background image

SUZANNE ENOCH

KRADZIONE POCAŁUNKI

„STOLEN KISSES"

    Dla Mereditha, który zapoznał mnie z romansami

czasów regencji. Wdzięczna ci jestem i za to, i za fakt,
że dzięki tobie nie byłam jedyną dziewczyną w szkole,
która potrafiła odróżnić Banthę od Jawy, a Andorianina
od Górna. Niech Moc będzie z tobą.

background image

1

Jonathan Faraday, markiz Dansbury, podniósł wzrok na budynek, który miał przed 

sobą, i zmarszczył brwi. Przygnębiająco szacowna i z zewnątrz, i od wewnątrz budowla 
stała w tej części Londynu, którą rzadko odwiedzał. Również i tego wieczoru z wielkim 
zadowoleniem trzymałby się od niej z daleka. Zerknął spod oka na swoją kochankę.

– Tak tępego pomysłu jeszcze chyba nigdy nie miałaś.
–   Nonsens   –   łagodziła   beztrosko   lady   Camilla   Maguire,   chociaż   wyraz   jej   twarzy 

przypominał minę pogromcy, który stawia czoło rozdrażnionemu lwu. – A tak czy owak, 
to   ja   wygrałam   tamto   rozdanie.   Obiecałeś,   że   spędzimy   wieczór,   gdzie   tylko   sobie 
zażyczę.

–   Kiedy   pozwoliłem   ci   wygrać,   zakładałem,   że   będziesz   miała   ochotę   na   Ogrody 

Vauxhall albo może któreś z karcianych przyjęć u Antonii. – Przeprowadzając przyjaciół 
przez otwarte, dwuskrzydłowe drzwi, pochylił się ku Camilli. – Albo jeszcze lepiej moją 
sypialnię   –   ciągnął   dalej;   te   słowa   wyszeptał   jej   prosto   do   ucha,   podejmując   ostatnią 
próbę, by zmieniła decyzję.

– Przestań, ty niegrzeczny chłopcze – zbeształa go Camilla z uśmiechem, który ani 

trochę nie ukrywał jej irytacji.

– A czemuż to miałbym przestać? Nie miałem pojęcia, że poprowadzisz mnie prosto 

do Hadesu.

– Jacku,  Almack  w niczym Hadesu  nie  przypomina.  Proszę  cię, bądź grzeczny. – 

Camilla   szarpnęła   go   za   rękaw   i   wciągnęła   do   szatni;   jej   brązowe   oczy   ze 
zniecierpliwieniem spoglądały na niego spod starannie rozburzonych, płomiennie rudych 
włosów.

Jack uniósł w jej kierunku jedną brew. Niewiele trzeba było czasu, by zaczęły go 

nudzić ograniczone ambicje Camilli i jej łatwe do przewidzenia pragnienia; ona również 
najwyraźniej czuła się znużona jego sarkazmem i zjadliwym cynizmem – niewątpliwie 
stąd ta wieczorna eskapada.  Ale mimo  to mniej  było kłopotliwe zatrzymanie  jej przy 
sobie, niż podejmowanie jeszcze raz w tym sezonie wysiłków związanych ze zdobyciem 
nowej kochanki. Spędziwszy zaledwie miesiąc w mieście, stracił już rachubę.

– Pozwolę sobie  być innego zdania – z determinacją  mówił  przyjaznym tonem.  – 

Almacku  od Hadesu  niemal  nie sposób  odróżnić. I tu, i tam potępione,  schwytane  w 
wieczystą pułapkę dusze zawodzą i wirują całymi stadami.

Ernest Landon, trzeci z ich czteroosobowego towarzystwa, zachichotał w typowy dla 

siebie, pochlebny sposób, kiedy wchodzili do głównej sali.

– Dobrze powiedziane, Dansbury. Potępione, zawodzące dusze. Ha, ha.
Chociaż  była połowa czerwca, Londyn wciąż jeszcze  tkwił w szponach  zimowego 

background image

chłodu, więc upalny podmuch z zatłoczonych, hałaśliwych sal powinien był sprawić im 
przyjemność. Ale kiedy tuż za ciepłem napłynął zapach potu, Jack znalazł potwierdzenie 
swojej analogii z piekłem. Obietnica obietnicą, a im szybciej się stąd wydostanie, tym 
lepiej.

– Proszę cię, nie rób trudności, Jack – błagała go znowu Camilla. – To jest przyzwoite 

towarzystwo.

– Wiem.  Odrażające,  nieprawdaż?  – Jack  skinął  głową. Ociężałość  szła  zawsze  w 

parze z Almackiem, robili wrażenie bliskich przyjaciół, i kiedy Jack rozejrzał się po sali, 
nic nie przemawiało za tym, by ten ich związek uległ rozluźnieniu. Na widok markiza 
kilka osób obrzuciło ich zdumionym spojrzeniem; odpłacił im tą samą monetą i udawał, że 
nie   zwraca   uwagi   na   mamrotane   półgłosem   komentarze.   Gdyby   nie   to,   że   nosił   tytuł 
markiza,   ta   mała   skandaliczna   grupka   nie   zostałaby   nigdy   wpuszczona   na   otaczane 
wielkim szacunkiem, śmierdzące obrzydliwie salony Almacka.

Ogden Price wyjął z kieszeni srebrne puzderko i otworzył je.
–   Wiesz   co,   Dansbury,   mógłbyś   choć   raz   postarać   się   spędzić   wieczór   w   sposób 

możliwy  do  przyjęcia  dla  towarzystwa  –  powiedział bezceremonialnie,  wziął  szczyptę 
tabaki i zażył. – Ostatecznie nie umrzesz przez coś takiego, a twojej reputacji to też raczej 
nie poprawi.

Jack zaczął mu odpowiadać, potem przerwał, jego ciekawość została pobudzona; Price 

niemal tak samo nie lubił Almacka jak markiz. Odniósł więc wrażenie, że Landon i Price 
musieli mieć jakieś ukryte cele, by mu towarzyszyć. Przyjrzał się przyjacielowi, zwrócił 
uwagę na jego niespokojne, szare oczy i na to, że nie wiedzieć czemu fascynuje go własna 
tabakierka.

– Kim ona jest, Price? – Podszedł o krok bliżej, żeby było go słychać poprzez tony 

hałaśliwego kontredansa i pytlowanie setki języków.

Price spojrzał na niego przelotnie, potem opuścił wzrok.
– Nikim – odparł zbyt szybko i zatrzasnął tabakierkę. – Po prostu taka ładna buzia. – 

Srebrne puzderko zniknęło w jego kieszeni. – Człowiekowi wolno chyba podziwiać.

–   Zaiste,   wolno   –   zgodził   się   Jack   znacznie   podniesiony   na   duchu.   Jeżeli   Ogden 

znalazł jakiś object d'interet, może przynajmniej spodziewać się odrobiny dobrej zabawy, 
zanim umknie z powrotem w bliższe sobie, bardziej mroczne zakątki Londynu. – A czy ta 
godna podziwu ładna buzia jakoś się nazywa?

– Jacku, zatańcz ze mną – przerwała im Camilla i wsunęła mu rękę pod ramię; jej 

ciepła bliskość wydała mu się dusząca w zabójczo skwarnej sali.

– Nie. Rozmawiam z Pricem. – Życzył jej dobrze i miał nadzieję, że szybko znajdzie 

sobie do towarzystwa kogoś mniej zgryźliwego, ale nie miał ochoty wychodzić na durnia, 
kiedy tego kogoś będzie szukała.

background image

– Ja chcę tańczyć – upierała się Camilla, ocierając się biustem o jego rękę.
Ten jej ruch bardziej go drażnił niż podniecał.
–   Kontredansa?   Nawet   twój   niemały   urok   nie   skłoni   mnie,   moja   droga,   żebym 

wkroczył w tę piekielną otchłań.

– Brutal.
Camilla   wydęła   wargi,   ale   nie   rozluźniła   chwytu.   Gdyby   nie   to,   że   jej   uścisk   był 

szokująco intymny jak na sale Almacka, byłby jej rękę strząsnął. Zamiast tego skierował 
uwagę na Price'a, całkowicie pochłonięty dociekaniem prawdy.

– A więc, mój chłopcze...
– Jacku – zaprotestowała znowu Camilla.
– Lady Maguire, proszę, ja zatańczę z panią – zaproponował Ernest, okazując większą 

niż zwykle wnikliwość.

Camilla prychnęła, a potem beztrosko ujęła dłoń Landona.
– Mamy tu dziś wieczór przynajmniej jednego przyzwoitego dżentelmena.
– Lepiej żeby był nim Landon niż ja – wycedził przez zęby Jack, przypatrując się, jak 

Camilla odchodzi.

Lady Maguire miała być może ochotę spędzić wieczór w przyzwoitym towarzystwie, 

ale z pewnością nie ubrała się odpowiednio. Wiśniowo-szara suknia odbijała jaskrawą 
niczym krew plamą od przypominających mdłe kwiaty wyblakłych gości, a kiedy głęboko 
dygnęła, ruch ten miał ujawnić przed partnerem jej uroki – i efektywnie zaanonsować 
proponowane przez nią usługi.

Jack obejrzał się na Price'a. Ludzie patrzyli na niego z pewną obawą, ale przez ostatnie 

kilka   miesięcy   bardziej   groziła   mu   śmierć   z   nudów   niż   od   ostrza   przeciwnika   w 
pojedynku. Dręczenie Ogdena przynajmniej trochę go rozerwie.

– A więc pozwól, że powtórzę: kim jest twoja tajemnicza czarodziejka, Price?
– Daj spokój, Dansbury – odparł Price wyraźnie poirytowany. – Nie warte to tego 

żartu,   w   który   chcesz   sprawę   obrócić.   A   poza   tym   „patrzeć"   niekoniecznie   znaczy 
„pożądać". Podziwianie kobiety przypomina podziwianie posągu: można poznać się na 
miłych dla oka kształtach, nie pragnąc dokonać zakupu.

Jack uniósł obydwie brwi w górę.
– Teraz czuję się autentycznie zafascynowany. Nigdy jeszcze nie słyszałem, żebyś 

wypowiedział słowa: „ładna, godna podziwu i miła dla oka" w stosunku do jednej i tej 
samej kobiety. Powiedzże mi, jak ona się nazywa.

Price zerknął na niego spode łba, potem pokazał na zgiełkliwe stadko młodych dam, 

które zebrały się pod ścianami sali i czekały, aż je ktoś poprosi do tańca.

– Idź ponaprzykrzać się trochę tym niewiniątkom – warknął.
– Lis przedkłada kury nad kurczęta – odparł rozbawiony Jack. Te wdzięczące się, 

background image

bezrozumne stworzenia były tak naiwne, że jego reputacja wydawała im się romantyczna, 
a do tego tak sztywne i niezdarne, żeby nie warto się było za nimi uganiać. – Obawiam się, 
że musisz znaleźć coś lepszego, by odwrócić moją uwagę. Tegoroczne gąski nie są ani 
trochę bardziej obiecujące niż zeszłoroczne.

– Na miłość boską, Dansbury. Miejże litość – westchnął Price.
–   Nigdy.   Czemu   nie   oszczędzisz   nam   obu   fatygi,   bo   przecież   i   tak   cię   w   końcu 

zamęczę, i nie pokażesz mi jej?

– Jeszcze jej tu nawet nie ma. – Price z roztargnieniem skinął na lokaja obładowanego 

kieliszkami ratafii. Wziął jeden, a drugi wepchnął Jackowi w dłoń. – Słuchaj, czy to nie 
lord Hunt tam stoi? Wydawało mi się, że wciąż jeszcze jest w Indiach.

Jack nawet nie zadał sobie trudu, by się obejrzeć.
– Wrócił ponad tydzień temu.  Oskubałem go już na niemal  czterysta funtów przy 

kartach, a jemu wciąż się wydaje, że dobrze się bawi. Nie zmieniaj tematu. Nie mam 
najmniejszych wątpliwości, że to przez tę dzierlatkę przyłączyłeś się do naszej eskapady 
na tereny przyzwoitego towarzystwa i przez nią nie miałeś ochoty pierzchnąć do Haremu 
Jezabel, kiedy mieliśmy taką okazję.

– Nie, to nie przez nią. Ty...
–   Nie?   Coś   z   nią   nie   w   porządku?   Może   zezuje,   a   może   ma   pieprzyk   w   jakimś 

fatalnym miejscu? – Uśmiechnął się szeroko, widząc niby to gniewne spojrzenie Price'a. – 
Jakieś widoczne znamię, niedostatecznie rozwinięte łono albo może sepleni, garbi się, 
łysieje...

– Rany Lucyfera, Dansbury! Daj że spokój! – Z niewysłowioną irytacją Price dźgnął 

palcem w kierunku wejścia. – Proszę... właśnie się pokazała. A teraz zabaw się i miejmy 
to już z głowy.

Jack odwrócił się, kątem oka zauważył białą sukienkę i rzucił przyjacielowi przelotne, 

pełne udawanej grozy spojrzenie.

