background image

Anne–Lise Boge 

 

GRZECH PIERWORODNY XXV 

 

BARWY NADZIEI 

 

Wydarzenia przedstawione w serii powieściowej „Grzech pierworodny" rozgrywają się w 

gospodarstwie należącym do rodziny mojej matki. Dwór, przyroda, postaci i tło kulturowe są 
autentyczne. Chciałabym jednak zaznaczy
ćże ani ludzie, ani cała historia opisana w serii nie 
maj
ą żadnego związku z rzeczywistością. To powstało w mojej wyobraźni. 

 
ROZDZIAŁ 1. 
  
-  Samuel - wyszeptała Mali ochryple. Nogi uginały się pod nią. Serce tłukło się w piersi. - 

Samuel Langmo! 

-  Nie  do  końca  -  odparł  mężczyzna  z  uśmiechem.  Z  chłodnym  uśmiechem,  który  nie 

obejmował  jego  zimnych,  niebieskich  oczu.  -  Nazywam  się  Ansgar  Langmo,  jestem 
młodszym bratem Samuela. Ale widzę, że przyjechałem  we  właściwe miejsce. To musi być 
Stornes. 

Mali  głęboko  wciągnęła  powietrze.  Mocno  trzymała  się  kolumny  podtrzymującej  dach 

ganku,  bo  jej  nogi  utraciły  wszelką  siłę.  Słowa  obcego  mężczyzny  wolno  osiadały  w  jej 
mózgu. To nie jest Samuel. 

Strach ją opuszczał. Oczywiście, że to nie może być Samuel, pomyślała, wpatrując się w 

niego.  Przecież  Samuel  nie  żyje.  Ale  Ansgar  Langmo  był  potwornie  podobny  do  swojego 
brata.  To  dokładnie  ten  sam  typ  człowieka,  typ,  którego  Mali  nauczyła  się  nienawidzić  i 
gardzić nim w ciągu tego niespełna półtora roku, kiedy znała Samuela Langmo, męża Ruth. 
Więcej czasu nie potrzebował, by zniszczyć moją córkę, myślała przygnębiona. 

Wspomnienia spadły na nią niczym chmara czarnego ptactwa, na krótką chwilę zamknęła 

oczy. Czego ten człowiek tutaj szuka? 

-  Czego ty chcesz? - spytała. 
-  No,  różnych  rzeczy  -  odparł  z  wahaniem.  -  Przez  te  wszystkie  lata,  jakie  upłynęły  od 

ś

mierci  Samuela,  pragnąłem  zobaczyć,  jak  żył  i  działał  w  ostatnim  okresie  swojego  życia. 

Poza tym mam tutaj bratanicę. Marię Magdalenę. Bardzo bym chciał ją zobaczyć. To jedyne 
dziecko mojego brata. Czy to takie dziwne? 

-  Zajęło ci wiele lat uświadomienie sobie, czego pragniesz - rzekła Mali cierpko. - Jakoś 

nie  mieliśmy  od  ciebie  żadnych  wiadomości,  a  teraz  mija  już  dziesięć  lat,  odkąd  Samuel 
pojawił się w naszej wsi. Wiem, że pięć lat trwała wojna, mimo to jednak... 

Niedokończone zdanie zawisło w powietrzu. 
Przez twarz gościa przemknął rumieniec, on sam stał, przestępując niespokojnie z nogi na 

nogę. Po chwili jednak się opanował, był taki jak wcześniej, gładki i chłodny. 

-  Długo  nie  byłem  w  stanie  rozgrzebywać  sprawy  tej  tragicznej  śmierci  -  oznajmił.  - 

Nigdy jednak nie uzyskałem rzeczowej odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób umarł mój brat. 

-  To nigdy nie była tajemnica - rzekła Mali krótko. - On spadł ze schodów i skręcił sobie 

kark. Wszyscy to wiedzą. 

background image

-  Owszem, owszem, słyszałem o tym. Ale że jego żona jakoby zmarła tej samej nocy... z 

tego, co słyszałem, skoczyła do fiordu, prawda? 

Mali  poczuła,  że  żołądek  się  jej  kurczy.  Miała  wrażenie,  że  ten  człowiek  depcze  coś 

ś

więtego,  wypowiadając  imię  Ruth.  On  nie  ma  do  tego  prawa,  myślała  wzburzona.  Żaden 

Langmo nie ma prawa wdzierać się do naszego domu i rozgrzebywać wciąż bolesnych ran. 

Młoda kobieta, która stała nieco z boku, podeszła wolno do Mali. Musi być dużo młodsza 

od  swego  męża,  pomyślała  Mali.  Serce  ją  zabolało,  kiedy  dostrzegła  przerażone  spojrzenie 
tamtej  i  jej  skuloną  sylwetkę.  Stała  przed  nią  nieszczęśliwa,  pozbawiona  pewności  siebie 
kobieta i z wahaniem wyciągała rękę na powitanie. 

-  Chyba  i  ja  powinnam  się  przywitać  -  wymamrotała  cicho.  -  Jestem  Gudrun  Langmo, 

ż

ona Ansgara. 

Mali  ujęła  jej  zimną  dłoń.  Kobieta  nie  ma  więcej  niż  trzydzieści  lat,  stwierdziła.  Mniej 

więcej  tyle  samo  miałaby  Ruth,  gdyby  żyła.  A  Ansgar...  domyślała  się,  że  musi  być  po 
czterdziestce. Samuel miałby teraz pięćdziesiąt dwa lata. 

-  Miałem  zamiar  cię  przedstawić  -  burknął  Langmo  zirytowany.  -  Chyba  słyszysz,  że 

rozmawiam z gospodynią? 

Młoda  kobieta  zaczerwieniła  się  i  znowu  niespokojnie  przestępowała  z  nogi  na  nogę. 

Wolno  cofnęła  rękę  i  spuściła  oczy.  Mali  zrobiło  się  jej  żal.  Tak  bardzo  ta  kobieta 
przypominała jej Ruth. Ruth także taka była w obecności Samuela, zamknięta i przestraszona. 

-  Proszę, niech państwo wejdą do środka - zapraszała niechętnie. - Może wypiją państwo 

po filiżance kawy przed odjazdem. 

Ale  nie  miała  najmniejszej  ochoty  ich  gościć.  Najchętniej  kazałaby  im  natychmiast 

odjechać. Nie sądziła, że ma z nimi coś do omówienia, zarazem jednak uznawała, że Ansgar 
Langmo  ma  jakieś  prawo  do  przywitania  się  z  Marileną.  Trudno  bowiem  zapomnieć,  że 
dziewczynka jest jego bratanicą. 

-  Przyjechali nieoczekiwani goście - powiedziała, wchodząc do izby z tymi dwojgiem za 

sobą. 

Havard  spojrzał  znad  gazety.  Zatrzymał  wzrok  na  wysokim  mężczyźnie,  idącym  krok  w 

krok za Mali, i zrobił się trupio blady. Wolno podnosił się z krzesła. 

-  To jest Ansgar Langmo - rzekła Mali pospiesznie. - Jest młodszym bratem Samuela. A to 

Gudrun, jego żona. 

-  Czego ci ludzie tutaj chcą? - głos Havarda brzmiał ostro i gniewnie. 
-  Między innymi chcą zobaczyć Marilenę - poinformowała Mali i stanęła obok Havarda. - 

Ona jest jego bratanicą, wiesz. 

-  A co to znowu za pomysł, żeby tu przyjeżdżać po tych wszystkich latach? 
-  Tak się złożyło - odparł Ansgar Langmo. - Zabrało mi trochę czasu wyjaśnienie, że mój 

brat  umarł  w  takich  tragicznych  okolicznościach  przed  ośmiu  laty.  A  służba,  jaką  pełnię, 
rzuca mnie to w jedno, to w drugie miejsce, więc nie miałem czasu przyjechać. 

-  Służba? 
-  Tak, pracuję jako misjonarz w tym samym zgromadzeniu, do którego należał mój brat. 
-  Siadajcie - zaprosiła Mali. - Ja zaraz zadzwonię do syna i dowiem się, czy by nie przyszli 

do nas na kawę, tak byście mogli przywitać się z Marileną. 

-  Czy to konieczne? - spytał Havard niechętnie. - Marilena czuje się wspaniale tam, gdzie 

jest. Nie ma potrzeby grzebać się w przeszłości dziecka. 

-  A gdzie ona mieszka? - spytał misjonarz, siadając na kanapie, a żona obok niego. 
-  Mieszka  tam,  gdzie  zawsze  mieszkała  –  odparła  Mali.  -  Mieszka  na  Wzgórzu,  to  ten 

dom, który stoi tuż przy drodze. Została prawnie adoptowana przez mojego najstarszego syna 
i  jego  żonę.  Jest  u  nich  od  tamtych  strasznych  wydarzeń...  -  Mali  głęboko  wciągnęła 
powietrze. - To szczęśliwe i radosne dziecko, nasza Marilena - dodała. - I nikt nie może tego 
zepsuć. 

background image

-  Ja nie zamierzam niczego psuć - oznajmił misjonarz. - Zakładam jednak, że dziewczynka 

wie,  kim  byli  jej  prawdziwi  rodzice.  Poza  tym  jest  słuszne  i  właściwe,  by  miała  również 
kontakt z rodziną swojego ojca. 

-  Ona  nigdy  za  takim  kontaktem  nie  tęskniła  -  rzekł  Havard  ostro.  -  I  nigdy  go  też  nie 

potrzebowała. My tutaj we dworze nie życzymy sobie mieć do czynienia z rodziną Langmo - 
dodał  gniewnie.  -  Twój  brat  nie  był  dobrym  człowiekiem,  Ansgarze  Langmo.  On  wpędził 
naszą córkę do grobu. 

Przez chwilę w izbie trwała dzwoniąca w uszach cisza. Potem misjonarz chrząknął. 
-  To bardzo poważne oskarżenie, panie Stornes. 
-  Wcale nie jest od tego mniej uzasadnione - burknął Havard ze złością. 
Langmo wbił w niego swoje lodowate spojrzenie. - Mój brat był człowiekiem Bożym. 
-  Nigdy nie spotkałem nikogo, kto był w mniejszym stopniu człowiekiem Bożym niż on - 

uciął  Havard  krótko.  -  To  wilk  w  owczej  skórze,  oto  kim  był  Samuel  Langmo.  Diabeł  w 
ludzkim przebraniu. 

-  Havardzie... - Mali położyła mu rękę na ramieniu. - To przecież nie ma sensu. 
-  On powinien wiedzieć, jak naprawdę było - warknął 
Havard  ze  złością.  Jego  twarz  przybrała  zacięty  wyraz.  -  Przyjeżdżać  tutaj  i  zaczynać 

jakieś gadanie o rodzinie ojca Marileny... 

Znowu  na  moment  zaległa  cisza.  Ansgar  Langmo  wyciągnął  swoje  długie  nogi  i  usiadł 

wygodniej na kanapie. Jego młoda małżonka przesunęła się niespokojnie. 

-  Nie taki pozostał brat w moich wspomnieniach - rzekł Ansgar. 
-  Nie,  bo  to  były  dwie  natury  w  jednym,  ten  człowiek  -  skinął  głową  Havard.  -  My  z 

czasem też to zrozumieliśmy. 

-  No to ja idę telefonować do Siverta - wtrąciła Mali. - A ty, Ane, nastaw wodę na kawę. 

Bo oni jednak pewnie przyjdą. 

Telefon odebrał Sivert. 
-  Sivert,  przyjechali  do  nas  nieoczekiwani  goście  -  mówiła  Mali  pospiesznie.  -  Wyobraź 

sobie, że w naszej izbie siedzi brat Samuela z przerażoną żoną. I on chce zobaczyć Marilenę. 

-  Brat Samuela Langmo? Misjonarza? 
-  Tak jest. 
-  Ale czego on tu, na Boga, szuka po tylu latach? 
-  Gada coś o rodzinie ojca Marileny, upiera się, że ma prawo się z nią spotkać. 
-  Niech się zabiera i stąd wynosi! 
-  No ale już przyjechał - mówiła Mali. - Chyba może zobaczyć dziewczynkę. Nie możemy 

mu tego odmówić. 

Słyszała,  jak  Sivert  głośno  wciąga  powietrze.  Przez  chwilę  po  drugiej  stronie  panowała 

cisza. 

-  Czemu by to miało służyć? 
-  Nie wiem, chyba niczemu... ale tak musi być, Sivercie, skoro już przyjechał. 
-  Powinna to być krótka wizyta. 
-  Tak, nie muszą tu długo zostawać. Niech się tylko przywita z Marileną i mogą jechać. 
-  Jakim typem człowieka jest ten brat? 
-  Ulepiony z tej samej gliny. Nawet jest też misjonarzem. Tak samo fałszywy i oślizgły, 

widać to od razu. 

-  Uff, nie wiem, czy go zniosę. 
-  Przyjdźcie tylko z krótką wizytą, Sivercie. Już nastawiłam wodę na kawę. 
-  No trudno. Przyjdziemy. Tylko krótka wizyta - powtórzył. - Bardzo krótka. 
  

background image

Podano kawę, ale rozmowa się nie kleiła. W końcu przyszła rodzina ze Wzgórza. Marilena 

trzymała Tordhild za rękę, a Sivert stał obok, opiekuńczo obejmując dziewczynkę ramieniem. 
Mali pospiesznie wstała. 

-  Proszę bardzo, to jest Marilena - przedstawiła wnuczkę Ansgarowi Langmo. - Marileno, 

a to jest twój wuj, Ansgar Langmo. 

Misjonarz wstał i wyciągnął obie ręce w stronę dziecka. 
-  Maria  Magdalena  -  rzekł  dramatycznym  głosem,  potrząsając  jej  dłońmi.  -  Nareszcie 

mogę cię powitać. 

-  Do mnie się mówi po prostu Marilena - poprawiła dziewczynka. - Prawda, tatusiu? 
-  Oczywiście, że tak - przytaknął Sivert. 
-  A to jest nasz najstarszy syn i jego rodzina - przedstawiła Mali. - To rodzice Marileny. A 

to jest jej starszy brat, Johannes. 

Sivert skinął lekko głową i udał, że nie widzi wyciągniętej na powitanie ręki misjonarza. 

Tordhild uścisnęła ją krótko, bez słowa. 

-  Jaka  ona  jest  podobna  do  mojego  brata  -  zachwycał  się  Langmo,  uśmiechając  się  do 

Marileny. - Jakbym widział go żywego. 

-  Nam to jakoś nigdy nie przyszło do głowy - skomentowała Mali krótko. - Marilena jest 

bardzo podobna do swojej mamy. 

Misjonarz  udał,  że  jej  nie  słyszy.  Położył  rękę  na  głowie  Marileny,  jakby  ją  chciał 

błogosławić. 

-  Do której klasy chodzisz, moje dziecko? 
-  Do drugiej - odparta dziewczynka, usuwając się spod jego ręki. 
-  To pewnie umiesz już czytać? 
-  Umiałam już w zeszłym roku przed świętami Bożego Narodzenia - prychnęła Marilena. 
-  Ja jestem bratem twojego taty - tłumaczył z powagą. - Twojego prawdziwego taty. 
-  Tatuś mi o tym opowiadał - skinęła głową dziewczynka, - Ja nie pamiętam mojego ojca. 

Byłam bardzo mała, kiedy on i mama umarli. 

-  Mimo to nigdy nie powinnaś o nim zapomnieć! 
-  Nie  można  pamiętać  kogoś,  kogo  się  nigdy  nie  znało  -  odparła  Marilena  z  miną  starej 

malutkiej. - Ale ja dużo o nich wiem, i o nim, i o mamie, jeśli o to ci chodzi. 

-  Myślałem, że może miałabyś ochotę przyjechać kiedyś do Oslo w odwiedziny do mojej 

małżonki  i  do  mnie  -  zmienił  temat  i  uśmiechnął  się  do  niej  tym  swoim  nieszczerym 
uśmiechem. - Może latem? 

-  Mowy  nie  ma  -  odparł  Sivert,  ponieważ  Marilena  potrzebowała  czasu  na  odpowiedź.  - 

Nie wyślemy dziecka tak daleko od domu. Do całkiem nieznajomych ludzi. 

-  Przecież ja jestem jej wujem. 
-  To akurat nie jest szczególnie uspokajające - burknął Sivert ponuro. 
-  Teraz  napijemy  się  kawy  -  Mali  próbowała  rozładować  atmosferę.  -  Po  kawie  państwo 

wyjadą,  misjonarz  i  jego  żona  -  dodała  wymownie,  spoglądając  na  Ansgara.  -  Prawda,  że 
państwo się spieszą? 

-  Właściwie mieliśmy zamiar zostać tutaj kilka dni - powiedział gość i ponownie usiadł na 

kanapie. - Mieliśmy taką nadzieję. Chcieliśmy lepiej poznać Marię Magdalenę - dodał. - Jeśli 
jednak to wam nie odpowiada, zatem... 

-  Nie,  nie  odpowiada  -  oznajmił  Havard  krótko,  biorąc  kawałek  ciasta.  -  Jesteśmy  w 

ś

rodku najcięższych prac - dodał. 

-  Niezależnie  od  tego,  kiedy  by  to  było,  to  i  tak  by  nie  pasowało  -  podsumował  Sivert, 

patrząc misjonarzowi w oczy. - Tak po prostu jest. Nie mamy o czym dyskutować - dodał z 
chłodnym spojrzeniem. 

Pili kawę, niewiele mówiąc. Atmosfera była ciężka. Kiedy skończyli, Sivert wstał. 
-  No to my wracamy do domu - oznajmił. - Do widzenia, panie misjonarzu. 

background image

-  Do widzenia - dygnęła Marilena. 
Langmo zerwał się na równe nogi. Położył obie ręce na głowie dziewczynki i na moment 

przymknął oczy. 

-  Niech cię Bóg błogosławi, dziecko - mówił półgłosem. - Niech cię Bóg błogosławi. 
Marilena  patrzyła  wytrzeszczonymi  oczyma  na  mężczyznę  stojącego  przed  nią  i 

trzymającego  dłonie  na  jej  głowie.  Po  chwili  odwróciła  się  i  wzięła  ojca  za  rękę.  Sivert 
trzymał ją mocno. 

-  Może  tu  jeszcze  przyjdę  po  południu  -  zwróciła  się  Marilena  do  babki.  -  A  gdzie  jest 

Mała Mali? 

-  Poszła do Granvold, do Trygvego i Ruth Margrethe. 
-  Och,  czy  ja  też  tam  mogę  iść,  ja  też?  -  prosiła,  pociągając  matkę  za  spódnicę.  - 

Mogłabym, mamo? 

-  No  to  leć  -  uśmiechnęła  się  Tordhild.  -  Jedno  dziecko  w  tę  czy  w  tę  w  takim  dużym 

dworze nie robi różnicy. Przynajmniej na chwilę - dodała, mrugając do Mali. 

-  Cóż,  państwo  też  wyjeżdżają  -  powiedział  Havard  dość  niegrzecznie  do  gości,  kiedy 

Sivert z rodziną znalazł się już za drzwiami. 

-  Musimy sobie jednak zamówić jakąś podwodę - bąkał Langmo. - Zechciałaby pani może 

zadzwonić po kogoś, pani Stornes? Przyjechaliśmy tutaj bryczką, bo tak było wygodniej. Ale 
chyba są tu również prawdziwe taksówki, prawda? 

-  Oczywiście, że są. Dokąd pojedziecie? 
-  Chyba  zostaniemy  w  Surnadalen  na  noc,  tak  sądzę,  a  jutro  rano  wyruszymy  dalej  do 

Trondheim.  Chciałbym  odwiedzić  tutejsze  zgromadzenie,  zanim  wrócimy  do  Oslo.  Przykro 
mi, że nie będę mógł więcej spotkać mojej bratanicy - dodał, przygładzając włosy. - Miałem 
nadzieję... 

Niedokończone zdanie zawisło w powietrzu, nikt go jednak nie skomentował. 
-  No to idę zadzwonić po taksówkę - rzekła Mali. - Samochód przyjedzie natychmiast. 
-  Jaka  to  nieprzyjemna  wizyta  -  mruknął  Havard,  kiedy  samochód  w  końcu  opuścił 

podwórze. - Że też ja musiałem jeszcze raz w życiu spotkać jakiegoś Langmo... 

-  Ja również czuję się okropnie - potwierdziła Mali, ujmując go pod ramię. - I jaki on jest 

strasznie  podobny  do  tego  Samuela.  Miałam  wrażenie,  że  widzę  upiora.  -  Przeniknął  ją 
lodowaty dreszcz mimo letniego słońca. - Myślę jednak, że nikt nigdy nie był tak źle przyjęty 
w tym dworze - dodała. - Chyba trochę przesadziłeś. 

-  Żaden  Langmo  nie  będzie  u  nas  dobrze  witany  -  odparł  Havard  ponuro.  -  W  każdym 

razie  nie  taki  oślizgły  typ  jak  ten  misjonarz.  On  jest  ulepiony  z  tej  samej  gliny  co  brat,  czy 
sama tak nie mówiłaś? 

Mali skinęła w milczeniu. 
-  Że  też  myśmy  się  wtedy  nie  domyślali,  jakim  strasznym  człowiekiem  jest  Samuel  - 

powiedziała wolno po chwili. - Że też nie wtrąciliśmy się, zanim zrobiło się za późno! 

-  A ja myślę, że i tak nic nie moglibyśmy zrobić - zaprotestował Havard. - Ruth przecież 

nie chciała powiedzieć ani słowa o tym, jak się sprawy mają. 

-  Mimo wszystko my powinniśmy byli rozumieć. 
-  Nie  ma  sensu  teraz  się  nad  tym  zastanawiać  -  westchnął  Havard.  -  Jest  już  za  późno, 

Mali. 

Stali  jeszcze  przez  chwilę  na  dziedzińcu i  patrzyli  w  ślad za  obłokiem  kurzu,  wzbijanym 

przez odjeżdżający samochód. 

-  A  ja  myślałam,  że  Oja  wróci  szybciej  -  zmieniła  temat  Mali.  -  Miał  pojechać  tylko  do 

Gjelstad, żeby przywieźć stamtąd Helene, ale... 

-  Pewnie został zaproszony na kawę. 
-  Możliwe  -  przyznała  Mali:  -  Nie  pomyślałam  o  tym.  Poza  tym  jednak  jest  pewien 

problem z Oją i Helene - dodała. 

background image

-  To się jakoś ułoży - uspokajał ją Havard. 
-  No nie wiem... on tak zdecydowanie chce ją zdobyć, ona natomiast wcale nie jest pewna, 

co do niego czuje. Poza tym jest taka młoda, przecież wiesz. 

-  Na pewno wszystko się ułoży, muszą się tylko lepiej poznać - uważał Havard. - A jeśli 

do niczego nie dojdzie... cóż, Oja jakoś to mimo wszystko przeżyje. 

-  Och, z pewnością przeżyje - westchnęła Mali. - Ale teraz jest taki radosny i ożywiony, 

nigdy taki nie byt, odkąd Herborg odeszła.  I przestał pić. W każdym razie nie zauważyłam, 
ż

eby to robił. 

Havard uniósł brwi. 
-  Przecież on chyba nigdy nie pił tak, żeby to stanowiło jakiś problem? 
-  Nie, ale jednak popijał. 
-  Dobrze, dobrze - zgadzał się Havard. - Myślę jednak, że nie powinnaś się tym martwić, 

Mali. On po prostu szukał pociechy po stracie Herborg. 

-  Picie w takiej sytuacji jest zawsze najgorszym rozwiązaniem, Havardzie. Niezależnie od 

tego, czy człowiek pije dużo czy mało. 

-  Zgadzam się z tobą. Ale przecież mówisz, że to minęło. 
-  Boję się, żeby nie zaczął od nowa! Gdyby Helene powiedziała „nie", to miałam na myśli. 
-  Nie możesz martwić się tyloma sprawami naraz, moja kochana - powiedział, obejmując 

ją  ramieniem.  -  Chodź,  wracajmy  do  domu  i  wypijmy  jeszcze  po  filiżance  kawy,  skoro 
pozbyliśmy się tego okropnego misjonarza. 

Mali  po  raz  ostatni  spojrzała  na  drogę,  by  się  upewnić,  czy  nie  zobaczy  tam  bryczki  ze 

Stornes, ale droga była pusta. Westchnęła cicho. Potem poszła za Havardem do domu. 

Nagle przeniknął ją lodowaty dreszcz. We wsi mają nowego lensmana, nastał po tym, jak 

stary odszedł jesienią na emeryturę. Czy ten nowy lensman wie, co się właściwie stało tamtej 
nocy, kiedy Samuel i Ruth umarli? Czy powinni porozmawiać o tym w jego biurze? A co by 
było, gdyby Ansgar Langmo nawiązał kontakt z lensmanem? 

Odepchnęła  od  siebie  złe  myśli.  Z  pewnością  widzieliśmy  Langmo  po  raz  ostatni, 

zapewniała sama siebie, oddychała jednak z trudem. 

   
ROZDZIAŁ 2. 
  
Kiedy  Oja  wjechał  na  dziedziniec  w  Gjelstad,  cała  rodzina  siedziała  na  dworze  przy  tej 

pięknej letniej pogodzie. Duży stół z okrągłym kamiennym blatem nakryto obrusem, stały na 
nim filiżanki do kawy, w powietrzu unosił się zapach świeżych wafli. 

-  Przyjeżdżasz akurat na kawę - uśmiechnęła się Helga Gjelstad, kiedy Oja uwiązał konia i 

szedł  ku  nim.  -  Postanowiliśmy,  że  dzisiaj  wypijemy  ją  tu.  Usiądziesz  z  nami  na  chwilę, 
prawda? Chyba nie musicie w pośpiechu wracać do domu, ty i Helenę? 

-  Nie, chętnie najpierw wypiję filiżankę kawy - podziękował Oja. - Zwłaszcza przy takiej 

pięknej pogodzie. 

-  No właśnie, to najlepsza pogoda na sianokosy - cieszyła się Helga. - Dużo już zrobiliście 

w Stornes? 

-  No, rzeczywiście sporo. 
-  My też. Jeśli pogoda się utrzyma, to wkrótce będziemy zwozić suchutkie siano. 
W tej samej chwili z domu wyszła Helene z tacą, na której niosła salaterki pełne konfitur i 

ś

mietany. Za nią szła inna młoda dziewczyna, bardzo do niej podobna. Oja domyślił się, że to 

musi być Elise, siostra Helene, która służy w Gjelstad. Z daleka widać, że są siostrami. 

Helene uśmiechnęła się na jego widok i skinęła uprzejmie głową. Oję przeniknęła dziwna 

radość, zaczął szybciej oddychać. Serce tłukło mu się w piersi gwałtownie. 

-  Witaj - powiedział trochę ochrypłym głosem. 
-  Witaj, już przyjechałeś? 

background image

-  Tak,  ja...  -  niespokojnie  pogładził  włosy.  -  Helga  telefonowała  i  powiedziała,  że 

przyjechałaś tutaj, więc ja... 

-  Ale najpierw wszyscy napijemy się kawy - szczebiotała Helga. 
-  Przywitaj się z moją siostrą - powiedziała Helene, popychając tamtą młodą dziewczynę 

do przodu. - To jest Elise. 

Oja wyciągnął do niej rękę i skłonił się lekko. Elise Eide była ładną panną, ale pod żadnym 

względem nie mogła się równać z Helene, w każdym razie nie w oczach Oi. 

-  Słyszałam o tobie - powiedziała uprzejmie. - I o twojej córeczce, Małej Mali. 
Oja się zarumienił. Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Helga zapraszała go, by usiadł przy 

stole. - A ty, Elise, powiedz Oddleivowi i Birgit, że kawa już gotowa - poleciła. - Jeśli chcą 
się z nami napić, to powinni zaraz przyjść. 

Oja usiadł obok Helene. 
-  No i jak tam z twoim tatą? - spytał. - Poprawiło mu się trochę? 
-  Byliśmy u doktora - odparła Helene. - On uważa, że to coś z żołądkiem. Ale nic więcej 

nie  wiemy.  Tata  wstaje  już  teraz  z  łóżka  i  próbuje  trochę  chodzić,  ale  nie  czuje  się  jeszcze 
dobrze. 

-  No to co będzie z sianokosami? Skoro twój tata nie jest całkiem zdrowy... 
-  Wynajęliśmy młodego chłopaka. 
Oja popatrzył na nią pytająco. - Ale na to pójdą pewnie twoje pieniądze, które zbierasz na 

szkołę? 

Lekki grymas przemknął po twarzy Helene. Spojrzała na niego uważnie. 
-  Najważniejsze, żeby tata wyzdrowiał - rzekła, nie odpowiadając wprost na pytanie, które 

Oja jej zadał. 

-  Elise pojedzie znowu do domu na niedzielę, żeby pomóc. A potem zobaczymy... 
Oja poczuł skurcz w gardle. Musiał odchrząknąć. 
-  No a ty? - spytał. - Czy ty zostaniesz w Stornes? 
-  Tak, na razie mogę zostać. 
Odczuł taką ulgę, że zrobiło mu się gorąco. Bał się, że ją utraci. Tego by nie zniósł, gdyby 

Helene musiała wrócić do domu, zanim postanowi coś konkretnego w ich sprawie. Bo Oja nie 
stracił nadziei, że Helene odpowie mu „tak", kiedy tylko lepiej się zastanowi. 

Dwoje  dzieci,  okrążywszy  dom,  skierowało  się  ku  nim,  biegnąc  przez  podwórze.  -  Czy 

dostaniemy soku i ciasta, babciu? 

Helga podeszła do stołu, a dzieci biegły za nią. Był to chłopiec i dziewczynka, jasnowłosi i 

sympatyczni. Chłopiec musi być mniej więcej w wieku Małej Mali, pomyślał Oja. Słyszał o 
tym, że Oddleiv Gjelstad ma już i chłopca, i dziewczynkę. 

-  Tak, jest i sok, i ciastka - obiecywała Helga, przysuwając sobie krzesło. - A mama z tatą 

nie przyjdą? 

W tej samej chwili na podwórzu ukazał się Oddleiv z żoną. Ona niosła na ręku maleńkie 

dziecko. A to oni mają jeszcze jedno, pomyślał Oja zaskoczony. O tym nie wiedział. Matka z 
pewnością  wspominała,  ale  on  na  takie  rzeczy  nie  zwracał  uwagi,  zwłaszcza  jeśli  chodzi  o 
rodzinę z Gjelstad. On i Sivert od dawna nie mieli z tym domem kontaktów, wiedział jednak, 
ż

e Mali i Havard od czasu do czasu odwiedzają Helgę. 

Było  to  przyjemne  spotkanie  przy  kawie  w  nadzwyczaj  piękny  letni  dzień.  Rozmowa 

toczyła się swobodnie, co chwila wybuchały śmiechy, czas mijał szybko. 

-  O Boże, w domu zaczną się zaraz zastanawiać - westchnął na koniec Oja i wstał. - My 

będziemy się już zbierać. 

W  niedzielne  popołudnie  nie  musiał  się  tak  spieszyć.  Mógłby  zostać  jeszcze  chwilę,  ale 

bardzo mu zależało na tym, by jak najszybciej  mieć Helene tylko dla siebie. Dni  wydawały 
się takie nieskończenie długie, kiedy wyjechała, i teraz, gdy siedział obok niej, mógł patrzeć 

background image

na jej śliczną buzię, nie był w stanie opanować gwałtownych uczuć, które przepełniały jego 
serce. Helene też się natychmiast podniosła z miejsca. 

-  Zaraz przyniosę swoje rzeczy - powiedziała i poszła w stronę domu. 
-  A  pozdrów  tam  wszystkich  w  Stornes  -  poprosiła  Helga  Oję.  -  Powiedz  mamie,  że 

byłoby miło, gdyby się do nas wybrała. 

-  Dobrze, powiem - Oja skinął głową. - Wątpię jednak, czy do tego dojdzie przed końcem 

sianokosów. Sama wiesz... 

-  O tak, wiem dobrze - roześmiała się Helga. - Ale może w jakieś niedzielne popołudnie? 
-  Dobrze,  dobrze  -  Oja  wypatrywał,  czy  Helene  nie  wychodzi  z  domu.  -  Pozdrowię 

wszystkich.  Zresztą  ja  też  miałem  przekazać  od  nich  pozdrowienia,  ale  zapomniałem 
powiedzieć. 

Helene szła ku niemu przez podwórze z tą swoją małą walizeczką w ręce. Na jasną letnią 

sukienkę włożyła żakiet. 

-  Dziękuję, że mogłam się tu zatrzymać - ukłoniła się Oddleivowi. - I dziękuję za kawę. 
-  Nie  ma  za  co  -  odparła  Helga  uprzejmie.  -  Mamy  tylko  nadzieję,  że  twój  tata  szybko 

wróci  do  zdrowia  -  tak  by  Elise  nie  musiała  nas  na  tak  długo  opuszczać.  Jesteśmy  teraz  od 
niej uzależnieni. 

Kiedy bryczka opuściła podwórze w Gjelstad i wyjechała na drogę, Oja głęboko wciągnął 

powietrze.  Przysunął  się  nieco  bliżej  Helene  tak,  że  jego  udo  znalazło  się  tuż  przy  niej, 
pozwolił koniowi iść wolno i spokojnie. 

-  Bardzo mi się dłużył ten czas bez ciebie - przyznał, zerkając na dziewczynę. - Mała Mali 

też wciąż się o ciebie dopytywała. 

-  Naprawdę? - Helene zwróciła ku niemu twarz i uśmiechnęła się. 
Błysnęły mu białe zęby i roześmiane szarozłociste oczy. 
-  Chyba  nie  dojdzie  do  tego,  że  ty  też  będziesz  musiała  często  jeździć  do  domu,  ze 

względu na chorobę ojca? 

-  Zobaczymy,  jak  to  z  nim  będzie.  Na  razie  jednak  dadzą  sobie  radę  z  pomocą  Elise. 

Zwłaszcza że mamy do pomocy tego chłopaka - dodała. 

-  Ale będzie coś z twojej szkoły jesienią, skoro tak się sprawy mają? 
Oja wiedział, że już o to pytał, ale nie dostał żadnej odpowiedzi. Gdyby Helene miała nie 

pójść  do  szkoły,  to  istnieje  większa  szansa,  że  przyjmie  moje  oświadczyny,  myślał.  Musi 
przecież  zrozumieć,  że  mógłbym  pomóc  również  jej  ojcu,  gdyby  to  się  okazało  niezbędne. 
Gdyby  tylko  chciała...  Muszę  jednak  mieć  się  na  baczności,  żeby  nie  powiedzieć  za  dużo, 
upominał  sam  siebie.  Ona  nie  może  odnieść  wrażenia,  że  została  kupiona,  tak  jak  matka 
mówiła. Rozumiał, że to by było niefortunne pod każdym względem. 

-  O sprawie szkoły to na razie nic jeszcze nie wiadomo - odparła Helene niepewnie. - To 

zależy od tak wielu spraw - dodała przeciągle i Oja poczuł się głupio, że tak ją wypytuje. 

-  A nie tęskniłaś za mną? - wyrwało mu się nieoczekiwanie. 
Naprawdę nie miał zamiaru o to pytać, ale tak jakoś wyszło. 
-  No  wiesz  co,  Oja  -  roześmiała  się  Helene  i  odrzuciła  na  plecy  swój  ciężki  warkocz.  - 

Tęskniłam za wszystkimi w Stornes. Przecież wiesz, że ja się tam bardzo dobrze czuję. Tak - 
dodała z przelotnym uśmiechem, kładąc mu ręce na kolanie. - Za tobą też tęskniłam. Trochę - 
zakończyła zaczepnie. 

Oja zrobił się płomiennie czerwony i cmoknął na konia. Ten się zresztą wcale nie przejął 

rozkazem i dalej wlókł się w tym samym tempie. 

-  Jeśli nie pójdziesz do szkoły jesienią - zaczął - to czym się będziesz zajmować? 
-  Muszę zarabiać pieniądze - odparła i odgarnęła z twarzy jakieś niesforne włosy. - Jeśli 

mama nie będzie mnie potrzebowała w domu. Bo przecież Elise wróci do pracy w Gjelstad. 

-  Ty mogłabyś zostać w Stornes. 

background image

-   Zostałam  przyjęta  tylko  do  czasu  powrotu  zwierząt  z  górskich  pastwisk.  Twoja  mama 

powiedziała mi to wyraźnie. 

-  Ale wszystko zależy od tego, czy Ingeborg poczuje się lepiej. Jeśli nie będzie w stanie... 
-  Zobaczymy, jak nadejdzie odpowiednia pora - przerwała mu Helene. - Wszystko będzie 

zależało od tego, czy ojciec wyzdrowieje. 

-  A czy zastanawiałaś się trochę nad tym, o co cię pytałem? Czybyś zechciała... 
Helene  siedziała  przez  chwilę,  nie  odpowiadając.  Potem  odwróciła  twarz  ku  niemu  i 

przytaknęła z powagą. 

-  Tak, zastanawiałam się nad tym. Ale wciąż jeszcze niewiele wiem. 
Serce Oi przestało na chwilę bić. 
-  Więc nie zależy ci na mnie ani trochę? 
-  Owszem, zależy mi - zapewniła Helene. - Naprawdę bardzo mi na tobie zależy. Ale od 

tego do małżeństwa... małżeństwo to bardzo poważna sprawa, Oja. Ono ma trwać przez całe 
ż

ycie. - Wzięła jego rękę i splotła swoje palce z jego palcami. - A poza tym jest jeszcze Mała 

Mali - dodała. - Nikt nie powiedział, że ona by chciała mieć nową mamę. Pomyślałeś o tym? 

-  Ale ona cię tak strasznie lubi, że... 
-  Owszem,  lubi  mnie,  kiedy  po  prostu  pracuję  w  Stornes.  Wszystko  może  się  zmienić, 

kiedy się dowie, że ty i ja... że my... 

-  Jestem  absolutnie  pewien,  że  nie  będzie  żadnych  problemów  -  wykrzyknął  Oja  z 

przejęciem. - Wprost przeciwnie, dziecko będzie szczęśliwe. 

Otoczył  ramieniem  jej  barki  i  przytulił  ją  do  siebie.  Muskał  wargami  miękki,  ciepły 

policzek. 

-  Jeżeli więc tylko to sprawia, że ty nie chcesz... 
-  Nie,  nie  tylko  to  -  odparła  Helene  pospiesznie  i  odsunęła  się  lekko  od  niego.  -  Ja 

potrzebuję czasu, Oja. 

Oja  westchnął.  Wciąż  ten  czas  i  czas,  wciąż  ta  sama  śpiewka,  że  ona  potrzebuje  czasu. 

Rozczarowanie  i  bezradność  spadły  na  niego  niczym  zimna  woda.  Ona  prawdopodobnie 
spostrzegła,  jak  bardzo  Oja  jest  rozczarowany,  bo  przysunęła  się  do  niego  znowu  i  objęła 
ramieniem jego barki. 

-  Oja, coś ty... 
Jej twarz znalazła się tuż przy jego twarzy. Usta były tak kusząco blisko. Oja gwałtownie 

wziął ją w ramiona i tulił podniecony. Całował ją namiętnie. Helene nie wyrywała mu się, ale 
też nie odwzajemniała pocałunków. Pozwalała mu tylko, by ją całował. Nagle zatrąbił za nimi 
samochód.  Oja  podskoczył  i  obiema  rękami  chwycił  lejce.  Poznał  taksówkę  Hógberga. 
Manewrując  ostrożnie,  sprowadził  bryczkę  na  skraj  drogi,  tak  by  taksówka  mogła  ich 
wyminąć.  Hógberg  pomachał  mu  ręką  na  powitanie,  Oja  odpowiedział  tym  samym.  Z 
zainteresowaniem  przyglądał  się  samochodowi.  Nieczęsto  spotykało  się  te  pojazdy  na 
wiejskich  drogach.  Na  tylnym  siedzeniu  mignęła  mu  jakaś  para.  Ale  samochód  zbyt  szybko 
odjechał,  by  mógł  rozpoznać  kto  to.  Znowu  zerknął  na  Helene.  Ona  odsunęła  się  lekko. 
Tamten  nastrój  już  minął,  pomyślał  Oja,  przeklinając  samochód,  który  mu  przeszkodził. 
Cmoknął na konia i zmusił do szybszej jazdy. Powinien postąpić tak, jak radziła mu matka, i 
czekać. Nic więcej zrobić nie mógł. 

  
-  Czy spotkaliście samochód Hógberga na drodze? - spytał Havard, kiedy Oja wszedł do 

izby. Helene poszła prosto do swojego pokoju, żeby się rozpakować i przebrać. 

-  Tak, spotkaliśmy - przytaknął Oja. - A gdzie on był? 
-  Tutaj - poinformowała Mali krótko. 
-  Tutaj? - Oja patrzył na nią z otwartymi ustami. - A kto to przyjechał tą taksówką? 
-  Zaraz  po  twoim  wyjeździe  mieliśmy  wizytę  niejakiego  Ansgara  Langmo  i  jego  żony  - 

oznajmił Havard. - Misjonarza z Oslo. 

background image

-  Langmo? - Oja patrzył na niego przerażony. 
-  Tak, to brat Samuela. Podobny do niego, że niech to licho porwie. 
-  A czego on, na Boga, tutaj chciał? 
-  Chciał  się  spotkać  ze  swoją  bratanicą.  Tak  przynajmniej  nam  powiedział. 

Umożliwiliśmy  mu  to,  ale  zaraz  potem  pokazaliśmy  drzwi.  Chociaż  on  najwyraźniej 
zamierzał zostać przez kilka dni, ten drań, ale... 

-  Naprawdę nie chciał nic innego? Tylko zobaczyć Marilenę? 
-  Zaczął  coś  gadać  o  tym,  że  nigdy  nie  otrzymał  dokładnych  informacji,  jak  umarł  jego 

brat  -  wtrąciła  Mali,  stojąca  przy  kuchni.  -  Ale  powiedziałam  mu,  że  o  tej  sprawie  nie 
będziemy więcej rozmawiać. Jeśli coś go niepokoi, to niech zapyta lensmana. 

-  Czy  to  pewne,  że  on  nie  zechce  odgrzebywać  sprawy?  -  zastanawia!  się  Oja.  -  My 

przecież mamy teraz nowego lensmana. Gdyby więc tamten... 

-  To  pewne,  tak  -  przytaknęła  Mali.  Mówiła  z  większą  pewnością,  niż  to  sama  czuła. 

Lodowaty chłód, który ogarniał ją zawsze,  gdy o tym myślała, pojawił się znowu.  Lensman 
nie  ma  chyba  nic  więcej  do  powiedzenia  w  sprawie  dawnych  wydarzeń  dotyczących  Ruth  i 
Samuela? Prawdopodobnie w ogóle niewiele o tym wie, pocieszała sama siebie. - No ale teraz 
w każdym razie pozbyliśmy się tego Ansgara Langmo - dodała, przymykając na chwilę oczy. 
Nie  chciała  więcej  myśleć  o  tym  lodowatym  mężczyźnie,  którego  obecność  ożywiała  tak 
wiele bolesnych wspomnień. - A jak tam w Gjelstad, Oja? Długo cię nie było. 

-  No bo musiałem napić się kawy. 
-  Tak właśnie myślałam. Jak im się powodzi? 
-  Mam przekazać wam pozdrowienia i przypomnieć, że obiecaliście niedługo przyjechać z 

wizytą.  Poza  tym  myślę,  że  u  nich  wszystko  w  porządku.  Radzą  sobie  w  Gjelstad  bardzo 
dobrze, tak to wygląda. 

-  Owszem, Oddleiv jest zdolnym gospodarzem - potwierdził Havard. - Naprawdę dobrze 

im się układa. 

-  No i mają już trójkę dzieci... 
-  Tak, jak to Helga mówi, Gjelstad się zaludnia - roześmiała się Mali. - A dla niej to sama 

przyjemność. Helga świetnie sobie radzi po śmierci Kristena. Jest otoczona rodziną, mimo że 
Ruth Lina mieszka w Trondheim, a Hakon w Oslo. 

W tym momencie drzwi się otworzyły i do izby weszła Helene. Oja zauważył, że przebrała 

się już w codzienną sukienkę i włożyła fartuch. 

-  A oto i Helene - zawołała Mali przyjaźnie. - Jak dobrze, że jesteś z powrotem, Helene! 

Jak tam z twoim tatą? 

-  Wciąż  wiemy  bardzo  mało  -  odrzekła  dziewczyna.  -  To  podobno  coś  z  żołądkiem,  ale 

doktor nic bliższego nie mówi. Musimy po prostu czekać i mieć nadzieję, że mu to przejdzie. 
Zresztą wyglądał już lepiej, kiedy przyjechałam - dodała. 

-  Więc będziesz mogła u nas zostać jeszcze przez jakiś czas? 
-  Tak, w przyszłym tygodniu Elise pojedzie do domu, żeby im pomóc - odparła Helene. - 

Ja mogę zostać tutaj. 

-  Jak dobrze to słyszeć - ucieszyła się Mali. - Wszyscy za tobą tęskniliśmy, kiedy cię nie 

było. 

Drzwi otworzyły się znowu i do izby wbiegła Mała Mali z bardzo potarganymi włosami. 
-  Helene! - zawołała uradowana, kiedy zauważyła służącą. - Wróciłaś! 
Podbiegła do niej, objęła Helene rękami w pasie i mocno się do niej tuliła. - Jak to dobrze, 

ż

e wróciłaś! 

-  Przecież  miałam  wrócić,  obiecałam  -  uśmiechnęła  się  Helene,  głaszcząc  ją  po 

potarganych włosach. - A ty, jak widzę, bawiłaś się w stodole? We włosach masz pełno siana. 

-  Tak,  byłam  w  Granvold,  bawiliśmy  się...  -  Mała  Mali  potrząsała  głową,  żeby  oczyścić 

włosy. 

background image

-  Myślę, że powinniśmy wziąć grzebień i wyjść na ganek - zaproponowała Helene. - Tam 

doprowadzę cię do porządku. 

Wyszły ze śmiechem, Helene wciąż głaskała dziewczynkę po głowie. 
-  To  zdumiewające,  jak  ona  świetnie  sobie  radzi  z  tym  dzieckiem  -  zauważył  Havard, 

patrząc w ślad za nimi. - Nie widziałem Malej Mali tak ożywionej i radosnej od czasu... od 
czasu,  kiedy  Herborg  odeszła.  -  Chrząknął  i  spojrzał  ukradkiem  na  Oję,  przestraszony,  jak 
tamten zareaguje na dźwięk imienia Herborg. 

-  Rzeczywiście, masz rację - zgodziła się z nim Mali. 
Oja  nie  powiedział  nic.  Stał  tylko  i  czuł  każdą  komórką  swego  ciała,  jak  bardzo  jest 

zakochany  w  Helene.  To  nie  tylko  pożądanie  ani  pusta  zachcianka,  myślał.  Żywił  dla  niej 
naprawdę głębokie uczucia. Kochał ją za ten dobry uśmiech, za jej ciepło, a także za to, czym 
się stała dla jego córeczki. Niepokój, że ona odpowie mu „nie", odczuwał jako bolesne ssanie 
w piersi. Helene musi zostać, myślał desperacko. Nie może po prostu znowu zniknąć z jego 
ż

ycia, nie potrafił powiedzieć, jak by to zniósł. Dość już przeżył zmartwień i rozpaczy. Teraz 

powinna znowu nadejść jego kolej. Jego i Małej Mali. 

-  Dzisiaj  wieczorem  Helene  pójdzie  ze  mną  na  górę  -  oznajmiła  Mała  Mali,  kiedy  Oja 

powiedział, że zbliża się czas snu. - Prawda, Helene? 

-  Jeśli  twój  tata  nie  ma  nic  przeciwko  temu,  to  tak.  -  Policzki  Helene  oblał  rumieniec, 

dziewczyna spoglądała na ojca dziecka. 

-  Oczywiście, ja nie mam nic przeciwko temu. 
-  A ty pójdziesz ze mną jutro wieczorem, tatusiu. 
-  Dobrze, może być jutro. 
Tym razem Oja zerknął na Helene. To, że Mała Mali akceptuje ją jako osobę, która kładzie 

ją spać, wróżyło bardzo dobrze. Przynajmniej nie będzie problemów z tej strony, gdyby on i 
Helene  mieli  zamiar  się  pobrać.  Jeśli  nie  skończy  się  tylko  na  marzeniach.  Oja  westchnął, 
wziął gazetę i zaczął czytać. Niewiele jednak rozumiał z tego, co tam było napisane. 

-  Czy mogę ci coś pokazać? - spytała Mała Mali, kiedy obie z Helene były już w sypialni. 

- Chodź! 

Podeszła  do  okna  i  wyjrzała  na  zewnątrz.  Letni  wieczór  był  jasny  i  pachnący.  Góry  po 

drugiej  stronie  fiordu  miały  tę  niezwykłą  liliową,  wieczorną  barwę,  a  fiord  leżał  ciemny  i 
spokojny niczym lustro. 

-  Teraz w lecie nie widać za dobrze - rzekła Mała Mali, wyciągając szyję. - Jest za jasno. 

Ale moja mama... ona jest gwiazdą tam w górze. 

-  Naprawdę? 
-  A nie wiedziałaś, że wszyscy, którzy umierają, zmieniają się w gwiazdy i przyglądają się 

nam z góry? Oni nas pilnują. Babcia tak mówi. 

Helene uśmiechnęła się. 
-  Nie,  nie  pamiętam,  żebym  kiedyś  o  czymś  takim  słyszała.  Ale  chętnie  w  to  wierzę.  - 

Stanęła za dzieckiem i spoglądała w górę na szafirowe, wieczorne niebo, na którym migotało 
kilka mdłych gwiazd. 

-  Zobaczysz lepiej jesienią, kiedy będzie ciemno, Helene - zapewniała Mała Mali. - Wtedy 

zobaczysz  jej  gwiazdę  bardzo  dobrze.  Bo  ty  zostaniesz  u  nas  do  jesieni,  prawda?  -  spytała 
nagle. - Nie pójdziesz sobie swoją drogą? 

-  Właściwie  zostałam  przyjęta  tylko  do  czasu,  kiedy  zwierzęta  wrócą  we  wrześniu  z 

górskich pastwisk. 

-  Ale przecież możesz zostać dłużej? 
-  O tym decyduje twoja babcia. 
-  To ja ją poproszę, żebyś została. 
-  Widzisz,  to  jest  także  związane  z  tym,  że  ja  mam  zamiar  dalej  się  uczyć  -  wtrąciła 

Helene ostrożnie. - Bardzo bym chciała chodzić jeszcze do szkoły. 

background image

-  Przecież ty jesteś dorosła, Helene. Dorośli ludzie nie chodzą chyba do szkoły? 
-  Owszem, jeśli chcą się kształcić dalej, to chodzą do szkoły, tak to jest. 
-  A kim ty byś chciała zostać? 
-  Kiedyś myślałam, żeby zostać pielęgniarką. 
-  A teraz już nie chcesz? 
-  Chcę,  ale  na  to  trzeba  się  bardzo  długo  uczyć.  A  widzisz,  ja  muszę  też  zarabiać 

pieniądze. U nas w domu musimy sobie nawzajem pomagać. Nie mamy dużo pieniędzy. 

Mała Mali przez chwilę się nad tym zastanawiała. Rozebrała się i wciągnęła przez głowę 

nocną koszulę, potem wślizgnęła się do łóżka i otuliła pierzyną. 

-  To przecież możesz zostać u nas, prawda? Tu zarobisz pieniądze. 
-  No, zobaczymy. 
-  Czy ty lubisz mojego tatę? - spytało nieoczekiwanie dziecko, wpijając w nią wzrok. 
Helene  zarumieniła  się.  Odpinała  i  zapinała  niespokojnie  guzik  sukienki.  -  Ja  lubię 

wszystkich tutaj w Stornes.  

Mała Mali wolno skinęła głową. 
-  Mój tata był bardzo smutny - wyjaśniła z powagą. - Bo on bardzo kochał mamę. 
-  Świetnie to rozumiem. Ty też pewnie byłaś bardzo smutna? 
-  Tak, ale ze mną jest inaczej, bo ja rozmawiam z mamą prawie każdego dnia. I tylu ludzi 

mnie  kocha.  A  tatuś...  tatuś  ma  tylko  mnie.  Sam  tak  powiedział,  że  ma  tylko  mnie.  -  Przez 
chwilę leżała i  wpatrywała się zamyślona  w sufit. Nagle uśmiechnęła się. - A teraz tata jest 
weselszy - oznajmiła zadowolona. 

Helene nie skomentowała jej słów. 
-  A może powinnam ci trochę poczytać? - spytała. 
Mała Mali wzięła wielką książkę z bajkami, leżącą na nocnym stoliku, i podała Helene. 
-  Przeczytaj mi o Kopciuszku - poprosiła. - Ja to bardzo lubię. 
Zasnęła podczas czytania. Helene odłożyła ostrożnie książkę z powrotem na nocny stolik, 

lepiej  otuliła  dziecko  i  wstała.  Wolno  pochyliła  się  i  pocałowała  małą  w  policzek.  Jej  serce 
było pełne miłości. Zawsze bardzo lubiła dzieci, ale Małej Mali to naprawdę nie sposób nie 
lubić. Przez moment zastanawiała się, jak by to było, gdyby zgodziła się wyjść za mąż za Oję 
i zostać młodą gospodynią we dworze. Poczuła ssanie w żołądku. Nie wiedziała, czy jest na to 
gotowa, chociaż takie małżeństwo rozwiązałoby wiele jej problemów. Muszę jednak najpierw 
być  pewna  swoich  uczuć,  myślała.  Muszę  być  pewna  tego,  co  czuję  do  Oi.  Mała  Mali  nie 
stanowi problemu. Ją Helene już zdążyła pokochać. 

   
ROZDZIAŁ 3. 
  
Tego  wieczoru  późno  zadzwonił  telefon.  Tylko  Mali  i  Havard  nie  poszli  jeszcze  spać, 

służący  wrócili  do  swoich  domów,  a  Helene  gdzieś  zniknęła.  Mali  nie  miała  pojęcia,  gdzie 
podziewa  się  Oja.  Zdarzało  się  często,  że  chodził  na  wieczorne  spacery,  kiedy  pogoda 
dopisywała. Wielokrotnie widziała go przez okno, chętnie chodził po polach i łąkach. Miała 
wrażenie, że to są takie jego gospodarskie spacery. 

Mali wyszła do sieni, by odebrać telefon. 
-  Halo, Mali, tu Martin. 
-  Naprawdę, to ty? - krzyknęła zaskoczona i poczuła, że się uśmiecha. - Jak dawno się nie 

słyszeliśmy! 

Nie  miała  od  niego  wiadomości  od  początku  wojny.  Przez  te  straszne  lata  były  poważne 

problemy zarówno z telefonami, jak i z pocztą. 

-  No  właśnie,  w  czasie  wojny  nie  było  mowy  o  żadnym  połączeniu,  a  i  teraz  wszędzie 

panuje  jeszcze  kompletny  chaos.  Tak  mi  przynajmniej  mówiono,  kiedy  wcześniej 

background image

próbowałem nawiązać kontakt. No ale ostatnio sytuacja powoli się normalizuje, prawda? Jak 
ci się wiedzie, Mali? 

-  Dziękuję bardzo, u nas wszystko w porządku. Jakoś wyszliśmy z wojny obronną ręką i 

my, i nasza wieś. A ty? 

-  Ja to właściwie nie bardzo zauważyłem, że jest wojna. Tylko o tyle, że wiele rzeczy stało 

się trudniejsze do załatwienia, między innymi jeśli chodzi o import do naszego sklepu. Wciąż 
istnieje  wielkie  zapotrzebowanie  na  twoje  wspaniałe  prace  i  na  stroje,  które  szyła  Dorbet. 
Mam  nadzieję,  że  może  teraz  znowu  zaczniecie  je  nam  przysyłać,  jeśliby  wam  to 
odpowiadało  -  dodał  pospiesznie.  - Ja  już zbadałem  sprawy  i  z  pocztą  nie  będzie  kłopotów. 
Wyobrażam sobie, że  wypełniłaś przez te lata duży magazyn swoimi pracami, nie mylę się, 
prawda? 

-  Rzeczywiście, mam tego sporo. I w Granvold też czeka wiele strojów. 
-  W takim razie uważam, że mogłybyście zacząć je wysyłać, chociaż szczerze mówiąc, to 

ja pod koniec września przyjadę do Norwegii. 

-  Przyjedziesz do Norwegii? - spytała Mali zaskoczona i poczuła skurcz w żołądku. 
-  Tak,  bardzo  dawno  nie  byłem  w  kraju.  Rzeczywiście  wojna  nas  oddzielała,  gdyby  ich 

odwiedził, postanowiłem więc się do was wybrać. 

-  I my też będziemy cię mogli zobaczyć? 
-  Chciałbym  zaplanować  sobie  wyjazd  do  Stornes,  bardzo  bym  chciał.  Może  zresztą 

mógłbym zabrać kilka twoich prac, większość jednak chyba trzeba będzie wyprawić pocztą. 

-  Ja  się  tym  zajmę.  Więc  będziemy  mogli  poznać  również  twoją  nową  żonę?  -  dodała.  - 

Czy ona będzie ci towarzyszyć w podróży? 

-  Moje małżeństwo niestety nie przetrwało tych lat, Mali. Przyjadę więc sam. 
-  Nie przetrwało... rozwiodłeś się ponownie? 
-  No niestety, tak się to skończyło. Kiedy teraz na to patrzę, to muszę przyznać, że chyba 

za  bardzo  się  z  tym  małżeństwem  pospieszyłem.  Jeśli  tak  można  powiedzieć  -  dodał 
lakonicznie. 

-  Przykro mi to słyszeć, Martin. Miałam nadzieję, że tym razem odnajdziesz szczęście, ale 

widocznie nie tak łatwo je doścignąć. 

Martin  nie  odpowiedział  na  to,  przez  chwilę  oboje  milczeli.  Mali  słyszała  chrobot  w 

telefonie. Potem Martin odchrząknął i mówił dalej. 

-  Czy z twoją rodziną wszystko w porządku? 
-  Tak,  dziękuję  -  teraz  w  porządku.  Tylko  że  dwa  lata  temu  Oja  stracił  żonę.  Nie 

rozmawiałam z tobą od tamtej pory. A Dorbet i Ola mają śliczną dziewczynkę. 

-  O mój Boże! 
-  Poza tym wszystko u nas po staremu. Jakoś nam mija dzień za dniem. 
-  No  właśnie,  tutaj  też  tak  jest.  Ale  strasznie  się  cieszę,  że  znowu  przyjadę  do  Stornes. 

Mam  nadzieję,  że  nie  zburzę  domowego  spokoju  -  dodał.  -  Chociaż  przyjadę  bez  żony,  to 
miałem na myśli. 

Mali  też  właśnie  o  tym  myślała.  Przysięgła  sobie  przecież,  że  po  tym,  co  się  stało  w 

Ameryce, nigdy nie pozwoli mu tu znowu przyjechać. Ale to było tak dawno temu.  I chyba 
naprawdę nie zaszkodzi, gdyby ich odwiedził. Wie przecież, że między nimi do niczego nigdy 
nie dojdzie. Zresztą on pewnie już na nic nie liczy, pomyślała. Tamta sprawa się skończyła. 
Bardziej  martwiła  się  z  powodu  Dorbet,  żeby  Martin  nie  namącił  jej  znowu  w  głowie. 
Chociaż  chyba  takiego  niebezpieczeństwa  już  nie  ma.  Dorbet  nie  może  myśleć  o  wyjeździe 
do Ameryki teraz, z dwojgiem dzieci, jako gospodyni dużego dworu, którym musi zarządzać. 

-  Przecież  ty  i  ja  dobrze  wiemy,  jak  się  sprawy  mają,  Martinie  -  odparła.  -  Możemy  się 

spotkać jak starzy przyjaciele. 

