background image

Vicki Lewis Thompson

Boże narodzenie w 

Connecticut

(Tis the season)

przekł. Hanna Bąkowska

background image

Rozdział 1

Anna położyła na ladzie siatkę dojrzałych pomidorów i sięgnęła do torebki po 

portfel. Łysiejący mężczyzna przy kasie nie zdążył przyjąć od niej pieniędzy, kiedy 
do sklepu wtoczyła się potężna kobieta.

– Edwardzie! – zawołała, walcząc z zadyszką. – Wiesz już o Sammym?
Mężczyzna zamrugał oczami i posłał Annie przepraszający uśmiech.
–   Nie,   Estelle.   Nic   nie   wiem.   –   Nacisnął   klawisze   starej   metalowej   kasy   i 

spokojnie poinformował Annę, ile jest mu winna.

– A więc jesteś ostatnim, który się o tym dowiaduje – kobieta uśmiechnęła się 

triumfująco. – Sumersbury będzie w telewizji. W programie ogólnokrajowym. W 
czasie największej oglądalności.

– Niemożliwe?! – Edward przyjął od Anny pieniądze. – Dlaczego?
– Przed godziną ludzie z telewizji zadzwonili do Sammy'ego i powiedzieli, że 

chcą zrobić specjalny program o ścięciu choinki dla Białego Domu. Program ma 
się nazywać „Boże Narodzenie w Connecticut". No i jak ci się to podoba?

Anna zerknęła na kobietę, która tuszą przypominała trzydrzwiową szafę. Nie 

zetknęła   się   z   nią   wcześniej,   ale   przecież   nie   spotkała   jeszcze   większości 
mieszkańców   Sumersbury.   Kiedy   przyjeżdżała   tu   na   weekendy,   prawie   nie 
opuszczała   swojego   wiejskiego   domu.   Ale   teraz   musi   spytać   o   ten   przyjazd 
telewizji. Jeśli to, co podejrzewała okaże się prawdą, cisza i spokój jej ustronia 
narażone są na poważne niebezpieczeństwo.

– Przepraszam – zaczęła – czy to ma coś wspólnego z farmą Garrisona?
Kobieta odwróciła się do Anny.
– Jak najbardziej. Pani tu chyba nie mieszka, inaczej nie miałaby pani żadnych 

wątpliwości.

–   Przyjeżdżam   tylko   na   weekendy   –   wyjaśniła   Anna   i   natychmiast   tego 

pożałowała.

– Ach tak. – Estelle zmierzyła ją od stóp do głów. – A więc to pani! Daphne 

mówiła, że jakaś kobieta z Nowego Jorku kupiła dom McCormicków.

Anna stłumiła jęk. No i proszę, sama się wygadała.
– Tak, to ja – przyznała niechętnie.
– Zatem jest pani sąsiadką Sammy'ego Garrisona. Nie mogę uwierzyć, że nic 

pani nie wie. Nasz Sammy wygrał konkurs!

– Nie znam Sammy'ego... to znaczy pana Garrisona – odpowiedziała słabym 

background image

głosem.   Wiadomości   były   gorsze,   niż   przypuszczała,   postanowiła   jednak 
dowiedzieć się wszystkiego. – O jakim konkursie pani mówi?

–   Oczywiście   o   dorocznym   konkursie   Związku   Hodowców   Choinek.   Nasz 

Sammy zajął w tym roku pierwsze miejsce i na Boże Narodzenie jedno z jego 
drzewek będzie stało w samym środku Białego Domu. Czy to nie wspaniale?

– Tak, wspaniale.
–   A   teraz   ten   program   w   telewizji.   –   Oczy   Estelle   błyszczały   z   radości.   – 

Zapowiedziałam już Sammy'emu, że nasze panie ż Cechu Rzemiosł udekorują mu 
dom. To typowy kawaler, zupełnie się na tym nie zna. Nie możemy pozwolić, żeby 
sfilmowano   wnętrze   domu   Sammy'ego   w   jego   obecnym   stanie,   prawda, 
Edwardzie?

– Chyba tak, Estelle – zgodził się sprzedawca, zerkając ukradkiem na Annę.
– No cóż,  muszę  jeszcze  przygotować  obiad, a czeka  mnie  milion  rozmów 

telefonicznych   –   oznajmiła   kobieta,   odchodząc   od   lady.   –   Miło   mi   było   panią 
poznać, panno... przepraszam, ale zapomniałam pani nazwiska.

– Tilford – powiedziała Anna, podnosząc z lady swoje pomidory i wzdychając z 

rezygnacją. – Anna Tilford.

– A ja, moja droga, nazywam się Estelle Terwiliger.
Anna domyśliła się, że nazwisko kobiety powinno wywrzeć na niej wrażenie i 

uśmiechnęła się niewyraźnie.

– Mnie również miło  było panią poznać. – Zatem jej długie, spokojne  lato 

dobiegło końca.

Po drodze do domu Anna rozmyślała nad tym, czego się dowiedziała i chciało 

się jej śmiać z ironii losu. Spośród wszystkich ustronnych wiejskich domów w 
Connecticut   kupiła   posiadłość   sąsiadującą   z   miejscem,   które   wkrótce   zostanie 
pokazane w programie telewizyjnym. W swojej naiwności wyobrażała sobie, że 
dom McCormicków, usytuowany między farmą choinek a rezerwatem przyrody, 
będzie doskonałym azylem dla zaleczenia ran i nabrania sił do życia.

Nowy   nabytek   ucieszył   ją   jeszcze   bardziej,   kiedy   ktoś   z   sąsiedniej   farmy 

uprzyjemniał  jej letnie wieczory  wspaniałymi  koncertami  na  harmonijce  ustnej. 
Przejmujące   dźwięki   nostalgicznych   melodii   przynosiły   jej   ukojenie.   Jednakże 
przez   kilka   ostatnich   weekendów   muzyk   milczał,   prawdopodobnie   zajęty 
wygrywaniem   konkursu   choinek   i   burzeniem   spokoju   jej   wiejskiego   zacisza. 
Świetnie, nie ma co.

Wjechała na podjazd i zatrzymała samochód przed zwalonym klonem, który 

przewrócił się wczesnym latem podczas burzy, tarasując przejazd. Na szczęście, 

background image

drzewo   zwaliło   sienie   w   weekend,   ale   w   środku   tygodnia,   dzięki   czemu   mały 
dwudrzwiowy ford Anny nie został uwięziony w garażu, niemniej jednak w każdy 
piątek   musiała   obchodzić   klon   dookoła,   ciągnąc   za   sobą   walizkę   i   torbę   z 
zakupami.

Kiedy otworzyła drzwiczki, od strony farmy drzewek dobiegł ją warkot piły 

elektrycznej.   Zegnaj,   cichy   wiejski   zakątku!   Wysiadła   z   wozu,   złożyła   oparcie 
siedzenia   i   sięgnęła   do   tyłu   po   walizkę.   Następnie   wyjęła   torbę   z   zakupami, 
położyła   na   wierzchu   siatkę   pomidorów   i   zatrzasnęła   biodrem   drzwiczki 
samochodu.

Piła ciągle wyła w oddali. Przy pomocy takiej maszyny z łatwością można by 

odtarasować przejazd, pomyślała Anna, dźwigając bagaże dookoła zwalonego pnia. 
Świetny pomysł. Dlaczego nie poprosić o to Sama Garrisona! Na pewno zgodzi się 
za niewielką opłatą pociąć klon zawalidrogę. Poza rym jest jej to winien za ten 
konkurs, którego konsekwencje mogą wkrótce zburzyć spokój jej odosobnienia.

Anna postawiła walizkę w holu, włożyła pomidory i częściowo rozmrożonego 

kurczaka do lodówki, zamknęła na klucz drzwi frontowe i wróciła szybko do wozu. 
Piła wciąż grała swoją ogłuszającą melodię, ale jej operator w każdej chwili mógł 
zrobić przerwę na kolację, a wówczas nadarzająca się sposobność odtarasowania 
podjazdu przepadłaby bezpowrotnie.

Cofając   samochód   Anna   ujrzała   swoje   odbicie   w   lusterku   wstecznym. 

Wariatka, pomyślała o sobie i zachichotała. W powyciąganym żółtym dresie, z 
opadającymi niesfornie na plecy skręconymi lokami, nie zrobi dobrego wrażenia na 
swoim sąsiedzie. Kiedy była dzieckiem, jej starszy brat, Jim, mawiał, że jej włosy 
przywodzą mu na myśl potargany przez psa pomarańczowy sweter. Wyśmiewał się 
również   z   koloru   jej  oczu   twierdząc,   że   powinny   być  niebieskie,   jak   u  innych 
rudowłosych, a nie piwne, jak u niej.

Kiedy Jim wydoroślał, przeprosił ją za to, co mówił, i przyznał, że jest ładna, 

ale to Erie był pierwszym mężczyzną, który nazwał ją piękną. Powiedział, z tą 
typową dla artystów skłonnością do metafory, że jej włosy są jak pierzaste obłoki o 
zachodzie słońca, a oczy przywodzą mu namyśl wspaniałą, mleczną czekoladę. 
Kiedy zostali kochankami, namówił ją, żeby zapuściła włosy do połowy pleców, a 
gdy zeszłego roku zaczęły się między nimi niesnaski, Erie tłumaczył jej zły humor 
płomienną  barwą włosów, obracając w ten sposób w zarzut to, co kiedyś było 
atutem.

Jadąc na farmę Garrisona, Anna spoglądała na ciągnące się wzdłuż drogi niskie 

kamienne   murki,   które   odgradzały   od   siebie   posiadłości,   przecinając   łagodny 

background image

wiejski krajobraz. Przypomniała sobie wiersz „Naprawianie muru" Roberta Frosta 
o tym, że dobre płoty są gwarantem dobrego sąsiedztwa. Może tak było w czasach 
Frosta, pomyślała, ale te kamienne ogrodzenia nie są wystarczająco wysokie, żeby 
stanowić   osłonę   przed   kamerami   telewizyjnymi   i   wścibstwem   mieszkańców 
miasteczka.

Skręciła   w   polną   drogę   prowadzącą   do   białego,   jednopiętrowego   domu.   Po 

prawej stronie znajdowała się czerwona stodoła, zza której dochodził warkot piły. 
Na   podjeździe   między   domem   a   stodołą   stała   samotnie   zielono-biała 
poobdrapywana   półciężarówka.   Anna   zaparkowała   obok   niej   swojego   forda. 
Wysiadła   z   wozu   i   popatrzyła   za   stodołę,   na   równe   rzędy   półmetrowych   i 
metrowych   chojaków.   Szkółka   bożonarodzeniowych   drzewek,   pomyślała, 
wdychając świeży zapach. Gdyby nie ten głupi konkurs, który wygrał sąsiad, w 
pełni doceniłaby słodki aromat.

Wrześniowe słońce chyliło się ku zachodowi, Anna ruszyła szybkim krokiem w 

kierunku stodoły w poszukiwaniu Sama. Zobaczyła go tuż za rogiem: zwrócony do 
niej profilem,  w czerwonej kraciastej koszuli i spranych dżinsach, z ciemnymi, 
opadającymi na kark włosami wyglądał jak ze zdjęcia w czasopiśmie o życiu na 
wsi. Ekipa telewizyjna byłaby wniebowzięta, gdyby mogła sfilmować tę scenę.

Zanim zdążyła się odezwać, przesunął kłodę na kozłach i włączył piłę. Anna 

zatkała' uszy palcami. Kiedy skończył, ruszyła w jego stronę wołając: Przepraszam. 
Odwrócił się, zsunął gogle na czubek ciemnych włosów i spojrzał na nią zdumiony. 
Ma tak samo niesforne włosy jak ja, pomyślała zadowolona, że znalazła kogoś z 
równie niemożliwie skręconymi włosami.

– W czym mogę pomóc? – Wyłączył piłę, oparł się o pniak i wyjął zatyczki z 

uszu.

– Nazywam się Anna Tilford. Mieszkam koło drogi. – Anna nie była już teraz 

tak pewna siebie jak w chwili opuszczania domu. Zwinne, sprężyste ruchy i silne 
ramiona mężczyzny onieśmielały ją. – Sammy Garrison? – upewniła się.

Uśmiech zadrżał w kącikach jego ust.
– Pewnie rozmawiałaś z Estelle.
– Dlaczego?
– Ona jest jedyną osobą, której wolno nazywać mnie Sammy.
– Och – zaczerwieniła się Anna. – Przepraszam.
– Nie ma za co. Miło mi cię poznać, Anno. Kupiłaś dom McCormicków?
– Tak. – Kiedy opadło z niej skrępowanie, przyjrzała mu się uważniej. Był 

mniej więcej w jej wieku, może trochę starszy: mógł mieć jakieś trzydzieści dwa, 

background image

trzy   lata.   Miał   przyjemną   twarz   o   wystających   kościach   policzkowych   i 
kwadratowej szczęce, z siateczką zmarszczek mimicznych wokół błękitnych oczu.

–   A   więc   to   ty   jesteś   tą   kobietą   z   miasta,   która   wszystkich   intryguje   – 

powiedział, uśmiechając się do niej.

– Na to wygląda. – Anna wyobrażała sobie, że jest niezauważalna w tej małej 

społeczności, a tymczasem była na ustach całego miasteczka. – I przychodzę tu, 
żeby cię o coś prosić.

– Słucham. Co tylko zechcesz.
Była zaskoczona. Nie spodziewała się tak bezpośredniej odpowiedzi.
– Potrzebuję piły – wykrztusiła z siebie.
Spojrzał na nią, uśmiechając się ze zrozumieniem.
– Zastanawiałem się, kiedy nowemu właścicielowi znudzi się obchodzenie tego 

zwalonego klonu.

– Niczego nie da się ukryć w Sumersbury, prawda? – roześmiała się Anna.
– Z pewnością niewiele.
–   Chętnie   zapłacę...   –   urwała   widząc,   jak   marszczy   opalone   czoło.   – 

Przepraszam – wycofała się natychmiast. – Nie chciałam cię obrazić.

– Nie szkodzi – powiedział, robiąc krok do przodu, jakby chciał załagodzić jej 

niezręczność. – Rozumiem. Jesteś z miasta. Jedną z wartości, które się tu ceni, jest 
pomoc sąsiedzka, więc pozwól, że oddam ci przysługę w imię dobrego sąsiedztwa.

– Będę ogromnie wdzięczna.
Ma   rację,   pomyślała.   Nie   jest   obeznana   z   wiejskimi   zwyczajami:   pomocą 

sąsiedzką czy towarzyszącą jej tendencją do wtrącania się w sprawy innych.

–   Prawie   skończyłem   –   oznajmił,   spoglądając   na   rozrzucone   wokół   kozłów 

kawałki   drewna.   –   Zabierzmy   się   szybko   za   twój   klon,   żeby   zdążyć   przed 
zapadnięciem zmroku. – Wziął piłę i ruszył w stronę parkingu koło stodoły.

– Możemy pojechać moim wozem – zaofiarowała się Anna.
Sam spojrzał na jej lśniący niebieski samochód.
– Lepiej nie. Jestem cały w pyle, a z silnika piły może cieknąć benzyna.
Patrzyła, jak kładzie piłę na platformę  ciężarówki. Dopiero teraz zauważyła 

drobne pyłki tarcicy w jego ciemnych włosach, na kraciastej koszuli i dżinsach. Nie 
przypuszczała, by świadomie zwrócił jej uwagę na swoje ciało, niemniej jednak 
wypowiedziane   przez   niego   słowa   odniosły   właśnie   taki   skutek.   Mimo 
poirytowania   wieściami   o   nieuchronnej   inwazji   ekip   telewizyjnych,   Anna 
zorientowała się, że od pewnego czasu nie spuszcza oka z Sama Garrisona i że 
podoba się jej to, co widzi.

background image

Sam zdjął gogle z czubka głowy, wzniecając obłok pyłu.
–   Uh.   Wspaniale   będzie   wskoczyć   potem   pod   prysznic   –   westchnął, 

przecierając dłonią oczy.

Jego uwaga była zupełnie niewinna, ale Anna nie czuła się tak niewinnie, kiedy 

wyobraziła go sobie pod prysznicem.

– Z pewnością – powiedziała, odwracając wzrok.
– Wejdźmy na chwilę do domu. Muszę wziąć kluczyki do ciężarówki.
Posłuchała  go, cały  czas  podziwiając  naturalną  swobodę, z  jaką się do niej 

odnosił. Rzeczywiście, zwyczaje wiejskie całkowicie różnią się od miejskich. W 
Nowym   Jorku   koncentrowała   się   na   duchowej   stronie   życia,   tutaj   otaczał   ją 
zewsząd świat całkowicie fizyczny. Może dlatego ciało tego mężczyzny wywarło 
na niej takie wrażenie. Przecież, kiedy go zobaczyła, zajęty był pracą fizyczną. Nic 
więc dziwnego, że jej myśli obracają się wokół jego ciała.

Otworzył przed nią drzwi frontowe.
– Ostrzegam, że to kawalerskie mieszkanie. Rozgość się, a ja skoczę po klucze i 

portfel. – Wbiegł po schodach na górę, przeskakując po dwa stopnie naraz.

Estelle miała rację mówiąc, że dom Sammy'ego wymaga pewnej pracy przed 

przybyciem kamer telewizyjnych. Anna stała na środku salonu i rozglądała się po 
pokoju.   Okiem   zawodowej   dekoratorki   wnętrz   wyłowiła   natychmiast   piękny 
belkowany sufit i elegancką sofę, na której piętrzyły się stosy ksiąg rachunkowych. 
Tapicerka   sofy,   jaskrawozielona   krata,   kłóciła   się   z   leżącym  przed   nią   tkanym 
dywanikiem.

Dwa   fotele   obite   sztucznym   materiałem   stały   z   dwóch   stron   wielkiego 

osmalonego kominka. Anna zrozumiała teraz, dlaczego zastała Sama na piłowaniu 
drzewa. Kominek tych rozmiarów musiał pożerać w zimie mnóstwo drewna. Jej 
instynkt   zawodowy   nie   mógł   ścierpieć   widoku   leżących   na   nim   rupieci:   kupki 
listów, pary nożyczek, kamiennego przycisku i kłębka szpagatu.

Zauważyła   również   kilka   stylowych   stoliczków   i   trzy   praktyczne,   lecz 

nieciekawe lampy. Wszystkie sprzęty zeszły jednak na plan dalszy, kiedy jej wzrok 
przykuł pewien przedmiot  stojący  w ciemnym kącie pokoju: było to wspaniałe 
stare krosno z ośmiostrunową nicielnicą.

Podeszła do niego i położyła dłoń na zakurzonej ramie z drzewa klonowego. 

Ogarnęły ją miłe wspomnienia. Kiedy chodziła na zajęcia z tkactwa w college'u, 
obiecywała   sobie,   że   kiedyś   kupi   takie   krosno   i   stworzy   na   nim   wspaniałe 
rękodzieła. Niestety, nic z jej planów nie wyszło.

Na   dźwięk   kroków   schodzącego   po   schodach   Sama   odwróciła   się,   nie 

background image

zdejmując dłoni z krosna.

– Umiesz tkać? – spytał, podchodząc do niej.
– Kiedyś tkałam. Zawsze marzyłam, żeby... W każdym razie, to piękne krosno.
– Mojej babki. Powinienem był je sprzedać, zamiast pozwolić, żeby tkwiło tu 

bezczynnie i pokrywało się kurzem, ale nie wiedzieć czemu przywiązałem się do 
tego grata.

– Dlaczego nie nauczysz się na nim tkać? – zasugerowała Anna wzruszona jego 

uwagą.   –   Słyszałam   o   piłkarzu,   który   dla   odreagowania   stresów,   wziął   się   za 
wyszywanie. Co prawda, taka praca jak twoja nie jest chyba zbyt stresująca.

– Myślę, że trochę była w ostatnich tygodniach. Może powinienem wziąć się za 

tkanie, przynajmniej do pierwszej połowy grudnia – roześmiał się.

– Właśnie usłyszałam dziś nowiny.
– Nie wydajesz się nimi zachwycona.
– Bo nie jestem. Dom na wsi miał być dla mnie czymś w rodzaju azylu.
– Bardzo mi przykro. Jeśli dzięki temu poczujesz się nieco lepiej, przyznam ci 

się, że mnie też nie cieszy ta cała afera z przyjazdem telewizji. – Włożył ręce do 
tylnych kieszeni dżinsów. – Chciałem wygrać konkurs, ale nie miałem pojęcia, co 
to   za   sobą   pociągnie.   Niech   to   diabli,   znów   dzwoni   telefon.   Tego   się   właśnie 
obawiałem. Przepraszam na chwilę.

Wyszedł   do   kuchni   i   Anna   usłyszała,   że   rozmawia   z   kimś   o   programie 

telewizyjnym.   Sądząc   po   tonie   jego   głosu,   miał   już   dosyć   tego   tematu.   Anna 
przyłapała   się   na   tym,   że   zaczyna   mu   współczuć.   Zrozumiała,   że   perspektywa 
przyjazdu telewizji przeraża go tak samo, jak ją. Poczuła do niego sympatię.

–   Kiedy   wygrałem   konkurs,   telefon   wprost   się   urywał   –   wyjaśnił   Sam   po 

powrocie z kuchni. – Teraz, kiedy ludzie dowiedzieli się o przyjeździe telewizji, 
czeka mnie znowu to samo.

–   Jak   to   się   stało,   że   wiadomość   o   tym   rozeszła   się   tak   szybko?   Estelle 

Terwiliger mówiła, że dzwonili do ciebie dziś po południu.

–   Od   lat   mam   wspólny   telefon   z   Doris   McGillicuddy   i   jakoś   dotąd   nie 

zdobyłem się na to, żeby go zmienić. Doris podsłuchuje cały czas i przekazuje 
wieści Estelle. – Wzruszył ramionami. – Zresztą, to nieważne. I tak niczego nie 
udałoby mi się długo utrzymać w tajemnicy, nawet bez Doris.

– Zaczynam to rozumieć.
Znów przerwał im dzwonek telefonu.
– Wynośmy się stąd. Niech sobie dzwoni – powiedział Sam.
– Jesteś pewny?

background image

–   Jeśli   zaraz   stąd   nie   wyjdziemy,   nigdy   nie   spiłujemy   twojego   drzewa. 

Niedługo zajdzie słońce i zrobi się ciemno.

– A więc chodźmy.
Sam otworzył przed nią drzwi i wyszli na zewnątrz. Anna wsiadła do forda i 

ruszyła pierwsza, Sam jechał za nią ciężarówką. Po drodze do domu przypomniała 
sobie   koncerty   harmonijki,   których   słuchała   z   przyjemnością   przez   całe   lato. 
Zrobiło się jej gorąco na myśl, że to Sam mógł być niewidzialnym muzykiem. 
Zastanawiała się, czy wypada go o to spytać.

Zaparkowała samochód na skraju podjazdu, zostawiając miejsce dla ciężarówki. 

Teraz, kiedy klon miał zostać pocięty, nie wiedziała, co zrobić z klockami drewna. 
Powinna   zaproponować   je   Samowi,   ale   tak,   by   nie   odczuł   tego   jako   próby 
wciśnięcia mu zapłaty. Nie przyszło jej wcześniej do głowy, że będzie musiała 
bardzo uważać, aby nie zranić uczuć swoich sąsiadów.

Do zapadnięcia zmroku zostało niewiele czasu. Anna stała obok Sama patrząc, 

jak nakłada gogle i wkłada  zatyczki do uszu.  Kiedy  włączył piłę,  oparła się  o 
przedni zderzak ciężarówki i przypatrywała jego pracy.

Nieczęsto widywała mężczyzn wykonujących tak męskie zajęcie, jak piłowanie 

drzewa.   Chociaż   nigdy   nie   pozwalała   sobie   stawiać   znaku   równości   między 
fizyczną siłą a męskością, nie spuszczała oczu z napiętych mięśni Sama. Kiedy 
skończył i zgasił silnik, Anna spontanicznie zaprosiła go na kolację. Zaskoczyła 
tym samą siebie. Nie należała do kobiet, które wychodzą z inicjatywą.

– Z wielką chęcią – odparł Sam, przyjmując zaproszenie.
– To świetnie. A może tak... przyniósłbyś ze sobą harmonijkę? – zaryzykowała.
– Skąd wiesz... ? – spytał zaskoczony.
– Słyszałam, jak grasz. – Więc jednak się nie pomyliła. – Całe lato dostarczałeś 

mi wieczornej rozrywki.

Policzki   oblał   mu   rumieniec   wstydu.   Spuścił   jasnobłękitne   oczy   i   mruknął 

zażenowany:

– Nie mogę w to uwierzyć, mówiłaś, że lubisz spokój i ciszę.
– Sam, to było piękne – zapewniła go gorąco, zapominając o ostrożności. – Nie 

masz pojęcia, jak twoja muzyka współgra z tutejszą atmosferą. Kiedy kończyłeś 
swój koncert, zawsze czułam się taka odprężona. Obiecywałam sobie, że któregoś 
dnia dowiem się, kto dał mi tyle przyjemności i podziękuję mu za to. Teraz mogę 
to zrobić.

– Nie miałem pojęcia, że ktoś mnie słucha – tłumaczył się wciąż zakłopotany.
– Przyniesiesz ją?

background image

– Nigdy przedtem nie grałem przed publicznością.
– Oczywiście, że grałeś. Nie wiedząc o tym, grałeś dla mnie całe lato. Proszę 

cię. Po tym wszystkim, co już dla mnie zrobiłeś, nie mam prawa prosić cię o nic 
więcej, ale ostatnio brakowało mi twoich koncertów i bardzo bym chciała, żebyś 
zagrał na mojej werandzie.

Spojrzał na nią niepewnie.
– Na pewno nie spodoba ci się z bliska.
–   Zaryzykuję.   –   Anna   uśmiechnęła   się.   –   Proszę   cię,   zrób   to   w   ramach 

dobrosąsiedzkich stosunków.

– Widzę, że szybko się uczysz – roześmiał się Sam i potrząsnął głową. – Zgoda, 

ale nie mów, że cię nie ostrzegałem. Ani się obejrzę, jak odeślesz mnie i moją 
harmonijkę do domu.

Anna   zajrzała   mu   w  oczy  i  poczuła   znajomy   ucisk  w  sercu.   Naprawdę  ten 

mężczyzna coraz bardziej się jej podobał.

– Zanim pójdę się umyć, ułożę ci kloce. Gdzie je położyć?
– Myślałam, że może przydadzą się tobie, do palenia w kominku.
Sam spojrzał na sterczący nad pokrytym gontami dachem komin.
– A ty nie palisz u siebie drewnem? – spytał.
– Mam zamiar, ale...
– A więc porąbię ci kloce jutro albo pojutrze rano. Gdzie trzymasz zapas?
– Jest kilka kawałków na tyłach domu. Dziękuję ci, Sam – dodała po chwili.
– Nie ma  za co. – Wrzucił pierwszy  kloc na  tył ciężarówki, jakby  to była 

puchowa poduszka.

Przyglądała się, jak ładuje wielkie kawały drewna, a następnie pomogła mu 

wrzucać mniejsze, mimo jego protestów, że porani sobie ręce. Wspólna praca u 
jego boku wzmagała pociąg, jaki coraz bardziej do niego czuła.

– Objadę dom i wyładuję drewno, a ty w tym czasie możesz zająć się kolacją – 

powiedział, gdy skończyli.

Przygotowanie kurczaka zajmie  prawie  godzinę, pomyślała  szybko, a on na 

pewno umiera z głodu po całym dniu pracy na świeżym powietrzu.

–   Świetny   pomysł   –   odparła.   –   Przyjedź,   jak   tylko   będziesz   gotowy   i   nie 

zapomnij o harmonijce, zgoda?

– Skoro tego chcesz – odparł z uśmiechem, wsiadając do szoferki.
Cóż  to  za  cudowny  wiejski  chłopak,  pomyślała,  kiedy  Sam pojechał  na  tył 

domu, a ona weszła do kuchni przygotować posiłek. Jej stosunki z Samem były tak 
naturalne i tak bardzo różniły się od form, które obowiązywały w mieście, że czuła 

background image

się   inną   osobą.   Miała   ochotę   zrzucić   z   siebie   wyrafinowanie   narzucone   przez 
dziesięć lat życia w Nowym Jorku i zachowywać się jak miła wiejska dziewczyna.

Z  okna  w  kuchni widziała,  jak  w gęstniejącym  zmroku   Sam wyładowuje  z 

ciężarówki drewno i układa je w stos. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio 
wyglądała nadejścia wieczoru z taką niecierpliwością. W ostatnim roku pożycia z 
Erikiem ciągłe awantury kładły się cieniem na wspólnie przeżytych chwilach. Z 
ulgą   przyjęła   rozstanie,   do   którego   w   końcu   doszło   na   wiosnę,   chociaż   pustka 
mieszkania boleśnie przypominała jej o stracie kochanka. Tym chętniej co weekend 
wyjeżdżała na wieś, uciekając od wspomnień.

Kiedy   Sam   skończył   wyładowywać   kloce,   zerknął   na   oświetlone   kuchenne 

okno   i   pokiwał   do   niej   ręką.   Anna   pomachała   mu   w   odpowiedzi.   Następnie 
wskoczył do ciężarówki i odjechał.

Po   włożeniu   do   piekarnika   posypanego   ziołami   kurczaka   wzięła   szybki 

prysznic. Chciała się w coś przebrać, ale jedynymi ubraniami, jakie zabrała ze sobą 
na weekend, były dresy. Nie szkodzi, pomyślała. To ma być moja wiejska idylla. 
Włożyła fiołkowy dres, nieco nowszy od żółtego, nałożyła na twarz świeży makijaż 
i wyszczotkowała włosy.

Na dole rzuciła okiem na stół, który kupiła na wyprzedaży używanych mebli i 

zawstydziła   się.   Nie   zrobiła   niczego,   żeby   umeblować   ten   dom,   choć   jej 
nowojorscy   przyjaciele   sądzili,   że   ze   swojej   wiejskiej   posiadłości   uczyni   perłę 
dekoratorstwa, którą zaprezentuje im uroczyście, jak tylko skończy swoje dzieło. 
Anna nie chciała przyznać się przed nimi, a nawet przed samą sobą, jak mało 
interesuje   ją   ostatnio   dekoratorstwo.   Praca,   która   kiedyś   była   dla   niej   źródłem 
radości, stała się teraz jedynie sposobem na płacenie rachunków.

Znajdowała buntowniczą przyjemność nie dekorując swojego wiejskiego domu, 

ale   teraz,   kiedy   spodziewała   się   gościa   na   kolacji,   żałowała,   że   nie   kupiła 
przynajmniej obrusa i świec. W końcu pobiegła na górę po prześcieradło w kwiaty 
i   kawałek   wstążki.   Obwiązała   prześcieradło   wstążką   wokół   obwodu   stołu   i 
położyła   na   środku   drewnianą   misę   z   czerwonymi   jabłkami   i   zielonymi 
winogronami. Przypomniała sobie o białych świecach kuchennych, które trzymała 
na wypadek awarii elektryczności, wydrążyła dwa jabłka, wsadziła w nie świece i 
postawiła na stole.

Kiedy odsunęła się trochę, żeby ocenić efekt swoich starań, odczuła satysfakcję, 

jakiej w ostatnich miesiącach brakowało jej w pracy, a przecież rozpostarła jedynie 
na stole prześcieradło i ułożyła kilka jabłek w misce. Erie z pewnością wyśmiałby 
jej zaimprowizowaną dekorację, ale Erica tu nie było. Nie musi przejmować się 

background image

jego zdaniem, a Sam nie wydaje się aż tak surowym sędzią.

Stanął w drzwiach kuchennych wkrótce po tym, jak skończyła nakrywać do 

stołu. Miał jeszcze wilgotne włosy, pachniał mydłem i szamponem. Kiedy zdjął 
lekką kurtkę i powiesił ją na wieszaku koło kurtki Anny, stwierdziła, że podobnie 
jak   ona   zmienił   jedynie   kolory,   nie   rodzaj   ubrania.   Zamiast   czerwonej   włożył 
niebieską kraciastą koszulę, a dżinsy, jakie miał teraz na sobie, robiły wrażenie 
nowszych niż te, w których piłował drzewo. Poza tym był to ten sam miły wiejski 
chłopak,   który   pociął   jej   klon.   Z   kieszonki   koszuli   wystawała   mu   harmonijka. 
Przyniósł również butelkę wina.

–   Zaryzykowałem   –   powiedział,   podając   jej   chardonnay.   –   Nie   wiem,   czy 

pasuje do tego, co podasz i czy w ogóle lubisz wino.

– Upiekłam kurczaka i chardonnay świetnie się do niego nadaje.
– To dobrze. – Zajrzał jej przez ramię do jadalni i wydał z siebie cichy gwizd 

uznania. – Zdążyłaś przygotować to wszystko, kiedy mnie nie było?

– Owszem. Jesteś moim pierwszym gościem i... bawiło mnie przygotowanie 

stołu z tego, co miałam pod ręką.

– Jestem pod wrażeniem. – Popatrzył na nią w zamyśleniu. – Jaki właściwie jest 

twój zawód?

– Biorąc pod uwagę wygląd mojego domu, aż wstyd mi się przyznać. To jak z 

tym przysłowiowym szewcem, co bez butów chodzi.

– A więc jesteś kimś w rodzaju zawodowej dekoratorki?
– Obawiam się, że tak. Ale tego lata chciałam po prostu wypocząć, dlatego za 

nic się tu jeszcze nie zabrałam.

– Świetnie cię rozumiem. – Oparł się o blat w kuchni i zajrzał jej w oczy. – A 

biorąc pod uwagę, że to twoje wakacyjne lokum, nie powinienem nawet marzyć o 
tym, o czym teraz myślę.

– Wyrażasz się bardzo niejasno, Sam. Powiedz wyraźnie, o co ci chodzi.
–   Dobrze   –   westchnął   ciężko   –   ale   obiecaj,   że   nie   będziesz   się   krępowała 

powiedzieć mi, żebym się wypchał.

– W porządku. – Skrzyżowała ręce na piersiach i czekała.
– No więc, ludzie z telewizji spodziewają się, że mój dom wyglądać będzie jak 

z kolorowego magazynu o wsi, a widziałaś na własne oczy, że tak nie jest. Estelle 
kilka kobiet z miasteczka zaofiarowało się, że udekorują mój dom na święta, ale na 
samą   myśl   o   tym   robi   mi   się   słabo.   Wyobrażasz   sobie   kilka   starszych   dam 
biegających w tę i z powrotem po moim domu, drapujących coś to tu, to tam, jak 
jakieś wróżki z bajki? – Rzucił jej żałosne spojrzenie.

background image

Anna   roześmiała   się,   wyobrażając   sobie   Estelle   kierującą   ruchem   pośrodku 

salonu Sama.

– Więc chciałbyś, żebym dała ci kilka fachowych porad? To mogę zrobić. – Nie 

żąda zbyt wiele, pomyślała, a pomoc sąsiedzka powinna działać w obie strony.

– Więcej niż kilka porad. Chciałbym, żebyś urządziła cały dom, od dołu do 

góry.

Żegnaj, wiejska idyllo, pomyślała Anna. Żegnajcie, wieczory przed kominkiem 

w towarzystwie nowo poznanego przyjaciela i jego muzyki. Ten wiejski chłopak 
prowadzi tu interesy i potrzebuje jej pomocy. Chce włączyć ją w szaleństwo, które 
ściągnął sobie na głowę, wygrywając ten przeklęty konkurs.

– Sam, jestem ci bardzo wdzięczna, że odtarasowałeś mój podjazd, ale z wielką 

przykrością muszę odmówić twojej pierwszej prośbie o przysługę. Nie wydaje mi 
się, żeby...

–   Nie   chodzi   mi   o   przysługę.   To   zbyt   wiele   pracy.   Zapłacę   ci   za   to.   Nie 

dysponuję tysiącami, ale ten program telewizyjny, jakkolwiek nieznośne mogą się 
jeszcze okazać związane z nim kłopoty, bardzo pomoże mi w interesach. Teraz, 
kiedy tkwię w tym po uszy, byłbym głupcem, gdybym skąpił na wystrój domu.

Anna wiedziała, że przydałyby się  jej dodatkowe pieniądze, zwłaszcza  przy 

nowych wydatkach w związku z domem na wsi, ale wahała się jeszcze. Wreszcie 
postanowiła zdobyć się na szczerość.

– Nie wiem, ile byłoby warte to, co mogłabym dla ciebie zrobić, Sam. Ostatnio 

nie   bawi   mnie   już   urządzanie   wnętrz.   Gdybym   mogła   sobie   na   to   pozwolić, 
rzuciłabym swoją pracę i zakopała się w domu na wsi.

– Rozumiem. Znam to uczucie. No cóż, zapomnij o mojej prośbie.
Słusznie zrobiła, odrzucając jego propozycję, mówiła sobie w duchu. Całkiem 

słusznie.   Mimo   to   malujące   się   na   jego   twarzy   rozczarowanie   sprawiało   jej 
przykrość.

– Czego... yyy... czego właściwie potrzebujesz?
– Ludzie z telewizji mówili coś o wnętrzach w stylu Normana Rockwella – 

rozjaśnił się Sam.

Wbrew poprzedniej odmowie Anna zaczęła wyobrażać sobie zmiany w jego 

salonie.   Sofa   nie   była   zła,   chociaż   należałoby   odnowić   tapicerkę,   ale   fotele 
musiałyby zniknąć. Krosno, oczywiście, było doskonałym detalem, trzeba by je 
wyciągnąć z ciemnego kąta i lepiej wyeksponować. Krosno...

– Anno, czuję się okropnie, prosząc cię o to, ale nawet nie wiem, gdzie szukać 

innego dekoratora. Takie zlecenie nie zajmie ci zbyt wiele czasu, a ja nie jestem 

background image

wybredny. Chemie też pomogę, jeśli tylko do czegoś się nadam...

– Zgadzam się, ale pod jednym warunkiem – przerwała mu, widząc otwierające 

się przed nią nowe możliwości.

– Jakim tylko chcesz.
– Że w zamian będę mogła tkać na krośnie twojej babki!

background image

Rozdział 2

Sam był zachwycony jej propozycją.
– Umowa stoi – zgodził się natychmiast. Patrzył, jak wyraz ostrożnej niechęci 

w oczach Anny ustępuje miejsca entuzjazmowi. Odkąd zgodziła się mu pomóc w 
urządzeniu domu, zmienił się również jego stosunek do przyjazdu telewizji. Może 
mimo wszystko nie będzie aż tak ile.

– Chciałabym przenieść krosno do siebie, o ile nie masz nic przeciwko temu.
– Oczywiście, że nie. – Jeśli liczył przez chwilę, że rozłoży się z robotą u niego 

w salonie, musiał o tym zapomnieć, ale to nie było teraz ważne. I tak będą się 
widywać przy urządzaniu domu.

– Odniesiemy je z powrotem przed przyjazdem telewizji – dodała. – Krosno z 

rozpoczętą robotą będzie wspaniałym akcentem dekoratorskim w salonie.

– Pewnie masz rację, chociaż co ja o tym wiem?
– Niewiele, ale masz szczęście, że ja wiem o tym coś niecoś – przekomarzała 

się z nim Anna.

– To widać. – Wskazał stół w jadalni udekorowany zapalonymi świeczkami. – 

Czuję się tak, jakbym wszedł do jakiejś szykownej restauracji.

– To dlatego że obsługa jest taka powolna – roześmiała się Anna. – Jestem 

okropnie głodna, a to znaczy  że ty musisz  chyba umierać  z głodu po całej tej 
dzisiejszej harówce. Bierzmy się do jedzenia.

– Jestem gotów. Pomóc ci w czymś?
–   Może   otworzysz   wino?   Korkociąg   jest   w   ostatniej   szufladzie   na   lewo   – 

powiedziała, otwierając piekarnik.

Zapach pieczonego kurczaka rozszedł się po kuchni.
Dobrze znał tę kuchnię, więc bez trudu odnalazł korkociąg. Podobało mu się, że 

Anna nie zmieniła przytulnej kuchenki pani McCormick w jakiś cud najnowszej 
techniki. Sosnowe szafki nadal pokryte były niemodną już warstwą białej farby. W 
oknie   nad   zlewem   wciąż   wisiały   bawełniane   firanki   w   niebieską   kratkę,   nie 
zmieniły się też ani lodówka, ani emaliowana kuchenka.

Wyjął z kieszeni scyzoryk i ściągnął złotko z szyjki butelki.
– Ta kuchnia budzi wspomnienia – powiedział, wbijając ostrze korkociągu w 

korek. – Kiedy byłem dzieckiem, pani McCormick piekła dla mnie  piernikowe 
ludziki.

–   Wychowałeś   się   tu,   w   Sumersbury?   –   spytała   Anna,   obrzucając   go 

background image

zaciekawionym spojrzeniem.

– Nie. – Pomyślał, że wygląda wspaniale z policzkami zarumienionymi żarem z 

piekarnika. – Przyjeżdżałem tylko na wakacje do moich dziadków.

– A więc dom, w którym mieszkasz, należał do twoich dziadków?
– Przez prawie pięćdziesiąt lat.
– No, no. Cieszę się, że mi o tym powiedziałeś. Jeśli coś w tym domu jest dla 

ciebie święte, lepiej, żebym o tym wiedziała, zanim wezmę się za przeróbki.

– Nie wiem, czy coś jest „święte", ale chyba jestem trochę przywiązany do 

różnych przedmiotów. – Spojrzał na nią, zastanawiając się, na ile może jej ufać. W 
końcu   powiedział   ostrożnie:   –   Miałem   zwariowane   dzieciństwo.   Ta   farma   i 
dziadkowie stanowili jedyne trwałe oparcie w moim życiu. Byli dla mnie bardzo 
ważni.

Anna   przestała   polewać   sosem   kurczaka   i   zwróciła   do   niego   twarz,   jakby 

oczekiwała, że powie coś więcej. Gdyby nie przerwała pracy, nie ciągnąłby dalej 
swojej opowieści, ale jej pełne uwagi milczenie przekonało go, że naprawdę chce 
dowiedzieć się o nim czegoś więcej.

– Moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałem pięć lat – powiedział – i matka 

wyszła potem za mąż jeszcze... trzykrotnie. Ciągle się przenosiliśmy z miejsca na 
miejsce.

Skinęła głową, jakby chciała powiedzieć, że nie musi jej dalej tłumaczyć.
– A ojciec? – spytała łagodnie.
–   Zniknął   ze   sceny.   Z   początku   nienawidziłem   go   za   to,   ale   moja   babka 

wytłumaczyła mi, że nie był dość silny, żeby być ojcem jedynie na ćwierć etatu. 
Należał do tych, co biorą wszystko albo nic. Skoro nie mógł mieć wszystkiego, 
odszedł.   Babka   wybaczyła   mu   to   zachowanie,   więc   po   jakimś   czasie   i   ja   mu 
wybaczyłem.

Anna milczała przez chwilę.
– Musimy przejrzeć, jedną po drugiej, rzeczy w twoim domu – odezwała się w 

końcu. – Nie zdajesz sobie nawet sprawy, co mogą znaczyć najmniejsze zmiany we 
wnętrzu, które tak bardzo naładowane jest emocjami.

– Daj spokój, nie ma co się za bardzo roztkliwiać. Jest tam również mnóstwo 

zwykłych   śmieci.   Poza   tym   już   nie   jestem   małym   zalęknionym   chłopcem   – 
powiedział nieco pewniejszym tonem.

– Chyba że chodzi o starsze panie z Cechu Rzemiosł.
–   Masz   rację   –   roześmiał   się   Sam.   –   Wystraszyły   mnie   nie   na   żarty. 

Prawdopodobnie bałem się, że zadepczą rzeczy moich dziadków. – Spojrzał na 

background image

Annę. – Musisz  być bardzo dobra w swoim zawodzie, nawet jeśli cię to teraz 
męczy.

–   Kilka   razy   szef   zganił   mnie   za   to,   że   utwierdzam   klienta   w   decyzji 

zatrzymania starych sprzętów, zamiast namawiać go na zakup nowych. Przez to 
sprzedajemy mniej naszych mebli.

– Ale to świadczy również, że masz charakter. Czy dlatego zastanawiasz się nad 

rzuceniem pracy, że twój szef chce, abyś sprzedawała więcej mebli?

– Nie, przynajmniej tak mi się wydaje. Z tym mogę sobie dać radę. – Spojrzała 

na niego. – Problem w tym, że nie bawi mnie już dekoratorstwo. Klient chwali 
mnie za to, co zrobiłam, ale ja mu nie wierzę.

– Może potrzebujesz zmiany w życiu?
– Może. – Zarumieniła się jeszcze bardziej.
Spojrzał na butelkę wina.
– Jeśli skończę kiedyś ją otwierać, wypijemy za to.
– I zjemy kolację, którą ci obiecałam – dodała z uśmiechem.
Sam   wyciągnął   korek   z   butelki   z   cichym   puknięciem,   które   zdawało   się 

oznajmiać początek czegoś specjalnego. Zerknąwszy na Annę, której długie loki 
spadały kaskadą na plecy i wiły się wokół zarumienionej twarzy, pomyślał, że to 
coś już się zaczęło.

W trakcie kolacji Anna opowiedziała mu o swojej rodzinie. Zarówno rodzice, 

jak i starszy brat z żoną i trójką dzieci mieszkali w stanie Indiana. Matka i ojciec 
wkrótce obchodzić będą trzydziestą piątą rocznicę ślubu.

– To cudownie – wtrącił Sam, sącząc wino. – Moi dziadkowie żyli ze sobą 

sześćdziesiąt jeden lat i podziwiałem ich za to.

– Musieli się wcześnie pobrać.
– Chyba mieli oboje po dwadzieścia lat. Babcia pewnie była trochę młodsza. 

Tak, niektórzy z nas mieliby kłopoty, żeby pobić ich rekord. Nawet gdybym ożenił 
się   jutro,   musiałbym   dożyć   dziewięćdziesięciu   dwóch   lat,   żeby   móc   obchodzić 
sześćdziesiątą rocznicę ślubu.

–   Ja   chyba   też   nie   dożyłabym   sześćdziesiątej   rocznicy7.   Miałabym   wtedy 

osiemdziesiąt   dziewięć   lat.   –   Przypomniała   sobie,   że   kiedyś   liczyła   pięcioletni 
związek  z   Erikiem  jako  lata  małżeństwa,   chociaż  formalnie   nie  wzięli  ze  sobą 
ślubu. Erie twierdził, że dla niego ślub nie ma najmniejszego znaczenia. – Będę 
musiała odstąpić bicie rekordów w pożyciu małżeńskim rodzicom i mojemu bratu.

–   A   więc   to   ty   wzięłaś   na   siebie   rolę   buntownika   w   swojej   rodzinie?   – 

zażartował Sam.

background image

– Jeśli zrobisz jakąś aluzję do moich rudych włosów, rozczarujesz mnie.
– Ani mi się śni. – Wypił łyk wina i spojrzał na nią znad brzegu kieliszka. – Nie 

lubię stereotypów, a zresztą moja babka też miała rude włosy, a była łagodną, czułą 
osobą.

– Masz szczęście, to cię uratowało – roześmiała się Anna. – Chcesz deser? 

Mogę rozmrozić sernik.

– Później – jęknął Sam. – Okropnie się najadłem tą wspaniałą kolacją.
–   Mam   nadzieję,   że   nie   na   tyle,   żebyś   nie   mógł   zagrać   na   harmonijce   – 

powiedziała, odsuwając krzesło i zbierając talerze.

– Łudziłem się, że zapomnisz.
– Nigdy w życiu. Chodź – zdecydowała, układając talerze jeden na drugim i 

sięgając   po   kieliszek   z   winem.   –   Włożymy   kurtki   i   usiądziemy   na   chwilę   na 
werandzie. W ciemności będziesz się mniej wstydzić.

– Nie wiem dlaczego w ogóle dałem się namówić, żeby przynieść harmonijkę – 

marudził Sam, wstając od stołu.

– Ponieważ jesteś dobrym sąsiadem – rzuciła przez ramię w drodze do kuchni.
– Pewnie tak.
Sam   zdmuchnął   świece,   zabrał   kieliszek   z   winem   i   poszedł   za   Anną. 

Zastanawiał się nad wrażeniem, jakie na nim robiła. W ciągu kilku godzin, odkąd 
się   poznali,   zdążył   przed   nią   odsłonić   szczegóły   swojego   nieszczęśliwego 
dzieciństwa i zgodził się zagrać na harmonijce, chociaż nigdy wcześniej dla nikogo 
nie grał.

Poduszki   na   metalowych   krzesłach   były   zimne,   a   powietrze   jeszcze 

chłodniejsze. W trawie cykało zaledwie kilka świerszczy i Anna wiedziała, że w 
następny   weekend   i   one   mogą   zamilknąć,   szykując   się   do   zimy.   W   powietrzu 
pachniało   jesienią:   spalonymi   liśćmi   i   dojrzałymi   jabłkami.   Niedawno   drzewa 
zaczęły zmieniać barwy. Co roku czekała na tę chwilę, jesień była jej ulubioną 
porą.

Choć Sam wybrał krzesło jak najdalej od niej, nie czuła się urażona, rozumiała 

jego wstydliwość.

–   Jest   zupełnie   ciemno   –   zauważył,   stawiając   kieliszek   na   stoliku.   –   Nie 

odgadnę z twojej twarzy, czy podoba ci się to, co gram, czy też nie. Obiecaj, że 
powiesz mi, jak cię znudzę. – Wyjął z kieszeni harmonijkę.

– Obiecuję.
Kiedy zaczął grać, poczuła, jak słodycz wlewa się jej do serca. Rozpoznała 

melodię,   .   Letniska",   piosenki,   którą   grywał   w   letnie   wieczory.   Och,   jakie   to 

background image

piękne, pomyślała, kładąc głowę na oparciu krzesła. Sam nawet nie zdaje sobie 
sprawy z tego, jaki ma talent. Jego gra mówiła o samotności i tęsknocie, czułości i 
kochaniu. Uświadomiła sobie, że nic nie wie o jego miłosnej przeszłości, ale też nie 
powiedziała mu nic o swojej. Pewnych rzeczy nie musiał jej jednak mówić.

Skończył grać, a ona rozkoszowała się uczuciem, jakie wzbudziły w niej tkliwe 

dźwięki melodii. Po chwili odchrząknął i uderzając harmonijką o dłoń, zapytał:

– Masz dość?
Jego słowa wyrwały ją z zadumy.
– Dość? Och, Sam, mogłabym cię słuchać bez końca. Nie masz pojęcia, jak 

kojąco działa na mnie twoja muzyka.

– A ja myślałem, że cię uśpiłem. Siedziałaś tak cicho.
–  Nie spałam.   Byłam  tylko... jakaś  taka  odprężona  i spokojna.  Proszę,  graj 

dalej. Zagraj „Uwolnioną melodię". Bardzo lubiłam jej słuchać latem.

–   Ciągle   nie   mogę   w   to   uwierzyć   –   dobiegł   ją   głos   z   ciemności.   –   Kiedy 

wieczorami siadałem przed domem, żeby zagrać na harmonijce, myślałem, że nikt 
mnie nie słyszy, a tymczasem ty w każdy weekend byłaś tu i słuchałaś.

– Chyba dlatego mam takie wrażenie, jakbym cię już znała.
Nic na to nie odpowiedział, ale czuła, że dystans między nimi jeszcze bardziej 

zmalał. Widziała, że sprawiła mu przyjemność, chwaląc jego grę, ale w reakcji 
Sama było coś więcej. Zastanawiała się, czy on też zdaje sobie sprawę z tego, co 
się dzieje w zaciszu ciemnej werandy.

Melodia, jaką zaczął grać, dała jej odpowiedź. Wiedział. Anna zamknęła oczy i 

przywołała obraz Sama takiego, jakim widziała go po południu: pochylonego nad 
piłą, wrzucającego kloce drewna na ciężarówkę. A teraz w tych samych dłoniach 
trzymał srebrną harmonijkę i poruszając ustami, wyczarowywał z niej przejmujące, 
słodkie dźwięki. Na myśl o pełnych wargach mężczyzny oblizała usta. Wiedziała, 
że jego gra się jej spodoba, nie spodziewała się jednak, że ją uwiedzie.

Kiedy skończył, zapadła cisza. Anna nie śmiała się odezwać w obawie, że to, co 

odczuwała, było jedynie wytworem jej fantazji.

– Robi się późno – powiedział wreszcie Sam, unosząc się z krzesła. – Chyba 

powinienem już iść do domu.

Anna również wstała, modląc się w duchu, żeby nie ugięły się pod nią nogi, 

kiedy będzie go żegnać.

– Nie chcesz sernika?
– Nie, dziękuję. Ja... – urwał i stał w miejscu bez ruchu, niczym skamieniały. 

Mimo ciemności wiedziała, że na nią patrzy. – Światło z kuchni pada na twoje 

background image

włosy –  – powiedział prawie oskarżycielskim tonem, jakby rozmyślnie stanęła w 
tym miejscu.

– Och! – Anna cofnęła się o krok. Wcale nie miała zamiaru rozbudzać tego 

napięcia, które nagle pojawiło się między nimi, a jej reakcja na Sama zupełnie 
wytrąciła ją z równowagi. Podejrzewała, że on również nie bardzo rozumie, co się 
z nim dzieje. – Sam... – zaczęła niepewnie – ja... – nie wiedziała, co powiedzieć.

– Anno, ja... – znowu przerwał.
Nie była pewna, kto poruszył się pierwszy, może oboje zrobili to równocześnie 

uznając, że dzieli ich zbyt duża odległość.

– Och – westchnęła, kiedy przygarnął ją do siebie. Czuła bicie jego serca.
– To właśnie chciałem powiedzieć – mruknął i zbliżył wargi do jej ust.
Anna odpowiedziała mu z pasją, o istnienie której nawet się nie podejrzewała. 

Wówczas przytulił ją mocniej do siebie i wsunął głębiej język w jej wilgotne usta. 
Ciało   Anny   zaczęło   wzbierać   pożądaniem.   Z   ust   wyrwał   się   stłumiony   jęk 
rozkoszy.

Usłyszała ciężki oddech Sama i poczuła, jak tężeją mu mięśnie. Pogłaskał ją po 

plecach i przesunął dłonie w dół, na okrywający jej pośladki miękki materiał dresu. 
Przycisnął ją delikatnie, a kiedy ich ciała zetknęły się ze sobą, odchylił głowę, żeby 
zajrzeć jej w twarz.

– Powinienem był pójść do domu – wymruczał.
Anna przełknęła ślinę.
– Nie planowałam tego. Ale coś w twojej muzyce... po tym, jak słuchałam jej 

przez całe lato...

–   Ja   nie   mam   takiego   usprawiedliwienia.   Aż   do   dzisiejszego   dnia   nic   nie 

wiedziałem o twoim istnieniu.

Ujęła jego twarz w dłonie.
– Sam – zaczęła, ale nowa fala namiętności zamknęła jej usta. Pragnęła, by 

znów   ją   pocałował.   Otworzyła   oczy   i   spróbowała   odezwać   się   ponownie, 
zdecydowana stłumić swoje impulsy – Nie wiem, co się ze mną dzieje, ale to mogą 
być różne rzeczy. Myślę, że przez twoją muzykę, przez to, że słuchałam jej całe 
lato, stałeś się dla mnie kimś bliskim, ale i nierealnym, jakby osobą z fantazji.

–  Czy   to  źle?  –  Kiedy  podniósł   rękę  i  pogłaskał  ją  po  włosach,  czuła,   jak 

oblewają gorąco. – Chyba że rzeczywistość cię rozczarowała.

–   Rzeczywistość   mnie   przytłacza   –   odparła,   dotykając   gładkiej,   świeżo 

wygolonej skóry na jego policzku.

– Ale emocje przyszły tak szybko, że niezupełnie im ufam.

background image

– Czy chciałabyś... – odchrząknął – żebym sobie poszedł?
Zawahała się, rozdarta między rozsądkiem i pożądaniem.
– Chyba tak. Widzisz, nie chciałabym, żeby to było wynikiem samotności.
– Ja też nie. Jesteś samotna?
–   Nie   wiedziałam,   że   jestem.   Wolałam   nazywać   się   niezależną   i 

samowystarczalną. Przecież przyjechałam na wieś po to, żeby pobyć trochę sama 
ze sobą.

Sam  milczał   chwilę,   a   w   końcu   cofnął   się   o   krok,   uwalniając   ją   z   uścisku 

swoich ramion.

– Kim on jest? – zapytał łagodnym tonem.
– Kto? – Patrzyła na niego zdumiona.
– Facet, o którym chcesz tu zapomnieć.
W   pierwszym   odruchu   chciała   się   tego   wyprzeć.   Nikt   nie   miał   prawa 

sugerować, że kupno domu na wsi wiązało się w jakimś stopniu z odejściem Erica. 
Ale przed chwilą całowała się namiętnie z tym mężczyzną i może dlatego powinna 
powiedzieć mu prawdę.

–   Przez   pięć   lat,   aż   do   marca   tego   roku,   mieszkałam   z   Erikiem  Oretskym. 

Słyszałeś kiedyś o nim?

– Nigdy.
– Jest bardzo znany w Nowym Jorku. Spotkaliśmy się, kiedy zamawiałam u 

niego obraz dla jednego z klientów. Byłam pod wrażeniem jego sławy, a on...

– Twojej urody – dokończył Sam. – Świetnie to rozumiem. Kiedy przyszłaś do 

mnie dziś po południu z rozpuszczonymi i lśniącymi w słońcu włosami, zaparło mi 
dech   w   piersiach.   A   wieczorem   odkryłem,   że   jesteś   równie   wrażliwa   i 
utalentowana, jak piękna. Może twoja reakcja na mnie jest efektem samotności, ale 
nie moja na ciebie. Odwołałem randkę, żeby tu dziś być.

– Sam, nie miałam pojęcia. – Anna poczuła się winna.
– To nieważne – wzruszył ramionami. – Chciałem tylko, żebyś wiedziała, że 

mimo tych wieczornych koncertów na harmonijce nie jestem samotnym wiejskim 
chłopakiem. Czy to też było częścią twojej fantazji?

– Może.
– Grywam trochę na harmonijce po skończeniu pracy, ale to nie znaczy, że 

potem nie wybieram się gdzieś na kolację albo nie jadę do teatru do Hartford. 
Prawdę   mówiąc   –   dodał   –   czasami   tęsknię   do   samotności.   Nie   dlatego,   że 
prowadzę   zbyt   intensywne   życie   towarzyskie,   ale   niekiedy   muszę   poświęcać 
wieczory na spotkania z klientami, ponieważ nie mogę się z nimi umówić w ciągu 

background image

dnia.

– Z klientami? – zdziwiła się Anna.
–   Jestem   dyplomowanym   księgowym.   A   przynajmniej   taki   był   mój   zawód. 

Znudziła mnie ta praca, chyba tak samo jak ciebie dekoratorstwo. Kiedy pojawiła 
się okazja prowadzenia  hodowli choinek, zamknąłem swoje biuro w Hartford i 
przeniosłem się tutaj, ale nadal prowadzę księgi podatkowe kilku klientów.

– O Boże. A ja myślałam, że oddajesz się jedynie życiu na łonie natury.
– Bardzo bym chciał, ale nie mogę jeszcze sobie na to pozwolić. Może dzięki 

reklamie, jaką zrobi mi sprzedaż choinki dla Białego Domu, będę mógł zupełnie 
rzucić swoją dawną pracę. Taki przynajmniej jest mój cel.

Anna klasnęła w dłonie.
–   Zatem   –   oznajmiła   uroczyście   –   chemie   ci   w   tym   pomogę.   Możesz   być 

pewny, że przygotuję twój dom jak najlepiej na przyjazd telewizji.

– To znakomicie. – Włożył ręce do tylnych kieszeni spodni i spojrzał na nią. Po 

chwili   wziął   głęboki   oddech   i   zaryzykował:   –   Jeśli   kiedyś   uznasz,   że   to,   co 
przeżywałaś przed chwilą, jest czymś więcej niż efektem samotności, daj mi znać.

Czuła, jak znowu wzbiera w niej pożądanie, ale tym razem zdusiła je w sobie. 

Może Sam tak na nią działa tylko dlatego, że brakuje jej dotyku męskich ramion, a 
skoro tak, to nie chciałaby go zwodzić. – Dziękuję za usunięcie drzewa i... za 
zrozumienie.

– Nie ma za co – odparł cicho. – Kiedy przywieźć ci krosno?
– Czy jutro rano nie będzie za wcześnie?
– Oczywiście, że nie.
– A kiedy obejrzymy dom i zastanowimy się nad koniecznymi zmianami? – 

zrewanżowała się Anna.

– Czy jutro rano nie będzie za wcześnie? – powtórzył za nią.
– Oczywiście, że nie – podchwyciła i oboje uśmiechnęli się do siebie. – Podoba 

mi się twój styl, Sam – dodała po chwili.

– Ale boisz się, że czułabyś to samo wobec pierwszego lepszego faceta, jaki 

nawinąłby ci się pod rękę, czy tak?

– Nie chciałabym tak myśleć, ale... – westchnęła Anna. –  – Zresztą nie jesteś 

żadnym pierwszym lepszym facetem, ale kimś naprawdę specjalnym, i nie jest tak, 
żebym nie miała w mieście okazji do spotykania się z innymi mężczyznami. Moi 
znajomi od miesięcy próbują mnie umawiać na randki.

– A ty, wyjeżdżając na wieś, marnujesz ich wysiłki.
– Chyba masz rację.

background image

Sam milczał chwilę.
– Dam ci radę – powiedział w końcu. – Chociaż może będę jeszcze żałował, że 

jej udzieliłem.

– Tak, słucham.
– Dlaczego nie przestaniesz uciekać z miasta przed tymi facetami i nie umówisz 

się na randkę z najlepszym z nich, żeby przekonać się, jak na ciebie działa?

– I jeśli rzucę mu się w ramiona tak jak przed chwilą tobie, będę wiedziała, że 

jestem samotną starą panną, rozpaczliwie potrzebującą jakiegokolwiek mężczyzny 
– dokończyła Anna.

–   Jeśli   ty   jesteś   samotną   starą   panną,   to   ja   jestem   Świętym   Mikołajem   – 

roześmiał się Sam.

– Och, sama już nie wiem – również się uśmiechnęła. – Trzymanie się z dala od 

mężczyzn było o wiele łatwiejsze.

–   Myślę,   że   po   dzisiejszym   wieczorze   ta   opcja   nie   wchodzi   już   w   grę   – 

powiedział łagodnie. – Chwilowo się wycofuję, ale nie zamierzam odejść. Poza 
wszystkim mamy wspólne interesy. O której przywieźć krosno?

– O której ci wygodnie.
– Czy ósma rano będzie odpowiednia?
– Jak najbardziej.
– A zatem do jutra – rzucił, schodząc po drewnianych stopniach i kierując się 

do ciężarówki.

Anna otwarła usta, żeby go zawołać. Czy to takie ważne, dlaczego go pragnęła? 

Ale zanim zdążyła sobie odpowiedzieć, Sam uruchomił silnik, włączył światła i 
wycofał się z podjazdu.

background image

Rozdział 3

Anna nastawiła budzik na siódmą trzydzieści, ale obudziła się, nim zadzwonił. 

Ubrała się szybko, drżąc z  podniecenia i porannego chłodu. Słońce już wstało, a 
Sam   miał   przyjechać   koło   ósmej.   Zbiegła   po   schodach   i   nastawiła   w   kuchni 
ekspres. Kawa nie zdążyła się jeszcze zaparzyć, kiedy usłyszała warkot ciężarówki 
Sama. Pobiegła otworzyć drzwi.

– Dzień dobry! – zawołał, opuszczając z metalicznym szczękiem tylną klapę.
Serce zabiło jej mocniej. Mogła się okłamywać, że to z powodu krosna, ale 

prawda była inna: nie mogła zapomnieć wczorajszego pocałunku.

– Pomogę ci – zaofiarowała się, zostawiając drzwi od domu otwarte.
– Dam sobie radę. Opracowałem pewien system –   – uśmiechnął się do niej. 

Zastanawiała się, czy on też pamięta ich pocałunek. – Poza tym bez kurtki możesz 
się przeziębić.

– Nie jest znów tak zimno. – Zajrzała mu w oczy i upewniła się, że on też 

pamięta. Rumieniąc się przeniosła wzrok na krosno bezpiecznie przymocowane do 
platformy ciężarówki. – Wyczyściłeś je – zauważyła zdziwiona.

– Oczywiście. Między jednym a drugim telefonem. – Wskoczył na platformę.
–   Miałeś   telefony   po   powrocie   do   domu?   Było   już   koło   dziesiątej,   kiedy 

odjechałeś.

– Wszyscy w miasteczku są tacy podnieceni przyjazdem telewizji, że nie mogą 

się   powstrzymać,   żeby   ze   mną   nie   porozmawiać.   –   Wyciągnął   do   niej   rękę.   – 
Chodź, skoro chcesz mi pomóc, przytrzymasz je na górze.

Chwyciła ciepłą, wyciągniętą dłoń, ale nie spojrzała na niego, kiedy pomógł jej 

wejść na platformę. Myślała, że to, co zaszło między nimi poprzedniego wieczoru, 
spowodowała ciemność i nastrojowa muzyka, ale kiedy poczuła dotyk jego dłoni, 
zrozumiała, że się myliła.

Wspólnymi siłami zdjęli krosno z platformy i zaczęli nieść w stronę domu. W 

pewnej chwili Anna potknęła się o kamień i przez ułamek sekundy wydawało się, 
że upadnie i wypuści z rąk cenny przedmiot. Sam zatrzymał się i poczekał, aż 
odzyska równowagę.

– Nic ci nie jest? – zapytał.
– Nie, wszystko w porządku, chociaż przez chwilę myślałam, że umrę. Nigdy 

bym sobie  nie  wybaczyła, gdyby  coś  stało  się  twojemu   krosnu.  Może   cena  za 
urządzenie twojego domu była zbyt wygórowana?

background image

– Anno, nic mu się nie stanie, przestań się martwić. Uważaj teraz na stopnie, 

zaraz wniesiemy je do domu – pocieszał ją Sam.

Spokojny  ton jego  głosu  nie  zwiódł  jej jednak.  Wiedziała,  że  to potknięcie 

nieźle   go   wystraszyło.   Zauważyła   błysk   przerażenia   w   jego   oku   i   nie   miała 
wątpliwości, ze strata krosna wyrządziłaby mu ogromną przykrość.

– Gdzie chcesz, żebym je postawił? – spytał, gdy znaleźli się w środku.
– Może tu w salonie, koło okna. – Anna chciała jak najszybciej postawić je na 

ziemi.

Sam   postawił   krosno   tam,   gdzie   mu   wskazała,   a   następnie   rozejrzał   się   po 

pokoju.

– Widzę, że nie żartowałaś, kiedy mówiłaś, że nie chce ci się urządzać domu.
– Trochę tu pusto, prawda? – roześmiała się Anna.
– Powiedziałbym, że niezbyt go zagraciłaś.
– Biorąc pod uwagę, że jak dotąd krosno jest tu jedynym sprzętem...
– Czy nie powinnaś przynajmniej zawiesić kotar?
–   A   po   co?   Przecież   nie   biegam   nago   po   domu   –   rzuciła   bez   chwili 

zastanowienia   i   aż   zamarła.   Przez   moment   patrzyli   na   siebie   w   milczeniu. 
Widziała, jak Sam z trudem przełknął ślinę.

– Napijesz się kawy? – wykrztusiła w końcu.
– Chętnie. – W jego głosie było napięcie.
– Chciałbyś czegoś jeszcze? – Czuła, jak pali ją twarz. – Mogłabym zrobić 

śniadanie. Mam jajka, bekon i trochę...

– Wystarczy kawa – uciął krótko. – Zostawiłem w samochodzie ławę do krosna. 

Pójdę po nią i zaraz wracam.

Kiedy   wyszedł   na   dwór,   Anna   przyłożyła   dłonie   do   płonących   policzków. 

Czyżby jej uwaga o bieganiu nago po domu była freudowskim przejęzyczeniem? 
Czy tak bardzo próbowała ukryć swój pociąg do Sama, że podświadomie się z nim 
zdradziła? Nie wolno jej z nim flirtować ani go zwodzić, skoro nie jest gotowa na 
nieunikniony ciąg dalszy. A ciąg dalszy w sytuacji, gdy nie rozumiała samej siebie, 
na pewno nie był rzeczą właściwą.

Po wyjściu z domu Sam zatrzymał się na chwilę, żeby wziąć kilka długich, 

uspokajających   oddechów.   Wczoraj   Anna   wyłożyła   sprawę   jasno:   nie   chce 
zaczynać nowego związku od chwili słabości. On też tego nie chciał. Postanowił 
więc kontrolować swoje emocje i zachowywać się tak, jakby nic między nimi nie 
zaszło.

Wszystko układało się dobrze, aż do chwili, kiedy wymknęła się jej ta uwaga o 

background image

bieganiu nago po domu, a potem pytanie, czy chce od niej czegoś jeszcze prócz 
kawy. O tak, bardzo by chciał. Nie podobała mu się jednak rola faceta, przy którym 
miała zapomnieć o swoim byłym kochanku. Jej wątpliwości, czy chce z nim być, 
czy nie, muszą zostać rozwiane, zanim dojdzie między nimi do czegoś więcej. Tak 
więc pozostaje mu tylko spokojnie czekać, licząc na to, że w tym czasie Anna nie 
powie   niczego,   co   skieruje   jego   wyobraźnię   w   zabronione   rewiry.   Otworzył 
drzwiczki szoferki i wyjął ławę.

Kiedy   wrócił   do   domu,   Anna   czekała   w   salonie   z   dwoma   kubkami   kawy. 

Postronnemu obserwatorowi mogli wydać się parą nowożeńców wprowadzającą 
się do swojego pierwszego domu, pomyślał, ale szybko odpędził od siebie tę wizję. 
Postawił ławę przed krosnem i przyjął od niej kubek kawy.

–   Ciągle   nie   wierzę,   że   jest   u   mnie   w   domu   –   powiedziała   Anna,   gładząc 

wypolerowane drewno. – Spójrz, jak lśni, kiedy pada na nie słońce.

– Cieszę się, że tu jest. U mnie stało w kącie pokryte kurzem.
– Zaczekaj, aż zobaczysz, jak będę na nim tkać. Nie wiemco mi się bardziej 

podoba, piękny kształt krosna, czy kolory przędzy.

– Nie rozumiem. Skoro tak bardzo lubisz tkać, to dlaczego wcześniej go sobie 

nie kupiłaś?

– Powinnam była to zrobić dawno temu. Czy byłeś kiedyś z kimś, kto miał tak 

silną osobowość, że nie wiedziałeś już, kim jesteś i czego chcesz od życia?

– Nie, chyba nie. Mówisz o swoim chłopaku?
Skinęła głową.
– Może to częściej przytrafia się kobietom. Teraz wydaje mi się, że kiedy Erie 

wkroczył   w   moje   życie,   zabrał   mi   wszystko.   Jego   prace   walały   się   po   całym 
mieszkaniu. Nie było miejsca na nic innego. A do tego był taki dobry w tym, co 
robił,   ktoś   nazwał   go   nawet   geniuszem,   że   nie   czułam   się   na   siłach   mu 
przeciwstawić.

– I dlatego mieszkasz teraz w prawie pustym domu na wsi. Masz tutaj dookoła 

mnóstwo miejsca.

– Mam miejsce na krosno. Nareszcie.
– Chyba to był najwyższy czas – powiedział, zastanawiając się, czy w życiu 

Anny jest również miejsce dla niego. – Zdaje się, że nasze spotkanie okazało się 
szczęśliwym zbiegiem okoliczności.

– Chyba tak. Nie możemy jednak zapomnieć o drugiej stronie umowy. Kiedy 

dopijesz kawę, pojedziemy do ciebie i zastanowimy się nad zmianami w twoim 
domu.

background image

–   Nie   wolałabyś   kupić   nici   i   zacząć   tkać?   Tessie   Johanson   prowadzi   w 

miasteczku sklep z przędzą. Wydaje mi się, że jest czynny w soboty.

– Widziałam go i pojadę tam po południu, ale najpierw interesy. Im szybciej 

przekonam się, czego potrzebujesz, tym więcej czasu będę miała na myślenie, co 
należy u ciebie zrobić. Będę mogła zastanawiać się nad tym podczas tkania.

–   Zatem   ruszajmy   –   powiedział   Sam,   dopijając   kawę.   –   Pojedziemy 

ciężarówką.

–   Wolałabym   jechać   swoim   samochodem.   Prosto   od   ciebie   pojadę   do 

miasteczka.

– W porządku. Idziemy?
– Tylko wezmę kurtkę.
Kiedy dojechali na miejsce, Anna zaparkowała samochód koło ciężarówki i 

zapytała czekającego na nią Sama:

– Jaką część domu chciałbyś odnowić?
– Obawiam się, że cały – odparł, otwierając drzwi. – Sypialnie, kuchnię, salon, 

jadalnię, może nawet łazienkę. Pewnie mógłbym zamknąć przed nimi pokój lub 
dwa, ale to byłoby...

–   Prostackie   –   dokończyła   za   mego.   –   Zgadzam   się.   Skoro   kamery   będą 

wszędzie   zaglądać,   musimy   się   upewnić,   że   zatroszczyliśmy   się   o   najmniejszy 
szczegół.   Jeśli   nie   masz   nic   przeciwko   temu,   zaczniemy   od   sypialni,   a   potem 
zejdziemy na dół.

– Doskonale. Poprowadzę cię. – Przeciął salon i zaczął się wspinać na górę po 

skrzypiących drewnianych  schodach.  Anna  ruszyła  za  nim.  –  Na górze  są  trzy 
sypialnie i łazienka – wyjaśnił, zatrzymując się na półpiętrze. – Chyba u ciebie jest 
taki sam rozkład.

– Podobny, z tym że moje schody nie mają półpiętra, prowadzą prosto na górę.
– Szkoda. To było moje ulubione miejsce w dzieciństwie. Coś ci pokażę. – 

Kucnął   przy   kwadratowych,   wysokich   na   pół   metra   drzwiczkach   wyciętych   w 
wąskiej ścianie.

– Co to jest? – Anna pochyliła się nad nim.
–   Moja   skrytka.   –   Sam   otworzył   drzwiczki,   sięgnął   do  środka   i   wyciągnął 

zakurzone prostokątne pudełko. – To „Chińczyk", a to „Wyścigi konne" – dodał, 
wyciągając następne tekturowe pudełko poklejone taśmą. – Uwielbiałem tę grę. 
Rzucasz kostką i posuwasz konie po torze.

– Czy twoi dziadkowie zbudowali tę skrytkę dla ciebie, czy zawsze tu była?
–   Chyba   była   tu   zawsze,   ale   niekoniecznie   z   przeznaczeniem   na   zabawki. 

background image

Świetnie pamiętam ten dzień, kiedy moja babka wzięła mnie za rękę i pokazała te 
drzwiczki. Moje stare zabawki już były w środku, ale od czasu do czasu babka 
dorzucała do nich nową, jak na przykład tę. – Wyciągnął miniaturowy model wozu 
strażackiego. – Kupiła go, kiedy oświadczyłem, że zostanę strażakiem.

– Twoja babka była wspaniałą osobą, prawda?
– Po prostu nauczyła mnie, czym jest miłość – odparł, patrząc jej w oczy.
– Rozumiem.
Spoglądali na siebie w milczeniu przez dłuższą chwilę. W końcu Sam odłożył 

zabawki na miejsce i powiedział:

–   Myślę,   że   powinniśmy   się   ruszyć.   Przed   nami   trochę   roboty.   Gotowa?   – 

Wskazał ręką schody. Ruszyli na górę. – Mój dziadek opowiadał mi kiedyś, że te 
dwa domy, twój i mój, zbudowali koło 1820 roku dwaj bracia. I ponoć dwadzieścia 
lat później sprzedali je, spakowali rodziny i ruszyli dalej na zachód. Mam nadzieję, 
że to prawda, bo kiedy powiedziałem ludziom z telewizji, że mój dom ma  sto 
siedemdziesiąt lat, oszaleli ze szczęścia.

Zatrzymali się na korytarzu i Anna wyjęła z kieszeni długopis i notes, które 

zabrała ze sobą przed wyjściem z domu.

–   Zacznijmy   od   tego   korytarza   –   powiedziała.   –   Jest   tu   całkiem   ciemno   i 

ponuro, a tapeta... – urwała, przypomniawszy sobie, że musi być ostrożna. – Czy 
wybierała ją twoja babka?

– Tak.
– Jak bardzo jesteś do niej przywiązany?
Sam roześmiał się i włożył ręce do kieszeni.
– Wcale. Babka kupiła ją na wyprzedaży i razem z dziadkiem położyliśmy ją 

któregoś lata, tłumacząc jej cały czas, że brązowa tapeta w różowe kwiatki będzie 
wyglądać   ohydnie   w   tym   Korytarzu.   Kiedy   skończyliśmy,   babce   też   się   nie 
podobało, ale nie mieliśmy już siły jej zdzierać.

– Doskonale to rozumiem. A zatem zaczniemy od zmiany tapety. Co byś chciał 

zamiast niej? I – Nie mam pojęcia.

– Daj spokój, Sam. Na pewno wiesz. Wysil wyobraźnię.
– No cóż, może jakiś jasny kolor? Kremowy albo biały?
– Doskonale. No i widzisz, jednak masz jakieś wyczucie.
– Mogę sam zedrzeć tapety i pomalować korytarz na biało.
– To zaoszczędzi ci pieniędzy – powiedziała Anna, zapisując coś w notesie. – A 

teraz chodźmy do pokoi. Zacznijmy od sypialni głównej.

– Na końcu korytarza. – Wskazał wpółotwarte drzwi naprzeciw schodów.

background image

– Czy to twój pokój?
– Teraz tak. Kiedyś należał do moich dziadków.
– I pewnie są w nim rzeczy dużo ważniejsze dla ciebie niż brązowa tapeta – 

domyśliła się Anna, wchodząc do skąpanego w słońcu pokoju.

– Jakbyś zgadła.
–   Małżeńskie   łoże   w   stylu   empire   –   zdumiała   się   Anna,   kładąc   dłoń   na 

drewnianej ramie. Tak łóżko, jak i stojąca obok komoda z dwoma rzędami szuflad, 
wykonane   były   z   orzecha   i   pomalowane   ciemnoniebieską   farbą.   Łóżko 
przykrywała pamiętająca lepsze czasy kapa koloru kości słoniowej.

– Łóżko zostaje – dobiegł ją z tyłu głos Sama.
– Oczywiście. Łóżka z epoki cesarstwa są wprost cudowne. Zawsze je lubiłam.
– I nigdy nie miałaś?
– Nie. – Odwróciła się do niego ze smutnym uśmiechem. – Kiedy mogłam 

sobie na nie pozwolić, byłam z kimś, kto chciał, żebyśmy mieli modernistyczną 
kanapę.

–   Jest   ogromna   różnica   między   modernistyczną   kanapą   a   łóżkiem   z   epoki 

Napoleona. – Oparł się o framugę drzwi i nie spuszczał z niej oczu.

–   Wiem.   Kanapy   są   wygodne   i   praktyczne,   ale   ja   tęskniłam   za   czymś... 

solidnym,   za   czymś,   w   czym   mogłabym   się   zagubić.   –   Nie   chciała   tego 
powiedzieć,   nie   chciała   wcale   tej   dyskusji.   Najpierw   rozczuliła   ją   opowieść   o 
zabawkach, a teraz wymieniali opinie o łóżkach.

Spojrzenie niebieskich oczu Sama powiedziało jej, że myśli o tym samym.
– A niech to, Sam. No dobrze, podobasz mi się.
– I jesteś na mnie o to wściekła? – uśmiechnął się szelmowsko.
– Oczywiście, że nie.
– Na pewno?
– Na pewno. Trudno mi tylko skupić się na pracy, kiedy ty pokazujesz mi swoje 

zabawki, a potem zaczynamy omawiać zalety łóżek.

– Czy mam przez to rozumieć, że nie chcesz posłuchać o tym, jak spędzałem w 

nim całe godziny, bawiąc się w piratów?

– Nie.
–   Albo   jak   łóżko   było   dyliżansem,   a   ja   udawałem   zdobywców   Dzikiego 

Zachodu?

– Przestań, Sam. Nie chciałabym polubić cię za bardzo w tak krótkim czasie.
– Twoja strata. – Jego uśmiech był zaraźliwy.
– Może.

background image

Gdyby podszedł wtedy i wziął ją w ramiona, nie byłaby w stanie mu się oprzeć. 

Gdyby pociągnął ją na łóżko i wyszeptał słowa miłości, zostałaby z nim. Ale on nie 
ruszył się z miejsca. Przez chwilę milczeli oboje.

– Kto pomalował te meble na niebiesko? – zapytała w końcu Anna.
– Moja babka. Kiedy wejdziesz  do pozostałych sypialni, zobaczysz, że, jak 

Picasso, przechodziła przez błękitny okres. Dlaczego pytasz?

– Myślę, że powinniśmy im przywrócić naturalny kolor.
– To się da zrobić. Tom Carey ze sklepu żelaznego zajmuje się restauracją 

mebli. Myślę, że nie weźmie za to dużo.

– Świetnie. Oddaj mu łóżko i komodę. Przez jakiś czas będziesz musiał spać na 

materacu.

–   Mogę   spać   wszędzie.   To   jedna   z   tych   rzeczy,   których   nauczyłem   siew 

dzieciństwie.

Obeszła  pokój, przyglądając  się fotelowi  i otomanie.  Wypłowiałe od słońca 

niebieskozielone perkalowe pokrowce trzeba będzie zmienić, podobnie jak kapę na 
łóżku. Jeden  przedmiot  w pokoju był jednak absolutnie doskonały: przepiękny, 
ręcznie   tkany   pled   w   różnych   odcieniach   błękitu   leżał   niedbale   rzucony   na 
siedzenie krzesła.

Anna   odłożyła   notes   i   długopis   i   dotknęła   miękkiego   tweedowego   splotu. 

Podziwiała ciekawe zestawienie barw.

– To dzieło twojej babki?
– Tak. – Sam podszedł do niej. – Prezent dla dziadka na zimowe wieczory. 

Moja babka umarła przed nim. Ten pled mu ją przypominał.

– Tobie też.
– Mnie też.
– Piękna robota. Twoja babka miała prawdziwy talent.
– Myślę, że ty też go masz.
– Nie mam pojęcia. Nigdy nie tkałam wystarczająco długo, żeby się o tym 

przekonać. Ale jeśli udałoby mi się zrobić coś tak pięknego jak to, byłabym z 
siebie dumna.

– To chyba najlepsze,  co zrobiła. Pokażę ci jeszcze inne jej wyroby, kiedy 

będziemy chodzić po domu. Wycieram naczynia w ściereczki, które utkała.

– Jak możesz? – oburzyła się Anna.
– Bo po to je zrobiła. Nie chciała tracić czasu na makatki na ścianę. Wolała tkać 

rzeczy codziennego użytku, przedmioty, które ludzie będą brać w ręce, dotykać.

– Co za zmysłowa kobieta – wyrwało się Annie, zanim uprzytomniła sobie, że 

background image

to niekoniecznie jest uwaga, jaką chciałby usłyszeć wnuk. – To znaczy...

– Wiem, co chciałaś powiedzieć. I masz rację. Była otwarta na wszystko, co 

niosło ze sobą życie.

– To wspaniała cecha. Musiała być... – Urwała, czując na włosach delikatny 

dotyk jego palców. – Nie powinieneś tego robić – powiedziała, odwracając się do 
niego.

– Wiem.
Za chwilę ją pocałuje. Emocje, jakie wywołała niedawna rozmowa o łóżku, 

natychmiast wróciły. Bicie jej serca zagłuszył dobiegający zza okna śpiew ptaków. 
Wlewające się do pokoju promienie  słońca zapaliły złote iskierki w błękitnych 
oczach Sama.