– Debiutantka? Wstydziłbyś się, Price, żeby zadurzyć się w młodej i niewin...
Na jakieś dziesięć uderzeń serca zamilkły krzykliwe dźwięki kontredansa, gdaczący 

śmiech stojącej obok lady Pender, szuranie nóg tancerzy po wyfroterowanej podłodze, a 
nawet zniknął sam Almack. Szmaragdy, pomyślał Jack... jej oczy mają kolor szmaragdów. 
Stała w drzwiach i zerkała na zatłoczoną salę, jakby chciała znaleźć tam jakąś znajomą 
twarz. A potem to zielone, połyskliwe spojrzenie padło na niego i Jack poczuł się tak 
wstrząśnięty, że niemal zęby mu zaszczekały. Powoli wciągnął powietrze i też na nią 
patrzył. Na wpół oszołomiony, nie mając  ani chęci, ani sił odwrócić wzroku, ogarnął 
spojrzeniem   resztę   jej   postaci.   Włosy   ciemne   jak   najczarniejsza   noc   upięte   miała   na 
czubku głowy w zawiłą, modną plątaninę, z której wymykało się kilka pasemek, tworząc 
ramę   dla   wysokich   policzków.   Kontrast   hebanu   z   gładką,   śmietankową   cerą   był   tak 

background image

uderzający,   że   przypominała   rzeźbę,   twór   artysty   przedstawiającego   doskonałość.   Ale 
oczy miała błyszczące, pełne ciekawości i bardzo żywe. Wydało mu się, że patrzą one na 
niego Z tym samym płochliwym skupieniem, jakie sam odczuwał. Delikatny, różowawy 
rumieniec musnął jej policzki, wargi wygięły się w uśmiechu – a potem przesłonili ją 
tańczący goście.

– „Aniołowie Pana Zastępów, miejcie mię w swojej opiece!"* – zamrugał powiekami 

Jack.

– „Hamlet"? – zareagował Price. Jack aż podskoczył.
– Słucham?
– Cytowałeś „Hamleta". Musisz być pod wrażeniem.
– Ach. – Jack oparł się pokusie, żeby znowu popatrzyć w jej kierunku i zamiast tego 

pociągnął łyk brzoskwiniowej ratafii. Na szczęście trunek był naprawdę okropny. – Dobry 
Boże.   –   Popatrzył   wilkiem   i   oddał   kieliszek   lokajowi.   Zanim  się   znowu   odwrócił   do 
Price'a, jego twarz przybrała typowy, cyniczny wyraz, chociaż czuł, jak tuż pod skórą 
niczym gorączka krąży ostre podniecenie i oczekiwanie. – To tylko dlatego, że przez 
ciebie   już   zacząłem   sobie   wyobrażać   przeróżne   okropieństwa.   Nie   spodziewałem   się 
niczego w najmniejszym stopniu... atrakcyjnego. Kim ona jest? – Nie był się w stanie 
powstrzymać i odwrócił się, by jej znowu poszukać wzrokiem.

– Ja... hm...
–   Powiedziałeś,   że   nie   jesteś   zainteresowany   zakupem.   –   Tak   silne,   palące 

zainteresowanie było dla niego czymś całkowicie nietypowym, ale ignorować się go nie 
dało. Kiedy dziewczyna spojrzała znowu w jego kierunku, a potem powiedziała coś do 
swojej młodej towarzyszki, wiedział, że ona je również odczuła. Jeżeli miała  serce w 
piersi i choć szczyptę rozumu w głowie, musiała coś poczuć. – No więc, kto to jest?

– Lodowa Dama – rozległ się obok niego jakiś głos. Camilla wróciła i oplotła ręką jego 

ramię. – Popatrz. Goni za nią połowa lordów londyńskich. Powiadają, że Nance już się jej 
oświadczył.

„Hamlet"; wszystkie cytowane utwory w przekładzie Józefa Paszkowskiego (przyp. 
tłum.).

Najwyraźniej żaden zamożny dżentelmen nie zainteresował się obfitymi urokami lady 

Maguire; Jack zmarszczył brwi, przekonał się, że w tej chwili jej nieprzerwana bliskość 
działa mu na nerwy. Zwrócił znowu uwagę na dziewczynę. Tłum panów konkurujących o 
miejsce na jej karnecie był dosyć duży – a do tego większość z nich nie była szczególnie 
młoda.

Przemknął mu przez myśl jeszcze jeden wers z Szekspira – coś o „śnieżnym gołębiu 

background image

wśród kawek"* – ale stanowczo powstrzymał się od wygłoszenia go. Może i cierpi na 
delirium będące skutkiem przegrzania sali, ale starczyło mu przytomności, by zauważyć, 
że   delikatny   kwiatowy   wzór   zdobiący   jej   kremową   suknię   ma   dokładnie   ten   sam 
szmaragdowy odcień co jej oczy i że wstążka wpleciona w czarne włosy i pantofelki o 
miękkiej podeszwie, które wyglądały spod spódnicy, są w tym samym soczystym kolorze. 
I wystarczyło mu przytomności, by wiedzieć, że ma ochotę na coś więcej niż tylko samo 
patrzenie. Patrzeć sobie mogły te inne wstrętne typy na sali.

– Nadęta gromada krążących sępów.
– A czego się spodziewałeś? – odparła Camilla, szepcząc mu te słowa prosto w ucho; 

zwrócił uwagę na kogoś innego, więc jego towarzystwo wydawało się teraz nieskończenie 
bardziej pociągające. – Dla Lilith Benton liczą się tylko ci najbardziej szacowni, nikt inny.

– A to ciebie wyklucza, co, Jacku? – zachichotał Ernest.
– Lilith Benton – powtórzył cicho Jack. Stała razem z przyjaciółką, dosyć wysoką 

dziewczyną o kręconych blond włosach, którą niejasno przypominał sobie z poprzedniego 
sezonu, obydwie rozmawiały ze swymi wielbicielami i szeptały coś do siebie. – Kim jest 
ta dziewczyna obok niej?

– Wydaje mi się, że to panna Sanford – podsunął Ernest.
– Tak, to ona. – Jack z roztargnieniem skinął głową, wyplątując się z objęć Camilli. – 

Przeproszę was na chwilę. Zdaje mi się, moja droga, że wobec ciebie spełniłem już swoje 
obowiązki na ten wieczór.

Camilla   zamknęła   wachlarz   z   gniewnym   trzaskiem,   ale   wiedziała,   że   nie   powinna 

protestować; Jack odwrócił się i ruszył przez zatłoczoną salę.

Nie miał wątpliwości, że towarzyszka panny Benton zdążyła jej już przekazać szeptem 

mnóstwo przerażających szczegółów dotyczących jego charakteru. Chociaż trudno byłoby 
mu z tym polemizować, akurat tego wieczoru nie czuł się szczególnym potworem. Zwykle 
wystarczyło kilka uśmiechów i komplementów, by rozkrochmaliła się przy nim nawet 
najbardziej doświadczona dama, a na dzierlatkę na pewno aż tak się wysilać nie będzie 
trzeba. Zresztą dzierlatka czy nie dzierlatka, dziewczyna była znakomita.

Jack zignorował dwóch mężczyzn stojących bezpośrednio za nią, którzy musieli być 

ojcem i bratem, i przystanął przed jej towarzyszką.

– Panno Sanford. – Uśmiechnął się czarująco i ujął palce młodej damy.
Patrzyła na niego z otwartymi ustami.
– Jakże miło znowu panią widzieć. – Wypuścił jej dłoń, a ona szarpnęła ją w tył jak 

oparzona.   –   Miałem   nadzieję,   że   zechce   mnie   pani   przedstawić   swojej   ślicznej 
towarzyszce.

–   Och...   ja...   pan...   –   wyjąkała   panna   Sanford.   Chociaż   Jack   wyczuwał   obecność 

stojącej obok młodej damy, nie chciał na nią patrzeć, dopóki nie będzie mógł się do niej 

background image

odezwać i ująć jej dłoni. Ogromnie pragnął jej dotknąć, czuł niemal, jak przepływa między 
nimi ciepło. Powoli zaczerpnął powietrza, z radością witając niezwykłą żądzę krążącą z 
krwią po żyłach.

– Niech pani będzie tak łaskawa – przypochlebiał się.
– Tak... och, tak – udało się w końcu wykrztusić pannie Sanford, która gwałtownie się 

zaczerwieniła. – Lil, pan... markiz Dansbury. Mi... milordzie, panna Benton.

Jack w końcu odwrócił się, żeby na nią popatrzeć. Była niższa niż mu się wydawało, 

niemal o głowę niższa od niego. Czarująca, drobna i szczupła, a jej łono aż się prosiło, 
żeby na jego cześć układać wiersze. Wzrok markiza przesuwał się po niej od dołu do góry, 
zauważając każdy szczegół, jakby naprawdę była dziełem sztuki. Kiedy doszedł do warg, 
zawahał się, nie tylko dlatego, że były pełne, czerwone i że miał ochotę poczuć ich smak, 
ale ponieważ były zaciśnięte w wąską, prostą linię, kompletnie sprzeczną z kuszącym 
spojrzeniem, którym go wcześniej obdarzyła.

– Panno Benton – powiedział, kiedy wreszcie spojrzał jej w oczy. – Miło mi panią 

poznać. – Sięgnął po jej dłoń, ale ona lekko się wzdrygnęła, schowała obie ręce za siebie i 
cofnęła się o krok, po czym spojrzała mu prosto w oczy szmaragdowym spojrzeniem.

– Doceniam to, że kiedy już pan dosyć... starannie obejrzał moją osobę, uznał pan mnie 

za godnego pana rozmówcę, milordzie. Ja jednakowoż przyjrzałam się pana reputacji... i 
przekonałam się, że jest pan kimś, z kim nie życzę sobie rozmawiać. Zegnam. – Odwróciła 
się do niego plecami i odeszła, by przyłączyć się do swoich wielbicieli.

Jack stał przez moment jak wryty; czuł się oszołomiony. Ta dzierlatka ośmieliła się 

zrobić mu afront. Panna Sanford wyjąkała coś niezrozumiałego, szybko przed nim dygnęła 
i również się pospiesznie oddaliła. Na jej ruch Jack się ocknął, zerknął na swoją wciąż 
jeszcze wyciągniętą dłoń i powoli ją opuścił.

Miał opinię człowieka wyuzdanego, w efekcie dla co bardziej śmiałych pań domu był 

mile podniecającym gościem, przy tych nieczęstych okazjach, kiedy uczęszczał na ich 
bale i wieczorki. Kobiety mogły podchodzić do niego ostrożnie, ale nigdy nie rzucały mu 
zniewag prosto w twarz. Nie było wątpliwości, że afront zauważono; do jego uszu już 
dochodziła fala  cichych chichotów,  która rozeszła  się  po sali. W głębi piersi markiza 
zapłonęły mroczny gniew i frustracja i oba te uczucia przepłynęły z krwią do zaciśniętych 
dłoni. Ona również wyczuła, jak są dla siebie pociągający; wiedział to. I właśnie zrobiła 
afront człowiekowi, któremu afrontów robić nie należało.

Jack sztywnym krokiem wrócił do swoich przyjaciół.
Price rzucił jedno spojrzenie na jego twarz i zaczął potrząsać głową.
– To przecież jeszcze dzieciak, Jacku. Daj jej spokój.
– Dlaczego nazywają ją Lodową Damą? – sztywno zapytał markiz Camillę.
Camilla leniwie się uśmiechnęła.

background image

– Przecież tak bardzo lubisz wiedzieć wszystko na bieżąco, nie mogę wprost uwierzyć, 

że o niej nie słyszałeś. Jej matką była Elizabeth Benton, wicehrabina Hamble. – Uniosła 
umalowaną brew w kierunku jego nadal zachmurzonej twarzy. – Nie wiesz? Wstydź się, 
Jacku. Lady Hamble to ta, której uwagę zwrócił na siebie hrabia Greyton i która sześć albo 
siedem lat temu uciekła z nim od swojej rodziny.

To wyjaśniało jego niewiedzę.
– Byłem we Francji – powiedział. Uśmiech Camilli przybladł. – Mów dalej.
– Jacku – zaczął znowu Price. Landon strzelił palcami.
– Przypominam sobie. Greyton potrzebował potężnego rulonu banknotów, żeby się 

wymknąć   wierzycielom;   stał   na   krawędzi   bankructwa.   Myślał,   że   lady   Hampton   jest 
dobrze nadziana i zdobył ją. A tymczasem okazało się, że wszystko jest zapisane na jej 
męża, a ona grosza nie ma. Zostawił ją w Lincolnshire i w tydzień później ożenił się z lady 
Daphne Haver, która ma zajęczą wargę. Jej papa był taki szczęśliwy, że się jej pozbył, iż 
popłacił długi Greytona.

– Lord Hamble wywiózł rodzinę z Londynu – podjęła opowieść Camilla. – Kiedy jego 

żona wróciła, błagając, żeby ją przyjął z powrotem, odprawił ją. W kilka miesięcy później 
na coś tam zachorowała i umarła, ale on się od tamtej pory jeszcze w mieście nie pojawiał. 
A teraz, kiedy Lodowa Dama dorosła, ma za zadanie przywrócić dobre imię rodzinie. – 
Prychnęla. – I wierz mi, że to coś w sam raz dla niej: panna „chodząca przyzwoitość".

Markiz ponownie spojrzał na drugą stronę sali. Dziewczyna tańczyła walca z hrabią 

Nance i Jack spode łba przyglądał się parze przez kilka chwil. Od tego afrontu nawet nie 
zerknęła w jego kierunku; może myśli, że się go pozbyła. To drugi błąd popełniony przez 
nią tego wieczoru.

