background image

 
 
 

SVEN JONAS STILLE 

 
 
 
 

PODRÓŻ DO POLSKI 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

DO CZYTELNIKA 

Notatki dotyczące losów autora i jego towarzyszy podczas ich 

podróży  do  Polski,  które  zostają  teraz  oddane  do  rąk  ogółu, 

miały  pierwotnie  dostarczyć  jedynie  miłych  chwil  autorowi  i 
jego  najbliższym. 

Wszelako,  ulegając  wciąż  nowym 

perswazjom  i  wezwaniom  przyjaciół,  autor  przystał  na 

ogłoszenie  ich  drukiem.  Zostają  więc  przekazane  ogółowi  ze 

wszystkimi  błędami  i  zaletami,  często  bowiem  rzucone  były 
pospiesznie na papier w krytycznych chwilach, a nie kierowała 

tym  żadna  inna  myśl  poza  nadzieją,  iż  dążenie  do  prawdy  i 

obiektywizmu,  z  jakim  autor  starał  się  opisać  wydarzenia 

których był naocznym świadkiem, mogą okazać się użyteczne. 

Autor me starał się nadać wartości literackich swej książeczce 

ani  też  nie  poczuwa  się  do  zasług  w  tej  dziedzinie,  jest  więc 

spokojny wierząc, że życzliwi czytelnicy wybaczą banalność, a 

w  tym  wszystkie  popełnione  błędy.  Autor  przyjmie  z 
zadowoleniem wyrok, jaki wyda rozsądna krytyka. 

Ponieważ  stałe  zajęcia  uniemożliwiły  autorowi  osobiste 

dokonanie  korekty  i  zmuszony  był  powierzyć  ją  swym 

przyjaciołom, którzy trochę się na tym znali, w tekście znalazło 

się  wiele  błędów  w  pisowni  i  interpunkcji,  które  czytelnik  

zechce wybaczyć. 

S  J  S 

Lund, w marcu 1834 

background image

W  młodości  nadajemy  słowu  „ludzkość"  szersze  znaczenie,  zanim 

doświadczenie  nie  nauczy  nas,  iż  sens  jego  jest  najczęściej  dość 

ograniczony.  Patrzymy  wówczas  na  świat  i  ludzi  wyłącznie  jak  na 

przyjaciół  danych  nam  po  to,  byśmy  ofiarowywali  sobie  nawzajem 

spokój, wspierali się i uszczęśliwiali. Ojczyzna jest wówczas jedynie 

stałym  punktem,  z  którego  obejmujemy  spojrzeniem  niespokojny 

świat wierząc, iż wszystkie idee, które obchodzą ludzkość, obchodzą 

także i nas. 

I  właśnie  dlatego,  jako  ludzie  kochający  wszystko,  co  wielkie, 

wszystkie wzniosłe ofiary na rzecz spraw, które uważaliśmy za słuszne 

i  sprawiedliwe,  jak  również  w  przekonaniu,  że  nasze powołanie  jako 
lekarzy oznaczało złożenie ludzkości w darze sił i doświadczeń przez 

nas  zdobytych,  a  wreszcie,  co  tu  ukrywać,  pchnięci  ciekawością 

kuszącą nas na tysiączne sposoby, odbyliśmy podróż do kraju, którego 

sytuację niezupełnie jasno rozumieliśmy, a którego pomyślność jest i 

będzie sprawą całej ludzkości. 

Nasze  przedsięwzięcie  nie  miało  nic  wspólnego  z  polityką.  Jako 

młodzi  ludzie  zbyt  słabo  orientowaliśmy  się  w  jej  zawiłościach,  by 

zdawać sobie sprawę, co było politycznie słuszne. Gałąź wiedzy, której 

poświęciliśmy się, nauczyła nas neutralności pośród ścierających się 

opinii. Człowiek ranny bowiem, człowiek, który potrzebuje pomocy, 

przestaje  być  czyimkolwiek  wrogiem,  a  już  najmniej  jest  wrogiem 

lekarza,  którego  jedynym  obowiązkiem  jest  udzielanie  pomocy 

każdemu,  kto  jej  potrzebuje,  bez  względu  na  to,  jakie  ma  on 
przekonania religijne i polityczne. 

Polacy byli narodem, który w wielkiej bitwie, nie dysponując niczym 

prawie,  wykształcił  w  sobie  potężną  siłę.  To  oni  właśnie  poświęcili 

wszystko  dla swej  wolności i  uważaliśmy,  iż  jako  ludzie, im  przede 

wszystkim winniśmy ofiarować swe umiejętności. 

Aby móc ułożyć w prostą opowieść to wszystko, co piszący i jego 

towarzysze uznali za godne uwagi w czasie podróży, podjętej z myślą o 

przyjściu  z  pomocą  Polakom  będącym  w  potrzebie,  a  także  by 

przywołać osobiste wrażenia, jakie na piszącym wywarły wypadki tej 
miary  co  powstanie  narodu  polskiego  przeciw  Rosji,  konieczne  jest 

wyjaśnienie.  Rewolucja  nie  jest  czymś  wielkim,  czymś,  co  w 

zasadniczy  sposób  godzi  w  porządek  świata,  jakże  często  bowiem 

rezultaty jej są znikome. Oznacza ona straszliwe zerwanie wszystkich 

więzi, spajających z sobą naród i czynią-

 

background image

cych  go  szczęśliwym.  Jest  symptomem  wzmożonego  napięcia  opinii 
publicznej,  a  rezultaty  jej  ulegają  unicestwieniu,  gdy  tylko  duch 

rewolucyjny  osłabnie.  Rewolucja,  podobnie  jak  obroty  ziemi,  jest 

świadectwem  okresu  przejściowego  ludzkich  możliwości  intelektual-

nego tworzenia, nie jest ona może samym przybraniem nowej formy, 

lecz tylko oznaką istnienia fermentu, który zapewne nie doprowadzi do 

rozkładu przestarzałych form przez wstrząsy, lecz poprzez nie da znać 
o swym istnieniu. 

Rewolucje  narodowe  są  bólami  towarzyszącymi  wzrastaniu  rodu 

ludzkiego. 

Jedynie posuwając się powoli naprzód zapewnić można zwycięstwo 

oświeceniu i wolności. Siły duchowe prowadzą teraz decydującą walkę 

z  siłami  materialnymi  i  do  zwycięstwa  niepotrzebne  są  im  żadne 
rewolucje  —  tylko  niecierpliwi  pragną  bowiem  zrywać  owoce,  gdy 

dopiero pokazał się pączek. Prawda toruje sobie drogę podobnie jak 

przyroda powoli, lecz pewnie. Siła jej podobna jest sile, z jaką roślina 

cicho i niepostrzeżenie rozsadza skałę, która ją spętała, prawdziwa zaś 

wolność nie jest cieplarnianą rośliną, potrzeba jej tysięcy lat, by mogła 

wyrosnąć i wydać dojrzałe owoce. 

Ludzie  nie  mogą  być  wolni,  dopóki  nie  zrozumieją,  co  oznacza 

prawdziwa  wolność.  Gdy  wyraźnie  zdadzą  sobie  kiedyś  sprawę,  do 

jakiego  celu  zmierzają,  gdy  potrafią  kiedyś  być  sprawiedliwi wobec 

siebie  samych  i  tych,  co  nimi  rządzą,  będą  wówczas  wolni,  nie 

potrzebując  przelać  nawet  jednej  kropli  krwi.  Życie  narodów 

przypomina  życie  organizmów,  jest  ciągiem  następujących  po  sobie 

etapów zniszczenia i odnowy, jest to ciągła rewolucja, nie kończąca się 
seria  zmian,  i  —  według  mnie  —  Gutenberg,  Fulton  i  Lancaster  byli 

największymi  na  świecie  rewolucjonistami,  ponieważ  ich  odkrycia  i 

badania przygotowały zwycięstwo rozumu. 

Zamiarem  autora  tej  małej  książeczki  nie  jest  więc  wywyższanie 

jednej z walczących stron kosztem drugiej, uważa on jedynie za swój 

obowiązek opowiedzieć, co widział i słyszał, i jeżeli nawet ośmielał się 

niekiedy  podzielić  swymi  wrażeniami,  pragnie  z  góry  zaznaczyć,  iż 

jest to wyłącznie wyraz jego prywatnych przekonań, i że nie pragnie 

nikogo  w  ten  sposób  zmuszać  do  dzielenia  jego  poglądów.  Będąc 

Szwedem,  autor  kocha  wolność  zgodną  z  prawem  nie  znosi  więc  w 

takim samym stopniu ucisku, co braku dyscypliny. Ten krótki wstęp 

powinien  być  świadectwem  punktu  widzenia  autora  w  sprawie,  na 

którą ludzie mają różne poglądy. Przechodzi  on więc teraz do opisu 

podroży,  który  —  gdyby  nawet  nie  miał  innej  wartości  —  jest 

przynajmniej  próbą  bezstronnego  opisu  przebiegu  wypadków,  jakich 

autor był świadkiem w ostatnim okresie walki Polaków o wolność.

 

background image

Gdy  już  zdecydowałem  się  wziąć  udział  w  podróży  moich 

przyjaciół,  pozostał  mi  jeszcze  najboleśniejszy  z  obowiązków, 

pożegnanie  z  rodzicami.  Miłość  do  rodziców,  których  opiece 

zawdzięczamy to, czym jesteśmy lub czym się staniemy, do tych, 

którzy  poświęcili  wszystko,  aby  kiedyś  w  niepewnej  przyszłości 

otrzymać podziękowanie za swe ofiary, miłość ta większa jest od 

miłości ojczyzny i wszystkiego, co tylko jest drogie człowiekowi. 

Ojciec szybko udzielił mi pozwolenia. Zgodził się, bym zadecydował 

sam o własnym losie, matka zaś, wyobrażając sobie już zawczasu 

słodycz  ponownego  spotkania,  zezwoliła,  bym  odbył  tę 

niebezpieczną podróż. 

Nie zapomnę nigdy tej chwili pełnej bólu i żalu — czułem, jak-

bym próbował oderwać się od świata. Tak zresztą było, nikt mi nie 

był droższy na ziemi od rodziców i do tej pory nie znalazłem nic, co 

by  mi  potrafiło  zastąpić  spokojne,  beztroskie  chwile,  jakie 

przeżyłem w domu, gdzie każda rzecz, każde słowo, każda scena 
rodzinna  nadal  jest  bliska  mojemu  sercu  i  jeszcze  dzisiaj  zmusza 
mnie do snucia wspomnień. 

2 maja pożegnałem najbliższych. Nie miałem im odwagi powie-

dzieć, że widzimy się przed moim wyjazdem po raz ostatni, chcia-

łem ich i siebie oszukać pocieszającą myślą, wkrótce spotkamy się 
znowu! 

Wróciłem do Lund, sceneria zmieniła się, spotykały mnie wszę-

dzie  wesołe  twarze,  widziałem  wokół  przyjaźń  i  miłość.  Była  to 

miłość, która ważyła się na wszystko, ten czuł się tutaj jak u siebie w 

domu, kto wszystko umiał poświęcić. 

Moi przyjaciele zajęli się pakowaniem, a ja wraz z nimi 6 maja o 

pierwszym  porannym  brzasku  pośpieszyliśmy  pożegnać  się  z 
naszymi  nauczycielami,  z  tymi,  którzy  byli  dla  nas  drugimi 

rodzicami. Wszyscy zdawali się darzyć nas przyjaźnią i ojcowską 

dobrocią. Niektórzy nie pochwalali naszego przedsięwzięcia, inni z 

kolei je wysławiali, lecz jedni i drudzy życzyli nam szczerze dobrej 

podróży. 

Po  południu  na  dziedzińcu  zebrali  się  wszyscy  bez  wyjątku  nasi 

koledzy  —  młodzież  studiująca  w  Lund.  Chcieli  raz  jeszcze  nas 

zobaczyć i pożegnać po raz ostatni. Chcieli raz jeszcze pokazać, jak 

bardzo  bliski  był  im  los  nasz  i  narodu,  do  którego  jechaliśmy, 

młodzież dostrzega bowiem jedynie to, co romantyczne. Widzieli w 

nas  trzech  młodych  ludzi,  którzy  ważyli  się  na  wszystko  dla 

sprawy, którą uważali za słuszną. Kochali Polskę, gdyż walczyła o 

wielką  sprawę.  Człowiek  młody  nie  stara  się  nigdy  odgadnąć 

możliwych skutków różnych przedsięwzięć, dostrzega jedynie ideę 

leżącą u ich podstaw. Pogardza człowiekiem przezornym, jak orzeł 

pogardzałby mędrcem, przepowiadającym mu na

 

background image

podstawie wyliczeń niechybną śmierć przy upadku z wysokości, na 

której  szybuje,  choćby  nawet  w  kilka  chwil  później  miał 

rzeczywiście  zwalić  się  na  ziemię  z  podstępnie  przestrzelonym 

skrzydłem. Młodość to okres siły, wtedy właśnie krew płynie wartko 

w  żyłach  i  człowiek  wierzy,  że  los  jest  sprawiedliwy  nawet  z 

ludzkiego  punktu  widzenia,  i  nie  bierze  pod  uwagę,  że 

niesprawiedliwość  na  świecie  jest  sprawiedliwością  w  wyrokach 

wieczności,  oraz  że  zgniecenie  narodu  jest  tylko  klamrą  w  serii 

wydarzeń scalających przeszłość z tym, co nadchodzi. 

Dlatego też koledzy tak ciepło odnieśli się do projektu naszego 

wyjazdu. Młodzież powitała nas na dziedzińcu radosnym „Hurra!" 

a  najstarszy  z  zebranych  powiedział  kilka  serdecznych  słów  w 
imieniu  pozostałych  i  zakończył  okrzykiem:  „Niech  żyje  naród 
polski!" A potem udaliśmy się wszyscy do rogatek południowych, 

śpiewając  jedną  z  pieśni  patriotycznych.  Tam  koledzy  pożegnali 

nas  raz  jeszcze  i  ruszyliśmy  w  drogę.  Gdy  odjeżdżaliśmy,  stali 

nadal  machając  po  raz  ostatni  na  pożegnanie,  aż  zniknęli  nam  z 

oczu za zakrętem. 

W drodze do Malmo mijaliśmy szeroką nizinę, która rozciągała 

się aż po horyzont i usiana była licznymi kościołami  i wioskami. 

Przez  całą  drogę  mijaliśmy  znane  nam  miejsca.  Zostawialiśmy  je 

szybko  za  sobą.  Były  na  stałe  przywiązane  do  ziemi,  my  zaś 

mieliśmy  przed  sobą  świat  pełen  nadziei  i  niebezpieczeństw. 

Wkrótce zauważyliśmy wieżę w Malmo i po godzinie wjechaliśmy 

do tego pięknego miasta. 

Bergh miał tam rodzinę, a Stenkula wielu znajomych, ja prawie 

nikogo. Przyjaciele moi wyszli do miasta, ja zaś napisałem kilka 

listów pożegnalnych do rodziców i rodzeństwa. 

Następnego  dnia  rano  o  ósmej  udaliśmy  się  do  portu  w  towa-

rzystwie  naszych  przyjaciół.  Był  piękny  poranek,  powierzchnia 
morza lekko wzburzona i oświetlona promieniami słońca, podob-

nie  nadzieja  oświetla  powierzchnię  niepokojącej  i  niebezpiecznej 

rzeczywistości.  Weszliśmy  na  pokład  —  jeszcze  uścisk  dłoni  ze 
szwedzkiego  brzegu,  marynarze,  nieczuli  na  cierpienia  serca, 
odepchnęli statek od nadbrzeża i zaczęła się podróż. Długo staliśmy 

w milczeniu patrząc, jak nasi przyjaciele na brzegu znikają jeden 

po  drugim.  Miasto  stawało  się  coraz  bardziej  niewyraźne,  aż 

rozpłynęło się w oddali. Przypomniałem sobie wówczas dokładnie, 
co jeden z przyjaciół z Lund powiedział mi przy rozstaniu: „Spełnij 

swój obowiązek i nie zapomnij ani na chwilę, że jesteś Szwedem". 

Aż do tej pory nie rozumiałem w głębi duszy właściwego znaczenia 

tych słów, teraz dopiero pojąłem, co znaczy kochać ojczyznę. 

Na   samym   początku   podróży  czekały   nas   kłopoty,   popsuła

 

background image

się  bowiem  pogoda.  Zerwał  się  ostry  wiatr  i  fale  robiły  się  coraz 

większe.  Mieliśmy  zawinąć  na  Drago,  ale  wiatr  się  zmienił  i 

pomknęliśmy  w  kierunku  Kopenhagi,  której  posępna  sylwetka  z 

wieżami  powoli  wyłaniała  się  z  mgły.  Wkrótce  zawinęliśmy  do 

portu,  gdzie  powitał  nas  czerwono  ubrany  żołnierz,  który  zapro-

wadził  nas  od  razu  do  komory  celnej.  Ponieważ  nasz  niewielki 

bagaż słusznie uznany został za inconfiscabla

1

, a nasze paszporty 

nie  budziły  zastrzeżeń,  rozpoczęliśmy  wędrówkę  do  miasta  i 
zatrzymaliśmy się w zajeździe Stadt-Lauenburg. 

Następnego  dnia  poszliśmy  na  giełdę,  żeby  dowiedzieć  się  o 

możliwości  dotarcia  morzem  do  jakiegoś  niemieckiego  portu  i 
omawialiśmy właśnie z angielskim kapitanem podróż do Gdańska, 

gdy  niejaki  Aspegren,  kupiec,  przedstawił  nas  kapitanowi 

nazwiskiem  Lamberg,  który  miał  14  maja  odpłynąć  swym 

szkunerem „Argus" do Królewca. 

Obejrzeliśmy Kopenhagę z jej osobliwościami. Mógłbym zapeł-

nić kilka stron opowieściami o Okrągłej Wieży z Biblioteką, zamku 
Rosenborg,  który  jak  stary  ojciec  rodziny  trwa  pośród  paplania 

współczesności, o klejnotach koronacyjnych i galerii ze zbiorami 

sztuki,  gdzie  znajduje  się  zaprzęg  czterokonny,  w  którym  siedzą 
wielcy panowie, zaprzęg tak mały, iż zmieścić by się mógł w łupi-
nie  orzecha  (robota  słynnego  Stenbocka).  Opowieściami  o  tych 

wszystkich  cudach  zapełnić  mógłbym  kilka  stron,  mijaliśmy  je 

jednak pośpiesznie, pragnąc ruszyć w dalszą podróż do Polski, a 
czytelnik podziela zapewne to pragnienie z podróżującymi. 

Już po południu 14 maja znaleźliśmy się na pokładzie i wypły-

nęliśmy w kierunku Tre Kronor, gdzie miano nam m. in. podpisać 

paszporty.  Następnego  ranka  o  czwartej  „Argus"  wypłynął  na 
morze  z  silnym  wiatrem.  Na  próżno  oczekiwaliśmy  pięknej 

pogody.  Gdy  wyszliśmy  rano  na  pokład  spodziewając  się  ujrzeć 

przyjazne  słońce,  padać  nam  zaczęła  na  twarz  niemiła  mżawka. 

Zerwał się sztorm, przynajmniej w naszym mniemaniu dość gwał-

towny, i po raz pierwszy doszedłem w gronie przyjaciół do wnio-

sku, iż słowo „mikrokosmos" jest prawdziwym i wyczerpującym 

określeniem człowieka. Niczym prawdziwy opozycjonista, stawia-

łem  jak  mogłem  czoło  wzburzonemu  morzu,  a  wreszcie, 
wyczerpany całkowicie rozkosznymi przeżyciami na łonie natury, 

udałem  się  chwiejnym  krokiem  do  kajuty  przy  akompaniamencie 

śmiechu  marynarzy  i  dowcipów  jednego  z  moich  towarzyszy 

podróży.  Siedział  tam  już  drugi  przyjaciel  Polski.  Pobladły  na 
twarzy,  filozofował  na  temat  niestałości  świata.  Opowiedzieliśmy 
sobie wzajemnie o swoich cierpieniach i mogliśmy tylko ubolewać, 

że  triumwirat  został  rozbity.  Słyszeliśmy  ciągłe  rozmowy,  jakie 
prowadził nasz kolega z marynarzami na pokładzie. Nie stracił

 

background image

jeszcze bezcennej umiejętności śmiania się, prowadzenia rozmowy 

i milczenia w wybranej przez siebie chwili. Słyszeliśmy nawet od 

czasu do czasu błyskotliwe dowcipy na temat naszej nieznajomości 

życia na morzu, lecz głos nagle ucichł i w chwilę potem towarzysz 

nasz zszedł do kajuty, by zacząć cierpieć z nami bardziej nawet, niż 

moglibyśmy sobie byli wymarzyć. 

Następnego  ranka  zobaczyliśmy  znowu  wybrzeże  Skanii,  a  po 

południu  zatrzymaliśmy  się  u  wejścia  do  portu  Ystad.  Mieliśmy 

tam przyjaciół, ale nie chcieliśmy schodzić na ląd. Dopiero żegna-

liśmy się i mieliśmy jeszcze w pamięci, jak gorzkie są takie chwile. 

Kapitan  pojechał  do  miasta,  lecz  powrócił  o  zmroku,  „Argus" 

rozwinął  żagle  i  dolina  skanska  utonęła  wkrótce  we  mgle. 

Zobaczyliśmy znowu Szwecję jak we śnie, krótko i niewyraźnie, i 

pospieszyliśmy  do  naszych  koi,  by  przynajmniej  w  marzeniach 

sennych  ujrzeć  raz  jeszcze  ojczyznę  i  ukochanych,  których 

zostawiliśmy. 

Wcześnie rano następnego dnia „Argus" zatrzymał się z opusz-

czonym żaglem u północno-zachodniego przylądka Bornholmu. Był 

piękny ranek, morze było gładkie jak lustro, a słonce świeciło już 
na  wschodzie,  gdy  marynarze  zaintonowali  poranny  psalm.  Było 

coś  pięknego  w  tej  modlitwie  odmawianej  w  królestwie  przyrody 

piersi  unosiły  się  tak  swobodnie  a  oczy,  zwrócone  w  kierunku 

miłosiernego  nieba  błyszczały  taką  nadzieją.  Dziwna  mieszanina 

niekłamanej  pobożności  i  prymitywnego  człowieczeństwa 

rozjaśniały  ogorzałe  wichrem  twarze  marynarzy  a  głębokie, 

przenikliwe dźwięki pieśni wzbudzały nastrój smutku, pobożności 

i  miłości.  Pieśń  była  prosta  i  dlatego  bardziej  poruszała  struny 

duszy, niż pieśń operowa. 

Stare  ruiny,  zwane  twierdzą  Ruth,  wznosiły  się  na  szczycie 

bornholmskich skał z piaskowca. Miejsce to wyglądało romanty-

cznie. Łodzie, które otoczyły statek, zapełnione były ludźmi prag-

nącymi z nami handlować. Wyspa była ich całym światem i  nie 

tknęły ich nigdy inne burze niż te, które srożyły się u skalistych 

wybrzeży  Bornholmu.  Podobni  ludzie,  odizolowani  tak  bardzo  i 

żyjący tylko dla siebie, zdają się należeć do najszczęśliwszych. 

Pod wieczór złapaliśmy znowu wiatr i odpłynęliśmy, oświetleni 

światłem  bornholmskiej  latarni  morskiej, która stała świecąc bez 

przerwy  jak  wytrwały  człowiek,  podczas  gdy  latarnia  na  wyspie 

Christiana bawiła nas swymi pomysłami, błyszczącymi sekundami, 
po których gasła, podobnie jak gasną geniusze — latarnie morskie 

ludzkości. 

Przez  sześć   kolejnych   dni   trwał   sztorm   i   statek   krążył   po 

morzu,  niebo i twarz kapitana były pochmurne, słyszeliśmy tylko 

"ster w lewo", „ster w prawo",   widzieliśmy  jedynie  szare  niebo 

background image

i  rozgniewane  morze.  Przyszło  nam  także  doświadczyć 
jednostaj-ności  życia  na  morzu  i  gdybym  chciał  poddać  moich 

czytelników  próbie  cierpliwości,  dostarczyłbym  im  opisu  owych 

sześciu  dni,  lecz  opuszczam  go,  gdyż  wspomnienie  ich  byłoby 
monotonne, a jeszcze bardziej monotonne stałoby się opisywanie. 

23 maja pogoda znowu była piękna. Przepłynęliśmy jak strzała 

wzdłuż  wąskiego  cypla,  który  wychodząc  z  Reecerhoft  tworzy 

Zatokę Pucką. Zobaczyliśmy piękny Gdańsk z wysokimi ciemnymi 

wieżami  i  popłynęliśmy  wzdłuż  Mierzei Wiślanej,  by  24  maja  o 

godzinie dziesiątej wieczorem zobaczyć latarnię morską w Pilawie. 

Następnego ranka pilot przeprowadził nas przez trudny przesmyk i o 

dziewiątej byliśmy już przy wejściu do Zalewu Wiślanego. 

Żadnemu narodowi nie wychodzi na dobre, iż jego pierwszymi 

przedstawicielami  są  zawsze  urzędnicy  celni.  Obowiązki,  jakie 

spełniają, czynią ich dokuczliwymi. Celnicy zaś Królestwa Prus-

kiego  byli  szczególnie  irytujący.  Były  to  trzy  karykatury  Wiary, 

Nadzjei i Miłości. Trudno było wierzyć pierwszemu w drugim na 

próżno  pokładało  się  nadzieję,  fizjonomia  zaś  trzeciego  była  tak 

nieprzyjazna, iż szczerze żałowałem tej, którą wybrał lub wybierze 

sobie  za  żonę.  Prawdziwe  szczęście,  iż  panowie  ci  nie  mogli 

przeszukać naszych serc a przeszukali tylko nasze tobołki, którym 

nic się nie stało, gdyż wyglądały niewinnie. 

Konsul  szwedzki  Hahne  zaprosił  nas  na  obiad.  Poznanie 

Hah-nego  i  jego  rodziny  należy  do  najcenniejszych  znajomości, 

które poczyniliśmy. Nie mieliśmy wprawy w niemieckim. Hahne 

chciał  mówić  po  szwedzku,  ale  to  powiodło  się  niewiele  lepiej. 

Widząc to żona jego, która pragnęła przy tym, byśmy wprawiali się 

w  jej  ojczystym  języku,  zaproponowała  rozmowę  wyłącznie  po 

niemiecku. Przystaliśmy na jej propozycję i mam nadzieję, że nasze 

niecodzienne sformułowania dostarczyły jej tyle samo radości, ile 

przykrości  musiało  jej  dostarczyć  kaleczenie  niemczyzny  przez 

nasze języki, nieprzywykłe do "ch" i „sch" 

Pani  Hahne  była  wykształconą  kobietą  i  rozmowa  nasza  doty-

czyła głownie Frithiofowej sagi Tegnera

2

, która sprawi być może, 

iż w przyszłości Szwecja będzie znana jako ojczyzna Frithiofa, tak 
jak obecnie znana jest jedynie jako kraj, z którego pochodzi Karol 
XII. 

U  konsula  Hahnego  usłyszałem  po  raz  pierwszy  Marsz 

Dwer-nickiego

3

 i w towarzystwie młodego Maulstroma (Szweda) 

poszliśmy  obejrzeć  to  małe  miasto  i  latarnię  morską.  Kupiłem 
podczas  spaceru  ów  polski  marsz,  aby  go  wysłać  do  domu  i  nie 

byłem  w  stanie  przewidzieć  niebezpieczeństwa,  jakie  to  na  nas 
sprowadzi. 

background image

A  poszliśmy  na  górę  latarni  morskiej,  aby  z  jej  wierzchołka 

obejrzeć  piękny  krajobraz.  W  drzwiach  swej  nawiedzanej  przez 

wiatry  siedziby  stał  Najwyższy  Kapłan  Światła,  Pan  Latarnik.  Na 

głowie  miał  szarą  perukę,  która  dziwacznie  kontrastowała  z 

czerwoną, spękaną twarzą, brązowym, staromodnym frakiem, długą 

i  szeroką  koszulą  i  parą  szerokich,  kaszmirowych  spodni 

nieokreślonego  koloru,  których  nogawki  wpuszczone  były  do 
wysokich  butów.  Gdy  wyraziliśmy  chęć  obejrzenia  krajobrazu, 
pozwolono  nam  wejść  na  balkonik.  Roztaczał  się  stamtąd  piękny 

widok.  Po  jednej  stronie  leżała  forteca  i  miasteczko  ze  swymi 

parkami,  po  drugiej  rozciągał  się  przed  nami  gładki  jak  lustro  i 
obramowany  zielenią  Zalew  Wiślany.  Nasz  towarzysz  podjął  się 
wynagrodzić latarnika za jego trudy, nie znaliśmy bowiem cennika, 

a  człowiek  ten  wydawał  nam  się  zbyt  dystyngowany,  by  miał 

zażądać sam zapłaty za swoje usługi. Nie podejrzewaliśmy niczego 

schodząc  w  dół  po  schodach,  lecz  niespodziewanie  usłyszeliśmy 

przekleństwa na górze. Zrozumieliśmy, mimo że wypowiadane były 

w  obcym  języku,  iż nie  oznaczają nic dobrego, a  wkrótce potem 

zadźwięczał grad monet spadających po kamiennych schodach, był 

to napiwek, który spadał nam pod nogi. Maulstrom nie zadowolił 

starego,  który  pragnął  teraz,  byśmy  poszli  razem  ze  swoimi 

pieniędzmi  do  diabła.  Śmieliśmy  się  z  jego  gniewu  i  chętnie 

dalibyśmy tyle, ile żądał, lecz on zamieszkiwał w górze, w swych 

nawiedzanych  przez  wichry  apartamentach.  I  tak,  zmęczeni 

wędrówką po schodach, zgodziliśmy się, by złość pozostała w swej 

wieży,  a  sami  wróciliśmy  do  domu  konsula,  któremu 

opowiedzieliśmy naszą przygodę. Śmieliśmy się z niej jak z błahego 

wydarzenia.  Z  błędu  wyprowadził  nas  wkrótce  policjant,  który 

uprzejmie wezwał nas na przesłuchanie. Byliśmy oczywiście dość 

zdziwieni  i  nie  rozumieliśmy,  co  mogło  się  stać  powodem  prze-

słuchania.  Ale  gdy  tylko  przyszliśmy  na  posterunek,  przebiegła 

mina,  z  jaką  latarnik  nas  powitał,  kazała  nam  się  domyślić,  że 

chodziło  o  napiwek.  Latarnik  oskarżył  nas  o  szpiegostwo  naj-

wyraźniej dlatego, iż trzymałem w ręku kartkę papieru, na której, 

jak  mu  się  zdawało,  był  narysowany  plan  twierdzy  w  Pilawie. 

Wytłumaczyliśmy,  że  na  kartce  były  nuty  Marsza  generała 
Dwernickiego
, lecz dopiero wtedy, gdy konsul Hahne wziął nas pod 

opiekę, zostaliśmy uwolnieni od podejrzeń, iż jesteśmy inżynierami 

trudniącymi się szpiegostwem. 

O  godzinie   piątej   po  południu   tego   samego  dnia   weszliśmy 

na  pokład  i  wypłynęliśmy  na  Zalew  Wiślany.  Trudno  sobie 

wyobrazić piękniejszą podróż niż droga do Królewca.   Z jednej  
strony mieliśmy   Pilawę   z  jej   twierdzą,   alejami   i   żyznymi   
dolinami.  Przyroda  była  wszędzie  bogata  i  różnorodna,  a  liczne 

pola świad- 

background image

czyły o pracowitości mieszkańców. Po drugiej stronie widać było 

miasta,  zamki  i  gęste  lasy,  a  w  głębi,  u  wejścia  do  kanału 

prowadzącego  do  Królewca  wznosił  się  piękny  zamek  Hollsten. 

Kanał zdobiły aleje, statki sunęły wśród drzew jak damy w powłó-

czystych woalkach, spacerujące po promenadzie. Zarzuciliśmy kot-

wicę u wejścia do kanału, a następnego ranka zaprzężono do statku 

sześć koni i ruszyliśmy powoli w kierunku Królewca, mając wieś 
Hollsten po jednej stronie, a po drugiej urozmaicony, pagórkowaty 
krajobraz pokryty zagajnikami i polami oraz stada bydła. Byliśmy 
wreszcie u wrót tego starego, niemieckiego miasta. Zatrzymaliśmy 

się w zajeździe „Pod Złotym Lwem". Zgłosiliśmy się do konsula 

Berga, który podzielił się z nami niemiłą wiadomością, iż wzdłuż 

granicy  polskiej  rozciągnięty  został  pruski  kordon  wojskowy,  by 

powstrzymać  rozszerzanie  się  epidemii  cholery  i  przenikanie 

zaraźliwego ducha wolności, i że nikomu nie dawano paszportu do 

Polski.  Próbowaliśmy  jednak  od  prezydenta  zarządu  prowincji 

otrzymać  pozwolenie  na  wyjazd  do  Polski,  by  jako  lekarze  móc 

badać cholerę na miejscu. Przypuszczaliśmy, iż podobnej prośbie 

trudno  będzie  odmówić  a  czas,  w  którym  władze  Królewca 

namyślać się będą, jaki powód podać, by nie dopuścić do naszej 

podróży, chcieliśmy wykorzystać na oglądanie miasta. 

Królewiec  jest  starym  miastem.  Domy  ozdobione  są  malowi-

dłami i wyglądają niemal jak budynki klasztorne, ulice są wąskie, 

poprzecinane kanałami i człowiekowi wydaje się, iż jest w starym, 

hanzeatyckim  mieście  z  jego  mieszczańską  próżnością  i  całym 
ceremonialnym  przepychem.  Pod  wieczór  udaliśmy  się  na 

wytworną promenadę Borsen-Halle-Garten. Idzie się tam pięknym 

mostem  ponad  tak  zwaną  groblą  zamkową,  z  jednej  strony 

odgrodzoną  promenadą,  z  drugiej  zaś  wysokimi,  podobnymi  do 

wież  budynkami,  wśród  których  stoi  stary  zamek  królewski. 

Przypomina  on  grubego  burmistrza,  który  zajął  miejsce  pośród 

otaczających go radnych. Park jest duży i urozmaicony, zdobią go 
aleje  i  berceaux 

4

,  na  których  zawieszano  latarnie, prześwitujące 

jak  robaczki  świętojańskie  wśród  zieleni.  Po  stawie  koło  grobli 

pływały  łodzie,  a  w  nich  studenci  królewieccy  śpiewali  pieśni, 

wtórując orkiestrze z zamkowej altany. 

Zawarliśmy  przy  okazji  wiele  znajomości  i  zauważyliśmy,  iż 

powszechnie 

opowiadano 

się 

za 

Polską, 

pomimo 

niebezpieczeństwa  grożącego  ze  strony  szpiclującej  policji. 

Byliśmy  zapraszani  przez  wielu  wykładowców  uniwersyteckich  i 

nigdy nie zapomnimy otwartości i dobroci, z jaką nas przyjmowano. 

Zwiedziliśmy  też  lazaret,  a  także  Akademię  i  szereg  innych 

zakładów. 

l czerwca otrzymaliśmy odpowiedź odmowną na prośbę o pasz- 

background image

port do Polski, by jednak choć trochę zadośćuczynić naszym życze-
niom, wystawiono nam paszporty do Krakowa przez Bydgoszcz i 

Poznań*,  ponieważ  właśnie  w  Krakowie  wybuchła  cholera.  Ktoś 

nam więc doradził, by jechać do Bydgoszczy, a stamtąd na skróty 

do  polskiej  granicy,  zapewniając,  iż  pomogą  nam  się  przez  nią 

przedostać szmuglujący Żydzi. Przygotowaliśmy się więc do drogi i 

zamówiliśmy miejsce w dyliżansie, który miał odjechać następnego 

popołudnia  o  szóstej.  Wróciliśmy  właśnie  z  miasta  po  odbyciu 

kilku wizyt, gdy gospodarz zawiadomił nas z tajemniczą miną, iż 

jakiś  nieznajomy  pragnie  z  nami  mówić.  Weszliśmy  do  pokoju 
niezbyt  dobrze  nastawieni  do  nieznajomych,  w  których  łatwo 

widzieliśmy  szpiegów.  Nie  mieliśmy  jednak  czasu  na  refleksje, 

gdyż zaraz wkroczył młody człowiek, który przedstawił nam się 

jako  Duńczyk  nazwiskiem  M...r.  Ani  jego  wygląd,  ani  sposób 
bycia  nie  budziły  naszego  zaufania.  Przywiodło  go  do  nas 
pragnienie towarzyszenia nam do Polski i w tym celu postarał się w 

Danii  o  listy  polecające.  Robiliśmy  co  w  naszej  mocy,  by  się  go 

pozbyć, lecz on nalegał i radził nam jechać przez Brodnicę**, co 

miało być najpewniejszą drogą. 

Dyliżans  był  wkrótce  gotów  do  drogi  i  nasz  M...r  pojechał  z 

nami, by, jak nam oświadczył, namówić nas do zmiany marszruty. 

Byliśmy  nieugięci.  Męczył  nas  jednak  na  każdym  postoju  za 

każdym  razem,  gdy  tylko  nasz  Schurmeister  (pocztylion)  zatrzy-

mywał  się  w  zajeździe,  by  wypić  kieliszek.  W  Prabutach  dokąd 

dotarliśmy o dziesiątej następnego wieczora, nasz towarzysz znik-

nął, gdy zrozumiał z naszych dość niedwuznacznych wypowiedzi, 

iż nie życzymy sobie jego towarzystwa*** W czasie dalszej pod-

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

* W oryg.   Krakau,   Bromberg,   Posen  
**W oryg.   Strasburg. 

*** Jako dowód pruskiej neutralności i opartego na prawie narodów sposobu 

postępowania,  a  także  by  pokazać,  na  jakie  niebezpieczeństwa  byliśmy 

wystawieni  w  czasie  przejazdu  przez  ten  kraj  załączam,  za  pozwoleniem 

czytelników, opis przygód owego Duńczyka tak, jak je sam opisał w gazetach. 

Około czterech miesięcy temu odpłynąłem z Flensburga zaopatrzony w 

paszport i list rekomendacyjny, zarówno do Królewca [w oryg.  Konigsberg - 

przyp. tłum. ] jak i Warszawy, a także pieniądze, aby przyjąć służbę w polskiej 
armii. Paszporty moje podpisano zarówno w Pilawie jak i Królewcu. Gdy idąc 

za  czyjąś  radą,  w  tym  drugim  mieście  wyjawiłem  mój  zamiar  władzom  nie 

ukrywając niczego, otrzymałem stanowcze zapewnienie, iż nikt mi nie będzie 

robił  przeszkód  w  podróży.  Odjechałem  więc  dyliżansem  pocztowym  w 
towarzystwie trzech szwedzkich lekarzy, panów Bergha, Stenkuli i Stillego do 
Prabutów [w oryg. Riesenburg — przyp. tłum. ]. Tam rozstaliśmy się. Szwedzi 
pojechali do Torunia [w oryg. Thorn — przyp. tłum. ], aby dostać się potem do

 

background image

róży, gdy nasi pozostali współtowarzysze podroży spali, Stenkula 

zaproponował,  pragnąc  zmylić  pana  M...r,  którego  mieliśmy  za 

szpiega, a także tych, którzy chcieliby nas ewentualnie ścigać, by 

wysiąść z dyliżansu w Kwidzyniu, mimo iż zapłaciliśmy za podróż 

aż do Bydgoszczy i pójść na przełaj do polskiej granicy. 4 czerwca o 

godzinie drugiej nad ranem dyliżans zatrzymał się w Kwidzyniu i 

po  chwili  namysłu  opuściliśmy  miasto  z  tobołkami  na  plecach. 

Słyszeliśmy,  jak  pocztylion  woła  nas,  a  gdy  nie  przyszliśmy, 

dyliżans odjechał 

 

 

 

 

 

 

 

 

Warszawy, do której zmierzali, a ja do Brodnicy, stawiając sobie ten sam cel. 

Jechałem małym chłopskim wozem, takim, jakie najczęściej można spotkać w 

tej okolicy i do wieczora ujechałem około ćwierć mili do granicy, gdy nagle 

otoczony zostałem przez czterech żandarmów i odtransportowany przez nich z 

powrotem  do  Brodnicy.  Władze  wojskowe  przekazały  mnie  tam  władzom 

cywilnym,  te  zaś  z  powrotem  tym  pierwszym  i  w  rezultacie,  choć 

powoływałem się na swój ważny duński paszport, który stwierdzał, iż udaje 

się  do  Polski  wyłącznie  jako  osoba  prywatna,  tej  samej  nocy  zostałem 

przewieziony pod strażą żandarmów do Kwidzynia [w oryg. Marienwerder — 

przyp.  tłum.  ]  —  głównej  siedziby  rządu  pruskiego  w  Prusach  Zachodnich. 

Przedtem odebrano mi moje rzeczy, papiery, pieniądze, a te ostatnie żandarmi 

zatrzymali  na  swoje  i  moje  potrzeby  w  czasie  podroży  do  Kwidzynia. 

Jechaliśmy  całą  noc  i  spotkaliśmy  w  tym  czasie  około  trzystu  wozów 

zaprzężonych  w  cztery  konie,  z  prowiantem  dla  armii  rosyjskiej.  W 

Kwidzyniu żandarmi z nastawionymi bagnetami przeprowadzili mnie z policji 

do  budynku  rządu,  a  stamtąd  do  głównego  sądu  krajowego,  gdzie  nie 

udzieliwszy  żadnej  odpowiedzi  na  moje  pytania  i  nie  podawszy  żadnego 
powodu,  zamknięto  mnie  z  mordercami  i  złodziejami  w  tak  zwanej  wieży 

gdańskiej, zbudowanej w czasach krzyżackich. Przesiedziałem tam dwa dni, a 
potem  zostałem  przesłuchany  przez  rządowego  asesora,  który  zamieścił  moje 

wyjaśnienia  w  protokole.  Przypadkiem  spotkałem  tam  znajomego  z  czasów 

pobytu  na  uniwersytecie  w  Getyndze.  Nazywa  się  Mac-Lean  (pochodzi  ze 

szkockiej rodziny). Imię jego podaję do wiadomości z głęboką wdzięcznością 

za jego zacne podejście  do mnie. Częściowo jemu, częściowo  zaś nadradcy 
krajowemu,  von  Rosenfeldowi,  zawdzięczam  że  wypuszczono  mnie  po 

upływie sześciu  dni,  gdy na piśmie przypomniałem,  iż jestem  w posiadaniu 

dokumentów,  które  nie  straciły  ważności.  Gdy  jednak  zażądałem 

odszkodowania za wydatki, jakie poniosłem w podróży i więzieniu od chwili 

mego  aresztowania,  zagrożono  mi  ponownym  wtrąceniem  do  więzienia,  do 

czego by z pewnością doszło gdyby nie pan von Rosenfeld, który nie dopuścił 
do tego poprzez s w ą  stanowczą interwencję. Odmówiono mi wydania odpisu 

z  protokołu  mojego  przesłuchania,  a  jako  jedyny  powód  mego  uwięzienia 

podano,  że  »utrzymując  stosunki  z  Rosją  nie  mogą  zezwolić,  by  Polacy 

otrzymywali jakąkolwiek pomoc«. Komentarz ten przytaczam dosłownie, tak, 

jak go usłyszałem. Mimochodem wspomniano nawet, iż »mój duński paszport 
nie  jest  dowodem  mej  tożsamości«.  W  czasie  mojego  pobytu  w  Kwidzyniu 

przechodziły 

background image

Paszport  nie  wytyczał  już  drogi  i  jedynym  naszym  przewod-

nikiem  była  teraz  mała,  podręczna  mapa,  która  pomogła  nam 

znaleźć  drogę  prosto  do  granicy.  Zdawaliśmy  sobie  sprawę,  iż 

jesteśmy  bezbronni  a  sytuacja,  w  jakiej  się  znajdowaliśmy,  spra-

wiała,  że  czuliśmy  przedsmak  nieczystego  sumienia.  Każdy  czło-

wiek,  którego  spotykaliśmy,  choćby  wyglądał  zupełnie  niewinnie, 

wydawał się nam szpiegiem i nie mieliśmy odwagi wchodzić do 

miast czy zajazdów, żeby nie narazić się na pytania, które mogłyby 

zakończyć  się  nie  tyle  wyrzuceniem,  co  wrzuceniem  do  jednej  z 

pruskich twierdz. Brano nas za wędrujących czeladników, ale nie 

raniło to zupełnie naszej próżności. 

Tego samego dnia przeszliśmy rzekę Osę i pod wieczór, głodni i 

zmęczeni dotarliśmy do wsi, która nazywała się Gruten*. Byliśmy już 

niedaleko granicy Polski pruskiej i po raz pierwszy usłyszeliśmy 

polską mowę, lecz tak zniekształconą, że i Polakowi trudno by było 

coś zrozumieć. 

Znaliśmy na szczęście kilka słów, które powinny wystarczyć w tej 

sytuacji, między innymi „klebb", „voddy", „massla", „dwa koń** 

do Briesen"***. Ufni więc w swoje siły weszliśmy do chałupy, w 

której  przyjął  nas  ciemny  człowiek  o  dzikim  wyglądzie. 

Potrzebowaliśmy  przede  wszystkim  jedzenia,  gdyż  byliśmy  wyczer-

pani  długą  drogą  i  próbowaliśmy  porozumieć  się  po  niemiecku. 

Wieśniak stał zdziwiony i odpowiedział potokiem słów, z których 

zrozumieliśmy równie mało, jak on z naszego przemówienia. Nie 

pozostało  wiec  nic  innego,  jak  sięgnąć  do  naszego  słownika. 