– Wiem,  że nie chcesz tego przyspieszać. Próbowałem o tym pamiętać, ale 

kiedy jesteś tak blisko...

Była zgubiona i wiedziała o tym. Zaraz ją pocałuje, a ona odwzajemni mu się 

tym samym. Powoli nachylił się nad nią...

background image

Rozdział 4

Z początku żadne z nich nie usłyszało pukania, ale kiedy Sam już miał dotknąć 

jej warg, natarczywy dźwięk powtórzył się, przywołując go do rzeczywistości.

– Drzwi – odezwał się. – Ktoś dobija się do drzwi.
Pukanie nie ustawało.
– Hej, hej, Sammy! To ja, Estelle Terwiliger.
Sam zamknął oczy.
– Powinienem był wiedzieć, kiedy nie zadzwoniła dziś rano, że zjawi się tu 

osobiście.

– Idź, porozmawiaj z nią. – Anna podniosła długopis i notes. – A ja tymczasem 

tu popracuję.

– O nie – zaprotestował, chwytając ją za łokieć i popychając w stronę drzwi – 

powiemy jej od razu, że to ty zajmujesz się urządzaniem domu. Czy ona wie, że 
jesteś projektantką wnętrz?

–   Nie,   przynajmniej   nie   wiedziała   tego   do   wczoraj.   Czy   nie   będzie 

rozczarowana, że odebrałam jej zajęcie?

– Chyba tak – westchnął. – Muszę coś wymyślić, żeby ją udobruchać. Chcę 

jednak, aby wiedziała, że dekorację domu zleciłem zawodowcowi.

Kiedy zeszli na dół, Sam otworzył drzwi i zwalista postura Estelle Terwiliger 

zasłoniła większość światła.

– Wejdź do środka, Estelle – zaprosił ją Sam. – Cieszę się, że przyszłaś. Czy 

znasz Annę?

– Tak, poznałyśmy się wczoraj w sklepie. – Estelle skinęła głową w stronę 

Anny.

– Nie uwierzysz, jaki jest jej zawód. Anna jest projektantką wnętrz.
– O, to wspaniale. – Kobieta przyciskała do brzucha ucho torebki, przyglądając 

się Annie spode łba. – Nie wiedziałam, że znasz Sammy'ego.

– Ja... – zaczęła Anna, ale Sam natychmiast wpadł jej w słowo.
–   Wstąpiła   do   mnie   wczoraj,   żebym   pomógł   jej   usunąć   zwalone   drzewo   z 

podjazdu. Kiedy dowiedziałem się, że jest dekoratorką wnętrz, od razu pomyślałem 
sobie, że to jest to, czego potrzebuję. Niech zawodowiec zajmie się domem, a my 
skoncentrujemy się na innych sprawach. Nie uważasz, Estelle?

–   No...  nie   wiem,   Sammy.   Myślałam,   że  to   cech   udekoruje  ci   dom.   Gertie 

chciała powiesić nad kominkiem ten ładny obraz olejny, który namalowała kilka lat 

background image

temu, a Edwina przyniosłaby swoje drewniane gąski w tych zabawnych pozach...

– To byłoby wspaniałe – wtrącił Sam – ale nie sądzę, abyście dały sobie ze 

wszystkim   radę,   biorąc   pod   uwagę   to   mnóstwo   rzeczy,   które   trzeba   jeszcze 
załatwić. Tak więc Anna zajmie się domem, a wy pozostałymi sprawami.

Estelle wpatrywała się w niego z otwartymi ustami.
– Uhm – wystękała w końcu. – Chyba będziesz musiał odświeżyć moją pamięć, 

Sammy. Nie bardzo pamiętam, jakie były te inne sprawy.

– No... Na przykład chór.
– Chór... ale my nie mamy chóru.
– No właśnie.  Dlatego trzeba go zorganizować. Kto będzie śpiewał kolędy, 

kiedy telewizja pojedzie do lasu, filmować ścięcie drzewa? Musimy  mieć swój 
chór.

W oku Estelle pojawił się błysk radości.
– Oczywiście. Już to widzę. Chór w kapeluszach i chustach, z pochodniami...
– To będzie w dzień – przypomniał jej Sam. – Ale widzę, że pojęłaś, o co 

chodzi.

–   I   organy!   Ernest   ma   małe   organy   w   salonie.   Możemy   załadować   je   na 

ciężarówkę i wziąć długi kabel... O tak, już sobie to wyobrażam. Muzyka organowa 
wśród drzew...

Brew Sama uniosła się w górę. Rzucił zaniepokojone spojrzenie Annie, która 

podniosła notes do ust, skrywając uśmiech rozbawienia.

– Może lepiej zrezygnować z organów – spróbował. – Nie ma takiego długiego 

kabla, który by sięgnął...

– Daj spokój, Sam – nie pozwoliła mu dokończyć. – Musimy mieć organy. Jak 

myślisz, co powinniśmy zaśpiewać, kiedy zaczniesz ścinać drzewo? Może „Bóg się 
rodzi" będzie odpowiednie na tę okazję?

– Myślę, że hałas piły zagłuszy śpiew.
– Masz rację. Zaśpiewamy  to zaraz po ścięciu drzewa. – Sam posłał Annie 

błagalne   spojrzenie.   –   A   może   lepsze   będzie   solo.   Na   przykład   „Ave   Maria". 
Wiesz, Anno, wszyscy mówią, że pięknie śpiewam „Ave Maria", prawda, Sammy? 
– ciągnęła niezrażona.

– Tak, ale...
– Zostaw to mnie – ucięła Estelle, kierując się do drzwi. – Cały kraj będzie 

mówił o Sumersbury! Cieszę się, że się znowu spotkałyśmy, Anno – rzuciła przez 
ramię, schodząc pospiesznie po stopniach.

– Boże, co ja narobiłem! – wykrzyknął Sam, zamykając za nią drzwi.

background image

– Dokładnie to, co chciałeś – parsknęła śmiechem Anna. – Udobruchałeś ją. A 

swoją drogą, kim ona jest?

Zachowuje się tak, jakby władała całym światem.
–   Włada   jego   małym   kawałkiem.   Jest   członkinią   Rady   Miejskiej,   prezesem 

lokalnej organizacji DAR, założycielką i przewodniczącą Cechu Rzemiosł i każdej 
organizacji charytatywnej w miasteczku.

– Ho ho ho!
– Poza tym jest bardzo miłą starszą damą. Sumersbury nie mogłoby bez niej 

funkcjonować,  ale  teraz  boję się,  że  popędzi  całą  ludność  tubylczą  przez  moją 
farmę, każąc śpiewać „Bóg się rodzi" i przygrywać na trąbkach.

– Może nie będzie tak źle. Może zaśpiewa tylko „Ave Maria" – drwiła Anna.
– To byłoby jeszcze gorzej – jęknął Sam. – Śpiew Estelle można porównać do 

odgłosów jelenich godów.

–   Och,   Sam!   –   Anna   nie   mogła   dłużej   powstrzymać   się   od   śmiechu.   –   A 

wszystko po to, żeby Cech Rzemiosł nie udekorował twojego salonu drewnianymi 
gąskami.

– No właśnie. – Zachichotał. – Gdybyś ty je widziała...
– Co ona miała na myśli mówiąc o „zabawnych pozach"? – spytała, śmiejąc się 

coraz głośniej.

– Lepiej nie pytaj – zawtórował jej Sam. – A zresztą, wszystko mi jedno. Niech 

sobie śpiewa co chce, skoro zamiast niej ty zajmiesz się dekoracją domu.

–   Nie   zrobiliśmy   dużych   postępów   –   powiedziała   Anna,   ocierając   łzy.   – 

Zdążyliśmy obejrzeć korytarz i jedną sypialnię.

– Jeśli o mnie chodzi, im dłużej to potrwa, tym lepiej.
Spojrzała na niego surowo.
– Sam, musimy zwolnić tempo. Kiedy weszła tu Estelle, uświadomiłam sobie 

ze zgrozą, że poznaliśmy się dopiero wczoraj.

– Czas nie zawsze jest ważny.
– Może, ale ja potrzebuję trochę czasu.
– W porządku. Nie będę cię ponaglał.
– Zatem wracajmy do pracy – zakomenderowała Anna, wchodząc do salonu. – 

Sofa może zostać, ale trzeba zmienić tapicerkę.

– Ty tu rządzisz – powiedział Sam.
Miała przeczucie, że nie chodzi mu tylko o dekorację wnętrz.

Co pewien czas przeszkadzały im telefony, a kiedy skończyli obchód parteru, 

background image

przyjechał jakiś mężczyzna prosząc, by Sam przywiózł mu ze sklepu kosiarkę do 
trawy. Anna była zdziwiona jego prośbą, ale Sam uznał ją za rzecz absolutnie 
normalną.

Stosunki   tutaj   odbiegały   zupełnie   od   tych,   do   jakich   przywykła   w   mieście. 

Kupując dom na wsi, liczyła, że zdobędzie więcej prywatności, teraz zrozumiała, 
że jeśli zwiąże się z Samem Garrisonem, prawdopodobnie będzie jej miała mniej. 
Taka perspektywa wcale nie była zachwycająca.

Sam pojechał z mężczyzną po kosiarkę, a Anna wybrała się do miasteczka. Po 

skromnym lunchu w barze, skierowała swoje kroki do sklepu z przędzą. Nie mogła 
się doczekać, kiedy zacznie tkać.

W   sklepie   powitała   ją   wysoka,   przystojna   kobieta   po   pięćdziesiątce   z 

wydatnymi kośćmi policzkowymi i popielatoblond włosami upiętymi na czubku 
głowy.

– Przerwałam pani lunch – przeprosiła Anna widząc, że kobieta wyciera usta 

koniuszkiem serwetki. – Może lepiej przyjdę później.

–   Ależ   nie.   Potrzebuję   klientów   bardziej   niż   lunchu   –   zaprotestowała 

gwałtownie sprzedawczyni.

– Chyba nie ma ich tu pani zbyt wielu? – Anna podziwiała wielobarwne szpulki 

przędzy na półkach sklepowych. – Pani jest właścicielką, prawdą?

– Tak. Jestem Tessie. – Kobieta podała jej rękę.
–   Anna   Tilford.   –   Uścisnęła   mocno   wyciągniętą   dłoń.   –   Kupiłam   dom 

McCormicków – wyjaśniła.

– Ach, to ty. Nikt cię tu wcześniej nie znał.
– Tak, to ja. Właśnie pożyczyłam krosna od sąsiada i chciałam kupić trochę 

przędzy.

– Sam Garrison pozwolił ci używać krosno babki? – zdziwiła się Tessie.
– Tak.
– No, no. Próbowałam kiedyś odkupić je od niego, ale nie chciał mi sprzedać. 

Powiedział, że to by było tak, jakby sprzedawał wspomnienie. Rozumiem go. Jego 
babka była bardzo przywiązana do tego krosna.

Anna wybrała lawendową, błękitną i turkusową przędzę. Zaopatrzyła się też u 

Tessie   w   broszurkę   z   wzorami   różnych   splotów   i   po   chwili   siedziała   już   w 
samochodzie, rozmyślając o przyjemności, jaka czeka na nią w domu. Najpierw 
utka na krośnie obrus i serwetki. Kiedy Sam przyjdzie do niej znów na kolację, 
będzie  mógł  wytrzeć  usta  w utkane  przez  nią płótno.  Skarciła  się  za  te myśli. 
Czyżby planowała już kolejny posiłek z Samem?  Próbowała sobie wmówić, że 

background image

chce mu tylko pokazać pierwsze efekty swojej pracy na jego krośnie, ale to nie była 
prawda. Dobrze wiedziała, że to tylko wymówka.

Mijając   farmę   Sama,   zerknęła   przez   rzędy   młodych   sosen   i   zobaczyła 

ciężarówkę przed domem. Zawahała się, czy do niego nie wstąpić, ale rozmyśliła 
się   i   pojechała   prosto   do   siebie.   Kiedy   wysiadła   z   samochodu   na   podjeździe, 
usłyszała dochodzący zza domu odgłos rąbania. Serce zabiło jej szybciej. Tylko 
jedna osoba mogłaby rąbać dla niej drzewo, ale przecież niedawno widziała jego 
ciężarówkę. Okrążyła budynek i... Nie myliła się: to był Sam. Kiedy tak stał z 
siekierą w uniesionej do góry ręce, wyglądał jak prawdziwy drwal. Odchylił się 
lekko do tyłu, wziął zamach i rozłupał wpół gruby klocek. Dwa kawałki spadły na 
ziemię z obu stron pnia Kiedy schylił się, żeby podnieść jeden z nich, zobaczył 
Annę.

–   Cześć.   Pomyślałem   sobie,   że   porąbię   ci   je   szybko,   na   wypadek,   gdybyś 

chciała napalić w kominku.

–   To   bardzo   miło   z   twojej   strony,   ale   jak   się   tu   dostałeś?   Przecież   twoja 

ciężarówka stoi u ciebie przed domem. – Zarumieniła się lekko, uświadomiwszy 
sobie, że tym samym zdradziła się, że tam zaglądała.

– Przyszedłem ścieżką przez las. – Wskazał przecinkę w lasku na tyłach domu, 

której wcześniej nie zauważyła. – Tym skrótem jest dużo szybciej niż naokoło 
drogą, chociaż dróżka między naszymi domami trochę zarosła. Od śmierci pani 
Mac nikt tędy nie chodził.

Tętno, zabiło jej szybciej na myśl o leśnej Ścieżce łączącej ich domy niczym 

wspólna tajemnica.

– Od jak dawna tu jest? – spytała.
– Od zawsze. – Podparł się siekierą. – Bracia, którzy wybudowali te domy, 

prawdopodobnie wycięli ją po to, żeby ich żony mogły się odwiedzać, a dzieci 
bawić   ze   sobą,   Kiedy   umarła   pani   Mac,   myślałem,   że   już   nikt   nie   będzie   jej 
używać. Przepraszam, że bez pozwolenia wkroczyłem na twój teren.

– O, jeśli o to chodzi, masz pełne pozwolenie na korzystanie z tej ścieżki. – 

Uśmiechnęła się Anna.

– Ty też. – Utkwił w niej badawcze spojrzenie.
– Dziękuję. Myślę, że przyda się nam podczas prac w twoim domu.
– Na pewno. – W dalszym ciągu nie spuszczał z niej wzroku.
Przełknęła ślinę i przymknęła powieki. Te jego błękitne oczy miały w sobie 

jakąś niezwykłą moc przyciągania.

– Wiesz, Sam. Mam poczucie winy, że tracisz czas, rąbiąc dla mnie drewno. 

background image

Najpierw ten człowiek z kosiarką, a teraz ja... – Nie wiedziała, co powiedzieć. 
Zaprosić go na kolację? Po tym, do czego już między nimi doszło, może wziąć to 
za znak, że jest gotowa na więcej. – Ze względu na to, co dla mnie zrobiłeś, chyba 
powinnam...

– Tylko nie „powinnam". Jakkolwiek rozwinie się nasza znajomość, to słowo 

wykreślone zostanie z naszego słownika. – Uśmiechnął się lekko. – A poza tym 
mam dziś randkę. Czy dzięki temu czujesz się lepiej?

background image

Rozdział 5

Sam ma randkę, pomyślała smutno Anna i poczuła, jak opuszcza ją radosny 

nastrój.

– Tak, lepiej. Dziękuję za porąbanie drewna.
– Nie ma za co. A teraz idź do domu i usiądź do krosna. Na pewno nie możesz 

się tego doczekać.

– To prawda.
Odwróciła   się   i   ponownie   okrążyła   dom.   Za   plecami   słyszała   odgłos 

rozłupywanego   bierwiona.   W   środku   rozpakowała   przędzę,   ustaliła   wymiary 
serwetek i zaczęła przewijać nici osnowy przez oczka nicielnicy przy rytmicznym 
akompaniamencie   uderzeń   siekiery.   Kiedy   dźwięk   umilkł,   wiedziała,   że   Sam 
skończył i odszedł.

Pracowała   całe   popołudnie   i   do   wieczora   zdołała   utkać   kilkanaście 

centymetrów pierwszej serwetki. Była tak podniecona rezultatami swojej pracy, że 
chciała biec do Sama i zaprosić go do siebie, żeby mógł je ocenić. . Ale on ma 
dzisiaj randkę, przypomniała sobie i poczuła znowu ukłucie żalu.

Oparta o framugę drzwi tylnej werandy patrzyła, jak się ściemnia. Maleńkie 

wycięcie w linii lasu, znaczące początek ścieżki prowadzącej do domu Sama, stało 
się niewidoczne. Powinna się cieszyć, że miał inne plany na ten wieczór, dzięki 
temu   nie   będzie   musiała   podejmować   trudnych   decyzji.   A   mimo   to   czuła   się 
samotna   i   opuszczona.   Przyłożyła   głowę   do   wstawionej   w   drzwi   werandy 
metalowej siatki na komary i wciągnęła zapach rdzy. Wokół panowała absolutna 
cisza i choć wytężała słuch, nie doszły jej dźwięki harmonijki.

Dręczyły   go   wyrzuty   sumienia,   kiedy   odprowadzał   tego   wieczoru   Daphne 

Michaels pod drzwi jej domu. Była przyjemną towarzyszką przez ostatnie kilka 
miesięcy, ale miała jedną wadę: nie była Anną, Dlatego ją rzucał. Czuł, że nie jest 
wobec niej w porządku, ale wiedział, że nie ma innego wyjścia. Po drodze do domu 
wyjaśnił Daphne, że poznał kogoś innego, a ona przyjęła tę wiadomość z godnością 
i wdziękiem. Przez to poczuł się jeszcze gorzej.

– Słuchaj, bardzo mi przykro, że nam nie wyszło – powiedział, dotykając jej 

ramienia.

Włożyła klucz w zamek i spojrzała na niego.
–   Nie   zapytałam   nawet,   kim   jest   ta   kobieta,   która   zrobiła   na   tobie   takie 

background image

wrażenie, – To... moja nowa sąsiadka.

– Ta, która kupiła dom McCormicków?
– Znasz ją?
– Wzięła pożyczkę u nas w banku. To typowa dziewczyna z Nowego Jorku, 

Sam. Słyszałam, że przez kilka lat żyła ze słynnym nowojorskim malarzem.

– Wiem o tym – wycedził przez zaciśnięte zęby.
– Kiedy była u mnie w biurze, nie zrobiła wrażenia osoby, która osiądzie tu na 

stałe.

– Jest za wcześnie, żeby cokolwiek planować.
– Ach tak? Sądząc ze sposobu, w jaki to oznajmiłeś, myślałam, że jesteście w 

sobie po uszy zakochani.

–   Nie   –   odparł   Sam,   próbując   zachować   cierpliwość.   –   Ale   istnieje   taka 

możliwość. Podczas gdy między tobą a mną, Daphne, chyba jej nie było.

– Nigdy o tym nie myślałam – powiedziała Daphne, podrzucając dumnie głową 

i przekręcając klucz w zamku. – Chodziło mi tylko o kogoś, z kim mogłabym 
jeździć na koncerty, to wszystko.

– Podobnie ja. – Sam był na tyle dżentelmenem,  by udać, że jej wierzy. – 

Uważaj na siebie. – Pocałował ją lekko w policzek i wrócił do ciężarówki.

Po drodze do domu zastanawiał się, czy Anna jeszcze nie śpi. Wyobraził ją 

sobie   przed   krosnem   swojej   babki   i   obraz   ten   przywołał   na   jego   usta   czuły 
uśmiech. Kiedy dotarł do siebie, zdjął smoking, usiadł na stopniach przed domem z 
harmonijką w ręku i zwróciwszy się w stronę jej domu, zagrał cały swój repertuar.

Zajęta pracą na krośnie Anna z początku nie usłyszała muzyki. Kiedy jednak 

przez stukot czółenka przedarły się pierwsze dźwięki, przerwała tkanie, chwyciła 
kurtkę,   wybiegła   na   tylną   werandę   i   usiadła   na   wyściełanym   poduszkami 
metalowym krześle. Siedziała tak aż do końca koncertu. Oczywiście, Sam mógł 
grać dla dziewczyny, z którą był umówiony, ale instynkt podpowiadał jej, że tak 
nie jest. Był sam i grał dla niej. Uśmiechając się do siebie, wróciła do domu i 
ponownie zasiadła do tkania. Miała wrażenie, że swoją muzyką Sam przesłał jej 
czułe: Dobranoc.

Całe   niedzielne   przedpołudnie   Anna   spędziła   przy   krośnie.   Co   jakiś   czas 

nasłuchiwała   odgłosu   ciężarówki   Sama   na   podjeździe   lub   pukania   do   drzwi 
werandy. Kiedy minęło południe, a on nie przychodził, zrozumiała, że daje jej czas, 
o który go prosiła, i chociaż było jej przykro, że nie zobaczyła się z nim przed 
wyjazdem do miasta, wiedziała, że może za to winić tylko samą siebie.

background image

Wieczorem, po przyjeździe do Nowego Jorku, siedziała w swoim mieszkaniu, 

wpatrując się w gołe ściany. Kiedy Erie z nią mieszkał, jego dzieła nie mogły się na 
nich pomieścić. Anna zatrzymała jedynie parę prostych mebli, które nie odwracały 
uwagi od jego obrazów. Teraz, kiedy na ścianach nie było kolorowych płócien, 
proste sprzęty wyglądały straszliwie ubogo.

Nieobecność owoców twórczości Erica przyniosła jej z początku ulgę. Potem, 

kiedy zdecydowała się kupić dom na wsi, nie stać jej było na nowe meble. Mogła 
chociaż zawiesić jakieś niedrogie reprodukcje na ogołoconych ścianach, ale tego 
też nie zrobiła. Pod ciągłą presją talentu Erica, zatraciła własny gust. Potrafiła bez 
trudu urządzić dom klientowi, ale bała się wybrać obrazek do swojego mieszkania.

Wzięła z półki kilka katalogów mebli i usiadła na sofie z filiżanką kawy w ręce. 

Lepiej   zajmę   się   urządzaniem   domu   Sama,   pomyślała.   Jednak   gołe   ściany   nie 
dawały   jej   spokoju.   Kiedy   przez   następną   godzinę   wertowała   katalogi   i   robiła 
notatki, zerkała na nie co chwilę. Po raz pierwszy, odkąd wyprowadził się Erie, 
denerwowała ją ich nagość.

W   poniedziałek   pierwszą   przerwę   w   pracy   wykorzystała   na   odwiedziny   u 

swojej najlepszej przyjaciółki, Vivian, księgowej w dziale sprzedaży.

– Jak interesy? – spytała Vivian, kiedy Anna podeszła do jej biurka z kubkiem 

kawy w ręce.

– Wspaniale, – Anna usiadła na krześle naprzeciwko. – Harrison, ten facet, 

który   wygrał   na   loterii,   chce,   żebym   urządziła   mu   dom   w   stylu   „wczesny 
nowobogacki". Diabli mnie biorą na myśl, jaką forsę wyda na śmieci, które mógłby 
dostać   za   półdarmo   na   wyprzedaży.   Tymczasem   pani   Evans   chce   oryginalne 
perskie   dywany   i   włoski   marmur   za   pieniądze,   których   nie   starczyłoby   na 
odnowienie tego biurka.

–   Może   byś   ich   ze   sobą   poznała,   żeby   zamienili   się   pieniędzmi   – 

zaproponowała Vivian.

– Świetny pomysł!
Zadzwonił telefon. Anna sączyła kawę i czekała, aż Vivian skończy rozmawiać. 

Kiedy   odłożyła słuchawkę,   Anna  postawiła  kubek na  biurku i nachyliła się  do 
przyjaciółki.

– Przyszłam do ciebie z konkretną sprawą – powiedziała ściszonym głosem. – 

Czy mogłabyś umówić mnie na randkę?

– Co? – Oczy Vivian rozszerzyły się ze zdumienia. – Mówiłaś, że prędzej cię 

piekło pochłonie, nim poprosisz mnie, żebym umówiła cię na randkę. Co się stało?

– Wyobraź sobie, że spotkałam kogoś podczas ostatniego weekendu.

background image

– W Sumersbury?
– Tak. To mój sąsiad – uśmiechnęła się Anna. – 1 chyba bardzo go lubię.
–   Nie   rozumiem.   Skoro   już   go   spotkałaś,   dlaczego   chcesz   umawiać   się   z 

innym? – Vivian patrzyła na nią z niedowierzaniem. – A może chcesz po jednym w 
każdym miejscu, żebyś nie musiała wozić ich w tę i z powrotem? – zachichotała. – 
To byłoby całkiem logiczne.

–   Może,   ale   nie   o   to   mi   chodzi.   Chcę   umówić   się   na   randkę   z   innym 

przystojnym,   inteligentnym,   czarującym   mężczyzną,   żeby   przekonać   się,   czy 
zareaguję na niego w ten sam sposób, jak na Sama. Muszę wiedzieć, czy to on na 
mnie tak działa, czy też jestem aż tak samotna i znudzona, że lecę na każdego 
przystojnego, inteligentnego, czarującego faceta. Rozumiesz?

–   Nie   jestem   pewna.   A   więc   chcesz   umówić   się   na   próbną   randkę,   żeby 

wiedzieć, czy ostatnio pociągają cię wszyscy mężczyźni, czy też tylko ten Sam?

– Dokładnie. A ponieważ ma to być próbna randka, wolałabym, żeby to nie był 

ktoś z firmy. Pomyślałam sobie, że może twój Jimmy mógłby zapytać któregoś ze 
swoich kolegów, czyby się ze mną nie umówił?

– Jednego ze swoich przystojnych, inteligentnych, czarujących kolegów? Czy 

chcesz również, żeby był bogaty? Zabawny? Wysportowany? Co powiesz o byłym 
olimpijczyku?

– Nie śmiej się ze mnie. Chodzi mi o zwykłego faceta.
– Czy zwykły facet nie przegra od razu z Samem?
– To prawda. Zwykły to za mało.
–   Anno,   wymagasz   ode   mnie   niełatwej   rzeczy,   ale   zrobię   to,   o   co   prosisz, 

ponieważ jestem twoją przyjaciółką.

– Dziękuję ci, Vivian. – Anna wstała i ruszyła do drzwi.
– Na piątek wieczór?
– Wolałabym czwartek.
–   Kochanie!   Żaden   facet   nie   zgodzi   się   na   czwartek.   Będzie   myślał,   że 

zatrzymujesz weekend dla innego, i nie pomyli się. To musi być piątek lub sobota, 
chyba że rezygnujesz z tego pomysłu.

–   Niech   będzie   piątek.   –   Obiecała   Samowi,   że   w   tym  tygodniu  się   z  kimś 

spotka, i zrobi to, choćby miała wyjechać do Sumersbury dopiero w sobotę rano.

– Dam ci znać, jak będę kogoś miała! – zawołała za nią Vivian, podnosząc 

słuchawkę.

Anna nie zawiodła się na przyjaciółce. Jeszcze tego popołudnia była umówiona 

na randkę w piątek wieczorem.

background image

W poniedziałek i wtorek po powrocie z firmy pracowała nad domem Sama. 

Nagie ściany we własnym mieszkaniu coraz bardziej nie dawały jej spokoju. W 
środę postanowiła kupić reprodukcję na ścianę nad sofą.

Nie zastanawiała się zbytnio nad wyborem i dopiero, kiedy wróciła ze sklepu, 

uświadomiła sobie, co kupiła. Obrazek przedstawiał wiejski pejzaż, ale nie to było 
dziwne. Zawsze lubiła sceny wiejskie i nawet kupowała je od czasu do czasu przed 
pojawieniem się w jej życiu Erica. Ale ten obrazek był inny. Były na nim dzieci.

Stała z młotkiem w ręce i wpatrywała się długo w reprodukcję. No tak, nie było 

wątpliwości: obrazek przywodził jej na myśl Sama. Skojarzenie łatwo dawało się 
wytłumaczyć: wzruszyła ją opowieść o jego dzieciństwie. Ale od Sama dziecka nie 
było daleko do Sama ojca. Wyczuwała instynktownie, że tęsknił za tą rolą.

Ona   z   kolei   nie   czuła   potrzeby   zostania   matką.   Tak   przynajmniej   się   jej 

wydawało.   Erie   nie   chciał   dzieci,   uważał,   że   przeszkadzałyby   im   w   karierze 
zawodowej, a ona się z nim zgadzała. Ale życie Sama, życie na wsi, aż się o nie 
prosiło. Anna postanowiła jeszcze o tym pomyśleć. I to poważnie.

Chciała, żeby już była sobota i żeby Sam był tuż obok. Tęsknota za nim stała 

się tak silna, że zaczęła szukać w myślach pretekstu, żeby do niego zadzwonić. 
Wzięła notatnik, otworzyła na stronie, na której zapisała jego telefon i wykręciła 
numer.

– Spotkanie? – powtórzył, kiedy usłyszał, z czym do niego dzwoni. – Po co 

mielibyśmy umawiać się na spotkanie? Nie zapominaj, że to Sumersbury, a nie 
Manhattan.

Jego słowa działały na nią kojąco.
– Ale jakiś sąsiad może znowu prosić cię o pomoc, tak jak zeszłej soboty. A my 

powinniśmy mieć ze dwie godziny, żeby móc omówić wszystkie zmiany i dobrze 
by było, żeby nam nikt nie przeszkadzał. – Szukała gwałtownie usprawiedliwienia 
dla tego zupełnie niepotrzebnego telefonu. Cisza, jaka zapadła po drugiej stronie, 
kazała   jej   zastanowić   się   nad   tym,   co   powiedziała,   a   kiedy   zrozumiała 
dwuznaczność swojej propozycji, zarumieniła się ze wstydu. – To znaczy...

– Anno, jeśli chcesz, żeby przez dwie godziny nikt nam nie przeszkadzał, mogę 

ci to obiecać – powiedział cicho. – Nawet wyłączę telefon.

– Och, Sam. Już sama nie wiem, co się że mną dzieje –  – wyznała w końcu, 

porzucając pozory. – Zadzwoniłam, bo czuję, że tęsknię za tobą.

– To najlepsza wiadomość, jaką dzisiaj słyszałem.
– Ale to nie ma  sensu. Nie znam cię na tyle dobrze, żeby za tobą tęsknić. 

Zastanawiam   się,   czy   nie   pociąga   mnie   raczej   to   wszystko...   no   wiesz...   wieś, 

background image

krosno, dzieci...

– Co? – wykrztusił Sam.
–   Och,   Boże.   Nie   chciałam   tego   powiedzieć.   Chyba   powinnam   odłożyć 

słuchawkę, zanim...

– Nie. Zaczekaj. Co miałaś na myśli, mówiąc o dzieciach.
– Wygaduję głupstwa, Sam. Zapomnij o tym. Chyba jestem przepracowana.
– Anno...
– Och, chodzi o to, że nigdy wcześniej nie myślałam o tym, żeby zostać matką i 

nigdy nie kupowałam obrazków z dziećmi. Ale teraz, kiedy Erie odszedł i zabrał ze 
sobą   wszystkie   swoje   obrazy,   ściany   w   moim   mieszkaniu   wydały   mi   się   takie 
nagie... I kupiłam reprodukcję, żeby zawiesić ją nad sofą, a kiedy wróciłam do 
domu, uświadomiłam sobie, że są na niej dzieci... – przerwała, żeby zaczerpnąć 
tchu i usłyszała w słuchawce jego łagodny śmiech. – Co cię tak śmieszy? – spytała.

– Mówisz o tym tak, jakby odkrycie dzieci na obrazku było tym samym, co 

odkrycie karakonów w kredensie. Tak bardzo ich nie lubisz?

– Oczywiście, że lubię, ale nigdy wcześniej nie kupowałam takich obrazków.
– Czy chcesz powiedzieć, że ten obrazek z dziećmi ma coś wspólnego ze mną? 

– zapytał po chwili milczenia.

–   Nie   wiem.   Ale   powiesiłam   go   na   ścianie   i   zaraz   potem   wymyśliłam   ten 

idiotyczny pretekst, żeby do ciebie zadzwonić. Nie mam pojęcia, co to wszystko 
znaczy.

–   Według   mnie   to   całkiem   proste.   Robiąca   karierę   w   swoim   zawodzie 

dziewczyna   z   miasta   spogląda   tęsknym   wzrokiem   na   to,   co   wydaje   się   jej 
spokojnym życiem na wsi. Chciałbym wierzyć, że mam z tym coś wspólnego, ale 
równie dobrze mogę być jedynie zwykłym urozmaiceniem w twoim codziennym 
życiu.

– Sam, nie chcę, żebyś kiedykolwiek był dla mnie „zwykłym urozmaiceniem".
– Cieszy  mnie  to. Ale nie lekceważ swoich tęsknot do zmiany  trybu życia. 

Możesz to zrobić bez względu na to, czy ja stanę się jego częścią.

– Wiem, ale... W każdym razie umówiłam się na randkę w piątek wieczorem.
– No, no.
– Przecież sam mi radziłeś.
– To prawda. – Westchnął. – Jaki on jest?
– Jeszcze nie wiem.
– Powiesz mi, jak ci poszło? Ja też chciałbym wiedzieć, na czym stoję.
– Dobrze. A więc jesteś wolny w sobotę rano?

background image

– Jestem wolny o każdej porze, kiedy ty jesteś w Sumersbury.
– Nie byłeś w zeszłą sobotę wieczorem.
– To prawda. Ale to już... nieważne. Zatem wybierasz się na randkę w piątek 

wieczór?

– Tak. Ted zabiera mnie na musical.
– I pomyśleć, że lubiłem kiedyś to imię.
– Uważasz, że powinnam ją odwołać? – Chciała, żeby powiedział: Tak.
– Chyba nie. Jeśli będziesz się świetnie bawiła, dowiemy się, na czym stoimy.
– A jeśli się wynudzę?
– Wtedy moje modlitwy zostaną wysłuchane.

background image

Rozdział 6

Anna przyjechała do Sumersbury o dziewiątej trzydzieści. Weszła do domu i 

położyła   na   podłodze   w   salonie   torbę   z   zakupami.   Podeszła   do   krosna.   Przez 
tydzień jej nieobecności na drewnianej ramie zebrała się warstwa kurzu. Gdyby 
mieszkała tu na stałe, krosno nie byłoby tak zakurzone.

Anna rozmarzyła się. Jak dobrze byłoby zamieszkać na wsi. No tak, ale z czego 

by żyła? Nie potrafiła robić niczego innego, prócz dekoracji wnętrz. Nie umiała 
nawet   dobrze   pisać   na   maszynie.   A   gdyby   nawet   udało   się   jej   znaleźć   jakąś 
niskopłatną pracę w Sumersbury, czym spłaciłaby pożyczkę na dom?

Oczywiście, mogłaby wyjść za mąż za kogoś takiego jak Sam... Natychmiast 

skarciła się za takie myśli. Zawsze uważała, że kobieta powinna zarabiać na siebie. 
Upierała się przy tym, kiedy była z Erikiem, a teraz okazało się, że miała rację.

Spojrzała na zegarek. Czas jechać do Sama. Schowała jedzenie do lodówki i 

wróciła do samochodu, w którym zostawiła katalogi, notatki i szkice. Już miała 
siadać za kierownicą, kiedy nagle coś przyszło jej do głowy. Zebrała materiały, 
zamknęła samochód, okrążyła dom i ruszyła w stronę lasu. Bez trudu odnalazła 
początek leśnej ścieżki i zeszła z osłonecznionej łąki w cień drzew.

Zakłócana   jedynie   śpiewem   ptaków   cisza   zachwycała   ją.   Pod   jej   nogami 

przemknęła wiewiórka, chowając się w grubej warstwie ściółki. Anna zastanawiała 
się, jakie zwierzęta mogłaby zobaczyć, gdyby przycupnęła tu na zwalonym pniu o 
świcie. Może sarnę albo jelenia.

Jeleń przypomniał jej o śpiewie Estelle, a to z kolei o Samie. Anna roześmiała 

się wesoło. Jakże zmieniła się, odkąd go poznała. Jeszcze w lecie była zamknięta w 
sobie   niczym   ślimak   w   skorupie,   a   dziś   życie   na   powrót   wydawało   jej   się 
interesujące i pełne obietnic, takich jak choćby możliwość odkrywania tajemnic tej 
ścieżki. Przyspieszyła kroku.

Kilkaset metrów od domu Sama las przerzedzał się, ustępując miejsca równym 

rzędom drzew iglastych. Ścieżka prowadziła dalej aż na podwórze. Po lewej ręce 
Anny   stała   stodoła,   a   po   prawej   ciągnęło   się   niskie   kamienne   ogrodzenie. 
Dokładnie naprzeciw niej znajdowała się mała weranda. Zauważyła nieużywane 
kowadło i, dużo większy niż jej, stos drewna.

Kilka   pastelowych   ścierek   do   naczyń   kołysało   się   na   sznurze   do   bielizny 

niczym flagi sygnalizacyjne. Podeszła do sznura i przyjrzała się im z bliska. Tak, 
nie pomyliła się, ścierki były ręcznie tkane. Dotknęła ich. Były suche. Położyła na 

background image

trawie   swoje   materiały   i   zaczęła   zbierać   pranie.   Po   chwili   zapukała   do   drzwi 
werandy.

–   Nie   spodziewałem   się   ciebie   od   tej   strony   –   zaczął   Sam,   jak   tylko   jej 

otworzył. – Nasłuchiwałem odgłosu samochodu. – Uśmiechnął się mile zdziwiony.

– Postanowiłam przejść się ścieżką. Przy okazji zebrałam twoje pranie.
– O, dziękuję – roześmiał się, odbierając od niej stos ścierek. – Nie musiałaś 

tego robić.

–   Wiem,   ale   chciałam.   Nie   masz   pojęcia,   jaka   to   frajda   dla   dziewczyny   z 

miasta. Czy zawsze suszysz pranie w ten sposób?

– Muszę cię rozczarować: nie. Mam suszarkę do bielizny, ale te ścierki... – 

Wzruszył ramionami. – Nie wiem dlaczego, ale lubię je wieszać.

– I zdejmować? A ja zepsułam ci zabawę.
– Jeśli o to chodzi – uśmiechnął się – możesz używać tego sznurka, kiedy tylko 

zechcesz.

– Nabijasz się ze mnie.
– Wcale nie. Sam przed chwilą przyznałem, że wieszam je bez specjalnego 

powodu, więc chyba oboje jesteśmy lekko stuknięci.

– To prawda – roześmiała się Anna.
– O Boże, jak się cieszę, że znowu cię widzę.
Na dźwięk tych słów uśmiech znikł jej z twarzy.
– Przestraszyłem cię?
– Trochę.
– Wejdź do środka. – Wskazał ręką salon. – Usunąłem księgi z sofy. Możemy 

tam usiąść i obejrzeć to, co przywiozłaś. Obiecuję, że będę grzeczny. Dopóki nie 
skończymy,  nie zapytam,  jak było na wczorajszej  randce, mimo  że umieram  z 
ciekawości. Mogę być trochę rozkojarzony, ale nie zwracaj na to uwagi. To minie.

– Och, Sam – skarciła go Anna.
–   Już   dobrze.   Zaczynajmy.   Sądząc   po   objętości   tych   materiałów,   ciężko 

pracowałaś nad moim domem.

– Chcę wykonać dobrą robotę.
– Skoro mowa o dobrej robocie, chcesz zobaczyć, jak wygląda korytarz bez 

tapet?

– Już je zerwałeś?
– Chodź zobacz.
Anna poszła za nim na górę.
– O Boże! – krzyknęła, mrużąc oczy na widok białych ścian. – Co za różnica!

background image

Sam   przyglądał   się   swemu   dziełu   z   miną   człowieka   bardzo   z   siebie 

zadowolonego.

–   Sam   musiałem   wybrać   biel,   ale   jeśli   ta   farba   ci   nie   odpowiada,   mogę 

pomalować inną. Nie miałem pojęcia, że jest tyle różnych odcieni bieli.

– Myślę, że ten jest świetny – pochwaliła go Anna. – Brakuje tylko szlaczka u 

góry przy suficie.

– Szlaczka? Takiego, jakie robiliśmy w szkole?
–   Mniej   więcej.   Przywiozłam   kilka   wzorów,   żebyśmy   mogli   coś   wybrać. 

Robienie szlaczków wymaga raczej cierpliwości niż wprawy. Myślę, że po tym, co 
już zrobiłeś, świetnie ci to pójdzie. Szlaczki znowu stały się bardzo modne, ludzie z 
telewizji będą zachwyceni, a jeśli zabierzemy się razem do pracy, powinno nam 
pójść błyskawicznie.

– Razem? Pomożesz mi?
– Oczywiście. To świetna zabawa. A poza tym wydaje mi się, że mój organizm 

potrzebuje   fizycznego   wysiłku:   najpierw   zebrałam   pranie,   a   teraz   rwę   się   do 
malowania szlaczków – dodała żartobliwie.

– Jeśli tęsknisz za pracą fizyczną, przenieś się na wieś, mogę cię zatrudnić na 

farmie przy drzewkach.

– Nie posuwajmy  się  aż tak daleko. Nie  kusi mnie,  żeby  zostać  rolnikiem, 

chodzi mi raczej o satysfakcję płynącą z tego, że robi się coś własnymi rękami...

Zamyśliła się.
– Wolałbym, żebyś tego tak nie sformułowała.
– Dlaczego? – Spojrzała na niego zdziwiona.
– Z trudem powstrzymuję się, żeby cię nie pocałować, a ty wspominasz mi o 

satysfakcji robienia czegoś własnymi rękami.

– Sam, nie chciałam... – Oblała się rumieńcem.
– Wiem – przerwał jej łagodnie. – Nie ma o czym mówić. Chyba powinniśmy 

zejść na dół i przejrzeć twoje materiały.

Odwrócił się i poprowadził ją z powrotem do salonu. Szła za nim z bijącym z 

podniecenia sercem. Jego otwarte przyznanie się do tego, że jej pragnie, wytrąciło 
ją  z   równowagi.  Jednakże   lęk   przed   poddaniem  się   emocjom   był   silniejszy   od 
pokusy pocałunków. Bała się zawierzyć uczuciu, które zawładnęło nią tak szybko.

