background image
background image

Red Garnier

Gra pozorów

Tłu​ma​cze​nie:

Anna Sa​wisz

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Mol​ly  De​va​ney  na  gwałt  po​trze​bo​wa​ła  su​per​me​na.  Sama  nie  da​wa​ła  so​bie

rady.

Przez ostat​nie dwa ty​go​dnie ca​ły​mi no​ca​mi prze​wra​ca​ła się w łóż​ku z boku na

bok,  ob​se​syj​nie  my​śląc  o  tym,  co  się  sta​ło.  Mo​dli​ła  się,  wzdy​cha​ła.  Musi  coś
z tym zro​bić. I to jak naj​szyb​ciej.

Pięt​na​ście  nocy  pie​kiel​nych  mąk.  A  wszyst​ko  po  to,  by  dojść  do  wnio​sku,  że

ktoś musi jej po​móc.

Wie​dzia​ła kto. Bo​ha​ter jej ma​rzeń z cza​sów, gdy ona mia​ła trzy, a on sześć lat.

Gdy osie​ro​co​na Mol​ly i jej sio​stra Kate za​miesz​ka​ły w oka​za​łej po​sia​dło​ści jego
ro​dzi​ców w San An​to​nio. Ju​lian John Gage.

Okej, fa​cet nie jest świę​ty. Ko​bie​ciarz do szpi​ku ko​ści. Może mieć każ​dą, kie​dy

tyl​ko ze​chce. I ko​rzy​sta z tego peł​ny​mi – je​śli tak moż​na po​wie​dzieć – gar​ścia​mi.

A ją to cza​sem boli.
W kwe​stii pod​ry​wów jest  nie​re​for​mo​wal​ny. Jako szef PR  w „San An​to​nio  Da​-

ily”, trud​ny dla współ​pra​cow​ni​ków. Czu​pur​ny brat, krnąbr​ny syn. Ale dla Mol​ly
Ju​lian  John  Gage  był  kimś  nad​zwy​czaj​nym.  Naj​lep​szym  przy​ja​cie​lem,  nie​do​ści​-
gnio​nym wzo​rem męż​czy​zny. Je​dy​ną oso​bą na świe​cie, z któ​rą moż​na szcze​rze
po​roz​ma​wiać i któ​ra po​tra​fi jej wy​tłu​ma​czyć, co po​win​na zro​bić, by zdo​być jego
iry​tu​ją​co rze​czo​we​go i przy​ziem​ne​go star​sze​go bra​ta.

Pro​blem w tym, że mo​ment był chy​ba nie naj​lep​szy. Wtar​gnię​cie w nie​dziel​ny

po​ra​nek do czy​je​goś miesz​ka​nia to kiep​ski po​mysł. Czu​ła jed​nak, że stra​ci​ła już
za dużo cza​su. Chcia​ła się na​tych​miast prze​ko​nać, że Gar​rett, star​szy brat Ju​lia​-
na, ją ko​cha. Ina​czej umrze z roz​pa​czy.

Niech tyl​ko Ju​lian prze​sta​nie się na nią ga​pić jak na ja​kieś dzi​wa​dło. Robi to

od kil​ku mi​nut. Ści​ślej od mo​men​tu, gdy zwie​rzy​ła mu się z pro​ble​mu i wy​ja​wi​ła
plan. Fa​cet stał ska​mie​nia​ły, jak sta​ro​żyt​ny po​sąg w no​wo​cze​snym miesz​ka​niu.

–  Czy  ja  do​brze  ro​zu​miem?  –  ode​zwał  się  w  koń​cu  za​chryp​nię​tym  gło​sem.  –

Pro​sisz mnie o po​moc w uwie​dze​niu mo​je​go wła​sne​go bra​ta?

– Ja chy​ba nie uży​łam ta​kie​go sło​wa – zwró​ci​ła mu uwa​gę Mol​ly, prze​ry​wa​jąc

na mo​ment ner​wo​wy marsz wo​kół sto​li​ka. – Mó​wi​łam coś o uwie​dze​niu?

– A nie mó​wi​łaś? – Ju​lian sta​rał się przy​po​mnieć so​bie jej sło​wa wy​po​wie​dzia​ne

pięć mi​nut temu.

Wes​tchnę​ła.  Też  mia​ła  trud​no​ści  z  pa​mię​cią.  Gdy  uj​rza​ła  w  otwar​tych

drzwiach żywe uoso​bie​nie kla​sycz​ne​go pięk​na, z na​gim tor​sem, na chwi​lę za​po​-
mnia​ła ję​zy​ka w gę​bie. Jego spodnie od pi​ża​my były na tyle cien​kie, że nie dało
się nie za​uwa​żyć ciem​ne​go trój​ką​ta bie​gną​ce​go od pęp​ka w dół i… Czyż​by ni​g​dy
do​tąd nie wi​dzia​ła pół​na​gie​go męż​czy​zny?

background image

Z tym, że Ju​lian nie jest ot ta​kim so​bie męż​czy​zną. Wy​glą​dał jak młod​sza ko​pia

Da​vi​da Bec​kha​ma.

Młod​sza i bar​dziej sma​ko​wi​ta. Na szczę​ście ich wza​jem​na przy​jaźń teo​re​tycz​-

nie uod​por​ni​ła ją na jego wdzię​ki.

– Może i po​wie​dzia​łam, nie pa​mię​tam – przy​zna​ła po​jed​naw​czo i po​no​wi​ła wę​-

drów​kę  po  po​ko​ju.  –  Po  pro​stu  zda​łam  so​bie  spra​wę,  że  jak  nie  zro​bię  cze​goś
spek​ta​ku​lar​ne​go, ja​kaś dzium​dzia go​to​wa sprząt​nąć mi go sprzed nosa. Ju​lian, ja
go mu​szę mieć, a ty je​steś spe​cem od pod​ry​wu. Po​wiedz, co mam ro​bić?

Jego zie​lo​ne oczy roz​bły​sły.
– Po​słu​chaj, Molls. Nie wiem, jak ci to wy​tłu​ma​czyć – za​czął mó​wić, do​łą​cza​jąc

do niej w ner​wo​wym prze​mie​rza​niu po​ko​ju. – Do​ra​sta​li​śmy ra​zem. Ja i moi bra​-
cia pa​mię​ta​my, jak cho​dzi​łaś z pie​lu​chą w majt​kach. Gar​rett już ni​g​dy nie spoj​-
rzy na cie​bie ina​czej. Dla nie​go za​wsze bę​dziesz ma​leń​ką młod​szą sio​strzycz​ką.

–  Okej,  ro​zu​miem,  już  ni​g​dy  nie  wy​zwo​lę  się  z  pam​per​sów.  Ale  mam  pew​ne

pod​sta​wy,  aby  są​dzić,  że  Gar​rett  zmie​nił  na​sta​wie​nie  do  mnie.  Czy  na​praw​dę
mó​wił  ci,  że  wciąż  wi​dzi  we  mnie  tyl​ko  tam​te​go  bo​ba​sa?  Ju​lian,  ja  skoń​czy​łam
dwa​dzie​ścia  trzy  lata!  Miał  czas  za​uwa​żyć,  że  wy​ro​słam  na  by​wa​łą  w  świe​cie,
sek​sow​ną mło​dą damę.

Z nie​złym biu​stem, któ​ry cał​kiem przy​jem​nie pie​ści​ło się na balu prze​bie​rań​-

ców, do​da​ła w my​ślach nie bez dumy.

Ju​lian  pa​trzył  na  nią  z  miną,  któ​rą  z  pew​no​ścią  trud​no  by​ło​by  okre​ślić  jako

roz​e​mo​cjo​no​wa​ną.

–  Two​ja  sio​stra  Kate  jest,  ow​szem,  mło​dą  damą.  Ale  ty?  –  mó​wił,  bez​li​to​śnie

tak​su​jąc  wzro​kiem  hi​pi​sow​ską  spód​ni​cę  w  bo​ho​ma​zy  i  spra​ną  ko​szul​kę  na  ra​-
miącz​kach. Za​nu​rzył pal​ce w jej wło​sach, któ​rych pa​sem​ka w słoń​cu wy​pło​wia​ły.
– Na Boga, Mol​ly, czy ty nie masz lu​stra? Wy​glą​dasz, jak​by cię ktoś prze​pu​ścił
przez ma​szyn​kę.

– Ju​lian! – wy​krzyk​nę​ła ura​żo​na, z tru​dem ła​piąc od​dech. – Przyj​mij do wia​do​-

mo​ści,  że  za  czte​ry  ty​go​dnie  otwie​ram  w  No​wym  Jor​ku  in​dy​wi​du​al​ną  wy​sta​wę
mo​ich prac. Nie mam cza​su dbać o wy​gląd! A poza tym nie masz pra​wa wy​ty​kać
mi, jak je​stem ubra​na, kie​dy sam sto​isz obok pra​wie goły i…

Urwa​ła, gdy z głę​bi miesz​ka​nia do​biegł od​głos za​my​ka​nych drzwi. Zo​ba​czy​ła,

że ktoś się do nich zbli​ża i ode​bra​ło jej głos. Tym kimś była oczy​wi​ście ko​bie​ta.

Z sy​pial​ni Ju​lia​na wy​szła naj​bar​dziej dłu​go​no​ga i naj​ja​śniej​sza chy​ba na świe​-

cie blon​dyn​ka w szkar​łat​nych szpil​kach, odzia​na w ko​szu​lę Ju​lia​na, pod któ​rą nie
dało  się  nie  za​uwa​żyć  im​po​nu​ją​cych  pier​si.  Dzier​ży​ła  pod  pa​chą  mi​nia​tu​ro​wą
zło​tą ko​per​tów​kę.

No tak, tej to nikt nie prze​pu​ścił przez ma​szyn​kę…
– Będę już szła  – oświad​czy​ła Ju​lia​no​wi zdu​szo​nym  szep​tem. – Zo​sta​wi​łam  ci

na po​dusz​ce nu​mer te​le​fo​nu. Miło było cię po​znać. Mam na​dzie​ję, że po​ży​czysz
mi tę ko​szu​lę. Moja su​kien​ka stra​ci​ła nie​co fa​son… – Za​śmia​ła się ci​chut​ko.

Ju​lian stał jak za​mu​ro​wa​ny, nie mo​gąc ode​rwać od niej wzro​ku. Ona zaś opu​-

ści​ła miesz​ka​nie. Gdy za​trza​snę​ły się drzwi win​dy, Mol​ly spoj​rza​ła na Ju​lia​na.

background image

–  Ju​lian!  Czy  ty  na​praw​dę  nie  po​tra​fisz  od​pu​ścić  żad​nej  ba​bie?  Mu​sisz  się

prze​spać z każ​dą?

Wście​kła, pchnę​ła go lek​ko. On jed​nak po​zo​stał nie​po​ru​szo​ny. Praw​dzi​wy be​-

ton.

– Nie roz​ma​wia​my o moim ży​ciu uczu​cio​wym, ale o two​im – za​uwa​żył po chwi​-

li, chwy​ta​jąc jej dłoń i śmie​jąc się. – A mo​je​go bra​ta nie wzru​sza twój wi​ze​ru​nek
gło​du​ją​cej ar​tyst​ki.

Ode​pchnę​ła go i ru​szy​ła ko​ry​ta​rzem.
– Daj mi tyl​ko ko​szu​lę, a mój po​ża​ło​wa​nia god​ny, po​zba​wio​ny po​lo​tu i sek​su wi​-

ze​ru​nek z pew​no​ścią na​tych​miast cu​dow​nie się od​mie​ni! – krzy​cza​ła.

– Do li​cha, Mol​ly, daj spo​kój! Molls, ko​cha​nie. Wra​caj. Po​sta​ram się le​piej cię

zro​zu​mieć, do​brze? Daj mi szan​sę! Obo​je wie​my, że je​steś pięk​na i mo​żesz mieć
gdzieś swój wy​gląd!

Do​go​nił  ją  i  za​cią​gnął  z  po​wro​tem  do  sa​lo​nu.  Mol​ly  pa​trzy​ła  na  nie​go  i  jej

gniew stop​nio​wo mi​jał. Bie​dak, sam nie wie, co ma z nią zro​bić. Na Ju​lia​na Joh​na
do​praw​dy nie spo​sób się dłu​go zło​ścić.

Wie​dzia​ła, że zro​bił​by dla niej wszyst​ko, dla​te​go do nie​go przy​szła. Wie​dzia​ła,

że nie po​trak​tu​je jej jak wrzód na swo​im kształt​nym tył​ku. Tyl​ko przy nim czu​ła
się  pew​nie  i  bez​piecz​nie.  No,  może  jesz​cze  przy  star​szej  sio​strze,  któ​ra  od
śmier​ci  ro​dzi​ców  pra​wie  za​stę​po​wa​ła  jej  mat​kę.  Roz​piesz​cza​ła  ją,  po​ma​ga​ła
w na​uce, wy​cho​wy​wa​ła, ko​cha​ła jak mama i tata ra​zem wzię​ci.

Fakt, że Ju​lian ode​grał w jej ży​ciu po​dob​ną jak Kate rolę, wie​le mówi o czło​-

wie​ku, któ​ry chce na ze​wnątrz ucho​dzić tyl​ko za play​boya. Któ​rym zresz​tą – nie
da się ukryć – był. Ale dla niej to przede wszyst​kim przy​ja​ciel.

– Po​słu​chaj – po​wie​dzia​ła, uwal​nia​jąc dłoń z uści​sku i ru​mie​niąc się na wspo​-

mnie​nie  po​ca​łun​ku,  jaki  skradł  jej  Gar​rett.  –  Wiem,  że  trud​no  ci  to  zro​zu​mieć,
ale bar​dzo ko​cham two​je​go bra​ta i…

– Od kie​dy to, do cho​le​ry? Obo​je wie​my, Molls, że to wku​rza​ją​cy sztyw​niak.
– Może przed​tem taki był, ale te​raz jest inny – rzu​ci​ła w obro​nie uko​cha​ne​go.
– Przed​tem? Przed czym?
– Przed tym… za​nim… zda​łam so​bie spra​wę…
Że mnie chce. Jak mnie po​ca​ło​wał, do​koń​czy​ła w my​ślach. Po​czu​ła ucisk w żo​-

łąd​ku. Od​su​nę​ła wło​sy opa​da​ją​ce jej na twarz i spró​bo​wa​ła po​now​nie:

– Nie umiem tego wy​ja​śnić, ale za​szła w nim prze​mia​na. Czu​ję, że on mnie też

ko​cha. Ju​lian, nie śmiej się, ja to czu​ję.

Ja​koś nie po​tra​fi​ła spoj​rzeć mu w oczy, więc opa​dła na po​bli​ską skó​rza​ną ka​-

na​pę. Pa​nu​ją​cą przez chwi​lę ci​szę prze​rwał jego śmiech:

– Ni​g​dy w to nie uwie​rzę!
Mol​ly wstrzy​ma​ła od​dech, gdy za​uwa​ży​ła, że na jego twa​rzy obok roz​ba​wie​nia

ma​lu​je się tak​że szorst​kość. Ni​g​dy nie wi​dzia​ła, by Ju​lian się zło​ścił, ale tym ra​-
zem był na​praw​dę zły. Okej, mniej​sza z tym. Ona musi zdo​być Gar​ret​ta. I to już.

– Po​słu​chaj, Ju​lian, je​śli mamy po​waż​nie roz​ma​wiać, pro​si​ła​bym cię, że​byś na​-

rzu​cił ja​kiś T-shirt. Chy​ba nie roz​da​łeś wszyst​kich? Wi​dok mę​skie​go cia​ła po​wo​-

background image

du​je… no po pro​stu wzma​ga moją chęt​kę na Gar​ret​ta – po​wie​dzia​ła.

– Do​brze wiesz, że bra​tu da​le​ko do mnie – od​parł, prę​żąc mu​sku​ły.
– Nie tak zno​wu.
– Roz​ło​żył​bym go na czte​ry ło​pat​ki w pięć se​kund.
– Pro​ooszę cię… Je​dy​na rzecz, w ja​kiej je​steś od nie​go lep​szy, to tech​ni​ki pod​-

ry​wu i ob​ra​ża​nia lu​dzi. Nie za​po​mnę ci tego, co po​wie​dzia​łeś o moim wy​glą​dzie.

– A więc nie do​tar​ło do cie​bie, że je​steś pięk​na? To też po​wie​dzia​łem.
Ju​lian opadł na fo​tel i przez chwi​lę obo​je mil​cze​li, pa​trząc w dal.
– Masz ra​cję – ode​zwał się po chwi​li, od​zy​sku​jąc ener​gię. – Je​stem lep​szy w te

kloc​ki, niż obaj moi bra​cia ra​zem wzię​ci. Z tym, że Lan​don jest żo​na​ty, więc nie
oglą​da się za ko​bie​ta​mi.

Za​ło​żył ręce za gło​wę i wy​cią​gnął się wy​god​nie.
–  Okej,  więc  za​baw​my  się  tro​chę  kosz​tem  sta​re​go  Gar​ret​ta.  On  za​wsze  był

tak śmiesz​nie opie​kuń​czy wo​bec cie​bie i Kate. Mio​tał​by się wście​kle jak po​stać
z  kre​skó​wek,  gdy​by  się  do​wie​dział,  że  się  z  kimś  spo​ty​kasz.  Zwłasz​cza  z  kimś
o mar​nej re​pu​ta​cji. To nie musi być na se​rio. Wy​star​czy, jak po​zwo​lisz Gar​ret​to​-
wi uwie​rzyć, że ja​kiś łaj​dus świa​ta poza tobą nie wi​dzi. Po​draż​nij się z nim tro​-
chę.

Mol​ly była za​chwy​co​na, że Ju​lian pod​chwy​cił jej po​mysł. Pod​sko​czy​ła i kla​snę​ła

w ręce.

– Świet​nie! Tyl​ko… czy ja znam ko​goś ta​kie​go?
– Wła​śnie na nie​go pa​trzysz. – Ju​lian uśmiech​nął się, mru​żąc groź​nie oczy.

Po tych sło​wach Mol​ly wy​glą​da​ła na wstrzą​śnię​tą, a Ju​lian za​czął się za​sta​na​-

wiać, czy w ogó​le po​wi​nien był je wy​po​wie​dzieć. Co z jego no​wym pla​nem?

– Prze​pra​szam, chy​ba się prze​sły​sza​łam. – Drgnę​ła, ści​ska​jąc z ca​łych sił skó​-

rza​ną po​dusz​kę. – Pro​po​nu​jesz, że zo​sta​niesz moim chło​pa​kiem czy jak?

– Coś w tym ro​dza​ju – przy​znał z uśmie​chem.
Był  opa​no​wa​ny  i  spo​koj​ny,  ale  w  mó​zgu  kłę​bi​ły  mu  się  my​śli,  któ​rych  pew​nie

kie​dyś po​ża​łu​je. Na ra​zie spra​wia​ły mu przy​jem​ność.

– Co przez to ro​zu​miesz? – za​py​ta​ła.
Nie mógł nie za​uwa​żyć, jak wspa​nia​le wy​glą​da​ła. Była zszo​ko​wa​na i za​sko​czo​-

na, jak​by wła​śnie zdo​by​ła głów​ną wy​gra​ną w Lot​to.

Dla tych cho​ler​nie nie​bie​skich, roz​sze​rzo​nych zdu​mie​niem oczu mógł​by zro​bić

wszyst​ko. Zdo​być każ​dy szczyt w naj​wyż​szych gó​rach. W ży​ciu nie wi​dział tak
peł​ne​go wy​ra​zu, a jed​no​cze​śnie nie​win​ne​go, spoj​rze​nia. Czuł się jak su​per​men.
Nikt, na​wet mat​ka, nie ob​da​rzy​ła go ni​g​dy tak peł​nym po​dzi​wu i uczu​cia wej​rze​-
niem, jak te​raz Mol​ly.

– Chcia​łem przez to po​wie​dzieć, że ja z ni​kim nie „cho​dzę”, Mol​ly. Ja po pro​stu

mie​wam ko​chan​ki. Z przy​jem​no​ścią więc po​uda​ję tro​chę two​je​go chło​pa​ka.

–  Zgry​wasz  się,  Ju​les  –  po​wie​dzia​ła  i  spo​chmur​nia​ła.  Sie​dząc  nie​ru​cho​mo  na

ka​na​pie, pa​trzy​ła na nie​go ba​daw​czo.

Fak​tycz​nie, mógł​by się z tego śmiać, ale w głę​bi du​szy był śmier​tel​nie po​waż​-

background image

ny.

– Rze​czy​wi​ście, lu​bię so​bie cza​sem po​żar​to​wać, ale cie​bie trak​tu​ję wy​jąt​ko​wo

se​rio – za​pew​nił.

– Czy​li je​steś go​tów uda​wać za​ko​cha​ne​go?
Ski​nął gło​wą. Z tru​dem po​wstrzy​my​wał się, by nie po​gła​skać jej po twa​rzy.
– Źle się sta​ło, Moo, że spo​tka​łaś u mnie tę dziew​czy​nę. To dla mnie bez zna​-

cze​nia…

Po​de​rwa​ła się na rów​ne nogi, cha​otycz​nie po​trzą​snę​ła bu​rzą wło​sów i tur​ku​-

so​wy​mi ko​ra​la​mi. Była jak w tran​sie. Oczy jej błysz​cza​ły. Jego pro​po​zy​cja chy​ba
do​pie​ro te​raz do niej do​tar​ła w ca​łej roz​cią​gło​ści.

– A więc Gar​rett zo​ba​czy nas ra​zem i bę​dzie pie​kiel​nie za​zdro​sny! O tak, Ju​-

lian, to ge​nial​ny po​mysł! Jak my​ślisz, po ja​kim cza​sie zro​zu​mie, że mnie ko​cha?
Po dwóch dniach? Po ty​go​dniu?

Ju​lian  pa​trzył  na  nią  w  mil​cze​niu.  Wy​glą​da​ła  na  śmier​tel​nie  za​ko​cha​ną.  Czy

na​praw​dę tak jest?

Gdy  o  tym  my​ślał,  czuł  się  co​raz  bar​dziej  za​kło​po​ta​ny.  Bar​dzo  by  chciał,  by

ktoś mą​dry po​wie​dział mu, co tu jest gra​ne. Czy to ja​kiś głu​pi dow​cip? Mol​ly ma​-
rzy o jego star​szym bra​cie? Na​praw​dę?

On jest od niej dzie​sięć lat star​szy! A poza tym bra​cia Gage’owie zo​sta​li wy​-

cho​wa​ni w po​czu​ciu, że sio​stry De​va​ney są poza ich za​się​giem. Gar​rett za​wsze
trzy​mał  się  wy​zna​czo​nych  re​guł.  Czyż​by  tym  ra​zem  je  zła​mał,  da​jąc  Mol​ly  do
zro​zu​mie​nia, że mu się po​do​ba?

Kom​plet​nie zbi​ty z tro​pu Ju​lian za​czął so​bie po​wo​li wszyst​ko po​rząd​ko​wać.
A  więc  Gar​rett  był  za​wsze  na​do​pie​kuń​czy  w  sto​sun​ku  do  sióstr  De​va​ney.

Dziew​czyn​ki zo​sta​ły sie​ro​ta​mi, gdy ich oj​ciec, za​trud​nia​ny przez Gage’ów ochro​-
niarz, zgi​nął na po​ste​run​ku. Bro​nił ojca Ju​lia​na przed ata​kiem uzbro​jo​nych ban​-
dy​tów wy​na​ję​tych przez mek​sy​kań​ską ma​fię. Oj​ciec Ju​lia​na ujaw​nił w wy​da​wa​-
nej  przez  sie​bie  ga​ze​cie  na​zwi​ska  i  ciem​ne  spraw​ki  jej  przy​wód​ców.  Je​dy​nym,
któ​ry wy​szedł żywy z tej krwa​wej łaź​ni, był to​wa​rzy​szą​cy ojcu Gar​rett. Mor​der​-
cy do​sta​li do​ży​wo​cie, a on od dwu​dzie​stu lat żył w pie​kle wspo​mnień, żalu i po​-
czu​cia winy.

Gdy  owdo​wia​ła  mat​ka  przy​gar​nę​ła  osie​ro​co​ne  dziew​czyn​ki,  Gar​rett  czuł  się

w obo​wiąz​ku chro​nić je – szcze​gól​nie Mol​ly – na​wet przed żar​ta​mi i do​cin​ka​mi
Ju​lia​na. Obo​je, Mol​ly i Ju​lian, mie​li mu to za złe. Uzna​li Gar​ret​ta za nie​ule​czal​-
ne​go sztyw​nia​ka.

Te​raz  więc  trud​no  było  uwie​rzyć,  że  Mol​ly  mo​gła  na​gle  zbzi​ko​wać  na  jego

punk​cie.

O co tu cho​dzi, do cho​le​ry?
Ju​lian i Mol​ly byli przy​ja​ciół​mi na śmierć i ży​cie. Nu​me​ry jego te​le​fo​nów – do

pra​cy, na ko​mór​kę i do domu – wid​nia​ły na pierw​szych miej​scach w jej no​te​sie.
Mol​ly czę​sto po​wta​rza​ła, że od ro​man​tycz​nych unie​sień woli przy​jaźń, któ​ra jest
trwal​sza niż nie​jed​no współ​cze​sne mał​żeń​stwo.

Usły​szaw​szy dziś jej kil​ka​krot​ne za​pew​nie​nie, że ko​cha Gar​ret​ta, Ju​lian uznał,

background image

że  musi  ra​to​wać  Mol​ly,  bo  sy​tu​acja  wy​glą​da  na  po​waż​ną.  Musi  do​po​móc  jej
w zro​zu​mie​niu, że w isto​cie wca​le nie jest za​ko​cha​na w Gar​ret​cie. Ko​niec. Krop​-
ka.

– Ja my​ślę, że to nam zaj​mie ja​kiś… mie​siąc – od​po​wie​dział w koń​cu, pa​trząc

Mol​ly głę​bo​ko w oczy. Jak​by sta​rał się wy​son​do​wać głę​bię jej rze​ko​mej mi​ło​ści.
Zna​jąc jej ro​man​tycz​ny cha​rak​ter…

Boże,  w  jej  gło​wie  roz​brzmie​wa  te​raz  dźwięk  we​sel​nych  dzwo​nów.  Wy​glą​da

na za​ko​cha​ną po uszy. Kur​czę, to mu się nie po​do​ba.

– My​ślisz, że on na to pój​dzie? – za​py​ta​ła Mol​ly nie​pew​nym gło​sem. – Tak trud​-

no go cza​sem roz​szy​fro​wać…

– Mol​ly, ża​den nor​mal​ny fa​cet nie bę​dzie spo​koj​nie pa​trzył, jak brat ostrzy so​-

bie ape​tyt na jego uko​cha​ną.

–  Na​praw​dę?  Zro​bisz  to  dla  mnie?  –  Mol​ly  przy​war​ła  do  nie​go  i  po​ca​ło​wa​ła

w nie​ogo​lo​ny po​li​czek. – Ju​les, dzię​ku​ję ci, je​steś cu​dow​ny!

Ju​lian ze​sztyw​niał zszo​ko​wa​ny. Był nagi od pasa w górę i jej uści​ski spo​wo​do​-

wa​ły, że za​czął się dziw​nie czuć tu i ów​dzie. Ona jest taka cie​pła, pach​ną​ca, słod​-
ka… A na do​miar złe​go nie prze​sta​je traj​ko​tać z usta​mi wtu​lo​ny​mi w jego szy​ję:

–  Je​stem  szczę​ścia​rą,  że  po​ja​wi​łeś  się  w  moim  ży​ciu,  Ju​les.  Nie  wiem,  jak  ci

dzię​ko​wać za wszyst​ko, co dla mnie ro​bisz.

Czy ona mówi to po​waż​nie? Bo jej sło​wa bu​dzi​ły w nim zgo​ła po​tę​pień​cze my​-

śli.  Usi​ło​wał  so​bie  na​gle  przy​po​mnieć  imio​na  wszyst​kich  do​tych​cza​so​wych  ko​-
cha​nek, w po​rząd​ku al​fa​be​tycz​nym, ale to nie po​ma​ga​ło. Wziął głę​bo​ki od​dech i,
pró​bu​jąc uciec przed jej wzro​kiem, mruk​nął:

– Jesz​cze mi nie dzię​kuj, Mol​ly. Zo​ba​czy​my, jak to się uda, do​brze?
– Musi się udać. Je​stem pew​na, że jesz​cze w tym mie​sią​cu będę no​sić na pal​cu

pier​ścio​nek za​rę​czy​no​wy.

Prze​wró​cił ocza​mi, wciąż nie mo​gąc uwie​rzyć, że to się dzie​je na​praw​dę.
– Jesz​cze nie pla​nuj we​se​la. Pa​mię​taj, w tym mie​sią​cu cho​dzisz ze mną. Od​wa​-

gi, dziew​czy​no, bo moja ro​dzi​na na pew​no nie bę​dzie tym za​chwy​co​na.

– A to niby dla​cze​go? – spy​ta​ła, bio​rąc się pod boki. – Nie je​stem cie​bie war​ta?
– Nie, Mol​ly. To ja nie je​stem war​ty cie​bie.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

– Ro​bisz mnie w ko​nia, pa​skud​ni​ku, wiem o tym.
Ju​lian  roz​parł  się  w  fo​te​lu  ob​ro​to​wym  i  usi​ło​wał  za​cho​wać  po​wa​gę,  pa​trząc,

jak brat ner​wo​wo krą​ży po im​po​nu​ją​cej sali kon​fe​ren​cyj​nej na ostat​nim pię​trze
sie​dzi​by „San An​to​nio Da​ily”. Gage’owie byli wy​daw​ca​mi tego pi​sma od lat trzy​-
dzie​stych ubie​głe​go wie​ku.

– Bra​cisz​ku, wiem, że je​stem od cie​bie młod​szy. Ale nie za​po​mi​naj, że je​stem

też sil​niej​szy i dam ci to od​czuć, je​śli na​dal bę​dziesz mnie wku​rzał.

– A więc po​waż​nie mó​wisz, że sy​piasz z na​szą małą Molls?
– Tego nie po​wie​dzia​łem. Po pro​stu się spo​ty​ka​my, a ona wkrót​ce się do mnie

wpro​wa​dzi.

Tego ostat​nie​go nie uzgod​nił z Mol​ly, ale uznał za do​bry po​mysł. Brat po​czer​-

wie​niał i Ju​lian już wie​dział. Tra​fio​ny. Gar​rett po​si​niał, a po​tem zbladł.

Ju​lian i Mol​ly usta​li​li pew​ne ogól​ne za​sa​dy – nie będą się w tym cza​sie spo​ty​-

kać  z  ni​kim  in​nym,  będą  so​bie  pu​blicz​nie  oka​zy​wać  uczu​cia  i  ni​ko​mu  nie  wy​ja​-
wią, że to tyl​ko gra. Ju​lia​no​wi bar​dzo to od​po​wia​da​ło. Na​wia​sem mó​wiąc, od​po​-
wia​da​ło mu wszyst​ko, co draż​ni Gar​ret​ta.

Nie miał nic prze​ciw​ko bra​tu, ale fa​cet był prze​sad​nie ho​no​ro​wy i ja​kiś taki…

czci​god​ny.  Te​raz  na  przy​kład,  gdy  naj​star​szy  brat  Lan​don  udał  się  w  dłu​gą  po​-
dróż po​ślub​ną, Gar​rett de​mon​stra​cyj​nie oka​zy​wał, że dźwi​ga na swo​ich bar​kach
cię​żar ca​łe​go świa​ta. No, przy​naj​mniej cię​żar pro​wa​dze​nia ro​dzin​nej fir​my.

Bra​cia bar​dzo się w za​sa​dzie ko​cha​li, ale Ju​lian już od daw​na szu​kał oka​zji, by

tro​chę ode​grać się na Gar​ret​cie.

Ze​msta  jest  za​wsze  słod​ka.  Ju​lian  na​pa​wał  się  tą  my​ślą  przez  całą  ostat​nią

noc. Z sa​tys​fak​cją przy​glą​dał się więc, jak star​szy brat prze​ry​wa na​gle marsz po
po​ko​ju i sta​je na​prze​ciw, py​ta​jąc groź​nie:

– A od kie​dy to in​te​re​su​je​cie się sobą?
–  A,  ja​koś  tak  nie​daw​no  za​czę​li​śmy  świn​tu​szyć  w  ese​me​sach.  O,  wła​śnie  do

mnie na​pi​sa​ła – do​dał, z non​sza​lan​cją spo​glą​da​jąc na wy​świe​tlacz ko​mór​ki. – Ta
dziew​czy​na mnie krę​ci!

Uda​wał, że od​pi​su​je na dwu​znacz​ny ko​mu​ni​kat, choć wła​śnie pi​sał po pro​stu:

„Ko​leś już wie. Za​czy​na świ​ro​wać. Opo​wiem ci przy ko​la​cji”.

Gar​rett spoj​rzał na nie​go z miną mor​der​cy.
– Kate o tym wie?
– Ra​czej tak, to w koń​cu jej sio​stra. Chy​ba że jest zbyt za​ję​ta or​ga​ni​za​cją ko​-

lej​nej im​pre​zy dla klien​ta.

Wła​śnie na​de​szła od​po​wiedź Mol​ly: „Kate i Gar​rett do​brze się z sobą do​ga​du​-

ją”.

background image

„Mam na​dzie​ję, że nie na​dep​ną​łem jej na od​cisk?” – od​pi​sał Ju​lian.
„Nie​ste​ty, ko​cha​nie. Uwa​żaj, wła​śnie wy​ma​chu​je ku​chen​ną łyż​ką, może cię za​-

bić”.

Ko​cha​na dow​cip​na Mol​ly. Ja​sny pro​my​czek w jego ży​ciu.
– O co tu cho​dzi? – spy​tał Gar​rett pod​mi​no​wa​ny.
– A o co ma cho​dzić?
–  O  to,  że  od  dwu​dzie​stu  lat  mat​ka,  Lan​don  i  ja  sta​ra​li​śmy  się  ci  wpo​ić,  że

w przy​pad​ku Mol​ly De​va​ney masz trzy​mać łapy przy so​bie. Nie do​tar​ło? Je​śli ją
skrzyw​dzisz, to cię wy​dzie​dzi​czy​my.

Ju​lian ki​wał gło​wą uspo​ka​ja​ją​co.
–  Do​tar​ło,  do​tar​ło.  Sły​sza​łem  set​ki  razy  i  te​raz  też  sły​szę.  –  Po​chy​lił  się  nad

sto​łem kon​fe​ren​cyj​nym i spoj​rzał na bra​ta wil​kiem. – Ale po​słu​chaj. Ja. Mam. To.
Gdzieś. Do​tar​ło?

Gar​ret​to​wi  do​słow​nie  opa​dła  szczę​ka.  Wstrzy​mał  od​dech,  moż​na  było  mieć

wra​że​nie, że za chwi​lę pęk​nie. Lub za​cznie bęb​nić we wła​sną pierś, jak Tar​zan.

–  Po​roz​ma​wiam  z  Mol​ly.  Wy​tłu​ma​czę  jej,  ja​kie  głup​stwo  ma  za​miar  po​peł​nić.

A je​śli ją skrzyw​dzisz, Ju​lian, je​śli jej spad​nie choć je​den włos z gło​wy…

Ju​lian je​dy​nie nad​ludz​kim wy​sił​kiem utrzy​mał na twa​rzy ma​skę spo​ko​ju. Wró​-

cił pa​mię​cią do swo​ich na​sto​let​nich cza​sów, gdy on i Mol​ly usi​ło​wa​li się do sie​bie
zbli​żyć. I za każ​dym ra​zem, kie​dy ich przy​jaźń zmie​rza​ła ku bar​dziej ro​man​tycz​-
nej  for​mie,  ro​dzi​na  wpa​da​ła  w  pa​ni​kę.  Za​czy​na​ły  się  szan​ta​że  emo​cjo​nal​ne,
prze​śla​do​wa​nia, pró​by od​da​le​nia ich od sie​bie. Jego na​wet kil​ka​krot​nie wy​sy​ła​-
no  na  parę  mie​się​cy  za  gra​ni​cę,  bo  po​dob​no  wpa​try​wał  się  w  Mol​ly  w  spo​sób,
któ​re​go nikt – ani Kate, ani Lan​don, ani mat​ka – nie apro​bo​wał.

Ju​lian uda​wał, że go to nie ob​cho​dzi. A gdy do​rósł, uwie​rzył, że jest play​boy​-

em. Wro​bio​no go w tę rolę, nie dano mu wy​bo​ru. Wmó​wio​no, że może mieć każ​-
dą ko​bie​tę. Poza Kate i Mol​ly.

I  z  roku  na  rok  ta  pro​sta  re​gu​ła  czy​ni​ła  jego  ży​cie  bar​dziej  sa​mot​nym  i  nie​-

szczę​śli​wym. Czuł się jak po​chwy​co​ny w klat​kę lew, jak spę​ta​ny byk.

A te​raz brat po raz enty każe mu trzy​mać się z dala od naj​bliż​szej ko​bie​ty na

świe​cie.  Na​ra​stał  w  nim  od  daw​na  tłu​mio​ny  gniew.  To  jego  ży​cie,  jego  przy​-
szłość. Nikt nie bę​dzie mu dyk​to​wał, jak ona ma wy​glą​dać. Nie​za​leż​nie od tego,
co my​śli Mol​ly, nikt nie ma pra​wa in​ge​ro​wać w jego los. Ani w los tej drob​nej ru​-
dej  dziew​czy​ny.  Co  kogo  ob​cho​dzi,  że  nosi  się  z  cy​gań​ska,  we  wło​sach  ma  pa​-
sem​ka, a pal​ce czę​sto uwa​la​ne far​bą?

Po​sta​no​wił wy​ko​rzy​stać oka​zję, jaką mia​ło być uda​wa​nie jej part​ne​ra do zba​-

da​nia swo​ich praw​dzi​wych uczuć w sto​sun​ku do niej. Wstał, po​wo​li pod​szedł do
bra​ta i po​ło​żył mu rękę na ra​mie​niu.

– Od​wal się, Gar​rett. Nie chcę jej skrzyw​dzić, ale i cie​bie wo​lał​bym nie uszko​-

dzić, więc trzy​maj się z dala od nas.

Po czym zła​pał ma​ry​nar​kę i opu​ścił re​dak​cję.

– Nie mogę w to uwie​rzyć, Mol​ly. Wiem, że mnie wkrę​casz.

background image

W prze​past​nej kuch​ni De​va​ney​ów Kate de​ko​ro​wa​ła świe​żo upie​czo​ne ciast​ka,

Mol​ly zaś pi​ło​wa​ła pa​znok​cie, nie mo​gąc opa​no​wać pod​nie​ce​nia na myśl, że dziś
jest  pierw​szy  wie​czór  jej  „związ​ku”  z  Ju​lia​nem.  Nie  mo​gła  się  do​cze​kać  miny
Gar​ret​ta, gdy uj​rzy ich ra​zem.

– Nie żar​tu​ję, przy​się​gam. Mo​żesz za​dzwo​nić do Ju​lia​na i za​py​tać.
Kate pod​nio​sła w górę szpa​tuł​kę do na​kła​da​nia kre​mu. Ciem​no​ru​de wło​sy mia​-

ła zwią​za​ne w dość cha​otycz​ny wę​zeł. W bia​łym ku​chen​nym far​tusz​ku wy​glą​da​ła
tak pięk​nie i sek​sow​nie, że Mol​ly nie po​tra​fi​ła się na nią gnie​wać. Ko​cha​ła sio​-
strę do nie​przy​tom​no​ści.

Kate  De​va​ney  była  oso​bą  peł​ną  ży​cia.  Przez  cały  dzień  krę​ci​ła  się  jak  fry​ga,

ro​biąc  roz​ma​ite  rze​czy.  To  tłu​ma​czy​ło  suk​ces  jej  ca​te​rin​go​wej  fir​my.  Była  cu​-
dow​ną ku​char​ką, jak więk​szość osób ko​cha​ją​cych ży​cie. Wy​so​ka, ko​bie​ca, opa​-
lo​na, ufna i ra​do​sna. Je​dy​ne, co Mol​ly mia​ła jej za złe, to cał​ko​wi​cie zbęd​ne i nie​-
udol​ne pró​by ukry​cia buj​ne​go biu​stu.

– Ty i Ju​lian? Jako para? Nie wie​rzę. Wszyst​kie jego dziew​czy​ny są ta​kie…
– Nie kończ, bo cię znie​na​wi​dzę – wark​nę​ła Mol​ly.
– Do​brze, już nic nie mó​wię. Ale wiesz, co mia​łam na my​śli – po​wie​dzia​ła Kate,

pa​ku​jąc ciast​ka do po​je​dyn​czych to​re​bek z ce​lo​fa​nu.

Mol​ly wsta​ła i zer​k​nę​ła w lu​stro na ko​ry​ta​rzu. Przy​po​mnia​ła so​bie, co wczo​raj

Ju​lian po​wie​dział o jej wy​glą​dzie.

– Masz ra​cję – przy​zna​ła. – One wy​glą​da​ją ina​czej. Są wy​so​kie, zgrab​ne, sek​-

sow​ne i by​wa​łe.

Ale  ja  mam  to  gdzieś,  bo  nie  cho​dzi  mi  o  Ju​lia​na,  a  o  Gar​ret​ta,  do​koń​czy​ła

w  my​ślach.  Jej  usta  cią​gle  pa​mię​ta​ły  ten  go​rą​cy  po​ca​łu​nek.  Za​czer​wie​ni​ła  się
i po​trzą​snę​ła gło​wą, aby ode​gnać tam​to wspo​mnie​nie.

– O Jezu, ty na​praw​dę się za​ko​cha​łaś! – za​wo​ła​ła Kate ze śmie​chem. – Wiesz,

lu​bię  Ju​lia​na,  ale  uwa​żam,  że  tyl​ko  ko​bie​ta  nie​speł​na  ro​zu​mu  może  za  nie​go
wyjść. Nie chcia​ła​bym, że​byś to ty oka​za​ła się tą głu​pią, Moo.

Mol​ly już omal nie za​czę​ła za​pew​niać sio​stry, że ab​so​lut​nie nie za​mie​rza za​ko​-

chi​wać się w Ju​lia​nie Joh​nie. Nie zna​ła fa​ce​ta rów​nie na​sta​wio​ne​go na za​li​cza​nie
jak  naj​więk​szej  licz​by  ko​biet.  W  porę  przy​po​mnia​ła  so​bie,  że  prze​cież  od  dziś
ma uda​wać jego dziew​czy​nę. Czy ra​czej, zgod​nie z jego sło​wa​mi, ko​chan​kę. Po​-
dzię​ko​wa​ła nie​bio​som za to, że ni​g​dy nie bę​dzie na​cię​ciem nu​mer 1 000 347 na
słup​ku pod​trzy​mu​ją​cym bal​da​chim łóż​ka Ju​lia​na Joh​na Gage’a.

– Ale co się wła​ści​wie sta​ło? – spy​ta​ła Kate, uno​sząc brwi. – Tak na​gle, po pro​-

stu…?

–  Ude​rzy​ło  mnie,  ja​kim  idio​tą  by​łem,  nie  za​uwa​ża​jąc,  że  mała  Mol​ly  jest

wprost  stwo​rzo​na  dla  mnie  –  prze​rwał  jej  głę​bo​ki  ba​ry​ton,  na  dźwięk  któ​re​go
ra​mio​na Mol​ly po​kry​ły się gę​sią skór​ką.

Ju​lian  za​mknął  za  sobą  drzwi,  a  ona  zmar​twia​ła  na  myśl,  że  znów  wi​dzi  ją

w  ro​bo​czych  ciu​chach.  Zresz​tą  nie​waż​ne.  To  jest  Ju​lian  John,  nie  za​le​ży  jej  na
nim. Niech so​bie da​lej uwa​ża, że wy​pa​dła z mik​se​ra. Po co to zmie​niać? Cho​ciaż
głu​pio wy​glą​da​ją jej pla​my z far​by w ze​sta​wie​niu z czy​stym ele​ganc​kim gar​ni​tu​-

background image

rem  i  non​sza​lanc​ko  prze​krzy​wio​nym  kra​wa​tem  od  Guc​cie​go.  On  jest  tak  sek​-
sow​nie roz​czo​chra​ny, chcia​ło​by się go schru​pać żyw​cem. Nie ona, nie​któ​re inne
ko​bie​ty. No, może na​wet wszyst​kie.

Ona musi za​cho​wać zdro​wy roz​są​dek.
– Co​kol​wiek mówi o mnie Kate, nie wierz jej, Mo​pey – zwró​cił się do niej z ło​-

bu​zer​skim, do​brze jej zna​nym od dzie​ciń​stwa uśmie​chem. – To wszyst​ko dla​te​-
go, że kie​dyś wpa​dłem jej w oko.

Ob​jął ją w pa​sie i skło​nił swo​ją ja​sną gło​wę. To sta​ło się tak szyb​ko, że mie​rzą​-

ca pół​to​ra me​tra wzro​stu Mol​ly na​wet się nie zo​rien​to​wa​ła, gdy Ju​lian pod​niósł
ją,  okrę​cił,  moc​no  przy​tu​lił  do  po​tęż​nej  pier​si  i  do​słow​nie  zmiaż​dżył  jej  war​gi
w po​ca​łun​ku. Na​mięt​nym i wpaw​nym.

Och! Oooch!
Nie​wiel​ka,  jesz​cze  spraw​na  część  jej  mó​zgu  na​ka​zy​wa​ła  go  ode​pchnąć.  Nikt

nie  ma  te​raz  pra​wa  jej  ca​ło​wać  oprócz  Gar​ret​ta.  Ale  Ju​lian  ca​ło​wał  tak  samo
wspa​nia​le  jak  jego  brat.  Na​wet  le​piej,  bo  bez  po​śpie​chu,  nie  ukrad​kiem.  No
i miał świe​ży od​dech z po​wo​du mię​to​wej pa​sty do zę​bów. Nie zio​nął wiń​skiem.

Przy​ci​snął war​gi do jej ust tak de​li​kat​nie, że stra​ci​ła kon​tro​lę. Była jak za​hip​-

no​ty​zo​wa​na. Świat prze​wró​cił się do góry no​ga​mi, a ona roz​glą​da​ła się w po​szu​-
ki​wa​niu ser​ca, któ​re ktoś jej wła​śnie skradł. Pio​no​wą po​sta​wę utrzy​my​wa​ła je​-
dy​nie dzię​ki uf​no​ści w siłę Ju​lia​na, któ​ry w ra​zie upad​ku na pew​no by ją pod​trzy​-
mał.

Po elek​try​zu​ją​cej se​kun​dzie, bo tyle pew​nie trwał po​ca​łu​nek, Ju​lian coś po​wie​-

dział. To chy​ba było „cześć”.

– Cześć – wy​ją​ka​ła w od​po​wie​dzi, kom​plet​nie za​mro​czo​na. – Co tu ro​bisz, J.J.?
Pa​trzy​ła na jego war​gi. Co w nich jest, że czu​je się tak wspa​nia​le?
– Nic ta​kie​go, bu​łecz​ko z dyni – od​rzekł, pa​ku​jąc so​bie do ust cia​stecz​ko. – Po

pro​stu spraw​dzam, co u mo​jej dziew​czy​ny. Za​pła​cisz mi za to „J.J.”, Molls – szep​-
nął jej do ucha, kle​piąc ją w ty​łe​czek. Nie lu​bił tego swo​je​go dzie​cię​ce​go prze​-
zwi​ska.

– J.J.? – Kate od​wró​ci​ła się do nich, dzier​żąc szpa​tuł​kę ni​czym miecz. – My​śla​-

łam, że nie lu​bisz tej ksyw​ki.