Zaczęliśmy więc wymawiać słowo „klebb", pokazując przy tym na 

usta,  by  ułatwić  zrozumienie  naszej  prośby.  Po  wielu  niepo-

rozumieniach dostaliśmy w końcu chleba i przystąpiliśmy powoli

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

tamtędy dwa rosyjskie pułki, które zostały zmuszone do ucieczki. Miały one 

zamiar  połączyć  się  znowu  z  armią  rosyjską.  Wydano  mi  teraz  prawdziwie 

włóczęgowskie dokumenty. Mimo iż duński paszport określał wyraźnie mój 
zawód,  zrobiono  ze  mnie  studenta,  który  zamierzał  dyliżansem  pocztowym 

powrócić do Królewca. Miałem tam otrzymać z powrotem papiery, które mi 

zabrano.  Zwracałem  się  potem  kolejno  do  różnych  władz,  lecz  wszędzie 

odpowiadano  mi,  iż  nikt  o  nich  nie  słyszał.  Dawano  mi  przy  tym  do 

zrozumienia, iż zostanę znowu wtrącony do wiezienia, o ile natychmiast nie 

wsiądę na jakiś statek i nie powrócę do domu. Zastosowałem się wiec rychło 
do  tego,  co  mi  dawano  do  zrozumienia.  Koszty  podróży  i  aresztu  pokryto z 

moich  własnych  pieniędzy.  W  Królewcu  dowiedziałem  się,  iż  nakaz 

aresztowania mnie wysłany został na granicę jeszcze przed moim wyjazdem z 
tego miasta" (przyp. autora). 

* Prawdopodobnie chodzi o miejscowość o nazwie Gruta.  
** Tak w oryg.  

*** Wąbrzeźno. 

background image

do  naszej  drugiej  prośby,  a  więc:  „dwa  kon  do  Briesen",  a  gdy 

wieśniak  w  końcu  zrozumiał,  o  co  nam  chodzi,  zaprzągł  wóz  i 

pojechaliśmy.  Przez  całą  drogę  nasz  woźnica  spotykał  znajomych, 

którzy towarzyszyli mu potem przez długie odcinki drogi i zapewne on 

właśnie zwrócił im uwagę na nasze osoby. Nareszcie o pierwszej w 

nocy  przybyliśmy  do  Wąbrzeźna,  nędznej  mieściny,  gdzie 

zatrzymaliśmy się na czymś w rodzaju rynku przy domu, w którym 

ludzie jeszcze nie spali. Nasz włościanin wszedł do środka i wyszedł 

w gromadzie pijanych, którzy spędzali w tym domu miły wieczór. 

Otoczyli  nasz  wóz  i  posypały  się  dowcipy,  których  niestety  nie 

rozumieliśmy, gdyż wokół nas rozbrzmiewały głośne salwy śmiechu. 

Najwyraźniej  nie  można  tam  było  dostać  noclegu,  gdyż  nasz 

włościanin zawrócił wóz i powiózł nas w dół, w sąsiednią dolinę, do 

domu  otoczonego  wielkimi  drzewami.  Przypominało  to  wjazd  do 
zbójeckiej  jaskini  lub  siedziby  trolla

5

,  jakie  opisują  nasze  romanse 

rycerskie.  Wieśniak  zaczął  walić  w  drzwi,  które  otworzyły  się. 

Wyjrzał  zza  nich  człowiek  zarośnięty  na  twarzy,  ubrany  w  czarny 

płaszcz. Po ożywionej rozmowie zostaliśmy wprowadzeni do małej, 

nędznej  izdebki,  która  nie  posiadała  żadnych  innych  wygód  poza 

gołą  podłogą.  Po  chwili  usłyszeliśmy,  jak  ów  czarny  człowiek 

zaryglowuje drzwi i zapadła cisza. Mieliśmy więc doskonałą okazję, 

by oddać się romantycznym rozmyślaniom, lecz natura zwyciężyła. 

Zasnęliśmy  na  wilgotnej  podłodze,  zapominając  o  prawdziwych  i 

urojonych niebezpieczeństwach. 

Przyjeżdżając  do  kraju,  którego  języka  się  nie  zna,  człowiek 

znajduje się w dziwacznej sytuacji. Jest się wtedy niemym widzem, 

który niczego nie pojmuje, a fantazja znajduje duże pole do popisu 

wszędzie  tam,  gdzie  powstają  luki  w  rozumieniu  otaczającego 

świata. Wypełniają je najbardziej fantastyczne i dalekie od prawdy 

wyobrażenia.  Zanim  więc  położyliśmy  się  w  spokojnej  chacie,  w 

której  udzielono  nam  gościny,  przygotowaliśmy  się  jak  można 

najlepiej do obrony. Że była to przezorność zupełnie niepotrzebna, 

przekonaliśmy  się  następnego  dnia  o  piątej,  gdy  cali  i  zdrowi 

ruszyliśmy  w  dalszą  drogę,  zapłaciwszy  naszemu  uprzejmemu 
gospodarzowi. 

Padało  bardzo  i  gdy  dotarliśmy  do  wsi  Zieten,  byliśmy  zupełnie 

przemoczeni. Weszliśmy do najschludniejszego domu, jaki się tam 

znajdował. W izbie zobaczyliśmy sześćdziesięcioletniego człowieka o 

siwych  włosach,  w  mycce  na  głowie  i  w  szlafroku,  jedzącego 

śniadanie  w  towarzystwie  żony,  która  zapewne  z  powodu  święta 

(była  to  niedziela)  wystrojona  była  w  czerwone  buty, 

różnokolo-rową  spódnicę  i  różowy  fartuch.  Staruszkowie  wydali 

nam  się  uprzejmymi  ludźmi  i  próbowaliśmy  wybadać  poglądy 
staruszka, który znał niemiecki, by dowiedzieć się od niego, w jaki 
sposób

 

background image

szybko dotrzeć do celu. Był on jednak bardziej powściągliwy, niż 

się  spodziewaliśmy.  Jadł  dalej,  odpowiadając  półsłówkami  na 

nasze  pytania  i  nie  dał  nam  ani  jedzenia,  ani  dobrej  rady. 

Musieliśmy więc znowu rozpocząć wędrówkę, nie osiągnąwszy nic 

ani  w  sferze  duchowej,  ani  cielesnej.  Szliśmy  teraz  przez  lasy  i 

mokradła  aż  do  miasteczka  Kowalewo*,  blisko  dawnej  pruskiej 

Polski i zaledwie półtorej mili od granicy z Polską rosyjską. 

Właściciel zajazdu w Kowalewie był wesołym i otwartym czło-

wiekiem. Zupełnie nie ukrywał swego oddania dla polskiej sprawy 

a my, zadowoleni ze znalezienia bratniej duszy, zwierzyliśmy mu 

się, iż zamierzamy przekroczyć granicę. Nie pochwalił on jednak 

naszego planu uważając, iż jest niemożliwy do wykonania, gdyż 

kordon  pruski  był  postawiony  w  największy  stan  pogotowia. 

Opowiadał  nam,  iż  parę  dni  wcześniej  dwóch  ludzi  zostało 
postrzelonych przy przekraczaniu granicy, jeden po pruskiej stronie, 

drugi zaś, gdy podszedł zbyt blisko granicy po polskiej stronie. Ten 

drugi  dostał  we  własnej  ojczyźnie  kulą  od  Prusaków,  którzy  nie 

naruszyli w ten sposób oczywiście neutralności. 

Nasz rozmówca poradził nam jednak, by dojść do Golubia** — 

najbardziej wysuniętej pruskiej twierdzy granicznej, gdzie komen-

dantem  był,  jak  mówił,  Polak,  który  być  może  pozwoli  nam 

przekroczyć granicę. Zauważył przy tym  jednak iż jest to pruski 

urzędnik, a uwaga jego odebrała nam nieco nadziei, by udało się w 

ten sposób urzeczywistnić nasze zamiary. 

Przygnębieni brakiem większych szans na powodzenie wiedzie-

liśmy,  iż  nadchodząca  noc  zadecyduje  o  naszym  losie,  bowiem 

posterunek graniczny strzelał bez oglądania się na nic, a nieokrze-

sana kupa żołdactwa otrzymała surowe rozkazy, tak że nie waha-

łaby się strzelać lub zadać śmiertelnego ciosu bagnetem każdemu, 

kto by się zbliżył, bez względu na powód, jaki by nim kierował. 

Miał  się  zatem  rozstrzygnąć  nasz  los  i  wiedzieliśmy,  że  jedno 

słowo,  jeden  nieopatrzny  krok  udaremnić  może  nasze  przedsię-

wzięcie.  Czuliśmy  po  raz  pierwszy,  jak  nikłe  mamy  szanse,  jak 

łatwo  unicestwić  można niezłomne  postanowienia i  ludzkie siły. 

Być  może  szelest  spadającego  liścia  lub  krzyk  nocnego  ptaka 
zadecyduje o losie naszym i naszych bliskich. 

Odbyliśmy naradę, lecz żadna z wysuwanych propozycji nie była 

wiele  warta,  ponieważ  wszystkie  opierały  się  tylko  na  przy-

puszczeniach co do możliwości przekroczenia granicy. Zdecydo-

waliśmy  się  jednak  na  drogę  do  Golubia  i  około  dziewiątej 

wieczorem znaleźliśmy się na odległość strzału od bram miasta

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
*  W oryg.   po polsku  
**  W oryg.  po polsku 

background image

Okolicę widać było jeszcze wyraźnie i gdy porównaliśmy ją z naszą 

mapą, stwierdziliśmy, iż w pobliżu powinna się znajdować rzeka 

Drwęca*,  stanowiąca  granicę  pomiędzy  Polską  pruską  a  starą 

Polską.  Po  naszej  stronie  miasta  leżało  wielkie  pole  rzepaku, 

ciągnące się aż po ścianę rozległego lasu. Postanowiliśmy spróbo-

wać przeprawić się przez rzekę bez przewodnika. Schowaliśmy się 

więc w lasku położonym po drugiej stronie drogi, rozmyślając nad 

sposobami  przeprawy,  gdyby  rzeka  miała  się  okazać  głęboka  i 
szeroka. 

Noc  już  zapadła  i  wszystko  spowiła  szarobiała  mgła.  Mrugało 

kilka  gwiazd  i  w  ciemności  widzieliśmy  jeszcze  szpice  wież  w 

Golubiu.  Nie  rozlegał  się  żaden  głos,  słychać  było  tylko  nasze 

przytłumione szepty, którymi próbowaliśmy dodać sobie nawzajem 

odwagi  przed  ryzykownym  przedsięwzięciem,  jakie  nas  czekało. 

Przeszliśmy drogę i pogrążyliśmy się w pole rzepaku. Szliśmy cicho 

wśród wyrośniętej roślinności w kierunku, w którym -zdawało nam 

się — płynie rzeka. Doszliśmy w końcu do szerokiego rowu, który 

biegł przez pole i zobaczyliśmy po raz pierwszy odcinającą się na 

jaśniejszym horyzoncie budkę wartowniczą. Wartownika jednak nie 

dostrzegliśmy, mimo iż szukaliśmy go pilnie, na ile tylko ostrożność 

pozwalała. Obawialiśmy się, iż ktoś taki znajduje się w pobliżu, a 

ponieważ chodzeniu po polu musiały towarzyszyć szmery, które by 

nas mogły zdradzić, odpełzliśmy z powrotem rowem do miejsca, 

skąd,  jak  przypuszczaliśmy,  można  było  przejść  przez  pole  nie 

będąc  słyszanym.  Wtedy  dopiero  odważyliśmy  się  zawrócić  i 

wkrótce  znaleźliśmy  się  w  pobliskim  lesie,  gdzie  —  wymęczeni 

wyczerpującą wędrówką — położyliśmy się pod drzewem. Nigdy 

jeszcze zapewne nie wsłuchiwaliśmy się czujniej niż w tej chwili, 

wyławiając podejrzane odgłosy. 

W lesie panowała jednak głęboka cisza, przerywana tylko upior-

nym poszumem drzew, trzaskiem ocierających się o siebie gałęzi i 

nerwowym poszczekiwaniem psa, który pilnował leżącej gdzieś w 

pobliżu  chałupy.  Gdy  upewniliśmy  się,  że  nikt  nas  nie  śledzi, 

opuściliśmy  kryjówkę  i  poszliśmy  przez  las,  aż  natrafiliśmy  na 

dolinę, która zaprowadziła nas w dół, do rzeki 

Zobaczyliśmy teraz po raz pierwszy ową ziemię, której synowie 

ofiarowali  tyle  dla  ducha  czasu  pomsty,  lecz  nie  opłakiwani, 

wzgardzeni i wyśmiani przez współczesnych sobie głupców, wy-

krwawieni  na  śmierć,  stali  się  błagalną  ofiarą  swej  krótkowzro-

cznej  epoki.  Obcy  był  jej  ogień,  który  ich  trawił  i  umiała  tylko 

wzdychać, podczas gdy obowiązkiem było działanie z całą mocą, 

którą tak często trwoniła na nic. Potomność będzie o nich

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
*  W oryg.   Drwenza 

background image

myślała z litością jako o straconych dla sprawy, którą nauczyła się 

pogardzać. Tak więc po drugiej stronie ciemnej rzeki leżała Polska. 

Jest ona jak kamień ofiarny rzucony na ciało Europy. Leją się tam 

krew  i  łzy,  a  krew  ta  i  łzy  powinny  stale  padać  na  otaczający 

zastygły motłoch, aż przebudzi się on ze swego uśpienia, aż pęknie 

skorupa osłaniająca żywego ducha, czyniąc motłoch wolnym. 

W  miejscu,  do  którego  doszliśmy,  Drwęca  miała  około  czter-

dziestu  stóp  szerokości  i  była  zbyt  głęboka,  by  można  ją  było 

przejść  w  bród.  Brzegi  były  wysokie  i  strome.  Znaleźliśmy  tam 

miejsce, w którym woda wyżłobiła w piasku jamę pokrytą u góry 

trawą.  Ukryliśmy  się  w  niej,  a  gdy  doszliśmy  do  wniosku,  że  z 
plecakami nie uda nam się przepłynąć rzeki, Stenkula przypomniał 

sobie  na  szczęście,  iż  przechodząc  przez  las,  minęliśmy  kładkę 

przerzuconą przez mały strumyk. Kładkę tworzyła pojedyncza kłoda 

drzewa.  Postanowiliśmy  odnaleźć  ją,  by  użyć  jako  tratwy  do 
przewozu naszych plecaków. 

Wróciłem więc ze Stenkulą z powrotem, a Bergh został na straży 

naszego dobytku, który, choć niewielki, był dla nas nieocenionym, 

bezcennym  skarbem.  Biegliśmy  bez  wytchnienia,  żeby  jak 

najszybciej przeprawić się przez rzekę. 

Gdy byliśmy już blisko celu, usłyszeliśmy ludzkie głosy i w końcu 

dostrzegliśmy  między  drzewami  dwóch  mężczyzn  i  kobietę 

przechodzących  przez  kładkę,  do  której  zmierzaliśmy.  Wędrowcy 

oddalili  się.  Wkrótce  zamilkły  odgłosy  kroków  i  dźwięk  głosów, 

pośpieszyliśmy więc naprzód i po kilku uciążliwych próbach udało 

nam  się  kładkę  wydobyć.  Powrót  odbywał  się  powoli,  ponieważ 

uginaliśmy się pod ciężarem kłody, lecz po uciążliwej wędrówce 

dotarliśmy  do  naszego  towarzysza,  którego  dręczył  straszliwy  nie-
pokój  o  nasze  losy  w  czasie  długiej  nieobecności  spowodowanej 

przeciwnościami,  jakie  nas  spotkały.  Słyszał  on  te  same  co  my 

głosy i niepokój, że zostaniemy schwytani lub zdradzeni przerodził 

się niemal w pewność, że nas to właśnie spotkało. 

Przygotowaliśmy  się  do  przebycia  rzeki.  Przywiązaliśmy  w  tym 

celu  linę  do  końca  kłody,  a  Stenkula  przymocował  do  niej  swój 

plecak i puścił ten niewymyślny statek na wodę chcąc zbadać, czy 

wytrzyma większe obciążenie. Kłoda zanurzyła się jednak tak bardzo 

w wodzie, że nie było nadziei, by mogła udźwignąć naraz wszystkie 
nasze  rzeczy,  postanowiliśmy  więc  przeprawić  się  po  kolei. 

Rozebraliśmy  się  i  Stenkula  miał  się  właśnie  rzucić  do  rzeki,  gdy 

usłyszeliśmy  poszczękiwanie  karabinów  i  odgłos  kroków  na 
trawiastym brzegu. 

Widząc  zbliżające  się  niebezpieczeństwo,  porzuciliśmy  kłodę  w 

trzcinach przybrzeżnych i poszukaliśmy znowu schronienia

 

background image

w naszej ziemnej kryjówce. Tak jak przypuszczaliśmy, nie udało 

się nam jednak dostatecznie skryć. Choć kuliliśmy się i zwijaliśmy 

jak tylko można, lękaliśmy się, by któryś z nas nie został zauwa-

żony przez ścigających. Pamiętaliśmy teraz żywo opowieść karcz-
marza  z  Kowalewa  o  tych  dwóch,  którzy  przed  nami  weszli  na 

niebezpieczne  ścieżki.  Strażnicy  byli  coraz  bliżej  i  bliżej.  Coraz 

wyraźniej słyszeliśmy ich rozmowy i szczęk luźno przykręconych 

bagnetów.  Przeszli  jednak  obok  nas  i  skierowali  kroki  w  stronę 
brzegu. 

Gdy  odeszli,  podnieśliśmy  ostrożnie  głowy,  by  zobaczyć,  jak 

bardzo się oddalili. Robiąc dalej swój obchód, zniknęli z naszego 
pola widzenia wśród drzew. Wówczas Stenkula rzucił się do rzeki i 

przepłynął  ją,  ciągnąc  za  sobą  kłodę  zanurzoną  pod  ciężarem  w 

wodzie.  Dotarł  do  polskiego  brzegu,  zdjął  plecak  i  przepłynął  z 

powrotem wraz z kłodą. 

Przyszła teraz kolej na mnie. Skoczyłem w taki sam sposób do 

rzeki, lecz ponieważ kłoda, do której był przywiązany mój plecak, 

wysunęła się przede mnie, a linka zaplątała mi się wokół nogi, prąd 

porwał mnie w dół rzeki w czasie daremnych prób wyswobodzenia 

się. Znalazłem się tak daleko od moich towarzyszy, iż nie słyszeli 

mnie ani nie widzieli i obawiałem się, by woda nie  zniosła mnie 

zbyt blisko Prusaków. Wreszcie z najwyższym wysiłkiem dobiłem 

do polskiego brzegu, daleko poniżej miejsca, w którym wylądował 

Stenkula.  Powróciłem  od  razu  wraz  z  kłodą  i  pośrodku  rzeki 

spotkałem  Stenkulę,  który  przekazał  kłodę  Berghowi.  W  kilka 

minut  później  staliśmy  wszyscy  trzej  na  ziemi  walczących  o 

wolność bohaterów. 

Obrzuciliśmy  wzrokiem  na  pożegnanie  przeciwny  brzeg,  na 

którym leżała reszta Europy. Byliśmy teraz w nieszczęśliwej Polsce, 
opuszczonej przez wszystkich, zdanej tylko na siebie 

Nie wiedzieliśmy, w jakim miejscu się znajdujemy, lecz blisko 

brzegu widniał taki sam las, jaki zostawiliśmy po pruskiej stronie. 

Poszliśmy tam, by założyć na siebie przemoczone ubrania, a potem 

zacząć na nowo wędrówkę po dobre lub złe, tam gdzie los zechce 

nas zaprowadzić. 

Widać  często,  jak  kieruje  nami  bezpośrednio  wola  mocy  nad-

przyrodzonej, nie ślepy los nas prowadzi czy — jak powiadają — 
przypadek.  Poczynaniami  naszymi  rządzi  wszechmocne  przezna-

czenie, jest ono nieubłagane, lecz rządzi się zawsze swymi odwie-

cznymi  prawami.  Czy  gawędzimy,  czy  żywimy  na  coś  nadzieję, 

czy  spędzamy  mile  czas,  jest  ono  miedzy  nami  chłodne  i  nie-

widoczne, ostudzając bijące serce niepokojącą myślą o przyszło-

 

background image

ści. Gdy zaś cierpimy, gdy wydaje się nam, iż zostaliśmy porzuceni 

i zapomniani, również wtedy stoi ono obok nas i ciepła fala, która 

przenika piersi, pozwala przeczuwać istnienie lepszego świata. Nie 
odczuwamy  wyraźnie  swej  nicości,  doznajemy  jej  jedynie  wraz  z 

radością,  jaka  towarzyszy  przemijaniu  niebezpieczeństwa,  gdy 

spadającą skałę powstrzymuje nagle niewidzialna ręka. I wówczas 

uznać trzeba, iż wszystkim kieruje moc nadprzyrodzona i że nasza 
wolna  wola  w  działaniu  przypomina  wolę  dziecka  pragnącego 

chodzić, choć jeszcze chodzić nie umie — przewraca się, o ile nie 
podtrzyma go opiekun. 

Szliśmy wzdłuż brzegu nieświadomi, ze nie była to najbezpiecz-

niejsza droga i około godziny drugiej w nocy dotarliśmy do małego, 
granicznego  polskiego  miasteczka,  Dobrzynia*

6

.  Z  radością 

ujrzeliśmy palące się w każdym domu światło i pomyśleliśmy, iż 

mieszkańcy  już  wstali,  lecz  na  próżno  pukaliśmy  do  wszystkich 

drzwi,  nikt  nam  nie  odpowiedział.  Zapomnieliśmy  po  prostu,  że 

Polacy są w większości głęboko wierzącymi katolikami i palące się 

światła nie miały wcale rozjaśnić ulic ani też nie paliły się dla nas 

czy mieszkańców miasta, lecz oświetlały krucyfiksy, umieszczone 

w małych kapliczkach. 

Marzliśmy,  gdyż  mokre  ubrania  pozbawiły  nas  całego  ciepła, 

które dał forsowny marsz. Pukaliśmy więc nadal do drzwi z gwał-

townością świadczącą, jak wielką moc może mieć zmęczone ciało 

człowieka nad jego duszą, która, choć wolna, musi często dosto-

sowywać się do swej ziemskiej skorupy, buntując się i powstając 
przeciwko temu, co owa materialna szata nakazuje. 

Długo jeszcze włóczyliśmy się w ten sposób po ulicach miaste-

czka,  naruszając  spokój  nocny.  Wędrówkę  naszą  przerwał  nagle 

jakiś człowiek, który krzyknął za nami kilka słów po polsku, a w 

chwilę potem był pośród nas, wymachując nad naszymi głowami 

gołą  szablą.  Zaczęliśmy  oczywiście  z  niezwykłym  pośpiechem  i 

zdecydowaniem tłumaczyć się, by umknąć potraktowania szablą i 

opowiedzieliśmy  o  sobie  jak  można  najlepiej,  unikając  w  ten 
sposób  pchnięć  dla  nas  przeznaczonych.  Krzyczeliśmy  „Jesteśmy 

Szwedami,  gonieni  przez  Prusaków  przepłynęliśmy  Drwęcę,  by 

dostać się do wojska polskiego". Polak, rześki i energiczny młody 

człowiek, opuścił szablę. Powiedzieliśmy mu wówczas, ze jesteśmy 

głodni i przemoczeni, szukamy mieszkania i jedzenia. Zrozumiał 

zupełnie  dobrze  nasze  wyjaśnienia  po  niemiecku,  ale  nie  umiał 

odpowiedzieć  w  tym  samym  języku,  zawołał  tylko  z  miłym 

uśmiechem „Dobrze pan!"** i pomógł nam znaleźć

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
*  W oryg.   po polsku  

** W oryg.  „Dobreze Pan". 

background image

gospodę, do której weszliśmy radośni na myśl o dobrym posiłku i 

miękkim łóżku. 

Wkrótce  jednak  doszliśmy  do  przekonania,  że  nie  mieliśmy 

pojęcia o różnicy, jaka istnieje pomiędzy szwedzką a polską gos-
podą.  Sądziliśmy  w  naszej  naiwności,  że  znajdziemy  przytulne  i 

schludne pomieszczenie, gdzie miły ogień i dobry posiłek wyna-

grodzą nam trudy całego dnia. Żadne jednak z tych oczekiwań nie 

spełniło  się.  Izba,  do  której  weszliśmy,  robiła  niemiłe  i 
nie-porządne  wrażenie.  Na  wiązkach  słomy  spali  w  ubraniach 

służący i dzieci, a gospodarz z gospodynią w podobny sposób spali w 

sąsiedniej sypialni. Dla wygody wstawiono nam do kąta drewnianą 

ławę. Straciliśmy już nadzieję, że dostaniemy pościel. Poprosiliśmy 
o  jedzenie  —  jedzenia  nie  było,  lecz  każdy  z  nas  dostał  podłej 

wódki  ze  szklanką  piwa  i  muszę  przyznać,  że  był  to  niezwykle 

pożądany  poczęstunek  nawet  dla  Stenkuli,  który  pomimo  iż  w 

domu należał do towarzystwa trzeźwości i ściśle przestrzegał swej 

przysięgi,  uznał  trunek  za  lekarstwo  i  zapewniwszy  sobie  w  ten 

sposób czyste sumienie, doznawał prawdziwej przyjemności. Tak 

więc różnica pomiędzy szwedzką a polską gospodą jest niesłychana. 

Spaliśmy dość dobrze w naszych mokrych ubraniach z plecakami 

pod  głową  i  obudziliśmy  się  następnego  ranka  zdrowi  i  cali,  a 

wkrótce  potem  stanął  przed  nami  ów  srogi  Polak,  który 

wymachiwał nam w nocy szablą nad głowami i oświadczył z całą 

charakterystyczną dla swego narodu serdecznością i wesołością, że 

jesteśmy mile widziani na polskiej ziemi. Miał dla nas zaproszenie 

na śniadanie do burmistrza*. 

Gdy poszliśmy za naszym przewodnikiem i zobaczyliśmy miasto 

w dziennym świetle, stwierdziliśmy, ze położone jest ono wzdłuż 

Drwęcy,  dokładnie  naprzeciwko  Golubia,  leżącego  na  pruskim 
brzegu rzeki. Dobrzyń utrzymuje łączność z Golubiem za pomocą 

mostu,  pośrodku  którego  Prusacy  zbudowali  wysoki,  drewniany 

płot  jako  mur  oddzielający  polską  liberalną  cholerę  od 

prawowitego  zdrowia  Europy.  Oczywiście  drewniany  płot  z 
czasem gnije i rozpada się. 

U burmistrza, gdzie wkrótce przyszliśmy, znajdowało się kilku 

oficerów i całe towarzystwo przyjęło nas przyjaźnie, serdecznie i z 

entuzjazmem.  Była  to  więc przemiła  kompania, ponieważ  zaś w 

Polsce  używa  się  trzech  języków  —  a  to  francuskiego,  którym 
posługują  się  wyższe  sfery, niemieckiego,  używanego  przez  war-

stwy średnie i polskiego, którym mówią tylko klasy niższe**, 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

* Autor używa określenia „gubernator miasta". 

** Spotyka się wśród nich także ludzi, którzy mówią po niemiecku, a 

czasem nawet po łacinie (przyp.   autora). 

background image

mogliśmy  od  tej  pory  porozumieć  się  i  po  chwili  czuliśmy  się 

wśród  naszych  przyjaciół  jak  w  domu.  Ubawił  ich  bardzo  opis 

naszej przeprawy przez rzekę, zwłaszcza że przez okno widać było 

straże pruskie na moście, które czujnie i z uwagą robiły obchód po 

drugiej stronie płotu. Radowało ich, że udało nam się szczęśliwie 

do  nich  dotrzeć,  tym  bardziej,  że  zwróciliśmy  uwagę  straży 
granicznej,  Polacy  bowiem  nie  lubili  Prusaków  widząc,  iż  ich 

neutralność w toczącej się walce jest tylko pozorna. Opowiadali, że 

„wszyscy, którzy chcieli załatwić coś z Rosjanami lub byli przez 

nich  przysłani,  mogli  bez  przeszkód  swobodnie  przekraczać 

granicę,  że  Prusacy  posyłali  stale  Rosjanom  będącym  w  Polsce 

duże zapasy żywności, że Polacy wiele razy zdobywali  w czasie 

bitwy  armaty  oznaczone  pruskim  orłem,  co  świadczy  o  tym,  że 

Prusacy  dostarczali  także  broni".  Mówili również, że  „gdy kilku 

rosyjskim jeńcom udało się uciec, Prusacy odesłali ich z powrotem 
do armii rosyjskiej" i dodali z pogardą, bijącą z ich pełnych życia 

oczu: „Przechwytują nawet na granicy pomoc, przesyłaną nam od 

obrońców  wolności  z  Francji  i  innych  krajów.  Nic  do  nas  nie 

dochodzi". Z wiarą w siebie, jaką mają często ludzie wierzący, iż 

walczą o słuszną sprawę, z ową niezachwianą ufnością w pomoc 

Opatrzności i we własne siły, jaką obdarzeni są słabsi walczący z 

potężniejszym  od  siebie  wrogiem,  opowiadali  nam  o  swych 

zwycięstwach nad Rosjanami i o niezłomnej wierze w szczęśliwy 

koniec walki. Widzieli przed sobą jeszcze tylko kilka dni na polu 

bitwy i przepełnieni miłością ojczyzny pili jej  zdrowie i śpiewali 

pełni  triumfu  swą  pieśń  wolności  Noch  ist  Polen  nicht  verloren 

(Jeszcze Polska nie zginęła) *. 

Po zakończonym w ten sposób powitaniu  musieliśmy opowie-

dzieć o własnej ojczyźnie. Wkrótce stwierdziliśmy, że obecni mają 

o niej bardzo mętne wyobrażenie. Szwecja była dla nich pustynią 

pełną skał, pokrytą śniegiem i lodem, po której spacerują niedź-

wiedzie i wilki. Myśleli, że jest wysunięta tak bardzo na północ, iż 

mało kto jest w stanie tam mieszkać. O Szwecji wiedzieli jedynie 

to, że pochodzili stamtąd Karol XII i jego dzielni wojownicy. Dość 

ciężko nam było zmienić ten obraz. Mówiliśmy, że są w Szwecji 

uniwersytety. Z trudem mogli w to uwierzyć, a gdy wymieniliśmy 

Lund,  wydało  im  się,  że  coś  o  nim  wiedzą,  poprawili  więc  nas 

mówiąc Londyn. Przeświadczeni, iż źle jest w Szwecji z wegetacją 

roślin,  pytali,  skąd  bierzemy  ziarno  siewne,  czy  uprawiamy 

jęczmień  itp.  Lecz  Szwedów  mieli  za  naród  prawy,  odważny  i 
otwarty, osądzali go bowiem mając w pamięci bohatera, który sto 

lat temu żonglował ich królewską koroną. Nie-

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
*  W oryg.  po polsku 

background image

trudno się dziwić tym mylnym pojęciom, brali bowiem Karola XII za 
typowego  przedstawiciela  naszego  narodu.  Sądzili,  iż  naród, 

składający się z takich ludzi, jak on i jego towarzysze, nauczył się 

najpierw  rzucać  wyzwanie  siłom  natury,  potem  zaś  odważył  się, 

mimo  swej  niewielkiej  liczby,  rzucać  wyzwanie  innym  narodom  i 

ostrogami szarpać skarlałą sieć polityki*. Polacy ci jednak byli dość 

wykształceni, mówili kilkoma językami i czytali najlepszych pisarzy 

po niemiecku i francusku. Trzeba im wybaczyć, że nie znali Szwecji, 

skoro  książka  Islandczyk  w

 

Norwegii

7

  dowodzi,  iż  wykształceni 

Francuzi  po  dzień  dzisiejszy  są  najzupełniej  przekonani,  że 

Półwysep  Skandynawski  leży  na  końcu  świata  zarówno  pod 

względem klimatu, jak kultury. 

Jeszcze  bardziej  zdumiewa  nas  fakt,  iż  Niemcy  niewiele  lepiej 

znają  naszą  ojczyznę,  a  że  jest  tak  naprawdę,  potwierdzić  może 
następująca  historia  wzięta  z  życia.  Spotkaliśmy  w  Warszawie 

doktora medycyny, niejakiego H...d z Wiednia, który zapytał nas w 

rozmowie, czy Sztokholm nie jest stolicą Danii. Gdy powiedzieliśmy 

mu, że się myli, poprawił się i uznał swoją pomyłkę, lecz dodał, by raz 

jeszcze pochwalić się znajomością geografii, iż Dania jest rosyjską 

prowincją. Na nieszczęście wdaliśmy się z nim w dyskusję także na 

ten  temat  i  dowiedzieliśmy  się,  iż  doktor  H...d  spotkał  niegdyś 

Duńczyka, który był w służbie rosyjskiej, i od tej chwili stało się dla 

niego  jasne,  iż  Dania  należy  do  Rosji.  Dość  ciężko  było  go 

przekonać,  że  nie  wszystkie  kraje  położone  u  wybrzeży  Morza 

Bałtyckiego są częścią monarchii rosyjskiej, w końcu jednak ustąpił 

z grzeczności wobec naszej niepohamowanej żądzy dyskutowania. 

Zauważyliśmy  w  towarzystwie  młodego,  dość  sympatycznego  ofi-

cera, który był ślepy. Był w służbie rosyjskiej w rosyjsko-polskiej 

gwardii w Warszawie i sądzono powszechnie, że oślepł z powodu 

zbyt  mocnego  sznurowania  w  talii  i,  ogólnie  biorąc,  z  powodu 

nienaturalnej obcisłości munduru, jakiej wymaga regulamin rosyjski. 

On  sam  w  każdym  razie  wierzył  w  to  i  opowiadał,  iż  wielu  jego 

kolegów  spotkał  ten  sam  los,  i  że  w  armii  rosyjskiej  większość 

oficerów  chorowała  na  oczy.  Stwierdziliśmy  potem,  iż  w  tym,  co 

mówił, kryła się prawda, bowiem wielu oficerów rosyjskich, których 

widzieliśmy  potem  w  Warszawie,  nosiło  okulary,  a  nawet  zielone 

okulary  o  potrójnych  szkłach  i  wielu  było  skazanych  na  utratę 

wzroku.  Satyryk  powiedziałby,  iż  oczy,  odbijając  tajniki  duszy, 

odważały się przyjąć dokładnie tyle światła, ile właściciel posiadał 

światła intelektu. Traktując jednak rzecz poważniej  -  wydawać  się 

mogło, iż tę powszechną chorobę oczu wy

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
* Tak w oryg. 

background image

woływał  ów  nienaturalny  ubiór.  Wyobraźmy  sobie  człowieka  w 

ubraniu tak obcisłym, iż zdumieniem napawa fakt, że nie pękało przy 

każdym  ruchu.  Był on do tego stopnia ściśnięty  w  talii,  iż  biodra 

sterczały jak tiurniura, a halsztuk miał tak silnie związany, iż twarz 
jego była nie tylko czerwona, lecz chwilami  nawet  sinawa  a oczy 

podeszłe krwią. Nie będąc nawet lekarzem dostrzec można było, 

jak szkodliwy jest podobny strój i pojąć, w jaki sposób przeszkadza 

to normalnemu obiegowi krwi i powoduje zastój płynów w głowie. 

Dlatego też jest dość prawdopodobne,  że powodem  powszechnej 

choroby oczu prześladującej oficerów armii rosyjskiej jest obcisły 

mundur.  Sprawia  on,  iż  wielu  z  nich  przypomina  bardziej 
wysuszonych braminów, którzy przez czterdzieści lat stali na słupie, 

niż  ruchliwych  i  silnych  wojowników,  potrzebujących 

pełnosprawnych mięśni. 

Ów  młody  Polak,  który  stracił  wzrok  z  powodu  mundurowej 

choroby  oczu,  był  człowiekiem  wykształconym.  Z  głębokim 
uczuciem, właściwym ludziom ślepym, użalał się nad swą ojczyzną, 
a gdy usłyszał opowieść o zwycięstwach współziomków, wzniósł 

swe martwe oczy ku niebu. Nie dotarł do niego stamtąd promień 

światła, który byłby odpowiedzią na modlitwę o ratunek ojczyzny, 

lecz w piersi jego coś szeptało baśń o przyszłych zwycięstwach i o 

współczuciu  Europy  dla  Polski.  Biedny  chłopcze!  Żaliłeś  się,  że 

jesteś ślepy, lecz  jeśli nie spoczywasz  już  snem  wiecznym wśród 

swych  braci,  masz  szczęście,  że  jesteś  ślepy,  bowiem  obraz,  jaki 

stworzyłeś sobie pośród nocy, w której się znalazłeś, rozpadł się w 

nicość.  Przedmiotem  twej  tęsknoty  był  jedynie  fajerwerk,  który 

wzniósł się lotem błyskawicy do nieba, zapalił się i spadł, a teraz 

leżą na ziemi jego wypalone szczątki i może nogi rozradowanych 

tłumów obracają go w pył. 

Po  kilku  godzinach  spędzonych  wśród  tych  dobrych  ludzi 

musieliśmy wyruszyć w drogę. Podpisano nasze paszporty a bur-

mistrz kazał zaprząc konie do swego powozu, byśmy mogli odbyć 

za darmo podroż do Lipna. Powóz, który stał już gotowy do drogi, 

był  zwykłym,  niewielkim  powozem  podróżnym.  Kształtem 

przypominał nieco schas

8

, był jednak dłuższy, szerszy i głębszy, bez 

siedzeń,  wyścielony  jedynie  słomą,  na  której  leżały  piękne  derki. 

Ruszyliśmy  i  dość  szybko  znaleźliśmy  się  w  małym  miasteczku 

Kikół*.  Co  ćwierć  mili  umieszczone  są  na  drodze  obrazy  Maryi 

Panny, którym podróżni oddają cześć. Nasz woźnica nie omieszkał 

zdejmować przy każdym obrazie kapelusza i odmawiać  Zdrowaś 
Maryja, 
poganiając przy tym swoje chyżo biegnące konie. W wielu 

miejscach widzieliśmy ludzi, którzy z żarliwą pobożno-

 

 
 
 
 
 
 
 
 
*  W oryg.   Kikol 

background image

ścią klękali przy drodze przed obrazem Madonny, by zmówić swoje 

Zdrowaś Maryja, aby zaś nie odmówić ich za dużo, odliczali je na 

różańcu. 

Wróg nie zalał jeszcze tej części kraju, przez którą odbywaliśmy 

podróż,  wszystko  miało  więc  sielski  wygląd.  Żyto  obrodziło, 

zieleniły się pastwiska, wokół chat stojących w cieniu gęstych drzew 

rozlewał się spokój. O niezwykłości sytuacji przypominały tylko 

wysokie żerdzie owinięte słomą, na szczycie których znajdowały 

się beczki. Beczki wypełnione były prochem, podpalanym w razie 

napaści  nieprzyjaciela.  W  ten  sposób  wiadomość  wędrowała  od 

słupa do słupa aż do Warszawy. Podobne żerdzie alarmowe stały 

wzdłuż  całej  drogi  na  przemian  z  krucyfiksami  i  obrazami 

Madonny.  Sygnały  do  rozpoczęcia  mordu  obok  obrazów 

Odkupiciela.  Kiedy  wreszcie  ludzie  zrozumieją,  co  chciał  on 

przekazać odkupiając ludzkość? 

Przyjechaliśmy po południu do Lipna, małego, dość schludnego i 

pięknego miasteczka. Udaliśmy się do burmistrza, by pokazać mu 
paszporty  oraz  przepustkę,  którą  otrzymaliśmy  w  Dobrzyniu  i, 

podobnie  jak  w  czasie  całej  podróży,  otrzymaliśmy  zakwate-

rowanie i pojazd na dalszą drogę za darmo. 

Mieszkanie znaleźliśmy w rynku. Nie mogliśmy ruszyć od razu 

dalej, gdyż konie można było dostać dopiero następnego dnia. W 

miasteczku  był  wtedy  właśnie  dzień  targowy  i  niesłychane  rzesze 

ludzkie  gromadziły  się  przed  naszym  domem,  żeby  obejrzeć 

obcych, o których zapewne słyszeli że są ze Szwecji. Wywoływało 

to  wrażenie  podobne  temu,  jakie  sprawiłoby  zjawienie  się  na 

szwedzkim rynku przybyszów z księżyca. Wyszliśmy na miasto, 

by  nie  oglądano  nas  jak  zwierzęta  w  klatce,  a  także  chcąc  sami 

popatrzeć na barwny tłum ludzi, który roił się wokół. 

Narodowy strój polskiego chłopa wydaje się dość malowniczy, 

jeśli oglądać go w tłumie, zbyt jednak jest kolorowy, gdy patrzy się 

na  pojedynczą osobę.  Składa  się  on*  z  czerwonych  szarawarów, 

białej  sukmany  z  czerwonymi  wyłogami,  wielobarwnego  pasa, 
niskiego,  wybrzuszonego  kapelusza  z  szerokim  rondem  przybra-
nego czerwono-białą wstążką. Wszyscy włościanie mają wąsy. Jest 

to  obecnie  symbol  wolności,  bowiem  wielki  książę  Konstanty 

nakazał się wszystkim ogolić, by i w ten sposób poniżyć naród, co 

dowodzi,  iż  pracowita  dusza  ma  czas  na wszystko  i  troszczy  się 
nawet  o  zarost  narodu.  Polacy  mają  na  ogół  wygląd  ludzi 

odważnych i dzielnych, większość z nich to bruneci, są muskularni 

i gibcy a w ich ciemnych oczach odbija się dusza, która zdaje się 

rzucać wezwanie całemu światu. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

*  W każdym województwie jest on inny (przyp.   autora). 

background image

Na  rynku  nie  było,  podobnie  jak  u  nas,  straganów.  Wszystkie 

towary  były  rozłożone  na  długich  stołach  pod  gołym  niebem. 

Sprzedawano  przede  wszystkim  sól  kamienną,  ozdoby,  cebulę  i 
ogórki,  bowiem  narodowym  przysmakiem  Polaka  są  przede 

wszystkim ogórki, które zjada on równie łakomie, jak dzieci jedzą 

jabłka [...] 

Pośród gwarnego tłumu, mrowiącego się na rynku, przemykało 

wiele  postaci  ubranych  w  czarne  płaszcze,  z  długimi  brodami  i 

długimi pejsami przy uszach. Ofiarowywali chłopom na sprzedaż 
stare ubrania, klamry, lusterka i temu podobne rzeczy, i zbywali je 

z dobrym zyskiem. Byli to członkowie dużej społeczności żydow-
skiej. 

Gdy następnego ranka poszliśmy do burmistrza, by podpisał nam 

paszporty,  przyjął  nas  dość  dobrze  i  powitał  na  sposób  polski 

pocałunkiem oraz powiedział, iż nie możemy odjechać, zanim nie 

zjemy  obiadu,  który  przygotował  dla  nas  zarząd  miasta. 

Podziękowaliśmy i powróciliśmy na obiad. Nie będę zaprzeczał, że 

przeżyliśmy  w  czasie  powitania  ciężkie  chwile,  bowiem  wszyscy 

znajdujący się w towarzystwie musieli nas koniecznie ucałować, by 

okazać w ten sposób swą przyjaźń. 

Mężczyźnie nie sprawia na ogół szczególnej przyjemności cało-

wanie  drugiego  mężczyzny.  Można  więc  sobie  wyobrazić,  co  to 

znaczy, gdy trzeba obdzielić pocałunkami dziesięciu, a potem jeszcze 

dziesięciu, nie będąc z góry pewnym, czy liczba ich nie wzrośnie. 

Tak więc przypuszczono do nas, biednych Szwedów, prawdziwy 

szturm.  Złożyliśmy  tym  dobrym  ludziom  ofiarę  z  naszych  warg 

pocieszając  się,  iż  może  nadejdą  także  damy,  które  wynagrodzą 

nam trudy z ich mężami i braćmi. Byli tam jednak tylko mężczyźni, 

nie mogliśmy się więc spodziewać żadnego zadośćuczynienia. W 

Polsce jest taki zwyczaj i być może jest on przykry, gdy przychodzi 

do całowania mężczyzn, nie protestuje się jednak zbytnio przeciwko 

temu,  gdy  bowiem  ktokolwiek  spotka  znajomą  pannę,  otrzyma 

pocałunek  z  jej  okrągłych  usteczek.  Wprowadzenia  podobnego 

zwyczaju mógłby sobie życzyć każdy młodzieniec w Szwecji, gdzie 

powitania stały się czczą formalnością. Ośmielam się poprzeć ten 

zwyczaj  jako  zupełną  nowość,  a  gdyby  jakaś  piękna  dziewczyna 

przeczytała to, co piszę, proszę, by się nad tym zastanowiła, jeżeli 

bowiem cały naród czynił tak już kiedyś, godzi się i nam, którzy tak 

chętnie małpujemy, naśladować ten obyczaj. 

Złe by było, gdybym będąc Szwedem nie napisał nic o jedzeniu. 

Jak  wiadomo,  ważny  to  u  nas  temat.  Śpieszę  więc  do  dobrze 

nakrytego stołu, który nas oczekuje. Był to prawdziwy polski 

background image

posiłek.  Ogromna  ilość  potraw,  większość  mięsnych.  Muszę 

jednak z góry wyjaśnić, iż nie jestem w stanie powiedzieć ani jaki 

rodzaj  mięsa  stanowił  podstawę  dania,  ani  jak  potrawy  zostały 

przyrządzone.  Sama  Cajsa  Warg

9

  musiałaby,  jak  inni  badacze, 

zadowolić się hipotezami nie znając dobrze składników. Mogliśmy 

tylko  stwierdzić,  iż  kuchnia  polska  posługiwała  się  cebulą, 
pieprzem,  a  zwłaszcza  ogórkami,  by  wprawić  w  oszołomienie 

narządy smaku, i udawało jej się to do tego stopnia, iż trudno było 

pojąć, co człowiek jadł. Posiłek zaczyna się tu od zupy, a kończy na 

drugim  daniu,  my  zaś  jesteśmy  przyzwyczajeni  uważać  treściwe 

danie za podstawową część posiłku, by potem rozcieńczyć je zupą, 

podobnie  jak  współczesna  żądza  nowości  niszczy  stare,  dobre 

podstawy organizmu państwowego. 

