background image

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Barbara Boswell 

 

NAJMŁODSZA SIOSTRA 

 

background image

 

 

 

- Hej, Jack! Kazorowski chce cię widzieć u siebie, natychmiast. 

Jackson Blackledge nie odwrócił głowy od ekranu komputera, a jego palce, zwinnie tańczące po klawiaturze, 

nie opuściły nawet jednej litery. 

- Później, chłopcze - burknął do zbyt gorliwego młodego człowieka, chyba praktykanta, przysłanego do 

redakcji  z  college’u.  Skip  Jakiśtam,  nazwisko  wyleciało  mu  z  pamięci.  -  Teraz  znikaj.  Jestem  zajęty,  nie 

widzisz? 

- Kazorowski mówi, że to bardzo ważne. - W głosie Skipa dawał się wyczuć lekki niepokój. Wszyscy w 

redakcji Buffalo Times-Gazette znali Jacka z całkowicie nieprzewidywalnych, gwałtownych wybuchów furii. 

-  Zaczęła  się  wojna?  -  Jack  przerwał  pisanie  i  spojrzał  na  posłańca.  -  A  może  drużyna  Buffalo  Bills 

wyniosła się z naszego miasta? 

- No nie, ale... 

- W takim razie to nie  jest aż tak ważne, prawda? -  Blackledge ponownie zwrócił  się ku klawiaturze, 

dając nieszczęsnemu gońcowi sygnał do odwrotu... 

... którego ów nie wykonał. 

-  Przykro  mi,  Jack,  ale  Kazorowski  kazał  mi  cię  przyprowadzić  do  swojego  gabinetu.  O  rany...  -  ton 

głosu Skipa przybrał nagle przymilny odcień - przecież i tak ci już przerwałem, no nie? 

Jack  powoli  uniósł  się  z  krzesła  i  stanął  wyprostowany:  sto  osiemdziesiąt  pięć  centymetrów  potężnie 

umięśnionego  mężczyzny.  Trzasnął  obiema  dłońmi  w  blat  stołu  i  nie  bez  satysfakcji  obserwował,  jak  chytry 

uśmieszek szybko blednie i znika z twarzy gońca. 

Jack  był  w  pełni  świadomy  wrażenia,  jakie  wywiera  na  ludziach  jego  sylwetka.  W  czasie  swojej  kariery 

sportowej często wykorzystywał ten atut dla psychicznego załamania przeciwnika. Zerknął z ukosa na niskiego, 

chudego  jak patyk dzieciaka  i westchnął. To przecież  nie  boisko piłkarskie. Znajdują się w redakcji gazety, a 

młody Skip po prostu wykonuje polecenie, jak każdy inny tutaj. 

- Prowadź mały. Damy Kazorowskiemu dziesięć minut. 

Skip, czując wyraźną ulgę, uśmiechnął się szeroko. 

-  Tylko  ty  możesz  gwizdać  sobie  na  rozkazy  naczelnego  i  zawsze  uchodzi  ci  to  na  sucho.  Chciałem 

powiedzieć, że on rządzi wszystkimi oprócz ciebie. Nie dajesz sobie w kaszę dmuchać, Jack. Bardzo cię za to 

podziwiam. 

- Tak, niektórym to się podoba. Tylko nie mów Kazorowskiemu, że chcesz mnie naśladować. On sądzi, 

że moja osoba to dla niego kara boska. Jego wrzód żołądka nie wytrzyma dwóch takich typów. 

Przeszli przez redakcję, jak co rano gwarną i pełną gorączkowo pracujących ludzi. Reporterzy siedzieli przed 

monitorami  komputerów,  pisząc  swoje  artykuły,  inni  rozmawiali  przez  telefon  lub  przerzucali  stosy 

korespondencji.  Mała  grupka  obradowała  w  wąskim  korytarzu  wokół  automatu  z  kawą  i  napojami.  Z  tyłu 

znajdowała się redakcja działu lokalnego. 

 

background image

 

W środku siedział Kazorowski - otyły, łysiejący, wyglądający na więcej niż swoje pięćdziesiąt lat - i palił. Na 

jego biurku leżała opróżniona w połowie paczka papierosów. 

- Za dużo palisz. Kaz - zauważył Jack, wchodząc do gabinetu. - Pamiętasz, co ci mówił lekarz? Chcesz 

znowu wylądować w szpitalu? 

- Jeśli ci tak zależy na moim zdrowiu, to mógłbyś mi oszczędzić tej kłótni, którą zaraz będziemy mieli - 

odciął się Kazorowski. 

- Oho - Jack mimowolnie się naprężył. Podszedł do małego okna i wyjrzał na ulicę. Widok nie był zbyt 

piękny.  Budynek  mieszczący  Buffalo  Times-Gazette  znajdował  się  w  jednej  z  najstarszych  i  najbardziej 

zaniedbanych części miasta. Siedziba gazety od początku jej istnienia, czyli od prawie siedemdziesięciu pięciu 

lat, była równie wiekowa i sfatygowana jak cała okolica. 

Wrzesień jest wspaniałą porą roku w zachodniej części stanu Nowy Jork. Liście właśnie zaczynały zmieniać 

kolor,  a  zieleń  i  kwiaty  wciąż  nęciły  wzrok  soczystymi  barwami.  Ulica  widoczna  z  okien  gabinetu 

Kazorowskiego była jednak odpychająco ponura, piękno zmieniającej się przyrody nie miało do niej dostępu. 

Jack  odwrócił  się  i  obrzucił  naczelnego  jednym  z  tych  słynnych  spojrzeń  Black  Jacka,  nieruchomym  i 

świdrującym. 

- Dawaj te złe wieści. Kaz. Nie, sam zgadnę: wydawca znowu ocenzurował mój felieton. 

Kazorowski przypalił papierosa od niedopałka poprzedniego. 

- Nic z tych rzeczy, dzięki Bogu. - Z wysiłkiem przełknął ślinę. - Jack, chciałbym z tobą porozmawiać o 

twojej umowie z syndykatem ogólnokrajowym... 

-  O  co  chodzi  tym  razem?  -  zapytał  powoli  Jack  wojowniczym  tonem,  a  w  jego  oczach  pojawiły  się 

groźne błyski. 

- Zdaję sobie sprawę, że dla dziennikarza, który całe życie pracuje w Buffalo - i to dla naszej gazety - 

przystąpienie do syndykatu współpracującego z dwustu dwunastoma gazetami w całym kraju to wielka szansa - 

wyrzucił  z  siebie  Kaz.  -  W  innych  miastach  są  felietoniści  znani  w  całych  Stanach,  ale  w  Buffalo  ty  jesteś 

pierwszy  i  jedyny!  Załoga  naszej  Times-Gazette  pieje  z  radości.  Wszyscy  mamy  nadzieję,  że  twoja  sława 

zwiększy sprzedaż T-G. Jack, wiesz, jakie to przygnębiające, kiedy pracujesz w jedynej w mieście codziennej 

popołudniówce i widzisz, że ludzie przestają ją kupować, bo wolą oglądać telewizję. 

- Ale... - bąknął Jack, niespokojnie zerkając na szefa. Musiało być jakieś „ale”. Kazorowski nigdy  nie 

chwalił ludzi bez jakichś własnych, ukrytych powodów. 

Naczelny wziął głęboki wdech. 

- Jack, podpisałeś umowę  na trzy artykuły tygodniowo dla  syndykatu, ale  my potrzebujemy pięciu na 

tydzień do naszej gazety. 

-  Przykro  mi,  Kaz.  Przystąpiłem  do  syndykatu  tylko  dlatego,  że  przez  ostatnie  pięć  lat  pisywałem  po 

pięć  felietonów  na  tydzień.  Chciałbym  poprzestać  na  trzech,  ale  takich,  które  interesowałyby  czytelników  w 

całym kraju, a nie tylko tutaj. 

-  Ale  przecież  twoja  rubryka  jest  tak  popularna  właśnie  ze  względu  na  lokalny  charakter  i  tematykę, 

Jack.  Rozumiem  twoje  ambicje,  ale  nasi  czytelnicy  chcą  kogoś,  kto  komentuje  lokalne  wiadomości,  plotki  i 

background image

 

anegdoty. 

-  W  takim  razie  oczekujesz  ode  mnie  trzech  kolumn  tygodniowo  dla  publiczności  ogólnokrajowej  i 

dwóch na tematy lokalne, tak? Jezu, Kaz, wykończysz mnie. Wiesz, że nie płacisz za dużo - dodał Jack sucho. 

-  Nie  jestem  bez  serca,  Jack.  Rozumiem,  że  praca  w  syndykacie  zabierze  ci  więcej  czasu  i  energii. 

Dlatego też pozwoliliśmy sobie... to znaczy ja pozwoliłem sobie... zatrudnić dla ciebie asystenta. 

Jack postąpił krok do przodu. 

- Kogo? 

-  No  wiesz,  kogoś  do  pomocy.  Za  jakiś  czas  mógłby  przejąć  wtorkową  i  czwartkową  rubrykę... 

oczywiście, pod twoim kierownictwem i tak dalej - dodał szybko. - Nigdy nie znajdziemy kogoś, kto by tobie 

dorównał, a rubrykę nadal podpisywałbyś swoim nazwiskiem. 

- Tak jest taniej, co? - skrzywił się Jack. - Nie możesz sobie pozwolić na zatrudnienie jeszcze jednego 

felietonisty. 

- Cóż, masz rację... - Kaz spróbował się uśmiechnąć. Zawsze szczycił się umiejętnością oszczędzania. - 

A wracając do sprawy, Jack, musisz jedynie... 

- Nauczyć  jakiegoś gówniarza prosto po szkole dziennikarskiej,  jak się pisze  nadający  się do czytania 

felieton?  Przygotować  się  na  ciągłe  poprawki  i  przeróbki?  Do  diabła,  Tom,  niańczenie  go  zajmie  mi  więcej 

czasu, niż gdybym to wszystko pisał sam. 

- Jej - poprawił go Kazorowski, bawiąc się ołówkiem. 

- Co? 

- Jej. Twój asystent jest kobietą, Jack. 

Jack roześmiał się. 

-  Dobra,  Kaz,  skończ  te  żarty.  Kobiety  nadają  się  do  pisania  o  posiłkach,  ślubach,  dzieciach  albo  o 

psychologii na co dzień czy o obchodach jakiejś rocznicy, jeśli są bardziej zainteresowane światem. Ja piszę o 

sporcie, polityce i najważniejszych wydarzeniach. Drukuję felietony satyryczne. i poważniejsze rzeczy, ale... 

- Mnóstwo kobiet czytuje twoją rubrykę, Jack. 

-  Zgoda,  ale  to  nie  znaczy,  że  któraś  z  nich  umiałaby  coś  takiego  napisać.  Jeśli  chcesz  mieć  kobietę-

felietonistkę, to wsadź ją do redakcji kobiecej i niech pisze o przedszkolach albo o najnowszej diecie-cud, czy o 

dziesięciu najlepszych metodach flirtowania, ale na tym koniec. 

-  Nie  wiedziałem,  że  z  ciebie  aż  taki  męski  szowinista,  Jack.  Nic  dziwnego,  że  żadna  z  kobiet 

pracujących u nas nie przyjęła oferty pracy z tobą. 

Jack otworzył szeroko swoje czarne jak onyks oczy. 

- Żadna? 

-  Żaden  z  mężczyzn  też  nie  chciał  tej  posady  -  dodał  Kaz.  -  Starsi  dziennikarze  mają  już  swoje  stałe 

miejsca,  a  młodsi  wcale  się  nie  palili,  żeby  grać  przy  tobie  drugie  skrzypce  albo  służyć  za  chłopca  do  bicia 

trudnemu we współżyciu... - chrząknął głośno -...czy słowo „tyran” będzie tu odpowiednie? 

- Tyran? Ja? - Jack poczuł się urażony. - To prawda, że umiem postawić na swoim, ale... 

- Niektórzy używali innych sformułowań. Na przykład „terrorysta” lub „furiat”. 

background image

 

- Jestem po prostu pewny siebie. Wiem, na co mnie stać. 

- Jack, granicę między pewnością siebie a arogancją przekroczyłeś już wiele lat temu. 

-  Lubię  ryzyko  -  powiedział  Jack  gorzko.  -  Sam  ustanawiam  reguły  i  nie  mam  zamiaru 

podporządkowywać się czyimś rozkazom, nawet szefów czy dyrektorów, to wszystko. 

-  A  ludzie,  którzy  cenią  sobie  spokój  w  pracy,  chcą  się  trzymać  od  ciebie  jak  najdalej.  Dlatego 

musiałem  poszukać  kogoś  spoza  gazety,  nawet  spoza  Buffalo,  jeśli  mam  być  szczery.  Jesteś  swego  rodzaju 

legendą w środowisku dziennikarskim, Jack. 

Kazorowski przygotował się na eksplozję, co do której był pewien, że zaraz nastąpi. 

Jack  rzeczywiście  miał  zamiar  wybuchnąć,  kiedy  uświadomił  sobie,  że  dopiero  co  nazwano  go  furiatem. 

Kazorowski z pewnością oczekiwał, że zrobi mu awanturę. Jedyna rzecz, która nie podobała mu się bardziej niż 

perspektywa  jajogłowej  panienki,  piszącej  artykuły  pod  jego  nazwiskiem,  to  świadomość,  że  ktoś  potrafi  z 

łatwością  przewidzieć  jego  zachowanie.  Dlatego uśmiechnął  się.  Nie  był  to  może  ten  rodzaj  uśmiechu,  który 

zachęca drugą stronę do odwzajemnienia go, niemniej jednak ten grymas przypominał uśmiech. 

- Opowiedz mi o tej asystentce, za którą ponoć uganiałeś się po całym kraju, Tom - wycedził słodkim 

głosem. - Pozwól, że to i owo sam odgadnę: była na tyle naiwna, że zgodziła się na przeraźliwie niską pensję, 

nawet jak na branżę dziennikarską. 

- Trafiłeś, chłopcze. - Kazorowski zatarł dłonie. - Wiesz, jak u nas krucho z forsą. Jeżeli  mam być do 

końca  szczery,  to  praca  z  tobą  nie  była  jedynym  powodem,  dla  którego  wszyscy  tutaj  odrzucili  ofertę. 

Zaproponowaliśmy bardzo niską płacę. Bałem się, że będę musiał ją podnieść, aż tu nagle dostałem podanie tej 

dziewczyny.  Przejrzałem  kilka  z  jej  prób  dziennikarskich  i  rozmawiałem  z  nią.  Ona  jest  dobra,  Jack. 

Zamierzałem  wygłosić  przed  nią  kazanie  o  tym,  jak  niskie  są  płace  w  gazetach  i  tak  dalej,  ale  ona  wzięła  tę 

posadę od razu. Z pierwotną stawką! 

- Myślisz, że to bogata panienka, która pracuje dla przyjemności, a żyje z ogromnego konta bankowego, 

założonego  przez  kochającego  tatusia?  -  Ciemne  oczy  Jacka  zwęziły  się  w  szparki  w  nagłym  przypływie 

zainteresowania. 

-  Przykro  mi,  ale  cię  rozczaruję,  Blackledge.  Jeśli  ona  jest  bogata,  to  ja  napiszę  te  dwa  artykuły 

tygodniowo  sam  i  to  za  darmo.  Nie  wygląda  mi  na  zamożną,  nie  zachowuje  się  ani  nie  mówi  jak  bogate 

córeczki. Jestem pewien, że to dziewczyna z klasy średniej, a jej mieszkający w małym domku rodzice ledwo 

wiążą koniec z końcem, żeby pomóc dziecku rozpocząć karierę zawodową. 

-  Mogłeś  przynajmniej  załatwić  mi  forsiastą  panienkę  na  wydaniu  -  zakończył  Jack,  nie  całkiem 

żartując. 

-  Nadal  planujesz  małżeństwo  dla  pieniędzy?  -  Kaz  uśmiechnął  się.  -  Powodzenia.  Przyda  ci  się  parę 

dolarów.  

Jack wzruszył ramionami. 

- Już raz ożeniłem się z tak zwanej miłości i skończyło się to kompletną klapą. Następnym razem, o ile 

w ogóle będzie jakiś następny raz, poślubię worek pieniędzy. Bogata narzeczona z dużą forsą - tylko to mnie 

interesuje. 

background image

 

Na krótką chwilę z twarzy Jacka zniknął wyraz cynicznej obojętności, a pojawiło  się  na  niej coś  w rodzaju 

rozczarowania. 

-  Tu  masz  próbkę  jej  zdolności  -  głos  Kazorowskiego  wyrwał  Jacka  z  nieprzyjemnych  wspomnień. 

Szybko zerknął na kartkę maszynopisu, którą wręczył mu szef. 

-  To  przecież  wypracowanie  typu  „Jak  spędziłam  swoje  letnie  wakacje”.  Przyjąłeś  ją  na  podstawie 

takich bzdur? 

-  Przeczytaj  to  uważnie.  To  jest  świetne,  dużo  humoru.  Ona  rokuje  wielkie  nadzieje.  Pracowała  w 

Disney... 

- Zatrudniłeś Myszkę Miki, żeby pisała za mnie artykuły? 

-  Podczas  wakacji  pracowała  w  Disneylandzie.  Oni  wynajmują  ludzi  i  przebierają  ich  za  bohaterów 

filmów, żeby zabawiali turystów - wyjaśniał Kaz cierpliwie. - Była jednym z siostrzeńców Donalda. 

Jack przewrócił oczami. 

-  No  to  pięknie.  Mam  pozwolić  eks-kaczce  pisać  pod  moim  nazwiskiem.  Kaz,  bądź  ze  mną  szczery. 

Ona jest pełna entuzjazmu, odważna i pyskata, prawda? I do tego ładna? 

- Jack, na miłość boską... 

-  Więc  jest!  Wiesz  doskonale,  że  nie  znoszę  tego  typu  osóbek.  Nic  z  tego  szefie.  Sam  będę  pisał 

felietony. Potrzebne mi to jak dziura w moście, ale nic mnie nie zmusi do pracy z jakimś ptasim móżdżkiem - 

używam tego określenia zupełnie dosłownie w tej sytuacji - który... 

- Został przyjęty  i  jutro zaczyna - przerwał  Kaz.  - Ma  na koncie ponad rok współpracy z gazetami  w 

Houston i w Waszyngtonie, a to już jakieś doświadczenie, więc nie jest kompletnie zielona. To dobry interes, 

Jack. Nie zamierzam zostawić jej tylko dla ciebie. Redakcja kulinarna i rozrywkowa też prosiły o jakąś pomoc: 

w takim razie podzielicie dziewczynę między siebie. Zatrudniłem trzy osoby za niecałą jedną pensję! 

- Co z ciebie za facet. Kaz. - Jack pokręcił głową, oburzony i rozbawiony zarazem. - Jesteś dusigrosz i 

straszny  spryciarz,  ale  ostrzegam  cię  już  teraz,  że  zrobię  wszystko  co  w  mojej  mocy,  żeby  tej  panience 

odechciało się ze mną pracować. 

Zadzwonił telefon i Kaz wyraźnie zadowolony, że ma tę rozmowę za sobą, pośpiesznie sięgnął po słuchawkę. 

Jack skierował się ku drzwiom. 

-  Kiedy  tu  jutro  przyjdzie,  przyślij  ją  do  mnie.  Zamierzam  pracować  w  domu.  -  Miał  taką  możliwość 

dzięki  komputerowi  osobistemu,  zainstalowanemu  w  mieszkaniu,  chociaż  zwykle  wolał  przychodzić  do 

redakcji.  Dzień  jutrzejszy  będzie  wyjątkiem.  Musi  skutecznie  odstraszyć  tę  małą,  a  gdzież  można  to  zrobić 

lepiej niż we własnym domu. 

Kaz zakrył dłonią mikrofon słuchawki. 

-  Jack  -  ryknął  -  ani  mi  się  śni  posyłać  dwudziestotrzyletnią  dziewczynę  do  twojego  mieszkania. 

Spotkasz się z nią tutaj w redakcji i nie będzie żadnych problemów z nagabywaniem seksualnym. 

-  Dwadzieścia  trzy  lata?  -  Jack  uderzył  się  w  czoło  otwartą  dłonią.  -  To  znaczy,  że  jest  młodsza  ode 

mnie  o  dziesięć  lat!  Dziesięć  lat!  Kiedy  ja  dojrzewałem  płciowo, ona  zaczynała  chodzić  do  żłobka.  Kiedy  ja 

uczyłem się prowadzić samochód, ona uczyła się czytać! Kaz, to śmieszne, ja... 

background image

 

- Będzie tu jutro punktualnie o siódmej, Blackledge. 

- Dobra, przyjdę z nią pogadać - wysapał Jack. Tę rundę przegrał, ale nie miał zamiaru przyznawać się 

do porażki. - Jak się nazywa to słodkie, małe kaczątko? - Jego uśmiech był więcej niż diaboliczny. 

Kaz nie wyglądał na uszczęśliwionego. 

- Colleen Brady - wyrzucił z siebie i powrócił do przerwanej rozmowy telefonicznej, nerwowo unosząc 

brwi. 

 

Colleen Brady weszła do redakcji Buffalo Times-Gazette o  szóstej trzydzieści. Tak  spieszno  jej  było zacząć 

nową pracę, że musiała się powstrzymać, by nie przyjechać godzinę wcześniej. 

W trakcie oczekiwania na przybycie Jacksona Blackledge została przedstawiona wszystkim pracownikom, a 

ci przyjęli ją miło i ciepło. Obawiała się, że jej nowi koledzy mogliby źle potraktować kogoś z zewnątrz, kto 

sprzątnął  im  sprzed  nosa  świetną  posadę  asystenta  felietonisty  drukowanego  w  całym  kraju.  Samodzielne 

pisanie  artykułów,  oczywiście  pod  czujnym  okiem  pana  Blackledge’a,  stanowiło  spełnienie  jej  wielkich 

marzeń. Nie zdziwiłaby się więc, gdyby ktoś z redakcji okazał jej zazdrość bądź nawet otwartą wrogość. 

Ku  swojemu  zaskoczeniu,  została  przyjęta  z  otwartymi  ramionami.  Dostała  kubek  kawy  z  ekspresu 

zainstalowanego w holu.  Kiedy pociągnęła  łyk  i  spróbowała go przełknąć, ktoś zażartował  na temat mocy tej 

czarnej, gęstej smoły. Colleen śmiała się ze wszystkimi, ale zanotowała sobie w myślach, aby przynosić własną 

kawę w termosie. 

- Już jest - wyszeptał jakiś głos. - Black Jack właśnie wysiadł z windy. 

Colleen nadstawiła uszu. Pan Blackledge swoje artykuły podpisywał pseudonimem „Black Jack”. 

Nagle  przez  tłumek  przebiegł  pomruk  lekko  podnieconych  głosów,  rozległo  się  kilka  sapnięć  i  Colleen 

poczuła na sobie powłóczyste spojrzenia. Nie rozumiała, co się dzieje, ale w swym krótkim życiu już kilka razy 

grała  rolę  nowicjuszki,  więc  potraktowała  tę  sytuację  jako  coś  normalnego.  Każda  grupa  razem  pracujących 

ludzi  ma  swoje  własne  dowcipy,  swój  język,  swój  własny  kod.  Wiedziała  z  doświadczenia,  że  nie  mogłaby 

zrobić nic gorszego niż zapytać o powód zamieszania. 

Z  natury  ostrożna  i  czujna,  Colleen  udała,  że  nie  zauważyła  nagłego  wzrostu  napięcia  i  spokojnie  popijała 

śmiercionośną  ciecz,  tutaj  zwaną  kawą.  Niestety,  stała  tyłem  do  drzwi,  więc  musiałaby  się  odwrócić  o  sto 

osiemdziesiąt stopni, żeby zobaczyć, kto wchodzi do pokoju. 

Wolała  tego  nie  robić.  Lepiej  nie  niszczyć  oczekiwań  grupy  na...  na  co?  Colleen  nie  wiedziała,  ale  z 

pewnością wszyscy wkoło na coś czekali. Na pozór spokojnie kontynuowała rozmowę z jednym z młodszych 

reporterów, udając brak zainteresowania. 

- Hej, Jack, ona jest tutaj! - zawołał ktoś śpiewnym głosem. - Twoja asystentka jest gotowa i czeka na 

ciebie. 

Colleen  poczuła  gorąco  czerwieniejących  policzków.  Ten  facet  wypowiedział  zwykłe,  niewinne  słowo 

„asystentka” tonem sugerującym jakiś sprośny podtekst! 

- Dobra, gdzie ona jest? - usłyszała szorstki, mocny głos, pełen zniecierpliwienia i złości. 

- Tam, Black Jack - padła wesoła odpowiedź. - Ta mała śliczna blondynka. 

background image

 

Colleen postawiła kubek z kawą na brzegu biurka i umyślnie powoli odwróciła się w stronę drzwi. 

Jacka  Blackledge’a  dzieliło  od  niej  kilka  kroków.  Bez  wątpienia  zauważył  ją  natychmiast.  Nie  tylko  była 

jedyną nie znaną mu osobą w biurze, ale też naprawdę wyglądała jak „śliczna mała blondynka.” 

Zmierzył  ją  wzrokiem.  Jej  rozpuszczone  jasnoblond  włosy  opadały  nieco  na  ramiona.  Patrzyła  na  niego 

ogromnymi  brązowymi  oczami.  Dostrzegł  słodkie,  miękkie  i  zmysłowe  usta.  Jej  skóra  przywodziła  na  myśl 

lody brzoskwiniowe, taka gładka i bez skazy jak porcelana w najlepszym gatunku. 

- Colleen Brady? - wyrzucił z siebie, chcąc zyskać na czasie. Dał się zaskoczyć, a nie zdarzało mu się to 

zbyt  często.  Kaz  nie  uznał  za  koniecznie  poinformować  go,  że  jego  asystentka  jest  również  piękną  kobietą. 

Niezła  laska,  jak  powiedzieliby  niektórzy  z  jego  kolegów.  Fala  ciepła,  która  przebiegła  przez  jego  ciało,  nie 

ucieszyła go w najmniejszym stopniu. 

-  Tak,  proszę  pana  -  odpowiedziała  Colleen.  Usłyszała  za  sobą  stłumiony  chichot  i  drgnęła.  Poczuła 

wewnętrzne  napięcie  jak  nowy  rekrut,  stojący  przed  najbardziej  znienawidzonym  instruktorem  musztry. 

Zmusiła  ciało  do  częściowego  choćby  rozluźnienia  napiętych  mięśni,  zdołała  wykrzywić  wargi  w  grymasie, 

który, miała nadzieję, przypominał oficjalny uśmiech i wyciągnęła rękę na powitanie. 

Jack zamknął jej dłoń w swojej, tak wielkiej, że wchłonęła jej małą rączkę całkowicie. Jego palce były długie, 

silne i twarde. 

Colleen  usiłowała  nie  gapić  się  na  niego,  ale  nowy  szef  bez  wątpienia  podziałał  na  jej  zmysły.  Dotąd 

wyobrażała  sobie  pana  Blackledge’a,  jako  lustrzane  odbicie  łysiejącego,  otyłego,  pięćdziesięciokilkuletniego 

Kazorowskiego.  Ujrzała  przed  sobą  jego  dokładne  przeciwieństwo:  młody,  wysoki  i  przystojny  w  bardzo 

męskim,  surowym  typie.  Miał  dość  długie,  czarne  i  niemożliwie  gęste  włosy,  oczy  swą  barwą  przypominały 

bezksiężycową noc, a usta o zmysłowych kształtach w tej właśnie chwili wykrzywiał nie wróżący nic dobrego 

uśmiech. 

Kiedy tak stali na wprost siebie, wyglądali jak olbrzym i krasnoludek. On, potężnie zbudowany, wysoki jak 

wieża, i ona, która przy swoich stu sześćdziesięciu centymetrach wzrostu i drobnokościstej budowie stanowiła 

z nim uderzający kontrast. Ubrany był w wypłowiałe czarne dżinsy, co tylko podkreślało jego szczupłe biodra, 

płaski  brzuch  i  onieśmielającą,  przytłaczającą  męskość.  Czarna  koszulka  i  skórzana  kurtka  przydawały 

ogólnemu wrażeniu nieokreślonej aury zagrożenia. 

„Ubiera się raczej  jak gangster, a nie  jak dziennikarz” - pomyślała  nerwowo Colleen.  Z całą pewnością  nie 

odpowiadał  ideałowi  osoby,  która  ma  innych  przyuczać  do  zawodu.  Emanował  seksem  i  był  nieprzystępny: 

klasyczny przykład niebezpiecznego i trudnego we współżyciu mężczyzny, którego to typu Colleen, klasyczny 

przykład grzecznej dziewczynki, konsekwentnie unikała. 

- Miło  mi panią poznać, panno Brady  - rzekł  Jack  fałszywie uprzejmym tonem, który wywołał wśród 

obserwatorów zduszony śmiech. - Jestem Jack Blackledge. 

Już wczoraj, wiedząc, że publiczność dopisze, zaplanował sobie scenę niby grzecznego przywitania, a po nim 

zamierzał kontynuować schemat pod tytułem „Black Jack poznaje i niszczy nie chcianą asystentkę.” Nie miał 

nic  przeciwko  zabawianiu  innych,  o  ile  nie  stało to  w  sprzeczności  z  jego  własnymi  celami.  Nie  przewidział 

jednak, że „nie chciana asystentka” będzie taka... pociągająca. Nie spodziewał się również, że dotyk jej małej, 

background image

 

ciepłej i miękkiej dłoni okaże się tak miły. 

Colleen z trudem przełknęła ślinę. 

-  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie.  -  To  zdanie  padło  z  jej  ust  automatycznie.  Nie  ulegało 

wątpliwości, że podobnie zachowałaby się, witając samego diabła. Dobre maniery 

 wpajała jej matka, a potem najstarsza siostra Shavonne, która przyjęła na siebie ciężar wychowania Colleen 

po śmierci rodzicielki. 

„Brak pieniędzy nie usprawiedliwia braku dobrych manier.” 

Ta zasada, powtarzana tak często przez matkę i siostrę, wręcz wdrukowała się w jej pamięć. Kiedyś rodzina 

Bradych cierpiała straszliwą nędzę i chociaż ten problem przestał istnieć, gdy cztery siostry Colleen poślubiły 

bogatych braci Ramseyów, to kindersztuba pozostała. „Posiadanie pieniędzy nie usprawiedliwia braku dobrych 

manier” - brzmiało nowe zawołanie bojowe Shavonne. 

-  A  więc  spotkanie  ze  mną  sprawia  pani  przyjemność,  Colleen?  -  Zjadliwość  jego  tonu  poruszyła 

dziewczynę do głębi. - Czy zawsze tak łatwo pani sprawić przyjemność, panno Brady? 

Colleen  poczerwieniała  na  twarzy.  Ktoś  z  tłumu  skomentował  to  głośno  i  poczuła,  że  jej  policzki  robią  się 

coraz gorętsze. W myślach przeklęła jasną karnację swej skóry, która zdradziła ją właśnie wtedy, kiedy chciała 

zachować pozory zimnej obojętności. 

Wysunęła rękę z jego dłoni. Właściwie tylko spróbowała to uczynić, bo Jack nie zwolnił uścisku. Pozostało 

jej  jedynie  wyrwanie  ręki  z  kleszczy  nowego  szefa,  ale  i  to  wydawało  się  daremne  w  obliczu  silniejszego 

przeciwnika,  który  nie  miał  najmniejszego  zamiaru  do  tego  dopuścić.  Zamierzał  natomiast  ją  zirytować, 

rozzłościć, zmusić do bitwy o odzyskanie własnej dłoni i tym sposobem ośmieszyć przed kolegami. 

Oczy Colleen i Jacka spotkały się. Wyczytała w jego spojrzeniu wyzwanie i zdecydowała się je przyjąć. 

 

background image

 

10

 

- Czy mógłby pan puścić moją rękę? - zapytała Colleen z wymuszonym, drewnianym uśmiechem. Jeżeli 

nie udało się jej wyglądać na zimną i obojętną, może chociaż tak zabrzmią te słowa. Miała nadzieję, że nikt nie 

zauważył lekkiego drżenia w jej głosie. 

- Nie. - Jack uśmiechnął się złośliwie. Wiedział, że wyprowadził ją z równowagi. To dobrze. Postanowił 

trzymać  jej  rękę  tak  długo,  aż  straci  resztkę  opanowania  i  pobiegnie  do  Każą  z  żądaniem  uwolnienia  jej  od 

jakichkolwiek kontaktów z tym paskudnym Jackiem Blackledge’em. 

Za jego decyzją krył się jeszcze jeden powód. Podobało mu się dotykanie tej dziewczyny. 

Colleen  nie  była  jednak  ani  tak  naiwna,  ani  tak  słaba  psychicznie  jak  przypuszczał.  W  końcu  przecież  jej 

siostry  poślubiły  czterech  braci  Ramseyów,  z  których  żadnemu  nie  brakowało  agresywności,  ciągot 

dyktatorskich  i  męskiej  przewrotności.  Siostry  Colleen  nauczyły  się,  jak  postępować  z  Ramseyami,  co  w 

żadnym razie nie było łatwe, a Colleen miała oczy i uszy otwarte i również sporo sobie przyswoiła. 

Wiele  razy  widziała,  jak  siostry  z  humorem  rozbrajały  pola  minowe  małżeńskich  nieporozumień.  Zawsze 

warto  spróbować  dowcipu,  kazała  więc  wargom  przybrać  kształt  najbardziej  promiennego  uśmiechu  i 

zaprzestała wysiłków, by uwolnić dłoń. 

-  Nie  sądziłam,  że  tak  szybko  osiągniemy  etap  trzymania  się  za  ręce,  Jack.  Więc  zakochałeś  się  od 

pierwszego wejrzenia? 

Tłumek  wybuchnął  śmiechem.  Jack  zarejestrował  aprobatę  widzów  i  zmarszczył  brwi.  Niezła  z  niej 

zawodniczka, skoro zdołała zażartować z jego taktyki zastraszania. Powinien teraz puścić jej dłoń i śmiać się ze 

wszystkimi.  Zmarszczył  brwi  jeszcze  bardziej.  Nie  lubił  czuć  się  wystrychnięty  na  dudka,  zwłaszcza  przez 

blondynkę o twarzy dziecka. 

Colleen  Brady  będzie  musiała  nauczyć  się  podstawowych  reguł,  z  których  pierwsza  brzmi:  on  tu  dowodzi. 

Kobiety przychodziły i odchodziły stosownie do jego zachcianek. Zawsze wszystko przebiegało zgodnie z jego 

warunkami.  Raz  nawet  podziękował  jednej  z  rozwścieczonych  dziewcząt,  która  nazwała  go  zimnokrwistą 

żmiją; uznał to za komplement. 

Łatwo  przyszło,  łatwo  poszło.  Tak  brzmiało,  kredo  i  zdecydowanie  odrzucał  możliwość  zmiany  swych 

poglądów  z  powodu  jakiejś  tam  laleczki  Barbie.  Zuchwale  otaksował  ją  spojrzeniem.  Ze  zdumieniem 

stwierdził, że przełknięcie śliny sprawia mu trudność. 

Jej  figura  posiadała  wszystkie  ponętne  krzywizny,  zagłębienia  i  wypukłości  dokładnie  tam,  gdzie  należy. 

Ciemnopurpurowej  sukienki,  którą  założyła  tego ranka,  nie  woźna  by  nazwać  seksowną,  ale  miękki  materiał 

uwydatniał znacząco jej kobiecość. Kształtne stopy obute były w, lekkie pantofelki na niskim obcasie, a ciemne 

rajstopy opinały smukłe łydki. 

„Wspaniałe  nogi”  -  przyznał  Jack,  wyobrażając  sobie  jej  uda,  z  pewnością  jędrne  i  zaokrąglone.  Następnie 

spróbował ujrzeć w myślach barwę i wielkość brodawek jej piersi, co zaowocowało, rzecz jasna, narastającym 

podnieceniem. „Pozbycie się małej panny Brady za pomocą uwiedzenia zapowiada się całkiem przyjemnie” - 

pomyślał. 

background image

 

11

-  Nazwijmy  to  pożądaniem  od  pierwszego  wejrzenia,  kochanie  -  wycedził.  Uniósł  jej  dłoń  do  ust 

przyciągając  ją  tym  samym  ku  sobie.  Kiedy  odwrócił  jej  rękę  i  przycisnął  do  niej  wargi,  do  jego  nozdrzy 

dotarła subtelna kwiatowa woń jej perfum. 

W uszach Colleen zabrzmiało echo jej przeraźliwie głośno bijącego serca. Co ma teraz zrobić? Poczuła silną 

pokusę, żeby wyrwać rękę i trzasnąć go na odlew w twarz, ale przecież obserwuje ich cała redakcja, czekając z 

niecierpliwością  na  jej  następne  posunięcie.  Jeden  fałszywy  ruch  może  ją  kosztować  sympatię  nowych 

kolegów, a może nawet wzbudzić w nich niechęć czy wrogość. 

Co gorsza, dotknięcie warg Jacka na wrażliwej skórze dłoni wprowadziło ją w jeszcze większe pomieszanie. 

Całe ciało Colleen ogarnął ten szczególny rodzaj fali gorąca, płynącej z okolic żołądka, która wnet dotarła do 

policzków i oblała je krwistym rumieńcem. 

Szybko zerknęła na jego prawą rękę. Nie dojrzała na niej obrączki ślubnej. Niespodziewana, a przy tym ani 

trochę  nie  pomocna  w  wyplątaniu  się  z  tego  ambarasu,  myśl  przeraziła  ją  tak  samo;  jak  dreszcz  emocji 

wywołany dotykiem jego dłoni. 

Witamy w Times-Gazette - krzyknął ktoś z tłumu - i na posadzie z piekła rodem. Jesteś odważniejsza 

niż ktokolwiek z nas. 

-  Black  Jackowi  potrzebna  asystentka  jak,  nie  przymierzając  jak  ślubna  małżonka  -  wymamrotał  ktoś 

inny. 

Tę ostatnia uwagę potwierdziły  chóralne potakiwania  i szepty. Colleen pojęła  ją w  lot: Jack Blackledge  nie 

chciał  się  żenić  i  nie  zamierzał  pracować  z  kimkolwiek.  Naraz  zobaczyła  swą  wymarzoną  posadę  z  zupełnie 

innej perspektywy. 

-  Pan  Kazorowski  przyjął  mnie  dość  entuzjastycznie  -  wybuchnęła  Colleen,  zbyt  poruszona 

najświeższym  odkryciem,  by  utrzymać  język  na  wodzy.  -  Ale  to  nie  był  entuzjazm,  prawda?  To  był  akt 

desperacji? 

Usłyszała pojedyncze oklaski i śmiechy. Z uczuciem, jakie zwykle towarzyszy tonącemu, Colleen zdała sobie 

sprawę ze swego rzeczywistego położenia. Ten szczęśliwy los na loterii, jej wspaniała nowa praca okazała się 

niewypałem. Prawdopodobnie propozycję  jej podjęcia odrzuciło  mnóstwo ludzi, także wszyscy obecni w tym 

pokoju,  zanim  ona  miała  nieszczęście  przysłać  swoje  podanie.  Czy  Kazorowski  w  ogóle  czytał  próbki  jej 

tekstów? 

Nagle Jack puścił  jej dłoń. Kiedy  ich oczy  niechcący  się spotkały, dostrzegła w  jego wzroku gniew zamiast 

wcześniejszej złośliwej satysfakcji. 

- Do tego kupił cię tanio  - wycedził zimno  Jack.  - Mam  nadzieję,  że  nie  łudziłaś  się, że to z powodu 

twoich talentów dziennikarskich.  

- Umiem pisać - odrzekła Colleen. 

P  o  m  o  c  y  -  zawołała  bezgłośnie  w  myślach.  Nie  lubiła  walczyć,  a  walka  z  mężczyzną,  w  dodatku  tak 

silnym,  wysokim  i  tak  bardzo  męskim,  przerażała  ją  bardziej  niż  cokolwiek  innego.  Obserwowała  swoje 

siostry, ich zmagania z przyszłymi wówczas mężami z klanu Ramseyów i już wtedy czuła wielką ulgę, że była 

tą panną Brady, której oszczędzono podobnych przejść. 

background image

 

12

Jednak przyglądając się siostrom, zapamiętała dobrze jedną ważną rzecz. Pewien typ mężczyzny: dominujący, 

agresywny, promieniujący magnetyzmem seksualnym osobnik - a Jack Blackledge bez wątpienia należy do tej 

kategorii  -  każdego,  kto  ustępuje  mu  z  drogi,  natychmiast  rozgniata  jak  pchłę.  Jack  Blackledge  rozumie  i 

szanuje tylko siłę i władzę. Uległa, nieśmiała kobieta nie ma w walce z nim żadnych szans. 

Musi mu teraz udowodnić, że trafił na równego sobie przeciwnika. Ruszaj, jeżeli zamierzasz iść naprzód. Tak 

brzmiała  dewiza  Ramseyów,  mająca  uzasadnić  konieczność  nieustannego  panowania  nad  sytuacją,  a  Colleen 

zbyt  często  oglądała  tych,  którzy  wycofali  się  bez  walki.  W  atmosferze  powszechnego  lekceważenia  tracili 

możliwość  decydowania  o  własnej  przyszłości.  To  właśnie  spotkałoby  ją  w  Times-Gazette,  gdyby  pozwoliła 

Jackowi Blackledge’owi sterroryzować się na dobre. 

- Umiem pisać - powtórzyła jeszcze dobitniej. 

-  Umiesz  pisać?!  -  zawołał  kpiąco  Jack.  -  Spędziłaś  wakacje  przebrana  za  kaczuszkę.  Co  to  ma 

wspólnego z pisaniem? Zaliczyłaś kilka egzaminów z dziennikarstwa na jakimś zakichanym uniwerku... 

-  Nie  studiowałam  dziennikarstwa  -  przerwała  mu  Colleen,  a  jej  piwne  oczy  zaczęły  jarzyć  się 

gniewnym blaskiem. - Skończyłam filologię angielską. 

- Jeszcze lepiej! - krzyknął Jack z pogardą. 

Colleen  wpadła  w  konsternację.  Usiłowała  odpowiadać  ciosem  na  cios  i  stępić  jego  ostry  język,  ale 

Blackledge najwyraźniej postanowił ją znokautować. Nie była pewna, jak długo utrzyma się na ringu. 

- Och, daj jej spokój, Jack - odezwał się jeden z dziennikarzy sportowych. Przypuszczalnie, wczuwając 

się w jej położenie, pragnął w ten sposób podtrzymać ją na duchu. 

- Ona jest w porządku - dodał któryś z reporterów, uśmiechając się nerwowo. 

Zgodził się z  nim  ktoś  jeszcze  i  szala zwycięstwa zaczęła  się powoli przechylać  na  stronę Colleen. Czyżby 

zdała nieformalny egzamin i zdobyła sympatię nowych kolegów? Kiedy dwie z młodszych reporterek podeszły 

do niej i zaprosiły ją na lunch w czasie przerwy, pomyślała, że chyba tak. 

Jack  doszedł  do  tego  samego  wniosku.  Rzucił  Colleen  złowróżbne  spojrzenie  i  pomaszerował  sztywno  w 

kierunku swojego biurka. 

- Idziesz tutaj czy zamierzasz sterczeć tam i plotkować cały dzień?! - zawołał ze złością. - Nie jesteś w 

wesołym miasteczku. W tym miejscu wydaje się gazetę. 

- Spróbuj się nie przejmować, Colleen - szepnęła jedna z jej nowych przyjaciółek, z którymi miała zjeść 

lunch. - To nawet lepiej, że cię nie znosi. Będziesz bezpieczniejsza i popracujesz tu o wiele dłużej. 

Colleen  była wdzięczna  za słowa otuchy,  lecz  nie dodały  jej one odwagi. Podeszła do biurka  Jacka w pełni 

świadoma, że nie cieszy się łaską swego szefa. 

- Dotąd miałem ten kąt wyłącznie dla siebie - powiedział kwaśno - ale widzę, że wstawiono już mebel 

dla ciebie. -  Wskazał  na  stary, odrapany  blat, wciśnięty pomiędzy  jego wielkie, błyszczące  biurko a ścianę. - 

Siadaj i do roboty - rozkazał. 

Colleen  usiadła  na  starym  drewnianym  krześle.  Nie  mogła  nie  zauważyć,  że  obrotowe  krzesełko  Jacka  jest 

zaopatrzone  w  miękkie  poduszki,  podczas  gdy  jej  stary  grat  wyglądał  jak  wyrzucony  na  śmietnik  z  liczącej 

sobie sto lat wiejskiej szkółki. Po kilkudziesięciu  sekundach siedzenia na  nim  jej ciało potwierdziło tę ocenę. 

background image

 

13

Zastanawiała się, jak wytrzyma na nim przez kilka godzin. 

Colleen  powstrzymała  westchnienie.  Na  szczęście  biurka  ustawiono  tak,  że  dzieliła  ją  od  Jacka  szerokość 

dwóch blatów. Cóż, należy być wdzięcznym choćby i za to. Gdyby biurka stały tyłem do siebie, nie dałoby się 

uniknąć przypadkowych dotknięć. 

Pomyślała o jego dużej, silnej i ciepłej ręce, o jego wargach na swej skórze i dziwny dreszcz przebiegł jej po 

kręgosłupie. Tak, musi za wszelką cenę uciekać przed dotykiem tego człowieka. 

- Wiesz, jak włączyć komputer? - zapytał Jack, udając troskliwość i obserwując ją przy tym uważnie. - 

Tam z boku jest taki kluczyk, który musisz przekręcić. Może ci pomóc? 

- Nie, dziękuję. Poradzę sobie. - Poprzysięgła w duchu, że nie skorzysta z pomocy Jacka, nawet gdyby 

to  miało  oznaczać  ślęczenie  przed  czarnym  ekranem  przez  cały  dzień.  Przeszukała  klawiaturę,  znalazła 

przełącznik i po chwili komputer ożył, sygnalizując to cichym brzęczeniem. 

Jack zdawał się jej nie zauważać, więc w końcu zebrała się na odwagę i chrząknęła. 

- Nie chciałabym panu przeszkadzać, ale co właściwie mam robić? 

- A może ty mi powiesz, moja mała, co cię skłoniło do zabawy w dziennikarstwo? 

Colleen  popatrzyła  mu  prosto  w  oczy.  Wtedy  coś  trudnego  do  uchwycenia,  silnego  jak  wyładowanie 

elektryczne przebiegło między nimi. 

Po  prostu  hormony,  czysta  chemia  -  pomyślał  Jack.  Ekscytujące,  ale  w  obecnej  sytuacji  zupełnie  nie  na 

miejscu. Przecież starał się jej pozbyć, a nie zaciągnąć do łóżka. Ku swemu niezadowoleniu skonstatował, że 

ma ochotę na jedno i drugie jednocześnie. 

Mniej  doświadczona  Colleen  zinterpretowała  powstałe  napięcie  jako  wrogość  z  jego  strony.  Z  historii 

burzliwego narzeczeństwa swoich sióstr zapamiętała także tę naukę: jedyny sposób radzenia sobie z wrogością 

to stawić jej czoło. 

Odmówiła w myśli krótką modlitwę, wdzięczna za czysto zawodowy charakter swych stosunków z Jackiem. 

Wyobraziła  sobie,  że  musiałaby  utrzymywać  osobiste  kontakty  z  takim  seksownym,  wymagającym, 

agresywnym, trudnym mężczyzną! To... przerażające. 

-  Nie  bawię  się  w  dziennikarstwo  -  odrzekła,  dumna  ze  swego  opanowanego,  zimnego  tonu.  Bez 

onieśmielającej  asysty  obserwatorów  łatwiej  się  z  nim  rozmawiało.  -  Zawsze  chciałam  pisać.  Kiedy  pan 

Kazorowski przyjął mnie do pracy, ledwo uwierzyłam w swoje szczęście. 

- Jak się dowiedziałaś, że nikt w redakcji nie reflektował na tę posadę? 

- Po takim miłym powitaniu z pańskiej strony nie miałam żadnych wątpliwości. - Ucieszyła się z udanej 

repliki. Tak, słowna potyczka z panem Blackledge’em okazała się dla niej dużo prostsza, kiedy rozmawiali sam 

na sam. 

-  A  dlaczego  szukałaś  pracy  właśnie  w  Buffalo?  -  Ogarnęło  go  rozdrażnienie,  gdy  jej  żałosne  próby 

odcinania  się  naprawdę  odniosły  skutek.  -  Tak  się  składa,  że  ja  kocham  to  miasto.  Tutaj  się  urodziłem  i 

wychowałem,  ale  nie  mogę  nie  dostrzegać,  jaką  złą  reputacją  cieszy  się  Buffalo  w  całym  kraju.  Nikt  bez 

specjalnego powodu nie przyjeżdża tutaj. 

 

background image

 

14

Colleen  zastanawiała  się,  czy  on  czeka  na  odpowiedź,  czy  tylko  sposobi  się  do  kolejnej  złośliwości. 

Postanowiła wziąć jego pytanie za dobrą monetę i odpowiedzieć. 

- Osoba, z którą wynajmuję mieszkanie... 

- Mężczyzna czy kobieta? - Znów zastawiał na nią pułapkę. 

Colleen zdecydowała, że ominie ją z daleka. Rzuciła mu pobłażliwe spojrzenie.  

- Kobieta - rzekła. - Ma na imię Nicola. Nicola Shakarian. Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami przez 

całe studia, więc po dyplomie... 

- Mieszkałaś kiedyś z mężczyzną? 

-  Nie!  -  Zaraz  pożałowała,  że  jej  głos  ujawnił  tyle  przerażenia.  Znowu  zamierzał  ją  zirytować,  a  ona 

połknęła przynętę. Musi odzyskać utracone terytorium. 

-  Mieszkał  pan  kiedyś  z  kobietą?  -  Po  raz  pierwszy  w  życiu  zadała  takie  pytanie  mężczyźnie.  Miała 

nadzieję, że wygłosiła je niedbałym tonem osoby doświadczonej. 

- Oczywiście. Przez dwa lata byłem żonaty. Oprócz tego i przed ślubem, i po rozwodzie zdarzało mi się 

przez czas dłuższy gościć kobiety w swoim mieszkaniu. 

-  Ach  tak.  -  No  i  co  teraz  powinna  powiedzieć?  Kiedy  dochodziło  do  niedbałej  wymiany  zdań  osób 

doświadczonych, Jack miał nad nią co najmniej tysiąc lat przewagi. 

- Pozwól, że uprzedzę twoje kolejne pytanie. Nie, w tej chwili mieszkam sam. - Jack uśmiechnął się w 

sposób, jakiego nie powstydziłby się wilkołak. - Powszechnie uważa się mnie za doskonałą partię. 

- Kto tak uważa i z jakich powodów? - zareplikowała natychmiast Colleen. Niestety, znów zaczęła się 

rumienić. Jak on odgadł, że właśnie zastanawiała się nad jego obecną sytuacją? 

-  Punkt  dla  ciebie.  -  Tym  razem  zaśmiał  się  szczerze.  -  Czy  w  twoim  życiu  jest  jakiś  mężczyzna, 

Colleen?  Może  miły  chłopiec  z  college’u,  który  nawet  teraz,  kiedy  sobie  gawędzimy,  haruje  jak  wół,  żeby 

kupić ci pierścionek zaręczynowy z jednokaratowym diamentem? 

Sztywno pokręciła głową i w tym samym momencie nagle odzyskane poczucie humoru dodało jej pewności 

siebie. Ze zdziwieniem stwierdziła, że się uśmiecha. 

-  Wygląda  na  to,  że  właśnie  ten  brak  pierścionka  rzucił  mnie  i  Nicolę  do  Buffalo.  Przez  pierwsze 

miesiące po studiach próbowałyśmy mieszkać w Houston, ale na dłuższą metę okazało się to niemożliwe. Moja 

rodzina wciąż organizowała dla  mnie  i dla Nicoli randki  z chłopcami, których wcześniej  nie widziałyśmy  na 

oczy.  A kiedy  nie usiłowali  nas wydać za  mąż, to bez przerwy  nas odwiedzali, zapraszali  na obiady  i raczyli 

kazaniami na temat zagrożeń i pułapek czyhających na dwie samotnie mieszkające dziewczyny. Doszłyśmy do 

wniosku,  że  powinnyśmy  wyjechać  z  miasta.  Znalazłyśmy  zajęcie  w  Waszyngtonie.  Tam  mieszkają  krewni 

Nicoli.  -  Uśmiechnęła  się  jeszcze  szerzej.  -  No  i  proszę  sobie  wyobrazić:  cała  historia  powtórzyła  się  od 

początku  do  końca,  tym  razem  z  rodziną  Nicoli  w  roli  głównej.  Znowu  doprowadzali  nas  do  szału 

nadopiekuńczy wujowie i swatające ciotki. 

Wcale nie pragnął odwzajemnić jej uśmiechu, jednak zrobił to bez udziału woli. 

- Więc postanowiłyście poszukać wolności i niezależności w Buffalo? 

 

background image

 

15

-  Zależało  nam  na  wolności  gdziekolwiek.  Starałyśmy  się  o  pracę  we  wszystkich  miastach  w  całym 

kraju,  byle  z  daleka  od  Bradych  i  Shakarianów.  Nicola  jest  pielęgniarką  i  chciała  zatrudnić  się  w  szpitalu 

pediatrycznym, a ja w gazecie. Umówiłyśmy się, że pojedziemy tam, gdzie będzie praca dla nas obu. 

- I była w Buffalo. 

Colleen przytaknęła. 

- Nicola dostała etat pielęgniarki w szpitalu dziecięcym. Myślę, że spodoba nam się to miejsce. Wiem, 

że tak będzie - poprawiła się, a w jej oczach błysnęła radość. - Nareszcie jesteśmy na swoim, mamy przyjemne 

mieszkanko i obie znalazłyśmy dobre posady. 

- Może twoja przyjaciółka znalazła dobrą posadę, ale ciebie wpuszczono w maliny, moja droga. Masz 

na głowie trzy różne zajęcia za niecałą jedną pensję. 

- Trzy? - Wpatrzyła się w niego spłoszona. 

-  Oprócz  pracy  ze  mną,  która  będzie  ciężką  torturą,  mogę  ci  to  obiecać,  przyjdzie  ci  recenzować 

bzdurne komedie dla  nastolatków i rzygawiczne horrory, bo nasza recenzentka od idiotycznych  filmideł  idzie 

na  urlop  macierzyński.  Laura  Berman,  szefowa  działu  rozrywki,  kategorycznie  odmówiła  oglądania  tych 

śmieci.  A  Stefania  Doebler,  redaktorka  działu  kulinarnego,  poprosiła  o  kogoś  do  pomocy  przy  rubryce 

wymiany przepisów od czytelników, w czwartkowym poszerzonym wydaniu. Wysil mózg i zgadnij, kto zajmie 

się tym wszystkim. 

- Ja? - Colleen rozwarła szeroko oczy. 

- Brawo. 

- Wymiana przepisów kulinarnych? Czy będę musiała też gotować? 

-  Skąd,  u  diabła,  mam  wiedzieć?  -  Jack  wzruszył  ramionami.  -  Nie  miałem  dotąd  nic  wspólnego  z 

czymś takim. Z pomocą boską może nigdy nie będę miał. 

- Ale ja nienawidzę gotowania. Jestem okropną kucharką. 

- W takim razie żywię nadzieję, że każą ci nie tylko wypróbować każdy przepis, ale także zjeść to, co 

przygotujesz. I nie spodziewaj się, że zaryzykuję przełknięcie choćby kęsa z tej brei. 

