,   by   sprawdzić   ich   kompatybilność   ze   sprzedawanym   przez   firmę 

systemem. Dla obu stron był to korzystny, wręcz zbawienny układ, gdyż system operacyjny 

byłby bezużyteczny bez programów pracujących w jego środowisku graficznym, a programy 

z kolei byłyby bezwartościowe, gdyby nie współpracowały przynajmniej z jednym z trzech 

standardowych systemów operacyjnych.

Problemy pojawiły się, gdy Monolith zaczął obwarowywać patentami i wypuszczać na 

rynek oprogramowanie - zdaniem dostawców współpracujących z firmą - niemal identyczne z 

tym, które otrzymywał od nich do oceny. Dostawcy oskarżyli zatem Caine'a o to, że jego 

specjaliści kradną ich własność intelektualną, dokonując mało znaczących przeróbek interfej-

sów   graficznych   i   architektury   użytkowej   a   następnie   sprzedając   ją   w   opakowaniach 

handlowych   oznaczonych   logo   Monolith   Technologies.   Istotnie,   Monolith   rzucił   się 

zachłannie na ich produkty i sprzedał je jako własne.

Kirsten odstawiła kieliszek  wina i pochyliła  się nad stolikiem w stronę Maxa. Jej 

ramiona niemal dotykały blatu.

- Wiesz więc zapewne, że sprawa została wycofana z sądu -powiedziała.

- W zamian za olbrzymią kwotę, którą Caine zapłacił za odstąpienie od dochodzenia 

roszczeń.

background image

- To nie to samo, co przyznanie się do winy. Kiedy jest się osobą publiczną, warto 

czasami wiele poświęcić, by kłopotliwa sprawa zniknęła ze sceny. Zwłaszcza gdy do wyboru 

jest tylko jej przeciąganie lub pojawienie się niewyobrażalnych kłopotów.

Blackburn rozłożył ręce.

-   Caine'owi   można   postawić   jeszcze   wiele   innych   zarzutów.   Na   przykład   rażącą 

pogardę wobec konwencji antyłapówkowej OECD.

- To tylko twoje słowa, Max. To międzynarodowa konwencja, a nie formalny traktat. 

A to oznacza, że nie ma mocy prawnej. Trudno uznać za przestępstwo lub grzech to, że 

Marcus wykorzystuje brak charakteru  sygnatariuszy konwencji... szczególnie Francuzów i 

Niemców,   którzy   jeszcze   w   ubiegłym   roku   udzielali   ulg   podatkowych   kompaniom 

zamieniającym   zobowiązania   finansowe   na   zagraniczne   kontrakty.   -   Kirsten   umilkła   na 

chwilę i wzięła głęboki oddech. - Na miłość boską, Max, nie zamierzam siedzieć tutaj i bronić 

wszystkich   decyzji   ekonomicznych   mojego   szefa.   Ani   też   ręczyć,   że   jest   porządnym 

człowiekiem. Chcę ci tylko powiedzieć, że Caine to pierwszy facet, który założył w pełni 

interaktywną sieć telewizji kablowej, mającą oddziały na czterech kontynentach. Już samo to 

czyni go w moich oczach geniuszem biznesu. Jeśli jego metody są czasami bezwzględne, to 

trudno. Dla mnie liczy się to, że Caine działa legalnie...

- A przynajmniej nigdy mu nie udowodniono, że złamał prawo.

-   ...i   że   bardzo,   bardzo   dobrze   płaci   swoim   pracownikom   -   kontynuowała,   nie 

zważając na jego wtręt.

- Powiedziałbym, że w tym wyświechtanym frazesie, który mówi, iż pieniądze to nie 

wszystko,   tkwi   ziarno   prawdy,   ale   już   samo   to   stwierdzenie   mogłoby   być   frazesem.   - 

Blackburn uśmiechnął się lekko. - Mam rację?

Kobieta popatrzyła na niego z dziwną mieszaniną osłupienia i rozbawienia.

- Powiedz mi, Max, czy pracujesz dla UpLink za darmo? Czy wędrujesz po świecie, 

naprawiając usterki, niczym błędny rycerz w świętej krucjacie Rogera Gordiana, zmierzającej 

do   połączenia   całej   ludzkości   telefonami   komórkowymi   i   bezprzewodowymi   faksami?   - 

spytała.

Gdyby   nie   jego   jasne,   szczere   spojrzenie,   kolejne   słowa   mężczyzny   zdziwiłyby 

Kirsten. Zaraz natomiast pożałowała swojego sarkazmu.

- Roger Gordian to wielki człowiek i gotów byłbym oddać życie, żeby go ochronić - 

powiedział z prostotą.

Cholera jasna!

Teraz,   wracając   myślami   do   owego   wieczoru,   przypomniała   sobie,   jak   ogromnie 

background image

zaskoczyły ją wówczas słowa Maxa. W jakiś niewytłumaczalny sposób ich niewiarygodna 

siła i szczerość przełamały jej ostatnie bariery. Sprawiły, że uczucia do niego - uczucia, które, 

jak wierzyła lub raczej chciała wierzyć, tworzyło w ogromnej większości pożądanie - zaczęły 

się   błyskawicznie   przekształcać   w   prawdziwą   romantyczną   miłość.   Dla   Kirsten   były   to 

zupełnie nowe, wstrząsające doznania i nie wiedziała, jak się zachować...

Głos od drzwi gwałtownie wyrwał ją z zamyślenia.

- Ach! Przepraszam, panno Chu. Myślałam, że wszyscy poszli już do domów. Czy 

mam wrócić później?

Rozpoznała  sprzątaczkę  po jej  singapurskiej  odmianie  angielskiego,  zanim  jeszcze 

spojrzała i dostrzegła głowę kobiety w drzwiach biura.

Gdy Kirsten Chu wróciła do Singapuru po zdobyciu dyplomu w Oxfordzie, musiała z 

bólem   przyzwyczaić   się   do   lokalnego   dialektu   -   irytującego   konglomeratu   angielskiego, 

chińskiego   dialektu   hokkien   oraz   hinduskich   zwrotów   -   który   brzęczał   nieharmonijnie   w 

powietrzu, dokądkolwiek szła. Wyglądało na to, że szczególnie chętnie posługiwali się nim 

robotnicy, którzy przybyli tu z sąsiednich wysp i z Filipin.

Jest tak prawdopodobnie dlatego, pomyślała z kwaśną miną, że lubią się przyglądać 

atakom migreny takich awansujących społecznie kiasu jak ona, gdy starają się oni odcyfrować 

znaczenie terminów dodanych ostatnio do tej mieszaniny.

-   Nie,   Lin,   wszystko   w   porządku.   -   Zamknęła   program   i   wyłączyła   komputer.   - 

Właśnie się stąd zbierałam.

Drzwi otworzyły się szerzej i Lin ze stukotem wprowadziła do środka wózek.

- Dlaczego pracuje pani do tak późna? - zapytała. - Jest piątek wieczór, powinna pani 

gdzieś pójść, gdzieś daleko od biura. - Mrugnęła do Kirsten. - Gdzie jest pani przystojny 

Amerykanin?

Zapytana   uśmiechnęła   się,   sięgnęła   po   aktówkę   i   wsunęła   płytę   CD   do   jednej   z 

wewnętrznych  kieszeni, tuż obok miniaturowego magnetofonu  cyfrowego,  dzięki któremu 

Max dowie się czegoś, co powinno go wprawić w ekstazę.

- Prawdę mówiąc, przystojny Amerykanin i ja zamierzamy spotkać się w jego hotelu i 

przetańczyć całą noc u Harry'ego - odparła. A jeśli o nią chodzi, może się również dzisiaj 

upić, pomyślała. Po tym, jak przekaże Maxowi wykradzione informacje, informacje, które 

mogą   doprowadzić   do   upadku   przedsiębiorstwo,   będzie   potrzebowała   całego   mnóstwa 

jakiegoś silnego środka, żeby wypłukać z ust gorzki smak.  W końcu firma była  dla niej 

bardziej niż hojna i dawała jej olbrzymie  możliwości rozwoju zawodowego, a tkwiąca w 

Kirsten   tradycjonalistka   wychowana   we   wschodniej   kulturze,   kładącej   nacisk   na  życie   w 

background image

grupie, żądała od niej bezwzględnej lojalności.

- Niech się pani dobrze bawi - powiedziała Lin, a na jej szerokiej twarzy pojawił się 

uśmiech. - Proszę obiecać, że opowie mi pani o tym w poniedziałek.

Kirsten zamknęła aktówkę.

- Dobrze, ale tylko tyle, ile będzie wypadało - odparła.

Blackburn przemierzał szybko Scotts Road w kierunku Hyatta, przedzierając się w 

olbrzymim   miejskim   ruchu   przez   hordy   klientów   domów   towarowych   oraz   tłumy 

zmęczonych   i   lekko   wstawionych   urzędników,   którzy   wracali   właśnie   do   domów   po 

popołudniowym piątkowym koktajlu. Była siódma wieczorem, ale słońce dopiero zaczynało 

tracić intensywność. Pocąc się mocno i czując na sobie mokrą jak nasiąknięta gąbka koszulę, 

Max tęsknił za prysznicem... Doprawdy fantastyczny początek weekendu! Co gorsza, umówił 

się z Kirsten na szóstą, więc chociaż rozmawiał z nią przez telefon komórkowy i uprzedził, że 

się spóźni, dręczyły go wyrzuty sumienia, iż nie zdołał dotrzymać nawet drugiego terminu. 

Ona   tymczasem,   zupełnie   sama,   czeka   teraz   na   niego   z   materiałem   znacznie   bardziej 

niebezpiecznym niż granat z wyciągniętą zawleczką.

Zasługiwała na lepsze traktowanie.

Najbardziej frustrowało Blackburna to, że wyruszył na spotkanie ze sporym zapasem 

czasu. Na dworzec autobusowy w Johor Baharu podwiózł go jeden z członków jego zespołu 

ochrony, a tam natychmiast wsiadł do ekspresu Johor Baharu - Singapur, który przejeżdżał 

przez groblę. Już dawno odkrył, że jest to szybki i prosty sposób pozwalający dotrzeć na 

wyspę ze stałego lądu - o wiele szybszy niż jazda którymś z land roverów kompanii, jako że 

rejsowe autobusy miały wydzielone pasy ruchu, a celnicy - w przeciwieństwie do ciężarówek 

i prywatnych pojazdów, które często tkwiły na granicy w długich kolejkach - zazwyczaj od 

razu je przepuszczali. Jednak tego wieczoru na punkcie kontrolnym na moście wszystkich 

podróżnych   -   czy   to   podróżujących   publicznymi,   czy   też   prywatnymi   autobusami   - 

poddawano   szczegółowej   kontroli   granicznej,   przez   co   w   obu   kierunkach   tworzyły   się 

olbrzymie korki. I chociaż nikt z kontrolujących nie zatroszczył się, by wyjaśnić przyczyny 

tych   obostrzeń,   wielu   współpasażerów   Maxa   było   przekonanych,   że   są   one   związane   ze 

sprawą Guanyin, która zdominowała w ciągu tygodnia wszystkie serwisy informacyjne stacji 

radiowych.   Nie   mając   innego   zajęcia   podczas   przedłużających   się   postojów,   rozprawiali 

głośno.   Wreszcie   doszli   do   wniosku,   że   urzędnicy   szukają   porywaczy   załogi   albo   ich 

sprzymierzeńców, którzy mogliby starać się prześliznąć przez granicę z Malezją, by pomóc 

piratom w ucieczce.

Blackburn   dopiero   teraz   usłyszał   o   całej   sprawie.   Przez   ostatnie   dni   był   zbyt 

background image

pochłonięty analizami  bezpieczeństwa  naziemnej  stacji łączności satelitarnej, żeby śledzić 

rozwój każdej sensacyjnej  sprawy w Singapurze. Teraz  jednak zauważył,  że zwyczajowy 

kontyngent   pracujących   na   granicy   biurokratów   wzmocnili   mężczyźni   w   mundurach 

singapurskiej policji. Zrozumiał, że w powietrzu wisi coś naprawdę nadzwyczajnego.

Nie zastanawiał się nad tym długo. Jego myśli pochłaniały inne sprawy i nie zwracał 

uwagi   na   to,   co   się   dzieje   dokoła,   gdy  autobus   przejeżdżał   powoli   nad   cieśniną   Johor   i 

wytaczał  się  na  autostradę  Bukit  Timah,  by  wreszcie   wśród  bujnej, starannie  utrzymanej 

parkowej zieleni wyspy pomknąć na południe, ku dworcowi autobusowemu Ban San. Jeśli 

Kirsten   dotarła   w   końcu   do   dowodów,   jakie   miał   nadzieję   zdobyć   po   przeszukaniu   baz 

danych   komputerów   Monolith   Technologies,   mroczna   gra,   którą   podjął   w   dniu,   gdy   się 

spotkali, miała wkrótce dobiec końca. Tylko ile będzie ją to kosztowało? W Monolith będzie 

skończona. Twarda prawda była taka, że niestety będzie to też koniec ich związku.

A przecież zasługiwała na więcej, o wiele więcej, niż ostatecznie od niego otrzyma.

Udało   mu   się   przerwać   te   rozważania   dopiero   pod   koniec   podróży.   Wysiadł   na 

przystanku przy Arab Street, przesiadł się do autobusu miejskiego i pojechał do centrum. 

Pojazdy   znowu   poruszały   się   w   ślimaczym   tempie,   tym   razem   z   powodu   zwyczajnego 

wieczornego szczytu komunikacyjnego. Uznawszy, że pieszo szybciej dotrze do celu, Max 

wysiadł przy Orchard Road i pobiegł na zachód. Mijał ciągnące się wzdłuż ulicy - niczym 

nowoczesne kryształowe pałace - lśniące, szklane centra handlowe. W ich fasadach odbijały 

się ostre promienie słoneczne i mimo ciemnych okularów raziły go w oczy.

Blackburn skręcił w prawo w Scotts Road i mrużąc oczy w blasku, ruszył w kierunku 

jeszcze jednego ekskluzywnego centrum handlowego oraz piętrzącej się za nim wysokiej wie-

ży Hyatt Regency.

Czekała   w   zwykłym   miejscu   nieopodal   głównego   wejścia.   Rozpuszczone   włosy 

opadały   jej   na   ramiona.   Miała   na   sobie   prostą,   jasnobeżową   sukienkę.   Przyglądała   się 

pojazdom sunącym jednokierunkową jezdnią, prawdopodobnie spodziewając się, że ujrzy go 

wkrótce wysiadającego z jednej z taksówek lub autobusów, które płynęły nieprzerwanym 

strumieniem   obok   hotelu.   Gdy   tylko   Max   zaczai   się   zbliżać   do   Kirsten,   natychmiast 

zawładnęła nim mieszanina poczucia winy i pożądania, która zawsze ogarniała go, kiedy się 

spotykali. Oddawała mu się bez wahania, a jego pożądanie było równie silne, lecz nie kochał 

jej tak jak ona jego. Wyznał Kirsten miłość tylko dlatego, że wymagały tego jego egoistyczne 

cele.   I   chociaż   wszystkie   te   kłamstwa   i   manipulacje   profanowały   ich   nawet   najbardziej 

intymne chwile, zdawał sobie sprawę, że ani na moment nie przestanie kłamać, dopóki nie 

osiągnie tego, do czego zmierza... a to nawet nie będzie takie trudne. 

background image

Nie,   Boże   pomóż   mi,   w   ogóle   nie   będzie   trudne,   myślał,   zbliżając   się   szybkim 

krokiem do Kirsten.

Xiang siedział za kierownicą samochodu dostawczego zaparkowanego przy wjeździe 

dla   dostawców   Hyatta,   w   górnej   części   Scotts   Road.   Niecałe   pół   godziny   wcześniej 

prawdziwy kierowca ciężarówki przyjechał do hotelu z dostawą świeżej bielizny. Teraz jego 

nagie   zwłoki   leżały   z   tyłu,   zawinięte   w   okrwawione   obrusy   zrzucone   z   wielkiego   stosu 

bielizny, którą właśnie zamierzał wyładowywać, gdy Ibanin wynurzył się niespodziewanie za 

jego placami. Krew trysnęła z ucha, przez które Xiang wepchnął sześciocalową igłę kanata. 

Pirat przekłuł  bębenek mężczyzny  i wbijając broń kanałem słuchowym  w miękką  tkankę 

mózgu, zabił go natychmiast w niemal całkowitej ciszy.

Biała służbowa kurtka, którą Ibanin ściągnął ze zwłok, upstrzona była na kołnierzyku 

plamami krwi, poza tym okazała się stanowczo za mała. Xiang był jednak przekonany, że tak 

długo, jak pozostanie w samochodzie, nikt tego nie zauważy. A jednak z każdą chwilą robił 

się coraz bardziej niespokojny.  Gdzie jest Amerykanin? Nie mógł przecież parkować bez 

końca przed rampą załadowczą, nie wzbudzając przy tym podejrzeń.

Opanowawszy zniecierpliwienie, oparł delikatnie głowę o zagłówek. Chciał sprawiać 

wrażenie   kogoś,   kto   wypoczywa   za   kierownicą.   I   czekał.   Jeśli   dopisze   mu   szczęście, 

zamordowany kierowca będzie miał niedługo towarzystwo.

Reszta   jego   zespołu   uderzeniowego   zajmowała   pozycje   dokoła   hotelu.   Dwóch 

mężczyzn pilnowało drzwi, dwóch stało przed kompleksem Royal Holiday Inn po drugiej 

stronie   ulicy,   a   czterech   rozproszyło   się   między   północnym   i   południowym   narożnikiem 

Scotts Road.

Wszyscy   wyglądali   podobnie   -   czarnowłosi,   o   kamiennym   spojrzeniu   lodowatych 

oczu,   ostrych   rysach   oraz   skórze   koloru   wysuszonej   na   słońcu   gliny.   Byli   silni,   dobrze 

zbudowani, a ich potężne mięśnie prężyły się niczym napięte skórzane postronki. Każdy z 

nich  skrywał  jakąś broń pod luźnym,  szarym  ubraniem,  które pozwalało  im zapuścić  się 

niepostrzeżenie na polowanie w śpieszący we wszystkich kierunkach tłum.

Mrowie ludzi dokoła nie było dla nich żadną przeszkodą. Podobnie jak to, że słońce 

wciąż jeszcze nie zaszło. Uderzenie w ciemności, na pustych ulicach i przy mniejszym ruchu 

było   o  wiele  bardziej   ryzykowne.  W  nocy  ich  ruchy przyciągałyby  uwagę  tak   jak  nagłe 

pojawienie się fal na spokojnej powierzchni stawu. W tej chwili hałas i liczni przechodnie 

zapewniały im znakomity kamuflaż.

Kobieta już od jakiegoś czasu stała przed wejściem do Hyatta i spoglądała na ulicę, 

background image

jakby spodziewała się, że w każdej chwili ktoś do niej dołączy. I o to właśnie chodziło... Już 

od   kilku   dni   skradali   się   za   nią   jak   wilki   za   ofiarą.   Dzisiaj   miała   ich   doprowadzić   do 

prawdziwej zwierzyny. To dzisiaj wykonają wreszcie robotę, za którą im zapłacono.

Kobieta spojrzała w kierunku Orchard Road i jej oczy rozszerzyły się.

Obserwatorzy odnotowali to. Uśmiechnęła się, pomachała ręką. Na jej twarzy pojawił 

się wyraz zadowolenia i podekscytowania.

Prześladowcy zauważyli i to.

Podążyli   wzrokiem   za   jej   spojrzeniem,   niecierpliwi,   chcąc   jak   najszybciej   ujrzeć 

Amerykanina. Wreszcie go dostrzegli. Mimo że mężczyzna, który zmierzał w jej kierunku, 

nosił lotnicze okulary przeciwsłoneczne, bez trudu rozpoznali w nim osobnika z fotografii. 

Uniósł rękę w geście powitania i przyspieszył kroku.

- Max! - zawołała kobieta, schodząc ze schodów.

Prześladowcy zaczęli zacieśniać krąg wokół ofiar.

background image

6

WASZYNGTON

18 WRZEŚNIA 2000

- Postawmy sprawę jasno, Alex: twój przyjaciel Gordian nie powinien zwracać uwagi 

na   zaniki,   ale   na   klucze...   No,   przestańmy   wreszcie   nabijać   sobie   głowę   wynalazkami 

satelitarnymi tego dupka, bo i tak za tym nie nadążam!

U szczytu  kariery kontradmirał w stanie spoczynku Craig Weston uważany był za 

jedną   z   największych   grubych   ryb   w   US   Navy.   Opinię   tę   zawdzięczał   funkcji 

głównodowodzącego   SUBGRU   2,   zespołu   grupującego   wszystkie   uderzeniowe   okręty 

podwodne działające z wybrzeża Atlantyku. Dowództwo oraz centrum szkolenia marynarzy 

amerykańskiej  floty  podwodnej  znajdowały  się  w  Groton w  stanie  Connecticut.  W  skład 

zespołu   wchodziły   trzy   eskadry   atomowych   okrętów   podwodnych   rozmieszczone   wzdłuż 

zwodniczo spokojnej linii brzegowej Nowej Anglii oraz dwie eskadry podzielone między 

bazy w Charleston w Karolinie Południowej i Norwalk w Wirginii -w sumie czterdzieści 

osiem okrętów podwodnych  o napędzie atomowym,  jedna podwodna łódź badawcza oraz 

spora grupa jednostek wsparcia. Biorąc pod uwagę, że uzbrojenie konwencjonalne i atomowe 

jednej   tylko   łodzi   podwodnej   wystarczało,   by  wymazać   z   map   spore   nadbrzeżne   miasto, 

niszczycielska siła, jaką dysponował Weston, była, co tu ukrywać, bardzo znacząca.

Alexa Nordstruma, który obserwował właśnie, jak Weston ćwiczący na ergometrze w 

klubie Northwest Health and Fit-ness, najbardziej interesowało, ile z tej siły kontradmirał za-

chował na emeryturze. Wysoki, szczupły,  zbliżający się do siedemdziesiątki mężczyzna o 

srebrzystych, przyciętych przy skórze włosach, szarych jak burzowe chmury oczach i szczęce 

rysującej się ostro niczym krawędź góry wykonywał swoją poranną porcję ćwiczeń z powagą 

i koncentracją... a także z wielką zaciętością, manifestowaną często przedłużającymi się sal-

wami   przekleństw,   które   w   bardzo   twórczy   sposób   odnosiły   się   do   różnych   szczegółów 

anatomii. Okrzyki te były jednak na tyle ciche, że nie naruszały reguł obowiązujących w 

klubie.

- Co za dziwka! Dostanę cię, ty wiecznie niedopieprzona, zawszona cipo! - warczał, 

zwiększając tempo ćwiczeń.

Ubrany był na pokaz w szorty i koszulkę gimnastyczną, podkreślające - Nordstrum 

sądził, że kontradmirał zdaje sobie z tego sprawę - budowę ciała, której mógłby mu pozazdro-

ścić   nawet   człowiek   młodszy   od   niego   o   trzydzieści   lat.   Budowę,   którą   w   wypadku 

background image

mężczyzny w jego wieku i cieszącego się tak doskonałym zdrowiem można było doprawdy 

uznać   za   fenomenalną.   Po   tym,   jak   Weston   przeszedł   ostatnio   intensywną   chemoterapię, 

mającą pokonać raka prostaty, który atakował jego węzły limfatyczne, zyskał u Alexa status 

niemal nadczłowieka. Kiedy zaczął poruszać wiosłami ergometru, napięły się boczne mięśnie 

jego ud. Pod napinającą się koszulką pracowały - grube na oko na dwa cale - mięśnie brzucha 

i klatki piersiowej, a bicepsy wybrzuszały się, gdy na zakończenie ćwiczeń przyciągał wiosła. 

Kontradmirał   opadł   na   oparcie,   by   odpocząć;   kołysał   nieznacznie   biodrami,   a   napięte 

powrozy mięśni drżały lekko niczym cięciwa.

Siedząc obok niego na rowerze do ćwiczeń, Nordstrum spojrzał na swoje zwiotczałe 

mięśnie, poczuł lekkie zażenowanie i zwiększył przełącznikiem poziom trudności, 

- Myślałem, że zdradzi mi pan dzisiaj kulisy powstawania Seawolfa - odezwał się, 

pragnąc, by tamten nie wyczuł w jego głosie rozczarowania. - Jakim cudem rozmawiamy 

więc o Rogerze Gordianie?

- Nie bądź takim mądralą. Nie zawsze tak hojnie udzielam rad - odparł Weston.

Alex zmarszczył czoło.

- W porządku, niech będzie, jak pan chce. Ale ja naprawdę bardzo potrzebuję tej 

informacji.

- I zaraz ją uzyskasz.

Weston zaczął ponownie wiosłować, cicho wciągając i wypuszczając powietrze przez 

nos.   Spojrzenie   skoncentrował   na   ekranie,   na   którym   -   dzięki   sprzężeniu   ergometru   z 

komputerem - dwie niewielkie łodzie, czerwona i niebieska, sunęły w symulowanym wyścigu 

po zielonej wodzie wzdłuż białego, piaszczystego brzegu. Nordstrum czekał, aż mężczyzna 

znów   zacznie   mówić,   ledwie   świadomy   cichej   pracy   ustawionych   w   sali   nowoczesnych 

przyrządów   gimnastycznych.   Od   czasu   do   czasu   słyszał   pneumatyczny   szum   dźwigni 

stepperów oraz metaliczny brzęk opadających obciążników, przede wszystkim jednak w tym 

akustycznym   pomieszczeniu   docierały   doń   kontrolowane   odgłosy   ludzkiego   wysiłku: 

gwałtowne, miarowe wydechy i rytmiczne uderzenia stóp o ruchome gumowe bieżnie.

- Pozwól, że cię o coś spytam - odezwał się Weston po dłuższej chwili. - Co by cię 

bardziej zdenerwowało: zgraja złodziei wprowadzająca się do sąsiedniego domu, w którym 

jest taki  sam system  alarmowy jak twój, czy ci sami  kanciarze  nie dysponujący żadnym 

systemem   alarmowym,   ale   za   to   mający   wiedzę   i   narzędzia,   dzięki   którym   mogliby 

rozpracować twój? Wiedzę i sprzęt, dzięki którym potrafiliby otworzyć twoje frontowe drzwi, 

wyłączyć alarmy i w każdej chwili wkroczyć do twojej sypialni, niezależnie od tego, czy 

akurat byś tam był, czy nie.

background image

- To pytanie retoryczne - odparł Nordstrum. - Wolałbym w ogóle nie mieć z nimi do 

czynienia.

- Oczywiście, jak każdy, jednak nie takie były możliwości. Odpowiedz, proszę.

Alex wzruszył  ramionami  i zaczął pedałować pochylony nad kierownicą. Ręcznik, 

który przewiesił przez ramiona, szybko wilgotniał od potu.

- Sądzę, że nie chciałbym ich wpuścić do mojego domu - powiedział.

Weston posłał mu krótkie spojrzenie.

- No właśnie. Taki jest właśnie mój punkt widzenia. Gordian chce, żeby jego sprawa 

pojawiła się na forum publicznym, więc powinien być to również jego punkt widzenia.

- Czyli nikomu nie wolno wiedzieć o nich więcej, niż pan zamierza zdradzić, zgadza 

się?

- Tak - odparł kontradmirał i ponownie odwrócił się w stronę ekranu. - Co chcesz 

wiedzieć o okręcie podwodnym?

Nordstrum pomyślał, że już to sobie wyjaśnili.

- Wszystko, co może mi pan o niej powiedzieć. Chyba mam prawo wiedzieć, czym 

popłynę.

- I o jakiej będziesz pisał.

- Tak, tym  bardziej że jestem poważnym  dziennikarzem i nie lubię wychodzić na 

idiotę.

Weston spojrzał na ekran, rzucił kolejną wiązankę epitetów i mocniej pociągnął za 

wiosła.

- Czy oglądałeś kiedykolwiek w telewizji ten stary program Podróż na dno morza? - 

zapytał. - Moi chłopcy gapili się na to z nabożeństwem, kiedy byli młodzi. Nadawano go w 

każdy niedzielny wieczór, o siódmej. Gdy wyjeżdżałem w podróże służbowe, telefonowałem 

po programie i słuchałem, jak streszczają mi kolejne odcinki.

Dziennikarz potrząsnął przecząco głową.

- W tamtym czasie nie odbieraliśmy w Pradze amerykańskich programów - odparł. - 

Proszę obwiniać za moją ignorancję komunistów.

- No tak, zapomniałem, gdzie dorastałeś - rzucił Weston. -W programie pokazywano 

okręt podwodny przyszłości, który za jedną z powieści Jules'a Verne'a nazwano Nautilus. 

Seawolf   jest   jego   odpowiednikiem   i   ma   mnóstwo   możliwości,   o   których   konstruktorzy 

jednostek   klasy   Los   Angeles   mogli   tylko   marzyć.   Ta   cholerna   maszyna   to   jeden   wielki 

poligon doświadczalny dla zaawansowanych technicznie urządzeń służących do prowadzenia 

wojny na morzu. Dzięki modułowej konstrukcji można ją bez końca udoskonalać. Ma nowy, 

background image

znacznie   bardziej   hydrodynamiczny   kształt   oraz   zintegrowane   układy   wykrywania   celu, 

telemetrii i łączności. Na pokładzie przenosi typowy zestaw rakiet Harpoon typu woda-woda, 

torped model 48, min i wszystkiego, co zechcesz, plus nowe, przeznaczone do atakowania 

celów lądowych tomahawki błock 5. Utrzymują się w powietrzu do dwóch godzin i można na 

nich zainstalować tyle  różnych głowic bojowych, że nie potrafiłbym  teraz ich wszystkich 

wymienić. Dotyczy to też amunicji Hard Target Smart Fuze, zdolnej wbić się w ziemię przed 

eksplozją nawet na dwadzieścia stóp. - Weston mrugnął do Nordstruma i konfidencjonalnie 

ściszył głos. - Pamiętaj, że choć oficjalnie marynarka   nie   ma   na   okrętach   podwodnych 

tomahawków z głowicami nuklearnymi, zawsze oczywiście można je zainstalować.

- Oczywiście - powtórzył Alex.

- Powinienem dodać, że Seawolf może operować w pasie przybrzeżnym.

- W pobliżu portów, miast, umocnionych baz wroga i innych celów lądowych?

- Właśnie. - Kontradmirał przyjrzał się uważnie swojemu odbiciu w zajmujących całą 

wysokość ściany lustrach, zaklął zdegustowany i wyprostował się. - Zanim podam ci więcej 

szczegółów,   powinieneś   się   dowiedzieć,   dlaczego   nie   uważam   włączenia   Seawolfa   do 

programu   SEAPAC   za   jeszcze   jeden   typowy   intelektualny   pierd   prezydenta,   lecz   za 

największe śmierdzące kretyństwo jego rządów.

- Niech pan pozwoli, że zgadnę - powiedział dziennikarz. - Martwi pana perspektywa 

pałętających   się   po   jego   pokładzie   Japończyków,   Koreańczyków   i   innych   naszych 

sprzymierzeńców z tamtego regionu, nawet jeśli nie będą to żołnierze, lecz – powiedzmy - 

lekarze, naukowcy i tym podobni.

- Znasz mnie dobrze, Alex. To najbardziej idiotyczny punkt tego całego traktatu.

Nordstrum pedałował i spoglądał ze zdumieniem na kontradmirała. Weston nie był 

jeszcze spocony, podczas gdy on padał już wprost ze zmęczenia.

-   Sam   nie   wiem.   Może   w   swojej   analogii   posłużył   się   pan   złym   programem 

telewizyjnym.   Może   raczej   należałoby   go   ukazać   jako   coś   w   rodzaju   USS   Enterprise. 

Przedstawiciele miłujących pokój narodów konsolidujący swoje środki, by bronić się przed 

Klingonami.

- Nigdy nie rozumiałem, jak to miękkie gówno zdobyło aż taką popularność.

Nordstrum uśmiechnął się.

- W każdym razie wie pan dobrze, że od pewnego czasu nasi sprzymierzeńcy z Azji 

Wschodniej naciskają, by zwiększyć ich udział w regionalnych operacjach wojskowych. Sami 

Japończycy wydają każdego roku grube miliony dolarów na prowadzone wspólnie z nami 

badania nad systemami obrony przed pociskami balistycznymi. Bo przecież mają w swojej 

background image

przestrzeni   Klingonów.   Korea   Północna   dysponuje   Nodongami-2,   zdolnymi   przenieść 

głowice   biologiczne   lub   chemiczne   do   samego   centrum   Tokio.   -   Urwał,   chcąc   uspokoić 

oddech. - I nie możemy powiedzieć, że nagle wyciągnęli coś z kapelusza. To logiczny rozwój 

sytuacji strategicznej.

- Co podkreślasz ad infinitum  na łamach  swojej  gazety.  Czasami  myślę  sobie,  że 

robisz to tylko po to, by załapać się na darmową emocjonującą przejażdżkę łodzią podwodną 

- powiedział Weston.

Nordstrum popatrzył na kontradmirała.

- Powinienem się teraz obrazić? - zapytał.

- To był żart - odparł tamten, jednak w jego głosie nie było ani cienia humoru. - 

Widzisz, współpraca to jedna sprawa. Ale z drugiej strony, jest różnica między współpracą a 

zgodą   na   to,   żeby   zagraniczni   marynarze   mieszkali   i   pracowali   na   pokładzie   naszej 

najnowocześniejszej atomowej  łodzi podwodnej, pieprzonego lewiatana  głębin. Co myślał 

sobie nasz wywiad i kontrwywiad, gdy zgadzał się na to? Nigdy nie miałem fobii na punkcie 

Japonii, nie wątpię jednak, że każdy Japończyk na pokładzie Seawolfa zrobi dokładnie to, co 

będzie leżało w najlepiej pojętym interesie jego kraju. A przecież od kilku lat w imię tego 

interesu przeprowadzają wspólne ćwiczenia wojskowe z Chińczykami i Rosjanami. Sięgają 

we wszystkich możliwych kierunkach, nie tylko ku nam!

- Nigdy nie sugerowałem, że z SEAPAC nie wiąże się żadne ryzyko. Bez wątpienia 

procedury bezpieczeństwa muszą być bardzo ostre...

- Wspomniałeś  o personelu medycznym.  Za kilka tygodni  sam się przekonasz, że 

nawet na największej łodzi podwodnej już po chwili można zachorować na klaustrofobię. A z 

pokładowego szpitala jest tylko jeden skok do przedziału torpedowego. Albo do sterowni. 

Duchy potrafią latać między pokładami, Alex. I włazić niepostrzeżenie dokładnie tam, gdzie, 

kurwa, chcą. Mogą się stać, cholera, niewidzialne.

Weston   wiosłował   w   milczeniu   na   ergometrze.   Najwyraźniej   nie   miał   już   nic   do 

dodania   po   tym,   jak   uchylił   swojemu   rozmówcy   rąbka   tajemnicy   na   temat   urządzeń 

zamontowanych na łodzi. Dlaczego, do diabła, zboczyli na tematy polityczne?

Nordstrum zdjął nogi z pedałów i wytarł czoło ręcznikiem.

- Mam dosyć - powiedział. - Czy to nie pora na śniadanie?

-   Jestem   winien   tej   cholernej   maszynie   jeszcze   jakiś   kwadrans   życia   -   odparł 

kontradmirał. - Może następnym razem. Zjemy sobie kilka naleśników.

- Doskonale - stwierdził dziennikarz i ruszył w kierunku szatni.

- Alex...

background image

Mężczyzna zatrzymał się i spojrzał na niego przez ramię.

- To kwestia klucza, a nie zamka. Powiedz to Rogerowi Gordianowi. Jeszcze przed 

konferencją prasową. Zgoda?

Nordstrum mierzył przez chwilę Westona wzrokiem, po czym skinął głową.

- Zgoda - powiedział.

background image

7

SINGAPUR

18 WRZEŚNIA 2000

Ledwo uchwytne sygnały nakazały Blackburnowi zachować najwyższą czujność. Nie 

potrafiłby ująć tego przeczucia w słowa - to instynkt, wykształcony podczas wielu lat walki w 

SAS, podpowiadał mu, że powinien bardzo uważać. A swojemu instynktowi ufał nie mniej 

niż oczom i uszom.

Mężczyzna, który zwrócił jego uwagę, stał na przystanku autobusowym i czytał jakiś 

magazyn. Dlaczego jednak spojrzał błyskawicznie na Maxa ponad brzegiem czasopisma, kie-

dy ten go mijał? I skąd to nagłe napięcie ciała oraz mina, która świadczyła dobitnie, że go 

rozpoznał?

Dlaczego   zaś   przede   wszystkim   Blackburn   miał   wyraźne   wrażenie,   że   jest 

obserwowany?

Może   dwadzieścia   jardów   przed   nim   Kirsten   zaczęła   już   schodzić   frontowymi 

schodami   Hyatta.   Max   zwolnił   i   oderwał   od   niej   wzrok.   Nim   ponownie   spojrzał   na 

dziewczynę, przebiegł wzrokiem od lewej do prawej, sprawdzając wszystko w promieniu 

kilku stóp, a następnie odwrócił się i przyjrzał uważnie ulicy za swoimi plecami. Potrafił z 

ogólnego planu wyławiać właściwe szczegóły, dzieląc obserwowany obszar na sektory.

Wszystkich ludzi, którzy znajdowali się w zasięgu jego wzroku, Blackburn traktował 

jak poruszające się lub nieruchome obiekty i porównywał ich położenie z ogólnymi zasadami, 

jakie obowiązywały w ruchu ulicznym. Szukał w ich zachowaniu elementów, które z nimi nie 

współgrały.

Kilka szczegółów aż za bardzo rzucało się w oczy.

Pewien mężczyzna, który stał dotąd spokojnie po drugiej stronie ulicy obok przejścia 

dla pieszych, zaczął się nagle przedzierać w jego kierunku między samochodami, nie czekając 

na zmianę świateł - rzadki to widok w kraju, w którym za  przechodzenie przez jezdnię na 

czerwonym świetle wymierza się drakońskie kary. Inny - gdy tylko znalazł się w pobliżu 

Blackburna - niespodziewanie przyspieszył, co odróżniło go od poruszającego się jednostajnie 

tłumu. Kolejni dwaj zbliżali się prędko z obu stron do głównego wejścia do hotelu.

Max raz jeszcze rzucił okiem za siebie i poczuł, jak skóra cierpnie mu  na karku. 

Mężczyzna, którego minął na przystanku autobusowym, przepychał się energicznie ku niemu, 

nie zainteresowany już ani trochę kolorowym magazynem.

background image

Wszyscy byli mniej więcej w tym samym wieku, mieli azjatyckie rysy i nosili niemal 

identyczne ubrania.

Rozpoznanie zabrało mu co prawda tylko niecałe osiem sekund, ale nie miał już czasu, 

by się zastanawiać. Nauczył  się jednak zwracać uwagę na wszystko, co dzieje się wokół 

niego, i szybko porządkować zebrane fragmenty mozaiki. Zrozumiał, że wchodzi prosto w 

pułapkę. W zamykającą się pułapkę. Nie wiedział dokładnie, kim są wrogowie, gdzie jeszcze 

stoją, a nawet ilu ich w sumie jest. Ale znał pozycje tych pięciu.

Szedł, próbując opanować zdenerwowanie i podejmując rozpaczliwe wysiłki, by nie 

dać   po   sobie   poznać,   że   dostrzegł   napastników.   Kirsten   była   już   w   połowie   schodów,   a 

mężczyźni, którzy wyłonili się ze stanowisk przy drzwiach hotelu, wyraźnie zbliżali się do 

niej. To mogło znaczyć tylko jedno: bez względu na to, kto ich przysłał, wiedzą coś o plikach 

Monolith Technologies. Musiał natychmiast wydostać ją z potrzasku. Ale jak?

Spojrzał na chodnik przed hotelem i wpadł na pewien pomysł.

Nie tracąc ani chwili, sięgnął do kieszeni sportowej kurtki po telefon, otworzył klapkę 

i   wcisnąwszy   jeden   z   przycisków   szybkiego   wybierania,   wywołał   zakodowany   numer 

Kirsten. Prosił Boga, żeby jej aparat był włączony i żeby - jeśli tak jest - natychmiast przyjęła  

rozmowę.

Kirsten   była   już   niemal   na   chodniku,   gdy   w   jej   torebce   rozdzwonił   się   telefon. 

Przystanęła,  spojrzała w stronę Maxa i uśmiechnęła  się. Przyciskał  telefon  do ucha. Czy 

zamierzał podroczyć się z nią w ten sposób, zanim do niej dotrze?

Oparłszy się o barierkę, postawiła na schodach aktówkę i odebrała.

- Cześć, widzę, że wreszcie...

- Nic nie mów. Nie mamy czasu - przerwał jej. Zdezorientowana, popatrzyła na niego 

i stwierdziła, że twarz ma równie poważną jak ton głosu.

- Max, co się stało?

- Powiedziałem, żebyś była cicho i słuchała.

Żołądek podszedł jej do gardła. Przełknęła ślinę, skinęła głową i zacisnęła dłoń na 

telefonie.

- Kilka kroków przed tobą, po prawej, jest postój taksówek. Podejdź do jednej z nich 

tak szybko, jak tylko możesz, ale nie biegnij.

Znów   skinęła   głową,   spoglądając   na   niego   zdziwionym,   pytającym   wzrokiem. 

Przecież zbliżał się do niej z przeciwnej strony. O co mu chodzi?

Nagle jej niedowierzanie i zaniepokojenie przerodziły się w paniczny strach.

background image

Dysk. Boże, to ma na pewno związek z...

- Chcę, żebyś wskoczyła do taksówki i natychmiast stąd spadała. Wkrótce się z tobą 

skontaktuję. Zrozumiałaś?

Po raz trzeci skinęła głową.

- Ruszaj! - ponaglił ją.

Serce biło jej jak oszalałe. Wrzuciła telefon do torebki, podniosła aktówkę i zaczęła 

pospiesznie pokonywać ostatnie stopnie schodów, zmierzając w kierunku taksówki.

Dwaj członkowie zespołu uderzeniowego znajdujący się najbliżej kobiety dostrzegli, 

że zatrzymała się na schodach i wyciągnęła z torebki telefon komórkowy. Potem spojrzeli w 

dół ulicy, na Blackburna, zobaczyli, że on też korzysta z telefonu, i natychmiast zorientowali 

się, iż zostali zdemaskowani.

Jeden z nich podniósł dłoń, by dać o tym znać pozostałym.

Po kilku sekundach zauważyli, że kobieta ruszyła  w dół schodów i dotarła do ich 

podstawy, lecz wtedy - zamiast do Blackburna - poszła w kierunku postoju taksówek.

Obaj   mężczyźni   przyspieszyli   kroku,   przepychając   się   między   ludźmi.   Byli 

przekonani, że są na tyle blisko, iż zdołają przeciąć jej drogę.

Blackburna wciąż dzieliło od Kirsten kilkanaście kroków, gdy zobaczył, jak jeden z 

napastników odwraca głowę w jej stronę, potem spogląda na niego, a następnie przekazuje 

jakiś sygnał swoim kompanom.

Niedobrze, pomyślał. Jeśli mężczyzna dostrzegł, jak korzystali z telefonów, nie musi 

wcale być geniuszem, by domyślić się, że rozmawiali ze sobą i że zasadzka nie jest już żadną 

tajemnicą. Sygnał przekazany kompanom mógł być zarówno ostrzeżeniem, jak i ponagleniem 

do działania.

Kirsten dotarła już do chodnika, odwróciła się plecami do Maxa i szybkim krokiem 

ruszyła   ku   postojowi,   gdzie   w   długim   rzędzie   czekały   na   klientów   brązowo-beżowo-

niebieskie   taksówki   Comfortu.   Dwaj   mężczyźni,   którzy   pilnowali   drzwi   hotelowych, 

odwrócili   się   i   poszli   za   nią.   Gdy   znaleźli   się   między   nim   a   dziewczyną,   Blackburn   na 

moment stracił Kirsten z oczu.

Zacisnąwszy zęby, Max runął na grupę kobiet ze zwisającymi z ramion torbami na 

zakupy,   a   następnie   przedarł   się   przez   gromadkę   biznesmenów   w   ciemnych   garniturach. 

Podążał za dwoma napastnikami, robiąc, co w jego mocy, by nie zacząć biec. Gdyby pobiegł, 

tamci dwaj z pewnością poszliby w jego ślady, a nie miał przecież pewności, czy zdoła ich 

background image

wyprzedzić albo czy w tłumie nie znajduje się jeszcze jakiś członek bandy, którego nie zdołał 

rozpoznać i który jest nawet bliżej Kirsten niż ci dwaj.

Zbliżył się do napastników, potem jeszcze trochę, a kiedy wreszcie znalazł się tuż za 

ich plecami, wyminął ich łukiem z lewej strony, schodząc z krawężnika i ponownie wchodząc 

na chodnik. Był teraz pomiędzy nimi a kobietą. Dzieliły go od niej zaledwie trzy stopy, może 

mniej.

Mógł jej niemal dotknąć.               

Niemal...

Z tyłu dotarły do niego odgłosy szybkich kroków. W tym momencie – nie po- wstrzymując się dłużej - 

rzucił się pędem do przodu, wiedząc, że nie ma już czasu na wahanie. W końcu dotarł do Kirsten, chwycił ją za  

ramię i tak gwałtownie pociągnął w kierunku taksówek, że mało brakowało, a upadłaby na asfalt. Cały czas 

osłaniał dziewczynę ciałem przed napastnikami.

Kirsten   zesztywniała   z   przerażenia.   Przez   kilka   stóp   -   nie   rozumiejąc,   co   się 

wydarzyło - potykała się i próbowała stawiać opór, aż w końcu nagle pojęła, że to Max. 

Rozluźniła się i pozwoliła mu się prowadzić.

Gdy znaleźli się na postoju, popatrzyła przestraszonym wzrokiem w jego oczy. Ich 

policzki niemal otarły się o siebie.

- Max. Dobry Boże, Max! Przez chwilę myślałam, że to któryś z nich! Ja...

- Cicho!

Kirsten natychmiast umilkła i drżąc, przywarła do niego. Nie zdawała sobie sprawy, 

że patrzy ponad jej ramieniem na jedną z zaparkowanych taksówek, dopóki nie wyciągnął 

ręki i nie szarpnął za drzwiczki. Zrobił to tak gwałtownie, że przemknęła jej szalona myśl, iż 

urwie klamkę.

To, co nastąpiło później, miało na zawsze pozostać koszmarem we wspomnieniach 

kobiety. W jednej chwili obejmował ją jeszcze ramieniem, praktycznie niosąc przez chodnik, 

a już w następnej pchnął na tylne  siedzenie  taksówki. Sam został na chodniku. Stał tam 

samotnie, przechylając się przez otwarte drzwi wozu.

- Selangor! - krzyknął do taksówkarza.

Mężczyzna za kierownicą odwrócił się, by spojrzeć na Maxa przez plastikową szybę, 

która   oddzielała   go   od   miejsc   dla   pasażerów.   Zahaczył   przy   tym   ramieniem   o   kilka 

zwisających z lusterka amuletów.

- Przykro mi, lah, żadnych długich kursów - powiedział, kręcąc głową.

Blackburn wcisnął dłoń do kieszeni spodni, wyrwał z niej zwitek banknotów i rzucił 

go na przednie siedzenie.

background image

- Tu jest ponad dwieście amerykańskich dolarów - warknął. - Zawieź tę kobietę na 

miejsce i wszystkie są twoje.

Kirsten wpatrywała się w niego w bezsilnej desperacji. Tymczasem kierowca wziął do 

ręki pieniądze i patrzył na nie ze zdumieniem.

- Max, ja nic nie rozumiem! - krzyknęła histerycznie. - Co się dzieje?! Dlaczego nie 

jedziesz ze mną?!

- Zostań u siostry. Jeśli nie odezwę się w ciągu najbliższych kilku dni, chciałbym, 

żebyś skontaktowała się z facetem o nazwisku Peter Ni... - Poczuł, że ktoś chwyta go od tyłu 

za lewy łokieć. Napiął mięśnie, zamierzając nie dopuścić napastników do taksówki. - Ruszaj! 

-   krzyknął   do   kierowcy,   cofnął   głowę   i   zatrzasnął   drzwiczki   prawą   ręką.   Ujrzał   twarze 

prześladowców   odbite   w   szybie   samochodu.   Jeden   wciąż   go   trzymał,   drugi   natomiast 

próbował przepchnąć się obok niego do auta.

Przez chwilę, która zdawała się nie mieć końca, taksówka nie odjeżdżała i Max był już 

pewny, że taksówkarz nie skorzysta z jego oferty. Po chwili jednak ujrzał, że mężczyzna 

opuszcza dźwignię taksometru, i westchnął z ulgą.

Gdy   samochód   oderwał   się   od   krawężnika,   Kirsten   z   wypisanym   na   twarzy 

zdziwieniem i przerażeniem  odwróciła się na siedzeniu i popatrzyła  na Blackburna przez 

tylną szybę. Ich oczy spotkały się jeszcze na chwilę - jego zwężone i stanowcze, jej zaś 

wilgotne od napływających łez. Taksówka włączyła się do ruchu i natychmiast zniknęła.

Wtedy widzieli się po raz ostatni.

Max   usłyszał   przy   swoim   uchu   urywany,   pełen   złości   oddech   mężczyzny,   który 

wykręcał jego prawe przedramię.

- Pójdziesz ze mną, kambing - syknął i zacisnął mocniej dłoń na ręce Blackburna. Jego 

usta niemal dotykały ucha Maxa, napierał na niego całym ciałem.

Blackburn nie ruszał się z miejsca. Partner obejmującego go prześladowcy przebiegł 

kilka jardów za taksówką, lecz wkrótce ruch uliczny zmusił go do zrezygnowania z pościgu. 

Wrócił na chodnik, obrócił się dokoła, lecz nie podszedł jeszcze z powrotem do Maxa i 

swojego kompana.

Dało to Blackburnowi małą szansę.

Obrócił   się   błyskawicznie   przez   lewe   ramię,   opuścił   w   skos   brzucha   lewą   rękę, 

przenosząc jednocześnie ciężar ciała na prawą nogę, po czym pociągnął gwałtownie ku sobie 

przeciwnika.   Gdy   mężczyzna   zatoczył   się   w   jego   stronę,   nie   puszczając   trzymanego 

przedramienia, Max położył prawą rękę na dłoni tamtego, chwycił trzy jego palce i pchnął go 

background image

mocno   do   tyłu.   Napastnik   zwolnił   uchwyt   z   okrzykiem   bólu   i   zaskoczenia;   walczył,   by 

odzyskać równowagę.

Blackburn   odsunął   się   od   niego   i   obróciwszy   się   dokoła   własnej   osi,   popatrzył 

uważnie w górę i w dół ulicy. Kilkoro znajdujących się najbliżej przechodniów przystanęło, 

by pogapić się na przepychankę przy taksówkach, większość jednak przemykała się obok, 

jakby nie widząc niczego nadzwyczajnego. Być może rzeczywiście niczego nie dostrzegli, ale 

mogli też udawać, mając świadomość, że w Singapurze - niezależnie od dobrobytu - wciąż 

panuje dyktatura, więc najlepiej nie wdawać się tu w żadne awantury.

Jakkolwiek   przedstawiała   się   sprawa,   Max   miał   teraz   poważniejsze   zmartwienia. 

Facet, który jeszcze niedawno stał na przystanku i czytał magazyn, zachodził go teraz z lewej. 

Towarzyszył mu ten, który chwilę wcześniej łamał przepisy, przekraczając na czerwonym 

świetle ulicę. Kolejny członek grupy uderzeniowej zbliżał się ku niemu z prawej. Doliczając 

tego,   który   właśnie   otrząsnął   się   z   szoku,   i   mężczyznę,   który   ścigał   taksówkę   -   obaj 

znajdowali się za jego plecami - siły były bardzo nierówne: pięciu na jednego.

Pozostała mu tylko jedna droga. Musiał wbiec do hotelu.

Przeciął chodnik i przeskakując po kilka stopni naraz, ruszył biegiem ku głównemu 

wejściu do Hyatta.

Przebiegł przez hol, nie oglądając się za siebie. Doskonale znał rozkład hotelu, gdyż 

regularnie zatrzymywał się tutaj w wynajmowanych przez UpLink apartamentach dla gości. 

Teraz zatem dobrze wiedział, dokąd zmierza. Na tyłach recepcji i głównego holu był szereg 

wind, a na prawo od nich krótki, prosty korytarz prowadzący do wejścia dla personelu. Za 

drzwiami znajdowała się klatka schodowa, która przypuszczalnie zawiedzie go do piwnicy i 

dalej - do rampy załadunkowej. Nigdzie nie było żadnych pracowników ochrony, przynaj-

mniej w zasięgu wzroku, a Blackburn miał nadzieję, że ich obecność mogłaby odstraszyć jego 

prześladowców. Chociaż  gdyby dotarł  do wejścia dla personelu, nim pościg w końcu go 

dopadnie - stało to pod wielkim znakiem zapytania, jako że napastnicy deptali mu już po 

piętach - najprawdopodobniej zdołałby zniknąć gdzieś na tyłach hotelu.

Max   spostrzegł   grupę   nowo   przybyłych   gości,   którzy   robili   zamieszanie   przed 

recepcją; z ich głosów wywnioskował, że to niemieccy turyści. Licząc na choćby chwilową 

kryjówkę, wmieszał się w hałaśliwą, poruszającą się chaotycznie grupę, po czym kilka sekund 

później wydostał się z niej i minąwszy drzwi do hotelowego night clubu, baru oraz windy, 

pobiegł do wejścia służbowego. Wciąż nie oglądał się za siebie. Nie miał na to czasu, nie miał 

ani chwili do stracenia.

background image

Szare metalowe drzwi znajdowały się w niewielkiej niszy w ścianie; na wysokości 

oczu dorosłego człowieka osadzono w nich szybę z zatopioną w szkle drucianą siatką. W 

pobliżu nie było nikogo. Max stanął bokiem do drzwi, nacisnął klamkę lewą ręką, mając po 

prawej piętro, pchnął drzwi i wykładzinę pod jego stopami zastąpił nagi beton.

Rozejrzał  się szybko.  Wąskie  schody rozbiegały się w górę i  w dół  z szerokiego 

podestu, na którym stał. Ruszył ku zejściu na niższe piętra, lecz dotarł zaledwie do skraju 

podestu, kiedy za jego plecami z trzaskiem otworzyły się drzwi, a czyjaś dłoń zamknęła w 

żelaznym uścisku jego ramię i z przerażającą siłą szarpnęła go do tyłu.

Zdołał się przytrzymać poręczy i tylko dzięki temu nie upadł. Odwrócił się w stronę 

napastnika   i   nagle   zorientował   się,   że   bandyta   przyciska   do   jego   szyi   ostrze   noża 

motylkowego.

- Pójdziesz ze mną. - To był Pan Łamiący Przepisy. Spoglądając na Blackburna z 

odległości kilku stóp, zaciskał dłoń na podwójnej rękojeści noża. - Już!

Max napotkał jego spojrzenie. Nie dostrzegł w nim nawet śladu ludzkich uczuć, lecz 

jedynie   zimną,   wirującą   pustkę.   Zaraz   jednak   usłyszał   stłumiony   odgłos   kroków,   więc 

oderwał od niego wzrok i skupił uwagę na tafli zbrojonego drutem szkła w drzwiach. Od 

strony holu zbliżali się do nich Pan Magazyn  Ilustrowany oraz dwaj inni bandyci. Jeszcze 

kilka sekund i wtargną na podest. A wokoło wciąż nie było nikogo.

Blackburn   stał   bez   ruchu   z   wyprostowanymi   i   przyciśniętymi   do   boków   rękami. 

Ostrze noża uciskało tętnicę po prawej stronie szyi, niecały cal poniżej ucha. Wystarczyłby 

jeden   ruch   napastnika,   by   ją   przeciąć.   Krople   krwi   kapały   z   miejsca,   w   którym   ostrze 

uszkodziło skórę.

Umysł Maxa pracował jak oszalały. W kaburze przy pasku miał pistolet Heckler & 

Koch   MK23,   wątpił   jednak,   by   napastnik   dał   mu   szansę   go   wydobyć.   Znalazł   się   w 

najbardziej niedogodnym  do walki miejscu, jakie mógłby sobie wyobrazić, a ograniczona 

przestrzeń zostawiała bardzo niewielkie pole manewru.

Co robić?

Nie mógł tracić cennych sekund na jałowe rozważania. Błyskawicznie poderwał lewą 

rękę,  zakreślił  nią  szeroki łuk  i uderzył  zewnętrzną  częścią  przedramienia  rękę,  w której 

napastnik   trzymał   nóż.   Odepchnąwszy   ostrze   od   swojej   szyi,   chwycił   nadgarstek   Pana 

Łamiącego Przepisy, by powstrzymać kolejny atak. Zaskoczony bandyta usiłował się wyrwać, 

lecz Max dopadł do niego i kopnął kolanem w krocze. Cios był tak silny, że mężczyzna zgiął 

się w pół. Próbując złapać oddech, upuścił swój nóż motylkowy. Stal zagrzechotała o beton. 

Blackburn ponownie zbliżył się do pirata i trafił go w głowę błyskawiczną kombinacją ciosów 

background image

-   lewym   sierpowym,   prawym   prostym   i   lewym   hakiem.   Chwytając   wciąż   oddech,   z 

krwawiącym nosem i ustami, Pan Łamiący Przepisy zatoczył się chwiejnie na barierkę. Max 

nie   ustąpił   ani   na   moment.   Stanął   w   postawie   bokserskiej,   opuścił   nisko   podbródek   i 

wkładając   w   to   całą   wagę,   trafił   go   w   policzek   kolejnym   miażdżącym   ciosem.   Chciał 

skończyć z facetem, nim ten dojdzie do siebie... lub przyjdą mu z pomocą przyjaciele.

Jednak   tylko   w   połowie   osiągnął   swój   cel.   Gdy   Pan   Łamiący   Przepisy   stracił 

przytomność i padł jak kłoda, drzwi pożarowe otworzyły się z trzaskiem i na podest wypadli 

następni bandyci. Pierwszy z nich był niski i przeraźliwie chudy. Miał na sobie workowatą, 

brązową koszulkę, bawełniane spodnie i okulary przeciwsłoneczne od Oakleya. Biegnący tuż 

za nim Pan Magazyn Ilustrowany był może o głowę wyższy i znacznie tęższy.

A   jednak   to   mężczyzna   w   okularach   okazał   się   najgroźniejszym   przeciwnikiem. 

Zaatakował w sposób, którego Blackburn nie mógł przewidzieć.

Max   sięgał   właśnie   po   pistolet,   gdy   drobny   Azjata   opadł   do   przysiadu,   wyrzucił 

równolegle do podłoża jedną nogę i obracając się na drugiej, zatoczył nią łuk. Zupełnie nie 

przygotowany na tak celne i silne podcięcie, trafiony w kostkę Blackburn poczuł ogromny 

ból, promieniujący aż do kolana. Zatoczył się, kulejąc i wyciągając niezdarnie ręce w stronę 

poręczy, tym razem jednak nie zdołał jej chwycić i spadł na schody.

Przekoziołkował dwukrotnie, z prawą ręką na chwycie pistoletu, lewą zaś wykręconą 

w dole po tym, jak wyciągnął ją, by zmniejszyć siłę upadku. Uderzył z hukiem o podest i 

wykrzywił twarz, poczuwszy ogromny ból w lewym boku. Nie miał wątpliwości, że poważnie 

zranił, a może nawet złamał łopatkę.

Mimo   to  wciąż   miał   pistolet.  Wciąż   trzymał  w  dłoni  odbezpieczoną  i  gotową   do 

strzału broń.

Obróciwszy się na plecy, ujrzał, jak facet w okularach przeciwsłonecznych zbiega po 

schodach i kieruje się prosto na niego z impetem jakiegoś cholernego pocisku rakietowego. 

Zwężone oczy napastnika nie przestawały patrzeć pustym wzrokiem. Świadomy, że przegra, 

jeśli chybi, Max podniósł pistolet, wycelował starannie w serce i pociągnął za spust.

Odgłos strzału zabrzmiał dziwnie sucho i nie odbił się nawet echem w betonowej 

klatce schodowej, niemniej jednak jego skutek był dramatyczny. Gdy bandytę dosięgła ciężka 

kula kaliber .45, z jego koszuli trysnęła krew i fragmenty tkanki. Okulary przeciwsłoneczne 

spadły mu z nosa i uderzyły w ścianę. Siła uderzenia odrzuciła ciało do tyłu i Blackburn zoba-

czył, jak mężczyzna wymachuje bezradnie ramionami i szeroko, z niedowierzaniem otwiera 

oczy. Po chwili napastnik rozciągnął się bezwładnie na schodach.

Max   spojrzał   ponad   zwłokami   na   górny   podest,   dostrzegł,   że   Pan   Magazyn 

background image

Ilustrowany   wsuwa   dłoń   pod   obszerną   koszulę,   i   strzelił   raz   jeszcze,   nim   tamten   zdołał 

wyciągnąć to -cokolwiek to, do diabła, było - po co sięgał.

Rozległ   się   kolejny   głuchy   odgłos   wystrzału   i   facet   z   przystanku   padł   na   beton, 

chwytając się kurczowo za pierś.

Pracownik   Rogera   Gordiana   wiedział   doskonale,   że   zyskał   jedynie   chwilową 

przewagę, i z trudem usiadł. Trzej napastnicy, z którymi się uporał, nie mogli aż tak bardzo 

wyprzedzać reszty swoich kompanów. Jeśli tylko pozostawali ze sobą w kontakcie, co było 

wysoce prawdopodobne, tamci mogli w każdej chwili wpaść przez drzwi.

Z chwilą, kiedy przekroczą próg, jego sytuacja się pogorszy, i to drastycznie.

Musiał działać szybko, naprawdę szybko.

Wstał, chwytając się kurczowo poręczy, żeby się podeprzeć. Ból w ramieniu i kostce 

był wręcz nie do wytrzymania. Przyjrzał się uważnie piwnicznemu korytarzowi, niedaleko 

którego upadł. Jakieś dziesięć, może piętnaście stóp po prawej dostrzegł olbrzymie podwójne 

drzwi i błyskawicznie postanowił sprawdzić, dokąd prowadzą.

Z wysiłkiem odepchnął się od balustrady i kulejąc, dotarł do celu.

W tej samej chwili piętro wyżej z ogromnym hukiem otworzyły się drzwi.

Sekundę później rozległy się kroki.

Dudniły na schodach.

To jeszcze bardziej zmobilizowało Blackburna do pośpiechu. Nietrudno było sobie 

wyobrazić reakcję kolejnych bandytów, kiedy dotrze do nich, co zrobił z ich kompanami. 

Mówiąc delikatnie - nie będą zadowoleni.

Naparł całym ciałem na metalową zasuwę, pchnął ją do góry i drzwi stanęły otworem. 

Zalało go słabe wieczorne światło. Przed nim rozciągała się rampa załadowcza przechodząca 

w krótką uliczkę równoległą do Dumpsters. U jej wylotu, przy krawężniku, stała ciężarówka 

dostawcza.   Sporych   rozmiarów,   namalowany   w   skos   napis   New   Bridge   Linens   nie 

pozostawiał wątpliwości, co robi tutaj ten samochód. Kierowca tkwił na swoim miejscu w 

kabinie.

Max zatrzymał się. Zauważył, że mężczyzna oparł głowę o zagłówek i przechylił ją 

tak, by móc wyglądać przez okno od strony pasażera. Ujrzał jego bezwzględną, pełną złości 

twarz  i   zdał   sobie   sprawę,   że   wpadł   prosto   na   wóz,   którym   jego   wrogowie   zamierzali 

odjechać po akcji.

Kierowca otworzył drzwi po swojej stronie, wyskoczył z ciężarówki i obiegł maskę, 

kierując się ku rampie. Już na pierwszy rzut oka widać było, że przeciwnik jest potężnie 

zbudowany, i Max nie czuł się na siłach, by się z nim zmierzyć. Zrozumiał, że nawet w 

background image

normalnych  warunkach byłaby to ciężka walka, a przecież  daleko mu było  do najlepszej 

formy. Dlatego też z pistoletem w prawej dłoni wycofał się do budynku, chwycił zasuwę i 

szybko zaryglował drzwi. Modlił się przy tym w duchu, by znaleźć inne wyjście, nim zostanie 

otoczony...

W tej chwili prawe ramię Maxa przeszył potężny ból. Szarpnął się gwałtownie niczym 

pochwycona na haczyk ryba i wypuścił pistolet z dłoni. Jego oddech stał się chrapliwy, gdy z 

niedowierzaniem   spojrzał   w   dół   i   stwierdził,   że   coś   rozdarło   mu   rękaw   poniżej   łokcia   i 

zatopiwszy   się   w   mięśniach,   unieruchomiło   rękę.   Rozpoznał   rodzaj   stalowego   haka 

zawieszonego   na   cienkim   łańcuchu   -   śmiertelnie   niebezpieczną   azjatycką   broń,   którą 

Chińczycy nazywali “latającym pazurem”. Mężczyzna, który trzymał koniec łańcucha, wbił w 

niego bezwzględne spojrzenie. Wyglądał jak bliźniak pirata w okularach od Oakleya.

Podwójne drzwi, które zaryglował, otworzyły się z trzaskiem. Blackburn dostrzegł 

kątem oka wyrastające po lewej stronie zwaliste ciało mężczyzny, który przed chwilą wysiadł 

z ciężarówki.

Chwycił   desperacko   zdrową   ręką   napięty   łańcuch   i   próbował   wyrwać   hak   z 

przedramienia, lecz “pazur" ani drgnął; utkwił zbyt głęboko.

Mój Boże, kim są ci faceci? - pomyślał, brocząc obficie z rany i znacząc beton krwią, 

która ściekała po łańcuchu. Mężczyzna trzymający koniec cienkiej stalowej linki zaczął ją 

powoli zwijać, zbliżając się do tracącego przytomność Maxa. Kim...?

Nim dokończył pytanie, ciężka dłoń kierowcy ciężarówki opadła z ogromną siłą na 

jego   ciemię.   Świat   Maxa   Blackburna   eksplodował   niewiarygodnie   jasną   bielą,   a   potem 

ogarnęła go ciemność.

background image

8

NOWY JORK l PALO ALTO, KALIFORNIA

19 WRZEŚNIA 2000

Z “THE WALL STREET JOURNAL”

NASZ PRZEMYSŁ:

ROZDĘTE, UPADAJĄCE MONSTRUM ROGERA GORDIANA

REYNOLD ARMITAGE

DRAMAT ukazują już same suche liczby: według informacji podanych przez UpLink,  

zyski holdingu spadły w ciągu ostatniego roku o 18%. To najgorszy wynik w ciągu trzech 

kolejnych kwartałów, podczas których jego rezultaty finansowe nieustannie się pogarszają. 

Ceny akcji UpLink spadają w jeszcze bardziej zastraszającym tempie. Do zamknięcia  

ubiegłego tygodnia jednostkowa akcja staniała aż o 15,4656 dolara, osiągając poziom 

45,7854 dolara, co w odniesieniu do ogółu pozostających w obrocie akcji oznacza obniżkę 

cen aż o 25%. W rezultacie rynkowa wartość holdingu spadła o około 9 miliardów dolarów, 

czego nie przewidywały nawet najbardziej ponure analizy. Sytuacja ta kolejny raz zmusiła do 

postawienia pytania, czy komputerowy gigant zdoła udźwignąć ciężar inwestycji, których 

celem jest stworzenie “globalnej satelitarnej sieci łączności indywidualnej”. Wymaga to 

wystrzelenia około 50 satelitów i uruchomienia na całym świecie 40 naziemnych stacji  

łączności satelitarnej, a ogólny koszt oblicza się na ponad 3 miliardy dolarów w ciągu 

najbliższych pięciu lat.

Dramat ukazują już same suche liczby, jednak cała sprawa jest o wiele bardziej  

skomplikowana, niż by się to wydawało na pierwszy rzut oka. Oczywiście, operacje obronne i  

komunikacyjne, które legły u podstaw minionych sukcesów Rogera Gordiana, a obecnie nie  

wytrzymują zmasowanej krytyki, muszą zostać natychmiast przeanalizowane w poszukiwaniu  

błędów oraz środków, które by im zaradziły. Aby jednak dobrze zrozumieć siły, jakie spychają 

konsorcjum Gordiana na skraj bankructwa, należy przyjrzeć się ogromnym błędom, które  

popełnia on obecnie. Wystarczy tylko kilka przykładów: mizerna jakość specjalistycznych  

ciężkich maszyn produkowanych w oddziałach UpLink, chroniczny brak zysków ze sprzedaży 

urządzeń medycznych i generatorów mocy czy chociażby ostatnie straty giełdowe  

background image

siostrzanych spółek UpLink, wytwarzających sprzęt i oprogramowanie komputerowe. Za to  

wszystko odpowiada niemal wyłącznie wielkopańska i nierozsądna decyzja Gordiana, który 

zakazał sprzedaży nowych technik szyfrowania na rynki zagraniczne. W gruncie rzeczy 

wydaje się, że lista błędów i zaniedbań, jakich dopuszczono się w zarządzaniu jednym z 

najpotężniejszych niegdyś przedsiębiorstw w Ameryce, nie ma końca.

W szeregi inwestorów wkradła się niepewność. Wszyscy obawiają się, że imperium 

Rogera Gordiana to tylko kolos na glinianych nogach, aberracja o wielu kończynach, której 

życiodajna krew jest cofana z centrum holdingu z zadaniem podtrzymywania życia w 

ociężałych członkach. Mówiąc bez ogródek, gdy notowane niegdyś bardzo wysoko akcje 

UpLink traciły nieustannie na wartości, zaczęto pytać krytycznie, czy obecne problemy hol-

dingu spowodowane są arogancją w zarządzaniu, bezmyślnością czy też po prostu błędną 

oceną sytuacji na rynku, dokonaną przez część najważniejszych pracowników firmy. 

Nadmieńmy też, że nie informując o dramatycznej zmianie w sytuacji finansowej UpLink, jego 

zarząd nie wypełnił podstawowego obowiązku wobec udziałowców, którzy mają 

zagwarantowane prawo do zwrotnej składki ubezpieczeniowej od swoich udziałów.

Przerwijmy na chwilę te rozważania, by zastanowić się nad istotą funkcjonowania  

bliźniąt syjamskich - a jeszcze lepiej trojaczków - których ciała są ściśle połączone organami 

wewnętrznymi, żyłami i nerwami. W kołysce cała trójka radośnie gaworzy i obejmuje się. 

Dorastając, układa plany na przyszłość, która wydaje się szczęśliwa i niczym nie 

ograniczona.

Jednak wejście w dorosłość przynosi zmiany i owocuje waśniami. Jeden z trojaczków 

pragnie tworzyć wzruszającą, romantyczną poezję. Drugiemu największą przyjemność 

sprawia picie i siłowanie się na rękę w hałaśliwych tawernach. Trzeci po prostu uwielbia  

łowić ryby. Pokraczni, związani ze sobą wbrew naturze i nieszczęśliwi, próbują jakoś  

dostosować się do siebie, dzieląc sprawiedliwie czas między swoje ulubione zajęcia, lecz 

niezgodność ich charakterów sprawia, że nie mogą osiągnąć porozumienia.

Poeta nie jest w stanie tworzyć, gdyż długie noce, spędzane w kiepskich barach, nie 

sprzyjają subtelnym, lirycznym myślom. Poza tym męczy go kac po alkoholu, który dostaje się 

do wspólnego krwiobiegu całej trójki. Utracjusz popada w depresję, gdy jego brat poeta stara 

się skupić na zawiłościach rymów i metrum. Ich nieustanne spory do tego stopnia wyczerpują 

rybaka, że po prostu przesypia swoje poranki nad strumieniem, a wędka często wysuwa mu 

się z rąk i porywana przez pstrągi i płocie, wpada z pluskiem do wody.

W końcu trzej bracia marnieją i umierają. Jaka przyczyna śmierci widnieje na ich  

aktach zgonów? Trudno podać tu termin medyczny, ale chyba najtrafniejsze określenie brzmi: 

background image

nadmierne zróżnicowanie.

Cóż można by zrobić, żeby zaoszczędzić UpLink podobnej śmierci? Próbując 

odpowiedzieć na to pytanie, moglibyśmy przeciwstawić niepowstrzymaną, chaotyczną 

ekspansję tej korporacji ostrożnemu, harmonijnemu rozwojowi Monolith Technologies...

Marcus Caine siedział w zatłoczonej i dusznej sali w siedzibie Organizacji Narodów 

Zjednoczonych. Mimo że wieczorne spotkanie nie dobiegało jeszcze końca, był już znudzony 

i poirytowany, a poza tym z każdą chwilą coraz mocniej bolała go głowa. Ze swojego miejsca 

na podium, za egzotycznymi aranżacjami kwiatowymi, spoglądał na całe mnóstwo kamer 

telewizyjnych, kabli, reflektorów i bulw mikrofonów obsługiwanych przez zespół wiecznie 

śpieszących się techników. Za jego plecami znajdowała się ogromna składana dekoracja 

przedstawiająca symbol ONZ - glob ziemski, widziany z bieguna północnego i otoczony 

gałązkami oliwnymi. Ponieważ impreza odbywała się pod patronatem UNICEF, w centrum 

kuli ziemskiej dodano wizerunek kobiety trzymającej na ręce małe dziecko. Żona Caine'a, 

Odielle, siedziała cicho po jego prawej, równie znudzona. Po obu stronach małżonków 

zajmowali miejsca urzędnicy Rady Wykonawczej i wysocy rangą członkowie jednego z 

organów ONZ - Rady Gospodarczo-Społecznej. Poniżej, ze słuchawkami na uszach, siedzieli 

w rzędach tłumacze, przekładający na sześć języków rozwlekłe przemówienia.