Po skończonej zupie każdy gość może zjeść tyle, ile chce i wszyscy 

korzystają  z  tego  prawa.  Jest  się  więc  w  Polsce  zwolnionym  od 

konieczności  zjadania  ogromnej  ilości  potraw,  które  gdzie  indziej 

potrafią obrzydzić życie, pojawiając się na stole nawet wtedy, gdy 

nie ma się na nie ochoty. Posiłek zakończył się dobrym węgierskim 

winem, a przeczytawszy opis naszej podróży  z  Lund  w  „Gazecie 
Warszawskiej"

10

,  burmistrz  wykrzyknął  uradowany  „A  my  ich 

gościmy!" — i wypił z nami za „starą, szlachetną Szwecję". Po tym 

i  po  innych  jeszcze  toastach  wypiliśmy  toast  za  zwycięstwo 

wolności w Polsce i Europie, a całe powitalne przyjęcie zakończyło 

się odśpiewaniem wielu patriotycznych pieśni, z których przebijała 

dumna  wiara  we  własne  siły,  gorąca  miłość  ojczyzny  i  żywa 

nadzieja na zwycięstwo. 

Był w tym towarzystwie major z posiwiałą ze starości głową, w 

którego żyłach nadal tętniła młodzieńcza krew równie gorąco, jak 
przed  czterdziestu  laty,  gdy  w  czasie  ostatniego  rozbioru  Polski 
odszedł z wojska, by w samotności opłakiwać ojczyznę. Powrócił 

teraz nie bacząc na swój wiek, chwycił za broń i włożył swój dawno 

już  niemodny  mundur.  Rozmawialiśmy  właśnie  z  majorem,  gdy 

wszedł  syn  jego,  chłopiec  około  dwunastoletni,  ubrany  w 
narodowy strój polski, i poprosił ojca o pokazanie mu przybyłych 

Szwedów. „Oto oni" — powiedział major z uśmiechem  i  pokazał 

nas  chłopcu.  „Weź  kieliszek  i  wypij  z  nimi  a  potem  ze  mną  i 

przyrzeknij, że pomścisz mnie, jeśli zginę". Gdy chłopiec wykonał 
polecenie,  major  wziął  go  w  ramiona  i  z  żarliwością,  która  nas 

głęboko wzruszyła, przycisnął do piersi. Widać było wyraźnie, że 

stary  wiarus  myślał  sobie:  „Tobie  i  innym,  którzy  dorastają, 

przekazujemy w testamencie pomstę i zwycięstwo". 

Polacy  przypominali  nam  bez  przerwy,  byśmy  pili,  słowami  dla 

Szweda  jednocześnie  pochlebnymi  i  poniżającymi.  Mówili:  Die 
Poler und die Schweder schlagen sich und trinken gut

11

background image

Powiedzenie  to  przypominało,  że  znali  nas  w  epoce  żelaznych 
czerepów i czerepów do picia gorzałki*. Zmuszali nas w ten sposób 

do  picia,  a  my  tylko  pijąc  mogliśmy  na  razie  wykazać  swoją 

szwedzkość, nie mieliśmy bowiem zamiaru bić się z kimkolwiek. Z 

góry więc wiedzieliśmy, że nie zdobędziemy żadnych laurów na 
tym polu, na którym nasi ziomkowie przeszło sto lat temu wiele ich 
zdobyli. 

Zanim odjechaliśmy, obecni na przyjęciu wpisali swe imiona do 

naszych notatników na pamiątkę miłych chwil razem spędzonych. 

Raz  jeszcze  usłyszeliśmy  powiedzenie  o  Szwedzie  i  Polaku  i 
wypiwszy 

potem 

jak 

zwykle,  wyruszyliśmy  z  miasta 

czterokon-nym  powozem 

12

.  Droga  prowadziła  żyzną  i  piękną 

równiną przez małą miejscowość Wielgi do Dobrzynia nad Wisłą. 

Zobaczyliśmy wtedy po raz pierwszy tę dumną rzekę, która jak wąż 

wije się polskimi dolinami, i która do tej pory stanowiła granicę 

pomiędzy krajem spustoszonym a krajem cieszącym się pokojem. 

Miasto,  podobnie  jak  inne  małe  miasteczka,  jest  dość  nędzne  i 

składa  się  przede  wszystkim  z  małych,  niskich  domków  z  muru 
pruskiego,  pomiędzy  którymi  biegną  ciasne,  brudne  uliczki  zamie-

szkałe przez  Żydów.  Zostaliśmy  tam  na  noc,  a  ponieważ  wiado-

mość o naszym zawodzie rozeszła się szybko, musieliśmy udzielić 

pomocy  wielu  chorym  Żydom  i  mogliśmy  przy  okazji  zbadać 

tajemnicę ich domów. 

Wszędzie,  gdzie  tylko  wzywał  nas obowiązek,  witało nas  przy 

wejściu  do  nędznych  pomieszczeń  zatęchłe  powietrze  i 

napawający  obrzydzeniem  brud i  nieporządek.  Sześć do siedmiu 

osób tłoczyło się w małym, niskim pokoju o wilgotnych ścianach i 

małych oknach, przez które nic nie było widać z powodu kurzu i 

pary.  Okna  nie  miały  często  zawiasów,  lecz  były  mocno  zabite, 

jakby chciano w ten sposób zatrzymać powietrze. Właśnie z tych 

nędznych  siedzib  pochodzą  najstraszniejsze  choroby,  które  z 
powodu rożnych okoliczności stają się często zaraźliwe. I tutaj także 

cholera uczyniła najokropniejsze spustoszenia. Za bardzo bym się 

może rozpisał, gdybym się zaczął zagłębiać w szczegóły sposobu 

życia,  jakie  pędzą  Żydzi  i  chorób,  jakie  z  niego  wynikają. 

Zostawiam  więc  sprawy,  z  którymi  się  tam  zetknąłem,  by  dalej 

opisywać podróż, którą podjęliśmy na nowo następnego ranka. 

Droga wiodła przez miasteczka Rokicie i Brwilno aż do Płocka 

leżącego  nad  Wisłą.  Prowadziła  ciągle  przez  piękne  równiny, 
pokryte polami obsianymi zbożem, co przypominało nieco równiny 

w Skanii, oraz niskimi i nędznymi sosnami, tu i ówdzie rosną- 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

* Karol   XII   zwany   byt   przez   Turków   „Żelazną   Głową"   (przyp. 

autora). 

background image

cymi  w  zagajnikach,  podobnymi  do  tych,  które  widuje  się  w 
naj-żyźniejszej  części  Skanii.  Nie  tu  było  ich  miejsce  i  wyglądały 

obco w tutejszym klimacie. Przypominały człowieka północy, który 

pod  włoskim  niebem  usycha  z  miłości  i  tęsknoty  do  lodowatej 

ojczyzny, do jej rzek i skał. 

Tu  i  ówdzie  oczom  naszym  ukazywały  się  okazałe  posiadłości 

należące do jednego z polskich magnatów, a wokół wspaniałego 

zamku,  cienistych  alei  i  ogrodów  stały  lepianki,  będące 

świadectwem  nędznego  życia,  jakie  pędzili  ich  mieszkańcy  — 

chłopi pańszczyźniani. Na jakież sprzeczności przyzwalają ludzie 
poszukując czegoś, co wyprzedza epokę, w której żyją i działają?! W 

kraju, w którym wolność była zawołaniem dnia, gdzie wszystkie 

oczy płonęły, wszystkie serca biły i wszystkie mięśnie napinały się 

na samą myśl o słowie „niepodległość", w kraju tym wznosiły się 

pałace  magnatów,  a  tysiące  ożywionych  zapałem  ludzi  krzyczało 

„Niech żyje wolność'" i dla tej idei ofiarowało własną krew i krew 
poddanych. 

Płock, do którego przybyliśmy przed południem o jedenastej jest 

dość  pięknym  i  porządnym  miastem,  leżącym  na  skarpie  nad 

Wisłą.  W  obrębie  murów  miejskich  znajdują  się  parki  i  aleje 

spacerowe opadające tarasami ku rzece, której spokojna, stalowo-

niebieska powierzchnia odbija wieże i wysokie domy. 

Usłyszeliśmy tu po raz pierwszy o bitwie pod Ostrołęką i zdradzie 

niektórych  generałów,  przez  co  Polacy,  choć  odnieśli  chwilowo 

zwycięstwo,  stracili  dość  dużo  ludzi.  Około  ośmiuset  rannych 

żołnierzy zostało przewiezionych do Płocka, do polowego lazaretu, 

brakowało jednak lekarzy i dlatego burmistrz nakazał mi rozpocząć 

służbę. Ponieważ jednak towarzysze moi chcieli jechać dalej, cofnął 

rozkaz  i  zawiadomił  nas,  iż  nie  ośmieli  się  więcej  korzystać  z 

naszych  usług,  dopóki  nie  zostaniemy  w  Warszawie  przyjęci  na 

służbę państwa. 

Ponieważ w międzyczasie dotarła wiadomość o zbliżaniu się armii 

rosyjskiej — kozaków widziano zaledwie trzy mile od miasta — z 

rozkazu  burmistrza  przeprawiono  nas  przez  Wisłę,  by  nic  nie 

stanęło na przeszkodzie dalszej podróży. 

Na  drugą  stronę  rzeki  przeprawiano  się  barkami  lub  czółnami. 

Barki  poruszały  się  przy  pomocy  żagla,  a  ponadto  popychano  je 

żerdziami. Na takiej właśnie barce udało nam się znaleźć miejsce. 

Czółna, długie i wąskie, które z trudem utrzymywały równowagę, 

drążone  były  w  pniach  drzewnych.  W  jednym  z  takich  czółen 

przeprawiała  się  grupa  Polaków.  Wspominam  o  nich  wyłącznie 

dlatego, iż znajdowała się wśród nich pewna Polka. Była doprawdy 

piękna.  Żadna  wyobraźnia  nie  potrafiłaby  stworzyć  bardziej 

regularnych rysów, delikatniejszych rumieńców

 

background image

i piękniejszego wyrazu twarzy. Szkoda tylko, że czółno, w którym 

płynęła,  dobiło  w  innym  miejscu  niż  my,  musieliśmy  więc, 

podobnie jak teraz czytelnik, porzucić ją, nie dowiedziawszy się o 

niej nic więcej ponad to, że była najpiękniejszą Polką, jaką piszący 

te pamiętniki oglądał w czasie swego pobytu w Polsce. 

Wsiedliśmy  teraz  do  wozu  powożonego  przez  Żyda.  [...]  Nie 

ujechaliśmy daleko, gdy zaczął nas ostrożnie wypytywać o różne 

rzeczy,  a  zwłaszcza  czy  mamy  dużo  pieniędzy.  Wypytywał  tak 

natrętnie i zuchwale, że musieliśmy mu surowo nakazać, by przestał. 

Zaczął nam wtedy grozić, mówił, że ma w sąsiedztwie przyjaciół, 

którzy  nas  wkrótce  pobiją,  jeśli  będziemy  się  sprzeciwiać. 

Żądaliśmy  nadal,  by  zamilkł,  aż  wreszcie  usłuchał.  Droga 

prowadziła przez duży, gęsty las i zauważyliśmy, że Żyd bez przerwy 

rozgląda  się  bacznie  dookoła.  Zaczęło  się  ściemniać,  jechaliśmy 

ciągle główną drogą, lecz po chwili jazdy Żyd nagle  skręcił. Nie 

widzieliśmy nic wokoło, sądziliśmy jednak, że jesteśmy ciągle na 

głównym  gościńcu.  Gdy  jednak  wóz  zaczął  podskakiwać  na 

pniakach,  korzeniach  i  kamieniach,  zaczęliśmy  podejrzewać,  że 

znajdujemy się na bocznej drodze lub może nawet nie jesteśmy już 

na żadnej drodze. Znaleźliśmy się w końcu w widniejszym miejscu 

— był to wyrąb leśny — i Żyd zatrzymał się. Zapytaliśmy go, gdzie 

jesteśmy, a on powiedział, że zabłądził i że poszuka zaraz w lesie 

drogi. Przypomnieliśmy sobie wówczas jego pytania o pieniądze i 

zaświtała nam jasno myśl o zdradzie. Dlatego też, gdy próbował 

zeskoczyć  z  wozu,  Stenkula  i  ja  złapaliśmy  go  za  kark,  a  Bergh 

zagroził, że go przebije nożem, jeśli zaraz nie wyprowadzi wozu na 

drogę. Dzwoniąc zębami ze strachu poprosił o przebaczenie i litość, i 

dość prędko dojechaliśmy z powrotem. Było więc jasne, że znał on 

nieźle drogi w lesie i że zabłądził nie bez powodu. 

Błagał  nas,  zaklinając  na  wszystkie  świętości,  byśmy  nie 

opowiadali  o  tym  wydarzeniu  w  Gombinie,  do  którego  zmierza-

liśmy,  a  robił  to  tak  natarczywie,  że  przyrzekliśmy  milczenie, 

bowiem gdy już niebezpieczeństwo minęło, nie mieliśmy żadnego 

powodu, by się mścić na biednym Żydzie. 

Wreszcie o pierwszej w nocy przybyliśmy do małego miasteczka 

Gombin, gdzie odesłaliśmy Żyda nie składając na niego donosu, i 

— jak zwykle — położyliśmy się w gospodzie na wiązce słomy. 

Spalibyśmy zupełnie spokojnie, gdyby nie chory na cholerę, który 

otrzymał miejsce w sąsiednim pokoju i przeszkadzał nam całą noc 

swym krzykiem i rozdzierającym jękiem. O świcie ruszyliśmy  w 

dalszą  podróż  przez  Saniki  i  kilka  innych  miasteczek  do 

Sochaczewa, dość pięknego miasta. 

Zobaczyliśmy tam po raz pierwszy oddział rekrutów, składający

 

background image

się z młodych i przystojnych Polaków w szykownych mundurach, 

którzy wyglądali tak, jakby wierzyli, iż podbiją świat. Widzieliśmy 

także  tak  zwanych  kosynierów  (Sensentrager).  Był  to  rodzaj 
pospolitego  ruszenia.  Miłość  ojczyzny  i  potrzeba  zmieniła  ich  w 
wojowników. W większości byli to bowiem wieśniacy z terenów, 

przez które przeszła armia rosyjska, a więc z okolic żyznych, gdzie 

nie było teraz jednej nie spalonej chałupy czy też jednego pola nie 

zdeptanego przez kawalerię. 

Chłopi porzucali wiec swoje rodzinne strony, gdzie wszystko, co 

stanowiło ich własność, zostało zniszczone, gdzie nie było już nic 

nawet  kościoła  parafialnego,  co  nie  zostałoby  zbezczeszczone 
przez  kozaków  i  armię  rosyjską,  i  gdzie  pozostawili  tylko  trupy 

swych braci, matek i sióstr. Uzbrajali się w kosy które ostrzyli i 

osadzali  na  drzewcu.  Polskie  kosy  są  prawie  proste,  grubsze, 

mocniejsze i nieco krótsze od naszych, nadają się więc dość dobrze 

na broń sieczną, a jeśli je zaostrzyć na końcu, nawet na broń kłutą. 

Drzewce mają około czterech łokci długości, a kosynierzy władali 

skutecznie swą bronią choć być może nie wedle zasad szermierki. 

Dotarliśmy do drogi warszawskiej, przy której co pół mili widać 

schludny  mały  domek,  najczęściej  siedzibę  starego  inwalidy.  W 
zamian za spokojne schronienie odpowiada on za utrzymanie drogi 

i  przychodzi  z  pomocą  podróżnym  których  spotkał  w  drodze 

wypadek.  Ze  wszech  miar  piękny  pomysł  stary  żołnierz,  za-

płaciwszy często drogo za spokój, którego teraz zażywa, otrzymuje 

w  ten  sposób  schronienie,  podróżni  zaś  w  razie  wypadku  mogą 

liczyć na pomoc. 

Droga nasza wiodła dalej między innymi przez miasta Biniewo i 

Błonie,  10  czerwca  w  piątek  po  południu  zobaczyliśmy  na 
horyzoncie błyszczące w popołudniowym słońcu wieże Warszawy. 

Słońce  na  purpurowym  nieboskłonie  chyliło  się  właśnie  ku 

zachodowi zdawało się iż zatonie zaraz we krwi. Taki też miał być 

los Warszawy i los Polski podziwiane przez krótką chwilę przez 

Europę  tonęły  na  powrót  w  strumieniach  krwi.  Także  i  historii 

znane  są  jutrzenki  i  zachody  słońca.  I  tak,  doprowadzeni  do 

rozpaczy starcy, pośród płomieni palących się miast siedząc jakby 

przy  wieczornym  ognisku,  jedyną  pociechę  znajdowali  w 

opowiadaniu młodym, jak to niegdyś świat był szczęśliwy, na co 

młodzi  przepełnieni  żarliwą  nadzieją  i  nie  rozmiłowani  w 

zaklętych skarbach przeszłości, szeptali znowu nadejdzie dzień! 

background image

Wkrótce znaleźliśmy się przy rogatce wolskiej*, która obwaro-

wana była palisadą z ostro zakończonych pali. Gdy podpisano nam 

paszporty,  ruszyliśmy  w  dalszą  drogę  przez  piękne  przedmieście 

Wolę aż do Warszawy, miasta niezwykłej urody. Wzdłuż szerokich 
ulic  —  niektóre  z  nich,  wysadzane  topolami,  prowadziły  aż  do 

Wisły — znajdowały się olśniewające pałace we włoskim stylu z 

kolumnami, balkonami i dziedzińcami, zajmujące rozległe tereny, 

co silnie kontrastowało ze staroniemiecką ciasnotą, która jakby się 

obawiała, iż miastom zabraknie miejsca. W samym mieście widzi się 

długie  aleje,  duże  rynki,  szerokie  ulice  i  obszerne  parki,  a  także 

świetność, nie ustępującą świetności innych stolic. Warszawa ma 

około półtorej mili niemieckiej długości i ponad trzy mile obwodu. 

Most  pontonowy  łączy  ją  z  twierdzą  na  Pradze,  która  na 

podobieństwo  półksiężyca  opiera  się  podstawą  o  Wisłę.  Główne 

ulice  miasta  zostały  zabarykadowane.  Na  większych  ulicach 
ustawiono  podwójne  barykady  zbudowane  z  potrójnych  rzędów 

grubych,  zaostrzonych  pali.  Przestrzeń  pomiędzy  nimi  zapełniała 
ubita  ziemia  i  kamienie.  Barykady  leżały  naprzeciwko  siebie  i 

tylko pośrodku zostawione było niewielkie przejście dla  wozów i 

pieszych.  Na  środku  ulicy,  kilka  łokci  przed  owym  przejściem 

znajdowało  się  podobne  umocnienie,  poprzez  zaś  wszystkie 

drewniane  palisady  przechodził  rozszerzający  się  na  zewnątrz 

otwór  strzelniczy,  z  którego  wyzierała  podstępnie  armata,  jak 

dłużnik,  który  przez  dziurkę  od  klucza  patrzy  na  wierzyciela, 

wchodzącego  do  przedpokoju  z  wyrokiem  sądowym  w  kieszeni. 

Na mniejszych ulicach były zaledwie dwie palisady, jedna w nie-

wielkiej  odległości  od  drugiej.  Każda  z  nich  wysuwała  się  ku 

środkowi z przeciwnych stron ulicy. W murach, płotach i ścianach 

porobiono  otwory  dla  broni  ręcznej  i  bardzo  prawdopodobne,  że 

gdyby  armia  rosyjska  przemocą  wtargnęła  do  miasta  pomiędzy 

liczne barykady, które w rożnych miejscach zamykały każdą ulicę, 

nastąpiłby  wówczas  jej  kres.  Bowiem  rozgniewany  naród  oraz 

podobne  umocnienia  muszą  zadać  cios  nawet  najbardziej 
zdyscyplinowanej armii. 

Na  Zygmuntowskim  Rynku

13

,  na  tak  zwanym  Starym  Mieście, 

gdzie znaleźliśmy mieszkanie, znajduje się Zamek Królewski, który 

robi  od  strony  Wisły  imponujące  wrażenie.  Pośrodku  placu, 

wysoko  ponad  okolicznymi  domami  wznosi  się  kolumna,  na  jej 
szczycie stoi marmurowy

14

 posąg króla Zygmunta. 

Pilno nam było teraz poznać naród, który przybyliśmy odwiedzić, 

pospieszyliśmy  więc  do  sali  jadalnej  hotelu,  by  spotkać  oficerów, 
którzy kilka dni przedtem odnieśli drogo opłacone zwy-

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
*  W oryg.   Wolaer Rogatka. 

background image

cięstwo pod Ostrołęką. Byliśmy niemymi świadkami ich radości, 

bowiem nie znaliśmy polskiego, a oni równie mało znali szwedzki. 

Wkrótce  jednak  zwrócili  uwagę  na  nasz  niezrozumiały  język  i 

zaczęli się do nas zwracać po niemiecku. Gdy dowiedzieli się, iż 

jesteśmy Szwedami, staliśmy się od razu przyjaciółmi. Polacy mają 

w sobie coś pociągającego. Żywią głęboką miłość swej ojczyzny i 

odczuwają  gorącą  tęsknotę  za  niezależnością.  W  tym  przypadku 

przypominają  oni  Szwedów.  My  także,  choć  z  większym 

powodzeniem, walczyliśmy z obcym uciskiem i kochamy ojczyznę 

tak samo żarliwie. Ten godny sympatii egoizm narodowy sprawił, 

iż Polacy uważają Szwedów za bratnie dusze w sprawach polityki i 

w  ojczyźnie  ich  słowo  „Szwed"  oznacza  jednocześnie  człowieka 

odważnego,  uczciwego  i  tolerancyjnego.  Filozofowie  mogą  sobie 

mówić,  co  chcą,  o  egoizmie  rożnych  narodów,  o  krzywdzących 

sądach,  jakie  jeden naród  wydaje  często  o  drugim,  o urazie,  jaką 

słabszy  naród  żywi  zawsze  wobec  sąsiada,  spodziewając  się  jego 

napaści. Kierując się rozsądkiem, mogą odrzucić nacjonalizm, jest 

on jednakowoż przyrodzony i ma rację bytu, bowiem każda roślina 

pragnie  posiadać  swój  skrawek  nieba,  skąd  dobiegałoby  do  niej 

światło,  i  swój  kawałek  ziemi,  z  której  czerpałyby  tylko  jej 
korzenie. Podobnie i naród pragnie być wolny, chce zachować swą 

wiarę  i  bronić  kraju  własnym  życiem,  bowiem  bez  ojczyzny  jest 

człowiek zbędnym okruszkiem we wszechświecie, nie ma dla kogo 

spożytkować  swych  talentów,  motywem  jego  działania  zostaje 

więc tylko egoizm. 

Polacy  nienawidzili  Rosjan  jako  mocarstwa  mającego  nad  nimi 

przewagę, mocarstwa, które zasłaniało ich skrawek nieba a korze-

niami  swymi  zajęło  ich  ziemię.  Nienawidzili  Prusaków  jako 

zdradzieckich sąsiadów i prawdopodobnie nigdzie cechy narodowe 

ze wszystkimi wadami i zaletami me odzwierciedlały się lepiej niż w 
wojsku polskim. 

14 czerwca stawiliśmy się przed Radą Lekarską, na której  czele 

stał  Łubienski

15

  jako  prezes  całego  personelu  lekarskiego.  Do 

Rady  należał  także  Antomarchi

16

,  ostatni  lekarz  Napoleona  na 

wyspie św. Heleny, który w czasie polskiej wojny był generalnym 
inspektorem  wszystkich  lazaretów  polowych  w  Warszawie  i 

okolicy. Gdy sprawdzono nasze dyplomy przetłumaczone na łacinę i 

zanotowano  numer  naszego  mieszkania,  wróciliśmy  do  domu,  a 

nazajutrz otrzymaliśmy  uprawnienia  lekarzy  asystujących  wraz z 

rozkazem, by następnego dnia zgłosić się do służby w obozie numer 

l położonym ćwierć mili na zachód od Warszawy, w pobliżu wsi 

Powązki, niedaleko zachodniego brzegu Wisły. Nasza gaża wynosiła 

208 polskich złotych miesięcznie, 

background image

złoty zaś miał wartość około 23 szylingów szwedzkich, nie licząc 
diet  polowych,  takich  jakie  otrzymywali  oficerowie,  a  które 

składały się z kilku funtów mięsa, chleba i temu podobnych. Każdy 

z nas otrzymał ponadto 480 złotych jako zwrot kosztów podróży. 

Tego  samego  dnia  odbyło  się  wielkie  przyjęcie  dla  oddziałów, 

które  zwyciężyły  pod  Ostrołęką

17

.  Na  miejsce  przyjęcia  wyzna-

czono tak zwany Ogród Saski przy pałacu Bruhla, przylegający do 

placu  Saskiego,  gdzie  za  czasów  wielkiego  księcia  Konstantego 

odbywały  się  olśniewające  parady  wojskowe.  Zwycięzcy  spod 

Ostrołęki zebrani byli wokół stołu w kształcie podkowy, naprze-

ciwko którego stał ołtarz przyozdobiony zdobytymi chorągwiami i 

armatami.  Złoconymi  literami  wypisano  na  nim  nazwy  tych 

wszystkich  miejscowości,  gdzie  zwycięstwo  odniosła  sprawa 
polska. Wśród gości roznoszono jedzenie, a radosny szmer głosów 
odurzonych  zwycięstwem  żołnierzy  i  tłoczący  się  wokół  ludzie 
przedstawiali pulsujący życiem obraz, z całą jego różnorodnością i 
weselem.  Wkrótce  nadeszli  liczni  generałowie,  wśród  nich  jeden 

szczególnie zwracał powszechną uwagę. Był to wysoki, niezwykle 

przystojny mężczyzna w średnim wieku, o żywym, przenikliwym 

spojrzeniu. Wszyscy ustępowali mu z szacunkiem miejsca, a on z 

na  poły  smętnym  uśmiechem  pozdrawiał  rozradowany  tłum  i 
wreszcie podszedł do stołu, przy którym znajdowali się żołnierze. 
A wtedy wszyscy ci wypróbowani w bojach śmiałkowie powstali, 

unieśli w górę kielichy i zakrzyknęli „Niech żyje Skrzynecki!", a 

dźwięczne  „Wiwat!"  na  część  zbawcy  ojczyzny  przebiegło  jak 

błyskawica  poprzez  niezmierzone  tłumy

l8

.  Skrzynecki  był  ciągle 

bożyszczem narodu i niewykluczone, że mało kto zasłużył sobie na 

to tak jak on, pałał bowiem tak wielką miłością ojczyzny, a czyny 

jego były tej miary, że można je było przecenić, lecz nie sposób 

było  ich  pomniejszyć.  Z  entuzjazmem  odnosili  się  do  niego 

wszyscy:  armia,  ludność  cywilna  i  damy.  Polskie  kobiety 

wzbudzały  szczególnie  wiele  sympatii  w  czasie  wojny, 

interesowały się one bowiem żywo jej przebiegiem i często same 

wystawiały się na niebezpieczeństwo. 

Polki są brunetkami, mają ogień w oczach i sercach, są dowcipne, 

pełne życia i wesołe, brakuje im jednak owej chwytającej za serce 

skromności i delikatności, którą mają nasze kobiety północy. Zdają 

się  być  lekkomyślne  i  wydaje  się,  iż  brak  im  prawdziwej 

kobiecości. Polacy należą do orlego rodu, dlatego też, podobnie jak 

na  wizerunkach  ich  okrytego  piórami  protoplasty,  więcej  urody 

zauważyć  da  się  wśród  mężczyzn  niż  wśród  kobiet,  zapewne 
dlatego, iż charakter narodowy Polaków bardziej pasuje do

 

background image

mężczyzny niż do kobiety, jaką my przywykliśmy cenić, gdy jako 

żona  i  matka  spełnia  swe  ciężkie  powołanie  i  znajduje  najsłodszą 

nagrodę w zadowoleniu z samej siebie 

19

Wśród   Żydów jest   na   odwrót.    Kobiety   ich   należą   do   

najpiękniejszych,  jakie    istnieją.        Śnieżnobiała    szyja,      rozwiane   

wokół 

 
 
 
 
 
 
 

background image

niej kręcone loki, zaróżowione ślicznie policzki, omdlewające oczy 

—  wszystko  to  sprawia,  iż  w  porównaniu  ze  swymi  braćmi  i 

mężami przypominają anioły. Te niezwykłej urody Żydówki spotyka 

się jednak rzadziej wśród ubogich, nędza, skąpstwo i brud zabijają 

pączek, zanim zdąży się rozwinąć. W wielkim 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

tłumie, zebranym wówczas w Ogrodzie Saskim, znaleźliśmy wiele 

przykładów  dowodzących  słuszności  moich  sądów.  Prawdziwie 

piękna twarz należała zawsze do Żydówki, a szczególnie brzydki 

mężczyzna był — co zdradzał zawsze jego strój — Żydem. 

Przenieśliśmy się w wyobraźni do czasów, gdy Polacy zbierali 

się na elekcję. Nie pomylę się chyba mówiąc, iż uroczystości tamte 

przypominały obecną, w czasie której bohater dnia, Skrzy-necki, 

witany  był  z  podobną,  a  być  może  nawet  większą  miłością,  niż 

gdyby  był  królem.  Gdy  odszedł,  wszyscy  zgromadzeni  odkryli 

głowy i znowu zakrzyknęli „Wiwat!" na cześć Polski i przyjaciela 
narodu. 

Żołnierze wypili wiele toastów za swych dowódców, a po posiłku 

zabawiali  się  tańcami  i  popisami  gimnastycznymi.  Widząc  to 

wszystko,  myślało  się  tylko  o  wojnie  i  zwycięstwie.  Całe  miasto 

miało  tak  wojenny  wygląd,  a  serca  i  umysły  żyły  w  takim 

podnieceniu, że można było Warszawę z powodzeniem porównać 

do oblężonej Numancji lub Kartaginy. Na rynkach wzniesione były 

rogatki*,  by  zagrodzić  drogę  wrogiej  kawalerii,  na  ulicach 

wspomniane już przeze mnie barykady z otworami strzelniczymi. 

We  wszystkich  księgarniach  wywieszono  mapy  dawnego 
Królestwa  Polskiego  —  nieme  i  dobrze  przez  wszystkich 

rozumiane  życzenie  powrotu  do  dawnego  stanu  rzeczy,  portret 
wielkiego  księcia  Konstantego  —  dla  przypomnienia  cierpień, 
jakich Polacy doznali, portrety obecnych dowódców — by dać do 
zrozumienia, gdzie pokładano nadzieję, a wreszcie różne karykatury 

wyszydzające nieprzyjaciół. Wiele wykpiwało Dybicza, jedna z nich 
przedstawiała  go  na  przykład  siedzącego  nad  Wisłą,  podczas  gdy 
oficer — krakus

20

 namydlał mu twarz, a stojący obok kosynier miał 

golić go kosą, którą posługiwał się tak nieostrożnie, iż głowa spaść 

musiała wraz z brodą. W głębi zachodziło słońce, a odznaczenia 

Dybicza  unosiły  się  na  falach  jak  dziecinne  stateczki.  Inna 

karykatura ukazywała Dybicza z kapeluszem w ręce, żegnającego 

się  z  Warszawą,  którą  przedstawiała  młoda,  piękna  niewiasta. 
Polacy  nie  mieli  zbyt  wysokiego  mniemania  o  Dybiczu  jako 
dowódcy,  podobał  im  się  jednak  jako  człowiek  łagodny  i 

wrażliwy,  i  można  powiedzieć,  że  w  pewnym  sensie  opłakiwali 

jego śmierć, nie chcąc przy tym uwierzyć, by sprowadziła ją cholera. 

Śmierć  ta  była  dla  Polaków  niepomyślnym  wydarzeniem  także 

dlatego, iż po Dybiczu przyszedł Paskiewicz, uważany za zdolnego 

generała,  lecz  także  bezwzględnego  i  nieprzejednanego  wroga. 

Polacy mieli rację, uważając go za zdolnego generała, 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
* Tak w oryg. 

background image

jeśli  zaś  chodzi  o  pozostałe  jego  cechy,  mieli  się  teraz  właśnie 

przekonać, czy sprawiedliwie ocenili jego charakter. 

Wszyscy mieszkańcy Warszawy byli obecnie uzbrojeni i nierzad-

ko widziało się chłopców dziesięcio  - dwunastoletnich stojących 

na  warcie  ze  starszymi  i  jadących  konno  na  polu  bitwy  u  boku 
ojców

21

.  Naród  polski  zebrał  wszystkie  siły,  by  dalej  prowadzić 

wojnę. Damy oddawały biżuterię, posesjonaci i mieszczanie kapi-

tały  i  srebra,  a  posiadanie  innej  łyżki  niż  cynowa  przynosiło 

właściwie hańbę. Dlatego też armia znajdowała się w doskonałym 

stanie, była dobrze wyposażona i ubrana, najlepiej jak tylko można 

uzbrojona  i  dobrze  wynagradzana.  Lazarety  polowe  były  tak 
sprawnie zorganizowane i tak czyste, jak w czasach pokoju, a jeśli 

odczuwano nawet czasem jakieś braki, nie wywoływała ich nigdy 
bieda,  lecz  nieuczciwość  dostawców  —  zjawisko  występujące 

zawsze i wszędzie w publicznych instytucjach. Trzeba było sobie 

bezustannie powtarzać, że to kraj ogarnięty powstaniem, by nie dać 

się zwieść pozorom, nic bowiem nie wskazywało na chaos, który 
towarzyszy  zazwyczaj  rewolucjom,  gdy  rozkład  jaki  przeżywa 

państwo  w  poszczególnych  swych  członach,  zachwiewa 

równowagę jego sił wewnętrznych. Nic podobnego się tu nie działo, 

wszystko  toczyło  się  normalnie,  ministerstwa  zajmowały  się 

pokojową pracą a policja była równie dokładna, jak w najbardziej 

zorganizowanym i spokojnym społeczeństwie. Zarobki wypłacano 

punktualnie a prawo było rzeczą świętą. Porządek został zagrożony 

jedynie 15 sierpnia, gdy intrygi spowodowały wybuch tłumu. Ani w 
stolicy,  ani  na  prowincji  nie  słyszało  się  jednak  o  rabunkach  czy 

innych  ekscesach.  Było  to  dowodem  zarówno  łagodnego 
usposobienia  narodu,  jak  i  szacunku  dla  prawa.  A  było  to  tym 

bardziej  zdumiewające,  iż  rewolucja  nie  została  przygotowana, 

wybuchła  nagle,  jak  nagle  uderza  piorun  z  jasnego  nieba, 

zdruzgotała  łańcuchy  i  oddała  z  powrotem  wolność  na 

półzniewolonemu  narodowi,  który  niezupełnie  ją  pojmował, 

wolność, która u narodów bardziej dojrzałych niż Polacy tak często 

ulegała degradacji, przeradzając się w gwałt i okrucieństwo. 

Zrozumiałe  jest,  że  gdy  cały  naród,  nie  bacząc  na  krytyczną 

sytuację, w jakiej się znajdował, prowadził nadal dawny tryb życia, 

podobnie  czynili  również  zakonnicy  i  Żydzi,  którzy  dla  różnych 

powodów stanowią odrębne społeczności i nie posiadają nigdzie na 

świecie  własnej  ojczyzny,  zachowując  również  swe  zwyczaje. 

Zakonnicy, których  w Polsce pełno, przechadzali się  codziennie z 

taką  pompą,  iż  można  ich  było  wziąć  za  żołnierzy  na  paradzie. 

Widywaliśmy ich często na czele licznych konduktów

 

background image

pogrzebowych w Warszawie, a ponieważ zwyczaje polskiego Koś-

cioła  katolickiego  odbiegają  od  zwyczajów  innych  Kościołów, 

opiszę zatem uroczysty pogrzeb polski. 

Na  przedzie  idzie  zakonnik  niosąc  krucyfiks  z  wizerunkiem 

Zbawiciela,  za  nim  w  dwóch  rzędach  inni  zakonnicy  w  szarych 

habitach, w sandałach na bosych nogach a w razie złej pogody w 

kapturach zaciągniętych na głowy znaczone tonsurą. Nieboszczyk, 
który  jako  bohater  dnia  zajmuje  poczesne  miejsce,  spoczywa  w 

żółtej trumnie na szczycie imponującego wozu pogrzebowego. Za 

wozem jadą krewni zmarłego, z mężczyzn tylko najbliżsi, z niewiast 

prawie  wszystkie.  Najbliżej  spokrewnione  ubrane  na  czarno,  a 

dalsze krewne w białych sukniach przybranych kwiatami. Wokół 

wozu  żałobnego  postępują  grabarze  w  specjalnych  uniformach, 

składających  się  z  trójgraniastych  kapeluszy  i  czarnych  szat  z 

wielobarwną wstążką na lewym ramieniu. 

Rzadko mieliśmy okazję oglądać młodsze zakonnice, gdy bowiem 

tylko zbliżał się do nich mężczyzna, skrywały swe wdzięki przed 

oczami ciekawych. Częściej pokazywały się przeorysze, tęgie i za-

żywne, w kwitnącym zdrowiu, którym pogarda dla dóbr doczes-

nych  nie  zdawała  się  wyrządzać  większej  szkody  przynajmniej  na 
ciele. 

Żydzi, których miało być w Warszawie około trzydziestu tysięcy, 

choć było ich zapewne więcej, mieszkali na ulicy Franciszkańskiej 

22

, gdzie jak opowiadali ci którzy oglądali ich w spokojniejszych 

niż obecne czasach — kręcili się z taką samą energią i życiem, jak 

dawniej.  Żaden  nie  stracił  nic  ze  swej  żyłki  handlowej,  którą  od 

czasów  zburzenia  Jerozolimy  dziedziczył  ten  niezwykły  naród, 

mieszający  się  w sprawy  państwa i poszczególnych ludzi bardziej 

niż milionerzy i żebracy. Naród, który nie stracił swych cech, mimo 

że przyszło mu mieszkać między wszelkimi możliwymi narodami. 

Ulica  Franciszkańska,  leżąca  na  Nowym  Mieście,  jest  dość 

szeroka. Zamieszkują ją wyłącznie Żydzi czego nawet nie wiedząc 

można  się  łatwo  domyślić,  zważywszy  brud,  jaki  tam  panuje,  i 

patrząc  na  niezliczoną  ilość  sklepów.  Na  ulicy  tłumy 

starozakonnych, a gdy obcy znajdzie się w pobliżu, wiadomość o 

tym rozchodzi się lotem błyskawicy i przybysz otoczony zostaje w 

mgnieniu  oka  mrowiem  gnących  się  w  ukłonach  istot,  które  w 

swym  przenikliwie  brzmiącym  języku  pytają,  co  rozkaże.  Każda 

brama prowadzi na podwórko, gdzie w zupełnie niepojęty sposób, 

na niewielkiej powierzchni każda z dziesięciu do dwunastu rodzin 

ma swój stragan. Można tam kupić wszystko, o czym tylko człowiek 

zamarzy. O co by się tylko nie zapytać, znaleźć to

 

background image

można  jak    nie  na  jednym,    to  na  drugim    straganie,  do  którego 
kieruje lub osobiście prowadzi usłużny Żyd.   [...] 

Zrobiło się późne popołudnie, gdy usadowiliśmy się w dorożce i 

pojechaliśmy w kierunku naszego nowego miejsca przeznaczenia 

w charakterze lekarzy asystujących obozu numer l. Droga wiodła 

przez nowy Plac Teatralny, po którego jednej stronie stał ogromny, 

nie wykończony budynek teatru, niezwykle okazały, z kolumnadami 

jedna nad drugą, wielopiętrowy, a każde z pięter było piękniejsze, 

gustowniejsze  i  wspanialsze  od  poprzedniego.  Był  on  jednak 

dopiero w trakcie budowy i zapewne nie ukończony zamieni się w 

ruinę, bowiem cała Polska stała się sceną, na której rozgrywały się 

prawdziwe tragedie wielkie i  małe. Droga przez plac prowadziła 
obok  koszar  artylerii  i  domów  spalonych  w  pierwszych  dniach 

rewolucji aż do rogatek powązkowskich, a zaraz potem do naszego 

miejsca przeznaczenia. Obóz odznaczał się dość pięknym, i — jeśli 

tak  można  powiedzieć  —  spokojnym  wyglądem.  Składał  się  z 

dwustu  większych  i  mniejszych  budynków,  które  stały  w  dwóch 

rzędach  równoległych  do  siebie.  Za  czasów  wielkiego  księcia 

Konstantego był  tu obóz  wojskowy  dla  piechoty  a  w  budynkach 

mieściły  się  mieszkania  oficerów,  kuchnia  i  restauracja.  Obecnie 

większe budynki przebudowano na szpital a mniejsze, o oszklonych 

drzwiach,  wokół  których  rosły  drzewa,  zamieszkane  były  przez 

oficerów  i  lekarzy  pracujących  w  szpitalu.  Całość  sprawiała 

bardziej wrażenie parku, w którym rozsiane były letnie domki, niż 

obozu, gdzie pomieszkanie swe mieli wyłącznie chorzy. Położenie 

zaś nad brzegiem Wisły czyniło obóz miłym miejscem pobytu. 

Gdy pokazaliśmy nasze pełnomocnictwa naczelnemu* lekarzowi, 

Trzeskiewiczowi

23

, skierowani zostaliśmy na oddział szpitalny, na 

którym  mieliśmy  pracować  jako  lekarze  asystujący.  Większe 
baraki,  przeznaczone  obecnie  dla  chorych,  mieściły  około  trzech 

tysięcy osób. Podzielone były na dziesięć oddziałów, na każdym z 

nich  znajdowało  się  około  trzystu  chorych.  Opiekował  się  nimi 

jeden  ordynator,  jeden  zastępca,  dwóch  młodszych  lekarzy  i 

czterech felczerów. W każdym baraku mieściło się około piętnastu 

łóżek. Baraki miały zaledwie jedne drzwi w krótszej ścianie, cztery 

okna  po  bokach,  a  naprzeciwko  drzwi  otwór  przy  podłodze  dla 
wentylacji.  Obchód  zaczynał  się  o  szóstej  rano  a  kończył  o 

dwunastej, popołudniowy zaś trwał od czwartej do siódmej, kiedy 
to lekarze

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
*  W oryg.   po polsku. 

background image

kończyli  prace,  z  wyjątkiem  oczywiście  tych  wypadków,  gdy 
przybywali nowi ranni lub gdy chory po operacji wymagał opieki. 

Szarpi, bandaży i kompresów nigdy nie brakowało, gdyż Polki 

hojnie  obdarowywały  nimi  szpital.  Na  salowych  brano  jeńców 

rosyjskich,  a  felczerzy  wzięci  do  niewoli  musieli  pracować  w 
szpitalu. Jeden z nich, nazwiskiem Przecoń*, pracował na naszym 

oddziale.  Polacy  i  Rosjanie  leżeli  przemieszani  wszyscy  bez 

wyjątku w zgodzie i przyjaźni, a jednych i drugich pielęgnowano 

równie troskliwie. Rosjanie nie byli uważani przez innych pacjen-
tów za wrogów, mimo że w bitwie pozadawano sobie nawzajem 

rany,  które  teraz  przykuwały  wszystkich  do  łóżek.  Zaledwie 

jednak powietrzem wstrząsnęła odległa kanonada a ranni, jęcząc z 
bólu, jaki sprawiały im odniesione obrażenia, wykrzykiwali Caputti 
Russi!** 
z błyskiem w oczach i z wrodzonym Polakom tempera-

mentem, którego nie umieli okiełznać. Rosjanie leżeli z bydlęcym 

spokojem i otępiałym wzrokiem wpatrywali się w swoich pełnych 

życia  towarzyszy,  okrzyki  zaś  przyjmowali  z  obojętnością,  jaka 

cechuje  każdego  profesora,  do  którego  studenci  krzyczą 
Pe-reat!

24

. Z trudem można było powstrzymać rannych Polaków, 

aby słysząc kroki maszerującego w pobliżu oddziału nie wyskaki-

wali z łóżek, by zobaczyć przez okno swych dzielnych towarzyszy, 
i  nie  dodawali  im  okrzykami  otuchy.  Rosjanie  natomiast  nie 

pokazywali  nigdy  żadnych  uczuć.  Z  obojętnością  przyjmowali 

zarówno wiadomość o klęsce, jak i o zwycięstwie swych rodaków. 

Zachowywali się tak samo słysząc, że rodacy ich ponieśli klęskę, 

jak wtedy, gdy mówiono im, że odnieśli zwycięstwo. Żaden rys ich 

twarzy nie zdradzał radości ani smutku i żaden z nich nie zdawał 

się  w  najmniejszym  nawet  stopniu  interesować  ani  tym,  co 

przeminęło, ani chwilą obecną, ani też przyszłością. Pewne jest, że 

nie  walczyli  za  swoją  ojczyznę,  zdarzają  się  bowiem  obojętne  na 

wszystko  istoty  ludzkie  wiodące  czczą  egzystencję,  których  z 

życiem nie  wiąże nic poza uczuciem głodu. Ci zaś  żołnierze byli 

jeszcze  mniej  uczuleni  na  potrzeby  swego  ciała.  Podobni  byli 

nerwom, które ze służalczego szacunku dla mózgu nie ośmielają 

się przekazać, iż ze stopą dzieje się cos złego. 