–  To  praw​da,  nie  lu​bię.  Ale  mała  Mol​ly  może  mnie  tak  na​zy​wać.  Oczy​wi​ście

tyl​ko wte​dy, kie​dy ma ocho​tę na nie​win​ne​go klap​sa.

Cała ra​dość Mol​ly ze słod​kiej ze​msty wy​pa​ro​wa​ła.
Za​czer​wie​ni​ła się. Było jej wstyd. Sio​stra bę​dzie ją te​raz uwa​żać za mi​ło​śnicz​-

kę tan​det​nej per​wer​sji.

– Ko​cha​nie, jest do​pie​ro po​po​łu​dnie. Nie da​łeś mi szan​sy, że​bym się wy​szy​ko​-

wa​ła na spo​tka​nie z tobą. Nie każ​dej z nas przy​cho​dzi to ot, tak. – Po​sła​ła mu
zza ple​ców Kate spoj​rze​nie, któ​re mo​gło​by za​bić. – Te​raz mu​sisz tro​chę na mnie
za​cze​kać. Do​trzy​maj to​wa​rzy​stwa Kate i jej szpa​tuł​ce.

– Mam lep​szy po​mysł, bu​łecz​ko. Po​mo​gę ci się ubie​rać. Co ty na to, hm?
Za​nim zdą​ży​ła od​po​wie​dzieć, po​szedł za nią do sy​pial​ni, zo​sta​wia​jąc onie​mia​łą

Kate po​środ​ku kuch​ni.

background image

– Prze​stań na​zy​wać mnie bu​łecz​ką – syk​nę​ła Mol​ly.
– To ty za​czę​łaś. Po co ci było to J.J.? Wiesz, że tego nie zno​szę.
– A ty nie ca​łuj mnie bez ostrze​że​nia, jak przed chwi​lą!
– Ostrze​gam, je​śli jesz​cze raz po​wiesz do mnie J.J., na​tych​miast cię po​ca​łu​ję.

Z ję​zycz​kiem! A może tego wła​śnie chcesz?

Ga​pi​ła się na nie​go, bła​ga​jąc los, by te mo​ty​le w jej brzu​chu nie​co się uspo​ko​-

iły. Nie po​tra​fi​ła nie po​my​śleć o tym, co Ju​lian robi ję​zy​kiem tym wszyst​kim ko​-
bie​tom…

– Czy to ja​sne, Molls? – za​py​tał, dwo​ma pal​ca​mi od​wra​ca​jąc jej gło​wę tak, by

mu​sia​ła na nie​go spoj​rzeć.

Spoj​rza​ła, ale wy​łącz​nie na jego war​gi, i po​ki​wa​ła gło​wą na znak zgo​dy. Z tru​-

dem po​wstrzy​ma​ła się, by nie od​po​wie​dzieć: Tak, J.J.

Jęk​nę​ła i ode​pchnę​ła go.
– Ale dla​cze​go po​wie​dzia​łeś przy niej o tych klap​sach? – po​skar​ży​ła się, po​cie​-

ra​jąc skro​nie.

– Bo cza​sa​mi od​no​szę wra​że​nie, że ich pra​gniesz. – Trzep​nął ją lek​ko w po​śla​-

dek,  po  czym  zmie​nił  te​mat.  –  Po​wie​dzia​łem  two​je​mu  uko​cha​ne​mu,  że  się  do
mnie wpro​wa​dzasz. Co ty na to, mój mały Pi​cas​so?

– Był za​zdro​sny.
– Chciał wa​lić gło​wą w ścia​nę. – Ju​lian uśmiech​nął się zło​śli​wie.
– No to świet​nie – od​par​ła Mol​ly, otwie​ra​jąc szu​fla​dę z bie​li​zną.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

– Co jesz​cze mó​wił mój uko​cha​ny? – za​py​ta​ła, gdy w dro​dze do miesz​ka​nia Ju​-

lia​na za​trzy​ma​li się, by coś zjeść.

Ju​lian był wiecz​nie głod​ny. Nic dziw​ne​go, taka góra mię​śni po​trze​bu​je sta​łe​go

do​pły​wu glu​ko​zy i in​nych rze​czy. Fa​cet gra w pił​kę noż​ną, ko​szy​ków​kę, upra​wia
ka​ja​kar​stwo  i  wspi​nacz​kę.  Ta  wspa​nia​ła  mu​sku​la​tu​ra  i  pięk​ny  zło​ci​sty  od​cień
skó​ry nie bio​rą się prze​cież z sie​dze​nia ca​ły​mi dnia​mi za biur​kiem.

Był  świet​nie  zbu​do​wa​ny  i  tak  spraw​ny,  że  zwy​cię​stwo  w  dzie​się​cio​bo​ju  przy​-

szło​by mu rów​nie ła​two, jak licz​ne pod​bo​je łóż​ko​we. Hm, a swo​ją dro​gą cie​ka​-
we, kie​dy Gar​rett za​cią​gnie ją do łóż​ka…

–  Po​cze​kaj  tu  –  po​wie​dział  do  niej  Ju​lian,  z  tru​dem  par​ku​jąc  aston  mar​ti​na

przed ba​rem z mro​żo​ny​mi jo​gur​ta​mi.

Po​pro​si​ła  o  mlecz​ny  kok​tajl  Oreo  z  wi​śnia​mi.  Gdy  wró​cił,  za​uwa​ży​ła,  że  na

jego kub​ku ktoś wy​pi​sał nu​mer te​le​fo​nu.

Ju​lian uru​cho​mił sil​nik.
– Skąd tu się wziął ten nu​mer? – spy​ta​ła.
Bez​rad​nie roz​ło​żył ręce.
– Nie wiem, ja go nie za​ma​wia​łem.
Cóż moż​na po​ra​dzić na to, że ja​kaś kel​ner​ka czy ka​sjer​ka za​gię​ła na nie​go pa​-

rol i na​pi​sa​ła mu swój nu​mer te​le​fo​nu w na​dziei, że się do niej ode​zwie?

– Pew​nie wpa​dłeś ko​muś w oko – stwier​dzi​ła Mol​ly, krę​cąc gło​wą z nie​do​wie​-

rza​niem.

– My​śla​łem, że to​bie.
Ro​ze​śmia​ła się, bio​rąc do ust wi​sien​kę.
– Nie od​po​wie​dzia​łeś mi na py​ta​nie, co mó​wi​ła mi​łość mo​je​go ży​cia – przy​po​-

mnia​ła mu.

– Coś tam bą​kał o wal​ce, po​je​dyn​ku. O świ​cie.
– Tyl​ko pro​szę cię, nie zrób ze mnie wdo​wy jesz​cze przed ślu​bem!
– Ślub! No pro​szę, za​czy​na​my uży​wać wiel​kich słów.
– Ślub i mał​żeń​stwo to zwy​kłe sło​wa.
– Zwy​kłe, ale wiel​kie.
Mol​ly pa​trzy​ła na nie​go po​dejrz​li​wie, ssąc wi​sien​kę. Uśmie​chał się, tak ja​koś

sek​sow​nie. Jak​by znał ja​kiś nie​zna​ny jej se​kret. Chy​ba, mó​wiąc o wal​ce, nie miał
na  my​śli  swo​ich  mię​śni?  Prze​szedł  ją  na​gły  dreszcz.  Po​czu​ła  ucisk  w  żo​łąd​ku.
Spo​kój, tyl​ko spo​kój.

Gdy  wy​ła​do​wy​wa​li  jej  wa​liz​ki,  spadł  deszcz.  Jak  na  iro​nię  wło​ży​ła  na  sie​bie

coś, co Ju​lian mógł​by uznać za ele​ganc​kie i świa​to​we. A te​raz te ciu​chy ża​ło​śnie
le​pi​ły się do cia​ła i ocie​ka​ły wodą.

background image

Nie to, żeby jej za​le​ża​ło na wy​glą​dzie. Chcia​ła po pro​su po​ka​zać, że Mol​ly De​-

va​ney jest ko​bie​tą suk​ce​su, stać ją na mar​ko​we ubra​nia. A że na co dzień ubie​ra
się ra​czej wy​god​nie niż ele​ganc​ko to zu​peł​nie inna spra​wa. Nie sza​ta zdo​bi czło​-
wie​ka.

Ale dla​cze​go znów ma gę​sią skór​kę? Z po​wo​du zmo​czo​nych ciu​chów, zim​ne​go

mle​ka czy też pod​eks​cy​to​wa​nia? Roz​my​śla​ła, jak to bę​dzie – miesz​kać u Ju​lia​na.
Ma na​dzie​ję, że od​stą​pi jej ja​kiś wol​ny po​kój. Prze​cież wkrót​ce wy​sta​wa, a ona
musi jesz​cze do​koń​czyć dwa ob​ra​zy.

Gdy sta​nę​li przed bu​dyn​kiem, Ju​lian za​py​tał, czy może jej coś po​ka​zać. Zgo​dzi​-

ła się. Edu​ar​do, je​den z por​tie​rów, za​jął się do​star​cze​niem wa​li​zek na dwu​na​ste
pię​tro. Ju​lian w tym cza​sie po​pro​wa​dził ją do dru​giej win​dy i na​ci​snął gu​zik z li​-
te​rą P.

Za​je​cha​li  na  pod​da​sze,  gdzie  po  otwar​ciu  win​dy  po​wi​ta​ła  ich  wiel​ka  ja​sna

prze​strzeń  pen​tho​use’u,  z  okna​mi  od  pod​ło​gi  po  wy​so​ki  su​fit.  Pach​nia​ło  świe​żą
far​bą.

– Boże, a co to ta​kie​go? – za​wo​ła​ła.
Spoj​rzał na nią błysz​czą​cy​mi z dumy ocza​mi.
– Tak się skła​da, że tu będą moje biu​ra – od​parł.
– Co? „Da​ily” wy​no​si się z cen​trum?
Ro​dzi​na  Gage’ów  po​sia​da​ła  naj​le​piej  pro​spe​ru​ją​cy  kon​cern  pra​so​wy  sta​nu

Tek​sas. Wy​da​wa​li parę ty​tu​łów ga​zet, za​rzą​dza​li kil​ko​ma ka​na​ła​mi te​le​wi​zji ka​-
blo​wej i in​for​ma​cyj​ny​mi por​ta​la​mi in​ter​ne​to​wy​mi. Lo​ko​mo​ty​wą ca​łe​go przed​się​-
wzię​cia był uka​zu​ją​cy się dru​kiem dzien​nik „San An​to​nio Da​ily”. Już trze​cie po​-
ko​le​nie  pro​wa​dzi​ło  ten  biz​nes.  Do​tych​czas  kon​cern  zaj​mo​wał  kil​ka  bu​dyn​ków
w cen​trum mia​sta.

– Nie, tyl​ko ja się tu prze​nio​sę, Molls – od​parł Ju​lian po dłuż​szym na​my​śle.
Mol​ly  za​uwa​ży​ła,  że  mó​wił  to  ze  smut​kiem.  Coś  nie​do​bre​go  musi  się  dziać

w ro​dzin​nym biz​ne​sie.

– Twoi bra​cia o tym wie​dzą, Ju​les? – spy​ta​ła ostroż​nie.
– Wkrót​ce się do​wie​dzą.
Po​trze​bo​wa​ła kil​ku mi​nut na prze​tra​wie​nie tej szo​ku​ją​cej in​for​ma​cji. Fakt, Ju​-

lian za​wsze był bun​tow​ni​kiem, czar​ną owcą. Pa​mię​ta​ła, że kil​ka razy wy​sy​ła​no
go za gra​ni​cę, choć nie wie​dzia​ła, co prze​skro​bał. Strasz​nie za nim wów​czas tę​-
sk​ni​ła. Bar​dzo czę​sto pła​ka​ła.

A  te​raz  pa​trzy​ła,  jak  cho​dził  po  swo​im  no​wym  biu​rze.  Stą​pał  po  ro​ze​sła​nych

na pod​ło​dze pla​sti​ko​wych plan​de​kach, spraw​dzał prze​wo​dy elek​trycz​ne. Dla​cze​-
go, u li​cha, chce opu​ścić re​dak​cję po​pu​lar​nej ga​ze​ty i kwit​ną​cą fir​mę wy​daw​ni​-
czą?

Był w niej sze​fem re​kla​my i PR-u. To naj​lep​szy ka​wa​łek tor​tu. Taka sama pen​-

sja i tyle samo kasy z udzia​łów w fir​mie jak w przy​pad​ku bra​ci. Za to dużo mniej​-
sza  od​po​wie​dzial​ność,  cie​kaw​sza  pra​ca  i  wię​cej  cza​su  na  ży​cie  ero​tycz​ne  i  na
hob​by w ro​dza​ju pi​lo​to​wa​nia ces​sny czy upra​wia​nia ulu​bio​nych spor​tów. Dla​cze​-
go po​rzu​ca „San An​to​nio Da​ily”?

background image

–  My​śla​łam,  że  je​steś  szczę​śli​wy,  ro​biąc  to  co  do​tych​czas  –  po​wie​dzia​ła,  gdy

na​po​tka​ła jego wzrok.

Przez chwi​lę pa​trzył przez okno.
– Je​stem nie​spe​cjal​nie za​do​wo​lo​ny ze swo​je​go ży​cia, ale to nie zna​czy, że je​-

stem nie​szczę​śli​wy. Po​trze​bu​ję tyl​ko zmia​ny.

Po​czu​ła się za​wie​dzio​na. Do​pie​ro te​raz dzie​li się z nią tak istot​ną in​for​ma​cją?

My​śla​ła, że jest mu bliż​sza…

Ale  Ju​lian  był  za​wsze  pe​łen  re​zer​wy  w  kwe​stii  emo​cji.  Stąd  nie​któ​rzy  po​dej​-

rze​wa​li go o ich cał​ko​wi​ty brak.

– Od jak daw​na to pla​nu​jesz? – spy​ta​ła.
– Od kil​ku lat. A może od po​cząt​ku? – usły​sza​ła.
Uśmiech​nął  się  do  niej  ze  szcze​rym  za​do​wo​le​niem.  Ona  zaś  po​czu​ła  się  roz​-

dar​ta. Z jed​nej stro​ny chcia​ła przy​kla​snąć jego pla​nom. Na​resz​cie! Z dru​giej zaś
stro​ny po​czu​wa​ła się do lo​jal​no​ści wo​bec resz​ty jego ro​dzi​ny. A im z pew​no​ścią
odej​ście Ju​lia​na się nie spodo​ba.

Na przy​kład Gar​rett, któ​re​mu od​da​ła dwa ty​go​dnie temu ser​ce, na pew​no bę​-

dzie wal​czył z ca​łych sił, by za​trzy​mać Ju​lia​na w fir​mie.

To  nie​sa​mo​wi​te  szczę​ście  –  mieć  na  sta​no​wi​sku  sze​fa  re​kla​my  i  PR-u  oso​bę

tak  zna​ko​mi​cie  uło​żo​ną,  a  jed​no​cze​śnie  nie​co  ta​jem​ni​czą,  nie​po​spo​li​tą,  cha​ry​-
zma​tycz​ną. Po odej​ściu Ju​lia​na „Da​ily” może stra​cić na​wet po​ło​wę re​kla​mo​daw​-
ców.

Za​my​ślo​na snu​ła się po pu​stej prze​strze​ni i omal nie wpa​dła na ścia​nę.
– Bę​dziesz mu​siał czymś wy​peł​nić te bia​łe po​wierzch​nie – wy​rwa​ło się jej nie​-

spo​dzie​wa​nie.

– Wie​dzia​łem, że to po​wiesz – za​chi​cho​tał w od​po​wie​dzi.
– Ja​sne, od po​nad dwu​dzie​stu lat wiesz, że nie lu​bię pu​stych ścian. – Skrzy​wi​ła

się.

Wy​cią​gnął ra​mię i po​gła​dził zmarszcz​kę, jaka po​ja​wi​ła się na jej no​sie.
– To na​ma​luj mi tu coś. Ja​kiś mu​ral. Cała ta ścia​na jest do two​jej dys​po​zy​cji.
Spoj​rza​ła na bez​kre​sną po​wierzch​nię.
–  Zwa​rio​wa​łeś?  Moje  ob​ra​zy  już  osią​ga​ją  pię​cio​cy​fro​we  kwo​ty.  Taki  mu​ral

kosz​to​wał​by co naj​mniej sto pięć​dzie​siąt ty​się​cy. Mu​sia​ła​bym mu po​świę​cić kil​ka
mie​się​cy. Mu​szę to uzgod​nić z moim wy​staw​cą.

Jej wy​staw​ca był nie​gdyś wy​staw​cą Andy’ego War​ho​la. To je​den z naj​bar​dziej

ob​rot​nych  wła​ści​cie​li  ga​le​rii,  po​tra​fią​cy  sprze​dać  na​wet  wy​jąt​ko​wo  eks​tra​wa​-
ganc​kie no​wo​cze​sne dzie​ło. To tak​że je​den z przy​ja​ciół Ju​lia​na.

– Zo​staw Black​sto​ne’a w spo​ko​ju. Zga​dzam się na sto pięć​dzie​siąt ty​się​cy.
Za​tka​ło ją.
– Coś ty? Ju​les, nie mogę cię tak ob​cią​żyć! Czu​ła​bym się, jak​bym ob​ra​bo​wa​ła

naj​lep​sze​go przy​ja​cie​la.

– To wła​śnie może być za​baw​ne, Molls. Na​ma​luj za te pie​nią​dze coś na​praw​dę

pięk​ne​go. Tak pięk​ne​go jak ty.

Uśmiech​nął  się  szar​manc​ko,  a  jej  za​krę​ci​ło  się  w  gło​wie.  Czy  od  wła​śnie  za​-

background image

war​te​go nie​sa​mo​wi​cie ko​rzyst​ne​go kon​trak​tu, czy od tego, że na​zwał ją pięk​ną,
nie ob​ra​ża​jąc jed​no​cze​śnie jej sty​lu ubie​ra​nia się? Trud​no po​wie​dzieć.

– Świet​nie! – za​wo​ła​ła. Zła​pa​ła go za koł​nie​rzyk ko​szu​li i uca​ło​wa​ła w szczę​-

kę. – Kie​dy mogę za​cząć?

–  Choć​by  ju​tro  –  od​parł,  krę​cąc  szy​ją,  jak​by  od  tego  po​ca​łun​ku  zła​pał  go

skurcz.

Mol​ly nie mo​gła uwie​rzyć we wła​sne szczę​ście. Taka po​wierzch​nia do za​ma​lo​-

wa​nia! Jej pierw​szy mu​ral!

Choć  i  do  tej  pory  nie  mo​gła  na​rze​kać.  Nie​daw​no  jej  ob​ra​zy  po​ja​wi​ły  się

w pry​wat​nych zbio​rach i w kil​ku po​waż​nych ga​le​riach. Za​li​cza​no ją ostat​nio do
gro​na  naj​bar​dziej  po​pu​lar​nych  mło​dych  twór​ców.  Może  te​raz  do  szczę​ścia
w sztu​ce do​łą​czy rów​nież szczę​ście w mi​ło​ści?

Oczy​wi​ście dzię​ki po​mo​cy Ju​lia​na.
W jego miesz​ka​niu Mol​ly wy​bra​ła dla sie​bie jed​ną z go​ścin​nych sy​pial​ni, urzą​-

dzo​ną  w  pa​ste​lo​wej  nie​bie​sko-zie​lo​nej  to​na​cji.  Usta​wi​ła  na  pół​kach  ko​sme​ty​ki.
Zdję​ła wil​got​ne ubra​nie, wzię​ła prysz​nic i prze​bra​ła się w noc​ną ko​szu​lę. Był to
fak​tycz​nie sta​ry T-shirt Ju​lia​na, któ​ry jego mat​ka prze​zna​czy​ła nie​gdyś na cha​ry​-
ta​tyw​ną zbiór​kę odzie​ży, a ona ukrad​kiem wy​cią​gnę​ła ze ster​ty sta​rych ciu​chów.
Ju​lian tego na pew​no nie pa​mię​ta.

Wy​szła na ko​ry​tarz, by mu po​wie​dzieć do​bra​noc. Mia​ła na​dzie​ję, że za​pro​po​-

nu​je  jej  wspól​ne  obej​rze​nie  ja​kie​goś  fil​mu,  jed​nak  drzwi  jego  sy​pial​ni  były  za​-
mknię​te.  Roz​cza​ro​wa​na  wró​ci​ła  do  łóż​ka.  Sen  nie  przy​cho​dził,  przez  kil​ka  go​-
dzin ga​pi​ła się bez​myśl​nie w prze​strzeń.

My​śla​ła o Gar​ret​cie. O jego ciem​nych wło​sach, gra​fi​to​wych oczach, czar​nych

rzę​sach. I o tym, jak – o mój Boże – po​ca​ło​wał ją dwa ty​go​dnie temu. Nie spo​sób
za​po​mnieć ta​kie​go po​ca​łun​ku. Ze snem moż​na się więc po​że​gnać.

Tam​te​go wie​czo​ru sta​ły z Kate na ta​ra​sie re​zy​den​cji Gage’ów, pa​trząc na ko​-

ro​wód prze​bie​rań​ców.

–  Wiesz,  chy​ba  chcę  zo​stać  sta​rą  pan​ną  –  po​wie​dzia​ła  w  pew​nym  mo​men​cie

Mol​ly, a Kate się ro​ze​śmia​ła.

– Co ty mó​wisz? Je​steś ślicz​na, każ​dy fa​cet bę​dzie szczę​śli​wy, mo​gąc cię po​ślu​-

bić.

–  Moż​li​we,  ale  mnie  ża​den  fa​cet  nie  od​po​wia​da  –  od​rze​kła  Mol​ly,  po​ka​zu​jąc

sio​strze  zdję​cie  bra​ci  Gage’ów  na  wy​świe​tla​czu  iPho​ne’a.  Sza​ro​oki  po​waż​ny
Lan​don, ciem​no​wło​sy do​stoj​ny Gar​rett i Ju​lian, bóg sek​su, jej ulu​bie​niec. No, ten
to na pew​no nie na​da​je się na męża…

–  Chy​ba  cię  ro​zu​miem  –  po​wie​dzia​ła  Kate,  tę​sk​nym  wzro​kiem  wpa​tru​jąc  się

w fo​to​gra​fię.

Nie​ła​two jej było od​gry​wać wo​bec młod​szej Mol​ly rolę sio​stry i mat​ki jed​no​-

cze​śnie. Kie​dy zo​sta​ły same, była prze​cież za​le​d​wie na​sto​lat​ką. Wpraw​dzie mat​-
ko​wa​ła  im  Ele​anor  Gage,  ale  to  była  su​ro​wa  ko​bie​ta.  A  dziew​czyn​kom  trud​no
było  dys​ku​to​wać  z  oso​bą,  któ​ra  za​pew​nia​ła  im  byt.  To​też  Mol​ly  szu​ka​ła  cie​pła
i  opar​cia  je​dy​nie  w  star​szej  sio​strze,  zwłasz​cza  gdy  Ju​lian  dłu​go  prze​by​wał  za

background image

gra​ni​cą. Może przez to Kate nie uło​ży​ła so​bie ży​cia? Nie mia​ła męża ani dzie​ci?

– Ty też za​słu​gu​jesz na ko​goś war​to​ścio​we​go – szep​nę​ła Mol​ly.
– No to chodź, może ko​goś znaj​dzie​my – uśmiech​nę​ła się do niej Kate i prze​-

szła do sali, gdzie od​by​wał się bal.

Mol​ly wsty​dzi​ła się okrop​ne​go jej zda​niem ko​stiu​mu. Ju​lian ka​zał jej się prze​-

brać  za  dziew​kę  z  karcz​my.  W  cia​snym  gor​se​cie  eks​po​nu​ją​cym  biust  czu​ła  się
jak gwiaz​da por​no. Po​wie​dzia​ła więc sio​strze, że za​raz do niej do​łą​czy, ale nie
mia​ła ta​kie​go za​mia​ru. Zo​sta​ła na ta​ra​sie, gdzie było ciem​no i mo​gła do woli od​-
dy​chać wo​nią ogro​du.

Przy  ba​lu​stra​dzie  ktoś  stał,  a  po​tem  ru​szył  w  jej  kie​run​ku.  Zor​ro?  Upiór

w ope​rze?

Kto​kol​wiek to był, wy​glą​dał świet​nie. Cały w czer​ni – pe​le​ry​na, ma​ska na gór​-

nej czę​ści twa​rzy przy​kry​wa​ją​ca rów​nież wło​sy, czar​ne buty. No i ten uśmiech…
To pew​nie Ju​lian, nikt inny tak się nie uśmie​cha. Jak głod​ny wilk. Aż chcia​ło​by się
być tym ja​gnię​ciem, któ​re za chwi​lę po​żre.

Do​strze​gła, że gapi się na jej de​kolt i po​czu​ła, jak po jej wnę​trzu roz​le​wa się

prze​dziw​ne cie​pło.

– No, no, no… – mru​czał gru​bym gło​sem, zbli​ża​jąc się. Chy​ba za dużo wy​pił.

Zu​peł​nie nie jak Ju​lian…

Uśmiech​nął  się  z  uzna​niem.  W  ręce  trzy​mał  drin​ka,  a  gdy  uniósł  go  do  ust,

Mol​ly za​uwa​ży​ła, że kie​li​szek jest pu​sty. Za​klął pod no​sem, po​krę​cił gło​wą i od​-
wró​cił się do wyj​ścia, mru​cząc, że chy​ba zwa​rio​wał.

– Nie zo​sta​wisz mnie tu sa​mej, praw​da? – za​wo​ła​ła za nim fi​glar​nie.
Za​trzy​mał się, po czym od​wró​cił, od​sta​wił kie​li​szek i za​czął za​głę​biać w mrok,

w któ​rym się schro​ni​ła.

Już się nie uśmie​chał. Coś w jego na​pię​tej po​sta​wie spo​wo​do​wa​ło, że ser​ce za​-

czę​ło  jej  wa​lić  jak  sza​lo​ne.  Szyb​ciej  i  szyb​ciej.  Spo​sób,  w  jaki  ten  czło​wiek  się
po​ru​szał, bu​dził jej strach.

To chy​ba nie jest Ju​lian…
– Co…? – za​czę​ła.
Przy​cią​gnął  ją  tak  gwał​tow​nie,  że  otwo​rzy​ła  usta  ze  zdu​mie​nia.  Jed​nym  ru​-

chem od​su​nął jej ręce i zbli​żył twarz. Mol​ly wstrzy​ma​ła od​dech.

Było bar​dzo ciem​no. Nie wi​dzia​ła oczu ta​jem​ni​cze​go nie​zna​jo​me​go, ale czu​ła

ich prze​ni​kli​we jak la​ser spoj​rze​nie głę​bo​ko w środ​ku. Ser​ce w niej za​trze​po​ta​-
ło,  gdy  fa​cet  wy​dał  z  sie​bie  nie​ar​ty​ku​ło​wa​ny  dźwięk,  ro​dzaj  dud​nią​ce​go  jęku.
Coś tak mę​skie​go, że nogi się pod nią ugię​ły. Do​tknął jej usta​mi. Lek​ko, wła​ści​-
wie  to  było  mu​śnię​cie.  Ale  Mol​ly  po​czu​ła  eks​plo​zję  po​żą​da​nia.  Każ​dą  ko​mór​kę
jej cia​ła ogar​nę​ło na​gle nie​zwy​kłe cie​pło.

Roz​chy​li​ła usta, z któ​rych wy​rwał się ci​chy jęk. Za​wsty​dzi​ła się, ale jemu to się

chy​ba spodo​ba​ło. Przy​warł war​ga​mi do jej ust.

Ca​ło​wał  ją  za​bor​czo,  a  jej  cia​ło  ogar​nę​ła  roz​kosz.  Ser​ce  biło  jej  tak,  jak​by

chcia​ło wy​sko​czyć z pier​si i po​szy​bo​wać w ko​smos. Jego pal​ce wbi​ły się w jej po​-
ślad​ki,  przy​cią​gał  ją  do  sie​bie  co​raz  sil​niej.  Bli​żej  i  bli​żej.  Wci​snął  jej  ję​zyk

background image

w usta, mru​cząc bło​go.

Pach​niał  wi​nem  i  Mol​ly  bły​ska​wicz​nie  po​czu​ła  się  pi​ja​na.  Pi​ja​na  nim,  zwa​rio​-

wa​na na jego punk​cie. Po​że​ra​li się na​wza​jem, cał​kiem do​słow​nie. Za​czął pie​ścić
jej ra​mio​na, a ona my​śla​ła, że za chwi​lę umrze. Choć ni​g​dy jesz​cze nie czu​ła się
tak oży​wio​na, tak ści​śle ze​spo​lo​na z ja​ką​kol​wiek ludz​ką isto​tą.

Jak​by  na​gle  za​lał  ich  po​top,  a  ona  pła​wi​ła  się  w  naj​roz​kosz​niej​szych  od​czu​-

ciach. Na na​gim ra​mie​niu po​czu​ła do​tknię​cie me​ta​lu. Pier​ścień? Otwo​rzy​ła oczy
i na​gle zda​ła so​bie spra​wę, że męż​czy​zną, któ​ry ją ca​łu​je, jest… Gar​rett?

Jak to moż​li​we?
On? Za​wsze taki opie​kuń​czy? Wy​da​wać by się mo​gło, że ni​g​dy nie do​tknął jej

na​wet jed​nym pal​cem, a tu… Ju​lian to co in​ne​go, czę​sto ją gła​skał, kle​pał. A Gar​-
rett tyl​ko w ra​zie ko​niecz​no​ści – gdy trze​ba było ją po​cie​szyć, albo pod​trzy​mać
za ło​kieć, by nie upa​dła. I każ​de​mu z tych rzad​kich przy​pad​ków to​wa​rzy​szył me​-
ta​licz​ny do​tyk pier​ście​nia, któ​ry no​sił.

Te​raz też. Ca​ło​wał ją, jak​by miał za​miar zjeść żyw​cem, a na pal​cu dło​ni, któ​ra

na​mięt​nie  pie​ści​ła  jej  ra​mię,  gła​dzi​ła  oboj​czyk  i  de​kolt,  dało  się  wy​czuć  pier​-
ścień, jak znak fir​mo​wy.

Wy​mam​ro​tał  coś,  ale  bi​cie  jej  ser​ca  za​głu​sza​ło  wszyst​kie  inne  dźwię​ki.  Jego

głos za​brzmiał obco i szorst​ko. Mol​ly na​gle zda​ła so​bie spra​wę, że oto męż​czy​-
zna, któ​re​go – po​dob​nie jak po​zo​sta​łych bra​ci Gage’ów – przez całe ży​cie uwa​-
ża​ła za nie​ty​kal​ne​go, zlek​ce​wa​żył do​tych​cza​so​we za​ka​zy. Ca​ło​wał ją tak, jak​by
od siły tego po​ca​łun​ku za​le​ża​ło całe jego ży​cie. Nogi ugię​ły się pod nią. Mu​sia​ła
się o nie​go oprzeć, a jed​no​cze​śnie usi​ło​wa​ła rzu​cić okiem na fe​ral​ny pier​ścień.

Tak,  zga​dza  się.  Pla​ty​no​wa  ob​ręcz  i  oko  z  błę​kit​na​we​go  bry​lan​tu.  Ta​kie  coś

Gar​rett za​wsze nosi na pal​cu.

A więc to on tak bez​wstyd​nie ści​ska te​raz jej pierś.
I  robi  to  bar​dzo  do​brze,  jego  do​tyk  jest  nie​sa​mo​wi​cie  pod​nie​ca​ją​cy.  Po​czu​ła

cie​pło na​wet mię​dzy uda​mi.

Jęk​nął ża​ło​śnie, czu​jąc, że ona, zszo​ko​wa​na, sztyw​nie​je w jego ra​mio​nach. Nie

ba​cząc na to, przy​ci​snął ją do sie​bie jesz​cze moc​niej. Nie mógł ode​rwać się od
jej ust, jak​by był w nich ukry​ty po​tęż​ny ma​gnes.

– Ciii… – usły​sza​ła na​gle. Uspo​ka​jał ją jak dzi​kie zwie​rząt​ko. Tu​lił jak bez​cen​-

ny skarb.

Wsu​nął ko​la​no mię​dzy jej uda, by je roz​chy​lić. Wpraw​ną dłoń skie​ro​wał tam,

gdzie mię​dzy ko​ron​ka​mi nie​zli​czo​nych ha​lek ona wła​śnie wil​got​nia​ła. Cie​pło jego
pal​ców prze​ni​ka​ło bie​li​znę. Chcia​ła te​raz tyl​ko tego cie​pła, przy​jem​no​ści, emo​-
cji.

– Och – wes​tchnę​ła, a jej cia​ło za​sty​gło w ocze​ki​wa​niu. Jego pal​ce po​wo​li kre​-

śli​ły  kół​ka  wo​kół  jej  czu​łe​go  miej​sca.  Nie  mo​gła  uwie​rzyć,  że  to  się  dzie​je  na​-
praw​dę.  Czu​ła  coś  w  ro​dza​ju  go​rą​cych  i  świe​tli​stych  wy​ła​do​wań  at​mos​fe​rycz​-
nych.

Do​ty​kał jej, jak​by na​le​ża​ła do nie​go. Jak​by wie​dział o niej wszyst​ko, jak​by ją

ko​chał. Nie spo​dzie​wa​ła się aż ta​kiej re​ak​cji ze swo​jej stro​ny.

background image

Ni​g​dy nie czu​ła w sto​sun​ku do męż​czyzn z rodu Gage’ów żad​ne​go ro​man​tycz​-

ne​go uczu​cia. To byli jej opie​ku​no​wie, pra​wie bra​cia, jak mó​wi​ła Kate. Kom​plet​-
nie poza za​się​giem, nie​do​stęp​ni. Ale ten…

Ten  jej  pra​gnął  i  naj​wi​docz​niej  miał  za  nic  to,  co  mówi  Kate.  Czy  kto​kol​wiek

inny. A Mol​ly nie zda​wa​ła so​bie spra​wy, że jest w sta​nie aż do tego stop​nia za​po​-
mnieć się w jego ra​mio​nach.

Jej cia​ło było te​raz ku​kieł​ką w rę​kach ar​ty​sty lal​ka​rza. Nie po​tra​fi​ła po​wstrzy​-

mać chra​pli​wych dźwię​ków, gdy bez​wied​nie po​da​wa​ła mu jak na tacy swo​je cia​-
ło.  Jej  wnę​trze  dy​go​ta​ło  i  skrę​ca​ło  się  jak  ty​siąc  sprę​żyn.  Strach  mie​szał  się
w jej ser​cu z tę​sk​no​tą i pra​gnie​niem.

Jęk​nął i na​chy​lił się do jej ucha, gry​ząc je lek​ko. Głę​bo​kie dźwię​ki, ja​kie przy

tym  wy​da​wał,  po​ru​sza​ły  ko​niusz​ki  jej  ner​wów.  Jego  żar​łocz​ne  usta  wę​dro​wa​ły
te​raz  wzdłuż  jej  szyi,  a  go​rą​ce  pal​ce  mi​strzow​sko  po​czy​na​ły  so​bie  z  miej​scem
mię​dzy no​ga​mi. Wie​dzia​ły, gdzie do​tknąć, gdzie do​ci​snąć.

I wte​dy sta​ła się rzecz naj​gor​sza. Mol​ly nie mo​gła jej po​wstrzy​mać. Eks​plo​do​-

wa​ła. Ni​g​dy wcze​śniej nie prze​ży​ła or​ga​zmu. Chcia​ło się jej krzy​czeć. Za​wsty​-
dzo​na, ode​pchnę​ła go, szep​cząc go​rącz​ko​wo:

– Nie do​ty​kaj mnie. Nie od​zy​waj się do mnie! To się nie mo​gło stać! Tego nie

było!

Ze​rwa​ła z twa​rzy swo​ją idio​tycz​ną ma​secz​kę, od​rzu​ci​ła ją i wy​bie​gła.
Na​stęp​ne​go  dnia  Gar​rett  uda​wał,  że  nic  się  nie  sta​ło.  Do​kład​nie  tak,  jak  mu

na​ka​za​ła.  Chcia​ła  po​roz​ma​wiać  o  tym  z  Ju​lia​nem,  ale  ten  le​czył  gi​gan​tycz​ne​go
kaca i był w kiep​skim na​stro​ju. Tłu​mi​ła więc to wszyst​ko w so​bie przez kil​ka​na​-
ście dni. Ale dłu​żej się nie dało. Zo​sta​ła sek​su​al​nie roz​bu​dzo​na i trze​ba było coś
z tym zro​bić. Choć​by po​pła​kać so​bie w łóż​ku, ci​chut​ko, w sa​mot​no​ści.

Dla​cze​go to się sta​ło? Dla​cze​go on ją po​ca​ło​wał?
Dla​cze​go  w  porę  go  nie  ode​pchnę​ła?  Dla​cze​go  nie  może  tego  wszyst​kie​go

prze​żyć jesz​cze raz?

Gar​rett ujaw​nił swo​je uczu​cia. Pod​da​ła się im, ale na ko​niec stchó​rzy​ła.
Ża​ło​wa​ła, że nie dała mu do zro​zu​mie​nia, jak bar​dzo było jej do​brze z tymi do​-

ty​ka​mi i po​ca​łun​ka​mi. Bo te​raz była prze​ko​na​na, że od​na​la​zła swo​ją dru​gą po​ło​-
wę. Roz​pacz​li​wie pra​gnę​ła znów z nim być.

Prze​ły​ka​ła łzy, mię​to​sząc po​dusz​kę. W koń​cu po​ło​ży​ła się na brzu​chu.
– Śpij, Mol​ly – mó​wi​ła do sie​bie. – A ju​tro Gar​rett się prze​ko​na, co utra​cił.
Ale te sło​wa tyl​ko uświa​do​mi​ły jej, że to ona na wła​sne ży​cze​nie utra​ci​ła oka​-

zję, któ​ra może się nie po​wtó​rzyć.

Ju​lian do​brze wie​dział, dla​cze​go nie może spać, dla​cze​go czu​je się tak dziw​nie

i dla​cze​go ży​cie jest ostat​nio ta​kie okrop​ne.

To wszyst​ko wina Mol​ly De​va​ney.
Ta dziew​czy​na do​pro​wa​dza go do sza​leń​stwa.
Naj​pierw  wy​sko​czy​ła  z  tym  Gar​ret​tem,  a  te​raz  śpi  za  ścia​ną,  przez  co  on

wier​ci się nie​spo​koj​nie w łóż​ku, sfru​stro​wa​ny do gra​nic moż​li​wo​ści.

background image

Dziś  pa​da​ło.  Gdy  przy​je​cha​li  do  nie​go,  Mol​ly  była  cała  mo​kra.  Nie  po​wi​nien

był wte​dy na nią pa​trzeć, ale za​bra​kło mu sil​nej woli. Te​raz przed ocza​mi tań​-
czy​ły mu jej kształt​ne pier​si, z na​prę​żo​ny​mi, wi​docz​ny​mi przez wil​got​ny ma​te​riał
sut​ka​mi. A kie​dy nie​spo​dzie​wa​nie po​ca​ło​wa​ła go w po​dzię​ce za za​mó​wie​nie mu​-
ra​lu, mu​siał uru​cho​mić wszyst​kie siły, by się po​wstrzy​mać przed po​chwy​ce​niem
jej w ra​mio​na i ca​ło​wa​niem…

I  te  wi​śnie  z  kok​taj​lu…  Wiel​ki  Boże,  jak  ona  je  słod​ko  roz​gry​za​ła!  Jak  to  się

sta​ło, że tam, w sa​mo​cho​dzie, nie chwy​cił jej twa​rzy w dło​nie i nie wy​ssał z ust
każ​dej z tych nie​szczę​snych wi​sie​nek.

La​ta​mi wzra​stał w prze​ko​na​niu, że je​dy​na dziew​czy​na, któ​rej pra​gnie i któ​rą

sza​nu​je, nie jest dla nie​go. Była do​bra, czy​sta i mą​dra. Miał trzy​mać się od niej
z dala. Chro​nić ją. A te​raz do​szło do tego, że ona pra​gnie Gar​ret​ta. Jego bra​ta.

Na samą myśl o tym po​czuł mdło​ści. Boże, to prze​cież nie​wy​obra​żal​ne!
Gdy mu o tym po​wie​dzia​ła, my​ślał, że go wpusz​cza w ma​li​ny, że chce wzbu​dzić

w nim za​zdrość. Za​wsze był pe​wien, że je​śli Mol​ly za​ko​cha się w któ​rym​kol​wiek
z  bra​ci  Gage’ów,  wy​bór  pad​nie  na  nie​go  i  tyl​ko  na  nie​go.  Na  in​nych  na​wet  nie
spoj​rza​ła.

Cała  ro​dzi​na  była  prze​ko​na​na,  że  on  się  po​do​ba  Mol​ly.  Mat​ka,  Lan​don,  Gar​-

rett, Kate… Pa​mię​tał te nie​zli​czo​ne ka​za​nia. „Mu​sisz być dla niej do​bry.” „Masz
ją sza​no​wać, łapy przy so​bie!” No to sza​no​wał. I był grzecz​nym chłop​cem.

To było pie​kło. Ból w pa​chwi​nie, ile​kroć się uśmiech​nę​ła. Nie, to nie mia​ło nic

wspól​ne​go z przy​jaź​nią. A jesz​cze mniej z bra​ter​stwem.

La​ta​mi ma​rzył o niej. Gdy się​gnął po pierw​szą w ży​ciu ko​bie​tę – jed​ną spo​śród

wie​lu chęt​nych – za​miast roz​ko​szy po​czuł ból. My​ślał, że czę​sty seks ule​czy go
z tę​sk​no​ty. Ale nic z tego – z każ​dą za​li​czo​ną ko​bie​tą bar​dziej pra​gnął Mol​ly. Bo
żad​na z przy​god​nych mi​ło​stek nie była nią.

Żad​na nie mo​gła się na​wet z nią rów​nać.
Te​raz chciał po​sta​wić wszyst​ko na jed​ną kar​tę. Miał taki plan: udo​wod​ni mat​-

ce  i  bra​ciom,  że  da  so​bie  radę  bez  nich.  Do​wiódł  już,  że  ni​g​dy  nie  skrzyw​dził
Mol​ly, a więc na nią za​słu​gu​je. Te​raz miał po​ka​zać, że zro​bi wszyst​ko, by ją zdo​-
być. Na​wet, je​śli bę​dzie trze​ba, ze​rwie wszel​kie kon​tak​ty z ro​dzi​ną.

Je​śli  Mol​ly  ma  się  zwią​zać  z  męż​czy​zną,  to  bę​dzie  nim  on,  Ju​lian.  Czy  to  się

komu po​do​ba, czy nie.

A tym​cza​sem Mol​ly…
Musi jej te​raz po​ka​zać, że to on jest tym je​dy​nym. Do​koń​czyć to, co roz​po​czął

w nocy, gdy trwał bal ma​sko​wy.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Było już do​brze po pół​no​cy, a wspo​mnie​nie po​ca​łun​ku Gar​ret​ta i emo​cje zwią​-

za​ne  z  fak​tem,  że  no​cu​je  Ju​lia​na,  wciąż  nie  po​zwa​la​ły  jej  za​snąć.  Mol​ly  wsta​ła
z łóż​ka i na bo​sa​ka po​drep​ta​ła do kuch​ni. Może znaj​dzie coś ła​god​nie usy​pia​ją​-
ce​go, wa​le​ria​nę lub ru​mia​nek?

Za​miast tego zna​la​zła wspa​nia​le zbu​do​wa​ne​go pół​na​gie​go fa​ce​ta. No, te​raz to

już na pew​no nie za​śnie do rana.

Ju​lian, po​chy​lo​ny, za​glą​dał do lo​dów​ki, a Mol​ly ser​ce za​mar​ło w pier​si. Świa​tło

wy​do​by​wa​ją​ce  się  z  wnę​trza  lo​dów​ki  wspa​nia​le  pod​kre​śla​ło  każ​dy  szcze​gół
rzeź​by jego nad​zwy​czaj​ne​go cia​ła.

Tak,  to  jest  Ju​lian  John  Gage.  Sek​sow​ny  play​boy,  nie​bez​piecz​ny  sa​miec.  Na

pew​no nie nie​win​ny przy​ja​ciel dzie​cin​nych lat.

Do​sta​ła go​rącz​ki na samą myśl, że na miej​scu Ju​lia​na po​wi​nien znaj​do​wać się,

rów​nież pra​wie nagi, Gar​rett. Gar​rett z jej nie​daw​nych ma​rzeń i ro​jeń o po​ca​-
łun​kach.

Hor​mo​ny nie słu​cha​ją ro​zu​mu. Zro​zu​mia​ła to, gdy na ca​łym cie​le po​czu​ła go​-

rą​ce ukłu​cia nie​wi​dzial​nych mi​nia​tu​ro​wych szpi​le​czek.

Z tru​dem po​wstrzy​my​wa​ła się przed mu​śnię​ciem pal​ca​mi mię​śni ple​ców Ju​lia​-

na, przed zba​da​niem ich struk​tu​ry, ukła​du włó​kien. Przez chwi​lę wma​wia​ła so​-
bie, że to skrzy​wie​nie za​wo​do​we, za​chwyt ma​lar​ki na wi​dok pięk​na.

Ale to nie było ano​ni​mo​we pięk​no. To był Ju​lian John. Jak​że chęt​nie do​tknę​ła​by

jego ust i spraw​dzi​ła, na czym po​le​ga ich ma​gicz​na wła​dza. Po​ca​ło​wa​ła​by go na​-
wet, by spraw​dzić, czy pa​mięć jej nie za​wo​dzi…

Mol​ly,  ty  roz​pust​ni​co,  wszyst​ko  ci  się  po​my​li​ło.  Prze​cież  ko​chasz  Gar​ret​ta!  –

skar​ci​ła się w my​ślach.

Z  tru​dem  prze​łknę​ła  śli​nę.  Czy  na​praw​dę  chcia​ła  na​pa​sto​wać  Ju​lia​na  w  jego

wła​snej kuch​ni? Co, u li​cha, się z nią dzie​je?

Prze​cież nie może się bez koń​ca uspra​wie​dli​wiać, że tam​ta ma​ska​ra​da prze​-

wró​ci​ła jej ży​cie do góry no​ga​mi! Cią​gle my​śli o ca​ło​wa​niu, do​ty​kach, piesz​czo​-
tach,  pra​gnie​niach.  Gar​rett  obu​dził  w  niej  świa​do​mą  swe​go  cia​ła  ko​bie​tę  i  od
tego  mo​men​tu  ona  prze​sad​nie  re​agu​je  na  wi​dok  każ​de​go  roz​ne​gli​żo​wa​ne​go
męż​czy​zny. Na​wet Ju​lia​na.

Ciesz się, Gar​rett. Zro​bi​łeś ze mnie nim​fo​man​kę. Tego chcia​łeś? – po​my​śla​ła.
– Za​po​mnia​łeś, że masz go​ścia? – za​py​ta​ła na głos.
– Cho​le​ra, Mol​ly, my​śla​łem, że śpisz.
– Lu​dzie cho​rzy na bez​sen​ność nie śpią, Ju​les.
Po​win​na te​raz wró​cić do sy​pial​ni jak​by ni​g​dy nic. W koń​cu dla ar​tyst​ki wi​dok

na​gie​go cia​ła to chleb po​wsze​dni. Co naj​wy​żej może po​wie​dzieć, że przy​szła tu

background image

po​szu​kać zió​łek.

–  Na​pij  się  mle​ka,  mnie  za​wsze  po​ma​ga.  –  Wy​cią​gnął  w  jej  kie​run​ku  kar​ton,

z któ​re​go już zdą​żył wy​pić kil​ka ły​ków.

Przy​tknę​ła war​gi do miej​sca, któ​re​go przed chwi​lą do​ty​ka​ły jego usta.
– Za zim​ne – po​wie​dzia​ła, od​da​jąc mu kar​ton i sta​ra​jąc się za wszel​ką cenę nie

za​uwa​żać jego ma​syw​ne​go, a jed​no​cze​śnie je​dwa​bi​ście gład​kie​go tor​su.

