background image

Lass Small COKOLWIEK SIĘ ZDARZY 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Amabel Clayton była niezwykle piękną kobietą, smukłą, szczupłą i cudownie zaokrągloną. Włosy miała gęste i czarne, 

tak  jak  rzęsy  okalające  niebieskie  oczy.  Nie  zwracała  uwagi  na  swój  wygląd,  ale  teŜ  nie  mogła  go  zmienić.  Jako 
reporterka wolałaby wyglądać na kogoś mniej potrzebującego męskiego wsparcia, chociaŜ zdarzały się sytuacje, kiedy to 
wraŜenie bezradności się przydawało. 

Większość współpracowników zwracała się do niej per Clayton, ale byli teŜ tacy, którzy nazywali ją Mab. Była jedną z 

tych osób, które całkowicie pogrąŜają się w pracy i nie potrzebują Ŝycia towarzyskiego. PoniewaŜ nie dbała o męŜczyzn, 
często jej zarzucano, Ŝe ich nie lubi. To nieprawda. Jak moŜna lubić czy nie lubić czegoś, na co nie zwraca się uwagi? 

Mieszkała w Los Angeles i pracowała jako reporterka z Zachodniego WybrzeŜa w „Korzeniach Adama”, tygodniowym 

magazynie,  konkurującym  z  tygodnikami  „Time”  i  „Newsweek”.  To  wyobraźnia  wydawcy,  Simona  Quinta,  nadała 
magazynowi taki tytuł. 

Kiedy Amabel powiedziała ojcu o swojej nowej posadzie, zmarszczył brwi i zapytał: 
- Będziesz pracować dla Simona? Czy wie, Ŝe zostałaś przyjęta? 
- Tak. To on przesłuchiwał mnie w Nowym Jorku. Podobał mu się ten artykuł, który napisałam o Rufusie Bairdzie. 
- Przynajmniej potrafi docenić dobry tekst - stwierdził w zamyśleniu. 
-  A  co  będziesz  tam  robić?  -  spytała  matka.  -  Jaki  dział  ci  przypadnie?  Nie  przypominam  sobie,  by  w  „Korzeniach 

Adama” pracowało zbyt wiele kobiet. 

- Simon Quint jest niezwykle liberalny. MoŜe będę pisać o korzeniach? - Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się. 
- Mam tu trochę korzonków i cebulek, które moŜesz rozpracować - zaŜartował ojciec. 
Ile razy jeszcze powie coś takiego? Ale słyszała juŜ wszystkie Ŝarty na temat korzonków, więc odparła z powagą: 
-  Zastosuję  się  do  rady,  której  mi  kiedyś  udzieliłeś:  bądź  uczciwa.  W  moich  wywiadach  nie  będę  nikogo  ośmieszać, 

pokaŜę czytelnikom, jaką osobą jest człowiek, z którym rozmawiam, jakie są jego poglądy, co go interesuje. 

- Będziesz świetna. 
Ojciec wyraźnie nie był obiektywny. 
- Zrób wywiad z Seanem Morantem - zaproponowała matka. 
- To niemoŜliwe! - obruszyła się Amabel. - Gwiazda rocka wszechczasów? Myślisz, Ŝe biedna mała Clayton mogłaby 

przeprowadzić wywiad dziesięciolecia? Figa z makiem. 

IleŜ to juŜ razy słyszała: „MoŜesz zrobić wywiad z Seanem Morantem!” 
Niemal  zawsze  odpowiadała  tak  samo:  Ŝe  ma  szanse  nie  większe  niŜ  bałwan  na  wiosnę. Miała juŜ  dosyć  słuchania  o 

Seanie Morancie. 

Przez te kilka lat radziła sobie w nowej pracy całkiem dobrze. Przygotowywała się starannie, była rzeczowa i taktowna. 

Tym,  z  którymi  rozmawiała,  zadawała  pytania  rozsądne  i  przenikliwe,  ale  nie  denerwujące  czy  kłopotliwe.  Nie 
dokonywała  wiwisekcji  ofiary.  Była  całkowicie  uczciwa  wobec  rozmówców.  Bez  kłopotów  udawało  jej  się  uzyskiwać 
zgodę na wywiady, ale nie zdołała przeprowadzić rozmowy z Seanem Morantem. 

Rzecznik  prasowy  Seana  był  człowiekiem  obdarzonym  naturalnym  urokiem.  Miał  około  czterdziestu  lat,  wyglądał 

sympatycznie i pospolicie; starał się nie rzucać w oczy. Przedstawił się jako Jamie. Jamie Milrose. 

-  Jeśli  komukolwiek  Sean  udzieli  wywiadu,  to  właśnie  tobie  -  oznajmił.  -  Wiesz  o  tym.  Ale  jeśli  uzyskałabyś  ten 

przywilej, musiałby tę samą uprzejmość wyświadczyć innym wrzaskliwym i namolnym reporterom, którzy biją się o wy-
wiad z Seanem Morantem. Zdajesz sobie sprawę - tłumaczył cierpliwie - jak wiele czasopism chciałoby zamieścić z nim 
wywiad!  Od  „Korzeni  Adama”  poprzez  wszystkie  typy  magazynów,  aŜ  po  gazetkę  szkolną  w  Fort  Wayne.  Chodziłem 
tam do szkoły i redagowałem „South Side Times”, więc wiem, co znaczy być reporterem. 

Spojrzał na nią porozumiewawczo, jakby spodziewał się jej uśmiechu. Lecz Mab nie uśmiechnęła się. 
- Gdyby się tak jednak zdarzyło - Jamie mówił dalej - gdybyśmy zgodzili się na wywiady, to pomyśl, ile czasu zmar-

nowałby  Sean!  AŜ  trudno  uwierzyć,  prawda?  No  i  nadweręŜanie  tych  jego  biednych  strun  głosowych!  Och,  kochana, 
miejŜe litość. Zrezygnuj. 

- Nie jestem twoją kochaną - oświadczyła Mab, nieco przesadnie akcentując słowa. 
-  Tak  się  tylko  mówi.  To  jak  pocałunek  na  przywitanie.  Niczego  nie  oznacza.  -  Uśmiechnął  się,  lekko  przechylając 

głowę. - Naprawdę nienawidzisz męŜczyzn? - Przyglądał się jej uwaŜnie. 

- Kocham kaŜde boŜe stworzenie - odparła Amabel z tą samą cierpliwością, z jaką Jamie wysłuchał jej prośby o wy-

wiad. - Po prostu niektóre z nich kocham bardziej niŜ inne. 

- Jesteś lesbijką? - zapytał nagle. 
- Nie. - Spojrzała na niego z oburzeniem. 
- Więc jeśli nie masz takich skłonności, to co powiesz na wspólną kolację? - Szerokim gestem rozłoŜył ramiona i uŜył 

swojego najbardziej kuszącego uśmiechu. 

- Ta niewiarygodna zarozumiałość męŜczyzn czasami mnie zdumiewa. - Zebrała swoje rzeczy, wsunęła notes i ołówek 

do torebki i próbowała zasunąć zamek, ale coś się w nim zacięło. 

- Moglibyśmy pomówić o wywiadzie  -  zasugerował kusząco Jamie. - Przekonasz się, ile znam sposobów, by podejść 

Seana. 

Przerwała walkę z zamkiem. 
- Mówiłeś, Ŝe nie ma na to szans. 

background image

- Nie ma. - Uśmiechnął się. - Ale mogłabyś spróbować... ze mną. 
- Jamie, męŜczyźni tacy jak ty są mi zbędni. Nigdy nie rezygnujesz? 
- Daj spokój. - Wyraźnie bawił się tą słowną szermierką. - Co ja ci zrobiłem? 
-  Nic  mi  nie  zrobiłeś,  poniewaŜ  jestem  ostroŜna.  -  Przybrała  minę  osoby  tolerancyjnej,  ale  ta  rozmowa  była  dla  niej 

cięŜką próbą. 

- Jesteś dla mnie wyzwaniem. 
- Nawet o tym nie myśl. - Wróciła do mocowania się z zamkiem. 
- MoŜe zrobisz wywiad o Seanie ze mną? - Odebrał jej torebkę, otworzył ją, wcisnął głębiej chustkę do nosa i zasunął 

zamek bez trudu. 

Zawahała się. 
- Jak dobrze go znasz? 
- Mogłabyś się o tym przekonać.  - Oddał jej torebkę gestem, jakby wręczał róŜę, a uśmiechał się przy tym chytrze.  - 

Mam  mały domek w Big  Sur pod Monterey. Moglibyśmy tam pojechać na parę dni, porozmawiać...  - Rzucił jej swoje 
najbardziej niewinne spojrzenie. 

-  Są  pewne  granice  w  moim  poświęcaniu  się  dla  pracy.  Chętnie  zadałabym  ci  kilka  pytań,  ale  wspólny  weekend  jest 

wykluczony. 

Roześmiał się. Oczy mu błyszczały. 
- Sądziłem, Ŝe jesteś gorliwą młodą reporterką, gotową wszystko poświęcić dla sprawy. Szczerze mówiąc, moja droga, 

prawie go nie znam. 

Mab pomyślała, Ŝe brzmi to prawie tak, jak słynna odpowiedź Clarka Gable’a na prośby Scarlett. 
Mab  nigdy  nie  przeprowadzała  wywiadu  z  „osobami  zastępczymi”.  Dziennikarze  często  pytali  o  opinię  znajomych  i 

przyjaciół znanych osobistości. Mogłaby teŜ przejrzeć dane w archiwum, odkryć powiązania i domysły na temat kaŜdego, 
kim zajmowała się gazeta. To wydawało się jej zbyt prostym rozwiązaniem - rozmawiać tylko z przyjaciółmi, krewnymi 
czy współpracownikami osoby... takiej jak Sean Morant. 

Ale Jamie zasiał ziarno, które wypuściło korzenie. Owe korzenie rozrastały się, a wkrótce miały zmienić Ŝycie Amabel 

Clayton. 

Ze spotkania z Jamie’m Milrose’em Mab wyniosła jedną informację, która stała się tematem dnia. W krótkiej notatce do 

„Korzeni Adama” napisała, Ŝe krąŜą pogłoski, jakoby struny głosowe Seana Moranta były zagroŜone. CzyŜby miał stracić 
głos? Jeśli tak, to co stanie się z jego grupą? I z jej wokalistą Seanem Morantem? 

Po tych paru zwięzłych słowach wśród fanów rocka wybuchła panika. Informacja rozeszła się wszędzie. Powtórzono ją 

w Music Television, a prezenter wyraził nadzieję, Ŝe nie jest prawdą. 

Po tygodniu zadzwonił Jamie. 
- Kochana! Wyrywają sobie jego płyty, bo wszyscy sądzą, Ŝe niebawem nie będzie mógł śpiewać. Cudownie! Jestem ci 

za to coś winien. 

- MoŜe wywiad? - spytała szybko Mab. Mrucząc jak kot, Jamie przypomniał: 
- Zawsze pozostaje Big Sur. 
- Jamie, sam powiedziałeś, Ŝe jesteś mi coś winien. MoŜe wywiad z Seanem? 
-  MoŜe  chciałabyś  jego  album  „Timeless”  z  autografem?  -  zapytał,  po  czym  dodał  gładko:  -  W  „She  Rocked  Me” 

ś

piewa o takiej kobiecie, która mogłaby być tobą. 

- Spróbuj załatwić mi ten wywiad... 
- To beznadziejne, skarbie - odparł z wyraźnym Ŝalem, ale skończył rozmowę. 
Kilka dni później Amabel dostała płytę „Timeless” z autografem i piosenką „She Rocked Me”. Nigdy jeszcze nie wsłu-

chiwała się tak w nagrania Seana. Jego szorstki głos był podniecający... tak przynajmniej jej się zdawało. Ta kobieta z 
piosenki,  o  której  Jamie  mówił,  Ŝe  mogłaby  być  Mab,  wykorzystywała  męŜczyzn  niczym  wampir.  Wysysała  z  nich 
niewinność  i  miłość,  a  potem  porzucała.  Mab  była  wściekła.  Dlatego  teŜ  album  wciąŜ  leŜał  na  biurku,  kiedy  jej  szef, 
Wallace Michaels, wszedł do maleńkiego gabinetu Amabel. Obejrzał płytę z wyraźnym zaciekawieniem. 

- Dostałaś album z autografem od Seana Moranta? 
- Od jego speca od reklamy, Jamie’ego Milrose’a. Pisała na maszynie. Nie znosiła komputerów. 
- Masz dojście do Jamie’ego? - zapytał Wallace. 
- Wally - zaczęła takim tonem, jakby tłumaczyła dziecku. - Jamie prawdopodobnie sam podpisuje te płyty. Jest do tego 

zdolny. 

-  MoŜesz  załatwić  wywiad?  -  spytał  szybko.  Wallace  Michaels  był  szefem  reporterów  w  „Korzeniach  Adama”. 

PoniewaŜ  zajmował  się  tylko  znanymi  osobistościami,  czuł  się  czasem  jak  trzeciorzędny  obywatel  i  był  człowiekiem 
zakompleksionym. Marzył, by  znaleźć się w głównym nurcie wiadomości i zdarzeń. A tymczasem praca skazywała go 
tylko na plotki. Dostosował się w jedyny moŜliwy sposób: traktował te plotki powaŜnie. 

- Wally, wiesz, Ŝe od trzech lat próbuję zdobyć dla ciebie wywiad z Seanem Morantem. Parę razy do roku spotykam się 

w tej sprawie z Jamie’m Milrose’em. Próbowałam dopaść gdzieś Moranta, ale jak dotąd nie udało mi się. Tak samo jak 
wszystkim innym reporterom. Dostajemy tylko oficjalne komunikaty prasowe. Zdajesz sobie z tego sprawę. 

Wally w zamyśleniu wysunął dojną wargę i oznajmił: 
- Potrzebny nam jest wywiad z Morantem. 
- Oczywiście. 

background image

-  Zastanów  się,  Mab.  Ta  twoja  notatka  o  jego  strunach  głosowych  narobiła  niezłego  zamieszania.  Teraz  jest 

odpowiednia chwila. W dodatku nic ciekawego się nie dzieje. A zatem, jeśli tylko nie zginie jakaś waŜna osoba, mogłoby 
to pójść na pierwszą stronę! Musisz przeprowadzić z nim ten wywiad. 

Mab nie była tym zachwycona. 
- To musiałaby być seria wywiadów z ludźmi, którzy znali Moranta lub z nim pracowali - wyjaśniła Wally’emu. 
- Zrób to. - Wally był stanowczy. 
- Nie uda mi się. 
Zamknęła  biurko,  uniosła  wysuwaną  półkę  na  maszynę,  by  zwolnić  zatrzaski  i  wsunąć  ją  pod  blat.  Półka  zacięła  się. 

Spróbowała jeszcze raz. 

- Nie lubisz Seana Moranta - zauwaŜył Wally tonem wyroczni. 
Na chwilę przestała mocować się z półką. Wstała i spojrzała mu w oczy. Była bardzo uprzejma. 
- Nie spotkałam zbyt wielu męŜczyzn, których bym lubiła. UwaŜam, Ŝe się ich przecenia - dodała i machnęła ręką. - Ci, 

których  poznałam,  są  zwykle  małostkowi,  egoistyczni,  niedojrzali  i  pozbawieni  skrupułów.  -  Zmarszczyła  czoło.  - 
Zapaskudzili  świat.  Politycznie  i  chemicznie.  -  Po  czym  dodała  rzeczowo:  -  A  w  przypadku  Seana  Moranta  mamy  do 
czynienia z absolutną bezuŜytecznością. 

- Nadajesz się idealnie do zbadania, czy pod tym jego wizerunkiem kryje się prawdziwy człowiek. 
Westchnęła niecierpliwie i znów zajęła się upartym mechanizmem biurka. 
- Jesteś jednym z niewielu męŜczyzn, których toleruję - powiedziała. - To nie jest zadanie dla mnie. Nie interesuje mnie 

MTV, koncerty rockowe ani w ogóle ten typ muzyki. UwaŜam, Ŝe... - Urwała, zajęta badaniem półki. 

- Uczestniczy w programie pomocy dla głodujących. 
- A kto w nim nie uczestniczy? - Przygryzła wargę. 
- Wiesz co, Mab? - Wally znów zmienił się we wróŜkę. 
- Ty naprawdę nienawidzisz męŜczyzn. Cieszę się, Ŝe jestem juŜ Ŝonaty. Gdybym nie był, mógłbym próbować cię pode-

rwać, a ty byś mnie wykończyła. - Wyciągnął rękę i bez wysiłku wsunął pod blat półkę na maszynę do pisania. Przyjrzała 
mu się z uwagą. 

- Chciałabym być twoją sąsiadką. 
- Jesteś wielkoduszna. 
- Ale oszczędź mi wywiadu z Seanem Morantem. 
Jednak Wally nie chciał ustąpić. 
-  Przeprowadź  ten  wywiad  tak,  jak  uznasz  za  stosowne.  -  I  dodał  jeszcze:  -  Chris  zaprasza  cię  w  sobotę  na  kolację. 

Przyjechał jej kuzyn i chciałaby ci go wystawić. 

- Wystawić? - Mab spojrzała na Wally’ego i uniosła brwi. 
- Mówisz tak, jakbym była myśliwym. 
- Wydajesz się taka subtelna, a to tylko pozory - odparł uprzejmie. - Jeśli ktoś zobaczy cię po raz pierwszy, pomyśli, Ŝe 

jesteś uosobieniem słodyczy i lekkomyślności, a potem przeŜyje szok. Łatwo moŜesz oszukać męŜczyzn. Chris uwaŜa, Ŝe 
taki szok bardzo się Joe’emu przyda. 

- Jestem powaŜną kobietą. Nie lubię, kiedy biorą mnie za laleczkę. Moi rodzice nie po to mnie kształcili, bym uczyła 

męską część ludzkości, Ŝe kobiety teŜ są ludźmi. 

- Wyświadczyłabyś Chris przysługę. - Uśmiechnął się. 
- A ja z przyjemnością bym na to popatrzył. NaleŜy się Joe’emu nauczka. Ten facet to prawdziwy drań. 
- Zapowiada się cudowny wieczór. Nie, dziękuję. 
- Stanie się lepszym człowiekiem - zachęcał ją Wally. 
- To mnie nie interesuje. 
- To moŜe w piątek? Będzie tylko najbliŜsza rodzina. Chris stęskniła się za tobą. A wiesz przecieŜ, Ŝe ja teŜ cię kocham. 
Mab spojrzała na niego uwaŜnie. 
- Naprawdę zaleŜy ci na tym wywiadzie, co? 
- Jesteś taka bystra! 
Mab zaczęła przeglądać wszystkie materiały zawierające informacje, spekulacje i kłamstwa na temat Seana Moranta... 

wraz ze zdjęciami. Były tam wszelkie typy zdjęć: studyjne i reporterskie. Wydawał się na nich znudzony. Wyglądał na 
człowieka, którego nie obchodzi cały świat. OŜywiony był jedynie na zdjęciach zrobionych podczas występu. 

To skłoniło Amabel do namysłu. Był interesującym męŜczyzną: przystojnym, dobrze zbudowanym. Ale przecieŜ wielu 

męŜczyzn  jest  do  niego  podobnych.  Włosy  i  rzęsy  miał  ciemne.  Czytała,  Ŝe  ma  brązowe  oczy.  Fotografie  wykonane 
podczas występów wyraźnie kontrastowały z tymi zrobionymi na ulicy. 

WypoŜyczyła  kilka  nagrań  jego  koncertów  na  taśmie  wideo  i  oglądała  je  w  swoim  małym  domku,  wzniesionym  nad 

kanionem. Odtwarzając taśmy Seana Moranta na magnetowidzie, mogła słuchać i oglądać, jak śpiewa. 

Na  scenie  Sean  miał  niezwykłą  osobowość.  Przyjemnie  było  na  niego  patrzeć.  Podczas  występów  promieniował  mę-

skością, wykorzystywał ją świadomie i z wyrachowaniem. Był przywódcą dla męskiej części widowni i kochankiem dla 
Ŝ

eńskiej, człowiekiem, którego wszyscy podziwiali. Z wyjątkiem Mab, oczywiście. Mab była odporna na urok jakiego-

kolwiek męŜczyzny. 

Oglądała  jego  występ,  potem  brała  zdjęcia  i  porównywała  je  z  tym,  co  widziała.  Kiedy  nie  grał,  wydawał  się 

„wyłączony”,  niezaangaŜowany,  nie  wykazujący  śladu  zainteresowania  czymkolwiek.  Te  zdjęcia  wyraŜały  obojętność 

background image

nawet na to, Ŝe ktoś go fotografuje. Nie unikał obiektywu ani się nie uśmiechał. 

Jego zdjęcia zafascynowały Mab. To one zwróciły jej uwagę na kobiety. Fotografie były zadziwiająco podobne do sie-

bie.  KaŜda  ukazywała  całą  postać  Seana,  za  kaŜdym  razem  ubranego  w  te  same  rzeczy.  Włosy  miał  w  nieładzie  i  bez 
zaciekawienia spoglądał w obiektyw. A na kaŜdym z tych zdjęć przy jego lewym boku stała inna kobieta. 

Kobiety  były  ubrane  róŜnorodnie.  Niektóre  uśmiechały  się,  inne  zachowywały  powagę.  Wszystkie  były  wysokie, 

piękne, idące krok w krok z Seanem. 

Mab  zaczęła  przypinać  te niemal  identyczne  fotografie  na  ścianie.  Zaczęła  tworzyć  cykl.  Rząd  za  rzędem  podobnych 

zdjęć: Sean idący z kobietą. 

Kiedy  patrzyła  na  te  rzędy  fotografii,  wydało  jej  się  oczywiste,  Ŝe  Sean  nie  jest  znudzony,  tylko  wyczerpany.  Miał 

dopiero trzydzieści parę lat, a wydawał się znacznie starszy. To pewnie styl Ŝycia tak go niszczył. 

Zaplanowała,  Ŝe  artykuł  ujawni  Seana  Moranta  jako  podrywacza.  Amabel  odrzuciła  zdjęcia  z  fankami  i  krewnymi,  a 

skupiła się  na  powszechnie  znanych  paniach  sfotografowanych  w  towarzystwie Seana Moranta.  Rozmawiała  z  kaŜdą  z 
nich. 

Zirytowało  ją,  Ŝe  w  tych  rozmowach  nie  była  tak  obiektywna  jak  zwykle.  CzyŜby  wypaliła  się  w  wieku  dwudziestu 

ośmiu lat? Dlaczego odczuwała wrogość wobec kobiet, które miały kontakty z Seanem? Czemu dręczył ją taki dziwny 
niesmak? 

Przedtem tylko raz odczuła taką wrogość wobec innej kobiety. W szóstej klasie, gdy swoją najlepszą przyjaciółkę przy-

łapała na tym, Ŝe wysyła liścik do jej chłopca. On sam nie wiedział, Ŝe jest jej wybrańcem, ale przyjaciółka o tym wie-
działa.  Mab  przeŜyła  wtedy  podobne  emocje.  Zupełnie  jakby  była  zazdrosna  o  te  wszystkie  kobiety,  z  którymi 
rozmawiała o Morancie. 

Jedną  z  przyjaciółek  Seana,  do  której  dotarła  Amabel,  była  Wanda  Moore.  Udzieliła  wywiadu  w  sypialni.  LeŜała  w 

łóŜku okryta cienkim peniuarem, co miało chyba sugerować, Ŝe jest pod spodem naga. 

Amabel miała na sobie bluzkę, lekki sweter, pasującą do niego spódnicę, rajstopy i buty na płaskich obcasach. 
Wanda spoglądała powłóczyście na uśmiechniętego fotografa. 
Mab  zerknęła  w  okno  i  pomyślała,  Ŝe  tę  kobietę  powinno  się  wysłać  w  kosmos  jednoosobową  rakietą.  Z  pewnością 

Seana Moranta nie pociągały zalety jej umysłu. 

Najbardziej denerwującej odpowiedzi udzieliła Wanda na pytanie: 
- Opowiedz o Seanie Morancie. Co o nim sądzisz? 
- Oooo! - Wanda wpadła w spazmatyczny chichot i zatrzepotała rzęsami. 
- Mogłabyś wyjaśnić, co to znaczy? - spytała z powagą Mab. 
- On jest rozkoszny! - Wanda uniosła kolana i potarła znacząco jedno o drugie. 
Mab nie mogła się powstrzymać. 
- Czy rozmawialiście kiedyś o polityce? - zapytała ze stoickim spokojem. 
Wanda przestała chichotać i powiedziała uraŜona: 
- Chyba Ŝartujesz. 
- Czy moŜemy zrobić ci zdjęcie? - spytała Mab. 
- A po co się tu z wami męczę, moja droga! 
Po powrocie do biura Mab zreferowała rozmowę szefowi. 
- AleŜ skarbie, w kosmosie ta kobieta zanudziłaby się na śmierć - stwierdził Wally. 
- Nie nazywaj mnie „skarbem”. 
- Nie wściekaj się o to, Ŝe przyjaciółki Seana nie dorastają do twoich standardów. To nie moja wina! OŜeniłem się z 

Chris, zanim cię poznałem, i ona się tobie podoba. 

- Mam przeczucie, Ŝe zareagowałbyś na Wandę Moore tak samo jak nasz fotograf. 
- To znaczy: jak? 
- Rumieniłbyś się, chichotał i stałbyś się nerwowy. 
- Czy jesteś zazdrosna? - zainteresował się. 
- Wielkie nieba, Wally! 
- No cóŜ... 
- Kiedy kobiety zaczną się starać, by traktowano je powaŜnie? - zaczęła niczym uliczny  mówca.  - Skoro taka Wanda 

zachowuje się w ten sposób... MęŜczyźni, myśląc o kobietach, wyobraŜają sobie takie Wandy, a nie na przykład Hillary 
Clinton. To przygnębiające. 

- Czy wszystkie kobiety, które spacerowały z naszym bohaterem, przypominają Wandę? - Podszedł do ściany i zaczął 

oglądać rzędy fotografii. 

- Zaskakująco wiele z nich. Jego IQ mieści się pewnie w przedziale od czterdziestu do pięćdziesięciu. 
- Jest niezłym muzykiem. 
Mab przyznała mu rację. 
- Wielu ludziom Bóg wynagrodził braki rozumu jakimś talentem. 
Wally przeniósł wzrok ze zdjęć na Mab. 
- Z iloma jeszcze chcesz rozmawiać? 
- Z trzema. 
- Próbowałaś skorzystać z komputera? - zapytał, zmieniając temat. 

background image

- Nie marudź. 
- Jesteś straszną tradycjonalistką - przypomniał jej. - Komputer zmieni twoje Ŝycie. 
- Gdyby Bóg chciał, Ŝebym latała, dałby mi skrzydła. 
- To jest argument przeciw samolotom - zakpił Wally - i nie dotyczy komputera. 
- Nie denerwuj mnie. 
- Ostatnio ciągle jesteś w podłym nastroju i to bez powodu - powiedział uprzejmie.  - Gdybym nie wiedział, Ŝe w za-

sadzie nienawidzisz męŜczyzn, pomyślałbym, Ŝe zakochałaś się bez pamięci w Seanie Morancie. 

- Rany boskie! - Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. 
- Wpadasz w paranoję, jeśli chodzi o maszyny i męŜczyzn - zauwaŜył. 
- Jeśli chodzi o maszyny, to zgadzam się. 
- Rzecz w tym, Ŝe nie rozumiesz ani męŜczyzn, ani maszyn. 
Mab machnęła ręką. 
- Oczywiście, Ŝe rozumiem męŜczyzn. To prymitywne istoty. 
- Jesteśmy ludźmi - stwierdził Wally. - Czy zwracałaś się do kogoś o pomoc w uporaniu się z tym problemem? 
- Nie mam  Ŝadnych problemów. Jestem zadowolona z samotnego Ŝycia. Nie potrzebuję męŜczyzny, który  by się mną 

opiekował. Sama daję sobie radę. Jedyny problem, jaki mam z męŜczyznami, to ten, Ŝe nie rozumieją, dlaczego nie chcę 
iść z nimi do łóŜka. 

Wally uśmiechnął się. 
- Cieszę się, Ŝe jestem Ŝonaty z Chris. 
- Ja teŜ. Gdybyś nie był, pewnie stałbyś się podobny do reszty. 
- Simona Quinta teŜ tak oceniasz? 
- Nie - odparła. - UwaŜam, Ŝe nasz wydawca jest niezwykle wartościową ludzką istotą. 
Kiedy  Amabel  przeprowadziła  wszystkie  rozmowy  o  Seanie  Morancie,  zauwaŜyła,  Ŝe  udzielające  wywiadów  kobiety 

wymieniły jedną cechę jego charakteru. Sean Morant był uprzejmy. Amabel włączyła to do swego bardzo inteligentnego 
artykułu. Była subtelna. Sugerowała, Ŝe jest to kobieciarz, który uprzejmością potrafi oczarować naiwne niewiasty. 

Rzędy  fotografii  z  tablicy  Amabel  wykorzystano  na  okładkę:  wszystkie  te  niemal  identyczne  zdjęcia  Seana  Moranta, 

znajdującego  się  w  towarzystwie  róŜnych  kobiet.  Z  wyjątkiem  ostatniego,  na  dole,  po  prawej  stronie.  Ukazano  na  nim 
Seana Moranta, a obok niego sylwetkę kobiety z tekstem: „Która następna”? 

Przy takiej okładce artykuł wewnątrz magazynu był juŜ niemal zbędny. Okładka mówiła wszystko. 
Po otrzymaniu egzemplarza redakcyjnego Jamie zadzwonił do Mab. 
- Jak ci nie wstyd? Myślisz, Ŝe Sean będzie zadowolony? 
- Powinien udzielić mi wywiadu. 
- To tania zagrywka, kochanie - zganił ją. - Wybrałaś tylko jeden, niewielki fragment z jego Ŝycia i wykorzystałaś go. 

To nieładnie. - Wyraźnie świetnie się bawił. Mab to nie poruszyło. 

- MoŜe udzielić mi wywiadu i wtedy skoryguję wszystkie swoje... błędne koncepcje. Rozmawiałam z tymi kobietami. 

Potwornie nudne zajęcie; były takie do siebie podobne. Ale napisałam dokładnie to, co mi mówiły. To uczciwa relacja. 

- Jesteś kobietą bez serca, kochanie - oświadczył Jamie. 
- Przykro mi z tego powodu. Dlaczego nie pojechałaś ze mną do Big Sur? Wierzę, Ŝe wciąŜ jeszcze mógłbym cię ocalić. 
- Odczep się. 
- Muszę się przyczepić, zanim się odczepię. 
- Jamie, jesteś nudny. 
- Tak, ale nie jestem złośliwy. 
- Ten artykuł nie był złośliwy - stwierdziła Mab. - To tylko fakty. 
Jamie przyznał jej rację. 
- Fakty wybrane i wykorzystane z wielką starannością i talentem. Wiesz, Ŝe moŜesz mieć teraz kłopoty z wywiadami? 

Ludzie nie będą się czuli przy tobie bezpieczni. Zaczną się ciebie obawiać. 

- Przesadzasz i dobrze o tym wiesz. Bawi cię droczenie się z ludźmi. Nikt nie musi się obawiać rozmowy ze mną. 
- Mab stwierdziła to z powagą. - Przykro mi, Ŝe prawda nie podoba się panu Morantowi. Powinien staranniej dobierać 

sobie towarzystwo. 

- Postara się o to. Postara. 
W masie informacji drukowanych kaŜdego dnia artykuł i okładka z Seanem Morantem nie były niczym szczególnym. 

Nie zostały przez nikogo przyjęte okrzykami zachwytu czy wściekłości - z wyjątkiem osób bezpośrednio zainteresowa-
nych.  Wśród  nich  reakcje  na  artykuł  były  rozmaite.  Wydawca,  Simon  Quint,  zadzwonił  z  Nowego  Jorku  i  powiedział 
swoim lakonicznym, zwięzłym tonem: 

- Zaskoczył mnie ten tekst. Okładka jest rewelacyjna, ale zbyt tendencyjna. Psychika tego człowieka jest głębsza i bar-

dziej złoŜona, niŜ to przedstawiłaś. 

Wally stwierdził, Ŝe był to jeden z mniej udanych artykułów i Mab nie ma się czym chwalić. Matka nie chciała o tym 

rozmawiać. 

Ale ojciec spojrzał jej prosto w oczy i zganił ją: 
- Nie byłaś zbyt tolerancyjna wobec tego człowieka. Gdybym nie wiedział, Ŝe jesteś profesjonalistką, zastanawiałbym 

się, czy nie walczysz przypadkiem z potajemnym uczuciem do niego. 

background image

- Uczuciem! - Mab mogła tylko parsknąć gniewnie. - PrzecieŜ to śmieszne! 
Dostała równieŜ krótki liścik z podziękowaniem od Wandy Moore - na papierze ozdobionym róŜowymi króliczkami. 
Nie otrzymała listu od Seana Moranta. Szczerze mówiąc, nie oczekiwała go. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Kiedy następnego dnia Jamie Milrose wszedł do swego biura, sekretarka uprzedziła go: 
- Ktoś na pana czeka. Nie podał nazwiska, ale nazwał pana sierŜantem, więc wpuściłam go do gabinetu. 
- śartujesz - ucieszył się Jamie. 
Niewielu kolegów, z którymi walczył w Wietnamie, utrzymywało z nim kontakt. Niewielu wiedziało o tym, Ŝe zmienił 

nazwisko, zawód i styl Ŝycia. A ci nieliczni byli bliskimi przyjaciółmi. Kim mógł być tajemniczy gość? 

Otworzył  drzwi  gabinetu  i  znieruchomiał  zdumiony.  Patrzył  na  męŜczyznę  siedzącego  przy  jego  biurku.  Ten  uniósł 

głowę znad „Wall Street Journal”. 

- Dzień dobry, Milrose - powiedział na powitanie. Jamie podszedł bliŜej i zapytał niepewnie: 
- Sean? 
- Umawialiśmy się chyba, Ŝe poza sceną nazywam się Tris Roald. 
Z odruchową kurtuazją gość wstał i stanął plecami do okna. Jamie obdarzył przybysza swym uśmiechem sierŜanta 
w cywilu. 
- Przepraszam - powiedział. - Zrozum, słyszę „Sean Morant” całymi dniami i przez połowę nocy. Gdybyś był w Wiet-

namie, zrozumiałbyś, na czym polega pranie mózgu. 

- Miałem piętnaście lat, kiedy skończyła się wojna. 
- A, tak - przyznał cicho Jamie. - Skąd wiesz, Ŝe byłem sierŜantem? 
- Staram się dokładnie sprawdzać moich ludzi. 
Tak jak wszystko, pomyślał Jamie i skinął głową. 
- Czemu zawdzięczam ten nieoczekiwany zaszczyt? 
- Wyraziłeś zgodę na ten artykuł i okładkę w „Korzeniach Adama”? 
- Nie, oczywiście, Ŝe nie - odrzekł Jamie. Wyczuwał, Ŝe Tris jest zirytowany. 
- Opowiedz mi coś o Amabel Clayton - zaproponował Tris miękkim, chrapliwym głosem. 
- MoŜe być interesująca dla kaŜdego męŜczyzny. 
- Co przez to rozumiesz? Jamie pokręcił głową. 
- Wygląda jak istota z marzeń męŜczyzny o letniej idylli, ale jest zawziętą bojowniczką o prawa kobiet. A takŜe świetną 

reporterką. Nikt nie nazywa jej Amabel; raczej Clayton albo Mab. Od czasu do czasu Wściekłą Mab. Prosiła o wywiad z 
tobą  przy  kaŜdej  moŜliwej  publikacji,  która  mogłaby  posłuŜyć  za  pretekst.  Oczywiście,  zgodnie  z  instrukcjami,  odma-
wiałem za kaŜdym razem, chociaŜ dawałem jej materiały prasowe. 

Głos Trisa zabrzmiał ponuro: 
- Zemściła się? Tylko dlatego, Ŝe nie udzieliłem jej wywiadu? 
-  Nie  sądzę,  by  ten  artykuł  był  jej  pomysłem.  Wallace  Michaels,  który  jest  jej  szefem,  kładzie  nacisk  na  aktualne 

wiadomości.  A  Ŝe  spotkanie  z  tobą  nie  doszło  do  skutku,  mogła  załatwić  tę  sprawę  tak,  jak  chciała.  -  Jamie  dodał  z 
westchnieniem: - Moglibyśmy jej powiedzieć o tych kobietach. 

- Nikomu nie muszę się tłumaczyć. - Łagodny ton mógł kaŜdego wprowadzić w błąd. Ale Tris nie Ŝartował. W brązo-

wych oczach błysnął ogień. - Nie lubię, kiedy ktoś nazywa mnie podrywaczem. 

- Ten artykuł moŜe urazić parę osób: twoją matkę, ciebie, kilku twoich przyjaciół. Ale ogólnie nie będzie miał większe-

go znaczenia. - Jamie myślał praktycznie. - To dość typowy materiał typu „prywatne Ŝycie gwiazdy rocka”. Nie ucierpisz 
od  tego.  Owszem,  moŜe  to  być  irytujące.  Wzrośnie  liczba  obślinionych  panienek,  które  za  tobą  biegają,  ale  to  da  się 
załatwić. śaden problem. Sensacja jednego dnia. Za tydzień wszyscy o tym zapomną. Zapewniam cię. 

