background image

ftzt bw~âÑ|xÇ|t

ftzt bw~âÑ|xÇ|t

ftzt bw~âÑ|xÇ|t

ftzt bw~âÑ|xÇ|t

Ekspiacja 

Ekspiacja 

Ekspiacja 

Ekspiacja 

Anio

Anio

Anio

Aniołaaaa

By: 

M.C.M.

M.C.M.

M.C.M.

M.C.M.

alias

Carenowa

Carenowa

Carenowa

Carenowa

1

background image

Spis Treści:

Prolog………………….………………………..….…..str.3

Rozdział 1……………….………………….………….str.4

Rozdział 2……………….………………….………….str.14

Rozdział 3…………………………………….……......str.24

Rozdział 4…………………………………….……......str.36

Rozdział 5…………………………………….……......str.48

Rozdział 6…………………………………….……......str.61

Rozdział 7…………………………………….……......str.75

2

background image

Prolog

Prolog

Prolog

Prolog

Zastanawiałem się mnóstwo razy, ile jeszcze będę musiał 

wycierpieć. Nikt nie umiał odpowiedzieć na moje pytanie. 

Spotykałem mnóstwo ludzi oraz istoty pozaziemskie, które 

myślały, iż jestem gorszy od nich samych, czasem, lecz bardzo 

rzadko, odwrotnie. Jednak zgodziłbym się z pierwszym 

stwierdzeniem, gdyż jestem zły. Niezbyt to pobudza pozytywne 

myślenie, ale nie okłamujmy nikogo. Zbuntowałem się przeciw 

Panu i zabijając moich braci, spadłem. Czułem ból wyrywanych 

skrzydeł, upadek na twardą, wyschniętą ziemię, pragnienie, 

później głód. A to wszystko przez ciekawość. Nigdy nie umiałem 

jej opanować. Zawsze panowała nade mną razem z zazdrością. 

Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Mogę się z 

tym zgodzić, lecz po części. Ziemia jest piekłem, a nie stopniem do 

niego.

3

background image

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdział 1

 1

 1

 1

Siedziałem w jasnym pomieszczeniu przy okrągłym, 

drewnianym stole wraz z trzema mężczyznami. Każdy mój 

najmniejszy ruch, zostawał zarejestrowany przez ich czujne oczy. 

Między nami krążyła cisza pełna napięcia i oczekiwania. Jako 

pierwszy spróbowałem ją przerwać.

- Panowie – Rzekłem ponurym głosem – Raczej nie chcecie, 

abym z wami skończył w taki sposób. – Na moją twarz wpełzł 

złośliwy uśmiech. Przez ponad minutę nic się nie działo, jednak 

po chwili szatyn, siedzący naprzeciwko mnie, pochylił się do 

przodu.

- Lepiej pokaż, co tam masz. – Jego szept odbił się od ścian, a 

świdrujące piwne oczy zesunęły się na moje dłonie.  Powrócił na 

swoje miejsce, gładząc dłonią brązowe włosy, przez które 

prześwitywały już srebrne pasma, nie spuszczając wzroku z 

moich rąk.

- Tom, nie każ mi tego robić. – Pomruk niezadowolenia 

wydał kolejny mężczyzna. Zwróciłem swój wzrok w kierunku 

bruneta, który z groźnym błyskiem w oku przypatrywał się moim, 

spoczywającym na blacie, dłoniom. – Cierpliwości, Eddie. 

- Masz mi mówić szefie! – Syknął, a ja bezradnie zacisnąłem 

usta. Za moimi plecami odezwał się męski, jednak jeszcze 

odrobinę dziecięcy głos.

- To już się robi nudne, stary. – Dopiero po wymowie tych 

4

background image

słów, zrozumiałem, iż wszyscy czekają tylko na mój ruch. Czując 

rosnącą satysfakcje, wolnym ruchem ręki odkrywałem swoje 

karty, leżące pod moimi dłońmi.

- Ty musisz oszukiwać! – Wykrzyknął, siedzący po mojej 

lewej stronie Hugo, zobaczywszy, co ukrywałem. Wstał 

gwałtownie, przewracając metalowe krzesło, które odbiło się od 

kremowych płytek z nieprzyjemnym metalicznym dźwiękiem. 

Odszedł mamrocząc pod nosem przekleństwa, a czarne małe 

loczki podskakiwały wesoło na jego głowie w przeciwieństwie do 

nastroju ich właściciela. 

- Trzy asy oraz dwa króle. – Powiedziałem, gdy kroki 

mężczyzny ucichły, a po chwili usłyszałem westchnienia podziwu 

zmieszane z jękami rozpaczy.

- Jak ty to robisz, Tony? – Zwrócił się do mnie Eddie, szef 

oraz właściciel naszej remizy. Właśnie on wydał jeden z dwóch 

jęków.

- Szczęście. – Odpowiedziałem, spuszczając swój wzrok na 

karty innych graczy. W każdych znajdowała się przynajmniej 

parka, ale zawsze gdzieś nie pasowała jedna, bądź dwie tekturki. 

Za moimi plecami rozległo się przeciągłe westchnienie. 

- Jak ty w ogóle możesz tak mówić, Tony? – Spytał Joe, 

stawiając przewrócone krzesło na cztery nogi, po czym usiadł na 

nim okrakiem z oparciem przed klatką piersiową. – Chyba ci same 

anioły pomagają!

- Młody… - mruknąłem, spoglądając mu w oczy – Co ja ci 

mówiłem? – Blondyn spojrzał w górę swoimi niebieskimi oczami, 

po czym przeczesując palcami długą grzywkę, odpowiedział na 

moje pytanie.

5

background image

- Mówiłeś, że nie wierzysz w Boga i nie życzysz sobie, by 

ktoś ci o nim opowiadał. – Powoli opuszczałem głowę, schylając 

się coraz bardziej z każdym jego słowem, jednak dwudziesto-

cztero latek nie odpuszczał. Dalej ciągnął swą wypowiedź. –

Jeździłem na parę wezwań, ale wiem, jak to jest, gdy ludzie cały 

czas proszą Boga o pomoc. Jednakże to my ratujemy w końcu ich 

życia, co nie? Ludzie, a nie Bóg! – Nie czekając na odpowiedź, 

paplał dalej, nie mając litości dla mej udręczonej duszy. –

Ściągamy też kotki z drzewa, wyciągamy je z kanałów i takie tam. 

Nie mówiąc o ratowaniu ludzkiego życia! Wiecie… chciałbym 

wyruszyć na taką prawdziwą akcje, by ratować dziewczyny z 

pożarów lub walących się budynków.

- Tobie powinna się trafić, co najmniej, czterdziestolatka. –

Powiedział Eddie, w uśmiechu pokazując zżółknięte zęby, a ja 

wraz z Tomem zamaskowaliśmy śmiech kaszlem. – Młody, to nie 

jest takie, na jakie wygląda. – Wiedzieliśmy, że teraz nasz szef, 

zaraz zacznie swoją „przemowę dla żółtodziobów”, jak to nazywał, 

więc pozwoliliśmy mu przemawiać z grobowymi minami. – Nie 

wiesz jakie to jest uczucie, gdy masz przed sobą płonący budynek 

z ludźmi w środku. Ich krzyki nie tylko słychać na ulicy, ale 

również w twoich snach. Nigdy jeszcze nie czułeś zapachu 

palonego ciała, ani nie widziałeś jakie poparzenia zostawia po 

sobie ogień. – Blondyn wzdrygnął się nieznacznie. – Strażak to nie 

tylko osoba, która ściąga koty z drzew! 

- Ale ja to wiem! – Wtrącił się Joe z obrażoną miną.

- Nie wtrącaj się, gdy ja mówię – warknął Eddie, po czym 

kontynuował swoją opowieść, wpatrując się w swoje zniszczone 

od pracy dłonie. – W tym zawodzie trzeba myśleć głową, a nie 

uczuciami! Wyobraź sobie, co by się stało, gdybyś pobiegł ratować 

jakąś seksowną blondynkę przez niepewny grunt. W najlepszym 

6

background image

wypadku spadłbyś łamiąc sobie nogę! A w najgorszym… -

Niewypowiedziane słowa wisiały w powietrzu, niczym chmura 

gradowa, a przed moimi oczami stanął obraz dawnego kolegi z 

remizy. Nadal pamiętam radosne piwne oczy oraz czarne krótko 

ścięte włosy. Zginął przez własną głupotę. O tym samym zaczął 

opowiadać nasz szef.

- Pracował tu kiedyś pewien chłopak, niestety nie pamiętam 

już jego imienia, ale… - Wtrąciłem się, chcąc uzupełnić jego 

niewiedzę. Wzrok skierowałem na karty, ale nie powstrzymałem 

napierających wspomnień.

- Nazywał się Ian. Ian Rodriguez. 

- Taa… - przytaknął mi, błądząc w swoich myślach. –

Chłopak był niesamowity w swoim fachu, zresztą tworzyli 

idealny zespół z Tony’m. Na wszystkie wezwania jeździli razem i 

przynajmniej jedna osoba więcej uszła z życiem dzięki ich 

genialnym pomysłom. 

- Nie zachwalaj nas tak… Zwłaszcza po jego śmierci –

mruknąłem, ze ściśniętym gardłem. Wiele wspomnień z akcji 

ratunkowych przeleciało moje myśli, w których uczestniczyłem z 

Ian’em. Umysł w końcu zatrzymał się na ostatniej, najważniejszej. 

Znów przeniosłem się w tamto miejsce. Czułem żar bijący od 

palących się ścian, strach o ludzi w budynku oraz rozpacz, bijącą z 

oczu mojego towarzysza. Jego szare oczy z przerażeniem 

obserwowały języki ognia, sięgające ku coraz wyższych piętrach. 

Nim zdążyłem go złapać, wbiegł do budynku. Eddie 

kontynuował, przerywając tym samym nieprzyjemne 

wspomnienia.

- Wstąpił razem z Tony’m do nas. Na początku obaj mieli 

7

background image

przezwiska „młody”, bądź „junior”, jednak dopiero po paru 

akcjach zrozumieliśmy jak dobrze potrafią współpracować. Ich 

inteligencja pracowała na jednym poziomie. – Spojrzałem na szefa, 

jednak w jego wyrazie twarzy zobaczyłem nie ironie, lecz dumę. 

Radość, która błyskała w jego oczach, kazały mi zamilknąć. -

Przez pięć lat razem wykonywali najcięższe prace, jakie tylko 

mogły istnieć. Najciekawsze było to, iż robili to idealnie. Nigdy nie 

było od nich słówka „ale”, czy narzekania. Wzajemnie się 

uzupełniali. – Zrobił pauzę, a ja zamknąłem oczy, wyczekując 

końca tej opowieści. – Ian ożenił się z byłą recepcjonistką tej 

remizy, Tracy. Wspólnie nosili obrączki przez niecały rok.  –

Niespodziewanie przerwał, wyciągając haftowaną chusteczkę 

otarł nią oczy. Z westchnieniem podjąłem niedokończony wątek.

- Po siedmiu miesiącach od ślubu, ktoś podpalił budynek, w 

którym mieszkali i to właśnie Tracy zadzwoniła do straży. Była 

noc, więc większość pewnie spała lub udusiła się dymem, ona 

jednak wiernie czekała na Ian’a. Zanim dojechaliśmy cały 

budynek stał w płomieniach. – Podobnie jak Eddie zrobiłem 

pauzę, aby przełknąć, tworzącą się w moim gardle gulę. - Kątem 

oka ujrzałem, jak Ian biegnie w kierunku płomieni. Nie zdążyłem 

go zatrzymać, a moje krzyki na nic się nie zdały. W chwili, gdy 

wbiegał do budynku dach oderwał się od ściany i spadł blokując 

wejście. Najszybciej jak mogłem podpiąłem wąż, ale to również 

nic nie dało. Nie minęła minuta, a cały budynek zawalił się.

Skończyłem swoją wypowiedź ze łzami w oczach i znów 

ściśniętym gardłem. Pozwoliłem popłynąć im po policzkach, nie 

przejmując się tym, iż patrzą na mnie koledzy z pracy.

- Tracy, była w siódmym miesiącu ciąży – dodałem, ledwo 

słyszalnym szeptem. Wstałem, chcąc stamtąd wyjść, gdyż emocje 

buzowały się w moim ciele z pragnieniem wydostania się na 

8

background image

wierzch. Jednak nie pozwalałem im na to, aż przekroczyłem próg 

szatni. 

Dopiero tu wściekłości przejęła kontrolę nad zdrowym 

rozsądkiem. Nie myśląc o niczym podszedłem do przeciwległej 

ściany, po czym zaciśniętą pięścią uderzyłem w nią kilkakrotnie. 

Przestałem, gdy poczułem krew, spływającą po moich smukłych 

palcach, a toksyczne uczucie opuszczało mnie, zostawiając ból. 

Z westchnieniem powoli podchodziłem do szafek, czując 

jakby ktoś brutalnie wyrwał kawałek mej duszy. Otworzyłem ją i 

przede mną pojawiła się roześmiana twarz przyjaciela oraz 

wesołej blondynki. 

Siedzieli na ławce, patrząc sobie w oczy, a ich ręce splotły się 

ze sobą. Ta para była częścią mnie, a wraz z ich śmiercią, straciłem 

dużą cząstkę samego siebie. Nawet po ich śmierci mogłem wyczuć 

miłość, która ich złączyła, przyglądając się wyblakłej fotografii. 

Opuszkami palców przejechałem po zdjęciu. Z trzaskiem 

zamknąłem drzwiczki, unikając tym samym łez. 

- O kurde! – Zaalarmowany krzykiem, odwróciłem się w 

jego stronę. Ujrzałem drobną blondynkę o małym nosku i mocno 

pomalowanych na czerwono ustach. Czarna bluzka z dużym 

dekoltem uwydatniała piersi, a białe spodnie komponowały się z 

ciemnymi butami na wysokich obcasach. Jej błękitne oczy 

wpatrywały się we mnie z udawanym przerażeniem. – Ty 

krwawisz!

- Faith – powiedziałem grobowym głosem. – Od kiedy się 

przejmujesz właśnie mną? 

- Od kiedy z twojej anielskiej dłoni, zaczęła kapać krew. Do 

tego czerwona… - Zachichotała, po czym kocimi ruchami zbliżała 

9

background image

się do mnie. – Myślałam, że aniołowie mają błękitną krew, nie 

czerwoną.  – Gdy stanęła na odległości wyciągniętej ręki, 

spojrzałem w jej niebieskie oczy z uczuciem, jakbym czegoś 

zapomniał.

- Czerwoną mają tylko upadłe anioły. – Odpowiedziałem na 

pytanie, skryte pod aluzją. Same słowa wypłynęły z moich ust, 

pomimo, iż nie chciałem ich wypowiadać. – Błękitną tylko ci, co 

pozostali wierni naszemu Panu.

- Oh, ależ ty niegrzeczny – mruknęła, niczym kocica. Nie 

spuszczając ze mnie wzroku, zrobiła kroczek do przodu i po 

chwili poczułem jej drobną dłoń na mojej klatce. Chciałem się 

cofnąć, lecz nie mogłem. Zaczarowany nadal wpatrywałem się w 

te błękitne tęczówki, które teraz powoli zmieniały się na kolor 

zielony. – Co się takiego stało, że nasz aniołek się skaleczył? –

Spytała z ironią, a ja poczułem, iż zaklęcie powoli opuszcza moje 

ciało. 

- Poruszałem temat Ian’a. – Nawet pomimo jej minimalnego 

działania zostałem zmuszony, by odpowiedzieć, choćby szeptem. 

Ona odwróciła wzrok, śmiejąc się, lecz nie był to śmiech 

przyjemny. W jego trakcie chłodne dreszcze przebiegały po moich 

plecach. Szybkim ruchem chwyciłem jej ręce i wykręcając do tyłu, 

przyszpiliłem ją do ściany. – Nie powinno cię to interesować! –

Syknąłem, odwracając wzrok od jej oczu. – Znów czarujesz, 

wiedźmo! – Szepnąłem tuż przy jej uchu z zamkniętymi 

powiekami, w obawie, iż znów mną zawładnie. Odpowiedział mi 

ten sam przerażający śmiech. 

- Aniołek pokazuje rogi! – Zaśpiewała melodyjnym głosem –

Dlaczego nie miałby mnie interesować kolejny upadły? –

Znieruchomiałem, wciąż trzymając ją twarzą ku ścianie. Skąd, u 

10

background image

licha wiedziała, że Ian był aniołem?! – Zgadywałam! A teraz już 

mam pewność. – Odpowiedziała na moje pytanie, wyczytując je z 

myśli. Psia krew, zakląłem w duchu, na co ona znów roześmiała 

się ponurym śmiechem, który echem rozniósł się po całej szatni. 

Nie mając innego wyboru puściłem ją, jednocześnie spuszczając 

oczy. Nie było to w geście szacunku. Co to, to nie! Nie chciałem 

być znów zniewolony przez wiedźmę. 

- Czemu się nie uleczysz? – Spytała, gestem pokazując na 

moją prawą dłoń. Całkiem zapomniałem o niej odkąd zjawiła się 

Faith. Zmrużyłem wściekle oczy, podnosząc wzrok. 

- Dlaczego nie czuję bólu? – Syknąłem, czując jak na nowo 

powraca furia, lecz tym razem nie była spowodowana smutkiem, 

tylko wściekłością. Blondynka wzruszyła ramionami.

- Bo zaczarowałam ją. Mogę też uleczyć tą krwawiącą ranę. –

Ruszyła w moim kierunku, jednak ja odsunąłem się, dając do 

zrozumienia, iż odrzucam tą pomoc. – Jak chcesz, ale 

zastanawiam się tylko, czemu odrzucasz swoją naturę, Aniołku. –

Powiedziała beztrosko, po czym wyszła. 

- Mam na imię Ian! – Ryknąłem w odpowiedzi. 

- Ian, powiadasz? A nie czasem Tony? - Słysząc chichot zza 

ściany, znów musiałem się kontrolować, by nie spowodować, jakiś 

gorszych wypadków od śladów na ścianie. Biorąc kilka głębokich 

wdechów, uspokoiłem cały organizm, jak i emocje. Zorientowałem 

się, jaki popełniłem faux pas. W mojej podświadomości ujrzałem 

blade wspomnienie, ledwo widoczne. Jednakże, już po chwili 

wcieliłem się w dawnego ja.

Stałem na werandzie starego domku pomiędzy polami kukurydzy. 

11

background image

Obok mnie na schodach siedział Ian w słomianym kapeluszu. Miał na 

sobie podarte jeansy, koszule w kratkę oraz kowbojskie buty.

- Dlaczego musimy się ukrywać? – Mój głos brzmiał, jakby 

pochodził zza ściany. Dziwnie przytłumiony okazał się również głos 

mojego przyjaciela.

- Bo jesteśmy upadłymi. 

- To nie znaczy, że musimy się ukrywać! – Krzyknąłem, siadając 

obok szatyna. Zobaczyłem uśmiech spod kapelusza.

- A co chciałbyś robić ze swoimi mocami? – Spytał po chwili. 

Odwróciłem wzrok od jego na wpół widocznej twarzy i lekko zmieszany 

odpowiedziałem.

- Chciałbym wrócić. – Kątem oka zobaczyłem, odwracający się w 

moją stronę kapelusz.

- Gdzie? 

- Do nieba. Tam jest o wiele lepiej niż na tej planecie. Wśród całego 

plugastwa, które oblega Ziemię, twór naszego Pana. – Splunąłem na 

ziemie, chcąc wyrazić pogląd na tą sprawę.

- Pragniesz wybaczenia, jak każdy upadły. – Mruknął bardziej sam 

do siebie, niż do mnie. – Jest na to sposób – rzekł po chwili i nie czekając 

na odpowiedź zaczął odpowiadać. – By upadły mógł powrócić do nieba 

musi spełniać parę prostych warunków. 

- Jakich? – Wyrwałem się, lecz nie skomentował mojej 

niecierpliwości tylko mówił dalej, a ja ujrzałem część uśmiechu, 

wystającego spod kapelusza.

- Po pierwsze: każdy upadły musi uratować sto istnień ludzkich. –

Ze zdziwienia otworzyłem oczy, jednak tym razem nie chciałem mu 

12

background image

przerywać. – Po drugie: w czasie ich ratowania, nie może używać mocy. 

- Ale to jest nie fair! – wybuchnąłem, czując narastające oburzenie.

- To są reguły Boga! On tu ustala, co jest fair, a co nie. – Mruknął 

w odpowiedzi. Gdy już otwierałem usta, by powiedzieć jakąś ciętą 

ripostą, przerwał mi jego wzburzony głos. – Trzeba było nie upadać! Nie 

musiałbyś się o to martwić. – Posłusznie zamknąłem usta, nie chcąc 

wypaść na jeszcze większego idiotę. – Po trzecie: musisz coś poświęcić.

- A co poświęcić?

- Tego nie wiem, ale samo słowo „poświęcić” nie wróży zbyt 

dobrze – mruknął, wstając, po czym skierował się do domku.

- Brzmi jak ofiara – powiedziałem, wpatrując się w kukurydze. 

- W pewnym sensie… - rzekł w zamyśleniu. – Tak to można też 

odebrać, ale to zależy tylko od ciebie. – Po chwili usłyszałem trząśnięcie 

drzwiami, powracając do normalności odczuwałem pewne mdłości.

- Właśnie dlatego, Faith. – Szepnąłem do siebie, patrząc na 

kilka płytkich ran w mojej dłoni. – Robię to, bo chce oddać cześć 

przyjacielowi.

13

background image

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdział 2

 2

 2

 2

Kończyłem obwiązywanie dłoni bandażem, gdy z głośników 

zaryczała syrena. Byle jak związałem końcówkę z resztą, po czym 

w biegu ruszyłem do szafki. Zaraz po mnie do szatni wbiegli 

pozostali.