-  Ani  mi  to  w  głowie.  -  Zagryzła  dolną  wargę.  -  Pan  Kazorowski  nic  nie  wspominał  o  przepisach  i 

recenzjach filmów. 

- O recenzjach głupich filmów - poprawił ją Jack radośnie. - Oczywiście, że nie wspomniał. Jak słusznie 

zauważyłaś, był zdesperowany. Nie powiedział ci także, że w dziennikarskim światku Buffalo uważa się mnie 

za plagę egipską i dopust boży, prawda? 

Colleen przyjrzała mu się w zamyśleniu. 

- Najwyraźniej nie jest ci przyjemnie, że nikt nie chce z tobą pracować, a mimo to wcale nie próbujesz 

traktować ludzi uprzejmie i po przyjacielsku... 

-  Uprzejmie  i  po  przyjacielsku?-  huknął  Jack.-  Za  długo  przebywałaś  w  magicznym  świecie  Disneya, 

moja panno. W realnym świecie nie ma miejsca na „uprzejmie i po przyjacielsku”. Każdy układa sobie grafik 

własnych celów i robi wszystko, żeby je osiągnąć kosztem pozostałych. Chodzi tylko o to, żeby wysforować się 

daleko przed innych i utrzymać na czele wyścigu, to wszystko. 

background image

 

16

Colleen skrzywiła się. 

- Jakbym słyszała teścia moich sióstr. To znaczy ojca moich szwagrów - wytłumaczyła. 

- Co? - Jack najwyraźniej potrzebował dalszych wyjaśnień. 

- Mam cztery siostry: Shavonne, Erin, Tarę i Megan, które poślubiły czterech braci: Slade’a, Rada, Jeda 

i Ricka. Oni... 

- Zaraz, zaraz, chcesz, żebym się nauczył tych wszystkich imion na pamięć? - przerwał jej znowu. - Czy 

na koniec szykujesz jakiś konkurs? 

Colleen obrzuciła go zimnym jak lód spojrzeniem. 

- Moje siostry mają tego samego teścia, bo ich mężowie są synami tego samego ojca. Większość ludzi 

uważa ten  fakt za  interesujący. Ten człowiek to rekin w  ludzkiej skórze. Zgodziłby się z tobą co do filozofii 

typu „rób wszystko, byle tylko utrzymać się na szczycie” i podobnych bzdur. Ja się nie zgadzam, jeśli chcesz 

wiedzieć - zakończyła. W jej brązowych oczach zajaśniały iskierki buntu. 

Jack popatrzył na nią surowo. Sytuacja zaczęła wymykać się spod mojej kontroli - pomyślał z niepokojem. Ta 

dziewczyna jest zbyt ładna i zbyt pociągająca... i za młoda dla niego. Co gorsza, w jej towarzystwie czuł się o 

wiele za dobrze. Czas skończyć koleżeńską pogawędkę i to natychmiast. 

-  To  nie  bzdury,  to  uniwersalna  prawda  -  rzucił  ostro.  -  Poza  tym  nie  interesuje  mnie  historia  twojej 

rodziny,  więc  jeśli  w  ten  sposób  usiłujesz  zachowywać  się  uprzejmie  i  po  przyjacielsku,  to  na  mnie  to  nie 

działa, Colleen. 

Jej  policzki  przybrały  barwę  głębokiej  purpury.  Nie  dość,  że  co  chwila  z  niej  drwił,  to  jeszcze  wymówił 

„Colleen” takim tonem, jakby chciał powiedzieć „ty idiotko”. 

Doprowadził ją do ostateczności. 

- Dlaczego jesteś taki... taki nieznośny! - wybuchnęła. 

- Nieznośny? - warknął Jack. - Nie jestem nieznośny! Tak możesz nazwać dzieciaka, który nie chce iść 

spać po dobranocce. Uprzejmie, po przyjacielsku, nieznośny...Jeżeli twoje słownictwo dziennikarskie brzmi tak 

przyziemnie, jak to, co słyszę, to radzę ci jak najszybciej zainwestować w dobry słownik, dziecinko. 

-  Nie  lubię,  kiedy  nazywa  się  mnie  dziecinką  albo  panienką  -  rzekła  ostro  Colleen.  -  Nie  jestem 

dzieckiem. 

- Oho, witamy nową feministkę. No dalej, powiedz mi, jak bardzo nienawidzisz mężczyzn, i jak to my, 

mężczyźni,  niszczymy  was, piekielnie utalentowane kobiety. Już czekam  na przemówienie z cyklu „Jakiż ten 

świat byłby wspaniały, gdyby rządziły nim kobiety”. 

Zmierzyli się wzrokiem ponad blatami dwóch biurek. 

- Wcale nie nienawidzę mężczyzn - zaprzeczyła Colleen gorąco - ale dla ciebie chyba uczynię wyjątek. 

-  A  zatem  Colleen  lubi  mężczyzn  -  odezwał  się  przesłodzonym  głosem,  zastawiając  na  nią  kolejną 

pułapkę. - Założę się, że wielu mężczyzn lubi Colleen. Czy spędzasz czas jako imprezowa seksowna panienka 

co  wieczór  z  innym  przyjacielem,  Colleen?  Bawią  cię  zaloty  kilku  facetów  naraz,  kiedy  ty  możesz  wybrać 

sobie tego lub tamtego w zależności od nastroju? 

- Odpowiedź na oba pytania brzmi „nie” - odrzekła z kamienną twarzą. 

background image

 

17

- Nie? Nie chodzisz na przyjęcia, nie flirtujesz, nie mieszkasz z przyjacielem. Co ty właściwie robisz z 

mężczyznami, moja droga? 

Zignorowała  złośliwy  podtekst  tego  pytania.  Ich  rozmowa,  czy  raczej  kłótnia,  coraz  bardziej  przypominała 

wszystkie te nieprzyjemne wymiany zdań, do jakich dochodziło w trakcie randek z amantami myślącymi tylko 

o wciągnięciu jej do łóżka. Przywołała w pamięci rezultaty tych nudnych, żałosnych dialogów. 

- Więc powiesz mi czy nie, Colleen? - nalegał Jack. - Czekam na odpowiedź z zapartym tchem. 

Usta Colleen wykrzywiły się nagle w kwaśnym uśmiechu. Skoro chce się dowiedzieć, to proszę bardzo. 

-  Mogłabym  odpowiedzieć,  że  tak  osobiste  szczegóły  to  nie  twój  interes  i  że  zbliżasz  się  do  granicy 

nagabywania  seksualnego.  Odniosłam  jednak  wrażenie,  że  to  by  cię  tylko  zachęciło  do  dalszego  włażenia  z 

butami w moje prywatne życie. Może nawet zachęciłoby cię do ponownego bajdurzenia o moim feminizmie. 

- Hm, nie mylisz się - zgodził się, a jego czarne oczy zaczęły błyszczeć. 

- W takim razie usłyszysz prawdę. - Głęboko odetchnęła. Oto nastąpi wyznanie, które zawsze odstrasza 

mężczyzn. Nigdy dotąd jej nie zawiodło. - Jeśli chodzi ci o seks, to mam niewiele wspólnego z mężczyznami. 

Czasem  tylko  pocałunek  na  dobranoc,  jeżeli  spędziliśmy  razem  kilka  miłych  wieczorów  i  jeśli  zdołałam  go 

polubić. To wszystko. Dotąd sięga moje doświadczenie z płcią przeciwną. 

- Mówisz poważnie? - Jack wyglądał na zakłopotanego. - Chcesz powiedzieć, że jesteś dziewicą? 

Colleen skinęła głową, rozpaczliwie walcząc z wpełzającym na jej twarz rumieńcem. 

Jack gapił się na nią baranim wzrokiem. 

- A co... co z seksem? 

Rumieniec pogłębił się. Zaczęła się wiercić na niewygodnym krześle. 

-  Nie  jestem  pewna,  czy  powinnam  uprawiać  seks  przed  ślubem,  czy  dopiero  po  wyjściu  za  mąż  - 

wyznała cicho. - Moje dwie siostry spały ze swoimi mężami przed ślubem, a dwie pozostałe wytrzymały z tym 

do nocy poślubnej. Wiem jedynie, że aby podjąć taką decyzję, musiałabym być bardzo zakochana i absolutnie 

pewna swoich uczuć, tak jak moje siostry. 

Przez kilka chwil Jack nie był w stanie wykrztusić ani słowa. 

- Naprawdę nie zamierzasz - wydukał w końcu - iść do łóżka z mężczyzną, dopóki się z tobą nie ożeni? 

Wstał  z  krzesła  i  rozpoczął  wędrówkę  w  tę  i  z  powrotem,  środkiem  wąskiego  pasa  wolnej  podłogi  między 

biurkiem a oknem. 

- Toż to średniowiecze! Co za wariactwo, żeby nie rzec, kompletne... - Z trudem złapał oddech. - Nawet 

nie potrafię znaleźć na tyle dosadnych słów, żeby ci powiedzieć,co myślę o takich staroświeckich, obłąkanych 

poglądach. 

- Och, jak dotąd nieźle sobie radzisz. 

Jego reakcja nie jest zaskakująca ani tym bardziej oryginalna - pomyślała Colleen wzdychając. Przywykła już 

do takich scen. Zdarzały się zawsze, kiedy sytuacja zmuszała ją do wyłuszczenia powodów tego, że „nie idzie 

na całość”, jak to uroczo określali jej niedoszli kochankowie. 

- Dlaczego was, mężczyzn, tak to denerwuje? - zapytała, czując narastającą wściekłość. - Nie potępiam 

nikogo,  kto  ma  inne  zapatrywania  na  seks.  Ja  nie  chcę  nakłaniać  innych  do  podejmowania  jakichkolwiek 

background image

 

18

decyzji, zanim będą gotowi. Dlaczego więc ludzie tak łatwo potępiają i wyszydzają moje decyzje? 

-  Dlatego,  że...  że...  -  Jack  zamilkł.  Chociaż  ciężko  przyszło  mu  to  przyznać,  Colleen  miała  rację. 

Zastanawiał  się  gorączkowo,  czemu  tak  go  to  ubodło.  Przecież  nie  namawiała  go  do  życia  w  celibacie,  po 

prostu przedstawiła swoje stanowisko w pewnej kwestii. 

Jego wzrok, jakby  niezależnie od woli, po raz kolejny spoczął  na zmysłowych krągłościach piersi, ukrytych 

pod miękką włóczkową sukienką. Na piersiach, których nie zobaczył ani nie dotknął żaden mężczyzna. 

Jest dziewicą! Te słowa nadal dźwięczały mu w uszach. Dlaczego ten prosty fakt poruszył go aż tak mocno? 

Czemu nie mógł przestać myśleć o tym, że każde miłosne dotknięcie i każda pieszczota okazałyby się dla tej 

dziewczyny  czymś  zupełnie  nowym?  Zmusił  się,  żeby  wypchnąć  z  umysłu  prowokacyjne  myśli  i 

skoncentrować się na głównym celu tej rozmowy: tłamszeniu i odstraszaniu niepożądanej asystentki. 

- Cóż, więc nie jesteś zbyt doświadczona - mruknął. - Pozwól, że udzielę ci małej lekcji na temat życia 

we  współczesnym  świecie.  Otóż  dziewictwo  straciło  dziś  na  atrakcyjności.  Jeśli  kiedykolwiek  poweźmiesz 

zamiar zainteresowania sobą mężczyzny, to nie wyskakuj ze swoimi rewelacjami. 

-  Waśnie  o  to  chodzi.  Nie  muszę  cię  sobą  zainteresować,  dlatego  postanowiłam  powiedzieć  ci  trochę 

prawdy - odparła natychmiast Colleen. - Teraz, mam nadzieję, dasz sobie spokój z niewybrednymi uwagami na 

temat seksu. Jak już wiesz, w przypadku mojej osoby to strata czasu. 

Podszedł do jej biurka i zawisł nad nią jak sekwoja nad kępą paproci, znów próbując taktyki onieśmielenia. 

- Być może popełniłaś strategiczny błąd, moja słodka. Przypuśćmy, że potraktuję twą niewinność jako 

wyzwanie? Przypuśćmy, że  nie spocznę, dopóki  nie  będę cię  miał w  łóżku? Nigdy  jeszcze  żadna  kobieta nie 

wymknęła się z moich sideł. Gdybym zdecydował się na ciebie, spotkałby cię ten sam los. Z całą pewnością. 

Colleen  na  chwilę  zesztywniała,  czując  falę  dreszczy.  Z  przerażeniem  skonstatowała,  że  nie  był  to  dreszcz 

strachu,  tylko  podniecenia.  Natychmiast  opanowała  to  uczucie.  Zakończenia  tego  typu  dyskusji  znała  już  na 

pamięć. 

- Na pewno ci się odechce - powiedziała matowym głosem. - Stracisz mnóstwo czasu i energii. Szybko 

dojdziesz do wniosku, że niepotrzebnie marnujesz siły. 

- Zdarzało się tak przedtem? 

Kiwnęła głową. 

-  Ale  nigdy  dotąd  nikogo  nie  kochałam  i  nikt  nie  zakochał  się  we  mnie.  Redy  to  się  stanie,  kiedy 

zakocham się w kimś, kto pokocha mnie... 

- Wylądujesz w jego łóżku, nie oglądając się na nic - dokończył Jack. 

-  Chciałam  powiedzieć,  że  on  nie  potraktuje  mnie  jak  prehistorycznego  potwora  ze  względu  na  moje 

poglądy. Uszanuje je i pozwoli mi podjąć decyzję bez ciągłego ponaglania - odparowała cios. 

- Teraz rozumiem, dlaczego tak polubiłaś Disneyland. Kraina śpiących królewien, szlachetnych książąt i 

bajkowych ślubów w długiej białej sukni. - Pokręcił głową. - Obudź się, dziewczyno. Życie to nie bajka. 

- Czasem życie wydaje się dziwniejsze nawet od bajki - sprzeciwiła się. - Moje życie... 

-  Oszczędź  mi  opowieści  o  swoim  życiu,  jeśli  łaska  -  przerwał  jej  z  sardonicznym  uśmiechem  na 

twarzy. 

background image

 

19

- Nie bój się, nie będę cię zanudzać. Zresztą ktoś tak mocno osadzony w rzeczywistości jak ty i tak by 

mi nie uwierzył. 

- Niełatwo zbić cię z pantałyku, co, Colleen? 

Wiedziała, że nie był to komplement. 

Rzeczywiście,  nie  był.  Cała  ta  rozmowa  o  ślubach  i  małżeństwie  podziałała  Jackowi  na  nerwy.  Wywołała 

nieprzyjemne wspomnienie z czasów, kiedy sam, zamroczony sukcesami bohater stadionów, wierzył w historie 

typu „żyli długo i szczęśliwie”. Mimo woli zobaczył w myślach swój ślub sprzed dziesięciu laty, pannę młodą. 

Donnę, w długiej białej sukni. 

Sekundę później na ten obraz nałożył się inny, późniejszy o niecałe dwa lata. Oto Donna upychająca sukienki 

w walizce i oznajmiająca mu lodowatym tonem, że odchodzi. Poczuła się oszukana, kiedy jej mąż, wspaniały 

sportowiec,  złamał  warunki  umowy,  kończąc  swą  bardzo  dochodową  karierę.  Jack,  z  ręką  w  gipsie  od 

nadgarstka aż po ramię, a więc bez szans na dalsze występy w piłkarskiej ekstraklasie, po prostu słuchał. 

Długo  i szczęśliwie. Ha! Od tamtej pory zdążył  zmądrzeć, dlatego  idealizm  Colleen wydał  mu się  irytującą 

dziecinadą. Jack wrócił do swego biurka i usiadł. 

- Dlaczego nie pobiegniesz do Każą ze  skargą  na  moje podłe zachowanie? - zaproponował z chytrym 

uśmieszkiem. 

- Nie byłeś podły - odpowiedziała spokojnie. - Byłeś... hmmm... waham się użyć tego słowa znowu, ale 

zrobię to mimo wszystko. Byłeś nieznośny. Nie zamierzam rozpłakać się z te go powodu. 

-  Obrażałem  cię  i  dręczyłem  od  pierwszej  chwili  naszego  spotkania  -  wycedził  Jack  przez  zaciśnięte 

zęby. - Jeśli tego nie zauważyłaś, to jesteś najbardziej nieczułą albo najgłupszą kobietą, jaką znam. 

Desperacko próbował wyprowadzić tę dziewczynę z równowagi, sprawić, by rzuciła się na niego z pięściami 

albo wybuchnęła płaczem. Uważał siebie za mistrza w manipulowaniu reakcjami ludzi i władza płynąca z tego 

daru  zawsze  dawała  mu  ogromną  satysfakcję.  Na  nieszczęście,  Colleen  Brady  najwyraźniej  odmawiała 

współpracy  w  tym  względzie.  Nie  pamiętał,  kiedy  po  raz  ostatni  strawił  tyle  czasu  i  energii  na  okiełznanie 

kogoś, kto jak ta mała wszedł mu w drogę. Ani też, kiedy poniósł klęskę. 

Colleen ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że zaistniała sytuacja nie jest jej niemiła. Z przyczyn, których jak 

dotąd nawet nie zaczęła sobie uświadamiać, nie bała się swego szefa. Na przekór wszelkim oczekiwaniom jego 

towarzystwo działało na nią stymulujące, a nawet sprawiało jej pewną przyjemność. 

- Wiesz, to bardzo podniecające nie dać się wyprowadzić z równowagi komuś, kto stara się to zrobić tak 

uparcie i bez ogródek - zaszczebiotała wesoło. - Może to wyprowadzi ciebie z równowagi, Jack. Nie wzięłam 

sobie do serca ani jednego twojego słowa. Wszystkie te nieznośne uwagi spłynęły po mnie jak... 

-... jeśli powiesz „jak woda po kaczym zadku” to nie ręczę za siebie - wtrącił Jack. 

- Ach tak? No to nic nie powiem. 

Ku  swemu  zaskoczeniu  o  mało  się  nie  uśmiechnął.  Szczęściem  w  porę  opanował  tę  pokusę.  Nie  podda  się 

urokowi  tej  zuchwałej,  pewnej  siebie,  pyskatej  baby.  Niedoczekanie!  Niestety,  pyskata  baba  jest  również 

śliczna  i  z  pewnością  zbyt  sympatyczna.  Po  raz  pierwszy  od  stu  lat  stracił  panowanie  nad  sytuacją.  Co  za 

potworne uczucie! 

background image

 

20

Nigdy więcej żadna kobieta nie zrobi  mu t e g o, przysiągł po raz n-ty. Żadnej kobiecie  nie da się oszukać, 

zranić, pozbawić choćby pięciu minut spokojnego snu. Już nigdy więcej. 

Wstał z krzesła z impetem. 

-  Często  pracuję  w  domu,  tylko  dziś,  z  powodu  nalegań  Każą,  przyszedłem  cię  powitać.  No  to 

powitałem, a teraz wychodzę. Jeżeli chcesz się na coś przydać, możesz poczytać trochę na temat Buffalo albo 

przejrzeć kilka z moich felietonów. Albo pójść do działu rozrywki czy kulinarnego, żeby się przedstawić. Mnie 

jest wszystko jedno. Wychodzę. 

Chwycił swą poobijaną dyplomatkę i wymaszerował z redakcji. Nie wycofuję się - przekonywał sam siebie - 

nie  uciekam  przed  panną  Brady.  Jack  Blackledge  nie  czmyha  przed  wygadanymi,  seksownymi  dziewicami, 

nawet gdy nie dają się zastraszyć. 

Szedł do domu, bo miał ochotę tam iść, a zawsze robił to, na co miał ochotę. 

Przez całą drogę powtarzał te zdania jak modlitwę. 

background image

 

21

 

Tego popołudnia Colleen wróciła z pracy tuż przed czwartą, objuczona stosem przepisów kulinarnych, opra-

wionym  zbiorem wszystkich artykułów Black Jacka  i grubym  brulionem  zapisanym  notatkami. Nicola, której 

zmiana trwała od siódmej do wpół do czwartej, zdążyła przyjść do domu pierwsza. 

- Wskakuj w dżinsy i sweter, Colleen. - Nicola już je miała na sobie. - Idziemy na randkę. 

- Na randkę? - powtórzyła Colleen bez entuzjazmu. 

-  Mój  jest  stażystą  na  chirurgii  dziecięcej.  Robi  specjalizację  i  dopiero  po  pięciu  latach  może  zostać 

zatwierdzony. A twój to jego kumpel. 

Colleen ciężko westchnęła. 

-  Znowu  randka  z  nieznajomym.  Uciekłyśmy  z  Houston  i  z  Waszyngtonu,  żeby  tego  uniknąć, 

pamiętasz? 

-  To  będzie  co  innego  -  paplała  Nicola  radośnie.  -  Mamy  się  z  nimi  spotkać  w  pizzerii  niedaleko 

szpitala. 

- Pracujesz  w szpitalu dopiero  jeden dzień  i  już znalazłaś  sobie chłopaka. Jesteś niesamowita, Nicola. 

Ale czy ja naprawdę muszę iść z tobą? - Colleen westchnęła ponuro. - Powinnam sporo przeczytać na jutro, a 

poza tym czuję się tak zmęczona, że najchętniej wskoczyłabym do łóżka i spała aż do rana. 

- To do ciebie niepodobne, Colleen. Co cię tak wykończyło? Czy coś źle poszło? Jaki jest ten Blackledge? 

-  Zupełnie  inny  niż  myślałam  -  wymamrotała  posępnie.  Nie  spodziewała  się  także,  że  po  wyjściu  Jacka 

ogarnie  ją taka chandra. Podczas  lunchu  jej  samopoczucie pogorszyło się znacznie, gdy zapoznano  ją z pełną 

listą miłosnych podbojów szefa. Wyszła z redakcji zdruzgotana. 

- Co to znaczy? Lepszy, gorszy, jaki? - nalegała Nicola. 

- Nie chcę rozmawiać o Blackledge’u. Opadłam z sił, a ten temat jest dla mnie wyjątkowo męczący. - 

Żeby  nie powiedzieć kłopotliwy  i denerwujący, ale z domieszką... czegoś jeszcze. Nie chciała o nim  myśleć, 

nie tylko mówić. 

Weszła do swego pokoju, żeby się przebrać, a Nicola pośpieszyła za nią. 

- Opowiedz mi o tym chirurgu, Nickie. 

Nicola  przeczesała  palcami  długie,  kruczoczarne  włosy.  Była  tego  samego  wzrostu  i  wagi,  co  Colleen,  ale 

odróżniała się czernią włosów i oliwkową karnacją. Choć obie patrzyły na świat brązowymi oczami, to często 

żartowały, że oczy Colleen mają barwę czekolady mlecznej, a oczy Nicoli przypominają raczej gorzką. 

 Poznaliśmy  się  na  oddziale  intensywnej  terapii.  Opiekuję  się  dwoma  jego  pacjentami  -  zaśpiewała 

Nicola, dając nura na łóżko. - Zaprzyjaźniliśmy się natychmiast i zaprosił mnie na lunch. Potem zaproponował 

mi kolację w tej pizzerii. Koło szpitala, bo dzisiaj ma dyżur. 

 A ten mój amant? - zapytała Colleen zrezygnowanym głosem. 

- Internista na pediatrii. Pochodzi z Pakistanu czy z... Nie pamiętam dokładnie. Nie mówi za dobrze po 

angielsku, ale dużo rozumie i... 

 

background image

 

22

-  Idę  na  randkę  z  głuchoniemym?  Nicola,  jak  ja  się  z  nim  dogadam?  Nie  mogę  przez  cały  wieczór 

porozumiewać się z facetem na migi! 

- Nie przejmuj się - rzuciła beztrosko Nicola. - Wszystko pójdzie dobrze. W końcu Kamal i ja też tam 

będziemy.  Mój  chirurg  nazywa  się  Kamal.  Kawał  chłopa.  Ciemnowłosy,  czarnooki,  śniady.  Jest  taki 

inteligentny i oddany swojej pracy. Żebyś tylko widziała, jak cudownie obchodzi się z dziećmi. Och, Colleen, 

on jest niesamowity! Mamy takie same gusta muzyczne, lubimy te same książki i filmy. Och! 

- Oczywiście, ten twój mówi po angielsku - domyśliła się Colleen. Po chwili zapytała: 

-  Nicola,  czy  twój  poprzedni  chłopak  nie  miał  na  imię  Kamal?  Tak,  na  pewno.  Wtedy  jeszcze 

mieszkałyśmy w Waszyngtonie. Twoja rodzina wychodziła z siebie, bo to Turek, a Turcy i Ormianie uchodzą 

za  najgorszych wrogów na  świecie. Nigdy  nie przykładałam  się do historii,  ale z opowieści twoich rodziców 

wiem wszystko o krwawej wendecie turecko-ormiańskiej. 

-  Tamten  nazywał  się  Kemal,  przez  „e”  -  poprawiła  Nicola,  choć  w  wymowie  różnica  była  ledwie 

słyszalna. - Kamal  nie pochodzi z Turcji, tylko ze Związku Radzieckiego.  - Spuściła głowę. Dokładnie rzecz 

ujmując, z jednej z republik, z Azerbejdżanu - dodała. 

- O tym też słyszałam od twojej rodziny! - Colleen wpatrzyła się w przyjaciółkę surowym wzrokiem. - 

Armenia  i  Azerbejdżan  prowadzą  teraz  wojnę.  Nicola,  pamiętasz,  jak  w  zeszłym  roku  twoi  Ormianie 

organizowali pomoc dla... 

- Jak mogłabym zapomnieć - przerwała jej Nicola. - Tylko co to ma wspólnego z Kamalem i ze mną? 

Nigdy w życiu nie zbliżyłam się nawet do granic Armenii, a on przyjechał do Stanów piętnaście lat temu, bo tu 

mieszkali  jego  wujostwo.  Poszedł  do  college’u,  potem  na  Akademię  Medyczną  w  Buffalo  i  chce  przyjąć 

obywatelstwo amerykańskie. 

- Nie musisz się przede mną tłumaczyć, Nickie. Ja też nie uważam, żeby w Ameryce pochodzenie czy 

różnice  religijne  miały  jakieś  znaczenie.  Ale  kiedy  chodziłaś  z  Kemalem,  wszyscy  twoi  krewniacy  dostawali 

szału, więc na Kamala pewnie zareagują podobnie. 

Nicola zaśmiała się. 

- Colleen, pamiętasz? Przeniosłyśmy się do Buffalo, żeby przed nim uciec, prawda? 

 

Telefon  dzwonił  już  od  dłuższego  czasu.  Jack,  zajęty  cyzelowaniem  puenty  felietonu,  postanowił  go 

zignorować. Natręt prędzej czy później będzie musiał dać za wygraną. 

Na  jego  nieszczęście  ten  ktoś  nie  grzeszył  brakiem  cierpliwości.  Monotonne  dzwonienie  nie  milkło.  Tok 

myśli Jacka został brutalnie przerwany. 

- Tak?- warknął do słuchawki. 

Przez moment panowała cisza, po czym chłodny, starannie modulowany kobiecy głos powiedział: 

- Jack Blackledge? Mówi Ariel Morgan. Moja ciocia Polly przyjaźni się z twoją matką i ciotkami. Jest 

klientką ich sklepu na Florydzie. 

Tylko  najwyższym  wysiłkiem  woli  Jack  powstrzymał  przemożną  chęć  trzaśnięcia  słuchawką  o  widełki. 

Zanim Ariel Morgan zdołała wydusić słówko, już wiedział, co usłyszy. Następne zdanie, które w jego rodzinie 

background image

 

23

zrobiło karierę godną hymnu państwowego, bezgłośnie wymówił wargami jednocześnie z panną Ariel. 

-  Kiedy  się  okazało,  że  mieszkamy  w  tym  samym  mieście,  zaczęły  nalegać,  żebym  do  ciebie 

zadzwoniła. 

Matka i jej dwie siostry, także już wdowy, wspólnie prowadziły w Orlando sklepik z kartkami, upominkami i 

zabawkami. Wśród krewnych i znajomych niestrudzenie poszukiwały kobiet, które według nich stanowiły dla 

Jacka dobrą partię, po czym udostępniały delikwentce numer telefonu w Buffalo, a Jack regularnie zmagał się z 

pełnymi nadziei konkurentkami. 

- Wykładam literaturę angielską na uniwersytecie w Buffalo, zajmuję się też warsztatami poetyckimi - 

kontynuowała dziewczyna, a Jack pozwolił sobie na cichy jęk. 

Oczywiście, ciocia Dorothy, ciocia Judy i mama zrobiły to znowu. Panią profesor od literatury, i to babrającą 

się w poezji, dzieliła od wziętego dziennikarza niezmierzona przepaść. 

- Ponieważ oboje paramy się pisaniem.  nasze  matki pomyślały, że  moglibyśmy  się spotkać. - W tonie 

Ariel pobrzmiewało rozbawienie, mające oznaczać rzekomy brak zainteresowania. 

„Tak jakby telefonowała jedynie po to, by nie zrobić przykrości starszym paniom” - pomyślał Jack złośliwie. 

Wiedział,  że to nieprawda. Dzwoni,  bo wiąże z tym pewne  nadzieje. Dokładnie tak,  jak to wyjaśnił  Colleen: 

każdy układa sobie grafik własnych celów. 

-  Czytuję  twoją  rubrykę  -  ciągnęła  Ariel.  -  Masz...  niezły  styl.  Przy  odrobinie  starania  i  niewielkiej 

pomocy mógłbyś spróbować sił w powieści. 

No  proszę.  Jack  skrzywił  się.  Kolejny  dobrze  znany  schemacik,  czyli:  „Kiedy  wreszcie  przestaniesz  pisać 

bzdury  dla  roboli  i  dołączysz  do  nas.  Intelektualistów,  tworząc  Wielkie  Dzieło  Literackie”.  Słyszał  to  już 

wcześniej od sobowtórów panny Ariel. Ziewnął, wysłuchując jej wersji coraz nudniejszego monologu. 

Jack prawdopodobnie nie odbiegał poziomem od swych czytelników, ponieważ nigdy nie pociągała go wizja 

Wielkiej Powieści  Amerykańskiej ani żaden  inny rodzaj tak zwanej  literatury pięknej. I chociaż zdawał sobie 

sprawę z dobrych chęci matki i ciotek, to wizja Ariel Morgan nie pociągała go ani odrobinę bardziej. 

Wymówił  się,  kiedy  zaproponowała  wspólną  kolację  w  tym  tygodniu.  Miał  jednak  do  czynienia  ze 

szczególnie  wytrwałym  przypadkiem  -  powinien  był  się  tego  domyślić  po  siedemnastym  dzwonku  telefonu  - 

więc  dostał  zaproszenie  na  przyszły  tydzień,  a  potem  jeszcze  na  następny.  Pokręcił  głową.  Będzie  musiał  ją 

przekonać,  że  jest  zajęty  do  końca  życia,  i  w  dodatku  zrobić  to  taktownie.  Gdyby  tylko  nie  maczały  w  tym 

palców  ciocie  i  mama!  W  sercu  Jacka  krył  się  jeden  czuły  zakątek,  zarezerwowany  właśnie  dla  tych  trzech 

kobiet. 

- Posłuchaj, Ariene... 

-  Ariel  -  poprawiła  go.  -  To  imię  duszka  z  Burzy  Szekspira  i  elfa  z  Pukla  Belindy  Pope’a.  Jestem 

urodzoną nauczycielką literatury. 

Tak  jak  ja  urodzonym  piłkarzem  -  zadumał  się  Jack.  A  kiedy  rozwiał  się  sen  o  karierze  sportowej,  Jack 

wylądował w świecie dziennikarskim, z dala od literackiego świata Ariel Morgan. 

-  Ariel,  nie  chciałbym  cię  urazić,  ale...  ostatnio  spotykam  się  z  pewną  dziewczyną.  To  zaczyna 

wyglądać  poważnie,  zdecydowaliśmy  się...  -  Przełknął  ślinę.  Tej  wymówki  dotąd  nie  stosował.  Jak  to 

background image

 

24

sformułować? - Zdecydowaliśmy nie spotykać się z nikim innym. Taki kontrakt na wyłączność, rozumiesz? 

Zadziałało.  Ariel  Morgan  uwierzyła.  W  jej  głosie  dała  się  wyczuć  najpierw  obojętność,  a  potem 

zdenerwowanie. W końcu szybko odwiesiła słuchawkę. 

Zadowolony ze swej pomysłowości, Jack wrócił do artykułu, lecz przedtem zdjął słuchawkę z widełek. Przez 

resztę wieczoru nie będą go nękać żadne telefony. 

Około  północy  przed  położeniem  się  do  łóżka  odłożył  słuchawkę  na  miejsce.  W  tym  samym  momencie 

rozległ się dzwonek. 

- Jack, próbuję się do ciebie dodzwonić od ładnych paru godzin. - Słyszalny z drugiego końca linii głos 

matki pobrzmiewał nietrudną do uchwycenia naganą. - Znowu zdjąłeś słuchawkę, tak? 

-  Jasne,  że  tak,  mamo  -  powiedział  wesoło  i  wcale  nie  przepraszająco.  Gdyby  chodziło  o  złe  wieści, 

matka nie traciłaby czasu na wymówki. - Co nowego? 

- To ty mi powiedz, co nowego. Polly Morgan zadzwoniła do mnie, bo jej siostrzenica dzwoniła do niej 

z wiadomością, że dzwoniła do ciebie i że ją poinformowałeś o swojej dziewczynie. 

-  Ariel  Morgan  telefonowała  do  ciotki,  żeby  jej  o  tym  powiedzieć?!  -  wykrzyknął  Jack  z 

niedowierzaniem.  -  Dlaczego?  Po  co?  -  Psiakość  był  pewien,  że  Ariel  uwierzyła  w  jego  wytłumaczenie. 

Wygląda na to, że nie i wypaplała wszystko rodzinie dla uzyskania stamtąd poparcia. 

-  Czuła  się  nieco  urażona,  że  dostała  od  ciotki  numer  telefonu  mężczyzny  już  zaangażowanego  w 

związek z kimś innym. Polly natychmiast zadzwoniła z pytaniem, co się dzieje. No właśnie, co się dzieje, Jack? 

-  Matka  nawet  nie  starała  się  ukryć  coraz  większego  podniecenia.  -  Kim  ona  jest,  ta  dziewczyna?  Ciocia 

Dorothy, ciocia Judy i ja jesteśmy takie podekscytowane. Musisz nam wszystko opowiedzieć. 

Kto pod kim dołki kopie, ten sam w  nie wpada.  - Jack przypomniał  sobie kolekcję dzierganych poduszek z 

sypialni matki. To przysłowie zostało wyszyte na jednej z nich. Szkoda, że nie pamiętałem o nim wcześniej - 

pomyślał, gorączkowo próbując wymyślić opis swojej nie istniejącej ukochanej. 

Na nieszczęście fantazjowanie nie należało do jego mocnych stron. 

-  Ona...  hmmm...  ona  jest  nie  do  opisania,  mamo.  -  Kiepsko,  panie  Blackledge,  ale  tylko  tyle  mógł 

powiedzieć, pozostając na bezpiecznym gruncie. 

-  Jestem  przekonany,  że  polubicie  ją  od  pierwszej  chwili  -  dodał,  mając  nadzieję,  że  zabrzmiało  to 

wiarygodnie. Ku jego uldze, matka najwyraźniej wzięła te rewelacje za dobrą monetę. 

-  Och,  Jack,  tak  się  cieszę.  Jakże  mi  ulżyło,  że  w  końcu  znalazłeś  sobie  kogoś  takiego.  Po  tym 

wszystkim, co przeszedłeś, kiedy Donna... 

- Nie wracajmy do przeszłości, mamo - przerwał Jack zdecydowanie. - Mimo wszystko rozwód z Donną 

to nic strasznego. To się musiało stać prędzej czy później i... 

- Masz rację, synku. Było,  minęło - tym razem przerwała  matka. - Jutro zarezerwuję dla  nas bilety  na 

samolot do Buffalo. Jeśli dopisze nam szczęście, to zobaczymy się pojutrze. Twoi kuzyni zajmą się sklepem w 

czasie naszej nieobecności. 

- Słucham? 

 

background image

 

25

-  I  tak  zamierzałyśmy  cię  odwiedzić  -  paplała  matka  radośnie.  -  Twoje  częste  wizyty  w  Orlando 

rozleniwiły nas niemożliwie. Teraz nasza kolej, żeby ruszyć się z domu. Nie przejmuj się, nie zwalimy ci się na 

głowę. Wynajmiemy pokój w hotelu, ale oczywiście chcemy poznać twoją ukochaną i spędzić z wami trochę 

czasu. 

Moją  ukochaną?  Jack  osłupiał.  Przez  kilka  minut  usiłował  odwieść  matkę  od  niefortunnego  pomysłu,  ale 

wszelkie wysiłki spełzły na niczym. Natychmiast po odłożeniu słuchawki, matka i ciotki zaczęły liczyć godziny 

dzielące je od spotkania z Jackiem i jego nową, prawdziwą miłością. 

Która nie istnieje. 

Jack leżał, spoglądając w sufit, i wpadał w coraz czarniejszą rozpacz. 

 

Następnego ranka, wszedłszy do biura redakcji, Colleen zastała w nim Jacka. Kiedy szła w kierunku swojego 

biurka, Jack nie odrywał oczu od jej jasnej twarzy i błyszczących źrenic, a po sekundzie jego wzrok ześlizgnął 

się na gibką, zgrabną figurę asystentki. 

Miała  na  sobie  długi  czarny  wełniany  sweter,  bluzkę  w  czarno-białe  pasy,  czarne  rajstopy  i  czarne  buty,  a 

włosy  związała  wysoko  w  koński  ogon,  który  podskakiwał  przy  każdym  kroku.  Sweter  sięgał  tylko  kilka 

centymetrów poniżej kolan, więc  Jack po raz kolejny zachwycił się kształtnością  nóg Colleen. Małe wysokie 

piersi, intrygująco wąska talia rozszerzająca się w biodra o pięknej krzywiźnie coraz bardziej przykuwały jego 

uwagę. Było w niej  coś nieuchwytnie erotycznego i kuszącego, lecz  jednocześnie emanowała z  niej  młodość, 

świeżość i niewinność. 

I  taka  też  się  wydawała.  Bardzo  amerykański  typ  porządnej  i  miłej  dziewczyny,  którego  dotąd  unikał  jak 

ognia,  nawet  kiedy  sam  był  młody,  porządny  i  miły.  Wówczas  jego  myśli  obracały  się  stale  wokół  jednego 

pragnienia. Chciał stracić swą niewinność i szybko odkrył, że istnieją wesołe dziewczynki o dużych piersiach 

oraz niewielkich zahamowaniach, które mogą pomóc w osiągnięciu celu. Lata mijały, a on nie widział powodu 

do zmiany upodobań. 

Być  może  inni  mężczyźni  szukali  charakteru,  głębi,  inteligencji  bądź  zrozumienia  u  kobiet,  z  którymi  się 

spotykali, ale Jackowi wystarczała rozrywka. Jego krewni od lat ostrzegali go, że jeśli wkrótce nie ustatkuje się 

z  kimś  odpowiednim  u  boku,  to  „wszystkie  porządne  dziewczyny  wyjdą  za  mąż,  a  ty  zostaniesz  sam  albo  z 

taką, której nikt inny nie zechciał”. 

Jack nie przejmował się tego rodzaju proroctwami, a uwagi na ten temat zbywał żartami. 

Kiedy  złośliwa  i  interesowna  Donna  opuściła  go,  żegnając  się  jedynie  obojętnym  wzruszeniem  ramion, 

wiedział, że niektórzy mogliby stwierdzić, że dostał dokładnie to, na co zasłużył. Ale od matki ani ciotek ani 

razu  nie  usłyszał  niczego  w  rodzaju  „A  nie  mówiłam?”  Doceniał  to,  ponieważ  w  rzeczy  samej  mówiły  mu  i 

ostrzegały na długo przed ślubem z Donną. 

Colleen witała miłym uśmiechem, uprzejmie i po przyjacielsku wszystkich, których mijała. Tę właśnie cechę 

bezlitośnie  wyśmiewał,  ale  Colleen  stanowiła  uosobienie  narzeczonej,  którą  dobry  syn  powinien  przedstawić 

matce. Gdyby z  n i ą właśnie powitał mamę i ciotki, byłyby zachwycone, a zarazem spokojne o jego szczęście. 

Co więcej, prawdopodobnie szybciej wróciłyby na Florydę i zaprzestały tego piekielnego swatania. 

background image

 

26

Plan wyglądał doskonale, bo od momentu jego powstania, czyli od wczorajszego wieczoru, Jack bezustannie 

dopracowywał  szczegóły,  z  których  nie  był  pewien  tylko  jednego:  jak  namówić  Colleen  do  współpracy? 

Postanowił  się  tym  nie  przejmować.  Mała,  słodka  panna  Brady  nie  oprze  się  zniewalającemu  urokowi  Black 

Jacka. 

-  Cześć  -  Colleen  z  trudem  łapała  oddech.  Przekonywała  sama  siebie,  że  zmęczyła  się,  biegnąc  z 

samochodu  na  piętro  do  redakcji,  i  że  jej  puls  nie  zwielokrotnił  się  dopiero  na  widok  Jacka,  siedzącego  za 

biurkiem w nader zmysłowej pozie. Dzisiaj ujrzała go w niebieskich wytartych dżinsach i granatowej koszuli, 

ale zmiana koloru ubrania nie wpłynęła na niepokojącą aurę erotyzmu otaczającą tego mężczyznę. Mimowolnie 

zesztywniała. 

Jack przywołał na twarz najbardziej kuszący uśmiech Blackledge’a. 

- Dzień dobry, Colleen. 

Colleen ostrożnie powiesiła torebkę  na oparciu krzesła, położyła  na  biurku plastykową teczkę z  notatkami  i 

otworzyła ją. 

-  Twoja  teczuszka  wygląda  na  bardzo  poręczną  -  zauważył  Jack  uprzejmie.  -  Kolor  kanarkowy,  hm. 

Ładniutka. 

Colleen patrzyła na niego uważnie i czekała. Jack uśmiechnął się szerzej, więc zmarszczyła brwi. 

- No, proszę. Powiedz to - zażądała. 

- Co mam powiedzieć? 

- Ten złośliwy dowcip na temat mojej teczki, który masz na końcu języka. 

- Podoba mi się, to wszystko. 

- Chyba nie sądzisz, że ci uwierzę? 

-  A  czemuż  to  miałabyś  mi  nie  wierzyć?  Masz  ochotę  na  wodę  sodową  albo  kawę  z  automatu? 

Przyniosę ci. 

- Nie, dziękuję. Zaopatrzyłam się we własną kawę w termosie. - Wyciągnęła z torebki kubek o barwie 

zżółkłej trawy i nalała do niego gorącej kawy. 

- Założę się, że parzysz wspaniałą kawę - zawołał z entuzjazmem. - Mogę dostać odrobinę? - Wydobył 

z szuflady swój kubek, ozdobiony  symbolem  drużyny  Buffalo Bills,  i podszedł do biurka dziewczyny. Nadal 

uśmiechał się promiennie. 

Dłonie Colleen nieznacznie drżały, gdy nalewała mu aromatycznego płynu z termosu. 

- Ach, tak jak  myślałem. Ta kawa  jest cudowna - oznajmił  już po pierwszym  łyku. Posłał  jej, kolejny 

słoneczny uśmiech. Colleen cofnęła się o kilka kroków. 

- Dlaczego to robisz? - zapytała niepewnie. 

Jego mina wyrażała szczere zaskoczenie. 

- Nie wiem, o co ci chodzi. 

- Uśmiechasz się do mnie. To... to jakiś fałsz. - Koniuszkiem języka oblizała spieczone wargi. 

-  Ja  się  uśmiecham  fałszywie?  -  Jack  był  urażony.  I  obrażony.  Zawsze  komplementowano  jego 

zniewalający uśmiech. W końcu zaczął wierzyć bez zastrzeżeń w jego moc. A ona mówi, że jest fałszywy? 

background image

 

27

- Chyba wiem, co knujesz - wykrztusiła. 

- Niby co? 

-  Niekonsekwencja  to  zasada  twojej  gry.  Wczoraj  byłeś  sarkastyczny  i  złośliwy,  więc  dziś 

przygotowałam  się  na  kolejne  kpiny.  A  tu  uśmiech  od  ucha  do  ucha,  i  to  szczery  jak,  nie  przymierzając, 

podrobiony  czek.  Następnym  razem  będę  oczekiwać  od  ciebie  uśmiechu,  a  ty  wyskoczysz  z  nową  sztuczką. 

Liznęłam  trochę  psychologii  i  wiem,  że  ludzie  i  zwierzęta  przystosowują  się  niemal  do  wszystkiego  z  wy-

jątkiem niekonsekwencji. Chcesz mnie zmusić, żebym poleciała do Kazorowskiego z prośbą o przeniesienie do 

innego działu. 

- Sprytna mała Colleen - jęknął Jack. - Myślisz, że rozwiązałaś całą zagadkę, co? - Zirytował się, że tak 

szybko przejrzała go na wylot. Nie odkryła motywów, ale rozszyfrowała tę nieszczerą uprzejmość. 

- Mam rację, prawda? 

Wydał  z  siebie  krótkie  szczęknięcie,  mające  imitować  chichot,  ale  nie  był  rozbawiony  w  najmniejszym 

stopniu. 

- Jak dotąd mój szczery uśmiech i urok osobisty działały na każdego. 

- Ja  nie  jestem każdy. -  Colleen usiadła  na swoim twardym  drewnianym  krześle. Sięgnęła do teczki  i 

wydostała stamtąd paczkę listów i wycinków prasowych. 

- Co to jest? - zapytał Jack, niechcący zdradzając zaciekawienie. 

- Rubryka wymiany przepisów od czytelników z ostatnich dwóch miesięcy i listy, w których przysyłają 

te  przepisy.  -  Wzięła  jeden  ze  stosika.  -  Ktoś  pisze  na  przykład  tak:  „Moja  babcia  często  piekła  ciasto  z 

czekoladą.  Pamiętam,  że  dodawała  oleju  i  proszku  kakaowego.  Czy  ktoś  zna  przepis?”  Teraz  ja  muszę 

przekopać  się  przez  te  wszystkie  odpowiedzi  i  znaleźć  przepis  na  ciasto  czekoladowe  z  olejem  i  proszkiem 

kakaowym. 

Jack skrzywił się. 

- To przecież nie dziennikarstwo, tylko gastronomia. 

-  Stefania  Doebler  twierdzi,  że  nie  muszę  wypróbowywać  przepisów  sama.  Dzięki  Bogu  i  za  to! 

Chociaż  niektóre  brzmią  nawet  interesująco.  Posłuchaj  tego,  nazywa  się  to  Deser  Niebiański:  składa  się 

zmiksowanych owoców, kwiatów malwy, bitej śmietany, dwóch rodzajów budyniu i trzech rodzajów galaretki, 

poukładanych warstwami w głębokiej salaterce. 

- Brzmi okropnie. Na twoim miejscu przemianowałbym to świństwo na Deser Wymiotny. 

Colleen posłała szefowi surowe spojrzenie. 

-  Przysłała  go  pewna  dama  z  Tonawanda,  gdziekolwiek  to  jest.  Zamierzam  zamieścić  ten  deser  w 

czwartkowym wydaniu. Poza tym dwa przepisy na ciasto czekoladowe i dwie prośby o nowe przepisy. 

Włączyła  komputer  i  zabrała  się  do  pracy.  Jack  zaniepokoił  się.  Nic  nie  poszło  zgodnie  z  jego  planem. 

Założył, że ona ulegnie jego czarowi do tego stopnia, że natychmiast przyjmie zaproszenie na mały lunch we 

dwoje, a wtedy on przedłoży swą najdziwniejszą w świecie prośbę. Zaproponuje, żeby podczas pobytu matki i 

ciotek udawała „poważne zainteresowanie” jego osobą. W nocy był całkowicie pewien, że oczaruje Colleen w 

dziesięć minut. Teraz po raz pierwszy zaczął wątpić w jej uległość. 

background image

 

28

Cóż, jeżeli nie udało się za pierwszym podejściem... Nie zdobyłby obecnej pozycji, gdyby zawsze poddawał 

się  po  pierwszej  próbie.  Oparł  się  stopą  o  biurko  dziewczyny  tak,  że  zwisał  ze  swojego  krzesła.  Jeśli  nie 

zdziałał  nic  uprzejmością,  to  zagra  na  jej  współczuciu.  Ten  sposób  nigdy  go  nie  zawiódł.  Należy  tylko 

delikatnie, ostrożnie zdążać do celu... 

-  Wczoraj  skończyłem  mój  ostatni  artykuł  dla  prasy  ogólnokrajowej.  Dzisiaj  ukaże  się  w  porannych 

wydaniach dzienników - zaczął pozornie obojętnym tonem. - Czytałaś? 

Wzrok Colleen spoczął na muskularnym udzie, które prawie jej dotykało. Przygryzła wargę. 

- Tak  - bąknęła, szybko odwracając głowę.  - Całkiem  niezły. Pouczający  i rozrywkowy zarazem.  Nie 

śledziłam  sporu  między  związkiem  zawodowym  Narodowej  Ligi  Futbolu  a  właścicielami  drużyn,  ale 

zrozumiałam  wszystko.  Naprawdę  myślisz,  że  będą  strajkować,  czy  umyślnie  grasz  rolę  advocatus  diaboli  w 

tym felietonie? 

- Niestety, chyba będziemy  mieli strajk przed końcem miesiąca. - Z błyskiem w oku, Jack wyłuszczył 

swoje stanowisko w tej sprawie. Jego entuzjazm okazał się zaraźliwy. 

- Bardzo mi się spodobało, że nie poparłeś żadnej ze stron. - Colleen nie kryła uznania. - Stwierdziłeś, 

że jedni i drudzy kierują się li tylko chciwością, ale uniknąłeś tonu kaznodziei na rzecz satyry, i to dobrej. 

- A co sądzisz o motcie? „Co jest moje, to jest moje, a co twoje, to się dopiero okaże.” Idealnie pasuje 

do  wszystkich  zachłannych  maniaków,  poczynając  od  zawodowych  sportowców  i  gwiazd,  a  kończąc  na 

popularnej odmianie eks-żony, także mojej - powiedział najzupełniej obojętnym tonem. 

Colleen drgnęła. Nigdy jeszcze nie rozmawiała z mężczyzną o jego byłej żonie. Chłopcy, z którymi umawiała 

się  na  randki  byli  w  jej  wieku,  zbyt  młodzi  na  małżeństwo,  a  co  dopiero  na  rozwód.  W  tym  momencie 

przypomniała sobie, że ma przed sobą szefa, a nie podrywającego ją chłopaka. Zarumieniła się lekko. 

- Rozumiem - rzekła cicho. 

A jednak połknęła tą wymyślną przynętę - pogratulował sobie Jack. 

- Cóż, moja żona chorowała  na ciężki przypadek chciwości. -  Wzruszył ramionami.  -  Kiedy  braliśmy 

ślub, miałem świetny, bardzo dobrze płatny kontrakt jako zawodowy piłkarz. Byłem całkiem niezły na boisku. 

Rozstając się ze mną. Donna chciała zabrać wszystko. 

-  Dostała  to,  czego  chciała?  -  Colleen  wstrzymała  oddech,  mając  nadzieję,  że  nie  weźmie  jej  za 

ciekawską plotkarkę. Jednak życie tego człowieka zbyt ją intrygowało, by mogła darować sobie to pytanie. 

- Sąd uznał za stosowne darować jej wolność i nic więcej - odrzekł Jack spokojnie. - Kilka okoliczności 

świadczyło na moją korzyść. Byliśmy małżeństwem tylko przez dwa lata, nie mieliśmy dzieci, a od dnia ślubu 

Donna  pozostawała  na  moim  utrzymaniu.  Oczywiście,  z  pieniędzy  zarobionych  moimi  występami  na  boisku 

nie zostało wiele. Donna lubiła wystawne życie. W czasie naszego małżeństwa wydawaliśmy prawie wszystko, 

co  zarobiłem.  A  poza  tym  ja  także  wytoczyłem  jej  proces,  chodziło  o  zdradę  małżeńską.  Sąd  przyznał  mi 

rozwód - dodał jakby mimochodem. 

Colleen siedziała nieruchomo, milczała i zastanawiała się, co powiedzieć. Rozwód z niewierną żoną, która w 

dodatku wydała jego wszystkie pieniądze, musiał być bolesnym przejściem, choć Jack sprawiał wrażenie, jakby 

go  to  zupełnie  nie  obeszło.  Nie  wiedziała,  czy  już  przetrawił  tę  sprawę,  czy  jedynie  dusił  w  sobie  gorycz  i 

background image

 

29

niemiłe wspomnienia. Była w rozterce, a on milcząc nie pomagał jej w doborze odpowiednich słów. 

- To musiało  być dla  ciebie ciężkie przeżycie - wyjąkała  w końcu ostrożnie. Zwierzył  się właśnie  jej. 

Pochlebiało  jej  to  i  jednocześnie  czuła  rosnącą  ciekawość.  Przy  tym  wewnętrzny  instynkt,  jak  dotąd 

niezawodny, nakazywał jej, by się miała na baczności. Było w tym wszystkim jeszcze coś... tylko co? 

Jack wzruszył ramionami. 

- Koniec kariery na boisku zabolał mnie sto razy bardziej niż odejście Donny. - Ich oczy spotkały się i 

mieszanina  uczuć,  jakie  dostrzegł  w  jej  spojrzeniu  zaskoczyła  go.  Współczucie,  to  prawda,  ale  przede 

wszystkim podejrzliwość. 

Zmarszczył  brwi  i  pochylił  się  tak,  że  wyczuł  słabą  woń  jej  perfum.  Pamiętał  ten  zapach  i  pragnienie  nim 

wywołane. Na jedną krótką chwilę zakręciło mu się w głowie, a umysł stracił zdolność myślenia. Zwalczył w 

sobie perwersyjną ochotę, by dotknąć alabastrowo gładkiego policzka Colleen. 

Był  blisko,  bardzo  blisko.  Colleen  zadrżała  i  wzięła  głęboki  oddech.  Serce  waliło  jak  oszalałe,  wnętrzności 

zamieniły się w płynny miód. 

- Jak to się stało, że przestałeś grać? - Jak przez mgłę usłyszała to pytanie, zadane miękkim, gardłowym 

głosem, który z trudem rozpoznała jako swój własny. 

Pytanie wyrwało Jacka z otchłani erotycznego rozmarzenia. Trzeba dalej przeprowadzać plan, napomniał się. 

Jeśli zamierza zwyciężyć, a tak jest, to musi trzymać rękę na pulsie. 

- Miałem wypadek samochodowy. Wyszedłem z tego ze zdruzgotanym ramieniem - rzekł, przysuwając 

się jeszcze bliżej i nagle poddał się nieodpartemu pragnieniu, by dotknąć związanych w koński ogon włosów. 

W  dotyku  okazały  się  tak  samo  miękkie,  jak  wyglądały.  Ścisnął  kosmyk  między  dwoma  palcami  i  potarł  go 

powoli. 

- W dwóch  miejscach  miałem skomplikowane  złamania  i w związku z tym porażenie kilku  nerwów  - 

ciągnął  ochryple.  -  Lekarze  stwierdzili,  że  odzyskam  władzę  w  ręce,  ale  nigdy  już  nie  będę  mógł  grać.  Nie 

mylili się, ale ten wyrok był dla mnie stokroć trudniejszy do przyjęcia niż wyrok rozwodowy. 

Dreszcze  wywołane  dotknięciem  męskich  palców  głaszczących  jej  włosy  przywróciły  Colleen  świadomość. 

Wstała  i odeszła kilka kroków. Jack znajdował się o wiele za  blisko, a Colleen prześladowało przeczucie, że 

robi to celowo jako część jakiegoś planu. Tylko jakiego? 