Dwa  razy  w  tygodniu odwiedzał  nasz obóz  Antomarchi,  który 

był  na  ogół  przez  Polaków  kochany,  bowiem  wszystko,  co 

przypomina  Napoleona,  jest  im  drogie,  mniej  jednak  kochał  go 

personel  lekarski  uważając,  iż  nadużywa  on  czasem  w  despo-

tyczny sposób swej władzy. Antomarchi jest średniego wzrostu, 

 
 
 
 
 
 
*  W oryg.   Pczecon.  
** Tak w oryg. 

background image

chodzi nieco pochylony do przodu czy, jak się to mówi, skurczony 

we dwoje, ma brązowe, żywe, przenikliwe oczy, szlachetną twarz i 

czarne włosy. Ja sam nie zauważyłem w jego zachowaniu niczego, 

co można by nazwać despotyzmem, przeciwnie — zdawał się być 

dość  dobrym  człowiekiem  i  często  brał  udział  w  niewielkich 
operacjach udzielając nam, młodym, wielu wyjaśnień. 

Na skutek egoizmu i obojętności jednego z komisarzy polowych 

nie  mogliśmy  w  ciągu  pierwszych  dni pobytu  w  obozie numer  l 

skorzystać z przywilejów, które nam się należały jako lekarzom w 
takim samym stopniu, jak naszym towarzyszom. 

Nie zostaliśmy, na przykład, zakwaterowani i gdyby nie zlitował 

się  nad  nami  jakiś  miłosierny  Polak,  musielibyśmy  nocować  na 

łonie natury, z ubitą ziemią zamiast posłania i niebem nad głową 

zamiast  baldachimu,  który  by  nas  zresztą  nie  osłonił  przed 

deszczem.  Lecz  wkrótce  te  niedociągnięcia  zostały  naprawione  i 
przydzielono nam mieszkanie w budynku podobnym do tego, który 

już opisywałem. Otuleni w derkę, po trudach dnia pogrążaliśmy się 

na słomie w niczym nie zakłócony sen. 

Na  posługacza  wyznaczono  nam  więźnia,  kozaka  imieniem 

Aleksis, i był to pod każdym względem dobry wybór, tyle że on nie 

rozumiał  nas  a  my  nie  rozumieliśmy  jego.  Próbowaliśmy  więc 

rozmawiać na migi, ale ani Aleksis, ani my nie celowaliśmy w tym 
szczególnie i zdarzało się często, że gdy przez długi czas wpatrywał 

się  w  nasze  kiwania  głową,  tupania  nogami  i  znaki  dawane 

palcami, wybuchał śmiechem, a pociągnięcie go przez nas za ucho 

znaczyło  tyle,  co  w  języku  pisanym  kropka  i  zaczęcie  nowego 

wiersza.  Natężał  wówczas  znowu  uwagę  i  zaczynał  gadać  po 

kozacku,  by  usprawiedliwić  się.  W  podobny  sposób  my 

próbowaliśmy uczynić czytelnymi dawane przez siebie znaki przy 

pomocy  długich,  szwedzkich  lub  niemieckich  wyjaśnień.  W 

rezultacie musieliśmy zawsze załatwiać wszystko sami a potem mu 

to  wyjaśniać  i  w  ten  sposób  stworzyliśmy  język  niezbyt  może 

bogaty, lecz często pełen wyrazu. 

Gdy  to  piszę,  przypomina  mi  się  dość  zabawne  wydarzenie, 

którego głównym bohaterem był mój towarzysz Bergh i rosyjski 

pielęgniarz. 

A  więc  Bergh  stał  przy  łóżku  jednego  z  chorych.  Potrzebował 

gorącej wody i gąbki. Musiał więc wydać polecenie Rosjaninowi, 

by  ten  przyniósł  mu  co  trzeba.  Udało  mu  się  na  tyle,  iż  zażądał 

gorącej wody*, ale nie wiedział, jak nazwać gąbkę Poka- 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

*  W oryg.   „wody gorunza". 

background image

zywał na ranę, którą trzeba było obandażować, osuszał ją, ściskał 

ręce, by pokazać, że chodzi o rzecz elastyczną i tak długo próbował 

Rosjaninowi tłumaczyć, o co chodzi, iż ten zaczął się śmiać. Wtedy 

Bergh  nie  był  już  w  stanie  zachować  spokoju,  zaczął  przeklinać 

Rosjanina  i  mówić  mu  w  oczy  gorzką  prawdę  —  w  nienagannej 

szwedczyźnie,  czego  oczywiście  nieszczęsny  człowiek  nie  był  w 

stanie zrozumieć. Zrozumiał jednak dobrze, iż pan się rozgniewał, 

uciekł  więc  by  uniknąć  dalszych  bardziej  szczegółowych 

wyjaśnień,  a  Bergh  został  bez  wody  i  bez  gąbki.  Szwedzkie 

przekleństwa brzmią dźwięcznie i są przez to zrozumiałe na całym 

świecie  można  je  więc  nazwać  językiem  uniwersalnym,  który 

należy sobie przyswajać jak inne umiejętności. 

Zauważyliśmy,  jak  zabawna  staje  się  podobna  rozmowa,  gdy 

człowiek daje się ponieść w ogniu dyskusji, postanowiliśmy więc 

rozmawiać odtąd na migi, by najpewniej, językiem cichym i peł-

nym wyrazu osiągnąć swój cel w rozmowie z osobami które znały 

jedynie własny, barbarzyński język ojczysty. 

W  Wojsku  Polskim  służyli  lekarze  niemal  z  całej  Europy.  Było 

wśród nich wielu zdolnych, godnych szacunku ludzi, którzy brali 

udział  w  bohaterskim  zrywie  walczących  o  wolność  Polaków  z 

umiłowania  swej  wiedzy,  jak  i  z  chęci  niesienia  pomocy  niesz-

częśliwym. Można było jednak także spotkać nie douczonych włó-

częgów, którzy zgłosili się do armii dla pieniędzy lub może po to 

by  stać  się  kimś.  Polacy  nie  potrzebowali  w  gruncie  rzeczy  tak 
wielu lekarzy, lecz wojna i choroby zbierały wśród nich stale swoje 

żniwo, tak więc ciągły dopływ sił lekarskich stał się konieczny. Z 

tego też powodu przyjmowano stale nowych lekarzy, tworzyły się 

bowiem bez przerwy wakanse, częściowo wywołane śmiertelnymi 

zejściami lub chorobami po części zaś dlatego, iż lekarze trafiali do 

niewoli.  Zdarzało  się  to  często,  bowiem  kozacy  otrzymywali  od 

rosyjskiego dowództwa dukaty za każdego lekarza, którego udało 

im  się  żywego  dostarczyć  do  armii  rosyjskiej,  cierpiącej  na  brak 
lekarzy. 

Wśród  lekarzy,  przyjętych  do  Wojska  Polskiego  po  naszym 

przybyciu,  był  także  młody  Duńczyk  nazwiskiem  S...p

2 5

,  mło-

dzieniec,  który  zasłużył  na  lepszy  los  niż  ten,  jaki  go  spotkał 

Podobny  sposób  myślenia,  podobny  wiek  i  język,  wszystko  to 

zbliżyło  nas  do  siebie  i  nigdy  pewnie  nie  zapomnimy  chwil,  gdy 

razem  z  nim  pośród  krwawych  wydarzeń  budowaliśmy  sobie  w 

marzeniach piękną przyszłość, szczęśliwy świat i spokojne życie

 

background image

Lecz miłe to życie zostało wkrótce przerwane, gdy S...p  zacho-

rował  ciężko na  nerwową  gorączkę.  Nasze  baraki  były  położone 

dość daleko od siebie, a praca nie zostawiała nam zbyt wiele czasu 

na  odwiedziny  przy  jego  łóżku,  gdzie  znaleźliśmy  tego  pełnego 

wigoru młodego człowieka wycieńczonego i majaczącego. 

Gdy pewnego wieczora siedziałem wraz z kolegami przed naszym 

barakiem, ujrzeliśmy nagle pomiędzy drzewami podobny do zjawy 

kształt,  który  zbliżał  się  ku  nam  chwiejnym  krokiem,  a  gdy 

wreszcie do nas dotarł, okazało się, ze był to S...p, który w malignie 

pobiegł  nas  szukać,  a  teraz  stał  przed  nami  blady  na  twarzy,  z 

utkwionym przed siebie, rozgorączkowanym wzrokiem, pytając z 

niecierpliwością  w  głosie,  czy  nie  jesteśmy  jeszcze  gotowi  do 
odbycia  z  nim  podróży  do  Kopenhagi.  „Byłem  tam  wczoraj  — 

dodał z westchnieniem — narzeczona z płaczem prosiła mnie, bym 

niedługo  wrócił,  a  wy  nie  jesteście  jeszcze  gotowi,  mimo  ze 

obiecaliście ze mną pojechać." Chwiał się z wyczerpania na nogach 

i pospieszyliśmy odprowadzić go z powrotem do baraku, gdzie nie 

przestał śnić, że jest w domu, w objęciach narzeczonej. 

Po  pewnym  czasie  S...p  wyzdrowiał,  lecz  nigdy  nie  wrócił  do 

domu,  do  tych,  których  kochał.  Po  wyzdrowieniu  odkomendero-

wano  go  do  małego  miasteczka  Rawa,  wkrótce  potem  zajętego 

przez  Rosjan.  Opowiadano,  że  nie  powrócił  stamtąd  żywy.  Śpi 

gdzieś  zapewne  snem  wiecznym  w  tym  wyniszczonym  kraju. 

Kochany  nasz  S...p!  Byłeś  tak  wierny  ojczyźnie  i  swojej  dziew-

czynie, nawet gdy majaczyłeś w gorączce. Czy pamiętasz o nich i i 

teraz  w  swej  nowej  ojczyźnie,  czy  myślisz  czasem  o  tych,  którzy 

kochali  cię  za  życia?  Jeśli  dziewczyna  twoja  płacząc  przeczyta 

kiedyś tych kilka wierszy, pocieszy ją zapewne myśl, że nie tylko 

ona znała cię i kochała. 

Pewnego  dnia,  gdy  spotkaliśmy  się  wszyscy  w  baraku  mówiąc 

między sobą po szwedzku, zauważyliśmy, że kilku leżących tam 

rannych zwraca na nas uwagę i z radosnym uśmiechem oczekuje, 

aż podejdziemy do ich łóżek. A w końcu jeden z nich zapytał  w 

naszym  ojczystym  języku:  „Czy  panowie  są  Szwedami?"  Byliśmy 

zdziwieni i szczęśliwi — były to pierwsze szwedzkie słowa, jakie 

słyszeliśmy od przyjazdu — i niemal w tej sekundzie zadaliśmy im 
to samo pytanie. Odpowiedzieli, że są Szwedami, gdyż są Finami 

26

Opowiadali, że służyli w fińskim batalionie strzelców wyborowych i 

zostali  wzięci  do  niewoli  pod  Ostrołęką.  Dodali,  że  cierpią 

niewymownie w niewoli, gdyż nikt ich nie rozumie,

 

background image

znają bowiem tylko szwedzki i fiński, a w tym języku nie mówią 

ani Rosjanie, ani Polacy. Nazywali się zawsze Szwedami i mówili 

między  sobą  stale  po  szwedzku,  stąd  wśród  Polaków  rozeszła  się 

wieść,  że  szwedzcy  strzelcy  wyborowi  walczyli  przeciwko  nim 

pod Ostrołęką i ponieśli sromotną klęskę. Batalion fińskich strzel-

ców  wyborowych  uważany  był,  przynajmniej  przez  Polaków,  za 
najbardziej waleczny w armii rosyjskiej. W naszym obozie, łącznie 

z rannymi, było ich w niewoli około czterdziestu. 

Rozmawialiśmy  z  nimi  o  wojnie  a  oni  opowiadali  nam,  iż  nie 

walczyli  przeciwko  Polakom,  lecz  przeciw  Francuzom  którzy  u 

swego boku mieli kilka polskich pułków. Zapewniali, że przeko-

nanie to jest powszechne w całej armii rosyjskiej, i że przynajmniej 

żołnierze wierzą w podobne bajki a stara nienawiść do Francuzów 

każe  im  walczyć  jak  lwy.  Dość  trudno  było  zachwiać  podobne 

przekonanie,  bowiem  słyszeli  to  wszystko  od  swych  oficerów  i 

dopiero  w  niewoli  zaczynali  rozumieć,  iż  było  to  kłamstwo 

świadomie głoszone i rozpowszechniane. 

Zamiast Aleksisa, który ciągle nie rozumiał tego, co chcieliśmy 

mu przekazać na migi, wzięliśmy na posługacza Fina nazwiskiem 

Johan Hjelm, człowieka dobrodusznego, który z całą swą właściwą 

Finom lojalnością i uczciwością stał się dla nas nieoceniony. 

W  ten  sposób  przeżywaliśmy  dość  miłe  chwile  w  obozie  z 

naszymi Finami — braćmi w języku i Polakami, którzy mimo swej 

lekkomyślności  są  czarującymi  ludźmi.  Mieli  oni  jednak  niejasne 

wyobrażenie  o  wolności  —  mówię  niejasne  wyobrażenie,  gdyż 

naród w swej masie nie był z pewnością świadomy, o co walczy. 

Wyruszał na pole bitwy wierząc, że walczy o wolność, gdy zabijał 

Rosjan,  ci  zaś  z  kolei  wierzyli,  że  biją  Francuzów  wtedy,  gdy 
masakrowali Polaków. 

„Ludzie pragną być oszukiwani" mówi stare przysłowie. Potwier-

dza się ono najlepiej  i  najpełniej  tam,  gdzie  walczą  całe narody. 

Poszczególnego  człowieka  trudno  wyprowadzić  w  pole,  w  grę 
wchodzi  bowiem  jego  tylko  wola,  silna,  bo  niepodzielna,  naród 

jednak łatwiej oszukać, gdyż każdy z tysiąca ludzi ma swoją wolę a 

tysiące  sprzecznych  interesów  zamącić  może  myśl  przewodnią, 

osłabić  jej  moc  i  uczynić  z  narodu  bezwolny  przedmiot  w 
wyrachowanych planach. 

Polacy nie bardzo wiedzieli, o co walczą. Gdy niewolnik całował 

stopy  magnata,  wzywano  go,  by  ofiarował  życie  za  wolność. 

Powstawszy  z  kolan,  chwytał  za  broń  i  rzucał  się  do  walki  z 

okrzykiem:  „Wolność  lub  śmierć!"  Czy  walczył  o  osobistą 

wolność?  Oczywiście,  że  nie.  Ofiarowywał  swe  życie  za 
wyzwolenie  Polski  od  Rosjan,  nie  dopuszczając  do  siebie  ani  na 

chwilę

 

background image

myśli: „Jestem nadal chłopem pańszczyźnianym". Polacy zachowy-

wali  się  podobnie  jak  inne  narody,  którym  drogi  był  honor 
ojczyzny.  Najcięższe  nawet  kajdany  znosili  bez  szemrania,  o  ile 

nałożone im były przez rodaków, łańcuchy nałożone przez obcych 

nadmiernie jednak uciskały im ramiona, choćby nawet były lekkie 
jak piórko. 

Ciężar  łańcuchów,  którymi  Rosjanie  skuli  Polaków,  nie  był 

bynajmniej  mały,  Polacy  zaś,  zważywszy  zarówno ich położenie 

jak i narodowe uczucie nienawiści, mieli dostateczne powody nie 

chcieć go dłużej znosić. Uważają oni swój naród za najwspanialszy 

na świecie i mówią o sobie na ogół z takim samym entuzjazmem, z 
jakim  nasi  szwedzcy  skaldowie  i  pisarze  nigdy  by  nie  potrafili 

sławić  naszego  żelaza,  naszego  nieba  i  naszych  chłodów,  nie 

mówiąc  o  naszych  kopcach  i  niezapomnianych  kamieniach 

nagrobnych,  aby  w  ten  sposób  uzmysłowić,  że  epoka  bohaterów 

już dawno minęła. 

Bardziej  wykształceni  Polacy,  tzn.  ludzie  lepszego  stanu,  po 

których  można  było  się  spodziewać,  iż  będą  mieli  mniej  prze 

sądów,  odznaczali  się  mimo  wszystko  dość  arystokratycznym 

sposobem myślenia. Uważali oni, iż większość narodu stworzona 

została  po  to,  by  im  służyć  i  okazywać  posłuszeństwo,  i  że 

należy  utrzymywać  ją  w  ciemnocie.  Były  to  poglądy  zaiste 

szokujące  w  kraju,  który  zwarł  wszystkie  siły,  by  wywalczyć 

niepodległość.  Trzeba  jednak  mieć  nadzieję,  iż  gdy  uda  się 

Polakom wywalczyć wolność zewnętrzną, zdobędą także wolność 

wewnętrzną, albowiem z przyrodzenia już mają naturalny pociąg 

do światła, a istniejąca ignorancja jest winą panujących stosunków, 

nie zaś narodowych skłonności. 

W  naszym  obozie  musztrowano  codziennie  nowe  oddziały  i 

mieliśmy doskonałą okazję by zobaczyć, jak bardzo Polacy nadają 

się na żołnierzy. Zręczność i dokładność, z jaką władali bronią i z 

jaką poruszali się zadziwiała, jako że ochotnicy byli na ogół bardzo 

młodzi  i  brano  ich  prosto  od  pługa.  Interesujące  były  także 

ćwiczenia kosynierów, może najmniej skomplikowane, lecz za to 

sprawiające wrażenie wielkiej siły, zważywszy rozmiary kos, które 

nosili.  Także  artyleria  przeprowadzała  ćwiczenia  kilku  baterii, 

wykonując  —  zdaniem  doświadczonych  oficerów  —  manewry  z 

niezwykłą zręcznością. 

Rozeszła się nagle pogłoska, iż Rosjanie pociągnęli w kierunku 

Wisły  i  w  kilku  miejscach  sforsowali  rzekę.  Ciągle  słychać  było 

odległą kanonadę świadczącą o potyczkach, o których nie mie-

 

background image

liśmy  w  obozie  dokładnych  informacji.  Oddział  kozaków,  który 

przeszedł  przez  rzekę  zaledwie  o  cztery  mile  od  naszego  obozu, 

miał zostać doszczętnie rozbity przez kosynierów. 

Kres  naszemu  beztroskiemu  wojennemu  życiu  położyło  dość 

niemiłe  wydarzenie.  Nasz  towarzysz  Bergh  zachorował  niespo-

dzianie, dostał gorączki i lękaliśmy się go stracić. Byłby to dla nas 

zawsze  ciężki  cios,  a  wówczas  trudno  sobie  było  wyobrazić 

większe nieszczęście. Obawialiśmy się również, że możemy zostać 

rozłączeni, przewidywaliśmy bowiem, że wkrótce nadejdzie decy-

dująca  katastrofa  i  że  nie  od  nas  będzie  zależało,  jak  długo 
pozostaniemy z dala od naszego obecnego miejsca pobytu. 

Pewnej  nocy,  gdy  Bergh  leżał  w  malignie  w  naszym  baraku, 

usłyszeliśmy nagle szczęk broni wśród drzew otaczających naszą 

małą  siedzibę.  Jakiś  człowiek  podszedł  do  drzwi  i  walił  w  nie 

mocno szablą. Podobne powitanie, zwłaszcza o takiej porze, kazało 

nam  się  domyślać,  iż  zaskoczyli  nas  po  cichu  kozacy,  wysko-

czyliśmy więc bezszelestnie z łóżek, by zapytać, kto tam. „Patrol" 

brzmiała odpowiedź. Otworzyliśmy i wszedł oficer, mówiąc ostrym 

głosem: „Mam rozkaz przeszukać wszystkie baraki, by zobaczyć, 

czy nie ukrywają się gdzieś rosyjscy więźniowie. Odkryty bowiem 

został tej nocy szatański plan wydania nas w ręce wroga". Niczego 

więcej  nie  dowiedzieliśmy  się,  lecz  następnego  dnia,  30  czerwca, 

straże  w  obozie  były  podwojone  a  załoga  wzmocniona. 

Słyszeliśmy, jak opowiadano, iż ów zdradziecki plan przewidywał, 

że w nocy z 29 na 30 czerwca więźniowie rosyjscy, którzy w liczbie 

przekraczającej szesnaście tysięcy znajdowali się w obozie numer l 

a  także  w  sąsiedztwie  Częstochowy  i  Wolborza,  mieli  otrzymać 

broń, a potem pozabijać warty, przedostać się do Warszawy i spalić 

most praski, by uniemożliwić Skrzyneckiemu, który rozłożył się ze 
swym korpusem na prawym brzegu Wisły, przedostanie się przez 

rzekę.  Armia  rosyjska,  znajdująca  się  wtedy  w  Płocku,  miała 

jednocześnie przeprawić się przez rzekę i triumfalnie wkroczyć do 
Warszawy. 

Mówiono,  iż  plan  ten  uknuty  został  przez  generała 

Jankow-skiego

27

.  Był  on  już  przedtem  pozwany  przed  Sąd 

Wojenny  za  swój  postępek  wobec  generała  Turno

28

,  któremu 

rozkazał  pod  Budziskami  zaatakować  niewielkimi  siłami 
wielokrotnie  silniejszy  korpus  generała  Rudigera.  Jankowski  nie 

wywiązał się ze swej obietnicy przyjścia na pomoc i stał w pobliżu 

z dużymi siłami, a Turno stracił w ten sposób wielu ludzi nic przy 
tym  nie  osiągnąwszy,  mimo  iż  odniósłby  niemal  pewne 

zwycięstwo, gdyby korpus Jankowskiego wziął zgodnie ze swymi 

życzeniami udział  w bitwie. W tym zdradzieckim przedsięwzięciu 

mieli  również  brać  udział  generałowie  Hurtig

29

  i  Sałacki

30

pułkownik Słupecki

31

,

 

background image

szambelan Fenshave

32

, obywatelka Carola Lessel

33

, a także hrabina 

Bazanow

34

, Rosjanka, która była żoną polskiego generała. Trudno 

wyrazić,  z  jak  wielkim  oburzeniem  wszyscy  słuchali  opowieści  i 
jak  proporcjonalnie  do  ogromu  zażegnanego  niebezpieczeństwa 

rosła nienawiść do Rosjan i do zdrajców. 

Przed południem dostałem pozwolenie na wyjazd do Warszawy, 

by przywieźć naszemu choremu koledze lepsze lekarstwa, bowiem 

nasza polowa apteczka była dość uboga. Widziałem wszędzie gęste 

tłumy,  które  przebąkiwały  o  zemście  i  krwi.  Gdy  przybyłem  do 

Warszawy,  zauważyłem  na  placu  Krasińskich  szwadron  drugiego 

pułku  ułanów,  a  na  ulicy  Miodowej*  kilka  oddziałów  Gwardii 

Narodowej.  Kiedy  dotarłem  do  ulicy  Senatorskiej,  ujrzałem 

dowódcę  Gwardii  Narodowej,  hrabiego  Ostrowskiego

35

,  pę-

dzącego  co  koń  wyskoczy  na  Zygmuntowskim  Rynku,  a  za  nim 

krzyczący, rozwścieczony tłum. Gdy przybyłem na miejsce, było 

tam  już  pełno  ludzi,  którzy  krzyczeli:  „Na  pohybel  zdrajcy,  po-

wiesić go, powiesić go!"  Blisko  Zamku Królewskiego doszło  do 

starcia podwójnego patrolu z tłumem, który  — klnąc jak zwykle 
Diaboli schloggi** — usiłował zbliżyć się do wysokiego człowieka 

o ospowatej twarzy, otoczonego przez patrol. Był to generał Hurtig, 

którego  miano  odprowadzić  na  Zamek,  by  osadzić  go  tam  w 

wiezieniu.  Tłum  brał  już  górę  nad  znacznie  od  niego  słabszym 

patrolem, gdy książę Czartoryski wjechał powozem w tłum, kazał 

stanąć,  powstał,  odkrył  swą  siwą  głowę  i  spoglądając  wzrokiem 

pełnym dobroci i siły wykrzyknął do tłumu: „Obywatele! Pokażmy 

współczesnym,  iż  nie  ulegliśmy  zarazie  niesionej  przez 

barbarzyńców,  którzy  rządzą  nami.  Nie  wymierzajmy  kary  bez 

sądu i wyroku. Możecie być pewni, że ci, którzy zostaną uznani za 

zdrajców  ojczyzny,  zostaną  ukarani  z  całą  surowością  prawa. 

Niech Bóg broni, byśmy mieli splamić swe sumienia i narodowy 

honor  wymierzaniem  samosądu!"  W  odpowiedzi  na  słowa  tego 
ogólnie  lubianego  i  cieszącego  się  szacunkiem  człowieka 

rozbrzmiały  wiwaty  i  wtedy  właśnie  odstawiono  na  pół  żywego  z 

przerażenia więźnia na Zamek Królewski. 

Ogłoszono, że miasto jest w stanie oblężenia i gdy wracałem do 

swego obozu, zostałem zatrzymany przy rogatce powązkowskiej, 

dopóki  znajomi  polscy  oficerowie,  poręczając  za  mnie,  nie 

wyrobili mi przepustki. Atmosfera w obozie była taka sama jak w 

mieście. Polscy żołnierze zawsze pośpiesznie podejmują decyzje i 

pośpiesznie wprowadzają je w czyn. Chorzy Polacy byli

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

*  Jedna  z  eleganckich  ulic  odchodząca  od  placu  Krasińskich  (przyp. 

autora). 
** Tak w oryg. 

background image

rozsierdzeni i z zemsty chcieli napaść na Rosjan leżących w bara-
kach. Jedynymi spokojnymi obserwatorami ich niepohamowanego 
gniewu byli ci właśnie Rosjanie, którzy w obliczu niebezpieczeń-

stwa zachowywali fatalistyczny spokój i irytującą obojętność, za-

pewne z takiego samego powodu, dla którego zachowują spokój 

zwierzęta  prowadzone  na  rzeź.  W  każdym  razie  nie  doszło  do 

żadnego  wybuchu  i  wszystko  skończyło  się  na  przekleństwach 
zduszonych w poduszce. 

Okazało  się  w  międzyczasie,  ze  Bergh  choruje  na  nerwową 

gorączkę  i  że  po  to,  by  mieć  lepszą  opiekę,  powinien  zostać 
przetransportowany do szpitala Ujazdowskiego, do którego przyj-

mowano chorych oficerów i lekarzy. 2 lipca przybyliśmy do miasta 

z  naszym  chorym  kolegą.  Przy  budynkach,  o  których  już  była 

mowa, gdzie zapłonęła pochodnia rewolucji, zobaczyliśmy dopiero 

co  wzniesioną  szubienicę,  z  której  zwisał  breloczek*.  Myśleliśmy 
początkowo, ze to generał Jankowski, lecz później dowiedzieliśmy 

się,  iż  był  to  Żyd  powieszony  za  szpiegostwo,  którym  ten  naród 

niemal wyłącznie trudnił się w czasie wojny

36

. Ani  szubienice w 

Warszawie,  ani  rosyjski  knut  grożący  śmiercią  nie  odstraszyły 

Żydów,  którzy  szpiegowali,  jak  tylko  mogli,  dla  obydwu  stron, 

bowiem  nagroda  w  postaci  kilku  dukatów  była  pewna,  a 

szpiegowanie niekoniecznie równało się śmierci. Ważyli się więc 

na wszystko korzystając z okazji, by zdobyć pieniądze. 

Niewykluczone,  iż  Żydzi  byli  w  tym  czasie  najbardziej  nie-

szczęśliwymi ludźmi. Wieszano ich bowiem, gdy zabierali się do 
szpiegowania, Rosjanie zmuszali ich do stawiania redut i kopania 

wałów obronnych oraz budowy mostów pod gęstym gradem kul, 

Polacy zaś czynili z nich wojowników. Była to metamorfoza, która 

dostarczała zabawnego widoku. Mieli własny mundur i uzbrajano 

ich w kosy, na które ci świeżo upieczeni żołnierze patrzyli od czasu 

do  czasu  ukradkiem  przerażonym  wzrokiem,  jakby  lękając  się 

własnej broni. 

Żydzi byli do tego stopnia wystraszeni, że wystarczyło z uwagą 

im  się  przyjrzeć,  by  uciekali  lub  w  najbardziej  uniżony  sposób 

wyrażali swój szacunek, a choć nieobce im było pojęcie honoru a 

także  dumy  narodowej,  sprowadzało  się  ono  do  zgolenia  brody 
powieszonemu pobratymcowi. Było to narodowym obowiązkiem, 

który  spełniali  zawsze,  gdy  tylko  mogli,  spełnili  go  też  wobec 

zmarłego, którego widzieliśmy wiszącego na szubienicy. 

I tak szlachetne uczucia występują często w parze z podłością, 

pogardza się  nimi,  gdyż  przysłaniają  je wady,  lecz  gdyby  Żydzi 

mieli ojczyznę, tworzyliby także dobro [...] 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

* Tego określenia używa autor. 

background image

Kiedyż oświata, sprawiedliwość i ocena naszego własnego dobra 

posuną  się  tak  daleko,  iż  nie  będziemy  dzielić  ludzi  na  kasty 

według  pochodzenia  i  religii,  lecz  pozwolimy  im  rozwijać  się 
swobodnie i bez przymusu. 

Ujazdów, do którego przybyliśmy, jest pięknym zamkiem zamie-

nionym  w  czasach  wielkiego  księcia  Konstantego  na  lazaret  dla 
chorych oficerów. Pełni on teraz tę funkcję zarówno dla cywilnych 

jak  i  wojskowych  urzędników  armii.  Położony  jest  w  tej  części 

miasta,  która  nosi  nazwę  Nowy  Świat  i  znajduje  się  niedaleko 

Belwederu*.  Z  jednej  strony  graniczy  z  pięknymi  alejami,  które 

odchodzą od placu Aleksandra

37

, z drugiej z pięknym  angielskim 

parkiem poprzecinanym kanałami i opadającym w dół po stromym 
zboczu. 

Bergh dostał tam miejsce w pięknym pokoju na drugim piętrze. 

Panowała tu największa czystość i porządek, i nie przypominam 

sobie,  bym  widział  kiedyś  równie pod  każdym  względem  impo-

nujący szpital. 

Jako cudzoziemiec, Bergh otoczony został najtroskliwszą i naj-

czulszą opieką. Obok bowiem stałej opieki jaką miał w szpitalu, 

pomoc niosły mu także siostry i krewne chorych i rannych ofice-
rów, które odwiedzały szpital. I tak, gdy pewnego dnia wracając po 

kąpieli  zemdlał  z  wyczerpania,  ocknął  się  potem  w  ramionach 

młodej Polki, która go podtrzymywała pomagając wrócić do łóżka. 

Była to siostra polskiego oficera leżącego w tym samym pokoju, 
która odwiedzając  swego brata, dowiadywała  się  odtąd  zawsze o 

jego  szwedzkiego  przyjaciela.  Odwiedzając  Bergha,  widziałem 

wiele  razy  młode  Polki,  które  opiekowały  się  nim  i  wyglądało  to 

niemal na cichą zmowę dziewcząt, pragnących zapewnić najlepszą 

opiekę  biednemu  Szwedowi,  który  porzucił  swą  ojczyznę, 

poświęcając się dla dobra ich rodaków. 

W  naszym  obozie  zapanowały  tymczasem  dawne  porządki. 

Chorzy przestali przeklinać rosyjskich więźniów, śmiali się i roz-

mawiali  jak  zwykle,  gdyż  nawet  w  najcięższej  sytuacji  Polacy 
zachowują dobry humor. Zdrowi żołnierze siadywali znowu spo-

kojnie przed barakami paląc fajki, śpiewając patriotyczne pieśni i 

pijąc swe kochane piwo** i jeszcze bardziej kochaną wódkę***. 

Piwo jest ulubionym napojem Polaków. Siadając do dobrze za-

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
* Rezydencja wielkiego księcia. (przyp.   autora) 
**  W oryg.  po polsku. 
*** W oryg.   po polsku. 

background image

stawionego  stołu,  każdy  biesiadnik  ma  przed  sobą  butelkę  piwa, 

którą  opróżnia  przy  mięsiwach  podawanych  w  czasie  posiłków. 
Wódki  nie  pije  się  ani  przed,  ani  w  czasie  posiłku,  lecz  jako 

przyjemnie orzeźwiający napój po jedzeniu. Powszechnie używa-
nym  rodzajem  wódki  jest niedogon

38

, do którego wkłada się nie-

zliczone ilości korzeni,  tak  że gorzelnicy,  którzy  go  wytwarzają, 
powinni  zostać  ukarani  za  wprowadzanie  w  błąd  publiczności, 

bowiem  człowiek  nie  jest  w  stanie  wyczuć  smaku  samej  wódki. 

Jest ona znacznie słabsza od naszej i dlatego rzadko spotyka się tu 

pijanego, lecz za to często widzi się karmazynowe nosy. 

13 lipca słyszeliśmy, jak opowiadano, iż Rosjanie wspomagani 

przez Prusaków przekroczyli Wisłę blisko Torunia i że gdy tylko 

znaleźli się na lewym brzegu, podpalili miasto Włocławek. Bogu 

na chwałę. Słysząc o tym, Polacy nie tylko nie podupadli na duchu, 
lecz  tym  energiczniej  zaczęli  się  sposobić,  by  całą  siłą  uderzyć  na 

nieprzyjaciela. Obóz nasz otrzymał tymczasem rozkaz przeniesienia 

się  do  Warszawy.  Na  dzień  przed  naszym  odejściem  przez  obóz 

przemaszerowały  oddziały  dwudziestu  tysięcy  żołnierzy  pod 
dowództwem  Skrzyneckiego,  śpiewając  patriotyczne  pieśni  i 

okazując wielką, aż przesadną radość na mysl o  daniu  należytej 

odprawy  nieproszonym  gościom  na  lewym  brzegu  Wisły. 
Lansjerzy

39

 jechali rozradowani i szczęśliwi, z fajkami w zębach, a 

gdy te im gasły, napychali je od nowa nucąc pieśni patriotyczne. 

Piechocie  towarzyszył  tłum  kobiet,  które  niosły  z  sobą  żywność 
dla swych ojców, mężów i braci. 

W  czasie  pobytu  oddziałów  Skrzyneckiego  w  naszym  obozie 

padał rzęsisty deszcz, lecz wszędzie panował nastrój radości, nie 

było  widać  jednej  nawet  niezadowolonej  twarzy,  choć  żołnierze 

byli  przemoczeni  i  czekała  ich  walka  na  śmierć  i  życie  z  prze-

ważającymi siłami wroga. 

Obóz  nasz  tymczasem  został  zwinięty  i  otrzymaliśmy  rozkaz 

przeniesienia się do Koszar Gwardyjskich położonych w północnej 

części  Warszawy,  na  wzgórku  lezącym  na  brzegu  Wisły.  Te 

ogromne  koszary  zbudowane  przez  Rosjan  składają  się  z  trzech 

budynków  położonych  na  planie  kwadratu,  a  pomiędzy  nimi 

rozciąga się obszerny dziedziniec. Otaczają go kraty biegnące także 

wokół  budynków,  których  końce  nie  stykają  się  z  sobą.  Koszary 

zamienione zostały w trzyoddziałowy szpital.  Był tam oddział dla 

rannych,  dla  chorych  na  cholerę  i  oddział  chorób  wewnętrznych. 

Każdy  oddział  podzielony  był  na  kilka  mniejszych,  na  każdym 

znajdowało się od dwustu do trzystu chorych. Opiekowało się nimi 
tylu  lekarzy,  co  w  obozie  numer  l.  Naczelny  lazaretu  nosił 
nazwisko Stackebrand

40

. Był tam też specjalny oddział przeznaczony 

wyłącznie dla chorych lekarzy,

 

background image

gdzie  pieczę  sprawował  doktor    z  Poznania    nazwiskiem  
Stensze-wski

41

, znany ze swojej biegłości. 

Chorzy  lekarze,  którzy  znajdowali  się  na  tym  oddziale,  otrzy-

mywali poza bezpłatną opieką lekarską i lekarstwami także pełne 
wynagrodzenie  miesięczne,  nie  zmniejszone  mimo  tego,  że  nie 

mogli wypełniać swych obowiązków. 

W czasie naszej służby w Koszarach Gwardyjskich korzystaliśmy 

z  wolnych  chwil,  jakie  zostawały  nam  po  dokonaniu  obchodu  i 

wypełnieniu innych obowiązków, by zając się wypadkami cholery 

na oddziale dla cierpiących na tę chorobę. 

Obserwacje,  jakie  wtedy  poczyniliśmy,  przekazaliśmy  już  na 

użytek ogółu

42

, pomijam wiec je teraz, bowiem częściowo dzięki 

do tej pory przekazanym wiadomościom, częściowo dzięki różnym 

innym pracom na ten temat większość moich czytelników ma już 

od dawna wyobrażenie o tej chorobie, o której tyle już napisano, 
lecz tak niewiele nadal wiadomo. 

Jak  już  wspomniałem,  szpital  był  na  dość  dobrym  poziomie  a 

zważywszy  obecną  sytuację  w  kraju,  zarówno  finansową  jak 

polityczną,  można  nawet  powiedzieć,  iż  był  na  zadziwiająco 
wysokim  poziomie,  a  chorych  otaczano  tam  opieką  godną 

najwyższej pochwały. Inaczej miała się jednak rzecz z transportem 
chorych.  Należał  on  —  jak  się  wydaje,  przez  niedbalstwo  —  do 
najgorszych jakie sobie można wyobrazić. Gdy więc na przykład 

chorzy  żołnierze  mieli  być  przewiezieni  z  wojska  do  jakiegoś 
lazaretu, pakowano ich na wozy bez poduszek, a niekiedy nawet i 

bez słomy, i zdarzało się często, że przybywały do nas transporty, 

w  których  chorzy  na  gorączkę  leżeli  przemieszam  z  chorymi  na 

cholerę na tym samym wozie. 

W pierwszych dniach służby spotkało mnie nowe nieszczęście. 

Mój drugi towarzysz, Stenkula, zachorował gwałtownie na ostrą 

gorączkę i został przewieziony od razu na oddział chorych, gdzie 

już leżeli inni uczniowie Eskulapa, stanowiąc dowód bezsilności 

człowieka  wobec  natury  w  chwilach,  gdy  pragnie  ona  przeciw-

stawić się naszym wysiłkom. 

Zostałem więc zupełnie sam. Zdarzyło się coś, na co zupełnie nie 

byłem przygotowany. Spodziewałem się, że wszyscy trzej będziemy 

razem cieszyć się i cierpieć, i oto ja jeden tylko zmagałem się nadal 

z losem, mnie jednego nie imała się żadna choroba. Od tej chwili 

wszystko  stało  się  dla  mnie  puste,  bez  znaczenia,  bez  sensu, 

bowiem nikt już nie dzielił ze mną mych zainteresowań, mojego 

losu i moich przekonań. 

Bergh powrócił zdrowy z Ujazdowa 23 lipca, lecz już 27 powalił 

go  straszny  atak  cholery.  Stało  się  to  w  nocy,  a  gdy  rano  prze-
nosiłem go z naszego wspólnego pokoju na oddział szpitalny, 

background image

nie  spodziewałem  się  ujrzeć  go  więcej  wśród  żywych,  popadł 

bowiem w śmiertelne odrętwienie, przerywane od czasu do czasu 

atakami cholery. Gdy przybyłem na oddział Stenkuli groziła śmierć, 

a to z powodu zastoju krwi w głowie, i wychodziłem nie łudząc się, 

bym mógł zobaczyć obu drogich mi przyjaciół gdzie indziej niż na 
marach. 

Zbliżało się także rozwiązanie sprawy polskiej, miało się wkrótce 

rozstrzygnąć,  kto  będzie  rządził  tym  nieszczęsnym  krajem  czy 

daleki  władca,  który  nawet  gdyby  miał  najlepsze  zamiary,  nie 

mógłby zapobiec okrucieństwu i prześladowaniom ze strony swych 

urzędników,  czy  też  kraj  będzie  się  rządził  sam  lub  też,  dzięki 
niewzruszonej Konstytucji, odzyska miejsce i głos w Konsystorzu 
Narodów. 

Uwaga  mieszkańców  Warszawy  zwracała  się  tylko  w  jednym 

kierunku, obrony miasta przed napadem nieprzyjaciela. Warszawę 

uważano za serce kraju a była ona poza tym zawsze stolicą. Gdy 

stolica kraju zostaje zdobyta krew zaczyna krążyć nierównomiernie 

w  rożnych  częściach  państwa  podobnie  jak  wówczas,  gdy  serce 

niedomaga i wkrótce życie państwa zamiera na skutek uduszenia. 

Ludzie  bowiem,  którzy  muszą  w  czasie  walki  stale  pamiętać,  iż 

znajdują się na peryferiach organizmu nie mając głównego punktu 

odniesienia, tracą w końcu odwagę, a siły ich ulegają paraliżowi. 

Rząd wysłał więc proklamację,  w której  wzywał mieszkańców 

Warszawy do osobistego udziału w umacnianiu miasta.   Wszyscy 

się jej podporządkowali   czy też raczej  zastosowali  się  do  niej, 

każdy bowiem chciał dostąpić zaszczytu przysłużenia się w jaki-

kolwiek sposób ojczyźnie. 

Gwardia  Narodowa  stworzona  przez  warszawskich  mieszczan 

chwyciła  za  motyki  i  łopaty,  i  wyruszyła  na  wały  z  muzyką  i 

sztandarami*.  Szły  tam  nawet  procesją  niewiasty  wszystkich 

stanów z łopatami. To był naprawdę piękny widok  — tyle ślicz-

nych panien, przygotowanych do obrony wolności i polskości swych 

rodzin i narzeczonych. Widać było teraz wyraźnie iż Polska zebrała 

wszystkie swe siły, skoro nawet kobiety porzuciły zacisza domowe, 

by wspomóc wielkie dzieło swymi słabymi rękami. 

Niewiasty, które na ogół ubierają się w jedwabne suknie, przy-

stroiły się kwiatami i nawet trzonki od łopat przyozdobione były 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

*  W tym przypadku Gwardia okazała się zdatna do czegoś,   później jednak 

były powody   by w to wątpić. (przyp.   autora) 

background image

wieńcami z kwiatów i oplecione różami. Tysiące ludzi obojga płci i 

w  rożnym  wieku  ciągnęło  w  tym  czasie  do  pracy.  Wieczorami 

wracali po trudach do domu, uradowani i szczęśliwi. 

W  krótkim  czasie  wzniesiono  podwójny  rząd  wałów  i  szańców 

które rozciągały się półkolem od wybrzeży Wisły z jednej  strony 

Warszawy aż do wybrzeży po przeciwnej stronie. Wały były dość 

wysokie,  a  wał  wewnętrzny  górował  nad  zewnętrznym.  Przed 

każdym wałem znajdował się głęboki i szeroki rów, w którego dno 

powbijane  były  ostro  zakończone  pale.  Szańce  zaś  były  tak 

zbudowane, że mogły każdy punkt pokryć ogniem krzyżowym. 

Powołano  teraz  także  ze  wszystkich  stron  pospolite  ruszenie. 

Masy  włościan  ruszyły  się  i  pociągnęły  do  stolicy,  by  kosami 

pokonać wroga. 

Wojsko  Polskie  zbierało  się  w  Warszawie  i  śpiewając  pieśni 

patriotyczne, pośród radosnych okrzyków tłumu ciągnęło na kwa-

tery w różne części miasta. Jak okiem sięgnąć, tłumy ludzi roiły się 

wokół  maszerującego  wojska  które  lśniącą  jak  stal  linią  sunęło 

środkiem ulicy, podobne prądowi przecinającemu lekko pofalowaną 

rzekę. Wszystkie okna były otwarte i najpiękniejsze warszawianki 

wychylały przez nie główki, by pozdrowić znajomego w tłumie lub 

obrzucić kwiatami swoich obrońców. Co pewien czas przejeżdżał 

pułk  kawalerii  z  lancami,  bowiem  bronią  polskiej  kawalerii  są 

lance,  na  których  żelaznym  grocie  powiewa  mały  proporczyk. 

Wiele  proporczyków  brudnych  było  od  krwi  i  kurzu,  co 

świadczyło,  iż  lance  wykorzystane  zostały  w  boju.  Widzieliśmy, 

jak  z  okien  spływały  na  kawalerzystów  nowe  proporczyki  a  oni 

przymocowując 

je 

do 

grotów, 

dziękowali 

pięknym 

ofiarodawczyniom. Każdy pułk ma swój proporczyk. Różnią się one 

kolorami  i  niegdyś  miały  zapewne  po  prostu  straszyć  konie 

nieprzyjaciela,  obecnie  zaś  stały  się  pewnego  rodzaju  artykułem 

luksusu. Naród i żołnierze postanowili teraz poświęcić wszystko dla 
odzyskania wolności, ożywiały ich jednak uczucia nadziei nie zaś 

rozpaczy,  życie  w  Warszawie  toczyło  się  bowiem  jak  zwykle. 

Kupowano i sprzedawano, policja była tak samo czujna, a teatry i 

restauracje  odwiedzano  równie  często  w  tych  dniach,  w  których 

szykowano  się  do  zwycięstwa  lub  klęski  jak  w  najbardziej 
pokojowych i pewnych czasach. 