- Chciałbym przyjrzeć się jej bliŜej. Mam ochotę porozmawiać z kobietą, która tak łatwo feruje wyroki. 
- Wywiad? - zdumiał się Jamie. 
- Nie. Anonimowo. 
- Aha. Pomyślmy.  - Jamie podszedł do biurka i przejrzał terminarz. -  Za dwa dni jest spotkanie dla reporterów i per-

sonelu prasowego w hotelu Beverly Hilton. Wszystkim sfrustrowanym dziennikarzom damy nas jako łapówkę!  - Jamie 
roześmiał się szczerze. 

- Czy ktoś mógłby mnie rozpoznać? 
- Nawet ja cię nie poznałem. - Jamie z niedowierzaniem przechylił głowę. - Czy to znaczy, Ŝe chcesz tam jechać? 
- Załatwisz mi wejściówkę? 
- To szaleństwo! 
- Mógłbym udawać dziennikarza, który przybył z Indiany. 
- A z jakich okolic Indiany pochodzisz, chłopcze? Nie pamiętam, Ŝebyś w swojej biografii wspomniał o Indianie. 
- Mam ciotkę niedaleko Fort Wayne. 
- To jesteśmy krajanami! - Jamie roześmiał się głośno. - Pochodzę z samego Fort Wayne. Tris uśmiechnął się w końcu. 
- Dostatecznie dobrze znam miasto, Ŝeby nie było wpadki. 
- Mam przyjaciela w „Journal Gazette”, który ci to załatwi. Na jeden dzień zostaniesz ich korespondentem z Zachod-

niego WybrzeŜa. Nie ma sprawy. - Jamie zawahał się przez moment. - Jesteś pewien? To dość ryzykowne. 

background image

- Masz całkowicie mnie ignorować - polecił stanowczo Tris. 
- Jeśli ktokolwiek mnie spyta, powiem: „Sean? Tutaj? Chyba zwariowałeś! Miałby wejść do jaskini lwa?” - Jamie’emu 

zaczynał się podobać ten pomysł. - To wystarczająco nielogiczne. Nikt się tam ciebie nie spodziewa. 

- Pojadę. Jak właściwie ubierają się reporterzy? Elegancko? Czy krzykliwie? 
-  Garnitur,  krawat.  -  Jamie  z  roztargnieniem  zmarszczył  brwi.  -  Bądź  zawodowcem.  Zobaczysz  tam  róŜnie  ubranych 

ludzi, ale jesteś z Indiany, więc musisz się elegancko ubrać. Niech się zastanowię... przecieŜ musi być jakiś prostszy spo-
sób spotkania Amabel Clayton. 

- Ten sposób wydaje mi się dość zabawny. Im szybciej, tym lepiej. 
-  Ten  pomysł  jest  faktycznie  dostatecznie  wariacki.  -  Jamie  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu.  -  Czy  mogę  później 

wspomnieć, Ŝe tam byłeś? 

- Nie. 
- Kusi mnie to. - Jamie wyraźnie chciał wyprosić sobie zgodę. 
- Nawet o tym nie myśl - odmówił stanowczo Tris. 
-  Przyjemnie  byłoby  popatrzeć  na  kilka  twarzy,  kiedy  o  tym  powiem.  Mogę  to  załatwić  poufnie.  I  ograniczę  się  do 

dwóch osób. Mab będzie jedną z nich. 

- Wylejecie. 
Jamie westchnął cięŜko. 
- Ani krzty humoru. Ani odrobinki... nic. 
 
Dwa  dni  później  Tris  zajechał  wynajętym  samochodem  pod  hotel,  w  którym  odbywało  się  spotkanie.  śycie  rzadko 

pozwalało mu na chwile samotności - po prostu nie miał na to czasu - dlatego wykorzystywał kaŜdą okazję, by choć na 
parę chwil być wolnym. 

Wraz  z  plakietką,  upowaŜniającą  do  wejścia,  przysłano  mu  zdjęcie  Amabel  Clayton.  Była  „interesująca  dla  kaŜdego 

męŜczyzny”. Tak to określił Jamie. Jak kobieta z takim wyglądem mogła być tak okropną jędzą? 

Tris  podał  kluczyki  portierowi,  który  odprowadził  wóz.  Potem  wszedł  do  holu,  przypiął  plakietkę  i  kierując  się 

dyskretnymi  strzałkami,  ruszył  do  sali  balowej,  gdzie  miało  się  odbyć  spotkanie.  Było  tam  juŜ  prawie  dwieście  osób, 
więcej męŜczyzn niŜ kobiet. Słychać było szum rozmów i śmiechy, jakby wszyscy się znali. Na tym polegała ich praca: 
by kaŜdy znał kaŜdego. 

Nawet w tym tłumie nietrudno było ją odszukać. Wyglądała jak istota z marzenia męŜczyzny o letniej idylli, zgodnie z 

zapewnieniami  Jamie’ego.  Dopiero  po  chwili  Tris  oderwał  od  niej  wzrok.  Zadziwiła  go  duŜa  liczba  męŜczyzn,  którzy 
stali z daleka, choć wpatrywali się w nią z wyrazem bezradności na twarzy. Patrz, lecz nie dotykaj, tak chyba brzmiała jej 
wypróbowana zasada. Dlatego chociaŜ z Amabel rozmawiało tylko kilka kobiet, wszyscy męŜczyźni przynajmniej się z 
nią witali. Zachowywała się naturalnie i uprzejmie. Dlaczego Trisa to dziwiło? 

Przywołując w pamięci ten artykuł, niczym tarczę przed jej wdziękami, Tris przeciskał się przez tłum i rozwaŜał róŜne 

warianty ataku. Minęło juŜ sporo lat, gdy musiał tak podchodzić jakąkolwiek kobietę. 

Ś

wiadomie wybrał klasyczną metodę. Chciał usłyszeć jej pisk. Udał, Ŝe ktoś go potrącił, i z perfekcyjną dokładnością 

rozlał zawartość kieliszka na błękitny kołnierzyk jej sukienki. 

- Strasznie mi przykro - przeprosił, wręczając jej czystą chustkę do nosa. 
- Nic się nie stało. - Osuszyła się sprawnie. - Przewiduję takie sytuacje podczas kupowania ubrań. Ale jest dopiero luty i 

jeszcze za wcześnie na nieoczekiwany prysznic. 

Jej reakcja go zaskoczyła. Ta kobieta była piękna, uprzejma i delikatna. To nie pasowało do jego wyobraŜeń o Amabel 

Clayton. 

- W Indianie nie pijamy koktajli tak wcześnie. Wygładziła sukienkę na bardzo ładnych piersiach. 
- A co pijecie około południa? - Uniosła swe niebieskie oczy, spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko. 
- Lemoniadę pod drzewem sykomory. 
- W lutym? - Reporterskie doświadczenie uratowało ją przed okazaniem zdziwienia. - W Indianie? Jeszcze nie zaczęły 

się wiosenne roztopy. 

- Luty w południowej Kalifornii to głupstwo. Zapomniała pani, jak Ŝyje połowa ludzi tego kraju. W lutym wszyscy far-

merzy  z  Indiany  siedzą  na  południu,  nad  Rio  Grandę,  i  grzeją  się  w  słońcu  obok  swych  przyczep.  Nazywają  nas 
„Zimowymi  Teksańczykami”  albo  „ŚnieŜnymi  Ptakami”,  gdyŜ  migrujemy  tak  jak  ptaki,  by  uciec  przed  północnym 
wiatrem. 

- A w jaki sposób dostał się tu farmer? - Uniosła rękę, wskazując salę i tłum. 
-  No  cóŜ.  -  Zastanowił  się  błyskawicznie.  -  Nigdy  nie  pracowałem  na  farmie.  Poszedłem  do  szkoły,  nauczyłem  się 

czytać  i  pisać,  a  teraz  jestem  reporterem  we  wspaniałej  metropolii  Fort  Wayne,  rodzinnym  mieście  szalonego 
Anthony’ego Wayne’a, który złoił skórę Brytyjczykom. 

- Złoił im skórę? A jak tego dokonał? 
- Nie ręką - odparł z powagą. - Było to podczas wojny o niepodległość. 
- I był szalony? 
- Chyba dlatego, Ŝe Brytyjczycy nie zachowywali się grzecznie. - Przyjrzał się jej mokrej sukience. - To on powiedział: 

„Zła czy dobra, ale to moja ojczyzna”. 

- A dlaczego miałby coś takiego mówić? - spytała. 

background image

- Zapewne rząd jego ojczyzny robił coś, z czym nie do końca się zgadzał. 
- Od czasu do czasu teŜ mam takie uczucie. 
- Więc naleŜymy do tego samego klubu. 
Dopiero wtedy się roześmiała. 
- Jesteś nowy na wybrzeŜu? 
-  I  nowy  w  świecie  dziennikarstwa  -  odparł  szczerze.  -  Nazywam  się  Tristan  Roald,  ale  poniewaŜ  brzmi  to  jak  imię 

następcy tronu, mówią na mnie Tris. - PoniewaŜ naprawdę miał tak na imię, mówiąc to, nie mrugnął nawet okiem. Nie 
spuszczał z niej wzroku. Chciał wiedzieć, jak dokładnie zbadała jego przeszłość; czy odkryła ten fakt w Ŝyciorysie Seana 
Moranta. 

- Tristan Roald to brzmi jak nazwisko wikinga. 
- To prawda. śyjemy jak wikingowie. - Zaakcentował słowa skinieniem głowy. - Rabunek i inne takie rzeczy. 
- Jestem Amabel Clayton i pracuję... 
Przerwał jej powolnym, chrapliwym głosem: 
- Napisałaś ten artykuł o piosenkarzu rockowym. JakŜeŜ on się nazywał? 
Podpowiedziała mu bez namysłu. 
- Sean Morant. Jeśli nie pamiętasz tego, to pewnie nie zajmujesz się rockiem. 
- Okładka robiła wraŜenie - odparł, unikając odpowiedzi na uwagę Amabel. - Naprawdę sądzisz, Ŝe zdobył tyle kobiet w 

tak krótkim czasie? - Zaczął przygotowywać pułapkę. 

- Dowodem są zdjęcia. 
- Nie myślisz, Ŝe to tylko zbieg okoliczności? MoŜe naprawdę jest niewinny? 
Uśmiechnęła się. 
Podrapał się w nos, aby zasłonić twarz, gdyŜ przyglądała mu się w zamyśleniu. 
- Ktoś zrobił te zdjęcia - przyznał. - Ale on mógł nie znać dobrze tych kobiet. - Udawał, Ŝe mówi to obojętnym tonem. 
- To chyba powtarzalność tych zdjęć tak mnie uderzyła. Zawsze wyglądał tak samo: ubranie, artystycznie rozwichrzone 

włosy  i  wyraz  znudzenia  na  twarzy.  Tylko  kobiety  się  róŜniły.  Pora  na  kolejne  zdjęcie.  Odstępy  czasowe  są  niemal 
dokładnie wymierzone. Zupełnie jakby Sean ziewał i mruczał: „Pora, by zrobić sobie fotkę z następną lalunią”. 

Przesunął dłonią po włosach, upewniając się, Ŝe nadal są gładko zaczesane. Uniósł brwi. 
- Lalunią? 
Amabel jęknęła. 
-  Musiałam  z  nimi  porozmawiać.  Trudno  zrozumieć,  dlaczego  je  wybiera.  -  A  potem  zarumieniła  się  z  wdziękiem  i 

wyrzuciła z siebie: - No, to znaczy, przypuszczam... - Zakaszlała i próbowała zmienić temat. 

Nie pozwolił jej na to. 
- Sądzisz, Ŝe dokonuje wyboru z powodów... fizycznych. 
- Wolę o tym nie mówić - odparła tak stanowczo; Ŝe niemal z oburzeniem. 
- CzyŜbyś Ŝywiła skrywane uczucie do Seana? Przymknął powieki, ale Amabel dostrzegła złote błyski wesołości. 
- Mam dziwne uczucie, Ŝe skądś cię znam. 
- Byłaś kiedyś w Fort Wayne? - zapytał ze szczerym zainteresowaniem. 
- Nie. W marcu jadę do Indianapolis na seminarium poświęcone prawom kobiet. 
- Mieszkam tylko nieco dalej na północ, w Fort Wayne. Gdzie odbędzie się to seminarium? 
- W Hyatt. 
- Byłaś kiedyś w Indianie? Mamy tam sporo rzeczy wartych obejrzenia. 
Minęło juŜ zagroŜenie: nie zastanawiała się, do kogo jest podobny, czy nawet kim jest naprawdę. 
Rozmawiali  o  hotelach,  o Indianie,  Kalifornii, ludziach.  Kilku  osobom  przedstawiła  go jako  Trisa.  Dwie  spytały,  czy 

gdzieś juŜ się nie widzieli. Czy jest publicystą? Wydawał się im znajomy. 

- Jeśli byłeś kiedyś w Indianie - odpowiadał - to jest tam sporo Roaldów i łączy nas rodzinne podobieństwo. Moja mat-

ka pochodzi z Fellów, spokrewnionych z Hughesami, jest teŜ paru... - Ale pytający tracili jakoś zainteresowanie. 

Przy  bufecie  spotkał  Jamie’ego  i  spojrzał  na  niego  tak  obojętnie,  jakby  widział  go  pierwszy  raz  w  Ŝyciu.  Jamie 

zakaszlał, a potem zakrztusił się i ktoś musiał uderzyć go w plecy. 

- Chyba jest pijany - rzekł Tris do Amabel. - Większość reporterów zbyt duŜo pije. A ty? 
- On nie jest reporterem. Jest rzecznikiem Seana Moranta. Kobiety nie piłyby tyle, gdyby miały tak negatywny stosunek 

do męŜczyzn jak ja. 

- DlaczegóŜ to nie lubisz męŜczyzn? - zapytał zaskoczony. 
- Po prostu... To właściwie mówi wszystko. Psychika męŜczyzn jest bardzo prymitywna. 
Tris wziął dwa drinki z tacy niesionej przez kelnera. Wręczył jeden Amabel. Uniósł swój kieliszek i powiedział: 
- Za dobre, stare czasy, kiedy męŜczyźni byli męŜczyznami, a kobiety chodziły boso i co rok rodziły dzieci. Nie wypiła. 
- Widzę, Ŝe musimy porozmawiać o prawach kobiet - ostrzegła. - Mam wraŜenie, Ŝe nie interesuje cię to zagadnienie. A 

to niedobrze dla dziennikarza. 

Wtedy rozległ się jakiś kobiecy głos: 
- WciąŜ tu jesteś, Mab? Myślałam, Ŝe juŜ wyszłaś. 
- Jeszcze nie. - Tris z zachwytem zauwaŜył, Ŝe zarumieniła się lekko. - WciąŜ tu jestem. 
Kobieta zerknęła na Trisa i odparła powolnym śpiewnym tonem: 

background image

- Właśnie widzę. 
Amabel zignorowała tę uwagę. Nie przedstawiła Trisa, tylko zwróciła się do niego: 
- Zdaje się, Ŝe nasza pogoda ci nie słuŜy i przeziębiłeś się. Mówisz trochę chrapliwie. 
Tris odparł swobodnie: 
-  Po  wabieniu  dzików  wszyscy  tak  mówią.  -  I  usatysfakcjonowany  swoją  szybką  reakcją,  dodał  jeszcze:  -  Świnie  są 

głuche. 

- Mówiłeś, Ŝe nie byłeś nigdy farmerem i Ŝe od niedawna jesteś dziennikarzem, to co właściwie porabiałeś? Mam dziw-

ne uczucie, Ŝe skądś cię znam. MoŜe się gdzieś spotkaliśmy? 

-  To  zabawne,  ale  kobiety  często  mi  to  mówią.  MoŜe  spotkały  mnie  w  poprzednim  Ŝyciu,  kiedy  moi  przodkowie 

wikingowie  grabili  wioski  i  porywali  kobiety.  Więc  teraz  odczuwają  wobec  mnie  jakiś  pierwotny,  genetyczny  lęk.  - 
Uśmiechnął się. - Boisz się mnie? 

Ogarnęło ją jakieś dziwne drŜenie. Pochyliła głowę i uznała, Ŝe to nie z powodu Trisa; to ta przemoczona sukienka. 
- Grywałeś w filmach porno? - spytała. 
- Oglądasz je? 
- Nie, oczywiście, Ŝe nie. - Niepokoił ją w pewien sposób. Mówiła dalej, odrobinę niecierpliwie: - Ale jakoś nie chcesz 

powiedzieć, co robiłeś, zanim zacząłeś pracować w gazecie. 

- W „Journal Gazette” - podał tę nazwę, jakby o nią pytała. 
- Co robiłeś, zanim zacząłeś pracować w, „Journal Gazette”? 
- Czy to wywiad? - Oczy mu błysnęły. Wyraźnie dobrze się bawił. 
- Nie. 
- Chętnie ci go udzielę. To twoja wielka szansa. - Uśmiechnął się złośliwie. - Jeśli masz jakieś pytanie, odpowiem na 

nie szczerze. Strzelaj. 

-  Czym  się  zajmowałeś,  zanim  zostałeś  reporterem  „Journal  Gazette”?  -  Udawała,  Ŝe  wyciąga  notes  i  niewidzialny 

ołówek zawisł nad kartką. Spojrzała na niego z udawanym zaciekawieniem. 

- Jestem tylko luźno związany z „Journal Gazette”. Dopiero mam oddać swój pierwszy artykuł. 
- A co robiłeś wcześniej? 
- Mnóstwo rzeczy, ale niezbyt ciekawych. Parę razy robiłem za tło dla modelek z „Vogue”. - To była prawda. - Brałem 

udział w audycjach „Public Broadcast”. - To teŜ prawda. 

- I jestem poetą. - Sam pisał teksty piosenek. 
- UłóŜ dla mnie wiersz. 
Pewna Mab, piękna dziewczyna nigdy z nikim nie poszła do kina. ChociaŜ chłopcy wzdychali, Choć jak muchy padali, 

Była jak kłująca jeŜyna. 

Zaśmiała się. 
- Limeryki są łatwe. 
- Pisanie wierszy zajmuje duŜo czasu. Wszystko, co ma jakąkolwiek wartość, teŜ wymaga czasu. Tak jak przyjaźń. 
-  Spojrzał  na  nią.  -  Pochopne  sądy  są  na  ogół  katastrofalne.  Jestem  dobrym  człowiekiem.  -  To  takŜe  było  prawdą. 

SpowaŜniała. 

- CzyŜbym sprawiała wraŜenie, Ŝe myślę inaczej? Nie znam cię na tyle, by wyrobić sobie taką opinię o tobie. 
- To prawda - stwierdził całkiem powaŜnie. 
- Myślisz, Ŝe jestem taka „kłująca” jak w twoim limeryku? 
Uśmiechnął się. 
- Sprawdzę to. 
-  Mówiliśmy  o  prawach  kobiet  -  zaczęła.  -  JuŜ  od  dawna  walczymy  o  swoje  prawa,  a  ty  jesteś  dziennikarzem,  więc 

uwaŜam, Ŝe powinieneś interesować się tym problemem. 

Nie ugiął się. 
- Byłabyś uszczęśliwiona, gdyby męŜczyzn pozbawiono wszelkich praw. To przecieŜ bezsens. Dzięki Bogu, Ŝe niektó-

rym z was wraca rozsądek. 

- Bóg jest po naszej stronie - odparowała. 
- Jeśli spróbujesz opowiedzieć ten stary dowcip, Ŝe Bóg jest kobietą, to stanę się nieznośny. 
Wprawdzie  patrzyli  na  siebie  z  uśmiechem,  bawiąc  się  konwersacją,  ale  ich  ciała  poruszały  się  niemal  tak,  jakby 

gotowały się do walki. Podobali się sobie i oboje mieli powody, by zachować czujność. 

Mab była ostroŜna wobec męŜczyzn, wzniosła wokół siebie mur lodowatej obojętności. Wprawdzie wyczuwała w nim 

zagroŜenie, ale doceniała humor i inteligencję Trisa Roalda. 

On  miał  nad  nią  sporą  przewagę:  wiedział,  kim  jest,  podczas  gdy  ona  nie  miała  pojęcia,  z  kim  właściwie  ma  do 

czynienia. Miał jednak powody, by tak postępować. Zamierzał udzielić jej lekcji. Przeprosił ją pod pretekstem, Ŝe musi 
zadzwonić. A kiedy wrócił, z satysfakcją drapieŜnika obserwującego swoją ofiarę przekonał się, Ŝe wciąŜ na niego czeka. 

Sącząc wolno wino, nie dostrzegali innych ludzi w tłumie. Mab odzywała się tylko  wtedy,  gdy  ktoś ją o coś zapytał. 

Nikt nie zwracał się do Trisa, gdyŜ nikt go tu nie znał. Śmiali się i rozmawiali. Przekomarzała się z nim, mówiąc, Ŝe choć 
nie jest Indianką, to jednak pochodzi z tego miasta, podczas gdy wszyscy inni to imigranci. Po czym wyjaśniła, Ŝe w Los 
Angeles jej rodzina mieszkała zaledwie od dwustu lat. 

-  Mój  pradziadek  uciekł  ze  statku  wracającego  do  Bostonu.  Ezekiel  był  zakałą  rodziny,  pochodził  z  wybrzeŜy 

background image

Massachusetts, gdzie tamtejsza gałąź rodu nie uznawała go za swego krewnego aŜ do I wojny światowej. Ezekiel wykradł 
chińską dziewczynę z ładowni statku i zamieszkał z nią w Kalifornii. 

Mieli czternaścioro dzieci i wszystkie przeŜyły. Był chytrym jankeskim handlarzem i znakomicie sobie radził. 
- Nasze rodziny mają ze sobą wiele wspólnego. - Tris pokiwał głową. - Przygoda, niezaleŜność i handel. 
- I najwyraźniej zamiłowanie do słowa pisanego. Ten pradziadek ukradł teŜ kieszonkową Biblię kapitana i dwutomowe 

wydanie dzieł Shakespeare’a. Rodzinna legenda mówi, jakich dokonywał czynów, by w końcu odnaleźć tego kapitana i 
zwrócić mu zrabowane ksiąŜki. Czarujące. I jakieŜ sentymentalne. 

- Jeszcze jedna rzecz nas łączy - zauwaŜył Tris, nie odrywając wzroku od twarzy Amabel. - Honor. Nasze dobre imię. 

Ezekiel musiał zwrócić ukradzione ksiąŜki. Czy zapłacił teŜ za tę porwaną Chinkę? Czy oŜenił się z nią? 

Pomyślała,  Ŝe  Tris  ma  surowy  wyraz  twarzy.  WraŜenie  potęgował  wyraźnie  zarysowany  podbródek.  Nie  chciałaby 

stanąć mu na drodze. 

-  Rodzinna  legenda  głosi  -  odparła  bez  namysłu  -  Ŝe  pobrali  się  wkrótce  po  narodzinach  siódmego  dziecka.  Rodzina 

nigdy nie wspominała o tej zwłoce w małŜeństwie. Odkryłam to któregoś deszczowego dnia, kiedy przeglądałam notatki, 
sprawdzałam nazwiska i daty. Zwróciłam na to uwagę mamy. - Powiedziała, Ŝe wtedy brakowało kapłanów i nie moŜna 
było wziąć ślubu wtedy, kiedy się tego pragnęło, a czasami miłość była silniejsza niŜ poczucie przyzwoitości. Ale tamte 
czasy dawno minęły, więc ja powinnam się zachowywać przyzwoicie! I pamiętać o losie porwanej Ŝony Ezekiela. 

Amabel uśmiechnęła się lekko. 
- Często o niej myślałam. Prawdopodobnie nie miała pojęcia, co się dzieje, kiedy Ezekiel ją porwał i uciekł ze statku. A 

potem  znalazła  się  w  obcym  kraju,  w  towarzystwie  męŜczyzny  zarośniętego  jak  niedźwiedź,  który  grzmiącym  głosem 
wypowiadał niezrozumiałe słowa. Czy chciała być z nim? Z pewnością zachowywał się przyzwoicie. Mieli czternaścioro 
dzieci! Ale co ta kobieta czuła? 

- Za dawnych czasów męŜczyźni wybierali sobie kobiety, a kobiety dobrze się czuły w niewoli - odrzekł Tris. Wolno 

oblizał wargę, spoglądając na wciąŜ wilgotną suknię Mab. 

- Mówisz jak prawdziwy wiking. - Kpiąco pokręciła głową. - Dlaczego masz brązowe oczy i ciemne włosy? I poniŜej 

metra osiemdziesiąt? Brakuje ci paru centymetrów! 

- PodróŜowaliśmy daleko, a róŜnice zawsze intrygowały męŜczyzn. - Przypomniał jej: - Ezekiel wybrał sobie Chinkę. 
- Myślisz, Ŝe zastanawiał się nad tym wyborem? 
- Człowiek tak odwaŜny nie brałby po prostu tego, co wpadnie w rękę. Z pewnością dokonał wyboru. MęŜczyzna, który 

wypoŜyczył sobie takie lektury, z pewnością był czuły, romantyczny i kochający. 

- Pocieszasz mnie w trosce o My Ling. 
- Tak miała na imię? 
-  Nie  jesteśmy  pewni.  Zawsze  nazywał  ją:  Moja.  Być  moŜe  nazywała  się  po  prostu  Ling,  a  tylko  wysoko  rozwinięty 

instynkt posiadania, typowy dla złodziei, kazał mu nazywać ją swoją. 

- Podoba mi się ten Ezekiel. 
- Bo jesteś męŜczyzną. Ukształtował swoje Ŝycie tak, jak mu się podobało, i pociągnął za sobą tę małą Chinkę. Z infor-

macji, jakie o nim przetrwały, moŜna sądzić, Ŝe był wspaniałym człowiekiem. Ale kobiety nie bardzo lubią, kiedy sieje 
porywa. Są delikatne. MęŜczyźni kierowali naszym Ŝyciem od początku świata. Docieramy dopiero do momentu, odkąd 
moŜemy same kierować swoim losem. 

- To naturalne, Ŝe męŜczyźni panują nad kobietami. Mój ojciec pamiętał te dawne dni, kiedy męŜczyznom było wolno 

wszystko. Nie sądziłem, Ŝe za mojego Ŝycia sprawy wrócą do normy. 

Dostrzegła ironiczny uśmiech, który go zdradził. 
- Zamierzam startować w wyborach do KOK. 
- Do Komitetu Obrony Kraju? Chyba Ŝartujesz. 
- Do Krajowej Organizacji Kobiet. 
- Krajowej? AŜ tak? To brzmi powaŜnie! 
Pokręciła głową i westchnęła. 
- Sądzę, Ŝe musimy porozmawiać. 
- Kiedy tylko zechcesz. Z przyjemnością udzielę ci kilku lekcji o miejscu kobiety w ogólnym porządku świata. A zwła-

szcza o twoim miejscu. Mam samochód, mogę cię podwieźć do domu? 

-  Co  prawnuczka  porwanej  chińskiej  dziewczyny  powinna  odpowiedzieć  potomkowi  wikingów  w  takich  okoliczno-

ś

ciach? - roześmiała się. 

- Nasze Ŝycie często kształtuje przypadek - odparł bez namysłu. - Wszystko, co się zdarza, popycha ludzi do działania, 

którego inaczej by nie podjęli. Na przykład moja obecność tutaj. 

- Wierzysz w przeznaczenie? 
- MoŜesz powiedzieć, Ŝe to przeznaczenie, kismet, los lub zemsta. 
- Nie wierzę, Ŝe czytujesz horoskopy. 
- Robię to, czego zapragnę. PodąŜam ścieŜkami, które sobie wybieram. Odwieźć cię do domu? Muszę juŜ iść. 
- Jest to dość ryzykowna propozycja: mogę mieszkać osiemdziesiąt kilometrów stąd. Ale masz szczęście, nie musisz się 

wycofywać. Mieszkam niedaleko. - Podała mu adres. 

- Zatrzymałem się w tamtej okolicy. Będzie mi po drodze. Chodźmy. - Uśmiechnął się dziwnie, co zastanowiło ją, lecz 

wzruszyła tylko ramionami. 

background image

Kiedy wychodzili z sali, zdjął krawat i włoŜył go do kieszeni marynarki. Potem obiema rękami rozwichrzył sobie włosy 

i rozpiął kilka guzików koszuli. Zdjął marynarkę, podwinął rękawy koszuli i przerzucił marynarkę przez ramię. 

Fotograf czekał przed wyjściem z hotelu. Błysnął flesz. Oboje spojrzeli zdziwieni w obiektyw. 
- Dlaczego my? - spytała Amabel. 
- MoŜe cię znają. 
- Ale nie jestem aŜ tak popularna - skrzywiła się. 
-  Twój  artykuł  spowodował  spore  zamieszanie.  Prawdopodobnie  jesteś  skazana  na  Ŝycie  w  sławie  i  ucieczki  przed 

reporterami. 

- Nie Ŝartuj - rzuciła z uśmiechem. 
- To zdarza się najlepszym z nas. 

ROZDZIAŁ TRZECI 

OdwoŜąc  Mab  do  domu,  Tris  zachowywał  się  bardzo  uprzejmie.  Rozmawiali  z  oŜywieniem.  Ciało  Mab  w  pewien 

sposób wyczuwało bliskość Trisa. Nigdy tak silnie nie uświadamiała sobie obecności męŜczyzny. 

Niemal zawstydzona, zaprosiła go na kawę. Odmówił ze standardowo udawanym Ŝalem, odprowadził do drzwi, poŜeg-

nał i zostawił na progu zadumaną. I rozczarowaną. 

Weszła do domu i krąŜyła po pokojach, zastanawiając się, dlaczego jest zirytowana, Ŝe Tris Roald rozsądnie nie chciał 

przedłuŜać tego spotkania. 

Był mądrzejszy od niej. Przesada jest zawsze niezdrowa. Jeszcze trochę, a zaczęliby odczuwać znudzenie własnym to-

warzystwem. 

ChociaŜ, szczerze mówiąc, wcale nie miała go dosyć. Czuła, Ŝe jej czegoś brak, lecz nie zachęcała umysłu, by zanalizo-

wał powody tego uczucia. 

Przyjemnie byłoby usiąść z nim na małym tarasie, patrzeć na niebo ponad wąwozem i obserwować, jak słońce kryje się 

za wzgórzami. 

Problem w tym, Ŝe nie wspomniał nawet o ponownym spotkaniu. A jeŜeli wróci do Indiany i nawet o niej nie pomyśli? 

Przypomniała sobie tego fotografa, który zrobił im zdjęcie. Ciekawe, kto to był? Chciałaby dostać odbitkę. 

Tydzień  później  Wally  przyniósł  do  jej  gabinetu  egzemplarz  okazowy  magazynu  „USA”.  Na  okładce  zamieszczono 

zdjęcie Seana Moranta i Amabel Clayton, najwyraźniej wychodzących z hotelu. 

Ustawili się w znanej juŜ pozie. On po lewej, ubrany dość swobodnie, z artystycznie zwichrzonymi włosami i obojęt-

nym wzrokiem. Obok, po prawej, Amabel z wilgotną suknią opinającą ładny biust i z twarzą równie obojętnie wpatrzoną 
w obiektyw. 

Podpis głosił: „Która następna? Amabel Clayton!” 
Na pierwszy rzut oka Mab miała wraŜenie, Ŝe to fotomontaŜ wykonany przez ekipę z Los Angeles. Dopiero po chwili 

uświadomiła sobie, Ŝe to autentyczne zdjęcie, które niedługo zobaczą wszyscy w kioskach. 

Przypomniała  sobie  fotografa  przed  hotelem  i  wtedy  zrozumiała,  Ŝe  Tris  to  Sean  Morant.  Zaplanował  to  wszystko. 

Przypomniała sobie, jak rozwichrzył włosy, zdjął krawat i marynarkę. Pamiętała, co mówił o okolicznościach, które mogą 
wprowadzać w błąd, o honorze i o zemście. 

Zemścił  się.  Szkoda,  Ŝe  go  tu  nie  ma  -  mógłby  obejrzeć  rezultat.  Dyskretne  komentarze  i  uśmiechy  rzucane  w  stronę 

Amabel nie były szczególnie przyjazne. 

Zazdrosne kobiety uśmiechały się i patrzyły na nią chytrze. Ale męŜczyźni! Zupełnie jakby zemsta Seana pozwoliła im 

nad nią zatryumfować. 

Był taki czarujący. Taki uprzejmy... a wszystko to z wyrachowania. Pamiętała reakcję swego ciała na jego bliskość. A 

zatem działo się tak nie z powodu jego uroku; to było ostrzeŜenie! 

Przetrwała jakoś. Magazyn rozszedł się i miała więcej kopii tego zdjęcia, niŜ pragnęła. Wydawcy pisma nie wystarczyła 

jedynie okładka i pstryczek w nos dany „Korzeniom Adama”. Był jeszcze artykuł. 

Zamieszczono wywiady z róŜnymi ludźmi. Zamiast odpowiadać na pytania, większość z nich pytała: „Kim ona jest?” A 

ktoś stwierdził: „PoniŜej jego zwykłych standardów”. 

To ją zabolało. Cytowano Jamie’ego, który powiedział: „Są po prostu dobrymi przyjaciółmi”. A przecieŜ on doskonale 

wiedział, Ŝe Mab nawet nie zna Seana Moranta, który naprawdę nazywał się Tristan Roald. 

Minęło  kilka  dni,  zanim  w  ogóle  pomyślała  o  odwadze,  jakiej  wymagało  od  Trisa  wejście  w  ten  tłum  reporterów  i 

dziennikarzy tylko po to, by się z nią spotkać i doprowadzić do zrobienia tego zdjęcia. 

Jak mógł tak postąpić? Dlaczego tak go dotknęła ta jej okładka? Czemu rozzłościł się na nią aŜ tak, Ŝe zrealizował ten 

wyrachowany plan? 

PrzecieŜ był na tych wszystkich zdjęciach. Rozmawiała z widniejącymi na nich kobietami. 
Nikt nie okazał jej współczucia. Niejedna kobieta ignorowała sugestię związku łączącego wychodzącą z hotelu parę, a 

wyraŜała raczej zazdrość, Ŝe Mab spotkała Seana w jakichkolwiek okolicznościach. 

Mab nie zdradziła jego prawdziwego nazwiska. Miała na to ochotę, ale uznała, Ŝe taki odwet byłby poniŜej jej godności. 

Czuła się z tego powodu szlachetna. I nienawidziła go. 

Tris nie odczuwał takiej satysfakcji, jakiej się spodziewał. Trochę dokuczało mu sumienie. Chciał dać Mab nauczkę, ale 

jego własna reakcja na nią trochę go zaskoczyła. Teraz uwaŜał, Ŝe był zbyt surowy. Mógłby przecieŜ... No cóŜ, stało się. 

Jak  kaŜda  tego  typu  sensacja,  incydent  szybko  poszedł  w  zapomnienie.  Po  kilku  dniach  mało  kto  o  nim  pamiętał. 

Zastąpiły go inne sprawy innych ludzi. 

background image

Jednak rana zadana Amabel wciąŜ się jątrzyła. Mab wciąŜ dyskutowała w duchu z nieobecnym Trisem. 
- Co się z tobą dzieje? - zapytał kiedyś Wally. Podniosła głowę. 
- Nic. 
- Wyglądasz bardzo źle. Nie chodzi chyba o tę okładkę, co? 
- Nie, oczywiście, Ŝe nie. 
- Jak się tak dobrze zastanowić, to jest nawet zabawna. 
- Oczywiście - odparła bez przekonania. 
- Chyba nie mówisz tego szczerze. 
Spojrzała na niego ponuro. 
- WyjeŜdŜasz w przyszłym tygodniu do Indiany? 
- Wiesz, Ŝe tak. O co chodzi? Kończą ci się tematy? 
- Mniej więcej. 
Wally przygryzł wargę i zerknął na nią badawczo. 
- A mniej więcej w tym samym czasie jest koncert w Fort Wayne. Byłaś kiedyś na koncercie rockowym? 
- Na koncercie rockowym? - spytała ostroŜnie. 
-  PoniewaŜ  nie jesteś  fanką  tego  rodzaju  muzyki,  moŜesz  spojrzeć  na to  z  innego,  bardziej  interesującego punktu  wi-

dzenia. 

- Pozwól, Ŝe zgadnę. To koncert Seana? 
- Na Boga, rzeczywiście! - Niezbyt dobrze wyszło mu udawanie zaskoczenia. 
- Sprytnie. Ale nie pójdę na ten koncert. 
- Dostałem bilet od Seana - odrzekł obojętnym tonem Wally i rzucił kopertę na biurko. 
Spojrzała na kopertę, jakby skrywała wewnątrz węŜa. 
- Jest zaklejona. Posłaniec mówił, Ŝe w środku jest list Przeczytaj. 
Nie chciała nawet dotknąć koperty. 
- Mab, wiesz, Ŝe traktuję cię szczególnie. Chris cię uwielbia i juŜ to wystarczyłoby, Ŝeby na mnie wpłynąć. Ale podzi-

wiam twoją pracę i wierzę, Ŝe jesteś jednym z moich najlepszych... 