Usiedli   na   sofie   w   odległości   metra   od   siebie.   Anna   rozmyślnie   położyła 

między nimi swoje papiery.

– A więc zacznijmy od tego, na czym siedzimy. Chciałabym, żebyśmy tym... – 

wyciągnęła   próbki   materiałów   obiciowych   i   pokazała   mu   czerwony   w   drobny 

background image

wzorek – obili sofę.

– Bardzo jasny.
– Dzięki temu rozjaśni nieco pokój.
– W porządku, skoro tak mówisz.
– Następnie zdejmiemy kotary. Chciałabym zostawić okna bez żadnych zasłon.
– Bez zasłon? – zdziwił się Sam.
– Tak. Żeby do środka wpadało słońce. Zauważyłam w kuchni cały komplet 

szklanych naczyń w kolorze rubinu. Możemy ustawić kilka z nich na parapecie i na 
kominku. Odbite w nich światło przyda ciepła całemu pokojowi. Powiedz, jeśli ci 
się coś nie podoba – dodała po chwili.

– Nie, nie. Mów dalej.
– No cóż... – Zawahała się. – Myślę, że powinieneś wynieść stąd te dwa fotele i 

kupić nowe. Oto, co proponuję. – Otworzyła katalog ze zdjęciami krzeseł i foteli. – 
Obite białą skórą.

Na widok ceny Sam aż zagwizdał.
– Wiem. Większość ludzi nie lubi wydawać tyle pieniędzy, ale te fotele służyć 

ci będą całe życie.

– Mnie i jeszcze komuś. Nie mogę siedzieć na obu naraz. – Zerknął na nią znad 

katalogu. – Wypróbowałaś je kiedyś? Są wygodne?

– Mamy jeden w naszym sklepie i kiedy tylko mogę, siadam w nim na chwilę, 

żeby trochę odpocząć.

– W porządku. Biorę je. Aha, Tom ze sklepu żelaznego zabrał łóżko i komodę 

do odnowy. Powiedział, że będą gotowe za tydzień.

– Widzę, że się nie leniłeś – powiedziała, zamykając katalog i próbując myśleć 

o łóżku jako projektantka, a nie kobieta.

– To prawda, choć wolałbym spędzać ten czas inaczej.
Anna postanowiła zlekceważyć tę uwagę.
–   Stoliki   mogą   zostać   –   ciągnęła   –   trzeba   je   tylko   trochę   wypolerować, 

proponowałabym   natomiast   zmienić   lampy.   Znalazłam   tu   kilka.   –   Otworzyła 
kolejny katalog.

– Świetne – powiedział Sam nie patrząc.
– Nawet nie wiesz, o których mówię – oburzyła się Anna. Pod intensywnym 

spojrzeniem jego oczu zadrżała jej ręka. – Zaznaczyłam je. Jedna stojąca i...

– Powiedz mi, jak wypadła randka.
– Myślałam, że ustaliliśmy...
–   Proszę.   Powiedz   tylko,   czy   się   dobrze   bawiłaś.   Potem   dokończymy   tę 

background image

rozmowę. Muszę to wiedzieć.

– A jeśli nie bawiłam się dobrze? – Serce zabiło jej gwałtownie.
– Naprawdę? – Iskierki radości zapaliły się w jego oczach.
– Naprawdę. – Czuła, jak zasycha jej w gardle.
– To był kretyn, prawda? Za chudy albo za gruby i w dodatku okropnie nudny.
Anna potrząsnęła głową.
– Nie. Ted jest całkiem przystojny i inteligentny. Miło się nam rozmawiało, 

ale...

Sam zamknął katalog z lampami, podniósł stos papierów, który oddzielał go od 

Anny i położył je na stoliku obok.

– Mów dalej – powiedział, przysuwając się do niej i kładąc ramię na oparciu 

sofy.

– Sam, nie skończyliśmy jeszcze omawiać interesów.
– Nie szkodzi. To ja jestem klientem, a to, o czym właśnie zaczęłaś mówić, 

interesuje mnie teraz dużo bardziej niż lampy. No i co z tym twoim Tedem? Co 
miało być po „ale"?

– Przy nim nie czułam się tak... – Spojrzała na niego.
– Jak teraz? – dokończył za nią cicho.
– Sam.... Nie wiem, co to jest. To jakieś szaleństwo. Boję się temu zaufać.
– Wiem. – Ujął ją pod brodę i spojrzał w oczy. – Ale niczemu nie zaufasz, jak 

długo będziesz ode mnie uciekać.

– A jeśli rzeczywiście miałeś rację, że jesteś jedynie częścią mojej fantazji o 

wiejskiej sielance? A jeśli to tylko atmosfera wsi, przyroda, tajemnicza ścieżka 
między naszymi domami tak na mnie działają?

– Chcesz, żebym przeniósł się do miasta po to, żebyś mogła sprawdzić, czy 

twoja fascynacja ogranicza się tylko do wsi? – Gładził ją po policzkach, brwiach i 
czole. Jego delikatny dotyk przyprawiał ją o gęsią skórkę.

– Nie – odparła, patrząc w jego intensywnie niebieskie oczy. – Chcę... chcę, 

żebyś mnie pocałował.

– Jesteś pewna? – Uśmiech zadrżał mu w kącikach ust.
– Może teraz nie będzie tak jak ostatnim razem – westchnęła. – A wtedy będę 

wiedziała, że wszystkiemu winna jest twoja harmonijka.

– Może. – Ujął jej twarz w obie dłonie i nachylił się nad nią.
– Poza tym – zaczęła się tłumaczyć – poprzednim razem wypiłam kilka lampek 

wina i byłam trochę zmęczona i bardziej podatna...

Przyciągnął ją bliżej, musnął kciukiem jej dolną wargę, naciskając jednocześnie 

background image

lekko na brodę.

– Czy to już wszystkie argumenty, czy masz jeszcze coś do dodania?
– To bardzo nieprofesjonalne, Sam – szepnęła bez przekonania.
– Nie wydawaj ocen, dopóki nie skończę – powiedział, owiewając jej twarz 

ciepłym oddechem.

– Ależ ja miałam na myśli...
– Za dużo mówisz, Anno. – Dotknął jej ust z delikatną pewnością.
Ciałem Anny wstrząsnął dreszcz podniecenia, rozsądek opadł z niej niczym 

pierwszy   człon   wystrzelonej   w   kosmos   rakiety.   Och,   Sam,   jęknęła   bezgłośnie. 
Położyła mu ręce na ramionach i drżąc poddała się pieszczocie warg. Sam napierał 
na nią lekko, aż oparła głowę o jego wyciągnięte ramię. Oderwał się od niej na 
chwilę po to, by natychmiast powrócić z jeszcze większą pasją.

Anna   zatraciła   się   zupełnie   w   namiętnej   gorączce   jego   pocałunków.   Nie 

zdawała sobie sprawy, że wygięła się w łuk i wypięła do przodu piersi, póki nie 
poczuła na nich jego dłoni. Czuła w skroniach gwałtowne pulsowanie krwi, ale nie 
przerwała, nie mogła przerwać, natarczywej pieszczoty jego języka. Sam rozsuwał 
powoli   zamek   jej   bluzy,   na   tyle   wolno,   by   mogła   powstrzymać   jego   dłoń, 
zasygnalizować granice, do jakich się może posunąć.

Pozwoliła   mu   zsunąć   bluzę   z   ramion   i   odpiąć   klamerkę   stanika.   Jęknęła   z 

rozkoszy, kiedy dotknął palcami rozpalonej skóry. Żarliwość pocałunku zapierała 
jej dech w piersiach. Z trudem łapała powietrze, kiedy Sam oderwał się od jej ust.

– Jeśli natychmiast mnie nie powstrzymasz, wezmę cię tutaj, na sofie – odezwał 

się równie zdyszany, jak ona. – Chodźmy lepiej na górę.

– Sam, ja nie...
– Dlatego pytam. Powiedz mi, Anno.
Podniosła na niego wzrok. Na widok płonących pożądaniem niebieskich oczu 

aż ścisnęło ją w gardle.

– Jeszcze nie – zdołała wyszeptać, zastanawiając się, czy rzeczywiście chce 

tego, co mówi. – Jeszcze nie, Sam. – Widziała, jak walczy, by stłumić pożądanie. – 
Zupełnie przestałam myśleć  i pragnęłam z całego serca wszystkiego, co zaszło 
między nami. Może, gdybyś mnie nie zapytał...

– Tego właśnie bym nie chciał. Jeśli ma dojść do czegoś między nami, chcę, 

żeby to był twój świadomy wybór. Wiedząc o wszystkich zastrzeżeniach, jakie 
masz na nasz temat, musiałem zapytać. Nie pozwolę, żeby ktoś z nas potem tego 
żałował.

– Ja też nie – powiedziała cicho, dotykając jego policzka. – Dziękuję ci, Sam.

background image

Odwrócił głowę i pocałował wnętrze jej dłoni. Jego spojrzenie ześlizgnęło się w 

dół, na jej odkryty biust, na którym wciąż trzymał rękę.

– Jesteś  piękna. Po prostu piękna. – Zanim się spostrzegła,  objął jej krągłe 

piersi, nachylił się i pocałował jeden ciemny koniuszek.

Wstrzymała oddech. Czuła, jak fala rozkoszy przepływa przez jej ciało.
– Nie próbuję wpłynąć na zmianę twojej decyzji –  – oznajmił, uwolniwszy ją z 

objęć. – Chciałem tylko wyrazić moje uznanie. – Zapiął jej stanik, zasunął zamek 
bluzy i spojrzał prosto w oczy. – Ale jedno mogę ci obiecać. Jeśli kiedykolwiek 
zdecydujesz się ze mną kochać, będzie nam ze sobą wspaniale.

– Skąd ta pewność? – zapytała z uśmiechem.
– No cóż, ja też dysponuję skalą porównań.
Przypomniała sobie o jego randce zeszłej soboty.
–   Tydzień   temu   wróciłeś   z   randki   wcześniej   niż   zwykle?   –   spytała   nieco 

bardziej ośmielona tym, co między nimi zaszło.

– Tak.
– Dlaczego?
– Chciałem oszczędzić swoich sił dla ciebie.
– Och, Sam! Żartujesz sobie ze mnie.
– Wcale nie. Uświadomiłem sobie podczas tego wieczoru z Daphne...
– I pomyśleć, że kiedyś lubiłam to imię – zacytowała go Anna.
– Jesteś zazdrosna? Cudownie!
– Bzdury. No więc, co sobie uświadomiłeś?
– Że pocałowałem cię tylko raz, a Daphne chyba ze sto razy...
– Tylko bez zbędnych szczegółów.
– Jak sobie życzysz – uśmiechnął się szerzej.
– W każdym razie ten jeden raz z tobą zrobił na mnie dużo większe wrażenie 

niż wszystkie pocałunki z Daphne. Jednym słowem, wszystko zepsułaś.

– To straszne. Czy ta Daphne nie jest przypadkiem kierowniczką tutejszego 

banku?

– Tak, to ona.
– To mi pochlebia. Pamiętam ją. Poznałyśmy się, kiedy brałam pożyczkę na 

dom. To bardzo atrakcyjna kobieta.

– Ona też cię pamięta.
– Powiedziałeś jej o mnie?
–   Musiałem   jakoś   wytłumaczyć,   dlaczego   z   nią   zrywam.   Wspomniałem,   że 

poznałem kogoś innego. Spytała o kogo chodzi, a ja powiedziałem, że o sąsiadkę. 

background image

Okazało się, że cię zna.

– Och, te małe miasteczka – westchnęła Anna, kręcąc głową.
– Powiedziała również, że jesteś w każdym calu mieszkanką Nowego Jorku i 

nigdy nie osiądziesz na stałe w Sumersbury.

Anna spoważniała.
– Co będzie, jeśli okaże się, że miała rację? – spytała po dłuższej chwili.
Wytrzymał jej spojrzenie bez mrugnięcia powieką.
– A co będzie, jeśli okaże się, że się myliła?

background image

Rozdział 7

Anna podziwiała Sama za jego opanowanie: nie próbował już więcej namawiać 

jej na pójście do łóżka. Wybrali wspólnie lampy do salonu i szyszkowy motyw na 
szlaczek do korytarza na piętrze. Sam zaakceptował również jej wybór tapicerki na 
krzesło i otomanę do sypialni.

– Ten pled, który utkała twoja babka, jest znakomitym, stylowym akcentem w 

sypialni. Zostawiłabym go, tak jak leży teraz, przewieszony przez oparcie krzesła. 
A druga rzecz, jaką chciałabym do tego pokoju, to patchwork na łóżko. Najlepiej 
stary, ale pewnie żadnego tu nie masz?

– Nie. Robienie patchworków nie było ulubionym zajęciem mojej babki, ale 

jestem pewny, że Tessie będzie wiedziała, do kogo cię skierować.

–   To   może   być   kolejny   poważny   wydatek   –   ostrzegła   Anna.   –   Ręcznie 

wykonany patchwork jest dość drogi.

– Wiem, ale zawsze chciałem go mieć. Kupię go sobie na prezent gwiazdkowy.
– Więc może powinieneś sam go wybrać.
– Jasne. Powiedz Tessie, żeby podała ci nazwiska kobiet, i wybierzemy się do 

nich razem któregoś sobotniego popołudnia. To może być zabawne.

– I ja tak myślę – zgodziła się Anna. Cieszył ją swobodny ton, na jaki potrafili 

się   zdobyć   nawet   po   tak   gorącej   scenie,   jaka   przed   chwilą   miała   miejsce. 
Zastanawiała się, czy to znaczy, że mogą być z Samem nie tylko kochankami, ale 
również przyjaciółmi. – Wydaje mi się, że podjęliśmy na dziś wystarczająco dużo 
decyzji. Kiedy uporamy się ze sprawami podstawowymi, zaprojektuję dekoracje 
świąteczne. Biorąc pod uwagę towar, którym handlujesz, proponuję na początek 
choinkę w każdym pokoju.

– To nie będzie trudne – roześmiał się Sam.
– Chciałabym również wykorzystać twoje stare zabawki ze schowka. Nie masz 

nic przeciwko temu?

– Widzę, że chcesz stworzyć prawdziwie nostalgiczny nastrój.
– Czy nie tego spodziewają się ludzie z telewizji... – Przerwał jej dzwonek 

telefonu.   Sam   nie   ruszał   się   z   miejsca.   Anna   spojrzała   na   niego   pytająco,   – 
Powiedziałaś, że chcesz, żeby przez dwie godziny nikt nam nie przeszkadzał. Nasz 
czas się nie skończył – wyjaśnił.

– Może nie, ale nie znoszę, jak dzwoni telefon.
– Powinienem był go wyłączyć – westchnął, wstając z sofy. – Założę się, że to 

background image

znowu Estelle Terwiliger. – Poszedł niespiesznie do telefonu w kuchni. Po kilku 
minutach był już z powrotem. – Teraz chce sadzawki – powiedział zrezygnowany. 
– Skutej lodem sadzawki, po której będą się ślizgać łyżwiarze. Nie wystarczy jej, 
ze wciągnęła w to sarenkę Bentsonów i że zmusi to biedne zwierzę do noszenia 
rogów...

– Rogów? Nie rozumiem...
–   Rogów   renifera   –   wyjaśni!   Sam,   siadając   ciężko   na   sofie.   –   Chce 

zorganizować   przejazd   Świętego   Mikołaja   w   saniach   z   dzwoneczkami   przez 
zaśnieżone ulice Sumersbury. Zamierza wmówić ludziom z telewizji, że to nasza 
lokalna   tradycja.   Kazała   dzieciakom   Bentsonów   przyzwyczajać   sarenkę   do 
ciągnięcia wózka. Bóg jeden wie, gdzie znajdzie sanie.

Wyglądał na prawdziwie przybitego. Annie zrobiło się go żal.
– Często do ciebie dzwoni? – spytała współczująco.
– Codziennie. Powołała już do życia chór, a zamiast organów całą orkiestrę. 

Stąd pomysł sadzawki i łyżwiarzy.

– Orkiestra będzie na łyżwach? – zdziwiła się Anna.
Sam zerknął na nią i parsknął śmiechem.
– Jeszcze nie. Ale jak będzie miała więcej czasu, pomyśli i o tym. Na razie 

orkiestra   ma   grać   „Walca   łyżwiarzy"   przy   sadzawce,   której   jeszcze   nie   ma,   a 
zakładając, że będzie i że chwyci mróz, i zetnie ją lodem, łyżwiarze w kostiumach 
będą się po niej ślizgać przy akompaniamencie muzyki. To również ma być lokalna 
tradycja.

–   Czy   Sumersbury   nie   ma   jakichś   świątecznych   tradycji   poza   tymi,   które 

wymyśla Estelle?

– Niech się zastanowię – Sam podrapał się po policzku. – Dzień po Święcie 

Dziękczynienia rozwieszamy na głównej ulicy kilka starych dekoracji. Zwykle w 
tym pomagam. Zamierzałem właśnie zaproponować, żebyśmy się złożyli na nowe 
lampki. Teraz zostawię to Estelle. Na pewno zbierze tyle, że obwiesi całe miasto 
kolorowymi światełkami.

– I to już wszystko? Kilka dekoracji?
– W kościołach odprawiane są specjalne nabożeństwa i... To chyba tyle, poza 

tym, że Edgar Madison zaczyna pić w Święto Dziękczynienia i nie trzeźwieje do 
końca grudnia.

–   Zaczynam   rozumieć,   dlaczego   Estelle   tworzy   nowe   tradycje.   Chce,   żeby 

Sumersbury dobrze się prezentowało...

Zadzwonił kolejny telefon.

background image

– O Boże – jęknął Sam i powlókł się do kuchni. Kiedy wrócił i usiadł koło 

Anny, w jego twarzy widoczne było zniecierpliwienie.

– Znowu Estelle? – spytała.
– Nie. Gorzej.
– Po tym, jak na nią narzekałeś, nie wyobrażam sobie nikogo, kto mógłby być 

od niej gorszy.

– To dlatego że nie znasz mojej matki.
– Dzwoniła twoja matka? – spytała zdziwiona.
–   Tak.   –   Spojrzał   na   nią.   –   Dowiedziała   się   o   moim   sukcesie   i   programie 

telewizyjnym. Chce na ten czas przyjechać do mnie z Bostonu. Po to, żeby być w 
telewizji. Boże, miej nas w swojej opiece.

Anna przysunęła się i położyła mu rękę na ramieniu.
– To niesprawiedliwe, prawda? Napracowałeś się, żeby coś osiągnąć, a teraz 

każdy chce upiec przy tym własną pieczeń.

– Każdy, prócz ciebie. Założę się, że wolałabyś na ten czas zostać Nowym 

Jorku – powiedział, uśmiechając się do niej.

– Szczerze mówiąc, tak.
– Byłbym ci wdzięczny, gdybyś jednak przyjechała do Sumersbury i pomogła 

mi przez to przejść.

– Masz na myśli „Walc łyżwiarzy", „Bóg się rodzi" i „Ave Maria"?
– Między innymi – roześmiał się. – A więc zgadzasz Się?
 Jasne. – Nie potrafiła odmówić mu swojego wsparcia. – Przyjadę.
– Dzięki. – Spojrzał jej w oczy. – Zatem jesteśmy umówieni.
Poczuła przypływ namiętności i odwróciła wzrok.
– W takim razie pojadę do Tessie i wypytam ją o patchworki, a przy okazji 

poradzę się jej w sprawie tkania.

– Jak ci idzie?
–   Świetnie.   Mam   zamiar   zrobić   coś   dla   klientki,   miłej   starszej   pani   o 

wyrafinowanym smaku i skromnym budżecie. Chce kupić ręcznie tkaną chustę na 
komodę, a ja dokładnie wiem, o co jej chodzi. Mogę ją dla niej zrobić za połowę 
tego, co zapłaciłaby w sklepie i policzyć jej trochę powyżej kosztów własnych.

– Nie rób tego – ostrzegł ją Sam, – Żądaj uczciwej zapłaty za swoją pracę.
– Ależ dla mnie to sama przyjemność. Chętnie zrobię dla niej to, co chce za 

tyle, na ile ją stać. Czy to nie ty robiłeś mi wykłady o dobrym sąsiedztwie?

– Może masz  rację. Moja babka też sprzedawała swoje wyroby poniżej ich 

wartości. Ale zawsze wydawało mi się, że gdyby tylko spróbowała, mogłaby nieźle 

background image

na nich zarobić.

– Może tkanie nie sprawiałoby jej tyle radości, gdyby zarabiała nim na życie.
– Może.
– Muszę już iść – oznajmiła, zbierając swoje papiery.
– Podwieźć cię?
– Nie trzeba. Wrócę ścieżką przez las.
Weszli do kuchni.
– Chętnie cię odprowadzę.
– Dziękuję, ale oboje mamy mnóstwo pracy. Zwłaszcza ty – dodała w chwili, 

gdy zadzwonił kolejny telefon. – Do zobaczenia później – rzuciła, wychodząc na 
werandę. Już na dworze usłyszała, jak Sam wzdycha i podnosi słuchawkę.

Po   drodze   do   domu   uświadomiła   sobie,   że   nie   umówili   się   ani   na   dalsze 

omówienie   projektów   zmian,   ani   na   towarzyskie   spotkanie.   No   i   dobrze, 
pomyślała.   Potrzebuję   czasu   na   tkanie   i   przemyślenie   pewnych   spraw.   Obie 
czynności świetnie szły ze sobą w parze.

W   domu   przełknęła   szybko   kanapkę   z   tuńczykiem   i   wyruszyła   do   miasta. 

Zaparkowała wóz przed sklepem z materiałami tkackimi i weszła do środka.

– Cieszę się, że cię widzę – przywitała ją Tessie. – Jak ci idzie tkanie?
– Bardzo dobrze, ale zanim cię poproszę o radę w tej sprawie, muszę zapytać o 

coś   innego.   Potrzebuję   ręcznie   wykonanego   patchworku   na   łóżko   do   sypialni 
Sama.  Mówił, że  możesz  mi  polecić  kogoś, kto je robi albo u kogo można  je 
zamówić.

– Niestety, nie mogę ci w tym pomóc. Jedyną osobą, która coś o tym wie, jest 

przewodnicząca Cechu Rzemiosł w Sumersbury.

– Estelle Terwiliger? – jęknęła Anna.
– Tak jest.
– A czy nie mogłabyś  polecić mi  kogoś, kto zajmuje  się tapicerką? Muszę 

zmienić  obicie sofy, krzesła i otomany. Dostarczę materiał, ale nie chciałabym 
wozić mebli do Nowego Jorku i z powrotem.

–   W   tym   mogę   ci   pomóc.   Mam   znajomego   tapicera.   Zaraz   przyniosę   jego 

wizytówkę.

Tessie zniknęła na zapleczu, a Anna oparła się o ladę i studiowała uważnie 

kolorowe szpulki przędzy. Po chwili wybrała kilka na chustę dla klientki. Ciekawe, 
jak duże jest zapotrzebowanie na wyroby rękodzielnicze, zastanawiała się w duchu. 
Czy rzeczywiście, jak twierdził Sam, można się z tego utrzymać? Postanowiła, że 
pomyśli o tym w domu, przy krośnie.

background image

Kiedy  wyszła od  Tessie,  słońce   schowało  się  za  warstwą  szarych  chmur,  a 

temperatura spadła o kilka stopni. Wstąpiła do sklepu spożywczego po herbatę i 
kruche ciasteczka. Pogoda wydawała się w sam raz na to, żeby rozpalić ogień w 
kominku i usiąść przy krośnie z herbatą i ciasteczkami.

Późnym   popołudniem   miała   już   gotowe   kilka   centymetrów   chusty,   której 

delikatny   splot   oraz   fiołkoworóżowe   odcienie   przędzy   świetnie   pasowały   do 
wiktoriańskiego   wystroju   sypialni   jej   klientki.   Wstała   na   chwilę   z   ławki,   żeby 
rozprostować kości i przynieść kilka szczap do kominka. Przez cale popołudnie 
chrupała ciasteczka i popijała herbatę i nie chciało się jej przygotowywać kolacji.

Zdjęła z wieszaka kurtkę i wyszła na podwórze. Odgłos jej kroków spłoszył 

szarą wiewiórkę, która siedziała na stercie drewna. Annie zrobiło się przykro. Po 
jednym   cichym   popołudniu   przy   krośnie   wiedziała   już,   że   z   przyjemnością 
spędzałaby w ten sposób zimowe weekendy. Wiejska cisza, kojące ruchy czółenka 
i buzujący w kominku ogień, wszystko to wspaniale na nią działało. Trochę jednak 
dokuczała jej samotność.

Może nawet więcej niż trochę, przyznała się przed samą sobą, wkładając pod 

pachę   trzy   średniej   wielkości   bierwiona   i   kierując   się   z   powrotem   do   domu. 
Spodziewała się, że Sam się do niej odezwie, ale telefon milczał jak zaklęty, a na 
horyzoncie   nie   widać   było   poobdrapywanej   ciężarówki.   Najpierw   wyznał,   że 
pragnie, pocałował ją namiętnie, a potem zostawił samą.

Anna   stwierdziła,   że   chyba   jest   nienormalna.   Sama   prosiła   go,   żeby   się 

pohamował, a teraz żałuje, że zastosował się do jej prośby. Wszystko wskazuje na 
to, że resztę weekendu spędzi samotnie przy krośnie.

– No i co z tego? – mruknęła, układając szczapy na palenisku. Po chwili wyszła 

po   następną   partię.   Doszła   do   wniosku,   że   lepiej   zrobić   od   razu   zapas,   niż 
wychodzić na dwór po ciemku. Miała co prawda latarkę, ale jej światło nie było 
zbyt silne. W drodze powrotnej nadstawiła uszu w kierunku domu Sama. Cisza, 
żadnej harmonijki. Westchnąwszy wniosła bierwiona do środka.

Na dworze zapadł zmrok. Anna dołożyła do ognia i usiadła na podłodze przed 

kominkiem.   Po   chwili   od   siedzenia   na   gołych   sosnowych   deskach   ścierpły   jej 
pośladki. Uznała, że wyściełane metalowe  krzesło z werandy będzie lepsze niż 
stołek z twardym oparciem z jadalni. Kiedy wniosła je do środka i postawiła przed 
kominkiem,   poczuła,   że   ma   ochotę   na   lampkę   wina.   Wreszcie   usadowiła   się 
wygodnie   z   lampką   czerwonego   wina   w   ręce.   Uniosła   kieliszek   do   góry   i 
obserwowała blask płomieni odbijający siew purpurowym płynie.

– Twoje zdrowie, Sam – mruknęła, upijając łyk wina.

background image

Co się z nim dzisiaj działo? Co robił? Zaczęła się niepokoić. Nie zagrał jej 

wieczorem na harmonijce, a jeśli zagrał, wiatr musiał unieść dźwięki instrumentu w 
inną stronę. Może w ogóle nie było go w domu? Może znów poszedł na randkę? 
Anna poderwała się z krzesła i zaczęła niespokojnym krokiem przechadzać się po 
pokoju. Wspomniał jej, że prowadzi bogate życie towarzyskie. Co z tego, że zeszłej 
soboty   odwiózł   wcześniej   swoją   towarzyszkę?   Dziś   może   jest   z   inną,   bardziej 
interesującą,   może   do   niej   mówi,   trzyma   za   rękę   i...   Anna   zacisnęła   zęby.   Do 
diabła,   myśl   o   tym,   że   Sam   może   całować   kogoś   innego,   wywoływała   w   niej 
wściekłość. A przecież nie miała do niego żadnych praw.

A   może   siedzi   w   domu,   samotnie,   jak   ona?   Może   pracuje   nad   księgami 

rachunkowymi swoich klientów? Chęć przekonania się o tym, jak jest naprawdę, 
coraz   bardziej   ją   dręczyła.   Mogłaby,   oczywiście,   do   niego   zadzwonić   albo   po 
prostu pojechać, ale gdyby zastała go w domu z inną kobietą, znalazłaby się w 
niezręcznej sytuacji.

No tak, pozostawała jeszcze ścieżka.
Najpierw odrzuciła tę myśl. Będzie musiała przeżyć ten dzień nie wiedząc, co 

dzisiaj robił. Odstawiła kieliszek po winie i wróciła do krosna. Nic z tego, jej myśli 
ciągle krążyły wokół Sama.

Przecież szła tą ścieżką dzisiaj dwukrotnie...
Tak, ale za każdym razem w świetle dnia, w nocy las bywa zdradziecki. W 

ciemności łatwo się zgubić.

Przecież ma latarkę...
No i co, jeśli uda się jej dojść na miejsce? Co wtedy zrobi? Zakradnie się pod 

okna i będzie podglądać? Sprawdzi, czy pali się światło i czy ciężarówka stoi przed 
domem, a jeśli tak, nasłuchiwać będzie kobiecego głosu?

Anna zachichotała. Tak, właśnie tak. To właśnie zrobi. Zerwała się od krosna, 

zasłoniła ekranem kominek, w którym ogień palił się już bezpiecznym, spokojnym 
płomieniem,  odsunęła krzesło dalej od ognia, tak na wszelki wypadek. Nic nie 
powinno się stać, palenisko było szerokie, a jej wyprawa nie potrwa długo.

Włożyła kurtkę, wyjęła latarkę z szuflady w kredensie i wyszła na werandę, nie 

zamykając za sobą drzwi na klucz. Zauważyła, że Sam prawie nigdy nie zamykał 
swojego domu, a poza tym za chwilę będzie z powrotem.

Kiedy znalazła się poza kręgiem światła z okien kuchennych, zrozumiała, jak 

czarna jest noc na wsi, szczególnie przy zachmurzonym niebie. Włączyła latarkę i 
w jej nikłym blasku odnalazła początek ścieżki. Drżąc z podniecenia, ruszyła w 
stronę lasu.

background image
background image

Rozdział 8

W kuchni na farmie Sam stał przed otwartą lodówką, nie mogąc zdecydować, 

czy   zabrać   się   za   przygotowywanie   kolacji.   Całe   popołudnie   nie   miał   na   nic 
ochoty.   Nie   chciało   mu   się   nawet   zagrać   na   harmonijce,   bo   gra   na   niej 
przypominała mu tylko, że nie jest razem z Anną.

Wpatrywał   się   tępo   w   produkty   skąpane   w   upiornym   świetle   jarzeniówki. 

Resztki   szynki,   kilka   jaj...   mógłby   zrobić   omlet.   Nawet   dwa   omlety   i   jeden 
zaproponować  Annie,  zakładając,  że  jeszcze   nie  jadła.  Musi   o  tym  zapomnieć, 
Anna potrzebowała czasu na zastanowienie, a on przyrzekł sobie, że jej go da.

Wyjął szynkę i włożył z powrotem. Może lepiej zrobić hot dogi? Do diabła, 

wcale nie był głodny. Może powinien do niej zadzwonić i zapytać, czy już jadła? 
Czy to nie idiotyczne, żeby każde z nich jadło samotnie, skoro są sąsiadami?

Pewnie tkała całe popołudnie, nie pamiętając o jedzeniu. Tak było z jego babką: 

praca tak ją wciągała, że zapominała o całym bożym świecie. Mógłby pojechać i 
zaprosić ją na kolację, a przy okazji zobaczyć, jak jej idzie praca. Gdyby okazało 
się, że już jadła, obejrzałby tylko jej dzieło i wrócił do siebie.

W każdym razie musi zobaczyć ją raz jeszcze, zanim wyjedzie do Nowego 

Jorku. Nie może czekać cały tydzień. Chwycił kurtkę, wybiegł na dwór i wskoczył 
do   ciężarówki.   Wycofując   się   z   podjazdu,   włączył   wycieraczki:   siąpił   drobny 
deszcz.

Zaparkował ciężarówkę za jej wozem i pospieszył do drzwi. Poczuł dym z 

komina i zaczął wątpić, czy uda mu się namówić Annę na wyjście. Nic straconego, 
pocieszył  się,   może   zaprosi   go  do   siebie   na   kolację.   Zapukał   do  drzwi.   Cisza. 
Zapukał po raz drugi. To samo. Czekał jeszcze chwilę, a w końcu podniósł kołnierz 
kurtki i pobiegł na tyły domu. Może jest w kuchni i nie usłyszała jego pukania. 
Wbiegł po stopniach na werandę.

– Anno? – zawołał, otwierając drzwi.
Nie było jej w kuchni ani w holu.
– Anna! – zawołał głośniej. Odpowiedziała mu cisza. Po raz pierwszy poczuł 

skurcz strachu w żołądku.

Może  jest   w  łazience  pod  prysznicem  i  po  prostu   go  nie  słyszy?  Przebiegł 

pędem przez salon. Zauważył przed kominkiem przyniesione z werandy krzesło, 
obok niego na podłodze lampkę z winem, a na krośnie kilka centymetrów nowej 
tkaniny. Wchodząc z bijącym sercem po schodach na górę, cały czas wołał jej imię. 

background image

Albo nie ma jej w domu, co wydawało się dziwne, skoro w kominku palił się 
ogień, albo leży gdzieś na górze nieprzytomna. Przeskoczył jednym susem resztę 
stopni   i   wpadł   do   łazienki,   Tu   zdarza   się   zwykle   większość   nieszczęśliwych 
wypadków.

Kilka minut później stał zdyszany na szczycie schodów. Sprawdził wszędzie, 

nawet w szafach, bez rezultatu: nigdzie jej nie było. Zbiegł po schodach, przeciął 
pędem salon, wyskoczył na dwór i rzucił się do ciężarówki. Otworzył drzwiczki od 
strony   kierowcy,   pogrzebał   chwilę   w   schowku   i   wyciągnął   silną   latarkę. 
Oświetlając   sobie   drogę,   obszedł   dom   naokoło,   nawołując   ją   po   imieniu.   Bez 
skutku.

Wrócił na tyły domu i wtedy przypomniał sobie o ścieżce przez las. Pomysł, że 

mogłaby włóczyć się po niej w deszczu, wydawał się idiotyczny, ale z drugiej 
strony, gdzie indziej mogła być? Skierował snop światła w stronę lasu i odszukał 
początek ścieżki. To szaleństwo, pomyślał, zanurzając się w leśną gęstwinę.

Biegł   po   grząskim   gruncie   co   sił   w   nogach,   a   kiedy   dotarł   do   skraju   lasu 

naprzeciw   swojej   farmy,   dojrzała   w   nim   nowa   decyzja:   Nie   ma   co   się   dalej 
wygłupiać,   trzeba   zawiadomić   policję.   Tak,   pomyślał,   biegnąc   ścieżką   miedzy 
rzędami   choinek,   wezwie   zawodowców,   powie,   żeby   wzięli   ze   sobą   psy, 
specjalistów od odcisków palców i wszystko, co potrzebne do sprowadzenia jej z 
powrotem. Gorący oddech wzbijał przed nim kłęby pary. Był odrętwiały z zimna i 
ze strachu.

Kiedy znalazł się kilka metrów od zabudowań, zauważył słabe światełko odbite 

w białym oszalowaniu ścian. I cień. Ktoś był na tyłach jego domu. Pomyślał, że 
może   to   ten   sam   szaleniec,   który   uprowadził   Annę.   Zgasił   latarkę   i   zaczął   się 
skradać.

Ten   ktoś   przysunął   się   do   okna   salonu   i   zajrzał   do   środka.   Blask   z   okna 

oświetlił czubek rudej głowy. Anna! Kolana ugięły się pod nim z radości. Co za 
ulga! Ale co ona tu robi? Przez moment korciło go, żeby podejść ją od tyłu i 
zemścić się za to, że go nastraszyła. Nie miał jednak serca tego robić.

– Coś ciekawego dzieje się wewnątrz? – zawołał do niej, – Ktoś biega nago po 

domu?

Krzyknęła przestraszona i odwróciła się w jego stronę.
– Co ty tu robisz? – spytała.
– Coś mi się zdaje, że mam lepsze wytłumaczenie niż ty. Dlaczego zaglądasz w 

moje okna?

– Ja nie zaglądam! Ja tylko...

background image

– Tak?
– Zastanawiałam się, czy...
– To musi być bardzo interesujące. – Podszedł bliżej i stanął naprzeciw niej. Po 

twarzach obojga spływały strużki wody. – No, słucham.

Zmoczone   deszczem   rude   włosy   Anny   pociemniały,   wilgotne   kosmyki 

przykleiły   się   do   czoła.   Rzęsy   zlepiły   się   ze   sobą,   a   brązowe   aksamitne   oczy 
wydawały się prawie czarne.

– Ja... Postanowiłam przeżyć leśną przygodę i trochę przeholowałam. Ale dalej 

nie rozumiem, co ty robisz w deszczu, po nocy, na tyłach swojego domu.

– Znudziło mi  się siedzieć przed kominkiem i postanowiłem przeżyć nocną 

przygodę.

– Sam, nie żartuj!
– Jeśli chcesz, żebym nie żartował, powinnaś mnie była widzieć kilka minut 

temu,   zanim   cię   tu   przyłapałem   na   zabawie   w   Sherlocka   Holmesa.   Kiedy 
pojechałem do ciebie i nie znalazłem cię w domu, mimo że na podjeździe stał twój 
samochód,  a  w kominku   palił się  ogień,  bardzo  szybko przeszła   mi   ochota  do 
żartów.

– Pojechałeś do mnie?
– Tak, pojechałem.
– A potem wróciłeś ścieżką?
– Zgadłaś.
–   Och,   Sam.   –   Wybuchnęła   śmiechem,   ale   szybko   zasłoniła   dłonią   usta.   – 

Przepraszam   –   wykrztusiła,   ciągle   chichocząc.   –   Naprawdę   nie   chciałam   cię 
przestraszyć.

– W takim razie co tu robisz?
– Ciekawa byłam, czy jesteś w domu i czy jesteś... sam. Pomyślałam sobie, że 

będzie zabawnie zakraść się tutaj, sprawdzić, co robisz, i wrócić ścieżką, tak żebyś 
o niczym nie wiedział.

– Przyszłaś mnie śledzić?
– Tak – odparła, krztusząc się ze śmiechu.
– Dlaczego?
–   Przepraszam,   że   cię   przestraszyłam,   ale   nie   przyszło   mi   do   głowy,   że 

pojawisz   się   u   mnie.   Świetnie   się   bawiłam,   nawet   mimo   deszczu.   Wykonałam 
swoje zadanie, odkryłam, że cię nie ma... Tylko myślałam, że jesteś z kimś innym.

– Tego chciałaś się dowiedzieć? – Uśmiechnął się do niej.
– Mhm. Ale mnie przyłapałeś.

background image

– To prawda. – Zapalił latarkę. – A teraz musisz mi za to zapłacić.
Przyciągnął ją do siebie, a kiedy posłusznie wtuliła się w niego, rozkoszował się 

dotykiem jej mokrego ciała. Ich usta spotkały się. Czuł na jej wargach smak wina I 
deszczu, i czegoś jeszcze bardziej podniecającego: smak przyzwolenia.

Całował ją, nie zwracając uwagi na to, że deszcz moczy mu włosy i ścieka 

strużkami po karku za kołnierz kurtki. Rozpalone namiętnością usta Anny kazały 
mu   o   wszystkim   zapomnieć.   Po   chwili   jego   podniecenie   osiągnęło   poziom,   w 
którym gorące pocałunki już nie wystarczały. Nie mógł jednak jej tu rozebrać. 
Chociaż bardzo tego nie chciał, musiał oderwać się od jej spragnionych warg, jeśli 
miał posiąść ją całą.

Uniósł głowę, ale nie wypuścił Anny z mocnych objęć".
– Wejdźmy do środka.
– A co z ciężarówką? Zostawiłeś ją przed moim domem – szepnęła.
– Do tego, co mam na myśli, nie będzie nam potrzebna.
– Ale ja nie zamknęłam domu i zostawiłam ogień w kominku...
– A niech to, masz rację. Musimy tam wrócić.
– Ciągle nie powiedziałeś mi, dlaczego do mnie pojechałeś?
– Żeby zaprosić cię na kolację. – Nachylił się i musnął lekko jej wargi. – Ale 

tak naprawdę to po to. – Aż swędziały go palce, żeby rozsunąć zamek jej kurtki. 
Niestety, powietrze było zbyt chłodne. – Chodź. Zgasimy ogień, zamkniemy dom i 
przyjedziemy do mnie.

– Dlaczego? Przecież mogę przygotować kolację u siebie.
– Dlatego. – Postanowił nie mówić jej nic więcej. Niech się sama domyśli i 

ewentualnie wyprowadzi go z błędu. Zerwała ze swoim chłopakiem kilka miesięcy 
temu i sama przyznała, że od tamtej pory nie miała nikogo. Zatem jeśli mieli się 
kochać, on sam musi zadbać o zachowanie środków ostrożności.

– Dobrze – odparła cicho. – Przyjedziemy do ciebie.
– Musimy iść gęsiego. Chcesz iść z przodu czy z tyłu?
– Z przodu – odparła po chwili wahania. – Jeśli pożyczysz mi swoją latarkę. 

Jest silniejsza od mojej.

– Cała należy do ciebie.
– To zabrzmiało jak aluzja.
– To było aluzją.
– Sam, chcę tego. Naprawdę chcę być z tobą. Ale trochę się boję. A jeśli okaże 

się, że ja... że my...

– Ejże. – Przytulił ją mocniej do siebie. – Co się stało z tą odważną kobietą, 

background image

która chciała zakosztować dzisiaj przygód? Myślisz, że ja się nie boję? Skąd mogę 
wiedzieć,   czy   spodobam   ci   się   jako   kochanek?   Ale   chcę   zaryzykować   i   nie 
uzależniam   wszystkiego   od   pierwszego   razu.   Może   będziemy   musieli   trochę 
poeksperymentować,   zanim   znajdziemy   właściwą   kombinację.   Czy   to   ci 
odpowiada?

Poczuł, jak ustępuje w niej napięcie i usłyszał westchnienie ulgi. Chyba udało 

mu się rozproszyć jej obawy.

– Pamiętaj, to nie ma być dla nas sprawdzian, ale przyjemność – mruknął. – 

Gotowa?