– Czy ten człowiek, który z nią przyszedł, to jej ojciec? Lady Maguire kiwnęła głową.
– A ten drugi to jej brat, William.
– To właśnie jego oskubałem na dwieście funtów w Klubie Marynarki przed paru 

dniami – poinformował Landon. – Chłopak bladego pojęcia nie ma o kartach. – Szeroko 
się uśmiechnął. – Mam się z nim później spotkać u Boodle'a.

– Jacku – błagalnie odezwał się znowu Price – na litość boską, ni...
– Powiedziałeś, że nie jesteś zainteresowany kupnem – uciął Dansbury. – Czy coś się 

zmieniło?

– No, nie – wykręcał się Price – ale nie masz chyba zamiaru...
–   No   to   daj   spokój   albo   idź   sobie   –   ciągnął   dalej   ponuro   Jack.   Zmusił   się   do 

mrocznego, lekkiego uśmiechu. – Zwierzyna mnie zainteresowała.

– Wiedziałem – zachichotał Landon. – Wkrótce przestanie być szacowną panną. – 

Odwrócił się do Price'a. – Zakład o sto funtów, że Lodowa Dama będzie grzała łóżko 
naszego Pikowego Waleta, zanim się skończy sezon.

background image

– To maleństwo o drobnych piersiach? – roześmiała się szorstko Camilla. – Jack nie 

zawracałby sobie nią głowy. Poza tym ona nie ma ochoty, żeby ją ogrzać. Nienawidzi 
figielków i już się martwi, że jej brat schodzi w Londynie na złą drogę. – Szarpnęła Jacka 
za rękaw. – Chodźmy – nakłaniała go. – Przecież i tak ci się tu bardzo nie podoba.

Jack rzucił okiem na brata panny Benton. Wyglądało na to, że wysoki, jasny szatyn 

przyjechał tu prosto po studiach, a sądząc z jego miny gryzł wędzidło, żeby wreszcie wdać 
się w jakąś śmiałą i brawurową przygodę.

– Takie figle i schodzenie na złą drogę to moja specjalność, moja droga. – Uwolnił się 

od lady Maguire. – Może będę mógł podać mu pomocną dłoń.

– Jacku – zawodziła Camilla.
– Nie martw się, Cam. Price odprowadzi cię do domu. – Zakonotował sobie w myśli, 

że powinien rano przesłać jej jakiś diamentowy drobiazg; uśmierzy nim tę niewygodną dla 
siebie zazdrość, no i dzięki prezentowi Camilla będzie siedziała cicho, dopóki nie trafi się 
jej następna miłość do grobowej deski.

Jack potrafił być bardzo cierpliwy i miał nieodwołalny zamiar doprowadzić do tego, by 

Lodowa Dama przed końcem sezonu bez reszty się stopiła. Przez myśl przemknął mu 
następny wers z Szekspira i markiz uśmiechnął się ponuro.

– „... wołając: biada! A psy wojny głosowi temu odpowiadać będą" – wyrecytował, a 

potem puścił oko do Ernesta.

– Coś mi się zdaje, że przyłączę się u Boodle'a do ciebie i młodego Williama Bentona.

background image

2

– Patrz, tam siedzi Mary Fitzroy. – Penelopa Sanford pochyliła się, żeby szepnąć to 

Lilith Benton wprost do ucha. – Jak myślisz, czy słyszała o tym, co stało się wczoraj 
wieczorem?

– Cśś, Pen. – Lilith patrzyła prosto przed siebie w stronę fortepianu, na którym lady 

Josephine Delpont grała właśnie „Dla Elizy". Utwór należał do szczególnie ulubionych, 
chociaż wykonanie było przeciętne. – Słucham.

–   Ale   Lil,   Mary   chyba   zemdleje,   jak   się   dowie,   co   powiedziałaś   markizowi 

Dansbury'emu.

Lilith z udawanym westchnieniem zerknęła na przyjaciółkę.
– Byłabym naprawdę  zadowolona, gdybyś nie wspominała  już nigdy  więcej ani o 

zeszłym wieczorze, ani o markizie Dansburym – powiedziała zduszonym głosem. – To 
tylko przelotne, niemiłe spotkanie, które już mamy za sobą.

– To było coś niebywałego – upierała się Penelopa. – Żałuję, że ja nie okazałam się 

taka zuchwała.

– Wcale nie byłam zuchwała – zaprotestowała Lilith i ściągnęła brwi. Siedząca po jej 

drugiej   stronie   ciotka   Eugenia   prychnęła   i   spiorunowała   ją   wzrokiem.   Lilith   szybko 
przybrała   całkowicie   obojętny   wyraz   twarzy   i   wyprostowała   się.   Jak   już   tysiące   razy 
zwracała jej uwagę ciotka, podczas popisu nie wolno pozwalać sobie na ściąganie brwi, by 
inni nie pomyśleli, iż zazdrości wykonawcy.

Kiedy utwór dobiegł końca, Lilith przyłączyła się do grzecznościowych oklasków, a 

Eugenia Farlane wstała.

–  Możecie,  dziewczęta,  przejść   do  stołu  z  przekąskami   –  pouczyła  je,  jak  zwykle 

twardo i sucho. – Oczywiście, proszę tylko delikatnie skubać małe kęski. Ja muszę pójść 
pogratulować lady Delpont wspaniałego popisu lady Josephine. – Jej bladą, szczupłą twarz 
zniekształcił   przelotny   grymas.   –   Można   mieć   tylko   nadzieję,   że   ostatni   utwór   lepiej 
będzie dobrany do jej zdolności.

Lilith dygnęła.
– Tak, ciotko.
Jak tylko ciotka zniknęła im z oczu, Penelopa pociągnęła Lilith za rękę.
– Chodź, pójdziemy poszukać Mary.
– Pen, nie – odpowiedziała rozdrażniona Lilith. – Im szybciej ten incydent zostanie 

zapomniany, tym lepiej.

Pen z szerokim uśmiechem złożyła dłonie na piersi, niczym diva operowa:
– „Milordzie, przyjrzałam się pana reputacji... i nie życzę sobie z panem rozmawiać." 

Och,   Lil,   już   myślałam,   że   wyciągnie   pistolet   i   położy   cię   trupem   na   samym   środku 

background image

Almacka.

Lilith   obejrzała   się   przez   ramię,   ale   na   szczęście   ciotka   Eugenia   i   lady   Delpont 

pogrążone   były   w   rozmowie.   Ciotka   ostro   potępiłaby   wszelkie   plotki   na   temat 
Dansbury'ego i jemu podobnych. Od kiedy matka opuściła rodzinę, a ciotka sprowadziła 
się do nich, Lilith usłyszała od niej wiele ostrych słów. Stephen Benton popełnił ten błąd, 
że   ożenił   się   z   Elizabeth   Harding,   a   Eugenia   uznała   przywrócenie   dobrego   imienia 
Bentonom za swoje osobiste posłannictwo. Lilith niekiedy żałowała, że ciotka traktuje to z 
religijną niemal żarliwością.

– Nie bardzo mogłam dopuścić do tego, by ze mną rozmawiał, Pen, ale żeby aż miał 

mnie   zastrzelić?   –   ciągnęła   dalej   powątpiewająco.   –   Na   miłość   boską,   nie   bądź   taka 
melodramatyczna.   Przypuszczam,   że   przyzwoici   ludzie   często   nie   godzą   się   z   nim 
rozmawiać.

– Myślę, że wcale tak nie jest. – Panna Sanford ruszyła przodem w kierunku tłumu 

otaczającego stół z przekąskami. – A właściwie to chyba raczej on rzadko odzywa się do 
przyzwoitych ludzi. Przez cały ostatni sezon widziałam go raptem trzy razy. – Przysłoniła 
usta haftowaną chusteczką i zdusiła chichot. – No, ale ja nieczęsto bywam w klubach i 
kasynach.

– Teraz to ty jesteś niemądra – uśmiechnęła się w końcu Lilith. – Ja naprawdę nie mam 

już dłużej ochoty o nim rozmawiać.

– Ale niewątpliwie zrobiłaś mu afront – upierała się Pen, biorąc ją znowu pod rękę – i 

ja muszę o tym opowiedzieć Mary.

– Och, Pen, proszę, nie rób tego – protestowała znowu Lilith, ale daremnie.
Penelopa dopadła Mary i z ożywieniem opowiedziała jej całą historię; przyjaciółka 

była pod wrażeniem. Lilith słyszała już wcześniej rewelacje na temat trybu życia markiza, 
jeszcze   zanim   jej   stopa   postała   w   Londynie:   szalone   opowieści   o   pojedynkach   i 
popijawach, lampartowaniu  się i grach hazardowych. Nie spodziewała  się, żeby miała 
Dansbury'ego kiedykolwiek poznać, ale wyobrażała go sobie w postaci na wpół pantery, a 
na wpół diabła, muszącej wzbudzać czystą grozę w każdej przyzwoitej kobiecie, do której 
się zbliżył.

A   przecież   jej   nie   przeraził   w   najmniejszym   stopniu.   Zafascynował   –   to 

niewykluczone, przynajmniej chwilowo. Niewątpliwie przypominał diabła, bo ubrany był 
bez reszty na czarno, nie nosił praktycznie żadnych ozdób, a zwrócił na siebie jej uwagę 
po prostu mocą swojej mrocznej, władczej obecności i ciemnych, czarujących oczu.

Markiz   Dansbury   był   mężczyzną   wysokim,   o   ciemnych,   falistych   włosach,   nieco 

dłuższych niż nakazywała bieżąca moda, wysokich kościach policzkowych i sardonicznie 
wygiętych brwiach. Kiedy przemawiał do niej tym swoim głębokim, melodyjnym głosem, 
Lilith trzymała ręce zaciśnięte za plecami, żeby nie zobaczył, jak drżą. I dopóki Penelopa 

background image

nie powiedziała jej, kim jest, bardzo, ale to bardzo chciała go poznać. Ku jej nieustającej 
irytacji nie była w stanie przestać myśleć o nim i zastanawiać się, jak by to było, gdyby 
swą uwagę skupił na niej ktoś tak nieokiełznany jak on.

– Lilith, jaka ty jesteś odważna – rozpływała się panna Fitzroy, wachlując sobie twarz. 

– Nie mam pojęcia, co bym zrobiła, gdyby zwrócił się do mnie.

–   To   nic   takiego   –   upierała   się   Lilith,   którą   zaczynały   już   trochę   denerwować   te 

nieustanne pochlebstwa. Zerknęła przez ramię i zobaczyła, że pani Pindlewide właśnie 
znalazła się w zasięgu słuchu. – I proszę, nie mówcie już nikomu o tym, co zaszło – 
ciągnęła dalej przyciszonym głosem.  – Jeżeli  ktoś coś wczoraj wieczorem widział, to 
przyjmie, że prosił mnie po prostu o taniec, a ja wyraziłam ubolewanie, iż karnet mam już 
wypełniony.

– Ale, Lilith, czy nie byłaś przerażona?
– Dlaczego miałabym być przerażona? – Lilith ściągnęła brwi.
– Nie wiesz? On kiedyś zabił kobietę, która go potraktowała lekceważąco.
Lilith na moment zamarła, przypominając sobie ogniki gniewu w ciemnych oczach 

markiza. Zmusiła się do niedowierzającego uśmiechu.

– Jestem pewna, że to nieprawda.
– Och, ale to jest prawda – wtrąciła Penelopa. – We Francji, sześć czy siedem lat temu. 

Mój kuzyn Samueł opowiadał mi całą tę historię. Ona go znieważyła, on był bardzo pijany 
i zastrzelił ją.

A więc jednak był tym mrocznym, niemoralnym demonem, jakim przedstawiały go 

opowieści. Zaskoczyło ją to, jak bardzo się przez moment czuła rozczarowana.

– Przypuszczam więc, że powinnam czuć się szczęśliwa, iż wczoraj wieczorem nie był 

pijany.

Zaczęła się po raz kolejny  zastanawiać, co ją opętało, żeby się w ogóle do niego 

odezwać. Równie dobrze mogła milczeć albo uprzejmie skinąć głową i pozdrowić go; a 
nawet byłoby tak dużo lepiej. Chociaż sądząc po tym, co mówiono, markiza Dansbury nie 
sposób odprawić uprzejmie.

Dlaczego   zachęciła   go,   żeby   do   niej   przystąpił?   Absolutnie   nie   powinna   była 

wpatrywać się w nieznajomego, ale kiedy już ich oczy się spotkały, było to... niezwykłe. 
Lilith wiedziała, że jest inteligentną, rozsądną kobietą, ale niczego logicznego nie można 
było dopatrzyć się w dzikim łomotaniu serca na widok tego mężczyzny. Tym niemniej 
wystarczy jedno niewłaściwe spojrzenie ze strony kogoś takiego jak on, żeby zrujnować 
jej reputację. Dzięki Bogu wyszli z Almacka na krótko po tym, jak zrobiła mu afront.

Otrząsnęła się. Było aż w nadmiarze różnych spraw, którymi powinna się przejmować 

nawet   bez   tego   nieszczęsnego   zamieszania   z   markizem   Dansburym.   Lionel   Hendrick, 
hrabia Nance, oświadczył się jej ponownie wczoraj wieczorem, podobnie jak pan Varrick, 

background image

syn wicehrabiego Sendleya.

–   Czy   słyszałaś   coś   o   Peterze   Varricku?   –   zapytała,   biorąc   z   talerza   ciasteczko   i 

pogryzając je.

– Jest dziobaty – odpowiedziała bez wahania Penelopa, marszcząc nosek.
– To wiem. Ale czy słyszałaś coś na temat jego charakteru?
–   Chcesz   powiedzieć,   że   wszystko   ci   jedno,   chociaż   on   wygląda   tak,   jakby   go 

podziobało stado kurczaków?