-  Dokąd  idziesz?  -  wykrztusił  chrapliwie.  Nie  powinien  był  jej  dotykać.  Najbardziej  jednak 

wyprowadziło  go  z  równowagi  to,  że  nie  potrafił  się  powstrzymać.  Na  krótką  chwilę  Jack  Blackledge  stracił 

panowanie nad sobą. 

-  Będę  stała  tutaj.  -  Colleen  ulokowała  się  po  drugiej  stronie  biurka,  ręce  skrzyżowała  na  piersiach. 

Wyglądała na kruchą i delikatną, a jednocześnie zdecydowaną bronić się wszelkimi środkami. 

- Dlaczego? Przecież tylko rozmawialiśmy. - Kłamał i oboje o tym wiedzieli, lecz nie zamierzał się do 

tego przyznać. 

- Pochyliłeś się nade mną, wisiałeś nade mną. - Colleen trzęsła się ze wzburzenia. - Bawi... - przerwała, 

by z trudem przełknąć ślinę. - Bawiłeś się moimi włosami. Dlaczego opowiedziałeś mi tyle o sobie? Wczoraj 

kazałeś mi zatrzymać szczegóły mego życia dla siebie, a dzisiaj częstujesz mnie swoją historią. Co ty knujesz, 

background image

 

30

Jack? 

Jack zaczerwienił się od szyi aż po końce uszu. Ta sytuacja była śmieszna, żeby nie powiedzieć żenująca. Nie 

przywykł do tego, by kobiety, które postanowił oczarować, wywodziły go w pole. 

- Może posłuchałem twojej rady i zacząłem się zachowywać uprzejmie i po przyjacielsku? - burknął. 

- Nie wierzę ci - odparowała  natychmiast Colleen. - Sądzę, że chciałeś, żebym ci współczuła. Ale  nie 

rozumiem, dlaczego. 

Jack westchnął przeciągle. 

- Wygląda na to, że nie jesteś tak naiwna, jak myślałem. Cóż, masz rację. Próbowałem zagrać na twoim 

współczuciu. 

Zaskoczona tym wyznaniem, Colleen wróciła na miejsce. 

- Ale po co? - zapytała, szeroko otwierając oczy. 

-  Bo  chcę  cię  prosić  o  przysługę.  -  Zmieszał  się  jeszcze  bardziej,  ponieważ  Colleen  roześmiała  się 

głośno. - Co w tym śmiesznego. 

- Ty jesteś śmieszny. Dlaczego po prostu nie poprosiłeś? 

- Bo to najgłupsza prośba, jaką słyszałaś w życiu. Pomyślałem, że będę miał większą szansę, jeśli twoje 

małe miękkie serduszko uroni kroplę krwi z mojego powodu. 

-  Jack,  po  prostu  powiedz,  o  co  chodzi.  Mimo  wszystko  jesteś  moim  szefem.  Musiałabym  zgłupieć, 

żeby odmówić szefowi, no nie? 

Jack skrzywił się. 

- Mając na uwadze twoje ostatnie słowa: czy przyjęłabyś zaproszenie na jutrzejszy wieczór, to znaczy 

na wspólną kolację? 

Jej  serce  przestało  bić.  Proponował  jej  randkę.  Podniecenie,  które  przeszyło  ją  na  wskroś,  było  równie 

przerażające, jak odkrywcze: dotąd nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo tego pragnie. 

- Nie przejmuj się, nie chodzi o zwykłą randkę - pośpiesznie wyjaśnił Jack. - Jestem w pełni świadom, 

że  zupełnie  do  siebie  nie  pasujemy,  nie  mamy  żadnych  wspólnych  poglądów  ani  ochoty,  żeby...  no... 

kontynuować znajomość na płaszczyźnie towarzyskiej. 

Colleen  poczuła  się  jak  balon  napełniony  helem,  który  właśnie  wpadł  na  kaktus.  Nagle  i  niespodziewanie 

uszło  z  niej  całe  powietrze.  Zmusiła  mięśnie  twarzy  do  przyjęcia  wyrazu,  choć  w  przybliżeniu 

przypominającego chłodną obojętność. 

-  Masz  całkowitą  rację  -  powiedziała  cicho.  Ma  rację  -  próbowała  sobie  wmówić.  Musiała  na  chwilę 

postradać rozum, jeśli myślała co innego. - W takim razie dlaczego zapraszasz mnie na kolację? 

- Ponieważ nie tylko ty cieszysz się posiadaniem życzliwych, acz wścibskich krewnych. Moja matka i 

dwie  ciotki  marzą  jedynie  o  tym,  żebym  się  ustatkował  u  boku  miłej  dziewczyny.  Mimo  że  mieszkają  na 

Florydzie,  nie  przestają  nasyłać  na  mnie  jednej  kandydatki  za  drugą.  Problem  polega  na  tym,  że  nasze 

wyobrażenia miłej dziewczyny różnią się diametralnie. 

-  Chyba  to  rozumiem.  -  Wizja  Jacka  na  łasce  swatających  go  starszych  pań  przedstawiała  się  dość 

zabawnie. Przydawało mu to nieco ludzkich cech. 

background image

 

31

- Krótko mówiąc: popełniłem  błąd, zapewniając  je, że  jestem  związany  z  miłą, porządną dziewczyną. 

Matka  i  ciotki  przyjeżdżają  jutro  do  Buffalo  specjalnie  po  to,  żeby  poznać  ten  wzór  wszelkich  cnót.  O  to 

właśnie  chodzi,  Colleen.  Czy  zgodziłabyś  się  zagrać  tę  rolę?  Uszczęśliwisz  trzy  sześćdziesięciokilkuletnie 

wdowy, a do tego zarobisz dodatkowe punkty u swego szefa. 

-  Ależ  z  pewnością  znasz  wiele  kobiet,  które  mógłbyś  o  to  poprosić  zamiast  mnie  -  zaprotestowała 

Colleen.  

Pokręcił głową. 

-  Kobiety,  z  którymi  zwykle  się  spotykam,  nie  nadają  się,  żeby  je  pokazywać  rodzinie.  Dlatego  się  z 

nimi  spotykam.  Nie  chcę  się  z  nikim  wiązać,  nie  chcę  ich  przedstawiać  mojej  rodzinie  ani  też  poznawać 

krewnych tych kobiet. Powiedz, że robisz to dla mnie, Colleen - poprosił. 

- Nie podoba mi się pomysł oszukiwania twojej matki. Dlaczego ci na tym zależy? 

- Chciałbym, żeby wróciły do domu szczęśliwe, że zmądrzałem i porzuciłem niemoralny żywot. Żeby 

myślały,  że  miłość  odpowiedniej  kobiety  zmieniła  mnie  na  lepsze.  Żeby  przestały  rozdawać  mój  numer 

telefonu na prawo i lewo każdej niezamężnej kobiecie, która wejdzie do ich sklepu. 

- A potem, kiedy zaczną pytać o plany na przyszłość, a wiesz że to zrobią, co im odpowiesz? 

- Że nadal się spotykamy, ale nie spieszno nam do ołtarza. Mógłbym używać tej wymówki latami. Poza 

tym  oszczędzone  mi  będzie  ciągłe  wysłuchiwanie  matczynych  napomnień  i  dobrych  rad  od  obu  ciotek,  a  co 

najważniejsze, koniec ze swataniem i randkami na oślep. Z drugiej strony, one odpoczną od zamartwiania się o 

mnie i spokojnie zajmą się sklepem, moimi kuzynami i resztą rodzinki. 

- Sama nie wiem, Jack. 

 Tobie też się to opłaci - dodał szybko. - Jeżeli kiedykolwiek będziesz potrzebowała kogoś do podobnej 

roli na wypadek wizyty twojej rodziny, to służę w każdej chwili. 

Colleen przyjrzała mu się w zamyśleniu. Przekonany, że ludzie działają tylko z grafikiem własnych celów w 

ręku,  zaproponował  jej  wymianę  usług.  Co  by  się  stało,  gdyby  jej  rodzina  zaczęła  zabawę  w  swatanie  na 

odległość?  Jeśli  matka  z  ciotkami  zdołała  doprowadzić  Jacka  do  takiej  depresji,  to  czego  dokonaliby  potężni 

Ramseyowie, gdyby wpadli na pomysł podsyłania jej kandydatów aż do Buffalo? 

- Nie spodziewam się takiej konieczności, ale biorę to pod uwagę - przyznała. - Nie mam nic do roboty 

jutro  wieczorem,  a  jeśli  się  zgodzę,  Nicola  nie  wyciągnie  mnie  znowu  do  miasta.  Mam  dosyć  randek  ze 

znajomymi chłopaka Nicoli. Wczorajsza była koszmarna! 

- Poszłaś wczoraj na randkę.? - zapytał szybko, zbyt szybko. Zmarszczył brwi. 

Colleen niczego nie zauważyła. Wspominała wczorajszą przeprawę. 

- Mój partner nie spał od trzydziestu godzin. Jest internistą i miał dyżur. Prawie nie mówi po angielsku, 

nawet kiedy nie odczuwa zmęczenia. Przez cały wieczór nie wykrztusił ani jednego słowa. Po prostu gapił się 

na  swoją  pizzę  szklanym  wzrokiem,  a  w  końcu  zasnął  głębokim  snem.  Zwyczajnie  położył  głowę  na  stole  i 

zachrapał. Nicola i Kamal byli. oczywiście, zbyt zajęci sobą, żeby to zauważyć. Przez trzy godziny siedzieli w 

boksie  naprzeciwko  naszego,  aż  Kamala  wezwano  do  szpitala.  Umierałam  z  nudów.  Wciąż  od  nowa 

rozwiązywałam tę samą krzyżówkę. 

background image

 

32

- Ze mną nie spotka cię nic takiego, obiecuję. - Jack uśmiechnął się uspokajająco. - Moja matka, ciocie i 

ja świetnie mówimy po angielsku i nigdy nie zasypiamy w restauracjach. Powiedz, że się zgadzasz, Colleen. 

Pochyliła głowę. 

- Cóż, dobrze - rzekła w końcu. - I tak jutro nie ma nic ciekawego w telewizji. 

- Jestem ci wdzięczny, ale żywię nadzieję, że przy moich starszych paniach okażesz więcej entuzjazmu. 

- Poinstruuj mnie dokładnie, na ile entuzjazmu liczysz? 

- Po prostu zachowuj się tak, jakbyś była zakochana we mnie po uszy, a ja zachowam się tak samo. 

- Dla ciebie to będzie łatwe: ty jesteś zakochany sam w sobie. 

Uniósł swoje ciemne brwi. 

- Ufam, że powstrzymasz się jutro od takich uwag. Powinnaś być miłym, zakochanym dziewczęciem. 

- Chyba zapiszę się do szkoły aktorskiej. 

Uśmiechnęli się do siebie, najpierw z wahaniem, później już ciepło i wesoło. 

- Umowa stoi, tak? - Jack wyciągnął rękę. 

- Stoi. - Colleen podała mu dłoń do uściśnięcia. 

background image

 

33

 

- Mamy się z nimi spotkać na tarasie Górnej Restauracji przy wodospadzie Niagara - oznajmił posępnie 

Jack, kiedy tylko Colleen otworzyła przed nim drzwi swego mieszkania. - To miejsce wygląda dokładnie tak, 

jak  się  nazywa.  Zemdli  nas  od  cukierkowej  elegancji.  Zrozum,  matka  i  ciotki  zawsze  były  niepoprawnymi 

romantyczkami.  Prawdopodobnie  wymyśliły  sobie,  że  jeśli  będziemy  jeść  i  tańczyć,  obserwując  wodospad  z 

wysokości dwudziestu pięter, to z miejsca padnę na kolana i poproszę cię o rękę. 

- Czy mam przyjąć oświadczyny? - zapytała Colleen ze złośliwym uśmieszkiem. 

- Tak, jeśli chcesz za  mnie wyjść. Wcale  bym  się nie zdziwił, gdyby panie wzięły  ze sobą  formularze 

aktu ślubu i przyprowadziły sędziego pokoju na wypadek, gdybym się zająknął na temat oświadczyn. 

Colleen roześmiała się. 

- Aż tak im zależy na twoim ożenku? 

-  Nie  mam  rodzeństwa,  a  matka  marzy  o  wnukach.  Ciotki  już  się  ich  doczekały,  więc  ona  czuje  się 

niedowartościowana. 

- A doczeka się? - zainteresowała się Colleen. - To znaczy wnuków? 

- Kiedyś, być może. - Jack wzruszył ramionami. - Lubię dzieci. Jeżeli spotkam kobietę na tyle zamożną, 

żeby warto było ją poślubić, to zrobię to, i będą dzieci. 

- Na tyle zamożną, żeby warto było ją poślubić!? - powtórzyła Colleen z niedowierzaniem. 

-  Nie  jestem  zachłanny.  Milion  czy  dwa  wystarczą  w  zupełności.  -  Uśmiechnął  się  drapieżnie.  -  1 

oczywiście żadnego kontraktu ślubnego. 

- „Co jest moje, to jest moje, a co twoje, to się dopiero okaże?” 

- Szybko się uczysz, moja mała. Szkoda, że nie śmierdzisz groszem. Miałabyś u mnie szansę. 

- Na szczęście nie mam szans - odpaliła Colleen lodowatym tonem. 

Jej  uczucia  nie  były  bynajmniej  równie  lodowate  jak  słowa.  Znała  Jacka  od  sześciu  dni  i  jak  na  razie  nie 

znalazła okazji, aby wspomnieć, że mężowie jej sióstr należą do obrzydliwie bogatego rodu Ramseyów, który 

władał  ogromnym  imperium  finansowym.  Ramseyowie  zajmowali  się  budową  i  prowadzeniem  centrów 

handlowych.  Dotąd  założyli  już  sto trzydzieści  supernowoczesnych  centrów  w  trzydziestu  dwóch  stanach.  O 

takich  sprawach  nie  mogła  przecież  wspomnieć  ni  stąd,  ni  zowąd  w  trakcie  rozmowy  o  czym  innym, 

szczególnie po uwadze Jacka, że nie interesuje go historia jej rodziny. 

Tym  bardziej  teraz,  kiedy  Jack  wyjawił  jej  swe  małżeńskie  plany,  nie  byłoby  rozsądnie  opowiedzieć  mu  o 

nieżyjącej już Auguście Ramsey, sąsiadce rodziny Bradych z Zachodniej Wirginii, która w swym testamencie 

nie  pominęła  osieroconych  dziewcząt.  Część  spadku  należąca  do  Colleen  dzięki  mądrym  inwestycjom  jej 

szwagrów wzrosła niemal do pięciu milionów dolarów. Mimo to Colleen nie zapomniała szesnastu lat życia w 

ubóstwie.  Nigdy  nie  pozbyła  się  uczucia,  że  niespodziewana  fortuna  może  w  każdej  chwili  rozpłynąć  się  w 

powietrzu tak szybko i niespodziewanie jak się pojawiła. Nie zmieniła tego przekonania nawet po rozmowach z 

siostrami i  ich mężami, którzy usilnie próbowali wybić jej z głowy takie nastawienie. Poszła na uniwersytet  i 

nie  zmarnowała  ani  jednej  chwili.  Studiowała  pilnie,  żeby  zdobyć  zawód  i  jednocześnie  pracowała,  nie 

background image

 

34

pozwalając sobie na luksus życia z pieniędzy w banku. Wypłacano jej, co prawda, procenty, ale Colleen rzadko 

z  nich  korzystała.  Nie  raz  słyszała  od  Ramseyów  o  kobietach  polujących  na  bogatych  mężów.  Zwykle 

gratulowali  sobie,  że  nie  dali  się  złapać  łowczyniom  fortun.  Ale  aż  do  tej  chwili  Colleen  nie  zdawała  sobie 

sprawy,  że  sama  może  stać  się  ofiarą  podobnej  intrygi.  Wyjść  za  mąż  za  kogoś,  kto  poślubi  ją  po  prostu  w 

wyniku zimnej kalkulacji, dla konta bankowego... Przeszły jej ciarki po plecach. 

Do niczego podobnego nie dojdzie - przyrzekła sobie solennie. Być może dotąd nie była świadoma niebezpie-

czeństwa, ale teraz Jack mimowolnie otworzył jej oczy. Dzięki Bogu, zrobił to w porę. 

-  Wyglądasz  jak  bojowniczka  ruchu  na  rzecz  praw  zwierząt  przed  sklepem  futrzarskim.  -  Jack  jak 

zwykle prawił złośliwości. - Rozumiem, że nie aprobujesz finansowej strony moich planów małżeńskich 

Zgorszona mina Colleen tylko go rozbawiła, co spotęgowało wzburzenie dziewczyny. 

-  Oczywiście,  że  nie.  Już  wiesz,  jak  czuje  się  człowiek  wykorzystany  dla  pieniędzy.  Twoja  żona 

postąpiła tak z tobą. Nie pojmuję, jak mogłeś choćby pomyśleć o zrobieniu tego samego komuś innemu. 

Uśmiech na twarzy Jacka przybladł. 

-  Umówiliśmy  się,  że  będziesz  grała  rolę  mojej  dziewczyny,  a  nie  spowiednika,  więc  oszczędź  sobie 

kazań.  A  żeby  wszystko  było  jasne,  to  dowiedz  się,  że  moja  eks-żona  nie  wyszła  za  mnie  dla  pieniędzy.  - 

Skrzywił się. - Wyszła za gwiazdę sportu, bo to dawało jej wstęp do wielkiego świata sław futbolu. Kiedy to się 

skończyło, odeszła. 

- I wtedy skończyły się też pieniądze - uściśliła Colleen, choć Jack sprawiał wrażenie, jakby za chwilę 

miał ją udusić. Nie zamierzała pozwolić mu przemilczeć tej prawdy. 

W pokoju zaległa gęsta, pełna napięcia cisza; atmosfera stała się nie do wytrzymania. 

 

Kiedy  Nicola,  opatulona  w  szlafrok  kąpielowy  i  z  ręcznikiem  okręcanym  wokół  głowy,  wpadła  do  salonu, 

Colleen wydała ciche westchnienie ulgi. 

- Colleen, dzwonił ktoś do mnie, kiedy się kąpałam? - zapytała z miejsca. 

- Dzwonił Kamal. Powiedział, że wpadnie po ciebie za godzinę. 

- Za godzinę! - wrzasnęła przeraźliwie. - Nie zdążę się przygotować. - Zniknęła w swojej sypialni. 

- To była Nicola - zwróciła się Colleen do Jacka. - Przedstawiłabym cię, ale... 

- Rozumiem. Za godzinę przybywa Kamal, każda sekunda jest droga. A propos, kto to jest? 

- Stażysta na chirurgii w Szpitalu Dziecięcym, a poza tym zwiastun wojny ormiańsko-azerbejdżańskiej 

w Buffalo. 

- Co? 

Wyjaśniła  mu  patriotyczne  poglądy  Shakarianów,  następnie  historię  związku  Nicoli  z  Turkiem  Kemalem  i 

perspektywy nowego romansu z Kamalem Veli. 

-  Rodzina!  -  Jack  wyrzucił  ramiona  w  górę.  -  Nie  można  bez  niej  żyć,  ale  jest o  niebo  łatwiej,  kiedy 

mieszka tysiąc kilometrów od granic twego miasta. 

-  Nawet  wtedy  nie  daje  o  sobie  zapomnieć  -  wtrąciła  Colleen.  -  Nasza  dzisiejsza  kolacja,  czyż  to  nie 

kliniczny przypadek? 

background image

 

35

Spojrzeli na siebie. 

- Mam wiać płaszcz? - spytała Colleen, celowo zmieniając temat. Dyskusja o pieniądzach, małżeństwie 

i seksie stawała się zbyt niebezpieczna. - Po południu było dość ciepło, ale teraz już prawie noc i ten wiatr... 

- Daj spokój, mamy świetną pogodę. Zostaw płaszcz. 

Przebiegł po niej oczyma. Ubrała się elegancko i ze smakiem, tak jak powinna się ubrać dziewczyna idąca na 

spotkanie  z  matką  narzeczonego:  dwuczęściowy  komplet  z  kremowego  jedwabiu  w  jasnoniebieskie  groszki. 

Bardzo skromny dekolt, rękawy do łokci i krótka, marszczona spódniczka. 

Matce i ciotkom  jej wygląd  nie wyda się  seksowny: to jego rozpasana wyobraźnia wywołała przeszywającą 

go  na  wskroś  falę  pożądania.  Nie  potrafił  się  opanować,  by  nie  przyglądać  się  jej  kształtnym  nogom  w 

zwykłych  kremowych  rajstopach  i  jasnoniebieskich  pantofelkach  na  wysokim  obcasie.  Przyłapał  się  na 

rozmyślaniu, co też ona nosi pod spodem i serce zabiło mu mocniej. 

Czy założyła zmysłową, skąpą bieliznę, reklamowaną w sex-shopach? A może wolała staromodne tasiemki i 

koronki,  które  na  swój  sposób  mogą  być  równie  kuszące  jak  krótkie  i  przezroczyste  haleczki?  Oblizał  nagle 

wyschnięte wargi. 

Nic  z  tego.  Powinien  przypomnieć  sobie,  że  zdecydował  się  wytrzymać  cały  wieczór  z  purytanką  o 

beznadziejnie niedzisiejszych poglądach tylko po to, by wyprowadzić w pole matkę i jej siostry. 

- Nie znoszę eleganckich ciuchów - jęknął i dla potwierdzenia tych słów ściągnął ramiona do tyłu, jakby 

próbował walczyć z nienawistną mu marynarką. 

- Przypominasz mi moich małych kuzynów. Connora i Christophera, którym kazano założyć niedzielne 

garniturki. - Colleen uśmiechnęła się na to wspomnienie. - Nienawidzą eleganckich ciuchów tak samo jak ty. 

Na tym jednak kończyło się podobieństwo do małych łobuziaków. W Jacku nie było nic dziecinnego. Wręcz 

przeciwnie  -  pomyślała  Colleen,  a  jej  puls  nagle  przyśpieszył.  Po  raz  pierwszy  widziała  go  w  garniturze. 

Wyglądał w nim niewiarygodnie wspaniale, roztaczał wokół siebie szczególną aurę bez względu na swój strój. 

Colleen poczuła, jak jej ciało ogarnia mimowolne podniecenie. 

Skarciła  się  w  duchu.  Przecież  ten  łowca  posagów  powinien  wzbudzać  nudności,  a  nie  przyśpieszone  bicie 

serca.  Pojedzie  na  tę  kolację,  bo  tak obiecała.  Będzie  miła  i  uprzejma,  ale  na  tym  koniec.  I  już  nigdy,  ale  to 

nigdy więcej nie popełni błędu i nie da się zaprosić temu gorylowi na randkę. Za żadne skarby. 

Jack jeszcze raz przygładził krawat, a twarz Colleen rozjaśnił przesłodzony uśmiech. 

- Jestem pewna, że twojej matce i ciotkom spodoba się, że założyłeś garnitur, szczególnie jeśli wiedzą, 

jaka to dla ciebie tortura. 

Jack nachmurzył się znowu. Kiedy się śmiała, w jej lewym policzku ukazywał się dołeczek. Boże, jest zbyt 

pociągająca. Ma miękkie, kuszące usta, bardzo wyraziste, i wielkie brązowe oczy. Urzekł go ich blask i czujne 

inteligentne  spojrzenie.  Zastanawiał  się,  jak  wyglądałyby  te  oczy  rozpalone  namiętnością  lub  senne  po 

spełnieniu. 

Ciało Jacka przeszył mocny tętniący ból niepohamowanej żądzy. Zmusił się do powrotu z gwiazd na ziemię: 

przecież ta dziewczyna  liczy  sobie  całe dziesięć  lat mniej  niż on.  Kiedy  brał  ślub z  Donną, Colleen  chodziła 

jeszcze do podstawówki. 

background image

 

36

Mimo  to  nadal  wpatrywał  się  chmurnymi  oczami  w  łagodne,  tak  bardzo  kobiece  krzywizny  jej  figury. 

Nieskuteczność tej argumentacji polegała na tym, że Colleen w niczym nie przypominała smarkatej uczennicy. 

Stała przed nim dorosła, w pełni dojrzała i piękna kobieta. A także niebezpieczna, bo hołdująca zupełnie innym 

wartościom niż on. Raptem Jacka ogarnęła wściekłość na Colleen. To uczucie było konieczne dla zachowania 

między nimi dystansu. 

- Mam tylko jeden garnitur, właśnie ten. Noszę go chyba wyłącznie na pogrzeby - dodał ponuro. 

-  Widzisz  jakieś  podobieństwo  między  kolacją  w  moim  towarzystwie  i  pogrzebem?  -  Sądząc  po 

sposobie,  w  jaki  to  wypowiedziała,  nie  należało  uznać  tego  za  żart.  -  Cóż,  zakarbuj  sobie  w  pamięci,  że 

wyświadczam  ci  grzeczność  i  nic  poza  tym  -  wyrzuciła  z  siebie  Colleen.  Ostatni  raz  przeczesała  włosy,  po 

czym wsunęła szczotkę do torebki obok szminki i portmonetki. 

Jack przyglądał  się złotym kaskadom  jej włosów oczami  błyszczące  i pełne wargi.  Chęć dotknięcia Colleen 

stała się tak ogromna, że sprawiła mu ból. 

-  Chodźmy  już  -  zarządził.  -  To  prawie  pół  godziny  jazdy  stąd.  Jeszcze  chwila,  a  z  pewnością  się 

spóźnimy. 

Zbiegł  po  schodach,  wyprzedzając  ją  o  kilka  metrów.  Wypadł  przez  drzwi  pozwalając,  by  zatrzasnęły  się 

przed nosem Colleen, która z wyrazem niesmaku na twarzy pchnęła je i podążyła jego śladem na parking. Jack 

wskoczył  do  swego  sportowego  czarnego  pontiaca,  usadowił  się  za  kierownicą  i  uderzył  w  klakson,  żeby 

ponaglić gramolącą się po wysypanej żwirem ścieżce Colleen, której wysokie i cienkie obcasy uniemożliwiały 

szybki krok. 

Wiał  wiatr,  a  temperatura  najwyraźniej  spadła  o  dziesięć  stopni.  Colleen  trzęsła  się  z  zimna.  Niewątpliwie, 

powinna była wziąć płaszcz, ale on poradził zostawić go w domu. Świetna pogoda, tak powiedział. Pewnie dla 

niedźwiedzi polarnych! 

Nie zadał sobie nawet trudu, żeby się przechylić w fotelu i otworzyć przed nią drzwi. Oczy Colleen zaczęły 

miotać  błyskawice,  kiedy  sama  otwierała  drzwi  i  wsiadała  do  samochodu.  W  tej  samej  chwili  rozpaczliwie 

złapała jakiś uchwyt, ponieważ Jack natychmiast włączył silnik i ruszył do przodu. Colleen rzuciło na przednią 

szybę,  aż  wsparła  się  o  nią  obiema  rękami.  Posłała  mu  mordercze  spojrzenie.  Ten  człowiek  ma  maniery 

neandertalczyka. 

- Twoje szczęście, że to randka na niby, bo inaczej już by się skończyła - wypaliła. 

- Zaczniemy  nasze przedstawienie  nie wcześniej,  niż ujrzysz  moją  matkę  i ciotki. - Jack zdawał sobie 

sprawę,  że  zachowuje  się  obrzydliwie.  Z  powodów,  których  nie  chciało  mu  się  zgłębiać,  nie  odważył  się 

zmienić postępowania. 

-  Nicola  uważa,  że  to  bardzo  głupi  pomysł  -  powiedziała  Colleen  drętwo.  -  Mówi,  że  nikogo  nie 

oszukamy, że nie można udawać tego, czego się nie czuje. 

- Nieprawda. Czytałaś kiedyś Williama Jamesa? James twierdzi, że to działania kierują uczuciami, a nie 

odwrotnie. 

Colleen uniosła brwi. 

 

background image

 

37

-  Więc  jeśli  zachowujemy  się  tak,  jakbyśmy  byli  zakochani,  to  w  końcu  naprawdę  się  pokochamy?  - 

Zrobiła zdziwioną minę. - Chyba powinniśmy zmienić plany. Nie chcę się zakochać w pozbawionym ludzkich 

uczuć łowcy posagów. 

- A ja nie zamierzam tracić głowy dla naiwnej dziewicy bez posagu. Na przekór Williamowi Jamesowi 

jesteśmy nawzajem uodpornieni na siebie. 

Nigdy przedtem Colleen nie spotkała nikogo o równie skostniałych poglądach. 

Jack zatrzymał samochód na czerwonym świetle i posłał współpasażerze chłodne, taksujące spojrzenie. 

- Nie próbuj się teraz wycofać, Colleen. Zgodziłaś się odegrać rolę mojej słodkiej narzeczonej i zrobisz 

to. I masz być przekonująca, moja panno. 

- Zaczyna to wyglądać nie na przysługę, a bardziej na wykonywanie rozkazów. Ja nic nie muszę, Jack. 

W pracy jesteś moim szefem, a i tam tylko wtedy, gdy piszę felietony, do czego mnie zresztą nie dopuszczasz. 

- Mam w zapasie dziesięć gotowych artykułów, zatem na razie nie potrzebuję asystentki. 

- Założę się, że nigdy nie będziesz potrzebował. W ogóle nie zamierzasz kiedykolwiek dopuścić mnie 

do swojej rubryki, dlatego zawsze będziesz trzymał kilka felietonów niby na zapas. 

- Zgadłaś. Dlaczego więc nie pójdziesz do Kazorowskiego i nie poprosisz o stały przydział w redakcji 

dodatku dla kobiet? 

- Dodatek dla kobiet nie istnieje już od jakichś dwudziestu lat - odcięła się Colleen. 

-  A,  tak.  Przemianowali  go  na  Twój  Styl  czy  inny  Styl  Życia,  i  to  ma  jakoby  interesować  wszystkich. 

Tyle że nie interesuje. Nadal czytają te bzdury tylko kobiety. 

-  Mylisz  się,  ale  nie  zamierzam  tracić  energii  na  dyskusje  z  tobą.  -  Ten  facet  posiada  wyjątkowy  dar 

drażnienia jej na sto różnych sposobów. Najlepiej zrobi, jeśli zacznie go ignorować. Umyślnie odwróciła głowę 

ku oknu. 

Jednocześnie  założyła  nogę  na  nogę.  Na  ułamek  sekundy  oczom  Jacka  ukazał  się  rąbek  białej  koronkowej 

halki. Usłyszał też cichy  szelest, który wydały ocierające się o siebie uda w nylonowych pończochach. Tętno 

znów przyśpieszyło  i  na  nowo wezbrało w  nim pożądanie. Po raz nie wiadomo który pogrążył się w świecie 

marzeń erotycznych z Colleen Brady w roli głównej. 

Pragnął  jej,  nie  mógł  dłużej  temu  zaprzeczać,  ale  nie  mógł  też  jej  mieć,  bo  Colleen  nie  należy  do  gatunku 

kobiet uznających seks bez miłości za rzecz właściwą. Tylko pewien typ dziewczyn z werwą zgadza się na taki 

układ: sympatyczne małe dziewice snują sieci gęstsze niż pająki. Ich nadzieje, ich pragnienie miłości, oddania, 

małżeństwa i posiadania dzieci wiążą mężczyznę silniej niż stalowe liny. 

Pomyślał  o  wolności  i  niezależności,  które  tak  bardzo  sobie  cenił,  o  planach  ożenku  z  bogatą  kobietą. 

Ewentualna  zażyłość  z  Colleen  Brady  wykluczyłaby  i  jedno,  i  drugie.  A  jednak  siedział  za  kierownicą,  z 

trudem dusząc w sobie głód jej ciała. Dzisiejszy wieczór był dużym błędem, widział to wyraźnie już teraz. 

-  Wiesz,  może  twoja  przyjaciółka  ma  trochę  racji.  Jak  mogę...  -  urwał  w  pół  zdania.  Jak  mogę 

zachowywać  się  jak  dżentelmen,  jeżeli  przez  cały  czas  chcę  tylko  jednego:  zerwać  z  niej  tę  jedwabną 

sukienkę!... 

 

background image

 

38

Powstrzymał się od zakończenia tej niebezpiecznej  myśli. Na szczęście zapaliło  się zielone światło i  musiał 

zająć się prowadzeniem samochodu. 

-  Chciałeś  zapytać,  jak  możesz  się  zachowywać,  jakbyś  mnie  kochał,  skoro  mnie  nawet  nie  lubisz?  - 

podpowiedziała  mu  Colleen. - Zanosi  się  na to, że drogą doświadczeń praktycznych obalimy teorię Williama 

Jamesa. 

Jack nie palił się, by wyjaśniać teraz zawiłości miotających nim emocji. Nie podaje się wrogowi oręża! 

- Co za śmieszna sytuacja - mruknął. - Udawać miłość do kogoś, kto nie jest w moim typie i nigdy nie 

będzie, nie mogę być, nie mógłbym być... 

Uświadomił  sobie,  że  przesadził  z  lamentowaniem  i  momentalnie  ucichł.  Co  za  ulga,  że  Colleen  nie 

dokończyła zdania jakąś kąśliwą uwagą. W nagłym olśnieniu pojął, że nie dostrzegła prawdziwego sensu jego 

słów, bo nie zdawała sobie sprawy z siły swej kobiecości. Colleen Brady codziennie przeglądała się w lustrze i 

na pewno wie, że  jest atrakcyjna, ale  nie  ma pojęcia,  jak  bardzo zmysłową posiada urodę. Jest niewinna,  nie 

rozbudzona i zupełnie nieświadoma tego, że mężczyzna może pożądać jej tak mocno, jak on w tej chwili. 

Na szczęście dla niego! Jack westchnął z ulgą. 

Colleen słysząc westchnienie, wzięła je za wyraz zniecierpliwienia i zdenerwowania tą „śmieszną sytuacją”. 

- Przecież to twój pomysł, nie mój, ta dzisiejsza maskarada, pamiętasz jeszcze? - powiedziała. - Jeżeli 

się rozmyśliłeś, to ja się nie obrażę. Możesz odwieźć mnie do domu. Mam coś do zrobienia dziś wieczorem. 

- Mianowicie co? Randka z następnym nieznajomym, który nie mówi po angielsku i zasypia z nosem w 

talerzu? 

Colleen zachmurzyła się. Niepotrzebnie opowiedziała mu tę historię. 

- Sądzisz, że nie mogłabym wyjść z kimś, kogo znam i kto mnie lubi? 

Pewnie, że to możliwe. Bardzo możliwe. Ta wizja przyprawiła go o kolejną  falę wściekłości, sączącej  się z 

nerwów do mięśni. Którą to wściekłość postanowił wylać na Colleen. 

-  Być  może  się  mylę,  ale  z  tego,  co  wiem,  miałaś  w  Buffalo  zaledwie  dwie  randki  i  obie  na  ślepo. 

Pierwsza  z  tą  śpiącą  królewną  z  Afganistanu,  druga  to  nasza  dzisiejsza  maskarada.  Małe  dziewice  o 

średniowiecznych poglądach nie liczą się na giełdzie, nie wiedziałaś o tym? 

Colleen uniosła podbródek ruchem pełnym dostojeństwa i gracji. Ostatnia uwaga ubodła ją, ale nie da tego po 

sobie poznać. 

- Ten chłopak pochodzi z Pakistanu, a nie z Afganistanu - rzekła wyniośle. 

- Niech będzie. Przyznaję się do pomyłki. 

Jechali  w  milczeniu  przez  parę  chwil,  które  zdawały  się  wiecznością,  choć  zegar  na  desce  rozdzielczej 

odmierzył niecałe dziesięć minut. 

- W takim razie co chciałabyś dziś robić? - zapytał w końcu Jack. Jego głos niemal odbijał się echem 

wśród zalegającej wkoło ciszy. 

- Pracować - odparła od razu Colleen. Milczenie dało się jej we znaki. Sama miała ochotę je przerwać, 

ale nie wiedziała, jak się do tego zabrać. - Po południu obejrzałam Krwawą betoniarkę i nie skończyłam jeszcze 

recenzji do jutrzejszego wydania. 

background image

 

39

Krwawą betoniarka. - Jack uśmiechnął się wbrew sobie. - Żartujesz, tak? 

-  Chciałabym.  To  się  składa  ze  stu  jedenastu  minut  wypełnionych  krwią,  flakami  i  urwanymi 

kończynami.  Żadnej  akcji,  żadnych  efektów  specjalnych,  tylko  scena  za  sceną  zwariowana  betoniarka  i  jej 

ofiary. Nie grzeszę wiedzą w dziedzinie krytyki filmowej, ale nie trzeba być krytykiem, żeby uznać ten film za 

jedną wielką ohydę. 

-  Zwariowana  betoniarka  idzie  na  całość,  co?  Z  pewnością  zrobi  furorę  wśród  niedorozwiniętych 

nastolatków. Mam nadzieję, że zrecenzujesz Krwawą betoniarkę 2, a potem 3 i 4. Hej, oni to mogą ciągnąć w 

nieskończoność. 

Colleen jęknęła. Jack zarechotał głośno. 

-  Przed  nami  Tęczowy  Most  -  oznajmił,  zatrzymując  samochód.  -  Granica  Stanów  Zjednoczonych  i 

Kanady. 

Colleen rozejrzała się wokoło z niekłamanym zaciekawieniem. 

- Nigdy nie wyjeżdżałam za granicę, nawet do Meksyku, kiedy mieszkałam w Teksasie. Nie mogę się 

doczekać widoku Niagary. 

Jack wychował się w Buffalo i traktował wodospady jako rzecz całkiem zwyczajną, ale pokazując je gościom 

spoza miasta odczuwał coś na kształt lokalnego patriotyzmu i dumy. 

-  Kiedy  się  patrzy  na  Niagarę  po  raz  pierwszy,  to  zawsze  robi  wrażenie.  Z  restauracji  zobaczysz 

wodospady po obu stronach granicy. 

Strażnik graniczny machnął tylko ręką, więc wjechali na wysoki most łączący miejscowość Niagara Falls w 

Stanach  z  miejscowością  Niagara  Falls  w  Kanadzie.  Z  parkingu,  na  który  skręcili,  był  doskonale  widoczny 

wodospad kanadyjski, przypominający kształtem podkowę. 

- Niewiarygodne! Wspaniałe! - zachwycała się Colleen w drodze do restauracji hotelowej. 

Jack chwycił dziewczynę za nadgarstek i wprowadził do windy. 

- Ze szczytu zobaczysz więcej. 

Oprócz nich  w windzie  nie  było  nikogo. Colleen  szybko zerknęła  na  swoją dłoń uwięzioną  między długimi 

palcami Jacka. Mężczyzna o jego wzroście i sile mógł zrobić z nią wszystko, co chciał. Trwający krótką chwilę 

brak kontroli nad własnymi odczuciami zaowocował intrygującym podekscytowaniem, którego źródło tkwiło w 

kobiecej słabości. Natychmiast udzieliła sobie nagany. Żyje w końcu dwudziestego wieku i nie powinna szukać 

romantyzmu  na  poziomie  jaskiniowców.  Poza  tym  ten  szczególny  jaskiniowiec  choruje  na  ciężki  przypadek 

gorączki złota. 

Dlaczego  więc  tak  ją  fascynuje?  Colleen  rozpaczliwie  próbowała  znaleźć  odpowiedź.  Miał  więcej  wad  niż 

jakikolwiek mężczyzna, którego dotąd znała: arogancki, nieuprzejmy, złośliwy... a jednak zawsze, kiedy rzucał 

jej jakiś ochłap, zapominała o ciągle tlącej się między nimi wrogości i nie wiedzieć czemu brała wszystko za 

dobrą monetę. 

Kiedy zamknęły się drzwi i winda ruszyła ostro w górę, Jack nadal ściskał jej nadgarstek. 

- Boli  mnie ręka - rzekła chłodno Colleen. Chociaż wcale  nie  bolała. Tylko to niewymowne  napięcie, 

które spinało klamrą całe ciało, popchnęło ją do kłamstwa. 

background image

 

40

- Naprawdę? - spytał niskim gardłowym głosem. Rozluźnił nieco palce i powoli zaczął wodzić kciukiem 

wzdłuż jej dłoni. 

W dole brzucha Colleen poczuła nagle silny ucisk. 

- Nie...- wykrztusiła. 

- Drży ci ręka, Colleen. - Jack splótł swoje palce z palcami dziewczyny. - Ciekaw jestem, dlaczego? 

- Pewnie dlatego, że miewam napady klaustrofobii, czasami także w windzie. 

- Bardzo dobrze, Colleen! - Jack  zaśmiał  się z uznaniem. - Szybko  myślisz. Mam wiele szacunku  dla 

takich umiejętności. 

Spojrzał na nią z góry. Delikatna skóra zaczęła pokrywać się rumieńcem. Trzymając ją za rękę, mógł nawet 

wyczuć  przyśpieszone  tętno.  Był  zbyt  doświadczony,  by  nie  zauważyć  pewnych  subtelnych  oznak  i  nie 

odczytać  ich  właściwie:  jako  zwiastunów  budzącego  się  pożądania.  W  odpowiedzi  w  lędźwiach  poczęła 

pulsować, nie mająca szans na spełnienie, żądza. 

-  Chyba  już  czas,  żeby  wejść  w  role.  -  Czarne  oczy  błyszczały  jak  dwie  świece.  -  Co  zrobiłaby  para 

śmiertelnie zakochanych ludzi, gdyby znalazła się sam na sam w windzie? 

-  Porozmawiałaby  -  brzmiała  szybka  odpowiedź.  -  Ona  denerwowałaby  się  przed  spotkaniem  z  jego 

rodziną, więc on próbowałby podtrzymać ją na duchu. 

- Błąd, Colleen. - Jak może być rozzłoszczony i podniecony zarazem? W dodatku jedno tylko potęguje 

drugie.  -  Nic  dziwnego,  że  nadal  cieszysz  się  dziewictwem.  Kobieta  nie  pozbawiona  choćby  odrobiny  uczuć 

wiedziałaby, kiedy trzeba przestać gadać i zacząć... 

- Obmacywanie? - Naburmuszyła się. - Być może brak mi odrobiny namiętności, ale za to mam sporo 

rozsądku. Nie zamierzam obściskiwać się z tobą w windzie, wiedząc na twój temat to, co wiem. 

- A co takiego o mnie wiesz? 

- Że wykorzystujesz kobiety i że tyle w tobie głębi i czułości, co w... scenariuszu Krwawej betoniarki 

 Jack zaniósł się śmiechem. 

-  Mała  kaczuszka  przystępuje  do  kontrataku.  Pewnie  powinienem  się  obrazić,  ale  zbyt  doceniam  twą 

pomysłowość. Raczono mnie już porównaniem mojej osoby do szczura i węża, ale pierwszy raz w życiu ktoś 

mnie nazwał... 

-  Próbowałam  skruszyć  trochę  twoje  wybujałe  ego,  a  nie  dawać  ci  powód  do  śmiechu  -  przerwała 

Colleen, unosząc brwi. 

- A ja potraktowałem to jako dowcip, a nie obelgę. Biedna Colleen. 

Winda zatrzymała się. 

-  Proszę.  -  Jack  ujął  Colleen  pod  rękę  i  podprowadził  do  oszklonych  drzwi.  Otworzył  je  przed  nią  i 

przytrzymał, dopóki nie weszła do środka, po czym podążył za nią. 

- Z pewnością patrzy na nas twoja mama - zauważyła sucho Colleen. - Inaczej wbiegłbyś przede mną i 

puścił mi drzwi prosto w twarz. 

- Siedzi przy stoliku z lewej strony i obserwuje każdy nasz krok - wycedził przez zaciśnięte zęby Jack, 

uśmiechając się z przymusem. - Mama jest w czerwonej sukience, ciocia Judy na niebiesko, a ciocia Dorothy 

background image

 

41

na żółto. 

- Pewnie ubrały się tak celowo, żebym ich bez przerwy nie myliła. 

Wymuszony uśmiech Jacka przekształcił się w naturalny. 

- Przestań, Colleen. Masz być ujmująca, a nie dowcipna. 

- Aha, więc powinnam trzepotać rzęsami, wzdychać i rzucać ci powłóczyste spojrzenia? 

- Tak, coś w tym rodzaju. 

- W takim razie czeka mnie bardzo długi wieczór. 

- Colleen, umówiliśmy się, że odegramy zakochaną parę, pamiętasz? To oznacza, że znamy się dłużej 

niż kilka dni. Gdyby cię o to zapytały, powiedz, że mieszkasz w Buffalo od paru miesięcy. 

-  A  dokładnie?  -  właśnie  podchodzili  do  stolika.  Oczekujące  ich  starsze  panie  wstały  i  pośpieszyły 

naprzeciw. 

-  Nie  wiem.  Pół  roku?  Rok?  -  zdążył  szepnąć  Jack,  zanim  ciocia  Judy,  ta  na  niebiesko,  chwyciła  ich 

kolejno w niedźwiedzi uścisk. 

Jack  dokonał  prezentacji,  a  potem  przez  chwilę  wszyscy  stali  i  starali  się  nawiązać  rozmowę.  Nikt  z 

pozostałych gości nie zwracał na nich uwagi: zawitali tu głównie turyści, którzy wędrowali od okna do okna i 

fotografowali wodospad. Po drugiej stronie sali, przy długim stole, siedziała grupa dzieciaków i zabawiała się 

wydawaniem  straszliwych  wrzasków.  Tak  jak  przewidywał,  starsze  panie  zakochały  się  w  Colleen  od 

pierwszego wejrzenia. A Colleen była czarująca, uśmiechnięta, słodka i naturalna i udzielała najwłaściwszych 

odpowiedzi. 

- Ona jest kochana, Jack! - wykrzyknęła ciocia Dorothy.- Po prostu ujmująca. 

Matka promieniała. 

- Zupełnie inna niż Don... 

-  Helen,  nie  wracajmy  do  przeszłości  -  upomniała  siostrę  Judy.  Zniżyła  głos  do  szeptu,  który  i  tak 

słyszalny był dla wszystkich. - Nie wiemy, co ona wie, no, wiecie o czym. 

- Och, wiem wszystko o Donnie, tej zapalonej  miłośniczce  futbolu. - Na obliczu  Colleen  malował się 

niewinny uśmieszek. 

Usłyszała, że Jack wstrzymał oddech i uśmiechnęła się szerzej. 

- Jack opowiadał mi ze szczegółami o swym małżeństwie i rozwodzie. 

Helen Blackledge przysunęła się bliżej. 

- Tak bardzo martwiłyśmy się o niego po tym, co... - szepnęła konspiracyjnie. 

-  Mamo  -  przerwał  Jack  ostro.  Posłał  Colleen  zdesperowane  spojrzenie.  W  jej  oczach  natomiast 

pojawiły się iskierki, jak gdyby siłą powstrzymywała się od śmiechu. Zacisnął zęby. - Może byśmy usiedli? 

Helen wzięła Colleen za rękę. 

- Usiądź tutaj, kochanie, między mną i Jackiem. - Wszyscy zajęli miejsca przy stoliku pod oknem. - Czy 

pochodzisz z Buffalo? Jak poznałaś Jacka? - Pani Helen strzelała pytaniami jak karabin maszynowy. 

Zanim Colleen zdołała cokolwiek powiedzieć, do przesłuchania włączyła się ciocia Dorothy. 

- Od jak dawna się spotykacie? 

background image

 

42

- Od sześciu miesięcy - odparła Colleen. 

-  Od  roku  -  powiedział  Jack  dokładnie  w  tej  samej  chwili.  Zerknęli  na  siebie,  wymieniając  zbolałe 

spojrzenia. 

- No to pół roku czy rok? Nie rozumiem - drążyła ciocia Judy. 

Talent  Jacka  do  wymyślania  romansów  wystarczył  tylko  na  początek,  a teraz  opuścił  go  zupełnie.  Chwycił 

szklankę z wodą i zajął się opróżnianiem zawartości. 

Colleen na moment się wyprostowała, po czym pochyliła się nad stolikiem. 

- Cóż, to zależy. Jack wyznał mi, że zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia, kiedy spotkaliśmy 

się w redakcji. Czyli właśnie rok temu, zaraz po moim przyjeździe do Buffalo.  - Jej aksamitne oczy  lśniły.  - 

Tylko  że  przez  sześć  miesięcy  nie  miał  odwagi  zaprosić  mnie  na  randkę,  więc  ja  liczę  od  naszej  pierwszej 

wspólnej kolacji pół roku temu. 

Jack prawie zakrztusił się wodą. 

- Colleen - syknął ostrzegawczo. 

- Zawsze się wstydzi, kiedy opowiadam tę historię, bo nigdy przedtem nie był nieśmiały wobec kobiet - 

ciągnęła Colleen wesoło. 

- Mogłam się tego domyślić! - wykrzyknęła triumfalnie ciocia Dorothy. - Całe życie wiedziałam, że gdy 

nasz Jack się zakocha, przestanie udawać napuszonego koguta. 

- Och, nie, przy  mnie  nigdy  nie udaje  napuszonego koguta - zaprzeczyła gorąco Colleen. - Jest czuły, 

uprzejmy  i  opiekuńczy.  -  Szukała  innych  epitetów  na  określenie  mężczyzny  marzeń  każdej  feministki,  a  dla 

Jacka zmory z koszmarnych snów. 

- Czuły, uprzejmy i opiekuńczy - powtórzył jak echo Jack. Wyglądał na przerażonego. Colleen ukazała 

zęby w uśmiechu. Jack uniósł brwi. 

- Poza tym  jest taki troskliwy  i  nigdy  nie zapomina o okazjach - kontynuowała  swą  litanię Colleen. - 

Przynosi  mi  kwiaty  i  czekoladki,  czasem  małe  prezenciki  i...  zdarza  mu  się  płakać  w  kinie  -  zakończyła 

niespodziewanie. 

- Płakać?! - wrzasnął kompletnie znokautowany Jack. - Ja? - Mama i ciocie wpatrywały się w niego z 

zainteresowaniem,  więc  zmusił  się  do  krzywego  uśmiechu.  -  Oto  moja  mała  Colleen,  uwielbia  stroić  sobie 

żarty. Dobrze wiecie, że ostatni raz płakałem w przedszkolu. 

- Jest taki wrażliwy, tylko wstydzi się do tego przyznać - poczyniła wyznanie Colleen. 

- Tak się cieszę, że przy tobie nauczył się okazywać uczucia, Colleen - rzekła matka Jacka poważnym 

tonem.  -  Jego  ojciec  był  wspaniałym  człowiekiem,  ale  wierzył  niezłomnie  w  teorię,  według  której  płacz 

przystoi wyłącznie kobiecie. Jack naśladował go od czwartego roku życia. Nie płakał nawet na pogrzebie ojca 

trzynaście lat temu. „Tatuś nie chciałby żebym płakał” - powiedział mi. 

-  Nie  ukrywamy  przed  sobą  naszych  uczuć  -  uspokoiła  ją  Colleen.  -  Przenigdy.  -  Zignorowała  Jacka, 

który kopnął ją pod stołem. 

Trzy  starsze  panie  na  moment  oniemiały  z  zachwytu,  po  czym  jęły  szczebiotać  jedna  przez  drugą  o  swoim 

przekonaniu,  że  odpowiednia  dziewczyna  będzie  umiała  się  przebić  przez  mur  obojętności  drogiego  małego 

background image

 

43

Jacka. Skoro udało się to Colleen, trudno marzyć o lepszej partnerce dla niego. 

Z rogu sali dobiegły ich pierwsze dźwięki muzyki tanecznej, granej przez mały zespół instrumentalny. Zaczęli 

grać dokładnie w przerwie między przekąskami i głównym daniem. 

-  Przecież  to  moja  ulubiona  piosenka  -  rzekła  rozmarzonym  tonem  Helen  Blackledge.  -  Dama  w 

czerwieni. Taka romantyczna, taka wzruszająca. 

- Sentymentalna, głupia i banalna - mruknął Jack pod nosem. 

Colleen z ledwością stłumiła chichot. 

- Oho, dają o sobie znać różnice pokoleniowe. 

- Colleen, Jack, powinniście pójść zatańczyć - zarządziła ciocia Dorothy. - Świece, muzyka, Niagara w 

tle... czy można sobie wyobrazić lepszą atmosferę? 

- Niestety, Colleen cierpi na ból w kolanie - odpowiedział gładko Jack. - Nie może tańczyć. 

Colleen wstała. 

-  Pamiętasz  te  gorące  kompresy  i  tabletki  od  doktora  Johnsona?  Bardzo  mi  pomogły,  kolano  jest  jak 

nowe. Chodźmy. 

- Nic z tego - warknął Jack. 

- Przecież tak świetnie tańczysz, Jack - zaprotestowała matka. - Brałeś lekcje w Akademii Tańca panny 

Wilcroft. Chyba od szóstej klasy nie widziałam cię tańczącego - dodała smutno. 

- Rusz się, Jack, tylko jeden taniec - włączyła się Colleen, ciągnąc go za rękaw marynarki. Miała przy 

tym dość szatańskie błyski w oczach. - Na pewno przypomnisz sobie parę kroków, jeśli dobrze poszperasz w 

pamięci. 

- Och, do diabła. - Jack rzucił serwetkę na stół i wstając, z impetem odsunął krzesło. - Jeden taniec, a 

potem nie chcę nawet słyszeć tego słowa. 

background image

 

44

 

- Cały czas robisz ze mnie zaślinionego mięczaka! Aż tak cię to bawi? - wypalił Jack, otaczając Colleen 

ramieniem. - Wyglądasz na zadowoloną z siebie. 

-  Lubię  uszczęśliwiać  ludzi.  Popatrz  na  mnie,  Jack.  -  Colleen  uśmiechnęła  się  i  pomachała  w  stronę 

rozradowanej trójki. Starsze panie odpowiedziały tym samym. - Więc brałeś lekcje tańca? - Pokręciła głową  i 

zachichotała. - Całkiem nieźle ci idzie. Panna Wilcroft byłaby z ciebie dumna. 

Tańczyli  w  sposób  tradycyjny.  Ona  oparła  lewą  rękę  na  jego  ramieniu,  a  prawą  wsunęła  mu  w  dłoń.  Jack 

obejmował  ją  lekko  potężnym  ramieniem.  Ich  ciała  nie  stykały  się,  właściwie  w  odstęp  między  nimi  z 

łatwością, wszedłby ktoś trzeci. 

- Panna  Wilcroft wyglądała  jak  stupięćdziesięciokilogramowy orangutan, a  jej  lekcje  ledwo znosiłem. 

Wyobraź sobie chłopca, który żyje i oddycha tylko sportem, w sali balowej. Tak mi to dało w kość, że przez 

wiele lat nienawidziłem tańca. Dopiero później zorientowałem się, że wolny taniec pomaga zaciągnąć kobietę 

do łóżka. 

Jack  wyczuł  jej  napięcie  i  uśmiechnął  się  triumfująco.  Znęcała  się  nad  nim  niemiłosiernie  i  to  w obecności 

matki i ciotek, więc teraz nadszedł czas na staromodną słodką zemstę. 

- Oczywiście to, co robimy w tej chwili, nie przypomina moich zwykłych lubieżnych numerów. Mam ci 

pokazać różnicę? 

- Lubieżnych numerów? - Serce podskoczyło jej w piersi. — Nie! Patrzą na nas! 

-  Chciałaś  uszczęśliwiać  ludzi  -  przypomniał  jej  Jack.  -  W  takim  razie  nasza  spragniona  romantyzmu 

widownia dostanie zamiast tego dużą porcję namiętności. 

Jednym  ruchem  przyciągnął  ją  do  siebie.  Pragnął  tulić  tę  dziewczynę,  a  jeden  taniec,  nawet  pod  okiem 

rodziny, nie stanowił żadnego niebezpieczeństwa. 