- Co się dzieje? – Powiedziałem, sznurując wysokie, ciemne 

buty. Odpowiedziała mi drobna kobieta, która również mocowała 

się ze sznurowadłami, pomimo, iż zaczęła się ubierać później ode 

mnie. Lśniące, czarne loki spływały na jej delikatną twarz, przez, 

co musiała poprawiać je za każdym gwałtowniejszym ruchem.

- Pożar. – Głos kobiety był twardy, jak u niejednego 

mężczyzny, ale drobna postawa Kelly zaprzeczała 

jakiemukolwiek porównaniu do płci przeciwnej.

- A od kiedy ty z nami jeździsz? – Sięgnąłem odruchowo 

prawą ręką do szafki po kurtkę, przez przypadek uderzając 

kostkami o kąt drzwiczek. Syknąłem przez zaciśnięte usta 

przekleństwo, jednak nie przerwałem ubierania się.

- Pali się szkoła podstawowa. – Podniosła oczy barwy 

błękitnego nieba, a wczuwając się w targające nią uczucia, 

zamarłem z dłonią na zamku błyskawicznym. – Tam jest Emily. –

Słysząc imię córki Kelly, po moich plecach przeszedł dreszcz, 

jednak trzeba było zachować trzeźwość umysłu. Profesjonalizm 

dokładnie taki sam, jaki pokazuje matka dziewczynki, która teraz 

może już nie żyć. Jednakże właśnie rozpacz w jej oczach 

zmotywowała mnie, abym, jako pierwszy wybiegł z szatni, o mało 

nie zapominając o kasku. To niewyobrażalne zmartwienie ścisnęło 

14

background image

moje serce tak mocno, iż niemal odczułem ból.

Jako pierwszy dodarłem do wozu. Wskakując za kierownice 

odpaliłem maszynę, po czym zatrąbiłem kilkakrotnie na znak 

gotowości. Wbiegająca Kelly szybko zorientowała się, kto zajmuje 

miejsce kierowcy, po czym nacisnęła guzik otwierający bramę. W 

tym samym momencie wbiegł Eddie. 

- Złaź z siedzenia kierowcy! – Krzyknął, otwierając drzwi. 

Posłusznie przesunąłem się w prawo, ustępując miejsca szefowi. 

Na jego twarzy malował się strach o Emily. Traktował ją jak 

wnuczkę, której nigdy nie miał. Po chwili usłyszałem kolejne 

otwierające się drzwiczki, tym razem z tyłu i gdy ujrzałem 

zmartwioną Kelly, uśmiechnąłem się do niej. Jednak żaden pancerz 

nie jest w stanie się utrzymać, przy lęku o swoje potomstwo,

pomyślałem w międzyczasie. Zawsze pojawiają się pęknięcia, 

które ukazują, co tak naprawdę człowiek czuje. Właśnie tak było z 

Robi.

- Będzie dobrze. – Szepnąłem, na co ona odpowiedziała 

bladym uśmiechem. Zaraz za nią ujrzałem wdrapującego się 

Hugo, który nadal widział we mnie wroga.

- Nie jestem szulerem! – Powiedziałem do niego, podnosząc 

obie ręce do góry w geście niewinności. Skinął głową na znak, iż 

rozumie, ale ciągle wyczuwałem w jego aurze wściekłość. Chwilę 

później do samochodu wszedł w pełni gotowy Tom.

- Wszyscy? – Spytał Eddie, spoglądając niecierpliwie w 

lusterko wsteczne. Z dłonią na drążku zaczął wszywać pierwszy 

bieg, gdy zatrzymał go błagalny, męski krzyk:

- Czekajcie! – Zza ściany wyłonił się na wpół ubrany Joe. 

Biegł z rozwiązanymi sznurówkami, a niezałożoną kurtkę trzymał 

15

background image

w prawej ręce. – Jeszcze ja! 

- Ty nie jedziesz! – Krzyknął szef, dokańczając zmianę 

biegów, jednak chłopak nie dał za wygraną.

- Dlaczego?! – Właśnie wtedy zauważył w naszym wozie 

dodatkową osobę. – Ja nie mogę, a Robi jedzie?! – Syknął, niemal 

spluwając w kierunku dziewczyny. Wyczułem jej obojętność w 

stosunku do młodego jeszcze chłopaka. Pomijając fakt, iż wiekiem 

różnili się tylko 3 lata, ona była bardziej dojrzała emocjonalnie.

- Bo ty smarkaczu nie rozumiesz powagi sytuacji! – Warknął 

Eddie do blondyna. Gdy on znów chciał zaprzeczyć, ja mocno 

zaniepokojony oraz wkurzony, odpowiedziałem za szefa.

- Pali się szkoła, rozumiesz?! – Nie czekając na odpowiedź 

twierdzącą, mówiłem dalej. – Szkoła! Pełna dzieciaków, które nie 

myślą racjonalnie w czasie pożaru! A wiesz, kto tam jest? Jej córka! 

– Krzyknąłem, co niezbyt często się zdarza. Joe z otwartymi 

ustami, wpatrywał się raz we mnie, raz w Kelly. Bez słów 

zamknął drzwi, po czym wolnym krokiem skierował się do szatni.

- Nie musiałeś. – Mruknęła Robi, gdy tylko wyjechaliśmy z 

garażu. Odwróciłem się do tyłu i zauważyłem wpatrzone we mnie 

trzy pary oczu.

- Co? – Zmarszczyłem swoje brwi, nie rozumiejąc 

zachowania trójki przyjaciół. Lekko otyły szatyn odpowiedział za 

pozostałych.

- Krzyknąłeś. – Zamrugał nadal zdziwiony. – Podniosłeś 

głos na zupełnie inną osobę niż Faith! – Na samo wspomnienie 

wiedźmy, zrobiło im się niedobrze w żołądku. Jej czary to 

najgorsza czarna magia. Nikt o dobrych intencjach nie posunąłby 

16

background image

się do takich czynów.

- Faith. – Jej plugawiące znaczenie imię, wydobyło się z 

moich zaciśniętych szczęk. Ona nigdy nie daje nadziei innym! 

Wpierw ratuje, a potem wykorzystuje w najobrzydliwszy sposób. 

Zapłatą pieniężną, bądź usługami seksualnymi, jeśli dana osoba 

spełnia jej wymagania, co nie zdarza się zbyt często. Stłumiłem 

chęć ponownego przeklęcia, po czym powróciłem do 

rzeczywistości.

- Ona jest nieistotna. – Rzekłem tonem nieznoszącym 

sprzeciwu. – Dla mnie Emily jest ważna. – Robi otworzyła usta, 

jakby chciała coś dodać, jednak zamknęła je z powrotem, posyłając 

mi pełne uznania spojrzenie. W oczach Kelly ujrzałem coś, co 

można nazwać radością.

Radość, z czego? Może znów pomyliłem ludzkie uczucia, 

spytałem sam siebie, nie oczekując odpowiedzi od nikogo. Komu 

chciałoby się, a raczej dałby radę, wedrzeć się do głowy 

Upadłego? Kto by się ośmielił? Nikt. Nikt w wyjątkiem Faith. 

Warknąłem coś niezrozumiale, po czym odwróciłem się przodem 

do kierunku jazdy. 

Na sygnale przemierzaliśmy zakorkowane ulice Nowego 

Yorku, gdy nagle jeden z nich nas zatrzymał. Kątem oka 

widziałem, że cierpliwość Eddiego niedługo się skończy, więc 

wyciągnąłem ze schowka zniszczoną mapę Nowego Yorku.

- Co ty robisz? – Spytał mnie Hugo, pochylając się do przodu 

ze złośliwą miną. Jego szok minął równie szybko, jak przyszedł. –

To jest najszybsza droga z możliwych. Nie znajdziesz lepszej.

Jeszcze zobaczymy

, pomyślałem z satysfakcją, po czym 

zamknąłem oczy skupiając się na lepszej drodze dojazdu. 

17

background image

Nadprzyrodzona intuicja bardzo szybko utworzyła w mojej 

głowie inny plan dojazdu. Mapa była po prostu przykrywką, by 

nikt nie zorientował się, czym jestem.

- Skręć w lewo. – Powiedziałem, kierowcy pokazując dłonią 

kierunek. Spojrzał na mnie dziwnie, nic nie mówiąc, ale 

posłusznie skręcił.

- Mamy jechać do Queens, a nie na Manhattan! –

Wykrzyknął zbulwersowany Hugo, jednak Eddie się tym nie 

przejął. W pełni ufał moim przeczuciom. – Wpakujemy się w 

największy korek! – Marudził jeszcze czarnowłosy, jednak Tom 

przerwał mu gwałtownie. 

- Poczekaj, a zobaczysz, czy Tomy się myli. – Miał głęboki, 

spokojny głos, zawsze pełen autorytetu. Podobnie było z Eddiem, 

jednak z moim nikt nie mógł się równać. To się chyba nazywa 

wrodzona charyzma – W co wątpię. – Mruknął po chwili cicho, 

aby wściekły Hugo go nie słyszał, ja jednak z lepszym słuchem, 

nie mogłem powstrzymać się od rozbawionego prychnięcia oraz 

lekkiego uśmiechu.

- Teraz w prawo. – Znów pokazałem ręką kierunek jazdy i 

tym razem odezwała się pełna obawy Kelly.

- Na Nostrad Ave? Przecież o tej porze będzie pełna!

- Nie ufasz mi? – Spytałem, odwracając się do niej twarzą. 

Zarumieniła się, widząc moje ciemne oczy pełne pewności oraz 

usta rozciągnięte w leciutkim uśmiechu.

- Wybacz. Martwię się o córeczkę - Szepnęła, schylając głowę 

w dół. – Na pewno jest wystraszona, a nawet przerażona.

- Robi… - Powiedziałem zmęczonym, ale twardym głosem. –

18

background image

Nic jej nie jest. – Po chwili, nie odwracając się do Eddiego, 

rzekłem: – Teraz w prawo. Powinieneś już wiedzieć, jak jechać.

Szef ze zmarszczonymi brwiami myślał trochę nad 

dojazdem, jednak nie minął moment, gdy na jego twarz wszedł 

wyraz niedowierzania. Otwartą dłonią lekko uderzył się w czoło, 

po czym przyspieszył samochód, trąbiąc na samochody, które 

zastawiają mu drogę.

Oparłem się plecami o drzwi wozu, by w spokoju patrzeć na 

moich towarzyszy. Każdy z nich miał w sobie zapał, by ratować 

ludzkie życia, lecz nie tylko. Innych zmusiła do tego sytuacja, 

jednakże oni również po pewnym czasie, pokochali tą prace.

Skierowałem swój wzrok na kierowcę samochodu. Srebrne 

pasma prześwitywały przez bujną brązową czuprynę, a zmęczone 

oczy skupiały się na szalonej jeździe. Został strażakiem, ponieważ 

ponad życie podziwiał swojego, zmarłego na służbie, ojca. Eddie 

ukończył studia magisterskie, rozpoczął prace prawnika, a nawet 

znalazł dziewczynę, którą, jak sobie wmawiał, kochał. Jednakże 

szczęście nie trwało długo. Miesiąc po oświadczynach, które 

złożył swojej wybrance, zginął jego ojciec. Spadający gruz 

szczelnie przygniótł jego ciało, dziurawiąc płuca złamanymi 

żebrami. Eddie nie mógł się z tego otrząsnąć, przez co rzucił 

dziewczynę, prace prawnika, by przejąć firmę ojca. Straż miała na 

niego zbawienny wpływ, gdyż po półtorej roku złożył kolejne 

oświadczyny. Jego wybranka, Medison, trwa u jego boku do dziś, 

pracując w remizie, jako sekretarka. Eddie bardzo chciał mieć 

dzieci, ale okazało się to niemożliwe. Obydwoje okazali się 

bezpłodni, a szansa na dziecko była wręcz niemożliwa. Życie nie 

dało im dziecka, lecz wychowankę, która nigdy ich nie opuściła.

Mój wzrok zesunął się z szefa, by po chwili spocząć na 

19

background image

zmartwionej, Kelly. Czarne włosy związała gumką, by nie 

przeszkadzały podczas akcji, jednak niektóre wypadły łagodząc 

jej, dość twarde rysy twarzy. Nie była brzydka, ale też nie 

szczyciła się pięknością. Sześć lat w straży, nauczyły ją nie mało, a 

szczęśliwe życie mogła zobaczyć tylko u innych osób. 

Jako dziecko, była bita i dręczona przez starszych, w tym 

również jej rodziców. Podczas bójek, starała się uczyć na własnych 

błędach, co w przyszłości pomogło jej w wielu podobnych 

sprawach. Jeszcze na etapie nastoletnich buntów, została 

zgwałcona przez trzech nieznanych mężczyzn. Psychicznie, była 

na krańcu swych możliwości, jednak coś trzymało ją przy życiu. 

Nie odezwała się ani słowem do rodziców, gdyż uważała, że to 

oni są temu winni. Miesiąc po gwałcie zaczęła chorować. 

Wymiotowała, zbladła, schudła, a jednocześnie też przytyła. Nie 

minął kwartał, a była pewna jednego: gwałt zaowocował ciążą. Po 

wyznaniu prawdy matka wyrzuciła ją z domu, ojciec nie chciał 

znać takiej „ladacznicy”, jak się wyraził. Nie wierzyli w rzekomy 

gwałt, lecz w rzekome rozpustne życie dziwki. Została sama z 

nienarodzonym dzieckiem, śpiąc w bramach i żebrząc na ulicach. 

W pierwszych chwilach nie akceptowała ciąży, uważała ją za 

„coś”, co całkowicie zepsuło jej życie. Psychika dziewczyny 

bardzo szybko zmierzała ku wytrzymałości. Nienawiść do „tego” 

potęgowała się do czasu, gdy poczuła delikatne, jakby nieśmiałe, 

ruchy dziecka. Zmartwiło ją to, gdyż nie miała żadnych 

porządnych warunków do spania, a nawet normalnego jedzenia! 

Zaszokowana zorientowała się, że kocha to dziecko, nawet, jeśli 

ojciec pozostaje anonimowy. Śpiąc na ulicy, starała się zakrywać 

rękoma rosnące w jej łonie dziecko.

Właśnie taką znalazła ją Medison. Śpiąca kobieta, osłaniająca 

pokaźny brzuch. Blondynka, bardzo szybko powiadomiła swojego 

20

background image

narzeczonego, Eddiego, a on przygarnął Kelly pod dach remizy. Z 

początku nie ufnie, jednak z każdą minutą zdobywała jego serce 

swoją historią, jak i charakterem. Dał czarnowłosej pracę, jako 

sekretarka, by zarabiała na siebie oraz dziecko.

Uzbierała pieniądze na wynajęcie mieszkania, i prawie w 

tym samym miesiącu narodziła się Emily. Cała remiza od razu 

pokochała malutką, błękitnooką dziewczynkę o niemal blond 

włoskach. Nigdy nie dociekali, kim jest ojciec Emily, ale szczerze 

mówiąc, mało ich to obchodziło. Liczyło się tylko dziecko o 

twarzy aniołka. Podbiła wiele serc, w tym Eddiego, który 

nieoficjalnie został jej dziadkiem. Nawet twardy Hugo polubił 

dziewczynkę!

Przesunąłem wzrok na nadal wściekłego mężczyznę. Z 

wyrazem męczennika wyglądał za zabrudzone okno, oglądając 

codzienny rozkład zajęć normalnych ludzi. 

Nigdy nie miał szczęśliwego życia. Do ukończenia 

siedemnastu lat jego matka wydawała wszystkie pieniądze, które 

szczęśliwie zarobił, na narkotyki. Ćpała nie zważając na głodujące 

dzieci. Nie obchodził jej los własnych podopiecznych. Liczyły się 

tylko narkotyki. W wieku osiemnastu lat Hugo zbuntował się 

przeciw matce, zabierając swoją siostrę Roxann, liczącą wtedy 

szesnaście lat, oraz trzynastoletniego brata, Henry’ego. Nie 

wiadomo nic na temat tego czy obchodził ją los jej dzieci i czy w 

ogóle ich szukała. Nikt z trójki rodzeństwa nie zaprzątał sobie 

rodzicielką głowy. Cierpieli z powodu zadanych przez matkę, 

niewidzialnych gołym okiem ran. Długo odkładane w tajemnicy 

pieniądze starczyły na najem obślizgłej kawalerki, jednakże 

bardzo szybko się kończyły. Minął rok, nim Hugo wstąpił do 

straży, wiedziony wyrzutami sumienia. To on wpakował swoje 

najukochańsze rodzeństwo w dom nędzy i rozpaczy. Z całej trójki 

21

background image

właśnie on przeżywał wszystko najboleśniej. Do pracy przyjął go, 

oczywiście, sam Eddie. Dawniej miał miękkie serce strażaka. 

Przygarniał każdego, kto szukając pomocy, zabłąkał się do 

remizy. Tak stało się z tymi, jeszcze, dziećmi. Wziął je pod swoje 

skrzydła, w pewnym sensie, zastępując im ojca. Inaczej traktował 

Hugo, niż pozostałych, jednakże cała trójka pracowała w tej samej 

straży. Co prawda w oddzielnych jednostkach, lecz wspólnie. Po 

jakimś czasie Roxann zrezygnowała z czynnego udziału w 

akcjach, wychodząc za mąż za Toma. Nie minęły dwa lata, a 

remiza zapełniła się płaczem noworodka. Hugo został wujkiem, 

jednak nigdy się nie ożenił. Podobnie los potoczył życiem 

Henry’ego. Zawsze samotny i opuszczony z bratem, siostrą, 

bratankiem oraz szwagrem.

Nim zdążyłem spojrzeć na Toma, poczułem dreszcze 

przebiegające przez moje ciało. Po twarzy rozchodziło się 

nieprzyjemne gorąco, a na plecach przeciwnie, przejmujący chłód. 

W piersi zaczęło mnie dusić, a oczy zaszły łzami. Mrugnąłem 

kilkakrotnie, czując delikatne pieczenie pod powiekami. Zacząłem 

głębiej oddychać, próbując złapać czyste powietrze.

Nagle znalazłem się zupełnie gdzie indziej. Oglądałem 

palący się regał z książkami, a pod nim martwą bibliotekarkę, ze 

spalonymi plecami. Z jej głowy sączyła się ciemna krew, a martwe 

oczy spoglądały na mnie z bezradnością. Poczułem łzy spływające 

po policzkach oraz chęć ucieczki z tego piekła, ale nie mogłem się 

ruszyć. Ogień był wszędzie, a ciemny dym unosił się w powietrzu. 

Wziąłem wdech, chcąc szepnąć „mamusiu”, jednakże dym dostał 

się do moich płuc. Przeraźliwy kaszel wstrząsnął mym drobnym 

ciałem, gdy upadałem na podłogę. Zabrudzone kosmyki jasnych 

włosów zafalowały przed moimi oczyma, nim je zamknąłem. 

Ogień zajął się moim ciałem, trawiąc je powoli. W agonii 

22

background image

otworzyłem oczy, chcąc zobaczyć najważniejszą osobę w moim 

życiu, jednak ujrzałem tylko bransoletkę. Głupią, sznurkowaną 

bransoletkę z włożonymi literkami. Wszystkie układały się 

krótkie, śliczne imię: „EMILY”.

- O nie… - Szepnąłem cicho, jednak wszyscy w samochodzie 

usłyszeli tak cichy pomruk. Wróciłem do swojego ciała z bólem 

całego ciała. Niemal ze strachem spojrzałem na dłonie, które do 

nie dawna stały w płomieniach. Czerwone ślady na nich, ukazały 

mi, że to jednak nie był sen. W moich oczach zakręciły się łzy.

- Coś z Emily, prawda? – Spytała mnie Kelly z rozpaczą w 

głosie. Nie mogłem jej okłamać, więc obolały skinąłem głową. 

Wizje wykańczały, ale nie na tyle, by nie pomóc niewinnym 

ludziom. Tak samo postąpiłby Ian. – Szybciej, Eddie! – Szepnęła 

błagalnie do szefa czarnowłosa z rozpaczą w głosie. Samochód 

gwałtownie przyspieszył, piszcząc na zakrętach. Prawie każdy 

przyzwyczaił się do moich „przeczuć”, jednak dla mnie to było 

coś więcej, niż błahe wrażenie. Przez chwilę wchodziłem w ciało 

osoby, która miała być bliska śmierci. Wiedziałem, co widzi, 

odczuwa, a nawet umiałem czytać w ich myślach, nim znajdą się 

w jakimkolwiek zagrożeniu. Ich pożegnalne słowa przed pewną 

śmiercią, wypalały w mym sercu niezatarte ślady. 

Nim doszedłem do siebie, wóz gwałtownie się zatrzymał, a 

przez przednią szybę ujrzałem ciemne strugi dymu. Pomimo, iż 

szkoła dogasała, wszędzie wokół było pełno straży, wiedziałem, 

że nie zapanowali nad żywiołem.

- Kelly, gdzie jest biblioteka?! – Krzyknąłem do 

czarnowłosej, zakładając na plecy butlę tlenową. Dziewczyna 

mechanicznie odpowiedziała, nie zaprzątając sobie tym głowy. 

23

background image

Oczyma pełnymi rozpaczy, szukała w grupce dzieci swojej jedynej 

córki.

- Parter, ostatni pokój po lewej. – Nie zorientowała się, iż to 

powiedziała. Nasza remiza tak bardzo przejęła się losem Emily, iż 

nie zobaczyli mnie, kiedy zniknąłem w obłokach duszącego 

dymu. Czując dławiące uczucie deja vu, przeskoczyłem przez 

okno i w ostatniej chwili założyłem na twarz maskę.