Podczas gdy prelegent mówił monotonnym głosem o hojności i filantropii Caine'a, ten 

- nieobecny - spoglądał wzdłuż stołu na Arcadię Foxcroft, lady Arcadię, swoją łączniczkę z 

Sekretariatem i organizatorkę trwającego właśnie spotkania. Nie chcąc zupełnie odpłynąć 

myślami z posiedzenia, wbił w nią wzrok i uczynił obiektem obserwacji. Nie było to trudne. 

Lady Arcadia miała twarz, której nie powstydziłaby się żadna modelka: ekscytującą, 

wspaniałą, prowokującą. Obcisła brzoskwiniowa suknia podkreślała jej efektowną figurę. 

Żywe, niebieskie oczy błyszczały, a rozchylone, subtelne usta ukazywały wspaniałe białe 

zęby. Właśnie rozmawiała z siedzącym obok niej facetem, śmiejąc się cicho z czegoś, co 

powiedział. Mimo że ze swego miejsca nie mógł słyszeć jej śmiechu, ożywił się na moment - 

bardzo dobrze znał ten dźwięk.

Nie wiadomo dlaczego zawsze wydawało mu się, że brzmi on niczym odgłos 

tłuczonego szkła.

Nie przestawał jej obserwować. Arcadia, pogromczyni mężczyzn. Wiedziała 

doskonale, że ma taką właśnie reputację, podobnie zresztą jak wiedziały o tym wszystkie 

kobiety w jej typie. Zarzuciła do tyłu kosmyk kasztanowych włosów, odsłaniając przy tym 

jeden z kolczyków z diamentami, na które Caine wydał małą fortunę u Harry'ego Winstona i 

background image

które podarował jej ostatniej nocy, gdy leżeli razem w hotelowym łóżku. Po stosunku rzucił te 

kolczyki między jej uda i okazało się, że gest ów ogromnie ją podniecił. Gdy usiadła na nim 

okrakiem i osunęła się na jego naprężony członek, jęcząc przy tym z rozkoszy i ponownie 

doprowadzając go do ekstazy, zastanawiał się, z iloma mężczyznami jednocześnie spotyka się 

ta niesamowita kobieta podczas ich romansu i jak wielu partnerów obsypuje ją drogimi 

prezentami. Bez wątpienia co najmniej kilku. I dobrze. Niegrzeczna z niej dziewczynka. 

Arcadia dawała mu to, czego od niej chciał, i nie miał powodu, by zazdrościć innym 

przyjemności.

Poza tym lubił wyobrażać ją sobie pieprzącą się w tajemnicy przed nim z innymi 

facetami... tak jak lubił sytuacje, gdy jego żona i kochanka siedziały obok siebie w tym 

samym pokoju, rozmawiając uprzejmie i udając, że wszystko jest w najlepszym porządku.

Caine mgliście zdał sobie sprawę, że przed mikrofonem stanął kolejny prelegent. Była 

to sławna hollywoodzka aktorka, która poślubiła kongresmana z Nowego Jorku, jednego z 

przywódców na Kapitolu, niemal całkowicie zrezygnowała dla niego z kariery na wielkim 

ekranie i przeniosła się do East Hampton. Swą nieprzeciętną urodę ukrywała teraz za 

szkolnymi drucianymi okularami i stała się wojującą rzeczniczką praw dzieci. Caine żałował, 

że kilka lat wcześniej - kiedy nadarzyła się po temu okazja - nie miał z nią romansu. W tej 

chwili wyrażała głośno swój podziw dla profesjonalizmu wszystkiego, co robił, dla jego 

wysiłków zmierzających do połączenia potęgi mass mediów i techniki komputerowej, dla 

jego inwazji na rozwijające się azjatyckie rynki interaktywnych kablowych sieci 

telewizyjnych. Wywołała zduszony chichot zgromadzonego na sali tłumu, gdy wspomniała 

coś o “urządzonkach”, po czym w jej głosie natychmiast pojawiła się powaga i w końcu -co 

nie mniej ważne - pochwaliła jego niezmienną troskę o Dzieci, pisane przez duże “D". Dzięki 

Marcusowi Caine'owi, dowodziła z zawstydzoną miną, nasz wielki świat staje się globalną 

wioską, w której wszyscy mogą porozumiewać się ze sobą w dowolnej chwili.

Przez całe przemówienie Marcus nie spuszczał wzroku z Arcadii, obserwując jej flirt z 

siedzącym obok dygnitarzem. Całkiem dobrzeją rozumiał - w gruncie rzeczy Arcadia i Mar-

cus mieli ze sobą wiele wspólnego.

Przyszła na świat w Argentynie jako nieślubne dziecko bogatego niemieckiego 

emigranta i jego byłej gospodyni; była wychowywana przez matkę. Ojciec nie interesował się 

córką i nie łożył na jej utrzymanie. W wieku dwunastu lat prostytuowała się już na ulicach 

Buenos Aires, a po dziesięciu latach i kilku zamożnych klientach - przyswoiwszy sobie 

wykwintne maniery i kilka jeszcze bardziej perwersyjnych form dawania przyjemności - 

zawędrowała do Anglii przez łóżko starego, śliniącego się lorda, którego poślubiła, a 

background image

następnie pochowała, zapewniwszy sobie jednak wcześniej dziedziczenie jego majątku. W ten 

sposób zagwarantowała sobie również wstęp do eleganckich Wyższych Sfer - tak, pisanych 

przez duże “W” i duże “S”. Była niewykształconą pozerką. Dzieckiem ulicy, które chyłkiem 

wkradło się do śmietanki towarzyskiej i zaskarbiało sobie przychylność, wdzięcząc się do 

zapraszanych gości. Nic dziwnego, że każdy jej wyuczony ruch był jakby sztuczny, prze-

sadzony. Arcadia zachowywała się tak, jakby w każdej chwili musiała sobie udowadniać, kim 

obecnie jest.

Tak, Caine doskonale ją rozumiał. Jakże mógłby nie rozumieć, siedząc wśród 

dygnitarzy ONZ, którzy zawdzięczali swoje stanowiska statusowi społecznemu i koneksjom, 

ukończeniu elitarnych szkół oraz rodowodom i fortunom sięgającym stuleci wstecz. Wszyscy 

oni, wszyscy ci mężczyźni i kobiety, byli chlubą swoich rodów, a ich pozycja społeczna 

wynikała z samego tylko faktu, że przyszli na świat. Byli wysoko urodzeni. Tymczasem 

ojciec Marcusa Caine'a przez całe życie był kierownikiem sprzedaży w sklepie, a po wielu 

latach ciężkiej i nieciekawej pracy otrzymał bardziej niż umiarkowaną emeryturę. Jego matka 

zaszła w ciążę na trzecim roku colłege'u i skończyła jako prosta gospodyni domowa. Sam 

Caine był dobrym studentem i przez dwa lata, dzięki skromnemu stypendium, uczył się na 

Harvardzie. Kiedy jednak na czwartym semestrze popadł w kłopoty, stypendium zostało 

cofnięte i nigdy nie ukończył uczelni. Gdyby przed wydaleniem z Harvardu nie zawarł kilku 

ważnych znajomości, byłby przegrany już na samym starcie w dorosłe życie.

Otaczające go wytworne damy i wyniośli dżentelmeni byliby zdziwieni, niezmiernie 

zdziwieni, gdyby dowiedzieli się, co Caine o nich myśli, jak bardzo nimi pogardza...

Jakieś zamieszanie po jego prawej stronie, przy samym podium, wyrwało Marcusa z 

zamyślenia. Wyprostował się na krześle, odwracając wzrok od lady Arcadii. Mówcą, który 

wychwalał właśnie jego humanitaryzm, był Amnon Jafari, sekretarz generalny Rady 

Gospodarczo-Społecznej, ale jego przemówienie dobiegało właśnie końca. Zza składanej 

dekoracji na salę weszła grupa mężczyzn w ciemnych garniturach. Dwóch z nich niosło 

naklejoną na sklejkę, długą na sześć stóp kopię czeku, który był darem Caine'a dla UNICEF-

u. Opiewał na trzy miliony dolarów, a Marcus obiecał podwoić tę kwotę, jeśli organizacja 

zdobędzie kolejne trzy miliony od innych bogatych dobroczyńców.

Głos sekretarza, niski tenor, z każdą chwilą stawał się coraz donioślejszy. Amnon 

Jafari krzyczał niemal, gdy kończąc przemówienie, z entuzjazmem wyrażał swoją 

wdzięczność Caine'owi. Marcus Caine usłyszał, jak jego nazwisko grzmi w ustach Jafariego, 

odbija się od sufitu, po czym niesie się echem ku miejscom dla VIP-ów i galeriom dla 

publiczności. Potężne oklaski przeszły przez wielką salę niczym grom.

background image

Nadszedł czas, by przyjąć pochwały. Uwielbiał stawać przed obiektywami kamer i 

odpowiadać skromnym głosem na peany gospodarzy.

Podniósł się, podszedł do mównicy i obiema dłońmi uścisnął prawicę prelegenta. 

Sekretarz cofnął się o dwa kroki, a Caine stanął przodem do audytorium, mając za plecami 

kopię wspaniałego czeku. Swoją mowę zaczął od złożenia podziękowań licznym urzędnikom 

ONZ, którzy zorganizowali ten wieczór. Przemawiał, nie zerkając do notatek ani nie 

korzystając z tele-promptera - doskonała pamięć była jedną z jego najmocniejszych stron.

- Tak, jestem zaszczycony, mogąc być dziś tutaj - oznajmił, gdy w końcu wymienił 

wszystkie nazwiska, które wypadało wymienić. Przez cały czas błyskały flesze aparatów, 

kamerzyści przepychali się, robiąc zbliżenia. - Przede wszystkim jednak jestem wdzięczny za 

to, że mogę poinformować z tego miejsca o wielkim wyzwaniu. Jak wielu spośród państwa 

wie, już dawno zaangażowałem się w rozszerzanie zasięgu i popularyzację systemu 

globalnych mediów interaktywnych, ze szczególnym naciskiem na Internet. Wierzę głęboko, 

że tego typu technika jest współczesną magią, która może zjednoczyć wszystkich 

mieszkańców i wszystkie rządy na naszym globie, sprawić, że staniemy się jednością, i 

rozpocząć nową ewolucję naszego gatunku. Cyberprzestrzeń pozwala nam wszystkim 

-młodym i starym, bogatym i biednym, wpływowym i pozbawionym wpływów - spotkać się 

na jednej, wspólnej płaszczyźnie. Płaszczyźnie o wciąż rozszerzających się horyzontach, 

płaszczyźnie o nieograniczonych możliwościach.

Umilkł na chwilę, by przeczekać oklaski, i popatrzył nad głową żony na lady Arcadię. 

Zauważyła jego spojrzenie i uśmiechnęła się do niego, nie omieszkawszy przygryźć przy tym 

prowokacyjnie dolnej wargi.

- Stawiając pierwsze kroki w rozpoczynającym się dwudziestym pierwszym wieku, 

musimy postępować odważnie. Tylko taka postawa da nam pewność, że żaden mieszkaniec 

Ziemi nie utraci dostępu do powszechnej informacji i wiedzy. Na tych spośród nas, którzy 

mają szczęście żyć dostatnio, ciąży szczególny obowiązek dzielenia się dobrami, które 

posiadamy. Posłuchajcie mnie państwo bardzo uważnie: już czas poświęcić się 

wychowywaniu i kształceniu dzieci, tak by mogły dorastać bez ograniczeń i sięgać ku 

nowym, może nawet nie znanym nam jeszcze horyzontom. Czas, żeby każdy z nas wyciągnął 

dłoń i podzielił się częścią swojego bogactwa, by umożliwić naszym potomkom dostęp do 

techniki, która w niewyobrażalnym wprost stopniu wpłynie na podniesienie poziomu ich ży-

cia. To brutalna prawda, że postęp wymaga olbrzymich pieniędzy. Szkolnych komputerów, 

szybkich modemów DSL, łącz internetowych - żadnej z tych rzeczy nie otrzymamy za darmo. 

Od Bahrajnu do Barbados, od Afganistanu do Antiguy, od przemysłowych stolic Europy do 

background image

nowo powstających państw Afryki Zachodniej, najmłodsi i najbardziej pokrzywdzeni powinni 

mieć zagwarantowany dostęp do...

Caine przemawiał w ten sposób może jeszcze dziesięć minut, po czym zdecydował, że 

czas już kończyć, jeśli nie chce ochrypnąć. Owacja na stojąco, którą mu zgotowano, zdawała 

się nie mieć końca. Zauważył, że Odiele klaszcze zdawkowo, nie wkładając w to serca, a jej 

mina jest jeszcze bardziej nachmurzona niż przez cały ranek. Czyżby dostrzegła jego wy-

mianę znaczących spojrzeń z lady Arcidią? A może wie już coś o ich schadzce? Ta myśl 

połechtała jego próżność i sprawiła mu nieoczekiwaną przyjemność.

Musiał jednak odłożyć te rozważania na później. Przedstawienie jeszcze się nie 

skończyło i nie skończy, dopóki jego wspólnicy z Azji Południowo-Wschodniej - jego 

dobroczyńcy, jak woleli być nazywani - nie usłyszą tego, co im obiecał. Bez wątpienia siedzą 

teraz przed telewizorami i słuchają uważnie każdego jego słowa

Caine zaczekał w milczeniu, aż oklaskujący go tłum uciszy się, po czym oznajmił, że 

odpowie m pytania dziennikarzy.

Jak było do przewidzenia, już pierwsze wypowiedziane głośno pytanie nie miało 

żadnego związki z jego darem dla UNICEF-u, z wyzwaniem rzuconym bogaczom czy też z 

krucjatą, która miała na celu udostępnienie najbiedniejszym dzieciom dostępu do Internetu.

- Panie Caine, jak panu wiadomo, pojutrze podpisana zostanie Karta Morrisona-

Fiore'a. - Caine rozpoznał reportera sieci telewizyjnej. Dziennikarz miał pofarbowane na 

brązowo włosy i wręcz niemożliwe do wymówienia nazwisko. - Czy mógłby pan przedstawić 

nam swoje stanowisko w tej sprawie oraz ustosunkować się do zapowiedzi Rogera Gordiana, 

który w tym samym czasie zamierza zwołać w Waszyngtonie konferencję prasową, by 

podtrzymać swój sprzeciw wobec prezydenckiej polityki stopniowego ułatwiania dostępu do 

naszych nowych technik szyfrowania?

Caine wyglądał, jakby się głęboko zamyślił.

- Szanuję pana Gordiana za ogromne dokonania, którymi wykazał się w przeszłości - 

odparł po chwili. - Pragnę jednak zwrócić uwagę, że jego stanowisko w sprawie technik 

szyfrowania jest nam już znane i spotkało się ze zdecydowanym sprzeciwem obywateli 

Stanów Zjednoczonych, który wyrazili ich przedstawiciele w Kongresie. Tu chodzi o nasze 

dzieci i wnuki. O naszą i ich przyszłość. Niestety, pan Gordian spogląda wyraźnie w 

przeciwnym kierunku.

- Jeśli można, proszę pana... Rozumiem, że jako jeden z największych zwolenników 

Karty Morrisona-Fiore'a pojedzie pan do Waszyngtonu na ceremonię jej podpisania?

- Jeszcze nie podjąłem decyzji. - Caine uśmiechnął się lekko. - Pan prezydent był tak 

background image

uprzejmy, że przesłał mi zaproszenie, ale wygląda na to, iż jeden dzień w tygodniu spędzony 

w świetle reflektorów to wszystko, na co mnie stać. Będę szczery: mam już dość pokojów 

hotelowych, a poza tym ogromnie chciałbym wrócić do pracy.

Dziennikarz usiadł, jednak natychmiast poderwał się kolejny.

- Czy sądzi pan, że istnieje jakiś związek między stanowiskiem Rogera Gordiana w 

sprawie technik szyfrowania a gwałtownym spadkiem wartości akcji UpLink na giełdzie?

Pięknie, pomyślał Caine.

- Uważani, że należałoby o to zapytać raczej maklera niż producenta oprogramowania 

- odparł. - Naprawdę, nie przybyłem tutaj, by spekulować na temat trudności, jakie dotykają 

moich kolegów z branży. Mogę jedynie powiedzieć to, co jest oczywiste dla nas wszystkich: 

wartość każdej firmy produkującej zaawansowane urządzenia techniczne zależy od tego, czy 

jej szefowie są skłonni wybiegać myślami w przyszłość, czy też spoglądać w przeszłość. - 

Umilkł na chwilę. - Jeśli jednak moglibyśmy powrócić do inicjatywy na rzecz dzieci, którą 

przedstawiłem dzisiaj...

Ale dziennikarze ani myśleli pytać go o biednie dzieci - czego Caine oczekiwał i co 

dokładnie przewidział. W ciągu kilkunastu następnych minut nazwisko Gordiana padło 

przynajmniej sześć razy i padało tak długo, że w końcu stał się niewidocznym bohaterem 

konferencji prasowej.

Bohaterem, ale nie uczestnikiem, pomyślał Caine. Dzisiaj media należały wyłącznie 

do niego i słychać było tylko jego głos.

Zaabsorbowany swoim przedstawieniem, wskazał kolejnego reportera.

W rzeczy samej, przyszłość.

Tak, o to właśnie chodziło. Spektakl udał się doskonale.

-Roger...

Zakrywszy dłonią słuchawkę, Gordian spojrzał na żonę, która właśnie pojawiła się w 

drzwiach gabinetu. Wsunął słuchawkę między szyję i ucho, po czym podniósł palec 

wskazujący.

- Jeszcze minutkę, kochanie.

- To samo powiedziałeś mi dwadzieścia minut temu! Nim zadzwoniłeś do Chucka 

Kirby'ego.

- Wiem, przepraszam cię, zdaje się, że trochę się rozgadaliśmy - odparł 

przepraszającym tonem. - Ale dopiero co wykręciłem numer na lotnisko. Zamierzam polecieć 

do Waszyngtonu na konferencję prasową i chcę, żeby mechanicy sprawdzili mi maszynę...

background image

Ashley posłała mu ostrzegawcze spojrzenie.

- Gord, co widzisz przed sobą? Odłożył słuchawkę na widełki.

- Śliczną, ale coraz bardziej zniecierpliwioną żonę? Nie uśmiechnęła się.

- Wspaniałą, cudowną... - Był o tym głęboko przekonany.

- Minęły trzy godziny, odkąd wróciłam z salonu fryzjerskiego. Moje włosy są krótsze i 

jaśniejsze niż kiedykolwiek przedtem, a ty zaszyłeś się za swoim biurkiem i byłeś zbyt zajęty, 

żeby to zauważyć - powiedziała. - Jest sobota. Myślałam, że chociaż dzisiaj wieczorem 

będziesz miał dla mnie trochę czasu.

Gordian milczał przez chwilę. Czy naprawdę upłynęły już trzy godziny, odkąd Ashley 

wróciła od fryzjera? Tak, chyba tak. Popołudnie minęło tak szybko, że nawet się nie zoriento-

wał. Tak szybko jak pierwsze sześć miesięcy tego roku, kiedy to nieustannie pracował - pół 

roku, które Ashley nazywała “okresem jego telefonów” i które nieomal doprowadziło ich do 

rozwodu. W ostatniej chwili uniknęli tej ostateczności. Właściwie dopiero zamordowanie w 

Rosji Elaine i Arthura Steinerów, bliskich przyjaciół Rogera - wystrzelone przez terrorystów 

pociski zakończyły ich życie i trzydziestoletnie małżeństwo - sprawiło, że Gordian się 

przebudził. Zrozumiał z przerażającą jasnością, jak wielkim darem jest dla niego ta wspaniała 

kobieta i jak niewiele brakowało, by ją stracił. Sześć miesięcy, podczas których często 

konsultowali się z psychologiem i szczerze angażowali w związek, pozwoliło przerzucić 

mosty nad dzielącą ich przepaścią... ale zarówno wtedy, jak i obecnie zdarzały się małżeńskie 

trzęsienia ziemi, przypominające im, że wciąż nie są one stabilne. W każdym razie jeszcze 

nie.

- Masz rację, obiecałem ci przecież. - Kilkakrotnie pokręcił głową, by rozluźnić 

napięte mięśnie szyi. - Przepraszam cię. Sądzisz, że moglibyśmy właśnie teraz rozpocząć 

wspólny wieczór?

Ashley stanęła na wprost biurka. Była zadbaną, elegancką kobietą, która - mimo że 

zaczynała już wchodzić w wiek średni - nie straciła nic ze swojego młodzieńczego wyglądu. 

Jej oczy w kolorze morskiej zieleni napotkały spojrzenie Gordiana i przez chwilę mierzyli się 

wzrokiem.

- Gord, posłuchaj mnie - powiedziała. - Nie jestem pilotem. Podczas lotu nie lubię 

nawet siedzieć przy oknie, by nie pamiętać, że chmury są pode mną, a nie nade mną, gdzie ich 

miejsce. Ale ty zawsze opowiadasz mi, jak zasiadanie za sterami odrzutowca wyzwala twój 

umysł, daje ci poczucie perspektywy i... jak ty to nazywasz?... atmosferą przestrzeni?

- Tak. Albo chorobą wysokościową - odparł, uśmiechając się niewyraźnie. - Jesteś 

uważnym słuchaczem, Ash.

background image

- To moja najważniejsza zaleta. - Przeszła powoli przez pokój i zatrzymała się przed 

biurkiem. - Widzisz, przestrzeń, o której tyle mówisz... to rodzaj luksusu, na który możesz so-

bie pozwolić, co zresztą bardzo mnie cieszy. Czasami jednak jestem o nią trochę zazdrosna. 

Rozumiesz mnie?

Popatrzył na nią.

- Tak - odparł. - Tak, rozumiem. Westchnęła ciężko.

- Nie jestem ślepa. Widzę, co się dzieje. Czytałam te bzdury Reynolda Armitage'a w 

“Wall Street Journar”. Słyszałam, jak rozmawiałeś z Chuckiem o wyprzedaży akcji. I 

obserwowałam twoją twarz, kiedy w wieczornych wiadomościach pokazali Marcusa Caine'a 

w siedzibie ONZ i jego wypowiedzi na twój temat. Wyobrażam sobie, jak to wszystko musi 

cię boleć.

Gordian chciał już coś powiedzieć, jednak zawahał się. Zmarszczył czoło i mocno 

zacisnął usta. Tymczasem Ashley czekała. Wiedziała, że Roger z natury niechętnie zdradza 

swoje uczucia i że często ma problemy z ubraniem ich w słowa.

- Spotkałem kiedyś - odezwał się po długiej chwili - specjalistę od szemranej reklamy, 

który zapewne nazwałby taktykę Caine'a kampanią kryptoobronną. Albo kryptoofensywną, to 

zależy od punktu widzenia. Moim zdaniem, on prowadzi obie te kampanie naraz. 

Podstawowy pomysł zakłada wykorzystanie jakiegoś chwytliwego tematu, by przyciągnąć 

uwagę publiki i bez zwracania uwagi zareklamować komercyjną działalność agend swojej 

firmy. Odbiorcy, o których ci chodzi, zauważą cię dzięki kontrowersyjnemu tematowi, ty zaś 

przemycisz między wierszami to, co dla ciebie najważniejsze.

- A akcja Marcusa na rzecz dzieci jest oczywiście przykładem pierwszego typu 

kampanii.

- I to doskonałym. Zapewnia mu opinię filantropa, więc trudno go atakować. Znasz 

kogokolwiek, kto występowałby otwarcie przeciw dzieciom?

Posłała mu słaby uśmiech.

- Pamiętam, że przed laty nasze własne dzieciaki kilka razy tak nam dopiekły, że 

wcale nie byliśmy od tego dalecy. Ale rozumiem, o co ci chodzi - powiedziała. - A ta 

kryptoofensywną kampania Marcusa... to chyba ukryta dyskusja z twoją opinią na temat 

Karty Morrisona-Fiore'a? Tej, która umożliwia dostęp do naszych technik szyfrowania? 

Roger pokiwał głową.

- Dla osoby, która podejmie taką grę, potencjalne zyski zawsze będą większe niż 

ryzyko. A Marcus wie doskonale, że w gruncie rzeczy sprawa technik kryptograficznych nie 

wywoła szerszego społecznego oddźwięku. Przeciętny Amerykanin nie ma pojęcia, w jaki 

background image

sposób osłabienie kontroli eksportu tych technologii mogłoby wpłynąć na jego codzienne 

życie. Poza wąskimi grupami interesu z kręgów przemysłu elektronicznego z jednej strony i 

elitą władzy oraz służbami specjalnymi z drugiej cała sprawa nie interesuje nikogo.

Przez chwilę Ashley zastanawiała się nad słowami Gordiana.

- Strategia Caine'a, ukryta za fasadą pomocy UNICEF-owi i dzieciom, jest aż nadto 

przejrzysta - odezwała się wreszcie. - Dajmy dzieciakom komputery, sprzedawajmy więcej 

oprogramowania Monolith, czujmy się doskonale i poklepujmy po plecach... o to mu chyba 

chodzi. Co jednak próbuje osiągnąć, czepiając się twoich szyfrów? Nie widzę tutaj żadnego 

podtekstu.

Gordian wzruszył ramionami.

- Postawiłaś pytanie warte milion dolarów - powiedział spokojnym tonem. - Sam nie 

jestem pewien, czy potrafię na nie odpowiedzieć.

W gabinecie zapadła cisza. Ashley zdała sobie sprawę, że Gordian powrócił do 

dręczącego go problemu, więc pochyliła się do przodu i oparła koniuszkami palców o 

krawędź biurka.

- Rozumiem, co czujesz, Gord - wyszeptała. - Wierzysz mi? Zdziwiło go to pytanie.

- Czy wierzę? - powtórzył. - Świadomość, że mnie rozumiesz... jest jak nagroda, którą 

zdobyłem, nie bardzo wiedząc, jak do tego doszło ani czy na nią zasługuję. Dzięki temu czuję 

się silniejszy.

Na ustach Ashley, gdy znów spojrzała mu w oczy, pojawił się zamyślony uśmiech.

- Nigdy, przenigdy nie chciałabym bagatelizować twoich problemów ani sugerować, 

że za nic na świecie nie pomogę ci ich rozwiązywać. Jednak wchodząc tutaj, chciałam powie-

dzieć... Gordian przez chwilę studiował jej twarz. - Tak?

- Chciałam powiedzieć, że gdybyś zechciał zapomnieć o nich na kilka godzin i dzielić 

ze mną tu, na ziemi, przestrzeń, która napełnia cię taką radością trzydzieści tysięcy stóp w 

górze, to oddałabym za to UpLink, ten dom, samochody i wszystkie nasze pieniądze. Chyba 

że na miejscu pilota chcesz zawsze być sam.

W gabinecie ponownie zapadła cisza. Ashley wydawało się, że jego twarz zaczęła 

stopniowo tracić ten nieobecny, introwertyczny wyraz, ale nie była pewna. Może to tylko jej 

pobożne życzenie?

Mało brakowało, by westchnęła z ulgą, gdy Roger wyciągnął wreszcie rękę i nakrył 

dłonią jej dłoń, pozwalając, by nadal spoczywała na biurku.

- Zjedzmy kolację gdzieś w mieście - powiedział. - Ty wybierzesz restaurację. Twoja 

urocza nowa fryzura zasługuje na to, by obejrzało ją jak najwięcej ludzi.

background image

Uśmiechnęła się czule.

- Zauważyłeś może, że karty członkowskie w domu uzdrowiskowym w Adrian i w 

salonie piękności nie należą do rzeczy, z których mogłabym zrezygnować.

Spojrzał w jej oczy koloru morskiej zieleni i odpowiedział uśmiechem.

- Zauważyłem, i to całkiem dobrze.

background image

9

SAN JOSE, KALIFORNIA CIEŚNINA SINGAPURSKA

20/21 WRZEŚNIA 2000

Gdy Max Blackburn po raz pierwszy powiedział Pete'owi Nimecowi, że ma wtyczkę 

niemal w samym sercu Monolith Technologies i że wykorzysta ją, by wyśledzić - jak to ujął 

-“nielegalne praktyki oraz niewłaściwą gospodarkę finansową Monolith”, Nimec wysłuchał 

go z wielkim zainteresowaniem. Nie rozkazawszy stanowczo, by przestał infiltrować 

konkurencję, faktycznie wyraził na to milczącą zgodę. Jako szef ochrony UpLink uprzedził 

go jedynie, że pod żadnym pozorem nie może wplątać firmy w aferę, którą oceniono by jako 

szpiegostwo przemysłowe - ewentualne konsekwencje byłyby zbyt poważne. Zwrócił mu 

również uwagę, że jeśli zdecyduje się samodzielnie kontynuować niebezpieczną grę, 

najrozsądniej będzie nie wtajemniczać nikogo w szczegóły... przynajmniej dopóty, dopóki nie 

natknie się na coś, co będzie miało konkretne znaczenie.

Max doskonale rozumiał sytuację i nie potrzebował więcej wyjaśnień. Jak zwykle 

odradzono mu działanie, potakując jednocześnie głową i mrugając znacząco. Jeśli jego 

działania zostaną wykryte, nikt w UpLink nie kiwnie nawet palcem, żeby mu pomóc. Nimec 

życzył sobie, by wszyscy w firmie - od najskromniejszego urzędnika do personelu 

zarządzającego najwyższego szczebla - mieli czyste ręce.

Oficjalnie na tej rozmowie skończyło się zaangażowanie Ni-meca w działania 

przeciwko Monolith Technologies. Nieoficjalnie - był bardzo ciekawy, do czego doprowadzą. 

A zaciekawienie to rosło, w miarę jak nasilały się publiczne ataki Marcusa Caine'a na 

Gordiana.

Zapamiętawszy doskonale polecenia Nimeca, Blackburn był niesłychanie ostrożny i 

przez trzy miesiące, jakie upłynęły od ich pierwszej rozmowy telefonicznej, nie powiedział 

przełożonemu praktycznie nic nowego. W końcu się jednak wygadał. Nimec dowiedział się, 

że wtyczką Maxa jest kobieta, z którą ten początkowo nawiązał - w cudzysłowie lub nie - 

stosunki, a dopiero później wykorzystał jako informatora. Wiedział też, że zajmuje ona 

wysokie stanowisko w administracji wydziału łączności globalnej Monolith w Singapurze. I 

to było praktycznie wszystko, co Blackburn mu zdradził.

Oczywiście było wiele innych uzasadnionych powodów, dla których obaj mężczyźni 

byli w nieustannym kontakcie. Max został wysłany do Malezji, by wdrożyć system 

bezpieczeństwa w naziemnej stacji łączności satelitarnej w Johor, więc wiele jego projektów 

background image

wymagało koordynacji i aprobaty szefa ochrony holdingu. Dlatego też Nimec usiłował 

połączyć się z nim z domowego telefonu o czwartej po południu w niedzielę, gdy w Johor był 

już poniedziałek i rozpoczynał się dzień pracy. Przejrzawszy zaproponowany przez Maxa 

przed tygodniem kosztorys zakupów, mających doprowadzić do zwiększenia niezawodności 

skanerów biometrycznych, postanowił dać mu zielone światło i zezwolić na instalację. 

Okazało się jednak, że jego podwładny nie przyszedł jeszcze do pracy.

- Pan Blackburn spędził weekend w Singapurze i całkiem możliwe, że utknął gdzieś w 

korku, wracając przez groblę -powiedziała sekretarka Maxa. - Ostatnio przejazd przez nią był 

bardzo utrudniony. Celnicy oszaleli po jakimś uprowadzeniu statku. Jestem jednak pewna, że 

pan Blackburn wkrótce się zjawi. Czy chciałby pan, żebym połączyła się z jego telefonem 

komórkowym?

- Nie, dziękuję, to nic pilnego. Proszę mu tylko powiedzieć, kiedy się już pojawi, że 

telefonowałem - odparł Nimec.

Przeprowadził tę rozmowę przed ośmioma godzinami. Od tego czasu Max wciąż się 

nie odezwał, on sam zaś nie mógł ponownie zadzwonić. Zgodnie z porozumieniem, jakie 

zawarł z byłą żoną, miał prawo spędzać weekendy z synem, Jakiem, i wrócił dopiero późnym 

wieczorem, odstawiwszy dwunastoletniego chłopaka do domu po meczu koszykówki, na 

który go zabrał.

Nimec zastanawiał się, czyjego wiadomości nie przekazano adresatowi, czy też Max o 

niej zapomniał. Zdecydował, że nim pójdzie spać, raz jeszcze spróbuje się z nim skon- 

taktować. Największą słabością Blackburna była ciekawość, która sprawiała, że często rzucał 

się na wiele spraw jednocześnie. Nimec uznał więc, że musi przypomnieć podwładnemu, iż 

naziemna stacja łączności jest jego priorytetowym zadaniem. Podszedł do biurka i wystukał 

numer w Malezji.

- UpLink International, biuro pana Maxa Błackburna. Słucham.

- Joyce, tu znów Pete Nimec.

- Tak, poznaję pana. - Sekretarka jakby się zawahała. - Pan Blackburn jeszcze się nie 

pojawił.

Tym razem Nimec już się zdziwił.                                

- Jak to? Przez cały dzień?                                      

- Niestety, przykro mi. Ani nie zadzwonił.

- Próbowałaś się z nim połączyć?

- Tak, oczywiście. Dzwoniłam pod numer telefonu komórkowego. Zdaje się, że już 

wcześniej panu to sugerowałam...

background image

- I co?

- Nie uzyskałam połączenia, proszę pana.

Nimec milczał przez chwilę. Od kiedy się przedstawił, wyczuwał w głosie Joyce coś 

dziwnego i teraz nagle zrozumiał, co to jest. Dziewczyna próbowała kryć swojego 

przełożonego. Nie bardzo mu się to spodobało.

- Joyce, może to tylko moja wyobraźnia, ale wydaje mi się, że usiłujesz coś ukryć - 

rzekł po chwili.

Dziewczyna głośno chrząknęła.

- Pan Blackburn mówił raczej mgliście o swoich planach na weekend, proszę pana, 

ale...

- Ale co?

- Cóż, prawdę mówiąc... Sądzę, że miał bardzo osobiste plany.

- Uważasz, że zaszył się gdzieś z przyjaciółką, tak?

- Hmm... Zapewne... To znaczy nic mi na ten temat nie mówił...

- Twoja lojalność wobec Maxa jest godna podziwu. Czy jednak poza podejrzeniem, że 

zniknął na trochę ze swoją kobietą, nie nurtuje cię coś jeszcze? Niczego przede mną nie 

ukrywasz?

- Nie, proszę pana. Zupełnie nic.

- W takim razie daj mi znać, kiedy się wreszcie zmaterializuje - powiedział Nimec i 

odłożył słuchawkę.

Po chwili wstał zza biurka, wyłączył światło i poszedł pod prysznic. Jeśli Max celowo 

chciał pozostać nieuchwytny, to albo zbyt dobrze bawił się ze swoją przyjaciółką z Monolih, 

albo - uważał, że uczciwie musi przyjąć i takie założenie -nazbyt zaczynały go pochłaniać 

istotne aspekty śledztwa. Obie te możliwości zdenerwowały Nimeca i wprawiły go w niepew-

ność.

Postanowił, że gdy wreszcie skontaktuje się z Blackburnem, dowie się, co ten robił, i - 

jeśli będzie to konieczne - przypomni mu, na jakim zadaniu powinien skupić swoją uwagę.

Niezależność można było w pewnych granicach akceptować, ale żadna informacja nie 

była warta problemów, które Max mógłby wywołać, gdyby sprawy zaszły za daleko.

Diesle warczały cicho w ciemnościach i mgle, a dwudziesto-sześciostopowy jacht 

wycieczkowy znalazł się niecałe dziesięć mil morskich od północnego brzegu Sumatry, gdy 

Xiang, trzymając się relingu na przednim pokładzie, zauważył jaskrawy promień światła, 

którego źródło znajdowało się niemal dokładnie na jego kursie.

background image

Nie ruszył się z miejsca, zachował spokój i opanowanie. Popatrzył jedynie na zegarek.

Jacht płynął z wygaszonymi światłami pozycyjnymi i kabinowymi, lecz istniała 

możliwość, że wykrył go radar albo urządzenia termowizyjne którejś z szybkich łodzi 

patrolowych. Jednak było to raczej mało prawdopodobne. Xiang był przekonany, że kradzież 

nie została jeszcze odkryta. Jego ludzie porwali jacht krótko po północy. Weszli ukradkiem na 

pokład, gdy przystań była już niemal całkiem opustoszała, po czym - przeciąwszy kilka 

przewodów - uporali się szybko z nieskomplikowanymi urządzeniami alarmowymi.

Związany i zakneblowany Amerykanin został przywieziony na przystań ciężarówką, 

którą wykorzystali podczas jego porwania. Wniesiono go na pokład dopiero wtedy, kiedy 

rozgrzewały się już silniki jachtu.

Nie było nikogo, kto mógłby przeszkodzić piratom. Policjanci, szukający porywaczy 

Guanyin, sprawdzali dokładnie paszporty podróżnych na lotnisku, na grobli i w basenach 

portowych, w których cumowały statki handlowe, czyli najbardziej oczywiste drogi 

wyjazdowe. Nikt natomiast nie pomyślał o  wzmożeniu czujności i nasileniu kontroli tam, 

gdzie swoje luksusowe jachty i żaglówki trzymali ci najbogatsi.

Xiang liczył na to, że w zaimprowizowanych kordonach będą luki, i od początku nosił 

się z zamiarem ich wykorzystania. Singapurskie władze przyzwyczajone były do ścigania 

zwykłych przemytników i wyłapywania nielegalnych robotników z Tajlandii oraz Malezji. 

Zamykano ich na krótko w tymczasowych obozach, wymierzano karę chłosty, a potem 

odsyłano z powrotem z ogolonymi na znak hańby głowami. Nie miały natomiast 

doświadczenia w pościgach za zdecydowanymi na wszystko rzezimieszkami. Nie przydał się 

zakupiony od Brytyjczyków skomputeryzowany system IBIS, mający ułatwiać dowodzenie i 

koordynację działań na znacznych obszarach. Dla singapurskich władz był on po prostu zbyt 

skomplikowany i nowoczesny. W odróżnieniu od żeglarzy wyrzuconych na brzeg niczym 

ryby zalegające na plaży po sztormie, Xiang i jego wyjęci spod prawa towarzysze nie byli ani 

zdesperowani, ani potulni.

Ibanin raz jeszcze spojrzał na stożkowaty promień światła po prawej burcie. Wciąż 

czekał bez ruchu, jego kurtka powiewała delikatnie w ciepłej, południowej bryzie. Po chwili 

odgłosy drobnych fal uderzających o kil jachtu zagłuszył warkot małego zewnętrznego silnika 

motorowego. Dobrze, pomyślał. Łodzie straży granicznej napędzane były silnikami strumie-

niowymi albo maszynami z turbodoładowaniem. Ten, którego pracę słyszał, nie był ani tak 

nowoczesny, ani tak potężny.

Xiang stał niezmiennie na przednim pokładzie, opierając się o reling, gdy promień 

światła zgasł, a wisząca nisko mgła spowiła morze i niebo jednolitą zasłoną ciemności. Pirat 

background image

spojrzał na fosforyzujące wskazówki zegarka, poczekał dokładnie pięć sekund i raz jeszcze 

popatrzył na morze.

Światło znów rozbłysło. Po chwili zgasło i zabłysło raz jeszcze.

Obejrzał się przez ramię. Przez szybę ochronną nad kabiną zauważył kilku swoich 

ludzi zajmujących miejsca w kokpicie. Stojący za sterem Juara popatrzył na mrugające 

światło, opuścił głowę i przyjrzał się kompasowi. Po chwili wyprostował się i skinął głową, 

potwierdzając, że są na właściwym kursie.

Zadowolony Xiang wyciągnął zza paska niewielki, lecz silny reflektorek i błysnął nim 

kilkakrotnie, wysyłając w stronę brzegu uzgodniony sygnał. Powtórzył go dwukrotnie w 

ciągu piętnastu sekund.

Stał przy relingu, dopóki nie dostrzegł zarysów zbliżającej się motorówki. Wtedy 

ruszył szybko do kabiny, a potem schodnią na dolny pokład, chcąc się upewnić, że więzień 

jest gotowy do transportu na brzeg.

background image

10

NOWY JORK

20 WRZEŚNIA 2000

- Poważnie, Jason, to danie powinno się nazywać Przybytek cholesterolu albo 

Przyjaciel sklerozy - powiedział Charfes Kirby, spoglądając na wielką kanapkę Rudy'ego 

Guilianiego, która zawierała niebezpieczną górę peklowanej wołowiny, pastra-mi oraz 

munstersKiego i szwajcarskiego sera, ociekała rosyjskim sosem, a na szczycie miała jeszcze 

potężną porcję surówki z majonezem. Choć początkowo skłaniał się ku kanapce Barbry 

Streisand, z kilkoma warstwami indyka i pieczonej wołowiny, zrezygnował z niej w końcu, 

nie potrafiwszy przeczytać jej brzmiącej raczej nieludzko nazwy.

- Dlaczego? - zapytał Jason Weinstein, po czym szeroko otworzył usta, by wsunąć do 

nich pastrami, peklowaną wołowinę i płaty wątróbki tworzące kanapkę Joego Di Maggio. 

Wybrał ją, odrzucając danie Toma Cruise'a, tylko dlatego, że nigdy nie był wielkim fanem 

filmów tego aktora.

Kirby wskazał ruchem głowy okno.

- Cóż, z tą ciastkarnią Lindy's Famous za rogiem i pizzerią Famous Ray's po drugiej 

stronie ulicy ktoś mógłby tu prowadzić świetną praktykę, otworzywszy klinikę kardio- 

logiczną, nie sądzisz?

Jason wzruszył obojętnie ramionami, ugryzł wielki kęs i sięgnął przez stół po 

półmisek gorzkawych pikli, wyraźnie niezadowolony, że znajduje się on bliżej Kirby'ego. Ten 

za nic nie mógł zrozumieć, dlaczego Jason nie poprosił go po prostu o przysunięcie pikli, lecz 

-jak określiłaby to jego babka - zachował się niczym chłopaczek z pensjonatu. Na miłość 

boską, ten facet był przecież w końcu prawnikiem z Wall Street! Gdzie się podziały, do 

diabła, jego maniery?!

Sięgnął po nóż i widelec, ukroił kawałek kanapki i zaczai jeść w milczeniu. 

Postanowił, że za żadne skarby nie będzie naśladował Jasona i pchał jej wprost do ust, gdyż 

groziłoby to upstrzeniem całego ubrania kroplami tłuszczu i majonezu.

Pewnie dorastałeś na Brooklynie, pomyślał.

Tymczasem Jason gryzł i przełykał z nie skrywaną przyjemnością.

- To lepsze niż seks, co? - rzucił po chwili.

- Jak dla kogo. Ale muszę przyznać, że jest bardzo dobra - odparł Kirby.

Weinstein posłał mu spojrzenie mówiące, że na świecie nie ma nic przyjemniejszego 

background image

niż doskonała wyżerka.

- No dobra, mów - odezwał się znowu. - Dlaczego chciałeś zjeść ze mną lunch?

Kirby milczał przez kilka sekund.

- Reprezentujesz konsorcjum Spartus. A przynajmniej reprezentuje je twoja firma - 

stwierdził wreszcie. - Chciałbym wiedzieć, kto wykupuje udziały Spartusa w UpLink.

- A kogo ty w tej chwili reprezentujesz?

- Chyba nie doszukujesz się tu jakiegokolwiek konfliktu interesów. Sprzedaż to rzecz 

publiczna... - powiedział Chuck.

- Bądźmy dokładni. Będzie taka, gdy zostanie postawiona kropka nad “i”.

Kirby wzruszył ramionami.

- Proszę cię tylko, żebyś mi oszczędził uciążliwego szukania. Jason odłożył kanapkę 

Joego Di Maggio na talerz i spojrzał na nią z jakimś pożądliwym uwielbieniem.

- Sądzisz, że sami peklowali to mięso? - spytał.

- Jase, przejdź do rzeczy.                                          

Jason spojrzał na swojego rozmówcę.

- Pewnie, dlaczego nie? Ale pamiętaj, że nigdy nie usłyszałeś tego ode mnie. Kupcem 

jest firma z Michigan o nazwie Midwest Gelatin. Sądzę, że nie muszę ci mówić, w czym się 

specjalizuje.

Tamten skrzywił się.

- Jakiś lokalny producent galaretek ma wystarczający kapitał, by wykupić tysiące 

udziałów UpLink? Nabierasz mnie.

- Mówię prawdę - odparł Jason. - I chodzi o żelatynę, a nie o galaretkę. Używa się jej 

niemal do wszystkiego, począwszy od domowych izolacji, przez brandzle w tenisówkach, na 

testach balistycznych skończywszy. Żelatyna ma też odmianę farmaceutyczną będącą 

składnikiem tabletek od bólu głowy, które łykasz po posiedzeniu z butelką. Dla twojej 

informacji, Midwest to jedna z największych fabryk chemicznych w swojej dziedzinie w 

całych Stanach.

- Własność publiczna czy prywatna?

- To pierwsze. Jest filią kompanii produkującej konserwy, która należy w całości do 

korporacji wytwarzającej osłony z pleksiglasu. Albo z porcelany. Szczerze mówiąc, 

zapomniałem.

Kirby zastanawiał się przez chwilę nad tym, co usłyszał, a tymczasem Jason sięgnął 

po kanapkę.

- Czy w kierownictwie Midwest Gelatin albo jej zwierzchnich kompanii jest ktoś, 

background image

kogo poleciłbyś mojej szczególnej uwadze? - zapytał.

Jason znów spojrzał na niego.

- Jeśli chcesz pójść śladem doniesień prasowych i dowiedzieć się, kto stoi za atakiem 

na UpLink, radzę ci, byś porozmawiał z Edem Burkiem, kiedy już znajdziemy się w parku 

-odparł.

- Z naszym Edem? - Kirby wskazał na kieszonkę koszuli swojego munduru, na której 

wielkimi złotymi literami nadrukowano słowo STEALERS. - Z facetem z pierwszej bazy?

- Fabryka konserw to jego największy klient - powiedział Jason, kiwając głową. - 

Tylko proszę, obiecaj mi, że podczas rozmowy nie padnie moje nazwisko.

- Chyba już ci to obiecałem. 

Jason potrząsnął przecząco głową. 

- Nie, nie obiecałeś.

Kirby uniósł dłoń z wyprostowanym w geście skautowskiej przysięgi środkowym i 

wskazującym palcem.

- Obiecuję - powiedział.

Usatysfakcjonowany tą przysięgą, Jason odwrócił się i spojrzał na chudego, starego 

kelnera, który przemknął obok ich stolika, balansując ze znawstwem kilkoma talerzami.

- Facet pracował tutaj już wtedy, kiedy byłem dzieckiem - powiedział do Kirby'ego. - 

Trzydzieści lat ciągłego biegania między stolikami. Nie wiem, jak on to wytrzymuje.

- Może kocha to miejsce tak samo jak ty?                      

Jason nie przestawał obserwować energicznych ruchów kelnera w przejściu między 

stolikami.

- Chyba masz rację - powiedział bardzo poważnie i ugryzł kolejny potężny kęs 

niewiarygodnie dużej kanapki.

Dwudziestodwupokojowe dwupoziomowe mieszkanie Reynlda Armitage'a 

znajdowało się w budynku, który przypominał nieco pałac. Jego front zdobiły liczne 

balustrady, gzymsy oraz wyszukane markizy z żelaza i szkła ocieniające wejście od strony 

Piątej Alei, dokładnie naprzeciw Central Parku. Znamiona statusu i bogactwa mieszkańców 

były tu aż nadto widoczne - ktoś mógłby powiedzieć, że potwornie widoczne -i to zarówno na 

zewnątrz kamienicy, jak i w apartamencie Armitage'a. Przekraczając próg, gość zanurzał się 

w długim, wyłożonym boazerią holu prowadzącym do ośmiokątnego saloniku, a następnie do 

pokoju z parkietem, wielkim kominkiem i wiszącymi pod sklepionym sufitem olejnymi 

portretami pyszniących się postaci. Na antycznych stolikach lśniły europejskie srebra, 

background image

puchary z weneckiego szkła i karafki rzucały migocące promienie światła z gablotek, a 

chińskie wazy z różnych dynastii stały niczym wrażliwe kwiaty na szczytach misternie 

rzeźbionych marmurowych podstawek.

Marcus Caine przyznał, że wszystko to robi spore wrażenie, na nim samym jednak 

największe wrażenie wywierała zawsze skrupulatność, z jaką Armitage ukrywał matrycę 

skomplikowanego systemu zintegrowanych urządzeń elektronicznych, które pozwalały mu 

funkcjonować w miarę swobodnie mimo poważnej fizycznej ułomności. Większość z nich 

opierała się na wynalazkach Monolith Technologies, które działały dzięki technologii 

identyfikacji ludzkiego głosu.

“Zwyczajni ludzie wyposażają mieszkania w rampy i podjazdy dla wózków 

inwalidzkich, bogatsi natomiast w podnośniki i windy", powiedział kiedyś Armitage 

Caine'owi. “Ja chcę, żebyś wymyślił dla mnie coś o wiele lepszego”.

Caine siedział, popijając wermut, gdy bezszelestnie rozsunęły się drzwi prowadzące 

do salonu i do środka wkroczył majestatycznie pan tego domu. Wspaniałości owego aktu nie

zakłócało nawet to, że mężczyzna siedział na wózku inwalidzkim. W pewnym sensie to 

właśnie wózek odbierał mu wygląd zwyczajnego, szarego człowieka, przydając raczej aury 

nieposkromionego i nieustraszonego samotnika. Przywodził na myśl Don Kichota 

uderzającego na wiatraki lub Ahaba walczącego z białym wielorybem; symbolizował 

wytrwałość w obliczu wszelkich przeciwności. To była osnowa i wątek największego 

dramatu.

- Zamknąć - powiedział Armitage ledwie słyszalnym głosem, jadąc swoim doskonale 

wyciszonym, napędzanym elektrycznie wózkiem. Szerokie drzwi natychmiast zasunęły się za 

nim. - Nie wolno mi teraz przeszkadzać.

Podjechał do swego gościa i zatrzymał wózek, posługując się joystickiem 

umieszczonym na lewej poręczy. Dawniej joystick znajdował się z prawej strony, jednak w 

ciągu ostatnich kilku lat prawa ręka niemal całkowicie odmówiła mu już posłuszeństwa.

- Dzień dobry, Marcusie - odezwał się gospodarz, tym razem już głośno. - Prze- 

praszam, że musiałeś czekać, ale rozmawiałem przez telefon. Na szczęście nie wyglądasz na 

zniecierpliwionego. Wręcz przeciwnie, odnoszę wrażenie, jakbym wyrwał cię z medytacji.

- Admiracji - poprawił go Caine. Lekkim ruchem ręki wskazał na otaczające ich 

przedmioty. - Ten salon jest wprost fascynujący.

Armitage miał około pięćdziesięciu lat, surową, pociągłą twarz, ciemne, uważne oczy, 

a na czubku głowy lekką łysinę okoloną prostymi, czarnymi włosami. Wydawał się zdumiony 

tym wyznaniem.

background image

- Coś takiego! A zawsze wydawało mi się, że nie masz głowy do niczego poza 

interesami. Wygląda na to, że dorastasz, Marcusie. Prawdę mówiąc, twoje notowania u mnie 

wzrosły, gdy wysłuchałem wystąpienia w siedzibie Narodów Zjednoczonych. Masz za nie 

moje najszczersze gratulacje.

Caine rzucił mu chłodne spojrzenie.

- Naprawdę?

- Oczywiście. Pokazałeś się jako miły, sympatyczny facet, co z punktu widzenia 

public relations jest podstawą budowania wizerunku. Jak ci doskonale wiadomo, istnieją 

badania opinii publicznej poświęcone tym zagadnieniom. Skąd byśmy wiedzieli, jaką znaną 

osobistość wynająć, by zareklamować produkty? - Na twarzy Armitage'a pojawił się 

sardoniczny uśmiech. - Gdybym mógł, poklepałbym cię teraz po plecach -powiedział.

Caine nie chciał, by gospodarz dostrzegł, że zrobiło mu się nieswojo.

- A przyszło ci do głowy, że być może niektórych sztuczek nauczyłem się, oglądając 

cię w telewizji? - rzucił.

Armitage potrząsnął głową.

- Moja pozycja jest wyjątkowa. Moi czytelnicy i telewidzowie wcale nie muszą mnie 

lubić. Wystarczy, że mnie uważnie słuchają. I będą mnie słuchać tak długo, jak długo moje 

porady finansowe będą miały rzetelne podstawy, a ja sam... będę w stanie je artykułować. - 

Umilkł na chwilę i przełknął ślinę. Ta prosta czynność przyszła mu z wielkim trudem. - Czy 

życzysz sobie, by Carl napełnił powtórnie twój kieliszek, czy też od razu przejdziemy do 

zagadnienia, które chciałeś przedyskutować?

- Poprzestanę na jednym kieliszku, dziękuję - odparł Caine. Zastanawiał się, czy 

delikatne wzmianki Armitage'a o jego chorobie miały ukrywać przerażenie, z jakim śledził jej 

błyskawiczne postępy, czy też świadczyć, że na dobre już wobec niej zobojętniał. 

Przypuszczał, że w rachubę wchodziły obie ewentualności. Tempo rozwoju ALS

1

 było 

ogromne mimo eksperymentalnych metod leczenia, jakie zastosowano w tym wypadku. 

Ostatnio Caine widział Armitage'a przed miesiącem i publicysta był wtedy w znacznie 

lepszym stanie. - Powiedz mi, jak poszło ci z prezesem MetroBanku.

Armitage popatrzył na niego.

- Nie trzymaj mnie za słowo, jednak wydaje mi się, że przekonałem Halperna, by 

zaakceptował twoją zagrywkę.

Caine wyraźnie się ożywił.

- Mówisz poważnie?

* ALS (amyotrophic lateral sclerosis) - stwardnienie zanikowe boczne -przyp. red.

background image

- Najważniejsze, żeby on mówił poważnie, a chyba mówi. Oczywiście, musi jeszcze 

przekonać zarząd banku, by ten zatwierdził sprzedaż, wiec wydaje mi się, że rozsądnie byłoby 

zaczekać z fetowaniem transakcji do jego spotkania z Halpernem w przyszłym tygodniu.

Caine zignorował to ostatnie zdanie. Jego twarz nagle zapłonęła.

- Ich udziały w UpLink dochodzą do jakichś dziewięciu procent, zgadza się?

- Właściwie są raczej bliższe dziesięciu - powiedział Armitage. Właściciel Monolith 

Technologies radośnie wyrzucił pięść w powietrze.

- Cholera jasna, to fantastycznie! - krzyknął. - Fantastycznie! Obaj nagle zamilkli. 

Reynoldowi drgnęła prawa ręka, gdy zamierające komórki nerwowe w jego mózgu wykonały 

jakąś błędną czynność. Z trudem zmusił ją, by pozostała bez ruchu na oparciu wózka. Caine 

odwrócił wzrok. Dziewięć procent, pomyślał. Te oraz zgromadzone dotychczas udziały 

zapewniłyby mu pozycję dominującego udziałowca UpLink. Osiągnie to, czego chce on sam i 

ten przeklęty chiniec, który wciąż trzyma go za jaja.

Minęło kilka minut, nim Armitage przerwał wreszcie ciszę.

- Mówię ci to z pewnym wahaniem, ale chciałbym, żebyś zrobił coś dla mnie w innej 

sprawie - powiedział.

Caine wzruszył obojętnie ramionami.

- Pewnie. Mów, o co ci chodzi.

- Mam na myśli nasz problem w Singapurze... tego Blackburna, który tam węszył.

- Zapomnij o nim. To już załatwione. Armitage otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.

- W jaki sposób? - zapytał.

Caine potrząsnął głową niczym pies otrząsający wodę z futra. Ta sprawa nie dawała 

mu spokoju i wcale nie chciał, by ktokolwiek mu o niej przypominał. Poza tym, co to 

obchodzi tego inwalidę?

- Nie wiem i nawet nie chcę wiedzieć - odparł.

- Czy ktokolwiek zdołał się w końcu dowiedzieć, dlaczego ten mężczyzna cię 

szpiegował?

- Powiedziałem ci już, że się tym nie zajmuję. To nie jest mój największy problem.

- Jeszcze nie - stwierdził głucho Armitage. Caine rzucił mu ostre spojrzenie.

- Co to ma, do diabła, znaczyć?

- Nie denerwuj się - powiedział gospodarz. - Wskazuję ci tylko, że jeśli chcesz zostać 

na szczycie, powinieneś dokładniej kontrolować wszelkie strategiczne posunięcia, jakie 

wykonujesz. Jeśli moje problemy ze zdrowiem nauczyły mnie czegokolwiek, to przede 

wszystkim tego, że można błyskawicznie stracić kontrolę nad wydarzeniami.

background image

Caine odstawił kieliszek z winem na stolik.

- Cóż, dziękuję ci za radę - powiedział i wstał z krzesła. - Dobrze ją zapamiętam.

Po twarzy Armitage'a przeniknął ledwie widoczny, delikatnie pogardliwy uśmiech.

- Już idziesz? - zapytał. Caine skinął głową.

- Zamierzam złapać nocny samolot do domu. Zgodnie z twoją sugestią, muszę 

wszystko kontrolować z bliska. Osobiście upewnię się, czy podczas mojej nieobecności 

Wschodnie Wybrzeże nie osunęło się do Pacyfiku.

Armitage zmierzył go badawczym spojrzeniem.

- Marcus, przyjacielu, widzę, że w końcu się uczysz - powiedział.

- To wszystko to jakiś koszmarny sen - rzucił Ed Burkę, przyglądając się graczom. - 

Mam rację?

- Chciałbym, żebyś ją miał - odparł Charles Kirby.

Kończyła się właśnie ósma runda meczu baseballowego między Stealersami i 

Slammersami. Ci ostatni prowadzili 6:0. Wpadający na siebie z wyczerpania gracze 

Stealersów odbijali piłkę, a ich pałkarzem był Dale Lanning z firmy prawniczej Lanning, 

Thomas i Farley. Od jego uderzenia zależało, czy już teraz Stealersi doznają porażki.

Zebrawszy się z kolegami z drużyny na brudnym skrawku boiska za bazą-metą, Kirby 

obserwował, jak ustawieni w polu gracze Slammers zbliżają się tak bardzo, że mogliby już 

dostrzec pot błyszczący nad górną wargą Lanninga. Mimo że nikt z nich nie zaryzykowałby 

podważenia jego reputacji zawodowej, sposób, w jaki Lanning posługiwał się kijem, 

wzbudzał na boisku bardzo różne reakcje.

- Może nie ugnie się pod presją i odbije daleko - powiedział Burkę.

- Nie byłbym takim optymistą - odparł Kirby.

Kirby złapał kilka nasionek dmuchawca, które przelatywały obok niego w 

rozproszonym świetle wczesnej jesieni. Pomyślał, że dawniej nie było mowy, by ktokolwiek 

mógł ujrzeć dmuchawce w Nowym Jorku później niż w połowie sierpnia. Jednak w ciągu 

minionego dziesięciolecia lato w mieście zdecydowanie się wydłużyło i stało się cieplejsze, 

dlatego też jesień zaczynała być raczej terminem z kalendarza niż rzeczywistą porą roku. W 

ubiegłym roku drzewa olśniewały mieszkańców soczystą zielenią dopóty, dopóki styczniowe 

mrozy nie pozrywały w końcu liści z gałęzi. Ciężkie i przemarznięte, uderzały w chodniki i 

roztrzaskiwały się na dziesiątki kawałków niczym delikatna glazura.

Uznawszy, że milczenie między nimi trwa już wystarczająco długo, Kirby popatrzył 

na Burke'a i trącił go konfidencjonalnie w bok, by odciągnąć od reszty zespołu.

background image

- Ed, chciałbym cię prosić o przysługę - powiedział.

- Niech zgadnę. Chcesz, żebym zlikwidował naszego drogiego pałkarza Lanninga, nim 

zdąży całkowicie pogrążyć nas w czarnej rozpaczy.

Kirby otworzył dłoń i wypuścił nasiona dmuchawca.

- Nie. Właściwie chciałbym, żebyś powiedział mi, kto stoi za atakiem na UpLink. 

Chcę poznać nazwisko człowieka, który rządzi na tej szachownicy.

Burke spojrzał na niego z zaciekawieniem.

- Dlaczego sądzisz, że dysponuję taką informacją?

Kirby po prostu wzruszył ramionami. Burkę zaczął kreślić czubkiem buta kółka w 

piasku. Na boisku Lanning machnął nisko kijem i poprawił chwyt.

- Jeśli to ode mnie usłyszysz, będziesz miał u mnie wielki dług wdzięczności.

Kirby pokiwał głową i czekał bez słowa.

 - W Danvers w Massachusetts jest pewna firma, Safetech. Projektują tam i 

wytwarzają różne płyty z polimerów, które zastępują szkło. Zabezpieczenia na mównice, 

okna, które chronią przed huraganem, szyby kuloodporne i tym podobne. Mają ogromny 

wachlarz klientów, od dbających o swoje bezpieczeństwo bogaczy poczynając, na 

Departamencie Stanu i DEA kończąc. Saftech to korporacja, która rzeczywiście dokonuje 

wielu zakupów... za pośrednictwem mnóstwa swoich odgałęzień.

- Człowiek - odezwał się Kirby. - Chcę znać nazwisko.

- Zamierzam do tego dojść - uspokoił go Burkę. Popatrzył pod nogi, ciągle rysując 

kółka w piasku. - Pokazowymi figurami w Safetech są dwaj absolwenci MIT, którzy wnieśli 

do firmy techniczne know-how i nic poza tym. Kiedy wpadli na pomysł założenia własnego 

biznesu, poszli z tym do kogoś, kto w zamian za ciche partnerstwo zaoferował im nie 

oprocentowaną pożyczkę. Miała równowartość pięćdziesięciu jeden procent udziałów.

- To nie jest żadna nadzwyczajna umowa, jeśli ma się do czynienia z kimś, ktoś ma 

wielkie plany, ale żadnego kapitału - zauważył Kirby.

Burkę wzruszył ramionami.

- Ważne jest jednak to, że ci dwaj miłośnicy burzy mózgów zaakceptowali warunki.

- A nazwisko tej hojnej osoby brzmi...? Burkę popatrzył na swojego rozmówcę.

- Marcus “Skarbonka” Caine - powiedział. - Oponent numer jeden twojego Gordiana.

Kirby wziął głęboki wdech, odetchnął, a następnie spojrzał na płytę akurat w 

momencie, w którym kij Dale'a Lanninga mijał się chyba o milę z piłką.

Burke schylił się, by podnieść ich rękawice z murawy, i podał jedną parę Kirby'emu.

- To wszystko, ludziska - powiedział, marszcząc brwi. - Czas, byśmy pozwolili 

background image

prokuratorom zdobyć więcej punktów. Mówię ci, to będzie cholerny koszmar.

Wydawało się, że Kirby spogląda poza boisko na coś, czego Burkę nie mógł widzieć.

- Już jest - rzucił, wkładając rękawice. - Z całą pewnością już jest.

background image

11

POŁUDNIOWY KALIMANTAN, INDONEZJA

22 WRZEŚNIA 2000

Mimo że było zaledwie kilka minut po ósmej rano, Zhiu Sheng obserwował, jak z 

każdą chwilą dramatycznie maleje ruch na pływającym rynku. Motorowa łódka wiozła go w 

kierunku cieśniny, tam gdzie droga wodna zwężała się, a zamieszkiwane przez zubożałą 

ludność drewniane domy na palach tłoczyły się jeden przy drugim po obu brzegach. 

Większość sprzedawców i ich klientów pojawiła się o świcie, pragnąc załatwić wszystkie 

swoje sprawy, nim lejący się z nieba żar i ogromna wilgotność powietrza staną się nie do 

zniesienia. Ci pierwsi rozkładali swoje towary na niewielkich łodziach albo zbitych z 

okrąglaków tratwach, drudzy natomiast krążyli między nimi, przepychając żerdziami 

niewielkie czółna, lub przypływali na klotok - takiej jak ta, którą wynajął Zhiu Sheng. W 

kanałach, które otaczały przedmieścia Banjarmasin niczym macki jakiejś ociężałej 

ośmiornicy, łodzie motorowe zostawiały za sobą długie kilwatery.

Zhiu widział niewielkie łodzie załadowane bananami, melonami i innymi owocami, 

zielonymi warzywami, węgorzami, langustami, a nawet żabami. Część tych produktów 

przygotowano już do spożycia. Chociaż rozglądał się uważnie, nie mógł dostrzec ani jednego 

sprzedawcy kurczaków, choć właśnie ten rodzaj mięsa stanowił dotychczas największe źródło 

protein dla mieszkańców Indonezji. Teraz, niestety, drób był importowanym przysmakiem i 

podawano go przede wszystkim cudzoziemcom w drogich restauracjach w Dżakarcie. Wzrost 

cen żywności przy jednoczesnej dewaluacji indonezyjskiej rupii zrujnowały rodzimy 

przemysł drobiarski w czasie, gdy “azjatycki cud” stracił już swój blask. W rezultacie wielu 

krajowych producentów zlikwidowało swoje fermy. Amerykańscy farmerzy wykorzystali 

brak tego towaru i błyskawicznie opanowali cały właściwie indonezyjski rynek, w czym - co 

zakrawało na ironię - pomogła im chciwość producentów żywności z Chin i Malezji, którzy 

nie obniżyli cen ani nie zgodzili się na przyznanie Indonezji żadnych kredytów.

Zhiu rozumiał prawa rządzące popytem i podażą, jednak świadomość fatalnej sytuacji 

Indonezyjczyków działała na niego przygnębiająco.

Płynął w milczeniu, przyglądając się z fascynacją jednostkom lawirującym po kanale. 

Oprócz tych, które należały do handlarzy, widział też łodzie pocztowe, tramwaje wodne oraz 

podobne do rur, przewożące ryż barki żaglowe, które sunęły powoli ku basenom portowym w 

centrum miasta. Cała ta sceneria przypomniała mu jego ostatnią wizytę w tej prowincji, przed 

background image

niemal trzydziestoma laty, kiedy Indonezyjska Partia Narodowa Sukarno była u szczytu 

potęgi i próbowała stworzyć jednolity komunistyczny front z Pekinem. Wówczas Zhiu 

przybył do Kalimantanu jako oficjalny wysłannik Zhou Enlaia, by współuczestniczyć w 

tworzeniu struktur nowego państwa, co było prostym zadaniem dla kogoś, w czyich żyłach 

wciąż jeszcze wartko płynęła rewolucyjna krew.

Z perspektywy wieku i zgromadzonych doświadczeń Zhiu uważał jednak, że tym 

razem jego zadanie jest znacznie bardziej skomplikowane.

Akceptował przemiany dokonujące się we współczesnym świecie i rzadko wracał 

wspomnieniami do początków swojej kariery, ale ponowna wizyta w Indonezji po tak wielu 

latach wprawiła go w refleksyjny nastrój. Z jakimż zacięciem walczył Sukarno, by 

wykorzenić w swoim kraju wpływy intelektualnej i kulturalnej zgnilizny Zachodu, i jak 

boleśnie musiał odczuć swoją porażkę. Jej elementy docierały dosłownie wszędzie, nawet 

tutaj. Zaledwie przed chwilą grupa białych turystów przemknęła obok niego w wynajętych 

szybkich motorówkach. Ich okrągłe oczy, czerwone, spalone słońcem policzki i głośne, 

podekscytowane głosy sprawiły, że Zhiu przyszły na myśl hałaśliwe makaki. Poskromił 

jednak irytację, gdyż -jak zawsze zresztą - wolał spoglądać na jaśniejszą stronę każdego 

zjawiska. Przynajmniej mgiełka wody wzburzonej przez silniki motorówek rozpędziła 

chmury moskitów i wespół z bryzą nadciągającą znad Barito zapewniła mu ożywczy chłód.

- Pelan-pelan, sayal - zawołał do swojego przewodnika w bahasa z mandaryńskim 

akcentem. Wyciągnął rękę w kierunku kobiety, która sprzedawała ciastka ryżowe wprost z 

łódki, wysuniętej nieco przed inne krypy.

-Ya.

Właściciel łodzi wyłączył silnik, odpychając się wiosłem, podpłynął do rozpadającej 

się łodzi handlarki i sięgnął za siebie na dno klotok po ostro zakończony bambusowy kij. 

Wyciągnąwszy go w kierunku kobiety, nabił na szpikulec jedno z ciastek i podał Zhiu 

Shengowi do spróbowania.

Ten ugryzł kawałek, przełknął, po czym cisnął na dno łodzi handlarki miedzianą 

monetę.

- Terima kasi banyak - powiedziała, uśmiechając się z wdzięcznością.

Zhiu rozkazał przewodnikowi, by ruszył w dalszą drogę, a sam rozparł się wygodnie i 

rozkoszował lekkim śniadaniem.

Kilka minut później łódź skręciła i pomknęła w kierunku jednego ze stojących nad 

kanałem drewnianych domów i spichrza z ryżem, a przewodnik poinformował swojego 

pasażera, że dotarli do celu podróży. Zhiu nie wysilił się, by powiedzieć mu, że zdążył się już 

background image

tego domyślić. Im bardziej oddalali się od wodnego rynku, tym więcej czuł na sobie oczu, 

obserwujących go zza zatrzaśniętych żaluzji, i tym więcej zauważał srogich młodych 

mężczyzn, którzy stali na chodnikach łączących walące się budynki i śledzili jego ruchy, 

rzucając szybkie, ukradkowe spojrzenia.

Khao Luan zachowywał się wobec ludzi z tej okolicy niczym feudalny władca. Dawał 

im akurat tyle, by zapewnić sobie ich lojalność, nigdy jednak wystarczająco wiele, by mogli 

się od niego uniezależnić.

Przewodnik raz jeszcze wyłączył silnik i pracując wiosłem, podpłynął do drabiny 

opuszczonej w zamuloną wodę wprost z głównych drzwi drewnianego budynku. Na jej 

szczeblach siedziało troje nastolatków: dwóch chłopaków w wypłowiałych drelichowych 

szortach i bawełnianych T-shirtach oraz dziewczyna, ubrana w podobne spodenki i koszulkę z 

jakiegoś przezroczystego materiału, którą na dodatek zawiązała tuż pod piersiami, by 

wyeksponować swój płaski brzuch. Wprost bił od niej afektowany erotyzm, co natychmiast 

zasmuciło Zhiu i napełniło go niesmakiem. Chłopcy - gdy tak siedzieli zgarbieni, z 

papierosami bez filtra w ustach, słuchając z odbiornika tranzystorowego niemożliwie 

głośnego amerykańskiego rocka - także zdawali się grać role, które nie całkiem pojmowali.

Ostre słońce sprawiało, że wszyscy byli ociężali. Wpatrywali się prosto w wodę, jak 

gdyby mogli wypatrzyć cokolwiek innego niż bezcelowe falowanie trzcin i osadów pod jej 

mętną powierzchnią.

Azjatycki cud, pomyślał ze złością Zhiu Sheng.

Zobaczył jednak, że w chwili, gdy przewodnik zacumował łódkę przy drabinie, cała 

trójka podniosła na niego wzrok. Wszyscy mieli zniszczoną cerę, sprawiali wrażenie 

brudnych i niedożywionych. Ich miny były znudzone, beznamiętne i jednakowo ponure.

Zhiu zaczekał, aż łódź uderzy o pomost osadzony na czterech wbitych w dno 

bambusowych palach, po czym zapłacił przewodnikowi, zarzucił torbę na ramię i wstał, żeby 

wspiąć się na brzeg. Nastolatki obserwowały go jeszcze przez kilka sekund. Po chwili wyższy 

z chłopców podniósł się, by zastąpić mu drogę. Skrzyżował ręce na wyprężonej piersi, robiąc 

to, czego wymagał od niego sztuczny kodeks twardzieli. Cóż, pomyślał Zhiu, 

prawdopodobnie zginie w jakiejś burdzie ulicznej, nim dożyje dwudziestu lat.

Dokończył ciastko ryżowe, a następnie potarł o siebie końcówki palców, by zetrzeć z 

nich tłuste okruszki.

- Saya mahu laki bilik - powiedział, stojąc na dziobie łodzi. - Przybyłem tutaj, by 

zobaczyć się z mężczyzną, który mieszka w tym domu.

Chłopak zmierzył go z góry wzrokiem, pozwalając, by papieros zwisał mu z warg w 

background image

sposób podpatrzony w amerykańskich filmach gangsterskich. Jego dym miał ostry, słodkawy 

zapach goździków.

- Jak się nazywasz? - zapytał.

Zhiu nie był w nastroju do takich rozmów.

- Wejdź do domu i powiedz, że jego przyjaciel z północy właśnie przybył.

- Pytałem...

- Berhenti! - Zhiu nastraszył go ruchem ręki. - Przestań marnować mój czas i zrób, co 

każę.