Ju​lian  wy​pro​sto​wał  się,  a  ona  po  raz  pierw​szy  od​czu​ła,  że  jest  taki…  wiel​ki,

groź​ny. Taki mę​ski.

– Wra​cam do łóż​ka – oświad​czył, cho​wa​jąc mle​ko do lo​dów​ki.
– Mogę po​ło​żyć się z tobą? – wy​rwa​ło się Mol​ly.
Wie​dzia​ła,  że  sa​mot​na  noc  bę​dzie  dla  niej  kosz​ma​rem.  Na​wie​dzi  ją  fa​cet

w ma​sce. I Ju​lian w sli​pach z bia​łej ba​weł​ny. Tak bar​dzo chcia​ła obej​rzeć ra​zem
z  nim  film,  wtu​lić  się  w  nie​go  i  na​resz​cie  za​snąć.  Po​czuć  się  bez​piecz​nie,  jak
w dzie​ciń​stwie. W koń​cu od cze​go są przy​ja​cie​le?

– Nie – uciął Ju​lian, nie pa​trząc na nią.
– Ju​les, nie bądź głu​pi.
– Nie kła​dę się do łóż​ka z ko​bie​tą, z któ​rą nie sy​piam.
– Ale ja to nie ko​bie​ta. Je​stem Mol​ly.
– No wła​śnie.
– Po pro​stu włóż ja​kieś spodnie, ja przy​nio​sę swo​ją po​dusz​kę… Nie bądź taki!
Za​pa​dło mil​cze​nie, po czym Ju​lian od​da​lił się ko​ry​ta​rzem.
– Do​bra​noc, Molls! – rzu​cił.
Mol​ly, prze​kli​na​jąc go, wdra​pa​ła się na swo​je łóż​ko. Do rana nie zmru​ży​ła oka.
Na​stęp​na noc nie była wie​le lep​sze, trze​cia też nie. Fa​cet nie da​wał się na​mó​-

wić  na  wspól​ne  span​ko.  Dzi​wi​ło  ją  to,  ale  jesz​cze  bar​dziej  była  roz​cza​ro​wa​na,
że Gar​rett nie prze​ja​wiał naj​mniej​szej chę​ci uda​rem​nie​nia jej „związ​ku” z Ju​lia​-
nem.

Za​ko​cha​ny tak się nie za​cho​wu​je!
Gar​rett jest tym spo​śród trzech bra​ci, któ​ry naj​moc​niej stą​pa po zie​mi. Może

więc po​trze​bu​je do​dat​ko​wych bodź​ców, by wła​ści​wie za​re​ago​wać?

Mol​ly fan​ta​zjo​wa​ła na te​mat sek​sow​nych ciu​chów, któ​re mo​gły​by zwró​cić jego

uwa​gę.  Może  wło​żyć  zno​wu  ten  ko​stium  karcz​mar​ki,  by  mu  się  przy​po​mnieć?
Ale jaka dziew​czy​na o zdro​wych zmy​słach chcia​ła​by no​sić coś ta​kie​go? Żad​na.
Z wy​jąt​kiem oczy​wi​ście Mol​ly De​va​ney. I to tyl​ko na wy​raź​ne żą​da​nie Ju​lia​na.

Siód​me​go po​ran​ka w domu Ju​lia​na do​szła do wnio​sku, że nie​po​trzeb​nie się za​-

mę​cza. Nie śpi po no​cach, prze​pra​co​wu​je się, ma​lu​jąc mu​ral. Czy aby nie prze​-
sa​dzi​ła z tym za​an​ga​żo​wa​niem w nowy „zwią​zek”? W do​dat​ku pra​wie nie wi​du​je
Gar​ret​ta, za to nie​mal cały czas spę​dza z Ju​lia​nem Joh​nem.

Gdy​by jesz​cze czę​ściej ze​chciał tkwić pół​na​go przed otwar​tą lo​dów​ką…
Cho​ciaż sia​da​nie rano do śnia​da​nia w luź​no tka​nych lnia​nych spoden​kach ścią​-

ga​nych sznur​kiem też było nie​złe. Pra​wie wszyst​ko było przez nie wi​dać.

Mol​ly  czu​ła  się  wte​dy,  jak​by  ku​pi​ła  so​bie  i  od​pa​ko​wa​ła  ba​to​nik,  któ​re​go  nie

może zjeść.

background image

Jego  sam​czość  przy​tła​cza​ła,  była  wszech​obec​na.  Nie  po​zwa​la​ła  na  spo​koj​ny

sen.

Przy śnia​da​niu Ju​lian czy​tał ga​ze​tę, a Mol​ly prze​rzu​ca​ła prze​sył​ki re​kla​mo​we.

Śmiał się, że jest je​dy​ną zna​ną mu oso​bą, któ​ra je oglą​da. Po​tem Mol​ly za​zwy​-
czaj  wsta​wa​ła,  by  do​lać  so​bie  kawy.  Ła​pa​ła  go  wów​czas  na  ga​pie​niu  się  na  jej
wy​sta​ją​ce spod T-shir​ta nogi. Ni​g​dy nie czu​ła się bar​dziej świa​do​ma swej ko​bie​-
co​ści, niż gdy z fi​li​żan​ką w dło​ni wra​ca​ła do sto​łu, a on z po​dzi​wem śle​dził każ​dy
jej krok.

Dziś Ju​lian wró​cił do swo​je​go ulu​bio​ne​go te​ma​tu za​cze​pek: jej wy​glą​du. Tym

ra​zem jed​nak nie wy​śmie​wał ubrań. Po​wie​dział coś o wie​le bar​dziej… in​tym​ne​-
go.

– Wiesz, bez żad​nej pla​my z far​by na cie​le wy​glą​dasz jak goła – rzu​cił z we​so​-

łym bły​skiem w oku.

Goła? Nie wie​dzia​ła, dla​cze​go żo​łą​dek skur​czył się jej na​gle bo​le​śnie. Myśl, że

mógł​by ją oglą​dać nagą, spo​wo​do​wa​ła za​męt. Po​ma​cha​ła mu na po​że​gna​nie nie​-
co oszo​ło​mio​na.

Wie​czo​rem szy​ko​wa​ła się pa​ra​pe​tów​ka u Lan​do​na i jego żony Beth. Byli parą

od dwóch lat, ale ja​koś za​nie​dba​li te wszyst​kie ry​tu​ały w ro​dza​ju mie​sią​ca mio​-
do​we​go i tak da​lej. Nie mie​li na to cza​su. Wła​ści​wie ich ślub było ro​dza​jem kon​-
trak​tu – Lan​do​no​wi po​mógł w roz​wo​ju biz​ne​su, a Beth mo​gła dzię​ki po​zy​cji mę​-
żat​ki od​zy​skać opie​kę nad sy​nem z pierw​sze​go mał​żeń​stwa, Da​vi​dem. Do​pie​ro
póź​niej  za​ko​cha​li  się  w  so​bie  na  za​bój  i  te​raz  byli  jed​nym  z  naj​lep​szych  mał​-
żeństw, ja​kie zna​ła Mol​ly.

Dziś wie​czo​rem Ju​lian i Mol​ly mie​li wy​stą​pić po raz pierw​szy na fo​rum ro​dzin​-

nym jako para.

Gar​rett  zo​ba​czy  ich  ra​zem  i  zo​rien​tu​je  się,  ja​kim  był  idio​tą,  wy​pusz​cza​jąc

Mol​ly z rąk.

Musi więc wy​glą​dać olśnie​wa​ją​co. Po​je​cha​ła do domu, do Kate, prze​brać się.

W pro​gu po​wi​tał ją za​pach cy​na​mo​nu, kar​da​mo​nu i in​nych do​mo​wych aro​ma​tów.
Ser​ce ści​snę​ło się jej na wi​dok przy​tul​ne​go miesz​kan​ka, ja​kie z sio​strą zaj​mo​wa​-
ły.  Na​wet  jej  sta​ry  plu​szo​wy  miś  tkwił  wciąż  wśród  ko​lo​ro​wych  po​du​szek,  pod
lam​pą od Tif​fa​ny’ego.

Po zim​nym ka​wa​ler​skim wnę​trzu, w ja​kim prze​by​wa​ła pra​wie ty​dzień, tu na​-

resz​cie  po​czu​ła  się  u  sie​bie.  Po​sta​no​wi​ła,  że  prze​wie​zie  do  Ju​lia​na  kil​ka  ró​żo​-
wych po​du​szek, by ocie​plić jego miesz​ka​nie. No i obo​wiąz​ko​wo za​bie​rze swo​ją
ulu​bio​ną mie​szan​kę ziół na sen.

– Co u cie​bie sły​chać?
Kate sta​ła obok ku​chen​ki w swo​im nie​śmier​tel​nym far​tusz​ku, z po​waż​ną miną.

Wło​sy za​wią​za​ła w koń​ski ogon. Jak zwy​kle czymś za​ję​ta, wul​kan ener​gii.

– Przy​je​cha​łam za​brać tro​chę ciu​chów. Do sa​mo​cho​du Ju​lia​na nie zmie​ści​ło się

zbyt wie​le.

Kate nie zmie​ni​ła wy​ra​zu twa​rzy. Mol​ly chcia​ła ją uści​snąć, ale bar​dzo trud​no

przy​tu​lić ko​goś, kto trzy​ma w ręku gar​nek.

background image

Ro​zej​rza​ła się po ku​chen​nym bla​cie i zgar​nę​ła do pa​pie​ro​wej tor​by kil​ka sma​-

ko​wi​cie wy​glą​da​ją​cych muf​fi​nów. Za​bie​rze je do Ju​lia​na.

– Dla​cze​go mi to ro​bisz? Te ba​becz​ki mia​łam za​nieść na przy​ję​cie do Lan​do​na.

To​bie ju​tro upie​kę inne, okej, Moo? – za​py​ta​ła Kate znie​cier​pli​wio​nym to​nem.

–  W  po​rząd​ku  –  burk​nę​ła  Mol​ly,  zwra​ca​jąc  sio​strze  to​reb​kę  z  ciast​ka​mi.

Chcia​ła  wyjść,  ale  coś  ją  za​sta​no​wi​ło.  Spoj​rza​ła  w  nie​bie​skie,  po​dob​ne  do  jej
wła​snych, oczy Kate.

Za​wsze były z sobą bar​dzo bli​sko. Obie były uta​len​to​wa​ne ar​ty​stycz​nie. Mol​ly

po​tra​fi​ła  w  od​osob​nie​niu  pra​co​wać  ca​ły​mi  mie​sią​ca​mi  nad  swo​imi  ob​ra​za​mi.
W ten spo​sób ra​dzi​ła so​bie z lę​ka​mi. Kate wo​la​ła pra​cę wśród lu​dzi i dla lu​dzi.
Ko​niec koń​ców mia​ły dla sie​bie na​wza​jem co​raz mniej cza​su.

Kate  za​wsze  wspie​ra​ła  Mol​ly,  była  jed​nak  dys​kret​ną  opie​kun​ką.  I  być  może

z tego po​wo​du pra​wie w ogó​le nie roz​ma​wia​ły na te​ma​ty mę​sko-dam​skie. Zu​peł​-
nie  jak​by  jed​na  przed  dru​gą  chcia​ła  uda​wać,  że  fa​ce​ci  dla  nich  nie  ist​nie​ją.
A może na​praw​dę nie ist​nie​li? W koń​cu ich re​la​cje z brać​mi Gage’ami były tak
bli​skie, że może dla in​nych męż​czyzn nie było w ich ży​ciu miej​sca?

Dla Mol​ly przy​jaźń z Ju​lia​nem war​ta była stu ro​man​sów z in​ny​mi fa​ce​ta​mi. Nie

od​czu​wa​ła tu żad​nych bra​ków. Aż do owe​go wie​czo​ru, kie​dy to jego brat po​ka​-
zał jej, jak bar​dzo jest upra​gnio​na…

Za​słu​gu​je na mi​łość męż​czy​zny, ale jak po​wie​dzieć o tym Kate? Prze​cież uda​-

je, że jest za​in​te​re​so​wa​na Ju​lia​nem, nie Gar​ret​tem. Trud​no, jest za wcze​śnie na
szcze​re sio​strza​ne zwie​rze​nia.

– Ju​lian nie zno​si mo​je​go sty​lu ubie​ra​nia się – rzu​ci​ła. Żo​łą​dek ści​snął się jej na

wspo​mnie​nie jego słów, że jej wi​ze​ru​nek „gło​du​ją​cej ar​tyst​ki” nie po​wa​li Gar​ret​-
ta na ko​la​na.

– Ja​koś mnie to nie dzi​wi – od​par​ła Kate z miną pod ty​tu​łem „a nie mó​wi​łam?”.
– I co? Za​do​wo​lo​na je​steś? – od​burk​nę​ła Mol​ly. – Je​śli chcia​łaś mi zro​bić przy​-

krość, to ci się uda​ło.

W  mgnie​niu  oka  po​sta​no​wi​ła,  że  dziś  bę​dzie  wy​glą​dać  tak  samo  oka​za​le  jak

tam​ta  blon​dy​na,  któ​rą  wi​dzia​ła  u  Ju​lia​na.  Niech  wszy​scy  wi​dzą,  że  ona  też  po​-
tra​fi!

–  Wiesz,  Mol​ly,  nie  ro​zu​miem  cię.  Nie  od​zy​wasz  się  przez  kil​ka  dni,  nie  koń​-

czysz ob​ra​zów, któ​re po​win​naś od​dać na wy​sta​wę. A te​raz po tym, jak przez kil​-
ka lat bła​ga​łam cię, że​byś za​dba​ła o wy​gląd, na​gle po​sta​na​wiasz to zro​bić? Bo
on  cię  o  to  po​pro​sił?  Co  się  z  tobą  dzie​je?  Co  się  dzie​je  z  wami?  Mar​twię  się!
Nie mo​głam spać dziś w nocy, mu​sia​łam za​dzwo​nić do Gar​ret​ta.

– Gar​rett? No i co on na to?
– Obie​cał mi, że z tobą po​roz​ma​wia i że​bym się nie mar​twi​ła. Ja po pro​stu nie

mogę zro​zu​mieć, jak mo​głam prze​oczyć, że mię​dzy wami coś się ro​dzi. Wie​dzia​-
łam, że kie​dyś do tego doj​dzie, ale mia​łam na​dzie​ję, że tro​chę póź​niej, jak obo​je
doj​rze​je​cie.

–  Nie​waż​ne.  Po​wiedz,  jak  Gar​rett  za​re​ago​wał.  Był  zły?  Za​tro​ska​ny?  Za​zdro​-

sny?

background image

A może ten idio​ta jest tak pe​wien jej uczuć, że w ogó​le nie za​re​ago​wał? Uwa​-

ża, że ją trzy​ma w gar​ści? No to trze​ba dać mu na​ucz​kę! Za​gra​my ostrzej, mój
pa​nie. Już Ju​lian się o to po​sta​ra dziś wie​czo​rem!

– Nie pa​mię​tam do​kład​nie, co mó​wił. Ale ja nie po​tra​fi​łam ukryć skrę​po​wa​nia.

Wiesz, Moo, ja do tej pory uwa​ża​łam, że je​steś jesz​cze dzie​wi​cą…

Mol​ly spu​ści​ła wzrok.
– Je​stem dzie​wi​cą – wy​szep​ta​ła. – To zna​czy by​łam – po​pra​wi​ła się – przed Ju​-

le​sem.

– Boże, i jaki był ten pierw​szy raz? Bo​la​ło? Czy on cię aby nie skrzyw​dził?
To peł​ne tro​ski py​ta​nie spra​wi​ło, że Mol​ly po​czu​ła się jak w po​trza​sku. Trud​-

no: skła​ma​ła, musi brnąć da​lej.

– Nie chciał spra​wić mi bólu, ale wiesz, jak to jest… – bąk​nę​ła nie​wy​raź​nie.
– Za​bi​ję go! – krzyk​nę​ła Kate.
– Nie, nie, było cu​dow​nie, on był jak… – Roz​pacz​li​wie usi​ło​wa​ła so​bie wy​obra​-

zić,  jak  Ju​lian  John  upra​wia  z  nią  seks.  Może  ła​twiej  bę​dzie  wy​obra​zić  so​bie
Gar​ret​ta? – Było świet​nie – do​koń​czy​ła po​śpiesz​nie. – Ale mimo to jego kry​ty​ka
mo​je​go  ubio​ru  ura​zi​ła  moją  dumę  –  zmie​ni​ła  te​mat.  –  Je​stem  w  krop​ce,  Kate.
Z jed​nej stro​ny chcia​ła​bym mu po​ka​zać, że stać mnie na ele​gan​cję, a z dru​giej
nie chcę, żeby po​my​ślał, że bar​dzo się tym przej​mu​ję. Po​mo​żesz mi się ubrać?

– Tak, żeby mu​siał od​szcze​kać to, co po​wie​dział?
–  Wła​śnie!  –  za​wo​ła​ła  Mol​ly,  ci​ska​jąc  w  sio​strę  trzy​ma​ną  w  ręku  ró​żo​wą  po​-

dusz​ką.

Już wy​obra​ża​ła so​bie minę Ju​lia​na, gdy ją zo​ba​czy. Na pew​no ni​g​dy wię​cej nie

po​wie jej, by ku​pi​ła so​bie nowe lu​stro. A Gar​rett? Bę​dzie gorz​ko ża​ło​wał, że nie
spę​dził z nią ostat​nich dwóch ty​go​dni. A mógł. Na uści​skach i piesz​czo​tach.

–  Do​bra,  po​mo​gę  ci  w  prze​mia​nie  o  sto  osiem​dzie​siąt  stop​ni.  Ale  wiesz  co,

Molls?

– Słu​cham? – Mol​ly już grze​ba​ła w sza​fach w po​szu​ki​wa​niu ciu​chów, na wi​dok

któ​rych  każ​dy  fa​cet  osza​le​je.  Nie  mia​ła  tego  wie​le.  Zna​la​zła  na​to​miast  bar​dzo
ład​ną su​kien​kę w sza​fie Kate. Oglą​da​ła ją pod świa​tło, cie​sząc oczy po​ły​skli​wo​-
ścią sza​fi​ro​we​go je​dwa​biu.

– Ma jesz​cze met​kę – za​uwa​ży​ła.
– Ode​tnij ją – po​wie​dzia​ła Kate lek​ko zde​ner​wo​wa​na.
– Ale to jest nowe. Nie mogę jej wło​żyć.
–  Ow​szem,  mo​żesz.  Trzy​ma​łam  ją  na  spe​cjal​ną  oka​zję.  To​bie  bę​dzie  w  niej

świet​nie, Moo.

– Mo​gła​byś już nie mó​wić do mnie Moo? Czu​ję się wte​dy jak kro​wa. – Mol​ly ze

smut​kiem od​wie​si​ła su​kien​kę. – Po​ży​czę ją kie​dyś od cie​bie, ale do​pie​ro po tym,
jak ty ją wło​żysz. Na spe​cjal​ną oka​zję.

Sio​stry uśmiech​nę​ły się do sie​bie, a już po chwi​li Mol​ly wy​bra​ła z gar​de​ro​by

Kate inną su​kien​kę – czar​ną, do​pa​so​wa​ną, z głę​bo​kim wy​cię​ciem z tyłu.

Po dniu spę​dzo​nym z Kate, któ​ra po​mo​gła jej zro​bić się na bó​stwo i po za​pa​ko​-

wa​niu przy​go​to​wa​nych przez sio​strę prze​ką​sek do ma​łe​go do​staw​cza​ka jej fir​-

background image

my ca​te​rin​go​wej, Mol​ly wró​ci​ła z bi​ją​cym ser​cem do miesz​ka​nia Ju​lia​na.

Wło​sy  mia​ła  spię​te  klam​rą  w  kształ​cie  krysz​ta​ło​we​go  mo​ty​la.  Za​le​d​wie  kil​ka

ko​smy​ków opa​da​ło jej na skro​nie. Za​zwy​czaj no​si​ła wło​sy roz​pusz​czo​ne, ale ich
spię​cie pod​kre​śla​ło uro​dę jej dość wy​dat​nych ko​ści po​licz​ko​wych i peł​nych ust.

Nie​śmia​ło po​pro​si​ła boya, by po​mógł jej wnieść prze​wie​zio​ne płót​na. Chło​pak

ga​pił się na nią, jak​by wi​dział ją po raz pierw​szy. Spa​ni​ko​wa​na mia​ła ocho​tę od​-
wró​cić się na pię​cie, wró​cić do domu, za​ło​żyć ulu​bio​ną cy​gań​ską spód​ni​cę i wiel​-
kie kol​czy​ki.

Ale nie. Te​raz musi uda​wać pew​ną sie​bie. I god​ną po​żą​da​nia.
Gar​ret​to​wi na pew​no spodo​ba się tak ob​ci​sła suk​nia. Sko​ro pod​nie​cił go wy​uz​-

da​ny ko​stium karcz​mar​ki…

A je​śli Ju​lia​no​wi się nie spodo​ba? Po​czu​ła nie​ocze​ki​wa​ny ucisk w żo​łąd​ku. Dla​-

cze​go? A zresz​tą czy to waż​ne? Nie ubra​ła się dla nie​go, ani tro​chę.

Za​czerp​nę​ła tchu, po​ma​cha​ła na po​wi​ta​nie por​tie​ro​wi i na​ci​snę​ła gu​zik win​dy.
Niech się dzie​je, co chce…

Ju​lian spoj​rzał na nią i omal nie wy​pu​ścił z rąk bu​tel​ki uni​ka​to​we​go wina, rocz​-

nik 1951.

Na  wi​dok  prze​pięk​ne​go  eg​zo​tycz​ne​go  stwo​rze​nia  po​dob​ne​go  do  Mol​ly,  był

w sta​nie za​po​mnieć, że bu​tel​ka jest war​ta ty​sią​ce do​la​rów.

Je​zus  Ma​ria!  Już  po​ran​ny  wi​dok  tego  ślicz​ne​go,  wspa​nia​le  po​ru​sza​ją​ce​go  się

ru​dziel​czy​ka odzia​ne​go w sta​ry roz​cią​gnię​ty T-shirt przy​pra​wił go o ból gło​wy.

Ale te​raz…
Był pe​wien, że żad​na z mo​de​lek, ak​to​rek czy na​wet księż​ni​czek, z ja​ki​mi się

spo​ty​kał, nie może się z nią rów​nać.

Mol​ly De​va​ney wy​glą​da​ła jak bo​gi​ni sek​su przy​po​mi​na​ją​ca każ​de​mu męż​czyź​-

nie, że w pro​stej li​nii po​cho​dzi od ne​an​der​tal​czy​ka.

Osłu​piał.  Nie  po​tra​fił  na​wet  ogar​nąć  wzro​kiem  ca​ło​ści,  sku​piał  się  więc  na

szcze​gó​łach.

A więc na wy​my​ka​ją​cych  się spod nie​dba​łe​go wę​zła  ko​smy​kach wło​sów o  ty​-

cja​now​skiej bar​wie, któ​re oka​la​ły słod​ką jak u lal​ki twarz. Na cu​dow​nych ustach
w kształ​cie ser​ca, po​cią​gnię​tych brzo​skwi​nio​wym błysz​czy​kiem. Na dys​kret​nych
per​ło​wych  kol​czy​kach,  któ​re  za​stą​pi​ły  no​szo​ne  na  co  dzień  cięż​kie  zło​te  koła.
Oczach,  któ​re,  pod​kre​ślo​ne  srebr​no​sza​rym  cie​niem,  wy​da​wa​ły  się  jesz​cze  bar​-
dziej nie​bie​skie i więk​sze niż zwy​kle.

Była  tak  ele​ganc​ka,  że  chęt​nie  na​tych​miast  za​wió​zł​by  ją  swym  od​rzu​tow​cem

do Mo​na​ko i po​sa​dził obok sie​bie przy sto​li​ku do gry w ba​ka​ra​ta.

No i ta su​kien​ka. De​kolt uka​zu​ją​cy skra​wek por​ce​la​no​wej skó​ry mię​dzy pier​-

sia​mi, któ​rych chcia​ło​by się na​tych​miast po​sma​ko​wać. Kró​ciut​ka opi​na​ją​ca bio​-
dra spód​nicz​ka, któ​rą chcia​ło​by się po pro​stu być.

Mol​ly była naj​we​sel​szym, naj​szczę​śliw​szym dziec​kiem, ja​kie spo​tkał. Traj​ko​ta​-

ła i chi​cho​ta​ła bez prze​rwy. Szcze​gól​nie gdy byli we dwo​je. A te​raz wy​ro​sła na
ko​bie​tę, z któ​rą już nie ma żar​tów. Z któ​rą trze​ba ro​bić same waż​ne i po​waż​ne

background image

rze​czy. O cho​le​ra!

To bę​dzie dłu​uugi wie​czór.
Od​sta​wił bu​tel​kę i stwier​dził, że drżą mu ręce.
– Coś się sta​ło z two​imi ciu​cha​mi? – za​py​tał, dzi​wiąc się, że sło​wa prze​szły mu

przez ści​śnię​te gar​dło.

– Tak – przy​zna​ła, kła​dąc rękę na bio​drze. – Były za mało sek​sow​ne i za bar​-

dzo ob​cia​cho​we. Sam tak mó​wi​łeś.

Za​milkł, nie wie​dząc, co ma te​raz zro​bić. Wy​rzu​cić tę oszust​kę za drzwi, py​ta​-

jąc, gdzie się po​dzia​ło rude, wiecz​nie po​pla​mio​ne far​bą i po​tar​ga​ne stwo​rze​nie?
Czy za​cią​gnąć tę mło​dą damę do łóż​ka i na​ro​bić jej na cie​le ta​kich ma​li​nek, by
nie  mo​gła  się  ni​ko​mu  po​ka​zać  przez  ty​dzień?  Nie.  Nie  zro​bi  ani  jed​ne​go,  ani
dru​gie​go.

Może kie​dyś, może póź​niej…
Ja​sny gwint, ona się tak ubra​ła dla Gar​ret​ta? Wło​ży​ła na​wet szpil​ki!
– A więc uwa​żasz, że te​raz je​steś sek​sow​na i świa​to​wa? – spy​tał zja​dli​wie.
– Od​wal się, Ju​les – od​par​ła, po​ka​zu​jąc mu ró​żo​wy ję​zy​czek. – Wiem, że wy​glą​-

dam świet​nie. Mu​sisz to przy​znać.

–  Mógł​bym  się  wy​po​wie​dzieć,  gdy​bym  zo​ba​czył  resz​tę  su​kien​ki.  No  wła​śnie,

gdzie ona jest, ta resz​ta?

– Nie po​do​ba się? W po​rząd​ku, nie wło​ży​łam tego dla cie​bie.
Mi​nąw​szy  go,  we​szła  do  sy​pial​ni,  gdzie  za​czę​ła  cho​wać  dro​bia​zgi  do  ma​łej

wie​czo​ro​wej  to​reb​ki.  Ju​lian  za​trzy​mał  się  w  pro​gu  i  przy​glą​dał  się  jej  po​ślad​-
kom. Po​żą​dał jej, zda​wał so​bie z tego spra​wę.

Nie był tak za​krę​co​ny na punk​cie żad​nej ko​bie​ty. Mógł​by od​dać ży​cie, by tyl​ko

przez chwi​lę mieć Mol​ly. By móc ssać jej sut​ki, aż za​bo​li go szczę​ka. Żeby roz​-
pu​ścić jej wło​sy i pa​trzeć, jak opa​da​ją – ko​smyk po ko​smy​ku – na kark i ra​mio​na.
Li​zać ro​wek mię​dzy pier​sia​mi, a po​tem prze​cho​dzić ni​żej i ni​żej, aż do naj​czul​-
sze​go punk​tu. I tam po​zo​stać przez resz​tę nocy. Uczto​wać, świę​to​wać, czcić ją
jak bo​gi​nię.

Znał tę dziew​czy​nę jak sie​bie sa​me​go, a jed​nak chciał​by ją po​znać jesz​cze le​-

piej.

Wie​dział, że na śnia​da​nie jada płat​ki z mle​kiem mig​da​ło​wym. Wie​dział, że jak

ją na​cho​dzi wena twór​cza, po​tra​fi się za​mknąć w pra​cow​ni na kil​ka mie​się​cy, nie
wi​du​jąc  ni​ko​go.  Poza  nim  i  Kate.  Wie​dział,  że  pierw​sze  za​ro​bio​ne  –  nie​ma​łe  –
pie​nią​dze  od​da​ła  na  dom  dziec​ka.  Że  po​tra​fi​ła  dwa​dzie​ścia  razy  prze​wi​jać
i oglą​dać od nowa ja​kąś wzru​sza​ją​cą sce​nę z po​pu​lar​ne​go se​ria​lu.

Wie​dział,  że  cze​ka  na  jego  po​chwa​ły,  że  nie  jest  tak  do  koń​ca  pew​na  swo​jej

atrak​cyj​no​ści.

Chciał​by  ją  ob​sy​pać  sło​wa​mi  za​chwy​tu.  Chciał​by,  żeby  wie​dzia​ła,  jak  bar​dzo

jej  pra​gnie.  Za​brać  ją  do  raju,  bo  tam  prze​cież  jest  jej  miej​sce.  Jak  każ​de​go
anio​ła.

Nie zro​bi tego jed​nak. Nie te​raz.
– Czu​ję na ple​cach twój wzrok, Ju​les – ostrze​gła go Mol​ly, bru​tal​nie prze​ry​wa​-

background image

jąc te roz​my​śla​nia. Pew​nie po​czu​ła uno​szą​cy się w po​wie​trzu te​sto​ste​ron.

– Je​steś tak ską​po ubra​na, że oba​wiam się o cie​bie. Za​pa​le​nie płuc mu​ro​wa​ne

– po​wie​dział.

– Na​praw​dę? – Ro​ze​śmia​ła się. – Trosz​czysz się o moje zdro​wie? Czy ra​czej

o  swo​je  ego,  któ​re  nie  po​zwa​la  ci  przy​znać,  że  na​resz​cie  nie  wy​glą​dam,  jak​by
mnie ktoś wrzu​cił do blen​de​ra?

Za​ci​snął usta. A więc cią​gle czu​je się ura​żo​na.
– Je​śli nie chcesz, żeby się cie​bie dziś cze​pia​li, za​rzuć na sie​bie cho​ciaż ja​kiś

swe​te​rek – do​ra​dził to​nem sta​re​go do​bre​go przy​ja​cie​la.

– Prze​cież jest po​nad trzy​dzie​ści stop​ni, dla​cze​go mia​ła​bym się wbi​jać w swe​-

ter?

–  Czy  mu​szę  ci  przy​po​mi​nać,  że  ak​tu​al​nie  je​steś  moją  dziew​czy​ną?  Na​le​żysz

do mnie i nie ży​czę so​bie, żeby ja​kiś łaj​dak ga​pił się na two​je… hm… wa​lo​ry.

– Ju​les, ja mam tyl​ko metr pięć​dzie​siąt wzro​stu! Nikt mnie nie za​uwa​ży. Może,

mam taką na​dzie​ję, z wy​jąt​kiem Gar​ret​ta. Oświad​czy mi się i bę​dzie​my mieć ra​-
zem mnó​stwo dzie​ci.

Po moim tru​pie!
– Nie za​mie​rzam wyjść na fra​je​ra, Molls. To jest ro​dzin​ne przy​ję​cie. Jako moja

nowa dziew​czy​na bę​dziesz przy​ku​wać uwa​gę.

– No to mo​żesz się wy​ka​zać, spusz​cza​jąc man​to nie​po​żą​da​nym za​lot​ni​kom. Po​-

ćwi​czysz mu​sku​ły.

– A że​byś wie​dzia​ła – syk​nął, chwy​ta​jąc ją za ra​mio​na. – A wiesz, dla​cze​go?
– Oświeć mnie.
– Bo cała ta ban​da, zna​jo​mi Lan​do​na, part​ne​rzy biz​ne​so​wi, za​wsze krę​ci​ła się

wo​kół cie​bie jak sta​do wy​głod​nia​łych be​stii. Tyl​ko ty tego nie za​uwa​ża​łaś. Ty je​-
steś ja​kaś dziw​na, Mol​ly.

Fak​tycz​nie, Mol​ly za​wsze wy​da​wa​ła się śle​pa na fa​ce​tów. Nie tyl​ko na nie​go,

ale na wszyst​kich in​nych też. Śli​ni​li się na jej wi​dok, a ona pa​trzy​ła w dal, za​to​-
pio​na w my​ślach o swo​im ma​lar​stwie.

Mia​ła tyle za​pro​szeń na im​pre​zy, na kon​cer​ty. Ni​g​dy z nich nie ko​rzy​sta​ła.
– Na​praw​dę tak uwa​żasz?
– Uwa​żam, że nie po​win​naś się zmie​niać ani tro​chę, żeby przy​cią​gnąć fa​ce​ta.

Je​śli są​dzisz, że dla nie​go mu​sisz zre​zy​gno​wać ze swo​jej toż​sa​mo​ści, to zna​czy,
że Gar​rett na cie​bie nie za​słu​gu​je. Ani ża​den inny.

Chy​ba do​tknął ja​kiejś czu​łej stru​ny, bo Mol​ly przy​ci​snę​ła to​reb​kę do brzu​cha.

Pa​trzy​ła na nie​go roz​sze​rzo​ny​mi cie​ka​wo​ścią źre​ni​ca​mi.

– A więc w su​mie – ode​zwa​ła się po chwi​li – przy​zna​jesz, że do​brze wy​glą​dam?
Ju​lian  stał  sztyw​ny,  jak​by  po​łknął  kij.  Musi  jej  od​po​wie​dzieć.  Wi​nien  jest  jej

praw​dę. Musi scho​wać za​zdrość do kie​sze​ni, choć ta za​zdrość go za​bi​ja.

Za​bi​ja go, bo jej pra​gnie i musi z tym po​cze​kać.
– Ob​róć się tro​chę – po​le​cił, krę​cąc w po​wie​trzu pal​cem.
Po​słu​cha​ła go. Tak, on za​raz tu umrze. Ona ma taki faj​ny ty​łe​czek, że pra​wie

się go czu​je w gar​ści.

background image

Musi coś zro​bić. Do​tknąć, po​wie​dzieć, co​kol​wiek. W koń​cu za​ło​żył jej za ucho

je​den z opa​da​ją​cych, mie​dzia​nych ko​smy​ków.

– Tak jest, ma​leń​ka – po​wie​dział szorst​ko. – Wy​glą​dasz cał​kiem, cał​kiem. Aż za

do​brze.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

– Są​dzisz, że Gar​ret​to​wi też się spodo​ba moja su​kien​ka?
Je​cha​li do Lan​do​na i Beth, a to py​ta​nie Mol​ly brzę​cza​ło Ju​lia​no​wi w gło​wie jak

na​tręt​na mu​cha.

– Bez wąt​pie​nia, Mo​pey. Wy​glą​dasz fan​ta​stycz​nie – od​parł z ocią​ga​niem, czu​le

ści​ska​jąc jej rękę. – Od​pręż się.

Z tym, że te​raz to on po​trze​bo​wał re​lak​su. Mógł​by oczy​wi​ście osią​gnąć go za

po​mo​cą  al​ko​ho​lu,  ale  nie  za​mie​rzał  po​wta​rzać  błę​du  z  balu  ma​sko​we​go.  Gdy,
pod​pi​ty,  utra​cił  kon​tro​lę  i  za​cho​wał  się  jak  szes​na​sto​let​ni  ga​moń  wo​bec  pierw​-
szej dziew​czy​ny.

O  nie,  dzi​siaj  musi  być  w  for​mie.  Dziś  musi  spro​stać  za​da​niu  i  po​ka​zać  ca​łej

ro​dzi​nie, że są z Mol​ly ra​zem. Nie za​wieść jej. Tro​chę się oba​wiał, czy mu się
uda. Czuł, że w pier​si nosi coś w ro​dza​ju bom​by ze​ga​ro​wej. Ale musi nad nią za​-
pa​no​wać. Tyl​ko spo​kój. No i cier​pli​wość.

Ła​two po​wie​dzieć. Mol​ly za​ko​cha​ła się w jego bra​cie, a gdy się o tym do​wie​-

dział, utra​cił zdro​wy roz​są​dek i zdol​ność chłod​nej kal​ku​la​cji.

Jego pla​ny ży​cio​we za​czę​ły się nie​spo​dzie​wa​nie speł​niać, i to w szyb​kim tem​-

pie. Z tym, że nie​zu​peł​nie zgod​nie z jego za​mia​ra​mi. Dziew​czy​na, z któ​rą chciał
się  zwią​zać,  za​ko​cha​ła  się  w  jego  bra​cie.  Nie  wy​obra​żał  so​bie,  że  za​zdrość
może aż tak bar​dzo bo​leć…

Żeby się ode​rwać od przy​krych roz​my​ślań, za​czął so​bie wy​obra​żać szcze​gó​ły

dzi​siej​sze​go wie​czo​ru.

„Mamo, po​zwól, że ci przed​sta​wię Mol​ly. Znasz ją? Tak, to ta dziew​czy​na, któ​-

rej  za​bro​ni​łaś  mi  do​ty​kać.  A  te​raz  do​ty​kam  jej  ca​ły​mi  no​ca​mi.  I  ona  bar​dzo  to
lubi.  Po​zwo​lisz,  że  się  na  chwi​lę  od​da​li​my?  Wła​śnie  mamy  ocho​tę  iść  w  krza​ki
i się ko​chać”.

Ale na​wet ta​kie my​śli nie przy​no​si​ły ulgi.
Po​ma​gał  Mol​ly  wy​siąść  z  sa​mo​cho​du  i  jesz​cze  raz  onie​miał  na  wi​dok  jej  cu​-

dow​nych nóg, bu​rzy ru​dych wło​sów i wspa​nia​łej li​nii szyi i kar​ku.

– Molls?
– Tak?
Chciał  jej  znów  po​wie​dzieć,  że  ślicz​nie  wy​glą​da,  ale  tyl​ko  lek​ko  po​ca​ło​wał

wierzch jej dło​ni.

– Damy radę – mruk​nął, a jej uśmiech po​dzia​łał na nie​go jak bal​sam.
Trzy​ma​jąc  się  za  ręce,  we​szli  do  pię​tro​we​go  pa​ła​cy​ku.  W  holu  po​wi​ta​ły  ich

dźwię​ki har​fy. Przy​ję​cie było ka​me​ral​ne – tyl​ko ro​dzi​na, naj​bliż​si przy​ja​cie​le. No
i oczy​wi​ście uko​cha​ne ol​brzy​mie ma​sti​fy Lan​do​na, roz​par​te na dy​wa​nie w rogu
prze​past​ne​go sa​lo​nu.

background image

Może  cho​ciaż  je​dze​nie  bę​dzie  do​bre…  Za  ca​te​ring  od​po​wia​da​ła  fir​ma,  któ​rą

wspól​nie pro​wa​dzi​ły Kate i Beth.

Gdy  tyl​ko  Mol​ly  i  Ju​lian  we​szli  do  sa​lo​nu,  zo​sta​li  roz​dzie​le​ni.  Mol​ly  oto​czy​ły

sio​stra  i  jej  wspól​nicz​ka,  za​sy​pu​jąc  gra​dem  py​tań,  na​to​miast  Ju​lia​na  do​rwa​ła
mat​ka. Nie zdą​żył na​wet wziąć kie​lisz​ka wina z roz​no​szo​nej przez kel​ne​ra tacy.

– Synu, ko​cha​ny synu! – krzy​cza​ła do nie​go już z da​le​ka. – Co ja sły​szę, J.J.? Ty

i Mol​ly?

– Mamo, po co aż dwa imio​na? – od​parł zi​ry​to​wa​ny.
–  Do​brze  już,  od​po​wiedz  mi  po  pro​stu  na  py​ta​nie.  Wiesz,  że  mam  zszar​ga​ne

ner​wy, a two​je po​stę​po​wa​nie na pew​no mi nie po​ma​ga.

W ci​cho​ści du​cha Ju​lian cie​szył się, pa​trząc, jak ostat​nie ro​dzin​ne new​sy roz​-

draż​ni​ły tę sta​tecz​ną na​do​pie​kuń​czą ma​tro​nę. Po​tra​fi​ła wy​słać go do Hisz​pa​nii,
Fran​cji,  na​wet  Ro​sji  i  Afry​ki,  by  nie  mógł  cie​szyć  się  to​wa​rzy​stwem  naj​lep​szej
przy​ja​ciół​ki. Ka​za​ła mu trzy​mać się z dala od je​dy​nej ko​bie​ty, na któ​rej mu za​le​-
ża​ło. Te​raz go pew​nie wy​dzie​dzi​czy…

Z per​wer​syj​ną przy​jem​no​ścią cze​kał na speł​nie​nie jej od​wiecz​nych gróźb. Ko​-

chał mat​kę, a jed​no​cze​śnie wal​ka z nią spra​wia​ła mu ra​dość. Wraz z resz​tą ro​-
dzi​ny od dzie​ciń​stwa bez​u​stan​nie ka​ra​ła go za nie​po​peł​nio​ne grze​chy. To bo​la​ło.

W  koń​cu  trze​ba  było  się  zbun​to​wać.  Nie  po​zwo​lić  na  wy​rzą​dza​nie  jesz​cze

więk​szych krzywd i zła.

Spoj​rzał w jej zwę​żo​ne wście​kło​ścią oczy i lek​ko po​ca​ło​wał w po​li​czek.
–  Py​tasz,  mamo,  czy  Mol​ly  jest  ze  mną?  Tak,  to  praw​da.  Na​resz​cie  mo​żesz

speł​nić swo​je groź​by i mnie wy​dzie​dzi​czyć.

Zszo​ko​wa​na  tą  su​ge​stią  Ele​anor  Gage  wzdry​gnę​ła  się.  Z  tru​dem  ła​pa​ła  od​-

dech.

Chciał  ją  za​pew​nić,  że  nie  za​mie​rza  ko​rzy​stać  ze  spad​ku  po  ojcu.  Ma  swo​je

wła​sne oszczęd​no​ści, a do tego po​mysł na do​brze pro​spe​ru​ją​cy biz​nes. Za​miast
tego tyl​ko się jed​nak uśmiech​nął, by osła​bić na​pię​cie.

– Wie​dzia​łaś, mamo, że któ​re​goś dnia do tego doj​dzie.
Jej  zie​lo​ne  oczy  roz​bły​sły  gnie​wem.  Ju​lian  cze​kał  na  dal​sze  oskar​że​nia,  ale

mat​ce naj​wy​raź​niej wprost za​bra​kło słów. Pa​trzy​ła na nie​go, jak​by mia​ła przed
sobą po​two​ra. Chciał​by, żeby praw​dzi​wa mi​łość Mol​ly mu to zrów​no​wa​ży​ła, by
to wszyst​ko, co się dzie​je, nie było tyl​ko przed​sta​wie​niem.

Chciał, by Mol​ly na​le​ża​ła do nie​go na​praw​dę.
Musi jed​nak za​cze​kać, a to może po​trwać, aż ona zo​rien​tu​je się, że Gar​rett to

po​mył​ka. Nie pa​su​ją do sie​bie w naj​mniej​szym stop​niu.

–  Je​śli  my​ślisz,  że  po​zwo​lę  ci  po​trak​to​wać  tę  dziew​czy​nę  tak,  jak  trak​tu​jesz

wszyst​kie inne swo​je na​łoż​ni​ce, Ju​lia​nie Joh​nie, to się my​lisz. Mol​ly uwa​żam za
swo​ją cór​kę!

Po​ki​wał  gło​wą.  Ro​zu​miał  po​sta​wę  mat​ki.  Dwa​dzie​ścia  lat  temu  jako  mło​da

wdo​wa z trój​ką ma​łych sy​nów przy​ję​ła pod dach cór​ki De​va​neya. Czu​ła się od​po​-
wie​dzial​na za śmierć ich ojca. Ta od​po​wie​dzial​ność za​owo​co​wa​ła twar​dym kur​-
sem w wy​cho​wa​niu sy​nów.

background image

Nie  mo​gła  do​pu​ścić,  by  któ​ryś  z  nich  skrzyw​dził  dziew​czyn​ki.  Nie  po​tra​fi​ła

jed​nak zro​zu​mieć, że Ju​lian wca​le nie miał za​mia​ru krzyw​dzić Mol​ly. Tak jak te​-
raz nie chce krzyw​dzić mat​ki.

Po pro​su pra​gnie Mol​ly i nic go nie po​wstrzy​ma.
– Dla​cze​go tak mi nie ufasz, mamo? – Przy​krył ręką jej upier​ście​nio​ną dłoń. –

Po​zwól nam na​resz​cie być szczę​śli​wy​mi. Ni​g​dy nie skrzyw​dził​bym Mol​ly, ni​g​dy.
I boli mnie, że ty my​ślisz ina​czej.

– Nie mogę w to uwie​rzyć! – traj​ko​ta​ła Beth w prze​ciw​le​głym koń​cu sa​lo​nu. –

Wy​jeż​dża​my  z  Lan​do​nem  na  dwa  mie​sią​ce,  wra​ca​my,  i  co?  Ty  cho​dzisz  z  Ju​lia​-
nem!

–  Na​wet  wię​cej,  Beth.  –  Mol​ly  nie​cier​pli​wie  za​ma​cha​ła  ręką.  –  Ja  u  nie​go

miesz​kam.

Za  ple​ca​mi  Beth  do​strze​gła  Lan​do​na.  Jesz​cze  je​den  po​ka​zo​wy  eg​zem​plarz

przed​sta​wi​cie​la rodu Gage’ów. Mó​wił coś do Ju​lia​na, pa​trząc w stro​nę Mol​ly. Po
chwi​li do​łą​czył do nich Gar​rett. Mol​ly mo​gła się do woli przy​glą​dać jego sze​ro​-
kim ba​rom. Już wy​obra​ża​ła so​bie ich ko​lej​ny po​ca​łu​nek…

Me​lan​cho​lij​nie pa​trzy​ła na trój​kę bra​ci. Każ​de​go z nich na swój spo​sób uwiel​-

bia​ła. Blask świec igrał z ja​sny​mi wło​sa​mi Ju​lia​na, bu​dząc jej czu​łość. Opo​wia​dał
te​raz pew​nie bra​ciom te wszyst​kie ba​jecz​ki o ich związ​ku. Z jego nie​dba​łą pozą
kon​tra​sto​wa​ła  wy​pro​sto​wa​na  jak  stru​na  syl​wet​ka  ciem​no​wło​se​go  Gar​ret​ta.
Czyż​by już za​czy​nał być za​zdro​sny? Lan​don był z nich trzech naj​bar​dziej zre​lak​-
so​wa​ny, pew​ny sie​bie. Za​ko​cha​ny, co chwi​la rzu​cał spoj​rze​nie w stro​nę Beth.

– Lan​don mówi, że to było nie​unik​nio​ne – szep​nę​ła Be​tha​ny kon​fi​den​cjo​nal​nie,

na​chy​la​jąc się do Mol​ly. – Wca​le nie był za​sko​czo​ny, kie​dy do​wie​dział się o tym
od Gar​ret​ta.

– Na​praw​dę? – Dla Mol​ly był to jed​nak szok.
Czy na​praw​dę ktoś mógł​by po​waż​nie my​śleć, że ona i Ju​lian… Że to coś wię​cej

niż przy​jaźń?

To prze​cież śmiesz​ne. Mol​ly w ogó​le nie lu​bi​ła się uma​wiać z chło​pa​ka​mi, a Ju​-

lian to ra​so​wy play​boy.

Poza tym cała ro​dzi​na Gage’ów – no, może ostat​nio poza Gar​ret​tem – uwa​ża​ła

ją za dziec​ko.