24

background image

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdział 3

 3

 3

 3

W momencie skoku nie zauważyłem kłębów dymu, które 

czaiły się tuż za parapetem. Gorące opary buchnęły w moją twarz, 

gdy zakładałem maskę. Dym dostał się tym samym do moich 

płuc. Mimo, iż nie były one ludzkie, zareagowały bardzo 

podobnie. Kaszel wydobył się z mojego gardła, co utwierdziło 

mnie w przekonaniu, że teraz jestem bardziej człowiekiem, niż 

aniołem. Krztusząc się niemiłosiernie, nie czekałem dłużej i 

rozejrzałem się. Zresztą, od kiedy coś jest dla mnie miłosierne?

Znajdowałem się w pustej, nie do końca spalonej klasie. W 

kącie zauważyłem dużą górę, jak przypuszczałem, połamanych 

ławek, krzeseł oraz szafek, które ogień zdążył strawić w większej 

części. Spomiędzy popiołów wydobywało się wiele poczerniałych, 

metalowych konstrukcji, co układało się w dawne meble. 

Podszedłem, by zbadać poszczególne znaki, gdy przypadkowo 

kopnąłem plastikową zapalniczkę. Zdziwiony podniosłem ją i 

zdjąłem maskę, która zasłaniała całe otoczenie. Nie była ani trochę 

stopiona, czy spalona. Po prostu sobie leżała wśród popiołu.

Zamknąłem oczy, po czym zacząłem wczuwać się w aurę 

otoczenia. Pokoje zupełnie inaczej odczuwały zdarzenia niż ludzie 

czy inne istoty. Rozróżniały wszystko pod względem duszy. Jeśli 

były to istoty dobre, pomieszczenie ukazywało swoją historię, 

jednak, gdy ich wnętrze było czarne, zamykały się, pozwalając 

jedynie przebywać w nich, zresztą nie miały innego wyjścia. 

Wziąłem wdech, próbując się znów nie zakrztusić 

25

background image

wszechobecnym dymem, po czym wyszeptałem słowa.

- Wiem, iż moja dusza nie jest wystarczająco czysta, byś 

mógł mi ukazać swe życie, jednak ukaż chwilę podpalenia. –

Podniosłem powieki, licząc na wspomnienia pokoju, jednak nic się 

nie stało. – To jest moja prośba! – Syknąłem do spalonych ścian. –

Pierwszy raz w mym marnym życiu proszę o ukazanie swej 

historii. Jestem jej godzien, jak nikt inny! – Wykrzyczałem, 

obracając się wokół własnej osi. – Czemu mnie nie rozumienie? –

Szepnąłem, nie zdając sobie z tego sprawy. Dopiero po chwili 

zorientowałem się, że pomieszczenie rzeczywiście mnie nie 

rozumie. Skoro nie kojarzy angielskiego, to, czemu by nie 

spróbować innych języków? – Demonstro abditus a um! – Nic. 

Nawet łacina nie skutkuje! Rozejrzałem się po pomieszczeniu, 

szukając jakiś podpowiedzi, jednak wszystko było doszczętnie 

spalone. Jakie języki może znać pokój dla dzieci? A może… - Czy 

pokazałbyś mi bandytę? Proszę pokoju!

Strasznie głupio czułem się, używając dziecinnych zwrotów, 

jakich zwykle uczą w pierwszych klasach. Ale co szkodzi 

spróbować? Przez dłuższą chwilę nic się nie działo i, gdy już 

miałem zrezygnować, znalazłem się gdzieś indziej. 

Otaczały mnie puste, pastelowe ściany oraz przestronne, 

duże okna. Promienie słońca padały na kremowe kafelki, na 

których stałem... Boso? Dotknąłem klatki piersiowej, chcąc 

sprawdzić czy wciąż mam na sobie kombinezon, jednak zamiast 

niego, wyczułem miękkość świeżej tkaniny. Moje oczy same 

skierowały się w dół. Rozszerzyły się jeszcze bardziej, gdy okazało 

się, iż ubrany jestem w biel. Coś, czego od dawna nie nosiłem. 

Momentalnie podszedłem do okna, chcąc sprawdzić swoje 

odbicie, jednak nic poza szatą się nie zmieniło. Nie można 

powiedzieć, że jestem rozczarowany. Odbywam karę i raczej nic, z 

26

background image

wyjątkiem odkupienia, nie jest w stanie zmienić mojego stanu.

- Cześć, upadły. – Usłyszałem piskliwy głos, dochodzący zza 

moich pleców. Odwróciłem się szybko i ujrzałem małego chłopca, 

siedzącego po turecku na kafelkach. Jego brązowe loczki opadały 

na błyskające radością, szare oczy. W pulchnych policzkach 

pojawiły się dołeczki, gdy tylko się uśmiechnął. Zmarszczyłem 

brwi, ukazując swoje zdziwienie.

- Skąd znasz me pochodzenie, chłopcze? – Powiedziałem 

dumnie prostując plecy. Ogarnęło mnie pragnienie by rozłożyć 

skrzydła, ale zapomniałem, iż jestem tylko upadłym. Nie mogłem 

już poczuć szumu wiatru w białych oraz delikatnych, niczym 

puch skrzydłach. Tak bardzo mi tego brakowało. Brązowowłosy 

przekrzywił zaciekawiony główkę.

- Dlaczego spadłeś z nieba? – Nie spodziewałem się tak 

bezpośredniego pytania, więc zaskoczony zrobiłem krok w tył.

- Dlaczegóż o to pytasz? I kim jesteś? – Mój głos zdradzał, 

jak bardzo nie radzę sobie z nową sytuacją. Przygotowany na 

widok zmasakrowanych ciał, patrzę na… Właśnie, gdzie jestem? 

Zamiast spalonego budynku znalazłem się w pokoju o 

pastelowych kolorach, i z wielkimi oknami w zastępstwie pustych 

ram. 

- Nie bądź dorosły! – Furknął chłopiec, podnosząc się z 

miejsca. Sięgał mi, co najwyżej do pasa, jednakże wyczuwałem 

sporą… Moc? Biła od niego potężna energia, mogąca dorównać 

nawet mi, co jest nie lada sztuką. Mój ukrywany szacunek do 

chłopca rósł z każdą chwilą. Tymczasem brązowowłosy podszedł 

do okna, usiadł na parapecie i poklepał dłonią miejsce obok siebie. 

– To jest sala dla dzieci. Nie powinieneś zachowywać się jak 

dorosły. – Z miną cierpiącego poczłapałem do parapetu, 

27

background image

zastanawiając się, co się tu dzieje.

- Możesz mi wytłumaczyć… - Zacząłem, jednak chłopiec 

bardzo szybko mi przerwał.

- Jestem duszą tego pokoju. Właściwie całej szkoły, taki 

dyrektor do spraw dusz. – Zachichotał ze swojego stwierdzenia, a 

jego śmiech odbił się echem od jeszcze pustych ścian. – Nie mam 

jakiegoś specjalnego imienia, do którego mógłbyś się zwracać, ale 

mów mi Roy. Takie ładne imię, co nie? Dawno temu chodził tu, do 

szkoły, chłopak o właśnie takim imieniu. Lubiłem go.

- Powiesz mi, kto… - Znów chciałem zadać pytanie, jednak 

brązowowłosy ponownie nie pozwolił mi przemówić. Stłumiłem 

chęć warknięcia, gdyż moja kultura po prostu na to nie pozwoliła.

- Nie masz wystarczająco czystej duszy, upadły. Mogę 

wymienić twoje grzechy, jeśli chcesz. – Nie czekając na moją 

zgodę, wyliczał na palcach każdy z osobna. – Pycha, chciwość, 

nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew 

oraz lenistwo. To chyba wszystko, jeśli dobrze pamiętam. Uczono 

tu dzieci o Bogu i pozostałych świętych. – Powiedział ze 

smutkiem, po czym przesunął delikatnie dłonią przed swoją 

twarzą. 

Wtem obraz się zmienił. W miejsce pustych ścian pojawiły 

się rysunki dzieci z dedykacjami dla rodziców, dziadków oraz 

nauczycielek. Znalazł się nawet jeden dla dyrektora. Obok mnie 

nagle wyrósł dorodny kaktus boleśnie kując w rękę, a na środku 

sali, jakby z delikatnej, przezroczystej mgły, wyłoniły się dzieci, 

siedzące ze skrzyżowanymi nogami na zielonym dywanie. 

Wpatrywały się w jeden wspólny punkt i dopiero po chwili 

pojawił się tam ubrany na czarno ksiądz.

28

background image

- To jest Jezus Chrystus dzieci. Był mesjaszem, który dwa 

tysiące lat temu stąpał po tej ziemi. – Przemówił kapłan, 

wskazując na krzyż wiszący nad czarną tablicą. Dzieci, jak 

posłuszne psiaki, podniosły głowy.

- Dlaczego wisi na… - Spytała mała, jasnowłosa 

dziewczynka. Nie dokończyła pytania, marszcząc malutki nosek.

- Na krzyżu, dziecko? Gdyż został ukrzyżowany. –

Odpowiedział dziewczynce ksiądz, patrząc na nią ze źle skrywaną 

litością. – Jezusa, jedynego syna Bożego, ukrzyżowali Żydzi. Nie 

wierzyli, że jest mesjaszem.

- A kto to mesjasz? – Zapytał chłopiec siedzący najbliżej 

mnie. Opuściłem wzrok, patrząc na jego główkę. Miał rude loczki, 

które dzięki wpadającemu słońcu lśniły. Czułem ciekawość, która 

targała jego ciałem, ale nie tylko. Cała sala chciała dowiedzieć się 

jak najwięcej o Synu Bożym, a ja pragnąłem stąd uciec.

- Inaczej zbawiciel. Ktoś nas uratował przed piekłem, czyli 

Jezus.  Coś jak strażak. – Powiedziała siedząca przed rudowłosym 

dziewczynka. Uśmiechnęła się do zażenowanego jej wzrokiem 

chłopca, lekko przymrużając oczy, przed padającym na nią 

porannym światłem. Zaszokowany wpatrywałem się w błękitne 

tęczówki, które z dobrocią spoczywały na chłopcu. 

- Emily… - Szepnąłem nie zauważając, ze schodzę z 

parapetu. Skierowałem swoje kroki ku dziewczynce i, gdy już 

miałem ją dotknąć, powstrzymał mnie Roy.

- Nie powinieneś się wtrącać w to, co było. – Powiedział, 

lekko się sepleniąc. On również zszedł z parapetu. Trzymał mnie 

obydwoma dłońmi za nadgarstek z zadziwiającą siłą imadła. Po 

raz kolejny pohamowałem swój temperament, co często ostatnimi 

29

background image

czasy robię.

- Pokaż mi scenę podpalenia. – Powiedziałem wyrywając z 

uścisku rękę. Chłopiec przyglądał mi się chwilę w milczeniu, 

westchnął, po czym zaczął opowiadać. 

- Moim zadaniem jest sprawowanie pieczy nad całym 

budynkiem. Wszędzie jest taki dyrektor, jak już wcześniej użyłem 

tego słowa. Dana dusza utożsamia się wiekiem z obecnymi 

gośćmi tego pokoju lub pożycza od kogoś ciało. – Zatrzymał się 

poświęcając moment na swoje własne spekulacje, dlaczego tak 

jest. Teraz już zupełnie nie przypominał mi dziecka. Po chwili 

spojrzał na mnie, po czym zrobił kolejny ruch ręką, tym razem, 

bardziej gwałtowny. – Nikt z obecnych dusz pokoi nie zauważył 

żadnej zmiany. Sprawdzałem osobiście każde wspomnienie, 

odczucia pokoi, jednak nikt nie kłamie.

Wszystko przyspieszyło, patrzyłem na wstającą Emily, która 

po chwili z łzami na twarzy siada, oraz księdza, który z 

nieskrywaną satysfakcją uśmiecha się złośliwie. Zapragnąłem w 

tej chwili, delikatnie mówiąc, zrobić mu krzywdę.

- Wierz mi, nie raz próbowałem. – Odezwał się Roy, patrząc 

ze złością w tym samym kierunku. – Jednak zawsze odbijało się to 

na biednych dzieciach.

- Co nie znaczy, że ja muszę zrobić to w szkole. –

Uśmiechnąłem się zadziornie do ducha, ale on nic mi nie 

odpowiedział. Albo się zastanawiał, albo coś sobie przypomniał. 

Trwaliśmy w milczeniu, a ja czujnie obserwowałem zachowanie 

księdza. W każdym jego ruchu coś mi się nie podobało. To 

przypadkowe dotknięcie kolan dziewczynki siedzącej z przodu, 

lub po przyjacielsku objęcie ramion małego chłopaka. Jego 

zachowanie wydało mi się równoznaczne z poczynaniami 

30

background image

pedofila.

- Czy on jest…? – Znów zacząłem pytanie, jednak po raz 

kolejny przerwano mi je.

- Owszem.

- Szkoła nic nie może na to poradzić? Przecież to jeszcze 

dzieci! Nieletni! – W moich żyłach zawrzał gniew skierowany ku 

duchownemu, jak i dyrekcji szkolnej.

- Inni nauczyciele nic nie wiedzą, podobnie jak dyrektor. On 

jeszcze nic poważnego nie zrobił. Wie, że to złe, ale… podnieca go 

to. – Syknął z oburzeniem, niemal spluwając na podłogę.

- Gdzie on mieszka? – Spytałem z udawanym spokojem, lecz 

w moim środku gotowało się z wściekłości. Jak duchowny, 

oddany Bogu, może chcieć zrobić coś takiego?! To jest oburzające! 

On powinien zachęcać dzieci do wiary, do Boga, nie do siebie!

- Na Nostrad Ave. Chcesz dokładny adres? – Jego głos 

również brzmiał spokojnie, jednak wyczuwało się w nim jakby 

nutkę oczekiwania, bądź nawet radości. Przytaknąłem, nie 

spuszczając wzroku z księdza, a po chwili usłyszałem również 

numer mieszkania.

- Masz wszystkie adresy nauczycieli tej szkoły?

- Tak, ale teraz jest ważny moment. Patrz! – Gestem dłoni, 

wskazał wychodzące z sali dzieci oraz zamykającego drzwi od 

zewnątrz księdza. Chwilę jeszcze trwałem bez ruchu, cały czas nie 

spuszczając wzroku z miejsca, gdzie zniknął duchowny. Złość 

nadal burzyła krew w moich żyłach, ale, jak większość rzeczy, 

tłumiłem ją. Po około piętnastu minutach, nie wytrzymałem i 

spytałem szeptem:

31

background image

- Długo jeszcze?

- Sprawdzałem twoją wytrzymałość, upadły. – Odrzekł w 

odpowiedzi Roy. Wpierw nic nie rozumiejąc, odwróciłem się 

zdziwiony. Po chwili dotarło do mnie, iż dusza chciała sprawdzić 

czy jestem godny. W czasie, gdy ja skupiałem się na drzwiach, on 

spokojnie badał moją duszę z wszystkich uczynków. Po raz 

kolejny ogarnęła mną wściekłość, więc znów starałem się tłumić 

gniew, nie dając tego po sobie poznać.

- Czy jestem wystarczająco dobry? – Furknąłem, ledwo dając 

radę z utrzymaniem spokoju na twarzy. Chłopiec przekrzywił 

lekko główkę, skrzyżował ramiona, po czym rzekł:

- Ile zostało Ci jeszcze dusz? – Liczyłem na podobne pytanie, 

znając już trochę ową duszę. Lubi zaskakiwać, jednak tym razem 

jej się nie udało.

- Dotychczas uratowałem czterdzieści sześć osób. Kobiety, 

mężczyźni, dzieci, nawet kobietę w ciąży. – Powiedziałem, 

wspominając niektóre ważne dla mnie wspomnienia. Jednakże 

Roy nie pozostawiał żadnej suchej nitki.

- A ile uratował Ian? – Tym razem udało mu się mnie 

zaskoczyć.  Nigdy nie rozmawialiśmy z moim przyjacielem o 

uratowanych. Oni po prostu byli. Owszem, radzi byliśmy, iż nie 

zginęli pod gruzami czy w pożarze. W tym samym dniu, gdy 

zginął wyjawił mi swój sekret.

- Ian uratował dziewięćdziesiąt osiem osób. – Zachciało mi 

się płakać. Tak niewiele mu brakowałoby mógł dostać się do raju, 

a zginął wraz ze swoją miłością i nienarodzonym dzieckiem.

- Dużo. – Stwierdził Roy i w tym samym momencie drzwi 

otworzyły się. Starałem się zauważyć każdy ruch osoby, która 

32

background image

wchodziła do środka, lecz… nie było nikogo!

- Gdzie on jest? – Syknąłem rozglądając się po 

pomieszczeniu. Nagle jedna ławka przewróciła się, zaraz po niej 

druga, trzecia, po nich przyszła kolej na krzesła. Wszystko 

tworzyło niemały stos.

- To jeszcze nie koniec. – Ze smutkiem rzekł Roy, wciąż 

obserwując daną sytuację. Ja nie czułem tego smutku, to nie był 

mój dom, lecz anielska cząstka pochwyciła smutek chłopca i 

przeniosła go na mnie. Ze łzami w oczach obserwowałem, jak 

niewidzialna siła zdziera rysunki ze ścian, wyciąga kartony, 

kartki, po czym przenosi go na stos mebli, by zrobić z nich 

podpałkę. Obserwuję lejącą się na wszystko benzynę, a potem 

błysk ognia, lecz nie mogę nic zrobić. Stoję boso na środku pokoju 

w białych szatach oraz patrzę na podpalenie szkoły pełnej 

dzieciaków. Nie!

Zrobiłem krok w przód, chcąc podejść tam, zgasić jak 

najszybciej te tlące się cholerstwo i uratować dom Roya, lecz 

powstrzymał mnie znów uściskiem dłoni.

- Odpuść, Tony. – Pierwszy raz nazwał mnie po imieniu, 

jednak ja niewzruszony, posuwałem się na przód.

- Ona może już nie żyć. – Szepnąłem w wyobraźni widząc 

opadające ciało Emily, po czym wyszarpnąłem dłoń z jego 

uścisku. W tym samym momencie wszystko zniknęło. - Idiota! –

Warknąłem, ze złością rzuciłem zapalniczkę o ścianę. Syczałem 

przekleństwa skierowane ku niewidzialnemu wrogowi, 

przechodząc po spalonych drzwiach. Kto by podpalał szkołę 

pełną rozbrykanych dzieci? One są nadzieją na lepszy świat! 

Oczekujemy na nich z myślą, iż zmienią nasze ciężkie grzechy. 

Nasze? Ich! Ja jestem aniołem, nie człowiekiem! Z każdą chwilą 

33

background image

spędzoną z ludźmi utożsamiam się z nimi! To nie jest dobre! Nie 

wiem, czy bardziej byłem zaskoczony, czy zmartwiony obecną 

chwilę.

Rozejrzałem się i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy były 

spalone oraz porozrzucane wokół szafki, których nie do końca 

strawiły płomienie. Wszędzie walały się poprzewracane, 

osmalone szafki, a gdzieniegdzie nawet krzesła. Ściany nie były 

zbyt spalone, jak mi się wcześniej wydawało, jednakże cegła oraz 

beton nie palą się tak szybko. Pomimo, iż budynek dogasał, nadal 

istniało dla mnie niebezpieczeństwo. Nade mną znajdowały się 

dwa piętra, które w każdej chwili mogły się zawalić.

Wtem usłyszałem głos. Stłumiony, jakbym słyszał go pod 

wodą. Przysłuchiwałem się przez pewien czas, jednak wołanie nie 

powtórzyło się. Przez moje myśli przeleciała jedna myśl: „Emily”!

- Gdzie jesteś?! – Krzyknąłem na całe gardło, chwilowo 

zdejmując zabrudzoną od popiołu maskę. Nie usłyszawszy 

odpowiedzi ponowiłem próbę wielokrotnie. Tym razem moich 

uszu dobiegł mocniejszy krzyk owego dziecka.

Biegnąc, w głowie miałem tylko myśl o córce Kelly, aby 

tylko się schowała w bibliotece, bym mógł ją tam znaleźć, ale, co 

najważniejsze, by żyła. 

- Odsuń się od drzwi, Emily! – Wrzasnąłem, po czym, 

dostając odpowiedź twierdzącą wywarzyłem drzwi. – Emily?

Kaszel owego dziecka skierował mój wzrok na jedyną 

stojącą ławkę w całej klasie. Jasna buzia, spoglądała na mnie z 

nadzieją, zasłaniając swoje usta zabrudzoną koszulką. Rude włosy 

opadały na czoło wystraszonego chłopczyka. Starając się tłumić 

uczucie zawodu, ukucnąłem obok niego, wziąłem głęboki wdech, 

34

background image

zdjąłem maskę i podałem ją chłopcu. Z ulgą na twarzy chłopiec 

oddychał spokojniej, jednak nadal z przerażeniem.

- Gdzie jest biblioteka? – Spytałem tracąc, trochę moich 

zapasów czystego tlenu. Rudzielec gestem dłoni pokazał stojące w 

jeszcze delikatnych płomieniach drzwi. Westchnąłem, wiedząc, iż 

czeka mnie podróż przez ogień bez tlenu. Na jego piersi 

zauważyłem wyszyte na bluzce, ozdobnym haftem imię Doyle. –

Wszystko będzie dobrze, ale zostań tu i się nie ruszaj, 

zrozumiałeś? Wstrzymaj na chwile oddech.

Chłopiec posłusznie kiwną główką, a ja ściągnąłem z pleców 

butlę, stawiając ją obok rudzielca. Gdy zauważyłem, jak bierze 

wdech, ściągnąłem maskę z jego twarzy i przyłożyłem do swojej. 

