background image

Terry Essig

Pierścionek z plastiku

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY
 - No, teraz dostaniecie za swoje! - Instruktorka pływania, 

Joanna   Durbin,   spojrzała   groźnie   na   grupę   rozchichotanych 
dzieci. - Ostatni etap stylem dowolnym był okropny. Niech 
każdy weźmie swój kij, czas przylać w parę tyłków!

Co?!   Hunter   Pace   zerwał   się   z   miejsca.   Wprawdzie 

dopiero od niedawna zajmował się dziećmi swojego brata i 
niezbyt   pewnie   czuł   się   w   roli   ojca,   ale   wiedział,   że   bicie 
dzieci jest zabronione. A nawet gdyby było inaczej, to nikt, 
obojętne, z jak długimi nogami, nie będzie katował członków 
jego nowej rodziny.

Przesunął   się   w   stronę   basenu,   ale   po   chwili   stanął 

zaskoczony.   Dzieci   wcale   nie   były   wystraszone.   Trochę 
jęczały i narzekały, ale śmiały się przy tym, a po chwili każde 
wróciło na brzeg z niewielkim kijkiem w ręku.

 - W zeszłym tygodniu biła pani Matta! Teraz moja kolej! 

- upominała się słodka mała dziewczynka.

 - Niech pani zbije Billy'ego, znowu wpakował się na mój 

tor!

 - Wcale nie!
  -   Muszę   do   łazienki!   -   pisnął   rozpaczliwie   jakiś 

chłopczyk, zaciskając nogi.

  -   Więc   leć   szybko   -   powiedziała   Joanna   z   miłym 

uśmiechem, a potem znów przybrała groźną minę. - I co mam 
z wami zrobić? - zapytała, marszcząc brwi.

 - Niech pani zbije nowe dzieci, może nauczą się szybciej 

pływać.

Hunter znowu uniósł się ze swojego miejsca.
  - Marcus, znasz zasady - powiedziała trenerka. - Nowi 

nauczą się szybko pływać, kiedy nabiorą praktyki. Myślę, że 
zamiast tego zbiję ciebie.

background image

Tak,   pomyślał   Hunter.   Przylej   pyskatemu,   niech   nie 

dogaduje Karen i Robby'emu!

Ale łobuz skakał poza jej zasięgiem.
 - Najpierw musi pani mnie złapać! - krzyknął i skoczył do 

wody. Po chwili wystawił głowę na powierzchnię i dodał: - 
Wiem, że pani tylko udawała, że bije Billy'ego, sam mi o tym 
powiedział!

  -   Tak?   To   zobacz!   -   Złapała   stojącą   najbliżej 

dziewczynkę,   przypadkiem   swoją   małą   siostrę,   przełożyła 
przez kolano i uderzyła głośno w pupę.

Wszystkie dzieci, łącznie z ofiarą, śmiały się radośnie.
 - Powiem mamie! - zagroziła mała.
  - Och, nie! Aubrey, proszę nie rób tego! - błagała Jo, 

udając,   że   się   boi.   -   Dam   ci   dodatkowy   kawałek   mojego 
urodzinowego tortu, to już w przyszły piątek...

Kilkoro  maluchów   przysunęło   się   i   słuchało   z 

zainteresowaniem.

  -   Nas   też   może   pani   zbić,   jeśli   dostaniemy   ciasto!   - 

zaproponował jeden z nich.

  -   A   jaki   to   tort?   -   Ten   był   bardziej   ostrożny   i   chciał 

dokładnie wiedzieć, za co się sprzedaje.

 - Czekoladowy.
  -   A   ile   będzie   pani   miała   lat?   -   dopytywały   się   inne 

dzieciaki.

  -   Będzie   stara   -   odpowiedziała   za   nią   siostrzyczka.   - 

Bardzo stara. Będzie miała dwadzieścia pięć lat. Mama mówi, 
że to trzy razy więcej, niż my.

 - O rety! - westchnęła z przejęciem mała blondyneczka. - 

Naprawdę będzie już staruszką!

Hunter   przysłuchiwał   się   rozmowie   z   dużym 

zainteresowaniem. Dwadzieścia pięć? Tylko kilka lat młodsza 
od niego. Przyglądał jej się uważnie. Jeszcze nie był pewien, 
czy   jest   w   jego   typie...   chociaż,   by   nie   skłamać,   musiał 

background image

przyznać, że do tej pory każda zgrabna kobieta była w jego 
typie.

Bo Hunter Pace przepadał za kobietami. Był wielbicielem 

miękkich   zarysów   ciała,   krągłych   kształtów   i   kapryśnych, 
nieprzewidywalnych   zachowań.   Hunter   kochał   je   czule, 
wszystkie   naraz   i   każdą   z   osobna,   ale   nigdy   nie   był 
zainteresowany stałym związkiem z wybraną przedstawicielką 
tego fascynującego gatunku. Mówiąc szczerze, ze wszystkich 
sił unikał małżeństwa i nerwowo reagował na każdą, choćby 
najbardziej   nieśmiałą   próbę   wicia   gniazdka   przez   aktualną 
bogdankę.   Gdy   całkiem   przypadkiem   skręcała   do   działu 
dziecięcego w supermarkecie, albo mimochodem wypytywała 
o okoliczne przedszkola i żłobki, wiedział, że trzeba zwijać 
żagle. Twardo strzegł swej kawalerskiej wolności, tłumacząc 
sobie, że nie jest gotowy do małżeństwa i zakładania rodziny. 
Aż do teraz.

Bowiem nagle, i to zupełnie bez jego udziału, los spłatał 

mu niezłego figla. Gwałtownie potrzebował kobiety, żony dla 
siebie i matki dla dzieci, którymi Hunter co najmniej przez 
najbliższych piętnaście lat będzie musiał się opiekować. Jego 
starszy   brat   patrzył   pewnie   gdzieś   tam   z   nieba   i   chichotał 
złośliwie.

  -   Mam   nadzieję,   że   dobrze   się   bawisz   -   mruknął, 

spoglądając   z   wyrzutem   w   górę.   -   Kiedyś   się   spotkamy   i 
wtedy mi zapłacisz, zobaczysz!

Kiedy jego brat zginął w wypadku samochodowym razem 

ze   swoją   żoną   i   zostawił   mu   czworo   maluchów   do 
wychowania,   myślał,   że   bez   trudu   sam   sobie   poradzi.   W 
końcu cóż to trudnego nakarmić dzieci i położyć spać o wpół 
do dziewiątej.

Od kilku  tygodni  cała   czwórka  codziennie  udowadniała 

mu, jak bardzo był naiwny.

background image

I   właśnie   teraz,   kiedy   dojrzał   do   usidlenia,   Elaine 

wycofała się. Nie znaczy to, że nagle przestała lubić dzieci, 
skąd! Elaine chciała dzieci, ale własnych.

Potrząsnął   głową   i   znów   zaczął   przysłuchiwać   się 

rozmowie o wieku Joanny, co zdaje się było dość delikatną 
kwestią.

  - Dzięki, Aubrey. - Jo spojrzała na siostrę z udawanym 

wyrzutem.   -   Papla.   No   dobrze   -   zarządziła   po   chwili.   - 
Wszyscy do wody, i wszyscy dostaną ciasteczka. Piętnaście 
długości basenu. Uwaga, gotowi... start!

Karen i Robby rozglądali się zakłopotani. Byli pierwszy 

raz na lekcji pływania, nie rozumieli komend i pewnie mieli 
wrażenie,   że   energiczna   trenerka   mówi   w   obcym   języku. 
Hunter   postanowił   podejść   do   niej   i   poprosić,   by   dała   im 
jakieś wskazówki. Szczerze mówiąc, miał też ochotę znaleźć 
się blisko niej. Była nie tylko bardzo ładna. Dynamiczna, stale 
roześmiana, wyglądała jak... jak brzoskwinka.

Znowu   się   uniósł,   ale   zanim   rozprostował   swoje   sto 

osiemdziesiąt pięć centymetrów, zrozumiał, że nie musi się 
wtrącać i opadł na ławkę. No cóż, pozostało mi tylko wstawać 
i siadać, pomyślał ironicznie.

Joanna najpierw przeprowadziła „suchy" trening z Karen i 

Robbym,   a   gdy   pozostałym   dzieciom   pozostały   do 
przepłynięcia   dwie   długości,   poleciła   im   wejść   do   wody   i 
bacznie obserwowała; jak sobie radzą.

Poszło im znakomicie i Hunter poczuł rodzicielską dumę, 

co   było   dla   niego   uczuciem   nowym.   Oddał   również 
sprawiedliwość trenerce, której fachowość i świetny kontakt z 
podopiecznymi były godne uznania.

Wreszcie   Joanna   kazała   dzieciom   wyjść   z   wody   i 

zmierzyć puls. Robiły to trochę niewprawnie, ale chciała, żeby 
poczuły  się  jak wyczynowcy. Oczywiście  nie  każde  z  nich 
zamierza zdobyć olimpijskie złoto - jak Marcus, dopingowany 

background image

w tym przez ojca - ale wszystkie powinny odczuwać radość z 
pływania.   Tej   nowej   dwójce   trening   najwyraźniej   się 
spodobał,   pomyślała   Jo.   Fajne   dzieciaki,  choć   brak  im 
kondycji, ale to się nadrobi.

Nagie zmarszczyła brwi, bowiem pomyślała o ojcu Karen 

i Robby'ego. Facet gapił się na nią przez całą godzinę, jakby 
włożyła   szorty   tył   na   przód,   co   bardzo   ją   krępowało.   To 
śmieszne, skarciła się w myślach. To, że jakiś mężczyzna się 
jej przyglądał, nie powinno tak na nią działać.

  -   Dobrze,   moi   drodzy,   koniec   na   dzisiaj.   Idźcie   się 

przebrać, tylko nie zapomnijcie pozabierać swoich rzeczy z 
szatni. Wszystkie zostawione okulary i kostiumy będą moje.

Dzieci zachichotały ubawione.
 - Nie może pani, są za małe - pisnął mały rudzielec.
 - Tak? A jak włożę po jednym kostiumie na każdą nogę?
 - To popękają! - śmiała się dziewczynka.
  - Nie mam już do was siły - westchnęła pokonana Jo. - 

Idźcie się przebrać. Do jutra!

Teraz   ten   facet   wreszcie   powinien   sobie   pójść,   by 

dołączyć do reszty rodziców, którzy czekali na dzieci przed 
szatnią.

Jednak   Hunter   nie   ruszał   się   z   miejsca.   Chciał   z   nią 

porozmawiać, ale nie wiedział, jak zacząć. Spojrzał na Karen i 
Robby'ego.   Wyglądali   na   zadowolonych,   ale   zmęczonych. 
Cudownie. Powinni szybko zasnąć, bez codziennych targów o 
kolejne pół godziny zabawy.

Zawdzięcza   więc   Joannie   spokojny   wieczór,   prezent, 

jakiego dawno nie otrzymał. To chyba wystarczający powód, 
żeby   zaprosić   ją   na   drinka   albo   na   kolację,   rozmarzył   się. 
Mogliby spędzić razem bardzo przyjemny wieczór...

Kątem   oka   zauważył,   że   atrakcyjna   trenerka   gdzieś 

odchodzi i to przerwało jego romantyczne wizje. Podeszła do 
ławki   i   ze   zdumieniem   stwierdził,   że   nie   zważając   na 

background image

obecność   dzieci,   zaczęła   ściągać   szorty.   Wziął   głęboki 
oddech, jako że  nie  był pewien, czy jego system  nerwowy 
wytrzyma widok rozebranej Joanny Durbin.

Kiedy okazało się, że pod spodem ma kostium kąpielowy, 

westchnął   z   mieszaniną   ulgi   i   rozczarowania.  Jednak  kiedy 
zdjęła bluzę, znowu zaczął się obawiać o siebie. Do tej pory 
sądził, że kostiumy kąpielowe spłaszczają sylwetkę i ukazują 
wszystkie defekty, jednak ciało Joanny najwyraźniej ich nie 
posiadało. Było po prostu doskonałe.

Hunter   zapadł   w   stan   specyficznej   euforii   na   widok 

łagodnie zarysowanych bioder, krągłości piersi... Wprost nie 
mógł wykrztusić słowa. To śmieszne, był już za stary na takie 
reakcje.

 - Weź się w garść - mruknął. - I do dzieła.
 - O Boże, on tu idzie - szepnęła do siebie Joanna.
Poczuła   się   dziwnie   nieswojo.   Ten   człowiek   był 

niebezpieczny,   od   razu   to   zrozumiała,   gdy   tu   wszedł   i 
przedstawił   się.   Nie   pamiętała,   jak   ma   na   imię,   ale   ona 
nazwałaby   go:   „Kłopoty".   Żonaty   czy   rozwiedziony, 
nieważne,   za   to   dzieciaty.   A   ona   chciała   wreszcie   żyć 
swobodnie i beztrosko.

Udając, że go nie widzi, szybko się odwróciła, wsunęła 

włosy pod czepek, włożyła gogle i wskoczyła do wody.

Hunter zatrzymał się na brzegu basenu i podziwiał. Widać 

było, że Jo jest w świetnej formie. Żadnych zbędnych ruchów, 
tylko   harmonia,   gracja   i   pełna   dynamiki   siła.   Przepłynęła 
basen w pół minuty.

 - Wujku, tu jesteś - dobiegł go nagle przestraszony głosik. 

- Wszyscy już wyszli, wszędzie cię z Robbym szukaliśmy.

  -   Już   dobrze,   skarbie.   -   Uspokajająco   położył   dłoń   na 

głowie Karen. - Nie martw się, jestem tu. Zawsze będę z tobą. 
Mama i tata też by byli, gdyby tylko mogli.

background image

Wiedział,   że   śmierć   rodziców   wstrząsnęła   ich   małym 

światem i nie tak łatwo będzie to naprawić.

Karen popatrzyła na niego uważnie i skinęła głową.
 - Dobrze. Powiem Robby'emu, że cię znalazłam. Robby!
I odbiegła.
Hunter ostatni raz spojrzał w stronę  basenu i  ruszył za 

Karen.

Następna   grupa   już   zbierała   się   na   lekcję   i   Jo   dopiero 

wtedy wyszła z wody.

Po   kilkunastu   minutach   parkowała   swoje   auto   przed 

domem. Wyszła z garażu i rozejrzała się z zadowoleniem.

  -  Świetnie,   Christopher   wreszcie   uznał,   że   strzyżenie 

trawnika to jego działka.

W domu też czekała na nią miła niespodzianka.
 - No proszę, naczynia umyte, kuchnia wysprzątana, obiad 

zjedzony. Czy ktoś was zaczarował? A teraz kontrola pracy 
domowej! Przynieście zeszyty. Aubrey, ćwiczyłaś?

 - Tak!
 - Masz świadka?
 - William powiedział, żebym powiedziała, że on ćwiczył, 

to   wtedy   on   też   powie,   że   ja   ćwiczyłam.   Ale   naprawdę 
ćwiczyłam. Zapytaj sama.

 - Charlie! Znowu oglądasz telewizję!
 - O rany! Ty masz chyba radar w uszach.
  -   Tak,   przede   mną   nic   się   nie   ukryje.   Czy   Aubrey 

ćwiczyła więcej niż pięć minut?

 - No, może - odpowiedział niechętnie.
 - Dobrze. - Nie miała siły dłużej prowadzić tego śledztwa. 

Kilka   minut  sprawdzała   zeszyty.   Maluchy   z   niepokojem 
czekały na wynik.

  -  William,  popraw   to   zdanie,   reszta   jest   w   porządku. 

Teraz czas na mleko i ciasto orzechowe.

background image

Grace   postawiła   na   stole   mleko,   Stephen   przyniósł 

szklanki,   Aubrey   sięgnęła   po   ciasto,   a   William   szybko 
poprawiał pracę domową.

 - Gdzie mama? - Siedemnastoletni Chris wszedł właśnie 

do kuchni. Nie pozwalał już sobie sprawdzać prac domowych.

 - Ma spotkanie. Przygotowuje duży kontrakt.
 - Jak zwykle - mruknął. - Nigdy nie ma jej w domu.
  - Chris, sam wiesz,  że gdyby nie pracowała tak ciężko, 

nie poradzilibyśmy sobie po śmierci taty.

  - Jo... - Aubrey pociągnęła ją za rękaw, by zwrócić na 

siebie uwagę. - Ci nowi byli dzisiaj pierwszy dzień w szkole. 
Karen chodzi ze mną do klasy. Chyba ją polubię. A ten, co ich 
przyprowadził, wygląda jak tata, ale to wcale nie ich tata.

  -   Nie?   -   Paplanina   Aubrey   nagle   stała   się   bardzo 

interesująca.

  -   To   ich   wujek.   Był   z   nimi   w   szatni   i   nie   wszystko 

słyszałam, ale mówił coś o rodzicach, którzy gdzieś odeszli i 
dlatego Karen i Robby muszą teraz być z nim.

Hm, ciekawe. Więc ten zabójczo przystojny facet, który 

mógłby  być   ilustracją   do   hasła   „mężczyzna"   w   każdej 
encyklopedii, zajmuje się dziećmi tylko czasowo?

  -  Mają  jeszcze   dwóch   braci,   Aarona   i   Mikiego   -   nie 

przestawała opowiadać Aubrey. - Karen jest biedna, bo nie ma 
żadnej siostry.

Joanna słuchała uważnie, chociaż udawała, że rozgląda się 

po kuchni.

 - Ciekawe, czemu zmienili szkołę - powiedziała.
 - Może ich rodzice pracują za granicą i wyjechali na wiele 

miesięcy, na przykład na Bliski Wschód? - zgadywał Chris.

Po   chwili   cała   piątka   miała   coraz   bardziej   fantastyczne 

koncepcje na temat, kim są i co robią rodzice nowych. Kiedy 
ten temat się wyczerpał, dyskusja zeszła na to, czy Alexander 
Snyder jest największym dupkiem w szkole, czy nie.

background image

 - Jo, on czyta encyklopedię w szkolnym autobusie.
 - Jest już przy P - zachichotała Grace.
 - P jak pustogłowy.
 - Chwali się, że jest głodny wiedzy, ale Tom powiedział 

mu, że jest głupi i go stłukł - rzeczowo relacjonował Will.

  - Lepiej się w to nie mieszajcie - powiedział Chris i Jo 

popatrzyła na niego z nadzieją. - Wiecie, co mówi mama.

  -   Nie   musisz   brać   z   nim   ślubu,   ale   bądź   dla   niego 

uprzejma! - odpowiedzieli chórem.

Jeszcze chwilę żartowali, a potem Joanna kazała im myć 

zęby i szykować się do snu. Sama też przeszła do sypialni, 
którą dzieliła z matką. Rozdzieliły pokój szafkami, żeby mieć 
choć   odrobinę   prywatności.   Nie   było   to   rozwiązanie 
doskonałe, ale dawało iluzję własnego terytorium.

Ułożyła się wygodnie w łóżku, zapaliła lampkę i sięgnęła 

po książkę z psychologii, którą ostatnio czytała, ale jakoś nie 
mogła  się skupić. Po kilku minutach wpatrywania się w tę 
samą kartkę zrezygnowała i podniosła się z łóżka. Postanowiła 
zajrzeć do maluchów i sprawdzić, czy już śpią.

Charlie, jej osiemnastoletni brat, siedział jeszcze w salonie 

i rozmawiał z Chrisem, ale u młodszych chłopców już się nie 
świeciło.

Otworzyła drzwi do pokoju dziewczynek. Aubrey leżała 

na brzuchu z przytulonym do siebie zielonym króliczkiem i 
lekko   pochrapywała,   natomiast   Grace   siedziała   opatulona 
kołdrą i czytała książkę, co chwila wzdychając z niechęcią.

 - Cała klasa musi to czytać?
 - Tak. Pani Woodley mówi, że to klasyka i że musimy to 

wszyscy znać, ale to takie nudne - jęknęła.

 - Ja też nigdy nie przepadałam za Dickensem - przyznała 

Jo. - Poczytaj jeszcze chwilę, ale nie siedź za długo.

Zamknęła drzwi, ale nie chciało jej się wracać do łóżka. 

Wątpiła, czy będzie w stanie zasnąć. Nie rozumiała, co się z 

background image

nią  działo. Nigdy  nie  miała  takich problemów.  Zwykle, po 
całym   dniu   opieki   nad   dzieciakami   i   po   treningu, 
błyskawicznie zasypiała.

To   pewnie   przez   tego   faceta.   Przypomniała   sobie   jego 

spojrzenie   i   przeszedł   ją   dreszcz.   Gdy   tylko   się   pojawił, 
instynktownie zaczęła go unikać. Wyrobiła sobie taką reakcję 
obronną   na   przystojnych   samotnych   ojców,  był  to   bowiem 
niebezpieczny   gatunek.   Już   kilka   razy   tacy   dżentelmeni, 
widząc, ze Jo ma dobry kontakt z dziećmi, próbowali z niej 
zrobić   zastępczą   matkę.   Ale   Hunter   nie   był   ojcem,   tylko 
czasowym opiekunem. Gdyby wiedziała o tym wcześniej, nie 
uciekłaby   tak   szybko   do   basenu.   Było   coś   w   jego   dumnej 
sylwetce   i   w   spojrzeniu   niebieskich   oczu,   co   sprawiało,   że 
miała ochotę poznać go bliżej. Może jutro przyjdzie znowu... 
pomyślała rozmarzona.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI
Przyszedł.
Joanna   obserwowała   go   kątem   oka,   kiedy   siadał   na 

drewnianej ławce i podawał plecaki dwóm małym chłopcom, 
którzy mu towarzyszyli. Jeden z nich mógł mieć cztery, drugi 
może   dwa   lata.   Natychmiast   wyjęli   małe   samochodziki   i 
jeździli nimi po wszystkim dookoła.

Był jeszcze bardziej przystojny, niż wydawało się to jej 

wczoraj,   kiedy   to   była   przekonana,   że   ma   dzieci   i   robiła 
wszystko,   by   wmówić   sobie,   że   nie   ma   w   nim   nic 
nadzwyczajnego.   Jego   oczy   były   tylko   niebieskie,   a   klatka 
piersiowa szeroka, nic więcej.

Lecz okłamywała siebie na próżno.
 - Dobrze, teraz będziemy ćwiczyć skoki. Marcus, Rebeka, 

wy pierwsi. Zawody już za kilka dni.

Dzieci   posłusznie   ustawiły   się   przy   słupku,   a   Jo   wciąż 

myślała o nim. To, że tylko czasowo zajmował się dziećmi, 
przyjęła  z wyraźną ulgą. Ona sama niedługo wyprowadzi  się 
od rodziny i wreszcie zacznie żyć na własny rachunek.  To 
dobry czas, żeby spotkać kogoś tak fascynującego, jak wujek 
Karen i Robby'ego.

  - Karen! - zawołała dziewczynkę. - Zapytaj wujka, czy 

możecie zostać jeszcze kilka minut. Chciałabym, żebyście też 
poćwiczyli skoki.

 - Tak wysoko?! Boję się!
 - Dlatego właśnie powinniście ćwiczyć.
Zauważyła, że wstaje z ławki i podchodzi do nich. Serce 

podeszło jej do gardła, ale starała się skupić na Robbym, który 
patrzył na słupek z wyraźną obawą.

 - Może podam ci rękę? - zapytała ciepło. Zastanawiał się 

przez chwilę.

 - Zgoda - powiedział w końcu. - Ale nie puścisz mnie?
 - Obiecuję. Gotowy?

background image

Robby   patrzył   na   wodę   z   entuzjazmem   francuskiego 

arystokraty,   wkładającego   głowę   pod   gilotynę.   W   końcu 
jednak przezwyciężył strach.

  -   Już   nie   musisz   trzymać   mnie   za   rękę   -   powiedział 

odważnie.   Wziął   głęboki   wdech   i   wyprostował   ramiona.   - 
Zrobię to - oświadczył drżącym głosem.

Spoglądał w dół z bardzo niepewną miną.
 - Skoczy? - zapytała Aubrey głośnym szeptem.
  - Ciii, pozwólmy mu się skoncentrować. - Wyciągnęła 

rękę do Aubrey,  ale dłoń, na którą się natknęła, była dużo 
większa i  bardziej włochata, niż oczekiwała.  Poczuła ciepły 
uścisk, który niósł ze sobą milczące porozumienie, i  tętno  w 
jej żyłach gwałtownie podskoczyło.

Robby zamarł, rozejrzał się nerwowo dookoła i wreszcie 

skoczył. Po chwili wynurzył się ze szczęśliwym uśmiechem 
na twarzy.

 - Było super! Mogę jeszcze raz?
 - Teraz moja kolej! - nalegała Karen. Hunter rozejrzał się 

z niepokojem.

 - Gdzie Aaron i Mikie?
  -   Poszli   zobaczyć   drugi   basen,   ja   wolałam   oglądać 

Robby'ego.

Drugi   basen?!   Ten   do   nurkowania   i   skoków   z 

trampoliny?! O rany!

Błyskawicznie   rzuciła   się   w   tamtym   kierunku.   Hunter 

biegł za nią najszybciej, jak mógł, ale i tak nie zdążyli. Kiedy 
wpadli   do   drugiej   hali,   zobaczyli   chłopców   znikających   w 
głębokiej   wodzie.   Hunter   skoczył   za   nimi   tak,   jak   stał,   w 
butach i ubraniu. Poczuł, jak szybko robi się coraz cięższy, 
nasiąknięta odzież ściągała go w dół. Na chwilę musiał się 
wynurzyć,   żeby   złapać   oddech.   Zobaczył,   że   Joanna 
zanurkowała   jak   torpeda,   w   mgnieniu   oka   podpłynęła   do 
Aarona, chwyciła go za szyję, odbiła się od dna i wyciągnęła 

background image

go nad powierzchnię wody. Rzuciła malca Hunterowi i znowu 
znikła pod wodą. Wyciągnęła na brzeg Mikiego i oddała go 
ratownikowi, który właśnie nadbiegł. Mały był nieprzytomny, 
bo dość długo przebywał pod wodą.

Starszy   chłopczyk   już   doszedł   do   siebie.   Wystraszony 

płakał w ramionach Huntera, ale widać było, że wszystko z 
nim w porządku.

  -   Już   dobrze,   Aaron,   nic   się   nie   stało   -   uspokajał   go 

wujek. - Nie płacz, już dobrze. Ale jeśli jeszcze raz zrobisz 
coś takiego, to sam cię utopię! - dodał po chwili. - Jak mówię, 
że   masz   stać,   to   masz   stać!   No,   nie   płacz   już...   Chodź, 
zobaczymy, co z Mikiem.

Wciąż   nieprzytomny   Mikie   leżał   na   podłodze.   Musiał 

połknąć   dużo   wody,   usta   miał   sine   i   był   tak   blady,   że 
Hunterowi ścisnęło się serce. Joanna pochyliła się nad nim i 
miarowo uciskała mu klatkę piersiową.

Hunter z napięciem śledził każdy jej ruch. Chciałby jej 

pomóc,   ale   czuł   się   niepotrzebny,   widać   było   bowiem,   że 
panowała nad sytuacją.

Wreszcie,   po   kilku   minutach   nerwowego   oczekiwania, 

Mikie   zakaszlał,   powoli   otworzył  oczy   i   wypluł   dużą   ilość 
wody.

  - Oddycha! - ogłosiła Joanna i wszyscy poczuli wielką 

ulgę.

Hunter ukląkł, objął chłopca i mocno uścisnął. Nie mógł 

przestać myśleć  o tym, że przez  niego omal  nie doszło do 
tragedii.   Powinien   był   ich   pilnować,   zamiast   rozmyślać   o 
atrakcyjnej trenerce. Gdyby Joanna nie zdążyła...

 - Dzięki Bogu - wyszeptał.
 - Amen - dodała Jo.
Siedziała cała mokra na podłodze i ciężko oddychała.
 - Dziękuję - powiedział Hunter, patrząc na nią z góry.

background image

Stał, ociekając wodą, z Mikiem w ramionach i Aaronem 

przyklejonym do nogi. Nawet teraz nie potrafił oderwać od 
Joanny wzroku. Niezwykła kobieta. Był pod wrażeniem tego, 
jak błyskawicznie zareagowała i podjęła skuteczne działania. 
Coraz bardziej go intrygowała.

  -   Nie   ma   za   co,   to   mój   obowiązek   -   odpowiedziała. 

Podniosła się z podłogi i powoli kierowała do wyjścia.

  -   Poczekaj!   -   zawołał   szybko.   Nie   dogoniłby   jej 

obwieszony   dziećmi,   więc   chwycił   ją   za   ramię,   nie   mógł 
pozwolić jej odejść. - Chciałem ci jeszcze raz podziękować.

  -   Dobrze,  że   zdążyliśmy   na   czas   -   powiedziała, 

spoglądając na niego przez ramię. Trudno w to uwierzyć, ale z 
bliska był jeszcze przystojniejszy.

Podeszła do ławki  i  zaczęła  zdejmować  mokre  ubranie. 

Ciśnienie krwi podskoczyło mu momentalnie. Wpatrywał się 
w nią jak urzeczony, ale po chwili jęknął z rozczarowaniem. 
Zapomniał, że pod spodem miała kostium. Cholera, jeśli nadal 
będzie reagował jak napalony nastolatek, niedługo skończy na 
zawał.

  -   Przepraszam   za   to   wszystko.   Jeszcze   nad   nimi   nie 

panuję.

Joanna   uśmiechnęła   się   ze   zrozumieniem.   Nagle 

zapragnęła   znów   poczuć   jego   dotyk.   Był   taki   ekscytujący, 
docierał do każdego zakamarka  jej ciała i budził wszystkie 
komórki.

 - Wiem coś o tym, ani na chwilę nie można ich spuścić z 

oczu, prawda? Mogłabym opowiedzieć ci kilka takich historii, 
że osiwiałbyś od samego słuchania.

 - Zaryzykuję - powiedział spokojnie, patrząc jej prosto w 

oczy.   Miał   ochotę   zatonąć   w   ich   ciepłym,   czekoladowym 
blasku. - Poza tym chciałbym jakoś uczcić to, co zrobiłaś, i 
zaprosić cię na kolację. Ale nie mogę zostawić dzieci w takim 
stanie.

background image

Oczywiście   go   rozumiała,   co   nie   zmieniało   faktu,   że 

poczuła się rozczarowana.

 - Może w takim razie wpadniecie do nas dziś wieczorem. 

To niedaleko, dam ci adres. Karen nie ma tu jeszcze żadnych 
koleżanek   i   bardzo   by   się   ucieszyła,   gdyby   Aubrey  ją 
odwiedziła.   No   i   kupiliśmy   dziś   wielki   pojemnik   lodów 
czekoladowych,   więc   ktoś   musi   nam   pomóc   je   zjeść.   - 
Ostatnie zdanie specjalnie wymówił dużo głośniej, a Aubrey 
go nie zawiodła.

 - Jo, proszę! - Złożyła ręce błagalnie. - Zgódź się!
Stephen i Chris poszli na mecz, zróbmy też coś fajnego, 

proszę!

 - A lekcje?
 - Wszystko odrobiłam! I ćwiczyłam na pianinie, słowo! A 

lody są bardzo zdrowe, bo jest w nich dużo mleka. Zgódź się!

  - No dobrze - uśmiechnęła się Joanna. - To był ciężki 

dzień, należy nam się trochę przyjemności.

 - Hurrra!!! - Dzieciaki podskoczyły radośnie i rzuciły się 

do szatni.

Hunter   przysłuchiwał   się   tej   dyskusji   z   boku   i   trzymał 

kciuki   za   Aubrey.   Na   szczęście   mała   była   niezłym 
negocjatorem.   Kiedy   Joanna   kiwnęła   przyzwalająco   głową, 
obiecał sobie, że Aubrey dostanie dodatkową porcję lodów. 
Tymczasem poszedł do łazienki i usiłował wysuszyć swoje 
ubranie za pomocą suszarki do rąk. Wyginał się na wszystkie 
strony, próbując wcisnąć się pod strumień gorącego powietrza. 
Przypomniał   sobie   gibkie   ciało   Joanny.   Ona   pewnie   nie 
miałaby   z   tym   problemów.   To   mu   uświadomiło,   że   już   za 
kilkadziesiąt minut właścicielka tego ciała przyjedzie do jego 
domu, a on nawet nie pamiętał, w jakim stanie go zostawił.

 - Jesteście gotowi? - Zajrzał do szatni i ponaglił dzieci.

background image

Czy w salonie nadal leżą rolki Karen i rozsypane chrupki, 

których nie zdążył wczoraj posprzątać? Musi jeszcze wziąć 
prysznic, ogolić się...

Zapakował dzieci do samochodu i szybko ruszył w stronę 

domu. Zatrzymał się jeszcze przy sklepie. Joanna chce „trochę 
przyjemności"   i   będzie   ją   miała.   Spojrzał   na  wypchany 
koszyk.   No   cóż,   chyba   przesadził,   ale   chciał   zrobić   dobre 
wrażenie.

  -   Razem   trzydzieści   cztery   dolary   i   dziesięć   centów. 

Robimy przyjęcie, co?

Spojrzał   z   niedowierzaniem   na   paragon.   Wydał   prawie 

trzydzieści pięć dolarów na deser?! Chyba zwariował. Miał 
jednak   nadzieję,   że   na   dłuższą   metę   to   będzie   dobra 
inwestycja.

Po drodze obmyślał strategię. Co najbardziej zbliży go do 

Joanny? Lubiła dzieci. To pewne, zawsze była nimi otoczona i 
świetnie sobie radziła. W epoce PD, czyli „przed dziećmi", 
Hunter   uciekałby   od   takiej   kobiety,   gdzie   pieprz   rośnie, 
nieważne, jak bardzo byłaby atrakcyjna. Ale teraz jego życie 
wyglądało zupełnie inaczej i nie zamierzał nigdzie uciekać. 
Wręcz przeciwnie.

Musi otoczyć ją rozkosznymi milusińskimi, stwierdził, to 

na pewno wzbudzi jej sympatię. Powinien uprzedzić dzieciaki, 
że mają być grzeczne, a wtedy wszystko będzie dobrze.

Odstawił   samochód   do   garażu   i   uśmiechnął   się   z 

zadowoleniem.

Niezły plan, stary, pomyślał. Nawet nie będzie wiedziała, 

kiedy połknie haczyk.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI
To   był   bardzo   miły   wieczór.   Pomogli   Hunterowi   zjeść 

wszystkie słodycze, zagrali w monopol i wysłuchali opowieści 
o   nauczycielach   ze   szkoły   Aubrey   i   Karen.   Zabawa   z 
bratankami Huntera miała dla Jo tę dodatkową zaletę, że to nie 
ona   będzie   musiała   się   później   martwić,   by   zapędzić 
rozchichotane dzieci do łóżek. To żmudne zadanie spadnie na 
wujka. Ciekawe, kiedy wrócą ich rodzice?

Karen   pokazała   jej   zbiór   kolorowych   karteczek,   Mikie 

pochwalił   się   pierwszym   własnym   łóżkiem,   a   potem   przez 
cały wieczór jeździł po dywanie małą ciężarówką. Joanna miał 
nadzieję, że to nie jest jego życiowy wybór.

Gdzieś   w   kącie   Karen   i   Robby   kłócili   się,   kto   jest 

odważniejszy.   Okazało   się,   że   jednak   Robby,   bo   skoczył 
dzisiaj ze słupka.