Pod  wieczór  spotykano  się  w  parkach  i  na  spacerach,  a  ofice-

rowie, którzy mieli przepustkę zaledwie na kilka godzin, przecha-

dzali  się  z  pannami,  wesoło  rozmawiając  i  śmiejąc  się,  jakby 

udawali się na bal a nie w śmiertelny bój, jaki ich czekał.  A  gdy 

wolny  czas  dobiegał  końca,  żegnali  się  z  siostrami  lub 

narzeczonymi, które ze łzami w oczach wymawiały słowa pożeg-

nania rozstając się z młodym wojownikiem często po raz ostatni. 

background image

On jednak uśmiechał się, widząc niepokój dziewczyny i beztrosko 

obiecywał  wkrótce  powrócić.  Nie  zawsze  jednak  dotrzymywał 

słowa  gdyż  często  już  w  kilka  godzin  potem  wrota  grobu  od-

dzielały go na zawsze od ukochanej. 

Owe sceny pożegnań przeplatane były tysiącami rozrywek. Roz-

koszując się nimi nie domyślano się, jak szybko w najstraszliwszy 

sposób  może  im  zostać  położony  kres.  Powszechny  zapał 

umiłowanie  niezależności  i  pragnienie  ratowania  kraju,  a  także 

nienawistna myśl o obecnej niewoli sprawiały, że prywatne spory 

zostały niemal zapomniane. Z pewnością niejedna matka dopiero 

po upadku Warszawy zaczęła opłakiwać poległego za wolność syna. 

Przez cały ten czas teatr na placu Krasińskich odwiedzano równie 

pilnie  jak  niegdyś.  Ja  także  spędziłem  tam  niejeden  beztroski  i 

przyjemny  wieczór.  Grano  często  Chłopa  milionowego

43 

jedną  z 

ulubionych  przez  Polaków  sztuk,  wyróżniającą  się  pięknymi 

efektami teatralnymi i partiami śpiewanymi, do których język polski 
jest stworzony. 

Przypominam sobie, że widziałem kiedyś obraz — gdy patrzyło 

się na niego z jednej strony, widać było bawiące się dzieci, gdy 

stanęło się z przeciwnej strony, widać było kościotrupa. Podobnie 

rzecz się teraz miała z Polakami — radowali się i triumfowali na 
zapas zaciągali kredyty, których jedynym pokryciem była nadzieja, 

nie akceptowali rzeczywistości zapożyczali się na konto przyszłego 

powodzenia, a przy kontroli ksiąg okazywało się że kapitał został 

zużyty i pozostawały tylko wygórowane procenty. 

Najbardziej  lękali  się  Polacy  zdrajców,  a  spisek  z  29  czerwca 

podtrzymał jeszcze ich obawy. Trudno nawet sobie wyobrazić jak 

bardzo  wróg  szpiegował.  Rosjanie  wiedzieli  o  wszystkim,  co 

działo się w obrębie murów Warszawy, znali niemal każdą osobę, 
wiedzieli, czym się zajmuje i jak się prowadzi. Bergh i ja spotka-

liśmy w końcu lipca w Hotelu Wileńskim

44

  rosyjskiego  więźnia, 

lekarza imieniem Paweł który opowiedział nam, że jeszcze zanim 

trafił do niewoli wiedział, iż będziemy w Warszawie, bowiem armia 
rosyjska  miała  wiadomości  o  wszystkich  cudzoziemcach 
zatrudnionych  w  Wojsku  Polskim  —  w  jakim  byli  charakterze, 
gdzie przebywali i jakie wynagrodzenie otrzymywali. Rosjanie znali 

najdrobniejsze nawet szczegóły, a wszystko przez swoich szpiegów. 

Dlatego  też  Polacy  odnosili  się  z  najwyższą  nieufnością  do 

każdego, kogo w najmniejszym nawet stopniu podejrzewać można 

było  o  szpiegostwo.  Wynikło  z  tego  tragikomiczne  wydarzenie 

którego bohaterem stał się jeden z naszych kolegów, doktor H...n z 
Saksonii. 

background image

H...n  był  zręcznym  rysownikiem  i  zabawiał  się  często  szkico- 

waniem widoków. Zajmował się tym właśnie 29 czerwca, a ponie- 

waż  miał  zamiar  narysować  okolicę  po  drugiej  stronie  Wisły, 

wspiął  się  na  szaniec,  by  mieć  lepszy  widok.  Kosynier,  który 

stał  z  poważną  miną  na  posterunku  w  szańcu,  i  który  zapewne 

nie  znał  się  na  sztuce,  przerwał  mu  mówiąc:  „Nie  wolno"*, 

wtedy  właśnie,  gdy  nasz  rysownik  postawił  pierwszą  kreskę.  Po 

szedł więc w dół Wisły i zaczął pracę od nowa. Zaledwie jednak 

postawił  parę  kresek,  gdy  nadbiegło  ośmiu  kosynierów  i  nolens 
volens  
musiał  iść  z  nimi.  Oczekiwał  naturalnie  szybkiego,  choć 

nie chwalebnego zakończenia swej artystycznej kariery. Zrozumiał 

bowiem  z  ich  słów,  iż  uważają  go  za  szpiega,  który  zajmował 

się  rysowaniem  szańca,  a  w  takim  razie  czekała  go  szubienica. 

Zaprowadzono  go  jednak  na  odwach,  gdzie  ściągnięto  mu  ubra- 

nie, dość dokładnie je przeszukano, zrobiono coś w rodzaju sekcji 
ubrania,  przeprowadzono  medyczno-prawnicze  oględziny,  aby 
znaleźć corpus delicti, czyli podejrzane papiery, które by pozwoliły 

wyjaśnić sprawę. Kiedy jednak nic nie znaleziono, wsadzono go do 

dorożki  i  pod  strażą  honorową  kosynierów  wysłano  na  Ratusz, 
gdzie  —  jak  sądził  —  nadszedł  już  jego  koniec.  Czekało  go  tam 
jednak  tylko  ostre  przesłuchanie,  a  jego  rzeczy,  które  były 

w  naszym  lazarecie,  zostały  opieczętowane  i  zabrane.  Cała 
operacja trwała krótko, minęło zaledwie cztery godziny i oto nasz 
przyjaciel, w podartym ubraniu, zmieniony na twarzy, przeklinając 
ile  wlezie  sztukę  i  ludzką  głupotę,  powrócił  do  nas  wolny. 

Nie  mogliśmy,  mimo  wszystko,  powstrzymać  się  od  śmiechu 

z  jego  przygody,  która  skończyła  się  tak  pomyślnie,  i  w  której 

zdecydowanie zatriumfowała niewinność. 

Otrzymaliśmy wzruszający dowód na to, iż niewinnemu nie spada 

nawet włos z głowy, co się zaś tyczy ubrań, nie biorą one przecież 

udziału  w  ludzkich  działaniach.  Poczynano  sobie  więc  z  nimi  w 

odmienny  sposób.  I  tak  można  było  in  natura  zaobserwować 

zwycięstwo nagiej prawdy nad uzbrojonym kłamstwem. 

Braterstwo  między  rodakami  w  ojczyźnie  znaczy  bardzo  nie-

wiele, bowiem wszyscy, którzy nas otaczają, są naszymi rodakami, 

mają tę samą ojczyznę, tego samego króla, darzą swą miłością ten 

sam  kraj  i  nie  rozmyślają  wówczas  wiele  nad  tym,  jakie  ich 

spotyka szczęście, a braci swych nie kochają, dopóki ich nie spotkają 
w  ziemi  egipskiej.  Od  pierwszych  chwil  przybycia  do  Polski 

pragnęliśmy spotkać rodaka, nawet najwyraźniej pozba- 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
*  W oryg.  po polsku. 

background image

wione podstaw pogłoski o przeprowadzeniu przez armię szwedzką 

dywersji w Finlandii napełniły nas radością, mimo że dobrze wie-

dzieliśmy,  iż  nawet  jeśli  naszej  ojczyźnie  uda  się  przez  chwilę 

pokazać swą siłę, jeśli nawet w obecnym  stanie rzeczy, pomimo 

swej  stosunkowej  słabości,  potrafi  ona  zaważyć  na  szali  opinii, 

której  wahania  rządzą  teraz  światem,  nie  będzie  ona  w  stanie 

zachować  w  przyszłości  swego  miejsca  pośród  europejskiego 

związku  narodów  czy  tez  reagować  z  siłą  przeciw  burzy  opinii, 

która wybuchła po tym wydarzeniu wśród panującego w tej chwili 
spokoju,  nie  ryzykując  przy  tym  spokoju  własnego  —  a  to  jest 
przecież  największym  szczęściem  każdego  narodu.  Tak  więc  nie 

spodziewaliśmy się spotkania z naszymi rodakami i tym milej nam 

było, gdy do spotkania takiego doszło. 

2 sierpnia, gdy robiłem obchód na moim oddziale, podszedł do 

mnie zupełnie mi nie znany człowiek pytając po francusku: „Czy 

pracują tu jacyś szwedzcy lekarze?" Gdy odpowiedziałem, że jest 

ich  trzech,  a  ja  jestem  jednym  z  nich  wykrzyknął  z  najwyższą 

radością po szwedzku: „Dobrze więc trafiłem! Nazywam się S...

45

 

—  mówił  dalej  —  jestem  Szwedem  i  służę  jako  wolontariusz  w 

drugim  pułku  ułanów".  Nie  przypominam  sobie,  bym 

kiedykolwiek  przedtem  przeżył  podobnie  miłą  niespodziankę. 

Zawarliśmy braterskie przymierze jako rodacy i przyjaciele. 

S... nie  miał jednak dużo czasu,  musiałem  więc od razu zapro-

wadzić  go  do  moich  przyjaciół,  by  zrobić  im  taką  samą  nie-

spodziankę,  jaka  mnie  spotkała.  Mimo  choroby  ucieszyli  się  po-
dobnie  jak  ja.  Poszedłem  z  nim  później  do  Hotelu  Wileńskiego, 

gdzie mieszkał. Opowiadał, że został przyjęty do Wojska Polskiego 

przez Skrzyneckiego. Gdy tylko zameldował się generał powiedział 

mu, iż dojdzie wkrótce do bitwy i ofiarował mu pierwsze wakujące 

miejsce  oficera.  S...  odparł,  że  pragnie  być  przyjęty  jako 

wolontariusz, dodając, iż nie był jeszcze w polu, wiec nie czuje się 

godnym,  by  dowodzić  doświadczonymi  w  boju  żołnierzami. 

„Niech  ja  też  stanę  się  dzielnym  żołnierzem  i  gdy  sobie  na  to 

zasłużę,  zaszczycisz  mnie  wtedy  panie  generale,  awansem". 

Skrzynecki  odpowiedział  z  uśmiechem:  „Widać,  że  jesteś  pan 

Szwedem,  stanie  się  jak  prosisz.  Od  tej  chwili  jesteś  wolonta-

riuszem drugiego pułku ułanów, najdzielniejszego pułku ułanów w 

Wojsku Polskim, będziesz miał więc najlepszą okazję wykazać się 

odwagą". Skrzynecki chciał by S... pozostał parę dni w Warszawie, 

dopóki  nie  dostanie  munduru,  on  jednak  obawiał  się  iż  w 

międzyczasie dojdzie do bitwy, w której nie mógłby wtedy wziąć 

udziału i sam zajął się zdobyciem ekwipunku. 

S... zostawił mi więc trochę swoich cywilnych ubrań, ponieważ 

background image

lepiej  niż  on  znałem  miejscowe  stosunki,  ja  zaś  sprzedałem  je 

Żydowi  i  za  te  pieniądze  S...  kupił  ułański  mundur.  Nie  był  on 

wprawdzie zbyt piękny i nie nadawał się na bal, lecz byłby  poza 

tym  całkiem  dobry,  gdyby  nie  popękał  przy  pierwszej  próbie 
dosiadania konia. 

Podroż S... do Polski trwała krótko i wyjąwszy kilka drobnych 

przeszkód,  odbyła  się  prawie  bez  zakłóceń.  W  Kaliszu  spotkał 

Prusaka, który pełniąc służbę na posterunku granicznym, skorzy-

stał pewnej nocy z okazji i gdy jego pięciu towarzyszy zapadło w 

drzemkę, zabrał im broń i przeszedł przez granicę. Gdy znalazł się 

po drugiej stronie, wypalił z karabinu, a towarzysze jego zerwali 

się, na próżno szukając broni. Zbieg stał po drugiej stronie granicy 

pokazując swój łup i zachęcając towarzyszy, by poszli jego śladem 

lub  przyszli  odebrać  sobie  broń.  Nie  posłuchali  go  jednak,  a 

zbiegły Prusak został przyjęty na polską służbę. 

O  trzeciej  po  południu  S...  był  gotowy  do  opuszczenia  War-

szawy. Na nic się zdały  moje wszystkie błagania, by pozostał  w 

mieście,  towarzyszyłem  mu  więc  do  wolskich  rogatek,  gdzie 

rozstaliśmy się. 

S...  był  Szwedem  starej  daty,  mężnym  i  nieustraszonym  aż  do 

szaleństwa.  Tyle  głębokiej  radości  biło  mu  z  oczu,  gdy  czynił 

przygotowania do walki z wrogiem, iż dodawał życia wszystkim, 

którzy znaleźli się w jego towarzystwie, a towarzysze jego zaczęli 

uważać, że tam, gdzie jest S..., nie zagraża żadne niebezpieczeń-
stwo. 

Gdy rozstawaliśmy się powiedziałem coś o narodowym honorze i 

wolności Polski, a wtedy S... wyciągnął szablę, na której kazał był 

wyryć:  „Jeżeli  chcecie  popróbować,  jak  kąsa  szwedzka  stal, 

chodźcie tu z nami potańcować, a potem precz, Moskale, precz! Bo 

idą  tu  błękitni  chłopcy,  a  z  nimi  wraz  ich  męstwo  też".  Machnął 

szablą nad głową i wykrzyknął: „Bądź pan pewien, iż rzucę się w 

najgęstsze szeregi wroga za honor Szwecji i wolność Polski!" Po 

tym pożegnaniu pospieszył wziąć udział w świętej walce o wolność 

narodu, w walce o prawdę i sprawiedliwość. 

Gdyby wszyscy w Wojsku Polskim byli tak pełni poświęcenia dla 

sprawy, jak ten młody człowiek, i gdyby trucizna zdrady nie rozlała 

się była w żyłach tego nieszczęsnego narodu paraliżując jego siły, 

Polska powstałaby jako zwycięskie trofeum na  polu bitwy, gdzie 

niespokojnie  śnią  najzacniejsze  narody  wahając  się,  czy  zbudzić 

się,  gdy  wzejdzie  następny  dzień,  czy  też  śnić  dalej  o  minionej 

chwale i tracić cenne godziny na porannej drzemce. 

background image

Widząc szlachetne poświęcenie, z jakim żołnierze przygotowy-

wali się do rozstrzygającej bitwy, a także ożywiającą ich chęć walki 

i  niezłomną  nadzieję,  jaka  biła  im  z  oczu,  można  było  uznać 

zwycięstwo  za  z  góry  przesądzone  i  stałoby  się  tak,  gdyby  nie 

wmieszała się zdrada. Czczono przedtem Skrzyneckiego, słusznie 

doceniano  jego  gorliwość  w  ratowaniu  ojczyzny,  wielbiono  go 

niemal  jak  Boga.  Jego  cnota,  jego  miłość  ojczyzny,  jego  geniusz, 

wszystko to uznawano nadal, lecz rosło też niezadowolenie, które 

nie  wiadomo  skąd  się  brało.  Wyrzucano mu  zbytnią  ostrożność, 

ociąganie  się  ze  zwycięstwem,  zakładano  bowiem,  że 

zwycięstwem musi zakończyć się każda bitwa, na którą się ważył. 

I wkrótce zaczęto sobie tłumaczyć bitwy już wygrane jako szczę-

śliwy  zbieg  okoliczności,  a  ostrożność  przypisywać  niezupełnie 

czystym intencjom. Niezadowolenie rosło. Osoby, które twierdziły, 

iż wiedzą jak się rzeczy mają, wyrażały podejrzenie, iż Skrzynecki 

jest zdrajcą. Naród, który tak łatwo kreował swoich bogów, zrobił 

teraz  ze  swego  przyjaciela  zdrajcę.  Tłumaczono,  iż  zdradzając 

Polskę nie powstrzymał Rosjan przechodzących przez Wisłę, a w 

końcu,  w  coraz  bardziej  niedorzeczny  sposób  wyciągnięto 

wniosek, iż tajne porozumienie, jakie zawarł generał z nieprzyja-

cielem, było przyczyną mniejszego niż być mogło zwycięstwa pod 

Ostrołęką. 

Skrzynecki  postawiony  został  w  końcu  przed  Rządem

46 

i  w 

sposób oczywisty dowiódł swej niewinności oraz usprawiedliwił 

swoje poczynania, składając oświadczenie na temat swoich założeń 

i poglądów w sprawie Polski. Został w ten sposób uniewinniony, 

lecz  naród  raz  jeszcze  nie  miał  racji  i  nie  chciał  się  do  tego 

przyznać,  aż  zrobiło  się  za  późno.  Zaczęto  teraz  na  odmianę 

podejrzewać  nawet  członków  Rządu.  Także  szlachetny  książę 

Czartoryski,  nawet  on,  który  poświęcił  cały  swój  majątek  i 
wszystkie siły swego podeszłego wieku dla dobra narodu, uznany 

został za utajonego zdrajcę, choć nic nie wskazywało, że  była  to 
prawda.  

Mówi się tak wiele o narodowej suwerenności, mówi się, iż naród 

winien sam się rządzić, lecz jakże często zdarza się widzieć, nawet 

tu, że znajdując się nad brzegiem przepaści naród nie rozumie, na 

czym polega jego dobro, odrzucając od siebie tych właśnie, którzy 

pragną go uratować, szuka zaś ratunku,  u innych, umiejących tak 

dobrze  udawać,  iż  zwieść  potrafią  łatwowierny  tłum,  który  darzy 

większym zaufaniem okrzyk: „Niech żyje wolność!" niż człowieka, 

który  poświęcił  dla  tej  idei  wszystko,  nawet  to,  co  miał 

najdroższego. 

Uwięzieni  zdrajcy  nie  ponieśli  jeszcze  kary.  Lud  wyciągał  stąd 

naturalnie wniosek, iż członkowie Rządu są ich wspólni- 

background image

kami, nie rozumiejąc, jak się sprawy naprawdę mają, nie pojmując, 

iż  Rząd  chce  sądzić  zdrajców  zgodnie  z  prawem  i  na  podstawie 

dowodów, nie zaś pogłosek. 

Pośród tego pomieszania sądów coraz częściej wymawiano imię 

Krukowieckiego. Był on przedtem gubernatorem Warszawy, usu-

nięty jednak został przez Skrzyneckiego, który uważał, iż nie nadaje 

się on na ten urząd. Lud krzyczał wtedy, iż Skrzynecki  ma rację, 

teraz  zaś  pojawił  się  Krukowiecki  jako  człowiek  szlachetny  i 

prześladowany przez nieprzyjaciół ojczyzny, Skrzynecki zaś musiał 

się usunąć z powrotem w cień, okryty hańbą i nienawiścią. 

Z  każdym  dniem  rosła  niechęć  do  Skrzyneckiego  i  miłość  do 

Krukowieckiego,  którego  tajni  agenci  starali  się  jeszcze  bardziej 

podniecić lud, aż w końcu wyrwał się on spod kontroli. 

13 sierpnia

47

 odebrano Skrzyneckiemu dowództwo i wydaje się, iż 

tego samego dnia opuścił Polaków ich dobry duch, bowiem w nocy 

z 15 na 16 sierpnia wybuchły zamieszki, tym straszniejsze, że łamały 

prawo i przysięgi kiedyś złożone

48

Około godziny dziewiątej 15 sierpnia członkowie klubu polity-

cznego,  zwanego  Towarzystwem  Patriotycznym,  do  którego  naj-

aktywniejszych członków zaliczał się profesor Lelewel, udali się 

do  sali  posiedzeń  Rządu  i  wezwali  Skrzyneckiego,  by  odpowie-

dział przed narodem  za  swoje czyny.  Skrzyneckiego  nie było na 

szczęście  w  mieście,  był  bowiem  z  armią.  Gdy  lud  czy  też  raczej 

motłoch dowiedział się, iż generał wymknął mu się chwilowo z rąk, 

wściekłość  jeszcze  wzrosła.  Wznosząc  straszliwe,  mordercze 

okrzyki, tłumy rzuciły się na Zygmuntowski Rynek, gdzie przetrzy-

mywano na Zamku więźniów stanu, o których już wspominałem. 

Wartownicy,  w  liczbie  dwustu  żołnierzy  z  Gwardii  Narodowej, 
zostali wkrótce pokonani przez nadbiegający tłum, który wyłamał 

od razu drzwi, wysadził zamki i zasuwy, i wyciągnął więźniów z 

łóżek na plac w gęsty tłum. 

Więźniowie prosili i zaklinali rozgniewany lud, by przynajmniej 

przez chwilę pozwolił im mówić, zanim wymierzy karę, na którą, 

jak przyznali, zasłużyli sobie. Krzyczeli, ze pragną wyjawić rzeczy 

wielkiej  wagi,  lecz  tłum,  nie  przestając  krzyczeć:  „Na  latarnię  z 
nimi!  Na  latarnię!"  dociągnął  ich  do  najbliższego  słupa.  Sam 

Krukowiecki znajdował się w ciżbie i zagrzewał tłum nieustannymi 

okrzykami,  żądając  śmierci  dla  zdrajców  i  zwycięstwa  wolności. 

Generała  Jankowskiego  zaciągnięto  do  najbliższej  latarni.  Prosił, 

by mu pozwolono powiedzieć kilka słów, lecz na próżno — zało-

żono  mu  na  szyję  stryczek,  który  jednak  zerwał  się,  gdy  go  już 

miano podciągnąć. Przyznając się do zbrodni i uznając słuszność 

wyroku, poprosił raz jeszcze o litość, o użyczenie mu kilku 

background image

chwil,  aby  mógł  wyjawić,  jak  się  rzeczy  miały  naprawdę.  Lecz 

wtedy  przepchnął  się  przez  tłum  Krukowiecki,  krzycząc:  „Nie 

słuchajcie  wymówek  tego  tchórza  i  zdrajcy.  Niech  żyje  Polska! 

Śmierć zdrajcom!"

49

  Tłum  rzucił  się  teraz  na  proszącego  o  litość 

generała. Założono mu znowu na szyję stryczek, który tym razem 

nie  zerwał  się  i  wkrótce  nieszczęsny  generał  zawisł  na  latarni, 

masakrowany przez rozwścieczony tłum, który nadal wbijał lance i 

kosy w pocięte ciało, choć oprawcy dawno już pozbawili je życia. 

Generałową Bazanow spotkała jeszcze straszniejsza śmierć, pod-

ciągnięto ją bowiem w górę za jedną nogę, a otaczający tłum skłuł 

ją  i  zarąbał  na  śmierć.  Większość  ciosów  trafiała  w  dolną  część 

brzucha  Wyzionęła  ducha  wśród  nieopisanych  mąk,  wydając  z 

siebie przeraźliwe krzyki. 

Gdy stracono w ten sposób siedmiu więźniów stanu, tłumy rzuciły 

się  do  domów  tych,  którzy  zostali  już  uniewinnieni,  do  domów 
zarobkowych

50

,  gdzie  trzymano  dłużników,  Żydów  i  podejrzane 

osoby.  Wymordowano  bez  różnicy  tych  wszystkich,  których 

uważano  za  zdrajców,  a  w  tym  często  ludzi  niewinnych.  Około 

czterdziestu  do  pięćdziesięciu  osób  zapłaciło  życiem''

51

  za  wście-

kłość tłumu. Niektórym w ucieczce przed morderczymi zapędami 

motłochu udało się zeskoczyć z kilku pięter na ulicę. Tłum dopadł 

ich jednak i zostawił na ulicy poranionych i umierających. 

Gdy  rano  około  piątej  doszły  do  nas  opowieści  o  tych  stra-

szliwych nocnych scenach, o których nie mieliśmy przedtem naj-

mniejszego wyobrażenia, wyszedłem na miasto i stałem się świad-
kiem podobnego wydarzenia. 

Spotykałem wszędzie grupy biegnących ludzi z bronią w rękach, 

pokrwawionych po wyczynach ubiegłej nocy. Krzyczeli, że szukają 

Skrzyneckiego i szukali go wszędzie, aby rozsiekać swego dobro-

czyńcę. Nie poszczęściło im się jednak, gdyż człowiek niewinny 

znajduje często schronienie, którego żaden motłoch nie zdobędzie, 

i Skrzynecki uszedł ich wściekłości. 

Zmieszałem  się  z  grupą  ludzi,  która  wydawała  mi  się  nieco 

spokojniejsza  od  innych,  chociaż  i  tam  słychać  było  groźby  i 

przekleństwa. Chcąc zachować ostrożność, trzeba było robić dobrą 

minę  do  złej  gry  —  okazanie  strachu  słowo  sympatii  dla 

nieszczęśliwych czy jakakolwiek oznaka pogardy lub wstrętu dla 

zbrodniczego  tłumu  mogły  kosztować  życie,  można  było  zostać 

rozsiekanym  na  miejscu  jako  zdrajca,  za  jedyne  wytłumaczenie 

słysząc  przekleństwa,  a  za  sędziego  mając  motłoch,  który  w  tej 

chwili był zarazem sędzią, stroną i wykonawcą wyroku w jednej 
osobie. 

Obok mnie stał w tłumie  obywatel  z zakrwawionymi  rękami,

 

background image

którego  już  przedtem  widziałem.  Spytałem,  jak  to  się  stało,  iż 

odważyli się tak otwarcie karać zdrajców. Mój rozmówca zaczął 

pełne patosu  przemówienie,  w  którym  chwalił  się,  jak  własnymi 

rękami  zarąbał  kilka  osób  i  dodał  półszeptem:  „Powiem  panu  w 

zaufaniu  mamy  od  Krukowieckiego  listę  wszystkich,  którzy 

powinni zginąć, jest na niej także Skrzynecki, ale jeszcześmy go 
nie znaleźli". 

Mówił dalej, iż Krukowiecki powiedział przez swych przyjaciół, 

że „zbrodniarzy nie spotkał los, na jaki zasłużyli, z tej przyczyny, że 

sędziowie byli przekupieni, a cała Rada składała się ze zdrajców". 

Generał  nakłonił  więc  lud,  aby  sam  wymierzył  sprawiedliwość, 

skoro  urzędnicy  tego  odmawiają  i  „tak  właśnie,  jak  mężczyźni, 

postąpiliśmy"  —  dodał  mój  rozmówca  z  zadowoleniem,  które 

robiło straszne wrażenie, gdyż odbiło się na jego dzikiej twarzy, a 

wywołało je podobnie dzikie jak twarz okrucieństwo. 

Z  opowieści  tej  rodził  się  obraz  ponurego,  zimnego  i  wyra-

chowanego  człowieka.  Drżałem  z  przerażenia  na  myśl  o  losie 

narodu, który oddał się w ręce człowieka, pozwalającego spokojnie 

i  z  premedytacją  działać  rozszalałemu  motłochowi,  ogarniętemu 

chęcią mordu zwróconą zarówno przeciw winnym, jak niewinnym. 

Człowiek ten w najbardziej krytycznym momencie paraliżował siły 

kraju  walką  wewnętrzną,  co  zaspakajało  jedynie  jego  prywatne 

pragnienie zemsty, a także pozwoliło przed paroma  godzinami  na 
zamordowanie w najbardziej barbarzyński sposób kilku łajdaków, 
a wraz z nimi tez pewnej liczby dobrych obywateli. 

Oprawcy  zajęci  byli  teraz  odcinaniem  wisielców  i  zwożeniem 

zmasakrowanych ciał, które tu i ówdzie leżały na ulicach. Wśród 

trupów dostrzegłem kozaka, którego śmierć, jako że na nią zasłu-

żył, mogłem przyjąć jedynie z zadowoleniem. W czasie zamieszek 

zabrał  się  do  plądrowania  tych  domów,  w  których  nie  było 

mężczyzn a zostały same kobiety. W jednym z domów na Starym 

Mieście  zastał  w  mieszkaniu  samotną  dziewczynę,  ojciec  jej 

bowiem  kręcił  się  po  mieście  z  pospólstwem.  Dziewczyna  była 

piękna i kozak zapałał do niej żądzą. Po długiej i straszliwej walce 

brutalny barbarzyńca odniósł zwycięstwo nad bezbronną i chciał ją 

potem zmusić, by powiedziała mu, gdzie znajdują się kosztowności. 

Bliska  śmierci  z  przerażenia  dziewczyna  nie  umiała  na  to 

odpowiedzieć  i  kozak,  nie  mając  żadnych  względów  dla  łez 

zawodzącej, zabrał się do wymuszania z niej zeznań, obcinając jej 

nożem pierś. Krzyk dziewczyny rozległ się na ulicy właśnie wtedy, 

gdy  ojciec  jej  przebiegał  z  tłumem  w  pobliżu.  Wbiegł  z 

towarzyszami do środka i zobaczył, co się stało,

 

background image

a  w  kilka  sekund  potem  kozak  leżał  posiekany  tysiącznymi, 

śmiertelnymi cięciami i jego zmasakrowane ciało zawisło na naj-

bliższej latarni. 

Zobaczyłem, iż masy ludzi ciągną w dół Podwalem i poszedłem 

za nimi z ciekawości, by zobaczyć, jakie są ich zamiary. Ludzie 

zatrzymali się przed wysokim, starym domem i zaczęli cisnąć się do 

drzwi na dziedziniec i w górę po schodach. Tłum pociągnął mnie za 

sobą  i  znalazłem  się  wreszcie  na  górze,  na  obszernym  poddaszu 

wypełnionym wrzeszczącymi ludźmi, którzy w mrocznym półcieniu 

wyglądali jak złe duchy. 

Nie wiedziałem jeszcze, co tu się dzieje. Tłum napierający z tyłu 

pchnął  mnie  gwałtownie  do  przodu  i  znalazłem  się  przy 

przeciwległej ścianie obszernego poddasza. 

Nie bardzo wiedziałem, gdzie się znajduję, dopóki nie popchnięto 

mnie do przodu i nie zacząłem potykać się o posiekane trupy, które 

leżały  pod  ścianą.  Poznałem  zlaną  krwią  i  wykrzywioną  twarz 

generała Jankowskiego, o którego ciało się omal nie przewróciłem. 

Leżały  tam  tez nagie, pocięte trupy generałów Bentkow-skiego

52

Hurtiga,  Sałackiego,  Bukowskiego

53

,  szambelana  Fen-schave  i 

generałowej  Bazanow,  na  których  motłoch  w  zwierzęcym  szale 

wyładowywał  swą  nienawiść.  Przed  sobą  miałem  ów  straszny 

widok,  za  mną  zaś  napierał  tłum  i  wreszcie,  by  nie  upaść  na 

zakrwawione  trupy,  których  twarze  z  zastygłą  w  rysach  męką 

przedśmiertną  wykrzywiały  się  do  mnie  musiałem  się  oprzeć 

obiema rękami o ścianę i stać tak nachylony nad nieszczęśliwymi 

ofiarami, podczas gdy tłum skakał po nich, deptał i dźgał kijami i 

szablami, masakrując je coraz bardziej. 

Po  chwili  ludzie  zaczęli  się  rozstępować na boki,  by  móc  pod-

nieść   drabinę,   którą   oparto   o   ścianę.    Moja   rozgorączkowana 

wyobraźnia   podpowiedziała   mi,   że   motłoch   podnosi   drabinę 

potrzebując  prowizorycznej  szubienicy  i  że  to  ja,  jako 

cudzoziemiec, pierwszy na niej zawisnę.   Chodziło jednak tylko o 
otwarcie  klapy    w  dachu    dla  przewietrzenia,  co  stało  się  palącą  

koniecznością,    gdyż  zbitemu    tłumowi    zaczynało  braknąć 

powietrza .  Po nadludzkich  wysiłkach  udało  mi  się  w  końcu  

wydostać  z  tego przerażającego miejsca, gdzie zobaczyłem tyle, 
by przez całe życie wzdrygać się na myśl o anarchii i pozbawionym 

hamulców tłumie wymierzającym   sprawiedliwość.    Lecz   miałem   

zobaczyć   więcej jeszcze,   nie   udało   mi   się   bowiem   uniknąć   
obejrzenia      jeszcze  jednego      dowodu      nieludzkości      brutalnego   
ludu.    Chcąc   oderwać się   od   tłumu,   poszedłem   mianowicie   
do   domu   przez   Rynek Zygmuntowski, gdzie zauważyłem kilka 

wozów  jadących  z  ulicy  Senatorskiej  otoczonych  szemrzącym 
pospólstwem.  W pierwszym

 

background image

siedział      ranny      oficer,      pod      którego      adresem      tłum   

wykrzykiwał najokropniejsze pogróżki.  Drugi był pełen rannych 
Polaków. 

Dowiedziałem się, iż oficer ów był Prusakiem w służbie u Ros-

jan i ranny został wzięty do niewoli po bitwie, w której dzielnie 

walczył  przeciwko  tym  właśnie  Polakom,  których  wieziono  na 
drugim wozie. 

Wozy      z      rannymi      skierowały      się      w      stronę      Koszar   
Gwardyjskich,  a  ja  znalazłem  się  znowu  w  towarzystwie 

motłochu.   Rozgoryczenie na pruskiego więźnia wzrastało z każdą 

chwilą.   Tłum gęstniał i w pobliżu ulicy Franciszkańskiej rzucił 

się na nieszczęśliwego i wyciągnął go z wozu.   Nie minęło kilka 
chwil, a zdarto z  niego   ubranie,   a   on   sam   zawisł   nagi   na  
latarni.        Wkrótce  potem  nagie  ciało, pokryte  świeżymi  ranami, 

jakie  zmarły  odniósł  na    polu      bitwy,      wrzucone    zostało    do  

rynsztoka,      gdzie      motłoch  zostawił  je,  a  kilka  staruch, 

znajdujących się w pobliżu,  zbiegło się, by deptać po zmarłym i 

pluć na niego,  chcąc przynajmniej w ten sposób dać wyraz swym 

wzniosłym  patriotycznym  uczuciom.  Tak  postępuje  lud  nie 

rozumiejący, na czym polega prawdziwa wolność,  lud,   któremu  

popuści    się    cugli    i      pozwoli    postępować  według  własnego 

upodobania,  nie  podpartego  żadnymi  zasadami.  Mówi  się,  że 
religia  stanowi  cugle  dla  ludu,  a  jednak  w  podobny  sposób 

zachowują  się  ci,  którzy  wyznają  pełną  miłości  i  dobroci  naukę 

Chrystusa.   Czyż ci sami mordercy,  te nędzne,  zezwierzęcone 

istoty,    które  w  podobny  sposób  sponiewierały  własną  godność  

ludzką,   czyż  ci   sami   ludzie,   kierowani   pobożnością,   nie 

uklękli  w kilka godzin  potem  przed  swymi   świętymi,  uważając 

się za całkiem dobrych chrześcijan? Zastanawiając się nad podło-

ścią ludzi, nad ich brakiem uczuć, ślepotą i rozlewaną krwią, nie 

można  z  czystym  sumieniem  potępić  Nerona  czy  Kaliguli, 
bowiem podobni   ludzie   nie   zasłużyli   sobie   na   lepszego   pana.    

Można  jednak  wymagać,  by  rządzący  przyczyniali  się  do 

oświecenia ludu, zamieniali  go  w prawdziwych  ludzi  a   siebie  
we  władców.   Ten bowiem, który panuje nad brutalnymi, dzikimi 

ludźmi,  zdolnymi  być  tylko  niewolnikami,    sam  jest  jedynie  

dozorcą    niewolników,  nie  zaś  królem    w  najpiękniejszym  tego 

słowa znaczeniu,  wyniesionym ponad ludzi. 

Rozwijamy dziś oświatę. Mówi się, iż żyjemy w epoce oświe-

cenia.  Wystarczy  jednak  przypomnieć,  iż  kiedy  to  wszystko 
wydarzyło  się  w  XIX  wieku  w  Warszawie,  w  Portugalii  nadal 
panował z Bożej laski Don Miguel

54

Nikt i nic nie było bezpieczne tego dnia w Warszawie i trudno 

było zgadnąć, jak daleko pospólstwo się posunie. Prawo utraciło 

swą moc, handel i ruch ustały, spokojni mieszkańcy zamykali 

background image

się w domach i szykowali się na śmierć, bowiem wystarczyło, by 

ktoś  palcem  wskazał  na  dom  mówiąc:  „tam  mieszka  zdrajca",  a 

tłum pędził i mordował wszystkich na drodze. 

Trudno sobie nawet wyobrazić, z jaką radością wszyscy oprócz 

napastników  patrzyli  następnego  dnia  na  Wojsko  Polskie,  które 

wkroczyło do miasta i zaczęło biwakować na ulicach. Artylerzyści 

nie wyprzęgali armat i trzymali zapalone lonty, kawalerzyści mieli 

osiodłane konie, by przy najmniejszej nawet groźbie nowego wy-

buchu zaatakować pospólstwo. 

Armia  o  mało  co  nie  została  odcięta  od  miasta  przez  Rosjan  i 

została  zmuszona  podpalić  miejscowość  Wolę,  by  zabezpieczyć 

swój odwrót. Żołnierze rozkładali się teraz na ulicach i placach, a 

handel i ruch ożywały. I o ile poprzedni wieczór był przerażający i 

straszny, tak obecny był wesoły i pogodny. 

Na ulicach płonęły ogniska biwakowe, żołnierze siedzieli wokół 

nich czyszcząc broń, a pieśń przerywał od czasu do czasu śmiech, 

gdy  któryś  z  nich,  wolny  od  zajęć  po  wyczyszczeniu  broni, 

opowieściami swymi dostarczał kolegom rozrywki. 

Grupka żołnierzy prawiła komplementy ładniutkiej dziewczynie 

a  spokój,  który  powrócił  po  przeraźliwych  scenach  sprawił,  iż 

przychodziły  im  one  łatwiej  niż  zazwyczaj.  Trochę  dalej  młody 

oficer rozmawiał z krewnymi, którzy mieszkali na drugim piętrze i 

otworzyli teraz okno, by wyżalić się, opowiadając o swym okropnym 

strachu i radości z zobaczenia kuzyna i jego dzielnych towarzyszy. 

Gdzie  indziej  stał  stary  żołnierz,  patrzył  w  ogień  niemym 

wzrokiem,  jakby  rozmyślając:  „Jak  to  wszystko  się  skończy?"  a 

jego młodsi koledzy śmiali się ze swych podartych i poplamionych 

mundurów  nie  myśląc  o  przyszłości,  i  tylko  butelka  wódki 

dostarczała im nadziei. Grupki żołnierzy klęczały wokół ognisk i 

gotowały  jedzenie  z  tak  ważnymi  minami,  jakby  to,  co  mieli  w 

kotłach, stanowiło o przyszłości świata, a nie było jedynie garstką 
grochu  czy  kilkoma  kartoflami,  które  wydzielił  im  sprawiedliwy 

dyżurny kapral — Główny Kapłan Kompanii. Jeszcze inni siedzieli 

zmęczeni,  z  posypanymi  kredą  wełnianymi  szmatami,  którymi 

mieli  polerować  broń  i  patrzyli  z  uwagą  na  kucharzy,  czy  nie 

usłyszą  wkrótce  cudownego  zawołania:  „Jedzenie  gotowe".  Tam 

spacerował  szacowny  warszawianin  ze  swą  żoną,  która  w  czasie 

rozruchów cierpiała na przelotne bóle i palpitacje serca, dalej zaś 

przechadzała  się  powoli  grupka  dam  przypominających  gracje,  a 

tuż za nimi rząd oficerów — ułanów i krakusów, którzy ciągnącymi 

się  za  nimi  szablami  i  podźwiękującymi  ostrogami  starali  się 

wzbudzić zainte- 

background image

resowanie spacerujących piękności. Młode damy nie mogły sobie 

odmówić  przyjemności  i  od  czasu  do  czasu  rzucały  ukradkowe 

spojrzenia  na  przystojnych  ułanów,  którzy  wyglądali  pięknie  w 

błękitnych mundurach z białymi kołnierzami, wyłogami na  połach 

fraków i w wysokich czapkach* na głowie, mimo iż przyćmiewali 

ich  idący  obok  oficerowie  —  krakusi,  którzy  w  swych  białych 
kurtkach  szamerowanych  na  czarno,  czerwonych  pan-talonach  ze 

złotymi galonami i w czerwonych aksamitnych turbanach z pawimi 

piórami prezentowali się jeszcze lepiej w oczach płci pięknej. 

Tu i ówdzie przemykał ulicą uzbrojony Żyd z kosą na ramieniu, 

salutując  obok  każdej  warty  przy  ognisku.  Towarzyszyły  mu 

akompaniamenty  śmiechu  chrześcijańskich  towarzyszy  broni, 

którzy  nie  umieli  sobie  odmówić  uwag  pod  adresem  dzielnego 

kosyniera,  jego  koślawego  chodu,  przestraszonego  spojrzenia  i 
niezgrabnego noszenia nieporęcznej broni. 

Członkowie innego korpusu byli jednak lepiej przyjmowani, gdy 

tylko pojawili się przy ognisku. Po uściśnięciu dłoni brano ich do 

kompanii.  Byli  to  myśliwi,  którzy  połączyli  się  w  ochotniczy 

korpus  strzelców  wyborowych  i  stawili  się  w  armii,  ubrani  na 

zielono  i  uzbrojeni  w  zwykłą  broń  myśliwską.  Byli  to  wszystko 

młodzi,  zdrowi  i  silni  mężczyźni,  a  pozostali  żołnierze  przyj-

mowali ich z przyjaźnią i miłością. 

Zamiast  dzikiego  krzyku  motłochu  i  jęków  męczonych  ludzi, 

słychać  teraz  było  na  ulicach  Warszawy  orkiestry  wojskowe. 

Muzyka  rozlegała  się  echem  w  czystym  wieczornym  powietrzu 

pomiędzy  pałacami  i  domami,  roznosząc  wszędzie  wiadomość  o 

tym, iż obrońcy zewnętrznego i wewnętrznego pokoju znajdują się 
w murach miasta. 

Opowiadano,  że  Skrzynecki  przybył  tego  dnia  z  armią  do 

Warszawy, lecz usunął się i nie widywano go już. Podobnie rzecz się 

miała z księciem Czartoryskim. Obaj dotarli szczęśliwie do Austrii, 

gdy zdrada i zbliżanie się Rosjan uniemożliwiły im owocną służbę 

zdezorientowanym i niewdzięcznym rodakom. 

Wybór Krukowieckiego został w ten sposób przypieczętowany, a 

wykorzystał  on  to  w  następujący  sposób  gdy  został  wybrany  na 

prezydenta  rządu  z  uprawnieniami  dyktatora,  zwołał  wszystkich 

generałów  i  powiedział,  że  Polska  bliska  jest  zdobycia  pełnej 

wolności,  wie  on  bowiem  dobrze,  iż  w  armii  rosyjskiej  brakuje 

wszystkiego,  że  szaleje  w  niej  na  nowo  cholera  i  zaczyna  się 

szerzyć niepokój, żołnierze są zmęczeni i niezadowoleni ze

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
*  W oryg.   chapka. 

background image

swego  położenia  i  celu  wojny.  Krukowiecki  wyciągnął  z  tego  i  z 

wielu jeszcze innych wydarzeń wniosek, iż Paskiewicz nie odważy 

się  szturmować  Warszawy,  zanim  siły  jego  nie  zostaną 

wzmocnione  przez  korpusy  Rosena,  Rudigera  i  Pahlena.  Należy 

więc  wysłać  oddziały,  by  odciąć  te  korpusy  od  głównej  armii,  a 

jednocześnie  zaopatrzyć  się  w  prowiant  i  utrzymać  połączenie 

między Litwą a Warszawą. Pozostałe oddziały mogłyby z łatwością 

odeprzeć nieprzyjaciela, gdyby odważył się na szturm. 

Przedstawił to wszystko w sposób tak przekonywujący i mówił, 

jak  sądzono,  tak  otwarcie  i  szczerze,  iż  przekonał  większość 

obecnych. Następnie wygłosił przemówienie, w którym wezwał do 

walki na śmierć i życie w obronie ojczyzny, a w końcu wszyscy 

zebrani  zaprzysięgli  na  krucyfiks  dotrzymać  danych  sobie 

wzajemnie obietnic. Gdy ceremonia dobiegła końca, Krukowiecki 

uściskał  obecnych  i  wydał  rozkazy,  według  których  generał 
Ramo-rino

55

 miał z dwudziestoma tysiącami ludzi zbierać prowiant 

na  prawym  brzegu  Wisły  oraz  utrzymywać  połączenie  z  Litwą. 
Generał  Chrzanowski 

56

  i  kilku  innych  generałów  miało  także 

wyruszyć,  by  nie  dopuście  do  połączenia  rosyjskich  korpusów 

stojących na prawym i lewym brzegu Wisły. 

Potem zaś przedsięwziął Krukowiecki odpowiednie kroki w samej 

Warszawie.  Podniósł  do  rangi  dowódcy  wojsk  stacjonujących  w 

Warszawie  generała  Prądzyńskiego,  który  zawsze  cieszył  się  jego 

względami, lecz którego Skrzynecki nie darzył zaufaniem i usunął z 

urzędu. 

Pozostałe  oddziały  biwakowały  jeszcze  kilka  dni  na  ulicach 

Warszawy  przed  wymarszem  z  miasta  i miałem  wówczas  znowu 

przyjemność spotkać naszego dzielnego rodaka, ułana S... . Ułani 
biwakowali po drugiej stronie Rynku Aleksandra i w drodze tamże 

natknąłem  się  na  niego  na  Rynku  Zygmuntowskim.  Był  w 

towarzystwie  kolegów,  którzy  uważali  go  za  Lwa  Północy,  a  byle 
kogo ów wypróbowany korpus takim imieniem nie obdarzał. 