Z zamkniętymi oczami wmawiałem sobie, iż będzie dobrze. Dam 

radę wyciągnąć Emily z budynku. Ostatni wdech, po czym 

szybkim ruchem nadgarstka, nałożyłem maskę na twarz Doyla. W 

tym samym momencie poraził mnie jego wzrok, które aż 

promieniowały strachem. Jednak, co mogłem z nim zrobić?! 

Zostawić albo…

- Cholera jasna! – Krzyknąłem, skupiając się na magii, 

buzującej w mych żyłach. Zamknąłem oczy i jakby przez błękitną 

mgłę ujrzałem Eddiego, który teraz rozglądał się bezradnie w 

poszukiwaniu mojej osoby. – Chodź tu i pomóż! – Wydałem 

mentalny rozkaz. Szef natychmiast wyprostował głowę, po czym 

nałożył kask, ruszając przed siebie. Nie minął moment, a już 

zobaczyłem jego twarz, w, co dziwne, oknie.

Eddie w tym samym momencie otrząsnął się z transu. 

Wpierw zaszokowany, lecz, gdy ujrzał mnie oraz chłopca pod 

ławką, bez wahania dał znak, iż zwoła ekipę i mam spokojnie 

czekać. Pokiwałem głową, że rozumiem, jednak, kiedy tylko się 

35

background image

oddalił, małym krzesłem, które wpadło mi w ręce, rozbiłem szkło. 

- Chodź! – Krzyknąłem, do Doyla, jednak chłopiec się nie 

ruszył. Wciąż bał się tak bardzo, iż trwoga, która emanowała z 

jego aury przeszła na mnie. – Nie! – Warknąłem, biorąc 

wierzgającego rudzielca pod pachę, a drugą ręką chwyciłem butlę. 

Jednym susłem wylądowałem za budynkiem, po czym sprawnym 

ruchem, znów założyłem swój sprzęt. Przeczekałem chwilę, gdy 

Eddie organizował grupę ratowniczą, jednak widząc biegnących 

zza kłębów dymu strażaków, z powrotem wskoczyłem do palącej 

się jeszcze szkoły.

36

background image

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdział 4

 4

 4

 4

Zostawiając Doyla na pastwę losu strażaków, wskoczyłem 

przez puste ramy okna, z powrotem do sali. Jednakże nie 

spotkałem tego samego otoczenia, co minutę temu. Niewiadomo 

jak, znalazłem się w bibliotece. Wszystko wokół mnie płonęło, a ja 

sam, stałem niczym słup soli pośrodku tego szaleństwa. 

Przetarłem maskę i rozejrzałem się, szukając Emily. Każdy regał, 

wszystkie książki powoli trawione były przez ogień, zupełnie 

inaczej niż w mojej wizji. Stałem w wypalonym kręgu, z 

przerażeniem rejestrując zmiany. Tam, czyli w mojej głowie, 

regały dopiero zaczynały płonąć, a tu…

Języki ognia były wszędzie, co oznaczało, iż Emily… 

Wszystko we mnie wołało „nie!”, Ale nie mogłem krzyczeć. Nic 

by to nie dało. – Niemożliwe! – Za każdym razem, gdy podobna 

myśl przeleciała moje myśli, wzdrygałem się zaprzeczając 

własnym domysłom. Córka Kelly nie mogła zginać, była taka… 

czysta. Pomijając fakt, że została spłodzona przez gwałt, mogła 

być… aniołem! Ironiczne myślenie obudziło się w mnie, gdy ze 

łzami w oczach, uświadomiłem sobie, iż ja już mówię w czasie 

przeszłym. 

- Emily! – Krzyczałem, lecz moje słowa zagłuszyła maska. 

Ściągnąłem ją, upuściwszy na podłogę i z zaciśniętymi powiekami 

powtórzyłem wołanie. Nie usłyszałem nic z wyjątkiem 

skwierczenia płomieni. Zdjąłem również butlę z czystym tlenem, 

gdyż teraz tylko mi zawadzała.  

37

background image

Nagły ból przeszył moje serce. Chwyciłem się dłonią za 

pierś, jednak to nic nie pomogło. Czułem kłucie, rwanie, a także 

pieczenie i nie wiedziałem, co ono oznacza. Z każdą chwilą ból 

potęgował się, lecz nie na tyle, bym mógł wydać z siebie jęk. 

Ociężałymi krokami zmierzałem ku płomieniom. Niezgrabnym 

ruchem, schyliłem się po maskę, by kontynuować swoje 

poszukiwania. Rękawicami już dotknąłem materiału, gdy 

poczułem mocne uderzenie w zgięcie kolan. Moje nogi 

automatycznie ugięły się, a ja upadłem na spaloną podłogę. Jęk 

wydobył się z moich ust, kiedy policzek uderzył o drewnianą 

część nie do końca spalonego krzesła oraz, gdy obolała klatka 

piersiowa huknęła w ziemię. Dopiero w tej chwili przyszło mi na 

myśli, iż to nie może być normalny ogień. Ruchem tak, na ile 

pozwolił mi ból w klatce, obróciłem się, a spopielone linoleum 

cicho zaszeleściło pod moimi plecami. Oczekiwałem kogoś 

zobaczyć, jednak nikt tam nie stał, nie czaił się w płomieniach. Po 

prostu nikogo nie było. 

Kaszlnięciem, wypuściłem powietrze, które niewiadomo, 

jakich powodów wstrzymywałem. Podniosłem się na łokciach, po 

czym wstałem, czując delikatne zawroty głowy. Kolejny raz 

schyliłem się po maskę. Tym razem nikt, lub nic, nie miało 

zamiaru mnie przewrócić. Ciche westchnienie wydobyło się z 

moich zaschniętych ust, gdy ból w piersi pogłębił się. Tym razem 

zmarszczyłem brwi, nie wiedząc, co się dzieje. Nie miałem pojęcia 

czy to atak serce czy coś zupełnie innego, gdyż nie jestem 

człowiekiem! Nie powinienem teraz tkwić w palącej się szkole! 

Nie należałem do tego. Zostałem stworzony dla innego świata, niż 

ten. 

- Tony! – Do moich uszu dotarł cichy głos, jakby dobiegający 

zza ściany. Nie potrafiłem go wyczuć, ani zlokalizować, czym 

38

background image

jeszcze bardziej się zmartwiłem. Jako anioł… Zamknąłem oczy 

przypominając sobie, iż już nie jestem aniołem. Wziąłem w płuca 

tyle powietrza, ile tylko mogłem, po czym wypuściłem je powoli, 

dzięki czemu ból w piersi zmalał odrobinę. Pewnie się 

przesłyszałem, przeleciało moje myśli, gdy zakładając z powrotem 

maskę, na jej należyte miejsce. Skrzywiłem się przy tym, ponieważ 

owa ochrona utrudniała widoczność. Włożyłem butlę na plecy, 

podłączając rurkę z tlenem. Znajomy gaz owinął moją twarz, a ja 

szybkim wdechem przetransportowałem go do płuc. Ból w piersi 

po raz kolejny zmalał, jednak nie na tyle, by można o nim 

zapomnieć. Wciąż, niczym mucha, przeszkadzał w prawidłowym 

wykonywaniu wybranej przeze mnie pracy.

- Tony! – Tym razem nie mogłem się mylić. Na pewno kogoś 

słyszałem i w stu procentach ten ktoś, lub coś, woła mnie. Nie 

wiedziałem, jak mam odpowiedzieć, więc zawołałem po prostu 

„Jest tu ktoś?”. Nie spodziewałem się odzewu, jednak on dobiegł 

moich uszu.

- Tony, uciekaj! – Tym razem usłyszałem wyraźny, lecz 

przerażony głos. Nadal nie umiałem określić płci, a co dopiero 

wieku, krzyczącej osoby. Powoli posuwałem się w nieokreślonym 

kierunku, próbując znaleźć wyjście z biblioteki, jednak 

przeszkadzał mi w tym nienaturalny ogień. Wciąż znajdowałem 

się w idealnym kręgu spalonej podłogi, a płomienie ani nie 

zbliżały się do mnie, ani nie zmniejszały się. Koło miało średnice 

około 3 metrów i nie sposób było się z niego wydostać, nie licząc 

przeskoku przez wysokie płomienie. Moje serce zaczęło szybciej 

bić, gdy zrozumiałem, iż to pułapka. Zacząłem szybciej oddychać, 

bezradnie obracając się wokół siebie.

- Nie… - Szepnąłem, po upewnieniu się, że nie ma stąd 

wyjścia. Okrążałem swoje więzienie wielokrotnie starając się jakoś 

39

background image

z tego wybrnąć, lecz nie znalazłem sposobu. Z bezsilności 

upadłem na kolana, zamknąłem oczy. Nie wiedziałem, co 

mógłbym zrobić, by się uwolnić. Czy to jest piekło? Czy właśnie 

tak wygląda dom diabła?

- To twoja wina! – Ostry, dziecięcy głos rozdarł powietrze, a 

ja szybkim ruchem podniosłem powieki. Przede mną stała 

niewysoka dziewczynka o błękitnych, jak niebo oczach oraz 

ciemnych blond włoskach. Miała malutki nosek i śliczne małe 

brwi, które teraz wyrażały ogromną złość. 

- Emily. – Szepnąłem, wyciągnąwszy rękę, by ją uchwycić. 

Dziewczynka odsunęła się. Ubrana była w jeansową spódniczkę, 

sięgającą do kolan, a ramiona okrywała żółta bluzka z krótkim 

rękawkiem. Na jej nogach… Właściwie nie było widać jej nóg, 

gdyż stała w płomieniach! Już chciałem powiedzieć, by wyszła z 

ognia, bo może jej się coś stać, ale ona pierwsza się odezwała.

- To wszystko twoja wina, Tony! – Syknęła, niemal 

wypluwając moje imię. Zwykle mówiła mi „wujku”, jednak teraz 

chyba nie miała do tego nastroju. – Przez Ciebie nie żyję! – Jej 

krzyk odbił się od ścian, powracając do mnie wielokrotnie.

- Ale ja… - Chciałem się wytłumaczyć, iż nie zdążyłem na 

czas, lecz blondynka przerwała mi. Jej wzrok wyrażał 

determinację i tak ogromną wściekłość, jakiej jeszcze w życiu nie 

widziałem.

- Żadnego, „ale”! Jesteś tak kiepskim strażakiem, iż zginiesz 

tu razem z nami! 

- Nami? Kto tu jeszcze jest? – Spytałem zdziwiony, starając 

się powstrzymać łzy, które powoli zbierały się w moich oczach. 

Emily uśmiechnęła się tajemniczo, jednak nadal w jej oczach 

40

background image

widziałem tłumioną wściekłość. Po chwili za dziewczynką 

ujrzałem zbliżające się cienie. Było ich mnóstwo. W pierwszej 

chwili nie rozpoznawałem nikogo, lecz nie minęło dużo czasu, 

gdy poznałem jedną osobę, inne same zaczęły się ujawniać w 

moim umyśle.

- Ian. – Czarnowłosy chłopak powoli zbliżał się ku mojemu 

więzieniu i, podobnie do córki Kelly, stąpał w ogniu. – Ciebie tu 

nie ma!

- Ależ jestem, przyjacielu. – Powiedział z ironią w głosie, a 

jego tęczówki nie wyrażały już odwiecznej miłości, czy choćby 

dobroci. Były puste.

- Umarłeś! Widziałem to na własne oczy! – Krzyknąłem, po 

czym wykonałem nieudolną próbę wstania. Zachwiałem się i 

znów wylądowałem w tej samej pozycji z opuszczoną głową oraz 

rękoma podpierającymi mój ciężar. Emily, Ian i inni… Czy oni 

naprawdę nie żyją?!

- My żyjemy, Tony. – Odpowiedziała niewysoka brunetka w 

okularach o nieskazitelnej urodzie. Zielone oczy ciskały w moją 

stronę wyimaginowane pioruny. Stała tuż obok Ian’a i trzymała 

jego dłoń. – A ty żadnego z nas nie potrafiłeś ocalić!

- Tracy, to nie moja wina. – Błagałem ją, lecz była nieugięta. 

Każdy z nich wydawał się taki być. Wstrzymywane łzy popłynęły 

po moich policzkach.

- Teraz płaczesz?! – Warknęła starsza kobieta, którą 

widziałem w wizji, gdy wcieliłem się w Emily. – Każdego z nas 

mogłeś ocalić, lecz nie chciałeś tego! Nikt z nas się dla Ciebie nie 

liczył! – Zaczęła wołać na cały głos, nie dając dojść mi do słowa. 

Wszystko, co wychodziło z ust zebranych tutaj, raniło mnie 

41

background image

dogłębnie. 

- Wolałeś uratować Doyla, nie mnie! – Krzyknęła Emily, a jej 

twarz wyrażała czystą nienawiść. Domyślałem się, że to nie 

koniec, lecz nie spodziewałem się tego. W szybkich krokach 

podeszła do mnie. Jej ciało nie opuszczał ogień. Jednym ruchem 

zdęła mi maskę, pozbawiając czystego tlenu, po czym wymierzyła 

mi siarczysty policzek. Zachwiałem się, przytrzymując dłonią 

bolące miejsce. Skierowałem wzrok na blondynkę i w tym samym 

momencie ona stanęła w ogniu. Jej krzyk ranił mą duszę, a ja nic 

nie mogłem zrobić, by jej pomóc. Skóra stawała się czerwona, 

zaczęła pękać ukazując mięśnie. Nie byłem w stanie patrzeć na 

więcej. Moim ciałem wstrząsnął szloch, gdy głos Emily powoli 

słabł. Nawet nie wiem ile trwała jej agonie, jednak dla mnie, były 

to godziny męczarni. Ostatni raz zwróciłem swoje oczy w tym 

kierunku, by zobaczyć, jak w jednym mgnieniu oka Emily 

zmieniła się w kupkę prochu.

- Teraz ja! – Zawołała pełna radości bibliotekarka, zbliżając 

się do mnie. Sytuacja powtórzyła się dokładnie tak samo, lecz w 

tym przypadku nie mogłem odwrócić głowy. Widziałem jak ona 

pogrąża się w agonii, jak krzyczy wołając Boga o pomoc. Prosiłem, 

błagałem wszystkich, dookoła, że mam dość, rozumiem swoje 

winy, lecz każdy dookoła podchodził, mocno uderzał mnie w 

twarz, po czym stawał w ogniu. Moja psychika była na skraju 

wytrzymania Zgubiłem rachubę, gdy piętnastoletni chłopak 

dalekich sąsiadów spłonął.. Dawno straciłem nadzieje, która tak 

długo utrzymywała mnie przy dobrych myślach. Nie umiałem 

sobie z tym poradzić, gdy wtem naszła kolej Tracy. Żony mojego 

nieżyjącego, jednakże nadal najlepszego przyjaciela. Rozkoszując 

się moim fatalnym widokiem, pochyliła się w przód, chwyciła 

dłonią za moją szyję, blokując dostęp powietrza do płuc. Co 

42

background image

dziwne, nie dusiłem się, choć jestem pewien, że powinienem.

- Pamiętasz, że byłam w ciąży, kiedy… nas zabiłeś? –

Mruknęła, zwalniając swój uścisk. Wziąłem wdech czystego tlenu, 

dziwiąc się, iż w ogóle owy gaz unosi się w tym pomieszczeniu. 

Jest tu pełno dymu, ognia, który chłonie tlen, niczym wyschnięta 

ziemia wodę. Tymczasem Tracy kontynuowała. – Chcieliśmy ją 

nazwać Sharon. – Opowiadała zamyślona, a ja zaszokowany 

otworzyłem usta. Nie miałem o tym pojęcia, iż będzie to 

dziewczynka. – Tak, Tony. To była dziewczynka. Śliczna malutka 

kobieta, która w tym momencie mogłaby się bawić lalkami! –

Warknęła, wyprostowując swoje plecy. Zastanawiałem się, 

dlaczego akurat chcieli nazwać ją Sharon. Przecież ja tak zawsze 

chciałem nazwać swoje dziecko. 

Sharon oraz Daniel. Dwójka najukochańszych dzieci na 

świecie, która żyła w czasach średniowiecza. Zginęli przez 

głupotę swojego ojca, który z braku pieniędzy sprzedał je na 

targu. Niespełna dzień później ich dusze trafiły do nieba w tym 

samym momencie, co zdarza niespotykanie rzadko. Na ich cześć, 

chciałem nadać tak imiona swoim dzieciom. Brunetka ponownie 

zaczęła podjęty wcześniej temat.

- Twoja jest to wina, że nie mamy dzieci, a chcieliśmy mieć 

dwójkę, wspaniałych i mądrych potomków. Drugi miał być 

chłopiec. – Powoli rozumiałem, dlaczego tak mówi. Próbując 

przedłużyć moje cierpienie, wypowiadała słowa, które raniły mnie 

tak bardzo. Po moich mokrych już policzkach popłynęły kolejne 

łzy.

- To moja wina. – Szepnąłem, czując narastający ból w mojej 

głowie, jak i w klatce piersiowej. Zabiłem tak dużo ludzi, a sam 

nie ocaliłem nikogo. – Powinienem umrzeć.

43

background image

- Właśnie! Wiesz, co zrobić prawda? – Uśmiechnęła się 

zimno, patrząc mi głęboko w oczy swoim wściekłym wzrokiem. 

Kiwnąłem głową na znak zrozumienia, po czym wstałem ociężale. 

Znajdowałem się tu tylko ja, Tracy oraz Ian, który z nieskrywaną 

radością wpatrywał się w moje cierpienie. Ręce skrzyżował na 

piersi i powiedział:

- Drugim dzieckiem miał być chłopiec. Daniel dokładniej. –

W tym momencie stanąłem, zdziwiony. Skąd on wiedział, jakie 

mam marzenia? Jak chce nazwać dzieci, które zamierzałem 

spłodzić? Wszystko wydawało mi się teraz takie… sztuczne. Nie 

rozumiałem, czemu mogę oddychać tlenem, dlaczego spotykam 

tu każdego, kto umarł, lub jest tego bliski? Najbardziej nurtowało 

mnie pytanie czy to wszystko dzieje się naprawdę? Plany 

założenia rodziny i imiona dzieci naprowadziły mnie na pewien 

trop, a ja powinienem z niego skorzystać.

- Jeżeli ja zginę… - Zacząłem, specjalnie nie dokańczając. W 

duchu modliłem się by to, co myślę nie było prawdą.

- My również zginiemy. – Rzekł Ian wychodząc z ognia, lecz 

jego nogi nadal płonęły. – Spójrz – Gestem dłoni pokazał swoje 

stopy – Już jesteśmy naznaczeni śmiercią.

- Lecz jeśli ja przeżyję to wy także, zgadza się? – Spytałem 

powoli odzyskując utraconą wiarę. Z mojego oka wypłynęła 

zbłąkana łza, na co Tracy zareagowała śmiechem.

- Jeszcze nigdy, w moim marnym krótkim życiu, lecz także 

po nim, nie widziałam by Upadły tak mocno płakał. – Do nagłej 

radości dołączył mój przyjaciel.

- Tak. Ty zawsze byłeś tym słabszym. Nawet swoich marzeń 

nie potrafisz spełnić! – Wykrzyczał, po czym jedną dłonią chwycił 

44

background image

dziewczynę, a drugą popchnął mój bark. – Idź! Pokaż nam, jaki 

jesteś twardy. – Syknął powtarzając swój gest. Nie zareagowałem 

niczym, poza zamknięciem oczu.

- Wy nie jesteście prawdziwi. – Powiedziałem cicho, ale 

donośnie. Wziąłem wdech wyczuwając w powietrzu znów tlen, 

jednak coś jeszcze dołączyło do zapachu. Słodkawy, prawie 

dławiący smak. Zmarszczyłam brwi, gdy uświadomiłem sobie, iż 

właśnie tak pachną kwiaty.

- Ależ oczywiście, że jesteśmy prawdziwi! – Powiedziała 

Tracy, choć jej głos drżał ze strachu. Do mojego wdychanego 

powietrza dołączyła nowa woń. Również można było ją 

zidentyfikować pod nazwą kwiaty, jednak ten zapach różnił się od 

wcześniejszego. Ten był bardziej ostry. Tak właśnie pachną 

kobiece perfumy.

- Może masz racje. Wy jesteście realni. – Mój głos odbił się od 

ścian powracając do mnie echem. Ian razem z żoną wzięli głęboki 

wdech, oznaczający ulgę. Nie wiedzieli jeszcze, że ja domyśliłem 

się czegoś, o czym oni nie mają pojęcia. – Ja tutaj nie jestem 

prawdziwy.

- Co?! – Krzyknął czarnowłosy, puszczając dłoń brunetki. Z 

jego oczy emanował strach, a pot zalewał czoło. Podobnie działo 

się z dziewczyną.

- Zastanawiałem się, dlaczego znalazłem się akurat w 

pomieszczeniu wypełnionym książkami, które powoli płonęły. To 

akurat jest proste do wytłumaczenia, co nie Ian? – Założyłem rękę 

na rękę, kontynuując. – Zawsze chciałem mieć własny dom, 

wypełniony książkami, lecz obawiałem się, że spłonie. Taki sam 

lęk miałem ku swoich przyjaciół. Ogień zabierze ich, 

pozostawiając zaledwie kupkę prochów. – Na dowód tego 

45

background image

kopnąłem dość wysokie zbiorowisko popiołów. Właśnie w tym 

miejscu płonął każdy, którego zraniłem, bądź zabiłem.

- To jest irracjonalne Tony! – Warknęła Tracy, rzucając mi 

wściekła spojrzenie, jednak ja już się jej nie obawiałem.

- Może, jednak ty się boisz. 