Joanna uśmiechnęła się do siebie. Słuchanie dziecięcych 

sporów jest dużo zabawniejsze, gdy są to cudze dzieci.

W pewnym momencie zaskoczona stwierdziła, że nawet 

nie zauważyła, kiedy upłynęło kilka godzin.

 - Już prawie wpół do dziewiątej! - zawołała. - Jedziemy 

do domu, zaraz muszę iść do łóżka.

Aaron popatrzył na nią ze zdziwieniem.
 - O wpół do dziewiątej? O tej porze kładę się tylko ja i 

Mikie. Nawet Karen i Robby mogą zostać do dziewiątej. A 
przecież ty jesteś dużo starsza!

 - Dziewiąta? - Joanna udała zdziwienie. - Karen i Robby 

to szczęściarze. Ja muszę kłaść się dużo wcześniej, naprawdę.

  -   Jak   będę   duży,   w   ogóle   nie   będę   kładł   się   spać   - 

oświadczył Aaron z rozmarzeniem.

  -   Mam   nadzieję,   że   do   tego   czasu   zmienisz   zdanie   - 

roześmiała   się.   -   Chodź,   Aubrey,   pożegnajmy   się,   musimy 
jechać do domu.

background image

Cała czwórka stłoczyła się blisko niej, ściskali ją mocno i 

pytali, kiedy znowu przyjdzie. Pomyślała o ich rodzicach, za 
którymi dzieci na pewno bardzo tęskniły. Miała nadzieję, że 
niedługo wrócą.

Hunter też wyglądał na zmęczonego. Chociaż bardzo się 

starał, widać było, że nie ma zbyt dużego doświadczenia w 
wychowywaniu dzieci. Właściwie mogłaby mu pomóc ułożyć 
je do snu i dopiero potem pojechać do domu.

 - A teraz pokażcie, kto umyje zęby tak, żeby najbardziej 

błyszczały.   Wujek   Hunter   będzie   sędzią.   Kto   będzie 
najczęściej wygrywał, dostanie nagrodę pod koniec tygodnia. 
Co wy na to?

Dzieci z piskiem popędziły do łazienki. Hunter pokręcił 

głową z niedowierzaniem.

  - Niesamowite. Zwykle trwa to dużo dłużej i kosztuje 

mnie wiele nerwów.

Ujrzał jej ciepły uśmiech, co wzbudziło w nim nadzieję, że 

jest   na   dobrej   drodze.   Jo   lubiła   dzieci   i   umiała   z   nimi 
postępować. Podał jej rękę i uścisnął lekko.

 - Odprowadzę cię do samochodu.
Spojrzała   na   niego.   Był   wysoki   i   silny,   a   przy   tym 

nieprawdopodobnie przystojny i... seksowny. Niejedną kobietę 
musiał   doprowadzić   do   szaleństwa,   przytulając   do   swego 
nagiego torsu...

O   nie!   O   czym   ja   myślę!   Pewnie   jestem   jedyną 

dwudziestopięcioletnią dziewicą w tym mieście i fantazjuję o 
opiekunie moich uczniów. To śmieszne!

  -   Aubrey,   pożegnaj   się   ze   wszystkimi.   Poczekam   na 

ciebie przy samochodzie.

Miała nadzieję, że Hunter nie zauważył drżenia jej głosu. 

Podszedł blisko do niej i pociągnął ją za rękę. Zaskoczona, 
zachwiała się i omal nie upadła. Na szczęście zdążył ją objąć 
ramieniem, dzięki czemu zachowała równowagę.

background image

Owionął   go   delikatny   zapach   jej   perfum,   pod   palcami 

poczuł jedwabiście gładką skórę i wiedział już, co będzie mu 
się śniło tej nocy.

  -   Przepraszam,   Joanno,   nie   chciałem   cię   przewrócić. 

Niezdara ze mnie.

 - To nie twoja wina - wyjąkała zawstydzona.
Co się z nią dzieje?! Potyka się na prostej drodze, bo myśli 

o jego nagiej klatce piersiowej! I na co jej się zdały całe lata 
ćwiczeń i doskonała koordynacja, jeśli zwykły uścisk dłoni 
doprowadza   ją   do   takiego   stanu.   To   poniżające!   Musi   się 
skoncentrować! Spojrzała uważnie na swoje nogi. Szły jakoś 
niepewnie, jakby zapomniały, w jakiej kolejności zwykle się 
poruszają.   Najpierw   lewa,   teraz   prawa,   lewa,   prawa, 
komenderowała w myślach.

Kiedy udało jej się dotrzeć do samochodu bez dalszych 

przygód, odetchnęła z ulgą.

Hunter   wreszcie   puścił   jej   rękę   i   oparł   się   o   dach 

minivana.

 - Hm, więc zobaczymy się wszyscy jutro na treningu? - 

Poprawił jej spadający kosmyk włosów i przy okazji lekko 
pogładził po policzku. - Wiem, że już to mówiłem, ale chcę ci 
jeszcze   raz  podziękować.  Za  to,  co  zrobiłaś  na  basenie, za 
miły wieczór i za konkurs na mycie zębów... I obiecuję, że od 
tej pory nie spuszczę maluchów z oka.

  -   Taak   -   wymruczała.   Wiedziała,   że   dziwnie   się 

zachowuje.   Cały   czas   obserwowała   jego   usta,   prawie   nie 
rozumiała,   co   do   niej   mówi.   Czuła   się   jak   idiotka.   -   To 
przecież moja praca - dodała nieprzytomnie.

 - Zatem do jutra.
Jego  spojrzenie  błądziło  po  jej   twarzy. Zapatrzył  się  w 

ciepłe, brązowe oczy i ładnie wykrojone, pełne usta.

Pocałował ją delikatnie w czoło, a potem...

background image

Wiedziała, co teraz nastąpi i nie była pewna, czy jej się to 

podoba. Zwykle nie całowała się na pierwszej randce, a to 
nawet nie była randka. Jakiś facet zaprosił ją i jej siostrę na 
lody, bo wyciągnęła z basenu powierzone mu  dzieci, które 
zresztą w każdej chwili mogły się tu pojawić.

Była   ekspertem   w   ignorowaniu   takich   zachowań. 

Wystarczył   krok   do   tyłu,   nieznacznie   odwrócona   głowa, 
błyskotliwa uwaga i zmiana tematu. Działało.

Aż do dziś, kiedy to wytłumaczyła sobie, że być może 

Hunter każdego całuje na dobranoc. I dlatego odchyliła głowę 
do tyłu i lekko rozchyliła usta.

Poczuła dotyk jego warg i miała wrażenie, że za chwilę 

zemdleje. Musiała oprzeć się o samochód. Gdyby nie ramiona 
Huntera, które oplatały ją ciasno, na pewno osunęłaby się na 
ziemię.

Nagle trzasnęły drzwi wejściowe i oboje zamarli.
 - Co robicie? - spytała Aubrey podejrzliwym głosem.
 - Nic. - Joanna była czerwona ze wstydu.
 - Aha! Całujecie się!
 - Tak, i co w tym dziwnego? - Hunter przejął kontrolę nad 

sytuacją.   -   Całuję   każdą   piękną   kobietę,   którą   spotykam. 
Powtarzam, każdą...

  - O nie! Jo, nie pozwól mu mnie pocałować! - Aubrey 

zaczęła   uciekać   dookoła   samochodu,   ale   szybko   wpadła   w 
ramiona Huntera.

  - Nie chcesz moich buziaków? Zobaczymy, co powiesz 

na ten temat za dziesięć lat!

  - Nigdy nie będę się całować, to obrzydliwe! I powiem 

wszystkim, co widziałam.

Wtedy pojawił się Mikie z informacją, że najpierw była 

bitwa na szczoteczki do zębów, a teraz wszyscy zamierzają 
umyć sobie zęby mydłem, żeby bardziej lśniły, ale nie mogą 
znaleźć szczoteczek i...

background image

  -   Zaraz   tam   będę.   Muszę   tylko   załatwić   jedną   ważną 

sprawę.   -   Spojrzał   na   Aubrey.   -   Więc   wszystko   chcesz 
wypaplać? A jeżeli dostaniesz wielkie lody...?

  - I tak powiem - oświadczyła radośnie. - Bo Charlie i 

Chris mówią, że Jo chyba nigdy się  nie  całowała  i że jest 
nieron... nienormalna.

 - Charlie tak mówi? - Joanna stała się dociekliwa. Hunter 

demonstracyjnie pocałował ją jeszcze raz.

  - Powiedz chłopcom, że nie tylko umie się całować,  ale 

jest  w tym prawdziwą mistrzynią. Mogłaby udzielać  lekcji, 
również im.

Zaczerwieniła się i dała mu lekkiego kuksańca.
 - Nie żartuj sobie. Aubrey, koniec przedstawienia, wsiadaj 

do samochodu. Powiedz tylko coś w domu, a nie żyjesz! A z 
Charliem i Chrisem sama pogadam.

 - O rany, mają kłopoty - wyszeptała Aubrey.
 - Tak. Rozbiję ich głowy jak jajka na miękko i wtłoczę im 

do mózgu... Dwaj idioci! - mruknęła, zatrzaskując drzwiczki.

Hunter   patrzył   z   żalem   na   odjeżdżający   samochód. 

Chciałby przeżyć ostatnie chwile jeszcze raz. Wciąż czuł jej 
smak na ustach i miał wrażenie, że Joanna zabrała ze sobą całą 
radość. Westchnął smutno i powoli wszedł do domu. Chociaż 
był   otoczony   gromadą   dzieciaków,   czuł   się   przeraźliwie 
samotny...

Joanna jechała do domu z zupełnym mętlikiem w głowie. 

Od   jakiegoś   czasu   nie   potrafiła   zapanować   nad   własnymi 
emocjami. Już za kilka tygodni miała wynająć mieszkanie i 
wreszcie   zacząć   samodzielne   życie,   o   którym   marzyła, 
tymczasem nagle wszystko zawirowało przez jakiegoś faceta. 
Może nawet i był wyjątkowy, ale ona miała inne plany na 
najbliższe kilka lat. Chciała korzystać z wolności i bawić się. 
Nie wiedziała jednak, co robić w sytuacji, gdy zdradzało ją 
nawet własne ciało.

background image

Dojechała   do   domu   i   odstawiła   samochód   do   garażu, 

podczas gdy Aubrey pobiegła do domu,

  - Co, całowałaś się z jakimś facetem na jego trawniku, 

siostrzyczko?   -   usłyszała,   ledwo   przekroczyła   próg 
mieszkania. - Aubery już wszystko wypaplała. No, opowiadaj, 
jak było?

  - Cicho bądź, Charlie! Nie będę o tym dyskutowała z 

młodszym bratem.

 - Czemu nie? Nie wszyscy w tym domu są opóźnieni w 

rozwoju. Mam osiemnaście lat i od dawna wiem, jak to się 
robi. Dorośnij, Jo. To był pewnie twój pierwszy raz, co? - 
zapytał protekcjonalnie.

 - Nieważne który! Nawet gdyby był setny, nie zamierzam 

roztrząsać tego z napalonym nastolatkiem, który przykleja się 
do swojej dziewczyny w każdym miejscu, nie zważając na to, 
że widzą go młodsi bracia! - rzuciła niedwuznaczną aluzję.

Od kiedy Charlie spotykał się z Molly, coś go napadło. 

Obściskiwali się w każdym kącie i na każdym fotelu, dając 
maluchom niezłe przedstawienie.

 - A! O to ci chodzi! Nie lubisz POU!
 - POU?
  -   Publiczne   Okazywanie   Uczuć   -   wyjaśnił   Charlie 

pobłażliwie. - Nie wstydzimy się tego. Całujemy się z Molly, 
kiedy mamy ochotę, ludzie niech sobie patrzą, jak chcą. To się 
nazywa wolność, siostrzyczko!

  -   To   nie   jest  żadna   wolność,   tylko   kompletny   brak 

wychowania. To całe POU jest w złym guście!

 - Co to jest POU? - dobiegł ich z boku głos Aubrey. - Czy 

to   wtedy,   kiedy   Chris   i   inne   chłopaki   próbują   na   basenie 
ściągnąć kostiumy dziewczynkom?

  - Nie, Aubrey... - zaczął wyjaśniać Charlie, ale Joanna 

szybko mu przerwała.

background image

  -   Chris!   Zamorduję   cię!   -   syknęła   do   drugiego   brata, 

którego sensacyjne doniesienia Aubrey wyciągnęły z łóżka. - 
A ty siedź cicho! Jak będę chciała kiedyś wyjaśnić Aubrey, co 
to jest POU, sama to zrobię.

  - Ty? To się dowie najwcześniej koło trzydziestki. Daj 

spokój, Jo, mamy dwudziesty pierwszy wiek! Ona ma siedem 
lat i powinna już wiedzieć takie podstawowe rzeczy, prawda, 
Aubrey?

 - Pewnie! - krzyknęła mała z entuzjazmem. - Powinnam 

wszystko wiedzieć! Ale całowanie i tak jest obrzydliwe, no, 
chyba że całuje mama.

 - Masz rację, Aubrey - przytaknęła z entuzjazmem Jo. Im 

dłużej   mała   będzie   tak   myślała,   tym   dłużej   można   spać 
spokojnie. - A wy, chłopcy, pomyślcie, czy oprócz ciała te 
dziewczyny mają też rozum.

  - A kogo to obchodzi?  - Chris wzruszył ramionami. - 

Mam   siedemnaście   lat   i   przeczytałem   gdzieś,   że   jestem   u 
szczytu   swoich   możliwości   seksualnych.   Muszę   to 
wykorzystać, bo potem  będzie  już  za  późno. Nie  chcę  być 
zasuszoną cnotą, jak ty.

Joanna   patrzyła   na   niego,   nie   wierząc   własnym   uszom. 

Miała wrażenie, że widzi przed sobą obcego człowieka.

 - Aubrey, idź do siebie i ćwicz - zarządziła.
 - Ale jest późno! No i już ćwiczyłam!
 - Nie szkodzi. To coś poczytaj! Już!
Mała pobiegła z ociąganiem na górę i zostali sami.
  -   Chris   -   zaczęła   wolno   Joanna   -   martwi   mnie   to,   co 

mówisz.   Rozmawialiśmy   przecież   na   ten   temat   i   miałam 
nadzieję, że rozumiesz, ale widzę, że zacząłeś pobierać nauki 
u Charliego.

  - Tak - odparł Chris bez śladu zakłopotania. - Charlie 

powiedział mi wiele interesujących rzeczy.

background image

I wyrecytował taką listę bzdur na temat seksu, że wpadła 

w przerażenie. Wpatrywała się tępo w obu braci.

 - Mieliście przecież specjalne lekcje w szkole...
  - Ale  żaden nauczyciel nie mówi całej prawdy. Zresztą 

nasze   podręczniki   są   sprzed   dziesięciu   lat,   praktycznie 
średniowiecze. Chłopaki mówią, że od tego czasu dużo się 
zmieniło.   Potrzebujemy   rzetelnej   informacji,   a   na   lekcjach 
tego nie dostaniesz.

Rozłożyła desperacko ręce  i  zastanawiała  się, jak ma  z 

nimi   rozmawiać.   Nie   zburzy   przecież   wszystkich   mitów, 
których nasłuchali się w męskiej szatni.

  -   Szkoda,  że   nie   zdajecie   sobie   sprawy,   jakie   głupoty 

mówicie. Ale wiem, dlaczego wolicie tego nie zauważać, bo 
to by oznaczało, że musicie się trochę kontrolować, na co nie 
macie   ochoty,   prawda?   Przypominam   tylko,   że   nie   ma 
stuprocentowej metody antykoncepcyjnej. Rozumiecie?

 - Ale pigułki dają dziewięćdziesiąt pięć procent!
 - A jeśli akurat traficie na te pięć?
  -   Nie   trafimy!   -   odpowiedzieli   obaj   z   nastoletnią 

niefrasobliwością.

  - Jasne, głupie pytanie. Zapomniałam, że jesteście pod 

specjalną   ochroną,   a   te   pięć   procent   przypada   na   innych. 
Powiem   mamie,   żeby   z   wami   porozmawiała,   może   jej 
posłuchacie.   -   Zrezygnowana,   machnęła   ręką   i   wyszła   z 
pokoju z poczuciem całkowitej klęski.

Faceci, jęknęła w duchu. Nigdy ich nie rozumiała. Inaczej 

myślą, inaczej czują ... I ona całowała się dziś namiętnie z 
jednym z przedstawicieli tego dziwnego gatunku?! Musi się 
poważnie   nad   sobą   zastanowić!   Jest   już   dorosła,   dlaczego 
więc nagle zaczęła się zachowywać jak nastolatka? Czyżby 
już uległa urokowi przystojnego Huntera?

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY
Z impetem wbiegała po schodach i cały czas mówiła do 

siebie. Ten chłopak ma chyba za dużo testosteronu, a Chris 
niestety zaczął brać z niego przykład. Wiódł ślepy kulawego. 
Charlie jest ostatnią osobą, która powinna uświadamiać Chrisa 
seksualnie. Prychnęła ze złością i w ostatniej chwili złapała się 
balustrady.   Z   tego   wszystkiego   jeszcze   o   mało   się   nie 
przewróciła! - Stevie! Chodź tu szybko i zabierz swoje buty, 
zanim ktoś się o nie potknie!

Ciągle   mrucząc   pod   nosem,   dotarła   do   sypialni,   którą 

dzieliła z matką, i energicznie otworzyła drzwi.

 - Cześć, mamo!
 - Cześć, Jo. Wyglądasz na zdenerwowaną, kochanie. Co 

się stało?

  - Twój syn. Oto co się stało. Musisz z nim poważnie 

pogadać. Jest na najlepszej drodze do nieszczęścia I Jeśli z 
nim   nie   porozmawiasz,   za   chwilę   zostaniesz   babcią   co 
najmniej   tuzina   wnuków,   które   będziesz   musiała   sama 
wykarmić! - Przerwała na chwilę i przyjrzała się matce. Potem 
zerknęła na zegarek i uniosła brwi. - Nigdy nie chodzisz, tak 
wcześnie spać. Dopiero dziewiąta. Źle się czujesz.

  -   To   tylko   lekkie   zmęczenie.   Pomyślałam,   że   trochę 

poczytam.

 - Przecież nie masz żadnej książki - zauważyła Joanna. - 

Gapisz się tylko w sufit.

 - Myślę - odpowiedziała matka. - Po prostu myślę.
 - Uuuu. Myślisz. Chyba o niczym przyjemnym, sądząc po 

spojrzeniu. A o czym dokładnie myślisz?

Joanna weszła do pokoju i zamknęła drzwi. Oparła się o 

nie   i   spojrzała   uważnie   na   swoją   matkę.   Madelyn   Durbin 
miała   czterdzieści   trzy   lata,   lecz   wyglądała   o   dziesięć   lat 
młodziej. Życie nigdy jej nie rozpieszczało, ale nie poddawała 
się.   Pracowała   jako   przedstawiciel   handlowy   firmy 

background image

programistycznej i odnosiła duże sukcesy. Zawsze korzystała 
z dobrodziejstw życia i nieźle się bawiła, ale dzisiejszy wyraz 
twarzy   świadczył   o   czymś   zupełnie   innym.   Chyba   coś   się 
stało.

  -   Problemy   w  pracy?  -   spytała   Jo,   siadając   na   brzegu 

łóżka. - Nie wyglądasz za dobrze. O co chodzi?

 - To nic, za parę chwil przejdzie, na pewno - zapewniła ją 

matka. - Który z chłopców cię zdenerwował?

  - Charlie. Siedzi tam na dole i wydaje mu się, że jest 

genialnym odkrywcą istnienia seksu. Myślę, że on i Molly nie 
tylko się całują. Poza tym Charlie stara się przekonać Chrisa, 
ze   seks   powinien   być   głównym   celem   życia   każdego 
nastolatka. Ktoś musi z nim porozmawiać, mamo.

 - I tym kimś mam być ja.
 - Mnie to przerasta. Nie chcę nawet myśleć o dyskusji z 

moim młodszym bratem na temat seksu.

 - A myślisz, że ja się palę, żeby rozmawiać o tym z moim 

małym chłopczykiem?

 - Daj spokój, mamo. Wiesz przecież, że to twoje zadanie.
Maddie westchnęła raz jeszcze.
  -   Czasami   tak   trudno   być   rodzicem   Szczególnie 

samotnym   rodzicem.   To   jest   chwila,   w   której   chłopcy 
potrzebują ojca. I wiesz co? Nie myślisz o tym, kiedy w twoim 
domu pojawia się malutki człowieczek. Opiekujesz się nim, 
ogrzewasz, myjesz i karmisz, a on gaworzy i uśmiecha się do 
ciebie.  Dzieci   są   słodkie   jak  małe   kociaki.   Zapominasz,   że 
kiedyś   dorosną   i   staną   się   kocurami.   Przynoszą   do   domu 
zdechłe   myszy   i   polują   na   ptaki   w   ogrodzie.   Zanim   się 
obejrzysz, jesteś już w pułapce. Kochasz je i tyle.

 - Mamo, nie filozofuj. Po prostu mi powiedz, czy jesteś 

gotowa zostać babcią.

 - Dobry Boże, nie! Czasami nie jestem pewna, czy jestem 

gotowa być matką...

background image

O rany, Maddie była w naprawdę dziwnym nastroju, lecz 

Joanna   nie   chciała   teraz   głębiej   się   nad   tym   zastanawiać. 
Miała dosyć swoich zmartwień.

 - Powiedz lepiej, czy jesteś gotowa wychowywać wnuka!
 - Dobrze już, dobrze. On potrzebuje, żeby ktoś znów mu 

wytłumaczył, jakie jest życie. Po raz kolejny przerobię z nim 
tę lekcję, a on znowu mnie nie posłucha. Jemu jest potrzebna 
męska rozmowa.

Joanna prychnęła.
  - W tym domu mamy  ich nadmiar. Nie uwierzysz, co 

Charlie naopowiadał Chrisowi.

 - Nie o to mi chodzi. Powinien z nim porozmawiać jakiś 

dojrzały,  ale   jeszcze   młody   mężczyzna,  który   go  przekona. 
Równy gość, przebojowy, lecz musi mieć dobrze poukładane 
w głowie. - Podciągnęła wysoko kolana, objęła je rękami i 
oparła na nich brodę. - Mam kilku kolegów w pracy, ale oni są 
za   starzy.   Chłopcy   zjedliby   ich   żywcem.   Może   ty   kogoś 
znajdziesz?

W   głowie   Jo   natychmiast   pojawił   się   obraz   Huntera 

Pace'a.   Wysoki,   dobrze   zbudowany,   niebieskooki, 
ciemnowłosy przystojniak. Mógłby zaimponować chłopcom.

Był odpowiedzialny, ale nie obnosił się z tym. Znał życie i 

potrafił z niego korzystać. Chyba by się nadawał.

Jednak było w nim jeszcze coś, czego Joanna nie umiała 

określić. Coś, co sprawiało, że wydawał jej się nie całkiem 
bezpieczny.   Podświadomie   wiedziała,   że   im   mniej   będzie 
miała z nim do czynienia, tym lepiej.

  -   Nie   -   stwierdziła   zdecydowanie.   -   Nie   znam   nikogo 

takiego.

Maddie patrzyła w przestrzeń.
 - To musi być ktoś, kto jest dobry w tym, co robi. Ktoś, 

kogo lubią kobiety, a on je szanuje.

Joanna potrząsnęła głową.

background image

 - Nie ma nikogo takiego. Maddie spojrzała na córkę.
  - A co z  tym mężczyzną, z którym spotkałaś się dziś 

wieczorem? Czy on nie byłby dobry?

Potrząsnęła   przecząco   głową.   Nie   zamierza   prosić 

Huntera, żeby porozmawiał z jej bratem o seksie. Absolutnie.

  - Ktokolwiek to będzie, musi być przebojowy - głośno 

myślała   Maddie.   -   Wiesz,   taki,   który   działa   na   kobiety   i 
którego   chłopcy   będą   podziwiać.   Aubrey   powiedziała,   że 
pozwoliłaś mu się pocałować, a wiem, jak jesteś wybredna. 
Ten facet na pewno się nadaje.

Zaczerwieniła się. Jutro z samego rana udusi Aubrey
 - Przyznaję, ma w sobie coś. Spodnie nie spadają mu tak 

szybko jak Charliemu i nie nosi ich tak wysoko, że sięgają po 
pachy. W ogóle ta cała sprawa to drobnostka. Nic. Po prostu 
wyciągnęłam jego dwóch bratanków, kiedy wpadli do basenu i 
tyle.  Facet   był wdzięczny,  zabrał   mnie  i   Aubrey  na  lody  i 
cmoknął z wdzięczności.

Maddie uniosła brew.
  - A gdzie on cię pocałował? Ludzie z reguły w takich 

sytuacjach całują w policzek.

  -   No   i   co   z   tego,  że   pocałował   mnie   w   usta,   wielka 

sprawa.   Pewnie   po   prostu   się   pomylił.   To   był   tylko 
przyjacielski pocałunek z wdzięczności.

Kogo ona próbowała oszukać? Facet zrobił to, na co miał 

ochotę   i   nie   było   mowy   o   żadnej   pomyłce.   Na   samo 
wspomnienie o tamtej chwili serce jej mocniej zabiło.

  -   Aubrey   mówiła,   że   musiał   pomóc   ci   wsiąść   do 

samochodu, bo po tym przyjacielskim pocałunku nie mogłaś 
ustać na nogach.

 - Aubrey będzie miała język przywiązany do migdałków - 

warknęła Jo.

Czy ta smarkata zdążyła już rozpowiedzieć na całej ulicy, 

że   jej   siostra   się   całowała?   Jeśli   się   jej   nie   zwiąże,   nie 

background image

zaknebluje i nie zamknie w piwnicy, gotowa jeszcze zamieścić 
ogłoszenie w gazecie.

 - No dobrze, zastanówmy się, kto jeszcze by się nadawał - 

powiedziała Maddie. - Wydaje mi się, że moje kazanie wcale 
nie odniesie dobrego skutku.

Joanna   dałaby   sobie   głowę   uciąć,   że   usłyszała,   jak   jej 

matka mruczy pod nosem: „również z innego powodu", ale nie 
miała pojęcia, o co mogło jej chodzić.

Przez następne dwa dni Joanna prawie przekonała samą 

siebie,   że   odreagowała   już   pocałunek   Huntera.   Rano 
przygotowywała dzieciaki do szkoły, upewniała się, że zabrały 
drugie śniadania, a potem szła na swoje zajęcia. Co prawda 
miała problemy z koncentracją, ale z pewnością wina leżała 
po   stronie   nudnych   wykładów.   A   to,   że   kaligrafuje   imię 
Huntera   na   wszystkich   marginesach,   naprawdę   nic   nie 
znaczyło.

Nic a nic.
Stojąc na korytarzu przed salą, zaczęła mówić do siebie 

półgłosem:

  - Gapi się ciągle na mnie, gdy przyłazi na basen. Jak ja 

mam   się   skupić   na   dzieciach,   kiedy   tak   na   mnie   patrzy? 
Jeszcze któreś utonie, a ja nawet tego nie zauważę. Dlaczego 
mama   nie   zrobi   czegoś   z   Charliem?   -   próbowała   zmienić 
temat swojego monologu. - Tyle razy ją o to prosiłam. Na 
dodatek,   z   nią   dzieje   się   coś   złego.   Oby   się   tylko   nie 
rozchorowała. - Usiadła w fotelu. - Hm, mam nadzieję, że nie 
ma żadnych problemów w firmie. Tyle ich teraz upada. Co się 
stanie, jeśli straci pracę?

Ludzie   przy   sąsiednim   stoliku   wzięli   tace   i   odeszli 

kawałek dalej.

Joanna pokiwała głową.
 - Wspaniale, teraz zaczynam straszyć ludzi.

background image

  -   To   prywatna   rozmowa?   Czy   można   się   przyłączyć? 

Zerknęła w górę.

 - Hunter! Co ty tu robisz?
  -   Byłem   na   obiedzie   z   klientem.   Zatrudniłem   sąsiada, 

żeby   zajął   się   Aaronem   i   Mikiem.   W   drodze   do   biura 
pomyślałem,   że   wpadnę   i   wezmę   jedną   z   broszur 
informacyjnych.   Wracałem   do   samochodu   i   zobaczyłem 
ciebie. Co słychać? Co tutaj robisz?

 - Ja? Chodzę do szkoły. - Wskazała na podręczniki leżące 

na stole. - Jeszcze dwa tygodnie i koniec. Będę wykształconą 
kobietą, gotową stawić czoło wyzwaniom nowego tysiąclecia.

 - Gratuluję.
 - Pochłonęło mi to trochę więcej czasu niż normalnie, bo 

musiałam zająć się domem, kiedy mama wróciła do pracy, ale 
to   już   na   szczęście   koniec.   Jeszcze   trochę   i   będę   gotowa 
naprawiać świat.

 - Raczej mało zachęcający pomysł.
  -   Nie   dla   mnie.   Wskaż   mi   kierunek,   a   będę   dążyć 

wytrwale, by osiągnąć cel.

Joanna czuła się bezpieczna, bo wszędzie wokół krążyli 

ludzie, a ona była zbyt dobrze wychowana, by w publicznym 
miejscu z namiętnym jękiem rzucić się na Huntera.

  - Może usiądziesz?  Zaraz zdrętwieje mi  szyja od tego 

patrzenia w górę.

 - O, przepraszam. - Zajął sąsiedni fotel.
Jo uśmiechnęła  się do niego i  spoglądając  na  broszurę, 

spytała:

 - Co wybrałeś?
 - Jest kilka wykładów pedagogicznych, które mogą mi się 

przydać. Mówię ci, dwuletni mózg nie funkcjonuje normalnie 
i   trzeba   wielu   lat,   zanim   wszystkie   neurony,   po   licznych 
próbach i błędach, zaczną prawidłowo działać.

background image

Nigdy nie wiesz, co takie dziecko zrobi, a jak już to zrobi, 

nadal nie wiesz, dlaczego to zrobiło.

 - Co tym razem wykombinował Mikie?
Hunter westchnął głęboko.
 - Pytanie, czego jeszcze nie wykombinował? Ta lista jest 

o wiele krótsza. To dziecko, w porównaniu z pozostałą trójką, 
jest dla mnie niezgłębioną tajemnicą.

Joanna uśmiechnęła się szeroko.
  -   Nawet   nie   zauważysz,   jak   szybko   to   minie.   - 

Uśmiechnęła   się   do   niego.   Za   kilka   miesięcy   będziesz   się 
śmiał z tych psot i figli. - Spójrz na to z tej strony. To dobra 
praktyka, kiedy już sam będziesz miał dzieci.

Stanowczo   uznał,   że   Joanna   jednak   oszalała.   Gdy   ją 

zobaczył, siedziała w fotelu i perorowała do siebie, a teraz 
próbuje mu wmówić, że nadejdzie taki dzień, kiedy on, Hunter 
Pace, z własnej woli wprowadzi taki chaos w swoje życie! 
Pochylił się wolno i powiedział dobitnie:

  - Nigdy, powtarzam, nigdy nie będę miał dzieci. Czy ja 

wyglądam na idiotę?

Nie wyglądał. Wyglądał atrakcyjnie i pociągająco. Kogoś 

dokładnie   takiego   musiała   mieć   na   myśli   matka,   kiedy 
opisywała faceta, który powinien podyskutować z chłopcami o 
seksie.

Nagle przypomniała sobie o matce. Ostatnio zachowywała 

się   dość   dziwnie.   Chodziła   wcześnie   spać,   ciągle   była 
zmęczona  i  nadal  nie  porozmawiała  z  Charliem  i  Chrisem. 
Joanna sądziła, że wcale nie zamierza tego zrobić.

Ja również, pomyślała. Nagle poczuła w sobie przypływ 

odwagi. Pochyliła się w kierunku Huntera.

 - Mam do ciebie małą sprawę.
Natychmiast   stał   się   podejrzliwy.   Ostatnia   drobna 

przysługa skończyła się tym, że musiał wychowywać czwórkę 
dzieciaków.

background image

 - Słucham.
  - Masz pewnie jakieś dodatkowe prace w domu, jakieś 

zobowiązania.   Czy   nie   łatwiej   by   było,   gdyby   ktoś   w   tym 
czasie   zajął   się   dziećmi?   Co   ty   na   to,   gdybym  w   sobotnie 
popołudnie   zajęła   się   całą   twoją   czwórką?   Miałbyś   wolny 
wieczór   i   mógłbyś   robić,   co   tylko   zechcesz...   -   kusiła, 
spoglądając na niego.

To brzmiało jak cholerny cud, ale wciąż węszył podstęp. 

Cudów nie ma.

  - Brzmi  nieźle  - powiedział  wolno. Na  tyle nieźle, że 

mógłby zrobić prawie wszystko w zamian za wolny sobotni 
wieczór,   ale   był   na   tyle   ostrożny,   by   nie   pomijać   owego 
„prawie". - Co chcesz w zamian?

 - Nic takiego. Mogłabym zrobić im kolację i upiec ciasto, 

może nawet udałoby się kawałek uratować dla ciebie. Jakie 
lubisz?

Joanna,   jak   tylko   mogła,   dosładzała   przynętę,   ale   on 

twardo czekał na drugą część umowy.

 - No dobra. Wiadomo, że nie ma nic za darmo. Co mam 

zrobić w zamian?

  -   Prawie   nic.   Taka   mała,   drobniutka   przysługa,   nic 

kłopotliwego.

 - Jak drobna? - zapytał podejrzliwie.
 - Yyy...
Jak   to   wytłumaczyć?   Sprawa   była   delikatnej   natury   i 

wymagała   starannie   przemyślanych   dyplomatycznych 
zabiegów, a Jo próbowała załatwić ją w trybie nagłym, zdając 
się na improwizację, czego bardzo nie lubiła. Zresztą nawet 
najstaranniej przemyślany plan niewiele by pomógł. I tak by 
nie   wiedziała,   jakimi   słowami   się   posłużyć.   W   końcu 
wykrztusiła zrezygnowana:

 - Nieważne, zapomnij o tym.

background image

Złożyła notatnik, wzięła książkę i zaczęła wstawać. Hunter 

złapał ją za rękę i posadził z powrotem.

 - Nie powiedziałem nie. Po prostu nie powiem tak, dopóki 

się czegoś nie dowiem. Nie podpisuję czeków in blanco.

 - To nie zadziała.
 - Pozwól mi samemu osądzić. Jeżeli masz jakąś rozsądną 

propozycję,   przyjmę   ją.   Zrobiłbym   prawie   wszystko,   żeby 
mieć wolną sobotę. No dalej, wykrztuś wreszcie.

Do diabła, czy zależy jej na tym, co sobie o niej pomyśli? 

Zależy.

Ale   czasami   nie   ma   wyjścia.   Joanna   wzięła   głęboki 

oddech.

  -   Sprawa   jest   taka.   Mojemu   bratu   wydaje   się,   że   jest 

młodym Don Juanem.

Hunter już spotkał jej brata. Wcale nie wyglądał na Don 

Juana, już prędzej na młodego Pana Nieśmiałego, albo Pana 
Mamroczącego - Cicho - Pod - Nosem.

 - Will?
 - Nie, nie Will. Charlie.
Hunter   nawet   nie   próbował   ukrywać   swojego 

zakłopotania.