Spędziłem kilka miłych godzin wraz z tym pełnym entuzjazmu 

wojownikiem i z moimi przyjaciółmi, do których udaliśmy się. Z 

zachwytem opowiadał, jak odważni są Polacy w bitwie. Wspominał 

między innymi, że gdy odkomenderowano ich do osłony  artylerii, 

grali  wśród  gradu  padających  kul  w  karty  i  palili  tytoń,  a  gdy 

rozległa  się  szczególnie  mocna  salwa,  krzyczeli  „Wiwat!"  i 

śpiewali Jeszcze Polska nie zginęła. 

S... był uosobieniem wesołości i czekał tylko na dzień, w którym 

Rosjanie  zaczną  szturm,  nie  wiedział  bowiem  jeszcze,  że  generał 

Ramorino,  do  którego  korpusu  należał,  otrzymał  już  rozkaz 

wymarszu. Narzekał tylko na kulejącego konia, lecz pocie-

 

background image

szał  się  od  razu  wierząc,  iż  zdobędzie  wkrótce  sobie  lepszego  na 

jakimś  rosyjskim  kawalerzyście  lub  kozakach.  Od  chwili,  gdy 

przyjął służbę w wojsku polskim, stał na biwaku i p r z e z  cały ten 
czas nie zdejmował z siebie ubrania. Można być pełnym podziwu 
dla  organizmu,  który  mimo  tak  wielu  niesprzyjających 

okoliczności zachował zdrowie. 

Jedna  z  jego  opowieści  nie  sprawiła  nam  szczególnej 

przyjem-ności, przede wszystkim dlatego, że nie wierzyliśmy tak 

głęboko jak on w zwycięstwo wolności. Powiedział mianowicie, że 
Rosjanie  bez  pardonu  wieszają  wszystkich  studentów  i  kadetów, 

którzy  wpadną  w  ich  ręce.  Słyszeliśmy  o  tym  także  od  samych 
kadetów.  Mówiono,  iż  tak  się  dzieje,  gdyż  właśnie  te  korpusy 

wszczęły  w  Warszawie  bunt.  Niezbyt  przyjemną  nowiną  była 
jednak  wiadomość,  iż  wieszali  też  co  dziesiątego  cudzoziemca 

spośród  tych,  którzy  będąc  w  służbie  polskiej  dostali  się  do 

niewoli.  Według  najświeższych  wiadomości  trzydziestu  osobom 

tej drugiej kategorii wymierzono karę śmierci w rosyjskim obozie, 

nie  określając  ich  jako  cudzoziemców  lecz  kadetów,  wszystkich 
tak  bowiem  nazywano,  po  czym  jednakowo,  zgodnie  z  prawem, 

mordowano. Ułani, pewni, iż spotka ich podobny los, przed każdą 

bitwą składali, jak mówił S..., przysięgę z ręką na krucyfiksie, że 

każdy  zaatakuje  przynajmniej  trzech  nieprzyjaciół,  a  sam  się 

zastrzeli, o ile niewoli nie dałoby się uniknąć. 

Chwile razem spędzone szybko minęły i szwedzki ułan pospie-

szył z powrotem do swych towarzyszy.  Prosił, żebyśmy wróciwszy 

szczęśliwie do domu, powiedzieli w razie jego  śmierci rodakom: 

„S... zginął jak żołnierz, nie udało im się go powiesić". 

Ostatni raz spotkaliśmy się wtedy na polskiej ziemi. Drogi nasze 

rozeszły się, bowiem korpus Ramorino wkroczył do Galicji, skąd 

S... poprzez Prusy dojechał do domu, a przedtem jeszcze dosłużył 

się stopnia porucznika i otrzymał polski krzyż walecznych

57

Rozmawiałem często z tymi dzielnymi żołnierzami w czasie ich 

postoju  na  biwaku  i  stwierdziłem  iż  mieli  nader  oryginalne 

wyobrażenie  o  męstwie  Rosjan.  Twierdzili,  że  Rosjanie  nie  są 
mężni,  że  przypominają  raczej  maszyny  pozbawione  zdolności 

czucia czegokolwiek, czy to odwagi, czy strachu. Stoją jak mur pod 

gradem kul pozwalając, by do nich strzelano, nie ruszając się ani na 

cal do przodu czy do tyłu. Uważali, że Rosjanie są w najwyższym 
stopniu  zdyscyplinowani,  lecz  wystarczy,  by  choć  jeden  oddział 

dopuścił  do  siebie  myśl  o  niebezpieczeństwie  i  nieuniknionej 

śmierci czekającej w razie szturmu i ogarnięty nagle przerażeniem 

zaczął  uciekać,  a  wówczas  znajdujący  się  w  pobliżu  jego 
towarzysze  zostają  przez  solidarność  popchnięci  do  podobnego 
zachowania, które w konsekwencji powtarza wkrót- 

background image

ce  po  mistrzowsku  cała  armia.  Polacy  skupiali  więc  zawsze  swe 

siły  naprzeciwko  jednej  tylko,  wybranej  pozycji  nieprzyjaciela,  a 

gdy udało im się ją rozbić, wkrótce cała wroga armia rzucała się do 

ucieczki. Wówczas polscy kosynierzy ruszali za uciekającą masą, 

zadając  jej  straszliwą  klęskę,  a  regularne  wojsko  odpoczywało  i 

opanowywało pole bitwy. Zadaniem kosynierów było atakowanie 

nieprzyjaciela najpierw od tyłu i tak się często działo. Korpus ten 

oddał  Polakom  nieocenione  usługi.  Zakurzony,  spowity  dymem 

prochu  armatniego,  znajdował  zawsze  okazję,  by  dowieść  swej 

dzielności. 

Wojskowi wyrażali zwykle swe oburzenie na Prusaków, którzy, 

jak  twierdzili,  pomogli  Rosjanom  przeprawić  się  przez  Wisłę  i 

przerzucili  w  tym  celu  most  pontonowy.  Założyli też  w  Toruniu 

wielki  magazyn  zaopatrujący  rosyjską  armię.  Wysyłali  towary 

Rosjanom,  lecz  konfiskowali  wszystkie  pieniądze,  broń  i  proch, 

jeżeli podejrzewali, że były przeznaczone dla Polaków. Mówiono 

nawet,  iż  zatrzymywali  wszystkie  listy  i  kurierów  wysyłanych  z 

Polski lub do Polski, o ile nie były to listy i kurierzy rosyjscy. Armia 

pragnęła jedynie, żeby Prusy zostały otwarcie uznane za wroga, by 

móc  się  z  nimi  zmierzyć,  nie  chciała  zaś,  by  uchodziły  za  kraj 

neutralny, wyrządzając swą pozorną przyjaźnią więcej szkody niż 
jawny nieprzyjaciel. 

W Warszawie wychodziły w tym czasie różne pamflety, w któ-

rych  starano  się  udowodnić  obłudę  Prus i  wzywano  to  neutralne 

mocarstwo, by otwarcie przyznało się do swego braku neutralności 

i  by  przestało  zwodzić  Europę  swą  tchórzliwą  polityką,  przy-

noszącą w oczach współczesnych ujmę państwu, którego Europa 

tak się obawiała i które tak szanowała. 

Pośród  tych  narzekań  lekkomyślni  Polacy  świętowali  znowu 

zwycięstwo, uważane za rzecz tak pewną, jak nadejście poranka po 

nocy,  i  wylawszy  już  żółć  na  sąsiadów,  śpiewali  radośnie  swoje 

Jeszcze Polska nie zginęła, śmiali się przy każdym dowcipie, jakby 
zebrali  się  z  okazji  radosnego, narodowego  święta.  Ale  też,  czyż 

walka  całego  narodu  o  swą  niezależność  nie  jest  prawdziwym 

narodowym świętem? 

22 sierpnia, po pięciodniowym biwakowaniu w Warszawie od-

działy wyruszyły każdy w swoim kierunku, aby wykonać swe zadania 

58

W Warszawie zostało jedynie piętnaście tysięcy regularnego woj-

ska, by na wypadek szturmu bronić miasta

59

. Miało ono do pomocy 

kilka tysięcy kosynierów i członków Gwardii Miejskiej.

 

background image

Nikt nie wątpił w szczęśliwe zakończenie sprawy. Krukowiecki, 

chwilowe bożyszcze narodu, zapewniał o tym — choć wiedziano, 

iż Paskiewicz ze stu siedemdziesięcioma tysiącami żołnierzy

60

 mógł 

w każdej chwili przypuścić szturm. Najrozsądniejsi nawet ludzie 

ani przez chwilę nie wątpili w swoje bezpieczeństwo, gdy władzę 

sprawował  Krukowiecki,  znali  bowiem  dobrze  jego  geniusz  i 
pomysłowość. Ale wypowiedzi ich zdradzały, że znali dobrze i jego 
serce,  mówili  bowiem,  że  „po  zwycięstwie  powinien  zawisnąć, 

można bowiem mieć pewność, że tylko złe koniunktury uczyniły z 

niego przyjaciela Polski, a po zwycięstwie użyje swego geniuszu 

dla  ucisku  rodaków  w  równym  stopniu,  jak  teraz  używał  go 
przeciwko wrogowi". 

W  mieście  znajdowało  się  około  dwudziestu  tysięcy  jeńców 

rosyjskich  (liczba  bliska  liczbie  sił  zbrojnych  w  Warszawie). 

Używano  ich  do  usypywania  szańców  i  redut,  zajęcie  to  nie 

wydawało im się zapewne zbyt interesujące. W mieście było jednak 

znowu  spokojnie,  ulica  Franciszkańska  ze  swymi  żydowskimi 

sklepikami pełna była znowu ruchu i życia, a oddziały wyruszały i 

powracały  ze  służby,  w  czasie  której  pełniły  warty  i  strzegły 

więźniów. 

Warszawa przedstawiała znów obraz spokoju. Rozrywki i przy-

jemności  wtargnęły  do  codziennego  życia.  Cisza  owa 

przypominała  ciszę  przed  burzą,  a  zważywszy,  że  pod  miastem 

stało sto siedemdziesiąt tysięcy żołnierzy, którzy czekali tylko na 

to, by zacząć mordować i palić, mieszkańcy zaś miasta zdawali się o 
tym  wogólę  nie  myśleć,  przypominało  to  zabawę  dziecka 

igrającego z mieczem zawieszonym na słabym włosie tuż nad jego 

głową. 

Pomiędzy oficerami i żołnierzami panowały niezwykle swobodne 

stosunki.  Bezwzględne  posłuszeństwo  nieodzowne  w  armii 

obowiązywało  tylko  na  służbie,  przymus  i  różnice  w  randze  po 

służbie znikały. Często widywało się, jak oficer zapraszał żołnierza 

do wspólnego posiłku z tego samego talerza, gdy ten przychodził z 

raportem lub rozkazem w czasie jedzenia. Była to dość częsta w 

Polsce oznaka przyjaźni. 

Obydwaj nadstawiali swe życie i szczęście dla tej samej sprawy, i 

tak  jak  żołnierz  nie  walczył  dla  swego  żołdu,  tak  i  oficer  nie 

walczył  dla  awansu.  Obydwaj  mieli  przed  sobą  ten  sam  cel  — 

pragnęli ze starych okruchów stworzyć własnym wysiłkiem nową 

Polskę. 

Odlewano w tym czasie armaty i wypróbowywano je. Metal był 

pochodzenia  rodzimego,  wykopywano  go  w  kopalniach  lub 

zabierano  z  wież  kościelnych,  na  których  wisiały  dzwony.  I  tak 

niosły one śmierć i zniszczenie wśród wroga, zamiast wzywać go 
do modlitwy. 

background image

Magazyny w mieście były doskonale zaopatrzone, lecz by jeszcze 

pewniej uniknąć głodu zakazano sprzedaży żywności, otrzymywa-
nej in natura. Nie zanosiło się na głód, groźba ta wydawała się dość 

odległa, bowiem chociaż prawobrzeżna Warszawa była całkowicie 

splądrowana  przez  wroga,  lewy  brzeg  dostarczał  stolicy 

wystarczających  zapasów  żywności.  Musieliśmy  być  posłuszni 

rozporządzeniom dotyczącym gromadzenia żywności i zaczęliśmy 

suszyć  nasze  racje  mięsa  i  krajać  bochny  chleba.  Przy  suszeniu 

chleba odkryliśmy dopiero wszystkie te trociny, słomę i groch, z 

którego zostały zrobione, gdy bowiem sypkie składniki wyschły, 

te, które były zbite razem, zaczęły się wyraźnie zarysowywać na 

brunatnym  sucharku  jak  płaskorzeźba.  Johan  Hjelm  (nasz  fiński 

ordynans), który opowiadał, iż prowadził gospodarstwo na plebanii 

w Finlandii, potrafił także z powodzeniem prowadzić nasze małe 

gospodarstwo. Wietrzył, gromadził i suszył żywność z troską, jak 

się  okazało,  niepotrzebną,  bowiem  gdy  przygotowania  zostały 

zakończone,  pojawili  się  Rosjanie  obdarzeni  wilczym  apetytem, 

przynosząc niemały zaszczyt gospodarstwu. 

Przebywaliśmy  w  tym  czasie  często  w  towarzystwie  młodego 

wojskowego z Poznania nazwiskiem Chłapowski

61

, który był krew-

nym hrabiny von Engestrom, małżonki Jego Ekscelencji kanclerza 
von Engestrom

62

, i z tego powodu uważał się po trosze za krewnego 

każdego  Szweda.  Opowiadał,  iż  szyderstwo  płci pięknej  zmusiło 

wielu Poznaniaków do wstąpienia do Wojska Polskiego, bowiem 

młodzieniec,  który  nie  chciał  walczyć  o  wolność,  dostawał 

najczęściej w prezencie od swej panny parę nóg zajęczych. Jechał 

więc,  by  pokazać,  że  nie  zasłużył  na  taki  prezent.  Neutralność 

pruskiego  rządu  szybko  się  poróżniła  z  płcią  piękną  która  choć 

zajęta  tamborkiem  i  zajęciami  domowymi,  opowiedziała  się  po 

stronie  wolności  i  nie  robiła  sobie  nic  z  rządowego  dekretu 

zapowiadającego, że „kto by to nie był, Prusak czy cudzoziemiec z 

urodzenia,  gdyby  się  ośmielił  zbliżyć  do  polskiej  granicy  poza 

wyznaczonymi  miejscami  kwarantanny,  będzie,  o  ile  zostanie 

złapany,  osadzony  w  więzieniu  lub  ukarany  jeszcze  surowiej, 

zależnie  od  okoliczności".  Rozporządzenie  to,  które  sami 

czytaliśmy  w  Warszawie,  zamieszczone  także  było  w  pruskiej 

„Gazecie  Rządowej"  z  dodatkiem  mówiącym,  iż  straż  graniczna 

miała prawo strzelać do każdego, kto by zbliżył się na odległość 

strzału. 

Tak więc ani Poznaniacy, ani my nie mogliśmy spodziewać się 

przyjaznego  przyjęcia  w  Prusach,  gdybyśmy  zostali  zmuszeni  do 
wkroczenia tam.

 

background image

Decydujący dzień był coraz bliżej i rosła też wśród narodu wiara 

w  zwycięstwo,  rozpuszczane  były  bowiem  wiadomości,  które 

podtrzymywały nadzieje nieszczęśliwych Polaków i dodawały ich 

snom o zwycięstwie spokoju, jaki wynika z pewności. Opowiadano 

między  innymi,  że  Chłopicki  z  dwunastoma  tysiącami  ludzi 

wyruszył spod Krakowa, by uderzyć na Rosjan z tyłu, że Francuzi 

przekroczyli  już  Ren  i  forsownym  marszem  idą  na  pomoc,  i  że 
Paskiewicz  pertraktuje  z  Krukowieckim  o  zawieszeniu  broni. 

Wiadomości te były najwyraźniej rozsiewane naumyślnie, by uśpić 

zaślepiony naród i przeszkodzić mu w samodzielnych obserwacjach, 

w badaniach, które wypadłyby niekorzystnie dla tych, którzy jeszcze 

przez kilka dni odgrywać mieli role patriotów, aby tym pewniej móc 

uniknąć  tego  nienawistnego  słowa  zarówno  teraz  jak  i  w 

przyszłości. 

6 września o piątej rano przerażająco bliska kanonada wstrząsnęła 

domami w śniącym o zwycięstwie mieście. W jednej chwili zostały 

pozamykane  wszystkie  sklepy  i  ustał  ruch  na  ulicach.  Rosjanie 

napadli  na  reduty  zewnętrzne  usypane  od  strony  Woli,  a  Polacy 
odpowiedzieli  ogniem  artyleryjskim  z  taką  siłą,  iż  zatrzęsła  się 

ziemia  i  zapanował  nieustający  huk.  Gwardia  Miejska,  która 

podjęła się obrony wewnętrznej linii redut, wymaszerowała przy 

dźwiękach muzyki, a kobiety i mężczyźni zajęli miejsca na wałach 

obronnych, by drogo sprzedać swe życie. 

Po  zawziętej  walce  w  której  huk  armat  zagłuszył  odgłos  broni 

ręcznej Rosjanie przekroczyli bronioną przez niewielkie siły zew-

nętrzną linię redut. Zostały one jednak przy odwrocie wysadzone w 

powietrze,  grzebiąc  w  ruinach  tysiące  nieprzyjaciół.  Mimo  to 
Rosjanie posunęli się naprzód. Zbliżał się moment starcia i rozległa 

się znowu ze wzmożoną siłą straszliwa kanonada. 

My,  którym  zaledwie  udało  się  dotrzeć  do  forpocztów,  otrzy-

maliśmy  od  naszego  naczelnego  rozkaz  powrotu  do  szpitala  i 
przyjmowania  rannych  na  oddziały.  Bitwa  toczyła  się  bowiem  na 

obszarze, na którym leżał szpital, a pole walki nie było od niego 

zbyt  odległe.  Ze  szpitala  wysłano  trochę  łóżek,  na  których  po-

wrócili ranni i umierający żołnierze, posiekani i postrzelani w naj-
okropniejszy sposób. 

Znad  pola  bitwy  nadpływał  nad  miasto  pędzący  wiatrem 

biało-szary  obłok  dymu.  Od  polskiej  strony  słychać  było  huk 

armat, a zwarte ławy rosyjskich kolumn jedna za drugą rzucały się 

do ataku. Polskie kartacze znosiły je jednak zupełnie, tak że leje po 
pociskach były do tego stopnia wypełnione trupami i rannymi, iż 

następne  masy  żołnierstwa  mogły  po  plecach  poległych  prze-

skakiwać  palisady  i  stawiać  drabiny  na  wałach  obronnych.  Żoł-

nierzy spotkał tam grad kul i potworny deszcz kamieni rzuca- 

background image

nych przez polskie kobiety, które walczyły na równi  z  mężczy-
znami. 

Ta mordercza walka trwała do zmroku, gdy nie można już było 

odróżnić  przyjaciela  od  wroga  i  tylko  odgłos  strzałów  z  broni 

ręcznej, który od czasu do czasu rozlegał się w nocy lub wybuch 

wózka  z  prochem  były  znakiem,  że  nienawiść  żyje  i  czuwa.  W 

ruinach  redut  przebłyskiwały  gdzieniegdzie  płomienie  nie 

ugaszonych pożarów. Polacy nadal zajmowali wewnętrzne reduty, 

nadal byli dobrej myśli, nadal mieli dość amunicji i nie obawiali się 
przegranej. 

Pole  bitwy  było  przesiąknięte  krwią.  Rosjanie  stracili  wtedy 

niesłychanie wielu ludzi i spodziewano się, że gdy następnego dnia 

rozpocznie się walka na śmierć i życie, stracą ich jeszcze więcej. 

Wstał  następny  ranek,  lecz  żadna  salwa  nie  dała  znać,  iż  bitwa 

rozpoczęła się na nowo. Skończyliśmy już obchód i zrobił się pełny 

dzień, lecz ciągle nie słychać było żadnego strzału. Panowała cisza, 

słyszeliśmy tylko jęki chorych lub rzężenie umierających, którzy 
nareszcie  w  spokoju  mogli  wydać  ostatnie  tchnienie  i  osiągnąć 

krainę wolności, za którą na darmo walczyli na tej ziemi. Nikt nie 

znał  jeszcze  przyczyny  zawieszenia  broni,  które  było  dla 

wszystkich większym zaskoczeniem niż bitwa. Dopiero później, w 

ciągu dnia, rozeszła się wiadomość, że Paskiewicz pertraktował z 

Krukowieckim,  bowiem  nie  czuł  się  na  siłach,  by  pokusić  się  o 

podobne  zwycięstwo  jak  poprzedniego  dnia  i  że  prosił,  by 

pozwolono mu jak przyjacielowi odmaszerować mostem praskim 

do Rosji, bowiem zbliżała się zima, a on nie widział możliwości 
dalszego 

prowadzenia 

wojny 

na 

polskich 

moczarach. 

Lekkomyślny  naród,  który  chętnie  wierzył  w  to,  w  co  pragnął 

wierzyć, uwierzył także i w te pogłoski, i znowu widać było tłumy na 

ulicach,  parki  i  restauracje  przepełnione  ludźmi,  którzy  pragnęli 

spędzie  mile  dzień  w  nadziei,  iż  ziszczą  się  owe  uknute  w 

przebiegły  sposób  pogłoski.  A  w  tym  samym  czasie  Rosjanie 

pomimo rozejmu przesuwali swoje pozycje w pobliżu miasta, by 

uderzyć na nie z tym lepszym skutkiem. Paskiewicz zaś pertrakto-

wał z Krukowieckim o poddaniu Warszawy, na co ten się nie mógł 

zgodzić, naród bowiem by go wówczas nie posłuchał i nawet bez 

dowódcy  broniłby  wałów.  O  pierwszej  czas  kapitulacji  minął  i 

przeraźliwy  ogień,  skierowany  na  wały  obronne  Warszawy,  w 
mgnieniu  oka  wytrącił  zawiedzionych  ludzi  z  radosnego  szału. 
Race kongrewskie

63

 przecinały obłoki, spadając jak ognisty deszcz 

na nieszczęsne miasto. 

Wkrótce Wola stała w płomieniach wzbijających się do nieba, 

background image

spowita  czarną  mgłą  dymu,  w  której  unosiły  się  szare  obłoczki 

dymu  prochowego  poprzecinane  rozdzierającymi  niebo  ciemno-

czerwonymi  smugami  ognia  rakietowego.  Posiadłości  wiejskie, 

młyny  i  chałupy  leżące  z  tej  strony  poza  Warszawą,  świeciły  jak 

małe,  jarzące  ogniki  nad  kłębiącymi  się  i  krzyżującymi  płomie-

niami  ognia,  które  napływały  z  Woli,  gdy  tylko  wiatr  rozpędzał 

zwały chmur. I wkrótce Warszawa stała otulona płaszczem ognia, 

pełznącego  wzdłuż  jej  granic.  Kule  zaczęły  dosięgać  teraz  wew-

nętrznych wałów, a Gwardia Miejska, składająca się w większości z 

cudzoziemców,  którzy  trudnią  się  w  Warszawie  rzemiosłem, 

uciekła do miasta i złożyła broń. 

Było im wszystko jedno, komu szyć będą buty despocie, wolnemu 

człowiekowi czy niewolnikowi, i każdy z nich równie chętnie brał 

zapłatę w pieniądzach, na których wyryty był czarny orzeł, jak i 

tych, na których biały rozpościerał swe obcięte skrzydła. 

Żołnierze  zajęli  teraz  opuszczone  pozycje  i  walczyć  zaczęli  z 

trudną do opisania zaciekłością. Coraz głośniej słyszeć się dawał huk 

ognia artyleryjskiego, a szczęk broni ręcznej rozlegający się pośród 

wystrzałów porównać można było najlepiej do bębnienia deszczu o 
szyby okienne w czasie burzy. 

Wspięliśmy się na wysoki dach szpitala, aby popatrzeć na bitwę. 

Polacy rzucili się na zwarte szeregi wroga z taką zaciekłością, iż 

często z powodu tłoku nie mogli użyć broni. Dochodziło wtedy do 

walki  wręcz  i  wkrótce  dzielni  obrońcy  zaczęli  mordować 

nieprzyjaciół  i  zasypywać  ich  kulami.  Miejsce  poległych  zaczęły 

jednak  wypełniać  na  nowo  nieprzeliczone  szeregi  świeżych 

oddziałów  wpędzając  wyczerpanych  obrońców  z  powrotem  do 

miasta, skąd po paru sekundach odpoczynku rzucali się oni na nowo 

do  walki.  Strumienie  krwi  płynęły  ścieżkami  ogrodowymi  i 

rowami,  wszędzie  czołgali  się  ranni.  Kobiety  stały  na  wałach, 

odbierały bron poległym, rzucały się na wroga i padały obok swych 

rodaków.  Ich  słabe  siły,  wplecione  w  siłę  potężną,  jaką  było 

umiłowanie wolności, zadały śmierć wielu wrogom. 

Wkrótce nasz punkt obserwacyjny przestał być bezpieczny, za-

padł zmrok, dym zasłaniał widok i tylko dobiegający od czasu do 

czasu huk armat, dudnienie bębnów i dźwięki trąb przypominały, iż 

bitwa trwa nadal. Powoli stawała się mniej zażarta. Tam i ówdzie 

przez  mgłę  przenikał  blask ognia  artyleryjskiego,  a  Wola  jarzyła 

się,  spowita  czarnym  płaszczem  dymu.  Rosjanie  znajdowali  się 

teraz na wewnętrznym wale, tym, który zdobyli. Zapadła noc — na 

najbliższe godziny i na przyszłość. 

Polacy schronili się w mieście. Odwaga ich jeszcze nie opuściła, 

nadal żywili nadzieję. Zamknęli się wśród barykad i przysię- 

background image

gali,  że  tylko  po  ich  trupach  nieprzyjaciel  będzie  mógł  wejść  na 

ulice miasta i że ci z Rosjan, którzy przeżyją, panować będą tylko 

nad płonącymi ruinami. 

Rosjanie  zaś  ustawiali  w  tym  samym  czasie  na  wałach  miasta 

około czterystu armat, niektóre z racami kongrewskimi, aby, o ile by 

się  miasto  nie  poddało  następnego  dnia,  obrzucić  je  nimi  ze 

wszystkich stron i podpalić. Zdawali sobie bowiem dobrze sprawę, 

że  nie będą  w stanie  bez  niesłychanych  strat  dostać się  na  ulice, 

gdzie każdy dom był twierdzą a każde okno otworem strzelniczym 

niosącym śmierć i strach, mając do tego za przeciwnika zawziętych 

ludzi,  którzy  postanowili  zginąć  lub  jako  zwycięzcy  zachować 
miasto dla siebie. 

W  tym  czasie  mieszczanie  zgodzili  się  za  namową 

Krukowiec-kiego  na  kapitulację  w  ciągu  czterdziestu  ośmiu 

godzin. Wojsko miało wówczas opuścić miasto i kto chciał, mógł 
uciec,  potem  zaś  Rosjanie  mieli  prawo  zająć  Warszawę.  Armia, 

jeszcze nie wiedząca o tej umowie, miała słabą nadzieję, iż wesprze 

ją Ramorino, który, jak mówiono, ruszył z dwudziestoma tysiącami 

żołnierzy  i  podążał  forsownym  marszem  na  odsiecz  Warszawie. 

Gdy armia dowiedziała się o kapitulacji a także o tym, iż Ramorino 

ze  swym  korpusem  jest  dopiero  o  dziesięć  mil  od  miasta, 

zdecydowała  się  opuścić  jeszcze  w  nocy  Warszawę.  Nie  uznała 

jednak kapitulacji, lecz przeszła przez  Pragę, by  zająć pozycje w 
twierdzy Modlin. 

My zaś nie wiedzieliśmy nic o kapitulacji, w przeciwnym razie z 

pewnością wyszlibyśmy razem z wojskiem, a nie zostawali służyć 

nadal  nieszczęśliwym,  którym  odebrano  wolność  i  którzy  na 

dodatek  wszystkich  swoich  nieszczęść  czuli  się  ułomnymi,  nie 

widząc przed sobą żadnego celu. 

Widzieliśmy, jak nieprzyjaciel dotarł do wewnętrznych wałów, a 

że nastroje uległy zmianie, zrozumieliśmy, że oblężonej armii nie 

została  już  właściwie  żadna  nadzieja  ratunku  poza  nadzieją  na 

śmierć. Nie wiedzieliśmy jednak jeszcze, że miasto się już poddało 

i przypuszczaliśmy, że następnego ranka bitwa rozgorzeje na nowo 

z większą jeszcze zaciekłością i zawziętością jakich dostarcza walce 

przekonanie o nieuchronnej klęsce. 

Gdy około drugiej w nocy udawaliśmy się na spoczynek, byliśmy 

przekonani,  że  jest  to  ostatnia  noc  polskiej  wojny  o  wolność,  że 

nadeszła  krytyczna  chwila,  w  której  miało  rozstrzygnąć  się,  czy 

zwycięży  życie  czy  śmierć,  i  czekaliśmy,  aż  zostaniemy 
pogrzebani  wraz  z  Polakami  w  ruinach  Warszawy  lub  wraz  z 

bohaterami,  którzy  walczyli  o  wolność,  odśpiewamy  Te  Deum 

dziękując za ratunek i zwycięstwo. 

Na Woli iskrzyły się czasem  słupy dymu  i  ognie  w parkach, 

background image

ogrodach  i  wypalonych  domach.  W  ciemnościach  czasami  coś 

zabłysło, ogień przygasał, a dym spowijał wszystko. Czasami poryw 

wiatru podrywał w górę popiół i rozganiał chmury kurzu, z którymi 
uciekały tysiące iskier to wznosząc się, to opadając nad ruinami. W 

tej  samej  chwili  poza  miastem  spało  snem  wiecznym,  razem,  jak 

bracia,  czterdzieści  tysięcy  Rosjan  i  Polaków,  a  palące  się 

przedmieścia i płonące ruiny stały jak jarzące się kandelabry wokół 

cichego łoża śmierci, na którym śmierć złączyła poległych więzami 
przebaczenia. 

O piątej rano 8 września otrzymaliśmy wiadomość, że Warszawa 

skapitulowała.  Wiadomość  ta  była  tak  niespodziewana,  że  nie 

chciałem  w  nią  uwierzyć,  zanim  nie  zostanie  potwierdzona. 

Wyszedłem  więc  do miasta.  Wszędzie  było  cicho  i pusto  — nie 

słyszałem  nigdzie,  by  mieszkańcy  miasta  i  żołnierze  śpiewali 

gdzieś jak zwykle Jeszcze Polska nie zginęła. Panowała śmiertelna 

cisza,  wszystkie  sklepy  były  pozamykane,  a  kilka  osób,  które 
spotkałem  błąkających  się  po  szerokich  ulicach,  płacząc 

opowiadało, iż Warszawa oddała się w ręce wroga. 

A zatem była to prawda, że nadszedł koniec polskiej wojny i że 

czterdzieści  tysięcy  trupów,  które  spoczywało  na  pobojowisku, 

zostało  złożonych  w  ofierze  jak  hekatomba  zimnemu  losowi,  z 

niezmienną  srogością  pragnącemu  zostawić  po  sobie  ślad  na 

każdej stronie historii. 

Tak  więc  Polska  odegrała  przed  Europą  ostatni  akt  krwawego 

widowiska.   Za swój trud i ofiary otrzymała jedną tylko zapłatę: 
nieprzyznanie jej  prawa do  istnienia,   a   Europa  przyglądała  się 
walce nie zrobiwszy nic, poza cichym ubolewaniem nad jej losem. 

Podobnie  jak  dawniej,  Polska  czekała  teraz  na  ratunek  z  zew-

nątrz. Niegdyś wierzyła w sprawiedliwość Europy — ta zawiodła, 
bowiem wszystkie narody były zbyt słabe zarówno materialnie, jak 

moralnie.  Państwo,  podobnie  jak  jednostka,  będąc  słabe 

materialnie staje się tylko zalęknionym  widzem. Naród  moralnie 

wyczerpany,  osłabiony,  jeśli  tak  można powiedzieć,  przez  swoje 
stare  uprzedzenia,  nie  mógł  pojąć  w  pełni  żadnej  wielkiej  idei. 

Niegdyś pokładał on także nadzieję w Napoleonie, w jego geniuszu 

i  dobrej  gwieździe,  lecz  Napoleon  padł,  gdyż  kierował  się 

gwiazdami  i  nie  zauważył  pułapki  zastawionej  nań  przez  przy-
ziemne  istoty  na  drodze,  na  której  geniusz  jego  rzucił  wyzwanie 

współczesności. Wraz z nim upadła też nadzieja Polski na odro-

dzenie. Zaczęła ona w końcu pokładać nadzieję tylko w sobie, jak 

niegdyś Wikingowie, lecz padła w walce, a krwawy orzeł wyryty 

został na barkach zdradzonego bohaterskiego narodu. 

background image

Armia rosyjska miała wkroczyć do miasta o drugiej po południu, 

pośpieszyłem  więc  z  powrotem  do  moich  przyjaciół,  by 
za-stanowić  się  z  nimi,  czy  powinniśmy  pozostać  w  Warszawie, 

czy  uciekać.  Zdecydowaliśmy  się  na  to  drugie,  choć  Stenkuli, 

słabemu  jeszcze  po  chorobie,  ciężko  by  było  wyruszać  z  nami. 
Liczyliśmy,  iż  może  uda  nam  się  dogonić  wojsko  i  szczęśliwie 

wyjść z Warszawy, zanim Rosjanie wkroczą. Spakowaliśmy więc w 
ogromnym pośpiechu nasz niewielki dobytek i ruszyliśmy w drogę. 

Mieliśmy  właśnie  rozpocząć  naszą  niebezpieczną  podróż,  gdy 

Stenkula przypomniał sobie, że pożyczył książkę jednemu z leka-

rzy  w  lazarecie  i  mimo  naszych  protestów  pośpieszył  po  nią. 

Wrócił po dziesięciu minutach i rozpoczęliśmy ucieczkę. 

Na  ulicy,  niedaleko  koszar,  spotkaliśmy  jeźdźca  we  włochatej 

czapie,  z  zarośniętą  twarzą,  w  nieokreślonym,  brudnym  stroju,  z 

krótkimi  strzemionami,  kolanami  podciągniętymi  pod  brodę,  z 

niewiarygodnie długą lancą bez proporczyka. Wygląd wskazywał 
więc na kozaka, pojechał on jednak spokojnie dalej, pomyśleliśmy 

więc, że Rosjanie nie wkroczyli jeszcze do miasta. Gdy doszliśmy 

do Rynku Zygmuntowskiego, zobaczyliśmy jednak coś, co kazało 

nam  obawiać  się  najgorszego.  Stał  tam  cały  pułk  rosyjskich 
kirasjerów, z gałązkami na hełmach symbolizującymi zwycięstwo. 

Wahaliśmy  się  chwilę,  czy  ryzykować  i  iść  dalej,  lecz  w  końcu 

ruszyliśmy  w  drogę  i  przeszliśmy  spiesznie  przez  Rynek  z 

tobołkami  na  plecach.  Rosjanie  rozumieli  dobrze  nasze  zamiary, 

lecz  tylko  śmiali  się  i  pokazywali  na  nas  palcami,  jakby  chcieli 

powiedzieć: „Możecie sobie uciekać, daleko nie zajdziecie". 

Przeszliśmy w ten sposób szczęśliwie wzdłuż rosyjskich pułków 

aż do szerokiej ulicy Bednarskiej, prowadzącej od Krakowskiego 

Przedmieścia w dół do mostu praskiego, który łatwo odnaleźliśmy. 

Lecz zaledwie postawiliśmy pierwsze kroki, uwagę naszą zwrócił 

głośny  szczęk  broni  za  nami.  Była  to  armia  rosyjska,  która  ma-

szerowała w pełnym szyku bojowym, by mostem praskim ścigać 

nieprzyjaciela.  Ucieczka  stała  się  niemożliwa.  Stanęliśmy  więc, 

przyciskając  się  jak  najbliżej  poręczy,  by  nie  trafiły  nas  lance 

kozackie. I tak musieliśmy stać i wstydzić się, że nie udała się nam 

ucieczka,  a  obok  maszerowało  pięćdziesiąt  do  sześćdziesięciu 

tysięcy żołnierzy. 

Żołnierze  rosyjscy,  którzy  doskonale  wiedzieli,  kim  naprawdę 

jesteśmy,  celowali  do  nas  lub  nas  wyśmiewali.  Nie  padł  jednak 

żaden strzał, a to dlatego, że — zgodnie z postanowieniami kapi-
tulacji  —  nie  wolno  było  strzelać  w  obrębie  miasta  przez  czter-

dzieści osiem godzin. Było to więc szczęście w nieszczęściu, że nie 

przeszliśmy  jeszcze  mostu,  gdyż  wtedy  padlibyśmy  z  pewnością 

ofiarami włóczących się kozaków, którzy poza granicami War-

 

background image

szawy  mordowali  i  obrabowywali  wszystkich  nadchodzących  z 
miasta bez rosyjskiej osłony. 

Opatrzność  kieruje  wydarzeniami  w  sposób  dla  nas  niepojęty. 

Ocalenie nasze zawdzięczaliśmy tylko drobnej okoliczności, temu, 

że Stenkula pożyczył komuś książkę. Gdyby bowiem nie opóźnił 

naszej ucieczki o kilka minut, przeszlibyśmy most praski i nasza 

zguba byłaby pewna. Jeżeli wziąć pod uwagę wydarzenia, które w 

przyszłości  złożyły  się  na  los  nasz  i  naszych  bliskich,  trzeba 

wywieść je wszystkie, z ich skutkami, z tego błahego zdarzenia, że 

ktoś komuś pożyczył książkę. 

Trudno sobie wyobrazić coś bardziej przykrego niż nasz powrót 

do koszar. Widzieliśmy wszędzie żołnierzy pijanych zwycięstwem, 

sądzących,  iż  mają  w  zdobytym  mieście  prawo  do  wszystkiego, 

znieważających  każdą  kobietę,  która  z  czerwonymi  od  płaczu 

oczyma  i  złamanym  sercem  na  próżno  szukała  męża,  brata  lub 

narzeczonego.  Tu  grupa  żołnierzy  śmiejąca  się  i  ciesząca  ze 

zwycięstwa a tam, na rogu, kobieta pogrążona w niemej rozpaczy, 

pragnąca  tylko  śmiertelnego  pchnięcia  lancą  przez  któregoś  z 

przechodzących  kozaków  —  byłby  to  dla  niej  akt  łaski. 

Oczekiwaliśmy  więc,  że  albo  dokonamy  nędznie  żywota  na 
pustkowiach Syberii lub że w haniebny sposób wyzioniemy ducha, 

nikomu nie znani i przez nikogo nie opłakiwani. 

Gdy  powróciliśmy  do  Koszar  Gwardyjskich,  spotkaliśmy  na 

dziedzińcu  kilku  polskich  kadetów  i  lekarzy,  którzy  postanowili 

uciekać.  Uzbroili  się  więc,  by  w  razie  potrzeby  móc  się  bronić. 

Spytali, dlaczego wróciliśmy, a gdy opowiedzieliśmy, że Rosjanie 

przekroczyli  Wisłę,  postanowili  wypożyczyć  czółno  i  popłynąć 

Wisłą w dół tak daleko, by wydostać się z rosyjskiego pierścienia i 

dalej kontynuować ucieczkę brzegiem. Chcieli nas namówić, byśmy 

wzięli udział w ich planach, byłbym nawet skłonny to zrobić, gdyby 

nie Bergh, który przekonał nas, że pierścień rosyjski ciągnie się z 

pewnością aż do pruskiej granicy i że gdyby nawet udało nam się 

tam  dostać,  z  pewnością  zostalibyśmy  schwytani  przez  straż 

graniczną. Stenkula poza tym mówił, iż czuje się tak słaby, że w 

żaden  sposób  nie  będzie  mógł  nam  towarzyszyć.  Tak  więc,  po 

ciężkiej  walce  stoczonej  pomiędzy  naszym  przekonaniem, 

koniecznością  pozostania  i  pragnieniem  odejścia,  postanowiliśmy 

zostać w Warszawie i czekać na spełnienie naszego  losu. Dwóch 

kadetów  poszło  za  naszym  przykładem,  lecz  pozostali  pragnęli 

urzeczywistnić swe zamiary mówiąc, że i tak skazani są na śmierć, 

i że lepiej jest polec od kuli wroga niż zostać powieszonym. 

Młodzieńcy  ci  podjęli  więc  próbę,  lecz  nie   powiodło   im  się 

i  przy  pierwszym   lądowaniu   wpadli   w  ręce   kozaków.    Niektó- 

background image

rzy  polegli,  a  inni  jako  więźniowie  odstawieni  zostali  do  armii. 
Gdyby  Stenkula  i  Bergh  nie  odwiedli  mnie  wówczas  od  wyru-

szenia w drogę, z dużą pewnością podzieliłbym los tych młodych 

nieszczęśników, którzy rozpaczając nad tragedią ojczyzny, życzyli 

sobie tylko bohaterskiej śmierci na zniewolonej ziemi. 

Usłyszeliśmy,  że  w  okresie  uzgodnionego  zawieszenia  broni, 

mającego trwać czterdzieści osiem godzin, każdy ma prawo opuścić 

miasto. Bergh i ja pospieszyliśmy wiec na policję, by wyrobić sobie 

paszporty. Urzędnicy tamtejsi, którzy byli Polakami, ponieważ nie 

zdążono jeszcze obsadzić miejsc Rosjanami, odpowiedzieli nam, iż 

nie  możemy  dostać  paszportu  bez  specjalnego  pozwolenia 

generała-gubernatora  Warszawy,  Witta

64

.  Podczas  nieobecności 

Paskiewicza  będącego  z  armią  jemu  powierzono  nadzór  nad 

miastem. Powiedzieli także, że obiecane zawieszenie broni weszło w 

życie,  lecz  że  z  pewnością  także  wiadomo,  iż  kozacy,  którzy 

włóczą się po kraju, plądrują bezkarnie i mordują każdego, kto nie 

znajduje się pod specjalną rosyjską opieką. Stwierdziliśmy więc, iż 

nie ma sensu próbować w czasie zawieszenia dalszej ucieczki, lecz 

że  trzeba  pozostawić  wszystko  losowi.  Próbowaliśmy  stać  się 
fatalistami, by nabrać otuchy, a w każdym razie, w przekonaniu, iż 

ratunek jest całkowicie niemożliwy i czekając, co nam przyniesie 

los,  postanowiliśmy  uzyskać  bliższe  informacje  o  ostatnich 
wydarzeniach i ich przyczynach. 

Opowiadano nam o zdradzie, która w końcu unicestwiła nadzieje 

Polaków na wolność, a ja w kilku zdaniach pragnę spisać opowie-

ści, jakie słyszałem od płaczących ludzi. 

Pomiędzy  Skrzyneckim,  który  przy  każdej  okazji  okazywał  się 

być  najwierniejszym  przyjacielem  ojczyzny,  a  Krukowieckim 
panowała  od  dłuższego  czasu  niezgoda.  Nie  były  w  stanie  jej 
przytłumić  nieszczęścia  wspólnej  ojczyzny.  Trudno  też  sobie 

wyobrazić bardziej różne charaktery niż usposobienia tych dwóch 
ludzi.  Skrzynecki  miał  szlachetne  serce  i  otwarty  umysł,  i  nigdy 
przed  nikim  nie  skrywał  nic  ze  swego  życia.  Jego  strategiczne 

talenta  prześcigały  znacznie  zdolności  Krukowieckiego,  lecz 

pewien  brak  zdecydowania,  pewien  lęk,  by  jedną  pomyłką  nie 

zaszkodzić sprawie, dla której poświecił wszystko, sprawiał, iż w 
chwilach niebezpieczeństwa wahał się i nie był na tyle odważny, by 

jednym szybkim ruchem zwyciężyć lub przegrać. 

Stał się więc w ten sposób Fabiuszem Kunktatorem, pragnącym 

wyczerpać wroga przez marsze i ciągłe zmiany pozycji, by potem z 

większym  jeszcze  powodzeniem  zaatakować  go  wówczas,  gdy 

trudy i choroby, niezadowolenie i niedostatek sprawiać zaczęły,

 

background image

iż wojska nieprzyjaciela ustępowały, przynajmniej pod względem 

siły, jego własnym oddziałom. Krukowiecki natomiast miał dobrą 

głowę. Jego przebiegłość przewyższała geniusz, jego obłuda była 

większa  niż  zdolności  dowodzenia.  Nosił  się  butnie,  był  mocnej 

budowy ciała, a jego wnętrze harmonizowało z wyglądem. Duszę 

miał na tyle odważną i silną, że znosił przekleństwa narodu i pogardę 

historii.  Punktem  odniesienia  w  swych  działaniach  uczynił 

Krukowiecki samego siebie, dla Skrzyneckiego zaś punktem tym 

była  ojczyzna,  i  to  najbardziej  ich  od  siebie  odróżniało.  Dla 

Skrzyneckiego nie istniało nic poza dobrem Polski, Krukowiecki 

nie miał ojczyzny, była ona tam, gdzie się znajdował. 