-  A Havard? 

background image

-  Porozmawiam z Havardem. Wszystko będzie dobrze - zapewniła. Całkiem pewna jednak 

nie była. Wiedziała, że Havardowi ten projekt się nie spodoba. Będzie jednak musiał ustąpić, 
Mali spróbuje go przekonać, że nie istnieje żadne niebezpieczeństwo. 

-  W  takim  razie  niecierpliwie  będę  wyglądał  września  -  rzekł  Martin.  Słyszała,  że  się 

uśmiecha. 

-  A  ja  zatroszczę  się  o  wysłanie  tkanin  i  strojów  do  Ameryki  -  obiecała  Mali.  -  Resztę 

zabierzesz sobie, jak przyjedziesz. 

-  Świetnie. Miej się dobrze, Mali, i pozdrów ode mnie wszystkich. 
-  Dziękuję i nawzajem. Ty też pozdrów Jenny. 
-  Kto to był tak późno wieczorem? - spytał Havard, kiedy Mali wróciła do izby. 
-  Wyobraź sobie, że to Martin Bakken. Mam cię od niego pozdrowić. 
-  A więc znowu zaczyna telefonować. 
-  Tak, przedtem nie było to takie proste, jak wiesz. 
Mali zaczęła sprzątać jakieś stare gazety. Wzięła pustą filiżankę Havarda i postawiła ją na 

blacie. 

-  On zamierza przyjechać pod koniec września. 
-  Tutaj? 
-  Tak, chciałby do nas zajrzeć. Zabierze prace ode mnie i od Dorbet. 
Przez  chwilę  w  izbie  panowała  kompletna  cisza.  Mali  włożyła  filiżankę  i  talerzyk  do 

ocynkowanej wanny i odwróciła się do Havarda. 

-  Myślę, że nie będzie przeszkód, prawda? 
-  A ja myślałem, że już tego faceta u nas nie zobaczę. 
-  No  właśnie,  ja  też  tak  myślałam,  ale...  Minęło  wiele  czasu,  Havardzie.  I  nigdy  nic  się 

przecież nie wydarzyło. 

-  Ale mogło się wydarzyć. 
-  Tak nie wolno myśleć. 
Havard nie odpowiedział. Podniósł się sztywno z miejsca i masował sobie krzyż. 
-  Skoro jednak uważasz, że wszystko w porządku... 
-  Ja  bym  chciała,  żebyś  ty  też  tak  uważał  -  powiedziała  stanowczo.  Podeszła  do  niego  i 

położyła  mu  ręce  na  ramionach.  -  Przecież  wiesz,  że  między  nami  niczego  nie  było, 
Havardzie. Że dla mnie liczysz się tylko ty. 

-  Ale teraz myślę też o Dorbet - rzekł Havard. - Pamiętasz, jak bardzo chciała pojechać do 

Ameryki, kiedy Bakken był tutaj ostatnio? Żeby on znowu nie nawbijał jej czegoś do głowy. 

-  Powiem mu to, zanim się z nią spotka - obiecała Mali. - Bo ja też o tym pomyślałam. Ale 

wiesz, teraz, z dwojgiem małych dzieci i wielkim dworem... 

-  Ty też miałaś dzieci i dwór, ty też... 
-  Ale przecież to nie były małe dzieci, Havardzie. 
-  Możliwe, że nie były małe - bąknął Havard ze złością. - Kładźmy się spać. 
Kiedy  Mali  chodziła  po  domu,  gasiła  lampy  i  stearynowe  świece,  zdała  sobie  sprawę  z 

tego, że nie wspomniała nic o tym, iż Bakken przyjedzie sam. Havard pewnie spodziewa się, 
ż

e będzie mu towarzyszyć żona, przemknęło jej przez myśl. Nie szkodzi, powiem mu później, 

niech się najpierw oswoi z tą wiadomością. Dziś wieczór nie chciała już do sprawy wracać. 

  
Następnego  przedpołudnia  Mali  poszła  do  Granvold.  Chciała  poinformować  Dorbet  o 

rozmowie z Martinem i poprosić ją, by przygotowała stroje do wysyłki. Poza tym była sprawa 
z Sivertem, o tym też powinna porozmawiać z córką. Teraz, kiedy Oja poznał prawdę, było 
słuszne  i  właściwe,  żeby  również  Dorbet  orientowała  się  w  przeszłości  rodziny.  Mimo 
wszystko jest to nasza wspólna sprawa. Skoro Sivert sam postanowił powiedzieć o niej Oi, to 
nie  powinien  protestować,  że  Dorbet  również  się  dowie.  Perspektywa  tej  rozmowy  jednak 
wcale  jej  nie  cieszyła.  Chodziło  bowiem  o  nią  samą,  o  jej  pomyłkę  i  o  wszystkie  jej  dawne 

background image

grzechy. Razem z tą historią wyjdzie na światło dzienne wiele ponurych spraw. Dzieci nigdy 
nie  zrozumieją,  dlaczego  wtedy  dokonała  takiego  wyboru.  Nikt  tego  nie  potrafi  zrozumieć, 
ponieważ Mali ani nie chce, ani nie może opowiedzieć wszystkiego dokładnie. Nigdy. Dorbet 
wieszała pranie, kiedy Mali przyszła. 

-  O, mama! - zawołała uradowana. - W takim razie usiądziemy sobie na słońcu i napijemy 

się kawy. Chciałabyś? 

-  Tak, byłoby bardzo miło - uśmiechnęła się Mali. - A gdzie dzieci? 
-  Trygve  poszedł  na  Wzgórze,  tak  mi  się  zdaje,  a  mała  odbywa  swoją  przedpołudniową 

drzemkę. 

-  Już niedługo przestanie sypiać przed południem. 
-  Obawiam się, że tak -  roześmiała się Dorbet. -  To bardzo miło mieć tę godzinkę przed 

południem  wolną  od  zajmowania  się  dzieckiem.  Ale  i  tak  nie  mam  się  na  co  skarżyć,  Ruth 
Margrethe jest bardzo grzeczna. 

Dorbet przyniosła kawę i jakieś ciasteczka, usiadły przy stoliku koło spichlerza. 
-  Wczoraj wieczorem telefonował Martin Bakken - zaczęła Mali. 
-  Co ty powiesz, naprawdę? To telefony już zaczęły działać? 
-  Tak, teraz będzie pewnie łatwiej i z telefonami, i z wysyłką. Powinnyśmy przygotować 

od  razu  dużą  wysyłkę,  tak  powiedział  Martin.  Ty  też  pewnie  masz  mnóstwo  gotowych 
strojów, prawda? 

-  Oczywiście. To będzie wielka paczka, jeśli ty jeszcze dołożysz swoje prace. 
-  Teraz  wyślemy  tylko  część  -  rzekła  Mali,  biorąc  małe  ciasteczko.  -  Resztę  on  zabierze 

sam, kiedy tu przyjedzie. Bo wybiera się do Norwegii we wrześniu. 

-  I do nas też przyjedzie? 
-  Chciałby się wybrać do Stornes, tak. 
-  No to wspaniale. - Dorbet promieniała. 
-  Ale ty chyba nie myślisz o żadnej podróży do Ameryki? 
-  Gdyby mnie zaprosił, to... 
-  Nie,  Dorbet,  tego  nie  możesz  zrobić  -  oświadczyła  Mali  stanowczo.  -  Masz  dwoje 

małych  dzieci  i  wielki  dwór,  którym  powinnaś  się  zająć.  Nie  możesz  nawet  myśleć  o  takiej 
podróży. 

-  Ale ty przecież pojechałaś! 
-  Nie miałam małych dzieci, Dorbet. 
-  Nie, no coś ty, przecież nie myślę o wyjeździe teraz - uspokajała ją Dorbet. - Przez jakiś 

czas o tym marzyłam, kiedy byłam młoda. Wtedy miałam taką straszną ochotę tam pojechać... 
Pomyśl,  zobaczyć  Amerykę!  Wyobrażałam  to  sobie  jako  wielką  przygodę...  Zresztą  musisz 
przyznać, że to jest przygoda. 

-  Owszem, to jest przygoda - przytaknęła Mali. - Ale najlepszy ze wszystkiego i tak jest 

powrót do domu. 

-  Ja  to  będę  musiała  się  zadowolić  jakimś  wyjazdem  do  miasta  od  czasu  do  czasu  - 

westchnęła Dorbet. - A to akurat nie ma nic wspólnego z przygodą, chociaż... 

Siedziały przez chwilę w milczeniu. Słońce piekło mocno, robiło się bardzo gorąco. Mali 

wachlowała się dłonią. 

-  Jest jeszcze jedna sprawa, Dorbet... 
-  Tak, a co takiego? 
-  To  coś,  co  powinnaś  zachować  w  najgłębszej  tajemnicy  -  zaczęła  Mali.  -  Ja  byłam 

pewna, że to nigdy nie wyjdzie na światło dzienne, ale los chciał inaczej. Mimo wszystko nie 
rozmawialiśmy o tym. Aż do śmierci Herborg. Wtedy Sivert odbył długą rozmowę z Oją, no i 
w  związku  tym...  no  właśnie,  Sivert  wygadał  tajemnicę  -  dodała.  -  Chciał,  żeby  Oja 
zrozumiał, że  nie  tylko  on  jeden  cierpi.  Że  każdy  z  nas  ma  swoje  troski,  wszyscy  cierpimy. 
Mniej lub bardziej - mówiła wolno. 

background image

-  Przecież od śmierci Herborg minęły już dwa lata. 
-  Tak, i przez cały czas o tym myślałam, że byłoby słuszne, gdybyś ty też poznała prawdę. 

Ale... no cóż, odkładałam to i odkładałam, aż w końcu... 

Dorbet zaciekawiona pochyliła się ku matce.  
-  O co chodzi?  
Mali otarła rozgrzaną twarz i głęboko wciągnęła powietrze. 
-  Sivert i Tordhild są przyrodnim rodzeństwem. 
Przez  dłuższą  chwilę  Dorbet  siedziała  bez  słowa  i  wpatrywała  się  w  matkę.  Jej  oczy 

zrobiły się wielkie z zaskoczenia. Uniosła wysoko brwi. - Przyrodnim rodzeństwem? W jaki 
sposób, na Boga, jest to możliwe? Tordhild pochodzi przecież z cygańskiego rodu. 

-  To bardzo długa historia, Dorbet. 
-  No to chętnie bym ją usłyszała - odparła córka z napięciem w głosie. - Opowiedz mi o 

tym, mamo. 

-  Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy jako młoda dziewczyna byłam służącą w Gjelstad - 

rozpoczęła Mali opowieść. - Podawałam do stołu podczas wesela i wtedy spotkałam Johana 
Stornesa. 

-  No tak, i wyszłaś za niego za mąż! 
-  Owszem,  wyszłam.  Ale  wbrew  swojej  woli.  Mój  ojciec  popadł  w  kłopoty,  zanosiło  się 

na to, że rodzina zostanie pozbawiona dachu nad głową i środków do życia, jeśli nie spłaci się 
długów... 

Westchnęła i odgarnęła wilgotne włosy z czoła. 
-  Johan Stornes... on kompletnie stracił głowę. Nie zwracał uwagi na nic, chciał mnie po 

prostu mieć. Był gotowy zapłacić długi mojego ojca i... 

-  I kupił sobie ciebie? - wyszeptała Dorbet z niedowierzaniem, przyglądając się matce. 
-  Chyba tak właśnie trzeba to określić. 
-  Ale przecież mogłaś powiedzieć „nie"! Ty przecież nigdy się nie poddawałaś bez oporu, 

mamo. Zawsze taka byłaś. 

-  Nie byłam w stanie patrzeć, jak moja rodzina pogrąża się w nędzy. 
-  I wtedy... 
-  Wtedy  zostałam  młodą  gospodynią  w  Stornes.  Poślubiłam  mężczyznę,  którego  nie 

mogłam  znieść.  Dostałam  się  we  władzę  teściowej,  która  mnie  nienawidziła.  To  było 
prawdziwe piekło. I wtedy pojawił się Cygan Jo, następnego lata po ślubie. - Mali bezradnie 
opuściła  ręce.  -  Był  wszystkim,  o  czym  marzyłam,  wszystkim,  czego  mogłam  pragnąć  u 
mężczyzny. To była miłość. 

-  To dlaczego z nim wtedy nie uciekłaś? 
-  Nie miałam odwagi. Bo to by zniszczyło życie wielu ludziom. Wstyd... 
-  No i urodziłaś Siverta. Półkrwi cygańskie dziecko. Ale jak zdołałaś... 
-  Długo  mi  się  udawało.  Pewnego  dnia  jednak  Johan  poznał  prawdę.  Jeśli  przedtem  nie 

czuł  do  mnie  nienawiści,  to  z  pewnością  poczuł  ją  po  tym  wszystkim.  Siverta  też 
znienawidził... Odepchnął go, nie chciał go widzieć. 

-  Ale potem umarł? 
-  Tak, umarł. 
-  A  ty  zostałaś  jako  gospodyni  Stornes  z  małym  chłopcem,  którego  wszyscy  uważali  za 

dziedzica dworu. Jak ty mogłaś, mamo! - Dorbet potrząsała głową. - Atakowałaś mnie przez 
te wszystkie lata, podczas gdy sama... 

-  Tak,  to  było  niesłuszne  -  przyznała  Mali.  -  Ale  starałam  się  zachowywać  najlepiej  jak 

mogłam  w  tej  sytuacji.  Nikt  nie  cierpiał  z  powodu  mojej  tajemnicy.  To  była  moja  sprawa. 
Mój grzech i moje życie. 

-  Ale w końcu grzech się na tobie zemścił. 

background image

-  Tak  -  westchnęła  Mali  i  otarła  twarz.  -  Kiedy  Sivert  przyjechał  do  domu  z  Tordhild, 

zrozumiałam, czyją ona jest córką... Wtedy cały świat się dla mnie zawalił. Myślałam, że to 
nie może być prawda, okazało się jednak, że owszem, to prawda. Na dodatek ona spodziewała 
się dziecka. Nie miałam innego wyjścia, musiałam opowiedzieć Sivertowi, kim on naprawdę 
jest.  

Dorbet wolno kiwała głową. 
-  To dlatego oni wtedy tak szybko wyjechali, Sivert i Tordhild. 
-  Tak. Myślałam, że nigdy więcej ich nie zobaczę, ale... Sivert w końcu wrócił. I wybaczył 

mi, sam mi to powiedział. Trudniej jest mi wybaczyć sobie samej - dodała wolno. - O wiele 
trudniej. 

Przez  chwilę  znowu  siedziały  w  milczeniu.  Kawa  stała  w  filiżankach  nietknięta.  Gdzieś 

daleko porykiwała krowa, poza tym było zupełnie cicho. 

-  Zawsze  uważałam  cię  za  najsilniejszego  człowieka,  jakiego  znam  -  powiedziała  na 

koniec  Dorbet.  -  Byłaś  niezłomna,  niezależnie  od  tego,  co  się  działo.  I  nosiłaś  tę  tajemnicę, 
którą mi teraz opowiedziałaś... - potrząsnęła głową z niedowierzaniem. 

-  Takie jest życie - stwierdziła Mali cicho. - Każdy z nas ma swój krzyż do dźwigania. Ja 

też mam swój, to pewne. 

-  Czy Sivert wie, że postanowiłaś mi o tym opowiedzieć? 
-  Nie powiedziałam mu wyraźnie, sądzę jednak, że on się domyśla. I że zgodzi się ze mną. 

Rodzina powinna to wiedzieć. On sam przecież wtedy pierwszy opowiedział Oi. 

-  Więc to dlatego on nie objął Stornes, mimo że jest pierworodnym synem. Uważał, że to 

niesłuszne. 

-  Chyba  tak  właśnie  było,  uważał,  że  sprawiedliwość  wymaga,  aby  dwór  otrzymał  Oja. 

Poza tym Sivert ma swoją muzykę. To nie było tylko... 

-  I dlatego Johannes też został pozbawiony dziedzictwa. 
-  Tak można powiedzieć, ale... 
-  Tak to jest, mamo. Czy Johannes coś o tym wszystkim wie? 
-  Nie,  i  ja  nie  zamierzam  mu  o  niczym  opowiadać.  Jeśli  kiedykolwiek  mógłby  się 

dowiedzieć  prawdy  o  swoim  pochodzeniu,  to  muszą  mu  to  powiedzieć  rodzice.  Chyba 
rozumiesz?  

-  Ja  nigdy  nie  pisnę  ani  słowa  -  obiecała  Dorbet.  -  Ani  słowa...  nawet  Oli  nie  powiem  - 

rzekła  z  głębokim  przekonaniem.  -  Dla  mnie  to  niczego  nie  zmienia.  Sivert  jest  moim 
starszym  bratem,  takim,  jakim  zawsze  był.  Podziwiam  go  -  dodała  w  zamyśleniu.  - 
Podziwiam, że wrócił tutaj i potrafił ci wszystko wybaczyć. To nie było łatwe. 

-  Nie, łatwe nie było - przyznała Mali. - I jestem mu za to nieskończenie wdzięczna. Sivert 

zawsze znaczył dla mnie bardzo wiele. 

-  Twoje dziecko miłości.  
Mali spojrzała jej w oczy. 
-  Być może - szepnęła tylko. - Być może. 
Znowu przez chwilę się nie odzywały. Opasły trzmiel buczał nad stołem. Mali starała się 

go przegonić. 

-  Ja nie żywię do ciebie urazy - powiedziała Dorbet cicho. 
-  Cieszę się, że mi to mówisz. 
-  Zresztą nie mam powodu, żeby żywić do ciebie urazę. Zawsze byłaś silną i dobrą matką, 

cieszę się, że jesteś tym, kim jesteś. Zawsze wiedziałam, że taka jesteś, nawet wówczas, kiedy 
rozumiałam,  że  nad  twoją  głową  szaleje  burza.  -  Dorbet  wylała  zimną  kawę  na  trawnik  i 
nalała  świeżej.  -  Ciekawe  tylko,  czy  kawa  w  dzbanku  jest  dużo  cieplejsza  od  tej,  którą 
wylałam - powiedziała, unosząc filiżankę do ust. - No tak, ta też wystygła. 

-  To nie szkodzi - powiedziała Mali. - Będę się chyba zbierać do domu. Niedługo obiad. 

background image

-  Ja też mam ci coś do powiedzenia, ja także - zatrzymała ją Dorbet. - Coś, o czym nikt nie 

wie. Coś, czego nie chciałam wyjawić żadnemu człowiekowi na świecie. Ale teraz... - Zwijała 
w palcach brzeg swojego fartucha, zerknęła spod oka na Mali, potem znowu spuściła oczy. - 
Tego  dnia,  kiedy  Marit  umarła...  -  zaczęła  opowieść.  -  Ja  byłam  w  spichlerzu,  kiedy 
przyjechał ten Niemiec, Heinrich Klein. Nie chciałam z nim rozmawiać. Nie po tym... ty mnie 
chyba rozumiesz. Weszłam więc do spichlerza. Ale on przyszedł tam za mną. - Zrobiła krótką 
pauzę. Napiła się kawy, jakby jej zaschło w ustach. - On przyszedł wtedy, żeby mnie ostrzec, 
ż

eby  powiedzieć,  iż  Ola  jest  obserwowany.  Że  nie  wolno  mu  robić  niczego...  niczego 

głupiego, bo go złapią. 

Dorbet odgarnęła pospiesznie włosy i przesunęła się niespokojnie na krześle. 
-  Spytałam go, dlaczego mi to mówi. A on odparł, że to próba naprawienia tego, co... co 

się  stało.  I  że  on  tego  żałuje.  A  potem...  potem  mnie  pocałował.  Leciutko,  tylko  tak  po 
przyjacielsku. To był pożegnalny pocałunek. Nie mogłam temu przeszkodzić, mamo! - dodała 
gwałtownie. - Wszystko stało się tak nagle. 

-  Ja  cię  rozumiem  -  wtrąciła  Mali  pospiesznie.  -  Nie  stała  się  przecież  żadna  wielka 

szkoda. 

-  Owszem,  stała  się  -  wybuchnęła  Dorbet  łamiącym  się  głosem.  -  Bo  nagle  w  progu 

stanęła Marit. 

-  Dobry Boże... 
-  Marit  zaczęła  krzyczeć.  Wrzeszczała,  że  jestem  niemiecką  dziwką  i...  Ona  po  prostu 

wszystko  źle  zrozumiała,  próbowałam  jej  to  wyjaśnić,  ale  ona  rzuciła  się  pędem  przez 
podwórze  jak  opętana,  jakby  jej  rozum  odjęło.  I  kiedy  dobiegła  do  ganku...  -  Dorbet 
zrozpaczona  wyłamywała  sobie  palce  i  wpiła  ciemne  spojrzenie  w  matkę.  -  Przed  gankiem 
jakby się załamała, upadła - szeptała Dorbet. - Kiedy do niej dobiegłam... ona już nie żyła. 

Mali ujęła jej rękę nad stołem i uścisnęła. 
-  Ty myślisz, że umarła z twojej winy - rzekła wolno. - I to cię bardzo dręczy. 
Dorbet wolno skinęła głową. Wielkie łzy spływały po jej twarzy. 
-  Ja tego nie chciałam - zaniosła się szlochem. - Próbowałam powiedzieć, że ja nie... Ale 

ona poleciała jak szalona. Serce musiało jej pęknąć. I to z mojego powodu! Dlatego, że ja... 
Marit nie znosiła Niemców. Zresztą kto ich lubił - dodała gwałtownie. 

-  To nie jest twoja wina, że Marit umarła, Dorbet - rzekła Mali stanowczo. - Nie wolno ci 

tak myśleć. 

-  Ale gdybym ja nie... 
-  To i tak nie jest twoja wina. 
-  Myślałam,  że  zwariuję  potem,  po  jej  śmierci.  I  nikomu  nic  nie  mogłam  powiedzieć. 

Nawet tobie. Nie odważyłabym się. A potem myślałam, że może powinnam się cieszyć, że... 
ż

e ona umarła. Bo w tej sytuacji nikt się nie dowiedział o tym, co Marit widziała. Rozpętałoby 

się  piekło,  gdyby  Marit  rozpowiedziała  o  tym,  że  Niemiec  mnie  całował.  A  po  tym,  co  się 
zdarzyło między Kleinem i mną... Po prostu byłam zadowolona - dodała bezlitośnie. 

-  No przecież nie byłaś - wtrąciła Mali spokojnie. - Byłaś przerażona i zrozpaczona. I nic 

dziwnego. Marit mogła naprawdę narobić zamieszania. Ale przecież nie życzyłaś jej śmierci, 
Dorbet, nigdy tak nie było. 

Dorbet otarła oczy i westchnęła. 
-  Nie, nie życzyłam jej śmierci - westchnęła. - Ale tak strasznie trudno było uporać się z 

tymi myślami. Ja... nie byłam w stanie nic zrobić. 

-  Cieszę się, że mi o tym opowiedziałaś - Mali poklepała ją po ręce.  -  Wiem, jak ciężko 

było ci dźwigać to w samotności. 

-  I nie mogę powiedzieć niczego Oli... 
-  Nie,  nigdy  nie  powinnaś  o  tym  mówić  nikomu  prócz  mnie  -  nalegała  Mali.  -  Tamtą 

sprawę trzeba przekreślić, Dorbet. To nie była twoja wina, a poza tym i tak jest już za późno. 

background image

-  Ja rozmawiałam o tym z Marit - przyznała Dorbet. - Pojechałam na jej grób... 
-  Aha, to dlatego musiałaś się tam wybrać w środku najmroźniejszej zimy. 
-  Czułam, że muszę rozmówić się z Marit. I to mi pomogło. Wierzę, że ona teraz nie żywi 

już do mnie urazy. Że z czasem zrozumiała, tam, gdzie teraz jest. 

-  Ona z pewnością od początku wiedziała. 
Mali podniosła się z miejsca. Dorbet również wstała. Mali objęła ją i mocno przytuliła do 

siebie. Głaskała ją po plecach. 

-  Nie  dręcz  się  już  więcej  -  szeptała  cicho  z  ustami  przy  włosach  córki.  -  Nie  dręcz  się 

tym... i innymi sprawami. To już przeszłość. Zapomnij o tym tak bardzo, jak potrafisz. 

-  Ale to wszystko we mnie tkwi - wyszeptała Dorbet. - To chyba jest ten mój krzyż. 
-  Krzyż dźwiga każdy - skinęła  głową Mali. - Człowiek powinien tylko  prosić o siłę, by 

był w stanie z nim żyć. 

-  A czy twój krzyż jest bardzo ciężki? 
-  Czasami  bardzo  -  przyznała  Mali  cicho.  -  Ale  jakoś  sobie  z  nim  radzę,  Dorbet. 

Przywykłam, bo przecież dźwigam to brzemię przez całe długie życie. 

Dorbet popatrzyła na nią badawczo. 
-  Czy jest jeszcze coś więcej prócz tego, co mi opowiedziałaś? 
-  To  już  moja  sprawa  -  odparła  Mali  spokojnie.  -  Ty  dowiedziałaś  się  tego,  co  wiedzieć 

powinnaś. 

Dorbet pociągała nosem. Na jej długich rzęsach wciąż pojawiały się łzy. 
-  Dziękuję ci za pomoc, mamo - bąknęła cicho. - Już dawno powinnam była o tym z tobą 

porozmawiać. 

Mali milczała. Otarła ostrożnie dłonią wilgotny policzek córki. 
-  Pamiętaj,  że  zawsze  możesz  do  mnie  przyjść  -  zapewniła  cicho.  -  Zawsze.  I  ze 

wszystkim. 

Mali  wolno  wracała  do  Stornes.  Wzburzone  myśli  krążyły  jej  w  głowie.  Nigdy  by  nie 

pomyślała,  że  okoliczności  śmierci  Marit  były  właśnie  takie.  To  chyba  niemożliwe,  by 
historia  potoczyła  się  inaczej,  gdyby  Marit  nie  zaskoczyła  Dorbet  z  Kleinem  i  nie  umarła  z 
powodu szoku. Ale to jednak nie jest wina Dorbet, Mali za nic nie chciała tego uznać. Mimo 
wszystko jednak Dorbet odegrała tu pewną rolę. Mali nigdy jej tego nie powie, nie powie ani 
córce, ani nikomu innemu. To już teraz przeszłość, myślała, podobnie jak wiele innych spraw. 
A przeszłość należy wstawić w spokoju. Tak jest zawsze najlepiej. I tego nauczyło ją życie. 

  
 ROZDZIAŁ 4. 
  
Utrzymywała się piękna letnia pogoda, chociaż poranki często bywały trochę przymglone. 

Duże kłęby mgły przepływały wolno ponad fiordem, kiedy Mali po przebudzeniu rozsuwała 
firanki, ale po paru godzinach słońce znowu się przebijało. 

-  Dzisiaj zaczniemy wozić siano - oznajmił Havard któregoś ranka. - Wczoraj wieczorem 

sprawdzałem,  wyschło  już  tak,  że  możemy  zaczynać.  Teraz  chodzi  tylko  o  to,  żeby  zdążyć 
przed deszczem. 

-  A czy ktoś przepowiada deszcz? - spytał Oja, spoglądając na niego. 
-  Nie,  przynajmniej  ja  nie  słyszałem,  ale  wiesz,  że  prędzej  czy  później  deszcz  spadnie. 

Taka pogoda nie może trwać wiecznie. 

-  Niewielki deszcz siano by zniosło - uznał Oja. 
-  Możliwe, ale wiesz, jak to u nas jest - mówił Havard. - Jak zacznie padać, to potem już 

leje  co  najmniej  przez  tydzień.  Musielibyśmy  czekać,  aż  siano  znowu  wyschnie,  a  i  jakość 
byłaby już gorsza. Co do tego nie ma wątpliwości. 

background image

Zaczęli  więc  zwozić.  Havard  kierował  pracami  w  stodole,  Oja  natomiast  nadzorował 

zwózkę  na  łąkach.  Wielkie  wozy,  wypakowane  gorącym  od  słońca  i  pachnącym  sianem, 
jeden po drugim zajeżdżały do stodoły. 

Helene  i  Johannes  układali  siano  na  wozie.  Dziewczyna  była  silna  i  wytrzymała,  nie 

przejmowała  się  też  wcale  tym,  że  we  włosach  i  wszędzie  ma  siano,  które  spadało  na  nią  i 
lepiło się do spoconego ciała. Raz po raz tych dwoje na wozie po prostu znikało pod stosami 
siana, wrzucanymi przez robotników. Śmiali się wtedy głośno i starali się znowu wydostać na 
powierzchnię. 

-  Jak oni pięknie udeptują siano - chwalił Aslak. - Nie można tego nie widzieć. 
Oja  spoglądał  na  Helene.  Jak  zawsze  czuł  skurcz  w  żołądku,  kiedy  na  nią  patrzył.  Była 

opalona  na  złocistobrązowy  kolor  i  rozgrzana,  gruby  warkocz  tańczył  zabawnie  na  jej 
plecach. 

-  Nie  poszła  byś  ze  mną  na  spacer  dzisiaj  wieczorem?  -  spytał,  kiedy  podczas  krótkiej 

przerwy  siedzieli  w  cieniu  dużego  stojaka  z  sianem,  w  pewnej  odległości  od  pozostałych.  - 
Moglibyśmy się przejść kamienistym brzegiem fiordu. 

Helene siedziała i gryzła jakieś długie źdźbło. Odwróciła twarz do Oi i uśmiechnęła się. 
-  Dobrze, możemy się przejść - zgodziła się. 
Serce podskoczyło Oi z radości. Poczuł, że się rumieni, ogarnęła go fala gorąca i słodkiego 

oczekiwania.  Nie  powinienem  jednak  spodziewać  się  zbyt  wiele,  upominał  sam  siebie.  Ona 
potrzebuje czasu. Ale już samo to, iż chce iść ze mną na spacer, jest zwycięstwem. Oja czuł to 
wyraźnie. 

-  Tylko  ja  muszę  najpierw  położyć  Małą  Mali  spać  -  poinformowała  Helene,  odrzucając 

ź

dźbło siana. - Jeszcze wczoraj wieczorem obiecałam jej, że dzisiaj dokończymy wczorajszą 

bajkę. Bo my co wieczór sobie czytamy - dodała z uśmiechem. 

-  Ostatnio  ona  tylko  ciebie  zabiera  na  górę  do  sypialni  -  rzekł  Oja  i  również  się 

uśmiechnął. 

-  Nie  miałam  zamiaru  jej  nikomu  odbierać,  Oja  -  wyjaśniła  Helene  pospiesznie.  -  Jeśli 

chcesz... 

-  Nie, nie, uważam, że to wspaniale... że się tak  przyjaźnicie, ty i Mała  Mali - uspokajał 

Oja. - Mała jest jak odmieniona, odkąd zamieszkałaś w naszym dworze. Nigdy nie przestanę 
ci za to dziękować. 

O  tym,  że  on  też  jest  jak  odmieniony,  raczej  nie  myślał.  Chociaż  matka  podkreślała  to 

wielokrotnie, mówiła, że jest inny, że nie wygląda już na tak bardzo przygnębionego. I to jest 
prawda,  Oja  musiał  przyznać.  Stał  się  po  prostu  pogodniejszy.  Teraz  bywało  nawet  tak,  że 
przez kilka dni wcale nie myślał o Herborg, a jeżeli już, to wspominał ją nie tylko z głębokim 
ż

alem.  Teraz  mógł  sobie  przypominać  wszystkie  dobre  chwile,  mógł  myśleć  o  niej  z 

uśmiechem  i  z  wdzięcznością  za  czas,  który  razem  przeżyli.  Jeszcze  niedawno  by  nie 
uwierzył, że takie uczucia będą możliwe. Ale to też dzięki Helene, pomyślał, zerkając na nią 
spod oka. 

-  Cała  jesteś  oblepiona  sianem  -  powiedział  i  ręką  zgarniał  źdźbła  z  jej  opalonych  na 

brązowo  pleców.  Gdy  dotknął  Helene,  przeniknął  go  dreszcz.  Jej  skóra  była  taka  ciepła  i 
gładka... 

-  Tak,  czuję  to  -  roześmiała  się  Helene  do  niego  i  strzepywała  ręką  siano  z  włosów.  - 

Dzisiaj trzeba się będzie wykąpać, zanim się przebiorę. 

-  Ja właśnie myślałem o tym samym - przytaknął Oja. 
-  Ech, chodź, trzeba wracać do pracy - powiedziała Helene, podnosząc się lekko z miejsca. 

- Bo jak nie, to w stodole zaczną się zastanawiać, czym my się tutaj zajmujemy. 

Oja  również  wstał,  choć  niechętnie.  On  siedziałby  tak  długo  i  rozmawiał  z  Helene,  musi 

jednak  poczekać  do  wieczora.  To,  że  zgodziła  się  pójść  z  nim  na  spacer,  wprawiło  go  w 
radosny nastrój. Nie powiedziałaby tak, gdyby jej na nim w ogóle nie zależało. Gdyby jej nie 

background image

zależało chociaż troszkę, myślał optymistycznie. Znowu zgarnął siano z jej ramion i pleców. 
Znowu potraktował siano jako pretekst, a serce tłukło mu się w gardle. 

-  W takim razie dziś wieczorem - powiedział cicho. 
-  Wieczorem - skinęła Helene łagodnie. 
  
Oja kręcił się niespokojnie po domu, czekając, aż Helene wróci z sypialni Małej Mali. 
-  Na  Boga,  co  się  z  tobą  dzieje?  - spytała  Mali,  spoglądając  na  syna.  -  Chodzisz  tam  i z 

powrotem niczym zwierzę w klatce, chłopcze. 

Oja zarumienił się i ruszył ku drzwiom. 
-  Pójdę powiedzieć Małej Mali dobranoc - oznajmił. 
-  Mam wrażenie, że Helene jest z nią na górze - powiedziała Mali, sprzątając po kolacji. - 

Aż radość bierze patrzeć, jak te dwie istoty są do siebie przywiązane. I bardzo dobrze. Jakie to 
szczęście, że Helene u nas zamieszkała -  cieszyła się Mali.  - Wynikło z tego wiele dobrego 
nie tylko dla dziecka - dodała z wymowną miną. 

-  Pójdę i powiem małej dobranoc - powtórzył Oja. 
Mali wyszła za nim do sieni. Wynosiła jedzenie do chłodnej spiżarni. 
-  No i jak tam z Helene i z tobą? - spytała, kiedy Oja zamknął za sobą drzwi. 
-  Ja nic nie wiem - mówił Oja niechętnie. - Ona wciąż powtarza, że potrzebuje czasu. 
-  I ty jej ten czas powinieneś dać, Oja. Dalej w ten sposób zajedziesz. 
-  Dobrze, wcale jej nie popędzam. 
-  Wychodzisz dziś wieczorem? 
-  Czy wychodzę? 
-  No, wymyłeś się i przebrałeś w czyste ubranie, jak widzę. 
-  Ech, mamy pójść z Helene na krótki spacer - przyznał trochę niechętnie. - Przejdziemy 

się brzegiem fiordu, tak żeby nas ludzie nie oglądali zza wszystkich firanek - dodał. 

-  Rzeczywiście, bardzo piękny wieczór na spacer - skinęła głową Mali i otworzyła drzwi 

do spiżarni. - Ale naprawdę powinieneś jej dać  ten czas, Oja - powtórzyła jeszcze. - Na nic 
nie nalegaj. Nic dobrego by z tego nie wynikło. 

Oja już się nie odezwał. Ruszył schodami na górę. Właściwie to już powiedział Małej Mali 

dobranoc, kiedy obie z Helene wychodziły z izby, a ona go serdecznie uściskała. Teraz jednak 
uznał, że musi tam mimo wszystko pójść. Nie mógł już dłużej czekać na dole. 

Przez chwilę stał przy drzwiach i nasłuchiwał. Słyszał cichy, łagodny głos Helene. I Małą 

Mali, która śmiała się radosnym, perlistym śmiechem. Oja zapukał lekko do drzwi i wszedł. 

Mała Mali leżała w łóżku, a Helene siedziała na krześle obok i trzymała na kolanach dużą 

książkę. 

Buzia dziewczynki rozbłysła na jego widok. 
-  Czy to ty, tatusiu? 
-  Tak, pomyślałem, że muszę powiedzieć ci dobranoc. 
-  Ale myśmy się już pożegnali - przypomniała mu dziewczynka i znowu się uśmiechnęła. 
-  No i muszę cię dobrze otulić, moje dziecko. 
-  Nie musisz, teraz jest strasznie gorąco - roześmiało się dziecko. 
Oja zarumienił się i zawstydził. Spostrzegł, że Helene przygląda mu się z uśmiechem. 
Helene popatrzyła na Małą Mali. 
-  To bardzo miło, moim zdaniem, że tatuś przyszedł, żeby powiedzieć ci dobranoc. 
-  Tak,  strasznie  miło  -  odparła  z  uśmiechem  dziewczynka.  -  Może  oboje  będziecie  do 

mnie przychodzić wieczorami - zaproponowała, spoglądając to na jedno, to na drugie. 

-  Wystarczy jedno naraz - odparł Oja, kładąc rękę na oparciu krzesła, na którym siedziała 

Helenę. - Ijak słyszę, teraz każdego wieczoru są bajki? 

-  Tak, Helene bardzo ładnie czyta. 

background image

-  Ale na dzisiaj już skończyłyśmy - oznajmiła Helene, zamknęła książkę i położyła ją na 

nocnym stoliku. - Teraz już pora spać. - Pochyliła się nad łóżkiem i uściskała dziewczynkę. 

Oja zrobił to samo. 
-  Śpij dobrze - powiedział. 
Mała Mali uśmiechnęła się i ziewnęła szeroko, potem westchnęła zadowolona i zamknęła 

oczy. 

Na  palcach  wymknęli  się  na  korytarz  i  zeszli  na  dół.  Oja  otworzył  tylne  drzwi,  te,  które 

prowadziły na ogród i w stronę fiordu. 

-  Pójdziemy tędy - szepnął cicho. - Tutaj nikt nas nie zobaczy. 
-  A to by nie było dobrze, gdyby ktoś nas widział? 
-  Nie, coś ty - bąkał trochę zaskoczony, zerkając na dziewczynę spod oka. - Ale myślałem, 

ż

e nie chciałabyś... 

-  Przecież  nie  robię  nic,  czego  musiałabym  się  wstydzić  -  odparła  Helene.  -  Dla  mnie 

wszyscy mogą wiedzieć, że idziemy razem na spacer. 

-  Dla  mnie  też  -  przytaknął  Oja.  -  Myślałem  tylko...  Wiesz  przecież,  jak  potrafią  gadać 

ludzie w takich małych wioskach. Pomyślałem więc, że... 

Helene wsunęła rękę w jego dłoń i kiwnęła głową. 
-  Tak, ja wiem, co to jest ludzkie gadanie - odparła. - I też bardzo tego nie lubię. 
Trzymając  się  za  ręce,  szli  przez  jabłoniowy  sad.  Wieczór  był  jasny  i  bardzo  ciepły.  Na 

dole przy szopie na łodzie zatrzymali się, stali przez chwilę i patrzyli na wodę. Fale rozbijały 
się  z  chlupotem  o  brzeg.  Przyjemnie  pachniało  solą  i  wodorostami.  Jakiś  ostrygojad  szukał 
czegoś  w  przybrzeżnych  kamieniach,  a  od  zagajnika  na  cyplu  Stornes  dochodziły  do  nich 
natchnione tryle drozda śpiewaka. 

-  To  bardzo  piękne  miejsce  -  powiedziała  Helene,  wciągając  głęboko  powietrze.  -  Kto 

mieszka po drugiej stronie fiordu? 

-  To jakaś nasza rodzina - wyjaśnił Oja. - Ze strony mojego ojca. 
-  Często tam bywasz? 
-  Nie, żeby często, to bym nie powiedział. Na ogół przy jakichś większych okazjach. 
-  Lubisz wypływać na fiord, Oja? 
-  Tak,  zwłaszcza  w  takie  piękne  wieczory  jak  dzisiaj.  Ale  tu  u  nas  to  najchętniej  pływa 

chyba Havard. A ty lubisz popływać? 

-  O tak - przytaknęła z ożywieniem. - Jeśli mi się tylko trafi szansa. Bo  my w domu nie 

mamy łodzi. Zresztą wcale też nie mieszkamy nad samym morzem, więc... 

-  To może popłyniemy razem któregoś wieczora? 
-  O tak, bardzo bym chciała. 
Oja  zarumienił  się  z  radości.  Ona  chce  popłynąć  z  nim  na  fiord!  To  już  krok  naprzód, 

myślał. Wydaje się, że Helene teraz chętniej chce z nim przebywać. To musi być dobry znak, 
nie wyobrażał sobie nic innego. 

-  Może przejdziemy się na cypel Stornes? - spytał. 
-  Bardzo chętnie - zgodziła się Helene. - Możemy tam pójść.  
Szli dalej po szarych, gładkich nadbrzeżnych skałach. Na cyplu znaleźli wygodne miejsce i 

usiedli.  Oja  zerknął  pospiesznie  w  stronę  porośniętego  trawą  zagłębienia,  w  którym  on  i 
Herborg  kochali  się  tyle  razy.  To  było  jakby  nasze  miejsce,  pomyślał  z  nagłym  bólem  w 
sercu. Nie chciał tego dzielić z nikim innym, w każdym razie jeszcze nie teraz.  

Przez chwilę siedzieli, nic nie mówiąc. 
-  Opowiedz mi o swoim życiu - poprosiła Helene po jakimś czasie, zerkając na niego spod 

oka. 

-  Nie wiem, czy jest dużo do opowiadania... 
-  Chciałabym usłyszeć to, co jest. 
Oja przygładził ręką włosy, objął Helene i zaczerpnął głęboko powietrza. 

background image

-  Wydaje  mi  się,  że  nie  byłem  specjalnie  sympatycznym  dzieckiem  -  rzekł  po  chwili.  - 

Zacząłem się trochę zmieniać jako młody  chłopak. Ale  również wtedy  wydawało mi się, że 
mama wyróżnia Siverta i to... Źle sobie z tym radziłem. 

-  A ona go wyróżniała? 
-  Nie,  nie  sądzę.  Tylko  ja  wbiłem  sobie  coś  takiego  do  głowy  i  wtedy  myślałem,  że  to 

prawda. Byłem strasznie uparty. I strasznie samotny. 

-  A jak to się stało, że ty dziedziczysz dwór? Brat jest przecież starszy. 
-  A  to  bardzo  długa  historia  -  westchnął  Oja.  -  Ale,  widzisz,  Sivert  żyje  głównie  swoją 

muzyką.  Oddaje  się  jej  bez  reszty.  Pewnego  dnia  przyszedł  więc  do  mnie  i  oznajmił,  że  ja 
powinienem dostać dwór. „Z nas dwóch ty jesteś gospodarzem" - powiedział wtedy do mnie. 
No i tak się stało. 

Oja  myślał  przez  chwilę  o  właściwych  powodach,  dla  których  to  on  odziedziczył  dwór. 

Ale tej historii przekazać nie mógł, nawet Helene. To wyłącznie sprawa rodzinna i rodzinna 
tajemnica. Obiecał matce milczeć i zamierzał dochować obietnicy. 

-  A ciebie to ucieszyło? 
-  Tak  -  Oja  przytaknął  szczerze.  -  Strasznie  mnie  ucieszyło.  Bo  dla  mnie  z  kolei  całym 

ż

yciem było gospodarstwo, od najwcześniejszego dzieciństwa. Nie wyobrażałem sobie innej 

pracy niż prowadzenie dworu. 

Helene skinęła głową. 
-  Jesteś bardzo zdolnym gospodarzem, Oja. Wszyscy to mówią. 
Oja zarumienił się. Uniósł lekko ramiona. 
-  No, nie wiem... 
-  Owszem,  wiesz,  wiesz  -  uśmiechnęła  się  Helene.  -  I  nie  musisz  się  wstydzić 

przyjmowania pochwał, Oja. Zasługujesz na nie. 

Znowu przez jakiś czas milczeli. Oja mocniej ją objął i przytulił nieco silniej. Helene nie 

protestowała. 

-  Utraciłeś żonę - szepnęła ostrożnie. - Mógłbyś mi o tym opowiedzieć czy... 
Oja nie zaraz odpowiedział. Czuł piekący ból w piersi. Mimo wszystko zdecydował się z 

nią o tym porozmawiać. 

-  Herborg, tak - rzekł cicho. - Ona była... była wszystkim, czego pragnąłem. Taka dobra i 

miła. Taka zdolna młoda gospodyni - dodał. - Przeżyliśmy wiele dobrego razem, Herborg i ja. 

Z drżeniem wciągnął powietrze, a potem westchnął. 
-  Naszym  największym  zmartwieniem  było  to,  w  każdym  razie  dla  Herborg,  że  nie 

możemy mieć więcej dzieci. A ona bardzo chciała... zresztą oboje chcieliśmy... Po pierwszym 
porodzie  miała  jednak  jakieś  zapalenie,  ja  się  na  tym  nie  znam,  ale  mama  powiedziała,  że 
Herborg  nie  będzie  mogła  mieć  więcej  dzieci.  Aż  tu  nagle  nieoczekiwanie  znowu  zaszła  w 
ciążę. To było takie niewiarygodne szczęście - mówił szeptem. - Dla mnie także, chociaż ja 
mógłbym żyć bez jeszcze jednego dziedzica. Miałem przecież Herborg i miałem Małą Mali. 
Ale  Herborg  tak  się  strasznie  cieszyła  -  dodał.  -  Po  prostu  promieniała  w  tamtym  czasie.  I 
któregoś  dnia...  -  musiał  zamilknąć  i  opanować  się  trochę,  zanim  zacznie  mówić  dalej.  - 
Któregoś dnia potknęła się i spadła ze schodów na strych. - Głos Oi brzmiał niewyraźnie. - To 
było nie do zniesienia. Chciałem tylko umrzeć, ja także. 

Helene ujęła jego rękę i splotła z nim swoje palce. 
-  Ale jakoś przez to przeszedłeś - rzekła cicho. 
-  Musiałem  żyć  dla  Małej  Mali  -  oznajmił  ochryple.  -  Herborg  by  tego  ode  mnie 

oczekiwała,  rozumiałem,  że  muszę.  Obawiam  się  jednak,  że  w  tamtym  czasie  nie  byłem 
dobrym ojcem. .. 

Helene spojrzała mu w oczy. 
-  Ty jesteś dobrym ojcem, Oja. Mała Mali bardzo cię kocha. 
-  Może ja nawet na to nie zasługuję. 

background image

-  Ależ zasługujesz. Jesteś dobrym człowiekiem - powiedziała wolno, zwracając ku niemu 

twarz. 

Kiedy  ją  pocałował,  odchyliła  lekko  głowę.  Delikatnie  otworzyła  usta.  On  położył  ją  na 

rozgrzanej  skale  i  pochylił  się  nad  nią.  Zamknął  jej  miękkie  wargi  swoimi  ustami.  Czuł,  że 
kręci mu się w głowie. Serce tłukło się w piersi, krew pulsowała w żyłach. Przesuwał ręce po 
jej ciele. Pieścił sprężyste piersi. 

-  Helene - szeptał gorączkowo. - Helene, ty... 
Zarzuciła mu ręce na szyję i przyciągnęła go do siebie. Rozgorączkowana odwzajemniała 

jego  pocałunki.  Oja  objął  ją,  wsunął  ręce  pod  jej  biodra  i  uniósł  ją  lekko  ku  sobie.  Ze 
szczęścia świat wirował mu przed oczami. Kiedy jednak próbował rozpiąć guziki u jej bluzki, 
Helene chwyciła go za rękę i powstrzymała. 

-  Nie,  nie  to  -  wyszeptała  tuż  przy  jego  uchu.  -  Nie  to,  Oja.  Oja  cofnął  rękę,  jakby  się 

oparzył. Znowu położył ją na ziemi i gładził jej twarz ciepłymi, czułymi dłońmi. 

-  Helene, ty... 
Ona  chwyciła  jego  ręce,  jedną  odwróciła  wewnętrzną  stroną  i  ucałowała.  Potem 

odepchnęła  go lekko od  siebie i usiadła. Odgarnęła włosy z twarzy i patrzyła na siedzącego 
obok mężczyznę. 

-  Sama nie wiem, co mnie naszło - westchnęła cicho. - Ale naprawdę bardzo cię lubię, Oja 

Stornes. Jesteś dobrym człowiekiem. 

Serce  biło  mu  mocno.  Rozsadzała  go  radość.  Bardzo  chciał  znowu  zapytać,  czy  Helene 

zgodzi  się  wyjść  za  niego  za  mąż,  ale  zdołał  się  w  porę  opanować.  Nie  powinien  nalegać. 
Sprawy toczą się po mojej myśli, wszystko na to wskazuje, cieszył się. Był pewien, że Helene 
już wkrótce zmieni poglądy. 

-  Ja też bardzo cię lubię - powiedział, całując ją w szyję. Helene roześmiała się i potargała 

mu włosy. 

-  No a co teraz myślisz? - spytał ostrożnie. Nie był w stanie dłużej się powstrzymywać. 
-  A  teraz  myślę,  że  powinniśmy  wracać  do  domu  -  powiedziała,  wstając.  -  I  chętnie 

wybiorę  się  z  tobą  na  fiord  któregoś  wieczora.  Jeśli  znajdziesz  na  to  czas  teraz,  w  środku 
sianokosów. 

-  Trzeba sobie po prostu ten czas wyznaczyć - odparł Oja. - Noce są jasne i długie. 
Nie odpowiedziała mi na pytanie, pomyślał. Najwyraźniej świadomie unikała odpowiedzi. 

Ale  Oja  już  go  nie  powtórzył.  Jest  mu  przecież  życzliwa,  widział  to  i  czuł.  Powinien  więc 
tylko wykazać cierpliwość. Teraz wiedział, że potrafi czekać, bo nabrał pewności, że Helene 
już niedługo powie „tak". 

Wracali  granicą  łąk,  które  rozciągały  się  aż  do  morskiego  brzegu.  Mocno  pachniało 

wysuszonym w słońcu sianem, koniczyną i tymotką. 

Oja zerwał margerytkę rosnącą przy ścieżce i niósł ją w ręce. Helene zerknęła na niego, ale 

nic nie powiedziała. 

Dwór leżał w nocnym mroku, pogrążony w ciszy, kiedy doszli do ganku. 
-  Dobranoc - szepnęła Helene i zwróciła ku niemu twarz. 
-  Dobranoc,  Helene  -  odparł  i  objął  ją  czule.  -  Proszę  bardzo  -  wyszeptał,  podając  jej 

margerytkę.  -  Połóż  ją  sobie  pod  poduszką.  Za  tego,  który  przyśni  ci  się  dziś  w  nocy, 
wyjdziesz za mąż. 

Helene roześmiała się cicho i przyjęła margerytkę. 
-  Skąd ty wiesz takie rzeczy? 
-  No, po prostu wiem. 
-  Dobrze, tak zrobię - uśmiechnęła się. - Jutro rano się wszystkiego dowiesz. Jeśli w ogóle 

będę chciała o tym mówić - drażniła się z nim i musnęła palcem jego policzek. - A może ty 
wcale nie będziesz chciał tego słuchać. 

background image

Pod drzwiami jej pokoju znowu się zatrzymali. Helene położyła palec na ustach. W domu 

było  tak  cicho,  że  nie  odważyli  się  zamienić  ani  słowa.  Oja  pochylił  się  i  jeszcze  raz  ją 
pocałował.  Ona  uniosła  w  górę  margerytkę  i  uśmiechnęła  się  do  niego.  Potem  cicho 
wślizgnęła się do swojej sypialni. 

Oja przez dłuższy czas leżał z rękami pod głową. Ciało miał rozgrzane, krew szumiała mu 

w  żyłach.  Nareszcie  miał  odwagę  uwierzyć,  że  Helene  przyjmie  jego  oświadczyny.  Nie 
dopuszczał  do  siebie  innej  możliwości.  Co  by  na  to  powiedziała  Herborg?  -  pomyślał 
nieoczekiwanie, ale odrzucił zaraz tę myśl. Herborg bardzo by chciała, żeby i on, i Mała Mali 
byli  szczęśliwi,  co  do  tego  nie  miał  żadnych  wątpliwości.  I  będziemy  szczęśliwi,  pomyślał 
Oja.  Jeśli  dostanie  Helene,  znowu  stanie  się  pełnym  człowiekiem.  Nie  potrafił  sobie 
wyobrazić,  by  Mała  Mali  mogła  mu  w  tym  przeszkadzać.  Przecież  tak  bardzo  lubi  Helene, 
wciąż powtarza, że Helene nie może wyjechać ze Stornes, że powinna u nich zostać. 

Minęło sporo czasu, zanim zasnął. Ale to nie Helene śniła mu się tej nocy, lecz Herborg. 

Biegła do niego bosa w letnim deszczu, jej rude włosy falowały na wietrze niczym flaga. Oja 
otworzył ramiona i przygarnął ją do siebie, ale kiedy na nią spojrzał, to stwierdził, że to nie 
Herborg stoi tuż przy nim, lecz Helene. 

Poruszył się niespokojnie we śnie, ale potem westchnął cicho i spał dalej. 
   
ROZDZIAŁ 5. 
  
W  niedzielę  dwudziestego  drugiego  lipca  Mali  zaprosiła  na  obiad  rodzinę  Siverta. 

Zwożenie  siana  miało  się  ku  końcowi,  zarówno  Sivert,  Tordhild  jak  i  Johannes  byli  wielką 
pomocą w czasie sianokosów. Chociaż praca nie została jeszcze zakończona, to Mali uznała, 
ż

e byłoby miło i jak najbardziej na miejscu urządzić rodzinny obiad niedzielny. Na co dzień 

rodzina  ze  Wzgórza  zawsze  teraz  jadała  w  Stornes,  skoro  wszyscy  pomagali  w  pracy.  Ale 
niedzielny obiad to coś wyjątkowego. 

Po  obiedzie  rozsiedli  się  na  zalanym  słońcem  dziedzińcu.  Piękna  pogoda  wciąż  się 

utrzymywała. 

-  Myślę,  że  dzisiaj  wypijemy  kawę  na  dworze  -  zaproponowała  Mali.  -  Chyba  nikt  nie 

chce siedzieć w domu przy takiej pogodzie. 

-  Obiad  był  wspaniały  -  pochwalił  Sivert  i  wyciągnął  się  na  szmacianym  chodniczku, 

jednym  z  tych,  które  porozkładano  na  trawie.  -  Nikt  by  nie  uwierzył,  że  jedzenie  jest  na 
kartki. 

-  My  przez  całą  wojnę  dawaliśmy  sobie  świetnie  radę  z  niemieckimi  kartkami  - 

uśmiechnął  się  Havard.  -  Jeszcze  jakiś  czas  sobie  poradzimy.  Spichlerz  jest  wypełniony  po 
brzegi. 

-  Ale  rzeczywiście  widać,  że  są  kartki.  Niektórych  towarów  w  ogóle  nie  można  dostać  - 

westchnęła Mali. - Z tęsknotą oczekuję na jakieś normalniejsze czasy. 

-  Najważniejsze,  że  wojna  już  się  skończyła  -  wtrącił  Sivert.  -  I  teraz  Einar  Gerhardsen 

tworzy właśnie socjalistyczny rząd. A ja wierzę w tego człowieka. 

-  Owszem,  on  może  sporo  zrobić  -  zgodził  się  z  nim  Havard.  -  Zaprosił  też  do  swojego 

rządu wielu doświadczonych ludzi. Tylko że czeka ich ogromna praca, trzeba odbudować kraj 
po pięciu wojennych latach. A to nie igraszka. 

-  Miejmy nadzieję, że już nigdy nie będzie wojny - westchnęła Mali. - Wierzę, że wszyscy 

zrozumieli, jakie to szaleństwo. I jakie zło dla wszystkich - dodała gniewnie. 

-  Powinniśmy  chyba  zaufać  Narodom  Zjednoczonym  -  wtrącił  Oja.  -  W  końcu  aż 

pięćdziesiąt jeden narodów podpisało Kartę ONZ w poprzednim miesiącu, czytałem o tym w 
gazetach.  Płynie  z  tego  prawdziwe  poczucie  bezpieczeństwa,  przynajmniej  dla  mnie,  że 
mamy coś takiego jak ONZ. 

background image

-  Oczywiście,  że  to  daje  poczucie  bezpieczeństwa  -  zgodził  się  z  nim  Havard.  -  Ja 

naprawdę wierzę w tę organizację. 

-  Tak,  ale  to,  że  nigdy  więcej  nie  wybuchnie  wojna  światowa...  nie,  w  to  chyba  nikt  nie 

wierzy - wtrącił Sivert, potrząsając głową. 

-  Możemy mieć tylko nadzieję, że przynajmniej my, w naszej części świata, takiej wojny 

unikniemy. 

-  Miałeś jakieś wiadomości od Davida, Sivercie? - spytała Mali. 
-  Nie,  ale  właśnie  też  myślałem,  że  pewnie  wkrótce  się  odezwie.  Jeśli  oczywiście 

wszystko poszło z nim jak należy. A tego przecież nie wiemy... 

-  Generalnie z Żydami w Norwegii nie poszło dobrze - stwierdził Havard ponuro. - Przed 

kilkoma dniami czytałem w gazecie. Podobno niewielu z nich się uratowało. 

-  No  a  pomyślcie,  ilu  ich  zginęło  na  świecie  -  dodał  Sivert  wzburzony.  -  Chyba  nikt  nie 

pojmuje jeszcze, jaka straszna tragedia stała się z Żydami. Ten Hitler to musiał być... - Sivert 
potrząsał głową i wpatrywał się w ziemię, jakby nie był w stanie znaleźć odpowiednich słów. 
- Z pewnością w miarę upływu czasu będziemy się dowiadywać coraz więcej, myślę jednak, 
ż

e dokonała się prawdziwa zagłada. Wspomnicie moje słowa. 

-  No i patrzcie, sam Knut Hamsun został postawiony przed sądem. 
-  Tak,  za  zdradę  kraju  -  przytaknął  Havard.  -  Pomyśleć,  do  czego  to  doszło.  Można  by 

sądzić, że taki mądry i oczytany człowiek zrozumie, co w wojnie jest szalonego. 

-  Wielu  było  takich,  którzy  przeszli  na  drugą  stronę  -  rzekł  Oja  cierpko.  -  Ale  teraz 

nadszedł czas rozliczeń. 

W tej chwili z domu wyszła Helene z tacą, na której stały filiżanki i talerzyki. Na jej widok 

Oję  przeniknął  ciepły  dreszcz.  Od  tamtego  spaceru  nad  brzegiem  fiordu  nie  odbyli  wielu 
wspólnych wycieczek, Oja płonął z tęsknoty i niecierpliwości, by znowu zostać z nią sam na 
sam.  Teraz  pozostawały  tylko  krótkie  spotkania  na  korytarzu  lub  w  innych  miejscach. 
Pospieszne  pocałunki,  które  rozpalały  go  jeszcze  bardziej.  Helene  wciąż  nic  mu  nie 
odpowiedziała. W każdym razie nic nowego, nic o tym, czy już jest pewna swoich uczuć. 

A on nie chciał znowu pytać, próbował jeszcze trochę poczekać. Starał się być cierpliwy i 

dać jej ten czas, o który prosiła. Ale zwłaszcza po ostatnim spacerze było mu bardzo trudno. 
Wtedy przecież była dużo bardziej życzliwa, powtarzał sobie raz po raz. 

Wstał i wziął od dziewczyny tacę. 
-  Pomogę ci - zaproponował. 
-  No  właśnie,  trzeba  tutaj  posprzątać  -  powiedziała  Mali,  zdejmując  kwiaty,  które  stały 

pośrodku stołu. - A jak tam z ciastem? 

-  Właśnie dochodzi, wkrótce będzie gotowe. 
-  Ty  też  napij  się  z  nami  kawy,  Helene  -  zapraszała  Mali  z  uśmiechem.  -  Ciebie  też 

prosimy. 

-  Dziękuję bardzo, przyjdę, jak ciasto się upiecze. 
-  A ja pójdę po kawę - ofiarowała się Tordhild, wstając. - Nie musisz sama po wszystko 

biegać. 