Oszo​ło​mio​na przy​glą​da​ła się trzem męż​czy​znom. Po​win​na wiel​bić spoj​rze​niem

Gar​ret​ta, ale dziw​nym tra​fem jej wzrok wciąż sku​piał się na Ju​lia​nie, któ​ry chy​-
ba bra​ciom coś wy​ja​śniał. Był tak spo​koj​ny, mę​ski, pew​ny sie​bie… Za​wi​nię​te do
łok​ci rę​ka​wy ko​szu​li uka​zy​wa​ły moc​ne opa​lo​ne przed​ra​mio​na.

Chcia​ła prze​nieść wzrok na uko​cha​ne​go, ale w tym mo​men​cie Ju​lian od​wró​cił

się i spoj​rzał na nią. Jak wilk na Czer​wo​ne​go Kap​tur​ka. Oczy z sza​ro​zie​lo​nych
zmie​ni​ły się na zło​to​zie​lo​ne.

Po​wie​dział coś do Gar​ret​ta i znów na nią spoj​rzał.
Zro​zu​mia​ła. Przed​sta​wie​nie czas za​cząć. Mu​szą te​raz obo​je zro​bić wszyst​ko,

by wzbu​dzić za​zdrość Gar​ret​ta. Taki jest plan. Ge​nial​ny w swej pro​sto​cie.

background image

Gdy jed​nak Ju​lian za​czął się do niej zbli​żać tym swo​im ty​gry​sim kro​kiem, nogi

się pod nią ugię​ły. Pa​trzył na nią tak, że po​czu​ła się po​żą​da​na, jak tam​tej nocy,
gdy po​ca​ło​wał ją Gar​rett. Znów obu​dzi​ła się w niej ko​bie​ta.

Boże,  ten  chło​pak  po​tra​fi  za​wró​cić  w  gło​wie!  Jest  nie​bez​piecz​nie  atrak​cyj​ny.

W do​dat​ku wszy​scy w tej sali wie​rzą, że jest jej fa​ce​tem.

– Za​tań​czy​my? – Wy​cią​gnął do niej dłoń.
– Tu nie ma gdzie tań​czyć, głup​ta​sku – skrzy​wi​ła się.
– Chodź, Mo-Mo. Gra mu​zy​ka, nic wię​cej nam nie trze​ba.
Uśmiech​nę​ła się i po​da​ła mu rękę. Do​tyk jego pal​ców od​czu​ła jak lek​kie wy​ła​-

do​wa​nie elek​trycz​ne. Pchnę​ło ją ono w jego ra​mio​na. Przy​lgnę​ła do nie​go bez​-
wol​nie.

Omal nie za​klę​ła, czu​jąc, jak w jed​nej se​kun​dzie ide​al​nie wpa​so​wa​ła się w jego

sil​ne  cia​ło.  Znikł  ja​ki​kol​wiek  dy​stans.  Jego  cie​pło  ogar​nia​ło  ją  ze  wszyst​kich
stron. Była roz​ko​ja​rzo​na, a jed​no​cze​śnie czu​ła we wnę​trzu ro​dzaj dziw​nej nad​-
wraż​li​wo​ści.

– Nie​zły je​steś – szep​nę​ła mu z uśmie​chem. – Czy Gar​rett na nas pa​trzy?
– Nie wiem, Mol​ly. Ja pa​trzę na cie​bie – od​parł szorst​ko, jak w mi​ło​snej pio​sen​-

ce w sty​lu co​un​try.

Ta za​ba​wa w dom z Ju​lia​nem za​czy​na być nie​bez​piecz​na. Jest zbyt przy​jem​na,

ła​two za​po​mnieć, że to tyl​ko uda​wa​nie. Zbyt ła​two.

Po​czu​ła się nie​zręcz​nie. Może dla​te​go, że Gar​rett za​pew​ne oglą​da ich ta​niec.

W  każ​dym  ra​zie  po​wi​nien  oglą​dać.  Mol​ly  czu​ła  się,  jak​by  Zie​mia  prze​sta​ła  się
ob​ra​cać  i  jak​by  nie  tyl​ko  Gar​rett,  ale  cały  świat  przy​glą​dał  się,  jak  ona  tań​czy
z  Ju​lia​nem.  I  ko​ły​sał  się  w  rytm  dźwię​ków  har​fy  pły​ną​cych  z  sa​lo​nu  Lan​do​na
i jego żony.

– Je​stem pew​na, że pa​trzy – szep​nę​ła, przy​su​wa​jąc usta do ucha Ju​lia​na. Opar​-

ła się o jego pierś. – My​ślę, że mo​gli​by​śmy te​raz się od​da​lić i wró​cić po chwi​li
nie​co po​tar​ga​ni, z ubra​nia​mi w nie​ła​dzie. Albo za​mknąć się na kwa​drans w ja​-
kiejś sza​fie. Niech so​bie wy​obra​ża Bóg wie co.

Po​czu​ła, jak mię​śnie na​pi​na​ją mu się pod ko​szu​lą.
–  Jak  so​bie  ży​czysz  –  od​parł,  na​chy​la​jąc  się  do  jej  ucha  i  draż​niąc  war​ga​mi

jego ko​niu​szek.

Nie  spo​dzie​wa​ła  się  ta​kich  słów.  Po​dob​nie  jak  nie  spo​dzie​wa​ła  się  tej  na​głej

de​li​kat​nej piesz​czo​ty. Za​drża​ła, jak​by w jej wnę​trzu wy​ro​iły się ro​bacz​ki świę​to​-
jań​skie. Usi​ło​wa​ła uspo​ko​ić sza​lo​ne bi​cie ser​ca.

– Na​praw​dę? – za​py​ta​ła ostroż​nie. – Uwa​żasz, że to do​bry po​mysł?
Spoj​rzał na nią czu​le spod cięż​kich po​wiek, czym po​now​nie na​ru​szył jej rów​no​-

wa​gę. Tak samo pa​trzył za​ko​cha​ny męż​czy​zna na bo​ha​ter​kę jej ulu​bio​ne​go se​-
ria​lu.

I tak ma na nią pa​trzeć Gar​rett pod ko​niec tego wie​czo​ru.
– Taaa… – Ju​lian po​wo​li prze​cią​gnął opusz​kiem kciu​ka po jej dol​nej war​dze. –

Za​wsze lu​bi​łem za​ba​wy w sza​fie. Chodź, zgu​bi​my się.

Chy​ba ni​g​dy w ży​ciu nie bie​gła tak szyb​ko jak te​raz, gdy Ju​lian cią​gnął ją ko​ry​-

background image

ta​rzem.  Bie​gła​by  jesz​cze  szyb​ciej,  ale  prze​szka​dzał  jej  w  tym  gwał​tow​ny
śmiech. Po​czu​ła się wol​na, mia​ła prze​moż​ną chęć na​pso​cić, za​ba​wić się. A gdy
jesz​cze  spoj​rza​ła  ką​tem  oka  na  sek​sow​nie  uśmiech​nię​te​go  Ju​lia​na,  za​pra​gnę​ła
na​tych​miast rzu​cić mu się w ra​mio​na. I ca​ło​wać go. Tak bar​dzo była pod​eks​cy​-
to​wa​na.

On na​gle za​trzy​mał się i we​pchnął ją do ma​łe​go ga​bi​ne​tu przy scho​dach, któ​-

re​go  więk​szość  po​wierzch​ni  zaj​mo​wa​ło  ogrom​ne  ma​ho​nio​we  biur​ko.  Za​mknął
drzwi, a Mol​ly ser​ce prze​sta​ło bić. Ogar​nę​ły ją ciem​ność i cał​ko​wi​ta ci​sza. Świe​-
ży  ko​rzen​ny  za​pach  mę​skiej  wody  po  go​le​niu  ude​rzył  ją  w  noz​drza  z  taką  siłą,
jak​by miał wy​pa​lić płu​ca. Nie mo​gła ustać spo​koj​nie. Usta jej zwil​got​nia​ły, z tru​-
dem prze​ły​ka​ła śli​nę.

– Masz przy so​bie szmin​kę? – za​py​tał Ju​lian.
Oczy Mol​ly przy​wy​kły do mro​ku i do​strze​gła, że roz​piął ko​szu​lę pod szy​ją. Wi​-

dok  jego  opa​lo​nej  krta​ni,  oboj​czy​ka  i  czę​ści  tor​su  po​wo​do​wał,  że  jesz​cze  trud​-
niej było jej ze​brać my​śli. Ob​li​za​ła war​gi i, nie​wie​le my​śląc, przy​lgnę​ła do nie​go.

Nie dba​jąc o przy​zwo​itość, za​rzu​ci​ła mu ręce na szy​ję i moc​no po​ca​ło​wa​ła go

w po​li​czek. Z ca​łych sił tu​li​ła się do jego tor​su. Za​czę​ła scho​dzić war​ga​mi w dół.
Po​wi​nien być za​sko​czo​ny, stał jed​nak nie​ru​cho​mo, nie da​jąc nic po so​bie po​znać.
Na​wet tego, czy jesz​cze żyje.

Ależ  nie,  żyje,  bez  obaw.  I  to  jak!  Cie​pło  jego  cia​ła  prze​ni​ka​ło  ubra​nie  i  roz​-

prze​strze​nia​ło się w po​wie​trzu. Prze​ni​ka​ło jej cia​ło do szpi​ku ko​ści. Upo​jo​na do​-
ty​kiem  jego  na​prę​żo​nej  pod  jej  war​ga​mi  skó​ry  Mol​ly  po​kry​wa​ła  po​ca​łun​ka​mi
jego oboj​czyk. Za​sta​na​wia​ła się przy tym, czy nie czas włą​czyć do ak​cji rów​nież
ję​zyk.

– Mol​ly? – wy​chry​piał ni​skim to​nem.
– Mmm… – W od​po​wie​dzi zło​ży​ła de​li​kat​ny po​ca​łu​nek w za​głę​bie​niu u pod​sta​-

wy szyi.

– Nie mu​sisz ca​ło​wać. Mo​żesz mnie po pro​stu po​ma​zać szmin​ką.
Mi​nę​ła chwi​la, nim do​tar​ła do niej treść tego szep​tu. Szczę​śli​wie – może na​-

wet zbyt szczę​śli​wie – wę​drów​ka jej ust po wszyst​kich ścię​gnach jego szyi wła​-
śnie  do​bie​gła  koń​ca.  Szy​ja  Ju​lia​na  była  ob​fi​cie  wy​sma​ro​wa​na  błysz​czy​kiem
w brzo​skwi​nio​wym ko​lo​rze. Nikt, a zwłasz​cza Gar​rett, nie bę​dzie miał naj​mniej​-
szych wąt​pli​wo​ści, że fa​cet zo​stał przez nią nie​mal za​ca​ło​wa​ny na śmierć.

Po  jego  sło​wach  otrzeź​wia​ła.  Zmie​sza​na  gwał​tow​nie  od​sko​czy​ła.  Na  po​licz​ki

wy​pełzł jej ru​mie​niec, w któ​rym sku​pi​ło się chy​ba całe cie​pło jej cia​ła.

– Co mó​wisz? Ale ja na​wet nie wiem, gdzie zo​sta​wi​łam to​reb​kę. Pew​nie ma ją

Beth.

Mu​siał wy​czuć w jej gło​sie za​że​no​wa​nie, bo przy​cią​gnął ją znów do sie​bie.
– Ciii… okej, jedź da​lej, to też do​bra me​to​da – szep​nął to​nem jesz​cze bar​dziej

ochry​płym niż po​przed​nio.

Tym ra​zem Mol​ly się za​wa​ha​ła. Pa​li​ły ją po​licz​ki. Jak​by dla za​chę​ty Ju​lian roz​-

piął ko​lej​ny gu​zik ko​szu​li. Pa​trzy​ła na to, zda​jąc so​bie spra​wę, jak nie​wie​le uwa​-
gi  po​świę​ca​ła  do​tych​czas  szcze​gó​łom.  Temu,  z  ja​kim  wdzię​kiem  po​ru​sza​ją  się

background image

jego pal​ce. Jak od​de​chy ich oboj​ga od​bi​ja​ją się od ścian ma​leń​kie​go po​ko​ju, wy​-
peł​nia​jąc  go  cie​płem.  Jak  jego  oczy  świe​cą  w  ciem​no​ści  –  zu​peł​nie  jak​by  miał
w nie wmon​to​wa​ny la​ser. Jak całe jej cia​ło prze​ni​ka lek​ki go​rą​cy dresz​czyk. I jak
ła​two by​ło​by jej to wszyst​ko zlek​ce​wa​żyć, gdy​by nie to, że prze​cież wi​dzia​ła, jak
on wy​glą​da pra​wie nago.

– Te​raz ca​łuj mnie tro​chę ni​żej – po​le​cił.
Ko​szu​lę miał już cał​ko​wi​cie roz​pię​tą. Tcha​wi​ca Mol​ly za​ci​snę​ła się nie​mal zu​-

peł​nie. Ko​la​na się pod nią ugi​na​ły. Ju​lian mógł​by słu​żyć za mo​del kla​sycz​nej rzeź​-
by  cia​ła.  Z  bli​ska  wy​glą​dał  na  jesz​cze  le​piej  zbu​do​wa​ne​go.  Praw​dzi​wy  atle​ta.
Do​strze​ga​ła te​raz każ​de wgłę​bie​nie i wy​pu​kłość po​szcze​gól​nych mię​śni.

Do​sta​ła  dresz​czy  i  przez  chwi​lę  nie  mo​gła  się  po​ru​szyć.  Ju​lian  po​ło​żył  więc

dło​nie z tyłu jej gło​wy i de​li​kat​nie za​chę​cił, by się znów na​chy​li​ła. Gdy zbli​ża​ła
usta do jego tor​su, po​czu​ła, że od​pi​na klam​rę i roz​pusz​cza jej wło​sy.

Szyb​kie jak bły​ska​wi​ca drże​nie prze​szy​ło ją od skó​ry na czub​ku gło​wy po ko​-

niusz​ki pal​ców u stóp. Drżąc, po​chy​li​ła się i zło​ży​ła dość bez​na​mięt​ny i nie​śmia​ły
po​ca​łu​nek u dołu jego szyi. Wstrzy​my​wa​ła od​dech i sta​ra​ła się opa​no​wać drże​-
nie. Ju​lian stał nie​ru​cho​mo. Cie​ka​we, czy on też wstrzy​mu​je od​dech.

– Zejdź ni​żej – usły​sza​ła po chwi​li. Po​wie​dział to ci​cho i spo​koj​nie.
Za​mknę​ła oczy i lek​ko przy​ci​snę​ła usta do moc​no na​pię​tej skó​ry jego brzu​cha.

Czu​ła, jak pod jej do​ty​kiem na​prę​ża​ją się mię​śnie, a ją coś ści​ska w głę​bi trze​wi.
Dla​cze​go tak się chwie​je? Z tru​dem utrzy​my​wa​ła pio​no​wą po​sta​wę, a w mó​zgu
kłę​bi​ły się sza​lo​ne my​śli. Czu​ła się jak na​sto​lat​ka, któ​rej uda​je się skraść pierw​-
szy po​ca​łu​nek. Jak nie​grzecz​na dziew​czyn​ka, któ​rą ni​g​dy przed​tem nie była. To
wszyst​ko oczy​wi​ście dla​te​go, że chce wzbu​dzić za​zdrość Gar​ret​ta. Musi to cią​-
gle mieć na uwa​dze.

Wspól​ny plan jej i Ju​lia​na jest zna​ko​mi​ty. Na pew​no za​dzia​ła.
– Ni​żej, ko​cha​nie – ode​zwał się znów Ju​lian.
Usłu​cha​ła go au​to​ma​tycz​nie, tak wiel​kie mia​ła do nie​go za​ufa​nie. Bez wa​ha​nia

wy​peł​nia​ła  jego  po​le​ce​nia,  trzy​ma​jąc  się  in​struk​cji.  Na  mo​ment  gdzieś  w  tyle
gło​wy po​ja​wi​ła się wąt​pli​wość. Jak niby Gar​rett ma zo​ba​czyć, że ca​ło​wa​ła Ju​lia​-
na tak​że po że​brach? Jed​nak ma​rząc o za​zdro​snym spoj​rze​niu Gar​ret​ta, bez​re​-
flek​syj​nie  scho​dzi​ła  usta​mi  co​raz  ni​żej.  Ser​ce  wa​li​ło  jej  jak  mło​tem,  gdy  na​gle
zro​zu​mia​ła, że Ju​lian za​czy​na od​pi​nać tak​że spodnie.

Za​sko​czo​na i zmie​sza​na unio​sła gło​wę. Ju​lian śmiał się na​chy​lo​ny nad nią. Jego

oczy błysz​cza​ły w mro​ku, gdy za​pi​nał roz​po​rek.

– Je​steś taka na​iw​na i nie​win​na, Mol​ly. Za​sta​na​wia​łem się, kie​dy się zo​rien​tu​-

jesz, że cię wkrę​cam – po​wie​dział.

– Ty pa​lan​cie! – krzyk​nę​ła, pod​no​sząc się.
Po​licz​ki jej pło​nę​ły. Chcia​ła go ode​pchnąć, ale on ści​snął ją w ta​lii i przy​cią​gnął

do sie​bie.

–  O  nie,  ko​cha​na.  Mu​si​my  jesz​cze  po​pra​co​wać.  Te​raz  nad  tobą  –  rzekł  ze

śmie​chem.

Roz​wi​chrzył jej wło​sy tą swo​ją szczu​płą dło​nią, a Mol​ly za​mil​kła. W gar​dle ją

background image

du​si​ło, czu​ła się nie​pew​nie. Bez​bron​na, cał​ko​wi​cie zda​na na nie​go. Na​wet lek​kie
mu​śnię​cia w kark od​czu​wa​ła, jak​by prze​szy​wał ją prąd. Od ce​bu​lek wło​sów do
głę​bi mó​zgu. Wy​zwa​lał ad​re​na​li​nę.

Jego cie​pły pach​ną​cy mię​tą od​dech przy​pra​wiał ją o za​wrót gło​wy. Co się z nią

dzie​je, u li​cha?

To Ju​lian tak na nią dzia​ła. Nie Gar​rett. Ju​lian.
Ner​wo​wo za​czerp​nę​ła tchu, a jego pal​ce do​tar​ły do czub​ka jej gło​wy, po czym

za​czę​ły się ze​śli​zgi​wać z po​wro​tem na kark. Po​chy​lał się ku niej, był co​raz bli​-
żej.

Była jak ska​mie​nia​ła.
– Ju​lian… co ty ro​bisz? – szep​nę​ła.
– Nic ta​kie​go, chcę mieć tro​chę two​jej szmin​ki tak​że na ustach. Tyl​ko tro​chę.
Oto​czył jej twarz dłoń​mi, a Mol​ly po​czu​ła pul​so​wa​nie w brzu​chu.
– Ju​lian… – Sta​ra​ła się wy​swo​bo​dzić gło​wę. Przy​pad​ko​wo trą​ci​li się przy tym

no​sa​mi, ale jego to nie znie​chę​ci​ło. Prze​ciw​nie. Do​tknął usta​mi jej warg, a ona
roz​chy​li​ła je z wes​tchnie​niem.

Nogi się pod nią ugię​ły, cia​ło sta​ło się go​rą​ce.
Ogar​nę​ło ją ta​kie po​żą​da​nie, że zie​mia za​chwia​ła się pod sto​pa​mi. Na​wet po​-

ca​łu​nek  Gar​ret​ta  nie  zro​bił  na  niej  ta​kie​go  wra​że​nia.  Chcia​ła  wię​cej,  głę​biej,
moc​niej. Nie po​win​na tego czuć!

Ale czu​ła, do​bry Boże, czu​ła. I to jak!
Jego  bli​skość  osza​ła​mia​ła,  fa​scy​no​wa​ła  po​nad  wszel​ką  mia​rę.  Ni​g​dy  ni​cze​go

nie pra​gnę​ła tak jak te​raz po​ca​łun​ków Ju​lia​na. Tu i te​raz, w tym cia​snym po​ko​-
iku.  Każ​da  ko​bie​ta  chcia​ła​by  być  ca​ło​wa​na  przez  ta​kie​go  boga  sek​su,  ale  nie
każ​dej to się przy​tra​fia​ło. Mol​ly na​wet nie mo​gła o tym ma​rzyć.

Ju​lian nie ca​ło​wał jej jed​nak. Ra​czej się z nią draż​nił. Mia​ła po​czu​cie, że uno​si

się w po​wie​trzu. Było w tym coś zna​jo​me​go, a jed​no​cze​śnie cał​ko​wi​cie no​we​go.
Od​kry​cie, że two​je cia​ło po​tra​fi coś, o co byś go ni​g​dy nie po​dej​rze​wa​ła. To było
jak prze​bu​dze​nie. Tak, to wła​ści​we sło​wo: prze​bu​dze​nie.

To Ju​lian John wy​rwał ją ze snu.
Musi ją te​raz po​ca​ło​wać. Pro​szę, po​ca​łuj mnie…
Znów roz​chy​li​ła war​gi. Tym​cza​sem…
– No, chy​ba mam już na so​bie wy​star​cza​ją​co dużo two​jej szmin​ki. Chodź, Mo-

Mo. Wyjdź​my stąd.

Otwo​rzył drzwi. Wpa​da​ją​ce świa​tło wy​do​by​ło z mro​ku za​rys jego po​tęż​nej syl​-

wet​ki.

Ale ona nie mo​gła się ru​szyć. Nogi mia​ła jak z waty, ko​la​na z ga​la​re​ty. Mru​ga​-

ła, ale nie mo​gła przy​zwy​cza​ić wzro​ku do świa​tła.

Nie mo​gła na​wet zła​pać tchu.
– J.J., po​cze​kaj – wy​rwa​ło się jej na​gle.
Za​trzy​mał się. Ich oczy spo​tka​ły się i to było jak im​puls elek​trycz​ny. Za​czął za​-

my​kać  drzwi,  a  jej  ser​ce  po​wo​li  roz​pa​da​ło  się  na  ka​wał​ki.  Znów  ogar​nę​ła  ich
ciem​ność.

background image

Mol​ly czu​ła się jak pi​ja​na. Na​dzie​ją, uczu​cia​mi, wy​cze​ki​wa​niem.
– Co po​wie​dzia​łaś? – spy​tał Ju​lian ła​god​nie. Nie​bez​piecz​nie ła​god​nie.
– Po​wie​dzia​łam „J.J.” – przy​zna​ła, wstrzy​mu​jąc od​dech.
Zro​bił krok w jej kie​run​ku. Jego oczy świe​ci​ły jak la​tar​nie, a ona sły​sza​ła tyl​ko

w uszach dud​nie​nie wła​sne​go pul​su. Z nie​zwy​kłą pre​cy​zją oparł dło​nie o ścia​nę
po obu stro​nach jej gło​wy. Za​mknął jak w klat​ce i po​chy​lił się do przo​du.

– Po​wtórz to, Mol​ly. Po​wiedz mi to pro​sto w twarz. Jesz​cze raz.
Czu​ła tę​sk​no​tę, głód, pra​gnie​nie. Wszyst​ko.
Wie​dzia​ła, że nie cier​pi, jak się go tak na​zy​wa. Musi być wście​kły. Całe jej cia​-

ło prze​cho​dził dreszcz. On się nią bawi, w coś gra. Ona też by tak chcia​ła, ale
dla niej jest to coś wię​cej niż gra. Czyż​by…?

Może po​win​na go prze​pro​sić, że uży​ła tego znie​na​wi​dzo​ne​go prze​zwi​ska?
Może wca​le nie chcia​ła być ca​ło​wa​na przez Ju​lia​na Joh​na, bo pra​gnę​ła Gar​ret​-

ta? A może po pro​stu stra​ci​ła gło​wę?

Chy​ba  tak,  bo  na​gle,  mię​dzy  jed​nym  a  dru​gi  ury​wa​nym  od​de​chem,  usły​sza​ła

swój wła​sny głos:

– Po​wie​dzia​łam J.J.

Za​pa​dła  głu​cha  ci​sza.  Ju​lian  pa​trzył  na  nią  sze​ro​ko  otwar​ty​mi  ze  zdzi​wie​nia

ocza​mi. Nie spo​dzie​wał się usły​szeć tego, co wła​śnie usły​szał.

Mol​ly musi po​nieść karę.
– Pa​mię​tasz, co ci gro​zi za na​zy​wa​nie mnie J.J.? – za​py​tał.
Uśmiech​nę​ła się naj​pierw nie​pew​nie, po czym wy​zy​wa​ją​co i ku​szą​co.
A więc ta mała żmij​ka tego chce!
–  No  to  będę  mu​siał  znów  cię  po​ca​ło​wać  –  po​wie​dział  po​wo​li,  po​chy​la​jąc  się

jesz​cze ni​żej.

–  Oookej,  Ju​les  –  wy​ją​ka​ła,  pra​wie  pi​snę​ła,  roz​pacz​li​wie  chwy​ta​jąc  za  pod​wi​-

nię​te do łok​ci rę​ka​wy jego ko​szu​li.

Ujął jej twarz w dło​nie.
– Okej, Ju​les? Tyl​ko tyle masz mi do po​wie​dze​nia? Do​brze, a więc sama tego

chcia​łaś!

Roz​po​czął ła​god​nie, do​tknął war​ga​mi jej ust. Ale w tym mo​men​cie ogar​nę​ło go

po​żą​da​nie. Przy​warł do niej i ich usta gwał​tow​nie się po​łą​czy​ły.

Po​mru​ku​jąc,  za​czął  ję​zy​kiem  szu​kać  jej  ję​zy​ka.  Jęk​nę​ła  ci​cho  i  po  chwi​li  po​-

czuł, że i jej ję​zyk przy​łą​czył się do gry. Sma​ko​wa​ła jak brzo​skwi​nia. A on bar​-
dzo lu​bił brzo​skwi​nie.

Nie prze​ry​wa​jąc po​ca​łun​ku, prze​su​nął ręce na za​głę​bie​nie w dole jej ple​ców

i  przy​cią​gnął  do  sie​bie  peł​ne  krą​gło​ści  cia​ło  Mol​ly.  Po​czuł  na  pier​si  jej  twar​de
sut​ki. Wbi​ła pa​znok​cie w jego ra​mio​na, a on czuł ból zmie​sza​ny z eu​fo​rią. Na​-
brzmia​ły  czło​nek  na​pie​rał  na  za​mek  w  spodniach,  jak​by  chciał  jak  naj​prę​dzej
przy​lgnąć do tych prze​pysz​nych bio​der.

Do​słow​nie  przy​szpi​lił  ją  do  ścia​ny.  Dy​sza​ła  za​sko​czo​na.  Po​ca​ło​wał  ją  jesz​cze

moc​niej.  Tra​cił  pa​no​wa​nie  nad  swo​im  cia​łem,  gdy  Mol​ly  unio​sła  dło​nie,  tar​mo​-

background image

sząc jego wło​sy i mru​cząc coś pro​sto w jego usta.

Czu​ła się nie​sa​mo​wi​cie. Nie​sa​mo​wi​cie.
A on ni​g​dy ni​ko​go nie po​żą​dał tak bar​dzo. Mol​ly, jego mała dziew​czyn​ka z cy​-

ga​ne​rii  ar​ty​stycz​nej.  Chciał,  by  się  dla  nie​go  ro​ze​bra​ła,  by  stra​ci​ła  gło​wę  tak
samo jak on dla niej. Ale czy ona tego chce? Czy zda​je so​bie spra​wę, jak bar​dzo
po​waż​nie on trak​tu​je to, co jest mię​dzy nimi?

–  Mol​ly  –  mruk​nął  czu​le,  po  czym  za​czął  wy​ty​czać  usta​mi  wil​got​ną  ścież​kę

w dół jej szyi.

– Nie prze​sta​waj – po​pro​si​ła. – Po​zwól mi po​uda​wać jesz​cze tro​chę.
Za​czął coś po​dej​rze​wać.
– Niech ci się nie wy​da​je, że na moim miej​scu jest tu mój brat – ostrzegł, po​-

now​nie wsu​wa​jąc ję​zyk w jej usta.

Nie​zno​śna  myśl,  że  Mol​ly  robi  to  wszyst​ko,  by  wzbu​dzić  za​zdrość  Gar​ret​ta,

wszyst​ko ze​psu​ła. Po​czuł dła​wie​nie w gar​dle. Ale jej szczu​płe ra​mio​na cią​gle go
obej​mo​wa​ły.  Z  twa​rzy  nie  zni​kał  wy​raz  od​da​nia.  Pa​trzy​ła  na  nie​go  z  uwiel​bie​-
niem. Tra​cił zmy​sły.

–  No,  te​raz  je​steś  uczci​wie  wy​ca​ło​wa​na,  Mol​ly  –  po​wie​dział,  trzy​ma​jąc  jej

twarz w dło​niach.

Ob​li​za​ła war​gi.
–  Chy​ba  mu​si​my  wyjść.  Niech  mój  brat  zo​ba​czy,  że  do​ty​ka​li​śmy  się,  gdzie  to

tyl​ko moż​li​we – do​koń​czył.

– Nie żar​tuj so​bie ze mnie, Ju​lian.
Czuł, jak drżą mu uda. Z tru​dem po​wstrzy​my​wał się, by nie chcieć wię​cej. Nie

zro​bić wię​cej. Z nią.

–  Chciał​bym  tyl​ko  wie​dzieć,  Mol​ly,  czy  ca​ło​wa​li​śmy  się  dla  Gar​ret​ta,  czy  też

dla​te​go, że chcia​łaś to ro​bić ze mną.

– Każ​da ko​bie​ta chcia​ła​by to ro​bić z tobą, Ju​les. Nie mogę uwie​rzyć, że to zro​-

bi​łam.  Po  co?  To  głu​pie  i  sza​lo​ne  –  od​par​ła,  a  ma​li​no​wy  za​pach  jej  szam​po​nu
draż​nił go w noz​drza.

– I co z tego? – Po​ca​ło​wał ją w czu​bek gło​wy, by się uspo​ko​iła. – Chy​ba z naj​-

bliż​szym  przy​ja​cie​lem  moż​na  ro​bić  rze​czy  głu​pie  i  sza​lo​ne?  Bo  niby  z  kim  in​-
nym?

–  Nie  chcia​łam  tego  –  po​wie​dzia​ła,  wtu​la​jąc  czu​bek  nosa  w  jego  szy​ję.  –  To

wszyst​ko two​ja wina. Je​steś ta​kim spe​cem od uwo​dze​nia, więc nie od​chodź, po​-
trzy​maj mnie jesz​cze tro​chę. Pach​niesz tak bo​sko…

Raz, dwa, trzy, czte​ry, pięć…
Moż​na tak li​czyć w nie​skoń​czo​ność, a ni​g​dy nie bę​dzie dość. Ni​g​dy dość cza​-

su, kie​dy moż​na trzy​mać ją w ra​mio​nach. Być z nią. Uto​nąć w niej.

– Nie uwo​dzi​łem cię, Mol​ly. Nie po​win​naś była na​ma​wiać mnie do po​ca​łun​ku.

Te​raz nie mogę się już po​wstrzy​mać. – Ob​jął dłoń​mi jej pier​si, przy​gry​za​jąc lek​-
ko ko​niu​szek jej ucha. – Te​raz mam ocho​tę ca​ło​wać cię tak dłu​go, aż ze​mdle​jesz
mi w ra​mio​nach. Aż po​wiesz, o co ci na​praw​dę cho​dzi, bo wy​da​je mi się, że te​-
raz nie bar​dzo wiesz…

background image

– Hej, wy dwo​je tam! Skoń​czy​li​ście już czy mamy we​zwać straż po​żar​ną?

Głę​bo​ki ba​ry​ton, któ​ry prze​rwał Ju​lia​no​wi cu​dow​ny wy​wód, cał​ko​wi​cie otrzeź​-

wił  Mol​ly.  Drzwi  otwo​rzy​ły  się  gwał​tow​nie.  Sta​li  za  nimi  Lan​don  i  Gar​rett.  Ale
o  ile  pierw​szy  z  roz​ba​wie​niem  przy​glą​dał  się  scen​ce,  któ​ra  uka​za​ła  się  jego
oczom, to dru​gi nie wy​glą​dał na za​do​wo​lo​ne​go.

„Te​raz  bę​dzie  uwa​żał  mnie  za  dziw​kę”  –  taka  ża​ło​sna  myśl  prze​bie​gła  przez

gło​wę Mol​ly.

Po​licz​ki jej za​pło​nę​ły, a Ju​lian za​sło​nił ją wła​snym cia​łem. Go​rącz​ko​wo usi​ło​wa​-

ła po​pra​wić fry​zu​rę i wy​gła​dzić po​mię​tą su​kien​kę.

– Już wy​cho​dzi​my, tyl​ko  zo​staw​cie nas w spo​ko​ju,  pa​lan​ty – po​wie​dział  Ju​lian

spo​koj​nie i sta​now​czo.

Mol​ly go po​dzi​wia​ła. Sama nie wy​du​si​ła​by ani sło​wa.
Chcia​ła,  by  Gar​rett  po​my​ślał,  że  ona  z  Ju​lia​nem  ba​rasz​ku​ją  so​bie  gdzieś  na

osob​no​ści, ale – na Boga – nie chcia​ła, żeby ich na tym przy​ła​pał!

– Wy​bacz​cie, ale to mat​ka nas przy​sła​ła – wy​ja​śnił Lan​don. – Ja nie prze​pa​dam

za mi​sja​mi tego ro​dza​ju.

– Do​brze, że ka​za​ła nas szu​kać tyl​ko wam dwóm, a nie wszyst​kim obec​nym na

przy​ję​ciu! – od​ciął się Ju​lian, za​trza​sku​jąc im drzwi przed no​sem.

Spoj​rzał na Mol​ly przez ra​mię.
– Wszyst​ko w po​rząd​ku?
–  Tak  –  od​par​ła,  do​pro​wa​dza​jąc  się  do  po​rząd​ku.  Cią​gle  nie  mo​gła  uwie​rzyć,

że Ju​lian do​tknął jej pier​si!

– Cho​dzi​ło o to, żeby cię zo​ba​czył w lek​kim nie​ła​dzie, Molls. I uda​ło się.
Jego głos brzmiał spo​koj​nie, aż za​nad​to. Po​dał jej klam​rę, a ona drżą​cy​mi rę​-

ka​mi spię​ła wło​sy. Mimo wszyst​ko czu​ła się nie​swo​jo. No i wciąż była pod​nie​co​-
na. Co on ta​kie​go mó​wił, za​nim mu prze​rwa​no? Gdy do​ty​kał jej biu​stu?

– Ja​sne, Ju​les. Wy​szło zna​ko​mi​cie, le​piej być nie mo​gło. Je​steś mi​strzem. Mi​-

strzem  two​rze​nia  za​mę​tu.  Dzię​ki.  –  Sta​ra​ła  się  to  mó​wić  tak,  jak​by  cho​dzi​ło
o pra​wi​dło​wo wy​ko​na​ny kon​trakt biz​ne​so​wy.

Otwo​rzy​ła  drzwi  i  ru​szy​ła  w  stro​nę  bra​ci  Gage’ów,  któ​rzy  wciąż  sta​li  –  nie​-

wzru​sze​nie ni​czym war​tow​ni​cy – na koń​cu ko​ry​ta​rza.

Uśmiech​nę​ła się do oby​dwóch, uda​jąc, że jest dum​na z tego, co się sta​ło.
Czu​ła wzrok Ju​lia​na na  swo​ich ple​cach. Wie​dzia​ła, że  stał cią​gle w  drzwiach

ga​bi​ne​tu. Ma​rzy​ła te​raz tyl​ko o tym, by zna​leźć ja​kieś ci​che miej​sce i ochło​nąć.

Do​go​nił ją Gar​rett.
– Mol​ly, chciał​bym z tobą po​roz​ma​wiać w czte​ry oczy – po​wie​dział. – Masz ju​-

tro czas?

Za​sko​czo​na  spoj​rza​ła  w  jego  uko​cha​ne  oczy  i  za​la​ła  ją  fala  emo​cji.  Pal​mę

pierw​szeń​stwa dzier​ży​ło wśród nich po​czu​cie winy.

– Ja​sne – od​rze​kła drżą​cym gło​sem. – Wpad​nę w po​łu​dnie do two​je​go biu​ra.
A więc plan wy​pa​lił. Uda​ło się przy​cią​gnąć jego uwa​gę.
Oszo​ło​mio​na szła przez tłum go​ści w stro​nę Kate i Beth. Po​win​na się cie​szyć

background image

z osią​gnię​cia celu. Gar​rett spra​wiał wra​że​nie, że za​le​ży mu na ju​trzej​szej roz​-
mo​wie. Pew​nie z tru​dem ukry​wa za​zdrość. Prze​cież tego wła​śnie chcia​ła, czyż
nie?

Ale nie. Nie moż​na ra​do​wać się zwy​cię​stwem, gdy w gło​wie ko​ła​cze się myśl:

„I coś ty zro​bi​ła naj​lep​sze​go?”.

Co  ją  skło​ni​ło,  by  tak  ku​sić  Ju​lia​na?  Czy  tak  po​stę​pu​je  ko​bie​ta  za​ko​cha​na

w kimś in​nym?

– Co ci się sta​ło? – za​wo​ła​ła na jej wi​dok Kate.
Mol​ly po​sta​no​wi​ła ni​cze​go nie ukry​wać. Grze​chów i błę​dów ukryć i tak się nie

da.

–  Zna​leź​li​śmy  so​bie  z  Ju​lia​nem  ustron​ne  przy​tul​ne  gniazd​ko.  Bar​dzo  ci  po​le​-

cam coś ta​kie​go, Kate. Było cu​dow​nie, do​pó​ki ci dwaj idio​ci nam nie prze​rwa​li –
po​wie​dzia​ła, pa​trząc na Gar​ret​ta i Lan​do​na.

Do​strze​gła Ju​lia​na, któ​ry wła​śnie wcho​dził do sa​lo​nu. Ręce w kie​sze​niach, ja​-

sne  wło​sy  w  nie​ła​dzie.  Sek​sow​ny  –  to  nie​wła​ści​we  okre​śle​nie.  Wy​tar​mo​szo​ny,
spo​nie​wie​ra​ny. Cia​cho. Ze smu​ga​mi brzo​skwi​nio​wej szmin​ki na opa​lo​nej skó​rze.
Wszę​dzie – na krta​ni, na szczę​ce, wo​kół ust.

– Ju​lian, co ci się sta​ło? – Tym ra​zem Beth przy​wi​ta​ła go za​tro​ska​nym okrzy​-

kiem.

Ju​lian  bez  sło​wa  wy​ce​lo​wał  wzrok  w  Mol​ly,  któ​rą  za​czę​ły  piec  na​brzmia​łe

usta. Pie​kło ją mię​dzy no​ga​mi, pa​rzy​ły ją pier​si, te same, któ​re nie​daw​no pie​ścił.
Była cała w ogniu. Przy​po​mnia​ły się jej jego jaw​nie sek​su​al​ne alu​zje.

–  Za​ba​wi​li​śmy  się  tro​chę  z  Mol​ly  w  po​ko​iku  przy  scho​dach.  Wszyst​ko  w  po​-

rząd​ku, ko​cha​nie?

Jego  głos,  wy​star​cza​ją​co  ochry​pły,  by  przy​po​mi​nać  sło​wa  wy​po​wie​dzia​ne

w ciem​no​ściach, wpra​wił w drże​nie jej prze​wraż​li​wio​ne zmy​sły.

Gdy Kate i Beth w mil​cze​niu sta​ra​ły się prze​tra​wić to, co wła​śnie usły​sza​ły, Ju​-

lian ba​daw​czo przy​glą​dał się twa​rzy Mol​ly. Może to wszyst​ko za​szło za da​le​ko?

Usi​ło​wa​ła zmu​sić się do uśmie​chu, by ja​koś za​że​gnać ogar​nia​ją​ce wszyst​kich

skrę​po​wa​nie. Na szczę​ście Ju​lian tak​że się uśmiech​nął, po swo​je​mu, jak głod​ny
wilk. Po​czu​ła ulgę.

On też się chy​ba od​prę​żył. Oto​czył ją ra​mie​niem i przy​cią​gnął do sie​bie. Wtu​-

la​jąc się w nie​go, mia​ła pew​ność, że co​kol​wiek się zda​rzy, wszyst​ko bę​dzie do​-
brze. Przy​naj​mniej do​pó​ki ma przy so​bie Ju​lia​na.

– Wiesz, że cię ko​cham, praw​da? – wy​szep​ta​ła, cmo​ka​jąc go w po​li​czek.
Nie po raz pierw​szy usły​szał od niej te sło​wa. Ale tym ra​zem spoj​rzał na nią

i  spo​waż​niał.  Po​tem  po​ca​ło​wał  ją  w  skroń  i  dość  szorst​kim  to​nem,  wprost  do
ucha, by nikt inny nie usły​szał, od​po​wie​dział:

– Ja cie​bie też.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Na​stęp​ne​go dnia Mol​ly je​cha​ła win​dą na naj​wyż​sze pię​tro sie​dzi​by „San An​to​-

nio Da​ily”.

Wy​glą​da​ło na to, że Gar​rett za​mie​rza coś zro​bić z za​ist​nia​łą sy​tu​acją. Py​ta​nie

tyl​ko – co?

I jak ona ma na to za​re​ago​wać?
Na  dzi​siej​sze  spo​tka​nie  za​ło​ży​ła  swo​je  naj​więk​sze  kol​czy​ki  i  naj​oka​zal​sze

bran​so​le​ty.  Za​wsze  tak  ro​bi​ła,  gdy  chcia​ła  do​dać  so​bie  pew​no​ści,  po​ka​zać  się
jako oso​ba zde​cy​do​wa​na, wręcz aro​ganc​ka. Ener​gicz​nym kro​kiem szła ko​ry​ta​-
rzem w kie​run​ku biur za​rzą​du.

– Mol​ly! – za​wo​ła​ła na jej wi​dok zza ol​brzy​mie​go biur​ka asy​stent​ka Ju​lia​na. –

Nie wie​dzia​łam, że masz przyjść. Ju​lian wy​szedł na lunch.

Mol​ly  po​wi​ta​ła  star​szą  ko​bie​tę  ser​decz​nym  uści​skiem.  Pani  Watts  pra​co​wa​ła

z Ju​lia​nem od za​wsze. Cza​sem dla żar​tu Mol​ly na​ma​wia​ła ją do wy​cią​gnię​cia go
z ja​kie​goś waż​ne​go ze​bra​nia pod byle pre​tek​stem.

– Dziś mam spo​tka​nie z Gar​ret​tem, pani Watts – od​par​ła. Po​czu​ła mdło​ści. Do​-

praw​dy, wo​la​ła​by te​raz być na lun​chu z Ju​lia​nem.

Sie​dzą​ca  nie​da​le​ko  za  po​dob​nie  wiel​kim  biur​kiem  mło​da  asy​sten​ta  Gar​ret​ta

za​pro​wa​dzi​ła ją do sze​fa.

– Pan​na De​va​ney, pa​nie Gage – za​anon​so​wa​ła ją, a Mol​ly bez​wied​nie się wy​-

pro​sto​wa​ła.

Wy​so​ki,  ciem​no​wło​sy  i  bar​czy​sty  Gar​rett  stał  przy  oknie  z  rę​ka​mi  w  kie​sze​-

niach. Onie​śmie​lał ją. Twarz miał nie​od​gad​nio​ną, pra​wie nie​ru​cho​mą, je​śli nie li​-
czyć zdaw​ko​we​go ofi​cjal​ne​go uśmie​chu.

– Mol​ly, chy​ba nie mu​szę ci mó​wić, dla​cze​go tu się zna​la​złaś – za​czął. – I dla​-

cze​go Kate – wska​zał na sio​strę Mol​ly sie​dzą​cą za biur​kiem – i ja chce​my z tobą
po​mó​wić.

A więc to nie bę​dzie roz​mo​wa tak cał​kiem w czte​ry oczy.
Gdy Mol​ly zda​ła so​bie z tego spra​wę, rzu​ci​ła Gar​ret​to​wi nie​za​do​wo​lo​ne spoj​-

rze​nie. Ten czło​wiek w ni​czym nie przy​po​mi​na dziś na​mięt​ne​go ko​chan​ka z tam​-
tej pa​mięt​nej nocy. Jest taki chłod​ny, obo​jęt​ny, opa​no​wa​ny. W jego oczach, gdy na
nią pa​trzy, trud​no by​ło​by się do​szu​kać choć​by iskier​ki cie​pła.

Czyż​by się tak dra​ma​tycz​nie co do nie​go po​my​li​ła? Czy był wte​dy aż tak pi​ja​-

ny,  że  za​do​wo​lił​by  się  pierw​szą  lep​szą  „dziew​ką”?  Jak  może  tu  stać  obok  niej
spo​koj​nie, sztyw​no jak​by po​łknął kij, po tym, jak wczo​raj przy​ła​pał ją z Ju​lia​nem?
Prze​cież  na​wet  Ju​lian,  ten  jej  chłod​ny  i  po​wścią​gli​wy  ni​by​brat,  w  każ​dym  spoj​-
rze​niu ob​da​rzał ją więk​szym uczu​ciem. Mało po​wie​dzia​ne…

Ale  dość  o  tym.  Nie  ma  co  po​rów​ny​wać  z  sobą  tych  fa​ce​tów.  Są  jak  woda

background image

i ogień.

Po​win​na  raz  na  za​wsze  wbić  so​bie  do  tej  pu​stej  mó​zgow​ni​cy,  że  wczo​raj​sze

ob​ła​pia​nie się z Ju​lia​nem to był je​den wiel​ki błąd. Prze​cież mo​gła prze​wi​dzieć,
że  nie​roz​waż​ne  ku​sze​nie  ta​kie​go  lwa  sa​lo​no​we​go  jak  Ju​lian  skoń​czy  się  tym,
czym się skoń​czy​ło. Cho​ciaż na​wet on nie po​wi​nien był po​su​nąć się aż tak da​le​-
ko.

A może po​wi​nien?
Gdy po wszyst​kim po​ło​ży​ła się spać, prze​cho​dzi​ła ist​ne mę​czar​nie. Jego sło​wa,

do​tyk,  po​ca​łun​ki  spo​wo​do​wa​ły,  że  po​czu​ła  coś,  cze​go  nie  za​zna​ła  ni​g​dy  do​tąd.
Na​wet tam​tej pa​mięt​nej ma​ska​ra​do​wej nocy…

Nie, to nie​moż​li​we.
Czyż​by czu​ła to samo za każ​dym ra​zem, kie​dy ja​kiś – obo​jęt​nie jaki – fa​cet ją

ca​łu​je? Nie.

Co się więc z nią dzie​je?
–  By​ła​byś  ła​ska​wa  wy​ja​śnić  nam,  co  jest  mię​dzy  tobą  a  Ju​lia​nem?  –  Py​ta​nie

Gar​ret​ta prze​rwa​ło jej roz​my​śla​nia.

Nie mo​gła uwie​rzyć, że ode​zwał się do niej ta​kim to​nem. Wy​god​nie roz​sia​dła

się na krze​śle i skrzy​żo​wa​ła ra​mio​na z gło​śnym brzę​kiem bran​so​let.

I to ma być jej brat​nia du​sza, spi​sko​wiec z balu prze​bie​rań​ców?
Gar​rett  nie  wy​glą​da  na  za​zdro​sne​go.  Ani  tro​chę.  Trze​ba  po​rzu​cić  idio​tycz​ne

pla​ny po​ślu​bie​nia go. Pew​nie po​czuł do niej chwi​lo​wą sła​bość z po​wo​du ko​stiu​mu
kar​czem​nej dziew​ki.

Jak mo​gła tak się dać oma​mić?
– Na​praw​dę nie wie​cie? – za​py​ta​ła. – Mam wam to opo​wie​dzieć ze szcze​gó​ła​-

mi?