Oczywiste więc, iż nie pasowali do siebie. Skrzynecki obawiał 

się  Krukowieckiego,  gdyż  nie  ufał  mu  i  gubił  się  w  jego  za-

gmatwanym  patriotyzmie,  Krukowiecki  zaś  nienawidził 
Skrzyneckiego,  gdyż  był  on  tym,  za  kogo  się  podawał,  a  także 
dlatego,  iż  był  człowiekiem  szlachetnym  i  na  tyle  bystrym,  że 

potrafił  przeniknąć  badawczym  wzrokiem  zakątki  jego 

zamkniętego  serca.  Człowiek  z  sercem  i  umiejętnościami 

Skrzyneckiego,  przebiegły  i  zuchwały  jak  Krukowiecki,  mógłby 
uratować  Polskę  lecz  ponieważ  każdy  odznaczał  się  innymi 

cechami, a działania ich nie zmierzały do tego samego celu, Polska 

upadła. 

Nieszczęście  Polski  datuje  się  od  bitwy  pod  Ostrołęką.  Skrzy-

necki wpadł bowiem  na ślad zdrady i w  wyniku dochodzeń,  jakie 
przeprowadził,  Krukowiecki  musiał  zrezygnować  ze  stanowiska 
gubernatora Warszawy. 

Nie ma nic groźniejszego od ujawnienia nikczemności. Sprawie-

dliwe  poczynania  wywołują  zawsze  niczym  nie  tłumioną 

nienawiść.  Człowiek  bowiem  nie  odczuwa  zakłopotania  poniżając 

się we własnych oczach, będzie jednak zawsze szukał pomsty na 

tym,  kto  poniżenie  to  zauważył  Człowiek  wybacza 

niesprawiedliwość, gdyż w sobie samym znajduje pociechę, nigdy 
jednak  me  wybaczy  sprawiedliwości,  gdy  każde  schronienie,  do 
którego pociecha mogłaby się zakraść, zostało zamknięte. 

Podobny  krok  mógł  oczywiście  jeszcze  bardziej  rozsierdzić 

Kru-kowieckiego,  dumnego  człowieka,  który  już  przedtem 

zazdrościł Skrzyneckiemu sławy i władzy, i który w tym momencie 
tak dotkliwie odczuł swoją nicość. 

Zaczął więc od tej chwili wszelkimi możliwymi sposobami, jakie 

mu  podsunęła  przebiegłość,  szkodzić  człowiekowi  mogącemu  w 

przyszłości  stać  się  dla  niego  jeszcze  bardziej  niebezpiecznym. 

Jankowski  bowiem,  Hurtig,  Bukowski  i  inni  oskarżeni  byli  jego 

przyjaciółmi  czy  raczej  narzędziami  w  jego rękach,  i  wystarczyło 

jedno ich słowo, by dosięgła go śmierć. Ulegając jego radom, nie 

słuchali rozkazów Skrzyneckiego i nie udzielali 

background image

mu żadnego lub udzielali tylko pozornego poparcia, i na różne inne 
sposoby  zdradzali  ojczyznę.  Krukowiecki  miał  im  poddawać 

pomysły i nie wiadomo, czy byli powiązani z Rosjanami, czy byli 

tylko ślepym narzędziem zemsty Krukowieckiego. 

Krukowiecki zaczął przez swoich ludzi, których miał — jak się 

wydaje  —  niemało,  rozpuszczać  oszczercze  wiadomości  o 
Skrzy-neckim, aby uczynić go bardziej znienawidzonym w oczach 
narodu.  W  przebiegły  sposób  połączył  w  jedno  powolne  działania 

Skrzyneckiego  z  opieszałym  wymierzaniem  sprawiedliwości 

uwięzionym,  w  każdym  zaś  razie  uznał,  iż  obydwie  sprawy  wy-

pływają  z  tego  samego  źródła.  Nie  było  teraz  trudno  wplątać 
Skrzyneckiego  do  planów  Jankowskiego  i  jego  wspólników,  i 

Krukowieckiemu  udało  się  doprowadzić  naród  do  wściekłości. 
Trzeba było teraz tylko skusić lud do ekscesów, co nie było trudne, 

wystarczyło bowiem w tym celu poświęcić wskazanych zdrajców, 

a Krukowieckiemu nie byli oni więcej potrzebni, przeciwnie, sta-

wali  się  niebezpieczniejsi  z  każdą  chwilą,  w  której  pozostawali 

jeszcze przy życiu. Rozruchy miały doprowadzić do ziszczenia jego 

planów,  a  znał  zbyt  dobrze  charakter  swego  narodu,  by  nie 

rozumieć, iż gdy wprowadzi podobny zamęt w umysły ludzi, będą 

oni  musieli  nawet  wbrew  przekonaniu  iść  za  tym,  który  ich 

podjudzał, i obalić tych, którzy chcieli wprowadzić porządek. 

Wszystko  było  już  przygotowane  do  rozruchów  i  Krukowiecki 

porozdawał teraz listy, na których widniały nazwiska zdrajców, a 

wśród nich i Skrzyneckiego, nie wszystko jednak udało się tak, jak 

tego pragnął. Skrzyneckiego nie było właśnie wtedy w Warszawie, a 

przestępcy  w  śmiertelnym  strachu  zaczynali  zeznawać,  jak  się 

sprawy  naprawdę  miały.  Krukowiecki  był  jednak  osobiście  na 

miejscu, by w odpowiednim czasie uprzedzić podobne wyznania, a 

jego patriotyczne okrzyki kazały tłumowi zapomnieć, jak wiele w 

tych wyznaniach było prawdy. Nieszczęśni wspólnicy jego zbrodni 

zamilkli w ten sposób dość szybko a Krukowiecki, pewien teraz, iż 

nie  zostanie  zdemaskowany,  przejął  ster  władzy  państwowej,  by 

móc odnieść z tego możliwie największe korzyści. 

Zdawał  sobie  sprawę,  iż  jego  władza  nad  narodem  nie  potrwa 

dłużej, niż będzie trwało szaleństwo ludu, bał się chwili, w której 

spadnie w swą uprzednią nicość, nawet jeżeli jego plany nie zosta-

ną ujawnione. A że dość dobrze rozumiał swoje położenie, dowodzą 

tego  wypowiedzi,  które  poczynił  już  w  okresie  swych 

największych sukcesów, a które przytoczyłem powyżej. 

Nie  pozostawało  więc  nic  innego  jak  sprzedać  własny  kraj  ca-

rowi, by w cieniu jego łaski, w spokoju smakować potem owoce 

przebiegłych planów. Krukowiecki usunął więc większość wojska 

z Warszawy w tej właśnie chwili, gdy powinien skoncentrować

 

background image

siły i gdyby to tylko było możliwe, poddałby miasto bez jednego 

strzału.  Wiedział  jednak,  że  naród  nie  pozwoliłby  na  to,  że  nie 

poddałby  się  prędzej,  niż  przykryłyby  go  ruiny  Warszawy.  War-

szawa jest jednak pięknym miastem, którego nie należało burzyć, 

postanowiono  więc  poświęcić  czterdzieści  tysięcy  ludzi,  by 

uchronić je od zniszczenia. 

Krukowiecki  okazał  się  na  tyle  dobrym  człowiekiem,  że  dla 

ratowania  Polaków  lub  —  któż  wie  —  może  Rosjan  przed  nad-

miernymi  stratami,  wycofał  w  czasie  szturmu  z  najbardziej  za-

grożonych miejsc oddziały do stłumienia w Warszawie rozruchów, 

o których nikt nic nie słyszał i których żołnierzom nie było dane 

zobaczyć.  Stali  więc  na  ulicach  jak  podczas  parady  wtedy,  gdy 

towarzysze ich dawali na szańcach życie w obronie miasta. 

Byliśmy naocznymi świadkami tych właśnie wydarzeń. 

Paskiewicz jednakże nie przyjął Krukowieckiego nazbyt serdecz-

nie. Uważał on, że opór był zbyt silny, by móc uwierzyć, iż go tylko 

pozorowano.  Po  kapitulacji  Krukowiecki  powrócił  jednak 

najwyraźniej do łask, bowiem ubrany w rosyjski mundur, w asyście 

kozaków  przejechał  ulicami  miasta,  które  był  wydał  w  ręce  nie-
przyjaciela. 

Tak wszyscy przedstawiali te wydarzenia, ja zaś nie ośmielę się 

podważać  tych  opowieści,  kryje  się  w  nich  bowiem  odcień 

prawdopodobieństwa graniczący z pewnością. 

Książę  Adam  Czartoryski  z  dwudziestoma  tysiącami  żołnierzy 

przedarł się do Galicji, poświęciwszy majątek i szczęście dla swej 

zaślepionej ojczyzny. Skrzynecki zaś uciekł tego samego dnia, gdy 

wojska wkroczyły do Warszawy. Nadszedł kres jego władzy i jego 

szlachetne  serce  nie  mogło  ofiarować  ojczystej  ziemi  nic  oprócz 

głębokiego bólu. Myślał zapewne w chwili ucieczki, iż uda mu się 

znaleźć gdzieś schronienie, gdzie mógłby w spokoju, mając czyste 

sumienie, opłakiwać naród, który był mu tak drogi, a który odpłacił 

mu niewdzięcznością. Wybaczcie im jednak szlachetni ludzie! Nie 

wiedzieli bowiem, co czynią. 

Gdy przybyliśmy do Koszar Gwardyjskich, czekał tam już rozkaz, 

aby ranni Polacy opuścili lazaret robiąc miejsce rannym Rosjanom. 

Wprowadzenie  tego  rozkazu  w  życie  było  najbardziej 

wstrząsającym  wydarzeniem,  jakie  było  mi  dane  przeżyć  i  chcę 

oszczędzić czytelnikowi bólu, jaki stałby się jego udziałem,  gdy-

bym  je  tu  opisał.  Wspomnę  tylko,  jak  to  przebiegało,  pamięć  o 

szczegółach  pragnąc  sam  w  sobie  przytłumić.  Wszyscy  ranni, 

którzy nie stracili członków i mieli tylko rany od cięć i strzałów, 

background image

zostali wyciągnięci z łóżek z poleceniem, by dawali sobie radę, jak 

mogą.  Spieszyliśmy  czasem  do  nich,  by  obwiązać  tym  nie-

szczęśliwym ludziom rany, gdy spadały im bandaże. Nie mogliśmy 

pomóc wszystkim, zewsząd wołano prosząc nas o pomoc, i w takich 

chwilach  przenikało  nasze  dusze  rozdzierające  uczucie  na  myśl,  iż 

jesteśmy  tylko  słabymi,  bezbronnymi  ludźmi.  Musieliśmy  więc 

odprawie  wielu,  którzy  w  odmiennych  okolicznościach  mieliby 

prawo do naszej pomocy, lecz obecnie, gdy się ich porównywało z 

innymi, odnosiło się wrażenie, iż żądają za wiele. Nie wiem, gdzie 

wywieziono  tych,  którzy  przeszli  amputację,  pozostali oddalili  się 

potykając lub pełzając i nigdy już nie zobaczyłem żadnego z nich. 

Wkrótce  potem  przybyły  transporty  tysięcy  rannych  Rosjan,  a 

cudzoziemscy  lekarze  pozostający  na  służbie  polskiej  otrzymali 

polecenie, by w najmniejszym nawet stopniu nie zajmować się nimi 

i oczekiwać dalszych rozkazów. 

Powróciliśmy więc do pokoju, którego nam nie zabrano w czasie 

pielgrzymki  na  Pragę  i  wkrótce  do  naszych  uszu  dobiegła  piękna 
muzyka wojskowa, którą słychać było coraz bliżej. Zaraz potem na 

dziedziniec  szpitalny  wmaszerowały  rosyjskie  pułki  gwardyjskie, 

rozbiły tam obóz i wystawiły posterunki przy szpitalu. 

Znajdowaliśmy  się  teraz  w  nad  wyraz  krytycznej  sytuacji.  Nie 

mieliśmy ani przez chwilę pewności, czy za sekundę nie zawiśniemy 

na szubienicy lub czy nie staniemy się ofiarą jakiegoś kozackiego 

czy rosyjskiego żołnierza pałającego żądzą mordu, czy nie spędzimy 

reszty  życia  na  Syberii  albo  w  jakiejś  pruskiej  twierdzy.  W  takiej 
właśnie chwili nadzieja wyższego lotu od tej, którą żywić  możemy 

na ziemi, wznosi naszą duszę, a pociecha wyższego lotu od tej, jakiej 

dostarczyć  mogą  ludzie,  przywraca  nam  moc,  dzięki  której  ze 

spokojem spoglądamy w oczy twardemu losowi. W takich właśnie 
chwilach, gdy człowiek rozważa różne straszne możliwości, docenia 

się religię, pozwala ona bowiem nawiązać łączność z Tym, który jest 

miłością i który  posiada  moc.  Serce  moje  tysiące  razy  powtarzało 

wtedy słowa, jakimi jeden z przyjaciół żegnał mnie, gdy wyjeżdżałem 

ze  Szwecji:  „Nie  zapomnij  o  Bogu  i  swej  wierze",  i  słowa  te  nie 

opuszczały mnie do chwili, gdy znowu miałem stanąć na ojczystej 
ziemi. 

Rosjanie  zajęli  pokój  kancelarii,  tuż  obok  naszego,  i  nie  było 

prawie godziny w ciągu dnia, by ktoś nie zaglądał przez pomyłkę do 

naszego mieszkania, gdzie oddawaliśmy się nad wyraz smutnym lub 

też  zabawnym  marzeniom.  Żyliśmy  w  ten  sposób,  w  najwyższej 

niepewności co do swego losu, przez owe dwa dni, w czasie których 

obowiązywało zawieszenie broni. 
9 września  wieczorem zegar na wieży  zaczął wybijać  siódmą.

 

background image

Wtedy właśnie kończyło się zawieszenie i wszyscy cudzoziemcy, a 

także ludność miejscowa znajdująca się wtedy w Warszawie zostali 

wydani  na  łaskę  cara.  Nigdy  jeszcze  nie  słyszałem  straszliwszych 

dźwięków  zegara,  gdy  bowiem  ucichło  ostatnie  uderzenie,  nie 

wiedzieliśmy  już,  czy  możemy  pozostać  w  naszym  pokoju,  czy 

zostaniemy zamknięci w twierdzy, skazani na śmierć czy wypuszczeni 

na wolność. Ostatnia możliwość była jednak najmniej prawdopodobna 

i w pełnym napięcia oczekiwaniu wyglądaliśmy następnego dnia. 

W międzyczasie odbyło się ogólne golenie, bowiem wąsy, któreśmy 

nosili,  były  oznaką  polskiej  niezależności  i  gdy  zawieszenie  broni 

skończyło się, nikt więcej nie ważył się ich nosić. 

Następnego dnia otrzymaliśmy jednak rozkaz rozpoczęcia pracy w 

rosyjskim  szpitalu  i  staliśmy  się  znowu  świadkami  najokropniej-

szych  cierpień.  Armii  rosyjskiej  bardzo  brakowało  lekarzy,  a  ci, 

których  miała,  nie  odznaczali  się  zbyt  wielkimi  umiejętnościami, 

bowiem  rany  żołnierzy  były  w  najwyższym  stopniu  zaniedbane. 

Zaniedbanie wywoływało w większości przypadków gangrenę, prze-
toki  lub  okropne  wrzody.  Znaczna  część  rannych  pocięta  była 

kosami,  najczęściej,  co  dziwne,  na  plecach,  które  przedstawiały 
straszny widok. 

Łatwo sobie wyobrazić, jak przyjemna mogła być podobna służba, 

gdy zwierzchnikami naszymi byli dobrzy Rosjanie, którzy odnosili 

się  do  nas  z  nieukrywaną  pogardą,  a  przyszłość  nasza  była  w 

najwyższym  stopniu  niepewna,  nikt  bowiem  nie  wiedział,  co  car 

postanowił, otrzymawszy wiadomość o zwycięstwie. 

Naradzaliśmy  się  z  innymi  cudzoziemskimi  lekarzami,  wszyscy 

jednak byli zagubieni i nikt nie odważył się uciekać ze względu na 

kozaków, którzy włóczyli się po kraju. 

Nasz  były  naczelny,  Stackebrand,  do  którego  zwróciliśmy  się  z 

prośbą  o  interwencję,  odpowiedział,  że  porozmawia  o  nas  z 

generałem-gubernatorem, lecz że — jak sądzi — nie uda mu się nic 

załatwić,  gdyż  sam  był  niepewny  swego  losu.  Obiecywał  jednak 

zrobić, co będzie w jego mocy i przekazać nam wiadomość za kilka 
dni. 

Następnego dnia przybył do naszego lazaretu na inspekcję wielki 

książę Michał, dowódca trzydziestu tysięcy rosyjskich gwardzistów, 

którym powierzone zostało zabezpieczenie Warszawy. Wielki książę, 

wysoki człowiek o nieco ciemnej, poważnej twarzy, interesował się 

chorymi i ich pielęgnacją. 

Jego straż przyboczna składała się z Czerkiesów i Kirgizów, i po 

raz pierwszy miałem okazję zobaczyć przedstawicieli tej rasy. Pierwsi 

z nich nie bez powodu uchodzą za najpiękniejszą  rasę na świecie. 

Byli z reguły wysocy, mieli regularne, piękne 

background image

rysy  twarzy  i  dość  ładny  strój,  składający  się  z  brązowych 
hajda-werów, krótkiej kurtki i pasa wokół talu, za który zatknięte były 

dwa skrzyżowane pistolety. Po lewej stronie mieli sztylet, a na piersi 

kilka  rzędów  ładownic.  Biały  kołnierz  spływał  na  ramiona, 

odsłaniając całkowicie silną szyję, na plecach wisiał łuk i kołczan, 

na  głowach  zaś  mieli  małe  czapeczki,  czy  też  raczej  turban 
ozdobiony obramowaniami z futra. Po godzinie wielki książę opuścił 

lazaret i udał się w dalszą drogę. 

Następnego dnia pośpieszyliśmy do Stackebranda, aby dowiedzieć 

się  wyniku  jego  rozmowy  z  gubernatorem.  Powiedział  nam,  że 

gubernator  wyraził  przekonanie,  iż  cudzoziemcy  lekarze  nie  mogą 
wyjechać,  zanim  ranni  nie  zostaną  wyleczeni,  lecz  że  potem 

otrzymają  paszporty.  Stackebrand  poradził  nam  także,  by  nie 

próbować  ucieczki,  a  my,  którym  nikt  nie  dał  żadnej  nadziei  na 

szczęśliwe uwolnienie, powróciliśmy do naszego pokoju dwa razy 

bardziej pogrążeni w melancholii niż przedtem. 

Chcieliśmy  się  stąd  bezwarunkowo  wydostać  nie  dlatego,  iż  nie 

chcieliśmy pielęgnować rannych Rosjan, lecz dlatego, że po wpro-

wadzeniu w Polsce nowych porządków nie mogliśmy mieć nadziei 

na odzyskanie kiedykolwiek wolności. Mogliśmy sobie powiedzieć 

teraz  albo  nigdy,  dopóki  bowiem  nie  zapanował  porządek,  może 

udałoby się nam dość łatwo uciec, lecz z chwilą rozpoczęcia pracy 

wszystkich  urzędów  otrzymanie  paszportu  na  odbycie  naszej 

podróży stałoby się niemożliwe bez posiadania szczególnych wzglę-

dów. Trudno się dziwić, że wątpiliśmy w podobne względy, mając 

niemal codziennie dowody na łagodność, jaka rozstrzygała teraz o 

losie Polski. Doktor S... z Poznania zapatrywał się podobnie na tę 

sprawę i powiedział, że zamierza osobiście prosie generała- 
-gubernatora  o  paszport,  a  on  zapewne  nie  odmówi,  gdyż  jest 

dobrym  i  rozsądnym  człowiekiem,  który  z  pewnością  pragnie,  by 

skutki wojny były jak najmniej odczuwalne. Postanowił więc, a i nam 

dał  tę  samą  radę,  pośpieszyć  się,  w  przeciwnym  bowiem  razie 

doczekamy  się  powrotu  Paskiewicza,  który  zajmie  miejsce 

gubernatora, a na łagodność Paskiewicza nie bardzo liczył. 

Gdy przemyśleliśmy całą sprawę głębiej, postanowiliśmy ważyć 

się i na ten krok, a ponieważ zwolnienia z lazaretu nie mogliśmy się 
spodziewać, wymknęliśmy się do miasta bez pozwolenia, w nocy z 

13 na 14 września, by rano prosić o audiencję u generała- 
-gubernatora, który mieszkał w tak zwanym Pałacu Namiestnikow-

skim na Krakowskim Przedmieściu. O godzinie dziewiątej staliśmy 

wśród  wielu  innych  suplikantów  obojga  płci  w  sali  audiencyjnej 

generała-gubernatora. Musieliśmy czekać około godziny, aż wreszcie 

ukazał  się  generał  Witt  ze  swym  sztabem  i  obszedł  wszystkich 

suplikantów. Był to szczupły mężczyzna średniego wzrostu, z ła- 

background image

godnym,  lecz  zarazem  surowym  wyrazem  twarzy,  którą  osłaniały 

czarne  włosy.  Wyraz  surowości  nadawały  jej  oczy,  głęboko  osa-

dzone pod krzaczastymi brwiami. Suplikantów traktował łagodnie i 

uprzejmie, i udzielał wyraźnych odpowiedzi. Zanim jeszcze zbliżył 

się do nas, jego wygląd i sposób bycia dodał nam otuchy. W końcu 

nadeszła  nasza  kolej  i  przedstawiliśmy  sprawę.  Wtrącił  kilka 

błahych uwag dotyczących naszej prośby i obiecał nam paszport, o 

ile przyjdziemy do niego i złożymy prośbę na piśmie. 

Otrzymawszy tę miłą wiadomość, odeszliśmy i pośpieszyliśmy do 

domu  handlowego  Schaeffer  &  Comp,  gdzie  nas  znano,  w  naj-

większym  pośpiechu  przygotowaliśmy  coś  w  rodzaju  podania  o 

paszport i pośpieszyliśmy z powrotem. 

Generał-gubernator  podpisał  podanie  i  przyznał  nam  prawo  do 

odebrania paszportów u pułkownika Bratche, pełniącego obowiązki 

szefa  policji.  Nie  posiadając  się  z  radości,  że  wkrótce  wszystko 

będzie gotowe do powrotu do domu, pośpieszyliśmy do pułkownika. 

Podobnie  jak  Witt  był  to  człowiek  przyzwoity  i  tak  jak  się 

spodziewałem,  rozsądny.  Nie  czynił  nam  żadnych  trudności, 

wyrażając zgodę na podpisanie naszych starych paszportów, o które 

od razu poprosił. Był to dla nas piorun z jasnego nieba, jak bowiem 

czytelnik  pamięta,  otrzymaliśmy  w  Królewcu  paszporty  do 

Krakowa, lecz, jak opowiadałem, postąpiliśmy wbrew zaleceniom i 

przekradliśmy  się  przez  granicę.  Dlatego  też  byliśmy  na  tyle 

przezorni,  że  jeszcze  przed  upadkiem  Warszawy  zabraliśmy  je  z 

urzędu  policji,  nie  chcąc  dopuścić,  by  wpadły  w  ręce  Rosjan,  i 

mieliśmy je nawet przy sobie w chwili, gdy Bratche poprosił o nie. 

Nie  odważyliśmy  się  jednak  ich  oddać,  stały  nam  bowiem  żywo 

przed  oczyma  dwie  możliwości,  jakie  nas  czekały:  rosyjska 

szubienica lub dziesięcioletni pobyt w pruskiej twierdzy. W potrzebie 

minęliśmy  się  z  prawdą  i  powiedzieliśmy,  że  paszporty  zostały 

zapewne  zniszczone  w  urzędzie  policji,  bowiem  mimo  iż  je 

posiadaliśmy,  nie  mogliśmy  ich  pokazać.  Nie  byliśmy  jednak  do-

świadczonymi  kłamcami  i  nietrudno  było  dostrzec  na  naszych 

twarzach rumieniec wstydu. Bratche, który z pewnością zauważył 

nasze zmieszanie, odpowiedział, iż musimy  je bezwarunkowo od-

zyskać, w przeciwnym bowiem razie nie otrzymamy nowych. 

I  znowu  przygasły  nasze  nadzieje.  Mieliśmy  paszporty,  przy 

okazaniu  których,  jak  przeczuwaliśmy,  zostaniemy  zatrzymani  na 

zawsze  i  obawialiśmy  się,  ze  w  każdej  chwili  może  nadejść  wia-

domość  od  szefa  policji,  iż  porzuciliśmy  służbę  w  lazarecie. 

Znajdowaliśmy się więc w sytuacji bez wyjścia. Kości jednak zostały 

rzucone, cofać się nie mogliśmy, musieliśmy iść naprzód, cokolwiek 

by  się  nie  miało  stać.  Wyszliśmy  więc  od  Bratchego  z 

zapewnieniem, iż powrócimy z paszportami, o ile tylko dadzą 

background image

się odnaleźć, nie chcieliśmy się bowiem z nim rozstawać uchodząc 

za  oczywistych  kłamców.  Zamierzaliśmy  zatrzymać  się  w  mieście 

przez czas tak długi, jaki byłby potrzebny, aby dojść na policję i z 

powrotem,  lecz  obawa,  iż  może  jesteśmy  przez  cały  czas 

szpiegowani,  sprawiła,  że  staliśmy  się  niecierpliwi  i  czas  zaczął  się 

nam dłużyć. Wróciliśmy więc do Bratchego już po godzinie, mimo iż 

dojście  do  urzędu  policji  i  z  powrotem  musiałoby  z  pewnością 

zabrać co najmniej dwie godziny. 

Dziesięcioletni pobyt  w  pruskiej  twierdzy  wydał  się  najmilszy  z 

tego, co nas czekało, gdyż kara za ucieczkę lub za przyjęcie służby w 

powstańczej  armii  polskiej  była  jeszcze surowsza,  a  ponadto było 

możliwe,  że  owe  dziesięć  lat  zostanie  w  przyszłości  skrócone. 

Ożywieni tą pokrzepiającą nadzieją stawiliśmy się przed Bratchem, 
upierając  się  przy  swoich  kłamstwach.  Wziął  nasze  paszporty  z 

ironicznym  uśmiechem  i  po  przejrzeniu  wręczył  je  do  zbadania 

obecnym  oficerom.  Staliśmy  jak  na  rozżarzonych  węglach. 

Oficerowie  kiwali  głowami  lub  podśmiewali  się,  lecz  nie 

rozumieliśmy, co o nas mówią, opinie swoje wypowiadali bowiem 

po rosyjsku. Język ten, z jego spółgłoskami, które występują jedna 

obok drugiej i gardłowymi dźwiękami, nigdy jeszcze nie brzmiał w 

naszych uszach bardziej barbarzyńsko. Wreszcie Bratche zwrócił się 
ponownie do nas. Przybrał groźny wyraz twarzy i zaczął nam robić 
wyrzuty,  że  chcieliśmy  go  oszukać.  Powiedział,  iż  rozumie  już 
wszystko,  że  przybyliśmy  nielegalnie  do  Polski  i  że  w  podobny 

sposób  chcemy  stąd  wyjechać.  Zdumiony  jestem,  mówił  dalej 

Bratche, widząc Szwedów w Warszawie, powiedzcie mi więc proszę, 

panowie,  co  was  tutaj  sprowadziło?  Odpowiedzieliśmy,  że 

zdecydowaliśmy  się  na  tę  podróż  wiedzeni  chęcią  doskonalenia 

swoich umiejętności i obycia się z zawodem lekarza wojskowego. 

Dlaczego więc, oburzył się, nie służyliście w armii rosyjskiej, lecz 

polskiej?  Polacy  w  gazetach  ogłaszali,  że  poszukują  lekarzy, 

odpowiedzieliśmy. Rosjanie zaś tego nie czynili, nie spodziewaliśmy 

się  więc,  by  nas  tam  przyjęto.  Ale,  kontynuował  Bratche,  skoro 

przyjechaliście tu, by doskonalić się w swym zawodzie, który jest tak 

piękny, macie teraz najlepszą sposobność, by rozwijać umiejętności, 

bowiem lazarety przepełnione są rannymi, potrzebującymi opieki i 

pomocy.  Jak  czytelnicy  widzą,  rozmowa  ta  podobna  była  partii 
szachów,  w  której  mieliśmy  wkrótce  dostać  mata.  Raz  jeszcze 

wysunęliśmy  jednak  obiekcje,  które  w  naszej  ciężkiej  sytuacji  były 

dość przekonujące zważywszy, iż była późna jesień. Morze wkrótce 

zamarznie,  odpowiedzieliśmy  po  krótkim  namyśle,  a  nie 

zamierzaliśmy być poza domem dłużej niż do końca tego roku. O ile 
nie  otrzymamy  teraz  pozwolenia  na  wyiazd,  cały  nasz  pierwotny 
plan nie dojdzie do skutku. 

background image

Pogroził  nam  wtedy  ręką  i  powiedział,  patrząc  na  nas  z  powagą: 

„Jesteście,  panowie,  Szwedami,  nie  słyszałem  jeszcze  nigdy,  by 

Szwedzi  kłamali.  W  moich  rękach  spoczywa  los  panów. 

Generał--gubernator  zgodził  się  na  wyjazd  panów,  a  ja  dałem  już 

słowo i to tylko panów uratowało. Niech panowie jednak pamiętają 

na przyszłość, iż najlepiej jest kroczyć prostą drogą". 

Podpisał  potem  nasze  paszporty  i  pożegnaliśmy  go  z  wdzięcz-

nością,  bowiem  mógł  on  był  w  tej  chwili  zniweczyć  całą  naszą 

przyszłość,  a  zadowolił  się  powiedzeniem  nam  słów  prawdy,  która 

głęboko i na zawsze wyryta została w naszych sercach. 

Decyzja, którą umieścił w paszporcie, napisana była po rosyjsku, 

zupełnie jej więc nie rozumieliśmy. Nie wiedzieliśmy więc, czy jest 

to nakaz aresztowania, czy zezwolenie na podróż. Przez przyjaciela, 

którego  do  śmierci  wspominać  będziemy  z  wdzięcznością, 
szacunkiem 

miłością,  otrzymaliśmy  jednak  przepustkę, 

uprawniającą  do  przejazdu  ekstrapocztą  przez  całą  Polskę. 
Ekstra-poczta znajdowała się pod ochroną rosyjską, co respektowali 
kozacy. 

Przed odjazdem z tego nieszczęśliwego miasta złożyliśmy wizyty 

pożegnalne przyjaciołom. Pożegnaliśmy się także z jednym z profe-

sorów, z którym mieliśmy kiedyś okazję zawrzeć znajomość. Przy-

gnębiony był nieszczęściami, jakie spadły na Polskę, i cierpiał bardzo 

z  powodu  kapitulacji  Warszawy,  o  której  dowiedział  się  w  nader 
przykry  sposób.  W  dniu  kapitulacji  siedział  wczesnym  rankiem  w 

swym gabinecie, nie wiedząc jeszcze o niczym, gdy nagle wszedł do 

niego  kozak  i  nie  mówiąc  słowa  zdjął  profesorowi  z  szyi  złoty 

zegarek wiszący na złotym łańcuszku, i poszedł sobie. Było jasne, że 
Warszawa  poddała  się  i  człowiek  ów  zasmucił  się  nie  tyle  stratą 

zegarka, co utratą wolności. Rozstaliśmy się z tym uczonym, który 

utracił  ojczyznę,  zachowując  we  wspomnieniach  wyniesionych  z 

Polski  jego  postać,  jedną  z  tych,  które  zasługują  na  najwyższą 

miłość i uznanie. 

Nasza  ekstrapoczta  odjechać  miała  dopiero  następnego  ranka  o 

siódmej,  powróciliśmy  więc  do  Koszar  Gwardyjskich,  co  było 

przedsięwzięciem niebezpiecznym, lecz koniecznym. Przy wejściu na 

dziedziniec  zobaczyliśmy  naszego  naczelnego,  który  gniewnym 

głosem  zapytał,  gdzie  się  podziewaliśmy  i  przypomniał  nam,  co 

ryzykowaliśmy oddalając się. Powiedzieliśmy mu, iż załatwiliśmy 

sobie  paszporty  i  ze następnego  ranka  zamierzamy  wyjechać. Był 

zdumiony, ze się nam udało i odszedł na poły rozgniewany, na poły 
poruszony,  nie  próbując  przeszkodzić  naszemu  wyzwoleniu, 

któremu mógłby położyć kres jednym swoim raportem.

 

background image

Noc, która zapadła, i która miała być ostatnią nocą spędzoną przez 

nas w polskiej stolicy, była najdłuższą, jaką mi było dane przeżyć. 

Zdawało się, że ranek nigdy nie nadejdzie, obawialiśmy się ciągle, że 

ekstrapoczta otrzyma inne polecenie i będziemy zmuszeni pozostać. 

Około  siódmej  rano  w  dniu  naszej  podróży,  czyli  15  września, 

wyszedłem pośpiesznie, by dowiedzieć się, czy wóz pocztowy jest już 
gotowy, a w drzwiach stacji pocztowej zatrzymał mnie Chłapowski, o 

którym już wspomniałem. Powiedział, że i on otrzymał pozwolenie 
na  wyjazd,  przedstawił  się  bowiem  generałowi-gubernatorowi  jako 
subiekt  sklepowy,  który  przybył  do  Warszawy  przed  szturmem  i 
dopiero  teraz  odważył  się  na  wyjazd.  Prosił,  by  mógł  nam 

towarzyszyć  i  pojechać  z  nami  tą  samą  ekstrapocztą,  na  co 

zgodziłem  się  dodając,  iż  powinien  niezwłocznie  się  stawić. 

Ekstrapoczty  nie  odwołano,  wkrótce  gotowa  była  do  drogi  i 

przyjechałem  nią  do  Koszar  Gwardyjskich,  gdzie  czekał  już 

Chłapowski ze swoim plecakiem. 

Byliśmy  więc  wszyscy  gotowi  i  wkrótce  siedzieliśmy  w  karetce 

pocztowej. Pocztylion zadął w róg i odjechaliśmy z miasta, w którym 

byliśmy świadkami miłości ojczyzny, nienawiści, radości i cierpienia 

w  ich  najczystszej  postaci.  Muszę  jednak  wyznać,  bo  w  żadnym 

przypadku  nie  chcę  być  niesprawiedliwy,  że  zwycięska  armia  w 
ostatnich  chwilach  naszego  pobytu  w  Warszawie  popełniła  mniej 

występków  i  wywołała  mniej  niepokoju  niż  się  spodziewano. 
Opowiadano  co  prawda,  że  wywożono  w  nocy  całe  rodziny,  że  w 
wielu  miejscach  dokonywano  mordów  i  rabunków,  trzeba  jednak 

może  wziąć  pod  uwagę,  że  niektóre  z  tych  opowieści  dyktowała 

nienawiść  narodowa  i  jeśli  nawet  nie  można  przyznać  żołnierzowi 

rosyjskiemu szlachetności czy wyższych uczuć, trzeba przynajmniej 

doceniać jego posłuszeństwo wobec zwierzchników. 

Droga   wiodła  przez  spaloną   Wolę  i  przez  sam   środek   pola 

bitwy,  gdzie  podłużne  groby  kryły  ciała  poległych,  a  krzyże  zna-

czyły miejsca, gdzie zginęli generałowie i wyżsi oficerowie. Osada 

Wola była jedną ruiną, a kościół był niemal całkowicie zniszczony.   

Kraj,  w czasie naszej  pierwszej  podróży  bogaty  i  kwitnący, był 

teraz  niemal  pustynią,    na    której      rumowiska    z    na    pół    roz-

walonymi kominami znaczyły miejsca, gdzie niegdyś stały chaty, a 

pozostałości po żołnierskich biwakach stanowiły jedyny dowód  na   
to,   że   byli   tu   niegdyś   ludzie.    Na   koszarach,   na   których w   
czasie   naszej   poprzedniej   podróży   puszył   się   dumnie   biały 

polski orzeł, rozpościerał teraz swe skrzydła czarny orzeł rosyjski. 

Kozacy  włóczyli  się  po  kraju  i  napadali  podróżnych,  lecz  gdy 

widzieli na czapce pocztyliona czarnego orła, zostawiali nas w spo- 

background image

koju. Jechaliśmy więc pospiesznie, przejeżdżając bezpiecznie pośród 

wrogich oddziałów, które kłębiły się wokoło. 

Tego  samego  dnia  dojechaliśmy  przez  Błonie  i  Sochaczew  do 

Łowicza, gdzie zatrzymaliśmy się na nocny odpoczynek, bowiem w 

nocy kozacy nie respektowali czarnego orła bardziej niż białego. W 

Łowiczu  znajdował  się  rosyjski  oddział,  który  obwarował  się 

szańcami  i  redutami  pobudowanymi  wokół  miasta.  Spaliśmy  tej 

nocy  dość  niespokojnie,  mimo  iż  czuwały  nad  nami  rosyjskie 
armaty. 

Następnego  dnia  droga  prowadziła  przez  miasto  Plecko*      do 

Kutna.   Tu  napotkaliśmy  niespodziewane trudności,  które mogły 

się  skończyć   w  opłakany   sposób.    Stenkula  podjął   się  bowiem 

pójść z naszymi paszportami do miejscowego rosyjskiego dowódcy, 

oficera  o  dość  porywczym  usposobieniu.  Wrócił  z  powrotem  nie 

załatwiwszy sprawy  i  opowiedział,  że doszło do przykrej  sceny, 

gdyż nie rozumieli się nawzajem.   Rosjanin nie znał niemieckiego, 
a Stenkula rosyjskiego — jedynego języka, jakim władał Rosjanin. 

Gdy  więc  Stenkula  zwrócił  się  do  niego  w  wyżej    wymienionym 

języku,  oficer zaczął mu odpowiadać długim rosyjskim zdaniem, 

niezrozumiałym dla naszego  ziomka,  który  posłużył  się  wobec 
tego jedynym  znanym  sobie rosyjskim zwrotem  i  odpowiedział 

„Nie rossamie  po  ruski"**,   a dalej   mówił już po  niemiecku. 

Wówczas  oficer zaczął się walić  w pierś i ryczeć tak  przeraźliwie, 

iż Stenkula uznał, że najrozsądniej będzie oddalić się. 

Śmialiśmy  się  z  tego  nieporozumienia,  lecz  wkrótce  ogarnął  nas 

poważniejszy  nastrój,  gdy  poczmistrz  na  pytanie  o  konie 

odpowiedział, iż oficer rosyjski zabronił nas dalej wieźć, gdyż jeden 

z nas go obraził. Nie pozostawało nic innego, tylko zabrać się do 

wyjaśniania  sprawy.  Chłapowski  znał  rosyjski,  poszedł  więc  do 

rozgniewanego  oficera,  którego  gwałtowność  znalazła  ujście  w 

najokropniejszych  przekleństwach  i  złorzeczeniach.  Chłapowski 

zaczął  z  wyszukaną  grzecznością  zapytywać  obrażonego,  czego 

właściwie od nas żąda, i po wielu daremnych próbach udało mu się w 
końcu  dowiedzieć, iż  Rosjanin  zrozumiał,  że  Stenkula  powiedział 
do niego Bist du verflucht!

65

. Powiedzenie to oficer znał i poczuł się 

obrażony.  Po  wielu  pochlebstwach,  tak  przesadnych,  że  tylko 

prawdziwy Rosjanin mógł je strawić, i po wytłumaczeniu pomyłki 

oficer utrzymywał mimo wszystko, iż czuje się głęboko obrażony i 

nadal groził swym gniewem. 

Chłapowski   i   Stenkula   wrócili   więc   nie   załatwiwszy   sprawy 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
* Tak w oryg.  
** Tak w oryg. 

background image

i czekaliśmy teraz tylko, aż zostaniemy odesłani jako więźniowie do 

Warszawy,  gdzie  nasz  los  był  nietrudny  do  przewidzenia. 

Postanowiliśmy  wiec  raz  jeszcze,  tym  razem  wszyscy,  próbować 

uspokoić rozgniewanego oficera. Najwyraźniej jednak nie życzył on 

sobie więcej rozmów, gdy bowiem zobaczył nas przez okno, posłał 

służącego  z  wyjaśnieniem,  że  nie  zamierza  przeszkadzać  nam  w 

podróży  ani  też  nie  chce  zamienić  z  nami  jednego  choćby  słowa. 

Życzenie  to  uszanowaliśmy,  co  uwolniło  nas  od  jakichkolwiek 

nowych pomyłek językowych. 

Pojechaliśmy dalej przez Krośniewice a na noc zatrzymaliśmy się w 

Kłodawie. 

Mieliśmy szczęście, wyjeżdżając tak wcześnie z Kutna, bowiem 

polski korpus, który następnego ranka przeprawił się przez Wisłę, 

stoczył bitwę ze znajdującymi się tam Rosjanami. Bylibyśmy zgu-

bieni, bowiem Polacy uważaliby nas teraz za wrogów lub zdrajców, 

skoro podróżowaliśmy pod rosyjską opieką. 

Z  Kłodawy  pojechaliśmy  do  Grzegorzewa.  Zaczęliśmy  się  tam 

naradzać, czy z Koła gdzie droga się rozdzielała jechać do Kalisza, 

czy  też  ruszyć  dalej  drogą  na  Słupce.  Na  drodze  do  Słupiec 

obawialiśmy  się  spotkać  oddziały  polskich  maruderów,  które 

przeprawiły  się  przez  Wisłę  i  przedarły  przez  pierścień  rosyjskiej 

armii.  Droga  na  Kalisz  była  w  naszym  przekonaniu  pewna  i 

sądziliśmy, że bezpiecznie nią ujdziemy. Wybraliśmy jednak drogę na 

Słupce nie z przekonania, iż bezpieczniej tamtędy dojedziemy, lecz 

kierowani  raczej  intuicją,  która  mówiła  nam,  by  nie  jechać  przez 

Kalisz, nie wyjaśniając jednak dlaczego. 

Jak  słyszeliśmy  później  tego  samego  dnia  została  stoczona  pod 

Kaliszem  bitwa  pomiędzy  Polakami  i  Rosjanami.  Bez  wątpienia 

padlibyśmy jej ofiarą, gdyby jakiś traf nie kazał nam podróżować tą 

właśnie drogą, którą uważaliśmy za najmniej bezpieczną. 

W  Grzegorzewie  czekaliśmy  trochę  na  pojazd  i  wtedy  właśnie 

wszedł  do  naszego  pokoju  kozak  rozejrzał  się  badawczo  dokoła, 

wyszedł  i  udał  się  do  pobliskiego  lasu.  Gdy  ruszaliśmy  w  drogę 

zrozumieliśmy dlaczego nas odwiedził bowiem z lasu wyłoniła się 
chmara kozaków, która jednak od razu zniknęła, usłyszawszy trąbkę 

pocztyliona  i  zauważywszy  czarnego  orła.  Widzieliśmy  w  czasie 

drogi ich połyskujące na skraju lasu lance. Pod wieczór dotarliśmy 

jednak  szczęśliwie  do  brzydkiego  i  brudnego  miasteczka  Słupce, 

które leży na granicy pomiędzy Polską właściwą a Polską pruską. 

Spotkaliśmy tam różnych Poznaniaków, wśród nich wielu przyja-

ciół którzy rożnymi drogami i na rożne sposoby przedostali się tu 

szczęśliwie z Warszawy. Nie byli jednak teraz przez to wcale

 

background image

w lepszym położeniu. Pruska straż graniczna miała bowiem surowy 

rozkaz,  by  nie  przepuszczać  pod  żadnym  pozorem  żadnego 

Poznaniaka, który bez pozwolenia króla pojechał do Polski, a teraz 

chciał przekroczyć granicę, by wracać do swoich. 

Trudno sobie wyobrazić bardziej przykrą sytuację niż ta, w jakiej 

znajdowali  się  obecnie  ci  Poznaniacy.  Mimo  tysiącznych  nie-

bezpieczeństw udało im się przekraść do granicy swego kraju. Byli 

od niego na odległość rzutu kamieniem, wielu zaledwie o kilka mil 

stąd miało rodziców, żony, dzieci, a tylko milę czy półtorej za nimi 

znajdowali się Rosjanie, którzy w każdej chwili mogli nawiedzić ich 
schronienie i odstawie ich z powrotem. 

Ci, co pozostali w domu, dowiedzieli się, iż przyjaciele są zaledwie 

o kilka mil od nich, a mimo to nie mogli się z nimi spotkać ani też 

swą czułością i troskliwością starać się utulić ból, jaki pozostawiła 

daremna walka o sprawę, z którą wiązali swe najdroższe nadzieje. 

Chłapowski był także Poznaniakiem,  miał jednak nadzieję prze-

dostać się z nami do Strzałkowa — pruskiego miejsca kwarantanny, 

które  leżało  zaledwie  pół  mili  od  Słupców

66

.  Wpuszczono  nas, 

Chłapowski jednak, jako Poznaniak, został odesłany do Słupiec. Los 

tych wszystkich Poznaniaków jest nam zupełnie nie znany. 

Ci,  którzy  przyjęci  zostali  na  kwarantannę,  spędzić  tam  musieli 

pięć dni, lecz nie czekało nas nic bardziej przykrego od przebywania 

w  ciasnych  pomieszczeniach  i okadzeń,  którymi  Prusacy  pragnęli 

nas  oczyścić.  Po  pięciu  dość  nudnych  dniach  wyruszyliśmy  24 

września w dalszą drogę przez Wrześnię i Swarzędz* do Poznania. 
Jest  to  miasto  zbudowane  w  bardzo  starym  stylu,  dostarczające 

wszystkich  możliwych  przyjemności  i  wszystkich  niewygód,  jakie 

niesie ze sobą ciasnota. Znajduje się tam także promenada, na której 

Żydzi  (była  to  sobota)  świętowali  właśnie  sabat,  spacerując  i 

oddając się uciechom. 

Gdy przyszliśmy z naszymi paszportami i już czystym sumieniem 

na  policję  napotkaliśmy  trudności,  których  się  spodziewaliśmy,  a 

wyobraźnia zaczęła odmalowywać nam wyraźnie Spandau czy inną 

jakąś 

wypoczynkową 

miejscowość, 

przeznaczoną 

dla 

nieszczęśliwych Polaków i ich przyjaciół, którzy przybyli do Prus. 