- Zarzuć mi ręce na szyję - zarządził, a sam oplótł mocno rękoma jej talię. 

Nie  miała wyboru,  musiała się podporządkować. Skonstatowała ten  fakt z  niejakim przestrachem,  bo objęta 

została  tak  silnie,  że  trudno  byłoby  wcisnąć  pomiędzy  nich  choćby  szpilkę.  Nie  mogła  pozwolić  rękom,  by 

zwisały swobodnie po bokach, jeśli wolała uniknąć długiego tłumaczenia się przed widownią w postaci trzech 

starszych pań. Czując to samo, co czuje mysz złapana w pułapkę, z wahaniem oparła ręce na jego barkach, nie 

ważąc się jednak go objąć. 

Tańczyli tak przytuleni, że  nie pozostał ani  jeden wolny skrawek  jej ciała, który by  nie dotykał ciała  Jacka. 

Colleen  ze  świstem  wciągnęła  powietrze.  Jack  napierał  na  nią  twardymi  mięśniami,  gorącym  oddechem 

ogrzewał jej włosy. 

- Rozluźnij się - szepnął Jack prosto w ucho Colleen. - Za bardzo się napinasz. Mam wrażenie, że tańczę 

ze szczotką do podłogi. No, prawie - poprawił się chichocząc. - Jesteś za miękka i zbyt zaokrąglona tu i ówdzie 

jak na szczotkę. Tak czy inaczej, powinnaś się rozluźnić. 

- Ja... ja zawsze sztywnieję na parkiecie - wymamrotała Colleen. Jack wydawał się jej taki wysoki, silny 

i  taki  ciepły.  Ledwie  oparła  się  niepokojącemu  pragnieniu,  by  opuścić  powieki  i  stopnieć  w  jego  potężnych 

background image

 

45

ramionach. Potknęła się lekko, a Jack troskliwie objął ją jeszcze mocniej. 

- Nie tańczę za dobrze.  Wciąż  się  martwię, że w  końcu zacznę komuś deptać po palcach. - Nigdy  nie 

była  ślamazarna  i  nigdy  nie  miała  trudności  z  wolnym  tańcem,  aż  do  dzisiaj.  Za  to  nabyła  chyba  zdolność 

prowokowania,  bo  ostra  szpilka  jej  pantofla  prawie  przeszyła  na  wylot  stopę  Jacka,  który  zdążył  zwinnie 

uskoczyć w bok. - No widzisz? - spytała z nerwowym śmiechem. 

Czekała, aż nazwie ją słonicą z dwiema lewymi nogami. Ostatnią rzeczą, której mogła się spodziewać, było 

to, że objął dłonią jej szyję i zaczął delikatnie masować kręgosłup. 

-  Dobrze  ci  idzie  -  mruknął  ciepłym  głosem.  Ręką  opartą  na  jej  biodrze  uciskał  wrażliwe  miejsce  na 

plecach.  Colleen  dotąd  nie  uświadamiała  sobie  jego  istnienia,  ale  najwyraźniej  należało  ono  do  niezwykle 

erogennych. Poczuła się tak, jakby zewsząd otoczyły ją płomienie. 

W rzeczywistości każdy nerw jej ciała odpowiadał na tę szczególną pieszczotę. Cała płonęła; piersi ocierające 

się o muskuły Jacka zdawały się wielkie i pełne, sutki wyprężyły się i nabrzmiały. Silny, instynktowny odruch, 

by  otrzeć  się  o  Jacka,  przyprawił  Colleen  o  zawrót  głowy.  W  uszach  słyszała  łomot,  harmonizujący  z 

grzesznym, lecz nieokiełznanym i podniecającym pulsowaniem w dole brzucha. 

Napięcie  i  opór  stopniały  jak  ciepły  miód.  Rozluźniła  się,  pozwalając  miękkim  krągłościom  swej  sylwetki 

przylgnąć  do  twardego,  męskiego  ciała.  Nie  potknęła  się  już  więcej.  Poruszała  się  idealnie  w  takt  powolnej, 

usypiającej muzyki, kołysała się zgodnie z rytmem płynącym z ich obojga. Powieki Colleen drgnęły, a potem 

opadły. Drżąc, wzięła głęboki oddech. 

Jack  był  sprężysty,  silny  i  ocierał  się  o  nią,  lecz  zamiast  uciekać  przed  tą  przytłaczającą  męską  potęgą, 

Colleen  przysunęła  się  bliżej.  Nigdy  dotąd  nie  zaznała  równie  intensywnego  rozbudzenia,  nigdy  dotąd  nie 

uświadamiała sobie żywiej swej kobiecości. Kiedy na karku poczuła dotknięcie jego warg, z piersi wyrwało się 

jej bezgłośne westchnienie. 

- Jack... - wyszeptała, tonąc w błogim świecie marzeń. Szczypał wargami jej kark i gładził skórę szyi, a 

podniecenie  Colleen  sięgało  zenitu.  Odrzuciła  głowę  w  tył,  by  umożliwić  mu  lepszy  dostęp  do  ramion,  i 

ponownie westchnęła. 

Jack  niemal  oszalał.  Głęboko  odetchnął,  by  się  nieco  uspokoić,  ale  z  następnym  wdechem  delikatny,  acz 

podniecający  zapach  perfum  Colleen  uderzył  go  w  nozdrza.  Podziałał  na  niego  jak  haust  stuprocentowej 

whisky i zmącił mu myśli. Wydawała się taka drobna, jak to tylko możliwe, pragnął jeszcze większej bliskości, 

bez ograniczenia w postaci ubrań, by mógł dotykać jej jedwabistej skóry swym nagim ciałem. Wyobraził sobie, 

że zdejmuje z niej tę elegancką sukienkę, obejmuje nagą, uległą postać ramionami... 

Piosenka  się  skończyła,  a  muzycy  uderzyli  w  struny  i  klawisze,  prezentując  zdecydowanie  nieromantyczny 

temat  z  filmu  Pogromcy  duchów.  Dzieci  z  końca  sali  rozwrzeszczały  się  na  całe  gardło.  Colleen  i  Jack 

wypuścili  się  z  objęć  i  wymienili  oszołomione  spojrzenia.  Żadne  z  nich  nie  wyrzekło  ani  słowa.  Oboje 

oddychali z trudem i drżeli. 

- Jack! Hej, Jack! - Jowialny męski głos zdawał się dochodzić z innego świata. 

Jak na komendę zwrócili się w stronę, z której dobiegało wołanie. Wysoki mężczyzna o bujnej blond fryzurze 

zmierzał prosto w ich kierunku. 

background image

 

46

- O nie!- jęknął Jack. 

-  Kt...  kto  to  jest?-  wyjąkała  Colleen.  Ku  swemu  zaskoczeniu,  z  ledwością  formułowała  słowa. 

Zamglony  umysł  z  wielkim  wysiłkiem  znajdował  właściwe  określenia,  wargi  lekko  drżały.  Głośna  muzyka  i 

jazgot dzieciaków przydawały całej scenie elementu dość surrealistycznego. 

-  Hej,  Blackie,  to  naprawdę  ty!  -  Olbrzymi  blondyn  poczęstował  Jacka  niedźwiedzim  klepnięciem  w 

plecy. - Tak myślałem, ale nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Co ty robisz tu sam? To nie jest twój typowy 

teren. - Zaniósł się gargantuicznym rechotem, lecz nagle spostrzegł Colleen. Szeroki uśmiech zbladł i zmienił 

się w wyraz niedowierzania. - Zazwyczaj balujesz z innym typem panienek... to znaczy... z innymi kobietami. 

Stary, co jest grane? 

Colleen zerkała to na rozognioną twarz Jacka, to na pełną niedowierzania fizjonomię blondyna. Podniecenie, 

które  ogarnęło  ją  w  uścisku  Jacka,  odpłynęło  równie  nagle  jak  woda  z  umywalki  po  wyciągnięciu  korka. 

Balujesz z innym typem panienek. Ta fraza nadal dźwięczała jej w uszach. Przypominała o realnym świecie, w 

którym partnerki Jacka Blackledge’a nie nadają się do zaprezentowania rodzinie. O świecie, w którym Jack za 

najważniejszy powód małżeństwa uważa pieniądze. 

Przerażająco żywe wspomnienie tańca  i sposobu, w  jaki tańczyli, stanęło  jej przed oczami. Jak się  do niego 

kleiła,  jak się poruszali,  co czuli... wszystko to jego sprawka. Zarumieniła się od czubka głowy po  koniuszki 

palców. 

- Hej, co z wami? Zamurowało was, czy jak? - pokrzykiwał muskularny blondyn. 

-  Czy  jak  -  odpowiedziała  Colleen.  Odzyskała  właśnie  panowanie  nad  swym  układem  nerwowym. 

Chwilowa  utrata  zmysłów,  wywołana  lubieżnym,  szalonym  tańcem,  litościwie  odeszła  w  niepamięć.  - 

Nazywam się Colleen Brady - przedstawiła się, wyciągając rękę na powitanie. - Pracuję w Times-Gazette razem 

z  Jackiem.  Zastałeś  nas  w  trakcie  odgrywania  przedstawienia  specjalnie  dla  jego  rodziny.  Udajemy 

zakochanych. Jak nam poszło? 

- Rodd Garrett. - Blondyn uniósł dłoń Colleen do ust  i złożył na niej pocałunek w czysto europejskim 

stylu.  W  zestawieniu  z  jego  potężnymi  kształtami,  ten  gest  wydawał  się  cokolwiek  śmieszny.  -  Tak, 

nadzwyczaj udany występ. Niesamowity widok. Wykombinowałem, że jeśli Black Jack obściskuje się z ładną 

dziewczyną w takim miejscu, to ani chybi zbliża się wesele. 

Jack  obserwował  tę  dwójkę  zamglonymi  oczyma.  Zauważył  natychmiast,  że  Garrett  trzymał  dłoń  Colleen 

nieco za długo. A ona nie przestawała szczebiotać; żywe, brązowe oczy błyszczały humorem, kiedy żartowała 

sobie z Garrettem. Jakiż to bzdurny pomysł wziąć ją i Jacka za parę kochanków! 

Zirytowało go, że Colleen tak szybko i radykalnie zmieniła nastrój, podczas gdy on nadal tkwił w żelaznych 

okowach podniecenia. Jego umysł potrzebował nieziemsko długiego czasu, by się przejaśnić. Denerwował go 

jej śmiech, słowa, jej flirtowanie - tak, flirtowała sobie w najlepsze! - a on stał jak oniemiały, usiłując odzyskać 

kontrolę nad myślami. 

- Dla ciebie to też nie jest typowy teren, Garrett - burknął Jack. - Z kim przyszedłeś? 

Rodd Garrett wyszczerzył zęby. 

- Słyszysz tę bandę bachorów? Drą się jak stare prześcieradła. 

background image

 

47

- Musiałbym być głuchy jak pień, żeby nie słyszeć. 

- No to właśnie z nimi tu jestem. Przyjęcie urodzinowe mojego siostrzeńca, no wiesz, dzieciaka  mojej 

siostry Rity. Chłopiec mnie ubóstwia. Zawsze chwali się wujkiem Roddem, który gra w drużynie Buffalo Bills. 

- Garrett wzruszył ramionami. - Wiesz, jakie są dzieci. Nie mogłem go zawieść. 

- To miło z twojej strony - powiedziała ciepło Colleen. - Na jakiej pozycji grasz? 

-  W  ataku  -  odparł  Rodd.  Natychmiast  zaczął  rozprawiać  o  drużynie  i  swojej  roli  w  zespole.  Colleen 

słuchała z uwagą. 

Garrett  zapomniał  dodać,  że  zwykle  siedzi  na  ławce  rezerwowych  i  że  w  tym  sezonie  prawie  wyleciał  z 

drużyny - pomyślał Jack z mroczną miną. Chociaż prawdopodobnie dla Colleen nie stanowi to żadnej różnicy. 

W końcu Rodd jest nadal zawodowym piłkarzem, choćby nawet u końca kariery, a Jack znał nazbyt dobrze z 

własnego doświadczenia ten rodzaj fascynacji, która ogarnia dziewczęta na widok znanego sportowca. Kiedyś 

sam  korzystał  z  tego  równie  nierozważnie,  jak  teraz  Rodd.  Przez  kilka  chwil  Jack  przysłuchiwał  się  ich 

rozmowie i czuł się coraz bardziej ignorowany, a przez to wściekły. 

-  Zgrabny  z  ciebie  podrywacz,  Garrett  -  wreszcie  włączył  się  do  konwersacji.  -  Najpierw  zmiękczasz 

serce  kobiety  historyjką  o  dobrym  wujaszku,  a  potem  niby  przypadkiem  rzucasz,  że  jesteś  zawodowym 

piłkarzem i liczy. na to, że rozdziawi gębę z zachwytu. 

Colleen  i  Rodd  odwrócili  się  i  spojrzeli  na  Jacka,  a  on  zaczerwienił  się  jak  burak.  Gorzki  ton  tych  stów 

zaskoczył nawet jego samego. Zmusił się do uśmiechu, żeby jakoś zatuszować horrendalną gafę. 

- Chodź, przywitasz się z moją mamą i ciotkami, Rodd. - Ucieszą się na twój - widok. 

Położył dłoń na ramieniu Rodda w przyjacielskim geście i skierował go ku stolikowi. Trzy siostry wpadły w 

szczery zachwyt, widząc dawnego kolegę swego pupila. 

- Chodziliśmy do tej samej  szkoły. Jack kilka  lat wyżej ode  mnie  - poinformował Rodd Colleen,  gdy 

reszta pogrążyła się we wspomnieniach o dawnych dobrych czasach. - Przez jakiś czas szliśmy ramię w ramię: 

najpierw przewodziliśmy chłopakom z sąsiedztwa, później dostaliśmy się do drużyny i...- urwał nagle. 

Cisza trwała, a Colleen spoglądała to na Jacka, to na Rodda. Karierę Jacka zakończył wypadek samochodowy, 

a Rodd ciągle grał. Zastanawiała się, jak Jack zniósł to doświadczenie. Zmiany, jakie wprowadziło ono do jego 

życia,  były  co  najmniej  tak  głębokie,  jak  zwrot  w  życiu  Colleen  po  skojarzeniu  rodziny  Bradych  z 

wszechpotężnym  klanem  Ramseyów.  Jednak  oboje  stawili  czoło  wyzwaniu  i  zdołali  zbudować  sobie  nowy 

świat. Łączy ich więcej, niż mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. 

Zerknęła  ponownie  na  Jacka  i  stwierdziła,  że  się  jej  przygląda.  Znowu  zapłonął  w  niej  ogień  podniecenia. 

Przypomniała sobie twardość jego mięśni, wielkie, lecz czułe dłonie, wargi pieszczące kark... 

Jack  pierwszy  odwrócił  wzrok,  przerywając  dopiero  co  nawiązany  kontakt.  Colleen  poczuła  się  jakby 

rozczarowana, kiedy chcąc nie chcąc zwróciła się ku reszcie towarzystwa. 

- Jack, ten to ma łeb na karku - perorował Rodd zawzięcie, może zbyt zawzięcie. - Robi coraz większa 

karierę dziennikarską, a ja nadal dostaję kopniaki na boisku. A propos, czytałem twój ostatni artykuł, Jack. Ten, 

w którym oskarżyłeś związek piłkarzy o to, że są tak samo chciwi,  jak właściciele klubów. Co to za  bzdury, 

podstępny zdrajco? 

background image

 

48

Podczas  gdy  dwaj  mężczyźni  gawędzili  sobie  przyjaźnie  o  teorii  kopania  piłki,  przyniesiono  główne  danie. 

Przez resztę wieczoru Rodd siedział z nimi, tylko od czasu do czasu zaglądał do gości siostrzeńca. 

- Jak to miło, że Colleen i Rodd znaleźli wspólny język - zauważyła Helen Blackledge, a Jack spode łba 

obserwował  Rodda,  który  wyciągał  opierającą  się  i  chichoczącą  Colleen  na  parkiet.  -  Pewnie  widujecie  się 

często? Nie zanosi się  na to, żeby Rodd też ustatkował  się z  jakąś  miłą dziewczyną  jak Colleen?  Jego matka 

byłaby taka szczęśliwa. 

Jack  nie  odpowiedział,  ale  wewnątrz  gotował  się  coraz  bardziej.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  Rodd  nie 

miałby nic przeciwko temu, żeby ustatkować się właśnie z Colleen. Po prostu ślinił się na jej widok. Jack nie 

dał  się  oszukać:  Rodd  Garrett  nie  przysiadł  się  do  nich  ze  starej  przyjaźni  ani  dla  snucia  wspomnień.  Nie 

uczynił  tego  dla  pogawędki  ze  szkolnym  kumplem  czy  choćby  po  to,  by  uwolnić  się  od  watahy  ryczących 

dzieciaków. Rodd Garrett dołączył do nich w jednym celu, któremu na imię Colleen. 

Wieczór zamieniał się w noc, a nastrój Jacka pogarszał się z minuty na minutę. Za każdym razem kiedy zerkał 

na Rodda i Colleen, odczuwał niespodziewane ukłucie zazdrości, która stale rosła. Nie pomagało tłumaczenie 

sobie, że nie ma ani prawa, ani powodu, by czuć coś podobnego. 

Rodd został nawet wtedy, gdy przyjęcie urodzinowe siostrzeńca dobiegło szczęśliwego końca. Zatańczył raz z 

każdą ze starszych pań i więcej niż parę razy z Colleen. Jack nie wstawał od stołu. Siedział i rozmawiał z matką 

i ciotkami o sklepie w Orlando, o czterech zamężnych kuzynkach, czyli córkach Judy i Dorothy, mieszkających 

z  rodzinami  na  Florydzie,  o  sławnych  na  cały  kraj  młynach  zbożowych  w  Buffalo  i  o  planach  uczynienia  ze 

starych elewatorów pomnika kultury narodowej. 

Nigdy jeszcze nie odgrywał roli dobrego syna tak gorliwie. Każdy nowy temat odwracał jego myśli od Rodda 

i Colleen, którzy śmiali się, tańczyli i w ogóle zachowywali się jak para niesfornych nastolatków. 

Minęła  już  jedenasta,  kiedy  Jack,  Colleen  i  Rodd  odprowadzili  starsze  panie  do  wynajętego  przez  nie 

samochodu i pożegnali się. 

- No co, Jack. Przedstawienie skończone. Przestańmy udawać. Może bym odwiózł Colleen do domu - 

wypalił Rodd ze śmiałością, która omal me sprowadziła mu na szczękę pięści Jacka. 

- Ja ją przywiozłem i ja ją odwiozę - oświadczył. Chwycił Colleen za rękę zupełnie niestosownym w tej 

sytuacji gestem właściciela i już jej nie wypuścił. 

-  Tam  stoi  moje  ferrari.  -  Rodd  napuszył  się  jak  paw.  Właśnie  pokazał  swą  atutową  kartę,  tak 

przynajmniej sądził, i teraz oczekiwał radosnego przyjęcia swojej propozycji przez Colleen... 

...  która  w  ogóle  nie  zareagowała.  Ramseyowie  mieli  hyzia  na  punkcie  sportowych  samochodów,  więc 

Colleen  w  ciągu  ostatnich  siedmiu  lat  napatrzyła  się  na  najbardziej  egzotyczne  i  najdroższe  modele  świata. 

Przejażdżka ferrari nie stanowiła dla niej żadnej atrakcji. O wiele mocniej intrygowało ją zdecydowanie Jacka, 

by do owej przejażdżki nie dopuścić. Wybrała towarzystwo Jacka. 

-  Dlaczego  nie  chciałeś,  żebym  pojechała  z  Roddem?  —  zapytała  go,  gdy  wjeżdżali  na  most,  a  Rodd 

Garrett został sam na sam ze swoim ferrari. 

- Powiedzmy, że to mój kaprys - odrzekł. Nie posiadał się z radości, triumfował. Co chwila wspominał, 

jak to Colleen wybrała  jego  i rozklekotanego pontiaca zamiast lśniącego ferrari z Roddem w środku  i cieszył 

background image

 

49

się coraz bardziej, choć nie znał powodu tej radości i nie miał ochoty go szukać. - Facet typu Rodda może być 

bardzo niebezpieczny dla szanującej się dziewczyny. 

- Coś mi się widzi, że powinnam bać się raczej ciebie - burknęła Colleen. - To nie Rodd dobierał się do 

mnie  w  tańcu.  -  Zdziwiła  ją  własna  bezpośredniość,  ale  musiała  porozmawiać  o  tym,  co  się  między  nimi 

wydarzyło. Czy dla niego ma to jakiekolwiek znaczenie? 

- Dotrzymywałaś mi kroku przez cały czas, złotko - odciął się Jack. 

Colleen zarumieniła się. Chyba jednak wolałaby o tym nie dyskutować. 

- Polubiłam twoją rodzinę - powiedziała szybko, przenosząc się na bezpieczniejszy grunt. - Bardzo miłe 

starsze panie. 

- Tak, to prawda. 

- Uwielbiają cię. 

Uśmiechnął się. 

-  Ciebie  też,  wcale  nie  mniej.  Colleen,  hmm,  chciałbym  ci  podziękować  za  dzisiejszy  wieczór. 

Uszczęśliwiłaś je i jestem ci za to wdzięczny. 

Colleen tylko kiwnęła głową. Gdyby to była prawda, pomyślała ze smutkiem. Na pewno nie, odpowiedziała 

sobie z pozbawioną złudzeń szczerością. Dzisiejsza randka to jedynie maskarada, nie wolno ignorować faktów 

i oddawać się fantazjowaniu. To najkrótsza droga do tragedii. 

- Czy Rodd zaprosił cię na kolację? 

Pogrążona  w  rozmyślaniach  ledwo  usłyszała  pytanie,  wypowiedziane  głosem  tak  beznamiętnym. 

Odpowiedziała po prostu: 

- Tak, na przyjęcie w piątek za tydzień. 

- I jaką dałaś odpowiedź? 

- Że się zastanowię i żeby zadzwonił, to mu powiem. 

- Bardzo sprytne, Colleen. Umiesz zastawić sidła, co? Dobrze wiesz, że facet pokroju Rodda nie poleci 

na każdą babę, więc skazujesz go na niepewność i... 

-  Nie  zastawiam  żadnych  sideł!  -  zaprzeczyła  gorąco.  -  Nie  bawię  się  w  żadne  gierki  czy  intrygi. 

Powiedziałam, że się zastanowię, bo jeszcze nie podjęłam decyzji. 

- Dlaczego? Przecież on ci się podoba. Przez ładnych parę godzin obserwowałem, jak wodzisz za nim 

oczami  i  chichoczesz  z  jego  żartów  jak  pensjonarka.  Pewnie  nie  możesz  się  doczekać,  żeby  pochwalić  się 

przyjaciółce nowym amantem. W Buffalo latają za nim tabuny panienek, wiedziałaś o tym? 

-  Nie  wiedziałam  i  guzik  mnie  to  obchodzi.  Poza  tym  wcale  nie  wodziłam  za  nim  oczami  i  nie... 

chichotałam jak pensjonarka. 

- Od lat mam do czynienia z kobietami, które na widok zawodowego sportowca tracą resztki rozsądku. 

Tak było zawsze, kobiety lgną do sławy. Niektóre jeżdżą po świecie za zespołami muzycznymi, inne polują na 

piłkarzy... 

- Nie lgnę do Rodda Garretta! - ucięła Colleen. Kipiała złością, ale pod tym wzburzeniem kryła się mała 

obawa.  Czy  Rodd  odebrał  jej  zachowanie  tak  samo  opacznie  jak  Jack?  Co  za  ironia  losu,  że  Jack  wziął  jej 

background image

 

50

uprzejmość  w  stosunku  do  Rodda  za  umizgi,  podczas  gdy  ona  była  tak  zafascynowana  Jackiem  właśnie,  że 

brała udział w przyjęciu niemal nieświadomie, automatycznie grając swoją rolę. 

- Nie interesuję się sportem i nie zachwycają mnie piłkarze... ani byli piłkarze - dodała gniewnie. 

-  Niemniej  jednak  pójdziesz  z  Roddem  na  przyjęcie.  Kobieta,  która  by  odrzuciła  zaproszenie 

zawodowego piłkarza na wydaniu, i to posiadacza ferrari, jeszcze się nie narodziła. 

- Nieprawda! Właśnie z nią rozmawiasz! 

- Uwierzę dopiero wtedy, kiedy powiesz to jemu - ciągnął Jack przekornie. 

- Zrobię to, gdy tylko zadzwoni - warknęła Colleen. - To ty polujesz na posagi, nie ja. 

Jack dawno nie był tak zadowolony z siebie. Kilka razy próbował zagaić rozmowę, lecz Colleen odpowiadała 

najczęściej monosylabami. 

Mając  w  pamięci  jego  zachowanie,  gdy  zabierał  ją  z  mieszkania  przed  przyjęciem,  teraz  oczekiwała,  że 

zahamuje  pod  blokiem,  lekko  tylko  przygasi  silnik,  da  jej  trzy  sekundy  na  opuszczenie  samochodu  i  zniknie 

wśród nocnej ciszy. Ku zaskoczeniu Colleen, Jack odprowadził ją do drzwi mieszkania i otworzył je przed nią. 

-  No  to...  -  Colleen  stała  w  progu  i  gapiła  się  na  gumową  wycieraczkę.  Nieoczekiwanie  ogarnęło  ją 

wewnętrzne  napięcie.  Nerwy  zaczęły  odmawiać  posłuszeństwa,  a  świadomość,  że  Jack  stoi  tuż  obok,  nie 

pozwoliła zebrać myśli na powrót. 

- To był... bardzo miły wieczór. 

- Zgadzam się całkowicie. 

Zrobiła  krok  do  ciemnego  przedpokoju.  Serce  roztrzepotało  się  szaleńczo,  kiedy  Jack  podążył  jej  śladem  i 

zamknął za sobą drzwi. 

- Myś... myślę, że Nicola zapomniała włączyć światło - wyjąkała piskliwym ze zdenerwowania głosem. 

- A może już wróciła i poszła spać. Przy framudze jest włącznik... och! 

Nie spostrzegła, kiedy do niej podszedł. Poczuła tylko objęcie silnych ramion i ciepło jego ciała. Po chwili jej 

wargi zostały wręcz zgniecione przez szerokie, męskie usta. 

Gdyby  pochwycił  ją  w  ciemności  ktoś  obcy.  przeraziłaby  się  i  próbowała  wyrwać.  Lecz  Jack  nie  napotkał 

oporu. Szaleństwo zmysłów zawładnęło Colleen całkowicie. Zdawało się, że chwili obecnej nie dzieliły nawet 

sekundy od tamtego momentu przebudzenia, którego doświadczyła, tańcząc z nim parę godzin temu. Pragnęła 

Jacka. Pożądała go. 

Jęknęła,  kiedy  ich  języki  się  zetknęły  i  przechyliła  głowę  w  tył,  by  nie  uronić  ani  odrobiny  z  palącego 

pocałunku. Zarzuciła ramiona na szyję Jacka i zatonęła w mrocznym, wzburzonym oceanie zmysłowości. 

Jack przyciągnął ją bliżej i przechylił, penetrując językiem coraz to głębiej, a ona drżała w słodkiej, gorącej 

namiętności pocałunku. Szybkim ruchem doświadczonego kochanka sięgnął ku jej piersiom. 

Colleen  wydała  urywane  westchnienie,  czując,  jak  wielkie  dłonie  ściskają  jej  piersi,  a  długie  palce 

rozpoczynają  delikatną  zmysłową  pieszczotę.  Potarł  brodawkę,  która  zdążyła  już  stwardnieć  i  stała  się  aż  do 

bólu wrażliwa, a teraz słała małe gorące iskierki do najsekretniejszego miejsca kobiecego ciała. 

Jack w coraz większym uniesieniu rozedrganym pożądaniem ciałem napierał mocno na Colleen. Fale gorąca 

przelewały  się  w  niej,  sprawiając,  że  miękła  i  słabła;  ulegała,  kiedy  zsunął  ręce,  by  gładzić  i  pieścić  jej 

background image

 

51

pośladki, po czym podniósł ją wysoko i tak trzymał. W tym momencie kobiece ciało przeszył erotyczny spazm. 

Czuła  go  między  udami,  gdzie  centrum  jej  płci  płonęło,  powiększone  i  gorące.  Nigdy  przedtem  nie 

doświadczyła tak palącej żądzy, której intensywność zaskakiwała ją i przerażała zarazem. 

Całował ją tak, jak jeszcze nikt; mocno, głęboko i namiętnie wsuwał język w jej usta i wyjmował na powrót, 

coraz  szybciej,  w  swoistej,  rozdzierająco  erotycznej  symulacji  zbliżenia,  pragnąc  uległości  i  otrzymując  ją  w 

najbardziej pierwotnym, namiętnym zapamiętaniu... 

Późno w nocy, leżąc samotnie w łóżku, Colleen przewracała się z boku na bok i rozmyślała, co mogłoby się 

wtedy zdarzyć, gdyby nie nagły, zaskakujący błysk światła, a zaraz po nim zdziwiony okrzyk: 

- Ojojoj! - i zakłopotany chichot. 

Jackowi i Colleen zajęło kilka chwil, by się zorientować, że nie są już sami, że ktoś włączył lampę, że słychać 

zduszony śmiech i sapnięcia. 

Jack opuścił ręce i jednym susem odskoczył od Colleen, jakby uciekał przed niewypałem. Colleen oparła się o 

ścianę. Wszystko w niej drżało,! osłabło tak, że obawiała się osunięcia na podłogę. 

-  Tak  mi  przykro,  przepraszam  -  zawołała  Nicola.  -  Nie  wiedziałam...  -  Urwała,  po  czym  przełknęła 

ślinę  i  kontynuowała  komicznie  uprzejmym  tonem:  -  Kamal,  znasz  już  Colleen.  Chciałabym  ci  przedstawić 

Jacka Blackledge’a, yyy, szefa Colleen. 

Jack bezgłośnie zaklął. Cały się trząsł; intensywność niedawnej namiętności i gwałtowne zakończenie dawały 

o  sobie  znać.  Oddychał  ciężko  i  z  trudem.  Omiótł  Colleen  rozmarzonym  wzrokiem,  dostrzegł  rozległy 

rumieniec i lekko spuszczone, lecz błyszczące oczy. 

- Miło mi pana poznać, panie Blackledge. - Niewysoki mężczyzna o nadzwyczaj bujnej, kruczoczarnej 

czuprynie  i  krzaczastych  wąsach  wyciągnął  rękę  na  powitanie.  -  Kamal  Veli  -  przedstawił  się.  -  Proszę  nam 

wybaczyć to przedwczesne wtargnięcie. Nicola zaprosiła mnie na kawę. Dołączy pan do nas? 

Jack  podziwiał  zimną  krew  młodego  człowieka.  Czy  praktyka  medyczna  przygotowuje  lekarza  do  radzenia 

sobie w każdej sytuacji? Uścisnął jego dłoń i zmusił się do słabego uśmiechu. 

- Może nie tak przedwczesne, jak pan sądzi - wymamrotał. 

Być może pojawienie się Nicoli i Kamala było łaską opatrzności. Jego odczucia, niewiarygodna intensywność 

żądzy, prawie bolesnej w płynącej z niej rozkoszy... szalone odruchy ciała... reakcja Colleen, za którą pewnie 

poszłaby uległość... 

Nie pamiętał już, kiedy ostatni raz pożądanie opanowało go tak szybko, a przecież tylko się całowali! Pójście 

do łóżka z czarującą, nieznośnie piękną dziewicą byłoby na pewno początkiem, a nie końcem szeregu zdarzeń. 

Początkiem  tego,  co  dzisiaj  jedynie  udawali  przed  matką.  Poważny  związek,  ślub,  dzieci  i  ich  hałaśliwe 

przyjęcia urodzinowe... 

Zaczął  się  pocić.  Jego  odczucia  przypominały  spadanie  w  czarną  otchłań  bez  dna.  Związek  z  Colleen 

oznaczałby zaangażowanie emocjonalne; więzy, których zawsze pragnął uniknąć. Jednak z Colleen nie da się 

inaczej, ona potrzebuje  i wymaga tego. Ma prawo do własnej wizji,  lecz on żyje życiem  wolnego ptaka, bez 

ograniczeń i zobowiązań. Wolność albo śmierć, tak brzmiałoby jego motto, do tego on ma prawo. 

 

background image

 

52

Spojrzał na Colleen, która od momentu pojawienia się Nicoli i Kamala nie podniosła oczu. Pragnienie objęcia 

jej,  pocieszenia,  uspokojenia  wyprowadziło  go  z  równowagi.  Gdyby  uległ  i  zrobił  to,  wieczór  zakończyliby 

przy kawie  i plotkach z Nicolą  i  Kamalem; potem  nastąpiłyby kolejne, coraz intymniejsze kontakty, a z nimi 

obietnice, przysięgi... 

- Już późno, a ja muszę wstać przed szóstą. - Jack odwrócił się ku drzwiom jak ktoś umykający przed 

duchem. - Nie mogę zostać na kawie, ale cieszę się, że cię poznałem, Kamal. Miło było cię zobaczyć, Nicola. 

Colleen, no to trzymaj się, mała. Na razie. 

Zniknął, nim ktokolwiek zdołał wydukać choćby słowo. 

- Trzymaj się, mała? - powtórzył Kamal ze zdziwieniem. 

- To takie powiedzonko - wyjaśniła Nicola. - Slangowe. 

- Wiem. - Kamal nie ukrywał zmieszania. - Ale czy to jest coś, co mężczyzna mówi kobiecie po tym, 

gdy... 

- Padam ze zmęczenia, pójdę już spać - przerwała mu Colleen. Słuchanie interpretacji nagłego odwrotu 

Jacka w wykonaniu Kamala, było ponad jej siły. 

- Colleen? - Nicola pobiegła za nią do sypialni. - Dobrze się czujesz? Nie... nie gniewaj się... 

- Nic się nie stało. - Colleen położyła rękę na ramieniu przyjaciółki w siostrzanym geście. - Dobrze, że 

weszliście tak niespodziewanie. 

Nicola uśmiechnęła się niepewnie. 

- To bardzo uprzejme z twojej strony, ale nie wierzę ci ani trochę. - Jej oczy błyszczały. - Colleen, czy 

to nie cudowne? Nawet nam się nie śniło, że po tygodniu w Buffalo zakochamy się obie, i to jednocześnie. 

- Nie kocham Jacka Blackledge’a - zaprzeczyła Colleen żarliwie. 

- Colleen, znamy się od pięciu lat. Przez cały ten czas nie zdarzyło się, żebyś była z mężczyzną... no... 

tak blisko. I to na pierwszej randce. Wierz mi, to na pewno miłość. 

background image

 

53

 

-  Nie  jestem  zakochana  w  Jacku  -  powtórzyła  Colleen  chyba  po  raz  dziesiąty  tego  ranka.  Wczoraj  w 

nocy  mamrotała  te  słowa  zasypiając.  Teraz,  jadąc  do  pracy,  próbowała  skoncentrować  się  na  znakach 

drogowych, ponieważ nie znała jeszcze zbyt dobrze tej trasy. 

Nicola  myliła  się.  Ogromnie  to  miłe,  że  przyjaciółka  uważała  za  powód  zachowania  Colleen  uczucie  tak 

szlachetne  jak  miłość,  ale  Colleen  nie  kochała  Jacka  Blackledge’a.  Nie  mogłaby!  On  nie  należy  do 

opiekuńczych,  delikatnych,  wyrozumiałych  i  otwartych  mężczyzn,  a  takiego  dla  siebie  wymarzyła.  Jest  za to 

kapryśny, trudny, cyniczny i arogancki. Nigdy nie zakocha się w kimś takim, to pewne. 

Czy  miłość  nie  opiera  się  na  uczciwości  i  zaufaniu?  W  przypadku  Jacka  nie  ma  mowy  o  uczciwości, 

wystarczy wspomnieć jego plany małżeńsko-finansowe. Żadna kobieta przy zdrowych zmysłach nie wyjdzie za 

kogoś, kto od miłości wyżej ceni jej konto bankowe. 

Dlaczego zatem  całowała go tak namiętnie, dlaczego pozwalała  się dotykać  i  budzić w sobie dotąd uśpione 

emocje?  Nicola  zadała  jej  to  trudne  pytanie  podczas  zwykłej  porannej  krzątaniny  po  kuchni,  kiedy  każdy 

próbuje coś zjeść i nie spóźnić się przy tym do pracy. A Colleen musiała stawić czoło wstydliwej prawdzie. 

Chciała  iść  z  nim  do  łóżka.  Nawet  przed  samą  sobą  trudno  jej  było  się  do  tego  przyznać.  Ona,  Colleen 

Elizabeth Brady, grzeczne dziewczę z dobrego domu, pragnęła, mężczyzny, który ani nie udawał miłości, ani 

nie  zawahałby  się  wykorzystać  ją,  a  potem  porzucić,  albo  nawet  gorzej:  ożenić  się  z  nią  dla  pieniędzy,  o  ile 

zorientowałby się, że je posiada. 

O  tym  się  nie  dowie,  poprzysięgła  Colleen.  Nie  wyzna  Jackowi  swych  powiązań  z  jedną  z  najbogatszych 

rodzin w kraju. 

Wyleczy  się  z  tego  ryzykownego  seksualnego  zauroczenia,  trzymając  się  jak  najdalej  od  Jacka.  Do 

zakochania potrzeba ciągłego, bliskiego przebywania ze sobą. Postara się w miarę możliwości nie podchodzić 

do  swojego  biurka,  kiedy  on  będzie  siedział  przy  swoim,  i  ograniczy  do  zera  kontakty  poza  pracą.  Zacznie 

prowadzić tak intensywne życie towarzyskie, że nie starczy jej czasu ani energii na jedną choćby myśl o Jacku 

Blackledge’u.  Nawet  jeśli  będzie  musiała  poprosić  Nicolę  o  zorganizowanie  paru  randek  z  nieznajomymi 

zaspanymi cudzoziemcami. 

Rychło  okazało  się,  że  efekt  tych  rozmyślań  i  postanowień  był  mierny.  Jack  nie  przyszedł  do  redakcji,  a 

Colleen zamiast ulgi doznała rozczarowania. 

Kazorowski właśnie nalewał sobie kawy. Colleen - dołączyła do niego w nadziei na kubek brunatnej smoły, 

umyślnie zostawiając termos z nadającą się do picia kawą na biurku. 

- Gdzie jest Jack? - zapytała niby mimochodem. 

-  Dzisiaj  pracuje  w  domu  -  odrzekł  Kaz,  krzywiąc  się  między  jednym  a  drugim  łykiem  brei,  którą 

pewnie uważał za kawę. - Czy on, hmm, pomaga ci trochę, wprowadza cię w rolę? 

Colleen pojęła, że naczelny pyta o to, czy Jack zmiękł i pozwolił jej napisać artykuł. Właściwą odpowiedzią 

byłoby oczywiście „nie”. 

- Codziennie czegoś się uczę - odrzekła równie ostrożnie, jak ostrożnie ją zapytano. 

background image

 

54

Kazorowski zrozumiał. Uśmiechnął się niewesoło. 

- Trzymaj się, mała - rzucił i wyniósł się do swojego gabinetu. 

Policzki  Colleen  przybrały  barwę  zachodzącego  słońca.  Znów  usłyszała  frazę,  którą  poczęstował  ją  Jack 

wczoraj  na  odchodnem.  Pamiętała,  jak  się  śpieszył,  jak  odmówił  najniewinniejszej  w  świecie  propozycji 

wypicia filiżanki kawy. i uciekł. Zrobił to, bo mu nie zależało na niej ani trochę. Skorzystał z jej towarzystwa... 

i z jej ciała, ponieważ miał w tym interes, i na tym koniec. 

Naga  prawda  bolała.  Być  może  nie  kocha  Jacka,  ale  zaangażowała  się  głębiej,  niż  przypuszczała,  a  to  źle. 

Zbuntowawszy się przeciwko własnym myślom, zmusiła się, by zapomnieć o Jacku, i rzuciła się w wir pracy. 

Najpierw  zakopała  się  w  notatkach  i  korespondencji  działu  kulinarnego,  przygotowując  kolejną  wymianę 

przepisów  między  czytelnikami.  Potem  szef  działu  rozrywki  polecił  jej  uzupełnić  klepsydry  kilku  aktorów  z 

telewizji  i  filmu. Robienie klepsydr  ludziom, którzy żyją  i  mają się dobrze, zawsze wprawiało  ją w wisielczy 

humor,  choć  rozumiała  potrzebę  zbierania  podobnych  informacji.  Jednak  godzina  wypełniona  pisaniem  o 

żywych w czasie przeszłym nie poprawiła jej nastroju. 

Ucieszyła się, kiedy Susan Farley i Christina Fusco, dwie reporterki, z którymi jadła lunch pierwszego dnia, 

zaprosiły  ją  ponownie,  tym  razem  do  restauracji  Befsztykowy  Raj.  Tam  uraczyła  się  wysokokalorycznym 

stekiem  na  serze  z  dodatkami,  nie  dopuszczając  do  siebie  ani  na  chwilę  wyrzutów  sumienia.  Wróciła  do 

redakcji  odświeżona  i  zabrała  się  do  pracy  z  nowym  optymizmem.  Dziś  przepisy  i  klepsydry,  jutro  własne 

artykuły, powiedziała sobie. Może, jeśli dożyje... Uśmiechnęła się do tej myśli. 

- Wyglądasz na rozbawioną. Czy też mógłbym usłyszeć ten dowcip? 

Głowa Colleen na dźwięk głosu Jacka podskoczyła jak gumowa piłka. Stał opodal i patrzył. Bardzo uważała, 

żeby  nie  zaczerwienić  się  albo  nie  zblednąć,-  ani  w  żaden  inny  sposób  nie  dać  po  sobie  poznać,  że  jego 

obecność robi na niej wrażenie. 

- Właściwie zbieram się do wyjścia - powiedziała, wzruszając ramionami. Umyślnie obojętny ton ostro 

kontrastował z wewnętrzną burzą. Zerknęła na zegarek. - Minęła druga, a siedzę tu prawie od szóstej rano. 

Pochyliła  się  i  wyłączyła  komputer.  Reszta  klepsydr  może  poczekać  do  jutra.  Gdyby  któraś  z  gwiazd 

zdecydowała  się  nagle  wyzionąć  ducha,  to  przy  odrobinie  szczęścia  może  będzie  należała  do  tych  już 

załatwionych. 

- Dobrze, że cię jeszcze zastałem - powiedział Jack, postępując krok do przodu. 

Colleen pozwoliła sobie na krótkie zerknięcie w jego stronę. Znowu miał na sobie dżinsy, te mocno sprane, i 

żółte włóczkowe polo. Promieniował siłą i zmysłowością. Szybko odwróciła wzrok. 

- Dlaczego? - zapytała i pochwaliła się w duchu za idealnie beznamiętny ton. 

Jack  uśmiechał  się  tym  swoim  słodkim  uśmiechem,  którym  bez  wątpienia  omamił  już  wiele  niewinnych 

duszyczek. Nie mogła się mylić, bo nawet znając motywy Jacka, nie potrafiła oprzeć się mocy jego uśmiechu i 

musiała zwalczyć w sobie chęć odwzajemnienia go. 

Wygrała bitwę. 

- Dlaczego? - powtórzyła, zachowując kamienne oblicze. 

Uśmiech Jacka nieco zbladł. 

background image

 

55

- Wygląda na to, że mama i ciotki zapałały ochotą, żeby wybrać się na wycieczkę statkiem. Oczywiście, 

chcą zabrać nas ze sobą, a potem zjeść z nami kolację. 

Colleen  popatrzyła  na  niego  zimno.  A  więc  tak  to  rozegrał.  Próbuje  udawać,  że  ich  namiętne  interludium 

nigdy się nie zdarzyło, że po prostu realizowali pewien ustalony plan. Nic więcej. 

- Nie - burknęła. - Przepraszam, ale nic ż tego. Przeproś ode mnie mamę i ciocie. 

- One liczą na ciebie, Colleen. Poza tym mamy przecież umowę. 

- Tak. Umowę polegającą na oszukiwaniu trzech miłych pań, które na to nie zasługują. Przestań na mnie 

liczyć, Jack. 

Ignorując  go,  zajęła  się  porządkowaniem  biurka  i  zbieraniem  notatek.  Cały  czas  jednak  pamiętała  o  jego 

obecności. 

Dwoma krokami pokonał dzielącą ich odległość. 

- Nie dowierzasz sobie po tym, co się stało wczoraj, prawda? - rzekł niskim, sztucznym głosem. 

Żołądek Colleen wykonał salto ze śrubą. Już wolała udawanie, że nic się nie zdarzyło, od otwartej rozmowy 

na ten temat. Cóż, trzeba podjąć rękawicę. 

-  Wczoraj?  Masz  na  myśli  swoją  ucieczkę  przed  Nicolą,  Kamalem  i  mną,  jakbyśmy  byli  grupą 

trędowatych? 

-  Tak  to  mogło  wyglądać,  przyznaję  -  zaśmiał  się  nerwowo.  -  Ale  ja  mówiłem  o  tym,  co  się  działo, 

zanim... 

- Wybiegłeś jak nieokrzesany gbur? - dokończyła z jadowitą słodyczą w głosie. 

- Widzę, że od wczorajszej kolacji zmieniłaś opinię o mnie dość diametralnie. Przedtem uważałaś mnie 

za wrażliwego, opiekuńczego, uprzejmego i, zaraz, już nie pamiętam, aha, czułego. 

- Fantazjowałam, ale na więcej nie starczy mi talentu. 

- A nawet gdyby, to nie marnowałabyś go na mnie? 

Uniosła brwi. 

- Trudno to ująć lepiej. 

Podszedł  jeszcze  bliżej,  tak  że  dzieliły  ich  tylko  centymetry  i  czuła  ciepło  emanujące  z  jego  ciała.  Serce 

kołatało jej wściekle. 

-  Bądźmy  ze  sobą  szczerzy:  obraziłaś  się,  bo  nie  odegrałem  swojej  roli  przed  twoją  przyjaciółką  i  jej 

chłopakiem.  -  Powoli  odzyskiwał  zwykłą  wojowniczość.  -  Chciałaś,  żebym  został  i  do  tego  udawał,  że 

tworzymy parę tak samo jak oni. Żebyśmy pożartowali coś o randkach we czwórkę, opowiedzieli kilka starych 

dowcipów, coś o sobie, i tak dalej. 

Cała sytuacja wyglądała śmiesznie, kiedy przedstawiał to w ten sposób. Ona wyglądała śmiesznie. 

-  Jestem  na  ciebie  wściekła,  bo  jedynie  umiesz  wykorzystywać  ludzi.  Przy  mojej  pomocy  oszukałeś 

matkę i... niewiele brakowało, żebyś wykorzystał mnie także inaczej. 

- Jeżeli ja wykorzystałem ciebie, to ty mnie również. I nadal to robisz. - Sięgnął palcami do zwisającego 

nad jej uchem kosmyka włosów. Odtrąciła jego rękę. 

- Nie próbuj sugerować, że... 

background image

 

56

- Straciłaś głowę od mojego pocałunku? - podsunął jej uprzejmie. - O to chodzi, prawda? Dlatego jesteś 

zła. Bo byłaś gotowa pożegnać tak długo pielęgnowane dziewictwo... 

- Nieprawda! - przerwała z furią. - Nigdy bym... 

- Kotku, gdyby twoi kumple przyszli trochę później, zastaliby nas w łóżku. 

Wściekła i upokorzona Colleen przestała panować nad sobą. Wyciągnęła rękę, gotowa go spoliczkować. 

- Proszę bardzo - szydził Jack. - Uderz mnie. Publiczność czeka, damy im cały spektakl, choć to kiepski 

melodramat. Na parę miesięcy staniemy się głównym obiektem plotek dla wszystkich w redakcji. 

Przerażająca perspektywa w mgnieniu oka przywróciła jej zdolność panowania nad nerwami. Opuściła rękę i 

ukradkiem  rozejrzała  się  po  pokoju.  Niepokojąco  wiele  osób  przyglądało  się  im  z  nie  ukrywanym 

zainteresowaniem. Chociaż nie słyszeli rozmowy, to sam widok Colleen i Black Jacka stykających się prawie 

guzikami wystarczył, by rozbudzić ich ciekawość. 

Colleen  odwróciła  się  powoli  i  z  wysiłkiem  przyoblekła  twarz  w,  jej  zdaniem,  neutralną  minę.  Spakowała 

swoje rzeczy. 

- Koniec przedstawienia? - zapytał Jack z promiennym uśmiechem. 

- Jesteś próżny, złośliwy... karaluch - syknęła. 

- Karaluch - powtórzył jak echo Jack. - To nawet oryginalniejsze niż „szczur” albo „wąż”, ale jeszcze 

niezbyt mądre. Nie mogłabyś się dla mnie postarać o jakąś naprawdę niepowtarzalną zniewagę? Masz w końcu 

pisać artykuły. 

- Ostatnio nieczęsto zajmuję się pisaniem artykułów. Właściwie wcale ich nie piszę. Sortuję przepisy na 

kluski z serem, oglądam najgorsze filmy i uzupełniam klepsydry zamiast pracować nad rubryką, do której mnie 

przyjęto.  

Odwróciła się do wyjścia, ale Jack zastąpił jej drogę. 

- Czy zgodziłabyś się... popracować ze mną nad jakimś artykułem? - Obserwował ją z napięciem. 

Colleen próbowała go obejść, ale on zręcznie blokował każdy jej ruch i wciąż znajdowała go przed sobą. 

- Mam parę nowych pomysłów - ciągnął - ale mógłbym skorzystać z twojej pomocy co do ostatecznego 

kształtu. Co ty na to, Colleen? Zrobimy burzę mózgów i zobaczymy, co z tego wyniknie. 

- Usiłujesz mnie przekupić, żebym wybrała się na ten statek. Tylko dlatego wyskoczyłeś z ofertą... 

-  Najważniejsze,  że  proponuję  ci  współpracę.  Jeśli  chcesz  pisać,  to  nie  rezygnuj  z  szansy  i  daj  sobie 

spokój z analizowaniem motywów. 

Spojrzała na niego niepewnie. 

- Naprawdę pozwolisz mi napisać artykuł, jeśli zgodzę się pojechać z twoją rodziną na wycieczkę? 

- Jeżeli uda ci się stworzyć coś ciekawego i nadającego się do druku, to czemu nie? 

Colleen  pomyślała  o  danej  sobie  obietnicy,  aby  trzymać  się  z  dala  od  Jacka  Blackledge’a.  Na  drugiej  szali 

złożyła niespodziewaną szansę na początek prawdziwej kariery dziennikarskiej, co z kolei oznaczałoby ciągły 

kontakt z szefem. Starała się nie zważać na coraz większy przypływ entuzjazmu. Powinna teraz podjąć decyzję 

o  charakterze  ściśle  zawodowym,  tłumaczyła  sobie.  Ściśle  zawodowym.  Patrząc  z  tej  strony,  musiałaby  być 

niespełna rozumu, żeby odrzucić pierwszą, a może jedyną szansę na własny felieton. 

background image

 

57

-  Nie  wiem,  czy  powinnam  ci  wierzyć,  że  dotrzymasz  przyrzeczenia.  Czy  w  ogóle  przeczytasz  to,  co 

napiszę? - zapytała oschle. - Nie wycofasz się jutro, kiedy nie będziesz już potrzebował mojej pomocy? 

W jej oczach błyskały wojownicze iskierki. 

- W odróżnieniu od ciebie nie łamię obietnic, Colleen. 

- Ja nie... - zaprzeczyła gorąco. 

-  Przed  chwilą  prawie  zerwałaś  umowę,  odmawiając  udziału  w  wycieczce  -  przerwał,  ucinając  jej 

protesty.  -  Ustaliliśmy,  że  zagrasz  rolę  mojej  przyjaciółki  aż  do  wyjazdu  matki  i  ciotek  z  Buffalo.  Nawet 

podaliśmy sobie wtedy ręce, pamiętasz? 

O tak, pamiętała. Wówczas przedstawiało się to prosto i niewinnie. Teraz jednak... Colleen odwróciła wzrok. 

Dość negocjacji na dzisiaj. 

- Czy powinnam się przebrać przed zaokrętowaniem, czy mogę iść tak, jak stoję? - spytała z kamienną 

twarzą. 

Jack zlustrował, jej bawełniany kombinezon w kolorze piasku. Ubiór podkreślał każdą krągłość jej szczupłego 

ciała, a duże obciągane guziki, rozmieszczone pomiędzy dekoltem a pępkiem wzbudzały w nim pragnienie, by 

rozpiąć je jeden po drugim. Z trudem przełknął ślinę. 

- Wyglądasz doskonale. Chodźmy już. 

Nim minęła godzina, cała piątka płynęła statkiem, który powoli zbliżał się do wodospadu Niagara. Pasażerom 

rozdano  grube  gumowe  płaszcze,  kapelusze  i  kalosze  dla  ochrony  przed  tryskającymi  z  góry  miriadami 

lśniących kropelek. 

- Cudownie! Pięknie! - wykrzykiwała Colleen, zwisając z poręczy okalającej pokład i chłonąc oczyma 

okryty całunem wodnej mgiełki wodospad. 

- Lepiej niż w Disneylandzie? - zapytał kpiąco Jack. 

-  Co  najmniej  równie  przyjemnie  -  odparła.  -  Moi  mali  kuzyni  i  siostry  też  byliby  zachwyceni.  Nie 

mogę się doczekać ich odwiedzin. 

-  Ostrożnie,  moja  droga  -  przestrzegł  ją  Jack.  -  Takie  życzenia  spełniają  się  czasem  w  najmniej 

oczekiwanym momencie. Rodzina często pojawia się jak duch, wiesz przecież. 

Colleen zachichotała. 

- Bardzo bym chciała ich zobaczyć, o ile zostawią w spokoju mój stan cywilny. 

- Hej, wyraziłaś moje uczucia najdokładniej jak można. 

Roześmiała  się  na  całe  gardło.  Poranne  przygnębienie  i  złość  zniknęły  jak  za  dotknięciem  czarodziejskiej 

różdżki. Znała oczywiście powód: zostawiła daleko stąd klepsydry, a w perspektywie widziała swoje nazwisko 

wydrukowane w gazecie u dołu rubryki. Świetny nastrój Colleen przesłaniał jej to, że znajduje się w centrum 

uwagi  Jacka,  który  dotrzymywał  jej  towarzystwa  na  pokładzie.  Stali  przy  barierce,  on  luźno  obejmował  ją 

ramieniem. Starsze panie zajmowały miejsca na ławce pod daszkiem. Chociaż ulokowali się poza zasięgiem ich 

wzroku,  nadal  prowadzili  lekką,  miłą  konwersację  o  wszystkim  i  o  niczym.  Żadne  z  nich  nie  próbowało 

sugerować, że z dala od oczu publiczności nie muszą odgrywać pary kochanków. 

 

background image

 

58

-  Co  robią  ci  ludzie?  -  Zdziwiona  Colleen  wskazała  postacie  na  brzegu,  które  wspinały  się  ścieżką 

prowadzącą pod wodospad. 

-  Idą  do  Jaskini  Wiatrów  -  wyjaśnił  Jack.  -  Wciskają  się  w  gumowy  kombinezon  i  wchodzą  pod 

Niagarę. 

- Och! Ja też chcę tam pójść! - wykrzyknęła Colleen. 

- Przemokniesz do suchej nitki. Kombinezon i kalosze niemal nie chronią przed wodą, bo już są mokre, 

kiedy je zakładasz. 