- W jaki horror chcesz mnie wpakować? 
Wally skrzywił się. 
- Daj spokój, Mab. Skąd ci przyszło... 
- Nie! Zamachał rękami. 
- Jak moŜesz odmawiać, kiedy nawet nie wiesz, co ci chcę... zaproponować. 
- Wiem, co chcesz mi zaproponować! I odmawiam! 
-  Mab,  przecieŜ  nie  moŜesz  tego  zrobić.  Ta  drobna  wymiana  ciosów  między  nami  i  „USA”  moŜe  się  rozwinąć  w 

zabawny  konflikt,  co  dobrze  wpłynie  na  sprzedaŜ  naszego  magazynu.  Wystarczy,  Ŝe  pojedziesz  do  Fort  Wayne  i 
posłuchasz tego koncertu. A potem opowiesz, jak było. Proste? 

- Mam oklaskiwać Seana? - Spojrzała jadowicie. 
- Tak się składa, Ŝe będziesz w Indianapolis, a on w Fort Wayne. To tylko sto mil. Na pustkowiach Indiany są samoloty, 

lotniska i bardzo dobre autostrady, jeśli wolisz jechać. 

- Nie zrobię tego. 
- Pan Quint uznał, Ŝe to bardzo dobry pomysł. 
- On jest w Nowym Jorku. 
- Wiem. - Wally zmarszczył brwi. 
- Ty mu to zasugerowałeś, prawda? 
-  Na  zamieszczenie  tej  okładki  w  „USA”  moglibyśmy  odpowiedzieć  jakimś  artykułem  i  wyjść  na  prowadzenie.  - 

Uśmiechnął się do Mab uwodzicielsko. 

- Jak moŜesz prosić mnie o coś takiego? Myślałam, Ŝe jesteś moim przyjacielem. 
-  To  drŜenie  głosu  jest  doprawdy  wzruszające  -  zauwaŜył  krytycznie  Wally.  -  Dobrze  ci  wychodzi.  Ale  jak  zobaczę 

chociaŜ jedną łzę - ostrzegł - to będę nalegał na osobisty wywiad z Seanem. Nawet jeśli musiałabyś udawać hotelowego 
gońca. 

- Wally! 
- Nawet Chris jest tym podniecona! 
- Idę się zgłosić do lotów kosmicznych. 
- Świetnie. Zaraz po koncercie. Wtedy napiszemy co nieco o twojej niepohamowanej namiętności i wykorzystamy ten 

drobny incydent do końca. 

- Nie rozumiem, jak moŜesz mi to robić. Wzruszył ramionami. Odpowiedź była oczywista. 
- Chodzi o nakład. 
- Jesteś złym człowiekiem - oznajmiła ponuro. 
- Przyjdziesz na kolację w piątek? 
- UwaŜam, Ŝe Chris powinna się z tobą rozwieść. Wątpię, czy podejrzewa, jaki jesteś naprawdę. Uśmiechnął się. 
- Jesteś reporterką. Zrobisz to, bo wiesz, Ŝe to dobry pomysł. Mamy odbitkę zdjęcia. Wydrukujemy jeszcze raz kopię 

naszej okładki, ich okładki, a potem twój tekst. Rany, to jest materiał na ksiąŜkę. 

background image

Uśmiechnęła się lodowato. 
- śądam podwyŜki. 
- Mab, nie bądź taka. 
-  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  Ŝe  jadę  do  Indianapolis,  by  wystąpić  na  seminarium  o  prawach  kobiet?  A  potem  mam 

jechać do Fort Wayne i obejrzeć koncert rockowy. Powiedz, Ŝe to nie wpłynie na moją opinię powaŜnej kobiety. 

-  Wiele  jest  powaŜnych  osób,  które  lubią  rocka  i  heavy  metal.  Są  ludzie,  którzy  lubią  jazz.  Nie  kaŜdy  słucha  tylko 

jednego typu powszechnie aprobowanej muzyki. 

Wyprostował się nagle i spojrzał na ścianę, jakby widział ją pierwszy raz w Ŝyciu. 
-  Byłby  z  tego  ciekawy  cykl  tekstów, rozpoczętych  twoim  artykułem  o  rocku.  -  Odwrócił się  do  Mab.  -  Moglibyśmy 

przeprowadzić wywiady z róŜnymi ludźmi o rozmaitych gustach... i muzyce. Byłaby to kontynuacja artykułu o Seanie w 
„Korzeniach”. 

Mab siedziała z kamienną twarzą. 
- Chyba zwymiotuję - oznajmiła. 
- Będę z tobą w kontakcie. 
Nie czekając na odpowiedź, wyszedł głęboko zamyślony. 
Amabel  popatrzyła  za  nim  gniewnie,  spojrzała  w  okno,  potem  na  biurko.  A  na  biurku  leŜała  koperta.  „Przeczytaj”, 

powiedział Wally. Nie ma mowy. 

Nie  mogła  jeść  lunchu.  Tego  pięknego  zimowego  dnia  spacerowała  po  ulicach  Los  Angeles.  Nie  myślała  o  niczym 

innym prócz tego chaosu, który niszczył nie tylko jej system nerwowy i apetyt, ale prawdopodobnie i szare komórki. 

Jak mogła wpaść w taką pułapkę? W jaki sposób straciła kontrolę nad sytuacją? Czy naprawdę potrafi się zmusić, by iść 

na ten głupi koncert i napisać coś sensownego? Była reporterką, obiektywną obserwatorką, chłodną rejestratorką faktów. 
MoŜe zrobić wszystko. 

A jeśli zobaczy Seana Moranta? Kiedy go dorwie, pewnie zawlecze go do weterynarza i kaŜe wykastrować jak obrzyd-

liwego psa. 

Gdy w końcu wróciła do biura, koperta z biletem wciąŜ leŜała na biurku. Sięgnęła po nią z ponurą miną. Dlaczego nie 

chciała jej otworzyć? 

Czy sądziła, Ŝe Tris napisał tam: „Mam cię!”? Na pewno nie. To nie w jego stylu. Ktoś, kto wymyślił tak ryzykowną, 

lecz doskonałą zemstę, nie musi juŜ nic więcej dodawać. 

Koperta  była  zaklejona.  Wally  powiedział,  Ŝe jest  w niej  list.  Od Jamie’ego?  Prawdopodobnie. To  pewnie Jamie  wy-

myślił całą tę zabawę, wiedząc, Ŝe oznacza to pieniądze dla jego podopiecznego. Oczywiście świadczyło to o jego złośli-
wości i umiejętności wykorzystania sytuacji. 

Rozerwała kopertę. Nie było w niej biletu. Kolejna sztuczka wikinga? Ale przy okazji rozerwała teŜ list. ZłoŜyła obie 

części drŜącymi ze złości rękami i przeczytała: 

Zabiorą ciąŜ hotelu po Twoim seminarium. Przekonasz się, Ŝe spodoba Ci się koncert w Fort Wayne. Będzie zupełnie 

inny niŜ Twoje doświadczenia z Indianapolis. 

Moja ciotka nie moŜe się doczekać, by Cię poznać. Nie bierz powaŜnie jej groźby, Ŝe zmiesza Cię z wieprzowino, i zrobi 

domowo, kiełbasą. 

Simon Quint jest moim ojcem chrzestnym. 
Z najlepszymi Ŝyczeniami 
Tristan Ezekiel Roald 
Nie widziała niczego podobnego do tej obraźliwej instrukcji. Jak on śmiał? 
W dodatku ta prymitywna groźba, Ŝe straci pracę, jeśli się nie zgodzi na wyjazd! JakieŜ to paskudne z jego strony! A 

więc Simon Quint jest ojcem chrzestnym. Czy ktoś słyszał, by wiking miał ojca chrzestnego? 

Była  tak  wściekła,  Ŝe  wypadła  z  redakcji,  pokonała  pięć  pięter,  biegnąc  po schodach,  wyszła  na ulicę i ruszyła  przed 

siebie. 

Jeszcze  długo  nie  mogła  się  skupić  i  wymyślić  coś  sensownego.  Wreszcie  odezwała  się  duma.  Nie  pozwoli,  by  ten 

męŜczyzna  zmusił  ją  do  wyrzeczenia  się  zawodu.  Pojedzie  do  Indiany,  z  podniesioną  głową  wygłosi  referat  na 
seminarium  poświęconym  prawom  kobiet,  a  potem  pojedzie  na  koncert.  Tak  jest.  I  opisze  go  tak  dokładnie,  jak  tylko 
potrafi. 

To  będzie  koniec  tej  farsy,  w  którą  została  wciągnięta.  A  przy  odrobinie  szczęścia  nigdy  więcej nie  usłyszy  o  Seanie 

Morancie czy Tristanie Roaldzie. Do końca swoich dni. 

Rozejrzała się, nie mając pojęcia, gdzie się znalazła. Ruszyła z powrotem na piechotę, wypytując od czasu do czasu o 

drogę. W końcu rozpoznała jakąś ulicę. Wróciła do biura, gdzie inni kończyli juŜ pracę. 

Ale dla niej tak to się nie skończy. Pojedzie do Fort Wayne. Udowodni, Ŝe potrafi poradzić sobie ze wszystkim. Zebrała 

rzeczy i wybiegła, by zdąŜyć na autobus. Usiadła w nim jak ogłupiała, przesiadła się, dojechała i ostatni kawałek drogi 
przeszła piechotą. 

ChociaŜ postanowiła to przetrwać, to była jednak załamana. Jej Ŝycie było tak przyjemne, zanim poznała Seana. 
I znowu będzie przyjemne. Przebije się przez ten labirynt problemów i zwycięŜy. 
Zadzwoniła do Jamie’ego i poprosiła o kopie tekstów piosenek zaplanowanych na koncert w Fort Wayne. Jeśli juŜ musi 

tam być, powinna wiedzieć, o czym zawodzi Sean - jeśli w ogóle jest w tym jakaś treść. 

Otrzymała  plik  wierszy  i  ze  zdziwieniem  stwierdziła,  Ŝe  ich  autorem  jest  Sean  Morant.  Niektóre  poruszały  powaŜne 

background image

tematy. Ciekawe. Bardzo ciekawe. 

W Indianie, gdzie luty zawsze jest paskudny, marzec bywa zmienny. W tym miesiącu leŜało tu czterdzieści pięć centy-

metrów śniegu, bywały burze śnieŜne, które niszczyły  kwiaty owocowych drzew. Na  myśl o lutym i  marcu w  Indianie 
meteorolodzy dostają gęsiej skórki. Miejscowi w tym czasie chodzą przygarbieni i gotowi na wszystko. 

Jako  kobieta  zorganizowana,  Amabel  Clayton  sprawdziła  długoterminową  prognozę  pogody  dla  Indiany  i  zabrała  ze 

sobą część kalifornijskiej zimowej odzieŜy: płaszcz przeciwdeszczowy i sztruksową garsonkę, praktyczną sukienkę, która 
miała dość sztucznego włókna, by ją zwinąć i wepchnąć do buta, a mimo to dobrze wyglądała. Dwie bawełniane bluzki z 
długimi rękawami i spodnie. 

Zapakowała  takŜe  wełnianą  kamizelkę  i  miękkie  skórzane  rękawiczki  bez  podszewki.  Była  przygotowana  na  zimowe 

warunki... w południowej Kalifornii. 

Przy  dziesięciu  stopniach kapryśny  marcowy  wiatr, wiejący  z  szybkością  sześćdziesięciu  kilometrów  na  godzinę,  po-

woduje obniŜenie temperatury o pięć stopni. Tak właśnie było, gdy Amabel wysiadła z samolotu w Indianapolis. 

Jechała taksówką, a potem przebywała w hotelu, więc pogoda nie była dla niej aŜ tak istotna. 
Kobiety,  które  zjechały  się  na  seminarium,  pochodziły  z  dziewięciu stanów  leŜących  wokół  Wielkich Jezior.  Amabel 

znała kilka z nich; niektóre z organizatorek były bardzo serdeczne. Dla Amabel było to jedno z pierwszych prawdziwie 
feministycznych spotkań. 

Udało się znakomicie. 
Dzieliły  się  pomysłami,  sugestiami  i  radami.  Planowały,  jak  mogłyby  sobie  pomóc,  jak  się  porozumieć  i  skutecznie 

walczyć. Były to energiczne kobiety interesu. Cieszyły się tą wzajemną pomocą i zrozumieniem. 

Był tylko jeden zgrzyt. Odbyła się sesja na temat feministycznego gospodarstwa. Amabel zdziwiła się, jak kobieta moŜe 

myśleć,  Ŝe  pracujący  męŜczyzna  chciałby  Ŝyć  w  feministycznym  domu.  Dlaczego  więc  niejedna  pracująca  kobieta 
pragnie  Ŝyć  w  gospodarstwie  zdominowanym  przez  męŜczyznę?  Zamiast  domów  Ŝeńskich  czy  męskich  powinny  być 
rodzinne, oparte na pracy zespołowej. To nie wrogości naleŜałoby uczyć, ale kooperacji. 

Najbardziej  szokującym  stwierdzeniem  było:  „Nie  rób  nic  dla  nikogo,  kto  moŜe  sam  to  zrobić”.  Byłoby  to  słuszne, 

gdyby odnosiło się do wszystkich mieszkańców domu. Ale kiedy jedna z kobiet spytała: „Mój mąŜ robi wszystko. Czy 
jestem egoistką?”, otrzymała odpowiedź: „Masz szczęście”. 

MąŜ tej kobiety robił dla niej rzeczy, które ona sama mogłaby zrobić. I to nie było złe. CzyŜby błędem było tylko to, 

kiedy ona robiła dla niego rzeczy, które on mógł robić samodzielnie? 

Było to jedyne naruszenie zasad logiki podczas powaŜnego, szczerego spotkania. A poniewaŜ ta sesja poświęcona była 

walce kobiet o niezaleŜność, niepokoiła Mab, która cieszyła się opinią wroga męŜczyzn. 

Zmęczona,  idąc  długim  korytarzem  na  nazbyt  wysokich  obcasach, Mab rozmyślała  właśnie  nad tematem: męŜczyźni. 

Pocieszała się myślą, Ŝe ta sprawa nie powinna jej niepokoić. 

Dla  Ŝadnego  męŜczyzny  nie  zrezygnuje  z  pracy  w  gazecie,  a  jej  tryb  Ŝycia  był  zbyt  nietypowy,  by  brać  pod  uwagę 

trwałe związki. Reporterzy powinni być samotni. 

Nagle  dostrzegła  parę  męskich  butów  tuŜ  przed  sobą.  MęŜczyźni...  Uniosła  wzrok,  by  przeszyć  nim  głupiego  samca, 

który liczył na niewinny flirt. Spojrzała prosto w oczy tego tam Seana, Trisa czy jak wolał się dzisiaj nazywać. 

Uśmiechał się. 
Nawet  zaskoczona  podnieceniem,  które  na  jego  widok  nagle  poczuła,  zdołała  zachować  spokojny  i  obojętny  wyraz 

twarzy. 

- Wystawiłeś mnie na pośmiewisko. 
- Postanowiłem się z tobą oŜenić. 
Z niesmakiem oparła ręce na biodrach. Westchnęła ponuro, zacisnęła wargi i odwróciła się, jakby  ktoś odrywał ją od 

waŜnej sprawy. Jakby nie było sensownej odpowiedzi na tak bezdennie głupią propozycję. 

To nie był dobry początek. 
Uśmiechnął się. 
- Zmęczyły cię obrady? - zapytał. Nie zniŜyła się do odpowiedzi. 
-  Pomyślałem,  Ŝe  moŜemy  się  pobrać  dość  szybko.  Jeszcze  przed  moją  następną  podróŜą.  W  planach  mam  sześć 

koncertów,  które  zaczynam  zaraz  po  występie  w  Fort  Wayne.  Potem  zrobię  sobie  przerwę,  w  sam  raz  na  miodowy 
miesiąc. 

Mab, starannie akcentując słowa, jakby zwracała się do człowieka wyjątkowo tępego, odparła: 
- Spotykamy się dopiero drugi raz. Nie jesteśmy przyjaciółmi, nawet się nie lubimy. Zachowujesz się jak kretyn. W tych 

okolicznościach twoje wspomnienie o czymś tak powaŜnym jak małŜeństwo, jest obrazą. 

- Nie zdradziłaś mojego prawdziwego nazwiska. - Zachowywał się tak, jakby wytłumaczył Mab wszystko do końca. - 

Miałaś okazję, lecz powstrzymałaś się. Simon powiedział, Ŝe tego nie wykorzystasz. 

- Nie mam się czym chwalić. Bardzo mnie to kusiło. Wyciąłeś mi potworny numer. 
- Dostałaś nauczkę. - Był zdziwiony, Ŝe tego nie zrozumiała, dlatego mówił dalej: - Nigdy nie wierz w to, co czytasz, i 

tylko w połowę tego, co widzisz. - Po czym dodał z uśmiechem: - Simon Quint karmił mnie takimi aforyzmami, odkąd po 
narodzinach otworzyłem oczy. 

- Przeprowadziłam wywiady z tymi kobietami. 
- Kłamały. Nie jestem podrywaczem. Parsknęła śmiechem. 
- Zrobiono nam razem zdjęcie, gdy wychodziliśmy z hotelu. 

background image

Spojrzała groźnie i ostrzegawczo. Niewinnie rozłoŜył ręce. 
- Chciałem tylko powiedzieć, Ŝe moŜna by snuć róŜne domysły, dlaczego tam byliśmy i czemu wychodziliśmy razem. 
- Przepuść mnie. 
- Przyjechałem, by zabrać cię do Fort Wayne. 
- Dziś jest czwartek. Koncert odbędzie się jutro. Mam inne sprawy. - Spojrzała na Trisa morderczym wzrokiem, od któ-

rego powinien paść trupem na miejscu. 

- Dobrze. Pójdę z tobą. 
- Nie wtrącaj się w moje sprawy. 
- Och, nie mam zamiaru - odparł z powagą. 
- Na drugie imię wcale nie masz Ezekiel. 
- Pomyślałem - uśmiechnął się - Ŝe poczujesz się dzięki temu bezpieczniej. 
- Bezpieczniej! Czy zdajesz sobie sprawę, co to był za człowiek? 
- Tak. Pora na kolację. Poczujesz się lepiej po posiłku. 
- Nigdzie z tobą nie pójdę. - Jej słowa zabrzmiały stanowczo, ale głos okazał się trochę słaby. Niepewny. 
- Tylko do hotelowej restauracji. Nie moŜesz nigdzie czuć się bardziej bezpieczna. Będę się zachowywał grzecznie. 
- Nie - odparła wolno, patrząc na jego usta. 
-  W  takim  razie  nie  będę  grzeczny.  Porwę  cię,  zbiegnę  po  schodach  do  holu  i  będę  wrzeszczał:  „Tu  jest  Amabel 

Clayton! Dzwońcie do redakcji «USA»! To będzie sensacja!” 

Zrobiłby to. 
- To tylko kolacja - zachęcał. 
- Jestem na ciebie bardzo, bardzo zła. 
Wzruszył ramionami. 
- Byłem na ciebie wściekły. Jeśli więc teraz jestem skłonny ci wybaczyć, to ty teŜ powinnaś. 
- Rozmawiałam z tymi kobietami, poniewaŜ nie mogłam zrobić wywiadu z tobą. 
- śadnych usprawiedliwień. 
- Zrobiłeś to umyślnie - zaatakowała go. 
- A ty nie? 
Spojrzała  na  niego.  Niechętnie  przyznała  w  myślach,  Ŝe  miał  trochę  racji.  W  dodatku  jeśli  ma  z  nim  spędzić  dwie 

godziny, jadąc do Fort Wayne, to teraz nadarza się okazja do szczerej rozmowy. 

- Pozwolisz mi na wywiad? 
- śądam autoryzacji. 
Zniechęcona pokręciła głową. 
- JeŜeli przeprowadzam wywiad, wszyscy są pewni, Ŝe odpowiadam za jego treść. 
- Niby tak, ale wiesz, Ŝe tak nie było... Zdajesz sobie sprawę, Ŝe udzielając tobie wywiadu, będę teŜ musiał udzielić go 

innym? 

- To dobrze wpłynie na twój charakter. 
-  Ale  to  zajmuje  tyle  czasu!  -  poskarŜył  się  zniecierpliwiony.  Odczekała  chwilę,  ale  coś  wewnątrz  wymusiło  na  niej 

odpowiedź: 

- Spotkamy się w holu. - Wiedziała, Ŝe to nie ustępstwo, po prostu chciała być znowu przy nim. 
- Mam pokój obok twojego. 
- Hotel jest przepełniony! Jak ci się to udało? 
- Zarezerwowałem ten pokój juŜ jakiś czas temu. Wiedziałem, Ŝe będziemy chcieli być blisko siebie. 
- Nie jestem pewna, czy nie powinnam wsiąść do najbliŜszego samolotu lecącego do Kalifornii, rzucić pracy i poszukać 

innej posady - mówiła z powagą. Czuła, Ŝe spotka ją coś waŜnego, ale trochę przeraŜającego. 

- Wyjechać teraz to tchórzostwo. Twój ojciec by się ciebie wstydził. To prawda. 
- Spotkamy się w restauracji. - Niemal się uśmiechnęła. 
WłoŜyła  fioletową,  jedwabną  suknię,  wyszczotkowała  włosy,  aŜ  stały  się  lśniące,  i  zrobiła  sobie  makijaŜ  nieco 

ostrzejszy niŜ zwykle. Nie mogła pojąć, dlaczego tak się trudzi dla obcego człowieka, lecz wolała nie szukać przyczyn. 
Wbiła w szpilki zmęczone stopy i ignorując ich ból, ruszyła do windy. Po chwili była juŜ w restauracja 

Nie od razu go dostrzegła, gdyŜ jako Tris Roald był prawie anonimowy. Myślała juŜ, Ŝe nie przyszedł, i zaczęło ją ogar-

niać rozczarowanie. Ale czekał na nią. Usiedli przy stoliku i złoŜyli zamówienie. 

- Pewnie przez cały czas musisz jadać w restauracjach - paplała bezmyślnie. 
- Rzadko mamy czas, by rozkoszować się posiłkiem. Zwłaszcza w trasie. Trzeba dopilnować tylu szczegółów. 
- A kto zajmuje się tymi szczegółami, kiedy jesteś tutaj? Dlaczego nie pilnujesz swoich spraw w Fort Wayne? 
- Załatwia je reszta grupy, a ja przyjechałem cię stąd zabrać. 
- Byłam zaskoczona, gdy okazało się, Ŝe jesteś Seanem Morantem - wyznała nagle. 
- Mnie teŜ to zdumiewa. Kto by uwierzył, Ŝe nie tylko stanę się piosenkarzem rockowym, ale i odniosę sukces? 
- Więc naprawdę moŜesz stracić głos? 
- Jestem przezorny. Planujemy wszystko starannie, tak by grupa nie ucierpiała, kiedy zakończymy występy. Ten czas 

nadejdzie. Chcesz opublikować tę sensacyjną wiadomość? - Uśmiechnął się do niej. 

- Masz dobrą opinię jako muzyk. 

background image

Z powagą spojrzał jej w oczy. 
- Jestem dobrym człowiekiem. 
Nie mogła go nie zrozumieć. 
- Musisz przyznać, Ŝe okoliczności sugerowały coś innego. 
- W jej głosie zabrzmiało nieco pokory, czy raczej zazdrości. 
- MoŜliwe. 
- To było lekkomyślne z twojej strony spacerować z tymi kobietami. 
- I z tobą - dodał szybko. 
- WciąŜ uwaŜam, Ŝe było to zupełnie zbędne. 
-  Jesteśmy  dziś  razem  w  Indianapolis,  a  wkrótce  wyruszymy  do  Fort  Wayne.  Gdybym  nie  wykonał  tego  „numeru”, 

wróciłabyś do Kalifornii. 

- I tak miałam jechać do Indianapolis. 
- Ale teraz pojedziesz dalej ze mną. 
Szeroko otworzyła błękitne oczy. 
- CzyŜbyś sugerował, Ŝe ta sztuczka to nie tylko narzędzie zemsty? 
- To był pierwszy krok w moich planach wobec ciebie. Prawie się zakochałem, kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy. 

To było w Nowym Jorku, gdy Simon rozmawiał z tobą trzy lata temu, przed przyjęciem cię do pracy. Czytałem wszystkie 
twoje artykuły. 

- Wielkie nieba. 
- Nie wierzysz mi? 
- Nie, absolutnie. 
- Więc czeka cię wstrząs. Jedz, gdyŜ będziesz potrzebowała sił. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Kolację jedli na tarasie, mogli więc obserwować, jak ludzie krąŜą na ulicy wśród małych sklepików. 
Tak jak wtedy, w Kalifornii, jej ciało reagowało na bliskość Trisa. Siedzieli obok siebie; gdyby Mab wyciągnęła rękę, 

mogłaby go dotknąć. Ta myśl trocheja zaniepokoiła. 

Co by zrobił, gdyby go dotknęła? Pewnie odepchnąłby jej dłoń... 

Pomyślała, Ŝe jak na zdeklarowanych przeciwników, rozmawiają ze sobą dość swobodnie. To niespodzianka, zwłaszcza 

Ŝ

e  wcale  się  o  to  nie  starała.  Nie  było  moŜliwości,  by  przeprowadzić  wywiad,  więc  była  po  prostu  sobą.  MoŜe  kimś 

więcej. Po uczestnictwie w seminarium nie ustępowała mu w Ŝadnej sprawie. 

- Pogoda w Indianie jest dość dziwna. - To zabrzmiało jak wyzwanie. 
- Mówisz jak Ezekiel - stwierdził. 
- A co Ezekiel miał wspólnego z Indianą? 
- Jak zrozumiałem, ten osobnik krytykował wszystkie stany Nowej Anglii. Byłaś na wschodzie? 
- Nie rozumiem. 
-  Przepraszam,  zapomniałem,  Ŝe  jesteś  z  Zachodniego  WybrzeŜa  i  jak  wszyscy  pochodzący  stamtąd,  nie  lubisz 

Wschodniego. 

Przerwała mu bezceremonialnie: 
- Dwa lata temu odbył się zjazd całej bostońskiej gałęzi naszej rodziny. Byliśmy tam. To dziwne stać w tłumie obcych 

ludzi, którzy są z tobą spokrewnieni. 

- Czułaś się obco? - zapytał zaciekawiony. 
- Byli dość zabawni. Nieraz zaskakiwało mnie ich poczucie humoru. 
- Ta cecha jest czasem pomocna. 
- Widziałam kiedyś program o południowoamerykańskich małpach, które ciągnęły za ogon papugi. Specjalnie, Ŝeby je 

rozdraŜnić. Potem te małpy ciągnęły za ogon pytona! Szły za nim po gałęzi i ciągnęły go za ogon! 

- Więc lubisz oglądać zwierzęta. W Fort Wayne jest takie specjalne dziecięce zoo. 
- Polujesz? - Obserwowała go. 
- Czasami. 
Odwróciła głowę i cofnęła się lekko. 
- Rozumiem. 
- Na niewinne owieczki? 
Otworzyła szeroko oczy. 
- Ale z ciebie łobuz. 
Roześmiał się. To zwróciło jej uwagę. Nie próbował wygłaszać wykładu. 
Badali swoje zainteresowania, co okazało się kolejną niespodzianką. Poczucie jego bliskości jeszcze się wzmogło. 
Mab obserwowała, jak jadł: jego dłonie, usta, oczy, które spoglądały najedzenie, napoje... a czasami na nią. 
Tris  stopniowo  zaczął  doprowadzać  jej  ciało  do  szaleństwa  i  zdumiewać  umysł.  Nie  mógł  wiedzieć,  jak  silnie  na  nią 

działa. Po plecach Mab przebiegło drŜenie, pobudzając wszystkie ukryte, intymne miejsca. 

Kiedy uniosła głowę, zobaczyła, Ŝe teraz on ją obserwuje. 
Złociste iskierki migotały w brązowych oczach. Przełknęła kęs potrawy, zarumieniła się i spuściła wzrok, kiedy uśmie-

background image

chnął się lekko. 

Pewnie go nie dziwi taka typowa, przewidywalna reakcja. Ale nie jest przecieŜ nastoletnią fanką rockowego idola. Ma 

juŜ dwadzieścia osiem lat. 

I co z tego? Tris jest bardzo atrakcyjny. Ale to przecieŜ nie powód, by zachowywać się tak głupio i tracić rozum tylko 

dlatego, Ŝe on siedzi obok. JakieŜ to krępujące. W dodatku przyłapał ją, jak patrzy na niego niczym lunatyczka. 

Do końca posiłku rumieniec nie zszedł całkowicie z jej policzków. Nie tak zachowuje się kobieta-profesjonalistka. 
Tris  ukradkiem  obserwował  Amabel.  Starał  się  na  nią  nie  gapić,  ale  oczy  nie  respektowały  rozkazu.  Miał  problemy, 

kiedy uniosła widelec i wsunęła do ust. Wargi rozchyliły się i zamknęły, a Tris nagle zapragnął ją pocałować. 

Próbował  myśleć  o  czymś  zwyczajnym,  o  sprawach, które  nie  wywoływały  w  jego  wyobraźni  zmysłowych  obrazów. 

Takich, które nie wypełniały jego myśli niemal podświadomymi wizjami Mab stojącej nago pod wodospadem w Brazylii, 
biegnącej ku niemu przez pola Danii lub nagiej, stojącej obok niego przy oknie, o którym przypomniał sobie, gdy mówił 
o widoku na Zatokę San Francisco. 

Zmusił  się,  by  wspomnieć  o  problemie  suszy  w  Etiopii,  a  potem  zaczął  mówić  o  nadchodzących  przemianach  w  Ir-

landii. Nic to nie pomagało. WyobraŜał sobie Mab w tych miejscach, widział, jak walczy z przeciwnościami losu, i zro-
zumiał, Ŝe chce być przy niej, opiekować się tą dziewczyną, chronić i kochać się z nią. 

Zdumiony, zdawał sobie jednak sprawę, Ŝe te wizje to tylko głupie, ulotne kaprysy. W Ŝaden sposób nie okazała, Ŝe jest 

dla niej atrakcyjny. Jak mógł doprowadzić się do stanu, w którym widział w niej nadzwyczajnie pociągającą kobietę? Zo-
baczył ją, gdy wychodziła z gabinetu jego ojca chrzestnego. JuŜ wtedy się nią zainteresował. Czas mijał, a jej artykuły 
wciąŜ mu ją przypominały. 

A  potem  ten  tekst  o  nim  i  jego  róŜnych  znajomych.  Nie  miał  pewności,  czy  był  tak  uraŜony,  jak  udawał,  czy  tylko 

wykorzystał  okazję,  by  ją  poznać  osobiście.  Świetny  pretekst.  I  udało  się.  Byli  razem  w  Indianapolis  i  jutro  pojadą  do 
Fort Wayne... razem. 

Podniósł  łyŜeczkę,  by  skosztować  odświeŜającego  sorbetu.  Spojrzeli  sobie  w  oczy.  Mab  obserwowała  go  uwaŜnym 

wzrokiem i tylko cudem trafił łyŜeczką do ust. 

Spuścił wzrok i próbował określić jej spojrzenie. Nie wydawało się wrogie. Był przyzwyczajony do poŜądliwych, nie-

mal oszalałych kobiet, które wrzeszczały i wyciągały do niego ręce. Zapomniał, jak interpretuje się wyraz twarzy kobiety. 
Znów podniósł wzrok. Przyglądała mu się z powagą, lekko zarumieniona. PrzecieŜ nie wypiła zbyt duŜo wina. 

A jeśli ją pociągał? JeŜeli była... chętna? Mieli pokoje obok siebie, co stwarzało okazję... MoŜe jednak usiłowała sobie 

wytłumaczyć, co tu właściwie robi, jedząc kolację z muzykiem, który ją obraził. Z kimś, komu dała się poniŜyć. śałował, 
Ŝ

e to zrobił. Nie zasłuŜyła na takie głupie zachowanie ze strony jakiegokolwiek męŜczyzny. 

- Sorbet jest pyszny - zauwaŜyła. Uświadomił sobie, Ŝe milczeli przez dłuŜszą chwilę. Uśmiechnął się lekko. 
- Tak. - Spojrzał na jej zaróŜowione policzki. - Czy spacerowałaś po Indianapolis? 
-  Nie.  Byłam  bardzo  zajęta  podczas  seminarium.  Całkiem  nieźle  zorganizowane.  A  w  hotelu  jest  wszystko,  więc  nie 

miałam  powodu,  Ŝeby  wychodzić  na  zewnątrz.  -  Wyjaśnienie  było  chaotyczne  i  musiało  brzmieć  idiotycznie,  więc 
dodała: - Chyba rozumiesz. 

Odpowiedź wcale nie była lepsza: 
-  Na  zewnątrz  jest  ciepło  jak  w  lecie  -  powiedział.  -  Powinniśmy  przejść  się  jutro  do  muzeum  Lily.  Zarezerwujemy 

sobie przedpołudnie dla siebie. Musimy wyjechać do Fort Wayne wczesnym popołudniem, ale przyjemnie będzie pospa-
cerować  trochę  po  Indianapolis.  Powinniśmy  zwiedzić  miasto,  kiedy  jeszcze  moŜemy.  Na  ten  tydzień  zapowiadają 
huragany. 

- Kiedy powinieneś być w Fort Wayne? - spytała Mab. 
- Dwa dni temu. - Uśmiechnął się. 
- MoŜe powinniśmy wstać wcześnie i pojechać do Fort Wayne. To całkiem spore miasto. Czytałam o nim trochę. Jest 

tam rekonstrukcja starego fortu, dziecięce zoo i kilka kościołów. 

- Nie będę miał czasu... - zaczął z ubolewaniem. 
- Nie muszę być prowadzona za rękę. Jestem dorosła. Mogę wynająć samochód, obejrzeć to wszystko sama... chyba Ŝe 

będę mogła przyglądać się przygotowaniom do koncertu? 

- Oczywiście - obiecał pospiesznie. 
- W takim razie moŜe się zdecyduję... 
- Jesteś zmęczona? 
Kiwnęła głową. 
- To były trzy męczące dni. 
- MoŜe zatańczymy? 
Chciał ją objąć. Bał się, Ŝe Mab nie pozwoli mu pocałować się na dobranoc. Ale jeŜeli przytuli ją podczas tańca, to być 

moŜe uda mu się ukraść jej całusa. 

Uśmiechnął się. Nie uŜywał takich forteli, odkąd skończył siedemnaście lat. 
- Parę tańców - rzucił obojętnie. - Chciałbym sprawdzić, czy jeszcze pamiętam, jak się to robi. 
- Nie wzięłam wojskowych butów - odparowała. 
- O kobieto małej wiary! 
- Powiedzonko Simona? 
Skinął głową. 

background image

- Kiedy nie widzi mnie przez jakiś czas, pisze do mnie i poucza, cytując róŜne maksymy w listach. 
- Dla mnie był bardzo uprzejmy. 
- On jest w Nowym Jorku, a ty w Kalifornii. - Zmarszczył brwi. - Co znaczy „bardzo uprzejmy”? 
- Tylko mnie pozwala pisać to, na co mam ochotę. Udając wrogość, spojrzał na nią posępnie. 
- Nawet ten twój artykuł o mnie? 
-  Ten  tekst  trochę  zaskoczył  pana  Quinta.  Powiedział,  Ŝe  masz  -  pochyliła  głowę,  przypominając  sobie  jego  słowa  - 

masz psychikę bardziej skomplikowaną, niŜ to przedstawiłam. Uznałam wtedy, Ŝe to ciekawa uwaga. Nie wiedziałam, Ŝe 
jest twoim ojcem chrzestnym. 

-  Nigdy  się  nie  oŜenił.  Był  wzruszony,  gdy  rodzice  poprosili  go,  by  trzymał  mnie  do  chrztu.  Potraktował  to  jako 

zaszczyt. 

- A skąd się wziąłeś w zespole rockowym? Im dłuŜej cię znam, tym bardziej mnie to dziwi. 
- Przeprowadziłaś jakieś badania? 
- Oczywiście. Jamie dał mi teksty twoich piosenek. Masz talent poetycki. I.... 
- Dziękuję. 
-  Nie  spiesz  się  tak.  Właśnie  chciałam  powiedzieć,  Ŝe  twoje  poglądy  dotyczące  roli  kobiet  w  społeczeństwie  są  dość 

prymitywne. Powinniśmy omówić kwestię równouprawnienia. 

-  MoŜna  się  taką  rozmową  zanudzić  na  śmierć.  Wydaje  mi  się,  Ŝe  teraz  kaŜdy  uświadamia  sobie,  jak  powinno  się 

traktować kobiety. 

- Jak równe męŜczyznom. 
Uśmiechnął się i przygryzł wargę, jakby powstrzymywał się od powiedzenia jakiejś złośliwości. ZauwaŜyła to i odgad-

ła, co miał zamiar zrobić. I wyraźnie ją to bawiło! CóŜ za irytująca dziewczyna. 

Starała się odrzucić propozycję tańca. Nie powinna znaleźć się w objęciach tego konkretnego męŜczyzny. Niepokoił ją. 

Niepokoił? Raczej przeraŜał! 

Próbował ją przekonać. 
-  Rzecz  w  tym,  Ŝe  jeśli  dzisiaj  nie  skorzystam  z  okazji,  nie  uda  mi  się  zatańczyć  przez  następne  parę  lat.  Jestem  na 

wagarach. Chłopcy pracują za mnie. I kiedy zapytają, co robiliśmy, powiem, Ŝe poszliśmy na kolację, a oni na to: „I co 
jeszcze robiliście?” A ja będę zmuszony przyznać, Ŝe nic więcej. 