 - Kto to jest Charlie? Myślałem, że twój brat ma na imię 

Will. Aha, już pamiętam, był jeszcze jeden, Stephen, prawda?

 - Jest jeszcze dwóch. Charlie ma osiemnaście lat i właśnie 

deprawuje swojego siedemnastoletniego brata.

 - O rany, masz dużą rodzinę.
 - Tak. Radziłam sobie z nimi, kiedy byli mali, ale właśnie 

przestałam.

  -   Co   taki   chłopak   może   zrobić?   Wypić   kilka   piw? 

Posłuchaj,   też   to   zrobiłem,   gdy   byłem   w   szkole   średniej. 
Rzygałem jak kot. On też chorował? Zaufaj mi, już nigdy się 
nie upije. To męczące, kiedy myślisz, że zaraz rozpadniesz się 

background image

na kawałki, a jakby tego było mało, następnego dnia masz 
kaca - giganta.

  -   Będę   o   tym   pamiętała.   Popatrzył   na   nią   z 

zaciekawieniem.

 - Nigdy się nie upiłaś, prawda?
  -  Nie,  na  szczęście   udało mi   się   ominąć  ten fragment 

młodzieńczego   rytuału.   A   wracając   do   Charliego,   nie   o   to 
chodzi. Ale teraz już wiem, dlaczego w ostatnią niedzielę nie 
poszedł do kościoła. Mówił, że ma grypę. A ja, naiwna, nawet 
go nie powąchałam, kiedy taki wesolutki wrócił do domu.

 - Nie martw się, poczujesz w ten weekend. Ale wracając 

do sedna. Wiec o co chodzi?

 - Seks - wykrztusiła w końcu Joanna.
  - Seks?! Mam uświadamiać twojego brata? Czy on nie 

jest za stary, żeby wierzyć w bociany?

  -   Prawdę   mówiąc,   moja   mama   znalazła   mnie   w 

kapuście ... Nie, Charlie nie wierzy w bociany i doskonale 
wie, czym kobiety różnią się od mężczyzn, jednak problem 
polega na tym, że nie dowierza podręcznikom i chce sam to 
sprawdzić.   A   ja   martwię   się   o   skutki   tej   nowej   pasji 
poznawczej.   Do   tego   wbił   Chrisowi   w   głowę   mnóstwo 
głupich, seksualnych stereotypów. Chodzi o to, że ktoś musi 
uzmysłowić   im   kilka   rzeczy,   a   swojej   starszej   siostry   na 
pewno nie posłuchają. - Popatrzyła na niego błagalnie.

 - Zrobisz to?
 - Jeśli zajmiesz się dziećmi również w następną sobotę.
 - Co?
 - Bierz albo rezygnuj. Czeka mnie niezła robota. Faceci są 

uparci w sprawach seksu, to naprawdę katorżnicze zadanie. - 
Uśmiechnął się do niej tak, że zabiło jej serce.

  - W tym wieku seks jest jedyną interesującą rzeczą w 

życiu.   Dziewięćdziesiąt   pięć   procent   mózgu   stale   się   tym 
zajmuje, choć pewnie są to zaniżone dane.

background image

 - Nie pozostaje wiele miejsca na coś innego.
 - Masz rację. Tak naprawdę większość męskiego mózgu 

myśli tylko o jednym i na wszystko inne zostaje maksimum ze 
dwa   procent.   To   dlatego   dziewczęta   radzą   sobie   lepiej   w 
szkole,   bo   pozostaje   im   więcej   wolnych   szarych   komórek. 
Natomiast mężczyźni mają tylko jeden cel w życiu.

 - Naprawdę? - spytała podejrzliwie Joanna. - Aż boję się 

zapytać. Powiedz.

  -   Kochać   się   z   całym   żeńskim   światem.   Tak,   tak.   To 

tajemna ambicja każdego chłopaka powyżej dziesięciu lat.

 - Ależ to niemoralne!
  -   Ale   prawdziwe.   Po   prostu   niektórzy   z   nas   lepiej   to 

ukrywają, dzięki czemu na widok byle faceta nie uciekacie z 
przeraźliwym piskiem.

 - Nawet ty? - spytała podejrzliwie.
 - Co ja?
 - Też jesteś taki neandertalczyk?
 - Mam prawie trzydziestkę i mój czas już minął. Smutno 

to wyznać, ale  jako mężczyzna  się  kończę, bo spadłem  do 
jakichś nędznych dziewięćdziesięciu procent.

 - To po prostu niesamowite.
 - Łatwo ci mówić, nie musisz z tym żyć.
 - O nie, właśnie że muszę. W porządku. Umowa stoi, dwa 

sobotnie   popołudnia.   Ale   musisz   przekonać   chłopców. 
Proszę...

  -   Być   może   będę   musiał   pracować   w   nadgodzinach   - 

ostrzegł Hunter. - To zależy od poziomu indoktrynacji, którą 
przeszli.   Twarde   hormonalne   bariery   są   trudne   do 
przełamania.   Spodziewam   się   dodatkowych   korzyści,   jeśli 
sprawy ułożą się po twojej myśli.

Miał   ją   w   potrzasku.   Nastoletni   chłopcy   są   opętani 

seksem. Zanim uda mu się sprowadzić Chrisa i Charliego na 

background image

drogę   cnoty,   będzie   już   czas   na   rozmowę   z   Willem   i 
Stephenem.

  -   W   porządku.   W   piątek   są   moje   urodziny.   Przywieź 

dzieciaki po treningu na tort i lody. Porozmawiasz wtedy z 
chłopcami.

Mój   Boże,   nie   miał   żadnych   planów   na   piątkowy 

wieczór...   Gdzie   te   czasy,   kiedy   okazja   goniła   okazję,   a 
kalendarz   randek   był   wypełniony   co   najmniej   miesiąc 
naprzód? Ale to już przeszłość.

Mógł rozmawiać z chłopakami o seksie do sądnego dnia, 

bo   i   tak   nie   kolidowało   to   z   żadnymi   jego   planami.   A 
najsmutniejsze było to, że mówienie o seksie i tak stanowiło 
postęp   w   stosunku   do   tego,   co   ostatnio   przeżywał   w   tej 
materii.

  - Umowa stoi. Dawno nie miałem wolnego popołudnia. 

Zaszaleję.

 - Co zamierzasz zrobić z taką ilością wolnego czasu?
 - Cóż... Pójdę na mecz, skoczę ze znajomymi na piwo...
A przede wszystkim poderwę jakąś gorącą kobietę, dodał 

w   myślach,   ale   z   uwagi   na   Jo   przemilczał   to   dojmujące 
marzenie.

 - A naprawdę?
  -   Oddam   garnitury   do   pralni,   pójdę   do   sklepu   z 

narzędziami,   do   apteki   i   spożywczego,   obliczę   wydatki 
miesięczne i złożę półki, które kupiłem dla Aarona i Mikiego.

 - Ja marzę o takiej chwili, kiedy będę mogła moczyć się w 

wannie, aż się zamarynuję w bąbelkach. Pić szampana i czytać 
książkę,   która   nie   ma   nic   wspólnego   z   tym,   co   robię.   Ale 
kiedy tylko mam wolną chwilę, nagle okazuje się, że jest tyle 
zaległych prac...

 - Doskonale cię rozumiem - powiedział. - Dzieci dzisiaj 

nie przyjdą na trening, bo mają religię. Ale zobaczymy się 
jutro.

background image

 - Do zobaczenia.
Joanna   poszła   na   ostatnie   zajęcia,   potem   pojechała   do 

domu.   Miała   jeszcze   trochę   czasu   do   powrotu   dzieci. 
Zamierzała zrobić ciasteczka dla Willa na spotkanie skautów. 
Wyjęła dwie kostki masła z lodówki i włożyła do garnka, by 
się roztopiły. Otworzyła szafkę pod zlewem, żeby wyrzucić 
pudełka, i zobaczyła pełen kosz.

 - No nie! - wybuchła. - Grace nigdy nie wyrzuca śmieci. - 

Spojrzała za okno. - Mam nadzieję, że śmieciarka jeszcze nie 
przyjechała. Może zdążę to wyrzucić.

Pobiegła   szybko   do   garażu,   wyprowadziła   kontener   ze 

śmieciami   na   koniec   podjazdu   i   wróciła   do   domu.   Chciała 
jeszcze   wyrzucić   pozostałe   śmieci.   Mały   kosz   w   łazience, 
duża   torba   z   pralni,   mała   z   kuchni.   Wszystko   upchnęła   w 
jeden worek.

 - Dzięki Bogu, dzisiaj się spóźniają - mruczała do siebie. 

Wpadła do sypialni i złapała niewielki kosz, który tam  stał. 
Szybko   zbiegała   po   schodach.   Na   ostatnim   stopniu 
przewróciła się i wysypała wszystko na podłogę.

 - Cholera, nie mam na to czasu - mruknęła, w pośpiechu 

zbierając śmieci. Podniosła małe papierowe pudełko i już je 
miała wrzucić do torby, kiedy wpadł jej w oko napis. - Cóż to? 
- spytała samą siebie. - Test ciążowy?

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY
Joanna   z   niedowierzaniem   wpatrywała   się   w   kosz.   Nie 

mogła uwierzyć własnym oczom, miała wrażenie, że śni.

Ale to nie był sen. Niebieska kreska lśniła na białym tle i 

wskazywała wyraźnie, że ktoś w tym domu jest w ciąży.

Tylko kto? Z całą pewnością nie ona. Wprawdzie zdarzyło 

się kiedyś, że dziewica urodziła dziecko, ale to było dawno 
temu. Poza tym nie jestem dostatecznie święta, pomyślała.

Chłopcy   byli   poza   podejrzeniami   z   oczywistych 

względów. A zatem...

Zostawały jeszcze Grace i Aubrey.
Oraz - mama.
Stała nad koszem, nie mogąc  uwierzyć w to, co widzi, 

kiedy   dobiegły   ją   odgłosy   nadjeżdżającej   śmieciarki. 
Pospiesznie zawiązała worek ze śmieciami i wybiegła przed 
dom. Wrzuciła wszystko do kontenera i starannie zatrzasnęła 
klapę. Rozejrzała się nerwowo dookoła, na szczęście nikogo w 
pobliżu nie było.

Wróciła do kuchni i ciężko usiadła na stołku. Zaskoczyła 

ją   własna   reakcja.   O   co   jej   chodzi?   Czyżby   myślała,   że 
śmieciarz albo sąsiedzi mają rentgen w oczach i odkryją, co 
przed chwilą wrzuciła do pojemnika?

Uspokój   się,   skarciła   się   w   myślach,   panika   nic   tu   nie 

pomoże, trzeba zachować zimną krew.

Musiała   pomyśleć.   Musiała   coś   zjeść.   Jedzenie   pomaga 

racjonalnie myśleć, wszyscy naukowcy to potwierdzą.

Starając   się   spokojnie   oddychać,   wstała   z   krzesła   i 

podeszła do lodówki. Pewnym ruchem sięgnęła do swojego 
tajnego schowka za torebką fasolki i wyciągnęła opakowanie 
lodowych snickersów. Rozdarta folię i łapczywie wyciągnęła 
batonik.

 - To powinno pomóc - mruknęła i nalała sobie szklankę 

mleka.

background image

Przełykała kolejne kęsy i popijając mleko, próbowała się 

pozbierać.

  -   Myśl!   -   powiedziała   głośno   i   z   lubością   roztarta   na 

podniebieniu kawałek czekolady. - Fakty są oczywiste. Test 
był w pokoju, w którym śpię z mamą. Ja na pewno nie jestem 
w ciąży, medycyna nie zna takich przypadków.

Nalała   sobie   kolejną   szklankę   mleka   i   sięgnęła   po 

następny   batonik.   Stos   papierków   na   stole   rósł   szybko,   ale 
sytuacja wcale się nie rozjaśniała.

  - Ktoś mógł wrzucić tam test, żeby odsunąć od siebie 

podejrzenia, ale kto? - Machnęła ręką ze snickersem i potarła 
czoło w zamyśleniu. - Aubrey to jeszcze dziecko, Grace myśli, 
że chłopcy, to niższa forma życia, a Stephen i Will woleliby 
umrzeć,   niż   odezwać   się   do   dziewczyny.   Zostają   Chris   i 
Charlie. Ale nawet oni nie byliby aż tak głupi, żeby wyrzucić 
test ciążowy swojej dziewczyny w pokoju matki.

Zostawało tylko jedno rozwiązanie.
 - Mama? W ciąży?
Niemożliwe.   Dzieci   nie   biorą   się   znikąd.   Musiałaby   z 

kimś   sypiać,   ale   to   przecież   absurdalne.   Matka   miała 
czterdzieści trzy lata, a czterdziestotrzyletnie samotne matki 
nie uprawiają seksu!

Przypomniała   sobie   lśniący   szyderczo   niebieski   pasek   i 

zacisnęła oczy. Fakty mówiły same za siebie. Musi się z tym 
pogodzić, chociaż nie będzie to łatwe. Potrząsnęła głową z 
niedowierzaniem.  Jak ma  się teraz  zachować?  Jej świat się 
zachwiał i nie wiedziała, jak się w nim poruszać.

Podczas kolacji uważnie wpatrywała się w matkę. Maddie 

dziobała   bez   entuzjazmu   swoje   jedzenie.   Wygląda   jak   liść 
zwiędłej sałaty, pomyślała Joanna, nawet cerę ma zielonkawą.

William i Aubrey zaczęli swoją ulubioną zabawę. Tym, co 

tylko   było   na   stole,   napychali   sobie   buzie,   aby   po   chwili 

background image

otworzyć usta i straszyć przeciwnika widokiem tej kosmicznej 
mieszanki.

 - Przestańcie! To ohydne!
 - I tak wszystko wymiesza ci się w brzuchu, Jo.
 - To nie znaczy, że musimy to oglądać!
Stephen   pokazał   jej   język   oblepiony   papką   z   warzyw. 

Zanim zdążyła zareagować, Maddie poderwała się z krzesła i 
wybiegła do łazienki.

Joanna spojrzała ostro na braci i pogroziła im palcem.
 - Gratuluję, chłopcy. Właśnie dorobiliście się dodatkowej 

godziny gry na pianinie.

  - Gra na pianinie nie powinna kojarzyć się z karą. To 

może zabić ich miłość do muzyki - zaprotestował Chris.

  -   Ważne,   żeby   nie   zabiło   mojej.   A   ty,   jak   będziesz 

następnym razem szedł do dentysty, weź sobie swoją książkę. 
Te wszystkie nowoczesne poradniki dla rodziców, które leżą 
w   poczekalni,   wypaczają   ci   umysł.   -   Odstawiła   krzesło   i 
wstała   od   stołu.   -   A   przy   okazji,   chciałabym,   żebyście 
obydwaj byli jutro wieczorem w domu. Mam urodziny.

 - Co? Jo, nie mogę ci teraz złożyć życzeń? Mam już inne 

plany na jutro...

  -   Więc   je   zmień.   Zaprosiłam   specjalnego   gościa   i 

chciałabym, żebyście go poznali. - Odwróciła się i wyszła z 
kuchni.

Zajrzała do łazienki, ale była już pusta. Wbiegła na górę i 

zapukała do sypialni.

 - Mamo, jesteś tam?
 - Tak, kochanie - dobiegł ją słaby głos. - Nic mi nie jest, 

to chyba grypa.

Tak, dziewięciomiesięczna, pomyślała smutno.
  - Naprawdę, to nic poważnego. Zejdź na dół i dokończ 

kolację.

background image

Jo oparła głowę o drzwi i zamyśliła się. Nie chciało jej się 

schodzić   do   kuchni,   jakoś   straciła   apetyt.   Zacisnęła   oczy   i 
próbowała odnaleźć się w tym wszystkim. Co powinna teraz 
zrobić?   Chciała   się   przecież   wyprowadzić   i   zacząć 
samodzielne   życie.   Ale   czy   mogła   zostawić   teraz   Maddie 
samą? Znowu będzie musiała zrezygnować ze swoich planów 
i zająć się rodziną, przecież nie mogła ich teraz opuścić.

Zrezygnowana   wróciła   do   kuchni   i   kazała   dzieciakom 

posprzątać po kolacji. Natychmiast wyczuły, że dzisiaj nikt 
zbyt uważnie nie będzie oceniał ich pracy i sprzątanie zajęło 
im   niecałe   pięć   minut.   Spojrzała   pustym   wzrokiem  na 
niestarannie   przetarty   stół   i   podłogę,   która   na   pewno   nie 
widziała   szczotki,   ale   nie   miała   już   siły   z   tym   walczyć. 
Pokręciła głową i z ciężkim westchnieniem weszła na górę. 
Najlepsze, co może zrobić, to pójść do łóżka, i tak nic nie 
wymyśli.

W dzień swoich dwudziestych piątych urodzin obudziła 

się   przygnębiona   i   bez   humoru.   Otworzyła   oczy   i   jęknęła 
smutno.   Miała   ochotę   naciągnąć   prześcieradło   na   głowę   i 
udawać, że śpi.

  - Wstawaj! - rozkazała sobie sztucznie rześkim głosem. 

Myśl o tym, żeby się schować pod prześcieradłem, była taka 
kusząca... - Wstawaj! - powtórzyła.

Właściwie   dlaczego  miałabym  się  słuchać?   - pomyślała 

gorzko, przecież nikt w tym domu tego nie robi. Owinęła się 
ciaśniej kołdrą i rozczuliła nad sobą.

Piętnaście minut później udało jej się zwlec z łóżka, umyć 

twarz   i   ubrać   się.   Przeszła   przez   korytarz,   pukając   do 
wszystkich drzwi.

 - Wstańcie, chłopcy! Pobudka!
Zza   drzwi   dobiegały   jęki   i   pomrukiwania.   Pierwszy   w 

kuchni   pojawił   się   Chris   z   potarganymi   włosami   i   w 
rozciągniętej koszulce, w której zwykle spał.

background image

  -   Chciałabym,   żebyś   upiekł   ciasto,   kiedy   wrócisz   ze 

szkoły.   Z   lukrem.   Nie   chcę   na   nim   widzieć   pełzających 
czekoladowych robali, jak ostatnim razem.

  - Jo, prezenty powinny płynąć z serca. Poza tym, jeśli 

powiesz   mi,   jaką   niespodziankę   mam   ci   przygotować,   cała 
idea straci sens.

Osobiście   wyrzucę   wszystkie   przeintelektualizowane 

magazyny z poczekalni dentysty, postanowiła.

  -   Chris,   jestem   pewna,  że   nawet   gdybym   miała   już 

osiemdziesiąt pięć lat, nie doczekałabym się, aby któreś z was 
upiekło mi ciasto z własnej woli.

  - Ale dlaczego zawsze ja muszę wszystko robić'? - nie 

przestawał jęczeć Chris.

 - Dlatego, że to ciasto powinno być przynajmniej jadalne.
 - To nie fair! - Chris wykrzywił się, złapał swoją kanapkę 

i wybiegł z kuchni.

Joanna pokręciła głową i przygotowała kakao dla reszty 

dzieciaków, które powoli zaczynały się schodzić.

Maddie weszła do kuchni ostatnia. Ucałowała wszystkich i 

najwyraźniej zaraz zamierzała wyjść do pracy.

  -   Mamo,   musimy   porozmawiać   -   powiedziała   Joanna, 

kiedy zostały same.

  - Czy to nie może poczekać? Spieszę się, trochę dzisiaj 

zaspałam.

Joanna z desperacją pokręciła głową.
 - Zaspałaś? Przecież wczoraj położyłaś się o siódmej. Nie, 

mamo, musimy porozmawiać. Usiądź, to nie potrwa długo.

Uważnie spojrzała na Maddy i wzięła głęboki oddech.
 - Mamo, wychowałaś siedmioro dzieci, przeżyłaś konkurs 

na   plucie   szpinakiem   i   dżdżownice   zwisające   z   żyrandola. 
Wyciągnęłaś rękę Willa z maszynki do mięsa i byłaś przy nim, 
kiedy ją zszywali. Przy tym wszystkim ich wczorajsze zabawy 

background image

to   niewinna   igraszka.   Dlaczego   nagle   stałaś   się   tak 
przewrażliwiona?

 - Jo, mówiłam ci, to pewnie grypa...
 - Znalazłam test - powiedziała odważnie.
Myślała,   że   to   niemożliwe,   ale   matka   zbladła   jeszcze 

bardziej,

 - Test? - powtórzyła głucho.
 - Sprzątałam w naszym pokoju i wyrzucałam śmieci. W 

koszu leżał test ciążowy z pozytywnym wynikiem - mówiła, 
nie spuszczając z matki wzroku.

Maddie usiadła na krawędzi krzesła i wpatrywała się w 

blat   stołu.   Zgarniała   palcem   okruchy   po   tostach,   wyraźnie 
unikając wzroku Joanny.

 - Wiem, stół jest brudny, później sprzątnę. Mamo, dziś są 

moje   urodziny,   mam   dwadzieścia   pięć   lat,   porozmawiaj   ze 
mną poważnie! Jesteś... jesteś w ciąży?

Maddie oparła się o ścianę, ręce zwisały jej bezradnie, a z 

oczu spływały łzy.

 - Jo... - szepnęła drżącym głosem - pierwszy raz w życiu 

nie wiem, co robić. Tak, to nie grypa... Jestem w ciąży.

Cisza,   jaka   zapadła   po   tych   słowach,   powoli   wypełniła 

kuchnię.   Joanna   stała   nieruchomo   i   pustym   wzrokiem 
wpatrywała   się   w   matkę.   Ta   wiadomość,   wypowiedziana 
ustami matki, nabierała zupełnie innego znaczenia niż sucha 
informacja odczytana na teście. Czuła się, jakby ktoś rzucił ją 
na   sam   środek   jeziora   Michigan   podczas   styczniowego 
sztormu. Niemal czuła, jak igiełki lodowatego zimna wbijają 
się jej w ciało. Miała wrażenie, że krew w jej żyłach przestała 
krążyć.

Maddie podniosła się w końcu i sięgnęła po aktówkę.
  - Muszę już iść, Jo - odezwała się cicho. - Nie mogę o 

tym   myśleć.   Kiedy   się   zastanawiam...   -   Nie   dokończyła.   - 
Lecę. I tak już jestem spóźniona.

background image

Oszołomiona   Joanna   stała   ciągle   na   środku   kuchni   i   z 

letargu obudził ją dopiero odgłos zamykanych drzwi. Podeszła 
do   stołu   i   oparła   się   o   blat.   Starała   się   zrozumieć   reakcję 
matki. Co robi człowiek, któremu świat wywrócił się do góry 
nogami?   Udaje,   że   nic   się   nie   zmieniło   i   próbuje   dalej 
normalnie   żyć.   Nagle   spojrzała   na   kupkę   okruchów,   które 
zgarnęła Maddie.

  - Gąbka! - zawołała ze sztucznym ożywieniem, - Gdzie 

jest gąbka?!

Rozejrzała  się nerwowo po kuchni  i  po chwili  znalazła 

gąbkę na jej zwykłym miejscu.

  - No tak, leży tam, gdzie zwykle, gdzie indziej miałaby 

być? - powiedziała do siebie.

W połowie drogi pomiędzy zlewem a stołem oświeciła ją 

nagle nowa myśl. Jej matka też nie jest wystarczająco święta, 
żeby zajść w ciążę bez udziału mężczyzny. Musiał być w to 
zaangażowany jakiś przedstawiciel tego podstępnego gatunku. 
Tylko kto?

Podeszła   do   stołu   i   zaczęła   energicznie   wycierać 

zabrudzony blat.

Matka nigdy nie wspominała, że wybiera się na randkę. Z 

pewnością   też   nigdy   nie   zaprosiła   nikogo   do   domu   i   nie 
przedstawiła dzieciom.

Maddie wyszła za mąż jako młoda dziewczyna i w wieku 

trzydziestu   sześciu   lat   miała   już   siedmioro   dzieci.   Jak 
opowiadała, Chuck Durbin był trzecim chłopakiem, z którym 
w ogóle umówiła się na randkę. Niewiele więc wiedziała o 
mężczyznach,   o   podstępnych   i   wyrafinowanych   metodach, 
jakie stosują, by uwieść kobietę.

Złapała się na tym, że od dłuższego czasu wyciera z pasją 

nie istniejącą plamę. Przeniosła swoją złość na inny fragment 
blatu   i   rozważała   dalej.   Może   to   ktoś   z   pracy?   Wysoko 
postawiony   przełożony,   który   w   ten   sposób   wykorzystuje 

background image

swoją   władzę?   Tyle   się   ostatnio   mówi   o   molestowaniu 
seksualnym   w   biurach...   Chyba   jednak   nie,   stwierdziła   po 
dłuższym namyśle. Mama potrafiłaby sobie poradzić w takiej 
sytuacji. Nie jest bezradną kobietką, która nie potrafi odmówić 
szefowi.

Wniosek był jeden: zrobiła to, bo miała ochotę i o żadnym 

molestowaniu nie może być mowy.

 - O, nie! - jęknęła z rozpaczą. - Najpierw chłopcy, teraz 

mama...   Co   tu   się   wyrabia?!   Czy   cały   świat   zwariował   na 
punkcie seksu?!

Oparła się ciężko o zlew i upuściła gąbkę. Zacisnęła oczy i 

bezwiednie potrząsnęła głową. Musiała z kimś porozmawiać. 
Chciała wszystko z siebie wyrzucić i wygadać się przed kimś. 
Nie   zastanawiała   się   zbyt   długo,   żeby   wiedzieć,   czyjej 
obecności potrzebowała. Była tylko jedna osoba, przed którą 
miała ochotę się wypłakać i której wsparcia pragnęła. Hunter.

Ta świadomość wstrząsnęła nią nie mniej niż ciąża matki. 

Dlaczego ten mężczyzna stał się dla niej tak ważny? Owszem, 
spodobał   jej   się  od  pierwszej   chwili.  Był przystojny,  pełen 
uroku i dziwiła się, że szpitale nie oferują mu dodatkowego 
zajęcia. Wystarczyłoby umieścić Huntera Pace'a na oddziale 
intensywnej terapii, a pacjentki momentalnie odzyskiwałyby 
pożądane   tętno.   Samo   jego   wspomnienie   powodowało,   że 
serce drżało jej niepokojąco, a krew w żyłach pulsowała.

Czyżby miała objawy tej samej choroby, na którą zapadła 

matka i bracia? Jak tak dalej pójdzie, za chwilę Aubrey zażąda 
pigułek antykoncepcyjnych.

Ale nie, to nie to. Hunter fascynował ją nie tylko dlatego, 

że   był   najseksowniejszym   mężczyzną,   jakiego   w   życiu 
spotkała. Był też ciepłym i mądrym człowiekiem. Wiedziała, 
że może mu zaufać. Odgrywał coraz istotniejszą rolę w jej 
życiu i to zaczynało ją niepokoić. Ich znajomość stawała się 

background image

coraz bardziej zażyła i łada chwila mogła przerodzić się w coś 
ważnego.

Ale  to  nie   był   dobry   moment   na   angażowanie   się   w 

poważny związek. Jeżeli jest to mężczyzna mojego życia, to 
dlaczego spotkałam go teraz? - pomyślała ze złością. Właśnie 
w   chwili,   gdy   miała   zacząć   samodzielne   życie,   rozwinąć 
skrzydła i cieszyć się wolnością, której nigdy wcześniej nie 
zaznała. Nie chciała teraz z nikim się wiązać. Jeszcze nie.

  -   Co   za   złośliwość   losu!   -   mruknęła   do   siebie.   Kiedy 

weszła do hali, Hunter już siedział na swoim

zwykłym   miejscu   pod   ścianą.   Mrugnął   do   niej 

porozumiewawczo   i   natychmiast   poczuła,   jak   serce   jej 
trzepoce i rumieniec wykwita na policzkach. To idiotyczne, 
skarciła   się   w   myślach,   dlaczego   sama   jego   obecność 
powoduje, że tracę oddech?

Aby zagłuszyć to, co działo się w jej duszy, przeliczyła 

grupę i kazała dzieciom ustawić się przy brzegu.

  -   Dziś   będziemy   ćwiczyć   skoki.   Wszyscy   gotowi? 

Tłumaczyła im, jak należy oddychać podczas skoku,

a potem pokazała, jaką przyjąć pozycję. Hunter wpatrywał 

się w nią jak urzeczony. Jej gibkie ciało prężyło się w coraz to 
innych pozycjach i rozpalało mu wyobraźnię.

 - Wujku... - Gdzieś z boku dobiegł go cichy głosik.
 - Tak, Aaron? - zapytał nieobecnym głosem. Po prostu nie 

mógł oderwać od niej wzroku.

 - Mikie musi siusiu.
 - Hm? - mruknął nieuważnie.
Joanna właśnie pokazywała dzieciom, jak dużo powietrza 

powinny nabrać w płuca, i ten fascynujący widok pochłaniał 
go w najwyższym stopniu.

  - Naprawdę musi. Nogi już mu się nie chcą uspokoić! 

Ostatnie zdanie zdołało przykuć jego uwagę.

background image

  - Co?! - Jedno spojrzenie na Mikiego, który nerwowo 

przestępował  z  nogi   na   nogę,   wystarczyło   za   odpowiedź.   - 
Chodźcie szybko do łazienki. Aaron, ty też, nie zostawię cię 
tutaj   samego.   Musiałbym   cię   znów   szukać   w   najgłębszym 
miejscu   w   basenie.   Mikie,   wytrzymaj   jeszcze   trochę,   zaraz 
będziemy w toalecie.

Kilka   minut   później   kryzys  został   zażegnany.  Hunter   z 

westchnieniem   ulgi   opadł   na   ławkę   i   poszukał   wzrokiem 
Joanny.   Aaron   i   Mikie   wyciągnęli   małe   samochodziki   i 
urządzili   sobie   tor   wyścigowy   na   jego   nodze.   Jak   łatwo 
przewidzieć, ciągle mieli kraksy, zwykle gdzieś w okolicach 
łydki.

 - Uspokójcie się, chłopcy! Robicie tyle wypadków, że za 

chwilę odbiorę wam prawa jazdy!

 - Wujku...?
 - Taa...?
 - Muszę do łazienki!
  -   Co?!   Aaron,   przecież   dopiero   stamtąd   wróciliśmy! 

Dlaczego wtedy nie powiedziałeś, że chce ci się siku?

 - Bo wtedy mi się nie chciało!
  -   Dlaczego   wtedy...   Eeeh!   -   mruknął   zrezygnowany. 

Głupie   pytanie,   pomyślał.   Dlaczego   słońce   i   księżyc  nie 
zachodzą   razem?   Aaron   wzruszył   ramionami,   jakby   chciał 
powiedzieć,   że   to   jedna   z   podstawowych,   oczywistych   dla 
wszystkich rodziców zasad: mali chłopcy nigdy nie chcą siku 
w tym samym czasie.

Hunter westchnął ciężko i wstał z ławki.
 - Więc chodźmy. A ty, Mikie, lepiej zastanów się, czy nie 

chcesz jeszcze raz skorzystać z toalety.

Kiedy   wrócili,   trening   właśnie   się   zakończył.   Joanna 

podeszła   do   małego   stolika,   by   rozdać   dzieciom   ciasto 
urodzinowe. Już po chwili buzie wszystkich były wymazane 
polewą   czekoladową,   jej   samej   zresztą   też,   bo   wysłuchała 

background image

kilkunastu   serdecznych   życzeń,   okraszonych   słodkimi 
buziakami.   Będzie   mi   ich   brakować,   kiedy   zmienię   pracę, 
pomyślała ze smutkiem.

Kątem oka zauważyła Huntera, który podchodził do niej 

ze swoimi bratankami uwieszonymi przy obu bokach.

 - Cześć! - odchrząknął i przeczesał włosy palcami.
 - Cześć! - uśmiechnęła się.
Stali tak chwilę, patrząc na siebie niepewnie.
 - Co słychać? - zapytał w końcu Hunter.
 - W porządku. Wszystko w porządku. A u ciebie?
 - U mnie? Dzięki... też. Będziesz jeszcze pływać? Proszę, 

błagał   w   duchu,   pływaj.   Przez   cały   dzień   nie  mógł   się 
doczekać, kiedy zobaczy ją znowu w kostiumie kąpielowym.

  -   Nie,   bo   zaraz   jadę   do   domu.   Kazałam   Charliemu   i 

Chrisowi   trochę   sprzątnąć   i   przygotować   moje   urodzinowe 
ciasto, co wcale ich nie zachwyciło. - Skrzywiła się zabawnie. 
- Muszę zobaczyć, czy nie trzeba ratować sytuacji.

 - Rozumiem.
Cóż, nie masz dzisiaj szczęścia, stary.
  -   Jesteś   w   tym   naprawdę   dobra   -   dodał   po   chwili, 

wskazując na basen.

  -   Dziękuję,   ale   to   nie   jest   takie   trudne.   Dzieciaki   są 

naprawdę świetne. Czasami mam ich serdecznie dość, ale są 
kochane.

 - O tak, doskonale to rozumiem. Moja czwórka też nieźle 

daje mi w kość, ale nie zamieniłbym ich na nic innego.

Zaczął jej opowiadać o kłopotach Karen i Robby'ego w 

nowej szkole, o ich niezrozumiałej niechęci do czytania lektur 
i   odrabiania   lekcji,   o   dziwnym   przywiązaniu   Aarona   do 
pewnego kubka, w którym co wieczór musiał dostawać mleko 
i o problemach Mikiego z zasypianiem.

Skończył dopiero, kiedy czwórka rodzeństwa Joanny oraz 

Karen i Robby wybiegli z szatni. Uświadomił sobie, że spędził 

background image

kilkanaście minut z bardzo atrakcyjną kobietą, rozmawiając o 
dzieciach! Co się z nim dzieje, chyba zwariował!

 - Gotowi? - spytała Joanna. Wszyscy energicznie skinęli 

głowami.   -   Wszystko   zabrane?   Ręczniki?   Szampony? 
Kostiumy?

  -   Tak!   -   jęknęła   Grace.   -   Przecież   mówimy,   że   tak. 

Jedźmy już, nie możemy się doczekać twojego ciasta!

  -   Nie   marudź,   Grace.   Kto   często   zapomina   -   ostatnie 

słowo wymówiła z przekąsem - o lekcji gry na pianinie i nie 
ćwiczył przez trzy dni? Sprawdźcie jeszcze raz, czy niczego 
nie brakuje.

Dzieciaki jęknęły, ale posłusznie otworzyły swoje torby. 

Znały Joannę i wiedziały, że ich siostra nie ruszy się stąd, 
dopóki nie będzie pewna, że wszystko gra.

Świetny pomysł, pomyślał Hunter, że też wcześniej na to 

nie wpadłem.

  -   Karen,   Robby,   wy   też   sprawdźcie,   czy   wszystko 

zabraliście z szatni.

 - Ojej, zapomniałem okularów - mruknął Robby.
 - Leć szybko, poczekamy na ciebie. Mały wrócił po kilku 

minutach.

  -   Możemy   już   chyba   jechać   -   powiedział   Hunter, 

spoglądając na Joannę. - Prowadź.

Ujął ją delikatnie pod rękę i poprowadził do samochodu. 

Ten   dotyk   spowodował,   że   serce   w   niej   zamarto.   Grace 
zachichotała i trąciła łokciem Stephena. Nie co dzień zdarzało 
jej się widzieć, jak starsza siostra, zarumieniona po cebulki 
włosów, paraduje pod rękę z obcym mężczyzną.