- Nieważne! Chodźmy tam, Jack! - Uśmiechnęła się do niego, ukazując twarz jaśniejącą radością. 

Jack poczuł ukłucie bólu w dole żołądka. Miał przed sobą młodą, radosną i bezgranicznie piękną dziewczynę. 

Nawet w śmiesznym płaszczu nieprzemakalnym i za dużych butach rozsiewała wokół siebie aurę zmysłowości; 

kusiła słodkimi, pełnymi wargami i błyszczącymi źrenicami. Miotały nim sprzeczne pragnienia: aby posiąść jej 

ciało  i  jednocześnie  chronić  przed  niebezpieczeństwami  tego  świata.  Z  powodu tych  rozterek  chwilami  tracił 

zdolność jasnego formułowania myśli. 

Od  momentu,  kiedy  wybiegł  z  jej  mieszkania  wczoraj  w  nocy,  uciekając  przed  szarpiącymi  nim  emocjami 

wywołanymi  bliskością Colleen, głowę wypełniała  mu tylko ona. Nie zareagował ze zwykłym  sarkazmem  na 

propozycję matki, by wybrać się na wycieczkę statkiem, lecz natychmiast uchwycił się dodatkowej szansy na 

spędzenie paru chwil z Colleen. Kiedy odmówiła, zmartwił  się  bardziej,  niż  byłby skłonny to przyznać, więc 

skusił ją perspektywą felietonu. 

I  zamierzał  dotrzymać  przyrzeczenia.  Jakkolwiek  wydawało  mu  się  to  dziwne,  nie  przerażała  go  wizja 

współpracy  z  asystentką,  nawet  gdyby  okazała  się  kompletną  grafomanką.  Od  dnia  jej  przybycia  do  gazety 

zmienił poglądy o sto osiemdziesiąt stopni, ale nie zastanawiał się nad przyczynami. 

-  Przepraszam,  czy  mogliby  państwo  odsunąć  się  na  chwilę?!  -  zawołał  obładowany  sprzętem  wideo 

chudy  mężczyzna.  Obejrzeli  się  i  zobaczyli  zmierzającą  w  ich  kierunku  parę  w  podeszłym  wieku,  a  obok 

kobietę i dwoje nastolatków, chłopca i dziewczynę. Wszyscy uśmiechali się i machali do kamery. 

Nagle chłopak wspiął się na barierkę i usiadł na poręczy. 

- Hej, tato! - zawołał i zaczął wymachiwać obiema rękoma. Rodzina obserwowała go, nadal szczerząc 

zęby. Ojciec spokojnie trzymał kamerę i filmował syna. 

Jack i Colleen spojrzeli na siebie z niedowierzaniem. 

-  Jack,  przecież  on  może  wypaść  za  burtę  -  zauważyła  z  niepokojem  Colleen  w  tej  samej  chwili,  w 

której Jack krzyknął do nastoletniego akrobaty. 

- Złaź stamtąd! Chcesz wylądować w wodzie? 

Ułamek  sekundy  później  chłopiec  zachwiał  się  i  zaczął  przechylać  się  w  tył.  Colleen  wrzasnęła.  Ojciec  nie 

przerywał filmowania. Ze zwinnością i refleksem zawodowego sportowca Jack pochwycił nogę młodzieńca w 

momencie, kiedy ten już spadał w głębię. Natychmiast podbiegli dwaj inni pasażerowie i pomogli wytaszczyć 

niedoszłego topielca na pokład. 

-  Bałwan!  -  ryknął  Jack  na  chłopca  i  zwrócił  się  do  jego  ojca:  -  Nigdy  w  życiu  nie  widziałem  takiej 

gromady wariatów. Pan... 

background image

 

59

-  Zepsuł  pan  nam  film  -  przerwała  Jackowi  siostra  chłopaka.  -  Chcieliśmy  posłać  go  do  programu 

Rodzina amerykańska na filmie  wideo. Pewnie pokazaliby  nas dzisiaj w telewizji.  Mark  miał spaść do wody. 

Spadanie  do  wody  to  gorący  temat,  a  z  tego  statku  jeszcze  nikt  nie  wypadł.  Na  pewno  puściliby  film  dziś 

wieczorem. 

Colleen  rzuciła  badawcze  spojrzenie  na  pełną  niedowierzania  twarz  Jacka  i  ująwszy  go  pod  ramię,  szybko 

odciągnęła z miejsca wydarzeń. Amatorami wideo już się zajęli dwaj marynarze z załogi. 

-  Jack,  jesteś  bohaterem!  -  wykrzyknęła,  odruchowo  rzucając  mu  się  na  szyję.  -  Skoczyłeś  jak 

błyskawica, uratowałeś tego chłopca. 

-  Całą  tę  nienormalną  rodzinkę  powinni  wsadzić  do  więzienia  za  krańcową  głupotę.  -  Jack  dyszał  ze 

złości. - Tutaj woda aż się roi od wirów. Gdyby ten dzieciak wypadł, momentalnie znalazłby się na dnie. 

Czuł w sobie nadmiar energii. Niebezpieczeństwo i konieczność szybkiej reakcji oznaczały potężny zastrzyk 

adrenaliny, która nadal krążyła w jego żyłach. Istnieją teorie naukowe, wedle których zagrożenie, a właściwie 

jego pokonanie, wiąże się ze wzrostem popędu płciowego, ale Jack nie myślał o eksperymentach medycznych. 

Po prostu czuł na szyi ramiona Colleen. Szybko objął ją i przytulił. 

Trzymanie  Colleen  w  uścisku  wydawało  mu  się  najnaturalniejszą  rzeczą  na  świecie.  Kiedy  opuściła  ręce  i 

chciała się odsunąć, przycisnął ją do siebie jeszcze mocniej. 

-  Ci  dumie  ryzykowali  życiem  dziecka,  żeby  na  pięć  minut  pokazać  się  w  telewizji!  -  wybuchnął 

oburzony. - Pewnie następnym razem zrzucą go w beczce z wodospadu i też to sfilmują. 

-  To  już  było  -  zauważyła  sucho  Colleen.  -  Telewizja  mogłaby  im  tego  nie  puścić.  W  końcu  tylko 

spadanie do wody to gorący temat - dodała, imitując głos żującej gumę nastolatki. 

-  Nieładnie  naśmiewać  się  z  kretynów,  którzy  za  wszelką  cenę  chcą  wystąpić  w  telewizji,  Colleen.  - 

Pochylił  głowę  tak,  że  dotknął  jej  czoła  swoim.  -  Więc  jestem  bohaterem,  tak?  -  Nazwała  go  w ten  sposób  i 

spodobało  mu się to, choć mężczyzna pozujący  na zimnego drania o kamiennym sercu nie powinien zwracać 

uwagi na takie komplementy. 

Colleen zadrżała, ale nie z powodu tryskających zewsząd pióropuszy zimnych kropli. 

- Jesteś bohaterem - szepnęła. - Nie powinieneś się wtrącać, ale pomogłeś temu chłopcu. 

W jej serce sączyła się nadzieja. Czy nie jest to dowód, że matka i ciocie Jacka mówiły prawdę? Pod maską 

Black Jacka kryje się ktoś inny: otwarty, wrażliwy i opiekuńczy. 

Ich usta znalazły się tak blisko, że oddechy się mieszały. 

- Byłeś odważny i tak silny - powiedziała cicho. 

- Nie zrobiłem niczego nadzwyczajnego, Colleen - mruknął Jack. Musnął wargami jej usta, odsunął się i 

dotknął ich ponownie. 

-  Zrobiłeś.  -  Stała  na  palcach  i  lekko  odchylała  głowę.  Tym  razem  ona  otarła  wargami  jego  usta.  - 

Ciągle udajesz nieczułego cynika, ale ja ci na to nie pozwolę. Czasami trzeba cię nieco utemperować. 

Spojrzeli  sobie w oczy  i patrzyli tak przez dłuższą chwilę, aż podniecenie ogarnęło  ich oboje. Jednocześnie 

przywarli do siebie mocno. 

 

background image

 

60

- To nie ma sensu - burknął Jack, wsuwając dłoń pod gęstwę jej włosów i obejmując kark. - Płyniemy 

statkiem wycieczkowym, do diabła. Dzieli nas ze trzy kilo nieprzemakalnej gumy. - Popatrzył na swój płaszcz 

z odrazą. 

- Mój waży co najmniej pięć - zamruczała Colleen, ściskając go za szyję. 

Głaskał palcami jedwabistą skórę na karku Colleen i wpatrywał się w dziewczynę. 

-  Jeszcze  jedno.  Prawdopodobnie  jakiś  wariat  z  kamerą  wideo  trzyma  nas  na  muszce.  -  Dotknął 

kciukiem kącika jej ust i obrysował je wkoło. - Nie wyszedł mu film o topieniu syna. to może spróbować sił. 

kręcąc choćby nas. 

W odpowiedzi na jego pieszczoty rozchyliła wargi. 

- Sądzisz, że zainteresowalibyśmy kogokolwiek w telewizji? - Niełatwo podtrzymywać rozmowę, kiedy 

marzy  się  jedynie  o  zamknięciu  oczu  i  poddaniu  się  nastrojowi  chwili.  -  Przecież  tylko  spadanie  do  wody  to 

gorący temat. 

- Och, cóż za niezwykła zachęta - zaśmiał się Jack. - Mogę ci wymienić z tuzin rzeczy, które są gorące. 

- Nadal muskał ustami jej wargi. - Mógłbym też zdradzić, kto jest gorący. 

Colleen przylgnęła do niego, wciąż walcząc z ciężkimi, sennymi powiekami. Po całym ciele rozlewał się żar, 

jakby  w  trzewiach  zapłonęło  ognisko.  Ten  żar  oznaczał  pragnienie,  oznaczał  pożądanie.  Dotąd  nie  znała  tak 

lubieżnych,  tak  erotycznych  myśli,  jak  te,  które  teraz  opanowały  bez  reszty  jej  umysł.  Chciała,  żeby  ją 

pocałował,  naprawdę  pocałował,  tak  jak  zrobił  to  wczoraj:  powoli,  mocno  i  głęboko.  Pragnęła,  by  ją  tulił, 

gładził skórę, dotykał piersi, pieścił brodawki, sięgnął niżej... 

Statek  przyhamował  tak  niespodziewanie,  że  stracili  równowagę.  Jack  odruchowo  złapał  poręcz,  drugim 

ramieniem  silnie  przytrzymał  Colleen.  Ona  uwiesiła  się  na  barku  Jacka,  czując  lekki  zawrót  głowy, 

zdezorientowana, jakby zbudzono ją w środku bardzo plastycznego snu. Tuląc się do Jacka, zapomniała, że na 

świecie istnieją jeszcze prócz nich inni ludzie. 

- Lepiej... lepiej pójdę zapytać, jak się bawią nasze panie - wyjąkała, odsuwając się od Jacka. 

Jack  pozwolił  jej  odejść,  ponieważ  wyglądała  na  tak  samo  poruszoną,  jak  on.  W  zamyśleniu  oparł  się  o 

barierkę.  Głębokie  pożądanie,  jakiego  doświadczył  wczoraj  wieczorem,  nie  było  chwilową  zachcianką  ani 

wytworem  rozgorączkowanej  wyobraźni.  Dziś  kiedy  przytulił  ją  do  piersi,  namiętność  i  szaleńcza  żądza 

powróciły. 

Pytanie  brzmiało:  Co  z  tym  począć?  Rysowały  się  przed  nim  dwie  możliwości,  jak  sądził.  Po  pierwsze, 

postąpić jak przystało na dżentelmena i zejść jej z drogi, ograniczając kontakty do minimum. Taka młoda, miła 

i  niewinna  dziewczyna  zasługiwała  na  stały,  poważny  związek.  A  Jack  nie  przepadał  za  stałymi  związkami. 

Najlepsze, co mógłby dla niej zrobić, to trzymać się od niej z daleka. 

Jednakże Black Jack nie słynął z dobrych uczynków. Brał od życia to, czego potrzebował. A teraz potrzebuje 

Colleen. Drugie wyjście z obecnej sytuacji polegało na pójściu z nią do łóżka i zaspokojeniu palących żądz. Ta 

opcja przemawiała do Jacka z dużo większą siłą. 

 

 

background image

 

61

Przez chwilę opanowały go wyrzuty sumienia, przypomniał  sobie  bowiem zapatrywania Colleen  na sprawy 

miłości  i  seksu.  W  końcu  miała  dwadzieścia  trzy  lata:  już  czas,  by  zamienić  dziewczęce  ideały  na  rozkosz 

miłości fizycznej. Tak, najwyższy czas, przekonywał się. Właściwie zrobi jej przysługę. Nauczy, jak odróżnić 

miłość  od  zwyczajnego  pożądania,  tak  że  gdy  spotka  kiedyś  mężczyznę  swego  życia,  będzie  umiała  go 

rozpoznać. 

Nagle  przerwał  rozmyślania.  W  wizji  Colleen  z  jej  przyszłym  narzeczonym  coś  mu  się  wyraźnie  nie 

podobało. Jak zwykle, nie miał ochoty zagłębiać się w sens i przyczyny tego odczucia. O ileż przyjemniej snuć 

marzenia o Colleen w jego łóżku. 

A zatem klamka zapadła. Przywołał na twarz swój najbardziej czarujący uśmiech i poszedł poszukać Colleen. 

 

background image

 

62

 

Colleen  spoglądała  na  Jacka  niepewnym  wzrokiem,  gdy  wprowadzał  samochód  na  podjazd  swego  domu  z 

białej cegły. Po wycieczce do Jaskini  Wiatrów i  obfitej kolacji odprowadzili trzy starsze panie do hotelu. Do 

Jaskini poszli tylko we dwoje, bo matka i ciotki wolały poczekać na ławce w parku. Idąc pod Niagarą, Colleen i 

Jack ubawili się setnie; najpierw bez przerwy ślizgali się i potykali na ścieżce, a potem, gdy podstawiali ręce 

pod  spadające  z  nieba  kaskady  i  zaśmiewali  się  jak  para  zachwyconych  dzieciaków  albo  może  beztroskich 

kochanków, przemokli do suchej nitki. 

Jack zahamował przed drzwiami garażu. 

-  Nie  chce  mi  się  wprowadzać  wozu  do  środka. Od  lat  zamierzam  kupić  jakiś  elektroniczny  zamek  z 

pilotem, ale ciągle wylatuje mi to z głowy, no i zostawiam samochód pod chmurką. 

Drobny kapuśniaczek zaczął bębnić o dach i szyby pontiaka, Colleen odwróciła się do Jacka. 

- Gdzie my właściwie jesteśmy? - spytała, choć doskonale znała odpowiedź. 

- U mnie. 

Czy  lekkie  napięcie  przebijające  z  jego  głosu  jest  wytworem  jej  wyobraźni,  czy  naprawdę  coś  wisiało  w 

powietrzu? Niepokojąca mieszanka obawy i podekscytowania: tak musiałaby określić swój stan psychiczny. 

-  Powiedziałeś  mamie,  że  chcesz  już  jechać  z  powodu  zmęczenia,  bo  miałeś  ciężki  dzień,  i  że 

odwieziesz mnie do domu. 

-  Byłem  zmęczony.  Zmęczony  towarzystwem  trzech  przyzwoitek  naraz.  A  teraz  przywiozłem  cię  do 

domu, do mojego domu. - Obserwował, jak skuliła się nieznacznie i przygryzła górną wargę. Doskonale sobie 

uświadamia, jakie konsekwencje wiążą się z przebywaniem ze mną tête-à-tête, pomyślał. Bardzo dobry znak. - 

Dopiero ósma, chyba moglibyśmy jeszcze dziś popracować nad artykułem. 

Przywiózł ją do siebie. Colleen siedziała nieruchomo niczym żona Lota zamieniona w słup soli i w milczeniu 

patrzyła na Jacka, który wysiadł, okrążył samochód i sięgnął do klamki drzwiczek po stronie Colleen. Deszcz 

rozpadał  się  na  dobre,  więc  kiedy  otworzył  drzwi  i  podał  dłoń,  by  mogła  się  na  niej  wesprzeć,  do  środka 

chlusnęła struga zimnej wody. Odebrała to jako złowieszczy omen. 

-  Tutaj  nikt  cię  nie  obserwuje,  Jack.  Nie  musisz  udawać  ani  dżentelmena,  ani  narzeczonego  - 

powiedziała. - Daj sobie spokój z przesadną uprzejmością. 

Uśmiechnął się. 

- Może po prostu chcę być uprzejmy. I może wcale nie udaję. - Kiedy nie przyjęła jego pomocnej dłoni, 

sam chwycił ją za rękę i lekko pociągnął. Wysiadła z auta bez oporu, ale sztywna jak automat. 

Nadal ściskając jej dłoń, Jack pobiegł do drzwi, więc podążyła za nim. Wpadli do środka i zaczęli strząsać z 

płaszczy krople deszczu, a Jack pstryknął wyłącznikami światła. 

- Najpierw oprowadzę cię po całej posiadłości - rzucił wesoło. Poszli od pokoju do pokoju, a on przyjął 

na siebie rolę przewodnika i przez cały czas komentował wystrój i przeznaczenie oglądanych pomieszczeń. 

Na  szczęście,  Colleen  nie  musiała  odpowiadać  ani  robić  żadnych  uwag.  Ani  w  wielkiej,  nowocześnie 

wyposażonej  kuchni,  ani  w  salonie  wyłożonym  pluszowym  dywanem,  w  którym  znajdowała  się  ogromna 

background image

 

63

narożna kanapa  i  ceglany kominek z pagórkiem  miękkich poduszek, ułożonych w półkole przed paleniskiem. 

Milczała nadal, zwiedzając utrzymaną w jasnozielonych i szarych barwach sypialnię, której centrum stanowiło 

olbrzymie łoże z mosiężnymi kratami i w wyłożonej lustrami łazience z wanną wbudowaną w podłogę. 

Wreszcie dotarli do gabinetu gospodarza, gdzie wszystkie ściany zajmowały regały z książkami, a pośrodku 

królował  sprzęt  komputerowy  najnowszej  generacji.  Stało  tam  również  szerokie  biurko,  wyściełane  krzesło, 

czarna skórzana sofa i mała lodóweczka na napoje. O szyby miarowo stukał deszcz. 

- Czego się napijesz? - zapytał Jack. - Mam wszystko: wodę sodową, piwo, wino, aperitify. Może coś 

gorącego? Kawa, herbata? 

- Nie, dziękuję. 

- W takim razie spróbuj któregoś z tych egzotycznych koktajli,  jakie się pija  na Hawajach. No wiesz, 

wysoka szklanka, kolorowy płyn, słomka z papierową parasolką. 

Zaskoczona Colleen uniosła brwi. 

- Umiesz przyrządzać coś takiego? 

- Tak, z wyjątkiem parasolki. Jeszcze kiedy grałem w piłkę, między sezonami często pracowałem jako 

barman w San Francisco. Potrafię przygotować każdy koktajl i nawet czasem wymyślam nowe mieszanki. 

- Mimo wszystko dziękuję, nie będę nic piła. Lepiej bierzmy się do roboty. 

- Tak. - Jack opadł na sofę. - Masz rację. Usiądź, proszę. 

Colleen  wybrała  krzesło  przy  biurku.  Odważyła  się  zerknąć  na  Jacka  i  stwierdziła,  że  przypatruje  się  jej 

bacznie. W tej chwili przypominał kota jej siostry Erin, który identycznie przyglądał się rybkom pływającym w 

akwarium.  

Z trudem przełknęła ślinę. 

- Podo... podoba mi się twój dom - wykrztusiła nerwowo. 

- Dziękuję, Colleen. - W dalszym ciągu zachowywał się  jak  najlepiej wychowany dżentelmen  i  nawet 

mogłaby wziąć  jego uprzejmość za dobrą  monetę, gdyby  nie dostrzegała  w tych ciemnych oczach  figlarnych 

błysków.  

Wzruszyła ramionami. 

- Prawdę mówiąc, spodziewałam się czegoś innego - kontynuowała nieco wyzywającym tonem. 

- A mianowicie czego? Jaskini starego erotomana? Luster na suficie i... 

-  Z  tego,  co  mówiłeś  o  swoich  finansach,  oczekiwałam  raczej  wynajętej  klitki  bez  mebli,  prądu  i 

łazienki - przerwała mu. - A tu widzę przytulny, pięknie umeblowany dom ze wszelkimi wygodami. Twoja eks-

żona nie wydała wszystkiego co do grosza, zapewne nie zdążyła. 

Jack uśmiechnął się, wstał i rozpoczął powolny spacer po pokoju. 

- Nie, Donna nie wydała wszystkiego. Lubiłem tę willę i udało mi się schować to i owo do skarpety. 

- Mieszkaliście tutaj? - Colleen nie umiała powstrzymać ciekawości. 

- Donna w Buffalo? - Jack roześmiał się, choć tym razem bez cienia goryczy, którą wywoływało w nim 

zwykle  wspomnienie  byłej  żony.  -  Nie  ma  mowy.  Kiedy  jeszcze  grałem,  mieszkaliśmy  w  Kalifornii.  Potem 

wróciłem do Buffalo i kupiłem ten dom, już po rozstaniu z Donną. 

background image

 

64

-  I  od  razu  wzięli  cię  do  gazety  jako  sprawozdawcę  sportowego.  Po  kilku  latach  awansowałeś  na 

felietonistę,  tak?  -  Colleen  referowała  to,  co  usłyszała  od  kolegów  w  redakcji.  -  Teraz  piszesz  do  prasy 

ogólnokrajowej i zarabiasz jeszcze więcej. Nie mam pojęcia, po co ci bogata żona - zakończyła nieco ostrzej, 

niż zamierzała. 

- Kochanie, jeżeli, a to jest bardzo duże jeżeli, kiedykolwiek zdecyduję się na ponowne małżeństwo, to 

chcę  coś  z  tego  mieć,  a  nie  tylko  nic  nie  znaczące  przysięgi  miłości,  wierności  i  posłuszeństwa. Najbardziej 

odpowiada mi gotówka. Będziemy żyli z pieniędzy nowej pani Blackledge, a moja pensja w całości powędruje 

do banku. 

-  Poczekaj,  niech  zgadnę:  masz  na  myśli  swoje  prywatne  konto,  nie  wspólne,  prawda?  -  rzuciła  ze 

złością Colleen. - Wszystko dla ciebie, bo co jest twoje, to jest twoje, a co jej, to się dopiero okaże. A zrobisz 

każdą rzecz, żeby „sprawiedliwość” była po twojej stronie. 

Jack skinął głową. 

- Dokładnie tak, kotku - zgodził się, nie urażony ani trochę. 

Colleen wydała odgłos mający wyrażać obrzydzenie i skoczyła na równe nogi. 

- Jesteś najbardziej interesownym, wyrachowanym, chciwym... 

-  Hej,  uspokój  się.  Nie  musisz  się  unosić  z  powodu  przyszłej  pani  Blackledge.  -  Jack  chichotał 

rozbawiony. - Kto wie zresztą, kiedy się taka pojawi. A jak już to się stanie, to możesz mi wierzyć, nie będzie 

jakąś  niewinną  dzierlatką,  która  wyjdzie  za  mnie  wyłącznie  z  miłości.  Uczyni  to  pewnie  z  paru  innych 

powodów. 

Drań, kreatura - myślała Colleen z furią. Skierowała się ku drzwiom. Jack chwycił ją w talii i okręcił tak, że 

znalazła się w jego objęciach. 

- Puść mnie - zażądała. Pomasował jej szyję. 

- Puściłbym, gdybym choć przez chwilę przypuszczał, że właśnie tego chcesz. 

- Tak! Masz mnie puścić. - Szamotała się, próbując uwolnić dłoń. 

Jack znów się roześmiał. 

- Colleen, przestańmy udawać. Oboje wiemy, po co tu przyszliśmy. 

-  Mogę  mówić  tylko  za  siebie,  a  ja  jestem  tutaj,  żeby  pracować  nad  artykułem.  Obiecałeś  mi  to.  - 

Wierciła  się  w  jego  uścisku,  aż  nagle  znieruchomiała.  Poczuła  na  swym  ciele  oznakę  rosnącego  podniecenia 

Jacka. 

- Widzisz,  jak  na  mnie działasz -  mruknął,  napierając  na  nią  jeszcze  mocniej.  Wycisnął pocałunek  na 

szyi  dziewczyny  i  uśmiechnął  się,  spostrzegłszy,  że  wprawiło  ją  to  w  drżenie.  -  Twoja  bliskość  odbiera  mi 

zmysły. Pragnę cię, Colleen. 

Jego  zęby  zwarły  się  lekko  na  delikatnej  małżowinie  i  w  tym  samym  momencie  dłoń  odnalazła  przykrytą 

miękkim materiałem pierś. 

-  Jack,  przestań  -  poprosiła  Colleen  niskim,  schrypniętym  głosem  i  zastanowiła  się  przez  chwilkę, 

czemu mówi tak cicho. - Nie mogę... nie chcę... 

- Chcesz - powiedział. - Możesz. Zaraz się przekonasz. 

background image

 

65

Jest bardzo pewny siebie - pomyślała Colleen - o wiele bardziej niż ja. Mimo słabych protestów coraz mocniej 

lgnęła do niego, zamiast się wyrywać. Chociaż usiłowała odpychać jego dłonie, one uwalniały się i wędrowały 

bez przeszkód po jej ciele, tuliły ją, a Colleen położyła głowę na jego ramieniu. 

Trzeba  to  przerwać,  natychmiast.  Wiedziała  o  tym,  ale  nim  zdążyła  wykrztusić  choćby  słowo,  trzy  guziki 

swetra zostały rozpięte, a męska dłoń znalazła się pod spodem. Dotyk jego palców na nagiej skórze sprawił, że 

zaczęła dygotać. 

-  Jack  -  szepnęła  ochryple.  Chciała  go  powstrzymać,  kazać  mu  przestać,  lecz  słowa  uwięzły  jej  w 

gardle. 

-  Ciii,  kochanie,  wszystko  będzie  dobrze.  -  Jego  głos  uspokajał  i  uwodził,  wprowadzał  ją  w 

pomieszanie.  -  Całował  jej  kark,  delikatnie  chwytając  zębami  skórę,  co  troszeczkę  ją  bolało.  Dłonie  Jacka 

kontynuowały wędrówkę po nagim ciele, aż w końcu spomiędzy jej warg wyrwał się cichy jęk. 

-  Przyjemnie,  prawda?  -  Głos  Jacka  był  równie  podniecający,  jak  jego  lubieżne  ręce,  które  odnalazły 

zapięcie biustonosza i z łatwością pokonały tę przeszkodę. 

Głowa  Colleen  kręciła  się  i  przechylała  bezustannie.  Powieki  ciążyły,  coraz  trudniej  było  utrzymać  oczy 

otwarte.  Dotyk  mocnych,  dużych  dłoni  na  nagich  piersiach  budził  doznania  silniejsze  niż  jakiekolwiek 

przeżycia,  których  doświadczyła  dotąd.  Pieścił  ją;  głaskał  i  masował  tak,  że  brodawki  z  każdą  chwilą 

twardniały  i stawały  się coraz wrażliwsze. Pragnęła,  by  ich dotykał, pragnęła tak zachłannie, że zaczęło  ją to 

przerażać. 

- Jack, proszę! - odwróciła głowę w niemym proteście, ale on najwyraźniej zrozumiał ją opacznie. 

-  Tak,  kochanie,  tak.  -  Sięgnął  jej  ust,  językiem  rozsunął  wargi  i  wepchnął  go  głębiej,  podczas  gdy 

dłońmi pocierał pełne, nabrzmiałe sutki. Ściskał je delikatnie i masował, aż wygięła się w łuk, zwisając mu w 

ramionach i ulegając w końcu potędze jego pożądania. 

Przegrała  bitwę  o  utrzymanie  otwartych  oczu.  Pogrążyła  się  w  otchłani  nowych,  do  tej  pory  nie  znanych, 

odczuć tak głęboko, że nie uświadamiała sobie poczynań Jacka, który prawą ręką wciąż ściskał jej pierś, lewą 

odpiął resztę guzików i obnażył ją aż do pępka. 

Colleen powitała westchnieniem jego dłoń na nagiej skórze brzucha. Kciuk Jacka odnalazł pępek, a strumień 

gorąca  z  czubka  jego  palca  dotarł  do  sekretnego  ośrodka  jej  kobiecości,  od  paru  chwil  wilgotnego, 

nabrzmiałego i pulsującego oczekiwaniem. Kiedy palce mężczyzny, podpełzły do granicy chronionej bielizną, 

Colleen wstrzymała oddech. Całe ciało wpadło w niemożliwe do powstrzymania drżenie. 

Wtedy  wysunął  rękę  spod  swetra  i  uniósł  ją  w  ramionach.  Kroczył,  trzymając  ją  wysoko  przy  piersi,  a  ona 

widziała  wokół  rozkołysany  pokój.  Odczuła  to  jako  brutalne  przejście  od  zmysłowej  abstrakcji  uniesienia  do 

sytuacji pozbawionej wszelkich dwuznaczności. Zesztywniała. 

- Co robisz? - zapytała przerażonym, piskliwym głosem, który ledwie rozpoznała jako własny. 

Jack nie zamierzał zboczyć z kursu, u którego końca czekała czarna skórzana sofa, więc przeoczył wzburzenie 

w jej tonie. 

-  Połóżmy  się,  malutka.  Będzie  nam  o  wiele...  wygodniej.  -  Umieścił  ją  na  sofie  i  położył  się  na 

dziewczynie.  Zdała  sobie  sprawę  z  tego.  Co  się  stanie,  i  ledwo  powstrzymała  wybuch  paniki.  Namiętność 

background image

 

66

wypełniająca ją do tej chwili zniknęła, a w jej miejsce pojawiła się chęć walki; potrzeba obrony. 

- Zejdź ze mnie!- Odepchnęła go obiema rękami.- Dusisz mnie, nie mogę oddychać! - Co nie do końca 

zgadzało się z prawdą. Pełne zmysłowości omdlenie, którego doznała, dało jej tak nieoczekiwaną rozkosz, że o 

mały włos poddałaby się  narkotycznej, zapierającej dech w piersiach  namiętności. Nawet teraz nie odzyskała 

jeszcze  zupełnie  jasności  umysłu.  Ta  myśl  wprawiła  ją  w  przerażenie.  Colleen  jęła  się  rzucać  i  wierzgać  jak 

dziki mustang. 

Jack podparł się na łokciach i spojrzał na nią z góry zamglonymi, nieobecnymi oczami. 

- Kochanie, my... 

-  Nie  chcę  lego,  Jack!  -  Colleen  wykorzystała  chwilową  słabość  przeciwnika  i  wyślizgnęła  się  spod 

niego, spadając z hukiem na podłogę. Szybko wstała i wyprostowała się. 

-  Kochanie,  oczywiście,  że.  chcesz.  -  Jack  usiadł  na  kanapie.  -  Pośpieszyłem  się  zanadto  i 

przestraszyłem cię. Chodź do mnie, to... 

-  W  tej  chwili  odwieź  mnie  do  domu.-  Jej  głos  dygotał  ze  zdenerwowania.  Błyskawicznie,  choć 

trzęsącymi  się  rękami,  zapięła  wszystkie  guziki.  Nawet  nie  próbowała  poprawić  biustonosza.  Zatrzaski 

wymagały  nieco  zręczności,  a  tej  brakowało  jej  teraz  niewątpliwie,  więc  zwisał  luźno  pod  swetrem, 

przypominając o niedawnych wypadkach. 

- W co ty grasz, Colleen? - Jack westchnął ze zniecierpliwieniem. - Przed sekundą byłaś taka chętna, a... 

- W nic nie gram! - ryknęła Colleen. Jej twarz okryła się purpurą. - Za to ty grasz, ale ja nie należę do 

twojej drużyny. 

- Oszczędź  mi sportowych porównań! - Jack wydał udawany  jęk. - Wszystkie  możliwe  już słyszałem, 

niektóre sam stworzyłem, od porównań z pierwszą, drugą i trzecią ligą aż po strzelanie bramek ze spalonego. 

Wystarczy. 

-  Zgadzam  się.  Żartujesz  sobie  z...  z...  -  Urwała.  Czy  istniał  odpowiedni  termin  dla  opisania  tego, co 

zdarzyło  się  miedzy  nimi?  Gorączka  namiętności,  podniecenie,  i  strach,  strumień  dzikich  emocji...  A  on  to 

wszystko obraca w żart! Oczy zaszły jej łzami i kontury przedmiotów rozmazały się, kiedy ruszyła do drzwi. 

-  Colleen!  -  zawołał  Jack.  Trzęsąc  się  wstał  z  sofy  i  spróbował  przezwyciężyć  paraliżujące  całe  ciało 

pożądanie. Nie pamiętał, by kiedykolwiek przeżył tak piekącą i bolesną frustrację. Coś wewnątrz niego, jakiś 

głos sumienia, mówił mu, że zasłużył na to w zupełności. Zamierzał przecież uwieść młodą, niedoświadczoną 

dziewczynę, której myśli krążyły wokół małżeństwa, nie seksu. 

Usłyszał  trzaśniecie  kuchennych  drzwi.  Wydawszy  dziwne  pół  westchnienie,  pół  warknięcie,  wybiegł  na 

zewnątrz  i  zastał  Colleen  siedzącą  w  jego  samochodzie.  Obejmowała  się  ciasno  rękami  i  czekała  z  twarzą 

chmurną jak burza gradowa. 

Jack otworzył drzwiczki. 

- Wróć do środka, Colleen. - Deszcz zdążył już zamienić się w ulewę i teraz wlewał mu się za kołnierz. 

- Natychmiast. 

- Nie! Chcę wracać do domu. Natychmiast - dodała, idealnie naśladując jego ton i mimikę. 

- Colleen, chciałaś się zająć artykułem. Wróć do mieszkania! zacz... 

background image

 

67

- Sądzisz, że jestem aż tak głupia? - przerwała mu z wściekłością. - Drugi raz nie dam się nabrać na a k 

ą  sztuczkę.  Nie  miałeś  najmniejszego  zamiaru  pozwolić  mi  napisać  choćby  linijki.  Obiecałeś  mi  to,  bo 

potrzebowałeś mojego udziału w tej wariackiej maskaradzie i... żeby zwabić mnie tutaj i wciągnąć do łóżka! 

Czuła się wykpiona i pozbawiona złudzeń. Jednak najgorsze było to, że tak łatwo, tak bezmyślnie uległa jego 

zakusom. Zatrzęsła się na samo wspomnienie o tym, jak pozwoliła mu się dotykać, jak pragnęła więcej... 

W  jakiś  sposób  zapomniała,  że  jego  uczucia  ograniczają  się  do  czysto  fizycznego  popędu,  że  niczym  nie 

różniła się w jego oczach od wszystkich innych kobiet, które przywoził tu na jeden czy dwa szybkie numerki. Z 

plotek  zasłyszanych  w  pracy  wiedziała,  że  było  ich  mnóstwo!  Nie  darzył  jej  żadnym  szacunkiem  ani  jako 

kobietę, ani jako dziennikarkę i asystentkę. 

Zachował  się  jak  łajdak,  to  prawda,  ale  jak  uczciwy  łajdak,  przyznała  niechętnie.  Zrobił  z  niej  kompletną 

idiotkę, bo poleciała na niego mimo wszystko. Nie mogła nawet powiedzieć, że ją oszukał słodkimi słówkami i 

miłosnymi zaklęciami. 

-  Nie  chcę  stać  na  deszczu  całą  noc  i  kłócić  się  z  tobą,  Colleen.  Dostanę  zapalenia  płuc  -  rzekł  Jack 

przymilnie.  

Colleen siedziała nieporuszona. 

- Nie wysiądę z tego samochodu. Skoro nie odpowiada ci stanie na deszczu, to odwieź mnie do domu. 

Jack zaklął pod nosem i wślizgnął się na fotel kierowcy. 

- Powinienem pójść  spać  i  pozwolić  ci spędzić  noc w wozie - parsknął. Uruchomił silnik  i samochód 

ożył. 

- Nie wyświadczasz  mi teraz grzeczności - odgryzła się  Colleen. - Miałeś wcześniej odwieźć  mnie do 

domu, ale... 

- Tak, tak. Popełniłem niewybaczalny grzech, bo chciałem się z tobą kochać. W takim razie powiem ci, 

że  nie  musiałem  się  usilnie  starać,  ponieważ  pragnęłaś  tego  równie  mocno,  jak  ja.  I  nadal  pragnę  -  dodał  z 

krzywą miną. - Boli mnie wszystko, od pięt po czubek nosa. 

- Pewnie mam ci współczuć? To ty... 

Nie pozwolił jej skończyć. 

- To ty najpierw ulegasz, dajesz mi odczuć, że tego chcesz, a potem uciekasz. 

Colleen  zaczerwieniła  się.  Może  ma  rację,  ale  nie  powtórzy  błędu  i  nie  pozwoli  mu  zrzucić  całej  winy  na 

siebie. 

- To ty nie dałeś mi odczuć jednej rzeczy, mianowicie, że ci na mnie zależy, że jestem czymś więcej niż 

kolejną zdobyczą Black Jacka. 

Jack westchnął przeciągle. 

- Przemawiasz jak zaprzysięgła dziewica, Colleen. Chyba nie planujesz zostać nią do końca życia, co? 

Zbyt łatwo ulegasz i poddajesz się zmysłom, by żyć bez miłości. 

- Nie zamierzam żyć bez miłości, ale seks to nie miłość i... 

- Ratunku! Przestań. Oszczędź mi kazań na temat seksu i miłości. Szkoda twojego czasu, znam to już na 

pamięć. 

background image

 

68

- Wobec tego nie mam nic do dodania. 

- Cieszę się. 

Milczeli  przez  resztę  drogi.  Na  parkingu  przed  swoim  blokiem  Colleen  otworzyła  drzwi  na  oścież,  nie 

czekając nawet, aż Jack zahamuje. W chwili gdy wyskakiwała na chodnik, Jack złapał jął za ramię. 

-  Pomimo  twojego  skandalicznego  zachowania  nie  cofam  swego  słowa  -  wygłosił  tonem 

sprawiedliwego, co doprowadziło Colleen do furii. 

- Mojego skandalicznego zachowania?! - wybuchnęła. - Jeśli któreś z nas zachowało się skandalicznie, 

to na pewno nie ja. Podszedłeś mnie jak oszust, a wiedziałeś, co sądzę... 

-  Przyrzekłem  ci  artykuł  i  dotrzymam  słowa  -  ciągnął  z  niezmąconym  spokojem,  nie  zwracając 

najmniejszej  uwagi  na  jej  wściekłą  tyradę.  -  Przynieś  jutro  jakiś  kawałek,  to  rzucę  nań  okiem.  Dobranoc, 

Colleen - dodał na zakończenie i rozluźnił uchwyt. 

Colleen  zdusiła  w  sobie  chęć  zrewanżowania  się  zniewagą.  Namiętność  przeistoczyła  się  w  furię.  Teraz 

pragnęła  walczyć  z  nim  tak  samo  gorąco,  jak  przedtem  się  kochać.  Ale  opanowała  się  i  powstrzymała 

mordercze instynkty. Wyskoczyła z auta jak z procy. 

Wszedłszy  do  mieszkania,  zatrzasnęła  drzwi  z  taką  siłą,  że  huk  odbił  się  echem  w  całym  budynku.  Nicola 

wpadła  do  salonu  i  Colleen  miała  właśnie  rozpocząć  długie  przemówienie,  kiedy  dostrzegła  zalaną  łzami  i 

spuchniętą od płaczu twarz przyjaciółki. 

- Nicola, coś nie tak? 

- Och, Colleen, wszystko ni? tak - wyjąkała Nicola między jednym a drugim spazmem. Rzuciła się na 

kanapę.-  Kamal  ma  narzeczoną.  Dzisiaj  się  dowiedziałam.  Jedna  z  pielęgniarek,  z  którą  chodził  przedtem, 

zapytała mnie, czy o tym wiem. Jest zaręczony z kimś w Aber... Adżer... 

-  Azerbejdżanie  -  powiedziała  Colleen.  Być  może  Nicola  nie  uważała,  kiedy  jej  krewni  opowiadali  o 

zbrodniach popełnionych na Ormianach przez sąsiadów, ale Colleen pamiętała wszystko. 

- Nieważne - chlipała Nicola. - Z początku myślałam, że kłamie, bo zwyczajnie zazdrości. Powiedziała, 

że  w  jakiejś  wiosce  w  górach  mieszka  dziewczyna,  której  rodzina  podpisała  kontrakt  zaręczynowy  z  rodziną 

Kamala. 

- Kontrakt? To brzmi  jak  średniowiecze. Nicola, zastanów się. Dziewczyna z gór w Azji  ma poślubić 

lekarza z Buffalo. To niemożliwe. 

- Ale to prawda, Colleen! Zapytałam Kamala. Zaręczył się jakieś pięć lat temu. Jego wujek przyśle ją do 

Stanów w przyszłym roku, kiedy będzie pełnoletnia. Wtedy wezmą ślub. 

-  Boże,  przecież  to  jeszcze  dziecko!  -  żachnęła  się  Colleen.  -  I  są  zaręczeni  od  paru  lat?  Toż  to 

średniowiecze, żeby nie rzec barbarzyństwo! 

-  Kamal  nigdy  jej  nie  widział!  Jego  krewni  wszystko  ukartowali,  a  on  tylko  się  zgodził.  Chętnie!  On 

chce  młodej  zacofanej  dziewczyny  z  wioski  w  Azercośtam.  Uważa,  że  amerykańskie  kobiety  są  zbyt 

niezależne, zblazowane i za bardzo wyzwolone seksualnie. 

- Ale  nie pogardzi amerykańską dziewczyną, którą  może wykorzystać dla zabicia czasu dzielącego go 

od spotkania z nieletnią narzeczoną!- Oczy Colleen miotały błyski oburzenia. - Nicola, tak mi przykro. - Objęła 

background image

 

69

przyjaciółkę. 

- Colleen, jaka ja byłam głupia. Kamal chciał wykorzystać mnie i moją skłonność do niego, żeby złapać 

trochę nadprogramowego seksu. A cały czas miał narzeczoną! - Nicola rozpłakała się znowu. - Umówiliśmy się 

na najbliższy weekend, żeby pojechać do Toronto. To tylko godzina drogi stąd, no i Kamal chciał mi pokazać 

miasto. 

- Pewnie chciał ci pokazać coś jeszcze - wymamrotała Colleen ponuro. 

- Wiem. Gdybym pojechała, wkrótce by się przekonał, że nie jestem tak wyzwolona seksualnie, jak to 

sobie wyobrażał. 

- Co za świństwo! - stwierdziła Colleen. Sama ledwo powstrzymywała się od płaczu. - Może należało 

zostać  w  Houston  albo  w  Waszyngtonie.  Może  nasze  rodziny  mają  rację,  może  przydałaby  się  nam  opieka 

mądrzejszych od nas. Może powinnyśmy pozwolić, żeby znaleźli dla nas chłopaków, którzy nie ośmielą się nas 

wykorzystać, choćby ze strachu przed Ramseyami i Shakarianami. 

- Colleen, z tego, co mówisz, odnoszę wrażenie,  że tobie też. się coś dzisiaj przytrafiło - rzekła  nieco 

spokojniejszym  głosem  Nicola,  chwilowo  zapominając  o  swoich  przejściach  i  koncentrując  się  na  minie 

Colleen. - Coś niedobrze z Jackiem, tak? 

Colleen popatrzyła przed siebie niewidzącymi oczyma. 

- Jack  nie chowa w zanadrzu żadnej  młodocianej oblubienicy, ale  jest absolutnie  zdecydowany, żeby, 

jak to ujęłaś, złapać trochę nadprogramowego seksu, chociaż mnie nie kocha i nawet tego nie udaje. 

- Pokłóciliście się? Zamierzasz z nim zerwać? 

- Tak, na oba pytania. - Colleen przełknęła pierwsze oznaki szlochu, na który zbierało się jej od dłuższej 

chwili. Cóż za głupota płakać z powodu kogoś, komu na tobie nie zależy i nigdy nie będzie zależało. 

Nicola westchnęła smutno. 

- Aż trudno sobie wyobrazić, że jeszcze wczoraj obie byłyśmy szczęśliwe, pełne nadziei i zakochane, a 

dzisiaj tylko płacz i zgrzytanie zębów, tyle że dalej jesteśmy zakochane. Nienawidzę tego, Colleen. Nienawidzę 

miłości. Ech! Jedynie w książkach wszystko idzie jak z płatka. Pewnie powinnam się cieszyć, że nie poszłam 

do łóżka z Kamalem. Wyobrażasz sobie, jak bym się czuła, gdybym odkryła dopiero potem, że mu wcale nie 

zależy na mnie, tylko na mojej... 

Jeszcze  gorzej  wiedzieć  to  przedtem  i  zrobić  to  mimo  wszystko  -  pomyślała  Colleen  posępnie.  Jeśli 

natychmiast nie  zacznie dotrzymywać danej sobie obietnicy, żeby unikać tego typa, to pewnie wcześniej czy 

później wyląduje na czarnej skórzanej sofie. Od chwili gdy Jack wyzwolił drzemiącą w niej namiętność i pasję, 

ryzyko niepomiernie rosło. Namiętność i pasja wciągają i bawią, kiedy się o tym czyta, ale żyć z tym nie jest 

łatwo. Od tej pory koniec z pobłażaniem sobie, koniec z iluzjami. 

Zadzwonił telefon i Nicola skoczyła na równe nogi. Podniosła słuchawkę niemal natychmiast. 

- Do ciebie, Colleen - powiedziała z nutką zawiści w głosie. Serce Colleen zabiło mocniej. Jeżeli to Jack 

dzwoni z przeprosinami, a może nawet żeby porozmawiać o dzisiejszych nieporozumieniach... 

Niestety. W słuchawce odezwał się Rodd Garrett. Przez kilka chwil wymieniali zdawkowe uprzejmości, aż w 

końcu Colleen oznajmiła, że nie może mu towarzyszyć na przyjęciu w piątek z powodu nieoczekiwanej wizyty 

background image

 

70

starych  przyjaciół.  Było  to  kłamstwo,  ale  dość  niewinne,  za  to  oszczędzało  długich  i  bolesnych  wyjaśnień, 

czemu straciła ochotę na jakiekolwiek przyjęcia. 

Rodd  zareagował  na  jej  odmowę  spokojnie,  potem  zapytał  czy  może  zatelefonować  ponownie  za  parę  dni. 

Zgodziła się, lecz wstrętne insynuacje Jacka bezustannie kłębiły się jej w głowie. 

-  Rodd  Garrett  wygląda  na  miłego  faceta.  Nie  bawię  się  z  nim  w  kotka  i  myszkę  i  nie  zamierzam  go 

złapać tylko dlatego, że jest zawodowym piłkarzem - oznajmiła Nicoli, jakby broniła się przed zarzutami Jacka. 

Nicola spojrzała na nią, nie pojmując przyczyny dziwnego oświadczenia. 

- Ktoś ci zarzucił, że łapiesz tego Rodda? 

-  Jack.  On...  -  Colleen  urwała.  Nie  miała  ochoty  rozmawiać  o  Blackledge’u.  Obiecała  sobie,  że  nie 

będzie nawet o nim myśleć i zwierzyła się ze swoich ślubów Nicoli. 

- Dobrze. W takim razie ja przestanę mówić i myśleć o Kamalu - rzekła twardo Nicola. - Gdybyśmy się 

zapomniały,  to  możemy  się  nawzajem  hamować,  prawda?  Utworzymy  towarzystwo  wzajemnej  pomocy. 

Nazwiemy się na przykład tak: Niedoszłe Ofiary Mężczyzn Wykorzystujących Kobiety. Jak to brzmi? 

Wymieniły nieszczęśliwe uśmiechy. 

- Właśnie podsunęłaś mi temat artykułu, Nicola. Chciałabyś pomóc mi trochę? 

- Jeśli chodzi o to, żeby dołożyć wszystkim facetom, a Kamalowi i Jackowi w szczególności, to możesz 

na  mnie  liczyć!  -  zawołała  Nicola  w  nagłym  podekscytowaniu.  -  Będziemy  mogły  zapomnieć  o  naszym 

garbatym losie na godzinę albo dwie. 

Colleen przyniosła papier i pióro. 

 

Jack  ułożył  się  w  wannie  z  gorącą  wodą  i  zajął  się  obserwowaniem  stukających  o  szybę  kropli  deszczu. 

Gdzieś  w  pobliżu  strzelił  piorun,  błyskawica  rozdarła  niebo,  a  deszcz  przeistoczył  się  w  oberwanie  chmury, 

zalewające okna potokami chlupiącej wody. 

Gorąca kąpiel działała  niewymownie kojąco, choć na zewnątrz szalała  burza. Napięcie  skuwające  całe ciało 

żelaznymi obręczami poczęło stopniowo rozpuszczać się w parującej wodzie. Miał  nadzieję, że  jego nerwom 

zrobi  to  równie  dobrze,  lecz  niestety.  Myśli  nadal  wirowały  i  kłębiły  się  z  zawrotną  szybkością  wewnątrz 

czaszki. 

Wszystkie dotyczyły Colleen Brady. Jej obrazy stały mu przed oczami jak żywe: Colleen wybucha śmiechem 

pod  tryskającym  jej  w  twarz  prysznicem  rozpylonej  wody  Niagary  w  czasie  wycieczki  do  Jaskini  Wiatrów; 

Colleen na statku rzuca mu się na szyję i nazywa bohaterem; jej kwadratowy ze złości podbródek; zmatowiałe z 

rozmarzenia oczy, gdy trzymał ją w ramionach... 

Jego myśli dryfowały dalej, ku wspomnieniom z ostatniej godziny, kiedy tulił ją, a ona reagowała naturalnie i 

z  pasją,  czego  w  swej  niewinności  nie  umiała  ukryć.  Pamiętał  każdy  szept  i  jęk,  dotknięcie  miękkich, 

spragnionych warg. Wyobraził sobie, że jest tu z nim teraz i krew w nim zawrzała. 

Odprężenie  zniknęło.  Jack  wyjął  korek  z  dna  wanny  i  zaczął  się  wycierać.  Ciało  nie  dawało  mu  spokoju. 

Dzisiejszy  wieczór  wcale  nie  musiał  się  zakończyć  w  ten  sposób.  Będąc  człowiekiem  czynu,  podszedł  do 

telefonu i wykręcił numer Colleen. 

background image

 

71

Wróci tu szybko, przekonywał się. Chciała tego tak samo jak on. Nie zawsze zachowywał się wobec niej jak 

dżentelmen,  to  fakt,  ale  można  to  naprawić  kilkoma  słodkimi  słówkami.  Podjechałby  nawet  po  nią  do  jej 

mieszkania,  a  to  już  wielkie  ustępstwo.  Zazwyczaj  adresatka  nocnego  wezwania  sama  musiała  martwić  się  o 

transport. 

-  Colleen  nie  ma  ochoty  z  tobą  rozmawiać  -  poinformował  go  po  chwili  zimny  głos  Nicoli.  -  Nie 

podejdzie do telefonu. 

- Co? - Jack był tak. zaskoczony, że prawie rzucił słuchawkę. - Dlaczego? Przez moment w słuchawce 

panowało milczenie, a Nicola przekazywała pytanie Colleen. 

- Mówi, że wiesz, dlaczego - padła lodowata odpowiedź. 

- Nie, nie wiem - warknął Jack i rozłączył się. Ale przecież wiedział. Colleen nie pozwoli traktować się 

jak obiekt przelotnego flirtu. Jeżeli  chce  ją  mieć,  musi przejść przez wszystkie etapy udawania, że  się w  niej 

zakochał. 

Jakaś część jego świadomości podpowiadała mu, żeby posłać całą tę historię do diabła i zadzwonić do innej 

dziewczyny, która wykorzysta go w takim samym stopniu, co on ją. Bez cienia żalu czy większych wymagań. 

Która niczego nie oczekuje i nie daje w zamian niczego prócz możliwości skorzystania z jej ciała. 

Jednak  zamiast  do  telefonu  poczłapał  do  łóżka.  Bezgłośnie  wyjąc  do  księżyca,  zastanawiał  się,  czemu  ten 

sposób zapomnienia o Colleen nie kusi go ani trochę. Zmartwił się swoją reakcją. 

Sen  długo  nie  przychodził.  Kłębiły  mu  się  w  głowie  najdziwniejsze  myśli.  Przyłapał  się  na  rozważaniu,  że 

skończył  właśnie  trzydzieści  trzy  lata,  a  jego  ojciec  w  tym  wieku  miał  już  syna,  jego  samego.  Ojciec  często 

żartował, że został tatusiem bardzo późno, dopiero po trzydziestce. 

Późno?  Jack  usiadł  na  łóżku.  Dobry  Boże,  przecież  przeżywa  swoje  najlepsze  lata.  Przed  nim  jeszcze  tyle 

czasu na poczęcie i wychowanie potomka, na przyjęcie roli głowy rozrastającej się rodziny. Tak jak ojciec. 

Coś ścisnęło mu gardło. Nie potrafił wyobrazić sobie lepszego ojca niż jego własny. Wspominał niezliczone 

godziny, które poświęcił mu ojciec, ucząc, jak trzeba rzucać, łapać i kopać piłkę. Wszędzie chodzili razem: na 

ryby,  na  polowania,  na  mecze,  wyścigi  samochodowe  i  zbiórki  skautów.  Żaden  ojciec  nie  szczycił  się  swym 

synem  bardziej  niż  Bob  Blackledge  Jackiem.  Obejrzał  wszystkie  mecze  syna,  od  ligi  podwórkowej  aż  do 

ekstraklasy. 

Nagle  powróciła  cała  nienawiść  do  pijanego  kierowcy,  który  trzynaście  lat  temu  pewnego  ciepłego 

wiosennego  popołudnia,  wjechał  na  przeciwległy  pas  jezdni  i  zmiażdżył  samochód  ojca.  Śmierć  ojca  była 

najgorszą  rzeczą,  jaka  kiedykolwiek  spotkała  Jacka.  Spędził  z  nim  tylko  dwadzieścia  lat,  a  chciałby  o  wiele, 

wiele więcej. 

Po raz pierwszy Jack pozwolił sobie na rozważanie, jak wyglądałoby jego życie, gdyby ojciec nie odszedł tak 

nagle. Jedna rzecz nie ulegała wątpliwości: nigdy nie ożeniłby się z Donną. Ojciec nie polubił jej, Jack wiedział 

to zawsze, ale zmusił się, by o tym zapomnieć. Gdyby nie kilkuletnia żałoba, pewnie także zachowałby więcej 

spokoju i rozwagi. Może nie pędziłby tamtej nocy po autostradzie wiodącej do Kalifornii i jego samochód nie 

wpadłby  w  poślizg,  nie  przewróciłby  się  na  dach  i  Jack  uniknąłby  obrażeń,  które  przekreśliły  jego  karierę 

sportową. 

background image

 

72

Ale to wszystko zdarzyło się naprawdę, a on jest tym, kim jest: samotnym mężczyzną siedzącym w ciemnym 

pokoju i rozpamiętującym przeszłość, ponieważ pewna drobna blondynka tak inna od wszystkich kobiet, które 

znał, nie pozwoliła zwabić się do łóżka na parę godzin pospiesznego, łatwego seksu. 

Jack wykrzywił usta w kwaśnym uśmiechu. Colleen nie da się oszukiwać i zwodzić. Jak dotąd udowodniła, że 

potrafi się bronić, i uczyniła to. Zmusiła go, by traktował ją jak godnego przeciwnika. Uśmiechnął się szerzej. 

Ojciec polubiłby ją od pierwszego wejrzenia, to prawda. 