- Bo nic więcej nie będziemy robili - oznajmiła sztywno. 
-  Ale  wtedy  pomyślą...  -  Zrobił  smutną  minę  i  rozłoŜył  ręce.  -  Pomyślą,  Ŝe  nie  mogliśmy  się  doczekać,  Ŝeby  jak 

najszybciej iść razem do łóŜka. 

Spojrzała na niego z oburzeniem. 
- Kobiety - mówił dalej - które kręcą się wokół gwiazd rocka, nie są specjalnie subtelne. Chłopcy nie rozumieją więc 

sensu normalnych zalotów. Jeśli powiem, Ŝe tańczyliśmy, całkiem uczciwie, jako Ŝe będę mówił prawdę, to mogą zacząć 
wątpić  w  moje  zapewnienia.  Ale  jeśli  skłamię,  Ŝe  tańczyliśmy,  to  nawet  gdy  wrócisz  do  swojego  pokoju  sama,  będą 
przekonani, Ŝe nie mówię prawdy. Natychmiast wyciągną błędne wnioski, Ŝe spędziliśmy tę noc razem, w łóŜku. 

Zaczerwieniona,  siedziała  wyprostowana  i  zaszokowana,  gdyŜ  podświadomie  pragnęła  zakończyć  wieczór  zgodnie  z 

wersją zespołu Trisa. Kilka razy próbowała wykrztusić coś odpowiedniego, poza protestami i wyrazami oburzenia. Wre-
szcie udało jej się. 

- Chodźmy zatańczyć. 
- To świetnie. Nienawidzę kłamstwa. Simon mówi, Ŝe przede wszystkim siebie nie naleŜy okłamywać, i jak zawsze ma 

rację. 

Jednak mówiąc to, nie miał powaŜnej miny, a w oczach błyszczały mu iskierki. 
Będzie mógł objąć Mab, tańczyć i przytulać ją. Oboje drŜeli na samą myśl o tym. 
Istnieje  taka  teoria,  Ŝe  seks  to  w  dziewięćdziesięciu  procentach  świadome  działanie,  a  tylko  w  dziesięciu  ślepe  poŜą-

danie.  Poznanie  ludzi,  którzy  doszli  do  takiego  wniosku,  byłoby  z  pewnością  interesujące.  Przed  tą  dramatyczną  nocą 
Amabel była przekonana o słuszności tej teorii. 

Jej ciało juŜ ignorowało głos rozsądku, poŜądając Trisa. Zmysły Mab reagowały na kaŜdy ruch, jaki wykonywał. Tylko 

surowy nakaz umysłu, Ŝe ma trzymać ręce splecione razem, powstrzymywał ją od dotykania go i pieszczot. Dobrze, Ŝe 
zachowała choć tyle samokontroli. 

Gdyby Mab uległa ogarniającemu ją poŜądaniu, wszyscy obecni w restauracji oglądaliby w tej chwili nie lada widowi-

sko. Ale rozsądek trzymał stalową ręką w karbach nadmiernie zmysłowe ciało. Potrafiła poradzić sobie z sytuacją. 

Zbyt szybko sobie pogratulowała. Gdy tylko Tris ją objął i zaczęli poruszać się w rytm muzyki, była zgubiona. Prowa-

dził  ją  w  tańcu  z  tą  agresywną,  męską  stanowczością.  Ostatnią  sensowną  myślą,  którą  zapamiętała,  było  to,  Ŝe  jednak 
doskonale pamięta, jak się tańczy. 

Mab juŜ nie była w stanie zastanawiać się nad tym, co robi. Jej ciało uwolnione z więzów narzuconych przez rozsądek 

rozkoszowało się bliskością Trisa. Upijała się rozkoszą. I nowością. 

Reagowała  na  niego  fizycznie  w  sposób  tak  dostrzegalny,  Ŝe  Tris  był  aŜ  zaskoczony.  Nie  stawiał  oporu  ani  nie 

wykorzystywał sytuacji. Tulił ją tylko mocno, rozkoszował się tym, Ŝe jest tak blisko niego. 

Muzyka stanowiła jego Ŝywioł. Wyczuwał ją, poddawał się jej, reagował. To, w połączeniu z kapitulacją Mab, było cu-

downe. Przesuwał dłonie po jej plecach, poruszał się wolno, bardziej zmysłowo, a ona szła za nim ślepo jak owca. 

W pewnym momencie nagle ogarnęło ją poczucie winy. Odchyliła głowę i spojrzała Trisowi w oczy. Leniwie odsunęła 

background image

z jego czoła pasemko włosów. 

- Chyba za duŜo wypiłam - powiedziała cicho. Zaśmiał się, szczerze rozbawiony. Szukała usprawiedliwień, by wyjaśnić 

swoje zachowanie. Wypiła kilka łyków wina z małego kieliszka. Wiedział ó tym, gdyŜ bez skutku starał się skłonić ją, by 
wypiła więcej. 

Rzeczywiście była pijana. Z poŜądania. Czy jest dla męŜczyzny silniejszy afrodyzjak? Atrakcyjna kobieta, której pra-

gnął, była bezradna, gdyŜ nie mogła powstrzymać swojej namiętności. Miał okazję ją zdobyć. Mógł wziąć ją na górę do 
swojego  pokoju  i  kochać  się  z  nią  czule i  delikatnie. Nagle  przycisnął ją  mocniej,  niemal  miaŜdŜąc  jej  delikatne  ciało. 
Pozwolił sobie na rozkosz rozwaŜania takiej moŜliwości. Ona się zgodzi. 

Zgodziłaby  się.  Ale  kiedy  poszli  na  górę,  odprowadził  Mab  do  drzwi  jej  pokoju,  otworzył  je  i  po  raz  pierwszy 

pocałował. Miał wraŜenie, Ŝe wypił magiczny napój, tak cudowne było to doznanie. 

Dłonie mu drŜały i oddychał z trudem. Mab była uległa, naleŜała do niego. Niewiele brakowało, by się nie oparł po-

kusie. Gładził ją dłońmi i pieścił ustami. Ale po chwili się odsunął. 

Była  tym  zaskoczona.  Zamrugała  powiekami,  próbując  zrozumieć,  co  się  dzieje.  Odwrócił  ją  i  klepnął  w  pośladek. 

Powiedział, Ŝe obudzi ją wcześnie, więc musi być wyspana. A potem zamknął za nią drzwi. 

WciąŜ stała w pustym pokoju, drŜąc z poŜądania, kiedy zapukał do drzwi. DraŜnił się z nią! Otworzyła, walcząc z głu-

pim mechanizmem zamka, i powitała go z twarzą tak radosną, Ŝe aŜ jęknął. 

Pocałował jej chętne usta, przytrzymał ręce i polecił zasunąć łańcuch. 
- Rozumiesz? 
Skinęła głową. Uśmiech jej zbladł, wydawała się przestraszona. 
- Jutro znowu będziemy razem. 
- Tak. 
- I musimy się wyspać. JuŜ późno. Jutro mam koncert. 
- Tak. 
- Dobranoc, Amabel. 
- Tak. - Ogarnął ją dreszcz. 
- Zamknij drzwi na klucz i załóŜ łańcuch. 
- Dobrze. 
- Chciałbym się z tobą kochać. Porozmawiamy o tym. 
Zmarszczyła czoło, próbując zrozumieć, do czego potrzebna jest im rozmowa. 
- Zaniknij drzwi na klucz... 
-  ...i  załóŜ  łańcuch  -  dokończyła  zirytowana.  Pocałował  ją  szybko  i  zaniknął  drzwi.  Stał  jeszcze  przez  chwilę, 

nasłuchiwał,  jak  męczy  się  z  zamkiem  i  łańcuchem.  Przekonawszy  się,  Ŝe  była  mu  posłuszna,  Tris  poszedł  do  swego 
pokoju, by wziąć zimny prysznic, a potem połoŜyć się do łóŜka. Nie chciał Mab na jedną noc. Lecz jeśli będzie musiał 
doprowadzić ją do szaleństwa, by zwrócić na siebie jej uwagę, to tak właśnie zrobi. 

W  swoim  pokoju  Mab  uświadomiła  sobie,  Ŝe  chciała  zostać  uwiedziona  przez  Trisa  Roalda,  i  była  tym  ogromnie 

zawstydzona. Prawie go nie znała. Jedno popołudnie w Kalifornii, kolacja i tańce w Indianapolis oraz kilkanaście taśm 
wideo  nie  dały  jej  dostatecznej  wiedzy  o  tym  człowieku.  PrzecieŜ  wszystkie  taśmy  na  świecie  nie  wystarczą,  aby  się 
zaprzyjaźnić czy nawiązać romans. 

CzyŜby naprawdę była taka jak inne kobiety? Uległa tylko dlatego, Ŝe przystojny męŜczyzna ma na nią ochotę? Z pew-

nością nie. Gdzie się podziało jej opanowanie? Jak eksperci śmią twierdzić, Ŝe seks jest zjawiskiem czysto psychicznym, 
dając jej fałszywe poczucie bezpieczeństwa i zgubną pewność, Ŝe umysł kontroluje zachowanie! 

Gdyby Tris zechciał, pewnie poszłaby z nim do łóŜka, a przy jej szczęściu zaszłaby w ciąŜę. Była tak pewna, Ŝe nigdy 

nie ulegnie pokusie, iŜ nawet nie pomyślała o antykoncepcji. 

Ona takŜe wzięła długi zimny prysznic, myśląc, Ŝe właściwie powinna być Trisowi wdzięczna za jego opanowanie, za 

to, Ŝe odrzucił jej ślepą namiętność. Ale jakoś nie czuła wdzięczności. W końcu poszła do łóŜka i szybko zasnęła. 

Następnego ranka wciąŜ boczyła się na Trisa, co z kolei jego bawiło. Jednak był dla niej uprzedzająco grzeczny. 
Miała ochotę rzucić w niego swoim śniadaniem. Przyjrzała mu się, lekko mruŜąc stalowobłękitne oczy, i wyobraziła so-

bie, jak siedzi tam udekorowany jej hiszpańskim omletem. 

Podniósł głowę i uśmiechnął się do niej. 
Obrzuciła  go  morderczym  wzrokiem,  po  czym  wróciła  do  jedzenia.  Mruczała  tylko  coś  pod  nosem  w  odpowiedzi  na 

jego próby nawiązania rozmowy. Nie mogła zrozumieć, dlaczego jest taki... pobudzony. 

Po raz pierwszy w ogóle pomyślała, aby pójść z kimś do łóŜka, a on zignorował wszystkie oczywiste sygnały jej pra-

gnienia. CzyŜby była tak niedoświadczona? A moŜe po prostu draŜnił ją i bawiło go jej rozczarowanie? Zawsze sądziła, 
Ŝ

e męŜczyźni są mniej skomplikowani. 

Po  części  za  jej  zły  nastrój  odpowiadało  zakłopotanie.  Zaofiarowała  się  w  tak  oczywisty  sposób  i  została  odrzucona. 

Przynajmniej nie odepchnął w sposób zdecydowany. Ale narzucała się wręcz demonstracyjnie, o czym jej przypominał 
działający normalnie umysł. Była bezwstydna. Wyuzdana. Wyuzdana chyba nie? A moŜe jednak? 

Znów  opanowana,  pomyślała,  Ŝe  chyba  wszyscy  ludzie,  którzy  widzieli  ją  wczoraj  wieczorem,  zauwaŜyli  jej  zacho-

wanie.  I  z  pewnością  byli  oburzeni,  Ŝe  kobieta  w  taki  sposób  zachowuje  się  publicznie  wobec  męŜczyzny.  Albo 
pogardzali nią. Rumieniec pokrył jej blade policzki. Wbiła spojrzenie w talerz. 

Tris zastanawiał się, czy jest jeszcze dziewicą. W wieku... dwudziestu pięciu lat? 

background image

- Ile masz lat? - zapytał. 
- Dwadzieścia osiem - odparła. 
- A ja trzydzieści sześć. - Uśmiechnął się lekko. Jest juŜ dorosły, ona równieŜ, więc w czym problem? MoŜe ma jedną z 

tych ohydnych chorób? Albo myślał, Ŝe ona ją ma? Jak śmiał? 

Był piosenkarzem rockowym: męŜczyzną, którego kobiety rozchwytywały, o którego walczyły. Powinna wiedzieć, Ŝe 

nie naleŜy mu się oddawać. Pewnie miał mnóstwo kobiet. Był wykończony. I niezdolny do miłości. 

Zerknęła na niego i stwierdziła, Ŝe spogląda na nią z rozbawieniem. Nie wyglądał na wykończonego. 
Rozmawiał z nią i traktował z niezwykłą Ŝyczliwością. Drgnęła, gdy jej dotknął, gdyŜ odczuła to niczym  elektryczną 

iskrę. Mówił do niej uprzejmie swym gardłowym głosem. Nie zwracał uwagi na to, jaką robi z siebie idiotkę. Traktował 
ją tak, jakby zachowywała się całkiem normalnie. 

Kiedy podstawiono wypoŜyczony samochód, połoŜyła swój bagaŜ obok jego torby. Ruszała ku wschodzącemu słońcu w 

towarzystwie Seana Moranta! 

Potrząsnęła głową i napomniała siebie surowo, Ŝe jedzie w sprawach słuŜbowych. Nie powinna myśleć o głupstwach. 
Jest zawodowcem. 
Robiąc ustępstwo, jakiego świat nie widział, Tris zapytał: 
- Chcesz prowadzić? 
- Nie, dziękuję - odparła szybko. 
- Jako kobieta walcząca o równouprawnienie? 
Nie była pewna, czy potrafi oderwać od niego wzrok na tyle, by móc kierować wozem. 
- Wolę, Ŝebyś ty prowadził. 
- Nie ma sprawy. - Zdołał jakoś ukryć ulgę. 
W mglisty, letni, marcowy poranek wyruszali na północ, do autostrady 465. Mab kątem oka obserwowała dłonie Trisa 

na kierownicy; prowadził auto z wyczuciem i wprawą. 

Milczenie  stawało  się  niezręczne.  Wreszcie,  kiedy  skręcili  na  międzystanową  autostradę  nr  69,  Mab  wzięła  notes, 

długopis i zadała pierwsze pytanie: 

- W jaki sposób ktoś tak sławny i popularny jak ty porusza się nie rozpoznany? 
Wydawała mu się tak interesująca, tak cenna. Wszystko, co robiła, było czarujące. Siedziała obok niego w prostej bluz-

ce, spodniach i tenisówkach. Zaciskała lekko wargi, a on miał ochotę zatrzymać samochód i je ucałować. Uśmiechnął się. 

- Czy moŜesz mówić? Słyszałam, Ŝe masz kłopoty ze strunami głosowymi. 
- Tylko wtedy, gdy śpiewam. Zacząłem karierę wokalisty w zespole jeszcze w college’u i nie ćwiczyłem głosu. W ide-

alnym momencie trafiliśmy na szał wideo. Dwie piosenki z naszego pierwszego albumu zawędrowały aŜ na szczyt listy 
przebojów i długo tam pozostawały. Dopisało nam szczęście. Wykorzystaliśmy to, popłynęliśmy  z falą tam, dokąd nas 
poniosła.  Nie  mieliśmy  pojęcia,  Ŝe  zdobędziemy  aŜ  taką  popularność.  Mój  zawód  jest  podobny  do  kaŜdego  innego: 
moŜesz próbować, ale jeśli nie masz właściwego przygotowania, wkrótce wszystko zawalisz. To jak boks, tenis czy inne 
dyscypliny sportu. Musisz wiedzieć, jak się strzec kontuzji. A ja zniszczyłem w duŜej mierze swój głos, śpiewając bez 
odpowiedniego przygotowania. 

- Wolisz nie odpowiadać na pierwsze pytanie? - przypomniała chłodno. 
- Jak pozostaję nie rozpoznany? Nie mam pewności. Nie jestem specjalnie przystojny, wyglądam zupełnie zwyczajnie. 
Te  słowa  były  tak  sprzeczne  z  jej  opinią,  Ŝe  niemal  się  roześmiała  na  myśl,  Ŝe  pozwala  mu  to  mówić  bez  słowa 

sprzeciwu. 

- To coś podobnego do anegdotki o Marilyn Monroe - mówił dalej. - Była w Central Parku i jakiś przyjaciel zdziwił się, 

Ŝ

e moŜe tak spacerować i nikt jej nie poznaje. Marilyn odparła, Ŝe nie uŜywa swojej osobowości gwiazdy. Przyjaciel nie 

wierzył, więc Marilyn kazała mu siebie obserwować. Nagle zmieniła osobowość i natychmiast otoczyli ją ludzie, którzy 
ją rozpoznali. 

Przerwał na chwilę. 
- Poza sceną nie czuję się gwiazdą rocka. Jestem zwyczajnym człowiekiem. Nie spodziewam się, Ŝe ktoś mnie pozna. 

Nie wiem, czy jest jakiś dowód na teorię Marilyn, choć właściwie sama tego dowiodła. - I dodał po chwili milczenia: 

- Poza sceną nie przypominam wokalisty rocka. Ubieram się jak Tris Roald, czeszę włosy. Mam zwyczajne ubranie, tak 

jak wszyscy, i zachowuję się inaczej niŜ Sean Morant. To zupełnie 

inny człowiek. 
- A jak się czujesz, kiedy jesteś Seanem Morantem? 
- Jeśli sugerujesz coś w rodzaju rozdwojenia osobowości, jak w przypadku doktora Jekylla i pana Hyde’a, to wiedz, iŜ 

mnie to nie dotyczy. Po prostu gram na scenie. Poza sceną nie. 

- Czy brałeś kiedyś narkotyki? 
-  Nie.  Dawno  temu  Simon  Quint  kazał  mi  porozmawiać  z  jednym  ze  swoich  przyjaciół,  z  psychiatrą,  który  ekspery-

mentował  z  narkotykami  w  latach  sześćdziesiątych, zanim  jeszcze  wszyscy  zrozumieli, jakie  to  zagroŜenie. Teraz  stara 
się  ratować  tych  dostatecznie  inteligentnych,  którzy  widzą  zbliŜającą  się  katastrofę.  Ten  lekarz  wytłumaczył  mi 
dokładnie, co takie substancje robią z ciałem, mózgiem i organami człowieka. Jak wpływają na noworodki. To wywarło 
na mnie wraŜenie. 

-  Nikt  z  naszej  grupy  nie  dotyka  tego  świństwa  -  kontynuował.  -  Poprosiłem  doktora,  Ŝeby  porozmawiał  z  moimi 

kumplami. - Rozejrzał się po okolicy. - Jesteśmy dobrymi muzykami, mamy dobre układy i kontakty ze sobą. Jesteśmy 

background image

lojalnymi,  choć  krytycznymi  Amerykanami.  Porządnymi  ludźmi.  Rozmawiamy  o  Ŝyciu,  nadziejach  i  marzeniach.  Je-
steśmy trubadurami. 

- Nie wypalacie się? 
- Myślę, Ŝe zbliŜa się czas rozstania. Koncerty są wspaniałe, ale wyczerpujące. Rozszerzają się nasze zainteresowania. 

MoŜe nagramy muzykę do filmu. Tego rodzaju moŜliwość uwaŜam za coś fascynującego. 

- Jak sobie radzicie ze stresami? 
-  Mamy  szczęście  i  nie  poddajemy  się.  Jesteśmy  jak  inni  ludzie  pracujący  w  stresujących  zawodach.  Niektórym  się 

udaje, niektórzy się uginają, inni załamują. Nam się udało, choć czasem miewamy problemy. - Zerknął na nią z uśmie-
chem. 

Rozmawiali  przez  całe  dwie  godziny  drogi  do  Fort  Wayne.  Tris  coraz  bardziej  ją  interesował.  Zaczynała  go  lepiej 

poznawać. Pociągał ją. I to nie jedynie jego ciało. 

Opowiedział jej o ciotce, która mieszka na farmie w Whitney County, na zachód od Fort Wayne, o przyjeździe do In-

diany, kiedy był dzieckiem, o kuzynach i o wszystkim, co robili. Był zabawny i miły. To rzeczywiście dobry człowiek. 
Dokładnie taki, jak powiedział. 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Z międzystanowej zjechali na autostradę nr 24 wiodącą do Fort Wayne. Czarujące miasto, leŜące u zbiegu trzech rzek, 

w roku 1994 obchodziło swoje stulecie. Dawno temu był tu indiański rezerwat. 

W tej chwili miasto zamieszkiwało dwieście tysięcy ludzi. Było tam centrum, dzielnice handlowe i przedmieścia. 
W marcu wysokie drzewa wciąŜ stały nagie, za to kolorowe, wiosenne kwiaty cieszyły oczy swoim widokiem. 
Tris jechał przez ulice odnowionych starych domów w zachodniej części miasta. Do hali koncertowej droga prowadziła 

przez ulicę Jeffersona, Clinton, Spy Run z rowerową ścieŜką wzdłuŜ rzeki i potem na Parnall. I zgodnie z zapowiedziami 
tam wznosiła się hala koncertowa. 

Zostawili samochód na ogromnym parkingu i pieszo ruszyli do budynku. 
Mab spędziła juŜ kilka godzin w towarzystwie Trisa, przy  kolacji i w samochodzie, ale dopiero po raz drugi w Ŝyciu 

szła obok niego. Tym razem nie było fotografów. 

Dziwiło ją wraŜenie naturalności, jakie czuła, maszerując z nim krok w krok. Para. Tym właśnie byli... parą. Czy on teŜ 

tak  to  odczuwał?  Czy  w  ogóle  dostrzegał  jakąś  róŜnicę,  idąc  właśnie  z  nią?  Na  tych  zdjęciach,  które  zebrała,  przygo-
towując okładkę, szedł znudzony krok w krok ze wszystkimi tymi kobietami. 

Spojrzała  na  niego  i  zobaczyła,  Ŝe  ją  obserwuje.  Nie  wydawał  się  znudzony.  Nagły  przypływ  emocji  sprawił,  Ŝe  się 

potknęła.  Tris  pochwycił  ją  za  ramię,  przytrzymał  i  zwolnił  trochę.  Ruszyli  dalej,  a  ona  cieszyła  się,  Ŝe  jest  przy  nim 
blisko, zupełnie tak, jakby naprawdę byli parą. 

Weszli w labirynt ramp oraz przejść i doszli na główną owalną płytę, wykorzystywaną na wszelkie mityngi, zebrania, 

rozgrywki i koncerty. Wokół wrzała praca - przygotowania do wieczornego występu. 

Ludzie  wołali  do  siebie,  śmiali  się,  ktoś,  pogwizdując,  przeszedł  obok,  dźwigając  na  ramieniu  zwoje  kabli.  Nikt  nie 

próŜnował. 

Jamie Milrose był pierwszą znajomą osobą, jaką Amabel tu zobaczyła. Miał na sobie dŜinsy i koszulę z podwiniętymi 

rękawami. Dostrzegł ją i obserwował, jak szła z Trisem przez płytę. Ktoś krzyknął coś do Trisa, ale ten machnął tylko 
ręką i podszedł do Jamie’ego. 

- Co jest. Jamie? Jakieś problemy? 
- SkądŜe znowu - odparł ten bez uśmiechu. 
- Czeka cię niezła zabawa - roześmiał się Tris. - Nie damy ci próŜnować. 
-  Nie  próŜnuję.  Mam  mnóstwo  wywiadów.  -  Tris  zmarszczył  brwi,  a  Jamie  wytłumaczył:  -  Domyśliłem  się,  Ŝe  Mab 

pewnie  przeprowadziła  z  tobą  wywiad,  a  to  czyni  cię  dostępnym  dla  wszystkich.  Załatwiliśmy  nawet  wywiad  z  repor-
terem szkolnej gazetki. Spaceruje tam teraz, bardzo podniecony. 

Tris skrzywił się. 
- Och, Jamie, nie mogłeś ich jakoś spławić? 
- Nie, jeśli mam zachować szansę na zbawienie mojej czystej duszyczki. - Spojrzał na nich zimno. 
- Trudno, niech będzie. - Przeprosił Amabel i podszedł do reportera, który czekał na niego niecierpliwie. Jamie zbliŜył 

się do Amabel. 

- No, no, no - powiedział. 
Nie uśmiechał się, mówił przy tym cicho, jakby zdradzał jakieś sekrety. ZmruŜył oczy i przyglądał się jej z dezaprobatą. 
NajeŜyła się. 
- Witaj, Jamie. 
- Jesteś z Seanem. - To nie było pytanie, lecz stwierdzenie faktu. 
Nie odpowiedziała wprost. 
- Pomagasz ustawiać sprzęt? 
- Nie. - Machnął ręką i powtórzył: - Jesteś z Seanem? 
- Razem tu weszliśmy. - Była to miła wymijająca odpowiedź. Jamie’emu nie wystarczyła. 
- Słyszałem, Ŝe pojechał po ciebie do Indianapolis. Czy jesteście razem? 
- Dlaczego pytasz? 
Zmierzyła go od stóp do głów, dając mu do zrozumienia, Ŝe to nie jego interes. 

background image

- Muszę wiedzieć - oświadczył surowym, powaŜnym tonem. 
- Jego zapytaj. 
- Nie powie - odburknął Jamie. Uśmiechnęła się lekko. Odchylił głowę, mruŜąc przy tym nieco oczy. 
- Mab, wróg męŜczyzn? Kobieta wyjątkowa? Teraz zachowuje się tak jak kaŜda inna? CóŜ za rozczarowanie. - Ostatnie 

słowa wymówił z pogardą. 

Amabel rozejrzała się po płycie, zerknęła na puste siedzenia, wznoszące się rzędami w górę. 
-  Myślę,  Ŝe  tak  jest  ze  wszystkim.  -  RozłoŜyła  ręce  i  umyślnie  przerwała  na  chwilę.  -  Będą  gotowi  na  czas.  -  I  by 

zaakcentować fakt, Ŝe ignoruje jego pytanie, dodała: - Pamiętam, jak kiedyś kierowałam grupą ochotników ustawiających 
dekoracje.  Byłam  niemal  pewna,  Ŝe  na  premierze  kurtyna  podniesie  się  i  odsłoni  fatalną,  nie  wykończoną  scenografię. 
Przez miesiąc bolała mnie głowa. - Uśmiechnęła się znowu. 

- Myślałem, Ŝe będziesz moja - odezwał się szorstko. 
- O ile pamiętam - odparła chłodno - twoje zaproszenie dotyczyło tylko weekendu w Big Sur. 
-  Zapomniałaś  o  całej  reszcie.  Sypiasz  z  nim?  Rozszerzyła  nozdrza  z  oburzenia,  po  części  dlatego,  Ŝe  pamiętała,  jak 

niewiele brakowało. Ale ta reakcja trochę uspokoiła Jamie’ego. 

- Fort Wayne to mój dom - powiedział cicho. - Chciałbym, abyś poznała moją rodzinę. 
- Nie będzie na to czasu. WyjeŜdŜam jutro rano. 
- Odwiozę cię na lotnisko. 
- Nie - zabrzmiał głos Trisa. Nie zauwaŜony stanął za plecami Jamie’ego. - Ja ją zabieram. - Nie wyjaśnił, dokąd. 
Minął  Jamie’ego,  stanął  obok  Mab  i  władczo  chwycił  ją  za  łokieć.  W  ten  delikatny  sposób  dał  znać,  Ŝe  dziewczyna 

naleŜy do niego, a jednocześnie nie naruszył jej wiary, Ŝe wciąŜ sama sobą dysponuje. To raczej jego spokojny uśmiech 
był niebezpieczny. 

Cała trójka była lekko zirytowana. Mab najbardziej. Dwaj męŜczyźni stali naprzeciwko siebie, jak psy nad kością. A do-

datkowo była zła, Ŝe ucisk palców Trisa wzbudził w niej dziwne, a zarazem znajome uczucie podniecenia. 

Dlaczego on? Inni męŜczyźni stali blisko niej, dotykali jej ramienia, ale nigdy tak na nich nie reagowała. Czemu akurat 

Tris budził w niej podniecenie? Jakie to szokujące! 

Wszyscy troje uświadomili sobie to napięcie, które nie miało Ŝadnego związku ze zbliŜającym się koncertem. 
Jamie oddalił się pierwszy. Potem ktoś pytał o coś Trisa, a on odpowiadał cicho i uprzejmie. Jeśli się nie zgadzał, starał 

się tłumaczyć przyczynę. Potrafił słuchać. 

Mab  zauwaŜyła,  jak  ludzie  na  niego  patrzą,  jak  czują  się  przy  nim  swobodnie.  Nie  był  „gwiazdą”,  lecz  człowiekiem 

interesu. Mab obserwowała Trisa, ale nie jak reporterka. Oceniała go jako człowieka. 

Potem Tris poszedł, aby udzielić wywiadów, na które umówił go Jamie, a Mab mogła wędrować w tym czasie dookoła, 

robić zdjęcia swym małym aparacikiem, zadawać pytania i obserwować. Z fascynacją oglądała pracę męŜczyzn i kobiet 
przygotowujących  występ.  Robili  to  za  kaŜdym  razem,  przed  kaŜdym  koncertem  w  tylu  juŜ  miejscach:  rozkładali 
wszystko, a potem składali. 

W ulotkach, które dostała od Jamie’ego, Mab znalazła podziękowania Seana Moranta dla swojej ekipy. Teraz, obser-

wując tę ekipę przy pracy, zrozumiała, jak wiele robią ci ludzie dla powodzenia kaŜdego koncertu. 

Rozmawiając z kimś z biura prasowego, Mab dowiedziała się, Ŝe hala mieści dziesięć tysięcy ludzi. 
- A dokładniej - wyjaśnił rozmówca - dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt osiem. 
- A dlaczego zabrakło miejsca dla tych dwóch osób? - spytała. 
- Takie warunki postawiła straŜ poŜarna. 
- W innych  miastach zbierają się tłumy.  Dziwię się, Ŝe słynne grupy przyjeŜdŜają dla tak stosunkowo nielicznej pub-

liczności. 

- To doskonałe miejsce. Kontakt z publicznością jest bardziej bezpośredni. Znane zespoły lubią tu przyjeŜdŜać. Przy-

jemnie dawać tu koncerty. To pozwala na większe zaangaŜowanie się, a publiczność docenia ten fakt. 

- Czy mieliście kiedyś kłopoty? Narkotyki, alkohol? 
- Zdecydowana większość publiczności zachowuje się jak trzeba. - RozłoŜył ręce. - Uczestniczą w święcie. Oczywiście 

zawsze  znajdzie  się  kilku  takich,  którzy  testują  naszą  ochronę.  Próbują  przemycić  alkohol  albo trawkę.  Ale  nie  ma  ich 
wielu. 

Na  płycie  lodowiska  ułoŜono  drewnianą  podłogę  i  ustawiono  scenę.  PoniewaŜ  zespół  Trisa  wykorzystywał  istniejącą 

juŜ konstrukcję, ekipa techniczna liczyła tylko dwadzieścia siedem osób. Kable elektryczne przypominały rybacką sieć. 

Zespół Trisa  zjawił  się  w mieście poprzedniego  wieczoru  i  pracował  tu  od siódmej  rano.  Poza  zmontowaniem  sceny, 

ekipa techniczna odpowiadała za nastrojenie instrumentów, rozstawienie świateł i sprawdzenie wzmacniaczy. 

Podczas  koncertu  będą  obsługiwać  reflektory  i  miksery  dźwięku.  To  skomplikowana  sprawa.  Muzycy  przypominali 

astronautów, których wspiera armia doświadczonych ludzi, choć oklaski zbierają tylko oni. 

Mab przyjechała tu z Trisem Roaldem. Seana Moranta widziała jedynie na taśmach wideo. Ale teraz, w miarę upływu 

czasu, zaczęła dostrzegać, Ŝe Tris się zmienia - była to zdumiewająca metamorfoza. 

Po sukcesie pierwszego koncertu „Live Aid” Boba Geldofa dziennikarze wspominali o moŜliwym dorocznym koncercie 

rockowym,  z  którego  dochód  przeznaczono  by  dla  głodujących.  Ile  korzyści  przyniosłoby  takie  wydarzenie!  Pisali  o 
ogromnych kwotach pieniędzy i ich zabezpieczeniu przed malwersantami. 

Członkowie  grupy  Trisa  opowiadali natomiast  o  radości  spotkania  wielu  podobnych  sobie.  Supergwiazdy  okazują  się 

takimi samymi ludźmi, jak reszta. I chętnie spotykają swoich własnych idoli. 

background image

Mab  przyglądała  się  Trisowi,  którego  zaczęła  dopiero  poznawać,  a  który  okazał  się  kimś  innym,  niŜ  przypuszczała. 

Kimś, kto - jak powiedział Simon Quint - miał psychikę głębszą i bardziej złoŜoną, niŜ sądziła. 

Mimo panującego wokół gwaru, Mab wyciągnęła się na czterech stojących rzędem krzesłach. Przykryła się płaszczem. 
Spała mocno. 
Jamie  zatrzymał  się  przy  niej  i  obserwował  ją  z  uwagą.  Nadszedł  Tris  i  demonstracyjnie  otulił  Amabel  płaszczem,  a 

takŜe  przykrył  ją  swoją  kurtką.  Potem  odszedł,  jakby  nie  zauwaŜył  rywala.  Z  pewnym  rozbawieniem  pomyślał,  Ŝe  nie 
zdołał się opanować i zaznaczył swoje terytorium, ale być moŜe dzięki temu uniknie nieporozumień. 

Mab obudziła się, słysząc hałas. Upadła jakaś deska, ktoś stukał młotkiem. Otworzyła oczy. Tris przykucnął obok niej i 

uśmiechał się. 

Znów był Trisem, którego obecność wywoływała w niej tak niezwykłe reakcje. Spojrzał jej w oczy, a ona poczuła nagły 

poryw  namiętności.  Oblizała  wargi  i  ziewnęła,  naiwnie  wierząc,  Ŝe  to  odwróci  jakoś  jego  uwagę.  Udało  jej  się  tego 
dokonać. 

Tris zaśmiał się. 
- AleŜ z ciebie leniuch - skarcił ją, jakby miał do tego prawo. - LeŜysz i nic nie robisz, a przecieŜ dziś wieczorem mamy 

występ. 

Poczuła się tak, jakby byli sami w tej wielkiej, pełnej ruchu sali. 
- Czy pocałujesz mnie na szczęście? - spytał cicho. Na samą myśl o tym poczuła dreszcze. Zaczęła ją mrowić skóra. 
Czy to wszystko tylko dlatego, Ŝe Tris był obok i spoglądał na nią? Niewiarygodne. Znów oblizała wargi. 
- Zawsze masz pod ręką jakąś kobietę, która spełni taką prośbę? - wykrztusiła. 
- Nie. AŜ do teraz. 
- Banialuki. 
- Skąd znasz wyraz... banialuki? - zapytał takim tonem, jakby zachwyciło go to słowo. 
- Od mojej babci. Umiała to powiedzieć tak, by wyraŜało niesmak lub niedowierzanie. 
- Skomponowałem dla ciebie piosenkę - oświadczył nagle Tris. 
- Piosenkę? 
- Tylko dla ciebie. 
- Akurat... figa z makiem. - Nie zrobiło to na niej wraŜenia. W kaŜdym razie nie mogła tego okazać. - Pewnie jesteś jak 

George Gershwin. On skomponował taką piosenkę, której nigdy nie opublikował, i w tajemnicy grał ją kaŜdej kobiecie, 
która mu się spodobała, jako utwór dla niej. Wiem, Ŝe to prawda, bo widziałam to na filmie, a scenarzyści nie kłamią. 

- Napisałem ją niedawno. - Po czym spytał po chwili zastanowienia. - Figa z makiem? 
- Znakomita odpowiedź - zapewniła. - Ludzi, którzy się kłócą, za kaŜdym razem potrafi ostudzić. Jest nie do przebicia. 

To ulubione powiedzonko mojej babci. 

Przymknął powieki. 
- Wracając jutro do Indianapolis, odwiedzimy moją ciotkę. 
-  Po  co  wracać  do  Indianapolis?  -  spytała  zdziwiona.  -  Tutaj jest takŜe  lotnisko.  Samoloty  przylatują  i  odlatują  przez 

cały dzień i połowę nocy. 

-  Z  Indianapolis  mamy  bezpośrednie  połączenie.  A  kiedy  juŜ  tu jestem,  nie  mogę  nie  odwiedzić ciotki.  Moja rodzina 

będzie dziś na koncercie. Usiądziesz z nimi, ale i tak musimy ich jutro odwiedzić. Dobrze? 

- Nie przejmuj się mną. - Czuła się trochę skrępowana. 
- Będą uraŜeni, jeśli ze mną nie pojedziesz - tłumaczył Tris. - A przecieŜ nie będziesz czekać w samochodzie za domem, 

gdy  ja  pójdę  w  odwiedziny.  Pomyślą,  Ŝe  jesteś  dziwaczką.  No  i  straciłabyś  niezłą  zabawę.  -  Po  czym  złośliwie  dodał 
jeszcze jeden argument: - Poznasz kolejną cechę Seana Moranta, przyda ci się do artykułu. 

- To fakt. 
- Będziesz zachwycona, jakim szacunkiem i podziwem darzą mnie ci zwykli ludzie z prowincji. - Oblizał wargi i od-

wrócił  głowę, by  nie  dostrzegła  jego  rozbawienia.  Westchnął  teatralnie.  -  Cieszę  się,  Ŝe  nie  uŜywasz  wulgarnych  słów. 
Moja ciotka nie znosi przekleństw. 