- Ja się niczego nie boje! – Jej głos drżał, ale nadal nie chciała 

przyznać mi racji. Zwróciłem się do mojego przyjaciela, który w 

tym momencie zakrył twarz dłońmi.

-Wiesz, że to prawda! Nie okłamuj mnie! Nie ty! –

Wydarłem się na całe gardło oczekując prawdy od czarnowłosego. 

Wpatrywałem się w niego odliczając sekundy od mojego 

wybuchu, jednak nic się nie działo. Ian nadal stał w tej samej 

pozycji nie ruszając się, nie oddychając. Zachowywał się jak 

posąg. Zwróciłem swoje oczy na Tracy, lecz ona również zmieniła 

się w rzeźbę. Zmarszczyłem brwi, nie rozumiejąc, co się dzieje.

- Tony. – Usłyszałem za sobą dziwnie znajomy głos i 

odwracając się, przeżyłem szok. Ujrzałem czarnookiego 

mężczyznę o ciemnej karnacji i czarnych jak smoła włosach. Jego 

skóra jakby błyszczała w otoczeniu płomieni, zwarzywszy na to, 

iż nie miał bluzki. Stał sobie w pobliżu ognia w samych jeansach, 

na boso. Dumnie podnosił brodę, równocześnie prężąc ramiona. 

Wyglądał… olśniewająco oraz nieziemsko, jak najprawdziwszy 

potężny Upadły Anioł. Zważając na okoliczności, musiał się tak 

prezentować. Widziałem siebie, tak jak zawsze chciałem 

wyglądać! 

- Jesteś mną! – Furknąłem, przyglądając się swojemu nigdy 

niespełnionemu marzeniu. Od dawna pragnąłem mieć taki 

wygląd, lecz teraz, przyprawiał mnie on o mdłości.

46

background image

- Owszem. 

- Dlaczego tu jestem? – Spytałem równie groźnym tonem, co 

Iana oraz Tracy. Na wspomnienie tej dwójki odwróciłem się, ale 

nie zobaczyłem ich. Wzrokiem wróciłem do mojego ideału anioła. 

W myślach zastanawiałem się, czy naprawdę chciałbym tak 

wyglądać.

- Jesteś tu, ponieważ ktoś tak chciał. – Odpowiedziało 

tajemniczo moje drugie „ja”. Nadal sprawiał wrażenie potężnego, 

jednak niczego innego się nie spodziewałem. Z jego wnętrza 

wydobywała się nieskazitelna energia, którą ja tylko w sobie 

tłumiłem. Zaś moje drugie wcielenie używało go sobie dowoli. 

- Kto tak chciał? – Spytałem, lecz w tym samym momencie 

nagły ból przeszył moje serce. Z mojego gardła wyrwał się pełny 

cierpienia krzyk, którego nie zdążyłem stłumić. Upadłem na 

ziemię, mocno uderzając o podłogę ramieniem. Jęk wydostał się z 

zaciśniętych warg, gdy ogień wokół mnie zaczął się 

niebezpiecznie przybliżać. Dłońmi trzymając się za pierś i wijąc w 

agonii, kątem oka obserwowałem podpełzające płomienie. Nie 

chciałem ich dotknąć, a co dopiero się w nich zanurzyć. 

Zacisnąłem zęby z całych sił, jakie miałem, by po raz kolejny nie 

zacząć krzyczeć. Załzawionymi z bólu oczyma spojrzałem na 

doskonalsze „ja”, lecz ono tylko przypatrywało się mojej agonii. 

Wtem poczułem mocniejsze swędzenie skóry niż 

kiedykolwiek. Umiejscowiło się na środku klatki piersiowej oraz z 

jej lewej strony. Nie zastanawiałem się dłużej nad tym, gdyż 

czułem, jakby przez moje serce przeszły na wylot tysiące igieł. Po 

raz kolejny krzyknąłem i w tym samym momencie ogień, zajął 

moje ciało. 

W jeden chwili zjawił się znikąd i podpalił moje ubrania. 

47

background image

Nigdy wcześniej się nie paliłem i, pomimo mojego nadludzkiego 

pochodzenia, drżałem ze strachu. Krzyczałem, wiłem się, lecz nic 

nie mogło mi pomóc. Płomienie strawiły moje ubrania, 

pozostawiając mnie nagiego na pewną śmierć. Gdy tylko ogień 

dostał się do mojej skóry wydał syk, cofając się. Wie wiedziałem, 

co to może oznaczać. Czułem jego gorąco, ale mnie nie palił.

Po raz kolejny poczułem mocniejsze swędzenie na klatce 

piersiowej, ale w tym momencie ono zabolało. Syknąłem 

przekleństwo i nagle znalazłem się zupełnie gdzie indziej. Nie 

było ognia, mojego bezsensownego marzenia, nic. Otaczała mnie 

tylko czerń.

- Mamy go! – Do moich uszu dobiegł stłumiony męski głos. 

Zdziwiony, zorientowałem się, że mam zamknięte oczy i to one 

wydawały się ciemnością. W powietrzu unosił się zapach 

kwiatów oraz perfum, dokładnie taka sama mieszanka, jaką 

czułem w moim więzieniu. Wahając się tylko przez chwilę, 

otworzyłem powieki. Od razu uderzyło we mnie światło 

powodując, natychmiastowe zamknięcie oczu. Dodatkowo 

zasłoniłem twarz prawą dłonią. Delikatny ból umiejscowił się w 

moim przegubie, na co zwróciłem uwagę. Na skórze miałem 

ponaklejane plastry zabezpieczające igłę przed wypadnięciem. 

Dokładnie takie same są w szpitalach. Chwile… Szpitalach?!

- Tony! Obudziłeś się! – Przed oczami zafalowały czarne 

włosy Kelly. Zaraz po ucałowaniu moich policzków, wyszeptała 

wprost do ucha: – Witaj z powrotem!

48

background image

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdział 5

 5

 5

 5

- Chwila… Gdzie ja jestem?! – Spytałem zdziwiony, 

wpatrując się w śliczne, błękitne tęczówki Kelly. Na jej twarzy 

malowało się zmartwienie. Nie smutek, czy też przygnębienie, 

które zwykle nastąpiło po stracie córki.

- W szpitalu. – Odpowiedziała czarnowłosa, ciężko siadając 

na zielony, skurzany fotel, po którym widać już było jego starość. 

– Jak się czujesz?

- Dobrze. – Przez cały czas wpatrywała się w moje oczy, a ja 

nie umiałem wytrzymać jej wzroku, który przewiercał na wylot. 

Czemu właśnie martwiła się o zwykłego kolegę z pracy, a nie o 

rodzoną córkę? Zacząłem rozglądać się po pokoju, by nie musieć 

patrzeć na zatroskaną dziewczynę. 

Leżałem na dość wysokim łóżku, okryty pościelą o 

alabastrowym kolorze. Ściany były barwy oceanu, co 

przypominało mi tylko o nudnościach i chorobie morskiej. 

Gdzieniegdzie wisiały tam małe namalowane obrazy, które 

zapewne miały dodawać urok pomieszczeniu. Po mojej lewej 

stronie znajdowało się przestronne okno zasłonięte białymi 

firankami. Zza nich widziałem niebo oświetlone przez zachodzące 

już słońce oraz miasto, które pomimo zmierzchu, budziło się. 

Podniosłem się na łokciach, chcąc zobaczyć więcej, gdy ból w 

piersi dał o sobie znak. Aparat, znajdujący tuż koło prawej strony 

łóżka, zaczął piszczeć szalenie, oznaczając, że moje serce bije 

szybciej niż powinno.

49

background image

- Tony? Co jest?! – Zapytała zdenerwowana Kelly patrząc to 

raz na mnie raz na urządzenia, lecz ja nie byłem w stanie jej 

odpowiedzieć. Przez szybkie pulsowanie krwi nie słyszałem 

wyraźnie jej głosu, a ból ciągle się pogłębiał. Mógłbym przysiąść, 

iż jest to o wiele gorsze cierpienie, niż wtedy w płonącej bibliotece, 

jednak teraz niczego nie byłem pewien. Czułem, jakby ktoś poraził 

mnie prądem, na dodatek w wannie pełnej wody. Nie chciałem 

krzyczeć, ale nie mogłem powstrzymać się od głośnego 

wdychania powietrza oraz niekontrolowanych ruchów mojego 

ciała. Zacisnąłem zęby, by powstrzymać słownictwo, jakie w 

danym momencie przesunęło mi się przez myśl. Podobnie 

postąpiłem z powiekami. Teraz nie był mi potrzebny widok 

przerażonej przyjaciółki.

W ciemności, która pojawiła się, gdy tylko zamknąłem oczy, 

przesuwały się cienie. Ledwo mogłem je odróżnić od pustki, 

dzięki małej świeczce u mych stóp. Postacie przybierały różne 

kształty, niektóre z nich wydawały się nawet nieludzkie. Stojąc, 

machałem rękoma by móc się od nich odgonić, jednak ta metoda 

nie skutkowała. Cały czas zbliżały się do mnie, a ja wyczuwałem 

od nich wrogość. Domyślałem się, kim one są i miałem racje, gdy 

tylko ujrzałem kontury małego ciała Emily.

- Nie! Zostawcie mnie! – Krzyczałem w pustkę, lecz cienie 

nie przejmowały się mną. Nieubłaganie podchodziły, podczas gdy 

ja obracałem się wokół własnej osi, uderzając dłońmi w nicość. 

Mój oddech przyspieszył i gotów byłbym przysiąc, że ból w piersi 

zniknął, lecz pojawił się ponownie. Spotęgowany do granic 

możliwości, przysparzał cierpień tak ogromnych, iż upadłem na 

brzuch, trzęsąc się całym ciałem. Z gardła wydobył się bulgot, a 

nie wołanie o pomoc, co właśnie zamierzałem zrobić. Poczułem 

wydobywającą się z moich ust ciecz, więc lewą ręką dotknąłem 

50

background image

ust i wyczuwając ciepłą oraz lepką wilgoć na palcach, obróciłem 

się na bok, lecz nic to nie dało. Krew wciąż wypływała z moich 

warg. Nadal miałem ogromne drgawki, ale nie one mnie 

przerażały. Cienie znalazły się przeraźliwie blisko, a w ich dłoni 

zalśnił metal, dzięki czemu otworzyłem szeroko oczy.

- Teraz będziesz płacił za swoje winy, Tony. – Syknęła 

sarkastycznie postać Emily, po czym wbiła mi z całym impetem 

naostrzony sztylet w moją klatkę piersiową. Czułem jak ostrze bez 

problemu przechodzi przez żebro, po czym przebija prawe płuco 

na wylot. Tym razem krzyczałem w agonii. - Nie jestem 

człowiekiem, nie jestem popieprzonym człowiekiem! -

Powtarzałem sobie w myślach przez cały czas, jednak sam nie 

wierzyłem już we własne przemyślenia. Chciałem by męki się już 

skończyły, a wszystkie cienie zniknęły na zawsze. Z zamkniętymi 

oczami, płakałem niczym dziecko użalając się nas swoim losem, a 

czyste łzy znikały w pustce. Nagle w mojej klatce piersiowej 

znalazły się kolejne ostrza, lecz ja nie byłem w stanie ich znieść. 

Odpłynąłem, pozwalając by wzięła mnie w swe ramiona nicość.

Powoli powracałem do rzeczywistości, z czego słowo 

„powoli” nie oznaczało spokojnego budzenia się, jak można 

przypuszczać. Dość drastycznie wróciłem do ciemności, która 

oczekiwała mnie w postaci idealnego drugiego „ja”. Nie 

spuszczałem z niego oczu. Oddychałem głęboko, wciąż wpatrując 

się w ledwie widoczny cień. Zbierałem w sobie siły, po czym 

zrobiłem próbę ruszenia w jego kierunku, lecz nie mogłem zrobić 

kroku. Czułem, jak ktoś lub coś mocno trzyma mnie za kostki. 

Zdziwiony spojrzałem w dół, jednak nie widziałem nic, ponieważ 

51

background image

świeczka znajdowała się dalej ode mnie niż poprzednio.. Dopiero, 

gdy moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, ujrzałem 

ciemnoszary dym oplatający moje nogi. Parokrotnie poruszałem 

nimi, chcąc się wydostać, lecz bezowocnie. Przesunąłem pełen 

lęku wzrok na ręce, które jak gdyby nigdy nic zwisały wzdłuż 

mojego ciała. Nimi również spróbowałem poruszyć, ale je też 

oplatał dym, który sam ledwo mogłem zauważyć.

Wierciłem się, wyrywałem, lecz nic nie pomagało. Dym, jak 

gdyby zrobiony ze stali przytrzymywał mnie w miejscu, w którym 

powinienem się znajdować. Właśnie wtedy przemówił On:

- I tak nie uciekniesz. – Usłyszałem tyle jadu w moim 

wyimaginowanym głosie, iż ogarnęło mnie uczucie trwogi. 

Dlaczego boję się własnej wyobraźni, spytałem siebie, jednakże 

nie umiałem na to pytanie odpowiedzieć. Wciąż nie zraziwszy się 

słowami mojego marzenia, wyrywałem się używając do tego 

każdego mięśnia, jaki tylko istniał w ludzkim ciele. Widząc moje 

starania towarzysząca mi ciemność wybuchła zgryźliwym oraz 

ironicznym śmiechem, zaś ja z nienawistnym wzrokiem 

kontynuowałem swoje wysiłki.

- Nigdy się nie poddam! – Warknąłem, szarpiąc rękoma na 

wszystkie możliwe strony. Idealny ja czekał tylko na tą obietnicę.

- Wiem o tym i dlatego kajdany będą Cię tak długo trzymały, 

na ile tylko wystarczy Ci sił. – Po raz kolejny zaśmiał się ze 

swojego żartu, co podbudzało mój naturalny charakter. Głośno 

nabrałem powietrza, chcąc, choć trochę przestraszyć ciemność, 

lecz ona miała z tego największy ubaw. Z moich zaschniętych 

warg wydobyło się siarczyste przekleństwo, lecz zaraz po tym, 

zacząłem szeptać zaklęcia, jakich nauczyłem się w niebie.

- Absolutio Angelus cum passionis gelidus cordis. –

52

background image

Oczekiwałem, iż dym rozpłynie się, uwalniając mnie, jednak nic 

takiego nie nastąpiło. Zdziwiony powtórzyłem zdanie o wiele 

głośniej niż poprzednio. – Absolutio Angelus cum passionis 

gelidus cordis! – Znów nic się nie stało, a moje drugie ja, 

przyglądało się tym próbą, jakby była to najlepsza komedia, jaką 

w życiu oglądał. Jednak ja się po poddawałem, po raz trzeci 

wypowiedziałem zaklęcie, wykrzykując je na cały głos. –

Absolutio Angelus cum passionis gelidus cordis!! – Po raz kolejny 

nic się nie stało. Zrozumiałem, iż sam nie dam rady się z tego 

wyplątać. Moja nadzieja, która wcześniej była niczym rozpalone 

ognisko w zimę, zmalała do ledwie widocznej iskierki. Ciemność 

właśnie teatralnie otarła łzę smutku z kącika oka, a ja miałem 

ochotę splunąć mu w twarz. Po chwili cień zaczął klaskać, śmiejąc 

się na przemian. Gratulował mi mojej własnej porażki.

- Nigdy Ci się nie uda. Chcesz wiedzieć, dlaczego? – Ruszyła 

w moim kierunku, jednak po chwili zatrzymała się. 

Przekrzywiając głowę, ruszyła w lewą stronę obchodząc mnie 

kolistymi ruchami. Poruszała niezwykle płynnie i zwinnie, co 

przykuło moją uwagę. Gdy zrobiła już trzecie okrążenie, zaczęła 

mówić swoim zatruwającym myśli głosem. – Pamiętasz chwile 

spędzone w niebie bardzo dobrze. Warty przy bramie, trwające 

całe lata, niezwykle Ci się dłużyły. Stałeś tuż obok Archanioła i 

podziwiałeś jego potęgę, lecz nie tak bardzo, jakby się mogło 

wydawać obserwatorom. Ktoś inny był twoim idolem, cóż nie, 

Tony? – Spytał retorycznie cień, wciąż posuwając się po obwodzie. 

Wspominając moje dawne służby, obudził wspomnienia, za 

którymi tak bardzo tęskniłem.

- Zamilcz! – Syknąłem w jego kierunku, gdy mijał moje 

ramię o centymetry. Próby uchwycenia go na nic się nie zdały, 

dzięki wciąż trzymającym mnie kajdanom. Idealny Upadły nie 

53

background image

pozwolił sobie przeszkodzić.

- O tak. Twoje myśli nabrały barw, czyli rozumiesz, o czym 

mówię. – Pokiwał głową na znak, iż spodziewał się takiego 

wypadku zdarzeń. Nagle zatrzymał się, zbliżył o krok, po czym 

wyszeptał, patrząc mi głęboko w oczy. – Nikogo nie podziwiałeś 

tak bardzo jak Lucyfera… On miał odwagę się zbuntować, a ty 

nie. Razem z resztą, obdarci ze swych skrzydeł, zeszli pod ziemię, 

by móc tam urządzić swoje królestwo! Ty chciałeś do nich 

dołączyć! Znaleźć legendę niebios, upadłego archanioła i jego 

ekipę!

- Nie! Zamilcz! Ani słowa więcej! – Krzyczałem tym samym, 

zaprzeczając prawdzie. Nie chciałem się do tego przyznać, choć 

było to koniecznie. Nie mogłem przyjąć do wiadomości, iż 

upadłem z tak błahego powodu. Zamknąłem oczy, nie mogąc już 

więcej patrzeć w tak zwaną swoją twarz. 

- Ale to jeszcze nie koniec! Niezauważony przez nikogo, 

zstąpiłeś na Ziemię w poszukiwaniu Lucyfera i innych upadłych, 

lecz nikt nie wyszedł na twoje powitanie. – Usłyszałem jego 

gardłowy śmiech, ale nie miałem już na nic chęci. Nie miałem, iż 

moje marzenia mogą się tak szybko rozpaść. Wciąż pamiętałem 

ciekawość, jaka towarzyszyła mi przy poszukiwaniach oraz 

zawód, gdy okazało się, że… - Lucyfer nie istnieje! – Wykrzyknęła 

ciemność, w tym samym momencie, gdy ja o tym pomyślałem. On 

jest tylko legendą! Nigdy nieistniejącym Upadłym! To bajeczka 

wymyślona przez Archaniołów, by usprawiedliwić ich niecne 

uczynki. Oni zabili swojego brata, a razem z nim jedną trzecią 

nieba.

- Wiem. – Szepnąłem zmęczony, gdyż każda komórka ciała 

błagała o litość. Monotonna próba uwolnienia się z kajdanów 

54

background image

zeszła na psy, a wymyślona ciemność zdobywała przewagę na 

moim terenie. Nic tak bardzo nie podupadało istoty, jak 

przegrana. Otworzyłem oczy, po czym oznajmiłem: – I ty to wiesz, 

bo jesteś mną.

- Nie do końca jestem Tobą. – Powiedział zamyślony cień, 

oddalając się ode mnie. Opuściłem głowę, brodą dotykając 

mostka. Zauważyłem, iż jestem podobnie ubrany do mojego 

ideału, jednak On w czarnych jeansach bez koszulki wyglądał o 

wiele lepiej. – Widzisz… Znajduję się w twojej głowie, lecz nie 

jestem Tobą.

- Co przez to rozumiesz? – Zapytałem, nie rozumiejąc już 

jego słów. Byłem pewien, iż każda istota, która zadawała mi ból, 

była wytworem mojej własnej wyobraźni, z nim włącznie, a to 

wszystko działo się wewnątrz mojej głowy.

- Gdy po powrocie ze swojej bezowocnej wyprawy, 

Aniołowie obdarli Cię ze skrzydeł, upadłeś. Jakaś cząstka Ciebie 

została w niebie, ale… Nie czujesz się pusty, więc coś doszło! –

Ciemność radośnie klasnęła w dłonie. – Teraz wiesz już?

- Nie. – Odrzekłem zgodnie z prawdą, choć powinienem 

skłamać, jeżeli chciałem uniknąć kolejnego wykładu. Idealny ja 

westchnął ciężko, ponownie podchodząc.

- I jak ty przeżyłeś wśród tylu drapieżników? – Pożalił się na 

głos, tym samym oceniając moją inteligencję, po czym ponownie 

zaczął opowiadać. – Podczas wyrywania skrzydeł z twoich 

pleców, założę się, że nadal Ci krwawią blizny, z rozerwanej 

duszy, została Ci odebrana pewna anielska cząstka. Jaka, nie pytaj, 

bo sam nie wiem. Aniołowie Cię zepchnęli z nieba, a ty leciałeś, 

leciałeś, leciałeś i bum! – Mówiąc to, gestykulował dłońmi, co 

najwyraźniej mu pomagało. – Spadłeś na Ziemię sam, nagusieńki, 

55

background image

niczym Jezus w Betlejem. – Wspominając Syna Bożego, włożył 

wskazujący palec do gardła pozorując wymioty. – Wtedy, gdy 

jeszcze otwarte rany na plecach, a dusza się nie zrosła, do środka 

wpełzło coś, co można określić mianem ludzkiego. Przyczepiło się 

to do twojej duszy, powodując, iż nigdy więcej nie może się ona 

stać powrotem anielska. 

- Sugerujesz… - Przełknąłem głośno ślinę, wiedząc, iż jeżeli 

cień odpowie twierdząca stracę jakąkolwiek szansę na ocalenie. –

Sądzisz, że… - To słowo nie mogło przejść przez moje gardło, więc 

ponownie się zaciąłem, mając nadzieje, iż ciemność zrozumie, o co 

mi chodzi. I tak tez się stało.