Kiedy  wróciły,  Oja  postarał  się,  żeby  Helene  usiadła  obok  niego.  Siedział  więc  teraz  i 

ukradkiem  na  nią  spoglądał.  Jestem  taki  spięty  i  pełen  oczekiwań  jak  jakiś  nastolatek, 
pomyślał i musiał uśmiechnąć się pod nosem. 

Po chwili na drodze ukazała się rodzina z Granvold. Zrobiła się już u nich spora gromadka, 

pomyślała  Mali,  widząc,  jak  się  zbliżają.  Marilena  i  Mała  Mali  zerwały  się  natychmiast  i 
pobiegły na spotkanie. 

-  Jak wspaniale, idzie do nas Trygve i Ruth Margrethe! - wołała radośnie Mała Mali. - Po 

prostu świetnie. 

background image

-  Tak, rzeczywiście zrobiło się u nas tłumnie - chrząkał Havard. - Trzeba wynieść jeszcze 

parę dywaników, bo myślę, że niektórzy wolą siedzieć na trawie.. A poza tym to powinniśmy 
kupić więcej ogrodowych mebli - dodał. - Okazuje się, że mamy ich za mało. 

Dzieci biegały po podwórzu, a przy okrągłym stole toczyła się ożywiona rozmowa. 
-  No  to  co,  idziesz  do  gimnazjum,  Johannes  -  zagadnął  Ola,  spoglądając  na  wysokiego 

chłopca, stojącego przy krześle matki. - Słyszałem od twojego taty. 

-  Tak, we wrześniu zaczynam naukę w publicznym liceum w Orkdal. 
-  A zdawałeś już egzamin wstępny?  
Johannes przytaknął. 
-  No i dobrze ci poszło? 
-  Jakoś poszło. W każdym razie mnie przyjęli. 
-  Poszło mu znakomicie - poprawiła Tordhild z dumą w głosie i poklepała syna po ręce. - 

O ile wiem, to nikt nie wypadł lepiej. I trzeba to głośno powiedzieć. 

-  No właśnie, trzeba o tym mówić - poparła ją Mali. 
-  A  więc  wszystko  wskazuje  na  to,  że  pozostaniesz  przy  planach  studiów 

weterynaryjnych, prawda? 

-  Jeszcze zobaczymy - odparł Johannes wymijająco. - Trzeba mieć bardzo dobre stopnie, 

ż

eby dostać się na takie studia w Oslo. Ale jeśli się uda... 

-  Uda  się,  uda.  A  ty  skończysz  jako  lekarz  od  zwierząt  w  naszym  okręgu  -  cieszył  się 

Havard. - To by dopiero było coś, Johannes. 

-  Ale gdzie ty tam będziesz mieszkał w tym Orkdal? - spytała Dorbet. - To tak daleko od 

domu, że będziesz chyba przyjeżdżał dosyć rzadko? 

-  Będę miał pokój u pewnej starszej pani, która wynajmuje pokoje uczniom. 
-  Wielu  ludzi  w  miastach  wynajmuje  stancje  studentom  -  wyjaśniała  Tordhild.  -  To  jest 

niezły dodatkowy zarobek. 

-  Mnie  się  wydaje  dziwne,  że  chłopiec  będzie  mieszkał  gdzieś  poza  domem  -  westchnął 

Sivert.  -  Wtedy,  kiedy  chodził  do  szkoły  w  Kvannes,  mieszkał  przecież  w  domu.  Nie,  bez 
Johannesa będzie bardzo pusto, to pewne. 

-  Wszyscy odczujemy jego brak - stwierdziła Mali. - Będziemy za tobą tęsknić, Johannes. 
-  Co ty, babciu, przecież nie wyjeżdżam do Ameryki - uśmiechnął się. - Będę przyjeżdżał 

do  domu  na  niedziele  tak  często,  jak  to  możliwe,  i  będę  tutaj  spędzał  wszystkie  ferie.  Nie 
będzie tak źle, zobaczycie. 

-  Żeby  tylko  tobie  było  dobrze,  to  najważniejsze  -  rzekła  Mali.  -  O  tym  tylko  trzeba 

myśleć. Żebyś nie chodził tam sam i źle się czuł. 

-  Na  pewno  nie  będę,  babciu  -  pocieszał  Johannes.  -  Radziłem  sobie  znakomicie,  kiedy 

chodziłem do Kvannes. 

-  Mimo wszystko wtedy mieszkałeś w domu. 
-  Jeśli będzie się czuł źle, to może po prostu przerwać i wrócić do domu - uznał Sivert. - 

Może zdobyć inne wykształcenie, gdyby tak było trzeba. 

-  A co z muzyką, Johannes? - spytała Dorbet. 
-  Cóż, to nie takie proste. Ale wezmę ze sobą skrzypce. 
Mali  wiedziała  jednak,  że  najważniejsza  będzie  dla  Johannesa  szkoła.  Już  dawno  temu 

zdecydował się na to gimnazjum. Muzyka była na drugim miejscu, domyślała się jednak, że 
chłopiec systematycznie ćwiczy, zarówno sam, jak i z ojcem. 

Przyglądała  mu  się  ukradkiem.  W  ostatnim  roku  Johannes  wydoroślał,  myślała.  Twarz 

nabrała dojrzałego wyrazu, wzrostem dorównywał ojcu. Patrzyła na promienne oczy chłopca, 
na  te  jego  gęste,  ciemne  włosy.  Trudno  się  nie  zgodzić,  że  Johannes  jest  urodziwym, 
przystojnym młodym człowiekiem. 

Ale  w  jego  życiu  nie  było  jeszcze  żadnej  dziewczyny,  przynajmniej  Mali  o  tym  nie 

wiedziała.  Domyślała  się  jednak,  że  nie  brakuje  takich,  które  byłyby  zainteresowane  jej 

background image

wnukiem,  zresztą  dowiadywała  się  o  tym  z  różnych  stron.  No  i  nie  ma  się  czemu  dziwić, 
stwierdziła.  Johannes  nie  jest  zwyczajnym  chłopcem.  Zarówno  jeśli  chodzi  o  wygląd,  jak  i 
pod względem charakteru różnił się od przeciętnych młodych ludzi. Mali westchnęła. 

Niech  go  Bóg  błogosławi!  Johannes  miał  pełne  poczucia  bezpieczeństwa  dzieciństwo, 

przywykł ufać ludziom i nie miał doświadczenia z takimi, którzy mu źle życzą. 

Kiedy  już  mieli  kończyć  kawę,  na  drodze  do  dworu  ukazał  się  Olav z  Ingeborg.  Mali  na 

ich widok nieco się zaniepokoiła. Nikt nie widywał służących w Stornes w niedziele. Wtedy 
mieli wolne i pozostawali w domach, chyba że działo się coś wyjątkowego. 

-  A  wy  spóźniliście  się  na  kawę  -  powitała  ich  z  uśmiechem.  -  Ale  jeszcze  trochę  w 

dzbanku zostało, więc jeśli nie odmówicie, to prosimy na filiżaneczkę. 

-  Dziękujemy  za  zaproszenie,  ale  myśmy  też  właśnie  wypili  popołudniową  kawę  - 

dziękował  O1av.  -  Chcielibyśmy  się  tylko  tak  przejść  trochę  drogą.  Zrobiliśmy  sobie  mały 
spacer. 

-  Cieszę  się,  widząc,  jak  ci  się  poprawiło  z  plecami,  Ingeborg  -  powiedziała  Mali.  - 

Naprawdę jest coraz lepiej, czyż nie? 

-  Tak,  tak,  teraz  mogłabym  już  wracać  do  roboty  -  zapewniała  Ingeborg.  -  Czuję  się  jak 

nowo narodzona. 

Mali  poklepała  ją  po  ramieniu.  -  O,  możesz  sobie  jeszcze  odpoczywać,  dopóki  bydło  nie 

wróci z gór. Czy nie tak zalecił doktor? 

-  Owszem, powiedział, że tak by było najlepiej, żebym sobie do tego czasu odpoczywała. 

Ale ja już czuję się dobrze - powtórzyła. 

I  tak  też  wygląda,  pomyślał  Oja,  spoglądając  na  starą  służącą.  Już  dawno  nie  widział 

Ingeborg  takiej  rumianej  i  wypoczętej.  Dobrze  jej  zrobiła  ta  przerwa  w  pracy.  Nie  jest  już 
młoda,  ona  też  nie.  Ale  myśl  o  tym,  że  Ingeborg  wróci  do  pracy,  przeraziła  go.  To  by 
oznaczało,  że  Helene  musi  opuścić  Stornes.  W  każdym  razie  umowa  była  taka,  że  Helene 
zostanie u nich na czas choroby Ingeborg. Myśl o tym, że Helene wyjedzie, zanim udzieli mu 
wiążącej  odpowiedzi,  sprawiała,  że  Oja  robił  się  chory.  Jeśli  dziewczyna  wyjedzie,  to 
znacznie  trudniej  będzie  utrzymać  kontakt,  myślał.  Wprawdzie  nie  jest  bardzo  daleko  ze 
Stornes do Stangvika, ale przecież nie mógłby jeździć tam wieczorami po ciężkim dniu pracy. 

Musi  z  nią  znowu  porozmawiać,  musi  zostać  z  nią  sam  na  sam.  Wspomniała  mu,  że 

chętnie  wybrałaby  się  z  nim  któregoś  dnia  popływać  łodzią  po  fiordzie.  Może  powinien 
zapytać, czy dzisiaj wieczorem by jej odpowiadała taka wycieczka? Podążał wzrokiem za jej 
wyprostowaną sylwetką, kiedy sprzątała ze stołu. 

-  Pomogę ci to zanieść do domu - ofiarował się. 
-  Mam przecież tacę - odparła, spoglądając na niego. - Świetnie sobie radzę. 
Oja zniżył głos. 
-  Mieliśmy  się  wybrać  łódką  na  fiord  któregoś  wieczora  -  powiedział  pospiesznie, 

rozglądając  się  wkoło.  Nie  chciał,  żeby  ktoś  ich  usłyszał.  Ale  wszyscy  inni  zajęci  byli 
rozmową z Ingeborg i jej mężem, nikt się nie przejmował Oją i Helene. 

-  Tak, ale tyle jest pracy przy sianie... 
-  Co tam, niedługo kończymy zwożenie. 
-  Ane powiedziała, że zaraz potem będą sianokosy w górach. Ja chyba też tam pójdę? 
-  Oczywiście,  że  pójdziesz  -  potwierdził  Oja,  poruszony  możliwością  spędzenia  razem  z 

Helene całego dnia. - Na zakończenie sianokosów w górach jest zawsze zabawa. 

-  Tak, Ane mi o tym mówiła - uśmiechnęła się Helene promiennie. 
Oja skinął głową. 
-  Sianokosy  w  górach  robi  się  zaraz  po zakończeniu  zwózki  siana,  więc  to  już  niedługo. 

Jeśli pogoda dopisze - dodał. 

-  Więc będziemy chyba musieli poczekać z tą wyprawą łodzią, prawda? 

background image

-  Ale  przecież  możemy  wypłynąć  dziś  wieczór.  Piękniejszego  wieczoru  się  nie 

doczekamy. 

Oja spostrzegł, że Helene rozważa propozycję, po chwili skinęła głową. 
-  W takim razie po obrządku. 
Oja ucieszył się. Serce przepełniała mu radość. 
-  Po obrządku - przytaknął. 
Tego wieczora na Wzgórzu zadzwonił telefon. Odebrał Sivert. 
-  Tu Sivert Stornes. 
-  Halo, Sivert, tu mówi David. 
Sivert poczuł, że serce skacze mu z radości. Zakręciło mu się w głowie i musiał się oprzeć 

o ścianę. 

-  No,  o  wilku  mowa  -  zawołał  z  przejęciem.  -  Rozmawialiśmy  o  tobie  dzisiaj,  Davidzie. 

Nie  mieliśmy  od  ciebie  żadnych  wiadomości,  więc  zastanawialiśmy  się,  co  się  z  tobą  stało. 
Gdzie teraz jesteś? 

-  Jestem w Trondheim, wczoraj wieczorem wróciłem ze Szwecji. Mieszkanie ocalało, ale 

wiele rzeczy zniknęło. Nie mam na przykład telefonu. Przyszedłem teraz do przyjaciela, żeby 
do ciebie zadzwonić. 

-  I wszystko z tobą dobrze? 
-  Tak, ze mną wszystko dobrze. A jak tam u was? Czy Ola wrócił szczęśliwie? 
-  Tak, wrócił cały i zdrowy, Bogu dzięki. 
-  Nie wiem, co by było  ze mną bez niego  - wyznał David wzruszony. -  Kiedy się z nim 

rozstałem,  inni  ludzie  przeprowadzili  mnie  do  Szwecji  i  byłem  tam  aż  do  tej  pory.  Ale  ja 
jestem  jednym  z  niewielu  szczęśliwych,  Sivercie.  To,  co  się  stało  z  Żydami,  to  trudna  do 
pojęcia tragedia. 

-  Tak, ja czytałem, że... 
-  Miliony Żydów poniosło śmierć.  
-  Miliony? 
-  Tak, to naprawdę trudne do pojęcia. Wszędzie ludzie o tym mówią. Miliony! 
-  To brzmi strasznie. A twoja rodzina... - Sivert nie dokończył zdania. 
-  Wszyscy  moi  najbliżsi  nie  żyją  -  wyznał  David  przygnębiony.  -  Tak  myślę.  Nie  mam 

kontaktu z nikim, więc muszę chyba spojrzeć prawdzie w oczy, że oni już nigdy nie wrócą. 
Ż

e oni... nie żyją. Że zostali zamordowani - dodał z goryczą. 

-  To straszne, co mówisz - wykrztusił Sivert ochryple. - Ale czy nie wierzysz, że... 
-  Nie, ja już nie wierzę, Sivert. Naprawdę nie ma żadnej nadziei. Słyszałem trochę o tym, 

co się działo w obozach w Niemczech i w innych krajach. Niewielu uszło stamtąd z życiem. 

-  Jest... jest mi strasznie przykro, Davidzie. 
-  Wiem,  sam  właściwie  jeszcze  tego  nie  pojmuję.  Rozmyślanie  o  tym  jest  nie  do 

wytrzymania. Ale przecież życie musi toczyć się dalej. A skoro już mówimy o życiu... Nigdy 
nie  przestanę  dziękować  tobie  i  twojej  rodzinie  za  to,  coście  dla  mnie  zrobili,  Sivert. 
Chciałbym przyjechać do was, odwiedzić wszystkich teraz, kiedy mamy pokój i nie będziecie 
musieli mnie ukrywać. Byłoby miło móc odwiedzić was jawnie. Co ty o tym myślisz? 

-  Wszyscy byśmy się bardzo cieszyli, Davidzie. Kiedy chciałbyś przyjechać? 
-  Dokładnie jeszcze nie wiem, najpierw muszę tu jakoś pozałatwiać najważniejsze sprawy. 

Poszukać  jakiejś  pracy,  zacząć  budować  nowe  życie.  Tyle  się  zmieniło  w  ciągu  tych 
wojennych lat. 

-  W takim razie daj znać, kiedy chciałbyś przyjechać - zapraszał Sivert wylewnie. - U nas 

znajdziesz  zarówno  mieszkanie,  jak  i  serce,  Davidzie,  i  zawsze  będziesz  tu  mile  widziany. 
Przecież wiesz. 

background image

-  Bardzo  ci  dziękuję,  Sivert.  Zatelefonuję,  jak  się  tu  już  trochę  rozejrzę.  Ale  naprawdę 

bardzo się cieszę, że będę mógł wam wszystkim uścisnąć ręce i podziękować. Nie ulega dla 
mnie wątpliwości, że uratowaliście mi życie, Sivercie. Ty i Ola Granvold. 

-  Cóż... 
-  Nie sądź, że ja kiedykolwiek o tym zapomnę - zapewniał David. - Tak bardzo chciałbym 

wam porządnie podziękować. Wszystkim - dodał. - Przecież wielu ludzi ryzykowało tak wiele 
z mojego powodu w czasie, kiedy ukrywałem się na Parceli. 

-  Dla  mnie  najlepszym  podziękowaniem  jest  to,  że  udało  ci  się  przeżyć,  Davidzie. 

Przychodziły nam tu do głowy różne straszne rzeczy... 

-  Tak,  ja  też  różnie  myślałem.  Ale  jakoś  dałem  sobie  radę,  dzięki  tobie  i  twoim 

pomocnikom. 

-  No to czekam na wiadomość, kiedy będziesz mógł do nas przyjechać - powtórzył Sivert. 

- Sam decyduj, kiedy ci najlepiej pasuje. 

-  A ja ci bardzo dziękuję. Odezwę się niedługo. Pozdrów wszystkich i do zobaczenia. 
Sivert  zapisał  numer  telefonu  przyjaciela  Davida.  Potem,  kiedy  już  odwiesił  słuchawkę, 

stał jeszcze przez chwilę zamyślony. To wspaniale, że David przeżył. Że ten ich ryzykowny 
plan został szczęśliwie zrealizowany. A wszystko mogło skończyć się jak najgorzej, pomyślał 
i  zdjął  go  dreszcz.  Mogło  się  skończyć  źle  nie  tylko  dla  Davida,  lecz  także  dla  wielu 
członków  jego  rodziny,  którzy  ukrywali  uciekiniera  i  pomogli  mu  przedostać  się  przez 
granicę. 

-  Kto to był? - spytała Tordhild, kiedy wrócił do izby. - Wyobraź sobie, że dzwonił David! 

Tordhild klasnęła w dłonie. 

-  David! Skąd on dzwonił? 
-  Wczoraj wieczorem wrócił ze Szwecji do Trondheim. U niego wszystko dobrze. 
-  To niewiarygodne. A my w Stornes akurat o nim rozmawialiśmy. 
-  No  właśnie,  powiedziałem  mu,  że  o  wilku  mowa...  Sivert  otarł  pospiesznie  twarz.  Był 

wzruszony tym, że przyjaciel żyje i że wszystko poszło dobrze. 

-  Co ci David powiedział? 
-     Że  najpierw  musi  się  trochę  ogarnąć.  Mieszkanie  zastał  niezniszczone,  ale  Niemcy 

mnóstwo rzeczy wynieśli. Nie ma nawet telefonu, więc dzwonił od swojego przyjaciela. No i 
musi sobie znaleźć pracę. Długo go nie było, wiesz. Za jakiś czas chciałby do nas przyjechać. 
I podziękować za wszystko, tak mówi. 

-  Tak, wierzę, że jest nam wdzięczny - skinęła głową Tordhild. - Musi być. Pomyśl, jakie 

ryzyko podejmowała rodzina, kiedy... 

-  Tak,  ale  lepiej  myśleć,  że  się  udało,  i  cieszyć  się  z  tego  -  powiedział  Sivert.  -  To 

naprawdę szczęście od Boga, że tak to się skończyło. Z nami wszystkimi - dodał. 

-  Ale zaprosiłeś go, domyślam się? – spytała Tordhild. - Niech przyjedzie, kiedy chce. 
Sivert przytaknął. 
-  Tak też mu powiedziałem. Więc pewnie niedługo znowu zadzwoni. Mówi jednak, że z 

jego rodziną to chyba niedobrze - dodał Sivert. - David nie ma kontaktu z nikim, uważa więc, 
ż

e nie żyją. Wszyscy. 

-  Och, nie! - Tordhild spojrzała na męża przerażona. - Jakie to okropne! Biedny człowiek. 
-  Z  Żydami  dokonała  się  dużo  większa  tragedia,  niż  myśleliśmy,  Tordhild.  Miliony  nie 

ż

yją, tak mówi David. Pomyśl tylko: miliony! 

Łzy  napłynęły  Tordhild  do  oczu.  Bez  słowa  wzięła  swoją  robótkę  i  usiadła  na  kanapie. 

Dziwnie  będzie  zobaczyć  znowu  Davida,  pomyślała.  Ale  nie  obawiała  się  tego  spotkania. 
Tamto,  co  się  stało,  zostało  rozliczone,  zanim  David  odszedł.  Zresztą  to  nie  była  na  tyle 
poważna  sprawa,  by  Tordhild  miała  teraz  do  niej  wracać.  Wszystkiemu  winna  wojna  i  ta 
okropna sytuacja, w której David się znalazł. Więc przyjmiemy go tutaj serdecznie, myślała. 
Naprawdę miło będzie znowu go zobaczyć. 

background image

  
Była  prawie  północ,  kiedy  Oja  pomógł  zejść  Helene  na  ląd.  Ryb  nie  nałowili,  trafiło  się 

tylko kilka malutkich, które Oja natychmiast wyrzucił do wody. To nie jest jedzenie dla ludzi, 
jak powiedział. Dla niego jednak nie miało znaczenia, że nie nałapali ryb. Nie po to przecież 
chciał wypłynąć na wody fiordu. On chciał być sam z Helene. 

Rozmawiali dużo, ale Oja uważał, że niewiele z tego wynikło. Helene nie powiedziała nic 

szczególnego na temat ich wzajemnego stosunku, a on bał się nalegać. Kluczył wokół sprawy, 
coraz bardziej niespokojny i sfrustrowany. 

Kiedy wyciągnęli łódź na brzeg, pozwolił sobie położyć rękę na jej barkach. 
-  Chyba nie udało nam się porozmawiać - rzekł. 
-  Przecież cały czas rozmawialiśmy. 
-  Owszem,  ale  nie  o...  nie  o  nas  obojgu.  Helene  milczała.  Ruszyli  w  stronę  domu  przez 

sad. Letnia noc była jasna, pełna zapachów. 

-  Helene  -  zaczął  Oja  i  przystanął.  -  Czy  ty  wiesz,  co  ja  do  ciebie  czuję?  Czy  nie  wiesz 

tego? 

-  Oczywiście, że wiem. 
-  No a ty? Co ty czujesz do mnie? 
-  Ja chyba też ciebie kocham. 
Serce Oi podskoczyło, objął dziewczynę mocno i przyciągnął ją do siebie. - Kochasz mnie 

na tyle, by wyjść za mnie? 

Helene nie natychmiast odpowiedziała. Położyła głowę jego piersi i westchnęła. 
-  Tak mi się zdaje - szepnęła cicho.  
Oja  stał  bez  ruchu.  Nie  był  pewien,  czy  dobrze  usłyszał.  Krew  pulsowała  mu  w  uszach. 

Przepełniały go najrozmaitsze uczucia. 

-  Chciałabyś tego? 
-  Tak, chciałabym, jeśli nie skrzywdzimy w ten sposób Małej Mali. 
Oja miał ochotę wrzeszczeć z radości. Przycisnął Helene mocno do siebie i poczuł, że w 

oczach ma łzy. 

-  Czy ty się zgadzasz? - szeptał, z trudem chwytając powietrze. 
Ona bez słowa skinęła głową. Odsunął ją lekko od siebie i spojrzał jej w oczy. 
-  I nic nie powiedziałaś przez cały wieczór? 
-  Uważałam, że nie ma pośpiechu. 
-  Przecież wiedziałaś, że ja... że ja... - umilkł. Pochylił się i pocałował Helene. Jej wargi są 

takie miękkie, pomyślał. 

-  Chcesz wyjść za mnie za mąż? - powtórzył. - Powiedziałaś „tak"? 
-  Tak, jeśli Mała Mali nie będzie miała nic przeciwko temu. 
-  A co ona miałaby mieć przeciwko? Myślę, że ona się po prostu bardzo ucieszy. 
-  Musisz ją o to zapytać, Oja. 
-  Oczywiście, zapytam. 
-  I musisz wysłuchać, co ona ma do powiedzenia. To jest także jej życie. 
-  Ona z pewnością się ucieszy - powtórzył Oja zdecydowanie i znowu przytulił do siebie 

Helene.  -  To  pewne,  że  się  ucieszy!  A  ja  -  szeptał  -  a  ja  jestem  taki  szczęśliwy,  że  serce  o 
mało mi nie pęknie. 

Jego  dłonie  głaskały  ją  delikatnie  po  plecach.  Ale  kiedy  spróbował  rozpiąć  jej  bluzkę, 

Helene zaprotestowała. 

-  Nie teraz - powiedziała cicho. - Mamy mnóstwo czasu, Oja. Możesz trochę poczekać. 
-  Ale ja... ja ciebie pragnę. 
-  I dostaniesz. Ale nie tutaj i nie teraz. Ja tak chcę, Oja - wyszeptała, zarzucając mu ręce 

na szyję. 

-  Chyba możemy jeszcze trochę poczekać, prawda? 

background image

Oja próbował ukryć rozczarowanie, wciąż ją do siebie tulił. 
-  Jak długo mam czekać? 
-  Dopóki  nie  porozmawiasz  z  Małą  Mali.  I  dopóki  nie  powiemy  twojej  rodzinie,  że 

chcemy się pobrać. 

-  Możemy im powiedzieć jutro. 
Helene roześmiała się cicho. Pogłaskała go po włosach i pospiesznie pocałowała. - No to w 

takim razie wszystko będzie jutro - rzekła. 

Mocno objęci poszli dalej przez sad. Oja ledwo widział, gdzie stawia nogi. Taki był zajęty 

patrzeniem na Helene, głaskaniem jej po twarzy i rozkoszowaniem się buzującą radością. To 
chyba zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe, myślał. Helene powiedziała „tak"! A jutro... 
jutro może wszystko osiągnąć, Helene będzie jego. Na zawsze! 

Na ganku zdjęli buty i na palcach weszli na strych. Przed drzwiami jej pokoju zatrzymali 

się na chwilę. 

-  Dobranoc - szepnęła Helene. 
W odpowiedzi Oja ją pocałował. Z trudem wypuszczał ją z objęć. W końcu ona ostrożnie 

wymknęła mu się z ramion i zniknęła w swojej sypialni. Oja stał jeszcze  na pogrążonym w 
półmroku korytarzu. Serce tłukło mu się jak szalone. 

Miał ochotę natychmiast pobiec do rodziców i przekazać im tę wielką nowinę. Opanował 

się  jednak.  Przeszedł  na  palcach  pod  ich  drzwiami,  uśmiechając  się  sam  do  siebie.  Jutro, 
myślał radośnie. Jutro! 

   
ROZDZIAŁ 6. 
  
Oja  obudził  się  o  brzasku.  Leżał  i  wsłuchiwał  się,  czy  z  wielkiego  domu  dochodzą  już 

jakieś odgłosy, ale wszędzie panowała cisza. Nikt tak wcześnie nie wstaje. Wsunął ręce pod 
głowę, leżał i patrzył w sufit. Oczekiwanie i radość z wczorajszego wieczora wciąż odczuwał 
jako ssanie w żołądku. Dzisiaj oznajmi rodzinie, że on i Helene się zaręczyli. Najpierw jednak 
powinien porozmawiać z Małą Mali. Obiecał Helene, że córeczka dowie się o wszystkim jako 
pierwsza. 

A  gdyby  ona  mimo  wszystko  miała  coś  przeciwko  temu?  -  pojawiła  się  nagle 

nieprzyjemna myśl. Jeśli dobrze wczoraj zrozumiał Helene, to protest Mali mógłby wywrócić 
do góry nogami wszystkie plany. Dla Helene to podstawowy warunek, żeby jego córka uznała 
ich  zaręczyny  i  ślub.  Ale  Mała  Mali  nie  będzie  protestować,  pocieszał  sam  siebie.  Przecież 
ona tak lubi Helene i wciąż mówi, że Helene nie może opuścić Stornes. 

Nie,  powinienem  zakładać,  że  ta  sprawa  się  ułoży,  myślał,  zrzucając  z  siebie  pierzynę. 

Właściwie to może już wstać. Nie potrwa długo, zanim Ane zajmie swoje miejsce na dole, a 
wtedy przyjdzie też Helene. Oja zajmie się oborą, dopóki Mała Mali się nie wyśpi. Nie może 
przecież biec do dziecka o świcie i pytać, co córka myśli o zaręczynach. Mała Mali musi się 
najpierw obudzić. 

Nie  mam  pierścionka,  żeby  go  dzisiaj  dać  Helene,  pomyślał,  ubierając  się.  Będą  musieli 

pojechać do miasta i kupić obrączki, ale teraz, w środku sianokosów, nie można tego zrobić. 
Pierścionki  muszą  poczekać.  Zresztą  nie  one  są  najważniejsze.  Mimo  wszystko  chętnie  by 
dzisiaj wsunął pierścionek na palec Helene. Sprawa byłaby wtedy znacznie bardziej oficjalna. 

Ane weszła do kuchni wkrótce po nim. 
-  Strasznie wcześnie się dzisiaj zerwałeś - zauważyła. 
-  Tak, chcę pójść do obory najszybciej, jak to możliwe, bo dzisiaj przez cały dzień znowu 

będziemy zwozić siano. Pogoda nam sprzyja. 

-  Tak,  wygląda  na  to,  że  jeszcze  trochę  potrwa.  Drzwi  się  otworzyły  i  w  progu  stanęła 

Helene.  

Oja poczuł ukłucie w sercu. Wstrzymał oddech. 

background image

-  Dzień dobry - przywitała się uprzejmie. - Będziemy mieli znowu piękny dzień. 
-  Najpiękniejszy od paru lat - mrugnął do niej Oja. 
-  Naprawdę? - roześmiała się Ane. - Czy masz na myśli coś wyjątkowego? Bo jeśli nie, to 

zapowiada  się  zwyczajny  poniedziałek.  Chociaż  rzeczywiście,  słońce  świeci  pięknie  - 
mówiła, zerkając na niego spod oka. 

-  Poniedziałki  mogą  być  różne  -  odparł  Oja  z  uśmiechem.  -  Ale  teraz  możemy  iść  do 

obory, Ane. 

-  A  ty  przygotuj  wszystko  do  śniadania  -  powiedziała  Ane  do  Helene.  -  Gospodarze 

wkrótce się zjawią, a Olav i Aslak już są na Wzgórzu. 

Ane  poszła  do  komórki  po  wiadra,  Oja  natychmiast  dwoma  skokami  znalazł  się  przy 

Helene, objął ją i mocno do siebie przytulił. 

-  Mam nadzieję, że nie żałujesz tego, co powiedziałaś? 
-  Nie  -  uśmiechnęła  się  do  niego  promiennie.  -  Nawet  mi  się  dzisiaj  śniłeś.  A  przecież 

miałam margerytkę pod poduszką. Czy to przypadkiem czegoś nie oznacza? Mówiłeś wczoraj 
coś o tym, że dostanę mężczyznę... 

-  Tak, że wyjdziesz za mąż za tego, który ci się przyśni. 
-  No widzisz, wygląda na to, że to będziesz ty - śmiała się łobuzersko. 
Oja pocałował ją pospiesznie. Pogłaskał jej rozpromienioną twarz. 
Helene spoważniała. 
-  Musisz porozmawiać z Małą Mali. 
-  Zrobię to, jak tylko się obudzi - zapewnił  Oja. - Pójdę do niej, jak wrócę z obory. Ale 

wszystko będzie dobrze - dodał. - Ja wiem, że Mała Mali się ucieszy. 

  
Kiedy  Oja  skończył  pracę  w  oborze,  Mała  Mali  jeszcze  nie  wstała.  Gdy  więc  się  umył  i 

przebrał, poszedł do niej. 

-  Dzień dobry, obudziłaś się już? - spytał, wsuwając głowę przez uchylone drzwi. 
-  Tak, zaraz wstaję - ziewnęła dziewczynka i patrzyła na niego, mrużąc oczy. 
-  Jest coś, o czym chciałbym z tobą porozmawiać... 
-  Jeszcze zanim wstanę? 
-  Tak, to chyba nie zajmie nam dużo czasu - powiedział, siadając na brzegu jej łóżka. - To 

chodzi o Helene. 

-  Chciałeś  powiedzieć,  że  ona  wyjedzie?  -  spytała  Mali,  wytrzeszczając  przestraszone 

oczy. 

-  Nie, wprost przeciwnie. Chciałbym ją poprosić, żeby u nas została. 
-  A czy babcia się na to zgodzi? Teraz, kiedy Ingeborg jest już zdrowa... 
-  Ja chciałbym poprosić Helene, żeby została z nami na zawsze - rzekł Oja, spoglądając na 

córkę. - Chciałbym, żebyśmy wzięli ślub, Helene i ja. 

-  Żebyście wzięli ślub? - Mała Mali patrzyła na niego z otwartą buzią. 
-  Tak. Czy to nie byłoby wspaniałe? Stalibyśmy się znowu małą rodziną, ty, ja i Helene. 

Wtedy ona zostałaby z nami na zawsze. 

-  No  a  w  takim  razie  mama?  -  spytało  dziecko  z  powątpiewaniem  i  czymś,  co 

przypominało strach w głosie. 

-  My nigdy nie zapomnimy o mamie - zapewnił Oja pospiesznie. - Ale ja jestem pewien, 

ż

e ona by tego chciała, i dla ciebie, i dla mnie. 

-  Naprawdę tak myślisz, tatusiu? 
Oja patrzył na nią z powagą. 
-  Jestem tego najzupełniej pewien. Mama zawsze by chciała, żebyśmy byli szczęśliwi. A 

teraz możemy być, wszyscy. 

Mała Mali przechyliła głowę. 
-  Czy ty będziesz szczęśliwy, jeśli ożenisz się z Helene? 

background image

-  Tak - odparł Oja. - Będę szczęśliwy. 
-  No a Helene? 
-  Ona też chętnie za mnie wyjdzie. Ale myśli o tobie. Powiedziała, że ty też musisz tego 

chcieć. W przeciwnym razie... 

-  W przeciwnym razie ona by nie chciała? 
-  Nie, chyba nie. 
Mała Mali leżała przez chwilę bez słowa. W jej główce było tyle różnych myśli. Z jednej 

strony  bardzo  chciała,  żeby  Helene  zamieszkała  u  nich  na  stale,  z  drugiej  jednak  miała 
wątpliwości  co  do  tego  małżeństwa.  Niezależnie  od  tego,  jak  bardzo  lubi  Helene,  nie 
chciałaby nazywać jej mamą! Mali ma już jedną mamę, mimo że tej matki nie ma na ziemi. 

No i poza tym jest tatuś, myślała, spoglądając na niego, jak siedział na łóżku z lśniącym 

wzrokiem  i  rumieńcami na  twarzy.  Powiedział,  że  byłby  szczęśliwy.  Pragnie  tego.  W  takim 
razie  ja  nie  mogę  mu  przeszkadzać,  myślała  dziewczynka.  Bo  bardziej  niż  czegokolwiek 
innego  pragnęła,  żeby  ojciec  był  spokojny  i  zadowolony,  by  mogła  znowu  słyszeć  jego 
ś

miech.  Często.  Tak  jak  dawniej.  Czy  Helene  potrafi  to  sprawić?  W  każdym  razie  warto 

spróbować.  A  już  Mała  Mali  wyjaśni,  dlaczego  nie  może  nazywać  jej  mamą.  Helene  na 
pewno zrozumie. 

-  W takim razie chcę, żebyś się z nią ożenił - oznajmiła, ujmując rękę ojca. - Jeśli tylko 

będziesz szczęśliwy, to tak. 

Oja pochylił się i objął córeczkę. 
-  Dziękuję,  moja  kochana  -  powiedział  ochrypłym  głosem,  tuląc  twarz  do  jej  główki. 

Przepełniała go radość. - Jestem naprawdę szczęśliwy, Mała Mali. 

-  Tatusiu, ty chyba nie płaczesz? 
-  Owszem, chyba płaczę - uśmiechnął się Oja i wypuścił dziecko z objęć. - Tak się cieszę, 

ż

e... - wstał. - Zejdziesz na dół niedługo? 

-  Tak, jak tylko się ubiorę. 
-  W takim razie spotkamy się przy śniadaniu. 
-  A co babcia mówi na to małżeństwo? 
-  Ona jeszcze o niczym nie wie. Dopiero teraz jej powiem. Ale na pewno się ucieszy, tak 

jak ty. 

Mała  Mali  próbowała  stwierdzić,  czy  ona  naprawdę  się  cieszy.  Owszem,  cieszy  się.  Ale 

nie tylko z tego, że tata i Helene zamierzają się pobrać. Mała Mali odczuwała głęboką radość 
z  tego  powodu,  że  ojciec  najwyraźniej  jest  szczęśliwy.  To  dla  niej  najważniejsze.  Ale  czy 
nadal  ją  będzie  kochał?  -  poczuła  skurcz  w  żołądku.  A  jeśli  on  teraz  będzie  kochał  tylko 
Helene? Dziewczynka zagryzła dolną wargę. Nagle w oczach stanęły jej łzy. Nie chciała się 
jednak martwić. Na pewno będzie dobrze. 

  
Oja spotkał matkę na korytarzu. Wynosiła dzbanek mleka ze spiżarki. 
-  Jak to dobrze, że cię widzę - powiedział, stając przed matką. - Jest coś... co... 
-  Tak, widzę, że coś jest - uśmiechnęła się matka. - Masz gwiazdy w oczach. 
-  To chodzi o Helene - mówił dalej Oja. - Chcielibyśmy się dzisiaj zaręczyć. 
-  Co ty mówisz? Więc ona się zgodziła? 
-  Tak, teraz już nie ma żadnych wątpliwości. A ja właśnie byłem na górze i rozmawiałem 

z Małą Mali - dodał. - Ona też nie ma nic przeciwko temu. Helene chciała, żebym najpierw 
porozmawiał z dzieckiem. 

-  To  bardzo  mądrze  -  rzekła  Mali.  -  W  takim  razie  muszę  ci  pogratulować.  Powiesz 

wszystkim przy śniadaniu? 

-  Miałem taki zamiar, tak. 
-  Ale, o ile wiem, to nie macie pierścionków? 
-  Nie - potwierdził Oja. - Wielka szkoda, ale tak daleko jeszcze sprawy nie zaszły. 

background image

-  A ty nie chcesz czekać z ogłoszeniem zaręczyn, aż kupisz pierścionki? 
-  Nie, czuję, że... - umilkł na chwilę. - Ja nie mogę czekać - dodał cicho. - Skoro ona już 

powiedziała „tak", to... 

-  Możliwe,  że  będę  mogła  ci  pomóc  -  rzekła  Mali,  kładąc  mu  rękę  na  ramieniu.  -  Mam 

obrączki twoich dziadków, Starego Siverta i Beret. Może to jest właściwa okazja, by znowu 
mogły być używane. Gdybyś więc chciał, to... 

-  Och  tak!  -  zawołał  Oja  zadowolony  i  uśmiechnął  się.  -  Takie  stare  obrączki  mogą  być 

bardzo ładne. 

-  No to chodź ze mną na górę, zaraz je zobaczysz. Są w mojej szkatułce w sypialni. 
Oja  stał,  obracał  w  palcach  na  wszystkie  strony  i  oglądał  szerokie,  stare  złote  obrączki, 

które Mali mu podała. Przepełniała go radość. Więc mimo wszystko będzie mógł już dzisiaj 
włożyć Helene na palec pierścionek! 

-  Żeby tylko pasowały - mówiła Mali. 
Oja  wsunął  męską  obrączkę  na  swój  serdeczny  palec.  Obrączka  pasowała,  jakby  była 

zrobiona dla niego. 

-  Moja pasuje jak ulana - powiedział, wyciągając rękę do matki. 
-  W takim razie myślę, że obrączka Beret też będzie pasować - stwierdziła Mali. - Helene 

jest mniej więcej tego samego wzrostu co Beret. 

-  Dziękuję  ci,  mamo  -  rzekł  Oja  i  wsunął  obie  obrączki  do  kieszeni  spodni.  -  To  bardzo 

miłe z twojej strony. 

-  Mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi, synku - westchnęła i pogłaskała go po policzku. - 

Zasługujecie na to, i ty, i Mała Mali. 

-  Ja już jestem taki szczęśliwy, że serce o mało mi nie pęknie - zapewnił Oja, ujmując dłoń 

matki. - Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś będę szczęśliwy. 

-  No a co na to Mała Mali? 
-  Ona też zgadza się na to małżeństwo. Wiesz, ona bardzo lubi Helene. 
-  Ale swoją matkę też bardzo kochała. 
-  Przecież my nigdy nie zapomnimy o Herborg, mamo - powiedział Oja z powagą. - Myślę 

jednak, że ona też by się cieszyła. 

-  Tego jestem pewna - przytaknęła Mali. - Myślę tylko o małej. 
-  Ona się cieszy, mamo - zapewnił Oja. 
Mali  skinęła  głową,  pomyślała  jednak,  że  sama  musi  zbadać,  jak  się  sprawy  mają.  Musi 

odbyć z Małą Mali rozmowę w cztery oczy. 

  
Przez cały słoneczny i upalny poniedziałek zwozili siano. Oja pracował za dwóch. Radość 

dźwięczała  mu  w  głowie  niczym  muzyka,  wciąż  musiał  spoglądać  na  Helene.  W  kieszeni 
spodni miał obrączki. Jeszcze ich nie pokazał. To ma być niespodzianka na wieczór. Poprosił 
ją, żeby poszli na spacer na cypel, a ona się zgodziła. 

Kiedy  rano  przekazał  domownikom  wiadomość,  w  izbie  zrobiło  się  zamieszanie. 

Wyglądało  na  to,  że  wszyscy  cieszą  się  razem  z  nim.  Również  Mała  Mali  wyglądała  na 
zadowoloną,  Oja  wciąż  na  nią  spoglądał.  A  kiedy  już  zjadła  swoje  kanapki,  pobiegła  na 
Wzgórze, żeby podzielić się nowiną. Oja uznał to za dobry znak. 

Tego wieczora zaprowadził Helene do specjalnego zagłębienia na cyplu Stornes, miejsca, 

które należało do niego i Herborg. Trawa pożółkła od słońca i pachniało upalnym latem. Oja 
pociągnął  Helene  na  ziemię  i  usiadł,  obejmując  ramieniem  jej  barki.  Potem  poszukał  w 
kieszeni spodni, znalazł obrączki i podał je Helene na otwartej dłoni. 

-  Zobacz  -  powiedział.  -  Dostałem  od  mamy.  To  dziedzictwo  po  moich  dziadkach,  tych, 

którzy przedtem rządzili w Stornes. 

-  Och,  jakie  śliczne!  -  zachwyciła  się  Helene,  dotykając  szerokich  złotych  obrączek.  - 

Myślałam, że przy zaręczynach obejdziemy się bez pierścionków. 

background image

-  Musielibyśmy  po  nie  pojechać  do  miasta  -  przyznał  Oja.  -  Ale  przecież  teraz  nie  ma 

czasu, a ja bardzo chciałem dać ci pierścionek. Czy one ci się podobają? 

-  Och  tak,  chętnie  będę  nosić  taką  obrączkę  -  z  powagą  przytaknęła.  -  Uważam,  że  to 

wielki gest że strony twojej matki. Bardzo to sobie cenię. 

-  No to teraz jesteś moja - jęknął Oja i przytulił ją mocno d siebie. - Moja Helene! 
Ułożył ją na trawie. Odgarnął włosy z jej twarzy, pochylił się i pocałował ją delikatnie. - 

Helene - szeptał. - Moja Helene... 

Ona zarzuciła mu ręce na szyję i przyciągnęła do siebie. Czuł na twarzy jej ciepły oddech. 

Pieścił rękami jej ciało, piersi i okrągłe biodra. Ostrożnie wsunął rękę pod spódnicę Helene i 
podciągnął  ją  w  górę.  Pieścił  teraz  jej  nagie,  gorące  uda.  Helene  poruszyła  się.  Zaczęła 
szybciej oddychać. Położyła rękę, na jego dłoni i zatrzymała ją na chwilę. 

-  Co  się  dzieje?  -  szepnął  rozgorączkowany.  -  Powiedziałaś,  że  zechcesz,  jak  się 

zaręczymy. 

-  Ale ja się boję. 
-  Czego się boisz? 
-  Bo ja nigdy... nigdy nie robiłam... 
Oja uniósł się na łokciu i patrzył na nią zdumionym wzrokiem. 
-  Czy ty... czy ty jesteś... niewinna? 
Przytaknęła bez słowa i Oja zobaczył, że oczy ma pełne łez. 
-  Moja kochana - szepnął cicho, obejmując dziewczynę. Delikatnie  głaskał ją po twarzy, 

całował leciutko. - Nie ma się czego bać. Ja nie chcę ci sprawić bólu, Helene. 

Kołysał ją czule w ramionach. Głaskał ciepłymi rękami i czule do niej przemawiał. Powoli 

Helene się uspokoiła. 

-  Teraz  już  chcę,  Oja  -  wyszeptała  cicho.  -  Naprawdę  wczoraj  myślałam  to,  co 

powiedziałam, że będziemy mogli... 

-  Mamy  czas,  nie  musimy  się  spieszyć  -  wyszeptał  Oja  i  znowu  zaczął  ją  delikatnie 

pieścić. 

Kiedy  na  koniec  w  nią  wszedł,  była  wilgotna  i  przygotowana.  Jęknęła  cicho  w  pewnym 

momencie, zaraz jednak ból minął. Oja miał wrażenie, że unosi się w powietrzu. Rozsadzało 
go  pożądanie  i  radość.  Gdy  w  końcu  opadł  na  Helene  z  jękiem,  serce  przepełniała  mu 
wdzięczność i szczęście. 

Helene  leżała  pod  nim  ciepła  i  delikatna.  Poruszyła  się  i  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję. 

Westchnęła przejęta. 

-  Taka jestem szczęśliwa. 
-  A co dopiera ja - odparł Oja i położył się przy niej na trawie. - To szczęście przepełnia 

mnie całego. 

Ucałował ją w czoło i uśmiechnął się do niej. 
-  Było ci dobrze? 
-  Tak - szepnęła i zarumieniła się. 
-  Że też dane mi było... że jestem twoim pierwszym... 
-  A ja bardzo się z tego cieszę. 
-  Ja  także.  Mam  nadzieję,  że  potrafię  uczynić  cię  szczęśliwą,  Helene.  Do  końca  twoich 

dni. 

-  Jestem bardzo szczęśliwa, Oja. 
-  Teraz nie będziesz już mogła stąd wyjechać. 
-  Nie, ale musimy pojechać do moich rodziców i powiedzieć im o wszystkim. Ja o niczym 

nie wspominałam. Bo nie byłam pewna. Chciałam najpierw sama nabrać pewności. 

-  Myślę,  że  powinniśmy  zaprosić  twoich  rodziców,  by  odwiedzili  Stornes  -  powiedział, 

bawiąc się jej lokiem. - Powinni chyba zobaczyć dwór przed naszym ślubem. 

-  O tak - uśmiechnęła się Helene. - Naprawdę możemy ich zaprosić? 

background image

-  Porozmawiam z mamą. Ona to załatwi. I twoją siostrę z Gjelstad też zaprosimy. 
-  Owszem, ona by sobie to bardzo ceniła. 
Oja położył Helene na sobie, głaskał ją po plecach. 
-  Czy ty wiesz, że ja ciebie kocham? - spytał szeptem. 
-  Mam nadzieję, że tak jest. 
-  No a ty? - spytał, bawiąc się jej warkoczem. - Ty już teraz jesteś pewna? 
-  Absolutnie pewna - przytaknęła. - Bez tego do niczego by nie doszło. 
-  Czeka cię życie pełne ciężkiej pracy, Helene. 
-  Ja przywykłam do pracy. 
-  Ale niełatwo jest być młodą gospodynią w takim dworze. Być podporządkowaną swojej 

teściowej... 

-  Dam sobie radę. Będę miała wspaniałą teściową. 
-  Chcę, żebyśmy jak najszybciej wzięli ślub. 
-  A co to znaczy? 
-  Moglibyśmy urządzić wesele we wrześniu. 
-  Tak prędko? 
-  Nie ma powodu zwlekać. Chcę, żebyś została moją żoną najszybciej, jak to możliwe. A 

ty nie chcesz? 

Helene roześmiała się. Szczęśliwym, perlistym śmiechem. 
-  Oczywiście, że chcę. 
-  No i nie chciałbym jakiegoś wielkiego wesela - rzekł Oja cicho. - Mimo wszystko to w 

moim życiu po raz drugi. Ale gdybyś ty chciała bardziej wystawnie... 

-  Dla mnie najważniejsze jest, żebyśmy byli małżeństwem - odparła Helene i pocałowała 

go. - Naprawdę nie potrzebuję żadnych wielkich uroczystości. 

Przesunął dłoń po jej nagich ramionach. 
-  Marzniesz? 
-  Nie - szepnęła ledwie dosłyszalnie. 
Jego ręce znowu odnalazły piersi Helene. Dziewczyna zaczęła głośniej oddychać. 
Kochali  się  po  raz  drugi.  Tym  razem  Helene  też  za  nim  podążała.  Kiedy  Oja  był  bliski 

spełnienia,  splotła  nogi  na  jego  plecach  i  przywarła  do  niego  z  jękiem.  Oja  otworzył  oczy  i 
spoglądał  w  dal,  na  fiord  i  na  wciąż  złocistoczerwone,  wieczorne  niebo.  Wokół  było 
niezwykle pięknie. Jak w raju, pomyślał. Zresztą czuł się też niemal tak, jakby znalazł się w 
raju. Nie pamiętał, żeby  był kiedyś szczęśliwszy. Może dlatego, że to szczęście przyszło po 
strasznej  tragedii,  jaką  przeżyłem,  myślał,  patrząc  zmrużonymi  oczyma  na  fiord.  Życie 
straciło dla niego wszelki sens, kiedy żona odeszła tak nagle. Ale teraz wszystko odwróciło 
się znowu w stronę radości. Leżąc tak na trawie, czuł, że spływa na niego błogosławieństwo, 
zarówno  boskie,  jak  i  błogosławieństwo  Herborg.  Wiedział,  że  ona  życzy  im  obojgu 
szczęścia. 

-  Dziękuję - szepnął w duszy i przysunął głowę do szyi Helene. - Dziękuję. 
 
-  Czy ja mogłabym ci poczytać dzisiaj wieczorem? - spytała Mali, kiedy Mała Mali miała 

już iść spać. - Twój tata i Helene poszli się przejść. 

-  Mówili mi o tym. 
-  Tak, wiem. 
-  Możesz ze mną pójść, babciu. 
-  I  co  ty  myślisz  o  tym,  że  twój  tata  ma  zamiar  ożenić  się  z  Helene?  -  spytała  Mali, 

czekając, aż dziewczynka włoży nocną koszulę. 

-  Ja  uważam,  że  mogą  to  zrobić  -  odparła  mała  wymijająco.  -  Tata  przyszedł  do  mnie, 

ż

eby zapytać. 

Mali uśmiechnęła się. 

background image

-  To chyba dobrze. 
Mała Mali popatrzyła na nią z powagą.  
-    To  Helene  chciała,  żeby  tata  zapytał.  Ona  by  za  niego  nie  wyszła,  gdybym  ja  się  nie 

zgodziła. Tak mi powiedziała. 

-  Moim zdaniem to mądrze ze strony Helene. 
-  Tak, chyba tak. 
-  A ty nie zamierzałaś protestować? 
-  Tata  jest  teraz  taki  szczęśliwy.  Nie  mogłabym  mu  tego  zepsuć.  Przecież  wiesz,  jak 

bardzo cierpiał. 

-  Więc dlatego się zgodziłaś, żeby sprawić tatusiowi przyjemność? 
Mała Mali wciągnęła koszulę przez głowę, wskoczyła do łóżka, położyła się i podciągnęła 

kołdrę pod brodę. 

-  Ja bym chciała, żeby tata był zadowolony - odparła cicho. 
-  No a ty, moje dziecko, ty jesteś zadowolona?  
Dziewczynka leżała przez chwilę w milczeniu. Potem wolno skinęła głową. 
-  Ja bardzo lubię Helene. Tylko muszę z nią porozmawiać... bo ja nie chcę mówić do niej 

mamo, wiesz... ja mam swoją mamę. 

-  Helene na pewno to zrozumie. 
-  Tak myślisz? - spytało dziecko z nadzieją w głosie. 
-   Oczywiście,  że  zrozumie.  I  twój  tata  też  zrozumie.  Żadne  z  was  nigdy  nie  zapomni  o 

twojej mamie, Mała Mali, tego jestem pewna. 

-  A myślisz, że tata będzie teraz kochał tylko Helene? - w jej głosie czaiła się niepewność. 
Mali potrząsnęła głową. 
-  Chcesz zapytać, czy tata zapomni o tobie? Nie, nigdy tego nie zrobi, jestem pewna. Tata 

bardzo cię kocha, ale pragnął też, żeby u jego boku była dorosła kobieta. I teraz ją znalazł. Ty 
jednak na zawsze pozostaniesz jego ukochaną córeczką. Nigdy nie powinnaś w to wątpić. 

-  To dobrze - westchnęła dziewczynka. - Bo trochę się bałam. 
-  Ty  przecież  jesteś  takie  grzeczne  dziecko,  Mała  Mali  -  uśmiechnęła  się  do  niej  babka. 

Wzięła jedną rączkę dziewczynki w dłonie i głaskała delikatnie. - Zobaczysz, wszystko ułoży 
się jak najlepiej, wszyscy będziecie szczęśliwi. 

Będę  musiała  obserwować  Małą  Mali  w  najbliższej  przyszłości,  myślała.  Pilnować,  żeby 

nie została odsunięta na  bok, żeby tych dwoje zakochanych  w sobie łudzi nie zapomniało o 
dziecku. Nie wolno do tego dopuścić. Dziewczynka zdobyła się na wielki czyn, by uradować 
ojca.  Mali  świetnie  to  rozumiała.  Teraz  zasłużyła  sobie  tym  na  nagrodę.  Będę  musiała 
przypominać  o  tym  Oi  w  razie  czego,  myślała.  Może  nawet  trzeba  by  wspomnieć  o  tym 
również Helene. Zobaczymy. 

Mali  długo  siedziała  w  sypialni  wnuczki  i  czytała.  Lekki  wieczorny  wietrzyk  poruszał 

firankami w otwartym oknie. Ostrygojad krzyczał nad fiordem. 

-  Możesz już teraz iść, babciu - powiedziała Mała Mali na koniec. 
-  Mogę posiedzieć, dopóki nie uśniesz. 
-  Ale  przecież  ja  się  nie  boję  ciemności  -  odparła  dziewczynka  dorosłym  głosem.  - 

Przywykłam sypiać sama. 

-  Jeszcze trochę posiedzę - odparła Mali, głaszcząc ją po policzku. 
Kiedy w końcu wstała, dziecko spało z rączką pod policzkiem i rozsypanymi na poduszce 

włosami. Mali pochyliła się i ucałowała ją czule. 

-  Miej ją w opiece, Panie - modliła się cicho

 

- Miej w opiece to dziecko. 

  
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ 7. 
  
Nadeszły  sianokosy  w  górach,  na  halach  rozbrzmiewały  wesołe  rozmowy  i  śmiechy. 

Mężczyźni  wyszli  na  pastwiska  wcześnie  rano,  a  teraz  kobiety  i  dzieci  szły  za  nimi, 
obładowane torbami i koszykami z jedzeniem i piciem. 

W  nocy  padało.  Mali  leżała,  wsłuchując  się  w  bębnienie  deszczu  o  dach,  spoglądała  w 

okno  w  obawie,  że  sianokosy  w  górach  się  nie  udadzą.  Gdyby  tak  można  było  to  odłożyć, 
pomyślała  w  pewnym  momencie.  Kiedy  jednak  rano  rozsunęła  firanki,  nad  górami  i  nad 
fiordem  świeciło  piękne  słońce.  Blask  mienił  się  w  kroplach  deszczu,  a  nad  wzgórzami 
unosiła  się  para  i  szara  mgiełka  przepływała  nad  fiordem.  Będzie  bardzo  gorący  i  piękny 
dzień, pomyślała. Dokładnie taki, jak powinien być podczas sianokosów w górach. 

Mnóstwo  ludzi  szło  teraz  na  hale.  Mali  wybrała  się  razem  z  Dorbet.  Trygve  biegł  gdzieś 

przodem, razem z Małą Mali i Marileną. Dorbet zostawiła małą Ruth Margrethe w domu ze 
służącymi. Byłoby bardzo ciężko dźwigać dziecko tak wysoko w góry. 

-  Niech spędzi jeden dzień z Agnes i Anną - powiedziała Dorbet. - Inaczej nie mogę tego 

urządzić.  Zresztą  one  rywalizują  o  to,  która  bardziej  będzie  rozpieszczać  małą.  Ruth 
Margrethe wszystkich ludzi owija sobie wokół małego palca. Zwłaszcza swojego tatę - dodała 
z uśmiechem. 

-  Tak,  z  daleka  widać,  jaką  radością  jest  córeczka  dla  Oli  -  przytaknęła  Mali.  -  Jak  to 

dobrze,  że  panuje  pokój,  Dorbet.  Że  możemy  swobodnie  oddychać.  Teraz  nie  musimy  się 
obawiać... niczego. 

-  Ja  też  strasznie  się  z  tego  cieszę  -  westchnęła  Dorbet.  -  Nie  chciałabym  za  nic  znowu 

przeżywać pięciu lat wojny. Że też ja to wytrzymałam, te sprawy z Olą! 

-  No  widzisz,  ale  tak  to  jest.  Kiedy  przyjdzie  co  do  czego,  to  człowiek  żyje,  nie  zdając 

sobie do końca sprawy, co przeżywa. Dopiero później widzi, jakie to było trudne. 

-  Uff, wojna była straszna - westchnęła Dorbet z dreszczem. - Nie, mamo, rozmawiajmy o 

czym innym. 

W tej samej chwili Mali zauważyła Helene i Małą Mali. Szły w górę razem, kawałek przed 

nimi, najwyraźniej pogrążone w poważnej rozmowie. 

Mała Mali w dniach po zaręczynach wciąż kręciła się w pobliżu Helene, nigdy jednak nie 

zdołała zostać z nią sama. Nie wiedziała też, jak ma powiedzieć Helene to, co ją dręczyło, że 
mianowicie  nie  będzie  mogła  nazywać  Helene  mamą.  Dla  dziewczynki  było  bardzo  ważne, 
by od razu o tym powiedzieć. Uważała, że to najwłaściwsze. I nareszcie dzisiaj, kiedy obie z 
Helene  szły  w  góry,  Mała  Mali  zwolniła  kroku  tak,  żeby  znaleźć  się  kawałek  za  Marileną  i 
Trygvem.  Muszę  to  zrobić  teraz,  myślała,  nie  była  w  stanie  dłużej  odkładać  sprawy.  Czuła 
jednak, że żołądek kurczy jej się z powodu czegoś, co przypominało strach. A może Helene 
się rozgniewa? 

-  Idźcie  dalej,  nie  oglądajcie  się  -  powiedziała  swoim  kuzynom,  kiedy  starali  się  na  nią 

zaczekać. - Ja zaraz do was dołączę. Muszę tylko najpierw coś załatwić. 

-  A,  to  ty?  -  uśmiechnęła  się  Helene,  kiedy  zobaczyła,  że  Mała  Mali  stoi  na  ścieżce  i 

czeka. - Czekasz na kogoś? 

-  Tak. Chciałabym z tobą o czymś porozmawiać. 
-  A co to takiego? 
-  No bo widzisz... - Mała Mali szukała odpowiednich słów. - Kiedy już wyjdziesz za mąż 

za mojego tatę, to będziesz jego żoną, prawda? 

-  Tak, będę jego żoną - przytaknęła Helene. 
-  Dokładnie tak samo jak moja mama. 
Helenę znowu przytaknęła, nie mówiąc nic. Mała Mali wzięła ją za rękę i spojrzała jej w 

oczy. 

-  Ale ja nie mogę mówić do ciebie „mamo", Helene. 

background image

-  No pewnie, dobrze to rozumiem. Ty przecież masz swoją mamę, chociaż ona nie żyje. Ja 

nigdy nie będę próbowała zająć jej miejsca, Mała Mali. Nigdy. 

Helene  z  powagą  patrzyła  dziecku  w  oczy.  Mała  Mali  wypuściła  powietrze  z  głośnym 

westchnieniem. Wszystko poszło łatwiej, niż się obawiała. 