Joanna   usadziła   dzieci   w   minivanie   i   ruszyła   w   stronę 

domu.   Próbowała   uspokoić   oddech,   ale   na   ramieniu   ciągle 
czuła dotyk Huntera.

Spojrzała w lusterko, żeby sprawdzić, czy dzieci zapięły 

pasy   i   westchnęła   ciężko.   Co   ona   właściwie   robi?   Ma 

background image

dwadzieścia  pięć  lat, jest samotna  i  właśnie, jak niemal  co 
dzień, prowadzi samochód pełen maluchów. Uśmiechnęła się 
smutno i zatrzymała na podjeździe przed domem.

Hunter zaparkował zaraz za nią. Wyskoczył z kabrioletu i 

pomógł wysiąść dzieciom. Hm, może powinien pomyśleć o 
zmianie samochodu? Kabriolet to nie najlepsze rozwiązanie 
dla dzieciatego faceta. Musi się rozejrzeć za czymś bardziej 
pojemnym.   Spojrzał   z   żalem   na   swój   sportowy   samochód, 
niegdyś manifestacyjny symbol jego stosunku do życia. To już 
przeszłość, drugi raz tego dnia pomyślał melancholijnie.

Joanna   otworzyła   drzwi   i   wprowadziła   wszystkich   do 

środka.   Od   progu   czekała   ją   niespodzianka.   Cały   dom   był 
pięknie   wysprzątany   i   udekorowany   kolorowymi 
serpentynami.

  - Jak pięknie! To najlepszy prezent, jaki mogliście mi 

zrobić!

 - To fajnie - ucieszył się Charlie - bo i tak nie mieliśmy 

pieniędzy, żeby ci kupić jakiś prezent.

 - Ja mam coś dla ciebie, Jo - zapewniła Grace.
 - Ja też, ja też! - wołała Aubrey. - Narysowałam ci laurkę 

z motylkami i słonikiem.

 - Cieszę się, kochanie, na pewno mi się spodoba.
 - Poczekaj na moją. - Will nie chciał dać się prześcignąć 

młodszej siostrze. - Zrobiłem ją na komputerze.

 - Dziękuję. - Jo pochyliła się i pocałowała go. - Postawię 

je na kominku, żeby wszyscy mogli podziwiać.

 - Zobaczysz, jest super - dodał Will, starannie wycierając 

policzek.

Hunter i cala jego gromadka szybko wtopili się w ogólny 

rozgardiasz.   Pomogli   przynieść   soki   i   ciastka,   razem   ze 
wszystkimi   głośno   zaśpiewali   „Sto   lat".   Potem   Aubrey   i 
Stephen   powiedzieli   zabawny   wierszyk,   który   kończył   się 
żądaniem, żeby Jo zdradziła imię swojego chłopaka.

background image

  -   Ej,   wiecie   przecież,   że   nie   ma   nikogo   takiego   - 

zażenowana, próbowała się bronić.

  -   Akurat!   -   Dzieciaki   uśmiechały   się   i   spoglądały 

znacząco na Huntera.

 - Nie? - spytała Grace z figlarnym uśmiechem. - A kim on 

jest?

 - No właśnie, kim ja jestem? - Hunter przyciągnął Joannę 

do siebie, przechylił przez ramię niczym Rudolf Valentino i 
pocałował ku wielkiej uciesze zgromadzonych widzów.

Dzieci były wyraźnie zachwycone tym przedstawieniem. 

Chichotały i trącały się łokciami.

 - Wszystkiego najlepszego - wyszeptał, cały czas z głową 

przy jej policzku.

 - Pocałuj ją jeszcze raz, wujku, pocałuj!
Spojrzał na nią pytająco. Miał ogromną ochotę spełnić tę 

prośbę,   jednak   Joanna   wskazała   wzrokiem   na   Chrisa   i 
Charliego. Puścił ją i westchnął zrezygnowany. Przypomniał 
sobie,   co   jej   obiecał   i   jęknął   w   duchu.   Miał   rozmawiać   z 
nastolatkami o odpowiedzialnym seksie! To najlepszy dowód, 
że jest już bardzo stary.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY
Joanna podziwiała laurki i otwierała prezenty.
  -   Och,   Aubrey,   wspaniała!   Musiałaś   się   bardzo 

napracować!   Twoja   też,   Will.   Zaraz   postawię   obie   na 
kominku.

Tymczasem   Hunter   zastanawiał   się,   jak   dał   się   w   to 

wrobić.   Miał   rozmawiać   z   dwoma   młodymi   chłopcami   o 
seksie i wytłumaczyć im, że póki co, powinni zrezygnować z 
tej rozrywki. Chyba oszalał.

  -   Dziękuję,   mamo.   -   Z   zamyślenia   wyrwał   go   glos 

Joanny.   -   Wspaniałe   ręczniki,   przydadzą   mi   się   w   nowym 
mieszkaniu. Są śliczne, a niebieski to mój ulubiony kolor.

  -   Wiemy!   -  odezwała   się   chórem   reszta   jej   rodziny.  - 

Prawie wszystkie twoje rzeczy są niebieskie.

Dobrze   wiedzieć,   pomyślał   Hunter.   Pełen   wątpliwości 

spojrzał   na   Chrisa   i   Charliego.   Zastanawiał   się,   co   im 
powiedzieć,   żeby   nie   potraktowali   go   jak   kolejnego 
przynudzającego piernika. Ma ich straszyć konsekwencjami? 
Przecież   w   tym   wieku   jest   się   święcie   przekonanym,   że 
wszystko, co złe, przytrafia się komuś innemu.

Pomógł Joannie sprzątnąć ze stołu, starannie unikając jej 

wzroku.   Potem   zabrał   młodsze   dzieci   i   zaprowadził   je   na 
huśtawkę, którą zobaczył przed domem. Bujał je przez chwilę, 
cały  czas rozważając,  jak rozegrać   tę  scenę. Zdesperowany 
rozejrzał   się   wokół   i   zauważył   wiszący   na   ścianie   kosz. 
Podniósł   piłkę   leżącą   na   trawniku   i   zaczął   bezmyślnie 
kozłować.

Po kilku minutach ktoś do niego dołączył. Ze zdziwieniem 

stwierdził, że to Joanna. Całkiem nieźle sobie radziła, odebrała 
mu piłkę i z wprawą wrzuciła do kosza.

  - Nieźle, Jo! - pochwalił ją Charlie. - Dołóż mu, dasz 

sobie radę.

background image

 - Trzymaj się, Hunter! - dopingował go z drugiej strony 

Chris.

Najwyraźniej   chłopcy   ich   kosztem   postanowili   urządzić 

sobie niezłe widowisko.

 - Będę się starał, ale wasza siostra to ostry zawodnik.
  -   To   może   połączycie   siły?   Masz   ochotę   na   mały 

sparring? No jak?

 - Dwa na dwa?
 - Tak. Ja i Charlie przeciwko tobie i Jo.
 - Czemu nie?
Joanna uśmiechnęła się zadowolona.
 - Wykończymy was!
Przejęła   piłkę   od   Huntera   i   podbiegła   z   nią   do   kosza. 

Zanim   jednak   zdążyła   ją   wrzucić,   usłyszeli   głośny   płacz 
dobiegający z piaskownicy, gdzie przeniosły się dzieci.

 - Jo, pomóż mi - łkała Aubrey. - Piasek wpadł mi do oka!
  - Już idę, kochanie, zaraz coś z tym zrobimy! - Oddała 

piłkę Hunterowi i pobiegła do siostrzyczki.

  - Cóż, moi drodzy, będę musiał sam dać wam radę. To 

będzie przykre, przegrać z takim staruszkiem. - Okręcił piłkę 
na czubku palca i spojrzał na nich prowokująco.

 - Zobaczymy, czy pod koniec też będziesz się śmiał.
Damy ci fory, bo w tym wieku łatwo o zadyszkę. Ale nie 

martw się, mieliśmy zajęcia z pierwszej pomocy, więc gdy 
zasłabniesz, fachowo się tobą zajmiemy - kpił Chris.

  - Co za ulga! - Hunter roześmiał się, obrócił i płynnym 

ruchem wrzucił piłkę do kosza.

  -   Miałeś   go   pilnować!   -   Wyraźnie   zły   Chris   klepnął 

Charliego w plecy. - Skoncentruj się!

Przez   następne   dwadzieścia   minut   słychać   było   tylko 

miarowe uderzanie piłki o beton, pokrzykiwania chłopców i 
kolejne jęki zawodu. Hunter okazał się bezkonkurencyjny i 

background image

chłopcy   musieli   przyznać   się   do   porażki.   W   końcu,   ciężko 
dysząc, padli na trawnik.

 - Jestem wykończony - jęknął Chris.
 - Ja też - sapnął Charlie i spojrzał z wyrzutem na Huntera. 

-   Oszukiwałeś!   Dlaczego   się   nie   przyznałeś,   że   jesteś 
mistrzem?

 - Niedobrze jest odkryć od razu wszystkie karty - zaśmiał 

się   Hunter.   -   Byłem   prawoskrzydłowym   drużyny 
uniwersyteckiej w Michigan.

 - O kurde! - mruknął Chris z uznaniem. - Nieźle!
 - Dzięki, ale to dawne dzieje. - Hunter otarł pot z czoła i 

odłożył   piłkę   na   ziemię.   -   Słuchajcie,   muszę   z   wami 
porozmawiać.

 - O nie! - jęknęli obaj, krzywiąc się z niechęcią.
 - Obiecałem waszej siostrze!
  - To powiedz jej,  że już to załatwiliśmy. Nie oznajmisz 

nam   przecież   nic   nowego,   a   Jo   i   matka   tyle   razy   już   nas 
maglowały. - Chris był wyraźnie zdegustowany.

 - Widocznie za mało - mruknął Hunter. - Dajcie spokój, 

chłopcy, jesteśmy facetami, poradzimy sobie z tym.

 - No dobra, załatwmy to szybko. - Charlie podparł się na 

łokciach i spojrzał uważnie na Huntera. - Wiemy już wszystko 
o seksie. Jedyne, czego nie wiemy, to dlaczego dorośli nam 
tego zabraniają. Zazdroszczą nam, że mamy fajne dziewczyny, 
czy co? A może są tacy samolubni? O co w końcu chodzi? Nie 
możemy mieć trochę przyjemności? Dlaczego?

 - Może i wiecie wszystko o seksie, ale niewiele wiecie o 

miłości - powiedział Hunter, z niedowierzaniem kręcąc głową.

 - Eee, coś tam wiemy.
  -   Nie   sądzę.   -   Hunter   zupełnie   nie   miał   pojęcia,   jak 

prowadzić tę rozmowę. - Może się przejdziemy?

  - Możemy... - Chłopcy wstali niespiesznie i ruszyli za 

nim.

background image

Przez   jakiś   czas   szli   w   milczeniu.   Nie   potrafił   znaleźć 

odpowiednich słów, które dotarłyby do nich i przekonały ich 
na tyle, żeby Joanna nie musiała się martwić.

  - Ej, to jakiś wyścig? Zwolnij trochę, ledwo nadążamy. 

Co jest?

 - Przepraszam, zamyśliłem się.
 - Słuchaj, Hunter - zaczął w końcu Charlie - rozumiem, że 

Jo się martwi, ale sam jej powiem, że może mi zaufać, bo 
jestem   odpowiedzialny.   Obiecałem   sobie,   że   zawsze   będę 
używał prezerwatywy.

Hunter,   usłyszawszy   taką   deklarację   odpowiedzialności, 

wzruszył ramionami.

  -   Jak   chcesz,   stary.  Ale   pamiętaj,   że   różne   rzeczy   się 

zdarzają.   Jedna   wpadka   i   jesteś   załatwiony.   Zaszalejesz   z 
Molly,   a   potem   będziesz   do   końca   życia   przewracał 
hamburgery albo pakował zakupy w supermarkecie, a chyba 
nie   o  to   ci   chodzi?   -  Spojrzał   na   ich  pełne   powątpiewania 
twarze i kontynuował: - Moi rodzice też byli pewni, że będą 
mieć tylko jedno dziecko. I co? Wykołowałem ich, bo kiedy 
nikt się mnie nie spodziewał, pojawiłem się na świecie. No, 
ale to nie był dla nich taki problem, jak dla was. Byli dorośli, 
wykształceni   i   w   ogóle   nieźle   już   ustawieni.   Na   wszystko 
przyjdzie   czas.   Skończcie   najpierw   szkołę,   zacznijcie 
samodzielne życie, a potem możecie się bawić. Macie rację, 
seks   jest   fajny,   ale   czasami   trzeba   słono   płacić   za   tę 
przyjemność. Macie pewność, że jesteście na to gotowi?

  - Jasne - zaśmiał się Charlie. - Ja mogę płacić, nawet 

podwójnie. - Mrugnął do Chrisa.

 - Uhm - mruknął Hunter powątpiewająco. - Tylko tak ci 

się wydaje.

  -   Słowo,   wiem,   co   robię!   -   Charlie   był   wyraźnie 

zniecierpliwiony. Nie dowiedział się niczego nowego i tylko 

background image

stracił czas. - Możemy już wracać? Umówiłem się z Molly, 
śpieszy mi się.

 - Nie, jeszcze nie.
Usłyszał ciężkie westchnienie i uśmiechnął się w duchu. 

Jemu też ta rozmowa nie sprawiała przyjemności, ale chciał 
pomóc Joannie i zamierzał sumiennie wypełnić swoje zadanie.

 - Porozmawiamy o różnicy pomiędzy uprawianiem seksu 

a miłością.

 - A co to za różnica?
 - A jednak! Kobiety - zaczął ostrożnie - myślą inaczej niż 

mężczyźni.

 - Kogo obchodzi, co one myślą? - Charlie nonszalancko 

wzruszył ramionami. - Ważne, jak wyglądają!

 - Właśnie - podchwycił Chris. - Poza tym, one wcale nie 

myślą. Spójrz na Aubrey, ona chyba w ogóle nie ma mózgu!

 - Mężczyźni - ciągnął Hunter niezrażony - są raczej mało 

skomplikowani, prosto myślą, prosto działają. Z kobietami jest 
zupełnie   inaczej.  Podchodzą   do  życia  bardzo  emocjonalnie, 
przez co wszystko u nich jest tak zagmatwane. My myślimy, 
że po prostu uprawiamy seks, a kobiety są pewne, że to już 
miłość. Nie musimy nawet nic mówić, bo one i tak wiedzą 
lepiej,   co   czujemy.   Wydaje   im   się,   że   czytają   między 
wierszami.

 - Molly wcale tak nie...
 - Jestem pewien, że tak.
  -   Nie,   na   pewno   nie!   Nigdy   jej   nie   mówiłem,   że   ją 

kocham!

 - Nie musiałeś. Ona myśli, że chcesz jej to powiedzieć za 

każdym razem, kiedy jej dotykasz.

 - Co?
  -   Mówię   poważnie.   Kobiety   są   dziwne.   Molly   też   na 

pewno zakłada, że ją kochasz, a wnioski wyciąga z tego, jak 

background image

się zachowujesz. Im dalej się posuniesz, tym bardziej będzie 
tego pewna. Uwierz mi.

Chris patrzył na nich z taką miną, jakby trudno mu było 

przyjąć to, co usłyszał.

 - Nie wierzę! - Charlie kręcił głową zdesperowany.
 - Ale to prawda. Jesteś pewien, że kochasz ją na tyle, żeby 

się z nią ożenić, mieć dzieci i spędzić z nią resztę życia?

 - Co ty! Jest niezła i wszyscy na nią lecą, ale spało z nią 

pewnie pół szkoły!

 - Ty też?
Charlie wyraźnie się zaczerwienił.
 - Ja... no wiesz... ja jeszcze... - jąkał się.
  - Dobrze, moi drodzy. - Hunter litościwie skrócił jego 

męki.   -   W   zasadzie   to   wszystko,   co   chciałem   wam 
powiedzieć. Wracajmy już, muszę zabrać moje pociechy do 
domu.   Ale   zapamiętajcie   jedno:   kaszki,   pieluchy   i 
nieprzespane noce to jedyne atrakcje, jakie was czekają, jeśli 
nadal będziecie się tak bawić.

Spojrzeli   na   niego   z   ukosa,   ale   miny   mieli   raczej 

niewyraźne.

Weszli   do   domu   i   zobaczyli,  że   Joanna   wszystko   już 

posprzątała i teraz coś czytała.

 - Jak się bawiliście? - zapytała z uśmiechem.
 - Świetnie. Wielkie dzięki, Jo - mruknął Chris gniewnie i 

łypnął na nią groźnie.

  - Właśnie, nieźle nas załatwiłaś - dołączył się Charlie. 

Joanna spojrzała na nich z miną niewiniątka.

  -   Jak   wam   poszło?   -   zagadnęła   Huntera,   gdy   chłopcy 

wyszli.

  - Misja zakończona pełnym sukcesem - pochwalił się. - 

Powinnaś być mi wdzięczna. Nawiasem mówiąc, co zrobiłaś z 
dziećmi? Jest tak spokojnie... Zakneblowałaś je i zamknęłaś w 
piwnicy?

background image

Uśmiechnęła   się,   bo   wiele   razy   miała   ochotę   na   ten 

radykalny środek wychowawczy.

  - Siedzą w salonie i układają puzzle. Nie wiem, czy to 

zauważyłeś, ale Mikie chyba nie rozróżnia kolorów.

 - Wiem, miesza wszystkie, czasami to nawet zabawne. Co 

robisz? - zapytał, widząc grubą książkę na stole.

 - Przygotowuję się do egzaminu. Psychologia.
  -   Taak.   -   Z   mądrą   miną   pokiwał   głową.   -   Na   pewno 

przyda   ci   się,   kiedy   znowu   będziesz   miała   zajęcia   z 
dzieciakami na pływalni.

Przysunął   sobie   krzesło   i   usiadł   blisko   niej.   Poczuł 

delikatny   zapach   jej   perfum   i   nagle   zapragnął   wziąć   ją   do 
najbliższej sypialni i kochać się do utraty tchu. Do diabła z 
rozsądkiem i odpowiedzialnością! Nie wiedział, skąd brało się 
w nim to przekonanie, ale był pewien, że kiedyś będzie się 
kochał z Joanną  i  dozna  niesamowitych przeżyć. Będzie  ją 
pieścił i kochał tak, jak jeszcze nigdy żadna kobieta nie była 
kochana.   Chciał   jej   ofiarować   wyjątkowe   uniesienia, 
zasługiwała   na   to.   A   on   nie   był   już   narwanym 
siedemnastolatkiem, który myśli tylko o sobie.

  -   Chcesz   być   pracownikiem   socjalnym?   -   zapytał,   by 

przerwać ciszę, która zaległa między nimi.

 - Taki miałam plan.
  -   Masz   najpiękniejsze   oczy,   jakie   kiedykolwiek 

widziałem   -   powiedział   nieoczekiwanie   nawet   dla   samego 
siebie.

 - Proszę? - Otworzyła je szeroko i wpatrywała się w niego 

zdumiona.

 - Yyy, nic - stropił się. - Więc chcesz być pracownikiem 

socjalnym   -   powtórzył   głupawo.   -   Ale   masz   najpiękniejsze 
oczy, jakie widziałem! - zakończył odważnie.

Zamrugała z niedowierzaniem. Jej oczy były brązowe, ot, 

takie zupełnie zwyczajne, brązowe oczy.

background image

 - Dziękuję, kiedyś chciałam, żeby były niebieskie.
 - Nie, niebieskie by do ciebie nie pasowały, są za zimne. 

Te są idealne, mają takie ciepłe, złociste promyczki.

Zmieszana, nie wiedziała, co powiedzieć.
  - Masz jeszcze ochotę na kawałek ciasta? - zapytała w 

końcu.

 - Mam ochotę na ciebie.
Spojrzała   na   niego   zakłopotana.   Nie   był   to   najbardziej 

poetycki   komplement,   jaki   słyszała,   ale   widziała   żar   w 
spojrzeniu   Huntera   i   była   pewna,   że   mówił   szczerze. 
Uśmiechnęła się łagodnie i westchnęła cicho.

 - Wiem, wiem - mruknął Hunter. - To zły czas i miejsce 

na takie rozmowy. Zaraz się zlecą dzieciaki i koniec naszego 
spokoju. Ale zanim wyjdę, muszę spróbować, jak smakujesz. 
Jeden mały całus, tylko żeby poczuć smak, dobrze? - zapytał, 
ale   nie   wyglądało   na   to,   żeby   był   zainteresowany 
odpowiedzią.

Podszedł   blisko,   niemal   przypierając   Jo   do   stołu. 

Wpatrywała się w niego jak zahipnotyzowana. Powiedział, że 
niebieskie oczy są zimne? Chyba nigdy nie patrzył w lustro. 
Jego oczy nie były zimne, tylko płonęły niezwykłym blaskiem 
i rozpalały jej serce do czerwoności. Powietrze wyleciało jej z 
płuc   i   miała   wrażenie,   że   jej   ciało   rozpada   się   na   małe 
kawałeczki.

Oparł się obiema rękami o blat stołu, zamykając ją między 

swoimi   ramionami.   Pochylał   głowę   coraz   niżej   i   dotknął 
ustami jej lekko rozchylonych warg.

  - To chyba nie jest dobry pomysł - wyszeptała drżącym 

głosem.

  - Wręcz przeciwnie, to najlepszy pomysł, jaki miałem - 

odpowiedział i musnął jej usta.

Ten pocałunek miał być tylko subtelną zapowiedzią tego, 

co   może   się   zdarzyć   między   nimi,   ale   kiedy   jej   dotknął, 

background image

obudził się w nim płomień, którego nie potrafił ugasić. Czuł, 
że z nią dzieje się to samo. Ogarnięty szaloną namiętnością, 
błądził rękami po jej ciele i wpijał się w nią ustami. Joanna 
pomrukiwała   cicho   i   oddawała   pocałunki   z   takim   samym 
zaangażowaniem.   Wsunęła   ręce   w   jego   włosy   i   zaczęła   je 
lekko gładzić. Namiętne  pomruki, jakie z siebie  wydawała, 
burzyły resztki samokontroli Huntera.

 - Jesteś taka piękna - wyszeptał, kiedy w końcu udało mu 

się od niej oderwać.

  - Naprawdę tak myślisz? - zapytała z niespodziewanym 

smutkiem.   -   Charlie   powiedział   mi   kiedyś,   że   nie   jestem 
atrakcyjna.

 - Och, Charlie... - Hunter mruknął lekceważąco. - Charlie 

jest twoim bratem i genetycznie został tak zaprogramowany, 
żeby nie widzieć twojej urody. Ale uwierz mi, jesteś piękna i 
ledwo się mogę powstrzymać, żeby utrzymać ręce z dala od 
ciebie.

Spojrzała na niego ze smutnym uśmiechem i przechyliła 

głowę.

 - Jesteś chyba jedynym mężczyzną, który tak myśli.
  -   Widocznie   wszyscy   inni   są   ślepi.   I   dobrze,   inaczej 

musiałbym pozbyć się ich wszystkich.

Zerknęła na niego pytająco.
 - Naprawdę byś tak zrobił?
 - Tak - zadeklarował stanowczo. - Joanno, jestem pewien, 

że każdy mężczyzna, który cię widzi, dostrzega twój wdzięk i 
urodę, ale na pierwszy rzut oka widać też, że nie jesteś kobietą 
na jedną noc ani na przelotny romans. Nie rozsyłasz zalotnych 
uśmieszków i dlatego faceci podchodzą do ciebie ostrożnie, bo 
nie wiedzą, jak zareagujesz na próbę flirtu.

 - Och, Hunter - westchnęła cicho. - Ostatnio w ogóle nie 

jest mi do śmiechu.

background image

  - Więc może to cię pocieszy? - Uśmiechnął się ciepło i 

pocałował ją delikatnie w usta.

  - Uhm... - mruknęła z zadowoleniem, kiedy skończył. - 

Jesteś w tym naprawdę dobry, wiesz?

  - Cóż, w niektórych dziedzinach wiek jest dodatkowym 

atutem.   Takie   dzieciaki   jak   Charlie   traktują   to   jak   wyścig. 
Najważniejsze, żeby jak najszybciej osiągnąć metę. Z nami 
będzie   zupełnie   inaczej,   Jo.   Będziemy   się   poznawać   i 
smakować   powoli,   kawałek   po   kawałeczku   -   dokończył 
drżącym z podniecenia głosem.

Wpatrywał się w nią pałającymi oczami i powoli pochylił 

głowę.   Nie   mógł   się   oprzeć.   Chciał   całować   ją   jeszcze   i 
jeszcze. W jej oczach widział ten sam ogień i to dodawało mu 
odwagi. Przyciągnął Jo do siebie i otoczył ciasno ramionami. 
Jego dłonie błądziły po jej ciele, wsunęły się pod bluzkę i 
pieściły   cudowne   wypukłości   piersi.   Słyszał   jej   urywany 
oddech i czuł język przesuwający się gdzieś po jego szyi.

  -   Ej,   ej!   -   usłyszeli   nagle   głos   Charliego.   -   Hunter, 

przyjacielu, chyba muszę cię zaprosić na męską rozmowę.

Niechętnie   oderwał   się   od   jej   fascynującego   ciała.   Stał 

przez   chwilę   tyłem   do   Charliego,   dając   Joannie   czas   na 
opanowanie oddechu.

 - Charlie, co ty... - wykrztusiła, kiedy wreszcie doszła do 

siebie.

  - Nic się nie dzieje, Jo. - Charlie podniósł uspokajająco 

rękę. - Ja wszystko rozumiem, bo Hunter nam już to wyjaśnił. 
On jest facetem i myśli prosto, chciał się z tobą całować, więc 
zrobił to. Ale nie wiem, czy zauważyłeś, stary - zwrócił się 
kpiąco do Huntera - że ona jest kobietą i kieruje się emocjami, 
dlatego pewnie już zdążyła wymyślić, jak będzie wyglądała jej 
suknia ślubna. Więc jeśli to dla ciebie nic nie znaczyło, lepiej 
wycofaj się od razu.

background image

  -   O,   widzę,   że   kiedy   w   grę   wchodzi   twoja   siostra, 

postrzegasz sprawy w nieco innym świetle.

  - To rzeczywiście nic dla ciebie nie znaczyło? - spytała 

Joanna, zanim Charlie zdążył się odezwać.

 - Twój brat próbuje przyprzeć mnie do muru, Jo, ale mu 

się   to   nie   uda.   Nie   zabawiałem   się   z   tobą   jak   napalony 
nastolatek,   to   nie   w   moim   stylu.   Kiedy   robię   coś   takiego, 
możesz być pewna, że to coś dla mnie znaczy. Mówiłem ci, 
Charlie, seks bez uczucia to tylko technika, więc szybko się 
znudzi.   Dlatego   nie   zamierzam   się   z   niczego   wycofywać, 
wręcz   przeciwnie,   mam   zamiar   zaangażować   się   jeszcze 
bardziej.   Uruchom   żeńską   część   swojego   mózgu,   stary,   i 
zgadnij, co mam na myśli.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY
Hunter wyszedł z kuchni, zostawiając Joannę i Charliego z 

rozdziawionymi ustami. Zabrał swoją czwórkę i pojechał do 
domu,   wiedząc,   że   jutro   i   taktu   wróci.   Jego   życie   tak   się 
poplątało, że tylko jakiś hollywoodzki scenarzysta potrafiłby 
to wszystko zrozumieć.

 - Może zaangażują Toma Hanksa do mojej roli - mruczał 

sobie, położywszy całą załogę do łóżek i zmierzając do swojej 
sypialni. - To śmieszne. Jeszcze tego brakuje, żebym umówił 
się z nią na ostatnim piętrze Empire State Building - parsknął 
z ironią.

Spojrzał w lustro. Nie spodziewał się, że tak można się 

zestarzeć   w  kilka   miesięcy.  Pogroził   pięścią   w  powietrzu  i 
powiedział:

 - Robercie, dorwę cię za to, zobaczysz!
Leżąc w łóżku, rozmyślał o tym, ile zmieniło się w jego 

życiu. Kiedyś podobał mu się swobodny, kawalerski żywot, 
lecz teraz uświadomił sobie, że potrzebuje mamy dla swoich 
maluchów i gotów był poświęcić się na ołtarzu małżeństwa. 
Czuł   jednak   lekki   niesmak.   Najpierw   posłużył   się   dziećmi, 
żeby   zwrócić   uwagę   Joanny,   a   teraz   pragnął,   żeby   ona 
interesowała się przede wszystkim jego osobą. Nikim więcej.

Przewrócił się na drugi bok, bezlitośnie miażdżąc Bogu 

ducha winną poduszkę.

 - Rzuć koło tonącemu, a będzie jeszcze narzekał, że jest 

zniszczone i stare.

Tyle że jeszcze nikt mu żadnego koła nie rzucał, a już na 

pewno nie Joanna, więc jak śmiał narzekać? Najpierw musiał 
ją zdobyć, a dopiero potem mógł sobie pozwolić na luksus 
wybrzydzania.

 - No cóż, zobaczymy - powiedział, próbując zasnąć. Jutro 

Joanna będzie miała podwójną niespodziankę.

background image

Najpierw dzieci, a potem ja. Zapłacę Grace, żeby została z 

maluchami, i zabiorę śliczną Jo na kolację do jakiegoś miłego 
lokalu.

Nie zasnął do północy, bowiem nie potrafił poradzić sobie 

z dylematem, który lokal wybrać.

Słońce   wstało   wcześnie,   o   wiele   za   wcześnie   jak   dla 

Huntera. Tuż po słońcu wstali Aaron i Mikie.

Zaraz   też   wpadli   do   jego   sypialni.   Aaron   wskoczył   na 

koniec   łóżka,   a   Mikie,   który   zawsze   chciał   być   lepszy   od 
brata, prosto na plecy Huntera.

  -   Wujku!   -   wrzasnął   mu   prosto   do   ucha.   -   Wstawaj! 

Hunter   jęknął   i   pomodlił   się   o   szybką   śmierć.   Jak   tylko 
spotkają się z Robertem w niebie, nie zapomni mu przekazać, 
jakie postępy w tak szybkim czasie poczynił Mikie.

 - O co chodzi? - wyszeptał.
Był zbyt zmęczony i niewyspany, żeby wykrzesać z siebie 

więcej   energii.   Nie   miał   nawet   tyle   siły,   by   zaprotestować 
wobec takiej napaści.

 - Trzeba wstawać, wujku! - popędzał Aaron.
 - Dom się pali? - zapytał Hunter.
  - Chyba nie - pohukiwał Aaron. - Mam iść sprawdzić? 

Naprawdę?

 - Nie. Chcę, żebyście wrócili do łóżek.
  -   Ale   Aaron   i   ja   jesteśmy   głodni   -   wyjaśnił   Mikie.   - 

Chcemy zjeść śniadanie.

Hunter usiadł na brzegu łóżka.
  -   W   porządku.   Na   co   macie   ochotę?   Tylko   bez 

wymyślania! - ostrzegł. - Nie będzie żadnych crupes suzette!

 - A co to jest crtipes.... czy jak mu tam?
  - To jest coś, czego nie ma w menu. Co powiecie na 

bananowe płatki kukurydziane z mlekiem? Czyż to nie brzmi 
smacznie?

 - Ja chcę naleśniki - powiedział Mikie.

background image

 - Tosty francuskie - powiedział Aaron.
Hunter jęknął i wstał. Przeciągnął ręką po zmierzwionych 

włosach i skrzywił się.

 - A może zdecydowalibyście się na coś razem? Dajcie mi 

znać, jak coś wymyślicie. Idę wziąć prysznic.

 - Naleśniki!
 - Tosty!
Zamknął drzwi od sypialni i odkręcił wodę. Radził sobie z 

twardszymi klientami niż ta czwórka.

Karen i Robby obudzili się i zeszli na dół, zanim jeszcze 

Aaron i Mikie osiągnęli porozumienie. Dwa dodatkowe glosy 
przyłączyły się do sprzeczki.

Sypiąc   do   miski   płatki,   Hunter   nie   mógł   oprzeć   się 

wrażeniu,   że   nie   mają   one   żadnego   smaku,   ale   za   to 
zapewniały dzienną porcję witamin.

Gdyby Joanna tu była, wiedziałaby, co zrobić. Do diabła, 

gdyby   Joanna   tu   była,   pewnie   nie   zauważyłby   nawet,   że 
dzieciaki   się   kłócą.   Byłby   zbyt   zajęty   patrzeniem   na   nią   i 
fantazjowaniem o jej nagim ciele. Widziałby swoje dłonie na 
tych   wszystkich   przepięknie   ukształtowanych   krągłościach, 
swoje usta na...

Cholera, był za stary na to wszystko.
Wziął swoją miskę i wypłukał z niej resztki płatków.
 - Cisza. Oto co zamierzamy zrobić - oświadczył.
 - Wujku...
 - Powiedziałem: cisza. Nie może tak być każdego ranka. 

Nikt nigdy nie dostanie wtedy swojego śniadania. Wszyscy 
będziecie   głodować,   a   ja   zostanę   aresztowany   za 
zaniedbywanie   dzieci.   Od   teraz   będziemy   robić   śniadania 
według   życzeń,   ale   po   kolei.   Od   najmłodszego   do 
najstarszego, Mikie, co robimy na śniadanie?

 - Naleśniki - potwierdził Mikie. - Naleśniki z bananami.

background image

Dzieciak wprawdzie był najbardziej mizerny i niepozorny 

z   całej   czwórki,   ale   Hunter   podziwiał   jego   upór   i 
nieustępliwość.   Mikie   nigdy   nie   dawał   sobie   dmuchać   w 
kaszę.

 - Dobrze, w takim razie naleśniki.
 - Ale ja chcę tosty - jęczał Aaron.
  - Jutro będzie twoja kolej. Dzisiaj mamy naleśniki, ale 

możemy   też   zjeść   płatki   z   mlekiem.   Mają   dużo   witamin   i 
błonnika. Koniec dyskusji.

Poszedł do spiżarni i zaczął przygotowywać ciasto. Aaron 

próbował jeszcze kilka razy zmienić decyzję, ale Hunter go 
zignorował, spokojnie miksując jaja.

Podniesiony   na   duchu   sukcesem   przy  śniadaniu, 

eksperymentował dalej. Każde z dzieci otrzymało zadanie do 
wykonania, jako że puszczenie ich samopas groziło kompletną 
dewastacją domu. Hunter był z siebie dumny. Newton, Pasteur 
i Einstein nie mogli się z nim równać.

 - Mikie, miałeś posprzątać wszystkie zabawki, wsadzić je 

do   pudełka   i   schować   do   szuflady.   Inaczej   mogę   na   nie 
nadepnąć,   poślizgnąć   się   i   złamać   nogę,   a   wtedy   wyrzucą 
mnie z pracy, nie będę mógł spłacić domu i będziemy musieli 
mieszkać w jaskini.

Mikie   spojrzał   na   niego   z   błyskiem   zainteresowania   w 

oczach. Hunter uświadomił sobie, że dla dzieciaka nie była to 
żadna groźba, lecz coś wręcz przeciwnego.

  - Aaron, pomożesz mi sortować pranie. Powiesz, co do 

kogo należy. Inaczej w twoim koszyku znajdą się moje slipki. 
Jeśli tak się stanie, spadną z ciebie, bo są na ciebie za duże. A 
gdy   wydarzy   się   to   w   żłobku,   wszystkie   dziewczynki 
powiedzą   „UUUAAA!!!".   -   Hunter   mrugnął 
porozumiewawczo.