- Tak jak mój tata. Dlatego zaczęłam uŜywać babcinych „banialuk” i „figi z makiem”. 
-  Aha  -  odparł  krótko  i  kontynuował:  -  Niełatwo  się rozmawia  z  moimi  krewnymi.  Nie  będę  przy  tobie,  by  pilnować 

doboru tematów. Co wiesz o maciorach, zbiorach kukurydzy i melioracji? 

- Niewiele - przyznała. 
-  No  tak  -  mruknął  z  powątpiewaniem.  -  Myślę,  Ŝe  moŜesz  rozmawiać  o  mnie.  -  Spojrzał  na  nią  uwodzicielsko. 

Przymknęła oczy i nagle uderzyła się dłonią w czoło. 

- Znowu chcesz mnie wystawić, tak? - Spojrzała na niego z wyrzutem. 
- Nie ośmieliłbym się. - Był oburzony takim pomysłem. - Sama zobaczysz. 
Pochylił się szybko i pocałował ją w usta, zanim się zorientowała, co zamierza. Poczuła, Ŝe ogarnia ją fala podniecenia. 

Klepnął ją w udo, chwycił za rękę, jakby spodziewał się, Ŝe wstanie. 

-  Ogarnij  się  trochę  i  umyj  ręce.  Pójdziemy  coś  zjeść.  LeŜała  nieruchomo,  niepewna,  czy  zdoła  wstać  po  takim 

pocałunku. 

- Jak moŜesz tyle jeść i zachować szczupłą sylwetkę - wymamrotała ze zdziwieniem, Ŝe w ogóle mówi coś, co ma sens. 
- Zrzucamy nadwagę podczas koncertu. Jemy więc obfite posiłki. Kucharz przygotował coś dobrego. Z pewnością bę-

dzie ci smakowało. No, wstawaj! Spotkamy się w holu. 

background image

Tak jak mówił Tris, kucharz przygotował duŜy wybór potraw. Przystawki, zupy, mięsa, jarzyny, owoce i desery. Pró-

bowała po trochu z róŜnych półmisków. Tris wypił czysty bulion i sorbet. Siedząc obok niego z pełnym talerzem, czuła 
się jak obŜartuch. 

- Myślałam, Ŝe jesteś głodny. 
- Jadłem dziś obfity lunch i zjem coś po koncercie. Mam tremę, jak zawsze, stąd tylko bulion i sorbet. Nie mogę uczto-

wać przed występem. Doszedłem do tego wniosku metodą prób i bolesnych błędów. 

- Ty masz tremę? - Nie mogła w to uwierzyć. 
- Napięcie wzrasta. Im bliŜej rozpoczęcia występu, tym jest gorzej. To problem większości występujących publicznie 

wykonawców.  - Pokręcił głową. - To śmieszne. Nie uwierzyłabyś, jak pobudza wejście na scenę. Reakcja publiczności 
działa jak narkotyk. Słyszałem o kimś, kto nagrywa same oklaski na występach. A kiedy jest w depresji, odtwarza je, by 
wchłaniać pozytywne emocje. KaŜdy ich potrzebuje. 

- JeŜeli powaŜnie mówiłeś o tym, Ŝe skończysz z występami, to czy potrafisz z tego zrezygnować? 
- Na pewno będzie mi tego brakowało. Ale zacznę nowe Ŝycie. Obecne nie moŜe trwać wiecznie. Są inne zajęcia, które 

dają mi satysfakcję, i zdaję sobie sprawę, jakie to dla mnie szczęście. 

Raz jeszcze przypomniała sobie słowa Simona Quinta, Ŝe Tris jest bardziej złoŜonym człowiekiem, niŜ jej się wydawa-

ło. Teraz zaczynała to rozumieć. 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

W  wieku  trzydziestu  sześciu  lat  Sean Morant  wciąŜ zajmował  czołową pozycję  wśród  wykonawców  rocka.  Byli  tacy 

szacowni muzycy po czterdziestce, którzy stali się legendami. Gdyby Elvis wciąŜ Ŝył, przekroczyłby sześćdziesiątkę. Czy 
nadejdzie kiedyś czas, Ŝe filary rocka będą miały po osiemdziesiąt lat, tak jak teraz filary jazzu? 

Upływ  czasu,  opowiadał  Ŝartobliwie  Tris,  został  mu  nagle  uświadomiony,  gdy  uczennica  szkoły  średniej  błagała,  by 

zgodził się mieć z nią dziecko, „zanim będzie za późno”. Znieruchomiał na moment. Za późno? Ma dopiero trzydzieści 
sześć lat? Wiek, podobnie jak piękno czy zło, jest sprawą względną... 

- W co się dziś ubierzesz? - spytała Mab. Uśmiechnął się lekko. 
- MoŜe wybierzesz mi strój? Ekipa przyniosła garderobę. Ubieramy się zwykle w to, na co nam przyjdzie ochota - wy-

jaśnił.  -  Kirk,  perkusista,  nosi  kudłatą  perukę,  więc  przytrzymuje  ją  opaską.  Strasznie  się  poci,  grając  w  tej  peruce  na 
bębnach. Wszyscy się pocimy, ale on najbardziej. Temple, George i Trip wybierają kostium pod wpływem impulsu. Jako 
solista, powinienem wydawać się trochę niezwykły. Nie mam dosyć odwagi, by wkładać coś, co wprawi w zdumienie wi-
dzów. Ani odwagi, by wyglądać dziwacznie. Chodź, przyda mi się twoja opinia. 

Zaprowadził ją do swojej garderoby. Znalazła tam skórzany kostium, który od razu odrzucił. 
- Będzie mi w nim za gorąco. WłoŜyłem go raz, zimą, na koncercie w Teksasie. Chłopcy mieli na sobie płaszcze. 
Była tam teŜ czerwona, wyszywana cekinami kurtka i takie same spodnie. Tris zaśmiał się. 
- WoŜę to od czasu pierwszego występu Davida Lee Rotha. Nie mam odwagi, by to choćby przymierzyć. Gdybym coś 

takiego miał na sobie w czasie koncertu, pewnie zapomniałbym słów piosenki. David to zrobił i wszystkim się podobało. 

Jedną z moŜliwości była czarna koszula i czarne spodnie. Był teŜ kostium brązowy, biały i w więzienne paski. 
- Jestem dość konserwatywna - tłumaczyła się Mab. - Nie mam pojęcia, co ci zaproponować. 
-  Wszyscy  w  zespole,  muzycy  i  ekipa  techniczna  mają  jakieś  pomysły,  co  powinienem  nałoŜyć...  CięŜka  sprawa.  - 

Teatralnym gestem przyłoŜył grzbiet dłoni do czoła. 

Ludzie,  którzy  kręcili  się  po  garderobie,  wyszli  i  po  raz  pierwszy  tego  dnia  Mab  została  z  nim  sama.  Tris  szybko 

zamknął drzwi i spojrzał na nią. 

- Pora na twój pocałunek na szczęście. 
Zastanawiała się, czy powinna go pocałować, a on wziął ją w ramiona i delikatnie przyciągnął do siebie. Spojrzeli sobie 

w oczy. Mab spuściła wzrok, a Tris uśmiechnął się lekko, chyba zadowolony, Ŝe doprowadził do takiej sytuacji. Ale Mab 
nie miała zamiaru pozwalać mu na nic, poniewaŜ... 

Tak wspaniale się czuła w jego ramionach. Dobrze było przytulać się do niego i drŜeć z rozkoszy w ramionach Trisa. 

Jego ciało osłaniało ją niczym forteca. Forteca? CóŜ za nieodpowiedni wyraz! Mab była reporterką i słowa miały dla niej 
ogromną  wagę.  Będzie  musiała  się  zastanowić  nad  słowem  „forteca”  uŜytym  w  stosunku  do  Trisa...  moŜe  trochę... 
później. 

Miał zamiar pocałować ją tylko raz, szybko, mocno. Nie chciał stawiać ani jej, ani siebie w kłopotliwej sytuacji poprzez 

nazbyt zuchwałe zachowanie. Ale gdy tylko przytulił Mab, nie mógł się oprzeć pokusie. 

Całował ją coraz mocniej i przyciągał do siebie jeszcze bliŜej. Poruszyła się lekko, jakby chciała mu pomóc. 
Jęknął z poŜądania, co wzbudziło w niej takie dreszcze, Ŝe wstrzymała oddech. Wiedziała, Ŝe musi go odepchnąć. Miała 

ś

wiadomość,  Ŝe  Tris  nie  wypuści  jej  z  objęć,  dopóki  nie  da  mu  wyraźnie  do  zrozumienia,  Ŝe  nie  powinni  się  tak 

zachowywać. Za chwilę. Na razie nie mogła się zmusić, by to przerwać. 

Nigdy jeszcze nie reagowała tak gwałtownie na Ŝadnego męŜczyznę. Dlaczego właśnie na Trisa? Zastanowi się później. 

Wplotła palce w jego włosy i rozchyliła wargi. 

Stuknęły drzwi, gdy ktoś próbował wejść do garderoby; 
Ktokolwiek to był, zatrzymał się wyraźnie zaskoczony. Potem rozległo się głośne pukanie i męski głos oznajmił: 
- Charakteryzacja za pięć minut. 
Przestali się całować. Patrzyli na siebie. Ten pocałunek w hotelu nie był przypadkowy. Amabel była przestraszona... 
Tris sprawiał wraŜenie, jakby miał zamiar znów ją pocałować. Wyraźnie był zirytowany tym, Ŝe ktoś im przeszkadza. 

background image

- Odwołajmy koncert. - Naprawdę powaŜnie się nad tym zastanawiał. 
Amabel teŜ o tym pomyślała! Cicho jęknęła i natychmiast przyszło jej do głowy, Ŝe ten jęk mógł być reakcją nie na jego 

słowa, a raczej na myśl, by uciec z nim juŜ teraz. 

CóŜ za szaleństwo! Tris wciąŜ ją obejmował. Czuła dotyk jego dłoni... uścisk ramion.... Palił ją Ŝar jego ciała. 
Ale  skromność,  zakłopotanie  i  lęk  okazywany  przez  Mab  wzmocniły  ich  szacunek  dla  pozorów.  Cofnęła  się  i  oparła 

ręce o pierś Trisa. Odstąpiła wolno, choć wciąŜ patrzyli sobie w oczy. 

Tris stał bez ruchu i oddychał szybko. Twarz miał zmienioną. Opuścił ramiona. Oderwał od Mab spojrzenie i popatrzył 

w sufit. Potrząsnął głową i wbił ręce w kieszenie spodni. 

Uśmiechnął się, po czym znów spojrzał na Mab, a w jego oczach błysnęły iskierki rozbawienia. 
- Musisz być czarownicą - powiedział cicho i niewyraźnie. - Rzuciłaś na mnie urok. Nie mam o to pretensji. - Zaśmiał 

się i znów potrząsnął głową. 

Mab wciąŜ nie mogła ochłonąć. Jeszcze Ŝaden męŜczyzna nie wzbudził w niej takiego poŜądania. Nie przypuszczała, Ŝe 

ktoś moŜe tak gwałtownie odebrać jej panowanie nad własnym ciałem. 

Nie igraj z ogniem, przyszło jej na myśl ostrzeŜenie zapamiętane w dzieciństwie. Teraz to ostrzeŜenie nabrało zupełnie 

innego znaczenia. Jej fizyczna reakcja na bliskość Trisa rozwiała wiarę w samokontrolę. A pierwsze pytanie rozwiewają-
ce dumę z siebie, brzmiało: „czy naprawdę byłam tak niezłomna, czy tylko dotąd nie zaznałam pokusy”? 

Mab potrafiła jednak powstrzymać się i nie rzucić z powrotem w jego ramiona. Był to tryumf ducha nad materią. Nadal 

chciała się przytulić do niego. Szukała tylko okazji. To stwierdzenie otrzeźwiło jej umysł. 

Przy kolejnym stukaniu do drzwi oboje poczuli wdzięczność dla następnego intruza. Tym razem była nim ciotka Trisa, 

a takŜe wuj i grupka hałaśliwych, roześmianych kuzynów. Wszyscy byli wysocy, szczupli i mieli poczciwy wygląd. Pa-
sowaliby doskonale do reklamy płatków owsianych. 

- To Amabel Clayton. - Tris objął Mab ramieniem. - Myślę, Ŝe to nazwisko nie jest wam obce. - Rozległy się okrzyki i 

Amabel stwierdziła z ulgą, Ŝe ciotka Trisa, Trudy, wcale nie ma wobec niej złych zamiarów. 

Tris przedstawiał szybko członków swojej rodziny: 
- Moja ciotka Trudy i wujek Finnegan; jest Włochem, co zresztą widać. A to Michael, jego Ŝona Sue, Joe z Ŝoną Fran 

oraz David i Chuck. To banda darmozjadów, która namawia  mnie, Ŝebym wciąŜ występował, bo chcą dostać darmowe 
bilety. śerują na mnie. Zobaczysz, po koncercie przyjdą na kolację. 

Takie Ŝarty okazały się typowe dla ich wzajemnych stosunków. Rodzina Trisa była niezwykle sympatyczna. Zdziwili 

się trochę obecnością Mab, ale potem natychmiast ją zaakceptowali. 

Zrobiła  kilka  zdjęć  i  śmiała  się  do  łez  z  rzucanych  uwag.  Charakteryzator  zachował  cierpliwość  wobec  ogólnych  za-

pewnień, Ŝe pomimo jego wysiłków Sean i tak nie będzie wyglądał jak człowiek. Potem wszyscy kłócili się głośno o to, 
co powinien włoŜyć. 

W końcu zjawił się Jamie i on zdecydował. Wybrał czarne spodnie i piracką białą koszulę z szerokimi rękawami. Mab 

była zaskoczona: Jamie miał doskonały gust. 

Tris  nie  protestował,  gdy  wszyscy  dyktowali  mu,  co  powinien  włoŜyć.  Przez  większość  czasu  wodził  wzrokiem  za 

Amabel. Gapienie się na nią sprawiało mu przyjemność. Uśmiechała się do niego ironicznie i dyskretnie kręciła głową. 
Uprzedził ją, Ŝe jego ciotka i cała rodzina nie będą mieli o czym z nią rozmawiać. Pewnie. Oczywiście. Kiedy nadszedł 
czas, by zająć miejsca, ucałowali Seana w oba policzki, a on pocałował Mab w usta. Zdawała sobie sprawę, Ŝe pozostali 
patrzą na siebie, znacząco unosząc brwi. A Jamie spogląda na nią ze zmarszczonym czołem. Mab zarumieniła się. 

Siedzieli tuŜ obok sceny, w pierwszym rzędzie. Mab usadzili pośrodku, by mogła uczestniczyć w rozmowach i nie czuła 

się odsunięta. 

Przed  wejściem  czekali  na  publiczność  sprzedawcy  z  opaskami,  koszulkami,  znaczkami  i  ksiąŜkami.  Na  wszystkich 

tych  rzeczach  widniała  nazwa  zespołu,  a  na  niektórych  zdjęcia  solisty.  Sprzedawcy  mieli  coś  odpowiedniego  na  kaŜdą 
kieszeń. 

Całą płytę zajęła młodzieŜ - fani, którzy będą stali przez całe trzy godziny. Na miejscach usiedli ci, którzy takŜe wstaną, 

by razem z pozostałymi oklaskiwać. Siedzenia właściwie były zbędne. 

Grupa towarzysząca Seanowi była mało znana. Grali dobrze, więc publiczność przyjęła ich ciepło, ale wszyscy czekali 

na występ Moranta. 

Amabel oglądała taśmy, w tym i nagrania z koncertów, wiedziała zatem, jak reagują na niego tłumy. Ale to było nic w 

porównaniu z tym, co usłyszała i zobaczyła teraz na własne oczy. 

Wyszedł  na  scenę jak  wspaniały  bóg.  Stał,  a  widownia  wrzeszczała,  gwizdała  i  klaskała.  Koncert  był  zorganizowany 

profesjonalnie. Zanim wezbrały emocje, zaczynał się komentarz lub muzyka. 

Była znakomita, a Sean Morant doskonale ją prezentował. Publiczność rozumiała teksty utworów i śpiewała razem z ze-

społem. Pełna współczucia i nadziei piosenka poświęcona głodującym i strudzonym powstała po koncercie „Live Aid”. 

Była  teŜ  piosenka  Seana,  której  głośno  domagała  się  publiczność,  o  tym,  jak  trzeba  traktować  kobiety.  śeńska  część 

widowni śmiała się i była zachwycona. Mab, choć trochę najeŜona, takŜe się uśmiechnęła. Musi porozmawiać z Trisem o 
kobietach. Wyraźnie był nie doinformowany. 

Zaśpiewał piosenkę o samotności, która poruszyła kaŜde serce. O tym, Ŝe naleŜy pozbyć się skorupy egoizmu i pomóc 

sobie, pomagając innym. Piosenka, która dodawała sił samotnym. 

A potem Sean powiedział: 
-  Teraz  zaprezentuję  coś  nowego.  Napisałem  ten  tekst  niedawno  i  ma  dla  mnie  szczególne  znaczenie.  Postanowiłem 

background image

wykonać  tę  piosenkę  po  raz  pierwszy  w  Fort  Wayne.  Ciekawe,  czy  wam  się  spodoba.  -  I  zaśpiewał  „Chińską 
dziewczynę”. 

Dopóki  Tris  nie  obejrzał  się  i  nie  popatrzył  wprost  na  nią,  Mab  zapomniała,  Ŝe  wie, jak  powstał  ten  utwór.  Piosenka 

była piękna, a Tris śpiewał ją dla niej swoim chrapliwym głosem. Statek kołyszący się na morzu i brodaty Jankes, który 
wykradł dziewczynę i pokochał ją. Wspaniale skomponowana! 

Sean stał przodem do widowni, ale znów spojrzał na Amabel, kiedy śpiewał: „...i ze wszystkich kobiet świata wybrał 

chińską dziewczynę”. 

Publiczność krzykiem wyraŜała swój zachwyt, a Tris przez dłuŜszą chwilę wpatrywał się w Amabel: w jej lśniące oczy i 

miękkie, rozchylone wargi. A potem niechętnie odwrócił się do widowni, uśmiechnął się i znów był Seanem Morantem. 

Kiedy koncert dobiegł końca, wszyscy widzowie byli zmęczeni i zadowoleni. Wyszli z hali, zostawiając po sobie mnó-

stwo porzuconych papierów. 

Mab i rodzina Seana wrócili do garderoby, gdzie zastali solistę juŜ bez kostiumu. Ciotka, wuj i kuzyni pokpiwali z jego 

występu, a on tylko się uśmiechał. 

-  Stali  i  wrzeszczeli  tak  jak  cała  reszta  -  wtrąciła  Mab.  Spojrzała  na  nich  chłodno.  Jeśli  miała  nadzieję,  Ŝe  rodzina 

Magee’ów opamięta się i powie Trisowi, Ŝe był świetny, to się myliła. 

- We Włoszech - powiedział wuj - traktują operę równie powaŜnie jak my rocka. Włosi nawet nędznego tenora wywo-

ływaliby raz za razem na scenę, nie dla pochwały, tylko po to, aby go zmusić do zaśpiewania porządnie. 

Wszyscy się roześmiali, nawet Tris, ale Mab była oburzona. Tris nie spuszczał z niej wzroku. Nie mógł się doczekać, aŜ 

krewni wyjdą, by móc zabrać Amabel do motelu i tam kochać się z nią do rana. 

Ale co moŜe zrobić męŜczyzna, gdy jego wuj i ciotka ustawiają sprawy tak, jak sobie zaplanowali? 
- Mieszkamy w duŜym domu - powiedział wuj. - Znajdzie się miejsce dla was obojga. Obrazimy się, jeśli wybierzecie 

hotel. - Uśmiechnął się jak człowiek pewny siebie, który spodziewa się, iŜ nie tylko postawi na swoim, ale Ŝe ofiary będą 
tym zachwycone. 

Ciotka równieŜ nie przyjmowała do wiadomości, Ŝe ktoś miałby coś przeciwko temu pomysłowi. 
- Mamy dość jedzenia, by nakarmić całą armię. Za często jadasz na mieście. Potrzebujesz porządnej, domowej kolacji. 
- Ugotowanej w mikrofalówce - wtrącił Michael. 
- WyjeŜdŜamy jutro... - zaczął Tris. 
- Nie chcę o tym słyszeć. - Ciotka Trudy uniosła ręce i potrząsnęła głową, jakby chciała odpędzić pszczołę. - Spotkamy 

się w domu. Sue? Fran? W porządku? 

Ś

miali się. Byli przyzwyczajeni do sposobu zachowania się Trudy. 

- Wygodniej będzie, jeśli zabierzemy Mab ze sobą. Nie będzie musiała na ciebie czekać - oznajmiła. 
Zdarzają się chwile, kiedy nawet pokorny człowiek musi okazać stanowczość. 
- Mab pojedzie ze mną - oświadczył Tris. 
- Aha - mruknęła niepewnie ciotka. - W takim razie ruszamy. Szybciutko. Wiesz, jak do nas trafić? 
- Pamiętam. 
- Tak się cieszę, Ŝe zamieszkasz u nas. Będzie bardzo wesoło. 
Kuzyni roześmiali się i ze współczuciem poklepali Trisa po ramieniu. Nikt jednak nie zapytał Mab, co o tym sądzi. A 

kiedy usiłowała coś powiedzieć, nie pozwolono jej dojść do słowa. 

Gdy rodzina wyszła, a Tris zmywał z siebie makijaŜ, Mab oświadczyła: 
- Powinnam wracać... 
Ale wobec niej Tris nie był tak ustępliwy. 
- Nie. 
- Nikt nie pytał, czego ja chcę. 
- Oczywiście, Ŝe nie. - Ton odpowiedzi był niemal władczy. - Wiedzieli, Ŝe chcę cię mieć przy sobie. - Tak jakby to był 

wystarczający powód. 

- Musimy porozmawiać o prawach kobiet. 
Spojrzał na nią z uwagą. 
- Chcesz powiedzieć, iŜ to juŜ koniec? śe zwycięŜyło opanowanie? Świetnie! Byłaś bardzo cierpliwa. 
- Powstrzymaj swój język! 
-  Ja  mam  powstrzymać  język?  -  Zdziwił  się,  a  potem  uśmiechnął  złośliwie.  -  Są  inne  rzeczy,  które  chciałbym  nim 

zrobić. 

- Wezmę taksówkę. 
Udając, Ŝe nie rozumie, co Mab ma na myśli, zaprotestował: 
- Dojazd do ciotki taksówką za duŜo by cię kosztował. Zaraz będę gotowy. 
- Nie chcę tam jechać. 
- Ja teŜ - odrzekł. - Wiesz, Ŝe ułoŜą nas w osobnych pokojach? 
- Nie będę z tobą spała. - Z trudem zdołała to wymówić. 
- Wiem, wiem. Ale przyjdzie na to czas - rzucił pocieszająco. 
Jego słowa poruszyły Mab. ZadrŜała z poŜądania. Tris znowu wyglądał całkiem zwyczajnie. Niezwykła metamorfoza. 

Zadziwiające. Kameleon. 

Jak ogłupiała pozwoliła podać sobie płaszcz, wziąć się pod rękę i wyprowadzić z hali. Tris poŜegnał się i podziękował 

background image

członkom  ekipy,  których  spotkał  po  drodze.  Dzięki  zdolności  Seana  Moranta,  by  wyglądać  całkiem  zwyczajnie,  nie 
zauwaŜyli go ci, którzy czekali na wyjście gwiazdy rocka. 

Tris wrzucił swoją torbę do bagaŜnika i pomógł Mab wsiąść do samochodu. Obszedł wóz, a jego towarzyszka siedziała 

nieruchoma i milcząca. 

Wsiadł, uruchomił silnik i pochylił się, by pocałować Mab. Potem ruszył, wyjechał z parkingu i skręcił na obwodnicę 

wiodącą do zachodniej części miasta. Mab nadal milczała. 

Dumała nad tym, co się dzieje z jej uporządkowanym Ŝyciem. Ta zaduma szybko zmieniła się w polemikę, którą Mab 

toczyła  sama  z  sobą.  Jak  w  kaŜdej  dyskusji,  padały  argumenty  za  i  przeciw.  Na  przykład,  Ŝe  Tris  to  najcudowniejszy 
męŜczyzna,  jaki  moŜe  się  trafić  kobiecie.  A  przeciwko  ironiczna  uwaga,  Ŝe  skoro  potrafi  ocenić  go  po  tak  krótkiej 
znajomości, musi doskonale znać się na męŜczyznach. 

Argumentem za było to, Ŝe Tris w tak szczególny sposób ją traktuje. Przeciw - ta sztuczka z fotografem przed hotelem 

w Los Angeles. 

Nic dziwnego, Ŝe była trochę rozkojarzona, ale zdołała obejrzeć miejsce, w którym się znaleźli. Jej uwagę zwrócił fakt, 

Ŝ

e Tris zjechał z autostrady i zaparkował. Znajdowali się w bocznej alejce, wyglądającej jak polna droga, którą farmerzy 

dojeŜdŜają do swoich pól. Zanim zgasił silnik, zawrócił wóz i stanął przodem do autostrady. Było juŜ po północy i wokół 
panowała cisza. Mab nie zauwaŜyła w pobliŜu Ŝadnego budynku. 

- Co się stało? - zapytała. 
- Muszę cię pocałować. 
Wyciągnęła ręce, by go objąć. Ich usta się spotkały. Odsunął się lekko, by rozpiąć jej płaszcz i objąć ją mocno. 
Była bezradna. DrŜącymi dłońmi pieściła jego włosy, czubkami palców dotykała twarzy. 
Tris  pocałował  ją  znowu  i  Mab  słyszała  tylko  jego  chrapliwy  oddech.  Jej  ciało  rozkoszowało  się  natłokiem  wraŜeń. 

Westchnęła i cichy jęk wyrwał się jej z krtani. 

Tris przytulił ją jeszcze mocniej, tak silnie, Ŝe pewnie za dzień lub dwa będzie miała sińce. Wreszcie odsunął się od niej 

i zapytał: 

- Podobała ci się moja piosenka skomponowana dla ciebie? 
- O, tak... 
Wywołała tym kolejny uścisk. 
- Musimy jechać - powiedział Tris po chwili. - Czekają na nas. 
Na wpół leŜąc w jego ramionach, wolno i dość głośno przełykała ślinę. Co się z nią dzieje? A moŜe nie potrafiła się 

skupić. Ciało było leniwe i bezwładne, a skórę pokryła warstewka potu. 

Tris drŜącą dłonią dotknął jej brzucha. Poruszyła się. Przesunął rękę ku górze i rozsunął palce tuŜ pod jej piersią. Poca-

łował ją przy tym, jak zwykle namiętnie. 

Gdzie on się nauczył tak całować? Od kogo? No cóŜ... miał trzydzieści sześć lat. 
Tris zmienił rodzaj pocałunku. Pieścił ją delikatnie językiem, a potem odsunął się lekko, tak, Ŝe wargami dotykał wciąŜ 

jej ust i wyszeptał: 

- Musimy jechać. 
Mab nie odezwała się. 
Uniósł  głowę,  by  spojrzeć  w  jej  oczy  w  tym  dziwnym,  nocnym  świetle  i  ujął  dłonią  spręŜystą  pierś.  Mab  rozchyliła 

wargi i przysunęła się tak, Ŝe znów musiał ją pocałować. 

- Od lat nie byłem w takim stanie! Co ty ze mną robisz? - szeptał, pieszcząc ją gorączkowo. 
Pocałunek stał się tak intensywny, Ŝe Mab straciła resztki samokontroli. Poczuła łzy pod powiekami. Zapłakała. 
Tris trzymał ją wciąŜ w ramionach. 
- Nie płacz - szepnął drŜącym głosem. - Wszystko będzie dobrze. Nic nie poradzisz, Ŝe jesteś najszczęśliwszą kobietą, 

jaką Bóg zdołał stworzyć. Wybaczam ci, Ŝe doprowadzasz mnie do szaleństwa. Och, Amabel, moja Mab. 

Potem lekko ucałował jej wilgotny policzek i zmierzwił włosy, mszcząc przy tym fryzurę. 

- Chciałbym, byśmy spędzili ze sobą tę noc - oświadczył z Ŝalem. - Ale musimy dotrzeć do mojej ciotki. Mab, musimy jechać. 

CzyŜby sądził, Ŝe koniecznie chce tu zostać? 
Westchnął. 
- Dobrze się juŜ czujesz? 
Kiwnęła głową. 
Pocałował ją lekko i odsunął się. Uruchomił silnik, ruszył i zerknął na nią. 
- Masz grzebień? 
Sięgnęła  po  torebkę  i  zaczęła  naprawiać  zniszczenia.  Prowadził  sprawnie  i  szybko,  by  nadrobić  stracony  czas.  Kiedy 

wreszcie dotarli na miejsce, wszyscy byli juŜ zmęczeni długim oczekiwaniem. Ciotka mimowolnie dostarczyła Trisowi 
usprawiedliwienia: 

- Pewnie przegapiłeś ten rozjazd koło posiadłości Johnsonów, tak? 
- Zgadza się. - Tris uśmiechnął się lekko. Był trochę blady i jadł niewiele. Mab przesuwała jedzenie po talerzu. Wokół 

niej trwała rozmowa. To byli mili ludzie i wyraźnie cieszyli się, Ŝe widzą Trisa. 

Dopiero kiedy skończyli tę późną kolację, ciotka Trudy przyjrzała się Amabel. 
-  Wyglądasz  na  wykończoną!  -  Wstała  i  wzięła Mab  pod  ramię.  -  Biedne  dziecko!  Zaraz  połoŜę  cię  do łóŜka.  Idź  na 

górę. Chuck! Przynieś jej rzeczy i wnieś do środkowego pokoju przy schodach. 

background image

Tris uniósł się z miejsca. 
- Ja... 
-  Siedź  -  rozkazała  ciotka.  -  Wiemy,  Ŝe  musisz  odpręŜyć  się  po  koncercie.  Wszyscy  zdrzemnęliśmy  się  dzisiaj,  więc 

dotrzymamy ci towarzystwa. 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Trudy zaprowadziła Mab do łazienki, odkręciła kurki i wyjęła czyste ręczniki. 
Kiedy  Mab  zakręciła  juŜ  kran  i  rozsunęła  zasłony,  dostrzegła  wiszący  na  klamce  szlafrok.  Łatwiej  było  go  po  prostu 

włoŜyć, niŜ tłumaczyć, Ŝe w walizce ma własny. Wolała pójść po linii najmniejszego oporu. 

Wyszła  z  łazienki  w  momencie,  gdy  ciotka  Trudy  otwierała  okna  i,  co  dziwne,  mówiła  coś  o  wichurze,  choć  nocne 

powietrze było wilgotne i nieruchome. 

- JeŜeli będzie naprawdę niebezpiecznie; zejdziemy na dół, do piwnicy - oznajmiła. - To pod schodami, na lewo. Nie 

musisz pamiętać. My będziemy pamiętali, Ŝe tu jesteś. A teraz wskakuj do łóŜka i śpij. Zabezpieczę drzwi, Ŝeby się nie 
zatrzasnęły, kiedy rozpęta się wichura. JeŜeli znasz się na huraganach, wiesz, Ŝe problemem jest ciśnienie powietrza. A 
jeśli zacznie padać, to nic strasznego, trochę deszczu nikomu nie zaszkodzi. Śpij i nie martw się o nic. 

Ciotka Trudy pochyliła się i pocałowała Amabel w czoło, pospiesznie, odruchowo. A potem wybiegła, zostawiając ją 

samą w sypialni. Mab nie wiedziała, o co powinna się martwić. Zresztą nie miała takiego zamiaru. Ciotka Trudy z pew-
nością ze wszystkim sobie poradzi. Mab miała dość własnych kłopotów. 

Zdrzemnęła  się  na  krzesłach  w  sali  koncertowej,  nie  była  więc  fizycznie  zmęczona,  tylko  znuŜona  powstrzymywaną 

namiętnością i natrętnymi myślami. Najwyraźniej Tris uznał, Ŝe jej łzy wynikały jedynie z rozczarowania. Czy to znaczy, 
Ŝ

e powstrzymuje go tylko brak okazji? Jest pozbawiony jakichkolwiek zahamowań? 

CzyŜby tylko ona zastanawiała się nad ich wzajemnym poŜądaniem po tak krótkiej znajomości? A moŜe Tris, zamiast 

tracić czas na zaloty i dać jej szansę wyboru, po prostu postanowił przespać się z nią przy pierwszej nadarzającej się oka-
zji? 

Jeśli  tak,  to  faktycznie  tylko  Mab  miała  zahamowania.  Tylko  ją  dręczył  problem,  czy  ich  namiętność  powinna  być 

zaspokojona. Czy nic nie czuła do Trisa? Albo czy on tylko tego chciał od niej? Nie była wrogiem męŜczyzn, po prostu 
nie lubiła być traktowana jak przedmiot. 

Ale pragnęła Trisa. 
Ze wszystkich męŜczyzn - właśnie jego. Dlaczego? Teoria o połówkach jednego jabłka nie miała sensu. Pewnie jest co 

najmniej tysiąc męŜczyzn na świecie równie rozsądnych, atrakcyjnych, godnych poŜądania i pięknie zbudowanych. Mogą 
mieć nawet takie same oszałamiające oczy ze złocistymi iskierkami. I usta równie poŜądliwe i czułe. I dłonie... 

Tak...  z  pewnością  byli  inni  męŜczyźni  tak  atrakcyjni  jak  Tristan  Roald,  równie  utalentowani...  Nie,  nie  było  takiego 

męŜczyzny! Nikogo takiego nie znała. I przez całe Ŝycie moŜe nikogo takiego nie spotkać. Ta noc to pewnie jej ostatnia 
szansa, by być razem z nim. Jutro się rozstaną i ona odleci do Los Angeles. Sama. 

LeŜała i próbowała znaleźć sposób, by go zwabić do swojej sypialni. Mogłaby zejść na dół i powiedzieć: „Czy  mogę 

prosić na chwilę Trisa? Muszę z nim zamienić kilka słów”. 

A co potem powiedziałaby jemu? „Sądzę, Ŝe nie jestem ci obojętna. Czy nie zechciałbyś iść ze mną do łóŜka?” 
Zdumiałby się. ChociaŜ... pewnie nie. 
Z  pewnością  by  odpowiedział:  „Bardzo  bym  chciał,  ale  czekają  na  mnie.  Muszę  z  nimi  porozmawiać.  Przepraszam, 

przepraszam”. I byłby bardzo uprzejmy. 

Tak z pewnością postąpiłyby inne kobiety, te z którymi go sfotografowano. Mogłaby teŜ zaczekać, aŜ cała rodzina pó-

jdzie spać, a potem go poszukać. Jak? Pukać do drzwi, pytać, kto jest w środku, aŜ wreszcie znajdzie jego pokój? 

Niespokojnie  przewracała  siew  łóŜku.  Nie  była  do  tego  stworzona.  Nikt  jej  nie  powiedział,  jak  zachować  siew  takiej 

sytuacji. To idiotyczne. Nigdy nie przyszło jej do głowy, by uwodzić męŜczyznę, dopóki nie poznała Trisa. mnę kobiety 
to robiły. Jakie dawały znaki? Miały romanse. Jak je rozpoczynały? 

Usłyszała dobiegający z dołu śmiech. Potem rozległy się ciche kroki i szepty, gdy ktoś inny kładł się do łóŜka. Usły-

szała, jak otwierają się drzwi na tyłach domu; rozległy się męskie głosy. Słyszała cichy śmiech, a potem stukot piłki do 
koszykówki, obijającej się o tablicę i o ubitą ziemię. 

Tris  wraz  z  kuzynami  grał  o  tej  porze  w  koszykówkę.  Było  ich  pięciu,  wszyscy  mniej  więcej  w  tym  samym  wieku. 

Pewnie  chcieli  zmęczyć  Trisa,  by  mógł  zasnąć  i  pozbył  się  napięcia  związanego  z  koncertem.  Mogłaby  zejść  na  dół. 
Byłaby  szóstą  zawodniczką  i  mogliby  zagrać  jako  dwie  druŜyny.  Jedna  w  koszulkach,  druga  bez.  Ona  byłaby  w  tej  w 
koszulkach. To pewne. 

Wiedzieliby, o co jej chodzi. Zrozumieliby natychmiast, dlaczego zeszła na dół i gra w piłkę tak późno w nocy. Drwi-

liby z niej. Na pewno. 

UłoŜyła się wygodniej i cicho westchnęła. 
Obudziła  się  jakiś  czas  później.  Ocknęła  się  pojmując,  Ŝe  nadeszła  zapowiadana  przez  ciotkę  Trudy  wichura.  Zaczął 

padać deszcz i zrobiło się chłodniej. Mab otuliła się kołdrą i ponownie zasnęła. 

Nieco później usiadła na łóŜku przestraszona, z szeroko otwartymi oczami. Wiatr wył, deszcz lał się z nieba, błyskawice 

rozświetlały ciemne niebo, ściany domu drŜały od rozlegających się grzmotów. 

Rozległy się krzyki, a potem do pokoju wbiegł ubrany Tris. 
-  Pospiesz  się!  Weź  tylko  ubranie.  Idziemy.  Chwycił  koc  z  jej  łóŜka,  zanim  zdąŜyła  sięgnąć  po  kamizelkę  i  spodnie. 