– Oczywiście, że wolałabym męża o ładnym obliczu – przyznała z oporami Lilith 

żałując,   że   jej   nie   wolno   jak   Penelopie   robić   min,   marszczyć   się   i   chichotać.   Wręcz 
przeciwnie, od momentu ucieczki matki przypominano nieustannie, że nie ma prawa się 
zapominać.   Zbyt   wiele   od   niej   zależało;   nie   mogła   pozwolić   sobie   na   impulsywne 
zachowanie, czy to w gestach, czy w mowie. Ani w myśli. – Ale nie jest to konieczne.

– Och, Lil, on jest okropny.
– Ale ma nieskazitelną opinię spokojnego człowieka – obstawała przy swoim Lilith.
– Podobnie jak grobowiec: też spokojny i nieskazitelny. Lil obejrzała się w kierunku 

ciotki i zniżyła glos.

– Przecież wiesz, że właściwie nie mam wyboru.
Jej przyjaciółka posmutniała i lekko się uśmiechnęła.
– Wiem. Przepraszam cię. – Penelopa była wesoła, ale z łatwością potrafiła współczuć 

ludziom i Lilith czuła się szczęśliwa, że może ją zaliczać w poczet swoich przyjaciółek. – 
Gdzie przebywa dziś popołudniu twój brat? – zapytała Pen chętnie zmieniając temat. – 
Jeżeli pozwolisz, że zapytam.

–   Oczywiście,   że   pozwolę.   William   pewnie   jest   jeszcze   w   łóżku,   odsypia   nocne 

rozrywki. Wrócił do domu dopiero około szóstej nad ranem. Powiedział Bevinsowi, że 
poznał bajeczną grupę nowych znajomych i że pozwolili mu zobaczyć od środka coś, co 
nazywali Haremem Jezabel, i że przegrał dziesięć funtów. Co prawdopodobnie znaczy, że 
przegrał pięćdziesiąt.

William   zdecydowanie   rozhulał   się   od   ich   przyjazdu   do   Londynu.   Dopiero   co 

ukończył   cztery   obrzydliwe   lata   studiów   w   Cambridge   i   po   raz   pierwszy   w   życiu 
dysponował gotówką, był więc większym frajerem, niż mu się wydawało. A przywracanie 
honoru rodzinie było gigantycznym obowiązkiem, jeszcze zanim ujawniła się Williamowa 
skłonność do szaleństw.

– Jestem pewna, że to całkowicie niewinne – pocieszała ją Pen.
– Och, wątpię, czy masz rację – westchnęła Lilith.
– No więc kto właściwie ci się dotychczas oświadczył? –
Mary wróciła do tematu, który najbardziej leżał jej na sercu. – Ja otrzymałam na razie 

tylko jedną propozycję, od Freddiego Pambly, a mój ojciec mówi, że Freddie ma nie dość 

background image

brzuchatą sakiewkę, by wynagrodziła ona szczupłość jego umysłu. Lilith rozchichotała 
się.

– Rzeczywiście otrzymałam kilka propozycji – przyznała – ale przekonana jestem, że 

nieuprzejmie byłoby liczyć.

– Och, bzdura – odparowała Pen przewracając oczami. – Oświadczyło jej się czterech. 

Hrabia Nance, pan Varrick, pan Francis Henning oraz pan Giggins.

– A co z jego książęcą mością? Uśmiech znikł z twarzy Penelopy.
– Cicho, Mary.
Rozbawienie Lilith również gwałtownie przygasło i przeszedł ją lekki dreszcz.
– Nie otrzymałam żadnej propozycji małżeńskiej od księcia Wenforda. Nie mówcie, 

proszę, nikomu – zamruczała – ale mam nadzieję, że gdzie indziej dokona wyboru.

Geoffrey Remdale, książę Wenford, był w tym samym wieku co szalony król Anglii, 

Jerzy, a plotka głosiła, że obydwaj panowie przyjaźnili się ze sobą za młodu. Lilith trudno 
było uwierzyć, by jego książęca mość miał kiedykolwiek w życiu kogokolwiek nazwać 
przyjacielem, by kiedykolwiek roześmiał się z jakiegoś żartu, czy uśmiechnął na dowcipną 
ripostę. Ten siwowłosy mężczyzna o stalowoszarych oczach nad wielkim, orlim nosem 
odkrył ją wśród panien na wieczornym przyjęciu u lady Neuland i zapytał o jej wiek, wagę 
i wzrost, zupełnie jakby była klaczą. A potem podczas spotkań towarzyskich dwa razy 
wyszukał jej ojca i obaj panowie spędzili po kilka minut na omawianiu czegoś. Ojciec 
nigdy   nie   ujawnił   tematu   tych   dyskusji,   a   kiedy   zapytała,   czy   dowiedział   się   czegoś 
ciekawego, tylko się uśmiechnął. Jego dobry humor niepokoił ją.

Wenford był już żonaty trzy razy i pochował wszystkie trzy żony, a żadna z nich nie 

dała mu dziedzica. Krążyły plotki, że po sześciu miesiącach małżeństwa jego niedawno 
zmarła ostatnia żona, o połowę od niego młodsza, a przecież wciąż starsza od Lilith o 
dziesięć lat, wolała się któregoś wieczora położyć do łóżka ze szklanką wina z czarnego 
bzu   zaprawionego   cykutą,   niż   obudzić   się   jeszcze   raz   w   Wenford   Park.   I   chociaż   ta 
opowieść   robiła   wrażenie   udramatyzowanej   i   udziwnionej,   Lilith   nie   mogła   o   niej 
zapomnieć,   od   kiedy   książę   skierował   na   nią   swoje   ekscentryczne,   na   wpół   szalone 
spojrzenie.

– Lil?
Lilith wzdrygnęła się i popatrzyła znowu na Pen.
– Przepraszam cię?
– Sprawiasz wrażenie przygnębionej. Nie martw się. Jestem pewna, że jego książęca 

mość   znajdzie   sobie   jakąś   wdowę   o   surowej   twarzy,   która   będzie   go   uważała   za 
chodzącego romantyka.

Lilith blado się uśmiechnęła.
–   Tak,   prawdopodobnie   masz   rację.   Pewnie   pyta   o   wzrost   i   wagę   wszystkie 

background image

debiutantki.   –   Jej   uśmiech   stał   się   bardziej   szczery.   –   Wiesz,   chodzi   o   zachowanie 
standardów w królestwie.

– Panie i panowie – zaintonował główny lokaj, chociaż tego popołudnia obecnych było 

rozpaczliwie niewielu panów. – Jeżeli zechcielibyście zająć miejsca, lady Josephine za 
chwilę rozpocznie.

Lilith   odwróciła   się   z   westchnieniem,   szukając   ciotki.   W   pół   drogi   do   pokoju 

muzycznego usłyszały z Penelopą gdzieś za sobą cichy okrzyk. Na drugim końcu holu 
podniosły się szepty i niczym fala popłynęły w ich stronę. Lilith odwróciła się... i zamarła.

U   szczytu   schodów,   za   plecami   wzburzonego   lokaja,   stał   w   towarzystwie   jeszcze 

jednego dżentelmena markiz Dansbury. Jego znajomy wyglądał na onieśmielonego, wargi 
zaciskał w pełnym złości, skruszonym uśmiechu. Po Dansburym nie widać było ani cienia 
skrępowania,   kiedy   swobodnym   krokiem   szedł   przez   tłum   wpatrujących   się   w   niego 
kobiet. Kompletnie czarny strój, który miał na sobie poprzedniego wieczoru, zmienił na 
ciemnozielony surdut i beżowe spodnie, ale przez te delikatniejsze kolory nie wydawał się 
ani trochę mniej niebezpieczny. Wrażenia tego nie łagodziła też jego lekko rozbawiona 
mina, z którą stanął przed lady Delpont i ujął jej dłoń.

–   Milady,   błagam   o   wybaczenie   za   moje   tak   wielkie   spóźnienie,   ale   dopiero   się 

obudziłem. – Pochylił się do przodu, jakby jej się z czegoś zwierzał, chociaż nie zadał 
sobie trudu, by ściszyć glos. – Byłem wczoraj pod dobrą datą. Ululałem się w pesteczkę. – 
Na ten jego uśmiech nawet zakonnica mogłaby zapomnieć o swoich ślubach.

Stojąca obok Lilith Pen zdusiła pełen zaskoczenia chichot. Lady Delpont znana była 

wszem i wobec jako wojująca abstynentka i powiadano, że nie pozwalała, by choć jedna 
kropla diabelskiego trunku znalazła się w jej domu  – czy w gardle jej męża  – przez 
ostatnie dwadzieścia lat, od kiedy byli małżeństwem.

–   Ja...   –   Lady   Delpont   otworzyła   usta,   zamknęła   je   ponownie,   popatrzyła   na 

otaczających   ją   zasłuchanych   gości   i   z   przyklejonym   do   zaczerwienionej   twarzy 
uśmiechem powiedziała: – Cieszę się, że zdążył pan na czas, milordzie, by wysłuchać 
ostatniego utworu.

– Wspaniale. – Dansbury pokazał na swego towarzysza. – Zna pani Ogdena Price'a, 

nieprawdaż? Price, lady Delpont.

Price   postąpił   krok   do   przodu   i   pochylając   z   zażenowaniem   głowę   ujął   dłoń   pani 

domu.

– Lady Delpont.
– Panie Price. – Lady Delpont odwróciła się ponownie do gości; oczy miała szeroko 

otwarte, jakby w koszmarnym śnie na jawie. – Pójdziemy? – Zachichotała nerwowo i 
gestem wskazała pokój muzyczny.

– Co za zuchwałość! – syknęła Lilith, kiedy Dansbury ujął dłoń pani domu, położył ją 

background image

sobie na rękawie i poprowadził lady Delpont. Price powlókł się za nimi, a cała reszta 
zgromadzonych, nie chcąc uronić ni słowa, zbiła się tuż za ich plecami.

– Czy sądzisz, że lady Delpont naprawdę go zaprosiła? – zapytała Mary.
– Jestem pewna, że niczego takiego nie zrobiła. Ale nie mogła go przecież na oczach 

wszystkich wyrzucić.

– Lilith, proszę tu przyjść – rozkazującym tonem zawołała od drzwi ciotka.
– Lil – szepnęła Pen, kiedy pospiesznie wchodziły do środka, żeby ponownie zająć 

swoje miejsca – co ty teraz zrobisz?

Kątem oka Lilith przypatrywała się, jak Dansbury opada na fotel w rzędzie przed nimi, 

o kilka miejsc w bok.

– Nie mam zamiaru niczego robić – odpowiedziała półgłosem. – To przecież nie moja 

wina, że on się tu pojawił.

Lady Josephine stała przy fortepianie obok matki, która mocno ściskała jej dłoń.
– Panie i panowie – oznajmiła Josephine; głos jej drżał i nie było w nim cienia tej 

pewności   siebie,   z   jaką   przemawiała   wcześniej.   –   Dla   waszej...   przyjemności   zagram 
teraz... zagram „Koncert fortepianowy amol" Mozarta. – Dygnęła.

Kiedy Josephine siadała i poprawiała nuty, Dansbury zaczął klaskać. Potem pochylił 

się i powiedział coś szeptem do swego towarzysza, a następnie obejrzał się na Lilith. Ich 
oczy się spotkały i Lilith nie spuściła wzroku. W oczach markiza na krótką chwilę pojawił 
się jakiś nowy wyraz, jakby poczuł się on zaskoczony. Potem jego wargi wygięły się w 
diabelskim, zmysłowym uśmiechu i odwrócił się twarzą do fortepianu.

Lilith zaparło dech w piersi. A więc to z jej powodu znalazł się tutaj i z jej powodu 

dręczył lady Josephine i jej matkę. Zerknęła pospiesznie na ciotkę Eugenię, ale ta szeptała 
coś do pani Hadlington. Ukradkiem rzuciła jeszcze raz okiem na markiza i przekonała się, 
że skoncentrował się na biednej lady Josephine, która okropnie fałszowała.

Nie   potrafiła   sobie   wyobrazić,   żeby   ktoś   miał   czelność   tak   po   prostu   wejść   na 

spotkanie, na które nie był zaproszony, a potem oznajmić, że się spóźnił, bo pił przez całą 
noc! A przecież Dansbury siedział tam i, jak się zdawało, doskonale się bawił. Kto mógł 
mu powiedzieć, że ona tu będzie?

Lilith zacięła zęby. Zaczynała mieć obsesję na punkcie tego łajdaka. To mógł być 

przecież przypadek. Może Dansbury i pan Price usłyszeli muzykę i pozwolili sobie wejść 
do środka, wiedząc, że nikt ich stąd nie wyprosi. I może po prostu zaskoczyło go to, że ją 
zobaczył. No właśnie. To na pewno tylko przypadek.

Przecież wczoraj wieczorem nie zrobiła ostatecznie niczego złego, myślała sobie z 

oburzeniem.   To  on  postąpił   niewłaściwie,   że  tak  śmiało  zwrócił  się   do  niej,  a  potem 
przyglądał jej się od stóp do głów, jakby oceniał swój następny posiłek!

– Lilith – syknęła ciotka.

background image

Lilith zamrugała i odwróciła się do niej.
– Słucham, ciotko?
– Nie wpatruj się tak w tego mężczyznę.
– Ja wcale... – Nie, jednak się w niego wpatrywała; powściągnęła chęć zmarszczenia 

brwi. – Tak, ciotko.