– Tak.
Wypuścił ją z objęć i usunął się na bok. Anna zapaliła latarkę i ruszyła ścieżką 

w   powrotną   drogę.   Podniósłszy   oczy   do   nieba,   Sam   wymamrotał   słowa 
podziękowania za ten niespodziewany prezent, który o mały włos przemknąłby mu 
dziś koło nosa.

– Powinnam się przebrać w coś suchego, kiedy przyjdziemy do domu – rzuciła 

przez ramię Anna.

– Lepiej zabierz coś ze sobą – poradził wiedząc, że nie zniesie czekania na dole, 

kiedy ona będzie się rozbierać.

Kiedy wynurzyli się z lasu koło jej domu, Sam zrównał się z Anną i objął ją w 

pasie.

– Zajmę się ogniem i pozamykam drzwi, a ty pobiegnij po suche ubranie.
– Dobrze.
– Przy okazji, to, co tkasz, wygląda wspaniale. Myślę, że mojej babce bardzo by 

się podobało.

– Chciałam to dzisiaj skończyć – powiedziała, kiedy trzymając  się za ręce, 

wchodzili po stopniach na werandę.

–   Wrócimy   wcześnie   rano.   Ty   będziesz   pracować,   a   ja   przygotuję   coś   do 

jedzenia, spakuję ci rzeczy, wszystko, co tylko chcesz. Chcę być miłym dodatkiem, 
a nie przeszkodą w twoim życiu.

Kiedy weszli do kuchni, uśmiechnęła się i ścisnęła mu dłoń.
– Nie mam wątpliwości, czym dla mnie jesteś, Sam. Zaraz wracam.
Przez chwilę patrzył za nią, a kiedy zniknęła mu z oczu, przymknął powieki. 

Przeczucie tego, co miało niedługo nastąpić, rozgrzało mu krew w żyłach. Tak, bał 
się, ale jego lęk był niczym w porównaniu z pożądaniem, jakie w nim wezbrało. 
Może jakimś cudem uda mu się obudzić je również w Annie. Czuł, że drzemią w 
niej   pokłady   nieokiełznanej   namiętności,   ale   może   trzeba   będzie   się   trochę 

background image

natrudzić, by wydobyć je na powierzchnię. Z niecierpliwością czekał na tę chwilę.

Po kilku minutach ogień w kominku był zgaszony, a drzwi pozamykane. Sam 

pomógł Annie wsiąść do ciężarówki.

–   Powinnam   kupić   sobie   taki   wóz   na   jazdę   po   mieście.   Jest   dużo 

bezpieczniejszy od mojego forda.

– Albo mogłabyś wyprowadzić się z miasta – stwierdził, zamykając drzwiczki. 

Nic   nie   stoi   na   przeszkodzie,   żeby   zaczął   wykładać   karty   na   stół,   pomyślał, 
obchodząc ciężarówkę. Otworzył drzwiczki od strony kierowcy i wspiął się do 
szoferki. I wtedy uświadomił sobie, co powiedział: Anna nie musiała wyprowadzać 
się z miasta, żeby być jego kochanką, ale jeśli miałaby zostać jego żoną... Zerknął 
na nią z ukosa, próbując odgadnąć, co o tym myśli.

– Tam mam pracę, Sam.
– Która ostatnio cię męczy.
– Może, ale...
– Nieważne. – Zapalił silnik. – Nie mówmy o tym teraz. – Położył ramię na 

oparciu siedzenia i obejrzał się do tyłu, wycofując wóz z podjazdu. Kiedy znaleźli 
się na drodze do farmy, objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. – Poza tym, 
gadanie ma swoje granice – dodał, zaglądając jej w twarz. – Czy mogłabyś wrzucić 
jedynkę?

– Chcesz mnie zagnać do pracy? – uśmiechnęła się Anna.
– Tylko dla przyjemności – odparł i pocałował ją w usta. – I bezpieczeństwa. 

Nie ma, co prawda, dużego ruchu na tej drodze, ale kiedy tak tu siedzimy, ktoś 
może nadjechać i wpakować się nam w kuper.

– To prawda. – Anna chwyciła dźwignię biegów i wrzuciła jedynkę.
–   Musi   ci   być   strasznie   zimno   –   powiedział,   przytulając   ją   mocniej,   kiedy 

skończyła zmieniać biegi.

– Sama jestem sobie winna. Za to ty masz prawo się skarżyć. Gdyby nie mój 

wypad do lasu, nie byłbyś teraz cały mokry.

– Gdyby nie twój wypad do lasu, nie wiedziałbym, że ci na mnie zależy. Więc 

nie licz na to, że będę się skarżył z powodu chłodu i mokrych ciuchów. Warto było, 
skoro teraz jesteś przy mnie.

–  Cieszę   się,  że  tu  jestem  –  powiedziała,  patrząc  na  jego profil  oświetlony 

lampkami deski rozdzielczej.

– To dobrze.
Jakże niespodziewanie potoczyły się wypadki tego wieczoru, pomyślała Anna, 

Niedawno jeszcze mokła w deszczu przekonana, że Sam spędza wieczór z inną 

background image

kobietą, a teraz przemoczona, lecz szczęśliwa, wtulona w jego ramię, jechała do 
jego domu.

Sam zaparkował ciężarówkę, pomógł Annie z niej wysiąść i wprowadził ją do 

środka.

– Zaczekaj tu – polecił, zostawiając ją w salonie koło kominka. – Przyniosę 

kilka ręczników i coś ciepłego, żebyś się mogła owinąć, nim rozpalę ogień.

Po chwili był już z powrotem, niosąc stertę ręczników i niebieski pled babki 

przerzucony przez ramię.

– Zrzuć z siebie te mokre ciuchy i wytrzyj się, a ja tymczasem pójdę po drewno 

– powiedział, podając jej ręczniki, – Aha, pomyślałem, że może potem zechcesz się 
w to zawinąć. – Położył przed nią pled.

– Ależ, Sam...
– Zrób to dla mnie. Odkąd po raz pierwszy go dotknęłaś, ciągle wyobrażałem 

sobie,   jak   się   nim   owijasz.   –   Uniósł   lekko   jej   brodę   i   zajrzał   w   oczy.   –   Jak 
przygoda, to przygoda.

–   A   ja   myślałam,   że   jesteś   statecznym   księgowym   i   spokojnym,   nobliwym 

farmerem.

– Wcale tak nie myślałaś. Nie myślałaś tak, bo by cię tu nie było.
Zmysłowy dreszcz przebiegł jej po plecach, kiedy wyobraziła sobie, jak miękka 

wełna pledu dotyka jej nagiej skóry.

– Miałeś iść po drewno – przypomniała mu.
Rzucając jej spojrzenie, które roztopiłoby lód, odwrócił się i wyszedł. Anna 

szybko zrzuciła buty, zdjęła przemoczony żółty dres i wilgotną bieliznę. Wytarła 
zziębniętą skórę w jeden z ręczników i otuliła się pledem. Kiedy Sam wrócił z 
naręczem drzewa, siedziała skulona na sofie.

Zatrzymał się w progu i przełknął głośno ślinę.
– Wyobrażenia bledną w porównaniu z rzeczywistością.
 Skończ to, co miałeś zrobić – mruknęła, odwzajemniając jego spojrzenie.
Bez słowa podszedł do kominka i złożył szczapy do pojemnika na drewno. 

Obejrzał się na nią, zdjął kurtkę i rzucił na jedno z krzeseł. Następnie kucnął przed 
kominkiem, żeby rozpalić ogień.

– Stajesz się moją obsesją, Anno – powiedział cicho odwrócony do niej tyłem, 

układając polana w kominku.

– Nie pamiętam, żeby jakakolwiek kobieta tak na mnie działała. Wbrew temu, 

co sobie obiecywałem, pojechałem do ciebie dzisiaj wieczór tylko po to, żeby cię 
zobaczyć.

background image

– Mówisz tak, jakbyś miał mi to za złe.
– Ależ skąd. – Wsunął zmiętą gazetę pod stos bierwion i zapalił. – Tylko że ta 

tęsknotą za tobą nie opuszcza mnie ani na chwilę. – Języki ognia skoczyły w górę. 
Płomienie szybko ogarnęły drzazgi. Kiedy zajęły się większe polana, Sam wstał i 
odwróci! się do Anny. – Nawet kiedy próbuję się śmiać i żartować, pragnę cię aż 
do bólu. Czasami wydaje mi się, że od tego zwariuję.

Zadrżała z podniecenia, kiedy zbliżył się do niej. Jedynym światłem w pokoju 

był blask ognia w kominku i lampy przy sofie. Jedynym dźwiękiem; – syk i trzask 
ślizgających się po suchym drewnie płomieni. Za chwilę coś zdarzy się w tym 
pokoju. Coś, co odmieni jej życie.

– Czy kiedykolwiek pragnęłaś kogoś tak bardzo? – spytał, stając przed nią i 

zdejmując powoli koszulę.

Anna nie mogła wydobyć z siebie głosu. Potrząsnęła tylko głową.
– Mam nadzieję, że jeszcze będziesz. – Zrzucił buty i rozpiął dżinsy. – A jeśli 

uśmiechnie się do mnie szczęście, ja będę tą osobą.

Zanim ściągnął spodnie, sięgnął do kieszeni i wyjął celofanowy pakiecik, który 

rzucił   na   stolik   koło   sofy.   Rozbierał   się   dalej,   bez   fałszywej   skromności   czy 
kokieterii, jakby zdejmowanie ubrania było nieważnym rytuałem, któremu musi się 
poddać. Cała jego uwaga skupiła się na niej. Nie mógł doczekać się chwili, kiedy 
weźmie ją w ramiona.

Widok   jego   rozpalonego   podnieceniem   ciała,   tak   twardego   i   kanciastego   w 

porównaniu   z   ciałem   kobiecym,   wzbudził   w   niej   pożądanie.   Pragnęła   tego 
mężczyzny tak mocno,  że przeraziła ją siła tej namiętności. Czuła, jak miejsce 
słodkich   wzruszeń,   których   doświadczała   do   tej   pory,   miejsce   przyjemnego, 
cywilizowanego pragnienia, zajmuje niepohamowany głód. Czy o tym mówił Sam?

Myślała, że położy się obok niej na miękko wyścielanej sofie, ale on wziął ją na 

ręce i zaniósł na pleciony chodnik przed kominkiem.  Poczuła pod sobą twardą 
powierzchnię podłogi i zrozumiała, że to miejsce lepiej nadaje się do tego, co miało 
teraz nastąpić.

–   Anno   –   odezwał   się   chrapliwym   szeptem,   odchylając   pled,   w   który   była 

owinięta. Śledził ruch swoich rąk pieszczących jej piersi i żebra, wędrujących po 
ciele   w   dół,   aż   do   płaskiego   brzucha,   a   kiedy   dotknął   pokrytego   kręconymi 
włoskami   wzgórka,   przekonał   się,   jak   bardzo   go   pragnie.   Wstrzymał   oddech   i 
zamknął oczy. Po chwili otworzył je znowu.

–   To   –   szepnął,   delikatnie   gładząc   pąk   jej   pożądania   –   jest   najwspanialszą 

rzeczą, jaką możesz dać mężczyźnie.

background image

Objęła go za kark i westchnęła.
– Zaczynam rozumieć... to, co mówiłeś o pragnieniu.
– To dobrze. – Zmieniając rytm pieszczoty, ale nie ułożenie ręki, nachylił się 

nad jej piersiami i objął wargami sutek.

Dotyk jego języka i naglący trzepot palców sprawiły, że Anna wygięła się w łuk 

jak   napięta   struna.   Kiedy   już   wydawało   się,   że   struna   pęknie,   Sam,   jakby   to 
wyczuwając, przerwał na chwilę, i pokrywając pocałunkami jej piersi oraz gładząc 
delikatnie   wierzchem   dłoni   wnętrze   jej   ud,   schwycił   gorącymi   wargami   drugi 
sutek.

Po chwili ponowił pieszczotę. Anna w miłosnym upojeniu rzucała głową z boku 

na bok, powtarzając jego imię.

– Czy to miałeś na myśli? – dyszała. – Jest tak... brak mi słów...
– Wiem – powiedział, patrząc jej w oczy.
–   Sam,   –   Ujęła   w   dłonie   jego   twarz.   –   Weź   to,   co   rzuciłeś   na   stolik   – 

powiedziała błagalnie. – Weź to zaraz, zanim twoje pieszczoty doprowadzą mnie 
do szału. 

– Lubię, kiedy szalejesz – odparł, ale posłuchał jej i sięgnął po pakiecik. – 

Jesteś   pewna,   że   już?   –   spytał   cicho.   –   Bo   nie   mogę   ci   obiecać,   że   długo 
wytrzymam, kiedy już znajdę się w tobie.

– Nie szkodzi – odparła, dysząc ciężko. – Ja już nie nogę wytrzymać. Kochaj 

mnie, Sam.

Zrobił to, o co prosiła. Kiedy w nią wszedł, przyjęła go. Nie mylili się. Żadne z 

nich   nie   wytrzymało   długo.   Oboje   prawie   natychmiast   wspięli   się   na   szczyt   i 
pozwolili, by zagarnęła ich fala spełnienia. Z piersi obojga niemal jednocześnie 
wyrwał się jęk rozkoszy.

Gwałtowność ich miłości wyczerpała i oszołomiła Annęale również napełniła 

ją uczuciem niewiarygodnego szczęścia. Jeśli myślała wcześniej, że wie, na czym 
polega uprawianie miłości, Sam pokazał jej właśnie ogromne luki w edukacji; luki, 
które, jak się zdawało, miał wielką ochotę uzupełnić.

Leżał teraz na niej, z głową złożoną w zagłębieniu szyi, ale sądząc po zgięciu 

łokci, nie przygniatał jej całym swoim ciężarem. Należał do tych mężczyzn, którzy 
bez względu na to, jak wielka kierowałaby nimi namiętność, zawsze pamiętają w 
łóżku o wygodzie i przyjemności kobiety.

Napisała mu na plecach swoje imię. Sam uniósł głowę.
– Jeszcze raz – poprosił.
Posłuchała go, ale tym razem dopisała „+", a pod spodem „Sam".

background image

Uśmiechnął się do niej.
 Możesz to powtórzyć. Czy jest ci wygodnie?
– Cudownie, ale...
– Tak, ten chodnik nie nadaje się do długiego leżenia.
Mam   pomysł.   Przyniosę   z   góry   materac   i   zostaniemy   całą   noc   tu,   przy 

kominku. Co ty na to?

– Wspaniale. Pomóc ci?
– Nie trzeba. Dam sobie radę. W tym czasie możesz podrzucić trochę do ognia 

– dodał wstając.

Spojrzała na niego i uniosła żartobliwie jedną brew.
– A raczej podsyć oba ogniska – poprawił się. – Przyniosę też więcej tych 

małych plastikowych pakiecików.

Niebawem ogień znowu trzaskał wesoło w kominku, a Sam mościł przed nim 

przytulne gniazdko miłosne.

– Znakomicie – powiedział, wyciągając się koło niej i przykrywając ich oboje 

niebieskim pledem. – A jeśli zgłodniejesz, możemy urządzić tu sobie piknik.

– Dla mnie piknik już się zaczął – powiedziała, obejmując go.
–   Dla   mnie   też.   –   Pocałował   ją   lekko   w   usta   –   Mmmm.   Dla   mnie   też   – 

powtórzył, całując ją ponownie.

– Chciałabym zostać tu cały weekend – wymruczała między pocałunkami.
– Nic byś przez to nie utkała.
– W tej chwili niewiele mnie to obchodzi.
Sam jęknął cicho i skrył twarz we wgłębieniu przy jej szyi.
– To nie fair. Wiem, że tkanie jest ważne dla ciebie, a może nawet i dla mnie, 

Ale równie ważne jest dla mnie kochanie się z tobą, a ty jesteś w Sumersbury tylko 
czterdzieści osiem godzin w tygodniu. Jak myślisz, mogłabyś się rozmnożyć?

– Czy to nie dziwne? – roześmiała się Anna. – W lecie tkwiłam tu całymi 

weekendami, właściwie nic nie robiąc, a nagle ciągnie mnie w tyle różnych stron, 
że czuję się jak stonoga na wrotkach.

– Mam nadzieję, że te wrotki zaniosą cię do mnie, moja kochana stonogo. – 

Trącił nosem koniuszek jej ucha.

– To nie ode mnie zależy. – Ucieszyło ją, że powiedział do niej „kochana", 

mimo że tylko w żartach.

Sam leżał chwilę w milczeniu, podczas gdy Anna gładziła go po plecach. W 

końcu uniósł głowę i uśmiechnął się do niej.

– Mam rozwiązanie.

background image

Zamarła, pewna, że poprosi ją, by rzuciła pracę i wprowadziła się do niego, 

dzięki czemu będzie miała więcej czasu na urządzanie jego domu, tkanie na krośnie 
i kochanie się z nim. Następnym krokiem będzie małżeństwo. Nie była jeszcze 
gotowa na podejmowanie tak ważnych decyzji, ale widocznie on był.

–   Co   się   stało?   –   Uśmiech   znikł   mu   z   twarzy.   –   Wyglądasz,   jakbym   cię 

potwornie wystraszył.

– Sam, nie mówmy o tym. Proszę, jeszcze nie.

background image

Rozdział 9

– O czym? – spytał Sam, marszcząc czoło. – Myślałaś, że co chcę powiedzieć? 

Ach   tak,   rozumiem.   –   Wyraz   zdziwienia   na   jego   twarzy   ustąpił   miejsca 
rozczarowaniu. – Przestraszyłem cię, co? Bardzo to dla mnie pochlebne.

– Sam, ja po prostu...
– Nieczęsto dostaje się odpowiedź na pytanie, którego się jeszcze nie zadało. 

Przynajmniej wiem, na czym stoję i czego się mogę spodziewać.

Serce ścisnęło się jej z żalu na myśl, że go zraniła. I to, jak się okazuje, zupełnie 

niepotrzebnie. Wcale nie miał zamiaru zaproponować jej wspólnego mieszkania 
czy małżeństwa.

– Przepraszam – mruknęła skruszona.
Spojrzał jej w oczy bez słowa.
–   Sam,   o   czym   myślisz?   –   spytała   wściekła   na   siebie,   że   tak   bez   sensu 

zniszczyła wspaniały nastrój.

– Gdybym ci powiedział, przestraszyłabyś się znowu. Chcesz się kochać bez 

jakichkolwiek zobowiązań z żadnej strony, czy  tak? Nie bój się. Bądź ze mną 
szczera. Muszę znać reguły gry, Anno, to wszystko.

Czuła, jak coś dusi ją w gardle.
– Nie ma żadnych reguł – odparła, przełykając ślinę i dotykając wierzchem 

dłoni jego policzka. – Naprawdę.

Chwycił jej dłoń i zbliżył do ust.
– A mnie się wydaje, że są. Chwilę temu nie pozwoliłaś mi poruszać pewnych 

tematów. Dla mnie jest to reguła. Czy są inne?

Wyswobodziła rękę i odwróciła głowę.
– Nie jestem gotowa...
–   To   już   wiem.   Powiedziałaś   to   wyraźnie.   Ale   co   jeszcze?   Czy   wolno   mi 

wyznać, na przykład, że chyba się w tobie zakochuję?

Fala gorąca oblała rumieńcem jej policzki, w uszach czuła dudnienie. Powoli 

podniosła na niego wzrok.

– A zakochujesz się?
– Istnieje taka możliwość.
Ogarnęła ją fala nieposkromionej radości.
– Och, Sam – westchnęła, nie wierząc swemu szczęściu.
Patrzył na nią zdziwiony.

background image

– Cieszysz się – szepnął.
Skinęła głową. Łzy napłynęły jej do oczu.
– Wariatka. – Wsunął dłoń pod jej włosy i gładził po karku. Po chwili nachylił 

się i scałował łzy z kącików jej oczu. – Nie znasz tego powiedzenia, że miłość i 
małżeństwo są ze sobą sprzęgnięte jak koń z karetą?

Anna uśmiechnęła się niepewnie.
– Czy na razie mogę dostać tylko konia?
– Nie widzę powodu, dlaczego by nie. – Spojrzał na idą czule, odwzajemniając 

uśmiech.

– Czy wolno mi zdradzić, że ja zakochałam się w tobie? – zapytała , zaglądając 

mu w twarz.

Wyraz jego oczu poruszył ją tak bardzo, że z trudem powstrzymała łzy.
– Jeśli o mnie chodzi, nie ma żadnych reguł – szepnął, jakby on też miał pewne 

trudności z mówieniem – Żadnych.

– Bo wydaje mi się, że to się właśnie dzieje. Dałeś więcej szczęścia, niż możesz 

się domyślić.

– Ależ ze mnie kretyn – powiedział łamiącym się głosem. – Martwię się o 

głupią karetę. – Pokrył pocałunkami jej mokre policzki, nos i powieki, a wreszcie, z 
głębokim   westchnieniem,   przycisnął   wargi   do   jej   ust   i   przyciągnął   do   siebie 
miękkie, jedwabiste ciało. I znowu owładnęła nimi namiętność.

Późnym rankiem pili kawę, siedząc w kucki na materacu i omawiając plany 

przemeblowania pozostałych pokoi: dwóch sypialni, jadalni i kuchni.

– Jak myślisz, czy damy radę skończyć w pierwszej połowie grudnia? – spytał 

mężczyzna.

Objęła obiema dłońmi kubek kawy i napawała się widokiem   Sama w negliżu. 

Wcześniej wzięli razem prysznic i Sam przekonał ją, że nie ma sensu, żeby się od 
razu ubierała. Wystarczy, że zrobi to przed samym wyjazdem do Nowego Jorku, 
kiedy nie będą już mieli czasu się kochać. Włożył płaszcz kąpielowy, a jej wręczył 
jedną ze swoich flanelowych koszul.

–   Nie,   jeśli   większość   czasu   spędzimy   w   łóżku   –   odpowiedziała   wesoło.   – 

Skoro mowa o pracy, wspominałeś wcześniej, że masz jakiś pomysł w związku z 
moim tkaniem, a potem już do tego nie wróciłeś.

– Nie jestem głupcem. Kiedy kobieta mówi mi, że się we mnie kocha i zamierza 

okazać mi to na różne miłe sposoby,  ani mi się śni zmieniać temat – odparł z 
uśmiechem.

background image

Jego słowa wywołały w jej ciele przyjemne mrowienie.
–   Lepiej   zaraz   mi   powiedz   –   nalegała,   odstawiając   kubek   na   podłogę   i 

przysuwając się do niego – bo czuję, że znowu mnie to nachodzi.

– Och, najdroższa, mnie też. – Posadził ją sobie na kolanach. – Jak na mój gust, 

masz za dużo guzików w tej koszuli.

 Co z tkaniem? – przypomniała mu, kiedy pracowicie rozpinał guziki.
– Mmm. – Wsunął rękę za koszulę i objął jej pierś.
– Sam, ty mnie nie słuchasz. – Dziwiła się, jak szybko  reaguje na delikatne 

muśnięcie   kciukiem   po   sutku.   Wystarczyło,   że   spojrzał   na   nią   tak   jak   teraz   i 
dotknął jej w ten sposób, a już drżała z podniecenia. – Co z tkaniem? – powtórzyła 
bez specjalnego przekonania.

– To proste – wymruczał, nie przerywając pieszczoty. – Przewieziemy krosno 

do Nowego Jorku.

– Do Nowego Jorku?
–   Oczywiście.   Ty   pojedziesz   swoim   wozem,   a   ja   za   tobą   z   krosnem   w 

ciężarówce. – Obrysował koniuszkiem języka kontur jej ucha. – Może zaprosisz 
mnie do siebie na noc.

– Sam – zaprotestowała słabo, podczas gdy on skubał wargami koniuszek jej 

ucha. – Nie mogę zabrać krosna do Nowego Jorku. Ma być głównym elementem 
dekoracji w twoim salonie.

– Myślałem o tym. – Jego ciepły oddech ogrzewał jej skórę. – krosno Tessie 

jest prawie identyczne. Wypożyczymy je od niej na parę dni.

– Ale nie możemy zabierać krosna twojej babki tak daleko – upierała się Anna 

bez przekonania. – Coś może mu się stać.

–   Nic  się   nie   stanie.   –   Położył  ją   na  materacu   i  ściągnął   z  niej   koszulę.   – 

Przynajmniej, jeśli chodzi o krosno. Nie mogę obiecać, że nic nie stanie się tobie – 
ciągnął, obsypując pocałunkami jej szyję i piersi. – Zwłaszcza, jeśli zaprosisz mnie 
dziś wieczór do swojego łóżka.

– Och – westchnęła, kiedy schwycił wargami jej sutek.
Zatrzymał się dłużej w tym miejscu, a kiedy wreszcie uniósł głowę i zajrzał jej 

w twarz, zapytał:

– Czy to znaczy, że się zgadzasz?
– Chyba niczego nie potrafię ci odmówić – stwierdziła, rozwiązując mu pasek.
– I o to właśnie chodzi – zakończył, zrzucając z siebie szlafrok.
Kochali   się   powoli   i   zmysłowo,   celowo   odsuwając   moment   spełnienia   tak 

długo, jak tylko się dało. W końcu napięcie stało się nie do zniesienia. Gdy było już 

background image

po wszystkim,   leżeli  koło siebie,  dotykając  się  i  pieszcząc,   odwlekając  chwilę, 
kiedy będą musieli opuścić miłosne gniazdko.

Zrobiło się w końcu tak późno, że nie mogli już dłużej zwlekać. Ubrali się, 

zjedli szybki lunch i zadzwonili do Tessie wyprawie krosna. Bez namysłu zgodziła 
sieje   pożyczyć.   Później,   kiedy   krosno   babki   leżało   umocowane   linami   na 
platformie   ciężarówki,   Anna   nadal   nie   mogła   wyzbyć   się   uczucia   niepokoju. 
Chociaż   propozycja   Sama   była   całkiem   sensowna,   była   przekonana,   że   krosno 
Hilary Schute nie powinno wyjeżdżać do miasta. Na autostradzie, w drodze do 
Nowego Jorku, zerkała co chwilę we wsteczne lusterko, sprawdzając, czy nic złego 
nie przytrafiło się wiozącej je ciężarówce.

Kiedy na horyzoncie pojawiły się pierwsze drapacze chmur, Anna próbowała 

sobie przypomnieć, w jakim stanie zostawiła swoje mieszkanie. Nie jest źle: przed 
wyjazdem posprzątała pokoje i zmieniła pościel. Odkąd kupiła dom na wsi, zawsze 
zmieniała   pościel   w   piątki.   Dzięki   temu   pierwszą   noc   w   mieście   spędzała   na 
świeżych,   pachnących   prześcieradłach,   rekompensując   sobie   w   ten   sposób 
konieczność   opuszczenia   Sumersbury.   Ale   dziś   zabrała   ze   sobą   do   domu 
najwspanialszą atrakcję, jaką Sumersbury mogło jej ofiarować, i nie miała na myśli 
krosna.

Choć przed samym wyjazdem ze wsi próbowała jeszcze raz wyperswadować 

Samowi jego pomysł, nie chcąc narażać go na uciążliwość wielogodzinnej podróży 
w tę  i  z powrotem, uparł się, że z nią pojedzie. Twierdził, że w poniedziałek, w 
drodze   powrotnej,   załatwi   interesy   z   dwoma   klientami,   w   New   Haven   i 
Hartfordzie. Podejrzewała, że te interesy były tylko wymówką, ale w końcu chciała 
z nim być tej nocy tak samo, jak on z nią.

Zaparkowali   samochody   w   podziemnym   garażu   pod   blokiem   i   po   paru 

zręcznych   manewrach   wnieśli   krosno   do   windy.   W   drodze   na   czwarte   piętro 
uśmiechali się do siebie, oddzieleni drewnianą ramą.

– Musisz przyznać, że miałem świetny pomysł – pochwalił się Sam.
–   Przyznam   to,   kiedy   krosno   znajdzie   się   w   moim   mieszkaniu   całe   i 

nienaruszone. Chociaż to wcale jeszcze nie znaczy, że nic mu się nie przytrafi w 
drodze powrotnej. – Zerknęła na niego niepewnie, uświadomiwszy sobie, że nie 
ustalili, jak długo będzie mogła go używać. Dwa miesiące? Pół roku? Tyle, ile 
potrwa ich związek?

– Znowu się czymś martwisz, Anno.
– Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że nie sprecyzowaliśmy terminów naszej 

umowy: moje usługi dekoratorskie w zamian za używanie krosna?

background image

– W zupełności.
– Zdaje się, że nie zależy ci zbytnio, żeby dostać je z powrotem – stwierdziła, 

przyjrzawszy mu się uważnie, kiedy winda zatrzymała się na czwartym piętrze.

–  Ależ   oczywiście,   że  zamierzam  je  odzyskać.  –  Schylił  się,   żeby  chwycić 

podstawę krosna. – Gotowa?

–   Chyba   tak   –   odparła,   ale   kiedy   wnosili   swój   ciężar   do   mieszkania, 

zastanawiała się, na ile była gotowa na związek z Samem. Czyżby Sam liczył, że 
odzyska krosno razem z nią? Anna widziała w krośnie symbol zmiany w swoim 
życiu, narzędzie nowej aktywności, która mogła wzbogacić jej twórczość. Czy to 
możliwe, że Sam traktował je jak przynętę, na którą ją złapie?

Kiedy następnego dnia rano włączyło się nastawione na budzenie radio, Anna 

wyciągnęła rękę, żeby je zgasić i nagle uświadomiła sobie, że nie może się ruszyć: 
męskie ramię obejmowało ją mocno wpół, przygniatając do materaca. W łóżku 
obok spał Sam.

Odwróciła głowę i spojrzała na niego. Tak, nie miała  żadnych wątpliwości: 

miejsce Erica zajął prawdziwy mężczyzna. Teraz, gdy już wie, jak przyjemnie jest 
mieć go w Nowym Jorku, jeszcze bardziej będzie za nim tęsknić, kiedy ją dziś 
opuści. W półmroku zobaczyła, że uśmiecha się do niej czule i podziałało to na nią 
lepiej niż filiżanka porannej kawy. Poprzedniej nocy, gdy tylko znalazła się w jego 
ramionach, odsunęła od siebie obawy o przyszłość i oddała się bez reszty sztuce 
kochania. Jeszcze teraz czuła ogień tej namiętności.

– Dzień dobry – odezwał się Sam. – Jak spałaś?
– To ty jesteś tu gościem. Ciebie powinnam o to spytać.
–   Kilka   razy   budziło   mnie   wycie   syren,   ale   nie   żałuję,   bo   dzięki   temu 

przypominałem sobie na nowo, że jestem z tobą w łóżku.

– Jakich syren? – spytała. – Tu blisko? Niczego nie słyszałam.
– Bo jesteś przyzwyczajona do miasta i już ich nie zauważasz.
– Och. – Anna słuchała przez chwilę w radiu informacji drogowej, podawano 

właśnie szczegóły wypadku na moście Brooklińskim, po czym przekręciła gałkę, 
żeby złapać muzykę. Z ulicy dochodził hałas jadących samochodów, podkreślany 
niekiedy   wyciem   klaksonów.   –   Założę   się,   że   zwykle   nie   budzi   cię   dzwonek 
budzika lub niecierpliwi taksówkarze.

– Nie, budzą mnie pierwsze promienie słońca.
–   Tutaj   zasłaniają   je   wieżowce.   Jeśli   miałabym   się   budzić   z   pierwszymi 

promieniami słońca, byłabym w pracy dopiero w południe.

background image

– A więc udawajmy, że jesteśmy na wsi – powiedział obejmując ją. – Ja mam 

czas do południa.

– Sam, nie. – Oparła mu się po raz pierwszy, odkąd kochali się w sobotę w 

nocy. – Spóźnię się do pracy.

Popchnął ją lekko na plecy i pochylił się nad jej piersiami.
–   Ale   Sam   musi   dziś   wracać   do   domu   –   wymruczał,   dotykając   wargami 

miękkiego sutka. – Sam nie będzie mógł tego robić aż do piątku...

– Wiem, ale... proszę... – próbowała mu się wyrwać, ale on przygwoździł ją do 

łóżka. Powoli drażnił językiem to jedną, to drugą pierś. – Nie mam czasu – jęknęła, 
lecz ciało nie było już jej posłuszne. Twarde i napięte sutki sterczały prowokująco, 
domagając się dalszej pieszczoty.

– Oczywiście, że masz – wymruczał i objął wargami jeden z nich.
– Więc... pospiesz się – szepnęła zduszonym głosem. Pozwoliła, żeby posunął 

się za daleko i czuła, że jej rozpalone ciało żąda teraz zaspokojenia. Nie zdąży na 
czas do pracy, ale może nie spóźni się za bardzo.

Ale Sam wcale nie miał  zamiaru się spieszyć. Uświadomiła  to sobie, kiedy 

wilgotny,   ciepły   język   zaczął   schodzić   powoli   w   dół   do   pępka.   Tego   ranka 
postanowił otworzyć przed nią nowy rozdział w sztuce kochania Puścił jej ręce i 
objął piersi, nie przestając wodzić wargami po jej brzuchu.

– Sam. – Objęła go rękami za głowę, broniąc dostępu niżej. – Nie teraz, Sam – 

szepnęła.

– Czy to reguła? – spytał, splatając palce z jej palcami. – Nie mogę tego robić w 

poniedziałki?

– Nie wtedy, kiedy wybieram się do pracy – protestowała, ale jej sprzeciw 

brzmiał nawet dla niej samej mało przekonywająco.

– Przerwę, jeśli mi powiesz, że wolisz być punktualnie w pracy, niż żebym ci to 

robił – drażnił się z nią, pokrywając wewnętrzną stronę jej ud pocałunkami.

– To nie fair – jęknęła.
Wiła się pod nim, ponaglana zmysłową pieszczotą jego warg i języka. Była 

niczym płomień rozpalony żarem jego namiętności. Nie było przed nim ucieczki, a 
zresztą nie chciała już uciekać. Zanurzyła się w rozkoszy, jaką jej dawał, aż jej 
ciało poderwał cudowny, słodki dreszcz spełnienia. Pokój zawirował wokół niej i 
jak przez mgłę zobaczyła, że Sam sięga po pakiecik na nocnym stoliku, a po chwili 
jego twarz unosi się znowu nad nią.

– Już mam za sobą etap zakochiwania – wydyszał i uniósł lekko w górę jej 

drżące pośladki. – Kocham cię, Anno.

background image

Kiedy w nią wszedł, jej ciało wygięło się w łuk i poczuła, że nadal go pragnie. 

Ścisnęła go mocno w sobie i patrząc mu prosto w oczy, szepnęła:

– Ja też cię kocham.
– Spóźnisz się.
– Nieważne.
Złożył na jej wargach gorący pocałunek, po czym podpierając się rękami z obu 

stron   jej   głowy,   poruszał   się   w   niej   rytmicznie,   najpierw   wolno,   potem   coraz 
szybciej, a ona witała każdy jego ruch nowym,  zduszonym okrzykiem radości. 
Dwukrotnie, gdy zbliżała się do szczytu, Sam wycofywał się na moment, by po 
chwili wrócić do niej ponownie z jeszcze większą pasją. Dopiero, gdy doprowadził 
ją do wrzenia po raz trzeci, tama jego namiętności również runęła i połączył się z 
nią w spełnieniu, wyczerpany i szczęśliwy.

Potrzebowała wiele czasu, żeby dojść do siebie, by mieć siłę podnieść rękę i 

dotknąć jego pleców, błyszczących od potu. Była wstrząśnięta głębią namiętności, 
jaką odkryła, a raczej jaką odkrył w niej Sam.

– Powinnam... powinnam się ubrać – mruknęła.
– Wiem. – Owiało ją ciepło jego oddechu. – Ale wolałbym, żebyś nie musiała. 

Chciałbym, żebyś nigdy nie musiała się ubierać.

–   Ja   też,   przynajmniej   w   tej   chwili.   To   było...   niewiarygodne.   Nie   miałam 

pojęcia, że mogę...

– Ani ja... – przyznał. – Cieszysz się teraz, że nie wyskoczyłaś od razu z łóżka?
– O tak. Chociaż będę musiała wymyślić jakąś bajeczkę, żeby wytłumaczyć się 

w pracy.

– O to się nie martw. Nic ci nie mogą zrobić.
– Mogą mnie wyrzucić, Sam.
– Czy to byłoby takie straszne?
Nie odpowiedziała mu, ponieważ nie znała odpowiedzi.
– Nie pozwoliłbym ci umrzeć z głodu, Anno. Kocham cię.
Och, jakże on ją kusił! Praca była ostatnią rzeczą, na jaką miała teraz ochotę, 

choć   ostatnio   wydawało   jej   się,   że   powoli   odnajduje   swój   dawny   entuzjazm. 
Nowojorska egzystencja wypadała blado w porównaniu z tym, co Sam mógł jej 
ofiarować: wiejską scenerię, za którą tęskniła, nieograniczony czas na tkanie, a 
także miłosne uniesienia, których nigdy wcześniej nie zaznała.

– Ja też cię kocham, ale musisz dać mi czas do namysłu.
– Jeśli jesteś jak moja babka, możesz myśleć tkając.
– To prawda. – A więc krosno miało za nim orędować, kiedy go przy niej nie 

background image

będzie.  –  Ale  widzisz,  Sam,  jestem  przyzwyczajona  do  tego,  żeby   zarabiać  na 
siebie, a w Sumersbury nie ma dla mnie pracy.

Zsunął się z niej i położył na boku, podpierając głowę ręką.
–   Jeszcze   tego   nie   wiesz.   Najpierw   przenieś   się   na   wieś,   a   potem 

porozmawiamy o tym, z czego się utrzymasz.

– Wolałabym odwrotną kolejność.
– A mnie się wydaje, że twoje serce podejmuje za ciebie pewne decyzje, i to nie 

w tej kolejności, w jakiej byś chciała.

– Nie należy ufać mojemu sercu, zwłaszcza po tym, co się między nami przed 

chwilą odbyło – powiedziała z uśmiechem.

– Należy, Anno, należy. – Położył czule dłoń na jej lewej piersi. – Z pewnością 

należy mu ufać.

Anna   przyszła   do   pracy   już   po   zebraniu   personelu.   Swoje   spóźnienie 

wytłumaczyła porannym spotkaniem z klientem, co było częściowo prawdą. Mimo 
protestów Sama wyszła z domu bez śniadania i w południe chwycił ją taki głód, że 
mogła  zjeść połowę dań z jadłospisu w kafeterii. Właśnie zamówiła  kanapkę z 
szynką, sałatkę i chipsy, kiedy do sali weszła Vivian. Na widok Anny pospieszyła 
do jej stolika.

– Miałam nadzieję, że cię tu zastanę – powiedziała siadając, – Plotka głosi, że 

nie było cię na porannym zebraniu personelu, co  ci się nigdy nie zdarza,  i że 
zachowywałaś się dziwnie przez resztę przedpołudnia. Co się dzieje?

Anna westchnęła i odchyliła się na oparciu krzesła.
– Opowiedzenie tego zajęłoby mi całą godzinę. Może lepiej coś zamówisz?
– Kochana, nawet zapłacę za twój lunch, jeśli tylko zaspokoisz moją ciekawość. 

Wprost nie mogę się doczekać. Jimmy powiedział, że jego przyjaciel, Ted, uważa 
cię za wspaniałą kobietę, ale ty go spławiłaś. Domyślam się, że z powodu tego 
faceta z Sumersbury. Mam rację?

– Tak. – Anna przywołała kelnerkę. – Tylko niech to, co ci powiem, zostanie 

między nami, dobrze?

– No no no. Zapowiada się coraz lepiej. – Kiedy podeszła kelnerka, Vivian 

zamówiła   sałatkę   szefa   kuchni.   –   Czy   to   przez   niego   się   dzisiaj   spóźniłaś?   – 
spytała, gdy kelnerka odeszła.

Anna   skinęła   głową   i   zrobiło   się   jej   ciepło   na   wspomnienie   namiętnego 

poranka. Zaczynając od pierwszego spotkania z Estelle w sklepie spożywczym, 
opowiedziała   Vivian   historię   znajomości   z   Samem.   W   środku   opowiadania 

background image

kelnerka przyniosła im lunch, a kiedy opowieść Anny dobiegła końca, większość 
jedzenia zniknęła z talerzy.

–   Niesamowite   –   zauważyła   Vivian,   nabijając   na   widelec   ćwiartkę   jajka.   – 

Biedny Ted nie miał żadnych szans, prawda?

– Chyba nie. Nie powinnam była cię prosić o zaaranżowanie tego spotkania, ale 

chciałam   się   przekonać,   czy   przypadkiem   nie   dostałam   bzika   na   punkcie 
wszystkich mężczyzn.

– A teraz już wiesz, że zwariowałaś, ale na punkcie jednego.
– Tak.
– A więc rzucasz pracę i przenosisz się do Sumersbury?
– Vivian, w Sumersbury nie ma dla mnie pracy.
–   Myślę,   że   Sam   znajdzie   dla   ciebie   jakieś   zajęcie   –   powiedziała   Vivian, 

mrużąc oko.

– Wiesz, że nie potrafiłabym żyć na utrzymaniu męża.
– No cóż, zajmij się tkactwem. Sama mówiłaś, że jego babka mogła na tym 

nieźle zarobić.

– Tak, ale nie wiem, ile. – Anna odsunęła od siebie talerz, oparła łokcie na 

stole, i złożyła głowę na rękach. – I powiem ci coś jeszcze, coś, do czego bałam się 
przyznać nawet samej sobie. Kocham wieś, ale spędzam w Sumersbury tylko dwa 
dni w tygodniu. Co będzie, gdy się już przeprowadzę, po czym odkryję, że jest tam 
dla mnie za cicho i za spokojnie?

– Tylko ty możesz sobie na to odpowiedzieć, kochanie. Ale coś mi się wydaje, 

że Sam Garrison nie pozwoli ci się nudzić.

– Mhm – uśmiechnęła się Anna.
– Ej, dziewczyno, na twarzy wypisane masz szczęście. Obojętne, w mieście czy 

na wsi, to jest coś, co się Uczy naprawdę.