Wziął jej buty. Cała rodzina zbiegała hałaśliwie po schodach. 

background image

- Wszyscy są? Chuck? 
- Tak. 
- Dziewczęta? - zapytał wuj Finnegan. - Daj mi rękę, Trudy. 
- Wszystkie są. 
- Amabel? - spytała ciotka. 
- Jest ze mną - odparł Tris. 
Kiedy dotarli na parter, wiatr giął drzewa. Dom trząsł się i dygotał. To budziło lęk. Ludziom wydaje się, Ŝe panują nad 

swoim losem, a wtedy natura płata im figla, aby udowodnić, kto tu rządzi i jak niewiele naprawdę mogą zrobić. 

- Co się dzieje? - Głos Mab ginął niemal wśród wycia wichury. 
Zeszli do piwnicy. Rozmawiali, pokrzykiwali, Ŝartowali. To właśnie zaskoczyło Amabel. Byli bardzo podekscytowani, 

ale nie okazywali Ŝadnego lęku. 

Piwnica na przetwory była wykopana w ziemi. Prowadziły do niej dwa wejścia: jedno z zewnątrz i jedno z piwnicy. To 

uświadomiło Amabel, jak moŜe być niebezpiecznie. Jeśli ta lubiąca przygody rodzina podejmuje takie środki ostroŜności, 
to dzieje się coś powaŜnego. 

Ktoś poświecił latarką, inni rozłoŜyli ławy. 
- To nie potrwa długo - pocieszył wszystkich wuj. - Włączcie radio. 
Raport o stanie pogody nie napawał optymizmem. Ostrzegano mieszkańców okręgu Whitney: „Kryjcie się”. 
Ukryli się. Tutaj byli bezpieczni. Z zewnątrz dochodziły dźwięki świadczące o tym, Ŝe wokół nich szalał huragan. Coś 

trzasnęło. MęŜczyźni wymienili spojrzenia. 

Finnegan jęknął. 
- Bydło. 
- Pies - zmartwił się David. - Gwizdałem na niego, ale chyba nawet on ma tyle rozumu, Ŝeby się schować. 
Meteorolog kontynuował swój raport. Ostrzegał przed tornadem. Uprzedzał, Ŝeby nie wychodzić za wcześnie ze schro-

nów. 

- Tornado? - szepnęła zdumiona Mab. 
Tris otulił ją kocem i objął. 
- Niestety. Tutaj jesteś bezpieczna. 
Patrzyła na zgromadzonych w piwnicy ludzi i podziwiała ich, Ŝe tak reagują na niezwykłe okoliczności. W ciągu tych 

kilku chwil Mab nabrała przekonania, Ŝe gdyby kiedyś doszło do jakiejś masakry, chce być z nimi, a zwłaszcza z Trisem. 
Z nim czuje się bezpieczna. Pozostali uśmiechali się do siebie porozumiewawczo, ale Tris nie rozluźnił uścisku. 

To  ona  go  odsunęła.  Nie  chciała  tego,  ale  nie  miała  zamiaru  przy  obcych  ludziach  zachowywać  się  jak  tchórz.  Jest 

równie odwaŜna jak oni. 

W pewnym momencie zdała sobie sprawę, Ŝe przeszkadza jej ich obecność. Gdyby była tu z Trisem sama, pozwoliłaby 

się pocieszać... przy wyciu wichury. Bezpieczni i dobrze ukryci kochaliby się. Dziko, Jak szaleni. 

Spojrzała  na  zebranych  w  piwnicy,  zastanawiając  się,  co  mogą  myśleć.  ZauwaŜyła,  Ŝe  Sue  dotyka  swego  męŜa, 

Michaela,  i  uśmiecha  się  do  niego.  A  więc  Sue  takŜe  marzy  o  samotności  we  dwoje.  I  pewnie  Fran,  siedząca  obok 
Joe’ego. Joe połoŜył rękę na jej szyi i lekko pogładził Ŝonę. 

- U nas nie ma huraganów - odezwała się Mab. - Mieszkam w spokojnym i uroczym stanie. 
- AleŜ miałaś szczęście, Ŝe przyjechałaś do Indiany akurat teraz, by przeŜyć takie tornado! - wykrzyknął wuj Finnegan. 

Mab uśmiechnęła się. Odezwał w niej duch przekory. 

-  Mamy  wprawdzie  Pacyfik,  który  moŜe  robić  wraŜenie  podczas  sztormu,  ale  na  ogół  się  nie  przemieszcza...  Wuj 

kiwnął głową. 

-  Pacyfik  oznacza:  spokojny  -  stwierdził,  kwalifikując  ocean  jako  niewielkie  zagroŜenie.  Amabel  musiała  więc 

kontynuować. 

- Mamy za to poŜary, które są dość irytujące, zwłaszcza gdy dom stoi na linii rozprzestrzeniania się ognia. Zdarzają się 

teŜ ulewy, a w ich wyniku błotne lawiny. Ale nie ma Ŝądnych trąb powietrznych. 

Tris zmarszczył czoło i przypomniał jej: 
- Są jeszcze trzęsienia ziemi. 
- Rzeczywiście, potrafią być niebezpieczne - musiała przyznać. 
Wszyscy się roześmiali, a Mab dodała lekcewaŜąco: 
- Podobno Kalifornia moŜe oderwać się od kontynentu i runąć do Pacyfiku. 
Pokiwali głowami, ale Tris się z tym nie zgodził: 
- Nie. Kiedy nadejdzie wielkie trzęsienie ziemi, wyrośnie tam nowy łańcuch górski. Los Angeles stanie się wewnętrzną 

wyspą, zagubioną na nowej pustyni, otoczoną pasmami gór. 

- Oderwie się od kontynentu i zatonie w morzu - upierała się Mab. 
-  Pozwolisz  sobie  przypomnieć  -  powiedział  uprzejmie  -  Ŝe  zdarzały  się  juŜ  takie  gigantyczne  trzęsienia  ziemi.  Całe 

serie. Od Gór Skalistych na zachód do Sierra Nevada, aŜ do Sierra Madre i do San Gabriel, na wschód od Los Angeles. 

- Eksperci twierdzą, Ŝe moje miasto zatonie. - Mab miała w sobie upór potomków Ezekiela. 
- Co oni wiedzą - zlekcewaŜył ekspertów Tris. 
W końcu poparła go cała rodzina. Finnegan próbował ją przekonywać: 
- Czy to nie lepiej, jeśli miasto ocaleje, niŜ gdyby miało zatonąć? 

background image

-  Zawsze  myślałam,  Ŝe  nasze  miasto  stanie  się  nową  Atlantydą.  A  Jacques  Cousteau  będzie  z  nami,  by  udoskonalić 

swoje wszczepiane skrzela, które pozwolą oddychać nam powietrzem albo wodą, według Ŝyczenia. 

- Cousteau? - zdziwił się ktoś. 
- Obchodził właśnie swoje siedemdziesiąte piąte urodziny. Był w dobrej formie. PrzeŜyje jeszcze dwa razy tyle lat, ile 

ich ma. śyć będzie do dwustu dwudziestu pięciu lat i to powinno mu wystarczyć. 

-  To  genialny  wynalazca  -  stwierdziła  Trudy.  -  Z  pewnością  wymyśli  urządzenie  pozwalające  na  oddychanie  powie-

trzem albo przebywanie pod wodą. PrzecieŜ to on wynalazł akwalungi. 

Rozmawiali o łowieniu ryb, pływaniu, jeziorach, rzekach. Wszyscy włączyli się do dyskusji, aŜ stacja meteorologiczna 

poinformowała,  Ŝe  alarm  huraganowy  został  zmieniony  na  stan  zagroŜenia. To oznaczało,  Ŝe  chociaŜ  pogoda  była  nie-
pewna, nie zauwaŜono nowych trąb powietrznych. 

Radio informowało o istniejącej sytuacji. Składano raporty o duŜych stratach, a komentator prosił słuchaczy, by spraw-

dzili, co się dzieje u sąsiadów. Wichura zerwała przewody elektryczne i utrudniła komunikację. Podali numer kanału CB 
zarezerwowanego dla wzywających pomocy. Słuchacze dowiedzieli się, które kanały są zarezerwowane na komunikaty z 
posterunków alarmowych wyznaczonych w kaŜdym okręgu. 

Kiedy powtórzono raport o pogodzie, Amabel stwierdziła: 
- To robi duŜe wraŜenie. 
- Jesteśmy dobrze przygotowani - powiedział wuj Finnegan z uśmiechem. - Mamy znakomity schron. Zbudowaliśmy go 

jeszcze za Ŝycia mojego ojca, podczas drugiej wojny światowej. Przetrwał przez całą zimną wojnę, a teraz przydaje się w 
czasie huraganów. 

Trudno  było  wydostać  się  z  piwnicy.  Drzewo  runęło  na  dom  i  nagie,  połamane  konary  zablokowały  wyjście  na  ze-

wnątrz, a w budynku coś zaklinowało drzwi wewnętrzne. Przygotowani jednak na wszystko, mieli teŜ siekierę. Parę razy 
uderzyli  w  drzwi  i  wydostali  się  na  dwór.  Gdyby  dom  znalazł  się  na  szlaku  trąby  powietrznej,  z  pewnością  by  został 
zburzony. Stał jednak na swoim miejscu. Wiatr dokonał sporych zniszczeń, ale wszystko było do naprawienia. 

Wyszli na zewnątrz w ponury przedświt. Porywisty wiatr pędził chmury po niebie. Mab ściskała duŜą, ciepłą dłoń Trisa. 
Podbiegł do nich kosmaty, mokry kundel. Mab przyglądała się, jak, stanąwszy na tylnych łapach, liŜe dłoń Trisa. Tris 

pogładził psa. 

Oparła się o Trisa i połoŜyła głowę na jego piersi. Objął ją mocniej, spojrzał w oczy i uśmiechnął się. 
Bydło było podenerwowane, ale obora przetrwała. Kury biegały w popłochu, a konie podeszły do płotu i rŜały. Wszy-

stkie zwierzęta patrzyły na południowy zachód, skąd nadciągały trąby powietrzne. CzyŜby o tym wiedziały? 

Mówiło się „głupie zwierzaki”, lecz Amabel wiedziała, Ŝe są zdolne do niezwykłych rzeczy. Wystarczyło popatrzeć, jak 

ten kundel zmusił Trisa, by go pogłaskał. 

Znów byli wszyscy razem. Pies opierał się o nogę Trisa i był spokojny. Mab pochwaliła kundla za jego spryt. 
Chuck zaśmiał się. 
-  Ten  pies?  Jest  tak  głupi,  Ŝe  chyba  nawet  nie  zauwaŜył  burzy!  On  przez  cały  czas  szuka  kogoś,  kto  nic  nie  robi  i 

zmusza, by go pieścił. 

Tak jak ona. TeŜ chciała, by Tris ją pieścił. 
MęŜczyźni wyszli, zabierając kanapki z lodówki i termosy z kawą. Zameldowali się na wyznaczonym kanale CB i za-

proponowali swoją pomoc. Poproszono ich, by sprawdzili, co się dzieje u sąsiadów, a potem pojechali do Columbia City. 

Jeśli nie będą tam potrzebni, mogą wracać do domu. Ale lepiej, by pojechali i pomogli ocenić zniszczenia. 
Wieści  nadchodziły  powoli.  Prawie  wszystkie  linie  telefoniczne  i  elektryczne  wokół  Fort  Wayne  były  zerwane.  Poza 

kilkoma miejscowościami cała północno-wschodnia Indiana nie miała prądu. 

Biuro  prognoz  opracowało  dane i  zweryfikowało  trąby  powietrzne,  które  przeszły  tej  nocy.  Było  ich prawie  dziesięć. 

Według wstępnych szacunków. 

Nie wystarczyło samochodów, by wszyscy mogli wziąć udział w akcji ratowniczej. Dlatego Tris i Chuck zostali w do-

mu, by naprawić oborę. Trudy ustawiła na palniku butli wielki garnek i zaczęła gotować zupę. Nie miała pojęcia, ile osób 
trzeba będzie nakarmić i przenocować, ale przygotowywała się na wszelki wypadek. 

Pierwsze przybyły dzieci sąsiadów, których dom uległ zniszczeniu. Sąsiedzi bezpiecznie ukryci w piwnicy wyszli bez 

szwanku. Stracili krowę, parę kur i nie mogli odnaleźć kota. 

Rodzice sprawdzali, co moŜna ocalić. Dzieci były za małe, by im pomagać, dlatego wysłano je do Magee’ów. 
Trudy  zapędziła ich do  pracy.  To  najlepszy  sposób,  aby  zapomniały  o  strachu. Tris  zorganizowałam  pracę  i  kierował 

nimi. Nawet ośmiolatki wiedziały, kto to jest Sean Morant. 

Kazał im przenosić kurczęta do naprawionego kurnika. Przy okazji zaproponował dzieciom zabawę w wyliczanki. 
Sam pomagał Chuckowi, który tylko wzdychał, gdy dzieciaki śmiały się i dokazywały, zapominając o kurczętach. 
Ciotka Trudy uspokoiła je i kaŜdemu przydzieliła w domu jakieś zadanie. Usiadły i przygotowywały paszteciki. Zwijały 

ciasto w małe roladki, więc nastała chwila spokoju. Potem obaj męŜczyźni wymienili długie deski w oborze, tam gdzie 
zerwała je wichura. PoniewaŜ wiatr osłabł, weszli na dach i załatali go, by ochronić resztę siana zmagazynowanego na 
poddaszu. Na razie nie zajmowali się domem i przewróconym drzewem. Pętem przyjdzie czas na naprawy. 

Amabel, Fran i Sue kroiły cebulę i kapustę na zupę. Mięso gotowało się we wrzątku i wkrótce smakowity aromat doby-

wający się z garnka wypełnił cały dom. Ciotka Trudy zajęła się pasztecikami. 

Przygotowano dzbanki pełne gorącej kawy. MęŜczyźni zaglądali do kuchni i napełniali termosy. Siadali do stołu, jedli 

placki, szynkę i jajka. Przynosili teŜ najnowsze wieści, co się dzieje i jakie nieszczęście się komu przytrafiło. 

background image

Była to niezwykła okazja dla reportera. Mab wzięła notes i aparat, zrobiła kilka wspaniałych zdjęć zmęczonym, głod-

nym męŜczyznom. Spytała: 

- Mogę pojechać z wami? Chciałabym poŜyczyć dŜipa. 
-  Nie  tym  razem  -  odpowiedzieli.  -  Jeszcze  nie  teraz.  Jeśli  znajdziemy  rannego,  musimy  przewieźć  go  do  szpitala. 

Zostałabyś wtedy sama, a to nie byłoby bezpieczne. 

- Ukończyłam kurs pierwszej pomocy. Mogłabym jej udzielać. 
- Słyszeliśmy o rabusiach. Znaleźliśmy człowieka, którego wiatr cisnął na drzewo. Był ranny i zastanawiał się, czy ktoś 

przyjdzie  mu  z  pomocą.  Miał  złamaną  nogę  i  na  przemian  tracił  i  odzyskiwał  przytomność.  Wtedy  usłyszał  warkot 
samochodu.  ZauwaŜył,  Ŝe  wysiada  z  niego  jakiś  człowiek  i  zaczyna  się  do  niego  wspinać.  Ranny  dziękował  Bogu,  Ŝe 
wysłuchał jego modlitwy, ale ten człowiek wyciągnął rannemu portfel z kieszeni, wyjął pieniądze i rzucił portfel na zie-
mię. Potem zszedł z drzewa, zabrał z domu obrabowanego telewizor i odjechał! 

- Niewiarygodne! 
-  TeŜ  byśmy  w  to  nie  uwierzyli,  ale  sami  ściągaliśmy  tego  człowieka  z  drzewa.  Rzeczywiście  portfel  leŜał  na  ziemi, 

byty ślady opon, a stolik pod telewizor stał pusty. Zameldowaliśmy o tym, kiedy odwoziliśmy rannego do szpitala. Było 
kilka  takich  wypadków.  Jakaś  kobieta  stała  pośrodku  tego,  co  zostało  z  jej  domu.  Rozglądała  się  bezradnie  i  wtedy 
podjechał  samochód.  Nie  znała  przybyszy.  Myślała,  Ŝe  przyjechali,  aby  jej  pomóc.  Ale  męŜczyzna  i  kobieta  podeszli, 
przeszukali gruzy i odeszli z jej telewizorem i fotelem. Nie powiedzieli ani jednego słowa. 

- Jak ludzie mogą się tak zachowywać? - Mab, doświadczona reporterka, była wstrząśnięta. 
- Wielu ludzi pomaga poszkodowanym. Co byśmy zrobili bez tych wszystkich, którzy spieszą na ratunek? 
Cały czas napływały wieści o takich ochotnikach. MęŜczyźni wznosili prowizoryczne baraki, ścigali bydło, zbierali je w 

stada i ustawiali płoty. Pomagali poszkodowanym, a Tris Roald był jednym z nich. 

Tris zgłosił się w Columbia City, aby dowiedzieć się, dokąd powinien wyruszyć. Dostał w końcu mapę okręgu i dŜipa z 

napędem na cztery koła od męŜczyzny, który musiał się przespać. 

W  domu  został  tylko  Chuck,  by  wypełniać  polecenia  matki  i  pomagać  bratowym  w  przygotowywaniu  posiłku  dla 

ratowników i poszkodowanych. 

Liczba osób przewijających się przez dom rodziny Magee’ów była oszałamiająca. 
Razem z Trisem pojechała Mab. 
W  sztabie  akcji  ratowniczej  dostali  koce,  mapę  z  zaznaczonymi  punktami,  bulion,  kanapki,  wodę  i  apteczkę.  Jeździli 

całe popołudnie, zgodnie ze wskazówkami. KrąŜyły pogłoski o rodzinie, która niedawno zaparkowała przyczepę kempin-
gową gdzieś w pobliŜu drogi. Nie było śmigłowców do obserwacji terenu z powietrza. Przewoziły one najcięŜej rannych 
do Fort Wayne lub do Indianapolis. Wracając, piloci szukali potrzebujących pomocy. 

Na mapie Trisa zaznaczono farmy tych okolicznych mieszkańców, z którymi się skontaktowano i którym nic nie gro-

ziło. Czerwonymi kółkami - tych, którzy mogą coś wiedzieć o zaginionej rodzinie. 

- Owszem - powiedział jeden z zagadniętych przez nich farmerów. - Słyszałem o nich. Są tu nowi. Kupili kawałek ziemi 

na zachód stąd. Spytajcie Lowellów. Powinni coś wiedzieć. Dajcie mapę, pokaŜę wam. 

Ale Lowellowie oświadczyli: 
-  Nie,  nic  o  nich  nie  wiemy.  Niedawno  wróciliśmy  z  Teksasu.  Fatalnie,  Ŝe  wiatr  zerwał  linie  telefoniczne,  bo  na  CB 

wszystkie kanały są zajęte. Jedźcie do Magee’ów, oni tu wszystkich znają. 

- To moi krewni - wyjaśnił Tris. - Zatrzymaliśmy się u nich. Słyszeli tylko pogłoski. Jeśli są tu jacyś obcy, to chcieliśmy 

się upewnić, Ŝe nic im nie grozi. 

- Moglibyście podjechać do sklepu, nie jest duŜy, ale... PokaŜę wam na mapie. JeŜeli przybyli tu jacyś nowi, na pewno 

właściciel sklepu o nich słyszał. 

Trafili na trzy zablokowane drogi i byli szczęśliwi, Ŝe mają dŜipa. Zaszokowała ich skala zniszczeń. Wielkie ogołocone 

z liści drzewa z połamanymi konarami były niemym świadectwem furii huraganu. 

Znaleźli samotnego psa, który nie pozwolił im się do siebie zbliŜyć. Zaznaczyli to miejsce, poniewaŜ pilnował zniszczo-

nego domu. Zostawili w pobliŜu trochę Ŝywności, a ze studni napompowali wody do wiadra dla czworonoŜnego stróŜa. 

Ktoś słyszał o ludziach, kierujących się w głąb kraju, ale nie potrafił powiedzieć, dokąd jadą. Dwa razy zatrzymali się 

po  benzynę.  JeŜdŜąc,  rozmawiali  i  przeszukiwali  okolice.  Późnym  popołudniem  złoŜyli  raport  w  sztabie  akcji  ratow-
niczej. Zatrzymali się i zjedli coś na poboczu pośrodku pustkowia. 

Koncert odbył się niecałe dwadzieścia cztery godziny temu. Niewiele spali przez ten czas. Obydwoje byli zmęczeni. 
Wiatr wciąŜ dmuchał mocno, chmury pędziły po niebie i było chłodno. 
Tris uruchomił radio. 
- Słyszeliście coś konkretnego o tych ludziach z przyczepy? Jeździmy tu w kółko. 
- Matka zaginionej kobiety dzwoniła do nas, ale zna tylko numer ich skrytki pocztowej w Columbia City. Znamy ich 

nazwiska: Ken i Tracy Harris. Mają dziecko. Małą dziewczynkę, Katy. Jutro ktoś sprawdzi umowy i hipoteki gruntów. 
MoŜe dowiemy się, gdzie są. Przerwijcie poszukiwania. 

- Przeszukamy tereny wokół dróg, póki się nie ściemni. 
- Będziemy wam za to wdzięczni. 
Przez chwilę jechali w milczeniu, wreszcie Mab westchnęła: 
- A jeśli są ranni... 
- To jest moŜliwe - odparł Tris. 

background image

Było po piątej, kiedy zatrzymali się na wzgórzu i rozejrzeli po okolicy. Otaczał ich zalesiony teren, więc widoczność 

była ograniczona. Jednak wkrótce miał zapaść zmierzch, więc mieli ostatnią szansę. 

Padali  ze  zmęczenia.  WciąŜ  silnie  wiejący  wiatr  zaczął  oczyszczać  niebo.  Na  jutro  zapowiadał  się  piękny  dzień.  Do-

kładnie obejrzeli okolicę za pomocą lornetki, ale nie znaleźli niczego. Spojrzeli po sobie i rozejrzeli się jeszcze raz. 

W polu widzenia nie było nawet drogi, wskazującej, Ŝe istnieje tu jakakolwiek ludzka siedziba. Mieli wraŜenie, Ŝe są 

zupełnie sami. Polany były niewielkie, niedaleko błysnęło jakieś jezioro otoczone choinami i lasem nagich, połamanych 
drzew. Jedna z trąb powietrznych najwyraźniej przeszła tędy. 

Wkrótce nadejdzie wiosna i cała okolica się zazieleni. 
Drzewa okryją liście; ludzie zaorają pola, a bydło wyjdzie na pastwiska. 
Tris wrócił do dŜipa i, zniechęcony, schował lornetkę do futerału. Odwrócił się i zerknął na Mab. Uśmiechnęła się lekko 

i podeszła bliŜej. 

- Lepiej wracajmy. MoŜemy się zgubić po ciemku. Jesteśmy tak daleko od drogi. 
- Mamy koce, jedzenie i wodę. Zawiadomię ich, Ŝe nie damy rady wrócić i przenocujemy w samochodzie. - Oczy mu 

płonęły dziwnym blaskiem. 

- No cóŜ, panie Roald, jest pan prawdziwym wikingiem! 
Zmarszczył brwi. 
- Chyba zaraz zasnę. Jestem wykończony. 
- Dzięki Bogu - odetchnęła z udaną ulgą. - Będę bezpieczna. 
Odchylił głowę i spojrzał na nią z uśmiechem. 
- MoŜe niezupełnie - zauwaŜył, przeciągając zgłoski. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Mab rozlała do kubka bulion, rozłoŜyła na masce dŜipa opakowane kanapki z jajkiem i szynką. I pomyślała, Ŝe właśnie 

zamierza spędzić noc na odludziu Indiany z Tristanem Roaldem. Z wikingiem. 

Uśmiechnęła się. 
Nie całkiem tak chciała się z nim kochać: w tej dziczy, na ziemi. Ona będzie leŜeć plecami na twardym gruncie, a on na 

górze. JakieŜ to typowe dla męŜczyzn, przyjmować taką pozycję. Ten właśnie sposób kopulacji z pewnością wymyślili 
rozsądni męŜczyźni. 

Miała nadzieję, Ŝe jeśli dojdzie do zbliŜenia, zdarzy się to w łóŜku. MoŜe w takim z atłasową pościelą, która będzie tro-

chę zbyt śliska. A ona miałaby na sobie coś seksownego. 

I  byłoby  to  pełne,  klasyczne  uwiedzenie  z  pieszczotami,  dotknięciami  i  pocałunkami,  które  przyprawiają  duszę  o 

dreszcze; 

Spojrzała na Trisa. Był naprawdę zmęczony. Potem rozejrzała się. Nie ma szans na wygodne posłanie. Za to będą mieli 

zaciemnione niebo jako sufit i sypialnię od horyzontu do horyzontu. Nie będzie świec, wina, kwiatów ani muzyki. Z tego, 
co słyszała, były to niezbędne akcesoria uwodziciela. 

Mogą tylko zapalić latarkę. Miała przy sobie walkmana, który mógłby dostarczyć trochę muzyki. A bulion będzie eli-

ksirem. Właściwie z Trisem nawet deszczówka z kałuŜy smakowałaby jak wino. 

Tris podszedł do niej od tyłu i przesunął silnymi dłońmi po delikatnym ciele. Przycisnął ją mocno do swoich ud, otarł 

się zarośniętym policzkiem o jej szyję i brodę. Dostała gęsiej skórki na całym ciele, a piersi stały się wraŜliwe. Pocałował 
ją w policzek i przesunął dłonie na jej biust. 

To miało się zdarzyć tutaj, w tej zniszczonej przez tornado okolicy. 
Coś ściskało ją w gardle. 
-  Wahałam  się,  czy  cię  o  to  spytać.  MoŜe  masz  ochotę  na  bulion  i  kanapki?  -  zapytała  niepewnie.  Jego  głos  drŜał  z 

poŜądania. 

- Chcę ciebie. 
- Tak podejrzewałam. 
Odwrócił ją twarzą do siebie. 
- Podejrzewałaś? - zapytał z uraŜoną miną. - Skąd taki pomysł? Myślałem, Ŝe podchodzę do tego bardzo subtelnie, 
- Ciekawe, kiedy zachowujesz się zuchwale, jeśli teraz jesteś subtelny. 
- Mogę być zuchwały. - I aby to okazać, spytał: - Czy wolisz rozbierać się po ciemku? - Przebiegł wzrokiem jej ciało. 
Niemal ją zatkało. 
- Chcesz, Ŝebym się rozebrała tutaj, na tym wietrze, na szczycie wzgórza? - Rozejrzała się. 
Wzruszył ramionami, nie wypuszczając jej z objęć. 
- Nie ma tu nikogo. 
- Ty jesteś. - Przechyliła głowę, spoglądając na niego. Odpowiedź padła natychmiast. 
- Jestem twoją drugą połową. Nie musisz się mnie wstydzić - uspokoił ją łagodnie. Odsunęła się odrobinę. 
- Twoją połową? Trochę trudno mi uznać ciebie za część kobiety. 
- Kobieta i męŜczyzna uzupełniają się wzajemnie - oznajmił, jakby chciał poszerzyć jej wiedzę. - Zatem po jednym z 

kaŜdego rodzaju tworzy parę. Połówki. 

- Rozumiem. Sprytne. 
Delikatnie uniósł palcem jej brodę. 

background image

- Odsuwasz tę chwilę, gdyŜ jesteś nieśmiała? - zapytał. - Czy masz opory przed zbliŜeniem ze mną? 
Uniosła błękitne, bardzo błękitne oczy i uśmiechnęła się leciutko. 
- Z pewnością nie. 
- Chodź, pokaŜę ci nasze łóŜko. - Wziął ją za rękę i pociągnął za sobą. 
- Jeszcze za wcześnie. 
Odszedł dwa kroki, a jej dłoń wysunęła się z jego ręki. 
Obejrzał się. 
- Nie udawaj, Ŝe mnie nie pragniesz. - Wyciągnął do niej rękę. 
- Tak... - Oblizała wargi i przygryzła dolną. Potem popatrzyła wprost na niego i podała mu dłoń. - Nigdy nikogo aŜ tak 

nie pragnęłam - wyznała zawstydzona. 

Dłoń Mab wydawała się chłodna. Tris podprowadził ją do pokrytego kocami posłania. 
- Mogłaś dać mi do zrozumienia, co czujesz. 
- Myślałam, Ŝe to oczywiste. 
Zastanowił się, a potem stwierdził z rozbawieniem. 
- Całkiem dobrze to ukrywałaś. 
- Lepiłam się do ciebie - zaprotestowała. - I zachowywałam się jak wariatka. Nie zauwaŜyłeś tego? 
ZmruŜył oczy. 
- Istotnie, przypominam sobie jakieś delikatne sygnały. 
- A te jęki? - wykrzyknęła. - Byłam taka zakłopotana. 
Roześmiał się. Ogień rozbłysnął w jego oczach. 
- Dlatego się zaczerwieniłaś? 
- Tak - przyznała. - Myślałam, Ŝe cię szokuję. 
- Nikogo tu nie ma. - Rozejrzał się wokół. - Dlaczego nie próbujesz mnie szokować? 
-  WciąŜ  jest  widno  -  protestowała  z  udawanym  oburzeniem.  -  Jesteśmy  na  otwartej  przestrzeni.  Nie  ma  drzwi  ani 

firanek... 

- Chcę cię zobaczyć - zaŜądał chrapliwym głosem. Drgnęła z wystudiowanym niepokojem. 
- Czuję się trochę niezręcznie. 
- Dlaczego? 
Wzruszyła ramionami i spojrzała na niego z powagą. 
- Nie wskakuję męŜczyznom do łóŜek. 
- Jest tylko jedno łóŜko - pocieszył ją. - W postaci koców na gołej ziemi. 
- Wydaje mi się trochę niewygodne. 
- Nie wiedziałem, Ŝe jesteś taka wymagająca - zakpił łagodnie. - Chcesz zyskać na czasie? To twoje przeznaczenie. I tak 

będziesz moja. 

Spojrzała na ten zniszczony raj. Rzeczywiście zwlekała. 
- Jesteś pewien, Ŝe nie chciałbyś najpierw czegoś zjeść, póki jest dostatecznie widno? 
- Jestem pewien. - Przytulił ją do piersi. 
- Tris... 
A  wtedy  ją  pocałował.  Przechylił  ją  przez  ramię  idealnie  płynnym  ruchem.  Pocałunek  teŜ  wyszedł  mu  znakomicie. 

Kiedy odchylił głowę, Mab leŜała w jego ramionach i uśmiechała się. 

- Masz wprawę... Co dalej? Nie jestem pewna, co mam robić. 
- A ja wiem dokładnie. W apteczce jest taka mała ksiąŜeczka, w której przeczytałem, jak... 
- I jak? - przerwała mu. 
-  Przeczytałem  bardzo  szybko,  podczas  gdy  ty  rozkładałaś  kanapki.  Piszą  tam,  Ŝe  jeśli  nadarzy  się  okazja,  przechyl 

dziewczynę do tyłu, podtrzymując ramieniem, i pocałuj. Ona omdleje. Czy jesteś omdlewająca? - Zmarszczył brwi. - To 
w ogóle na ciebie nie podziałało! 

Mab przymknęła oczy, wierzchem dłoni dotknęła czoła i wydała cięŜkie westchnienie omdlewającej kobiety. 
Tris podniósł ją i wziął na ręce. 
- A potem piszą, Ŝe trzeba ją połoŜyć na ziemi i wziąć się do roboty. 
Otworzyła oczy. 
- To trochę za szybko. Na pewno pominąłeś jeden czy dwa punkty. 
Wzruszył ramionami. 
-  Tak  jest  napisane  w  tej  ksiąŜce  -  wyjaśnił  to,  co  powinno  być  oczywiste.  -  Mowa  w  niej  o  udarach  słonecznych, 

ukąszeniach  węŜy  i  złamaniach  kości.  Nie  ma  tam  miejsca  na  szczegóły  dotyczące  mniej  dramatycznych  sytuacji. 
Przypuszczam, Ŝe gdybym chciał postępować z tobą właściwie, powinienem odwiedzić bibliotekę i trochę postudiować. 

-  Właściwie?  -  zakwestionowała  uŜycie  tego  słowa.  -  Nie  sądzę,  by  uwiedzenie  naiwnej  kobiety  mogło  być  nazwane 

czymś właściwym. - Dyskretnie oblizała dolną wargę. 

- To nie przyszło mi do głowy. -: Zrobił zdziwioną minę. - Chcesz powiedzieć, Ŝe powinienem zrobić to niewłaściwie? 

To niepokojąca sugestia. 

- Mógłbyś znów mnie pocałować - zaproponowała. 
- Nie. - Pokręcił głową. - Pocałowałem cię poprzednio. Teraz twoja kolej. Równouprawnienie dotyczy takŜe męŜczyzn. 

background image

Zgadza się? A zatem naleŜy mi się tyle samo czasu, zainteresowania i poświęcenia. 

Zastanawiała się przez chwilę. 
- Nie poświęcałeś się przecieŜ dla mnie - zauwaŜyła. 
- Ale to zrobię. - Uśmiechnął się wyzywająco. Zarumieniona, objęła go za szyję i pocałowała. Chwilę potem leŜeli juŜ 

na ziemi, na tym twardym łoŜu, w przygasającym, ale wciąŜ jasnym świetle dnia. 

- Otulę cię kocem, Ŝebyś nie zmarzła, gdy zdejmę ci kurtkę. 
Nie protestowała. 
Rzucił kurtkę w stronę dŜipa i zaproponował: 
- Teraz pomóŜ mi zdjąć moją. 
LeŜąc  częściowo  pod  nim,  zrobiła  to  niezbyt  zręcznie.  Musiał  jej  pomóc.  Nachylony  nad  nią,  wydawał  się  jej  taki 

wielki, Ŝe, mimo starań, nie mogła go objąć. 

Patrzył na nią z uśmiechem. 
- Jesteś taka słodka. 
Zastanowiła się nad tym. 
- Tak jak lody i lizaki? 
- Nie - odparł stanowczo. - Jak miłość i seks. 
- Wydajesz się całkiem pewny, Ŝe jestem gotowa się z tobą kochać? 
- Oczywiście. 
- No... więc jestem. 
To  wyznanie  było  dla  niej  zaskoczeniem,  bo  aŜ  do  tej  chwili  wierzyła,  Ŝe  moŜe  przerwać  tę  grę,  kiedy  zechce.  Lecz 

tymi  słowami  udowodniła  sobie,  Ŝe  tak  nie  jest.  Zaskoczyło  ją  to,  Ŝe  naprawdę  świadomie  zamierza  się  z  nim  kochać. 
JakieŜ to nieodpowiedzialne z ich strony. 

- Nie ma tu trującego bluszczu? - spytała. 
-  Sprawdzałem.  -  Uśmiechnął  się.  Zdjął  z  niej  sweter  i  bluzkę.  Sięgnęła  po  koc,  ale  powstrzymał  ją  i  przyjrzał  się  z 

uwagą jej odsłoniętemu ciału. - Piękna. Piękna... - szepnął, a potem pochylił się i zaczął ją całować. Delikatnie przesunął 
brodą po jej policzku i w dół, ku czułym piersiom. 

Kontrast  między  jego  ciepłym  językiem  i  skórą  na  jej  chłodnym  ciele  wzbudził  zaskakujące  reakcje.  Mab  jęknęła. 

Objęła go i przycisnęła mocno do siebie. 

- PomóŜ mi zdjąć tę koszulę - poprosił. - Chcę, byś mnie dotykała. 
Ona  teŜ  tego  chciała.  Ale  nie  radziła  sobie  z  guzikami,  musiał  sam  je  rozpiąć.  Przesunęła  dłońmi  po  jego  piersi, 

wyczuwając szorstkie włosy. To wraŜenie sprawiło, Ŝe zacisnęła palce stóp. 

Pogładził czule dłonią jej osłonięty tkaniną brzuch i pocałował ją znowu, choć to była jej kolej. Potem uniósł się nad 

nią, by potrzeć szorstkimi włosami piersi jej sutki. 

Doprowadzał ją do szaleństwa. Wygięła plecy w łuk, potarła kolanem o kolano i jęknęła. To sprawiło, Ŝe przypomniała 

sobie Wandę Moore. 

- Czy naprawdę kochałeś się z Wandą Moore? - spytała szeptem. 
- Nie - odparł natychmiast, a potem zapytał z zaciekawieniem: - Skąd ci to przyszło do głowy? 
- Kiedy powiedziała, Ŝe jesteś „rozkoszny”, to potarła kolanem o kolano. A teraz ja robię to samo. 
- Zaraz to sprawdzę. 
Wsunął dłoń między okryte spodniami kolana Mab. Zacisnęła je mocniej, przytrzymując jego rękę. 
- Tris, proszę. 
- Prosisz... o co? - Chyba nie chce, by przestał. Usiłował opanować się trochę. 
- Kochaj się ze mną. 
Po tych słowach ogarnęła go fala poŜądania. Mab była tak niezwykłą kobietą, Ŝe niczego nie był z nią pewny. Ale pra-

gnęła go! 

Zdjął jej buty i drŜącymi dłońmi zsunął z bioder spodnie. Chciał spojrzeć na nią nagą. Rozpięła mu pasek, więc usiadł, 

zdjął buty i zaczął zdejmować spodnie. Kiedy zsuwał je z nóg, objęła go. 

- Pospiesz się - szepnęła zdyszana. Gorączkowymi ruchami gładziła jego ramiona. 
Miał zamiar z niczym się nie spieszyć, by dłuŜej rozkoszować się tą chwilą. Ale Mab była taka niecierpliwa! Pochylił 

się i pocałował ją, a ona przyciągnęła go do siebie. 