– Nie będziemy mieć absolutnie nic wspólnego z osobami tego pokroju, obojętne czy 

należą do arystokracji, czy nie. Zrozumiano?

– Tak, ciotko Eugenio – odpowiedziała Lilith sztywno. – Zdaję sobie z tego sprawę. 

Absolutnie nie pragnę mieć z nim nic wspólnego.

– Dobrze. Twój ojciec poczułby się bardzo rozczarowany, gdyby zobaczył, że strzelasz 

oczkami do takiej osławionej kreatury.

To   było   niesprawiedliwe;   przecież   wpatrywała   się   wyłącznie   w   tył   głowy 

Dansbury'ego i marzyła o tym, żeby sobie poszedł. Ale sprzeczanie się z ciotką Eugenią, 
która miała obsesję na punkcie przyzwoitości, mogło tylko przysporzyć jej kłopotów.

– Tak, ciotko.
Lady Josephine przestała rąbać w klawisze i koncert się skończył. I znowu Dansbury 

był   pierwszym,   który   zaczął   klaskać,   a   potem   poszedł   pogratulować   młodej   damie 
wykonania utworu.

– Okropny człowiek – wymamrotała  ciotka Eugenia i pociągnęła Lilith za rękę w 

kierunku drzwi. – Teraz krąży i terroryzuje młode dziewczęta, jak widzę. Dzięki Bogu, że 
wczoraj twój karnet był pełen.

Lilith przytaknęła, czuła radość, że udało jej się wymknąć. Pozostawało jej tylko mieć 

nadzieję, że markiz Dansbury bawi się, zrażając do siebie wszystkie debiutantki, i wczoraj 
wieczorem po prostu przyszła kolej na nią. Ale mimo to, kiedy schodziła za ciotką po 
schodach i kierowała się do powozu ojca, wydawało jej się, że czuje na plecach jego 
spojrzenie.

– Dobry Boże, to było potworne – oznajmił Price po drodze do czekającego na nich 

powozu markiza.

Jack obserwował oddalający się pojazd, w którym siedziała Lilith; na słowa przyjaciela 

odwrócił się.

– Ale warto było pocierpieć, jak mi się zdaje. – Odprawił swój powóz skinieniem ręki, 

wolał się przejść. Musiał się zastanowić, a nie potrafił myśleć, kiedy rzucało nim to tu, to 
tam. – Poza tym coś mi się zdaje, że przypominam sobie, jak mówiłeś wczoraj wieczorem, 
że dobrze by mi zrobił wypad w przyzwoite towarzystwo.

Price skrzywił się.
– Powiedziałem, że by ci to nie zaszkodziło.
– No cóż, nie miałeś racji. Gra młodej lady Josephine przypomina bardzo marcowe 

background image

kocie wrzaski. Ale dokonałem tego, co zamierzyłem.

– Nawet słowa z nią nie zamieniłeś – powiedział jego towarzysz, spoglądając spod oka 

na markiza.

– Wiem. Nie było to konieczne. Price potrząsnął głową.
– Szalona pałka – wymamrotał. – Mówiłem tak już dziesięć lat temu w Oxfordzie, a od 

tego czasu zrobiłeś się jeszcze gorszy.

Przeszli przez aleję na Grosvenor Street. Minęło już sporo czasu, od kiedy Jack po raz 

ostatni   oglądał   od   wewnątrz   stojące   tu   domy,   jako   że   należały   one   do   najstarszych, 
najbardziej szanowanych rodzin w Mayfair. I minęło już sporo czasu, od kiedy któraś z 
tych rodzin złożyła mu wizytę na Grosvenor Square. Jemu przynajmniej nadal wydawało 
się zabawne,  że mający  najgorszą  w Londynie opinię arystokrata mieszka  w jednej z 
najwspanialszych londyńskich rezydencji. Wzruszył ramionami, wymachując ze swobodą 
trzymaną w ręce laseczką.

– Czy naprawdę minęło dopiero dziesięć lat, od kiedy ukończyliśmy studia? Wydaje 

mi się, że to już całe wieki.

– Poczułem się wczoraj, jakbym miał na karku setkę, kiedy ten pisklak opowiadał o 

swoich przygodach w Londynie – stwierdził z przygnębieniem Price.

– Młody William Benton jest kluczowym pionkiem w mojej grze. Zostaw go mnie, 

jeśli można prosić.

Price westchnął.
– Naprawdę wolałbym, żebyś mnie nie wciągał w swoje obłąkane plany.
– Naprawdę?
– Tak. Zwłaszcza jeżeli wplątujesz w to niewiniątka, które nie mają pojęcia, co z ciebie 

za czort.

– Ależ dzięki ci, Price. – Jack zatrzymał się, złożył mu lekki ukłon i ruszył dalej. – A 

poza tym nie ma ludzi niewinnych. No i to ona zaczęła.

– Zrobiła ci afront, ale miała ku temu powody; słaby to pretekst, żeby kompromitować 

dziewczynę.

I pewnie tak było. Ostatniej nocy, gdzieś między czwartą a piątą butelką portwajnu, 

doszedł do wniosku, że to nie o ten afront tak naprawdę się obraził. Chodziło mu o to, że 
poczuli do siebie sympatię, a ona się tego zaparła. Między nimi naprawdę coś było; dziś 
znowu to poczuł, kiedy popatrzyła mu w oczy. Niech ją cholera.

– Panna Benton chyba nie poznała cię, Price – powiedział, wracając do tematu. – Jak 

mówiłeś, ile to czasu za nią gonisz?

– Niczego takiego nie mówiłem. O ile sobie przypominam, powiedziałem, że miło na 

nią popatrzeć.

A   „Sonata   księżycowa"   Beethovena   to   taki   pierwszy   lepszy   utworek.   Jack 

background image

przypuszczał, że w tym właśnie sęk. Lilith była najśliczniejszą istotą, jaka kiedykolwiek 
wpadła mu w oko; gdyby nie to, pewnie odprawa nie... irytowałaby go aż tak bardzo. Tej 
dzierlatce należało dać nauczkę, której nie zapomni. Jeżeli wszystko ułoży się zgodnie z 
jego planem, spędzi z nią jakiś wieczór w bardzo intymnej bliskości, a to wynagrodzi mu 
wszystkie kłopoty.

– Co ci powiedziało twoje młode źródło informacji, gdzie się wybiera dziś wieczorem 

jego siostra?

–   Do   opery.   Na   „Cadmus   et   Hermione",   jak   mi   się   zdaje.   –   Price   popatrzył 

wyczekująco na Jacka. – Lully'ego.

– Opera – westchnął markiz. Jego towarzysz skinął głową.
– Opera.
– Do diabła. – Jack strzelił trzcinką o but. – Mam jeszcze wciąż lożę, czyż nie?
– Nie korzystałeś z niej przez ostatnie dwa lata.
–   Wiem,   ale   ona  tak   ślicznie   wygląda,   jak   stoi   pusta,   nie   sądzisz?   Zwłaszcza   że 

awanturuje się o nią Tarrington.

Price roześmiał się.
– Zaczął się awanturować dopiero wtedy, kiedy zaprosiłeś jego kochankę, by się tam 

do ciebie przyłączyła.

–   Ujmująca   istotka   z   tej   Amelii.   I   nawet   lubi   ryzyko.   –   Zerknął   spod   oka   na 

towarzysza. – Nie sądzę, żebyś miał ochotę mi towarzyszyć.

– Wolałbym się nabawić jakiejś zarazy.
–   Nie   bardzo   mogę   iść   sam...   –   Jack   przerwał,   jego   usta   wygięły   się   w   lekkim 

uśmiechu. – Ha. Niekiedy jestem całkiem genialny.

– Co?
– Antonia. Później będę ją mógł przedstawić Williamowi.
– Za coś takiego czeka cię piekło, chyba wiesz.
Jack nieskruszony pokiwał głową, w myśli planował następne posunięcia na wieczór.
– Już sobie utorowałem drogę do Jerycha. Ale jeżeli nie masz apetytu na rozrywkę, to 

nie. Z tym że drugi raz nie będę cię prosił.

Price wzruszył ramionami.
– Ktoś powinien ci przypominać, jak źle się prowadzisz. Jack roześmiał się szczerze 

rozbawiony.

–   Od   tego   mam   cały   Londyn,   mój   chłopcze.   –   A   szczególnie   jedną   zatraconą 

dzierlatkę.

Loża teatralna sąsiadująca bezpośrednio z lożą lorda i lady Sanford stała pusta. A jeżeli 

uwzględnić, że „Cadmus et Hermione" była najmniej ulubioną z francuskich oper Lilith, 
nic dziwnego, że zazdrościła ona nieobecnym sąsiadom.

background image

– Lilith, proszę się trzymać prosto. Dziewczyna posłała ciotce poirytowane spojrzenie.
– Przecież siedzę prosto.
– Chyba mogę tego po tobie oczekiwać. Przygląda nam się w tej chwili książę Stratton.
Lilith   uniosła   w   górę   wachlarz   i   wyjrzała   zza   jego   skraju.   Z   wysokiej,   obficie 

zdobionej loży po drugiej stronie teatru ktoś wycelował lornetkę w jej kierunku. Szybko 
wróciła spojrzeniem na scenę.

– Tak tego nie lubię, jak się ktoś we mnie wpatruje – zamruczała. – Co za grubiaństwo.
– No to wykrzyw się do niego – szepnął William, pochylając się w jej stronę.
Z fotela na tyłach loży lord Hamble dał synowi kuksańca w głowę.
– Idiota.
– Au. – William osunął się niżej w fotelu, rozglądając się dookoła z identycznym jak 

Lilith znudzeniem. Nagle wyprostował się i pokazał na pobliską lożę. – A niech mnie 
wszyscy diabli. Spojrzyj tylko na to.

Lilith   podniosła   wzrok   i   zdusiła   bardzo   nie   licujące   z   zachowaniem   damy 

przekleństwo. Loża przestała być pusta – i markiz Dansbury najwyraźniej z zadowoleniem 
przysłuchiwał się operze.

Jack Faraday rozsiadł się wygodnie, oczu nie spuszczał ze wzniosłego dramatu, który 

rozgrywał się przed nimi na scenie. Obok niego siedziała drobna, ciemnowłosa kobieta z 
błękitnym pióropuszem, który bez wątpienia musiało przypłacić życiem kilka strusi. W 
półmroku   oświetlających   scenę   lamp   gazowych   połyskiwał   oszałamiający   naszyjnik   z 
szafirów. Nie zważając na coraz częstsze zdumione spojrzenia i szepty w innych lożach i 
na parterze, markiz i dama cicho ze sobą rozmawiali, patrząc, jak rozwija się dramat.

Lilith   obserwowała   łajdaka   spod   oka   i   czekała,   kiedy   popełni   on   jakiś   sromotny 

uczynek. Do tej chwili opera interesowała ją w minimalnym stopniu, a teraz nawet ta 
odrobina zainteresowania zniknęła; nie uważała tego za dużą stratę, ale nie potrafiła też 
czuć się swobodnie, kiedy Dansbury był tak blisko niej. Dzieliło ich przecież tylko kilka 
metrów   drewna   i   otwartej   przestrzeni   i   Lilith   zdumiewała   się,   że   nie   czuje,   jak   jego 
spojrzenie wpija się w tył jej głowy.

Antrakt zaczął się szybciej, niż się spodziewała; podniosła się pospiesznie i chciała 

cofnąć się w cienie na tyłach loży.

– Lilith, co ty wyprawiasz? – ofuknął ją ojciec, kiedy mu nastąpiła na nogę.
– Proszę o wybaczenie, ojcze.
– Ach, panna Benton!
Lilith zatrzymała się, a potem powoli odwróciła. Markiz przechylał się przez poręcz 

loży   niepomny   jak   daleko   jest   do   podłogi   na   parterze.   Jego   ciemne   oczy   z   taką 
koncentracją wpatrywały się w błękitną, naszywaną koralikami  suknię, którą miała  na 
sobie, że poczuła się kompletnie naga.

background image

– Milordzie – powiedziała i dygnąwszy odwróciła się znowu.
Ale William już wstał i pospieszył potrząsnąć dłonią Dansbury'ego.
– Słuchaj...
– Czy pan wybaczy...? – Ciotka Eugenia wyniośle mierzyła markiza wzrokiem.
–   Właściwie   to   niechętnie,   ale  nie   sądzę,   żeby   pani   dzięki   temu   odeszła   –   odparł 

markiz z ubolewaniem.

Zaszokowana Lilith zdusiła parsknięcie. Nikt się w ten sposób nie odzywał do Eugenii 

Farlane – chociaż przy wielu okazjach tego żałowała.

– Stephanie! – sapnęła Eugenia i machnęła wachlarzem w stronę brata.
–   Nie   chciałbym   żadnych   nieprzyjemności,   Dansbury   –   powiedział   podnosząc   się 

wicehrabia.

– Ja również nie, Hamble. Pragnąłem tylko powitać twoją córkę i podziękować jej raz 

jeszcze za wnikliwą uwagę wygłoszoną podczas wczorajszego wieczorku. Zmieniła ona 
całkowicie moje życie.

– Ja wcale... – Lilith spiorunowała go wzrokiem. Ojciec ujął ją pod rękę i prawie 

powlókł za sobą w kierunku drzwi na tyłach loży.