– Wiem. O Boże, nie, nie wiem. Poza tym zupełnie nie wiem, jak by miał 

wyglądać nasz związek. Przecież jak dotąd widujemy się tylko w weekendy, kiedy 
Sam nie pracuje ani na farmie, ani nad księgami i może poświęcić mi całą uwagę. 
Normalnie tak nie będzie.

– No cóż, ciocia Vivian ma pewną radę.
– Jak zawsze – roześmiała się Anna.
– Chyba mnie jeszcze nie doceniasz. Co ty na to, żeby wziąć tydzień wolnego i 

spędzić go w Sumersbury, może tydzień przed tym telewizyjnym szaleństwem? W 
ten   sposób,   zanim   podejmiesz   ostateczną   decyzję,   sprawdzisz,   jaka   jest   twoja 
tolerancja na życie w małym miasteczku.

background image

– Vivian, to genialne!
– Wiem o tym, ale coś za coś.
– Co tylko chcesz.
–   Zaczekaj,   aż   ci   powiem.   Jak   Boga   kocham,   Anno,   nigdy   nie   byłaś   taka 

impulsywna. Sam musi wywierać na ciebie ogromny wpływ.

– O tak, ale i ja się zmieniam. Uczę się poddawać impulsom, iść na żywioł. 

Myślę, że to się zaczęło, odkąd kupiłam ten dom. Każdego dnia czuję się bardziej 
swobodna, bardziej żądna przygód. – Przypomniała sobie, jak dziko swobodna była 
w objęciach Sama dziś rano. Czy dlatego, że zaczęła inaczej widzieć siebie? – No 
więc, co chciałabyś dostać?

–   Chcę,   żebyś   zaprosiła   mnie   z   Jimmym   do   Sumersbury,   kiedy   przyjedzie 

telewizja.

– Żartujesz chyba – roześmiała się Anna. – To będzie cyrk na kółkach.
– Wiem! – Vivian klasnęła w dłonie. – 1 dlatego chcę tam być. Po pierwsze, 

nigdy   nie   widziałam,   jak   ścina   się   ośmiometrowe   drzewo,   nie   mówiąc   już   o 
choince,   która   ma   stać   w   Białym   Domu.   Po   drugie,   ciekawa   jestem   twojego 
miasteczka i nowego ukochanego, a po trzecie, chciałabym choć raz znaleźć się na 
ekranie telewizora.

– Niestety, nie jesteś wyjątkiem – zachichotała Anna. – Obawiam się, że z 

powodu pchających się do kamer tłumów, wcale nie będzie widać drzewa.

– No więc jak, przechowasz nas przez jedną noc?
– Oczywiście. Jakie chcielibyście dostać łóżko?
– Masz taki wybór? – zdziwiła się Vivian.
– Mam cały katalog do wyboru. W domu jest na razie tylko jedno: moje. Mogę 

zamówić dla was, co chcecie.

– Mowy nie ma. Zabierzemy ze sobą śpiwory.
–   Nonsens.   I   tak   muszę   urządzić   dom.   Nie   przejmuj   się.   Znajdę   coś   na 

wyprzedaży.

– Jesteś pewna?
Anna   skinęła   głową.   Tak,   chciała   urządzić   i   dom   na   wsi,   i   mieszkanie. 

Częściowo pod wpływem Sama, ale i z powodu nowego spojrzenia na samą siebie, 
chciała naznaczyć swoje otoczenie piętnem własnej osobowości.

background image

Rozdział 10

W kolejny piątkowy wieczór Anna pomogła Samowi przygotować korytarz i 

salon   do   malowania   szlaczku   na   ścianach.   Pozakrywali   płachtami   wszystkie 
sprzęty i podłogi. Wcześniej Sam oddał sofę do tapicera i zgodnie z poleceniem 
Anny wyrzucił dwa fotele ze sztucznym obiciem. Teraz wnętrze domu wyglądało 
tak zimno i nieprzytulnie, że Anna zaprosiła Sama na noc do siebie.

Namówiła   go   również,   żeby   wziął   ze   sobą   harmonijkę.   Po   koncercie   przy 

kominku poszli na górę na noc miłosnych uniesień. Anna znów znalazła się pod 
urokiem wsi, a w bliskości swojego wspaniałego mężczyzny zaczynała wierzyć, że 
życie w Sumersbury może ją uszczęśliwić.

Na   sobotę   zaplanowali   mnóstwo   zajęć:   rano   –   malowanie   szlaczków,   po 

południu   –   kupno   patchworku,   ale   wieczór   zarezerwowany   był   na   specjalną 
przyjemność: tego dnia Sam miał odebrać z renowacji łoże i chciał, żeby zaraz je 
wypróbowali.

Twierdził również, że byłoby miło,  gdyby mogli  przykryć się nową kołdrą, 

chociaż nie zachwycała go perspektywa wybierania odpowiedniego patchworku u 
Estelle Terwiliger.

–   Powiedz   jeszcze   raz,   jak   ona   sobie   to   wyobraża?   –   spytał,   przesuwając 

drabinę na kolejny odcinek niepomalowanej ściany.

– Wszystkie kobiety z cechu przyniosą swoje patchworki do niej do domu. 

Następnie dziś po południu pojedziemy tam oboje, i jeśli któryś nam się spodoba, 
kupimy go od Estelle, a ona zapłaci kobiecie, która go zrobiła. – Anna zanurzyła 
pędzel   w   głębokiej   zieleni   i   zaczęła   wypełniać   kontur   sosnowej   gałązki   w 
przyklejonej do ściany taśmie. Na jej prośbę Sam pożyczył drugą drabinę, żeby 
mogli pracować jednocześnie. – To zaoszczędzi nam mnóstwo czasu.

– To prawda, ale już mam jej dość.
– Domyślam się. – Anna zeszła z drabiny. – A malowania szlaczków nie?
– Też, ale już prawie skończyliśmy. – Podziwiał jej wytrzymałość. Choć nie 

była   przyzwyczajona   do   pracy   fizycznej,   ani   razu   nie   poskarżyła   się,   że   jest 
zmęczona.   –   Cieszę   się,   że   postanowiłaś   zrobić   szlaczki   tylko   w   tych   dwóch 
miejscach.

– Gdybym miała czas i mogła to robić stopniowo, chętnie zrobiłabym szlaczki 

we wszystkich pokojach. Ale nawet bez nich dom będzie się w telewizji świetnie 
prezentował. Z góry się na to cieszę. Od dawna projektowanie nie sprawiło mi 

background image

takiej frajdy.

– To dobrze – odparł w roztargnieniu, zajęty malowaniem.
Po chwili jednak zastanowił się nad jej słowami i zmarszczył czoło. Ktoś, kto 

nie   ma   serca   do   swojej   pracy,   nie   mówi   o   niej   w   ten   sposób.   Odkąd   zaczął 
pracować   na   farmie,   księgowość   stała   się   dla   niego   jedynie   uciążliwą 
koniecznością.   Łudził   się   jeszcze,   że   może   nie   tyle   sama   praca   przy   dekoracji 
domu,   co  jego  obecność   wprawia  ją  w  tak  dobry   humor.  Z   tego  co  wcześniej 
mówiła, nadal nudziły ją zlecenia w Nowym Jorku.

Z drugiej strony, przypomniał sobie, jak cieszyła się z chusty, którą utkała dla 

klientki.   Starszej   pani   tak   się   spodobał   ten   wyrób,   że   złożyła   u   Anny   więcej 
zamówień. Anna zaczęła się zastanawiać, czy nie zaproponować swoich wyrobów 
innym klientom. Sam chciał widzieć w tym oznakę jej gotowości do porzucenia 
zawodu dekoratorki na rzecz tkactwa artystycznego. Wiedział, że z projektowania 
nie utrzyma się w Sumersbury, ale tkactwo to zupełnie inna sprawa. Co prawda, nie 
przyniosłoby jej aż takich dochodów jak obecna praca, ale gdyby za niego wyszła i 
wiodła   prostą,   wiejską   egzystencję,   wysokość   jej   zarobków   nie   byłaby   aż   tak 
ważna.   Musi   pozwolić   jej   przyzwyczaić   się   do   tej   myśli,   zdecydował.   Zmiana 
wymaga czasu.

– Kiedy skończę, zjemy lunch i ruszymy do Estelle – powiedział, przesuwając 

drabinę.

Po umyciu się z farby i zjedzeniu lunchu, wsiedli do ciężarówki i pojechali do 

miasta. Estelle mieszkała w szaroniebieskim domku na tyłach głównej ulicy.

– Czy Estelle ma męża? – spytała Anna, kiedy wjeżdżali na betonowy podjazd.
– Miała. Umarł pięć lat temu. Ale jeśli myślisz, że to po jego śmierci zaczęła się 

tak rządzić, jesteś w błędzie. Zawsze wtrącała się do życia innych.

– Teraz rozsiewa plotki, że jesteśmy kochankami. Wiedziałeś o tym?
Sam wziął ją za rękę.
–   Tak,   wiedziałem.   Szczerze   mówiąc,   ta   plotka   tylko   mi   pochlebia   – 

powiedział, całując koniuszki jej palców.

–   Mamy   wybrać   patchworkową   kołdrę   na   twoje   łóżko.   Łóżko,   które   dziś 

odbierzemy od tapicera. Zastanawiam się, czy dziś w nocy nie będę się czuła tak, 
jakby całe miasto obserwowało nas przez dziurkę od klucza.

– Nauczysz się nie zwracać na to uwagi – roześmiał się Sam. – I obiecuję, że 

zrobię dziś wieczór wszystko, co w mojej mocy, żeby ci w tym pomóc.

– To brzmi zachęcająco.

background image

– Nie zawiedziesz się. – Otworzył drzwiczki szoferki. – Chodź, kupimy kołdrę, 

pod którą będziemy się czulić. Chyba powiem Estelle, że zależy nam na bardzo 
miękkiej. To podsyci plotki.

– Sam!
W jego błękitnych oczach zapaliły się iskierki rozbawienia.
– One plotkują z zazdrości – powiedział, pomagając jej wysiąść z ciężarówki.
– A ty jesteś cholernie z siebie zadowolony.
Objął ją w pasie i przyciągnął do siebie.
– Tak proszę pani, jestem.
W   salonie   Estelle,   zagraconym   ceramicznymi   figurkami,   wazami   pełnymi 

sztucznych   owoców   i   niezliczonymi   bukietami   suszonych   kwiatów,   na   dwóch 
sofach i czterech krzesłach porozwieszane były patchworkowe kołdry.

– Mój Boże! – wykrzyknęła Anna, kiedy Estelle wprowadziła ich do środka.
– Niebywałe, prawda? Pomyśleć, co można zrobić, jeśli ma się trochę czasu i 

pomysłowości   –   powiedziała   Estelle.   –   Wszystkie   przedmioty   w   tym   pokoju 
wykonane są ręcznie albo przeze mnie,  albo przez którąś z pań należących do 
naszego cechu. Skoro o tym mowa, słyszałam, że tkasz, Anno.

A niech to, pomyślała Anna. Zaczyna się. Zaraz zaprosi mnie, żebym wstąpiła 

do cechu.

– Dopiero zaczynam, Estelle.
– No, no, nie bądź taka skromna. Cech przyjmuje rzemieślniczki na wszystkich 

stopniach zaawansowania.

Spotykamy się tutaj w każdą środę wieczór. Wiem, że teraz nie jest to dla ciebie 

dogodny termin, ale może kiedyś... – posłała Samowi konspiracyjny uśmiech.

– Może – wymamrotała Anna, nie patrząc na niego.
–   Drogi   Sammy   –   Estelle   położyła   rękę   na   jego   ramieniu   –   donoszę   ci   z 

zadowoleniem, że przygotowania do grudniowej uroczystości posuwają się zgodnie 
z planem. Ludzie z telewizji są tacy uprzejmi. Znalazłam parę rogów renifera dla 
sarenki, a Tommy Andrews powiedział, że może zrobić zwierzakowi wspaniały 
czerwony nos. Wyobrażasz to sobie? – Estelle promieniała radością.

– Nie za bardzo – przyznał Sam.
– Zaręczam ci, że damy cudowne przedstawienie. Chór i orkiestra już mają 

próby, a dekoracje sklepowe będą... Och, przepraszam, rozgadałam się i zupełnie 
zapomniałam o obowiązkach pani domu. Zdejmijcie kurtki. Może byście się czegoś 
napili? Przygotowałam dla was ciasteczka własnej roboty.

–   Dziękujemy,   ale   właśnie   zjedliśmy   lunch   –   powiedziała   Anna,   zdejmując 

background image

kurtkę.

– Założę się, że Sammy chętnie zje kilka. – Estelle uśmiechnęła się do niego. – 

Nigdy nie wzgardziłeś domowymi ciasteczkami.

– Kruche ciasteczka z rodzynkami? – zapytał, przełykając łakomie ślinę.
– Tak jest. Twoje ulubione. Zaraz je przyniosę. – Wzięła od nich kurtki i wyszła 

z pokoju, nie czekając na odpowiedź.

– Jesteś jak wosk w rękach tej kobiety – dokuczała mu Anna.
– Dla niej zawsze będę siedmioletnim chłopcem. Nie pamiętałem, że piecze te 

ciasteczka. Przypomniałem sobie o tym, dopiero kiedy poczułem ich zapach. Mam 
do nich słabość.

– Widzę.
– Czy ty przypadkiem nie pieczesz...
– Nigdy – ucięła Anna.
– No cóż, nie można mieć wszystkiego.
– Proszę, oto one – oznajmiła Estelle, wkraczając do pokoju z talerzem pełnym 

ciastek. Wręczyła go Samowi wraz z papierową serwetką. – Smacznego.

Anna z trudem powstrzymała śmiech, widząc, jak Sam łakomie rzuca się na 

słodkości. Dopiero po chwili przypomniał sobie o dobrych manierach i podsunął jej 
talerz.

– Na pewno nie chcesz spróbować? – wymamrotał z pełnymi ustami.
– Nie, dziękuję, naprawdę. Jeśli Estelle nie ma nic przeciwko temu, zacznę 

oglądać patchworki.

– Ależ proszę.
Estelle ruszyła przodem, zachwalając po kolei zalety każdej kołdry. Z tyłu za 

nimi z talerzem w ręce dreptał Sam. Kobiety rozmawiały o wzorach i barwach 
patch-workowych wyrobów, podczas gdy on opychał się ciastkami. Anna wybrała 
dwie kołdry w niebieskim odcieniu, pasujące do ręcznie tkanego pledu, który miał 
być   głównym   akcentem   w   sypialni   Sama.   Obie   były   w   takiej   samej   cenie. 
Odwróciła   się   do   Sama,   żeby   zapytać,   która   mu   się   bardziej   podoba,   ale 
napotkawszy jego rozbawiony wzrok, rzuciła mu tylko ostrzegawcze spojrzenie.

– Mówiłyście o kolorach i wzorach, ale wydaje mi się – zaczął, przełknąwszy 

ostami kęs ciastka – że nie poruszyłyście najważniejszego tematu. – Anna zacisnęła 
zęby. – Jako przyszły użytkownik tej kołdry wolałbym wiedzieć... – urwał i puścił 
oko do Anny – która z nich jest solidniejsza – dokończył, przenosząc wzrok na 
Estelle. – Jestem człowiekiem praktycznym. – Anna odetchnęła z ulgą.

– Oczywiście, oczywiście – przytaknęła mu skwapliwie Estelle. – To zupełnie 

background image

zrozumiałe. A więc powiem wam w całkowitym zaufaniu i pamiętajcie, jeśli komuś 
to powtórzycie, wyprę się tych słów. Otóż według mnie kołdra Dolores, ta we 
wzorek w gwiazdy, jest solidniej uszyta niż kwiatowa kołdra Jane. Dolores używa 
też lepszych nici. Jej kołdra jest po prostu nie do zdarcia.

– W takim razie to przesądza sprawę – powiedziała Anna. – Przynajmniej jeśli 

chodzi o mnie. Wzór w gwiazdy i tak mi się bardziej podobał. Co myślisz, Sam?

Odstawił pusty talerz na stolik, wytarł ręce w serwetkę i podszedł do nich. Ujął 

róg kołdry w palce i ścisnął delikatnie. Anna nie miała wątpliwości, że sprawdzał 
miękkość.

– Myślę, że ta będzie dobra.
– Przyniosę wam na nią torbę – powiedziała Estelle, zabierając ze stolika talerz. 

– Jeszcze trochę ciastek?

– Dziękuję bardzo, ale pękam w szwach.
– Zapakuję ci kilka do domu – zdecydowała, wychodząc z pokoju.
– Sam, zjadłeś wszystkie ciastka! – krzyknęła Anna po wyjściu Estelle.
– Musiałem coś zrobić z rękami – mruknął. – Patrzenie, jak chodzisz i dotykasz 

kołder, podczas gdy ja widzę ciebie nagą pod nimi, doprowadzało mnie do stanu...

–  Sam,  na  miłość   boską!  – Anna  strzeliła  oczami  w  kierunku korytarza,  w 

którym w każdej chwili mogła pojawić się Estelle.

–   Ale   wybraliśmy   dobrą   –   ciągnął   z   filuternym   uśmiechem.   –   Te   błękitne 

gwiazdy będą wyglądać wspaniale przy twoich rudych włosach rozrzuconych na 
poduszce i...

– Przestaniesz wreszcie?
– Estelle wraca – szepnął Sam konspiracyjnym tonem.
– Tutejsze panie robią naprawdę wspaniałe patchworki – odezwała się Anna.
– O tak – zgodziła się Estelle. – Kołdry są szalenie pracochłonne. Sama nie 

mam do nich cierpliwości, więc podziwiam tych, którzy mają. Oto twoja torebka z 
ciastkami, Sammy.

– Estelle, nie powinnaś mi ich dawać.
– Nonsens. Lubię piec.
Annie wpadł nagle do głowy świetny pomysł.
– A może piecze pani również pierniczki na święta?
– O tak, nawet cały dom z piernika dla moich wnuków, jeśli przyjeżdżają.
– A czy mogłaby pani upiec piernikowe ozdoby i sprzedać nam do świątecznej 

dekoracji domu Sama? Mogłabym zawiesić je w oknach i na belkach pod sufitem.

– Oczywiście,  że mogę  je upiec, ale nigdy  nie wezmę  za nie pieniędzy od 

background image

Sammy'ego.

– Ale...
– Nie ma mowy. – Estelle była niewzruszona. – Albo za darmo, albo wcale. 

Jeśli chcecie, mogę upiec dla was nawet dom z piernika.

– To by było wspaniale – powiedziała Anna.
– Nie ma o czym mówić. W końcu Sammy potrzebuje kogoś, kto by mu coś 

upiekł.  A   teraz  zwińmy   kołdrę  i   wsadźmy   do   tej  torby   –   zakomenderowała.   – 
Anno, pomóż mi ją zwinąć.

Chwyciwszy rogi kołdry, Anna zastanowiła się nad tym, co powiedziała Estelle. 

Według  niej  Sam  był  poszkodowany,  ponieważ  nie  miał  kobiety,  która  by  mu 
piekła i gotowała. Co gorsze, podejrzewała, że Sam zgadzał sicz Estelle. Stopniowo 
docierało do Anny, że prace domowe stały wysoko na liście cnót wiejskiej żony. 
Czy Sam wyobrażał sobie, że ona też jest świetną gospodynią?

Bardzo  możliwe,   doszła  do  wniosku,  kiedy  zabrali  kołdrę  i pożegnali  się  z 

Estelle.   Pierwszego   wieczoru   przygotowała   kolację   i   odkryła   przed   nim   swoje 
zainteresowanie   tkactwem.   Zawód   dekoratorki   wnętrz   prawdopodobnie   również 
kojarzył mu się z domem. Anna uświadomiła sobie, że jeśli Sam widział w niej 
domatorkę, sama nie zrobiła nic, aby wyprowadzić go z błędu.

Późnym popołudniem, kiedy przywieźli do domu odnowione łoże i składali je 

w sypialni, Anna zdecydowała się postawić sprawę jasno:

– Nie piekę ciastek – powiedziała, wręczając mu drewniany młotek.
– Jestem pewny, że nie. Przy twoim rozkładzie zajęć...
–   Nie   o   to   chodzi.   Chciałam   podkreślić,   że   nie   piekłabym   ciastek,   nawet 

gdybym miała mnóstwo czasu.

Sam zbił ze sobą dwie ramy łóżka i spojrzał na nią.
– Skąd nagle takie wyznanie? Czy mówiłem, że chcę, żebyś je piekła?
–   Niezupełnie,   ale   pytałeś   o   to,   kiedy   byliśmy   u   Estelle   –   przypomniała, 

przytrzymując jedną z ram.

– Żartowałem. – Sam wrócił do pracy. Połączył ze sobą kolejne dwie ramy i 

zajął się ostatnim rogiem. Kiedy skończył, zabrał się za układanie desek, które 
podtrzymywały siatkę sprężynową i materac. – A zresztą, skąd wiesz, co byś lubiła, 
gdybyś nie miała tak stresującej pracy?

– Nie wiem – przyznała Anna, podając mu deski – ale uświadomiłam sobie, że 

prawdopodobnie uważasz mnie za świetną gospodynię domową, ponieważ lubię 
tkać, a mój zawód uważa się czasami za typowo kobiecy. Ale to zupełnie mylne 
wrażenie, tak naprawdę wcale nie przepadam za domowymi zajęciami.

background image

Pomogła mu umocować na ramie siatkę i położyć na niej materac.
–   Pozwól,   że   powiem   ci,   jakie   na   mnie   robisz   wrażenie   –   odparł   Sam, 

zbliżywszy się do niej. – Albo jeszcze lepiej – dodał, obejmując ją i popychając na 
materac – pozwól, że ci zademonstruję.

– Jeszcze nie skończyliśmy – zaprotestowała, kiedy zaczął ją rozbierać.
– To wystarczy – powiedział, rozpinając jej stanik i ściągając z niej spodnie i 

bieliznę. Po chwili leżała na łóżku zupełnie naga. – A teraz, jeśli chodzi o moje 
zdanie. – Zaczął leniwie masować jej piersi kolistymi ruchami dłoni. – Uwielbiam, 
kiedy twoje sutki twardnieją. To robi na mnie ogromne wrażenie – zamruczał jej do 
ucha.

– Mmm... – Anna zarzuciła ramiona nad głowę i wyprężyła się, podając do 

przodu piersi.

– Och, najdroższa... – Wsunął ramię pod jej plecy i ssał na przemian to jeden, to 

drugi sutek. – Oto, jakie robisz na mnie wrażenie – wyszeptał z ustami przy jej 
skórze.

Delikatna pieszczota jego warg coraz bardziej ją rozpalała. Czuła, jak wzbiera 

w niej pożądanie. Tymczasem nadal ubrany Sam poruszył się między jej nagimi 
udami. Dreszcz podniecenia, jaki wywołał w niej ten krótki kontakt, niósł obietnicę 
rozkoszy, które miały nadejść.

–   Ty   też   potrafisz   wywrzeć...   całkiem   niezłe   wrażenie   –   powiedziała 

chrapliwym głosem Anna.

– Lubisz, gdy to robię? – Ocierał się o nią delikatnie.
– Tak, lubię. – Patrząc na niego, sięgnęła do koszuli i namacała palcami guziki. 

Walczyła z nimi niezdarnie, podczas gdy on nie zaprzestawał zmysłowych ruchów. 
– Tak bardzo cię pragnę – szepnęła.

– O to właśnie chodzi – uśmiechnął się.
– Och, Sam – jęknęła, odpinając ostami guzik. – Sam, już nie mogę...
– Ja też. – Odsunął się od niej. – Chyba zdejmę to z siebie i spróbuję zrobić na 

tobie trochę większe wrażenie – powiedział, dysząc ciężko. Położył się na plecach i 
zaczął ściągać dżinsy.

– Chwalipięta.
– Zobaczymy. – Wkrótce unosił się nad nią. – Czy to robi na pani większe 

wrażenie?

–   Jeszcze   nie   –   skłamała,   choć   czuła,   jak   jego   ruchy   rozpalają   w   niej   żar 

namiętności.

– A teraz? – spytał, wchodząc nieco głębiej.

background image

– Nie.
–   Trzeba   się...   nieźle   namęczyć...   żeby   panią...   zadowolić   –   wykrztusił 

zdyszany. – Może teraz mi się uda. – Zagłębił się w niej aż do końca.

– Teraz... tak... – szepnęła. Z każdym poruszeniem jego ciała z piersi Anny 

wyrywał się krzyk rozkoszy.

– Kocham cię – szepnął Sam, przyspieszając rytm miłosnych uderzeń. – Więcej 

niż kogokolwiek... na świecie. Och, Anno. Teraz, Anno... tak!

Świat   zawirował   wokół   nich.   Potężny   spazm   wstrząsnął   nimi   jednocześnie. 

Przez   chwilę   leżeli   nieruchomo   w   miłosnym   uścisku,   napawając   się   słodyczą 
spełnienia.

– Myślę, że tym razem oboje wywarliśmy na sobie niezłe wrażenie – odezwał 

się w końcu Sam z leniwym zadowoleniem w głosie. Uniósł się lekko na łokciach i 
uśmiechnął do Anny.

–   To   prawda   –   odpowiedziała   mu   uśmiechem.   –   Masz   bardzo   oryginalny 

sposób na wypróbowanie łóżka.

Sam odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się.
– Rzeczywiście. To miało być duże wydarzenie.
– Dla mnie było.
– Ale chyba nie myślałaś o łóżku, kiedy się kochaliśmy?
– Nie mogę powiedzieć, żebym wtedy o nim myślała. Dopiero potem.
– Ja  też. Z  tego wniosek, że  kiedy  się  z tobą kocham wystarczy  mi  każda 

płaska, stosunkowo miękka powierzchnia. Ale łóżko jest dobre – dodał. – Myślę, 
że w przyszłości będziemy z niego często korzystać.

– Chciałabym.
– Ja też. Szkoda, że będziemy się musieli ograniczać tylko do weekendów.
– To mi  coś przypomniało.  Co ty na to, żebym wzięła wolne i spędziła  tu 

tydzień przed przyjazdem telewizji?

– W tym łóżku? Cudownie.
– Nie w łóżku, ale w Sumersbury, potworze.
– No cóż, trudno. To, że będziesz przez tydzień w Sumersbury, jest dobrym 

początkiem. Nad resztą trzeba będzie trochę popracować.

– Jesteś niepoprawnym marzycielem. – Pocałowała go lekko w usta. – Przez ten 

tydzień będziesz bardzo zajęty.

– Nie aż tak bardzo. Podoba mi się twój pomysł. Nie byłem zachwycony całą tą 

aferą z telewizją, ale skoro dzięki niej spędzisz ze mną cały tydzień, nie mogę się 
jej wprost doczekać.

background image

–   A   więc   postanowione.   Biorę   wolne.   Będę   mogła   dokończyć   dekoracje 

świąteczne u ciebie w domu i... przekonać się, czy zniosę więcej niż dwa dni na 
wsi. – Zerknęła na niego niepewna, czy nie obruszy się na ten pomysł.

Nie obruszył się.
– Na pewno ci się spodoba – powiedział. – Nieważne, czy jesteś, czy nie dobrą 

gospodynią domową. Twoje miejsce jest tutaj.

– W tym łóżku? – spytała przekornie. Nie była jeszcze gotowa ani żeby się z 

nim zgodzić, ani żeby mu zaprzeczyć.

– Także w tym łóżku. – Nachylił się nad nią i raz jeszcze zamknął jej usta 

namiętnym pocałunkiem.

background image

Rozdział 11

W sobotę, po Święcie Dziękczynienia, Anna ulokowała w samochodzie rzeczy 

potrzebne na odwiedziny Vivian i Jimmy'ego oraz ostatnie zakupy do domu Sama: 
świece, lampki, wstążki i dekoracje na choinkę i ruszyła w drogę do Sumersbury. 
Udało się jej tanio kupić gwiazdę betlejemską i tuzin doniczek z tą piękną rośliną 
spoczywał teraz na tylnym siedzeniu wozu razem z rolkami  papieru w ludowe 
wzory do paczek pod choinkę.

Zjechała z autostrady w szosę na Sumersbury. Postanowiła najpierw zatrzymać 

się u siebie i wyładować swoje zakupy, a dopiero potem pojechać do Sama. I tak 
był zbyt zajęty, żeby spędzić z nią popołudnie. Już od pewnego czasu ich spokojne 
weekendy zakłócał przedświąteczny ruch na farmie.

Ilekroć przyjeżdżała, z daleka witało ją wycie pił elektrycznych, a po drodze 

mijała wielkie ciężarówki załadowane drzewkami i przykryte brezentową płachtą. 
Przez trzy kolejne tygodnie robotnicy będą co dzień ścinać drzewka do wysyłki w 
różne   części   stanu.   Od   siódmej   rano   do   dziewiątej   wieczór   przyjeżdżać   będą 
również lokalni klienci, żeby wybrać choinki dla swoich rodzin.

Kiedy   Sam   uświadomił   sobie,   jak   mało   będzie   miał   czasu   dla   Anny, 

zaproponował jej, żeby wzięła sobie wolne w tygodniu przedświątecznym. Anna 
uznała   jednak,   że   wypełnione   pracą   dni   przed   przyjazdem   telewizji   będą 
znakomitym testem na to, czy wytrzyma życie na wsi. Skoro ma tu mieszkać, nie 
może liczyć, że Sam zawsze będzie dotrzymywał jej towarzystwa. Poza tym musi 
dokończyć świąteczną dekorację jego domu.

W drodze do Sumersbury daremnie czekała, że ogarnie ją nastrój podniecenia w 

związku z wyjazdem na wakacje. Zamiast tego targały nią sprzeczne uczucia. Z 
jednej strony cieszyła ją perspektywa nocy z Samem, ale z drugiej praca w mieście 
dawała jej ostatnio coraz więcej przyjemności i niechętnie porzucała na tydzień 
kilka rozpoczętych projektów. Tkanie pozwoliło jej dostrzec nowe możliwości w 
zawodzie i chętnie włączała w projekty dekoratorskie własne prace.

Nie   potrafiła   jeszcze   rozstrzygnąć,   co   oznaczało   to   na   nowo   rozbudzone 

zainteresowanie urządzaniem wnętrz. Może po tym tygodniu w Sumersbury będzie 
musiała wybierać między dwiema równie pociągającymi propozycjami: karierą w 
tkactwie artystycznym i mieszkaniem na wsi a kontynuacją obecnego trybu życia: 
trochę w mieście, trochę na wsi.

Zaparkowała wóz i wniosła do domu zakupy. Przez ostatnie tygodnie wnętrze 

background image

jej   wiejskiej   rezydencji   znacznie   się   zmieniło.   Na   wyprzedaży   kupiła   sofę   z 
obiciem w drobne kwiaty i bordowy fotel w stylu królowej Anny. Sam podarował 
jej kilka starych stolików w bardzo dobrym stanie, które znalazł w szopie, zaś w 
sklepie ze starociami Anna trafiła na niedrogą a efektowną mosiężną lampę.

Na górze przygotowała pokój gościnny dla Vivian i Jimmy'ego. Wniosła tam 

mosiężne łóżko, które odkupiła od jednego z klientów, a z obu jego stron ustawiła 
w   charakterze   nocnych   stolików   stare   beczki   od   Sama.   Na   wąskich,   wysokich 
oknach zawiesiła kotary, łóżko zaś przykryła niedrogą kapą i rozrzuciła na nim 
mnóstwo   dekoracyjnych   poduszek,   w   tym   dwie,   których   poszewki   utkała   na 
krośnie.

Jeden   czy   dwa  przedmioty   własnoręcznie   wykonane   ożywiały   w  jej   oczach 

wystrój pokoju. Teraz już była pewna: jeśli zostanie w swoim zawodzie, tkactwo 
będzie stanowić ważną inspirację w jej pracy. Zastanawiała się, czy gdyby nie 
poznała  Sama,  odkryłaby  je  kiedyś.  Może,   któregoś   dnia,  ale  kto  wie,  czy   nie 
stałoby się to dopiero po rzuceniu dekoratorstwa.

Zostawiła zakupy w kuchni, zamknęła dom i wróciła do samochodu. Powietrze 

było   zimne   i   rześkie,   pachniało   lasem   i   dymem   palonego   drzewa.   Krajobraz 
przywodził jej na myśl ręcznie malowane wschodnie parawany: łagodne beżowe 
wzgórza, kręte kamienne ogrodzenia i pozbawione liści ciemne gałęzie drzew na 
tle   szarego   zimowego   nieba.   Śnieg   nie   spadł   jeszcze   w   tym   roku,   i   wszyscy 
mieszkańcy   Sumersbury   z   niepokojem   słuchali   co   wieczór   prognozy   pogody. 
Przyroda   miała   jeszcze   tydzień,   żeby   przekształcić   miasteczko   w   malowniczą 
wiejską scenerię, potrzebną do telewizyjnego programu.

Anna   przyjechała   na   farmę   i   zaparkowała   przed   domem.   Tak   jak   się 

spodziewała, ciężarówki Sama nie było nigdzie widać. Zaczęła wnosić doniczki do 
domu.

– Cześć, Anno! – zawołał John z szopy. Nadzorował trzech chłopców, którzy 

obwiązywali   choinki   grubym   szpagatem,   dzięki   czemu   drzewka   zachowywały 
dłużej   wilgoć   i   łatwiej   je   można   było   przewozić.   Zapas   drzewek   dla 
indywidualnych klientów z okolicy trzymano w szopie. – Sam pojechał z kilkoma 
chłopakami napełnić tę sadzawkę na lodowisko. Kazał ci powiedzieć, że wróci 
najszybciej, jak się da. Potrzebujesz pomocy?

– Nie, dziękuję, dam sobie radę – odpowiedziała Anna, wnosząc kolejne dwie 

doniczki.

Poznała Johna dwa tygodnie temu, kiedy na farmie zaczął się sezon świąteczny 

i trzeba było pracować w soboty. Od razu przypadli sobie do gustu. John bardziej 

background image

niż   Sam   przypominał   farmera.   Po   pierwsze,   był   co   najmniej   dwadzieścia   lat 
starszy, a na jego ogorzałej twarzy malowała się życiowa mądrość. Kiedy John był 
na   farmie,   z   daleka   pobrzmiewał   jego   pogodny,   silny   bas,   którym   wydawał 
polecenia i opowiadał dowcipy.

Anna   skończyła   wnosić   kwiaty,   powiesiła   w   przedpokoju   kurtkę   i   z 

przyjemnością wciągnęła w nozdrza unoszący się w powietrzu intensywny zapach 
świerków. Zgodnie z jej poleceniem w każdym pokoju stała nieubrana choinka, a 
przy drzwiach leżał stos gałęzi.

Woń igliwia mieszała się z aromatem piernikowych ciasteczek. Anna weszła do 

kuchni i zobaczyła na ladzie wspaniały lukrowany dom z piernika, a obok pudełko 
po   koszulach.   Uniosła   pokrywkę   i   odkryła   ułożone   równo   w   rzędach   tuziny 
piernikowych   mikołajów,   choinek,   gwiazdek   i   dzwonków.   Wszystkie   z 
przyczepionymi u góry drucianymi pętelkami do zawieszania na wstążce. Za to 
może sobie nawet zaśpiewać wszystkie zwrotki , Ave Maria", pomyślała Anna, 
podziwiając kunszt Estelle.

Drzwi kuchenne otworzyły się nagle i stanął w nich Sam.
– Wesołych świąt – szepnął, biorąc ją w ramiona i przyciskając zimny policzek 

do jej twarzy. – Bałem się, że nigdy tu nie dojedziesz.

– Sam, będzie cudownie. Wszystko tak wspaniale pachnie.
– Szczególnie moja dekoratorka – powiedział, wtulając twarz w jej szyję.
Dotyk jego warg zelektryzował ją. Zadrżała z podniecenia. Chciała, żeby Sam 

rzucił pracę i już teraz się z nią kochał. Nie była przyzwyczajona do myśli, że choć 
jest w pobliżu, nie ma go do swojej dyspozycji. Ten tydzień będzie dla niej lekcją 
cierpliwości.

– Jak poszło z sadzawką? – spytała, próbując zdusić w sobie tęsknoty ciała.
– Kiedy cię obejmuję, nic mnie to nie obchodzi. O Boże, jak dobrze trzymać cię 

w ramionach. Nie masz pojęcia, jak lubię cię dotykać. – Przesunął obie dłonie w 
dół i objął jej piersi.

– A ja uwielbiam, kiedy to robisz. – Splotła palce na jego karku i spojrzała mu 

w   oczy.   –   Boję   się   jednak,   że   twoim   robotnikom   będzie   cię   brakować,   jeśli 
zajmiemy się tym, czym bym chciała.

– Masz rację. Niech to diabli! Dzisiejsza noc wydaje się tak odległa.
– Oboje będziemy bardzo zajęci. – Pocałowała go lekko. – Mam tu mnóstwo 

pracy i jestem pewna, że ty też masz co robić.

– Niestety.
–   Dzięki   za   choinki   i   świerkowe   gałęzie.   Mam   nadzieję,   że   podziękowałeś 

background image

Estelle za jej pierniczki. Są wspaniałe.

– Dostanie swoją nagrodę – uśmiechnął się Sam. – Ludzie z telewizji obiecali, 

że zrobią z nią wywiad jako z organizatorką lokalnych obchodów świątecznych i 
długoletnią  mieszkanką   Sumersbury.  Występ  w  telewizji,  choćby   nie  wiem  jak 
krótki, będzie dla niej najlepszą zapłatą.

– Ty też będziesz gwiazdą telewizyjną. Pomyślałeś o tym?
– Nie bardzo.
– Kiedy kobiety z całego kraju zobaczą cię w środku romantycznej scenerii, 

natychmiast zakochają się w tobie. Zasypią cię ofertami – drażniła go Anna.

– Jest tylko jedna oferta, która mnie interesuje – odparł, przeczesując palcami 

jej rude loki. – Tylko jedną kobietę chciałbym uwieść tą romantyczną scenerią.

– Coś mi mówi, że w połowie już ci się to udało.
– To dobrze. A niech to, chyba John mnie woła.
– Chyba tak. Lepiej już idź.
Ucałował ją pospiesznie i otworzył drzwi na dwór.
– Już idę, John! – krzyknął, lecz zanim wyszedł, odwrócił się jeszcze do niej. – 

Żebym nie zapomniał, Tessie zapowiedziała, że wpadnie z krosnem po południu. 
Zaofiarowała się, że może ci w czymś pomóc.

– To świetnie. Dawno jej nie widziałam.
– Będziesz dziś ubierała choinki?
– Chyba tak, a przynajmniej zacznę. Mamy mnóstwo pracy, Sam.
– Zostaw tę dużą w salonie, dobrze? Chciałbym ją ubrać razem z tobą. Puścimy 

sobie wieczorem kolędy I wprowadzimy siew świąteczny nastrój.

– Myślałam, że masz już dość choinek.
– Wyobraź sobie, że nie. Uwielbiam je.
– A więc zgoda. Ubierzemy ją razem dziś wieczór.
– A potem jeszcze raz wypróbujemy łóżko – powiedział, puszczając oko. – Do 

widzenia, kochanie.

– Do widzenia.
Patrzyła,   jak   podchodzi   do   szopy   i   rozmawia   z   Johnem.   Cóż   więcej   może 

chcieć od życia prócz miłości tego mężczyzny? W tym pachnącym, przytulnym 
domu,   w   jego   silnych   objęciach,   przyjemność   pracy   w   mieście   wydawała   się 
blednąc. Wróciła do salonu i podśpiewując sobie cicho, rozpakowywała pudełka ze 
świeczkami i wstążkami.

Kiedy   godzinę   później   przyjechała   Tessie   z   krosnem,   Anna   zdążyła   już 

powkładać   gwiazdy   betlejemskie   w   stare   naczynia   gliniane,   które   znalazła   w 

background image

kuchni, i ustawić je na schodach. Rubinowe szklane naczynia lśniły w oknach i na 
kominku, a wokół nich Anna ułożyła świerkowe gałęzie, przybrane czerwonymi 
aksamitnymi wstążkami.

Tessie przyniosła naręcze świeżej jemioły owinięte w woskowany papier.
– Trzymaj ją w wodzie aż do przyjazdu telewizji – poradziła Annie. – Nie ma 

nic paskudniejszego niż zeschnięta jemioła.

– Miałaś wspaniały pomysł – pochwaliła ją Anna.
Włożyła bukiet do wielkiego kamiennego garnka napełnionego wodą. – Jestem 

ci bardzo wdzięczna.

–   A   ja   jestem   ci   wdzięczna,   że   nadal   kupujesz   u   mnie   przędzę,   chociaż 

przewiozłaś krosno do Nowego Jorku.

– Przez co Sam musi teraz pożyczać je od ciebie. Włożę kurtkę i zaraz pomogę 

ci je wnieść.

Kiedy wyładowały krosno z samochodu Tessie, Anna zauważyła, że na ramie 

zaczęta jest jakaś praca.

– Nie wiedziałam, że zabieram ci krosno w trakcie roboty – powiedziała. – 

Przeze mnie możesz nie zdążyć z nią przed świętami.

–   Zostawiłam   tę   robótkę   specjalnie.   Pomyślałam,   że   z   nią   krosno   będzie 

wyglądało   tak,   jakby   je   ktoś   używał.   Zaczęłam   czerwono-zielono-biały   obrus, 
który od pięciu lat chciałam zrobić na święta – wyjaśniła z uśmiechem. – Dam ci 
objaśnienia   wzoru   i   możesz   nad   nim   pracować,   jeśli   będziesz   miała   czas   w 
tygodniu. Aha, byłabym zapomniała, w samochodzie mam dla ciebie coś jeszcze. 
Zaraz wracam. – Wybiegła z domu i po chwili była już z powrotem z koszykiem 
wypełnionym szpulkami czerwonej, zielonej i białej przędzy. – Może postawisz go 
koło krosna?

– Oczywiście. Wygląda wspaniale – powiedziała Anna, stawiając koszyk na 

podłodze.   –   Tessie,   masz   doskonałe   oko.   Nie   myślałaś   nigdy   o   pracy   w 
dekoratorstwie?