- Ja nie sądzę. Ja to wiem! A, jeszcze coś! To ja jestem tym 

czymś, co wpełzło do twojej duszy! I dzięki temu nie możesz 

używać anielskich zaklęć! Nie jesteś czystym Upadłym!

W tym momencie iskierka nadziei zgasła zostawiając mnie 

sam na sam z otaczającą mnie ciemnością. Cień zawirował przed 

moimi oczami, lecz dopiero po chwili zrozumiałem, iż to mi 

zawirowało w głowie. Zatoczyłem się, nie czując już oparcia w 

stopach. Wystarczy jeden krok w przód, bym stracił równowagę. 

Upadłem na kolana, chwyciłem dłońmi głowę i pochyliłem się w 

przód, czołem dotykając kolan. Nie płakałem, choć moje ciało tego 

wymagało. Czułem piasek pod powiekami, ale nie mrugałem 

nimi. Serce okropnie bolało, lecz już się nie przejmowałem. Z ust 

zaczęła płynąć krew, jednak nie zrobiłem nic by ją otrzeć. Właśnie 

w tej sekundzie, gdy dowiedziałem się, iż wszystkie moje starania 

się nic nie liczą, załamałem się. 

Każde słowa wypowiadane przez ciemność stopniowa, acz 

skutecznie łamały mojego ducha, by mnie do tego doprowadzić i 

udało się. Po co żyć, skoro przeze mnie umarło tyle osób? Ian, 

56

background image

Tracy i jej dziecko, staruszka z biblioteki, była dziewczyna, 

piętnastoletni dzieciak sąsiadów, młoda kobieta… Tak dużo osób 

zabiłem, gdyż samemu nie mogłem do nich dojść. Wszystkich ich 

dzisiaj spotkałem. Patrzałem, jak każdy z nich płonie po zadaniu 

mi mocnego ciosu. Tak trudno było patrzeć na ich zwęglone ciała, 

które po chwili zmieniały się w proch. Nikt mnie nie słuchałby 

tego nie robić, choć przyznawałem się do popełnionych grzechów. 

A pierwszą była osoba, która miała przed sobą najdłuższe życie. 

Oczyma wyobraźni znów ujrzałem wesołe błękitne oczy, ciemne, 

blond włoski, które skręcały się w przecudne loki podczas 

deszczu. Moje usta ułożyły się w trzy słowa, które najbardziej 

chciałem jej przekazać:

- Wybacz mi, Emily. – Chcę umrzeć, pragnę tego 

powtarzałem sobie w myślach, przekonując sam siebie. Jestem nic 

nie wartym aniołem. Nawet nim nie jestem! 

Podniosłem głowę, oczekując, iż zobaczę znienawidzony 

cień i oznajmię moje pragnienie, jednak zamiast niego ujrzałem 

zapłakaną twarz Kelly. Nie starała się ocierać łez, które tak 

bezczelnie płynęły po nieskazitelnej skórze. Jej ramię trzymał jakiś 

mężczyzna, w którym dopiero po chwili poznałem. Szef naszej 

remizy, delikatnie głaskał czarnowłosą, starając się ją pocieszyć. 

Tylko, dlaczego? Z jego oka popłynęła łza, lecz zaraz ją szybko 

otarł. On też płakał z jakiegoś powodu. Znajdowali się w sali 

szpitalnej, w której się wcześniej obudziłem, jednak wydawali się 

być obrazem pośród otaczającej mnie pustki. Obydwoje 

wpatrywali się we mnie, jakby widząc moje cierpienie. 

Zmarszczyłem zdziwiony brwi, gdy do pomieszczenia wbiegła 

zdyszana Roxann a zaraz za nią Tom. Gwałtownie zatrzymała się 

patrząc wprost na mnie, po czym wybuchła rozdzierającym 

płaczem, zakrywając twarz na ramieniu męża. Barczysty 

57

background image

mężczyzna obejmujący ją, także nie ukrywał łez, lecz nie odwrócił 

wzroku i cały czas wpatrywał się w moje oczy. Nie słyszałem ich, 

ale mogłem sobie wyobrazić dźwięk ich rozpaczy. Nadal nie 

wiedziałem, z jakiego powodu jest tu Eddie, mój szef, Kelly oraz 

Tom ze swoją żona recepcjonistką, a na dodatek, wszyscy 

zapłakani. Zdziwiło mnie również, że ich widzę.

Wyprostowałem się wciąż klęcząc w ciemności. 

Zastanawiałem się, czy to możliwe by płakali przeze mnie? Może 

wcieliłem się w postać Emily, która właśnie odeszła? Podrapałem 

się po klatce, wciąż czując swędzenie, gdy po chwili do mnie 

dotarła rzecz tak oczywista. Wstałem, a moich ruchów nie 

krępował już żaden dym! Zrobiłem parę kroków, by się upewnić, 

czy jest to prawda, uśmiechając się jak głupi. Znów byłem wolny! 

Nadzieja powróciła do mnie spotęgowana tak bardzo, iż mogła 

przypominać pożar największego wieżowca w mieście! A nawet 

dwóch bliźniaczych!

Spojrzałem ponownie na obraz zapłakanych przyjaciół. 

Chciałem im powiedzieć, by się nie martwili, że znów jestem 

wolny i zaraz wrócę, lecz przypomniała mi się córka Kelly. Nie 

ocaliłem jej, a oni teraz prawdopodobnie płaczą nad jej martwym 

ciałem.

Nagle Tom przesunął się, ustępując miejsca jakiemuś 

dziecku. W pierwszej chwili myślałem, że to ich syn, William, 

potem, że są to omamy, jednak, gdy za zapłakaną dziewczynką 

weszła Faith, a jej usta ułożyły się w krótkie przepraszam, 

zrozumiałem. Jasnowłosa wiedźma zawołała małą po imieniu, 

które nawet bez dźwięku brzmiało pięknie.

- Emily… - Szepnąłem, tym samym uwalniając łzy, które 

kulminowały się w moim wnętrzu. Jedna po drugiej spływała z 

58

background image

oczu, kapiąc na mój rozgrzany tors, lecz nie przejmowałem się 

tym. Emily żyje i Kelly nie musi się martwić o swoją córkę. Przez 

mój mózg przeszło olśnienie. Skoro nie opłakują tutaj Emily, to, 

kto leży na łóżku?

W tej samem chwili zauważyłem jarzący się błękit w oczach 

Faith. Już chciałem krzyknąć nie używaj czarnej magii, wiedźmo, 

gdy usłyszałem jej lodowaty głos.

- Wyłaź stamtąd, Tony! Ty tchórzu, wracaj tu do nas! – Ona 

ewidentnie mnie wołała, ale ja byłem zbyt zdziwiony by 

odpowiedzieć. Znów powtórzyły się słowa, wychodzące z jej 

gardła. - Ja Cię widzę, mazgaju! Przestań ryczeć i dotknij tego 

cholernego życia! – Syknęła, a jej zwykle okropny, lecz w tej chwili 

tak cudowny głos zniknął. Oczy Faith na obrazie wróciły do 

swojego normalnego, zielonego koloru. Chwile jeszcze popatrzała 

na mnie, po czym wyszła trzymając Emily za dłoń. Dziewczynka 

spojrzała na mnie tęsknym wzrokiem. Zauważyłem jeszcze, jak 

jedna łezka wypływa z kącika oka, zanim zniknęła za drzwiami, 

postanowiłem wrócić.

- Dotknij życia… - Mruknąłem wspominając ocenzurowane 

słowa Faith. Co to może znaczyć? Ze zmarszczonym nosem 

przejechałem opuszkami palców po klatce piersiowej. – Serce 

znaczy życie. – Całą dłonią nacisnąłem miejsce, gdzie ten narząd 

się znajduje, jednak nic się nie zmieniło. – No dawaj, dawaj! Faith, 

nie mogłaś powiedzieć jeszcze bardziej zagadkowo!

Rozumiałem, iż z każdą sekunda moje szanse na powrót 

maleją, więc starałem się myśleć szybciej.

- Dotknij życia, dotknij życia… życie symbolizuje woda! –

Rozejrzałem się za jakimś źródłem wody, ale wokół mnie 

znajdował się tylko obraz z przygnębionymi przyjaciółmi oraz 

59

background image

pustka. – Obraz… Tam jest życie! – Przyjrzałem się uważnie 

poruszającym się ludziom, by upewnić się czy mam racje. Nie 

zastanawiałem się nad tym długo, gdy w biegu ruszyłem ku nim.

- Nie uciekniesz! Powiedziałem Ci to już! – Zatrzymałem się 

wystraszony, słysząc donośny głos ciemności, dochodzący zza 

moich pleców. – Znajdujesz się w pułapce własnej duszy! Nigdy 

przede mną nie ukryjesz! Będę z Tobą, po kres twej egzystencji.

- Nie! – Krzyknąłem, odwracając się ku niemu. 

Spodziewałem się znów siebie, lecz ujrzałem mojego najlepszego 

przyjaciela. Ian stał przede mną ubrany dokładnie jak ja z 

płonącym mieczem w dłoni. Ciemne szmaragdy błyskały u 

czarnej rękojeści, a długie ostrze, dzięki ogniu, oświetlało twarz 

złej części mojej duszy, na którym teraz widać było satysfakcje.

- Nie skrzywdzisz swojego brata, prawda? Wszystkie anioły 

są braćmi! – Splunął z niesmakiem i ruszył do ataku. Zaś ja 

czekałem lekko oszołomiony na niego. Biegł trzymając w obu 

dłoniach miecz z zawzięciem wypisanym na twarzy. Wiedziałem, 

co muszę zrobić oraz do czego muszę się posunąć. Nie było mi z 

tym łatwo, lecz gdy Ian zbliżył się na wystarczającą odległość, w 

mojej dłoni pojawił się podobny miecz do niego, ale o wiele 

mniejszy. Można było go bardziej nazwać płonącym sztyletem. 

Kreatura zauważyła go zbyt późno. Chciała się cofać dopiero, gdy 

ostrze tkwiło głęboko w jego brzuchu. Szok oraz ból, jaki 

widziałem na twarzy mojego przyjaciela wdarł się do mojej 

pamięci.

- Wybacz mi, Bracie. – Szepnąłem, w momencie, gdy Ian 

wpadł w me ramiona. Delikatnie położyłem go i klęcząc, 

ocierałem dłonią jego twarz z zabrudzeń.  Sztylet nadal płonął w 

brzuchu czarnowłosego, więc ja niewiele myśląc, wyciągnąłem go 

60

background image

szybkim ruchem. Odrzuciłem go gdzieś daleko, powracając 

myślami do martwego przyjaciela. Pomimo, iż była to jego nędzna 

podróbka, chciałem się pożegnać. – Przepraszam, iż nie 

powstrzymałem Cię przed wbiegnięciem do tego domu. Wiem, 

Tracy tam była, lecz niewskazana była Ci śmierć. Ty, jako jedyny 

powinieneś wrócić do raju, tylko Tobie powinna być udzielona ta 

łaska, jakiej nikt inny nie dostał. A teraz… Żegnaj przyjacielu, 

najlepszy jakiegokolwiek miałem.

Otaczała mnie pustka, a teraz na dodatek sam byłem pusty. 

Wstałem, nie przejmując się Ianem, po czym ruszyłem ku życiu. 

Krok od obrazu, zawahałem się. Spojrzałem przez ramię na 

martwe ciało, wziąłem wdech i, z zamkniętymi oczami, 

wyciągnąłem rękę. Opuszki palców wyczuły przeraźliwe zimno i 

gdy już chciałem się wycofać, obraz wciągnął mnie do siebie.

Natychmiast wystraszony otworzyłem oczy. Czułem jakby 

przede mną ktoś postawił zabrudzone szkło, gdyż nie umiałem 

rozróżnić kształtów, a słyszałem tylko niewyraźny szum. Dłońmi 

przetarłem oczy, dzięki czemu, lepiej mogłem widzieć. Pierwsze, 

co zauważyłem to gromadka przyjaciół, która zaszokowana oraz 

zdezorientowana wpatrywała się w moją pobudkę.

- No, co? Wróciłem. – Powiedziałem głosem tak ochrypłym, 

jakiego jeszcze nie miałem. Zauważywszy ich nieruchome ze 

strachu twarze, uśmiechnąłem się. – Szkoda, ze siebie nie widzicie.

Po tych słowach Kelly nie wytrzymała. Zaśmiała się 

nerwowo, chwytając moją rękę w swoje aksamitne dłonie.

61

background image

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdział 6

 6

 6

 6

Lekarz od wielu minut wpatrywał się we mnie, wciąż z 

niedowierzaniem w oczach. Rzadkie, siwe włosy zaczesał na 

prawy bok, a na blady nos włożył okrągłe okulary w 

ciemnozielonych oprawkach. Jego pomarszczona twarz wciąż 

pokazywała tą samą miną – fascynacje.

- Nie żyłeś, a teraz rozmawiasz sobie ze mną, jakby nigdy 

nic się nie stało. – Szepnął drżącym z nadmiaru emocji głosem. 

Stał ode mnie najwyżej dwa metry i śledził każdy mój ruch. 

Przewróciłem oczami, natychmiast przyciągając jego uwagę.

- Doktorze Hamilton, już mówiłem Panu, że… - Po raz 

kolejny przerwał mi, wygłaszając wszem i wobec o moim 

zmartwychwstaniu. Na samą myśl, iż umarłem, ciarki mnie 

przechodziły, lecz fanatyczny , lekko monotonny głos doktora, 

zaczynał działać mi na nerwy.

- Twoje serce zatrzymało się na dwadzieścia minut. Jest to 

możliwe, ale w pięciokrotnie niższym czasie! Dwadzieścia minut! 

– Pokręcił głową, podziwiając mój cud, jak to określał. – Bóg musi 

wobec Ciebie mieć ogromne zamiary, chłopcze!

- Bóg nie istnieje! Powtarzam po raz setny! – Syknąłem w 

jego kierunku. Wzdrygnął się, wystraszony, jednak nie przerywał 

swoich rozmyślań.

- Stwórca obdarzył go życiem, a on nie wierzy w jego 

potęgę! Marnotrawstwo! – Zmarszczył na chwilę brwi, nad czymś 

62

background image

rozmyślając, ale po chwili jego twarz była radosna, jak u 

niejednego dziecka. – Czy widziałeś jakieś światło w tunelu? –

Gdy tylko to powiedział, w środku mnie pękła niewidzialna tama. 

Oddychając głęboko, oparłem się na łokciach i ignorując ból w 

klatce piersiowej, ironicznym głosem zacząłem opowiadać.

- Zostałem uwięziony we własnym umyśle przez czarną, jak 

skrzydła kruka, cząstkę mojej duszy. Widziałem tam osoby, które 

zabiłem, a one torturowały siebie poprzez ogień. Płomienie 

pochłaniały je bardzo powoli, a ja mimo woli, musiałem na to 

wszystko patrzeć. Widok spalonych ciał przyprawiał mnie o 

mdłości. – Każde moje słowo ociekało rozpaczą, a widząc 

przerażoną minę lekarza powinienem przestać, lecz nie mogłem. 

Pęknięta tama nie załata się w jednej sekundzie. – Na chwilę 

wyrwałem się z tego więzienia, by znów powrócić, czując o wiele 

gorszy ból niż poprzednim razem. Ciemna cząstka mej duszy 

wyjawiła mi skąd się wzięła w moim ciele. Załamałem się, 

pierwszy raz od kiedy jestem na Ziemi. Dostrzegłem ratunek w 

dziecku, jednak przed ucieczką musiałem zabić swojego 

przyjaciela. – Zatrzymałem się, oddając niemą cześć Ianowi, po 

czym krzyknąłem do staruszka: - Czy gdzieś w mojej opowieści 

zauważył pan światełko w tunelu, by opanować swoją cholerną 

ciekawość?!

Jego oddech stał się urywany, serce, sądząc po wdechach, 

biło nadzwyczajnie szybko, a ciało doktora zaczęło się delikatnie 

trząść. Wyrzuciłem z siebie wszystko, co miałem do powiedzenia i 

zauważywszy w jakim stanie jest ów starszy mężczyzna, zrobiło 

mi się wstyd za swój wybuch. Otworzyłem usta, by powiedzieć 

„przepraszam”, lecz lekarz wyszedł pośpiesznie, nie racząc się 

nawet pożegnać. W drzwiach minął akurat Kelly, która zdziwiona 

stała w miejscu, oglądając się za doktorem. Ubrana była dzisiaj w 

63

background image

czarne, przylegające spodnie oraz białą, skórzaną kurtkę, zaś w 

lewej ręce trzymała dość pokaźną torbę na zakupy. Wcześniej nie 

usłyszałem jej mocno stukających obcasów i, po spojrzeniu na jej 

stopy, zauważyłem, że dziś nie ubrała swoich ukochanych butów, 

tylko zwykłe adidasy.

- A jemu co się stało? – Spytała przekraczając próg, nie 

przejmując się otwartymi drzwiami. Na jej twarzy wystąpił lekki 

uśmiech. Znała mnie już na tylko dobrze, iż wiedziała, że coś 

zrobiłem. Powoli podeszła do łóżka, pochyliła się, a jej miękkie 

usta dotknęły mojego policzka, na którym wyczuwało się już 

delikatny zarost. Poczułem również lepką maź, a po wytarciu jej 

dłonią, błyszczała się na opuszkach palców. Kelly uśmiechnęła się 

zadziornie, posyłając mi kolejnego buziaka.

- Powiedziałem, że nigdzie nie zauważyłem światełka w 

tunelu. Biedaczek, chyba się załamał. – Rzekłem swoim 

normalnym, poważnym tonem, wycierając rękę w pościel. 

Dziewczyna spojrzała na mnie wesoło, odłożyła torbę na fotel, po 

czym wykrzyknęła, nie mogąc się doczekać:

- Wszystkiego najlepszego!

- Nie! – Jęknąłem, opadając na poduszki z zamkniętymi 

oczami. Nie mogłem sobie wybrać lepszego miejsca na urodziny, 

na dodatek, które nigdy nie istniały. Nie urodziłem się, tylko 

zostałem stworzony.

- Tak! – Zachichotała Robi i podeszła do mnie, dając mi 

kolejnego buziaka w policzek. Nie przejmując się również moimi 

protestami, planowała przyjęcie.

- Kelly, przystopuj z tym wszystkim! – Korzystając z chwili, 

gdy brała wdech, wtrąciłem się jej w słowo.

64

background image

- Dlaczego? Wiesz, ze nieładnie się komuś przerywa? A ty 

właśnie to zrobiłeś! – Zaśmiała się tak głośno, iż jakiś mężczyzna 

idący korytarzem, zatrzymał się zainteresowany. Uwielbiałem ją 

za tak radosny oraz wybuchowy charakter. Jako jedna z niewielu, 

mogła się nim pochwalić.

- Wstrzymaj się z całym planowaniem! Pomyśl, gdzie 

urządzimy tą naszą dużą imprezkę? – Przed oczami stanęła mi 

cała nasza jednostka, plus dwie inne, które na pewno nie chciały 

ominąć moich urodzin. Aż zakręciło mi się w głowie od 

roześmianych i upitych ludzi. Właśnie tak wyobrażałem sobie 

swoje urodziny.

- Och, ależ to nie problem! – Rzekła Robi z satysfakcją na 

twarzy, podchodząc do swojej torby. Włożyła tam rękę, ze 

skupieniem szukając czegoś w środku. 

- Nie mów, że przyniosłaś tu…

- Balony! – Pisnęła radośnie, dzierżąc w dłoni opakowanie 

gumowych zabawek dla dzieci. Jęknąłem, zakrywając twarz 

dłońmi, tym samym niepokojąc Kelly.

- Tony? Co jest?! – Usłyszałem zdenerwowany głos 

dziewczyny i po chwili poczułem ciepło jej rąk na moich dłoniach.

- Wszystko! Przyjęcia są do bani, a tym bardziej w 

szpitalnych salach! – Opuściłem trochę dłonie, które teraz 

spoczywały na mojej brodzie. Spojrzałem w oczy czarnowłosej, 

widząc aż nadto wyraźną ulgę. – Ej, co się stało?

- Ostatnim razem nie odpowiedziałeś, tylko zacząłeś rzucać 

się na łóżku. – Mruknęła nerwowo, siadając w tym samym fotelu, 

co widziałem ją poprzednio. Wzięła głęboki wdech, po czym 

powiedziała nadal lekko drżącym głosem. – Czas brać się za 

65

background image

przygotowanie tego pokoju na przyjęcie! – Chciała wstać, lecz 

chwyciłem jej lewą dłoń, co zatrzymało ją na miejscu.

- Porozmawiaj ze mną. – Nie wiem, co ją przekonało mój 

urok, czy błagalny ton, jednak zaczęła mówić.

Opowiadała o swoich uczuciach, gdy ktoś zauważył mój 

brak przed szkołą o poszukiwaniach oraz dziwnym przeczuciu 

Eddiego, gdzie mnie szukać. Opisywała podróż karetką do 

szpitala, a także pobyt w nim. Przedłużające się dni śpiączki, z 

których miałem się nie obudzić, ale jednak w końcu to zrobiłem. 

Na chwile, po czym umarłem w jej ramionach, gdy starała się 

utrzymać wierzgającego mnie w miarę nieruchomej pozycji. 

Słowami próbowała opisać rozpacz jaką czuła. Nie miałem 

pojęcia, że ktoś może tak trafnie opowiedzieć o targających go 

emocjach W jej opowiadaniu zainteresowało mnie parę rzeczy, 

więc postanowiłem o nie spytać.

- Znaleźliśmy cię obok nieprzytomnego chłopca, niedaleko 

wybitej szyby. Ty również zemdlałeś, gdy tylko cię zauważyliśmy. 