Chłopak patrzył na niego jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił się i z wyraźnym 

ociąganiem wspiął do drzwi, pragnąc zachować wobec swoich kompanów przynajmniej 

resztki twarzy.

Nie będę go popędzał, niech ma z życia przynajmniej tyle. Może już nigdy nie mieć 

niczego więcej, pomyślał Zhiu.

Chłopak zapukał - dwa uderzenia w dużych odstępach czasu, pauza, po czym trzy 

szybkie stuknięcia - odczekał kilka sekund i dopiero wtedy uchylił drzwi. Wsunął głowę do 

środka, powiedział coś i znów poczekał. Dopiero po dłuższej chwili do uszu Zhiu dotarła 

rzucona męskim głosem odpowiedź. Mimo że nie rozumiał poszczególnych słów, ton tego 

mężczyzny był bez wątpienia ostry i karcący. Nastolatek odwrócił się i przegonił swoich 

towarzyszy, którzy zeskoczyli z drabiny i pobiegli natychmiast wzdłuż brzegu.

- Ma'afsaya - powiedział, oddając mu pełen skruchy ukłon. -Nie zamierzałem pana 

obrazić...

- Nic się nie stało.

Wyczerpawszy pokłady swojej cierpliwości, Zhiu odepchnął go barkiem i zaczął 

wchodzić po rozchybotanej drabinie, spodziewając się, że jeszcze bardziej wypaczy się pod 

jego stopami.

W drzwiach natknął się na dwóch wychudzonych wyspiarzy o brązowej skórze, z 

wytatuowanymi na rękach falującymi ostrzami krisów. Czyż nie mówiono, że taki sztylet 

dopada swe ofiary jedynie wtedy, gdy wynurza się z mroków? Być może to prawda, 

pomyślał. Odkładając jednak na bok starożytne mity, był przekonany, że zwisające z ramion 

mężczyzn karabiny półautomatyczne mogą się okazać znacznie bardziej śmiercionośnym 

narzędziem.

- Selamat datang - rzucił jeden z nich i skłonił z szacunkiem głowę. - Witamy.

Zhiu również skinął głową i wszedł do środka.

Wnętrze domu miało kształt dużego prostokąta. Ściany i podłogę pokrywały nagie 

background image

płyty sklejki, a wysoki, spiczasty dach podparty był kilkoma ukośnymi belkami. W połowie 

długości ściany po prawej znajdowały się zamknięte drzwi, przed którymi stał na straży trzeci 

wyspiarz. Wysoki i wyprostowany, miał ostre rysy i długie, czarne włosy. Pod rozpiętą, 

pozbawioną rękawów kurtką z drelichu widać było obnażoną klatkę piersiową. Wydatne 

mięśnie jego piersi i ramion niemal w całości pokryte były tatuażami. Oprócz karabinu nosił 

też sztylet - bez wątpienia kris - wsunięty do ozdobionej w wyszukany sposób pochwy 

zawieszonej przy pasku.

Zhiu spojrzał na środek pomieszczenia, gdzie przy długim stole z surowych desek 

zasiadali mężczyźni, z którymi miał się tu dzisiaj spotkać: generał Kersik Imman, Nga 

Canbera oraz handlarz narkotyków Khao Luan.

Zerknąwszy na chwilę w bok w trakcie rozmowy, Kersik pierwszy zauważył jego 

obecność.

- Zhiu Sheng, doskonale wyglądasz - powiedział, pochylając głowę. - Jak minęła 

podróż?

- Było gorąco i nudno, ale mam nadzieję, że nie zmarnowałem czasu - odpowiedział.

Na szczupłej, pomarszczonej twarzy Kersika pojawił się uśmiech. Chociaż jego oczy, 

kryjące się pod krzaczastymi brwiami, spoglądały równie zdecydowanie i przenikliwie jak 

zawsze, w ciągu ostatnich miesięcy bardzo się postarzał. Teraz, w cywilnym ubraniu, 

sprawiał wrażenie dobrego wujaszka, które skrywało jego prawdziwą naturę.

Zhiu pomyślał, że w przeciwieństwie do niego Canbera wyglądał na niewiele 

starszego od dzieciaków na zewnątrz i -zdawało się - tak jak oni przygotowywał się do roli, 

jaką miał odegrać. Był politycznym wywrotowcem, nadzieją ubogich. Delikatne rysy twarzy i 

wyniosłe zachowanie nie pozostawiały jednak złudzeń, że nadzieja ta jest płonna. Tego 

samego dowodziła też jego pozycja społeczna. Jako najstarszy syn diamentowego barona Nga 

przyszedł na świat w nieprawdopodobnym dobrobycie, a teraz sprawował kontrolę nad 

największym bankiem w Banjarmasin, potwierdzając jedynie ogromną i wciąż zwiększającą 

się potęgę finansową swojej rodziny. Nie wiedział wiele o walce klas, a jeszcze mniej o 

ubóstwie materialnym i nędzy, podobnie zresztą jak o wykorzystujących swoje stanowiska 

urzędnikach z wyższych sfer, z którymi w sekrecie współpracował... i którym pomagał 

budować ich narodowy ruch reform. Był narcystycznym dyletantem, którego interesowało 

jedynie hołdowanie własnej próżności, gdyby więc konsekwencje jego czynów zaczęły go 

przerastać, zgodziłby się chętnie na wszystko, byle tylko utrzymać swoje przywileje.

- Sawasdee. Mój dom nie jest może tak pięknie urządzony jak rezydencja Kersika, ale 

jako skromny emigrant i człowiek bez koneksji nie mogę zbudować sobie tutaj nic lepszego - 

background image

powiedział Khao Luan.

Siedzący u szczytu stołu mężczyzna uniósł dłonie w tradycyjnym tajskim 

pozdrowieniu. Jego palce były złączone niczym do modlitwy, a ich końce dotykały niemal 

nosa, co wskazywało na zażyłość z przybyszem. Zhiu zauważył, że podczas poprzednich 

spotkań trzymał dłonie niżej i bliżej klatki piersiowej - było to wai, tradycyjne powitanie 

obcych.

Doniosłość tego gestu nie umknęła uwagi przybysza i wyraźnie go zaskoczyła. Czyż 

w końcu bowiem człowieka nie osądza się w dużej części po jego przyjaciołach? Bez wahania 

odpowiedział jednak Khao Luanowi w ten sam sposób. Czas obaw i uprzedzeń dawno już 

minął. Tajlandczyk był może bezwzględny i skorumpowany, warto jednak było utrzymywać z 

nim jak najlepsze kontakty.

- Proszę, czuj się u mnie jak w domu - powiedział Luan, wskazując Zhiu krzesło po 

swojej prawej ręce.

Ten podszedł do stołu i obrzucił gospodarza uważnym spojrzeniem. Pulchny i 

łysiejący Luan miał gładkie, wysokie czoło, wygięte w łuk usta, delikatny wąsik i zarost tylko 

na podbródku. Jego policzki były perfekcyjnie wygolone, pod skórą zaś znajdowało się 

niewiele tłuszczu. Siedział na odsuniętym od stołu krześle, a batikowa koszula z krótkimi 

rękawami zakrywała saszetkę przymocowaną do paska, który z trudem opinał pokaźny 

brzuch. Pod rozpiętym kołnierzykiem widać było gruby srebrny łańcuch. Na klatce piersiowej 

i pod pachami handlarza rysowały się ciemne plamy potu.

- Ten Amerykanin - powiedział Zhiu, opadając na krzesło. - Gdzie on jest?

Luan skinął głową w kierunku drzwi w ścianie po prawej.

- Mój przyjaciel Xiang i jego wilki morskie dobrze go pilnują.

- Powiedział wam coś?

Zapytany milczał przez chwilę, nim odpowiedział.

- Hmm, dzisiaj rano nie był w stanie z nikim rozmawiać, spodziewam się jednak, że 

wkrótce się to zmieni. Może wtedy dowiemy się wszystkiego, na czym nam zależy.

Zhiu rzucił generałowi Kersikowi zdumione spojrzenie.

- Złapaliście go, zdaje się, jakieś cztery dni temu, prawda? Kersik kilkakrotnie skinął 

powoli głową.

- To twarda sztuka - powiedział.

- Nie ma jednak powodu do obaw. Już wkrótce wydostaniemy z niego wszystko, co 

chcemy - stwierdził Luan i uśmiechnął się nieznacznie. - Biała dama ma swoje sposoby.

Zhiu ze zdziwieniem uniósł brwi.

background image

- Heroina?

- Nie rozstaje się z nią, odkąd wczoraj zapoznaliśmy ich ze sobą. Ona skłoni go do 

mówienia - oznajmił Luan.

- To barbarzyństwo.

- To konieczność. I najlepsze rozwiązanie - odezwał się generał.

- Już niedługo takie samo zdanie będzie miał na ten temat również nasz więzień - 

stwierdził Luan.

Umilkli. Zhiu zorientował się, że wpatruje się w potężnego pirata. Wydawało się, że 

mężczyzna istnieje w jakiś sposób we własnej przestrzeni, nietykalny i niebezpieczny, a jego 

zimne, bezduszne oczy przypominały ślepia mezozoicznych stworów, gotowych w każdej 

chwili do ataku.

- Moim zdaniem, najbardziej powinniśmy się martwić kobietą - powiedział Nga.

Gość skierował na niego wzrok.

- Zdaje się, że nazywa się Chu? - zapytał.

- Kirsten Chu. Zniknęła nam z oczu, a nie mamy pojęcia, czego dowiedziała się o 

naszych związkach z Monolith i jakimi dowodami dysponuje. Przez jej wydział w firmie 

przechodziło mnóstwo informacji na ten temat.

- Zakładam, że nasi ludzie szukają jej w Singapurze... - I w każdym innym miejscu - 

powiedział Luan.

- W każdym razie - odezwał się Nga - odczujemy to na własnej skórze, jeśli 

Amerykanie dowiedzą się o...

- Próbowałem uzmysłowić Nga, że za bardzo wybiega myślami w przyszłość - 

przerwał mu Kersik. - Pozostańmy na razie przy tym, co wiemy. To może być równie dobrze 

przypadek szpiegostwa przemysłowego, który nie ma z nami nic wspólnego.

- A jednak ta kobieta, nie ruszając się od swojego komputera w biurze, wielokrotnie 

włamała się do najistotniejszych i najgroźniejszych dla nas finansowych baz danych 

Monolith. Dziesiątki razy kontaktowała się z naziemną stacją łączności satelitarnej UpLink w 

Johor... Zresztą rozmów tych mogło być o wiele więcej. Nie możemy tego ustalić, bo 

korzystali z bezpiecznej linii.

- Musisz być uważniejszym słuchaczem - rzucił Kersik. - Bez rad Amerykanina ta 

kobieta najprawdopodobniej nie będzie nawet wiedziała, do kogo się zwrócić ani co zrobić z 

dokumentacją, która być może jest w jej rękach. Prawdopodobnie niedługo sama wypłynie na 

powierzchnię. A jeśli nie, to i tak w końcu ją znajdziemy. - Powolnym ruchem ręki wskazał 

Zhiu Shenga. - Odłóżmy na bok spekulacje i porozmawiajmy o tym, co sprowadziło tutaj 

background image

naszego towarzysza.

Zhiu skinął nieznacznie głową. Mimo spokojnego tonu głosu Kersik patrzył na niego 

zimno i przenikliwie.

- Przywożę dobre wieści. Ci, których reprezentuję, gotowi są dostarczyć taki sprzęt i 

amunicję, jakie tylko będą wam potrzebne. Większy problem będzie jedynie z szybkimi 

łodziami, ale postaramy się i o nie - powiedział.

- A jednostki desantowe?

- Będziecie musieli się zadowolić kilkoma mniej, niż chcieliście.

- Ile otrzymamy?

- Trzy, może cztery.

Kersik kilkakrotnie przesunął palcem po grzbiecie nosa.

- Czy karabiny, które otrzymamy, nie były używane? Zhiu wiedział, że Kersikowi 

chodzi o zintegrowane z bronią tłumiki, które szybko się zużywały.

- Otrzymacie fabrycznie nowe egzemplarze typ 85.

Generał wciąż był jakby zamyślony.

- Musimy mieć gwarancję, że dostawa nadejdzie na czas, a uzbrojenie będzie sprawne. 

Jak widzisz, nie mamy tutaj zbyt wielu możliwości...

- Każdy termin, który uzgodnimy, zostanie dotrzymany -zapewnił go Zhiu. - Masz na 

to moje słowo.

Kersik westchnął głęboko.

- Martwi mnie to, że mniejsza liczba okrętów osłabi siłę naszego desantu. To oznacza 

konieczność zmiany całego planu operacyjnego.

- Być może jednak nie tak drastycznie, jak sądzisz. Te okręty są doskonale uzbrojone. 

Poza tym część ich zadań mogą przejąć wyremontowane i dodatkowo wyposażone amfibie. 

Nie sądzę, by siła naszego rażenia zmniejszyła się z powodu braku kilku okrętów 

desantowych. Gdybyś chciał przedyskutować szczegóły zmian w amfibiach...

- Później - zdecydował żołnierz. Nie przestawał się wpatrywać w twarz Zhiu. - Twój 

rząd... Jakie jest stanowisko twojego rządu wobec naszych zamiarów? - spytał.

- Oficjalnie nic na ten temat nie wiadomo.

- A nieoficjalnie?

- Mogę ci powiedzieć, że na żadnym szczeblu władzy nie napotkacie z naszej strony 

przeciwdziałania - odparł, starannie dobierając słowa.

Kersik z zadowoleniem pokiwał głową.

- Tak. To przynajmniej jest dobra wiadomość - przyznał. Sheng przebiegł spojrzeniem 

background image

po zgromadzonych.

- Mam zatem nadzieję, że nikt z panów nie będzie się sprzeciwiał warunkom płatności 

- powiedział.

Luan wydął wargi, reagując z ostrożnością, jakiej Zhiu się po nim spodziewał. -Które 

brzmią...

- Jestem zmuszony zażądać całej sumy z góry.

- Co takiego?! - zareagował gwałtownie Nga, rzucając przybyszowi wściekłe 

spojrzenie. - Chyba nie mówisz poważnie!

Ten nie dał się ponieść emocjom.

- Prosimy o potężną dostawę, dając przy tym zaopatrzeniowcom bardzo mało czasu - 

powiedział sucho. - Przygotowanie takiej dostawy powoduje, że i oni ponoszą koszty niemal 

natychmiast po przyjęciu zamówienia. Zrozumiałe jest, że w zamian za ryzyko, jakie ponoszą, 

żądają natychmiastowego dostarczenia twardej waluty.

- A co z naszym ryzykiem? - zapytał Nga nieprzyjemnym głosem. - Zrobiłem wiele 

dla ciebie i dla Zhongnanhai, których reprezentujesz. Jeśli sprawy pójdą źle, międzynarodowa 

pozycja mojego banku może zostać nieodwracalnie zniszczona.

- Rozumiem to doskonale. Ale w zaistniałej sytuacji moi dostawcy nie zechcą, 

niestety, kredytować części kosztów ani nie pójdą na żadne inne ustępstwa.

Tamten obruszył się.

- Wybacz, Zhiu, ale to brzmi dla mnie jak opowiastki, którymi częstuje się 

Organizację Wyzwolenia Palestyny. Jak możesz oczekiwać z naszej strony, że...

- Dosyć! - przerwał mu Kersik. - Rozumiem twoje rozgoryczenie, Nga. Zdaje się 

jednak, że nie mamy wyboru, a poza tym sam musisz przyznać, że nasze potrzeby są raczej 

trochę nietypowe. - Spojrzał na Luana. - Co o tym sądzisz?

Tajlandczyk przez chwilę wahał się, po czym nagle wzruszył masywnymi ramionami.

- Tak jak jestem przywiązany do swoich pieniędzy, tak też nigdy nie żałuję raz 

poniesionych kosztów. Poza tym, jeśli już podjąłem decyzję o pożegnaniu się z jakąś kwotą, 

nie zależy mi, czy pożegnanie to nastąpi trochę wcześniej, czy trochę później. Proponuję 

więc, żebyśmy nie roztrząsali już tego, czego nie możemy zmienić, a przystąpili do 

ważniejszych spraw, przede wszystkim do planowania. Tak skoncentrowaliśmy się na 

Sandakanie i na tym, co nastąpi później, że żaden z nas nie powiedział słowa o miejscach 

przechowywania danych w Stanach Zjednoczonych. A przecież to one stanowią klucz do na-

szego sukcesu i są przynajmniej tak dobrze strzeżone jak...

W tej chwili - zaskakując obradujących - otworzyły się drzwi prowadzące do spichrza. 

background image

Zaraz jednak skupili uwagę na Kiangu, ponieważ to jeden z jego piratów pojawił się w progu. 

Powiedział coś do niego chrapliwym szeptem, po czym natychmiast wycofał się, zostawiając 

nie domknięte drzwi.

Xiang z miejsca ruszył za nim. Po drodze odwrócił się jeszcze i popatrzył prosto na 

Tajlandczyka.

- Amerykanin otworzył oczy - oznajmił. W pomieszczeniu zapadła cisza.

Luan popatrzył po zgromadzonych, uśmiechając się nieznacznie.

- Wybaczcie mi, bracia - powiedział, podnosząc się z krzesła. - Muszę iść do pracy.

Podążył za Xiangiem do spichrza. Zniknął za progiem, a pchnięte mocno drzwi 

zamknęły się za nim z głośnym trzaskiem.

background image

12

POŁUDNIOWY KALIMANTAN, INDONEZJA

22 WRZEŚNIA 2000

Kiedy Blackburn odzyskał świadomość, był zdezorientowany, skąpany w pocie i 

przed oczami latały mu mroczki. Miał ociężałe, spuchnięte powieki, a ciało piekło go i bolało 

w dziesiątkach miejsc. “Gdzie jestem?” - to pierwsze pytanie, które przyszło mu do głowy. 

Dlaczego nie mogę poruszać rękami? - zastanawiał się.

Po chwili zdał sobie sprawę, że siedzi na krześle... że opadł na twarde krzesło z 

prostym oparciem... Szarpnął się, żeby wstać. Zbyt szybko. Poczuł zawroty głowy i 

natychmiast skurczył się mu żołądek. Próbował powstrzymać nudności, ale smak wymiocin 

coraz bardziej wypełniał mu gardło. Walczył ze sobą jeszcze przez kilka sekund, aż w końcu 

atak zaczął ustępować.

Zacisnął pulsujące powieki i raz za razem wciągał głęboko powietrze.

No, już dobrze. W porządku. Spróbuj jeszcze raz. Tylko wolniej... - pomyślał.

Kilkakrotnie zakręcił głową, żeby rozluźnić napięte mięśnie szyi, po czym uniósł ją 

bardzo powoli o cal czy dwa i znów otworzył oczy.

Lepiej.

Mrugając szybko, przyjrzał się sobie.

Jego koszula była zakrwawiona i rozdarta. Czyżby został postrzelony? Nie, raczej nie. 

Fatalnie upadł na klatce schodowej w hotelu. A potem ten żelazny pazur, czy cokolwiek to 

było, zatopił się w jego ramieniu. Próbował go wyrwać i wtedy ktoś lub coś go uderzyło. A 

jeszcze później...?

Co się stało później?

Max raz jeszcze głęboko odetchnął. No dalej, co się stało? Nie pamiętał niczego 

oprócz kilku krótkich, ulotnych przebłysków i pomyślał, że na skutek uderzenia w głowę albo 

upadku ze schodów musiał doznać wstrząśnienia mózgu. Długie okresy utraty przytomności 

przeplatały się z chwilami, kiedy to na poły odzyskiwał świadomość i chaotycznie docierały 

do niego strzępy rzeczywistości.

Leżał w ciężarówce... w ciężarówce dostawczej zaparkowanej na tyłach hotelu. To 

właśnie tam, w bagażowej części wozu, po raz pierwszy skuto go kajdankami. A potem 

rzucono obok jakiegoś ciała. Prawdopodobnie były to zwłoki prawdziwego kierowcy. Z 

mężczyzny zdarto służbowy uniform i zostawiono w kałuży krwi i gęstych wydzielin 

background image

wypływających z jego ucha. Max pamiętał, że leżał tam obok nagiego trupa, na przesiąk-

niętych zakrzepniętą krwią prześcieradłach... i to było wszystko. Nie miał pojęcia, jak długo 

trzymano go w ciężarówce ani dokąd zabrano go później. Niemal zupełnie stracił poczucie 

czasu. Jak przez mgłę przypominał sobie, że wyciągnięto go z samochodu, przeniesiono 

niedaleko i w końcu rzucono plecami na podłogę.

Później przez długi czas nic się nie działo. Znajdował się w niewielkim, zamkniętym 

pomieszczeniu i resztką świadomości odnotowywał monotonne kołysanie oraz następujące po 

sobie zapadanie się i wznoszenie. A potem owiał go silny, orzeźwiający wiatr. Słona bryza. 

Nagle zdał sobie sprawę, że jest na pokładzie jakiegoś jachtu, że przewożą go dokądś 

jachtem...

Ponownie stracił przytomność i po jakimś czasie obudził się w jeszcze innym miejscu. 

Czy jechał kolejną ciężarówką? Czy płynął następnym jachtem? Nie było dobrze - tej części 

niemal zupełnie nie pamiętał. Nie pamiętał nic oprócz tego, że w pewnej chwili przeniesiono 

go do miejsca, w którym - jak przypuszczał - przebywał obecnie. Przypominający spichrz bu-

dynek z dachem z liści palmowych był przestronny, mroczny i okropnie duszny. 

Umieszczone pod ścianą schody prowadziły na strych. Blackburn siedział na krześle z rękoma 

przykutymi do poręczy standardowymi policyjnymi kajdankami.

A przecież pilnujący go ludzie z pewnością nie byli policjantami. Rozpoznał kilku 

członków grupy, która zaatakowała go przed hotelem, w tym również olbrzyma, którego po 

raz pierwszy zobaczył w ciężarówce i który wyrósł mu za plecami, otworzywszy drzwi dla 

personelu hotelowego.

Powoli przychodził do siebie. Z każdym powrotem świadomości przypominał sobie 

coraz więcej. Skrawki wspomnień układały się powoli w logiczną całość i wkrótce potrafił 

już precyzyjnie określić swoje trudne położenie.

Tutaj, w tym spichrzu, odbywało się przesłuchanie. Pytania zadawał przede wszystkim 

ten, który wyglądał na przywódcę bandytów - miał na imię Lun. Pytał go i bił mocno, jeśli 

Blackburn odmawiał odpowiedzi. Ale to wcale nie było najgorsze. Przynajmniej na razie. 

Max niejedno już w życiu przeszedł i był pewien, że wytrzyma to jeszcze przez jakiś czas.

O cholera! Przecież te pieprzone bydlaki już do tego doszły! -pomyślał.

Nagle zjeżyły mu się włoski na karku - przypomniał sobie o  igle. Jak mógł o niej 

zapomnieć choćby na sekundę?

Może właśnie dlatego, pomyślał, stracił na chwilę poczucie rzeczywistości? Może 

podświadomie pragnął zapomnieć o tym, co i tak było nieuniknione? Może chciał oszczędzić 

sobie myślenia o igle i strzykawce...

background image

Pierwszy zastrzyk był najgorszy. Przytrzymali go, urwali rękaw koszuli i wbili igłę w 

zgięcie łokcia. Ponieważ bronił się ze wszystkich sił, mężczyzna, który trzymał strzykawkę, 

dopiero po kilku próbach wkłuł się w żyłę. W końcu jednak dopiął swego: wbił igłę płasko 

pod skórę, skierował ją w dół, wciągnął trochę krwi, by upewnić się, że trafił w naczynie,

i pchnął tłoczek.

Blackburn jęknął cicho i opadł na krzesło. Głowa opadła mu do tyłu, a źrenice uciekły 

pod powieki. Poczuł gwałtowne mrowienie w ręce, które szybko przemieszczało się w górę, 

zmierzając wprost do mózgu. A potem, zupełnie nagle, drżenie zmieniło się w fale 

paraliżującego ciepła, które dopóty przetaczały się przez trzewia Maxa, dopóki jego ciało 

zupełnie nie zwiotczało. Jednak przerażające, naprawdę przerażające było dopiero to, że jakaś 

część jego osobowości z zadowoleniem powitała ten stan. Blackburn tak wytrenował swoje 

ciało i umysł, by znosiły nawet najstraszliwszy ból, ale nie był przygotowany na ulgę, jaką 

poczuł, gdy ten go opuścił...

Baifen, jak powiedział Luan.

W chińskim slangu: heroina.

Uwodzicielska dziwka - na nią właśnie liczyli jego oprawcy.

Wróciły wspomnienia. Max spojrzał na lewe przedramię i zobaczył czarne i niebieskie 

plamy w miejscu, w które wbijali mu igłę. Ile razy? Pięć, może sześć. Miał też krwawe 

pęcherze tam, gdzie igła ześliznęła się i część narkotyku dostała się między skórę a mięsień. 

Na początku ból promieniował od łokci ku barkom i szyi, stopniowo jednak Blackburn 

przyzwyczaił się do tego i mrowienie zaczynało powoli słabnąć.

Wciąż porządkował swoje wspomnienia, gdy usłyszał jakieś odgłosy z prawej. 

Podniósł głowę i zobaczył, że jeden ze strażników - w półmroku naliczył ich aż czterech - 

podszedł do drzwi w ścianie naprzeciwko, otworzył je i wymknął się, by z kimś 

porozmawiać... Bez wątpienia z wielkim facetem z ciężarówki, który najwyraźniej był jego 

zwierzchnikiem. Mężczyzna wszedł do spichrza, a zaraz za nim wsunął się Luan.

Znów się zacznie, pomyślał Max i spiął się w sobie.

Patrzył bez słowa, jak Luan podchodzi do znajdującego się jakieś sześć stóp dalej 

stołu, na którym porywacze trzymali heroinę, narzędzia, dzban z wodą i małą kuchenkę 

gazową do podgrzewania narkotyku. Po chwili zobaczył złowieszczy pomarańczowy 

płomień. Mężczyzna wysypał na łyżkę odrobinę narkotyku, dodał trochę wody i przytrzymał 

łyżkę nad palnikiem.

Po mniej więcej minucie zanurzył w roztworze bawełniany wacik, pozwolił mu 

nasiąknąć płynem, wbił w niego igłę i zaczął nabierać narkotyk do strzykawki, filtrując go 

background image

przez materiał.

- Przyjacielu, mimo wielkiej perswazji skrywasz przed nami swoje sekrety, ale prędzej 

czy później będziesz musiał zdradzić mi to, co chcę wiedzieć - oznajmił, zbliżając się do 

Blackburna ze strzykawką w dłoni. Mówił całkiem dobrze po angielsku, jednak bez wątpienia 

wymowa niektórych słów sprawiała mu trudności.

Blackburn siedział i nie odzywał się.

- Nie uwłaczysz swojemu honorowi, przerywając milczenie -kontynuował Luan. 

Podszedł jeszcze bliżej. - Twoi pracodawcy i tak będą z ciebie zadowoleni. Normalny 

człowiek nie jest w stanie znieść więcej, niż ty wytrzymałeś bez słowa do tej pory. 

Max milczał.

Bandyta potrząsnął głową. Sytuacja zmieniała się powoli w perwersyjną zabawę: 

pytania bez odpowiedzi, bicie, a gdy to zawodziło - szpryca. Po prostu badają, który ze 

sposobów jest skuteczniejszy, pomyślał Max. Doszli do wniosku, że tak czy inaczej musi się 

przecież poddać, nie wiedzieli tylko, co go złamie: ból czy pragnienie ulgi, jaką przynosiła 

heroina. Pieprzeni dranie! Podawany dożylnie narkotyk błyskawicznie dociera do ośrodka 

przyjemności w mózgu. Zastrzyk trwa zaledwie chwilę, ale oczekiwanie na niego...

To było najgorsze. Bał się przyznać do tego przed sobą. Uświadomił to sobie i 

zamilkł.

Głód właśnie zaczynał go powoli rozpalać.

Luan zbliżył się o krok.

- Wiem już, kim jesteś i dla kogo pracujesz. Pozostaje jesz-cze tylko jedno pytanie. Za 

czym węszyłeś, Maksie Błackburn?

Cisza.

- Jedno jedyne pytanie. Powiedz mi, Blackburn. Maxowi przyszło do głowy, że 

chciałby się dowiedzieć od Luana tego samego... i że pytanie bandyty wskazuje wyraźnie, iż 

Kirsten zdołała znaleźć się poza jego zasięgiem. Wystarczająco długo miał do czynienia z 

największymi mętami tego świata, by wiedzieć, że potrafią racjonalizować nawet najbardziej 

okrutne ze swych czynów. Sytuacja, w której się znalazł - na jego nieszczęście - potwierdzała 

to aż nazbyt jednoznacznie. Gdyby bandyci już dopadli kobietę, użyliby wszelkich środków, 

by wyciągnąć z niej wszystko, co im było potrzebne.

Nie, z całą pewnością nie wpadli na jej trop. Ta myśl dodała mu otuchy.

Bez słowa wpatrywał się w Luana.

Na twarzy Tajlandczyka pojawiło się współczucie.

- Właściwie nie powinno mi na tym zależeć, jednak chcę cię uczciwie ostrzec - 

background image

powiedział. - Nawet jeśli w tej chwili nie pamiętasz, jak należy się posługiwać językiem, z 

całą pewnością przypomnisz to sobie, nim stąd odejdę. Zrozumiałeś?

Blackburn nerwowo przełknął ślinę. Cóż, może jednak nie rozumiał, a przynajmniej 

nie wszystko. Ale miał okropne przeczucie, że wkrótce zrozumie. Wpatrywał się w 

olbrzymiego strażnika, kiedy ten odwrócił się, podszedł do stołu, pochylił się nad nim i 

wyciągnął zza paska sztylet. Przez chwilę stał przy palniku ze sztyletem w dłoni. Był to długi 

kris o sześciocalowym, sinusoidalnym ostrzu...

Coś nowego, coś innego, pomyślał Max.

Luan stał przed nim i taksował z zastanowieniem jego postać. Z twarzy pirata nie 

znikało fałszywe współczucie, które zupełnie nie pasowało do czającej się jego w oczach 

złości.

Po długiej chwili bandyta wydął usta i westchnął głęboko.

- Cóż, wygląda na to, że nie zamierzasz skorzystać z mojej rady - powiedział 

zrezygnowany.

Odwrócił się częściowo w stronę olbrzymiego strażnika i skinął głową.

Blackburn spojrzał w kierunku stołu, przy którym stał tamten, i żołądek podszedł mu 

do gardła.

Bandyta wsunął kris w płomień. Ostrze zaczęło się szybko rozgrzewać, rozświetlając 

półmrok panujący w spichrzu.

- Xiang - zwrócił się Tajlandczyk do strażnika. Wielkolud odwrócił się i zrobił kilka 

kroków w stronę Maxa.

Rozżarzone ostrze zdawało się pulsować w jego dłoni. Podopieczny Pete'a Nimeca 

dostrzegł kącikami oczu, że z półmroku wyłonili się nagle dwaj kolejni bandyci i ustawili po 

obu jego bokach. Niemal jednocześnie chwycili jego ramiona i przycisnęli do poręczy 

krzesła, unieruchamiając go całkowicie. Naprężył się, lecz ich ręce były równie nieustępliwe 

jak kajdanki na jego nadgarstkach.

Blackburn zesztywniał, a serce zabiło mu tak gwałtownie, jakby chciało wyskoczyć z 

piersi.

Nie śpiesząc się, Xiang zawisł nad nim na moment niczym olbrzymia, oddychająca 

góra. Po kilku sekundach przyłożył kris do jego ramienia i przeciął skórę, mniej więcej cal 

nad przegubem. Ostrze sztyletu było tak gorące, że brzegi rany niemal natychmiast zaczęły 

dymić. Maxowi wydawało się, że za chwilę oszaleje z bólu, a tymczasem Xiang powoli, bez 

pośpiechu, kontynuował torturę, rozcinając skórę coraz wyżej i wyżej...

Chwyciwszy ze wszystkich sił poręcze krzesła, Blackburn walczył z sobą, by nie 

background image

krzyczeć. Zaciskał zęby, a mimo to z jego ust zaczął się wydobywać cichy, zwierzęcy skowyt. 

Drgały mu żyłki na skroniach. Zaczął bezładnie szarpać głową. Poczuł ciężki, słodki swąd 

palonej skóry i tkanek nerwowych, który nasilał się, w miarę jak Xiang go torturował. Drżał 

już konwulsyjnie i usłyszał, że nogi krzesła coraz gwałtowniej i głośniej uderzają o podłogę w 

rytm jego nasilających się spazmów. Oczy przesłoniła mu mgła. Niczego nie widział. Czuł 

tylko nieprawdopodobny, promieniujący ból i myślał wyłącznie o tym, by nie krzyczeć 

przeraźliwie...

Zdał sobie sprawę, że Xiang przestał mu nacinać skórę, dopiero po jakichś trzydziestu 

sekundach od chwili, kiedy Tajlandczyk rozkazał wstrzymać torturę. Pomyślał, że odcinanie 

długiego przynajmniej na sześć cali pasa skóry, który Ibanin rzucił w końcu na podłogę, 

trwało znacznie dłużej.

Przytrzymujący go bandyci cofnęli się, a on osunął się na oparcie, gwałtownie 

chwytając powietrze. Nie panował nad ruchami poranionej ręki, jej mięśnie nieustannie 

drżały.

Poczuł, że zaczyna tracić przytomność, i resztką sił zapanował nad sobą.

Luan wyrósł tuż przed nim.

- Twój pracodawca, Roger Gordian - warknął. - Powiedz mi, czego on chce.

Max siedział bez ruchu. Strugi potu ciekły mu po czole, zalewając oczy. Odnosił 

wrażenie, że na rękę wylano mu wrzący olej. Bandyta wskazał na strzykawkę.

- Odpowiedz - zażądał. - Jeśli to zrobisz, nie będziesz tak cierpiał.

Blackburn napotkał wzrok swojego prześladowcy. Nabrał powietrza, odetchnął, a 

potem powoli skinął głową.

Tajlandczyk uśmiechnął się i pochylił nad nim w wyczekującej pozie.

- Moim szefem jest... P. T. Barnum... a ja szukam dziwacznych postaci do jego cyrku - 

powiedział słabym głosem. - Widzę, że wszystkie tutaj znalazłem. Grubasa - skinął na Taj-

landczyka - wielkoluda - wskazał Xianga - i więcej jeszcze dziwolągów... niż potrafisz 

zliczyć - oznajmił i obrócił głowę, by pokazać obu bandytów stojących po bokach jego 

krzesła.

Uśmiech Luana zniknął, za to na jego twarzy pojawił się straszliwy, złowieszczy 

grymas. Wyprostował się, na kilka sekund wpił wzrok w oczy Blackburna, a potem powoli 

pokręcił głową.

- Głupiec - rzucił i wydał Xiangowi komendę w bahasa, wskazując przy tym na Maxa.

Wskazując na jego twarz.

Blackburn ujrzał, jak olbrzym zbliża się do niego z krisem. Dwaj bandyci, którzy 

background image

wcześniej go przytrzymywali, znowu pojawili się w jego polu widzenia. Zastanawiał się 

gorączkowo, co może zrobić, by Xiang nie pokroił go żywcem. Uznał, że nie jest w stanie 

temu zapobiec, potem jednak zdecydował się mimo wszystko spróbować.

Zebrawszy resztki sił - na ile tylko mógł - szarpnął się do przodu. Udało mu się 

zachwiać krzesłem i stanąć, choć przykuty kajdankami do poręczy i z oparciem wpijającym 

mu się w plecy, w pierwszej chwili o mało nie przewrócił się pod jego ciężarem.

Zaskoczeni nagłym ruchem pilnujący go bandyci wahali się bardzo krótko, jednak 

wystarczyło to Maxowi, by pchnąć Tąjlandczyka do tyłu, wprost na stół z narzędziami. W 

chwili gdy paczki z heroiną oraz płonący wciąż palnik upadły na podłogę i płomienie rzuciły 

na ściany migotliwą sieć cieni, Blackburn ujrzał, że strażnik po jego lewej stronie ruszył do 

ataku. Poczekał, aż mężczyzna wystarczająco się zbliży, po czym obrócił się błyskawicznie i 

trafił go w brzuch uniesionymi nogami krzesła. Bandzior zawył z bólu i padł na kolana.

Max odetchnął głęboko i wyprostował się. Z przeciwnej strony dobiegł go odgłos 

kroków. Potężny cień, który zbliżał się ku niemu po podłodze, mógłby go przerazić, gdyby 

nie zdawał sobie sprawy, że należy do nacierającego nań Xianga. Poza tym ograniczone przez 

krzesło ruchy i chwiejna równowaga nie pozwoliłyby mu uniknąć ataku.

Przegram bez względu na to, co zrobię, pomyślał. Niech przynajmniej zakosztują 

części mojego bólu.

Odwrócił się w stronę wielkoluda i pochyliwszy nisko głowę, rzucił się na niego. 

Kiedy z całej siły uderzył w klatkę piersiową Xianga, wydało mu się, że trafił w marmurową 

kolumnę. Mimo to Ibanin sapnął głośno, zaskoczony i rozzłoszczony, i wypuścił sztylet. Nie 

unosząc głowy, Blackburn raz jeszcze uderzył w twardą jak marmur pierś bandyty. Potężny 

wyspiarz zatoczył się do tyłu, lecz nie upadł. Rozwścieczony, zapomniał o utraconym 

sztylecie i rozłożywszy szeroko gigantyczne ramiona, ruszył chwiejnie do przodu niczym 

zraniony niedźwiedź. Potężne bicepsy napinały się i prężyły pod skórą. Warcząc wściekle, 

zamknął ramiona Maxa w stalowym uchwycie i podniósł go.

W chwili, gdy jego stopy oderwały się od podłogi, Blackburn poczuł ogromny ból. 

Choć ważył dobre sto osiemdziesiąt funtów, Xiang uniósł go bez zauważalnego wysiłku.

Wyraz atawistycznego okrucieństwa, jaki malował się na obliczu pirata, sprawił, że 

Max natychmiast zastygł z przerażenia. Olbrzym nie myślał już o informacji, którą on i jego 

kompani jeszcze przed chwilą chcieli z niego wydobyć. Nie myślał o tym, czego oczekuje od 

niego szef. Chwilowo w ogóle nie myślał. Jego furia była niczym cyklon, który wciągnął go 

do swego centrum i obdarzył potężną mszczącą energią. Nie liczył się z nikim i z niczym.

W pewnym sensie Max był w takim samym stanie.

background image

Xiang potrząsnął nim z furią, wciąż trzymając na takiej wysokości nad podłogą, że 

niemal mogliby patrzeć sobie w oczy. Max zacharczał. Siła, jaką jeszcze przed chwilą zebrał, 

gwałtownie go opuszczała. Jego ciało było zbyt poranione w wyniku tortur, by spełnić to, 

czego od niego żądał. Wiedział, co się za chwilę stanie. Zbliżało się tak nieuchronnie, że 

słyszał niemal, jak w jego głowie zatrzaskują się jakieś drzwi. Zdawał sobie sprawę, że w tym 

wypadku nie będzie ucieczki w ostatnim momencie, jak te, które zdarzają się w powieściach 

albo w filmach. Że nie będzie żadnych fanfar na cześć bohatera, który nadludzkim wysiłkiem 

uratowałby się w ostatniej chwili z wielkiej opresji. Ta świadomość bolała, owszem, Max 

wiedział jednak, że prawdziwe życie było czasami właśnie takie - dobiegało końca nagle, 

znienacka, akurat w chwili, gdy człowiek ze wszystkich sił pragnął, by trwało jak najdłużej. 

Doszedł do wniosku, że najlepsze, co może zrobić, to wyrazić swoje zdanie o tym w sposób, 

który pokona wszystkie bariery języka. 

Napełniwszy usta ślina, splunął w twarz Xiangowi. Ten ryknął, naprawdę ryknął, gdy 

krwawa plwocina zalśniła na jego policzku. Postąpił wielki krok naprzód, później jeszcze 

jeden i rzucił Maxa na ścianę. A potem - z przerażającą siłą wybrzuszających się mięśni 

ramion i barków - przycisnął go do swojej klatki piersiowej. Następnie odsunął od siebie i 

trzasnął nim o ścianę. Kilkakrotnie miażdżył go tak w uścisku i rzucał o ścianę, wkładając w 

to cały ogrom swej nadludzkiej siły. Max szarpał bezskutecznie kajdanki i wił się, jak mógł, 

tocząc z ust krwawą pianę, podczas gdy rzucane przez Xianga krzesło, do którego wciąż był 

przykuty, rozpadało się w drzazgi.

Pogrążony w otępieniu, Blackburn poczuł trzaśniecie w szyi. Towarzyszyła mu przez 

moment jaskrawa iskra bólu. Niemal natychmiast jednak mgła przed jego oczami stała się 

ciemniejsza i gęstsza. Jakby z wielkiej odległości dotarł do niego głos Tajlandczyka, który 

krzyczał coś ostrzegawczo w języku, którego Max nie rozumiał. Wydawało mu się, że pada, 

jednak nie poczuł uderzenia. Był niczym kamień, który przebiwszy taflę wody, powoli 

pogrąża się w niej, opadając coraz głębiej i głębiej, aż dotrze na samo dno.

Po chwili nie czuł już nic.

- Dosyć! - zawołał Luan. Podbiegł do Xianga i chwycił go za rękę. - Dosyć, ty 

szaleńcze!

Olbrzym spojrzał na niego i po chwili jego twarz zmieniła się: zniknął z niej wyraz 

furii i szaleństwa. Odwrócił się w stronę bezwładnego ciała, które wciąż przyciskał do ściany, 

wpatrywał się w nie przez chwilę, jakby widział je po raz pierwszy, i w końcu pozwolił, żeby 

upadło na podłogę.

Luan klęknął nad Blackburnem i pospiesznie sprawdził mu puls. Nie podobał mu się 

background image

sposób, w jaki ułożona była jego głowa.

Kiedy wreszcie spojrzał na Xianga, jego wzrok był lodowaty.

- Nie żyje - powiedział.

background image

13

SAN JOSE, KALIFORNIA l AZJA POŁUDNIOWO-WSCHODNIA

22/23 WRZEŚNIA 2000

Roger Gordian wychodził codziennie o piątej trzydzieści ze swojego domu pod San 

Jose, wsiadał do kruczoczarnego mercedesa SL rocznik 1984 i jechał na wschód El Camino 

Real aż do San Carlos Street, a potem przez centrum do kwatery głównej UpLink przy Rosita 

Avenue. Podobnie jak jego właściciel, mercedes był generalnie w dobrym stanie. Uszkodzony 

nieznacznie starter, smuga na karoserii czy przybrudzona tapicerka - kilka jedynie oznak 

wieku - nie wpływały w najmniejszym stopniu na komfort jazdy ani też nie były na tyle 

poważne, by wymagały natychmiastowej naprawy.

A jednak wszyscy w otoczeniu Gordiana bez końca narzekali na ten samochód. 

Wątpiąc w jego niezawodność, Ashley naciskała na męża, by jeździł do biura którymś z 

nowszych pojazdów, jednak land rover był do tego o wiele za duży, bmw ‘01 z kolei - zbyt 

małe. Poza tym oba samochody nie miały ducha ani charakteru: pierwszy przypominał 

elektryczną maszynkę do golenia, drugi zaś kostkę mydła. Troszcząc się o bezpieczeństwo 

szefa, Peter Nimec próbował go przekonać, żeby jeździł z kierowcą albo z ochroniarzem. 

Gordian lubił jednak te wypełnione rozmyślaniami chwile samotności, które spędzał, mknąc 

szeroką autostradą wśród bujnej wiejskiej zieleni, mijając starannie ogrodzone posiadłości na 

przedmieściach i wreszcie przebijając się przez ulice zatłoczonej metropolii. Ten zmieniający 

się krajobraz przypominał mu codziennie o istocie ludzkiego postępu.

Uwielbiał prowadzić, trzymając dłonie na kierownicy samochodu wyposażonego w 

olbrzymi ośmiocylindrowy silnik, którego niski, przyjemny dźwięk przypominał mu 

perfekcyjny, wytrzymywany długo śpiew wydobywający się z głębi piersi operowego tenora.

Poza tym lubił obserwować rzesze kierowców korzystających z autostrady. Ich widok 

upewniał go, że świat kroczy do przodu we właściwym kierunku, i dawał poczucie więzi ze 

wszystkimi tymi ludźmi, którzy od samego rana spieszą się, by załatwić pilne sprawy, i 

zmierzają nieuchronnie ku swemu przeznaczeniu. Przeznaczeniu, które już za kilka godzin 

może ich ze sobą zetknąć.

Tego ranka Gordian był szczególnie zadowolony, że nie uległ namowom Pete'a i 

Ashley. Miał na głowie kilka ważnych spraw, spraw, które musiał przemyśleć w spokoju, a 

fotel kierowcy we własnym samochodzie był dla niego miejscem niemal stworzonym do 

refleksji.

background image

Wszystko sprowadza się zawsze do problemu woli, wyczucia czasu i elastyczności, 

rozmyślał. Należy unikać bezmyślnej młocki i robić wszystko, co możliwe, by wykorzystać 

każdą szansę zaskoczenia przeciwnika.

Była to nowoczesna doktryna wojenna w zarysie, choć w tym wypadku Gordian nie 

myślał bynajmniej o konflikcie zbrojnym ani o sztuce walki, jaką była umiejętność jazdy au-

tostradą. Nie. Rozmyślał o biznesie, który - co zrozumiał już dawno - miał własne zasady 

prowadzenia działań wojennych: bezwzględny oportunizm, zastawianie sprytnych pułapek i 

nieliczenie się z upadkiem oraz rzezią nieelastycznych, nieprzygotowanych czy 

niezdecydowanych przeciwników.

Poprzedniego wieczoru Roger dowiedział się o wybuchu wojny. Chuck Kirby 

zatelefonował do niego, żeby potwierdzić to, co od dawna przeczuwał i co w najbliższych 

dniach powinno zostać podane do publicznej wiadomości. Oferta kupna holdingów Spartusa 

została złożona przez Marcusa Caine'a, i to za pośrednictwem namiastki korporacji, która 

raczej słabo ukrywała tożsamość rzeczywistego mocodawcy... zwłaszcza że chodziło o 

koncern Safetech ze Środkowego Zachodu.

No dobrze, przejdźmy do następnego zagadnienia, pomyślał Gordian. Ustalił już, 

czego chce Caine, ale wciąż nie znał odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak mu na tym zależy. 

Przejęcie UpLink wydawało się aż nadto oczywistym celem, a jednak sprawa nie musiała 

wcale być tak prosta. Akt Wiłliamsa i cały zbiór kalifornijskich przepisów zabezpieczających 

korporacje przed podobnymi działaniami zmuszały Safetech do ujawnienia powodów, dla 

których nabywał udziały UpLink. Firma była obowiązana wyjaśnić to w Planie 13D, 

przeznaczonym dla Komisji Papierów Wartościowych i Giełdy, oraz w innych dokumentach, 

które należało przedstawić udziałowcom. Nawet gdyby Caine grał zgodnie z regułami, na 

drodze do przejęcia UpLink leżało mnóstwo przeszkód.

Ale oferta złożona przez pośrednika nie pozostawiała wątpliwości, że zależy mu co 

najmniej na zachowaniu dyskrecji. Gordian wiedział jednak, że Caine nigdy nie zostaje w cie-

niu, jeśli nie ma po temu bardzo ważnych powodów. O ile często bywał mało subtelny, o tyle 

nie można było o nim powiedzieć, że nie jest sprytny. Jeżeli planował już jakąś akcję, 

należało się spodziewać, że będzie czekał cierpliwie tak długo, aż zajmie wreszcie najlepszą 

możliwą pozycję do ataku. A potem z miną niewiniątka nie przedstawi siebie w planach jako 

kogoś, kto zamierza wyrwać UpLink z rąk Gordiana i zarządu holdingu, lecz raczej jako 

faceta, który chce przejąć tylko niewielką część udziałów firmy. Niewielką, lecz wystar-

czającą do zarządzania jej aktywami i ochrony swojej inwestycji. Było jednak bez znaczenia, 

czy sytuacja ta stałaby się przedmiotem dochodzenia, ponieważ każdy sąd prawdopodobnie 

background image

zrewidowałby dokumenty Caine'a, gdyby ten nie poinformował o potajemnym przejmowaniu 

akcji lub nie powiedział o tym całej prawdy.

Tymczasem jednak Caine zyskałby to, czego potrzebował: czas niezbędny do 

przeciągnięcia na swoją stronę innych wielkich udziałowców, czas niezbędny do obejścia 

zapisów Aktu Williamsa, czego można było dokonać, skupując na wolnym rynku mniejsze 

partie udziałów UpLink, czas niezbędny do rozwinięcia i udoskonalenia innych, dodatkowych 

przedsięwzięć obliczonych na przejęcie korporacji... Zakładając oczywiście, że jego 

ostatecznym celem jest całkowite nią zawładnięcie.

Jak więc uprzedzić Caine'a? Kirby i jego współpracownicy przygotowywali już 

kontratak prawny, opierając się na tym, że przynajmniej w kilku sektorach przemysłu 

telekomunikacyjnego i komputerowego różne firmy, w których Marcus Caine ma udziały, 

rywalizują bezpośrednio z UpLink. Proces mógłby na krótko zastopować działania 

właściciela Monolith Technologies, ponieważ prawnicy i sędziowie długo docieraliby do 

istoty skomplikowanego sporu, gdyby jednak federalni nie wszczęli z urzędu postępowania 

antytrustowego - a coś takiego robili zazwyczaj strasznie powoli - wszystko skończyłoby się 

uciążliwą i nieprzewidywalną wojną podjazdową, która nigdy nie odpowiadała Gordianowi. 

Jak powiedział kiedyś Xunzi, warunkiem zwycięstwa jest szybki atak. Dysponując 

wszystkimi dostępnymi środkami, powinien więc...

Gordian zjechał na lewy pas, by wyprzedzić wlokącą się ciężarówkę. Na jego twarzy 

rysował się wyraz głębokiej koncentracji. Zupełnie niespodziewanie wrócił myślami do 

artykułu Reynolda Armitage'a w “Wall Street Journal”, który przeczytał poprzedniego dnia. 

Co to on napisał tam o środkach Gordia-na? Wprowadzenie było właściwie jedną wielką 

bombastyczną przemową na temat zróżnicowania jego holdingu, które owocowało 

podejmowaniem fatalnych decyzji strategicznych. W dalszej partii Armitage poczęstował 

czytelników groteskową metaforą o braciach syjamskich, rzucił coś o poplątanych 

kończynach i nieharmonijnym rozwoju. Artykuł niewątpliwie był zjadliwy, ale czy Armitage 

miał w tym jakiś cel?

Po krótkim wahaniu Roger musiał uznać, że mógłby go mieć. Gordian przypuszczał, 

że część jego irytacji po lekturze tego tekstu brała się stąd, iż od samego początku - 

przynajmniej podświadomie - o tym wiedział. Nie mógł sobie jednak pozwolić, by pogarda 

wobec Armitage'a albo podejrzenia co do jego motywów nie pozwoliły mu na trzeźwą ocenę 

artykułu. Emocje w walce zaślepiały i prowadziły do przegranej. Niezależnie od swego 

ostatecznego celu, wróg nieświadomie podsunął Gordianowi trop wart sprawdzenia.

A jeśli okaże się, że Armitage miał rację, którą ścieżką powinienem podążać dalej? - 

background image

rozmyślał. Wiedział jednak dobrze, że nie musi sobie zadawać tego pytania. Ścieżka była 

prosta, wyraźna i oczywista. Tak naprawdę chodziło tylko o to, czy będzie miał dość siły i 

woli, by nią kroczyć... i akceptować konieczność bolesnych ofiar, do których nieuchronnie 

prowadziła.

Westchnął głęboko i wyjrzał przez szybę po stronie kierowcy. Leniwe, wielkie słońce 

tkwiło już wysoko ponad górami, zupełnie jakby znalazło dla siebie wygodne gniazdo, w 

którym będzie mogło przetrwać całą wieczność. Zapewne miałoby z tego miejsca doskonały 

widok na ziemię, na którą - ku radosnemu zadowoleniu wszystkich ludzi - zamierzało bez 

końca rzucać swoje światło i ciepło.

Niestety, życie nie jest takie proste.

Dla Pete'a Nimeca miały to być skomplikowane i gorączkowe dwadzieścia cztery 

godziny. W najlepszym wypadku. Ponieważ do odlotu Rogera Gordiana i jego najbliższych 

doradców na konferencję prasową w Waszyngtonie zostało już tylko kilka dni, należało 

sfinalizować milion i trochę spraw związanych ze środkami bezpieczeństwa, od wyboru 

personelu poczynając, na zapewnieniu spokojnego przejazdu Beltway

2

 kończąc. Jakby tego 

było mało, w systemie bezpieczeństwa banku danych Nevada odkryto całe mnóstwo 

niemożliwych do wytłumaczenia błędów. Ponadto dwóch członków Miecza, ochraniających 

naziemną stację łączności satelitarnej w Botswanie, wdało się w sprzeczkę na temat zakresu 

uprawnień, która przerodziła się w barową bójkę, co dla jednego skończyło się popękanymi 

żebrami, dla drugiego zaś odsiadką w lokalnym więzieniu. W efekcie Nimec musiał się 

zastanowić, czy należy ich wylać z pracy, czy nie.

Wszystkim tym problemom trzeba było natychmiast poświęcić uwagę. Nimeca 

gnębiło jednak przede wszystkim niespodziewane zniknięcie Maxa Blackburna. A rozmowa, 

którą właśnie przeprowadził z jego sekretarką, jeszcze bardziej go przygnębiła.

Gdy dzwonił do niej poprzednio z budynku UpLink, o szóstej wieczorem we wtorek - 

czyli o jedenastej przed południem w środę według czasu w Malezji - Joyce powiedziała mu, 

że Max wciąż jeszcze nie wrócił do naziemnej stacji łączności satelitarnej ani nie 

skontaktował się z biurem, by usprawiedliwić swoją nieobecność. Oznaczało to, że nikt go nie 

widział ani nie miał z nim żadnego kontaktu od prawie czterech dni. Chęć osłaniania szefa, 

jaką Nimec wyczuł w słowach Joyce podczas pierwszej rozmowy, ustąpiła miejsca 

niepewności i autentycznemu zaniepokojeniu.

Beltway (Capital Beltway) - autostrada przecinająca drogę dojazdową do waszyngtońskiego 

lotniska Dulles - przzp. red.

background image

- Joyce, chcę, żebyś była ze mną szczera - powiedział. - Czy wcześniej Max 

kiedykolwiek znikał w taki sposób? Czy coś podobnego już mu się kiedyś przydarzyło?

- Nie, proszę pana - odparła bez wahania. - Właśnie dlatego jestem taka 

zaniepokojona. Byłam święcie przekonana, że pan Błackburn odezwie się już wczoraj.

Nimec przez chwilę milczał, rozmyślając.

- Ta kobieta, z którą umówił się w Singapurze... - odezwał się po chwili. - Wiesz 

może, jak się z nią skontaktować?

- Cóż, tak. Jestem całkiem pewna, że mam w spisie prywatny i służbowy numer 

Kirsten - stwierdziła Joyce. - Max zostawił mi je, na wypadek gdybym...

- Chcę, żebyś coś sprawdziła - przerwał jej. - Zatelefonuj do... Kirsten, tak 

powiedziałaś...?

-Tak, Kirsten Chu...

- Zadzwoń najpierw do biura i sprawdź, czy wie, co się dzieje z Maxem. Jeśli nie 

złapiesz jej w pracy, postaraj się znaleźć ją w domu. Próbuj dopóty, dopóki się z nią nie 

skontaktujesz. Kiedy już z nią porozmawiasz, natychmiast mnie o tym poinformuj, zgoda? 

Nieważne, która godzina będzie w Stanach; i tak jestem nocnym markiem. Zapisz mój 

domowy numer...

- Tak, oczywiście...

W ciągu sześciu godzin, jakie upłynęły od tej rozmowy, Nimec załatwił całe mnóstwo 

spraw w firmie, pojechał do domu, odbył w swoim dojo wyczerpujący trening karate 

shukokai, wziął prysznic, zjadł kolację i wreszcie zasiadł za biurkiem, aby przeczytać pocztę 

elektroniczną, która nadeszła w ciągu dnia. Wtedy właśnie niespodziewanie przypomniał 

sobie, że przez cały ten czas nie miał żadnej wiadomości od Joyce. W końcu oddzwoniła. W 

Johor była właśnie czwarta po południu, w Stanach wybijała północ.

- Jakieś postępy? - zapytał, rozpoznawszy natychmiast jej głos.

- Przykro mi, żadnych - odparła. - Po rozmowie z panem zostawiłam jej kilka 

wiadomości w Monolith... tam, gdzie pracuje, wie pan...

Tak, wiem. Cholera, wiem to aż za dobrze, pomyślał.

- ...ale nie odpowiedziała na nie. Tak samo wyglądało to, gdy próbowałam dodzwonić 

się do jej domu.

Nimec czekał. Wyczuwał, że dziewczyna ma coś jeszcze do powiedzenia i nie jest to 

bynajmniej nic przyjemnego.

- Proszę pana, zauważyłam, że pomiędzy nagranym na sekretarce głosem Kirsten a 

sygnałem jest długa przerwa - powiedziała w końcu. - Tak się dzieje, gdy na odbiorcę czeka 

background image

już dużo wiadomości...

- Zupełnie jakby Kirsten już od dłuższego czasu nie było w domu - dodał Nimec.

Po drugiej stronie znów zapadła cisza. Wyobraził sobie, że usłyszawszy jego słowa, 

Joyce po prostu skinęła głową.

- Nim zadzwoniłam do pana, pozwoliłam sobie skontaktować się z recepcją oddziału, 

w którym pracuje Kirsten Chu. Powiedziałam, że jestem jej przyjaciółką i że staram się z nią 

skontaktować, a ona nie reaguje na moje nagrania na sekretarce - kontynuowała.

- Tak? No i co? Dziewczyna głęboko westchnęła.

- Kirsten w ogóle nie było w pracy. Ostatni raz widziano ją tam w piątek. Wszyscy w 

jej biurze są o nią bardzo niespokojni. Mówią, że takie zniknięcie jest do niej zupełnie 

niepodobne.

Niepodobne do niej, niepodobne do Maxa, niepodobne do obojga. Gdzie więc są w tej 

chwili? - myślał Nimec.

Poczuł, że zaczyna go boleć głowa. Podziękował Joyce za jej starania, zapewnił, że 

będzie z nią w kontakcie, wysłuchał nerwowego zobowiązania sekretarki, że zadzwoni do 

niego natychmiast, gdy tylko zdobędzie jakieś wiadomości, po czym odłożył słuchawkę.

Po dziesięciu minutach głowa bolała go już niemiłosiernie. Zrozumiał, że nie 

pozbędzie się bólu, jeśli nie prześpi dobrze nocy. Tyle tylko, że był zbyt zdenerwowany, by 

zasnąć - musiał więc cierpieć. Max należał do jego najbardziej zaufanych i odpowiedzialnych 

ludzi i nie było sensu wmawiać sobie, że po prostu przedłużył miłosny weekend. Wszystkie 

znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że zdołał ugryźć znacznie większy kawałek Monolith 

niż ten, który mógłby przełknąć, i... tylko Bóg jeden wie, co później poszło nie tak.

Nimec zmarszczył brwi i wpatrywał się w ścianę przed swoim biurkiem. Żałował, że 

pozwolił Maxowi się tym zająć. Z każdą sekundą był coraz bardziej przekonany, że Blackbur-

nowi coś nie wyszło. Właściwie musiałby się trochę zastanowić, co z tym począć, ale żeby 

zrobić cokolwiek...

Jego intuicja podpowiadała mu, że owo “cokolwiek” musiałby zrobić jak najszybciej...

- Chciałbym cię prosić o przysługę w raczej śmierdzącej sprawie. Chyba rozumiesz, 

że nie zwracałbym się do ciebie, gdybym miał inne wyjście - powiedział Nga.

- Pomaganie tobie zawsze sprawia mi przyjemność - skłamał Kinzo. Byłoby mu 

naprawdę przyjemnie, gdyby mógł trzymać się od Nga Canbery tak daleko, jak to tylko 

możliwe. Duma i pieniądze zmuszają jednak czasami do działania wbrew sobie.

Siedzieli po przeciwnych stronach biurka w gabinecie Nga w Bank of Kalimantan. 

background image

Było to eleganckie, jasne pomieszczenie na trzydziestym czwartym piętrze drapacza chmur; 

rozciągał się z niego zapierający dech w piersiach widok na ocean. Gabinet urządzono w 

oszczędnym modernistycznym stylu orientalnym: wszystko utrzymano w kolorze drewna, 

mebli było niewiele, a ściany puste, jeśli nie liczyć siedemnastowiecznego chińskiego płótna 

przedstawiającego wyidealizowany zimowy krajobraz.

- Może wolałbyś jednak poczekać z podjęciem decyzji, aż usłyszysz, co trzeba zrobić? 

- rzucił Nga.

Kinzo czekał bez słowa. Chudy mężczyzna o małych oczkach i twarzy wielkości 

zaciśniętej pięści był wiceprezesem Omitsu Industrial, producenta podzespołów 

elektronicznych z Banjarmasin. W latach dynamicznego rozwoju ekonomicznego “azja-

tyckich tygrysów” firma pojawiła się jako równorzędny partner w japońsko-indonezyjskiej 

spółce, kiedy jednak tygrys przedobrzył i padł, Japończycy przejęli nad nią kontrolę.

Los Omitsu Industrial był charakterystyczny dla południowoazjatyckich 

przedsiębiorstw, które w końcu minionego dziesięciolecia na gwałt potrzebowały potężnego 

zastrzyku gotówki. Podczas gdy wielu zachodnich analityków ponurym tonem przepowiadało 

Japończykom ekonomiczny Ragnarök, ci zrobili to, w czym celowali od początku istnienia 

swojego narodu: wyciągnęli wnioski z popełnionych błędów, przystosowali się do 

zmieniających się warunków i ostatecznie obrócili wszystkie nieszczęścia na swoją korzyść. 

Ich nowa strategia zmierzała w dwóch kierunkach. Po pierwsze, podtrzymali umowy joint 

venture z kompaniami z Tajlandii, Malezji, Indonezji i Filipin. Zaoferowali im zastrzyki 

kapitału obrotowego w zamian za zwiększenie liczby swoich udziałów. W efekcie kończyło 

się to przejmowaniem pakietów kontrolnych. Po drugie, zmienili swoje priorytety, rezygnując 

z produkcji przeznaczonej na kurczący się rynek azjatycki, koncentrując się za to na zawsze 

zasobnych w gotówkę klientach amerykańskich.

Spryt, z jakim Japończycy potrafili wykorzystać nadarzającą się okazję, przynosił 

krociowe zyski nie tylko działającym zgodnie z prawem biznesmenom, lecz również nabijał 

kasę przestępczym syndykatom Yakuzy, zwłaszcza zaś wpływowej Inagawa-kai, mocno 

zakorzenionej w azjatyckim systemie bankowym, który miał ogromny udział w masowym 

wykupywaniu bankrutujących firm. Istotę tych finansowych zależności można by trafnie 

przedstawić w postaci długiej kolejki uśmiechniętych, zadowolonych z siebie mężczyzn, z 

których każdy trzyma dłoń głęboko w kieszeni sąsiada.

W wypadku reanimacji Omitsu Industrial rodzina Canbery pośredniczyła w zawarciu 

umowy, a także umożliwiła japońskim inwestorom zaciągnięcie kredytu z rewelacyjnymi wa-

runkami spłaty. Pożyczkobiorcy wiedzieli doskonale o głębokich powiązaniach bankowców z 

background image

Yakuzą i od samego początku to akceptowali. Zdawali sobie sprawę, że pewnego dnia mogą 

zostać wezwani do oddania swoim wspaniałomyślnym kredytodawcom całego mnóstwa 

nielegalnych przysług. Był to co prawda niemiły, lecz możliwy do przyjęcia fragment 

umowy.

Jak to mawiali starzy ludzie, pomyślał Kinzo, kto nie ryzykuje, ten nie je.

- Pozwól, że przedstawię ci moje kłopoty - powiedział Nga, przeklinając Khao Luana i 

jego barbarzyńców za trudną sytuację, w jakiej się przez nich znalazł. - Wczoraj doszło do 

wypadku, w którym brał udział obcokrajowiec. Biały. - Spojrzał znacząco na Kinzo. - 

Widzisz, fatalnie się to dla niego skończyło.

Kinzo siedział i wpatrywał się w niego bez słowa.

- Chcę, żeby było jasne, że nie miałem z tym nic wspólnego -kontynuował. - 

Zgłosiłbym sam tę śmierć policji, ale okoliczności i zamieszane w to osoby powodują, że 

miałbym ogromne trudności z udowodnieniem, że śmierć białego była przypadkowa.

Kinzo wciąż milczał.

Nga położył dłonie na biurku i zastanawiał się nad kolejnymi słowami. Przed nim była 

najdelikatniejsza część zadania.

- Mamy problem z ciałem - powiedział i spojrzał swojemu rozmówcy prosto w oczy. - 

Z pozbyciem się ciała.

Kinzo wziął oddech, wypuścił powietrze i odczekał jeszcze kilka sekund. Dopiero 

potem skinął powoli głową, nie przestając się zastanawiać, w jakim to piekielnym szaleństwie 

bierze udział Nga... i w co wciąga go wbrew jego woli.

- Jutro po południu jeden z moich statków wypływa z ładunkiem z Pontianak. W 

drodze na zachód przetnie cieśninę Malakka - oznajmił.

Nga popatrzył na niego.

-Ach, otwarte morze to takie bezludne miejsce... - mruknął.

Kinzo skinął głową.

- I gdyby ktoś wypadł za burtę podczas takiego rejsu, pewnie nigdy nie zostałby 

odnaleziony - dodał Nga.

Kinzo wzruszył ramionami.

- Nawet gdyby prądy wyrzuciły go na jakiś brzeg, słona woda i ryby do tego stopnia 

naruszą ciało, że nikt nie będzie w stanie go zidentyfikować. Albo niepodważalnie wskazać 

przyczyny śmierci - powiedział.

Nga uśmiechnął się nieznacznie.

- Jak zawsze, przyjacielu, wiesz doskonale, o co mi chodzi. Podaj mi nazwę statku i 

background image

miejsce, z którego odpływa, a ja dopilnuję, żeby dzisiejszej nocy dostarczono tego 

nieszczęśnika na pokład.

Kinzo zauważył ślad niepokoju w uśmiechu swojego rozmówcy i postanowił go 

wzmocnić kilkoma ostrożnymi słowami. Nie lubił Nga i drażniło go, jak bezczelnie narzuca 

mu warunki... a poza tym chciał być pewien, że bankier zda sobie sprawę, iż nie jest to jeden 

z tych małych grzeszków syna, które przez całe swoje życie tuszował jego ojciec.

- Skoro doceniasz, jak się wydaje, że czytam w twoich myślach, jestem zmuszony 

podzielić się z tobą kilkoma moimi -powiedział. - Kiedy w nie wyjaśnionych okolicznościach 

znika człowiek, który nie ma przyjaciół, jego śmierć przechodzi czasami bez echa i nikt jej 

nie odnotowuje. Ale wydarzenia rzadko rozgrywają się w próżni, szczególnie gdy dotyczą 

ludzkiego życia i śmierci. - Przerwał na chwilę i pochylił się w stronę Nga. - Jeśli człowiek, o 

którym mówimy, pozostawił po sobie jakichś stęsknionych bliskich, z pewnością wkrótce 

rozpocznie się dochodzenie. Jeśli natomiast okaże się, że prowadzący je ludzie są wytrwali, 

nawet zupełny brak jakichkolwiek szczątków może nie wystarczyć, by okoliczności tego 

“wypadku” pozostały nieznane. Dlatego trzeba wziąć pod uwagę wszelkie ewentualności. 

Czy to rozumiesz?

Nga wpatrywał się w niego. Uśmiech zamarł na jego ustach.

- Nie martw się. Wszystkim się zająłem - rzucił w końcu. Nie przekonany, Kinzo nie 

odpowiedział.

Kirsten stała w kuchni w domu Anny w Petaling Jaya i wpatrywała się w siostrę. Obie 

kobiety milczały, na ich twarzach malowała się śmiertelna powaga. Na dzielącym je stole 

piętrzył się zgrabny stos chili, szpinaku, bok choy, białej rzodkiewki i innych składników 

dania, które właśnie przygotowywały na obiad. Wypełniony strąkami fasoli szybkowar stał na 

kuchence, lecz nie zapaliły jeszcze płomienia. Za plecami Kirsten, w maszynce elektrycznej, 

cicho gotował się ryż.

Twarz Anny była blada. Krańcowo zdenerwowana kobieta drżała, zapomniawszy, że 

trzyma w ręce nóż, którym jeszcze przed chwilą kroiła warzywa.

- Może lepiej to odłóż, zanim zrobisz sobie krzywdę - powiedziała Kirsten, wskazując 

delikatnym skinieniem głowy na nóż. Z trudem uśmiechnęła się do siostry. - Albo mnie - 

dodała.

Anna spojrzała na nią tak, jakby nie usłyszała jej ostatnich słów. Ciszę zakłócał 

jedynie monotonny bulgot gotującego się ryżu.

Kirsten otworzyła usta, by powiedzieć coś jeszcze, przekonana, że kolejny niezgrabny 

background image

dowcip będzie już lepszy niż panująca w kuchni cisza, ale po chwili zmieniła zdanie. Czego 

właściwie oczekiwała od Anny? Z całą pewnością nie współczucia. Mieszkała z nią i z jej 

rodziną od kilku dni. Po przyjeździe poczęstowała domowników wymyśloną na poczekaniu 

bajeczką o tym, że pragnie uciec na jakiś czas od świata z powodu miłosnego zawodu, który 

niemal ją załamał.

Nie zamierzała długo ukrywać prawdy przed siostrą i jej mężem, w każdym razie nie 

aż tak długo. A jednak za każdym razem, gdy już chciała się nią podzielić, słowa grzęzły jej 

w gardle. W efekcie wprowadzała ich w błąd dopóty, dopóki kłamstwa nie wymknęły się jej 

spod kontroli - jak ostatnio wszystko inne w jej życiu.

Czasami wydawało się jej, że poczucie winy i potworny niepokój o Maxa 

doprowadzają do szaleństwa, a tego ranka zrozumiała wreszcie, że nie zdoła już dłużej 

utrzymać swoich obaw w sekrecie. Utwierdziwszy się w tym przekonaniu, postanowiła 

zaczekać, aż jej szwagier wróci z pracy, usiąść z nim i z Anną w salonie i powiedzieć im 

prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, tak jej dopomóż Bóg.

Lina, chirurga w rządowym szpitalu w Ruala Lumpur, wzywano często do nagłych 

przypadków. Gdy i tym razem zadzwonił, by przekazać, że może się zjawić dopiero późnym 

wieczorem, przestraszyła się, iż jej determinacja, by wyznać prawdę, osłabnie, i zdecydowała 

się opowiedzieć o wszystkim Annie, zamiast czekać na kolejną okazję.

Mimo to odkładała wciąż zaplanowaną spowiedź i trudno jej było wybrać odpowiedni 

moment. Zastanawiające, że kiedy pół godziny wcześniej zaczęły przygotowywać obiad - tuż 

przed tym, jak opowiedziała siostrze swoją historię, lub raczej, nim wytrysnęła ona 

niepowstrzymanym strumieniem z jej ust - myśli Kirsten krążyły wokół czegoś zupełnie 

innego.

Przypomniała sobie incydent, do którego doszło poprzedniego dnia. Była sama i 

opiekowała się dwojgiem dzieci Anny, Miii i Brianem. Oboje bawili się na małym podwórku 

za domem. W pewnej chwili myszkująca w klombie pięcioletnia Miri złapała pasikonika i 

zaczęła krzyczeć do starszego brata, żeby znalazł jakiś słoik, do którego mogłaby go włożyć. 

W poszukiwaniu naczynia chłopiec wbiegł do domu, zostawiwszy siostrę stojącą wśród 

kwiatów z małymi rączkami zaciśniętymi kurczowo wokół owada. Gdy jednak poszukiwania 

trwały dłużej, niż oczekiwała, początkowe podniecenie Miri zmieniło się w zdenerwowanie, a 

potem przerażenie.

- Ucieka mi! Jest za duży! - krzyknęła, a jej oczy rozszerzyły się ze strachu.

Rzeczywiście, pasikonik był bardzo duży. Występujące w Malezji owady mają 

ogromne wprost rozmiary i była to jedna z tych spraw, do których Kirsten najtrudniej się było 

background image

przyzwyczaić po powrocie z Europy. Trudniej nawet niż do tej cholernej singapurskiej 

odmiany angielskiego... Tym, co najprawdopodobniej przestraszyło jej siostrzenicę, były 

ruchy stworzenia. Pasikonik odbijał się szaleńczo od zamkniętych dokoła niego dłoni, 

uderzając twardymi odnóżami w palce dziewczynki. Małej wydawało się pewnie, że 

stworzenie jest zbyt duże i zbyt żywotne, by mogło pozostać długo w zamknięciu i nie ukąsić 

jej przy tym.