– Nieraz. Ale lubię Sumersbury, więc zamiast tego prowadzę sklep z przędzą.
–   Rozumiem.   –   Anna   wyjęła   z   pudełka   satynową   wstążkę   i   w   zamyśleniu 

zwijała ją wokół palca, – Sam chciałby, żebym przeniosła się tu na stałe. Ale to 
znaczy, że musiałabym rzucić pracę.

– I zostać tkaczką, jak Hilary – uśmiechnęła się Tessie.
– Samowi by się to podobało, ale ja... sama nie wiem.
Tessie uważnie rozejrzała się wkoło.
– Pamiętam, jak wyglądał ten pokój, kiedy żyła jego babka – powiedziała. – 

background image

Może miała twój talent, jeśli chodzi o tkactwo, ale nie jeśli chodzi o wystrój domu. 
Wykonałaś świetną robotę.

– Dziękuję. – Pochwały mile połechtały Annę.
–   Jeśli   to   jest   przykład   tego,   co   potrafisz...   –   urwała.   –   Nie   powinnam   się 

wtrącać. To sprawa między tobą a Samem. – Spojrzała na Annę i roześmiała się 
lekko. – Tak to jest, kiedy się mieszka długo na wsi. Człowiek zaczyna się wtrącać 
w sprawy innych.

– Tessie, uważam cię za przyjaciela, a nie wścibską sąsiadkę. Chciałabym znać 

twoje zdanie.

Kobieta zawahała się.
– Myślę, że powinnaś być ostrożna w odrzucaniu czegoś, co robisz tak dobrze. 

Sam jest wspaniały, ale to... – Zatoczyła łuk ręką. – Masz duży talent. Skoro pytasz 
mnie   o   zdanie,   radziłabym   ci   znaleźć   sposób,   żeby   zatrzymać   obie   rzeczy: 
mężczyznę i pracę.

–   Wątpię,   żeby   to   pasowało   do   marzenia   Sama   o   wiejskim   życiu   dla   nas 

dwojga.

– Więc poszerz jego horyzonty.
–   Albo   swoje.   Może   powinnam   poświęcić   się   tkactwu?   Może   mam   w   tym 

nawet   większy   talent?   Może   nadszedł   czas   na   zmiany   w   moim   życiu,   na 
ustatkowanie się, założenie rodziny? Mam prawie trzydzieści lat.

– Zapomnij o mojej radzie. Zrobisz, co zechcesz. Zresztą, co ja tam wiem.
– Założę się, że wiesz, jak ubierać choinki.
– W swoim życiu zdążyłam już kilka ubrać. Do tej – wskazała na drzewko w 

salonie – potrzebować będziemy drabiny.

– Nie, tę ubiorę później razem z Samem,  rodzinnymi ozdobami. Ale muszę 

wymyślić jakieś dekoracje dla pozostałych.

– Pozostałych? – Zdumiała się Tessie.
– Jesteśmy na farmie choinek – wyjaśniła ze śmiechem Anna. – Choinki stoją w 

każdym pokoju, a nawet w łazience.

– Wielkie nieba!
– Pomożesz mi je ubrać, jeśli przekupię cię kawą?
– Czemu nie. Nie wracam już dziś do sklepu. Wypijmy kawę i bierzmy się do 

roboty. Chciałabym zacząć od tej w łazience, nigdy nie ubierałam choinki w tak 
dziwnym miejscu, a muszę ci się przyznać, że uwielbiam nowe doświadczenia.

O dziewiątej wieczór odjechali ostatni klienci z ogromną choinką przywiązaną 

background image

do bagażnika na dachu samochodu. Wszyscy pomocnicy Sama, łącznie z Johnem, 
rozjechali się do domów koło siódmej, ale nie kończący się korowód kupujących 
zatrzymał Sama na dworze przez dalsze dwie godziny.

Kiedy   wszedł   do   środka   kuchennymi   drzwiami,   przytupując   dla   rozgrzewki 

zmarzniętymi nogami, z głębi domu dobiegał nieregularny stuk.

– Anno! – Uwielbiał wołać jej imię, kiedy wracał do domu  po całym dniu 

pracy.

Stukanie ustało.
– Tu jestem! – zawołała z salonu.
Ściągnął rękawice i wepchnął je do kieszeni kurtki, którą zdjął i powiesił na 

kołku przy drzwiach. Mimo futrzanych rękawic jego dłonie były lodowato zimne. 
Chuchając na nie, ruszył w głąb domu na spotkanie Anny.

Stała  na  drabinie  i  zawieszała   na  belce  przy   suficie  piernikowe  ozdoby.  W 

kominku   wesoło   buzował   ogień.   W   jego   pląsającym   blasku   rude   włosy   Anny 
zdawały się żywym płomieniem. Sam zastanawiał się, jak mógł kiedykolwiek lubić 
ten dom bez niej.

– Już jest pięknie – powiedział, kiedy odwróciła się do niego.
– Pewnie umierasz z głodu. Niedługo skończę i zjemy zupę z grzankami i z 

serem.

– Cudownie. Pomóc ci? – Był rozdarty między pragnieniem porwania jej w 

ramiona i obsypania pocałunkami a chęcią przyglądania się, jak dekoruje dom. Ich 
dom, miał nadzieję.

– Nie trzeba. Zawieszę jeszcze kilka i zaraz schodzę –  – powiedziała, wbijając 

gwóźdź w belkę. Wkrótce kolejny piernikowy mikołaj wisiał na czerwonej wstążce 
u powały.

– W takim razie pójdę na górę zmyć z siebie kurz.
– Rozejrzyj się wkoło, jak już tam będziesz! – zawołała za nim, gdy wchodził 

po schodach. – Wykonałyśmy z Tessie kawał roboty.

Zanim się rozebrał, obszedł wszystkie pomieszczenia, podziwiając talent Anny, 

W   poprzednich   tygodniach   urządziła   w   jednym   z   dwóch   pokoi   dziewczęcą 
sypialnię, a w drugim sypialnię dla chłopca.

– Wiem, że to trochę stereotypowe – przyznała – i nie zrobiłabym tego w ten 

sposób, gdyby to były pokoje prawdziwych dzieci, ale dla telewizji świetnie się to 
nadaje.

Na   wspomnienie   o   „prawdziwych   dzieciach"   aż   ścisnęło   go   w   dołku,   nie 

zdradził się przed nią jednak ze swojej tęsknoty za życiem rodzinnym. Jak gdyby 

background image

nigdy nic podziwiał kupioną przez Annę białą szydełkową narzutę na łóżko w 
pokoju dziewczynki i jaskrawą, czerwono-biało-niebieską kapę w sypialni chłopca. 
Anna włożyła do drewnianej kołyski kilka starych lalek pożyczonych od Vivian, a 
w pokoju chłopięcym położyła na starej skórzanej skrzyni dwie ulubione zabawki 
Sama: samolot i wóz strażacki.

Sam   zatrzymał   się   przed   sypialnią   chłopca,   która   kiedyś,   gdy   żyli   jeszcze 

dziadkowie, była jego sypialnią. Z pokoju wylewał się strumień wielobarwnego 
światła.   Sam   przypomniał   sobie   ze   wzruszeniem,   że   ilekroć   przyjeżdżał   tu   na 
święta,   jego   dziadkowie   wstawiali   mu   do   pokoju   choinkę   i   co   noc   usypiał   w 
łóżeczku skąpanym w blasku wszystkich kolorów tęczy.

Pogrążony we wspomnieniach przestąpił próg sypialni. Półtorametrowa choinka 

w rogu pokoju ubrana była w drewniane ozdoby, wielobarwne lampki i mnóstwo 
cukrowych sopli. Ozdoby na drzewku łączyły się w pewien temat, przez co efekt 
końcowy był bardziej profesjonalny niż to, co w czasach jego dzieciństwa tworzyła 
babka, ale i mniej osobisty. Mimo to, dekoracja pokoju bardzo mu się podobała. 
Brakowało tylko chłopca, syna. .. jego i Anny. Zastanawiał się, czy pomyślała o 
tym choćby przez chwilę, kiedy urządzała ten pokój.

Na choince w sypialni dziewczynki żarzyły się miniaturowe białe światełka, 

przywodzące na myśl srebrzysty pył gwiezdny. Anna opasała drzewko kolorowym 
łańcuchem, a na końcach gałęzi umocowała różowe kokardki. Sam bez trudu mógł 
wyobrazić sobie małą dziewczynkę z kasztanowymi lokami, śpiącą na łóżeczku 
pod szydełkową narzutą.

Kiedy   wszedł   do   swojej   sypialni,   powitała   go   wysoka   sosna   udekorowana 

błękitno-złotymi   ozdobami,   dopasowanymi   kolorem   do   patchworkowej   kołdry, 
obicia fotela i otomany. Bardzo nastrojowe, pomyślał. Ale po co lampki? Telewizja 
miała filmować dom w ciągu dnia. tak więc Anna musiała zdawać sobie sprawę z 
tego,   że   piękno   choinkowej   iluminacji   nie   zostanie   przez   nich   zauważone. 
Dlaczego zatem z nich nie zrezygnowała?

Czyżby dekorowała nie tyle dla potrzeb telewizji, co dla niego? Tak bardzo 

spodobała  mu  się  ta odpowiedź, że  kiedy  brał w łazience prysznic,  nie zapalił 
górnego   światła,   ale   namydlał   się   jedynie   przy   blasku   czerwonych   lampek 
przyczepionych do małego drzewka w drewnianej doniczce koło wanny i wesoło 
pogwizdywał.

Po zejściu na dół pochwalił pracę Anny, ale nie wspomniał słowem o lampkach. 

Dopiero, gdy po kolacji zaczęli ubierać trzymetrową choinkę w salonie, poruszył 
ostrożnie ten temat:

background image

– Wiesz, że telewizja będzie filmować dom w dzień? – spytał, wchodząc po 

drabinie z lampkami na górną partię drzewka:

– Mhm.
– Więc lampki chyba nie są im potrzebne.
– To prawda, ale myślałam,  że ty byś chciał, żeby były, szczególnie na tej 

choince.

–   Masz   rację   –   przyznał,   uśmiechając   się   do   niej.   –   Cieszę   się,   że   są   na 

wszystkich drzewkach. Kiedy wszedłem dziś na górę, czułem się tak, jakby paliły 
się specjalnie dla mnie. Dziękuję ci, Anno.

Zarumieniła się lekko.
– Kocham cię, Anno Tilford.
– Ja też cię kocham.
– Ubierzmy drzewko jutro wieczorem – zaproponował, schodząc po drabinie.
– Ale myślałam, zechciałeś...
– Chcę zobaczyć cię nagą, w błękitnozłotej poświacie –  – powiedział, kładąc 

na podłodze lampki i prowadząc ją w stronę schodów. – Chcę się z tobą kochać w 
świetle lampek z choinki, a ubieranie tej tutaj zabierze za dużo czasu.

– Ja też wyobrażałam sobie ciebie w błękitnym świetle – wyznała z uśmiechem.
Ku   jego   radości,   kiedy   się   rozebrali   i   położyli   na   łóżku,   Anna   przejęła 

inicjatywę i uklękła nad nim, podając mu piersi do pocałunku. Pochwycił chciwie 
sterczący  sutek  i  ssał  go  delikatnie, aż  z  ust  kobiety  wyrwał  się  jęk  rozkoszy. 
Dotykał jej ciała, błądził dłońmi po talii i biodrach, przesuwał niecierpliwe palce w 
dół,   do   kuszącego   trójkąta.   Anna   poruszała   się   nad   nim,   ocierając   się 
prowokacyjnie.

Dwukrotnie sięgał po przygotowany na nocnym stoliku pakiecik i dwukrotnie 

Anna powstrzymała jego dłoń, mrucząc:

– Jeszcze nie teraz.
Kołysał ciężarem jej piersi wilgotnych od jego warg i języka i podziwiał ich 

piękne   kształty   w   błękitnym   blasku   choinkowych   lampek.   W   tym   niezwykłym 
świetle   wydawała   się   kimś   nierzeczywistym,   zjawą   z   erotycznego   marzenia, 
baśniową kobietą, która znalazła się w jego łóżku za sprawą czarów.

Kiedy wydawało mu się, że dłużej już nie wytrzyma, sięgnęła po pakiecik i, 

szybciej   niż   myślał,   zadbała   o   to,   by   bezpiecznie   go   w   siebie   przyjąć.   Patrzył 
zafascynowany, jak niebieskie światło pełza po falującym nad nim ciele. Widok był 
tak wspaniały, że uświadomił sobie, co tracił za każdym razem, gdy leżała pod nim 
zasłonięta jego cieniem i ciężarem.

background image

– Kocham cię w błękicie – powiedział, chwytając jej pośladki i ponaglając do 

szybszych ruchów.

– A ja... po prostu... cię kocham – szepnęła, posłusznie przyspieszając tempo.
Baśniowy blask błękitnego światła w połączeniu z poruszającym się rytmicznie 

zmysłowym   ciałem   Anny   sprawił,   że   doznanie   rozkoszy   stawało   się   nie   do 
zniesienia. Poddał się mu bez reszty i wstrząsany spazmami wbił palce w jej gładką 
skórę, powtarzając szeptem jej imię. To już na zawsze, pomyślał, gdy usłyszał nad 
sobą okrzyk spełnienia. To już na zawsze.

Przygarnął ją do siebie, tuląc rozedrgane namiętnością ciało i poprzysiągł sobie, 

że   wkrótce   przerwie   milczenie   w   sprawie   ich   małżeństwa.   Jak   tylko   ten 
zwariowany   tydzień   dobiegnie   końca,   poprosi   ją,   żeby   została   jego   żoną,   żeby 
zamieszkała   z   nim   w   Sumersbury   i   zapełniła   dwie   małe   sypialnie   dziećmi 
zrodzonymi   z  ich  miłości.  Nie  widział   dla   siebie  żadnej   innej  przyszłości.   Nic 
innego nie miało sensu.

background image

Rozdział 12

Anna   skończyła   dekorowanie   domu   szybciej,   niż   myślała,   za   to   zbyt 

optymistycznie oceniła czas, jaki Sam mógł jej poświęcić. W ciągu dnia telefon 
odzywał   się   nieustannie,   telefonowała   Estelle   i   inni   mieszkańcy   miasteczka. 
Dzwonili również urzędnicy Białego Domu, żeby omówić szczegóły wizyty Sama 
w Waszyngtonie. W nagrodę za dostarczenie choinki Sam miał wypić herbatę z 
pierwszą damą. Także ludzie z telewizji przekazywali przez Annę wiadomości. Nie 
była   tym   wszystkim   zachwycona:   rola   recepcjonistki   nie   należała   do   jej 
ulubionych.

W wolnej chwili Sam odpowiedział na kilka telefonów, w tym jeden od matki, 

wściekłej,   że   na   czas   przyjazdu   telewizji   Sam   umieścił   ją   wraz   z   mężem   w 
pobliskiej gospodzie. Na pytanie Anny, dlaczego nie pozwolił im zamieszkać w 
sypialniach na górze, wyjaśnił, że jego matka nie jest zbyt uważnym gościem i na 
pewno zniszczyłaby efekt pracy Anny.

– Moja matka chce tu zamieszkać tylko po to, żeby zwiększyć swoje szanse na 

dostanie się przed kamery telewizyjne – dodał.

Poza odbieraniem telefonów Anna nie miała co robić. Utkała dużą część obrusu 

Tessie,   porozkładała   po   całym   domu   świeczki,   wieńce   i   girlandy   kwiatów,   aż 
zaczęła   się   bać,   czy   nie   przesadziła   ze   świąteczną   ornamentyką.   Dla   zabicia 
wolnego czasu chodziła na długie spacery lub siadywała na kamiennym murku i 
oddawała się rozmyślaniom.

Nie chciała przyznać się nawet sama przed sobą, a co dopiero przed Samem, że 

się nudzi. Widziała jego radość, kiedy wracał wieczorem do domu, żeby zjeść z nią 
późną   kolację   i   podzielić   się   wrażeniami   mijającego   dnia.   Był   jednak   zbyt 
zmęczony, żeby mogli zagrać w „Chińczyka" czy „Wyścigi Konne", tak jak sobie 
obiecywali.

Anna starała się nie zdradzić, że tęskni za pracą w mieście, nie wspomniała 

również o tym, jak ciągnie ją, żeby zadzwonić do Vivian tylko po to, by usłyszeć 
jej pewny siebie wielkomiejski akcent.

Kiedy   leżała   w   ramionach   Sama   i   kochała   się   z   nim   w   małżeńskim   łożu, 

zapominała   o   pracy   w   mieście,   radości,   jaką   dawało   jej   ukończenie   trudnego 
zadania, czy pogodzenie niezwykłych gustów i skromnych zasobów finansowych 
niektórych klientów. Ale kiedy nie było go przy niej, dom wydawał się pusty i 
martwy,   zbyt   cichy   jak   na   jej   upodobania.   Anna   zaczęła   nawet   tęsknić   za 

background image

trąbiącymi taksówkami. Kochała wieś, ale brakowało jej miasta. Chciała mieć i 
jedno, i drugie.

W czwartek w południe zaczął padać śnieg. Mieszkańcy miasteczka cieszyli się 

tak, jakby z nieba spadały dolarowe banknoty. Sam doniósł, że sadzawka zamarza 
w tempie ekspresowym. Z powodu śnieżycy pracę na farmie zakończono już o 
piątej.   Gęste   płatki   padały   nieustannie   cały   wieczór,   pokrywając   szybko   grubą 
warstwą   puchu   drogi   dojazdowe.   Mimo   że   tego   wieczoru   nie   było   żadnych 
klientów, Sam w dalszym ciągu nie miał czasu dla Anny. Telefon dzwonił jak 
oszalały. Każdy, kto miał coś wspólnego z sobotnim wydarzeniem, chciał usłyszeć 
od Sama, że wszystko jest w porządku.

Ceremonia ścięcia drzewka zaplanowana była na sobotę, ale już w piątek Sam 

musiał stawić czoło telewizji, która tego dnia filmować miała wnętrze domu, oraz 
matce z ojczymem,  którzy zapowiedzieli się na wieczór. W piątek przyjeżdżali 
również Vivian z Jimmym. Przedstawienie wkrótce miało się zacząć.

Kiedy   późnym   wieczorem   szli   na   górę   do   sypialni,   oboje   byli   spięci   i 

podenerwowani. Sam z powodu czekających go przeżyć, a Anna, ponieważ zaczęła 
pojmować,   że   nie   potrafi   zamieszkać   tu   na   stałe.   Ich   miłość   tej   nocy 
odzwierciedlała stan ich ducha.

– Kiedy to się skończy, obiecuję ci, że będzie między nami lepiej – powiedział 

Sam. – Potrzebujemy trochę ciszy i spokoju.

Anna już miała zaprzeczyć, ale zrezygnowała i zamiast tego pocałowała go w 

usta. To nie był dobry moment, żeby zwierzać się ze swoich niepokojów. I bez tego 
następne dwa dni będą dla niego wystarczająco stresujące.

Sypało całą noc i prawie cały ranek. John zaraz po przyjściu do pracy wsiadł na 

traktor Sama i do południa przetarł szlak prowadzący na zbocze, na którym rosło 
prezydenckie drzewo. Odśnieżył również podjazd do domu. Ledwo skończył, na 
drodze pojawił się wóz transmisyjny z ekipą telewizyjną. Jak tylko zatrzymał się 
przed domem, Anna dała nura do stodoły, do której John wprowadził pług śnieżny i 
traktor.

– O co chodzi? Nie chcesz być w telewizji? – zażartował, schodząc z siodełka.
– Jakbyś zgadł. Poza tym wszyscy spodziewają się, że te świąteczne dekoracje 

to dzieło Sama lub jakiejś kochającej mamuśki, która przyjęła biedaka pod swoje 
opiekuńcze skrzydła.

– Rozumiem, że ty nie za bardzo pasujesz do tego opisu.
– Nie, nie pasuję. Chyba jestem typem kobiety, jak to się mówi, niezależnej 

background image

zawodowo.

– Nie widzę w tym nic złego.
– A ja tak. Boję się, że jeśli przeniosę się na stałe do Sumersbury, Sam nie 

będzie chciał, żebym jeździła do pracy do Nowego Jorku.

– Może i nie, ale to twoja praca, nie jego.
– Mam nadzieję, że Sam się z tobą zgodzi.
– Jeśli nie, jest skończonym głupcem i powiem mu to prosto w oczy.
–   Nie   wątpię,   że   to   zrobisz.   Dziękuję   ci,   John.   –   Wyszli   ze   stodoły,   w 

momencie kiedy przed dom zajechała długa biała limuzyna. – Kto to? – spytała 
Anna, kiedy samochód zatrzymał się obok wozu transmisyjnego.

–   To   chyba   ten   facet,   który   poprowadzi   program.   Gra   ojca   w   tym   serialu 

telewizyjnym, który puszczają we wtorki. Założę się, że jutro wszyscy będą go 
oblegać, skomląc o autografy.

–   John,   jak   myślisz,   uda   nam   się   przez   to   przebrnąć   bez   jakiejś   większej 

katastrofy?

– Jeśli o mnie chodzi – John podrapał się za uchem – katastrofa już nastąpiła. 

Pozostaje nam tylko czekać, czy nie będzie gorzej.

Następnego dnia o dziesiątej rano, Anna, Vivian i Jimmy stali za kamiennym 

murkiem   odgradzającym   posiadłość   Sama   od   drogi,   czekając   niecierpliwie   na 
zorganizowany   przez   Estelle   świąteczny   pochód   mieszkańców.   Kiedy   matka   i 
ojczym   Sama   dowiedzieli   się,   że   trzeba   iść   pieszo   na   miejsce   ścięcia   drzewa, 
postanowili zostać w domu. Siedzieli na drewnianych krzesłach na werandzie i 
popijali   kawę.   Anna   cały   ranek   próbowała   nawiązać   ze   starszą   panią   nić 
porozumienia, nadaremnie. W końcu poddała się i poszła z Vivian i Jimmym zająć 
pozycje bliżej drogi.

Kamienny murek okazał się znakomitym punktem obserwacyjnym. Piętnaście 

minut później niż zaplanowano, dziwaczny orszak ukazał się w oddali. Na jego 
czele jechał wóz transmisyjny  z rozpłaszczonym na dachu operatorem.  Za nim 
sunął   Święty   Mikołaj   w   saniach   ciągniętych   przez   oswojoną   sarenkę.   Kiedy 
procesja zbliżyła się do farmy Sama, Anna zauważyła, że przebranie sarenki za 
renifera nie było zupełnie udane. Rogi zsuwały się jej ciągle z głowy to w lewo to 
w prawo, a Święty Mikołaj z okrzykiem „stop!" co chwilę wyskakiwał z sań i 
poprawiał nieszczęsnemu zwierzęciu niesforne poroże.

Za sańmi jechała półciężarówka, a na niej z tyłu na platformie siedziała na 

drewnianym   rzeźbionym   krześle   okryta   imitacją   futra   z   gronostaja   Estelle 

background image

Terwiliger. W swoim przebraniu wyglądała jak polarny niedźwiedź. Szerokimi, 
energicznymi ruchami dyrygowała maszerującym za ciężarówką chórem miejskim. 
Obok szedł drugi operator, przenosząc obiektyw kamery z kobiety na śpiewający 
chór. Co jakiś czas Estelle podskakiwała niebezpiecznie na krześle, częściowo z 
powodu wyboistej drogi, częściowo z powodu zamaszystych ruchów rąk.

– Niech mnie kule biją – szepnęła Vivian, kiedy pochłonięta dyrygowaniem 

Estelle uniosła się kilkanaście centymetrów. – Takimi ruchami ramion mogłaby 
nakazać rozstąpić się Morzu Czerwonemu.

–   Jestem   pewna,   że   gdyby   chciała,   dokonałaby   tego  –   odparła   Anna.   –  To 

niezwykła kobieta.

– Czy oprócz tej procesji będzie jeszcze orkiestra na wzgórzu i łyżwiarze na 

zamarzniętej sadzawce? – spytał Jimmy.

– Tak jest. Sam i John trzy razy dowozili tam dzisiaj dzieci. Wszyscy byli na 

swoich miejscach już o dziewiątej trzydzieści, włączając w to Sama i Johna, którzy 
czekają przy drzewie.

–  Patrzcie  –  przerwała  im  Vivian,  ściskając  ramię  męża.   –  Chyba  umrę   ze 

śmiechu. Te rogi znowu zjeżdżają w dół. Rozumiem, że ta czerwona mrugająca 
żarówka, dyndająca pod brodą samy, miała być czerwonym nosem renifera?

– Mhm – zachichotała Anna. – Wzdłuż uprzęży biegnie drucik, który łączy ją z 

baterią w saniach.

– Kto jest Świętym Mikołajem? Jego brzuch doskonale pasuje do tej roli, chyba 

że wypchał go sobie poduszkami.

– Nie, to nie poduszki – roześmiała się Anna. – Świętego Mikołaja odgrywa 

Edgar   Madison,   znany   z   tego,   że   nie   trzeźwieje   od   Święta   Dziękczynienia   do 
Bożego Narodzenia. Estelle dała mu tę rolę w zamian za obietnicę, że nie upije się 
w tym roku. Jak – rozumiem,  zależało jej, żeby telewizja nie pokazała go, jak 
zatacza się po głównej ulicy Sumersbury.

– Ruch trzeźwości ma silnych popleczników w Sumersbury. Mam nadzieję, że 

to biedne zwierzenie będzie musiało ciągnąć Edgara na samo wzgórze.

–   Nie,   Święty   Mikołaj   i   sanie   zostaną   tutaj,   na   podwórzu   Sama.   –   Anna 

zauważyła wśród chóru Tessie i pomachała do niej ręką.

– A teraz „Cicha noc"! Proszę, zaczynamy! – dobiegły ich komendy Estelle.
– Stop! – krzyknął znowu Święty Mikołaj, zeskakując z sań i podbiegając do 

sarny, żeby poprawić ześlizgujące się rogi.

Operator skierował kamerę na Estelle, a ona musiała to zauważyć, bo jeszcze 

raz powtórzyła komendę:

background image

– Dajcie z siebie wszystko, na co was stać! – krzyknęła i powstała z krzesła, 

unosząc w górę oba ramiona.

To nie było zbyt mądre. Samochód poskoczył na wyboju i Estelle runęła na 

wznak   na   dno   platformy.   Chórzyści   rzucili   się   jej   na   pomoc,   ale   kierowca, 
nieświadomy,   że  jego  pasażerka   czołga  się   z  tyłu  na  czworakach,   jechał  dalej, 
jakby nic się nie stało.

W końcu usłyszał wołanie chóru i zatrzymał samochód. Estelle wdrapała się z 

powrotem na krzesło. Wyglądało na to, że nie doznała żadnego uszczerbku, tylko 
jej płaszcz gronostajowy się pobrudził, a kapelusz przekrzywił na głowie. Wzięła 
do ręki tubę i zawołała do czoła pochodu:

– Gotowi? A więc „Cicha noc"! Zaczynamy!
Vivian   nie   mogła   powstrzymać   się   od   śmiechu,   ukryła   twarz   na   ramieniu 

Jimmy'ego, próbując się uspokoić.

–   Odwołam   wszystkie   spotkania,   kiedy   będą   to   puszczać   w   telewizji   – 

powiedziała do Anny. – Końmi nie odciągną mnie od telewizora. A to jeszcze nie 
wszystko. Przed nami łyżwiarze i orkiestra.

– Ludzi z Białego Domu to nie wzrusza – zauważył Jimmy, wyciągając głowę 

w stronę szarej limuzyny, przy której stali oparci o zderzak dwaj mężczyźni z 
odkrytymi  głowami,  w eleganckich  paltach i garniturach. – Od czasu do czasu 
uśmiechają się tylko pod nosem, ale to wszystko.

– Założę się, że widzieli już większe wariactwa w swoim życiu – stwierdziła 

Vivian. – Praca w Białym Domu musiała stępić w nich wrażliwość na inne formy 
rozrywki.

– Nawet nie wiesz, jak mi ciebie brakowało, Viv – roześmiała się Anna.
– Naprawdę? Trudno mi w to uwierzyć. Taki facet jak Sam Garrison na pewno 

nie pozwolił ci się nudzić.

–   Och,   nie   zrozum   mnie   źle.   Sam   jest   wspaniały,   ale   lubię   też   przebywać 

czasami z tobą. ;

– To brzmi jak wyznanie prawdziwej przyjaźni. Jimmy i ja zrobimy wszystko, 

żeby cię odwiedzać, kiedy przeniesiesz się tu na stałe. – Uśmiechnęła się do Anny, 
po czym wróciła do oglądania świątecznej maskarady. – Och, sanie wjeżdżają na 
podjazd. Biedne zwierzę będzie mogło wreszcie odpocząć.

– Vivian, czy mówiłam ci coś o moich przenosinach? – spytała Anna.
–   Nie,   ale   nie   bardzo   rozumiem,   dlaczego   –   odparła   jej   przyjaciółka,   nie 

odrywając wzroku od drogi. – Ty i Sam szalejecie za sobą, a małżeństwo jest 
wspaniałą instytucją dla ludzi w waszym stanie.

background image

– Tak, ale...
– Nie mówmy o tym teraz – przerwała jej Vivian.
– Chodźmy za nimi na wzgórze. Nie chciałabym nic stracić. Myślicie, że uda 

nam się znaleźć w obiektywie kamer, kiedy będziemy iść z tyłu?

– Viv – powiedział Jimmy, biorąc ją za rękę – jestem pewien, że tydzień po 

tym, jak pokażą ten program w telewizji, podpiszesz kontrakt z wytwórnią Warner 
Brothers.

– Mówisz tak, bo wiesz, że jestem bardzo fotogeniczna – roześmiała się Vivian. 

– Chodź, Anno. Obiecuję ci, że jak tylko to się skończy, porozmawiamy o twoich 
miłosnych problemach.

Tymczasem po wycofaniu się z parady sań ze Świętym Mikołajem, filmujący 

chór operator wsiadł do wozu transmisyjnego, pozostawiając kręcenie wspinaczki 
na  wzgórze   swojemu   partnerowi  rozpłaszczonemu   na  dachu.   Kiedy   ciężarówka 
ruszyła pod górę, Estelle dla utrzymania równowagi chwyciła się jedną ręką klapy, 
nie przestając przy tym dyrygować drugą, w której trzymała tubę. Co jakiś czas 
podnosiła ją do ust i wykrzykiwała komendy:

– Głośniej! Więcej życia!
–   Łatwo   jej   mówić   –   dyszała   Vivian,   która   wcześniej   włączyła   się   do 

chóralnego   śpiewu.   –   Ona   jedzie   na   tej   cholernej   ciężarówce.   Daleko   jeszcze, 
Anno?

– Nie jestem pewna. Sam zabrał mnie tu kiedyś również ciężarówką.
–   To   nie  dla   mnie   –  skarżyła   się   Vivian,   zwisając   bezwładnie   na   ramieniu 

Jimmy'ego.   –   Weź   mnie   na   ręce,   kochany.   Udajmy,   że   jesteś   Rett   Butler   a   ja 
Scarlett O'Hara.

– Mam lepszy pomysł. Udajmy, że ja jestem Butch Cassidy, a ty Sundance Kid 

i że napadamy na pociąg. Wskoczymy na platformę ciężarówki, na której jedzie 
ta... jak jej tam?

– Estelle Terwiliger – podpowiedziała Anna, parskając śmiechem. – Tak to jest, 

jak się siedzi w mieście i nie uprawia żadnych sportów.

– Może by tak zawrócić? – zasugerował Jimmy z nadzieją w głosie.
– Nigdy w życiu – oburzyła się Vivian. – Jeśli nie weźmiesz mnie na ręce, 

wczołgam   się   na   to   wzgórze,   ale   obejrzę   łyżwiarzy   na   sadzawce   i   ścięcie 
ogromnego dębu.

– Nie dębu, ale jodły – poprawił ją Jimmy.
– Niech będzie, jodły. Idę, a wy?
– Ja też muszę to zobaczyć – powiedziała Anna. – Zresztą, sadzawka jest już 

background image

niedaleko. Wydaje mi się, że słyszę, jak orkiestra gra „Walc łyżwiarzy".

– Skoro wy, kobiety, wdrapiecie się pod tę górę, to i ja nie zostanę w tyle – 

stwierdził Jimmy.

Kiedy dotarli do polanki nad sadzawką, Estelle ruchem ręki ucięła kolędę, po 

czym uniosła się z krzesła i niczym królowa zwróciła twarz w stronę łyżwiarzy. 
Chórzyści   natychmiast   wyłamali   się   z   szeregów   i   otoczyli   ciasnym   kręgiem 
ciężarówkę oraz blokujący drogę wóz transmisyjny, zasłaniając tym samym widok 
Annie i jej przyjaciołom.

– Jimmy, weź mnie na barana – zażądała Vivian podskakując, żeby zobaczyć 

coś ponad głowami chórzystów. – Nic stąd nie widzę.

– Na barana? Coś ci się pomyliło, Viv. To Sam, przyjaciel Anny, ma szerokie 

bary. Ja jestem tylko słabiutkim urzędnikiem.

– Nie wygłupiaj się. Nie jestem ciężka, a ty jesteś silniejszy, niż ci się wydaje. 

Uklęknij, żebym mogła się wdrapać na ciebie.

Anna zdusiła w sobie chichot widząc, jak Vivian siada okrakiem na plecach 

Jimmy'ego, a on łapie ją za obute w botki kostki i podnosi z jękiem z ziemi.

–   Och,   szkoda,   że   tego   nie   widzicie!   –   wykrzyknęła   Vivian   z   ponad 

dwumetrowej wysokości.

– Naprawdę? – odparł Jimmy. – Może zamienimy się i ty weźmiesz mnie na 

barana? Nie jestem ciężki, a ty jesteś silniejsza, niż ci się wydaje – dodał, chwiejąc 
się lekko, żeby utrzymać równowagę na śliskiej drodze.

– Co się dzieje? – Anna wyciągnęła szyję, próbując coś zobaczyć.
– Może chciałabyś się wspiąć na ramiona Vivian? – spytał Jimmy krzywiąc się, 

kiedy jego żona poruszyła się. – Widziałem to kiedyś w cyrku. Założę się, że 
pokazaliby nas w telewizji, gdybym podniósł was obie jednocześnie.

– Jimmy, nie wygłupiaj się – skarciła go Vivian. – Przesuń się trochę na prawo, 

tak żebym mogła zobaczyć. Doskonale! Stąd mam świetny widok. Och, oni są tacy 
zabawni!

– Prosimy o lepszy komentarz do tego, co się tam dzieje – wtrącił Jimmy. – 

Słowo „zabawni" nie oddaje nam w pełni tego, co widzisz.

– No więc, dziewczyny ubrane są w długie spódnice i futrzane czapki, a w 

rękach trzymają małe mufki. Chłopcy ubrani są normalnie, z tym że na głowach 
mają czapki do golfa, a na szyjach kolorowe chustki. Orkiestra musiała zmarznąć 
na kość. Nawet stąd widać, że ich wargi i ręce są wręcz fioletowe, – Ale za to 
ładnie grają. Przynajmniej to wyszło tak jak trzeba...

– Och, nie! – przerwała jej Vivian. – O Boże! Bęc! Następny.

background image

– Co się dzieje? – spytali jednocześnie Jimmy i Anna.
– Och, biedne dzieciaki. Nie potrafią jeździć w tych długich sukniach. Uwaga!
– Viv, przestań mnie szarpać za włosy! – ostrzegł Jimmy, – Padają jak klocki 

domina – jęczała Vivian.

– Vivian, nie podskakuj tak, bo...
– Jimmy, uważaj! – krzyknęła Anna, ale było już za późno.
Jimmy zachwiał się i runął jak długi na ziemię, pociągając za sobą idącą mu na 

pomoc Annę. Wszyscy troje wylądowali w ponad metrowej zaspie śnieżnej, która 
złagodziła upadek, ale i przykryła ich od stóp do głów mokrym białym pyłem.

Zaległa cisza, którą po chwili przerwał ciąg przekleństw Jimmy'ego i perlisty 

śmiech   Vivian.   Anna   zrozumiała,   że   nikomu   nic   się   nie   stało,   a   kiedy   ujrzała 
oblepione   śniegiem   twarze   przyjaciół,   również   wybuchnęła   śmiechem.   Nagle 
uświadomili sobie, że orkiestra już nie gra. Anna odwróciła się powoli i zobaczyła 
wymierzony w siebie obiektyw kamery. W półkolu, za operatorem, stał, patrząc na 
nich, cały chór miejski.

Nie przestając się śmiać, chwyciła garść śniegu i rzuciła nim w kamerę. Jimmy 

natychmiast poszedł w jej ślady i ulepił śnieżną kulkę. Jednakże kiedy nią rzucił, 
kula chybiła celu i trafiła jednego z chórzystów. Ten uśmiechnął się tylko i bez 
namysłu rzucił się do lepienia swojej. W zabawę włączyła się zaraz Vivian i już po 
chwili wszyscy, prócz Estelle, śmiejąc się i krzycząc, rzucali w siebie śnieżkami. 
Schwytany w krzyżowy ogień kulek telewizyjny operator wycofał się do wozu, 
podczas   gdy   Estelle   próbowała   przywrócić   porządek,   wykrzykując   przez   tubę 
komendy.

–   Przestańcie!   Natychmiast   przestańcie!   –   ryczała,   uchylając   się   przed 

latającymi w powietrzu kulkami. – Spokój! – Nadal nikt jej nie słuchał, – Zaraz 
będą ścinać drzewo! – wrzasnęła i wtedy powoli wszyscy zaczęli się uspokajać. – 
Już lepiej. A teraz soprany staną tutaj, a tenory tam. Alty i basy, zajmijcie swoje 
miejsca.

– Co za kobieta – szepnęła Vivian do męża.
–   Na   twoim   miejscu   nie   odzywałbym   się   –   mruknął   Jimmy.   –   Już   dość 

narozrabiałaś.

– Ja? To Anna rzuciła pierwszą kulkę. Nie wiedziałam, że drzemie w tobie taka 

fantazja. – Dała przyjaciółce kuksańca w bok. – Nie poznaję cię. Co za odwaga. 
Jestem z ciebie dumna.

– Dziękuję. To była świetna zabawa.
Anna uśmiechnęła się do siebie. Rok temu nie przyszłoby jej do głowy rzucić 

background image

śniegiem w kamerzystę. Nie włóczyłaby się po nocy leśną ścieżką, żeby zakraść się 
pod   czyjeś   okna,   a   tym   bardziej   nie   odważyłaby   się   zaproponować   klientowi 
włączenia   własnego   wyrobu   tkackiego   do   projektu   urządzenia   mieszkania. 
Nareszcie odzyskiwała pewność siebie i niezależność.

Chór wyrównał szeregi i na komendę Estelle ruszył w drogę, z kolędą „Cicha 

noc" na ustach. Kiedy doszli do sadzawki, dołączyła do nich młodzież z łyżwami 
przewieszonymi   przez   ramię   i   futerałami   na   instrumenty   w   rękach.   Po   kilku 
minutach marszu wszyscy dotarli do miejsca, gdzie rosły wysokie jodły, a wśród 
nich ta, która miała zostać ścięta. Na drodze stała poobijana półciężarówka Sama i 
wynajęta lśniąca czerwona ciężarówka z przyczepą, którą miał zawieźć choinkę do 
Waszyngtonu. Po ścięciu olbrzymie sanie ciągnięte przez traktor miały podwieźć 
drzewo do tego miejsca.

Wóz telewizyjny zjechał na lewą stronę drogi i zatrzymał się za wehikułem 

Sama. Kierowca z ciężarówki Estelle stanął za wozem telewizyjnym.

– Ekipa telewizyjna zostaje tutaj – zakomenderowała przez tubę Estelle. – Jeden 

z kamerzystów będzie kręcił na miejscu ścięcia, a my podejdziemy jeszcze kawałek 
drogą, tak żebyśmy mogli obserwować z bezpiecznej odległości całą ceremonię. 
Jak wam już mówiłam, nie możemy stać za blisko drzewa, żeby ktoś nie został 
ranny, kiedy będzie upadać.

– Ciekawe, skąd jej to przyszło do głowy – mruknął Jimmy. – Jakby ta cała 

impreza nie była już jednym wielkim niewypałem. Do pełni szczęścia brakuje nam 
tylko kilku ludzi przygniecionych prezydencką choinką.

– Uważam, że było cudownie – powiedziała Vivian. – I choć jestem mokra i 

zziębnięta   i   będę   musiała   spędzić   przyszły   tydzień   poruszając   się   na   wózku 
inwalidzkim, nie żałuję ani minuty.

– Za mną, chórzyści – zakomenderowała Estelle przez tubę. Ciężarówka, na 

której siedziała, ruszyła, próbując wyminąć wóz telewizji.

–   Czy   tu   nie   jest   za   wąsko   dla   dwóch   samochodów?   –   spytała   na   głos 

zaniepokojona Anna.

Jakby w odpowiedzi, ciężarówka przechyliła się na prawo i wpadła do rowu. 

Estelle   krzyknęła,   ale   rym   razem   nie   upadła   na   ziemię.   Szybko   wróciła   do 
równowagi   i   zerkając   niespokojnie   w   stronę   wozu   transmisyjnego,   z   którego 
operator,   szczerząc   zęby   w   uśmiechu,   wycelował   w   nią   obiektyw   kamery, 
podniosła tubę do ust i zapytała spokojnie:

– Czy męska część chóru mogłaby nam pomóc wydostać się z tej opresji?
Odpowiedział   jej   gromki   wybuch   śmiechu,   ale   już   po   chwili   mężczyźni   i 

background image

chłopcy   rzucili   się   na   pomoc,   napierając   ze   wszystkich   sił   na   bok   ciężarówki, 
podczas gdy kamery filmowały ich dzielne zmagania. Opony samochodu kręciły 
się w miejscu, chlapiąc śnieżną bryją i błotem na wszystkich dookoła, ale nikt się 
tym   nie   przejmował.   Wkrótce   wóz   został   wypchnięty   i   chór,   tym   razem   bez 
komendy Estelle, ryknął„Przybieżeli do Betlejem".