 

background image

 

73

 

Proszę, tu jest tekst, który miałam przynieść - oznajmiła chłodno Colleen następnego ranka, wręczając 

Jackowi  maszynopis.  Przyszła  do  pracy  wcześniej,  żeby  siedzieć  już  za  biurkiem,  kiedy  wejdzie  Jack. 

Najwyraźniej on wpadł na identyczny pomysł. Wchodząc do redakcji, zastała go przy komputerze. 

Jack zerknął na kartki. 

- To jest tytuł? „Seks, kłamstwa i mężczyźni?” - Uniósł brwi i lekko poczerwieniał na twarzy. - Przecież 

to gazeta dla całej rodziny, zapomniałaś? 

- Przeczytaj to. Żadnej pornografii, po prostu kilka starych prawd uporządkowanych i sklasyfikowanych 

tak, jak ja to widzę. Nie żebym choć przez sekundę wierzyła, że to wydrukujesz w swojej nieskalanej rubryce. 

Nigdy  nie  wydrukujesz  niczego,  co  napiszę.  I  nigdy  nikomu  nie  pomożesz,  tak  jak  pomagano  tobie  swego 

czasu. - Wysunęła górną szufladę biurka i zaczęła wrzucać zawartość do przyniesionej w tym celu torby. 

-,,Mężczyźni  oczekują,  że  zapłatą  za  zaproszenie  na  randkę  będzie  seks.  Im  droższa  kolacja,  tym 

większa presja, by zakończyć wieczór w łóżku” - czytał Jack. Spojrzał znad tekstu na Colleen i przez dłuższą 

chwilę nie odrywał wzroku od jej kamiennego oblicza. 

- Oho - wykrztusił zdumiony. 

-  Wreszcie  zrozumiałam,  że  nigdy  nie  zostanę  felietonistką  w  tej  gazecie.  Postanowiłam  wziąć  pełny 

etat w dziale kulinarnym i rozrywkowym - poinformowała Colleen, jednocześnie opróżniając kolejną szufladę. 

-  „Mężczyźni  domagają  się  seksu  bez  zobowiązań”  -  Jack  czytał  dalej,  marszcząc  przy  tym  brwi.  - 

„Żaden nie zawaha się skłamać, by dostać to, czego pragnie, szczególnie jeśli chodzi o seks.” 

-  Mam  parę  nowych  pomysłów  na  rubrykę  wymiany  przepisów,  a  przed  Świętem  Dziękczynienia  i 

Bożym Narodzeniem pojawi  się  masa  filmów  najpośledniejszego gatunku, w sam raz do moich recenzji, a to 

już za kilka miesięcy. - Słowa wylewały się z jej ust tak gwałtownie, że nie miała czasu odetchnąć. 

-  „Mężczyźni  używają  seksu  jako  broni”  -  kontynuował  Jack.  -  „Mężczyźni  tracą  resztki  dobrych 

manier, gdy tylko usłyszą od kobiety odmowę pójścia do łóżka.” 

-  Poza  tym  zawsze  zostają  klepsydry  -  trajkotała  Colleen  jak  nakręcona.  -  Nigdy  nie  wiadomo,  kiedy 

która  się  przyda.  Wystarczy  dla  mnie  roboty.  Cieszę  się,  że  nie  będę  musiała  się  martwić  o  nowy  artykuł  co 

tydzień czy dwa tygodnie. - Chwyciła torbę z rzeczami i zarzuciła pasek torebki na ramię. - Do widzenia, Jack. 

- Gdzie ty się, do diabła, wybierasz?! - zawołał Jack. 

-  Idę  uzgodnić  wszystko  z  Kazorowskim.  Poproszę,  żeby  przeniósł  mnie  na  górę  do  rozrywki  już  na 

stałe. Może uda mi się dostać biurko i krzesło nowsze niż z zeszłego stulecia. - Rzuciła wymowne spojrzenie na 

rozklekotane biurko i krzesło, przytargane chyba ze śmietnika. 

-  Więc  uciekasz  i  nie  dasz  ani  mnie,  ani  innym  mężczyznom  szansy  obrony  przed  twoim 

feministycznym pamfletem? Albo żeby któryś z nas odpowiedział czymś podobnym? - Jack upuścił kartki na 

blat biurka. - Nie, Colleen, nie zrobisz tego. 

Stanął na wprost niej, blokując przejście dokładnie tak jak wczoraj. 

 

background image

 

74

-  Wsyp  rzeczy  z  powrotem  do  szuflady,  siadaj  do  komputera  i  przepisz  tekst.  Panno  Brady, 

wydrukujemy  pani  artykuł  we  wtorek,  a  na  czwartek  ja  przygotuję  replikę  z  punktu  widzenia  mężczyzny. 

Potem poczekamy, aż włączą się do bitwy czytelnicy. Powinniśmy dostać tyle  listów, że przez dobry tydzień 

będziemy mogli zamiast artykułów pisać odpowiedzi na nie. 

Colleen  stała  nieruchomo,  kompletnie  zaskoczona.  Była  tak  pewna,  że  jej  tekst  zostanie  odrzucony,  że  nie 

poświęciła  jednej  myśli  na zastanawianie się, co  zrobi w przeciwnym  wypadku.  Wykoncypowany  wczoraj  w 

nocy plan trzymania się z dala od Blackledge’a przedstawiał się nadzwyczaj sensownie. Lecz teraz, tutaj... 

- Ja nie, to znaczy... - zaczęła, ale Jack ruszył ku niej, wymuszając,  by cofała się krok po kroku, jeśli 

pragnęła uniknąć zderzenia. 

Za wszelką cenę nie chciała dopuścić do kontaktu z nim. Rzuciła torbę na biurko i powoli obeszła je wkoło. 

Trzymanie się z dala od szefa nadal ma sens - pomyślała nerwowo. 

- Sądziłam, że wyrzucisz tekst do kosza. 

-  Taki  też  miałem  zamiar,  zanim  go  przeczytałem,  ale  jest  dobrze  napisany.  Niezły  styl:  lekki  i 

dowcipny,  nawet  kiedy  poruszasz  tak  śliski  temat  jak  seks,  kłamstwa  i  mężczyźni.  Czytelnicy  zasypią  nas 

listami, to gwarantuję. Na dodatek podsunęłaś mi świetny pomysł. Zaraz siadam i piszę felieton na czwartek. 

Rzeczywiście usiadł, lecz po chwili wstał, mrugnął kilkakrotnie i w zamyśleniu potarł podbródek. 

-  Jak  ci  się  podoba  pierwsze  zdanie?  Posłuchaj:  „Kobiety  odmawiają  uprawiania  seksu,  ponieważ 

próbują w ten sposób zdobyć to, na czym im zależy. Niektóre chcą nowej sukienki czy zmywarki do naczyń, a 

inne wycieczki do Europy lub obrączki ślubnej”. 

- To obraźliwe, a do tego nieprawda - odrzekła Colleen krótko. 

-  Ale  przyciąga  uwagę,  zmusza  do  refleksji,  każe  zająć  jakieś  stanowisko.  Co  najważniejsze,  nie 

pozwala  odłożyć  gazety,  zanim  nie  dowiesz  się,  jakie  inne  oszczercze  opinie  znalazły  się  w  felietonie. 

Dokładnie tak, jak w twoim tekście, Colleen. 

-  Ale  przecież  ja  tego  nie  pisałam  w  ten  sposób  -  wyznała  szczerze.  -  To  są  moje  autentyczne  sądy. 

Wczoraj wieczorem Nicola i ja... 

- Świetnie się bawiłyście, mieszając mnie z błotem, jak przypuszczam. 

-  Nie  tylko  ciebie  -  przyznała  Colleen.  -  Kamalowi  też  się  oberwało,  i  każdemu  innemu  facetowi 

waszego pokroju. 

- Ajajaj, zaczyna się Forum Feministyczne. Szczęście, że spałem w domu, poza polem rażenia. Dobrze, 

rozumiem moją rolę, ale co tu zawinił Kamal? Wygląda na sympatycznego, grzecznego chłopaka. 

- Sympatyczny? Grzeczny? Ha! Hoduje w Azerbejdżanie siedemnastoletnią narzeczoną! 

-  Ach  tak.  No  to  mamy  następną  złotą  myśl  do  mojego  felietonu.  „Kobiety  łudzą  się,  że  uprawianie 

seksu  i  kochanie  się  z  mężczyzną  to  to  samo.  Sądzą,  że  jeśli  chcą  iść  z  kimś  do  łóżka,  to  znaczy,  że  są 

zakochane.” 

- Bo mężczyźni robią wszystko, żeby je utwierdzić w tych złudzeniach - odcięła się Colleen. 

- Ja nie. A ty pragniesz mnie i tak, Colleen. Gdybyś nie wpadła wczoraj w panikę, dziś nie trzęślibyśmy 

się z frustracji i nie kłócili na temat seksu, tylko wspominalibyśmy miło spędzoną noc. 

background image

 

75

- To mi przypomina o pewnym banale, który przeoczyłam, pisząc artykuł: „Mężczyźni uważają, że seks 

rozwiązuje wszystkie problemy”. 

- To prawda, kotku - powiedział Jack z uśmiechem. 

- Może na krótką metę - żachnęła się Colleen. - Raczej na bardzo krótką. Och, Jack, po co tracić czas? 

Nie możemy razem pracować. To niemożliwe. Idę do Kazorow... 

-  Siadaj  i  bierz  się  do  roboty  -  zarządził  Jack.  -  Ja  tymczasem  zamówię  nowe  biurko  dla  ciebie  i 

postaram  się  jeszcze  dziś  o  porządne  krzesło.  To,  na  którym  siedzisz,  mogłoby  służyć  hiszpańskim 

inkwizytorom podczas awarii fotela tortur. 

Odwrócił  się  na  pięcie,  miarowym  krokiem  przemierzył  redakcję  i  wyszedł,  a  ona,  ogłupiała  i  zła,  długo 

wpatrywała się, w drzwi, które zamknął za sobą. 

 

-  Dlaczego  nic  nie  dzieje  się  tak,  jak  przewidujemy?  -  zapytała  wieczorem  Colleen  swą  przyjaciółkę, 

gdy zajadały na kolację przyniesionego z baru pieczonego kurczaka. - Zeszłej nocy byłam święcie przekonana, 

że  skończyłam  jakąkolwiek  współpracę  z  Jackiem,  i  nieodwołalnie  postanowiłam  się  przenieść  na  górę  do 

działu  kulinarnego  i  rozrywkowego.  A  dzisiaj  on  chwali  mój  artykuł  i  biega  po  wszystkich  piętrach,  żeby 

znaleźć dla mnie nowe biurko. Nic z tego nie rozumiem. 

-  Czasem  dzieje  się  dokładnie  tak,  jak  przewidujemy  -  rzekła  ponuro  Nicola.  -  Na  przykład  dzisiaj  w 

szpitalu Kamal i  ja unikaliśmy się wzajemnie przez cały czas, chyba że chodziło o zajęcie się jakimś chorym 

dzieckiem. Potem usłyszałam, że już umawia się z kimś z radiologii, kto pewnie ani odrobinę nie dba o azerską 

narzeczoną. Och. Colleen, chciałabym go znienawidzić, ale nie potrafię. Nie  mogę przestać  myśleć o nim  i o 

tym, jak by było, gdyby... - Upuściła udko kurczaka i rozpłakała się. 

Colleen zerwała się, by ją pocieszyć, ale nagle usłyszała głośny dzwonek do drzwi. Nicola złapała ją za rękę. 

-  Jak  myślisz,  może  to  on?  -  szepnęła  z  tak  głęboką  nadzieją  w  oczach,  że  Colleen  zapragnęła  całą 

duszą, żeby to był właśnie Kamal. Pobiegła do drzwi. 

Otworzyła je gwałtownie i ujrzała niedbale opartego o framugę Jacka Blackledge’a we własnej osobie. 

-  Trzeba  zawsze  zerknąć  w  judasza,  zanim  się  otworzy  drzwi.  Nawet  w  spokojnym  Buffalo  mieszka 

kilku kryminalistów. - Przywołał na twarz ciepły, zmysłowy uśmiech, który mógłby stopić cały lód Antarktydy. 

- Co ty tu robisz? - Ze zdenerwowania powiedziała to piskliwym głosem. 

-  Jadłaś  już  deser?  -  Oczywiście,  odpowiedział  pytaniem  na  pytanie.  A  potem  sam  udzielił  sobie 

odpowiedzi: 

- No to czeka cię sławna pieczona alaska sióstr Jackson. Jackson to panieńskie nazwisko mojej matki; 

dlatego, jeśli jeszcze się nie domyśliłaś, nazwano mnie pięknym imieniem Jack. Mama i ciotki odlatują jutro na 

Florydę, no i na pożegnanie postanowiły uhonorować cię swoim wspaniałym deserem. Czekają na nas w moim 

domu. 

Colleen straciła zdolność poruszania się. Sprzeczne myśli przelatywały przez jej głowę jak błyskawice. Złość, 

podniecenie, niepokój i zakłopotanie kolejno brały górę w bitwie o ostateczną decyzję. W końcu oprzytomniała 

na tyle, by wykrztusić odpowiedź. 

background image

 

76

- Jack, nie pojadę do ciebie. 

-  Bo  sądzisz,  że  zastawiłem  na  ciebie  pułapkę?  Że  postanowiłem  zwabić  cię  do  mojej  jaskini  i 

zdradziecko  uwieść,  tak?  Uwierz  mi,  dom  jest  pełen  przyzwoitek.  Mama,  ciocia  Judy,  ciocia  Dorothy  i  cała 

kuchnia obrzydliwych zapachów, czyli masz zapewnione bezpieczeństwo. 

-  Ta  pieczona  alaska  na  pewno  nie  jest  obrzydliwa  -  zaprotestowała  Colleen.  -  Jadłam  ją  tylko  kilka 

razy, ale zawsze smakowała doskonale. 

-  Skoro  tak  ją  lubisz,  to  oddam  ci  mój  kawałek.  Mogłabyś  nawet  wydrukować  przepis  w  gazecie. 

Chodź, urządzimy staruszkom wieczór spełnionych marzeń. 

Powinna kazać mu natychmiast się wynosić, powinna dotrzymać danego sobie słowa i unikać Jacka jak ognia. 

A już na pewno nie powinna stać tak i uśmiechać się, mimo ogromnych wysiłków, by tego nie robić, lecz stała 

tak nadal i nie posłała go do diabła. 

-  Muszę  być  przy  Nicoli  -  broniła  się.  -  Ona  jest  bardzo  roztrzęsiona  i  wolałabym  nie  zostawiać  jej 

samej. 

Jack wzruszył ramionami. 

-  Niech  jedzie  z  nami.  Im  większe  towarzystwo,  tym  weselej...  i  tym  mniejsze  porcje  tej  kulinarnej 

katastrofy. 

- Chyba nie zechce pójść... 

- No to trzeba ją przekonać, prawda, Colleen? - Wszedł wreszcie do przedpokoju, wciąż uśmiechając się 

promiennie. 

Po upływie mniej niż dziesięciu minut Nicola, Colleen i Jack wyruszyli w drogę. 

-  Szkoda,  że  nie  zdążyłam  się  przebrać.  -  Colleen  zmartwiła  się,  zerkając  na  swe  dżinsy  i  wymiętą 

bluzkę. 

-  Eee  tam.  Nie  musisz  ubierać  się  specjalnie,  żeby  zrobić  wrażenie  na  matce.  Wszystkie  trzy  i  tak 

zachwycają się tobą bezustannie. Mama nawet już się zastanawia, czy ślub urządzić w Houston, czy w Buffalo, 

i marzy o poznaniu twoich starych. 

- Colleen nie ma starych, o ile myślisz o rodzicach - odezwała się Nicola, wtłoczona na tylne siedzenie. 

- Ma siostry, ale za to całe  mnóstwo. I szwagrów,  i słodkich  siostrzeńców, i  siostrzenicę.  Wszystkich oprócz 

mamy i taty. 

- Jesteś sierotą? - spytał zaskoczony Jack. Colleen wzruszyła ramionami. 

-  Na  to  wygląda,  w  pewnym  sensie.  Moja  mama  zmarła  na  zapalenie  płuc,  zanim  skończyłam 

jedenaście  lat.  Ojciec  zostawił  nas,  kiedy  byłam  jeszcze  niemowlęciem.  Od  tamtego  czasu  nic  o  nim  nie 

słyszałam. 

- Kto cię wychowywał po śmierci matki? - pytał dalej Jack, nie mogąc dojść do siebie po tak szokującej 

informacji. Oczyma duszy widział maleńką, osieroconą Colleen. 

Znał  nazbyt  dobrze  ból  po  stracie  ojca  i  niszczący  wpływ  takiej  tragedii  na  niedojrzałą  psychikę  młodego 

człowieka. Colleen przeżyła to nieszczęście o wiele wcześniej niż on i wcześniej została bez rodziców. 

 

background image

 

77

Zmarszczył  brwi.  W  takim  razie  trudno  się  dziwić,  że  Colleen  lęka  się  związku  opartego  na  seksie, tak  jak 

trudno  się  dziwić,  że  on  swe  kontakty  z  kobietami  ograniczył  właściwie  wyłącznie  do  seksu.  Jedna  i  druga 

postawa  zapewniła  im  konieczny  dystans.  Oboje  zbudowali  wokół  siebie  mury  obronne  i  kierowały  nimi 

zadziwiająco podobne motywy. 

A jednak coś przyciąga ich do siebie. Chociaż zwalczają w sobie to przyciąganie, choć starają się trzymać od 

siebie z daleka, to ich drogi i tak stale się krzyżują. Jack obrzucił Colleen ukradkowym spojrzeniem. Być może 

dzieje  się  tak  dlatego,  że  tylko  on  może  przełamać  bariery  otaczające  namiętną  młodą  kobietę,  teraz  jeszcze 

zamkniętą  w  duszy  Colleen,  i  tylko  jej  pisane  jest  dotarcie  do  samotnego  i  nieco  zgorzkniałego  mężczyzny 

ukrywającego się wewnątrz skorupy Black Jacka. 

Pokręcił głową. Nie lubił takich nagłych olśnień, wprowadzały go w pomieszanie. 

- Jej najstarsza siostra Shavonne miała zaledwie osiemnaście lat - plotkowała w najlepsze Nicola, która 

znała  historię  rodziny  Bradych  nie  gorzej  niż  Colleen  dzieje  Shakarianów.  -  Potem  wszystko  jak  w  bajce  o 

Kopciuszku! Siostry Colleen, wszystkie cztery, wyszły za mąż za Ram... 

-  Już  mówiłam  Jackowi  o  ich  ślubie  z  czterema  braćmi  -  wtrąciła  szybko  Colleen.  Należało  ostrzec 

Nicolę,  żeby  nie  wypaplała  sekretu  o  bogactwie  Ramseyów.  -  Zanudziłam  go  na  śmierć  pierwszego  dnia  w 

redakcji. 

-  Już  w  ciągu  pierwszych  dwudziestu  minut  -  poprawił  Jack,  a  po  chwili  położył  dłoń  na  kolanie 

Colleen. - Ale wcale mnie nie zanudziłaś. Nie sądzę, żebyś umiała zanudzić kogokolwiek. 

-  Za  to  bez  przerwy  działam  ci  na  nerwy  -  odrzekła  spokojnie,  strącając  rękę  Jacka  z  kolana.  Nie 

wierzyła w czuły ton pobrzmiewający w jego głosie, to nie w jego stylu. 

Zmieniła temat. 

Trzy wdowy wpadły w zachwyt na widok przybyłych. Natychmiast rozdzieliły kopiaste talerzyki z alaską. 

-  Tak  się  cieszę,  że  Colleen  przyprowadziła  koleżankę.  -  Matka  Jacka  promieniała  radością.  -  Miło 

poznawać przyjaciół naszych przyjaciół. 

-  Pani  syn  ma  niewątpliwy  dar  przekonywania  -  odparła  Nicola,  zerkając  w  zamyśleniu  na  Jacka  i 

Colleen, którzy zajmowali wielki, wyłożony poduszkami fotel w rogu salonu. 

„To mało powiedziane” - pomyślała Colleen. Siedziała na kolanach Jacka. Zaraz po wejściu do pokoju Jack 

usadził  ją  tam  i  otoczył  ramionami  jak  żelazną  obręczą.  W  ten  sposób  miał  zajęte  obie  ręce  i  nie  mógł  jeść 

alaski.  Colleen  zastanawiała  się,  czy  zrobił  to  umyślnie,  właśnie  po  to,  by  się  wykręcić  od,  jego  zdaniem, 

wybitnie nieapetycznego deseru z przeraźliwie słodkiej bezy przekładanej masą lodową. 

Jednakże  po  uprzątnięciu  talerzy  nadal  trzymał  ją  na  kolanach.  Przesiedziała  tak  całe  dwie  godziny  aż  do 

końca  wizyty.  Jego  ręce  ani  na  chwilę  nie  pozostały  bezczynne,  ale  pod  czujnym  okiem  starszych  pań 

zachowały umiar i nie przekroczyły granic pełnej czułości, a zarazem szacunku niewinnej pieszczoty. 

W  pewnym  momencie  Nicola  nie  wytrzymała  i  opowiedziała  smutną  historię  o  zamorskiej  narzeczonej 

Kamala, a starsze panie natychmiast pośpieszyły z wyrazami współczucia i mnóstwem dobrych rad, uwalniając 

tym  samym  siedzącą  w  fotelu parę od stałego nadzoru. Jack  bez  namysłu  skorzystał z okazji  i  jął  szeptać do 

ucha Colleen raczej jednoznaczne uwagi, głaszcząc ją jednocześnie tam, gdzie nie powinien sięgać dżentelmen. 

background image

 

78

Colleen chwyciła jego obie dłonie i przytrzymała je z całą siłą, na jaką było ją stać. 

- Co robisz? - syknęła zdenerwowana. 

-  Chyba  widzisz  -  wycedził  jeszcze  ciszej.  -  Próbuję  cię  podniecić.  Myślałem,  że  nawet  ktoś  tak 

niedoświadczony jak ty pojmie, w czym rzecz. 

- Jack, na miłość boską, twoja matka... 

- Rozpacza nad niedolą panny Shakarian. Nie zauważa nas wcale, ale to wcale, i ciotki też. Widzisz, one 

uważają  nas  za  parę  przyszłych  małżonków,  więc  spokojnie  zajęły  się  kimś  innym.  -  Musnął  ją  zuchwale 

wargami. - Pocałuj mnie, Colleen. 

Odchyliła głowę. 

- Zwariowałeś? - Zaczęła się wiercić i wyrywać z jego objęć. 

Jęknął cicho, ale nie rozluźnił uścisku. 

-  Zaczynam  myśleć,  że  tak.  Siedź  spokojnie,  Colleen,  albo  będziesz  musiała  się  liczyć  z 

konsekwencjami. 

Jej policzki przybrały kolor purpury. 

-  Jack,  chyba  posuwamy  się  za  daleko  z  tą  maskaradą.  Jutro  twoje  panie  wyjadą  i  wtedy  koniec  z 

udawaniem. 

-  Zastanawiałem  się  nad  tym  -  przemówił  ochrypłym  szeptem,  od  którego  setki  maleńkich  ostrych 

igiełek  przedefilowały  wzdłuż  kręgosłupa  Colleen.  Kiedy  męska  dłoń  prześlizgnęła  się  wokół  jej  krzyża, 

spontanicznie wygięła się w pałąk jak głaskana kotka. 

- To nie musi być udawanie, Colleen. Nie chciałbym, żebyś tak myślała. 

Znieruchomiała. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Że bardzo lubię być z tobą. Do tej pory nie mogłaś się tego nie domyślić. Ja... - przerwał i z trudem 

przełknął ślinę. - Chcę być z tobą. Chcę spotykać się z tobą także po ich wyjeździe. 

Serce Colleen na sekundę przestało bić, ą potem ruszyło z ogłuszającym tąpnięciem. 

- Czy to nowa sztuczka, żeby zaciągnąć mnie do łóżka? - Jej ciemne oczy błyszczały. 

- Jeśli pytasz o to, czy wciąż mam ochotę kochać się z tobą, to odpowiedź brzmi „tak”. - Uśmiechnął się 

leniwie.  -  Wolałabyś,  żebym  ci  zaproponował  po  prostu  przyjaźń?  Albo  żebyśmy  się  zachowywali  jak  brat  i 

siostra? 

Colleen zmartwiała. Wargi jej wyschły i z trudności ą przełknęła ślinę. 

- Powiedziałeś, że lubisz być ze mną. - Wymawiała słowa powoli, jakby z wysiłkiem.- Czy to znaczy, 

że chcesz się ze mną spotykać tylko z jednego powodu... wyłącznie seksualnego? 

Uśmiechnął się perfidnym, zdradzieckim uśmiechem. 

- A jak myślisz, kotku? 

-  Myślę...  -  Powędrowała  oczami  do  znów  rozszlochanej  Nicoli.  Trzy  panie  otaczały  ją,  oferując 

chusteczki.  -  Myślę,  że  w  artykule  napisałam  prawdę.  Mężczyźni  kłamią,  aby  dostać  to,  czego  pragną, 

szczególnie jeśli chodzi o seks. 

background image

 

79

Zamiast się obrazić, Jack wybuchnął lubieżnym rechotem. 

- Jestem pewien, że będziemy się razem świetnie bawić, Colleen. - Pogłaskał jej szyję i patrzył na nią 

spod półprzymkniętych powiek. - Obiecuję ci, kochanie. - Potarł kciukiem jej dolną wargę. 

Colleen  pamiętała  niejasno,  że  w  artykule  pisała  również  o  męskich  obietnicach;  że  wszystkie  obietnice  to 

kłamstwa albo odwrotnie. Nie przypominała sobie dokładnej wersji, ale teraz nie  miało to chyba  specjalnego 

znaczenia,  nawet  jeśli  Jack  zachowywał  się  zbyt  swobodnie  i  zuchwale,  nawet  jeśli  ona  poddawała  się  zbyt 

łatwo jego koguciemu urokowi. 

Mogłaby  wyrecytować  listę  wszystkich  logicznych  i  opartych  na  zdrowym  rozsądku  powodów,  dla  których 

nie  powinna  wiązać  się  z  Jackiem  Blackledge’em,  lecz  nagle  przestały  się  one  liczyć.  Przez  całe  życie 

kierowała się logiką i zdrowym rozsądkiem. Nawet jedna jedyna,” uwieńczona zresztą sukcesem, próba buntu, 

kiedy odmówiła mężczyźnie wybranemu przez rodzinę, nie wzięła się z kaprysu ani chwilowego nastroju, ale 

została drobiazgowo przemyślana i zaplanowana. Teraz ma swoją pracę, mieszkanie, skromny budżet i życie na 

poziomie  daleko  niższym  od  możliwości  finansowych.  Brakuje  jej  jedynie  jakiegoś  bodźca,  ożywienia  czy... 

miłości. 

-  Dlaczego  masz  taką  dziwną  minę?  -  wymamrotał  Jack,  przesuwając  ją  na  swych  kolanach  tak,  że 

prawie stykali się ustami. Musnął jej wargi i poczuł gorący dreszcz podniecenia. Już zapomniał, jak przyjemne 

może być oczekiwanie. 

- Właśnie zastanawiałam się... - zaczęła, ale on położył dwa palce na jej ustach. 

- Nie, nie zastanawiaj się, kochanie. Twój problem polega na tym, że za dużo myślisz. Już czas, żebyś 

pozwoliła kierować sobą uczuciom. Rozluźnij się, przestań się dręczyć. Spokojnie zdjęła jego dłoń ze swoich 

ust. 

- Być może masz rację. O tym właśnie myślałam: jaka jestem ponura, jaka poważna. Zawsze kroczyłam 

drogą  rozsądku;  mówiłam  to,  co  należy;  robiłam  to,  co  powinnam.  W  wieku  dwudziestu trzech  lat  czuję  się, 

jakbym  miała  sześćdziesiąt.  I  to  zmarnowanych  smutnych  sześćdziesiąt  lat.  -  Popadła  w  jeszcze  głębszą 

zadumę. 

- Rozumiem cię doskonale, moja droga. Na szczęście spotkałaś właściwą osobę we właściwym czasie. 

Przy mnie odzyskasz to, czego dotąd brakowało w twym życiu: radość, wzruszenia i seks. 

Spojrzała na niego z ukosa. 

-  Ja  szukam  radości  i  wzruszeń,  ale  w  prawdziwym  związku,  w  prawdziwym  uczuciu,  a  seks  bez 

zobowiązań mnie nie interesuje. 

Wykrzywił twarz w komicznie groteskowym grymasie. 

- W takim razie przykro mi, mała. Chyba trafiłaś pod zły adres. 

Popatrzyli na siebie i naraz wybuchnęli śmiechem. 

-  Nie  sądzę,  Jack  -  powiedziała  Colleen.  Z  nieoczekiwaną  śmiałością  potarła  knykciami  jego  twardy 

kwadratowy podbródek. Zdradziłeś się, Jack. Dobrze wiesz, że nie uznaję seksu bez miłości, a jednak nadal tu 

jesteś. Tak samo, jak ja marzysz o tym, żeby się zakochać. Już niedługo... 

 

background image

 

80

- A więc przejmujesz moje zasady gry - rzekł na poły kuszącym, na poły wyzywającym tonem. Grunt to 

cierpliwość, a ja jestem cierpliwy. Tak samo jak ja marzysz o tym, by pójść ze mną do łóżka. Już niedługo... 

Wymienili triumfujące spojrzenia, każde przekonane o swoim zwycięstwie nad przeciwnikiem. 

 

Oczekiwanie  na  seks  z  Colleen  sprawiło  Jackowi  taka  przyjemność,  że  postanowił  nie  śpieszyć  się  z 

wciąganiem  jej  do  łóżka.  Odkąd  był  pewien,  że  może  to  uczynić,  kiedy  tylko  zapragnie,  przestał  się  tak 

niecierpliwić. Zdecydował, że nie będzie jej ponaglał i da jej trochę czasu, tak by potem myślała, że robi to z 

własnej nieprzymuszonej woli. Pogratulował sobie świetnego pomysłu i zaczął napawać się coraz bliższą, nie 

pozbawioną erotycznego podtekstu zażyłością z Colleen. 

Colleen  przeżywała  ich  związek  jak  panna  przyjmująca  zaloty  konkurenta.  Zaloty  może  niezbyt 

konwencjonalne,  bez  płonących  świec  i  pęków  róż,  romantycznych  kolacji  we  dwoje  i  wieczornych  wizyt  w 

teatrze.  Zwariowany  na  punkcie  sportu  Jack  dysponował  biletami  na  wszystkie  mecze  Buffalo  Bills,  chętnie 

oglądał futbol i baseball w telewizji, a w kinie uznawał wyłącznie sensację i mordobicie. 

Colleen to nie przeszkadzało. Została zagorzałym kibicem Buffalo Billsów do tego stopnia, że z ulgą przyjęła 

zakończenie dwutygodniowego strajku piłkarzy. Kiedy wieczorem Jack siadał przed telewizorem i z ogniem w 

oczach obserwował kopanie piłki, ona sadowiła się koło niego i robiła na drutach albo wyszywała, jednocześnie 

oglądając  mecz.  Także  sensacyjne  filmy  jej  nie  odstraszały,  bo  klasą  znacznie  przerastały  to  świństwo,  które 

musiała recenzować dla gazety. Zaczęła nawet trochę lubić różnych szpiegów i najemnych żołnierzy z ekranu. 

Kiedy  Jack  nie  oglądał  sportu,  to  sam  go  uprawiał.  Często  wyciągał  Colleen  i  Nicolę  na  mecze  tenisa  i 

koszykówki, w których grał z podobnymi sobie sportowymi maniakami. Trenował Colleen przed rozgrywkami, 

w  których  mieli  wziąć  udział  dziennikarze  Buffalo  Times-Gazette.  Od  czasu  do  czasu  wybierali  się  na 

wycieczki rowerowe. Colleen, która nigdy  nie zażywała zbyt wiele ruchu, ku swemu zaskoczeniu zauważyła, 

że daje jej to sporo radości i zadowolenia. 

Oddawali  się  również  innemu  rodzajowi  ćwiczeń  fizycznych.  Jack  bezustannie  wyszukiwał  powody,  by 

mocować  się  z  nią  na  rękę.  Colleen  niezmiennie  przegrywała,  co  kończyło  się  pocałunkami  i  pieszczotami, 

zwykle  przekraczającymi  granicę  między  zabawą  a  erotyzmem.  Za  każdym  razem  Colleen  powstrzymywała 

jego i siebie, aczkolwiek coraz łatwiej wyobrażała sobie, że się poddaje intensywnym zmysłowym doznaniom, 

wywoływanym dotknięciem jego dłoni. 

Jack jej nie ponaglał, a ona z czasem zaczęła mu ufać. Miała w pamięci swą teorię, wedle której zakochany 

mężczyzna nie potraktuje jej jak staroświeckiej pensjonarki tylko dlatego, że nie wskoczy mu natychmiast do 

łóżka; ale uszanuje jej potrzebę upewnienia się, zrozumienia swoich uczuć, czekania na właściwą chwilę. Czyż 

Jack nie zachowywał się dokładnie w ten sposób? 

Wrzesień  niepostrzeżenie  przeszedł  w  październik.  Wiatr  od  niedalekiego  jeziora  Erie  hulał  po  ulicach  i 

owiewał  twarze  przechodniów  lodowatym  tchnieniem.  Ochłodziło  się.  W  redakcji  prześcigano  się  w 

przewidywaniach  nadejścia  pierwszej  śnieżycy.  Niektórzy  robili  zakłady  o  to,  ile  śniegu  spadnie  na  Buffalo 

tego pierwszego dnia zimy. Colleen, która od przeprowadzki do Teksasu siedem lat temu nie widziała śniegu, 

dotąd sądziła, że jego opady mierzy się w centymetrach i nigdy w październiku. Teraz przygotowywała się do 

background image

 

81

ciężkiej zimy na północy. 

Widywali  się  codziennie,  w  pracy  i  po  pracy.  Jack  pozwalał  jej  napisać  artykuł  raz  na  dwa  tygodnie. 

Opatrywał go zwykle kilkoma zdaniami wstępu, a dalej pozostawiał jej wolną rękę. 

- Stajesz się znana - zauważył na widok sterty listów piętrzącej się na biurku Colleen. Ta świadomość 

napełniła go dumą. Jack zawsze się starał dystansować wszelką konkurencję, lecz teraz udany występ Colleen 

na łamach Buffalo Times-Gazette sprawił mu niekłamaną przyjemność. 

- Chyba już pora, żebyś drukowała swój felieton raz na tydzień. Powiedzmy we wtorki. 

Twarz Colleen rozświetliła się. 

- Byłoby wspaniale, Jack. Już wiem, o czym napiszę w tym tygodniu. 

Pochyliła się ku niemu, a on ku niej, ale blaty biurek odgradzały ich zbyt szeroką granicą. W redakcji panował 

hałas;  musiałaby krzyczeć, żeby coś zrozumiał. Nie  mając  innego wyjścia, wstała  i podeszła do biurka szefa. 

Nachyliła  się do jego ucha  i  mimowolnie  napięła się  lekko,  jak zwykle, gdy znajdowała się w pobliżu Jacka. 

Ostatnio uzależniła się od słodkiego, pulsującego bólu, który odczuwała w jego bliskości, tak że coraz trudniej 

znosiła brak kontaktu z Jackiem. A kiedy już była przy nim, chciała... musiała... dotknąć go... 

Spojrzeli sobie w oczy: ona w ostro błyszczącą czerń, on w miękki, matowy brąz. 

- Usiądź mi na kolanach - powiedział Jack z wyzywającym, prowokacyjnym uśmiechem. 

Pragnęła to zrobić. Powstrzymała się ostatkiem siły woli. 

- Przestań. Zaraz posypałyby się niewybredne plotki - przypomniała mu. 

-  Chyba  już  się  sypią.  Do  diabła,  właśnie  teraz  przydałby  się  mały  prywatny  gabinet,  w  którym 

moglibyśmy... 

- Taki jak Kazorowskiego? - Colleen udała przerażenie. 

Oboje roześmiali się, bowiem obskurny, zaśmiecony pokój Każą nadawał się raczej na areszt niż na miejsce 

potajemnych schadzek. 

- Wymyśliłam, że napiszę składankę dowcipów o kandydatach na prezydenta - wyznała Colleen, a Jack 

nie  mógł  wyjść  z  podziwu  nad  łatwością,  z  jaką  przechodzili  od  tryskającej  iskrami  zmysłowości,  poprzez 

obniżający  napięcie  śmiech  do  spraw  zawodowych.  Uświadomił  sobie,  że  właśnie  dlatego  ich  współpraca  i 

znajomość układa się tak gładko. 

- Wybory dopiero za rok, ale kandydaci już się pokazują na arenie - ciągnęła. - Prezydent Lipton kończy 

kadencję, więc mają szerokie pole do popisu. 

- Kiedy Lipton i jego rodzinka znikną ze sceny, to będzie ogromna strata dla satyryków - dorzucił Jack z 

komicznie  poważną  miną.  -  Wyczerpie  się  kopalnia  tematów,  a  nikogo  równie  zabawnego  nie  widać  na 

horyzoncie.  Pamiętasz,  jak  Lucas  Lipton  uciekł  ze  striptizerką?  Cóż  za  uczta  dla  felietonistów!  Albo  jak 

rozkoszna  Laynie  Lynn  czekała  na  łóżku  Lincolna  na  ducha  starego  Abrahama?  Z  tajnymi  agentami 

rozstawionymi  wokół  i  gapiącymi  się  na  panienkę  jak  z  rozkładówki  Playboya,  o  przepraszam,  na  szacowną 

synową pana prezydenta. 

- To były czasy - westchnęła Colleen. 

- Tak czy inaczej pomysł jest niezły. Obraziłabyś się, gdyby twój szef ci go podkradł? 

background image

 

82

-  Tylko  spróbuj,  a  wieczorem  przy  mocowaniu  się  na  ręce  przegrasz  z  kretesem  -  odparła  z  groźną 

minką. 

Jack uśmiechnął się zawadiacko. 

- Kochanie, kiedy mocuję się z tobą, wygrywam nawet wtedy, gdy przegrywam. 

 

Z czasem przywykli do codziennych wspólnych kolacji, to u Jacka, to w mieszkaniu Colleen, to w którejś z 

licznych restauracji Buffalo. Często towarzyszyła im Nicola. Żadne z nich nie przepadało za gotowaniem, więc 

zwykle przynosili do domu gotowe dania z  barów. Co  jakiś czas Colleen testowała ciekawy  i zarazem  łatwy 

przepis ze swojej rubryki wymiany przepisów od czytelników. Czasem nawet dawało się to zjeść. 

Pewnego listopadowego wieczoru cała trójka siedziała w Barze Harry’ego i zajadała kurze udka z sałatką, gdy 

nagle do baru wkroczyła grupa olbrzymów. Przez salę przebiegł szmer podekscytowania. Po chwili ożywione 

rozmowy  zagłuszyły  dźwięk  telewizora,  na  którego  gigantycznym  ekranie  oglądano  Poniedziałkowy  wieczór 

piłkarski. Kilku stałych bywalców podeszło do nowo przybyłych. 

- To obrońcy z Buffalo Bills - wyjaśnił Jack. - A wśród nich ktoś, kogo powinnaś poznać, Nicola. Mój 

stary kumpel Rodd Garrett. Gra w ataku, ale ostatnio rzadko wychodzi na boisko. Znamy się tak długo... 

- Rodd Garrett? - powtórzyła Nicola. - Czy to nie ten, który dzwoni do ciebie czasem, Colleen? 

Colleen skinęła głową. Jackowi opadła szczęka. 

- Rodd Garrett dzwoni do ciebie? - Brzmiało to raczej jak oskarżenie, a nie jak pytanie. - Od kiedy? Po 

co? 

-  Odkąd  się  poznaliśmy  w  Niagara  Falls.  Telefonuje  co  jakieś  dwa  tygodnie.  -  Colleen  wzruszyła 

ramionami. - Rozmawiamy przez chwilę i... 

- Zapraszał cię na kolację? - spytał Jack ostro. Głupie pytanie, skarcił się zaraz. Oczywiście, że Garrett 

ją  zapraszał.  Colleen  to  miła,  piękna  i  sympatyczna  dziewczyna.  Który  mężczyzna  nie  chciałby  się  z  nią 

umówić? 

Nie dał jej czasu na odpowiedź. 

- Czy kiedykolwiek wyszłaś z nim? - naciskał dalej. Na myśl, że ktoś inny mógł spędzić z nią wieczór, 

aż zatrząsł się od przypływu niepohamowanej zazdrości. 

- Wiesz, że nie - zaprzeczyła Colleen spokojnie. - Większość czasu spędzam z tobą. 

- Większość, ale nie cały czas - warknął. Zdawał sobie sprawę, że zachowuje się nierozsądnie, lecz nie 

był w stanie temu zaradzić. - Skoro nie wiedziałem o telefonach, to równie dobrze  mogę nie wiedzieć o jego 

randkach z tobą, Colleen. 

-  Nigdzie  z  nim  nie  chodziłam.  -  Tym  razem  Colleen  warknęła  jak  on  przedtem.  -  On  dzwoni, 

rozmawiamy  chwilę,  on  zaprasza  mnie  do  restauracji,  ja  odmawiam.  Bo  nie  mam  na  to  ochoty.  Poza  tym 

miałabym pełne prawo pójść, gdybym chciała - dodała zdecydowanie. - Nigdy nie stawialiśmy sobie warunków 

co do spotykania się z kimś innym. 

-  No  i  masz  babo  placek  -  jęknął  Jack.  -  Ograniczenia  i  zakazy  kobiety,  z  którą  widziałeś  się  raptem 

kilkakrotnie, a która już próbuje tobą rządzić. 

background image

 

83

- Mam wrażenie, że to ty próbujesz rządzić mną - wytknęła mu Colleen chłodnym tonem. - Ty dostajesz 

histerii na samą myśl o tym, że mogłabym wyjść z kimś innym. 

Twarz Jacka przybrała kolor ceglastoczerwony. Zwrócił się ku Colleen z jadowitym błyskiem w oku. 

- Który to Garrett? - wtrąciła Nicola w desperackiej próbie zapobieżenia nadciągającej burzy. 

- Ten przerośnięty małpolud. Wygląda tak, jakby w dzieciństwie zamiast mleka ssał z matczynej piersi 

steroidy. - Jack prychnął z pogardą. 

- Oni wszyscy tak wyglądają - zauważyła Nicola. 

- Może ty wskażesz swego fatyganta, Colleen? - rzucił Jack wściekłym i złośliwym tonem, którego nie 

słyszała z jego ust już od dłuższego czasu. Teraz trudno było uwierzyć, że potrafił się pozbyć tego irytującego 

sposobu dyskutowania. Sprawił jej ból tak dotkliwy, jak ból rany zadanej ostrą brzytwą. 

-  Dajmy  temu  spokój  -  powiedziała  szybko  Nicola.  -  Nie  zamierzam  spotykać  się  z  żadnym  z  tych 

dryblasów. Nie przepadam za wielkoludami, nie poszłabym na randkę ze słoniem. A Karna! twierdzi, że siła i 

agresja może... 

-  Kamal?  -  przerwała  Colleen,  wdzięczna  losowi  za  okazję  zmiany  tematu.  Nie  chciała  kłócić  się  z 

Jackiem  w  obecności  Nicoli.  W  ogóle  nie  chciała  kłócić  się  z  Jackiem.  Inaczej  niż  w  pierwszych  dniach 

znajomości,  kiedy  sprzeczki  wybuchały  bez  przerwy,  w  ciągu  minionych  tygodni  jakoś  dopasowali  swe 

usposobienia  i  kłócili  się  rzadko.  Na  samą  myśl  o  Jacku  wpadającym  w  furię  łzy  napłynęły  jej  do  oczu. 

Mrugnęła kilka razy, żeby się nie rozpłakać. 

-  Znowu  rozmawiasz  z  Kamalem,  Nicky?  -  spytała,  odwróciwszy  się  od  Jacka  i  skupiwszy  uwagę  na 

przyjaciółce. 

- Jakieś trzy tygodnie temu zaczęliśmy jadać razem lunch - przyznała się Nicola. - Rozmawiamy, trochę 

żartujemy. Zawsze dobrze się rozumieliśmy. Jesteśmy przyjaciółmi, to wszystko. 

- Ha! Nie wierzę w to ani na jotę - wtrącił się Jack. - Mężczyzna i kobieta nie mogą się przyjaźnić ot tak 

sobie. Jeżeli tak sądzą, to po prostu sami się oszukują. Każdy to wie. 

- Ja nie...- zaczęła Colleen. 

- Każdy prócz Colleen Brady - uciął zjadliwie Jack. 

Nicola zerknęła na zegarek. 

-  Czy  mielibyście  coś  przeciwko  temu,  żebyśmy  już  poszli?  Moja  kuzynka  Dana  ma  zadzwonić,  bo 

musimy omówić przygotowania do rocznicy ślubu dziadków. To ważne, więc nie mogę się spóźnić. 

Cała trójka wstała  i pomaszerowała do samochodu Jacka. Wiał przenikliwy wiatr, pojawiły się też pierwsze 

płatki  śniegu.  W  miarę  jak  jechali,  śnieżynki  zamieniły  się  w  spore  płaty,  wirujące  na  wietrze  szybciej  i 

gęstniejące  z  minuty  na  minutę.  Dziewczyny  rozmawiały  o  niespodziewanej  zmianie  pogody,  świadome 

obecności milczącego, lecz kipiącego niemą złością Jacka. 

Colleen ledwie zdawała sobie sprawę z tego, co mówi. Nie umiała odwrócić wzroku ani myśli od ponurego, 

zamkniętego  w  sobie  Jacka.  Bo  rozmawiała  z  Roddem  przez  telefon?!  oto  siedziała  smutna  i  przestraszona, 

zastanawiając  się,  co  się  stanie  po  powrocie  do  domu.  Próbowała  znaleźć  sposób  na  załagodzenie  sporu,  w 

końcu chciała nawet wybuchnąć płaczem i błagać go, by przestał się złościć. 

background image

 

84

Nagle wszystko to wydało  jej się  mocno niesprawiedliwe. Przecież to o n zachował się  niewłaściwie, a ona 

chce go przepraszać i głaskać po głowie? Widziała podobne sceny ze swoimi siostrami i ich narzeczonymi w 

rolach  głównych  i  o  ile  pamiętała,  to  zazwyczaj  panny  Brady  prowadziły  negocjacje  pokojowe.  Wiele  razy 

miała  nadzieję,  że  siostry  powiedzą  swym  mężczyznom  parę  słów  prawdy,  że  zmuszą  ich  do  przejęcia 

inicjatywy, przerwania ognia i wywieszenia białej flagi. 

Cóż, być może nadszedł czas, by wyrzec się rodzinnego pacyfizmu Bradych. 

 

background image

 

85

 

- Możesz nas po prostu wysadzić przed blokiem - rzuciła chłodno Colleen, kiedy zbliżali się do celu. - 

Nie musisz wjeżdżać na parking. 

Albo wchodzić do środka, dodał Jack w duchu. Zerknął szybko na Colleen. Skrzyżowała ramiona na piersiach 

i przybrała buntowniczą minę. Jakże różniła się od niemal szlochającej, pełnej poczucia winy dziewczynki, któ-

ra wsiadła do samochodu po opuszczeniu baru. 

Niezadowolony z tej przemiany, uniósł niecierpliwie brwi. 

- I co potem? Każesz szoferowi iść do diabła? 

-  Idź,  gdzie  ci  się  podoba  -  odpaliła  Colleen  -  ale  najpierw  jesteś  winien  Nicoli  przeprosiny.  Twój 

chamski wybuch w restauracji postawił ją w bardzo niemiłej sytuacji. Dlatego chciała wyjść tak szybko. 

- Chciała wyjść, bo czeka na telefon od kuzynki Dany - warknął Jack. 

- Zwykła wymówka. - Colleen ani myślała ustąpić. - Dana dzwoniła wczoraj. 

-  Czy  mogłabym  zostawić  was  samych?  -  zapytała  sucho  Nicola.  -  Jack,  dzięki  za  podwiezienie.  Nie 

musisz przepraszać, nie było mi aż tak nieprzyjemnie. Lecę na górę, bo naprawdę czekam na telefon, choć nie 

od Dany. Ona rzeczywiście dzwoniła wczoraj. 

Colleen natychmiast odłożyła kłótnię na bok. 

- Nicola, czekasz na telefon od Kamala, tak? - zapytała pośpiesznie. 

Nicola skinęła głową i wyskoczyła z samochodu. 

- Kłóćcie się dalej beze mnie. Cześć. 

Colleen chciała wybiec za nią, ale Jack chwycił ją za rękę i przytrzymał. 

- Jeszcze  nie skończyliśmy dyskusji,  moja droga. - Jego głos stracił  całą  jadowitość, teraz wyzierała z 

niego obojętność, nie wściekłość. 

- Wybacz, ale nie będę marnowała czasu na jałowe spory z tobą. Muszę powstrzymać Nicolę, bo jeśli 

uwierzy w to, że ma jakieś szansę u Kamala, to on złamie jej serce. 

- Może naprawdę ma jakieś szansę. - Jack wzruszył ramionami. - Azerbejdżan jest tak daleko, a Nicola 

mieszka  tutaj,  w  Buffalo.  Tak  czy  siak,  to  nie  twój  interes,  Colleen.  Pozwól  Nicoli  samej  kierować  swym 

życiem uczuciowym, a ty skoncentruj się na swoim. 

- Moje życie uczuciowe, jak na razie... 

Nie dał jej skończyć. 

- Jak na razie? - powtórzył. Nadal trzymając ją za ramię, wyciągnął drugą rękę i ujął Colleen pod brodę, 

przez co musiała spojrzeć w jego ciemne, głębokie źrenice. - Mogłabyś to wyjaśnić? 

-  Co tu  wyjaśniać?  -  Colleen  szarpnęła  się  nerwowo.  Udało  jej  się  wyswobodzić  tylko  dlatego,  że  on 

postanowił  ją  puścić.  Wiedzieli  o  tym  oboje.  Na  zewnątrz  wyła  wichura,  o  szyby  uderzały  coraz  silniejsze 

porywy śnieżycy. Colleen zadrżała i otuliła się szczelnie płaszczem. 

- Lepiej już pójdę, a ty jedź do domu. Drogi mogą zostać zasypane... 

 

background image

 

86

-  Drogi  zostaną  zasypane,  gwarantuję  ci.  -  Jack  zapuścił  silnik.  -  Ale  zanim  to  nastąpi,  my  będziemy 

bezpieczni  u  mnie.  -  Błyskawicznie  wykonał  skręt  kierownicą  i  zawrócił,  nic  sobie  nie  robiąc  z  protestów 

Colleen. 

-  Zaczęłaś  coś  mówić  o  swoim  życiu  uczuciowym  -  rzekł  chłodno.  -  Odnoszę  wrażenie,  że  robisz  ze 

mnie durnia. Rzuciłaś rękawicę, a ja muszę ją podnieść, inaczej okazałbym albo obojętność, albo słabość. Nie 

jestem obojętny i słaby też nie, Colleen. 

Colleen nerwowo otwierała i zamykała torebkę. 

- Nie wiem, o co ci chodzi. 

-  A  zatem  powinienem  ci  wyjaśnić,  czyż  nie?  Kiedy  kobieta  mówi  „życie  uczuciowe,  jak  na  razie” 

takim  tonem,  jak  ty  przed  chwilą,  to  znaczy,  że  nie  ma  żadnego  życia  uczuciowego, o  którym  warto  byłoby 

wspominać.  Skoro  w  twym  życiu  nie  ma  innego  mężczyzny  poza  mną,  to  chyba  naturalne,  że  czuję  się 

dotknięty. 

-  Nie  ma  innego  mężczyzny?  Więc  nie  wierzysz,  że  spotykam  się  z  Roddem  Garrettem  na  boku?  - 

Gniew zdążył już stopnieć, a jego miejsce powoli zajmowało kipiące podekscytowanie. 

- Nie zmieniaj tematu, Colleen. Rozmawiamy o... 

-  Moim  życiu  uczuciowym.  -  Jack  zatrzymał  wóz  na  czerwonym  świetle  i  przyjrzał  się  dziewczynie 

badawczo. Colleen wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami.- Jak na razie. 

Czarne  oczy  Jacka  zwęziły  się  w  szparki.  Przez  kilka  sekund  nie  był  w  stanie  ruszyć  samochodem,  choć 

wokół nich ulica świeciła pustkami. 

-  Powinienem  był  wziąć  cię  do  łóżka  parę  tygodni  temu  -  syknął  przez  zaciśnięte  zęby.  -  Mogłem  to 

zrobić, dobrze wiesz. 

- Na pewno? - odcięła się buńczucznie, 

- Bez cienia wątpliwości. Nie powstrzymałabyś mnie, nie umiałabyś. 

Uśmiechnęła się słodko. 

- Zgódźmy się co do tego, że się nie zgadzamy, Jack. 

-  Wyhodowałem  żmiję  na  własnej  piersi  -  poskarżył  się  Jack.  -  Oto,  co  mnie  spotyka  za  to,  że  nie 

zaspokoiłem swoich żądz seksualnych. Zasługuję na takie traktowanie, bo nie naciskałem cię, nie ponaglałem, 

bo dałem ci czas na... - urwał i siedział sztywno, mocno ściskając kierownicę. 

- Zakochanie się w tobie? - spróbowała zgadnąć Colleen. 

W samochodzie zaległa skrząca napięciem cisza. 

- Nigdy  nie widziałem tak zaśnieżonych ulic  - odezwał się  nagle  Jack  szorstkim głosem. - Prawie  nie 

można przejechać. Muszę się skoncentrować na prowadzeniu. 

Czy  istnieje  skuteczniejszy  sposób,  żeby  wykręcić  się  od  rozmowy?  Colleen  posmutniała.  Wyjrzała  przez 

okno.  Drogi  wcale  nie  wyglądały  tak  źle,  przynajmniej  jeszcze  nie  teraz.  Ale  ona  już  nie  potrafiła  się 

powstrzymać. 

- Bo to się stało, Jack - powiedziała cicho. - Zakochałam się w tobie. 

 

background image

 

87

Co  za  ulga  wypowiedzieć  to  wreszcie  na  głos!  Poczuła,  jak  serce  wypełnia  jej  radosna  lekkość,  a  ciało 

zaczyna  pulsować  pożądaniem.  Wszystko  zrobiło  się  takie  prawdziwe,  cudowne  i  na  swoim  miejscu.  Kocha 

Jacka, a miłość wzbudziła i spotęgowała pragnienie fizycznego kontaktu. Miłość uczyniła z namiętności, którą 

do  niego  czuła,  coś  głębokiego  i  ważnego.  Do  chemii  i  hormonów,  które  dały  o  sobie  znać  u  obojga  od 

pierwszej  chwili  ich  znajomości,  miłość  dodała  uczucie  i  głębię.  Teraz  nie  musi  się  już  wstydzić  tlącego  się 

wewnątrz niej pożądania. 

-  Kocham  cię,  Jack  -  wyszeptała,  wsłuchując  się  w  brzmienie  swoich  słów.  Całe  życie  czekała  na 

moment, kiedy powie to odpowiedniemu mężczyźnie. 

Jack  rzucił  jej  ukradkowe  spojrzenie  i  zamyślił  się.  Słyszał  wyznania  miłosne  wiele  razy:  od  Donny,  która 

kochała właściwie jego karierę sportową i płynące z niej korzyści, od mnóstwa innych kobiet, które usiłowały 

w ten sposób nim manipulować. 