Uświadomiwszy sobie niepokój Miri, Kirsten, która przycinała akurat żywopłot, 

rzuciła się ku niej biegiem. Dopadła do dziewczynki akurat w chwili, gdy ta otworzyła 

szeroko dłonie, by uwolnić pasikonika. Owad wystrzelił błyskawicznie w powietrze niczym 

pocisk, a jego skrzydła wydały suchy, nieprzyjemny odgłos. Przerażona Miri podskoczyła i 

zaczęła płakać. Upłynęła dłuższa chwila, nim kobieta zdołała ją uspokoić, a i tak przez cały 

ten czas musiała zapewniać dziewczynkę, że konik poleciał sobie daleko, naprawdę daleko, i 

na pewno nie wróci już, by się zemścić.

Kirsten doszła do wniosku, że w pewnym sensie starania, które podejmowała, by 

ukryć prawdę, bardzo przypominają to, co spotkało poprzedniego dnia jej małą siostrzenicę. 

Zorientowała się, że stoi przerażona i bezbronna w obliczu czegoś, co okazało się o wiele 

potężniejsze, niż się jej wydawało w pierwszej chwili.

Dlaczego jednak, na Boga, tak długo obawiała się powiedzieć o tym Annie i Linowi? 

Jak ich reakcja -jakakolwiek by ona była - mogła się okazać czymś gorszym od tego, że pozo-

stawali wciąż nieświadomi śmiertelnie niebezpiecznej sytuacji, w którą się wplątała?

- Anno, proszę, wysłuchaj mnie... - powiedziała w końcu, z trudem dobierając słowa. - 

Tak mi przykro...

- Przykro ci?! - Siostra Kirsten wybuchnęła gorzkim, pełnym bólu śmiechem. - Co 

mam na to odpowiedzieć? Co mam zrobić?

Kirsten pokręciła głową.

- Nie wiem - przyznała. - Chcę cię tylko zapewnić, że nigdy nie zamierzałam narazić 

twojej rodziny na niebezpieczeństwo. I że doszłam do wniosku, że pojawienie się tutaj było 

wielkim błędem. Wyjadę jeszcze dzisiaj, jeśli ci na tym...

- Cholera, przestaniesz wreszcie pogarszać całą sytuację?! - krzyknęła Anna. - 

Postąpiłaś już wystarczająco źle, okłamując nas przez cały ten czas i pozwalając wierzyć, że 

leczysz złamane serce! A teraz dowiaduję się, że wszystko przez to, że jesteś zamieszana w 

szpiegowanie twojego pracodawcy i że z powodu całego tego szaleństwa na jednej z 

najbardziej ruchliwych ulic Singapuru jacyś mężczyźni urządzają na ciebie zasadzkę rodem z 

filmów o przygodach Jamesa Bonda! A teraz, żeby jeszcze bardziej pogorszyć sprawę, 

background image

mówisz po prostu dzai-jyan, do zobaczenia, jakbyś myślała, że chętnie wypuścimy cię na 

ulicę, by cię ktoś porwał, a może nawet, Bóg jeden wie, zamordował! Naprawdę nie wiem, 

czy powinnam być wściekła, przerażona, czy może obrażona.

Kirsten poczuła, że ma ściśnięte gardło, i głośno przełknęła ślinę.

- Czy mogę zaproponować jeszcze inne rozwiązanie? Może zechciałabyś mi po prostu 

wybaczyć? - zapytała.

Przez długą, strasznie długą chwilę Anna wytrzymywała jej spojrzenie.

Cisza stała się wprost nieznośna.

- Tak - stwierdziła wreszcie, kiwając głową. - Możesz.

Kirsten westchnęła ciężko.

- Jestem taka skołowana, Anno - powiedziała głosem niemal równie cichym jak szept. 

- Max... on zna numer mojego telefonu komórkowego i obiecał, że skontaktuje się ze mną w 

ciągu kilku dni. Kiedy wsiadłam do taksówki, chciał mi jeszcze podać nazwisko jakiegoś 

mężczyzny, kogoś, do kogo powinnam zadzwonić, gdybym nie miała wiadomości od niego, 

jednak nie usłyszałam...

- Kirsten, jeśli chcesz znać moje zdanie, najpierw powinnaś się skontaktować z policją 

- przerwała jej siostra. - To przede wszystkim ten Max wpędził cię w kłopoty. Rozumiem, że 

darzysz go uczuciem, ale skąd wiesz, że to właśnie on nie jest przestępcą? Albo że ludzie, 

którzy czekali na was przed hotelem, nie są przedstawicielami władz?

Kirsten gwałtownie pokręciła głową.

- Nie. To niemożliwe - stwierdziła z przekonaniem.

- Ale przecież znasz tego człowieka zaledwie kilka miesięcy. Dlaczego jesteś go aż tak 

pewna?

- Ponieważ, mimo że jestem pięć lat młodsza od ciebie, nie jestem jakąś naiwną 

nastolatką, którą potrafiłby owinąć sobie wokół palca pierwszy lepszy facet - odpowiedziała, 

a jej gardło znowu się ścisnęło. - Słuchaj, nie przeczę, że jestem w nim zakochana. Nie 

przeczę też, że miałam wątpliwości, czy on czuje to samo, czy też tylko cieszy się, że pozycja, 

jaką zajmuję w Monolith... pozwoli mu mnie wykorzystać. A jednak wiem... jestem pewna... 

że jemu także na mnie zależy. - Kirsten przetarła dłonią załzawione oczy. - Możesz się nadal 

ze mną sprzeczać, czy Max mnie szanuje, ale to nie zmienia faktu, że nie jest jakiś oszustem 

czy manipulatorem. Zaryzykował życie, żeby odciągnąć ode mnie tych ludzi przed Hyattem. 

Nie mogę teraz tak po prostu o nim zapomnieć, odwrócić się do niego plecami.

Anna westchnęła.

- Wcale tego nie sugerowałam, więc jeśli przerwiesz na chwilę swoją obronną tyradę, 

background image

dojdziesz do takiego samego wniosku -powiedziała. - Chcę tylko zauważyć, że znalazłaś się, 

wszyscy się znaleźliśmy, w bardzo poważnej sytuacji i musimy zwrócić się do kogoś o 

pomoc. Cóż takiego strasznego jest w pomyśle, żeby zadzwonić na policję? Rozważ to 

przynajmniej, nim tobie, mnie, Linowi albo dzieciom stanie się jakaś krzywda.

Kirsten otworzyła usta, lecz nagle zorientowała się, że nie wie, co powiedzieć... Ale 

nie, to nie była prawda. To byłoby nieuczciwe i powinna to wyjaśnić otwarcie. Wiedziała, 

wiedziała doskonale, co należy powiedzieć, i nie mogła pozwolić, by duma i upór stanęły jej 

na drodze.

Niespodziewanie zdała sobie sprawę z targających nią emocji i wstrząsnął nią 

nieopanowany szloch.

Anna odłożyła nóż na stół, okrążyła go i podeszła do siostry. Chwyciła ją za rękę.

- Kirst, nie chciałam...

- Nie, przestań - powiedziała Kirsten i zaczęła gwałtownie ocierać drugą ręką oczy, 

nienawidząc się za to, że łzy płyną niepowstrzymanym strumieniem po jej policzkach. - 

Chciałaś i miałaś absolutną rację. Pozwoliłaś mi zostać tutaj bez jakichkolwiek zastrzeżeń, a 

ja w zamian za to naraziłam całą twoją rodzinę na niebezpieczeństwo. To nie może tak dłużej 

trwać.

Anna stała obok bez słowa, patrząc na nią i nie puszczając jej dłoni. Kiedy ich 

spojrzenia wreszcie się spotkały, Kirsten pochyliła się ku siostrze i delikatnie pocałowała ją w 

policzek.

- Już czas, żebym zaczęła słuchać rad innych - powiedziała z westchnieniem. - 

Dzwonię na policję.

background image

14

ROŻNE MIEJSCA

23/24 WRZEŚNIA 2000

- Co takiego?! - spytał Charles Kirby, siedząc w swoim biurze na Broadwayu i mocno 

ściskając słuchawkę. - Nie mogę uwierzyć, że mówisz poważnie!

- Uwierz mi. - Głos Gordiana, który dobiegł go z drugiej strony Stanów 

Zjednoczonych, był spokojny i bardzo wyraźny. -Dobrze to przemyślałem.

Mimo że był wstrząśnięty, Kirby nie zamierzał się łatwo poddać.

- Rozmawialiśmy niecałe dwa dni temu i nic nie wspominałeś...

- Ponieważ wtedy nie przyszło mi to jeszcze do głowy - odparł Gordian. - 

Powiedziałem ci już, że dobrze to  przemyślałem. Nie mówiłem, że zajęło mi to wiele czasu 

Zamilkł na chwilę. - Czasami genialne natchnienie poprzedza staranna analiza sytuacji.

Kirby wciąż próbował odzyskać równowagę. Odsunął słuchawkę od ust, odetchnął 

głęboko, a następnie policzył powoli do dziesięciu. Wyjrzał przez okno, za którym -  wiele 

pięter poniżej, po drugiej stronie ulicy - ludzie protestowali przeciw czemuś, stojąc niedaleko 

stopni ratusza i wyciągając w gorę transparenty. Od kiedy miał tutaj swoje biuro widział 

protesty niemal każdego dnia. Co sprowadziło ich tym razem? Zmrużył oczy, próbując 

odczytać napisy na plakatach. Przekonał się, że nie zdoła tego zrobić z tej odległość więc 

wypuściwszy powietrze, zapomniał szybko o protestujących

- Nasze dokumenty z uzasadnieniem wniosku o przeprowadzenie postępowania 

antytrustowego to już księga gruba przynajmniej na trzy cale - powiedział. - Jesteśmy prawie 

gotowi, żeby zarejestrować wniosek w sądzie.

- Więc zróbcie to. Obaj dobrze wiemy, że dzięki postępowaniu sądowemu zyskamy 

tylko trochę na czasie. Musimy jednak wykorzystać wszystko, co mamy - odparł Gordian. 

Kirby zmarszczył brwi.

- Gord, moja robota polega na doradztwie prawnym i reprezentowaniu cię. Nie mogę 

podejmować za ciebie decyzji. Mam jednak nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z ryzyka, jakie 

podejmujesz, podążając tą drogą.

- Mogę je przyjąć - padła odpowiedź. - Kiedy rozmawiasz z chorym na grypę, możesz 

się zarazić. Kiedy przechodzisz obok rusztowania, ryzykujesz, że spadnie ci na głowę cegła. 

Nie ma zysku bez ryzyka.

Kirby zmilkł. Policz do dziesięciu, pomyślał. Policz do dziesięciu i odetchnij głęboko.

background image

- Wiesz co, zawsze kiedy wpadasz w filozoficzny nastrój, ogarnia mnie strach - 

odezwał się po chwili. - Powiedz mi przynajmniej, że nie zatrzaśniesz sobie nieodwołalnie 

drzwi tym planem, dopóki nie wrócisz z Waszyngtonu.

- Zamierzam przystąpić do działania o wiele szybciej. Prawdę mówiąc, chciałem cię 

prosić, żebyś zjawił się tutaj i spotkał ze mną oraz Richardem Sobelem rano, jeszcze przed 

naszym odlotem.

- Ale przecież to byłby czwartek. Już pojutrze! - zawołał Kirby, przerzucając 

gorączkowo kartki terminarza.

- Oczywiście zrozumiem, jeśli nie zdołasz do mnie dotrzeć, Chuck. Tak jak ty musisz 

zrozumieć, że jeśli znasz jakiekolwiek argumenty, które mogłyby mnie od tego odwieść, to 

będzie to dla ciebie ostatnia szansa, żeby mi je przedstawić.

Kirby sięgnął po pióro i wykreślił z terminarza zaplanowany na czwartek obiecujący 

lunch z bardzo atrakcyjną damą. Zamiast tego napisał: “Wyjazd do San Jose”.

- W ten właśnie sposób błyskawicznie komplikują się proste sprawy - mruknął do 

siebie.

- Co powiedziałeś? - spytał Gordian.

- Powiedziałem, że zjawię się u ciebie na spotkaniu.

Tak jak Aleksander Wielki rozwiązał problem węzła gordyjskiego jednym szybkim i 

zdecydowanym cięciem swojego miecza, zyskując tym samym przychylność Zeusa, tak też 

Megan Breen i Peter Nimec doszli błyskawicznie do wniosku, że światowa ekspansja UpLink 

może wymagać udzielania przez holding równie gwałtownych i radykalnych odpowiedzi. 

Należało utworzyć zespół, który mógłby działać w sytuacjach kryzysowych zagrażających 

stabilizacji regionalnej i interesom firmy, wymieniałby się informacjami ze służbami 

wywiadowczymi państw, na których terenie znajdowały się naziemne bazy UpLink, 

wykorzystywał techniki logistyczne do zapobiegania problemom, zanim jeszcze się pojawią, i 

byłby zdolny do reakcji militarnej na przemoc, gdyby kryzysu nie udało się rozwiązać w inny 

sposób.

Ponieważ nie tylko nazwisko, ale i śmiałość ich pracodawcy skłamały do snucia 

porównań z legendarnym Macedończykiem, nazwali to militarne ramię swojego wpływowego 

holdingu Mieczem. Dzięki rewelacyjnym kontaktom Nimeca, który miał dostęp do 

zamkniętej zazwyczaj dla innych społeczności największych profesjonalistów w dziedzinie 

prawa i wojskowości, już wkrótce zdołali przyciągnąć do siebie samą śmietankę funk-

cjonariuszy policji i agentów służb specjalnych z całego świata. W ten sposób ukochane 

background image

dziecko Megan Breen i Petera Nimeca tworzył zespół ludzi, którzy potrafili wykonać każde 

zadanie. Sam Nimec zaczynał jako stójkowy w południowej Filadelfii. W połowie policyjnej 

kariery przeniósł się do Bostonu, gdzie w wydziale do walki z najpoważniejszymi przestęp-

stwami dorobił się znakomitego i wciąż nie pobitego rekordu liczby zamkniętych spraw. Po 

kolejnej przeprowadzce wylądował w Chicago jako szef wydziału operacji specjalnych. A 

wszystko to w niecałe dwadzieścia lat.

Jednym z najlepszych młodych gniewnych w nowojorskiej sekcji Miecza była Noriko 

Cousins, która weszła do zespołu Nimeca zaledwie rok wcześniej podczas operacji, której 

nadano kryptonim “Polityka”. To głównie dzięki niej śledztwo szybko nabrało tempa i 

zakończyło się pełnym sukcesem. Po tym, jak na skutek ran odniesionych w trakcie akcji 

odszedł na wcześniejszą emeryturę szef jej sekcji Tony Barnhardt, w sposób naturalny została 

jedynym kandydatem na jego miejsce. Pete Nimec miał do Noriko tak wielkie zaufanie, że 

pozwalał jej prowadzić nowojorskie sprawy zespołu przy minimalnych jedynie ingerencjach z 

góry. Dlatego kontaktowali się rzadko, chyba że było to bardzo ważne.

Kiedy zatem tego chłodnego jesiennego popołudnia po powrocie z lunchu znalazła na 

sekretarce aż trzy wiadomości od niego - wszystkie zostawione w ciągu godziny, którą 

spędziła poza biurem - nie miała wątpliwości, że zdarzyło się coś nadzwyczajnego.

Nie tracąc czasu na rozpięcie kurtki, pochyliła się nad telefonem i wystukała 

bezpośredni numer Nimeca.

Odebrał natychmiast.

- Nori, z niecierpliwością czekałem na twój telefon - zaczął. Nie żartuj, pomyślała.

- Wszystko w porządku, proszę pana?

- Jeszcze nie wiem - odparł. - Posłuchaj, na razie nie będę ci zawracał głowy, ale 

chciałbym, żebyś przyleciała do San Jose. Wyjaśnię ci wszystko na miejscu.

Choć była zdziwiona, na podjęcie decyzji potrzebowała tylko chwilę. Osobisty i 

zawodowy związek z szefem jedynie jej to ułatwił.

- Kiedy? - spytała.

- Tak szybko, jak to tylko możliwe. Dziś wieczorem, najpóźniej jutro rano, jeżeli nie 

masz nic pilnego w Nowym Jorku.

- Nic takiego, z czym nie poradziłby sobie mój zastępca. Ostatnio jest tu spokojnie, 

dzięki Bogu - powiedziała.

- To dobrze - stwierdził. Milczał przez kilka sekund, a przedłużająca się cisza 

dobitniej niż ton jego głosu przekazała Noriko grobowy nastrój szefa. - Wiem, że proszę cię o 

wiele, i z góry przepraszam za tajemniczość, ale naprawdę powinniśmy porozmawiać 

background image

osobiście.

- Nie ma problemu - zapewniła go. - Jak tylko odłożę słuchawkę, zacznę 

przygotowania do wyjazdu. Oddzwonię do pana natychmiast, kiedy będę znała godzinę 

przylotu.

- A więc do usłyszenia. - Nastąpiła kolejna chwila ciszy. - Nori?

-Tak?

- Proponuję, żebyś spakowała trochę lekkich rzeczy. Zdaje się, że odbędziemy daleką 

podróż.

Zastanawiając się nad tym, Noriko potarła dłonią kark. Ta rozmowa stawała się coraz 

bardziej intrygująca. - Zrobię to, proszę pana - powiedziała.

Noc, która zapadła nad portem w Pontianak, można by nazwać idealną nocą 

równikową: powietrze było ciepłe i czyste, niebo wypełniały niezliczone gwiazdy, a wody 

oceanu lśniły aż po linię brzegową ich odbitymi wizerunkami. W basenach portowych, wśród 

cichego tłumu żurawi i dźwigów, cumowała przy nabrzeżach flotylla statków handlowych. 

Rozładowane jednostki kołysały się lekko obok tych, które od dziobów po rufy załadowano 

niezliczonymi kontenerami i których burty zanurzały się głęboko pod ciężarem towarów.

Większość nocy była tutaj spokojna i senna. Panującą w porcie ciszę przerywały 

dopiero o brzasku krzyki dokerów oraz niezmienne, rytmiczne i hałaśliwe kołysanie bomów.

Większość nocy.

Tego wieczoru leniwą ciszą zalegającą w Pontianak wstrząsnął jednak głośny warkot 

ciężarówki. Zabłocony brezent furkotał nad jej skrzynią, gdy toczyła się powoli w kierunku 

magazynów tranzytowych położonych na północnym skraju basenu portowego. Samochód 

podjechał pod rampę załadowczą ciągnącą się wzdłuż ich wrót i zatrzymał ciężko.

Chwilę później z jednego z magazynów wynurzyli się dwaj mężczyźni i ruszyli w 

kierunku olbrzymiego kierowcy pojazdu. Obserwując teren zza kierownicy, Xiang patrzył, jak 

wchodzą w szeroki wachlarz żółtego światła reflektorów jego ciężarówki. Mieli krótkie, 

zaczesane do tyłu włosy i wytatuowane na ramionach kwiaty wiśni, symbol przynależności do 

Yaku-zy. Byli jeszcze bardzo młodzi, lecz bez wątpienia na tyle dorośli, że zwerbowano ich 

już z jednego z gangów motocyklowych bosozoku, które były odpowiednikiem szkoły dla 

kandydatów na członków japońskiej mafii.

Xuang skinął głową na Juarę, który trzymał karabin gotowy do strzału. Następnie, 

zostawiwszy zapalone reflektory, wyłączył silnik, wysiadł z kabiny i podszedł do ludzi z 

Yakuzy.

background image

Gówniarze, pomyślał, mierząc ich kamiennym wzrokiem. Przemycające na wielką 

skalę towary i handlujące narkotykami japońskie rodziny przestępcze, które tworzyły 

południowo-azjatyckie syndykaty, osiągały olbrzymie zyski między innymi dlatego, że 

potrafiły dobrze wykorzystać do swoich celów takich wyrzutków. Brudnej roboty, jaką 

powierzano podobnym typom, nie podjąłby się nikt inny.

- Kurwa, spóźniłeś się - powiedział w bahasa jeden z oprychów. - Miałeś być tutaj 

przed godziną.

Xiang bez słowa podniósł nieznacznie głowę. Drzwi ciężarówki otworzyły się 

gwałtownie i Juara zeskoczył na ziemię z belgijskim karabinem szturmowym FN P-90 

zaopatrzonym w tłumik i celownik laserowy. Stanął spokojnie obok samochodu i wymierzył 

broń w członków Yakuzy.

- To bez znaczenia. Chcę, żebyście mi powiedzieli, kto was przysłał na to spotkanie - 

zażądał.

Przez chwilę ludzie Yakuzy wyglądali na zmieszanych.

- Dlaczego? Wyglądamy ci na gliniarzy?

- Wyglądacie na śmierdzące szczury, które są zbyt głupie, żeby się zorientować, że za 

chwilę ktoś odstrzeli im łby od dup - odparł Xiang i wskazał na Juarę.

Mężczyzna gwałtownie ustawił pod odpowiednim kątem mały karabin z plastikową 

kolbą i na środku czoła jednego z opryszków pojawił się mały czerwony punkcik promienia 

lasera.

- Powiedz mi, kto was tutaj przysłał - powtórzył Ibanin. Jego zimne oczy bezlitośnie 

oczy patrzyły na rzezimieszka. - Natychmiast!

Członek Yakuzy zamrugał, po czym wzruszył ramionami.

- Pracujemy dla człowieka o nazwisku Kinzo - odparł.

- Co to za robota?

- Mamy zabrać martwego gaijina na morską przejażdżkę. Zadowolony?

Xiang stał bez ruchu i jeszcze przez jakieś pół minuty mierzył wzrokiem młodego 

bandytę, w końcu jednak dał znak Juarze, a ten opuścił lufę karabinu.

- Ciało leży pod plandeką, owinięte w brezent. Zabierzcie je stąd i załadujcie na statek, 

który wypłynie z nim w morze. I nie zadawajcie więcej żadnych pytań, wy małe skurwiele.

Starając się nie okazać ulgi, członek Yakuzy wzruszył ramionami i powiedział coś 

szybko po japońsku do swojego towarzysza. Potem obaj obeszli ciężarówkę i zabrali się do 

pracy.

Obserwując, jak wyciągają ciało Amerykanina spod plandeki i niosą je do magazynu, 

background image

Xiang nagle przypomniał sobie coś, co dało mu głupi może, niemniej jednak potężny impuls 

do jak najszybszego wykonania tego zadania. Odwrócił się w stronę samochodu, zatrzymał na 

chwilę, żeby spojrzeć na czarną wodę uderzającą o nabrzeże - wodę, która wkrótce pochłonie 

Maxa Blackburna - i zorientował się, że nie potrafi odegnać od siebie natrętnej myśli, która 

przed chwilą przyszła mu do głowy.

Nazwa miasta, Pontianak, pochodziła od malajskiego słowa oznaczającego ducha 

zemsty.

Niespodziewanie przeszedł go dreszcz. Rozkazał Juarze, by wrócił do ciężarówki, po 

chwili sam wspiął się do kabiny i ruszyli w noc.

Jak każda podobna tragedia, masakra w Dżakarcie była nieunikniona w tej samej 

chwili, w której iskra dotarła do zapalnika połączonego z ludzkim materiałem wybuchowym.

Organizatorzy protestu - głównie studenci uniwersytetu należący do różnych 

organizacji politycznych gromadzących się luźno pod wspólnymi hasłami “prodemokra- 

tycznymi” i reprezentujący wszelkie możliwe poglądy polityczne, od komunistycznej utopii 

po skrajnie agresywny nacjonalizm - planowali demonstrację przed Centrum Kultury już od 

wielu tygodni. Przygotowując się do akcji, rozprowadzili mnóstwo utrzymanych w buń- 

czucznym tonie ulotek, latawców, pocztówek i wielkich plakatów. Wyprodukowali i rozdali 

niezliczone zadrukowane sloganami koszulki i czapeczki. Zdołali nawet puścić w obieg płyty 

kompaktowe z płomiennymi przemówieniami i hymnami protestacyjnymi, które miały być 

odtwarzane podczas wiecu z przenośnych urządzeń. Na największych indonezyjskich 

kampusach i dokoła nich przywódcy ruchu studenckiego poszukiwali wciąż z gorliwością 

prozelitów nowych zwolenników, gromadząc wokół siebie tysiące studentów przekonanych 

do nowych idei. Zdołali nawet pozyskać dla nich znaczny procent apatycznych zazwyczaj 

robotników, których niezadowolenie wybuchło nagle po tym, jak przez cztery lata znosili 

cierpliwie ogromną nędzę będącą skutkiem załamania azjatyckiej gospodarki.

Chociaż wszystkie zróżnicowane odłamy demonstrantów łączyły bardzo kruche 

więzy, ich postawa wobec wielu indonezyjskich problemów była niemal identyczna. 

Jednogłośnie protestowali przeciw astronomicznej inflacji, pomstowali na poczynania rządu, 

który uparcie powstrzymywał wprowadzenie niezbędnych reform ekonomicznych, oraz 

dawali wyraz swojemu niezadowoleniu z prezydenta - częściowo za to, że przymykał oczy na 

wszechobecną wśród biurokratów korupcję i marnotrawstwo, częściowo zaś za jego odmowę 

zlikwidowania monopolu państwa w kluczowych gałęziach gospodarki, kontrolowanych bez 

wyjątku przez nieograniczoną, zdawałoby się, rzeszę jego braci, braci przyrodnich, synów, 

background image

zięciów, siostrzeńców i bratanków.

Połączeni dysydenci stworzyli więc populistyczną siłę, z którą bez wątpienia należało 

się liczyć.

Jednak rząd ze swej strony dobrze przygotował się do konfrontacji. Uznawszy, że 

nasilające się niepokoje w kampusach, wioskach i miastach doprowadzą w końcu do 

ogólnonarodowej rebelii, wielu przywódców partii rządzącej doszło do wniosku, iż niezbędna 

jest demonstracja siły, która zada kłam przeświadczeniu o słabości i nieudolności 

indonezyjskiego rządu. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że stłumienie protestu w taki sposób, 

w jaki zrobili to Chińczycy na placu Tian'anmen, może zostać potępione przez społeczność 

międzynarodową, a nawet zagrozić dobrym stosunkom Indonezji z przyjaciółmi z Zachodu i z 

Japonii. Mimo to - mając w perspektywie mniej lub bardziej prawdopodobny wybuch 

ogólnonarodowego powstania - pewni wpływowi doradcy prezydenta doszli do wniosku, że 

warto podjąć to ryzyko, i przekonali go do zaakceptowania scenariusza, który miał pokazać 

całemu światu, że w kraju wyczerpała się już tolerancja dla działań dysydentów.

Według wiarygodnych ocen tłum protestujących liczył początkowo co najwyżej pięć 

tysięcy osób, a wysuwane żądania były bardzo różnorodne - od śmiertelnie poważnych do 

niemal śmiesznych. Mężczyźni nieśli transparenty z napisami piętnującymi represyjne 

działania policji i domagającymi się prywatyzacji przemysłu, ale też z żądaniami poszerzenia 

oferty programów telewizji kablowych. Kobiety żądały dla siebie większego dostępu do 

szkolnictwa i wprowadzenia nowych regulacji prawnych zakazujących dyskryminowania ich 

w miejscu pracy, ale też pomstowały na ograniczenia importu kosmetyków. Dziennikarze 

obojga płci domagali się głośno respektowania wolności słowa, a mieszkańcy miast - 

poprawy funkcjonowania komunikacji publicznej. Zamieszkujący przedmieścia narzekali na 

brak dbałości o drogi i autostrady, nawiedzeni ekolodzy natomiast wzywali do wprowadzenia 

dokładniejszych kontroli zanieczyszczenia środowiska. Wśród demonstrantów znalazła się 

nawet niewielka, lecz bardzo hałaśliwa grupa smakoszy, którzy wyrażali niezadowolenie z 

powodu niedawnego zamknięcia kilku czterogwiazdkowych restauracji.

O wiele mniej liczne od demonstrujących oddziały wojska, które wysłano, by ich 

powstrzymały i spacyfikowały, wyposażono w kamizelki kuloodporne oraz hełmy. Wszyscy 

żołnierze zostali wyekwipowani w broń palną z ostrą amunicją oraz w granaty z gazem 

łzawiącym i przygotowani zarówno do obrony, jak i do natarcia na tłumy.

Rząd miał też w zanadrzu obrzydliwą niespodziankę -w tłumie rozproszyło się 

mnóstwo agentów służby bezpieczeństwa, którzy podszywali się pod demonstrantów. Ich 

zadaniem było podburzenie manifestujących do konfrontacji z żołnierzami, którzy oczywiście 

background image

doskonale wiedzieli o tym planie i mieli za zadanie odpowiedzieć z całą bezwzględnością na 

atak, eliminując przy tym prawdziwych dysydentów. Było bez znaczenia, czy obrońcy praw 

człowieka uznają reakcję wojska za zbyt gwałtowną. Wręcz przeciwnie, miała ona dać światu 

jednoznacznie do zrozumienia, że rząd nie mógł już dłużej tolerować obywatelskiego 

nieposłuszeństwa i stanął wobec konieczności jak najsurowszego ukarania jego prowodyrów, 

nie bacząc na to, jak zareagują krytycy.

Aby wszystko wyglądało przekonująco, na początek zaplanowano drobne 

przepychania i utarczki. Dalszy ciąg akcji miał pokazać, że działania manifestujących powoli 

wymykają się spod kontroli i w końcu zaczynają zagrażać zdrowiu i życiu funkcjonariuszy sił 

porządkowych. Pojedyncze bijatyki miały się przeradzać w regularne walki, aż wreszcie na 

żołnierzy poleciałyby kamienie i koktajle Mołotowa. Rzucający - tajni agenci rządowi - 

powinni dla własnego bezpieczeństwa zostać wywleczeni z tłumu po ataku granatami z 

gazem łzawiącym oraz polaniu wodą z armatek. Na tym etapie jedynym ekwipunkiem 

atakujących sił wojska miały być pałki i kajdanki na ręce i nogi.

Jak dotąd wszystko toczyło się zgodnie z planem. W następnym etapie agenci 

podgrzewający zacietrzewienie na dobre już rozsierdzonego tłumu zaczęli rzucać w kierunku 

policjantów i żołnierzy kolejne butelki z benzyną. Na ziemi znów pojawiły się pomarańczowe 

ognie, a ciemne chmury gryzącego dymu spowiły arenę zamieszek. Nikt się nie zorientował, 

że te fajerwerki są dziełem zaledwie dwudziestoosobowej grupy. Nikt też nie zauważył, że 

koktajle zapalające rzucane są tak, aby trafiały w plastikowe tarcze żołnierzy albo spadały 

daleko od nich. Obraz gwałtownego natarcia na oddziały, które próbują utrzymać porządek, 

był natomiast tak wyraźny, że dostarczył powodu do natychmiastowej, zmasowanej 

odpowiedzi.

Żołnierze zaczęli wydobywać z ciężarówek strzelby i broń maszynową załadowane 

ostrą amunicją. W tłum wjechały transportery opancerzone, co tylko zwiększyło jego złość i 

histerię. Jakiś młody człowiek stanął przed jednym z nich i został rozjechany, gdyż kierowca 

po prostu go nie zauważył. Kobieta, która przybyła razem z nim na demonstrację, podbiegła 

do najbliższego żołnierza i przecięła mu policzek odłamkiem szkła. Zranionemu przyszli w 

sukurs inni żołnierze i już po chwili kobieta leżała na bruku, zatłuczona na śmierć kolbami 

karabinów. Kilku mężczyzn, którzy próbowali jej pomóc, zostało dotkliwie pobitych. Ktoś 

wydobył spod koszuli automatyczny pistolet i od tego momentu wszyscy stracili rozsądek. 

Rozgorzała walka na śmierć i życie, a dla uzbrojonych żołnierzy nie miało już znaczenia, czy 

atakują sprzeciwiających się rządowi demonstrantów, czy ukrytych w tłumie prowokatorów.

Wojsko zaczęło nacierać ze wszystkich stron, bez zahamowań korzystając z broni 

background image

palnej. Ludzie, którzy pragnęli uciec spod gradu kul, nie byli w stanie wydostać się z pułapki. 

Pociski nie wybierały i wkrótce na bruku leżały w kałużach krwi dziesiątki ciał. Ci, którzy 

wciąż żyli, krzyczeli przeraźliwie lub czołgali się w milczeniu, znacząc ziemię krwią i w 

każdej chwili spodziewając się śmierci.

Wokół sceny masakry pojawiało się coraz więcej ekip telewizyjnych i wkrótce cały 

świat mógł na żywo oglądać relację z zamieszek.

Obserwując te sceny w telewizji, Nga Canbera miał mieszane uczucia. Wydał 

mnóstwo indonezyjskich rupii na finansowanie demonstrantów, niewiele sobie robiąc z idei, 

które im przyświecały - rozgrywał jedynie swoją grę polityczną z rządem. Kierowała nim 

głównie nienawiść do krewnych prezydenta, którzy kontrolowali gospodarkę i nieustannie 

przeszkadzali mu w interesach. Szczególną awersję odczuwał przede wszystkim do jednego z 

jego synów, a swojego dawnego przyjaciela z college'u. Był on teraz właścicielem banku, 

który dzięki ciągłym zastrzykom pieniędzy z kasy państwowej prosperował znacznie lepiej 

niż jego własny.

A jednak Nga z niesmakiem patrzył na rebelię. Nie było mu bynajmniej żal 

protestujących i ginących ludzi. Zastanawiał się tylko, czy to gwałtowne przesilenie wyjdzie 

na dobre partii rządzącej, czy też stanie się zarzewiem jeszcze gwałtowniejszego buntu. I co 

się stanie, jeśli Międzynarodowy Fundusz Walutowy obetnie po tych wydarzeniach kredyty 

przeznaczone na ratowanie gospodarki albo całkowicie się z nich wycofa, podając jako 

pretekst łamanie praw człowieka w Indonezji? Jakie będą skutki takiej decyzji dla rodzinnego 

holdingu Canbery? Zaklął głośno. Dlaczego podobne pytania nie przyszły mu do głowy już 

wcześniej?

Wszystko to było niepokojące i wzbudzało obawy o przyszłość. Przecież jeśli ktoś 

zacznie grzebać w jego sprawach, szybko doszuka się związków ze studenckimi 

demonstrantami. Poza tym - chociaż pośrednio - przyczynił się do zabicia amerykańskiego 

szpiega. Jeżeli i to wypłynie na światło dzienne, szybko zostaną ujawnione również inne, 

najtajniejsze jego sekrety. Ostrzeżenie Kinzo nie było bezpodstawne. Nad Canberą 

gromadziły się czarne chmury. Było ich tak wiele, że z którejś musiał spaść w końcu potężny 

deszcz. Co powiedziałby Kinzo, gdyby znał jego rolę w spisku generała Kersika i jego 

towarzyszy? Nga nie rozumiał, jak taka prosta początkowo gra stała się nagle tak skomp- 

likowana i niebezpieczna. Czuł, że pewne sprawy zaczynają go przerastać.

Wciąż wpatrywał się w telewizor. Patrzył na uzbrojone pojazdy, na żołnierzy, na 

śmiertelnie przerażonych demonstrantów, których atakowano nawet wtedy, kiedy w popłochu 

starali się uciekać jak najdalej od niebezpieczeństwa. Prezydent i jego doradcy zasługiwali na 

background image

uznanie przynajmniej za to, że mieli odwagę zaatakować zdecydowanie, że postanowili raczej 

przyjąć odpowiedzialność za kilkadziesiąt trupów, niż czekać, aż niezadowolony motłoch 

stanie u ich drzwi. Nga pomyślał, że przynajmniej to zdecydowanie powinno być dla niego 

nauczką i że ma oto odpowiedź na pytanie, jak sam powinien rozwiązać swoje problemy.

Znowu przypomniał sobie słowa ostrzeżenia, które padły z ust Kinzo. Jeżeli 

pracodawcy Maxa Blackburna zaczną interesować się okolicznościami jego śmierci, śledztwo 

nieuchronnie zaprowadzi ich pod drzwi Canbery. Należałoby zatem zapobiec temu śledztwu. 

Tak, tylko jak tego dokonać? Cóż, Marcus Caine w końcu dostanie UpLink, pożre UpLink - 

Nga był tego pewien tak samo jak wcześniej. Ale -jak usiłował wykazać partnerom w tym 

ponurym domu, w którym ukrywał się Tajlandczyk - proces konsumpcji może potrwać długo. 

Zbyt długo!

Nga bez przerwy patrzył na telewizor, jednak jego wzrok nie był już skupiony na 

chaotycznych migawkach z Dżakarty. Myślał. Z każdą chwilą był coraz bardziej przekonany, 

że gra wcale go nie przerasta. Zapanuje nad nią, powinien tylko rozszerzyć swoją strategię. 

Dotarł do momentu, w którym przemyślane i długo przygotowywane ruchy nic już nie dają... 

Powinien zadziałać szybko i gwałtownie. Tylko wtedy wygra.

Kiwając głową jak człowiek, który nagle znalazł rozwiązanie skomplikowanej 

zagadki, podniósł słuchawkę i wystukał numer Marcusa Caine'a. 

- Halo?

- Marcus? Cześć. Właściwie dziwię się, że udało mi się zastać cię w domu. Z tego, co 

ostatnio czytałem, wynika, że w swoim mieście jesteś gwiazdą.

Usłyszawszy głos Nga, Caine uniósł brwi. Od ponad czterech godzin siedział przed 

telewizorem, oglądając transmitowany przez CNN satelitarny przekaz na żywo z masakry w 

Dżakarcie. Już wkrótce materiały zostaną zmontowane na potrzeby dzienników stacji 

telewizyjnych i zaprezentowane szerokiej widowni z pominięciem najbardziej przerażających 

scen, Marcus wolał jednak oglądać tragedie tego świata takimi, jakie są naprawdę. 

Ocenzurowane kadry nie dawały obiektywnego obrazu rzeczywistości.

- Daję niekiedy moim pochlebcom trochę wolnego, a sam w tym czasie próbuję 

nadrobić zaległości w oglądaniu wiadomości ze świata - odparł, zastanawiając się, czy to, że 

Nga dzwoni akurat teraz, jest czystym przypadkiem. - A skoro już o tym mowa, co to za 

szaleństwo rozgrywa się w twoim kraju?

- Najwyraźniej nasz ukochany przywódca rozprawia się z opozycją. Przynajmniej na 

to wygląda.

- Przyprawia cię to o ból głowy? Caine usłyszał westchnienie Nga.

background image

- To zależy od tego, jak dzisiejsze wydarzenia wpłyną na moje interesy.

Brwi Caine'a uniosły się odrobinę wyżej. Spodziewał się usłyszeć w tym momencie 

tradycyjną retorykę Nga - opowieść o współczuciu dla zwykłych szarych ludzi i tym podobne 

bzdury. Szczera odpowiedź wyraźnie go zaskoczyła.

- Wydawało mi się, że dopóki twój bank dobrze prosperuje, twoja pozycja jest 

niezachwiana bez względu na to, kto akurat jest u władzy - powiedział, nie mając pewności, 

czy to trafne spostrzeżenie, ponieważ Nga wciąż kręcił się wokół indonezyjskich polityków. 

Nic go to jednak nie obchodziło. Po prostu wypełniał ciszę, która na chwilę zapadła z drugiej 

strony.

- Posłuchaj mnie, Marcus. Musimy porozmawiać o Rogerze Gordianie. Wynikła 

paskudna sprawa i jeśli szybko nie zareagujemy, możemy mieć przez to straszne kłopoty - 

odezwał się tamten po kilku sekundach.

Caine poklepał się w zamyśleniu po brodzie. Nie miał pojęcia, czego dotyczyły 

tajemnicze słowa Nga. Doszedł do wniosku, że jego rozmówca miał najprawdopodobniej na 

myśli przejęcie holdingu.

- Formalnie ogłoszę zamiar wykupienia UpLink w dzisiejszym wydaniu “Wall Street 

Journal” - powiedział. - Prawnicy Gordiana z całą pewnością będą próbowali zwodzić nas w 

sądzie, ale uważam, że ich wysiłki spełzną na niczym. Daj mi tylko kilka tygodni, a ja już...

- Powiedziałem, że chodzi o Rogera Gordiana, a nie o UpLink. Zaniepokojony nagle 

Caine znów zaczął gorączkowo myśleć, modląc się w duchu, by Nga wydusił wreszcie, o co 

chodzi.

- Czy to ma jakiś związek z tym sukinsynem, który węszył wokół mojej filii w 

Singapurze? Myślałem, że się nim zająłeś.

Cisza.

- Marcus, możemy bezpiecznie rozmawiać?

- Mogę ręczyć jedynie za moją stronę łączy.

- W takim razie możemy. Człowiek, o którym mówisz, nie żyje. I tu właśnie zaczynają 

się problemy.

Caine zdał sobie nagle sprawę, że jego serce zabiło szybciej. -Ja... nie rozumiem. To 

znaczy... stało się coś złego? I co to ma wspólnego ze mną?

- To, jak do tego doszło, to długa historia, ale bądź pewny, że nie zamierzaliśmy 

zakończyć całej sprawy w ten sposób -powiedział Nga. - Porwanie go było naprawdę 

poważnym błędem, zresztą od samego początku sprzeciwiałem się takiemu rozwiązaniu. 

Gdyby odzyskał wolność, mógłby się co najwyżej podzielić z władzami i pracodawcą 

background image

informacjami na temat porywaczy. Tymczasem jego śmierć ściągnie na nas z całą pewnością 

dochodzenie. Zresztą, jaka to w końcu różnica? Ludzie będą chcieli poznać odpowiedzi, a 

wszystkie ślady prowadzą do nas.

- Poczekaj chwilę! - krzyknął Caine. - Mówisz do mnie, jakbym w tym maczał palce, 

a przecież nie mam nic wspólnego z porwaniem tego faceta. Nawet nie chciałem nic o tym 

wiedzieć. To twoi przyjaciele urządzili burzę mózgów i wymyślili, że trzeba go porwać, 

podczas gdy był o wiele prostszy sposób, żeby się dowiedzieć, za czym węszy. Rozsądniejszy 

sposób.

- Uspokój się, Marcus. Nie zmienimy tego, co już się stało. Najważniejsze, żebyśmy 

mieli dość odwagi, by się uporać z tym, co ten facet po sobie zostawił.

- Nie wciskaj mi tu tego kitu! To ty, kurwa, uporaj się ze wszystkim, co może teraz 

wypłynąć. Ja moje długi wobec ciebie spłaciłem już dziesięć razy! Zrobiłem wszystko, o co 

mnie prosiłeś, jak jakiś pieprzony służący. Ale to... Nie, mój drogi, w mokrą robotę mnie nie 

mieszaj.

Znów zapadła cisza, tym razem dłuższa niż poprzednia.

- Marcus; chyba nie muszę ci przypominać, że uczestniczyłeś w czymś, co twój rząd 

mógłby zakwalifikować jako zdradę. Jeśli twoja działalność wyjdzie na jaw, dostaniesz 

dożywocie, o ile w ogóle nie wylądujesz na krześle elektrycznym. Jak myślisz, dlaczego 

należało powstrzymać Blackburna? Nie mieliśmy wybooru...

- Nie w wymawiaj jego nazwiska. I nie ośmielaj się nazywać mnie zdrajcą! - 

zaprotestował Caine. Głos zaczął mu drżeć. - Na Boga, nie jestem przyzwyczajony do takiego 

traktowania. To sprawa tych skurwysynów, tych bandytów, z którymi się zadajesz. Czego 

właściwie ode mnie oczekujesz?

- Bezpośrednio niczego. Ale są w Stanach ludzie, którzy w przeszłości wykonywali 

dla nas pewne specyficzne zlecenia. Którzy potrafią niepostrzeżenie pojawiać się w pewnych 

miejscach i z n nich znikać. Wiesz, kogo mam na myśli, Marcus.

Caine nie dowierzał własnym uszom.

- Nie - powiedział. - Nie będę tego słuchał...

- Ależ  będziesz, będziesz - przerwał mu Nga. - Powiem ci, co trzeba - zrobić z 

Gordianem. Powiem ci to, bo nie mamy innego wyboru. I z tego samego powodu uważnie 

mnie wysłuchasz.

- Nie, nie, nie...

- Powiem ci to, Marcus - powtórzył Nga.

I powieział, nim Caine zdołał po raz kolejny mu przerwać.

background image

15

SAN JOSE, KALIFORNIA

24 WRZEŚNIA 2000

Siedząc w swoim pikapie na parkingu przed motelem Bay-view Motor, Jack McRea z 

trudem powstrzymał się, żeby po raz trzeci w ciągu ostatnich dziesięciu minut nie spojrzeć na 

zegarek. Miotały nim sprzeczne uczucia. Z jednej strony gorąco pragnął ujrzeć kobietę, z 

którą się tutaj umówił, z drugiej miał nadzieję, że ta jednak się nie pojawi. W ciągu ponad 

dziesięciu lat małżeństwa zdradził żonę tylko raz, a i to jedynie dlatego, że się upił i stracił 

panowanie nad sobą, kiedy Alice wyjechała akurat na jakiś czas z miasta. W dodatku nigdy 

dotąd nie sprzeniewierzył się tak wyraźnie obowiązkom zastępcy szeryfa okręgowego ani nie 

naruszył dyscypliny w żadnym z dodatkowych zajęć, których się podejmował, by móc 

zapłacić rachunki. Nie zrobił tego nawet po najgorszych pijackich hulankach.

A jednak sterczał teraz na tym motelowym parkingu, podczas gdy powinien być 

właśnie na prywatnym lotnisku, gdzie pracował po godzinach jako nocny stróż. Sterczał tutaj, 

czeka-jąc na kobietę spotkaną w barze, do którego wpadał czasami na kilka piw po 

zakończeniu służby w biurze szeryfa, a przed rozpoczęciem zmiany na lotnisku. Nie wiedział 

o niej nic z wyjątkiem tego, że ma na imię Cindi, pisane przez dwa “i”, że jest blondynką o 

ślicznych oczach i że wygląda wprost fantastycznie w krótkich spódniczkach i w butach na 

wysokim obcasie. Poza tym usta malowała czymś takim, że zawsze wyglądały, jakby były 

wilgotne, i miała niewiarygodny, podniecający uśmiech - jeden z tych, na których widok 

wszystkich mężczyzn aż ściska w dołku.

Gdy ostatniej nocy spotkali się w barze, powiedziała mu, że czeka na przyjaciela, 

który ma wpaść i ją stamtąd odebrać. Postawił jej drinka, bo wyglądała na nieco 

przygnębioną, a potem niespodziewanie wywiązało się między nimi coś w rodzaju flirtu. 

Przysunęła bliżej swój wysoki stołek, a kiedy spojrzał na nią znacząco, by dać do 

zrozumienia, że to zauważył, uśmiechnęła się tylko i nie ruszała przez chwilę, siedząc z 

podciągniętą niebotycznie wysoko spódniczką i dotykając udem jego nogi.

I tak to się zaczęło. Ponieważ sytuacja była drażliwa, a oboje doskonale wiedzieli, ku 

czemu to wszystko zmierza, Jack - chcąc, by miała pojęcie, na czym stoi - zdecydował się 

postawić sprawę jasno i powiedzieć jej, że jest żonaty. Zachichotała cichutko, usłyszawszy to 

wyznanie, a kiedy zapytał ją, co w tym takiego śmiesznego, przesunęła palcem po jego 

obrączce i oznajmiła, że nie jest to dla niej żadna wielka nowina, chyba że nosi coś takiego po 

background image

to tylko, by wyglądać na trudniejszego do poderwania. Zrozumiał, jak głupio musiało 

zabrzmieć jego wyznanie, i również zaczął się śmiać, a wtedy Cindi powiedziała mu, że ma 

stałego chłopaka, co sprawia, że są w takiej samej lub niemal takiej samej sytuacji. Z jakiegoś 

powodu roześmiali się oboje, po czym śmiejąc się wciąż, pochylili ku sobie i pocałowali 

głęboko, namiętnie. Po chwili zaczęli się pieścić, opowiadając sobie gorączkowo, jak bardzo 

chcieliby być teraz sami, zapomnieć o chłopaku i o żonie i pieprzyć się od razu tu, przy tym 

barze.

Jack wiedział o istnieniu Bayview, gdyż każdego wieczoru przejeżdżał obok niego w 

drodze do pracy na lotnisku należącym do grupy miejscowych biznesmenów, którzy 

zawiązali spółkę i trzymali tu swoje firmowe odrzutowce. Poza tym o położonym o rzut 

kamieniem od lotniska motelu opowiadało mu kilku żonatych kumpli, którzy bywali tu, gdy 

zdarzył się im skok w bok z poznaną przygodnie panienką. Właściciele Bayview Motor, jak 

zapewniali, znani są z gościnności i dyskrecji.

Kiedy byli już bardzo podnieceni, a Cindi siedziała mu na kolanach, Jack wspomniał 

jej o tym motelu. Dodał, że zostało mu jeszcze kilka wolnych godzin do rozpoczęcia pracy, i 

w końcu spytał, czy miałaby ochotę pojechać tam z nim i dokończyć to, co rozpoczęli. Wtedy 

wyjaśniła mu, że chłopak, z którym się tu umówiła, jest kierowcą osiemnastokołowej 

ciężarówki i spotyka się z nią za każdym razem, gdy akurat przejeżdża przez miasto. Tej nocy 

miał się tu właśnie zatrzymać na kilka godzin, robiąc sobie przerwę w długim kursie. Potem 

znów nie będą się długo widzieć, ale spodziewała się, że zażąda od niej tego, czego zwykle 

oczekuje w takich sytuacjach. Zapewniała jednak Jacka, że myśl o tym, iż jeszcze tej samej 

doby będzie mogła dać to samo również jemu, bardzo ją ekscytuje.

McRea nie wiedział, co myśleć o jej historii, poza tym, że zapragnął nagle wziąć 

zimny prysznic, zapytał więc wprost Cindi, czy nie zmieniła przypadkiem zdania. “Nie, nie, 

źle to odebrałeś", odparła, po czym wsunęła dłoń między jego uda i powiedziała, że jej 

chłopak ruszy w trasę następnego ranka i że tak będzie lepiej, jeśli mają pojechać razem do 

motelu. Wtedy nie będzie już musiała myśleć o niczym innym i da Jackowi wszystko, czego 

pragnie... Tak właśnie mówiła, trzymając cały czas dłoń na jego jądrach, pocierając je i 

niewiele sobie robiąc z obecności innych klientów baru. A jej uśmiech, ten uśmiech był-jak to 

szło w tej piosence? - słodki jak ciastka moc i dziki jak piątkowa noc, coś w tym stylu.

Wszystko, czego pragnie...

Och, Boże, jak można się oprzeć takiej perspektywie?

Wkrótce zaczęli planować, jak spędzą tę noc. Początkowo Jack chciał się spotkać z 

Cindi w barze około szóstej, a następnie pojechać z nią do Bayview, gdzie mogliby spędzić 

background image

kilka godzin, zanim będzie musiał zluzować strażnika, który miał dzienną zmianę. 

Powiedziała mu jednak, że po południu ma jeszcze kilka ważnych spraw do załatwienia i że 

wolałaby spotkać się z nim trochę później - może o siódmej, a najlepiej siódmej trzydzieści, 

by mieć pewność, że zdąży na czas. Odparł, że nie bardzo mu to odpowiada, bo musi być w 

pracy o ósmej, w związku z czym zostałoby im najwyżej pół godziny, a nie sądzi, by 

któremukolwiek z nich zależało, żeby za pierwszym razem zrobili tylko szybki numerek.

Rozważali przez jakiś czas wszystkie możliwe wyjścia z tej sytuacji, ponieważ żadne 

nie miało ochoty ponownie odkładać tego, co miało się stać, jednak Cindi uparcie powtarzała, 

że nie może zrezygnować ze swoich zobowiązań. W końcu zapytała Jacka, czy nie mógłby się 

odrobinę spóźnić do pracy, znaleźć zastępcy albo po prostu zniknąć na godzinę czy dwie z 

posterunku, co -jak myśli - z pewnością sprawiłoby, że spotkanie byłoby znacznie bardziej 

ekscytujące, niebezpieczne i zabawne.

Mimo że początkowo pomysł ten brzmiał niedorzecznie, Jack zrozumiał wkrótce, iż 

Cindi trafiła w sedno. Mógł przecież zostawić na krótko bramę nie strzeżoną i nikt by się o 

tym nie dowiedział. W gruncie rzeczy robił już tak, gdy wyjeżdżał po kawę albo papierosy, a 

raz czy dwa zatrzymywał się nawet, żeby wypić browar przed powrotem na lotnisko. Do 

cholery, nie pracował przecież na międzynarodowym w San Francisco! Podczas jego warty 

przyloty lub odloty były wielką rzadkością. Mógł się więc zjawić na posterunku o zwykłej 

porze, potem wymknąć się na kilka godzin z Cindi i wrócić nie zauważony przed końcem 

zmiany. Poza tym tak, miała rację - to rzeczywiście sprawi, że cała zabawa nabierze 

dodatkowego smaku.

Ostatecznie uzgodnili, że spotkają się na parkingu Bayview - Jack chciał dać jej 

wskazówki, jak tam dojechać, ale okazało się, że wie, gdzie to jest - o ósmej trzydzieści. To 

dawało Jackowi wystarczająco dużo czasu, by mógł się zjawić punktualnie na posterunku, 

upewnić, że strażnik z dziennej zmiany już sobie pojechał, a następnie pospieszyć na 

spotkanie.

I oto siedział tutaj następnego wieczoru. Czekając na jej przyjazd, kolejny raz spojrzał 

na zegarek i pomyślał, czy przypadkiem nie postanowiła puścić go kantem po tych wszyst-

kich szczegółowych uzgodnieniach, wręcz negocjacjach. W sumie, doszedł do wniosku, 

byłoby to dla niego najlepsze. Alice była dobrą kobietą i wiele z nim przeszła, a on za nic w 

świecie nie chciałby jej stracić. Z drugiej jednak strony od urodzin Tricii seks już dla nich nie 

istniał, a on był zdrowym facetem i miał swoje potrzeby. Tej nocy chodziło tylko o seks, nie 

miało to nic wspólnego z jego uczuciami do żony. Mimo wszystko, pomyślał, nigdy nie 

można mieć stuprocentowej pewności, że nie zostanie się przyłapanym z opuszczonymi do 

background image

kolan spodniami, i dlatego właśnie, domyślał się, jakaś część jego byłaby zadowolona, 

gdyby...

Niespodziewanie z zamyślenia wyrwał go odgłos nadjeżdżającego samochodu. 

Spojrzał szybko w lusterko i zobaczył czerwoną hondę civic, która powoli wtoczyła się na 

parking, skręciła i po chwili zatrzymała się w rzędzie pojazdów dokładnie za jego 

samochodem... A po chwili - gdy ujrzał w lusterku długie, zgrabne nogi wysuwające się z 

hondy - poczuł, że jego serce zaczęło bić znacznie szybciej. Szła w jego kierunku, słodka jak 

ciastka moc i dzika jak piątkowa noc, w stroju rodem z jego najgorętszych fantazji. Jej kuse 

ciuszki sprawiały, że Jack mógł myśleć już tylko o tym, jak będzie wyglądała, kiedy je z niej 

zdejmie...

Dotknął przycisku, by opuścić szybę, lecz siedział bez ruchu.

- Czekasz na kogoś szczególnego? - zapytała, pochylając się nad nim z uśmiechem. 

Wielkie oczy dziewczyny i zapach jej perfum sprawiły, że serce Jacka zaczęło bić jak 

oszalałe.

- Już nie - odparł i otworzył drzwi. W tej chwili jasno zrozumiał, że nieprędko wróci 

na lotnisko, że nie dba zupełnie, iż może już tam nigdy nie wrócić, i że niczym cholerny 

biblijny Samson jest wspaniale, słodko zauroczony.

Lotnisko, którego lokalizację wybrano z myślą o zapewnieniu jak największej 

prywatności, rozciągało się nad małą odnogą zatoki leżącej na północny wschód od granicy 

hrabstw Almeda i Santa Clara. Każdy z czterech doskonale utrzymanych hangarów w barwie 

popiołu oznaczony był na dachu i przynajmniej na jednej ze ścian logo określonego przedsię-

biorstwa, co ułatwiało nadlatującym pilotom rozpoznanie miejsca. Lotniskową infrastrukturę 

tworzyło ponadto kilka budynków z prefabrykatów oraz dwa pasy startowe: jeden długości 

ponad dwóch tysięcy stóp, drugi zaś - przeznaczony dla dużych samolotów turbośmigłowych 

i odrzutowców - trzy tysiące czterysta stóp. Tego wieczoru tylko kilka samolotów nocowało 

na wyznaczonych stanowiskach pod spokojnym, cichym niebem. Na płycie stał 

jednosilnikowy śmigłowy pilatus, nieco większy, wyposażony w dwa silniki turbośmigłowe 

king air C90B, małe odrzutowce dla biznesmenów - cessna i swearingen, oraz trzy lub cztery 

niewielkie, specjalnie przygotowane samoloty sportowe. Na północnym skraju lotniska stała 

spokojnie na ponumerowanych miejscach cała flotylla helikopterów.

Mały, pogrążony w ciemnościach lotniskowy parking, przeznaczony dla jakichś 

dwóch tuzinów samochodów, był pusty, kiedy o ósmej trzydzieści nie oznakowana 

furgonetka zjechała nań z trójpasmowej drogi dojazdowej i skierowała się wprost na płot 

background image

biegnący za hangarami i ich przedpolem. Dwaj mężczyźni siedzący w kabinie stwierdzili, że 

posterunek strażnika jest pusty, ale tego właśnie najwyraźniej oczekiwali. Strażnik został 

zwabiony do motelu przez kobietę, której mistrzowskie umiejętności sprawią, że przez 

najbliższe kilka godzin facet nie będzie mógł sobie przypomnieć swojego imienia, nie wspo-

minając już o obowiązkach na lotnisku.

Chwilę po tym, jak umilkł silnik i zgasły światła furgonetki, jej kierowca i pasażer 

wyskoczyli z kabiny i minąwszy bramę, ruszyli szybko ku hangarom. Obaj mieli na sobie 

zielone robocze kombinezony. Kierowca niósł portfel z fałszywymi dokumentami, w kieszeni 

na piersi dwa poręczne klucze, a w ręce puste naczynie o pojemności pół kwarty. Jego 

wspólnik, również zaopatrzony w podrobione dokumenty, był uzbrojony w berettę z 

tłumikiem, schowaną w umieszczonej pod kombinezonem kaburze.

Droga dojazdowa dla serwisantów otaczała pętlą lotnisko i miała betonowy chodnik 

ciągnący się na tyłach hangarów. Dotarłszy do chodnika, mężczyźni spostrzegli jakieś 

trzydzieści stóp po prawej hangar UpLink i ruszyli ku niemu szybko i bez słowa. Gdyby 

spotkali kogoś, kto zakwestionowałby ich obecność w tym miejscu, wyjaśniliby, że wynajęto 

ich, by dokonali ostatniego przed porannym lotem przeglądu learjeta Rogera Gordiana, i 

dodaliby, że dotarli tu tak późno, ponieważ mieli kłopoty z odnalezieniem lotniska. Na 

wypadek, gdyby to wyjaśnienie nie uspokoiło pytającego, zabrali ze sobą berettę.

Szczęśliwie jednak dotarli bez jakichkolwiek przeszkód do hangaru i przekonali się, 

że jego brama jest otwarta. Weszli do środka, znaleźli włącznik światła i natychmiast zapalili 

umieszczone pod dachem jarzeniówki. Wnętrze hangaru cuchnęło paliwem, smarami i 

metalem.

Pod wysokim, płaskim dachem stał, unieruchomiony klockarni, lśniący learjet 45 

Rogera Gordiana - ośmiomiejscowy odrzutowiec pasażerski o potężnych silnikach i 

zakrzywionych ku górze końcówkach skrzydeł. Kierowca zatrzymał się i przez chwilę 

przyglądał z podziwem maszynie. Laerjet był cudownym dziełem techniki, lecz jak każda 

rzecz miał swoją piętę Achillesa.

Wreszcie mężczyzna odwrócił się do swojego towarzysza, wskazał mu ruchem głowy 

bramę i zaczekał, aż ów stanie tam na straży. Kiedy wyznaczony na strażnika pasażer 

ciężarówki dotarł do drzwi, wyjrzał na zewnątrz, zlustrował uważnie okolicę, po czym skinął 

głową przez ramię swojemu koledze, dając znać, że w zasięgu wzroku nie ma nikogo.

Kierowca raz jeszcze kiwnął głową, informując kompana, że zrozumiał sygnał, a 

następnie wsunął się pod kadłub samolotu. Obróciwszy się na plecy, wydobył z kieszeni 

klucze i przystąpił do pracy. Odkręcił wieczko pojemnika, który przyniósł ze sobą, i ustawił je 

background image

sobie na brzuchu. Jednym z kluczy mocno ścisnął linkę biegnącą od cylindra podwozia i, 

pociągnąwszy ją z całej siły, drugim kluczem poluźnił hydrauliczne mocowanie cylindra. 

Następnie dokładnie pod nim ustawił naczynie i patrzył bez słowa, jak spływa do niego 

ciemny płyn. Czekał tak, aż naczynie wypełniło się niemal po brzegi. Zakręcił wieczko. Nie 

śpiesząc się, schował do kieszeni klucze, wyczołgał się spod samolotu i wstał.

Niecałe piętnaście minut po wejściu do hangaru obaj mężczyźni znaleźli się z 

powrotem w samochodzie. Kierowca umieścił w schowku pojemnik z płynem hydraulicznym, 

przekręcił kluczyk w starterze i wyjechał na drogę dojazdową do lotniska.

Kiedy przejeżdżali obok niej, budka strażnika wciąż była ciemna i pusta.

Strażnik bawił się w najlepsze i z całą pewnością do końca swoich dni z uśmiechem 

będzie wspominał te chwile ukradzionej przyjemności, nie mając pojęcia, że właśnie dzięki 

nim zagwarantował Rogerowi Gordianowi gwałtowną śmierć.

background image

16

WASZYNGTON l SAN JOSE, KALIFORNIA

25/26 WRZEŚNIA 2000

- Mówię ci, że jeśli ludzie z biura prasowego nie wezmą się wreszcie do pracy, 

osobiście ich pozwalniam, a twój pieprzony tyłek, Terskoff, będzie pierwszym, który poczuje 

mojego kopniaka! - powiedział ostro prezydent Richard Ballard, zwracając się z 

rozgoryczeniem do sekretarza prasowego Białego Domu, Briana Terskoffa.

- Szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby czymś zawinili - stwierdził Stu Encardi, który 

pełnił funkcję specjalnego doradcy prezydenta, a teraz czekał cierpliwie, aż ten się trochę 

uspokoi, by móc coś powiedzieć. - Wie pan, jak to jest z dziennikarzami. Piszą zawsze to, co 

chcą napisać.

Ballard skrzywił się z niesmakiem.

- Och, daj spokój. Mamy właśnie podpisać z Japończykami i szefami innych państw 

Dalekiego Wschodu genialny traktat, który odmieni oblicze świata, zaprosiliśmy już na 

pokład najnowocześniejszej łodzi podwodnej, jaka kiedykolwiek istniała, trzech regionalnych 

przywódców, a ty chcesz mi wmówić, że prasa bardziej interesuje się zagadnieniem technik 

szyfrowania?! Przecież to absurd!

- Tak pan sądzi? - spytał Encardi. - Przyznaję, ze wszystkich sondaży wynika, że aż do 

początku tego tygodnia ludzie nie zwracali niemal uwagi na spór wokół technik szyfrowania i 

że do dzisiaj nie wiedzą, o co chodzi w całej tej cholernej sprawie. Ale z mojego punktu 

widzenia dziennikarzy zaczęła bardzo interesować eskalacja konfliktu Gordiana z Caine'em. 

Nasz traktat dotyczy współpracy i harmonii, a tymczasem konflikt, cóż, konflikt to esencja 

dramatu, który...

- Oszczędź mi tego - przerwał mu Ballard. - Co, do diabła, powinniśmy zrobić, żeby 

skupić na sobie uwagę opinii publicznej?! Zabrać na pokład tego okrętu podwodnego Nurka 

Dana i Barona Barracudę?!

- Słucham, panie prezydencie?

- Nieważne, jesteś dwadzieścia lat za młody - odparł Ballard i nieoczekiwanie zaczął 

czegoś nasłuchiwać. - A tak przy okazji, nie uważacie, że liście tego drzewa rozkosznie 

szumią na wietrze?

- Tak, panie prezydencie, rzeczywiście.

Stali pod płaczącą wierzbą, którą poprzednia pierwsza dama zasadziła na Połud- 

background image

niowym Trawniku na wieczną pamiątkę swojego pobytu w Białym Domu. Drzewo to 

przypominało Encardiemu jego sytuację.

Stu Encardi trafił do grona najbardziej zaufanych doradców prezydenta dzięki jego 

ukochanej żonie, obecnie pierwszej damie Ameryki, która zapałała sympatią do trzydziesto-

letniego absolwenta Yale będącego wówczas koordynatorem kampanii reelekcji Ballarda. 

Kobieta wyczuła w nim pokrewną duszę, człowieka o podobnym spojrzeniu na świat oraz po-

stawie, i wymogła na mężu, by po wyborach uczynił Encardiego członkiem sztabu swoich 

doradców. Przewidywała, że w przyszłości okaże się doskonałym pośrednikiem, który 

umożliwi jej wpływ na polityczne i personalne decyzje Ballarda w sytuacjach, kiedy nie 

będzie mogła zrobić tego osobiście.

Najogólniej mówiąc, prezydent Ballard uważał Encardiego za inteligentnego, 

pożytecznego i oddanego szczeniaka i lubił go mieć przy sobie, ponieważ doradca był dla 

niego personifikacją poglądów jego żony. Od czasu do czasu niepokoiło go tylko, że jego 

pomocnik pyszni się burzą kręconych loków, podczas gdy w jego wypadku tylko cuda 

techniki fryzjerskiej ukrywały powiększającą się nieustannie łysinę. Zaczynał się też 

denerwować, gdy Encardi zapożyczał nawyki językowe pierwszej damy: na każde 

oświadczenie prezydenta reagował pytaniem “Tak pan sądzi?”, a swoje odpowiedzi 

rozpoczynał belferskim “Szczerze mówiąc” albo “Z mojego punktu widzenia”, które pani 

Ballard utrwaliła sobie podczas trwającej kilka dziesięcioleci kariery wykładowcy w 

college'u. Takie właśnie rzeczy mogły sprawić, że dobry dzień prezydenta nagle okazywał się 

zły, a zły stawał jeszcze gorszy, chyba że wspaniała pogoda i szum poruszanych delikatnym 

wietrzykiem liści wierzby powodowały, iż wszystko pod Bożym niebem nagle zaczynało się 

wydawać lepsze i piękniejsze.

- Stu, pozwól, że ci coś błyskawicznie wytłumaczę - powiedział Ballard. - Mimo że 

Gordian robi zamieszanie na Kapito-lu, za dwa dni podpiszę ustawę o zasadach wykorzy- 

stywania technik szyfrowania. Za dwa miesiące wszyscy już zapomną o tej sprawie i sądzę, 

że nazwiska Morrisona i Fiore'a będą się raczej kojarzyć ludziom z jakimś przyjętym w Vegas 

aktem dotyczącym tresury dzikich zwierząt, niż nie z polityką. Tymczasem zawrę pakt, który 

na najbliższe dwadzieścia lat, a zapewne nawet i na dłużej, uczyni z naszego kraju gwaranta 

bezpieczeństwa w Azji. To będzie moja spuścizna dla potomnych albo przynajmniej skromna 

zaliczka na jej poczet. Musimy się tylko upewnić, że ludzie to zauważą.

Encardi patrzył na prezydenta w przyćmionym świetle przedzierającym się przez 

baldachim drżących na wietrze liści wierzby. Dokoła niego krążyły komary. W gruncie 

rzeczy zawsze tutaj były. Z powodu, którego nie potrafił zrozumieć, podobnie jak prezydent 

background image

upodobały sobie sąsiedztwo przeklętego drzewa.

Przegonił ręką całą eskadrę małych, uskrzydlonych napastników, przekonany, że 

byłby o wiele szczęśliwszym człowiekiem, gdyby prezydent choć raz wybrał się na spacer 

pod dereń, wiąz albo olchę i tam próbował odzyskać wewnętrzny spokój.

- Uważam, że powinniśmy dopilnować, by Nordstrum z “New York Timesa” napisał 

peany na temat traktatu - powiedział.

- Aja myślałem, że twoi ludzie od dawna już się tym zajmują - odparł prezydent.

- Cóż, owszem, jednak zawsze można sprawić, że będą jeszcze pochlebniejsze - odparł 

Encardi. - Nordstrum jest największym obrońcą i zwolennikiem naszej polityki bezpieczeń-

stwa w rejonie Azji i Pacyfiku. Dlaczego nie mielibyśmy pomóc mu w uzyskaniu wywiadów 

z premierem Japonii oraz przywódcami Malezji i Indonezji? Może należy go zaprosić na 

obiad, który wyda pan na pokładzie Seawolfa? Zróbmy wszystko, by umożliwić mu szeroki 

dostęp do materiałów, których nie zdobyłby inną drogą, a które może wykorzystać w swych 

artykułach.

Rozłożywszy szeroko ramiona, Ballard przeciągnął się i odetchnął głęboko wonnym 

powietrzem ogrodów Białego Domu. Słońce, które przebijało się przez gąszcz długich liści 

wierzby, oświetliło jego twarz.

- Ach, niemal całkowicie się odprężyłem - westchnął. - Czyż to nie cudowny poranek?

- Cudowny - odparł obojętnie Encardi, odganiając komara. Ballard spojrzał na niego.

- Twój pomysł z Nordstrumem wygląda dość ciekawie, ale tylko w pierwszej chwili - 

powiedział. - Wiesz, skoro już o nim wspomniałeś, muszę ci powiedzieć, że dziwi mnie 

trochę, iż Roger Gordian nie przekonał Nordstruma, by napisał na swojej kolumnie więcej o 

problemie technik szyfrowania. Facet jest płatnym doradcą UpLink International. Wiedziałeś 

o tym?

Encardi zastanawiał się nad tym przez chwilę, po czym wzruszył ramionami.

- Może nie zgadza się z Gordianem w tym punkcie? - powiedział w końcu.

- Albo tak jak wszyscy mądrzy ludzie uważa, że całe to zamieszanie wokół technik 

szyfrowania jest nudne i bez znaczenia - dodał prezydent.

Opatulony dziewiczą roślinnością atol, leżący niemal na granicy wód terytorialnych 

Filipin, był jednym z setek, które pstrzyły morze Celebes na zachód od brzegów Sabah. 

Kolista rafa tworzyła naturalny falochron wokół jego brzegów, a gęsty pas mangrowców 

chronił go przed tropikalnymi sztormami i opasywał pierścieniem puszczę równikową 

położoną w głębi wyspy, która otaczała z trzech stron lagunę.

background image

Te same cechy ukształtowania terenu, które chroniły atol przed niszczącym wpływem 

działalności morza i pogody, sprawiały, że jak dotąd kryjówka piratów nie została wykryta i 

-w gruncie rzeczy - była nie do wykrycia. Tylko niewielu ludzi spoza tej grupy wiedziało 

cokolwiek o kryjówce, jeszcze mniej przebrnęło przez jej naturalne linie obronne, a żaden z 

przybyszy, którzy uczynili to bez zaproszenia, nie opuścił atolu żywy.

Zhiu Sheng był tutaj wcześniej zaledwie raz, a i wtedy -zaproszony przez generała 

Kersika, który chciał, żeby na miejscu obejrzał bazę wypadową do planowanego najazdu na 

Sandakan - okrążył tylko szybko atol. Dzisiaj jednakże zaprowadzono go do jej centrum. 

Godzinę wcześniej chiński trawler rybacki, który zabrał go na pokład w portowym mieście 

Xiamen w prowincji Fujian, wpłynął wolno wąskim przesmykiem między rafami na lagunę i 

rzucił kotwicę prawie przy samym piaszczystym brzegu. Sheng miał szczęście, ponieważ 

zaledwie kilka minut po jego przybyciu niebo zasnuły skłębione, ciemnoszare chmury i na 

ziemię spadły kaskady wody. Gwałtowna burza równikowa z potężnymi wyładowaniami 

trwała zaledwie kwadrans, jednak gdyby niewielka łódź znajdowała się wówczas na otwartym 

morzu, huraganowy wiatr i wysokie, gwałtowne fale mogłyby ją zatopić.

Kiedy deszcz nieco zelżał, załoga trawlera - dwunastu wyselekcjonowanych, 

zaufanych komandosów z oddziału stacjonującego w kantońskim okręgu wojskowym - 

przystąpiła do pracy przy wyładowywaniu nie oznakowanych skrzyń. Żołnierze przenosili je 

na pontony, a następnie transportowali na brzeg. Zgodnie z rozkazami, wszyscy mieli na 

sobie cywilne koszule i spodnie. Z kolei Xiang i garstka piratów, która czekała wraz z nim na 

plaży, ubrani byli w wojskowe mundury polowe. Zhiu pomyślał z ironią, że aż nazbyt często 

na tym świecie role, jakie wyznacza ludziom życie, są trudne do określenia i wprawiają w 

zakłopotanie.

Żołnierze, w przesiąkniętych potem koszulach i z chyboczącymi się na ramionach 

skrzyniami, brnęli z trudem w sięgających im po kolana wodach strumienia, który wił się i 

zakręcał pomiędzy wszechobecnymi sagowcami. Cała grupa podążała śladem ludzi Xianga, 

którzy coraz głębiej zanurzali się w dżunglę. Z początku gąszcz epifitów i pnączy 

powodował, że musieli torować sobie drogę maczetami, wkrótce jednak podszycie nieco się 

przerzedziło, a spod kopuły drzew zaczęło docierać światło, mogli więc zwiększyć tempo.