No, no, ale ze mnie geniusz.

background image

 - Robby, jesteś wystarczająco duży, żeby wyjąć naczynia 

ze zmywarki i poukładać je na półce.

 - W porządku, wujku. Ja już to kiedyś robiłem. Czasami 

musiałem stać na krześle, ale będę ostrożny.

  -   Widzisz!   Wiedziałem,   że   to   potrafisz,   -   Popatrzył   z 

uznaniem na bratanka. - Zauważyłem, że masz duże bicepsy i 
pomyślałem,   dlaczego   nie,   ten   chłopak   potrafi   opróżnić 
zmywarkę.   Karen!   -   zawołał,   niesiony   falą   sukcesów 
wychowawczych. - Idę po szczotkę i kubeł wody z płynem do 
mycia.   Będziesz   mogła   wyszorować   podłogę.   Czy   to   nie 
będzie wspaniała rozrywka? No i trenerka Joanna nie będzie 
narażona na niebezpieczeństwo, gdy do nas przyjdzie. Jej but 
nie przyklei się do podłogi, nie przewróci się, nie złamie nogi, 
nie   pójdzie   do   szpitala   i   nadal   będzie   mogła   uczyć   was 
pływać.

 - Fajnie byłoby odwiedzać ją w szpitalu - rozmarzyła się 

Karen.   -   Zrobiłabym   dla   niej   laurkę,   a   ty   mógłbyś   kupić 
kwiaty...

  -   Myślę,   że   jednak   powinnaś   umyć   podłogę.   Jeśli   ty 

poślizgniesz   się   i   złamiesz   nogę,   nie   będziesz   mogła 
odwiedzać jej w szpitalu. Zabieramy się do pracy.

Błędem było to, że wspomniał o Joannie. Każda myśl o 

niej powodowała, że tętno mu wzrastało.

Aaron właśnie  szedł  do pralni. Mimo  że  nie  garnął  się 

specjalnie   do   pomocy,   Hunter   przynajmniej   miał   go   przy 
sobie. Podał mu niedużą koszulkę, żeby włożył ją do koszyka 
Robby'ego.

 - Wujku, ale to nie jest Robby'ego - wyjaśnił Aaron. - To 

jest za małe na niego, na mnie zresztą też.

Ciekawe, jaką bieliznę nosi Joanna?
 - Naprawdę? Ale gapa ze mnie. W takim razie włóż to do 

koszyka Mikiego.

Praktyczna bawełna?

background image

 - To na pewno Mikiego. Luksusowy jedwab?
  - Aaron, bardzo się cieszę, że mi pomagasz. Bez ciebie 

bym się w tym wszystkim pogubił.

Nosi stringi?
Hunter trzymał w ręku parę dziewczęcych, wykończonych 

koronką majtek.

 - Jak myślisz, czyje to jest? A koronkową bieliznę?
  -   Karen   -   powiedział   Aaron,   smutno   kiwając   głową. 

Wziął majtki i wrzucił je do koszyka siostry.

 - Wujku, masz szczęście, że mieszkamy razem z tobą.
 - Wiem, Aaron. Zginąłbym bez ciebie.
Gdyby   nie   hultajska   czwórka,   Hunter   nie   musiałby 

niczego sortować, bo całe pranie należałoby do niego, a Aaron 
nie  mógłby  pomagać  mu  w rozdzielaniu rzeczy. Po dwóch 
miesiącach wspólnego życia Hunter wiedział, że gdyby ich nie 
było,   czułby   się   bardzo   samotny.   Ostatnia   sztuka   prania 
powędrowała wreszcie do odpowiedniego koszyka.

 - Zrobione - powiedział z ulgą Hunter. - Teraz weźmiemy 

się za następną partię. Tym razem pierzemy czarne rzeczy. 
Wybierz je i pamiętaj, że jeżeli twoje białe skarpetki trafią 
teraz do pralki, potem będą wyglądały jak łaciata krowa.

  -   Naprawdę?   -   W   głowie   Aarona   zapaliła   się   mała 

lampeczka. - Miałem kiedyś bardzo fajną parę, która po praniu 
stała się różowa.

  -   No   widzisz.   Pewnie   zaplątała   się   z   kolorowymi 

rzeczami, dlatego musimy bardzo uważać.

 - Będę wszystko dokładnie obserwował, wujku.
  -   Dobry   chłopiec   -   powiedział   Hunter   i   naprawdę   tak 

myślał.

Pracowali   przez   chwilę   w   milczeniu.   Myśli   Huntera 

pędziły ku Joannie. W pewnym momencie Aaron odezwał się 
nieśmiało:

 - Wujku...

background image

 - Tak?
 - Bardzo lubiłem te skarpetki.
  - Wybierzemy się kiedyś po zakupy, może uda nam się 

dostać równie fajną parę.

 - Wujku...
 - Tak?
  - Tęsknię za mamą. - Głos Aarona się załamał. Hunter 

poczuł, że wpada w panikę. Nigdy nie radził

sobie z czyimś płaczem. Tak naprawdę, nie radził sobie z 

żadnymi emocjami.

 - Ja również - odpowiedział.
To   była   szczera   prawda.   Brakowało   mu   bratowej,   jej 

ciepła, uprzejmości i pysznego ciasta z jabłkami. Tęskno mu 
było   również   za   bratem,   za   jego   poszturchiwaniem   i 
klepaniem po plecach. Jak mogli tak po prostu zginąć? Ale 
dzieci wreszcie zrozumiały, że ich rodzice nigdy nie wrócą. 
Hunter   pomagał   im,   jak   mógł,   przetrzymać   te   chwile,   ale 
często był zupełnie bezradny, tym bardziej że sam też musiał 
walczyć z tęsknotą.

Dlaczego oni odeszli? To nie było w porządku!
Był   jak   dziecko,   które   odkrywa,   że   życie   bywa 

niesprawiedliwe.  Czuł  się  taki   bezradny. Usiadł  na   krześle, 
które przyniósł dla Aarona, i wziął chłopca na kolana.

Kiedy   go   przytulił,   Aaron   gorzko   zaszlochał.   Hunter 

poczuł, jak miękną mu nogi. Jego serce już nie będzie takie 
samo. Aaron i jego rodzeństwo mieli tam swoje stałe miejsce.

Płacz na szczęście wkrótce ustał.
 - Już lepiej? - spytał Hunter.
Aaron przetarł oczy piąstkami i pociągnął nosem.
 - Po prostu bardzo bym chciał, żeby wrócili. Nie ma ich 

już tak długo.

Hunter zamrugał szybko oczami.
 - Gdyby mogli, na pewno by wrócili.

background image

 - Może jeśli będę bardzo grzeczny?
  - Niestety, Aaron. Nawet wtedy. Nie odeszli dlatego,  że 

byłeś niedobry. Czasami złe rzeczy dzieją się bez przyczyny. 
Twoi rodzice są teraz w niebie i nie możemy ich zobaczyć, ale 
oni   chcą,   żebyśmy   byli   tutaj   razem   i   żebyście   byli   duzi   i 
mądrzy.

 - No dobrze - powiedział cichutko Aaron. - Ale ty nigdzie 

nie odejdziesz?

 - Nie. Nigdzie nie odejdę, obiecuję.
Aaron pociągnął nosem i przytulił się mocniej.
Hunter, jadąc do Joanny, myślał o scenie z Aaronem w 

pralni. Rozmawiał potem jeszcze z Robbym i Karen. Oni też 
zastanawiali się, co takiego zrobili, że rodzice umarli. Tego 
ranka   wreszcie   się   przed   nim   otworzyli.   Mieli   ogromne 
poczucie   winy.   Hunter   wiedział,   że   jedna   rozmowa   nie 
wyleczy ich smutku, ale czuł, że wreszcie wychodzi na prostą. 
Robił wszystko, co mógł, żeby im pomóc.

Skręcając w uliczkę, przy której mieszkała Jo, czuł się jak 

zbłąkany   podróżnik,   który   po   długiej   wędrówce   odnalazł 
drogę do domu.

Spotkali się w drzwiach. Czyżby na niego czekała?
 - Cześć - powiedział, uśmiechając się głupawo. Do diabła, 

wyglądała   rewelacyjnie   nawet   w   obcisłych   dżinsach, 
sportowych sandałach i luźnym podkoszulku.

  -   Hej   -   odpowiedziała   Joanna   i   uśmiechnęła   się. 

Otworzyła szerzej drzwi. - Nie wiedziałam, o której dokładnie 
wpadniesz.

Hunter spojrzał na zegarek. Była za pięć dwunasta.
 - Mówiłaś o lunchu, prawda?
Joanna przytaknęła, wciąż się uśmiechając.
 - Cześć, chłopcy, co słychać? Jesteście głodni? Stephen i 

ja właśnie usmażyliśmy co nieco.

background image

  -   Umieram   z   głodu   -   powiedział   Robby.   -   Musiałem 

dzisiaj opróżnić zmywarkę.

  - Wielkie rzeczy - włączyła się Karen. - A ja musiałam 

umyć   podłogę,   żeby   Joanna   się   nie   poślizgnęła   i   nie 
wylądowała w szpitalu, więc jestem podwójnie głodna.

 - Czyżby? A ja...
Może nie powinien tak całkowicie pozbawiać ich poczucia 

winy? Chociaż na tyle, żeby pamiętali o dobrym zachowaniu. 
Hunter   pokiwał   znacząco   głową.   Tak,   teraz   zachowują   się 
normalnie,   jak   wszystkie   dzieciaki.   Może   aż   za   bardzo. 
Dzieci,   wciąż   się   sprzeczając,   poszły   do   kuchni,   natomiast 
Hunter i Joanna patrzyli na siebie.

  -   Wygląda   na   to,   że   miały   pracowity   poranek.   Czy 

podłoga wygląda teraz lepiej? Było dużo strat?

 - Nie, naprawdę się starali. Pochylił się i pocałował ją w 

usta.

  -   Cześć   jeszcze   raz   -   powiedział   miękko.   Joanna 

odwzajemniła się buziakiem.

 - Witaj.
 - Prześlicznie pachniesz. Zaczerwieniła się.
 - To pewnie proszek do szorowania.
 - W takim razie musisz mi powiedzieć, jak się nazywa - 

zamruczał Hunter, przytulając się do niej.

  -   Hej,   Jo,   mamy   limit   chipsowy,   czy   nie?   -   zawołał 

Stephen.

 - Limit chipsowy? - zapytał zdziwiony Hunter.
  -   Tak   -   powiedziała   Joanna.   -   Pięć   chipsów,   cztery 

marchewki, trzy plastry jabłka i dwie trójkątne kanapki. Policz 
to wszystko z Mikiem, dobrze? Mogą zjeść więcej chipsów, o 
ile najpierw wszystko zmiotą z talerza.

 - Czy to znaczy, że używamy talerzy?
 - Tak.
 - Może lepiej będzie na serwetkach.

background image

  - Nie martw się, później pozmywam. Jesteśmy ludźmi 

cywilizowanymi i nie jemy prosto ze stołu. - Westchnęła. - 
Lepiej tam pójdę. Chcesz się z nimi pożegnać?

Kiedy   tak   stała   i   uśmiechała   się   do   niego,   Hunter 

pomyślał,   że   wcale   nie   ma   ochoty   odjeżdżać.   Chce   z   nią 
zostać i kochać się przez cały dzień.

  - Myślę, że nieźle nastraszyłem je w samochodzie, ale 

jeszcze jeden raz nie zaszkodzi.

Poszedł za Joanną do kuchni.
  -   Przypomnij   Grace,   ze   miała   zobaczyć,   co   słychać   u 

mamy - powiedziała do Stephena.

 - A co za to dostanę?
 - Martw się lepiej o to, co dostaniesz, jak tego nie zrobisz.
Stephen wyszedł.
Hunter rzucił okiem na swoją gromadkę.
 - W porządku, dzieciaki. Jadę teraz do sklepu, żeby kupić 

śruby do półek, które robię dla Karen, muszę też załatwić inne 
sprawy. Jak wrócę, nie chcę słuchać żadnych skarg na was, 
zrozumiano?

  -   Zrozumiano.   Powiesiłbyś   nas   na   sznurku   razem   z 

praniem, gdybyśmy sprawili kłopot trenerce Jo - powiedział 
Robby i przewrócił oczami. Jak na tak małe dziecko, robił to 
całkiem nieźle.

 - W takim razie zachowujcie się przyzwoicie.
 - Ale wrócisz po nas, wujku?
 - Obiecuję, że niedługo wrócę, Aaron. Zdjął swój zegarek 

i podał chłopcu.

  - Spójrz tutaj. Kiedy ta mała wskazówka dojdzie tutaj i 

wskaże szóstkę, a ta duża dwunastkę, przyjadę.

  -   Skąd   będziesz   wiedział,   która   jest   godzina,   jak   nie 

będziesz miał zegarka?

  - Właśnie, poza tym ja go chciałem dostać - powiedział 

Robby.

background image

Hunter pokręcił głową i wyszedł.
Najpierw zatrzymał się przy sklepie z zabawkami i kupił 

cztery zegarki w kształcie śmiesznych figurek. Potem wstąpił 
do   sklepu   spożywczego.   Mieli   burzliwą   debatę   na   temat 
jutrzejszej   kolacji.   Zastanawiał   się,   na   co   miałaby   ochotę 
Joanna,   ale   uświadomił   sobie,   że   zachowuje   się   głupio. 
Przecież nie będzie jej na niedzielnej kolacji.

Dodatkową korzyścią z samotnych zakupów był dwa razy 

krótszy rachunek niż ostatnim razem, kiedy był tutaj razem z 
dzieciakami.

W barze szybkiej obsługi zjadł obiad. Zamówił ogromne 

frytki, hamburgera z bekonem i serem, oraz koktail mleczny. 
Potem zjadł jeszcze deser lodowy z orzechami i kremem. Był 
sam   i   nie   musiał   przed   nikim   świecić   przykładem.   Ale 
uświadomił sobie, że nie chciał być sam. Pragnął, żeby była tu 
Joanna i dzieliła z nim te spokojne chwile.

Po   wyjściu   z   baru   pojechał   do   domu   i   zajął   się   półką 

Karen. Po półgodzinie spojrzał na to, co zrobił i żałował, że 
nie   ma   z   nim   Joanny,  która   na   pewno   by   podziwiała   jego 
dzieło.

To śmieszne. Przez większość swojego życia był samotny, 

a teraz nie może znieść tych kilku godzin.

Zszedł na dół zobaczyć, jak się mają kwiaty, które dla niej 

kupił.   Joanna   nie   byłaby   zachwycona   pękiem   oklapłych, 
smutno wyglądających badyli.

 - No nie, trzeba to poprawić.
Wziął   nóż   i   delikatnie   podciął   końcówki   łodyżek,   żeby 

kwiaty mogły lepiej wchłaniać wodę. Gdzieś o tym czytał.

 - Ciekawe, czy mam aspirynę? - po chwili zapytał samego 

siebie. - Chyba to dodaje się do wody z kwiatami, żeby lepiej 
wyglądały?

Poszedł do łazienki i sprawdził wśród lekarstw. Znalazł 

pudełko,   wziął   jedną   tabletkę   i   wrzucił   do   wazonu. 

background image

Zmarnował całe dwadzieścia minut swojego wolnego czasu na 
leczenie bólu głowy kwiatkom.

 - Tracisz grunt pod nogami, bracie - powiedział do siebie.
Wreszcie   poszedł   do   garażu,   by   wyczyścić   i   odkurzyć 

samochód.

Uprzyjemniał   sobie   te   nudne   czynności   myśleniem   o 

nowym   aucie.   Joanna   lubi   niebieski   kolor,   ale   czy   lubi 
minivany?

  -   Przestań   wreszcie!   -   nakrzyczał   na   siebie,   gdy 

zrozumiał, co robi.

W końcu nadszedł czas, by ruszyć po dzieci. No i wreszcie 

spotkać Joannę. Ile czasu nie myślał o niej podczas ostatnich 
godzin? No, może uskładałoby się z pięć minut...

I   te   minuty   dowodzą,   że   nie   jest   tak   zupełnie   źle,   bo 

jednak potrafi skupić się na czymś innym. Popracuje jeszcze 
nad tym i wszystko będzie w porządku.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY
Zadzwonił   do   drzwi   domu   Joanny   dokładnie   o 

osiemnastej, kierując się zegarkiem w samochodzie.

  - Cześć! - powiedział, gdy otworzyła drzwi. Nie mógł 

powstrzymać  szerokiego uśmiechu  na   twarzy,  gdy  pochylał 
się lekko w powitalnym ukłonie. Pewnie wygląda jak idiota, 
szczerząc   się   głupio   i   stojąc   z   wiązką   ociekających   wodą 
kwiatów.

Joanna patrzyła na niego i czuła się coraz gorzej. Hunter 

prezentował się jak zwykle nienagannie, a on była zgrzana i 
miała potargane włosy. Cały dzień ganiała za dzieciakami, a 
„małe   króliczki"   wcale   nie   były   już   takimi   słodkimi 
bobaskami.   Wyrosły   im   pazurki   i   potrafiły   się   nimi 
posługiwać. Oczywiście na razie z nimi  wygrywała, ale po 
kilku   bitwach,   które   musiała   stoczyć,   była   mocno 
poturbowana.

Natomiast   on   wyglądał,   jakby   całe   popołudnie 

wypoczywał. Wymuskany, promieniejący urokiem osobistym. 
A co z listą spraw, które miał załatwić? To z jego strony nie 
fair tak błyszczeć, podczas gdy ona czuła się jak wymięta, 
mokra ścierka.

Zebrała   włosy   i   przytrzymała   je   w   górze,   by   chłodne 

powietrze choć przez chwilę dało ulgę rozgrzanej skórze.

 - Wejdź. - Odsunęła się trochę, aby mógł ją minąć - Jak 

dzieciaki? W porządku?

  - Jasne. Kilka małych sprzeczek, czyli nic poważnego. 

Normalka.

Oczy   Huntera   zwęziły   się   podejrzliwie.   Bardzo   kochał 

swoich małych bratanków, ale był teraz dla nich ojcem, a nie 
wujkiem,   który   mógłby   ich   do   woli   rozpieszczać,   a   potem 
odesłać   do   domu,   by   rodzice   naprostowali,   co   wujcio 
wykrzywił.

background image

  -   Skoro   byli   tacy   grzeczni,   dlaczego   jesteś   taka 

zmordowana? - zapytał nietaktownie.

Zarumieniła   się   zażenowana.   Naprawdę   musi   wyglądać 

koszmarnie, skoro nawet Hunter zapomniał o swych dobrych 
manierach.

  -   Odezwała   się   alergia   Willa.   Mama,   Charlie   i   ja 

zarządziliśmy generalne porządki w pokoju, który dzielił ze 
Stephenem, a później rozprawiliśmy się z resztą domu. Mama 
nie   czuje   się   najlepiej,   więc   teraz   się   położyła.   A   jak   ty 
wytłumaczysz   się   z   tego,   że   mimo   licznych   spraw   do 
załatwienia,   wyglądasz   tak   świeżo?   Pewnie   dopiero   co 
wyszedłeś spod prysznica. - Spojrzała na niego, przechylając 
głowę.   Koszulka   z   trzema   poprzecznymi   paskami   na   piersi 
wydawała się być stworzona tylko po to, by uwydatnić jego 
szeroki tors. To naprawdę nie było w porządku.

Zdegustowane spojrzenie, jakim go obrzuciła, zasiało w 

nim niepewność. Czy właśnie usłyszał komplement, czy wręcz 
przeciwnie? Rzeczywiście, przygotował się starannie do tego 
spotkania. Ogolił się, wziął prysznic i długo się zastanawiał, 
co włożyć. Chciał zrobić na niej dobre wrażenie, i jeśli się 
udało, to było warto.

 - Pewnie spałeś całe popołudnie, zamiast pracować...
  - Wręcz przeciwnie - bronił się. - Naprawdę odwaliłem 

kawał   roboty,   ale   potem   doprowadziłem   się   do   porządku. 
Miałem nadzieję, że pozwolisz się zaprosić na kolację. Grace 
mogłaby   popilnować   tej   bandy.   Pewnie   zbiera   na   coś 
pieniądze.   Dzieci   zawsze   na   coś   oszczędzają,   a   ja   dobrze 
płacę. - Wyciągnął w jej kierunku wciąż ociekający kroplami 
wody bukiet. - A to dla ciebie.

Zupełnie ją zaskoczył i poczuła się jeszcze bardziej głupio. 

Gdyby to przewidziała i choć trochę się ogarnęła... Cholera, 
nie ma zielonego pojęcia o podrywaniu facetów.

 - Chcesz mnie zabrać na kolację?

background image

Spojrzał   na   nią   ze   zdziwieniem.   Dlaczego   jest   tak 

zakłopotana? Z pewnością była już na jakiejś randce.

  - Taki miałem pomysł. Zarezerwowałem stolik na wpół 

do ósmej, na wypadek gdybyś się zgodziła.

Joanna przygryzła dolną wargę. Wpół do ósmej? Odsunęła 

pasmo   włosów,   które   wysunęło   się   zza   ucha.   Miała   tylko 
godzinę...

 - Poczekaj w salonie. Muszę się przygotować. To chwilę 

potrwa.

Hunter roześmiał się, odwrócił ją za ramiona i delikatnie 

popchnął w kierunku schodów.

  -   Cieszę   się,   że   pomysł   ci   się   spodobał.   No,   idź   już, 

przygotuj się. Gdzie dzieciaki?

  - Bawią się w salonie. Idź do nich, a ja w tym czasie 

wskoczę pod prysznic.

Wbiegała po schodach, a on nie mógł ruszyć się z miejsca. 

Obserwował jej lekko kołyszące się biodra. Miała na sobie 
sprane dżinsy i koszulkę, praktyczny ubiór przy porządkach 
domowych, ale gdy stał tak na  dole, obserwując  jej  ciasno 
opięty zgrabny tyłeczek, pomyślał, że dawno nie oglądał nic 
tak fascynującego. Westchnął głęboko.

 - Weź się w garść! - powiedział do siebie. Joanna była już 

na piętrze, gdy spojrzała w dół.

 - Coś się stało?
 - Nie, nic - skłamał. - Już idę do dzieci. - I nadal stał w 

miejscu.

 - Na prawo, zaraz za holem.
 - Tak, wiem.
 - Więc? - spytała, nie pojmując, dlaczego się ociąga.
 - Och, nic. - Odchrząknął. - Naprawdę nic. Już idę. Tędy, 

prawda?

 - Uhm.
 - No to idę. - I już go nie było.

background image

  - Wujek Hunter! - zawołał Aaron na jego widok. - Już 

wróciłeś? Wiesz, która godzina?

Hunter   rzucił   okiem   na   pusty   przegub   lewej   ręki,   jak 

zrobił to już kilka razy tego popołudnia.

  -   Wpół   do   komina   -   mruknął,   przypominając   sobie 

dziecięcą ripostę.

  -   Mała   wskazówka   jest   na   szóstce,   ale   duża   nie   jest 

całkiem prosto - zakomunikował Aaron poważnie.

  -   Przyjechałem   punktualnie,   ale   musiałem   chwilkę 

porozmawiać z Joanną. - Poszukał wzrokiem Grace. Siedziała 
na kanapie i czytała książkę, nie zważając na harmider wokół. 
- Grace, chcesz zarobić trochę pieniędzy dziś wieczorem?

 - Ile? - zapytała rzeczowo.
 - Pięć dolców na godzinę.
 - A co miałabym robić?
 - Posiedzieć z dzieciakami, a ja w tym czasie zabrałbym 

twoją siostrę na kolację.

 - Zapłacisz mi? Naprawdę? Prawdziwą forsą?
 - Oczywiście, że prawdziwą forsą - potwierdził szybko. - 

Wątpisz w to?

 - Nie zapłacono mi jeszcze za to popołudnie - zauważyła 

Grace bystro. - Z rodziną zawsze najlepiej wychodzi się na 
zdjęciu.   Miałam   albo   pomóc   sprzątnąć   pokój   Willa,   albo 
pilnować   maluchów   tu   na   dole.   Za   żadne   skarby   nie 
tknęłabym niczego w pokoju Willa.

Hunter   odchrząknął   znacząco.   Przypomniał   sobie   swój 

własny   pokój   z   czasów,   gdy   był   w   wieku   Willa.   Zaiste, 
kontakt   z   czymś   takim   dla   schludnej   panienki   mógłby 
zakończyć się ciężkim szokiem.

  -   Rozumiem,   ale   obiecuję,   że   na   pewno   ci   zapłacę. 

Twardą gotówką. - Wyciągnął z portfela dwudziestodolarowy 
banknot i przez chwilę trzymał go w palcach, by Grace mogła 

background image

mu się przyjrzeć. Pochylił się nad nią i zatrzepotał zielonym 
papierkiem przed jej nosem.

 - To jak? Zgadzasz się?
  -   O!   Co   to?   -   zapytał   Chris,   wchodząc   do   pokoju.   - 

Dwadzieścia dolców? Za co?

Grace   chwyciła   dwudziestkę   i   szybko   wcisnęła   ją   do 

kieszeni.

  -   Jest   moja,   bo   dziś   wieczór   będę   pilnować   dzieci 

Huntera.

 - Dasz mi dwadzieścia pięć i wezmę to na siebie. Jestem 

starszy - zaproponował Chris.

  -   Nie   możesz!   -   Grace   zaprotestowała   gwałtownie.   - 

Hunter mnie poprosił, prawda?

 - Zgadza się. Chciałem, żeby zajął się nimi ktoś, kto się z 

nimi trochę pobawi i przeczyta jakąś zabawną historyjkę na 
dobranoc.   Nie   chcę,   żeby   siedziały   cały   wieczór   przed 
telewizorem,   podczas   gdy   ich   opiekun   będzie   wisiał   na 
słuchawce telefonu.

  -   Masz   spore   wymagania,   -   Chris   pokręcił   głową.   - 

Trzydzieści dolców.

  - Ale ja jestem całkowicie zadowolony z tego układu  - 

powiedział Hunter i uśmiechnął się do Grace.

Podskoczyła zadowolona i roześmiała się radośnie. Włosy 

rozsypały jej się na ramionach i Hunter pomyślał, że za kilka 
lat  będzie  ciemniejszą  wersją Joanny. Długie, chude nogi  i 
niezgrabne jeszcze kolana świadczyły, że wyrośnie na wysoką 
kobietę.

Kiedy Joanna zeszła na dół po czterdziestu minutach, w 

salonie rozgrywał się właśnie mecz zapaśniczy. Hunter leżał 
na podłodze, przykryty plątaniną małych ciał.

 - Co robicie? Zaraz go udusicie!
 - To on zaczął! - zabrzmiało równocześnie sześć cienkich 

głosików.

background image

Robby   spojrzał   w   górę,   siedząc   okrakiem   na   piersi 

Huntera,

  -   O  rany!  Wyglądasz   jakoś  inaczej.   -  Ze   zdziwieniem 

przyglądał się Joannie.

  - Kurczę, Jo, nie wiedziałem, że masz jakąś spódnicę  - 

dodał Will.

 - Oczywiście, że ma spódnice! Całe mnóstwo! - Aubrey 

wyraźnie poczuwała się do babskiej solidarności.

 - Spójrz, ma cienkie rajstopy i wszystko inne też.
  -   Ubrałyśmy   się   w   sukienki   na   Wielkanoc   -  zdradziła 

Grace.   -   Ja   miałam   prawdziwe   rajstopy.   Jo   i   mama 
powiedziały, że jestem już dość duża, żeby je włożyć. Nawet 
ogoliłam nogi.

  -   Ogoliłaś   nogi?   -   wykrzyknęła   Karen.   -   Prawdziwą 

maszynką,   taką   jak   ma   wujek   Hunter?   -   Odwróciła   się   do 
Joanny.   -   Ty   też   ogoliłaś   nogi   na   dziś   wieczór?   Mogę 
zobaczyć?   Mogę   dotknąć?   Naprawdę   są   teraz   całe 
gładziutkie? Też mnie nauczysz?

Hunter zrzucił z ramion Aarona i Karen, a potem zdjął 

Mikiego z twarzy. Podniósł głowę, by spojrzeć na Joannę i ze 
zdumienia szeroko otworzył oczy. Nic dziwnego, że dzieciaki 
stały jak urzeczone. Nie tylko Karen chciałaby dotknąć skóry 
Jo. On najchętniej zrobiłby to samo. Cholera, tu się kręciło za 
dużo osób. W restauracji też nie będą sami. Nie zastanawiał 
się   nad   tym   wcześniej,   ale   gdzie   podzieje   się   z   piękną 
dziewczyną w samym centrum miasta, jeśli jej i jego dom jest 
pełen   ludzi?   Podejrzewał,   że   pewnie   Charlie   mógłby   mu 
podpowiedzieć, gdzie jest jeden z tych słynnych parkingów 
dla zakochanych...

Oszołomiony   przemianą   Joanny   z   zagonionego 

Kopciuszka w olśniewającą piękność, nie zdołał zareagować 
w   porę,   gdy   Karen   złapała   go   nagle   za   ramię   i   bez   trudu 
pociągnęła z powrotem na podłogę.

background image

 - Mam cię, wujku! - zawołała.
  -   Tak,   mamy   cię!   -   wrzasnął   Aaron   i   przygwoździł 

Huntera do ziemi z drugiej strony.

Mikie znów wdrapał mu się na głowę. Dzieciaki zaczęły 

go atakować, ale w tym momencie Joanna wkroczyła do akcji.

 - Nie, to ja go mam - powiedziała.
I powtarzała to dotąd, aż ściągnęła z niego wszystkich. 

Wiedział, że mówiła do dzieci, ale swoją drogą, naprawdę go 
miała. Co tu ukrywać, trafiło go. Los znowu spłatał mu figla. 
To, co miało być tylko zabawą, niespodziewanie stawało się 
coraz poważniejsze, bo w grę zaczynały wchodzić uczucia. A 
te zawsze trochę uwierają. Nieprawdaż?

Randka nie zaczęła się najlepiej. Samochód Huntera był za 

mały dla nich wszystkich.

  -   Wezmę   mojego   vana   i   przywiozę   do   ciebie   Grace   - 

zaproponowała   Joanna.   -   Tak   będzie   prościej,   nie   będziesz 
musiał wracać.

Miał ochotę zaprotestować. Chciał być z Joanną już od tej 

chwili, czekał na to wystarczająco długo, czyż nie? Uwaga, 
chłopie,   robisz   się   niecierpliwy,   to   niedobrze!   -   upomniał 
siebie.

W   poniedziałek   z   samego   rana   pójdzie   do   salonu 

samochodowego   i   kupi   jakiegoś   małego   busa,   takiego   dla 
dwunastu, albo jeszcze lepiej piętnastu pasażerów. Wtedy taka 
sytuacja jak dziś już się nie powtórzy, nawet gdyby Joanna 
chciała zaprosić na przejażdżką drużynę pływacką.

Przez całą drogę do domu był zły, a jego nastrój zmienił 

się dopiero wtedy, gdy Joanna znalazła się tam, gdzie było jej 
miejsce, czyli na przednim siedzeniu tuż obok niego.

 - Już myślałem, że nigdy się nie uspokoją - westchnął z 

ulgą.

  -   Dzieci   mają   swój   własny   radar   -   roześmiała   się.   - 

Wyczuwają, kiedy ci na czymś zależy i zrobią wszystko, aby 

background image

tylko  ci się nie udało. To taka dziecinna przewrotność,  która 
zanika  gdzieś   w   okolicach   dwudziestki,   chociaż   nie  u 
wszystkich. Niektórzy mają  popsuty wyłącznik i przez całe 
życie   wszystkich   wkurzają.   Mam   wrażenie,   że   to   dotyczy 
Charliego.

  - Charlie jest w porządku, wyrośnie ze wszystkiego, co 

cię   dziś   denerwuje   -   zaśmiał   się   Hunter.   Ale   dość   już 
rozmowy o dzieciach, pomyślał, miał przecież inny plan na 
dzisiejszy   wieczór.   -   Ostatnio   sporo   się   uczyłaś   do 
egzaminów? - zadał pierwsze pytanie z listy.

Podrapała się w czoło.
 - Nie tak dużo, jak bym chciała. Miałam trochę kłopotów, 

które zaprzątnęły mi głowę.

Nie powiedziała nic więcej i zamyślona patrzyła w okno.
Ile   problemów   może   mieć   samotna,   młoda   i   piękna 

kobieta? Zmarszczył brwi. Nie, ta rozmowa nie tak się miała 
potoczyć.   Inaczej   to   sobie   ułożył.   Na   to   pytanie   miała 
odpowiedzieć   „tak",   wówczas   dodałby   coś   na   temat 
ukończenia   studiów   i   zapytałby,  jak   jej   idzie   poszukiwanie 
pracy   i   mieszkania.   Miał   nadzieję,   że   odpowiedź   w   obu 
przypadkach   byłaby   negatywna.   A   potem   powiedziałby   jej, 
jak bardzo mu się podoba, że chyba się w niej zakochał i że 
najlepsze, co może zrobić, to wyjść za niego, zamieszkać z 
nim i nie wychodzić z sypialni przez kilka miesięcy.

Niestety,   Joanna   nie   odpowiadała   zgodnie   z   planem   i 

raczej nie była w nastroju do pogawędek o igraszkach w jego 
sypialni. Czyżby cały czas martwiła się o Charliego i Chrisa?

No   cóż,   życie   seksualne   tych   małolatów   jest   bardziej 

urozmaicone niż moje, pomyślał z ironią.

Zaparkował samochód przed restauracją i wysiadł, żeby 

otworzyć drzwi. Objął delikatnie Jo ramieniem i wprowadził 
do środka.

background image

Usiedli   przy   stoliku   i   zamówili   kolację.   Początkowo 

rozmawiali   o   różnych   drobiazgach   i   codziennych 
wydarzeniach.

  -   Coś   cię   martwi,   Joanno?   Jakieś   kłopoty   w   domu?  - 

zapytał w końcu.

  -   Tak,   i   nie   mogę   przestać   o   tym   myśleć.   Staram   się 

skupić   nad   książkami,   ale   wszystko   powraca   i   ciągle   mnie 
rozprasza.

 - Rozumiem. - Skinął głową. - Ciężko to opanować. Może 

gdybyś   podzieliła   się   ze   mną   swoim   problemem, 
znaleźlibyśmy jakieś rozwiązanie?

Potrząsnęła głową.
 - To nie jest taki problem, który da się łatwo rozwiązać. A 

już na pewno nie od razu. Myślę, że zajmie to co najmniej 
dwadzieścia lat - dodała ze smutnym uśmiechem.

  - Brzmi  coraz bardziej interesująco. Powiedz mi, o co 

chodzi.

 - Nie mogę, to osobista sprawa, a w dodatku nie moja.
  -   Joanna   uśmiechnęła   się   do   kelnera,   który   właśnie 

postawił przed nią talerz z sałatką. Po chwili dodała: - Poza 
tym   wiem,   jak   bardzo   martwisz   się   o   swoich   bratanków   i 
mógłbyś zabronić im do mnie przychodzić.

Patrząc   jej   prosto   w   oczy,   przykrył   swoją   ciepłą,   dużą 

dłonią jej rękę. Ta rozmowa zaczynała go niepokoić.