–   Popatrz,   Sam!   –   krzyknęła   do   Anny   Vivian,   kiedy   mijali   rząd   drzew,   w 

którym   rosła   prezydencka   jodła.   –   Rozmawia   z   tym   gwiazdorem   z   telewizji. 
Między nami mówiąc, uważam, że Sam jest dużo przystojniejszy.

Anna już wcześniej zobaczyła Sama  i Johna zajętych rozmową  z aktorem i 

dwoma  przedstawicielami  Białego Domu. Sam też ją zauważył, a wtedy Anna, 
dzięki świeżo zdobytej pewności siebie, pomachała mu ręką, a on uśmiechnął się i 
odmachał. Serce Anny podskoczyło z dumy i radości. Mężczyzna, którego kocha, 
zawiezie   swoją   choinkę   do   Białego   Domu.   Wokół   tego   drzewka   zasiądzie 
prezydent i jego rodzina, a przez cały okres świąteczny podziwiać ją będą tysiące 
odwiedzających stolicę Stanów.

– Och, Anno, zdradza cię wyraz twojej twarzy. Lepiej wyjdź za tego chłopca – 

powiedziała Vivian.

– Chyba masz rację – zgodziła się Anna, raz jeszcze machając do Sama. – Jeśli 

mnie zechce.

– Żartujesz! Dla ciebie wlazłby w krowie łajno obiema nogami.
– Muszę jak najszybciej cię stąd zabrać – obruszył się Jimmy. – Zaczynasz 

używać bardzo dziwnych wyrażeń.

Zatrzymali się za Estelle i chórem, kilkanaście metrów nad jodłowym laskiem. 

Estelle wstała z krzesła.

– A teraz wszyscy odwracamy się i patrzymy na drzewo – rozkazała. – Kiedy 

zacznie się chwiać, orkiestra zagra , Ave Maria".

– Dobry Boże – jęknęła cicho Anna – Ona naprawdę to zrobi.
– Co? – szepnął Jimmy. – Nie widzenie złego w tym, że zaśpiewa.
– Sara twierdzi, że jej śpiew przypomina głos jelenia na rykowisku – wyjaśniła 

Anna.

Usłyszeli   wycie   włączanej   piły.   Wśród   chórzystów   na   wzgórku   zaległa 

absolutna cisza. Anna obserwowała korony drzew. Kiedy zachwiał się wierzchołek 
jednej z jodeł, wskazała ją Vivian i Jimmy'emu:

– To ta.
– To naprawdę niesamowite – powiedziała Vivian, wsuwając dłoń pod ramię 

męża. – Nie mogę uwierzyć, że jesteśmy przy ścinaniu drzewka dla prezydenta.

background image

– Tak. Dzięki ci, Anno – powiedział Jimmy, obejmując Annę i przyciskając 

serdecznie do siebie. – Dzięki, że zabrałaś nas do siebie na ten weekend.

– Cieszę się, że tu jesteście. – Naprawdę się cieszyła. Przez ostatnie czterdzieści 

osiem godzin Sam nie miał dla niej zbyt dużo czasu, a poza tym ostatni tydzień 
uświadomi! jej, że prócz Sama potrzebowała również przyjaciół.

Podbiegł do nich kilkunastoletni chłopiec z chóru.
– Kiedy drzewo zacznie się walić, wszyscy krzykniemy: Uwaga! – szepnął. – 

Chór już o tym wie.

– A Estelle? – spytała Anna.
– Nie, ale nie uważa pani, że to świetnie pasuje?
–   Oczywiście.   –   Vivian   poklepała   go   po   ramieniu.     –   Dzięki,   że   nas 

wtajemniczyłeś.

Chłopiec pobiegł z powrotem na swoje miejsce, jodła zachwiała się i runęła w 

dół.

– Uwaga! – wrzasnęli chórzyści, wyrzucając ręce w górę.
Estelle   aż   podskoczyła   na   dźwięk   ich   głosów,   ale   nie   miała   czasu,   żeby 

zareagować,   bo   orkiestra   natychmiast   uderzyła   w   pierwsze   tony   „Ave   Maria". 
Wzięła   długi   oddech   i   zaczęła   śpiewać,   trzymając   przytkniętą   do   ust   tubę   z 
bawolego rogu.

background image

Rozdział 13

Sam miał wyjechać do Waszyngtonu jeszcze tego samego popołudnia. Ekipa 

telewizyjna   została   w   miasteczku,   żeby   nakręcić   scenę   pożegnania   Sama   przez 
mieszkańców Sumersbury. Sam obiecał, że przejedzie ciężarówką przez główną 
ulicą miasta, tak żeby wszyscy mogli mu pomachać.

Vivian i Jimmy oraz matka Sama z ojczymem wyszli wcześniej do miasta, żeby 

wziąć udział w pożegnaniu. Sam poprosił Annę, aby z nim została i pomogła mu w 
ostatnich przygotowaniach do wyjazdu.

– Boże, co za dzień – westchnął, wbiegając na górę po schodach. Od piątku 

poruszał się i mówił szybciej niż zwykle, ale Anna rozumiała, że każdy na jego 
miejscu byłby trochę podenerwowany. – Muszę wrzucić jeszcze kilka rzeczy do 
walizki.   Chciałbym,   żebyś   mi   poradziła,   jaki   garnitur   powinienem   włożyć   na 
wizytę w Białym Domu.

Weszła   za   nim   do   sypialni   wolniejszym   niż   on   krokiem.   Zauważyła   ze 

zdziwieniem, że jego świeżo zdobyty status sławnej osoby onieśmielał ją nawet w 
sypialni, gdzie byli ze sobą w sytuacji tak intymnej.

– W sumie, chyba nieźle to wypadło – zauważyła.
Spojrzał na nią znad otwartej na łóżku walizki.
– Tak – wybuchnął śmiechem. – W sumie. Kiedy usłyszałem, jak Estelle ryczy 

przez róg bawoli „Ave Maria", o mało nie padłem trupem. Szkoda, że nie widziałaś 
wyrazu twarzy Deva.

– Deva?
Wyjął dwie koszule z komody i włożył do walizki.
– Devlina Maxwella. No wiesz, z tego serialu w telewizji.
– Ach, tak. Oczywiście.
– No więc, który mam wziąć? – spytał, wyciągając z szafy dwa garnitury.
Anna popatrzyła na trzyczęściowe garnitury, jeden szary, a drugi granatowy. 

Oba z drogich materiałów i świetnie skrojone.

– Wiesz, że nigdy nie widziałam cię w garniturze?
– I nie zobaczysz. Nie znoszę w nich chodzić. Wiem, że to wielki zaszczyt, 

wizyta w Białym Domu i tak dalej, ale nie mogę się doczekać, kiedy wszystko 
wróci do normy.

– Granatowy będzie lepszy – poradziła mu Anna.
– Też tak myślę. – Wrócił do szafy, wyjął torbę na ubranie i odwiesił szary 

background image

garnitur. – Wiesz, w tym pośpiechu i zamieszaniu uświadomiłem sobie raz jeszcze, 
jak bardzo nienawidzę takiego życia. – Zapiął torbę i położył koło walizki.

Anna milczała. Czuła, że Sam czeka, żeby mu przytaknęła, ale nie mogła tego 

zrobić.

– Anno? – Obszedł łóżko i wziął ją w ramiona. – Słuchaj, wiem, że ostatnie 

dwa dni były szaleństwem. Prawie w ogóle nie mieliśmy dla siebie czasu. Może 
pojechałabyś ze mną do Waszyngtonu? Kupilibyśmy ci jakieś ubrania i...

Przycisnęła lekko palce do jego ust i potrząsnęła głową.
– Już wzięłam jeden tydzień wolnego, Sam. Do świąt muszę skończyć kilka 

rozpoczętych   projektów,   a   prócz   tego   mam   jeszcze   milion   innych   spraw   do 
załatwienia. Przykro mi, ale nie mogę z tobą jechać.

–   Czasami   przeklinam,   że   nie   spotkaliśmy   się,   jak   tylko   tu   przyjechałaś   – 

powiedział, głaszcząc ją po plecach. – Gdybyśmy się poznali na początku lata, 
założę się, że nie pracowałabyś już w Nowym Jorku.

– Sam, ja... – Czuła, jak ściska ją w dołku.
– Wiem,  wiem.  – Ujął ją pod brodę. – Nie możesz  rzucić pracy w środku 

świątecznego młyna. Ale, Anno, kiedyś będziesz musiała to zrobić, prędzej czy 
później. Oboje o tym wiemy. Twoje miejsce jest tutaj, przy mnie, a nie w tym 
domu   dla   obłąkanych,   który   nazywają   Nowym   Jorkiem.   Nie   musisz   tam   tak 
harować. Spójrz, jak przygnębia cię sama myśl, że musisz tam wracać.

Anna   zadrżała   czując,   że   nadchodzi   burza.   Trzeba   było   wcześniej   zmienić 

temat, a teraz pozwoliła, żeby Sam fałszywie odczytał jej milczenie. To nie jest 
najlepszy moment na rozpoczynanie tej rozmowy, ale przecież nie może dłużej 
utwierdzać go w fałszywym mniemaniu.

– Sam, kocham cię i uwielbiam być z tobą – zaczęła, patrząc mu w oczy.
– Ja też. Dlatego...
– Ale wcale nie jestem przygnębiona tym, że wracam jutro do Nowego Jorku. 

Przeciwnie, nie mogę się doczekać, kiedy znów zabiorę się do pracy.

Zszokowany wyraz jego twarzy przekonał ją, że miała rację. Sam tak silnie 

uwierzył w swoją wizję, że jeszcze teraz nie chciał się poddać.

– Rozumiem, że przyszły tydzień w mieście będzie dla ciebie interesujący. To 

przecież   sezon   świąteczny   i   z   tego,   co   tu   zrobiłaś,   widzę,   jak   bardzo   lubisz 
wszystko, co ma związek ze świętami. Ale kiedy po Nowym Roku wrócisz do 
codziennej harówki, przekonasz się, że...

– To nie z powodu świąt, Sam – przerwała mu Anna. Choć było jej przykro, 

musiała wyprowadzić go z błędu, nawet gdyby to było jeszcze bardziej okrutne. – 

background image

Widzisz, praca znowu sprawia mi radość. Mam nadzieję, że będę zajmować się 
dekoratorstwem przez długie, długie lata.

– Ale przecież mówiłaś, że coś się w tobie wypaliło – wymamrotał zaskoczony.
– Bo może tak było. Ale w minionym tygodniu miałam mnóstwo czasu, żeby to 

przemyśleć i doszłam do wniosku, że to nie z moją pracą było coś nie w porządku, 
ale ze mną. Erie wmówił mi, że moje talenty są żadne, zwłaszcza w porównaniu z 
jego. Potem, kiedy mnie zostawił, zadał mi kolejny cios. Ale teraz moje rany się 
leczą. – Pogłaskała go po policzku i spojrzała mu w oczy wzrokiem przepełnionym 
miłością. – Wiejska sceneria, tkanie, a przede wszystkim twoja miłość, przywróciły 
mi pewność siebie. Dzięki niej odzyskałam stary entuzjazm.

– Ale, Anno, co z nami?
Zadrżała, słysząc przebijającą z jego słów udrękę.
– Nadal cię kocham, z każdym dniem bardziej – odparła.
–   Ale   ja   chcę   się   z   tobą   ożenić.   Chcę   mieć   dzieci,   rodzinę.   Siadywać 

wieczorami na werandzie...

Wygładziła   mu   zmarszczkę   na   czole,   jakby   czułą   pieszczotą   można   było 

odpędzić smutek.

– Są różne rodziny – powiedziała łagodnie. – Chcę i muszę pracować. Mój 

zawód jest częścią mnie. Poza tym, przyzwyczaiłam się do zgiełku miasta. Chyba 
nie mogłabym już żyć bez niego.

Odwrócił się od niej z jękiem.
–   Nie   wierzę,   że   to   mówisz.   Czego   ty   chcesz?   Małżeństwa   dojazdowego? 

Chcesz przyjeżdżać do domu na sobotę i niedzielę, spędzać ze mną dwie noce i 
wracać do Nowego Jorku w niedzielę wieczór?

– Przedstawiasz to w tak smutnych barwach. – Położyła mu dłoń na ramieniu. – 

Ludzie znajdują jakieś sposoby na rozwiązanie tych problemów. Mnóstwo par...

– A co z obrazkiem w twoim mieszkaniu? Co z dziećmi? – spytał, nadal na nią 

nie patrząc. – Czy na to też masz odpowiedź? Czy po prostu o tym nie myślisz, bo 
to zbyt skomplikowane?

–   Nie   wiem,   Sam.   –   Zdjęła   dłoń   z   jego   ramienia.   –   Nie   znam   wszystkich 

odpowiedzi. Tak naprawdę uważam, że znalezienie ich nie należy tylko do mnie. 
Partnerstwo polega między innymi na tym, że dwoje ludzi szuka takich rozwiązań, 
które obojgu dadzą to, na czym im zależy.

– Powiem ci, czego ja chcę. – Odwrócił się do niej z oczami pełnymi łez. – 

Chcę domu, prawdziwego domu, w którym co noc oboje będziemy dzielić ze sobą 
łoże. Chcę dzieci, które zasypiać będą w swoich pokojach wiedząc, że mama i tata 

background image

są w sypialni obok i że mogą zawołać ich w nocy, kiedy zbudzi je zły sen. I nie 
chcę   tłumaczyć   płaczącemu   trzylatkowi,   że   jego   mama   znowu   wyjechała   do 
miasta, ponieważ woli pracę od życia z rodziną.

–   Cóż   za   skostniały   i   zacofany   pogląd!   –   Oburzyła   się   Anna.   –   To   wizja 

szczęśliwego   życia   dla   mężczyzny   i   dzieci,   ale   gdzie   tu   jest   miejsce   na 
samorealizację kobiety? Co ze mną?

– Przecież możesz tkać! – krzyknął. – Dlaczego nie możesz realizować się jako 

tkaczka?

– Bo nie jestem twoją babką!
Odchylił głowę do tyłu, jakby dostał w twarz.
– Nigdy nie powiedziałem, że...
– O tak, powiedziałeś – przerwała mu, zaciskając pięści. – Nie wprost, ale na 

milion małych sposobów próbowałeś wskrzesić ją we mnie. Więc powiem ci coś. 
Może   Hilary   Schute   była   szczęśliwa,   prowadząc   dom,   piekąc   ciastka,   robiąc 
zakupy w miasteczku, szorując podłogi, a w wolnym czasie siadając do krosna, 
aleja nie będę. Ja mam swój zawód i chcę go wykonywać. Jeśli nie potrafisz tego 
zaakceptować, lepiej od razu się rozstańmy.

Kiedy skończyła, serce biło jej głośno. Nie, Sam nie pozwoli, żeby ta sprawa 

ich rozdzieliła, pocieszała się w myślach.

– Nie widzę sposobu, żeby nam się udało – odezwał się matowym głosem Sam. 

–  Oczekujemy   od   życia   zupełnie   różnych  rzeczy.  –   Popatrzył   na  nią   smutnym 
wzrokiem,   –   Masz   rację,   Anno,   marzyłem   o   wskrzeszeniu   tego,   co   mieli   moi 
dziadkowie. Nadal uważam, że warto urzeczywistnić to marzenie.

– To twoja ostateczna odpowiedź? – wyszeptała. Do oczu napłynęły jej łzy.
– Tak. – Odwrócił od niej twarz. – Ostateczna.
Z trudem łapała oddech. A więc to już koniec. Naprawdę koniec.
– Jak... zwrócić ci krosno? – wykrztusiła w końcu.
– Nie kłopocz się – powiedział odchrząknąwszy.
– I tak chciałem ci je dać na gwiazdkę. Potraktuj je jak wcześniejszy prezent.
– Nie mogę go przyjąć.
– Ależ Anno, nie chcę go więcej widzieć. Będzie mi tylko przypominać, co 

straciliśmy.

– Nie straciliśmy! Ty to wyrzuciłeś!
– To nie ja chcę robić karierę w wielkim mieście – odparował, patrząc jej w 

twarz po raz ostatni.

Szlochając wybiegła na korytarz, na którym razem malowali szlaczki, zbiegła 

background image

po schodach, na których rozstawiła doniczki z gwiazdą betlejemską, przecięła salon 
wypełniony zapachem sosny i blaskiem rubinowego szkła. Kochała to wszystko i 
kochała Sama, ale nie na tyle, żeby poświęcić swoją wolność.

W   Nowym   Jorku   Anna   natychmiast   rzuciła   się   w   wir   zajęć.   Postanowiła 

włączyć w swoje projekty kilka wyrobów tkackich, i kiedy nie była w pracy lub na 
spotkaniach z klientami, siedziała przy krośnie do późnych godzin nocnych, chcąc 
jak   najszybciej   zakończyć   wszystkie   zlecenia   i   zwrócić   krosno   Samowi   Potem 
zamierzała zrobić sobie przerwę i rozejrzeć się za niedrogim używanym sprzętem.

Pracowała   również   cały   weekend,   starając   się   nie   myśleć   o   tym,   że   Sam 

prawdopodobnie   wrócił   już   do   Sumersbury.   Wyjmując   szpulki   przędzy,   które 
kupiła przed świętami u Tessie, odsunęła na bok kilkanaście paczek nici w różnych 
odcieniach zieleni. Kupiła je, żeby utkać Samowi pled, taki sam jak ten, który 
zrobiła jego babka. Zielony kolor miał symbolizować ich miłość: wiecznie żywą, 
jak iglaste drzewa, które z takim oddaniem hodował.

Co   noc,   tuż   przed   zapadnięciem   w   niespokojny   sen,   zastanawiała   się,   czy 

następny dzień przyniesie odmianę w sercu Sama. Codziennie przed wyjściem do 
pracy nastawiała automatyczną sekretarkę i co wieczór znajdowała na niej tylko 
wiadomości od klientów. Sam uparcie milczał.

Przed zerwaniem planowała spędzić święta w Sumersbury. Teraz nie wchodziło 

to w rachubę, a było już za późno, żeby zdobyć bilet na samolot do rodziców. Na 
szczęście, jak zwykle w trudnych chwilach, z pomocą przyszli Vivian i Jimmy i 
zaprosili   ją   do   siebie   na   świąteczny   weekend.   Anna   obiecała,   że   przyjedzie   w 
południe w niedzielę, choć Vivian namawiała ją już na sobotę wieczór. Tego dnia 
w telewizji nadawano program z Sumersbury i Vivian chciała, żeby Anna obejrzała 
go razem z mmi. Tymczasem Anna nie miała najmniejszej ochoty go oglądać, a 
poza tym zdecydowała się odwieźć Samowi krosno.

W   sobotę   późnym   rankiem   pojechała   po   wynajętą   półciężarówkę   i 

przyprowadziła   ją   pod   dom.   Kilkunastoletniemu   wyrostkowi   z   ulicy   zapłaciła 
dziesięć   dolarów   za   pomoc   w   zniesieniu   i   załadowaniu   krosna   na   platformę. 
Następnie   przywiązała   je   najlepiej   jak   umiała   i  choć   nadal   trochę   się   chwiało, 
uznała, że nic mu się nie stanie, jeśli będzie jechać powoli i ostrożnie.

Kiedy wyjechała z miasta i zmierzała znajomą trasą do Sumersbury, ogarnęło ją 

to samo podniecenie, co wtedy gdy wyruszyła po raz pierwszy ścieżką między 
domem   jej   i   Sama.   Dawna   Anna   zastanawiałaby   się   i   niepokoiła,   jak   odesłać 
krosno,   nowa   Anna   po   prostu   wynajęła   ciężarówkę   i   sama   odwoziła   je 

background image

właścicielowi.

Na końcu tej podróży będzie musiała stawić czoło Samowi, ale zwrot krosna 

wiele  mu   powie.  To   tak,  jakby   pokazała   mu,  że   jest  panią   swojego  losu   i  nie 
zamierza   nikomu   się   podporządkować,   nawet   ukochanemu   mężczyźnie.   On 
wyłożył jasno swoje racje, teraz ona uzmysłowi mu, jakie jest jej stanowisko.

Płatki   śniegu   rozpryskiwały   się   o   szybę.   Anna   poszukała   przycisku 

uruchamiającego wycieraczki. Śnieg nie przestraszył jej, raczej spotęgował jedynie 
nastrój podniecenia.  Znała  drogę.  Kiedy   odda już  krosno,  pojedzie  do  swojego 
wiejskiego domu i zostanie w nim na noc. Świąteczny tydzień nie był może taki, 
jak chciała, ale przynajmniej jej los pozostawał w jej rękach.

John był brygadzistą na farmie Garrisona długo przed śmiercią dziadków Sama. 

Przez wszystkie te lata byli z Samem bardzo zaprzyjaźnieni. Aż do teraz. Poróżnili 
się, jak tylko Sam wrócił z Waszyngtonu.

Jeszcze   pierwszego   dnia   John   zażądał   od   Sama   wyjaśnień   w   związku   z 

wyjazdem Anny. Sam zrelacjonował mu pokrótce pożegnalną scenę, spodziewając 
się poparcia przyjaciela. Wiedział, że John jest bardzo przywiązany do wartości 
rodzinnych. Ku jego zdziwieniu, John wziął stronę Anny. Uznał poglądy Sama za 
przestarzałe i nie z tej epoki. Sam powiedział mu na to, żeby zatrzymał dla siebie 
swoje opinie i po tej wymianie zdań obaj mężczyźni odzywali się do siebie tylko 
wtedy, gdy to było konieczne.

Niemniej jednak słowa Johna głęboko zapadły Samowi w serce. Myślał o nich 

bez przerwy i wpadał w coraz gorszy nastrój. Na sobotę wieczór Estelle wynajęła 
telewizor z ogromnym ekranem i zaprosiła mnóstwo osób na wspólne oglądanie 
programu z Sumersbury. Sam najchętniej zaszyłby się gdzieś w kącie, zamiast iść 
na to przyjęcie, ale wiedział, że zostając w domu, wyrządziłby jej przykrość.

Około południa zaczął padać śnieg. O drugiej było go na tyle dużo, że już nikt 

nie odważył się przyjechać po choinki. Przez resztę popołudnia Sam pracował nad 
księgami hartfordzkiej firmy prawniczej, a o piątej wieczór wyruszył zaśnieżoną, 
śliską drogą do Estelle.

Anna zmniejszyła szybkość o dalsze dziesięć kilometrów. Śnieg zalepił szyby 

na biało. Gdyby nie miarowo kiwające się wycieraczki, nic by nie było widać przez 
przednią szybę. Już dawno temu włączyła światła, ale i tak z trudem rozróżniała 
zaśnieżone tyły samochodów wlokących się przed nią po szosie. Procesja wozów 
powoli sunęła za pługiem śnieżnym jak kaczuszki za panią matką.

background image

Anna  wiedziała, że nic jej nie  grozi na samej  autostradzie,  choć kilka razy 

czuła, jak opony ślizgały się po tworzącej się przy nawierzchni warstwie lodu. Ale 
pługi nie odśnieżą wszystkich zjazdów i szos drugiej kategorii, a to nimi właśnie 
będzie musiała jechać do Sumersbury.

To będą święta jak z pocztówki, pomyślała, W tym roku Sumersbury zasypało 

dwukrotnie: przed przyjazdem telewizji i teraz przed samym Bożym Narodzeniem. 
Mogłaby tu spędzić najbardziej romantyczne święta w swoim życiu, gdyby sprawy 
z Samem inaczej się potoczyły. Próbowała oderwać się od tych myśli, ale powolny 
ruch pojazdów dawał jej wiele czasu na myślenie.

Kiedy   ujrzała   pierwsze   drogowskazy   na   Sumersbury,   odetchnęła   z   ulgą. 

Ramiona   bolały   ją   od   kurczowego   trzymania   kierownicy.   Zegar   na   desce 
rozdzielczej wskazywał dwadzieścia po piątej. Nic dziwnego, że była zmęczona. 
Podróż trwała całe godziny dłużej niż zwykle. Kiedy dojedzie do farmy Sama, 
będzie już ciemno.

Zjechała ostrożnie z autostrady na drogę lokalną. Skręcając wyczuła, że lód 

wbił się w rowki opon samochodu. W ciężarówce były łańcuchy, ale na samą myśl 
o zakładaniu ich w tej zawiei zrobiło się jej zimno. Będzie jechać wolno. Da sobie 
radę.

Powoli sunęła po opustoszałych drogach. Wokół niej roztaczał się świat jak z 

bajki.   Na   zasłanych   śniegiem   polach   co   jakiś   czas   wyrastały   udekorowane 
wielobarwnymi światełkami ośnieżone drzewa i domy. Z kominów unosił się dym, 
a okna żarzyły w ciemności przyjaznym żółtym światłem. Anna poczuła ukłucie w 
sercu. Tak bardzo chciała być również częścią tego wiejskiego życia. Czy to źle, że 
pragnę mieć wszystko?

Wreszcie dotarła do miejsca, w którym skręcało się do farmy Sama i jej domu. 

Chociaż   nikt   za   nią   nie   jechał,   wrzuciła   na   wszelki   wypadek   kierunkowskaz. 
Kamienny murek odgradzający pola od drogi pokrywała trzydziestocentymetrowa 
czapa śnieżna. Droga zasypana była śniegiem. Słabe ślady opon samochodu, który 
niedawno stąd wyjeżdżał, prawie zupełnie przykryła nowa warstwa śniegu. Po raz 
pierwszy zastanowiła się, co zrobi, jeśli Sama nie będzie w domu.

Zanim skręciła w zaśnieżoną alejkę, zauważyła kątem oka, że zegar na desce 

rozdzielczej wskazuje kilka minut po szóstej. No cóż, jeśli go nie zastanie, wejdzie 
do środka i zostawi mu kartkę. Równie dobrze może oddać krosno nazajutrz rano. 
Od zjazdu z autostrady jeszcze nie skręcała w lewo i teraz, gdy była już przednimi 
kołami na drodze, uświadomiła sobie, że ciężarówka nie reaguje na jej manewry. 
Koła wbiły się w zlodowaciały śnieg i samochód zaczął się ślizgać. Strach oblał ją 

background image

zimnym   potem.   Zdjęła   nogę   z   hamulca   i   naciskając   gaz,   próbowała   wyjść   z 
poślizgu. Daremnie. Zobaczyła, jak kamienny murek zbliża się coraz bardziej i z 
całej   siły   skręciła   kierownicę.   Żadnej   reakcji   kół.   Wiedziała,   że   za   chwilę   się 
rozbije...

background image

Rozdział 14

Ciężarówka wpadła na kamienny mur. Impet uderzenia rzucił Anną do przodu. 

Przed rozbiciem głowy uratował ją pas. Siedziała, trzęsąc się ze strachu. Płatki 
śniegu  tańczyły   w  światłach   samochodu.   Kiedy   wpadła  na  ścianę,  silnik  zgasł. 
Próbowała   zdrętwiałymi   palcami   przekręcić   kluczyk   w   stacyjce,   rozrusznik 
zazgrzytał, ale silnik ani drgnął. Zrezygnowana wyjęła kluczyk ze stacyjki. Nawet 
gdyby udało się jej zapalić, i tak nie da rady wyciągnąć wozu z rowu i wjechać na 
drogę bez łańcuchów na kołach.

Nagle dotarło do niej, że w wyniku zderzenia z murem mogło ucierpieć krosno. 

Wygramoliła się z szoferki i ruszyła na tył ciężarówki.

Brzęk łańcuchów na kołach toczącego się po oblodzonej drodze samochodu 

przywiódł   Samowi   na   myśl   dźwięk   dzwoneczków   przy   saniach   i   zatęsknił   za 
czasem dzieciństwa, kiedy to wierzył w Świętego Mikołaja. Przydałoby mu się 
teraz trochę tej wiary. Potrzebował czarów i cudów.

Niedaleko   skrętu   na   farmę   zobaczył   w   rowie   ciężarówkę   opartą   maską   o 

kamienne obmurowanie. Zaklął siarczyście. Miejmy  nadzieję, że nikt nie został 
ranny, pomyślał. Najbliżej stąd było do jego domu, ale nikt nie dostanie się do 
środka, chyba że jakimś cudem znajdzie klucz w schowku.

Sądząc po warstwie śniegu, jaka zebrała się na masce samochodu, wypadek 

zdarzył się kilka godzin temu. Zbliżył się ostrożnie do ciężarówki i nie wyłączając 
silnika i świateł, przebrnął przez wysokie zaspy i odgarnął śnieg z przedniej szyby. 
W szoferce nie było nikogo, a drzwiczki zamknięto na klucz.

Wrócił do samochodu i pojechał do domu zawiadomić patrol drogowy. Jechał 

wolno,   żeby   nie   przegapić   w   drodze   skulonych   postaci   pasażerów   z   rozbitego 
wozu. Może jego dom dał im jednak schronienie. Nawet weranda była lepsza niż 
odkryte pole. Kiedy wjechał na podjazd, wiedział już, że znaleźli klucze. Z komina 
unosił się dym, a w oknach paliło światło. Zaparkował wóz i wszedł na werandę. 
Ciągle   sypał   śnieg.   Ciężarówki   nie   wydostanie   się   wcześniej   niż   po   świętach, 
pomyślał. Trzeba będzie na ten czas znaleźć dla nich jakieś lokum.

Anna usłyszała najpierw ciężarówkę Sama, a następnie stukot otrzepywanych 

butów na  werandzie.  Wstała  z  podłogi,  gdzie  siedziała  na  plecionym chodniku 
przed kominkiem, z nogami owiniętymi płaszczem i kocem zarzuconym na plecy. 
Specjalnie wzięła koc, a nie ręcznie tkany pled.

background image

Patrzyła na drzwi jak więzień oczekujący na strzały szwadronu egzekucyjnego. 

Skoro   chciała   wieść   życie   niezależnej   kobiety,   musi   ponieść   konsekwencje 
swojego czynu. Płaszcz zsunął się na podłogę. Anna ścisnęła mocno koc, próbując 
powstrzymać drżenie rąk.

Sam przestąpił próg i stanął jak wryty.
– Anna!
– Lepiej zamknij drzwi – powiedziała cicho. – Tu jest bardzo zimno.
– To byłaś ty! – Zatrzasnął drzwi i trzema drugimi krokami pokonał dzielącą 

ich odległość. – Co się stało? Jesteś ranna?

– Nie. Nie jestem ranna.
– Na pewno? – Wziął ją w ramiona. – Wyglądasz, jakbyś płakała.
Odsunęła się krok do tyłu, poza zasięg jego ramion.
– Sam. Mam ci coś ważnego do powiedzenia.
– Po co ta ciężarówka? Chyba nie wyprowadzasz się z domu.
– Nie, nie wyprowadzam się. Pozwól mi coś powiedzieć. Wzięłam ciężarówkę, 

ponieważ chciałam ci zwrócić... krosno.

–   Przecież   powiedziałem   ci...   –   Nachmurzył   się,   ale   ona   nie   pozwoliła   mu 

skończyć:

– I złamałam je, kiedy wpadłam na murek – dodała prawie bezgłośnie.
Ścisnęła mocniej koc, czekając na jego reakcję. Na pewno będzie wściekły. Nie 

dość,   że   sprzeciwiła   się   mu,   postanawiając   je   przywieźć,   to   jeszcze   ubzdurała 
sobie, że da radę sama to zrobić. W rezultacie fałszywej pewności siebie zniszczyła 
przedmiot, z którym wiązały się jego wspomnienia.

Patrzył   na   nią   w   milczeniu   dłuższą   chwilę.   Anna   przełknęła   głośno   ślinę. 

Zasłużyła  na  wszystko,   co  jej  powie.  Nawet  jeśli   da  się   je  naprawić,   o  co  się 
modliła, krosno nie będzie już tak dobre jak dawniej.

– To wszystko? – spytał.
– Chyba wystarczy. – Patrzyła, jak śnieg topiąc się błyszczy w jego kręconych 

włosach. Wciąż miał na sobie kurtkę, a na podłodze wokół butów powstała kałuża 
wody. – Nie mam dla siebie żadnego usprawiedliwienia. Nie umiem wyrazić, jak 
mi przykro. Oczywiście, postaram sieje naprawić, ale to nie...

–   Płakałaś.   Wiem,   że   płakałaś   –   przerwał   jej   Sam.   –   Masz   jeszcze 

zaczerwienione oczy.

– Tak, płakałam – przyznała się, odwracając głowę.
– Z powodu krosna?
Przygryzła dolną wargę.

background image

– Anno?
– Nie, nie tylko. – Spojrzała na niego, a jej oczy znowu wezbrały łzami. – Nie 

chciałam czekać tu na twój powrót. Miałam zamiar napisać kartkę i natychmiast 
wyjść. Chciałam uciec od wspomnień, które mnie tu nachodzą. Ale zostawienie 
kartki po tym, co zrobiłam z krosnem, byłoby tchórzostwem, dlatego tu jestem. – 
Zacisnęła wargi, żeby ukryć ich drżenie.

– Nie jesteś tchórzem, Anno.
Pociągnęła nosem i spuściła wzrok. Nie mogła znieść tego wyrazu współczucia 

w jego twarzy. Wolałaby, żeby był na nią zły, żeby krzyczał.

– Teraz, kiedy ci już powiedziałam, pójdę do domu – oznajmiła, zdejmując z 

siebie koc i składając go w kostkę.

– Myślisz, że odnajdziesz dzisiaj ścieżkę?
Zmierzyła go ostrym spojrzeniem.
– To miało być zabawne?
– Nie. To ty jesteś zabawna. – Rozpiął kurtkę. – Spodziewasz się, że pozwolę ci 

iść po ciemku, ośnieżoną drogą o dziesiątej w nocy?

Podniosła z ziemi płaszcz i włożyła rękę do jednego rękawa.
– Nie powinno cię obchodzić, jak dostanę się do domu.
– Anno – jego głos był spokojny i opanowany – rozumiem,  że chcesz być 

niezależna, ale nie musisz chyba popadać w skrajności.

– Chyba masz rację – zgodziła się, wkładając płaszcz na drugie ramię. – Zatem, 

czy mógłbyś mnie odwieźć do domu?

– Oczywiście. – Położył kurtkę na oparciu białego skórzanego fotela i ściągnął 

buty.

– Dlaczego zdejmujesz buty? – spytała Anna.
–   Bo   najpierw   chcę   ci   coś   powiedzieć,   jeśli   możesz   mnie   przez   chwilę 

posłuchać. – Podszedł do sofy w czerwone wzorki i usiadł na niej. – Oglądałaś 
dzisiaj w telewizji program o Sumersbury?

–   Nie.   –   Zupełnie   o   tym   zapomniała.   Mogła   go   była   obejrzeć,   ponieważ 

znalazła klucze i weszła do domu Sama przed siódmą, jeszcze zanim się zaczął. – 
Czemu pytasz?

– Może jednak zdejmiesz na chwilę płaszcz i usiądziesz? – Wskazał jej miejsce 

obok. – Zrobiło się już całkiem ciepło.

Miał rację. W pokoju było dużo cieplej, od chwili kiedy wszedł do środka. A 

może przestało jej być zimno, odkąd wyznała mu swój grzech? Zdjęła płaszcz i 
podeszła do sofy. Usiadła na drugim jej końcu i podwinęła nogi.

background image

– No więc? Oglądałeś go?
– Estelle zrobiła zimny bufet i zaprosiła kupę ludzi, żeby obejrzeli program na 

olbrzymim  ekranie telewizora, który wypożyczyła. Nagrała wszystko na wideo, 
więc będziesz mogła kiedyś to obejrzeć, o ile będziesz chciała.

– Dziękuję, ale nie.
– A powinnaś. Masz tam dużą rolę.
– Ja?
– Tak, ty. Jak rzucasz śnieżną kulą w kamerę.
– Ach, tak. – Spojrzała w ogień. – Myślałam, że to wytną.
– Nie wycięli. Wyobraź sobie, że pokazali większość pochodu, a wycięli trochę 

zdjęć domu  i ceremonii  ścięcia drzewa: dwie rzeczy, które chcieli mieć,  kiedy 
planowali kręcenie. Wiesz, dlaczego to zrobili?

– Nie mam pojęcia, myślałam, że chodziło im o pokazanie starych zwyczajów 

świątecznych na wsi, a nie tego cyrku, który wymyśliła Estelle.

Sam   wyciągnął   ramię   na   oparciu   sofy.   Jego   palce   znalazły   się   o   parę 

centymetrów od pleców Anny.

–   Tego   właśnie   początkowo   chcieli.   Ale   Devlin,   no   wiesz,   facet,   który 

prowadził program, wyjaśnił przed kamerami, że ten idylliczny świat nie istnieje, 
mimo heroicznych wysiłków całego miasteczka, żeby go wskrzesić na potrzeby 
telewizji. Dowiedział się skądś również, że mój dom został udekorowany przez 
zawodowca.

– Och, nie! Na pewno nie ode mnie.
– Oczywiście, że nie, ale Sumersbury jest małym miasteczkiem. W każdym 

razie Dev się o tym dowiedział, jak również o tym, że nigdy nie mieliśmy pochodu 
ze Świętym Mikołajem w saniach ciągniętych przez sarnę, która udaje renifera, ani 
miejskiego chóru, oraz że sadzawka została zrobiona specjalnie na tę okazję.

– Dzisiejszy wieczór musiał być straszny dla Estelle.
– Wręcz przeciwnie. Była zachwycona. Ponieważ Dev, który od tej pory jest jej 

ulubionym aktorem, wychwalał pod niebiosa wszystkich mieszkańców miasteczka, 
a   ją   szczególnie   za   to,   że   próbowała   wskrzesić   nostalgiczną   atmosferę,   której 
oczekiwała od nas telewizja. Mieszkańcy Sumersbury stali się nagle bohaterami 
programu, a producenci telewizyjni przyznali się, że ich wyobrażenia o życiu na 
wsi nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. To, co znali z książek i obrazków, 
od dawna już nie istnieje.

– Niebywałe.
– Prawda?

background image

Usłyszała nagle nowy, łagodny ton w jego głosie. Spojrzała na niego uważnie.
– To jeszcze nie wszystko, prawda?
Potrząsnął przecząco głową.
– Ostatnio John nie jest dla mnie zbyt miły.
– Nie rozumiem.
– Widzisz, John uważa, że ja, podobnie jak ta telewizja, szukam czegoś, czego 

już nie ma. – Anna milczała czując, jak serce tłucze się w niej jak oszalałe. – 
Powiedziałem   mu,   żeby   zatrzymał   swoje   teorie   dla   siebie,   ale   nie   mogłem 
zapomnieć,   co   mi   powiedział,   zwłaszcza   po   tym,   jak   obejrzałem   dzisiaj   ten 
program. – Bała się poruszyć, ciągle niepewna, czy naprawdę to słyszy, czy tylko 
się jej wydaje. Tak bardzo chciała, żeby to była prawda. – Wszyscy ryczeliśmy ze 
śmiechu, kiedy łyżwiarze powpadali na siebie – ciągnął Sam – i wtedy nagle na 
ekranie pojawiłaś się ty, rzucając śniegiem w kamerę. W tym momencie poczułem, 
że kocham cię tak bardzo, że aż mnie to zabolało. I dalej boli.

– Och, Sam. Ja też cię kocham. – Do oczu napłynęły jej łzy.
– Myliłem się, Anno. Kiedyś myślałem o tobie jak o współczesnej wersji mojej 

babki. Ale dziś na ekranie zobaczyłem ciebie taką, jaka jesteś, i jaką cię kocham. 
Jeśli... jeśli mi wybaczysz, chciałbym raz jeszcze ci się oświadczyć. Chciałbym 
porozmawiać z tobą o tych rozwiązaniach, o których wspominałaś.

Opuściła swój koniec sofy i rzuciła mu się w ramiona z taką siłą, że zaparło mu 

dech w piersiach.

– Czy to znaczy, że się zgadzasz? – spytał, krztusząc siei śmiejąc jednocześnie.
–   Oczywiście.   –   Przytuliła   się   do   niego.   –   Może   te   święta   uda   się   jeszcze 

uratować.

Objął ją mocno, pokrywając twarz pocałunkami.
–   Myślałem,   że   będę   musiał   powiedzieć   ci   to   wszystko   przez   telefon   albo 

jechać do Nowego Jorku, żeby wsunąć ci kartkę przez drzwi. Zostaniesz? Spędzisz 
ze mną święta?

– Będę musiała powiadomić Vivian, ale tak, zostanę. Zresztą, nie miałabym 

czym się stąd wydostać. – Na wspomnienie kraksy, zrobiło się jej smutno. – Sam, 
naprawdę bardzo mi przykro z powodu krosna.

–   Myślę,   że   dobrze   się   stało.   Przykładałem   do   niego   zbyt   wielką   wagę, 

przykładałem zbyt wielką wagę do wszystkiego, co wiązało się z życiem moich 
dziadków. Teraz uzmysłowiłem sobie, że liczysz się tylko ty i to, co nas łączy. 
Reszta jest sentymentalną bzdurą.

– Nie mów  tak. Teraz znowu przesadzasz  w drugą stronę – zaprotestowała 

background image

Anna. – Uwielbiam niektóre stare zwyczaje. Są wprost cudowne. Nadal chcę tkać i 
z przyjemnością udekorowałam ci dom w tradycyjnym wiejskim stylu. Cieszę się, 
że mogłam zawiesić z tobą rodzinne ozdoby na choince w salonie. – To jej coś 
przypomniało. – Sam, nie mam dla ciebie prezentu pod choinkę.

Wstał, pociągając ją za sobą.
– Tylko tak ci się wydaje. Jest jeden stary zwyczaj z którego nie mam zamiaru 

rezygnować.

–   Co   to   za   zwyczaj?   –   spytała,   choć   już   odgadła   po   kierunku,   w   jakim   ją 

prowadził.

– Późne zabawy w małżeńskim łożu z epoki cesarstwa – szepnął z policzkiem 

przytulonym do jej twarzy, kiedy niósł ją po schodach na górę.


Document Outline