-  I niech ci nie będzie przykro z tego powodu - mówiła dalej pospiesznie. - Ja cię strasznie 

lubię, Helene. Ale to z mamą... 

Helene uśmiechnęła się i uścisnęła małą rączkę. 
-  Bardzo  dobrze  to  rozumiem,  moja  kochana.  Wiesz  co,  poprosimy  twojego  tatę,  żeby 

któregoś  dnia,  kiedy  będzie  miał  czas,  zawiózł  nas  na  cmentarz.  Tak  żebyśmy  mogły 
odwiedzić grób twojej mamy i opowiedzieć jej o wszystkim. I ja też bym chciała ją odwiedzić 
razem z tobą. 

-  O  tak  -  rozpromieniła  się  Mali,  podskakując  radośnie  u  boku  Helene.  -  Zróbmy  tak. 

Chociaż ja rozmawiam z mamą każdego wieczoru. Wiesz, tamta gwiazda... 

-  Tak, wiem. 
-  Kiedy następnym razem będziesz mi czytać do snu, możemy  razem się przekonać, czy 

ona świeci. 

-  Dobrze,  tak  zrobimy.  A  potem  pojedziemy  na  grób  Herborg.  Zawieziemy  kwiaty. 

Myślisz, że jej się to spodoba? 

-  Tak,  mama  na  pewno  się  ucieszy.  Ona  bardzo  lubiła  kwiaty.  Jestem  pewna,  że  się 

ucieszy z twojego przyjazdu - zapewniła. - Ona by cię na pewno też polubiła. Opowiadałam 
jej o tobie same dobre rzeczy - dodała dziewczynka, uśmiechając się do Helene. 

-  Czy to nad tą sprawą zastanawiałaś się w ostatnich dniach? - spytała Helene, głaszcząc 

dziecko po włosach. - Widziałam, że coś cię dręczy. 

-  Tak, ale nie wiedziałam... bałam się, że się rozzłościsz - przyznała Mała Mali. 
Helene zatrzymała się i ukucnęła przy dziecku. 
-  Mała  Mali,  nie  powinnaś  nigdy  się  bać,  jeśli  chcesz  mi  powiedzieć  o  czymś,  co  cię 

niepokoi  -  oznajmiła.  -  Mam  nadzieję,  że  będziemy  prawdziwymi  przyjaciółkami.  Nie 
sądzisz? 

-  Myślę, że już jesteśmy. 
-  No tak, ale ja myślałam... bałam się, ja też - przyznała. - Bałam się, że nie zgodzisz się, 

ż

ebym wyszła za twojego tatę. Wiem, jak bardzo kochałaś swoją mamę i... - No cóż, bałam 

się, że nie będziesz chciała słyszeć, żebym ja... bałam się, że pomyślisz, iż odbieram ci tatę - 
dodała wolno. – Ale ja nigdy tego nie zrobię. 

-  Naprawdę się bałaś? 
-  Tak - przytaknęła Helene. - I dużo o tym rozmyślałam. 
-  A ja się trochę bałam, że tata... że nie będzie już dla mnie miejsca - szepnęła Mała Mali. 
-  Zawsze będzie dla ciebie miejsce - rzekła stanowczo Helene. - Dla twojego taty nikt nie 

jest ważniejszy od ciebie! Nigdy o tym nie zapominaj! I tak pozostanie. 

Uczucie  ulgi  przepełniało  serce  Małej  Mali.  Chyba  będzie  dobrze  z  tym  małżeństwem, 

myślała  pocieszona.  Także  dla  niej.  Ojciec  jej  nie  porzuci  ze  względu  na  Helene.  A  ona 
spokojnie będzie mogła myśleć o swojej mamie. Była z tego bardzo zadowolona. 

Uśmiechnęła się promiennie do Helene. 
-  Teraz lecę na górę, wracam do Trygvego i Marileny - powiedziała. 
-  Biegnij - zgodziła się Helene. Ona sama stała jeszcze chwilę na ścieżce i patrzyła w ślad 

za dzieckiem, biegnącym lekko pod górę. Mała Mali to bardzo dobre dziecko, myślała. Bała 
się,  czy  przypadkiem  dziewczynka  nie  zaprotestuje  przeciwko  jej  małżeństwu  z  Oją,  teraz 
jednak czuła się bezpieczna. Ona i Mała Mali potrafią rozwiązać  wszystkie problemy, które 
mogłyby się ewentualnie pojawić, była o tym najzupełniej przekonana. 

-  Stoisz tutaj? Dogoniły ją Mali i Dorbet. 
-  Tak, odbyłam dłuższą rozmowę z Małą Mali i teraz... 

background image

-  Widziałam - rzekła Mali. - Najwyraźniej miałyście sporo do omówienia. 
-  Tak,  bo  Mała  Mali  dużo  się  ostatnio  zastanawiała  nad  naszym  małżeństwem, 

powiedziała mi, że nie będzie mówić do mnie „mamo". Bardzo dobrze, że mogłyśmy o tym 
porozmawiać.  Ja  świetnie  rozumiem,  że  ona  ma  matkę  -  dodała  Helene.  -  Nigdy  bym  nie 
próbowała zająć jej miejsca. 

-  Ale  to  dobrze,  że  Mała  Mali  się  o  tym  dowiedziała.  Mam  wrażenie,  że  trochę  ją  to 

dręczyło. 

-  Tak, ja też tak to zrozumiałam. Ale już nie będzie się musiała martwić. Doszłyśmy w tej 

sprawie do porozumienia. 

-  To bardzo rozsądne z twojej strony, że okazujesz szacunek potrzebom dziecka -  rzekła 

Mali, spoglądając na przyszłą synową. - Jeśli wasze małżeństwo ma się udać, to jest sprawą 
ważną,  by  Mała  Mali  też  miała  coś  do  powiedzenia.  Oja  przeżył  bardzo  trudny  okres  po 
stracie  Herborg,  ale  dla  Małej  Mali  też  nie  był  to  łatwy  czas.  I  ona  zawsze  się  bardzo 
troszczyła o swojego ojca, ta matkę. 

-  Ja nigdy nie stanę między nimi - rzekła Helene z powagą. 
-  My  się  bardzo  cieszymy,  że  to  właśnie  ty  wychodzisz  za  mąż  za  Oję  -  powiedziała 

Dorbet. - Mój brat potrzebuje kobiety. Ale długo wyglądało to dość beznadziejnie. Dopóki ty 
nie zjawiłaś się w naszym domu. 

-  Jestem bardzo wdzięczna, że wszyscy przyjmujecie mnie tak serdecznie - podziękowała 

Helene. - Dla mnie nie było to wcale takie oczywiste. A przecież czeka mnie wielkie zadanie, 
pod każdym względem. Dobrze to rozumiem. 

-  Poradzisz  sobie  z  każdym  zadaniem  -  rzekła  Mali,  klepiąc  ją  po  plecach.  -  Ja  w  ciebie 

wierzę,  Helene.  Zresztą  wiedz,  że  nie  jesteś  sama.  Będziemy  cię  wspierać,  i  będziemy  ci 
pomagać. A co powiedzieli twoi rodzice, kiedy telefonowałaś? 

-  Mama nie mogła uwierzyć własnym uszom - uśmiechnęła się Helene. - No a tata... Nie, 

spadło to na nich oboje jak grom z jasnego nieba. 

-  Cieszymy się, że przyjadą do nas do Stornes w przyszłą niedzielę - powiedziała Mali. 
Helene uśmiechnęła się skrępowana. 
-  Oni mówią, że też bardzo się cieszą. 
-  A czy twój tata czuje się już lepiej? - spytała Dorbet. 
-  Tak, już wstaje z łóżka. Mama mówi jednak, że jest jeszcze bardzo słaby. Nie wiadomo, 

jak to z nim jest. On sam niewiele mówi. 

-  No a lekarze? 
-  Oni niczego konkretnego nie znaleźli. 
-  Miejmy nadzieję, że wszystko się ułoży - westchnęła Mali. - To będzie chyba dla ciebie 

przyjemne móc im pokazać Stornes, prawda? 

-  O tak. Bardzo się na to cieszę. 
Trzy kobiety dalej szły pod górę. Słońce przeświecało przez gęstwinę liści. Ptaki śpiewały, 

a rzeka huczała w górskiej rozpadlinie. Letni wiatr unosił kłęby wełnianki, pachniało suchym 
leśnym poszyciem i bagnem. 

Mali  przepełniało  poczucie  ulgi  i  głęboka  radość.  Wygląda  na  to,  że  sprawy  układają  się 

lepiej, niż miała odwagę oczekiwać, zarówno z Oją, jak i z Małą Mali. Małżeństwo z Helene 
może  się  okazać  błogosławieństwem  dla  wszystkich  trojga.  Może  teraz  nastaną  w  Stornes 
zupełnie  nowe  czasy.  Może  nadzieja  znowu  powróci  w  ich  progi.  A  czas  już  najwyższy, 
myślała Mali. 

  
Był  to  długi  i  bardzo  miły  dzień.  Po  skoszeniu  trawy  wszyscy  zebrali  się  na  hali  przed 

szałasami, by zjeść mięso i kaszę. Dzieciaki brodziły w górskim potoku i puszczały łódeczki z 
kory  przy  akompaniamencie  krzyków  i  śmiechów.  Dorośli  rozmawiali  i  rozkoszowali  się 
pięknym dniem. 

background image

-  To pierwsze górskie sianokosy po pięciu latach wojny  - stwierdził Oja. - Już z samego 

tego powodu można świętować. 

-  Ale  powinniśmy  też  świętować  fakt,  że  w  Stornes  były  zaręczyny  -  wtrącił  Bengt 

Innstad. - Witaj w naszej okolicy, Helene. 

-  Dziękuję - skinęła głową, zarumieniona pod spojrzeniami zebranych. 
-  No a kiedy wesele? 
-  Jeszcze  o  tym  dokładnie  nie  rozmawialiśmy,  ale  chyba  we  wrześniu  -  oznajmił  Oja, 

zerkając spod oka na matkę. - Uważam, że nie ma powodów, by zwlekać - dodał. 

-  Oni  zresztą  nie  chcą  urządzać  wielkiego  wesela  -  wyjaśniła  Mali.  -  I  ja  dobrze  ich 

rozumiem. Zwłaszcza Oję. Myślę, że wrzesień to dobry termin. Będziemy się tego trzymać. 

Po  kawie  zaczęły  się  zabawy,  tak  jak  to  jest  w  zwyczaju  podczas  górskich  sianokosów. 

Młodzi i starzy biegali w zabawie „Para za parą", a potem przechodzili do innej gry „Złap to 
kółko" oraz „Złodziej, złodziej". 

-  Człowiek widzi, że jest już za stary na takie zabawy - powiedział Havard ze śmiechem, 

ocierając  pot  z  czoła.  -  Jutro  wielu  z  nas  nie  będzie  w  stanie  się  ruszyć.  Tacy  będziemy 
sztywni, że nogi nie będą chciały nas nosić. 

-  Ale dzisiaj jest wesoło - wtrącił Bengt, strzepując siano ze spodni. - Człowiek może się 

na  chwilę  znowu  poczuć  młodym.  A  przecież  pamiętamy  mnóstwo  takich  sianokosów  w 
górach. 

-  Tak, przeżyliśmy ich trochę - skinął głową Havard. 
Nagle przypomniał sobie tamto lato, kiedy Laura próbowała go uwieść. Jak ukazała mu się 

naga w rzece, kiedy szedł do domu. To było tamtego lata, kiedy Mali pojechała do Ameryki. 
Przeniknął  go  dreszcz  na  wspomnienie  minionych  wydarzeń  i  pospiesznie  rozejrzał  się  za 
ż

oną. 

-  Czy to już nie czas wracać do domu? 
-  Musimy jeszcze pozmywać i posprzątać - rzekła Mali. - Potem możemy wyruszać. 
-  No a dzieci? 
-  One już pobiegły na dół z Sivertem i Tordhild. 
-  A Oja? 
-  Myślę, że on z Helene wybiorą drogę nad rzeką. Oja chciałby Helene pokazać okolice, 

tak mi mówił. 

-  Tak, chyba mogą sobie na to pozwolić - roześmiał się Havard. - Prawda zaś jest taka, że 

Oja chce być z nią sam na sam. 

-  Nie widzę w tym nic dziwnego - uśmiechnęła się Mali. - Dwoje dopiero co zaręczonych, 

zakochanych ludzi. 

-  Ja  wiem,  jak  to  jest  -  uśmiechnął  się  Havard  i  położył  rękę  na  ramieniu  żony.  -  Ja 

przecież też jestem zakochany. 

-  Ty jesteś kompletny głuptas - roześmiała się Mali i pogłaskała go po policzku. 
-  To  nie  jest  głupstwo  -  zapewnił  Havard.  -  W  każdym  razie  ja  naprawdę  jestem 

zakochany. 

W tym momencie dziewczyna pracująca na ich pastwisku stanęła w drzwiach szałasu. Była 

to młoda osoba pochodząca z małego gospodarstwa we wsi. W ostatnich latach gospodarze ze 
Stornes  musieli  zatrudniać  kogoś  do  pomocy  na  pastwisku.  Dla  Ane  było  już  za  trudno 
spędzać całe łato w górach, poza tym potrzebowali jej pomocy w domu. Ale owa Ellen, bo tak 
dziewczyna miała na imię, radziła sobie znakomicie. Była sympatyczna i robiła wszystko co 
trzeba bardzo starannie, byli z niej zadowoleni. 

-  No to idziemy do domu - powiedziała Mali. - Dziękujemy ci za pyszną kaszę i za piękny 

dzień. 

-  Było mi bardzo miło - uśmiechnęła się Ellen. - Przyjdźcie znowu któregoś dnia. 

background image

-  Możliwe,  że  pomyślimy  o  tym  -  skinęła  Mali  głową.  -  Jeśli  trafi  się  jakaś  piękna 

niedziela. Ale to już nie to co dzień sianokosów, sama wiesz. 

-  O,  zawsze  jest  miło,  kiedy  ktoś  do  nas  przyjdzie  -  uśmiechnęła  się  Ellen.  -  Mnie 

osobiście  niczego  tutaj  nie  brakuje  -  dodała  pospiesznie.  -  Nie  chciałabym  się  skarżyć. 
Czujemy się bardzo dobrze, my wszystkie trzy służące na pastwisku, ale miło jest zobaczyć 
od czasu do czasu nową twarz. 

Havard zarzucił worek na ramię, podziękowali jeszcze raz za miły dzień i ruszyli drogą w 

dół. 

-  Czy  rzeczywiście  wesele  musi  się  odbyć  już  we  wrześniu?  -  spytał  Havard,  kiedy 

schodzili po zboczu. - Miałem wrażenie, że wolałabyś później? 

-  No  ale  oni  już  postanowili  -  rzekła  Mali.  -  Zwłaszcza  Oja.  I  ja  go  w  jakimś  sensie 

rozumiem.  On  po  prostu  nie  może  czekać,  kiedy  szczęście  nareszcie  się  do  niego 
uśmiechnęło. 

-  Myślisz, że to będzie dobre małżeństwo? 
-  Tak, szczerze w to wierzę. Na początku byłam trochę niepewna, jeśli chodzi o Helene, 

ale  teraz  zmieniłem  poglądy.  To  bardzo  zdolna,  robotna  i  mądra  dziewczyna.  Tak,  jestem 
przekonana, że to szczęście zarówno dla Oi, jak i dla Małej Mali, i dla nas wszystkich. 

-  Jej rodzice mają przyjechać w najbliższą niedzielę, prawda? 
-  Tak, w niedzielę. Musimy ich przyjąć najlepiej, jak to możliwe. Wiem, że dla Helene to 

wiele znaczy. 

-  I wesele ma się odbyć w Stornes? Chyba nigdy  nikt nie wspominał, że miałoby być w 

Eide, u jej rodziców. 

-  Nie, no coś ty, Havard, oni nie mają ani miejsca, ani ich na to nie stać. Poza tym zwykle 

wesele odbywa się tam, gdzie mieszka dziedzic. 

-  No a skoro rozmawiamy o dziedziczeniu - zmienił temat Havard. - Może być tak, że na 

ś

wiecie  pojawi  się  chłopiec,  zanim  się  obejrzymy.  A  ja  już  przywykłem  myśleć,  że  w 

przyszłości dwór przejmie Mała Mali. Teraz to jednak nie jest już takie pewne. 

-  No  nie,  jeśli  z  tego  małżeństwa  urodzi  się  chłopiec,  to  on  będzie  pierwszy  do 

dziedziczenia. 

-  Czy myślisz, że Mała Mali się nad tym zastanawia? 
-  Nigdy  z  nią  o  tym  nie  rozmawiałam.  Ale  nie  sądzę,  żeby  to  miało  dla  niej  jakieś 

znaczenie,  w  każdym  razie  jeszcze  nie  teraz.  Może  zresztą  po  prostu  się  z  tego  ucieszy  - 
dodała Mali. - To nie jest prosta sprawa dla panny być dziedziczką takiego wielkiego dworu 
jak Stornes. 

-  Ona  by  sobie  poradziła  -  stwierdził  Havard.  -  Mała  Mali  jest  mądrym  i  dobrym 

dzieckiem,  ale  ma  też  charakter.  Odziedziczyła  po  tobie  wiele  -  uśmiechnął  się.  -  Nie  tylko 
imię. 

Zatrzymali  się  na  wiszącej  kładce  nad  rzeką,  stali  i  wpatrywali  się  we  wzburzoną  wodę. 

Pryskające  na  wszystkie  strony  kropelki  opadały  im  na  twarze.  Mali  uśmiechnęła  się  i 
ocierała policzki rękawem bluzki. 

-  Ja  naprawdę  tak  myślę,  jak  powiedziałem  -  wrócił  Havard  do  poprzedniej  rozmowy  i 

objął żonę. - Wciąż jestem w tobie tak samo zakochany. I to się nigdy nie zmieni. Nigdy. 

-  Och,  Havardzie  -  uśmiechnęła  się  Mali  i  przytuliła  twarz  do  jego  szyi.  -  Ja  wciąż 

dziękuję Bogu za ciebie. Nie zasłużyłam sobie na takiego męża. 

Stali  jeszcze  przez  jakiś  czas,  objęci  i  przytuleni.  Havard  głaskał  żonę  po  plecach,  jego 

ciepły oddech łaskotał jej policzek. W głębi duszy Mali czuła ogromną wdzięczność za to, że 
Havard  wciąż  jest  przy  niej.  Że  jej  nie  porzucił.  Ale  z  pewnością  by  to  uczynił,  gdyby 
wiedział  o  Torgrimie  i  Małym  Havardzie,  pomyślała  i  poczuła  bolesny  skurcz  w  żołądku. 
Nagle  ogarnął  ją  płacz,  zaniosła  się  szlochem.  Żal  i  rozpacz  po tym,  co  zrobiła,  tęsknota  za 
Małym Havardem wciąż w niej tkwiły niczym cierń. Rzadko była w stanie myśleć o swoim 

background image

malutkim  zmarłym  synku.  To  dlatego  prawie  nigdy  nie  odwiedzała  jego  grobu.  Wszystko 
było zbyt bolesne, chociaż minęło już tyle czasu. Nigdy nie poznali tego dziecka, które żyło 
ledwie  parę  tygodni.  Pozostało  w  jej  pamięci  jako  bolesne  wspomnienie.  Mali  była 
przekonana,  że  Havard  odczuwa  to  tak  samo.  Że  dla  niego  jest  to  też  w  jakimś  sensie  zbyt 
bolesne.  Czasami  zachodzili  na  grób,  ale  były  to  bardzo  krótkie  wizyty.  Budziły  tyle 
gwałtownych  uczuć.  Mali  szlochała  i  mocno  zaciskała  powieki.  Havard  nie  może  się  nigdy 
dowiedzieć  o  tym,  co  zrobiła.  Nie  dałabym  sobie  bez  niego  rady,  myślała.  Nie  byłabym  w 
stanie żyć, gdyby on ode mnie odszedł. 

-  Ty płaczesz? - szepnął cicho z wargami przy jej policzku. - Ty naprawdę płaczesz, moja 

kochana? 

Mali  nie  odpowiadała.  Objęła  go  tylko  mocno  i  przytuliła  do  siebie.  Tak  bardzo  go 

kocham,  myślała.  On  jest  najważniejszy]  w  moim  życiu.  Znaczy  więcej  niż  wszyscy  inni. 
Znowu  ból  i  żal  po  tym,  co  zrobiła,  przeniknęły  jej  serce,  ale  starała  się  to  od  siebie 
odepchnąć.  Tamte  sprawy  należą  do  odległej  przeszłości.  Mimo  wszystko  wiedziała,  że  są 
niewybaczalne.  Dlatego  nigdy  nie  zdobyła  się  na  to,  by  wyznać  grzechy  i  ulżyć  swojemu 
sumieniu. To musi pozostać jej brzemieniem. Tylko jej. 

  
 ROZDZIAŁ 8. 
  
Mali  zaprosiła  rodziców  Helene  na  obiad  i  na  kawę  w  pierwszą  niedzielę  sierpnia.  Do 

Stornes  z  Eide  było  dość  daleko,  uważała  więc,  że  muszą  zostać  odrobinę  dłużej.  Zresztą 
potrzebowali trochę czasu, by porozmawiać o tym, co ma nastąpić. 

Dom został starannie wysprzątany. Peklowany udziec barani dochodził w piekarniku, a w 

chłodnej spiżarni stały torty i szarlotki, które miano podać do kawy. 

-  Chyba za dużo tego wszystkiego przygotowujesz - powiedziała Helene, zarumieniona i 

podniecona,  najwyraźniej  też  spięta  w  oczekiwaniu  na  spotkanie  rodziców.  -  Oni  nie  są 
przyzwyczajeni do zbyt wystawnych przyjęć. 

-  Ale ja chciałabym im pokazać, że są u nas szczególnie serdecznie witani - odparła Mali. 

- Jeszcze by tego brakowało, przecież to twoi rodzice. 

-  Rodzice  przekazują  serdeczne  pozdrowienia  i  dziękują  za  zaproszenie  -  mówiła  dalej 

Helene. - Moja siostra też przyjedzie. Po drodze wstąpią do Gjelstad i zabiorą ją ze sobą. 

-  Trzeba tylko mieć nadzieję, że nie będzie deszczu - westchnęła Mali, wyglądając przez 

okno. - Trochę jakby się chmurzyło od strony Todalen. 

-  Żeby tylko nie było burzy - martwiła się Helene i ona również wyglądała przez okno. - 

Ja strasznie nie lubię burzy. 

-  O tak, chyba nikt nie lubi - przyznała Mali. - A ja to już najbardziej nie lubię, jak burza 

przyjdzie  w  zimie.  Ale  chyba  niepotrzebnie  się  martwimy,  nie  będzie  żadnego  deszczu  - 
dodała. - Jeśli w ogóle w najbliższych dniach coś spadnie. 

 
Kiedy  bryczka  z  Eide  zajechała  na  dziedziniec,  domownicy  stali  na  ganku,  żeby  witać 

gości. Mała Mali, trzymając za ręce Oję i Helene, przestępowała z nogi na nogę, podniecona i 
niecierpliwa.  Wystroiła  się  pięknie  z  powodu  przyjazdu  gości,  miała  na  sobie  nową  letnią 
sukienkę, którą uszyła jej Ane, a Mali wpięła w jej długie włosy wielką białą kokardę. 

Harvard i Synnove Eide byli ludźmi po czterdziestce, ale robili wrażenie starszych, tak się 

Mali  wydawało,  kiedy  obserwowała  małżonków  idących  w  stronę  ganku.  Oboje  nosili  na 
sobie ślady życia w skromnych warunkach i ciężkiej pracy. On już posiwiał, a przerzedzone 
włosy zaczesywał mocno do tylu. Ona była drobna, sprawiała wrażenie zdenerwowanej przed 
spotkaniem  z  rodziną  Stornes.  Tuż  za  nimi  podążała  najstarsza  córka,  Elise,  która  teraz 
pracuje u Helgi w Gjelstad. Była to wysoka, szczupła osoba o szczerym uśmiechu. Ma wiele 
wspólnego z Helene, pomyślała Mali, ale nie jest ani w połowie taka ładna. 

background image

-  Witamy u nas w domu - mówiła Mali przyjaźnie, wyciągając rękę do matki Helene. - Jak 

to miło, że mogliście przyjechać. 

-  To  nam  bardzo  miło,  że  zostaliśmy  zaproszeni  -  odparł  Harvard  Eide  i  przywitał  się.  - 

No  cóż,  dla  nas  to  wielkie  zaskoczenie,  dla  mnie  i  dla  żony,  że  tak  szybko  odbyły  się 
zaręczyny.  

-  No właśnie, dla nas to też jeszcze nowość - przytakiwała Mali. - Zwłaszcza że Helene aż 

do  ostatniej  chwili  wszystko  trzymała  w  tajemnicy.  A  to  jest  Ola  Johan,  nasz  syn,  dziedzic 
tego  dworu  i  narzeczony  Helene  -  przedstawiła  Oję  i  popchnęła  go  do  przodu.  -  My  na  co 
dzień nazywamy go po prostu Oja - wyjaśniła. 

Witali  się  trochę  sztywno.  Mali  zauważyła,  że  rodzice  Helene  raz  po  raz  zerkają  na  Oję. 

Pewnie są ciekawi, jakiego to narzeczonego znalazła sobie ich młodsza córka. 

-  A  to  jest  Mała  Mali  -  rzekła  Helene,  wzięła  dziecko  za  rękę  i  zrobiła  z  nią  krok  do 

przodu. - To jest córeczka Oi, opowiadałam wam przez telefon. Tak, to córeczka Oi i Herborg 
- dodała pospiesznie. - My obie zdążyłyśmy się już zaprzyjaźnić. Prawda, Mała Mali? 

Mała Mali skinęła energicznie głową i dygnęła przed gośćmi. 
-  O, jaka śliczna dziewczynka - rozjaśniła się Synnove Eide i pogłaskała małą po głowie. - 

Sporo już o tobie słyszałam. 

-  Naprawdę? 
-  Tak, moja córka niewiele mi opowiadała o Stornes, ale o tobie mówiła - uśmiechnęła się 

kobieta. - Że jesteś dobrym i grzecznym dzieckiem. 

Mała Mali zarumieniła się z radości, słysząc te pochwały, i zerknęła na Helene. Elise Eide 

skorzystała z okazji, by się przedstawić i przywitać. 

-  Oję spotkałam już przedtem - uśmiechnęła się. - Nie wiedziałam tylko, że tu zanosi się 

na zaręczyny. Nie pisnęłaś ani słówka, Helene. 

-  Ja przecież sama nic nie wiedziałam - odparła Helene. 
Przy  obiedzie  nastrój  nie  był  już  taki  sztywny.  Havard  rozmawiał  z  Halvardem  o 

prowadzeniu gospodarstwa, a Synnove wypytywała Mali o tkactwo. 

-  Ja  już  dawno  o  tobie  słyszałam  -  mówiła.  -  A  teraz  Helene  opowiedziała  mi,  że  jesteś 

niezwykle utalentowana. Czy mogłabym zobaczyć któreś z twoich prac? Bo widzisz, Helene 
też się interesuje takimi sprawami, a i ja zawsze to lubiłam. Ale jakoś nie zostałam tkaczką. 

-  Później będziemy mogły pójść do mojej pracowni - obiecała Mali. 
-  Pani  Helga  z  Gjelstad  nachwalić  się  nie  może,  jaką  jesteś  artystką  -  wtrąciła  Elise.  - 

Mówi, że twoje prace są znane nie tylko w Norwegii, i chyba tak jest. 

-  No cóż, nie wiem - uśmiechała się Mali zakłopotana. - Ale rzeczywiście zajmuję się tym 

od dawna. I bardzo dobrze sobie z tym radzę. 

-  A komu je sprzedajesz? 
-  Przeważnie  wysyłam  prace  do  Ameryki  -  wyjaśniła  Mali.  -  Mam  kontrakt  z  ludźmi, 

którzy  prowadzą  norweskie  sklepy.  Oni  sprzedają  wszystko,  co  robię,  a  w  dodatku  jeszcze 
stroje  ludowe.  Moja  córka  Dorbet,  która  mieszka  tu  niedaleko  w  Granvold,  szyje  stroje 
ludowe dla Amerykanów - dodała z dumą. 

-  No,  no,  co  ty  powiesz?  -  dziwiła  się  matka  Helene.  -  To  może  też  pojedziesz  do 

Ameryki? 

-  Już  tam  byłam  -  wyjaśniła  Mali,  spoglądając  ponad  stołem  w  oczy  Havardowi.  -  Ale 

więcej się nie wybieram. 

Rozmowa przeszła teraz na sprawy zbliżającego się wesela. 
-  Trzeba przyznać, że wszystko dzieje się dosyć szybko - uśmiechnęła się Mali. - Młodzi 

chcą  się  pobrać;  nie  czekając,  postanowiliśmy  więc,  że  wesele  będzie  pod  koniec  września. 
Nie planujemy niczego wielkiego - dodała. - Młodzi sobie tego nie życzą. Nie chcą zapraszać 
nikogo poza rodziną i paroma przyjaciółmi. Pomyśleliśmy, że wszystko odbędzie się tutaj, w 

background image

Stornes  -  dodała  pospiesznie,  kiedy  spostrzegła  przestraszoną  minę  ojca  Helene.  -  Jest 
przecież taki zwyczaj, że kiedy żeni się dziedzic, wesele odbywa się w jego domu. 

-  No  tak,  tak  może  być  -  przytakiwał  Halvard  trochę  niepewny,  spoglądając  na  swoją 

małżonkę. 

-  Zawsze tak było - zapewniła Mali. - Jeśli oczywiście nie macie nic przeciwko temu... 
-  O  nie,  nie  -  powiedział  ojciec  Helene  pospiesznie.  -  Będziemy  wam  za  to  bardzo 

wdzięczni. 

Po obiedzie Havard i Oja zabrali ze sobą Halvarda Eide, żeby oprowadzić go po obejściu i 

okolicy. Podczas obiadu zarumieniły mu się policzki, sprawiał wrażenie ożywionego i chętnie 
szedł  oglądać  gospodarstwo,  Mali  widziała  jednak,  że  on  nie  jest  całkiem  zdrowy.  Jadł 
niewiele,  a  raz  po  raz  twarz  wykrzywiał  mu  grymas,  jakby  go  coś  bolało.  Nie  mówiono 
jednak o tym przy stole. 

Mali  natomiast  zaprosiła  panie  do  tkalni.  Znajdujące  się  tutaj  prace  wzbudziły  ogromne 

zainteresowanie.  Matka  Helene  zaniemówiła  z  podziwu.  Jej  zachwyt  jeszcze  wzrósł,  kiedy 
potem  poszły  do  pralni,  by  obejrzeć  włóczkę,  którą  Mali  tam  farbowała,  oraz  wszystkie 
słoiczki i buteleczki z nalewkami ziołowymi i lekarstwami. 

-  Widzieliście coś podobnego! - zawołała pani Eide, klaszcząc w dłonie. - Zobacz, Helene, 

ile ty się tutaj będziesz mogła nauczyć! 

-  Ale  wcale  nie  jest  powiedziane,  że  Mali  zechce  się  dzielić  swoimi  tajemnicami  - 

uśmiechnęła się Helene. - Chociaż mam nadzieję, że różnych rzeczy się nauczę i o tkaniu, i o 
farbowaniu. .. - trochę zakłopotana zerknęła w stronę Mali. 

-  Oczywiście, że będziesz mogła się uczyć - odparła przyszła teściowa. - Tylko że trzeba 

będzie chyba kupić jeszcze jedne krosna, bo moje są przez cały rok w użyciu. 

-  A  jaki  wy  macie  wielki  dwór  -  podziwiała  Synnove  Eide,  kiedy  wyszły  znowu  na 

podwórze. - Wprost nie mogę uwierzyć, że Helene... To po prostu wygląda jak jakaś baśń. 

-  A  my  bardzo  się  cieszymy,  że  będziemy  Helene  mieć  w  rodzinie  -  zapewniła  Mali.  - 

Będzie znakomitą młodą gospodynią w Stornes, na tyle zdążyliśmy już ją poznać. 

Helenę  zarumieniła  się,  słysząc  pochwałę,  a  oczy  jej  matki  zwilgotniały.  Pospiesznie 

pogłaskała córkę po ręce. 

-  Mamy  nadzieję,  że  to  słuszne  i  dla  Helene,  i  dla  Oi  -  powiedziała.  -  Helene  bierze  na 

siebie wielkie zadanie. Zwłaszcza że Oja ma córeczkę - dodała z wolna. - Takie sprawy nigdy 
nie bywają łatwe. 

-  Oni sobie to wszystko przemyśleli - zapewniła Mali. - Mała Mali została poinformowana 

o małżeństwie, oboje pytali ją o radę. Myślę, że wszystko ułoży się jak najlepiej. 

-  Tak, ja też mam taką nadzieję - powiedziała Synnove wzruszona. - Mam nadzieję, że to 

małżeństwo stanie się błogosławieństwem dla wszystkich. 

  
Kawę  podano  w  izbie,  ponieważ  ciemne  chmury,  zbierające  się  od  rana  od  Todalen, 

zbliżały się coraz bardziej. Wyglądało na to, że lada moment może się rozpętać ulewa. 

Kiedy goście z Eide byli już gotowi do wyjazdu, na dziedziniec wjechał jakiś samochód. 
-  A  to  co,  na  Boga?  -  zdumiał  się  Havard  i  wstał.  -  Czyżby  jechali  do  nas  jeszcze  jacyś 

goście?  -  Wyjrzał  przez  kuchenne  okno  i  zaskoczony  zwrócił  się  do  Mali.  -  To  samochód 
lensmana - poinformował. - Czego on tu szuka w niedzielę przed wieczorem? 

-  Lensman? - Mali wstała i podeszła do okna. - A to dziwne. Musi mieć jakiś interes. 
-  Spodziewacie się lensmana? - spytał Halvard, patrząc z zaciekawieniem na Mali. 
-  Nie,  szczerze  mówiąc,  nie  spodziewaliśmy  się  -  odparta  zdecydowanie.  -  Ale  przecież 

czasem się zdarza, że lensman przyjedzie. 

-  No to my jedziemy - zdecydowała Synnove, wstając. 

background image

-  Zaczekajcie  trochę,  aż  ta  ulewa  przejdzie  -  prosiła  Mali,  wyglądając  na  dwór.  Ciemne 

chmury  bowiem  przyniosły  gwałtowny  deszcz.  -  Przemokniecie  do  suchej  nitki,  zanim 
dobiegniecie do swojej bryczki. 

-  E tam, to tylko taki letni deszczyk - stwierdziła Synnove Eide. - To szybko przejdzie. A 

zresztą wygląda na to, że może różnie być, zanim dotrzemy do domu. 

Wyszli do sieni. Synnove włożyła żakiet. 
-  To bardzo miło z waszej strony, że zechcieliście przyjechać - mówiła Mali, potrząsając 

jej ręką. - Dziękujemy za dzisiaj i do zobaczenia na weselu. 

Havard  otworzył  drzwi  na  ganek.  W  deszczu  przybiegł  do  nich  lensman,  a  za  nim  dwie 

pochylone postaci. 

-  Rany boskie - wyszeptał i spojrzał na Mali. - To znowu ten Langmo i jego żona. 
Mali  poczuła,  że  żołądek  się  jej  kurczy.  Ansgar  Langmo!  Czego  on  tu  chce?  I  dlaczego 

przychodzi  z  lensmanem?  Już  była  pewna,  że  widzieli  tego  człowieka  po  raz  ostatni,  ale 
najwyraźniej  popełniła  błąd.  Czego  ten  diabeł  znowu  tutaj  szuka?  Nie  miała  bowiem 
wątpliwości,  że  zamierza  stwarzać  jakieś  problemy.  Ten  człowiek  nie  ma  dobrych  intencji, 
tyle  zdążyła  zrozumieć  podczas  jego  pierwszej  wizyty.  Jest  jak  skóra  zdjęta  ze  starszego 
brata, pomyślała ze zgrozą. 

Lensman wbiegł na ganek, tamtych dwoje podążało tuż za nim. 
-  Dzień  dobry  -  przywitał  się,  ocierając  zalaną  deszczem  twarz.  -  Zdaje  się,  że 

przychodzimy nie w porę? 

-  Nasi goście właśnie wyjeżdżają, jeśli to masz na myśli - uspokoił go Havard. - Poza tym 

jednak,  szczerze  mówiąc,  nie  oczekiwaliśmy  ani  twojej  wizyty,  ani  tych  ludzi,  których  ze 
sobą przyprowadziłeś. 

-  No tak, ja to rozumiem - przyznał lensman.  
Mali zauważyła, że jest zakłopotany.  
-  Ale Langmo nalegał... 
-  Witam ponownie - skłonił się Ansgar Langmo, wysuwając głowę spod marynarki, którą 

okrył  się  przed  deszczem.  -  Dręczy  mnie  jeszcze  parę  spraw  i  pomyślałem,  że  lensman 
mógłby pomóc. 

Małżonka przyszła zaraz po nim. W przeciwieństwie do męża nie miała czym osłonić się 

przed deszczem, jej cienka letnia bluzka była kompletnie przemoczona. 

-  W takim razie wejdźcie do środka - powiedziała Mali niezbyt przyjaznym głosem. - My 

odprowadzimy gości do bryczki, a potem wrócimy. 

Stali jeszcze przez chwilę na ganku, czekając, aż najgorsza ulewa minie. W końcu deszcz 

prawie ustał. 

-  My z Oją możemy odprowadzić rodziców - powiedziała Helene, spoglądając pospiesznie 

na Mali. - Wy zajmijcie się lensmanem. 

-  Przegońcie ich za drzwi - syknął Oja przez zaciśnięte zęby. - Z Ansgarem Langmo nie 

chcę mieć do czynienia. 

-  Najpierw posłuchajmy, o co chodzi - odparł Havard. 
-  A  my  później  pójdziemy  na  Wzgórze  -  poinformowała  Helene  i  wzięła  Małą  Mali  za 

rękę. - Obiecaliśmy, że przyjdziemy. 

-  Dobrze, idźcie - zgodziła się Mali. - To może i lepiej teraz, kiedy ci ludzie tu przyjechali. 

Ale nie siedźcie tam za długo - dodała. - My nie mamy z nimi o czym rozmawiać. 

-  Nie  macie  chyba  żadnych  kłopotów?  -  spytał  Eide  i  przyglądał  się  z  zaciekawieniem 

Mali. - Chodzi mi to, czy lensman i tych dwoje... 

-  Nie,  nie  -  odparła  Mali  pospiesznie.  -  Tu  chodzi  tylko  o  stare  nieprzyjemności. 

Trzymajcie się, wszystkiego najlepszego. 

-  Co ten Langmo znowu wymyślił? - zastanawiał się Havard, kiedy małżonkowie Eide szli 

już przez podwórze. - Żeby przyjeżdżać tutaj z lensmanem! 

background image

-  Ten lensman jest całkiem nowy - rzekła Mali. - Langmo zdaje się okręcił go sobie wokół 

palca.  Musimy  iść  i  posłuchać,  o  co  chodzi.  Oni  nic  nam  nie  mogą  zrobić,  Havard.  To  jest 
teraz  stara  historia.  A  gdyby  nawet  wyszło  na  jaw,  że  to  Ruth  zamordowała  Samuela,  to 
przecież ona też nie żyje. 

-  Ale  to  nie  może  wyjść  na  jaw  -  syknął  Havard  zgnębiony.  -  Ruth  nie  może  w  oczach 

ludzi być morderczynią. 

-  Nie, nie. Musimy posłuchać, co mają nam do powiedzenia - powtórzyła Mali. Otworzyła 

drzwi i weszła do izby. 

-  Przepraszam  za  kłopot  -  zaczął  lensman.  -  Obecny  tu  Ansgar  Langmo  przyjechał  do 

mnie wczoraj i chciał rozmawiać o swoim bracie, niejakim Samuelu Langmo. 

-  On już tutaj u nas był  i też chciał z nami rozmawiać -  wtrącił Havard i usiadł. - Co ty 

masz z tą sprawą wspólnego? 

-  Przypuszczalnie  nic  -  bąknął  lensman.  -  Langmo  uważa  jednak,  że  nie  otrzymał 

informacji, w jakich okolicznościach umarł jego brat. Mówi, że mogły przy tym wystąpić... że 
mogły jej towarzyszyć jakieś niedopuszczalne wydarzenia. 

-  Ta  sprawa  została  już  dawno  rozstrzygnięta  -  powiedział  Havard  opryskliwie.  - 

Rozmawiałeś może ze starym lensmanem? To on się wtedy zajmował śmiercią misjonarza. 

-  Nie, stary lensman pojechał w odwiedziny do Oslo, a ja..,. 
-  Powtarzam jeszcze raz to, co mówiłem ostatnio - przerwał mu Ansgar Langmo. - Mam 

wrażenie,  że  nie  poinformowano  mnie  o  wszystkich  okolicznościach  śmierci  mojego  brata. 
Uważam,  że  ktoś  zataja  pewne  informacje.  Żądam,  żeby  mi  powiedziano,  co  się  wydarzyło 
tamtej nocy! 

-  Wszystko, co powinieneś wiedzieć o tej sprawie, zostało powiedziane - oznajmił Havard 

spokojnie.  -  A  teraz  jeszcze  wciągasz  do  tego  lensmana.  Gdyby  były  jakieś...  jakieś 
nieprawidłowości w sprawie, to z pewnością w biurze lensmana byłoby o nich wiadomo. I już 
wtedy starano by się je wyjaśnić. 

-  Tak,  i  powiedziałem  Langmo,  że  przejrzałem  stare  papiery,  ale  żadnych 

nieprawidłowości tam nie znalazłem - wtrącił się lensman. 

-  Coś mi w tej sprawie śmierdzi - oznajmił wyniośle Ansgar Langmo. - Żona mojego brata 

rzuca się w wody fiordu, a przypadkiem on tej samej nocy spada ze schodów i umiera? Kto 
uwierzy, że to przypadek? Samuel nigdy nie miał chorych nóg. 

-  Ale nie po raz pierwszy spadł z tych schodów - rzekł Havard, wymieniając spojrzenia z 

Mali. - Któregoś razu złamał sobie rękę. 

Mali z trudem chwytała powietrze. Toż to absolutne kłamstwo! 
-  Jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć, co się wtedy stało, Langmo - powiedziała cicho - to ja 

ci  wytłumaczę.  Twój  brat  był  wcielonym  diabłem.  On  doprowadził  do  śmierci  naszą  córkę, 
dręczył  ją  i  prześladował.  Ale  Langmo  to  nie  tylko  prześladowca  żony,  on  bił  także  własne 
dziecko.  Powiadam  ci,  że  to  był  prawdziwy  diabeł.  Powinniśmy  byli  go  wyrzucić  za  drzwi, 
jak tylko pojawił się w naszym domu. 

-  To są jedynie domniemania - warknął Ansgar Langmo i gniewny grymas wykrzywił mu 

twarz. - Puste oskarżenia! - jego oczy miotały skry, kiedy patrzył na Mali. 

-  Nie,  to  nieprawda  -  upierała  się  Mali.  -  Ja  przeprowadziłam  prywatne  dochodzenie  w 

sprawie twojego brata - ciągnęła dalej. - I być może nie będzie dla ciebie nowiną, że Samuel 
miał inną kobietę oraz troje dzieci w Oslo, chociaż nie był z tą kobietą ożeniony. A ona nie 
była  jedyną,  poza  naszą  córką,  którą  zostawił  z  dzieckiem.  Zawsze  zakładał  rodzinę  tam, 
gdzie się znalazł - syknęła. - I robił to w imię Boże! 

Ansgar Langmo zbladł. Nerwowo gładził włosy. 
-  Tego nie potraficie udowodnić. 
-  Owszem, potrafimy - tryumfowała Mali. - Mamy kontakt z tą jego kobietą w Oslo, ona 

nie będzie miała nic przeciwko temu, żeby być naszym świadkiem. Doprowadzimy ją przed 

background image

oblicze  władzy,  kiedy  tylko  będzie  trzeba.  Jeśli  nie  zostawisz  nas  w  spokoju,  Langmo,  to 
zadbamy, aby zła sława po twoim bracie przylgnęła do jego imienia niczym ten brud, który po 
sobie zostawił! 

-  Ty mi grozisz? 
-  Nie, ja cię informuję - syknęła Mali cicho. - I to wcale nie są puste słowa. My nie mamy 

nic  do  stracenia.  Ale  nazwisko  Langmo  nie  będzie  już  potem  znaczyło  tyle  samo.  Chcesz 
tego? 

Gudrun Langmo skuliła się na krześle. Zasłaniała twarz dłońmi i cicho szlochała. Raz po 

raz jej drobne ciało przenikał dreszcz. Langmo zirytowany spojrzał na małżonkę. 

-  Opanuj się! - syknął i wstał. - Wychodzimy. 
-  Wychodzimy?  -  spytał  lensman,  spoglądając  na  misjonarza.  -  Dowiedziałeś  się  już 

wszystkiego, co chciałeś wiedzieć?  

-  Nie  chcę  mieć  z  tymi  ludźmi  do  czynienia.  Żeby  wygadywać  takie  niesłychane 

oskarżenia wobec mojego brata... To są po prostu oszczerstwa! Mój adwokat będzie... 

Umilkł, jakby chciał się opanować. 
-  Każde  słowo,  które  tu  padło,  jest  prawdziwe  -  krzyknęła  Mali.  -  I  my  możemy  je 

udowodnić. Prawda, Havardzie? 

-  Bóg mi świadkiem, że to prawda - skinął głową. - I gdybyś chciał być szczery, Langmo, 

to  przyznałbyś,  że  o  wszystkim  wiedziałeś  -  ciągnął  dalej.  -  Musiałeś  wiedzieć,  jakim 
człowiekiem był twój brat. 

-  Wychodzimy - powtórzył Langmo, nie patrząc już na nikogo. 
-  A  zatem  sprawa  została  załatwiona  i  możemy  ją  skreślić?  -  spytał  lensman.  -  Nie 

przyjedziesz tu znowu i nie będziesz się domagał rozmów, tak mam to rozumieć? 

Langmo nie zaszczycił go odpowiedzią. Szarpnął gwałtownie żonę za rękę i postawił ją na 

nogi. Kobieta drżała, nie mogła się opanować. 

-  Ona powinna zmienić bluzkę - rzekła Mali. - Widzisz chyba, jak marznie. 
-  Bluzka wyschnie. - Wciąż trzymał żonę za ramię, a teraz pociągnął ją do drzwi. 
-  Ja jej dam suchą bluzkę - zawołała Mali i wyciągnęła rękę do bladej kobiety. Serce jej 

krwawiło,  kiedy  patrzyła  na  Gudrun  Langmo.  Ta  młoda  osoba  tak  bardzo  przypominała  jej 
Ruth. - To długo nie potrwa -  rzekła, z uporem patrząc na  Langmo. - Chodź ze mną teraz - 
powiedziała życzliwie, ale stanowczo do Gudrun. Langmo tak był zaskoczony, że puścił rękę 
ż

ony i pozwolił jej odejść. On sam opadł na krzesło i zasłonił dłonią oczy. 

-  Zaproś  lensmana  na  filiżankę  kawy,  dopóki  nie  wrócimy  -  porosiła  Mali  Havarda.  - 

Długo tam nie zabawimy. 

Zabrała Gudrun ze sobą na strych i otworzyła przed nią stojącą na korytarzu dużą szafę na 

ubrania. 

-  Mam  tu  jedną  taką  bluzkę,  którą  mogę  ci  pożyczyć  -  powiedziała  serdecznie.  - 

Rozchorowałabyś się, gdybyś jechała dalej w tym mokrym ubraniu, które masz na sobie. 

-  To  chyba  nie  jest  takie  niebezpieczne  -  wyszeptała  nieszczęśliwa  Gudrun.  -  A  teraz 

Ansgar będzie wściekły, on nie lubi, żebym ja... 

-  On nie może być zły dlatego, że pożyczyłam ci suchą bluzkę - oznajmiła Mali. Wyjęła 

zwyczajną bawełnianą bluzkę z szafy i podała ją kobiecie. - Mogę ci pomóc? 

Chwyciła za rękawy i ściągnęła mokrą bluzkę z Gudrun, zanim ta zdążyła zaprotestować. 

Nieszczęsna kobieta skrzyżowała chude ramiona na piersi i spoglądała na Mali przerażonym 
wzrokiem. Mali patrzyła na nią oniemiała. Na ramionach Gudrun było pełno siniaków, jakby 
ją ktoś szarpał obcęgami. Mali wyciągnęła rękę i dotknęła ostrożnie skóry kobiety. 

-  Co on z tobą robi? - spytała ochrypłym głosem. - On jest taki sam jak jego brat, prawda? 

To diabeł w ludzkiej skórze, który cię bije i prześladuje? 

background image

Gudrun przez chwilę stała bez ruchu. Potem wydawało się, że nie jest w stanie już więcej 

znieść. Skuliła się i wybuchnęła rozpaczliwym płaczem. Mali objęła ją ramionami, przytuliła i 
kołysała wolno. 

-  Czy ty naprawdę masz z nim ślub? 
Gudrun  potrząsnęła  głową,  która  spoczywała  na  piersi  Mali.  Na  jej  twarzy  malował  się 

wstyd. 

-  On... on mówi, że jesteśmy sobie poślubieni wobec Boga, zawsze przedstawia mnie jako 

swoją żonę, ale nie jesteśmy małżeństwem. Prawdziwego ślubu nie mamy. 

Mali rozpoznawała tę historię, opowieść o poślubieniu wobec Boga. Przeniknął ją dreszcz. 
-  Ile ty masz lat? 
-  Dwadzieścia  dziewięć  -  wyszeptała  Gudrun.  Jeszcze  młodsza,  niż  byłaby  teraz  Ruth  - 

pomyślała Mali. 

-  Dlaczego z nim jesteś, skoro on cię tak traktuje? 
To  było  głupie  pytanie,  pomyślała  nagle.  Ruth  przecież  też  trwała  przy  Samuelu,  dopóki 

nie  doprowadził  jej  do  samobójstwa.  I  nagle  zdała  sobie  sprawę,  że  musi  pomóc  tej  młodej 
kobiecie.  Nie  była  w  stanie  pomóc  Ruth,  ale  może  teraz  jest  okazja,  by  chociaż  trochę 
naprawić tamto zaniechanie, przynajmniej w jakiś sposób. 

-  Ja  ci  pomogę  -  rzekła  pospiesznie.  -  Nie  musisz  się  godzić  na  to,  co  on  ci  robi.  Masz 

jakąś rodzinę? 

-  Mam siostrę, mieszka w Molde. 
-  Czy ona wie, jakie prowadzisz życie?  
Gudrun spuściła wzrok. 
-  Nie, nikt tego nie wie. 
-  A czy twoja siostra by cię przyjęła, gdybyś do niej przyjechała? 
-  Ja nie wiem... Ale ja nie mogę pójść swoją drogą! On mnie zabije - szlochała Gudrun. - 

Wiele razy to powtarzał. On jest... on jest śmiertelnie niebezpieczny! 

-  Poczekaj,  poczekaj,  mamy  tutaj  lensmana  -  powiedziała  Mali,  głaszcząc  ją  po  chudych 

plecach. - Ja z nim porozmawiam. Ansgar musi zrozumieć, że przegrał. Ty możesz zostać u 
nas kilka dni, a potem zawiadomimy twoją siostrę. Musisz się wyrwać z tego piekła. 

Gudrun uniosła zapłakaną twarz i patrzyła na Mali. W głębi jej mrocznego spojrzenia tliła 

się iskierka nadziei. 

-  Czy ty myślisz, że... 
-  Ja to wiem - rzekła Mali stanowczo. - Nigdy nie podjęłam próby uratowania mojej córki, 

wydostania jej z piekła, ale teraz pomogę tobie. Żaden Langmo nie może zniszczyć ci życia. 
Masz odwagę, żeby to podjąć, jak ci się zdaje? 

-  Mam - szepnęła Gudrun z drżeniem. - Albo od niego ucieknę, albo odbiorę sobie życie. 

Dłużej nie jestem w stanie tego znosić. 

-  Ale dzieci nie masz? 
-  Nie, ja chyba nie mogę mieć dzieci. W każdym razie Ansgar mówi, że ze mną musi być 

coś nie w porządku, skoro jeszcze nie urodziłam dziecka. Robi mi z tego powodu wymówki. 

-  Powinnaś się cieszyć - powiedziała Mali. - Łatwiej się od niego uwolnisz bez dzieci. A 

teraz chodź ze mną na dół, nie odzywaj się jednak. Ja będę mówić w twoim imieniu. Jesteś 
pewna, że tego chcesz? 

-  Tak - Gudrun skinęła  głową, oczy jej lśniły.  -  Jestem absolutnie pewna! Bóg musiał  w 

końcu wysłuchać moich próśb. Modliłam się i modliłam, ale nie miałam odwagi... Czułam się 
uwięziona w tym życiu. Ansgar trzymał mnie żelazną ręką, straszył mnie piekłem i wiecznym 
potępieniem. 

-  Ja to znam - westchnęła Mali z goryczą. - Tak samo było z naszą Ruth. Ale ona nigdy 

nie zdobyła się na odwagę... - Mali pospiesznie  otarła oczy i  westchnęła. - My powinniśmy 

background image

byli się wtrącić - powiedziała z trudem. - Ale nie zrobiliśmy tego. W końcu Ruth skoczyła do 
fiordu. 

-  Och, to straszne - Gudrun wciąż wstrząsał szloch. 
-  Tak,  ale  teraz  naprawimy  swoje  postępowanie!  Wydobędziemy  cię  z  tego,  Gudrun. 

Tylko mi zaufaj. Pomożemy ci. 

-  Ale Ansgar... on jest niebezpieczny. 
Mali z wyrazem uporu w oczach uniosła głowę. 
-  My się go nie boimy. Chodźmy już. 
Tamta wahała się przez moment. Spoglądała na Mali ciemnymi, przestraszonymi oczyma. 

Mali położyła jej rękę na plecach i przytuliła do siebie. Niepewnym krokiem Gudrun ruszyła 
w stronę schodów. 

Kiedy weszły do izby, wszyscy trzej mężczyźni podnieśli głowy. 
-  No to możemy już iść? - spytał Ansgar Langmo krótko i wstał. 
-  Ty możesz sobie iść, dokąd chcesz - oznajmiła Mali. - Ale Gudrun zostaje u nas. 
Popatrzył na nią z wyraźnym zaskoczeniem. Potem twarz mu pociemniała z wściekłości. 
-  Co to ma znaczyć? - warknął i zrobił krok w kierunku Gudrun. 
Ona przestraszona skryła się za plecami Mali. 
-  To jest koniec, Ansgarze Langmo. Koniec twojego dręczenia i prześladowania Gudrun. 

Jesteś taki sam jak twój brat, jesteś wcielonym diabłem. Ale teraz musisz sobie znaleźć inną 
ofiarę, nad którą będziesz się znęcał. Bo Gudrun zostaje tutaj - powtórzyła stanowczo. 

-  Gudrun! - jego głos był niczym cięcie bicza, młoda kobieta skuliła się przerażona. 
Zaraz jednak wyprostowała się i popatrzyła mu prosto w oczy. 
-  Dłużej nie jestem w stanie znosić takiego życia, Ansgar - powiedziała. - Ci państwo chcą 

mi pomóc, więc... 

-  Pójdziesz ze mną! Jesteś moją żoną! 
-  Nie, nie jestem. Twierdzisz, że jesteśmy sobie poślubieni wobec Boga, ale żadnego aktu 

ś

lubują nie mam. 

Twarz Langmo pobielała. 
-  Masz odwagę mówić do mnie coś takiego? 
-  Skończmy już z tym, Langmo - przerwała Mali. - Bo jak nie, to złożę na ciebie skargę do 

lensmana  za  prześladowanie  i  dręczenie  tej  kobiety.  Przyjmij  to  do  wiadomości.  Dobrze 
wiesz, że to łatwo udowodnić - dodała, wpijając w niego wzrok. 

-  Czy chciałabyś złożyć skargę? - spytał lensman, zwracając się do Gudrun. 
-  Nie, tylko niech on sobie idzie swoją drogą i nigdy więcej jej nie dręczy - wtrąciła Mali. 

Znowu  spojrzała  na  misjonarza.  -  Ale  jeśli  będziesz  robił  jakieś  problemy,  Langmo,  to 
złożymy na ciebie skargę. Zapamiętaj to sobie. 

-  Przeklęte babsko - wysyczał Langmo przez zęby. 
-  Jakoś  to  przeżyję  -  rzekła  Mali  spokojnie.  -  Wszystko  będzie  dobrze,  skoro  możemy 

uratować Gudrun. 

-  Chodźmy - powiedział Ansgar Langmo do lensmana. - Nie mam tu już nic do roboty. 
-  Dobrze, że doszedłeś do takiego wniosku - powiedział Havard. - Odprowadzę was. 
Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, z Gudrun jakby uszło powietrze. Skuliła się na kanapie 

i  płakała  tak,  że  cala  się  trzęsła.  Mali  usiadła  przy  niej  i  położyła  rękę  na  chudziutkich 
barkach. 

-  Masz to już za sobą, Gudrun - powiedziała cicho, głaszcząc ją po plecach. -  Z każdym 

dniem będzie lepiej, zobaczysz. 

-  Co ja zrobiłam? - szlochała Gudrun. - On wróci tu, żeby... 
-  Langmo jest diabłem  w ludzkiej skórze - powiedziała Mali spokojnie. - Ale w żadnym 

razie nie jest głupi. On wie, że nie może ci już nic zrobić. Bo wie, że ja wiem. 

 

background image

-  I czegoś ty, na Boga, narobiła? - spytał Havard trochę później, kiedy został sam z Mali. 

Gudrun położyła się w sypialni, którą Mali dla niej przygotowała. - Czy to było mądre, Mali? 

-  To  było  jedyne,  co  mogliśmy  zrobić  -  odparła  z  przekonaniem.  -  Ta  nieszczęsna 

dziewczyna była prześladowana, Havardzie. W moim rozumieniu Gudrun jest niczym Ruth. 
Nie  mogłam  na  to  patrzeć,  Havardzie.  Nigdy  nie  podjęliśmy  decyzji,  żeby  ratować  Ruth. 
Teraz możemy to chociaż w pewnym stopniu odrobić. 

-  Ona powiedziała, że ją dręczył? 
-  Ona  powiedziała,  ale  ja  też  widziałam.  Na  jej  ciele  pełno  jest  takich  sińców,  jakie 

znaleźliśmy  na  ciele  Ruth,  kiedy...  kiedy  kładliśmy  ją  do  trumny.  Ona  się  kompletnie 
załamała  tam  na  górze,  Havardzie.  Powiedziała,  że  albo  od  niego  ucieknie,  albo  odbierze 
sobie życie. 

-  Ach  tak,  w  takim  razie  postąpiłaś  słusznie  -  kiwał  głową.  -  Nie  wierzę,  że  jeszcze 

kiedykolwiek  usłyszymy  coś  o  Ansgarze  Langmo.  Pytanie  tylko,  czy  zechce  zostawić  w 
spokoju Gudrun. 

-  Jeśli nie, to ona złoży na niego skargę. Teraz jest już zdecydowana. 
-  Ale co się z nią stanie? Przecież nie może zostać tu u nas. 
-  Gudrun  ma  siostrę  w  Molde.  Zadzwonię  do  niej  jeszcze  dziś  wieczorem  i  dowiem  się, 

czy zechce jej pomóc. Mam nadzieję, że pomożemy Gudrun rozpocząć nowe życie.  

Havard podszedł do żony i objął ją. 
-  To  strasznie  trudne  -  powiedział  cicho.  -  To  tak  jakby  Ruth  znowu  tu  była,  tak  jak 

mówiłaś. 

-  Tak, ja też mam takie wrażenie. Czuję jednak, że Ruth uważa, iż tym razem postąpiliśmy 

słusznie. Sądzi, że to dobrze, iż wzięliśmy odpowiedzialność za Gudrun. - Położyła głowę na 
jego piersi. Łzy piekły ją w oczach. - To właśnie powinniśmy byli zrobić dla Ruth - bąknęła 
cicho. 