 - Nigdy źle o tobie nie pomyślę - obiecał. - Będzie ci lżej. 

jeśli powiesz komuś o tym, co cię dręczy.

Podniosła głowę i utonęła w jego błękitnych oczach.
Miała   ochotę   zatopić   się   w   nich   razem   ze   wszystkimi 

kłopotami, jakie ją otaczały. Chyba rzeczywiście powinna z 
kimś o tym porozmawiać, a Hunter był jedyną osobą, której 
miała ochotę się zwierzyć.

 - Moja mama jest w ciąży - powiedziała niespodziewanie. 

W jednej sekundzie zapadła między nimi głucha cisza.

background image

Otworzył szeroko oczy ze zdumienia.
 - Słucham? - zapytał, sądząc, że się przesłyszał. Pochyliła 

się nad stolikiem, nie chcąc, aby ktoś ich podsłuchał.

  - Wszystko zaczęło się, gdy znalazłam test ciążowy w 

kuble na śmieci - powiedziała, wzdychając ciężko.

Hunter   siedział   jak   ogłuszony.   Nie   mógł   znaleźć 

odpowiednich słów.

 - Ale jak mogło do tego dojść?
  - O, bardzo prosto. Nie wiesz, jak to się robi? Zapytaj 

Charliego, chętnie ci wytłumaczy. Wiesz, co powiedziała? - 
dodała poważniej.

 - Co?
  -  Że   to   się   stało   tak,   jak   się   to   dzieje   zazwyczaj.   To 

śmieszne, moja własna matka jest w ciąży i ukrywa się z tym 
jak nastolatka. W ogóle nie chciała ze mną o tym rozmawiać, 
wiesz? - poskarżyła się.

 - Tak? - zapytał ze współczuciem.
 - W końcu zmusiłam ją do rozmowy, ale i tak cały czas 

próbowała   ominąć   ten   temat.   A   to   wcale   nie   rozwiąże 
problemu.

Mówiła tak smutnym głosem, że wstał, przestawił bliżej 

swoje krzesło i przytulił ją do siebie. Z wdzięcznością wtuliła 
się w silne ramię.

Po chwili podjęta opowieść.
  -   Sześć   tygodni   temu   była   w   podróży   służbowej. 

Zazwyczaj jeździ w interesach do Waszyngtonu. Uwielbia tam 
chodzić do muzeów. Zresztą wszędzie, gdzie jedzie, zwiedza 
wszystkie   muzea.   Właściwie   wychowała   nas   w   muzeum, 
pamiętam, jak raz...

 - Więc jest w Waszyngtonie - delikatnie przypomniał jej, 

na czym stanęła.

 - No właśnie. Melduje się w hotelu i jedzie windą na górę 

do pokoju. Działo się to w niedzielne popołudnie. W windzie 

background image

jest tłok, sami biznesmeni, którzy przyjechali do Waszyngtonu 
na różne spotkania i konferencje.

 - No i?
  -   Tak   jak   powiedziałam,   w   windzie   jest   ciasno,   więc 

wszyscy stoją bardzo blisko siebie. Wszyscy też mają ze sobą 
bagaże.   Ten   facet   trzyma   przy   sobie   torbę,   której   rączki 
znajdują się niemal przed jej nosem. Zgadnij, co jest napisane 
na lotniskowych plakietkach?

 - Elkhart, Indiana?
 - Goshen.
 - Prawie trafiłem.
 - No właśnie. Spotykają się kilka tysięcy kilometrów od 

swoich domów i okazuje się, że są sąsiadami. Później, kiedy 
schodzi na dół na kolację, kto jest w jadalni?

  -   Nie   trzeba   być   jasnowidzem,   żeby   to   odkryć. 

Oczywiście facet z Goshen.

  -  Tak!  Oboje są sami, on przedstawił się pierwszy. I co 

potem robi?

Hunter  odsunął   na   bok   pusty   talerzyk   po   sałatce. 

Spróbował wyobrazić sobie ruchy nieznajomego gościa.

  -   Oczywiście   proponuje   jej   swoje   towarzystwo   przy 

stoliku.   Po   kolacji   przenoszą   się   do   baru   na   drinka.   Jakiś 
muzyk gra na pianinie, więc prosi ją do tańca. Potem wypijają 
jeszcze jednego drinka.

Spojrzała na niego z uznaniem.
 - Skąd wiesz?
 - Zgadłem. - Wzruszył ramionami. - To nie takie trudne 

przewidzieć, co zrobi facet, kiedy spotka atrakcyjną kobietę.

 - Trafiłeś w sedno. Pamiętasz, mówiłam, że moja mama 

uwielbia muzea?

Hunter skinął głową.
 - Jesz swoją sałatkę? Odsunęła talerzyk od siebie.
 - Nie, ale proszę, ty zjedz.

background image

Sięgnął   po   widelec.   Słuchanie   opowieści   o   podrywie 

nieznajomego   i   jego   ewidentnym   sukcesie   powodowało,   że 
budził się w nim drapieżca. Na razie zaspokajało go zwykłe 
jedzenie. Ale co będzie potem?

 - Więc twoja mama lubi chodzić do muzeów, a teraz jest 

w Waszyngtonie. Razem idą do Smithsonian Museum. Założę 
się, że zaproponował jej swoje towarzystwo przy zwiedzaniu.

Joanna była zachwycona.
 - Jesteś niesamowity.
Nie tak niesamowity, jak mógłbym być, gdybyś dała mi 

szansę, pomyślał.

 - I tak się to zaczęło, a potem po prostu stało się. - Hunter 

pokiwał głową. Od Smithsonian Museum do łóżka, to było 
całkiem logiczne. - Nie chciałbym być niegrzeczny, ale w jej 
wieku...   Czy   twoja   mama   nigdy   nie   myślała   o   środkach 
antykoncepcyjnych?

Zwiesiła głowę zmieszana. Trudno było rozmawiać z nim 

o takich szczegółach, które w dodatku dotyczyły jej własnej 
matki. Ale z drugiej strony musiała się przed kimś wygadać, a 
jemu ufała najbardziej.

 - Mama nie musiała martwić się o te rzeczy od czasu, gdy 

zmarł  ojciec. Ale nawet gdyby żył, nie był to problem, bo 
bardzo   kochał   dzieci   i   dlatego   niezbyt   się   troszczyli   o 
zapobieganie ciąży. Mama bardzo kochała ojca, a wtedy inne 
sprawy nie grają roli. Myślę, że ją samą to wszystko bardzo 
zaskoczyło. Zazwyczaj jest taka opanowana i zrównoważona, 
ale   powiedziała,   że   wtedy   akurat   czuła   się   rozbita   i 
przygnębiona. Była już zmęczona samotnością, miała jej dość.

 - Jak ktoś może być samotny w domu, w którym mieszka 

osiem osób?

  - Sama ją o to zapytałam. Odpowiedziała, że to bardzo 

proste odczuwać samotność w pokoju pełnym ludzi. I mówiąc 
szczerze, chyba ją rozumiem.

background image

Hunter zamarł z widelcem w pół drogi do ust.
 - Rozumiesz?
  -   Tak.   Tata   i   mama   pokochali   się   jeszcze   w   szkole   i 

pobrali się pierwszego lata po maturze. Miała osiemnaście lat, 
kiedy mnie urodziła. Gdy zdali sobie sprawę, jak trudno jest 
utrzymać   rodzinę,   mama   zaczęła   pracować   na   pełny   etat   i 
jeszcze uczyła się w szkole wieczorowej, a ojciec chodził na 
studia dzienne, natomiast pracował nocami.  To się zmieniło 
dopiero wtedy, gdy uzyskał magisterium z ekonomii. Dlatego 
między mną a Charliem jest taka przepaść.

 - Rozumiem.
  - Tak czy inaczej, moja pozycja w rodzinie jest trochę 

nietypowa, bo w dużej mierze matkuję mojemu rodzeństwu. 
Też   jest   mi   chwilami   trudno,   ale   mam   niewiele   czasu   na 
smutne rozmyślania.

Hunter napił się wina.
  - Chyba wiem,  o co ci chodzi - powiedział. Od kilku 

miesięcy mieszkał w domu, w którym nawet przez chwilę nie 
mógł być sam, a przecież często odczuwał potrzebę czyjegoś 
towarzystwa.   Kogoś,   kto   pomógłby   mu   wytrzymać   to 
szaleństwo.   Kogoś   zrównoważonego,   z   kim   mógłby 
rozmawiać   po   powrocie   do   domu,   rozwiązywać   problemy 
dzieciaków, ustalać plany na przyszłość. Kobiety, z którą... - 
Ale   co   z   tym   facetem   z   windy?   Miał   coś   na   swoje 
usprawiedliwienie?

 - Żona zostawiła go kilka miesięcy wcześniej. Wrócił do 

domu z podróży służbowej, a wszystkie zamki w drzwiach 
były wymienione. Mam wrażenie, że był ciągle w szoku po 
tamtym wydarzeniu, kiedy poznał mamę. Był rozbity i czuł się 
samotny, więc szybko się dogadali.

Hunter   odchylił   się   do   tyłu.   Myślał   o   tym,   co   właśnie 

usłyszał.   Ta   sytuacja   rzeczywiście   nie   dawała   się   łatwo 
rozwiązać.

background image

 - Wiesz... - ciągnęła smutnym głosem.
 - Tak?
 - Czuję się taka samolubna. Wiem, że powinnam się teraz 

skoncentrować na mamie, a myślę tylko o tym, że znów przez 
jakiś czas nie uda mi  się wyprowadzić z domu. Ktoś musi 
teraz   z   nią   być,   ma   przecież   czterdzieści   trzy   lata.   To   nie 
będzie dla niej łatwa sprawa. A kto zaopiekuje się dzieckiem, 
kiedy się urodzi? - zapytała dramatycznie. - Powiem ci, kto. 
Ja! Będę mieszkać z rodziną i zajmować się rodzeństwem już 
zawsze. I wiesz co?

 - Słucham? - zapytał ostrożnie.
  -   Z   jednej   strony   jestem   maksymalnie   wściekła,   a   z 

drugiej  dręczy mnie poczucie winy. Zamiast myśleć tylko o 
mamie i zajmować się nią, spędzam czas na użalaniu się nad 
sobą!

Nie tak wyobrażał sobie ten wieczór. Zupełnie nie tak. Ale 

kto mógłby to przewidzieć? Do diabła, gdyby przeczytał to w 
książce, wyrzuciłby ją, a do redakcji wysłał list,  żeby więcej 
nie drukowali takich głupot. Co znaczyło  jednak.  że właśnie 
znalazł się w środku historii, która była zbyt skomplikowana 
nawet jak na fikcję literacką.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Hunter   nałożył   sobie   solidną   porcję   śmietanki   i   trochę 

masła   na   pieczone   ziemniaki.   Prawdziwego   masła,   co   tam 
cholesterol! Cóż znaczy zatkana tętnica w porównaniu z tym 
wszystkim, co usłyszał?

 - Muszę się nad tym zastanowić - powiedział po dłuższej 

chwili.

  - To nic nie da - mruknęła Joanna z rezygnacją. - Od 

kiedy się dowiedziałam, nie mogę myśleć o niczym innym. To 
zaskakujące, że rodzice też są ludźmi - dodała w zamyśleniu. - 
Mają swoje wady i potrzeby. Zawsze wydaje nam się, że są 
niewzruszeni jak skały. Ale prawda jest taka, że moja matka 
ma czterdzieści trzy lata, jest w ciąży i nie ma faceta. Jako 
najstarsza córka powinnam jej więc pomóc. Takie są zasady, 
nie ma innego wyjścia. Jestem w kropce.

 - Ciii... Myślę.
  - Dobra, daj mi znać, jak wpadniesz na jakiś genialny 

pomysł.

  - Pierwsza się o tym dowiesz - zapewnił Hunter. Jego 

obiad dawno już wystygł, ale i tak pochłonął wszystko. Uznał, 
że będzie potrzebował wiele sił, żeby przez to przejść. - Masz 
ochotę na deser?

Miała   ochotę.   Czuła,   że   musi   zjeść   coś   pysznego.   Na 

przykład   podwójne   lody   karmelowe   z   bitą   śmietaną   i 
orzechami.

Wreszcie wyszli z restauracji.
  - Nie powinnam była tyle jeść - przyznała z niechęcią 

Joanna.

 - Ja też nie - westchnął Hunter. - Może przespacerujemy 

się trochę?

Restauracja mieściła się na South Bend, niedaleko East 

Race,   sztucznie   wykopanej   odnogi   rzeki   Św.   Józefa,   która 

background image

wiła się przez centrum. Na brzegach rzeczki rozciągał się park 
z malowniczymi ścieżkami.

  - Chodźmy  - powiedział, biorąc  ją za rękę. - Spalimy 

trochę kalorii.

Po chwili znaleźli się nad wodą, gdzie spacerowało wiele 

par. Większość z nich była tak zajęta sobą, iż nie dostrzegała 
niczego wokół. Nieliczni zakochani tylko trzymali się za ręce, 
lecz   pozostali   pozwalali   sobie   na   dużo   śmielsze   gesty. 
Przytulali się mocno do siebie, a niecierpliwe dłonie sięgały 
pod bluzki lub otaczały biodra. Hunter od razu dopasował się 
do   tej   scenerii.   Spojrzał   w   górę   i   ujrzał   bezchmurne   niebo 
roziskrzone   gwiazdami.   Łagodny   wieczorny   wietrzyk   był 
zapowiedzią nadchodzącego lata. To była noc zakochanych z 
całą jej niepowtarzalną atmosferą.

Do licha, po co walczyć z wiatrakami?
Otoczył jej ramiona  i  delikatnie ją przytulił. Poczuł, że 

oparła głowę na jego ramieniu i objęła jego plecy. Wówczas 
pochylił   się   i   pocałował   ją.   Pocałunek   był   krótki,   ale 
wstrząsnął nim do głębi.

Musiało   być   przecież   jakieś   wyjście   z   tej   zagmatwanej 

sytuacji. Po prostu musiało.

 - Joanno?
 - Tak?
 - Czy twoja matka zdradziła ci jego nazwisko?
 - Nie uwierzysz - żachnęła się. - Smith. Jim Smith.
  - Bardzo oklepane, ale zdarza się, że ktoś rzeczywiście 

tak się nazywa. - Próbował wlać w nią odrobinę nadziei. - 
Chodziłem   do   szkoły   z   Jeremiahem   Smithem,   był   podporą 
drużyny koszykówki. Zdaje się, że był także David i... Ray, 
tak Ray, nosił okulary z grubymi szkłami i lubił matematykę. 
Nigdy nie mogłem go zrozumieć.

  -   Przecież   nie   twierdzę,   że   to   jest   niemożliwe   - 

powiedziała Joanna. - Ale nawet jeśli go znajdę wśród tysiąca 

background image

Smithów, to co wtedy? Pójdę do niego i powiem, że mógłby 
poczuć się odpowiedzialny za to, co zrobił? On mi wygląda na 
palanta. Mama nie potrzebuje takiego faceta, bo to większy 
kłopot niż pożytek. Po co jej ktoś taki? Ale nie chcę już o tym 
rozmawiać,   tutaj   jest   tak   pięknie.   Niech   dzisiejszy   wieczór 
należy do nas!

Nie miał nic przeciwko temu. To była noc stworzona do 

kochania. Delikatny wietrzyk muskał ich policzki. Odwrócił 
głowę i nieznacznie pochylił się w stronę Joanny. Pachniała 
jak kwiaty i wiosna. Zanurzył twarz w jej włosach i zaczął się 
nimi bawić.

 - Co robisz?
 - Nic. Tylko... nie mogłem się oprzeć, musiałem dotknąć 

twoich włosów.

Jej włosów?
 - To zwykłe włosy.
Nie,   nie   były   zwykłe.   Jedwabiste   w   dotyku   i   takie 

delikatne. Ślizgały się w jego dłoniach jak nici babiego lata. 
To brzmi idiotycznie. Nici babiego lata? Odkaszlnął.

  - Przepraszam, ale są takie miłe w dotyku i tak ładnie 

pachną.

Pewnie   go   uraziła.   Charlie   miał   rację.   Naprawdę   nie 

umiała obchodzić się z mężczyznami.

  - Nie przepraszaj, po prostu nie jestem przyzwyczajona, 

że ktoś mnie dotyka. Zaskoczyłeś mnie. Jeśli chcesz, możesz 
się nimi bawić.

Czując się jak kompletny idiota, szybko zanurzył rękę w 

jedwabiste pukle. Zastanawiał się, jak odwlec chwilę powrotu 
do domu.  Tutaj  czuł  się  bardziej  anonimowo.  Byli  jedną  z 
wielu   romantycznych   par,   zagubionych   wśród   nocy 
szepczących słodkie słówka, przytłumione szumem wody. Tak 
naprawdę   znajdowali   się   tu   sami,   bo   wszystkie   pary   zajęte 
były   sobą.   W   domu   dzieciaki   ciągle   im   przeszkadzały   i 

background image

bacznie wszystko obserwowały. Ciężko cokolwiek zrobić w 
takich warunkach.

Przeszli   pod   wiadukt.   Stało   tam   już   kilka   mocno 

przytulonych par, wszyscy całowali się namiętnie. Hunterowi 
za bardzo przypominało to „parkowanie", na które wybierali 
się   kiedyś   w   liceum   z   kumplami   i   swoimi   dziewczynami. 
Chyba już z tego wyrośliśmy, pomyślał i szedł dalej. W alejce 
dostrzegł ławeczkę. Zaprowadził ku niej Joannę, nadal czule 
ją obejmując. Przytuliła się do niego. Bliski kontakt sprawiał 
jej wyraźną przyjemność i nie ukrywała tego.

Przez jakiś czas siedzieli w ciszy, napawając się spokojem 

wieczoru i rozgwieżdżonym niebem.

  - Jak przyjemnie jest tak sobie  po prostu posiedzieć  - 

odezwała się Joanna.

Przede   wszystkim   cudownie   było   przytulać   się   do 

Huntera, ale tego nie zamierzała mówić głośno.

 - Pewnie nie masz zbyt wielu okazji, żeby choćby przez 

chwilę   spokojnie   się   zrelaksować?   -   zapytał,   okręcając   jej 
loczek wokół palca.

  -   Niestety   nie   -   przyznała,   głęboko   wdychając 

balsamiczne nocne powietrze. - Ale dzięki temu potrafię to 
docenić.

 - Widzę. Jaki miły w dotyku. - Delikatnie dotknął palcami 

jej policzka. - Gładki.

Naśladując ten ruch, dotknęła policzka Huntera. Po chwili 

zaśmiała się.

 - Niezbyt gładki. Potarł się dłonią.
 - Nie - przyznał z żalem.
Za   chwilę,   przekomarzając   się,   dotknął   policzkiem   jej 

twarzy.   Nie   był   pewien,   jak   Jo   zareaguje,   byli   przecież   w 
publicznym miejscu. Usłyszał, że wstrzymała oddech i wydała 
cichy jęk rozkoszy.

background image

Był trochę zdziwiony. Hm, to było interesujące. Nie miała 

łaskotek,   za   to   lubiła   dotknięcie   szorstkiego   męskiego 
policzka. Odkrył również, iż jej skóra była gładka i delikatna 
jak u niemowlęcia, chociaż Jo każdego dnia spędzała wiele 
godzin w chlorowanej wodzie. Uważając, by nie podrażnić jej 
skóry, Hunter znów potarł policzkiem jej twarz. Skutek był 
taki   sam,   jak   poprzednio.   Następnie   spróbował   dotknąć 
miękkiej   skóry   między   brodą   a   szyją.   Dziewczyna   znowu 
wydała jęk rozkoszy i wtedy Hunter zapomniał, że nie byli tu 
całkiem sami.

 - Joanno - wyszeptał.
Ujął jej twarz w dłonie i pocałował. Ale tym razem nie 

zamierzał   poprzestać   na   zwykłym   pocałunku.   O   nie! 
Delikatnie   pieścił   językiem   jej   wargi,   a   ona   w   odpowiedzi 
lekko je rozchyliła.

 - O tak - wyszeptał. - O tak, kochanie.
Serce Huntera biło wściekle, jak gdyby starało się sprostać 

podnieceniu, które ogarniało całe jego ciało.

To przecież tylko pocałunek! - tłumaczył sobie, podczas 

gdy krew pulsowała mu w skroniach i rozsadzała głowę. Co 
się z nim dzieje? A wszystko tylko dlatego, że chciał znaleźć 
nową mamę dla osieroconych bratanków. To taki altruistyczny 
cel, dla którego zamierzał poświęcić siebie i swoją kawalerską 
wolność na ołtarzu małżeństwa.

Ale po drodze do tego celu coś się wydarzyło.
Coś niesamowitego.
Cały jego altruizm nagle gdzieś się ulotnił. Nawet gdyby 

udało mu się kiedykolwiek zaprowadzić Joannę do ołtarza, i 
tak potrzebowałby opiekunki do dzieci.

Dzieci prawie nigdy nie miałyby okazji jej oglądać, gdyż 

zamierzał trzymać ją zamkniętą w sypialni przynajmniej przez 
pierwszy rok. Po tym czasie spróbowałby ponownie ocenić 
sytuację, ale tak naprawdę nie miał nadziei, że i w drugim 

background image

roku coś by się zmieniło. W trzecim też nie. Może, gdy Mikie 
zacznie   chodzić   do   liceum,   wypuści   Joannę   z   sypialni. 
Oczywiście o ile jeszcze któreś z nich będzie w stanie chodzić. 
Nie wiadomo zresztą, czy dzieci ich rozpoznają.

Opuścił   rękę,   szukając   piersi   Joanny.   Wzięła   głęboki 

oddech. Widział, że drży z rozkoszy. Tak bardzo jej pragnął. 
Ale   ławka   w   parku   nie   była   odpowiednim   miejscem.   Jego 
dom  też  nie, bo zaraz  w ich łóżku znalazłaby  się  czwórka 
dzieciaków. A wiec gdzie?

Sfrustrowany,   przejechał   kilkakrotnie   ręką   po   głowie. 

Właściwe   to   powinni   już   wracać   i   uwolnić   Grace   od   tych 
małych   potworków.   Może   wszystkie   poszły   spokojnie   do 
łóżka i śpią jak aniołki? Nie, potrząsnął głową, od dawna już 
nie   wierzył   w   bajki   i   wróżki.   Usiadł   z   głębokim 
westchnieniem.

  - Joanno, tak bardzo cię pragnę - wyszeptał. Zadrżała. 

Nocne powietrze ochłodziło jej rozgrzane ciało.

  -   Przepraszam   -   powiedziała.   -   Nie   chciałam   do   tego 

doprowadzić. Ja...

 - Sam to zacząłem i mam nadzieję, że nie poszło mi tak 

źle - przerwał jej. - Ale niestety to nie jest odpowiedni czas ani 
miejsce.

 - Ale ja...
  -   Chciałbym,   żebyś   wiedziała,   że   nie   mam   niecnych 

zamiarów. Nie jestem Jim Slick...

 - Smith.
 - Nieważne. Chodzi mi o to, że w normalnych warunkach 

nie poprzestałbym na tym. To byłby tylko początek. - Spojrzał 
na   Joannę   i   zauważył   na   jej   twarzy   wyraz   kompletnego 
niezrozumienia. - Wiesz, o czym mówię?

 - Nie, właściwie to nie.
Hunter westchnął, podniósł się z ławki i nic nie mówiąc, 

zaprowadził Jo do samochodu. Włożył kluczyk do stacyjki, 

background image

uruchomił silnik i zaraz go zgasił. Jeszcze raz odwrócił się w 
jej stronę.

 - Sądzę, że byłoby nam dobrze razem, Joanno, to właśnie 

miałem na myśli. I nie tylko w łóżku, chociaż gdybyśmy się w 
nim znaleźli, temperatura naszych ciał pewnie by je zwęgliła. 
Byłoby nieźle. Ale w prawdziwym związku chodzi nie tylko o 
to.

Otworzyła szeroko oczy.
 - My razem? Myślisz o sobie i o mnie?
Hunter znów westchnął, tym razem z niecierpliwością. A 

co ona myślała, że kręcił się ciągle koło niej, żeby być bliżej 
Aubrey?

 - Tak.
 - Och...
W   samochodzie   zapadła   cisza,   której   żadne   z   nich   nie 

chciało   burzyć.   Byli   już   prawie   pod   domem,   gdy   Joanna 
odezwała się.

 - Chciałabym, żebyś o czymś wiedział, Hunter. Włączył 

kierunkowskaz i zerknął w lusterko wsteczne,

zanim zmienił pas.
 - Tak, słucham?
  -  Żałuję,   ale   to   nie   jest   odpowiedni   moment   w   moim 

życiu   -   zaczęła,   starając   się   uspokoić   oddech.   -   To,   co 
powiedziałeś wcześniej, że byłoby nam dobrze razem, wiele 
dla   mnie   znaczy...   Kiedy   użyłeś   wyrażenia   „prawdziwy 
związek",   miałeś   na   myśli   coś   trwałego,   prawda?   -   Po 
wyrzuceniu tego z siebie, Joanna przełknęła ślinę. Mężczyźni 
nie   lubili   słowa   „związek"   w   bliskim   sąsiedztwie   słowa 
„trwały". Zauważyła kiedyś, że zaczynali się wówczas pocić. 
A   ona   chciała   uniknąć   wszelkich   niedomówień,   ponieważ 
faceci, którzy nie zaczynali się pocić, chcieli od niej czegoś 
zupełnie innego. - Większość mężczyzn, jakich poznałam, to 
ojcowie dzieci, które uczyłam pływać. Interesowały ich randki 

background image

ze   mną,   bo   byli   rozwiedzeni   albo   owdowiali.   Miałam 
wrażenie, że szukają nie partnerki, lecz skrzyżowania niani, 
służącej i kierowcy z prywatną instruktorką pływania dla ich 
dzieci,   które   w   przyszłości   miały   zostać   mistrzami 
olimpijskimi.   Nie   dostrzegali   we   mnie   kobiety.   To   było 
przykre,   ale   nie   za   bardzo,   bo   oni   dla   mnie   też   nic   nie 
znaczyli.   Ale   gdyby   tak   było   również   z   tobą,   byłoby   mi 
bardzo   przykro.   -   Machnęła   ręką,   zbyt   zażenowana,   by 
powiedzieć, jak ważne było dla niej, że on też coś do niej 
czuje.   -   Po   prostu   chciałam,   żebyś   wiedział,   że   to,   co 
powiedziałeś,   jest   dla   mnie   bardzo   ważne.   Żałuję,   że   z 
powodu   mojej   matki   to   nie   jest   odpowiedni   moment...   - 
urwała.

 - Tak, miałem na myśli trwały związek. Pewnie, że tak. A 

tamci faceci to durnie - oświadczył zdecydowanie.

  - Mama też tak zawsze mówiła - zaśmiała się Joanna. - 

Ale takie już są matki. Sądzą, że płeć przeciwna jest ślepa, 
jeśli nie zauważa uroku ich dzieci. Ponieważ osiągnęłam już 
niebezpieczny   wiek   dwudziestu   pięciu   lat   i   nadal   nie   mam 
faceta, mama jest przekonana, że męska część ludzkości jest 
po   prostu   głupia.   -   Rzuciła   niespokojne   spojrzenie   w   jego 
stronę.   -   Twoja   matka   zachowuje   się   pewnie   podobnie, 
prawda?

Czas   powiedzieć   coś   więcej   o   sobie,   pomyślał.   Wziął 

głęboki oddech,

  -   Moi   rodzice   nie  żyją.   Tata   miał   atak   serca   podczas 

prowadzenia samochodu. Wjechał prosto w drzewo. Lekarze 
podejrzewali, że w chwili uderzenia już nie żył. Matka zginęła 
podczas wypadku.

 - Tak mi przykro.
 - Nie byłem już wówczas dzieckiem. Miałem dwadzieścia 

lat,   kończyłem   drugi   rok   studiów.   Byłem   zbuntowany. 
Chodziłem   na   imprezy,  świetnie   się   bawiłem,   wpadałem   w 

background image

kłopoty. - Westchnął i stuknął palcami  w kierownicę. - Ty 
nigdy   nie   miałaś   czasu   na   bunt.   Nie   mogłaś   poszaleć, 
wykrzyczeć tego z siebie. No, ale przynajmniej twoi rodzice 
nie   umarli   w przeświadczeniu,  że   nic  dobrego z   ciebie   nie 
wyrośnie.

  -   Ależ   jestem   pewna,   że   twoi   rodzice   nie...   - 

zaprotestowała odruchowo.

  - O tak, tak właśnie sądzili. Uważali, że pod wieloma 

względami jestem do niczego. Widzisz, tylko warunkowo nie 
wyleciałem   ze   studiów.   Bawiłem   się   na   całego.   I   wtedy 
właśnie   mieli   wypadek.   Byliby   bardzo   zaskoczeni,   gdyby 
wiedzieli, że zostałem magistrem ekonomii  i dobrze mi  się 
wiedzie. Tata twierdził, że jeśli nie zmienię stosunku do życia, 
będę   zamiatał   ulice.   A   potem   awansuję   na   zbieracza 
makulatury. - Znów westchnął i pogrążył się w myślach. Tak 
by chciał, aby jego ojciec zobaczył, jak wiele osiągnął. - W 
każdym   razie   dobrze,   że   miałem   chociaż   Roberta   i   Mary 
Ellen. Chodzili ze sobą już w liceum i od tamtej pory świata 
za sobą nie widzieli. Pobrali się w połowie studiów, ale nie 
zwolnili   tempa.   Oboje   skończyli   studia   w   terminie   i   z 
wyróżnieniem.   Karen   urodziła   się   niedługo   przed   śmiercią 
moich rodziców.

 - Musiało być ci ciężko.
 - Dlatego, że Robert i Mary Ellen ciągle byli mi stawiani 

za wzór? Nie, byli tak wspaniałą parą, że trudno było ich nie 
lubić,   chociaż   próbowałem.   Byłem   więc   buntownikiem   bez 
powodu.   -   Zatrzymał   się   na   podjeździe   przed   domem, 
otworzył pilotem drzwi do garażu i wjechał do środka. - Myślę 
jednak, że od tamtego czasu trochę wydoroślałem.

  - Wiesz, człowiek często myśli, że  już  gorzej być nie 

może,   dopóki   ktoś   inny   nie   opowie   mu   swojej   historii. 
Okazuje się, że każdy ma swoje kłopoty, najczęściej znacznie 
poważniejsze niż nasze. Na przykład ja zawsze żałowałam, że 

background image

nie mogłam wyjechać gdzieś na studia, a teraz użalam się nad 
sobą,   bo   moja   mama   znowu   oczekuje   dziecka.   A   przecież 
żyjemy,   cieszymy   się   dobrym   zdrowiem   i   myślimy   o 
przyszłości.

  - Rzeczywiście, coś w tym jest - zgodził się, wracając 

myślami do swoich rodziców i brata. Wszystko by oddał, żeby 
mieć ich z powrotem. Niestety, nic nie mógł zrobić. Był już 
zmęczony walką z losem, który ciągle płatał mu figle. Teraz 
też.   Pokazał   mu   wspaniałą   kobietę,   z   którą   nie   mógł   być, 
nawet   gdyby   walczył   o   to   ze   wszystkich   sił.   Jej   poczucie 
obowiązku, cecha, która początkowo przyciągnęła go do niej, 
teraz miało ich rozdzielić. Co za pech! - Joanno, jesteś bardzo 
atrakcyjną   kobietą.   Zauważyłem   to   od   razu,   przysięgam.   - 
Poruszył   się   niespokojnie   i   wyłączył   silnik.   -   Ale   muszę 
powiedzieć,   że   zauważyłem   również,   jak   świetnie   radzisz 
sobie z dziećmi. I to też było dla mnie ważne. Nie będę cię 
oszukiwał. Moje zamiary nie były całkowicie szczere.

Jo spojrzała zaskoczona.
 - Ale przecież to nie ma sensu. Kiedy ich rodzice wrócą...
 - Ich rodzice nie wrócą.
Zamurowało ją na chwilę.
 - Słucham?
  -   Mój   brat   i   jego   żona   byli   wspaniałymi   ludźmi. 

Troszczyli się o swoje dzieci i nigdy nie zostawiliby ich z 
takim starym kawalerem, jak ja. Oni nie żyją. Myślałem, że o 
tym wiesz.

Wpatrywała się w Huntera z niedowierzaniem. Zacisnęła 

mocno dłonie, aby powstrzymać ich drżenie.

 - Nie żyją?
  -   Też   zginęli   w   wypadku   samochodowym.   Kierowca 

ogromnej ciężarówki stracił panowanie nad maszyną i wpadł 
na nich. Wszystko stało się błyskawicznie.

background image

 - To straszne - powiedziała cicho. Hunter przejechał ręką 

po głowie.

 - To było straszne, zwłaszcza dla dzieci. Cały czas bardzo 

tęsknią za rodzicami. Starają się dojść do siebie, ale w nocy 
nadal mają koszmary. - Zamknął oczy. - Ja też próbuję sobie 
radzić. Ale wciąż tęsknię za bratem.

Joanna odwróciła się w jego stronę. Nie mogła uwierzyć w 

to, co usłyszała. Współczuła mu coraz bardziej.

 - Tak mi przykro.
  -   Dziękuję.   Wracając   do   poprzedniego   tematu,   ci   inni 

mężczyźni,  ojcowie  dzieci,  które  uczysz   pływać,  na  pewno 
widzieli   w   tobie   nie   tylko   matkę   dla   swoich   pociech.   To 
niemożliwe. Ci faceci byliby w siódmym niebie, gdyby cię 
zdobyli. Joanno, chyba sama nie wiesz, jak jesteś niezwykle 
piękna i seksowna. Oczywiście, że cię pragnęli. Nie są głupi. 
Ja   też   nie   jestem.   Ale   rozumiem   twoje   opory,   naprawdę. 
Świetnie bym na tym wyszedł, gdybym był z tobą, ale ty...

Westchnął. Trudno, jeśli nie może być z nią na zawsze, to 

chociaż   dzisiejszy   wieczór   spędzą   razem.   Odwrócił   się   w 
stronę Jo i odpiął jej pas. Przyciągnął ją do siebie i zaczaj 
całować. Niech przynajmniej wie, co straciła.

  -   Jesteś   taka   piękna   -   powiedział   stłumionym   głosem. 

Nagle drzwi dzielące dom od garażu otworzyły się.

Zapaliło się górne światło i weszła Grace.
 - O rany, jak się cieszę, że już wróciliście. W końcu udało 

mi się ułożyć do łóżek Aarona i Mikiego i zasnęli kamiennym 
snem. Ale mam kłopot z Karen i Robbym. Robby nie chce 
leżeć w swoim łóżku. Ciągle idzie do Karen i puszcza bąki. 
Ona nie chce tam zostać i mówi, że powietrze jest zatrute. Gdy 
tylko   uda   mi   się   umieścić   ich   we   własnych   łóżkach, 
przedstawienie zaczyna się od nowa. Nie wiem już, co robić. 
Oni   w   końcu   obudzą   Mikiego   i   Aarona.   Jak   długo   Robby 
może puszczać bąki?

background image

  - To dar natury - westchnął Hunter. - Prawie wszyscy 

chłopcy   w   jego   wieku   posiadają   ten   talent,   zwłaszcza   jeśli 
mają siostrę, której w ten sposób mogą dokuczyć.