Na​ra​sta​ła w niej iry​ta​cja. Gdzie się po​dział jej ko​cha​nek prze​bie​ra​niec? Gdzie

się  po​dzia​ła  na​mięt​ność,  któ​rą  ją  za​ra​ził?  Czy  to  był  tyl​ko  sen?  A  może  głu​pi
żart?

Nie do​cze​ka​ła się od​po​wie​dzi na swo​je py​ta​nie, jej złość się​gnę​ła więc ze​ni​tu.

Cie​ka​we, czy Ju​lia​na też mają za​miar tak prze​słu​chi​wać?

–  Je​ste​śmy  parą,  Gar​rett  –  wy​pa​li​ła  na​gle,  uno​sząc  dum​nie  gło​wę.  –  Je​stem

jego dziew… no, ko​chan​ką. I w ży​ciu nie by​łam tak szczę​śli​wa.

To  ostat​nie  aku​rat  było  praw​dą.  Z  Ju​lia​nem  za​wsze  było  jej  do​brze.  Ko​cha​ła

go szcze​rze, pa​so​wa​li do sie​bie, ra​zem się ba​wi​li, żar​to​wa​li, pso​ci​li. Jed​no sta​ło
mu​rem za dru​gim.

Dziś rano też je​dli ra​zem śnia​da​nie i za​śmie​wa​li się do roz​pu​ku. Na​wet noc​na

„wpad​ka” bu​dzi​ła w nich tyl​ko roz​ba​wie​nie.

– Zda​jesz so​bie spra​wę – po​wie​dział Gar​rett ci​cho – że przez wszyst​kie te lata

moja  mat​ka,  Kate,  Lan​don  i  ja  tego  się  naj​bar​dziej  oba​wia​li​śmy?  Że  ty  i  Ju​lian
wy​ko​na​cie taki skok na głów​kę i któ​reś z was – mam na my​śli szcze​gól​nie cie​bie,
Mol​ly – może zo​stać przy tym po​tur​bo​wa​ne?

Mol​ly  zmarsz​czy​ła  czo​ło.  Co  on  wy​ga​du​je?  Dla​cze​go  nie  zrzu​ci  tej  ob​łud​nej

ma​ski?

background image

Prze​cież sam, wte​dy, na balu…
– Dla​cze​go tak my​ślisz o mnie i Ju​lia​nie? – spy​ta​ła wy​zy​wa​ją​co.
Gar​rett spoj​rzał na nią z bez​brzeż​nym zdu​mie​niem, jak​by wąt​pił w jej po​czy​-

tal​ność.

– Dla​te​go – po​śpie​szy​ła mu z po​mo​cą Kate – że kie​dyś by​li​ście sobą za​uro​cze​-

ni, Molls. Nie przyj​mo​wa​łaś do wia​do​mo​ści, że on jest dla cie​bie jak brat. Kie​dy
ci to po​wie​dzia​łam, ry​cza​łaś jak bóbr. Mar​twi​łaś się, że nie bę​dziesz go mo​gła
po​ślu​bić.

– Kate, ja mia​łam wte​dy dzie​sięć lat! – Mol​ly jęk​nę​ła i prze​wró​ci​ła ocza​mi.
– Ale ni​g​dy w ży​ciu tak nie pła​ka​łaś jak wte​dy.
– Bo go gdzieś wy​sła​li i to było pod​łe!
– No wła​śnie – pod​su​mo​wał Gar​rett.
– Nie ro​zu​miem, co to was ob​cho​dzi! – Rzu​ci​ła mu gniew​ne spoj​rze​nie. – Je​ste​-

śmy so​bie bli​scy od sa​me​go po​cząt​ku.

Mol​ly  zna​ła  tę  opo​wieść  –  po​wta​rza​ną  jej  ty​sią​ce  razy  przez  Ele​anor  Gage,

przez Lan​do​na, Kate, Gar​ret​ta i sa​me​go Ju​lia​na – na pa​mięć.

Mia​ła trzy lata, gdy przy​by​ła z Kate za​miesz​kać w re​zy​den​cji Gage’ów. Za​pre​-

zen​to​wa​no  je  ca​łej  ro​dzi​nie,  służ​bie  i  do​mow​ni​kom.  Mol​ly  była  cał​ko​wi​cie  po​-
chło​nię​ta trzy​ma​nym w buzi wiel​kim li​za​kiem. Spe​szo​na tym Kate bez​sku​tecz​nie
sta​ra​ła się ją prze​ko​nać do od​da​nia li​za​ka.

Na​gle  wzrok  Mol​ly  padł  na  zie​lo​no​okie​go  blon​da​ska,  któ​ry  przy​glą​dał  się  jej

roz​ba​wio​ny. Przy​drep​ta​ła do nie​go, wy​ję​ła z buzi li​za​ka i z uśmie​chem mu go po​-
da​ła.  Ju​lian  mimo  za​ka​zu  mat​ki  przy​jął  od  dziew​czyn​ki  pre​zent  i  wło​żył  go  do
ust. Tak na​ro​dzi​ła się ich przy​jaźń.

A te​raz Mol​ly pa​trzy​ła na Gar​ret​ta i unio​sła brwi. Czyż​by za​po​mniał o hi​sto​rii

z li​za​kiem? Cała ro​dzi​na śmia​ła się wte​dy, że z Mol​ly moż​na tyl​ko po do​bro​ci…

–  Mol​ly  –  Kate  zło​ży​ła  ręce  w  bła​gal​nym  ge​ście  –  chcę  mieć  pew​ność,  że  ty

wiesz, co ro​bisz. Ju​lian czę​sto zmie​nia part​ner​ki. Ni​g​dy nie miał sta​łej dziew​czy​-
ny. Po​ry​wasz się na coś, co cię prze​ro​śnie, Moo!

– Ja nie je​stem dla nie​go week​en​do​wą mi​łost​ką, Kate – bro​ni​ła sie​bie i Ju​lia​na

Mol​ly.

Zu​peł​nie jak​by za​po​mnia​ła, że bro​ni gry, któ​ra w za​my​śle mia​ła do​pro​wa​dzić

Gar​ret​ta do wy​bu​chu za​zdro​ści.

– Dla​cze​go cią​gle my​śli​cie, że Ju​lian chce mnie skrzyw​dzić? On jest dla mnie

bar​dzo do​bry! Je​stem pew​na, że w ra​zie po​trze​by bez wa​ha​nia od​dał​by mi ner​-
kę. Albo na​wet dwie!

– Wi​dzę, że na​praw​dę je​steś w nim za​ko​cha​na – stwier​dzi​ła Kate z ro​sną​cym

za​tro​ska​niem.

Mol​ly źle się czu​ła, oszu​ku​jąc sio​strę. Ale jak mo​gła wy​ja​wić praw​dę o isto​cie

swo​jej re​la​cji z Ju​lia​nem, sko​ro sama nie po​tra​fi​ła zro​zu​mieć, dla​cze​go się z nim
wczo​raj tak na​mięt​nie ca​ło​wa​ła?

Od po​cząt​ku tego dziw​ne​go związ​ku była bom​bar​do​wa​na nie​po​ję​ty​mi emo​cja​-

mi.  Nie  spa​ła  po  no​cach,  roz​wa​ża​jąc  bez  koń​ca  roz​ma​ite  „co  by  było,  gdy​by?”

background image

i inne dy​le​ma​ty.

Po ta​kiej nocy każ​de zwy​kłe „dzień do​bry” było tor​tu​rą. On cza​ro​wał sek​sow​-

ny​mi pi​ża​ma​mi, rzeź​bą klat​ki pier​sio​wej. Tak chcia​ło​by się do niej przy​tu​lić, po​-
czuć bli​skość…

Po​gu​bi​ła  się  w  uczu​ciach.  Na  brak  suk​ce​sów  za​wo​do​wych  na​rze​kać  nie  mo​-

gła. Chcia​ła jesz​cze zna​leźć w ży​ciu mi​łość. Wi​docz​nie czło​wiek za​wsze cze​goś
chce, do cze​goś dąży. Te​raz in​stynk​tow​nie czu​ła, że to, cze​go szu​ka, jest bli​sko.
Nie po​tra​fi​ła jed​nak tego uchwy​cić, na​zwać i czu​ła się roz​go​ry​czo​na.

Li​czy​ła, że Gar​rett roz​pa​li dziś w niej na nowo iskier​kę na​dziei, że jej ży​cie na​-

bie​rze  sen​su.  Że  po  dzi​siej​szym  spo​tka​niu  bę​dzie  mo​gła  upo​rząd​ko​wać  my​śli
w gło​wie i emo​cje w ser​cu.

Za​miast tego spo​tkał ją atak. Na nią i na Ju​lia​na. Mu​sia​ła go bro​nić.
– Ju​lian ni​g​dy by mnie nie skrzyw​dził – oświad​czy​ła, wsta​jąc. – Je​śli kie​dy​kol​-

wiek  uj​rzy​cie,  że  ja  przez  nie​go  pła​czę,  pro​szę  bar​dzo,  mo​że​cie  mnie  za​bić.
Upo​waż​niam was do tego.

– Ja bym ra​czej za​bił jego – od​parł Gar​rett oschle.
Mol​ly spoj​rza​ła na tego do​rod​ne​go męż​czy​znę, któ​ry wy​warł tak duży wpływ

na jej ży​cie. Za​wsze czuł się od​po​wie​dzial​ny za śmierć jej ojca, choć ni​g​dy nikt
go o to nie ob​wi​niał. Cią​głe po​czu​cie winy po​wo​do​wa​ło, że na​wet jego uśmiech
był  dość  smut​ny.  Za  wszel​ką  cenę  sta​rał  się  chro​nić  Kate  i  Mol​ly.  Ale  chro​nić
Mol​ly przed Ju​lia​nem? Tego już za wie​le. Bez Ju​lia​na nie mo​gła​by żyć, jak bez
po​wie​trza.  Był  jej  pry​wat​nym  bo​ha​te​rem  dużo  wcze​śniej,  niż  po​zna​ła  to  sło​wo
i jego zna​cze​nie.

Gar​rett jest do​brym czło​wie​kiem. Jako mąż na pew​no był​by wier​ny i ko​cha​ją​-

cy. Ale czy na​praw​dę musi się za​mro​czyć al​ko​ho​lem, by zro​bić to, co zro​bił na
balu ma​sko​wym?

Te​raz już sama nie wie​dzia​ła. Może to wszyst​ko było tyl​ko złu​dze​niem i nikt

jej tam, na ta​ra​sie, nie ca​ło​wał?

A  gdy​by  te​raz  mu​sia​ła  wy​bie​rać  mię​dzy  Gar​ret​tem  a  Ju​lia​nem,  nie  mia​ła​by

wąt​pli​wo​ści. Bo​ha​ter jej dzie​ciń​stwa zo​stał​by zde​cy​do​wa​nym zwy​cięz​cą.

– Czy wy ma​cie ja​kiś pro​blem z Ju​lia​nem? – spy​ta​ła ob​ra​żo​na. – Obo​je cią​gle

mu coś za​rzu​ca​cie. Na jego miej​scu prze​sta​ła​bym się do was od​zy​wać.

Skie​ro​wa​ła się ku drzwiom, ale głos Gar​ret​ta ją za​trzy​mał.
–  Ten  ga​ga​tek  jest  moim  bra​tem.  Ko​cham  go,  ale  czu​ję  się  też  w  obo​wiąz​ku

chro​nić cie​bie.

– Jak będę po​trze​bo​wa​ła ochro​ny, na pew​no się do cie​bie zwró​cę. Ju​lian jest

ostat​nim czło​wie​kiem na świe​cie, przed któ​rym trze​ba mnie chro​nić. – Chwy​ci​ła
za klam​kę. – Ale sko​ro ko​chasz bra​ta, to może po​sta​raj się, żeby nie od​cho​dził
z „Da​ily”! A zresz​tą ja mu się nie dzi​wię. Nikt nie jest w sta​nie pra​co​wać, jak go
cią​gle kry​ty​ku​ją. To świet​nie, że się zde​cy​do​wał.

– Co ta​kie​go?
– Do​brze usły​sza​łeś! – krzyk​nę​ła i, rzu​ca​jąc Kate spoj​rze​nie pod ty​tu​łem „nie

rób mi tego ni​g​dy wię​cej”, wy​bie​gła z biu​ra.

background image

– Mol​ly! – Gar​rett po​dą​żył za nią i ści​snął ją za ra​mię. – Mój brat na​praw​dę

od​cho​dzi? Do​kąd?

– Prze​pra​szam, Gar​rett, śpie​szę się – od​par​ła, sta​ra​jąc się wy​rwać.
– Po​wiedz, on od​cho​dzi z wy​daw​nic​twa?
– Mu​sia​łeś coś źle zro​zu​mieć – ucię​ła Mol​ly, zła, że chlap​nę​ła coś bez za​sta​no​-

wie​nia.

– Nie, ja wiem, że jemu jest tu źle. Spo​dzie​wa​łem się tego. Ro​zu​miem, że nie

chcesz  zdra​dzić,  do​kąd  się  prze​no​si,  ale  od​po​wiedz  mi  przy​naj​mniej:  ko​chasz
go?

Mol​ly pa​trzy​ła na męż​czy​znę, któ​re​go po​dob​no jesz​cze nie​daw​no ko​cha​ła, za​-

sta​na​wia​jąc się, dla​cze​go czu​je w gar​dle po​kaź​nej wiel​ko​ści gulę. Dla​cze​go naj​-
chęt​niej te​raz by się po​pła​ka​ła?

Bo od​po​wiedź na to py​ta​nie brzmi tak. Ty​siąc razy tak. Ko​cha Ju​lia​na na wie​le

róż​nych spo​so​bów, któ​rych na​wet nie umie po​na​zy​wać. I oba​wia się, że mi​łość
przy​ja​ciel​ska jest tyl​ko jed​ną z wie​lu.

Ju​lian za​trzy​mał się koło drzwi swo​je​go ga​bi​ne​tu. Wi​dział ich. Mol​ly z tą „mi​-

ło​ścią jej ży​cia”. Na​resz​cie ra​zem.

Wi​dział ich po​że​gna​nie. Jego brat trzy​mał jej rękę na ra​mie​niu, a ona po​chy​li​ła

twarz. Może pła​ka​ła?

Krew się w nim za​go​to​wa​ła, oczy roz​bły​sły zim​ną fu​rią. Mol​ly osią​gnę​ła swój

cel.  Po​ćwi​czy​ła  so​bie  wczo​raj  na  nim,  Ju​lia​nie.  Wzbu​dzi​ła  za​zdrość  Gar​ret​ta,
któ​ry na​gle do​strzegł w niej cu​dow​ną, sek​sow​ną, do​ro​słą ko​bie​tę.

Może po​wi​nien się te​raz wy​co​fać do swo​je​go ga​bi​ne​tu? Niech jego naj​lep​sza

przy​ja​ciół​ka cie​szy się, że jest piesz​czo​na przez tego, kogo pra​gnie.

A zresz​tą, to wszyst​ko jest śmiesz​ne. Nie​waż​ne.
Wła​śnie, że waż​ne. Bar​dzo waż​ne.
Sam  się  dzi​wił,  że  mimo  drżą​cych  nóg  po​tra​fił  po​dejść  i  spo​koj​nie  za​gad​nąć

bra​ta:

– Nie chciał​bym wam prze​ry​wać czu​łe​go sam na sam, ale oświad​czam, że je​śli

na​tych​miast nie prze​sta​niesz ob​ła​piać Mol​ly, stłu​kę cię tak, że cię ro​dzo​na mat​-
ka nie po​zna.

Gar​rett ze​sztyw​niał.
– Co się z tobą dzie​je, Ju​les?
Zdzi​wio​na Mol​ly od​wró​ci​ła się w stro​nę Ju​lia​na, a on za​zgrzy​tał zę​ba​mi. Wy​-

cią​gnął do niej rękę i spoj​rzał w za​czer​wie​nio​ne oczy. Albo pła​ka​ła, albo jest bli​-
ska pła​czu. Dla​cze​go? Za​ci​snął war​gi. Był zły. Na nią, na sie​bie, na to całe za​-
mie​sza​nie, w któ​re zo​stał wma​new​ro​wa​ny.

Niech​że się to wszyst​ko samo roz​wią​że!
Mógł​by się oczy​wi​ście po​słu​żyć do​brze so​bie zna​ny​mi i spraw​dzo​ny​mi w licz​-

nych ro​man​sach sztucz​ka​mi, ale nie chciał. Mol​ly to je​dy​na dziew​czy​na, któ​ra go
na​praw​dę zna, sza​nu​je. Do​ce​nia. Przy niej chciał być sobą, nie sto​so​wać głu​pich
za​gry​wek.

background image

– Jaki dziś mamy dzień, Mol​ly?
– Hm? – za​py​ta​ła nie​wy​raź​nie, po​cią​ga​jąc no​sem.
– Jaki dzień?
Po​da​ła datę, a on ski​nął gło​wą i szep​nął jej do ucha:
– No wła​śnie. A więc wciąż je​steś moją dziew​czy​ną. Nie pa​mię​tasz? Uma​wia​li​-

śmy się na mie​siąc. Praw​da?

Ob​ser​wo​wał jej re​ak​cję, ale ona tyl​ko bez​rad​nie mru​ga​ła po​wie​ka​mi. Spoj​rzał

na Gar​ret​ta i znów za​la​ła go krew. Gar​rett, jego brat.

Na​gle po​czuł do nie​go od​ra​zę.
Mol​ly spoj​rza​ła na Ju​lia​na ocza​mi peł​ny​mi łez.
– Masz ra​cję – od​po​wie​dzia​ła. – Za​bierz mnie do domu. Dzię​ku​ję za spo​tka​nie

– zwró​ci​ła się do Gar​ret​ta. – Prze​myśl to, co ci mó​wi​łam, okej?

Gar​rett  przy​tak​nął,  a  Ju​lian  zła​pał  Mol​ly  za  ło​kieć  i  po​pro​wa​dził  do  biur​ka

swo​jej asy​stent​ki, któ​rej wy​dał sze​reg po​le​ceń. Po czym wsiadł z Mol​ly do win​dy.

W sa​mo​cho​dzie żad​ne z nich się nie ode​zwa​ło.
– Po​wiedz mi, co on ci zro​bił – za​żą​dał Ju​lian, gdy zna​leź​li się w jego miesz​ka​-

niu. – Dla​cze​go pła​ka​łaś?

Mol​ly przy​glą​da​ła mu się sze​ro​ko otwar​ty​mi ocza​mi. Wy​glą​da​ła na za​gu​bio​ną

i bez​bron​ną.

– Co się dziś z tobą dzie​je? – szep​nę​ła zmie​sza​na.
– On na cie​bie nie za​słu​gu​je, Mol​ly! Znam fa​ce​ta, któ​ry sza​le​je za tobą, któ​ry

zro​bił​by wszyst​ko, żeby z tobą być. Skła​mał​by, oszu​kał, okradł…

– Masz na my​śli  mo​je​go do​staw​cę ar​ty​ku​łów ma​lar​skich?  – za​drwi​ła. –  Od​le​-

cia​łeś kom​plet​nie? O kim mó​wisz?

– Zgad​nij.
– Nie mam po​ję​cia, o co ci cho​dzi!
– Za​bi​ję go za to, że do​pro​wa​dził cię do pła​czu – oświad​czył Ju​lian, sia​da​jąc na

ka​na​pie i z gło​śnym hu​kiem zrzu​ca​jąc buty. – Mam na jego punk​cie ob​se​sję, Mol​-
ly. Je​stem mak​sy​mal​nie wku​rzo​ny, jak ni​g​dy w ży​ciu.

Skrzy​żo​wa​ła  ręce  na  pier​siach.  No  tak,  on  jest  wku​rzo​ny,  ale  nie  wie,  jak  to

wy​glą​da z jej stro​ny. Że mia​no​wi​cie za​chcia​ło się jej pła​kać, bo na​gle ją olśni​ło,
że to, co się wy​da​rzy​ło na ma​ska​ra​dzie, było ułu​dą. Że za​ko​cha​ła się w ja​kimś
in​nym, wy​my​ślo​nym przez sie​bie Gar​ret​cie. Bo ten praw​dzi​wy, po​dob​nie jak każ​-
dy fa​cet, któ​re​go spo​tka​ła w ży​ciu, bled​nie w ze​sta​wie​niu z Ju​lia​nem. Pod każ​-
dym moż​li​wym wzglę​dem.

Ale  jak  ma  te​raz  wy​tłu​ma​czyć  Ju​lia​no​wi,  na  sza​cun​ku  któ​re​go  tak  bar​dzo  jej

za​le​ży,  że  wszyst​ko  schrza​ni​ła?  Że  nie  za​ko​cha​ła  się  w  jego  bra​cie?  Że  fa​cet,
któ​re​go  na​praw​dę  ko​cha,  jest  nie​osią​gal​ny?  Bo  prze​strze​ga  ją  przed  nim  jego
brat i jej wła​sna sio​stra. Bo wszy​scy się boją, że ją skrzyw​dzi.

Może i mają ra​cję, ale ona wo​la​ła​by być głu​cha, niż słu​chać tej ich ga​da​ni​ny.
Te​raz mil​cza​ła, przy​gry​za​jąc war​gi. Nie może się zwie​rzyć ze swej roz​pa​czy

je​dy​ne​mu czło​wie​ko​wi, któ​ry ją zro​zu​mie. Ju​lia​no​wi.

– Wy​tłu​macz mi, co ty w nim wi​dzisz? – cią​gnął. – Co on ma ta​kie​go, że jemu

background image

wy​pła​ku​jesz się na ra​mie​niu, a mnie ni​g​dy?

O Boże, co się z nią dzie​je?
Nogi się pod nią ugi​na​ją na wi​dok tych za​gnie​wa​nych zie​lo​nych oczu. On jest

taki przy​stoj​ny, na​wet gdy się wście​ka. A tak wście​kłym jak te​raz jesz​cze go nie
wi​dzia​ła. Moż​na by po​my​śleć, że jest za​zdro​sny…

Tak  bar​dzo  pra​gnę​ła  jego  bli​sko​ści.  Chcia​ła  mieć  wo​kół  sie​bie  jego  za​pach,

czuć do​tyk dło​ni. Wszę​dzie. Dać się za​mknąć w klat​ce zbu​do​wa​nej z jego sil​nych
mię​śni. Chy​ba przy​jaźń prze​sta​ła jej wy​star​czać…

Pra​gnę​ła cze​goś wię​cej.
– Od​po​wiesz mi, Mol​ly? – pie​klił się Ju​lian.
Na​wet gdy​by chcia​ła, nie da​ła​by rady. Ze ści​śnię​te​go gar​dła nie mo​gła wy​do​-

być ani jed​ne​go sło​wa. Pier​si jej na​gle stward​nia​ły. Nogi się pod nią ugię​ły. Czu​ła
się dziw​nie, drża​ła. Z tru​dem śle​dzi​ła, co on do niej mówi.

– Nie umiem ci od​po​wie​dzieć, Ju​les, okej? – Ner​wo​wo za​ma​cha​ła ręką. – Może

wku​rzy​ła  mnie  jego  na​do​pie​kuń​czość?  To,  że  chce  być  na​szą  przy​zwo​it​ką?  Za​-
kła​da, że jak nas prze​sta​nie pil​no​wać, to zro​bi​my coś złe​go. A prze​cież nic nie
ro​bi​my,  praw​da?  Ty  się  rzu​casz  na  wszyst​ko,  co  się  ru​sza,  ale  dla  mnie  je​steś
tyl​ko przy​ja​cie​lem. Tak czy nie? Może po pro​stu Gar​rett uwa​ża, że tak trze​ba,
że tak jest szla​chet​nie? Przez wzgląd na mo​je​go ojca, któ​ry ura​to​wał mu ży​cie –
do​koń​czy​ła ci​cho, jak​by de​fi​ni​tyw​nie że​gna​ła się ze złu​dze​nia​mi.

Spoj​rze​nie Ju​lia​na mo​gło​by w tej chwi​li sto​pić lody Ala​ski.
– Gar​rett od​py​chał cię ode mnie, bo wie​dział, że… Bo wie​dział, że ja… – Twarz

mu spo​chmur​nia​ła, a dło​nie za​ci​snę​ły się w pię​ści.

Mol​ly  nie  mo​gła  za​po​mnieć,  jak  jesz​cze  wczo​raj  te  same  dło​nie  pie​ści​ły  jej

pier​si, a usta szep​ta​ły pod​nie​ca​ją​ce za​klę​cia.

Ju​lian wstał i ner​wo​wo prze​cze​sał wło​sy pal​ca​mi.
– A co z nim i Kate? Mol​ly, czy ty na​praw​dę nie wi​dzisz, jak ona na nie​go pa​-

trzy? Prze​cież wy obie, do ja​snej cho​le​ry, star​tu​je​cie do tego sa​me​go fa​ce​ta!

Mol​ly bez​rad​nie mru​ga​ła po​wie​ka​mi, osłu​pia​ła.
– Kła​miesz! Skąd mo​żesz wie​dzieć, co czu​je Kate?
– Tak się skła​da, że po​tra​fię roz​po​znać po​żą​da​nie w czy​imś spoj​rze​niu. A Kate

znam od ma​łe​go.

Mol​ly była prze​ra​żo​na. Jej sio​stra ko​cha Gar​ret​ta? Od jak daw​na? To nie​moż​-

li​we!

– Ju​les, ty nic nie ro​zu​miesz. Mię​dzy mną a Gar​ret​tem coś za​szło. Ca​ło​wa​li​śmy

się pew​nej nocy i to było… ma​gicz​ne.

– Ca​ło​wał cię? – Ju​lian za​marł.
Mol​ly za​wsty​dzo​na lek​ko ski​nę​ła gło​wą, po czym skry​ła twarz w dło​niach.
– Ni​g​dy nie czu​łam się z ni​kim tak ze​spo​lo​na. No chy​ba że z tobą. Tam​tej nocy

wy​da​wa​ło mi się, że zna​la​złam w nim brat​nią du​szę.

Ale to było złu​dze​nie i dla​te​go te​raz je​stem taka po​gu​bio​na, do​da​ła w my​ślach.
– Ty żar​tu​jesz, Mol​ly – po​wie​dział Ju​lian po chwi​li. – Po​wiedz to te​raz, za​raz.

Po​wiedz, że to był żart.

background image

Mo​gła so​bie wy​obra​zić, co Ju​lian czu​je w tym mo​men​cie. Wczo​raj ca​ło​wał ją

nie​przy​tom​nie, a dziś do​wia​du​je się, że ona ro​bi​ła to samo z jego bra​tem.

A ona? Co się z nią dzie​je? Dla​cze​go nie czu​ła nic, pa​trząc dziś na Gar​ret​ta?
–  Te​raz  już  ni​cze​go  nie  je​stem  pew​na  –  przy​zna​ła,  opa​da​jąc  na  ka​na​pę.  –  To

sta​ło  się  w  cza​sie  tej  okrop​nej  ma​ska​ra​dy.  By​łam  prze​bra​na  za  bez​wstyd​ną
dziew​kę, sam mi ka​za​łeś. By​łam na ta​ra​sie, on pod​szedł, był cały na czar​no. My​-
śla​łam  na​wet,  że  to  ty.  A  po​tem  ro​bi​li​śmy  ra​zem  ta​kie…  in​tym​ne  rze​czy.  I  po
pier​ście​niu po​zna​łam, że to Gar​rett.

Za​pa​dło prze​cią​ga​ją​ce się mil​cze​nie.
Na​gle Ju​lian ru​szył jak sza​lo​ny na ko​ry​tarz. Mol​ly zmar​twia​ła. Sama była dość

im​pul​syw​na i w trud​nych chwi​lach li​czy​ła na jego opa​no​wa​nie. Ale te​raz?

Trze​ba tyl​ko mieć na​dzie​ję, że nie po​biegł po broń czy coś w tym ro​dza​ju.
Chcia​ła już za nim wy​biec, wy​tłu​ma​czyć, że to był tyl​ko po​ca​łu​nek, gdy na​gle

wró​cił. Miał po​sza​rza​łą twarz. Z kie​sze​ni wy​jął coś błysz​czą​ce​go.

– Czy to był ten pier​ścień, Mol​ly?

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Pa​trzy​ła na pier​ścień i na​gle opa​no​wa​ło ją strasz​li​we prze​czu​cie.
– Sk-kąd to masz? – wy​ją​ka​ła.
Prze​cież Gar​rett nosi ten pier​ścień na co dzień. To sta​ry ro​dzin​ny klej​not, pla​-

ty​na i bry​lant, wart pew​nie mi​lio​ny.

– To jest mój pier​ścień. Mój. Za​ło​ży​li​śmy się o coś, ja​kiś mie​siąc temu, i wy​gra​-

łem. – Ju​lian uśmiech​nął się zło​śli​wie. – Od tej pory no​szę go cza​sa​mi, żeby go
wku​rzyć.

Mol​ly krew od​pły​nę​ła z twa​rzy. Ser​ce biło jak sza​lo​ne. Wy​cho​dzi na to, że na

balu ma​sko​wym pier​ścień na​le​żał już do… Tak, kie​dy ów nie​zna​jo​my roz​ko​chał
ją w so​bie, ca​łu​jąc do utra​ty tchu.

Wiel​kie nie​ba! A więc to Ju​lian ochry​płym gło​sem szep​tał jej wte​dy do ucha te

wszyst​kie nie​przy​zwo​ite sło​wa? To jego dłu​gie pal​ce do​ty​ka​ły jej tak wy​zy​wa​ją​-
co?

Ju​lian, jej bo​ha​ter i obroń​ca. Naj​bliż​szy przy​ja​ciel. Jej mło​dzień​cza mi​łość. Mi​-

łość na całe ży​cie…

– Nie uwie​rzę – szep​nę​ła. – Nie mia​łeś świa​do​mo​ści, że to wła​śnie mnie ca​łu​-

jesz?

Mu​siał wie​dzieć. Na​gle po​czu​ła się upo​ko​rzo​na. Wie​dzia​ła, że po​win​na te​raz

odejść, ale nie była w sta​nie. Bez​rad​nie ki​wa​ła gło​wą.

– Nie ro​zu​miem – szep​ta​ła.
Te jego po​ca​łun​ki… Trzy razy ją ca​ło​wał, za każ​dym ra​zem ina​czej. Pierw​szy

raz  –  pi​jac​ko  i  gwał​tow​nie.  Dru​gi  –  de​mon​stra​cyj​nie,  przed  Kate.  Trze​ci  –  na
osob​no​ści,  w  ciem​nym  ga​bi​ne​cie,  gdzie  coś  chcie​li  ro​ze​grać…  Jak  mo​gła  być
taka głu​pia?

– Nie ro​zu​miem – po​wta​rza​ła co​raz bar​dziej go​rącz​ko​wo.
Pod​szedł i chwy​cił ją za ra​mię. Wi​dać było, jak trud​no mu się opa​no​wać.
– A ja chy​ba ro​zu​miem – wy​sa​pał. – My​śla​łaś, że ja je​stem Gar​ret​tem i po​zwo​-

li​łaś ca​ło​wać się aż do opuch​nię​cia warg. Po​zwo​li​łaś wło​żyć so​bie rękę mię​dzy
nogi, ma​cać po biu​ście…

– Prze​stań, prze​stań!
Od​sko​czy​ła  od  nie​go  gwał​tow​nie.  Uświa​do​mi​ła  so​bie  na​gle,  że  on,  któ​ry  był

dla  niej  wszyst​kim,  jest  w  sta​nie  ro​bić  jej  to,  o  czym  te​raz  mówi.  To,  i  jesz​cze
wię​cej. Jak​by to nic nie zna​czy​ło. Nic.

Taki niby-przy​ja​ciel! Pod​stęp​nie wkradł się w jej in​tym​ność, a po​tem był w sta​-

nie po​ma​gać jej w uwo​dze​niu swo​je​go wła​sne​go bra​ta!

–  Jak  śmia​łeś?  –  wy​buch​nę​ła.  –  Zro​bi​łeś  ze  mną  to  wszyst​ko  i  nic  nie  po​wie​-

dzia​łeś?

background image

– A co mia​łem mó​wić? Że to był mój błąd? Że po​nio​sło mnie na wi​dok two​ich

nie​bie​skich oczu i wy​zy​wa​ją​cej kiec​ki? Ka​za​łaś mi ni​ko​mu nic nie mó​wić, a po​-
nie​waż by​łem wsta​wio​ny, uzna​łem, że to świet​ny po​mysł. Na​stęp​ne​go dnia uda​-
wa​łaś,  że  nic  się  nie  sta​ło,  a  mnie  było  w  to  graj.  Przy​naj​mniej  mo​głem  ja​koś
dojść do sie​bie.

–  Dojść  do  sie​bie,  idio​to?  Po  tym,  jak  za​mor​do​wa​łeś  na​szą  przy​jaźń?  –  Ode​-

pchnę​ła go i po​szła w stro​nę swo​jej sy​pial​ni. – Po​zwo​lisz, że się spa​ku​ję. Ty świ​-
nio! Jak mo​głeś się zgo​dzić, że po​mo​żesz mi uwieść Gar​ret​ta po tym, jak mnie
do​ty​ka​łeś? Rzy​gać mi się chce, jak o to​bie my​ślę!

Trza​snę​ła drzwia​mi. Opar​ła się o nie ple​ca​mi i za​łza​wio​ny​mi ocza​mi wpa​try​-

wa​ła w łóż​ko. Po​win​na na​tych​miast opu​ścić do miesz​ka​nie. Tak, ale Ju​lian John
musi  ją  od​wieźć.  Albo  Kate  po  nią  przy​je​chać.  A  żad​ne​go  z  tych  dwoj​ga  nie
chcia​ła​by te​raz o nic pro​sić. Prę​dzej by umar​ła.

Gdy  po​my​śla​ła,  że  pię​tro  wy​żej  cze​ka​ją  na  nią  roz​po​czę​te  mu​ra​le,  ko​lo​ro​wy

raj, zro​bi​ło jej się na du​szy jesz​cze cię​żej. Ni​g​dy do​tąd nie zda​rzy​ło jej się nie
do​koń​czyć dzie​ła. A te​raz musi to zo​sta​wić. Przez tego dup​ka!

No  do​bra,  do​koń​czy  je  wie​czo​rem,  może  na​wet  bę​dzie  ma​lo​wać  całą  noc.

A rano odej​dzie.

Wciąż  nie  mo​gła  w  to  uwie​rzyć.  On  cały  czas  wie​dział…  Ca​ło​wał  ją,  bo  wie​-

dział, jak ła​two ją pod​nie​cić. Za​kpił so​bie z niej.

Tak, ten pięk​ny po​ca​łu​nek na ma​ska​ra​dzie te​raz wy​da​wał się jej szy​der​stwem.

Jej naj​lep​szy przy​ja​ciel, któ​ry był dla niej wszyst​kim…

Na​gle całe ży​cie za​czę​ło się jej prze​wi​jać przed ocza​mi. I w każ​dej naj​szczę​-

śliw​szej chwi​li to​wa​rzy​szył jej za​wsze ten sam czło​wiek – Ju​lian John. Uśmie​chał
się do niej, po​cią​gał za ucho, wi​chrzył jej wło​sy, wo​ził sa​mo​cho​dem. Po​war​ki​wał
na nią, prze​ko​ma​rzał się z nią, ła​sko​tał. A ile prze​zwisk jej nadał! Mo-Po, Mo​pey,
Moo, Molls, Mo-Mo, Moo-Moo…

Po​czu​ła mdło​ści. Przy​sia​dła, drżąc, na brze​gu łóż​ka. Przy​ci​snę​ła do pier​si po​-

dusz​kę i za​czę​ła głę​bo​ko od​dy​chać. To jed​nak nie po​ma​ga​ło. Czu​ła pust​kę, była
wy​czer​pa​na wła​sną głu​po​tą. Ni​g​dy w ży​ciu nic tak jej nie za​bo​la​ło. Na​wet licz​ne
wy​jaz​dy Ju​lia​na.

Ale nie za​mie​rzam te​raz przez nie​go pła​kać, po​my​śla​ła, wspo​mi​na​jąc nie​daw​-

ne sło​wa Kate.

Za​ci​snę​ła zęby i zwi​nę​ła się w kłę​bek. Czu​ła, jak​by całe jej wnę​trze za​mie​ni​ło

się w cia​sny wę​zeł. Nie mo​gła się uwol​nić od wspo​mnień ba​lo​wej nocy.

Jego usta, spra​gnio​ne i pew​ne sie​bie, chra​pli​wy dźwięk, gdy ca​ło​wał jej pier​si,

jak​by zo​sta​ły stwo​rzo​ne spe​cjal​nie dla nie​go. Jęki roz​ko​szy, gdy przy​gry​zał ko​-
niu​szek jej ucha. To, jak pró​bo​wał ją uci​szyć.

Jak mo​gła się nie zo​rien​to​wać?
Po​cząt​ko​wo była pew​na, że to on. Ten uśmiech głod​ne​go wil​ka… Ale po​tem ca​-

ło​wał ją tak na​mięt​nie, zu​peł​nie nie po przy​ja​ciel​sku. Dla​cze​go to mu​siał być on?
Nie umie utrzy​mać rąk przy so​bie czy co?

Mu​siał po nią się​gnąć?

background image

Gdy  mia​ła  trzy​na​ście  lat,  przy​rze​kła  so​bie,  że  już  ni​g​dy  nie  wy​le​je  z  po​wo​du

Ju​lia​na  Joh​na  ani  jed​nej  łzy.  Zna​czył  dla  niej  zbyt  wie​le,  dzię​ki  nie​mu  czu​ła  się
bez​u​stan​nie  jak  ra​to​wa​na  przez  bo​ha​te​ra  księż​nicz​ka.  Przy​rze​kła  zwal​czyć
w  so​bie  to  mło​dzień​cze  za​uro​cze​nie,  bo  wszy​scy  wo​kół  wma​wia​li  jej,  że  on  ją
kie​dyś skrzyw​dzi. A prze​cież wszy​scy nie mogą się my​lić.

I te​raz sta​ło się. Za​kpił so​bie z niej.
Do​pro​wa​dził  do  eks​ta​zy,  chcia​ła  już  pra​wie  dla  nie​go  umie​rać.  Uzna​ła  go  za

swo​ją dru​gą po​łów​kę. Tak, ten czło​wiek jako je​dy​ny na świe​cie po​tra​fił do​pro​wa​-
dzić do tego, że oto roz​pa​dła się na ty​siąc ka​wał​ków. I już chy​ba ni​g​dy nie po​-
zbie​ra się do kupy.

Bo na​wet ich przy​jaźń, naj​ja​śniej​sza i naj​bar​dziej sta​ła rzecz w jej ży​ciu, zo​-

sta​ła znisz​czo​na.

Ju​lian naj​chęt​niej te​raz coś by znisz​czył.
Jak  sza​le​niec  go​dzi​na​mi  prze​mie​rzał  po​kój.  Za​zdrość  krą​ży​ła  w  jego  ży​łach

jak tru​ci​zna. Przy​po​mi​nał so​bie, jak Mol​ly ję​cza​ła w trak​cie ich pierw​sze​go po​-
ca​łun​ku. Jej cia​ło było wte​dy ni​czym har​fa, na któ​rej tyl​ko on po​tra​fił grać. A te​-
raz oka​zu​je się, że po​my​li​ła go z Gar​ret​tem, że to o nie​go cho​dzi​ło.

O jego bra​ta. Fa​ce​ta, któ​ry dziś ją po​cie​szał. Któ​ry od ty​go​dni był obiek​tem jej

po​żą​da​nia.

Fa​ce​ta, któ​re​go on, Ju​lian, naj​chęt​niej by te​raz za​mor​do​wał.
Przed ocza​mi prze​wi​ja​ły mu się sce​ny dzi​siej​sze​go dnia. Ból w oczach Mol​ly,

gdy usły​sza​ła jego spro​sto​wa​nie. Gdy do​wie​dzia​ła się, że to on ją tam​tej nocy ca​-
ło​wał i że to jego do​tyk spo​wo​do​wał, że eks​plo​do​wa​ła. Boże, wy​glą​da​ła nie​mal
na roz​cza​ro​wa​ną, że to nie był Gar​rett!

Zgrzy​tał  zę​ba​mi,  wście​kły,  że  nie  wy​ja​śnił  jej  ca​łe​go  zaj​ścia  na​stęp​ne​go  dnia

po  balu.  I  po​zwo​lił,  by  tę​sk​ni​ła  za  po​ca​łun​ka​mi  Gar​ret​ta,  pod​czas  gdy  to  były
jego  po​ca​łun​ki!  Nie​waż​ne,  że  za​bro​ni​ła  o  tym  mó​wić.  Trze​ba  było  jej  nie  słu​-
chać. Gdy​by tak zro​bił, dziś mógł​by wprost nie wy​pusz​czać jej z ob​jęć. I nie po​-
trzeb​ny był​by do tego ża​den idio​tycz​ny fał​szy​wy pre​tekst.

Mógł​by te wszyst​kie – bez​sen​ne od trzech ty​go​dni – noce spę​dzić ra​zem z nią

w łóż​ku. I to nor​mal​nie, a nie jak ja​kiś ma​niak sek​su​al​ny.

Czy ona na​praw​dę nie za​uwa​ży​ła, że on od dwu​dzie​stu lat sza​le​je na jej punk​-

cie?

Były przez te lata chwi​le, gdy chciał wy​rzu​cić ją z my​śli i ser​ca, ale to się nie

uda​wa​ło.  Okej,  więc  ją  w  koń​cu  po  pi​ja​ku  po​ca​ło​wał,  a  po​tem  nie  wy​pro​wa​dził
jej z błę​du. To było nie​grzecz​ne? A moż​na się było po nim spo​dzie​wać cze​goś in​-
ne​go? Ona też nie jest bez winy. Mo​gła mu wy​znać, że ca​ło​wa​ła się z jego bra​-
tem. Czy że tak się jej przy​naj​mniej wy​da​wa​ło.

Obo​je za​cho​wa​li się głu​pio. I te​raz czu​ją się głu​pio.
Wście​kły, udrę​czo​ny i znie​sma​czo​ny rzu​cił się na łóż​ko. Czuł się bez​sil​ny. Za​ło​-

żył  spodnie  od  pi​ża​my,  wszedł  pod  koł​drę,  ale  sen  nie  przy​cho​dził.  Ju​lian  prze​-
wra​cał się z boku na bok.

background image

Może po​wi​nien był jej po​wie​dzieć? Ale czym tu się chwa​lić? Po​ca​łu​nek po pi​ja​-

ku… Le​piej było o nim za​po​mnieć i da​lej me​to​dycz​nie re​ali​zo​wać swój plan.

Bo prze​cież te​raz z ca​łe​go pla​nu nici, praw​da?
Nie,  on  tego  nie  wy​trzy​ma.  Siła  spo​ko​ju,  tak  go  prze​cież  na​zy​wa​ją.  Tak,  ale

nie wte​dy, gdy cho​dzi o Mol​ly. Ona jest jego pię​tą Achil​le​sa. Ale też źró​dłem naj​-
więk​szej siły. Wszyst​ko, co w ży​ciu osią​gnął, za​wdzię​cza tej nie​zwy​kłej mie​dzia​-
no​wło​sej dziew​czy​nie i de​ter​mi​na​cji, by po​ka​zać ro​dzi​nie, że jest jej wart.

Od​rzu​cił  koł​drę  i  za​czął  się  prze​cha​dzać  po  miesz​ka​niu.  Świa​tło  księ​ży​ca

wdzie​ra​ło się przez okna sa​lo​nu.

Drzwi  do  sy​pial​ni  Mol​ly  były  uchy​lo​ne.  Po​cze​kał  chwi​lę,  po  czym  pchnął  je

z ca​łej siły.

Łóż​ko było pu​ste. A więc nie no​cu​je tu. Prze​szu​kał całe miesz​ka​nie, cen​ty​metr

po cen​ty​me​trze. Bez re​zul​ta​tu. Ani śla​du Mol​ly.

Ser​ce  ło​mo​ta​ło  mu,  jak​by  chcia​ło  wy​sko​czyć  z  pier​si.  Na​ci​snął  gu​zik  win​dy.

Spraw​dzi jesz​cze pod​da​sze. Nie po​tra​fił opa​no​wać go​ni​twy my​śli. Ich kon​klu​zja
była jed​na: Ona ode​szła, ode​szła, ode​szła. Zo​sta​wi​ła cię, ty idio​to!

Gdy jed​nak win​da pod​je​cha​ła wy​żej i otwo​rzy​ły się jej drzwi, Ju​lian uj​rzał Mol​-

ly.

Le​ża​ła na mar​mu​ro​wej po​sadz​ce jego no​we​go biu​ra ubra​na tyl​ko w ob​szer​ną

roz​pi​na​ną ko​szu​lę. Spa​ła z dłoń​mi pod le​wym po​licz​kiem, a jej wło​sy two​rzy​ły na
pod​ło​dze wiel​ką pla​mę czer​wie​ni. Na​pa​wał się tym wi​do​kiem. Wi​do​kiem ko​bie​-
ty, któ​rą ko​chał całe ży​cie, od pierw​sze​go spo​tka​nia.

Boże, prze​cież nie po​win​na spać na pod​ło​dze. Na​le​ży się jej przy​zwo​ite łóż​ko,

po​dusz​ki, je​dwab​na po​ściel. I ko​cha​ją​cy męż​czy​zna u boku. Mi​łość, któ​rą bę​dzie
mo​gła wy​ra​żać w każ​dym ze swo​ich ob​ra​zów.

Przy​klęk​nął obok. Boże, ona jest tak pięk​na, aż bolą oczy. Na przed​ra​mie​niu

ma  smu​gę  zie​lo​nej  far​by.  Mu​siał  się  po​wstrzy​mać,  by  jej  nie  ze​trzeć.  Ręką,
a jesz​cze le​piej usta​mi.

Wo​kół śpią​cej wa​la​ły się tub​ki po far​bach. Prze​niósł wzrok na ścia​nę i zdał so​-

bie spra​wę, że Mol​ly usi​ło​wa​ła do​koń​czyć ma​lo​wa​nie. Ser​ce mu się ści​snę​ło.

A więc chce odejść. Na do​bre.
Wła​śnie te​raz, gdy jego fir​ma JJG En​ter​pri​ses ma za kil​ka dni otwo​rzyć biu​ro

i  przy​jąć  pierw​szych  pra​cow​ni​ków.  Te​raz,  gdy  za​czął  się  oswa​jać  z  jej  sta​łą
obec​no​ścią. Kie​dy oży​wi​ła pu​ste ścia​ny.

Chce  odejść,  gdy  on  jest  o  krok  od  speł​nie​nia  jed​ne​go  ze  swych  ma​rzeń  –

otwar​cia wła​snej fir​my, i gdy jest go​tów sku​pić się na na​stęp​nym ma​rze​niu. Na
dzie​le​niu z Mol​ly resz​ty ży​cia.

Po​gła​dził  ją  po  po​licz​ku,  a  ona  wes​tchnę​ła,  za​to​pio​na  we  śnie,  od​prę​żo​na.

Wziął ją na ręce i za​niósł do win​dy. Była lek​ka jak piór​ko i cie​pła jak kur​cząt​ko.
Kie​dy  jed​nak  ci​chy  gong  win​dy  za​sy​gna​li​zo​wał  do​tar​cie  na  po​ziom  miesz​ka​nia,
cia​ło Mol​ly od​zy​ska​ło swój cię​żar. Jej dłu​gie ciem​no​zło​te rzę​sy za​trze​po​ta​ły.