-  Ale ona nigdy nam na to nie pozwoliła. 
-   No właśnie, ona nam nie pozwoliła. 
Przez  chwilę  stali  przytuleni  do  siebie.  Wspomnienia  przepływały  przez  głowę  Mali. 

Przetarła ręką oczy i wyprostowała się. 

-  Dzisiaj postąpiliśmy słusznie - powtórzyła stanowczym głosem. - Wiem, że Ruth też tak 

uważa. 

Havard nie odpowiadał. Głaskał ją tylko po plecach i kiwał głową. Mali poklepała go po 

dłoni.  Bolesne  wspomnienia  wywoływały  ból  w  piersi.  Dzisiaj  znowu  Ruth  znalazła  się 
bardzo blisko. Na dobre i na złe, pomyślała Mali z westchnieniem. Chociaż może głównie na 
złe. 

  
ROZDZIAŁ 9. 
  
Mali nawiązała kontakt z siostrą Gudrun jeszcze tego samego wieczora. Domyślała się, że 

Gudrun  ma  wyrzuty  sumienia  z  powodu  tego,  co  zrobiła,  uznała  więc  za  najważniejszą 
sprawę  wysłanie  jej  do  siostry  najszybciej,  jak  to  możliwe,  żeby  nie  miała  czasu  zmienić 
zdania  albo  żeby  Ansgar  tutaj  nie  przyjechał,  nie  wkradł  się  podstępnie  w  jej  łaski  i 
naobiecywał  rzeczy,  których  i  tak  by  nie  dotrzymał.  Chociaż  tej  ostatniej  możliwości  Mali 
poważnie  nie  rozważała.  Ansgar  Langmo  nie  jest  typem,  który  by  się  wkradał  w  łaski, 
niezależnie czego sprawa dotyczy. On by raczej straszył. 

-  Musisz  wierzyć,  że  postąpiłaś  słusznie  -  mówiła  do  Gudrun,  kiedy  wyszły  razem  do 

sieni, żeby telefonować do Molde. - Dłużej i tak byś tego nie wytrzymała, sama mówiłaś. 

-  Tak,  ja  wiem  -  westchnęła  Gudrun.  -  Tylko  że  to  takie  dziwne,  być...  uwolnić  się  od 

niego.  Nigdy  nie  myślałam,  że  to  może  pójść  tak  gładko,  przez  cały  czas  oczekiwałam,  że 
on... - Nie dokończyła zdania, potrząsnęła tylko głową. 

background image

-  Dzisiaj  podjęłaś  ważną  decyzję  -  rzekła  Mali.  -  I  wiem,  że  nie  będziesz  tego  żałować. 

Teraz jednak musimy się zwrócić do twojej siostry. Chyba się ucieszy, jak cię usłyszy. 

-  W  ostatnich  latach  nie  miałyśmy  wielu  kontaktów  -  wyjaśniła  Gudrun.  -  Ansgar  sobie 

tego nie życzył. Mam tylko nadzieję, że siostra o mnie nie zapomniała. 

Ale  Sofie  Vika  z  Molde  nie  zapomniała.  Była  uszczęśliwiona,  słysząc  głos  młodszej 

siostry. 

-  Moja droga, co to się stało? - Sofie spytała Mali. - Nie miałam kontaktu z Gudrun od lat 

z powodu tego człowieka. 

-  No a teraz Gudrun postanowiła z nim zerwać - wyjaśniła Mali. 
-  Wprost nie mogę uwierzyć. Jak do tego doszło? 
-  Porozmawiaj z Gudrun, sama ci opowie. Ma ci zresztą bardzo wiele do powiedzenia. Ja 

chciałam  tylko  zapytać,  czy  zechcesz  ją  przyjąć,  gdyby  do  was  przyjechała.  Ona  musi  teraz 
rozpocząć życie na nowo. 

-  Ja  też  tego  bardzo  chcę!  I  Oddvar,  mój  mąż,  na  pewno  powie  to  samo.  Bardzo  się 

ostatnio martwiliśmy o Gudrun, po tym jak wyprowadziła się do Ansgara. On nie był dla niej 
dobry, poza tym nie jestem pewna, czy mają oficjalny ślub. Ale jakim sposobem moja siostra 
do was trafiła? 

-  To  bardzo  długa  historia  -  rzekła  Mali.  -  Brat  tego  Ansgara  był  mężem  naszej  córki. 

Wiele  lat  temu  to  małżeństwo  skończyło  się  straszną  tragedią.  I  teraz,  jak  tylko  Ansgar 
przyjechał, żeby poznać swoją bratanicę, natychmiast domyśliliśmy się, co to za człowiek. 

Przekazała słuchawkę Gudrun, która na przemian śmiała się i płakała. 
Mali  zostawiła  ją  w  sieni  samą.  Nie  chciała  tam  stać  i  słuchać  rozmowy,  czuła,  że  nie 

powinna  tego  robić.  Kiedy  po  jakimś  czasie  Gudrun  wróciła  do  izby,  była  zarumieniona, 
miała zapłakane oczy, ale uśmiechała się szeroko. 

-  Będę mogła pojechać do nich do Molde - oznajmiła wzruszona. - Ofiarowali mi gościnę, 

dopóki  nie  znajdę  sobie  czegoś,  pomogą  mi  też  poszukać  pracy,  obiecała  Sofie.  Naprawdę 
rozpocznę całkiem nowe życie. 

-  Więc nie zamierzasz nawet na trochę pojechać do Oslo?  
-  Nie,  nie  odważyłabym  się.  Zatelefonuję  do  przyjaciółki  i  poproszę,  żeby  zabrała  moje 

rzeczy  z  mieszkania  i  przysłała  mi  je  do  Molde.  To  tylko  parę  ubrań  i  kilka  drobiazgów,  ja 
prawie  nic  nie  posiadam.  Nie  mam  odwagi...  -  przełknęła  ślinę.  -  Dzięki  temu  uniknę 
rozmowy z Ansgarem. 

-  To bardzo rozsądne - przytaknął Havard. 
-  Obiecałam siostrze, że przyjadę jutro. Czy  wam to nie przeszkadza? - spoglądała to na 

Mali, to na Havarda. 

-  Możesz jechać, oczywiście, odwiozę cię do autobusu w Melhus - obiecał Havard. 
-  Ale  jest  jeszcze  jedna  sprawa...  -  Gudrun  uśmiechała  się  niepewnie,  zarumieniona  po 

korzonki włosów. - Ja nie mam pieniędzy. To Ansgar trzymał pieniądze. Więc gdybym mogła 
pożyczyć... 

-  Nie  ma  żadnego  problemu  -  zapewniła  Mali  pospiesznie.  -  Pożyczymy  ci,  ile  będzie 

trzeba. 

-  Jak ja się wam wywdzięczę za wszystko, co dla mnie robicie? - mówiła Gudrun, siadając 

znowu na krześle. - Że też zatroszczyliście się o mnie, żeby... 

-  Ja  od  pierwszej  chwili,  kiedy  tylko  zobaczyłam  twoje  siniaki,  wiedziałam,  że  muszę 

spróbować ci pomóc - rzekła Mali cicho. - I tak bardzo przypominasz naszą córkę, Ruth, pod 
wieloma względami... Ona też była taka jak ty, podporządkowana i dręczona. Ale my nigdy 
nie  domyśliliśmy  się,  co  naprawdę  dzieje  się  w  ich  domu.  Ruth  nigdy  nie  chciała  na  to 
pozwolić.  Dlatego  nie  mogliśmy  jej  pomóc.  To  jest  nasze  wielkie  zmartwienie  od  tamtego 
czasu, że ją zawiedliśmy... - głos Mali się załamał. 

background image

-  Przecież  nie  zawiedliście  jej  -  rzekła  Gudrun  stanowczo.  -  To  tak  po  prostu  jest,  kiedy 

człowiek żyje jak w więzieniu. Człowiek myśli, że tak powinno być. Oni mówią, że będziesz 
potępiona,  jeśli  przeciwstawisz  się  swojemu  mężowi,  tak  mówił  Ansgar  i  jego  brat.  Po 
pewnym czasie zaczyna się wierzyć w to, co mówią, a w końcu jest się zdanym wyłącznie na 
ich łaskę. Niełatwo jest innym wejść w taką sytuację, żeby pomóc. 

-  Tak, masz rację - westchnęła Mali, ocierając oczy. - Ale mogłam pomóc tobie. Dlaczego 

nigdy nie pomogłam naszej Ruth? 

Gudrun nie miała na to odpowiedzi. Patrzyła tylko na Mali ciemnymi, smutnymi oczyma. 
-  Jest mi strasznie przykro z tego powodu - szepnęła. - Rozumiem, jakie to dla was było 

cierpienie. 

-  Było i jest! - wtrącił Havard. - To nigdy nie minie. 
-  Rozumiem - przytaknęła Gudrun. - Ja to naprawdę dobrze rozumiem. 
-  Ale  w  jakiś  sposób  nadrobiliśmy  choć  w  części  naszą  pomyłkę  przez  to,  że  mogliśmy 

pomóc tobie - wtrąciła Mali. - Dopiero co powiedziałam to Havardowi. Myślę, że Ruth by się 
cieszyła, że ty również nie odbierzesz sobie życia z powodu jakiegoś Langmo. 

-    Ale  mało  brakowało  -  przyznała  Gudrun  z  drżeniem.  -  Nie  widziałam  przed  sobą 

ż

adnego wyjścia. Tak strasznie się bałam i myślałam, że najlepiej będzie... uff, nie - dodała. - 

Ale było blisko. 

 
-  Jaka  to  dzielna  dziewczyna,  ta  Gudrun  -  powiedział  Havard,  kiedy  wieczorem  znaleźli 

się w swojej sypialni. - Mam nadzieję, że teraz wszystko będzie u niej dobrze. 

-  Ja też mam taką nadzieję - przytaknęła Mali. - Na szczęście ma rodzinę. 
-  Słyszałaś coś o jej rodzicach? 
-  Rodzice nie żyją. Ta siostra w Molde to jedyna krewna, jaką ma. No ale skoro może tam 

jechać... 

-  No właśnie, wygląda na to, że udało ci się ją uratować - szepnął Havard. 
-  Cóż, to tylko zwykły przypadek - odparła Mali. - Przypadek, że zobaczyłam te siniaki. I 

ona tak bardzo przypomina Ruth - dodała wolno. - Dlatego też chciałam jej pomóc. 

-  Ufam, że Ansgar Langmo zostawi ją teraz w spokoju. 
-  A jeśli nie, to może się poskarżyć siostrze i jej mężowi. Nie będzie już teraz wobec niego 

sama. Oni ją ochronią. Mam nadzieję, że dowiemy się, co u niej słychać. 

Powiedziała  o  tym  Gudrun  następnego  dnia  przed  południem,  kiedy  dziewczyna  była 

gotowa do podróży. 

-  Mam nadzieję, że wszystko ci się ułoży - mówiła, tuląc do siebie młodą kobietę. - Może 

napiszesz do nas jakąś kartkę kiedyś albo zatelefonujesz? 

-  Możecie być pewni, że tak zrobię - obiecała Gudrun. - I jeszcze raz stokrotnie dziękuję. 
Mali machała ręką na pożegnanie, dopóki bryczka nie zniknęła za zakrętem. Potem wolno 

wróciła do domu. 

Pod  koniec  tego  tygodnia  dowiedzieli  się,  że  Amerykanie  zrzucili  bomby  atomowe  na 

Hiroszimę  i  Nagasaki.  Lodowaty  powiew  okrucieństw  wojny  znowu  na  nich  spłynął,  kiedy 
siedzieli w izbie i słuchali radia. To niepojęte, uważała Mali. Tylu ludzi zginęło, tyle cierpień 
i zniszczeń, że wprost trudno to opisać. 

-  Boże  drogi,  co  to  znowu  za  okropieństwa  -  mówiła  wzburzona.  -  Czy  nie  można  było 

zakończyć wojny w inny sposób? 

-  Japończycy nie  chcieli słyszeć o poddaniu się  - wyjaśnił Havard. - Amerykanie stracili 

mnóstwo  ludzi  na  Dalekim  Wschodzie,  więc  musieli  chyba  coś  zrobić.  Ale  żeby  zrzucać 
bombę atomową? 

-  Nigdy przedtem nikt na świecie tego nie zrobił - mówił Oja. - I nikt właściwie nie wie, 

jakie mogą być skutki. 

-  A ja myślałam, że wojna się skończyła - westchnęła Mali, potrząsając głową. 

background image

-  Teraz to chyba tak będzie - zapewnił Havard. - Teraz wojna się skończy. 
-  Zaczęły się całkiem nowe czasy - stwierdził Oja. - Wkroczyliśmy w wiek atomu. 
W następnych dniach wciąż widywali nowe, potworne zdjęcia w gazetach, przedstawiające 

zwęglone  ludzkie  ciała  i  spaloną  ziemię.  No  i  to  jedno,  najważniejsze  zdjęcie,  które 
powtarzało  się  przez  cały  czas:  wielki  obłok  dymu  w  kształcie  grzyba.  Ten  obraz  budził 
największą grozę. W końcu Mali nie była w stanie już na niego patrzeć. 

Oja wycinał zdjęcia z gazet. 
-  To są historyczne wydarzenia - tłumaczył i chował wszystko do wielkiej koperty. - Świat 

nigdy o tym nie zapomni. 

-  Mam nadzieję, że pierwszy i ostatni raz słyszymy o czymś takim - mówiła Mali. - Gdyby 

się to miało powtarzać, to doszłoby do sądnego dnia, do prawdziwej zagłady Ziemi. 

Aż  do  jesieni  w  domach,  w  sklepach  i  wszędzie,  gdzie  ludzie  się  spotykają,  trwały 

rozmowy o bombie atomowej. Wszyscy wyrażali radość z tego, że żyją w Norwegii. 

Helene  wspomniała  Oi,  że  jej  zdaniem  powinni  razem  z  Małą  Mali  pojechać  na  grób 

Herborg. 

-  Tak uważasz? - spytał z wahaniem. - Ale czemu miałoby to służyć? 
-  Moim  zdaniem  to  ważne  -  rzekła  Helene  stanowczo.  -  Nie  wolno  nam,  w  naszym 

szczęściu,  zapomnieć  o  Herborg.  Dobrze  wiesz,  że  ona  jest  bardzo  ważna  dla  Małej  Mali, 
dziecko musi zrozumieć, że i ty, i ja uznajemy jej prawo do pamiętania o matce. 

-  Dobrze, dobrze - zgodził się Oja chętnie. - Jeśli tak uważasz, to proszę bardzo. 
Wyciągnął  rękę  i  przytulił  do  siebie  Helene.  Radość  buzowała  w  jego  żyłach.  Dni  były 

pełne  szczęścia,  a  noce  pełne  miłości  i  słodyczy.  Był  taki  szczęśliwy,  że  kręciło  mu  się  w 
głowie. Nigdy by nie przypuszczał, że przeżyje jeszcze tyle radości. Życie śpiewało u schyłku 
tego lata. 

-  W takim razie uważam, że powinniśmy pojechać na cmentarz w niedzielę - postanowiła 

Helene.  -  Nie  ma  powodu,  żeby  to  odkładać.  Moim  zdaniem  powinniśmy  to  zrobić  przed 
ś

lubem. 

-  Zdążymy  załatwić  jeszcze  mnóstwo  spraw,  ślub  dopiero  dwudziestego  czwartego 

września - westchnął Oja. - Toż to cała wieczność. 

-  No coś ty - roześmiała się Helene, czochrając mu włosy. - Czas zleci jak z bicza trząsł. 

Czy jest ci teraz źle, że tak narzekasz? 

-  Och nie - zaprotestował, rozpromienił się w szerokim uśmiechu i przytulił ją znowu do 

siebie. - Myślę, że nigdy nie było mi lepiej. 

-  Czy twoja mama mówiła coś o tym, że przychodzisz nocami do mojej sypialni? 
-  Nie, a co miałaby powiedzieć? Przecież niedługo będziemy małżeństwem. Parę tygodni 

wcześniej czy później... 

-  Nie powinniśmy mieszkać razem przed ślubem. 
-  No to też nie mieszkamy. 
-  Ale ty przychodzisz prawie co wieczór. 
-  A ty tego nie chcesz? - spytał. W jego głosie pojawiło się coś jakby uraza. 
-  Owszem,  Oja  -  szepnęła,  całując  go  w  policzek.  -  Chcę,  żebyś  przychodził.  Ale  nie 

chciałabym nieporozumień z twoją mamą. Tylko to mam na myśli. 

-  Nie  będzie  żadnych  nieporozumień  -  rzekł  z  wielką  pewnością  siebie.  -  Mama  jest 

bardzo zadowolona z tego, co jest między nami. 

-  A gdzie my będziemy sypiać po ślubie? 
-  Też  się  nad  tym  zastanawiałem  -  powiedział Oja.  -  Widzisz,  dom  dziadków  stoi  pusty. 

Nie  chciałabyś,  żebyśmy  go  odnowili  i  znaleźli  tam  nieco  bardziej  prywatne  miejsce?  Albo 
zostańmy po prostu w głównym domu, tak jak teraz. 

-  Nie  miałabym  nic  przeciwko  temu,  żebyśmy  przygotowali  sobie  takie  tylko  nasze 

miejsce - powiedziała Helene niepewnie. - Będziemy pracować ze wszystkimi, ale dobrze jest 

background image

mieć  miejsce,  w  którym  można  się  schronić,  prawda?  Na  przykład  wieczorami  albo  w 
wolnym czasie. Nie wyprowadzimy się przecież nigdzie daleko - dodała, spoglądając pytająco 
na Oję. 

-  Tak,  ja  też  tak  myślę  -  przytaknął.  -  W  takim  razie  odnowimy  dom  dziadków  i 

urządzimy go tak, jak będziesz chciała. 

-  Nie  chcę  tam  wielu  nowości  -  wtrąciła  Helene  pospiesznie.  -  Uważam,  że  to  przytulne 

mieszkanie,  takie  jakie  jest  teraz.  Przeprowadzimy  się  tam  jednak  tylko  pod  warunkiem,  że 
twoi rodzice się zgodzą - dodała. - I chciałabym być przy rozmowie, kiedy ich o to zapytasz. 

-  Pewnie, że możesz być - rzekł, poklepując ją po plecach. - Pójdziemy do nich razem. A 

może powinniśmy to zrobić zaraz? Byli oboje w izbie, kiedy wychodziłem. 

-  Dobrze, po co zwlekać - przystała Helene. 
 
-  Oczywiście, że możecie zająć dom dziadków - zgodziła się Mali, kiedy przedstawili jej 

swoją  sprawę.  -  Jeśli  tego  chcecie,  to  proszę  bardzo.  Nikt  przecież  z  tego  mieszkania  nie 
korzysta. 

Tylko  że  będziecie  się  musieli  wyprowadzić,  kiedy  Havard  i  ja  przekażemy  wam 

gospodarstwo. 

-  Do tego czasu zostało jeszcze wiele lat - roześmiał się Oja. - Nie wyobrażam sobie, że 

mogłoby być inaczej. 

-  No  pewnie,  to  się  nie  stanie  w  tym  roku  -  wtrącił  Havard  wesoło.  -  W  każdym  razie 

twoja mama tak nie uważa. 

-  Nie,  nie,  nie  uważam  -  roześmiała  się  Mali.  -  No  więc  niech  tak  będzie.  Chociaż 

zazwyczaj młodzi w tym dworze nie korzystali z domu dziadków. 

-  Wolałabyś, żebyśmy się tam nie wprowadzali? - spytała Helene pospiesznie, spoglądając 

na nią. 

-  Nie,  wszystko  w  porządku.  Przynajmniej  na  jakiś  czas.  Myślę  tylko,  że  i  tak  będziecie 

większość czasu spędzać tutaj. I jadać też będziemy razem, prawda? 

-  Oczywiście, że tak - przytaknął Oja. - Chodzi tylko o to, żebyśmy się czuli u siebie. Ale i 

tak głównie będziemy z wami - powtórzył. - Przynajmniej za dnia. 

-  Ale zanim dom dziadków będzie gotowy, to wprowadzicie się pewnie do twojej sypialni, 

Oja,  którą  zachowałeś  po...  -  Mali  umilkła  na  moment,  potem  mówiła  dalej.  -  Chodzi  mi  o 
to... że twoja stara sypialnia jest wygodna, chociaż zajmowałeś ją razem z Herborg. 

Oja pospiesznie spojrzał na Helene. Ona skinęła głową. 
-  To jest sypialnia Oi, więc jeśli o mnie chodzi, to możemy ją zająć; Oja z ulgą wciągnął 

powietrze. Właśnie o to nie miał odwagi sam ją zapytać.  Bał się, czy Helene będzie chciała 
spać  w  podwójnym  łóżku,  które  dzielił  z  Herborg.  Ona  jednak  najwyraźniej  nie  miała  nic 
przeciwko temu. W każdym razie nic takiego nie powiedziała. Będę musiał zapytać ją jeszcze 
raz, kiedy zostaniemy sami, pomyślał. Trzeba wyjaśnić wszystko, żeby potem nie powstawały 
jakieś problemy. 

-  I  musimy  już  zrobić  listę  gości  na  wesele  -  zwróciła  się  Mali  do  Helene.  -  Musisz  mi 

pomóc i powiedzieć, kogo zapraszamy z twojej strony. 

-  Dobrze, rozmawiałam już z rodzicami, jeśli o mnie chodzi to sprawa jest jasna. Naszych 

gości nie będzie wielu - dodała. - My nie mamy dużej rodziny. Poza tym wesele też ma być 
skromne, tak jak się umawialiśmy. 

-  Dobrze,  tak  będzie.  No  ale  jednak  jakąś  uroczystość  trzeba  zorganizować.  Może 

przygotujemy tę listę dzisiaj wieczorem. 

-  Ja mogę - zgodziła się Helene. - Poza tym zamierzamy w niedzielę pojechać z Małą Mali 

na  grób  Herborg.  Rozmawiałam  z  nią  już  o  tym,  myślę,  że  Mała  Mali  bardzo  by  się  z  tego 
cieszyła. 

background image

-  To  nie  jest  głupi  pomysł  -  pochwaliła  Mali.  -  Dziecko  jest  wciąż  bardzo  związane  ze 

swoją matką. Będzie dla niej ważne, że oboje szanujecie fakt, iż ona ma matkę. 

-  To prawda, szanujemy to, mamo - zapewnił Oja. 
-  A ja nigdy nie podejmę próby przejęcia roli matki - zapewniła Helene. - Dobrze wiem, 

co Herborg znaczy dla małej. 

-  Tak, ty od początku zachowywałaś się w tej sprawie wspaniale - pochwaliła ją Mali. - I 

w  przyszłości  też  tak  rób.  Sama  widzisz,  z  jakim  oddaniem  Mała  Mali  patrzy  na  ciebie. 
Zdobyłaś  jej  zaufanie,  Helene,  to  jedno  jest  pewne.  Najważniejsze  jednak,  byście  nie 
zapomnieli o Małej Mali w tym waszym nowym szczęściu - przypominała. - Ona jest bardzo 
czuła na tym punkcie. Zwłaszcza jeśli chodzi o ciebie, Oja. Wciąż będzie sprawdzać, czy ją 
też kochasz, a nie tylko Helene. 

-  To oczywiste, że ją kocham - rzekł Oja lekko urażony. - Myślałem, że co do tego nie ma 

wątpliwości. 

-  Kochasz ją, wiem - przytaknęła Mali. - Ale nigdy o tym nie zapominaj, Oja. - Zwróciła 

się do Helene. - Czy mogłabyś przynieść miskę mąki ze spichlerza? - poprosiła, wyciągając 
do dziewczyny dużą miskę. - Wszystko już zużyłam. 

-  To ja pójdę z tobą - rzekł Oja, otwierając jej drzwi. - Muszę zajrzeć do stajni. 
-  Powiedz  mi,  Helene  -  zaczął,  kiedy  nikt  już  nie  mógł  ich  słyszeć.  -  Ta  sprawa  z 

sypialnią... 

-  Mam nadzieję, że możemy z niej korzystać? 
-  Możemy, ale czy ty naprawdę chcesz? 
-  Wszystko pójdzie dobrze, Oja. Jesteśmy przecież razem. Ja nie czuję, żeby Herborg stała 

między  nami.  Gdyby  tak  było,  gdybym  miała  wrażenie,  że  wciąż  jesteś  z  nią  bardzo 
związany, to nie przyjęłabym twoich oświadczyn. 

-  Przeżyłem dobre lata z Herborg - powiedział Oja wolno. - I ty świetnie o tym wiesz. Tak 

strasznie  ją  kochałem,  że  kiedy  odeszła,  sam  chciałem  umrzeć.  Życie  nie  miało  wtedy 
ż

adnego  sensu.  Nie  miało  go,  dopóki  nie  spotkałem  ciebie.  Dla  Małej  Mali  też  nie  byłem 

wielką pociechą - dodał ciężko. - Wciąż zmagałem się z własnymi uczuciami. Ale teraz to już 
przeszłość. Dobre wspomnienia, ale przeszłość. Rozpoczynamy nowe życie. 

-  Teraz zaczynamy nowe życie. Ty, ja i Mała Mali - poprawiła go Helene. - Wszystko nam 

się ułoży, Oja. Jestem tego pewna. 

-  I swoich uczuć też jesteś pewna? 
-  Jestem absolutnie pewna - zapewniła go z uśmiechem. - Absolutnie pewna. 
  
W  niedzielę  rano  Mała  Mali  wcześnie  wyszła  z  domu  i  nazbierała  wielki  bukiet  polnych 

kwiatów.  Mali  pomogła  jej  ułożyć  wiązankę,  poprzycinać  zbyt  długie  łodyżki  i  związać 
wszystko wstążką. 

-  Naprawdę  wygląda  pięknie  -  pochwaliła  z  uśmiechem.  Mała  przytakiwała  uroczyście. 

Oczy jej płonęły. Wkrótce potem wyruszyli w drogę. 

Mała Mali wzięła ojca za rękę, kiedy wchodzili przez cmentarną bramę. 
-  Nie wiem, czy mi się tu podoba - powiedziała, tuląc się do ojca. 
-  To takie spokojne miejsce, moje dziecko - rzekł Oja i pogłaskał córeczkę po włosach. - 

Ci, którzy umarli, nie mogli sobie wymarzyć lepszego miejsca na spoczynek. 

-  Ale mamy tutaj przecież nie ma? - powiedziała Mała Mali, spoglądając na ojca. - Mama 

jest w niebie. 

-  Tak, mama jest w niebie. 
-  Mama jest aniołem - mówiło dalej dziecko. 
-  Tak, jeśli istnieją anioły, to ona z pewnością jest jednym z nich - zgodził się Oja. 
-  Oczywiście, że istnieją anioły - wtrąciła Helene. - Ja w to naprawdę wierzę. 

background image

-  Pewnie,  to  prawda  -  potwierdziła  Mała  Mali  zadowolona.  -  Ja  bardzo  lubię  myśleć,  że 

moja  mama  jest  pięknym,  białym  aniołem.  Mam  na  obrazku  takiego  anioła,  w  jednej 
książce... 

Promienie  słońca  przedostawały  się  przez  gęste  liście  brzozy  płaczącej.  Ptaki  śpiewały, 

znad fiordu płynął zapach słonej wody i wodorostów. 

-  To tutaj - oznajmił Oja i zatrzymał się przy pięknym kamieniu. 
Grób  był  obsadzony  kwiatami.  Mała  Mali  przystanęła  i  przez  chwilę  milczała.  Jej  oczy 

napełniły  się  łzami.  Wolno  podeszła  do  nagrobka  i  położyła  przy  nim  swój  bukiet.  Nagle 
wyprostowała się i szukała czegoś za kamieniem. 

-  Patrzcie! - powiedziała zaskoczona, podnosząc coś, co tam leżało. - O Boże, patrzcie! 
W ręce trzymała mieniące się białe pióro. 
-  Anielskie pióro - szeptała bez tchu. - To jest anielskie pióro!  
Może raczej pióro jakiejś mewy, pomyślał Oja. Wymienili z Helene spojrzenia. Ona wolno 

pokręciła głową i wzięła pióro, które Mała Mali do niej wyciągała. 

-  Mama tutaj była - mówiło dziecko poruszone. - To jest anielskie pióro. 
-  Być może - skinęła głową Helene. - W każdym razie to bardzo piękne pióro. 
-  Ja jestem tego pewna - rozpromieniła się Mała Mali. - Mama jest aniołem. 
-  I  nie  ulega  wątpliwości,  że  ona  na  ciebie  patrzy  -  uśmiechnęła  się  Helene,  oddając 

dziewczynce pióro. - Jestem tego absolutnie pewna. Teraz pójdziemy obie poszukać wazonu, 
ż

eby włożyć do wody twój piękny bukiet. 

Kiedy  ich  nie  było,  Oja  stał  nad  grobem  z  pochyloną  głową.  Powoli  ukucnął  i  zaczął 

głaskać nagrobny kamień. 

-  Chyba  nie  masz  nic  przeciwko  temu,  że  zamierzam  się  powtórnie  ożenić,  Herborg?  - 

spytał cicho. - Ja o tobie z tego powodu nie zapomnę. Ale przecież ciebie nie ma. A ja muszę 
ż

yć dalej... 

Liście nad jego głową poruszały się z lekkim szumem, poza tym panowała zupełna cisza. 
-  Nie obawiaj się o Małą Mali, Herborg. Ja jej nie zapomnę dla Helene.  Nasza córeczka 

będzie miała dobrze. Obiecuję ci to. 

Kiedy usłyszał, że Helene i Mała Mali wracają, wstał. One obie włożyły kwiaty do wazonu 

i ustawiły go na grobie. 

-  Bukiet jest bardzo piękny - powiedziała dziewczynka. - Mamie by się pewnie podobał. - 

W zamyśleniu głaskała swój policzek białym piórem i spoglądała na Helene. - No to mogłaś 
odwiedzić mamę, Helene. 

-  Tak, i bardzo się z tego cieszę - zapewniła Helene. - Będziemy tutaj przychodzić wiele 

razy, Mala Mali. Wszyscy troje - dodała, spoglądając na Oję. - Prawda, Oja? 

-  Będziemy przychodzić. 
W  drodze  do  domu  Mała  Mali  siedziała  i  nuciła  pod  nosem.  Była  taka  radosna  i 

zadowolona, że to aż zdziwiło Helene. Ale też ją ucieszyło i uspokoiło. Najwyraźniej dziecko 
zaakceptowało fakt, że Helene będzie częścią ich rodziny. 

Helene  objęła  małą  i  uśmiechnęła  się  do  niej.  Po  raz  nie  wiadomo  który  poczuła  wielką 

pewność, że oni we troje dadzą sobie w przyszłości radę. Wsunęła rękę pod ramię Oi, który 
trzymał lejce, i uśmiechnęła się do niego. 

-  Wszystko  nam  się  uda  -  powiedziała  cicho,  opierając  głowę  na  jego  ramieniu.  -  Taka 

jestem szczęśliwa, Oja. 

Mała Mali spojrzała na nią z uśmiechem. Potem wzięła swoje białe piórko i pogłaskała ją 

delikatnie po policzku. 

Zawsze  będę  musiała  pamiętać  o  obecności  Herborg,  myślała  Helene.  Zdawała  sobie 

sprawę z tego, że jest ich w bryczce czworo. Była jednak gotowa dzielić Małą Mali z matką. 

Co do Oi, to wiedziała, że należy on do niej. W pełni i niepodzielnie. 
  

background image

 ROZDZIAŁ 10. 
  
Johannes przyjechał do Orkdal ostatniego dnia sierpnia. Po wyjściu z autobusu stał przez 

chwilę i po prostu się rozglądał. Krajobraz jest tutaj inny niż u nas w domu, pomyślał. Tu nie 
ma  ani  fiordu,  ani  wysokich  gór.  Wprawdzie  do  fiordu  też  nie  jest  daleko,  Johannes  o  tym 
wiedział, ale go nie widać... 

Miał chodzić tutaj do szkoły przez pięć lat. Głęboko wciągnął powietrze i skulił się. A jeśli 

nie  będę  się  tu  dobrze  czuł?  Trzeba  jednak  okazać  dobrą  wolę,  pomyślał.  Dobre 
wykształcenie jest bardzo ważne. Na szczęście z Orkdal do domu nie jest daleko, może tam 
dojechać autobusem w ciągu paru godzin. Chyba jednak nie będzie jeździł zbyt często. Bo na 
bilet trzeba pieniędzy, a już samo to, że będzie musiał mieszkać na stancji, kupować książki i 
inne rzeczy, pochłonie niemałą sumę. Dla rodziców to z pewnością ekonomiczne wyzwanie, 
powinien więc dobrze wykorzystać szansę, jaką dostał. 

Zapytał  parę  osób  o  drogę,  w  końcu  dotarł  do  małego,  żółtego  domku  na  obrzeżach 

centrum miasta. W tej okolicy znajdowały się duże domostwa. Zwłaszcza jedno prezentowało 
się imponująco. Dwór musi być jeszcze większy niż Stornes, pomyślał Johannes. 

-  Aha, więc ty jesteś Johannes Stornes? - witała go starsza pani, która otworzyła drzwi. - 

Czekałam na ciebie. Ja jestem Brit Sunde - powiedziała i wyciągnęła do niego rękę. - Wchodź 
do środka, bardzo proszę. 

W korytarzu pachniało smażoną rybą i kulkami na mole. Johannes postawił walizkę, zdjął 

worek  podróżny  i  futerał  ze  skrzypcami,  po  czym  wszedł  do  małego  salonu.  Salon  był 
przepełniony ciężkimi, ciemnymi meblami, centralne miejsce zajmował fortepian. 

-  Udzielam  lekcji  gry  na  fortepianie  -  wyjaśniła  gospodyni,  wskazując  instrument.  -  Ale 

widzę, że ty przywiozłeś ze sobą skrzypce? 

-  Tak, ja gram na skrzypcach. 
-  Aha. Od dawna? 
-  Od wczesnego dzieciństwa. Mój tata jest skrzypkiem. 
-  Tak, zastanawiałam się nad tym, słysząc nazwisko! - wykrzyknęła z zachwytem. - Więc 

twoim ojcem jest Sivert Stornes? Słyszałam, jak on gra. To bardzo zdolny artysta. 

Panna  Sunde  mieszkała  sama.  Nigdy  nie  wyszła  za  mąż,  opowiadała  teraz  Johannesowi. 

Od dawna wynajmuje uczniom miejscowego  gimnazjum pokój, by poprawić swoją sytuację 
ekonomiczną,  ale  ostatni  lokator  skończył  naukę  przed  wakacjami,  więc  musiała  sobie 
poszukać nowego. 

-  No  a  teraz  ty  spędzisz  tutaj  pięć  lat,  Johannesie.  Pod  warunkiem  oczywiście,  że  się 

dogadamy. Bo ja chcę mieć w domu ciszę i spokój. 

Johannes  skinął  głową  na  znak,  że  się  zgadza.  Nie  zamierzał  urządzać  żadnych  hałasów, 

miał tylko nadzieję, że od czasu do czasu będzie mógł ćwiczyć. Najlepiej od razu wszystko 
wyjaśnić, pomyślał. 

-  A będę mógł czasami ćwiczyć na skrzypcach? 
-  Oczywiście,  że  będziesz  mógł.  Tylko  nie  w  czasie  mojego  poobiedniego  odpoczynku. 

Bo  wtedy  muszę  mieć  spokój.  I  jedzenie  też  będziesz  u  mnie  miał,  taka  była  umowa  - 
powiedziała. - Obiady jadamy o czwartej. Wtedy już na pewno wrócisz ze szkoły. Poprzedni 
lokator zawsze wracał na czas. I powinieneś przestrzegać pory posiłków. 

Pokój  Johannesa  znajdował  się  na  piętrze.  Przy  jednej  z  dłuższych  ścian  stało  łóżko  i 

nocny stolik. Stare biurko umieszczono pod oknem, poza tym był jeszcze stół i dwa krzesła, 
szafa na ubranie, komoda i umywalka. 

-  Mam nadzieję, że będziesz się tutaj dobrze czuł - powiedziała panna Sunde. 
-  Ja też mam taką nadzieję - wyznał szczerze i poczuł ukłucie jakby lęku w piersi. 
Kiedy przyniósł swoją walizkę i worek, usiadł na łóżku i oparł głowę na rękach. Już teraz 

tęsknił do domu. Będę tutaj bardzo samotny, pomyślał. Ale przecież chyba z czasem znajdzie 

background image

sobie jakichś przyjaciół. W każdym razie bardzo na to liczył. Bo życie w tym cichym domu 
nie  będzie  radosne,  już  teraz  to  czuł.  Ale  tak  chyba  mają  wszyscy,  którzy  z  konieczności 
muszą mieszkać na stancji. Trzeba będzie koncentrować się na nauce, pomyślał. Ważne, żeby 
dobrze  się  uczyć,  skoro  zamierza  starać  się  o  przyjęcie  na  studia  weterynaryjne.  Dlatego 
przecież tutaj przyjechał. 

  
Kiedy  w  końcu  zaczęła  się  nauka,  wydarzenia  nabrały  takiego  tempa,  że  przygnębienie, 

które  dręczyło  Johannesa,  zniknęło  niczym  rosa  w  promieniach  słońca.  W  klasie  było 
dwudziestu  czterech  uczniów,  zarówno  chłopcy,  jak  i  dziewczynki.  Szybko  nawiązał  z 
większością z nich kontakt, przez co jego życie stało się i łatwiejsze, i radośniejsze. Tęsknota 
za domem wciąż go nie opuszczała, była niczym skurcz w żołądku, ale już nie taka silna jak 
w dniach, kiedy bez sensu kręcił się po domu panny Sunde i czekał na rozpoczęcie nauki. 

Już pierwszego dnia zwrócił uwagę na Johanne. Nigdy przedtem nie widział takiej ładnej 

dziewczyny. Była wysoka i jasnowłosa. Związane w koński ogon włosy podskakiwały wesoło 
przy  każdym  kroku.  Oczy  miała  bardzo  niebieskie,  a  z  twarzy  prawie  nie  znikał  szeroki 
uśmiech.  Johannes  poczuł,  że  na  jej  widok  przenika  go  dreszcz.  Nie  miał  wielkiego 
doświadczenia  z  dziewczynami.  W  szkole  podstawowej  lubił  szczególnie  jedną  koleżankę, 
parę razy byli na wieczornym spacerze, wtedy Johannes trzymał ją za rękę. Nawet ją kiedyś 
pocałował, bardzo ostrożnie. Ale nic więcej się nie stało, wkrótce cała sprawa rozeszła się po 
kościach.  Widocznie  nie  byłem  w  niej  naprawdę  zakochany,  myślał.  To,  co  poczuł,  kiedy 
zobaczył  Johanne,  nie  mogło  się  z  niczym  równać.  Starał  się  to  od  siebie  odepchnąć, 
przestraszony uczuciami, które się w nim pojawiły. 

W  ławce  siedział  z  pewnym  silnym  i  rosłym  chłopcem  imieniem  Gunnar.  Był  to 

sympatyczny, dający się lubić chłopak z górnego Rindalen. 

-  Pięć lat w szkole, masz pojęcie, człowieku! - jęknął Gunnar.  
Poszli razem do księgarni, by kupić podręczniki.  
-  To potwornie długo! 
-  Powinniśmy  raczej  myśleć  najpierw  o  pierwszym  roku  -wiedział  Johannes.  -  Kim 

chciałbyś zostać? 

-  Kim ja bym chciał zostać... tego jeszcze nie wiem. Pytanie, czy w ogóle poradzę sobie z 

tą szkołą - mówił beztrosko. - A ty wiesz, kim chciałbyś być? 

-  Mam zamiar zostać weterynarzem. 
-  Rany  boskie,  no  to  czeka  cię  niezła  robota  w  najbliższych  latach!  Trzeba  mieć  bardzo 

dobre stopnie, żeby się dostać na takie studia. 

-  No właśnie, ale ja zamierzam zrobić, co się da. 
-  Ale znajdziesz chyba trochę czasu, żeby pójść się gdzieś zabawić? - pytał Gunnar. - Nie 

można tylko siedzieć nad książkami przez pięć długich lat. Zwariowałbyś od tego, człowieku. 

- Uważasz, że tu będzie dużo świąt i zabawy? 
-   Oczywiście,  że  będzie.  Przecież  w  lokalach  są  zabawy  w  soboty  i  niedziele.  Nie 

słyszałeś o tym? 

-  Nie - przyznał Johannes. - Chyba o wielu innych rzeczach nie słyszałem. 
-  No to trzymaj się mnie - roześmiał się Gunnar. - Nie będziemy mieć więcej zabawy, niż 

sami potrafimy sobie zorganizować. Czy ty pijesz? 

-  Piję? - spytał Johannes zakłopotany. - Nie, nie piję. 
-  Nigdy się nie upiłeś? 
-  Nie, nigdy. 
-  Rany boskie - westchnął Gunnar. - Musisz się wiele nauczyć. 
-  Ale ja nie wiem, czy... 
-  Poczekaj,  to  zobaczysz.  W  każdym  razie  jakieś  piwko  na  zabawie  możesz  wypić.  A 

masz stałą dziewczynę tam u siebie w domu? 

background image

-  Nie - odparł Johannes i zarumienił się mocno. 
-  No  to  możesz  rozejrzeć  się  tutaj  -  rzekł  Gunnar  wesoło.  -  Zdążyłem  zauważyć,  że 

dziewczyny rzucają za tobą powłóczyste spojrzenia. Będziesz mógł wybierać, jak zechcesz - 
dodał i poklepał Johannesa po ramieniu. 

Johannes  jakoś  nie  zauważył,  żeby  ktoś  mu  się  przyglądał.  Poza  tym  jego  interesowała 

tylko  jedna,  mianowicie  Johanne.  Tego  jednak  Gunnarowi  nie  powiedział.  Nie  chciał 
wspominać  o  niej  nikomu,  wolał  poczekać  i  zobaczyć,  jak  się  sprawy  ułożą.  Może  ona  nie 
będzie  chciała  mieć  z  nim  do  czynienia?  Przecież  dotychczas  ledwo  zdążył  się  z  nią 
przywitać.  Uśmiechała  się  do  niego,  ale  zauważył,  że  ona  uśmiecha  się  do  wszystkich.  Jej 
radosny śmiech często dźwięczał w klasie. 

-  Czy  ty  mógłbyś  przyjmować  gości  tam,  gdzie  mieszkasz?  -  spytał  Gunnar.  -  Ja 

mieszkam  u  nieprzyjemnej  starej  baby,  która  na  nic  mi  nie  pozwala  i  ciągle  patrzy  na  mnie 
jastrzębim wzrokiem. 

-  Moja  też  na  wiele  nie  pozwala  -  przyznał  Johannes.  -  Ale  kiedyś  możesz  do  mnie 

przyjść. Przecież nie zrujnujemy jej domu. 

No  i  okazało  się,  że  panna  Sunde  nie  ma  nic  przeciwko  temu,  żeby  Gunnar  od  czasu  do 

czasu odwiedzał Johannesa. Zastrzegła sobie tylko, że mają się zachowywać spokojnie. I oni 
się  do  tego  stosowali.  Siedzieli  przy  stole  i  rozmawiali  lub  pochylali  głowy  nad  książkami 
przy biurku. W szkole zadawano im mnóstwo lekcji, ale Johannes od początku świetnie sobie 
ze wszystkim radził. Zawsze uczył się bez trudu, a teraz odkrył, że jego szkoła podstawowa 
dała mu solidne fundamenty, na których może budować dalej. 

-  No i grasz na skrzypcach? - spytał Gunnar. 
-  Robiłem to od dziecka. 
-  Na Boga, a jak do tego doszło, że zacząłeś? 
-  Mój tata jest muzykiem. 
-  No ale skrzypce...? - Gunnar z niedowierzaniem kręcił głową, ale zdecydowanie zmienił 

zdanie, kiedy Johannes dla niego zagrał. 

-  Mój Boże, jesteś bardzo zdolny - mówił z podziwem. - Twoja muzyka brzmi tak, jakby 

radio grało. Jesteś niezwykły, Johannesie. 

Johannes  nie  odpowiedział,  ale  rzeczywiście  czuł  się  trochę  inny  niż  Gunnar  i  pozostali 

chłopcy  w  klasie.  Poza  tym  zdawał  sobie  sprawę,  że  nie  ma  takiego  doświadczenia  jak 
przyjaciel,  zwłaszcza  jeśli  chodzi  o  dziewczyny,  zabawę  i  picie  alkoholu.  Lubił  jednak 
Gunnara,  czuł,  że  ma  w  nim  przyjaciela,  choć  tak  bardzo  się  od  siebie  różnią.  Tak  więc 
spędzał  z  nim  mnóstwo  czasu,  zarówno  w  szkole,  jak  i  po  południu.  Johannes  potrzebował 
kolegi, a Gunnar nie był najgorszy pośród tych, wśród których mógł wybierać. Te sprawy z 
dziewczętami i zabawą to zwyczajne  gadanie, pojął dość szybko. Przyjaciel tak mówi, żeby 
pokazać się w lepszym świetle. W każdym razie jemu się wydaje, że tak będzie. 

 
-  Odrobiłeś  matmę,  Johannes?  -  spytała  Johanne  pewnego  ranka,  kiedy  szli  wcześnie  do 

szkoły. Popatrzyła mu prosto w oczy, aż serce Johannesa zaczęło szybciej bić. 

-  Tak,  odrobiłem  -  odparł  i  poczuł,  że  uszy  go  palą.  Dziewczyna  stała  tuż  przy  nim.  Jej 

włosy pachniały bardzo ładnie. 

-  A  nie  mógłbyś  mi  pokazać?  -  poprosiła,  chwytając  go  za  rękę.  -  Nie  umiałam  tego 

rozwiązać, a nie było nikogo, kogo mogłabym zapytać. 

-  No dobrze... - Johannes umilkł. - Ale jak my to... 
-  Wejdźmy na korytarz. Z pewnością nikt nas nie zobaczy tak wcześnie. Chodźmy! 
Poszedł za nią z bijącym sercem. Nigdy przedtem nie byli ze sobą sam na sam. Nagle jej 

obecność stała się czymś fizycznym. 

Przemknęli przez korytarz i wbiegli do klasy. Johanne wyjęła zeszyt do matematyki. 
-  Popatrz tutaj... 

background image

Jej głowa pochyliła się ku niemu, Johannes oddychał gorączkowo. 
-  Nie,  to  nie  powinno  tak  być  -  powiedział,  kiedy  przyjrzał  się  rozwiązanemu  przez  nią 

zadaniu. - Powinnaś tutaj... 

-  Pokaż  mi,  bądź  taki  miły  -  poprosiła,  kładąc  mu  rękę  na  ramieniu.  -  W  matmie  to  ja 

jestem kompletnie beznadziejna. 

Usiedli  i  Johannes  pokazywał  dziewczynie,  jak  należy  takie  zadania  rozwiązywać.  On 

tłumaczył,  a  ona  zapisywała.  Nie  zabrało  im  to  wiele  czasu.  Nadal  nikt  nie  przychodził. 
Wciąż byli sami w pustej szkole. 

-  Och,  jesteś  bardzo  miły  -  powiedziała  Johanne  z  ulgą,  kiedy  poprawił  całą  jej  pracę. 

Pochyliła  się  i  cmoknęła  go  w  policzek.  -  Serdeczne  dzięki.  A  czy  w  przyszłości  też  będę 
mogła cię zapytać? 

Johannes głośno przełknął ślinę. Pocałunek dziewczyny palił go w policzek. 
-  Oczywiście, że możesz - odparł ochryple. - Po prostu przyjdź, nie krępuj się. 
Od  tamtego  dnia  był  stracony.  Zakochał  się  tak,  że  nie  mógł  sypiać.  Johanne  była  jego 

ostatnią myślą wieczorem i pierwszą po przebudzeniu. Nikomu jednak o tym nie wspomniał. 

  
W  Stornes  przygotowania  do  ślubu  szły  pełną  parą.  W  całym  domu  pachniało  zielonym 

mydłem, a słońce mieniło się w wypucowanych oknach. 

Chociaż nie miało to być duże wesele, zebrało się jednak ponad pięćdziesiąt osób. Mniej 

już nie można - westchnęła Mali, przeglądając listę gości. Obie rodziny, to oczywiste. Trzeba 
też było zaprosić takich znajomych, których zawsze zapraszano. 

Dobrzy,  bliscy  przyjaciele,  którzy  bywali  na  wszystkich  rodzinnych  uroczystościach,  jak 

na  przykład  sąsiedzi  z  okolicznych  dworów.  Mali  postanowiła  też  zaprosić  młodszych 
członków zaprzyjaźnionych rodzin, z którymi Oja dorastał i których dobrze gnał. Uważała, że 
powinni  oboje  z  Helene  utrzymywać  takie  kontakty.  Będą  przecież  potrzebować  własnego 
towarzystwa.  To  zresztą  ważne  przede  wszystkim  dla  Helene,  żeby  jak  najszybciej  poczuła 
się dobrze w nowej okolicy. Jej dawniejsi przyjaciele zostali w Stangvika, więc kontakty będą 
siłą rzeczy rzadsze. Takie po prostu jest życie. 

-  Chciałem  wam  powiedzieć,  że  jutro  przyjedzie  David  -  oznajmił  Sivert  w  pewne 

sobotnie popołudnie, kiedy przyszedł po coś do dworu. - Chętnie byśmy was odwiedzili. 

-  Oczywiście,  musicie  do  nas  przyjść  -  ucieszyła  się  Mali.  -  Myśmy  go  przecież  nie 

widzieli,  kiedy  tutaj  mieszkał,  jedynie  o  nim  słyszeliśmy.  To  jasne,  że  wszyscy  chętnie  go 
poznamy.  W  takim  razie  przyjdźcie  po  południu  na  kawę  wszyscy  razem,  a  ja  zaproszę 
również Dorbet i Olę. 

-  Dla ciebie to chyba nie w porę teraz, w środku przygotowań do wesela? 
-  Daj  spokój,  mój  drogi,  znajdziemy  czas  na  wszystko.  Takie  spotkanie  przy  kawie  to 

przecież nic wielkiego. 

-  W takim razie chętnie przyjdziemy - obiecał Sivert. - Wiem, że David też bardzo się z 

tego ucieszy. 

-  No a jak się ma Johannes? Mieliście jakieś wiadomości od niego? 
-  Tordhild telefonowała przed paroma dniami do domu, w którym Johannes mieszka, i na 

szczęście go zastała. On twierdzi, że czuje się bardzo dobrze. Ma mnóstwo lekcji, wszystko 
dookoła jest nowe, ale mamy nadzieję, że bez problemów sobie z tym radzi. 

-  Ale na wesele przyjedzie? 
-  Oczywiście. Rozmawialiśmy już o tym, Johannes bardzo się cieszy, że spędzi niedzielę 

w domu, tak mówił. 

-  Trudno  mi  zrozumieć,  że  to  dziecko  wyjechało  już  z  domu  -  westchnęła  Mali  trochę 

wzruszona. - Czas płynie tak strasznie szybko. Mam wrażenie, że zaczynam się starzeć. 

-  Coś ty, ty nie jesteś stara - zaprotestował Sivert, obejmując matkę ramieniem i tuląc do 

siebie. - Dopóki jesteś zdrowa i sprawna... 

background image

-  No  właśnie,  człowiek  powinien  być  wdzięczny  przede  wszystkim  za  zdrowie  - 

przytaknęła  Mali.  -  Ale  kiedy  się  tak  uważniej  rozejrzeć  dookoła  siebie,  to  widać,  że  lata 
płyną. 

-  To pewnie dlatego, że masz już takie duże wnuki, po nich widać, jak czas płynie - mówił 

Sivert. - Ale teraz chyba znowu we dworze pojawią się maleńkie dzieci. 

Mali też o tym myślała i trzeba przyznać, że trochę ją to przerażało. Przede wszystkim ze 

względu na Małą Mali. Jak ona zareaguje na nowe dziecko w rodzinie? Jeśli chodzi o Helene, 
wszystko  poszło  znakomicie,  w  każdym  razie  na  to  wygląda,  Mali  miała  nadzieję,  że  minie 
trochę czasu, zanim Helene zajdzie w ciążę. Uważała, że Małej Mali potrzebny jest czas, by 
przywyknąć  do  takiej  myśli.  A  jeśli  urodzi  się  chłopiec,  to  na  dodatek  odbierze  Małej  Mali 
dwór,  myślała  babka.  Niewiele  rozmawiali  o  tym,  że  Mała  Mali  będzie  dziedziczką,  ale  od 
czasu do czasu się o tym wspominało. Dziewczynka miała w przyszłości być taka jak babka i 
prowadzić Stornes tak, jak to robi Mali. O tak, o tym wspominano. Pytanie tylko, jak dalece 
Mała Mali przyjmowała to do wiadomości. Będę musiała z nią porozmawiać, pomyślała Mali. 
Przygotować ją na różne wydarzenia. Lepiej w takich sprawach być ostrożnym. 

  
Następnego  popołudnia  Mali  nakryła  duży  stół  do  kawy.  Pogoda  nie  zachęcała  do 

siedzenia na dworze. Wzburzone wody fiordu pokrywała biała piana,  a  wiatr  gnał po niebie 
postrzępione  ciemne  chmury.  Już  dawno  nie  było  takiego  dnia.  Żeby  tylko  nie  spadło  zbyt 
dużo  deszczu,  myślała  Mali,  wyglądając  na  dwór.  Owies  suszący  się  na  stojakach  jest  już 
niemal gotowy do zwożenia, byłoby więc okropnie, gdyby teraz spadł ulewny deszcz. Znowu 
trzeba  by  czekać  przez  wiele  dni,  aż  zboże  wyschnie.  Chociaż  szczerze  mówiąc,  mieli  tego 
roku  szczęście  do  pogody.  Żyto  od  dawna  jest  w  stodole,  na  dodatek  jakość  też  lepsza  niż 
zazwyczaj. Nawet owies jest w tym roku mniej zielony. Gdyby tylko bogowie od pogody dali 
nam jeszcze trochę czasu, pomyślała z westchnieniem. 

-  Zastanawiam  się  nad  zbożem  -  powiedziała,  zerkając  na  Oję.  -  Boję  się,  żeby  się  teraz 

nie rozpadało. 

-  Nikt nie powiedział, że tak będzie - odparł Oja. - A zboże zwieziemy i tak. 
-  Teraz jest suche, prawda? 
-  Tak  -  jeśli  dzisiaj  się  nie  rozpada,  to  zwieziemy  wszystko  jutro.  Albo  pierwszego 

pogodnego dnia. 

Helene kręciła się po kuchni i pomagała nakrywać do stołu. Jaka ona zręczna w domowych 

pracach, myślała Mali. Zawsze wie, co ma robić, od niczego się nie uchyla. I nie zmieniła się 
ani  trochę  po  tym,  jak  ogłoszono,  że  wkrótce  zostanie  w  tym  domu  młodą  gospodynią. 
Pozostała  pracowita  i  dokładna  jak  poprzednio.  To  naprawdę  wspaniała  dziewczyna, 
pomyślała Mali znowu, zerkając na przyszłą synową. Skoro już tak się złożyło, że mam mieć 
jeszcze jedną synową, to nie mogłam trafić lepiej. 

A  to,  co  Helene  zrobiła  z  Oją,  to  prawdziwy  cud.  Syn  chodził  teraz  rozpromieniony, 

najwyraźniej  szczęśliwy.  Mali  życzyła  mu  tego  z  całego  serca.  Bardzo  często  słyszała,  że 
przychodzi wieczorami do sypialni Helene, domyślała się, że spędzają razem większość nocy. 
Nie powiedziała jednak ani słowa. W końcu już niedługo będą po ślubie. Poza tym Mali nie 
zapomniała, że ona też była kiedyś młoda. Ją też Havard odwiedzał w sypialni w czasie, kiedy 
nie mieli jeszcze ślubu. 

-  Jak to wspaniale, że mogłaś pożyczyć ślubną suknię od Dorbet - powiedziała do Helene. 

-  Cieszę  się,  że  ona  wpadła  na  taki  pomysł,  bo  niełatwo  jest  po  pięciu  latach  wojny  kupić 
ś

lubną suknię. 

-  To prawda, a poza tym oszczędzimy pieniądze - rzekła Helene praktycznie. - Na dodatek 

to bardzo piękna suknia. I leży na mnie jak ulał. 

-  A jak masz zamiar upiąć welon? 
-  Chciałabym mieć mały wianek z kwiatków. Uważam, że to wygląda najładniej. 

background image

-  Ja też tak uważam - przytaknęła Mali. - Teraz często robi się wianki z mirtu. Może i ty 

byś taki chciała? 

-  Jeszcze nie wiem, wiem tylko, że to będzie wianek. A bukiet będę miała z goździków, 

prawda, Oja? 

-  Tak,  z  czerwonych  goździków  -  przytaknął  narzeczony.  -  Już  go  zamówiłem  w 

Surnadalen. 

-  Będziesz wyglądać bardzo pięknie - uśmiechnęła się Mali. - A jak tam twoje nerwy? 
-  Jestem trochę spięta - przyznała Helene. - Głównie jednak się cieszę. 
-  No to jest nas dwoje - uśmiechnął się do niej Oja. - Ja już odliczam dni. 
Mała Mali wsunęła głowę przez uchylone drzwi. 
-  Idzie ciocia z wujkiem z Granvold - poinformowała. 
-  A ty gdzie się podziewasz? - spytała Mali. - Chyba nie wybiegniesz na ten wiatr? 
-  Przebierałam  się  w  swoim  pokoju  -  wyjaśniła  dziewczynka,  obracając  się  w  kółko. 

Ciemnoniebieska sukienka układała się pięknie. - No i jak się wam podobam? 

-  Powinnaś  mieć  jeszcze  wstążkę  we  włosach  -  powiedziała  Helene,  podchodząc  do 

dziewczynki. - Chodź, uczeszę cię. 

-  Wystarczą  dwie  spinki  -  protestowała  Mała  Mali.  -  Oni  już  tu  idą.  -  Niecierpliwie 

przestępowała z nogi na nogę, kiedy Helene szczotkowała jej włosy. - Już tu idą - powtarzała, 
wyglądając przez okno. 

-  Jak będziesz stać spokojnie, to zdążymy - uspokajała ją Helene. - Będziesz mogła wyjść 

im na spotkanie. 

Mali wyszła na ganek razem z wnuczką. Trygve biegł przodem. Za nim szła Dorbet z Olą, 

który niósł na ręce Ruth Margrethe. 

-  Jak  dobrze,  że  mogliście  przyjść  -  ucieszyła  się  Mali.  -  Pomyślałam  sobie,  że  David 

chciałby się przywitać ze wszystkimi. 

-  Tak, ja też się bardzo cieszę, że go znowu zobaczę - rzekł Ola. - Widzieliśmy się ostatnio 

w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach. 

Było  to  bardzo  miłe  popołudnie.  David  przyszedł  z  Sivertem  i  jego  rodziną,  z  wielką 

powagą przywitał się z Mali i Havardem. Nie mógł przestać dziękować  za wszystko, co dla 
mego zrobili w czasie wojny. 

-  Uratowaliście  mi  życie  -  powiedział  wzruszony.  -  To  prawdziwy  cud,  że  wszystko  się 

udało. Jestem jednym z tych, którzy mieli szczęście i przeżyli. 

-  Tak,  ale  tamtego  wieczora,  kiedy  ruszaliśmy  w  drogę,  nie  było  to  wcale  takie  pewne  - 

przyznał Ola. - Uważam, że to naprawdę cud, iż uniknęliśmy nieszczęścia. 