Jednak  jego  cynizm  stopniał  na  dźwięk  tych  słów  wypowiedzianych  głosem  Colleen.  Wiedział,  że  mówi 

prawdę.  Nie  wykrztusiła  ich  przecież  podczas  zbliżenia,  gdy  w  gorącej  atmosferze  można  łatwo  pomylić 

„Kocham cię” z „Lubię się z tobą kochać”. 

Uświadomił  sobie,  że  spędzili  razem  sporo  czasu,  że  zdążyli  już  dobrze  się  poznać,  że  widziała  go  w 

najlepszym  wcieleniu  jako  ciepłego  i  wyrozumiałego  opiekuna  i  w  najgorszym  jako  wściekającego  się, 

niecierpliwego  samca.  To  wszystko  eliminowało  możliwość  pomylenia  ciągot  seksualnych  z  prawdziwym 

uczuciem. Czy podświadomie szukał takiego zabezpieczenia? Ta myśl poraziła go jak grom z jasnego nieba. 

- Jack? - zaniepokoiła się Colleen. - Powiedz coś, powiedz cokolwiek. Siedzisz koło mnie i milczysz jak 

grób  od...  -  z trudem  przełknęła  ślinę  -  odkąd  wyznałam,  że  cię  kocham.  -  Nieprzyjemne  ukłucie  zwątpienia 

sprawiło, że skuliła się na fotelu. Może jej wyznanie zaskoczyło go i przestraszyło? Może ciąży mu, zamiast go 

cieszyć? 

Jack wprowadził samochód na podjazd do garażu. 

-  W  takiej  chwili  zabrzmi  to  pewnie  strasznie  prozaicznie,  ale  muszę  wyjść  i  otworzyć  garaż. 

Przysięgam, że jutro kupię ten elektroniczny zamek z pilotem. 

Pośpiesznie wyskoczył z auta w gęsty śnieg, lecz myślami był daleko od elektronicznych zamków do garaży. 

Słowa  Colleen  nadal  dźwięczały  mu  w  uszach.  Kocha  go  i  musiał  przyznać,  że  doprowadziło  do tej  sytuacji 

jego zachowanie w ciągu ostatnich tygodni. Chciał wzbudzić w niej miłość, a nie tylko pożądanie. Zatopiony w 

rozważaniach, nie zwracał uwagi na przenikliwie zimny wiatr i wirujące wokół płatki śniegu. 

Czy  kocha  Colleen?  Po  historii  z  Donną  postanowił  traktować  miłość  jako  termin,  którego  ludzie,  sami  się 

okłamując,  używają  na  określenie  związku  opartego  na  seksie  lub  wzajemnych  korzyściach,  a  czasem  na 

jednym  i  drugim  jednocześnie.  Ale  z  Colleen  nie  uprawiał  seksu,  a  ich  związek  nie  przyniósł  specjalnych 

korzyści  żadnej  ze  stron.  Jack  jeszcze  nigdy  tak  się  nie  namęczył,  jak  ostatnio  z  Colleen,  by  zdobyć  czyjeś 

zaufanie. 

Wrócił  myślami  do  teorii  Williama  Jamesa.  Wszyscy  sądzili,  że  Jack  i  Colleen  kochają  się,  bowiem 

zachowywali  się  tak,  jak  każda  zakochana  para.  Spotykali  się  codziennie,  śmieli  się,  żartowali,  rozmawiali, 

dotykali  się  i  całowali,  rzucali  sobie  powłóczyste  spojrzenia.  Czy  w  takim  razie  jest  zakochany?  Cóż  za 

background image

 

88

dziwaczny temat do rozmyślań dla takiego cynika jak on. A jednak... 

Colleen obserwowała go, kiedy otwierał ciężkie odrzwia, a potem odwrócił się i z wysiłkiem prąc pod wiatr, 

na  powrót  skierował  się  ku  autu.  Jakież  rozczarowanie,  jakiż  zawód  przyniosło  jej  szczere  wyznanie!  Jack 

wyglądał na oszołomionego i milczał, zamiast odpowiedzieć po prostu „Ja też cię kocham”. 

Nie powiedział tego, bo jej nie kocha. Zrobiła z siebie kompletną idiotkę. Rozprawiał o zaśnieżonej drodze i 

drzwiach do garażu, wszystko po to, by uniknąć rozmowy o tym, co od niej usłyszał. 

Jack wrócił do samochodu, wjechał do środka i na nowo podjął długą procedurę mocowania się z drzwiami. 

Colleen zignorowała go. Siedziała nieruchoma i milcząca, aż otworzył drzwiczki, wziął ją na ręce i wyniósł z 

samochodu. 

- Co robisz? - pisnęła. - Postaw mnie na ziemię. 

-  Sądziłem,  że  będzie  szalenie  romantycznie,  jeżeli  mężczyzna,  któremu  właśnie  wyznałaś  miłość, 

wniesie cię na górę na rękach. 

Popatrzyła na niego z obrzydzeniem. 

- Nie zamierzam już dłużej wprawiać cię w zakłopotanie swoją obecnością, Jack. Byłabym wdzięczna, 

gdybyś  uczynił  to  samo.  -  Dość  trudno  zachować  dumną  wyniosłość,  kiedy  ktoś  niesie  cię  na  rękach,  lecz 

Colleen starała się jak mogła, rzucając złowieszcze spojrzenia i krzyżując dłonie na piersiach. 

Wypuścił ją z objęć dopiero w kuchni. Natychmiast podeszła do wiśniowego aparatu telefonicznego. 

- Do kogo dzwonisz? - zainteresował się Jack. 

- Do Nicoli. Mam nadzieję, że starczy jej odwagi, żeby tu po mnie przyjechać. 

- Nie odwagi, tylko samobójczej desperacji. Nikt nie powinien wyjeżdżać w taką śnieżycę. - Jack wyjął 

słuchawkę z dłoni dziewczyny i odłożył na widełki. Zaczął rozpinać jej płaszcz. 

- Nie będziesz nigdzie dzwonić i nigdzie nie pojedziesz, Colleen. 

Colleen spróbowała zapiąć płaszcz z powrotem, ale bez skutku. 

-  I  nie  chodzi  tu  bynajmniej  o  śnieg  na  ulicach.  -  Zdjął  z  niej  okrycie  i  upuścił  je  na  podłogę.  - 

Chciałbym, żebyś ze mną została, Colleen. - Wziął ją za obie dłonie. 

- Bo ci mnie żal? Dlatego, że ja cię kocham, a ty mnie nie? 

- To świetnie, bo nie zamierzam się nad tobą litować. - Jack westchnął niecierpliwie. - Chyba nie idzie 

mi za dobrze. Nigdy w życiu nie namieszałem aż tyle. 

- Z pewnością masz rację. Można by sądzić, że tak doświadczony podrywacz jak ty przywykł do tego, 

że  kobiety  zakochują  się  w  nim  bez  pamięci  i  od  razu  wyznają  swą  miłość.  Powinieneś  mieć  na  podorędziu 

jakąś  gotową  odpowiedź.  Na  przykład:  „Jestem  w  tobie  zakochany,  ale  cię  nie  kocham”.  Jeden  z  moich 

szwagrów zwierzył mi się, że dzięki tej frazie doskonale sobie radził z kobietami, oczywiście przed ślubem z 

moją siostrą. 

- Oczywiście. - Jack skrzywił się. - Sam to mówiłem parę razy. 

- Dziękuję, że mnie tym nie uraczyłeś. Czuję się wystarczająco upokorzona. 

- Uwierz  mi, Colleen, upokorzenie to ostatnia rzecz na  świecie,  jaka  mogłaby cię ode  mnie spotkać. - 

Wciągnął powietrze ze świstem. - Wygląda na to, że się z tego nie wykręcę. Po prostu powiem ci to, co chcesz 

background image

 

89

usłyszeć. Ja... - urwał i z trudem przełknął ślinę. - Kocham cię, Colleen. 

Czekała na te słowa tak długo, lecz nie w ten sposób wypowiedziane. Spojrzała na niego spod oka. 

- Mówisz to tylko dlatego, że chciałam to usłyszeć. Sam się do tego przyznałeś. 

- Mówię to, bo to prawda. Szaleję za tobą, Colleen. Kocham cię od dawna, ale byłem za głupi albo zbyt 

uparty, żeby przestać się z tym kryć przed sobą, a co dopiero przed tobą. Ale to prawda, kocham cię. 

Wpatrywała się w niego uważnie, jeszcze nie wierząc w szczerość ostatnich zdań. 

- Na... naprawdę? - wykrztusiła. 

- Sądzisz, że zrobiłbym z siebie takiego durnia, gdybym cię nie kochał? - Twarz Jacka powoli rozjaśniła 

się  w  uśmiechu.  Naraz  wszystko  stało  się  tak oczywiste, tak oślepiająco  jasne.  -  Oczywiście,  że  cię  kocham, 

Colleen. 

Wciąż trzymając ją za ręce, wolnym ruchem przyciągnął ją ku sobie. 

-  Łatwo  być  zimnym  cynikiem,  kiedy  ci  nie  zależy.  Ale  mnie  zależy  na  tobie  tak  bardzo,  najdroższa. 

Kocham cię. 

- Och, Jack! - krzyknęła Colleen głosem ochrypłym ze szczęścia. Rzuciła  mu się  na szyję  i objęła go 

mocno, płacząc i śmiejąc się na przemian. 

Wielkie  dłonie  Jacka  chwyciły  ją  w  pasie,  uniosły  w  górę  i  okręciły  wkoło.  Colleen  pisnęła  cienko  i  oboje 

wybuchnęli śmiechem pełnym szczęścia. 

-  To  wcale  nie  było  takie  straszne.  -  Jack  uśmiechnął  się.  -  Dlaczego  nie  poddałem  się  i  nie 

powiedziałem ci tego przed miesiącem? 

- Cieszę  się, że  zwlekałeś tak długo. Miesiąc temu prawdopodobnie  bym  ci  nie uwierzyła. Och,  Jack, 

chyba nigdy nie byłam taka szczęśliwa, nawet na ślubie moich sióstr, nawet po narodzinach ich dzieci. 

Oczy Jacka pociemniały. Pozwolił jej ześlizgnąć się ze swojej potężnej klatki piersiowej i ostrożnie postawił 

ją na ziemi. Tym sposobem samo wypuszczanie jej z ramion przerodziło się w długą, intymną pieszczotę. 

-  Odkąd  cię  spotkałem,  jestem  szczęśliwszy  niż  kiedykolwiek  przedtem  -  wyznał  cicho.  -  Wniosłaś 

światło w moje życie, Colleen. Dałaś mi wszystko, czego pragnąłem, nawet o tym nie wiedząc. 

Złączyła dłonie na jego karku i spojrzała mu w oczy. 

- Wszystko prócz jednego - poprawiła go miękko. - Jack, chcę się z tobą kochać. 

Przez  chwilę  patrzyli  na  siebie,  lecz  zaraz  usta  Jacka  wpiły  się  w  jej  namiętne,  łakome  i  wilgotne  wargi. 

Odpowiadała  na  jego  pożądanie  tym  samym,  rozchylała  usta,  błądziła  językiem  po  jego  podniebieniu, 

wzniecając w sobie coraz większy żar. Im mocniej ją całował, tym więcej chciała pocałunków. Kiedy wreszcie 

oderwali się od siebie, Colleen szepnęła: 

- Tak bardzo cię pragnę, Jack. 

Miękki,  matowy  głos  przeszył  go  jak  prąd  elektryczny.  Przeogromna  siła  narastającego  pożądania  ogarnęła 

wszystkie  zakamarki  jego  mózgu,  a  pierwotny  instynkt  samca  podpowiadał,  by  zaciągnąć  ją  do  najbliższego 

pokoju, rzucić na dywan i posiąść w szaleńczym ogniu żądzy. 

Ale przeważyło w nim coś silniejszego niż prymitywne nakazy płci. Powstrzymał wybuch namiętności, wziął 

Colleen na ręce i zaniósłszy do sypialni, delikatnie ułożył na środku mosiężnego łoża. Blask księżyca wpadł do 

background image

 

90

pokoju, napełniając go nieziemskim,  srebrnobłękitnym światłem. Po raz pierwszy w życiu  nie tyle oczekiwał 

przyjemności, co pragnął ją dawać. Colleen potrzebowała czasu i łagodności, więc zrobi to dla niej. Nie będą 

uprawiali seksu: będą się kochać. 

Ostrożnie zdjął jej buty, masując małe stopy i krążąc palcami wokół jej kruchych kostek. 

-  Nareszcie  rozumiem,  co  ludzie  widzą  w  noszeniu  bransoletek  na  nogach  -  powiedział,  gładząc  swą 

wielką dłonią kostki Colleen. - Kupię ci taką, żebyś ją nosiła tylko dla mnie. Masz najbardziej seksowne kostki 

na świecie. 

Szybkim  ruchem  zrzucił  swoje  buty  i  położył  się  obok  Colleen,  która  wtuliła  się  w  jego  bark  i  przesuwała 

palec wzdłuż linii jego ust. 

- W końcu jesteśmy razem - szepnęła cichutko. Jej uśmiech promieniował miłością. 

Jack przyjrzał się jej po raz nie wiedzieć który. 

-  Jesteś  piękna,  Colleen  i  taka  słodka.  -  Zaczął  rozpinać  guziki  niebieskiej  bluzeczki  ze  sztucznego 

jedwabiu. Krótka, obcisła spódniczka podwinęła się w górę, odsłaniając kształtne, jędrne uda. 

-  I  seksowna.  -  Jęknął  przesuwając  dłoń  po  jej  udzie.  Powoli,  centymetr  po  centymetrze,  podnosił 

spódniczkę  coraz  wyżej.  Natknął  się  na  przymocowaną  do  pasa  podwiązkę  i  pogładził  nad  wyraz  wrażliwą 

skórę nad brzegiem pończoch, a Colleen w odpowiedzi zadrżała. 

- Bardzo seksowna. - Nadal głaskał to czułe miejsce. - Masz najgładszą skórę na świecie - wychrypiał. - 

Jak jedwab. 

Colleen wciągnęła powietrze w płuca. Wiedziała, że się rumieni, a krew w jej żyłach zdawała się kipieć jak 

lawa w wulkanie. 

- Nie... nie mogę uwierzyć, że tu jestem - wyjąkała z trudem. - Pragnęłam cię od dawna, ale bałam się, 

że mnie nie zechcesz. 

Jack roześmiał się. 

- Jak w ogóle mogło ci to przyjść do głowy? Od pierwszego dnia wiedziałaś, że cię pragnę. 

-  Wiedziałam,  że  chcesz  mnie  wziąć  do  łóżka.  Bałam  się,  że  chcesz  tego  tylko  dla  sportu,  a  nie...  Z 

miłości. 

Wzory, które wypisywał po wewnętrznej stronie jej ud, odczuwała jak wyładowania elektryczne, rozchodzące 

się  błyskawicznie po całym  ciele  i osiągające  szybko swój  cel: tajemne centrum kobiecości.  Wydała z  siebie 

stłumiony jęk i pogrążyła się we mgle przenikających ją emocji. 

- Chcę ciebie z miłości, tylko z miłości - poprzysiągł. Pochylił głowę i objął wargami jej usta. Wsunął 

język  w  wilgotne  wnętrze  i  poruszał  nim  miarowo  w  pierwotnym  rytmie,  który  odpowiadał  pulsacji  między 

udami Colleen. 

Pocałunki przybrały na sile, stały się bardziej dzikie i łapczywe. Colleen przywarła do Jacka, błądząc rękoma 

na oślep po całym jego ciele, pragnąc być tak blisko niego, jak to tylko możliwe. Dłonie Jacka wślizgnęły się 

pod spódniczkę  i objęły  pośladki.  Kiedy  dotarły  do koronkowego obrzeża  fig,  Colleen wstrzymała oddech, a 

wtedy wsunęły się zuchwale pod jedwabistą materię i poczęły głaskać miękką skórę podbrzusza. 

 

background image

 

91

Jack  wcisnął  ją  silnym  ruchem  w  kołyskę  utworzoną  z  jego twardych  ud  i  Colleen  poczuła  nacisk tętniącej 

napięciem męskości. Nie przestawał masować i pieścić miękkiej krągłości jej ciała. Zwinnymi pociągnięciami 

palców uwolnił pończochy z podwiązek. Muskając dłońmi załamania i wypukłości ud, a potem łydek zrolował 

pończochy do samego dołu. Po drodze zdążył obrysować palcami kolana, nauczyć się kształtu łydek i jeszcze 

raz popatrzeć na zachwycające kostki jej stóp. 

Zręczność, z jaką odpiął podwiązki, nieco zaskoczyła Colleen. Sama nie zrobiłaby tego lepiej i szybciej”. 

-  Masz  za  sobą  sporą  praktykę  -  zauważyła.  Nawet  w  jej  własnych  uszach  słowa  te  zabrzmiały 

niepewnie i nerwowo. 

-  Nie  bój  się  mnie,  Colleen  -  rzekł  cicho,  patrząc  jej  przy  tym  w  oczy.  Sprawiała  wrażenie 

onieśmielonej,  nieco  zagubionej,  ale  niewiarygodnie  seksownej,  co  wydaje  się  dość  karkołomną  kombinacją, 

lecz w Colleen te przeciwstawne cechy harmonizowały ze sobą całkiem naturalnie. Ogarnęła go fala czułości. - 

Kocham cię. Pamiętaj o tym. 

Jego  głos  uspokajał  i  kusił.  Kochają.  Kiedy  patrzyła  nań,  niemal  wyczuwała,  jak  niepewność  i  zagrożenie 

odpływają  w  niebyt,  i  zostawiają  jej  tylko  wolność,  swobodę  i  pragnienie,  by  dać  szczęście  kochanemu 

mężczyźnie. Jackowi Blackledge’owi, który kochał ją równie szczerze. 

Ośmielona, poszukała zamka jego dżinsów i natrafiła na twardą, męską wypukłość pod szorstkim materiałem. 

Jej  uszu  dobiegł  zduszony  jęk  Jacka  i  uśmiechnęła  się  lekko.  Natychmiastowa  reakcja  mężczyzny  dodała  jej 

pewności siebie, przyniosła poczucie cudownej władzy, a jednak chciała ofiarować mu radość i zaspokojenie. 

Oto paradoks, który powinien wprowadzić ją w pomieszanie, ale tak się nie stało. Była rozgrzana namiętnością, 

chciała dawać i brać, Chciała doświadczać, chciała wiedzieć. 

Delikatnie  odsunął  jej  rękę,  ucałował  wszystkie  palce,  wnętrze  dłoni  i  nadgarstek,  by  nagle  chwycić  ją  za 

ramię i unieść do pozycji siedzącej. 

-  Zdejmij  bluzkę,  Colleen  -  poprosił  łagodnie,  pożerając  ją  głodnym  wzrokiem.  Poprzednia  Colleen 

uciekłaby  przerażona,  lecz  ta  nowa,  przebudzona,  zapomniała  o  wstydzie.  Guziki  Jack  rozpiął  już  wcześniej, 

więc zsunęła bluzkę z ramion bez przeszkód. 

Miała na sobie koronkowy staniczek w kolorze ecru, z którego wyłaniały się powiększone, pełne piersi. Spod 

ciemnej  tkaniny  prześwitywały  twarde,  wyraźnie  zaznaczone  brodawki.  Jack  sięgnął  ku  nim  i  pieścił  palcem 

jedną, a potem drugą, oczarowany ich kształtem i wielkością. 

Colleen zwilgotniała w środku. Musnęła jego wargi swymi z początku lekko, potem z rosnącym pożądaniem. 

I kiedy całował ją długo, mocno i głęboko, swą wielką dłonią ściskając delikatnie pierś i pocierając brodawki, 

poczęła drżeć z podniecenia. 

Colleen wsłuchiwała się we własny ciężki, chrapliwy oddech. Nagle odsunęła się od Jacka, nie mogąc znieść 

zbyt  gwałtownych  doznań.  Zmysłowy  żar  ogrzewał  jej  skórę tak  silnie,  że  nawet  cienki  staniczek  zdawał  się 

przeszkadzać,  jakby  stanowił  nieprzebytą  barierę,  którą  należało  jak  najrychlej  usunąć.  Ściągnęła  go  czym 

prędzej przez głowę. Jack padł na plecy i przyglądał się jej zamglonym, lecz intensywnym spojrzeniem. 

- Masz piękne piersi, Colleen - rzekł w końcu ochryple. - Mlecznoróżowe, takie  jędrne  i wysokie, tak 

cudownie okrągłe. Uwielbiam na nie patrzeć. Uwielbiam ich dotykać. 

background image

 

92

Colleen  przyglądała  się  spod  omdlewających  powiek,  jak  jej  piersi  wypełniają  wnętrze  jego  dłoni.  Kiedy 

wargi  Jacka  zamykały  się  gorącymi,  wilgotnymi  pocałunkami  na  sztywnych,  zaróżowionych  brodawkach, 

czuła przenikające całe jej jestestwo płomienie żądzy, wrzące napięcie, graniczące wręcz z bólem. 

Uwolnił  ją  ze  spódniczki  tak  zręcznie,  że  zdziwiłaby  się  gdyby  była  tego  świadoma.  Ale  jej  świadomość 

rozpuszczała  się  powoli  w  oparach  namiętności.  Zmysły  odbierały  jedynie  sygnały  od  pieszczonych  piersi  i 

nerwów  targanych  odrętwiającą  pulsacją.  Krzyknęła  krótko,  przywarła  do  niego  i  wpiła  się  paznokciami  w 

grubą wełnę swetra. 

Sweter. Nagle zdała sobie sprawę, że ubranie  Jacka przeszkadza  jej.  Chciała  czuć ciepło  jego ciała na  swej 

skórze, chciała widzieć jego nagość, dotykać go... 

Wsunęła  dłonie  pod  sweter,  pod  koszulę  i  odnalazła  twarde,  nagie,  napięte  sploty  mięśni.  Zadygotała  z 

przypływu  żądzy.  Zachwyciło  ją  jego  ciało,  takie  silne,  muskularne  i  męskie.  Przeszyła  ją  rozżarzona  strzała 

namiętności.  Błądziła  dłońmi  po  jego  torsie,  czochrała  gęste  owłosienie,  a  potem  powędrowała  wyżej,  by 

dotknąć sztywnych, napiętych brodawek. 

Jack chwycił jej ręce i odepchnął delikatnie. 

Gwałtownie otworzyła oczy i spojrzała na niego z obawą. 

- Zrobiłam coś złego? 

- Nie, kochanie. Radzisz sobie doskonale. Tylko że ja mam na sobie za dużo ubrania. Już czas, by się 

pozbyć tego i owego. 

-  A  może  wszystkiego  naraz?  -  zapytała  Colleen  zduszonym,  namiętnym  tonem,  którego  nigdy 

wcześniej u siebie nie zauważyła. 

Podniósł  się  do  klęczek  i  ściągnął  sweter.  W  przypływie  odwagi  Colleen  uklękła  również  i  pomogła  mu 

rozpiąć guziki koszuli. Ich palce przeszkadzały sobie nawzajem i w rezultacie więcej guzików przeoczyli, niż 

odpięli. Upadli na materac chichocząc. 

-  Pamiętasz  stare  przysłowie?  Jak  się  człowiek  śpieszy,  to  się  diabeł  cieszy  -  rzuciła  Colleen  ze 

śmiechem. Przez krótką chwilę zastanowiła się nad ich niewiarygodną poufałością. Klęczy na łóżku w samych 

tylko majteczkach i próbuje rozebrać Jacka, a jednak wcale się nie wstydzi. Jack nadal jest Jackiem, z którym 

może się droczyć i żartować. 

-  Niestety,  przysłowia  często  mówią  prawdę  -  powiedział  Jack  z  lekkim  odcieniem  smutku  w  głosie, 

mocując  się  ponownie  z  guzikami.  Tym  razem  wyszedł  z  potyczki  zwycięsko,  zdjął  koszulę  i  rzucił  ją  na 

podłogę. 

Colleen pożerała go wzrokiem. Skóra Jacka rozbłyskiwała drobniutkimi kropelkami potu. Miał szeroką klatkę 

piersiową, porośniętą gęstymi ciemnymi włosami, które rzedły na brzuchu, acz rosły także niżej, ukryte jeszcze 

przed  jej  spojrzeniem.  Zapragnęła  go  dotknąć  i  uczyniła  to.  Wczepiła  palce  w  gąszcz  ciemnego  owłosienia, 

podziwiając  jego  miękkość.  Lekko  piżmowy  zapach  męskiego  ciała  dotarł  do  jej  nozdrzy  i  zamroczył  ją  jak 

dym opium. 

Obserwowała spod przymkniętych powiek, jak rozpina klamrę paska i opuszcza suwak w swoich spodniach. 

Wstrzymała  oddech,  zafascynowana  widokiem  mężczyzny,  który  zdejmował  spodnie  i  bieliznę  zwinnymi, 

background image

 

93

precyzyjnymi ruchami. Serce roztańczyło się w piersi, gdy ujrzała go nagiego; potężnego i oszałamiającego. 

Nagle  ogarnął  ją  lęk.  Porażająca  w  swej  potędze  męskość  Jacka  sprawiła,  że  zobaczyła  siebie  jako  małą, 

kruchą  i  bezbronną  istotę.  Wiedziała,  na  czym  polega  miłość  fizyczna,  ale  ta  wiedza  okazała  się  żałośnie 

niewystarczająca. 

Zrozumiał jej wahanie i po raz kolejny pohamował gorejącą w nim namiętność. 

- Nie bój się, Colleen - szepnął, pociągając ją za sobą na materac. - Nic się nie stanie, póki sama tego 

nie zechcesz. 

I znów cierpliwość i wyrozumiałość Jacka oddaliły jej strach, przywracając spokój. Nagi, ułożył się przy niej, 

a  ona  mocno  go  objęła.  Fala  gęstego  gorąca  rozlała  się  po  całym  ciele  Colleen.  Jack  przybliżył  usta  do  jej 

twarzy,  lecz  tym  razem  ona  przejęła  inicjatywę.  Jej  język  przystąpił  do  śmiałego  ataku.  Całowała  go  z 

intensywnością, jakiej dotąd nie doświadczyła. 

Dłoń Jacka wędrowała figlarnie po jej płaskim brzuchu, a po chwili wkradła się pod cienką tkaninę majteczek, 

na  co  Colleen  odpowiedziała  gwałtownym  westchnieniem.  Dotykał  jej  czule,  aż  znalazł  miejsce  wilgotne  i 

nabrzmiałe, Colleen zadrżała. 

Jack zsunął jej majteczki, a ona, naga i drżąca, przylgnęła do niego. Głaskał jej brzuch i biodra, choć wiedział, 

że czeka z zamkniętymi oczami,  by sięgnął  niżej. Drgnęła, a powódź namiętności  jak rzeka  miodu wypełniła 

wszystkie zakamarki jej ciała, czyniąc ją wilgotną i uległą. 

- Jack! - wykrzyknęła w niewiarygodnym przypływie podniecenia. - Jack, proszę. 

-  Chcesz,  żebym  cię  dotknął?  -  spytał  nienaturalnie  niskim  głosem.  Brakowało  jej  doświadczenia,  by 

umiała ukryć  swe potrzeby, ale  jemu sprawiało przyjemność  ich zaspokajanie. Trzymał  w ramionach kobietę 

cudownie naturalną i zmysłową. Mógł wziąć ją teraz, lecz wolał przedłużyć grę miłosną, aż zbudzi się w niej 

taki głód namiętności, że zapomni o wszystkich obawach i uprzedzeniach. 

-  Gdzie  mam  cię  dotknąć,  Colleen?-  wyszeptał.  -  Tutaj?  -  Szorstką  dłonią  nakrył  jedwabisty  trójkąt 

ciemnozłotych włosów u szczytu ud. 

Cicho pisnęła i uniosła powieki. Wpatrywał się w nią wzrokiem zamglonym z namiętności. 

- Tak - zdołała szepnąć, dygocząc z niecierpliwości. 

- Proszę, rozsuń nogi, Colleen - poprosił łagodnie, co rozpaliło ją jeszcze bardziej. Tępy ból w środku i 

tętniące podniecenie natychmiast przełamały wszelkie bariery. 

Śmiało rozluźniła mięśnie ud i lekko rozchyliła nogi. Palec wskazujący wniknął pomiędzy nabrzmiałe fałdy. 

Jednocześnie  Jack  zaczął  ją  całować,  nie  przerywając  badania  nie  znanych  jeszcze  żadnemu  mężczyźnie 

przestrzeni. To,  jak  ją dotykał... To, co czuła dzięki  niemu... pragnęła,  by ta  noc trwała w  nieskończoność;  a 

jednocześnie coś w niej narastało, coś nieuchwytnego i szaleńczo ekscytującego, co nagliło, by... 

Oderwała wargi od całujących ją ust Jacka. 

- Jack, ja... 

Cokolwiek  zamierzała  powiedzieć,  zostało  zapomniane  gdy  powolnym  ruchem  wsunął  palec  wewnątrz  jej 

kobiecości.  Colleen  drgnęła  konwulsyjnie.  Instynktownie  zacisnęła  mięśnie  i  poczuta  coś  tak  niewiarygodnie 

porywającego, że zrobiła to raz jeszcze. 

background image

 

94

-  Jesteś  taka  miękka,  taka  wilgotna  i  cudowna  -  usłyszała  niski,  gardłowy  głos  Jacka.  Całe  jego  ciało 

pulsowało. - Nigdy nie śniłem, że można pożądać kogoś jak ja ciebie, Colleen. 

- Czuję to samo - wykrztusiła. - Teraz, kiedy jestem z tobą... 

Rosło  w  niej  napięcie,  a  wraz  z  nim  gorączka  wszystkich  zmysłów.  Wtuliła  się  w  niego,  bezwiednie 

wprawiając biodra w naturalny, falujący rytm. Między udami odczuwała pustkę, która musiała być natychmiast 

wypełniona. 

- Kochaj mnie, Jack - poprosiła cicho. - Kochaj mnie teraz. 

- To może zaboleć. - W ciszy nocy jego głos zabrzmiał ochryple. 

Colleen  poczuła,  jak  Jack  przegina  się  od  szalejącego  w  nim  pragnienia;  zrozumiała  też,  że  ostatkiem  sił 

trzyma swe żądze na wodzy. 

- Nie szkodzi - szepnęła, muskając go ustami. - Kocham cię bardzo, pragnę cię tak bardzo, że nie boję 

się bólu. 

-  Musimy  być  ostrożni  -  powiedział.  Usłyszała  szelest  rozrywanej  folii.  Była  wdzięczna,  że  o  tym 

pomyślał,  bo  jej  zupełnie  wypadło  to  z  głowy.  Własny  brak  doświadczenia  w  zestawieniu  z  jego 

wyrafinowaniem chwilami nieco ją deprymował. 

Jack wślizgnął się  między  jej  nogi  i Colleen wstrzymała oddech, czując  napór twardego, rozpalonego ciała. 

Ich oczy spotkały siei tak pozostały, utrzymując nieme porozumienie w przyćmionym blasku księżyca. 

Wszedł w nią, pchnął delikatną przeszkodę, cały czas szepcząc jej do ucha słowa miłości i pożądania, słowa 

czułe  i  podniecające,  które  w  jej  myślach  wirowały  w  szaleńczym  tańcu.  Leżała  spokojnie,  pozwalając  mu 

wnikać głębiej i raz tylko wyprężyła się w spazmie bólu. 

-  Rozluźnij  się,  maleńka  -  mruczał  Jack  słodko.  Jego  głos  działał  jak  uspokajające  polecenia 

hipnotyzera. Rozgrzanym oddechem owiał  jej twarz, ucałował  i  zebrał wargami słone  łzy  bólu. - Już dobrze, 

kochanie. Tylko spróbuj się rozluźnić. 

Colleen odetchnęła głęboko i wtuliła się w niego, czując silny nacisk wewnątrz. Mała, przestraszona część jej 

jaźni chciała odepchnąć go i uciec, lecz Colleen nie poddała się lękowi. Wsłuchała się w melodię słów Jacka, 

skoncentrowała  na  miłości  do  niego  i  powoli,  stopniowo  rozluźniła  mięśnie.  Jej  ciało  zaczęło  oswajać  się  z 

obecnością Jacka, który wsunął się głęboko w jej wnętrze. 

Kiedy  jął poruszać  się  miarowo, zesztywniała, oczekując ukłucia  bólu,  lecz ono nie  nadeszło. Zamiast bólu 

ogarnął ją żar i surowe, prymitywne podniecenie, które wciąż rosło i rosło. Przywarła do kochanka, oplotła go 

ramionami i udami tak ciasno, jak zdołała, a on wypełniał jej miękką głębię, sprawiając, że krzyczała i jęczała z 

czystej, dzikiej, przeogromnej rozkoszy. 

Poruszali  się  we  wspólnym  rytmie,  który  stawał  się  coraz  szybszy  i  gwałtowniejszy.  Colleen  poczuła,  jak 

gorąca  spirala  napięcia  głęboko  w  jej  wnętrzu  skręca  się  mocno,  coraz  mocniej,  aż  wreszcie  wybucha  i, 

rozwijając swe skręty, rozsyła fale pulsującej, kipiącej rozkoszy. Kiedy wpłynęła w nią fala męskiej siły, a jej 

ciało ogarnęły konwulsje, usłyszała swe imię szeptane zdyszanym głosem, i wtedy już znała radość spełnienia: 

radość, jakiej dotąd nie przeżyła. 

 

background image

 

95

Przez  dłuższą  chwilę  leżeli  w  milczeniu,  odczuwając  taką  bliskość,  że  żadne  słowa  nie  były  im  potrzebne. 

Wtulając  się  w  pierś  Jacka,  Colleen  powitała  rozlewającą  się  po  całym  ciele  ciepłą,  usypiającą  ociężałość. 

Westchnęła spokojnie i przysunęła się do niego jeszcze bliżej. 

- Mam wrażenie, że w końcu wiem, co to jest seks z miłości - powiedział Jack czule. Delikatnie wodził 

palcami po kosmykach włosów Colleen. - Czegoś tak wspaniałego dotąd nie przeżyłem. 

Uśmiechnęła się do niego, ukazując twarz jaśniejącą rozczuleniem. 

- To druga najpiękniejsza rzecz, jaką chciałam od ciebie usłyszeć, Jack. 

- A ta pierwsza? 

- Już ją słyszałam wcześniej. - Westchnęła ze szczęścia. - Kocham cię. 

- Wobec tego powiem to jeszcze raz. Kocham cię, Colleen. 

Pocałowali się leniwie i przeciągle. Chwilę później oboje zasnęli, przytuleni do siebie jak małe kocięta. 

 

background image

 

96

10 

 

Następnego  ranka  obudził  ich  przeraźliwie  głośny  dzwonek  telefonu.  Jack  otworzył  jedno  oko,  spojrzał  na 

budzik i jęknął. Dochodziło wpół do ósmej. Kto, u diabła, budził go o tak pogańskiej porze w sobotę rano? 

- Tak - warknął do słuchawki. 

Colleen usiadła na łóżku. Wielkimi brązowymi oczami rozejrzała się po obcym wnętrzu. Po raz pierwszy w 

życiu przebudziła się w łóżku mężczyzny i w jego ramionach. 

Spędziła tę noc wtulona w pierś Jacka, pod grubą kołdrą z gęsiego puchu. W porannym słońcu wspomnienie 

namiętnej nocy zdawało się tak odległe, jak czerń północnej godziny. Wczoraj... 

Na samą myśl o wczorajszych wydarzeniach poczuła w środku gorąco i słabość. Owinęła się szczelnie kołdrą, 

nagle świadoma swojej nagości. Była taka bezbronna, taka onieśmielona. 

Kiedy Jack wydał z siebie rozdzierający jęk, zesztywniała i zacisnęła palce na brzegu nakrycia. 

- Do ciebie. To Nicola - oznajmił niezadowolonym tonem. Wręczył jej słuchawkę, po czym przekręcił 

się na brzuch i przykrył głowę poduszką. 

Serce Colleen zabiło mocniej. 

- Nicola? Coś się stało? 

-  Na  dworze  ponad  metr  śniegu,  a  ty  pytasz,  czy  coś  się  stało  -  odparła  sucho  Nicola.  -  Całe  miasto 

zasypane, niektóre zaspy mają nawet po dwa metry. Wyjrzyj przez okno, jeśli jeszcze tego nie zrobiłaś. 

- Jeszcze nie - wymamrotała. - Hej, zadzwoniłaś, żeby mi przekazać wiadomości o pogodzie? 

-  Gorzej.  Mam  ci  przekazać  wiadomości  o  Bradych  i  Ramseyach.  Wiesz,  oni  wcześnie  wstają. 

Prawdopodobnie  usłyszeli  w  telewizji  informacje  o  metrowych  zaspach  w  Buffalo.  Najpierw  dzwoniła 

Shavonne,  potem  Erin  i  Tara.  Wszystkie  chcą  wiedzieć,  jak  sobie  radzisz  wśród  śniegów  północy,  i  oferują 

bilet do Houston, gdy tylko samoloty znowu zaczną latać. 

Colleen siedziała jak skamieniała. 

- Co im powiedziałaś, Nicky?  Że gdzie  jestem? - W sobotni ranek w  mieście zasypanym śniegiem po 

dachy nie ma zbyt wielu możliwości. 

-  Powiedziałam,  że  poszłaś  na  kolację  do  koleżanki  z  pracy,  że  rozhulała  się  śnieżyca  i  nie  mogłaś 

wrócić do domu, ale telefonowałaś do mnie i czujesz się świetnie. 

Colleen westchnęła z ulgą. 

- Stokrotne... nie, milionowe dzięki, Nicola. Ja... 

-  To  jeszcze  nie  koniec,  Colleen.  Z  naszymi  rodzinami  nigdy  nie  idzie  tak  gładko.  Twoje  siostry 

zażądały numeru telefonu i nazwiska tej koleżanki. Koniecznie chciały do niej zadzwonić, aby się upewnić, co 

do twojego samopoczucia. 

Colleen z ledwością przełknęła ślinę. 

- Ojej, Nicola. 

- Udałam, że  nie pamiętam  nazwiska tej dziewczyny, więc  nie  mogę podać  im  numeru. Tylko że  one 

tego  nie  kupiły.  Przed  sekundą  dzwoniła  twoja  siostra  Megan.  Oświadczyła,  że  starsze  siostry  szaleją  z 

background image

 

97

niepokoju  i  że  ich  mężowie  zaraz  zajmą  się  tą  sprawą.  Są  pewni,  że  w  coś  wdepnęłaś.  Prawdopodobnie 

uważają, że ja zawsze wiem, gdzie i z kim jesteś. Oto, co cię spotyka za to, że całe życie postępujesz uczciwie i 

odpowiedzialnie.  Jedynie  Megan zachowała resztkę rozsądku. Powiedziała, że  na pewno  jesteś u chłopaka,  ii 

żebyś zadzwoniła do Houston i uspokoiła rodzinkę. 

Colleen  obrzuciła  spojrzeniem  długi  kształt  pod  kołdrą.  Nie  wystawał  spod  niej  ani  centymetr  kwadratowy 

Jacka,  ale  była  przekonana,  że  słyszał  każde  słowo.  Zdenerwowana  potarła  dłonią  czoło.  Po  długiej, 

wypełnionej  namiętnością  nocy  nie  bardzo  umiała  wymyślić  coś  sensownego,  co  można  by  powiedzieć 

siostrom. 

- Zadzwonić natychmiast? - Zniżyła głos. - To może być trochę kłopotliwe. 

- Serdecznie ci współczuję - równie cicho odrzekła Nicola. - Mój brat Alex zadzwonił o szóstej rano i 

Kamal  odebrał  telefon.  Nawet  sobie  nie  wyobrażasz,  co  przeżyłam!  Powiedziałam  Alexowi,  że  to  dozorca 

sprawdza, czy rury nie popękały od mrozu. 

- Kamal jest w naszym mieszkaniu? Spędził u nas noc? 

-  Zadzwonił  wczoraj  i  zaraz  przyszedł.  Martwił  się,  jak  sobie  poradzę  przy  takiej  śnieżycy.  Colleen 

zakaszlała. 

- Rozumiem. Dobra, dzięki za telefon. Zadzwonię później. 

Czy Nicola wiedziała, co robi? W tym konkretnym momencie Colleen nie miała pewności, czy sama wie, co 

robi, ponieważ ostrzeżenie Nicoli wydobyło na światło dziennie wszystkie problemy, które wczoraj w nocy nie 

zostały rozwiązane... Plany Jacka co do ożenku z kontem bankowym, jeśli w ogóle planuje ślub z kimkolwiek. 

A także istnienie jej własnego konta bankowego i fortuny Ramseyów. 

Przechyliła się nad Jackiem, żeby odłożyć słuchawkę. 

- Jack, miałbyś coś przeciwko temu, żebym wykonała... yyy... parę zamiejscowych telefonów? 

Usiadł na łóżku, chwycił ją za nadgarstki i przewrócił na siebie, jednocześnie padając na poduszkę. 

- Oczywiście, że miałbym coś przeciwko temu. 

Wtoczył się na nią, zawisając ustami nad jej twarzą. Jego ciemne oczy błyszczały. 

- Teraz nie ma czasu na rozmowy telefoniczne. Jesteś w łóżku z rozgrzanym mężczyzną, więc poświęć 

mu trochę uwagi. 

- O Boże. - Colleen zagryzła wargę. Nigdy jeszcze nie musiała przedkładać czegokolwiek ponad sprawy 

rodzinne,  a  teraz  Jack  żądał  właśnie  tego.  -  Ja...  ja  naprawdę  muszę  zadzwonić  do  moich  sióstr.  -  Jack  już 

szczypał  wargami  jej  szyję,  a  ciężar  męskiego  ciała  podziałał  na  dziewczynę  jak  afrodyzjak.  -  Ale  może... 

mogłyby jeszcze chwilę zaczekać... 

- Dłuższą chwilę - poprawił ją Jack. 

Jego  usta  pochłonęły  usta  Colleen  w  żarłocznym  pocałunku,  a  ona  odpowiedziała  z  całą  mocą  świeżo 

przebudzonej namiętności. 

Płomienie rozbłyskiwały  i wybuchały w  nich z ogromną  siłą, przenosząc  ich gdzieś w  inny  świat  i w  inny, 

zmysłowy  i  ekstatyczny  wymiar.  Colleen  poruszała  się  z  nim  i  dla  niego,  wirująca  rozkosz  i  żar  wynosiły  ją 

wciąż  wyżej  i  wyżej,  poza  ciało,  na  wysokie  równiny  szarpiącej  duszę  pasji.  Jack  towarzyszył  jej  przez  cały 

background image

 

98

czas. 

Minęły dobre dwie godziny, zanim była w stanie wykręcić numer do Houston. Przedtem ucięła sobie drzemkę 

w  ramionach  Jacka,  a  potem  oboje  moczyli  się  w  wannie  z  gorącą  wodą.  Później  Jack  poszedł  do  kuchni 

przygotować śniadanie - naleśniki i kawę - a ona pobiegła zadzwonić do najstarszej siostry, Shavonne. 

- Nic mi nie jest, Shavonne. To miło, że tak się o mnie troszczycie, ale naprawdę wszystko w porządku. 

- Miała nadzieję, że jej głos brzmi szczerze i niewinnie, jednocześnie ciągle zerkała w kierunku drzwi sypialni. 

Jack był w kuchni, ale nie chciała, żeby wszedł i usłyszał jej rozmowę. Oświadczyła bowiem siostrze, że noc 

spędziła u Susan Farley. Czuła się winna, kłamiąc siostrze, i winna wobec Jacka, że zataiła prawdę o nim. W 

jego  ramionach  rozkwitała  w  dój  rżała  kobietę,  ale  teraz,  ściskając  słuchawkę  w  spoconej  dłoni,  znowu  była 

małą dziewczynką, która napsociła i boi się do tego przyznać. 

- Colleen, może jednak zmienisz zdanie i wrócisz do domu? - poprosiła Shavonne. - Tęsknimy za tobą 

wszyscy. A przy takiej pogodzie... 

- Shavonne,  mnie  się tu podoba, naprawdę - broniła się Colleen. - Ja też tęsknię za wami wszystkimi, 

wierz mi, ale... 

- Masz tam chłopaka, prawda? - domyśliła się Shavonne. - Dlaczego nic nam nie powiedziałaś? 

Colleen westchnęła. Dlaczego? Było  mnóstwo powodów, które wiązały  się ze sobą. Jack  nie  miał  pojęcia o 

pieniądzach Ramseyów i nie wiadomo, jak przyjąłby taką rewelację. Po drugie, nie ulegało wątpliwości, że w 

ciągu godziny po otrzymaniu informacji o mężczyźnie w jej życiu cała rodzina wsiadłaby do samolotu lecącego 

do  Buffalo.  Dokładnie  tak,  jak  rodzina  Jacka  zrobiła  to  wcześniej;  z  tą  różnicą,  że  trudno  porównywać  trzy 

przemiłe starsze panie z wpływowym klanem Ramseyów. 

- Ja... yyy... spotykam się z kimś - wyznała w końcu Colleen. 

- Wiedziałam! - krzyknęła Shavonne głosem aż drżącym z ciekawości. - Opowiedz mi o nim, Colleen. 

Colleen  nie  umiała  się  powstrzymać.  Mówienie  o  ukochanym  sprawiało  jej  taką  przyjemność,  że 

niespodziewanie dla siebie samej zaczęła opowiadać. 

Shavonne słuchała uważnie, nie robiąc uwag i nie zadając zbyt wielu pytań. Pozwoliła Colleen się wygadać. 

- Uczepiłaś się tego faceta, co, Colleen? - rzekła w końcu zatroskanym tonem. 

-  Nie  uczepiłam  się  -  zaprzeczyła  Colleen.  To  wyrażenie  pasowało  bardziej  do  Nicoli  i  jej  związku  z 

Kamalem. - Ja się w nim zakochałam, Shavonne. 

Usłyszała, jak siostra ze świstem wciąga powietrze. 

-  Colleen,  jesteś  jeszcze  za  młoda  i  nic  nie  wiesz  o  tym  człowieku.  Za  krótko  się  znacie,  przecież 

mieszkasz w Buffalo dopiero... 

-  Mieszkam  w  Buffalo  na  tyle  długo,  żeby  wiedzieć,  czy  kocham  Jacka,  czy  nie  -  wyrzuciła  z  siebie 

zdenerwowana  Colleen.  -  Megan  była  o  wiele  młodsza  niż  ja  teraz,  kiedy  wychodziła  za  mąż  za  Ricky’ego. 

Pamiętam,  jak próbowaliście  ich rozdzielić, więc  jeśli wy albo Ramseyowie chcecie zabawiać się w podobny 

spisek, żeby rozdzielić Jacka i mnie... 

- Colleen, nie dramatyzuj. Jak moglibyśmy zabawiać się w spisek przeciwko tobie? 

- Po prostu dajcie sobie spokój - powiedziała Colleen stanowczo. 

background image

 

99

W drzwiach pojawił się Jack. 

- Śniadanie! - zawołał. - Chodź tutaj, zanim naleśniki zamienią się w kamień. Chyba wyciągnąłem je z 

kuchenki mikrofalowej odrobinę za późno. 

- Colleen, czy słyszę męski głos? - zapytała wzburzona Shavonne. 

- To... on jest... to dozorca, - szybko odparła Colleen, w duchu składając dzięki Nicoli za podsunięcie 

pomysłu. - Przyszedł sprawdzić, czy rury nie popękały od mrozu. Tutaj w Buffalo rury często pękają. 

Jack zaśmiał się. Colleen poczerwieniała i pośpiesznie zakończyła rozmowę. 

- Nie stać  mnie  na taką odwagę, żeby  ni stąd, ni  zowąd zakomunikować własnej  siostrze, że siedzę w 

sypialni mężczyzny, w której zresztą spędziłam noc.- przyznała z zawstydzeniem. 

-  Rozumiem  cię  doskonale.  Też  mam  rodzinę,  pamiętasz?  -  Otworzył  ramiona,  a  ona  przypadła  do 

niego, wtuliła twarz w jego pierś i uścisnęła mocno. 

- Tak bardzo cię kocham, Jack. 

- Ja ciebie też, kochanie. - Uśmiechnął się, a potem ucałował ją czule. 

Kiedy wreszcie znaleźli  się w kuchni,  musieli wyrzucić stwardniałe  naleśniki, a zamiast nich wpakowali do 

kuchenki dwa gotowe zestawy, składające się z kanapki z pieczonym serem  i kubka zupy pomidorowej. Jack 

oświadczył,  że  jedno  i  drugie  smakuje  doskonale,  a  Colleen  zawyrokowała,  że  to  najlepsze  śniadanie,  jakie 

kiedykolwiek jadła. 

Do  końca  weekendu  nie  wysuwali  nosa  z  zasypanego  śniegiem  domu  Jacka  i  cieszyli  się  każdą  chwilą 

cudownego uwięzienia. 

 

Przez  cały  listopad  Colleen  miała  wrażenie,  że  śni  najwspanialszy  sen  o  miłości.  O  każdej  porze  dnia  byli 

razem, o każdej porze nocy również. W garderobie Jacka znalazło się trochę miejsca na jej ubrania; w łazience 

pojawiły  się  jej  kosmetyki  i  szczoteczka  do  zębów.  W  lodówce obok  naleśników  Jacka  leżały  teraz  także  jej 

ulubione ciasteczka i zapiekanki z kurczaka, a gabinet zaczął służyć do pracy dwóm osobom. 

Zazwyczaj przez cale dni nie odczuwała potrzeby, aby zaglądać do swojego mieszkania. Czasem wpadała tam 

tylko  na  chwilkę,  a  i  to  jedynie  po  to,  żeby  zabrać  trochę  swoich  rzeczy  i  przewieźć  je  do  domu  Jacka. 

Właściwie to u niego czuła się jak w domu, szczególnie, odkąd w swoim mieszkaniu bez przerwy natykała się 

na  szczoteczki  do  zębów,  kosmetyki,  książki  i  ulubione  potrawy  Kamala  Veli.  A  raczej  w  swoim  byłym 

mieszkaniu, które ostatnio Nicola dzieliła z Kamalem równie nieoficjalnie, jak Colleen dzieliła dom z Jackiem. 

Czasami  Colleen  w  zupełności  zadowalała  się  tym  układem,  a  czasem  marzyła,  by  przekształcił  się  on  w 

całkowicie oficjalny. Owe pragnienia przybrały na sile w tygodniach poprzedzających Święto Dziękczynienia. 

Cała czwórka planowała urządzenie tradycyjnej świątecznej kolacji u Jacka. Dania chcieli przygotować sami, 

żeby  choć  raz  obejść  się  bez  gotowych  posiłków  podgrzewanych  w  kuchence  mikrofalowej.  Colleen 

dysponowała  grubym  zeszytem  pełnym  przepisów  od  czytelników,  a  oprócz  tego  nie  omieszkała  zasięgnąć 

porady u nieocenionej szefowej działu kulinarnego, Stefanie Doebler. 

Niestety,  kiedy  zawiadomiła  rodzinę,  że  spędzi  święta  w  Buffalo  i  nie  przyjedzie  na  tradycyjną  ucztę 

Dziękczynienia  do  rodowej  posiadłości  Ramseyów  w  River  Oaks,  siostry  podniosły  straszny  lament.  Nicola 

background image

 

100 

spotkała się z nie mniejszą falą protestów ze strony swoich krewnych. 

Colleen  i  Nicola  twardo trzymały  się  ustalonych  planów,  lecz  radość  oczekiwania  na  święta  została  mocno 

przytłumiona. 

-  Za  nic  w  świecie  nie  chciałabym  zrobić  przykrości  siostrom  -  zwierzyła  się  Nicoli  w  trakcie 

zestawiania listy świątecznych zakupów. 

-  Nieprawda  -  wytknęła  jej  przyjaciółka.  -  Za  nic  w  świecie  nie  chciałabyś  pojechać  do  Houston  i 

zostawić Jacka samego na święta. 

„Nic nie zmusi mnie do zmiany decyzji” - poprzysięgła Colleen po ostatnim telefonie od sióstr. Ani wieści o 

pierwszej ciąży Tary, ani to, że  jej  siostrzenice,  Carrie Beth  i Courtney, grają główne role w przedstawieniu. 

Ani  zamierzenia  Megan  i  jej  męża  Ricka  co  do wspólnego  studiowania  prawa,  ani  nawet  zapewnienia  Erin  i 

Shavonne, że Święto Dziękczynienia bez Colleen to zupełnie nie to samo. 

Mimo wszystko, rozmyślała Colleen, pojedzie na tydzień do Houston w Boże Narodzenie. Obejrzy sztukę z 

udziałem Courtney i Carrie Beth. Dziecko Tary przyjdzie na świat dopiero za osiem miesięcy, a Megan i Rick 

w  zeszłym  roku  planowali  studia  medyczne.  Jak  na  razie  wszyscy  zgodnie  pracowali  w  dziale  handlowym 

firmy Ramsey i Synowie. 

Cierpliwie i grzecznie wyjaśniła siostrom, że klan Bradych-Ramseyów świetnie obejdzie się bez niej podczas 

świąt. Jack i ona pragnęli spędzić je razem, musieli być razem w Święto Dziękczynienia. 

 

-  To  było  najlepsze  Dziękczynienie  w  moim  życiu.  -  Colleen  westchnęła  radośnie,  stojąc  wraz  z 

Jackiem w drzwiach  i  machając  na pożegnanie Nicoli  i  Kamalowi. - Kolacja udała  się  nadzwyczajnie  i tylko 

dwa razy dzwoniłam do Stefanie Doebler po pomoc.  

- Przygotowałaś świetne jedzenie - zgodził się Jack, pochylając się nad nią i całując ją lekko w usta. 

Colleen  westchnęła  raz  jeszcze.  „Tak  właśnie  musi  wyglądać  małżeństwo”  -  zadumała  się.  Przyjmowanie 

przyjaciół  w  domu,  potem  krótka  rozmowa  o  ich  wizycie,  później  gaszenie  świateł  i  do  łóżka.  Poszli  do 

sypialni  ręka  w  rękę,  gawędząc  o  tym  i  owym,  czując  narastające  podniecenie,  wymieniając  spojrzenia, 

pocałunki i czułe słówka. 

Colleen chciałaby, żeby się pobrali albo zaręczyli, albo przynajmniej o tym porozmawiali. Ale żyli z dnia na 

dzień i żadne z nich nie wspominało o małżeństwie. Niekiedy Colleen zastanawiała się, jak poruszyć ten temat 

na  tyle  delikatnie,  by  Jack  nie  posądził  jej  o  naciskanie  lub  usiłowanie  złapania  męża.  Albo  o  jedno  i  drugie 

naraz.  I  jak  ma  się  przyznać  do  swej  majętności?  Przecież  nie  mogła  ni  stąd,  ni  zowąd  zapytać:  Czy  nadal 

chcesz poślubić bogatą kobietę? No to wiesz co? Ja jestem bogata. 

Nie, nie może podcinać gałęzi, na której siedzi. Nie ma potrzeby. Kocha Jacka, on kochają i to uważa za rzecz 

najważniejszą. Musi wierzyć, że wszystko ułoży  się  jak  najlepiej.  Wie, że tak się  stanie, skoro tak  mocno go 

kocha. I on kochają. 

Spojrzała na niego zakochanymi oczyma, a Jack uniósł ją i położył na łóżku. 

-  Jesteś  taka  piękna.  Nie  potrafię  ci  się  oprzeć  -  szepnął  łagodnie,  nadal  zadziwiony  intensywnością 

swych  uczuć.  Bez  względu  na  to,  ile  czasu  spędzali  ze  sobą,  ona  nigdy  nie  przestawała  go  pociągać  i 

background image

 

101 

oddziaływać na  jego zmysły. Bez względu  na to, jak często się kochali, wspólne uniesienia stawały się coraz 

bardziej ekstatyczne i dawały im coraz więcej rozkoszy. 