Owiał ją Ŝar jego oddechu, a gorące dłonie niemal paliły jej atłasową skórę. RozłoŜył palce, by objąć jej pierś i rozko-

szować się tą pieszczotą. 

Mab wiła się i jęczała, a więc nie mógł się dłuŜej opierać. PołoŜył się na jej rozgrzanym ciele i nagle zamarł w bezru-

chu. A potem odsunął się na bok, przewrócił na plecy i zasłonił oczy przedramieniem. 

- Co się stało? - Uniosła się i zapytała zaniepokojona. - Źle się czujesz? 
- Jesteś dziewicą - jęknął załamany. 
- I co z tego? - Oburzona, usiadła nago w chłodzie wieczoru. 
- Dwudziestoośmioletnia dziewica! Pewnie nie bierzesz nawet tabletek. 
- A co to ma za znaczenie? - spytała. 
- Gdybyś wspomniała, Ŝe jesteś dziewicą - wyjaśnił - postarałbym się o jakieś zabezpieczenie. 
- Ja o to nie dbam - oświadczyła. - Więc czemu ty się martwisz? 

background image

Westchnął zniechęcony i umilkł. Odezwał się dopiero po chwili. 
- Szczerze mówiąc, dawałaś mi to do zrozumienia przez cały czas. Powinienem się domyślić! Nigdy nie znałem skro-

mniejszej, bardziej układnej kobiety. 

Oczy Mab płonęły rozgorączkowaniem. 
- Czy... czy rezygnujesz? - zająknęła się. 
- Nie mamy Ŝadnego zabezpieczenia. - Opuścił rękę i spojrzał na nią z uwagą. 
- I ty uwaŜasz siebie za potomka wikingów! - odrzekła z pogardą, bo czuła się rozczarowana. Próbowała rozbudzić jego 

męską ambicję. 

-  Nie  mogę  poprzestać  na  pieszczotach,  Amabel.  Zbyt  mocno  cię  pragnę.  -  A  potem,  dobitnie  akcentując  słowa, 

zakończył: - Dokonuję niezwykłego wyczynu, panując nad sobą. Powinno to wywrzeć na tobie wraŜenie. 

- Banialuki! - Jakoś to do niej nie przemawiało. - A twierdziłeś, Ŝe na drugie imię masz Ezekiel! Bzdura! 
Poruszył się i przewrócił ją bez wysiłku. 
- Gdybym miał na imię Ezekiel, moja chińska dziewczynko, pchnąłbym cię na plecy, o tak, a potem ułoŜyłbym się na 

tobie. Następnie przesunąłbym tak po tobie ręką, pocałował cię... 

I wtedy, tuŜ obok ich nich, odezwał się cienki dziecięcy głos: 
- Coś ją boli? 
Obrócili  gwałtownie  głowy  i  zobaczyli  małe  dziecko.  Dziewczynka  była  w  brudnych  śpioszkach,  ze  śladami  łez  na 

ubłoconych policzkach. Stała, trzymając za nogę brudną szmacianą lalkę. 

W nagłej ciszy dziewczynka oznajmiła: 
- Mamę coś boli. 
Zaszokowana, nie wysuwając się z objęć Trisa, Mab spytała: 
- Katy? 
Dziecko uniosło wysoko głowę, a potem spuściło jaw dół, dotykając brodą piersi z niezwykłą powagą. Wstali, sięgając 

po ubrania. 

- Jak to zapamiętałaś? - spytał Tris. 
- Córeczka Kena i Tracy Harrisów? - kontynuowała Mab. 
- Tak. 
- Jesteś głodna? - zapytała małą. Dziecko znów kiwnęło głową. Obserwowało ich oboje bardzo uwaŜnie. 
- Jesteście... obcy? 
Oto rezultat matczynych ostrzeŜeń. 
- Przyjechaliśmy pomóc twojej mamie - powiedziała uspokajająco Mab. 
- Tam. - Katy wskazała palcem w stronę migotliwego jeziora. 
Byli tak blisko. Mab zdąŜyła się juŜ ubrać. DrŜała lekko. Dała Katy kubek bulionu, który mała wypiła łapczywie. 
Mab musiała przytrzymać kubek, by nie wypiła za duŜo, 
Dziecko popatrzyło na nią. 
- Jeszcze. 
Tris był juŜ ubrany, strzepywał koce i wkładał je do dŜipa. Podał małej kanapkę z jajkiem. Mab, na spółkę z Trisem, 

wypiła drugi kubek bulionu. Potem schowali jedzenie. Będzie na to czas później. 

- Chodźmy juŜ, musimy jechać - ponaglał Tris. Ale Katy nie chciała wsiąść do samochodu. 
- Mama nie pozwala. - Z powagą pokręciła głową. 
- Jedź pierwszy - zaproponowała Mab. - Ja się nią zajmę. 
- Masz latarkę? - zapytał Tris. 
- Podaj mi moją torebkę i jedź - zaproponowała Mab. 
-  Matka jest  chyba  cięŜko  ranna,  skoro  Katy  odeszła tak  daleko.  MoŜe jest  nieprzytomna.  Jedź.  Mam  w  torbie jakieś 

cukierki.  Znajdziemy  ciebie.  Jak  się  zrobi  ciemno,  włącz  światła.  Zobaczymy  je.  Zawiadom  bazę!  Nie  miał  ochoty  jej 
zostawić. 

- MoŜemy tę małą na siłę wsadzić do dŜipa. Mab rozumiała, Ŝe Katy juŜ zbyt wiele tego dnia przeŜyła. Nie moŜna było 

naraŜać jej na dodatkowe stresy. 

- To niedaleko - uspokoiła Trisa. - Mała dotarła aŜ tutaj, więc we dwie na pewno potrafimy zejść na dół. Lepiej juŜ jedź 

i sprawdź, w jakim stanie jest jej matka, zanim tam dotrzemy. 

- Spojrzała na niego wymownie. Ta kobieta mogła juŜ nie Ŝyć. 
- Zrozumiałem. - Pochylił się i mocno pocałował Mab w usta. 
A ona na chwilę oparła głowę o jego ramię. Dotknął jej policzka, a potem wsiadł do samochodu. 
- Pospieszcie się. 
Nadal było widno. Tris musiał jechać okręŜną drogą. DŜip ruszył po miękkim gruncie. Z pewnością znajdzie tę przycze-

pę. Jednak Amabel nagle poczuła się samotna na tym pustkowiu. Przeszukała torebkę i znalazła małe pudełko cukierków. 
Były to łagodne, słodkie miętówki. 

- Trzymaj je w ustach i czekaj, aŜ się rozpuszczą. 
- Cukierek? 
Mab zrozumiała, Ŝe matka nakazywała dziecku, by nie przyjmowało cukierków od obcych. 
- To miętówka. MoŜesz ją wziąć. - Mab trzymała cukierek na otwartej dłoni. 

background image

Katy przyglądała się jej niepewnie. Amabel milczała, pozwalając, by dziecko samo podjęło decyzję. 
Zerknęła na stosy wyrwanych przez tornado drzew, na połamane konary, odsłaniające białe surowe drewno. Moc wiatru 

wzbudziła w niej dreszcze. 

- Chodź, Katy, poszukamy twojej mamy. 
Katy stała nieruchomo. Amabel ruszyła powoli w dół, potem odwróciła się i spojrzała. Dziecko było maleńką, samotną 

postacią na pustym wierzchołku wzgórza. Mab wyciągnęła ku niemu rękę. 

Minęło trochę czasu, nim Tris znalazł się nad jeziorem. Jazdę utrudniały naturalne strumyki przecinające szlak. Dotarł 

na porośnięte drzewami łagodne zbocze, które zakupili Harrisowie, i zjechał w stronę jeziora. 

Nie  było  samochodu.  Zaparkowana  przyczepa  nie  została  naleŜycie  umocowana  i  teraz  jej  części  walały  się  po  całej 

okolicy. Całe ścianki wisiały na drzewach, a niektóre fragmenty wpadły do wody. Jeśli oni byli wewnątrz... 

Zatrzymał dŜipa i krzyknął: 
- Ken? Tracy? Słyszycie mnie? 
Nikt nie odpowiadał. 
Wołając co chwila, rozpoczął poszukiwania. ZauwaŜył ślady opon. CzyŜby ktoś tu był? Zabrał stąd ranną kobietę? Ale 

czy zostawiłby dziecko? MoŜe ktoś, kto się tu zjawił, nie wiedział, Ŝe gdzieś tu jest dziewczynka? A moŜe mała schowała 
się przed obcymi? 

Nie zauwaŜył Ŝadnych ciał, unoszących się na powierzchni jeziora. Przystąpił do systematycznego przeszukiwania oko-

licy. Nagle usłyszał odgłos kroków i obejrzał się. 

- Harris? 
Z krzaków wyszli dwaj męŜczyźni. Słyszeli jego wołanie, więc nie byli zdziwieni obecnością Trisa. Mieli broń. Coś w 

ich wyglądzie wzbudziło jego czujność. 

- Widzieliście moŜe ludzi z tej przyczepy? Szukamy ich. 
- Mówił spokojnie, zupełnie tak, jak Sean Morant do pobudzonego tłumu. 
WyŜszy z męŜczyzn spojrzał na niego obojętnie. 
- Odjechali - rzucił. 
- To twój dŜip? - spytał drugi. 
- Nie. 
- Masz kluczyki? 
Tris nie odpowiedział od razu. Zaczął się martwić o Amabel. MoŜe się tu zaraz zjawić! Ci męŜczyźni to prawdopodob-

nie rabusie. Czy zechcą go zabić? Co zrobią Amabel? 

- WypoŜyczyli mi tego dŜipa. Jestem z grupy poszukującej rannych. Szukam zaginionych i pomagam rannym. 
- Dawaj kluczyki. 
DŜip  nie  był  mu  niezbędny.  Tris  zameldował,  gdzie  się  znajduje,  w  sztabie  akcji  ratowniczej.  Jeśli  wkrótce  się  nie 

zgłoszą, ktoś przyjedzie, by sprawdzić, co się z nimi dzieje. Chciał, by ci ludzie odeszli, zanim dotrze tu Mab. 

- Jeśli potrzebny wam ten dŜip, to bierzcie. Tylko później odstawcie go pod gmach sądu w Columbia City. - Nie starał 

się im grozić. Udawał, Ŝe sytuacja jest całkiem normalna. 

- Zostawcie mi tylko apteczkę i koce. 
MęŜczyźni bez słowa wsiedli do dŜipa. Jeden z nich uruchomił silnik, a ten drugi rzucił. Trisowi apteczkę i dwa koce. 

Wolno, przedzierając się przez błoto, wóz ruszył pod górę. 

Tris obserwował ich, a potem cofnął się między drzewa. Musiał znaleźć Amabel. A jeśli ci dwaj wrócą? JeŜeli zechcą 

pozbyć się człowieka, który mógłby ich opisać? ChociaŜ co właściwie moŜe o nich powiedzieć? 

Najwyraźniej byli rabusiami i nie pochodzili z tej okolicy. Nie dostrzegł w nich lęku, zatem wiedzieli, Ŝe nikt ich nie 

rozpozna. Mieli na sobie wojskowe kurtki, myśliwskie czapki, dŜinsy i wysokie buty. Nie mieli Ŝadnych charakterystycz-
nych cech. Obaj byli zarośnięci. 

Co zrobią z dŜipem? 
Tris nie myślał o ucieczce. Podniósł solidny konar, by się uzbroić, chociaŜ... przeciwko strzelbom? Wreszcie zobaczył, 

Ŝ

e dŜip bez większego trudu przebrnął przez błoto, wjechał na wzgórze i zniknął. 

Gdzie jest Amabel, jego Mab? Czy coś słyszała? Co pomyśli, gdy zobaczy, iŜ jego dŜip odjeŜdŜa? śe zostawił ją samą. 

Z pewnością domyśli się, Ŝe nie mógłby od niej uciec. Musiał znaleźć i ostrzec Mab. Ale najpierw powinien sprawdzić, 
czy  dŜip  naprawdę  odjechał  i  czy  ci  dwaj  nie  wrócą.  Obejrzał  szczątki  przyczepy.  Kuchenka  mikrofalowa,  telewizor, 
generator, komputer. 

Mogą wrócić. 
Nasłuchiwał, idąc między drzewami po zboczu. A potem wyszedł na otwarty teren, by się rozejrzeć. Silnik samochodu 

ucichł.  Ta  cisza  wzbudzała  dreszcze.  Tris  mocniej  ujął  konar.  Skradał  się  ostroŜnie.  Zastanawiał  się,  jak  wiele  czasu 
zostało jemu i Mab. Gdzie ona jest? CzyŜby ją znaleźli? Ruszył przed siebie niczym myśliwy. 

Odezwał się silnik innego samochodu i Tris patrzył zza drzew, jak w polu widzenia pojawiła się furgonetka z napędem 

na  cztery  koła.  Łatwo  pokonała  szczyt,  przystanęła,  a  ci  sami  dwaj  męŜczyźni  rozejrzeli  się  uwaŜnie,  a  potem  wolno 
zjechali po zboczu, zbliŜając się do szczątków przyczepy. 

Jeden  stał  na  straŜy  ze  strzelbą  gotową  do  strzału,  drugi  przebierał  w  tym,  co  zostało  z  majątku  Harrisów.  Wkładał 

wszystko do furgonetki. Kiedy skończyli, zabrali porzuconą apteczkę i latarkę, zostawili koce i odjechali. 

Tris  obserwował  ich.  Słyszał,  jak  furgonetka  przystanęła.  Ktoś  otworzył  maskę  dŜipa,  wreszcie  trzasnęły  drzwiczki. 

background image

Furgonetka odjechała, warkot silnika ucichł w oddali. Pozostał tylko okaleczony, pozbawiony kół i części dŜip. 

Tris wszedł między drzewa i odnalazł ślady Amabel. Były głębokie: pewnie niosła dziecko na rękach. Czy dostrzegła 

tych męŜczyzn? A moŜe nie słyszała odjeŜdŜającego samochodu? Zaryzykował i cicho zawołał. 

- Mab! 
Po chwili odpowiedziała: 
- Tris? 
Spotkanie było niezwykle radosne. Mab chciała się do niego przytulić, ale niosła na rękach dziecko. Objął ją lekko. 
- Dzięki ci, BoŜe - powiedział uszczęśliwiony. 
- Myślałam, Ŝe zabiją cię z powodu tego dŜipa. 
- Ja teŜ. 
Mab rozpłakała się, a Katy natychmiast poszła w jej ślady. Tris pokręcił głową i spojrzał na Mab ze współczuciem. 
- Kto to był? - spytała Mab. 
- Bóg jeden wie. Rabusie. Dobrze zrobiłaś, chowając się. Jestem z ciebie dumny. 
- Miałam ochotę ich zastrzelić -.oświadczyła z powagą. 
- Mogłaś trafić we mnie. - Zmierzwił jej włosy. 
- Nie miałam broni - wyjaśniła. 
- A oni mieli. 
- Widziałam - szepnęła cicho. 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Tris i Mab znaleźli w końcu Tracy Harris. LeŜała w krzakach i była powaŜnie ranna. Podsunęli pod nią swoje kurtki, a 

potem, jak mogli najlepiej, otulili kocami. W szczątkach przyczepy Tris szukał czegokolwiek, co mogłoby im się przydać 
w  tej  sytuacji,  a  Mab  została  z  ranną.  Trzymała  Katy  na  kolanach  i  przemawiała  uspokajająco  do  Tracy,  trzymając 
nieprzytomną kobietę za rękę. 

Katy przyglądała się matce. 
- Mama śpi? - Wskazała na kobietę, Ŝeby Mab wiedziała, o kogo chodzi. 
- Jest ranna. 
- Ma zamknięte oczy. - Drobne paluszki dziewczynki dotknęły powiek matki. 
- Sprowadzimy pomoc. 
Ale jak? Szkielet dŜipa nie miał juŜ kół ani radia. Byli tu sami. Czy Tris zdąŜył połączyć się ze sztabem akcji ratunko-

wej przed napadem? 

Wtedy  usłyszała  warkot  śmigłowca.  Puściła  dłoń  Tracy,  poderwała  się,  i  wciąŜ  trzymając  Katy,  pobiegła  w  stronę 

szczątków przyczepy. 

- Tris! Słuchaj! 
Obejrzał się gwałtownie. Trzymał ocalałą latarkę i świecił nią w niebo, zataczając kręgi. 
Ś

migłowiec zbliŜył się, warkot stawał się coraz głośniejszy. Mab postawiła Katy przy Trisie i wróciła do Tracy. Przy-

kucnęła i chwyciła dłoń rannej w obie ręce. 

- To śmigłowiec - powiedziała. - Próbujemy dawać mu znaki. Katy nic się nie stało. Jestem przy tobie. Wyzdrowiejesz. 
Zmysł słuchu ostatni zanikał i pierwszy powracał. A Mab mogła sobie wyobrazić strach kobiety, wracającej do przyto-

mności  po  tym,  jak  podmuch  tornada  cisnął  ją  w  krzaki.  Najwyraźniej  doznała  wstrząsu.  Bali  sieją  poruszyć,  więc  nie 
wiedzieli, czy odniosła inne obraŜenia. Pewne było, Ŝe wciąŜ Ŝyje. 

Mab  spojrzała  niespokojnie  w  niebo.  Czy  w  mroku  pilot  zauwaŜy  maleńki  punkcik  światła  latarki?  Czy  ich  szukają? 

Skoncentrowała się psychicznie, wzywając obserwatora, by spojrzał w ich stronę. Czy baterie latarki się nie wyczerpią? 
Raz jeszcze chwyciła dłoń Tracy. 

Było ciemno. Chmury rozwiały się i Mab zobaczyła gwiazdy. Lecz ziemia, nierówna i porośnięta drzewami, musi być 

dla  pilotów  czarną  otchłanią.  W  dodatku  było  zimno.  ZadrŜała.  Dłoń  Tracy  była  lodowata.  CzyŜby  umarła?  Mab 
nasłuchiwała lękliwie, badając jednocześnie puls rannej. 

Ś

migłowiec zbliŜał się. Przeleci tuŜ nad nimi. Czy pilot spojrzy w dół? Miała ochotę wstać, machać rękami i krzyczeć. 

Ale jak ją zauwaŜą? Jak mogliby ją usłyszeć w takim hałasie? 

Nie mogła tak po prostu siedzieć, musiała wysłać jakiś sygnał. Jak? Rozpalić ogień? Dlaczego nie pomyśleli o ogniu? 

To pierwsza rzecz, jaką zawsze, robili rozbitkowie. 

Wypuściła  dłoń  Tracy  i  poszukała  torebki.  Gdzieś ją  tu  zostawiła.  Gorączkowo  pełzała  po  ziemi,  aŜ  wreszcie ją  zna-

lazła. Odszukała zapałki, które zawsze przy sobie nosiła. To taki zwyczaj z czasów, zanim rzuciła palenie. 

Mab spojrzała na światła pozycyjne śmigłowca. Czy zdąŜy rozpalić ogień na czas? 
Wszystko  wokół  było  wilgotne.  Oddychała  chrapliwie,  pospiesznie i  macała  wokół  siebie  rękami,  szukając  czegokol-

wiek łatwopalnego. Powinna odejść od Tracy, Jeszcze tylko oparzeń trzeba tej biednej kobiecie... 

Warkot śmigłowca rozlegał się tuŜ nad jej głową. Muszą popatrzeć w dół. Trzeba rozpalić ogień! Musi znaleźć coś, co 

się zapali. Myślała tylko o tym. 

Właśnie darła na strzępy ksiąŜeczkę czekową i tych kilka banknotów, które miała przy sobie, kiedy śmigłowiec wylą-

dował na zboczu. 

Spojrzała  na  niego  ogłupiała.  Łopaty  śmigła  wciąŜ  wirowały  w  kręgu  świateł.  Wylądował!  ZauwaŜyli  latarkę?  Przy-

kucnęła nad stosikiem chusteczek higienicznych, podartych czeków i pieniędzy. Tymczasem  ze śmigłowca, niosąc coś, 

background image

wyskakiwali  ludzie,  a  na  wzgórze  wjeŜdŜały  samochody.  Wóz  policyjny,  furgonetka  i  jeszcze  dwa  inne.  Skąd  się  tu 
wzięły? 

Nagle wokół zrobiło się tłoczno jak na dworcu. 
Jacyś ludzie biegli w jej stronę. Mab znów chwyciła Tracy za rękę. 
- Są tutaj - powiedziała do wciąŜ nieprzytomnej kobiety. - Zabiorą cię śmigłowcem. Nic ci nie grozi. 
Przybysze mieli potęŜne reflektory; kaŜdy z nich mógłby oświetlić fronton dwupiętrowego domu. Zalali światłem całe 

zbocze i, kierowani przez Trisa, biegli w stronę Mab. Do Tracy. 

Mab wstała i odeszła na bok. Tylko jeden z ratowników się do niej odezwał: 
- Nic pani nie jest? 
Pokręciła głową. OstroŜnie podnieśli z ziemi Tracy i ułoŜyli ją na noszach. Tris i Mab odzyskali swoje kurtki. A potem 

ratownicy ponieśli Tracy w kierunku śmigłowca i zabrali ze sobą Katy. 

Wśród przybyszów była kobieta, a wszyscy ratownicy naleŜeli do Gwardii Narodowej. Huragan dokonał takich znisz-

czeń, Ŝe wezwano ich na pomoc. 

Kiedy śmigłowiec wystartował, zostawiając ich na tym pustkowiu, Mab zastanawiała się, co powinni teraz zrobić? 
Tris wziął ją w ramiona, przytulił i pocałował na oczach policjanta, który podszedł z latarką dyskretnie skierowaną ku 

ziemi. 

- Słyszeliśmy, Ŝe przeŜyliście tutaj niezłą przygodę - powiedział policjant. Promieniem latarki zatoczył krąg wokół tego, 

co zostało z przyczepy. - Mamie to wygląda. 

- Mówili, jak cięŜko ranna jest Tracy Harris? - spytała Mab. 
- śyje - odparł Tris. Policjant kiwnął głową. 
- Mamy waszego dŜipa - stwierdził. - MoŜe was gdzieś podrzucić? 
- Co oni tam robią? - Amabel zwróciła w końcu uwagę na zamieszanie przy samochodzie. 
- Tris miał dość rozumu, by wepchnąć jakiś patyk pod klawisz mikrofonu radia CB. 
- Kiedy tu jechałem, potrzebowałem obu rąk, by prowadzić samochód, a równocześnie chciałem przekazać sztabowi, Ŝe 

znaleźliśmy Harrisów. 

Policjant kiwnął głową i kontynuował opowieść. 
-  Sztab  akcji  słyszał  wszystko,  co  tu się  działo.  Zablokowaliśmy  drogę  i  złapaliśmy  rabusiów.  Poddali  się bez  oporu. 

Teraz  montują  z  powrotem  wszystko,  co  zabrali  z  waszego  dŜipa.  Okradli  jeszcze  dwie  inne  rodziny.  Kiedy  wszystko 
zwrócą i przeproszą, pójdą do więzienia. 

- Przeproszą? - zdziwiła się Mab. 
- Nasz szef ma dość dziwne poglądy. Skrzywdzili ludzi i narazili na straty, więc kaŜe im ich przepraszać. 
- Doskonały początek kary. Przestraszyli nas. 
- To durnie. 
- Cieszę się, Ŝe ich złapaliście - powiedziała Mab. 
- To dzięki Trisowi mogliśmy ich złapać. Radzimy sobie na ogół, ale zawsze jesteśmy wdzięczni, gdy ludzie dają nam 

znać o takich wypadkach. 

Z  daleka  obserwowali  ruch  wokół  dŜipa.  Światła  furgonetki  wyglądały  w  ciemności  jak  sceniczne  reflektory.  Więź-

niowie, choć mieli nogi zakute w kajdanki, poruszali się bez większego trudu. StraŜnicy byli czujni i cierpliwi. 

- Zjedli wasze zapasy - uprzedził policjant. - Ale mamy coś w rezerwie. Jesteście głodni? 
Zaprowadził ich do swojego radiowozu, poczęstował kanapkami i odszedł. 
Usiedli i posilili się. Tris spoglądał na Mab uwaŜnie. Ona teŜ go obserwowała. Uśmiechnęła się, a on pochylił głowę, by 

ją pocałować. 

- W ogóle się nie bałeś - zauwaŜyła. 
- Bałem się. 
- A ja próbowałam rozpalić ogień. 
- To świetnie. Dobrze się teraz czujesz? Ktoś musi tu zostać, by poczekać na Kena Harrisa, jeśli nie uda się wcześniej z 

nim skontaktować. WyobraŜasz sobie, co on przeŜyje, jeŜeli zjawi się tutaj i zobaczy zdemolowaną przyczepę? I ani śladu 
po Ŝonie i córce? Minie sporo czasu, zanim dowie się, gdzie one są. Zgodziłem się tu zostać do jego powrotu. Zostaniesz 
ze mną? 

Spojrzała na niego z czułością i uśmiechnęła się lekko. 
- Bardzo chcę z tobą zostać. 
Złodzieje zakończyli pracę przy dŜipie. Silnik działał, koła tkwiły na miejscu, cała zawartość wróciła do wnętrza samo-

chodu. Pozostawiono im jeszcze kilka koców. 

Rabusie byli wściekli, Ŝe muszą przepraszać. Starszy policjant oparł się o maskę dŜipa i powiedział: 
- Mamy mnóstwo czasu, moŜemy zaczekać. Postąpiliście źle, więc musicie przeprosić. 
Rabusie spojrzeli po sobie. 
- Przepraszamy - oświadczyli posępnymi głosami. Mab nie było stać na uprzejmą odpowiedź, więc milczała. 
-  Przyjmujemy  przeprosiny  -  powiedział  Tris.  Jeden  po  drugim  pojazdy  odjeŜdŜały.  Wreszcie  Tris  i  Mab  zostali  na 

wzgórzu sami. Patrzyli, jak światła radiowozów i furgonetki nikną w ciemnościach. Zapadła cisza. 

- Umiesz strzelać? - zapytał. 
-  Owszem.  Z  karabinu,  strzelby,  dubeltówki,  broni  krótkiej.  Ojciec  uwaŜał,  Ŝe  kaŜdy  powinien  się  tego  nauczyć.  Nie 

background image

znosił Kanadyjczyków i... 

- PrzecieŜ to absurd! - Tris był zdumiony. 
-  Ojciec taki jest.  Zachowuje rozsądek  we  wszystkich  pozostałych sprawach. Mama  mówi,  Ŝe  kaŜdy  musi  mieć jakąś 

skazę. Ojciec ma ją równieŜ. Nie wtórny, jak to się zaczęło, ale nawet Rosjanie nie doprowadzają go do takiego szału jak 
Kanadyjczycy. Jest pewien, Ŝe szykują inwazję. 

- Na nas? - Tris parsknął śmiechem. 
-  To,  oczywiście  bzdura.  Ale  on  uwaŜa,  Ŝe  Kanadyjczycy  obawiają  się  nadchodzącej  epoki  lodowcowej  i  zechcą  się 

przenieść w głąb kontynentu. Będą z nami walczyć, Ŝeby zdobyć nasze ziemie. 

Tris odchylił głowę i głośno się roześmiał. 
- Powinieneś go słyszeć, gdy Kanadyjczycy skarŜą się, a mają powody, na kwaśne deszcze. Jest niesamowity. 
- Ciekawe, jakie będą nasze dzieci? Zarówno rodzina Magee’ów, jak i inni moi krewni są dość ekscentryczni, a ty jesteś 

córką człowieka, który nienawidzi Kanadyjczyków! - Znów się roześmiał. 

- Dzieci? 
- Oczywiście. W hotelu, w Indianapolis, powiedziałem ci, Ŝe się pobierzemy. Zapomniałaś? 
- Nie. Ale musisz przyznać, Ŝe znamy się dość krótko i wciąŜ nic nie wiesz o bracie ojca. 
- Nie przejmuj się. W mojej rodzinie teŜ jest wielu dziwaków, to znaczy ekscentryków. Wspominałem juŜ o tym. 
- Jakoś mnie to nie zaskakuje, Ŝe masz ekscentrycznych krewnych - zauwaŜyła z uśmiechem. 
- Ciekawe, czemu to mówisz? Skąd przyszedł ci do głowy pomysł, Ŝe sam jestem dziwaczny? 
- Jesteś impulsywny, odwaŜny i stałeś się gwiazdą rocka! 
- Daj spokój, Amabel. Co masz do zarzucenia gwiazdom rocka? 
Wybuchnęła śmiechem. Próbowała go stłumić, gdyŜ Tris wyraźnie się nastroszył. Wreszcie rozwiązał sprawę pocałun-

kiem. 

- Dzięki Bogu, Ŝe znów mamy apteczkę - powiedziała, chwytając oddech. 
Zawahał się, zanim spytał: 
- Apteczkę? 
- I ksiąŜkę z instrukcjami - wyjaśniła. 
Zaśmiał się cicho, klepnął Mab w pośladek, a potem pogładził w to samo miejsce. Pocałował ją znowu. I jeszcze raz... i 

jeszcze. Rozbawienie zniknęło. Pocałunki stały się zaborcze. Trzymał ją mocno w ramionach, tulił do siebie... 

Nastawili  radio  CB  na  pasmo  sztabu  akcji  ratunkowej.  A  potem,  patrząc  na  siebie  z  poŜądaniem  i  dotykając  się  co 

chwila,  rozłoŜyli  obok  dŜipa  posłanie:  bezpośrednio  na  ziemi  płyty  plastykowe  ze  ścian  przyczepy,  potem  karimaty  i 
koce. W zimnym wietrze rozebrali się i wpełzli do swego gniazdka. 

LeŜeli, drŜąc w uścisku, i całowali się. Tris uniósł głowę, by spojrzeć na twarz Mab, ledwie widoczną w świetle gwiazd. 
- Jesteś najcudowniejszą kobietą na świecie - powiedział. 
- Och, Tris. - Uniosła rękę i pogładziła delikatnie jego szyję, musnęła palcami twarz. - Nie mogę uwierzyć, Ŝe tu jesteś - 

szepnęła. 

- Mhmm. - Musnął dłonią jej ramiona i przesunął ręką po nagim ciele. 
- Byłam przeraŜona - wyznała. - Widziałam ich strzelby Nie wiedziałam, co robić. 
-  Modliłem  się,  Ŝebyś  nas  usłyszała  -  odparł.  -  I  przynajmniej  zatrzymała  się  na  chwilę,  by  zrozumieć,  jakie  ci  grozi 

niebezpieczeństwo. 

Gładząc go delikatnie po twarzy, potrząsnęła głową zdziwiona. 
- Byłeś taki opanowany. 
- Wcale nie. - Ucałował wnętrze jej dłoni. - Byłem  wściekły. Uświadomiłem sobie, jakie uczucia budzą się we mnie, 

gdy coś ci zagraŜa. Chciałem zabić tych ludzi. 

Ucałował ją i przytulił do siebie. Wsunął ręce pod jej plecy i objął smukłe ciało. Następny pocałunek był gorący i za-

borczy. 

Odsunął się i wypuścił jaz objęć. Badał jej ciało niecierpliwymi dłońmi. 
Obserwowała jego twarz, gdy pochylił się, by spojrzeć na jej nagie ciało. Wyjaśniła, co działo się z nią w tym jarze. 
- Niosłam Katy. Nie wiedziałam, co robić. Gdybym zostawiła ją i próbowała ci pomóc, mogłaby pójść za mną. 
-  Kiedy  zobaczyłem  twoje  ślady  -  zaczął  Tris  -  przypomniałem  sobie,  Ŝe  czytałem  kiedyś  o  odciskach  stóp,  które 

przetrwały  tysiące  lat.  Były  to  małe  bose  stopy  kobiety.  Szła  po  glinie,  w  pewnym  miejscu  przystanęła,  a  odciski  stóp 
wskazywały, Ŝe obejrzała się za siebie. - Przytulił ją mocniej. 

- Archeolodzy próbowali odgadnąć, dlaczego kobieta się odwróciła. Czemu się obejrzała? śeby kogoś zawołać? Oprócz 

jej śladów nie było tam Ŝadnych innych. Jej krok nie zmienił się, więc nie uciekała. MoŜe była ostroŜna? Ślady były za 
głębokie jak na oszacowaną wagę jej ciała, długość kroku i niewielką stopę. Musiała coś nieść. MoŜe dziecko? Zobaczy-
łem odcisk twoich stóp w błocie. TeŜ się obejrzałaś. Rozpoznałem to po śladach. I niosłaś dziecko. Byłem zdumiony, jak 
prymitywne uczucia obudziły we mnie te ślady. Musiałem ruszyć za tobą i cię odnaleźć. Jesteś moja. 

Pocałunek był pełen pasji. Pojawił się nowy, dziwny  rodzaj zaborczości, pragnienia i namiętności. Ogarnęło go ślepe 

poŜądanie. Parzył skórę Mab gorącymi dłońmi. 

Wplotła  palce  w jego  włosy  i  przylgnęła  do  niego.  DrŜała i  cicho jęczała. Jej skórę  pokryły  kropelki  potu. Objęła  go 

ramionami. 

- Jeśli teraz się wycofasz, Ezekielu - szepnęła z powagą - to chyba cię uduszę! 

background image

Odparł równie powaŜnym tonem: 
- OŜenię się z tobą po narodzinach naszego siódmego dziecka, moja chińska dziewczynko. 
- My Ling musiała kochać mego pradziadka. 
- I ja tak sądzę. 
- Tris, kocham cię. 
- Ja teŜ cię kocham, Mab. 
Ich pocałunek był zupełnie inny niŜ poprzednie. LeŜeli pod gwiaździstym niebem, ich dłonie poruszały się łagodnie, a 

usta szeptały miłosne słowa. 

Potem namiętność nabrała mocy. Ciała napierały na siebie i płonęło w nich poŜądanie. Połączyli się w wybuchu namięt-

ności. 

Mab uwielbiała cudowne, muskularne ciało Trisa. Czuła na piersi jego tors. Gładziła dłońmi szerokie plecy. 
Tris wsparł się na przedramionach i wtulił spoconą, zarośniętą twarz między jej szyję i ramię. 
- Mab, próbowałem zaczekać na ciebie. 
- Było cudownie. 
- Och, skarbie. - Podparł się lekko, by jej nie przygnieść. - Tak mi przykro. 
- Głuptasie, było wspaniale. W ksiąŜkach nie piszą, jak to jest... 
- Czułaś ból? 
- Jestem zdumiona, Ŝe tak doskonale pasujemy do siebie. 
- Było cudownie. - Uśmiechnął się. - Jesteś zdumiewająca. 
- Jak mogę być zdumiewająca? PrzecieŜ wiem, Ŝe dla ciebie to nie jest nowe doświadczenie. 
- Nigdy nie czułem czegoś takiego. Mab, kochanie. - Głos Trisa budził w niej dreszcz rozkoszy. 
- Kiedy znów moŜemy to zrobić? 
Roześmiał się. 
- Jesteś szalona. I dzika. Wydajesz się taka wyniosła. A spójrz teraz na siebie! Słyszałem, Ŝe nie cierpisz męŜczyzn. Czy 

nie zachowujesz się zbyt nietypowo, jak na kobietę, która nienawidzi męŜczyzn? - Przytulił się do niej. 

- Nie włóczę się po barach, nie szukam przygód. Nie interesowały mnie znajomości na jedną noc. Dlatego męŜczyźni 

uznali, Ŝe ich nie lubię. 

- A mnie lubisz? 
- Tak. - Zaśmiała się i zmierzwiła mu czuprynę. Zaczął całować jej podbródek i szyję. Objęła go ramionami i gładziła 

jego plecy. Sięgnął językiem w głąb jej ucha, a ona objęła nogami jego uda. Odsunął usta tylko na tyle, by szepnąć cicho: 

- Podoba ci się? 
- To... bardzo ciekawe - mruknęła. 
Nie była usatysfakcjonowana. A on tylko się z nią bawił. PoniewaŜ nie odczuwał juŜ takiego poŜądania, rozkoszował 

się budzeniem w niej podniecenia. W końcu głębia jej namiętności pobudziła i jego. Przewrócił się na plecy i pociągnął ją 
za sobą. Początkowo czuła się niepewnie, lecz powoli nabrała chęci do nowych doświadczeń. 

Teraz ona kierowała pieszczotami i robiła to śmiało, nie pozwalając Trisowi na zbyt wiele. W świetle gwiazd widziała 

iskierki płonące w jego oczach. 

Zdając sobie sprawę, Ŝe go podnieca, nie przerywała zabawy. Wodziła dłońmi po jego ciele, muskała tors, a ręce kazała 

mu ułoŜyć nad głową i przykazała, by tam je trzymał. 

Poruszyła biodrami i zaśmiała się, kiedy jego oddech stał się chrapliwy. Tris był zaspokojony, więc wytrzymał to długo, 

ale w końcu ujął jej biodra silnymi rękami. 

Wyruszyli do raju, tuŜ za krawędź rzeczywistości, w krainę nieporównywalnych wraŜeń. Potem leŜeli, drŜąc w swoich 

objęciach. Zasnęli przytuleni do siebie. 

Tris  wstał  i  zdąŜył  włoŜyć  spodnie  i  buty,  nim  Mab  usłyszała  warkot  samochodu.  Było  jeszcze  ciemno.  Usiadła  i  ze 

zdziwieniem dostrzegła strzelbę w ręku Trisa. Skąd ją miał? Po chwili wręczył jej pistolet. 