-  Dużo  o  tobie  myślałem  -  wyznał  David.  -  Myślałem  o  wszystkich  mieszkańcach  tego 

dworu.  Byłem  śmiertelnie  przerażony,  że  nas  złapią  i  że  wtedy  wy  wszyscy  zostaniecie 
poddani  represjom.  Tego  bym  sobie  nigdy  nie  wybaczył.  -  Potrząsnął  głową.  -  Nigdy  nie 
powinienem był mieszać Siverta w moje sprawy. Ryzyko było zbyt wysokie. 

-  Ale nie miałeś innego wyjścia - przypomniał mu Sivert. - No i widzisz, jakoś się udało, 

Davidzie.  Głównie  zresztą  dzięki  Oli  -  dodał.  -  Trudno  pojąć,  że  mimo  wszystko 
zdecydowałeś się z nim pójść, Ola. Tak, wtedy... 

-  Nie było nikogo innego - odparł Ola skrępowany. - Po prostu musiałem to zrobić. 
-  Mój  Boże,  jak  ja  się  cieszę,  że  ta  wojna  się  skończyła  -  westchnęła  Dorbet.  -  Mam 

nadzieję, że nigdy więcej wojny nie będzie. Ludzie się już chyba nauczyli. 

-  My możemy mieć tylko nadzieję - westchnęła Mali. 
-  I nigdy nie może powtórzyć się to, co się stało z Żydami - rzekł David cicho. - Miliony 

Ż

ydów zostały wymordowane. Zniknęły. Nie żyją. To trudne do uwierzenia, świat wciąż nie 

może tego pojąć. 

-  Ty też utraciłeś rodzinę - rzekła Mali ostrożnie. 
-  Tak, nikt nie ocalał - przyznał David ponuro. - Wszyscy moi bliscy odeszli. 

background image

-  A co będziesz robił teraz? 
-  Znalazłem już sobie pracę. No i mam muzykę. Znowu będę grał. Życie musi toczyć się 

dalej.  Może  z  czasem  założę  nową  rodzinę  -  dodał,  a  po  jego  twarzy  przemknął  blady 
uśmiech.  -  Może  ja  też  doczekam  się  jeszcze  szczęśliwego  życia  rodzinnego,  podobnie  jak 
Sivert. 

 
Kiedy Mali i Havard odprowadzili gości na ganek, na dworze był już zmrok. 
-  Zostaniesz  może  tutaj  kilka  dni,  Davidzie?  -  spytała  Mali,  ściskając  mu  rękę  na 

pożegnanie. 

-  Zostaję do jutra, potem wrócę do siebie autobusem. 
-  Gdybyś kiedykolwiek jeszcze przyjechał, zawsze będziesz serdecznie witany w Stornes. 
-  Bardzo dziękuję. - David uścisnął jej rękę i uśmiechnął się z wdzięcznością. 
-  Tak, tak więc historia  Davida ma jednak szczęśliwe zakończenie - rzekł Havard, kiedy 

wrócili do izby. - Ale mogła nas drogo kosztować. 

-  Uff, tak - przyznała Mali i skuliła się. - Ale nie ma do czego wracać. Tamto skończyło 

się  dobrze.  A  on  to  naprawdę  bardzo  sympatyczny  człowiek.  Miło  było  go  poznać.  Ja 
właściwie  wytworzyłam  sobie  jakiś  jego  obraz  w  wyobraźni,  ale  żywy  David  okazał  się 
zupełnie inny. 

-  A jak go sobie wyobrażałaś? 
-  Nie,  no  teraz  to  już  nie  wiem  -  ale  bardzo  go  polubiłam.  Urodziwy,  sympatyczny 

człowiek. I tak mi go żal. Stracił wszystkich, całą rodzinę. 

-  Tak, to tragedia, której człowiek nie jest w stanie pojąć - przytakiwał Havard. - Ale nie 

on jeden został tak unieszczęśliwiony. 

Kiedy tego wieczora Mali położyła się do łóżka, złożyła ręce i dziękowała Panu Bogu, że 

wojna się skończyła. I za to, że otaczał opiekuńczą dłonią całą jej rodzinę. Bóg zasługuje na 
nasze podziękowania, myślała. Co prawda, to prawda. 

   
ROZDZIAŁ 11. 
  
Złożyło się tak, że Mali  już wkrótce mogła porozmawiać w  cztery  oczy  z wnuczką. Gdy 

następnego dnia szła do spiżarni po mąkę, zobaczyła, że mała siedzi na schodach spichlerza z 
kotem na kolanach. 

-  Wygrzewacie się tutaj na słońcu?  
Mała  Mali  skinęła  głową  i  gładziła  kotkę  po  grzbiecie.  -  Zdaje  mi  się,  że  kotka  będzie 

miała dzieci - poinformowała. 

-  Naprawdę? No to co my zrobimy? Nie potrzebujemy już więcej kotów. 
-  Trzeba będzie poszukać ludzi, którzy by chcieli dostać ślicznego małego kotka. 
-  Większość znajomych od dawna ma koty - przypomniała Mali. 
-  W każdym razie nie możemy ich zabić. 
-  Uważam, że to lepsze niż pozwolić, żeby głodne zdziczał kocięta kręciły się po obejściu 

-  rzekła  Mali.  -  Najpierw  jednak  zobaczmy,  jak  się  sprawy  mają  -  dodała.  -  Moim  zdaniem 
kotka wcale nie jest gruba. 

Mała Mali przytaknęła. Kotka przeciągnęła się i bezszelestnie zeskoczyła z jej kolan. Mali 

usiadła obok wnuczki na schodach. 

-  A  skoro  mówimy  o  dzieciach  -  zaczęła  ostrożnie.  -  Powinnaś  wiedzieć,  że  teraz  w 

Stornes też się mogą pojawić małe dzieci. Skoro twój tata żeni się z Helene... 

Mała Mali drapała zaczerwienienie na udzie, które jej zostało po ucięciu komara. 
-  Wiem  o  tym  -  powiedziała  w  końcu.  -  Ja  zawsze  chciałam  mieć  braciszka  lub 

siostrzyczkę. Czekaliśmy przecież na dziecko wtedy, kiedy mama umarła. 

background image

-  No właśnie, teraz będziesz miała rodzeństwo - przytaknęła Mali. - Będą to dzieci Helene. 

Jak na to zareagujesz? 

Mała Mali spojrzała babce w oczy, a na jej opalonej buzi pojawił się szeroki uśmiech. 
-  Będę  się  bardzo  cieszyć.  Bo  wtedy  będę  mogła  być  prawdziwą  starszą  siostrą.  Będę 

maleństwo wozić w wózku i opiekować się nim, i... 

-  Ale  wiesz,  że  to  może  być  chłopiec...  -  Mali  patrzyła  dziewczynce  w  oczy,  nie  mając 

pewności, co tamta odpowie. - Bo jeśli to będzie chłopiec, to on przejmie prawo dziedziczenia 
dworu, wiesz o tym? 

-  Jak to? 
-  No bo widzisz, teraz to ty jesteś dziedziczką naszego dworu. Gdyby się jednak urodził 

chłopiec, to on cię w tym prawie wyprzedzi. Dwór będzie należał do niego. 

-  Ale  to  chyba  nie  jest  takie  ważne  -  powiedziała  dziewczynka,  drapiąc  się  do  krwi.  - 

Przecież ja mogę wyjść za mąż za kogoś, kto będzie miał swój dwór. 

Fala ulgi ogarnęła Mali. Tu nie będzie raczej kłopotów, pomyślała zadowolona. Mała Mali 

nie  pomyśli,  że  ktoś  czyha  na  to,  żeby  odebrać  jej  majątek,  niezależnie  od  tego,  co  się 
wydarzy. 

-  Ty chyba się nie zastanawiałaś nad sprawami dworu? 
-  Słyszałam, jak ludzie mówili, że jestem dziedziczką i że w przyszłości może będę taka 

jak ty. Bo to ty jesteś właścicielką Stornes, a nie dziadek, prawda, babciu? 

-  Owszem,  w  jakiejś  mierze  tak  właśnie  jest.  Odziedziczyłam  go  po  Johanie  Stomesie, 

który był moim mężem przed Havardem. Ale ja tak nie myślę - dodała. - Ja zawsze myślę, że 
dwór jest nasz, mój i Havarda. 

-  Ja też tak myślę - przytaknęła Mała Mali. 
-  A  jeśli  Stornes  nie  będzie  twoje,  to  przecież  i  tak  możesz  mieć  swój  dwór.  Ale  o  tym 

sama  już  pomyślałaś  -  rzekła  Mali,  przytulając  do  siebie  dziecko.  -  Jest  tylu  kawalerów, 
którzy chcieliby mieć zdolną gospodynię. A zresztą, może będziesz chciała robić coś zupełnie 
innego, kiedy dorośniesz. Tego przecież jeszcze nie wiemy. 

-  W każdym razie bardzo bym się cieszyła, gdybym miała rodzeństwo - powiedziała Mała 

Mali, wstając. - A teraz pójdę na Wzgórze i dowiem się, co robi Marilena. 

Mali też wstała. Cieszyła się, że porozmawiała z wnuczką o tych sprawach. Nie będzie się 

niepokoić, że Mała Mali poczuje się nieszczęśliwa, kiedy Helene zajdzie w ciążę. A trzeba się 
liczyć z tym, że nastąpi to wkrótce. Mimo wszystko powinno być dobrze. 

  
Tego  popołudnia  przyszedł  list  z  Molde.  Kiedy  Mali  otworzyła  kopertę,  na  stół  wypadło 

kilka banknotów. Cała suma, jaką pożyczyli Gudrun. Mali spodziewała się, że dostanie zwrot 
długu, ale nie tak szybko. Rozpostarła list i zaczęła czytać. 

 
Droga Mali! 
Serdecznie dzi
ękuję za pieniądze, które od was pożyczyłam. Bardzo mi się przydały. Teraz 

jednak  dostałam  pracę  i  radzę  sobie  nieźle.  W  dalszym  ciągu  mieszkam  u  mojej  siostry  i  jej 
m
ęża. Oni mówiąże mogę zostać tak długo, jak zechcę, ale ja chciałabym mieć coś swojego. 
Rozgl
ądam się więc za jakimś małym mieszkankiem. 

Ansgar  na  początku  telefonował  tutaj  wiele  razy.  Nie  wiem,  jakim  sposobem  się 

dowiedział, gdzie jestem, ale może i nie było to takie trudne. Nie mam przecież innej rodziny 
oprócz  siostry.  Ansgar  prosił  i  błagał,  obiecywał  mi  najrozmaitsze  rzeczy.  Było  to  dla  mnie 
bardzo trudne. Bo ja w jaki
ś sposób wciąż czuję się z nim związana. Ale Bogu dzięki, udało mi 
si
ę nie załamać, głównie dzięki Sofie. Lecz kiedy  stanowczo odmawiałam, on uderzył w inne 
tony! Zacz
ął mnie straszyć różnymi konsekwencjami. To było po prostu okropne, skończyło się 
na  tym,  
że  mój  szwagier  postraszył  go  adwokatem.  Po  tym  na  szczęście  już  o  nim  nie 
słyszeli
śmy.  Mam  nadzieję,  że  najgorsze  minęło,  że  Ansgar  uznał,  iż  między  nami  koniec. 

background image

Moja przyjaciółka z Oslo poszła do niego i odebrała moje ubrania i inne drobiazgi, przesłała 
mi to wszystko tydzie
ń temu. 

Nie  wiem,  jak  zdołam  podziękować  Tobie  i  Havardowi  za  okazaną  mi  pomoc.  Miałam 

wielkie  szczęście,  że  trafiłam  do  Stornes!  Myślę,  że  taki  był  zamiar  Boga.  Jeślibyście 
przyjechali  kiedy
ś  do  Molde,  to  telefonujcie  do  Sofie.  Bardzo  chętnie  bym  was  znowu 
spotkała, moja siostra równie
ż. Ona też przekazuje Wam wiele pozdrowień

 
Wszystkiego najlepszego  
Gudrun. 
  
Mali położyła list na kolanach, długo siedziała i wyglądała przez okno. Jaka to ulga, że z 

Gudrun  wszystko  skończyło  się  dobrze,  myślała.  A  już  się  obawiała,  czy  dziewczyna  zdoła 
przeciwstawić  się  naciskom  Ansgara.  Że  znalazła  w  sobie  dość  siły,  to  z  pewnością  wielka 
zasługa jej siostry. Zresztą Gudrun sama o tym pisze w liście. 

Drzwi się otworzyły i do izby wszedł Havard. 
-  Dostaliśmy  list  od  Gudrun  -  poinformowała  Mali,  podając  mu  kartkę.  -  Zwrot  długu 

także. Gudrun pisze, że ma się dobrze. 

-  Więc nie załamała się i nie wróciła do tego drania Langmo? 
-  Nie,  chociaż  on  próbował  ją  do  tego  nakłonić  i  prośbą,  i  groźbą.  Gudrun  jednak  miała 

wsparcie siostry i szwagra. Teraz osiadła w Molde, tak pisze. Znalazła też pracę. 

-  Bardzo się z tego cieszę - uśmiechnął się Havard. - Nawet nie wiesz, jak ja się cieszę. 
-  Ja też - przytaknęła Mali. - Uratowaliśmy ją, Havardzie. 
-  Tak  -  westchnął  Havard.  -  Żebyśmy  tylko  działali  równie  stanowczo,  kiedy  chodziło  o 

Ruth. 

-  To  była  inna  sprawa  -  rzekła  Mali  cicho.  -  Kto  mógł  przypuszczać,  że  ten  Samuel 

Langmo to taki drań? To jedna sprawa, a poza tym postawa Ruth... Ona nie pozwalała nam za 
bardzo mieszać się w swoje życie, abyśmy mogli... Cóż, rozmawialiśmy o tym wielokrotnie 
przedtem - dodała ze smutkiem. 

Westchnęła  i  otarła  dłonią  twarz.  Jak  zawsze,  kiedy  nawiedzały  ją  dawne  wspomnienia, 

poczuła się zmęczona i stara. I do głębi zraniona. 

-  Zrobiliśmy trochę dobrego, jeśli chodzi o Gudrun - powiedział Havard i objął żonę. - To 

też jakaś pociecha. 

Mali  skinęła  i  na  moment  złożyła  głowę  na  jego  piersi.  Cieszyła  się,  że  mogli  pomóc 

Gudrun, ale właściwie nie była to żadna pociecha. Bo są zdarzenia w życiu, dla których nie 
ma pociechy. Jak dla tego, co zdarzyło się z Ruth. 

  
Tego wieczora zadzwonił telefon. 
-  Halo, tu Mali Stornes. 
-  Dzień dobry, Mali, mówi Martin. 
-  O mój Boże, to ty? I gdzie, na Boga, znajdujesz się w tej chwili? 
-  Szczerze mówiąc, niezbyt daleko od ciebie. Mieszkam u rodziny w Rindalen. 
-  Więc przyjechałeś do Norwegii? 
-  Tak,  i  chciałbym  się  w  przyszłym  tygodniu  wybrać  do  Stornes.  Jeśli  to  by  wam 

odpowiadało. 

-  Odpowiada, oczywiście, a teraz pomyślałam sobie, że mogłabym cię zaprosić na wesele 

dwudziestego czwartego września. Zamierzasz zostać tak długo, że mógłbyś zdążyć? 

-  Wiejskie wesele, mój Boże! To brzmi podniecająco. A kto to się będzie żenił? 
-  Mój syn Oja. On kilka lat temu stracił żonę. Chyba ci o tym nie wspominałam? 
-  Nie,  nie  przypominam  sobie,  żebyś  coś  mówiła.  Przykro  mi  to  słyszeć,  to  musiał  być 

wielki  ból  dla  was  wszystkich.  No  ale  w  takim  razie  umówmy  się,  że  przyjadę  w  piątek  i 

background image

zostanę do poniedziałku, jeśli wam to odpowiada. Bo ty pewnie masz mnóstwo pracy akurat 
w takim okresie. Może więc... 

-  Po  prostu  przyjedź,  Martin.  Jak  powiedziałam,  będzie  wesele,  ale  dla  ciebie  też 

znajdziemy czas. 

-  Muszę  ci  powiedzieć,  że  jestem  bardzo  zadowolony  z  waszej  przesyłki,  która  przyszła 

kilka  tygodni  przed  moim  wyjazdem.  Tyle  czasu  minęło  od  poprzednich  transportów  z 
powodu tej przeklętej wojny, ale teraz... Mali, czy ty wiesz, że jesteś coraz większą artystką? 

-  Dziękuję ci, miło mi to słyszeć. 
-  A  stroje  ludowe  Dorbet  zniknęły  natychmiast,  jak  tylko  je  rozpakowałem.  Mam  teraz 

długie listy oczekujących. 

-  Będziesz mógł zabrać  więcej, kiedy do nas przyjedziesz - obiecała Mali. - Czeka tu na 

ciebie wiele prac, zarówno u mnie, jak i w Granvold. 

-  Cieszę się bardzo - powiedział zadowolony. 
-  Zatem niedługo się zobaczymy. 
-  Tak, już się nie mogę doczekać. A poza tym to u was wszystko dobrze? 
-  Dziękuję, tak, na nic się nie możemy uskarżać. 
-  No to pozdrów serdecznie rodzinę i miej się dobrze, Mali. Kiedy weszła do izby, Havard 

spojrzał na nią uważnie. 

-  Telefonował  Martin  -  wyjaśniła  Mali,  zamykając  za  sobą  drzwi.  -  Przyjedzie  do  nas  w 

piątek i zostanie na weselu. Zaprosiłam go. 

-  Myślisz, że on będzie pasował do naszego wesela? 
-  Moim zdaniem tak, a ty masz jakieś wątpliwości? Skoro już jest w naszych okolicach, to 

go zaprosiłam. Ten człowiek wiele znaczy dla nas wszystkich w Stornes. 

-  Owszem - przyznał Havard ponuro. - Moim zdaniem nawet trochę za wiele. 
-  Havard, przestań - zawołała Mali oburzona. - Między nami nigdy nic nie było, dobrze o 

tym wiesz. 

-  Ale mało brakowało, prawda? 
Mali  westchnęła  cicho.  Nie  sądziła,  że  Havard  nadal  przeżywa  tamtą  historię,  ale 

najwyraźniej nie może się od niej uwolnić. 

-  Jeśli  nie  chcesz,  żeby  on  tutaj  przyjechał,  to  mogę  zaraz  zadzwonić  i  powiedzieć,  że 

nie... 

-  Nie, nie - przerwał jej pospiesznie. - Wcale tak nie myślałem. Tylko że ja nie czuję się 

pewnie nigdy, kiedy ten facet kręci się wokół mojego domu. 

-  Ale  naprawdę  możesz  czuć  się  pewnie  -  rzekła  Mali  z  naciskiem.  -  Naprawdę  możesz, 

Havardzie. 

-  Tak, tak - skinął głową. - Skoro tak mówisz, to...  
I więcej już o Martinie Bakkenie nie rozmawiali. 
  
-  Johannes! Johannes, zaczekaj. 
Johannes  odwrócił  się  i  zobaczył,  że  Johanne  biegnie  za  nim.  Serce  podskoczyło  mu  do 

gardła tak, jak zawsze robiło, kiedy rozmawiał z tą dziewczyną. 

Dogoniła go, zdyszana, jej długie włosy były potargane. Potrząsnęła głową, żeby odrzucić 

je do tyłu, położyła mu rękę na ramieniu i ciężko dyszała. 

-  Ależ  ty  pędzisz!  -  uśmiechała  się.  -  Johannes,  czy  mógłbyś  jeszcze  raz  pomóc  mi  w 

matmie? Przyglądałam się zadaniom, ale niewiele rozumiem, jak zwykle. 

-  Oczywiście,  że  mogę  ci  pomóc  -  zgodził  się  Johannes.  -  Tylko  kiedy  mogliśmy  to 

zrobić? Lekcje są zadane na jutro. 

-  No właśnie, ale może mógłbyś przyjść do mnie na stancję... 
Johannes  ze  świstem  wciągnął  powietrze.  Przyjść  do  niej  na  stancję!  Być  z  nią  sam  na 

sam... Serce głośno tłukło mu się o żebra. 

background image

-  Możesz przyjmować gości na stancji? 
-  Mogę,  byleby  nie  siedzieli  do  późna.  Powiem  gospodyni,  że  będziesz  mi  pomagał  w 

nauce,  z  pewnością  się  uda.  Ta  pani,  u  której  mieszkam,  nie  jest  taka  kompletnie 
beznadziejna. 

-  Najpierw  muszę  jednak  iść  do  domu  na  obiad  -  rzekł  Johannes  lekko  zdyszany  z 

przejęcia. - Ale potem mogę do ciebie przyjść. Tak gdzieś o wpół do szóstej. 

-  Och, jak dobrze - rozpromieniła się Johanne. - A wiesz, gdzie ja mieszkam? 
-  Tak, ja... owszem, wiem. 
Johannes poczerwieniał. Nie bardzo chciał ujawniać, że wiele razy spacerował koło domu, 

w którym ona mieszka, w nadziei, że ją spotka. Nigdy jednak mu się nie poszczęściło. 

-  W takim razie będę na ciebie czekać o wpół do szóstej - powiedziała, odgarniając włosy 

z opalonej twarzy. - Dziękuję, Johnnes, jesteś prawdziwym kolegą! 

Wspięła się na palce i złożyła czuły pocałunek na jego policzku. Potem puściła jego rękę i 

pomachała. 

-  Zatem do zobaczenia. 
Johannes stał przez dłuższą chwilę i patrzył w ślad za nią. Johanne pobiegła lekko w dół 

ulicy,  raz  jeszcze  się  obejrzała  i  pomachała  mu.  Johannes  uniósł  rękę  i  odwzajemnił 
pozdrowienie.  Potem  dotknął  policzka,  na  którym  wciąż  czuł  jej  pocałunek.  Jest  bardzo 
szczodra, jeśli chodzi o całusy, myślał. Już poprzednio też pocałowała go w policzek, kiedy 
wytłumaczył  jej  zadania  z  matematyki.  Mimo  wszystko  to  nie  są  prawdziwe  pocałunki...  Z 
uśmiechem  pogładził  się  po  policzku.  Potem  kopnął  jakiś  kamień,  który  poleciał  wzdłuż 
ulicy.  Johannes  zaczął  pogwizdywać.  Złoży  Johanne  wizytę  na  jej  stancji!  Na  samą  myśl  o 
tym czuł motylki w żołądku. Może nawet zbiorę się na odwagę i obejmę ją, kiedy będziemy 
siedzieć  nad  książkami,  rozmarzył  się.  Objąć  ją  naprawdę...  Nie  można  się  jednak  spieszyć, 
powinien czekać i obserwować, jak się sprawy  rozwiną. Gunnar powiedział, że Johanne ma 
do niego słabość. Jak większość dziewcząt - dodał. 

Johannes  nie  bardzo  to  rozumiał,  miał  jednak  nadzieję,  że  to  prawda,  przynajmniej  w 

odniesieniu  do  Johanne.  Innymi  dziewczynami  się  nie  przejmował.  Dla  niego  istniała  tylko 
ona. 

  
Był  półprzytomny  ze  zdenerwowania,  kiedy  przyciskał  palcem  dzwonek  w  domu,  gdzie 

mieszkała  Johanne.  Gdzieś  w  głębi  otworzyły  się  drzwi,  na  ganku  zapaliło  się  światło.  W 
drzwiach ukazała się chuda starsza kobieta. 

-  Słucham? 
-  Ja chciałem... Jestem szkolnym kolegą Johanne. 
-  Ach, to ty masz jej pomagać w matematyce? 
-  Tak - bąknął Johannes, któremu zaschło w ustach. - Nazywam się Johannes Stornes. 
-  Johanne! - zawołała pani, odwracając głowę w stronę korytarza. - Przyszedł twój szkolny 

kolega. 

Znowu usłyszał, że otwierają się jakieś drzwi. Rozległy się pospieszne kroki na korytarzu i 

Johanne stanęła na ganku. 

-  Cześć, Johannes - przywitała go. - Dziękuję ci, że przyszedłeś. 
Johannes  został  wpuszczony  do  środka  i  poszedł  za  Johanne  korytarzem  do  drzwi,  które 

ona zostawiła lekko uchylone. 

-  Nie dłużej niż do dziesiątej! - zawołała za nimi gospodyni. 
Do  dziesiątej,  myślał  Johannes  zachwycony.  Toż  to  cała  wieczność.  Może  się  wydarzyć 

wiele, zanim wybije dziesiąta. Johanne zamknęła drzwi. 

-  Daj, powieszę twoją kurtkę - poprosiła, wyciągając rękę. Johannes zdjął z siebie cienką 

kurtkę  i  podwinął  rękawy  czystej  koszuli,  w  którą  się  przebrał  z  okazji  wizyty.  Nerwowo 
przeczesał ręką swoje ciemne loki. Pokój Johanne był bardzo podobny do jego izby. Pewnie 

background image

większość pokoi na stancjach jest tak właśnie urządzona, pomyślał Johannes. Stawiają w nich 
łóżko i nocną szafkę, szafę na ubrania i umywalkę. Oprócz tego stół i dwa krzesła. To właśnie 
na stole leżały szkolne książki Johanne. 

-  Dzisiaj  też  próbowałam  -  wyjaśniła,  przysuwając  mu  krzesło.  -  Ale  kompletnie  nic  nie 

rozumiem. 

-  Czego dokładnie nie rozumiesz? 
-  Wszystkiego  -  westchnęła  dziewczyna  i  opadła  na  drugie  krzesło.  Wyciągnęła  przed 

siebie swoje długie nogi. - W matmie jestem kompletnie beznadziejna. To właściwie cud, że 
dostałam się do tej szkoły. Ale nie ze wszystkich przedmiotów jestem taka marna. Myślę, że 
wybiorę klasę z angielskim - wyjaśniła. - Po dwóch latach. I jeśli dotrwam do tego czasu. 

-  Ja  mam  zamiar  wybrać  klasę  realną  -  powiedział  Johannes,  otwierając  podręcznik  do 

matematyki. - Chciałbym być weterynarzem, a wobec tego... 

-  Tak czy inaczej maturę będziemy zdawać razem - uśmiechnęła się. - Jeśli ja po drodze 

nie odpadnę. 

-  Na pewno nie odpadniesz. Ja ci mogę w matematyce zawsze pomagać. Jeślibyś chciała. 
-  Dziękuję, chciałabym, i to więcej niż chętnie. 
Pochylili się nad książkami. Johannes siedział blisko dziewczyny i myślał, że ona bardzo 

ładnie pachnie. Włosy Johanne łaskotały go po policzku, musiał nad sobą panować z całych 
sił, żeby nie położyć ręki na jej pochylonej głowie. Żeby nie zacząć się bawić jej włosami. 

Dość szybko rozwiązali wszystkie zadania. 
-  To niewiarygodne - szczebiotała Johanne przejęta. - Teraz ja już wszystko rozumiem. 
Kiedy  podniosła  głowę,  znalazła  się  jeszcze  bliżej  niego.  Właściwie  głowy  obojga  się 

stykały. Zanim Johannes zdążył pomyśleć, co robi, objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. 
Johanne  nie  stawiała  oporu.  Uniosła  ku  niemu  zarumienioną  twarz  i  uśmiechnęła  się. 
Johannes  nie  był  w  stanie  się  opanować.  Pocałował  ją  bardzo  delikatnie.  Właściwie  muskał 
wargami jej wilgotne, różowe usta. Johanne zarzuciła mu ręce na szyję i otworzyła usta. Jej 
ciepły język bawił się jego wargami, Johannesowi kręciło się w głowie. 

-  Pocałuj mnie porządnie - wyszeptała Johanne. - Tak naprawdę! 
Johannes nie bardzo wiedział, co to znaczy „porządnie". Johanne musiała to zrozumieć, bo 

przejęła inicjatywę. Trzymała mocno jego głowę i całowała go zmysłowo. Jemu wciąż kręciło 
się w głowie. Trzymał ją mocno i odwzajemniał pocałunki. Otworzył usta tak, jak to zrobiła 
Johanne. Ona z wolna opuściła ręce i patrzyła na niego wyzywająco. 

-  Czy ty wiesz, ile dziewczyn się w tobie kocha?  
Johannes zrobił się czerwony. 
-  To  jest  prawda  -  zapewniała.  -  I  zresztą  nie  ma  się  czemu  dziwić.  Bo  jesteś 

najprzystojniejszy ze wszystkich chłopaków w naszej szkole. 

-  Tak uważasz? - szepnął zdyszany. 
-  Owszem - uśmiechnęła się. - Musiałeś chyba zauważyć, że tak uważam, prawda? 
-  Myślałem, że chodzi ci o matmę. 
-  Owszem, o matmę też. Ale najbardziej o ciebie. Johannes znowu poczuł, że kręci mu się 

w  głowie.  Był  taki  zakochany  i  szczęśliwy.  Znowu  objął  Johanne  i  mocno  ją  do  siebie 
przyciągnął. 

-  Inne mnie nie obchodzą - szepnął. - Tylko ty. 
-  Więc ty też jesteś we mnie zakochany? 
W milczeniu pokiwał głową. Czuł jej miękkie piersi na swoim ciele. 
-  W takim razie jesteśmy parą, Johannes? 
-  Jeśli chcesz, to tak. 
-  Chcę. 
Gwałtowne uczucia przepełniały serce Johannesa. Nigdy nie był szczęśliwszy. Johanne jest 

jego dziewczyną. Trudno w to uwierzyć. 

background image

Usiedli  na  łóżku  przytuleni  do  siebie,  Johannes  położył  ramię  na  jej  barkach.  Johanne 

zwróciła ku niemu twarz i znowu go pocałowała. 

-  W  przyszłą  niedzielę  jest  zabawa  w  lokalu  -  poinformowała.  -  Może  poszlibyśmy  tam 

razem? 

-  W przyszłą niedzielę to ja muszę jechać do domu - bąknął trochę niewyraźnie. - U nas 

we dworze będzie wesele. 

-  To ty pochodzisz z dworu? 
-  Właściwie  to  nie.  Moi  dziadkowie  mają  duży  dwór.  Ja  się  tam  wychowywałem.  Teraz 

ż

eni się mój wujek. Muszę tam być. 

-  Zabawy  będą  też  w  inne  niedziele  -  zgodziła  się  Johanne.  -  Czy  to  prawda,  co  mówi 

Gunnar, że ty grasz na skrzypcach? 

-  Prawda, gram. 
-  A zagrałbyś mi kiedyś? 
-  Lubisz muzykę? 
-  Lubię,  chociaż  gry  na  skrzypcach  nie  słuchałam  wiele  -  przyznała.  -  Ale  jeśli  ty  grasz, 

to... 

Johannes nie zauważył, jak szybko mija czas. Nagle okazało się, że już dziesiąta. 
-  Johanne, dochodzi dziesiąta - rozległo się na korytarzu tak blisko, jakby gospodyni stała 

pośrodku pokoju. 

Odskoczyli od siebie przestraszeni. Johannes wstał trochę sztywny. Przez ostatnią godzinę 

siedział  w  dość  niewygodnej  pozycji,  trzymając  Johanne  w  ramionach,  ale  nie  chciał  się 
poruszyć w obawie, czy wtedy ona nie odsunie się od niego. 

-  Tak, Johannes już wychodzi - odparła Johanne. 
Stali naprzeciwko siebie pośrodku pokoju. On objął ją i jeszcze raz pocałował. Całował ją 

długo, przymknął oczy i miał wrażenie, że unosi się w powietrzu. 

-  Dobranoc - szepnęła Johanne. - Teraz jesteśmy parą, Johannesie. 
-  Tak, teraz jesteśmy parą - powtórzył jej słowa niczym przysięgę. - Dobranoc, Johanne. 
  
Tego  wieczora  długo  nie  mógł  zasnąć.  Pulsujący  niepokój  dręczył  jego  ciało,  jakieś 

napięcie nie dawało mu zasnąć. Johanne jest moją dziewczyną, myślał oszołomiony. I to ona 
chciała, żebyśmy zostali parą. 

Nagle wszystko zrobiło się dobre i przyjemne. Wyjazd do domu, którego do niedawna nie 

mógł się doczekać, nie był już taki ważny. Johannes wiedział jednak, że musi pojechać. Ale to 
tylko jedna niedziela, a potem wróci. Wróci do Johanne. 

   
ROZDZIAŁ 12. 
  
Martin Bakken przyjechał w piątek przed weselem, jak się umówili. Mali zobaczyła przez 

okno,  jak  taksówka  Hogberga  wjeżdża  na  dziedziniec,  i  wybiegła  powitać  gościa.  Ze 
zdenerwowania bolał ją żołądek. Od bardzo dawna nie widziała Martina, a kiedy ostatnio się 
ż

egnali, sytuacja nie była sympatyczna. W końcu jednak uznała, że może go znowu spotkać. 

Rozprawiła się we własnym sumieniu z tym, co się wydarzyło w Ameryce. Z czasem uczucia 
łagodnieją.  Nie  wszystko,  co  się  stało,  było  wyłącznie  jego  winą,  wiele  razy  sobie  to 
powtarzała. Teraz, kiedy czuła się pewna siebie i wiedziała, czego chce, przestała się obawiać 
spotkania z Martinem. To mimo wszystko miły człowiek, poza tym znaczy tak wiele dla jej 
tkactwa,  a  przez  to  dla  sytuacji  ekonomicznej  całego  dworu.  Przecież  możemy  być  tylko 
przyjaciółmi, myślała. Trzeba tylko, żebyśmy oboje znali zasady. No i teraz te zasady są już 
jasne. Przynajmniej Mali nie ma żadnych wątpliwości. 

background image

Spostrzegła, że Martin się postarzał. Na skroniach miał siwe włosy, a twarz była bardziej 

poorana  zmarszczkami,  niż  Mali  zapamiętała.  Poza  tym  był  taki  sam  -  wysoki,  szczupły  i 
elegancki. 

-  Mali. Ile to czasu minęło - ujął obie jej ręce i ściskał serdecznie. 
-  Ja  właśnie  przed  chwilą  myślałam  o  tym  samym  -  przyznała  Mali.  -  Jeśli  dobrze 

pamiętam, to skończyłeś na wiosnę pięćdziesiąt lat? 

-  Niestety,  skończyłem  -  uśmiechnął  się.  -  I  moje  urodziny  nie  przeszły  w  milczeniu  - 

zapewniam cię.  Zresztą było to też bardzo przyjemne, chociaż w takim dniu człowiek czuje 
się starcem. 

-  Przywykniesz - roześmiała się Mali. - Mówię z własnego doświadczenia. 
-  A  ty  nie  zmieniłaś  się  ani  odrobinę  -  stwierdził  Martin,  przyglądając  się  jej  uważnie.  - 

Wciąż jesteś taką samą pięknością. 

-  No, teraz to już przesadzasz - roześmiała się Mali. - Zaczynam się starzeć, ale takie jest 

ż

ycie. Człowiek nie może zatrzymać czasu. 

-  A tutaj, jak widzę, wszystko po staremu - powiedział, rozglądając się wokół. 
-  Tak,  pominąwszy  sprawę  Oi,  o  której  ci  wspominałam.  To  była  straszna  tragedia, 

wygląda jednak na to, że teraz znowu wszystko będzie dobrze. No i wnuki rosną - dodała. - 
Po nich najlepiej się poznaje, jak się człowiek zestarzał. 

-  Cieszę się, że spotkam ich znowu. 
-  No a co u ciebie? 
-  Jak ci mówiłem przez telefon, moje małżeństwo było pomyłką, którą, niestety, odkryłem 

za  późno.  Na  szczęście  byliśmy  tylko  my,  dwoje  dorosłych  ludzi,  więc...  Byłoby  gorzej, 
gdybyśmy mieli dzieci. 

-  Mimo wszystko to bardzo smutne - rzekła Mali. 
-  Tak, to bardzo smutne zawsze, kiedy wspólne życie nie funkcjonuje jak trzeba, ale bywa 

i  tak.  Teraz  pozostanę  już  sam  do  końca  życia.  Nie  chcę  się  znowu  z  nikim  wiązać.  To,  co 
mogło było mi się udać... 

Umilkł, ale Mali wiedziała, co chciał powiedzieć. Martin myślał o nich dwojgu. On wciąż 

wierzył,  że  małżeństwo  z  nią  byłoby  udane.  Poczuła,  że  się  rumieni,  ale  milczała.  Zamiast 
tego wzięła go pod rękę i poprowadziła w stronę ganku. 

-  Zapraszam do środka, Martin. 
-  No, a jak przygotowania do wesela? Sprawy idą zgodnie z planem? 
-  Tak, myślę, że wszystko jest pod kontrolą. To nie będzie wielkie wesele. Wiesz, Oja był 

już raz żonaty, więc... Mimo to uzbierało się blisko pięćdziesięciu gości, a to i tak sporo. 

-  No tak, przygotować przyjęcie na tyle osób - przytakiwał Martin. - Ale ja doczekać się 

nie  mogę,  kiedy  zobaczę  resztę  twoich  prac,  Mali.  Myślisz,  że  moglibyśmy  zaraz  pójść  do 
twojej pracowni? A potem zobaczymy Dorbet i jej stroje ludowe. Kiedy będę mógł się z nią 
spotkać? 

-  Myślałam, że przejdziemy się do Granvold po obiedzie. Będziesz mógł zobaczyć dwór, 

w którym Dorbet mieszka. Ona ma cały stos gotowych strojów, nie było sensu przenosić ich 
tutaj. Dorbet zaprasza na kawę. 

-  Bardzo się cieszę - uśmiechnął się Martin. - Jeśli ty znajdziesz trochę czasu mimo tych 

przygotowań, to możemy iść. 

-  Tyle czasu to jeszcze znajdę - obiecała Mali i wprowadziła go do domu. - Może najpierw 

pokażę ci twój pokój? Będziesz mógł doprowadzić się do porządku po podróży. 

Martin skinął głową i poszedł za nią po schodach na górę. 
-  Oto twój pokój, mam nadzieję, że będziesz się tutaj dobrze czuł. 
-  Z pewnością tak będzie. Mam taki wspaniały widok na fiord i góry... Stornes to bardzo 

piękne miejsce. 

-  Tak, to prawda. A powiedz mi, co u Jenny, Martin? 

background image

-  U  Jenny  wszystko  w  porządku.  Mam  ci  przekazać  jej  najserdeczniejsze  pozdrowienia. 

Jenny  nadal  mieszka  u  mnie.  I  tak  to  już  chyba  zostanie  -  dodał.  -  My  się  po  prostu  chyba 
razem zestarzejemy. Miło jest mieć ją w domu, mam więc nadzieję, że mnie nie opuści. 

-  Ona też nie wyszła ponownie za mąż? 
-  Nie, i nie wygląda na to, żeby miała jakieś zamiary. Ale z tym to nigdy nie wiadomo - 

dodał z uśmiechem. - Miłość nie kieruje się przecież wiekiem, więc wciąż wszystko może się 
zdarzyć, jeśli chodzi o moją siostrę. 

-  Zejdź  na  dół,  jak  już  się  trochę  ogarniesz  -  powiedziała  Mali,  bo  bardzo  chciała 

rozmawiać o czymś innym. - Za niecałe pół godziny będzie obiad. 

Kiedy Martin wszedł do izby, Havard już tam był. Obaj mężczyźni przywitali się. Havard 

był  trochę  skrępowany,  zauważyła  Mali.  Martin  też  musiał  to  spostrzec,  ale  nic  nie  dał  po 
sobie poznać. Usiadł i zaczął rozmawiać z Havardem o wojnie. Opowiadał o USA i pytał, jak 
przetrwali  te  lata  tutaj  we  wsi.  Havard  opowiadał  o  zatopieniu  statku  w  wodach  fiordu,  o 
trudnych  dniach  w  letniej  oborze  i  o  Davidzie,  którego  ukrywali  w  domku  na  Parceli.  W 
miarę  rozmowy  Havard  łagodniał,  bo  miał  uważnego  słuchacza,  który  od  czasu  do  czasu 
zadawał interesujące pytania. 

-  My  tutaj  w  górach  mieliśmy  sporo  szczęścia  -  powiedział  w  końcu.  -  Nie  straciliśmy 

nikogo. Nie wszędzie sprawy ułożyły się tak dobrze, o nie. 

Przy  obiedzie  rozmowa  toczyła  się  swobodnie.  Martin  potrafi  zainteresować  ludzi, 

pomyślała  Mali.  Był  swobodny  i  wesoły,  wiele  razy  spowodował,  że  zebrani  wybuchali 
ś

miechem.  Mali  spostrzegła,  że  zarówno  Helene,  jak  i  obie  służące  zerkają  na  niego 

ukradkiem.  Zawsze  tak  jest,  pomyślała  z  uśmiechem.  Martin  skupia  na  sobie  uwagę  pań, 
gdziekolwiek się pojawi, widziała to wielokrotnie również w USA.  Ingeborg  wróciła już do 
pracy.  Lekarz  uznał,  że  jest  zupełnie  zdrowa,  ona  sama  powtarzała,  że  czuje  się  jak  nowo 
narodzona. Mali domyślała się, że  Ingeborg brakowało zarówno ludzi, jak i pracy. Jest zbyt 
ż

ywotną  osobą,  by  mogła  kręcić  się  jedynie  po  tym  niewielkim  obejściu,  które  ona  i  O1av 

mają przy letnich oborach. Od czasu do czasu przychodziła do dworu, ale niezbyt często. Nie 
chciała  przesiadywać,  skoro  nie  mogła  pracować,  myślała  Mali.  Bardzo  się  cieszyła,  że  ma 
Ingeborg  w  czasie  tego  wesela,  kiedy  potrzebna  jest  wszelka  pomoc.  Wynajęli  zresztą  trzy 
dodatkowe  dziewczyny  do  pomocy  w  kuchni  i  do  obsługi  gości,  Mali  miała  nadzieję,  że  to 
wystarczy.  Ona  sama  postanowiła  mieć  wolne  w  tym  dniu,  nie  będzie  nic  robić,  chociaż  to 
ona będzie musiała wszystkiego dojrzeć, choćby kątem oka. 

-  Teraz  mężczyźni  niech  wniosą  stoły  -  powiedziała,  kiedy  skończyli  obiad.  -  A  wy 

możecie  zacząć  nakrywać,  Ane.  Ja  pójdę  z  Martinem  do  Granvold,  ale  nie  zostaniemy  tam 
zbyt długo. Mam nadzieję, że dacie sobie radę beze mnie? 

-  Wszystko będzie dobrze - obiecała Ane. - Nie przejmuj się, po prostu idź. 
-  A może mógłbym obejrzeć twoje prace, zanim wyjdziemy? - poprosił Martin. - Wprost 

nie jestem w stanie dłużej czekać. 

-  Owszem,  możesz  zobaczyć  -  zgodziła  się  Mali.  -  Wstąpimy  na  krótko  do  mojej 

pracowni, zanim pójdziemy do Granvold. 

Martin  zaniemówił  z  podziwu  nad  jej  wspaniałymi  tkaninami.  Gładził  rękami  barwne 

narzuty i piękne kilimy, kręcąc wciąż głową. 

-  To niewiarygodne - rzekł cicho, zerkając na Mali. - Wciąż się bardzo rozwijasz. Te prace 

są  po  prostu  cudowne.  Trudno  mi  uwierzyć,  że  chcesz  je  wysłać  z  kraju.  Powinnaś  je 
sprzedawać tutaj, w całej Norwegii. Zyskać narodową sławę. 

-  Zdarza się, że sprzedam jakiś kilim lub narzutę do banku czy ratusza lub gdzie indziej - 

przyznała Mali. - Ale nieczęsto, bo czasy temu nie sprzyjają. A sława... jestem przecież dość 
znana - rzekła. - Zresztą nie gonię za sławą. Ty natomiast płacisz dobrze, nie mam się na co 
skarżyć. 

background image

-  W  każdym  razie  w  St.  Paul  zdobyłaś  już  sobie  nazwisko.  I  w  Minneapolis  także  - 

powiedział  Martin,  odkładając  na  bok  barwną  narzutę.  -  Szczerze  mówiąc,  jesteś  znana  na 
całym Środkowym Zachodzie. 

-  I to mi wystarczy - uśmiechnęła się Mali. - Najbardziej cieszę się z tego, że sprzedajesz 

moje wyroby. 

-  Powinnaś  je  sprzedawać  także  tutaj  w  kraju  -  powtórzył  Martin.  Patrzył  na  nią  bardzo 

zadowolony. - Już nie mogę się doczekać tej chwili, kiedy przywiozę to wszystko do domu. 

Mali poczuła się zakłopotana, więc wstała. 
-  No to może już pójdziemy? 
-  Ja najchętniej spędziłbym tutaj resztę dnia - oznajmił Martin, rozglądając się po izbie. - 

Musimy jednak chyba iść. Może jeszcze później będzie okazja, żebym tu przyszedł. 

Ruszył ku drzwiom. 
-  Tak się cieszę, że odwiedzimy Dorbet i obejrzymy uszyte przez nią stroje. Pomyśleć, że 

od naszego ostatniego spotkania ona stała się dorosłą kobietą. I matką dwojga dzieci, prawda? 

-  Tak,  jest  matką  dwojga  dzieci,  a  poza  tym  gospodynią  w  wielkim  dworze.  Tak,  tak, 

dzieci szybko rosną. 

-  To  właśnie  jest  takie  niezwykłe,  że  aż  trudno  uwierzyć  -  powiedział,  zerkając  na  Mali 

spod  oka.  -  Że  ty  masz  dorosłe  dzieci  i  duże  wnuki.  Kiedy  myślę  o...  -  Pospiesznie  przetarł 
ręką  twarz,  zarumienił  się  lekko.  Nie  dokończył  zdania.  Zamiast  tego  otworzył  drzwi  i 
wyszedł. Mali wyszła za nim i zamknęła pracownię. Bez słowa zeszli na dół. 

  
Dorbet  powitała  ich  na  dziedzińcu  w  Granvold.  Musiała  nas  widzieć,  pomyślała  Mali. 

Dlatego  wyszła.  Dorbet  była  rozpromieniona.  Jasne  gęste  włosy  spięła  po  bokach  dwoma 
grzebieniami  i  opuściła  je  na  plecy,  ciemnobrązowe  oczy  patrzyły  radośnie  na  mężczyznę, 
który podawał jej rękę. 

-  Jak myśmy dawno się nie widzieli, Dorbet - mówił Martin, ujmując jej dłoń w obie ręce. 

- Wtedy byłaś jeszcze młodą dziewczyną. Tymczasem teraz... 

Słowa  zawisły  w  powietrzu,  nikt  jednak  nie  miał  wątpliwości,  o  czym  Martin  myśli. 

Dorbet stała się promienną pięknością, stała przed nim z czarującym uśmiechem. 

-  Bardzo czekałam na twój przyjazd - powiedziała. - I bardzo mi miło, że znalazłeś czas, 

ż

eby  zajrzeć  także  do  nas  tu  w  Granvold.  Nakryłam  do  kawy  na  dworze  przy  tej  pięknej 

pogodzie,  ale  jeśli  chcesz,  to  możesz  najpierw  obejrzeć  stroje  -  dodała.  -  Zniosłam  je 
wszystkie na dół i rozłożyłam w salonie. 

Martin bardzo chwalił jej prace, Dorbet rumieniła się z radości po korzonki włosów. 
-  Powinnaś  sama  przyjechać  do  Ameryki  -  powiedział  z  uśmiechem.  -  Nie  można  sobie 

wyobrazić  lepszej  reklamy,  niż  byłabyś  ty,  chodząca  po  sklepie  w  ludowym  norweskim 
stroju. 

-  Dorbet  jest  teraz  bardzo  zajęta  -  wtrąciła  Mali  pospiesznie.  -  Ma  dwór,  męża  i  dwoje 

dzieci. Nie, żadnej podróży do Ameryki nie będzie, to jedno jest pewne. 

-  No ale może później - nie ustępował Bakken. - Kiedy dzieci już podrosną. 
-  Szczerze mówiąc, nie miałabym nic przeciwko temu - przyznała Dorbet. - Chętnie bym 

kiedyś pojechała. 

-  Nie mówisz tego poważnie - rzekła Mali ostrzej, niż zamierzała. Nie podobało jej się, że 

rozmowa przyjmuje taki kierunek. - A ty miałeś jej nie kusić - przypomniała Martinowi. - W 
tej sprawie byliśmy zgodni, o ile pamiętam. 

-  Owszem,  byliśmy  -  potwierdził  Martin.  -  Ale  ja  przecież  nie  myślałem,  żeby  Dorbet 

jechała  w  tej  chwili.  Z  czasem  jednak  mogłaby  odbyć  taką  podróż,  jak  ty,  Mali  -  dodał, 
spoglądając na nią z ukosa. - Dorbet naprawdę sobie na to zasłużyła. 

Mali nie odpowiadała. Zdenerwowało ją, że Martin tak powiedział. Dorbet tak łatwo ulega 

pokusom. A marzyła o podróży do Ameryki od czasu, kiedy Mali tam była, matka wiedziała o 

background image

tym  bardzo  dobrze.  Muszę  jej  to  jakoś  wyperswadować,  myślała  zatroskana  i  spoglądała  na 
córkę, która wciąż stała rozpromieniona, z zarumienionymi policzkami i lśniącym wzrokiem. 
Nie  spuszczała  oczu  z  Martina  Bakkena.  Było  oczywiste,  że  on  jej  się  podoba  i  że  jej 
imponuje.  On  zresztą  też  nie  jest  chyba  całkowicie  obojętny  wobec  jej  młodzieńczej  urody, 
pomyślała Mali. Będę musiała wylać kubeł zimnej wody na nich oboje. 

-  No  to  teraz  chodźmy  napić  się  kawy  -  rzekła.  -  Ja  muszę  niedługo  wracać  do  Stornes. 

Czeka tam na mnie dzisiaj mnóstwo pracy. 

W tym samym momencie weszła służąca z Ruth Margrethe na ręce. Dziecko było zaspane 

i miało śliczne rumieńce na policzkach. 

-  Och, a to nasza mała dziewczynka - uśmiechnęła się Mali. - Spałaś, kochanie? 
-  Tak - odparła Dorbet i wzięła dziecko na ręce. - Zrobiła sobie małą drzemkę po obiedzie. 
-  Boże  drogi,  jaka  ona  podobna  do  swojej  mamy  -  zachwycał  się  Bakken  i  głaskał  Ruth 

Margrethe po włoskach. - Ta sama śliczna karnacja. 

Dziecko  cofnęło  się  lekko  spłoszone  i  patrzyło  na  gościa  wielkimi  oczkami.  Otoczyło 

rączką szyję matki i tuliło się do niej. 

-  No dobrze, to chodźmy na kawę - zapraszała Dorbet. - Zaraz powiem w kuchni, że mają 

podawać. 

Siedzieli przy kawie i miło rozmawiali. Bakken opowiadał o sklepach i życiu w Stanach, a 

Dorbet  słuchała  z  wielkim  zaciekawieniem.  On  jednak  nie  wspomniał  już  o  żadnym 
wyjeździe do Ameryki. Może nareszcie zmądrzał, miała nadzieję Mali. 

-  W  takim  razie  do  zobaczenia  jutro  na  weselu  -  powiedział,  ściskając  rękę  Dorbet  na 

pożegnanie. 

-  Być  może  spotkamy  się  jeszcze  wcześniej  -  uśmiechnęła  się  Dorbet.  -  Zamierzam  po 

podwieczorku przyjść do Stornes i trochę pomóc. 

-  Dajemy sobie radę - wtrąciła Mali. - Nie musisz przychodzić, jeśli nie możesz. 
-  Ale  ja  bym  chciała  -  upierała  się  Dorbet.  -  Jeszcze  by  tego  brakowało,  żebym  nie 

pomogła w przygotowaniu wesela brata. Upiekłam też ciasto, które przyniosę. Zresztą pewnie 
dużo ludzi przyniesie dzisiaj swoje dary. 

-  Pewnie tak, ale teraz musimy już iść - przerwała Mali. - Zatem czekamy na ciebie, jeśli 

będziesz miała czas. 

 
-  Masz jej nie kusić tym wyjazdem do USA, Martin - powtórzyła Mali, kiedy wracali do 

Stornes. - Ją tak łatwo namówić do takich rzeczy, a przecież jest potrzebna tutaj. 

-   Dobrze  to  rozumiem  -  zgodził  się.  -  Ale  to  by  było  dla  niej  wielkie  przeżycie.  Nie 

mówiąc już o tym, jaka by to była fantastyczna reklama sklepów i strojów - dodał. - Dorbet 
zrobiłaby na tym interes, jestem tego pewien. 

-  Ale tam jest tyle rzeczy, które mogłyby ją kusić - powiedziała Mali. - Uważam, że nie 

należy wystawiać jej na taką próbę. 

Martin popatrzył na nią z wielką powagą. 
-  Nie wierzysz, że Jenny i ja bylibyśmy dla niej dobrymi opiekunami, Mali? 
-  Owszem, pewnie byście byli - zgodziła się. 
On  może  nawet  zająłby  się  Dorbet  lepiej,  niż  przypuszczam,  pomyślała  w  głębi  duszy. 

Widziała  spojrzenia,  jakie  posyłał  jej  córce,  było  to  coś  więcej  niż  zwyczajne 
zainteresowanie, bez względu na różnicę wieku. Nie, z wyjazdu do Ameryki na razie nic nie 
będzie, pomyślała. Dopóki ja mam coś w tej sprawie do powiedzenia. 

-  Nic z tego nie będzie - oznajmiła krótko. 
-  No tak, rozumiem, że sobie tego nie życzysz - westchnął, spoglądając na nią z ukosa. - 

Nie  będę  już  wracał  do  tej  sprawy.  Moja  droga,  nie  kłóćmy  się  z  tego  powodu  -  poprosił  i 
położył dłoń na jej ramieniu. - Naprawdę sprawa nie jest tego warta. 

background image

-  W takim razie powinieneś przestrzegać reguł gry - rzekła Mali, wpijając w niego wzrok. 

- Rozumiesz to? 

Kiwnął głową na znak, że rozumie. Dalej szli w milczeniu. Mali jednak odczuwała pewien 

niepokój. I był on związany z Martinem. Nie była pewna ani jego, ani Dorbet. 

   
ROZDZIAŁ 13. 
  
Kiedy w sobotę rano Mali rozsunęła firanki, wielkie kłęby delikatnej mgły unosiły się nad 

fiordem, ale niebo było czyste i niebieskie. Będzie słoneczny wrześniowy dzień, stwierdziła. 

-  Dzień mamy piękny - powiedziała i odwróciła się do Havarda, który też wstawał z łóżka. 

- Już świeci słońce na pogodnym niebie. 

-  Świetnie  -  ucieszył  się,  wkładając  koszulę.  -  Przy  dobrej  pogodzie  wszystko  jest 

łatwiejsze, kiedy dom wypełnia tłum ludzi. 

-  I  ludzie  czują  się  lepiej  -  przyznała  Mali.  -  Część  gości  chętnie  posiedzi  po  prostu  na 

dworze. Bardzo dobrze, cieszę się. 

Na dole nakryła pięknie jeden stół. Miała nadzieję, że para młoda zechce coś zjeść, zanim 

oboje  zaczną  się  ubierać  do  ślubu.  Martin  też  przecież  będzie  na  śniadaniu.  Przypominała 
sobie te miłe śniadania, które jadali wspólnie w Stanach. Tutaj to już nie to samo, ale chciała, 
ż

eby też było elegancko, skoro już do nich przyjechał. 

Wkrótce  wszyscy  domownicy  przyszli  na  śniadanie,  także  Helene  razem  z  Oją.  Mali 

spostrzegła, że dziewczyna jest blada. 

-  Chyba  nic  ci  nie  dolega?  -  spytała  zatroskana,  patrząc  na  przyszłą  synową.  -  Masz  po 

prostu białą twarz. 

-  Nie,  nie  jestem  chora  -  zapewniła  Helene.  -  Jestem  tylko  potwornie  spięta.  Czuję, 

jakbym w żołądku miała pełno motyli. 

-  Dobrze ci zrobi, jak coś zjesz, to zawsze uspokaja żołądek - doradzała Mali. - Potrzeba ci 

tego. 

-  Nie  wiem,  czy  będę  w  stanie  coś  przełknąć  -  jęknęła  Helene.  -  Jest  mi  po  prostu 

niedobrze. 

-  W  takiej  sytuacji  naprawdę  trochę  jedzenia  i  filiżanka  kawy  dobrze  ci  zrobi  - 

przekonywała  Mali.  -  Po  prostu  spróbuj.  Już  niedługo  przyjdzie  Dorbet,  żeby  pomóc  ci  się 
przebrać, prawda? 

-  Owszem, obiecała to wczoraj, polegam na niej. 
-  Dzień dobry wszystkim i gratulacje z powodu uroczystego dnia - zawołał Martin, który 

też się właśnie pojawił. - Czy wszystko jest pod kontrolą? A zapachy są po prostu pyszne, już 
z daleka je czuć, mam wrażenie, że najsmaczniejszy wydobywa się z pralni. 

-  Tak,  bo  tam  się  gotuje  zupa  mięsna  -  wyjaśniła  Mali.  -  Ale  tak,  wszystko  jest  pod 

kontrolą. Proszę bardzo, siadaj, zjedzmy śniadanie. 

Zgodnie  z  swoim  zwyczajem  Martin  zdołał  poprawić  nerwowy  nastrój  w  ciągu  kilku 

minut. Nawet Helene była w stanie zjeść kanapkę i wypić kubek kawy, na jej bladej twarzy 
pojawiły się też lekkie rumieńce. Mali natomiast jadła niewiele. Musiała mieć dosłownie oczy 
dookoła  głowy,  myśleć  o  wszystkim  i  wszystkiego  dopilnować,  zanim  wyjadą  do  kościoła. 
Spiżarnia była pełna ciasta, w pralni dochodziła zupa, a stoły zostały nakryte. Na razie jest jak 
trzeba. 

-  A ty jesteś najpiękniejsza - stwierdził Havard,  kiedy on i Mali przebierali się w swojej 

sypialni. 

-  Przestań - uśmiechnęła się Mali, obracając się przed lustrem. 
Jej zielona sukienka nie była nowa, ale leżała znakomicie. Włosy upięła w ciężki węzeł na 

karku. Bardzo jej w tym było do twarzy, sama musiała to przyznać. 

background image

-  Jesteś  taka  jak  wtedy,  kiedy  spotkałem  cię  po  raz  pierwszy  -  powiedział  Havard  i 

przytulił żonę. - Nie widzę, żebyś się zmieniła. 

-  Jesteś po prostu bardzo miły - szepnęła i ona również przytuliła męża. - Ale ja o tobie też 

tak myślę, ty też się nie zmieniłeś. Chociaż przecież się postarzeliśmy, Havardzie. 

-  Człowiek ma tyle lat, na ile się czuje - odparł, przyczesując włosy. 
-  No to ile ty masz lat w takim razie? - uśmiechnęła się Mali. 
-  To  zależy  -  mówił,  pochylając  się  przed  lustrem,  żeby  sprawdzić,  czy  przedziałek  jest 

prosty. - Dzisiaj mam około trzydziestki, tak mi się wydaje. 

Mali zapinała naszyjnik i uśmiechała się lekko. Ona też dzisiaj nie czuła się stara. Cieszyła 

się na ten dzień i na radosne święto. Cieszyła się, że Oja znowu jest szczęśliwy i że Mała Mali 
nie posiada się z radości, że może być druhną. Czeka ich dzień pełen radości, a w takie dni 
Mali wiedziała, że żyje. Coraz częściej jednak bywało, że czuła się stara i zmęczona. Uniosła 
głowę i uśmiechnęła się do siebie w lustrze. Teraz nie trzeba o tym myśleć! Dzisiaj w domu 
panować będzie tylko radość. 

  
Ś

lub był piękny i bardzo uroczysty. Oja czystym, mocnym głosem odpowiedział „tak" na 

pytanie  pastora.  Helene  była  jakby  nieco  ostrożniejsza,  ale  i  ją  usłyszeli  ludzie  w  ostatnich 
ławkach, choć właściwie odpowiedziała szeptem. 