 

- Śpij dalej, moja słodka. Możesz dziś popracować w domu. Ja pojadę do biura, ale tylko na jakieś dwie 

godzinki. - Jack pochylił się i pocałował ją, drzemiącą w wielkim mosiężnym łożu.  

W  redakcji  urzędowały  jedynie  nędzne  niedobitki  dziennikarskiej  załogi,  jak  to  w  piątek  po  Święcie 

Dziękczynienia.  W  większości  reporterzy  ukończyli  swoje  artykuły  zawczasu  i  tym  sposobem  zyskali 

dodatkowy wolny dzień. 

Jack  siedział  właśnie  za  biurkiem,  zgarbiony  nad  drugą  już  filiżanką  kawy  i  pierwszą  przeróbką  nowego 

felietonu, gdy spostrzegł przed sobą wysokiego siwowłosego mężczyznę w płaszczu wyglądającym na bardzo 

drogi. 

- Jackson Blackledge? - usłyszał. 

- We własnej osobie. - Popatrzył na nieznajomego. 

-  Jestem  Quentin  Ramsey.  -  Ciemnoszare  oczy  mężczyzny  były  zimne  i  bezwzględne  jak  stal.  Nie 

wyciągnął ręki na powitanie, tylko stał nad Jackiem, przytłaczając go lodowatym spojrzeniem. 

Zmieszany i nieprzyjemnie zaskoczony, Jack podniósł się z krzesła. 

-  Czym  mogę  panu  służyć?  -  Ledwo  powstrzymał  się  od  ukłonu,  bowiem  Ramsey  roztaczał  wokół 

siebie  aurę  władzy  i  potęgi.  Ale  Jack  zorientował  się,  że  tamten  próbuje  go  zastraszyć,  więc  postanowił  nie 

ustąpić mu ani na krok, nawet najmniejszy. 

- Proszę nie udawać, że nie słyszał pan o mnie - warknął Quentin Ramsey. - Proszę oszczędzić nam obu 

tej  obrzydliwej  farsy.  Przejdę  do  rzeczy.  -  Sięgnął  do  wewnętrznej  kieszeni  marynarki  i  wyciągnął  stamtąd 

wypisany czek, który rzucił na biurko Jacka. 

Był to czek na okaziciela opiewający na milion dolarów. Jack uśmiechnął się krzywo. 

-  Jesteśmy  w  ukrytej  kamerze,  tak?  Filmujecie  ludzi,  jak  robią  wielkie  oczy  i  ślinią  się  na  widok 

fałszywego czeku? 

- Ten czek nie jest fałszywy. Jest prawdziwy i należy do pana - wycedził Ramsey lodowatym tonem. - 

Może pan iść do banku i zamienić go na gotówkę w każdej chwili. 

-  Tak,  rozumiem.  Daje  mi  pan  czek  na  milion  dolarów,  a  w  zamian  za  to  ja...  -  urwał  i  czekając  na 

dalszy ciąg, zastanawiał się, o co w tym wszystkim chodzi. Wciąż uważając całą sprawę za kiepski dowcip, nie 

przestawał się bezczelnie uśmiechać. - Zapewne wiążą się z tym jakieś konsekwencje. 

- Zgadł pan - odparł Ramsey bez ogródek. - Trzymaj się z daleka od Colleen Brady. 

Jack otworzył usta ze zdumienia. Dowcip nagle okazał się całkiem niezabawny. 

- Ejże - zaczął - co tu jest... 

- My, Ramseyowie, znamy cię dobrze, Blackledge. Wiemy, kim jesteś, więc skończ te nędzne gierki - 

przerwał  mu  ostro  Ramsey.  -  Kiedy  Colleen  odmówiła  przyjazdu  do  domu  na  święta,  jej  siostry,  a  moje 

synowe, szalenie się zmartwiły; a ja nie chcę, żeby matki moich wnuków były zmartwione. Sam bardzo lubię 

Colleen,  ona  należy  do  rodziny.  To  naiwna,  porządna  dziewczyna,  Blackledge,  i  nie  pozwolę  ci  jej 

background image

 

102 

zdeprawować. Wynająłem prywatnego detektywa, żeby cię śledził. Nikomu z nas  nie spodobało się to, czego 

się dowiedział. Wiesz, o co mi chodzi: że jesteś pozbawionym skrupułów kobieciarzem i łowcą posagów. Sam 

mówiłeś różnym ludziom wiele razy, że zamierzasz ożenić się z kupą forsy. 

Jack chciał zaprotestować, lecz w ostatniej chwili zrezygnował. Rzeczywiście,  mówił to wszystkim, ale czy 

kiedykolwiek  brał  pod  uwagę  ewentualne  konsekwencje  takiej  gadaniny?  Niestety  nie,  należało  to  przyznać. 

Teraz  rozumiał,  że  były  to  tylko  przechwałki,  pusta  mowa,  podbudowywanie  swojej  osobowości  po  ciosie 

zadanym  mu  ręką  Donny.  Dzisiaj  problemy  psychiczne  miał  już  za  sobą.  Po  raz  pierwszy  zakochał  się  we 

wspaniałej dziewczynie i... 

-  Zrobię  wszystko,  co  w  mojej  mocy  -  doszedł  go  cichy,  acz  nie  skrywający  pogróżki  głos  Quentina 

Ramseya - mam po temu wystarczające środki, Blackledge, nie pozwolę, by Colleen Brady padła ofiarą takiego 

nędznego łowcy posagów jak ty. 

 

- Cześć! - zawołała radośnie Colleen. słysząc, że Jack wraca z pracy. Pobiegła ku niemu, gotowa rzucić 

mu się na szyję. I wtedy dostrzegła jego minę. 

- Jack, co się stało? - zapytała z przestrachem. Nigdy jeszcze nie widziała go takiego... takiego obcego, 

nawet w pierwszych, burzliwych dniach ich znajomości. 

- Nic się nie stało, Colleen - podał jej czek. - Jestem bogatym człowiekiem. Nie muszę nawet bawić się 

w nużące ceremonie ślubne z bezbronnymi córkami milionerów. Sam Quentin Ramsey pofatygował się dziś do 

mego biura, żeby wykupić cię z niewoli Jacka Blackledge’a. 

-  Quentin  Ramsey!  -  pisnęła  Colleen.  -  Jest  w  Buffalo?  -  Serce  podeszło  jej  do  gardła,  a  żołądek 

wykonał potrójne salto w tył. 

-  Był.  Wpadł  tylko  na  chwilę,  korzystając  z  rodzinnego  odrzutowca.  -  Przyjrzał  się  jej  zmienionej 

twarzy  z  zimnym  szyderczym  uśmiechem.  -  Kiedy,  jeśli  w  ogóle,  zamierzałaś  mnie  poinformować  o  swoich 

koligacjach z jedną z najbogatszych rodzin w tym kraju? Zapewne dopiero wtedy, kiedy odkryłbym wysokość 

twojego osobistego konta, co? 

- Jack, chciałam ci powiedzieć, ale czekałam na właściwy moment, i... 

-  Colleen,  przebywaliśmy  ze  sobą  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę,  od  tygodni,  od  miesięcy! 

Rozmawialiśmy o wszystkim prócz, jak się okazuje, twojego małego oszustwa. 

- Nie oszukiwałam cię! - krzyknęła Colleen. 

-  A  jak  mam  nazwać  to,  że  pracujesz  na  marnie  płatnej  posadzie,  że  mieszkasz  z  ciężko  pracującą, 

składającą grosz do grosza pielęgniarką? A może Nicola też dysponuje tajnym sejfem z walizką banknotów w 

środku? Że łapiesz faceta, który daje się nabrać na twoje piękne oczy? A cały czas masz w ręku tyle forsy, że 

mogłabyś kilka razy kupić mnie i całą gazetę, w której pracuję. Żyjesz sobie ze mną, choć dla ciebie to pewnie 

jak  dobroczynna  wycieczka  do  slumsów  dla  ubogich,  ale  gdy  tylko  ci  się  znudzę,  wrócisz  na  skrzydłach  do 

swojej bogatej rodzinki. I do swojego bogatego życia, i do bogatego narzeczonego, którego wybierze ci bogaty 

papa Ramsey. 

 

background image

 

103 

-  Jack,  przecież  wiesz,  że  to  nieprawda  -  wyjąkała  Colleen  łamiącym  się  z  przerażenia  głosem.  -  Nie 

wiem, co ci powiedział Quentin, ale... 

- Dał mi czek i kazał trzymać się od ciebie z daleka. Jego prywatny detektyw zdobył niezbite dowody, 

że jestem łowcą posagów. Ma nazwiska ludzi, którzy słyszeli ode mnie, że zamierzam ożenić się dla pieniędzy. 

-  Przecież  oboje  wiemy,  że  nie  miałeś  pojęcia  o...  majątku  mojej  rodziny  -  powiedziała  Colleen  z 

wypiekami  na  twarzy.  -  Dlaczego  po  prostu  nie  podarłeś  tego  czeku  i  nie  kazałeś  Quentinowi  pilnować 

własnego nosa? 

- Ostrzegł  mnie, żebym  nie robił  żadnych  „teatralnych gestów”, jak to określił, w nadziei  na zdobycie 

większej  forsy  przez  małżeństwo  z  tobą.  Ramseyowie  mają  przyjaciół  na  wysokich  stołkach.  Wielki  wódz 

Quentin  może  w  każdej  chwili  wykonać  parę  telefonów,  po  których  nigdy  i  nigdzie  nie  znajdę  pracy  jako 

dziennikarz. Zrobi to, jeśli nie zostawię cię w spokoju raz na zawsze. 

Colleen osunęła się na najbliższe krzesło. Czuła się zbyt wstrząśnięta i zdruzgotana, by móc się rozpłakać. 

-  Więc  postanowiłeś  pójść  po  linii  najmniejszego  oporu?  Wziąć  czek,  zachować  posadę  w  gazecie  i 

rzucić mnie, tak? 

- A co mam robić z małą rozpieszczoną panienką, która nie ufa mi na tyle, żeby powiedzieć prawdę o 

swojej rodzinie? 

Colleen zamknęła oczy. To wszystko jest zbyt straszne, żeby o tym myśleć, to po prostu jakiś koszmarny sen! 

- Nie... nie chcesz mnie już? Wolisz czek Quentina ode mnie? 

Jack odwrócił się i wyszedł z pokoju. 

Kilka minut później wpadła Nicola, żeby zabrać blaszkę do ciasta i salaterkę, które zostały tu po świątecznej 

kolacji. Na widok przyjaciółki Colleen wybuchnęła płaczem, chwyciła poły jej kurtki i wśród szlochu wyznała, 

że chce wracać z nią do ich mieszkania.  

Spędziła  noc  w  swojej  sypialni,  usiłując  nie  zwracać  uwagi  na  raczej  bezowocne  wysiłki  Nicoli  i  Kłamała, 

którzy  w  sąsiednim  pokoju  próbowali  kochać  się  bezszelestnie.  Oboje  przyjęli  ją  bardzo  ciepło;  pocieszali  i 

starali  się  ją  rozweselić.  Kamal  powiedział  nawet,  że  cieszy  się  z  jej  powrotu,  bo  Nicola  strasznie  za  nią 

tęskniła. Było to kłamstwo, choć w dobrej wierze, i Colleen rozpłakała się znowu. 

Czyniła wysiłki,  żeby okazać  nieco radości  na wieść o zerwaniu  zaręczyn  Kamala z azerską  narzeczoną  i o 

tym,  że  Nicola  opowiedziała  o  całej  sprawie  rodzinie,  a  ta  nie  wyklęła  jej  mimo  wszystko.  Skoro  nie  jest 

Turkiem  i  nie  brał  osobiście  udziału  w  wojnie  ormiańsko-azerskiej,  to  Shakarianowie  zgodzą  się  go 

zaakceptować. 

Radowało ją, że w życiu Nicoli nastąpiły zmiany na lepsze, nawet jeśli jej własne życie właśnie waliło się w 

gruzy. Nigdy nie należała do osób, które w nieszczęściu nie potrafią dojrzeć szczęścia innych. 

Za każdym razem, kiedy dzwonił telefon, powtarzała Nicoli to samo: że nie chce rozmawiać z Jackiem  i że 

nie życzy sobie od niego więcej telefonów, ale mówiła to na próżno, bo nie zadzwonił ani tamtego wieczoru, 

ani następnego dnia, ani kolejnego. Telefonowały za to siostry z Houston, lecz Colleen z nimi także odmówiła 

rozmowy. 

 

background image

 

104 

-  Wasza  interwencja  zrujnowała  jej  życie  -  usłyszała,  jak  Nicola  dyskutuje  zawzięcie  najpierw  z 

Shavonne, potem z Erin, potem z Tarą, potem z Megan, a w końcu z samym Quentinem Ramseyem. - Jak po 

tym wszystkim możecie się dziwić, że nie chce słyszeć o Ramseyach? 

W  niedzielne  przedpołudnie  Colleen  wysłała  Nicolę  z  Kamalem  po  swoje  rzeczy  do  domu  Jacka.  Dała  im 

klucz do drzwi wejściowych, modląc się w duchu, żeby Jack zabronił im dotykać jej rzeczy, żeby natychmiast 

przyjechał i zabrał ją do siebie. Żeby powiedział, że ją kocha i że przeklęty czek Quentina Ramseya, podarty na 

tysiąc kawałków, wrócił pocztą do właściciela. 

Jednak Nicola  i  Kamal przywieźli walizkę pełną  jej ubrań  i kosmetyków. Jacka nie  było w domu.  W stanie 

krańcowej rozpaczy Colleen wstawiła swoje mienie do kąta. 

Kiedy  zadzwonił  telefon  i  Nicola  poinformowała  ją,  że  to  Rodd  Garrett,  w  pierwszej  chwili  nie  chciała 

podejść,  ale  Nicola  zdołała  namówić  ją  do  tego.  Rodd  był  jak  zwykle  miły,  zabawny  i  łatwo  się  z  nim 

rozmawiało. Zapraszał ją na wieczór do Baru Harry’ego, gdzie miał się spotkać z kilkorgiem przyjaciół. 

Instynktownie  Colleen  prawie  odmówiła.  Nagle  stanęła  jej  przed  oczami  naga  prawda  o  okrutnej 

rzeczywistości. Została porzucona, a Jacka nie było w domu. Czy spędzał urocze chwile z inną kobietą, tak jak 

i wczoraj w nocy? Serce ścisnęło się jej z rozpaczy. Kamal i Nicola wybierali się wieczorem do teatru. 

Czy naprawdę chce zostać sama w domu, próbując oglądać telewizję i kontemplując pustkę swego życia? 

Przyjęła zaproszenie Rodda Garretta. 

background image

 

105 

11 

 

Pożałowała swojej decyzji, już kiedy wsiadała do samochodu Rodda. Garrett sprawiał wrażenie zamkniętego 

w  sobie,  posępnego  i  niechętnego  do  rozmowy.  Wsunął  kasetę  do  kieszeni  magnetofonu  i  nastawił  go  tak 

głośno,  że  jakakolwiek  konwersacja!  tak  nie  byłaby  możliwa.  Muzyka  wypełniła  nieuniknioną  wskutek  jego 

milczenia ciszę. 

Bar Harry’ego pękał w szwach od ożywionego, hałaśliwego tłumu ludzi, którzy wszyscy najwyraźniej dobrze 

znali  Rodda. Oprócz kolegów z drużyny, którzy  przyszli  z żonami  lub dziewczynami, przy  stolikach  zasiedli 

także  niezliczeni  wielbiciele  talentu  piłkarskiego  Rodda  Garretta.  Colleen  niezbyt  skutecznie  próbowała 

zwalczyć  kolejne  fale  żalu,  kiedy  ogarniały  ją  wspomnienia  godzin  spędzonych  tu  w  towarzystwie  Jacka. 

Pierwszy  raz  kochali  się  właśnie  po  kłótni  w  Barze  Harry’ego.  Po  kłótni  o  Rodda.  Zauważyła  w  tym  jakąś 

symetrię, pokrętną logikę zdarzeń, prowadzącą do tej nieszczęsnej, łamiącej serce randki z Garrettem. 

Nieprzerwana  defilada  ludzi  przysiadała  się  do  stołu  Rodda.  Powtarzali  te  same  dowcipy,  śmiali  się  i 

częstowali kopiastymi talerzami kurzych skrzydełek, które Rodd co chwila zamawiał. Nikt nie zdradzał ochoty, 

żeby zamówić normalną, pełną kolację. Wciąż tylko półmiski kurzych skrzydełek i tacka za tacką frytek. 

I piwo. Morze piwa. 

Colleen szybko przestała liczyć podchodzących do stolika piłkarzy i szklanki napełniane piwem, w mgnieniu 

oka  osuszane  i  napełniane  ponownie.  Próbowała  dostosować  się  do  panującej  wokół  atmosfery.  Wymieniała 

żartobliwe uwagi z przyjaciółmi Rodda; śmiała się z ich dowcipów, które stawały się coraz głupsze z godziny 

na  godzinę.  Nie  lubiła  piwa  i  zamiast  niego  niezmiennie  prosiła  o  kolejne  kubki  dietetycznej  coca-coli,  co 

najwyraźniej nie przypadło do gustu Roddowi. Kiedy zrozumiał, że nie złamie oporu Colleen i nie namówi jej 

na zmianę napoju, przestał na nią zwracać uwagę i zajął się wyłącznie głośną dyskusją z kolegami. Po trzech 

godzinach, które dla niej ciągnęły się jak trzy tygodnie, Colleen uznała, że już najwyższy czas na powrót do do-

mu. Piwo działało na Rodda w dziwny sposób: nie tylko go upijało, ale także zdawało się zmieniać całą jego 

osobowość. Pod wpływem trunku Rodd stał się arogancki, zgryźliwy i skory do awanturowania się; tak inny od 

tego  miłego,  uprzejmego  Rodda,  którego  znała.  Postanowiła  zadzwonić  do  Nicoli  i  poprosić,  by  zabrała  ją  z 

tego okropnego miejsca. Miała nadzieję, że Nicola i Kamal wrócili już z teatru, choć w zasadzie było to mało 

prawdopodobne. Ale kiedy wstała od stołu, usłyszała ryk Garretta. 

- Gdzie ty się, do ciężkiej cholery, wybierasz?! 

- Zadzwonić - odpowiedziała. Poczuła ucisk w żołądku i zdała sobie sprawę, że boi się Rodda Garretta. 

Im szybciej stąd wyjdzie, tym lepiej. 

Rodd wyciągnął przez stół swoją wielką łapę i pchnął Colleen z powrotem na krzesło. 

- Siadaj, Belinda. Nigdzie nie pójdziesz. - Zaśmiał się chrapliwie, jednym haustem opróżnił szklankę z 

piwem i natychmiast krzyknął na zabieganą kelnerkę, żeby przyniosła następną porcję. 

- Hej, Rodd, to nie Belinda - poinformował go jeden z kompanów. - To jest, yyy, jak ci na imię, mała? 

-  Colleen  -  wymamrotała.  Jej  serce  biło  jak  oszalałe;  teraz  naprawdę  była  przerażona.  Rodd  Garrett 

umięśnieniem przypominał tura, a na samą myśl o sile, z jaką popchnął ją przed chwilą, zatrzęsła się ze strachu. 

background image

 

106 

- Kto to jest Belinda? - odważyła się zapytać. 

- To dziwka! - wrzasnął Rodd, po czym nastąpił straszliwie długi stek przekleństw. 

-  Belinda  chodziła  z  Roddem  przez  parę  lat  -  wyjaśniła  Tina,  przyjaciółka  jednego  z  obrońców 

liniowych o posturze mamuta. - Przez jakiś czas wyglądało to poważnie, ale parę miesięcy temu zerwała z nim. 

-  Tina  zniżyła  głos  do  ledwie  słyszalnego  szeptu.  -  Powiedziała,  że  ma  dosyć  ciągłego  imprezowania.  Rodd 

przeżył to ciężko, chociaż nie przyznaje się do tego. A propos, jesteś trochę podobna do Belindy. 

„Imprezowanie  musiało  oznaczać  picie,  i,  to  w  potwornych  ilościach”  -  pomyślała  Colleen.  Współczuła 

nieznajomej  Belindzie.  Jednocześnie  wzmianka  o  jej  podobieństwie  do  byłej  dziewczyny  Rodda  sprawiła,  że 

poczuła się nieswojo. W tym świetle zachowanie Garretta nabrało cech zdecydowanie demonicznych. Colleen 

odsunęła się wraz z krzesłem od stołu i błyskawicznie wstała, uskakując poza zasięg ręki Rodda. 

- Muszę już iść - sapnęła nerwowo. 

- Dobra, dobra. - Rodd wstał również. - Podwiozę cię. 

Colleen otworzyła szeroko oczy ze strachu. 

- On nie może prowadzić w takim stanie. - Spojrzała błagalnie na Tinę, jedną z niewielu trzeźwych osób 

w tym towarzystwie. 

Tina kiwnęła głową ze zrozumieniem. 

- Lepiej zabierz mu kluczyki i sama poprowadź. 

Colleen skrzywiła się. Raczej inne rozwiązanie miała na myśli. 

- Przecież on nie da mi kluczyków - odparła z niepokojem. 

- Trane, zabierz Roddowi kluczyki  i daj  je Colleen. Ona odwiezie go do domu - zwróciła  się Tina  do 

swego narzeczonego. 

Trane  swym  umięśnieniem  przewyższał  nawet  Rodda,  który  najwyraźniej  nie  był  aż  tak  pijany,  żeby 

ryzykować szamotaninę z atletą rozmiarów sporej kamienicy. Oddał mu kluczyki, a ten przekazał je Colleen. 

Colleen zagryzła wargi. 

- Nie wiem, gdzie on mieszka. - Zerknęła na Rodda, który przed sekundą zmiażdżył puszkę po piwie na 

własnym czole, a teraz pohukiwał z zadowolenia. 

Pamiętała  go  z  kolacji  przy  Niagarze.  Wtedy,  w  obecności  krewnych  Jacka  i  małych  gości  swojego 

siostrzeńca, zachowywał się tak uprzejmie i grzecznie. A jak ujmująco rozmawiał z nią parę razy przez telefon! 

Nigdy nie przypuszczała, że może zamienić się w hałaśliwego, zapijaczonego prostaka. 

- On raczej nie będzie w stanie pokazać mi drogi - dodała posępnie. 

-  Ja  wiem,  gdzie  on  mieszka.-  Tina  westchnęła.-  Pojadę  przodem  samochodem  Trane’a,  a  ty  jedź  za 

mną. Trane, daj mi kluczyki, kotku, muszę wziąć twój wóz. Zostań tu i poczekaj na mnie. 

Trane posłusznie wypełnił jej polecenie. 

- Chodź, Rodd. Colleen zawiezie cię do domu - zarządziła Tina głosem nie uznającym sprzeciwu. 

Ku  uldze  Colleen,  Rodd  nie  zaprotestował.  Bez  oporów  wyszedł  z  baru  i  wtoczył  się  na  tylne  siedzenie 

swojego  ferrari.  Colleen  wylewnie  podziękowała  Tinie  i  postarała  się  nie  myśleć,  co  by  się  stało,  gdyby  nie 

pomoc tej dziewczyny. 

background image

 

107 

Na całe szczęście Colleen zdarzyło się parę razy w życiu prowadzić sportowe samochody szwagrów, inaczej 

za kierownicą superszybkiego ferrari straciłaby głowę. Jechała z prędkością niższą od dozwolonej, na co Rodd 

zareagował  niewybrednymi  uwagami  na  temat  jej  tchórzostwa,  lecz  po  chwili  zapadł  w  niespokojną,  pijacką 

drzemkę. 

Wreszcie  Tina  zwolniła  przed  piętrowym  domem  z  czerwonej  cegły.  Znajdowali  się  w  spokojnej  dzielnicy, 

zamieszkanej przez zamożnych, mogących sobie pozwolić na utrzymanie dużych posiadłości, ludzi. 

-  To  tu!  -  krzyknęła  Tina,  wysuwając  głowę  przez  okno  auta.  Zanim  Colleen  zdążyła  opuścić  szybę, 

wychylić się i poprosić o podwiezienie do domu, Tina zapuściła silnik i zniknęła za rogiem. 

Colleen obejrzała się na rozwalonego wzdłuż siedzenia, głośno chrapiącego Garretta. I co teraz? Narastający 

w ciągu ostatniej godziny niepokój zastąpiła irytacja. Co za okropny wieczór! Idealne zakończenie najgorszego 

weekendu w jej życiu. Przyszłość także nie zapowiadała się różowo. Czekała ją pustka i samotność bez Jacka. 

Miała wrażenie, że jej życie stacza się po prowadzącej wprost na dno rozpaczy spirali, a podziękowania za to 

należały się Quentinowi Ramseyowi i jego wojowniczemu, wścibskiemu klanowi. 

Wzdychając  raz  po  raz,  Colleen  wprowadziła  samochód  na  podjazd  do  garażu,  ale  wokół  kierownicy  nie 

znalazła pilota do automatycznego otwierania drzwi. Najwyraźniej  Rodd zapomniał o zainstalowaniu takiego 

zamka, podobnie jak Jack. 

Tak  niewinne  z  pozoru  wspomnienie  wycisnęło  jej  z  oczu  łzy  żalu.  Z  trudem  opanowała  spazm  szlochu. 

Niech  Rodd  zostanie  w  samochodzie  i  prześpi  się  trochę,  zdecydowała  i  skoncentrowała  się  na  walce  z 

cisnącymi  się  do  oczu  łzami.  Nie  miała  już  siły  płakać.  Powieki  jej  spuchły,  a  gardło  bolało  od  ciągłych 

wybuchów płaczu. Zdecydowanie za dużo płakała, odkąd Jack wyrzucił  ją ze swojego życia. Z trzęsącym  się 

podbródkiem, Colleen ruszyła w stronę domu, skąd miała nadzieję zadzwonić do Nicoli i poprosić o zabranie z 

tego miejsca. 

Wśród kluczy Rodda znalazł się jeden pasujący do zamka drzwi wejściowych. Weszła do środka. Wewnątrz 

panowały  totalne  ciemności.  Przez  kilka  chwil,  zanim  wzrok  przystosował  się  do  mroku,  poruszała  się  po 

omacku. Potem szybko nacisnęła pierwszy włącznik światła, na jaki udało jej się trafić. 

Dziwnie się czuła, sama w domu Rodda, w miejscu zupełnie jej obcym. Szła od pokoju do pokoju, szukając 

aparatu telefonicznego, i narastało w niej surrealistyczne wrażenie, że zachowuje się jak włamywacz w filmach 

kryminalnych. W końcu odnalazła telefon w ogromnej, czarno-czerwono-białej sypialni na piętrze. Na środku 

pokoju  królował  gigantyczny  materac  wodny  umieszczony  na  podwyższeniu,  nad  którym  wisiał 

przymocowany do sufitu trapez. 

Colleen  wpatrzyła  się  w  ten  ostatni  przedmiot.  Nawet  nie  chciała  się  zastanawiać,  do  czego  mógł  być 

używany!  Najchętniej  uciekłaby  stąd  natychmiast,  ale  musiała  skorzystać  z  telefonu.  Chwyciła  słuchawkę  i 

drżącą  dłonią  wykręciła  numer  swego  mieszkania.  Jeżeli  Kamal  i  Nicola  nie  wstąpili  nigdzie  w  drodze 

powrotnej z teatru... 

Czekała przez dziesięć, jedenaście, dwanaście sygnałów. W końcu poddała się. Kamal i Nicola albo utknęli w 

jakiejś  kawiarni,  albo  z  pewnych  powodów  nie  podnoszą  słuchawki.  Niepokój  powrócił  z  dawną  siłą. 

Zadzwoniła do informacji po numer radio-taxi. Podano jej numery dwóch firm, ale telefony do obu przyniosły 

background image

 

108 

taki sam rezultat: na taksówkę trzeba czekać co najmniej dziewięćdziesiąt minut. 

Odwiesiwszy słuchawkę, Colleen uświadomiła  sobie, że nie zna adresu Rodda. Jadąc tu nie zwracała uwagi 

na tabliczki z nazwami ulic, tylko koncentrowała się na prowadzeniu niebezpiecznego sportowego ferrari. 

Zdruzgotana osunęła się na materac wodny i nagle musiała chwycić się jego krawędzi, bowiem zachybotał  i 

zapadł  się  pod  jej  ciężarem.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  zostało  już  tylko  jedno  wyjście.  Zadzwonić  do 

Jacka. Koniecznie trzeba się stąd wydostać, a jedynie Jack na pewno zna adres Garretta. Czy pozostał jej jakiś 

wybór?  Próbowała  przekonać  samą  siebie,  że  nie  szuka  po  prostu  pretekstu,  by  się  z  nim  zobaczyć.  Mimo 

wszystko  miała  swoją  dumę  i  nie  zamierzała  rzucać  się  na  szyję  mężczyźnie,  który  ją  odtrącił.  Teraz  jednak 

potrzebuje  pomocy,  a  nie  należy  łączyć  prośby  o  pomoc  z  jakimikolwiek  sprawami  osobistymi.  Palce  się  jej 

trzęsły, lecz jakoś wykręciła numer Jacka. 

Odebrał telefon po trzecim sygnale. 

- Tak? - usłyszała. 

Jego głos  nigdy dotąd tak jej  nie ucieszył  jak w tej chwili.  Cała  miłość, którą do niego czuła, zapłonęła  jak 

pochodnia i roznieciła w jej sercu iskierkę nadziei. 

- Jack, tu Colleen - rzuciła bez tchu. 

- Nie musisz się przedstawiać - wycedził. - Jeszcze nie zapomniałem twojego głosu tak zupełnie. 

Czy oczekiwał chłodnej, gładkiej repliki? Jeśli tak, to Colleen go rozczaruje. 

-  Jack,  mam...  mam  kłopoty  i  muszę  cię  o  coś  prosić  -  wyjąkała  nerwowo.  -  Utknęłam...  gdzieś  i 

potrzebuję podwiezienia. 

Natychmiast zareagował na wyraźnie obecne w jej głosie podenerwowanie. 

- Gdzie jesteś, Colleen? 

Wessała powietrze w płuca. 

- W domu Rodda Garretta. Nie znam adresu. 

Zapadło długie, pełne napięcia milczenie. 

- Niech Rodd cię odwiezie - odrzekł wreszcie. - Nie prowadzę firmy przewozowej dla jego panienek - 

dodał zjadliwie. 

- Jack, błagam, nie odkładaj słuchawki! - Głos jej się załamał. - Boję się. On zasnął w samochodzie i... 

- Belinda! - To imię odbiło się echem po całej willi. Na dole trzasnęły drzwi, potem rozległ się odgłos 

upadku, a po nim wiązanka najgorszych przekleństw. 

Colleen zmartwiała. 

- To on! Jest w środku. 

-  Gdzie  się  chowasz,  dziwko?  -  darł  się  Rodd  na  całe  gardło.  Nawet  Jack  słyszał  jego  wrzaski  przez 

telefon. 

- Colleen, co się dzieje? - zapytał stanowczo Jack. 

- Upił się i wszystko mu się pomieszało - szeptała przerażona Colleen. - Boję się, Jack. Proszę, przyjedź 

po mnie.  

Jack zaklął pod nosem, a później powiedział: 

background image

 

109 

- Wyjeżdżam natychmiast, Colleen. Trzymaj się od niego z daleka. Zamknij się gdzieś. 

Colleen ledwie zdążyła odłożyć słuchawkę i pobiec do łazienki, gdy Rodd, zataczając się, wpadł do sypialni. 

- Cho tu! - ryknął niewyraźnie, zamroczony alkoholem. - Zatrzasnęła drzwi łazienki i przekręciła klucz 

w zamku. 

Rodd rzucił się za nią i zaczął bębnić pięściami w drzwi. 

- Otwieraj, Belinda. Otwieraj, bo pożałujesz! 

- Tu nie ma Belindy. Jestem Colleen - pisnęła ze środka. - Byliśmy dzisiaj razem w Barze Harry’ego. 

- Wyłaź, dziwko! W tej chwili! - Walenie przybrało na sile, a drzwi zatrzęsły się w futrynie. 

Rzuca  się  jak  nacierający  baran - pomyślała  ledwo żywa ze  strachu Colleen. Czy drewniane drzwi, do tego 

niezbyt grube, wytrzymają uderzenia tak silnego taranu jak Rodd Garrett? 

-  Zaraz  wyłamię  te  cholerne  drzwi  -  usłyszała  wykrzyczane  rozwścieczonym  głosem  ostrzeżenie. 

Rozległ się raniący uszy trzask, drzwi wygięły się do środka, ale na szczęście utrzymały się w futrynie. 

Nie na długo, Colleen wiedziała o tym doskonale. Wskoczyła do wanny, a właściwie do ogromnego basenu z 

kafelków i  marmuru, który znajdował  się w drugim końcu  łazienki, z dala od kruszących się drzwi. Nigdy w 

życiu nie była tak przerażona. Trzęsła się jak osika, i z trudnością łapała powietrze. Za każdym wdechem czuła 

wbijające się w płuca ostre noże. 

Nie  minęła  nawet  minuta,  kiedy  drzwi  dosłownie  wleciały  na  środek  łazienki,  a  za  nimi  poszybował  w 

powietrzu Rodd. Siła, z jaką wkopał drzwi do łazienki, rzuciła go na przeciwległą ścianę, co dało Colleen kilka 

cennych  sekund  na  próbę  ucieczki.  Zdołała  przebiec  parę  metrów,  kiedy  złapał  ją  po  długim,  futbolowym 

skoku. Colleen całym ciężarem upadła na podłogę, a w ułamek sekundy później obok niej zwalił się z głuchym 

tąpnięciem Rodd. 

-  Aha,  lubisz  ostre  numerki,  mała.  -  Zarechotał  i  wycisnął  na  jej  szyi  jeden,  a  potem  kolejne  mokre, 

cuchnące piwem pocałunki. Gwałtowność upadku ogłuszyła ją i przez parę sekund Colleen leżała nieruchomo, 

wpatrując  się  w  sufit  szklanym  wzrokiem.  Łazienka  zdawała  się  wirować  jak  oszalała,  przyprawiająca  o 

mdłości karuzela, ale już w następnej chwili przypływ adrenaliny dodał tyle sił dziewczynie, że zaczęła kopać i 

walić pięściami napastnika. Wykręcała głowę w prawo i w lewo, żeby uniknąć dotyku zaślinionych warg. 

Rodd  roześmiał  się  chrapliwie.  Najwyraźniej  podniecony  jej  oporem,  bez  trudu  parował  uderzenia  małych 

piąstek, przygwoździwszy ją do podłogi udami grubości pnia drzewa i stalowymi mięśniami ramion. 

Do  jej  nozdrzy  wtargnął  odór  potu  pomieszany  ze  smrodem  piwa,  co  o  mały  włos  przyprawiłoby  ją  o 

wymioty. Kiedy nachylił się nad nią z otwartymi szeroko ustami, oszalała ze strachu i bólu Colleen z całej siły 

ukąsiła go w język. 

Rodd zaskowyczał wściekłym, oburzonym wyciem, stoczył się ze swej ofiary i usiadł. 

-  Ugryzłaś  mnie!  -  ryknął.  Jego  oczy  wyglądały  jak  wąskie  szparki  w  czerwonej,  wykrzywionej  furią 

twarzy. Wetknął palec w głąb ust i wrzasnął na widok krwi. 

- Ja krwawię - kwiknął i trzepnął ją na odlew w twarz. 

Na kilka sekund oślepiły ją snopy białych iskier bólu, ale skorzystała z chwilowej wolności i chwiejnie wstała 

na nogi. Rodd ociężale potoczył się za nią, lecz alkohol spowolnił jego i tak nie skoordynowane ruchy, podczas 

background image

 

110 

gdy ona umykała z rączością gazeli. 

Wybiegła przez  frontowe drzwi,  słysząc za sobą  przekleństwa  i tupot ciężkich stóp prześladowcy.  Niestety, 

świeże powietrze otrzeźwiło go nieco, bo rzucił się w pogoń zwinnie i z rosnącą szybkością. 

Płucami  dziewczyny  wstrząsnął  suchy  spazm  dzikiej  trwogi.  Nie  miała  żadnych  szans,  żeby  mu  umknąć. 

Równie dobrze można by próbować uciec przed rozpędzonym spychaczem; jedynym wyjściem z takiej opresji 

jest  skok  w  lewo  bądź  na  prawo,  byle  z  drogi  przejazdu  maszyny.  Szarpnęła  drzwiczki  samochodu  Rodda  i 

zanurkowała  do  środka,  po  czym  dokładnie  zamknęła  wszystkie  drzwi.  Ułamek  sekundy  później  mięsiste 

łapsko Rodda zacisnęło się na klamce. 

Targnął klamką tak mocno, jakby chciał wyrwać całe drzwi. Wóz zakołysał się w przód i w tył, ale zawiasy i 

zamek  ani  drgnęły.  Colleen  podziękowała  w  duchu  ludziom,  którzy  zaprojektowali  i  wyprodukowali  ten 

samochód. 

- On jest mój! - wrzeszczał Rodd, waląc pięściami o dach swojego ferrari. - Mój samochód! 

Przypomina teraz rozwydrzonego dzieciaka podczas napadu złości - przemknęło przez myśl Colleen. Skuliła 

się na siedzeniu jak bezbronny ptak w klatce. 

- Sprowadzę policję! - pieklił się dalej Garrett. - Będziesz musiała mnie przejechać, żeby ukraść moje 

ferrari. 

Kusząca idea - pomyślała Colleen, ale niestety nie miała kluczyków. Ogarnęła ją nowa fala paniki. Gdzie są 

kluczyki? Pamiętała, że użyła ich do otwarcia frontowych drzwi. Czy zostały w zamku? Zrobiło się jej zimno, a 

potem gorąco od palącego strachu. Jeżeli Rodd odkryje je w drzwiach, to dostanie się do samochodu... 

Po  raz  pierwszy  tego  wieczora  ucieszyła  się,  że  umysł  Garretta  został  dokładnie  zmącony  alkoholem. 

Napastnik dysponował siłą oszalałego słonia, ale nie był zdolny logicznie myśleć. Jego przesiąknięty trucizną 

mózg  nie  pojmował,  dlaczego  nie  odjechała;  nie  wykoncypował,  że  należy  poszukać  kluczyków.  Łomotał 

pięściami w dach samochodu, biegał wokół niego i szarpał za klamki, a siedząca wewnątrz Colleen umierała z 

przerażenia. 

Czas  stanął.  Nie  miała  pojęcia,  jak  długo  kuliła  się  na  siedzeniu,  zanim  usłyszała  przenikliwy  dźwięk, 

klaksonu i zobaczyła światła wozu zatrzymującego się obok ferrari. Zerknęła w lusterko i ujrzała Jacka, który 

wysiadał właśnie z czarnego pontiaca. Zamknęła oczy, spod opuchniętych powiek popłynęły łzy niewymownej 

ulgi. 

- Rodd, co jest grane?- zawołał Jack z udawaną nonszalancją. 

-  Jack!  Musisz  mi  pomóc,  psiakrew  -  zawył  Rodd.  -  Ona  próbuje  ukraść  moje  ferrari.  -  Posypała  się 

kolejny raz wiązanka niewybrednych przekleństw. Tym razem Rodd kopnął także oponę. 

Jack zajrzał do środka i zobaczył płaczącą, skuloną na siedzeniu kierowcy Colleen. Zacisnął wargi w jedną, 

siną kreskę. 

- Rodd, uspokój się - powiedział łagodnie. - Nie weźmie auta, nie dam jej zabrać auta. Teraz wrócimy 

do domu i ustalimy jakiś plan działania - dodał tonem konspiratora. 

Colleen patrzyła, jak obaj znikają we wnętrzu willi. Kiedy tylko zatrzasnęły się za nimi drzwi, wyskoczyła z 

ferrari  i  natychmiast  zamknęła  się  w  samochodzie  Jacka.  W  tej  samej  chwili  przyszła  jej  do  głowy  straszna 

background image

 

111 

myśl:  a  jeśli  Jack  znalazł  się  w  niebezpieczeństwie?  Kto  mógł  zaręczyć,  że  nieobliczalny  Rodd  Garrett  nie 

wpadnie nagle w szał? Spróbowała uporządkować rozbiegane myśli i wykoncypować sensowny plan ratunku. 

Jednak  Jack  zaledwie  po  kilku  minutach  pojawił  się  cały  i  zdrowy  i  pomaszerował  do  samochodu.  Colleen 

odblokowała drzwi i wpuściła go do środka. 

- Och, Jack - jęknęła. Jego bliskość wywołała kolejną fontannę łez. - To było takie potworne! Nigdy w 

życiu tak się nie bałam. 

Jack spojrzał na nią z góry. Światełko u sufitu uwypukliło zaczerwienioną opuchliznę na jej policzku. Włosy 

opadały w bezładnych, potarganych splotach, a bluzka wisiała w strzępach. Chwycił Colleen za ramiona. 

- Colleen, czy on... 

- Próbował to zrobić - chlipnęła, nieporadnie ścierając płynące strumieniami łzy. - Uderzył mnie... on... 

on zachowywał się tak, jakby zwariował. Nawet nie wiedział, kim jestem. Myślał, że goni swoją dziewczynę, 

Belindę. 

Jack  dotknął  jej  spuchniętego  policzka.  Będzie  z  tego  siniak;  już  na  mlecznobiałej  cerze  pojawiły  się 

niewyraźne, fioletowe pręgi. 

- Taki silny facet jak Garrett mógł ci złamać kość policzkową... - urwał. Lista rzeczy, które pijany, lecz 

nadal piekielnie mocarny Rodd mógł zrobić Colleen, nie miała końca. 

Przeszyła go straszliwa, paląca jak rozżarzony do białości pręt, żądza zemsty. 

- Łajdak! Powinienem  był wbić  mu wszystkie  zęby do gardła.  - Otworzył drzwi kopniakiem.  - Zabiję 

tego bandytę. 

- Nie! Nie! - Colleen wychyliła się i chwyciła go za ramię. - Nie chcę bijatyki. Proszę cię, zabierz mnie 

stąd  zaraz.  Do  domu...  -  Szlochała  tak  gwałtownie,  że  ledwie  widziała  przez  zatopione  we  łzach  źrenice,  ale 

kurczowo ścisnęła jego rękę i nie pozwoliła mu odejść. 

Jack  z  ponurą  miną  zatrzasnął  drzwi  i  wyjechał  na  ulicę.  W  tym  momencie  Colleen  spostrzegła 

wybiegającego z domu Garretta. Zbladła jak śmierć. 

- A jeśli pojedzie za nami? - wykrztusiła. 

- Nie pojedzie - uspokoił ją Jack. - Mam jego kluczyki. - Klepnął się po kieszeni kurtki. - Dyndały sobie 

w zamku drzwi frontowych. Nie chciałem, żeby wsiadł do wozu i zabił kogoś po pijanemu. 

Odjechali, zostawiając z tyłu wrzeszczącego wniebogłosy Rodda Garretta. 

Colleen  zamknęła  oczy  i  spróbowała  się  uspokoić.  Jest  teraz  bezpieczna,  powtarzała  sobie  raz  za  razem. 

Wstrząsnęły nią dreszcze, czuła lodowate zimno w sobie i wokół siebie. Nawet zęby dzwoniły jej bez przerwy. 

- Nie... nie mogę powstrzymać dreszczy. Strasznie mi zimno. - Nie mogła także powstrzymać łez. 

-  To  tylko  reakcja  nerwowa.  Jesteś  w  szoku.  -  Podkręcił  ogrzewanie  i  podmuch  gorącego  powietrza 

owionął jej twarz. Jack ściskał kierownicę tak mocno, że kostki dłoni stały się białe jak naga kość. 

- Colleen, na pewno nic ci nie jest?- zapytał niskim, nerwowym głosem. - Zawiozę cię do szpitala i... 

- Nie! Nie ma potrzeby. Poza stłuczeniem policzka nic mi nie zrobił. - Zdusiła kolejny spazm płaczu. 

- Podarł ci bluzkę - powiedział Jack z napięciem. 

Colleen spojrzała w dół i po raz pierwszy zauważyła rozdarcie. 

background image

 

112 

- Ale nie... nie zrobił... - to słowo nie przeszłoby jej przez gardło. 

-  Nie  zgwałcił  cię,  ale  napadł  i  pobił.  -  Ton  Jacka  dorównywał  bezwzględnością  oskarżeniu.  -  Masz 

siniaka, możemy to udowodnić i zaskarżą go, Colleen. Moglibyśmy od razu pojechać na policję. 

- Nie! Och, nie! - Zawładnęła  nią  mieszanina szoku, strachu  i rozpaczy. Przez chwilę z trudem  łapała 

powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg morski. - Chcę jechać do domu i zapomnieć o tym wszystkim. Proszę, 

cię, Jack! 

- Nie pozwolę, żeby draniowi uszło na sucho. To, co ci zrobił  i co... próbował zrobić. - Podniósł głos 

prawie  do  krzyku,  kiedy  wyobraził  sobie  Colleen  w  łapskach  Garretta.  -  Muszę  go  ukarać,  nawet  więcej  niż 

ukarać. Do diabła, zrujnuję bydlaka. 

- Nie, Jack, proszę! Nie zniosę więcej pogróżek i złości. 

- Za każdym razem, kiedy pomyślę, że cię gonił, że cię uderzył... rozerwał ci ubranie... - Jack przełknął 

ślinę. Czuł się tak, jakby w gardle utkwił mu kawał lodu o ostrych krawędziach. - Nie mogę ścierpieć myśli, że 

ktokolwiek podniósł na ciebie rękę. Dostaję szału na samo wspomnienie. 

- Zachowywał się zupełnie inaczej niż Rodd, którego znałam przedtem - szepnęła. - To dziwne... jakby 

alkohol  odsłonił  jego  drugą  osobowość.  Od  samego  początku,  od  kiedy  zabrał  mnie  z  domu  -  był  inny  niż 

zawsze. Pewnie zaczął pić jeszcze wcześniej, tylko że ja nie miałam o tym pojęcia. 

- Alkohol wpływa zabójczo na niektórych, ale nie wiedziałem, że na Garretta też - powiedział Jack. - Po 

co, u diabła, wyszłaś z nim dzisiaj? 

- Bo ty mnie nie chcesz - wybuchnęła Colleen. - Nicola i Kamal poszli do teatru, a ja czułam się taka 

samotna... Dlatego z nim wyszłam. Tak mi przykro, Jack. - Starła kapiące po policzkach łzy. 

Wydawało się jej, że dosłownie po kilku minutach wjechali na podjazd do garażu Jacka. 

- Jesteśmy w domu - oznajmił, a Colleen rozejrzała się wokół z nieśmiałą nadzieją, z na nowo rodzącą 

się wiarą. W domu. W jego domu, w ich domu. 

- Wysłałam Nicolę i Kamala po moje rzeczy - rzekła cicho. - Nie było cię, kiedy zabierali walizki. 

-  Pojechałem  do  apteki  po  proszki  od  bólu  głowy.  Łeb  mi  pękał,  odkąd  uciekłaś  stąd  w  piątek 

wieczorem. Wróciłem i zauważyłem, że twoje rzeczy zniknęły, ale na wypadek gdybym tego nie zarejestrował, 

Nicola  zostawiła  mi  jadowity  liścik.  -  Jack  wysiadł  z  samochodu  i  władczym  gestem  pochwycił  Colleen  w 

ramiona. 

Nie opierała się. Przerażenie przeistoczyło się w dziką zapamiętałą ekscytację, która ożywiła jej wymęczone 

ciało. Po chwili cała płonęła podnieceniem. 

Jack zaniósł ją prosto do sypialni i ułożył na łóżku. 

- Jesteśmy znowu razem? - zapytała, a jej serce biło trzy, cztery razy szybciej niż normalnie. 

Nie  odpowiedział.  Zamiast  tego  zmierzył  ją  wzrokiem  i  wyszedł  z  pokoju.  Wrócił  prawie  natychmiast,  z 

kopertą w dłoni. W środku znajdowały się skrawki papieru. 

- To czek, prawda? - odgadła w tej samej chwili, w której padła twierdząca odpowiedź. - Nie boisz się 

groźby Quentina? 

 

background image

 

113 

-  Do  diabła  z  nim  i  jego  pogróżkami.  Nie  zdoła  wyrzucić  mnie  z  pracy.  Wystarczy,  że  opiszę  go  w 

gazecie,  a  każdy  prawnik  w  tym  kraju  zniszczy  go  bez  mrugnięcia  powieką.  Ani  przez  sekundę  nie 

zamierzałem ulec, Colleen. - Pochyliła głowę. - Przyniosłem ten czek do domu i pokazałem ci go, bo byłem na 

ciebie wściekły. Wpadłem w furię, bo nie powiedziałaś mi prawdy o sobie... 

- Byłeś urażony i rozgoryczony - poprawiła go Colleen. Choć w kącikach oczu drgały krople łez, to usta 

rozchyliły  się  w  słabiutkim,  niemal  niedostrzegalnym  uśmiechu.  Podniosła  się  nieco  i  powoli  podpełzła  do 

krawędzi łóżka, bliżej Jacka. 

- Nie, nie, byłem wściekły - ciągnął z ponurą miną. - Chciałem cię ukarać. - Otworzył szeroko ramiona i 

zamknął ją w nich, kiedy przysunęła się jeszcze bliżej. - Wiesz, jak łatwo tracę panowanie nad sobą - dodał ze 

skruchą  i  musnął  wargami  czubek  jej  głowy.  -  Kochanie,  wcale  nie  myślałem,  że  mnie  opuścisz  albo  że 

mogłabyś  sądzić,  że  tego  chcę.  Nigdy  przedtem  nie  bałaś  się  moich  napadów  gniewu,  zawsze  walczyłaś  jak 

równy z równym. Między innymi dlatego tak dobrze do siebie pasujemy. Jesteś dość silna, żeby poradzić sobie 

ze  mną,  kiedy  tracę  rozsądek.  A  odkąd  się  znamy,  to  zdarza  się  coraz  rzadziej.  Jesteś  dla  mnie  taka  dobra, 

Colleen. Razem jesteśmy dobrzy, w każdym sensie tego słowa. 

-  Wiem  -  szepnęła  i  przytuliła  się  do  niego.  Wciąż  płacząc,  podziękowała  niebiosom  za  to  cudowne 

pojednanie. - Nigdy nie przerażały mnie twoje humory, ale wtedy wyglądało to poważniej niż zwykła kłótnia. 

Sądziłam, że masz prawo mnie nienawidzić. Oszukałam cię, nie mogę zaprzeczyć. Powinnam była opowiedzieć 

ci o Ramseyach i swoich finansach już dawno temu. Chciałam to zrobić, ale... 

-  Nie  ułatwiałem  ci  tego  szczeniackimi  przechwałkami,  że  szukam  bogatej  żony.  -  Jack  westchnął 

ciężko. - Przepraszam cię, Colleen. Prawda jest taka, że byłem wściekły jak diabli, ale nie zamierzałem z tobą 

zrywać. Myślałem, że pokłócimy się strasznie, potem upokorzę cię troszeczkę... 

- A może bardziej niż troszeczkę? - wtrąciła Colleen z drżącym uśmiechem. 

- Tylko że ty poczułaś się upokorzona, zanim zdążyłaś rozgniewać się na mnie - wyjaśniał dalej Jack. - 

Potem zamiast pogonić mnie do sypialni, jak planowałem, odjechałaś z Nicola. Postanowiłem, że nie dam się 

złamać  i  przez  cały  weekend  czekałem,  aż  zadzwonisz  i  poprosisz  o  zabranie  z  powrotem  do  domu,  ale  ten 

cholerny telefon ani myślał dzwonić. 

-  To  śmieszne  -  rzekła  cicho  Colleen.  -  Ja  czekałam  na  telefon  od  ciebie,  ale  dzwonił  tylko  Quentin, 

potem moje siostry, a w końcu Rodd Garrett. - Dojrzała cień na twarzy Jacka, więc postanowiła nie poruszać 

więcej tematu Rodda. - Odmówiłam rozmowy z Ramseyem i siostrami, ale za to wysłuchali długiego wykładu 

Nicoli o wtykaniu nosa w cudze sprawy. Nadal się dręczę, że tak bezceremonialnie weszli pomiędzy nas. 

Pochylił się i drżącymi wargami pocałował ją delikatnie i czule. - Nie wiń ich za to, że próbowali cię chronić, 

kochanie. Ja na ich miejscu postąpiłbym tak samo. Rozumiem, że Quentin Ramsey chce dla ciebie jak najlepiej. 

Teraz tylko muszę ich przekonać, że to ja jestem dla ciebie najlepszy. 

Westchnęła uspokojona. 

- Bo jesteś najlepszy. Kocham cię, Jack. Na zawsze. 

- Powtórzyłabyś to przed ołtarzem, wobec mojej i twojej rodziny, gdy tylko załatwimy formalności? 

- Och tak, tak! 

background image

 

114 

-  Bardzo  cię  kocham,  Colleen.  Nie  wiedziałem,  że  można  kochać  aż  tak.  Zmieniłaś  moje  życie,  moje 

poglądy, cały mój świat, a wszystko na lepsze. Na tym świecie nie istnieje dla mnie inna kobieta. 

Ich wargi zetknęły się. Głęboki,  miłosny pocałunek szczęścia przerodził  się w gwałtowną namiętność, która 

rozbudziła  w  nich  pożądanie.  Opadli  na  wielkie  mosiężne  łoże,  zdarli  z  siebie  ubrania,  całowali  siei  pieścili 

wśród łagodnej muzyki jęków i westchnień. Żadne z nich nie potrafiło się powstrzymać, połączyli się nagle  i 

gorączkowo.  Wszedł  w  nią  silnym  pchnięciem,  a  ona  przywarła  do  niego,  objęła  go,  a  zjednoczone  ciała 

związały ich dusze na zawsze. 

- Poproszę Quentina Ramseya, żeby sporządził żelazną, bezwarunkową umowę przedślubną, zgodnie z 

którą nie będę miał prawa uszczknąć ani centa z twojego majątku - powiedział Jack, kiedy pół godziny później 

leżeli zmęczeni i zadowoleni, tuląc się do siebie. 

- Nie podpiszę tego - ostrzegła Colleen. 

- Ech, Colleen. Oczywiście, że powinnaś to podpisać. Nie wychodzisz za mąż za łowcę posagów, a ja 

chciałbym o tym przekonać twoją rodzinę. 

- Sami się przekonają, kiedy cię poznają i zobaczą, jak się kochamy. - Oparła się na łokciu i popatrzyła 

na niego surowo. - Nie traktuj mnie jak trzpiotkę o ptasim móżdżku, która dałaby się omotać łowcy posagów. 

Jeśli moi krewniacy jeszcze nie są tego świadomi, to wkrótce się o tym dowiedzą. 

- Ta dyskusja nie ma sensu. Podpiszesz umowę i kropka. 

Potrząsnęła głową. 

- Co jest moje, to jest nasze, a co jest twoje, to też jest nasze. 

- Kochanie, nie chcę się z tobą spierać... 

- To dobrze, bo mnie nie przekonasz - uśmiechnęła się kusząco. 

- Colleen, przecież ty wcale nie zachowujesz się jak uległa, potulna, słodka... 

-... idiotka? Mam nadzieję, że nie! 

Jack zaśmiał się wesoło i przyciągnął ją ku sobie. 

- Przyrzeknij, że nigdy taka nie będziesz. 

-  Przyrzekam  -  szepnęła.  Była  bezgranicznie  szczęśliwa,  bo  mogła  tulić  się  do  niego,  całować  go  i 

kochać całym swoim sercem.