 - Kiedyś w końcu wyczerpią mu się zapasy?
 - Raczej bym na to nie liczył.
Joanna wpatrywała się w niego osłupiała,
  - Postaraj się wczuć w umysł ośmioletniego chłopca. - 

Odchrząknął. - Bekanie i puszczanie bąków to najlepsza rzecz 
pod słońcem.

 - Tak, ale...
  - Nie  żartuję. Jutro Robby'ego będzie prawdopodobnie 

bolał brzuch ze śmiechu. Musi mieć niezły ubaw.

Z  żalem, że nici z dalszych igraszek, wyjął kluczyki ze 

stacyjki   i   wysiadł   z   samochodu,   pomógł   wyjść   Joannie   i 
zaprowadził ją do domu.

 - Dobra, Grace, zajmę się tym - powiedział. - Joanno, daj 

mi parę minut. Muszę otworzyć okno na górze i doprowadzić 
do porządku mojego bratanka. Zaraz wrócę i pożegnam się z 
wami. Grace, dostaniesz ekstra dodatek za pracę w trudnych 
warunkach. Zaczekajcie tu - poprosił i pomknął na górę.

Niedługo potem był na dole i odprowadził Joannę oraz 

Grace do ich samochodu.

  -   Zachowanie   Robby'ego   tak   naprawdę   mnie   cieszy   - 

stwierdził   w   zamyśleniu.   -   To   znaczy,   że   dzieciaki 
przyzwyczajają   się   do   mnie.   Robby   uznał,   że   go   stąd   nie 
wyrzucę, więc może już zachowywać się normalnie, a nie jak 
u cioci na imieninach.

 - Przecież i tak byś go nie wyrzucił.
 - Ale jest za mały, żeby zrozumieć, dlaczego jego świat 

tak nagle się zmienił. Wyjaśniałem mu to wiele razy, ale on 
nadal myśli, że Robert i Mary opuścili ich. Uważa, że gdyby 
byli grzeczniejsi, rodzice by nie odeszli.

background image

  - A więc może  to rzeczywiście dobry znak - szepnęła 

Joanna, niezupełnie przekonana, że celowe puszczanie bąków 
świadczy   o   dobrej   kondycji   psychicznej   chłopca.   Musi   to 
sprawdzić   w   starym   podręczniku   z   psychologii   dziecięcej. 
Sporo tam różnych stwierdzeń jeszcze dziwniejszych od tezy 
Huntera. To mógłby być ciekawy temat pracy dyplomowej, 
ucieszyła się w duchu. W każdym razie oryginalny. - Jestem 
pewna, że wszystko się w końcu ułoży. - Zatrzymała się przy 
swoim samochodzie. - No to dobranoc - odezwała się cicho, 
nie   wiedząc,   co   jeszcze  mogłaby   powiedzieć   po   tym,   co 
przeżyli. - Dziękuję, że poprosiłeś mnie o rękę?

Tylko że właściwie nie poprosił. Ale z drugiej strony, co 

innego mógł mieć na myśli, mówiąc o stałym związku?

Hunter   włożył   ręce   do   kieszeni.   Widać   było,   że   jest 

sfrustrowany.

 - Tak, dobran... Ach, do diabła! - Wyjął ręce z kieszeni, 

chwycił   Joannę   i   przyciągnął   ją   do   siebie.   -   Grace,   masz 
nikomu o tym nie mówić i w ogóle odwróć się. Zamierzam 
pocałować   twoją   siostrę,   a   ty   jesteś   za   mała,   żeby   na   to 
patrzeć.

 - Nie jestem...
  - Nie denerwuj mnie, Grace, nie mam ochoty na  żarty. 

Jestem zdesperowany.

  -   Mężczyźni   są   tacy   dziwni   -   powiedziała   Grace   z 

westchnieniem,  odwracając  się  do nich plecami.  - Pośpiesz 
się, dobra? Miałam ciężki wieczór i naprawdę chciałabym już 
jechać do domu.

 - Zapłacę ci za nadgodziny - mruknął z niecierpliwością i 

namiętnie pocałował Joannę w usta.

Kiedy   skończył,  miała   kolana   jak  z   waty.  Z   trudnością 

utrzymywała   się   na   nogach   i   musiał   jej   pomóc.   Delikatnie 
oparł ją o samochód i wyciągnął portfel.

background image

  - Grace, możesz się już odwrócić - oznajmił i dodał jej 

pięć dolarów. - Tak powinno być w porządku.

Joanna zdmuchnęła grzywkę z czoła.
 - Nie waż się tego wziąć, Grace!
Hunter zacisnął dłoń dziewczyny wokół banknotu.
  - Nie denerwuj się, Jo. To było tego warte. Dobranoc, 

moje panie. Jedźcie ostrożnie.

Stał jeszcze chwilę na ganku, aby upewnić się, że silnik w 

samochodzie Joanny zapalił.

Jechała   do   domu   zupełnie   oszołomiona.   Od   kilku   dni 

działo   się   z   nią   coś   dziwnego   i   nie   potrafiła   nad   tym 
zapanować.   Dziwiła   się,   że   może   jeszcze   stać   o   własnych 
siłach i w miarę normalnie funkcjonować.

Odstawiła samochód i razem z Grace ostrożnie przeszły 

przez parter, starając się omijać niewidoczne w ciemnościach 
przeszkody. Usłyszały z góry basowy dźwięk muzyki. A więc 
Charlie był w domu.

Pożegnała się z Grace i wślizgnęła do swego pokoju. W 

części Maddie ciągle paliło się światło.

 - Czemu nie śpisz, mamo? Już późno.
 - Jest dopiero wpół do dwunastej, kochanie. Czytam sobie 

i czekam na ciebie.

 - Nie musisz na mnie czekać. Mam już dwadzieścia pięć 

lat, a ty potrzebujesz teraz więcej snu.

Maddie zamknęła książkę.
 - Zdrzemnęłam się wcześniej, a poza tym zamierzam jutro 

późno wstać. Wiem, że nie muszę na ciebie czekać. Po prostu 
chciałam z tobą pogadać. Już od dawna nie rozmawiałyśmy 
tylko we dwie.

Poczuła się winna. Przecież matka mówiła jej, że czuje się 

samotna. Dlaczego więc nie znalazłam dla niej choć trochę 
czasu? - wyrzucała sobie.

Maddie usiadła i objęła rękami kolana.

background image

  -   Nie   rób   tak.   Możesz   zaszkodzić   dziecku!   Matka 

spojrzała na nią z niedowierzaniem.

  - Ty chyba też potrzebujesz rozmowy uświadamiającej, 

kochanie. Dziecko ma najwyżej półtora centymetra  długości. 
W   ten   sposób   na   pewno   go   nie   zgniotę.   W   poprzednich 
ciążach też tak robiłam i jak widać, wszyscy jesteście zdrowi.

  -   Ja   tak   -   przyznała   Joanna.   -   Ja   jestem   zdrowa,   ale 

wszyscy inni nie są do końca normalni. Jak byłaś z nimi w 
ciąży i siedziałaś w taki sposób, na pewno naciskałaś na ich 
mózgi, co bardzo źle się skończyło.

Maddie przymknęła oczy.
  - Jak tam na studiach? Dostałaś już jakieś oferty pracy 

albo   propozycję   fajnego   mieszkania   do   wynajęcia?   No   i 
najważniejsze, jak twoja randka?

Joanna   westchnęła.   Ułożyła   się   wygodnie   na   drugim 

końcu łóżka matki i odpowiedziała:

 - Na studiach wszystko w porządku. Już za dwa tygodnie 

skończą się egzaminy i będę miała z tym spokój do końca 
życia.

  -   Nie   ciesz   się   tak   bardzo   -   zaśmiała   się   matka.   -   W 

zamian   czeka   na   ciebie   mnóstwo   sprawozdań   i   tym 
podobnych rzeczy. Wtedy będziesz marzyła o czasach, kiedy 
musiałaś siedzieć przez pół nocy, żeby napisać referat.

 - Nie pozbawiaj mnie miłych złudzeń, mamo. Jeśli chodzi 

o randkę, to było cudownie, chociaż cała sytuacja jest bardzo 
zagmatwana.   Nie   mam   zamiaru   szukać   mieszkania.   Nie 
zostawię tego domu pod opieką Charliego, zwłaszcza że ty 
niedługo będziesz rodzić. Zostanę tutaj, bo chcę być z tobą i z 
dzieckiem.

 - O nie, nie zostaniesz.
 - O tak, zostanę.
Maddie rzuciła jej złowrogie spojrzenie.

background image

 - Mogłam się spodziewać, że będziesz się upierać. O tym 

pogadamy później. Zresztą jutro pójdziemy razem szukać dla 
ciebie mieszkania. A teraz opowiedz mi o randce. Ten Hunter 
jest całkiem przystojny, prawda?

  - Uhm - zgodziła się Joanna. Jak mogłaby zaprzeczyć? 

Chciała   porozmawiać   z   kimś   bliskim   i   opowiedzieć,   co 
ostatnio się z nią dzieje. Wzięła więc głęboki oddech i zaczęła 
mówić...

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Maddie   słuchała   uważnie.   Kiedy   Joanna   skończyła 

wreszcie swój monolog, była w stanie powiedzieć tylko:

  -   No   tak,   to   rzeczywiście   jest   bardzo   zagmatwane. 

Czujesz   się   trochę   lepiej,   jak   już   wyrzuciłaś   z   siebie   to 
wszystko?

 - Nie, nie za bardzo - powiedziała Joanna ze smutkiem. - 

To wszystko jest takie beznadziejne.

  -   Twoje   serce   nie   chce   podporządkować   się   planowi, 

który sobie ułożyłaś na dalsze życie. To rzeczywiście niełatwa 
sytuacja.

 - Cholera by to wzięła!
  - Nie mów tak, kochanie. Te ściany mają uszy. Joanna 

przewróciła oczami.

 - Mamo...
  - Przestań! No, to teraz spróbujemy jakoś to wszystko 

rozwikłać.

 - Życzę powodzenia - ironizowała.
 - Musimy się dobrze zastanowić, na pewno coś da się z 

tym zrobić.

 - To beznadziejne - mruczała Jo, kręcąc głową.
 - Wcale nie, Jo. Przestań tak mówić. Miłość nie zawsze 

przychodzi w odpowiednim momencie. Zapytaj kogokolwiek, 
to   nasłuchasz   się   różnych   historii.   Weźmy  choćby   mnie. 
Myślisz, że ja przez to nie przechodziłam?  Myślisz, że nie 
wiem, jak to jest? Kiedy spotkałam twojego ojca, to też nie był 
odpowiedni   moment   w  moim   życiu.   Cholera   by   to  wzięła! 
Joanna była przerażona.

 - Mamo, jak ty mówisz?
 - A co, myślisz, że to twoje pokolenie wymyśliło brzydkie 

słowa?   Potrafię   kląć,   ale   zawsze   starałam   się   dawać   wam 
dobry   przykład.   Jeśli   jednak   będę   chciała,   rzucę   taką 
wiąchę...!

background image

Joanna   zaczynała   w   to   wierzyć.   Do   diabła!   Jej   matka 

pokazała zupełnie inne oblicze.

  -   Ja   też   miałam   zupełnie   inne   plany   na   życie,   kiedy 

spotkałam   twojego   ojca.   I   nie   było   w   nich   miejsca   na 
siedmioro dzieci. O nie! Miałam skończyć prawo. Chciałam 
otworzyć   własną   kancelarię   i   specjalizować   się   w   obronie 
praw kobiet. - Maddie parsknęła. - A widzisz, dokąd zaszłam? 
Chodzi mi o to, że kiedy spotykasz zakręt na swojej drodze, 
nie   możesz   się   cofać.   Czasem   trudno   znaleźć   idealne 
rozwiązanie,   ale   trzeba   starać   się   ustawić   wszystko   jak 
najlepiej.   Nie   poszłam   na   studia   prawnicze   i   moje   życie 
potoczyło   się   zupełnie   inaczej,   niż   planowałam,   ale   lata 
spędzone z twoim ojcem  wynagrodziły mi  to z nawiązką i 
nigdy tego nie żałowałam. Wspólne życie z twoim tatą było 
naprawdę cudowne. Kłóciliśmy się i kochaliśmy namiętnie. A 
potem   odszedł.   Czy   jednak   tylko   dlatego,   że   trwało   to   tak 
krótko, powinnam żałować mojego wyboru? Nie sądzę. Czy 
powinnam żałować, że mam siedmioro dzieci i sama je muszę 
wychowywać? Każde z was ma w sobie cząstkę waszego ojca. 
Podobieństwo zewnętrzne, sposób poruszania się. Oczy Grace, 
nos Willa. Nawet teraz, patrząc wstecz, nie chciałabym nic 
zmienić. Nie mogłabym. Zresztą, z którego z was mogłabym 
zrezygnować? Z dobrze ułożonej Aubrey? Z Charliego, z tym 
jego   niecierpliwym   pragnieniem   przeżycia   wszystkiego,  co 
życie ma do zaoferowania? Z Chrisa, który sądzi, że mógłby 
rozwiązać problem głodu na świecie i wiele innych, gdyby 
tylko ktoś posłuchał go uważnie?

Obserwowała mówiącą z pasją matkę. Wyglądało na to, że 

była dużo silniejsza, niż Jo dotąd sądziła. Z każdego jej słowa 
przebijała ogromna pewność.

 - Zmieniłam plany, gdy się zakochałam, i ani trochę tego 

nie   żałuję.   No   dobrze,   ale   wróćmy   do   twoich   kłopotów. 
Musisz zdecydować, czego chcesz bardziej: żyć samodzielnie 

background image

we własnym mieszkaniu i umawiać się na randki, czy też żyć 
razem z Hunterem i wszystkimi jego problemami.

Joanna zwlekała z odpowiedzią.
 - Nie wiem, mamo. Chcę jednego i drugiego. Lubię jego 

dzieci, naprawdę. Dlaczego nie mogłam go spotkać za rok?

 - Nie spotkasz go za rok, spotkałaś go teraz! Tego już nie 

zmienisz, więc nie ma o czym mówić. Odpowiedz na moje 
pytanie.

 - W podręcznikach psychologii piszą, że każdy powinien 

przejść   przez   wszystkie   etapy   rozwoju.   Inaczej   rozwój 
osobowości   zatrzymuje   się   na   pewnym   poziomie   i   taki 
człowiek jest psychicznie niepełny, zahamowany. Powinnam 
przez   jakiś   czas   żyć   zupełnie   samodzielnie,   zanim   się 
ustatkuję. Nie umawiałam się z wieloma chłopakami.

Nie   chciałabym   być   do   końca   życia   niedojrzała 

emocjonalnie. Ale jeśli teraz zacznę żyć samodzielnie, może 
okazać się, że już nigdy więcej nie spotkam kogoś takiego jak 
Hunter,   nie   uważasz?   To   może   być   ta   moja   jedna   jedyna 
szansa. - Twarzą w dół i z rękami na głowie rzuciła się na 
łóżko. Teraz Maddie przewróciła oczami. - Z drugiej strony, 
jeśli   zdecyduję   się   teraz   na   Huntera,   to   tak   jakbym   sama 
prosiła   się   o   kłopoty   w   przyszłości,   bo   świadomie   ominę 
pewien   etap   rozwoju   emocjonalnego.   Najpewniej   dopadnie 
mnie   straszny   kryzys  wieku   średniego   i   z   rozpaczy   zacznę 
romansować - przewidywała pesymistycznie. - Na prawo i na 
lewo, z byle kim i gdzie popadnie - delektowała się straszną 
wizją. - Okropne. Nie byłoby to w porządku wobec Huntera, 
bo   naprawdę   jest   świetnym   facetem.   Bezinteresownym   i 
kochającym.   Jeśli   go   skrzywdzę,   nigdy   sobie   tego   nie 
wybaczę. Maddie aż otworzyła usta ze zdziwienia.

  - Nigdy jeszcze nie słyszałam takich bredni. Naczytałaś 

się za dużo książek psychologicznych i na tym polega twój 
problem. Jeśli kiedykolwiek choćby pomyślisz o romansie, to 

background image

jak jestem twoją matką, osobiście cię zamorduję, czy będziesz 
miała   trzydzieści   lat,   czy   pięćdziesiąt.   Pomyśl   o   urazach 
psychicznych, jakie pozostawiłoby to u tych dzieci. Musisz po 
prostu   się   pilnować   i   to   wszystko.   A   z   problemem 
pominiętych   etapów   rozwoju   osobowości   jakoś   sobie 
poradzisz, tak jak wszyscy pozostali na tym świecie.

 - Łatwo ci mówić.
 - Szkoda, że nie nagrałam tego na magnetofon. Powinnaś 

usłyszeć, jakie głupstwa opowiadasz.

  - Może... Gdybyśmy mogli być tylko we dwoje, to co 

innego.   Naprawdę   nie   chcę   mieć   na   razie   do   czynienia   z 
nikim, kto nie skończył dwudziestu jeden lat.

 - Nie winię cię za to - westchnęła Maddie. - Wiele razy 

czułam to samo.

Grace, oczywiście bez pukania, weszła do pokoju.
 - Co ty tu robisz? - zdenerwowała się Joanna. - Mama i ja 

chcemy porozmawiać.

Grace pozostała niewzruszona.
  -   Muszę   skończyć   pracę   domową,   ale   zostawiłam   w 

szkole tablicę okresową. Czy któraś z was może wie, jaki jest 
ładunek elektryczny chloru w postaci zjonizowanej?

 - Chyba minus jeden.
 - Wapń? - pytała dalej Grace, szybko notując odpowiedzi.
 - Minus dwa. Albo nie, chyba plus dwa. E tam, nie wiem. 

Idź już lepiej spać.

 - Joanno - upomniała ją matka. - Grace, jak poszło ci dziś 

wieczorem?

 - Strasznie. - Przewróciła oczami. - Mikie zaczął płakać, 

gdy tylko zobaczył, że Joanna i Hunter odjeżdżają. Mówił, że 
chce do mamy i taty. Aaron powiedział mu, że już ich nigdy w 
życiu nie zobaczy, bo oboje są już w niebie z Panem Bogiem i 
z aniołkami. Wtedy Mikie zaczął się dopytywać, jak mógłby 
się   tam   dostać.   Powiedział,   że   musi   się   z   nimi   koniecznie 

background image

zobaczyć. Wtedy przyszedł Robby i znowu zaczął mu mówić, 
że nie zobaczy ich już nigdy. Wtedy Aaron też zaczął płakać, 
więc   mnie   też   wzięło,   bo   pomyślałam   o   naszym   tacie. 
Wszyscy   zaczęliśmy   płakać,   a   mnie   cholera   wzięła   na   to 
wszystko.

 - Grace, nie mów tak! - Joanna upomniała ją odruchowo, 

ale po chwili westchnęła ciężko. - Ech!

 - A widzisz? - powiedziała z satysfakcją Grace. - Mówię 

przecież, że cholera by to wszystko wzięła.

  -   Grace,   słyszałaś,   co   powiedziała   twoja   siostra?   Nie 

wolno tak mówić.

Joanna kiepsko spała tej nocy. Rano nie była pewna, czy 

w   ogóle   zmrużyła   oczy.   Była   wdzięczna   niebiosom,   gdy 
wreszcie   ujrzała   szare   światło   poranka.   Wstała   i   wyjrzała 
przez   okno.   Słońca   wisiało   już   nad   horyzontem   i   ledwie 
przebijało się przez chmury. Wyglądało na to, że samo nie 
miało jeszcze ochoty wstawać.

 - Dzień dobry - szepnęła do niego, włożyła kapcie i zeszła 

na dół.

Po chwili sączyła kawę i sporządzała listę obowiązków na 

ten dzień.

 - No dobra. Muszę zastanowić się nad sztafetami podczas 

zawodów   w   przyszłym   tygodniu.   Powinnam   znaleźć   trochę 
czasu, żeby spotkać się z Hunterem i zamordować go za to, że 
tak bardzo zależy mi na nim i jego dzieciach. Zamordowanie 
to zresztą zbyt łagodna kara, za krótko by cierpiał. Powinno 
się go poddać chińskim torturom. Charlie i Chris pomogą mi 
skończyć   projekt   zagospodarowania   części   piwnicy.   Tam 
urządzi   się   ich   pokój.   Jeżeli   mam   tu   zostać,   muszę   mieć 
osobną   sypialnię.   Mama   będzie   w   pokoju   razem   z 
dzidziusiem.   Tylko   jaką   torturę   by   tu   wymyślić?   Łamanie 
kołem?  Albo obdzieranie  ze  skóry i  posypywanie  solą?  To 
brzmi całkiem zachęcająco...

background image

Tak znalazła ją matka.
 - Co robisz tu tak wcześnie? Jest szósta rano.
  -   Zastanawiam   się   nad   różnymi   rzeczami   i   planuję. 

Maddie rzuciła okiem na zimną kawę i gazetę, która

była   otwarta   na   stronie   z   ogłoszeniami   sklepów   z 

materiałami budowlanymi.

 - To niewłaściwy dział - stwierdziła, sięgając po gazetę. - 

O tu! Gdzieś tu powinny być ogłoszenia o mieszkaniach do 
wynajęcia...

  - Mamo, co byś powiedziała na pomysł zaadaptowania 

części piwnicy dla Charliego i Chrisa? Ich pokój tak śmierdzi 
brudnymi skarpetkami, że roznosi się to po całym pierwszym 
piętrze. Koszty nie byłyby zbyt duże.

 - Niezły pomysł, chociaż z ich pokoju już mniej śmierdzi, 

bo   kazałam   im   posprzątać   pod   łóżkami   -   odpowiedziała 
niedbale Maddie, zajęta szukaniem długopisu. Potem nalała 
sobie szklankę mleka.

 - Od kiedy pijesz mleko?
 - Od czasu, gdy nie mogę sobie przypomnieć, czy kawa 

nie   szkodzi   nie   narodzonym   dzieciom.   Wiesz,   chodzi   mi 
kofeinę.   Nie   chcę,   żeby   biedne   dziecko   było   kompletnym 
głupkiem. Wiem, że mleko jest dla niego dobre i tego będę się 
trzymać,   dopóki   nie   pójdę   do   lekarza.   O,   zobacz   tutaj, 
apartament   z   jedną   sypialnią   i   ogrodem.   To   chyba   nad 
brzegiem   rzeki.   Na   pewno   jest   tam   piękny   widok.   To   też 
można by obejrzeć - ciągnęła, zakreślając drugie ogłoszenie.

 - Mamo, daj spokój, zostaję tutaj! Dlatego właśnie chcę z 

części piwnicy wykroić pokój dla Charliego i Chrisa.

  -   Zaadaptujemy   dla   nich   piwnicę.   W   tym   punkcie 

zgadzam się z tobą. Ich pokój jest największy po naszym i jak 
go zwolnią, umieścimy tam Aubrey i Grace. Ich obecny pokój 
jest najmniejszy i leży tuż obok mojego, dlatego urządzi się 
tam pokój dziecięcy. Trochę dziwnie będę się czuła, mając 

background image

cały pokój dla siebie, gdy ty wreszcie wyfruniesz do swojego 
gniazdka.

 - Mamo...
Maddie spojrzała na nią ostro.
  -   Nie,   kochanie,   nie   zmienisz   swoich   planów. 

Zdecydowałam,   że   spróbuję   skontaktować   się   z   Jimem. 
Powinien przynajmniej się dowiedzieć, że niedługo zostanie 
ojcem. Co zrobi, to już jego decyzja. W każdym razie ty się 
stąd   wyprowadzasz.   Masz   sześcioro   rodzeństwa,   z   których 
każde   może   cię   zastąpić.   Po   prostu   musisz   dać   im   szansę, 
kochanie.

 - Przecież oni wszyscy chodzą jeszcze do szkoły. Kto się 

zajmie maluchem, jak ty będziesz w pracy?

  -   Zatrudnię   nianię.   Jestem   teraz   na   dużo   wyższym 

stanowisku niż wtedy, gdy umarł wasz tata. Więcej zarabiam i 
stać mnie na opiekunkę do dziecka.

Wpatrywała się w matkę. Zaniepokoiło ją to, że tak łatwo 

ją zwalniała. Od chwili gdy przed siedmiu laty umarł ojciec, 
Joanna czuła się trochę jak Kopciuszek i często użalała się nad 
samą   sobą   w   roli   wyrobnika.   Ale   czy   mogła   postępować 
inaczej?   Przecież   rodzina   jej   potrzebowała.   Teraz   matka 
upierała   się,   żeby   się   wyprowadziła   i   używała   wreszcie 
wolności i swobody. Wydawałoby się, że Jo od dawna czekała 
na to z utęsknieniem. Ale czy była uradowana? Czy skakała z 
radości?   Czy   biegła   do   sklepu,   żeby   kupić   farbę   do 
mieszkania, które setki razy malowała w marzeniach?

O nie, nic z tych rzeczy.
Czuła się niedoceniona. Czy matka nie wiedziała, że ona 

jest   tu   niezbędna?   Że   bez   niej   rodzina   nie   będzie   mogła 
prawidłowo   funkcjonować?   Bez   łaski.   Niech   więc   ci 
niewdzięcznicy   radzą   sobie   sami.   Już   po   tygodniu   będą   ją 
prosili, żeby wróciła.

background image

Wzięła   ogłoszenia   o   wynajmie   mieszkań   i   poszła   się 

ubrać.

Przez cały tydzień Joanna nerwowo wypatrywała Huntera 

na lekcjach pływania. Sama nie wiedziała, czy chce, czy nie 
chce, żeby przyszedł. Ale on wcale się nie pokazywał.

  -   Gdzie   twój   wujek?   -   usiłowała   delikatnie   wybadać 

Karen, kiedy ta podeszła do niej z prośbą o wyregulowanie 
paska od okularków podwodnych. Był już piątek, a on nadal 
nie dawał znaku życia.

  -   Przyjeżdżamy   samochodem   z   innymi   dziećmi   - 

poinformowała ją dziewczynka i prychnęła z pogardą. Woda 
spływała po niej i mała zadrżała z zimna. - Musimy jechać do 
domu z Billym i jego mamą.

Joanna też nie chciałaby jechać do domu z Billym. Ten 

chłopak był nieznośny.

 - Aha... Tak tylko pytam z ciekawości, ponieważ zawsze 

tu przychodził.

Podszedł do nich Robby.
 - Wujek Hunter mówi, że widział już panią w akcji i ufa 

pani. Stwierdził, że Aaron i Mikie zniszczą cały basen, jeśli 
nadal będzie ich tu przyprowadzał.

  - To dlatego,  że oni zawsze coś muszą popsuć - dodała 

Karen.

 - Mhm - mruknęła niedbale Jo. - Tak jak mówiłam, pytam 

tylko z ciekawości.

Stawała   się   coraz   bardziej   nerwowa.   Z   jednej   strony 

chciała, żeby Hunter ją prześladował, a z drugiej wolała, by 
trzymał się od niej jak najdalej. Tak naprawdę zaczął się z nią 
umawiać, bo chciał znaleźć nową matkę dla swoich dzieci. 
Sam się do tego przyznał. Patrzyła, jak rodzeństwo wskakuje z 
powrotem   do   basenu.   Ale   faktycznie   facet   miał   dobre 
wytłumaczenie.   Mikie   i   Aaron   rzeczywiście   mogliby 

background image

zniszczyć   basen,   gdyby   mieli   wystarczająco   dużo   czasu   i 
swobody.

 - Jutro z nim pogadam, postanowiła, gdy jej podopieczni 

zaczęli serię sprintów po dwadzieścia pięć metrów. Na pewno 
nie przepuści okazji, żeby zostawić mi dzieci na całe sobotnie 
popołudnie. Przyjdzie.

Tego   wieczoru   wróciła   do   domu,   żeby   spakować   do 

kartonów pozostałe swoje rzeczy. Była zadowolona, że udało 
jej   się   wynająć   mieszkanie.   Było   umeblowane,   nie   będzie 
więc musiała się o to martwić. Wprawdzie właściciele mieli 
wrócić pod koniec sierpnia, ale przecież do tego czasu i tak jej 
rodzina się opamięta i dojdzie do wniosku, że nie może bez 
niej żyć.

  -   A   jeśli   nadal   będą   tacy   uparci,   znajdę   sobie   inne 

mieszkanie - mruknęła do siebie, kładąc się do łóżka. - Mam 
więc cztery miesiące, by to wszystko jakoś ułożyć. Tak będzie 
lepiej, niż zawierać długoterminową umowę najmu.

Następnego dnia wczesnym rankiem żwawo wyskoczyła z 

łóżka i pobiegła do łazienki wziąć prysznic. Nie mogła się już 
doczekać, kiedy przyjdzie Hunter.

  -   Co   się   z   tobą   dzieje,   dziewczyno?   -   pytała   swego 

odbicia w lustrze. Słowa były nieco zniekształcone, gdyż w 
ustach trzymała szczoteczkę do zębów. - Ten facet po prostu 
potrzebował pomocy, chodziło mu o niańkę. A ty chcesz się 
dla niego stroić! - Pokręciła głową, gdy zdała sobie sprawę, 
jak łatwo przełknęła wyznanie Huntera, że od początku mu się 
spodobała,   a   jej   umiejętność   opiekowania   się   dziećmi   była 
tylko dodatkowym atutem. - Ha!

Ktoś zapukał do drzwi łazienki.
 - Hej, Jo! - To był Chris.
 - Co jest?
 - Gdy ty zużywałaś całą gorącą wodę, zadzwonił ten twój 

Hunter.

background image

Joanna wypluła pastę do zębów i wypłukała usta.
 - Tak? I co mówił?
  -   Prosił,   żeby   ci   przekazać,   że   jeden   z   tych   jego 

potworków,   zapomniałem   który,   ma   temperaturę   i   jakieś 
wykwity.   Nie   przyjdą.   Powiedział,   że   może   skorzysta 
następnym razem.

  - Nie będzie następnego razu - powiedziała do siebie. - 

Teraz albo nigdy. Pojutrze już mnie tu nie będzie. Do mojego 
nowego   mieszkania   nie   wpuszczę   nikogo,   kto   jest 
niepełnoletni i nie może w pełni odpowiadać za swoje czyny.

 - Coo?
 - Dobra, dzięki za przekazanie wiadomości.
 - Chyba powinnaś oddzwonić, o ile kiedykolwiek stamtąd 

wyjdziesz.   Gorączka   u   małych   dzieci,   to   może   być   coś 
poważnego.   Wypala   im   mózgi.   Mogą   dostać   konwulsji   i 
umrzeć.

 - Dziękuję, doktorze Durbin.
 - Powinnaś upewnić się, czy on wie, co to jest aspiryna.
 - Już dobrze, Christopher.
Joanna   widziała   w   myślach,   jak   jej   brat   wzrusza 

ramionami.

 - Chciałem tylko pomóc.
  - Dziękuję. Będę teraz suszyć włosy. Idź już sobie. Nie 

zadzwoniła do Huntera. W końcu był dorosłym

mężczyzną, nie miał niedorozwoju umysłowego i poradzi 

sobie z takim kłopotem, jak gorączka dziecka.

Ale i tak czuła się winna, gdy w poniedziałek na basen 

przyszła   tylko   Karen.   Dziewczynka   nie   była   zadowolona   z 
tego, że podwiozła ją matka Billy'ego. Joanna domyśliła się, 
że to Robby miał gorączkę w sobotę.

 - Czy Robby jest nadal chory, Karen? - zapytała. Trzy dni 

to długo. Może powinna była zadzwonić?

Karen spojrzała na nią zdziwiona.

background image

 - Robby nie jest chory.
 - Nie?
 - Nie. Musiał dziś po południu zostać w szkole, bo mają 

próbę.

 - Aha, czyli czuje się już lepiej.
  - Robby w ogóle  nie był chory. Chyba chodzi  pani  o 

Aarona. Wujek Hunter kazał mu siedzieć w wannie prawie 
przez cały wieczór.

O Boże! Jak wysoką gorączkę miało to dziecko? Hunter 

powinien wezwać doktora, jeśli taka temperatura utrzymuje 
się przez trzy dni.

 - Tyle czasu w wannie? - powiedziała trochę bezmyślnie.
  -   Doktor   powiedział   wujkowi,   że   Aaron   powinien 

siedzieć   w   wodzie   z   rozpuszczonym   proszkiem,   którego 
używa się do pieczenia ciasta.

Teraz Joanna już nic nie rozumiała.
 - O jakim proszku mówisz, Karen?
 - Wie pani, taki biały proszek w żółtym pudełku. Wujek 

kupił go mnóstwo. Jak się go wrzuca do wody, to robi się 
biała.   Jak   człowiek   wykąpie   się   w   takiej   wodzie,   to   mniej 
swędzi. A kiedy Aaron nie jest w wannie, wujek smaruje go 
jakąś różową maścią. Wygląda to bardzo śmiesznie, ale wujek 
mówi,   żebyśmy   się   nie   śmiali,   bo   prawdopodobnie   w 
przyszłym   tygodniu   wszyscy   będziemy   mieć   takie   same 
krosty.

Joanna domyśliła się wreszcie.
 - Aaron ma ospę wietrzną?
 - Zdaje się, że tak. Ma mnóstwo krost, a na tych krostach 

krosty, jak mówi wujek. Wujek mówi, że w ten sposób nigdy 
nie wróci do pracy, bo na pewno będziemy mieć  te krosty 
jedno po drugim. Już zawsze będzie musiał pracować w domu.

Biedny wujek Hunter.

background image

 - Ciekawe, dlaczego nie zadzwonił? - pytała samą siebie, 

podczas gdy jej podopieczni ćwiczyli żabkę. Pamiętała, jak jej 
matka rwała sobie włosy z głowy, gdy pielęgnowała młodsze 
rodzeństwo chore na ospę. Najgorsze było powstrzymanie ich 
od drapania się. A kiedy już choroba zaczęła się u nich w 
domu,   dopadała   wszystkich   po   kolei.   Okres   wylęgania   to 
osiem, dziesięć dni, a sama choroba trwa ponad tydzień. Tak 
więc przy całej czwórce Hunter może być uwięziony w domu 
przez dwa miesiące.

Kopnęła   ze   złością   deskę   do   pływania   i   zaklęła   pod 

nosem.

 - Byłabym idiotką, gdybym tam poszła! - Nowa strona jej 

osobowości   wzięła   górę.   -   Ale   dlaczego   nie   zadzwonił?   - 
zastanawiała się. - Najpierw moja matka mnie nie potrzebuje, 
a teraz Hunter? Myślałam, że poszukuje matki dla tych dzieci. 
A ja właśnie potrafię opiekować się dziećmi. Ale mężczyźni 
bywają strasznie uparci w najmniej odpowiednim momencie. 
Wpadnę do niego. Nie, nie wpadnę. A może powinnam po 
prostu   upewnić   się,   czy   nie   potrzebują   czegoś   ze   sklepu. 
Mogłabym...

Zebrała płetwy i ułożyła w pudle. Rozejrzała się dookoła. 

Znalazła dwie pary okularków podwodnych i podarty czepek z 
rekinem.

  - Zabiję każdego, kto powie, że umiem opiekować się 

małymi dziećmi - obiecała sobie.

 - Ja tego nie powiem, nie chcę umierać. Joanna odwróciła 

się.

 - Grace! - Serdecznie objęła siostrę, chociaż widziały się 

poprzedniego dnia. - Jak leci?

 - Strasznie. Nie ma cię tylko jeden dzień, a ja już za tobą 

tęsknię.