Zhiu, który całe życie spędził w miastach, czuł się tutaj osaczony, przytłoczony przez 

przyrodę. To uczucie nieustannie się nasilało, w miarę jak coraz bardziej zanurzali się w 

dżunglę. Wydawało mu się, że nagle został cofnięty o miliony lat wstecz do jakiejś 

prehistorycznej epoki, do której ludzie tacy jak Xiang pasowali równie dobrze, jak on sam do 

ulic współczesnego Pekinu. Postępując krok w krok za wielkoludem, który przekraczał 

background image

właśnie strumień, przypomniał sobie chwilę, kiedy po raz pierwszy spotkał go w kryjówce 

Tajlandczyka. Mężczyzna strzegł wtedy drzwi wejściowych do pomieszczenia, w którym 

trzymano więźnia - jego wzrok był beznamiętny i czujny i choć wydawało się, że spoczywa 

na wszystkim dokoła, nic nie uchodziło jego uwagi. Spojrzenie to zmroziło go, Zhiu jednak 

nie do końca rozumiał jego istotę - nawet po tym, co pirat zrobił z Maxem Blackburnem. Ale 

tutaj, w tej starej i obcej mu puszczy równikowej, zrozumiał, że było to spojrzenie istoty 

żyjącej w czasach, do których nie sięga ludzka pamięć, mieszkańca pierwotnych dżungli i 

moczarów, spojrzenie należące bez wątpienia do bezlitosnego, opanowanego łowcy.

Zhiu z wysiłkiem posuwał się naprzód. Mimo że w plecaku miał tylko racje 

żywnościowe, wodę i zestaw pierwszej pomocy, zmęczyła go wyprawa szlakiem 

prowadzącym przez rwący strumień. Widział, że jego ludzie, którzy niosą o wiele cięższe 

skrzynie, są już niemal krańcowo wyczerpani.

Ucieszył się, kiedy Xiang wspiął się wreszcie na brzeg strumienia i wprowadził całą 

grupę do lasu.

Minęło dwadzieścia minut, zanim dotarli w końcu do obozu -usytuowanego u podnóża 

wapiennej ściany skrawka wydartej dżungli ziemi, na którym postawiono kilka krytych 

strzechą szałasów. Zhiu popatrzył poprzez listowie i ujrzał sylwetkę Kersika oraz pięciu czy 

sześciu jego ludzi stojących niedaleko jednego z tymczasowych schronień. Wszyscy z 

wyjątkiem generała trzymali do przeglądu karabiny, stare i zużyte rosyjskie AKM-y. 

Podobnie jak piraci Xianga, ubrani byli w mundury maskujące, na tym jednak kończyło się 

podobieństwo między obiema grupami. Ich sprawność i zdyscyplinowanie były widoczne już 

na pierwszy rzut oka, dlatego bardziej przypominali ludzi Zhiu Shenga.

Byli doświadczonymi żołnierzami, bez wątpienia zwerbowanymi spośród członków 

Oddziałów Specjalnych KOSTRAD, którymi Kersik dowodził przed odejściem z wojska.

Nie odwracając głowy, Zhiu podniósł wzrok i spojrzał w stronę sklepienia, które 

tworzyły korony drzew. Nie zobaczył snajperów strzegących obozowiska, wiedział jednak, że 

są gdzieś tam, ponad nim, starannie ukryci i gotowi zdjąć jednym celnym strzałem każdego 

intruza.

- Ach, Zhiu, jesteś wreszcie - powiedział Kesik, gdy go dostrzegł, i wyszedł mu na 

spotkanie. - Nasza sprawa powoduje, że spotykamy się w niecodziennych miejscach, nie 

sądzisz?

- Tak - odparł Sheng i wyminął Xianga, żeby uścisnąć wyciągniętą dłoń generała. - To 

akurat, muszę przyznać, trochę mnie przybija. Jak dla mnie, zbyt tu gorąco i wilgotno.

Kersik uśmiechnął się nieznacznie.

background image

- Zdaje się, że jako rodowity mieszkaniec tych wysp uodporniłem się na ich 

niekorzystne warunki - powiedział. Popatrzył znacząco na ludzi Zhiu i uśmiechnął się, jakby 

był zadowolony z tego, co widzi. - No chodźcie, musicie być zmęczeni. Pokażę wam, gdzie 

złożyć ładunek.

Skinął na ludzi Shenga, by poszli za nim, po czym odwrócił się i ruszył w kierunku 

skalnej formacji widocznej za szałasami. Większą część wapiennej ściany pokrywała mata z 

powiązanych sznurami wysuszonych liści palmowych. Kersik przywołał dwóch swoich ludzi, 

wydał im łagodnie rozkaz w bahasa i zaczekał, aż odsuną matę i odsłonią wejście do 

niewielkiej jaskini. Miało około pięciu stóp wysokości i mniej więcej tyle samo szerokości.

Zaciekawiony Zhiu podszedł do wejścia, schylił się nad nim nieznacznie i wsunął 

głowę do środka, by przyjrzeć się jej uważniej. Na pierwszy rzut oka grota wydała mu się 

głęboka - w każdym razie nie mógł dostrzec końca tunelu. Po grubej warstwie guana 

zalegającej wlot do jaskini pełzały chrząszcze i inne owady. Zhiu nasłuchiwał przez chwilę i 

dobiegł go cichy trzepot skrzydeł nietoperzy.

Rzeczywiście niecodzienne miejsce, pomyślał.

Wyprostował się i popatrzył na swoich ludzi.

- Tu przeniesiemy całe uzbrojenie - powiedział, wskazując na wejście do jaskini. 

Umilkł na chwilę i pomyślał o śliskiej warstwie guana, po której będą musieli stąpać. - Tylko 

uważajcie, gdzie stawiacie nogi - dorzucił.

Gdy Kirsten odłożyła słuchawkę i stanęła w drzwiach pokoju gościnnego, zobaczyła, 

że jej siostra Anna siedzi z podkurczonymi nogami na kanapie w salonie.

- Właśnie rozmawiałam z policją w Singapurze - powiedziała. - Podałam im moje 

nazwisko, opowiedziałam o ludziach, którzy ścigali mnie i Maxa, i poinformowałam, gdzie 

się zatrzymałam. Odniosłam wrażenie, że od dawna wiedzą, co się wydarzyło przed hotelem

Anna posłała jej spojrzenie, które mówiło, że nie spodziewała się innych wiadomości.

- W kraju, w którym przestępstwem jest kontrabanda gumy do żucia i plucie na ulicy, 

bójka taka jak ta nie mogła przejść nie zauważona - stwierdziła. - Czego od ciebie oczekują?

- Próbowali mnie przekonać, żebym wróciła na wyspę i spotkała się z oficerem 

śledczym, ale oświadczyłam im, że tego nie zrobię. Powiedziałam, że powrót bez ochrony 

wydaje mi się zbyt niebezpieczny. Kiedy zrozumieli, że nie ustąpię, powiedzieli, że 

zaaranżują coś wspólnie z policją z Johor i do mnie oddzwonią.

Anna pokiwała współczująco.

- Jak się czujesz?

Kirsten zastanawiała się, co odpowiedzieć. Już niemal tydzień nie była w swoim 

background image

mieszkaniu, ukrywała się przed ludźmi, którzy zamierzali ją porwać, a może nawet zrobić coś 

jeszcze gorszego, i wciąż czekała na sygnał od Maxa, po tym jak zostawiła już kilka 

wiadomości w skrzynce głosowej jego telefonu komórkowego, a on nie odpowiedział. 

Wszystko to bardzo ją zaniepokoiło i przeraziło.

Co więcej, miała mgliste poczucie, że go zdradziła, informując o swojej sytuacji 

władze, mimo że wyraźnie powiedział jej, by czekała, aż zadzwoni, i próbował podać 

nazwisko innej osoby, z którą miała się skontaktować, gdyby się nie odezwał. Tyle tylko, że 

nie zdołał wypowiedzieć tego nazwiska - a może to ona nie usłyszała go wyraźnie, siedząc w 

taksówce - i chociaż zgadywała, że chodzi o kogoś z UpLink, siostra i szwagier stanowczo 

radzili jej, by tam nie dzwoniła dopóty, dopóki nie dowie się, w co zamieszany jest Max. Na 

razie wszystko wskazywało na to, powtarzali jej bez końca, że Amerykanie wciągnęli ją w 

jakiś nieuczciwy interes. Bez jednoznacznych dowodów nie może odrzucić takiej możliwości, 

nie narażając się jednocześnie na to, że ktoś posądzi ją o brak rozumu.

Teraz pozostało więc jedynie odpowiedzieć na pytanie Anny. No właśnie, jak 

właściwie powinna opisać swój stan psychiczny i emocjonalny? Jak wyrazić coś, czego nie 

można ująć słowami?

Popatrzyła na siostrę z progu, zamyślona.

- Mam wrażenie - powiedziała, z trudem dobierając słowa - jakby niebo zamieniło się 

miejscami z ziemią. Czuję się tak, jakby świat był teraz dla mnie niewłaściwym miejscem. 

Niewłaściwym, rozumiesz?

Zaskoczona Anna chciała już przyłożyć dłoń do ust w geście niemej rozpaczy, lecz w 

ostatniej chwili opamiętała się i opuściła rękę na kolana.

- Próbuję, Kirst. Uwierz mi, że z całych sił próbuję cię zrozumieć - odparła po chwili 

głosem, w którym nie potrafiła jednak ukryć przerażenia.

- Naprawdę uważam, że orchidea stanowi ucieleśnienie naszego azjatyckiego 

dziedzictwa - powiedział Gruby B. - Jest delikatna, trwała, a jej sukces, jej rozkwit zależy od 

bardzo wielu ściśle ze sobą powiązanych czynników.

- Naprawdę? - zapytał komendant Sian Po z policji singapurskiej.

- Naprawdę, naprawdę. Hodowane w dobrze nawożonej ziemi, orchidee rozwijają się 

bez wysiłku i pokolenie po pokoleniu zdobią nasze wzgórza, okrywają kobiercami nasze 

wrzosowiska i ogrody. Ustawiczna przemiana będąca esencją ich natury... jest zagrożona, 

jeśli ktoś próbuje mieszać gatunki... niszczyć czystość ich wielowiekowego, cenionego 

rodowodu... Więdną wtedy niczym stęsknione za domem dusze. I chociaż możesz mnie 

background image

nazywać ekscentrykiem, zawsze byłem zdania, że ich kolorowe kwiaty zamieszkują duchy 

naszych przodków.

- Wiesz, istnieje rozpowszechnione przekonanie, że pewne ich gatunki rzeczywiście 

potrafią ukraść ludzkie serce. Ze ich wysublimowane piękno, które czerpie energię z kobiecej 

natury, może wedrzeć się do serca mężczyzny, zawładnąć nim i wyssać jego jin.

- Nie, nie, to już bzdura.

- Cóż, ja chyba też tak sądzę. Jeśli o to chodzi, myślę, że to jedno wielkie gówno, więc 

dajmy sobie z tym spokój. To ty doprowadziłeś do tego spotkania. Jeżeli masz coś do powie- 

dzenia, powiedz to wreszcie.

Gruby B rzucił okiem na komendanta i skinął głową.

Spoglądali w dół, opierając się o balustradę mostu spacerowego przerzuconego nad 

jednym ze stawów w ogrodzie orchidei przy Mandai Road, w północnej części wyspy. 

Podziwiali strzelające błyskawicznie przed siebie ryby i żywość barw nakrapianych srebrem 

purpurowych orchidei, którymi obsadzono brzegi stawu.

- Czy mówią ci cokolwiek nazwiska Max Blackburn i Kirsten Chu? - zapytał Gruby B. 

Komendant zaprzeczył ruchem głowy.

- A powinny?                                                            

Jego rozmówca zawahał się.

- W ubiegły piątek na Scotts Road była jakaś awantura. Z pewnością o niej słyszałeś.

Komendant ani na chwilę nie oderwał wzroku od orchidei. Niski, tęgi mężczyzna o 

raczej pospolitej twarzy przybył na to potajemne spotkanie bez blachy i munduru, by ktoś nie 

poznał, że jest oficerem policji, i to w dodatku wysokiej rangi. Wiedział, że byłoby bardzo 

niedobrze, gdyby zobaczono go w towarzystwie faceta o tak złej reputacji jak Gruby B.

- Scotts Road należy do Oddziału Centralnego, "A". Ten teren nie podlega mojej 

jurysdykcji.

Zwięzłość Sian Po zaciekawiła Grubego B. Wychylił się bardziej, opierając łokcie na 

barierce, i popatrzył ponad wodą tam, gdzie kwiaty drżały lekko na słabym wietrze. W 

pełnym świetle dnia skrzyły się barwami nawet bardziej niż ręcznie malowane motyle na jego 

koszuli.

- Twój teren w Geylang to trzynaście posterunków i ponad trzystu funkcjonariuszy - 

powiedział. - Incydent, o którym mówię, to bójka uliczna przed wielkim hotelem. W bardzo 

ruchliwym punkcie. Według moich informacji, byli świadkowie. Chcesz mi wmówić, że nie 

było raportów na ten temat? Żadnych wewnętrznych biuletynów?

Komendant powoli obrócił głowę w stronę Grubego B i spojrzał na niego 

background image

flegmatycznie.

- Nawet jeśli, to co ty masz wspólnego z tym wydarzeniem? - spytał powoli.

- Zapewniam cię, że nic. - Mężczyzna wzruszył ramionami. -Tak jak ty, staram się nie 

wtykać nosa w nie swoje sprawy. Od czasu do czasu jednak ludzie proszą mnie o jakąś 

przysługę, zadają pytania, a ja staram się, jak mogę, im pomóc.

- A jak hojni są ci ludzie w swojej wdzięczności?

- Bardzo hojni.

Komendant głęboko zaczerpnął powietrza, a potem gwałtownie je wypuścił.

- Przed Hyattem, a może również w nim, wydarzyło się coś dziwnego. Nie wiem 

dokładnie co. Zajmuje się tym jednak CID -powiedział.

- Wydział Śledczy do spraw Kryminalnych?

- Tak. I to więcej niż jedna sekcja. Chodzą słuchy, że do wszystkiego wtyka też nos 

sekcja dochodzeń specjalnych i oddział do zwalczania przestępczości zorganizowanej.

- Powiedz mi wszystko, co wiadomo o tym incydencie.

- Wiadomo niewiele. Ajeśli nawet, to grube ryby z CID trzymają wszystko dla siebie. 

- Sian Po wzruszył ramionami. - Słyszałem, że o wszystkim powiadomił nas anonimowo 

przez telefon jakiś świadek; potwierdza to kolejny raport. Wynika z niego, że przed postojem 

taksówek doszło do jakiejś przepychanki z udziałem quai lo, kobiety i kilku innych mężczyzn. 

Kobieta odjechała taksówką, a biały został przed hotelem i prawdopodobnie był śledzony, 

gdy wszedł do jego holu. Nie wiemy, co się zdarzyło później, ale kiedy przyjechał wóz patro-

lowy, było już po wszystkim. Uczestnicy zajścia jakby zapadli się pod ziemię, a kilku 

naocznych świadków powiedziało, że niczego nie widziało. Tak to wygląda.

- Cóż, nikt nie chce kłopotów, lah.

Komendant pokiwał głową i znów głęboko westchnął.

- Kłopoty i tak się zdarzają - mruknął.

Przez chwilę milczeli. Gruby B dostrzegł skondensowaną mieszaninę barw 

przemykającą szybko niczym olbrzymia tęcza pod powierzchnią stawu. Ryba wystrzeliła 

gwałtownie w stronę cienia rzucanego przez lilię wodną i równie gwałtownie zatrzymała się, 

a jej długie ciało zastygło w doskonałym bezruchu.

- Jeśli wydział osób zaginionych prześle raport o quai lo albo o tej kobiecie, będę 

bardzo wdzięczny za informację - powiedział wreszcie. - Moi ciekawym przyjaciołom 

szczególnie zależy na informacji o miejscu jej obecnego pobytu.

Oczy rozmówców spotkały się.

- Ci twoi przyjaciele... - Komendant urwał na chwilę. - Co zrobią, jeśli ją znajdą?

background image

- Nie pytałem o to.

Komendant patrzył na niego bez słowa całą minutę, a potem powoli pokiwał głową.

- Zobaczę, co da się zrobić - powiedział. Gruby B uśmiechnął się z satysfakcją.

- A ja sprawię, że ci się to opłaci.

Komendant jeszcze przez chwilę tkwił przy balustradzie, po czym odwrócił się, by 

odejść. Gruby B nie ruszył się z miejsca. Doskonale rozumiał, że Sian Po nie życzyłby sobie 

opuścić ogrodu w jego towarzystwie.

Policjant zrobił dwa kroki w górę mostku, lecz potem odwrócił się w stronę Grubego 

B i wskazał ruchem głowy na jego koszulę.

- Te motyle są doprawdy cudowne - stwierdził. - To chyba gatunek Graphium, 

prawda?

Gruby B skinął głową.

- Słyszałem, że odżywiają się, wysysając z ziemi mocz większych zwierząt.

Gruby B zapanował nad swoimi odruchami.

- Dziękuję, że podzieliłeś się ze mną tymi informacjami - powiedział po chwili. - Na 

pozór jesteśmy bardzo różnymi ludźmi, ale łączy nas miłość do natury i ciekawość jej świata.

Komendant popatrzył na niego i wykrzywił twarz w nieprzyjemnym grymasie.

- Dodaj jeszcze do tego, że obaj kochamy pieniądze - powiedział, po czym odwrócił 

się na pięcie i odszedł.

background image

17

SAN JOSE l PALO ALTO

25/26 WRZEŚNIA 2000

- To wspaniałe pomieszczenie - powiedziała Noriko Cousins. Nimec sięgnął po 

niewielką błękitną kostkę kredy leżącą na skraju stołu bilardowego.

- Wszyscy mi to mówią - mruknął, wcierając kolistym ruchem kredę w końcówkę kija. 

- To tutaj się relaksuję i zbieram myśli.

Znajdowali się w sali bilardowej, na najwyższym piętrze trzypoziomowego 

apartamentu Nimeca w San Jose. Była to starannie odtworzona replika zadymionej sali na 

południu Filadelfii, gdzie Nimec spędził młodość, unikając wyłapujących wagarowiczów 

policjantów i ucząc się rzeczy, które z całą pewnością nie pozwoliłyby funkcjonariuszom 

zmienić opinii na temat jego przestępczego zachowania. Ale w tamtym czasie Nimecowi 

zależało na uznaniu tylko jednej osoby i pragnąc je zdobyć, był najpilniejszym z uczniów... a, 

jak lubił podkreślać, gdyby średnia ocen mogła oddać czyjeś uzdolnienia w obrabianiu 

banków, lewych interesach i poznawaniu przekleństw, odebrałby pełne wykształcenie 

uniwersyteckie.

W każdym razie zachował w pamięci wszystkie szczegóły tamtego miejsca, 

przynajmniej zaś te, które zostały przefiltrowane przez subiektywny pryzmat jego 

wspomnień: od niedopałków leżących na zielonym suknie stołów, przez ciężkie butelki z 

wodą sodową, kalendarze z rozebranymi dziewczynami i przydymione plastikowe lampy, po 

szafę grającą Wurlitzera załadowaną płytami na czterdzieści pięć obrotów z przebojami z 

mniej więcej 1968 roku. Nimec kupił ją po bardzo okazyjnej cenie na jakiejś aukcji staroci, 

zlecił wykonanie kilku drobnych napraw i wciąż z niej korzystał. Wrzuciwszy ćwierćdola-

rówkę, można było wysłuchać trzech utworów, a głośna muzyka, jak za lat jej świetności, 

wstrząsała całym pomieszczeniem.

W tej chwili z wurlitzera dobiegała współczesna wersja starego standardu bluesowego 

Crossroads w wykonaniu Cream. Improwizowane solo gitarowe Claptona przeplatało się 

żywo z rytmem gitary basowej Jacka Bruce'a, zabierając Nimeca z powrotem w przeszłość i 

wywołując wspomnienia jego dawnego, starszego o kilka lat kumpla, Micka Cunninghama, 

który - wróciwszy wtedy właśnie z Wietnamu - szalał w rytm muzyki między ustawionymi 

regularnie stołami i bredził, że w Sajgonie Clapton był "kurewsko popularny".

Mick - który miał problemy z narkotykami, również kurewsko popularnymi w 

background image

Sajgonie - został zasztyletowany na więziennym spacerniaku w roku 1975, gdy odsiadywał 

pięcioletni wyrok za usiłowanie rabunku, swoje pierwsze naruszenie prawa: karę zbyt surową 

według wszelkich standardów.

- Celuję w bilę numer jeden... o, tam! - zawołał Nimec, wskazując kijem łuzę w 

lewym rogu stołu. Bez problemu wygrał rozbicie.

Noriko pokiwała głową.

Pochylił się nad bandą i umieścił białą bilę w wyznaczonym punkcie. Następnie ułożył 

prawą dłoń na zielonym suknie i wsunął kij w zagłębienie pomiędzy kciukiem a palcem 

wskazującym. Wymierzył dokładnie, zamarkował dwukrotnie na próbę uderzenie, po czym 

posłał bilę ku przeciwległej bandzie, trafiwszy ją nieco z lewej strony. Kula odbiła się od 

bandy pod nieco większym kątem, niż zamierzał, i chociaż słabo, uderzyła jednak czysto w 

bilę numer jeden, która z kolei rozrzuciła po stole pozostałe. Nimecowi pozostało już tylko 

kilka prostych uderzeń.

- Wiesz, co robisz - odezwała się Noriko. Pomyślała, że gdy Nimec uderza w bilę, 

jego oczy zdradzają zimne opanowanie wybornego gracza.

- Niech cię to nie dziwi - odparł. - Mój ojciec był najlepszym hazardzistą w całej 

Filadelfii. Uwielbiał grać w bilard. Marzył, żebym po jego śmierci kontynuował rodzinną 

tradycję, i dlatego ciężko pracowałem, by opanować tę sztukę.

- Czy twoja matka nie miała nic do powiedzenia?

- Nie było jej przy nas, może nawet nie żyła. Opuściła rodzinne gniazdo, kiedy miałem 

trzy czy cztery lata. W każdym razie nie interesowała się mną. - Znów pochylił się nad sto-

łem. - Bila numer trzy, środkowa łuza.

Złożył się i uderzył. Trafił bilę numer jedenaście, a ta z hałasem wpadła do łuzy.

Noriko przyglądała się mu z niemałym zdumieniem. Oparła gumowy koniec kija na 

podłodze i czekając na swoją kolejkę, obracała go w palcach. Nimec zawsze wydawał się jej 

ucieleśnieniem prawego policjanta, nawet po opuszczeniu służby. W tej chwili odkrywała 

zupełnie inną, zaskakującą stronę swojego szefa.

- Czy mógłbyś mi powiedzieć, jeśli oczywiście nie masz nic przeciwko, w jaki sposób 

trafiłeś do policji? - zapytała.

Nimec popatrzył na nią i wzruszył ramionami.

- W moim życiu nie nastąpił żaden dramatyczny przełom, jeśli o to ci chodzi - odparł. 

- Oprócz gry w bilard, naszym ulubionym zajęciem w starej dzielnicy było wystawanie na ro-

gach ulic, upijanie się i wszczynanie bijatyk. Wszyscy bili się ze wszystkimi, przez okrągły 

tydzień. Dorośli mężczyźni rozbijali głowami nastolatków szyby samochodów, ci rzucali 

background image

puszkami w kilkuletnie dzieci, a dzieci celowały cegłami w bezdomne koty. Taka to była 

hierarchia. - Raz jeszcze wzruszył ramionami. - W pewnej chwili poczułem się tym zmęczony 

i przypuszczam, że wtedy właśnie przemówiła do mnie rola policjanta oraz zarobki i inne 

korzyści wynikające z noszenia munduru. Pewnego zupełnie zwyczajnego dnia przystąpiłem 

do egzaminu i zdałem. Po kilku miesiącach dostałem skierowanie do akademii policyjnej. 

Myślałem sobie, że zobaczę, jak mi tam pójdzie.

- I poszło dobrze - powiedziała Noriko.

- Tak, poszło dobrze. I zniszczyło moją obiecującą karierę bilardowego wyjadacza.

Odwrócił się do stołu, zapowiedział głośno następny strzał i znów posłał bilę do łuzy. 

Tymczasem z szafy przestały płynąć dźwięki Crossroads i rozbrzmiały pierwsze takty Keep 

Me Hangin' On w interpretacji Vanilla Fudge. Noriko czekała.

- Znasz Maxa Blackburna? - zapytał Nimec po chwili, spojrzawszy na nią ponad 

stołem.

- Słyszałam tylko o jego doskonałej reputacji - odparła. - Ludzie mówią, że musi być 

najlepszy we wszystkim, czego się tknie. Od czasu “Polityki” każdy opowiada o nim jak o 

Super-manie.

Nimec dostrzegł możliwą kombinację trafienia w bilę numer jedenaście i znowu nie 

spudłował.

- Max jest bardzo dobry, bez dwóch zdań - powiedział. - Doskonale wykorzystuje 

szare komórki do rozwiązywania problemów i dlatego często powierzam mu najtrudniejsze 

sprawy. Sześć miesięcy temu oddelegowałem go do naziemnej stacji łączności satelitarnej w 

Johor Baharu. Miał tam wiele różnych zadań, z których część była, powiedzmy, nieoficjalna. 

I niebezpieczna. - Spojrzał przez ramię na Noriko. - Niemal tydzień temu zniknął gdzieś w 

Singapurze i od tego czasu z nikim się nie skontaktował.

Noriko wpatrywała się w niego bez słowa.

- Max nigdy nie pozwoliłby sobie na tak długie milczenie, chyba że stało się coś 

bardzo złego - kontynuował Nimec. - Jest na to zbyt odpowiedzialny.

Złożył się po raz kolejny, tym razem jednak w ostatniej chwili zbyt mocno zacisnął 

dłoń na kiju i uderzył mocniej, niż zamierzał. Bila nie trafiła w łuzę. Odbiła się za szybko i 

pod zbyt małym kątem od bandy.

- Czy te jego niebezpieczne zadania to coś, o czym możemy porozmawiać? - spytała z 

namysłem Noriko.

- Oczywiście, ale trochę później. Przede wszystkim powiedz mi, czy chciałabyś 

pojechać tam, gdzie teraz przebywa? Albo gdzie przebywał? I czy pomożesz mi go odnaleźć?

background image

- Dostanę zespół?

- Oprócz ciebie będę jeszcze tylko ja - odparł Nimec. - Jeżeli będziemy potrzebowali 

wsparcia, dostaniemy je od naszego zespołu w Johor.

Noriko popatrzyła na szefa.

- Zrozumiem, jeśli mi powiesz, że nie chcesz się w to mieszać - oznajmił. - Twój 

udział w tej akcji powinien być bezwzględnie dobrowolny.

- I nieoficjalny - dodała.

- Właśnie.

Przez chwilę w sali panowała cisza.

- Mam tylko jedno pytanie - odezwała się Noriko. - Wybrałeś mnie dlatego, że 

potrafię się rozpłynąć w tłumie Azjatów, czy ze względu na moje doświadczenie?

- Masz jakiś kompleks na punkcie swojego pochodzenia?

- Kompleksy nie mają z tym nic wspólnego. Jestem w połowie Japonką. To było 

logiczne pytanie. A więc chodziło o moje skośne oczy czy o doświadczenie?

Nimec posłał jej delikatny uśmiech.

- O to i o to - odparł. - Twoje pochodzenie może nam trochę szybciej otworzyć kilkoro 

drzwi. W pewnych sytuacjach i w wypadku pewnych łudzi może to nam ułatwić niektóre 

zadania. Po prostu może się okazać pomocne. Ale nie wybrałbym cię, gdybym nie był 

absolutnie pewny, że mogę ci powierzyć życie, niezależnie od tego, w jakich znajdziemy się 

opałach.

Przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy, po czym powoli skinęła głową.

- Wchodzę w to - powiedziała. - Jaki mamy plan?

- Punkt pierwszy: dokończymy grę w bilard. Punkt drugi: poinformuję o naszej 

podróży Gordiana. Punkt trzeci: spakujemy walizki.

- A jeśli szef nie pozwoli nam na tę eskapadę? Nimec zastanawiał się nad tym przez 

chwilę.

-Max jest moim przyjacielem - powiedział pewnie. - Co oznacza, że w takiej sytuacji 

powinniśmy przejść od razu do punktu trzeciego.

Wczesnym rankiem, w dniu planowanego odlotu do Waszyngtonu, Roger Gordian 

spotkał się z Chuckiem Kirbym i Vincem Scullem na śniadaniu w przeszklonej werandzie 

swojego domu w Palo Alto. Trzej mężczyźni rozmawiali poważnie, siedząc przy ratanowym 

stole, na którym oprócz talerzy i filiżanek z napojami leżały także całe stosy dokumentów i 

otwarte aktówki. Poranek był bezchmurny i ciepły, a przez uchylone okna docierały do środka 

background image

podmuchy przesyconego zapachem kwiatów wiatru. Na umieszczonym obok stołu stojaku 

wisiał szkic, który Gordian przygotował na to spotkanie. Julia, córka Rogera, zatrzymała się 

na moment wśród nich, by życzyć im szczęścia w stolicy, po czym wzięła ze sobą charty i 

wraz z Ashley wybiegły do ogrodu.

Gordian dopiero co skończył streszczać swój plan, a już dostrzegł niezadowolenie 

malujące się na twarzy Chucka. Odczekał, aż prawnik spuści na chwilę wzrok, i dyskretnie 

spojrzał na zegarek. Przekonał się z ulgą, że do przybycia trzeciego gościa pozostało jeszcze 

dobre pół godziny - wystarczająco dużo czasu, by uporać się z nieuniknionymi zastrzeżeniami 

Kirby'ego. Nie oznaczało to jednak wcale, że czeka go łatwe zadanie.

Zbierając się w sobie, popatrzył na ogród. W dole wzgórza, na tle ogromnego 

trawnika, z gracją wyginały się w pędzie ciała psów goniących rzuconego przez Julię 

plastikowego królika. Jak zwykle Jack, cętkowany samiec, wyprzedzał Jill, sukę o 

błękitnawym odcieniu sierści. Choć oba charty były chowane z myślą o psich wyścigach, 

nieokiełznany temperament młodszej i zgrabniejszej Jill eliminował ją z udziału w 

jakichkolwiek zawodach, podczas gdy Jack wystartował w bardzo wielu, zanim przeszedł 

wreszcie na zasłużoną psią emeryturę.

Sześć miesięcy wcześniej Julia wzięła te parę z mieszczącego się poza granicami 

hrabstwa Orange ośrodka prowadzącego program opieki nad chartami, które z różnych 

względów nie nadawały się do wyczynowego biegania. Gdyby nie umieszczono ich w nim i 

nie leczono, zostałyby uśpione, co było powszechną praktyką wśród właścicieli torów 

wyścigowych, których psy - z powodu wieku, braku predyspozycji do walki czy też kontuzji - 

nie mogły już dłużej stawać do rywalizacji. Z początku Gordian był zdumiony, gdy 

dowiedział się od córki, że średnia wieku nie objętych programem, przechodzących na 

emeryturę, a następnie usypianych zwierząt wynosi zaledwie pięć lat, czyli niespełna jedną 

trzecią ich naturalnego okresu życia... i potem - gdy przyglądał się ich żywiołowym zabawom 

- zdumienie to wracało zawsze z całą siłą.

Po wszystkich aktach ludzkiego barbarzyństwa, których był świadkiem, i po 

wszystkich osobistych stratach, które poniósł w wyniku działań wojennych lub ataków 

terrorystycznych, Gordian nie wiedział, dlaczego takie spustoszenie - znacznie mniej przecież 

istotne z perspektywy całego życia na Ziemi -może go jeszcze zaskakiwać. A jednak 

zaskakiwało go ono i w gruncie rzeczy wiedział, że byłoby gorzej, gdyby tego nie 

doświadczał.

Wypił łyk kawy i zaczął słuchać Chucka Kirby'ego, który udowadniał mu właśnie, że 

popełnia największy błąd w swoim życiu.

background image

- Gord, wsłuchiwałem się uważnie w każde twoje słowo i naprawdę starałem się 

zachować otwarty umysł. Jednak realizacja tego, co zaproponowałeś, przed rozważeniem 

mniej ekstremalnej strategii...

- Czasami trzeba się zgodzić na utratę kończyny, by utrzymać przy życiu resztę ciała - 

przerwał mu Gordian. - Czasami od tego właśnie zależy przetrwanie.

Karby potrząsnął głową.

- Ale ty proponujesz odcięcie wszystkich kończyn. A to nie jest to samo - powiedział.

Spojrzenie jasnoniebieskich oczu było tak spokojne i nieruchome, jakby Gordianem 

nic nie mogło zachwiać. Wygląda jak Mojżesz po otrzymaniu dziesięciorga przykazań, 

pomyślał kirby.

- Chuck, wcale nie powiedziałem, że to będzie bezbolesne. A ponieważ jesteś moim 

przyjacielem, wierzę, że zechcesz mi zaoszczędzić tego bólu. Z drugiej strony jednak, jak 

widzisz, zaakceptowałem już tę konieczność. Przygotowałem się do tego psychicznie i 

emocjonalnie. Jestem gotów.

- Gotów? Na co? Na utratę wszystkiego, co zbudowałeś w ciągu ostatnich dziesięciu 

lat? Wszystkiego, co zdobyłeś dzięki ciężkiej pracy...?

- Jeśli zamilkniesz na chwilę, zrozumiesz, że przesadzasz z tą histerią - powiedział 

Gordian z bezgraniczną cierpliwością. Chuck obrócił się w stronę Sculla.

- Vince? Czy ty też jesteś tego samego zdania? Wiem, że według twojej analizy plan 

Gordiana może się powieść, pytam cię jednak, czy naprawdę trzeba go zrealizować. Jesteś 

gotów się pod nim podpisać?

Chuck pokiwał twierdząco głową.

 -

 Prosimy jedynie, żebyś dał nam dokończyć. Posłuchaj, co szef ma do powiedzenian 

odparł.

 - A przy okazji popatrz na mój schemat - dodał Gordian. - Bardzo cię proszę.

Kirby zacisnął usta, wciągnął głęboko powietrze przez nos i spojrzał na szkic. Był to 

schemat organizacyjny UpLink, przedstawiony pod kątem sektorów rynku obsługiwanych 

przez poszczególne oddziały holdingu i ich filie.

- Jak sam wskazałeś, Chuck, od początku lat dziewięćdziesiątych firma straszliwie się 

rozrosła - powiedział Gordian, odczekawszy wcześniej dłuższą chwilę, by Chuck mógł prze-

studiować diagram. - Kiedy dopięliśmy kontrakt na dostawę dla armii naszego systemu 

naprowadzania rakiet i pocisków sterowanych GAPSFREE, wiedziałem, że przyszłość 

holdingu jest zabezpieczona, i zdałem sobie sprawę, że osiągnąłem pozycję, o której 

marzyłem przez całe życie. Odniosłem sukces i zdobyłem niezależność finansową. Miałem 

background image

pieniądze, żeby zaspokoić wszystkie swoje potrzeby, nawet zachcianki. To otworzyło przede 

mną nowe perspektywy, perspektywy, których wcześniej nawet nie brałem pod uwagę. 

Mogłem wykorzystać moje pieniądze i energię do realizacji zadań, które liczyły się dla mnie 

najbardziej. Do zmiany świata na lepsze. -Wstał od stołu, zbliżył się do stojaka i wskazał 

szerokim gestem na schemat. - Mój błąd polegał jednak na tym, że próbowałem to osiągnąć 

na zbyt wiele różnych sposobów.

- Boże, zbaw nas... Jakbym słyszał Reynolda Armitage'a - odezwał się Kirby. - Zimno 

mi się robi od takich przemówień.

Gordian uśmiechnął się nieznacznie.

- Bylibyśmy głupcami, gdybyśmy zlekceważyli jego ocenę naszych silnych i słabych 

stron tylko dlatego, że nie podoba nam się język, jakim to opisuje - powiedział. - Zawsze 

można się czegoś nauczyć od swoich przeciwników, a podstawowa teza Armitage'a jest 

słuszna. Musimy się uważnie przyjrzeć tym gałęziom, w których marnotrawimy środki, i 

zlikwidować je.

Kirby zastanawiał się nad odpowiedzią, ale nim zdołał cokolwiek wymyślić, Gordian 

już kontynuował:

- Chuck, ufałbym ekspertyzom dotyczącym sprzedaży armii naszych technologii 

obronnych, nawet gdyby nie popierały ich dochody, jakie z niej czerpiemy - oznajmił, 

wskazując palcem kwadracik umieszczony w lewej górnej części diagramu.

- Jesteśmy najlepsi, ponieważ byłem w czasie wojny pilotem i pamiętam, jakich 

technicznych usprawnień brakowało mi w kokpicie, kiedy latałem nad Khe Sanh. - Skierował 

palec nieco w prawo i wskazał kolejny kwadracik. - Wiem także, że nasz oddział 

telekomunikacyjny stanowi o jutrze UpLink, i to niezależnie od tego, czy dzisiaj przynosi 

dochody, czy wciąż jeszcze straty. Jego potencjał przyda się nam. - Zamilkł na moment. - To 

są dwa podstawowe obszary naszej działalności - powiedział po chwili. - Bez nich nie 

osiągniemy tego, co zamierzam. Musimy je chronić. Zadajmy sobie jednak pytanie: czy 

naprawdę musimy produkować komputery i oprogramowanie? Wytwarzać sprzęt medyczny? 

Konstruować pojazdy specjalne? Tym ostatnim zajęliśmy się tylko dlatego, że swego czasu 

chciałem dokonać kilku ulepszeń w helikopterach, których standardowe wersje 

wykorzystywaliśmy w naszych trudno dostępnych placówkach.

- I udało ci się to.

- Teraz, gdy zgromadziliśmy pokaźną flotę tych maszyn, a konkurencyjne firmy 

wykorzystują w swoich oryginalnych produktach nasze usprawnienia, w wielu wypadkach 

zresztą znacznie nas wyprzedzając, jeśli chcesz znać moje zdanie, dlaczego nie mielibyśmy 

background image

przekazać tej gałęzi komuś, kto będzie potrafił doskonale nią pokierować? W końcu jej udział 

w ogólnych przychodach całego holdingu od samego początku był marginalny.

Kirby podrapał się po karku.

- Nie wiem - powiedział bez przekonania. - Abstrahując na chwilę od pojazdów 

specjalnych, muszę powiedzieć, że zrobiłeś wiele także w innych dziedzinach, które na pozór 

nie mają aż takiego znaczenia dla UpLink. Na przykład filia zajmująca się protetyką spełnia 

wszystkie podstawowe kryteria, jakie postawiłeś poszczególnym oddziałom holdingu. Jej 

produkty są potrzebne ludziom, a ponadto przynosi zyski. Wytwarzane przez nią protezy 

kończyn mają certyfikaty najwyższej jakości i zdobyły znaczny udział na światowych 

rynkach...

- I jestem z tego bardzo dumny - przerwał mu Gordian. - Jednak moje zainteresowania 

i wiedza nie koncentrują się na medycynie. Tymczasem budżet naszych firm biotechnologicz-

nych pożera co roku około czterdziestu milionów dolarów.

- To wcale nie jest dużo. - Kirby nie dawał za wygraną. - Twoi ludzie prowadzą 

badania nad nowymi terapiami lękowymi, które rozwiązywałyby praktycznie wszystkie 

problemy, od impotencji po raka. Tego rodzaju zaawansowane badania rzeczywiście kosztują, 

jednak finansowy i humanitarny zysk, jaki osiąga się z jednego ważnego farmaceutycznego 

wynalazku, z pewnością usprawiedliwia początkowe wydatki.

- Zgodziłbym się z tobą, gdyby w grę wchodziła uczciwa rywalizacja w normalnym 

środowisku ludzi biznesu, a nie wśród głodnych wilków - odparł Gordian. - Tymczasem fakty 

są takie, że zaatakowano nas i musimy zewrzeć szeregi. A ponieważ nasze filie 

farmakologiczne są obecnie pod kreską, obniżają wartość akcji całego UpLink. Gdybym 

chciał kontynuować badania medyczne, musiałbym albo zdecydowanie obciąć budżet tych 

filii, albo przeznaczyć na ich funkcjonowanie dochody, jakie przynoszą nam, powiedzmy, 

gałęzie związane z awioniką. Pieniądze, które w innym wypadku zostałyby przeznaczone na 

produkcję najnowszej generacji nadajników i odbiorników do naszej sieci telefonii 

komórkowej albo na redukcję długów, w jakie popadliśmy wskutek tragedii w Rosji... Chuck, 

to tylko dwa spośród mnóstwa oczywistych przykładów, które mógłbym ci podać.

Kirby wypił do dna krwawą mary i nie odzywał się przez chwilę. Na trawniku jeden z 

chartów złapał plastikowego królika i wbiegł w krzaki, gdzie z głośnym warkotem próbował 

rozerwać maskotkę na strzępy. Odgłos ten najwyraźniej zdenerwował drugiego psa, który 

zaczął krążyć wokół krzaków, nie bardzo wiedząc, w jaki sposób dostać się w gęstwinę. Ash-

ley Gordian i jej córka, które stały w pobliżu, wyglądały na rozbawione tą sytuacją.

Roger bardzo chciałby móc powiedzieć to samo o sobie.

background image

- Gord, posłuchaj mnie - odezwał się Kirby po dłuższym milczeniu. - Jeżeli dobrze cię 

rozumiem, twoja strategia niedopuszczenia do przejęcia UpLink opiera się na założeniu, że 

wartość giełdowa korporacji, a tym samym zaufanie udziałowców, wzrośnie w chwili, gdy 

powrócisz do korzeni i cały kapitał zainwestujesz z powrotem w przedsięwzięcia, które 

przynoszą największe zyski. W normalnych okolicznościach zgodziłbym się, że to 

prawidłowa strategia obronna, gdyż lepsza ocena korporacji przez akcjonariuszy spowoduje 

spadek wyprzedaży udziałów, wymusi wzrost ich cen, a naszego przeciwnika zmusi do 

zastanowienia, czy gra jest warta zachodu i czy na udział w niej zwyczajnie go stać. Tyle 

tylko, że to nie jest normalna sytuacja. Do tej pory Marcus Caine wykupił znaczną liczbę 

akcji UpLink. Jest zdeterminowany. Co więcej, spadek wartości rynkowej UpLink ma 

mniejszy związek z jakimkolwiek realnym czy urojonym rozdrobnieniem firmy niż z 

obawarni inwestorów, że twoje stanowisko w sprawie technik szyfrowania osłabi pozycję 

holdingu wśród rywali, którzy chcieliby sprzedawać za granicą nasze najnowsze zdobycze w 

tej dziedzinie. A ponieważ, oczywiście, nie zamierzasz stracić firmy, która się tym zajmuj...

- Kto ci to powiedział? - przerwał mu Gordian, a jego twarz na powrót wyrażała 

wielką cierpliwość i spokój.

Kirby wpatrywał się w niego przez chwilę, po czym nagle spojrzał na Vince'a Sculla.

- Kpicie sobie ze mnie czy co? - zapytał. Scull zaprzeczył ruchem głowy.

Kirby był tak zdezorientowany, że ponownie odezwał się dopiero po minucie.

- Gord, ja nic z tego nie rozumiem - rzucił z niedowierzaniem. - Tak ciężko walczyłeś, 

żeby zachować kontrolę nad twoimi technikami szyfrowania... żeby nie zdobył ich nikt inny... 

żeby nie handlowano nimi za granicą... - Rozłożył szeroko ramiona. - Nie pamiętam, żebyś 

kiedykolwiek przedtem poddał się bez walki. Nie wierzę, że będziesz potrafił podjąć taką 

decyzję, bez względu na jakiekolwiek okoliczności.

- To nie są jakiekolwiek okoliczności - powiedział Gordian. - Chuck, widzisz... - 

Gordian przerwał, a jego wzrok powędrował ku rozsuwanym drzwiom, które oddzielały dom 

od werandy. Stanął w nich Andrew, kamerdyner, a obok niego pojawił się Richard Sobel, 

trzeci gość, którego gospodarz zaprosił tego ranka na śniadanie.

- Proszę pana, wprowadziłem pana Sobela, tak jak pan sobie życzył - odezwał się 

Andrew.

- Dzień dobry - powiedział Sobel, machając na powitanie dłonią.

Gordian wskazał mu puste krzesło przy stole.

- Przybyłeś dokładnie o czasie, Rich - powiedział. - Przyłącz się do nas.

Kirby popatrzył na Gordiana spode łba, ujrzał jego rozszerzający się uśmiech i nagle 

background image

wszystko zrozumiał.

- Odpręż się, Chuck - odezwał się znów Gordian, a jego uśmiech jeszcze bardziej się 

poszerzył. - Właśnie przybył Biały Rycerz, który nas wszystkich ocali.

background image

18

ROŻNE MIEJSCA

25/26 WRZEŚNIA 2000

Gdy Sian Po przyszedł rano do pracy, na jego biurku leżał faks. Był to komunikat z 

komendy głównej policji, informujący o rozpoczęciu w całym kraju poszukiwań 

Amerykanina o nazwisku Max Blackburn. Faks zawierał ponadto odbitkę fotografii z 

paszportu mężczyzny oraz kilka ogólnych danych o okolicznościach jego zniknięcia. 

Wszyscy funkcjonariusze zostali postawieni w stan gotowości i mieli poszukiwać informacji, 

które umożliwiłyby ustalenie miejsca jego pobytu, a w razie ich uzyskania, natychmiast 

przekazać je do CID. Sian Po wiedział, że ta sama notatka została wysłana do komend policji 

w Clementi, Tanglin, Ang Mo Kio, Bedok i Jurong oraz do dziesiątków komisariatów i 

komputerów samochodowych pracujących w policyjnym systemie informowania o przestęp-

stwach.

Komendant połączył się natychmiast przez interkom ze swoją sekretarką i polecił jej, 

by w ciągu najbliższych trzydziestu minut nie łączyła do niego żadnych telefonów, a 

następnie przeczytał komunikat, delektując się filiżanką zielonej herbaty. Na cały dokument 

składało się jedynie kilka krótkich akapitów informujących o tajemniczych wydarzeniach, 

które rozegrały się w minionym tygodniu przed Hyattem. Nie wniosły one wiele nowego do 

tego, czego zdążył się już dowiedzieć. Znacznie bardziej intrygujące były natomiast materiały 

o osobach uczestniczących w tym zajściu. Notatka zawierała dość szczegółowe opisy 

mężczyzn, którzy zaczepili Amerykanina, najważniejsze jednak wydały się Sian Po 

informacje na temat samego Blackburna. Obok fotografii zapisano datę jego urodzenia, 

pobieżny rysopis oraz informacje o pracodawcy poszukiwanego: działającej na terenie Johor 

filii korporacji UpLmk International, holdingu zajmującego się łącznością satelitarną.

Sian Po dopił herbatę i wrócił myślami do rozmowy, którą odbył w parku z Grubym 

B. Co, do diabła, ma z tym wspólnego właściciel baru? Jego nos podpowiadał mu, że była to 

jakaś duża sprawa.

Głęboko zamyślony, odstawił filiżankę. W raporcie - oprócz tego, co zawierał - 

przynajmniej równie interesujące było to, o czym nie wspomniano. To nasunęło 

komendantowi kilka pytań. Nie było tu nic, co mogłoby wskazywać, skąd pochodzą infor-

macje na temat Maxa Blackburna i pozostałych mężczyzn. Nie było też żadnej wzmianki na 

temat kobiety, która - jak Sian Po wiedział - także była w to zamieszana. Dlaczego? Czy to 

background image

możliwe, że właśnie ona była źródłem tych informacji? Że odnaleziono ją, a teraz być może 

trzymano w ukryciu? Detektywi z CID byli zwykle bardzo małomówni, wyraźnie zaznaczali 

swoje terytorium i niechętnie przyjmowali oferty pomocy od funkcjonariuszy innych 

wydziałów. Było bardzo prawdopodobne, że te skurczybyki doskonale wiedziały, gdzie się 

znajduje, albo po prostu trzymały ją w areszcie czy pod policyjną ochroną, co zresztą wycho-

dziło w tej chwili na jedno. Jeśli rzeczywiście tak było, nie podzielą się tą tajemnicą z żadnym 

szeregowym funkcjonariuszem.

Jednak Sian Po miał dobre kontakty, między innymi jednego z wyższych rangą 

funkcjonariuszy wywiadu, który chętnie z nim porozmawia w zamian za część kwoty, którą 

obiecał Gruby B. A Gruby B dał wyraźnie do zrozumienia, że w tym wypadku pieniądze będą 

naprawdę godne uwagi. Musi jednak działać bardzo ostrożnie. Zamierzał zadać swojemu 

informatorowi niezbędne pytania, nie zdradzając przy tym w zamian zbyt wiele. Powinien 

przede wszystkim dowiedzieć się czegoś o kobiecie, poznać jej miejsce pobytu. Na początek 

tyle wystarczy. Potem zobaczy, jakie jeszcze informacje zdoła zgromadzić.

Położywszy komunikat na biurku, obok filiżanki po herbacie, sięgnął po słuchawkę i 

wykonał pierwszą tego dnia rozmowę telefoniczną.                                                     

Nimec zdołał złapać Gordiana w biurze dopiero kwadrans po jedenastej. Szef spieszył 

się i nie było w tym nic dziwnego. Przyjechał spóźniony po porannych rozmowach, które 

prowadził w domu, i zamierzał zostać w siedzibie holdingu jedynie tyle, ile wymagało 

załatwienie najważniejszych spraw, po czym natychmiast jechać na lotnisko. Vince Scull, 

Chuck Kirby, Richard Sobel i Megan Breen - cała czwórka, która miała lecieć do stolicy na 

pokładzie laerjeta Gordiana - pojechała już tam z wyprzedzeniem firmowym samochodem 

UpLink. Atmosfera pośpiechu sprawiła, że Nimecowi trudniej było poinformować szefa o 

Blackburnie i przekonać go, by dał mu zielone światło na podróż do Azji, gdzie mógłby 

osobiście sprawdzić, co też przydarzyło się Maxowi.

Najtrudniej jednak przyszło szefowi ochrony wyjawić, że bez konsultacji z Gordianem 

pozwolił swojemu zaginionemu podwładnemu przeprowadzić tajną operację, która miała na 

celu przeniknięcie do bazy danych Monolith Technologies w Singapurze. Nie 

wypowiedzianym, lecz oczywistym powodem zachowania tego w tajemnicy było 

uzasadnione przypuszczenie, że nigdy nie otrzymałby zgody na podobną akcję.

Gordian zareagował na wiadomości o Maksie i aprobatę jego poczynań przez Nimeca 

łatwą do przewidzenia mieszaniną gniewu, konsternacji i zatroskania.

- Nie mogę pojąć, jak mogłeś wziąć udział w czymś tak nierozważnym, Pete - 

background image

powiedział, pochylając się nad biurkiem z prawą ręką wspartą na bibularzu. Opuścił nieco 

głowę i przecierał palcem wskazującym kącik oka. - Zupełnie nie mogę tego pojąć.

Nimec spojrzał na niego z drugiej strony biurka.

- Przepraszam cię - odezwał się cicho. - Nie próbuję się usprawiedliwiać. Ale weź pod 

uwagę jedną bardzo ważną sprawę. Marcus Caine wykorzystywał projekt ustawy w sprawie 

technik szyfrowania, żeby cię oczerniać w prasie, Blackburn zaś był przekonany, że Monolith 

zaangażował słę w całe mnóstwo nielegalnych interesów i że dowody na to ukrywano właśnie 

w Singapurze. Podejrzenie, że część z tych praktyk ma doprowadzić do zniszczenia UpLink, 

było jak najbardziej uzasadnione...

- A wy dwaj, zamiast przyjść z tymi podejrzeniami do mnie, wplątaliście się w 

awanturę, przez którą z łatwością mogliśmy wpaść w wielkie bagno. Zresztą z tego, co 

mówisz, wynika, że już w nie wpadliśmy.

Nimec milczał przez dłuższą chwilę, po czym skinął głową.

- Tak, masz rację. Powinniśmy cię powiadomić i nie zrobiliśmy tego - przyznał. - To 

był głupi błąd. Aż boję się pomyśleć, jak drogo mógł za to zapłacić Max.

Cisza.

Gordian wciąż pochylał się nad biurkiem, pocierając kącik oka opuszkiem palca.

- Wróćmy na chwilę do tego, co mówiłeś wcześniej - rzucił wreszcie Gordian. - Jesteś 

przekonany, że Blackburn wpadł w jakieś tarapaty, zgadza się?

Nimec ponownie skinął głową.

- A ty zamierzasz go z nich wydostać.

- Jeśli tylko zdołam. Przy odrobinie pomocy - odparł Nimec. Gordian potrząsnął 

głową.

- Trudno mi uwierzyć, że ludzie Caine'a posunęliby się aż do tego, żeby wyrządzić mu 

jakąś krzywdę. Niezależnie od tego, do jakich informacji mógł dotrzeć.

Nimec wzruszył ramionami.

- Nie możemy zakładać, ile Caine mógł o tym wiedzieć. Nie możemy też snuć 

przypuszczeń, kim byli jego ludzie. Ani z jakimi jeszcze ludźmi sami się zadają. - Gordian 

położył dłonie na biurku i wpatrywał się w nie przez chwilę, zacisnąwszy usta. - To cholernie 

nieodpowiednia chwila na podejmowanie takiej decyzji - powiedział, spoglądając na Nimeca. 

- Zaraz odlatuję do Waszyngtonu. Jestem zaprzątnięty zupełnie innymi sprawami.

- Wrogimi zamiarami Caine'a wobec UpLink, prawda? -Tak.

Znów zapadła długa cisza. Jej ciężar był niemal wyczuwalny.

- Dobrze - powiedział w końcu Gordian. - Sprawdź, co będziesz mógł zrobić. Jeśli 

background image

jednak dotrzesz do jakichś rewelacji, lepiej, do cholery, się ze mną skonsultuj. Zbyt wielu 

dobrych pracowników straciłem w Rosji, żeby teraz tolerować w organizacji kogoś, kto 

podejmuje zbędne ryzyko.

Nimec głęboko odetchnął.                                         

- Dziękuję - powiedział, podnosząc się z krzesła. - Żałuję tylko, że nie będę ci mógł 

towarzyszyć w Waszyngtonie. Dostaniesz doskonałą ochronę, jednak wszystko wskazuje na 

to, że będzie tam istny dom wariatów.

Gordian nie poruszył się. Spojrzał jedynie na Nimeca i wzruszył lekceważąco 

ramionami.

- Lepiej sam pilnuj dobrze swoich pleców - odparł. - Jeśli o mnie chodzi, sądzę, że nie 

grozi mi nic straszniejszego niż błyski fleszy.

Nimec uśmiechnął się nieznacznie.

- Prawdopodobnie masz rację, ale ktoś przecież musi się martwić o twoje 

bezpieczeństwo - powiedział.

- Marcus, co się stało?                      

- Nic

- Przecież widzę, że coś jest z tobą nie tak.

- Daj mi spokój, przejdzie mi. Muszę odpocząć.

Ich apartament w hotelu De Anza wypełniały odnowione meble w stylu art deco. 

Leżąc obok Caine'a i przyciskając do niego swoje nagie ciało, Arcadia Foxcroft polizała 

koniuszek palca, wsunęła dłoń pod pościel i schodząc coraz niżej, zaczęła wolno kreślić 

wilgotną linię na brzuchu kochanka.

Nie zareagował. Leżał wciąż bez ruchu, spięty, jakby nieobecny.

- Powiedz mi - poprosiła, unosząc głowę z poduszki - jest ktoś jeszcze?

- Nie. Jesteś tylko ty - odparł z roztargnieniem. - Cóż...

- Cóż? O co chodzi?

- Jest na przykład twoja żona. Wiem przynajmniej o niej. Caine wyrwał się z 

zamyślenia i spojrzał na Arcadię.

- Co to ma znaczyć? Czyżbyś była zazdrosna o Odielle?

- Jeszcze nie - odpowiedziała. - Nie ma dla mnie znaczenia, co z nią robisz, gdy nie 

jesteśmy razem. Jednak kiedy się już spotykamy, chcę, żebyś był ze mną ciałem i duchem. 

Żebyś przez cały czas myślał tylko o mnie.

- Arcadio, nie kłóćmy się, dobrze? - poprosił.

background image

- Przecież wcale nie zamierzam się kłócić.

- Więc nie kontynuujmy tej rozmowy, bez względu na to, jaki ma ona charakter. Przez 

ostatnie kilka dni żyłem w ogromnym stresie. Tylko dlatego zachowuję się tak, jak się 

zachowuję.

Popatrzyła na niego, uniósłszy się trochę wyżej. Jej białe, pełne piersi oparły się o 

ramię mężczyzny.

- Dobrze - powiedziała, po czym chwyciła jego penis i zacisnęła na nim swoje palce. - 

Zwykle to napięcie sprawia, że się rozluźniasz.

Caine leżał bez ruchu na plecach i ignorując ją, wpatrywał się w sufit. Co właściwie 

powinien teraz powiedzieć? Że jego interesy z Nga sprawiły, iż przekroczył granicę, której 

nigdy nie chciał przekraczać? Że został zmuszony do wydania rozkazu zamordowania Rogera 

Gordiana i Bóg jeden wie, ilu jeszcze ludzi, którzy znajdą się na pokładzie jego samolotu? Że 

wkrótce będzie miał krew na rękach? Czy to pomogłoby Arcadii zrozumieć, dlaczego nie jest 

specjalnie podniecony?

- Przestań - powiedział gwałtownie. - Nic z tego nie będzie.

- Pokonałam dwa tysiące mil z Nowego Jorku, żeby być teraz z tobą - odparła.

- Nikt cię do tego nie zmuszał.

Oczy Arcadii rozszerzyły się. Nagle odsunęła się, cofnęła rękę i naciągnęła kołdrę na 

piersi.

- Ty sukinsynu - warknęła.

Caine opuścił nogi na podłogę, wstał i podszedł nago do krzesła, na którym zostawił 

ubranie. Ubierając się w milczeniu, przez cały czas stał tyłem do kochanki.

- Nie chcesz mi czegoś powiedzieć? - zapytała i usiadła w wezgłowiu łóżka.

Caine zwlekał z odpowiedzią dopóty, dopóki się nie ubrał.

- Tak - odparł. - Myślę, że masz rację. Powinienem być z tobą szczery i wyznać ci, co 

mnie gnębi. Zasługujesz na szczerość.

Spojrzała na niego.

Nie miał pojęcia, dlaczego powiedział to, co chwilę później wymknęło się z jego ust. 

Wiedział jedynie, że dzięki temu poczuł się lepiej, uwolnił częściowo od tłumionego 

niepokoju i frustracji.

- Jesteś śliczna, Arcadio. Jesteś kobietą najwyższej klasy. Jednak przebyłaś długą 

drogę z ulic Argentyny do tego pokoju hotelowego, a ja lubię, kiedy moje kobiety są znacznie 

młodsze. Fakty są takie, że już nie jesteś w stanie mnie podniecić.

Arcadia nieświadomie otworzyła szeroko usta. Wyglądała, jakby przed chwilą ktoś 

background image

wymierzył jej siarczysty policzek.

W tym momencie Caine'owi przyszło do głowy, że prawdopodobnie posunął się dalej, 

niż zamierzał, i że były bardzo małe szansę, by po tej okropnej scenie Arcadia kiedykolwiek 

jeszcze zechciała się z nim spotkać.

Przekroczyłem kolejną barierę, pomyślał. A jednak, co dziwne, nie miało to chyba dla 

niego znaczenia. Z drugiej strony w przyszłości będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, 

dlaczego tak właśnie było.

- Nie martw się o rachunek za hotel. Ja się nim zajmę - rzucił i ponownie odwróciwszy 

się plecami do zszokowanej kobiety, otworzył drzwi i zniknął na korytarzu.

background image

19

ROŻNE MIEJSCA

25/26 WRZEŚNIA 2000

- Lot lokalny, learjet dwa zero dziewięć tango charlie gotowy do startu ze 

wschodniego końca pasa numer dwa - mówił Gordian do mikrofonu, informując wszystkich 

okolicznych użytkowników radiostacji o swoim odlocie. Małe, prywatne lotnisko, które 

UpLink dzierżawił do spółki z kilkoma innymi firmami z Doliny Krzemowej, nie miało 

naziemnych urządzeń radiowych, jednak ogólnokrajowa częstotliwość 122,9 była często 

monitorowana przez pilotów. Gordian powiadamiał ich w ten sposób kurtuazyjnie o zamiarze 

startu lub lądowania, zabezpieczając się tym samym przed niepożądanymi i potencjalnie 

katastrofalnymi spotkaniami w powietrzu.

Tego dnia jednak nic nie wskazywało, by lot ów mógł się różnić czymkolwiek od 

dziesiątków innych spokojnych i bezpiecznych rejsów. Bezchmurne, błękitne niebo, wysoki 

pułap i umiarkowany wiatr zapowiadały idealne warunki do startu. Lekkie zaniepokojenie 

Gordiana - naprawdę lekkie - wzbudziło jedynie ciśnienie płynu w układzie hydraulicznym, 

gdy podczas kołowania na start z opuszczonymi klapami spojrzał na wskaźnik i dostrzegł, że 

odczyt jest minimalnie niższy niż zwykle.

Było to coś, czego mniej uważny pilot prawdopodobnie w ogóle by nie zauważył, a 

gdyby nawet - co zresztą całkiem zrozumiałe - nie przywiązałby do tego wielkiej wagi. 

Również Gordian nie widział wielkiego powodu do obaw. Ponieważ klapy, hamulce i 

podwozie jego learjeta tworzyły jeden układ hydrauliczny, wszystkie te urządzenia powinny 

nadal działać prawidłowo, ewentualnie może tylko nieco wolniej, nawet przy niskim 

poziomie płynu hydraulicznego. Pewność pilota zwiększała ponadto świadomość, że 

kontrolki zamontowanego w odrzutowcu układu alarmowego EICAS, który ostrzegał 

komputer pokładowy i załogę o problemach, natychmiast by się zaświeciły, gdyby w 

obwodzie doszło do jakiejkolwiek, poważnej lub zupełnie drobnej, awarii. A tymczasem 

kontrolki były ciemne.

Gordian nie potrafił tylko ukryć rozczarowania słabą pracą Eddiego, który 

poprzedniego dnia sprawdzał samolot. Zazwyczaj chłopak był przecież bardziej nawet 

przeczulony na punkcie bezpieczeństwa niż on sam... I zbyt sumienny, by jego uwagi 

umknęła nawet najdrobniejsza anomalia w funkcjonowaniu maszyny.

Ale tym zajmie się później, postanowił. Jak zwykle na kilka chwil przed startem 

background image

Gordian czuł, że niebo wręcz ciągnie go ku sobie. Przesunąwszy do przodu drążki 

przepustnic, skoncentrował uwagę na tablicy przyrządów. Jego wzrok przesuwał się po 

widocznych na płaskim ekranie komputera pokładowego wskaźnikach podstawowych 

parametrów lotu, które zostały rozmieszczone według tego samego “standardu T” co stare, 

analogowe instrumenty pokładowe, i podziałkach czujnika ITT pokazującego temperaturę 

dwuprzepływowych silników turbinowych. Obserwował go uważnie, gdyż próba startu przy 

przegrzanych silnikach mogła się skończyć ich natychmiastowym uszkodzeniem.

Żadne ze wskazań nie zaniepokoiło go - napęd funkcjonował bez zarzutu, wszystkie 

parametry były w normie.

Kompresory z jękiem zasysały powietrze, a koła dudniły po nawierzchni pasa startowego, gdy learjet 

toczył się prosto jak strzała po wymalowanej na środku linii. Siła przyspieszenia wcisnęła go w fotel, a potem 

Gordian poczuł podniecenie towarzyszące niezmiennie każdemu z setek startów do lotów, które wykonał w 

ciągu minionych trzydziestu lat. Rzucił okiem na szybę kabiny i dostrzegł wskaźniki odległości rozmieszczone 

wzdłuż zostającego coraz szybciej za nimi pasa startowego. Równie rzadkie na lotniskach cywilnych, jak 

powszechne na wojskowych, zostały ustawione tu z polecenia Gordiana, by przy każdym starcie i lądowaniu 

przypominały mu o dniach, kiedy był pilotem wojskowym i latał na myśliwcach.

Ponownie skupił uwagę na tablicy rozdzielczej i zerknąwszy na wirtualny wskaźnik 

prędkości, stwierdził, że samolot rozpędził się już do stu czterech węzłów. W tym momencie 

musiał podjąć decyzję, czy startować, czy przerwać manewr. Po raz ostatni przebiegł 

wzrokiem najważniejsze wskaźniki. Wszystko przebiegało gładko, kontrolki układu 

alarmowego wciąż były ciemne, a mechanizmy działały bez zarzutu. Zatem -start.

Puścił drążki przepustnic, uchwycił wolant w obie dłonie i zaczął wznosić maszynę, 

ustawiwszy jej nos pod kątem siedmiu i pół stopnia. Gdy koła oderwały się od podłoża, 

poczuł delikatny wstrząs i znajome podniecenie, które towarzyszyło zawsze startowi. Nie 

spuszczając rąk z kolumny wolantu, Gordian zwiększył kąt do dziesięciu stopni i 

kontynuował wznoszenie. Po kilku sekundach raz jeszcze spojrzał na zewnątrz, by upewnić 

się o tym, o czym już wcześniej poinformowały go wysokościomierz i jego własne odczucia. 

Samolot osiągnął odpowiednią prędkość wznoszenia, ziemia błyskawicznie zmniejszała się 

pod nim, a do kokpitu przesączał się przez szyby czysty błękit nieba.

Schowawszy podwozie i zamknąwszy klapy, Gordian przyspieszył do dwustu węzłów 

lub jak kto woli - ponad trzystu mil na godzinę. Po osiągnięciu pułapu tysiąca stóp zacznie 

stopniowo przyspieszać, aż w końcu osiągnie prędkość przelotową.

Teraz jednak nadszedł czas, żeby powiedzieć kilka słów do pasażerów. Wcisnął 

przycisk interkomu.

- Vince, Megan, Rich, jesteśmy w drodze - oznajmił. - Przewidywany czas lądowania 

background image

w Waszyngtonie godzina dziewiąta czasu lokalnego. Czujcie się jak u siebie i spróbujcie nie 

rozmawiać o interesach. Później będzie na to jeszcze mnóstwo czasu. - Wyciągnął rękę w 

kierunku wyłącznika interkomu, lecz wtedy właśnie pomyślał o Scullu, który podczas 

każdego lotu niezmiennie szczękał ze strachu zębami, i dodał jeszcze kilka słów pod jego 

adresem: - W barku jest butelka glenturreta. Częstujcie się. Na koszt waszego kapitana. Do 

usłyszenia, moi drodzy.

Uśmiechnął się nieznacznie, gdy uświadomił sobie, że od wielu tygodni nie czuł się 

tak dobrze jak dzisiaj. Wyłączył interkom i rozsiadł się wygodnie w fotelu pilota.

Reynold Armitage siedział w salonie klubu Leominster w Southampton i spoglądał 

przez okno na ocean. We wschodniej części Long Island było tego dnia ponuro i chłodno, a 

wiszący w powietrzu deszcz sprawiał, że mewy trzymały się blisko brzegu. Zataczały 

nieregularne koła, rozrywając skrzydłami nieruchomą kurtynę mgły, która zalegała nad plażą 

i falochronami. Daleko na morzu Armitage dostrzegał boję sygnalizacyjną, pulsującą na 

przemian białym i czerwonym światłem.

Siedzący naprzeciw niego w fotelu William Halpern westchnął ciężko, przeciągle. 

Niepozorny, szczupły mężczyzna po pięćdziesiątce, ubrany w ciemne sportowe spodnie i 

sweter w jodełkę, miał wystającą szczękę i siwe włosy.

- Na zewnątrz jest strasznie, prawda? - odezwał się z wyniosłym jankeskim akcentem 

z Connecticut. - A prognozy mówiły, że będzie słonecznie i ciepło, pamiętasz?

Używając joysticka, Armitage obrócił wózek o sto osiemdziesiąt stopni i znalazł się 

twarzą w twarz z gospodarzem. Duża wilgotność powietrza sprawiała, że odczuwał duszności 

- przygnębiająca pogoda pogarszała jeszcze kłopoty z oddychaniem będące skutkiem 

choroby. Każdy płytki oddech przypominał mu o ograniczeniach jego niedomagającego ciała. 

A jednak z narzekań dyrektora i prezesa zarządu MetroBanku, który, jak się wydawało, 

traktował zapowiedź burzy jako osobisty afront, ktoś mógłby wnioskować, że to właśnie on 

jest słabego zdrowia.

- Trudno podać trafną prognozę dla wybrzeża. Ale nie martw się pogodą, Williamie. 

Przejażdżka po plaży w takich warunkach też może być przyjemna, a poza tym całkiem do-

brze się bawiłem, lecąc tutaj helikopterem twojej firmy - powiedział Armitage.

- Cieszę się - oznajmił Halpern, ale wciąż miał minę człowieka, który zarezerwował 

stolik w ekskluzywnej restauracji, a potem ogromnie rozczarował się podanym mu daniem. 

Raz jeszcze spojrzał przez okno, po czym cofnął się w głąb salonu. Wyglądał na 

zrezygnowanego i rozgoryczonego, jak gdyby zdał sobie sprawę, że w pobliżu nie ma nikogo 

odpowiedzialnego za pogodę, komu mógłby się poskarżyć. - Widzisz, chciałem odbyć tę 

background image

rozmowę w jakimś cichymi i dyskretnym miejscu.

Armitage nic na to nie powiedział. Pomyślał, że na Manhattanie jest wiele ustronnych 

miejsc, w których mogliby porozmawiać w większym komforcie. Jednak nawet w ich elitar-

nych kręgach karta członkowska klubu Leominster była wyraźnym znakiem statusu, a 

Halpern najwyraźniej uwielbiał to podkreślać. Poza tym dyrektor MetroBanku doskonale zda-

wał sobie sprawę z szerokiego zainteresowania wysiłkami Marcusa Caine'a, który chciał 

przejąć pakiet kontrolny akcji UpLink. Ponieważ jego firma zachowała jak dotąd znaczny ich 

procent, nie chciał dawać początku plotkom, które niewątpliwie zaczęłyby się szerzyć, gdyby 

ktoś zauważył go z największym prasowym krytykiem poczynań Rogera Gordiana.

Tak, w tym, że Halpern chciał się z nim spotkać właśnie tutaj, nie było nic 

tajemniczego. Podstawową kwestią było natomiast to, dlaczego w ogóle zależało mu na tej 

rozmowie. Wymienili już wstępne grzecznościowe uwagi i Armitage nie zamierzał dłużej 

marnować czasu, czekając, aż jego rozmówca zechce mu to powiedzieć.

- A więc - odezwał się - jakie plotki o środowisku finansowym wymienimy dzisiaj? 

Pomyślmy o jakimś gorącym temacie, którym zajmują się media. O czymś, co elektryzuje 

wszystkich dookoła. Możemy?

Halpern spojrzał na niego.

- Może porozmawiamy o starciu Monolith z UpLink - kontynuował Armitage z 

nieznacznym, gorzkim uśmiechem. - Nie wspominając już o UpLink kontra Monolith.

Halpern wyglądał na zakłopotanego jego sarkazmem.

- Spotkałem się niedawno z kilkoma członkami zarządu MetroBanku, żeby omówić 

pozbycie się naszych udziałów w UpLink - powiedział. - Oczywiście było to nieoficjalne spo-

tkanie poprzedzające formalne posiedzenie.

- No i?

- Jak się spodziewałem, nie osiągnęliśmy konsensusu w tej sprawie.

- To interesujące - mruknął Armitage.

- A będzie jeszcze bardziej - powiedział Halpern. - Jak wiesz, nie padam na twarz 

przed Rogerem Gordianem, a jego misja zbawienia świata poprzez ustawienie w każdym 

ogródku budki telefonicznej z aparatem bezprzewodowym to dla mnie jedno wielkie końskie 

gówno.

- Mieszasz metafory. A poza tym chyba zbyt powierzchownie przedstawiasz jego 

zamierzenia, nieprawdaż?

Halpern wzruszył ramionami.

- Nazywaj to, jak chcesz. Mnie udziały MetroBanku w jego holdingu interesują tak 

background image

długo, jak długo przynoszą zyski albo przynajmniej nie przynoszą strat. Są jednak i tacy 

członkowie zarządu, którzy całe zagadnienie traktują jako kwestię osobistej  lojalności wobec 

Gordiana i mimo spadku wartości UpLink, a więc i dochodów z tej inwestycji, z wielką 

niechęcią podchodzą do pomysłu, by drogi naszych firm się rozeszły. Mimo wszystko 

przedwczoraj przekonałem większość z nich, że zacieśnienie kontaktów równałoby się 

odejściu od podstawowych zasad, jakimi rządzi się bankowość.

- Więc co sprawiło, że zmienili stanowisko?

- Nie co, ale kto - odparł Halpern. - Gordian zatelefonował do trzech najważniejszych 

członków zarządu. Poprosił, żeby wstrzymali się z rozważaniem jakichkolwiek ofert Marcusa 

Caine'a, dopóki on, Gordian, nie będzie miał szansy się z nimi spotkać.