Ich  spoj​rze​nia  spo​tka​ły  się.  Jej  było  tę​sk​ne,  ro​ze​spa​ne.  Ju​lian  na​piął  mię​śnie

i mo​dlił się, by nie przy​wi​ta​ła go sło​wa​mi: „Na​tych​miast mnie puść”.

background image

Wzmoc​nił uścisk, przy​go​to​wa​ny na naj​gor​sze. Jed​nak Mol​ly nie krzy​cza​ła, nie

wierz​ga​ła, nie żą​da​ła, by ją po​sta​wić na zie​mi. Za​miast tego przy​war​ła do nie​go
moc​niej i za​czę​ła ci​chut​ko łkać.

– Mol​ly, Mol​ly, tak mi przy​kro. Nie płacz, pro​szę – szep​tał prze​ra​żo​ny. – Prze​-

pra​szam cię, nie po​wi​nie​nem…

– Nie, Ju​les, to ja cię prze​pra​szam. Nie​po​trzeb​nie się unio​słam. Ja… Taka je​-

stem g-głu​pia. Po​win​nam była cię roz​po​znać. Wie​dzieć, że to ty.

Ju​lian  miał  opi​nię  twar​dzie​la  i  ko​za​ka,  ale  wi​dok  pła​czą​cej  Mol​ly  go  prze​ra​-

stał. Idąc za gło​sem in​stynk​tu, za​niósł ją do swo​jej sy​pial​ni. Przy​siadł na brze​gu
łóż​ka i tu​lił jej drżą​ce cia​ło.

– Wy​bacz mi, po​wi​nie​nem był od razu ci się przy​znać i prze​pro​sić – mó​wił, gła​-

dząc dło​nią jej ple​cy.

– Nie, nie, to moja wina – upie​ra​ła się, do​słow​nie pa​rząc mu od​de​chem gar​dło.

– Jak mo​głam nie wie​dzieć, nie zda​wać so​bie spra​wy? Z po​cząt​ku my​śla​łam, że
to ty. Ale po​tem ten pier​ścień… Dla​cze​go mi nie po​wie​dzia​łeś, że go no​sisz?

– Ko​cha​nie, by​łem pe​wien, że mnie po​zna​łaś. Że re​agu​jesz tak na piesz​czo​ty,

bo my​ślisz, że to ja. Chcia​łem na​wet wte​dy z po​cząt​ku opu​ścić ta​ras, ale za​wo​ła​-
łaś mnie, pa​mię​tasz?

Te​raz, tu​ląc jej cie​płe i bez​bron​ne cia​ło, miał po​dob​ne od​czu​cia co tam, na ta​-

ra​sie,  gdy  ona  naj​wi​docz​niej  była  spra​gnio​na  jego  do​ty​ku.  Chciał  ją  chro​nić,
ubie​gać się o nią, uczy​nić ją swo​ją, ko​chać ją. Spra​wić, by już ni​g​dy na​wet nie
po​my​śla​ła o in​nym męż​czyź​nie.

Trzy​mał w dło​niach jej twarz, ko​ły​sał le​ciut​ko i ocie​rał jej łzy opusz​kiem pal​ca.
– Skąd ci przy​szedł do gło​wy ten Gar​rett, Mol​ly? Nie wi​dzisz, jak ja na cie​bie

pa​trzę? Jak bar​dzo cię pra​gnę? Wszy​scy wo​kół zdą​ży​li już to za​uwa​żyć, a ty nie?
Czy  na​praw​dę  uwie​rzy​łaś,  że  do​po​mo​gę  ja​kie​mu​kol​wiek  fa​ce​to​wi  cię  zdo​być?
Prze​cież całe ży​cie dą​ży​łem do tego, że​byś była moja!

Spoj​rza​ła na nie​go ocza​mi roz​sze​rzo​ny​mi zdu​mie​niem, jak​by rze​czy​wi​ście do​-

pie​ro te​raz do​tar​ło do niej, że jej pra​gnie. Po​ło​ży​ła mu rękę na kar​ku i po​ca​ło​-
wa​ła go. Le​ciut​ko.

– Ko​cham cię. Umar​ła​bym, gdy​bym mia​ła cię stra​cić. Już ra​czej da​ła​bym so​bie

od​rą​bać rękę. Wolę nie móc ma​lo​wać, niż żyć bez cie​bie – szep​ta​ła go​rącz​ko​wo.

Przy​ci​snę​ła war​gi do jego ust, a Ju​lian po​czuł coś w ro​dza​ju wstrzą​su. Na​prę​-

żył się, ser​ce za​czę​ło bić jak sza​lo​ne. Na​ra​sta​ło w nim po​żą​da​nie.

Mol​ly cof​nę​ła twarz. Jej oczy błysz​cza​ły jak dwie la​tar​nie. Nie po​tra​fi​ła ukryć

pra​gnie​nia. Ju​les klęk​nął.

– Chcesz mnie? – wy​krztu​sił po dłuż​szej chwi​li, gdy nie mógł wy​do​być z sie​bie

gło​su, trzy​ma​jąc w dło​niach jej twarz.

War​gi  drża​ły  mu  od  jej  po​ca​łun​ków.  Chciał  ją  wy​kraść,  ocza​ro​wać,  zdo​być,

splą​dro​wać. Ona musi być jego. Tyl​ko jego. Nie chce już żyć bez niej. Ani se​kun​-
dy dłu​żej.

– Chcesz mnie, Mol​ly? – po​wta​rzał szep​tem. – Chcesz być ze mną?
Pal​ca​mi ob​jął jej bio​dra i przy​cią​gnął ją moc​niej.

background image

Ski​nę​ła gło​wą, roz​pacz​li​wie wal​cząc o od​dech.
– Mu​szę cię ca​ło​wać, do​ty​kać, ko​chać się z tobą – mó​wił, ukła​da​jąc ją na ple​-

cach i ob​ser​wu​jąc.

Szyb​ko wnik​nął ję​zy​kiem w jej go​rą​ce usta. Po​czuł na​głą roz​kosz, pod​dał się

emo​cjom.

Była  mu  zna​jo​ma,  bli​ska,  a  jed​no​cze​śnie  eg​zo​tycz​na.  Upoj​na  i  eks​cy​tu​ją​ca.

Tyle wspo​mnień dzie​ciń​stwa i mło​do​ści – li​za​nie pod koł​drą tego sa​me​go li​za​ka,
wspól​ne  opie​ka​nie  pian​ki  cu​kro​wej  nad  pal​ni​kiem,  włó​cze​nie  się  po  mu​ze​ach,
pierw​sze do​bre wino, wy​pra​wa do Mo​na​ko. Tak, to wszyst​ko ona. Mol​ly.

Jego uko​cha​na ży​wio​ło​wa Mol​ly. Ko​cha ją prze​cież, pra​wie od​kąd żyje na tym

świe​cie.

Na​pro​wa​dził  ją  de​li​kat​nie  na  to,  by  no​ga​mi  oplo​tła  jego  bio​dra.  I  wte​dy  ona

na​gle  go  do​sia​dła.  Nie​mal  nic  nie  wa​ży​ła,  ale  była  roz​pa​lo​na.  Gła​ska​ła  jego
wspa​nia​łą mu​sku​la​tu​rę, mru​cząc:

– Prze​pra​szam, Ju​les, za to, co mi się wy​rwa​ło.
– Ciii, ja też cię prze​pra​szam. Po pro​stu wy​bacz​my so​bie. Je​steś moja, Mol​ly.

Już się nie mogę do​cze​kać, żeby w cie​bie wejść. – Igrał z jej ję​zy​kiem. Znie​ru​-
cho​mia​ła, wi​dząc jego erek​cję, po​tem za​czę​ła się za​lot​nie ki​wać. Spra​wia​ło mu
to bo​le​sną roz​kosz.

Za​czął roz​pi​nać jej ko​szu​lę, ona po​sta​no​wi​ła go w tym wy​rę​czyć. Miał wol​ne

ręce, ujął więc jej twarz w dło​nie i za​czął nią de​li​kat​nie ko​ły​sać. Koń​cem kciu​ka
pie​ścił  gór​ną  war​gę.  Ni​g​dy  do​tąd  nie  wi​dział  w  oczach  żad​nej  ko​bie​ty  ta​kie​go
po​żą​da​nia. Ta​kich emo​cji. Jej usta były so​czy​ste, na​brzmia​łe po​ca​łun​ka​mi.

Po​ło​żył ją na łóż​ku. Li​zał jej łyd​ki, ko​la​na, do​ty​kał, pa​trzył na nią. Nie mógł się

na​sy​cić jej na​go​ścią.

Chciał  ro​ze​wrzeć  jej  szczu​płe  uda,  chciał  sły​szeć,  jak  ję​czy,  dy​szy.  Wi​dzieć

i czuć, jak się pod nim wije. Chciał, by dzię​ki nie​mu za​zna​ła naj​więk​szej przy​jem​-
no​ści, jaka ist​nie​je na tym świe​cie. Wszyst​ko w nim wrza​ło, a prze​cież jesz​cze
na​wet nie za​czął prze​cho​dzić do rze​czy. Ni​g​dy nie my​ślał, że moż​na aż tak bar​-
dzo po​żą​dać ko​bie​ty. Czcić ją i wiel​bić.

Mol​ly mo​co​wa​ła się z ostat​ni​mi gu​zi​ka​mi.
– Nie mogę od​piąć tego cho​ler​stwa. Po​móż mi, Ju​les!
Za​klął  w  my​ślach  i  po​śpie​szył  z  po​mo​cą.  Nad​miar  cie​le​snej  żą​dzy  z  jed​nej,

a du​cho​we​go unie​sie​nia z dru​giej stro​ny po​wo​do​wał bo​le​sne roz​dar​cie.

Ner​wo​wo szar​pał gu​zi​ki.
– Czy to przy​pad​kiem nie jest moja sta​ra ko​szu​la?
Mol​ly przy​tak​nę​ła, a jego nic już nie po​wstrzy​ma​ło przed roz​dar​ciem tego nie​-

szczę​sne​go okry​cia. Gu​zi​ki la​ta​ły w po​wie​trzu. Jego oczom uka​za​ła się cu​dow​na
kre​mo​wa skó​ra, któ​rą naj​chęt​niej po​żarł​by na​tych​miast.

– Chcesz tak, Mol​ly? – py​tał, uj​mu​jąc war​ga​mi je​den z na​prę​żo​nych sut​ków.
Ob​ró​cił ją na bok, uło​żył się przo​dem do niej. Rę​ka​mi ujął jej po​ślad​ki i przy​-

cią​gnął ku so​bie. Cie​szył się do​ty​kiem jej pier​si.

–  Tak,  tak  chcę!  –  od​po​wia​da​ła,  od​chy​la​jąc  się  do  tyłu,  gdy  jego  ję​zyk  krą​żył

background image

wo​kół su​tek.

Nie umiał​by jej od​mó​wić, ni​g​dy. Chciał mieć pew​ność, że ona chce jego, i tyl​ko

jego. Jako czło​wie​ka, jako ko​chan​ka. I żeby ona też mia​ła tę pew​ność. Wy​glą​da​-
ło na to, że oboj​gu jest do​brze w tym łóż​ku, w któ​rym on w bez​sen​ne noce my​-
ślał tyl​ko o tym, kto śpi za ścia​ną.

Nie, te​raz już nie da się po​wstrzy​mać. Po raz pierw​szy w ży​ciu bę​dzie się za

chwi​lę ko​chał z ko​bie​tą. „Ko​chał” we wła​ści​wym tego sło​wa zna​cze​niu.

Ser​ce biło mu w ocze​ki​wa​niu tego, co ma się stać. Tego, o czym ma​rzył całe

ży​cie.  Cze​goś  prze​ło​mo​we​go,  nie​od​wra​cal​ne​go.  Po​ło​żył  Mol​ly  z  po​wro​tem  na
ple​cach, ści​ska​jąc jej cu​dow​ne uda, ca​łu​jąc dłu​go i nie​śpiesz​nie.

– Pra​gnę cię. Je​steś mi po​trzeb​na. Je​steś do​sko​na​ła w każ​dym calu. Czu​ję, jak​-

bym na​resz​cie od​na​lazł swo​je miej​sce.

– Ju​les, ja… je​stem dzie​wi​cą.
Od​dy​cha​ła cięż​ko. Do​tknę​ła jego opuch​nię​tych ust, a on uca​ło​wał ko​niu​szek jej

pal​ca.

– Ko​cha​nie, na​wet nie wiesz, co to dla mnie zna​czy – mó​wił, za​szczy​co​ny, że to

on bę​dzie dla niej tym pierw​szym. – Będę się sta​rał być ostroż​ny. Ale mu​sisz mi
mó​wić, je​śli coś bę​dzie nie tak. Och, Mol​ly, spójrz tyl​ko.

Była  te​raz  kom​plet​nie  naga.  Smu​kłe  nogi,  zgrab​ne  bio​dra  i  dwie  do​sko​na​łe

krą​gło​ści z ró​żo​wy​mi punk​ci​ka​mi, któ​re zda​wa​ły się wpa​try​wać w nie​go, jak​by
pro​sząc, by je pie​ścił aż do rana.

– Chcesz, że​bym cię da​lej ca​ło​wał? – za​py​tał, ści​ska​jąc de​li​kat​nie obie pier​si.
Mol​ly dy​go​ta​ła, a on wziął w usta je​den z sut​ków, ręką zaś się​gnął do jej brzu​-

cha i ni​żej.

– Je​steś taka wil​got​na – mruk​nął, wkła​da​jąc pa​lec tro​chę głę​biej. – Boję się, że

mogę skoń​czyć, za​nim za​cznę na do​bre.

Wy​gię​ła cia​ło, przy​ci​ska​jąc pier​si jesz​cze bar​dziej do nie​go. Ję​cza​ła ci​cho, nie​-

spo​koj​nie. Uniósł gło​wę i na​po​tkał jej nie​bie​skie spoj​rze​nie, aż cięż​kie od po​żą​-
da​nia. Prze​su​nął się w dół jej cia​ła, umie​ścił gło​wę mię​dzy jej no​ga​mi i po​ca​ło​wał
to ukry​te miej​sce. Krzyk​nę​ła i zła​pa​ła go za wło​sy.

– Prze​stań, pro​szę cię, prze​stań, bo ina​czej…
Uniósł gło​wę. Dy​szał ogar​nię​ty eks​ta​zą. Chciał, by wszyst​ko wy​pa​dło jak naj​-

le​piej, by za​pa​mię​ta​ła ten pierw​szy raz do koń​ca ży​cia. W tym celu mu​siał jed​-
nak ha​mo​wać na​tu​ral​ne re​ak​cje wła​sne​go cia​ła. Tak jak je po​wścią​gał aż do dzi​-
siej​sze​go wie​czo​ru.

– Bo ina​czej co? – spy​tał, po​cie​ra​jąc no​sem o jej no​sek. – Je​steś już go​to​wa?
Ski​nę​ła gło​wą, dy​sząc.
Chciał  te​raz  po​chło​nąć  tę  ko​bie​tę.  Na​zna​czyć  każ​dy  cen​ty​metr  jej  cia​ła.  Na

za​wsze.  Za​nu​rzy​ła  pal​ce  w  jego  wło​sach  i  ca​ło​wa​ła  jego  usta,  ko​niu​szek  nosa,
szczę​kę.

– Tak też jest do​brze, Ju​les – szep​ta​ła. – Ale chcia​ła​bym cię po​czuć w środ​ku.

Tak  bar​dzo  tego  pra​gnę​łam,  od  daw​na.  Czę​sto  się  za​sta​na​wia​łam,  jak  to  jest.
I czy ja od tego nie umrę…

background image

Wsu​nę​ła pal​ce mię​dzy ich cia​ła i do​tknę​ła jego stward​nia​łe​go człon​ka. Wzię​ła

go w dłoń, po​czu​ła się jego wła​ści​ciel​ką.

– Chcę cie​bie. I chcę jego – do​da​ła, prze​su​wa​jąc dło​nią wzdłuż pe​ni​sa.
Jego cia​ło na​prę​ży​ło się tak na​gle i bo​le​śnie, że omal nie za​klął. Chwy​cił ją za

nad​garst​ki i przy​szpi​lił jej dło​nie nad gło​wą. Po​ca​ło​wał.

– Jak jesz​cze raz zro​bisz coś ta​kie​go, mogę już nie być w sta​nie wejść w cie​bie

– ostrzegł.

– Tyl​ko nie to – jęk​nę​ła, wi​jąc się pod nim.
Był za​chwy​co​ny jej otwar​to​ścią, mile za​sko​czo​ny siłą jej po​żą​da​nia. Naj​szyb​-

ciej,  jak  tyl​ko  po​tra​fił,  wło​żył  pre​zer​wa​ty​wę.  Mol​ly  przy​glą​da​ła  się  temu  za​fa​-
scy​no​wa​na, nie dał jej jed​nak wie​le cza​su. Przy​gwoź​dził ją swym cię​ża​rem. Nie
mógł się już do​cze​kać.

Ona musi być moja, moja, moja.
– Chcesz, że​bym wszedł? – spy​tał, gdy ob​ję​ła no​ga​mi jego bio​dra.
– Tak, pro​szę – szep​nę​ła.
Wszedł  w  nią  po​wo​li  i  de​li​kat​nie,  po​ko​nu​jąc  mi​li​metr  po  mi​li​me​trze  opór  jej

cia​ła.

– Prze​pra​szam, spra​wiam ci ból – mó​wił, pa​trząc, jak Mol​ly leży nie​ru​cho​mo

pod nim z sze​ro​ko otwar​ty​mi ocza​mi. – Sta​raj się nie sta​wiać opo​ru, za​ufaj mi –
szep​tał, co​fa​jąc się co ja​kiś czas, by po​pie​ścić jej pier​si i spra​wić, by się roz​luź​-
ni​ła. – Od​daj mi się, Mol​ly. Bądź moja.

Pie​ścił pal​cem jej łech​tacz​kę. Stop​nio​wo za​nu​rzał się w niej co​raz głę​biej. Nie​-

ocze​ki​wa​nie Mol​ly unio​sła bio​dra i w tym mo​men​cie on wy​dał z sie​bie krzyk roz​-
ko​szy, a ona jęk bólu i za​sko​cze​nia. Wszyst​ko na​raz. Po​tem gwał​tow​nie uci​chli
i za​mar​li w cał​ko​wi​tym ze​spo​le​niu. On pul​so​wał w niej, ona szczel​nie otu​la​ła go
swo​im cia​łem.

Za​czął się wy​co​fy​wać, ca​łu​jąc ją w usta.
– Leż spo​koj​nie, ko​cha​nie – szep​tał. – Nie chciał​bym ci spra​wić bólu.
– Te​raz jest już okej, Ju​lian – uspo​ko​iła go. – Rób tak da​lej.
– Na​wet nie wiesz, Mol​ly, co ty ze mną wy​pra​wiasz – po​skar​żył się.
Po​ru​szał się w niej na​dal, po​wo​li i de​li​kat​nie, aż do chwi​li, gdy za​mknę​ła oczy

i wy​da​ła z sie​bie nie​kon​tro​lo​wa​ny jęk, a pa​znok​cia​mi bez​wied​nie za​czę​ła dra​pać
jego ple​cy.

Otwo​rzy​ła oczy i pa​trzy​ła, jak ją ob​ser​wu​je. Chcia​ło się jej krzy​czeć, pła​kać.

Czu​ła, że od​la​tu​je, umie​ra. Roz​kosz po​zwo​li​ła za​po​mnieć o nie​daw​nym bólu.

Ju​lian  wpa​try​wał  się  w  nią  z  pa​sją,  jak​by  miał  ją  po​żreć  żyw​cem.  Gła​dził  jej

skó​rę, pie​ścił pier​si. Do​ty​kiem ję​zy​ka przy​wra​cał do ży​cia każ​dy ka​wa​łek jej cia​-
ła. Po​wta​rzał w kół​ko, że ją uwiel​bia, pra​gnie jej, ko​cha na za​bój.

Ona też go pra​gnę​ła. Chcia​ła Ju​lia​na Joh​na Gage’a tyl​ko dla sie​bie.
Obo​je po​czu​li, że są jed​ną i tą samą isto​tą.

Nie mo​gli się sobą na​sy​cić, cią​gle im było mało.
Po za​le​d​wie dwóch go​dzi​nach drzem​ki Mol​ly przy​ła​pa​ła Ju​lia​na na tym, że jego

background image

gło​wa zjeż​dża po​dej​rza​nie ni​sko, a pal​ce znów gme​ra​ją mię​dzy jej roz​rzu​co​ny​mi
uda​mi. Miauk​nę​ła ci​cho i z re​zy​gna​cją opar​ła gło​wę o po​dusz​kę.

Cała za​ba​wa za​czę​ła się od po​cząt​ku. Tym ra​zem do​pro​wa​dził ją do szczy​to​-

wa​nia za po​mo​cą ję​zy​ka.

Po  na​stęp​nej  go​dzi​nie  znów  coś  ją  obu​dzi​ło.  Mia​ła  wra​że​nie,  że  w  łóż​ku,

oprócz  ich  dwoj​ga,  znaj​du​je  się  jesz​cze  coś.  W  po​szu​ki​wa​niu  tego  cze​goś  na​-
tknę​ła się na jego na​brzmia​łe przy​ro​dze​nie. Za​mar​ła, ale to nic nie dało. Ju​lian
zdą​żył się obu​dzić, mruk​nął coś i uniósł twarz w po​szu​ki​wa​niu jej ust. Tym ra​-
zem wszedł w nią, gdy obo​je le​że​li na boku i – po​sił​ku​jąc się słod​ki​mi słów​ka​mi –
do​pro​wa​dził Mol​ly do or​ga​zmu.

Roz​ba​wie​ni wzię​li wspól​ny prysz​nic, po czym wró​ci​li do łóż​ka. O pią​tej nad ra​-

nem,  gdy  przez  za​sło​ny  za​czę​ły  się  prze​dzie​rać  pierw​sze  pro​mie​nie  świa​tła,
Mol​ly  znów  obu​dzi​ła  się  w  ob​ję​ciach  Ju​lia​na.  Nie  mo​gła  już  za​snąć.  Drża​ła  na
ca​łym cie​le i mru​cza​ła za​do​wo​lo​na. Nie po​tra​fi​ła się po​wstrzy​mać. Do​ty​ka​ła go,
ca​ło​wa​ła, za​cze​pia​ła. Wdy​cha​ła świe​ży za​pach jego skó​ry umy​tej my​dłem o woni
drew​na san​da​ło​we​go.

– Ju​les, śpisz? – nie wy​trzy​ma​ła w koń​cu.
– Już nie – szep​nął pół​przy​tom​nie.
Było to nie​by​wa​le sek​sow​ne.
– Ja cią​gle je​stem goła – stwier​dzi​ła pro​wo​ku​ją​co, sia​da​jąc na łóż​ku.
– Do​my​ślam się, o co ci cho​dzi, Molls – mruk​nął po​waż​nie, otwie​ra​jąc oczy.
Za​nim zdo​ła​ła się zo​rien​to​wać, prze​wró​cił ją na ple​cy i z po​mru​kiem god​nym

lwa za​czął ją tor​tu​ro​wać ła​skot​ka​mi. Śmia​ła się i pisz​cza​ła.

– Prze​stań, wiesz, że tego nie​na​wi​dzę! – krzy​cza​ła hi​ste​rycz​nie.
Nie  po​słu​chał  jej  i  ta  męka  trwa​ła  jesz​cze  do​bre  pół  mi​nu​ty.  W  koń​cu  obo​je

bez tchu, ro​ze​śmia​ni, opa​dli na po​dusz​ki.

– Je​steś pew​na? – za​py​tał, ca​łu​jąc ją na dzień do​bry. – Nie chciał​bym, żeby cię

znów bo​la​ło.

– Tak, je​stem.
– Pa​trz​cie, pa​trz​cie, jaki z mo​jej ma​łej Mol​ly nie​na​sy​co​ny dia​be​łek! – Uśmiech​-

nął się swo​im gry​ma​sem głod​ne​go wil​ka.

Znów za​czął draż​nić jej sut​ki i tym ra​zem było to już trud​ne do znie​sie​nia.
– Dzię​ku​ję ci za ten dar – szep​tał, wę​dru​jąc usta​mi od jed​nej pier​si do dru​giej.

– Cały czas ży​łem w stra​chu, że ktoś mi sprząt​nie cie​bie sprzed nosa. A tak bar​-
dzo cię pra​gną​łem.

To nie​ocze​ki​wa​ne, nie​co chro​pa​we wy​zna​nie po​dzia​ła​ło na nią jak na​głe włą​-

cze​nie świa​tła. Wtu​li​ła się gwał​tow​nie w jego ra​mio​na. Jego go​rą​cy mo​kry ję​zyk
wy​pra​wiał nie​sa​mo​wi​te rze​czy.

– Och, Ju​les, nie rób tego, chy​ba że… no wiesz…
– Tak, wiem – mruk​nął jej wprost do ucha. – Mam cię, złot​ko.
Mol​ly od​wró​ci​ła się i po​ca​ło​wa​ła go, po​cząt​ko​wo le​ni​wie, po​tem z wiel​ką za​-

bor​czo​ścią.

– O nie – po​wie​dzia​ła z pew​nym za​kło​po​ta​niem. – Te​raz moja ko​lej. Za​mę​czę

background image

cię.

Ka​za​ła  mu  się  po​ło​żyć  na  wznak,  a  on  le​żał  po​słusz​nie.  Po​że​ra​ła  wzro​kiem

jego wspa​nia​le zbu​do​wa​ne cia​ło. Po​ło​żył so​bie ręce pod gło​wą i ła​ska​wie po​zwa​-
lał się do​ty​kać i roz​piesz​czać, ni​czym ja​kiś suł​tan. A jej ręce błą​dzi​ły po im​po​nu​-
ją​cej mu​sku​la​tu​rze jego pier​si, aż do​tar​ły do sed​na spra​wy.

Z tru​dem obej​mo​wa​ła jego oka​za​łą mę​skość.
– Chcę cię tam po​ca​ło​wać, Ju​les – oświad​czy​ła, jak​by cho​dzi​ło o po​li​za​nie li​za​-

ka.

–  To  prze​stań  ga​dać  i  przejdź  do  rze​czy  –  od​parł.  Oczy  mu  po​ciem​nia​ły,  noz​-

drza roz​sze​rzy​ły.

– Czy tak? – spy​ta​ła ostroż​nie, skła​da​jąc czu​ły po​ca​łu​nek na sa​mym czub​ku.
Ni​g​dy  nie  za​po​mni  pul​su​ją​ce​go  bla​sku,  jaki  wte​dy  do​strze​gła  w  jego  oczach.

Po​ru​szył bio​dra​mi, ręce sta​rał się jed​nak trzy​mać przy so​bie.

– Do​brze, Ju​les? Tak jak lu​bisz? A może…?
–  O  tym  ma​rzy​łem  całe  ży​cie  –  od​rzekł  chro​po​wa​tym  gło​sem.  –  Co​dzien​nie.

Rano,  w  po​łu​dnie  i  wie​czo​rem.  A  ty?  Też  o  mnie  my​śla​łaś?  –  spy​tał,  wpla​ta​jąc
pal​ce w jej wło​sy.

– Tak bar​dzo, że na​wet nie spoj​rza​łam na żad​ne​go fa​ce​ta, Ju​les – wy​szep​ta​ła

mu pro​sto w usta.

Po​czu​ła, jak po tych sło​wach jego cia​łem wstrzą​snął dreszcz.
– Ja my​śla​łem o to​bie co​dzien​nie. Nie mó​wiąc już o no​cach.
– Chcę cię znów po​czuć w so​bie – oświad​czy​ła.
Bo musi się prze​ko​nać, że to wszyst​ko dzie​je się na​praw​dę. Bo trud​no uwie​-

rzyć, że fa​cet o tak obłęd​nym cie​le może pra​gnąć dziew​czy​ny tak zwy​czaj​nej jak
ona. Może tak na nią pa​trzeć. Że ten jej bo​ha​ter, przy​ja​ciel i ulu​bie​niec jest jed​-
no​cze​śnie jej ko​chan​kiem.

Sta​rał się nie spra​wić jej bólu, a ją za​la​ła fala mi​ło​ści, po​żą​da​nia i wszyst​kie​go,

cze​go za​wsze pra​gnę​ła za​znać. Po la​tach bli​sko​ści na​resz​cie tra​fi​ła w uko​cha​ne
ra​mio​na.

Znów po​szła za nim na skraj prze​pa​ści.
Po  go​dzi​nie  le​że​li  splą​ta​ni  w  łóż​ku  i  wspo​mi​na​li  swo​je  na​sto​let​nie  przy​go​dy.

Gdy Mol​ly w koń​cu uda​ło się za​snąć, była to naj​szczę​śliw​sza drzem​ka jej ży​cia.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Słoń​ce wdzie​ra​ło się już na ca​łe​go do sy​pial​ni, gdy Mol​ly za​ry​zy​ko​wa​ła otwo​-

rze​nie naj​pierw jed​ne​go, po​tem dru​gie​go oka. Stwier​dziw​szy, że mi​nę​ła już dzie​-
sią​ta, jęk​nę​ła sen​nie i za​czę​ła się prze​cią​gać. Sta​ra​ła się przy tym nie do​tknąć
Ju​lia​na.

Jego jed​nak nie było już w łóż​ku. Na po​dusz​ce zna​la​zła kar​tecz​kę.
„Dzień do​bry, Pi​cas​so.
Przyj​dziesz  do  mnie  na  górę?  Fir​ma  star​tu​je  w  po​nie​dzia​łek  i  mu​szę  spraw​-

dzić, czy wszyst​ko jest go​to​we. Mam na​dzie​ję, że nie bę​dziesz mi mia​ła za złe
dru​gie​go ko​mu​ni​ka​tu, któ​ry zo​sta​wi​łem ci w in​nym miej​scu. Twój Ju​lian”.

Dru​gi  ko​mu​ni​kat  od​na​la​zła  nie​mal  na​tych​miast.  Za​uwa​ży​ła  coś  na  swo​im  le​-

wym po​ślad​ku. Po​de​szła do lu​stra, by prze​czy​tać na​ma​lo​wa​ne tam przez Ju​lia​na
trzy li​te​ry: JJG. A więc ozna​ko​wał ją jak kro​wę. Z tym, że użył do tego jej wła​-
snej far​by.

Omal  nie  po​pła​ka​ła  się  ze  śmie​chu.  Pierw​szy  raz  w  ży​ciu  obu​dzi​ła  się  w  tak

zna​ko​mi​tym  hu​mo​rze.  Nie  ro​zu​mia​ła,  jak  mo​gła  prze​żyć  do​tych​cza​so​we  ży​cie
obok  tego  czło​wie​ka  i  nie  za​uwa​żyć  bra​ku  wszyst​kie​go,  co  dziś  sta​ło  się  jej
udzia​łem.

Wy​glą​da​ło na to, że mi​nio​nej nocy Ju​lian otwo​rzył spe​cjal​ne pu​deł​ko, w któ​rym

gro​ma​dzi​li i ukry​wa​li przez lata swo​je uczu​cia. Te​raz te uczu​cia do​słow​nie roz​-
sa​dza​ły jej pierś.

Wzię​ła  prysz​nic,  owi​nę​ła  się  ręcz​ni​kiem  i  po​dą​ży​ła  w  stro​nę  sza​fy,  żeby  wy​-

brać  coś  do  ubra​nia.  Zde​cy​do​wa​ła  się  na  krót​ką,  bia​łą,  dżin​so​wą  spód​nicz​kę
i ko​ron​ko​wą bia​łą bluz​kę. Zro​bi​ła kawę i za​wi​nę​ła w ser​wet​kę dwa pod​grza​ne
w pie​cy​ku ro​ga​li​ki. Za​nio​sła to do win​dy.

Mo​gła​by to ro​bić co​dzien​nie. To bar​dzo wy​god​ne, gdy mąż ma biu​ro w tym sa​-

mym domu, w któ​rym miesz​ka​cie. Mo​że​cie krą​żyć tam i z po​wro​tem. Spo​ty​kać
się  mię​dzy  waż​ny​mi  po​sie​dze​nia​mi,  ca​ło​wać  się  do  upa​dłe​go.  Od  sa​me​go  wy​-
obra​ża​nia so​bie ta​kie​go ży​cia za​ró​żo​wi​ły się jej po​licz​ki.

Za​nie​mó​wi​ła na wi​dok tego, co zo​ba​czy​ła na gó​rze. Miej​sce prze​szło grun​tow​-

ną prze​mia​nę. Nie za​uwa​ży​ła tego wie​czo​rem, tak bar​dzo była po​chło​nię​ta pra​-
cą nad mu​ra​lem. Lśnią​ca mar​mu​ro​wa po​sadz​ka, chro​mo​wa​ne lam​py, no​wiut​kie
biur​ka i kom​pu​te​ry. Na​tknę​ła się na punkt re​cep​cyj​ny, w tle któ​re​go jej ko​lo​ro​wy
mu​ral ra​do​śnie wi​tał go​ści.

Ma​lo​wi​dło wy​ma​ga​ło jesz​cze do​pra​co​wa​nia, ale przede wszyst​kim chcia​ła uj​-

rzeć Ju​lia​na. Po​czu​ła mro​wie​nie na samą myśl o tym, że za chwi​lę on ją po​ca​łu​je,
a ona po​czu​je bli​skość krzep​kie​go bar​czy​ste​go cia​ła.

Do​bie​gły ją ja​kieś gło​sy. Ktoś się z kimś kłó​cił.

background image

Obe​szła wy​sta​ją​cy ka​wa​łek ścia​ny i zo​ba​czy​ła Ju​lia​na. Miał na so​bie spodnie

kha​ki,  któ​re  za​zwy​czaj  wkła​dał  w  week​en​dy,  ale  w  jego  po​sta​wie  nie  dało  się
wy​czuć cha​rak​te​ry​stycz​ne​go dla week​en​du re​lak​su.

Wte​dy do​strze​gła dru​gą oso​bę. To był Gar​rett.
Za​mar​ła.
Ju​lian wy​glą​dał na wście​kłe​go. Noz​drza mu drga​ły, pal​ce ści​skał ja​kiś dziw​ny

skurcz. Jak​by się przy​mie​rzał do du​sze​nia ko​goś.

Okej.  Nie  o  ta​kim  po​ran​ku  ma​rzy​ła  pod  prysz​ni​cem.  O  co  im  po​szło?  I  co  tu

robi Gar​rett? Prze​cież nic nie wie o no​wej fir​mie Ju​lia​na…

Za​raz, za​raz… O nie. Nie​ee!
Te​raz  już  nie  mia​ła  wąt​pli​wo​ści,  cze​go  do​ty​czy  spór  obu  dżen​tel​me​nów.  Jej

wła​sne sło​wa wró​ci​ły do niej ry​ko​sze​tem. Ni​czym klą​twa.

„Nikt nie jest w sta​nie pra​co​wać, gdy go cią​gle kry​ty​ku​ją. Do​brze, że się zde​-

cy​do​wał”.

O nie, tyl​ko nie to!
Jej wzmian​ka o tym, że Ju​lian opusz​cza ro​dzin​ną fir​mę, prze​stra​szy​ła wczo​raj

Gar​ret​ta nie na żar​ty.

Mol​ly za​chwia​ła się i po​pa​rzy​ła kawą. Syk​nę​ła z bólu, a męż​czyź​ni od​wró​ci​li

się w jej kie​run​ku. Spoj​rza​ła na Gar​ret​ta, in​stynk​tow​nie uni​ka​jąc wzro​ku Ju​lia​-
na.

Nie chcia​ła wi​dzieć, jak się zło​ści. Spę​dzi​li wszak ra​zem tak cu​dow​ną hip​no​-

tycz​ną  noc.  Prze​cież  nie  po​wi​nien  być  bar​dzo  zły.  Jest  ogól​nie  wy​lu​zo​wa​nym
czło​wie​kiem. Za​raz bę​dzie się z tego śmiał. Nie zdra​dzi​ła chy​ba żad​ne​go wiel​-
kie​go se​kre​tu?

A może jed​nak? A je​śli…?
– Nie wie​dzia​łam, Ju​les, że mamy go​ścia. – Usi​ło​wa​ła się uśmiech​nąć.
– Mnie też trud​no w to uwie​rzyć, bo to ty spra​wi​łaś, że się tu zja​wił.
Jego głos był dziw​nie mięk​ki, ja​kiś taki śli​ski i ra​czej chłod​ny. Mol​ly po​czu​ła na

kar​ku gę​sią skór​kę.

–  Ju​les  –  za​czę​ła  nie​pew​nie  –  ja  go  nie  za​pra​sza​łam.  Gar​rett,  może  chcesz

moją kawę, sko​ro już tu je​steś?

Da​ła​by wie​le, by to nie dzia​ło się na​praw​dę. Chcia​ła za​cza​ro​wać ten po​ra​nek,

żeby był bar​dziej po​dob​ny do tego, któ​ry so​bie wy​ma​rzy​ła. A je​śli Gar​rett weź​-
mie od niej kawę, Ju​lian może się​gnie po tę dru​gą. Po​tem po​czę​stu​ją się ro​ga​li​-
ka​mi i ja​koś pój​dzie…

– Przy​nio​słaś kawę uko​cha​ne​mu, Mol​ly? – szy​dził Ju​lian. – Szko​da, bo on wła​-

śnie wy​cho​dzi. Praw​da, bra​cisz​ku?

Spo​dzie​wa​ła się, że te​raz Ju​lian ob​ró​ci wszyst​ko w żart. To jed​nak nie na​stą​pi​-

ło.

– O czym ty, do cho​le​ry, mó​wisz? – wy​buch​nął Gar​rett.
Mol​ly pa​trzy​ła na nie​chcia​ne kub​ki z kawą. Czyż​by Ju​lian za​mie​rzał za​ba​wić

się kosz​tem jej głu​po​ty? Ujaw​nić, że po​my​li​ła obu bra​ci? A może wie​rzy w jej mi​-
łość do Gar​ret​ta?

background image

Ręce jej drża​ły, gdy sta​wia​ła kawę i ro​ga​li​ki na naj​bliż​szym biur​ku. Fakt, nie​-

po​trzeb​nie  się  wy​ga​da​ła.  Naj​ła​twiej  by​ło​by  uciec  te​raz  w  hi​ste​rię,  ale  mu​sia​ła
mieć na uwa​dze, by przede wszyst​kim nie wy​rzą​dzić szko​dy Ju​lia​no​wi i jego po​-
czy​na​niom.

Mu​szą dać jej tro​chę cza​su, a ona wszyst​ko wy​ja​śni. Tyl​ko kil​ka mi​nut.
– Ga​dasz coś bez sen​su – cią​gnął Gar​rett, po czym zwró​cił się do Mol​ly. – Dzię​-

ki za wczo​raj​sze spo​tka​nie i za to, że nas o tym wszyst​kim po​wia​do​mi​łaś.

Za​mu​ro​wa​ło ją. Nie spo​dzie​wa​ła się, że Gar​rett po​wie to w obec​no​ści Ju​lia​na.

Nie mo​gła uwie​rzyć, że wszyst​ko po​sy​pa​ło się tak bły​ska​wicz​nie.

Mia​ła ocho​tę chlu​snąć w Gar​ret​ta kawą. Za karę, że ze​psuł tak cu​dow​nie za​-

po​wia​da​ją​cy się po​ra​nek. Te​raz Ju​lian uwa​ża ją za szpie​ga i do​no​si​ciel​kę.

Aby nie mu​sieć od​po​wia​dać, uda​wa​ła, że jest bar​dzo za​ję​ta usu​wa​niem kawy,

któ​ra wy​la​ła się jej na nad​gar​stek. Gar​rett dzię​ko​wał jej w do​brej wie​rze, była
na​wet w jego gło​sie odro​bi​na cie​pła, ale to nie zmie​nia​ło fak​tu, że ją wko​pał.

Te​raz Ju​lian bę​dzie uwa​żał, że ona szyb​ciej mówi, niż my​śli.
– Za​sta​nów się, za​nim zro​bisz jesz​cze ja​kieś więk​sze głup​stwo. – Gar​rett wes​-

tchnął, zwra​ca​jąc się do Ju​lia​na, po czym skie​ro​wał się do win​dy.

Mol​ly zro​bi​ła po​rzą​dek z reszt​ką wy​la​nej kawy i po​czu​ła na​gły przy​pływ ener​-

gii. Czym się te​raz za​jąć? Sko​ki ze spa​do​chro​nem? Ka​ja​kar​stwo gór​skie? Wspi​-
nacz​ka na Mo​unt Eve​rest?

Ar​ty​ści  są  z  na​tu​ry  nad​mier​nie  emo​cjo​nal​ny​mi  sa​mot​ni​ka​mi,  czę​sto  bez​bron​-

ny​mi wo​bec kon​flik​to​wych sy​tu​acji. Mol​ly sta​ra​ła się za​cho​wać spo​kój. Go​rącz​-
ko​wo li​czy​ła se​kun​dy, któ​re mi​nę​ły od wyj​ścia Gar​ret​ta, a w trak​cie któ​rych Ju​-
lian w mil​cze​niu się jej przy​glą​dał.

Pięć​dzie​siąt.
Wy​trzy​mał  pięć​dzie​siąt  cho​ler​nych  se​kund.  A  ona  mia​ła  ocho​tę  wejść  pod

krze​sło,  wmie​szać  się  mię​dzy  po​sta​cie  swo​je​go  mu​ra​lu  albo  po  pro​su  wyć  ile
tchu w płu​cach.

Bo  wła​śnie  do​tar​ło  do  niej,  jak  wiel​ki  błąd  po​peł​ni​ła.  Jak  bar​dzo  za​szko​dzi​ła

Ju​lia​no​wi.

On ni​ko​mu nie ufał. Tyl​ko jej. Boże, te​raz ro​dzi​na nie da mu spo​ko​ju. Będą mu

su​szyć gło​wę, by wra​cał do „Da​ily”. Tym ra​zem wpraw​dzie już nie mogą go po
pro​stu ze​słać za gra​ni​cę, jak ro​bi​li za​wsze, gdy im pod​padł, ale na pew​no zjed​-
no​czą siły, by wy​wie​rać na nie​go pre​sję.

Co ona zro​bi​ła naj​lep​sze​go?
Cze​ka​ła, aż Ju​lian się ode​zwie, a ser​ce wa​li​ło jej jak osza​la​łe. Każ​da se​kun​da

ocze​ki​wa​nia trwa​ła wie​ki.

Miał roz​pię​tą pod szy​ją ko​szu​lę, a na pal​cu zna​ny jej z balu ma​sko​we​go pier​-

ścień. Dło​nie co chwi​la za​ci​ska​ły mu się w pię​ści.

– Wsy​pa​łaś mnie przed  moim bra​tem – po​wie​dział  ła​god​nie. Za ła​god​nie. Po​-

dej​rza​nie ła​god​nie.

Wstrzy​ma​ła od​dech, czu​jąc w klat​ce pier​sio​wej na​głe ukłu​cie. Te spo​koj​ne sło​-

wa za​bo​la​ły ją tak samo, jak gdy​by na​zwał ją kłam​czu​chą, oszust​ką, idiot​ką, gdy​-

background image

by oświad​czył, że ostat​nia noc była po​mył​ką. Może na​wet bar​dziej. Bo za​wsty​-
dza​ły jesz​cze moc​niej.

Prze​cież mo​gła się tego spo​dzie​wać…
– To nie jest tak, jak my​ślisz, Ju​les – wy​ją​ka​ła, ale on miał na​dal tak nie​przy​ja​-

zną i prze​ra​ża​ją​cą minę, że wo​la​ła za​milk​nąć i wbić wzrok w pod​ło​gę.

Jego wy​pu​co​wa​ne do po​ły​sku buty zda​wa​ły się do niej przy​bli​żać.
Uniósł jej twarz i zmu​sił, by spoj​rza​ła w jego – świ​dru​ją​ce ją na wy​lot – oczy.
– Wsy​pa​łaś mnie przed moim bra​tem, Mol​ly – po​wtó​rzył. – Jak mo​głaś?
Doj​mu​ją​ce, peł​ne wy​rzu​tu spoj​rze​nie zie​lo​nych oczu spo​wo​do​wa​ło, że jej pu​sty

żo​łą​dek ści​snął się bo​le​śnie. Po​czu​ła mdło​ści.

–  Ja  nie  chcia​łam!  Tak  mi  się  wy​rwa​ło.  Wy​rwa​ło,  ro​zu​miesz?  I  co?  Bę​dziesz

mnie te​raz za to nie​na​wi​dził?

– Nie​na​wi​dził? Prze​cież ja cię ko​cham jak wa​riat, Mol​ly! I nie mogę uwie​rzyć,

że sta​nę​łaś po ich stro​nie. Prze​ciw​ko mnie.

W roz​pa​czy prze​cze​sy​wał wło​sy pal​ca​mi. Cof​nął się gwał​tow​nie, jak​by chciał

być jak naj​da​lej od tego wszyst​kie​go.

–  Chcesz  wie​dzieć,  dla​cze​go  chcia​łem  po​rzu​cić  świet​nie  pro​spe​ru​ją​cą,  war​tą

oko​ło mi​liar​da do​la​rów fir​mę, Mol​ly? Okej, po​wiem ci. Bo do​pó​ki je​stem zwią​za​-
ny z moją ro​dzi​ną, nie mogę zwią​zać się z tobą.

Pa​trzył na nią, a na jego twa​rzy ma​lo​wa​ło się coś w ro​dza​ju okru​cień​stwa. Był

na​dą​sa​ny i po​nu​ry. Jego wzrok mógł​by za​bi​jać.

– Wte​dy, kie​dy przy​szłaś pro​sić mnie o po​moc w zdo​by​ciu in​ne​go fa​ce​ta… Tego

dnia po​my​śla​łem: „Dość. Do dia​bła z całą tą moją ro​dzi​ną”. Po​sta​no​wi​łem, że nie
po​zwo​lę, żeby na​dal nisz​czy​li moje ży​cie, żeby cią​gle sta​wa​li mię​dzy mną a tobą,
Moo.

Owo  „Moo”  wy​da​ło  się  Mol​ly  w  tym  mo​men​cie  dziw​nie  nie​sto​sow​ne.  Za​-

brzmia​ło  tak…  czu​le,  ko​bie​co,  sek​sow​nie.  Pięk​nie.  Nie  mia​ła  cza​su  się  jed​nak
nad tym za​sta​na​wiać, bo resz​ta jego wy​po​wie​dzi ją po​ra​zi​ła.

Jego  głos,  twarz  wy​krzy​wio​na  bó​lem.  Czu​ła  się,  jak​by  ktoś  przy​kła​dał  jej  do

roz​pa​lo​nej skó​ry so​ple lodu. Oczy wy​peł​ni​ły się łza​mi. Każ​de sło​wo ra​ni​ło.

–  Dzie​siąt​ki  razy  ka​za​li  mi  wy​jeż​dżać  za  gra​ni​cę,  gro​zi​li  wy​dzie​dzi​cze​niem,

spi​sko​wa​li,  nie  cof​nę​li  się  przed  ni​czym,  żeby  mnie  znie​wo​lić.  Ale  ja  już  mam
dość. Nie będę tań​czył, jak mi za​gra​ją. Chcę być z tobą.

Roz​ło​żył  bez​rad​nie  ręce  i  wpa​try​wał  się  w  nią,  jak​by  chciał  przy​gwoź​dzić  ją

wzro​kiem. Za​ci​skał zęby tak moc​no, że za​czę​ła się oba​wiać, czy nie pęk​nie mu
kość żu​chwy. Bo jej wła​śnie pę​ka​ło ser​ce.

–  Taki  był  plan  –  cią​gnął.  –  Mój  plan.  Osią​gnąć  nie​za​leż​ność  fi​nan​so​wą,  żeby

już nikt nie mógł mi mó​wić, co mam ro​bić. Czy mogę, czy nie mogę cię ko​chać,
Mol​ly. Cho​le​ra, nie mogę uwie​rzyć, że mnie wy​da​łaś. Jemu.

Zro​bił taki ruch, jak​by chciał ro​ze​rwać na so​bie ko​szu​lę, po czym pod​szedł do

ogrom​ne​go okna.