Gdy wyszli, na kościelnym cmentarzu Mali objęła Małą Mali i uściskała ją serdecznie. 
-  Byłaś  bardzo  piękną  druhną,  kochanie  -  pochwaliła.  -  Słyszałam,  że  wielu  ludzi  cię 

podziwiało. 

-  Naprawdę? - rozpromieniło się dziecko. 
-  Naprawdę. 
-  Tak strasznie się denerwowałam... 
-  Ale nikt tego nie widział, możesz mi wierzyć. A jaka byłaś śliczna - dodała, gładząc jej 

niebieską sukienkę. - Wyglądasz niczym księżniczka. 

W tej chwili podeszły do nich Tordhild i Marilena. 
-  Byłaś nadzwyczajna,  Mała Mali - uśmiechnęła się Tordhild, głaszcząc dziewczynkę po 

włosach. 

-  Ja jej właśnie przed chwilą powiedziałam to samo - wtrąciła Mali. 
-  A ja nigdy nie byłam druhną - zmartwiła się Marilena. - Bardzo bym chciała kiedyś nią 

zostać. 

-  No właśnie, tylko nie wiem, kto się teraz będzie żenił - rzekła Tordhild. - Tutaj jakoś nie 

widzę kandydatów. Mała Mali mogła być druhną, skoro jej tata żeni się z Helene. 

-  A może Johannes się ożeni? - rzekła Marilena, spoglądając z nadzieją na matkę. 
-  Raczej nie sądzę - roześmiała się Tordhild. - On chybaby nie chciał mieć własnej siostry 

w  roli  druhny.  A  poza  tym  na  to  trzeba  poczekać  parę  lat.  Nie  wiem,  czy  wtedy  jeszcze 
będziesz chciała być druhną. 

-  No właśnie, Johannes - przypomniała sobie Mali i zaczęła się rozglądać. - Nie widziałam 

go w kościele. Czy z nim wszystko w porządku? Jak on się czuje w Orkdal? 

-  Wygląda  na  to,  że  dobrze  -  przytaknęła  Tordhild.  -  Ale  właśnie  do  nas  idzie.  Sama 

możesz go zapytać. 

Mali znowu stwierdziła ze zdziwieniem, jakim dorosłym chłopcem stał się Johannes. Był 

teraz wyższy od niej i szczupły. Wydał jej się jakiś obcy w tym ciemnym garniturze. 

-  Witaj w domu, Johannes - powitała go, wyciągając do wnuka ręce. 
Najchętniej by go objęła i uściskała, liczyła się jednak z tym, że to by mogło być dla niego 

przykre, takie czułości na oczach tłumu ludzi. Chłopiec jest przecież dorosły. 

-  Witaj, babciu. 
-  A twoja siostra się zastanawia, czy mogłaby być druhną na twoim ślubie? - uśmiechnęła 

się Tordhild.  

background image

Johannes zarumienił się gwałtownie i poruszył niespokojnie. 
-  Na razie nie mam małżeńskich planów - burknął trochę zakłopotany. 
-  No  i  bardzo  dobrze  -  roześmiała  się  Mali.  -  Dopiero  co  rozpocząłeś  naukę  w  szkole 

ś

redniej. Jak ci się powodzi w Orkdal? 

-  Dobrze, myślę, że jakoś się tam odnalazłem - mówił Johannes. - W szkole też mi idzie 

dobrze. 

-  A zaprzyjaźniłeś się już z kimś? 
-  Tak, zaprzyjaźniłem się. W mojej klasie jest wielu sympatycznych ludzi. 
-  A jakieś sympatyczne dziewczęta? - spytała Mali, przyglądając mu się uważnie. 
Johannesowi krew napłynęła do twarzy. Znowu się bardzo zarumienił. 
Rany  boskie,  pomyślała  Mali  zaskoczona.  Musiałam  trafić  w  czułe  miejsce.  Żeby  on  się 

tylko nie zaplątał w jakąś nieprzyjemną sprawę, myślała w popłochu. O ile dobrze wiedziała, 
to Johannes nie miał wielkiego doświadczenia z dziewczętami. Jest chłopcem, który podoba 
się  wielu,  taki  niezwykle  urodziwy.  I  taki  wyjątkowy.  Johannes  po  prostu  zawsze  był 
wyjątkowy, myślała. Tak samo jak ojciec. Jeszcze raz wzięła jego rękę i uścisnęła. 

-  Mam nadzieję, że nie napytasz sobie żadnej biedy. 
-  Nie  martw  się,  nie  zrobię  tego  -  odparł,  nie  patrząc  jej  w  oczy.  -  Co  chcesz  przez  to 

powiedzieć? 

Mali  nie  chciała  mu  mówić  o  swoich  przeczuciach,  więc  znowu  poklepała  go  po  ręce  i 

uśmiechała się. 

-  Nic takiego - odparła. - Przecież ty nie masz więcej niż piętnaście lat. 
-  Piętnaście i pół - poprawił. 
-  Dobrze, dobrze, ale do małżeństwa jeszcze mimo wszystko nie dorosłeś. 
-  Wygląda  na  to,  że  teraz  my  też  powinniśmy  pójść  i  złożyć  życzenia  młodej  parze  - 

przerwała  jej  Tordhild.  Najwyraźniej  nie  bardzo  ją  interesowała  ta  rozmowa  na  temat 
małżeństwa. - Chodźmy do nich. 

Helene nie była już blada. Promieniała dumą i radością, stojąc przy boku Oi. 
-  Gratuluję  wam  obojgu  -  powiedziała  Mali  i  objęła  synową.  -  Teraz  jesteście 

małżeństwem. 

-  I  czujemy  się  z  tym  znakomicie  -  odparł  Oja  z  uśmiechem.  -  Nie  mogłem  się  już 

doczekać tego dnia. 

-  No ale wszystko poszło dobrze - cieszyła się Mali i poprawiła Helene welon. - A Mała 

Mali była najlepszą druhną, jaką można sobie wyobrazić. 

-  Tak,  to  prawda  -  rozpromieniła  się  Helene  i  poklepała  pasierbicę  po  policzku.  -  Byłaś 

naprawdę niezwykła, moja mała. 

Mała  Mali  uśmiechnęła  się  do  niej  radośnie.  Wkrótce  potem  ludzie  zaczęli  wsiadać  do 

pojazdów,  które  miały  ich  odwieźć  z  powrotem  do  Stornes.  Oprócz  bryczek  było  też  kilka 
samochodów. 

-  Tak, no to nareszcie są małżeństwem - westchnęła Mali, kiedy siadała  w bryczce obok 

Havarda. - Miejmy nadzieję, że czeka ich długie i szczęśliwe życie razem. Uważam, że Oja 
sobie na to zasłużył. 

-  Człowiek  nie  zawsze  dostaje  to,  na  co  zasługuje  -  wtrącił  Havard.  -  Ale  tak,  miejmy 

nadzieję, że Ten tam w górze popatrzy na nich łaskawym okiem. Miejmy taką nadzieję. 

Kiedy minęli zagajnik i zobaczyli przed sobą wieś, Mali głęboko wciągnęła powietrze. Ten 

widok za każdym razem budził w niej takie samo wzruszenie. Fiord leżał spokojny i lśniący, 
słońce zasypywało złotym blaskiem dwory, pola i łąki. We wszystkich obejściach w lekkim 
wietrze powiewały flagi, tworząc świąteczny nastrój. 

-  To  najpiękniejsze  miejsce,  jakie  znam  -  powiedziała,  wsuwając  Havardowi  rękę  pod 

ramię. - Nie ma ładniejszej okolicy. 

background image

-  Boże,  jak  ty  w  to  wrosłaś  -  uśmiechnął  się  Havard.  -  Choć  przecież  wtedy,  kiedy  tu 

zamieszkałaś, nie miałaś wielkich powodów do radości. 

-  No właśnie, nie miałam - przytaknęła i nagle poczuła, że do oczu napływają jej łzy. - Ale 

to  było  tak  dawno  temu.  A  potem  przeżyłam  tutaj  długie  dobre  życie,  Havardzie,  oboje 
przeżywaliśmy te lata. 

-  Ja nigdy nie pragnąłem innego życia - rzekł cicho. - Moje marzenia się spełniły tamtego 

dnia, kiedy zwróciłaś na mnie uwagę. 

Mali  oparła  głowę  o  jego  ramię  i  westchnęła  cicho.  Życie  mimo  wszystko  nie  ma  do 

zaproponowania  jedynie  radosnych  dni,  pomyślała  i  poczuła  bolesne  ukłucie  w  sercu. 
Spotkało  ją  też  wiele  złego.  Tamten  ponury  czas  z  Johanem,  miłość  do  Cygana  Jo,  zdrada 
oraz intrygi. To, co zdarzyło się z Małym Havardem, z Olą Havardem i z Ruth. Sivert i jego 
wybór. Wszystko, co się stało, było niczym kręgi na wodzie, kręgi, które zaczynały się w jej 
ż

yciu. Mimo to nie zamieniłaby go na inne. Bo głównie jednak było ono dobre, dało jej wiele 

prawdziwej  radości.  I  nadal  tak  będzie.  Dopóki  mam  Havarda,  gotowa  jestem  znieść  wiele. 
Mocniej objęła jego ramię i powiedziała głośno: 

-  Dopóki jesteśmy razem, Havardzie... 
-  Ja też tak myślę - przytaknął, tuląc głowę do jej głowy. - Dopóki jesteśmy razem. 
  
Pod wieczór uprzątnięto izbę i przygotowano miejsce do tańca. Starsi goście wycofali się 

do salonu lub porozsiadali się pod ścianami, żeby patrzeć. 

Tańce  rozpoczął  walc  młodej  pary.  Oja  wirował  z  Helene  po  izbie,  a  goście  otaczali  ich 

kołem i bili brawo. 

Jaka to piękna para, pomyślała Mali. On wysoki i przystojny w tym ciemnym garniturze, 

ona rozpromieniona w pięknej ślubnej sukni Dorbet. 

-  Czy mogę cię prosić? - Havard z uśmiechem dotknął jej barku. 
-  Cała wieczność mija między jednym a drugim moim tańcem - powiedziała Mali, kładąc 

mu ręce na ramionach. 

-  Ale  najważniejsze,  że  wciąż  potrafimy  tańczyć,  kiedy  nadarza  się  okazja  -  uśmiechnął 

się Havard i poprowadził ją na środek. 

Wkrótce zrobiło się ciasno. Wielu ludzi chciało się bawić po pięciu wojennych latach. W 

tamtym czasie los nie rozpieszczał ich życiem towarzyskim. Mali zauważyła, że Sivert tańczy 
z Tordhild, a Dorbet z Martinem Bakkenem. Zmarszczyła brwi i zaczęła się oglądać za Olą, 
ale  nigdzie  go  nie  było.  Może  wyszedł  się  przejść.  Wciąż  patrzyła  na  Dorbet  i  Bakkena,  po 
prostu nie mogła spuścić z nich wzroku. Pamiętała, jakim znakomitym tancerzem jest Martin. 
Obejmował Dorbet elegancko, bez poufałości, ona zaś patrzyła w niego jak w słońce. Śmiała 
się z czegoś, co powiedział. 

-  Na co tak patrzysz? - spytał Havard. 
-  Ech, po prostu na tańczących - bąknęła Mali. - Nie wiesz czasem, gdzie się podział Ola? 
-  Nie widziałem go od dłuższego czasu. Czy on gdzieś poszedł? 
-  Nie, chyba nie. Tylko że po prostu go nie widzę. 
-  Ale Dorbet widziałem dopiero co. 
-  Masz rację, ja też ją widzę - przytaknęła Mali. 
Nie  podobało  jej  się  to,  że  Dorbet  tańczy  z  Martinem  Bakkenem,  to  budziło  w  niej 

niepokój,  chociaż  próbowała  się  przekonywać,  że  bez  powodu.  Zresztą  co  ona  ma  do 
powiedzenia w całej sprawie. No i chyba nie ma nic złego w tym, że Martin poprosił Dorbet 
do  tańca.  Jest  jedną  z  niewielu  osób,  które  on  tutaj  trochę  zna,  jeśli  nie  liczyć  samej  Mali. 
Dorbet pracuje dla niego, z pewnością Martin ma jej wiele do powiedzenia, myślała. 

Mimo wszystko nie podobało jej się to. Nie miała zaufania do Martina. Chociaż obiecał, że 

już nie wspomni Dorbet o wyjeździe do USA, to przecież on tak łatwo potrafi zapominać. A 
Dorbet... do Dorbet to już Mali wcale nie miała zaufania. Córka jest taka spragniona przygód, 

background image

taka  impulsywna.  I  taka  łasa  na  pochwały,  myślała.  Chociaż  może  już teraz  nie?  Przecież z 
czasem również Dorbet dorosła, tylko że w jej życiu nie było teraz niczego podniecającego. 
Wojna  stanowiła  dla  niej  wielką  traumę.  Zarówno  lęk  o  Olę,  jak  i  ponura  sprawa  z 
Heinrichem Kleinem. Było oczywiste, że chciała się na dobre uwolnić od przygnębienia, teraz 
dosłownie promieniała w ramionach swojego tancerza. 

-  Powinieneś  teraz  zatańczyć  ze  swoją  córką  -  zaproponowała  Mali,  kiedy  muzyka 

umilkła. - Dorbet bardzo lubi tańczyć, sam wiesz. 

-  Teraz miałem zamiar poprosić pannę młodą - uśmiechnął się Havard. 
-  Dobrze, zrób to. Ale nie mógłbyś najpierw zatańczyć z Dorbet? 
Zrobił tak, jak Mali prosiła. Widziała, że skłonił się przed Martinem Bakkenem, a potem 

poprowadził Dorbet do tańca. Odetchnęła z ulgą i poszła po coś do picia. 

-  Ofiarujesz mi jeden taniec, Mali? 
Kiedy  się  odwróciła,  tuż  za  nią  stał  Martin  Bakken.  Znowu  poczuła  zapach  kosztownej 

wody po  goleniu i cygar. Przypomniała sobie tamten czas, kiedy z nim tańczyła. To był ten 
wspaniały  bankiet  u  niego  i  Jenny.  Tamtego  wieczora,  który  skończył  się  tak  okropnie  i 
spowodował, że pospiesznie, na łeb na szyję wyjechała do domu. 

Teraz nie odpowiedziała. Skinęła tylko głową i pozwoliła mu się objąć. Dobrze pamiętała, 

jak on tańczy. Tak lekko i elegancko. Kiedy on ją prowadził, miała wrażenie, że unosi się nad 
podłogą. 

-  Widziałam, że tańczyłeś z Dorbet. 
-  A nie mam prawa tego robić? 
-  Oczywiście,  że  masz,  nie  to  chciałam  powiedzieć.  Jeśli  tylko  dotrzymasz  umowy  i  nie 

będziesz  jej  kusił,  żeby  przyjechała  do  ciebie.  Nawet  najkrótsza  podróż  nie  wchodzi  w 
rachubę, Martin. 

-  A  czy  ona  nie  mogłaby  odpowiadać  za  siebie,  jak  sądzisz?  Dorbet  jest  teraz  dorosłą 

osobą, Mali. 

-  Dorosłą, owszem, ale nieobeznaną ze światem. A ona zawsze marzyła o tym wyjeździe. 
-  To dlaczego nie może spełnić swojego marzenia? 
-  Ona teraz powinna być z Olą i dziećmi w Granvold. 
-  Ale  wróciłaby  do  domu  bogatsza  o  wiele  doświadczeń.  I  może  również  bardziej 

zadowolona. Kto wie? 

-  Martin! Obiecałeś... 
-  Obiecałem, ale też nie wabię do siebie Dorbet ani niczego jej nie obiecuję. Po prostu z 

nią tańczyłem, Mali. Myślisz, że jestem nią osobiście zainteresowany? - dodał nagle. - Czy ty 
się tego właśnie boisz? 

Mali  poczuła,  że  rumieniec  pali  jej  policzki,  i  oparła  głowę  o  jego  ramię,  żeby  tego  nie 

spostrzegł. 

-  Ja się boję o Dorbet, Martinie. 
-  Mimo  to  ona  powinna  mieć  prawo  do  własnego  życia.  Ile  ona  ma  lat?  Dwadzieścia  i 

trochę? 

-  Dwadzieścia pięć. 
-  W  jej  wieku  ty  przeżyłaś  już  bardzo  wiele,  jeśli  się  nie  mylę.  A  ja  nie  jestem 

zainteresowany  niszczeniem  życia  twojej  córki,  Mali.  Na  tyle  powinnaś  mnie  znać.  Ja  w 
ogóle nie jestem nią zainteresowany - dodał. - Nie w ten sposób. Dla mnie istnieje tylko jedna 
kobieta. Ty. 

Mali była skrępowana tym, że tak bardzo się pomyliła. Gdyby nie jego silne ramię, byłaby 

upadła. Patrzyła na niego przestraszona. 

-  Nie ma powodu do niepokoju - rzekł Martin cicho prosto do jej ucha. - Przecież wiesz, 

ż

e tym razem mówiłem poważnie. Odkąd ciebie spotkałem, nie istnieje dla mnie żadna inna 

background image

kobieta. To dlatego moje małżeństwo się nie udało - dodał. - Człowiek nie może ożenić się z 
jedną kobietą, a kochać drugą. 

-  Nie chcę tego nawet słuchać! 
-  Nie  jest  chyba  aż  tak  źle.  Ja  pogodziłem  się  z  sytuacją,  nigdy  więcej  nie  będę  cię  tym 

dręczył.  Ale  tak  po  prostu  jest.  Równie  dobrze  możesz  o  tym  wiedzieć.  Właściwie  to  mnie 
dziwi, że do tej pory nie wiedziałaś - zakończył szeptem. 

Muzyka umilkła, Martin odprowadził Mali. 
-  Może wyjdziemy na dwór zaczerpnąć trochę świeżego powietrza? 
Chciała powiedzieć „nie". Nie chciała przebywać obok niego. Zarazem jednak chciała się z 

nim rozmówić i wyjaśnić mu, co czuje. 

Skinęła  więc  głową  i  wyszła  za  nim  na  dziedziniec.  Martin  kierował  się  w  stronę 

spichlerza, jak najdalej od okien domu. 

-  Bardzo  mi  przykro  z  tego  powodu,  co  się  stało  wtedy  w  USA  -  zaczęła  Mali  lekko 

zdyszana. - Pojęcia nie mam, co się wtedy ze mną stało. Działo się tyle różnych rzeczy... i ja, 
ja posunęłam się za daleko. To była moja wina. 

-  Oboje  popełniliśmy  błąd  -  sprostował  Martin.  -  Ja  powinienem  był  wiedzieć,  że  ty  nie 

opuścisz  Havarda  ani  Stornes.  Ale  tak  strasznie  cię  pragnąłem  i  przez  krótką  chwilę 
uwierzyłem, że ja... że to ja wygrałem. 

-  Tego,  co  jest  między  Havardem  i  mną,  Martinie,  nikt  nie  potrafi  zniszczyć.  To  jest 

sprawa na całe życie. 

-  Tak, zrozumiałem to. 
-  Gdybym  jednak  wiedziała,  że  ty  tak  odczuwasz...  Nie  powinieneś  był  tu  przyjeżdżać, 

Martinie. 

-  Dlaczego nie? Czy zrobiłem ci coś złego? Musisz ścierpieć to, co do ciebie czuję, Mali. 

Ja w pełni respektuję twoje życie, nigdy więcej nie będę nalegał. Wiem już teraz, że dla ciebie 
liczy się tylko Havard. Nie możesz mi jednak odmówić tej radości, bym mógł cię spotkać od 
czasu do czasu, porozmawiać z tobą przez telefon. To dla mnie bardzo ważne. 

Ujął jej jedną rękę i poklepał. 
-  Okaż się nieco bardziej wielkoduszna, Mali. Ja nie proszę o wiele. I zapewniam cię, że 

nie poluję na twoją córkę. 

Stali bez ruchu w mroku, on trzymał ją za rękę. 
-  Być może nigdy więcej się nie zobaczymy - powiedział cicho. - A gdyby tak miało być, 

to bardzo się cieszę, że  mogłem zobaczyć cię jeszcze raz. Zatańczyć z tobą. Trzymać  cię w 
ramionach. Długo mogę tym żyć. Nawet do końca swoich dni, jeśli tak trzeba. 

-  Bardzo mi przykro z tego powodu, Martin. 
-  Niepotrzebnie. Ja się już z tym pogodziłem. 
-  Bo dla mnie jest... 
-  Dla  ciebie  jest  tylko  Havard.  Przekonuję  się  o  tym,  kiedy  widzę  was  razem.  To 

szczęśliwy człowiek. Mam nadzieję, że o tym wie. On na ciebie zasługuje. 

-  On jest dla mnie za dobry. 
-  Nie chcę tego słuchać. 
Mali nie powiedziała już nic więcej, wolno cofnęła rękę. 
-  Musimy wracać do domu. 
-  Czy mógłbym jeszcze raz z tobą zatańczyć? 
Powinnam  była  powiedzieć  „nie",  pomyślała,  mimo  to  skinęła  głową  na  znak,  że  się 

zgadza.  Dlaczego  miałaby  mu  odmawiać  tej  radości?  Przecież  będzie  miała  Havarda  i 
wszystkich  bliskich  na  resztę  życia.  Martin  Bakken  nie  ma  nikogo.  Tylko  wspomnienia  i 
tęsknotę. 

-  Dobrze, wracajmy i zatańczmy - powiedziała wolno.  

background image

Tego  nie  mogła  opowiedzieć  Havardowi.  On  by  to  wszystko  zrozumiał  opacznie.  A 

przecież  nie  ma  żadnego  powodu,  bo  Martin  nie  zagraża  ich  szczęściu.  Tamten  czas  już 
minął. Więc może teraz poświęcić mu jeszcze jeden taniec. Tyle jest mu chyba winna. A w 
poniedziałek on zniknie. Może na zawsze. Martin przystanął i spojrzał jej w oczy. 

-  Mali, wybacz mi, jeśli ściągnąłem na ciebie kłopoty. Nie miałem takiego zamiaru. Jeśli 

tak się stało, to wbrew mojej woli. Miałem nadzieję, że wysłuchasz mnie cierpliwie. 

Mali skinęła głową. I zanim zdążyła się zorientować, jakie Martin ma zamiary, on pochylił 

się i pocałował ją. Złożył na jej wargach pospieszny, lekki pocałunek. 

-  Życzę ci długiego i dobrego życia, Mali Stornes.  
Powoli odwrócił się od niej i wyszedł znowu na podwórze. 
   
ROZDZIAŁ 14. 
  
Kiedy  w  niedzielę  wieczorem  Johannes  wyskoczył  z  autobusu,  na  przystanku  czekała  na 

niego Johanne. Serce podskoczyło mu do  gardła  na jej widok. Twarz oblała się rumieńcem. 
Rozpromieniona Johanne wyciągała do niego ręce. 

-  Nareszcie! To była bardzo długa sobota i niedziela. 
Johannes obejmował ją trochę niezdarnie. Czuł, że są obserwowani, zarówno z autobusu, 

jak i przez wysiadających pasażerów. Johanne udawała jednak, że niczym się nie przejmuje, 
tuliła się do niego i szczebiotała radośnie. 

-  Jak to dobrze, że wyszłaś mi na spotkanie - rzekł Johannes. 
-  Czekałam  na  ciebie  tak  długo  -  mówiła,  a  jej  ciepły  oddech  łaskotał  mu  twarz.  - 

Wiedziałam przecież, kiedy przyjeżdżasz. 

Johannes zarzucił worek na plecy, objął ramieniem barki Johanne i ruszyli w drogę. 
-  Może  byś  do  mnie  wstąpił?  -  poprosiła  Johanne.  -  Gospodyni  nie  ma  w  domu. 

Mogłabym zrobić kakao. 

Johannesa przeniknął dreszcz. Być z Johanne sam na sam w pustym domu... 
-  Chyba bym mógł - powiedział z wyraźnym napięciem. - Muszę tylko wrócić do domu, 

zanim panna Sunde zacznie mnie szukać. 

-  Nie musisz zostawać długo - kusiła Johanne. 
-   W takim razie chodźmy. 
Johanne objęła go ramieniem w pasie i śmiała się radośnie. 
-  No i jak ci było w domu? 
-  Ech, odbywało się wesele, była wielka uroczystość. 
-  A myślałeś trochę o mnie? 
-  Oczywiście, że myślałem - przyznał szczerze. - Właściwie przez cały czas. 
-  Ja  też  myślałam  o  tobie.  Nie  poszłam  na  tę  zabawę  w  lokalu  wczoraj  wieczorem.  Nie 

chciałam, skoro ciebie nie było. 

-  Przecież  mogłaś  pójść  -  rzekł  wielkodusznie,  w  głębi  duszy  cieszył  się  jednak,  że 

Johanne została w domu. 

Już dawno zauważył, że wielu chłopców ogląda się za nią. Zarówno koledzy z ich klasy, 

jak  i  starsi  uczniowie.  Wygląda  jednak,  że  ona  się  tym  wcale  nie  przejmuje,  pomyślał. 
Johanne wybrała jego! Radość buzowała w nim, przytulił dziewczynę jeszcze mocniej, kiedy 
szli w stronę jej domu. 

Johanne wpuściła go do wnętrza i zamknęła drzwi. 
-  Sąsiadka ma jastrzębi wzrok - wyjaśniła. - Rozbierz się.  
Johannes zdjął plecak i ściągnął z siebie kurtkę, powiesił ją na wieszaku i odwrócił się do 

dziewczyny. 

-  Johanne - wyszeptał, otwierając ramiona. 

background image

Przytuliła  się  do  niego,  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i  zwróciła  ku  niemu  twarz.  Ujął  jej 

głowę w obie ręce i pocałował ją. Ona tuliła się do niego, ciepła i delikatna. 

-  Jak ja za tobą tęskniłem - wymamrotał. 
Johanne śmiała się do mego uszczęśliwiona i kąsała go lekko w dolną wargę. 
-  Bardzo dobrze, że tęskniłeś - wyszeptała. - Nie zniosłabym, gdybyś za mną nie tęsknił. 
Obejmując się czule, weszli do małej kuchni. 
-  Chcesz filiżankę kakao? 
-  Owszem, dziękuję, jeśli masz. 
-  Zaraz przygotuję - obiecała, otworzyła szafkę i wyjęła z niej garnek. 
Johannes  siedział  przy  kuchennym  stole  i  przyglądał  się,  jak  Johanne  ustawia  potrzebne 

produkty.  Lubił  tak  siedzieć  i  obserwować  ją  przy  pracy.  To  prawie  tak  jakbyśmy  byli 
małżeństwem, pomyślał i zrobiło mu się gorąco. Ona gotuje i sprząta w kuchni, a on siedzi i 
czeka.  Potrafiłbym  sobie  wyobrazić,  że  ożenię  się  z  Johanne  -  myślał,  spoglądając  na 
dziewczynę, która kręciła się po kuchni. Uznał jednak, że chyba jeszcze za wcześnie, żeby o 
tym myśleć. On sam ma przed sobą długi czas nauki. Kiedy jednak oboje zdadzą maturę, ona 
mogłaby  razem  z  nim  wyjechać  do  Oslo.  Też  mogłaby  tam  kontynuować  naukę.  Wtedy 
wynajęliby sobie wspólne mieszkanie i... 

-  Płacę koronę za twoje myśli - przerwała mu z uśmiechem i postawiła przed nim filiżankę 

parującego kakao. - Zdaje mi się, że byłeś gdzieś daleko. 

-  Tak, rozmyślałem o przyszłych latach. Czy wiesz, Johanne, kim chciałabyś być? 
-  Myślałam,  że  po  maturze  zrobię  kurs  dla  sekretarek,  tak  bym  mogła  zostać  prywatną 

sekretarką  jakiegoś  bogatego  adwokata  lub  coś  w  tym  rodzaju.  To  by  mi  najbardziej 
odpowiadało. 

-  A gdzie są takie szkoły dla sekretarek? 
-  Myślę, że w wielu miejscach... 
-  Z pewnością też w Oslo. 
-  O tak, na pewno. Ale czy ja miałabym tam jechać? Myślałam raczej, żeby próbować w 

Trondheim, byłabym wtedy bliżej domu. 

-  Ja muszę studiować w Oslo. Studia weterynaryjne są tylko tam, ale pomyślałem sobie, że 

może ty byś mogła... że moglibyśmy. .. 

-  Jesteś taki słodki, Johannes - uśmiechnęła się i potargała mu włosy. Usiadła na krześle 

naprzeciwko  niego.  -  Więc  ty  myślałeś,  że  moglibyśmy  mieszkać  razem  w  Oslo?  Ale  to 
jeszcze strasznie dużo czasu. Najpierw musimy chodzić pięć lat tutaj w Orkdal. Trzeba brać 
po  kolei  to,  co  życie  niesie  -  dodała,  dmuchając  na  gorące  kakao.  -  Moja  mama  zwykle  tak 
mówi. 

Johannes musiał przyznać, że ona ma rację, mimo to poczuł się lekko dotknięty. Johanne 

nie  zachwyciła  się  tym,  co  powiedział.  Brać  to,  co  życie  niesie!  Przecież  ludzie  powinni 
planować i wybiegać dalej w przyszłość. Musiał przyznać, że mogą planować najwyżej na te 
pięć  lat  w  szkole,  jednak  myśl,  że  może  po  pięciu  latach  on  i  Johanne  nie  będą  już  parą, 
zabolała go. Jeśli Johanne to chciała powiedzieć... 

Pili kakao i jedli kanapki z brązowym serem. Dopiero przy stole Johannes poczuł, jaki jest 

głodny. Po prostu połykał jedzenie. Johanne patrzyła na niego z uwagą. 

-  Dawno nie jadłem - wyjaśnił, biorąc kolejną kanapkę. - Podróż autobusem trwała długo. 
-  Po prostu jedz - zapraszała Johanne. - Mam mnóstwo chleba i brązowego sera. 
Po  jedzeniu  umyli  filiżanki  i  talerzyki,  odstawili  wszystko  do  szafy.  Johanne  zgasiła 

ś

wiatło w kuchni, zanim przeszli do jej pokoju. Tam pociągnęła go za sobą na łóżko i sama 

usiadła tuż obok, przytulając się do niego. 

-  Opowiedz mi o sobie - poprosiła. 
-  Co chciałabyś wiedzieć? 
-  Wszystko. 

background image

Na początku Johannes trochę się jąkał, powoli jednak opowieść zaczęła toczyć się wartko. 

Opowiadał  jej  o  rodzinnych  stronach,  o  rodzicach  i  Marilenie.  Powiedział,  że  wzięli  ją  do 
siebie, kiedy Ruth umarła. 

-  Jaka to straszna sprawa z tą Ruth - westchnęła Johanne, przytulając się do niego jeszcze 

bardziej. - Dlaczego ona się utopiła? 

-  Jak to dlaczego? Bo była po prostu bardzo nieszczęśliwa. 
-  Ale popełnić samobójstwo, zostawić dziecko samo... 
Johannes  nie  odpowiadał.  Nigdy  się  właściwie  nie  zastanawiał  nad  tym,  dlaczego  Ruth 

utopiła się we fiordzie. I nikt mu też niczego nie wyjaśniał, mówiono tylko, że stała się wielka 
tragedia. On wtedy był małym chłopcem. Teraz zmienił temat i zaczął mówić o ojcu, którego 
podziwia, o sobie samym i o muzyce. 

-  Tak, Gunnar mówił mi, że dla niego grałeś - rzekła Johanne, moszcząc się wygodniej w 

jego ramionach. - Będziesz musiał, zagrać również dla mnie. 

-  Tak, kiedyś ci zagram. 
-  Czy ty też zostaniesz muzykiem? 
-  Nie, ja będę weterynarzem. Mimo to będę grał. Muzyka jest częścią mojego życia. I tak 

będzie zawsze. 

-   Ty  naprawdę  bardzo  się  różnisz  od  innych  chłopców  -  powiedziała  i  pogłaskała  go  po 

policzku. - Jesteś najprzystojniejszy i najzdolniejszy ze wszystkich. 

Johanne  opadła  na  łóżko  i  pociągnęła  go  za  sobą  tak,  że  częściowo  na  niej  leżał.  Splotła 

ręce  na  jego  karku  i  przytulała  go  mocno.  Krew  pulsowała  mu  w  żyłach.  Czuł  jej  sprężyste 
ciało  pod  sobą,  zdał  sobie  sprawę,  że  z  jego  ciałem  dzieje  się  coś  dziwnego.  Przestraszony 
odsunął się lekko i wsparł na łokciu obok niej. Oddychał szybciej, serce biło mu głośno. 

-  Czy ty mnie kochasz? - spytała Johanne szeptem. 
-  Tak - Johannes też mówił szeptem i gładził jej uda. - Tak, tak. 
Johanne  wzięła  jego  rękę  i  położyła  ją  sobie  na  piersi.  Chłopak  ledwo  był  w  stanie 

oddychać.  Czuł  jędrne  piersi  pod  sweterkiem  i  pieścił  je  drżącymi  rękami.  Ona  trzymała  w 
dłoniach jego głowę i całowała go rozgorączkowana. 

Długo tak leżeli obok siebie, nic nie mówiąc. Krew buzowała w żyłach Johannesa. Myślał, 

ż

e mógłby tak leżeć przez całą wieczność. Nie pragnął niczego poza tym, by trzymać Johanne 

w ramionach. 

-  A teraz ty opowiedz mi o sobie - rzekł po dłuższej chwili. - Właściwie niewiele o tobie 

wiem. 

Johanne przeczesała palcami jego kędzierzawe włosy i uśmiechnęła się lekko. 
-  Pochodzę  z  niewielkiej  miejscowości  na  północ  od  Trondheim.  Właściwie  powinnam 

chodzić do szkoły  realnej w Trondheim, ale jakiś znajomy mojego taty polecił nam Orkdal. 
No i przyjechałam tutaj. Jestem najmłodsza z trójki rodzeństwa, mam starszego brata i siostrę. 
Rodzice  nie  posiadają  dworu,  tylko  niewielkie  gospodarstwo.  Muszę  więc  mieć  w  szkole 
bardzo dobre stopnie. Bo dla rodziców to wielki wysiłek, że mnie tutaj przysłali. 

-  Ja  o  sobie  też  tak  myślę  -  przytaknął  Johannes.  -  Dla  moich  rodziców  to  też  duży 

ekonomiczny wysiłek. 

-  Ale ty jesteś taki zdolny, Johannesie. Ty nigdy ich nie rozczarujesz. A co będzie, jeśli ja 

zawalę szkolę? Taki wstyd! 

-  Masz trochę kłopotów tylko z matmą, o ile mi wiadomo. 
-  Ale to wystarczy. 
-  Ja będę ci pomagał tak, żebyś niczego nie zawaliła - obiecał, głaszcząc ją po policzku. - 

Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. 

-  A odrobiłeś już matmę na jutro? Rozwiązałeś te zadania? 
-  Tak, zrobiłem wszystko przed wyjazdem - wyjaśnił. - A ty jeszcze nie? 
-  Owszem, myślę, że poszło mi nieźle. Ale gdybyś zechciał na to spojrzeć... 

background image

Usiedli przy stole, ich głowy się dotykały. Johannes przejrzał jej pracę. 
-  Wszystko jest dobrze - uśmiechnął się. - Nie jesteś taka marna, jak uważasz. 
-  No,  przynajmniej  to  jedno  rozumiem  -  westchnęła  Johanne  z  ulgą.  -  Chociaż  to 

naprawdę bardzo wiele. 

Johannes  zerknął  na  zegarek.  -  O  Boże,  zrobiło  się  późno  -  powiedział  i  wstał.  -  Muszę 

wracać na moją stancję. 

-  Naprawdę musisz iść? 
-  Powinienem, Johanne. Ale teraz przez wiele tygodni nie pojadę do domu, więc będziemy 

mieć czas dla siebie. 

-  A w przyszłą sobotę pójdziesz na zabawę? 
-  Jeśli ty pójdziesz, to tak. 
-  Chyba pójdziemy razem? 
-   W  porządku.  W  takim  razie  Gunnar  też  będzie  zadowolony.  On  uważa  pewnie,  że  nie 

jestem typem zabawowym. 

-  Przypuszczam, że umiesz tańczyć? 
-  No, tyle o ile. 
-  To przecież ja mogę cię nauczyć - uśmiechnęła się. - W zamian za to, że ty uczysz mnie 

matmy. 

Pożegnanie zabrało im sporo czasu. Johanne tuliła się do niego i nie chciała go wypuścić. 

W końcu musiał rozluźnić jej uścisk i pocałował ją pospiesznie. 

-  Ja muszę już iść, Johanne. Zobaczymy się jutro. 
Szedł  do  domu  lekkim  krokiem.  Był  taki  uradowany.  Johanne  jest  jego!  Przymknął  na 

moment oczy i wyobraził sobie jej twarz. Poczuł jej zapach i ciepłe, delikatne ciało tuż przy 
sobie. Nigdy nie czuł się szczęśliwszy. Johanne należy do niego! 

Johannes lubił swoją szkołę. Nigdy nie przypuszczał, że tak szybko się w niej zadomowi, 

ale  tak  właśnie  było.  Do  jego  klasy  chodzili  fantastyczni  ludzie,  przyjaźń  z  Gunnarem  też 
miała swoje znaczenie. No i oczywiście jest Johanne. 

-  Nie  trwało  długo,  a  znalazłeś  sobie  dziewczynę  -  chichotał  Gunnar,  szturchając  go  w 

bok. - Dobrze, że nie miałeś dziewczyny w domu, skoro teraz pojawiła się Johanne. 

Johannes zarumienił się. 
-  Czy  to  poważna  sprawa?  -  spytał  Gunnar.  -  Czy  też  tak  po  prostu  tylko  ze  sobą 

chodzicie? 

-  Nie, to sprawa jak najbardziej poważna. 
-  No właśnie, ty sprawiasz takie wrażenie - przytaknął Gunnar. - Ty  wszystko traktujesz 

bardzo poważnie. 

-  My się kochamy. 
-  Zobaczymy,  jak  długo  to  potrwa  -  przerwał  mu  Gunnar  beztrosko.  -  Dziewcząt  to  jest 

pod dostatkiem, chyba już zauważyłeś. 

Johannes  nie  odpowiadał.  Nie  chciał  rozmawiać  z  Gunnarem  na  temat  Johanne.  A  inne 

dziewczyny go nie interesowały. To z Johanne to nie jest zwykły flirt, myślał. Gotów byłby 
dzielić z nią całe życie. Gunnarowi jednak tego nie powiedział. Gunnar by i tak nie zrozumiał. 
Może powiem mu kiedyś później, żeby go zdenerwować. 

-  Pójdziesz z nami w sobotę na zabawę? - spytał kolega. 
-  Pójdę, już o tym rozmawialiśmy, Johanne i ja. 
-  To  będzie  prawdziwa  zabawa  -  obiecywał  Gunnar.  -  W  ostatnią  sobotę  też  tam  byłem. 

Przychodzi  tutejsza  młodzież  i  uczniowie  ze  wszystkich  szkół,  a  także  jacyś  młodzieńcy  z 
osad wokół Orkdal. Mnóstwo ruchu i zamieszania - zachichotał, mrugając do Johannesa. -  I 
pod dostatkiem piwa. Człowiek powinien zadbać, żeby mieć dość piwa. 

-  A czy te zabawy odbywają się w każdą sobotę? Bo przecież w tę też była. 

background image

-  Nie,  ale  na  drzwiach  lokalu  wisi  lista.  Wynika  z  niej,  że  zabawy  odbywają  się  co  trzy 

tygodnie. Dlatego trzeba uważać, kiedy nadarza się okazja. 

Johannes  nie  był  całkiem  pewien,  czy  te  zabawy  w  lokalu  to  coś  dla  niego,  ale  nic  nie 

powiedział.  Poza  tym  było  jasne,  że  Johanne  ma  ochotę  tam  pójść,  a  on  nie  chciał  jej 
rozczarować.  Raz  mogę  się  wybrać  i  zobaczyć,  co  się  tam  dzieje,  myślał.  Jeśli  mi  się  nie 
spodoba, to będę próbował przekonać Johanne, żebyśmy robili coś innego. Sama zabawa nie 
była aż taka ważna, w każdym razie on tak nie uważał. 

Johanne znowu zaprosiła go na swoją stancję, po części, żeby pomógł jej w matematyce, a 

po części dlatego, że  chciała  go nauczyć tańca.  W pokoju usunęła meble pod ściany, potem 
zarzuciła mu ręce na szyję i nuciła, kręcąc się z nim w kółko. Johannes miał wielkie poczucie 
rytmu, więc szło im lepiej, niż się spodziewał. Brakowało mu tylko treningu, który dodałby 
mu pewności siebie. Kiedy Johanne nuciła melodię, radził sobie bardzo dobrze. 

-  Przecież ty umiesz tańczyć! - rozpromieniła się Johanne. 
-  No, nie wiem... 
-   Oczywiście,  że  umiesz  tańczyć,  naprawdę  będziemy  się  świetnie  bawić.  O,  jak  ja  się 

cieszę! 

Znowu  mocno  ją  do  siebie  przytulił  i  obracał  się  z  nią  po  pokoju.  Stwierdził,  że  lubi 

tańczyć, w każdym razie z Johanne. Johanne była leciutka i ciepła w jego ramionach. Cieszył 
się, że czuje jej delikatne ciało przy sobie, kiedy wirują w rytm walca. Jej policzki znajdowały 
się tuż przy jego twarzy, a włosy dziewczyny łaskotały go w nos. 

Kiedy  wracał  do  domu  po  takich  wieczorach  z  Johanne,  wszystko  w  nim  śpiewało  z 

radości.  Był  taki  zakochany,  że  serce  rzadko  kiedy  biło  mu  normalnie.  Może  powinienem 
zabrać ją do domu na jakąś sobotę i niedzielę, pomyślał, ale zaraz z tego zrezygnował. Może 
to  jednak  za  wcześnie. Bo  szczerze  mówiąc,  nie  znał jej  aż  tak  dobrze. Mimo  wszystko  był 
pewien,  że  życzyłby  sobie  wspólnej  przyszłości  z  Johanne,  chociaż  ona  uważa,  że  powinni 
zobaczyć, co im los przyniesie. Johannes ze swej strony uważał, że on nie potrzebuje czekać, 
ale też on nigdy przedtem nie był zakochany. W każdym razie nie tak jak teraz, na poważnie. 
Nie mógł sobie wyobrazić życia inaczej. I to jego uczucie miało trwać na zawsze. Jego ojciec 
też  wcześnie  spotkał  mamę,  Johannes  wiedział  o  tym,  matka  kiedyś  z  nim  na  ten  temat 
rozmawiała. Tylko że ojciec miał wtedy więcej niż piętnaście i pół roku, pomyślał Johannes. 
Tego  był  pewien.  Ale  jakie  znaczenie  ma  wiek?  Jeśli  spotka  się  właściwą  osobę,  to  to  jest 
właściwa osoba, myślał i wykonał na ulicy kilka tanecznych pas. W sobotę będzie tańczył z 
Johanne  tak,  że  wszystkim  oczy  wyjdą  na  wierzch  ze  zdziwienia.  I  wtedy  wszyscy 
zrozumieją, że oni są parą. Że to wszystko na poważnie. Że ona należy do niego. 

  
Ale  sobotni  wieczór  był  nie  do  końca  taki,  jak  sobie  Johannes  wymarzył.  W  lokalu  było 

zbyt wielu ludzi i zbyt wiele hałasu. 

Przed lokalem gromadziły się grupki młodzieży pijącej piwo. Johannes zauważył w tłoku 

Gunnara. 

-  Cześć, Johannes, chodź i ty też się napij! - wołał do niego kolega. 
Johannes  się  wahał.  Umówił  się  z  Johanne  przed  wejściem,  ale  nigdzie  jej  nie  widział. 

Chyba  jednak  jeszcze  nie  przyszła,  pomyślał  i  z  wahaniem  podszedł  do  Gunnara  oraz  jego 
towarzyszy. 

-  Teraz możesz sobie pozwolić, Johannesie - zachęcał Gunnar, podając mu butelkę piwa. - 

Tylko raz jesteś młody. - Gunnar nie jest całkiem trzeźwy, domyślił się Johannes, który miał 
bardzo  błyszczące  oczy  i  był  wyższy  niż  przeciętni  chłopcy.  Johannes  opróżniał  już  drugą 
butelkę, kiedy nagłe spostrzegł Johanne. Przyszła na zabawę z dwiema przyjaciółkami. 

-  Masz - powiedział, wyciągając butelkę w stronę Gunnara. - Patrz, przyszła Johanne. 
-  Ale ona chyba przez chwilę da sobie radę bez ciebie. Pij, człowieku. 

background image

Johannes  stwierdził  jednak,  że  ma  dość.  Czuł  się  lekki,  trochę  mu  szumiało  w  głowie  i 

zachwiał się nieznacznie, kiedy ruszał ku Johanne. 

Dziewczyna popatrzyła na niego. 
-  Piłeś piwo? 
-  Tak, wypiłem z... z Gunnarem i tamtymi chłopakami. Kiedy na ciebie czekałem - dodał i 

otarł wargi. 

-  Mam nadzieję, że nie jesteś pijany? 
-  Pijany,  nie!  -  Johannes  roześmiał  się.  Specjalnie  pijany  nie  był.  Nie  był  jednak 

przyzwyczajony do alkoholu, czuł więc teraz piwo i w głowie, i w nogach. Obiecał sam sobie, 
ż

e  nie  będzie  już  więcej  próbował  tego  paskudztwa.  Jakoś  nie  odczuwał  takiej  potrzeby,  a 

Johanne najwyraźniej nie lubi pijanych chłopaków. W gruncie rzeczy Johannes bardzo się z 
tego ucieszył. 

Muzyka była dobra, tańczyło im się świetnie. Johannes wirował ze swoją dziewczyną po 

sali. W końcu wszyscy muszą się dowiedzieć, że oni są parą. Ale nawet jeśli się dowiedzą, to 
chyba  nikt  nie  będzie  się  tym  bardzo  przejmował.  Kilka  razy  jacyś  podpici  chłopcy  prosili 
Johanne do tańca, ale ona za każdym razem odmawiała, ku wielkiej uldze Johannesa. 

-  Ja chcę tańczyć tylko z tobą - szeptała w walcu. - Z nikim innym. 
Serce znowu zaczęło mu mocniej bić, gwałtownie ją do siebie przytulał. 
-  Czy ty lubisz te zabawy? - spytał później wieczorem. 
-  Tak, uważam, że tu jest świetnie. 
Johannes nie za bardzo wiedział, co on sam o tym sądzi. Dla niego było tu za dużo hałasu, 

za dużo ludzi. Chciał mieć Johanne dla siebie. 

Wyszli  wcześnie.  Przyjaciółki  pochylały  ku  sobie  głowy  i  szeptały,  kiedy  szli,  a  Gunnar 

zawołał za Johannesem: 

-  A nie narób jakichś głupstw, muzykancie!  
Johannes poczuł, że się rumieni. 
-  Co on, na Boga, ma na myśli? - spytała Johanne. 
-  Ech, to tylko takie gadanie - zapewnił Johannes i objął ją ramieniem. - Nic innego, tylko 

gadanie. 

Nie był wprawdzie całkiem pewien, co Gunnar sobie myślał, zakładał jednak, że chodziło 

mu  o  niego  i  Johanne.  Szedł  tuż  przy  niej  i  wchłaniał  zapach  jej  włosów.  Nie  chciał  teraz 
myśleć o koledze. 

Było  za  późno,  żeby  mógł  pójść  z  nią  do  domu,  stali  więc  pod  ścianą  i  obejmowali  się 

czule. Jesienny wieczór był ciemny i chłodny. Johanne drżała w jego ramionach. 

-  Marzniesz? 
-  Byłam taka rozgrzana po tańcu, a teraz... 
-  Musisz iść do domu. Bo jak przemarzniesz, to się rozchorujesz. 
-  Będziemy częściej chodzić na tańce? 
-  Jeśli chcesz, to będziemy. 
-  A ty nie chcesz? 
-  Owszem, mogę chodzić. 
-  Moje przyjaciółki są zazdrosne - stwierdziła Johanne. 
-  Zazdrosne? 
-  Tak, każda z nich chciałaby ciebie mieć. 
-  No coś ty - prychnął i poczuł, że palą go uszy. - One tylko tak gadają. 
-  Nie, to prawda - upierała się Johanne. - To tylko ty nie dostrzegasz, jakie one posyłają ci 

spojrzenia. I dobrze, że tego nie widzisz. Bo ty jesteś mój, prawda? 

-  Twój - wyszeptał i ucałował ją. - Tylko twój. 
Kiedy się już położył, wziął poduszkę i przytulił do piersi, ukrył w niej twarz i marzył, że 

to Johanne. Przeniknął go słodki dreszcz. W końcu zasnął. 

background image

   
ROZDZIAŁ 15. 
  
Mali zatrzymała się na dziedzińcu, okrążyła dom i spojrzała na fiord. Był cichy, pogodny 

dzień,  ale  powietrze  chłodne.  Wiatr  od  Stortind  przypominał,  że  idzie  ku  zimie.  Rankami 
coraz częściej można było zobaczyć cieniutką warstwę śniegu na szczytach. Czas sprowadzić 
bydło  do  obory,  pomyślała.  Na  razie  zwierzęta  pasły  się  jeszcze  w  pobliskim  lesie,  Havard 
wspomniał  jednak,  że  w  najbliższych  dniach  wrócą  do  obejścia.  Mali  wyprostowała  plecy  i 
przeciągnęła się. Zaraz się zacznie mycie owiec, a wkrótce jesienne uboje. 

Minął  tydzień  od  wyjazdu  Martina  Bakkena.  Mali  odgarnęła  jakieś  niesforne  włosy  z 

twarzy  i  westchnęła.  Po  rozmowie  w  czasie  wesela  odnosiła  się  do  niego  z  pewnym 
dystansem, uważała, żeby nie zostać z nim sam na sam. Chociaż on nie podejmował już prób 
powrotu  do  tego  tematu.  Zachowywał  się  jak  zwykle,  był  sympatyczny  i  rozmowny.  Mali 
czasami miała nawet wrażenie, że chyba się pomyliła, że to nieprawda, iż wyznał jej miłość. 
On  jednak  to  zrobił,  a  Mali  za  nic  nie  chciała,  żeby  Havard  się  o  tym  dowiedział. 
Wzbudziłoby  to  w  nim niepotrzebny  niepokój  i  ściągnęło  na  niego  zmartwienia.  A  przecież 
cała  sprawa  nie  ma  żadnego  znaczenia,  przynajmniej  dla  niej.  Musiała  jednak  przyznać,  że 
Martin ją zaskoczył. Przez krótki czas podejrzewała, że Martin stracił głowę dla Dorbet, ale to 
nieprawda. Jeśli chciał, żeby Dorbet przyjechała do Ameryki, to głównie ze względu na sklep. 

Mali odprowadzała go tamtego ranka, kiedy wyjeżdżał. 
-  Dziękuję ci za przyjęcie, Mali. Dziękuję za gościnność i dziękuję za wszystkie wspaniałe 

prace, które ze sobą zabieram. Staraj się jak najwięcej tworzyć w przyszłości. 

-  Tak, będę tkać i będę ci to przysyłać. 
-  Świetnie, jeśli tylko zechcesz. 
-  Oczywiście, że zechcę. 
-  No  cóż,  nie  wiadomo,  kiedy  zobaczymy  się  znowu  -  powiedział,  wyciągając  do  niej 

rękę. - A może widzimy się po raz ostatni? 

-  Chyba przyjedziesz jeszcze do Norwegii, do rodziny w Rindalen? 
-  Mam taki zamiar, ale to nigdy nie wiadomo. Zobaczymy. Przez chwilę stali w milczeniu, 

on wciąż trzymał jej rękę. Po chwili chrząknął i spojrzał jej w oczy. 

-  Mam nadzieję, że nie uraziłem cię tym, co powiedziałem w sobotę. 
-  Nie - odparła cicho. - Ale dla mnie istnieje tylko Havard, Martinie. I ty o tym wiesz. 
-  Tak, wiem. 
-  Bardzo mi przykro, że ty to do mnie czujesz bez żadnej nadziei. 
-  Człowiek  nie  rządzi  swoimi  uczuciami  -  odparł  po  prostu.  -  Chciałem  tylko,  żebyś 

wiedziała. Ale oboje zdajemy sobie sprawę z tego, jaka jest sytuacja. 

W  tej  samej  chwili  Mali  spostrzegła  Dorbet.  Córka  biegła  ścieżką  na  skróty  przez  pola 

należące do Innstad. 

-  A tu idzie jeszcze ktoś, kto chciałby się z tobą pożegnać - powiedziała, cofając rękę. 
-  Uff,  zdążyłam  -  dyszała  Dorbet,  kiedy  już  do  nich  dobiegła.  -  Bardzo  chciałam  się 

pożegnać, ja też. 

Martin ujął obie jej ręce i uśmiechał się szeroko. 
-  Jak to milo z twojej strony, Dorbet. Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy. 
-  Przecież znowu tu przyjedziesz? 
-  Być może - odparł bez przekonania. - A może to ty przyjedziesz kiedyś do Ameryki. 
Dorbet zarumieniła się i uśmiechnęła. 
-  Ja bardzo bym chciała. 
Taksówka  właśnie  zajechała  na  dziedziniec.  Kierowca  wysiadł  i  zaczął  pakować  bagaże. 

Martin wsiadł do samochodu. Uniósł kapelusz w ostatnim pożegnaniu, po chwili zniknął. 

background image

-  Jaki  to  sympatyczny  człowiek  -  powiedziała  Dorbet,  patrząc  w  ślad  za  samochodem.  - 

Jak ja bym chciała pojechać tam, odwiedzić i jego, i Jenny... 

-  Chyba już o tym rozmawiałyśmy. 
-  Ale ty pojechałaś, mamo. Dlaczego ja nie miałabym zrobić tego samego? 
-  O tym też już rozmawiałyśmy. Może dlatego, że ja tam byłam i wiem, na jakie pokusy 

byłabyś narażona. 

-  Na pokusy? Byłaś narażona na jakieś pokusy? 
-  Możliwe, że byłam - odparła Mali krótko. 
Dorbet wpiła spojrzenie w matkę, przyglądała jej się uważnie. Mali poczuła się nieswojo. 
-  Czy coś się tam wtedy wydarzyło? Czy to dlatego wróciłaś do domu wcześniej? 
-  Nie,  nic  się  nie  wydarzyło.  Ale  to  jest  tak  daleko  od  domu,  Dorbet,  wszystko  tam  jest 

zupełnie inne. Łatwo się w tym zagubić. Zapomnieć. Trzeba mieć bardzo mocny kręgosłup, 
ż

eby... 

Dorbet zacisnęła wargi.  
-  Martin Bakken chciał, żebyś z nim została. Tak to było.  
Dorbet nie pytała. Ona to po prostu stwierdziła. 
-  Ale nic z tego nie wyszło - rzekła Mali, 
-  Tylko że mogło wyjść, prawda? 
Mali nie odpowiadała. Objęła córkę ramieniem. 
-  Masz tutaj swoją rodzinę, Dorbet. 
-  Ale przecież ja bym wróciła! Jeśli o mnie chodzi, to żadne takie pokusy nie wchodzą w 

rachubę. Bakken mógłby być moim ojcem. 

-  Owszem,  to  prawda,  ale  on  nie  jest  jedynym  mężczyzną  w  Ameryce.  Nie,  więcej  nie 

będziemy o tym rozmawiać - stwierdziła Mali. - Martin wyjechał i koniec. 

-  Ale  ja  i  tak  kiedyś  tam  pojadę  -  oznajmiła  Dorbet.  -  Już  dawno  to  postanowiłam. 

Oczywiście nie w tym roku ani w następnym, ale kiedyś pojadę. 

No  tak,  to  by  mnie  nie  zdziwiło,  pomyślała  Mali.  Dorbet  na  ogół  dostaje  to,  czego  chce. 

Teraz jednak nie będę się tym martwić, gdyby miało dojść do tego wyjazdu, to jeszcze długo 
na to poczekamy. 

-  Może wejdziesz do domu i napijesz się kawy? - spytała córkę. 
-  Nie, muszę wracać do domu - odparła Dorbet. - Pozdrów wszystkich. 
-  Dorbet,  ja  mam  na  myśli  tylko  twoje  dobro  -  powiedziała  Mali,  kiedy  córka  ruszyła  w 

stronę Granvold. 

-  Ja  jestem  już  dorosła,  mamo  -  odparła  Dorbet,  nie  odwracając  się.  -  Sama  potrafię  o 

siebie zadbać. 

Mali westchnęła. Potem poszła do domu. 
  
Mali  podskoczyła,  słysząc  tuż  za  sobą  kroki.  To  Mała  Mali  szła  przez  podwórze,  blada  i 

zgięta wpół. 

-  Co  się  dzieje,  moje  dziecko?  -  przestraszyła  się  Mali  i  pobiegła  do  wnuczki.  -  Coś  się 

stało? 

-  Tak mnie boli brzuch, babciu. Muszę iść do wygódki. 
-  Już wczoraj skarżyłaś się na brzuch. Zjadłaś może coś, czego nie strawiłaś? 
-  Ja nie wiem - jęknęło dziecko, kuląc się z bólu. - Kiedy tata z Helene wrócą do domu? 
-  Mają wrócić w środę. To za dwa dni. Tęsknisz za nimi?  
Mała  Mali  nie  odpowiedziała,  znowu  ból  wykrzywił  jej  buzię,  była  blada,  oczy  miała 

zapadnięte.  Mali  dotknęła  ręką  jej  czoła.  Było  zimne  i  lepkie  od  potu.  To  nie  jest  zwykła 
niestrawność, pomyślała. 

-  Pościelę ci na tapczanie, żebyś mogła się położyć, jak wrócisz. Nie martw się, niedługo 

poczujesz się lepiej. 

background image

Stała  i  patrzyła  na  szczupłe  plecy  dziewczynki,  która  wlokła  się  dalej  w  stronę  wygódki. 

Niedobrze, że ona choruje, kiedy ojciec wyjechał, pomyślała. I Helene też nie ma. A ona tak 
się  potrafi  troszczyć  o  Małą  Mali.  Ale  nowożeńcy  wyjechali  w  krótką,  spóźnioną  podróż 
poślubną do Trondheim. Mali wiedziała, w jakim hotelu mieszkają. Zostawili kartkę z nazwą 
i adresem, ale przecież sprawa nie jest chyba tak poważna, żeby musiała do nich telefonować. 
Jakąś niedyspozycję żołądkową uda im się pewnie opanować domowymi sposobami. 

Ale wczesnym popołudniem przyszło jej do głowy, że to musi być coś więcej niż zwykły 

ból brzucha. Mała Mali leżała na tapczanie z poszarzałą twarzą i spocona jęczała z bólu. Nie 
mogła  nic  jeść,  nawet  nic  nie  piła.  Od  czasu  do  czasu  jej  drobnym  ciałem  wstrząsały 
wymioty. Wyrzucała z siebie trochę żółci, a potem wyczerpana opadała znowu na poduszki. 

-  Nie  podoba  mi  się  to  -  powiedziała  zatroskana  Mali  do  Havarda.  -  Uważam,  że  trzeba 

zadzwonić  po  doktora.  To  nie  jest  zwyczajny  ból  brzucha,  nie.  -  Usiadła  przy  wnuczce  na 
tapczanie. - Czy mogę pomacać twój brzuch? 

Brzuch  dziewczynki  był  napięty  niczym  skóra  na  bębnie,  a  kiedy  Mali  dotknęła  go  po 

prawej stronie, wnuczka skuliła się i jęknęła z bólu. 

-  Moim zdaniem to ślepa kiszka - poinformowała Mali Havarda. - Na to mi wygląda. 
-  Mój Boże, co my teraz zrobimy? 
-  Trzeba jak najszybciej sprowadzić doktora i dowiedzieć się, co on na to powie. Jeśli to 

zapalenie ślepej kiszki, to potrzebna jest operacja. 