Armitage zastanawiał się, czy Halpern oczekiwał, że się zdziwi.

- Chce sobie zapewnić w ten sposób prawo do pierwokupu -powiedział. - Ale ten ruch 

nic mu nie da. Dopóki wartość UpLink spada, dopóty zarząd twojego banku jest zobowiązany 

rozważyć starannie ofertę Marcusa. W ostatecznym rachunku będą się liczyły pieniądze, a nie 

lojalność czy nieuzasadniona wiara w Rogera Gordiana.

- Gordian obiecał jednak, że podczas jutrzejszej konferencji prasowej rozwieje 

wszystkie wątpliwości udziałowców UpLink. Zapewnił dyrektorów, że wygłosi bardzo ważne 

oświadczenie. I że po tym, jak wysłuchają, co ma do powiedzenia, być może zechcą 

zrewidować swoje postanowienie.

Tym razem Armitage uniósł jednak ze zdziwienia brwi.

- Sądziłem, że powodem jego przylotu do Waszyngtonu jest sprzeciw wobec 

zatwierdzenia Karty Morrisona-Fiore'a -stwierdził.

- Ja też tak uważałem - powiedział Halpern. - Ale powiem ci coś więcej. Wczoraj 

wieczorem najważniejsi doradcy prawni Gordiana pognali na złamanie karku do San Jose. I 

wszyscy jak jeden mąż odwołali w ostatniej chwili umówione wcześniej spotkania.

- Skąd o tym wiesz?

Halpern popatrzył Armitage'owi prosto w oczy.

- Mam swoje kontakty - rzucił i raz jeszcze wzruszył ramionami. - Ty... i Marcus... 

możecie mi wierzyć. Coś wisiw powietrzu.

Armitage zaczerpnął powietrza. Pierś znów go zabolała. Jeśli ból nie minie, będzie 

musiał wezwać pielęgniarkę do pokoju i podłączyć się do respiratora. Poczuł niespodziewany 

przypływ nienawiści, ale nie bardzo wiedział dlaczego. Nie był nawet pewien, przeciw komu 

była skierowana.

Za oknem skrzeczały rozdzierająco mewy nurkujące w wiszącą nisko zasłonę mgły.

background image

Spojrzał na Halperna.

- Dziękuję ci za tę informację, Williamie - powiedział. - Ale nie powiedziałeś mi 

jeszcze jednego: gdzie widzisz siebie w tym wszystkim?

Halpern założył nogę na nogę i milczał przez chwilę.

- Znamy się od lat i przez ten czas udzieliłeś mi mnóstwa skutecznych rad - odparł. - 

Jednak, jak sam powiedziałeś, w całej tej zabawie chodzi o pieniądze, a nie o lojalność czy 

wiarę w kogoś... A ja, jak wszyscy bankierzy, jestem agnostykiem.

- Co oznacza, że zanim przyjmiesz ofertę Caine'a, uważnie wysłuchasz oświadczenia 

Rogera Gordiana, prawda?

Halpern strząsnął niewidzialny pyłek ze spodni, po czym skinął głową.

- Tak - odparł bez wahania. - Będę go słuchał naprawdę uważnie.

Stojąc na niewielkiej, wysuniętej w morze skale, Kersik spoglądał ponad ciemną wodą 

ku światłom portu Sandakan. Niespokojny, opuścił samotnie obóz z nadzieją, że świeża bryza

zdoła w jakiś sposób rozproszyć jego ponury nastrój, tymczasem jeszcze go pogorszyła. 

Przypuszczał, że przyczyną fatalnego samopoczucia jest świadomość, że wkrótce z tego pier-

wotnego wybrzeża wyruszą jego brutalni żołnierze, a za nimi podąży nieuchronnie śmierć. 

Zginą dziesiątki, może setki ludzi... a może znacznie, znacznie więcej... Prawda, że w imię 

słusznej sprawy, a przynajmniej sprawy, w którą on głęboko wierzy. Czyż jednak nie było to 

to samo znane od wieków, pełne obłudy szaleństwo, które stawało się zarzewiem każdej 

wojny?

Ludzie walczyli ze sobą. Walczyli od zawsze, bez względu na to, czy za pomocą 

kamieni, strzał, karabinów, czy też torped z głowicami nuklearnymi. I zawsze znajdowali po 

temu powody. W gruncie rzeczy czasami Kersikowi wydawało się, że wiara w sprawę nie jest 

niczym innym jak mrocznym wirem wciągającym z jednakową pewnością zarówno 

bohaterów, jak i skończonych nikczemników, którzy upadają niczym cyrkowi klowni. 

Zupełnie jak człowiek rządzący obecnie Indonezją, zachowujący się przy tym niczym 

jawajski król, który grabi narodowe bogactwo, by obdarowywać nim swoje kurtyzany... jak 

jego poprzednik, jak Suharto i ci wszyscy, którzy byli przed nimi, również Kersik uważał, że 

znajduje się po właściwej strome historii. Zhiu Sheng, Nga i Luan także mieli rację, gdyby 

spojrzeć na to z ich indywidualnego punktu widzenia, a jednak siły, które zadecydowały, że 

stanęli w jednym szeregu, były zbyt złożone, aby myśleć o nich w kategoriach absolutu.

Kersik zmarszczył czoło. Czyż prawo osądzania, co jest dobrem, a co złem, nie było 

zawsze przywilejem tych, którzy przeżyli i mogli ogłosić werdykt po tym, jak wiatr rozwiał 

background image

dymy pożogi, a deszcz wypłukał morze przelanej krwi? Generał wyrzekł się lojalności wobec 

rządu swojego kraju i uważał się za przeciwnika ASEAN-u, Japonii i Stanów Zjednoczonych. 

Praktycznie więc całego świata. Zanim jeszcze wszystko będzie powiedziane i zrobione, 

zostanie ogłoszony przestępcą i międzynarodowym pariasem. A co będzie myślał o sobie już 

po wszystkim? Czy nie dozna w końcu rozdwojenia jaźni i nie poczuje się częściowo kimś 

dzierżącym prawomocnie władzę, a częściowo potępieńcem i skazańcem?

Kersik popatrzył na światła miasta, które w ciągu ostatnich stu pięćdziesięciu lat było 

rządzone przez Niemców, dwukrotnie przez Brytyjczyków i bez przerwy eksploatowane 

przez handlarzy niewolników, przemytników broni oraz królów drewna z różnych zakątków 

globu. Miasta, które podczas II wojny światowej zostało opanowane przez Japończyków i 

zrównane z ziemią przez amerykańskie bomby. I które teraz, dosłownie i w przenośni, 

dzierżyło klucze do przyszłości obu tych narodów.

Generał stał na skale i rozmyślał, patrząc w dal ponad wzburzonym morzem. Po 

pewnym czasie zdał sobie niejasno sprawę z szelestu, który dotarł do niego z gąszczu 

namorzynów za jego plecami.

Odwrócił się błyskawicznie i zapalił latarkę, kładąc jednocześnie prawą rękę na kolbie 

pistoletu Makarowa. Szelest właściwie go nie zaniepokoił -jedynymi ludźmi na wyspie byli 

jego komandosi oraz wilki morskie Tajlandczyka, a oba oddziały wystawiły posterunki 

wzdłuż całej linii brzegowej. Niemniej jednak Kersik był żołnierzem, a dobrzy żołnierze 

muszą być przede wszystkim ostrożni.

Ustawił latarkę na wysokości oczu, lecz w promieniu światła nie ujrzał nic poza 

gładkimi, splątanymi pniami i korzeniami mangrowców, więc skierował go wyżej. Tuż 

poniżej kopuły liści do kory przywarł latający lemur i wpatrywał się w niego wielkimi, 

okrągłymi oczyma.

Przez chwilę Kersik doświadczył dziwnego, przyprawiającego o zawrót głowy 

uczucia przeniesienia, wyobrażając sobie, jak musiał wyglądać w oczach tego dziwnego, 

małego zwierzęcia - niezdarny, groźny, nie na miejscu, prawdziwy obcy. Cofnął dłoń z 

chwytu pistoletu w takim pośpiechu, jakby broń była rozgrzana do czerwoności. Opadło go 

intensywne i niewytłumaczalne poczucie winy.

Zwierzę przyglądało mu się jeszcze przez chwilę doskonale okrągłymi oczami, po 

czym rozłożyło błony lotne i poszybowało w mroki lasu.

Wstrząśnięty, nie bardzo wiedząc dlaczego, Kersik wszedł w gąszcz i ruszył z 

powrotem do obozu.

Jak powiedział Gordianowi jeden z pilotów oblatywaczy po dziewiczym locie learjeta, 

background image

podróż przebiegła lepiej, niż się spodziewał, a przecież oczekiwał, że nie będzie miał z 

samolotem najmniejszych problemów.

Podobnie zapowiadał się lot do Waszyngtonu.

Była bezchmurna, księżycowa noc, gdy na wysokości 8500 stóp, z prędkością 350 

węzłów i wyłączonym autopilotem zbliżali się do Międzynarodowego Portu Lotniczego im. 

Dullesa. Gordian rzucił okiem na GPS, a następnie sprawdził wskazania VOR

3

, chcąc się 

przekonać, czy leci właściwym kursem. Po chwili włączył radio, by poprosić o wolną 

przestrzeń do lądowania.

- Waszyngton, tu learjet dwa zero dziewięć tango charlie nad Alexandrią, na ośmiu 

tysiącach, podchodzę do lądowania na Dulles. Kod jeden dwa zero zero - powiedział do 

mikrofonu, kończąc pierwszy komunikat standardowym kodem numerycznym 

identyfikującym samolot cywilny.

Chwilę później kontroler ruchu powietrznego odpowiedział mu, podając kod 

komputerowy, za pomocą którego jego radarowy system naprowadzania miał odtąd odróżniać 

samolot Gordiana od innych podczas podchodzenia do lądowania.

- Dobry wieczór dziewięć tango, tu kontrola podejścia do lądowania w Waszyngtonie. 

Twój kod: pięć zero osiem jeden, przyjęty. Jesteś na radarze, masz wolną drogę do 

Waszyngtonu, klasa B. Obniż pułap i zostań na czterech tysiącach.

- Zrozumiałem, learjet dziewięć tango, kod pięć zero osiem jeden. Schodzę z ośmiu na 

cztery.

Widząc już zabudowania i oświetlony pas lotniska, Gordian zredukował moc silników 

i zaczął powoli zmniejszać wysokość. Cały czas uważnie obserwował wskaźniki i korygował 

nieznacznie kurs. Niecałe dziesięć minut później ponownie połączył się z pracownikiem 

kontroli naziemnej.

- Podchodzenie do lądowania, learjet dziewięć tango na czterech.

- Learjet dziewięć tango, zrozumiałem. Znam lotnisko i proszę o zgodę na pas jeden 

cztery lewy.

- Zgoda na jeden cztery lewy - odpowiedział kontroler po krótkiej przerwie, po czym 

nakazał Gordianowi zająć miejsce w kolejce samolotów oczekujących na lądowanie.

Kontroler zakończył - co wcale nie zdziwiło Rogera - informacją, że pilot będzie 

musiał krążyć przez jakiś czas nad lotniskiem na wysokości czterech tysięcy stóp. W 

przestrzeni powietrznej nad Waszyngtonem, podobnie zresztą jak i nad innymi ważniejszymi 

VOR (Very High Freąuency Omnidirectional Rangę) - system radionawigacji bliskiego 

zasięgu - przyp. tłum.

background image

miastami, panował olbrzymi ruch, w związku z czym należało się spodziewać nudnego 

czekania na pozwolenie podejścia do lądowania.

Gordian ponownie włączył autopilota i poinformował pasażerów, że mają czas, by 

wysłuchać jeszcze przynajmniej kilku jednakowo nudnych dowcipów Sculla.

Minęło dwadzieścia pięć minut, nim kontroler zezwolił pilotowi learjeta na kolejne 

obniżenie pułapu i przekazał go personelowi wieży, jednak Gordian uznał, że ma szczęście - 

tym razem cała procedura nie trwała tak długo, jak mogła. Powtarzane wielokrotnie manewry 

krążenia nad lotniskiem były wyczerpujące i pożerały więcej paliwa, niż byłby na to skłonny 

przeznaczyć.

Przełączył radio na częstotliwość wieży kontrolnej i podał swoje dane.

- Learjet dwa zero dziewięć tango Charlie, masz zgodę na lądowanie, pas jeden cztery 

lewy - oznajmił pracownik obsługi wieży.

Gordian odebrał informację na temat kierunku wiatru, potwierdził jej przyjęcie, a 

następnie wpatrzony w ekran komputera zaczął czytać listę ostatnich czynności przed lądowa-

niem, odhaczając je w myślach, aż dotarł do opuszczenia klap i wysunięcia podwozia. Mimo 

że opanował całą tę procedurę, jeszcze gdy był początkującym pilotem, wciąż z pełną świado-

mością sprawdzał jej elementy przed każdym kolejnym startem, podczas lotu i natychmiast po 

lądowaniu. W innym wypadku zaprzeczałby swojej omylności, a to byłby błąd, którego nigdy 

nie zamierzał popełnić, zwłaszcza jeśli miałoby to pociągnąć za sobą zagrożenie dla życia 

innych ludzi.

Raz jeszcze skupił uwagę na aparaturze pokładowej, przekonał się, że nadlatuje na pas 

zgodnie z namiarem, i przygotował się do podsumowania wszystkich procedur. Tuż poniżej 

sześciuset stóp, w odległości około mili na zachód od początku pasa startowego, Gordian 

widział już wyraźnie jasne światła lotniska. Przesunął w dół dźwignię opuszczania podwozia, 

oczekując niewielkiego wstrząsu mechanizmów wysuwających koła przez otwarte klapy.

Zamiast tego w kabinie rozbłysło niespodziewanie czerwo-ne światło alarmowe.

Wskaźnik systemu EICAS ostrzegał o nie wysuniętym podwoziu.

Z głośnika nad jego głową zabrzmiał elektroniczny dźwięk sygnału alarmowego.

Oczy Gordiana rozszerzyły się z przerażenia. Głos uwiązł mu w gardle, gdy pociągnął 

i raz jeszcze opuścił dźwignię wysuwania podwozia.

Czerwone światło ostrzegawcze wciąż pulsowało.

Sygnał dźwiękowy grzmiał w ciszy kokpitu ze śmiertelną natarczywością.

Gordian zamarł na chwilę, widząc przez przednią szybę kabiny zbliżającą się 

nieuchronnie ziemię i początek pasa startowego.

background image

Koła, pomyślał.

Pozostały niecałe dwie minuty lotu, zanim uderzą w ziemię, tymczasem learjet frunął 

ku niej ze schowanym podwoziem.

background image

20

NIEBO NAD WASZYNGTONEM

25 WRZEŚNIA 2000

Czy to podróżując w ścisku klasą turystyczną odrzutowca liniowego, czy też - jak 

obecnie - spoczywając wygodnie w objęciach olbrzymiego skórzanego fotela klubowego na 

pokładzie prywatnego learjeta Gordiana, Vince Scull był przez cały czas przerażony, i nie 

miało tu najmniejszego znaczenia, że wykonując zawodowe obowiązki w UpLink, spędził już 

w powietrzu setki godzin.

Wielu specjalistów do spraw oceny ryzyka, zwłaszcza tych, których praca polegała na 

badaniu międzynarodowych rynków, opierało się w swych ocenach na materiałach pochodzą-

cych z drugiej i trzeciej ręki: wiadomościach prasowych, studiach socjologicznych, 

przeglądach statystycznych i tym podobnych. Scull uważał jednak, że takie podejście jest 

dobre tylko dla niedołęgów, którzy równie dobrze mogą siedzieć w domu i gapić się w 

telewizor, jak pisać poważne analizy. Jego zdaniem, jeśli chce się poznać jakiś teren, należy 

najpierw tam pojechać, odetchnąć miejscowym powietrzem, spróbować lokalnych potraw i 

-jeśli się ma szczęście - pocałować kilka fraulein czy signor. A w wypadku innych państw - 

niestety - wejść wcześniej na pokład samolotu.

Tak więc Vince Scull latał. Co nie znaczyło bynajmniej, że to lubił albo że chciał 

udawać kogoś, kto okrąża z gwizdem glob na skrzydłach, zwłaszcza gdy były one z rodzaju 

takich, jakie należały do tego greckiego małego Zorro, Ezopa czy jak tam było temu, który za 

bardzo zbliżył się do słońca i spadł na ziemię.

Najbardziej bał się zawsze podczas startów i lądowań, przede wszystkim dlatego, że 

ktoś kiedyś powiedział mu, iż właśnie wtedy na samoloty działają największe siły. Nie cho-

dziło o to, że nie wiedział wiele o fizyce i o lataniu. Zdawał sobie sprawę, że najwięcej 

wypadków zdarza się w tych właśnie krytycznych momentach lotu, może więc jednak było 

coś w tym, co niegdyś usłyszał.

Scull - niczym skazaniec, który czeka na krześle elektrycznym, aż kat zamieni jego 

ciało w krwawą miazgę - zaciskał kurczowo dłonie na poręczach fotela. Gordian podchodził 

właśnie do lądowania na lotnisku w Waszyngtonie, zaczynają ten etap lotu, który niezmiennie 

napawał Sculla największym strachem. Jego obaw nie rozwiewała nawet świadomość, że w 

przeszłości jego szef był jednym z asów Sił Powietrznych. Dlatego też nucił pod nosem 

fragmenty przebojów Franka Sinatry. Wyśpiewywanie starych standardów było jedną z do-

background image

brych i wypróbowanych metod, którymi Scull posługiwał się w walce ze stresem.

Nie dbał o to, że na lotnisku Megan Breen, która siedziała po drugiej stronie wąskiego 

przejścia między fotelami, będzie bez końca komentować jego zdenerwowanie. Nie 

obchodziło go również, że będą się z tego nabijać Richard Sobel i Chuck kirby, którzy 

siedzieli tuż za nim i właśnie razem z Meg wygadywali bzdury niczym jacyś 

niedowartościowani artyści na koktajl party, a nie bezradni więźniowie zamknięci w stalowej 

puszce, która przypadkiem mogła latać w troposferze z prędkością zbliżoną do jednego 

macha, do pieprzonej prędkości dźwięku.

Interesowało go jedynie to, by jak najszybciej znaleźć się na terra firma, i to najlepiej 

w jednym kawałku.

Trzymając się kurczowo fotela i śpiewając cicho z zamkniętymi oczami piosenki 

Sinatry, Scull robił, co mógł, by nie zwracać uwagi na opadanie samolotu, gdy 

niespodziewany dźwięk, który dotarł doń z kokpitu - rozsuwane drzwi kabiny pilotów były 

uchylone, ponieważ wcześniej Gordian rozmawiał o czymś z Chuckiem - wdarł się do jego 

mózgu niczym stalowy świder.

Natychmiast otworzył oczy i zajrzał do kokpitu. Z miejsca, w którym siedział, widział 

fragment pleców Gordiana i może połowę tablicy przyrządów. Szef nie zdradzał objawów 

paniki, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Gordian był w końcu facetem, który zawsze 

zachowywał zimną krew i miał doskonały wzrok pilota myśliwskiego. Facetem, który po 

pięciu latach spędzonych w "Hanojskim Hiltonie", obozie jenieckim Vietcongu, gdzie 

nieludzko torturowano schwytanych Amerykanów, wyszedł na wolność z podniesioną głową, 

wyprostowanymi plecami i ustami, które od dnia, gdy trafił tam wbrew swojej woli, nie 

powiedziały jednego zbędnego słowa. Był z całą pewnością facetem, którego chciałoby się 

mieć u boku w okopie, a gdyby coś szło źle, nigdy nie dałby tego po sobie poznać.

Jednak hałas dobiegający z kokpitu, który brzmiał jak elektroniczna wersja 

samochodowego klaksonu, cholernie przypominał Scullowi dźwięk sygnału alarmowego.

Spojrzał na Megan, po czym odwrócił się i popatrzył na Richarda i Chucka. Wszyscy 

troje próbowali właśnie zajrzeć do kabiny pilotów. Chociaż na ich twarzach nie malowało się 

takie zaniepokojenie, jakie trapiło Sculla, bez wątpienia i oni zaczęli podejrzewać, że coś jest 

nie w porządku.

Sygnał grzmiał uporczywie.

- Czy ktokolwiek wie, co się, do diabła, dzieje?! - zawołał Scull. - Na miłość boską, co 

to za hałas?!

Pozostali pasażerowie milczeli.

background image

Vince z trudem przełknął ślinę. Niespodziewanie poczuł, że pocą mu się dłonie. W 

tych okolicznościach to nic, cholera, dziwnego, pomyślał.

Cisza, jaka zapadła w wypełnionej dotychczas gwarem kabinie pasażerskiej, przeraziła 

Sculla bardziej niż najgorsze, co potrafiłby sobie wyobrazić.

Gordian odetchnął głęboko, starając się nabrać w płuca jak najwięcej powietrza. Jego 

umysł pracował na najwyższych obrotach. Nadlatywał nad pas startowy, zmniejszając wyso-

kość o sto stóp na sekundę, a tymczasem wciąż nie wysunęło się podwozie. Jeśli natychmiast 

nie zrobi czegoś, by to zmienić, rozbiją się. Zdawał sobie sprawę, że nie ma czasu na wa-

hanie.

Myśl logicznie, powtarzał sobie. Problem jest prosty, więc wyeliminuj tylko jego 

przyczynę.

Przypomniał sobie niezwykle szybki spadek ciśnienia płynu w układzie hydra- 

ulicznym, gdy zamknął klapy po starcie. Tyle tylko, że gdyby wtedy nastąpiła awaria pompy, 

system alarmowy powinien to wykryć. Powinien również zareagować, gdyby czujniki 

odkryły zbyt duży ubytek płynu w zbiornikach. Co więcej, w wypadku nagłego wycieku 

sprężony azot znajdujący się w każdym zbiorniku powinien zwiększyć ciśnienie w układzie 

hydraulicznym... przynajmniej do pewnego stopnia. Gdy utrata płynu stawała się zbyt duża 

albo gdy do przewodów dostawało się zbyt dużo powietrza, nie można już było zapewnić 

sprawnego funkcjonowania układu i utrzymać wymaganego ciśnienia.

Co to oznacza? Gordian przygryzł dolną wargę. Oznacza to, że dowiedział się właśnie 

o drastycznym spadku poziomu płynu, a co za tym idzie - o nieodwracalnym uszkodzeniu 

ważnej części układu hydraulicznego - najprawdopodobniej cylindra odpowiadającego za 

wysuwanie podwozia. Bez wspomagania układu hydraulicznego - nawet przy opuszczonym 

przełączniku - nie wysuną się koła. A ręczne wysunięcie podwozia było niemożliwe.

W porządku, dalej, myślał Gordian. Rozważ inne możliwości.

Mógł nadać do służb naziemnych sygnał Mayday i czekać w powietrzu, aż wyleją na 

pas startowy pianę i ściągną ambulanse oraz wozy strażackie, które asystowałyby mu podczas 

lądowania ze schowanym podwoziem. Jednak krążąc wokół lotniska w oczekiwaniu na 

zezwolenie lądowania, zużył niemal całą rezerwę paliwa, a pokrycie pasa pianą wymagało 

czasu. Przypuszczał, że nawet gdyby miał go wystarczająco dużo, nie zdołałby się utrzymać 

w powietrzu na tyle długo, by służby naziemne zdążyły przygotować lotnisko do awaryjnego 

lądowania. Co oznaczało, że i tak lądowałby brzuchem na betonie, a to skończyłoby się 

najprawdopodobniej wybuchem zbiorników paliwa i obsłudze naziemnej pozostałoby jedynie 

background image

uprzątnięcie z pasa spopielonych szczątków.

Dalej, rusz głową! Chcesz uniknąć całego tego bałaganu, więc spróbuj znaleźć jakieś 

wyjście!

Przestał się interesować hydrauliką. Podwozie zatrzymało się w górnym położeniu, w 

lukach, a powinno jak najszybciej wysunąć się w dół.

Nie, czekaj! Nie w dół! Na zewnątrz!

Wiedział, że musi myśleć bardzo precyzyjnie. Układ hydrauliczny miał utrzymywać 

podwozie w lukach po wciągnięciu go na specjalne chwytaki. Gdyby tylko mógł w jakiś 

sposób uwolnić je z nich, sama waga kół zrobiłaby resztę - wymusiłaby wysunięcie podwozia 

przez otwarte luki. Innymi słowy, koła same by się opuściły.

Grawitacja.

Grawitacja stanowiła w tej chwili problem, ale była też rozwiązaniem.

Gordian sięgnął do przełącznika funkcji na tablicy przyrządów i wcisnął przycisk 

wskaźnika przeciążenia. Było na poziomie jednego G, co oznaczało, że siła grawitacji 

działająca na learjeta jest “normalna”, taka sama jak ta, która działała na przedmioty na 

powierzchni ziemi.

Rzuciwszy okiem na tablicę rozdzielczą, Gordian wypuścił klapy, chwycił oburącz 

wolant i gwałtownie pociągnął go ku sobie, podnosząc nos samolotu i zmuszając maszynę do 

ostrego wznoszenia. Sekundę później pchnął wolant do przodu i ponownie skierował 

odrzutowiec na pas startowy.

Żołądek podszedł mu do gardła. Cała maszyna zadrżała. Podrygujący niczym roller-

coaster samolot rzucił nim do tyłu i w dół, a następnie do przodu i do góry z taką siłą, że 

gdyby nie pasy, z pewnością uderzyłby głową w przednią szybę.

Jak dotąd szło nieźle.

Sięgnął ku przełącznikowi wysuwania podwozia, nie troszcząc się, by sprawdzić 

wskaźnik poziomu płynu w układzie hydraulicznym. Ponieważ unosił się nad fotelem, jakby 

pociągała go w górę jakaś niewidzialna ręka, wiedział już, że wielkość siły grawitacji wynosi 

zero. Jeśli nie pomylił się w swoich rachubach, oprócz niego w odrzutowcu powinno się 

unieść coś jeszcze.

Miał nadzieję, że to samo stało się z podwoziem.

Miał nadzieję, że uwolniło się z chwytaków.

Modląc się do Boga, sir Izaaka Newtona i własnego zdrowego rozsądku, Gordian po 

raz trzeci i ostatni opuścił przełącznik wysuwania kół.

Szeroki pas bezpieczeństwa wrzynał mu się w wiotki brzuch okulary najpierw zsunęły 

background image

się na koniec nosa, po czym po prostu spadły, krótka grzywka zaś stanęła mu na sztorc - Scull 

czuł się jak piłeczka w jakiejś szalonej grze w ping-ponga.

Gwałtowne skoki samolotu i zmienne przeciążenia sprawiły, że cała kabina pasażerska 

trzęsła się i drżała. W środku natychmiast powstał wielki bałagan. Kolorowe magazyny z 

szelestem kartek przelatywały obok niego we wszystkich kierunkach. Wielkim z przerażenia i 

zaskoczenia oczami Scull obserwował, jak aktówka Megan - niczym kamień odbijający się od 

powierzchni wody - uderza o wyłożone wykładziną przejście między fotelami i jak w ślad za 

nią rusza teczka Chucka Kirby'ego, wyrzucając przy tym z siebie całe mnóstwo dokumentów. 

Kabinę przeciął też nadgryziony banan, a zaraz za nim, jak mały pocisk, poleciało pióro. Scull 

słyszał, jak w barku obijają się o siebie i grzechoczą butelki z alkoholem, wodą sodową i 

coca-colą, a Richard Sobel wykrzykuje przekleństwa. Walizki z rzeczami osobistymi tłukły 

się niemiłosiernie w skrytkach bagażowych nad ich głowami.

- Cholera jasna! - wrzasnął Vince Scull, dorzucając kilka słów do ostrych epitetów 

Sobela.

Nagle poczuł, że coś zadudniło pod jego stopami.

Kilkakrotnie.

Przerażenie ścisnęło mu gardło.

Przestał krzyczeć.

Scull - przekonany, że za chwilę maszyna rozpadnie się na kawałki - przypomniał 

sobie nagle, że nie jest sam. Przypomniał sobie że oprócz niego w samolocie znajdują się 

jeszcze cztery osoby, a jedną z nich - niech go nazwą starym szowinistą, jakie to ma teraz, 

kurwa, znaczenie? - jest kobieta, która może potrzebować otuchy.

Pomyślał, że mógłby to zrobić, obrócił się w jej stronę i wyciągnął dłoń, chcąc 

uścisnąć ramię Megan...

Był kompletnie zaskoczony, gdy ujrzał na jej twarzy ulgę.

- W porządku, Vince, uspokój się - powiedziała, pochylając się ku niemu. To jej dłoń 

przykryła delikatnie jego nadgarstek. - Posłuchaj, alarm w kokpicie ustał.

- Co takiego?

- Alarm - powtórzyła wolno. - Zamilkł. Lądujemy. Nastawił uszu. Rzeczywiście, w 

samolocie panowała cisza.

Ustały nawet wstrząsy. Co jednak oznaczało to dudnienie pod stopami?

Nagle ożył interkom.

- Bardzo wszystkich przepraszam za to dodatkowe kołysanie. Mieliśmy małe 

problemy z wysunięciem podwozia, ale koła są już we właściwym położeniu, a z nami 

background image

wszystko w porządku - oznajmił Gordian, wyjaśniając wątpliwości Sculla.

- Podwozie - mruknął Scull.

- Co takiego? - zapytała Megan. - Nie słyszałam, co powiedziałeś.

Spojrzał w dół, tam gdzie jej ręka wciąż spoczywała na jego ramieniu, i uśmiechnął 

się do niej. ,  - Powiedziałem właśnie, że ja też cię kocham, słodziutka.

background image

21

WASZYNGTON AZJA POŁUDNIOWO-WSCHODNIA

25/26 WRZEŚNIA 2000

Z DEPESZY ASSOCIATED PRESS

WASZYNGTON. Prezes UpLink International, Roger Gordian, wraz z grupą 

najbliższych współpracowników przybył właśnie na konferencje prasową zwołaną w 

Washington Press Club. Nie przypadkiem termin konferencji Gordiana zbiega się w czasie z 

zaplanowanym na jutro przez Biały Dom podpisaniem Karty Morrisona-Fiore'a, regulującej  

status nowych technik szyfrowania. Przypuszcza się, że Roger Gordian raz jeszcze podkreśli  

swój negatywny stosunek do tej ustawy, który ściągnął na niego krytykę wielu departamentów 

rządu i kręgów przemysłowych.

Stawka, o którą gra prezes UpLink, jest bardzo wysoka, jeśli wziąć pod uwagę duży i 

wciąż rosnący niepokój udziałowców holdingu Gordiana oraz podjęte ostatnio przez 

Monolith Technologies próby przejęcia znacznego pakietu akcji tej korporacji. Nagabywany 

przez reporterów wkrótce po tym, jak pilotowany przez niego learjet wylądował w 

Międzynarodowym Porcie Lotniczym im. Dullesa, król technologii obronnych i ko-

munikacyjnych nie skomentował pogłosek, jakoby na konferencji prasowej zamierzał ogłosić 

swoją rezygnację ze stanowiska prezesa UpLink.

Tymczasem prezydent Ballard i jego doradcy prasowi niewiele mówią na temat 

znaczenia Karty Morrisona-Fiore'a, pragnąc raczej zwrócić uwagę mediów na 

rozpoczynającą się jeszcze w tym tygodniu wizytę głowy naszego państwa w Azji. W jej  

trakcie prezydent podpisze morski traktat obronny SEAPAC. Ceremonia sygnowania tego 

dokumentu odbędzie się na wodach terytorialnych Singapuru na pokładzie najnowocze-

śniejszego atomowego okrętu podwodnego, jakim dysponują Stany Zjednoczone.

Z DZIENNIKA “THE STRAITS TIMES”

MIESZKAŃCY NADMORSKIEJ WIOSKI ZNAJDUJĄ ZWŁOKI

BANDA ACEH, INDONEZJA. Miejscowa policja poinformowała, że rybacy z wioski 

Lampu'uk, niewielkiej osady położonej w najbardziej na północ wysuniętym punkcie Sumatry,  

wyłowili z morza ludzkie zwłoki. Odkrycia dokonano niedaleko często wykorzystywanego  

background image

szlaku żeglugowego, w miejscu, w którym cieśnina Malakka otwiera się na Ocean Indyjski.

Jak dotąd nie pojawiły się żadne oficjalne informacje na temat stanu zwłok ani też 

wskazówki, które pozwoliłyby stwierdzić, czy zostały one zidentyfikowane. Naoczni 

świadkowie twierdzą jednak, że jest to ciało białego mężczyzny i że znajdowało się ono w 

wodzie co najmniej od kilku dni.

Zapowiedziano już przeprowadzenie sekcji zwłok, która pozwoli ustalić przyczynę  

śmierci denata.

Ponadto dowiedzieliśmy się, że w sprawę zaangażowany jest oddział 

Międzynarodowego Komitetu Morskiego oraz regionalne agencje śledcze. Jest to rutynowe w 

takich wypadkach postępowanie Międzynarodowego Komitetu Morskiego i policji zain-

teresowanych krajów ASEAN, które utrzymują ścisłe stosunki oraz dzielą się danymi na temat 

osób zaginionych lub zmarłych na morzu, by pomagać sobie w wypadku takich zdarzeń.

Pasażerowie learjeta pojechali do hotelu, Gordian jednak został jeszcze na lotnisku i w 

towarzystwie kilku asów z grupy ochrony Pete'a Nimeca spotkał się z mechanikami w hanga-

rze wynajmowanym przez UpLink. Usłyszawszy o kłopotach z podwoziem, zszokowany 

mechanik natychmiast wsunął się na drewnianym wózku pod skrzydło learjeta.

- Nie ma śladu wycieku płynu, a urządzenia wyglądają na nietknięte. Nie, chwileczkę. 

Jest tu coś, czemu chciałbym się uważniej przyjrzeć - powiedział. - Mężczyzna przesunął ko-

niuszkami palca wskazującego i środkowego po fragmencie kadłuba samolotu, oświetlając 

sobie to miejsce latarką. Po chwili otarł oba palce o kciuk i powąchał je. - Wyczuwam tu 

zapach skydolu i mam go trochę na palcu. A powinien być w cylindrze siłownika 

wysuwającego podwozie. -Wysunął głowę spod kadłuba maszyny i spojrzał na Gordiana. - 

Opierając się tylko na tym, nie można jeszcze nic powiedzieć, bo drobne wycieki płynu 

zawsze mogą się zdarzyć. Będę się musiał dostać do środka i sprawdzić cały obwód. Od 

poszczególnych zaworów zaczynając, na całym obiegu płynu kończąc Gordian przykucnął 

obok niego.

- Chcę wiedzieć, co poszło nie tak, Mikę - rzekł, a po chwili, pomyślawszy o Maksie 

Blackburnie, postanowił podzielić się z mechanikiem swoim przeczuciem. - Wyświadcz mi 

przysługę i sprawdź, czy ktoś przypadkiem nie grzebał przy tym samolocie, dobrze? O mało 

co czworo ludzi straciłoby dzisiaj przeze mnie życie. Czworo moich najlepszych przyjaciół.

Mikę wyłączył latarkę, wyjechał spod kadłuba learjeta i podniósł się, wycierając ręce 

szmatą.

- Może to tylko punkt widzenia zwykłego mechanika, ale po tym, co usłyszałem przed 

background image

kilkoma minutami, powiedziałbym raczej, że pan ich uratował - stwierdził.

Gordian potrząsnął głową.

- To nie jest kwestia punktu widzenia - odparł lakonicznie. - Federalne przepisy 

lotnicze mówią wyraźnie, że pilot prowadzący maszynę od początku do końca odpowiada za 

stan samolotu. I za bezpieczeństwo swoich pasażerów. Nie ma znaczenia, czy zostali narażeni 

na niebezpieczeństwo z powodu niedokładnej kontroli przed startem z San Jose, z powodu 

mechanicznej usterki w powietrzu, mojego błędu jako pilota czy też w wyniku kombinacji 

różnych czynników. To ja jestem odpowiedzialny za wszystko, co się dzieje podczas lotu.

Mike popatrzył na niego bez słowa.

- Miałem szczęście, Mike - powiedział Gordian. Na jego twarzy widać było napięcie. - 

Rozumiesz? Dzisiaj po prostu miałem szczęście.

Mike przełknął ślinę i powoli skinął głową.

- Nie wyjdę z tego hangaru, dopóki nie sprawdzę najdrobniejszych szczegółów od 

nosa aż po ogon - powiedział.

Gordian klepnął go lekko w ramię.

- Dziękuję. Docenię to. - Popatrzył na dwóch ochroniarzy z Miecza. - Chcę, żebyście 

zostali tutaj z Mikiem. Zróbcie dla niego wszystko, o co poprosi.

Ochroniarze wymienili spojrzenia.

Gordian widział, że ten niezrozumiały rozkaz nie wywołał ich zachwytu. Wykonywali 

swoje zadanie, postępując zgodnie ze szczegółowymi instrukcjami. Skuteczność tych 

profesjonalistów zależała od ścisłego stosowania się do reguł postępowania i przestrzegania 

dyscypliny. A instrukcje mówiły jasno: mieli chronić Gordiana. Polecenie, które im wydał, 

przeczyło wszystkiemu, do czego przygotowywano ich podczas szkoleń.

- Nie bójcie się, nic mi się nie stanie - zapewnił ich. - Jadę prosto do hotelu i 

zamierzam przez cały wieczór zostać w pokoju.

- Proszę pana, mamy wyraźne rozkazy od pana Nimeca, żeby przez cały czas panu 

towarzyszyć - odezwał się jeden z nich.

Gordian skinął głową.

- Wiem, Tom - odparł. - Ale jeśli nie powiecie mu, że zostawiliście mnie na kilka 

godzin samego, ja również nic nie powiem.

Ochroniarz zastanawiał się przez chwilę.

- Byłoby lepiej, proszę pana, gdybyśmy utrzymywali przez cały wieczór kontakt 

telefoniczny - powiedział wreszcie.

- Oczywiście. Ale nie wyciągajcie, proszę, pochopnych wniosków, jeśli nie odbiorę 

background image

któregoś z telefonów. To był ciężki dzień, więc potrzebuję teraz długiego prysznica, a potem 

trochę snu.

Ochroniarz wahał się jeszcze przez chwilę, a Gordian z trudem powstrzymywał 

uśmiech. Niespodziewanie przypomniał sobie swój ojcowski lęk o Julię, która jako nastolatka 

umawiała się na randki, i mimo napięcia oraz zmęczenia, rozbawiło go to.

- Panowie, mój samochód czeka, a kierowca z pewnością trochę się już niecierpliwi. 

Zobaczymy się później - powiedział.

Tom milczał jeszcze przez chwilę i wreszcie pokiwał głową. Wyraz jego twarzy 

zdradzał zmartwienie, zaniepokojenie i lekką dezaprobatę.

- Proszę dobrze wypocząć - mruknął w końcu.

- Spróbuję - odparł Gordian.

Walcząc wciąż z uśmiechem, odwrócił się, klepnął go lekko w ramię i szybko wyszedł 

z hangaru.

- A zatem, Alex, wszystko wskazuje na to, że mogę ci zaproponować obiad z 

prezydentem i innymi szefami państw w mesie oficerskiej.

- Naprawdę? Jesteś pewien? - zapytał Nordstrum.

- Całkowicie. Zjesz obiad w brzuchu bestii, którą nazywamy Seawolfem - odparł Stu 

Encardi.

Rozmawiali w Red Sage przy Czternastej Północno-Zachodniej, mniej więcej w 

połowie drogi między Białym Domem a Centrum Kennedy'ego. Na lunch zamówili 

quesadillę, sałatkę z kaktusa oraz chili.

- A kto go organizuje?

- Terskoff.

- Sekretarz prasowy?

- Sekretarz prasowy we własnej osobie - podkreślił Encardi. Nordstrum zjadł odrobinę 

quesadilli.

- A co jest przynętą?

- Słucham?

- Co jest przynętą, sidłem, hakiem? - powtórzył Nordstrun. - Cokolwiek to jest, 

znajdzie się przecież w moim brzuchu, kiedy połakomię się na to zaproszenie.

Encardi zaczesał do tyłu bujne, czarne włosy.

- Och, masz na myśli przysługę, o którą poprosi cię prezydent Ballard.

Nordstrum popatrzył na niego.

- Stu, uważam cię za równego faceta, ale jeśli nie przestaniesz udawać głupka i nie 

background image

przejdziesz czym prędzej do rzeczy, wstanę od stolika, pójdę do kuchni, znajdę jeden z tych 

kaktusów, z których robią te sałatki, taki, z którego nie zdążyli jeszcze usunąć kolców, a 

potem wrócę tutaj i palnę cię tym kaktusem prosto w dupę.

Encardi zmarszczył brwi.

- Cholera jasna - mruknął.

- Właśnie - przytaknął Nordstrum i nadział na widelec kolejny kawałek quesadilli. - 

Rzeczywiście, cholera jasna.

Encardi pochylił się ku niemu konfidencjonalnie.

- W porządku - powiedział. - Prezydent chce jedynie, żebyś nie pojawił się na 

jutrzejszej konferencji prasowej Rogera Gordiana. Oczywiście jeśli założymy, że w ogóle 

zamierzałeś w niej uczestniczyć.                                                               

-Aha... - mruknął Nordstrum, przeżuwając.

- Nie myśl jednak, że Biały Dom chce ograniczać twoją wolność wypowiedzi - 

kontynuował Encardi. - Ballard uważa po prostu, że SEAPAC jest o wiele ważniejszy dla 

jego prezydentury niż wprowadzenie uregulowań prawnych dla technik szyfrowania. A 

tymczasem znalazł się on w tle sporu między Gordianem a Caine'em.

- Aha - powtórzył Nordstrum. Encardi rozłożył ręce.

- Pomyśl o tym - powiedział. - Jesteś jedynym ważniakiem z prasy, który od samego 

początku zajmował się SEAPAC. Pisałeś już o wstępnych negocjacjach i ciągniesz to do 

teraz. Jesteś facetem, który nieustannie podkreśla jego znaczenie dla naszych interesów w 

Azji Południowo-Wschodniej. Sądzisz, że uda ci się nadal zajmować tym tematem opinię 

publiczną, gdy wszyscy ujrzą cię na jednym podium z Gordianem? Przecież już i tak zbyt 

wiele rzeczy odwraca uwagę ludzi od Azji.

- Aha - mruknął Nordstrum, przeżuwając ze spokojem. Encardi rozdrażniony, 

zmarszczył czoło.

- Cholera jasna, Alex, który z nas udaje teraz głupiego? Poprosiłeś mnie, żebym 

przeszedł do rzeczy, i właśnie przeszedłem. Zrób więc teraz, proszę, to samo.

- Jasne - powiedział Nordstrum. Ostrożnie odłożył na talerz nóż i widelec, po czym 

wyprostował się. - Zamierzam stać jutro u boku Rogera Gordiana i nie przeszkodzą mi w tym 

ani moce piekielne, ani powódź, ani osłodzony czymś przymus ze strony najwyższych 

czynników rządowych.

Encardi znów przeczesał do tyłu gęste włosy.

- Alex, mógłbyś przeprowadzić wywiad z samym premierem Yamamoto, wsuwając 

przy tym kawior i popijając szampana, zamiast jeść na dole w ciasnej mesie razem z załogą. 

background image

Nie odrzucaj życiowej szansy!

Nordstrum założył ręce na piersiach.

- Zaczynasz mnie denerwować - powiedział. 

-Alex...

- Nie jęcz. Wyglądasz z tym jak jakiś uczniak.

Encardi nachmurzył się, gwałtownie otarł usta serwetką i rzucił ją na stół.

- W porządku, rezygnuję - powiedział.

- To dobrze - powiedział Nordstrum. - Chcesz mnie poprosić o coś jeszcze, zanim 

skończę jeść?

Encardi popatrzył na niego i westchnął.

- Tak - odezwał się po krótkiej przerwie. - Słyszałeś kiedykolwiek o Nurku Danie i 

Baronie Barrakudzie?

Nordstrum obojętnie pokręcił głową.                            

- Masz zadatki na kogoś takiego - rzucił Encardi.         

Transkontynentalny skok z San Francisco do Johor Baham był wyczerpujący. 

Peterowi Nimecowi i Noriko Cousins wydawało się, że podróż nie ma końca. Późną nocą 

przesiedli się w Kuala Lumpur z wygodnego boeinga 747 do rozklekotanego turbośmigłowca, 

po czym - kontynuując wyprawę do Johor Baharu - musieli jeszcze jechać czterdzieści pięć 

minut samochodem, który Nimec wynajął na lotnisku. Przemierzali teraz ciemne, wyboiste i 

słabo oznaczone na mapach drogi.

Choć Nimec był dotąd tylko raz w naziemnej stacji łączności satelitarnej w Johor i 

choć przed wylotem ze Stanów przyszło mu do głowy, że byłoby dobrze, gdyby na lotnisku 

powitał ich ktoś z miejscowego oddziału Miecza, w końcu postanowił, że sam poprowadzi 

samochód do miejsca przeznaczenia. Przypuszczał, że z jednej strony zadecydowała o tym 

jego naturalna skłonność do pozostawania w ukryciu - cecha, która skłaniała go do skrywania 

swojej tożsamości dopóty, dopóki nie dowie się, dokąd doprowadziło Maxa Blackburna jego 

śledztwo i co mogło w nim pójść nie tak. Z drugiej jednak strony Nimec lubił tę część swej 

pracy, która wymagała skrytych działań, i chociaż nie przyznawał się do tego nikomu - 

włączając w to, do pewnego stopnia, nawet siebie - prawda była taka, że możliwość oder- 

wania się na jakiś czas od zwykłych zajęć sprawiła, iż ta właśnie jego cecha, z konieczności 

długo tłumiona, znów wypłynęła na wierzch.

Dochodziła piąta nad ranem, kiedy Nimec ujrzał wreszcie symbol UpLink na znaku 

informującym o złej nawierzchni drogi i spojrzawszy w prawo, poza linię drzew, dostrzegł 

background image

niedaleko betonowe i aluminiowe bryły konstrukcji naziemnej stacji łączności satelitarnej.

Skręcił w stronę bramy wjazdowej i zatrzymał się jakieś dwadzieścia stóp od budki 

strażnika. Na betonowej wysepce po lewej stronie samochodu znajdował się przypominający 

bankomat czytnik biometryczny -jedno z ostatnich ulepszeń Maxa w zakresie bezpieczeństwa. 

Podczas gdy w większości obiektów UpLink na różnych poziomach dostępu używano albo 

skanerów tęczówek albo czytników odcisków palców, Blackburn postanowił jeszcze bardziej 

wzmocnić system i ograniczyć możliwości wkroczenia do obiektów niepowołanych osób. 

Wykorzystał do tego skanery identyfikujące kilka cech osobistych każdego człowieka, który 

przekraczał granicę strefy dostępu.

Nimec opuścił szybę i przyłożył kciuk do paska termicznego, czekając jednocześnie, 

aż skaner wykona cyfrową fotografię jego oczu - dwie kamery dopasowywały je teraz do 

wzoru twarzy, trzecia natomiast zrobiła zdjęcie migawkowe tęczówek. Wszystkie trzy obrazy 

były natychmiast sprawdzane pod kątem różnych cech charakterystycznych i porównywane z 

wzorcem wprowadzonym wcześniej do głównej bazy danych systemu bezpieczeństwa 

UpLink.

Minęło zaledwie kilka sekund od chwili, gdy Nimec zatrzymał się przy skanerze, a 

nad bramą wjazdową zielone światło zastąpiło już czerwone. Przetworzony komputerowo 

żeński głos dobiegający z głośnika umieszczonego w czytniku biometrycznym powiedział po 

angielsku:

- Identyfikacja zakończona. Peter Nimec. Proszę jechać. Nimec minął bramę i 

skinąwszy głową strażnikowi w budce, wjechał na teren kompleksu.

- Chyba inaczej wyobrażałam sobie to miejsce - odezwała się z tylnego siedzenia 

Noriko. Spoglądała uważnie przez okno na rysujące się w świetle brzasku budynki. - Jest 

takie... boja wiem... bezbarwne.

Nimec wzruszył ramionami, nie spuszczając rąk z kierownicy.

- Utylitarne, tak bym to określił - powiedział. - Nie zdawałem sobie sprawy, że do tej 

pory nie byłaś w żadnej z naszych stacji naziemnych. Wszystkie są niemal identyczne. Nie 

trzeba jednak dużo czasu, żeby przywyknąć do panującej w nich atmosfery.

- Mam nadzieję - powiedziała, po czym opadła na oparcie i ziewnęła.

Nimec spojrzał we wsteczne lusterko.

- Zmęczyła cię nasza podróż na wschód? - zapytał.

- Zmęczyła i zaciekawiła.

- To niezbyt dobra mieszanka, jeśli zamierzasz się teraz przespać. - Podniósł z 

siedzenia pasażera złożoną gazetę i wyciągnął ją ku Nori. - Na lotnisku w Kuala Lumpur 

background image

wziąłem "Straits Timesa". Trzymaj, może dzięki niemu się zrelaksujesz.

- Nie przypominam sobie, żebym widziała, jak go czytasz.

- Bo jeszcze nie czytałem. I wątpię, czy utrzymam oczy otwarte wystarczająco długo, 

żeby to zrobić.

Noriko wzięła od niego czasopismo, położyła je obok siebie i znów szeroko ziewnęła.

- Dziękuję. Przy śniadaniu zreferuję ci najświeższe lokalne wiadomości - powiedziała.

Nimec pokiwał głową.

- Nie zapomnij też o moim horoskopie - powiedział takim tonem, że nie mogła się 

zorientować, czy mówi poważnie.

Sian Po po powrocie z nocnej zmiany na posterunku późno położył się do łóżka, ale 

gdy zamknął już oczy i zaczai śnić, znalazł się w sali gier zarządzanej przez Grubego B. Były 

tam kobiety i błyskające kolorowe światła, a on, Sian Po, jakimś cudem wygrał 

astronomiczną sumę pieniędzy. Stosy banknotów otaczały go ze wszystkich stron.

Pukanie do drzwi obudziło go akurat w chwili, kiedy - we śnie - zaczynał tańczyć ze 

wspaniałą blondynką, która powiedziała mu, że przebyła daleką drogę z Danii specjalnie po 

to, żeby dotrzymać mu towarzystwa.

Sian Po otworzył oczy. Resztki snu uleciały, gdy rozejrzał się po swoim niewielkim 

mieszkaniu, do którego zasłony nie wpuszczały światła dziennego. Gdzie zniknęła jego 

seksowna tancerka? Zmarszczył brwi, uświadomiwszy sobie, że nigdy nie istniała, po czym 

spojrzał na budzik. Była piąta rano. Słyszał coś, czy tylko mu się zdawało?

Ponownie rozległo się pukanie do drzwi.

Wciąż jeszcze trochę zdezorientowany, zwlókł się z łóżka i podszedł do drzwi w 

pidżamie.

- Kto tam? - zapytał chrapliwym głosem, przecierając oczy.

- Coś dla pana od Gaffoora - dotarł z korytarza przytłumiony męski głos.

Senność opuściła Sian Po w tej samej chwili, w której usłyszał nazwisko swojego 

człowieka w CID. Szybko przekręcił klucz w zamku i otworzył drzwi.

Stojący w progu mężczyzna miał około trzydziestki. Ubrany był w cywilne rzeczy: 

jasną koszulę z wełny i sportową kurtkę. Jeszcze jeden detektyw, pomyślał komendant.

- Pracujesz w zespole Gaffoora? - zapytał.

Mężczyzna wzruszył ramionami, wydobył z wewnętrznej kieszeni kurtki białą kopertę 

i wyciągnął ją ku Sian Po.

- Niech pan to weźmie, ke yi bu ke yi - powiedział.

background image

Policjant odebrał przesyłkę.

Mężczyzna stał tam jeszcze przez chwilę, patrząc na gospodarza pustym wzrokiem.

- Powiem Gaffoorowi, że odebrał pan jego wiadomość - oznajmił, po czym obrócił się 

i zszedł do holu.

Zatrzasnąwszy za nim drzwi, Sian Po niecierpliwie rozerwał kopertę. W środku była 

złożona na pół kartka papieru. Rozprostował ją i przeczytał krótką wiadomość zapisaną w 

poprzek arkusika.

Na jego ściśniętych rysach odmalowało się podniecenie.

Niewiarygodne, pomyślał. Po prostu niewiarygodne.

Nie zważając na wczesną porę, Sian Po podbiegł do nocnego stolika, w swoim 

notatniku odnalazł numer Grubego B i zatelefonował do niego.

Pomyślał, że sen, który miał jeszcze przed chwilą, był proroczy. Wygrał właśnie 

fortunę.

background image

22

WASZYNGTON l JAPONIA

27/28 WRZEŚNIA 2000

Prezydent przechadzał się po korytarzu przed Gabinetem Wschodnim Białego Domu. 

Ze środka docierały do niego odgłosy chaotycznych rozmów dziennikarzy, prominentnych 

członków Kongresu i innych oficjalnych gości zaproszonych na ceremonię podpisania Karty 

Morrisona-Fiore'a. Prezydent był zdenerwowany i zarazem zniecierpliwiony: chciał jak 

najszybciej przyłożyć pióro do papieru.

Był zdenerwowany, ponieważ chciał podpisać tę kartę w zaciszu swojego gabinetu, 

siedząc przy solidnym biurku. Chciał ją podpisać spokojnie o północy, kiedy słońce już 

zajdzie, a za oknem zabłysną światła miasta otaczającego Kapitol, i kiedy wszyscy ludzie 

będą już w swoich albo cudzych łóżkach, albo nawet między łóżkami, zapinając guziki, 

rozpinając guziki, szamocząc się czy robiąc cokolwiek, na co tylko mieliby ochotę.

Niecierpliwiło go natomiast, że musi zmienić podpisanie dokumentu w wielkie 

przedstawienie: złożyć ten cholerny podpis w blasku skupionych na nim reflektorów, 

obserwowany przez stojące w odległości zaledwie dziewięciu stóp obiektywy kamer stacji 

C-SPAN. A chciał mieć już to z głowy i zwrócić uwagę opinii publicznej na coś, co jego 

zdaniem ma o wiele większe znaczenie - na SEAPAC, dziecko, które pieścił i kształtował od 

samego początku, które na jego oczach i pod jego ścisłą kuratelą nabrało właściwych 

wymiarów i treści. Był to traktat, który prezydent Ballard uważał za najważniejsze 

osiągnięcie polityczne swojej kadencji. Wierzył, że ten właśnie dokument stanie się podstawą 

nowej współpracy strategicznej i logistycznej w całym rejonie Pacyfiku. Był pewny, że 

umocni on związki Ameryki z jej azjatyckimi partnerami i zabezpieczy interesy w regionie. 

Czym wobec tego paktu była Karta Morrisona-Fiore'a, jeśli nie tylko rodzącym spory aktem

prawnym ułatwiającym wprowadzanie ograniczeń handlowych, które i tak obchodzono, 

wykorzystując niezliczone furtki prawne.

Z każdą chwilą coraz bardziej zniecierpliwiony, nie mogąc się doczekać momentu, w 

którym usiądzie za biurkiem i podpisze kartę, prezydent zajrzał do sali. Główny organizator 

ceremonii, sekretarz prasowy Brian Terskoff, stał na prawo od drzwi i gawędził w najlepsze z 

jakąś młodą kobietą. Ballard rozpoznał w niej ważną figurę działu wiadomości jednej z więk-

szych sieci telewizyjnych. Sieci, w której Terskoff mógłby być bardzo mile widziany po tym, 

jak on, prezydent, kopnie go wreszcie w tyłek, na co ten uparty sukinsyn już dawno sobie 

background image

zasłużył.

A właściwie, czy znajdzie się lepsza chwila, żeby go wyrzucić? - pomyślał nagle 

Ballard.

Pochwycił spojrzenie Terskoffa i przywołał go, kiwając palcem wskazującym. 

Odczekał chwilę, aż sekretarz przepchnie się do niego przez tłum zaproszonych gości i 

wyjdzie na korytarz.

- Tak, panie prezydencie? - zapytał Terskoff, zatrzymawszy się tuż przed nim.

- Dlaczego wszystko się opóźnia?

- Jedna czy dwie grube ryby nie mają jeszcze łączności satelitarnej. Ale za pięć minut 

będziemy gotowi.

Prezydent zmierzył go wzrokiem.

- Za pięć minut - powtórzył jak echo. Terskoff skinął głową.

- Może nawet prędzej.

Ballard nie spuszczał z niego wzroku.

- Mówisz jak kierownik planu jakiegoś talk show. Terskoff wyraźnie się zmieszał.

- W gruncie rzeczy taka jest dziś moja rola - odparł. Prezydent pochylił się ku niemu.

- Brian, gdybym mógł to zrobić na swój sposób, wyglądałoby to jak rutynowe 

podpisanie dokumentu, coś, co robi się w nocy w zaciszu gabinetu i co przechodzi nie 

zauważone. Tymczasem dzięki tobie mamy tutaj cały spektakl.

- Tak, panie prezydencie, sądzę, że tak właśnie jest - powiedział Terskoff z dumą i 

zerknął do pokoju. - To spektakl państwowy. Moim zdaniem, w taki właśnie sposób należy 

informować naród o tej rangi wydarzeniach.

- Twoim zdaniem.

- Tak, panie prezydencie. Takie jest właśnie moje zdanie. Ballard zmarszczył brwi i na 

moment przygryzł od wewnątrz policzek.

- Wiesz, mój drogi - odezwał się - ten sposób można wykorzystać do promocji innych 

moich działań. Szczególnie jednego z nich, na którym nikt nie skupia takiej uwagi, jakiej bym 

oczekiwał.

Terskoff podrapał się za uchem. W jednej chwili stracił całą pewność siebie.

- Ma pan na myśli SEAPAC - powiedział.

- Tak - odparł prezydent i wbił palec wskazujący w pierś Terskoffa. - Zgadłeś. I 

uważam, Brian, że wciąż nie jest za późno, by zmienić tę sytuację. Na przykład odlatując 

jutro do Singapuru, mógłbym wsiadać na pokład Air Force One w asyście cheerleaderek. 

Albo jeszcze lepiej: w towarzystwie modelek “Playboya” przebranych za cheerleaderki. 

background image

Mogłyby wykrzykiwać nazwę traktatu, wymachując przy tym swoimi pomponami? Wiesz: 

“Daj mi «S», daj mi «E»” i tak dalej. Mogłyby też mieć napisane SEAPAC na górnych 

częściach kostiumów, najlepiej bikini. Jedna modelka - jedna literka. Czy to nie byłby dobry 

spektakl państwowy, jak to określiłeś?

Terskoff skrzywił się.

- Panie prezydencie, wiem, że pańskim zdaniem z powodu Karty Morrisona-Fiore'a 

nie poświęcamy traktatowi dość uwagi. Proszę jednak zrozumieć, że prasa żywi się przede 

wszystkim sensacją. Najlepsze, co można zrobić, to dawać jej to, czego pragnie, więc 

zdecydowałem się karmić dziennikarzy jak największymi jej porcjami...

- Słyszałem tę śpiewkę już setki razy, a to o wiele za dużo. Pozwól, że coś ci powiem, 

Brian. Spieprzyłeś sprawę. Ty i ta banda bezmózgowców, których nazywasz swoim sztabem. 

W rezultacie inicjatywa, której poświęciłem mnóstwo wysiłku, praktycznie dzieło mojego 

życia, zeszła na boczny tor i nikt nie zwraca na nią uwagi.

- Panie prezydencie...

Ballard uniósł rękę jak policjant kierujący ruchem.

- Jeszcze nie skończyłem - rzucił. - Szyfrowanie to nie moja działka. I nigdy nie była. 

Nigdy nie zamierzałem bić się o to z Rogerem Gordianem, w każdym razie nie publicznie, a 

w tej chwili to się akurat dzieje. On właśnie przemierza miasto z wielkimi rękawicami 

bokserskimi na rękach. A to mnie bynajmniej nie uszczęśliwia.

Na chwilę zapadła cisza.

- Panie prezydencie, jeżeli uważa pan, że mogę w tej chwili coś zrobić...

- Istotnie, jest coś takiego - odparł Ballard. - Na początek powiedz tym ludziom z 

telewizji, że za trzydzieści sekund wkroczę do sali, czy będą na to przygotowani, czy też nie. 

Potem zabierz na lunch tę śliczną, wysoko postawioną panienkę z telewizji, z którą przed 

chwilą rozmawiałeś - myślę, że Fourth Estate byłaby odpowiednią restauracją - i zapytaj, czy 

znajdzie dla ciebie posadę w swojej sieci. Wiesz dlaczego? Dlatego, że kiedy w przyszłym 

tygodniu wrócę z Azji, chcę znaleźć na biurku twoją rezygnację.

Terskoff zbladł.

- Panie prezydencie...

Ballard wskazał na swój zegarek.

- Dwadzieścia sekund - powiedział.

Sekretarzowi prasowemu zaczęły drżeć wargi. Wahał się jeszcze dwie lub trzy 

sekundy, po czym obrócił się na pięcie i wbiegł do Gabinetu Wschodniego.

Dokładnie osiemnaście sekund później prezydent usłyszał swoje nazwisko i wszedł do 

background image

środka.

Salę Murrowa w National Press Center wypełnili po brzegi dziennikarze. Niczym 

wielki, samoreplikujący się organizm, waszyngtoński korpus prasowy podzielił siły między 

dwa fronty batalii, która wkrótce miała osiągnąć apogeum, gdy podczas konferencji 

prasowych prezydent i Roger Gordian zaczną rzucać na siebie gromy w poprzek Pennsylvania 

Avenue. Dziennikarze pragnęli wielkich nagłówków, dramatycznych słów, transmisji na 

żywo z sensacyjnych wydarzeń. Pragnęli całego legionu adwokatów i byłych polityków, 

którzy narodzili się powtórnie jako komentatorzy telewizyjni, a między kolejnymi okresami 

czystek - regularnie się kłócili. Dziennikarze spodziewali się, że w powietrzu będą latały 

bomby, i te oczekiwania trochę niepokoiły Rogera Gordiana - prawdopodobnie dlatego, że 

zdawał sobie sprawę, iż sensacja nie osiągnie poziomu, na jakim zawieszono poprzeczkę. 

Poza tym nie zamierzał wygłaszać gromkich oracji, które podburzałyby kogokolwiek przeciw 

komukolwiek.

W końcu, uznał, nie ma dla niego znaczenia, czy dziennikarze będą rozczarowani. Nie 

byłby też załamany, gdyby się nie pokazali, pozwalając jego wzmocnionemu elektronicznie 

głosowi płynąć w salę wypełnioną po brzegi pustymi fotelami. Przybył tu, by przedstawić 

swoje stanowisko i - zwycięży czy przegra - było to najlepsze, co mógł zrobić.

Wspiął się na podium i milczał przez długą chwilę. Chuck Kirby, Megan Breen, Vince 

Scull i Alex Nordstrum siedzieli za nim po prawej, natomiast Dan Parker, Richard Sobel i 

dyrektor FBI, Robert Lang - po lewej.

- Panie i panowie dziennikarze, dziękuję za przybycie - powiedział w końcu. - Właśnie 

w tej chwili, w miejscu oddalonym stąd zaledwie o kilka przecznic, podpisywana jest Karta 

Morrisona-Fiore'a, akt znoszący wszelkie ograniczenia dotyczące transferów i handlu 

technikami szyfrowania. Nie wiem, jakie jest państwa zdanie na ten temat, jednak przez 

ostatnie kilka miesięcy próbowałem jasno przedstawić swoje. Mój sprzeciw wobec zniesienia 

ścisłej kontroli państwa nad handlem komputerami i oprogramowaniem wykorzystywanym w 

kryptografii pozostaje stanowczy i niezachwiany. Mimo to wydaje mi się, że poglądy te wciąż 

budzą jakieś wątpliwości. Przede wszystkim dlatego właśnie zwracam się dziś do państwa. - 

Gordian urwał i poprawił mikrofon. - Nie wiem wiele na temat techniki i jej znaczenia jako 

siły łączącej i jednoczącej świat - kontynuował. - Wierzę jednak, że wiedza to wolność, a 

informacja to podstawa i kamień węgielny wiedzy. Moja sieć łączności miała w zamierzeniu 

przełamać wszelkie bariery, które wciąż utrzymują ludzi w mrokach zacofania i tyranii.

I jestem niezmiernie dumny z sukcesów, które już osiągnąłem na tym polu. Spójrzmy jednak 

prawdzie w oczy: Ameryka ma wrogów. Popełnimy błąd, jeśli pomylimy globalizację 

background image

zaawansowanej techniki z rezygnacją z praw i imperatywów, które przysługują nam jako 

suwerennemu narodowi. A obawiam się, że Karta Morrisona-Fiore'a jest właśnie, niestety, 

milowym krokiem na drodze ku temu. Z drugiej strony, moi krytycy dowodzą, że próbuję 

tylko na próżno wcisnąć z powrotem dżinna do lampy, dążąc do utrzymania kontroli nad 

technikami szyfrowania tak jak nad każdym innym potężnym narzędziem. Dowodzą, że skoro 

oprogramowanie wykorzystywane w kryptografii można względnie łatwo przemycać poprzez 

niewidzialne granice cyberprzestrzeni, powinniśmy raczej udawać, że granice te w ogóle nie 

istnieją, niż lepiej je wytyczać. Mówią, że skoro w odniesieniu do tego problemu mamy 

świadomość nieadekwatności i wewnętrznej sprzeczności obowiązującego prawa i że skoro 

rzeczywiste i poważne przeszkody nie pozwalają zastosować wobec technik szyfrowania 

pojęcia granic terytorialnych, powinniśmy raczej z nich zrezygnować, niż wytrwale 

wprowadzać tu większą harmonię. Przyznaję, że ten sposób myślenia wprawia mnie w 

zakłopotanie. Czyżbyśmy mieli rezygnować z prób opanowania elektronicznego piractwa 

tylko dlatego, że może to być trudne? Czyżbyśmy mieli odmówić zajęcia się problemem tylko 

dlatego, że może nas on zrażać? Jeśli tak to będzie wyglądać, gdzie wytyczymy granicę? Czy 

wkrótce zezwolimy na swobodny przepływ broni i narkotyków między państwami? To wcale 

nie jest naciągane porównanie. Międzynarodowi przestępcy i praktycy zbrodni wiedzą już, że 

znajomość technik szyfrowania da im znaczną przewagę nad stróżami porządku, pozwoli 

ukryć przed światem ich działalność. Wiedzą już o tym i uczą się szybko, jak zamieniać tę 

wiedzę na pieniądze. Zapewniam was, że kiedy rezygnujemy z przewagi nad światem 

przestępczym i przestępcami, nie zezwalamy tylko na dezintegrację istniejących granic. 

Robimy coś o wiele gorszego. Ryzykujemy dezintegrację naszej woli jako siły sprawczej 

cywilizacji. A to, panie i panowie, przeraża mnie bardziej niż cokolwiek innego...

Nordstrum przebiegł wzrokiem po tłumie dziennikarzy. Pomyślał, że na razie 

Gordianowi idzie wspaniale, i chociaż z wiecznie znudzonych min swoich koleżanek i 

kolegów z trudem mógł cokolwiek wyczytać, zauważył, że kilkoro kiwa głowami, a reszta 

sprawia wrażenie, że przynajmniej uważnie słucha... A to było tego dnia najważniejsze. 

Gordian potrzebował nie tyle ich potakiwania, ile zainteresowania. W tłumaczeniu na język 

prasy oznaczało to, że ich znudzenie równałoby się umieszczeniu materiału na ostatnich 

stronach gazet.

Nordstrum był rozczarowany jedynie tym, że zapomniał przekazać Gordianowi słowa 

Craiga Westona. “To kwestia klucza, a nie zamka”, powiedział kontradmirał, odnosząc się 

bez wątpienia do zastrzeżonych kodów, którymi posługiwano się przy wchodzeniu do 

systemów czy raczej - rezygnując z technicznego żargonu - poznawania zaszyfrowanych 

background image

danych. Problem ich bezpiecznego przechowywania był tym aspektem zagadnienia, który 

Gordian mógł zaakcentować trochę mocniej, i Nordstrum pragnął mu to zasugerować. Gdy 

jednak spotkał się w hotelu z prezesem UpLink oraz jego towarzyszami i usłyszał o 

katastrofie, do której o mało nie doszło podczas lądowania, zupełnie o tym zapomniał.

No cóż, może zdoła mu o tym przypomnieć, nim rozpocznie się seria pytań i 

odpowiedzi, która zwyczajowo powinna nastąpić po wystąpieniu. W gruncie rzeczy byłby to 

najlepszy moment, gdyż Gordian z pewnością zechce odetchnąć po nieuniknionym 

bombardowaniu pytaniami na temat prób przejęcia holdingu przez Monolith Technologies i 

po zaskakującym oświadczeniu, jakie wygłosi w związku z tym.

Mając w perspektywie piekło, które przejdzie w siłowni, jeśli nie spełni przyrzeczenia 

danego admirałowi, Nordstrum ponownie skupił całą uwagę na konferencji prasowej.

Usadowiony wygodnie w wagoniku jednoszynowej kolejki, która sunęła spokojnie 

przez urządzone tematycznie parki, stworzone przez człowieka plaże i inne atrakcje 

turystyczne wyspy Sentosa, Omori cały czas przykładał do oczu lornetkę i obserwował 

uważnie łodzie patrolowe marynarki manewrujące wzdłuż wybrzeża Singapuru.

Ich obecność stała się wyraźnie zauważalna dopiero w ciągu ostatnich kilku dni, gdy 

na wodach terytorialnych pojawiły się całe ich flotylle, zapowiadając z wyprzedzeniem 

przybycie Seawolfa. W samym mieście pojawiło się o wiele więcej patroli, niż Omori 

kiedykolwiek widział: przechodząc trasą od stacji kolejowej do terminalu promowego, musiał 

niejednokrotnie omijać policyjne zapory, które ustawiano z powodu przejazdów ważnych 

dygnitarzy. Premier Malezji był już w mieście. Przybył dzień wcześniej niż jego partnerzy z 

Indonezji i Ameryki, żeby spotkać się z gubernatorem Pulau Ubin, z którym łączyły go 

osobiste związki.

Misja, która przywiodła tu Omoriego z Tokio, również opierała się na ścisłych 

związkach... z syndykatem Inagawa-kai, w którym był wysokiego szczebla kuromaku, czyli 

człowiekiem odpowiedzialnym za regionalne interesy i wpływy organizacji. Opierała się też 

na jego związkach z Nga Canberą i z politykami, których sprzeciw wobec SEAPAC pozwolił 

zawiązać szerokie przymierze oparte na wspólnocie krajowych i międzynarodowych 

interesów. I syndykat, i Nga, i politycy pragnęli nie dopuścić do podpisania traktatu, który 

oznaczał dla nich poniżenie i straty.

Omori poczuł, że ktoś trąca go w prawe ramię. Opuścił okulary i spojrzał na chłopca, 

który zajmował sąsiednie miejsce. Mały wiercił się niecierpliwie i co chwila pytał mamę, 

kiedy wreszcie dotrą do centrum rozrywki. Omori zmarszczył brwi i klepnął chłopca w ramię, 

background image

by zwrócić na siebie jego uwagę.

- Bądź cierpliwy i nie denerwuj mamy. Zrobiła ci wspaniały prezent, zabierając tutaj, 

a biegu kolejki nie może przyśpieszyć - powiedział.

Chłopak w mgnieniu oka się uspokoił. Popatrzył na Omoriego rozszerzonymi ze 

strachu oczami w sposób, w jaki spoglądają dzieci skarcone niespodziewanie przez obcych, a 

potem zerknął na matkę.

Omori również popatrzył na nią i uśmiechnął się współczująco. Dziecko było 

inteligentne i nad wiek rozwinięte, zupełnie jak jego własny syn w tym samym okresie. 

Omori modlił się, by mógł przeżyć i znowu zobaczyć żonę i rodzinę. Dzieci były jego 

największą radością.

Znów popatrzył przez okno, podniósł lornetkę do oczu i zaczął się przyglądać portowi. 

Liczba łodzi patrolowych nie miała dla niego znaczenia. Niech sprowadzą tutaj całą marynar-

kę, jeśli tylko chcą. Mała grupa odpowiednio wyposażonych i realizujących starannie ułożony 

plan komandosów potrafi przeniknąć nawet naj szczelniej szą linię obrony.

Dzisiaj wieczorem, kiedy zakończy już rekonesans i trochę się odświeży, spotka się z 

ludźmi z grupy uderzeniowej i po raz ostatni przyjrzą się podjętym przygotowaniom. Później 

nie pozostanie im już nic innego do roboty, jak tylko czekać na rozkaz do ataku i sprawdzać 

zawartość skrzynki poczty elektronicznej w oczekiwaniu na decydujący plik, który ma prze-

słać Nga.

Uznał, że przez chwilę może się odprężyć i nacieszyć przejażdżką. Miał nadzieję, że 

światowi przywódcy zgromadzeni na pokładzie Seawolfa również są zadowoleni ze swojego 

rejsu.