Mol​ly  po​czu​ła  żal.  Żal  za  jego  mi​ło​ścią,  za  we​so​ły​mi  iskier​ka​mi  w  zie​lo​nych

oczach. To wszyst​ko skoń​czo​ne. Te​raz nad​szedł czas gnie​wu i bu​rzy.

background image

I to z jej winy.
Łza spły​nę​ła jej po po​licz​ku, a w gło​wie dźwię​czał mo​no​log Ju​lia​na. Po​wta​rza​ła

go so​bie wciąż od nowa, aż po​ja​wi​ła się dru​ga łza, po​tem trze​cia. Nie mo​gła ich
po​wstrzy​mać.

Ju​lian ją ko​chał, te​raz już to wie. Boże. Cały ten czas za​le​ża​ło mu na niej, pra​-

gnął jej, tak jak ona w ci​cho​ści pra​gnę​ła jego. I zro​bił coś kon​kret​ne​go, żeby mo​-
gli być ra​zem…

Ta  naj​praw​dziw​sza  na  świe​cie  mi​łość  i  męż​czy​zna,  któ​ry  ją  wy​zna​wał,  mógł

na​le​żeć do niej…

Dziś po​wi​nien być naj​szczę​śliw​szy dzień jej ży​cia. Nie​ste​ty, oka​zał się naj​gor​-

szym. Do​wie​dzia​ła się, że w cią​gu kil​ku go​dzin moż​na wszyst​ko zdo​być, a po​tem
wszyst​ko stra​cić. Bo​le​sna lek​cja.

Mia​ła ocho​tę do​ko​nać ja​kie​goś sa​mo​oka​le​cze​nia. Wy​drzeć so​bie z pier​si ser​-

ce, by go prze​ko​nać, że na​le​ży ono do nie​go.

–  Prze​pra​szam  cię,  Ju​les  –  po​wie​dzia​ła,  ści​ska​jąc  bo​lą​cy  brzuch.  –  Nie  wie​-

dzia​łam, że to tak wy​glą​da. Ina​czej trzy​ma​ła​bym gębę na kłód​kę.

– Ufa​łem ci, Mol​ly – prze​rwał jej, wy​ma​chu​jąc rę​ka​mi. – Znasz mnie le​piej niż

moja ro​dzi​na. Le​piej niż kto​kol​wiek. Wy​ja​wia​łem ci wszyst​ko. Każ​dą myśl, każ​de
pra​gnie​nie i…

Od​da​lił się od niej o jesz​cze kil​ka kro​ków i wsu​nął pal​ce we wło​sy.
–  Na​dal  mo​żesz  mi  ufać,  Ju​les!  Raz  zda​rzy​ło  mi  się  być  nie​ostroż​ną,  i  to

wszyst​ko. Prze​cież chy​ba nie po​zwo​lisz, żeby Gar​rett zmu​sił cię do cze​goś, cze​-
go nie chcesz, praw​da?

Za​trzy​mał się. Miał taki pu​sty nie​obec​ny wzrok, że aż za​drża​ła. Zro​zu​mia​ła,

że nie tyl​ko już ni​g​dy jej nie za​ufa, ale że na​wet nie bę​dzie pró​bo​wał.

Prze​sta​ło mu za​le​żeć.
Chłod​ny dy​stans. To było w ich re​la​cjach coś no​we​go. I nie​po​ko​ją​ce​go.
Stał od​wró​co​ny do niej ple​ca​mi, a ona mia​ła ocho​tę wy​rwać się stąd, za​mknąć

w  swej  pra​cow​ni  i  już  ni​g​dy  jej  nie  opu​ścić.  Spę​dzić  resz​tę  ży​cia  wśród  farb,
pędz​li i szta​lug. Jak mnisz​ka.

Ale ży​cie bez Ju​lia​na nie bę​dzie ży​ciem. Musi tu zo​stać i sta​rać się od​krę​cić

to, co się sta​ło. Ju​lian jest jej naj​więk​szym skar​bem, naj​wyż​szą war​to​ścią, któ​ra
na​da​je ży​ciu sens. Musi jej wy​ba​czyć.

A więc zo​sta​ła, jak​by ją ktoś przy​mu​ro​wał do pod​ło​gi. Tu, gdzie Ju​lian pa​trzył

na nią jak na oszust​kę.

– Ju​les? – spró​bo​wa​ła ci​cho, gdy uzna​ła, że on już zbyt dłu​go w mil​cze​niu spo​-

glą​da w okno.

Prze​cią​gnął dło​nią po wło​sach i za​trzy​mał ją na kar​ku. Pa​trzył w pod​ło​gę.
– Przy​znaj się, Mol​ly, mia​łem być dla cie​bie na​gro​dą po​cie​sze​nia? Cią​gle my​-

ślisz o tym, żeby być z Gar​ret​tem?

Otwo​rzy​ła usta, by za​prze​czyć, ale nie po​tra​fi​ła wy​dać z sie​bie nic oprócz zdu​-

mio​ne​go sap​nię​cia. Py​ta​nie za bar​dzo ją za​bo​la​ło, by na nie od​po​wia​dać.

Czy on na​praw​dę nie zda​je so​bie spra​wy z jej uwiel​bie​nia? Czy mógł uwie​rzyć,

background image

że ostat​nią noc spę​dzi​ła z nim dla za​ba​wy?

–  Gdy​by  to  na​praw​dę  Gar​rett  ca​ło​wał  cię  wte​dy  na  ma​ska​ra​dzie,  by​ła​byś  tu

te​raz ze mną? Czy ra​czej po​szła​byś za nim? – py​tał na​tar​czy​wie.

Od​wró​cił się lek​ko w jej stro​nę, opu​ścił ra​mio​na. Wo​la​ła​by już chy​ba, by rzu​cił

się na nią z no​żem, za​miast pa​trzeć zim​no i wy​ga​dy​wać ta​kie rze​czy.

Naj​chęt​niej  da​ła​by  mu  w  twarz  za  to,  że  mógł  coś  ta​kie​go  choć​by  po​my​śleć.

Nie mia​ła jed​nak na to siły, była zdru​zgo​ta​na.

Prze​cież w tam​tym po​ca​łun​ku była ma​gia. A ma​gia to do​me​na Ju​lia​na. Ni​ko​go

wię​cej. On jest ten je​den, je​dy​ny.

Nie mo​gła wy​krztu​sić z sie​bie ani sło​wa. Nie umia​ła po​wstrzy​mać łez.
Nie  przy​pusz​cza​ła,  że  kie​dyś  ko​goś  zdra​dzi,  skrzyw​dzi.  Była  mło​da,  we​so​ła,

lu​bi​ła ma​lo​wać, cie​szy​ła się ży​ciem. Każ​de​go owa​da, któ​ry wle​ciał do jej po​ko​ju,
wy​rzu​ca​ła za okno. Żad​ne​go ni​g​dy nie za​bi​ła. Dla Ju​lia​na da​ła​by so​bie wy​łu​pić
oczy, od​ciąć ręce (choć prze​cież po​tem nie mo​gła​by już ma​lo​wać). Od​da​ła​by mu
każ​dy na​rząd do prze​szcze​pu, gdy​by za​szła taka po​trze​ba.

Da​ła​by mu wszyst​ko, jak choć​by tego li​za​ka daw​no, daw​no temu.
–  Ju​lian,  pro​szę  cię,  nie  bądź  śmiesz​ny.  Ja  cię  ko​cham  –  oznaj​mi​ła,  ocie​ra​jąc

łzy.

Po​śpie​szy​ła z od​po​wie​dzią, by nie nie​cier​pli​wić go jej bra​kiem. Ale on wła​śnie

ścią​gał win​dę. Dum​ny i upar​ty, jak każ​dy Gage.

–  Zbie​raj  swo​je  rze​czy,  Mol​ly,  od​wio​zę  cię  do  domu.  Uznaj​my,  że  skoń​czy​łaś

ma​lo​wać mu​ral.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Ju​lian  rzu​cił  się  w  wir  pra​cy.  Czas  wol​ny  wy​peł​niał  spor​ta​mi,  któ​re  upra​wiał

z upo​rem ma​nia​ka. W cią​gu dwóch ty​go​dni nie po​ka​zał się ani razu w sie​dzi​bie
„San An​to​nio Da​ily”. Na​wet nie za​niósł bra​ciom wy​po​wie​dze​nia.

Co​dzien​nie od szó​stej rano do szó​stej po po​łu​dniu za​su​wał w JJG En​ter​pri​ses.

Fir​ma  wła​śnie  roz​po​czę​ła  dzia​łal​ność.  A  po  go​dzi​nach  wio​sło​wał,  wy​ma​chi​wał
ra​kie​tą, bie​gał, wspi​nał się i szy​bo​wał w prze​stwo​rzach.

O pół​no​cy spo​co​ny wra​cał do domu, jadł coś, ką​pał się i kładł do łóż​ka, by spać

jak za​bi​ty. Ale na​wet wte​dy nie mógł się uwol​nić od wspo​mnień.

Ko​chał się z Mol​ly, ca​ło​wał jej usta. A po​tem my​ślał o jej zdra​dzie. Ni​g​dy nie

przy​pusz​czał, że po​zbie​ra​ny fa​cet, za ja​kie​go się uwa​żał, może do​pro​wa​dzić się
do ta​kie​go sta​nu.

Za każ​dym ra​zem, gdy mi​jał w biu​rze jej mu​ral, miał ocho​tę roz​wa​lić ścia​nę.

To  ma​lo​wi​dło  było  ta​kie  ja​sne,  żywe,  wy​mow​ne.  Jak  Mol​ly.  Nie  za​wa​hał​by  się
użyć bul​do​że​ra, gdy​by nie za​in​we​sto​wał tu mi​lio​nów.

Co tam mi​lio​ny! On w to biu​ro za​in​we​sto​wał swo​je cho​ler​ne ser​ce, wszyst​kie

pla​ny wspól​ne​go ży​cia z Mol​ly. A te​raz nie miał ocho​ty rano wstać z łóż​ka…

Na​wet uko​cha​ne miesz​ka​nie, nie​gdyś jego azyl, te​raz go draż​ni​ło. Na każ​dym

kro​ku bu​dzi​ły się w nim wspo​mnie​nia.

Po​dusz​ki pach​nia​ły jej szam​po​nem. Tu i ów​dzie znaj​do​wał jej rze​czy – ko​lo​ro​-

we  ma​ga​zy​ny,  za​po​mnia​ny  pę​dzel,  sło​dzik  w  kuch​ni,  tuż  obok  jego  ulu​bio​ne​go
mio​du. No i te cho​ler​ne ziół​ka na sen.

Ży​cie bez Mol​ly było pu​ste. Prze​ko​ny​wał się o tym na każ​dym kro​ku. Ona wro​-

sła  w  ten  dom,  w  roz​kład  dnia.  Cia​stecz​ka,  któ​re  przy​no​si​ła  od  Kate,  ese​me​sy
przy​po​mi​na​ją​ce o róż​nych mniej lub bar​dziej waż​nych wy​da​rze​niach. Na​gra​nie
na se​kre​tar​ce. „Za​po​mnia​łeś mi po​wie​dzieć cześć, kre​ty​nie. Za​dzwoń!”.

Naj​chęt​niej  za​po​mniał​by,  że  kie​dy​kol​wiek  znał  tę  ko​bie​tę.  Że  jej  pra​gnął.  Że

był go​tów prze​wró​cić dla niej swo​je ży​cie do góry no​ga​mi…

Sko​ro  nie  umiał  jej  wy​ba​czyć,  do​brze  by​ło​by  cho​ciaż  nie  pa​mię​tać.  Jej  śmie​-

chu, sztur​chań​ców, kuk​sań​ców. Tego, jak spra​wia​ła, że jego cia​ło czu​ło, że żyje.
Miał  ko​cha​nek  na  pęcz​ki,  ale  seks  ni​g​dy  nie  dał  mu  ta​kiej  ra​do​ści  jak  tej  nocy,
któ​rą z nią spę​dził.

Nie umiał za​po​mnieć. I wła​ści​wie nie chciał.
Z upo​rem god​nym ma​so​chi​sty ty​sią​ce razy wra​cał my​ślą do tych chwil. Ję​czał,

cier​piał, ale było mu słod​ko. Wi​dział w snach rude wło​sy roz​rzu​co​ne na jego po​-
dusz​ce. I były to, mimo doj​rza​łe​go wie​ku, mo​kre sny.

Ty​sią​ce razy mó​wi​ła mu, że go ko​cha. Wie​dział, że go ko​cha. Jako przy​ja​cie​la,

jako „przy​szy​wa​ne​go” bra​ta.

background image

Ale czy to jest praw​dzi​wa mi​łość? Ju​lian był w niej, znał każ​dy za​ka​ma​rek jej

cia​ła, każ​dy se​kret. Wie​dział, gdzie jej do​tknąć, jak po​bu​dzić. Wie​dział, co lubi
jeść, cze​go się boi, na​wet – gdzie ma ła​skot​ki. Może ona jed​nak wo​la​ła​by spę​-
dzić tę noc z Gar​ret​tem?

Gar​rett.
Krew go​to​wa​ła mu się w ży​łach, ile​kroć po​my​ślał o bra​cie. Na​wet wie​dząc, że

Mol​ly za​ko​cha​ła się w Ga​ret​cie wsku​tek po​mył​ki, że to jego, Ju​lia​na, po​ca​łu​nek
za​po​cząt​ko​wał to „uczu​cie”, czuł taką za​zdrość, że le​d​wie wi​dział na oczy. Trud​-
no było mu uwie​rzyć w zdra​dę Mol​ly, w do​no​si​ciel​stwo. Dla​cze​go to zro​bi​ła?

Czy lata czy​stej wspa​nia​łej przy​jaź​ni nic dla niej nie zna​czy​ły?
Roz​pacz​li​wie – i bez​sku​tecz​nie – po​szu​ki​wał w pa​mię​ci ja​kich​kol​wiek śla​dów

bli​sko​ści Mol​ly z Gar​ret​tem. Wi​docz​nie mu​siał coś prze​oczyć.

Wi​ze​ru​nek  Mol​ly  w  jego  wspo​mnie​niach  łą​czył  się  z  jed​nym  i  tyl​ko  jed​nym

męż​czy​zną. Z nim sa​mym. No, nie za​wsze był męż​czy​zną. Ala na​wet jako chło​-
piec był uwa​ża​ny za jej chłop​ca.

„Ju​les, Ju​les, weź mnie na ba​ra​na!”.
A  jak  Kate  chcia​ła  ob​da​rzyć  sio​strę  mat​czy​nym  po​ca​łun​kiem,  gdy  ta  zro​bi​ła

so​bie „kuku”, Mol​ly wska​zy​wa​ła na Ju​lia​na i mó​wi​ła: „Nie, ja chcę, żeby on mnie
po​ca​ło​wał”.

A  po​tem,  gdy  była  już  na​sto​lat​ką:  „Ju​les,  na​ucz  mnie  sur​fo​wa​nia.  Za​wie​ziesz

mnie na lek​cję ry​sun​ku, Ju​les?”

A  jako  do​ro​sła  ko​bie​ta:  „Kawy?  Her​ba​ty?  Za​dzwoń  do  mnie,  ja  jesz​cze  żyję.

Do​brze wiesz, że tyl​ko trud​no mi się ode​rwać od ma​lo​wa​nia”.

A te​raz jest sam.
Cho​ler​na sa​mot​ność.
Oto cały on: lu​zac​ki play​boy ze zła​ma​nym ser​cem.

Słoń​ce ja​śnia​ło, a Mol​ly dzi​wi​ła się, że nie roz​pa​da się w jego bla​sku jak wam​-

pi​rzy​ca. Po ty​go​dniach za​mknię​cia w pra​cow​ni moż​na by się spo​dzie​wać, że pod
wpły​wem dzia​ła​nia pro​mie​ni UV za​cznie z niej ob​ła​zić skó​ra. Może zresz​tą za​-
słu​ży​ła so​bie na coś ta​kie​go.

Przy​naj​mniej na pew​no tak my​śli Ju​lian.
Zmru​ży​ła  oczy  z  nad​mia​ru  świa​tła  i  spoj​rza​ła  na  ko​per​tę,  któ​rą  trzy​ma​ła

w spo​co​nych dło​niach.

Roz​po​zna​ła cha​rak​ter pi​sma asy​stent​ki Ju​lia​na, pani Watts. Aha, więc do tego

do​szło.  Lata  przy​jaź​ni,  sza​lo​na  mi​ło​sna  noc.  A  te​raz  ko​mu​ni​ku​ją  się  z  sobą  za
po​śred​nic​twem se​kre​tar​ki i tra​dy​cyj​nej pocz​ty.

Za​mknę​ła  skrzyn​kę  pocz​to​wą  i  przy​sia​dła  na  traw​ni​ku  obok  chod​ni​ka  przed

do​mem. Bez​myśl​nie ga​pi​ła się na bia​łą ko​per​tę.

Jej ese​me​sy po​zo​sta​wa​ły bez od​po​wie​dzi.
Jej te​le​fo​ny były au​to​ma​tycz​nie prze​kie​ro​wy​wa​ne na pocz​tę gło​so​wą.
Mia​ła ocho​tę za​bić Ju​lia​na za ten głu​pi upór, a jed​no​cze​śnie wie​dzia​ła, że i jej

na​le​ży się po​tęż​ny klaps. Za nie​trzy​ma​nie ję​zy​ka za zę​ba​mi.

background image

Ju​lian jest mało wy​lew​nym czło​wie​kiem. Chłod​ny i opa​no​wa​ny. Tyl​ko nie​licz​ni

wy​bra​ni zna​ją jego praw​dzi​we ob​li​cze. Mol​ly na​le​ża​ła do tej gru​py. Zna​ła go le​-
piej niż kto​kol​wiek.

Wie​dzia​ła, że nie zno​si roz​mów o po​li​ty​ce, za to uwiel​bia pta​sie mlecz​ko. Jest

fa​na​ty​kiem spor​tu. Gdy​by nie pro​wa​dził fir​my, z pew​no​ścią całe dnie spę​dzał​by
na je​zio​rze, sur​fu​jąc ze swo​im nie​od​par​tym wdzię​kiem na de​sce. Spra​wiał wra​-
że​nie, że tak na​praw​dę nie na​le​ży do swo​jej ro​dzi​ny. W ogó​le ni​g​dzie nie na​le​ży.

I wła​śnie dla​te​go tak bar​dzo ża​ło​wa​ła tego, co mu zro​bi​ła.
Całe ży​cie ma​rzył o wol​no​ści, a przez nią jego ro​dzin​ka wzmo​gła nad nim kon​-

tro​lę.  Spę​ta​ła  go,  uwią​za​ła.  Te​raz  już  ni​g​dzie  nie  po​le​ci.  Przez  nią,  Mol​ly.  Wy​-
rzą​dzi​ła  krzyw​dę  czło​wie​ko​wi,  któ​re​go  ko​cha​ła  przez  całe  ży​cie.  Tak  moc​no
i w każ​dy moż​li​wy spo​sób. Jak tyl​ko ko​bie​ta może ko​chać męż​czy​znę.

Ju​lian ni​g​dy ni​ko​go do sie​bie nie do​pusz​czał. A ją – ow​szem. Na​wet spra​wia​ło

mu to przy​jem​ność. Za​le​ża​ło mu na niej. Chro​nił ją.

A ona przy​pad​ko​wo zdra​dzi​ła jego pla​ny czło​wie​ko​wi, o któ​rym Ju​lian są​dzi, że

jest jej wy​bran​kiem.

Nie wi​dzia​ła go od dwóch ty​go​dni. Nie było dnia, by nie sta​ra​ła się na​pra​wić

swo​je​go błę​du. Ode​sła​ła mu na​wet co do gro​sza ho​no​ra​rium za nie​do​koń​czo​ny
mu​ral. Do​łą​czy​ła do tego no​tat​kę, że ni​g​dy nie zda​rzy​ło się jej nie ukoń​czyć pra​-
cy i że pro​si o szan​sę, by mo​gła to zro​bić.

Set​ki razy za​czy​na​ła pi​sać, że go ko​cha, że pro​si o wy​ba​cze​nie, ni​g​dy jed​nak

nie mia​ła od​wa​gi wy​słać mu tek​stów tego typu. Po​prze​sta​ła więc na tym – czy​sto
biz​ne​so​wym – prze​ka​zie, w na​dziei, że po​zwo​li on na na​wią​za​nie kon​tak​tu.

Drżą​cą  ręką  roz​ry​wa​ła  ko​per​tę.  Wy​padł  z  niej  po​dar​ty  na  drob​ne  ka​wał​ki

czek na sto pięć​dzie​siąt ty​się​cy do​la​rów, któ​ry mu wy​sła​ła. Nie do​łą​czył żad​nej
not​ki. Był tam tyl​ko jej wła​sny li​ścik, po​dar​ty po​dob​nie jak czek.

Przez chwi​lę mia​ła wra​że​nie, że pęk​nie jej ser​ce.
Oczy wy​peł​ni​ły jej się łza​mi. Ukry​ła twarz w dło​niach. W tym mo​men​cie usły​-

sza​ła, że obok ha​mu​je sa​mo​chód.

– Mol​ly? – spy​ta​ła Kate nie​spo​koj​nym to​nem.
Za​sło​ni​ła twarz wło​sa​mi, szyb​ko wsu​nę​ła skraw​ki pa​pie​ru z po​wro​tem do ko​-

per​ty i ze​rwa​ła się na rów​ne nogi. Otar​ła po​licz​ki.

– Cześć, po​mo​gę wam – za​pro​po​no​wa​ła, nie pa​trząc na dziew​czy​ny. Po​de​szła

do  ich  fir​mo​wej  fur​go​net​ki  i  za​czę​ła  z  niej  wyj​mo​wać  pu​ste  tace.  Do​brze  wie​-
dzia​ła, że nie spusz​cza​ją z niej oka.

Beth po​dą​ży​ła za nią do kuch​ni.
– Mol​ly? – za​gad​nę​ła tro​skli​wie.
–  Cześć,  Beth  –  od​par​ła  Mol​ly,  mo​dląc  się  w  du​chu,  by  nie  było  wi​dać  jej  za​-

czer​wie​nio​nych oczu.

Nie chcia​ła ni​czy​jej li​to​ści.
– Wiesz, Ju​lian wpadł do nas któ​re​goś dnia. Chciał po​roz​ma​wiać z Lan​do​nem.

Zre​zy​gno​wał z pra​cy w „Da​ily”.

– To do​brze. – Mol​ly ski​nę​ła gło​wą, tra​cąc od​dech.

background image

Beth uważ​nie się jej przy​glą​da​ła. Mol​ly wie​dzia​ła, że Beth to do​bra, cięż​ko do​-

świad​czo​na przez los ko​bie​ta. Za​nim spo​tka​ła wła​ści​we​go męż​czy​znę, prze​ży​ła
kosz​mar roz​wo​du. Może ona ją zro​zu​mie?

Prze​cież wie, co czu​je ko​bie​ta, któ​rą ktoś od​rzu​cił. Mol​ly czu​ła się do​kład​nie

tak jak jej wła​sny li​ścik, po​dar​ty na ka​wał​ki. Zwie​rzyć się z tego Beth?

Ale co wte​dy po​czu​je Kate? Mol​ly nie chcia​ła spra​wiać sio​strze przy​kro​ści.
Po​peł​ni​ła  błąd  i  sama  musi  so​bie  z  tym  po​ra​dzić.  Prze​cież  Kate  tyle  razy

ostrze​ga​ła ją przed Ju​lia​nem.

– Wiesz co? – Beth lek​ko ści​snę​ła rękę Mol​ly, jak​by chcąc do​dać jej otu​chy. –

Nie wiem, czy cię to po​cie​szy, ale on też nie czu​je się naj​le​piej.

– Fakt, wca​le mnie to nie cie​szy – od​par​ła Mol​ly, spusz​cza​jąc wzrok.
Na pier​si czu​ła stu​to​no​wy cię​żar. Czu​ła się jak nędz​ny ro​bak. Ostat​nią rze​czą,

ja​kiej pra​gnę​ła, było to, by i Ju​lian cier​piał.

– Ale dzię​ki, Beth.
Po po​łu​dniu do​koń​czy​ła dwa ostat​nie płót​na na wy​sta​wę w Black​sto​ne Gal​le​ry

w No​wym Jor​ku. Wy​szły tak ja​koś mrocz​nie, de​pre​syj​nie. Świet​nie od​da​wa​ły jej
na​strój. Nie mia​ła jed​nak wyj​ścia, mu​sia​ła je wy​słać, bo nie zdą​ży​ła​by na​ma​lo​-
wać dwóch no​wych.

W  nocy  le​ża​ła  na  wznak  w  łóż​ku.  Oczy  mia​ła  su​che,  sze​ro​ko  otwar​te.  W  ja​-

kimś mo​men​cie za ścia​ną usły​sza​ła głos Kate:

– Źle z nią… Co ro​bi​my?
Mol​ly mia​ła za​miar de​li​kat​nie za​su​ge​ro​wać sio​strze, by ona i jej te​le​fo​nicz​ny

roz​mów​ca,  kim​kol​wiek  jest,  ła​ska​wie  od​pie​przy​li  się  od  jej  ży​cia.  Za​miast  tego
po​ło​ży​ła na gło​wie po​dusz​kę i jęk​nę​ła.

– Mol​ly! – za​wo​ła​ła sio​stra zza drzwi.
– Wszyst​ko sły​sza​łam, Kate. Wy​obraź so​bie, że mam zdro​we uszy, a nie miesz​-

ka​my prze​cież w zam​ku z gru​by​mi mu​ra​mi – wark​nę​ła Mol​ly ze zło​ścią, od​rzu​-
ca​jąc po​dusz​kę.

Ma​te​rac jęk​nął, gdy Kate przy​sia​dła na brze​gu łóż​ka i wzię​ła sio​strę za rękę.
– Prze​pra​szam cię, Moo. My​ślę, że bar​dzo się my​li​li​śmy co do cie​bie i Ju​lia​na.
–  Prze​ciw​nie,  cały  czas  mie​li​ście  ra​cję.  –  Mol​ly  od​su​nę​ła  się,  cof​nę​ła  rękę

i wsu​nę​ła ją so​bie pod po​li​czek. Nie mia​ła te​raz ocho​ty na ża​den fi​zycz​ny kon​-
takt.

No chy​ba żeby…
– Mol​ly, my mamy pe​wien plan. Gar​rett, Lan​don, Beth i ja. Jak ci go wy​ja​wię,

bę​dziesz z nami współ​pra​co​wać?

– Je​śli mam przy oka​zji kła​mać albo uda​wać ko​goś, kim nie je​stem, to nie licz

na mnie.

– Nie, Moo, to na​praw​dę do​bry plan – mó​wi​ła Kate, uśmie​cha​jąc się. – Mu​sisz

tyl​ko dzia​łać zgod​nie z in​struk​cją, któ​rą ci wy​ślę w ten week​end. To cię za​pro​-
wa​dzi do Ju​lia​na.

– Ja go nie​na​wi​dzę.
– Na​praw​dę?

background image

– To naj​bar​dziej wku​rza​ją​cy pa​lant na świe​cie.
– Do​brze, jak so​bie chcesz.
Drgnie​nie  ma​te​ra​ca  oznaj​mi​ło,  że  Kate  zbie​ra  się  do  wyj​ścia.  Mol​ly  pod​sko​-

czy​ła na łóż​ku. Ser​ce za​czę​ło jej ży​wiej bić. Wy​cią​gnę​ła rękę, by za​pa​lić lam​pę.

Na​gle wy​rwa​ło się jej:
– Ja nie by​łam z nim na​praw​dę, Kate. To wszyst​ko była gra, kłam​stwo. Po​my​li​-

łam się i my​śla​łam, że to Gar​rett po​ca​ło​wał mnie w cza​sie balu ma​sko​we​go. Głu​-
pia, wy​my​śli​łam so​bie, że Ju​lian po​mo​że mi wzbu​dzić za​zdrość Gar​ret​ta i on się
zgo​dził, a ja zda​łam so​bie spra​wę… – traj​ko​ta​ła go​rącz​ko​wo.

– Wiem – ucię​ła Kate, pa​trząc na nią od drzwi ze zro​zu​mie​niem.
Wró​ci​ła, sia​dła na łóż​ku, wy​cią​gnę​ła rękę i po​gła​ska​ła sio​strę po wło​sach.
– Na​praw​dę my​śla​łaś, że ja w to wszyst​ko wie​rzę? Śmia​ła​bym się z tego, gdy​-

bym się tak nie mar​twi​ła. Nie wy​glą​da​li​ście na ko​chan​ków, ani tro​chę.

– Ale to wła​śnie Ju​lian ca​ło​wał mnie na ma​ska​ra​dzie. Wszyst​ko mi się po​mie​-

sza​ło.  Ser​cem  go  roz​po​zna​łam,  ale  mózg  nie  mógł,  a  może  nie  chciał  przy​jąć
tego  do  wia​do​mo​ści.  Wiem  tyl​ko,  że  chcia​łam  od​na​leźć  tego  fa​ce​ta  i  chcia​łam
być  z  Ju​lia​nem.  –  Mó​wi​ła  co​raz  bar​dziej  nie​skład​nie.  –  To  jego  wina.  To  przez
nie​go  w  ży​ciu  nie  spoj​rza​łam  na  in​ne​go  męż​czy​znę.  Nie  mam  do​świad​cze​nia.
Chy​ba  tyl​ko  mi  się  wy​da​wa​ło,  że  chcę,  żeby  Gar​rett  był  za​zdro​sny.  Na​praw​dę
chcia​łam, żeby to Ju​lian był za​zdro​sny…

–  Wiem,  wiem,  uspo​kój  się,  Mol​ly.  Je​ste​ście  dla  sie​bie  stwo​rze​ni.  Mu​sisz  być

z  nim.  Nie  mie​li​śmy  ra​cji,  sta​ra​jąc  się  was  roz​dzie​lić.  Gar​rett  bar​dzo  się  tym
mar​twi. Ju​lian się za​ha​ro​wu​je, nic nie je, z ni​kim nie roz​ma​wia. Nie słu​cha na​-
wet mat​ki, któ​ra chce go prze​pro​sić za całe wy​rzą​dzo​ne zło. On na​praw​dę cier​-
pi, Mol​ly. A ty go prze​cież pra​gniesz, praw​da?

– Nie masz po​ję​cia, jak bar​dzo. – Mol​ly ki​wa​ła gło​wą jak au​to​mat. Elek​try​zo​-

wa​ła ją sama myśl, że mo​gła​by go zo​ba​czyć, po​roz​ma​wiać. Do​tknąć choć​by koń​-
cem naj​mniej​sze​go pa​lusz​ka.

Za​wsze  ma​rzy​ła  o  wła​snej  ro​dzi​nie,  bo  sama  pra​wie  nie  zna​ła  ro​dzi​ców.  Po​-

rzu​ci​ła  jed​nak  te  ma​rze​nia,  bo  wmó​wio​no  jej,  że  nie  bę​dzie  się  mo​gła  zwią​zać
z Ju​lia​nem. Te​raz na​dzie​ja od​ży​ła.

Mol​ly otwo​rzy​ła oczy.
– Dla​cze​go tak na​gle wszy​scy chce​cie nam po​móc? – spy​ta​ła po​dejrz​li​wie. – Po

tym wszyst​kim?

– Bo ja cię ko​cham, Mol​ly. A ty ko​chasz jego. I on ko​cha cie​bie. Wszy​scy ko​-

cha​my was obo​je.

– Tak bar​dzo za nim tę​sk​nię, Kate. – Mol​ly ści​snę​ła dłoń sio​stry.
– Wiem, Moo. Wiem.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

To był pięk​ny dzień, jak​by stwo​rzo​ny, by go spę​dzić w domu nad je​zio​rem. Go​-

rą​ce i wietrz​ne dni peł​ni lata by​wa​ją w Tek​sa​sie trud​ne do prze​ży​cia, to​też ro​-
dzi​na Gage’ów uda​ła się w ostat​ni week​end mie​sią​ca do swo​jej po​sia​dło​ści w Ca​-
ny​on Lake.

Ju​lian ani my​ślał je​chać z nimi, ale Lan​don na​le​gał, więc się w koń​cu zgo​dził.

Głów​nie po to, by tro​chę po​pły​wać i po​jeź​dzić na nar​tach wod​nych.

Po ca​łym dniu spę​dzo​nym na upra​wia​niu spor​tów będą go bo​la​ły naj​wy​żej mię​-

śnie, a nie ser​ce.

Wła​śnie bra​cia ści​ga​li się na sku​te​rach wod​nych. Ju​lian skie​ro​wał swój po​jazd

w stro​nę wid​nie​ją​ce​go na brze​gu bu​dyn​ku re​zy​den​cji. Ko​lum​ny ta​ra​su ob​ro​śnię​-
te  były  ró​żo​wo  kwit​ną​cym  pną​czem.  Od  stro​ny  je​zio​ra  po​sia​dłość  koń​czy​ła  się
małą pry​wat​ną przy​sta​nią i po​mo​stem.

Ju​lian  roz​po​zna​wał  już  na​wet  syl​wet​kę  mat​ki.  Sta​ła  na  ta​ra​sie  i  na​le​wa​ła

z  dzban​ka  le​mo​nia​dę  żo​nie  Lan​do​na,  Beth,  i  jej  sy​no​wi  z  pierw​sze​go  mał​żeń​-
stwa, Da​vi​do​wi.

Ju​lian gwał​tow​nie skrę​cił, zo​sta​wia​jąc za sobą smu​gę bia​łej pia​ny. Za​trzy​mał

sku​ter przy po​mo​ście, wy​sko​czył z nie​go, przy​wią​zał do pa​li​ka i, zna​cząc dro​gę
mo​kry​mi pla​ma​mi, za​czął zbli​żać się do ta​ra​su.

Opadł na krze​sło i ode​brał z rąk mat​ki szklan​kę le​mo​nia​dy.
–  Lan​don  mówi,  że  nie  masz  za​mia​ru  wra​cać  do  „Da​ily”-  po​wie​dzia​ła  mat​ka

bez zbęd​nych wstę​pów. – Czy ty wiesz, co ro​bisz?

Przy​tak​nął  ru​chem  gło​wy.  Nie  za​mie​rzał  się  tłu​ma​czyć.  Z  Lan​do​nem  umó​wił

się w ten spo​sób, że usłu​ga​mi swo​jej fir​my JJG En​ter​pri​ses bę​dzie wspie​rał dzia​-
łal​ność ro​dzin​ne​go kon​cer​nu pra​so​we​go. Bę​dzie ob​słu​gi​wał klien​tów „Da​ily”, ale
jako wol​ny strze​lec.

Ele​anor do​tknę​ła swo​je​go mi​ster​nie upię​te​go koka i zro​bi​ła bła​gal​ną minę zbi​-

te​go psia​ka.

– Ja mam już po​nad ty​siąc po​ten​cjal​nych wła​snych klien​tów, mamo – ode​zwał

się Ju​lian. – „Da​ily” to dla mnie prze​szłość. Te​raz dzia​łam na wła​sny ra​chu​nek.

Mat​ka  nie  drą​ży​ła  te​ma​tu,  a  Ju​lian  wie​dział,  że  za​wdzię​cza  to  jej  po​czu​ciu

winy.

Mia​ła wy​rzu​ty su​mie​nia, że przez tyle lat sta​ra​ła się izo​lo​wać go od Mol​ly. Nie

na​le​ga​ła na​wet ostat​nio, by go uka​rać za odej​ście z fir​my po​zba​wie​niem udzia​-
łów  w  ro​dzin​nym  fun​du​szu  po​wier​ni​czym.  Je​dy​nym  jej  środ​kiem  od​dzia​ły​wa​nia
była te​raz ła​god​na per​swa​zja.

Ocie​ka​ją​cy  wodą  bra​cia  też  wy​szli  już  na  brzeg  i  usie​dli  na  ta​ra​sie.  I  wte​dy

wła​śnie z głę​bi domu wy​ło​ni​ła się ru​do​wło​sa po​stać z sa​la​ter​ką w rę​kach.

background image

Ju​lian ze​sztyw​niał, po​dob​nie zresz​tą jak Gar​rett.
Rude wło​sy lśni​ły w słoń​cu, roz​wie​wa​ne przez wiatr. Przez mo​ment Ju​lian my​-

ślał,  że  to  Mol​ly.  Ser​ce  pod​sko​czy​ło  mu  w  pier​si,  bi​jąc  nie​przy​tom​nie.  Po​czuł
ulgę, stwier​dza​jąc, że to Kate.

Uspo​ko​ił  się,  a  Gar​rett  wstał,  wziął  z  rąk  dziew​czy​ny  sa​łat​kę,  szep​cząc  jej

przy tym coś do ucha.

– Cześć, Ju​lian – uśmiech​nę​ła się Kate. – By​łeś tak za​ję​ty cały po​ra​nek, że nie

mia​łam oka​zji się z tobą przy​wi​tać.

– Ale te​raz już się przy​wi​ta​łaś, więc masz spo​koj​ne su​mie​nie – od​rzekł.
Do​pie​ro  po  chwi​li  zo​rien​to​wał  się,  że  to  od​zyw​ka  god​na  sta​re​go  zrzę​dy.  No

cóż, jesz​cze musi dziś tro​chę po​wio​sło​wać, by cał​ko​wi​cie po​zbyć się fru​stra​cji.

Już bo​la​ły go wszyst​kie mię​śnie, ale wi​dać krą​ży​ła w nich wciąż ja​kaś reszt​ka

ener​gii. Trze​ba ją do​brze spo​żyt​ko​wać. Zmu​sić się do ta​kie​go wy​sił​ku, by po​tem
kom​plet​nie na nic nie mieć siły.

Służ​ba wnio​sła na stół tace z ka​nap​ka​mi i wino. Ro​dzi​na po​grą​ży​ła się w po​ga​-

węd​ce, a Ju​lian w mil​cze​niu pa​trzył, czy z głę​bi domu nie wy​chy​nie aby dru​gi ru​-
dzie​lec. Za​pro​si​li Kate, więc gdzie, u li​cha, po​dzie​wa się Mol​ly?

Ku​si​ło go, by o to za​py​tać. Gdzie ona jest, jak się mie​wa i cze​mu, do cho​le​ry,

go zdra​dzi​ła? Ni​g​dy do​tąd nie zda​rzy​ło mu się wy​trzy​mać dwu​dzie​stu trzech dni,
czte​rech go​dzin i trzy​dzie​stu dwóch i pół mi​nu​ty bez roz​mo​wy z nią. Te dni i mi​-
nu​ty cią​gnę​ły się nie​mi​ło​sier​nie.

Wy​da​wa​ło mu się, że całe lata mi​nę​ły od ich ostat​nie​go spo​tka​nia. Ob​se​syj​nie

od​li​czał ten czas, naj​bar​dziej za​faj​da​ny w jego ży​ciu.

– Nic nie zjesz? – za​py​ta​ła Kate.
Sie​dzia​ła z boku, a on czuł na so​bie jej uważ​ny wzrok.
Spoj​rzał na sa​ła​tę w sa​la​ter​ce. Za​zwy​czaj, gdy ją spo​ży​wa​li ra​zem, Mol​ly wy​-

ja​da​ła z niej wszyst​kie grzan​ki, on zaś – ro​dzyn​ki.

Po​krę​cił gło​wą. Nie był głod​ny.
Beth i Lan​don sku​ba​li sa​ła​tę, czu​le ści​ska​jąc się za ręce, a Ju​lian czuł, jak​by

w żo​łąd​ku miał gra​nat, któ​ry za​raz wy​buch​nie. Jego naj​star​szy brat ma na​praw​-
dę tro​skli​wą żonę i faj​ne dziec​ko. Ota​czał obo​je czu​ło​ścią i opie​ką. Ro​dzi​na oba​-
wia​ła się, że po tra​gicz​nej śmier​ci pierw​szej żony i dziec​ka Lan​don na do​bre za​-
mknie się w so​bie. Ale Beth po​tra​fi​ła go otwo​rzyć, tak jak otwie​ra się pu​deł​ko
z gwiazd​ko​wym pre​zen​tem.

I w środ​ku zna​la​zła bry​lant.
Za​zwy​czaj Ju​lian lu​bił przy​glą​dać się ich szczę​ściu, ale dziś było to dla nie​go…

trud​ne.

Bo je​dy​na oso​ba, z któ​rą on mógł​by być szczę​śli​wy, była nie​obec​na.
–  Kate,  jak  się  mie​wa  na​sza  dro​ga  Mol​ly?  –  za​py​ta​ła  mat​ka.  –  Ża​łu​ję,  że  nie

mo​gła przy​je​chać.

Po jaką cho​le​rę mat​ka o tym wspo​mi​na? Ju​lian z za​ci​śnię​ty​mi war​ga​mi wpa​try​-

wał się w pu​stą szklan​kę po le​mo​nia​dzie. Wie​le dał​by za to, by w ma​gicz​ny spo​-
sób wy​peł​ni​ła się ona te​raz wód​ką.

background image

– Ona też ża​ło​wa​ła – od​par​ła Kate. – Ma wy​sta​wę w No​wym Jor​ku, mu​sia​ła po​-

le​cieć na wer​ni​saż.

Ju​lian sta​rał się nie my​śleć, jak okrop​na musi być dla Mol​ly sa​mot​na wy​pra​wa

na otwar​cie pierw​szej w ży​ciu in​dy​wi​du​al​nej wy​sta​wy.

Sie​dzi  pew​nie  te​raz  w  sa​mo​lo​cie,  ktoś  ją  za​ga​du​je.  W  ga​le​rii  cze​ka​ją  na  nią

mi​ło​śni​cy jej twór​czo​ści, ko​lek​cjo​ne​rzy. A ona sa​mot​nie musi świę​to​wać tak klu​-
czo​wy mo​ment w swo​jej ar​ty​stycz​nej ka​rie​rze.

Sta​rał się nie my​śleć, że to on po​wi​nien te​raz być przy niej. Krę​cił się nie​spo​-

koj​nie,  po​cie​sza​jąc  my​ślą,  że  Mol​ly  ma  przy  so​bie  cho​ciaż  Jo​sha  Black​sto​ne’a,
swo​je​go wy​staw​cę.

Ten  sta​ry  zna​jo​my  Ju​lia​na  był  bez​względ​nym  okrut​ni​kiem  i  dia​błem  wcie​lo​-

nym,  ale  przy​naj​mniej  uczci​wie  i  przy​zwo​icie  trak​to​wał  ar​ty​stów.  Szcze​gól​nie
Mol​ly, któ​rą już daw​no wziął pod swo​je opie​kuń​cze skrzy​dła, gdy tyl​ko Ju​lian na​-
kło​nił ją, by przed​sta​wi​ła mu kil​ka swo​ich prac.

Black​sto​ne rzu​cił na nie okiem, oce​nił jako świe​że i od​waż​ne. A po​tem już się

ja​koś po​to​czy​ło.

– Za​wsze bar​dzo po​do​ba​ły mi się jej płót​na, moja dro​ga – mat​ka jak​by mi​mo​-

cho​dem  zwró​ci​ła  się  do  Kate.  –  Są  ta​kie  ja​sne,  sło​necz​ne.  Jak  ona  sama.  Na
pew​no zdo​bę​dzie wy​so​ką po​zy​cję na ryn​ku sztu​ki.

Nowy te​mat roz​mo​wy dziw​nie go roz​draż​nił.
–  A  pa​mię​ta​cie?  Jako  dziew​czyn​ka  zbie​ra​ła  ko​lo​ro​we  opa​ko​wa​nia,  a  po​tem

owi​ja​ła nimi dla za​ba​wy pnie drzew? – ode​zwał się Gar​rett to​nem peł​nym po​dzi​-
wu.

–  Ach  tak,  na​zy​wa​ła  je  cu​kier​ko​wy​mi  drze​wa​mi  –  przy​po​mniał  Lan​don,  uno​-

sząc kie​li​szek z wi​nem. – Po​dob​no zdję​cie jed​ne​go z nich ma być na tej wy​sta​-
wie. Jako jed​na z jej „wcze​snych prac”.

– A pa​mię​ta​cie tę re​cen​zję? – włą​czy​ła się Beth. – Wiesz, Lan, tę, w któ​rej re​-

cen​zent  na​pi​sał,  że  Mol​ly  mo​gła​by  na​szki​co​wać  co​kol​wiek  na  pa​pie​ro​wej  ser​-
wet​ce, pod​pi​sać swo​im na​zwi​skiem, a po​tem tym ry​sun​kiem za​pła​cić nie tyl​ko za
ko​la​cję, ale ku​pić za nie​go całą tę re​stau​ra​cję. Po​dob​no Pi​cas​so tak kie​dyś zro​-
bił.

Z gło​śnym zgrzy​tem Ju​lian od​su​nął krze​sło i ze​rwał się na rów​ne nogi. Twarz

po​ciem​nia​ła mu od gnie​wu.

Wziął w rękę swo​ją szklan​kę i z miną pod ty​tu​łem „wsadź​cie to so​bie wszyst​ko

gdzieś” de​mon​stra​cyj​nie od​wró​cił się z za​mia​rem opusz​cze​nia ro​dzin​ne​go zgro​-
ma​dze​nia.

– Ju​lian, mój dro​gi – za​wo​ła​ła mat​ka. – Po​wiedz z ła​ski swo​jej służ​bie, że już

mogą przy​nieść cia​sto.

Spoj​rzał na swo​ją pu​stą szklan​kę i z hu​kiem od​sta​wił ją na stół.
– Sama im to po​wiedz – wark​nął.
Roz​bie​ra​jąc się w dro​dze z mo​krych ciu​chów, po​dą​żył w stro​nę po​mo​stu, gdzie

na  ław​ce  miał  przy​go​to​wa​ne  świe​że  ubra​nie.  Sły​szał,  jak  ro​dzi​na  cią​gle  gada
o pra​cach Mol​ly, ja​kie to są niby za​dzi​wia​ją​ce, wspa​nia​łe…

background image

A on są​dził za​wsze, że to Mol​ly jest naj​wspa​nial​szym dzie​łem sztu​ki. Spo​sób,

w  jaki  żyje,  od​dy​cha,  wy​peł​nia  jego  ży​cie  ko​lo​ra​mi  i  pa​sją,  czy​ni  je  war​to​ścio​-
wym…

Boże, ile by dał, by za​po​mnieć, co ta ko​bie​ta dla nie​go zna​czy!
Do​tarł do ław​ki, ale jego ubrań na niej nie było.
– Gdzie się do cho​le​ry po​dzia​ły moje rze​czy? – za​wo​łał w stro​nę gru​py na ta​ra​-

sie.

– Prze​pra​szam, to ja scho​wa​łam je do dom​ku go​ścin​ne​go, żeby nie za​mo​kły –

wy​ja​śni​ła prze​stra​szo​na Kate, ła​piąc się za gło​wę.

Prze​wró​cił ocza​mi i za​czął iść ścież​ką w stro​nę nie​co od​da​lo​nej od głów​ne​go

bu​dyn​ku drew​nia​nej chat​ki. Za​trza​snął za sobą jej drzwi i pod​szedł do sza​fy.

I wte​dy ką​tem oka do​strzegł ja​kąś po​stać. Mol​ly. Sta​ła w oknie i wy​glą​da​ła jak

księż​nicz​ka z ba​śni.

Roz​pusz​czo​ne  wło​sy,  sek​sow​na  su​kien​ka  z  od​kry​ty​mi  ra​mio​na​mi,  błysz​czą​ce

san​da​ły, wiel​kie kol​czy​ki, bran​so​le​ty i uśmiech od ucha do ucha.

Na ten wi​dok jego cia​ło zbu​dzi​ło się do ży​cia. Dwa​dzie​ścia trzy po​ża​ło​wa​nia

god​ne  dni  bez​u​stan​nej  męki  nie  zdo​ła​ły  go  wpro​wa​dzić  na  do​bre  w  stan  odrę​-
twie​nia. Odrę​twie​nie i Mol​ly – te dwa po​ję​cia wy​klu​cza​ły się na​wza​jem.