Nie pamiętasz tego? – Spytała zdziwiona, ocierając spływającą łzę 

z jej policzka.

- Nie, nic nie pamiętam. – Zmobilizowałem swój umysł do 

myślenia, ale jedyne co pamiętałem to rozmowa z duszą, 

szaleńczy bieg po Doyla, skok przez okno i ponowne wejście do 

budynku. - A czemu zemdlałem? – Pytanie opuściło moje myśli 

przez usta, nawet nie zorientowawszy się o tym, dopóki nie 

uświadomiła mnie Robi.

- Zwaliła się na Ciebie ściana. – Szepnęła ze smutkiem, 

świadomie omijając mój zszokowany wzrok. – Rudowłosy 

chłopiec powiedział tylko, że zjawiłeś się i wypytywałeś o Emily, a 

potem wyniosłeś go przez okno. – Usłyszałem lekkie wahanie 

66

background image

przed imieniem dziewczynki, jednak już zrozumiałem. Kelly 

obwiniała się za mój wypadek.

W myślach odtwarzałem wciąż mój wyskok przez okno z 

chłopcem. Nie widziałem żadnego pęknięcia, ani choćby ognia 

właśnie w tej części budynku. A może jednak było? Czy to 

możliwe by czarna plama na moim honorze tak pozmieniała 

wszystko, co widziałem? Dzięki… temu czemuś w mojej duszy, 

zacząłem wątpić we własne wnioski, a nawet wspomnienia. 

Zamyślony zadałem Kelly kolejne pytanie.

- Emily nie było w budynku? Wewnątrz szkoły?

- Nie! – Mina dziewczyny świadczyła o tym, iż uważa mnie 

za jeszcze niekompletnie zdrowego. Przynajmniej, jeśli chodzi o 

psychikę. Z podniesionymi brwiami, odpowiedziała bardziej 

dokładnie. – Stała razem z starszą, miłą panią, która opiekowała 

się nią. Były w bibliotece, w czasie gdy wybuchł pożar.

Czyli moja wizja się nie sprawdziła, pomyślałem z 

przestrachem. Jeśli wizje się nie sprawdzają, to jestem już… Nie 

mogę być tylko człowiekiem! Chcę być aniołem! Jak za dawnych 

czasów albo przynajmniej upadłym. Mieć swoje moce, z 

powrotem czuć drżenie w całym ciele. 

Jednak człowieczeństwo ma swoje plusy. Nie martwisz się o 

nic, co Ciebie nie dotyczy. Niebo, czyściec jest tylko mitem 

historyków, potęgą  dla wierzących, czymś wspaniałym w oczach 

dziecka. Żyjąc wśród ludzi, mógłbym założyć rodzinę, mieć żonę, 

dzieci. Wnet myśl o moich potomkach przywróciła nieprzyjemne 

doświadczenie z ciemną stroną mojej duszy, a właśnie o tym, o 

czym chciałbym jak najszybciej zapomnieć.

Zwróciłem swoje oczy ku Kelly, która teraz pewnie 

67

background image

zastanawiała się, czy nie wezwać lekarza. Może z nią mógłbym 

wieść swoje usłane różami życie jako człowiek? Bez martwienia 

się o Boga, anioły i inne wspomnienia.

- Robi… - Zacząłem, używając jej przezwiska. Nadali jej 

takie koledzy z remizy, korzystając z nazwiska. Nazywa się Kelly 

Roberts, więc Robi bardziej pasuje niż Robert, choć niejednemu 

mężczyźnie może dorównać siłą, jak i odwagą. Dziewczyna 

spojrzała na mnie podejrzliwe, skinęła głową, uważne obserwując 

ruchy. Uśmiechnęłam się, po czym powiedziałem: - Ubieramy tą 

salę, czy nie?

Przez dłuższy moment nic nie mówiła, lecz obserwując jej 

twarz mogłem powiedzieć, że jest mile zaskoczoną moją zmianą. 

Wstała z fotelu i skierowała się do drzwi.

- Idę spytać doktora Hamiltona czy w ogóle zgodzi się na 

to… przyjęcie. – Przewróciła oczami, a mi na samą myśl o 

urodzinach przebiegły ciarki po plecach. Skrzywiłem się 

nieznacznie, nie zwracając tym uwagi Kelly. Głowę obróciłem ku 

oknu, podziwiając tętniące życiem miasto. Każdy się gdzieś 

spieszył, nie zważając na resztę ludzi, szedł swoją drogą.

Delikatnie i bardzo powoli podniosłem się do pozycji 

siedzącej. Spodziewałem się przeraźliwego bólu, lecz nadeszła 

tylko jego mała namiastka. Bardziej mnie to swędziało, niż miało 

przysporzyć cierpień. Już pewniej, odchyliłem rąbek kołdry, a z 

moich ust wyrwał się jęk. Ubrany byłem w błękitną, szpitalną 

piżamę, która, jeśli dobrze wyczuwałem, zawiązywała się na 

plecach licznymi sznurkami. Nie mogłem wstać, bo wszyscy w 

korytarzu  zauważyliby mój tyłek. Świetnie. Prawą dłonią 

starałem się wyczuć, czy mam na sobie bieliznę, lecz nie 

natknąłem się na żadną nierówność świadczącą o dodatkowym 

68

background image

ubiorze.

- Dlaczego? – Jęknąłem, rękoma opierając się o twardy 

materac tuż obok moich bioder. Przez chwilę zastanawiałem się, 

czy położyć się z powrotem i z pozycji leżącej obserwować życie 

za oknem, ale bardzo szybko zrezygnowałem z tego pomysłu. 

Gwałtownym ruchem odrzuciłem przykrycie z moich nóg. 

Przymknąłem oczy, znów oczekując bólu, ale także tym razem nie 

nadszedł. Zdziwiony zaistniałą sytuacją, bez ruchu wpatrywałem 

się w swoją klatkę z niedowierzaniem. Mocniej oparłem się lewą 

ręką, po czym prawą dłonią delikatnie dotykałem struktury mojej 

skóry przez materiał. Zmarszczyłem brwi, wyczuwając na środku 

mostka dziwne wybrzuszenie. Przez chwilę przeleciało przez 

moje myśli, że cały mogę tak wyglądać, jednak rozmyśliłem się po 

obejrzeniu nóg. Nie było na nich nic czerwonego, ale miały 

nieznaczne siniaki.

Nie chcąc czekać na nadejście bólu, podniosłem trochę lewą 

nogę, po czym przełożyłem przez kraniec łóżka. Wyczułem pod 

moją stopą przyjemny chłód posadzki, co lekko mnie 

uszczęśliwiło.  Podobnie uczyniłem z drugą nogą. Błogi uśmiech 

wkradł mi się na twarz, gdy stopami jeździłem po błękitnym 

linoleum. Wziąłem wdech, postawiłem pięty na posadzce i 

napinając wszystkie mięśnie, w tym również rąk, wstałem.

Nadal nie czułem bólu, ale nie przez to uśmiechałem się 

szeroko. Mogłem stać, choć niedawno, według lekarza oraz 

znajomych, leżałem nieżywy, jednakże to też się nie liczyło. 

Zabiłem ciemność w mojej duszy, pomyślałem, dumnie podnosząc 

twarz w stronę słońca, choć promienie obecnie nie wpadały do 

mojej sali. Teraz w moich żyłach płynął czysty triumf, rozkosz z 

udanej sprawy, przyjemne drżenie w kościach, że po takim 

69

background image

pojedynku jestem cały i zdrowy.

Nie przejmując się strachem o nadchodzący ból, ruszyłem 

ku oknu. Chciałem zobaczyć czy coś się zmieniło, czy żadna 

bomba atomowa nie spadła na Nowy Jork. Na samą myśl o 

Hiroszimie oraz tamtym wybuchu, poczułem dreszcz. Nie 

chciałem po raz kolejny przeżywać czegoś podobnego. Żaden 

mały chłopiec nie miał prawa wybuchać w tak pięknym mieście! 

Upewniwszy się co do tego, zacząłem przyglądać się otoczeniu 

szpitala, przy okazji próbując dowiedzieć się gdzie jestem. Nim 

zdążyłem uchylić choćby zasłonę, usłyszałem damski głos zza 

swoich pleców. Obróciłem się w jego stronę.

- Tak, jak myślałam. – Rozbawiona Kelly stała, opierając się o 

framugę z założonymi rękoma. Nie do końca zdawałem sobie 

sprawę z tego co mówiła, gdyż nadal duma z wygranej panowała 

nad moją głową.

- A o czym myślałaś? – Spytałem podchodząc do tego 

samego fotela, w którym wcześniej siedziała Robi. Ona 

uśmiechnęła się tylko zadziornie, podeszła do swojej torby przede 

mną, po czym zaczęła w niej czegoś szukać.

- Doktor pozwolił nam zrobić małe przyjęcie, co dziwne, bez 

żadnych ale. Powiedziałam tylko trzy słowa. Przyjęcie oraz Tony 

Reed, twoje nazwisko. Zaskakujące też, że jak wychodziłam, 

zaczął wyjmować szkocką z szafki. Wiesz dlaczego? – Ukradkiem 

uśmiechnąłem się do siebie, a nie chcąc przestraszyć Kelly, 

zaprzeczyłem. W tym samym czasie dziewczyna wyjęła coś 

czarnego z torby. – Trzymaj. Przyda Ci się.

Chwyciłem w dłonie zwinięty czarny materiał. Bardzo 

miękki w dotyku. Zaciekawiony rozwinąłem go, jednak po chwili 

znów zwinąłem z ochotą zapadnięcia się pod ziemią. Trzymałem 

70

background image

w dłoniach bawełniane, męskie slipki. Nagle zrobiło mi się gorąco, 

choć wydawało się, że czarnowłosa miała z tego ubaw po pachy. 

Szepnąłem krótkie „dzięki” i skierowałem się do drzwi w 

poszukiwaniu najbliższej toalety.

- Czekaj! Pójdę z Tobą! – Zawołała za mną Robi, a ja 

gwałtownie zaprzeczyłem okrzykiem „nie!”. Zadowolona z siebie 

dziewczyna, zrobiła niewinną minkę mówiąc: - Ale ja mam dla 

Ciebie resztę ubrania.

- To mi daj je. – Mój głos niemal przypominał szept. 

Zastanawiałem się, dlaczego czuje się tak zawstydzony. Przed laty 

wielokrotnie kochałem się z kobietami, dziewczynami, nawet 

niepełnoletnimi, ale nigdy nie czułem wstydu. Uprawialiśmy 

razem takie wyuzdane orgie, iż nawet sobie nie wyobrażałem, że 

coś takiego może istnieć! Jednakże czasy się zmieniły. Nie 

uprawiałem seksu od miesięcy, a nawet lat i szczerze mówiąc nie 

ciągnęło mnie specjalnie do tego. Czułem większe podniecenie, 

gdy zbliżałem się z każdym krokiem do nieba, niż w erotycznych 

zabawach! 

Tylko ciekawość sprowadziła mnie na tę drogę. Znów 

wszystko zaczyna kręcić się wokół zbyt dużego zainteresowania. 

Jak to możliwe, by jedno uczucie zdominowało cię tak bardzo, iż 

nie jesteś w stanie się jej oprzeć? Czy to jest jeden z pomysłów 

naszego ojca? Pozwolić by uczucia wzięły górę nad rozumem. 

Niezbyt rozsądne posuniecie tatuśku, skwitowałem, podnosząc 

oczy ku niebu. W tym samym momencie zauważyłem, że Robi 

cały czas coś do mnie mówi. Nie słuchałem jej, więc 

odpowiedziałem krótkie „dobra”, w duchu prosząc by była to 

dobra odpowiedź, po czym nie patrząc na dziewczynę ruszyłem 

do łazienki.

71

background image

Nie skupiając się na otoczeniu, a na równowadze, powoli 

szedłem przed siebie. Błękitna posadzka przyjemnie chłodziła 

moje stopy, gdy nie odrywając ich od podłogi, sunąłem w 

kierunku łazienki.

- Właściwie… - Zaczęła Kelly dołączając się do powolnego 

człapania, szeroko uśmiechnięta. – To skąd wiesz, gdzie jest 

łazienka?

Stanąłem zdziwiony. Intuicyjnie czułem, w którą stronę 

trzeba iść, ale nie miałem zielonego pojęcia, gdzie może się 

znajdować owe pomieszczenie. Co znaczy…

Może wciąż jestem aniołem! Upadłym bądź, co bądź, ale 

jednak aniołem! Wciąż mam szansę na odkupienie! Jeśli tylko 

ukończę pokutę, jaką ustanowił Bóg, powrócę do straży u bram 

Edenu. U boku Światła Boga, ramię w ramię z potężnym i 

nadzwyczaj inteligentnym Urielem. Moim nieświadomym 

idolem… Jeśli Bóg wybaczyłby mi grzech, to może również Uriel 

zapomniałby moją zdradę wobec niego. 

Właściwie to nie zdradziłem go tylko… zawiodłem. Polegał 

na mnie jak na aniele, liczył na moją lojalność i oddanie w obliczu 

Najwyższego. Straciłem zaufanie jednego z najpotężniejszych 

aniołów. Mało tego, on sam wyrwał mi, zszarzałe od ludzkich 

emocji, skrzydła! Pamiętam nienawiść, jaką wtedy do niego 

czułem, co było zupełnym przeciwieństwem mojego 

dotychczasowego zachowania. Ciekawość, zwykłe pragnienie 

wiedzy, oderwanie się od rzeczywistości… Cholerne wścibstwo! 

Nic mi z niego nie przyszło, z wyjątkiem człowieczeństwa! 

Czy cechy ludzie są mi potrzebne?! Człowiek jest jedynie 

nieudanym tworem Boga! Plugastwem, który zajmuje planetę, 

również stworzoną przez Ojca wszystkich i wszystkiego. Czy 

72

background image

takie egoistyczne robactwo ma prawo do Królestwa Niebieskiego? 

Wiecznej młodości? Oczywiście, że nie! Żaden człowiek nie 

powinien mieć wstępu do nieba! Edenu! Mojego domu!

- Tony? – Ręka Kelly pojawiała się i znikała z zasięgu mojego 

wzroku. Dopiero po przetarciu powiek, zauważyłem, iż macha mi 

swoją dłonią przed oczami.

Wziąłem powietrze, by cokolwiek powiedzieć, lecz nic nie 

przychodziło mi na myśl. Nic z wyjątkiem wykrzyczenia na cały 

szpital mojej irytacji, choć nawet te odczucie nie do końca 

pasowało do opisania targających mną emocji.

- Nic mi nie jest. – Syknąłem, za wszelką cenę tłumiąc resztę 

negatywnych odruchów. Mozolnie ruszyłem przed siebie, 

nieprzerwanie obserwując swoje stopy. Spoglądając w dół, 

widziałem zaledwie czubki palców, dzięki szpitalnej „sukience”, 

którą właśnie zamierzałem wymienić na coś stosowniejszego. 

Wnętrzem prawej dłoni przycisnąłem materiał do ciała. Wtem 

zauważyłem czerwony pasek cieczy, ciągnący się od łokcia, aż po 

nadgarstek. Pojedyncza kropla ciągnęła się w powoli w dół, 

poddając się grawitacji. Przymrużyłem oczy, obserwując, jak 

spływa po najmniejszym palcu i bezgłośnie ląduje na podłodze. 

Dopiero wtedy poczułem ból.

Łopatki zapłonęły żywym ogniem, parząc mnie, lecz 

jednocześnie chłodząc. Nie miałem pojęcia co się dzieje, 

aczkolwiek nie zdarzyło się to pierwszy raz. Kątem oka 

zauważyłem po prawo drzwi ze złoconym napisem „Toaleta” i, 

nie zwracając uwagi na Kelly, wbiegłem do środka.

- Tony coś Ci się w głowę stało, czy źle się czujesz? – Spytała 

ironicznie dziewczyna, pociągając za klamkę, którą ja trzymałem. 

Moje oczy obserwowały jak druga kropla, biorąc przykład z swej 

73

background image

poprzedniczki upada na ziemię. – To nie jest śmieszne! –

Usłyszałem jej zdenerwowany głos, gdy starała się otworzyć 

dzielące nas drzwi, ale ja nie mogłem na to pozwolić. Przez cały 

czas stałem, wpatrując się w prawą dłoń, drugą przytrzymując 

klamkę.

Jeszcze nigdy tak bardzo moje rany na plecach nie krwawiły. 

Kolejna kropla upadła na ziemię. Za każdym razem były po 

prostu małe czerwone plamy na podkoszulku czy prześcieradle. 

Nic, czym mógłbym się martwić. O ile krwawiącymi bliznami po 

wyrwaniu skrzydeł można się martwić, pomyślałem ironicznie, na 

chwilę rozładowując targające mną negatywne emocje.

- Tony! Cholera, otwórz te drzwi! – Krzyknęła Kelly, która 

przez cały czas mocowała się z klamką. Powoli moja zaciśnięta 

dłoń rozluźniała uścisk. Plastikowe drzwi gwałtownie otworzyły 

się, a moim oczom ukazała się zmartwiona twarz dziewczyny. 

Przyjrzała mi się dokładniej, po czym mruknęła sarkastycznie: –

Co ja z Tobą mam, dziwaku?!

Zamurowało mnie. Czy nie widziała tej stróżki krwi na 

mojej ręce? Zmarszczyłem brwi, obserwując, jak Kelly przeciera 

opuszkami palców powieki, ze zmęczeniem wypisanym na 

twarzy. Zastanawiałem się, co robiła ostatnimi czasy, że była aż 

tak zmęczona. Jedyne, co wpadło mi na myśl to akcja, na którą 

dziewczyna mogła wybrać się razem z remizą. Zapewne 

wykończyło ją to całe martwienie się o innych. Znam ją od sześciu 

lat i nikt nigdy nie był mi tak bliski, jak ona. Została wygnana ze 

swojego domu, gdzie wciąż chciała wrócić. Podobnie jak ja, przez 

swój błąd, choć był on niewielki, zostały wyrwane jej skrzydła. W 

moim przypadku było to prawdziwe stwierdzenie, zaś u niej, 

skrzydła oznaczały wiarę w siebie. Po tylu latach jej blizny wciąż 

74

background image

krwawią z nadzieją, iż rodzina przyjmie ją z powrotem.

Myśląc o tej niesamowitej dziewczynie, zupełnie wyleciało 

mi z głowy, iż cokolwiek może mnie boleć. Przy niej mogłem być 

prawdziwym sobą, przynajmniej z charakteru. Pomimo, że jest 

moją przyjaciółką, nie mogłem powiedzieć jej prawdy o sobie. 

- Kelly… - Szepnąłem, próbując zmusić ją, by spojrzała w 

moje oczy. Był to jedyny sposób by ją do czegokolwiek zmusić, 

jednak dziewczyna uparcie nie chciała podnieść wzroku, bacznie 

obserwując swoje paznokcie. – Kelly – Mój głos zabrzmiał 

melodyjnie, lecz nawet to nie zadziałało na dziewczynę. – Kobiety! 

– Westchnąłem, a cichy chichot czarnowłosej odbił się od jasnych 

kafelków łazienki. – Kocham Cię ty szalona dziewczyno!

- Ja ciebie też, Tony. – Szepnęła ze smutkiem, dziewczyna 

wtulając się w moją pierś. Czułem jej dłonie na swoich łopatkach i 

właśnie wtedy przypomniało mi się, iż jeszcze niedawno z 

tamtych ran krwawiłem! Jeśli nie zauważyła strużki krwi na ręce, 

to moja krew na jej dłoniach coś jej uświadomi. Coś jednak 

czułem, iż nie powinienem się tym przejmować. Może to „coś” 

było instynktem? Położyłem delikatnie brodę na czubku jej głowy, 

a moje ręce objęły ją w pasie. Rzuciłem jeszcze okiem na mój 

nadgarstek, ale czerwień znikła. 

Wziąłem głęboki wdech, starając uspokoić moje odruchy, 

które teraz starały się wyrwać spod kontroli. Nie mogłem na to 

pozwolić. Przez ostatnie pięćdziesiąt lat starałem się ujarzmić 

swoją narzuconą naturę. Skoro wytrzymałem pół wieku, 

wytrzymam i milenium, byle mieć przy sobie tą dziewczynę. To 

ona zmieniła mnie na lepsze. Ukazała, że świat może być piękny, 

tylko jeżeli sami tak uważamy. Gdyby jej zabrakło, mógłbym 

ponownie upaść, lecz tym razem, nigdy się nie podnieść.

75

background image

76

background image

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdział 7

 7

 7

 7

Stałem w łazience, z przerażeniem obserwując swoja klatkę 

piersiową. Gdyby spojrzeć na nią w ubraniu, mogłaby wydawać 

się niemal idealna, lecz bez jakiegokolwiek okrycia… 

- Odrażające… - syknąłem, przejeżdżając opuszkiem palca 

po największej z zszytych ran, która ciągnęła się od prawego 

sutka, aż do lewego biodra. Idealnie prosta linia.

- Dokładnie tu spadła ściana. – Głos Kelly ledwo dało się 

usłyszeć, gdy w ślad za moją dłonią, kciukiem dotykała struktury 

ran. Wokół tej prostej, czerwonej linii były inne, mniejsze 

zadrapania, już nie tak bardzo widoczne. Zlękniona o mnie ledwie 

muskała skórę. 

Nie byłem w stanie opisać emocji, jakie w danym momencie 

czułem. Jedynymi uczuciami, w przybliżeniu określającymi mój 

obecny stan było podniecenie wraz z wytęsknioną radością. Tak 

dawno nie byłem z kobietą… Dreszcze przechodziły przez moje 

ciało z każdym jej mocniejszym dotknięciem, a oddech powoli 

przyspieszał. 