- Kończąc, chciałbym wrócić na moment do przykładu uwolnionego dżinna. Czy 

uważacie, że chciałbym zamknąć go z powrotem w magicznej lampie, która sama się 

pieczętuje i usuwa sprzed ludzkich oczu, usuwa z ich świadomości? Całe moje życie 

dowodzi, że nigdy nie postępuję w podobny sposób. Interpretuję ową historię w ten sposób, 

że to nie potęga dżinna, dzięki której może czynić cudowne rzeczy, przysporzyła tyle bólu i 

kłopotów Aladnowi. Moim zdaniem, przyczyny należałoby szukać w niedoskonałości samego 

Aladyna, który nie potrafił pojąć, jak należy wykorzystywać dar tej istoty, nie potrafił 

zrozumieć nadzwyczajnej ostrożności i powściągliwości, z jaką należy się nim posługiwać. 

Samej potęgi, samej mocy, nigdy nie należy się bać. Wszystko zależy od rąk, w jakie ona 

wpadnie. Determinacja i inteligencja potrafią sprawiać, że wszystko jest możliwe. W czasach, 

gdy rozwój technologiczny daje nam nowe możliwości, gdy w pewnym sensie nauka 

background image

umożliwia nam tworzenie magicznych rzeczy, nasza wieczna odpowiedzialność polega na 

tym, byśmy wykorzystywali jej twory do budowania, a nie do niszczenia, do wyzwalania, a 

nie do ograniczania, do celów korzystnych dla człowieka, a nie pogrążających nasz gatunek w 

zamęcie. To odpowiedzialność, która w gruncie rzeczy nie zmieniła się od czasu, gdy 

ludzkość wynalazła ogień i koło, chociaż w miarę, jak nasze narzędzia stają się coraz bardziej 

skomplikowane, coraz bardziej skomplikowane stają się też nasze wybory. Pomyłki na tej 

drodze są nieuniknione, a jednak mam nadzieję i wierzę, że błędy zawsze będą dla nas 

źródłem nauki i że jako gatunek będziemy na tyle mądrzy, by z każdego z nich wyciągnąć 

właściwe wnioski. Jeśli zawsze tak będzie... uwierzcie mi, przeciągniemy dżinna na naszą 

stronę. Już teraz jest w najlepszych rękach.

Gordian odsunął notatki i wypił łyk wody ze szklanki stojącej na mównicy. Nie 

najgorzej, pomyślał. Nie martwiło go, że oklaski, które rozbrzmiały na sali, są jedynie 

grzecznościowe. Nawet jakby wymuszone. Najważniejsze było w tej chwili, że jego zdaniem 

przekonująco wyłożył swoje poglądy i że była całkiem spora szansa, iż jego słowa dotrą do 

dziennikarzy, a za ich pośrednictwem - do milionów ludzi.

Odetchnął głęboko, raz jeszcze napił się wody i znów pochylił się do mikrofonu.

- Teraz z przyjemnością odpowiem na państwa pytania - powiedział.

W tej chwili trzy czwarte zgromadzonych dziennikarzy uniosło się z krzeseł i na sali 

zapanował zgiełk.

Gordian wskazał na młodego dziennikarza w pierwszym rzędzie, który prowadził 

słynną stronę w Internecie.

- Panie Gordian, poinformowano nas, że wygłosi pan ważne oświadczenie dotyczące 

zmagań z Monolith Technologies. Chociaż nie usłyszałem w pańskiej wypowiedzi niczego na 

ten temat, zastanawiam się, czy nie zechciałby pan mimo wszystko powiedzieć kilku słów na 

temat swojej przyszłości jako szefa UpLink International - rzucił.

Gordian popatrzył na niego z zaskoczeniem. 

Cholera, o mało nie zapomniałem o tym w całym tym rozgardiaszu, pomyślał.

- Ach, tak. Skoro mi pan o tym przypomniał, zajmę stanowisko i w tej sprawie - 

odpowiedział.

W Gabinecie Wschodnim rozległ się głośny, entuzjastyczny aplauz, gdy prezydent w 

pośpiechu i niedbale złożył swój podpis na ostatniej stronie Karty Morrisona-Fiore'a - w tej 

chwili już nie deklaracji, ale obowiązującego dokumentu prawnego. Gratulowano mu ze 

wszystkich stron. Prominentni członkowie Senatu klaskali z całych sil. Speaker Izby 

Reprezentantów i jego rywal z partii mającej mniejszość w Izbie padli sobie triumfalnie w 

background image

ramiona. Wiceprezydent pozował do niezliczonych zdjęć, pławiąc się w światłach kamer i 

mając nadzieję, że dobra prasa pomoże mu, kiedy za jakieś dwa lata partia będzie wystawiała 

kolejnego kandydata do wyborów prezydenckich.

Zdegustowany prezydent Ballard pomyślał, że bardzo chce mu się spać.

Następnego dnia rano czekał go długi lot do Singapuru, a potem historyczny rejs 

atomowym okrętem podwodnym, którego w tej chwili - jak się wydawało - żaden 

mieszkaniec tej planety nie zauważał.

- ...a pan Sobel wykupi firmy UpLink, które produkują sprzęt elektroniczny, w tym 

Stronghold Security Systems, naszą filię wytwarzającą komputery i oprogramowanie na po-

trzeby kryptografii. Znam Richarda i współpracuję z nim od przeszło dziesięciu lat, mam więc 

do niego pełne zaufanie i wyrażam przekonanie, że odniesie znaczące sukcesy w branży, tak 

zresztą, jak to było do tej pory.

Gordian wskazał kolejną wyciągniętą rękę.

- Proszę bardzo, może teraz młoda dama z “Wall Street Journal” - powiedział. - Zdaje 

się, że to pani Sheffield, prawda?

Kobieta skinęła głową i wstała.

- Z całym szacunkiem, proszę pana, ale nie widzę tu miejsca na sukcesy, jeśli pan 

Sobel będzie kontynuował pańską restrykcyjną politykę wobec eksportu technik szyfrowania. 

Wielu analityków nie zgadza się z pańskim twierdzeniem, że firmy produkujące sprzęt i 

oprogramowanie kryptograficzne mogą się skupić przede wszystkim na rynku wewnętrznym i 

osiągać zyski. Więc może po dokonaniu transakcji ten kurs ulegnie złagodzeniu?

Niespodziewanie wstał Richard Sobel i przyszedł w sukurs Gordianowi:

- Za zgodą naszego gospodarza sam chciałbym odpowiedzieć na to pytanie. Mogę 

jednoznacznie stwierdzić, że jeśli chodzi o zagadnienia technik szyfrowania, w pełni 

popieram Rogera Gordiana i będę postępował w myśl jego wytycznych. Sukces zawsze 

zależy od tego, w jaki sposób podchodzi się do rynku, a moja firma elektroniczna jest żywym 

dowodem na to, że analitycy, o których pani wspomniała, są w błędzie. Przez ostatnie pięć lat 

zyski netto przedsiębiorstwa systematycznie wzrastały. Zgodnie z naszymi intencjami wzrost 

ów był powolny, lecz kształtował się na tym samym poziomie. W tym czasie, projektując 

systemy elektroniczne dla mnóstwa firm i wykorzystując przy tym wiele kryptograficznych 

rozwiązań Rogera Gordiana, zapewniliśmy sobie zaufanie klientów i zapracowaliśmy na 

dobrą opinię. Jako kompania specjalizująca się dostarczaniu usług i doradztwie jesteśmy 

przekonani, że najlepsze systemy szyfrujące Rogera Gordiana pozwolą nam zdobyć nowych 

background image

odbiorców, a tym, którzy już się z nami związali, przyniosą wymierne, praktycznie 

nieograniczone korzyści.

Sheffield zapytała jeszcze Sobela o dochody firmy w ostatnim kwartale, po czym 

znów przyszła kolej na Gordiana. Nim jednak ten ponownie przejął mikrofon, ujął Richarda 

pod łokieć i szepnął mu co ucha, żeby jeszcze nie siadał. Uznał, że w każdej chwili może się 

pojawić okazja do ogłoszenia światu największej sensacji wieczoru.

- Jak zareagowali członkowie zarządu holdingu na pańską propozycję jego 

podzielenia? - zapytał któryś z dziennikarzy.

- Rozmawiałem z każdym z nich przez telefon i mogę państwu oznajmić, ze mój plan 

praktycznie nie napotkał sprzeciwów. Gdy spotkamy się w przyszłym tygodniu, bez problemu 

uzyskam zgodę na realizację moich planów - odparł Gordian.

Natychmiast padło kolejne pytanie:

- Poza pańską filią komputerową UpLink ma jeszcze inne oddziały, które specjalizują 

się w produkcji leków czy w automatyce. Powiedział pan, ze one również są na sprzedaż. 

Tymczasem me wiadomo nam nic o ich nabywcach. Czy w tej sytuacji nie obawia się pan 

sprzeciwu udziałowców wobec tej... hmm... wymuszonej separacji? Jak pan sądzi, w jaki 

sposób zareagują?

- Bardzo pozytywnie, mam nadzieję - odparł Gordian. - Oddziały te są sprawnie 

zarządzane. Zatrudnieni w nich ludzie, uwolnieni od nieustannego nadzoru ze strony 

holdingu, będą mogli wprowadzać swe idee w życie z większą swobodą, a co za tym idzie, z 

większą energią i pomysłowością. Zresztą pewne rozwiązania finansowe, które 

zaproponowałem, powinny bardzo zainteresować udziałowców.

Gordian odpowiedział jeszcze na przynajmniej pół tuzina podobnych, męczących 

pytań, które w większości dotyczyły technicznych aspektów podziału UpLink. Jakie 

rozwiązania finansowe miał na myśli? Czy zostawi sobie udziały w wydzielanych 

jednostkach? Jeżeli tak, to jakie?

Dopiero siódme z rzędu pytanie było tym, na które czekał. Zadał je ktoś z “Business 

Week”.

- Panie Gordian, w jaki sposób wprowadzi pan w życie swoje zamiary, jeśli 

konsorcjum Spartus, firma, która posiada jedną piątą akcji całego holdingu, odsprzeda swoje 

udziały w UpLink? To ogromna część, a jak mi wiadomo, Spartus zamierza je sprzedać 

Marcusowi Caine'owi. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nie jest to człowiek, z którym 

ostatnio byłby pan skłonny utrzymywać najlepsze kontakty.

Richard nie potrafił się powstrzymać.

background image

- Jeden z punktów naszej ogólnej umowy mówi, że UpLink złoży taką samą część 

udziałów w moje ręce - powiedział gwałtownie. - Jeśli Marcus Caine zamierza zasiąść za 

stołem, do którego go nie zaproszono, będzie musiał zająć miejsce naprzeciw Rogera 

Gordiana, a odtąd również naprzeciw mnie. Dowie się natychmiast, że nie może forsować 

wszystkich swoich pomysłów. Powiem coś państwu: jeśli prezes Monolith Technologies 

zechce zawładnąć choćby najmniejszym fragmentem mojej porcji, będzie musiał się bacznie 

przyglądać, co robię z widelcem.

Na sali zapadła pełna zdziwienia cisza i dopiero po chwili rozległy się pierwsze 

śmiechy. Gdy dziennikarze zrozumieli dowcip Sobela, niemal wszyscy zaczęli się śmiać 

głośno, nieprzymuszenie.

Gordian rozejrzał się po sali. Poczuł zakłopotanie, gdy nagle zdał sobie sprawę, że i on 

uśmiecha się wesoło.

Nie było to jednak wielkie zakłopotanie.                 

 Odetchnął. Bombowa wieść wreszcie trafiła do odbiorców.

Bez wątpienia wiadomość szybko się rozejdzie.        

Siedząc w swoim gabinecie i oglądając wiadomości stacji C-SPAN, Caine odłożył na 

biurko croissanta. Na moment przeniósł spojrzenie na sekretarkę. Kiedy podała mu kawę i 

słodkie pieczywo, poprosił ją, żeby została i zanotowała treść interesującej go konferencji 

prasowej. Siedziała teraz na sofie z laptopem na kolanach i pisała, utkwiwszy wzrok w 

ekranie. Pomyślał, że wcale nie musiałaby sprawiać wrażenia aż tak pilnej. Chwilę wcześniej 

przykryła dłonią usta, najwyraźniej pragnąć ukryć je przed jego wzrokiem. Czyżby uznała, że 

to, co powiedział Sobel, było dowcipne? Caine zapragnął nagle rozerwać jej gardło i ukarać w 

ten sposób za samo tylko podejrzenie, które się w nim zrodziło. Z trudem się powstrzymał. 

Postanowił jednak, że jeśli tylko przerodzi się ono w pewność, zwolni ją z hukiem. Jej noga 

już nigdy tu nie postanie.

Poczuł, jak burzy mu się żołądek. Miał wrażenie, że płonie w nim ogień.

Dranie, pomyślał, jeszcze nie dowierzając temu, co zobaczył i usłyszał. Co za dranie! 

A przecież wszyscy powinni być teraz martwi. Powinni zginąć razem z Gordianem podczas 

lądowania. Przecież ludzie, których zatrudnił do tej roboty, zapewniali go, że wszyscy zginą. 

Ajednak... jednak żadnemu z nich nic się nie stało. Zamiast tego...

Zamiast tego...

Musiał przyznać, że Gordian jest niezwykle pomysłowy. Pozbywając się z UpLink 

poszczególnych filii, niemal na pewno zdobędzie kapitał, który pozwoli mu wyjść z długów, 

background image

w jakie popadł. Wyłączając z holdingu oddział zajmujący się technikami szyfrowania, 

eliminował podstawową przyczynę niezadowolenia udziałowców. Jednocześnie mógł tym 

sposobem wywindować akcje UpLink na najwyższy od wielu lat poziom. A zwiększając rolę 

Richarda Sobela - robiąc z niego Białego Rycerza i Dziedzica jednocześnie - tworzył 

porozumienie, które rzutem na taśmę powinno dać mu absolutną kontrolę nad przed- 

siębiorstwem... i to w chwili, kiedy on, Caine, już wyciągał po nie rękę. Chcąc zniweczyć to 

porozumienie lub przynajmniej złagodzić jego skutki, Caine - albo jakakolwiek osoba, która 

chciałaby zdobyć pakiet kontrolny - musiałby teraz kupić ogromną liczbę nadzwyczaj drogich 

akcji.

Niespodziewanie Caine poczuł mdłości. Przez chwilę zastanawiał się, czy 

przypadkiem nie jest chory. Nawet myśl o niespodziance, jaką przygotował w stacji będącej 

bazą danych Gordiana, nie poprawiła mu humoru. Nga i jego ludzie uzyskają, czego chcą. 

Jednak on sam...

Pomyśl o tym, podpowiadał mu jakiś wewnętrzny głos. Miej przynajmniej odwagę, by 

o tym pomyśleć.

Nie, nie, nie.

Drżącymi dłońmi uniósł z biurka talerz z croissantem, po czym wyrzucił całą jego 

zawartość do kosza na śmieci. Ponownie spojrzał na ekran telewizora. Jego nienawiść była 

tak wielka, że po chwili cały aż się zatrząsł.

Nie.

Nie, nigdy, przenigdy nie przyzna się przed sobą, że został

pokonany.

background image

23

AZJA POŁUDNIOWO-WSCHODNIA

29/30 WRZEŚNIA 2000

“Halo, Max? Max, tu Kirsten. Zadzwoń na mój telefon komórkowy, kiedy tylko 

będziesz mógł”.

“Max, to znowu Kirsten. Wciąż czekam na wiadomość”.

“Halo, Max? Ta sama wiadomość co poprzednio”.

“Max, gdzie jesteś? Od czterech dni nie dajesz znaku życia i naprawdę się niepokoję. 

Moja siostra i jej mąż mówią mi, żebym się skontaktowała z policją, i chyba mają rację. 

Jestem bardzo niespokojna. Proszę cię, kiedy tylko odczytasz tę wiadomość, skontaktuj się ze 

mną”.

“Max, postanowiłam posłuchać rady Anny i powiadomić władze...”

Nimec wyłączył automatyczną sekretarkę i popatrzył bez słowa na Noriko.

Mimo że w Johor do świtu brakowało jeszcze trochę czasu, a oni byli skrajnie 

zmęczeni, znajdowali się już w jednopokojowym mieszkaniu Blackburna w naziemnej stacji 

łączności satelitarnej. Postanowili, że jeszcze przed pójściem do łóżek poszukają jego śladów. 

Niestety, poza licznymi nagraniami Kirsten Chu na sekretarce nie natrafili w pokoju Maxa na 

nic, co mogliby wykorzystać. Ostatnia wiadomość pochodziła sprzed dwóch dni i stanowiła 

dowód, że przynajmniej ta kobieta nie zniknęła razem z Blackburnem z powierzchni ziemi. 

Wszystkie słowa Kirsten Chu zdawały się potwierdzać przeczucie Nimeca, że jego 

podopieczny wpadł w poważne tarapaty, ale i tak zamiast konkretnych odpowiedzi rodziły 

raczej nowe pytania.

- Wygląda na to, że Kirsten jest u siostry - powiedziała po chwili Noriko.

- I chyba się tam ukrywa - dodał Nimec. - Zapamiętałaś imię tej kobiety, czy też mam 

jeszcze raz przesłuchać taśmę?

- Anna - odparła zapytana. - Ale nie padło jej nazwisko. Kirsten wspomniała coś o 

mężu, więc z pewnością będzie inne niż jej panieńskie. A to nie ułatwia nam poszukiwań.

- Mnóstwo zamężnych kobiet pozostaje ostatnio przy nazwisku panieńskim.

Noriko potrząsnęła głową.

- Myślisz jak Amerykanin. Azjatyckie społeczeństwa nie są aż tak liberalne - 

powiedziała.

background image

Nimec westchnął.

- Dlaczego, do diabła, prosiła Maxa, żeby zadzwonił na jej telefon komórkowy? Czy 

nie byłoby prościej zostawić mu numer telefonu siostry? - zapytał.

Szefowa nowojorskiej sekcji Miecza zastanawiała się przez chwilę.

- Bez wątpienia byłoby to prostsze dla nas. Jednak powinniśmy się zastanowić, w 

jakiej sytuacji jest ta kobieta. Spójrz tylko na całą sprawę z punktu widzenia Kirsten. 

Blackburn bez wątpienia wplątał ją w coś, w co za żadne skarby świata nie chciałaby uwikłać 

swojej rodziny - stwierdziła.

- Jak sądzę, ze względu na niebezpieczeństwo, które by im wówczas groziło.

- Masz rację - przytaknęła. - Im mniej wiedzą, tym lepiej dla nich. Poza tym odnoszę 

wrażenie, że Max zdążył zabronić Kirsten nawiązywania jakichkolwiek kontaktów z 

władzami...

- A przynajmniej jej się tak zdaje - dodał od siebie Nimec. - Później będziemy się 

zastanawiać dlaczego. Mów dalej. Przepraszam, że ci przerwałem.

- Moim zdaniem to właśnie rodzina naciska na nią, żeby skontaktowała się z policją. 

Kirsten nie wie, co powinna zrobić. Może to właśnie jej siostra z mężem mają złe przeczucia 

co do losu Blackburna. Jeśli na trzeźwo spojrzeć na to wszystko, to mają ku temu podstawy. 

Tymczasem Kirsten nie chce, żeby Max zadzwonił pod ich numer domowy. Może obawia się 

jakichś trudnych pytań ze strony siostry? W takim wypadku przyczyna zniknięcia Maxa może 

mieć związek tylko z ich stosunkami.

- Ta sprawa jednak śmierdzi. Nie wierzę, że chodzi

nie o romans - powiedział Nimec. - Joyce ma numery telefonu

Kirsten do pracy i do domu, nie ma jednak komórkowego.

- Jakiś adres?

- Tylko jej biura w Monolith.

- A co z notatkami Maxa na temat jego śledztwa? Tymi, o których powiedział Joyce?

- Do chwili, kiedy wczoraj do niej zadzwoniłem i powiedziałem, że przylecę do Johor, 

nie wiedziałem nawet, że coś takiego istnieje. Są w jego komputerze, zakodowane, i minie 

trochę czasu, nim ktoś zdoła je odczytać.

Noriko w zamyśleniu pokiwała głową.

- Rozumiem, że i my wolelibyśmy unikać wszelkich kontaktów z policją - 

powiedziała.

- Owszem. Przynajmniej przez jakiś czas. Niestety, nie wiemy, czy Kirsten się z nią 

skontaktowała. A jeśli nawet, nie musiała im przecież powiedzieć, gdzie się znajduje.

background image

- Bez odpowiedzi pozostaje też pytanie, z którą policją nawiązała kontakt, jeżeli w 

ogóle to zrobiła. Jej siostra może przecież mieszkać po dowolnej stronie cieśniny. Albo po 

prostu gdziekolwiek.

- Masz rację, lecz wiemy z całą pewnością, że przynajmniej Kirsten mieszka w 

Singapurze. Jeśli będziemy mieli szczęście, znajdziemy jej nazwisko w książce telefonicznej. 

A potem, po nitce do kłębka, dotrzemy do jej siostry.

- Może tak, a może nie. Większość młodych, samotnych kobiet nie umieszcza swoich 

numerów w książkach telefonicznych. To standardowy środek bezpieczeństwa przeciw 

namolnym facetom.

- Teraz ty myślisz jak typowa Amerykanka... I to Amerykanka z Nowego Jorku - 

stwierdził Nimec, uśmiechając się nieznacznie. - Singapur nie jest miejscem, w którym 

kobiety miewają problemy z lubieżnikami. Jeżeli nazwisko Kirsten figuruje w książce 

telefonicznej, szybko się dowiemy, gdzie mieszka...

- A potem wejdziemy do mieszkania i odszukamy jakiś notatnik z adresem siostry - 

dokończyła jego myśl Noriko.

Nimec skinął głową.

- Z niechęcią myślę o włamaniu. To jest zawsze ryzykowne - powiedział. - Ale jeśli 

nie będziemy mieli innego wyjścia

Szefowa nowojorskiej sekcji Miecza machnęła ręką, żeby mu przerwać, po czym z 

uśmiechem wskazała na klucz, który trzymał w ręku. Był to zapasowy klucz do pokoju 

Blackburna, który dostał od strażników.

- Włamanie możesz zostawić mnie - oświadczyła.

Była mniej więcej czwarta po południu, kiedy dwaj mężczyźni w oldsmobilu cutlass 

podjechali pod bramę wjazdową Oddziału Kryptograficznego UpLink w Sacramento. Samo-

chód zatrzymał się dopiero obok budki strażników.

- Detektyw Steve Lombardi - oznajmił kierowca przez opuszczoną szybę. Wskazał 

głową mężczyznę na siedzeniu pasażera. - A to mój partner, detektyw Craig Sanford.

Strażnik w przeciwsłonecznych okularach przez chwilę taksował ich wzrokiem.

- W czym mogę panom pomóc? - zapytał.

- Chcielibyśmy porozmawiać z kimś, kto jest tutaj najwyższy rangą. Mamy nakaz 

sądowy na sprawdzenie kilku kluczy szyfrowych. Zna pan zasady - powiedział Lombardi.

Strażnik pokiwał głową. Standardowa procedura nakazywała udostępniać policji 

żądane przez nią informacje, gdy tylko toczyło się jakieś śledztwo albo postępowanie, 

background image

podczas którego niezbędny był wgląd w klucze szyfrów używanych w oprogramowaniu 

UpLink. Obecnie już niemal wszyscy - od banków poczynając, przez supermarkety, a na 

organizacjach przestępczych kończąc - używali szyfrów podczas wszystkich operacji 

finansowych. W skarbcach UpLink przechowywano wszystkie klucze, które pozwalały 

dotrzeć do danych zaszyfro-wanych w programach holdingu. W efekcie w większości spraw 

cywilnych i kryminalnych, w których zakodowane pliki komputerowe mogły służyć jako 

dowody, zwracano się do UpLink o ich rozszyfrowanie. Cztery czy pięć policyjnych wizyt w 

tygodniu nikogo już w Sacramento nie dziwiło. Prawie za każdym razem funkcjonariusze 

okazywali nakazy sądowe Polecające udostępnienie kluczy do szyfrów.

- Poproszę papiery i wasze legitymacje - powiedział strażnik.

Kierowca wydobył dokumenty z wewnętrznej kieszeni sportowej kurtki i wręczył je 

strażnikowi. Chwilę później to samo zrobił drugi mężczyzna.

Strażnik opuścił na moment okulary i uważnie przyjrzał się dokumentom sądowym 

oraz policyjnym identyfikatorom. Bez zainteresowania przerzucił kilka kartek z 

postanowieniem sądu.

- Wszystko się zgadza? - zapytał kierowca.

Strażnik jeszcze przez chwilę przyglądał się legitymacjom, po czym zwrócił je 

właścicielom.

- Jedźcie prosto, chłopcy - powiedział.                  .

Portier luksusowego bloku przy Holland Road we wschodniej części Singapuru nie 

zaczai jeszcze dobrze pracy na porannej zmianie, gdy zobaczył, że przed budynkiem 

zatrzymała się jasnoniebieska taksówka. Po chwili z auta wysiadła pasażerka - szczupła, 

elegancko ubrana kobieta z dwiema strasznie przeładowanymi torbami podróżnymi. Nawet 

bez tego potężnego bagażu wyglądałaby na osobę, która dopiero co odbyła daleką podróż. 

Włosy miała w nieładzie, a na jej twarzy malowało się skrajne zmęczenie.

Ujrzawszy, że kobieta z trudem taszczy walizki w kierunku drzwi, mężczyzna 

odstawił filiżankę herbaty, wstał zza biurka i ruszył jej naprzeciw.

- Czy pomóc mogę? - zapytał w progu z typowym singapurskim akcentem. Angielskie 

słowa ułożył w zdanie skonstruowane zgodnie z regułami chińskiej gramatyki.

Zrobiła jeszcze kilka kroków i postawiła walizki na dywanie w holu, po czym, 

uwolniwszy wreszcie ręce, zaczęła poprawiać włosy.

- Tak. Przynajmniej mam taką nadzieję. Przyjechałam do Kirsten Chu - powiedziała.

Portier przez chwilę przyglądał się jej badawczo. Amerykański akcent kobiety 

background image

powiedział mu natychmiast, dlaczego nie rozpoznał w niej mieszkanki wieżowca. Znał jednak 

osobę, której nazwisko wymieniła.

- Apartament piętnaście, lah - powiedział. - Mogę zadzwonić - dodał, sięgając po 

słuchawkę interkomu. - Pani się nazywa?

- Nie, nie, nic pan nie rozumie. Kirsten wróci do domu dopiero wieczorem. 

Powiedziała mi, żebym się dzisiaj u niej rozgościła. Ale nie mogę... - Kobieta urwała, by 

wzmóc ciekawość portiera.

- Tak? - rzucił.

- Najlepiej będzie, jeśli opowiem panu wszystko od początku. - Wyglądała na 

strasznie zmartwioną. - Mam na imię Charlene i jestem siostrą Kirsten. Przyjechałam do niej 

w odwiedziny ze Stanów. Może przypadkiem wspomniała panu o mnie?

Portier pokręcił przecząco głową.

- Cóż, nie zanosiło się na to, że zajdzie taka potrzeba... - mruknęła do siebie, 

pocierając jednocześnie dłonią czoło.

- Tak? - powiedział ponownie portier. Sytuacja z każdą chwilą wprawiała go w coraz 

większe zakłopotanie.

Gdy kobieta podniosła na niego wzrok, w jej dużych, brązowych oczach lśniły łzy.

- Widzi pan, mam klucz do jej mieszkania... To znaczy miałam... ale... ale chyba 

zgubiłam go gdzieś na lotnisku.

- Tak? - powtórzył portier po raz trzeci. Nagle przestraszył się, że kobieta za chwilę 

wybuchnie płaczem.

- Proszę posłuchać - powiedziała błagalnym tonem - nie wiem, jak mam pana o to 

prosić... Czuję się tak głupio... ale czy mógłby mnie pan wpuścić do jej apartamentu? Nie 

mam pojęcia, gdzie jeszcze mogłabym na nią zaczekać. Pojechała do naszej siostry, Anny... 

Wróci z nią tutaj, ale dopiero późnym wieczorem, a ja... Widzi pan, mam te wszystkie ciężkie 

walizki...

Mężczyzna posłał jej niepewne spojrzenie.

- To wbrew przepisom, proszę pani. Zostawić walizki u mnie pani może, ale...

- Bardzo pana proszę, jeśli to konieczne, zostawię swój paszport - przerwała mu 

drżącym głosem. Przykucnęła przy jednaj z toreb, rozpięła zamek błyskawiczny i zaczęła 

przewracać jej zawartość.

- Proszę pani... - Strażnik urwał. Nastąpiło to, czego się obawiał: kobieta zaczęła 

głośno szlochać. Po jej twarzy pociekły łzy; kapały na bagaż, ona tymczasem wciąż kucała i 

szukała w torbie paszportu, wyrzucając na zewnątrz coraz to nowe rzeczy.

background image

- Zaraz, zaraz, mam gdzieś tutaj dokumenty... Tak mi przykro... Po prostu muszę je 

znaleźć...

Strażnik wpatrywał się w nią i było mu bardzo przykro. Pomyślał, że nie powinien tak 

stać nad nią i patrzeć, jak płacze.

- Dobrze już, proszę pani - odezwał się w końcu i dotknął przycisk interkomu. - 

Zadzwonię do kierownika i poproszę. Żaden problem.

Noriko podniosła się i otarła dłonią łzy.

- Dziękuję panu, jest pan bardzo miły - rzuciła, pociągając nosem. - Naprawdę nie 

wiem, co bym bez pana zrobiła.

Na końcu drogi prowadzącej do zabudowań Oddziału Kryptograficznego, dokładnie 

przed głównym wejściem do budynku, rozciągał się parking. Lewa strona była 

zarezerwowana dla personelu, prawą przeznaczono dla gości. Mężczyźni w oldsmobilu 

skręcili do części dla gości, znaleźli wolne miejsce i zaparkowawszy samochód, ruszyli przez 

plac, kierując się ku płaskiemu blokowi o barwie popiołu. Przed drzwiami natknęli się na 

uzbrojonego strażnika.

- Detektywi Lombardi i Sanford? - odezwał się do nich, uśmiechając się przy tym 

przyjaźnie.

Obaj skinęli głowami.

- Strażnik przy bramie poinformował mnie, że wjechaliście na teren oddziału - 

powiedział i wskazał na wykrywającą metale bramkę, która była pierwszą przeszkodą na 

drodze do wnętrza budynku. - Jeśli oddacie mi broń, a wszystkie metalowe przedmioty 

położycie na tacy, nie będę was niepokoił aż do czasu, kiedy opuścicie budynek.

- Jesteśmy gliniarzami, a gliniarze noszą broń - burknął mężczyzna, który przedstawił 

się jako Lombardi. - Takie są przepisy.

- To prawda i dlatego bardzo mi przykro, że robię wam problemy. Ale w obiekcie 

takim jak ten musimy stosować dodatkowe środki bezpieczeństwa - odparł strażnik. - W 

zasadzie nikt tego nie kwestionuje. Jeśli jednak będziecie, panowie nalegać, mogę zadzwonić 

do dyrektora, pana Turnera... Skoro przybyliście tutaj z nakazem sądowym, i tak się z nim 

spotkacie... Mogę do niego zadzwonić i poprosić o zgodę na wpuszczenie was do budynku z 

bronią. Jestem pewien, że przychyli się do waszej prośby. On ma takie uprawnienia, ja nie. 

Lombardi wzruszył ramionami.

- Nie ma potrzeby. Zastosujemy się do waszych regulaminów - powiedział.

Obaj mężczyźni wyjęli z kabur standardowe glocki dziewiątki i podali je strażnikowi, 

background image

a następnie położyli na plastikowej tacy wszystkie klucze oraz monety, jakie mieli w 

kieszeniach, i spokojnie przeszli przez bramkę.

- Dziękuję panom za współpracę - powiedział strażnik. Spojrzał przelotnie na 

wyświetlacz i na przedmioty, które znalazły się na tacy, po czym skinął na detektywów, żeby 

je zabrali. - Wejdziecie panowie prosto do głównego holu, skręcicie w prawo i przy końcu 

korytarza jeszcze raz w prawo. Biuro dyrektora znajdziecie za czwartymi drzwiami. Kiedy 

opuścicie budynek, oddam wam broń.

Lombardi schował do kieszeni breloczek z kluczami.

- Mam nadzieję, że gdy będziemy w środku, nie trafi się nam gratka w postaci 

jakiegoś napadu z bronią w ręku - powiedział z lekkim uśmiechem.

Strażnik roześmjał się głośno.

- Nie macie się czego obawiać. To miejsce jest równie bezpieczne jak najlepszy sejf.

Nori wsunęła się na tylne siedzenie białego land rovera należącego do UpLink. 

Samochód parkował przy centrum handlowym na Holland Road, trzy budynki od mieszkania 

Kir-sten Chu.

- Znalazłam to, czego szukaliśmy. I jeszcze coś więcej - powiedziała.

- Miałaś jakieś problemy z dostaniem się do środka i z opuszczeniem budynku? - 

zapytał Niemec, który zajmował miejsce obok kierowcy.

- Nie. Portier wzruszył się, kiedy odegrałam przed nim moje przedstawienie. 

Zadzwonił do szefa, a ten zgodził się, żeby wydał mi klucz. W każdym razie znalazłam notes, 

a w nim między innymi numer telefonu i adres Lina i Anny Lung w Petaling Jaya.

- Gdzie to jest, do diabła?

- Po drugiej stronie cieśniny, proszę pana. Niedaleko Kuala Lumpur - powiedział 

kierowca, Malajczyk o nazwisku Osmar Ali, zatrudniony przez Miecz w naziemnej stacji 

łączności satelitarnej.

Nimec pokiwał głową.

- Jesteś pewna, że to właściwy adres? - spytał dziewczynę.

- Jak najbardziej - odpowiedziała. - Znalazłam też otwartą kopertę z takim samym 

adresem zwrotnym jak ten w notesie. W środku było kilka fotografii jakiejś pary i dwójki 

dzieci oraz list rozpoczynający się od słów “Droga siostro”.

- W porządku. - Nimec odwrócił się, by spojrzeć na Osmara. - Petaling Jaya... Czy 

można się tam dostać samochodem? Osmar wzruszył ramionami.

- Oczywiście, ale to kilkaset kilometrów stąd - powiedział chropawą angielszczyzną. - 

background image

Będzie szybciej, ale wrócimy do stacji i weźmiemy helikopter.

Nimec przez chwilę zastanawiał się w milczeniu. Następnie sięgnął po telefon 

komórkowy umieszczony przed nim w specjalnym uchwycie, który przypominał nieco 

plastikowy kubek.

- Podaj mi ten numer, Nori. Zanim zapukam do drzwi, chciałbym się upewnić, że 

ktokolwiek mieszka w tym domu.

Zniknąwszy z pola widzenia strażnika, dwaj mężczyźni ruszyli szybko korytarzem. 

Ich oczy odnotowywały każdą miniaturową kamerę umieszczoną pod sufitem. Znajdowały się 

w tak niespodziewanych miejscach, że praktycznie nie zwracały na siebie uwagi. Niewiele 

osób potrafiłoby je dostrzec.

Dotarłszy do załomu korytarza, nie skręcili w prawo, jak ich poinstruowano, lecz 

zatrzymali się na moment, po czym ruszyli w przeciwnym kierunku, by sprawdzić drzwi po 

drugiej stronie.

W połowie biegnącego w lewo korytarza znajdowało się wejście z napisem 

OCHRONA. Kiedy do niego doszli, krocząc powoli pod przeciwnymi ścianami, mężczyzna, 

który kazał zwracać się do siebie Lombardi, niemal niedostrzegalnie skinął głową. Nie okazał 

najmniejszego śladu zdenerwowania. Ukłonił się nawet uprzejmie kobiecie, która minęła ich, 

zmierzając w przeciwnym kierunku.

Kiedy otwarły się drzwi od strony korytarza, przed monitorami pozwalającymi 

kontrolować wnętrze obiektu zobaczyli dwóch strażników w cywilnych ubraniach. Wejście 

detektywów bynajmniej ich nie zdziwiło, gdyż wcześniej obserwowali policjantów na 

ekranach. Uznali, że funkcjonariusze chcą uzyskać od nich jakieś informacje.

- Możemy w czymś panom pomóc? - zapytał jeden z nich, zwracając się ku nim na 

obrotowym krześle.

Mężczyzna, który kazał mówić do siebie Lombardi, wszedł do środka. Jego partner 

sunął za nim jak cień.

- Szukamy gabinetu dyrektora - powiedział i wsunął niedbale ręce do kieszeni spodni. 

- Pomyślałem, że może będzie gdzieś tutaj.

- Skręciliście w złą stronę - odparł strażnik. - Kiedy wyjdziecie z tego pokoju, skręćcie 

w prawo i... 

Lombardi wyciągnął dłoń z kieszeni. Trzymał w niej breloczek z kluczami. Nim strażnicy zorientowali 

się, co się dzieje, błyskawicznie zdjął z niego kwadratową przykrywkę i pociągnął za łańcuszek, uruchamiając 

mechanizm spustowy broni palnej, która miała tylko trzy cale długości i była załadowana dwoma nabojami 

background image

kalibru .32.

Kula wystrzelona z niewielkiego pistoletu zabiłaby i z odległości dwudziestu jardów, 

zabójca zaś był znacznie bliżej celu. Pocisk trafił strażnika w środek czoła i spowodował 

natychmiastowy zgon. Nieszczęśnik bezwładnie padł na ścianę monitorów.

Lombardi natychmiast zwrócił się w stronę drugiego strażnika, który - blady i 

zszokowany - zaczai wsuwać rękę pod marynarkę, żeby wyciągnąć broń. Zabójca jednak raz 

jeszcze pociągnął szybko za łańcuszek i pocisk trafił mężczyznę w twarz, która w jednej 

chwili zamieniła się w krwawą miazgę. Ciało potoczyło się do tyłu, a na białą ścianę za 

plecami martwego już strażnika bryznęła fontanna krwi, tkanek i fragmentów kości.

Morderca popatrzył na partnera, po czym wskazał na martwych strażników.

- Prawie miałem rację. Spodziewałem się tutaj tylko jednego - powiedział.

Stojący przy drzwiach mężczyzna pokiwał głową.

- Bierzmy ich pistolety i do dzieła - rzucił Lombardi.

Usłyszawszy o wpół do dziesiątej dzwonek telefonu, Kirsten pomyślała, że dzwoni 

siostra, bo pewnie rano, w pośpiechu, zapomniała zabrać czegoś do pracy. Dzieci, jak zwykłe 

nad ranem, grymasiły i Anna, która podwoziła je jeszcze do szkoły, nie miała wiele czasu dla 

siebie. Pierwsze godziny dnia w tym domu były nerwowe, a przygotowaniom do wyjazdu 

towarzyszył zawsze ogromny pośpiech i chaos.

- Halo - powiedziała, podniósłszy słuchawkę. 

Usłyszała obcy męski głos:

- Chciałbym rozmawiać z Kirsten Chu.

Zawahała się, a jej serce zaczęło gwałtownie bić. Spodziewała się telefonu z policji i 

dlatego właśnie nie zaproponowała Annie, że odprowadzi Miri i Briana do szkoły. Policja. 

Tak, to z pewnością był telefon z policji. Anna i Lin... no i oczywiście Max byli jedynymi 

osobami, które znały miejsce jej pobytu. Tymczasem mężczyzna, który się do niej odezwał, 

był zupełnie obcy.

- Kto mówi? - zapytała ostrożnie. Celowo się nie przedstawiła.

- Nazywam się Peter Nimec i...

Nie wysłuchała do końca tego zdania, tak gwałtowne było olśnienie, które na nią 

spadło. Jej serce zaczęło bić jeszcze gwałtowniej. Głęboko wciągnęła powietrze, bo przez 

chwilę zrobiło jej się ciemno przed oczami.

- Dobry Boże, to właśnie to nazwisko - wyszeptała. Słowa wymknęły się jej z ust bez 

udziału świadomości. - Pan jest przyjacielem Maxa, prawda? Tym, do którego miałam za-

background image

dzwonić.

Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.

- Tak, to ja. Jestem...

- Co z nim? - przerwała mu. Początkowe olśnienie zastąpił niepokój o kochanka. 

Jeżeli z Maxem wszystko w porządku, to dlaczego sam do niej nie zadzwonił?

- Kirsten, powinniśmy się spotkać. Muszę porozmawiać z tobą osobiście i dowiedzieć 

się, co się przydarzyło Maxowi. Warn obojgu.

- To znaczy, że pan nie wie?

- Nie, Kirsten. Nie wiem. Od dawna nikt nie miał od niego żadnej wiadomości.

Kobieta mocniej zacisnęła dłoń na słuchawce. Jej ręka nagle zaczęła drżeć. Drżało 

całe jej ramię.

- Więc... jak zdobył pan mój numer telefonu?

- Później ci to wyjaśnię, obiecuję. Na razie najważniejsze jest, żebyśmy się jak 

najszybciej spotkali. Przyjadę do ciebie. Kirsten, najlepiej będzie, jeśli zamkniesz się w domu 

siostry i aż do mojego przybycia nie będziesz wychodzić.

Westchnęła ciężko.

Dlaczego miałaby ufać temu mężczyźnie? Czy dlatego, że właśnie jego imię wymówił 

Max w chwili zagrożenia? Czy chodziło mu właśnie o tego człowieka? O ten głos? Tak 

naprawdę nie wiedziała nawet, czy Max jest człowiekiem, za którego się podawał...

Nie, to nieprawda. Max jej nie okłamywał. Może nie powiedział jej wszystkiego. 

Może zdradził tylko tyle, ile powinna wiedzieć. A ona przecież, jak powiedziała kilka dni 

temu Annie, kochała go...

Kochała go już wcześniej, zanim jeszcze zaryzykował życie, żeby ją uratować...

Czym w końcu jest miłość? Czym zawsze była? Bezgraniczną wiarą...

- Dobrze - powiedziała. - Będę na pana czekać.

Dyrektor Oddziału Kryptograficznego - tabliczka na drzwiach jego gabinetu mówiła, 

że nazywa się Charles Turner - potrząsnął głową nad dokumentami sądowymi, które 

przedłożyli mu dwaj mężczyźni.                                                        

- Muszę panom powiedzieć, że sprawa jest raczej nietypowa - rzucił, zerkając na 

detektywów, którzy stanęli przed jego biurkiem.

- Niemożliwe, proszę pana. Sam uważnie sprawdziłem nakaz, żeby się upewnić, czy 

wszystkie przecinki są na miejscu.

- Nie, niech mnie pan źle nie zrozumie. Papiery są w idealnym porządku. Zazwyczaj 

background image

jednak informację, że funkcjonariusze przyjadą po kody, otrzymuję z pewnym 

wyprzedzeniem. Kody gromadzi się na dyskach kompaktowych, a te są przechowywane w 

naszych skarbcach i, sami panowie rozumieją, żeby się do nich dostać, trzeba przejść 

skomplikowane procedury. Nie można tego zrobić w ciągu kilku minut. Aby panom pomóc, 

musiałbym teraz wszystko rzucić i zająć się tylko wami. Detektywie Lombardi...

- Naprawdę bardzo nam przykro, że sprawiamy panu kłopot. Prawdę mówiąc, obaj po 

raz pierwszy zetknęliśmy się z taką sprawą - powiedział Lombardi.

Turner ciężko westchnął i podniósł się zza biurka. Wyglądał na niezbyt zadowolonego 

i cokolwiek zdenerwowanego.

- Możecie mi towarzyszyć do skrzydła, w którym przechowujemy kody, ale prawo 

wstępu do samego skarbca ma tylko uprawniony personel. Kiedy będę szukał płyty, o którą 

wam chodzi, zostaniecie, panowie, na zewnątrz.

- Czy to zajmie dużo czasu?

- Nie powinno - odparł dyrektor. - Korporacja, której kody chcecie otrzymać, nie jest 

mi znana, jednak dyski w naszej elektronicznej bazie danych są skatalogowane. Sądzę, że od-

nalezienie tego konkretnego zajmie mi pół godziny, może trochę mniej.

- Będziemy panu bardzo wdzięczni.

Turner chrząknął, wyszedł zza biurka i ruszył w stronę drzwi.

- Proszę więc nas poprowadzić - powiedział detektyw i wraz z partnerem ruszył za 

nim.

Krótko po tym, jak odebrali telefon od Luana, mężczyźni opuścili stan Pinang leżący 

na południowy wschód od granicy Malezji z Tajlandią. Było to przed dobrymi kilkoma 

godzinami, o świcie, i od tego czasu podróżowali vanem ciągnącą się wzdłuż wybrzeża drogą, 

która prowadziła do Selangor. Podróż dłużyłaby się nawet przy niewielkim ruchu, tymczasem 

na trasie tłoczyły się samochody tysięcy zmierzających na plaże turystów. W efekcie musieli 

długo czekać na przejazd przez most, a potem na przeprawę promową do Georgetown. Prażą-

ce niemiłosiernie słońce sprawiało, że powolna jazda była jeszcze bardziej uciążliwa. Nie 

jechali zbyt szybko nawet w tych rzadkich momentach, gdy pozwalały na to warunki - woleli 

nie ryzykować zatrzymania przez policję. Przy każdej interwencji wytatuowane na ich rękach 

krisy byłyby pretekstem do natychmiastowego przeszukania samochodu, a to oznaczałoby 

ogromne kłopoty. Gdyby funkcjonariusze znaleźli broń, którą przewozili, czekałyby ich 

długie godziny bardzo bolesnych przesłuchań, a potem całe lata odsiadki. A to już było 

zupełnie co innego niż perspektywa wspaniałej nagrody, na którą liczyli po pomyślnym 

background image

wykonaniu zadania.

Tajlandczyk obiecał im fortunę.

Fortunę w zielonych banknotach za porwanie kobiety i dostarczenie jej na 

Kalimantan.

Od chwili, gdy odebrali telefon i dowiedzieli się, dokąd po nią jadą, dowcipkowali 

wulgarnie na temat jej wyglądu. I mimo uciążliwej drogi nie tracili ducha. Cieszyli się na 

myśl o tym, że wkrótce ujrzą na własne oczy obiekt pożądania Luana. W tej chwili byli w 

połowie drogi przez Perak; już za kilka godzin powinni wjechać do Selangor.

Jeśli będą mieli szczęście, znajdą Kirsten Chu pod adresem, który im podano. Jeśli 

nie, z ochotą poczekają tam na jej powrót.

W końcu była kobietą, na którą warto czekać.

background image

24

RÓŻNE MIEJSCA

29/30 WRZEŚNIA 2000

-Jakieś problemy, panie Turner?! - zawołał z krzesła w poczekalni mężczyzna, który 

kazał się nazywać Lombardim.

Trzymając w ręce nakaz sądowy, dyrektor ze zdziwioną miną wyszedł do detektywów 

drzwiami, za którymi zaledwie przed chwilą zniknął im z oczu.

- W naszej bazie danych nie ma korporacji o takiej nazwie. Naprawdę nie wiem, co o 

tym sądzić - powiedział, zbliżając się do Lombardiego.

Ten wstał, zatrzymał się obok niego i zerkając mu przez ramię, studiował uważnie 

dokumenty.

- Nie jestem ekspertem w tych sprawach, ale może po prostu przestawione są jakieś 

literki w nazwie - powiedział.

Turner pokręcił głową.

- Tego rodzaju błędy komputery korygują automatycznie, gdy szukają żądanych 

kodów. Tu nie ma mowy o prostej pomyłce.

Detektyw wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- A zatem te dokumenty są fałszywe, a kompania po prostu nie istnieje - rzucił.

Dyrektor popatrzył na niego uważnie.

- Nie rozumiem...

Lombardi sięgnął pod kurtkę i wydobył zza paska berettę, którą zabrał jednemu z 

zamordowanych strażników.

- Och, myślę, że rozumiesz - warknął i z całej siły uderzył Turnera chwytem pistoletu 

w twarz, łamiąc mu przegrodę nosową. Fragmenty strzaskanej kości wbiły się w mózg dyrek-

tora, który natychmiast padł na podłogę i bezładnie przewrócił oczami. Z nozdrzy buchnęła 

mu ciemna krew. Ciało zadrżało jeszcze dwukrotnie, z gardła wydobyło się głośne charcze-

nie, po czym mężczyzna zmarł.

Lombardi skinął na swojego partnera, który właśnie wstawał z krzesła. Obaj przeszli 

nad ciałem i wkroczyli do skarbca.

Na chwilę przed tym, jak dzwonek do drzwi poderwał ją na równe nogi, Kirsten - 

ułożywszy się na kanapie - zapadła w niespokojną drzemkę. Senność wróciła do niej późnym 

background image

porankiem i nie opuszczała podczas rutynowych domowych czynności: zmywania naczyń po 

śniadaniu, sprzątania salonu i porządkowania zabawek, które Miri i Brian porozrzucali po 

wszystkich kątach, a nawet zostawili w ogrodzie.

Uporawszy się z tym wszystkim, usiadła wygodnie, by w spokoju posłuchać trochę 

jazzu i zrelaksować się przy cichej muzyce. Zdziwiła się, gdy natychmiast zaczęły jej ciążyć 

powieki. Pomyślała, że to wręcz niemożliwe, bo z jednej strony była zdenerwowana i spięta, z 

drugiej zaś jej umysł pogrążał się w błogim, pełnym ciepła spokoju. Przypomniała sobie, że 

ostatni raz podobnie czuła się podczas studiów, gdy całymi nocami przygotowywała się do 

egzaminów końcowych. Wówczas przez wiele dni żyła tylko o kawie i czekoladzie... tyle 

tylko, że żyła wtedy znacznie intensywniej niż obecnie.

Sygnał dzwonka sprawił, że aż podskoczyła na kanapie i natychmiast całkowicie się 

rozbudziła. Popatrzyła na zegar zawieszony na przeciwległej ścianie. Czyżby to już był 

Nimec? W normalnych okolicznościach raczej nie zdołałby dotrzeć tutaj tak prędko... lecz 

wyjaśnił jej przecież, że wróci do naziemnej stacji łączności satelitarnej UpLink w Johor i 

najprawdopodobniej poleci do Kuala Lumpur śmigłowcem. A to powiedziało Kirsten o nim 

kilka rzeczy, poza oczywistą sprawą, że bardzo mu do niej spieszno. Po pierwsze, martwił się 

o Maxa przynajmniej w równej mierze jak ona. Po drugie zaś - to, że mógł korzystać z 

helikoptera, dowodziło, iż jest kimś bardzo ważnym, może nawet przełożonym Maxa w 

UpLink. 

Rozległ się dźwięk dzwonka.

Kirsten przeszła przez salon i stanęła pod drzwiami. Poprawiła bluzkę i wygładziła 

spódniczkę. Ktokolwiek był na zewnątrz, bardzo się niecierpliwił.

- Już! - zawołała, wyciągając dłoń ku klamce. - Kto tam?!

- Policja z Johor - odezwał się stojący za drzwiami mężczyzna. Mówił w bahasa. - 

Chcemy się widzieć z Kirsten Chu.

- Słucham? - powiedziała w tym samym języku. Tępy, szorstki głos przybysza 

zaskoczył ją tak samo jak jego słowa.

- Chodzi o to, że do nas telefonowała. Musimy jej zadać kilka pytań.

Kirsten nagle wstrzymała oddech. Zastygła w bezruchu. Dłoń, którą zacisnęła na 

klamce, niespodziewanie stała się wilgotna.

Singapurski policjant, z którym rozmawiała, powiedział, że władze w Johor będą z nią 

w kontakcie... Nie spodziewała się jednak, że ktoś do niej przyjdzie. Poza tym, czy nie 

powinni najpierw zatelefonować i uprzedzić o wizycie? Chociażby po to, by oszczędzić sobie 

bezsensownej jazdy, gdyby się okazało, że nikogo nie ma w domu.

background image

Czy głos tego człowieka w czymkolwiek przypomina głos policjanta? - pomyślała 

Kirsten.

Jej serce biło jak oszalałe, a krew głośno szumiała w skroniach. Zdjęła drżącą i 

spoconą dłoń z klamki i odchyliła klapkę wizjera...

Nagle odniosła wrażenie, że zawartość żołądka zmieniła się jej w lód.

Nieważna stała się barwa głosu, który przed chwilą usłyszała. Żaden ze stojących 

przed drzwiami mężczyzn - a przez małą szybkę zauważyła ich czterech czy pięciu - nie 

przypominał policjanta. Wszyscy mieli długie włosy, byle jakie ubrania, a ich oczy...

Nawet gdyby mieli na sobie niebieskie mundury policyjne, a w rękach srebrne 

identyfikatory, zdradziłyby ich oczy.

- Proszę się pospieszyć. Niech pani otworzy - powiedział ten, który stał najbliżej 

drzwi.

Opuściła klapkę wizjera i cofnęła się o krok. Kilka razy głęboko odetchnęła.

- Chwileczkę! - zawołała, z trudem zapanowawszy nad głosem. - Muszę coś na siebie 

włożyć!

Mężczyzna uderzył w drzwi przedramieniem.

- Niech się pani nie sili na dowcipy - powiedział. - Otwierać!

Drapiąc nerwowo policzek, Kirsten cofała się do salonu.

- Otwierać! - krzyknął mężczyzna i ponownie naparł na drzwi. Tym razem uderzył w 

nie tak mocno, że przez chwilę bała się, iż wypadną z zawiasów.

Skrajnie przerażona, walcząc o utrzymanie równego oddechu, kobieta odwróciła się i 

przebiegła całe mieszkanie.

Chwilę później drzwi wejściowe z głośnym trzaskiem wypadły z ościeżnicy.

Drzwi, którymi napastnicy opuścili poczekalnię, prowadziły do krótkiego pasażu 

kończącego się kolejną niewielką, pudełkowatą salą. W środku nie było nic poza terminalem 

komputerowym po prawej strome i wbudowanym w ścianę przed mocnymi stalowymi 

drzwiami skanerem biometrycznym po lewej. Drzwi te broniły dostępu do skarbca.

Mężczyzna, który kazał się nazywać Lombardim, podszedł od razu do skanera. Ten 

fragment zadania uważał za najtrudniejszy i od chwili, gdy przekroczył próg tego budynku, 

nie dawał mu on spokoju. Mówił prawdę, kiedy oznajmił Turnerowi, że nie ma wielkiego 

pojęcia o technice i elektronice. Twierdził, że najprościej byłoby - trzymając go cały czas na 

muszce pistoletu- zaciągnąć dyrektora do skanera, zmusić do wprowadzenia do urządzenia 

identyfikującego swoich danych i w ten właśnie sposób dostać się do skarbca. Jednak szef 

background image

Ośrodka Kryptograficznego mógłby włączyć dyskretnie jakiś alarm, a wtedy cała akcja 

spaliłaby na panewce. Dlatego operacja musiała się odbyć inaczej. Caine wyjaśnił 

szczegółowo obu mężczyznom, w jaki sposób mogą oszukać skaner, i nakazał im, by pod 

żadnym pozorem nie odchodzili od starannie wyłożonego i przećwiczonego trybu 

postępowania.

Stanąwszy przed skanerem, Lombardi uniósł lewą dłoń na wysokość obiektywów 

kamer, które miały odczytać charakterystyczne cechy jego twarzy i sfilmować tęczówki. 

Ułożył ją tak, że kamerom ukazał się dokładny widok pierścionka z oczkiem ze sztucznego 

szafiru o kształcie gwiazdy, który miał na czwartym palcu. Teraz, utrzymując lewą dłoń w 

bezruchu w jednym miejscu, prawą dłoń przyłożył do szklanego czytnika optoelektro- 

nicznego. Zazwyczaj w takiej sytuacji kamera zidentyfikowałaby jego tęczówkę, natomiast 

skaner zacząłby odczytywać odciski palców i geometrię dłoni. Następnie urządzenie 

porównałoby je z informacjami zawartymi w banku danych o pracownikach. Tym razem 

jednak, dzięki procesowi, którego Lombardi nawet nie próbował zrozumieć, specyficzny wzór 

szafiru zarejestrowany przez kamery zakłócił funkcjonowanie systemu. Według Caine'a, 

dzięki niemu Lombardi powinien bez problemu przejść proces identyfikacji.

Morderca wstrzymał oddech i czekał zjedna ręką uniesioną do góry, drugą natomiast 

dotykającą szklanej szybki. Pod szybką zapaliło się czerwone światło, informując go, że jego 

dotyk uruchomił skaner... O ile wszystko przebiegnie zgodnie z planem, odczyty sensorów 

termicznych zostaną zignorowane przez komputery.

Minęło pięć sekund.

Dziesięć.                                         

Lombardi wciąż czekał.

I wtedy na środku niewielkiego ekranu ukazał się napis: WEJŚCIE DOZWOLONE.

Mężczyzna odetchnął z ulgą. Usłyszał cichy szczęk automatycznego zamka, który 

mógł oznaczać tylko to, że drzwi skarbca stoją przed nim otworem. Spojrzał na partnera, a ten 

bez wahania naparł na nie ramieniem.

Obaj weszli do środka.

Kirsten ruszyła biegiem do kuchni. Usłyszała trzask rozbijanych drzwi i dotarło do 

niej, że mężczyźni, którzy chcą ją porwać, wpadli do salonu. Wyprzedzała ich o niecałą 

sekundę. W jej głowie rysował się zaledwie mglisty plan tego, co powinna teraz zrobić. 

Istniała jedynie niewielka szansa, że plan ten się powiedzie, ale nie miała innego wyjścia. 

Jeśli zdoła dotrzeć do drzwi kuchennych, nim ją dopadną, jeśli zdoła wybiec na główny 

background image

parking, to może...

Niespodziewanie poczuła, że ktoś chwytają za rękę. Czyjeś mocne palce zacisnęły się 

na rękawie jej bluzki i szarpnęły. Zachwiała się i o mało nie upadła. Nadludzkim wysiłkiem

utrzymała równowagę. Gdy napastnik próbował objąć ją w talii, pochyliła się, a potem - kiedy 

skoczyła do przodu -rozległ się odgłos rozdzieranego materiału. Rękaw pozostał w dłoni 

mężczyzny, a Kirsten odzyskała swobodę ruchów. Wciąż jeszcze miała szansę dotrzeć do 

drzwi.

- Hej! Zatrzymaj się, suko! - wrzasnął bandyta.

Była już tylko dwa kroki od drzwi na tyłach domu. Po prawej znajdowała się kuchnia, 

po lewej zaś przedpokój prowadzący do sypialni. Wyciągnęła rękę i złapała klamkę. W tym 

momencie pomyślała, że może się jej udać, że chyba się uda... jednak była to przedwczesna 

nadzieja. Mężczyzna, który przed chwilą oderwał jej rękaw, skoczył za nią i pokonawszy 

przynajmniej trzy jardy w powietrzu, chwycił ją wpół.

Odwrócił Kirsten i przycisnął do piersi, by jak najbardziej ograniczyć jej swobodę 

ruchów. Oszalała ze strachu, spojrzała ponad ramieniem napastnika i dostrzegła, że zbliżają 

się jego kompani. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, uniosła ręce, zakrzywiła palce i 

zatopiła je w jego oczach.

Ten gest rozpaczy sprawił, że odzyskała szansę. Mężczyzna wydał zwierzęcy skowyt 

bólu, odepchnął ją gwałtownie i ukrył twarz w dłoniach. Odwrócił się ku mężczyznom, którzy 

pojawili się za jego plecami, jednak w ogóle ich nie dostrzegł. Kirsten tymczasem po raz 

drugi skoczyła ku drzwiom, szarpnęła za klamkę i otworzyła je.

Z trudem łapiąc oddech, przerażona i zdesperowana, wybiegła na parking.

Kiedy ubrana w biały fartuch laborantka otworzyła drzwi do pokoju strażników, 

filiżanki z kawą, którą przynosiła im codziennie o tej samej porze, zsunęły się z tacy na 

podłogę. Kobieta stanęła w progu, nie wierząc własnym oczom. Zamarła na długą chwilę i 

przyglądała się zwłokom, pokrywającej ekrany krwi oraz bezkształtnej masie, którą były teraz 

twarze obu mężczyzn. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niej, co widzi, i nagle świat 

jakby oszalał. Otworzyła szeroko usta i zaczęła przeraźliwie krzyczeć...

Krzyczała jeszcze długo po tym, jak połowa pracującego w budynku personelu 

porzuciła swoje stanowiska i ruszyła w kierunku pokoju strażników, zastanawiając się 

gorączkowo, co, na Boga Ojca i jego błogosławione anioły, się wydarzyło.

Drżąc ze strachu, Kirsten przykucnęła między dwoma samochodami. Starała się nawet 

background image

nie drgnąć, obawiając się, że każdy ruch może zdradzić prześladowcom, gdzie się ukryła. 

Słyszała, jak ich podkute buty uderzają o asfalt. Biegali nerwowo między pojazdami 

stojącymi na parkingu, usiłując za wszelką cenę jak najszybciej ją odnaleźć. Niestety, 

samochodów było teraz o wiele mniej niż w nocy, kiedy większość mieszkańców tego 

kompleksu wracała do domu z pracy, ale i tak Kirsten błogosławiła to, co zobaczyła... i po raz 

pierwszy w życiu poczuła wdzięczność za olbrzymie, prowadzone pod patronatem państwa 

inwestycje budowlane, które wyparły z miast tradycyjną architekturę.

Kolejne kroki. Byli coraz bliżej. Kirsten objęła ramionami kolana i mimo strachu 

usiłowała jasno myśleć. Jeśli uda się jej pozostać w ukryciu, nim zjawi się tutaj ktoś, kto 

zechce zabrać lub zaparkować samochód... albo jeśli niepostrzeżenie wydostanie się na 

ulicę... będzie miała szansę, może uda się jej wezwać pomoc...

Od jednego z prześladowców dzieliły ją zaledwie dwa rzędy samochodów, kolejny był 

niewiele dalej po prawej stronie.

Zachodzili ja z dwóch stron.

Kirsten zesztywniała i wbiła zęby w dłoń, żeby stłumić krzyk narastający w gardle. 

Jedna jej część podpowiadała, by głośno wezwać pomocy, lecz druga, bardziej racjonalna, 

rozumiała doskonale, że jeśli zdradzi teraz, gdzie się ukryła, popełni najgorszy z możliwych 

błędów. Jeśli krzyknie, bandyci dopadną ją w mgnieniu oka i uciszą, nim ktokolwiek zdoła jej 

przyjść z pomocą.

Nie, musiała się opanować i milczeć. Nie powinna się poruszać, nie powinien jej 

drgnąć żaden mięsień. Nie powinna nawet oddychać.

Wiedziała, że moment, w którym spostrzegą, gdzie się znajduje, będzie początkiem jej 

zguby.

Miniaturowe dyski optyczne umieszczono w specjalnie zaprojektowanych, 

alfanumerycznie skatalogowanych elektronicznych stojakach, które otaczały ściany skarbca. 

Dwaj intruzi potrzebowali tylko kilku sekund, żeby odszukać to, co ich interesowało. 

Wystarczyło dotknięcie jednego przycisku, by poszukiwana płyta została zlokalizowana, a jej 

nazwa wyświetlona na ekranie. Po chwili dysk wysunął się z repozyto-rium na lśniącej tacy z 

nierdzewnej stali.

Lombardi szybko schował go do plastikowego woreczka i wsadził do wewnętrznej 

kieszeni kurtki. Natychmiast też dał partnerowi sygnał, że jest gotów do wyjścia.

Opuścili skarbiec w niecałe trzy minuty po tym, jak do mego wtargnęli, i nie 

niepokojeni przez nikogo przeszli poczekalnię. Żaden z nich nawet nie spojrzał na zwłoki 

dyrektora. Wkroczyli spokojnie na korytarz i jak gdyby nigdy nic ruszyli do wyjścia.

background image

Właśnie przechodzili do głównego holu, gdy krzyki laborant-ki poderwały na równe 

nogi wszystkie osoby znajdujące się w budynku.

Kirsten wiedziała, że nie zdoła się już dłużej kryć przed swymi prześladowcami.

Mężczyzna, którego słyszała z lewej strony, dotarł do końca przejścia między 

samochodami i natychmiast zaczął sprawdzać kolejne. Od miejsca, w którym przykucnęła, 

dzielił go tylko jeden rząd pojazdów. Napastnik szedł powoli w jej kierunku, zatrzymując się 

co kilka kroków i zaglądając między zaparkowane auta. Pozostali bandyci też nie próżnowali. 

Pętla wokół Kirsten zaciskała się powoli, lecz systematycznie.

Napastnik z lewej zrobił krok, potem jeszcze jeden. Dziewczyna wstrzymała oddech. 

Pod samochodem, przy którym się schowała, widziała czubki jego butów i nogawki dżinsów. 

Serce biło jej jak oszalałe, w uszach czuła pulsowanie krwi. Przez krótką chwilę czuła 

paniczny strach, gdy pomyślała, że może je również usłyszeć bandyta.

Jeszcze może minuta, a potem mężczyzna skręci w ostatnie przejście i będzie już po 

wszystkim.

Nigdy w życiu nie czuła się tak przeraźliwie bezbronna i osamotniona.

Boże, Boże, co mam robić?! - pytała się w myślach.

Nic nie przychodziło jej do głowy. Nikt nie wjeżdżał ani nie wyjeżdżał z parkingu i 

nic nie wskazywało na to, że coś takiego się zdarzy, nim dla Kirsten nie będzie to już miało 

znaczenia.

Nagle zdała sobie sprawę, że może zrobić tylko jedno: zacząć biec, przedrzeć się w 

stronę ulicy i mieć nadzieję, że jakimś cudem dotrze do niej przed ścigającymi ją ludźmi. 

Wiedziała, że nawet to nie będzie jeszcze oznaczało, że jest bezpieczna - przecież mężczyźni, 

którzy zaatakowali ją i Maxa, nie wahali się uderzyć nawet w tak ruchliwym miejscu jak 

Scotts Road, gdy dokoła, na litość boską, znajdowały się setki przechodniów. Jeśli ci, którzy 

uwzięli się teraz na nią, są chociaż w części tak zdeterminowani, nie będą się w ogóle przej-

mowali tym, czy ktoś ich widzi, czy nie.

Ale nie miała innego wyjścia. Mogła albo wybiec z ukrycia, albo zostać w nim 

otoczona.

Odczekała jeszcze sekundę, głęboko zaczerpnęła powietrza i zmusiła się, żeby 

poderwać się na równe nogi.

Mężczyzna po lewej dostrzegł ją natychmiast. Ich spojrzenia spotkały się na krótką 

chwilę: jej - pełne skrajnego przerażenia, jego - pozbawione śladu litości czy współczucia.

Mężczyzna krzyknął chrapliwie, wydając rozkaz swoim kompanom, po czym rzucił 

się w jej kierunku między samochodami.

background image

Kirsten odwróciła się i zaczęła biec.

Na pierwszą wskazówkę świadczącą, że coś jest nie w porządku, natknęli się już 

wtedy, gdy zatrzymali wynajęty samochód przy krawężniku przed domem. I doprawdy więcej 

nie potrzebowali. Jeśli w ogóle można pomyśleć, że wszystko jest w jak najlepszym 

porządku, gdy po przyjeździe do czyjegoś domu zastaje się wyważone drzwi - to Nimecowi z 

całą pewnością się to nie zdarzyło.

Jeszcze siedząc w samochodzie, rozejrzał się po ulicy, uważnie zlustrował chodnik 

oraz galerie łączące drzwi mieszkań znajdujących się na poszczególnych piętrach. Nigdzie nie 

dostrzegł żywego ducha.

- Miejcie broń w pogotowiu - powiedział do Noriko i Osmara. Sam wyciągnął z 

kabury berettę 8040 i zmienił standardowy dziesięcionabojowy magazynek na większy, 

mieszczący dwanaście.  Zdaje się, że nikt nas nie obserwuje, jeśli jednak ktoś wezwie 

miejscowych żandarmów, zajmiemy się nimi później.

Idąc w ślady szefa, Noriko i Osmar wyskoczyli z auta i podbiegli do częściowo 

wyłamanych drzwi na parterze.

Nimec instynktownie oparł się o ścianę na prawo od drzwi i nakazał swoim ludziom 

stanąć po lewej. Chciał mieć pewność, że jeśli w środku czai się zagrożenie, nie zginą od 

pierwszego strzału.

- Kirsten, to ja, Pete Nimec! - krzyknął, wsuwając głowę zza rozerwanej ościeżnicy. - 

Jesteś tam?! Nic ci nie jest?!

Nie doczekał się odpowiedzi.

Oparł się plecami o ścianę, uniósł pistolet i popatrzył na podwładnych.

- Wchodzimy! - rozkazał.

Błyskawicznie wtargnęli do mieszkania, stosując wyćwiczony do perfekcji manewr: 

Nimec, trzymając pistolet gotowy do strzału, rzucił się w lewo, natomiast Noriko i Osmar 

pośpieszyli za nim, skręcając w drzwiach w prawo. W jednej chwili wszyscy troje obrócili się 

w stronę środka salonu i stanąwszy na ugiętych, szeroko rozstawionych nogach, zabezpieczyli 

swoje sektory ostrzału.

Wszystko wskazywało jednak na to, że są tu sami.

- Kirsten, jesteś tutaj?! - zawołał ponownie Nimec. I znów nie uzyskał odpowiedzi.

Noriko klepnęła go w ramię.

- Popatrz - rzuciła, wskazując ręką na drugi koniec pokoju. Tylne drzwi mieszkania 

były szeroko otwarte. Spojrzał na

background image

Noriko, a potem na Osmara.

- Naprzód - powiedział i ruszył ku drzwiom.                  

Dwaj intruzi zatrzymali się w holu i wymienili szybkie spojrzenia - zakłopotani i 

przerażeni pracownicy UpLink wypełniali wszystkie przejścia. Nie padło ani jedno słowo. 

Zobaczyli, że większość mężczyzn i kobiet zgromadziła się jednak za lewym załomem 

korytarza, i nie mieli już wątpliwości, ze odkryto zwłoki strażników. Plan napastników 

zakładał, ze spokojnie opuszczą budynek głównym wejściem, i nawet teraz, mimo że sytuacja 

się skomplikowała, mieli jeszcze na to szansę. Było to ryzykowne, ale jakakolwiek próba 

wydostania się jednym z wyjść awaryjnych musiała się zakończyć uruchomieniem alarmu, 

który błyskawicznie wskazałby sforsowane drzwi. A bandyci ani przez chwilę nie łudzili się, 

ze wyeliminowali zagrożenie, jakie stanowiła dla nich ochrona obiektu. Mężczyźni przed 

monitorami z całą pewnością me byli jedynymi, którzy pełnili tutaj służbę w cywilu. A był 

przecież jeszcze umundurowany strażnik przed drzwiami.

Bandyci mogli tylko trzymać kciuki, żeby w chaosie, jaki wywołało odkrycie zwłok, 

był wystarczająco roztargniony. W przeciwnym razie musieliby zabić również jego.

Przeciskali się ku drzwiom przez tłum przerażonych, krzyczących ludzi i dotarli już 

prawie do punktu kontrolnego, w którym zostawili pistolety, gdy rozległ się przenikliwy, 

drażniący dźwięk alarmu. Strażnik przy drzwiach zdawał się śledzić ich wzrokiem, gdy się do 

niego zbliżali.

- Wychodzimy, żeby wezwać pomoc przez radio - odezwał się do niego ten, który 

przedstawiał się jako Lombardi. Rękę trzymał w kieszeni kurtki.

Strażnik zmierzył go uważnym spojrzeniem.

- Przykro mi, ale budynek został odcięty od świata - powiedział.

- Nie wkurzaj mnie, człowieku. Mamy do wykonania robotę. Ruszył naprzód, a jego 

partner, Sanford, szedł tuż za nim. Alarm wciąż wył przeraźliwie.

Strażnik złapał Lombardiego za ramię.

- Jeśli chce pan do kogoś zadzwonić, to telefony są w środku. Ale nikt nie opuści 

budynku - powiedział.

Lombardi uśmiechnął się. Wciąż trzymał rękę w kieszeni.

- Na twoim miejscu nie zakładałbym się o to - rzucił i ściągnał spust pistoletu, który 

wcześniej odebrał jednemu ze strażników zamordowanych w pokoju ochrony.

Trafiony kulą z niewielkiej odległości, strażnik zatoczył się do tyłu, a z jego piersi 

trysnęła krew. Po chwili padł na podłogę, a Lombardi, dobijając go, wpakował mu jeszcze 

dwie kule.

background image

Odwrócił się do swojego towarzysza i nakazał mu gestem, żeby szedł za nim. Słyszał 

krzyki i tupot stóp biegnących osób, widział przerażenie malujące się na bladych twarzach 

pracowników Oddziału Kryptograficznego.

Zabójcy pośpieszyli ku drzwiom i dotarli aż do wykrywacza metali, gdy ktoś za ich 

plecami krzyknął, żeby się zatrzymali. Nie zareagowali.

- Powiedziałem, stać! To ostatnie ostrzeżenie! - krzyknął ktoś ponownie.

Nie odwracając się, zabójcy jeszcze przyśpieszyli.

Rozległ się huk wystrzału. Dopiero wtedy Lombardi odwrócił się i ujrzał mężczyznę 

w cywilnym ubraniu, stojącego w pozycji strzeleckiej, z pistoletem w wyciągniętych rękach. 

Wypalił do ochroniarza, ale chybił. Usłyszał jeszcze następujące po sobie strzały, po czym 

nagle coś, czego nie zauważył, uderzyło go w żołądek. Spojrzał w dół i rozszerzonymi z prze-

rażenia oczyma zobaczył, że w miejscu, w którym dotąd miał brzuch, jest już tylko krwawa 

mieszanina skóry, mięśni, wnętrzności i resztek ubrania. Kilkakrotnie zadrżał w śmiertelnym 

spazmie i skonał.