- To dla bezpieczeństwa. Nie wstawaj. 
WłoŜył kurtkę i podszedł do dŜipa, by się za nim ukryć. Samochód stanął, drzwi się otworzyły i wysiadł  męŜczyzna. 

Był tak zdenerwowany, Ŝe nawet nie zauwaŜył dŜipa. Reflektory samochodu oświetlały zbocze i szczątki przyczepy. 

- Hej! - krzyknął Tris. - Jestem z ekipy ratowniczej. Kim pan jest? 
MęŜczyzna odwrócił się. 
- Jestem Ken Harris. Gdzie jest moja rodzina? - W jego głosie brzmiało przeraŜenie. 
- śyją. Czekaliśmy na pana. Tylko spokojnie. 
Tris włączył latarkę i odłoŜył strzelbę. 
Ken Harris pojechał do Detroit, by załatwić sprawy związane z kupnem działki. Pędził tutaj, gdy dowiedział się o tor-

nado. 

Gdy  Mab  się  ubierała,  obaj  męŜczyźni  wezwali  przez  radio  sztab  akcji  ratowniczej  w  Columbia  City,  a  ci  z  kolei 

połączyli się ze szpitalem. 

Tracy Ŝyła i przebywała w szpitalu luterańskim w Fort Wayne. Doznała wstrząsu, miała złamaną rękę, zwichniętą nogę, 

trzy  pęknięte  Ŝebra,  przemarzła,  ale  największe  niebezpieczeństwo  juŜ  minęło.  Ken  moŜe  ją  zobaczyć,  gdy  tylko 
przyjedzie. 

- A co z dzieckiem? Co z Katy? 

background image

Przekazali to pytanie i dowiedzieli się, Ŝe dziewczynka teŜ przebywa w szpitalu. Teraz spała, była pod obserwacją, ale 

nic jej nie groziło. Nie miała nawet śladu obraŜeń. 

Tris i Mab podzielili się jedzeniem z Kenem. Pocieszali go, opowiadając o wszystkich, którzy szukali rodziny Harrisów. 

Ken odzyskał apetyt. Przez cały dzień Ŝył w takim napięciu, Ŝe myślał tylko o tym, jak się tu dostać. 

- Zniszczenia po drodze są niewiarygodne - opowiadał. 
- Drzewa wyglądają tak, jakby im obcięto wszystkie gałęzie. Widziałem zburzone stodoły. Deski w konarach drzew i 

pozrywane  linie  telefoniczne.  Cały  dom  rozrzucony  po  okolicy,  jakby  był  z  zapałek!  -  Spojrzał  na  to,  co  zostało  z 
przyczepy. 

-  Wielkie  słupy  wysokiego  napięcia  są  poskręcane jak  blaszane  zabawki.  -  Ken  nie  był  pewien,  w jaki  sposób  ludzie 

zdołają  to  naprawić.  To  wszystko  go  przeraziło.  -  Myślałem  jednak  tylko  o  Katy  i  Tracy.  Są  tak  kruche  i  delikatne... 
Patrzyłem na te zniszczenia i byłem przeraŜony. Musiałem tu dotrzeć, aby je odnaleźć. 

- Czy chce pan, abyśmy z panem pojechali? 
- Nie, dziękuję. Teraz czuję się dobrze. Obie Ŝyją, a ja dostałem taki zastrzyk adrenaliny, Ŝe nie będę mógł zasnąć. 
- Nie potrafił przestać mówić po tak długim zamartwianiu się i strachu. - Słyszałem o trąbach powietrznych jeszcze w 

Detroit, ale nawet nie wyobraŜałem sobie, jakie powodują spustoszenie. Mój BoŜe. Widzieliście naszą przyczepę? 

-  Próbowali  ją  okraść,  ale  policja  złapała  rabusiów.  Wszystkie  wasze  rzeczy  są  w  Columbia  City.  Przynajmniej  tyle 

dostanie pan z powrotem. 

- Nie wiem, jak wam dziękować. 
- Nie tylko my pomagaliśmy. 
Ken potrząsnął głową bezradnie. 
- Nie wiem, jak im się odwdzięczę. 
Spoglądał na smętne szczątki swojej przyczepy. 
- Człowiek jest tak zabiegany, Ŝe zapomina, jacy dobrzy są ludzie. 
- Tak, nam teŜ się to zdarza. 
- Pojadę juŜ. Dziękuję, Ŝe zaczekaliście na mnie. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym was tu nie zastał. 
- Nie chcieliśmy, by pan wrócił i nie wiedział, co się stało. 
- Dziękuję. 
- Nie ma za co. 
Podali sobie ręce i Ken odjechał. 
ZbliŜał się świt. Tris objął Mab ramieniem. 
- Nie jesteśmy tu juŜ potrzebni. 
- Skąd wziąłeś broń? - spytała. 
- To broń tych rabusiów. Policjant uznał, Ŝe moŜe nam się przydać. 
- Miał rację - zgodziła się Mab. - Cieszę się, Ŝe poczekaliśmy tu na Kena. Świetnie sobie z nim poradziłeś. 
- Ty teŜ. Kiedy będziemy wyjeŜdŜać, muszę zwrócić broń policji. 
- Aha. - Przytuliła się do niego. - Czy musimy juŜ jechać? 
A Tris uśmiechnął się. 
- Nie - odparł. 
- To dobrze. Chodź do łóŜka. - To było polecenie. Westchnął z udawanym przestrachem. 
- Pewnie znowu chcesz męczyć moje nieszczęsne, bezbronne ciało. 
- Chcę się przespać! Przez ostatnie dni, z tych czy innych powodów, niemal w ogóle nie spałam. 
Spojrzał na zegarek. 
- Jest dwadzieścia po trzeciej. Spałaś parę godzin! 
- I mam zamiar spać dalej. 
Podeszła do dŜipa, rozebrała się i wsunęła pod koc. Był zimny i trochę wilgotny, ale w końcu się rozgrzeje. 
Tris podszedł bliŜej i przykucnął obok. Odsunął włosy z jej twarzy. 
- Hej, kobieto, co robisz w moim łóŜku? - zapytał szorstkim głosem. 
- Mam zamiar spać! - oświadczyła stanowczo. Potem zadrŜała i naciągnęła koc na głowę. 
Ale nie zasnęła jeszcze przez dłuŜszy czas. Tris zdjął ubranie i buty, uniósł brzeg koca, wpuszczając do wewnątrz zimne 

marcowe powietrze. Wziął Mab w ramiona i juŜ po chwili pod kocem było ciepło i przyjemnie. Rozkosznie ciepło. Go-
rąco. Gdyby spał sam, pozbyłby się jednego koca, ale Mab obejmowała go tak mocno, Ŝe po prostu zrezygnował. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Radio milczało przez resztę nocy. Najgorsze juŜ minęło. Ochotnicy i członkowie Gwardii Narodowej pracowali wiele 

godzin, by pomóc kaŜdemu, kto tego potrzebował. 

Teraz będą burzyć domy i budynki, które groŜą zawaleniem, oczyszczać ulice z gruzów, uczestniczyć w monstrualnych 

porządkach. 

Efekty tej burzy - rany, rozpacz po śmierci i zniszczeniach 
- będą trwać latami. Burza zmieniła ludzkie losy. Między innymi - Ŝycie Amabel Clayton. 
Obudziła się o świcie, przytulona do ciepłego, nagiego ciała Trisa. Uśmiechnęła się, zanim jeszcze otworzyła oczy. A 

kiedy ziewnęła i przeciągnęła się, usłyszała jego śmiech. 

background image

Uniosła powieki i zmierzyła go uwaŜnym spojrzeniem błękitnych oczu. 
- Wliczając to popołudnie w Los Angeles, znamy się dokładnie cztery i pół doby. Jesteśmy bezwstydni! - Zarumieniła 

się. 

Tris przytulił jej głowę do swej piersi. Gładził odruchowo palcami jedwabiste włosy, odgarniał je z czoła Mab. 
- Nie zapominaj, Ŝe obserwuję cię od trzech lat - odparł. 
- I musisz przyznać, Ŝe były to niezwykłe cztery doby. 
- To fakt. 
- W tym krótkim czasie przeŜywaliśmy chwile trudne, radosne i spokojne. Znamy się pewnie lepiej niŜ ludzie, którzy 

spotykają się ze sobą od roku. 

Przerwał i w zamyśleniu pocałował ją w czoło. 
-  Wzruszyła  mnie  twoja  troska  o  Katy.  Jesteś  odwaŜną,  wspaniałą  kobietą.  -  Objął  ją  i  przytulił  do  siebie,  a  potem 

przesunął dłoń, by dotknąć jedwabistej skóry jej pleców. 

- Chcesz, Ŝebym powiedziała, jaki ty jesteś cudowny? - Uniosła głowę i spojrzała na niego uwaŜnie. Westchnął cięŜko. 
- Myślę, Ŝe wysłuchałbym kilku uwag. 
- Jesteś niezwykły. 
Nastąpiła chwila milczenia. 
- I...? - zachęcił ją. 
- Pozwolisz mi zauwaŜyć, Ŝe jesteś teŜ odwaŜny? 
- Jeśli nalegasz. 
Przysunęła się do niego bliŜej. 
- Jesteś bardzo odwaŜny. 
- I..? 
Nagle spowaŜniała. 
- Nie obrazisz się, jeśli wspomnę, Ŝe jesteś znakomitym kochankiem? 
Westchnął i ziewnął udając znudzonego. 
- Jeśli uwaŜasz, Ŝe musisz. 
Tłumiąc śmiech, oznajmiła: 
- Fantastycznie. Cieszę się, Ŝe nie kazałam cię wykastrować. 
- Co? - zapytał głośno i poruszył się gwałtownie. 
- Kiedy zobaczyłam okładkę „USA” i zrozumiałam, Ŝe to nie podróbka, chciałam posłać do ciebie weterynarza, Ŝeby cię 

wykastrował, skoro okazało się, jakie z ciebie wredne bydlę. Teraz cieszę się, Ŝe zrezygnowałam z tego zamiaru. 

- Nasze zdjęcie wisi u mnie w sypialni - oświadczył z uśmiechem. 
Ucałował ją raz jeszcze, a potem leŜeli cicho w swoim przytulnym gniazdku. 
- Czy wspominałam ci, jak bardzo podobała mi się piosenka o Ezekielu i My Ling? 
Wzniósł oczy w górę, jakby usiłował coś sobie przypomnieć. 
- Nie, nie mówiłaś. 
- To była dla mnie cudowna niespodzianka. Miałam łzy w oczach. 
Przytulił ją i powiedział szczerze: 
- Napisałem ją dla ciebie. Czy ktoś skomponował kiedyś dla ciebie piosenkę? 
- Nie. 
- Oto kolejny pierwszy raz. Obok pierwszego tornada, pierwszego rockowego koncertu, pierwszej miłosnej nocy. 
-  Moje  pierwsze  seminarium,  pierwszy  patrol  po  klęsce  Ŝywiołowej,  pierwsza  noc  pod  gołym  niebem,  w  dodatku  w 

towarzystwie męŜczyzny - uzupełniła tę listę. 

- Twój pierwszy męŜczyzna. Twoja pierwsza prawdziwa miłość. 
- Tak - przyznała niemal zawstydzona. 
Uniósł jej podbródek, a potem pochylił głowę i cmoknął ją głośno, w usta. 
Ona teŜ była zadowolona z siebie. Skuliła się w jego ciepłych nagich ramionach i przesunęła dłonią po włosach na jego 

piersi. 

Po chwili milczenia w ciszy wczesnego poranka zapytał: 
- Co, prócz mnie, najbardziej cię zaszokowało? 
Pociągnęła go za włosy na piersi. Roześmiał się i sprecyzował pytanie: 
- Co było najbardziej niezwykłe w tych niezwykłych dniach? Nie chcę słuchać, kiedy wciąŜ powtarzasz, jaki ze mnie 

wspaniały kochanek. Bardziej mnie interesują twoje odczucia związane z huraganem w Indianie i koncertem rockowym 
Seana Moranta. 

- Szczerze mówiąc, są między nimi pewne podobieństwa - odparła natychmiast. 
- śartowałem tylko. 
- Mówiłam serio! 
Parsknął śmiechem. Mab uciszyła go i kontynuowała: 
- Jedno i drugie jest fascynujące, hałaśliwe, szybko się kończy, wyczerpuje uczestników i pozostawia po sobie mnóstwo 

ś

mieci. Wywiera bardzo niszczący wpływ na otoczenie... 

- Koncerty rocka są ekscytujące, a tornada przeraŜające - sprostował. 

background image

- Tak samo jak ta masa wymachujących rękami nastolatków. Wygląda to jak pole kołyszących się ramion. 
- Plony przyszłości. 
- Fakt  - przyznała. - To pocieszające. PodróŜowałam po Zachodnim WybrzeŜu zbierając materiały dla „Korzeni Ada-

ma” i przekonałam się, Ŝe młodzieŜ jest na ogół wspaniała. Wczoraj stwierdziłam, Ŝe ludzie mogą być dla siebie dobrzy i 
pomocni. To było niesamowite. A potem, jako kontrast, spotkałam tych dwóch złodziei. - ZadrŜała. 

Przytulił ją mocniej. 
- Co jakiś czas uświadamiamy sobie, ile niebezpieczeństw niesie ze sobą Ŝycie. Karambol na autostradzie, nagła powaŜ-

na choroba, okolica zniszczona przez tornado albo dwóch męŜczyzn, którzy dla zysku są zdolni do popełnienia zbrodni. 
Ale  takie  zdarzenia  i  obserwacje  sprawiają,  Ŝe  bardziej  cenimy  Ŝycie.  Wówczas  uświadamiamy  sobie,  jak  potrzebni  są 
nam inni ludzie. 

Mab spowaŜniała i lekko pogładziła go po twarzy. 
- Naprawdę cię kocham, Tris. 
- Cieszę się - odparł łagodnie. - Ja teŜ cię kocham. Chcę z tobą Ŝyć, kochać się, mieć z tobą dzieci. Wyjdziesz za mnie? 
Zmarszczyła brwi. 
- Przejmuję się losem kobiet, walczę o ich prawa, a leŜę teraz naga, w twoich ramionach, na tym prymitywnym posła-

niu. W tej chwili mam ochotę zapomnieć o swojej pracy, o tym, co ona dla mnie znaczy, i zgodzić się na wszystkie twoje 
propozycje. 

Wsparł się na łokciu tak, Ŝe górował nad nią. Pomyślała, Ŝe to typowe: zajął pozycję dominującą. 
Wolną ręką pogładził jej włosy. 
-  Jestem  gotów  zmienić  swoje  Ŝycie,  byśmy  mogli  być  razem.  Musimy  tylko  ustalić  szczegóły.  Oboje  potrzebujemy 

pewnych rzeczy: ja muzyki, ty - dziennikarstwa, jak sądzę. Jeśli się postaramy, znajdziemy jakieś wyjście dla nas obojga. 

Była  tak  wzruszona,  Ŝe  zapłakała.  Tris  mówił  szczerze  i  to  po  tych  wszystkich  głoszonych  przez  niego  hasłach  o 

wyŜszości męŜczyzn! 

Poznali się w tak dziwnych, niezwykłych okolicznościach... Ale co ze zwyczajnym, nudnym, codziennym Ŝyciem? Czy 

ich szacunek do siebie przetrwa taką próbę? 

Ludzie łatwo dają się ponieść emocjom, spowodowanym przez niebezpieczeństwo. Silne uczucia moŜe wywołać nawet 

zwykły odruch przetrwania. Radość ocalenia sprawia, Ŝe wszelkie szlachetne intencje wydają się trwałe. 

A  jeŜeli  zwyczajne  Ŝycie  zniszczy  ich  miłość?  Jedyną  metodą  sprawdzenia  tego  był  stary  wypróbowany  sposób  spę-

dzenia ze sobą pewnego czasu, poznania się bliŜej. Lepsze to niŜ podejmowanie pochopnych decyzji. 

Łzy płynęły Mab po policzkach. 
- Nigdy nie płaczę - powiedziała. 
Jego uśmiech rozczulił ją jeszcze bardziej. 
- Wiem. Jesteś taka kobieca i fascynująca. 
-  Nie  mam  pojęcia,  dlaczego  przy  tobie  płaczę,  ale  mam  wraŜenie,  Ŝe  odkąd  ciebie  spotkałam,  nic  dla  mnie  nie  ma 

znaczenia. Z takich czy innych powodów. - I nagle zastanowiła się. CzyŜby jej płacz wzbudziło wewnętrzne przekonanie, 
iŜ nie pasują do siebie? śe te dni mogą się okazać tylko interludium? 

- I ja czuję się przy tobie niespokojny. Chcę, by twoje oczy błyszczały szczęściem. Pragnę, byś mnie kochała. 
- Kocham cię. 
CzyŜby mimo niepewności chciała go przekonać o swoim uczuciu, na wypadek gdyby mieli się rozstać? 
Pochylił się wolno, pocałował ją, a ona przytuliła się do niego. Pieszczoty były teraz łagodniejsze, a poŜądanie nie tak 

gwałtowne.  Dotknięcia  stały  się  wyrafinowane,  świadomie  podniecające.  Spełnienie  dostarczyło  im  i  tym  razem  pełnej 
satysfakcji. 

Znowu  zasnęli, tuląc się  do  siebie.  Odpływając  w sen,  Mab  zastanawiała  się, jak  przeŜyć  te  wszystkie  samotne  noce, 

gdy Trisa juŜ przy niej nie będzie. Wsłuchując się w równy i głęboki oddech kochanka, zasnęła. 

Jakiś czas potem obudziło ich radio. Tris wysunął się spod koca i zajrzał do dŜipa, by odpowiedzieć na wezwanie. Sztab 

akcji łączył się z ochotnikami, by sprawdzić, czy wszystko w porządku. 

- Twoja ciotka powiedziała, Ŝe Ken Harris i jego córka, Katy, zamieszkają u nich w domu - poinformował go ktoś ze 

sztabu.  -  W  ten  sposób  mała  będzie  pod  opieką,  dopóki  pani  Harris  nie  wyjdzie  ze  szpitala.  Na  szczęście  wraca  do 
zdrowia. Twój zespół teŜ nam pomaga. Miłe chłopaki. Bali się o ciebie i dlatego kwaterują teraz u twojej ciotki. 

- Wszyscy tam są? 
- Tak. Miłe chłopaki - powtórzył raz jeszcze członek sztabu, jakby był tym zdziwiony. 
- Dzięki. Daj znać, gdybyś nas potrzebował. 
- Jasne. Do usłyszenia. 
Tris odłoŜył radio i spojrzał na Amabel. Uśmiechnął się do niej, a potem przeciągnął leniwie, świadomie się popisując. 
Przyjemnie  było  na  niego  patrzeć.  Przypominał  koguta,  który  pianiem  wita  dzień.  Był  wspaniały.  Stanął  z  rękami 

wspartymi na nagich biodrach i obserwował okolicę. 

Mab skuliła się pod kocami, wciąŜ rozgrzanymi ciepłem jego ciała. Patrzyła na niego z podziwem. 
Kiedy zbadał teren, odwrócił się do niej z radosną miną. Musiała się uśmiechnąć. Przypominał w tym momencie czło-

wieka pierwotnego. 

- Chodź, kobieto, wykąpiemy się w jeziorze. 
- Zwariowałeś - odparła opryskliwie. 

background image

- To dodaje sił! 
- Chcesz, Ŝebym dostała zapalenia płuc?! Zaczekam na ciebie. Idź sam. 
Podparty pod boki, pochylił głowę i rozkazał: 
- Chodź natychmiast. Rusz się. Wyłaź. Ciesz się dniem. 
Roześmiała się głośno. Dokładnie wyobraziła sobie jego przodków Ŝyjących tysiące lat temu. Dobrze, Ŝe mieli potom-

stwo. Po raz ostatni otuliła się kocami, potem odrzuciła je, zerwała się z posłania i pobiegła w kierunku jeziora. 

Krzyknął coś radośnie i pobiegł za nią, obserwując w ruchu jej ekscytujące, nagie ciało. Mab jęknęła i zatrzymała się 

tuŜ przy błotnistym brzegu. Tris wziął ją na ręce i wrzucił do wody. 

Mab  miała  wraŜenie,  Ŝe  pogrąŜa  się  w  płynnym  lodzie!  Tris  krzyczał,  gonił  ją  i  popędzał  szybkimi  szczypnięciami  i 

klapsami.  A  ona  piszczała  i  śmiała  się,  aŜ  rozgrzała  się  dostatecznie.  Pływając  pospiesznie,  mogli  przez  chwilę 
wytrzymać w tej wodzie. Zaczęli zazdrościć rodzinie Harrisów ich raju.. 

W końcu, trzymając się za ręce, wrócili pędem do swego legowiska i wytarli się kocem. Ubrali się, Ŝarłocznie pochło-

nęli kanapki i jabłka, które zostawił im policjant. Jednak kawa była obrzydliwa. 

Niechętnie  wracali  do  miasta.  Napełnili  zbiornik  dŜipa  i  odstawili  samochód  do  sztabu  akcji  ratowniczej.  Któryś  z 

ochotników podwiózł ich do domu Magee’ów. 

Ciotka Trudy była w swoim Ŝywiole: karmiła, bawiła, rozkazywała i opiekowała się ludźmi. Byli tam teŜ muzycy i kil-

ka osób z ekipy technicznej, którzy przybyli do Fort Wayne wraz z Trisem. Dla nich to była niezwykła przygoda. KrąŜyli 
wokół, pomagając, i przenosząc rzeczy. 

-  Musimy  mieć  czasem  kontakt  z  prawdziwym  Ŝyciem  -  tłumaczyli  w  odpowiedzi  na  podziękowania  rodziny 

Magee’ów. - Moglibyśmy pomyśleć, Ŝe istnieje tylko świat rocka. 

KaŜda pomoc była potrzebna. CięŜko pracujący muzycy zostali zaakceptowani. Ale kiedy cała grupa postanowiła kupić 

tu ziemię i osiedlić się, wuj Finnegan ostrzegł ich: 

- Pamiętacie „The Music Man”? I piosenkę o tym, Ŝe w Iowa ludzie przechodzą obok siebie i nigdy nie patrzą sobie w 

oczy?  Iowa została zasiedlona sto lat temu przez ludzi, którzy wyruszyli na zachód z Indiany, kiedy tu zrobiło się zbyt 
tłoczno.  Trzymamy  się  razem  w  chwilach  katastrofy,  ale  kiedy  niebezpieczeństwo  minie,  wzajemna  bliskość  znika.  Za 
miesiąc wszyscy wrócą do swoich spraw, poczucie wspólnoty rozwieje się jak dym i pozostanie jedynie obojętna uprzej-
mość. 

- Tak - przyznał perkusista. - Ale dobrze wiedzieć, Ŝe ludzie pomagają sobie w chwilach zagroŜenia. 
Samo wykarmienie tego tłumu ludzi było trudne i wymagało cięŜkiej pracy. Goście byli jak chmara szarańczy, poŜe-

rająca pole kukurydzy. Tris pilnował, by nie zabrakło jedzenia. 

Drzewo oparte o ścianę domu zostało w końcu pocięte i porąbane na polana. Muzycy, nie zwaŜając na swoje delikatne 

dłonie, rąbali drwa. Świetnie się przy tym bawili. 

W tych dniach cała okolica dowiedziała się, jak naprawdę nazywa się Sean Morant i Ŝe rodzina Magee’ów jest z nim 

spokrewniona. Dla niektórych ludzi nic to nie znaczyło, ale większość z dumą przyjęła tę wiadomość. 

A Mab przez cały czas obserwowała Trisa i myślała o tym, jak potoczy się ich Ŝycie. 
 
Codzienne obowiązki przerwały tę idyllę. Tris miał termin nagrania, a Mab wróciła do Los Angeles. Rozstali się czule. 

Mab zastanawiała się, ile jeszcze razy w przyszłości znajdzie się w jego ramionach. 

Podczas podróŜy samolotem wciąŜ myślała o swoich problemach. Dlaczego była tak przygnębiona? Po prostu nie wie-

rzyła, Ŝe to uczucie moŜe przetrwać. 

Tris dzwonił do niej i za kaŜdym razem pytał: 
- Wszystko w porządku? 
Mab zaś zapewniała go, Ŝe wciąŜ o nim myśli. 
Minęła wiosna i lato, nadeszła jesień, a kochankowie starali się być razem. Początkowo dzwonili do siebie codziennie, 

potem zdarzył się jakiś dzień bez telefonu. Potem kilka dni. 

Narzekali  na  rozkład  zajęć.  Przerwy  w  codziennych  kontaktach  były  spowodowane  zawsze  nadmiarem  obowiązków. 

Oboje mieli duŜo zajęć i niewiele wolnego czasu. 

Później spotkali się w St. Louis i spędzili weekend w łóŜku. Tris kupił owoce, sery, pieczywo... i prezerwatywy. Śmiali 

się i kochali. I były to kolejne niezwykłe dni. śadna próba, tylko wygłodniałe oczy, dłonie i ciała... 

Spotkali  się  w  Denver,  w  Atlancie,  Chicago.  Mab  była  na  dwóch jego  koncertach  i  przyglądała  się tłumom.  Jak  Tris 

mógłby  zrezygnować z takiej adoracji? Czy ona zdoła zastąpić te zachwycone nim dziewczyny? Czy jedna kobieta mu 
wystarczy? Nie, to niemoŜliwe! 

Pewnego razu umówili się, Ŝe spędzą razem weekend. Tris zjawił się w Los Angeles, by się spotkać z Mab, ale ona była 

w Seattle. 

SkarŜył się przez telefon. 
- Siedziałem na progu dwie godziny, zanim twoja urocza sąsiadka powiedziała mi, Ŝe wyjechałaś. 
- Pocieszyła cię? - burknęła Amabel. 
- Tylko to cię interesuje? 
- Czego jeszcze chcesz ode mnie? - warknęła. 
- Mogłabyś powiedzieć, Ŝe czułaś się samotna w Seattle i wolałabyś być ze mną. 
Milczała przez chwilę. 

background image

- Chciałabym być w domu, by otworzyć ci drzwi i paść w twoje ramiona - powiedziała. 
- To juŜ brzmi lepiej. 
- Tris, nasz romans się nie klei - odezwała się Mab niepewnie. 
- Musi być jakieś rozwiązanie tego problemu - odrzekł rozgoryczony Tris. 
- Nie mogę zrezygnować z pracy - oświadczyła Mab. 
- Ani ja - odrzekł. 
Znowu się rozpłakała. Mówił jej słodkie słówka, lecz był poirytowany. Płakała coraz rzewniej. 
Dlaczego ich związek moŜe być jednocześnie tak upragniony i niemoŜliwy? Miała rację, nie zgadzając się od razu na 

małŜeństwo. 

Nie mogła się doczekać, by kochać się z Trisem. To zdumiewające, Ŝe przez niego nie zaszła w ciąŜę! Przez niego? Ona 

jako  ofiara?  A  co  niby  robiła  pod  tymi  kocami?  Odpowiadała  za  siebie  i  swoje  zachowanie.  Nie  mogła  winić  nikogo 
innego. 

Wspominała, jak Tris wstał wczesnym rankiem, by odpowiedzieć na wezwanie sztabu akcji ratowniczej. Jak pręŜył swe 

wspaniałe nagie ciało, wiedząc, Ŝe ona go obserwuje, i pozwalał, by syciła się jego widokiem. Wspominała chwile, gdy 
leŜała pod kocami wciąŜ rozgrzanymi ciepłem jego ciała. 

Chciała być przy nim. Wreszcie zrozumiała, w jaki sposób musi zmienić swoje Ŝycie, by być stale z Trisem. Stanęła na 

rozstajach dróg. I wybrała. Pogodziła się z faktem podjęcia decyzji, Ŝe cokolwiek to przyniesie, pojedzie do Trisa i posta-
ra  się,  aby  im  się  udało.  Odwiedziła  swojego  szefa  Wally’ego  i  wyjaśniła  mu  sytuację.  Miała  zamiar  zrezygnować  z 
pracy. 

Był zdumiony. 
- Tak bardzo go kochasz? 
- Najwyraźniej - odparła bez entuzjazmu. 
Od  pewnego  czasu  sama  kierowała  swoim  Ŝyciem.  I  to  jej  się  podobało.  Przed  nikim  nie  musiała  się  tłumaczyć.  Jej 

Ŝ

ycie  naleŜało  do  niej  i  tak  powinno  zostać.  To,  co  miała  w  szafie,  sama  sobie  wybrała.  W  lodówce  miała  to,  co 

postanowiła kupić. Posiłki jadła wtedy, gdy miała na to ochotę, i tam, gdzie się jej podobało. 

- MoŜesz pracować dla nas na zlecenie - zaproponował Wally. 
- Dziękuję. 
- Twój artykuł o tornado w Indianie był rewelacyjny. 
- To niezwykłe przeŜycie. 
Wally patrzył na nią tak, jakby głęboko jej współczuł. 
- Weź urlop - poradził. - Nie rezygnuj natychmiast. 
- Nie kuś mnie. Muszę to zrobić. 
- Podziwiam cię, Mab. Nie jestem pewien, czy Chris zrobiłaby dla mnie coś takiego. 
Mab spojrzała na niego zdumiona. 
- Zrobiła. 
Wally zmarszczył brwi. 
- O czym ty mówisz? 
- Nigdy nie wspomniała ci o ParyŜu? 
- O ParyŜu? - spytał cicho. 
- Gdy zaczęliście się ze sobą spotykać dopiero dwa lub trzy razy - wyjaśniła Mab - szef zaproponował jej prowadzenie 

biura w ParyŜu. 

- Tak? - Spojrzał na nią zdumiony. - I ona... odmówiła... z mojego powodu? 
Mab kiwnęła głową. 
- Nawet okiem nie mrugnęła. Powiedziała: „JeŜeli związek z Wallym ma jakieś szanse, muszę zrezygnować z wyjazdu 

do ParyŜa”. Wtedy uwaŜałam, Ŝe jest szalona. - Urwała na moment. - Nigdy ci o tym nie mówiła? 

Wally zastanawiał się przez chwilę. 
- Jeśli nawet, to jakoś tego nie pamiętam. 
- Urobiła sobie ręce po łokcie, by dostać tę posadę. 
- O BoŜe. - Błysnęły mu oczy. - Mogę skorzystać z telefonu? 
Nie czekając na odpowiedź, wybrał numer. Amabel takŜe słyszała, jak Chris wita się z męŜem. 
- Skarbie, kocham cię. 
Z drugiej strony padło jakieś krótkie pytanie. 
- Dobrze się czuję. Załatw opiekunkę do dzieci. Pójdziemy dzisiaj na kolację. 
Chris zaczęła coś tłumaczyć, ale Wally przerwał jej: 
-  Nie  mam  ochoty  tam  iść.  Zadzwonię  do  Boba  i  powiem,  Ŝe  coś  nam  wypadło.  Idziemy  razem  na  kolację.  WłóŜ  tę 

zieloną... Chris, czy  mówiłem ci... zresztą powiem ci dzisiaj. - OdłoŜył słuchawkę.  - Dzięki, Mab - powiedział nagle. - 
Powodzenia. 

Mokrymi od łez oczami patrzyła, jak wybiega z pokoju. Nie płakała, dopóki nie poznała Trisa. Wielkie nieba, co się z 

nią dzieje? Zamienia się w sentymentalną idiotkę. 

Wróciła do domu, Ŝeby się spakować. Rozejrzała się po mieszkaniu i pomyślała, Ŝe będzie musiała sprzedać te starannie 

dobrane meble. Wysyłka na drugi koniec kraju kosztowałaby zbyt drogo.  Była  trochę zdziwiona, Ŝe jest zdolna prawie 

background image

bez Ŝalu z wszystkiego zrezygnować. 

Wreszcie zrozumiała, Ŝe nic nie moŜe się równać z potrzebą bycia z Trisem. Próbowała połoŜyć na szali wszystko inne, 

co  miała  w  Ŝyciu,  lecz  podjęła  decyzję  w  chwili,  gdy  zrezygnowała  z  pracy.  Ale  dopiero  decyzja  pozbycia  się  mebli 
uświadomiła jej ostatecznie, Ŝe Tris jest dla niej najwaŜniejszy na świecie. 

Jedzie do niego. Wolna i swobodna. 
Zadzwonił  dzwonek  i  Mab  podeszła  do  drzwi.  Spojrzała  przez  wizjer  i  zobaczyła...  Trisa!  Była  wstrząśnięta.  Gwał-

townie otworzyła drzwi i zamarła w bezruchu. 

Był zmęczony i ponury. Nie ogolony i w wymiętym ubraniu. 
- Wygrałaś - powiedział. 
Wiedział, Ŝe nigdy nie stawiała mu ultimatum. Ze zdumieniem patrzył, jak śmieje się przez łzy. Rzuciła mu się na szyję. 

Nie  był  to  dobry  pomysł,  gdyŜ  Tris  był  zmęczony  i  rozdraŜniony.  Kupił  wino,  bagietki,  sery  oraz  torbę  pomarańczy  i 
jabłek. 

WciąŜ pociągając nosem, wzięła od niego walizkę i pomogła zdjąć cięŜki zimowy płaszcz. Płakała i śmiała się. 
- Dostałaś ataku histerii? 
Pokręciła głową. 
Tonem, który zabrzmiał niemal gniewnie, oznajmił: 
- Nie mogę bez ciebie Ŝyć. 
To wzbudziło tylko nowy wybuch płaczu i śmiechu. 
Rozzłościł się na dobre. 
- Mogłabyś okazać mi trochę wdzięczności, uparciuchu. 
Objęła go mocno, a on tylko westchnął z rezygnacją. Potem odchyliła głowę, spojrzała na niego i uśmiechnęła się tak 

słodko, Ŝe pocałował ją mocno. DraŜnił jej delikatną skórę kłującym zarostem. Obejmował ją mocnymi ramionami. Był 
tutaj! 

- Ten cholerny samolot utknął w Kansas na dwa dni - mruknął. 
- Chcesz wziąć prysznic? - spytała niepewnie. 
- Jeśli wykąpiesz się ze mną. Odszedłem z zespołu. Postanowiłem zacząć nowe Ŝycie. 
Zrobił to dla niej. Nie było w jego Ŝyciu nic waŜniejszego niŜ ona. Musi go ugłaskać, zanim wreszcie jej to wyzna. 
Pomogła mu zdjąć ubranie, a on nie oponował. Zaprowadziła go do łazienki i odkręciła kurki. Patrzył, jak zaczyna się 

rozbierać, uśmiechając się zalotnie. 

Wszedł pod strumień wody, trzymając ją za rękę, a potem stał nieruchomo, gdy go namydlała. OdpręŜył się nieco. Mył 

ją potem delikatnymi, pieszczotliwymi dłońmi. 

Dokładnie  znała  jego  problemy.  Pragnął  jej  i  kochał  ją  bardziej  niŜ  cokolwiek  na  świecie.  Była  tak  podniecona  tą 

ś

wiadomością, Ŝe nie mogła się doczekać, aŜ pójdą do sypialni. 

Spłukali się i ucałowali. Pociągnęła go za rękę, by wyjść z łazienki, ale on przyciągnął ją do siebie i wziął w łazience. 

Roześmiała się. Pragnął jej tak bardzo, Ŝe szybko skończył. Potem, oparty o kabinę prysznica, rozluźnił ramiona i wypu-
ś

cił ją z objęć. 

- To była paskudna podróŜ. Wszystko się przeciwko mnie sprzysięgło. Nie mogłem się do ciebie dostać, Amabel, moja 

Mab. Kocham cię. PodróŜ całą wieczność. Byłem nieuprzejmy dla kaŜdego, kto mi stanął na drodze. A potem przyjecha-
łem tutaj, a ty co zrobiłaś? Śmiałaś się tryumfalnie. 

Starannie wytarła jego ciało. 
- Przyznaję, Ŝe wygrałaś - mówił dalej. - Ale mogłabyś zachować powagę, a nie uśmiechać się tak złośliwie. Przyznaję, 

Ŝ

e  zrobię,  cokolwiek  zechcesz,  jeśli  tylko  za  mnie  wyjdziesz.  Myślę  jednak,  Ŝe  Ezekiel  miał  rację.  Powinienem  cię 

porwać, moja Chinko, uciec z tobą, a potem trzymać cię w zamknięciu, cięŜarną. 

- Chodź do sypialni. 
- Chce mi się spać - zaznaczył. - Jestem wykończony. Okrutna z ciebie kobieta. 
W sypialni zobaczył zarzucone ubraniami łóŜko. Mab spojrzała na niego z rozczulającym uśmiechem. 
Zmarszczył czoło. 
- Gdzie się, do diabła, teraz wybierasz? 
- Rzuciłam pracę i pakowałam się, Ŝeby jechać do ciebie. 
Przez chwilę stał bez ruchu, a potem chwycił ją w ramiona. 
- Zrobiliśmy to. 
- Cokolwiek się zdarzy... 
Okazało  się,  Ŝe  nie  jest  aŜ  tak  zmęczony.  Długo  trzymał  ją  nagą  w  objęciach  i  pieścił.  Potem  niecierpliwym  ruchem 

zrzucił wszystko, co leŜało na łóŜku, i połoŜył się wraz z Mab w miękkiej pościeli. 

Oboje wiedzieli, Ŝe razem naprawdę im się uda, cokolwiek się zdarzy.