Ju​lian po​czuł, jak​by ktoś wci​snął w nim ja​kiś gu​zik wa​run​ku​ją​cy do​pływ ener​-

gii.  Po​czuł  przy​pływ  ad​re​na​li​ny,  umysł  bły​ska​wicz​nie  od​zy​skał  przy​tom​ność
i daw​ną bły​sko​tli​wość. Ju​lian był świa​do​my każ​de​go szcze​gó​łu jej wy​glą​du. Por​-
ce​la​no​wa  cera,  ja​sno​nie​bie​skie  oczy,  lśnią​ce  wło​sy,  drob​ne  bia​łe  ząb​ki,  któ​re
nie​gdyś ką​sa​ły go w mi​ło​snej grze.

– A, to ty – stwier​dził ze ści​śnię​tym gar​dłem.
Coś za​zgrzy​ta​ło, a w nie​go jak​by strze​lił pio​run. Uświa​do​mił so​bie bo​wiem na​-

gle, że oto ktoś za​mknął drzwi na klucz. Od ze​wnątrz.

– Ja – po​twier​dzi​ła spo​koj​nie Mol​ly.
I  na​gle  prze​sta​ło  się  dla  niej  li​czyć,  że  Ju​lian  pew​nie  w  ogó​le  nie  chciał  tu

przyjść, nie chciał być z nią.

Nie​waż​ne,  że  pa​trzy  na  nią  z  wy​rzu​tem,  że  nie​świa​do​mie  przy​jął  po​zy​cję

obron​ną, że za​ci​snął war​gi. Moż​li​wość zo​ba​cze​nia go po tylu bo​le​snych dniach
spra​wi​ła, że po​czu​ła ra​dość, że na​resz​cie za​czę​ła nor​mal​nie od​dy​chać.

On tak wspa​nia​le wy​glą​da…
Opa​lo​ne cia​ło po​kry​te kro​pel​ka​mi wody. Sze​ro​ka, atle​tycz​nie zbu​do​wa​na, nie​-

sa​mo​wi​cie  sek​sow​na  pierś.  Szczu​pła  ta​lia  i  bio​dra,  któ​rych  kształt  pod​kre​śla​ła
ob​le​pia​ją​ca je mo​kra tka​ni​na, uwy​dat​nia​ją​ca rów​nież ten – może naj​waż​niej​szy –
szcze​gół jego cia​ła, dzię​ki któ​re​mu nie​daw​no po​łą​czy​li się w jed​no.

Pa​trzy​ła  na  nie​go  za​chwy​co​na.  Za​uwa​ży​ła,  że  uro​sły  mu  wło​sy.  Przy​stoj​ny

grec​ki bo​żek, męż​czy​zna, któ​re​go ko​cha. I któ​ry nie chce mieć z nią nic wspól​-
ne​go…

Czu​ła za​pach drzew, dębu czy ce​dru. Drża​ła z pod​nie​ce​nia, ale tak​że wstrzą​-

sał nią żal.

background image

– Sły​sza​łem, że mia​łaś wy​sta​wę – po​wie​dział obo​jęt​nie.
Mia​ła sza​lo​ną ocho​tę wszyst​ko mu opo​wie​dzieć, bo daw​niej był je​dy​nym czło​-

wie​kiem,  któ​ry  umiał  jej  słu​chać.  Chcia​ła  po​chwa​lić  się  świet​ny​mi  re​cen​zja​mi,
tym,  że  ucho​dzi  w  śro​do​wi​sku  za  fe​no​men  ka​rie​ry  w  tak  mło​dym  wie​ku.  Że
wszy​scy uwa​ża​ją ją za dziec​ko szczę​ścia, któ​re​mu los dał wszyst​ko.

Ale to nie​praw​da.
Nie dał jej tego, cze​go naj​bar​dziej pra​gnę​ła.
– Wczo​raj wró​ci​łam z jej otwar​cia – po​wie​dzia​ła nie​śmia​ło. – Ob​ra​zy się po​do​-

ba​ły, no może z wy​jąt​kiem dwóch ostat​nich. Po​dob​no są do​łu​ją​ce.

–  Ty  za​wsze  ma​lo​wa​łaś  same  ra​do​sne  rze​czy  –  za​uwa​żył,  po  czym  za​ci​snął

war​gi i ro​zej​rzał się wo​kół z wy​ra​zem nie​sma​ku na twa​rzy.

Pod​szedł do sza​fy i za​czął gwał​tow​nie ścią​gać z wie​sza​ków swo​je ubra​nia.
Prze​bie​rał  się,  nie  zwa​ża​jąc  na  jej  obec​ność.  Gdy  gwał​tow​nym  ru​chem  ścią​-

gnął  mo​kre  spoden​ki,  Mol​ly  przez  chwi​lę  wi​dzia​ła  jego  na​gie  po​ślad​ki.  Za​ło​żył
ulu​bio​ne spodnie kha​ki i ko​szul​kę polo, któ​rą tym ra​zem za​piął po samą szy​ję.

Po​tem pod​szedł do drzwi i za​czął się mo​co​wać z zam​kiem. Za​klął pod no​sem,

gdy nie uda​ło mu się go sfor​so​wać, i od​wró​cił w jej stro​nę.

– A więc te​raz je​steś po​ry​wa​czem, Molls? – spy​tał zło​śli​wie. – To ja​kaś two​ja

nowa sztucz​ka?

– Fak​tycz​nie, te​raz mam zwy​czaj po​ry​wać, tor​tu​ro​wać i okra​dać klien​tów, któ​-

rzy nie po​zwo​li​li mi do​koń​czyć za​mó​wie​nia – od​po​wie​dzia​ła.

Pod​szedł do okna i za​czął nim szar​pać tak gwał​tow​nie, że szy​by omal nie wy​-

pa​dły z ram. Za​cho​wy​wał się jak wię​zień, któ​ry za wszel​ką cenę chce się wy​do​-
stać na wol​ność. Mol​ly pa​trzy​ła na to zroz​pa​czo​na.

– Po​słu​chaj, to nie był mój po​mysł, ale uwa​żam, że jest ka​pi​tal​ny – po​wie​dzia​ła.
–  Z  jed​nym  za​strze​że​niem  –  za​uwa​żył  z  szel​mow​skim  uśmie​chem,  bez  tru​du

otwo​rzył bo​wiem za​mek dru​gie​go okna.

Nie za​uwa​żył, nie​ste​ty, że jest ono za​mknię​te tak​że od ze​wnątrz.
– Ja​sna cho​le​ra!
–  Ro​zu​miem,  że  nie  chcesz  ze  mną  roz​ma​wiać  –  rze​kła  ci​cho  Mol​ly  –  ale  ja

mam ci coś do po​wie​dze​nia i w tej sy​tu​acji mu​sisz mnie wy​słu​chać. Po co sztur​-
mu​jesz te okna? Chcesz tu wpu​ścić tro​chę świe​że​go po​wie​trza? Te okna za​pro​-
jek​to​wa​ła two​ja mat​ka, żeby unik​nąć wła​mań.

Mol​ly wska​za​ła na so​lid​ne me​ta​lo​we ramy.
– Sko​ro oko​licz​ni pi​ja​cy ich nie sfor​so​wa​li, to​bie też się nie uda.
–  Co  to  za  idio​tyzm?  Naj​pierw  chcą,  że​bym  się  trzy​mał  z  da​le​ka  od  cie​bie,

a te​raz za​my​ka​ją ra​zem z tobą?

Krą​żył po po​miesz​cze​niu, po​trzą​sa​jąc gło​wą, jak uwię​zio​ny w klat​ce lew.
Mol​ly mia​ła ocho​tę przy​tu​lić go i uspo​ko​ić, jak ro​bi​ła to wie​le razy przed​tem.
Ale te​raz on uwa​ża ją za zdraj​czy​nię. Nie otwo​rzy się przed nią ni​g​dy wię​cej.
–  Two​ja  ro​dzi​na  uświa​do​mi​ła  so​bie,  że  nas  uniesz​czę​śli​wia​li.  Chcą  na​pra​wić

ten błąd. To zna​czy: uniesz​czę​śli​wia​li mnie – sko​ry​go​wa​ła Mol​ly. – Ju​les, pro​szę
cię, po​patrz na mnie, chcę ci coś po​wie​dzieć. Czy mam znów na​zwać cię J.J., że​-

background image

byś ja​koś za​re​ago​wał?

– Na​wet nie pró​buj mnie pro​wo​ko​wać – ostrzegł, za​trzy​mu​jąc się i za​ci​ska​jąc

dło​nie.

– Bo co? Po​ca​łu​jesz mnie?
– Nie, urzą​dzę ci praw​dzi​we pie​kło. Skoń​czy​łem z ca​ło​wa​niem cię, Mol​ly.
Tej znie​wa​gi nie mo​gła pu​ścić pła​zem.
– A kto mówi, że ja bym tego chcia​ła – za​drwi​ła.
– Kto mówi? Te za​mknię​te drzwi to mó​wią! – od​parł, zgrzy​ta​jąc zę​ba​mi ze zło​-

ści.

Spoj​rza​ła na nie​go groź​nie, ale w głę​bi du​szy była prze​ra​żo​na. Wy​glą​da na to,

że  po​nio​sła  sro​mot​ną  klę​skę.  On  nie  ży​czy  so​bie  jej  obec​no​ści,  nie  mó​wiąc  już
o po​ca​łun​kach. Po​sta​no​wi​ła się jed​nak nie pod​da​wać.

– Ra​czysz mnie wy​słu​chać, J.J.? – krzyk​nę​ła. – Chcę wszyst​ko na​pra​wić.
Utkwił wzrok w su​fi​cie, na prze​mian za​ci​ska​jąc i roz​luź​nia​jąc pię​ści.
– No do​brze – wy​chry​piał po dłuż​szej chwi​li. – Słu​cham cię, do ja​snej cho​le​ry.

Mów.

– Tam​te​go dnia Gar​rett  we​zwał mnie do biu​ra.  Chciał po​roz​ma​wiać o  na​szej

re​la​cji.

– Na​szej? To zna​czy czy​jej? Jego i two​jej? – spy​tał, ści​ska​jąc ramę okien​ną tak

moc​no, że po​bie​la​ły mu pal​ce. Czo​ło oparł o szy​bę.

– Two​jej i mo​jej, Ju​les. To chy​ba ja​sne! Więc ja mu po​wie​dzia​łam…
Od​wró​cił się do niej bły​ska​wicz​nie.
–  Po​wie​dzia​łaś  mu,  że  od​cho​dzę  z  „Da​ily”,  umoż​li​wi​łaś  mo​jej  ro​dzi​nie  uni​ce​-

stwie​nie  pla​nów,  któ​re  snu​łem  od  lat.  Co  mu  jesz​cze  po​wie​dzia​łaś?  Sprze​da​łaś
mnie, żeby mu się przy​po​do​bać, praw​da?

– Wie​rzysz w to? Na​praw​dę? – za​py​ta​ła.
W jej gło​sie brzmia​ło prze​ra​że​nie, ale mia​ła to gdzieś. Ból prze​sła​niał wszyst​-

ko.

Ju​lian rzu​cił jej su​ro​we i zim​ne spoj​rze​nie, któ​re jed​nak obu​dzi​ło w niej iskier​-

kę na​dziei.

–  Po​słu​chaj,  Ju​les,  mnie  jest  bar​dzo  przy​kro  –  po​wie​dzia​ła  ła​mią​cym  się  gło​-

sem,  wy​cią​ga​jąc  ręce  w  bła​gal​nym  ge​ście.  –  Nie  zro​bi​łam  tego  ce​lo​wo.  By​łam
wście​kła  na  nich,  bo  zno​wu  ostrze​ga​li  mnie  przed  tobą.  Stra​ci​łam  gło​wę.  Pro​-
szę, bła​gam, po​móż mi. Tak cię ko​cham. Nie znio​sę tego dłu​żej.

–  To  była  po​uf​na  in​for​ma​cja,  nie  po​win​naś  była  dzie​lić  się  nią  z  ni​kim.  A  już

szcze​gól​nie z nimi, Moo. – Ju​lian po​trzą​sał gło​wą, prze​cze​su​jąc pal​ca​mi wło​sy. –
Po​słu​chaj, te​raz nie mogę o tym z tobą roz​ma​wiać. Je​stem za bar​dzo wku​rzo​ny,
że ty…

Mol​ly zro​bi​ła krok w jego stro​nę i na​gle się za​trzy​ma​ła. Ser​ce jej sta​nę​ło.
Ju​lian wes​tchnął i cof​nął się o kil​ka kro​ków, z któ​rych każ​dy wy​da​wał się dy​-

stan​sem  nie  do  od​ro​bie​nia.  W  koń​cu  usiadł  na  pa​ra​pe​cie,  a  Mol​ly  –  sa​mot​na
i zra​nio​na – opa​dła na ka​na​pę w kwiat​ki.

Ude​rzy​ło ją, że nie od​po​wie​dział na jej mi​ło​sne wy​zna​nie. Nie za​le​ży mu już na

background image

niej?

Przy​po​mnia​ły się jej jego słyn​ne mi​ło​sne pod​bo​je, dziew​czy​ny ko​lek​cjo​no​wa​ne

na pęcz​ki. Cie​ka​we, czy i te​raz, gdy ona po​świę​ci​ła się pra​cy i stwo​rzy​ła swo​je
naj​bar​dziej prze​ra​ża​ją​ce dzie​ła, ktoś go po​cie​sza?

Uwiedź go, pod​po​wia​dał jej we​wnętrz​ny głos. Może ci wy​ba​czy.
Sama  zaś  oce​ni​ła  ten  po​mysł  jako  tan​det​ny.  Nie  w  jej  sty​lu.  Poza  tym  on  nie

daje naj​mniej​szych sy​gna​łów, że ona go po​cią​ga. Ni​g​dy nie łą​czył ich czy​sty seks.
Za​wsze jesz​cze była przy​jaźń, wspól​na za​ba​wa, za​ufa​nie…

Za​ufa​nie.
Daw​no temu Mol​ly nie​chcą​cy stłu​kła jed​ną z ulu​bio​nych krysz​ta​ło​wych fi​gu​rek

Ele​anor Gage. Ju​lian po​ma​gał jej wów​czas skle​ić bi​be​lo​cik, któ​ry jed​nak cią​gle
nie od​zy​ski​wał daw​ne​go kształ​tu.

Mol​ly po​my​śla​ła te​raz, że wła​śnie zdru​zgo​ta​ła za​ufa​nie Ju​lia​na jak owe​go nie​-

szczę​sne​go szkla​ne​go del​fi​na, czy co to tam było. Tam​tą fi​gur​kę w koń​cu wy​rzu​-
co​no do śmie​ci. Aż strach po​my​śleć…

Za​czę​ła się za​sta​na​wiać nad swo​im ży​ciem. Za​wsze uwa​ża​ła się za oso​bę sil​-

ną, nie stro​nią​cą od ry​zy​ka, ale te​raz źró​dło, z któ​re​go czer​pa​ła siłę, wy​ga​sło.
A ona czu​ła się bez​rad​na i za​gu​bio​na.

Słoń​ce  chy​li​ło  się  ku  za​cho​do​wi,  wy​peł​nia​jąc  po​kój  zło​ta​wym  ku​rzem.  Mol​ly

za​sta​na​wia​ła  się,  czy  ja​kaś  ko​bie​ta  gła​ska​ła  wczo​raj  Ju​lia​na  po  tej  jego  ja​snej
czu​pry​nie. Czy ja​kaś ko​bie​ta o dłu​gich no​gach mo​del​ki i wspa​nia​łym biu​ście czu​-
ła na so​bie do​tyk jego prze​pięk​nych rąk? Czy wzdy​cha​ła, gdy ją ca​ło​wał? Ach, te
jego po​ca​łun​ki…

– Sy​piasz te​raz z kimś? – wy​rzu​ci​ła z sie​bie.
Nie mo​gła się po​wstrzy​mać. Za​zdrość ją roz​sa​dza​ła.
– Ja​koś nie mam ocho​ty na seks, od​kąd… – Spoj​rzał na nią, zły na sie​bie na to

nie​spo​dzie​wa​ne wy​nu​rze​nie. – Nie – wark​nął w koń​cu w od​po​wie​dzi.

Z ulgą opar​ła się o tył ka​na​py.
– A ty? – za​py​tał.
– Ja​sne, że nie! – za​wo​ła​ła obu​rzo​na.
Pa​trzył na nią spod przy​mru​żo​nych po​wiek. Obo​je uspo​ko​ili się i w po​ko​ju za​-

pa​dła taka ci​sza, że moż​na by usły​szeć spa​da​ją​cy na pod​ło​gę pa​pie​rek.

Nie mo​gąc wy​trzy​mać ma​gne​tycz​ne​go spoj​rze​nia Ju​lia​na, za​czę​ła się bacz​nie

przy​glą​dać swo​im sto​pom. Boże, jak strasz​nie jej bra​ko​wa​ło tych oczu w ko​lo​-
rze dę​bo​wych li​ści!

– Po​sta​no​wi​li nas tu za​mknąć na noc, czy jak? – spy​tał, roz​glą​da​jąc się po przy​-

tul​nym wnę​trzu drew​nia​ne​go dom​ku, jak​by wciąż szu​kał moż​li​wo​ści ewa​ku​acji.

Mol​ly od​nio​sła wra​że​nie, że jest mu po​trzeb​na jak dziu​ra w mo​ście.
– Zda​je się, że w lo​dów​ce jest tro​chę je​dze​nia i pi​cia – szep​nę​ła przy​gnę​bio​na.

– No i bu​tel​ka szam​pa​na.

Po co, u li​cha, o tym wspo​mnia​ła? Nie wy​glą​da na to, by mie​li co opi​jać.
Nie do​ce​nia​ła god​no​ści i am​bi​cji Ju​lia​na. Po​dob​nie zresz​tą jak swo​jej wła​snej.

Te​raz  za  wszel​ką  cenę  chcia​ła​by  za​po​mnieć,  że  przed  chwi​lą  o  coś  go  pro​si​ła.

background image

Naj​chęt​niej zwi​nę​ła​by się w kłę​bek z po​dusz​ką pod gło​wą, za​snę​ła i ni​g​dy się nie
obu​dzi​ła.

Oczy za​szły jej mgłą. Spoj​rza​ła na Ju​lia​na, ale on wciąż wy​glą​dał przez okno.

Nie​przy​stęp​ny,  zim​ny  jak  głaz.  Umie​ra​ła  z  chę​ci,  by  ją  oto​czył  ra​mio​na​mi,  ale
mu​sia​ła  się  za​do​wo​lić  przy​tu​le​niem  po​dusz​ki  z  wy​ha​fto​wa​ną  mą​dro​ścią  typu
„Dom jest tam, gdzie two​je sny”.

Za​ci​snę​ła po​wie​ki i usi​ło​wa​ła so​bie wy​obra​zić, że Ju​lia​na tu nie ma. Nie było

to ta​kie zno​wu trud​ne. Ni​g​dy nie czu​ła się tak sa​mot​na…

Z  roz​my​ślań  wy​rwał  ją  jego  głos.  Ci​chy  i  z  lek​ka  ochry​pły.  Za​brzmiał  nie​mal

jak piesz​czo​ta.

– Pa​mię​tasz, jak ob​la​łaś dru​gie po​dej​ście do pra​wa jaz​dy, Mol​ly?
Po​ki​wa​ła gło​wą, nie mo​gąc wy​do​być gło​su.
–  A  pa​mię​tasz,  jak  po​ży​czy​łaś  sa​mo​chód  Lan​do​na,  żeby  tro​chę  po​ćwi​czyć

i roz​bi​łaś go?

Ski​nę​ła gło​wą jesz​cze szyb​ciej, bo gar​dło mia​ła jesz​cze bar​dziej ści​śnię​te.
– Wy​cią​gnę​łaś mnie z fi​na​łów ko​szy​ków​ki, a ja na​pra​wi​łem tę ga​blo​tę. Zro​bi​-

łem to tak, że nikt się nie zo​rien​to​wał. Za​osz​czę​dzi​łem ci se​rii ka​zań mo​jej mat​-
ki i bra​ta. Ja ni​g​dy cię nie wy​da​łem. Ni​g​dy.

Za​mknę​ła oczy i mo​dli​ła się, by Ju​lian nie do​strzegł łez na jej rzę​sach. Zresz​tą

pły​nę​ły też już po po​licz​kach, mo​czy​ły po​dusz​kę.

– Prze​pra​szam – rzu​ci​ła przez zęby i otwo​rzy​ła oczy. – Ty za​wsze by​łeś bo​ha​-

te​rem. A ja oka​za​łam się czar​nym cha​rak​te​rem.

Za​śmiał  się  iro​nicz​nie.  Za​milkł.  Trwał  w  bez​ru​chu,  opar​ty  o  fu​try​nę,  pa​trząc

w dal. Pew​nie ma​rzył, by zna​leźć się jak naj​da​lej stąd. Jak naj​da​lej od niej.

– Czy gdy​by​śmy się nie prze​spa​li, na​dal był​byś moim naj​lep​szym przy​ja​cie​lem?

Roz​ma​wiał​byś te​raz ze mną? – za​py​ta​ła.

– Te​raz kum​pluj się z Gar​ret​tem – od​parł ci​cho, cią​gle pa​trząc za okno.
No nie, na to nie za​słu​ży​ła. Gniew, któ​ry wzbie​rał w niej od ja​kie​goś cza​su, na​-

resz​cie zna​lazł uj​ście. Sko​czy​ła na rów​ne nogi, trzę​sąc się ze zło​ści.

– Wiesz co, Ju​les? Idź do dia​bła. Przy​cze​pi​łeś się do je​dy​ne​go po​waż​ne​go błę​-

du  w  moim  ży​ciu.  Two​ja  spra​wa,  wol​no  ci.  Ale  przy​po​mnij  so​bie,  że  ja  za​wsze
mu​rem  sta​łam  za  tobą.  Mia​łeś  we  mnie  coś  w  ro​dza​ju  pry​wat​nej  che​er​li​der​ki.
Gdy​byś  miał  fan​klub,  by​ła​bym  jego  pre​ze​ską.  Ży​łam  w  prze​ko​na​niu,  że  nie  ma
na  świe​cie  dru​gie​go  czło​wie​ka  tak  wspa​nia​łe​go,  nie​sa​mo​wi​te​go  i  wy​jąt​ko​we​go
jak ty. Ale je​śli wie​rzysz, że by​ła​bym w sta​nie świa​do​mie cię skrzyw​dzić, to zna​-
czy,  że  je​steś  idio​tą.  I  nie  za​słu​gu​jesz  na  moją  przy​jaźń.  A  tym  bar​dziej  na  mi​-
łość!

Była zbyt obo​la​ła i zbyt zmę​czo​na, by o co​kol​wiek pro​sić. Za​wsze my​śla​ła, że

jej zwią​zek z Ju​lia​nem wszyst​ko wy​trzy​ma. Że obo​je są po​tęż​ni i nie​zwy​cię​że​ni.

A oto te​raz sie​dzą tu​taj jak dwo​je ob​cych so​bie lu​dzi, pra​wie wro​gów. Tak jak​-

by ni​g​dy nic dla sie​bie nie zna​czy​li.

Nie  od​po​wie​dział  jej.  Cią​gle,  mak​sy​mal​nie  spię​ty,  pa​trzył  w  okno.  Wi​dzia​ła

jego pro​fil.

background image

Wes​tchnę​ła  i  opa​dła  na  ka​na​pę.  Była  zmę​czo​na  dwu​dzie​sto​trzy​dnio​wą  po​nie​-

wier​ką, se​rią bez​sen​nych nocy. Ma​rzy​ła o mi​ło​ści, zna​la​zła ją, a po​tem utra​ci​ła
wszyst​ko, co w jej ży​ciu było naj​cen​niej​sze. I to w cią​gu za​le​d​wie kil​ku ty​go​dni.

Od​wró​ci​ła się na dru​gi bok. I jesz​cze raz, i jesz​cze. Aż w koń​cu przy​szedł sen.
W  nocy  kil​ka  razy  otwie​ra​ła  oczy.  Ju​lian  wciąż  nie​ru​cho​mo  sie​dział  w  oknie.

Chy​ba w ciem​no​ściach pa​trzył na nią.

–  Po​wi​nie​neś  się  tro​chę  prze​spać,  Ju​les  –  po​wie​dzia​ła  mu  za  któ​rymś  ra​zem,

już o brza​sku. – Ju​tro też bę​dziesz mógł mnie nie​na​wi​dzić.

Pod​szedł do niej i okrył ją ko​cem.
– Lu​dzie cho​rzy na bez​sen​ność nie śpią, Molls – po​wie​dział.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

O  siód​mej  rano  usły​szał,  że  ktoś  mo​cu​je  się  z  za​suw​ką.  Za​czął  się  skra​dać

w stro​nę drzwi, przy​go​to​wa​ny do spo​tka​nia z co naj​mniej po​two​rem.

Całą noc zma​gał się z dia​bel​ską al​ter​na​ty​wą: wziąć Mol​ly w ra​mio​na czy też

wy​bić pię​ścią któ​rąś cho​ler​ną szy​bę. Nie zro​bił jed​nak ani jed​ne​go, ani dru​gie​-
go. Nie chciał dać swej ro​dzi​nie sa​tys​fak​cji.

Nie zro​bi nic, cze​go oni by się po nim spo​dzie​wa​li.
Co so​bie my​śle​li? Że on i Mol​ly będą coś świę​to​wać? Je​dy​nej oka​zji do świę​to​-

wa​nia do​star​czył​by Ju​lia​no​wi po​tęż​ny cios wy​mie​rzo​ny w szczę​kę bra​ta.

I  wła​śnie  tego  do​ko​nał,  gdy  za​suw​ka  ustą​pi​ła,  a  za  drzwia​mi  uka​zał  się  Gar​-

rett. Cios był tak sil​ny, że bra​ci​szek wy​lą​do​wał na zie​mi z głu​chym ło​sko​tem.

Na wi​dok śred​nie​go Gage’a le​żą​ce​go na pod​ło​dze Mol​ly ze​sko​czy​ła z ka​na​py.
– Od daw​na swę​dzia​ła cię ręka, co? – krzyk​nę​ła. – Cią​gle o tym ga​da​łeś.
Zmie​sza​ny Ju​lian roz​pro​sto​wy​wał pal​ce. Bo​la​ło. Gar​rett miał twar​dą gło​wę.
– Zga​dza się – przy​znał, po czym spoj​rzał na roz​cią​gnię​te​go u jego stóp bra​ta

i trą​cił go bu​tem. – Do​brze ci tak, su​kin​sy​nu.

– Mamy wspól​ną mat​kę, kre​ty​nie – od​ciął się Gar​rett, sia​da​jąc i wy​cie​ra​jąc za​-

krwa​wio​ne usta rę​ka​wem ko​szul​ki.

– Jadę do domu – oznaj​mi​ła Mol​ly, kie​ru​jąc się w stro​nę ta​ra​su.
Tam wy​ję​ła z to​reb​ki Kate ja​kieś klu​cze, a po chwi​li sa​mo​chód do​staw​czy fir​-

my ca​te​rin​go​wej opu​ścił te​ren po​sia​dło​ści.

Ju​lian chciał ją do​go​nić, chciał wyć, kłó​cić się z nią. Po​ziom ad​re​na​li​ny w jego

krwi prze​kro​czył wszel​kie me​dycz​ne nor​my.

Gar​rett usi​ło​wał wstać, ale Ju​lian przy​gwoź​dził jego ple​cy ko​la​nem.
– Nie waż się wię​cej wtrą​cać do mo​je​go ży​cia. Ono nie na​le​ży do cie​bie ani do

mat​ki. Do ni​ko​go, poza mną. I gdy​by​śmy chcie​li się z Mol​ly zejść, zro​bi​li​by​śmy
to bez two​jej idio​tycz​nej po​mo​cy.

– Ona cię ko​cha, Ju​les. Praw​dzi​wy z cie​bie du​pek – jęk​nął Gar​rett, roz​cie​ra​jąc

szczę​kę.

– Rzuć to na pierw​szą stro​nę ju​trzej​sze​go wy​da​nia ga​ze​ty, bra​cisz​ku. Może ją

na​wet ku​pię.

Ju​lian po​śpie​szył do drzwi i, nie od​wra​ca​jąc się, po​ka​zał Gar​ret​to​wi środ​ko​wy

pa​lec.

– Co? Chcesz mnie spro​wo​ko​wać? – Star​szy brat za​czął pod​wi​jać rę​ka​wy, gło​-

śno zgrzy​ta​jąc zę​ba​mi.

– Zejdź mi z dro​gi – ostrzegł Ju​lian.
– Mol​ly cię nie zdra​dzi​ła, ty im​be​cy​lu! Coś jej się wy​rwa​ło w zło​ści. Chcia​ła cię

bro​nić, nie ro​zu​miesz?

background image

Ju​lian nie słu​chał. Był nie​spo​koj​ny, nie​roz​waż​ny, złość w nim ki​pia​ła.
Całą  noc.  Całą  noc,  cen​ty​metr  po  cen​ty​me​trze,  oglą​dał  jej  kre​mo​wą  skó​rę,

lśnią​ce wło​sy, roz​chy​lo​ne usta. Całą noc trwa​ła tor​tu​ra ha​mo​wa​ne​go po​żą​da​nia.

– Wiesz, że ta dziew​czy​na ko​cha cię nad ży​cie, praw​da? A może nie wiesz? –

mę​czył go Gar​rett.

Ju​lian pa​trzył na bra​ta. Dał​by wszyst​ko, żeby to była praw​da. Chciał być pew​-

ny, że ona ni​g​dy nie wy​bie​rze in​ne​go.

– A ty ko​chasz ją tak bar​dzo, że dla niej ola​łeś ro​dzi​nę – cią​gnął Gar​rett.
–  Bo  ona  jest  moja  –  wy​pa​lił  nie​spo​dzie​wa​nie  Ju​lian.  –  Za​wsze  była  i  za​wsze

bę​dzie.  Dała  mi  tego  cho​ler​ne​go  li​za​ka,  a  ja  go  wzią​łem.  Od  tam​tej  chwi​li  jest
moja, Gar​rett. Moja.

– Okej, to co tu jesz​cze ro​bisz?
Ju​lian po​tarł so​bie skro​nie. W uszach brzmia​ły mu jej sło​wa: „Pro​szę, bła​gam,

po​móż mi. Tak cię ko​cham. Nie znio​sę tego wszyst​kie​go dłu​żej”.

Gdy​by tyl​ko mógł zy​skać pew​ność, że Mol​ly ko​cha wła​śnie jego…
A nie jego bra​ta.
–  Po​zwo​lisz  jej  odejść?  –  na​ci​skał  Gar​rett.  –  Są​dzisz,  że  taka  przy​zwo​ita

dziew​czy​na by​ła​by z tobą bez mi​ło​ści?

Ju​lian spoj​rzał w kie​run​ku dro​gi, któ​rą od​je​cha​ła Mol​ly.
– Sęk w tym, że ona ze mną nie była.
– O czym ty mó​wisz?
– O Mol​ly. My tyl​ko tak uda​wa​li​śmy. Ona chcia​ła… cie​bie.
Le​d​wie to po​wie​dział, żo​łą​dek ści​snął mu się z bólu.
– Aaa… więc o to cho​dzi! – Gar​rett ro​ze​śmiał się gło​śno, co u nie​go było rzad​-

kie. – Nie​ee, Ju​les, Mol​ly mnie nie chce. Umiem się zo​rien​to​wać, kie​dy la​ska na
mnie leci.

Spoj​rzał w kie​run​ku Kate, któ​ra roz​ma​wia​ła z jego mat​ką koło molo. Jego oczy

za​pło​nę​ły. Drgnął, gdy uświa​do​mił so​bie, że jest ob​ser​wo​wa​ny.

– Mol​ly ko​cha cię od za​wsze, ty pa​lan​cie – cią​gnął. – Już jako dziew​czyn​ka mó​-

wi​ła,  że  za  cie​bie  wyj​dzie.  Chcia​ła  cię  wziąć  na  bal  ma​tu​ral​ny,  jako  part​ne​ra.
Kate wy​per​swa​do​wa​ła jej to, prze​ko​ny​wa​ła, że po​win​na trak​to​wać cię jak bra​ta.
Mol​ly pła​ka​ła po ką​tach. Nie po​szła na bal. Raz się na​wet spa​ko​wa​ła i chcia​ła
wy​je​chać! Wy​obra​żasz so​bie? I jesz​cze mat​ka w tym wszyst​kim…

Ju​lian za​sę​pił się. On, by za​po​mnieć o Mol​ly, ro​man​so​wał z dzie​siąt​ka​mi dziew​-

czyn.  Ona  wy​bra​ła  od​mien​ną  tak​ty​kę  –  nie  chcia​ła  na​wet  spoj​rzeć  na  in​ne​go
chło​pa​ka. Aż do po​ca​łun​ku na ma​ska​ra​dzie, któ​ry obu​dził w niej ko​bie​tę.

Boże, gdy​by o tym wszyst​kim wie​dział wcze​śniej!
Krwa​wi​ło mu ser​ce. Pa​trzył na bra​ta.
– Dla​cze​go wy wszy​scy, głup​cy, nie za​uwa​ży​li​ście, że ja ją też ko​cham?
– No do​bra, to po​na​wiam py​ta​nie: co ty tu jesz​cze ro​bisz?
– Udzie​lasz mi mą​drych rad, a sam z nich nie ko​rzy​stasz – stwier​dził Ju​lian, za​-

uwa​żyw​szy, że Gar​rett znów gapi się na sto​ją​cą przy po​mo​ście Kate. – Prze​cież
nie je​stem śle​py. Dla​cze​go nic z tym nie zro​bisz?

background image

– Róż​ni​ca mię​dzy nami po​le​ga na tym, że ty za​wsze za​słu​gi​wa​łeś na Mol​ly, a ja

ni​g​dy nie będę za​słu​gi​wał na Kate.

Ju​lian czuł się cho​ry z tę​sk​no​ty. Przy​po​mi​nał so​bie Mol​ly z ostat​niej nocy: jak

bez​bron​nie  wy​glą​da​ła  we  śnie,  jak  drża​ła,  jak  przy​krył  ją  ko​cem.  A  mógł  wła​-
snym cia​łem.

„Gdy​byś miał fan​klub, by​ła​bym jego pre​ze​ską”.
Tak  cu​dow​nie  na  nie​go  pa​trzy​ła,  a  on  za​cho​wał  się  jak  idio​ta.  Na​wet  jej  nie

wy​słu​chał. Po​zwo​lił za​zdro​ści nad sobą za​pa​no​wać.

Na myśl, że mógł​by ją utra​cić na za​wsze, ser​ce za​czę​ło sza​lo​ny wy​ścig. Nie,

ni​g​dy. Mol​ly oka​za​ła się mą​drzej​sza od nie​go. Ona nie przy​cze​pi​ła​by się do jego
jed​ne​go błę​du. Jest po​nad to.

Musi spo​wo​do​wać, by wró​ci​ła. I to już na całe ży​cie. Mała Moo, jego Mo-Po,

Mo​pey, Molls, Pi​cas​so. Jego Mol​ly. Je​dy​na ko​bie​ta, któ​rej pra​gnie.

Na​wet  je​śli  ma  skó​rę  po​ma​za​ną  far​bą,  za  krót​kie  spód​nicz​ki  z  fal​ban​ka​mi

i ten swój bez​po​śred​ni spo​sób by​cia, przy​spa​rza​ją​cy tylu kło​po​tów.

Nie wy​da​ła go Gar​ret​to​wi spe​cjal​nie. Po pro​stu jest zbyt pro​sto​li​nij​na. A on –

ze swo​ją głu​pią dumą, zło​ścią i za​zdro​ścią – spo​wo​do​wał, że ode​szła.

– Masz ra​cję – od​po​wie​dział bra​tu z prze​ko​na​niem. – Za​słu​gu​ję na Mol​ly. Przy​-

naj​mniej za​słu​gi​wa​łem.

Ru​szył żwi​ro​wą ścież​ką. Naj​chęt​niej po​biegł​by za nią, ale aston mar​tin bę​dzie

chy​ba jed​nak szyb​szy.

– A ja przy​ło​żę so​bie wo​re​czek z lo​dem – za​wo​łał za nim szy​der​czo Gar​rett,

do​ty​ka​jąc obo​la​łej szczę​ki.

– Mam lep​szy po​mysł. Po​proś o to Kate – od​krzyk​nął Ju​lian.
Po​biegł  do  sa​mo​cho​du.  Jak  tyl​ko  uj​rzy  Mol​ly,  ze​rwie  z  niej  ubra​nie.  A  po​tem

bę​dzie ją ką​sał, pod​szczy​py​wał, li​zał. Aż ona za​cznie go bła​gać, by prze​stał. I on
prze​sta​nie. Ale tyl​ko po to, by po chwi​li za​cząć od nowa.

Nie czuł już bólu. Każ​da ko​mór​ka jego mó​zgu była po​chło​nię​ta tyl​ko jed​nym:

jed​nym sło​wem, jed​ną my​ślą, jed​nym imie​niem.

Za​je​chał  przed  jej  dom,  wy​jął  ze  schow​ka  klucz,  otwo​rzył  drzwi  i  gło​śno  za​-

trza​snął je za sobą.

Po chwi​li uj​rzał Mol​ly. Le​ża​ła na łóż​ku twa​rzą do dołu. Jak​by pła​ka​ła albo była

bar​dzo zmę​czo​na. Gdy wszedł, usia​dła.

Zero kol​czy​ków, bran​so​let. Zero uśmie​chu. Oczy jak szty​le​ty. To jed​nak go nie

po​wstrzy​my​wa​ło. Ko​chał ją i pra​gnął. Musi od​wró​cić złą pas​sę.

Za​czął zbli​żać się do niej jak tam​tej nocy na balu ma​sko​wym. Z de​ter​mi​na​cją,

jaką tyl​ko męż​czy​zna może się wy​ka​zać, gdy opę​ta go mi​łość, po​żą​da​nie, ko​bie​-
ta. Jego ko​bie​ta.

– Idź się kłó​cić z bra​tem – po​wie​dzia​ła po​ryw​czo.
– Wolę kłó​cić się z tobą, Moo.
– Ale ja nie wolę. Już ni​g​dy nie będę się z tobą kłó​cić.
Uśmiech​nął  się  roz​bra​ja​ją​co  i  pod​niósł  ręce  do  góry,  jak​by  trzy​ma​ła  go  na

background image

musz​ce.

– Je​stem za. Po​gódź​my się. Co ty na to?
Otwo​rzy​ła usta, ale za​raz za​mknę​ła je z po​wro​tem. Ju​lian po​sta​no​wił wy​ko​rzy​-

stać ten mo​ment za​wa​ha​nia.

– Prze​pra​szam cię, ko​cha​nie – po​wie​dział, zbli​ża​jąc się do niej.
Po​trzą​snę​ła gło​wą.
– To nie wy​star​czy. Po​wi​nie​neś przy​nieść mi bu​kiet. A przed do​mem ma stać

cię​ża​rów​ka peł​na kwia​tów.

–  Ale  ty  je​steś  za​chłan​na,  Moo!  Do​bra,  ku​pię  ci  całą  kwia​ciar​nię,  jak  tyl​ko

będę miał wol​ne ręce.

Wa​ha​ła się przez chwi​lę, po czym ką​ci​ki jej ust le​d​wo za​uwa​żal​nie się pod​nio​-

sły.

– Prze​cież nie masz za​ję​tych rąk.
– Licz do trzech – po​wie​dział, pa​trząc w jej bla​do​nie​bie​skie oczy.
– Je​den – wy​szep​ta​ła.
Omal nie padł na ko​la​na z wdzięcz​no​ści. Z tru​dem do​bie​ra​jąc sło​wa, prze​pro​-

sił  jesz​cze  raz  za  swo​ją  za​zdrość  i  brak  roz​sąd​ku.  Tłu​ma​czył  się,  że  nie  mógł
znieść na​wet my​śli o jej nie​wier​no​ści.

– Ju​les, prze​cież ja nie ca​ło​wa​łam jego, tyl​ko cie​bie. Od razu czu​łam, że mam

do czy​nie​nia z brat​nią du​szą.

–  Chcę  z  tobą  spę​dzić  resz​tę  ży​cia,  Mol​ly.  Chcę  za​wsze  być  dla  cie​bie  tym

pierw​szym i naj​waż​niej​szym. Bo ty je​steś moja.

– Dwa, trzy! – wy​rzu​ci​ła z sie​bie jed​nym tchem. – Ko​cham cię – mruk​nę​ła, rzu​-

ca​jąc mu się w ra​mio​na.

Przy​ci​snął war​gi do jej ust. Wes​tchnę​ła i za​nu​rzy​ła pal​ce w jego wło​sach. Po​-

czuł,  jak  jej  pa​znok​cie  wcze​pia​ją  się  w  jego  po​ty​li​cę.  Chwy​cił  ją  za  po​ślad​ki,
a usta​mi sma​ko​wał aro​mat mię​ty i ja​błek.

– Tak mi cię bra​ko​wa​ło – mru​czał.
– A ja mia​łam ocho​tę za​bić cię za ten głu​pi upór.
– Ciii. Te​raz masz być dla mnie miła, bo ina​czej… Po​wiedz mi, pro​szę, że nie

pła​ka​łaś prze​ze mnie – szep​tał mię​dzy po​ca​łun​ka​mi.

– Ja​kieś je​de​na​ście razy – od​par​ła.
– Te​raz na​le​ży ci się re​kom​pen​sa​ta. Za każ​dy raz go​dzi​na tego – po​wie​dział,

piesz​cząc jej pier​si.

– Nie, to było ra​czej trzy​dzie​ści pięć razy – sko​ry​go​wa​ła Mol​ly.
– Bie​dac​two. Za​raz, za​raz. Po​zwól, że po​li​czę do​kład​nie. Ile razy?
– Set​ki razy – za​mknę​ła spra​wę, opla​ta​jąc no​ga​mi jego bio​dra.
– No to spo​ro mam ro​bo​ty.
Mol​ly  za​drża​ła.  Jej  pier​si  na​brzmia​ły,  jak​by  mia​ły  pęk​nąć.  Cze​ka​ła  na  nie​go,

mo​dli​ła się o tę chwi​lę. Chcia​ła, by do niej wró​cił. Jej je​dy​ny męż​czy​zna.

Fakt, cza​sa​mi bywa trud​ny, ale to jej chło​pak. Ju​lian John Gage. Obłęd​ny fa​cet.
Te​raz jest tu, w jej ra​mio​nach. I już nie odej​dzie.
Ścią​gnę​ła mu ko​szu​lę przez gło​wę, a on zdjął jej ko​ron​ko​we maj​tecz​ki.

background image

– Bę​dziesz się ze mną ko​chać? – wy​mam​ro​tał.
Wdarł się w nią, a ona krzyk​nę​ła gło​śno. Z ra​do​ści, z roz​ko​szy.
– Ju​les, ko​chaj mnie. Po​wiedz, że mnie ko​chasz.
– Jak wa​riat. Ni​g​dy nie miej co do tego wąt​pli​wo​ści. Ko​cham cię. Czczę, uwiel​-

biam. Cie​bie i tyl​ko cie​bie, Mol​ly – szep​tał, trzy​ma​jąc w dło​niach jej twarz i pa​-
trząc w oczy.

Te sło​wa za​pro​wa​dzi​ły ją na skraj prze​pa​ści. Ru​nę​li w nią ra​zem z siłą hu​ra​ga​-

nu. A gdy bu​rza usta​ła, ca​ło​wa​li się dłu​go i nie​śpiesz​nie.

– Za​wsze, jak mnie ca​łu​jesz, przy​po​mi​na mi się ten pierw​szy raz – wes​tchnę​ła,

wspo​mi​na​jąc ma​ska​ra​dę. – Po​win​nam była po​znać, że ca​łu​je mnie play​boy.

– Mu​sisz się do tego przy​zwy​cza​ić, Mo​pey. Play​boy za​ko​cha​ny w żo​nie to ewe​-

ne​ment w ska​li świa​to​wej.

Na dźwięk sło​wa „żona” ser​ce jej za​mar​ło.
– Co to ma zna​czyć?
Uśmiech​nął się po swo​je​mu, jak głod​ny wilk, po czym wsu​nął jej na pa​lec pier​-

ścień.

Ten, któ​ry zna​ła z ma​ska​ra​dy.
– Praw​dzi​wy do​sta​niesz ju​tro. A ten ma świad​czyć o mo​ich uczci​wych za​mia​-

rach.

– Nie wąt​pię. – Ro​ze​śmia​ła się, pa​trząc na ich na​gie cia​ła. Do​pie​ro po chwi​li

do​tar​ło do niej, że dzie​je się coś waż​ne​go.

– Chcę, że​byś zo​sta​ła moją żoną – wy​szep​tał, pa​trząc jej w oczy. – Wyj​dziesz

za mnie?

– Jak so​bie ży​czysz – od​po​wie​dzia​ła po pro​stu. Bo w jego spoj​rze​niu do​strze​-

gła praw​dzi​wą mi​łość.

background image

Ty​tuł ory​gi​na​łu: Wrong Man, Ri​ght Kiss
Pierw​sze wy​da​nie: Har​le​qu​in De​si​re, 2013
Re​dak​tor se​rii: Ewa Go​dyc​ka
Ko​rek​ta: Ur​szu​la Go​łę​biew​ska

© 2013 by Red Gar​nier
© for the Po​lish edi​tion by Har​per​Col​lins Pol​ska sp. z o.o., War​sza​wa 2015, 2017

Wy​da​nie ni​niej​sze zo​sta​ło opu​bli​ko​wa​ne na li​cen​cji Har​le​qu​in Bo​oks S.A.
Wszyst​kie  pra​wa  za​strze​żo​ne,  łącz​nie  z  pra​wem  re​pro​duk​cji  czę​ści  lub  ca​ło​ści  dzie​ła  w  ja​kiej​kol​wiek
for​mie.
Wszyst​kie po​sta​cie w tej książ​ce są fik​cyj​ne.
Ja​kie​kol​wiek po​do​bień​stwo do osób rze​czy​wi​stych – ży​wych i umar​łych – jest cał​ko​wi​cie przy​pad​ko​we.

Har​le​qu​in i Har​le​qu​in Go​rą​cy Ro​mans są za​strze​żo​ny​mi zna​ka​mi na​le​żą​cy​mi do Har​le​qu​in En​ter​pri​-
ses Li​mi​ted i zo​sta​ły uży​te na jego li​cen​cji.
Har​per​Col​lins Pol​ska jest za​strze​żo​nym zna​kiem na​le​żą​cym do Har​per​Col​lins Pu​bli​shers, LLC. Na​zwa
i znak nie mogą być wy​ko​rzy​sta​ne bez zgo​dy wła​ści​cie​la.
Ilu​stra​cja na okład​ce wy​ko​rzy​sta​na za zgo​dą Har​le​qu​in Bo​oks S.A.
Wszyst​kie pra​wa za​strze​żo​ne.

Har​per​Col​lins Pol​ska sp. z o.o.
02-516 War​sza​wa, ul. Sta​ro​ściń​ska 1B, lo​kal 24-25

www.har​le​qu​in.pl

ISBN: 978-83-276-2885-5

Kon​wer​sja do for​ma​tu MOBI:
Le​gi​mi Sp. z o.o.

background image

Spis treści

Strona tytułowa
Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Rozdział trzeci
Rozdział czwarty
Rozdział piąty
Rozdział szósty
Rozdział siódmy
Rozdział ósmy
Rozdział dziewiąty
Rozdział dziesiąty
Rozdział jedenasty
Strona redakcyjna


Document Outline