Drugi intruz sięgnął po pistolet, nim jednak zdołał go wydobyć, do holu za jego 

plecami wbiegli kolejni dwaj ochroniarze w cywilu. Obaj mieli broń gotową do strzału i obaj 

wycelowali ją w niego. Nie mógł mieć wątpliwości, że w każdej chwili gotowi są jej użyć.

- Nie strzelać! - zawołał. Rzucił pistolet na podłogę i kopnął go w kierunku 

ochroniarzy, a następnie uniósł ręce nad głowę. - Nie strzelajcie, dobrze?

Z gotową do strzału bronią funkcjonariusze Miecza podeszli do niego i szybko go 

skuli.

Wyskoczywszy zza samochodu, Kirsten zaczęła biec w kierunku ulicy. Nie rozglądała 

się na boki, łapczywie chwytała powietrze.

Niemal natychmiast usłyszała za sobą odgłos kroków ścigających ją bandytów. Byli 

blisko, bardzo blisko. To sprawiło, że ruszyła jeszcze szybciej, przebierała błyskawicznie 

nogami, jej ręce pracowały niczym tłoki...

Wtedy jeden z bandytów wyskoczył nagle zza zaparkowanego kilka jardów przed nią 

samochodu. Odciął jej drogę ucieczki na ulicę.

Prawe oko mężczyzny było przekrwione i napuchnięte, a z dolnej powieki płynęła po 

policzku strużka krwi.

Był to ten sam człowiek, którego podrapała w mieszkaniu. W ręce trzymał jakąś broń 

- półautomatyczny pistolet, pomyślała, chociaż nie była ekspertem - i mierzył w nią.

- Więcej mnie już nie zaskoczysz - powiedział w bahasa. Kirsten zatrzymała się i 

background image

obejrzała przez ramię.

Dwaj mężczyźni, którzy ją gonili, szli szybko z opuszczoną wzdłuż boku bronią 

przejściem między samochodami. Czwarty pojawił się niedaleko miejsca, w którym jeszcze 

przed chwilą się ukrywała.

- No, podejdź do mnie, nie skrzywdzę cię - rzucił ten, który blokował jej drogę 

ucieczki. Przywołał ją do siebie ruchem pistoletu. - No, ruszaj się.

Kirsten nawet nie drgnęła. Ze zdumieniem stwierdziła, że zdołała odmownie 

potrząsnąć głową.

Wzruszył ramionami, trzymając broń w pogotowiu. Słyszała, jak pozostali mężczyźni 

zbliżają się coraz bardziej.

- Jeżeli chcesz z nami jeszcze pofiglować, chętnie podejmiemy wezwanie - powiedział 

i zrobił krok w kierunku Kirsten.

- Nie ruszać się! Bayaso reya!

Głos, który zabrzmiał na parkingu, sprawił, że wszyscy czterej bandyci zamarli. Ten, 

który stał przed Kirsten, z wyrazem najwyższego zdumienia na twarzy rozejrzał się 

gwałtownie, by zlokalizować jego źródło.

- Rzućcie broń! - padła komenda w bahasa.

Wciąż rozglądając się dokoła, mężczyzna, który stanął Kirsten na drodze, zaczął się 

obracać. Przestał mierzyć do kobiety, ale nie opuścił pistoletu.

Kirsten usłyszała trzask przypominający odgłos rozrywającej się petardy. W tej samej 

chwili na środku klatki piersiowej bandyty wykwitła karmazynowa plama, mężczyzna padł 

twarzą na asfalt, a broń uderzyła z głuchym łoskotem o nawierzchnię parkingu.

- Mam nadzieję, że reszta będzie mądrzejsza. To już koniec -powiedział raz jeszcze 

głos.

Kirsten odwróciła głowę, zobaczyła, że jeden ze stojących za nią bandytów unosi 

pistolet, i natychmiast usłyszała dwa kolejne ostre trzaski - tym razem dobiegły z innej strony 

parkingu. Bandyta wrzasnął i padł, chwytając się za kolana. Po chwili spomiędzy jego palców 

wypłynęła krew.

Pozostali mężczyźni rzucili pistolety i zaczęli biec między samochodami w stronę 

ulicy. Nikt nie próbował ich zatrzymać.

Kirsten rozglądała się dokoła rozszerzonymi, pełnymi niedowierzania oczyma. Niemal 

natychmiast ujrzała ciemnoskórego Malajczyka wyłaniającego się zza jednego z pojazdów, 

kilka rzędów od niej, za to na wprost miejsca, w którym padł pierwszy z bandytów. Po chwili 

przy postrzelonym w kolana napastniku pojawiły się kolejne dwie osoby: biały mężczyzna z 

background image

krótko przyciętymi włosami i kobieta o orientalnych rysach twarzy.

Mężczyzna o krótkich włosach wsunął pistolet pod kurtkę i podszedł do Kirsten.

- Wszystko w porządku, Kirsten, jesteś już bezpieczna - powiedział spokojnym, 

łagodnym głosem. - Jestem Pete Nimec.

Otworzyła usta, by coś powiedzieć, jednak jej gardło ścisnęło się i nagle zaczęła 

gwałtownie szczękać zębami. Zamiast tego rzuciła się ku niemu, po czym wtuliła twarz w 

jego ramię, otoczyła go ramionami i zaczęła płakać.

Noriko poszła z Kirsten do mieszkania, a Nimec i Osmar zajęli się bandytami na 

parkingu.

- Panie Nimec, muszę coś panu pokazać - odezwał się Osmar w pewnej chwili.

- W porządku.

Nimec skuł właśnie rannego bandytę, ułożył jego głowę na kocu, który przyniósł z 

mieszkania, po czym podszedł do swego kierowcy.

Klęcząc nad bandytą, którego zastrzelił, Osmar uniósł z asfaltu jego bezwładną rękę.

- Widzi pan ten wytatuowany kris? - zapytał, spoglądając w górę na Nimeca.

Ten pokiwał głową.

- Facet, którego skułem, ma dokładnie taki sam. Co to jest, do diabła, symbol jakiejś 

sekty?

Osmar zaprzeczył ruchem głowy.

- Wy, Amerykanie, nazwalibyście to raczej... - Zastanawiał się przez chwilę 

intensywnie, szukając właściwego słowa. Wreszcie znalazł je i strzelił z zadowoleniem 

palcami: - ...barwami.

- Masz na myśli barwy gangu? - zapytał Nimec. Malajczyk pokiwał głową i dotknął 

palcem wytatuowanej skóry.

- Kris to znak wielu gangów pirackich. Widzi pan jednak te symbole na ostrzu?

Nimec kucnął obok niego, by lepiej się przyjrzeć. Rzeczywiście, zobaczył je - 

groteskowe antropomorficzne sylwetki, które przypominały trochę malowidła w egipskich 

grobowcach.

- To rakasa - powiedział Osmar. - Demony. Inne dla każdego związku.

Wyraz nagłego zrozumienia rozjaśnił rysy Nimeca.

- Ci bandyci... Myślę, że ktoś, kto się orientuje w działalności miejscowych gangów, 

będzie mógł na podstawie symboli określić przynależność tych dwóch.

Osmar ponownie skinął głową.

background image

- Ten akurat symbol dobrze znam z czasów, kiedy byłem policjantem. To ludzie Khao 

Luana z Kuomintangu - powiedział.

Słowa Osmara sprawiły, że w głowie Nimeca odezwał się cichy dzwonek. Przez 

chwilę szukał czegoś w pamięci.

- Handlarza heroiny? - zapytał wreszcie. Malajczyk kolejny raz skinął głową.

- Nie ma potężniejszego od niego. Tajlandzka armia zmusiła go do ucieczki podczas 

akcji pacyfikacyjnej. Jakieś dziesięć lat temu, może trochę więcej. Od tego czasu Khao Luan 

żyje w Indonezji.

Nimec posłał mu ostre spojrzenie.

- Gdzie? Czy ktokolwiek wie gdzie?

- Wszyscy wiedzą, ale i wszyscy boją się go tknąć - oparł Osmar. - W niektórych 

częściach Banjarmasin ten Tajlandczyk ma silniejszą armię niż indonezyjski rząd.

Nimec zamilkł i przyswajał sobie to wszystko, co usłyszał. Jakie związki mógł mieć 

taki mężczyzna z Monolith Technologies? W co, do diabła, wplątał się Max?

Po chwili klepnął Osmara w ramię i powiedział pewnie:

- Przyjacielu, wydaje mi się, że jeszcze trochę poskaczemy sobie między wyspami. I 

obiecuję ci, że jeśli ten handlarz jest zamieszany w zniknięcie Blackburna, osobiście odetnę 

mu jego pieprzone wszechmocne łapska.

background image

25

RÓŻNE MIEJSCA

1 PAŹDZIERNIKA 2000

Bandyta, który przeżył akcję na skarbiec UpLink w Sacramento, nie puścił pary z ust. 

Nie powiedział nic ani ludziom z Miecza, ani też federalnym, kiedy został przekazany w ich 

ręce. Jego zachowanie nie pozostawiało wątpliwości, że nikt niczego z niego nie wydobędzie.

Gordian nie uważał jednak, by miało to znaczący wpływ na ustalenie, kto kryje się za 

tą akcją.

Najważniejsze było dla niego pytanie o motyw.

Wróciwszy do San Jose - poleciał zwykłym rejsowym samolotem, podczas gdy 

mechanicy kontynuowali w Waszyngtonie przegląd jego learjeta - Gordian zasiadł przy 

swoim biurku naprzeciw Chucka Kirby'ego. Obaj próbowali złożyć w całość luźne fragmenty 

niesłychanie skomplikowanej łamigłówki. Już kilkakrotnie wszystko przeanalizowali, lecz 

żaden z nich nie wzdragał się przed rozpatrzeniem tego raz jeszcze od początku.

- Prześledźmy to w odwrotną stronę. Zacznijmy od włamania do filii w Sacramento - 

powiedział Gordian.

- W porządku, dlaczego nie? Z pewnością nie zaszkodzi spróbować od drugiej strony - 

stwierdził Kirby.

- Szczerze mówiąc, nie sądzę, by udało się nam złożyć tę układankę, nie przy tak 

fragmentarycznych informacjach, jakimi dysponujemy. Jednak może zbliżymy się do 

rozwiązania, może zauważymy jeszcze jakieś związki, które dotąd uniknęły naszej uwagi?

Kirby pokiwał głową.

- Zacznijmy więc od dysku, który znaleziono przy martwym napastniku - powiedział.

- Dysk - powtórzył Gordian, wzdychając. - Kody używane w systemach łączności 

UpLink zostały zaprojektowane dla różnych typów okrętów. Oczywiste, że mają one ogromną 

wartość dla różnych grup interesów, tak rodzimych, jak i zagranicznych.

- Tak, i to zarówno wśród naszych sprzymierzeńców, jak wrogów - dodał Kirby. - W 

obecnych czasach wszyscy szpiegują się nawzajem. Zanim się spostrzeżesz, możesz zostać 

odarty z wszelkich tajemnic.

- Właśnie - przytaknął mu Gordian z poważną miną. - Gdyby nie zapisy wideo, na 

których zachowało się to, co robili po tym, jak zamordowali biednego Turnera, nasi technicy 

mogliby dochodzić do tego całymi tygodniami, a nawet miesiącami. Szczęściem w 

background image

nieszczęściu jest to, że system sam obronił się przed intruzami.

- A dla mnie to ta część zagadki, której wciąż nie łapię - westchnął Kirby.

- Prawdopodobnie nie ma znaczenia, czy coś z tego rozumiesz, czy też nie... chociaż ta 

sprawa sama w sobie nie jest aż tak skomplikowana. Odnosi się do podstaw architektury pli-

ków, sposobu, w jaki konfigurowane są twarde dyski. Każdemu plikowi na twardym dysku 

przypisane jest minimum powierzchni... Im większy jest napęd, tym większe pole alokacji. 

Niezależnie od tego, ile danych znajduje się w pliku, komputer rezerwuje dla niego pewną 

minimalną przestrzeń. - Zastanowił się. - Wyobraź sobie wielki sklep, w którym pudełka są 

jednej wielkości, niezależnie od tego, jaki zawierają towar. Bez względu na to, czy kupujesz 

wielki kapelusz, czy też złoty naszyjnik dla żony, zawsze otrzymujesz swój zakup w takim 

samym pudełku. Ponieważ pudełko musi być duże, żeby pomieścić kapelusz, błyskotka, kiedy 

już się w nim znajdzie, będzie ledwo widoczna, o ile w ogóle nie zniknie z oczu.

Kirby pokiwał głową.

- Zatem uważasz, że sznury danych, które pozwoliły złodziejom włamać się do 

systemu przez tylne drzwi... były zbyt drobne, aby nasi technicy zwrócili na nie uwagę, tak? 

Podobna historia jak z tym złotym łańcuszkiem, prawda? Zanim zainstalowano skaner 

biometryczny, twoi ludzie sprawdzili jego oprogramowanie, szukając takich właśnie furtek, i 

nic nie znaleźli.

- Zgadza się - przytaknął Gordian. - I nawet nie można mieć o to do nich pretensji. 

Gdybyś sprawdził dokładnie każdy twardy dysk, zauważyłbyś, że wszystkie pliki zajmują na 

nich takie same powierzchnie. Jeśli porównasz plik tekstowy z zapisanymi na nim kilkoma 

słowami z plikiem tekstowym, w którym umieszczono kilka stron tekstu, dojdziesz do wnio-

sku, że zajmują taką samą część dysku. Kiedy technicy szukają koni trojańskich, zazwyczaj 

węszą za długimi, skomplikowanymi algorytmami, takimi na przykład jak te, które zdolne są 

rozpoznać odciski palców czy ludzki głos. W tym wypadku jednak tajny klucz do systemu 

jest prosty i banal-ny.... to podstawowy wzór geometryczny... mała rzecz w wielkim pudełku.

- Gwiazda na szafirze - powiedział Rirby. - Niesłychane.

- Dla mnie bardziej niesłychane jest to, że podstawowe oprogramowanie biometryczne 

naszego systemu bezpieczeństwa zostało wyprodukowane i kupione w Monolith 

Technologies, jakby na świecie nie było żadnego innego producenta! - Gordian przez chwilę z 

niedowierzaniem kręcił głową. - Tylko mi nie mów, że to nieprzewidywalny przypadek...

- Nie dręcz się już tym, Gord - mruknął Chuck. - W tej dziedzinie ich produkty są 

najlepsze, wiesz przecież o tym. A system został wprowadzony do użytku, nim rozpoczął się 

spór między tobą a Caine'em. Jeśli potraktujemy to włamanie jako odosobniony incydent, nie 

background image

znajdziemy podstaw, żeby podejrzewać Caine'a o cokolwiek. Przecież i w jego kompanii 

mogą funkcjonować nieobliczalni hakerzy...

Na twarzy Gordiana pojawiła się złość.

- To nie hakerzy próbowali odebrać mi UpLink. To nie hakerzy wykorzystali 

Reynolda Armitage'a jako straszak jeszcze przed podjęciem właściwej akcji, to nie hakerzy 

uszkodzili układ hydrauliczny podwozia mojego samolotu i nie hakerzy sprawili, że Max 

Blackburn rozpłynął się w powietrzu...

Kirby ciężko westchnął.

- Nie potrafimy udowodnić Caine'owi udziału w żadnej z tych spraw...

- Jesteśmy tu sami, Chuck. Nie chodzi o to, co mogę udowodnić, ale o to, co wiem. W 

ciągu ostatnich siedemdziesięciu dwóch godzin mechanicy w Waszyngtonie chyba ze sześć 

razy sprawdzili cały układ hydrauliczny mojego samolotu, poszukując źródła wycieku płynu. 

I wiesz co? Niczego nie znaleźli. Tutejsi mechanicy z kolei pokazali mi dokumenty 

świadczące, że dzień przed startem samolot został poddany dokładnemu przeglądowi. 

Sprawdzili nawet wszystkie instrumenty pomiarowe i skontrolowali ich połączenia. - Gordian 

urwał na chwilę. - Ktoś majstrował przy samolocie już po tej kontroli. Strażnik z lotniska, 

facet o nazwisku Jack McRea, przyznał się, że kilka dni temu na jakiś czas opuścił w środku 

nocy swój posterunek.

- I już dla ciebie nie pracuje, mam nadzieję.

Gordian pokiwał głową.

- Z tego, co zechciał powiedzieć, wynika, że uwiodła go jakaś nadzwyczajna cizia o 

długich nogach i krótkiej spódniczce. Omotała go tak, że zdecydował się pozostawić lotnisko 

na pastwie losu.

W pokoju przez chwilę panowała cisza.

- A jednak logiczny wniosek wciąż mnie niepokoi. Jesteś skłonny oskarżyć Caine'a o 

próbę morderstwa, nie mając na to dowodów... - zauważył Kirby.

- Wielokrotnego morderstwa - rzucił Gordian. - Ty także byłeś w tym samolocie, 

Chuck. Jak również Megan i Scull.

- Gord, moim zdaniem...

- Znam twoje zdanie. I powtarzam raz jeszcze: nie mówię w tej chwili o 

poszczególnych dowodach, lecz sumuję wymowę wszystkiego, co dzieje się dokoła. Max 

bada interesy Caine'a w Azji. Max znika. Wypowiadam się na temat Karty Morriso-na-

Fiore'a, a wtem Caine wpada na scenę jako facet, który najpierw zajmuje całkowicie 

przeciwne stanowisko, a potem jako konkurent, który chce pożreć moją korporację. Ktoś wła-

background image

muje się do Oddziału Kryptograficznego, używając przy tym sprytnego wytrychu do 

oprogramowania, które zaprojektował Caine. I tak dalej, i tak dalej. Za dużo w tym 

wszystkim przypadków. A teraz na dodatek wszystko zaczyna się toczyć w przyspieszonym 

tempie. Jakby moi przeciwnicy byli zdesperowani...

- A może z czymś im się śpieszy - rzucił pomysł Kirby. - Jeśli dalej mamy iść drogą, 

którą wskazujesz, kluczem do całej sprawy jest płyta, która miała być skradziona w Sacra-

mento.

Gordian pokiwał głową, po czym oparł ją na dłoniach. Przez długi czas obaj 

mężczyźni siedzieli w milczeniu, rozmyślając.

Minęło pięć minut, potem jeszcze kilka.

Wciąż myśleli i wciąż panowała cisza.

Nagle Gordian wyprostował się. Jego oczy były rozszerzone.

Chuck popatrzył na niego.

- O co chodzi? - zapytał.

- Powiedziałeś coś ważnego. "A może z czymś im się spieszy". Chyba właśnie o to 

chodzi - odezwał się Gordian.

Wypowiedziawszy te słowa, znów na chwilę umilkł. Zwilżył wargi językiem.

Chuck wciąż się w niego wpatrywał.

- Mój Boże, jak mogłem być taki ślepy - jęknął Gordian. - Że też dopiero teraz mi to 

przyszło do głowy... Boże, ceremonia... Przecież to dzisiaj ma się odbyć ten dziewiczy rejs...

- Gord, do diabła, o co ci chodzi?

Szef UpLink wyrzucił przed siebie ręce i ścisnął Kirby'ego za nadgarstki.

- Seawolf- powiedział gwałtownie. - W jego systemach dowodzenia i kontroli... 

wykorzystano oprogramowanie szyfrujące UpLink. A zapasowe klucze, zapasowe klucze do 

nich znajdują się na płycie!

Kirby wpatrywał się w niego z niedowierzaniem.

- Gord, nie wiem, czy dobrze cię rozumiem albo czy w ogóle chcę cię rozumieć. Ale 

nawet jeśli cię rozumiem, doskonale przecież pamiętam, że nikt nie zdołał ich przejąć...

Gordian przeciął prawą dłonią powietrze, żeby go uciszyć. Lewej dłoni wciąż nie 

zdejmował z jego nadgarstków.

- To nie są jedyne klucze, Chuck - powiedział gwałtownie. Jego twarz była biała jak 

kreda. - Rozumiesz? Mówimy o atomowym okręcie podwodnym, o jednostce, na której 

pokładzie wkrótce znajdzie się prezydent! A klucze z Sacramento nie są jedynymi, za pomocą 

których można dotrzeć do jej głównych systemów!

background image

Obserwując swój zespół przygotowujący się do akcji w pływającym doku, Omori 

cieszył się z wykonanej pracy. Dobrze dobrał grupę nurków i wyszukał dla nich odpowiednie 

miejsce do ćwiczeń. Wcinająca się w Pulau Ringitt - małą wyspą leżącą niecałe pięć 

kilometrów na południe od Sentosy - zatoczka była chroniona od strony lądu przez pas błota i 

bagien, co sprawiało, że bardzo niewielu ludzi decydowało się tam zapuszczać.

Omori spojrzał na zegarek. Pozostało niewiele czasu. Wkrótce jego ludzie wejdą na 

pokład podwodnego transportowca, tak więc przygotowania do akcji dobiegały już końca.

Z niecierpliwością oczekiwał tej chwili.

Niewidoczny pod siatkami maskującymi transportowiec spoczywał w pływającym 

doku przycumowanym wśród gęstych krzaków w pobliżu brzegu. Jego zbudowany z włókna 

szklanego kadłub w kształcie pocisku nie miał iluminatorów. Dzięki temu trudniej go było 

wykryć za pomocą konwencjonalnych urządzeń, ale też oznaczało to, że podróżująca w środ-

ku grupa Omoriego będzie zdana w nawigacji wyłącznie na instrumenty pokładowe.

Raz jeszcze ogarnął wzrokiem scenę przygotowań, stojąc na rufie szybkiej łodzi, która 

przed dwudziestoma czterema godzinami przyholowała tutaj pływający dok i wkrótce go 

ściągnie go na głębsze wody. Czterej nurkowie włożyli już kombinezony i zarzucili na plecy 

aparaty oddechowe z obiegiem zamkniętym Oxy-57. Mimo że urządzenia te nie były 

przeznaczone do nurkowania na takich głębokościach, na jakich mieli wkrótce działać, 

Omoriego zapewniono, że nurkom wystarczy powietrza na określony ściśle w planie czas 

akcji.

Raz jeszcze popatrzył na zegarek. Jedynie to, że często sprawdzał upływający czas, 

świadczyło o napięciu, jakie odczuwał. Akcja, w którą całkowicie się zaangażował, miała 

wkrótce zapewnić Inagawa-kai niekwestionowaną przewagę nad rywalizującymi z nią 

dotychczas syndykatami Yakuzy, a jemu samemu zapewnić status o wiele wyższy od statusu 

Oyabunów czy Cesarzy. Ale nawet to porównanie nie mogło oddać choćby w przybliżeniu 

znaczenia akcji. Wkrótce nastąpi coś, czego nie odnotowano jeszcze w annałach. Najbliższe 

godziny świat zapamięta już na zawsze.

Perspektywa przyszłej chwały sprawiała, że Omori nie dopuszczał do siebie myśli o 

porażce. Pochylił się nad laptopem i czekał na nadejście poczty elektronicznej od Kersika.

Widowisko nie wyglądało dokładnie tak, jak się tego spodziewał.

Niestety, nie mógł nic na to poradzić. Jako pisarz Alex Nordstrum musiał się 

precyzyjnie posługiwać językiem, a jako dziennikarza wiązała go etyka zawodowa, 

nakazująca uczciwie relacjonować to, co widzi.

background image

Widowisko było wspaniałe. Najpierw odbył się spacer po terenie portu Keppel, 

podczas którego prezydent Ballard bratał się z zaproszonymi głowami państw, a potem 

wspaniale zorganizowana i przeprowadzona parada wojskowa z udziałem żołnierzy sił 

zbrojnych Stanów Zjednoczonych oraz państw ASEAN-u i JMSDF. W tej chwili trwała część 

ceremonii, na którą zaplanowano przemówienia. Wygłaszano je w doku, a mównicę 

ustawiono na tle lśniącej, ciemnej sylwetki Seawolfa. Wkrótce wraz z niewielką grupą 

zaproszonych dziennikarzy Alex wejdzie na pokład okrętu podwodnego, a następnie popłynie 

w rejs, podczas którego będzie świadkiem podpisania traktatu SEAPAC. Najprawdopodobniej 

jednak zostanie zmuszony do obejrzenia tego wydarzenia z doprawdy najlepszego możliwego 

miejsca - z zęzy.

Właśnie dlatego, jak przypuszczał, narzekał na całą uroczystość.

Pokaz był doskonały, ale Nordstrum zajmował wprost beznadziejne miejsce. Zamiast 

-jak się spodziewał - obserwować przedstawienie zza kulis, stał w zatłoczonym sektorze dla 

dziennikarzy na samym nabrzeżu, co można było przyrównać tylko do najtańszego miejsca na 

koncercie rockowym.

Gdy słuchał uwag premiera Japonii, przez cały czas trącali go, popychali i dźgali 

łokciami jego niecierpliwi i niezorganizowani koledzy po piórze, którzy przybyli tu z całego 

świata. Doszedł do wniosku, że musi to być pierwszy akt zemsty Encardiego, a wkrótce 

czekają go kolejne. Doznał już afrontu ze strony prezydenta. Cała koteria jego doradców 

potraktowała go po prostu jak powietrze. Być może był przewrażliwiony, ale kilka razy 

odniósł wrażenie, że członkowie ochraniającej prezydenta Secret Senace - faceci, których znał 

po imieniu i z którymi czasami ćwiczył na siłowni - patrzą na niego spode łba.

Tylko dlatego, że chciał być uczciwy wobec siebie, że postanowił trwać przy Rogerze 

Gordianie, popadł w niełaskę, stał się nagle człowiekiem napiętnowanym, banitą.

Polityka, mruczał pod nosem. Zawsze ta cholerna polityka.

Nordstrum westchnął, robiąc, co w jego mocy, by nadążyć za płynącymi z trybuny 

słowami Yamamoto. A nie było to łatwe, jeśli wziąć pod uwagę zachowanie stojącego obok 

Włocha z agencji prasowej, który przez cały czas coś krzyczał i posyłał tuż przed jego twarzą 

całusy laleczce z francuskiej telewizji. Questa sera, mi bella.

Dobry Boże, ileż trzeba zapłacić za trwanie przy swych przekonaniach, westchnął w 

duchu.

Niechętnie zerknął na zegarek. Upłynie jeszcze dobre czterdzieści minut, nim będzie 

mógł ruszyć w stronę trapu i wejść wraz z innymi na pokład atomowego okrętu podwodnego. 

Nawet jeśli otrzyma najgorsze miejsce, i tak będzie wdzięczny, gdy tam się znajdzie. 

background image

Cholernie wdzięczny.

Po tym, czego doświadczył, zrozumiał, że jego położenie nie może już być gorsze.

Chińskie poduszkowce przetransportowano na atol pod osłoną ciemności, na 

obszernych pokładach dwóch cywilnych tankowców przystosowanych do użytku 

wojskowego. Długie na niemal dziewięćdziesiąt stóp i szerokie na czterdzieści pięć jednostki 

napędzane były czterema turbinami o mocy szesnastu tysięcy koni mechanicznych każda. 

Dwie z nich wprawiały w ruch boczne śmigła pozwalające osiągać prędkość ponad 

pięćdziesięciu węzłów, dwie pozostałe - śmigła wytwarzające poduszkę powietrzną, dzięki 

której poduszkowce ślizgały się swobodnie nad powierzchnią wody. Na ich pokładach 

zamontowano karabiny maszynowe kalibru 12,7 milimetra typ 77 i granatniki kalibru 40 

milimetrów.

Stojący na plaży laguny generał Kersik Imman obserwował, jak jego ludzie 

zaokrętowują się na jednostkach mających ich desantować na Sandakanie. Większość 

żołnierzy wchodziła po rampach na cztery poduszkowce, reszta - do wąskich łodzi o 

aluminiowych kadłubach. Wszyscy ubrani byli - tak jak i on - w mundury polowe o 

ochronnych barwach. Twarze osłaniali siatkami maskującymi, ich plecaki i ładownice 

wypełniał bojowy ekwipunek. Zgodnie ze ścisłymi instrukcjami Kersika, karabinki, które 

nieśli przerzucone przez ramię, były fabrycznie nowe i mogły się okazać niezwykle 

skuteczne. Zhiu Sheng dostarczył dokładnie taki sprzęt, jaki obiecał, i za to - a także za wiele 

innych jego cech - Kersik bardzo go szanował.

Może pewnego dnia spotkają się ponownie w jakimś cywilizowanym miejscu, z dała 

od tej wstrętnej wyspy, gdzie moskity od krwi, którą piją zachłannie bez końca, są 

napęczniałe jak winogrona; w miejscu, gdzie będą mogli usiąść przy jakimś stole i na 

krzesłach zamiast na twardych matach ze słomy odciskających dziwaczne wzory na tyłku; w 

miejscu, gdzie w wygodzie powspominają wszystko, co widzieli i czego dokonali od czasu, 

gdy po raz pierwszy zetknęli się z sobą jako o wiele młodsi mężczyźni - dumny i ambitny 

indonezyjski generał oraz nawiedzony budowniczy komunizmu, który pragnął nadać kształt 

Utopii. Obaj śniący o jedności i wielkości Azji.

Tak, rozmyślał Kersik, może naprawdę spotkamy się w przyszłości i porozmawiamy o 

tym, jak krok po kroku wcielaliśmy w życie swoje największe marzenia, podczas gdy 

większość ludzi spokojnie owijała się w delikatne koce samozadowolenia. I wspólnie 

przypomną sobie ów wielki dzień, gdy dążący do opanowania regionu Japończycy i 

Amerykanie - a także ich aseańskie marionetki wayang kulit, z którymi współpracowali w 

background image

skomplikowanej grze cieni - zostały połknięte przez podwodnego potwora, którego sami 

stworzyli.

Na razie jednak pewny był tylko mający wkrótce nastąpić atak. Doświadczony 

żołnierz westchnął ciężko. Wiedział doskonale, że na wojnie ułożone wcześniej plany często 

biorą w łeb, że nie sposób do końca zapanować nad okrucieństwem i że najmniejsze nawet 

zdobycze okupywane są zazwyczaj krwią zbyt wielu niezastąpionych ludzkich istnień.

Poprawiwszy plecak na ramionach, Kersik przeszedł przez plażę i po chwili wsiadł na 

pokład łodzi, która miała go przetransportować na pole walki.

Khao Luan ruszył drewnianą promenadą w kierunku swojego domu nad kanałem, 

wsuwając co kilka chwil do ust odrobinę smażonego i słodzonego tempe goreng. Stwierdził, 

że postąpił głupio, nie nakazawszy, by sprzedawca z łódki przygotował dla niego jeszcze 

jedną porcję. Wiedział, że gdy wreszcie zasiądzie przy stole w jadalni, okaże się, iż nie 

pozostało mu już ani jedno sojowe ciastko.

Stres zawsze wzmagał w nim apetyt, a dzisiaj był głodny od samego rana. Miał ku 

temu poważne powody. Ten interes, w który wszedł... Sandakan... porwanie atomowego 

okrętu podwodnego... wzięcie jako zakładnika prezydenta Stanów Zjednoczonych...

Jeśli chodziło o niego, korzyści wynikające z tych działań były oczywiste: szlaki 

morskie pozostaną dla niego wolne, będzie mógł handlować bez ograniczeń. SEAPAC 

stanowił zagrożenie dla jego interesów, ponieważ umacniał współpracę rządów regionu w 

zakresie kontroli wód terytorialnych. Rządzący pragnęli przede wszystkim zlikwidować 

kontrabandę płynącą z Tajlandii i innych krajów. Niedopuszczenie do podpisania traktatu, być 

może nawet storpedowanie raz na zawsze jego idei Khao Lun uznał za cel zupełnie słuszny i 

rozsądny. Stwierdził, że jeśli nadal chce brać udział w grze, musi bezsprzecznie przyłożyć 

rękę do tej akcji.

A jednak przerażał go trochę rozmiar całego przedsięwzięcia.

Szedł szybkim krokiem, pojadając co chwila tempe goreng. Aż do dzisiejszego ranka, 

wykonując krok po kroku swoją część zadania, koncentrował się raczej na szczegółach niż na 

szerokich zarysach planu. Zresztą do wszystkiego podchodził w ten właśnie sposób. Ale teraz, 

gdy do wprowadzenia planu w życie pozostało tak niewiele czasu - niewiarygodne, ale mniej 

niż godzina - świadomość tego, na co się porwał wraz ze swymi sprzymierzeńcami, 

przytłaczała go coraz bardziej. Mimo że uznał, iż najlepszym sposobem pozbycia się tego 

ciężaru będzie udawanie, że jest to normalny, nie różniący się niczym od innych dzień... cóż, 

było to bardzo trudne.

background image

Luan dotarł wreszcie do drabiny prowadzącej do drzwi jego mieszkania. Zatrzymał się 

i zerknął do pudełka z tempe. Pozostały mu tylko dwa kęsy. Cóż, będzie musiał posłać kogoś 

po więcej.

Wsunął ostatnie dwa kawałki do ust, niewiele myśląc, rzucił pudełko przez ramię do 

wody, a następnie zaczął się wspinać po drabinie.

Zaledwie kilka cali od miejsca, w którym tekturowe pudełko dołączyło do innych 

śmieci pływających w kanale, przykucnęła w łodzi młoda sprzedawczyni w luźnym sarongu. 

Pochyliła głowę nad stosem owoców, a rękę wsunęła w fałdy ubrania.

Gdy po chwili wyciągnęła dłoń, trzymała w niej płaską, miniaturową krótkofalówkę.

- Empire State do południowej Filadelfii, czy mnie słyszysz? -rzuciła cicho do 

niewielkiego mikrofonu.

- Słyszę cię głośno i wyraźnie, Empire State. Czy kogut wrócił na grzędę?

- Właśnie tam wlazł, wielki i tak samo plugawy jak na fotografiach.

Przez chwilę panowała cisza.

Kobieta pochyliła się jeszcze bardziej, by osłonić krótkofalówkę.

- Bądź czujna, Empire State - usłyszała po chwili odpowiedź. - Jesteśmy na najlepszej 

drodze, żeby oskubać naszego koguta.

Finansowana wspólnie przez państwa ASEAN-u - od projektu, poprzez wylewanie 

fundamentów, po fazę budowy - siedziba banku szyfrów w Sandakan była największym w 

Azji i drugim co do wielkości tego rodzaju budynkiem na świecie. Ustępowała jedynie 

podobnemu obiektowi zbudowanemu później w Europie. Ciągnąca się na znacznej długości 

wzdłuż brzegu budowla sprawiała wrażenie fortecy. Wzniesiono ją z betonu i stali. 

Bezpieczeństwo zapewniał obiektowi wyszukany system alarmowy oraz oddziały 

wartownicze, składające się głownie z żołnierzy armii malezyjskiej i indonezyjskiej. 

Wszystkie te zabezpieczenia były konieczne z jednego prostego powodu: zapasowe klucze do 

szyfrów, które przechowywano w tutejszych skarbcach, umożliwiały dostęp do największych 

rządowych, militarnych i finansowych instytucji całego regionu.

Rządy Stanów Zjednoczonych i Japonii uznały Sandakan za logiczne, wygodne i 

bezpieczne miejsce dla złożenia dodatkowych kluczy do wielu zaszyfrowanych systemów 

operacyjnych Seawolfa, nie wyłączając tych, które kontrolowały ASDS -system włazów 

cumowniczych dla miniokrętów podwodnych SEAL, mieszczących od ośmiu do dziesięciu 

członków tej elitarnej formacji. Sześćdziesięciopięciostopowa jednostka SEAL, zbliżając się 

do Seawolfa, wysyłała sygnał powodujący otwarcie włazów przez komputer pokładowy. 

background image

Sytem działał zarówno w zanurzeniu, jak i w ruchu Seawolfa.

Nga Canbera nie wiedział, i nigdy nie miał się dowiedzieć, który z członków 

japońskiego rządu przekazał taką informację Inagawa-kai. W każdym razie trafiła ona do 

niego za pośrednictwem Omoriego.

Jakie to zresztą ma znaczenie? - zastanawiał się teraz, siedząc wygodnie w swoim 

mieszkaniu i obserwując na ekranie telewizora ceremonię przecięcia wstęgi inaugurującą 

powstanie SEAPAC. Wrócił wcześniej z biura, by nikt nie przeszkadzał mu w oglądaniu 

transmisji. Włożył nawet na tę okazję najlepsze jedwabne ubranie. Oczywiście wiedział, co 

się stanie, kiedy dygnitarze wejdą na pokład Seawolfa, i spodziewał się dobrej zabawy.

Dla Nga udział w grze, w której nie ma niebezpieczeństwa, był całkowicie bez sensu. I 

chociaż w ostatnich dniach przeżył chwile zwątpienia, dzisiaj siedział przed telewizorem, 

odrzuciwszy obawy, chcąc jedynie przeżyć doskonałe widowisko. Czy uda się zmusić 

Seawofla, żeby połknął zatrutą pigułkę? W gruncie rzeczy w teorii była to jedynie kwestia 

wciśnięcia właściwych kluczy w niewłaściwe ręce; oczywiście niewłaściwe z punktu 

widzenia Amerykanów i Japończyków. I chociaż zakończona niepowodzeniem próba 

zdobycia kluczy przez Marcusa Caine'a stanowiła pewne zagrożenie, teraz Nga odbierał je 

tylko jako coś, co dodatkowo go podniecało. Przecież jeśli tylko Kersik położy ręce na 

kluczach w Sandakan, nurkowie Omorie-go i tak będą mogli otworzyć włazy Seawolfa. A w 

ostateczności, jeśli generałowi mimo wszystko się nie uda opanować okrętu podwodnego, 

trzeba będzie po prostu położyć większy nacisk na siłę i zaskoczenie niż na kody i hasła.

W końcu, jeśli tylko Nga dopisze szczęście, poleje się krew, co sprawi, że akcja 

zdobycia okrętu będzie jeszcze bardziej interesująca.

Z oczyma rozszerzonymi z niedowierzania sekretarz obrony USA, Conrad Holden, 

wpatrywał się w słuchawkę telefonu, jakby nagle spostrzegł, że wstąpił w nią zły duch... 

Duch, który zaczął naśladować sposób mówienia albo przeinaczać znaczenie słów Rogera 

Gordiana, człowieka, którego Holden od wielu lat przecież dobrze znał.

- Roger, jesteś pewien?

- Mówię ci, Conrad, to się wydarzy w Sandakan. I będzie doskonale zgrane w czasie z 

próbą opanowania atomowego okrętu podwodnego. Nasi przeciwnicy nie będą chcieli dać 

nam dużo czasu na zmianę kodów.

- Ale przecież Seawolf wychodzi w morze za pół godziny!

- Skończ więc rozmowę ze mną i skontaktuj się z kimś, kto będzie mógł go 

zatrzymać!

background image

Bardziej rozgorączkowany i bardziej spocony niż zazwyczaj, Luan miał właśnie 

zmienić koszulę, gdy to usłyszał: regularne dudnienie rozdzierających powietrze rotorów. 

Odgłos w szybkim tempie stawał się coraz głośniejszy i docierał do niego z coraz mniejszej 

odległości.

Popatrzył na Xianga i jego ochroniarzy, którzy pod ścianą pokoju grali w domino.

- Co to za odgłos? - zapytał, mimo że doskonale znał już odpowiedź. Warkot 

armijnych helikopterów, natrętny i wszechobecny w jego życiu w czasach, kiedy przebywał w 

górach północnej Tajlandii, rozpoznałby na końcu świata.

Xiang porzucił grę i zerwał się na równe nogi.

- Zbierajcie broń! - krzyknął. - Zaraz zostaniemy zaatakowani!

Wychylając się z beli jet rangera, Nimec wydobył z ładownic przy pasie amunicję, 

wsunął ją do swej dwunastki, po czym przeładował strzelbę, by pierwszy nabój znalazł się w 

lufie. Tak jak Osmar i jeszcze trzej funkcjonariusze Miecza znajdujący się na pokładzie 

helikoptera, miał na sobie kominiarkę, maskę przeciwgazową, a pod koszulą czarną 

kamizelkę kuloodporną. Wykonana z zylonu, była o wiele lżejsza i mocniejsza od 

kevlarowych.

Gestem nakazał pilotowi, by obniżył pułap, po czym przyjrzał się drewnianym 

zabudowaniom. Budynki miały mnóstwo okien, wychodzących na wszystkie strony. Jedno z 

nich wybrał sobie za cel i pociągnął za spust.

Pocisk z gazem obezwładniającym wystrzelił z hukiem i pozostawiając za sobą 

wyraźny ślad, wybił szybę. Po chwili ze środka zaczęła się wydobywać chmura piekącego 

dymu.

Nimec wystrzelił w kierunku kryjówki Tajlandczyka jeszcze dwa pociski. Kilka 

sekund później gęste kłęby białego dymu wydostały się wszystkimi oknami.

Usatysfakcjonowany, przewiesił broń przez ramię - przy boku miał ponadto pistolet 

maszynowy MP5K - naciągnął rękawiczki i dał sygnał swoim ludziom.

Po chwili z helikoptera spuszczono linę. Jeden po drugim, w bardzo krótkich 

odstępach, mężczyźni chwytali ją i opuszczali się na ziemię. W innych okolicznościach 

sprawialiby wrażenie strażaków śpieszących do groźnego pożaru. Tymczasem stało przed 

nimi inne zadanie.

Na ziemi na dobre rozszczekały się pistolety maszynowe. Kule, rozrywające grunt, 

wzbijały w powietrze tumany kurzu. Strzelano z wnętrza domu, do którego Nimec wystrzelił 

przed chwilą pociski z gazem, strzelano z chat otaczających główny budynek. Uzbrojeni 

background image

obrońcy Luana znaleźli się również na drodze ciągnącej się wzdłuż kanału.

Trzymając nisko głowę, podczas gdy jego towarzysze osłaniali go ogniem, Nimec 

ruszył biegiem w kierunku kryjówki Luana.

Na jego drodze pojawił się jakiś mężczyzna, który wyszedł z zadymionego budynku, 

teraz zaś podnosił w jego stronę lufę FN P90. Pirat był jednak na poły oślepiony przez gaz, 

dzięki czemu Nimec zdążył zareagować. Nim ochroniarz Luana wystrzelił serię pocisków 

kalibru 9 milimetrów, szef Miecza uskoczył w bok. Wyciągnął z kabury swój MP5K i strzelił 

tylko raz, trafiając napastnika w brzuch, po czym nie obejrzawszy się na niego więcej, dopadł 

wejścia do domu, w którym mieszkał ścigany przez nich bandyta.

Zatrzymał się przed ciężkimi, drewnianymi drzwiami, odstrzelił serią zamek i 

otworzył je jednym kopniakiem. Kątem oka dostrzegł, że po lewej podąża za nim Osmar.

Dał mu sygnał, że powinni wbiec do środka, zmieniając się w drzwiach stronami, po 

czym zaczął odliczać do trzech.

Po chwili niemal jednocześnie wpadali za próg.

Kilka minut po tym, jak umilkły fanfary towarzyszące ceremonii przecięcia wstęgi, 

delegacja światowych przywódców została wprowadzona na wyłożony czarnymi 

dźwiękochłonnymi płytkami kadłub Seawolfa, a następnie oficer dyżurny atomowego okrętu 

podwodnego sprowadził wszystkich pod pokład. Pierwszy w luku zniknął prezydent Ballard. 

Zaraz po nim przeszli nim premier Yamamoto oraz przywódcy Malezji i Indonezji.

Po najznakomitszych gościach ruszył na pokład korpus prasowy. Miejsce dla Alexa 

znalazło się na samym końcu, bezpośrednio za wysokim i barczystym reporterem z Kanady.

Kiedy grupa wypełniła przejście prowadzące do centrum dowodzenia, Ballard odniósł 

wrażenie, że nagle znalazł się w samym środku dekoracji do jakiejś gigantycznej produkcji 

hollywoodzkiej, która opowiada o statkach kosmicznych, podboju czasoprzestrzeni i tym 

podobnych sprawach. I w pewnym sensie znalazł się właśnie w maszynie czasu, która mogła 

go odmłodzić o kilkadziesiąt lat, zedrzeć z jego twarzy maskę politycznego cynizmu i 

ponownie obudzić w nim na krótko dziesięcioletniego sierotę znad brzegów Missisipi. 

Sierotę, którego marzenia wielokrotnie przechodziły trudne próby na drodze od skrajnej biedy 

do prezydentury w najpotężniejszym państwie świata. Z nie skrywanym podziwem zaczął 

oglądać sprzęty i instrumenty kontrolne wypełniające każdy fragment rzęsiście oświetlonej 

przestrzeni. Był tym wszystkim po prostu zafascynowany.

Gdy prezydent i jego goście na tym skrawku amerykańskiej ziemi przystanęli na 

progu centrum dowodzenia, dowódca Seawolfa, komandor Malcolm R. Frickes, zasalutował.

background image

- To dla mnie honor i przywilej gościć panów na pokładzie - powiedział, ustępując na 

bok, by wpuścić ich do środka.

Ballard z entuzjazmem odpowiedział na jego salut, głośno przełknął ślinę i wskazał na 

peryskopy na platformie znajdującej się w samym środku pomieszczenia.

- Czy mógłbym popatrzeć przez jeden z nich? - zapytał. Frickes uśmiechnął się.

- Panie prezydencie, jest pan tutaj najwyższym dowódcą. A to oznacza, że może panu 

tutaj robić, co tylko pan zechce -powiedział.

Generał Yussef Tabor, dowódca 10. Brygady Spadochronowej armii malezyjskiej, 

wprost nie mógł uwierzyć, że rozkazy, które właśnie do niego dotarły, są prawdziwe. Miał 

natychmiast postawić w stan gotowości trzy bataliony - niemal trzy tysiące ludzi - i 

błyskawicznie obsadzić nimi Sandakan. Spadochroniarze otrzymali zadanie dołączenia do 

regularnych oddziałów wartowniczych, chroniących od strony plaży dostępu do banku kluczy 

szyfrowych.

Nie było jasne, kto lub co stanowi tak wielkie zagrożenie, że do uporania się z nim 

potrzeba aż tylu żołnierzy. Generał nie zadawał jednak zbędnych pytań. Doszedł do wniosku, 

że nareszcie będzie mógł zademonstrować w prawdziwej akcji doskonałe wyszkolenie swoich 

chłopców. Ponieważ najbliższy oddział malezyjskich Sił Szybkiego Reagowania stacjonował 

w Sabah, trzydzieści mil od miasta, bez wątpienia to jego ludzie przybędą na miejsce 

najwcześniej. To mu całkowicie odpowiadało.

Po dziesięciu latach ścigania i wyłapywania nielegalnych imigrantów - niczym hycel 

wyłapujący nieszczęsne kundle - nadszedł najwyższy czas, by wziąć udział w akcji, z której 

będzie mógł być dumny.

Krztusząc się gazem łzawiącym, z twarzą czerwoną jak pomidor, Khao Luan kaszlał i 

wymiotował w konwulsjach, podczas gdy Xiang próbował go zaciągnąć do spichrza. 

Chwyciwszy swego mocodawcę od tyłu pod ramiona, pirat otworzył tylne drzwi budynku 

mieszkalnego. Jeszcze zmagał się z ciężarem Luana na progu, gdy do budynku wpadli Nimec 

i Osmar.

Osmar natychmiast wycelował w bandytów.

- Nie ruszać się! - krzyknął w bahasa. - Obaj!

Ciężko oddychając, Xiang wpatrywał się w niego przez chwilę Z trudem dostrzegał 

cokolwiek przez gęste kłęby gazu łzawiącego. Zaraz się jednak opanował i wciąż 

przytrzymując jedną ręką Tajlandczyka, drugą sięgnął do umieszczonej niemal na plecach 

background image

kabury i wyciągnął pistolet P90.

Strzelił bardzo niecelnie - kule jedynie powyrywały drzazgi z drewnianych ścian i z 

sufitu. Osmar natychmiast padł na podłogę i odpowiedział ogniem, celowo jednak mierząc 

bardzo nisko. Mając między sobą a potężnym piratem Luana, koniecznie chciał uniknąć 

śmiertelnego trafienia. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Tajlandczyk może być jedynym 

człowiekiem, który potrafi wyjaśnić zagadkę zniknięcia Blackburna. Mimo to...

Luan głośno jęknął, chwycił się nagle za grube udo i zaczął się osuwać na podłogę. Z 

jego tętnicy udowej trysnęła krew. Xiang spróbował jeszcze postawić go na nogi, lecz szef 

okazał się dlań zbyt ciężki; nic nie mogło powstrzymać go przed upadkiem. Widząc, co się 

dzieje, pirat zrezygnował z ratowania Khao Luana i zaczął uciekać do spichrza. Wybiegłszy z 

budynku, puścił jeszcze serię przez drzwi, celując w Osmara i Nimeca. Nie trafił, natomiast 

gdzieś za ich plecami rozległ się brzęk pękającego szkła.

Nimec odpowiedział ogniem, dwiema krótkimi seriami. Słyszał docierające 

nieustannie z zewnątrz odgłosy kanonady: to jego ludzie walczyli z piratami. Co chwila - gdy 

któraś z kuł dosięgała celu - w odgłosy walki wdzierał się krzyk rannego człowieka.

Unosząc się płynnie nad spokojną wodą, cztery poduszkowce, ubezpieczane z boku 

przez dwie smukłe motorówki, zmierzały szybko do celu. Napastnicy przebyli już niemal 

dwie trzecie drogi. Powinni wylądować na plaży za kilka minut.

Stojąc na pokładzie motorówki, Kersik podniósł do oczu lornetkę, by po raz ostatni 

zlustrować miejsce desantu. Wiódł do boju blisko trzystu mężczyzna, grupę o niemal jedną 

trzecią przewyższającą liczebnie strażników chroniących banku kluczy do szyfrów. Dodając 

do tego przewagę wynikającą z elementu zaskoczenia...

Kersik kilkakrotnie zamrugał.

Po chwili przestał mrugać. Jego oczy, gdy tak wciąż spoglądał przez lornetkę, robiły 

się coraz szersze.

W pierwszej chwili punkciki na niebie wziął za chmarę owadów atakujących 

Sandakan. Powoli, lecz nieuchronnie opadającą ku ziemi chmarę szarańczy.

A jednak doskonale wiedział, że to nie jest szarańcza.

To byli spadochroniarze.

Setki spadochroniarzy. Tysiące. Tysiące spadochroniarzy, którzy za chwilę opanują 

plażę i cały obiekt.

Gdyby nie głośny warkot silników, już wcześniej usłyszałby hałas nadlatujących 

samolotów. Najpierw do jego uszu dotarłby cichy szmer niosący się nad oceanem, potem 

background image

natrętne, coraz głośniejsze brzęczenie, a jeszcze później wyraźne, głośne wycie, szybko 

przeradzające się w ogłuszający warkot... Dopiero teraz zaczął wyławiać z oddali dalekie 

brzęczenie silników lotniczych. Nie miało to już najmniejszego znaczenia. Kersik był 

bezsilny.

Lornetka wysunęła się z jego drżących rąk. Generał nie wahał się ani chwili dłużej. 

Natychmiast podbiegł do radia pokładowego, zanim jednak udało mu się nadać ostrzeżenie 

dla pozostałych jednostek, oddziały, które znalazły się już na brzegu, otworzyły ogień i świat 

wokół Kersika Immana nagle eksplodował.

Ikonę informującą go, że otrzymał pocztę elektroniczną, Omori ujrzał na ekranie 

laptopa natychmiast, gdy się pojawiła. W tej samej niemal chwili ze zdziwieniem 

skonstatował, że wiadomość ta wcale nie pochodzi od Kersika, lecz od jego wtyczki w 

japońskim parlamencie... członka mniejszości narodowej, którego informacje na temat 

Seawolfa, pochodzące od jednego z wysoko postawionych funkcjonariuszy wywiadu, sta-

nowiły od samego początku podstawę planu porwania atomowego okrętu podwodnego.

Otworzył wiadomość i poczuł, że zawartość żołądka podchodzi mu do gardła.

Mimo że na ekranie było tylko jedno słowo, wystarczyło ono, by pojął, że jego 

wspaniałe plany doczekały się - nagle i niespodziewanie - gwałtownego końca. Przeczytał:

YAMERU

PRZERWIJ

Omori przycisnął kłykcie do czoła i wydał wysoki, pełen bólu skowyt, który 

natychmiast zwrócił uwagę pozostałych nurków przebywających w pływającym doku.

Nawet na nich nie spojrzał. Nie powiedział ani słowa. Zresztą wystarczyło im jedno 

spojrzenie na niego, by zrozumieli, co się stało.

Kersik, pomyślał Omori, mocniej przyciskając pięści do czoła.

Kersik zawiódł.

Gdyby miał teraz w ręce nóż, wbiłby go sobie w serce, by raz na zawsze pozbyć się 

bólu, który nim targnął.

Potężne uderzenie w pierś, które otrzymał, gdy przebiegał przez próg, niemal powaliło 

Nimeca na ziemię.

Lekko ogłuszony, z wirującymi mu przed oczyma gwiazdami, dotarł jednak chwiej- 

nym krokiem do ściany spichrza, wypuszczając przy tym z ręki pistolet maszynowy MP5K.

Zacisnął szczęki z bólu, który promieniował z jego klatki piersiowej. Cokolwiek go 

background image

uderzyło, odczuł to jak cios zadany wielkim stalowym młotem. Gdyby wypadł przez drzwi 

prosto, a nie skręcił przy tym, zostałby najprawdopodobniej trafiony pod przeponę i straciłby 

przytomność. Na szczęście mięśnie klatki piersiowej pochłonęły część energii tego ciosu i 

zdołał się utrzymać na nogach.

Kilkakrotnie głęboko zaczerpnął powietrza, chcąc jak najszybciej odzyskać pełnię 

sił...

I w ostatniej chwili ujrzał zmierzającą ku jego twarzy wielką pięść Xianga. Rzucił się 

w bok, odwracając przy tym głowę, by uniknąć ogłuszającego uderzenia, po czym umknął 

przed kolejnym natarciem, gdy pirat rzucił się na niego z podniesionymi rękami, chcąc go 

złapać i rzucić nim o ścianę.

Nimec nie zamierzał dać mu szansy. Poczuł, że szybko wraca do sił. Wiedział, iż musi 

się poruszać jak najszybciej, pozostać poza zasięgiem rąk wielkoluda i za wszelką cenę 

uniknąć zwarcia. To właśnie pusta ręka Kianga uderzyła go przed chwilą, niemal pozbawiając 

przytomności. Nie mógł dopuścić, by się to powtórzyło.

Odczekawszy, aż przeciwnik znajdzie się prawie nad nim, Nimec kopnął go 

dwukrotnie w splot słoneczny. Usłyszał uderzenia buta w ciało potężnego pirata, zobaczył, że 

wielkolud zatacza się i pochyla, nie mogąc złapać tchu, i niewiele się namyślając, poprawił 

kolejnym kopniakiem w to samo miejsce.

Ibanin cofnął się o krok i Nimec wykorzystał to, by oderwać się od ściany. Tańczył 

teraz jak bokser, łapiąc rytm i zbierając siły. Ale okazało się, że pirat jest o wiele zwinniejszy 

i szybszy, niż mogłaby na to wskazywać masa jego ciała. Pochyliwszy głowę, niczym 

rozwścieczony byk ruszył taranem na Nimeca.

Ten próbował uskoczyć w bok, ale spóźnił się o włos. Twarde, żylaste przedramię 

trafiło go z ogromną siłą, odrzucając do tyłu głowę. Poczuł krew na ustach, kolana ugięły się 

pod nim odrobinę. Ibanin uderzył go raz jeszcze, tym razem łokciem w gardło. Nimec 

zacharczał, a oczy niemal wyskoczyły mu na wierzch.

Wielkie łapska Xianga zacisnęły się na jego głowie, a potężne, grube palce zamknęły 

jak w klatce jego policzki i szczękę. Nimec uniósł ręce i wsunął je między ramiona 

przeciwnika. Chwycił jego nadgarstki i posługując się całą siłą, jaka mu jeszcze pozostała, 

spróbował oderwać je od swej głowy. Na gigancie nie zrobiło to jednak wrażenia. Nie 

puszczając czaszki Nimeca, uniósł go, wszedł z nim do spichrza i rzucił o ścianę z taką siłą, 

że aż zatrzęsła się cała konstrukcja.

Przysunął twarz do twarzy szefa ochrony. Drżały mu policzki, oczy błyszczały 

złośliwie. Miał nieprzyjemny, świszczący oddech.

background image

- Zachciało ci się ze mną walczyć, to skręcę ci teraz twój pieprzony kark - warknął, 

potrząsając gwałtownie Nimecem i uderzając jego głową o ścianę. - Tu i teraz, jak zrobiłem to 

z poprzednim Amerykaninem.

Nimec otworzył szeroko oczy. Niespodziewanie serce zabiło mu mocniej, szybciej. 

Słyszał je tak wyraźnie, jakby jego odgłos miał za chwilę wypełnić cały wszechświat. 

Jak zrobiłem to z poprzednim Amerykaninem. Charcząc z wysiłku, raz jeszcze złapał 

nadgarstki pirata i zaczął odpychać go od siebie, odpychać... 

Tu i teraz.

Z poprzednim Amerykaninem. Pchał coraz mocniej...

Przez chwilę zdawało mu się, że nigdy nie wyrwie się z jego uścisku. A potem, jakby 

cudem, uwolnił się od niego.

Zebrawszy resztki sił, kopnął Xianga w krocze. Pirat puścił jego głowę, a Nimec 

natychmiast trzasnął go pięścią w twarz. Wykorzystując moment zaskoczenia, uderzył raz, 

drugi, trzeci.... Wielkolud zaczął się chylić ku ziemi, jednak przyjaciel Rogera Gordiana nie 

odpuszczał i wciąż bił go bez litości. Nie zamierzał dać mu najmniejszej szansy. Myślał tylko 

o tym, że Max nie żyje i że ma oto przed sobą człowieka, który go zabił. Mimo kilku 

potężnych ciosów Ibanin zaskoczył Nimeca. Podniósł się z trudem i odszedł ociężale. W 

chwili, gdy mężczyźni na moment oderwali się od siebie, pirat uniósł ku górze zakrwawioną 

twarz, wykrzywił usta w złośliwym uśmiechu i sięgnął za pasek po lris.

Nimec zamarł, wpatrując się w długie, faliste ostrze, jednak Xiang nie dał mu czasu do 

rozmyślań. Skoczył do przodu ze sztyletem wymierzonym wprost w jego gardło.

Nimec cofnął się o pół kroku, lekko obrócił się na pięcie lewej nogi i wyciągnął przed 

siebie ręce. Prawą zdołał schwycić przedramię tej ręki, w której tkwił sztylet. Lewą zacisnął 

na łokciu olbrzyma i błyskawicznie wykręcił mu dłoń. Natychmiast zrobił kolejne pół kroku 

do przodu. Wykręcając rękę pirata, przyciągając jednocześnie Kianga do siebie, zanurzył 

sztylet w jego piersi, kierując ostrze ku sercu.

Jeszcze przez kilka długich sekund Xiang stał i z malującym się na twarzy 

niedowierzaniem wpatrywał się w rękojeść, która wystawała z jego klatki piersiowej. 

Wreszcie upadł twarzą na ziemię.

Nimec cofnął się, oddychając ciężko. Ból ran zadanych mu przez pirata wzmagał się z 

każdą chwilą. Popatrzył na martwego olbrzyma.

Na szczęście to był już koniec.

background image

EPILOG

- Zaledwie kilka dni temu siedziałem tutaj i wyjaśniałem komuś, że wiem o 

przestępstwach Marcusa Caine'a, ale nie mogę ich udowodnić - mówił Gordian. Trzymał rękę 

na leżącym na biurku miniaturowym magnetofonie cyfrowym. - Teraz, dzięki tobie, mam już 

te dowody.

- I dzięki Maxowi - dodała siedząca naprzeciw niego Kirsten. - Gdyby nie on, nigdy 

bym ich nie zdobyła. A szczerze mówiąc, do dzisiaj prawdopodobnie oszukiwałabym się, 

twierdząc, że w Monolith nie dzieje się nic dziwnego.

Gordian popatrzył na nią. Jego szczere, niebieskie oczy napotkały jej ciemnobrązowe.

- Może jeszcze przez jakiś czas. Ale prędzej czy później to by się skończyło. I 

zrobiłabyś to, co zrobiłaś - powiedział.

Kirsten wzruszyła ramionami. Przez chwilę milczeli, siedząc tylko we dwoje w jego 

gabinecie. W oknie za plecami Gordiana w popołudniowym smogu rysował się w oddali 

Mount Hamilton, potężny i zarazem dziwnie łagodny.

- Pewnie ma pan rację - przyznała w końcu. - W końcu cały czas przez moje biurko 

przewijały się ogromne, nieuzasadnione wypłaty dla amerykańskich lobbystów. Kwoty 

znacznie przekraczające to, co rzeczywiście powinni otrzymywać za usługi świadczone na 

rzecz Monolith. A kiedy zaczęłam się im bliżej przyglądać, zauważyłam, że za każdym razem 

przelewy następowały po wizycie w moim departamencie kogoś związanego z bankiem 

Canbery w Indonezji. - Znów wzruszyła ramionami. - Każdy, kto miałby otwarte oczy, 

zorientowałby się, że wszystkie te pieniądze były przeznaczone na korumpowanie 

amerykańskich polityków. Grupa, na której konto je przelewano, została wynajęta po to, żeby 

naciskać w Waszyngtonie na zniesienie wszelkich zakazów dotyczących technik szyfrowania. 

Jednak dopiero wtedy, gdy wspomniałam o tym Maxowi, przestałam zamykać oczy na tę 

oczywistą prawdę.

- I to właśnie Max cię namówił, żebyś zaczęła szukać w komputerowych bazach 

danych Monolith Technologies dowodów przekupstwa.

- Namówił mnie też, żebym umieściła magnetofon w gabinecie dyrektora wydziału 

łączności globalnej. - Potrząsnęła głową. - Aż mi się nie chce wierzyć, jacy oni byli 

nierozważni. To znaczy wchodziłam tam każdego dnia rano przed pojawieniem się szefa, 

wsuwałam magnetofon za kanapę, po czym wyciągałam go stamtąd między jego wyjściem do 

domu a rozpoczęciem pracy przez sprzątaczkę. I tak to wyglądało codziennie przez dwa 

background image

miesiące.

- Ludzie, którzy wystarczająco długo unikają kary za morderstwo, stają się 

nieostrożni. Robią się aroganccy i zaczynają myśleć, że nic i nikt nie może dobrać się im do 

skóry. W efekcie mamy pół tuzina nagrań rozmów, które toczył dyrektor z Nga Canberą o 

tych płatnościach... oraz kilka rozmów na ten sam temat z Marcusem Caine'em. Czasami 

nawet twój poprzedni szef mówił głośno i wyraźnie.

- Szef Monolith Technologies osobiście sugerował im, których urzędników rządowych 

należy przekupić. To naprawdę niewiarygodne - dodała Kirsten.

Znowu przez chwilę milczeli. Wreszcie Gordian pochylił do przodu, złączył palce na 

biurku i spojrzał stanowczo na Kirsten.

- Kirsten, nie zaprosiłem cię tu, do Stanów, dlatego, że chciałem, byś sama przekazała 

mi magnetofon i nagranie. Pragnąłem ci powiedzieć, jak bardzo cenię to, co zrobiłaś. Chcia-

łem też, żebyś wiedziała, iż byłbym zaszczycony, gdybyś zdecydowała się przyjąć ofertę 

pracy w UpLink. Zatrudnię cię w każdym dziale, który sobie wybierzesz - powiedział.

Uśmiechnęła się nieznacznie.

- To bardzo wspaniałomyślna oferta... ale mam nadzieję, że nie obrazi się pan, jeśli z 

niej nie skorzystam, przynajmniej teraz. Potrzebuję trochę czasu dla siebie. Czasu, żeby... 

dojść ze sobą do ładu. Rozumie mnie pan?

Wciąż nie odrywał od niej wzroku.

- Tak, tak, rozumiem. O ile ty zrozumiesz, że moja oferta wciąż jest aktualna i że 

zawsze możesz zmienić zdanie i ją przyjąć. I o ile zrozumiesz, że ja nigdy nie zapominam o 

przyjaciołach - odparł.

Kirsten pokiwała głową, a jej uśmiech stał się znacznie szerszy. Był szczery i śliczny i 

Gordian pomyślał, że wie doskonale, co w tej dziewczynie ujrzał Blackburn.

- Więc chcesz wrócić do Singapuru? - spytał. Przez chwilę milczała, po czym znów 

skinęła.

- Przynajmniej na jakiś czas. Ale nim wyjadę, muszę jeszcze załatwić coś w Ameryce.

Armitage siedział w swoim gabinecie przy automatycznej sekretarce. Jego oczy 

spoglądały ze zniszczonej twarzy z chłodną żywotnością, która zdawała się żądać dla siebie i 

pożerać wszystko, co tylko pozostało z jego siły życiowej - żądała tego niczym małe, uparte 

stwory wydobywające się ze sterty śmieci i żywiące się wszelkimi odpadkami.

Tego ranka czekało na niego kilka wiadomości od Marcusa Caine'a, a na każdym 

kolejnym nagraniu głos szefa Monolith był coraz bardziej przerażony i pełen desperacji.

background image

Dosyć tego, pomyślał.

Będąc już więźniem zamierającego ciała i wózka inwalidzkiego, chciał się pozbyć 

zbędnego obciążenia. Zmaganie się ze zbliżającą się doń nieuchronnie śmiercią zupełnie mu 

wystarczało.

- Usunąć wiadomości - powiedział głośno, uruchamiając urządzenie z reagującym na 

głos mikroprocesorem, które wyprodukowano w jednej z fabryk Monolith w San Jose. Przez 

chwilę jeszcze się wahał, ale zaraz podjął kolejną decyzję: polecił zablokować wszystkie 

rozmowy, które będą w przyszłości przychodziły do niego z domu lub z biura Caine'a.

Nie miał zamiaru pogrążyć się razem z Marcusem, gdy wyjdzie na światło dzienne 

jego rola w doprowadzeniu do podpisania traktatu SEAPAC, skandal z finansowaniem 

kampanii i liczne inne obciążające go fakty. Jakiekolwiek powiązania z nim mogły teraz 

stanowić poważne zagrożenie.

Jak szybko wszystko się zmienia... Jeszcze tak niedawno wierzył, że Caine przejmie 

UpLink International i zdobędzie medialny oraz technologiczny monopol, jakiego wcześniej 

jeszcze nikt inny nie osiągnął w jego dziedzinie. Dlatego zdecydował się podać mu na 

srebrnej tacy biotechnologiczne oddziały UpLink. Kto mógł przewidzieć, że Marcus nie 

wygra tej rozgrywki? Kto mógł to przewidzieć?

Marcus rozczarował go, zawiódł na całej linii.

Ciężko wciągnął powietrze ustami, po czym wypuścił je z głośnym sykiem. 

Prawdopodobnie ALS w końcu go dostanie. Prawie na pewno nie potrwa to już długo. Chciał 

jednak pożyć choć tyle, by przed śmiercią ujrzeć upadek Caine'a...

Bez wątpienia napisze jeszcze na ten temat wiele interesujących artykułów. 

Artykułów, które z pewnością będą szeroko komentowane.

- Tutaj jest to, czego chciałeś. Możesz wszystko sprawdzić, jeśli masz ochotę.

Marcus Caine siedział na obitej skórą sofie w swoim gabinecie. Po jego prawej ręce 

widać było uchylony fragment mahoniowej boazerii odsłaniający sejf ścienny.

Mężczyzna, do którego się zwrócił, przeszedł przez pokój i zajrzał do sejfu. Wsunął 

do środka dłoń, wyciągnął obwiązaną banderolą paczkę banknotów, przesunął palcem po ich 

krawędziach, a następnie odłożył ją na miejsce i jeszcze przez jakiś czas zaglądał do skrytki.

- W środku jest ponad milion dolarów w gotówce. Poza tym trochę świecidełek... 

diamentów, bo moja droga małżonka zawsze kochała diamenty. Są warte o wiele więcej niż te 

pieniądze.

Mężczyzna spojrzał na Caine'a. Był niskiego wzrostu, miał drobne wąsiki i szare oczy, 

background image

których kolor doskonale pasował do barwy jego sportowej marynarki.

- Jest pan pewien, że chce, żebym to zrobił? - zapytał.

Caine rozłożył ramiona na oparciu sofy, wydął policzki i zaśmiał się. Jego śmiech był 

głośny i chrapliwy, przypominał raczej odgłosy wydawane przez wrony.

- W czym problem, przyjacielu? Boisz się, że spieprzysz sprawę, tak jak spieprzyli ją 

twoi kumple na lotnisku? Albo w Sacramento? Chciałbyś jeszcze o tym porozmawiać?

- Nie ma powodu, by mówił pan do mnie tym tonem - zaprotestował mężczyzna. - To 

były bardzo trudne zadania.

Caine znów zaśmiał się chrapliwie.

- Więc przekonamy się, czy uporasz się z łatwym - powiedział. - Tylko tym razem 

zapracuj na swoją wypłatę. A przy okazji zaoszczędź mi poniżenia, jakim stałby się dla mnie 

najbliższy rok. Nie chcę być gwiazdą telewizyjnych relacji z procesu sądowego i opowiadać 

w udzielanych z więzienia wywiadach o całym moim życiu.

Zapadła cisza.

Mężczyzna przeszedł przez pokój, zatrzymał się przed Caine'em i sięgnął pod 

marynarkę. Po chwili wyciągnął pistolet Heckler & Koch P9S kaliber .45.

Minęło kilka sekund. Stojąc wciąż przed Caine'em, mężczyzna wyciągnął z bocznej 

kieszeni tłumik i powoli nakręcił go na lufę.

- Czy ma dla pana znaczenie, w jakiej pozycji znajdzie pana żona? - zapytał.

Caine wyprostował się i ściągnął ramiona z oparcia. Udawany humor opuścił go, w 

oczach stanęły mu łzy. Zacisnął ze złości usta.

- Zapracuj na swoją wypłatę - rzucił. - Niech znajdzie jak najwięcej krwi.

Mężczyzna pokiwał głową, opuścił pistolet i oparł lufę o głowę Caine'a.

Słychać było jeszcze tylko jeden oddech Marcusa Caine'a, a po nim jeden po drugim 

stłumione odgłosy, z jakimi kule - jedna po drugiej, aż do opróżnienia magazynka - 

opuszczały lufę pistoletu.

Wykonawszy zadanie, mężczyzna schował broń pod marynarkę, obszedł kanapę i 

wrócił do sejfu. Szybko go opróżnił, przenosząc całą zawartość do swojej walizeczki.

Wychodząc z pokoju, na chwilę zatrzymał się w drzwiach. Popatrzył na zwłoki oraz 

na krew ściekającą po ścianach i.sofie. A potem z wyraźnym zadowoleniem pokiwał głową.

Masz dokładnie to, za co zapłaciłeś, pomyślał.

Bardzo elegancka inskrypcja na kamieniu nagrobnym była ' cytatem z Wordswortha

4

:

4 William Wordsworth: Oda:Przeczucie nieśmiertelności pamiętane z wczesnych lat dzieciństwa. [W:] Od 
Chaucera do Larkina, 
przeł. Stanisław Ba-rańczak. Wyd. Znak, Kraków 1993, s. 280.

background image

O CO ZA RADOŚĆ! ŻE W POPIELE

ŻAR NIE DO KOŃCA SIĘ DOPALA,

ŻE Z PIERZCHAJĄCYCH DNI TAK WIELE

DUSZA PAMIĘTA I OCALA!

Przeczytawszy te słowa, Kirsten otarła dłonią zapłakane oczy.

- Ja także pamiętam, Max. Pamiętam - powiedziała.

Za jej plecami czekał w absolutnej ciszy Pete Nimec. Stał w cieniu japońskich klonów 

zasadzonych obok grobu, w którym spoczął Max Blackburn. Jego ciało przewieziono 

samolotem z Malezji natychmiast po tym, jak zostało zidentyfikowane.

Kirsten uklękła na ziemi, którą usypano na grobie. Wciąż jeszcze była świeża, luźna.

- Atman i brahman - powiedziała. - Czasami, Max, potrzebujemy iluzji, żeby zobaczyć 

prawdę taką, jaką potrafimy przyjąć. I chociaż nie jestem tego pewna, myślę czasem, że tego 

właśnie nie rozumiałeś i dlatego tak łatwo sprzedałeś swoją skórę. Czułeś się winny, 

ponieważ poprosiłeś mnie o dokonanie trudnego wyboru, i to poczucie winy cię pogrążyło. - 

Poczuła, jak łzy ciekną po jej policzkach. - Sprawy mają się tak, Max, że wierzę, iż Roger 

Gordian ma rację. A ty ukazałeś mi prostą drogę do mojego sumienia. I do mojego serca.

Słona łza spoczęła delikatnie na jej wargach. Kirsten zdjęła ją czubkami palców, a 

potem dotknęła nimi wyrytego w kamieniu imienia Maxa.

 - To, czego doświadczyliśmy... to był brahman, mój ukochany - wyszeptała. - To było 

prawdziwe.

Kirsten klęczała jeszcze kilka minut przy grobie z zamkniętymi oczami. Sprawiała 

wrażenie, jakby się modliła albo odpoczywała.

Wreszcie wstała, odwróciła się od grobu i powoli podeszła do Pete'a Nimeca.

- Wszystko w porządku? - zapytał łagodnie. Spojrzała na niego i lekko się 

uśmiechnęła.

- Będzie - powiedziała.

THE END


Document Outline