– Żegnam, Dansbury – mruknął, wypychając córkę na wąski korytarz i wychodząc za 

nią.

– A ty co sobie wyobrażasz? – Twarz ciotki Eugenii ściągnęła się w furii; siostra ojca 

niemal jednym susem wypadła z loży. – Ty naprawdę odezwałaś się do niego?

– On skłamał! – odparła Lilith. – Wcale z nim nie rozmawia...
– Dość tego – przerwał ojciec. – Williamie, idziemy. William potrząsnął głową i cofnął 

się w kierunku loży.

– Chyba jednak zostanę i obejrzę operę do końca, ojcze. Całkiem interesująca.
Otworzyły się drzwi sąsiedniej loży i Dansbury leniwie wyszedł na korytarz.
– Ajajaj, czyżbym wywołał awanturę?
Hamble zacisnął pięści, a Lilith – pamiętając, jaką opinię zyskał sobie Dansbury przy 

pojedynkach i obawiając się, że ojciec może go uderzyć – stanęła pomiędzy nimi.

– Tak, milordzie. Zegnamy.
– Dobranoc, panno Benton – dobiegł cichy głos zza jej pleców. – Miło było panią 

znowu widzieć.

Chociaż Lilith spodziewała się następnej bury, jej krewni milczeli, kiedy szła przed 

nimi do powozu. Przynajmniej raz zachowała się chyba jak trzeba. Siadając w miękko 
wyściełanym powozie Lilith zmarszczyła brwi; zastanawiała się, kim mogła być kobieta, 
która ośmielała się publicznie pokazywać z markizem Dansburym i czy to on ofiarował jej 
te przeklęte, prześliczne klejnoty.

background image

3

Kiedy Bevins otwierał drzwi, żeby wpuścić Williama, Lilith siedziała właśnie przy 

śniadaniu. Na hałas podniosła oczy, potem odetchnęła z ulgą i wróciła do smarowania 
dżemem grzanki, wdzięczna, że ojciec i ciotka Eugenia wciąż jeszcze leżą w łóżkach. 
Było dużo za wcześnie na następną rundę dyskusji o hulankach Williama. Przynajmniej 
brat zdąży się położyć, a zanim się zbudzi, ojciec pójdzie składać te swoje „polityczne" 
wizyty, starając się nawiązać z powrotem stosunki, które zerwał, kiedy przed sześciu laty 
opuszczał Londyn.

– Lil?
Podniosła oczy. Drzwi do pokoju śniadaniowego uchyliły się ze skrzypieniem, ale w 

wąskiej szparze nie pojawił się nikt.

– Dzień dobry, Williamie. Wszyscy jeszcze śpią.
– I dzięki Bogu. – Drzwi otworzyły się szerzej i jej brat lekkim krokiem wszedł do 

środka. – Jestem na takim rauszu, że nie mam najmniejszej ochoty wysłuchiwać wrzasków 
ojca.

Fular   Williama   przypominał   kompletnie   zwiędły   liść   i   zwisał   apatycznie   po   obu 

stronach kołnierzyka; młody człowiek oczy miał zaczerwienione i podkrążone na czarno 
ze zmęczenia. Nie da się ukryć, że śmierdziało od niego trunkami i cygarami, i – o ile 
Lilith się nie myliła – kobiecymi perfumami. A co najgorsze, szeroko się uśmiechał. Źle to 
wróżyło na przyszłość.

– Zakładam, że dobrze się bawiłeś tej nocy?
Nalała bratu filiżankę herbaty, a on osunął się na krzesło obok niej. Czasami trudno 

było uwierzyć, że William jest o trzy lata od niej starszy, jako że nigdy nie wykazywał 
najmniejszych skłonności do odpowiedzialnego i rozsądnego zachowania. Ojciec mawiał, 
że w tym samym stopniu podobny jest do matki, w jakim – obstawał przy tym uparcie – 
Lilith podobna do niej nie będzie. Pozorna głupota brata nie przekonywała jednak Lilith; 
uważała, że William po prostu buntuje się przeciw rygorom. Niekiedy żałowała, że sama 
nie może tego zrobić.

– Och, było wspaniale. Wiesz, coś mi się zdaje, że nawet ci moi koledzy ze studiów, 

którzy szaleli po mieście, nie mieli pojęcia, jak się tu można zabawić. – Objął dłońmi 
gorącą filiżankę z herbatą i osunął się jeszcze niżej. – Wszystko zasadza się na poznaniu 
właściwych ludzi.

– Ach. – Lilith bez cienia entuzjazmu przyglądała mu się kątem oka. – A ty poznałeś 

tych właściwych ludzi, czy tak?

– Zdecydowanie tak. – William zachichotał. – Oni o Londynie wiedzą wszystko, znają 

każdą dziurę i każdy zakamarek tego miasta. – Pociągnął łyk herbaty, a potem pochylił się 

background image

do przodu, żeby wziąć sobie grzankę. – Na dzwony piekieł, Lil, mają tu takie prywatne 
przyjęcia   karciane,   o   których   wie   bardzo   niewielu   ludzi,   a   jeszcze   mniej   bywa 
zapraszanych do uczestnictwa!

– Co ty powiesz? – zapytała jego siostra z udanym zdumieniem i oparła brodę na dłoni. 

– Opowiedz mi o tym.

– Możesz się ze mnie naśmiewać, jak chcesz, ale było ekstra. A Jack mówi, że nawet 

Prinny przynajmniej raz w sezonie bierze udział w karcianych przyjęciach u Antonii.

Lilith jakoś przykro wszystko się w środku skręciło.
– Jack?
–   Jack   Faraday   –   kiwnął   głową   William.   –   Markiz   Dansbury.   Wie   o   hazardzie 

wszystko, ale ja też znam parę sztuczek. – Odstawił herbatę i szeroko się uśmiechnął. – 
Ograłem go na trzydzieści funtów tej nocy, a on nie miał pojęcia, jakim cudem.

– Markiz Dansbury – powtórzyła Lilith odrętwiała. William naprawdę nie miał ani 

krzty rozumu. – Markiz Dansbury.

Brat ujął jej dłonie w swoje ręce.
– Nie trap się tym, Lil – przypochlebiał się. – Dansbury to dobry gość. Naprawdę. Z 

najwyższej półki. Zabrał mnie przedwczoraj wieczorem ze sobą do Haremu Jezabeli. On i 
Ernest Landon, i Price.

– Zabrał cię do Haremu Jezabeli.
– Co się z tobą dzieje, Lil? Powtarzasz jak papuga. – William znowu szeroko się 

uśmiechnął. – Coś mi się zdaje, że chyba powinnaś mieć więcej rozrywek.

– Powinnam... – Lilith przerwała, kiedy uświadomiła sobie, że znowu powtarza jak 

papuga. – Williamie, czy zdajesz sobie sprawę, w co się wdałeś?

– Nie. A dlaczego? – Jej brat zmarszczył brwi.
– Dansbury to człowiek bardzo podłego charakteru – powiedziała Lilith poważnie. – 

On...

William pogroził jej palcem.
– Nonsens. Złościsz się tylko dlatego, że cię zirytował tamtego wieczoru.
– On mnie co...?
–   Wiesz,   kiedy   podszedł,   żeby   się   przedstawić,   a   pod   tobą   kolana   się   ugięły   – 

zachichotał   William.   –   Mówił,   że   obawiał   się,   iż   padniesz   zemdlona   na   środku   sali 
balowej,   ale   powiedziałem,   że   nigdy   nie   zrobiłabyś   czegoś   równie   głupiego.   Chociaż 
muszę przyznać, że na operze niewiele lepiej się zachowałaś.

Tego już było po prostu za wiele. Lilith zerwała się na równe nogi.
– Wcale się pode mną kolana nie uginały, kiedy Dansbury się do nas zwrócił. On ma 

kompletnie   zaszarganą   opinię,   więc   nie   chciałam   mieć   z   nim   do   czynienia!   I   to   mu 
powiedziałam.   A   ty   powinieneś   zrobić   to   samo,   zanim   ściągnie   cię   ze   sobą   na   dno, 

background image

Williamie. Dobry Boże, dlaczego on według ciebie nawiązał z tobą stosunki? Dlatego, że 
chce się na mnie zemścić za to, że go wprawiłam w zażenowanie. I... William również się 
zerwał.

–   Masz   jakieś   omamy,   Lil.   To,   że   nawiązaliśmy   ze   sobą   znajomość,   nie   ma   nic 

wspólnego z tobą.

– To, że nawiązałeś znajomość z kim, Williamie?
Lilith   i   William   wzdrygnęli   się,   kiedy   do   pokoju   wkroczył   ich   ojciec.   Chociaż 

wicehrabia Hamble zadał to pytanie, to sądząc po zaciętym wyrazie twarzy musiał słyszeć 
przynajmniej końcową część ich rozmowy. Stephen i William Bentonowie byli z wyglądu 
bardzo do siebie podobni, tyle że ojciec miał czoło pomarszczone i włosy nieco posiwiałe 
na skroniach. Pod względem usposobienia różnili się jednak diametralnie. William był 
niefrasobliwy i wesoły, natomiast wicehrabia stateczny i jeszcze bardziej powściągliwy 
niż Lilith. Martwiło ją to, że od sześciu lat, kiedy zdradziecko opuściła go żona, uśmiech 
tak   rzadko   pojawiał   się   na   jego   twarzy   i   mogła   tylko   wyrażać   nadzieję,   że   sukcesy 
towarzyskie i pomyślne małżeństwo córki przyniosą ulgę zbolałemu sercu ojca.

– Z kilkoma nowymi przyjaciółmi, ojcze – wymamrotał William. Przeciągnął się i 

szeroko ziewnął. – Pewnie powinienem się trochę przespać, jeżeli mamy dziś wieczorem 
brać udział w balu u Feltonów.

– Williamie, powiem to raz i powtarzał nie będę. – Wicehrabia zajął miejsce u szczytu 

stołu śniadaniowego. – To, jak się prowadzisz w Londynie, przynosi ujmę lub zaszczyt 
nam   wszystkim.   Ufam,   że   posłużysz   się   tą   odrobiną   inteligencji,   którą   posiadasz,   by 
unikać dalszego pohańbienia tej rodziny. Czy to jest jasne?

– Tak, ojcze. Jasne jak słońce. – William sztywno skinął głową.
– Dobrze.
Lilith ze ściągniętymi brwiami wpatrywała się w plecy wychodzącego brata. Została 

dużo surowiej zbesztana przez ciotkę Eugenię tylko za to, że spiorunowała Dansbury'ego 
wzrokiem. William spędził z tym człowiekiem dwie noce na hulankach i upomniano go 
tylko, żeby się dobrze zachowywał! A do tego tak się przejmował nowymi znajomymi, że 
ślepy   był  na   przyczyny,   dla   których  ktoś  taki,   jak  osławiony   markiz   Dansbury,  mógł 
pragnąć towarzystwa takiego młodzika, jak on.

– Lilith, proszę pamiętać, by zachować dziś wieczorem po jednym walcu dla Nance'a i 

dla Jeremyego Gigginsa. Dla tego idioty Henninga tylko kadryla, a dla Petera Varricka 
kontredansa, jak sądzę, chyba że w czasie balu będą proponowali cztery walce. – Tu 
wicehrabia zadzwonił po dzbanek świeżej herbaty.

– Ale to w sumie tylko trzy walce – zwróciła mu uwagę Lilith.
–   Trzeba   zachować   jednego   walca   dla   najbardziej   obiecującego   kandydata   – 

odpowiedział ojciec i spojrzał przelotnie na lokaja. – Przynieś mi poranną gazetę.

background image

– Tak, wielmożny panie.
Lilith opuściła wzrok na filiżankę.
– Czy podjąłeś jakąś decyzję, papo, odnośnie oświadczyn Lionela? W ciągu ostatnich 

dwóch tygodni już dwukrotnie prosił cię o zgodę na zaślubienie mnie.

Ojciec kiwnął głową, kiedy przy jego łokciu zmaterializowała się gazeta, świeżutko 

spod prasy.

– Mogłem się spodziewać, że jego posiadłości będą nieco bardziej znaczące, ale nie 

słyszałem,   by  mówiono  o  nim cokolwiek  złego.  Myślę,  że  nadałby  się,  chociaż  mam 
zamiar   zaczekać   przynajmniej   do   końca   ostatniego   tygodnia,   zanim   udzielę   mu 
odpowiedzi.

Lilith miała nadzieję, że uda jej się nieco bardziej podniecić własnym, coraz bliższym 

małżeństwem,   ale   przynajmniej   ojciec   zrezygnował   chyba   z   kandydatury   księcia 
Wenforda. A ona naprawdę lubiła Lionela, bo chociaż nieco zbyt... solidny, to zawsze był 
uprzejmy i miły.

– Cóż to będzie za ulga, kiedy decyzja zostanie powzięta. – Westchnęła i popatrzyła 

figlarnie na ojca. – Chociaż żałuję, że Lionel nie jest bardziej biegły w tańcu.

– Nie wydaje mi się, żeby było to warunkiem koniecznym dobrego ożenku – oznajmił 

ojciec kategorycznie. – Ma nieskazitelną opinię. I gwiżdżę na to, czy potrafi tańczyć czy 
nie.

– Tak, papo – powiedziała Lilith ze smutnym grymasem. – Droczyłam się tylko z tobą, 

przecież wiesz. Chociaż naprawdę lubię tańczyć.