Uznano nasze paszporty za sfałszowane, wystawione bowiem były 

na  Bydgoszcz  i  Poznań,  my  zaś  nie  mieliśmy  stamtąd  żadnych 
podpisów, mieliśmy  za  to  podpisy  z  rożnych  polskich  miast. Wy-

pytywano nas drobiazgowo o wszystkie okoliczności naszego przej- 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
*   W oryg .  Schwerzendz. 

background image

ścia  granicy,  a  także,  gdzie  to  miało  miejsce.  Po  przezwyciężeniu 

różnych trudności, o których ze szczególnych względów nie mogę 

mówić, dostaliśmy nowe paszporty i po raz pierwszy poczuliśmy, że 

nie zagraża nam żadne niebezpieczeństwo. 

Po raz pierwszy zaświtała nam nadzieja, że szczęśliwie powrócimy 

do ojczyzny i zobaczymy naszych rodziców i przyjaciół. Śpieszyliśmy 

się teraz bardzo, zdawało nam się bowiem, że każda chwila zwłoki 
ukradziona  zostaje  tym,  którzy  niecierpliwie  oczekują  naszego 

powrotu i ciągle lękają się niebezpieczeństw, które my mieliśmy już 

poza sobą. Nie udało nam się więc poczynić żadnych spostrzeżeń. 

Droga nasza biegła bezustannie i jednostajnie od stacji do stacji i nic 

nie  wydawało  nam  się  godne  uwagi  oprócz  naszej  ojczyzny,  do 

której zdążaliśmy. 

Z  Poznania  ruszyliśmy  pieszo,  by  po  drodze  odwiedzić 

Janko-wicze*,  posiadłość  hrabiny—wdowy  Engestrom,  położoną 
dwie mile na północny zachód od Poznania. 

Nie udało nam się jednak jej spotkać, gdyż w tej samej chwili, gdy 

przybyliśmy, hrabina wyruszyła do Szamotuł**. Kontynuowaliśmy 

jednak naszą wędrówkę dalej w kierunku majątku i zostaliśmy mile 
zaskoczeni widokiem trzech koron, szwedzkiego  godła, wiszącego 

ponad drzwiami małego budynku położonego w sąsiedztwie dworu. 

Wiedzeni  ciekawością  weszliśmy  do  środka  i  spotkaliśmy 

gospodarza.  Gdy  powiedzieliśmy  mu,  iż  jesteśmy  Szwedami, 

odrzekł, że jest naszym rodakiem i że dlatego właśnie wywiesił nad 

drzwiami szwedzkie godło. 

Chcieliśmy  jemu  i  sobie  sprawić  przyjemność  rozmawiając  po 

szwedzku, lecz on odmówił, bowiem będąc tu przez siedem lat nie 

tylko  zapomniał  mówić,  ale  nawet  już  nic  nie  rozumiał.  Biedny 

człowiek! Zapomniał mówić po szwedzku, ale nigdy nie zapomniał, 

że  jest  Szwedem.  Opowiedział  nam,  że  wraz  z  jeszcze  jednym 

człowiekiem,  który  nadal  pracował  we  dworze  jako  służący, 

przyjechali z Jego Ekscelencją hrabią Engestromem i że po śmierci 

Ekscelencji otworzył tę gospodę i ożenił się z Poznanianką. 

Gdy  nasz  szwedzki  gospodarz  z  kiepską  pamięcią  do  języków 

opowiedział  pokrótce  wszystko,  co  mogło  nas  zainteresować, 

obejrzeliśmy  sobie  dwór.  Dwór  w  Jankowiczach  był  pięknym, 

dwupiętrowym  budynkiem  stojącym  na  wzniesieniu,  otoczonym 

ogrodem, urządzonym dobrze i ze smakiem. Spotkaliśmy tu owego 
drugiego Szweda, który, podobnie jak jego towarzysz, 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
*  W oryg.  Jankowitsch.  
**  W oryg.   Samter. 

background image

zapomniał także w dużym stopniu języka ojczystego, lecz z radości 

na widok rodaków przemówił do nas straszliwie łamaną szwedczyzną. 

Po  zwiedzeniu  dworu  powróciliśmy  do  naszego  gospodarza,  by 

zjeść  obiad.  Wkrótce  potem  nadeszła  młoda,  dość  ładna  kobieta, 

trzymając  za  rękę  małą  dziewczynkę.  Spytała,  czy  nadal  są  tu 

Szwedzi, a gdy odpowiedzieliśmy twierdząco, opowiedziała nam, ze 

pochodzi ze Sztokholmu i nazywa się Bruce, i że wyszła za mąż za 
Poznaniaka.  Wymieniła  jego  nazwisko,  ale  zapomnieliśmy  je, 

bowiem nie zapisaliśmy go od razu. Zdaje się, że sprawiło jej wielką 

radość  móc  porozmawiać  z  rodakami  o  wspólnej  ojczyźnie,  którą 

żarliwie kochała. 

Prosiła  nas  na  koniec  o  przekazanie  pozdrowień  krewnym  i 

przyjaciołom w Szwecji, lecz niestety i ich imion nie możemy sobie 

przypomnieć  z  tego  samego  powodu,  o  którym  wspomniałem. 

Gdyby więc ta książka wpadła w ręce któremuś z jej krewnych lub 

przyjaciół, pragnąłbym przekazać im gorące od niej pozdrowienia. 

Chciałbym też przeprosić za krótką pamięć, której nie mógłbym sam 

sobie  wybaczyć,  gdyby  nie  to,  że  nasza  pamięć  była  wówczas 

nazbyt  obarczona  zdarzeniami  i  myślami,  które  się  bezustannie 

wzajemnie  rugowały,  co  sprawiało,  że  zapominaliśmy  wszystko, 
czego tylko nie zanotowaliśmy. 

Z  Jankowicz  ruszyliśmy  dalej  do  Bytynia,  dokąd  przybyliśmy  o 

zmroku. Stenkula, który nie przyszedł jeszcze w pełni do  siebie po 

chorobie, został tam, ja jednak powędrowałem dalej z Berghem w 

świetle  księżyca  do  Pniew*,  gdzie  znaleźliśmy  się  o  pierwszej  w 

nocy. Jak większość małych miasteczek w pruskiej Polsce Pniewy są 

nędzną  miejscowością  o  kilku  brudnych  i  krętych  uliczkach. 

Znaleźliśmy w końcu miejski zajazd i zapukaliśmy budząc służącą, 
która  zobaczywszy  nasze  plecaki  i  kije  w  ręce,  odpowiedziała  po 

prostu, iż do tutejszego zajazdu  takich  nie przyjmują, lecz że na 
rynku  jest  miejsce,  gdzie  tacy  znajdą  nocleg.  Nie  warto  było 

pokazywać  świadectw  akademickich  ani  polskich  listów 

polecających, żeby przekonać poirytowaną dziewczynę, iż byliśmy 

ludźmi,  choć  nie  takimi,  jak  sądziła.  Zabraliśmy  się  więc,  i  nie 

próbując  nawet  miażdżyć  biedaczki  pokazywaniem  jej  dowodów, 

świadczących o naszej wartości, poszliśmy do zajazdu przy rynku, 

gdzie tacy jak my mogli zażywać gościnności. Gdy tylko weszliśmy 

do izby, zobaczyliśmy, że zajazd nie należał do najlepszych. Tłoczyli 

się tam bowiem pijani, zaczepiając się nawzajem, i stwierdziliśmy, 

że tak naprawdę nie

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
*  W oryg. Pinne. 

background image

należymy na razie do żadnej klasy, bowiem w miejskim zajeździe 
nie  chciano,  by  tacy  jak  my  tam  przychodzili,  tu  zaś  także  nie 

bardzo pasowaliśmy, bowiem niezbyt chętnie przebywaliśmy z taki-
mi, których tu przyjmowano. 

Poprosiliśmy  jednak  o  nocleg,  odpowiedziano  najpierw  „nie",  a 

wkrótce potem „tak", pod warunkiem, że zechcemy spać w tej izbie. 

W  czasie  pertraktacji  z  gospodynią  zobaczyliśmy  w  izbie  małego 

chłopczyka,  który  dawał  nam  znaki.  Wyszliśmy  za  nim,  a  on 

powiedział,  że  nie  będziemy  tu  bezpieczni,  lecz  że  on  może  nam 
znaleźć  nocleg.  Zaprowadził  nas  za  parę  groszy  do  spokojnego 

domku  żydowskiego,  gdzie  na  garści  słomy  złożyliśmy  swe 

zmęczone  członki.  Następnego  ranka  rozpoczęliśmy  dalszą  węd-

rówkę  do  Sierakowa*,  gdzie  zatrzymaliśmy  się  czekając  na 
Sten-kulę, by wsiąść razem do dyliżansu. 

W Sierakowie szalała cholera a lekarz miejski wyjechał, tak więc 

musieliśmy  udzielić  pomocy  chorym  w  czasie  naszego  pobytu  w 

mieście aż do chwili, gdy rozległ się głos trąbki pocztowej, dając 

sygnał  do  odjazdu.  Ruszyliśmy  w  drogę  a  potem  jechaliśmy 

pospiesznie  aż  do  Greifswalde.  W  Drezdenku**  wsiadła  do  dyli-

żansu młoda, piękna panna i jechała w naszym towarzystwie około 

dwudziestu mil. Spędziliśmy z nią piękne chwile. 

Jako  Szwedzi,  byliśmy  początkowo  zdumieni,  mając  samotną 

pannę za towarzyszkę podróży. Przyzwyczailiśmy się, iż nasze panny 

nie ośmielały się wyjść z domu bez wuja czy ciotki lub przynajmniej 

jakiejś kobiety  jako ochrony przed złośliwymi  oczami  i  językami. 

Nie było jeszcze młodego Szweda, którego by podobne zwyczaje nie 

nabawiły  kłopotów  i  który  by  nie  musiał  błyszczeć  intelektem  i 

prawić komplementów pośród matron, tak, by choć mała część tego 

trafiła do pięknej dziewczyny przez nie strzeżonej. W Prusach jest 

zupełnie inaczej — albo cnota jest tam bardziej niezłomna, albo też 

jest ona w niższej cenie. W każdym razie był to okropny zwyczaj, by 

dziewczyna mogła podróżować całe trzydzieści mil zupełnie sama, 

w towarzystwie tylu młodych mężczyzn, choć nie kryło się w tym 

tyle  niebezpieczeństw,  co  w  różnych  tete  a  tete,  które  nasze 

dziewczęta mają za plecami matek, i w miłostkach prowadzonych w 

Szwecji z powodzeniem, przewyższającym prawowierną Hiszpanię 
i niewierny Konstantynopol. 

Przejeżdżaliśmy  przez  wiele  miejscowości  nawiedzonych  przez 

cholerę. Panował tam spokój gdy jednak przyjeżdżaliśmy do 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
*  W oryg.  Zirke.  
**  W oryg.   Driesen 

background image

miasta,  do  którego  dotarła  jedynie  wieść  o  spustoszeniach,  jakie 

cholera  czyniła,  byliśmy  zamykani  razem  z  naszą  panną  w  domu 

kwarantanny i musieliśmy tam siedzieć, dopóki dyliżans nie ruszył 

w dalszą drogę. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej komicznego 

od podobnej kwarantanny. W czasie naszego uwięzienia trzymały 

się nas tylko wesołe pomysły, zabawy i dowcipy, w których brała 

udział  nasza  towarzyszka  podróży,  nie  miało  to  bowiem  dla  niej 

większego  znaczenia,  iż  przechodzi  kwarantannę  z  kilkoma 

młodymi ludźmi. 

W Szczecinie* wsiadł do dyliżansu pruski porucznik. Opowiadał z 

niezadowoleniem,  iż  został  odkomenderowany  do  Torunia,  by 
pomóc Rosjanom w budowie mostów pontonowych przez Wisłę. 

Droga po drugiej stronie Szczecina jest dość piękna, we wszyst-

kich  tych  miejscach,  gdzie  Odra  przecina  miasto,  znajduje  się  aż 

piętnaście mostów. 

2  października  rano  przybyliśmy  do  Greifswalde,  gdzie  znowu 

musieliśmy przebyć pięciodniową kwarantannę zanim wjechaliśmy 

do  miasta.  Konsul  generalny,  af  Lundblad,  dowiedziawszy  się  o 

naszym  przyjeździe,  zrobił  nam  zaszczyt  składając  wizytę,  która 

musiała  się  jednak  ograniczyć  do  rozmowy  przy  barierze,  odgra-

dzającej dom kwarantanny. Opowiadał o wszystkim, co tylko nas 

mogło  zainteresować  i  obiecał  załatwić  nam  podróż  do  Szwecji 

jachtem,  który  miał  odpłynąć  12  października,  choć  ruch  statków 

ustał teraz prawie zupełnie. 

Wiele razy odwiedzał nas też przyjaciel z Lund, magister Leche, 

który przebywał właśnie u generalnego konsula i nigdy nie zapom-

nimy niezwykłej przyjaźni i dobroci, jaką obaj nas otaczali. 

Gdy kwarantanna dobiegła końca, pojechaliśmy w towarzystwie 

Lechego  na  Rugię.  Wyspa  jest  dość  piękna,  o  urozmaiconym 
krajobrazie,  a  szczególnie  ta  jej  część,  która  stanowi  księstwo 

Potbus. Odwiedziliśmy Stubbenkammer, urwisko skalne z piasko-

wca,  spadające  stromo  do  morza.  Na  samym  szczycie,  gdzie  za-

prowadzono  nas  z  zawiązanymi  oczami,  znajduje  się  balustrada. 

Gdy zdjęliśmy opaski z oczu, ujrzeliśmy w dole przepaści spienione 

fale,  rozbijające  się  o  skałę.  W  połowie  skały  sterczał  okrągły 

występ  przypominający  grzbiet  koński,  który  zwano  Tronem 

Królewskim. Tradycja mówiła, że Karol XII kazał się tam spuścić 
aby móc z tego miejsca przypatrywać się bitwie morskiej. 

Zwiedziliśmy  także  ruiny  świątyni  bogini  Herty  z  kamieniami 

ofiarnymi. W zamierzchłych czasach czczono tam Hertę i co

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
*  W oryg.   Stettin. 

background image

roku ofiarowywano na jej cześć dwie młode dziewice. W pobliżu 

świątyni znajdowało się małe, okrągłe jeziorko Herty, gdzie bogini 

przyjeżdżała  się  kąpać,  wieziona  przez  swoje  służki.  Herta  nie 

zażywa  już  tu  więcej  kąpieli.  Podanie  nie  mówi  jednak,  czy  ze 

wstrętu do wody, czy też z braku zaprzęgu. 

12  października  weszliśmy  na  pokład  jachtu,  a  15,  po  odbyciu 

niczym nie wyróżniającej się podróży morskiej, dobiliśmy do brzegu 

pomiędzy  twierdzami  Kungsholmem  i  Drottningskar.  Musieliśmy 

odbyć  na  pokładzie  czternastodniową  kwarantannę  i  znowu  nas 

okadzono,  co  można  by  uznać  za  satyryczne  przedstawienie  losu 

Polski, której nadzieje uleciały z dymem, by uchronić inne narody 

przed współczesną zarazą — liberalizmem, który w samo południe, 

a więc w środku dnia podąża szukając, kogo by połknąć. 

30 października wysiedliśmy na ląd w Karlskronie i była to chyba 

najpiękniejsza  ze  wszystkich  chwil  w  naszym  życiu.  Uścisnęliśmy 

sobie serdecznie dłonie na przywitanie szwedzkiej ziemi, po której 

nigdy  nie  stąpał  żaden  niewolnik  i  gdzie  wolność,  gwarantowana 
prawami  i  obyczajami,  pozostaje  niezmienna  od  niepamiętnych 
czasów. 

Ojczyzna  jest  zawsze  najpiękniejszym  krajem  na  ziemi,  tam 

zamieszkuje nasze serce, stamtąd wyrastają wszystkie korzenie i nie 

sposób wyzwolić się od myśli: w Szwecji pragnę żyć i umrzeć, dla jej 

króla, to znaczy dla jej szczęścia poświęcę wszystko i pragnę, by moje 

serce spoczęło wśród jej wielkich pamiątek. 

W tym czasie, gdy Polską wstrząsała rewolucja, a echa śmiertelnej 

walki, jaką toczyła, rozchodziły się po Europie, Szwecja żyła cicho i 

spokojnie,  chroniona  morskimi  falami,  i  zażywała  szczęścia, 

którego pragnęły inne narody i o które nadaremnie walczył jeden z 
nich. 

W Karlskronie witano nas niezwykle miło, tak zresztą, jak w czasie 

całej podróży do Skanii. Wszędzie spotykaliśmy się z życzliwością i 

sympatią,  a  także  z  ciekawością.  Dlatego  też  po  kilku  dniach 

dogadzania naszym rodakom zamieniliśmy się niemal w maszyny do 
opowiadania, niczym przewodnicy w muzeum, tak że nawet we śnie 

potrafiliśmy  opowiadać,  co  się  nam  wydarzyło  niezwykłego  w 

czasie podróży. 

6 listopada ujrzeliśmy znowu Lund, a nasi przyjaciele przyjęli nas 

równie  gorąco,  jak  nas  żegnali.  Następnego  dnia  po  przyjeździe 

zostaliśmy zaproszeni do wzięcia udziału w przyjęciu urządzonym 

na  naszą  cześć,  a  wśród  obecnych  mieliśmy  przyjemność  spotkać 

wielu  naszych  młodszych  nauczycieli.  Po  wzniesieniu  toastu 

odśpiewane zostały przy strzałach armatnich następujące 

background image

zwrotki,   w  których  poeta   wyraził   ducha   ożywiającego  naszych 
towarzyszy, a może nawet ducha Europy. 

Radośnie wita was ziemia szwedzka, bracia, głoszący słowa zwycięstwa! 

Lecz polski orzeł znów jest uwięzion, smutek — wybaczcie — miesza 

się z pieśnią. 

Witajcie, bracia, znad brzegów Wisły! Dni zwycięstw dla was z 

odwrotem przyszły. Szczęśliwe serca, gdy z uniesieniem, plotą wam z 

liści laurowych wieniec. 

Witajcie wszyscy trzej między swymi! Polskę zbawioną kiedyś ujrzymy. 

Gdy znów nadejdzie wolności powiew, zwycięży niebo.   Bracia, wasze 

zdrowie!* 

Opowiedziałem wtedy wszystko, co mi się tylko wydało godnym 

uwagi, o naszej podróży do kraju, który z powodu swych nieszczęść 

miał  zapewnione  miejsce  w  historii  i  którego  dzieje  opowiadają 

wyłącznie  o  wewnętrznym  rozkładzie  i  zewnętrznym  ucisku. 

Ostatnia walka dobiegła końca. Jeżeli Polska ma kiedykolwiek żyć 

znowu  jako  państwo,  jeżeli  ma  tam  kiedyś  zakwitnąć  wolność, 

nastąpi  to  równocześnie  z  powszechną  wolnością  w  Europie,  tą 

mianowicie, która odniesie swoje zwycięstwo dzięki oświeceniu, nie 

zaś wolnością połowiczną, trudną do pojęcia, która chwilowo odnosi 

zwycięstwa  na  polu  bitwy  po  to  tylko,  by  wkrótce  z  braku 

wewnętrznej spójności przestać istnieć. 

Państwa starzeją się podobnie jak ludzie. Stare formy nie pasują do 

nowego ducha, ród ludzki nie starzeje się jednak nigdy, jest ciągle 

młody,  podczas  gdy  współczesne  formy  państwa  rozpadają  się 

same. Kroczy on naprzód, gdyż nie jest w stanie cofać się do tyłu. 

Im bardziej powszechna staje się edukacja, tym bardziej to co stare 

musi kurczyć się i usychać. Przeznaczeniem nowego jest zdrowa i 

żywa  siła  wzrostu.  To  co  stare  nie  ma  jednak  żadnego 

wewnętrznego życia, nie jest w stanie się rozrodzić, trwa, dopóki 

ostatnie  jego  włókna  nie  rozpadną  się  w  proch.  Trwa  jak  drzewo 

pochodzące z innej epoki, potężne drzewo, wokół którego rośnie i 
umiera nowa rodzina roślin, trwa jednak samotnie i musi w końcu 

paść  samotnie,  bowiem  w  jego  okazałych  kwiatach  brak  jest 

zarodków  przyszłego  życia.  Z  drugiej  jednak  strony  to  co  nowe 

kwitnie w nieskończoność i rozmnaża się, a gdy stare pada, młode 
dopiero zaczyna się zielenić. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

*  Wiersze przełożyła Marta Szafrańska-Brandt. 

background image

W ten sposób ród ludzki zdaje się podnosić, iść naprzód, zwyciężać i 

jeśli  ktoś  myślałby,  iż  oświecenie  i  wolność  napotykają  w  naszej 

epoce zbyt dużo przeszkód, powinien się pocieszyć, bowiem: 

To, co już stare, nie jest wiecznotrwałe, powtarzać 

dawnych błędów się nie godzi, musi raz upaść, co 

wewnątrz zmurszałe, a z ruin wkrótce nowe się narodzi. 

PRZYPISY 

1

 Nie podlegający konfiskacie. Prawdopodobnie zniekształcony francuski. 

2

  Frithiofs  saga  Esaiasa  Tegnera,  jeden  z  najwybitniejszych  szwedzkich 

utworów  poetyckich,  napisany  w  1825  roku,  oparty  na  motywach 

staroislandzkiej  sagi  o  bohaterskim  Fritiofie  Zuchwałym.  Polski  przekład 

ukazał się w roku 1856. 

3

  Przypuszczalnie  chodzi  o  pieśń  zatytułowaną  Krakusy,  znaną  też  pod 

tytułem Grzmią pod Stoczkiem armaty, ze słowami Wincentego Pola. Powstała 
ona  wkrótce  po  bitwie  pod  Stoczkiem,  w  czasie  której  wojskiem  polskim 

dowodził generał Dwernicki. Na możliwość tę zwrócił mi uwagę p Jerzy Łojek. A 

oto pierwsza zwrotka Grzmią pod Stoczkiem armaty /błyszczą białe rabaty/ a 
Dwernicki na przedzie na Moskala sam jedzie. 

4

 Franc., kryte chodniki w ogrodach XVI—XVIII w, zasklepione półkolistą 

kratownicą, podtrzymującą pnącza lub gałęzie drzew, pol., berso, bindaz. 

5

 W wierzeniach skandynawskich demoniczny, najczęściej złośliwy karzeł lub 

olbrzym, zamieszkujący przeważnie górskie pieczary. 

6

 Przeprawę przez granicę opisał też w liście do rodziny G. F. Bergh (list do 

C.B. z 24 6  1831,  którego  fragmenty  wydrukował  18  7  1831  „Aftonbladet"). 

Dobrzyń występuje w tym liście jako Dorczin. 

7

 Nie udało się ustalić, o jaką książkę chodziło. 

8

 W oryg. schas-korg, dosłownie nadwozie do pojazdu typu schas Schas (od 

franc. chaise — krzesło) to niewielki pojazd czterokołowy, odkryty lub zakryty, 

z  dwoma  zwróconymi  w  tę  samą  stronę  siedzeniami.  Siedzenie  przednie 

zajmował woźnica. Od Płocka z rozkazu dowódcy  wojskowego województwa, 
Antoniego  Mieszkowskiego,  trzej  lekarze  odbywać  mieli  podróż  dwiema 

furmankami parokonnymi (oryginał dokumentu w posiadaniu C. F. Stenkuli). 

9

 Anna Christina Warg (1703-1769), autorka najpopularniejszej szwedzkiej 

książki  kucharskiej  Hjelpreda  i  hushallningen  for  unga  fruen-timber,  1755 
(Poradnik gospodarstwa domowego dla młodych dam ). 

background image

Książka ukazywała się regularnie do roku 1916, wywierając wielki wpływ na 

szwedzką sztukę kulinarną. 

10

 Ani w maju, ani w czerwcu 1831 roku  nie ma w „Gazecie Warszawskiej" 

wiadomości o trzech lekarzach z Lund, mimo iż odnotowywano w niej przyjazdy 
do Warszawy lub nawet zamierzone wyjazdy do Warszawy lekarzy angielskich, 

francuskich, duńskich, niemieckich, szwajcarskich i węgierskich. 

11

  Niem.    Polacy i Szwedzi dobrze się biją i dobrze piją. 

12

 A oto co pisał w cytowanym wyżej liście o pobycie w Lipnie G.F. Bergh. 

Przyjęto nas w niezwykły sposób. Burmistrz urządził dla nas przyjęcie, na które 

zaproszonych  było  wielu  urzędników  i  wojskowych.  Pito  za  Polskę,  za 

wolność,  i  pieniącym  szampanem  wznoszono  toasty  za  Szwedów,  nie 
traktowano nas jak obcych lecz jak braci. [...] Cóż to jednak wszystko znaczyło 
wobec  owego  prawdziwego  niekłamanego  entuzjazmu,  jaki  ci  bohaterowie 

walczący o wolność przejawiali dla swej nieszczęsnej ojczyzny, i wobec z głębi 

serca  płynących  westchnień  do  nieba  za  pomyślność  ich  słusznej  sprawy. 
Wszystko to wzięło mnie bardziej niż dowody ich przywiązania". 

13

 Plac Zamkowy, nazwa ta była używana w XIX w. (por. A. Jełowicki Moje 

wspomnienia, Warszawa 1970, s.  262 i  nn) E. Szwankowski  w:  Ulice i place 
Warszawy, 
Warszawa 1970 s. 260 używa określenia „plac Zygmunta". 

14

  Pomyłka  autora,  posąg  Zygmunta  III  na  marmurowej  kolumnie  odlany 

został ze spiżu w roku 1644. 

15

  Tomasz  Łubienski  (1784-1870),  generał.  W  1806  roku  oficer  gwardii 

honorowej Napoleona. Brał udział w kampanii 1806 — 1807, 1808, 1809 oraz 
1813 — 1814 roku. W armii Królestwa Polskiego dowódca brygady strzelców 

konnych.  W  czasie  powstania  był  m.  in.  szefem  sztabu  głównego  i  zastępcą 

ministra  spraw  wewnętrznych.  Brał  udział  w  bitwie  pod  Grochowem.  Po 

upadku powstania zesłany. 

16

  Franciszek  Antomarchi  (1780-1838),  lekarz  osobisty  Napoleona. 

Wyjechał  do  Polski  w  kwietniu  1831.  Do  Warszawy  przybył  19  maja.  Rząd 

Narodowy  mianował  go  doktorem  medycyny  i  chirurgu  oraz  inspektorem 

generalnym wszelkich szpitali wojskowych. Zmarł na Kubie. 

17

 Bitwa pod Ostrołęką 26 5 1831 r zakończyła się faktycznie klęską wojsk 

polskich  dowodzonych  przez  J.  Skrzyneckiego.  Ocena  bitwy  w  oczach 

współczesnych  nie  była  jednoznaczna,  nawet  dowódca  wojsk  rosyjskich, 

feldmarszałek  Dybicz,  dopiero  następnego  dnia  zorientował  się  w  skali 

odniesionego  zwycięstwa.  Skrzynecki  sformułował  pierwszy  meldunek  do 

Rządu Narodowego informując o klęsce, w następnych przedstawił tę operację 
jako skuteczny manewr, otwierający generałowi A. Giełgudowi drogę na Litwę 
(por.  S.  Przewalski  Bitwa  pod  Ostrołęką,  [w:]  Powstanie  listopadowe  1830  — 

1831. Dzieje wewnętrzne, Militaria, Europa wobec powstania. Warszawa 1980, s. 
252. 

18

  „Ucztę  dla  obrońców  Ojczyzny"  zapowiadała  prasa  ("Gazeta  War-

szawska",  12  6  1831).  Wydawał  ją  pułk  pierwszy  Gwardii  Narodowej.  „W 

środku obszernego Ogrodu Saskiego pod drzewami ustawione były stoły, przy 

których  przeszło  trzy  tysiące  żołnierzy  różnej  broni  przy  odgłosie  muzyki 

obiadowało. Zaszczycili tę ucztę obecnością swoją Rząd

 

background image

Narodowy  i  Wódz  Naczelny,  wszyscy  obiadowali  przy  osobnym  stole,  przy 

którym przeszło dwustu oficerów różnego stopnia siedziało. W końcu biesiady 

tej  śpiewana  była  pieśń  narodowa  pana  L.  A.  Dmuszewskiego  przy 

towarzyszeniu  muzyki  Gwardii  Narodowej.  Po  uczcie  zaczęły  się  tańce, 

utworzyły  się  liczne  koła,  a  publiczność  płci  obojej,  w  tłumie  zapełniająca 

ogród,  podzielała  zabawę  naszych  wojowników,  dopóki  odgłos  bębna  nie 

zwołał ich do obowiązków." „Gazeta Warszawska", 13.6.1831. 

19

 Polki nie znalazły także uznania w oczach G. F. Bergha. W liście do E. N. 

Bergh  („Aftonbladet",  18  7  1831)  pisał  on:  „Spodziewałem  się,  iż  Polki 
obdarzone są niezwykłą urodą, są one jednak przeciętne i brakuje im zwłaszcza 

miłej pulchności kształtów. Mają za to pałające oczy i żywe usposobienie". 

20

  Rodzaj  lekkiej  kawalerii.  Bronią  była  lanca,  szabla  i  pistolety.  Nazwa 

pochodzi  od  chłopskiej  krakowskiej  sukmany.  Nazwano  tak  po  raz  pierwszy 

pułk utworzony w 1812 roku uchwałą powołującą z każdych 50 dymów jednego 

człowieka  do  obrony  kraju.  Dowódcą  był  książę  Józef  Poniatowski.  W 

powstaniu  listopadowym  brały  udział  dwa  pułki  krakusów,  składające  się  z 
rodowitych mieszkańców krakowskiego. 

21

  Wspominając  po  raz  pierwszy  o  listach  G.  F.  Bergha  do  rodziny, 

„Aftonbladet" z 14.7.1831 roku donosił, iż widział on na własne oczy tłumnie 

zgłaszających się do wojska czternastoletnich chłopców. „Entuzjazm panuje w 
Warszawie nie do opisania" — miał pisać Bergh. 

22

 W czasach powstania listopadowego Żydzi zamieszkiwali całą dzielnicę 

na północ od Arsenału i placu Krasińskich. 

23

  Nie  udało  mi  się  ustalić  danych  biograficznych  dotyczących 

Trzeskiewicza (w oryg. Trzeskewits). 

24

 Łac., Niech zginie, precz! 

25

 13 maja „Gazeta Warszawska" zawiadamiała o przybyciu do Warszawy 

lekarza  duńskiego,  a  16  czerwca  o  wyjeździe  z  Kopenhagi  do  Polski  kilku 

młodych lekarzy. Zapewne jednym z nich był S...p. 

26

  Finlandia  przez  setki  lat,  od  1284  do  1809  roku  należała  do  Królestwa 

Szwedzkiego. 

27

 Antoni Jankowski (1783 — 1831), generał. Brał udział w kampanii 1807, 

1808,  1809  i  1812  roku.  Służył  w  armii  Królestwa  Polskiego,  w  powstaniu 

awansował  na  generała  dywizji.  Nieudolnym  dowodzeniem  korpusu  (był 

wkrótce po ataku paraliżu) przyczynił się do klęski łysobyckiej. Aresztowany 

29.6.1831. Sąd wojenny uwolnił go od zarzutu udziału w spisku. 

28

  Karol  Turno  (1788  —  1861),  generał.  Brał  udział  w  kampaniach 

1809-1811,  1812,  1813  i  1814.  W  1815  roku  został  adiutantem  w.  ks. 

Konstantego. W czasie powstania organizuje piąty i szósty szwadron jazdy. W 

maju 1813 zostaje generałem brygady. Po upadku powstania zesłany do Rosji. 

29

  Józef  Hurtig  (1771-1831),  generał.  Brał  udział  w  kampanii  1792,  w 

powstaniu  kościuszkowskim,  w  kampanii  1806  i  1812  —  1813  roku. 

Odznaczony  Virtuti  Militari  i  Krzyżem  Oficerskim  Legii  Honorowej.  W 

czasach  Królestwa  Polskiego  dowodził  brygadą  kawalerii.  Od  roku  1822  był 

komendantem Modlina, a potem Zamościa. Był brutalny wobec

 

background image

więźniów—Polaków.    Przewodził  sądowi  pułkowemu,    który  skazał  

Łuka-sińskiego w 1825 roku na karę śmierci za bunt. 

30

  Antoni  Sałacki  (1774-1831),  generał  (w  oryg.  Salazki).  Brał  udział  w 

kampanii 1792 roku i powstaniu kościuszkowskim. Od roku 1809 służył w armii 

Księstwa Warszawskiego. W armii Królestwa Polskiego awansował na generała 

brygady korpusu inżynierii. Według niejasnych  wiadomości  nadchodzących  z 

Galicji,  miał  on  wraz  z  generałami  Bukowskim,  Jankowskim  i  Hurtigiem 

utrzymywać  kontakty  z  nieprzyjacielem.  Generał  Skrzynecki  wyznaczył 

Komisję Rozpoznawczą do zbadania sprawy. Najwięcej podejrzeń skupiło się 

na  Sałackim.  Z  korespondencji  jego  ([w:]  W.  Tokarz,  Wojna  polsko-rosyjska 
1830—31, 
Warszawa 1930, s. 520) wynika, iż w początkach powstania przesyłał 

wiadomości wielkiemu księciu Konstantemu. Aresztowany 29.6.1831. 

31

 Kazimierz Słupecki (1782 - przed 1858), generał. Brał udział w kampanii 

1809,  1812  i  1813  roku.  W  armii  Królestwa  Polskiego  awansuje  do  stopnia 

pułkownika.  W  czasie  powstania  służy  w  sztabie  gubernatora  Warszawy.  29 

czerwca  aresztowany  pod  zarzutem  działania  na  szkodę  powstania.  „Co  do 

pułkownika Słupeckiego, miało się wykryć, że tenże nie tylko na podejrzenie 

zasługuje, ale owszem,  uważany  być powinien  za Polaka sprawie narodowej 

nieżyczliwego" — pisała „Gazeta Warszawska" (1.7.1831). 8 sierpnia 1831 roku 

Słupecki  zostaje  jednak  zwolniony,  a  we  wrześniu  mianowany  generałem 
brygady, wkrótce potem wyjeżdża z misją do Berlina. 

32

 Brat generała Jerzego Fenshave, szefa tajnej policji Konstantego. Przybył 

do Warszawy, z Konstantym, wkrótce jednak porzucił służbę państwową. Żonaty 

był z Francuską, a dzieci uważały się za Polaków  (por. Stanisław Szenic, Ani 
triumf ani zgon, 
Warszawa 1971, s. 328). 

33

  Chodzi  zapewne  o  znanego,  bogatego  cukiernika  Karola  Lessel, 

spokrewnionego  z  generałem  Maurycym  Hauke.  Pomyłka  autora  wynikła 

prawdopodobnie z nieznajomości języka polskiego. 

34

 Metresa Hincza, naczelnika kancelarii wielkiego księcia. 

35

  Antoni  Jan  Ostrowski  (1782  —  1845),  generał,  senator  w  Królestwie 

Polskim, założyciel Tomaszowa Mazowieckiego. Jako ochotnik bronił Warszawy 

w 1794 roku. Brał udział w bitwie pod Raszynem. W 1809 roku wybrany na posła 

powiatu brzezińskiego. Po Kongresie Wiedeńskim zajmował się gospodarką w 

swych dobrach, wprowadzając oczynszowanie, zakładając zakłady włókiennicze, 
biblioteki i szkoły. W czasie Sądu Sejmowego głosował przeciwko wnioskom 
aktu  oskarżenia.  Podczas  powstania  został  dowódcą  Gwardii  Narodowej  w 
stopniu  generała.  Popierał  w  sejmie  wniosek  detronizacyjny.  Przeciwny 
kapitulacji,  spowodował  dymisję  Krukowieckiego.  Po  upadku  powstania 
zaocznie skazany na karę śmierci. 

36

 Stille jest niesprawiedliwy wobec Żydów. Sypali oni wraz z innymi szańce, 

byli członkami Gwardii Miejskiej. 

37

  Dzisiejszy  plac  Trzech  Krzyży,  zwany  tez  przez  Stillego  Rynkiem 

Aleksandra. 

38

 Produkt powstały z destylacji spirytusu zawierający oleje fuzlowe, mętny, 

o niemiłej woni. 

39

 Lekka kawaleria uzbrojona w lance.

 

background image

40

  Karol  Wilhelm  Ludwik  Stackebrandt  (1790-1855)  (w  oryg. 

Stackel-brandt).  Od  1810  roku  był  na  służbie  w  wojsku  Księstwa 
Warszawskiego. W roku 1830 został lekarzem dywizyjnym. Od 1832 roku aż do 

śmierci był ordynatorem ujazdowskiego szpitala wojskowego. W roku 1836 został 

członkiem czynnym Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego (por. Stanisław 

Kośmiński, Słownik lekarzów polskich. Warszawa 1888). 

41

 Nie udało się ustalić danych biograficznych dotyczących Stenszewskiego 

(Stęszewskiego, Staniszewskiego?). W oryg. Stenschewsky. 

42

  Artykuł  Stillego,  Stenkuli  i  Bergha  o  przebiegu  epidemii  cholery  w 

Warszawie ukazał się 12.1.1832 w „Post och Inrikes Tidning". 

43

 W oryg.  Chlop  Millionowe.  Melodrama  Ferdynanda Raymunda. Sztukę 

odegrano  w  czasie  powstania  11  razy,  po  raz  pierwszy  dla  podchorążych  8 
grudnia  1830  (por.  Ludwik  Simon,  Teatr  warszawski  za  powstania 
listopadowego. 
Warszawa 1931, s. 10). 

44

 Hotel Wileński — jeden z ośmiu pierwszorzędnych hoteli warszawskich na 

przedłużeniu ulicy Długiej zwanym Tłumackie. 

45

 Ernst Leopold von Schantz. 

46

 Rząd Narodowy. 29.1.1831 Sejm powierzył władzę wykonawczą Rządowi 

Narodowemu,  którego  prezesem  został  książę  Czartoryski.  Po  wypadkach  15 

sierpnia  Rząd  Narodowy  podał  się  do  dymisji,  a  generał  Krukowiecki  objął 

władzę,  którą  sprawował  jako  dyktator  do  8  września.  Po  dymisji 

Krukowieckiego prezesem Rządu Narodowego został B. Niemojowski. 

47

 W rzeczywistości 11 sierpnia. 

48

 Autor nadmiernie i niesłusznie gloryfikuje generała Skrzyneckiego, który 

przez  cały  czas  dążył  do  układów  z  nieprzyjacielem,  i  pragnął  władzy 

dyktatorskiej,  by,  obezwładniając  opozycję,  doprowadzić  do  kapitulacji. 

Jednym  z  powodów  upadku  powstania  miało  być  jego  niedołęstwo  i 

nieudolność  w  prowadzeniu  działań  wojennych.  Artur  Sliwiński  pisze  o 

„niczym  nie  wytłumaczonej,  a  równającej  się  zbrodni  bezczynności 

Skrzyneckiego", który myślał tylko, jakby zwyciężyć bez bitwy (tenże Powstanie 
listopadowe, 
Warszawa 1930, s. 148, 153). 

49

  Żadne  źródła  nie  potwierdzają  obecności  Krukowieckiego  na  placu 

Zamkowym. Zjawił się on tam dopiero po północy. 

50

 Domy pracy, rodzaj więzień. 

51

 Zginęły 34 osoby. 

52

  Według  Stanisława  Szenica  (dz.  cyt.,  s.  327)  Bentkowski  a  właśc. 

Bętkowski był radcą stanu, a podczas koronacji Mikołaja pełnił funkcję herolda, 

ogłaszającego  akt  koronacyjny.  Wacław  Tokarz  (dz.  cyt.,  s.  520)  wspomina 

tylko, iż został on zamordowany na placu Zamkowym. Artur Śliwiński (dz. cyt., 

s. 165) pisze, iż Bentkowski był urzędnikiem banku. 

53

  Ludwik  Bukowski  (1782-1831),  generał.  Brał  udział  w  kampanii  1809 

roku (odznaczony został krzyżem kawalerskim Virtuti Militari). 1813 (otrzymał 

krzyż  Legii  Honorowej)  i  1814  roku.  W  powstaniu  awansował  na  generała 
brygady.  Po  bitwie  pod  Łysobykami  został  wezwany  przed  Komitet 

Rozpoznawczy  za  nieudzielanie  pomocy  oddziałom  Turny.  29  czerwca 

aresztowany  i  oskarżony  o  zdradę,  postawiony  został  wraz  z  generałami 

Jankowskim i Hurtigiem przed sąd wojenny.

 

background image

54

  Don  Miguel  (1802-1866)  syn  króla  portugalskiego  Jana  VI.  Przeciwnik 

rządów konstytucyjnych, dwukrotnie dokonywał nieudanych spisków mających 

mu zapewnić nieograniczoną władzę. 
niach 1809 1812, 1813-14 roku. W 1821 roku walczył w powstaniu piemonckim. 
Do  Warszawy  przybył  w  marcu  1831.  W  sierpniu  został  dowódcą  korpusu. 

Przez swą nieudolność i niesubordynację przyczynił się do klęski powstania. We 

wrześniu przeszedł z korpusem do Galicji. Walczył z Austriakami w Piemoncie i 

został rozstrzelany "za niesubordynację" w 1849 roku. 

56

 Wojciech Chrzanowski (1793  —1861)  generał.  Brał udział w kampanii 1812 

roku.  W  wojsku  Królestwa  Polskiego  awansował  na  podpułkownika.  Autor 

planów  operacyjnych  w  czasie  powstania.  Szef  sztabu  głównego  za 

Skrzyneckiego.  Występował  jako  zwolennik  kapitulacji.  Za  prezesury 

Krukowieckiego 

zostaje 

gubernatorem 

Warszawy, 

zaniedbując 

przygotowaniadoobronymiasta. 

57

 Virtuti Militari. 

58

  Korpus  Ramorina  opuścił  Warszawę  21  sierpnia 

59

  W  Warszawie 

pozostało 35000 regularnego wojska. 

60

 Armia rosyjska liczyła na początku 

września 71 000 żołnierzy. 

61

  Prawdopodobnie  Stanisław  Chłapowski  (1796  —  1863),  syn  szambelana 

Stanisława  Augusta  Chłapowskiego.  W  czasie  powstania  był  adiutantem 

Chłapowskiego. Po upadku powstania położył wybitne zasługi w utrzymywaniu 

życia umysłowego w Poznańskim. W 1848 więziony był w Kościanie za odmowę 

złożenia przysięgi sądowi w sprawie politycznej (por. Teodor Źychliński, Kronika 

żałobna rodzin Wielkopolskich. Poznań 1877) 

62

  Lars  (Wawrzyniec)  von  Engestrom  (1751—1826)  Poseł  nadzwyczajny  i 

minister  pełnomocny  króla  szwedzkiego  w  okresie  Sejmu  Czteroletniego. 
Kanclerz i minister spraw zagranicznych. W obliczu wojny szwedzko-rosyjskiej 

dążył do układu polsko-szwedzkiego. Przyjaźnił się z Niemcewiczem i twórcami 
Konstytucji  3  Maja.  W  1790  zawarł  małżeństwo  z  Rozalią  Chłapowską.  Za 

pozwoleniem króla przyjął polskie obywatelstwo. Pod komet życia osiedlił się w 

Polsce. Zmarł w swej posiadłości Jankowicze. Autor pamiętników pt. Minnen 
och anteckningar 
(Wspomnienia i notatki), Stockholm 1876. Wydanie polskie: 

Pamiętniki  Wawrzyńca  hrabiego  Engstroma  w  serii:  Pamiętniki  z  osmnastego 
wieku, 
t. XV, Poznań 1875, przekład J. I. Kraszewski. 

63

 Rakieta (raca) kongrewska, pierwowzór broni rakietowej.  W roku 1831 

posiadało ją tylko Wojsko Polskie. Ważna jest informacja autora, że w oblężeniu 

Warszawy broni tej użyli także Rosjanie. Wiadomości te zawdzięczam p. Jerzemu 

Łojkowi. W oryg. Congrewska Raquetter. 

64

 Jan Witt (1781 —56), generał rosyjski syn Józefa i Zofii z domu Galvani. 

Około  1819  roku  jako  generał-lejtnant  dowodził  korpusem  jazdy  był 

naczelnikiem  kolonu  wojskowych  guberni  jekaterynosławskiej  i  chersonskiej 

Szef  policji  politycznej  i  wojskowej,  zasłużony  przy  de-konspiracji  spisku 

dekabrystów.  Wsławiony  podczas  powstania  listopadowego  pełnił  funkcję 

generała-gubematora Warszawy w czasie nieobce-

 

background image

ności Paskiewicza (por.   Jerzy Łojek, Potomkowie Szczęsnego.   Dzieje fortuny 
Potockich z Tulczyna, 
Lublin 1980, s.   57, 81). 

65 

Niem  ,  odpowiednik  polskiego:      „Niech  cię  szlag  trafi!" 

66

  Zgodnie  z 

zarządzeniem    Naczelnego    Prezesa      Wielkiego    Księstwa  Poznańskiego  

ustanowiono   w   związku   z   epidemią   cholery   tylko   dwa przejścia  graniczne:    

w  Strzałkowie   w  powiecie   wrzesińskim   i   w   Podzamczu   w  powiecie  

ostrzeszowskim   („Gazeta   Warszawska".   10 5 1831). 
 
 
 
 

KONIEC