-  To Mała Mali musiałaby pojechać do szpitala? 
-  Ja nie chcę do szpitala - zawodziła wnuczka. 
-  Nie,  najpierw  doktor  przyjedzie  tutaj,  zobaczymy,  co  on  powie  -  tłumaczyła  Mali.  -  A 

gdybyś musiała jechać, to ja pojadę z tobą. Nie wyślemy cię samej. 

Na szczęście doktor był w domu, kiedy zadzwoniła. 
-  Ach, to ty, Mali? Co się dzieje? Zwykle nie dzwonisz bez powodu. 
-  No właśnie, chodzi o moją wnuczkę, Małą Mali, która ma silne bóle brzucha. To nie jest 

zwykłe niedomaganie, żadna niestrawność. Obawiam się, że to może być ślepa kiszka. 

-  Ślepa kiszka, powiadasz? 
-  Na to mi wygląda. 
-  W takim razie muszę ją obejrzeć. Akurat jestem wolny, to przyjadę do was najszybciej, 

jak zdołam. 

Mali  podziękowała  i  odwiesiła  słuchawkę.  Odczuła  ulgę  na  myśl,  że  lekarz  wkrótce 

przyjedzie.  Szczerze  mówiąc,  nie  bardzo  na  nim  polegała,  ale  w  takich  sytuacjach  jak  ta 
bywał  przydatny.  Bardzo  nie  chciała  brać  na  siebie  całej  odpowiedzialności  za  Małą  Mali. 
Jeśli  jest  tak,  jak  się  obawia,  to  dziecko  musi  pojechać  do  szpitala.  A  o  tym  powinien 
zdecydować lekarz. 

  
Minęło pół godziny, zanim samochód doktora wjechał na podwórze. Stan małej wyraźnie 

się pogorszył, Mali chodziła niespokojnie od okna do okna, aż w końcu zobaczyła samochód. 
Wybiegła na ganek, żeby przywitać doktora. 

-  Ona jest poważnie chora - poinformowała doktora zdenerwowana. - Bardzo mi się to nie 

podoba. 

Doktor nie potrzebował wiele czasu, by stwierdzić, o co chodzi. 
-  Zapalenie  ślepej  kiszki  -  oznajmił  z  powagą  -  i  to  bardzo  zaawansowane.  Gdyby 

wyrostek  pękł...  Koniecznie  musimy  przewieźć  dziecko  do  szpitala  najszybciej,  jak  to 
możliwe. 

Zaraz  zadzwonił  i  zamówił  karetkę  z  Kvannes.  Potem  zatelefonował  do  szpitala  w 

Kristiansund  i  poinformował  o  sytuacji,  powiedział,  że  sprawa  jest  pilna,  a  mała  jak 
najszybciej powinna zostać zoperowana. 

background image

-  Będziesz  mogła  z  nią  pojechać,  Mali.  W  karetce  jest  miejsce  przy  noszach.  Mała  nie 

powinna być sama. 

-  Oczywiście,  to  jasne,  że  pojadę  -  potwierdziła  Mali.  -  A  jak  myślisz? Czy  to  wszystko 

dobrze się skończy? 

-  Musimy mieć nadzieję i wierzyć, że tak - rzekł lekarz z powagą. - To, czego się boję, to 

możliwość  rozlania  się  wrzodu,  zanim  mała  znajdzie  się  na  stole  operacyjnym.  To  by  było 
bardzo  niedobrze.  Ale  zaraz  wyruszymy  w  drogę,  więc  powinniśmy  tylko  trzymać  za  nią 
kciuki. 

Podał  jej  jakiś  blankiet  do  wypełnienia.  Mali  wpisała  nazwisko  i  datę  urodzenia  Małej 

Mali, lekarz wpisał diagnozę. 

-  Musisz to ze sobą zabrać - powiedział. - Oddaj zaraz, jak przyjedziecie. 
-  Spróbuj dodzwonić się do Oi - powiedziała Mali do Havarda. - Mam tu kartkę z nazwą i 

telefonem  hotelu,  w  którym  mieszkają.  Zadzwoń  tam  i  spróbuj  się  z  nimi  porozumieć. 
Powinni wiedzieć, co się dzieje. 

-  Myślę, że dziś wieczorem już do Kristansund nie dojadą. 
-  Nie,  ale  jutro  mogliby  przyjechać.  To  zresztą  tylko  dzień  wcześniej,  niż  planowali 

wyjechać z Trondheim. 

Przyjechała  karetka  i  Mała  Mali  została  otulona  kocem,  ostrożnie  ułożona  na  noszach  i 

zaniesiona do samochodu. Buzię miała białą niczym ściana, płakała żałośnie, zarówno z bólu, 
jak i ze strachu. 

-  Będę  przy  tobie  przez  cały  czas  -  zapewniła  Mali,  ujmując  rękę  dziewczynki.  -  Nie 

odejdę od ciebie. 

-  Ja nie chcę jechać do szpitala, babciu! 
-  Ale niestety musisz. Lekarze muszą ci wyciąć tę paskudną ślepą kiszkę, to konieczne. 
-  Musisz być dzielną dziewczynką - tłumaczył Havard, wsuwając głowę do karetki. - A ja 

spróbuję skontaktować się z twoim tatą i z Helene, to przyjadą do ciebie w odwiedziny, kiedy 
będziesz leżeć w szpitalu. 

Drzwi się zatrzasnęły i ruszyli w drogę. Mali miała wrażenie, że ta podróż trwa wiecznie. 

Siedziała  bardzo  niewygodnie  na  małym  stołeczku,  droga  była  kręta  i  wyboista.  Mała  Mali 
zapadała  raz  po  raz  w  drzemkę,  ale  kiedy  otwierała  oczy,  Mali  zawsze  trzymała  jej  zimną 
rączkę  albo  głaskała  po  twarzy  i  przemawiała  do  mej  cicho.  Szpony  strachu  zaciskały  się 
wokół  jej  serca.  Nie  była  w  stanie  myśleć,  co  by  się  stało,  gdyby  Oja  stracił  również  Małą 
Mali.  Taki  zły  Bóg  chyba  nie  jest,  myślała  w  panice.  Głaskała  dziecko  po  włosach  i 
próbowała się modlić. 

-  Dobry  Boże,  doprowadź  nas  na  czas  do  szpitala.  Okaż  łaskę  temu  dziecku.  My  nie 

możemy stracić kolejnej ukochanej istoty. Spójrz na nas łaskawie, dobry Boże. 

Modlitwa nie przynosiła jednak pociechy, Mali czuła, że żadna odpowiedź nie nadchodzi. 

Siedziała sztywna przy dziecku, kiedy samochód toczył się po drodze w ten ciemny wieczór. 
Kiedy dojechali do szpitala, wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko. Nosze przeniesiono do 
pokoju  lekarskiego,  Mali  siedziała  za  drzwiami,  masując  sztywne,  zimne  ręce.  Za  każdym 
razem,  kiedy  drzwi  się  otwierały,  Mali  zrywała  się  z  miejsca,  ale  minęła  niemal  wieczność, 
zanim ktoś do niej przyszedł. W końcu pokazała się jakaś starsza pielęgniarka. 

-  To ty przywiozłaś tę małą z zapaleniem ślepej kiszki? 
-  Tak, to ja. Więc to jednak ślepa kiszka? 
-  Tak, teraz przygotowujemy dziecko do operacji. Lekarze nie chcą czekać, boją się, żeby 

wyrostek nie pękł. - Popatrzyła na Mali ze współczuciem. - Właściwie to nie masz tu teraz nic 
do roboty. Powinnaś wrócić do domu i przyjść raczej jutro rano. 

-  Tylko  że  ja  mam  do  domu  bardzo  daleko  -  poinformowała  Mali.  -  Najchętniej 

poczekałabym tutaj. Na wszelki wypadek - dodała. 

background image

-  W takim razie zaprowadzę cię na oddział, gdzie mała zostanie przewieziona po operacji - 

powiedziała  pielęgniarka.  -  Możesz  tam  siedzieć,  ale  dziś  w  nocy  i  tak  nie  będziesz  mogła 
przy niej być. Jeśli jednak tam zostaniesz, to nikt cię nie wyprosi. 

-  Ale chyba operacja się uda? - spytała Mali. 
-  Musimy  mieć  nadzieję  -  rzekła  pielęgniarka,  nie  patrząc  jej  w  oczy.  -  Dziecko  jest 

bardzo chore, a operacja to zawsze operacja. 

Jakoś  nie  stara  się  mnie  pocieszyć,  pomyślała  Mali  przygnębiona.  Poszła  za  pielęgniarką 

do windy i pojechały obie na drugie piętro. 

Pielęgniarka wskazała głową korytarz. 
-  Znajdziesz tam jakieś krzesło. Ja powiem dyżurnej, że będziesz tu siedzieć. 
Mali  znalazła  krzesło,  usiadła  ciężko  i  postawiła  przy  sobie  torebkę.  Była  sztywna  i 

odrętwiała po długiej podróży. Nieczęsto bywała w szpitalu. Siedziała teraz i przyglądała się 
pacjentom,  chodzącym  wolno  po  korytarzu,  i  pielęgniarkom,  które  przebiegały  obok  niej  w 
pośpiechu, niektóre uśmiechały się do niej życzliwie. 

Oparła  głowę  o  ścianę  i  przymknęła  oczy.  Ile  czasu  już  minęło?  Godzina?  Dwie?  Mali 

spojrzała  na  zegarek.  Dochodziła  północ.  Głowę  miała  ciężką,  strach  palił  w  piersiach. 
Złożyła ręce, ale nie mogła się modlić. Bóg przecież i tak wie, o co mogłabym go prosić. Nie 
trzeba już nic mówić. Jeśli zechce pomóc, to wie, o co chodzi. 

Na  chwilę  musiała  się  zdrzemnąć,  bo  nagle  ocknęła  się  i  podskoczyła  ze  strachu,  kiedy 

rozległy  się  hałasy  przy  drzwiach  windy.  Na  korytarzu  pojawiło  się  łóżko  na  kółkach.  Mali 
pospiesznie  zerwała  się  z  miejsca.  To  musi  być  Mała  Mali!  Chwyciła  torebkę  i  pobiegła 
korytarzem  w  stronę  łóżka.  Tak,  to  była  Mała  Mali.  Leżała  z  zamkniętymi  oczyma.  Włosy 
okrywały poduszkę. 

-  Ja  jestem  jej  babcią  -  powiedziała  Mali  zdyszana  do  pielęgniarki,  która  pchała  łóżko.  - 

Co z nią? 

-  Powinnaś porozmawiać z dyżurnym - odparła tamta. - Ja tylko ją tu przywiozłam. 
Mali  poszła  do  dyżurki.  Młody  mężczyzna  wysunął  głowę  zza  drzwi  i  coś  komuś 

tłumaczył, a w chwilę potem na korytarz, wyszła pielęgniarka. 

-  Aha, to jest Mała Mali Stornes - powiedziała i pogłaskała dziecko po czole. - Czekaliśmy 

tu na nią. 

-  Czy już po wszystkim? - spytała Mali pospiesznie. - Operacja się udała? 
-  Nie było żadnych problemów. Tak, już po wszystkim. Czy to ty z nią przyjechałaś? 
-  Jestem jej babcią. Rodziców nie było w domu, kiedy zachorowała, więc... 
-  Pochodzicie gdzieś spoza miasta? 
-  Tak, z Inndalen. 
-  A  gdzie  zamierzasz  dzisiaj  przenocować?  Dziecko  będzie  głęboko  spać  jeszcze  przez 

wiele godzin. Byłoby chyba najlepiej, gdybyś poszła do hotelu i też się trochę przespała. Jutro 
będziesz mogła z nią porozmawiać. 

-  Gdyby  mi  było  wolno,  to  najchętniej  posiedziałabym  tutaj  na  krześle  -  rzekła  Mali.  - 

Chciałabym być w pobliżu... 

-  No  cóż,  jeśli  chcesz.  Ale  to  nie  jest  konieczne.  Wszystko  poszło  tak  jak  trzeba,  nie 

istnieje już żadne niebezpieczeństwo. 

-  Na pewno? 
-  Ależ  tak  -  zapewniła  pielęgniarka  z  uśmiechem.  -  Posiedź  tu  chwilę,  ja  zaraz  wrócę. 

Najpierw muszę się zająć dzieckiem. 

Wielka ulga przepełniła serce Mali. Wszystko poszło dobrze! Musi wierzyć, że to prawda. 

Może  rzeczywiście  powinna  pójść  do  hotelu  i  położyć  się  na  parę  godzin,  a  jutro  rano 
zadzwoni  do  domu.  I  będzie  mogła  też  zjeść  śniadanie.  Bo  przecież  potrzebuje  trochę 
jedzenia, czuła to wyraźnie, minęło mnóstwo czasu od ostatniego posiłku. Szybko otworzyła 

background image

torebkę  i  sprawdziła  zawartość  portfela.  Wzięła  wystarczająco  dużo  pieniędzy  z  domu,  nie 
będzie problemu z mieszkaniem w hotelu. 

-  Teraz dziecku jest dobrze - poinformowała pielęgniarka, kiedy znowu do niej wyszła. - 

A co ty postanowiłaś zrobić? 

-  Myślę, że jednak pojadę do hotelu i prześpię się parę godzin. Ale mam nadzieję, że jutro 

rano będę mogła tu przyjść? 

-  Oczywiście, będziesz mogła, chociaż my bardzo przestrzegamy godzin wizyt. Obiecuję 

ci  jednak,  że  zobaczysz  dziecko.  Wtedy  zresztą  ona  już  nie  będzie  spać.  Moim  zdaniem  to 
rozsądne, że tak postanowiłaś. Bardzo byś się zmęczyła, siedząc tu całą noc. Zapiszę ci numer 
telefonu,  więc  gdybyś  się  denerwowała,  to  możesz  zadzwonić.  Ale  wszystko  jest  w 
najlepszym porządku - dodała. - Wszystko idzie dobrze. 

  
Mali pojechała taksówką do hotelu w pobliżu szpitala. Kiedy znalazła się już w pokoju, z 

ulgą  zrzuciła  buty  z  nóg  i  zaczęła  się  rozbierać.  Nie  wzięła  ze  sobą  niczego  na  zmianę, 
położyła się więc do łóżka w samej bieliźnie. Pościel przyjemnie chłodziła jej skórę i wtedy 
Mali poczuła, jak strasznie jest zmęczona. Przeciągnęła się i westchnęła. 

A może powinnam była  zostać w szpitalu, pomyślała zdjęta nagłym niepokojem. Szybko 

jednak odepchnęła od siebie tę myśl. Wszystko będzie dobrze. A dla niej ważne jest, że może 
kilka godzin odpocząć i rano zjeść jakieś śniadanie, bo czekają znowu długi dzień. Nie liczyła 
na to, że będzie go mogła spędzić u Małej Mali. Skoro tak surowo przestrzegają godzin wizyt, 
to  dobrze  jest  mieszkać  w  hotelu,  żeby  mieć  gdzie  pójść  na  te  długie  godziny  czekania. 
Wiedziała, że musi tu zostać, dopóki Oja z Helene nie przyjadą. 

Złożyła  ręce  i  posłała  Panu  Bogu  szczere  podziękowania.  On  nie  zawsze  jest  tak  samo 

głuchy, jak sądzę, pomyślała. Tym razem wysłuchał moich błagań. 

Skuliła się, podłożyła rękę pod głowę i zasnęła. 
   
ROZDZIAŁ 16. 
  
Po śniadaniu następnego dnia Mali poszła do recepcji, żeby zatelefonować. Wiedziała, że 

teraz w Stornes jedzą śniadanie, była więc pewna, że zastanie Havarda. 

-  Słucham, Stornes. 
-  To ja, Havardzie. 
-  No i jak poszło? 
-  Mała  Mali  była  operowana  wczoraj  późnym  wieczorem  i  podobno  wszystko  poszło 

dobrze. 

-  Jak dobrze to słyszeć! A gdzie ty spędziłaś noc? 
-  Ja zatrzymałam się w niedużym hotelu. Wczoraj wieczorem widziałam Małą Mali tylko 

krótko.  Oni  tam  bardzo  przestrzegają  czasu  wizyt,  ale  będę  mogła  pójść  dzisiaj  rano  i  ją 
odwiedzić. A potem wrócę jeszcze po południu w czasie, kiedy są wizyty. 

-  To bardzo rozsądne, że wzięłaś hotel, Mali. Strasznie się bałem, że przesiedzisz całą noc 

na jakimś krzesełku. 

-  Skontaktowałeś się z Oją? 
-  Tak, oboje są przerażeni, możesz sobie wyobrazić. Oni dzisiaj przyjadą do Kristiansund, 

zjawią  się  chyba  gdzieś  po  południu.  Mają  do  mnie  teraz  dzwonić  w  nadziei,  że  dostałem 
wiadomości od ciebie. 

-  W takim razie powiedz im, że wszystko jest dobrze. Że operacja się udała, jak mówiłam. 
-  Dobrze, powiem. A kiedy ty wrócisz do domu? 
-  Zostanę tutaj, dopóki Oja z Helene nie przyjadą, a potem jutro wcześnie rano wyjadę do 

domu autobusem. Zapytam w szpitalu, czy Oja z Helene mogliby odwiedzić Małą Mali, kiedy 
przyjadą. Możliwe, że mi się to uda. Poza tym to mieszkam w hotelu Norrona.  Zamówię tu 

background image

dla nich pokój, a potem  pójdę na przystanek  autobusowy, żeby się z nimi spotkać. Dowiem 
się, kiedy przyjeżdża ich autobus. Pozdrów ich ode mnie. 

-   Dobrze,  a  ty  pozdrów  Małą  Mali  i  sama  dbaj  o  siebie.  W  takim  razie  zobaczymy  się 

jutro. 

Mali odłożyła słuchawkę. 
-  Zostaje pani na dłużej? - spytała pani za ladą. 
-  Wyjadę jutro po śniadaniu. I chciałam jeszcze zamówić dwuosobowy pokój. Po południu 

przyjedzie mój syn z żoną. 

-  W porządku, dostaną pokój na tym samym korytarzu co pani. 
Mali znowu podziękowała. 
-  A jak ja się stąd dostanę do szpitala? - spytała. 
-  To nie jest daleko, można iść, a poza tym do szpitala jeździ autobus, który zatrzymuje się 

przy hotelu. To tylko trzy przystanki. 

Mali wyszła do miasta, gdzie trwał poranny ruch. Bardzo szybko przyjechał autobus, Mali 

siedziała  i  wyglądała  przez  okno,  kiedy  jechali  w  stronę  szpitala.  Była  wstrząśnięta 
zniszczeniami,  jakie  wojna  poczyniła  w  tym  pięknym  mieście.  Sytuacja  wyglądała  znacznie 
gorzej,  niż  Mali  sądziła.  Słyszała  wprawdzie  o  zniszczeniach,  ale  zobaczyć  wszystko  na 
własne oczy to coś zupełnie innego. Teraz w różnych punktach trwała budowa. Najwyraźniej 
mieszkańcy postanowili odbudować swoje miasto. 

Mała  Mali  już  nie  spała,  kiedy  babka  weszła  do  pokoju,  w  którym  dziewczynka  leżała 

razem z trojgiem innych dzieci. Oczy ma takie wielkie i ciemne na tle bladej buzi, pomyślała 
Mali. Ale na widok babki dziewczynka się uśmiechnęła. 

-  No i jak ty się czujesz, moje dziecko? - spytała Mali, tuląc ją ostrożnie. - Już ci lepiej? 
-  Trochę mnie boli, ale wytrzymuję. 
-  Przyjechałaś  karetką  aż  ze  Stornes!  I  teraz  leżysz  w  szpitalu,  byłaś  operowana  i  w 

ogóle... 

-  Wcale nie czułam, że jestem operowana. 
-  No bo dostałaś znieczulenie, wiesz. 
-  To strasznie śmierdziało! 
-  Tak, bo to eter. 
-  Myślałam, że się uduszę. Kazali mi liczyć, ale daleko chyba nie doszłam. 
-  A w nocy dobrze spałaś? 
-  Tak, dosyć dobrze, tylko miałam mdłości.  
Mali poklepała dziecko po policzku. 
-  A ja spędziłam noc w hotelu. Nie mogłam być tutaj przy tobie, ale skoro lekarze mówili, 

ż

e wszystko poszło dobrze, to ja też mogłam odpocząć kilka godzin. Właściwie nie powinnam 

była  dzisiaj  tu  przyjść  przed  czasem  odwiedzin,  ale  pielęgniarki  zrobiły  dla  mnie  wyjątek. 
Dlatego nie mogę długo z tobą zostać, zaraz muszę wyjść. Przyjdę jednak znowu o drugiej. 

-  A mój tatuś? 
-  Oni oboje z Helene przyjadą po południu. Zapytam teraz, czy mogliby do ciebie zajrzeć 

na parę minut. Jeśli nie, to przyjdą jutro w czasie odwiedzin. A ja jutro wcześnie rano pojadę 
do domu. Ty będziesz miała tutaj tatusia i Helene. 

-  Jesteś bardzo dobra, babciu, że ze mną przyjechałaś. 
-  Jeszcze  by  tego  brakowało  -  rzekła  Mali,  ściskając  jej  rączkę.  -  Przecież  nie  mogłaś 

jechać sama. 

-  A jak myślisz, jak długo będę tu leżeć? 
-  Zaraz zapytam lekarza. Ale to potrwa chyba kilka dni. 
-  Myślisz, że tatuś mógłby ze mną zostać? 
-  Gdyby to miało trwać  dłużej, to pewnie będzie musiał wrócić do domu. Ale zostanie z 

tobą Helene, przywiezie cię do domu autobusem. 

background image

-  Ja teraz nie jestem jeszcze w stanie się podnieść. 
-  No  pewnie,  teraz  jeszcze  nie.  Ale  będziesz  szybko  dochodzić  do  zdrowia,  zobaczysz. 

Najważniejsze, że operacja się udała. Wczoraj bardzo się o ciebie bałam. 

-  To mama się mną opiekuje. Czułam to w nocy. Ona nie odeszła daleko, babciu. 
-  Nie  odeszła,  masz  rację  -  przytaknęła  Mali.  -  Jestem  pewna,  że  ona  wciąż  na  ciebie 

patrzy. 

Drzwi otworzyły się cicho i weszła pielęgniarka.  
-  Myślę, że reszta może poczekać do czasu odwiedzin - powiedziała życzliwie.  
Mali wstała. Była wdzięczna, że w ogóle pozwolono jej posiedzieć tutaj chociaż chwilkę. 

Teraz jest przynajmniej pewna, że Mała Mali ma się tu dobrze. 

-  No to trzymaj się, dziecino, przyjdę znowu o drugiej - powiedziała, tuląc wnuczkę. - A 

ty sobie odpoczywaj, to szybko dojdziesz do zdrowia. 

Odwróciła  się  jeszcze  w  drzwiach  i  pomachała  dziecku  ręką.  Mała  Mali  odpowiedziała 

tym  samym  i  bladym  uśmiechem.  Za  dobrze  to  ona  nie  wygląda,  pomyślała  Mali,  ale  na 
szczęście najgorsze minęło. Mała Mali jest młoda i silna, szybko wróci do zdrowia. I znowu 
wszystko będzie dobrze. 

  
Tym razem nie czekała na autobus, poszła spacerkiem do miasta. Miała zamiar wrócić do 

hotelu i wziąć gorącą kąpiel, bo rano nie zajęła się sobą jak trzeba. Chciała po drodze kupić 
jakąś  nową  bluzkę  i  komplet  bielizny.  Odczuwała  potrzebę  włożenia  na  siebie  czegoś 
czystego. 

Znalazła  rzemieślniczy  sklep  krawiecki  i  kupiła  tam  wszystko,  czego  szukała.  Z  paczką 

pod  pachą  poszła  do  hotelu.  Kupiła  też  gazetę,  żeby  mieć  coś  do  czytania.  Czas  będzie  się 
dłużył, zanim nadejdzie pora odwiedzin w szpitalu. 

Znalazła się tam bardzo wcześnie. Po drodze kupiła lalkę i obrazki do naklejania dla Małej 

Mali.  Dziecko  rozjaśniło  się  na  widok  prezentu.  Wnuczka  opowiedziała,  że  zjadła  już  lekki 
obiad i że czuje się o wiele lepiej niż rano. 

-  No  i  by  obchód  -  mówiła  z  przejęciem.  -  Przyszedł  cały  orszak  lekarzy  i  pielęgniarek. 

Powiedzieli, że byłam bardzo dzielna. 

-  No bo byłaś - zgodziła się Mali. - A mówili coś o tym, jak długo musisz tu zostać? 
-  Nie, w każdym razie ja nie słyszałam. 
Będę  musiała  pójść  do  dyżurnego  lekarza  i  spytać,  pomyślała  Mali.  Trzeba  też  wyjaśnić, 

czy  Oja  z  Helene  mogą  zajrzeć  do  dziecka,  kiedy  przyjadą  późnym  popołudniem.  Pewnie 
bardzo chcą zobaczyć małą i przekonać się na własne oczy, że wszystko jest w porządku. 

-  Jutro rano ja pojadę do domu - przypomniała Mali, kiedy odwiedziny dobiegały końca. - 

Dbaj  tu  o  siebie  i  wracaj  do  zdrowia,  żebyś  mogła  jak  najszybciej  być  znowu  w  domu. 
Zapewniam cię, że na twój powrót przygotujemy dużą uroczystość powitalną. 

-  A czy dzisiaj po południu tatuś z Helene do mnie przyjdą? 
-  Zaraz zapytam, ale obiecać ci nie mogę. Jeśli będą mogli, to na pewno przyjdą, jeśli nie 

dostaniemy pozwolenia, to będziesz musiała czekać do jutra, ale na pewno dasz sobie radę. 

Dziecko uśmiechnęło się mężnie, Mali spostrzegła jednak, że wargi dziewczynki drżą. Tak 

bardzo  chciała  zobaczyć  ojca  i  Helene.  Mali  pożegnała  się  z  nią  pospiesznie  i  poszła  do 
dyżurki, żeby zapytać, jak to będzie. 

-  Możemy zrobić mały wyjątek - zgodziła się uprzejmie siostra. - Tylko to nie może długo 

trwać. 

-  Nie, nie, oni chcieliby ją tylko zobaczyć - zapewniała Mali. 
-  W takim razie zgoda. 
Uczucie ulgi przepełniło Mali. Pierwsze, o czym powiedziała Oi i Helene, kiedy wysiedli z 

autobusu,  to  że  powinni  teraz  jak  najszybciej  pojechać  do  szpitala.  Ona  wybrała  się  z  nimi, 
pokazywała  drogę,  ale  czekała  na  nich  na  korytarzu.  Wizyta  nie  trwała  dłużej  niż  dziesięć 

background image

minut, ale to zawsze więcej niż nic. Spostrzegła, że Helene ma wilgotne oczy, kiedy wyszła z 
sali. 

-  Biedna mała - westchnęła Helene. - Jest taka blada i zmęczona. 
-  Teraz to ona wygląda wspaniale - wtrąciła Mali. - Powinniście byli zobaczyć ją wczoraj. 
-  A to dopiero pech, że musiało się to zdarzyć akurat pod naszą nieobecność - mówił Oja. 

-  No  ale  Bogu  dzięki,  dobrze  się  skończyło.  Należą  ci  się  podziękowania  za  wszystkie 
kłopoty, mamo. 

-  Nie ma mowy o żadnych kłopotach - zaprotestowała Mali. - Bardzo się cieszę, że już nie 

ma  niebezpieczeństwa.  Bo  był  wczoraj  taki  moment,  że  poważnie  się  bałam,  co  to  będzie. 
Zresztą doktor też nie był wielkim optymistą. 

-  No  właśnie,  my  również  dużo  o  tym  rozmawialiśmy.  Właściwie  niewiele  spaliśmy 

dzisiejszej nocy. 

-  W takim razie dziś położymy się wcześnie - postanowiła Mali. - Zamówiłam wam pokój 

w hotelu. Teraz jednak pójdziemy coś zjeść. Myślę, że wy też nie jedliście jeszcze obiadu? 

-  Nie, minęło sporo czasu od ostatniego posiłku, chętnie coś zjemy. 
Był to bardzo miły obiad w małej restauracji w mieście. 
-  Podróż poślubna nie bardzo wam się udała - powiedziała Mali przy deserze. - Chyba nie 

tak ją sobie wyobrażaliście? 

-  Cieszymy  się  teraz,  że  Malej  Mali  nic  się  nie  stało.  Ja  zostanę  jeszcze  jeden  dzień, 

dopiero  później  wrócę  do  domu,  więc  ten  dzień  również  spędzimy  razem.  A  potem  Helene 
zostanie i poczeka, aż Mała Mali wyzdrowieje. Tak się umówiliśmy, prawda, Helene? 

Ona skinęła głową. 
-  Ja  się  dowiadywałam  w  szpitalu  dzisiaj  rano  -  poinformowała  Mali.  -  Mówią,  że  Mała 

Mali  może  być  wypisana  w  piątek.  Więc  niedługo  będziesz  sama,  Helene,  skoro  Oja  ma 
zostać tutaj na jutro. W takim razie sama spędzisz tylko czwartek, a to chyba jakoś zleci. 

-  Oczywiście, dam sobie radę - skinęła Helene. - Pochodzę trochę po sklepach. 
-  Ja  wczoraj  byłam  w  sklepie  rzemieślniczym  -  powiedziała  Mali.  -  Nie  ma  jeszcze 

wielkiego wyboru, ale i tak miło jest pochodzić i popatrzeć. 

-  W Trondheim dostałam nową sukienkę - uśmiechnęła się Helene. - Więc teraz skończy 

się chyba na oglądaniu. 

-  Możesz  sobie  kupić,  jeśli  coś  ci  się  spodoba  -  oznajmił  Oja  wielkodusznie.  -  I  może 

kupiłabyś też nową sukienkę dla Małej Mali. Ona potrzebuje czegoś na pociechę. 

-  Kupię, jeśli znajdę coś ciekawego - zgodziła się Helene. 
Wolno wracali do hotelu. Potem Mali zadzwoniła znowu do Havarda i poinformowała, że 

wszystko jest w najlepszym porządku, że Oja i Helene przyjechali. 

-  W takim razie ja wrócę do domu autobusem jutro rano - zakończyła. 
-  No to ja wyjadę po ciebie do Opphus. Będę tam czekał, kiedy przyjedziesz. 
-  Cieszę się na powrót do domu. 
-  I ja się cieszę, że wracasz. 
Mali położyła się, długo leżała i wsłuchiwała się we wszystkie nieznajome dźwięki, jakie 

docierały  do  niej  z  zewnątrz.  Naprawdę  cieszyła  się  z  powrotu  do  domu. Nie  przywykła  do 
takich  pospiesznych  wyjazdów  do  miasta.  Tyle  było  ostatnio  napięcia,  myślała.  Czuła  się 
zmęczona.  Bo  też  rzeczywiście  miała  czym.  Wesele,  Bakken,  wszystkie  inne  sprawy.  Teraz 
czeka  ją  kilka  spokojnych  dni,  zanim  zacznie  się  mycie  owiec,  a  potem  jesienne  uboje. 
Wkrótce znowu święta, ze wszystkimi przygotowaniami, które co roku trzeba wykonać. 

Złożyła ręce i jeszcze raz podziękowała Panu Bogu. Tym razem okazał im łaskę. 
 
-  Czy byłbyś taki miły i pomógł mi wieczorem z matmą, Jonannes? - Johanne stała przed 

nim z prośbą w oczach. Położył jej rękę na ramieniu. 

-  Boisz się jutrzejszej klasówki? 

background image

-  Ja na pewno wszystko zawalę - westchnęła dziewczyna. 
-  Skąd ten pesymizm? Pouczymy się trochę i będzie dobrze. Ale czy tym razem mogłabyś 

ty przyjść do mnie? 

-  A twoja gospodyni się zgodzi? 
-  Zgodzi się, tylko że to nie może trwać do późna. 
-  W takim razie przyjdę o siódmej. 
Johannes  bez  słowa  skinął  głową  i  patrzył  na  odchodzącą  Johanne.  Nigdy  nie  miał  tego 

dość. Zdarzało się, że nawet na lekcjach pogrążał się w marzeniach, siedział i wpatrywał się 
w jasny koński ogon na jej delikatnym karku. Coraz częściej myślał o tym, że którejś niedzieli 
powinien zawieźć ją do domu, kiedy jednak jej o tym wspomniał, ona zaprotestowała. 

-  Jest jeszcze za wcześnie - powiedziała, ściskając mu rękę. - Oni by nie zrozumieli. 
-  No to może w święta w takim razie? 
-  No  może,  w  święta  chyba  bym  mogła  przyjechać  na  parę  dni  -  rozpromieniła  się 

Johanne. - To by było możliwe. 

Johannes  zaczął  się  już  cieszyć  na  świąteczne  ferie.  Wiedział,  że  najpierw  musi 

porozmawiać  z  rodzicami,  czy  wolno  mu  zaprosić  przyjaciółkę.  Może  oni  odmówią,  myślał 
ponuro. Musi podjąć ten temat przy najbliższej wizycie w domu. Muszą się zgodzić! 

Gunnar wciąż mu dokuczał, jeśli chodzi o Johanne. 
-  Z  tą  Johanne  to  jakaś  bardzo  poważna  sprawa  -  mówił  z  przejęciem.  -  Powinieneś  był 

raczej znaleźć sobie dziewczynę, której nie traktowałbyś aż tak serio. 

-  Nie chcę słuchać takiego gadania - burknął Johannes ze złością. 
-  A jak daleko w takim razie zaszły sprawy z Johanne? 
-  Nie  wiem...  -  Johannes  zwlekał  z  odpowiedzią,  nie  był  pewien,  ile  może  wyznać 

przyjacielowi. - Po prostu chcę z nią chodzić. 

-  No widzę, prawie się nie rozstajecie - mówił Gunnar. - Ty w ogóle innych nie widzisz. 
Na  to  Johannes  nie  odpowiedział.  Ale  jest  tak,  jak  Gunnar  mówi,  pomyślał.  Widzę  tylko 

Johanne. 

-  Co myślisz o ostatniej zabawie? - spytał Gunnar. 
-  Wciąż nie wiem, czy to jest dla mnie. 
-  Bo się jeszcze nie przyzwyczaiłeś. Ale następnym razem też przyjdziesz? 
-  Na razie nie będzie żadnej zabawy, o ile pamiętam. 
-  Tak, trzeba czekać prawie trzy tygodnie. 
-  No to porozmawiam z Johanne. 
-  Można  by  pomyśleć,  że  wy  już  jesteście  po  ślubie  -  westchnął  Gunnar.  -  W  takiej 

sytuacji nie bawisz się chyba zbyt dobrze. 

-  Nic podobnego, mam się znakomicie - zaprotestował Johannes i powiedział to szczerze. 

Nigdy w życiu nie było mi lepiej, myślał. Ma szkołę, muzykę i Johanne. Czego więcej miałby 
pragnąć? 

Tego  dnia  pospiesznie  wracał  ze  szkoły,  z  ustami  pełnymi  jedzenia  poinformował  przy 

obiedzie pannę Sunde, że wieczorem przyjdzie do niego Johanne. 

-  To moja koleżanka z klasy, która potrzebuje pomocy w matematyce - wyjaśniał, czując, 

ż

e uszy mu płoną. 

-  Dobrze, tylko nie może zostać do późna. 
-  Nie zostanie, sam tego dopilnuję. 
-  Więc ty się bardzo dobrze uczysz, Johannes? 
-  No, daję sobie radę. 
-  I słyszę, że ćwiczysz też na skrzypcach. To dobrze, muzyki nie powinieneś zaniedbywać. 
-  Nie, staram się mieć dla niej czas. 
Zamierzał dziś wieczorem zagrać dla Johanne. Prosiła go o to wielokrotnie, ale zwykle to 

on chodził do niej, więc nie było okazji. Dzisiaj jednak będę grał, postanowił. 

background image

Czas najwyższy, żeby dzielić się z nią także muzyką. 
  
Johannes  czekał  na  swojego  gościa  z  bijącym  sercem.  Posprzątał  w  pokoju  i  położył 

skrzypce na stole. Chciał zapytać, czy ona woli najpierw posłuchać muzyki, czy też chciałaby 
popracować nad matematyką. Sam uważał, że najlepiej zacząć od matematyki, to potem będą 
mieć czas już tylko na przyjemności. 

Johanne była tego samego zdania, zasiedli więc najpierw do książek. Johannes tłumaczył 

najlepiej, jak potrafił, spokojnie i cierpliwie, powoli Johanne zrozumiała prawie wszystko. 

-  Powinieneś  być  nauczycielem,  Johannes  -  westchnęła  na  koniec  i  przeciągnęła  się.  - 

Uczę się od ciebie dużo więcej niż od nauczyciela w szkole. 

Pochyliła się i pocałowała go w policzek. Serce podskoczyło Johannesowi do gardła, objął 

dziewczynę i przytulił mocno. 

-  No a teraz mógłbym ci zagrać. 
-  Och  tak,  długo  na  to  czekałam.  Zagraj,  Johannes.  Przeniosła  się  na  jego  łóżko,  on  zaś 

stanął przy stole ze skrzypcami pod brodą. Grał Ave Maria, Arię i kilka utworów, które sam 
skomponował. 

Johanne  siedziała  z  podciągniętymi  pod  brodę  kolanami  i  słuchała.  Patrzyła  na  niego 

wzruszona, ale on tego nie widział. Grał z zamkniętymi oczyma. Często tak było. Lepiej się 
wtedy  koncentrował.  Bardziej  zbliżał  do  muzyki,  tak  mu  się  wydawało.  Kiedy  w  końcu 
opuścił smyczek, stał przez chwilę oparty o stół. 

-  Och, Johannes - wyszeptała dziewczyna. - To było cudowne. 
-  Podobało ci się? 
-  Tak, jesteś fenomenalnym skrzypkiem. Nie miałam pojęcia. 
-  Fenomenalny to może nie jestem... 
-  Owszem, na pewno jesteś. Grałeś tak, że chciało mi się płakać. 
Johannes  odłożył  skrzypce,  podszedł  do  łóżka  i  usiadł  obok  Johanne.  Ona  zarzuciła  mu 

ręce na szyję i pociągnęła go za sobą. Oboje upadli na łóżko. 

-  Jestem  z  ciebie  taka  dumna  -  szeptała  z  wargami  przy  jego  policzku.  -  Jesteś  taki 

utalentowany. 

Johannes zaczął ją całować. Ona splotła ręce na jego karku i wtuliła się w niego. Czuł jej 

jędrne piersi, słyszał, że oddycha szybciej. Gładził rękami okrągłe biodra i długie nogi. Ona 
prężyła się przy nim, bardziej gorąca i bardziej chętna niż kiedykolwiek przedtem. To chyba 
muzyka, pomyślał oszołomiony i uniósł się na łokciu. 

-  Ja cię kocham, Johannesie. 
-  A ja kocham ciebie. 
-  Czy przyszło ci kiedyś go głowy, że mamy prawie takie same imiona? 
-  No właśnie, masz rację. 
-  To dlatego, że zostaliśmy dla siebie stworzeni - szeptała. - Ty i ja. Johanne i Johannes. 
Wsunął jedną rękę pod jej sweter i zaczął pieścić pierś. Dziewczyna nie protestowała. Nie 

powstrzymywała go. Johannes z trudem oddychał, wsunął palce pod jej stanik, wtedy Johanne 
jęknęła  i  zaprotestowała.  Johannes  cofnął  rękę,  w  głowie  mu  się  kręciło  od  tego,  na  co  się 
ważył. 

-  Nie miałem zamiaru... 
-  A ja chciałam - wyznała cicho. 
Johannes  usiadł,  kompletnie  oszołomiony,  przeczesywał  ręką  włosy.  Ona  znowu  się  do 

niego przytuliła, czuł jej gorący oddech. 

W  głębi  domu  trzasnęły  drzwi  i  oboje  odskoczyli  od  siebie  gwałtownie.  Johannes 

pospiesznie wstał. 

-  No, pora kończyć wieczór - zawołała panna Sunde przez drzwi. - Zrobiło się późno. 

background image

-  Tak,  Johanne  już  wychodzi  -  poinformował  Johannes.  -  Odprowadzę  cię  do  domu  - 

wyszeptał. - Nie możesz chodzić sama po mieście. 

Dziewczyna  zebrała  książki  i  włożyła  je  do  torby.  Potem  wymknęli  się  na  korytarz, 

włożyli buty i wyszli na dwór. Szli objęci i przytuleni do siebie. 

-  Grałeś  tak  pięknie,  Johannesie.  Myślę,  że  powinieneś  zostać  skrzypkiem,  tak  jak  twój 

ojciec. 

-  Tylko że z tego niełatwo jest się utrzymać. Człowiek musi być bardzo utalentowany. 
-  Ale ty jesteś. 
-  Powinnaś posłuchać mojego ojca. 
-  Mam nadzieję, że kiedyś posłucham. 
-  Tak się cieszę, że ci się podobało, bo muzyka zawsze była częścią mojego życia. 
-  Ja to rozumiem. Będziesz musiał mi znowu zagrać. 
-  Oczywiście, kiedy tylko zechcesz. 
Stali jeszcze przez chwilę w cieniu kolo jej domu, obejmując się nawzajem. Jej wargi były 

ciepłe i miękkie. Jak ona ładnie pachnie, myślał Johannes. 

-  Dobranoc - powiedział szeptem. - I śpij dobrze. Jutro wszystko pójdzie jak po maśle. 
-  Patrz,  a  ja  prawie  zapomniałam  o  klasówce  –  westchnęła  Johanne  cicho.  -  Jestem 

przepełniona twoją muzyką. 

Bardzo  mu  się  to  spodobało.  Znaczyło  to  dla  niego  bardzo  wiele.  W  drodze  do  domu 

rozmyślał o tym, że napisze dla niej utwór muzyczny. Dla Johanne, tak go nazwie. Dla jego 
Johanne. 

Kiedy się położył, przez chwilę leżał, nie śpiąc. Wyobrażał sobie, że Johanne leży w jego 

łóżku.  Objął  dużą  poduszkę  i  przytulił  do  niej  głowę.  Zamknął  oczy  i  przypominał  sobie 
ciepłe piersi Johanne. Ona jest wszystkim, czego pragnę, myślał. Będę traktował ją z wielkim 
szacunkiem, tak jak na to zasługuje. Nigdy nie zrobię niczego, czego ona sama by nie chciała. 
Dzisiaj powiedziała, że nie miała nic przeciwko temu, żeby dotykał jej piersi. Zrobi to znowu 
przy najbliższej okazji. Może nawet ją tam pocałuję, pomyślał oszołomiony. Jeśli ona zechce, 
oczywiście. 

Z westchnieniem wtulił się jeszcze mocniej w poduszkę i zasnął. 
 
ROZDZIAŁ 17. 
  
Oja  wrócił  z  Kristiansund,  ale  powrót  Małej  Mali  został  odłożony  do  soboty.  Czekała  ją 

długa podróż autobusem, lekarze uznali więc, że lepiej będzie, jeśli spędzi w szpitalu jeszcze 
jeden  dzień.  Szybko  wraca  do  zdrowia,  różnicę  widać  już  po  tej  jednej  dobie,  którą  tam 
spędziłem, opowiadał Oja. Helene została i miała wrócić z małą, jak się umówili. 

W  sobotę  Mali  upiekła  ciasto  czekoladowe  i  tort  Tosca.  Cała  rodzina  ze  Wzgórza  miała 

przyjść  na  kawę  po  południu,  kiedy  Mała  Mali  i  Helene  będą  już  w  domu.  Zaproszono  też 
Dorbet z dziećmi, szykuje się więc uroczyste powitanie chorej - myślała Mali. 

No  bo  też  to  wielkie  święto.  Oja  pojechał  po  nie  do  Opphus,  a  Mali  stała  na  ganku  i 

czekała, kiedy bryczka wjechała na dziedziniec. 

Mała Mali wysiadała bardzo ostrożnie. W ranie  wciąż miała szwy, które odczuwała przy 

każdym  ruchu.  Po  czternastu  dniach  będzie  musiała  znowu  pojechać  do  lekarza.  Zbladła  w 
szpitalu, ale uśmiechała się promiennie. 

-  No to jesteś znowu w domu - przytulała ją Mali. - Nawet nie wiesz, jak myśmy na ciebie 

czekali. Ale czujesz się chyba dobrze? 

-  Trochę ciągnie mnie w okolicach rany, kiedy chodzę, ale już nic mnie nie boli. 
-  Wkrótce  wszystko  wróci  do  normy  -  zapewniała  Mali.  -  Trzeba  tylko  poczekać  na 

zdjęcie szwów. 

Buzię Małej Mali wykrzywił grymas, kiedy to usłyszała. 

background image

-  Ale  to  trwa  tylko  chwilkę  -  wyjaśniła  Mali  pospiesznie.  -  Zobaczysz,  nawet  nic  nie 

poczujesz. Naprawdę nie ma się czego bać. 

Małą Mali ułożono na tapczanie i okryto pledem. Marilena siedziała obok i wypytywała o 

wszystko,  co  się  stało,  poczynając  od  chwili,  kiedy  do  Stornes  przyjechała  karetka,  żeby  ją 
zabrać. I Mała Mali opowiadała, o długiej podróży, o zapachu eteru, o lekarskim obchodzie i 
o operacji oraz o tym, jak to jest, kiedy się leży w szpitalu. 

Marilena siedziała i słuchała z wytrzeszczonymi oczyma. 
-  A ja nigdy nie byłam w szpitalu. 
-  My wszyscy bardzo się cieszymy, że nie musiałaś - roześmiała się Tordhild. - Szpital jest 

dobry, kiedy człowiek potrzebuje pomocy, ale naprawdę nie ma za czym tęsknić. 

Podano  ciastka  i  sok  dla  dzieci,  kawę  dla  dorosłych.  Nawet  Mała  Mali  zjadła  dwa  duże 

kawałki czekoladowego ciasta. 

-  Już  to  mówiłam,  ale  muszę  powtórzyć,  że  mieliście  wspaniałe  wesele,  Helene  -  rzekła 

Dorbet. - Jesteś zadowolona? 

-  O tak - odparła tamta rozpromieniona. - Jestem bardzo zadowolona. 
-  Ale podróż poślubna skończyła się chyba inaczej, niż myślałaś. 
-  Najważniejsze,  że  wszystko  poszło  jak  trzeba.  Poza  tym  spędziłam  dwa  miłe  dni  w 

Kristiansund, chociaż tęskniłam za Oją. 

-  A  ten  Martin  Bakken  trzyma  się  naprawdę  znakomicie  -  wtrąciła  Tordhild  z  ustami 

pełnymi ciasta. - Ile on ma teraz lat?   

-  Na wiosnę skończył pięćdziesiąt - poinformowała Mali. 
-  Tak, myślałam, że mniej więcej tyle musi mieć. Chociaż szczerze mówiąc, nie wygląda 

na to. A żony tym razem ze sobą nie zabrał? 

-  Martin jest znowu rozwiedziony. 
-  Nie, znowu rozwiedziony, to pierwszym razem też się rozwiódł? 
-  Tak - przytaknęła Mali trochę niechętnie. - I drugie małżeństwo też się tak skończyło. W 

Ameryce często zdarzają się rozwody. 

-  A  ty  nie  chciałabyś  się  wybrać  do  Ameryki,  Dorbet?  -  Tordhild  najwyraźniej  nie 

zamierzała zmienić tematu. 

-  Oczywiście, że bym chciała. Ale muszę poczekać, aż dzieci trochę podrosną. 
Mali  nie  podobało  się  to,  że  rozmowa  przybrała  taki  obrót,  i  próbowała  ją  skierować  na 

codzienne sprawy. 

-  A kiedy sprowadzicie krowy do obór w Granvold? - spytała córkę. 
-  No, myślę, że w najbliższych dniach - odparła Dorbet. - Musimy to zrobić, zanim owce 

zejdą na dół. Będzie to o tej samej porze co zwykle. Jeśli pogoda się utrzyma - dodała. 

-  Żeby tylko nie spadł śnieg, to deszcz tak bardzo nie przeszkodzi. 
-  Śnieg chyba też nie, bo taki śnieg długo nie poleży - uznała Dorbet. - O tej porze roku to 

przeważnie jest błoto. 

-  No  to  będziemy  mieć  pierwsze  Boże  Narodzenie  w  czasie  pokoju  -  przypomniała 

Tordhild. 

-  No właśnie, już samo  to, że nie trzeba zaciemniać okien, jest wielką ulgą -  westchnęła 

Mali. - Zresztą z czasem będzie też większy wybór w sklepach. Ale wszystko wymaga czasu - 
dodała. 

Zbliżał  się  czas  obrządku  i  przyjęcie  dobiegało  końca.  Na  dworze  było  już  całkiem 

ciemno.  Mali  wyprowadziła  gości  na  ganek  i  życzyła  im  szczęśliwej  drogi  do  domu.  Sama 
wróciła do izby i zaczęła sprzątać ze stołu. 

-  Czy  mogę  powklejać  te  obrazki,  które  dostałam  od  ciebie  w  szpitalu?  -  spytała  Mała 

Mali z tapczanu. 

-  Powinnaś pójść na górę i przynieść album do obrazków. 
-  Zaraz to zrobię. 

background image

-  No,  jak  chcesz  wklejać,  to  proszę  bardzo.  Trzeba  jednak  podłożyć  gazetę,  żebyś  nie 

nabrudziła. 

Kiedy  Mali  zaczęła  przygotowywać  kolację,  wnuczka  siedziała  zajęta  swoimi  sprawami. 

Jak  to  dobrze  mieć  ją  znowu  w  domu,  pomyślała  Mali,  zerkając  na  dziecko.  Tym  razem 
szczęście im dopisało. Odczuwała z tego powodu szczerą wdzięczność do Pana Boga. 

 
Następnego dnia sprowadzono krowy do obejścia. 
Mali  stała  na  ganku  razem  z  obiema  wnuczkami  i  przyglądała  się  dobrze  znanemu 

widowisku. Zewsząd słychać było stukot kopyt i paniczne ryki. Tak jest każdego roku. Wtedy 
nikomu nie wolno kręcić się po dziedzińcu, trzeba być bardzo ostrożnym. Kiedy zwierzęta są 
takie zestresowane i przerażone jak teraz, mogą człowieka stratować. Mali dobrze pamiętała 
tamten dzień, kiedy oszalała krowa o mało nie zabiła Siverta. Był wtedy maleńkim dzieckiem. 
Johan rzucił się synowi  na pomoc.  To było najwspanialsze, czego Johan  Stornes dokonał w 
swoim życiu, myślała Mali. Sam został ciężko ranny, ale wyszedł z tego bez szkody. 

Mężczyźni  kierowali  krowy  ku  drzwiom  obory.  Była  to  bardzo  męcząca  i  niebezpieczna 

praca, trzeba było wielkiego wysiłku, zanim krowy znajdą się na swoich miejscach. Kiedy już 
się z tym uporali i Havard wyszedł z obory, Mali przyglądała mu się badawczo. 

-  Jesteś bardzo blady. 
-  Nie wiem, co to jest, ale nie czuję się całkiem zdrowy.  
Havard rzadko do czegoś takiego się przyznawał.  
Mali poczuła skurcz niepokoju i przyjrzała się mężowi uważniej. 
-  Jak to nie całkiem zdrowy? 
-  Sam nie wiem... ale taki jestem ciężki i zmęczony, czuję coś jakby mdłości. Ale to chyba 

nic poważnego. 

Coś  jednak  musi  być,  skoro  on  sam  o  tym  mówi,  myślała  Mali.  Przez  te  wszystkie  lata 

zdrowie  im  dopisywało,  zarówno  jej,  jak  i  Havardowi.  Oboje  uniknęli  poważniejszych 
chorób.  No  ale  możliwe,  że  z  wiekiem  to  się  zmieni,  w  każdym  razie  trzeba  być 
przygotowanym. 

Kiedy wieczorem kładli się do łóżka, Mali przytuliła się do Havarda i położyła głowę na 

jego piersi. 

-  No i jak się teraz czujesz? 
-  Już  mi  przeszło,  jest  wyraźna  różnica.  To  chyba  nie  było  nic,  czym  trzeba  by  się 

przejmować. 

Mali  odetchnęła  z  ulgą.  Rzeczywiście,  musiała  to  być  jakaś  przejściowa  niedyspozycja. 

Każdy to miewa. 

-  Kiedy sprowadzimy owce na dół? 
-  Z pogodą nie jest źle, w takim razie zaczekajmy jeszcze trochę. Nie ma pośpiechu. 
-  Mycie owiec jest w każdym roku coraz cięższą pracą - westchnęła Mali. - W tym roku 

będziemy mieć pomoc Helene. Ona jest młoda i silna. 

-  Ty też jesteś silna - wtrącił Havard. 
-  Owszem, owszem, ale już nie tak jak kiedyś. Plecy zaczynają mi dokuczać. 
-  No to w tym roku powinnaś odpocząć. Są ludzie, którzy mogą cię zastąpić. 
-  No coś ty, Ingeborg nie mogę posłać do takiej roboty. Jej plecy na to nie pozwalają. 
-  No to Ane i Helene zrobią większość. 
-  Nie, ja muszę im pomóc. 
-  No a jak teraz twoja praca w tkalni, Mali? Od jakiegoś czasu nie widzę, żebyś chodziła 

do pracowni. 

-  Teraz jest tam tak pusto. Bakken zabrał wszystko, co miałam. 
-  No właśnie, Bakken - westchnął Havard i przeciągnął się. - Mam nadzieję, że szybko go 

znowu nie zobaczymy. 

background image

-  A co ty masz przeciwko niemu? 
-  Ten facet zaburza mi poczucie bezpieczeństwa. 
-  Ja to się najbardziej boję, że on wabi Dorbet do Ameryki - westchnęła Mali. - Ona ma 

wielką ochotę na taki wyjazd, a on ma ochotę na wizytę. Bo to by miało wielkie znaczenie dla 
jego sklepu, ja to rozumiem, ale... 

-  Czy wyjazd Dorbet byłby czymś gorszym niż twój wyjazd? 
-  Dorbet jest jeszcze bardzo młoda - zaprotestowała Mali. - No i ma małe dzieci. 
-  Owszem,  owszem...  Ja  wcale  nie  mówię,  że  powinna  jechać,  ale  w  ostatnich  latach 

Dorbet bardzo wydoroślała. 

-  Możliwe, ale w Ameryce czekałoby ją zbyt wiele pokus. 
-  No tak, ty coś o tym wiesz - westchnął. 
Mali nic na to nie odpowiedziała. Przytuliła się tylko do niego i przez dłuższy czas leżeli w 

milczeniu.  Mali  nie  chciała  rozmawiać  o  Bakkenie  i  Ameryce,  to  jest  zamknięty  rozdział. 
Przyszłość należeć będzie do niej i Havarda, jeśli tylko będziemy zdrowi i Bóg pozwoli nam 
ż

yć jeszcze razem. Tylko to ma jakieś znaczenie. 

Popatrzyła na męża. 
-  Czy ty mnie kochasz, Havardzie? 
-   A  ty,  się  jeszcze  pytasz?  -  roześmiał  się,  tuląc  ją  do  siebie.  -  Przecież  dobrze  o  tym 

wiesz, Mali. Jeśli jest coś pewnego w moim życiu, to to, że ciebie kocham. 

-  I ja też kocham ciebie. 
-  A to, to już prawdziwy cud. Po tych wszystkich latach? Ty, która mogłaś mieć każdego, 

kogo byś zechciała? 

-  Ja mam tego, którego chciałam, Havardzie. 
-  Ale ja nie jestem dla ciebie wystarczająco dobry. 
-  Jesteś,  jesteś  -  zapewniała,  układając  się  przy  nim  wygodniej.  -  I  w  dodatku  wiesz,  że 

jesteś. 

To ja nie jestem wystarczająco dobra dla niego, pomyślała. Jak zwykle, kiedy wspominała 

tamte sprawy, poczuła ból w piersi. Co by Havard powiedział, gdyby poznał prawdę? Znowu 
poczuła  dojmujący  skurcz  żołądka.  Gdyby  tak  Havard  dowiedział  się  o  Torgrimie  i  Małym 
Havardzie! Na pewno by  ją zostawił, nie wątpiła w to ani przez chwilę. On mnie kocha, bo 
nie zna prawdy, pomyślała z rozpaczą. Nie ma wybaczenia dla tego, co ja mu zrobiłam. 

Ale  Havard  nigdy  nie  może  się  o  tym  dowiedzieć.  Mali  nie  zniosłaby,  gdyby  musiała 

patrzeć,  jak  miłość  gaśnie  w  jego  oczach,  nie  zniosłaby  jego  pogardy,  jego  gniewu.  Nie 
przeżyłaby  też,  gdyby  ją  porzucił.  To  niech  już  lepiej  do  końca  życia  dręczą  ją  wyrzuty 
sumienia. Nigdy ani słowa na tamte tematy mu nie powie. Nigdy. 

Długo leżeli mocno objęci i tak też zasnęli. 
  
Owce  zeszły  z  gór,  zostały  wymyte  i  wypuszczone  na  pastwisko,  żeby  wyschły  przed 

strzyżeniem.  Jak  dotychczas  wszystko  szło  lepiej,  niż  Mali  się  obawiała.  Oczywiście  czuła 
pracę w obolałym kręgosłupie, ale nigdy nie było tak źle, żeby następnego  ranka nie mogła 
podnieść  się  z  łóżka.  Helene  stanowiła  wielką  pomoc  i  Mali  nie  szczędziła  jej  pochwał. 
Wychwalała  synową  na  wszelkie  sposoby,  tamta  rumieniła  się  i  sprawiała  wrażenie 
onieśmielonej. Mali wiedziała jednak, że bardzo to lubi. 

Mała  Mali  pojechała  do  lekarza,  który  wyjął  jej  szwy.  Teraz  znowu  była  pełną  życia 

dziewczynką,  grzeczną i wesołą jak przedtem. Najwyraźniej operacja nie zostawiła żadnych 
złych wspomnień. 

-  Brakuje  nam  trochę  mąki,  by  zakończyć  wyrabianie  chleba  -  powiedziała  Ane  znad 

dzieży z ciastem. 

-  To ja pójdę i przyniosę - ofiarowała się Mali. - I tak miałam zajrzeć do spichlerza, żeby 

zobaczyć, ile mięsa nam jeszcze zostało. Może nawet jutro będziemy mieć na obiad kiełbaski. 

background image

-  Chyba nikt przeciwko temu nie zaprotestuje - uśmiechnęła się Ane. 
Mali  wzięła  ze  spiżarki  miskę  do  mąki,  otuliła  się  chustką  i  wyszła  w  szary,  wilgotny 

jesienny dzień. Havard rąbał pod szopą drzewo. 

Mali przeszła obok niego. 
-  Nie pracuj tyle. 
Havard wyprostował się i wytarł pot z czoła. 
-  Zaraz kończę, zostało mi już niewiele. 
-  Myślę,  że  jutro  pozwolimy  sobie  przygotować  kiełbaski  na  obiad  -  poinformowała  go 

Mali. 

-  Miło to słyszeć. 
-  Jak myślisz, kiedy możemy zacząć strzyc owce? 
-  Dopiero co je oglądałem. Schną już od kilku dni i jeśli dzisiaj w nocy nie spadnie deszcz, 

to moglibyśmy zacząć jutro. Dobrze byłoby mieć to już za sobą. 

Nagle zesztywniał. Twarz wykrzywiła mu się w bólu, jedną rękę podniósł do gardła. Jakby 

ktoś podciął mu kolana, pomyślała Mali. Siekiera wysunęła się z jego ręki, po czym Havard z 
jękiem upadł na ziemię. 

Mali  przez  moment  stała  przerażona  i  tylko  patrzyła.  Zaraz  jednak  ocknęła  się  i  zaczęła 

działać. Odrzuciła miskę, pochyliła się nad mężem i ułożyła go na plecach. Twarz miał szarą 
niczym popiół i mocno sine wargi. 

-  Havard! - krzyknęła zrozpaczona i potrząsała nim z całej siły. - Havard! 
Ale on nie odpowiadał.