Niespodziewanie ojciec się roześmiał.
– Nie przejmowałbym się tym na twoim miejscu, moja droga. Jako hrabina Nance 

będziesz miała o wiele za dużo obowiązków, by martwić się, że nie zatańczysz jednego 
czy drugiego walca. – Pochylił się i dotknął jej policzka. – A mimo to nie odprawiaj 
żadnego ze swoich konkurentów, dopóki nie podejmę ostatecznej decyzji. Nie możemy 
ryzykować, że któryś poczuje się urażony.

Lilith pokiwała głową. Przynajmniej się teraz uśmiechał.
– Oczywiście, ojcze.
Zerwał się porywisty wiatr i wył w wąskich, przejezdnych alejkach, które rozdzielały 

rezydencje na tyłach Mayfair. W powietrzu zapachniało deszczem, a mimo to u White'a 
znowu   wywieszono   tablicę   dla   śmiałków,   którzy   mieliby   ochotę   zakładać   się,   czy   w 
czerwcu tego roku spadnie śnieg, czy nie. Markiz Dansbury postawił na całe sześć cali; 
liczył się z przegraną, ale teraz zaczynał zmieniać zdanie. Pogoda była lodowata, w sam 
raz do uganiania się za Lodową Damą.

– Jak myślisz, dlaczego tak się stało?
Jack   zamrugał   i   popatrzył   na   kobietę,   która   siedziała   naprzeciw   niego   na   miękko 

background image

wyściełanym fotelu.

– Dlaczego myślę, że co się stało?
Antonia   St.   Gerard   wyprostowała   się   na   przepastnych   poduszkach   i   dolała   sobie 

brandy do kieliszka.

– Dlaczego nigdy nie zostaliśmy kochankami, Jacku? Markiz uśmiechnął się szeroko i 

opuścił oczy; chciał dokończyć czytanie trzymanej w dłoniach kruchej gazety.

–   Ponieważ   jesteśmy   całkiem   do   siebie   podobni.   Takie   dwie   bojowe   tarantule. 

Pozabijalibyśmy się, zanim skończylibyśmy tarło, czy jak to się tam u tarantul nazywa.

Z cichym chichotem Antonia zwinęła się znowu na fotelu niczym kotka. W świetle 

ognia jej ciemne  włosy połyskiwały lśniącą  miedzią  i spływały na ramię  splecione w 
jeden, lekko zakręcony na koniuszku warkocz.

– To pajęczyca zabija samca, kiedy się skończą parzyć, prawda? – zapytała z leciutkim 

francuskim akcentem.

– Jeszcze jeden wspaniały powód, żeby się nie angażować w tę sprawę z tobą, moja 

droga. – Jack posłał jej rozbawione spojrzenie, potem wrócił do czytania.

–   Kiedy   mnie   odwiedziłeś,   nie   wiedziałam,   że   będziesz   chciał   siedzieć   w  salonie. 

Myślałam, że przynajmniej zechcesz zagrać w karty. Gdyby nie to, nie wstawałabym tak 
wcześnie. W końcu udałam się do moich pokoi dopiero po siódmej rano.

– Powinnaś bardziej rozsądnie rozplanowywać swój dzień.
–   Ha   –   zakpiła   Antonia.   –   Gdybyście   wychodzili   o   bardziej   sensownej   porze, 

miałabym na to jakąś szansę. Można by pomyśleć, że ty nigdy nie sypiasz.

– Nie sypiam. – Nie przestając czytać, Jack wydął wargi. Antonia gestem wskazała na 

stos gazet, które spoczywały po drugiej stronie fotela.

– Czego ty właściwie szukasz w tych papierzyskach?
–   Jesteś   jedyną   znaną   mi   osobą,   która   zbiera   stare   wydania   „London   Times"   – 

odpowiedział Jack. – Szukam nekrologu.

Antonia   wzruszyła   ramionami   i   przeciągnęła   palcem   po   skraju   kieliszka.   W 

odpowiedzi na to wspaniały kryształ zadzwonił czystym ais.

– Nigdy nie wiadomo, jaka wiedza może się później przydać. Czyjego nekrologu?
– Elizabeth Benton. Lady Hamble. – Złożył gazetę, odłożył ją na stos po lewej i wziął 

następne wydanie z wierzchu jeszcze  bardziej pokaźnego stosu po prawej. – Nikt nie 
umiał podać mi dokładnej daty.

– Czy ta dama jest jakąś krewną przystojnego młodzieńca, który przyłączył się do nas 

po operze wczoraj wieczorem?

–   To   jego   matka.   –   Jack   znowu   zaczął   czytać,   potem   zawahał   się.   Antonia   była 

wyrachowana do szpiku kości i postrzegała ludzi wyłącznie w kategoriach zysku i władzy. 
A przynajmniej tak mu się zdawało. Przyglądał jej się przez chwilę, unosząc w górę jedną 

background image

brew. – „Przystojny młodzieniec", Toni?

Antonia uśmiechnęła się i przeciągnęła, przy czym kusząco przesunęło się głębokie 

wycięcie  z   przodu  jej  szlafroczka.   Na  ten  widok  Jackowi   przyszło  na  myśl,   że  może 
jednak warto byłoby narazić się na śmierć albo poćwiartowanie, by poznać ją bardziej 
intymnie.   Zdarzało   się,   zwłaszcza   po   kilku   kielichach   portwajnu,   że   z   trudnością 
znajdował   odpowiedź   na   to   pytanie.   Ale   tego   ranka   tak   się   złożyło,   że   był   niemal 
całkowicie trzeźwy i zdawał sobie sprawę, że przy niej nie wolno mu folgować swoim 
zachciankom.

– Przystojny, tak. I zamożny również – ciągnęła dalej – sądząc z faktu, że pozwoliłeś 

mu się ograć na kilka funtów. Nigdy nie zadajesz sobie trudu, by zarzucać haczyk, jeżeli 
partnerzy nie są wyjątkowo dobrze nadziani.

Markiz przyglądał jej się przez chwilę z namysłem, jego wargi powoli wykrzywiły się 

w uśmiechu. Miał przeczucie, że mademoiselle St. Gerard zadowolona będzie z poznania 
jego nowego przyjaciela. I w oczywisty sposób łatwiej będzie mu usidlić Lilith Benton, 
mając w ręce klucz do ocalenia lub ruiny jej brata. Antonia rujnować potrafiła wspaniale. 
Nieraz już to widział.

– Może przyprowadzę go później do ciebie.
– Dziękuję ci, Jacku – uśmiechnęła się, popijając brandy.
– Cała przyjemność po mojej stronie. – Zaczął badawczo przyglądać się nagłówkom w 

gazecie, którą trzymał w rękach. Wyszła niemal przed sześciu laty, z końcem maja 1815 
roku,   kiedy   to   kraj   –   a   przynajmniej   Londyn   –   opętany   był   myślą   o   Bonapartem   i 
rozważaniami, czy uderzy on na północ od Paryża i zetrze się z Wellingtonem, czy też 
skieruje się na zachód przez Kanał i zaatakuje samą Anglię. Jack zastanawiał się, ile osób 
wiedziało,   jak   bliski   Bonaparte   był   realizacji   tej   drugiej   wersji   planu.   Niewiele,   a 
przynajmniej niewiele z tych, które jeszcze pozostawały przy życiu.

– Coś interesant? – zaciekawiła się Antonia.
– Tak naprawdę to nie. – Odwrócił kartkę. – A, nareszcie. „Elizabeth, Lady Hamble, 

ukochana córka bla, bla, bla, umarła na grypę 14 maja 1815 w wieku trzydziestu i pięciu 
lat." – Wyprostował się. – Hm.

– Co: hm? – zapytała Antonia. – Nic mi to nie mówi.
– Mnie mówi wszystko – odpowiedział Jack. – „Ukochana córka". Jednego słowa o 

ukochanej   żonie   czy   ukochanej   matce.   To   jej   rodzice   zamieścili   zawiadomienie.   – 
Pstryknął palcami w gazetę. – Ani słowa, że „będzie nam jej brakowało", czy że położyła 
wielkie zasługi dla swego kraju, tytułu i kółka hafciarskiego.

Antonia zachichotała.
– A jakie ty położyłeś zasługi, o markizie? – Wstała, płynnym krokiem podeszła do 

jego   fotela   i   przeciągnęła   mu   ciepłą   ręką   po   ramionach.   –   Co   przeczytalibyśmy   w 

background image

zawiadomieniu o twojej śmierci?

– „Zmarł Jonathan Augustę Faraday, markiz Dansbury.  Bogu niech będą dzięki." – 

Złożył   gazetę   i   upuścił   ją   na   stos.   –  Merci,  Antonio.   –   Dopił   portwajn,   zerknął   na 
kieszonkowy zegarek i wstał.

– Czy nie masz zamiaru powiedzieć mi, dlaczego chciałeś zobaczyć ten nekrolog?
Nie powinien tego robić, bo chociaż odczuwał do Antonii pewną sympatię, wiedział, 

że nie bez powodu gromadzi ona informacje o przeszłości różnych ludzi z gazet, listów i 
wszystkiego innego, na czym udało jej się położyć rękę. Dotychczas nigdy nie usiłowała 
niczego wykorzystać przeciw niemu, no, ale on z kolei dokładał starań, by niczego się 
znaleźć   nie   dało   poza   tym,   że   się   ogólnie   źle   prowadził   i   okazywał   niechęć   swoim 
znajomym.

– To tylko taka ciekawostka.
–   Rozumiem   –  powiedziała   Antonia   do  jego   pleców,   kiedy   kierował   się   w  stronę 

drzwi. – A czy ta ciekawostka może mieć coś wspólnego z pewną Lodową Damą?

Jack   zatrzymał   się.   Skoro   o   jego   machinacjach   wiedział   Ernest   Landon,   należało 

założyć,   że   nieźle   orientowali   się   w   nich   wszyscy   co   bardziej   podejrzani   członkowie 
wytwornego towarzystwa. Tym niemniej żałował, że Antonia okazała się aż tak wnikliwa.

– A gdzież to udało ci się coś takiego usłyszeć, moja droga? Antonia podniosła się i 

przyłączyła do niego przy drzwiach.

– To, że ty przestałeś widywać się z Camillą, nie oznacza, że ja się z nią przestałam 

widywać. – Uśmiechnęła się i przesunęła palcem po jego szczęce. – Bardzo jesteś zły na tę 
dziewczynę, prawda?

– Nie. Jestem... poirytowany. – A po tym, jak zobaczył ją wczoraj, zawziął się jeszcze 

bardziej, żeby się z Lilith Benton przespać. Lodowa Dama, czy nie Lodowa Dama, ta 
dziewczyna była kapitalna. Nie miał jednak najmniejszego zamiaru informować Antonii, 
że do Lilith Benton ciągnie go namiętność. – Ale podjąłem kroki, by irytacji zaradzić.

–   Nie   mam   co   do   tego   wątpliwości.   –   Uśmiechnęła   się   ponownie.   –   Biedna 

dziewczyna, nie wiem sama, czy powinnam jej żałować czy zazdrościć. Nie ma szans.

– I o to chodzi.
Antonia pojawiła się obok niego w holu, kiedy brał kapelusz i płaszcz.
– Dowiedziałam się o pannie Benton jednej rzeczy, która cię może zainteresuje, mój 

drogi – rzuciła.

Jack   okrył   ramiona   hawelokiem;   marzył   o   tym,   żeby   się   wreszcie   ociepliło, 

przynajmniej zanim przyjdzie pora na zimę.  – A jakiej to?

– Jej konkurenci. Ach, sępy.
– Tak, ma ich kilka tuzinów, jak mi się zdaje.
– Czy wiesz, że jednym z nich jest książę Wenford? Markiz odwrócił się znowu twarzą 

background image

do   niej,   przez   myśl   przemknęły   mu   miriady   nowych   możliwości   i   planów.   Nie   miał 
pojęcia,   że   Lodowa   Dama   może   być   do   tego   stopnia   zmrożona.   W   jakiś   dziwny, 
niespodziewany sposób poczuł się nią rozczarowany.

– Och, czy aby? Antonia zachichotała.
– Dałeś mi w prezencie młodego Williama, więc możesz uznać, że jesteśmy kwita, 

Jacku.

– Dzięki ci, Toni. Uznaję. – Uchylił z lekkim sercem kapelusza. – Do zobaczenia 

wieczorem. Późnym, jak mi się zdaje. Mam szereg spraw do załatwienia.

– Tak sądziłam, że będziesz miał.
Hrabina   Felton   z   przyjemnością   uznawała   siebie   za   osobę   postępową,   tak   więc 

poprosiła,   by   liczna   orkiestra,   którą   zaangażowała   na   wieczorną   uroczystość,   zagrała 
cztery walce. I chociaż starsi goście nie czekali z potępieniem tak wielkiej liczby tych 
skandalicznych tańców, obecna młodzież nie zgłaszała żadnych zastrzeżeń.

Ale Lilith nie była zadowolona. Ani trochę. Nerwowo zaciskała dłonie, podczas gdy 

Penelopa udawała, że podziwia flakon smętnych, wiosennych kwiatów. Zapewne tylko te 
biedactwa przetrwały późne przymrozki w ogrodzie hrabiny.

– Co on teraz robi? – szepnęła Lilith, przyciskając się mocniej do ściany i żałując, że 

nie   zdecydowała   się   ubrać   się   w   coś   bardziej   burego,   w   czym   nie   zwróciłaby   uwagi 
księcia.