Na chwile zapomniałem o szpitalu, remizie, pokucie, 

całkowicie o sobie… Widziałem tylko czarnowłosa piękność, która 

właśnie teraz uważnie obserwowała ranę tuż obok mojego sutka. 

Przyjemny dreszcz przebiegł przez moje ciało, koncentrując się w 

dole podbrzusza.

Wiem, że to, co teraz zamierzałem zrobić, mogło być 

77

background image

największym błędem mojego żywota, lecz nie mogłem się 

powstrzymać. Brakowało mi dotyku kobiecej dłoni. I właśnie teraz 

potrzebowałem jej. Delikatnym ruchem chwyciłem nadgarstek 

Kelly, po czym przyciągnąłem ją do siebie. Z jej lśniących oczu nie 

mogłem nic wyczytać. Tylko lekko zmarszczone brwi świadczyły 

o zdziwieniu. Powoli położyłem rękę czarnowłosej na swojej 

klatce piersiowej, następnie obydwiema dłońmi przyciągnąłem ją 

do siebie. Bez obcasów dziewczyna była niższa, ale nawet bez 

tego podwyższenia nasze usta dzieliła niewielka odległość.

Gdzieś wewnątrz mnie mały głosik krzyczał, uderzając o 

wnętrze mojej czaszki i może bym go w końcu posłuchał, gdyby 

nie czarnowłosa. Zniecierpliwiona, lecz również na pewno 

zachwycona, syknęła:

- No całuj żesz!

Po tym nie słyszałem już żadnego głosu w głowie. Byłem 

tylko ja oraz Kelly. Nasze usta stykały się z namiętnością, a języki 

wiły się w wspólnym tańcu. Dłonie dziewczyny błądziły po moim 

ciele, nie uważając na zadane wcześniej rany. Pożądanie wstąpiło 

w czarnowłosą. Słyszałem jej przyspieszony oddech, gdy całowała 

mnie z zachłannością. Ja nie byłem dłużny. Palcami 

przeszukiwałem jej ciało, zatrzymując się na jędrnym biuście. 

Moje podniecenie osiągnęło odpowiedni wysoki poziom, by 

dziewczyna mogła poczuć coś twardego na brzuchu. Nawet nie 

wątpiłem w to. Dopiero, kiedy przejeżdżałem dłonią po plecach 

mojej kochanki, zauważyłem, iż Kelly nie ma stanika.

- Ahh! – Jęk wyrwał się zza moich warg, gdy chwyciłem w 

dłonie jej piersi. Przez cieniutki materiał bluzki bawiłem się jej 

sutkami, szczypiąc i drażniąc, a po chwili po prostu masując. 

Wtem poczułem zmysłowe ręce Kelly, zmierzające po moim 

78

background image

brzuchu w dół. Tak, dziewczyno!, chciałem krzyknąć, lecz mój 

język właśnie w najlepsze zabawiał się na podniebieniu 

czarnowłosej. Kolejny dreszcz przebiegł przez moje ciało, kiedy 

dłonie Robi dotknęły mojej męskości przez dresowe spodnie, które 

tak niedawno założyłem. Teraz najchętniej bym je spalił. 

- Tony… - wyszeptała Kelly, podczas gdy ja całowałem jej 

szyję. Wpierw myślałem, że zechce przerwać, choć jej dłonie o tym 

nie świadczyły. Paznokciami przejechała po moim barku, 

powodując przyjemność dla nas obu. Nie czekając aż się rozmyśli, 

jedną ręką wciąż pieściłem jej pierś, zaś drugą opuściłem na 

pośladek. Liczyłem, że dziewczyna mi przerwie, gdyż jej ręce 

opuściły moje plecy. Zdziwiłem się nie mało, widząc jak odpina 

guzik od swoich spodni. Głębia jej błękitnych oczu poraziła mnie. 

Oblizała seksownie wargi, po czym powiedziała: - Weź mnie, 

Tony. Teraz!

Nie mogłem przewidzieć, co się stanie, ale nagle moje dłonie 

znalazły się w zgięciu jej kolan. Podniosłem dziewczynę, jakby nic 

nie ważyła. W tym momencie zapewne tak było.

Pośladki dziewczyny nawet nie dotknęły umywalki, gdy już 

przez głowę ściągałem jej koszulkę. Moim oczom ukazał się 

niebiański widok. Wsparta na nadgarstkach o kraniec zlewu, 

bezwstydnie prezentowała swój nagi biust. Jej sutki sterczały na 

baczność dzięki moim zabiegom. Szeroko rozstawiła kolana, 

czekając na mój ruch. Nie kazałem jej długo na siebie czekać. 

Przedłużając moment rozkoszy, dotykałem dziewczynę wszędzie, 

z wyjątkiem najbardziej wrażliwych miejsc. 

- Tony, powiedziałam „weź mnie”, a nie „baw się”! –

mruknęła ironicznie dziewczyna, wyginając się w każdą możliwą 

stronę. Sam niewiele więcej bym wytrzymał. Na moją twarz 

79

background image

wszedł uśmiech, po czym grzecznie odpowiedziałem:

- Tak jest, moja Pani.

Trzymając dłonie na pośladkach Kelly, ściągnąłem ją na 

ziemie, jednocześnie opuszczając trochę jej spodni. Sprawnym 

ruchem zsunąłem przeszkadzające ubrania i oto przede mną stała 

cudowna, prawie naga dziewczyna. Na jej ustach igrał uśmiech 

pożądania. Zapatrzony, bezsłownie podziwiałem ciało. Kiedy już 

chciałem podejść do rozgrzanej dziewczyny, ktoś uderzył w drzwi 

wejściowe. Zignorowałem to, biorąc w ramiona Kelly. Nasze usta 

ponowie złączył pocałunek.

Znów rozległ się hałas za drzwiami, tym razem donośne 

pukanie. Nikt z naszej dwójki nie odpowiedział. Byliśmy zgodni 

prawie we wszystkich kwestach. Nawet nie zauważyłem, kiedy 

moje spodnie znalazły się na ziemi. Spojrzałem zdziwiony w oczy 

Robi, lecz ta tylko figlarnie wzruszyła ramionami. Wtuleni w 

siebie, tylko w majtkach, całowaliśmy się, jakby czekając, kto zrobi 

pierwszy krok.

- Ja już nie mogę! – warknęła dziewczyna, kucając. 

Zachłysnąłem się powietrzem, orientując się, co zamierza zrobić. 

Oblizała usta, patrząc mi głęboko w oczy i gdy już miała ściągnąć 

ze mną bawełnianą czerń, usłyszałem najbardziej irytujący głos na 

całym globie.

- Toooony! Keeeelly! – zawołała Faith, cały czas pukając w 

plastik. Moje dłonie natychmiastowo zacisnęły się w pięści, a całe 

podniecenie ulotniło się w jednej chwili. Wiedźma kontynuowała 

swoje drażnienie mnie. – Nie pieprzcie się w toalecie! Łóżko jest 

od tego! – Chwilę po tym wybuchła donośnym, złośliwym 

śmiechem.

80

background image

- Zaraz skrócę jej żywot! – syknąłem, ruszając w kierunku 

drzwi. Nim do nich dotarłem, poczułem na swojej ręce delikatne 

dłonie Robi. Wpatrywała się we mnie ze smutkiem.

- Odpuść… - szepnęła zmartwiona. Czułem troskę, jaka 

właśnie teraz przelewała się przez jej głowę. O mało nie doszło do 

stosunku seksualnego, a ona myśli teraz tylko o moim 

samopoczuciu?!

- Jesteś cudowna, Kelly – wyszeptałem, całując czubek jej 

głowy, po czym przytuliłem ją mocno do siebie, by znaleźć tam 

ratunek przed całym światem.

- Chyba sobie ze mnie żartujesz! – powiedziałem oburzonym 

tonem w kierunku czarnowłosej. Na jej ustach igrał zawadiacki 

uśmiech.

- Coś nie tak?

Pokazałem jej niemal iskrzący się, zrobiony z czarnych 

cekinów napis: „Jestem Boski!” pośrodku białej koszulki. 

Wzruszyła ramionami, jakby nie zauważała problemu. 

Mruknąłem pod nosem „kobiety”, po czym z odrazą ubrałem 

bluzkę. Robi widząc ją na mnie, ledwo powstrzymywała się od 

śmiechu, zagryzając dolną wargę zębami, jednak nic nie 

powiedziała.

- Cała prawda… - Przejrzała się w lustrze i dumnym 

krokiem wyszła z toalety. Chwytając pozostawianą przez nią 

torbę, również opuściłem pomieszczenie. W okolicy nie 

zauważyłem tak bardzo wkurzającej mnie blondynki, jaką była 

Faith. 

81

background image

Szedłem w krok za czarnowłosą, marzą tylko o tym, by 

powtórzyć nasz wyczyn w łazience. Podczas ubierania przez 

myśli mi przemknęło, czy nie będziemy się do siebie inaczej 

odnosić, ale pozbyłem się tego, gdy tylko Kelly z uśmiechem 

podała mi spodnie. Taka dziewczyna to istne marzenie! Ciałem 

przypominała spragnioną seksu nastolatkę! 

Czujnie obserwowałem jej kołyszące się biodra, dosłownie 

idealnie zaokrąglony tyłek. Mocne wcięcie w talii, jędrne piersi, a 

na dodatek skóra gładka jak jedwab. Uwielbiałem patrzeć, jak 

promyki słońca padają na ciało kobiety. W pamięci szukałem 

Kelly, kiedy czyste światło muskało jej skórę, ale na próżno. 

Postanowiłem nadrobić tę zaległość, jak tylko opuszczę szpital. 

Szpital… Zmarszczyłem brwi.

- Kelly, właściwie to… - zacząłem, gdy zorientowałem się, iż 

dziewczyna jest zbyt daleko ode mnie, by usłyszeć, co do niej 

mówię. Lekko się chwiejąc, przyspieszyłem tempa. Często 

zerkałem pod nogi, by się nie przewrócić, przez co nie 

zauważyłem momentu, w którym czarnowłosa zniknęła z mojego 

pola widzenia. Wydałem pomruk niezadowolenia. Właśnie 

znajdowałem się na tak zwanym rozstaju dróg. Starałem się 

wypatrzeć gdzieś Robi, lecz nikt jej nawet nie przypominał. 

Westchnąłem zrezygnowany. – W którą stronę teraz?

- Trumielu… - usłyszałem nagły oraz odległy cichy szept, 

jakby niesiony wiatrem. Moje ciało natychmiast zesztywniało. Z 

rozkoszy przymknąłem oczy, chcąc jak najdłużej rozkoszować się 

tym dźwiękiem. Niczym kobieca pieszczota, dotykała mojego 

serca, poruszając tym, co tak bardzo było mi potrzebne. 

Odwróciłem się, jednocześnie podnosząc powieki. Szukałem 

wzrokiem osoby, która mogła wypowiedzieć to słowo. Moje oczy 

nie natrafiły na nikogo, kto zainteresowałby się znaczeniem tego 

82

background image

wyrazu. Może mi się tylko przesłyszało? Stanowczo zaprzeczyłem 

swojemu zwątpieniu. Nie mogłem sobie tego wyobrazić, a co 

dopiero usłyszeć tu, na Ziemi! Zamknąłem oczy, w duchu prosząc 

o powtórzenie słowa. Nie doczekałem się.

Czyżby sam Bóg chciał mi coś przekazać? Jeśli tak, to po co 

by mnie wzywał? Upadłem! Nie powinienem go interesować! Tak, 

jak nie obchodzą go inni anielscy buntownicy, w tym nawet 

Lucyfer, jego pupilek!

Dawniej Anioły nie miały wolnej woli. Robiły wszystko, co 

rozkazał im Stwórca. Bóg uznał, że to dla niego za mało. Wpierw 

od ciemności Pan oddzielił światło, więc tak powstała jasność. W 

drugi dzień stworzył sklepienie niebieskie, a także wodę na 

planecie, zaś w trzeci zbudował ląd, który niemal natychmiast 

zakwitł piękną roślinnością. Następie Bóg pomyślał o tym, co 

mieszkańcy danej planety chcieliby widzieć i tak stworzył słońce, 

księżyc, gwiazdy… Czwartego dnia uformował zwierzęta wodne, 

później latające. To wciąż nie napawało Boga odpowiadającym 

mu szczęściem. W piąty poranek stworzył istoty poruszające się 

na czterech nogach. Tak powstały zwierzęta lądowe. Aniołowie 

patrzyli na całość ze zdumieniem w oczach. Uważali swojego 

Pana za Wszechmogącego, jednakże właśnie jemu czegoś wciąż 

brakowało. Miał Anioły, które wypełniały każdy rozkaz oraz 

mieszkańców planety, jaką nadał imię Ziemia, ale to nie nasyciło 

jego pragnień. W ten sam dzień Bóg powołał do życia dżiny, które 

stworzył na własny wzór, dając im wolną wolę oraz potężne 

moce.

Dżiny były to istoty o bardzo pięknej urodzie. Jedni mieli 

długie proste włosy, zaś inni kręcone. W pewnym sensie byli 

ludźmi z potęgą w ciele. Twory te bowiem miały moc władania 

czterema żywiołami. Każdy dżin wraz ze swoimi narodzinami 

83

background image

otrzymywał dar powietrza, wody, ognia lub ziemi, by móc 

ulepszać planetę, na której żyli. Tworząc je, Bóg nie przewidział, iż 

będą to istoty podłe i tak egoistyczne, że zapragną zagarnąć 

Ziemię Pana tylko dla siebie. Dżiny mordowały swoich braci wraz 

ze światem, jaki był im dany. Stwórca zniszczył swoje dzieci, nie 

oszczędzając nikogo, kto był w zasięgu jego wzroku.

Przed zachodem słońca Pan wpadł na kolejny pomysł. 

Biorąc w swoje dłonie czerwoną glinę, imając siebie za wzór, 

ulepił człowieka. Nadał mu imię Adam. 

Adam nie miał żadnych specjalności, które mogłyby 

wykraczać poza pracę jego mięśni. Zamiast mocy Bóg podarował 

mu duszę. Najczystszy twór, jaki tylko on potrafił wykreować ze 

światła. Pierwszy człowiek na Ziemi stąpał nago w ogrodzie Eden. 

Tylko ta część zbudowanego świata ostała się cała po stworzeniu 

dżinów. Dusza miała wiele dogodności, jak: uczciwość, lojalność, 

pokora, ale także pewną niewygodę – dokuczliwą samotność. 

Adam czuł się smutny, lecz nie umiał wytłumaczyć powodu. 

Wszechmogący wysłał aniołów, by dotrzymywały mu 

towarzystwa. Kierując się dobrymi intencjami, dał wszystkim 

aniołom wolną wolę. Wydał ostatni rozkaz, aby pokłonić się 

człowiekowi, ale nie przewidział buntu, jaki wszczęły dusze. 

Warto dopomnieć, iż aniołowie są tylko lub, jak kto woli, aż 

duszą. Po stłumieniu rebelii w Niebie, Bóg zniszczył prawie jedną 

trzecią aniołów, w tym wspomnianego wcześniej Lucyfera –

Niosącego Światło. Człowiekowi po wizycie tych boskich istot 

tylko się pogorszyło. Wiedział już czego chce, choć nie umiał tego 

opisać. 

Bóg po wielokrotnych przemyśleniach przywrócił do życia 

Lilith, matkę większości dżinów. Przerażona groźbami Stwórcy, 

84

background image

oddała się Adamowi, jednak nie tak, ja on by sobie tego życzył. 

Dżiny z natury były swoimi panami, więc robiły, co chciały. Nie 

spodobało się to człowiekowi. Adam zażądał kobiety uległej mu, 

poddanej. Bóg spełnił dość wygórowaną prośbę swojego dziecka, 

po czym zniszczył Lilith. Drugi człowiek na Ziemi nosił imię Ewa. 

W chwili ponownej śmierci dżina na Ziemię zstąpiło zło, 

niezauważone przez czujne oczy Boga. Zaczaiło się ono w 

ciemności i przyjęło postać niezwykle podobną do 

Wszechmogącego. Stwórca czerpał swą potęgę ze światła, zło zaś 

z ciemności, czających się w ludzkich duszach. Wciąż jeszcze 

słaby, podjął chytrą próbę, która zakończyła się powodzeniem. 

Zbyt ufna Ewa zjadła owoc z Drzewa Poznania Dobra i Zła. Moc 

ciemności zwiększyła się, potęgując znaczenie zła.

Reszta potoczyła się dokładnie tak, jak mówi o tym biblia. 

Wygnanie, rozpacz, no i w końcu dzieci. Każdy musi znać 

przypowieść o tym jak Abel, syn Adama, został zamordowany 

przez swojego brata Kaina. Właśnie wtedy Zło przyjęło imię 

Diabeł oraz ujawniło się Stwórcy.

Kto by pomyślał, że po urodzeniu się Jezusa Bóg tak się 

zmieni? Nie spuszcza plag na narody niewierne, nie poszukuje 

idealnych. wierzących w niego… Normalnie cudowne 

orzeźwienie przeżył ojczulek, pomyślałem z niesmakiem. 

Niestety, po przemyśleniu faktów Bóg jest wciąż moim 

stworzycielem, a do tego może mu na mnie zależeć! Skoro nie 

zniszczył mnie, jak to zrobił z poprzednikami.

W tym momencie cieszyłem się, że upadłem dopiero później. 

Jeszcze raz obejrzałem się za siebie, szukając jakiejkolwiek drogi, 

gdzie mogła się udać Kelly, jednak nic nie przychodziło mi do 

głowy. Wzruszyłem ramionami z zamiarem spytania się 

85

background image

kogokolwiek o drogę do recepcji, gdy usłyszałem słodki, kobiecy 

głos dobiegający zza moich pleców.

- Mogę w czymś pomóc? – Odwróciłem się na pięcie, na 

chwilę tracąc równowagę. Przede mną stała wysoka, ubrana w 

biały, pielęgniarski fartuch kobieta. Na nosie miała małe okularki, 

które nadawały uroku pomarańczowym piegom oraz burzy 

rudych loków.

- Tak.. – zaciąłem się na moment, gdyż coś w mojej głowie 

kołatało, iż powinienem skądś ją znać lub dopiero poznać. –

Widziała może pani idącą tędy czarnowłosą dziewczynę?

Podałem opis wyglądu Kelly, po czym powiedziałem, że 

kuzynka, jak nazwałem Robi, szła szybciej niż ja, no i zgubiłem ją 

z oczu. Rudowłosa z uśmiechem stwierdziła, że wie, gdzie poszła.

- Pokażę ci, jeżeli wysłuchasz mojej propozycji – mruknęła, 

zadziornie, marszcząc zgrabny nosek. A Kelly?, odezwał się cichy 

głosik w mojej głowie. A co ona ma wspólnego z tą dziewczyną? 

Jesteśmy razem? Nie! No więc właśnie!

Czy ja właśnie usprawiedliwiam się sam przed sobą? Chyba 

rzeczywiście gruz pogruchotał mi główkę. Wziąłem głęboki 

wdech, po czym z uśmiechem igrających na ustach, 

odpowiedziałem:

- Wysłucham wszystko, co mi powiesz.

W drodze do mojego pokoju, jak wyjaśniła mi to Lucy, gdyż 

tak brzmiało jej imię, mówiła, że strasznie spodobałem się jej 

siostrze. Opowiadała o tym, jaka jest cudowna oraz jak świetnie 

się zachowuje w towarzystwie chłopaków. Już od tych 

przechwałek zbierało mi się na mdłości. Pomimo wspaniałej 

sylwetki, w rudowłosej nie było nic ciekawego. Prawdopodobnie 

86

background image

było tak też z Angelicą, jej siostrą.

- To tu – oznajmiła rozentuzjazmowana dziewczyna, 

wskazując dłonią drzwi z numerem sześćset sześćdziesiąt siedem. 

Ironia losu byłaby, gdybym miał numer o jeden mniej, zaśmiałem 

się w myślach, ignorując paplającą rudowłosą.

- Dziękuję, Lucy. Nie wiem, jak ci dziękować –

powiedziałem, siląc się na uśmiech. Jeśli takie są inne dziewczyny, 

to ja już wolę Kelly.

Już miałem naciskać na klamkę, kiedy usłyszałem 

zdenerwowany głos rudowłosej.

- Podziękuj mi, zabierając numer mojej siostry. 

Patrzyłem jak powoli zdejmuje okulary, po czym jej oczy 

zmieniają się błyskawicznie z koloru zielonego na niebieski. 

Wpatrywałem się zahipnotyzowany w rudowłosą, która również 

po chwili zaczęła się zmieniać. Źrenice rozszerzyły się 

niebezpiecznie. Dziewczyna wyciągnęła w moim kierunku dłoń, 

na której zobaczyłem ciemną bliznę w kształcie litery „L”. 

Szepnęła tylko parę niezrozumiałych słów, wspominając w nich o 

Angelice, jakiejś wierze oraz dziwne imię również na „L”, 

następnie, biegnąc, zniknęła mi z oczu.

Co ona, Władcy Pierścieni się z siostrą naoglądała? Może 

spodobał jej się Legolas? W końcu gra go sam Orlando Bloom… 

Pokręciłem głowom z niezrozumieniem, po czym szarpnąłem 

klamkę. Usłyszałem krzyk, reszta stała się zbyt szybko, bym mógł 

zareagować. 

Widząc swoich przyjaciół w komplecie nie zauważyłem, gdy 

do rąk wciśnięto mi paczki z prezentami. Cały czas powtarzali, że 

87

background image

jeszcze nigdy nie obchodzili urodzin w szpitalu.

- Ja też nie – szepnąłem ironicznie, otwierając pierwszy 

prezent od wielkiej osobistości, jaką była uśmiechnięta Emily.

88