Aha! Wiedziała, że nie dadzą sobie bez niej rady!

background image

  - Charlie zapomniał nam powiedzieć, żebyśmy wczoraj 

wieczorem   przygotowali   sobie   drugie   śniadanie   do   szkoły. 
Dlatego rano lataliśmy po kuchni jak szaleni. O mało co nie 
spóźniłam się na autobus. A na jutrzejszy deser nie będzie 
ciasteczek,   bo   nikt   nie   zapoznał   się   jeszcze   z   nowym 
rozkładem obowiązków, który właśnie wymyślił Charlie.

Joanna podniosła jedną brew.
  - To dlaczego nie zamienisz się swoimi obowiązkami z 

kimś innym i sama nie przygotujesz ciastek?

  - Nie chce mi się piec ciastek, bo to zajmuje dwa razy 

więcej   czasu   niż   odkurzanie.   Powiedziałam   Charliemu   i 
Chrisowi, że to oni powinni piec ciastka, bo są najstarsi i że 
inaczej umrzemy wszyscy z głodu. Ale Charlie powiedział, że 
on   teraz   ma   dużo   pracy,   więc   nie   będzie   piekł   ciastek   i 
musimy się do tego przyzwyczaić.

Joanna przełknęła ślinę.
 - A co na to Chris?
  -   Zaczął   ględzić   o   politologach,   którzy   już   dawno 

stwierdzili, że gdy do władzy dochodzi nowa ekipa i następuje 
zmiana w stylu rządzenia, panuje totalny chaos. A potem sobie 
poszedł.

Wyglądało na to, że prawo i porządek znikły na jakiś czas 

z gospodarstwa Durbinów.

 - Rozmawiałaś o tym z mamą?
  -   Stwierdziła,   że   jeśli   Charlie   robi   coś   inaczej,   to   nie 

znaczy,   że   źle.   Nie   można   podrywać   jego   autorytetu. 
Powiedziała,   że   nie   stanie   się   nic   strasznego,   jeśli   kupimy 
ciastka   w   sklepie.   Ale   ja   nie   cierpię   kupnych   ciastek,   Jo. 
Wiesz przecież. Musisz coś z tym zrobić!

Joanna uświadomiła sobie, że również ona nie powinna 

podrywać autorytetu Charliego. Nie robił w końcu nic takiego 
strasznego.   Matka   miała   rację.   Po   prostu   Charlie   robił   to 
inaczej   niż   Joanna.   Chciała   pobiec   do   domu   i   przywrócić 

background image

wszystko do normalnego stanu, jednak zdała sobie sprawę, że 
okres jej władzy już minął, bo została zdetronizowana. Bolało 
ją, że  jakoś dają  sobie  radę  bez  niej. Każdy  chce  czuć  się 
potrzebny.   Zresztą   Grace   była   wystarczająco   duża,   żeby 
pamiętać o drugim śniadaniu. A dziury w niebie nie będzie, 
jeśli zjedzą kupne ciastka.

  -   Nie   mogę,   kochanie   -  westchnęła.   -  Nie   mogę,   jeśli 

mama   mnie   nie   poprosi.   Poczekajmy   jeszcze   trochę   i 
zobaczmy, jak się to wszystko ułoży.

Wieczorem z ciężkim sercem wróciła do swojego cichego, 

spokojnego   mieszkania.   Usiadła   na   kanapie   w   salonie. 
Przecież właśnie tego chciała. O tym marzyła w ciągu tych 
wszystkich lat, kiedy uwijała się jak szalona, opiekując  się 
rodzeństwem.

Trochę ciszy i spokoju.
 - Tylko że teraz mam dużo ciszy i spokoju. Do licha! Tu 

jest   zbyt   spokojnie.   -   Szybko   odkryła,   że   to   też   może   być 
męczące.

Włączyła   telewizor   i   poszła   do   kuchni   zrobić   sobie 

kolację.   Czuła   się   lepiej,   gdy   słyszała   w   tle   jakieś   głosy, 
chociaż   nie   miała   pojęcia,   co   to   za   program.   Po   prostu 
potrzebowała   wypełnić   czymś   tę   przytłaczającą   ciszę. 
Przygotowała o wiele za dużo jedzenia.

  - Trochę potrwa, zanim przyzwyczaję się do gotowania 

tylko dla jednej osoby - prowadziła swój monolog. - Dotąd 
musiałam gotować dla ośmiu.

Potem schowała do lodówki to, co zostało z kolacji. Nagle 

uderzyła ją przerażająca myśl.

 - Czy to znaczy, że już nigdy nie będę mogła sobie upiec 

szarlotki? - zapytała głośno, patrząc do lodówki, która była 
prawie pusta. - Jeśli zrobię ciasto, od razu się roztyję, bo na 
pewno zjem je całe. A przecież nie mogę upiec tylko kawałka 
szarlotki!

background image

Wariatko,   zawsze   można   kupić   kawałek   szarlotki   w 

sklepie, uspokajała sobie.

 - Ale ja nie lubię kupnej szarlotki - jęknęła.
Szybko dochodziła do wniosku, że w tym raju też są jakieś 

cienie.

Pod   koniec   tygodnia   musiała   bardzo   się   starać,   żeby 

wrócić   po   zajęciach   na   basenie   do   swojego   nowego 
mieszkania, a nie do domu. Na pewno panował tam niezły 
bałagan i bardzo chciała się tam znaleźć. Ale nie mogła, bo nie 
chciała   podrywać   autorytetu   Charliego.   Zadzwonił   do   niej 
Stephen i narzekał, że dostał trzy mniej z dyktanda. Obwiniała 
za to Charliego, bo na pewno nie przypilnował brata, żeby się 
uczył.   Charlie   podobno   wzruszył   tylko   ramionami   i 
powiedział Stephenowi, że sam jest odpowiedzialny za swoje 
stopnie.   Jeśli   nie   chciał   dostawać   trój   z   minusem,   dobrze 
wiedział, co powinien robić.

Rzeczywiście, to miało jakiś sens.
Ale   gdyby   Joanna   poszła   teraz   do   domu,   na   pewno 

zaczęłaby   się   wtrącać.   Po   prostu   lepiej   sobie   radziłam   niż 
Charlie, pomyślała.

W   mieszkaniu   nadał   było   przeraźliwie   cicho.   Nic   nie 

mąciło zabójczego spokoju.

W czwartek na basenie nie było Karen. Robby był jeszcze 

w piątek, ale w poniedziałek też już nie przyszedł. A więc 
Hunter miał już w domu przynajmniej trójkę dzieci chorych na 
ospę i nadal nie poprosił jej o pomoc. Co też ugryzło tego 
faceta?   A   może   był   takim   upartym   typem,   który   prędzej 
umrze, niż poprosi o wsparcie?

Joanna miała we wtorek dwie rozmowy kwalifikacyjne, 

wciąż   jednak   myślała   o   Hunterze   i   jego   kłopotliwym 
położeniu.   Wiedziała,   że   nie   zrobiła   na   rozmówcach   zbyt 
dobrego   wrażenia.   Podczas   środowej   rozmowy 

background image

kwalifikacyjnej   była   tak   roztargniona,   że   dyrektor   szkoły 
musiał powtórzyć pytanie. I to dwa razy.

 - No tak - szeptała pod nosem, wychodząc z budynku.
 - Przez niego jestem tak zmartwiona, że nawet nie mogę 

się skupić. Ci ludzie nie odezwą się już do mnie, to pewne. I 
to   wszystko   z   winy   Huntera.   On   w   ogóle   nie   liczy   się   z 
innymi... - Zabrakło jej słów, które byłyby wystarczająco ostre 
do określenia zachowania Huntera Pace'a. Wtedy zauważyła, 
że grupa wracających z przerwy maluchów wpatruje się w nią 
ze zdziwieniem. Przewróciła oczami.

 - Już nawet pięciolatki myślą, że jestem stuknięta. Super!
Wsiadła do samochodu i uruchomiła silnik.
 - Zastanówmy się. On myśli, że może jednego wieczoru 

zapraszać mnie na kolację, a potem nie dawać znaku życia 
przez trzy tygodnie. Już ja mu powiem, co o tym myślę!

Pojechała   prosto   do   Huntera,   by   wreszcie   z   nim 

porozmawiać.

 - Albo chce być ze mną, albo nie. Albo mnie potrzebuje 

do pomocy przy dzieciach, albo nie! Zobaczymy.

Zadzwoniła.   Drzwi   nie   otworzyły   się   od   razu,   wiec 

zaczęła w nie walić.

 - Kto do licha... - Hunter szarpnięciem otworzył drzwi i 

ukazał   swoje   wściekłe   oblicze.   -   Joanno,   co   się   dzieje?   - 
Wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się wkoło. - Ktoś cię goni? 
Czemu tak walisz?

Wycelowała w niego wskazującym palcem.
  -   Dlaczego   nie   zadzwoniłeś   do   mnie,   gdy   dzieci 

zachorowały? Myślisz, że po kilku miesiącach potrafisz już się 
nimi   zajmować?   Wyglądasz   fatalnie.   Co   się   z   tobą   dzieje, 
człowieku? Nie możesz poprosić o pomoc? - Ta tyrada została 
nagle   przerwana   przez   huk,   który   rozległ   się   ponad   ich 
głowami. - Co to było?

background image

Hunter wziął ją za rękę, aby wreszcie przestała wskazywać 

go palcem.

 - Nie wiem. I nie chcę wiedzieć. O Boże, mam nadzieję, 

że to nie była głowa żadnego z nich. - Poszedł w głąb domu i 
zawołał: - Karen?

 - Tak?
 - Co to był za hałas?
 - Nic.
Przejechał ręką po włosach.
 - Nie znoszę, kiedy tak mówią.
 - Hunter, jeszcze trochę, a przewrócisz się ze zmęczenia. 

Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś?

  -   Joanno,   na   górze   leży   troje   dzieci   chorych   na   ospę 

wietrzną. Mikie jest strasznie marudny, co oznacza, że jutro 
też będzie chory. Nie prosiłbym nawet najgorszego wroga o 
pomoc, a co dopiero ciebie. Nie martw się o dzieci. Jestem w 
kontakcie   z   pediatrą   i   wszystko   jest   pod   kontrolą. 
Wyzdrowieją.

Spojrzała   na   ciemne   cienie   pod   jego   oczami   i   drobne 

zmarszczki wokół ust.

  - Nie  martwię się tak bardzo o dzieci, tylko o ciebie. 

Wyglądasz na wykończonego. Może ja...

 - Nie - przerwał jej stanowczo. Schwycił ją za ramiona i 

odwrócił w stronę drzwi wejściowych. - Dużo myślałem, od 
czasu kiedy byliśmy razem na kolacji, Joanno.

Przyznaję,   że   początkowo   moje   intencje   były   niezbyt 

chwalebne.  Masz  wspaniałe   ciało,  którego  pragnąłby   każdy 
mężczyzna i świetnie zajmujesz się dziećmi. To rzeczywiście 
cudowna  kombinacja. Ale  gdy poznałem  cię  lepiej, zdałem 
sobie sprawę, że byłbym strasznym egoistą, gdybym próbował 
związać się z tobą. Wreszcie jesteś wolna i możesz nadrobić 
zaległości w umawianiu się na randki. Nigdy nie miałaś okazji 
urządzić   parapetówki   ani   oblewać   pierwszej   pracy.   Nie 

background image

chciałbym,   żeby   to   wszystko   cię   ominęło,   więc   muszę   się 
wycofać. - Otoczył ręką jej ramiona i odprowadził do drzwi. - 
Chciałbym cię zdobyć, zanim zrobi to jakiś palant samotnie 
wychowujący dzieci. Ale wiem, że to tak samo nierealne, jak 
inne   rzeczy,   o   których   marzę:   czerwona   corvetta   i   domek 
letniskowy   nad   jeziorem.   -   Otworzył   drzwi   wejściowe.   - 
Bardzo trudno jest mi być tak bezinteresownym, Joanno, Nie 
zdawałem   sobie   dotąd   sprawy   ze   swojego   wrodzonego 
egoizmu. Musisz więc mi pomóc. Idź już do domu.

 - Wujku?
 - Tak, Robby?
 - Chce mi się siusiu.
 - Dobra, już idę.
Joanna spojrzała zdziwiona.
 - Czy on nie jest już na to trochę za duży?
  - Całe stopy ma pokryte krostami. Ma tam krosty, a na 

nich krosty. Bardzo go boli przy chodzeniu, więc noszę go do 
łazienki. - Wzruszył ramionami. - Poza tym wtedy czuje, że 
dbam o niego.

Joanna zdała sobie sprawę, że Hunter zawsze będzie się 

starał,   aby   dzieci   wiedziały,   jak   wiele   dla   niego   znaczą. 
Wyciągnęła rękę i położyła ją na jego ramieniu.

 - Hunter, nie dasz sobie rady. Pozwól mi...
  -   Nie,   Joanno.   Jeśli   nie   będę   już   mógł   wytrzymać, 

zatrudnię kogoś do pomocy. Wypadek mojego brata i bratowej 
wydarzył   się   w   drodze   powrotnej   z   kolacji   służbowej. 
Ponieważ   miał   związek   z   pracą,   towarzystwo 
ubezpieczeniowe musiało wypłacić odszkodowanie potrójnej 
wysokości. Dzieci są ustawione na całe życie i stać mnie na 
wszystko,   czego   potrzebują.   Mają   już   nawet   odłożone 
pieniądze   na   studia.   Ale   na   pewno   i   tak   wolałyby,   żeby 
rodzice byli z nimi. Zamiast tego, muszą męczyć się ze mną. - 
Skrzywił się. - Ale powoli przyzwyczajamy się do siebie.

background image

 - Wujku!
 - Już idę, Robby! - krzyknął. - Jedź do domu, Joanno. My 

tu jakoś damy sobie radę. Baw się dobrze. Zasłużyłaś na to, by 
wreszcie myśleć tylko o sobie. - I zamknął jej drzwi przed 
nosem.

Joanna nie ruszyła się z miejsca, wpatrując się w drzwi.
To było naprawdę idiotyczne.
Miała   teraz   wszystko,   czego   od   tak   dawna   pragnęła. 

Własne mieszkanie i własny pokój, którym nie musiała się z 
nikim   dzielić.   Nie   było   tam   młodszego   rodzeństwa,   które 
grzebało   w   jej   prywatnych   rzeczach   lub   pytało   o   ładunek 
elektryczny   chloru   w   stanie   zjonizowanym   o   wszystkich 
porach dnia i nocy. Mogła jeść pizzę i prażoną kukurydzę na 
śniadanie,   obiad   i   kolację,   i   nie   martwić   się,   że   daje   zły 
przykład.   Wreszcie   mogła   rozpocząć   karierę   zawodową.   A 
jeśli   miałaby   akurat   taki   kaprys,   mogła   wziąć   udział   w 
tygodniowej orgii na wzór rzymskich bachanaliów.

Dlaczego   więc   stała   przed   zamkniętymi   drzwiami? 

Dlaczego czuła się opuszczona i niekochana?

Musi   wrócić   do   domu   i   urządzić   wielką   imprezę   dla 

przyjaciół   i   znajomych.   Nie   kończącą   się   imprezę.   Może 
wreszcie   się   upije?   Najwyższy   czas,   w   końcu   miała   już 
dwadzieścia pięć lat Odwróciła się i poszła do samochodu.

Po   powrocie   do   domu   znowu   uderzyła   ją   cisza.   To 

śmieszne,   ale   nagle   zaczął   ją   denerwować   nawet   porządek 
panujący w całym mieszkaniu.

Znowu   zastanowiła   się   nad   urządzeniem   imprezy. 

Właściwie   to   wcale   jej   się   nie   chciało.   Nigdy   nie   była 
zwolenniczką   rozpustnego   stylu   życia   i   nie   miała   bladego 
pojęcia, jak urządzić rzymską orgię. Chciała być z Hunterem, 
ocierać rozgorączkowane czółka dzieci i karmić je rosołem.

Bez sensu!

background image

Chodziła   po   mieszkaniu   i   ze   złością   kopała   bezbronne 

sprzęty. Tego wieczoru wcześniej poszła do łóżka. Nadal była 
obrażona   na   cały   świat.   Poza   tym   chyba   miała   początek 
strasznej   migreny.   W   nocy   wstawała   kilka   razy.   Najpierw 
szukała dodatkowego koca, a już godzinę później całkiem się 
odkryła, zlana potem. Rano zdała sobie sprawę, że dopadła ją 
jakaś choroba.

  -   No   tak   -   mruknęła,   mrużąc   oczy   przed   światłem 

porannego słońca, które wpadało do sypialni przez szpary w 
żaluzjach. Głowa pękała jej z bólu. - To jakiś wirus. Tylko 
tego mi brakowało. Świetnie!

Na   szczęście   nie   miała   zaplanowanej   żadnej   rozmowy 

kwalifikacyjnej. Zamiast sprzątać czyste mieszkanie, leżała w 
łóżku i użalała się nad sobą.

O ósmej wieczorem zdała sobie sprawę, że jej choroba nie 

skończy się jednego dnia i będzie trwała dłużej. O wpół do 
dziewiątej   zadzwonił   domofon.   Joanna   postanowiła   nie 
otwierać. Był dzień powszedni, więc na pewno nie był to nikt 
z   rodziny.  Nie  chciała,  żeby  ktoś  obcy  oglądał  ją  w  takim 
stanie,   w   piżamie   i   z   rozczochranymi   włosami.   Zresztą 
prawdopodobnie ktoś pomylił numer mieszkania.

Dwie minuty później ktoś zaczął walić w jej drzwi.
 - Joanno! Otwórz! - usłyszała krzyk Huntera. Zaskoczona 

zerwała   się   z   tapczanu   i   natychmiast   złapała   się   za   głowę. 
Nagły ruch nasilił jeszcze ból.

 - Joanno!
  -   Już!   -   odpowiedziała,   ściągając   prześcieradła   i   koce 

okręcone wokół nóg. - Już idę, czekaj, chwileczkę.

Otworzyła   drzwi   i   oparła   się   o   nie   dla   utrzymania 

równowagi.

 - Co chciałeś?

background image

Ruchem,   który   w   innych   warunkach   uznałaby   za 

romantyczny, Hunter chwycił ją pod ramiona i wziął na ręce. 
Zaniósł do saloniku i zamknął drzwi kopnięciem.

  - Co robisz tutaj sama i chora? Dlaczego do nikogo nie 

zadzwoniłaś? Dlaczego do cholery nie zadzwoniłaś do mnie i 
nie  powiedziałaś, że  się źle czujesz?  Co się z tobą  dzieje? 
Masz gorączkę. Wyglądasz strasznie. Byłaś u lekarza?

Nadal   trzymał   ją   na   rękach.   Pomyślała,   że   trochę 

przesadza.

 - Uspokój się - poradziła. - Chyba mam grypę. Już nieraz 

to przechodziłam. Sądzę, że i tym razem przeżyję.

  -   Nie   powinnaś   być   tu   sama.   Joanna   wzruszyła 

ramionami.

 - Lepiej, żebym była sama, niż zarażała innych. Choć jeśli 

miałam   zarazić   jakieś   dzieciaki   na   basenie,   to   i   tak   już   to 
zrobiłam.

Hunter miał dziwny wyraz twarzy.
 - A co powiedział lekarz? Jo przewróciła oczami.
 - Hunter, nie dzwonię do lekarza za każdym razem, gdy 

mam   gorączkę   lub   boli   mnie   głowa.   -   Wskazała   szklankę 
stojącą na stoliku. - Przyjmuję dużo płynów, biorę aspirynę i 
drzemię, oglądając stare filmy. Nie potrzebuję wysokiej klasy 
specjalisty do udzielenia mi takiej porady.

Wreszcie   postawił   ją   na   podłodze.   Zaczął   wyliczać   na 

palcach objawy choroby.

  -   Boli   cię   głowa,   masz   gorączkę   i   jesteś   strasznie 

marudna.

Joanna oburzyła się.
 - Słuchaj, wtargnąłeś tu na siłę, a teraz się mnie czepiasz! 

Ty też nie jesteś miły!

Nie zwrócił uwagi na jej oburzenie.
 - Byłaś wściekła już wtedy, gdy zadzwoniłem do drzwi.

background image

  - Raczej waliłeś w nie - zauważyła. - Dziwię się, że to 

wytrzymały i nie rozpadły się na kawałki.

Teraz on się skrzywił i wrócił do poprzedniego tematu.
 - Nieważne. Joanno, czy miałaś kiedyś ospę wietrzną?
 - Oczywiście, że tak. Nie mam zresztą wysypki, no nie? 

To grypa...

Uderzyła go po rękach, bo nagle sięgnął do jej bluzy od 

piżamy i próbował ją podciągnąć.

 - Co robisz?! Przestań!
 - Pierwsze krosty pojawiają się na osłoniętych częściach 

ciała Chcę sprawdzić twój brzuch i klatkę piersiową.

  -   Tylko   spróbuj!   Jeśli   będę   potrzebowała   porady 

lekarskiej, zgłoszę się do specjalisty. Przestań, słyszysz?

Hunter   w   ogóle   nie   zwracał   uwagi   na   jej   protesty. 

Podniósł ją i delikatnie położył na tapczanie.

 - Aha! - zakrzyknął. Przedtem wbrew jej woli podciągnął 

koszulkę, a teraz coś dojrzał.

  -  Co  takiego?   -   Wyciągnęła   szyję,   ale   nie   mogła   nic 

dostrzec. - Co tam jest?

 - Krosty. Trzy. Spójrz: tu, tu i tu.
 - To idiotyczne! Nie mam żadnych krost. - Jednak jej dłoń 

bezwiednie przesunęła się w kierunku swędzącego miejsca w 
okolicy talii.

 - Nie drap tego, bo będzie cię swędziało jeszcze bardziej. 

- Owinął ją w prześcieradło i koc. - No dobra, zabieram cię do 
siebie.   Mam   w   domu   zapas   sody   oczyszczonej,   który 
wystarczy   na   rok,   i   maść   łagodzącą   swędzenie.   Zajmę   się 
tobą.   Wiem,   co   trzeba   robić.   -   Bez   dalszych   ceregieli,   nie 
zwracając   uwagi   na   jej   głośne   protesty,   zapakował   ją   do 
samochodu i zawiózł do siebie.

Czterdzieści minut później leżała już w wielkim łóżku w 

sypialni Huntera, z dzbankiem wody, kubkiem rosołu i stertą 
kolorowych czasopism na stoliku nocnym. Hunter zmierzył jej 

background image

temperaturę,   przykrył   paroma   kocami   i   zadzwonił   do   jej 
matki. O nie, do matki! A matka w ogóle jej nie pomogła, 
gdyż   poinformowała   Huntera,   że   Joanna   wprawdzie   miała 
ospę   wietrzną   jako   dziecko,   ale   przeszła   ją   bardzo   lekko. 
Lekarz   zastanawiał   się   nawet,   czy   to   wystarczyło,   aby 
wyrobiła sobie odporność na tę chorobę.

Teraz odpowiedź na to pytanie była oczywista, myślała, 

pociągając nosem. Hunter poszedł do łazienki przygotować jej 
kąpiel z sodą oczyszczoną. Po uzyskaniu informacji od matki, 
wykluczył wszystkie inne choroby. Był przekonany, że Jo ma 
ospę. Zachowywał się jak żołnierz na linii frontu.

  - Można by pomyśleć, że umieram - mruknęła Joanna. 

Mikie   właśnie   wdrapał   się   na   łóżko   i   wchodził   pod   jej 
prześcieradło. Robby, Karen i Aaron usiedli w nogach.

  - Słuchajcie, jak wasz wujek dowiedział się, że jestem 

chora? - zapytała, nadal nie mogąc uwierzyć, że tak szybko 
sprowadził ją do siebie. Najsmutniejsze w tym wszystkim było 
to, że ona mu na to pozwoliła. Sam ten fakt świadczył o tym, 
jak bardzo było z nią niedobrze. To, że Hunter odkrył w sobie 
żyłkę zdobywcy i pogromcy, nie oznaczało, iż ona musiała się 
temu poddawać. Przecież był już dwudziesty pierwszy wiek.

 - Nudziło mi się w domu - odpowiedziała Karen. - Wujek 

powiedział, że mogłabym zadzwonić do Aubrey, by ją spytać, 
czy   Kyle   Neuburger   przyniósł   na   lekcję   swojego 
szczeniaczka,   tak   jak   się   odgrażał.   Chciałam   wiedzieć,   czy 
wyrzucili go za to ze szkoły.

 - No i co?
 - Ee, stchórzył. Tak myślałam, ale chciałam się upewnić. 

Aubrey   powiedziała   mi   przy   okazji,   że   nie   było   pani   na 
basenie i zastępowała panią ta wstrętna trenerka Jess. Aubrey 
mówiła, że powinnam się cieszyć, że mam ospę, bo trening 
był strasznie trudny.

background image

 - Aha. I pewnie powiedziałaś wujkowi, że nie było mnie 

na treningu?

 - Tak. Był wściekły!
 - Wściekły?
  - Tak, krzyczał na cały głos. Mówił, że jest pani uparta 

jak osioł i za nic w świecie nie poprosi go pani o pomoc.

 - Przecież nie było jeszcze ze mną tak źle - wymamrotała. 

Ona uparta?! A to ciekawostka! Przecież to Hunter jest uparty. 
Phi.   Joanna   wzruszyła   ramionami.   A   więc   w   ten   sposób 
Hunter   dowiedział   się,   że   była   chora.   Resztę   mogła   już 
dopowiedzieć   sobie   sama.   -   Poprosił   więc   sąsiadów,   żeby 
zaopiekowali się wami, a sam wyruszył na białym koniu, by 
ratować mnie przed samą sobą, tak?

  -   Nie,   pojechał   naszym   nowym   samochodem   -   odparł 

Aaron poważnie. - Jest czerwony, bo wujek powiedział, że ten 
kolor   widać   z   daleka.   Wyjaśnił,   że   dlatego   często   karetki 
pogotowia są czerwone. Chce, żebyśmy byli bezpieczni, bo 
nas kocha i nie przeżyłby, gdyby stało nam się coś złego.

  -   Oczywiście,   że   was   kocha.   Bez   was   bardzo   by   się 

nudził.

 - O tak - zgodził się Aaron, a Robby i Karen przytaknęli.
  -   Hej,   mówiłem   wam   przecież,   żebyście   dali   Joannie 

odpocząć, prawda? - powiedział Hunter, stając w drzwiach. - 
Co wy tu wszyscy robicie?

 - Nie robiliśmy nic złego, wujku, naprawdę.
  -   Chcieliśmy   ją   tylko   rozweselić.   Hunter   przewrócił 

oczami.

 - Współczuję ci.
Podszedł do łóżka i wprawnym ruchem podniósł Joannę. 

Złapała go rękami za szyję. Uśmiechnął się do niej.

 - Nie martw się, trzymam cię mocno.
Otóż to. Właśnie to ją martwiło.

background image

  - No dobra, idźcie sobie wszyscy. Joanna musi poleżeć 

trochę w wannie. Nikomu oprócz mnie nie wolno wejść teraz 
do łazienki.

 - A dlaczego tobie wolno? - dopytywała się Karen.
 - Ja musze pilnować, żeby nie utonęła.
 - Ona uczy pływania, wujku! - parsknął Robby.
  -   Tak,   ale   teraz   jest   chora   i   muszę   jej   pilnować.   Czy 

kiedykolwiek zostawiłem kogoś z was samego w wannie?

 - No, nie...
  - Właśnie. A więc musi tak być. Robby, zabierajcie się 

wszyscy na dół i puśćcie sobie film. Niedługo do was przyjdę.

Zamknął im przed nosem drzwi od łazienki. Usiadł, ciągle 

trzymając Joannę w ramionach.  Wtulił  głowę w jej  szyję i 
wdychał jej niepowtarzalny zapach.

 - Strasznie się przestraszyłem, gdy dowiedziałem się, że 

nie było cię na treningu. Aubrey powiedziała Karen, że nigdy 
nie opuszczasz zajęć.

Musiała być naprawdę chora. Zamiast zrobić mu wykład, 

jak to sama potrafi dbać o siebie, przytuliła się czule do jego 
piersi.

  - Jak jeszcze mieszkałam w domu, wolałam chodzić na 

treningi,   nawet   gdy   byłam   chora.   Tak   było   lepiej.   Spróbuj 
leżeć w ciągłym harmiderze.

Hunter  zachichotał.  W  przytulnej   łazience,  z   Joanną  na 

kolanach, wreszcie mógł się zrelaksować.

  - Wiem, co masz na myśli. Też się tak czasem czuję. 

Joanna zamknęła oczy i westchnęła z zadowoleniem.

Palcami gładziła szyję Huntera.
 - Głowa mi pęka - powiedziała. - I wszystko mnie swędzi. 

Czy   możemy   zostać   tak   na   zawsze?   Chyba   już   nigdy   nie 
będzie mi się chciało ruszyć. - Otworzyła jedno oko. - Hunter, 
a ty miałeś kiedyś ospę?

background image

  -   Uhm   -   mruknął   z   błogością.   Podobało   mu   się   tak 

siedzieć z nią na kolanach. - Miałem wtedy dziesięć lat.

 - Potarł policzkiem o jej twarz.
  - Masz tu już wystarczająco dużo roboty. Przeze mnie 

będziesz miał jeszcze więcej. Niepotrzebne ci to.

 - Potrzebne.
Joannie zabrakło na chwilę oddechu.
 - Tak? Dlaczego? Przytulił ją mocnej do siebie,
  - Postanowiłem się wycofać, żebyś mogła być wolna i 

szczęśliwa. Żebyś miała czas, by po prostu żyć i odkrywać 
siebie. Ale kiedy usłyszałem, że jesteś chora, przeraziłem się.

 - Wiem, dzieci mi mówiły.
 - Skarżypyty - narzekał.
Joanna zachichotała i pocałowała go delikatnie.
  - Nie złość się. Cały czas byłam w kontakcie z mamą. 

Charlie wpadł do mnie po drodze do szkoły, a Chris w drodze 
powrotnej.   Gdybym   była   chora   jeszcze   do   jutra,   mama   na 
pewno by też przyszła.

  -   Będziesz   jeszcze   chora   przynajmniej   przez   tydzień, 

kochanie. Widzę, że nowe krosty wyskakują ci na szyi. I nie 
będziesz   potrzebowała   Chrisa,   Charliego   ani   nawet   twojej 
matki do opieki. Ja sam będę się tobą opiekował.

 - Dlaczego? - zapytała znowu i dodała z pewną urazą:
 - Ty nie chciałeś, żebym ci pomagała.
Jak   jej   to   wytłumaczyć?   Hunter   nie   miał   wprawy   w 

odsłanianiu tajników swego serca, ale zdał sobie sprawę, że 
musiał być z nią zupełnie szczery.

  - Opiekowałaś się innymi tak długo, że stało się to dla 

ciebie naturalne. Nie chciałem, żebyś pomagała mi, traktując 
to   jako   swój   kolejny   obowiązek.   Jakoś   poradzę   sobie   z 
dziećmi, chociaż po drodze  na pewno nie  uniknę  potknięć. 
Chcę opiekować się tobą, gdy jesteś chora. Nie z poczucia 

background image

obowiązku, ale dlatego, że tak już jest, jeśli się kogoś kocha. - 
Wziął głęboki oddech. - A ja ciebie kocham, Joanno.

Podniosła   głowę   i   spojrzała   głęboko   w   jego   oczy. 

Wiedziała, że mówi prawdę.

 - Nie zacząłeś się ze mną umawiać, bo szukałeś matki dla 

dzieci, prawda?

Hunter   na   chwilę   stracił   oddech.   Nie   chciał,   żeby 

jakiekolwiek kłamstwa stały pomiędzy nimi.

 - Na początku tak było, ale też bardzo mi się spodobałaś. 

A gdy cię bliżej poznałem, zakochałem się w tobie, Joanno. W 
tobie, a nie w opiekunce do dzieci!

 - Wierzę ci - powiedziała po prostu. - Dużo myślałam od 

wczorajszego   wieczoru,   kiedy   zamknąłeś   mi   drzwi   przed 
nosem.

 - Nie zamknąłem ci drzwi przed nosem!
  - Zamknąłeś. - Podniosła dłoń do góry, chcąc zapobiec 

dyskusji na ten temat. - A więc długo myślałam i doszłam do 
pewnych wniosków. Chcesz, żebym ci o tym opowiedziała?

  -   Nie   jestem   pewien   -   zaśmiał   się,   patrząc   na   nią  z 

czułością. - No dobrze, mów.

  -  Było  mi   naprawdę  przykro,  że  wczoraj   nie   chciałeś, 

żebym ci pomogła. Nie mogłam tego zrozumieć. A przecież 
powinnam   być   zadowolona,   że   mogę   odpoczywać.   Ale   nie 
byłam.   Byłam   wściekła   i   rozgoryczona.   Chcesz   wiedzieć, 
dlaczego? Bo nie traktowałam tego jako kolejnego obowiązku, 
nie   litowałam   się   nad   tobą.   Chciałam   ci   pomóc,   bo   cię 
kocham. Dzieci także. One są przecież częścią ciebie. Sam 
powiedziałeś,   że   jeśli   się   kogoś   kocha,   to   chce   się   mu 
pomagać. Z miłości.

Przez   chwilę   siedzieli   w   ciszy,   przytuleni   do   siebie. 

Wydobywająca się z wanny para pokryła całe lustro. W końcu 
Hunter przemówił.

background image

  - Joanno, wiem,  że proszę o zbyt wiele. Proszę, żebyś 

zrezygnowała   z   części   tej   wolności   i   swobody,   o   której 
marzyłaś przez lata. Ale odpowiedz: wyjdziesz za mnie?

Nie musiała się zastanawiać.
 - Tak.
Hunter sięgnął ręką na półkę z lekarstwami i zdjął z niej 

butelkę   z   płynem   na   wysypkę.   Otworzył   ją,   zdjął   nakrętkę 
razem z małym plastikowym pierścieniem, który pozostał na 
szyjce.   Wsunął   go   na   palec   Joanny,   która   obserwowała 
wszystko z powagą.

 - To musi wystarczyć, dopóki nie będziemy mogli pójść 

do jubilera.

 - Do tego czasu może upłynąć jeszcze wiele dni.
 - Wiem. Wyskakuje ci krosta na czole.
 - Jesteś bardzo romantyczny! - zaśmiała się.
  -   Chcesz,  żebym   był   romantyczny?   Dobrze!   -   Hunter 

wziął twarz Jo w dłonie i zaczął ją namiętnie całować.

Odpowiadała   mu   równie   gorąco.  W   końca   zdołała   się 

oderwać od jego ust.

 - Myślę, że temperatura podskoczyła mi o jakieś dziesięć 

stopni.

  - Tak, za chwilę mnie oparzysz - przyznał. -  Chyba  już 

czas,   żebym   stąd   wyszedł.   -   Podał   jej   pudełko   sody 
oczyszczonej.   -   Wymocz   się   w   tym.   I   wyzdrowiej   jak 
najszybciej. Nie mogę już dłużej czekać.

Joanna, zaśmiewając się, wstała z jego kolan. Śmiała się, 

patrząc   z   przyjemnością   na   swój   plastikowy   pierścionek 
zaręczynowy.   Wrzuciła   do   wanny   całą   zawartość   pudełka. 
Pewnie, że szybko wyzdrowieje. Ona też nie mogła już dłużej 
czekać.