–   Wciąż   rozmawia   z   twoim   ojcem   –   zamruczała   kątem   ust   Penelopa,   wyglądając 

poprzez kwiaty na zatłoczoną salę balową.

– Och, Pen, co ja mam zrobić? Dlaczego lady Fenton nie mogła zaplanować dwóch 

walców? Wtedy miałybyśmy już je za sobą, zanim on się pojawił.

– Może powiesz, że bolą cię nogi i wyjdziecie wcześniej? Lilith potrząsnęła głową.
– Ojciec byłby wściekły. – Westchnęła i wyprostowała się w ramionach. – Po prostu 

będę musiała jakoś to przetrwać. W końcu to tylko jeden taniec.

Kiedy   ojciec   kazał   jej   zatrzymać   czwartego   walca   dla   jakiegoś   obiecującego 

arystokraty, nie spodziewała się, że na balu pokaże się książę Wenford. A tym bardziej, że 
poprosi ją o walca. Nie zdawała sobie nawet sprawy, że on potrafi tańczyć walca, przez 
myśl jej nie przeszło, żeby miał chcieć uczyć się kroków czegoś tak nowoczesnego.

– Och, Lilith, jestem pewna, że on nie może być aż tak zły, jak sobie wyobrażasz. 

Może tylko przerasta cię ta sytuacja z... wiesz, z markizem Dansburym.

– Markiz Dansbury nie przerasta mnie  ani trochę – oznajmiła  stanowczo  Lilith. – 

Denerwuje mnie tylko i chciałabym, żeby się trzymał ode mnie z daleka. – Wychynęła ze 
swego ukrycia. – Przynajmniej dziś wieczorem tu nie przyszedł.

– Nadal mi się zdaje, iż na recitalu lady Josephine musiał się pojawić przypadkowo – 

stwierdziła Pen. Powątpiewała w sugestię Lilith, że Dansbury prześladuje ją przez zemstę.

background image

Lilith wzruszyła ramionami.
– Mam nadzieję, że się nie mylisz. To już chyba byłoby niesprawiedliwe, przecież 

mam   na   głowie   tak   wiele   spraw   podczas   tego   sezonu.   –   Od   niemal   dwóch   miesięcy 
tańczyła, rozmawiała i uśmiechała się do najlepiej wychowanych angielskich parów w 
Londynie. I chociaż dochodziły do niej plotki, że uważana jest za coś w rodzaju lodowej 
księżniczki, starała się je ignorować. Gdyby ktoś potrafił wskazać jej lepszy sposób na 
zawarcie mariażu z odpowiednim mężczyzną, z chęcią by taki sposób wypróbowała.

– Panno Benton.
Och, Boże. Lilith spojrzała Pen w oczy, potem przełknęła i odwróciła się.
– Wasza książęca mość – uśmiechnęła się. – Jakże to wspaniale, że zdecydował się pan 

nas dziś wieczorem zaszczycić.

Książę   Wenford   spojrzał   na   nią,   jego   kanciasta,   koścista   twarz   była   całkowicie 

pozbawiona   wyrazu.   Oceniał   ją   spod   surowych,   siwych   brwi   szarymi,   głęboko 
osadzonymi   oczami   i   dziewczyna   znowu   poczuła   się   jak   jakieś   hodowlane   zwierzę. 
Ogarnęła ją przelotna chęć, żeby do niego zarżeć.

– Czas na naszego walca.
– Tak, wasza wysokość.
Jej wcześniejsze spotkania z Geoffreyem Remdalem były na szczęście krótkie i pod 

względem konwersacji wymagały od niej niewiele ponad kilka „Tak, wasza wysokość" 
oraz „Nie, wasza wysokość". Również i teraz, kiedy wirowali po parkiecie, książę nie silił 
się nawiązać z nią rozmowy. Był dobrym tancerzem, chociaż poruszał się bez większej 
emocji, zupełnie jakby nauczył się kroków na pamięć. Hrabia Nance, chociaż zdarzało mu 
się   nadepnąć   jej   na   nogę,   wydawał   się   przynajmniej   w   tańcu   dobrze   bawić.   A   jego 
książęca   mość,   jeżeli   sądzić   po   okazywanym   przez   niego   entuzjazmie,   mógł   równie 
dobrze upominać się o zapłatę u swoich wierzycieli.

– Dobrze się pani prezentuje – powiedział w końcu.
– Dziękuję, wasza książęca mość.
–   Przyciąga   pani   spojrzenia   ludzi   –   rozwinął   temat   Wenford.   –   To   pani   planuje 

rodzinne posiłki, jak mówił mi pani ojciec.

Lilith nie była zachwycona obrotem rozmowy.
– Tak, wasza wysokość, ja się tym zajmuję. Ale skoro jest nas tylko czworo...
– Czy planowała pani kiedyś posiłek na większe okazje? – przerwał jej tym samym 

znudzonym, szorstkim tonem. – Bale, przyjęcia wieczorne?

–   Nie,   wasza   wysokość.   –   Poczuła   nagły   przypływ   wdzięczności,   że   w 

Northamptonshire ojciec w zasadzie całkowicie odizolował ich od znajomych.

– Każę  komuś,  żeby  panią tego nauczył. A jeżeli  okaże się  pani na to za głupia, 

wynajmę kogoś. To bez znaczenia. Ma pani odpowiednią prezencję.

background image

Lilith   serce   zamarło   i   nogi   się   pod   nią   ugięły.   Książę   zacisnął   wargi   ze 

zniecierpliwieniem, kiedy zmyliła krok i dziewczyna szybko się opanowała.

–   Wasza...   wasza   wysokość,   obawiam   się,   że   nie   rozumiem   –   wyjąkała.   Co   za 

koszmar. To po prostu nie mogła być prawda... za nic!

– Nie ma potrzeby, by pani rozumiała. Pani ojciec i ja musimy omówić jeszcze kilka 

szczegółów, ale nie na wiele przyda mi się te parę groszy, które przyniesie mi pani w 
posagu. A wątpię, żeby miały zaistnieć jeszcze inne komplikacje.

Lilith   poczuła,   że   myśli   się   jej   rozpierzchają   i   pożałowała,   że   nie   należy   do   tych 

głupiutkich dziewcząt, które potrafią mdleć na zawołanie.

–  Wasza  wysokość  mnie...   zaskoczył. Musisz  wiedzieć,  książę,   że  nie mogę   sama 

udzielić odpo...

– Jak już mówiłem – przerwał jej ze zniecierpliwieniem książę – minie jeszcze kilka 

dni, zanim wszystko zostanie załatwione. Aż do tej chwili ma pani nikomu o tym nie 
mówić. – Zmarszczył brwi, to groźne spojrzenie najlepiej pasowało do jego rysów. – Nie 
ma co robić zamieszania wśród tych cholernych plotkarzy.

Taniec skończył się.
– Tak, wasza wysokość – szepnęła Lilith przy wtórze oklasków. Książę odprowadził ją 

na   skraj   parkietu,   a   potem,   nie   obejrzawszy   się,   ruszył   w   kierunku   grupy   starszych 
arystokratów, którzy zajęli najcieplejsze miejsce na sali, przed kominkiem.

– No, przynajmniej masz to za sobą – uśmiechnęła się szeroko Penelopa, podbiegając 

do niej w podskokach. – Czy było okropnie?

Lilith   cała   się   trzęsła.   Obracała   w   umyśle   słowa   Wenforda,   na   wszelkie   sposoby 

próbując nadać im inne znaczenie, niż miały.

– On ma się zamiar ze mną ożenić.
– Co? – wykrzyknęła Pen, a potem dłonią zakryła sobie usta. Z szeroko otwartymi 

oczami popatrzyła w kierunku księcia. – On tak powiedział?

–   Te   grosze,   które   mu   przyniosę   w   posagu,   go   nie   obchodzą.   Uważa,   że   mam 

odpowiednią prezencję na księżną. – Czuła narastającą na obrzeżach umysłu histerię i 
skupiła się na tym, by miarowo oddychać.

– Ależ Lil, przecież twój ojciec z pewnością nie będzie cię zmuszał.  On jest taki 

dziwny i taki... okropny!

– Kto jest okropny?
– Williamie! – Lilith aż podskoczyła i odwróciwszy się zobaczyła, że brat stoi obok 

niej z dwoma szklaneczkami ponczu w dłoniach. – Cśś.

–   No   dobrze,   ale   kto   jest   okropny?   –   powtórzył   William   szeptem,   podając   poncz 

siostrze i Pen. Lilith pociągnęła spory łyk, ale nic to nie pomogło.

– Książę Wenford – odpowiedziała Penelopa, kiedy Lilith dalej milczała.

background image

–   Ten   stary   z   twarzą   jak   topór?   Na   jego   widok   nawet   Belzebub   rzuciłby   się   do 

ucieczki.

– On się ma zamiar ożenić z Lil. – Penelopa popatrzyła ze smutkiem na przyjaciółkę.
– Co? – Brwi Williama podjechały w górę. – Nabieracie mnie.
– Wcale nie. Naprawdę – odparła czerwieniąc się Pen.
– Pen, cicho – powiedziała z naciskiem Lilith mając nadzieję, że nigdzie w pobliżu nie 

ma ojca. – Mamy to utrzymać w tajemnicy, dopóki wszystko nie zostanie ustalone.

– A więc może powinienem udawać, że niczego nie słyszałem – odezwał się za nimi 

głęboki, melodyjny głos.

Lilith zamarła. Z rozmysłem wypiła jeszcze łyk ponczu, żeby uspokoić nerwy i umysł 

zanim się odwróci. Markiz Dansbury stał, popatrując na nią z wysoka, oczy miał mroczne 
i cyniczne. Wargi wydął w lekkim uśmiechu i podał Williamowi szklaneczkę ponczu, 
drugą zachowując dla siebie. Znowu ubrany był skromnie, na ciemnoszaro i granatowo, 
jego   strój   ożywiała   tylko   wspaniała,   diamentowa   szpilka   w   krawacie.   Naprawdę 
przystojny był jak sam szatan i najwyraźniej co najmniej równie wytrwały.

–   Wydaje   mi   się,   że   w   sposób   całkiem   jasny   dałam   do   zrozumienia,   co   myślę   o 

rozmowie z panem – powiedziała Lilith sztywno. Przypomniała sobie, co ciotka mówiła o 
wpatrywaniu się w mężczyzn i odwróciła wzrok.

– Wydaje mi się, że tak czy owak ma pani dla mnie niewiele czasu – powiedział 

markiz gładko – skoro musi pani uporządkować jakoś oświadczyny aż pięciu panów. Jak 
na początek sezonu to chyba rekord, chociaż będę musiał sprawdzić w księgach zakładów 
u White'a, żeby mieć pewność. Niewykluczone, że Madeleine, markiza Telgore, miała ich 
aż siedem, zanim się w końcu zdecydowała na Wallace'a, ale ten rekord padł pod koniec 
całego sezonu. Lilith rzuciła mu pogardliwe spojrzenie.

–   Sprawy   mojego   zamęścia   nie   powinny   pana   zajmować,   milordzie.   I   proszę,   by 

przestał pan za mną wszędzie chodzić.

–  Chodzić  za  panią?   – Zamiast   ukradkiem się  wymknąć   tak,  jak należało,  markiz 

podszedł jeszcze o krok bliżej. – Chodzić za panią – dumał pocierając brodę, jakby chciał 
zrozumieć, co mogła mieć na myśli. – Och, oczywiście. Ta opera. I recital lady Josephine, 
jak   przypuszczam.   Prześliczna   dziewczyna,   nie   uważa   pani?   Całkiem   zdolna,   chociaż 
wyglądała na nieco zdenerwowaną.

– Jest pan... niegodziwy! – wykrztusiła rumieniąc się Lilith.
– Lilith! – wykrzyknęła Pen, szeroko otwierając oczy.
– Och, Boże mój, to mi nieco pokrzyżuje plany.
– Jakie plany, Jacku? – wtrącił raczej nie po myśli siostry William.
Lilith zacisnęła zęby i postanowiła, że więcej się do tego łajdaka nie odezwie.
A on nie spuszczał z niej wzroku.

background image

– Miałem taki zamiar, żeby podjąć wyzwanie i zostać szóstym konkurentem do pani 

ręki.

Tego już było za wiele.
– Pan? – szydziła Lilith. – Traciłby pan tylko czas, panie markizie.
– Lepiej, żeby mnie pani pozbawiała czasu niż serca – odparł, popatrując na nią spod 

ciemnych rzęs.

– Pan nie ma serca – odpłaciła mu Lilith bez wahania. W jego oczach zabłysły figlarne 

ogniki rozbawienia.

– Tylko dlatego, że je pani złamała.
Zdumiewające, że nikt go jeszcze nie wyprawił na tamten świat w pojedynku.
– Żałuję, że jego destrukcja pana nie zabiła.
– Ale wtedy nie moglibyśmy prowadzić tej rozmowy. A wie pani, wydawało mi się, iż 

pani ze mną nie rozmawia. Naprawdę chciałbym, żeby się pani na coś zdecydowała. – 
Roześmiał   się   cicho.   –   Może   powinienem   był   rzucić   rękawicę,   a   nie   podejmować 
wyzwanie.

Śmiech miał równie melodyjny jak głos, a jego uśmiech... Lilith przyłapała się na tym, 

że znowu się w niego wpatruje i otrząsnęła się. Pod żadnym pretekstem nie wolno jej się 
gapić   na   tego   nikczemnika,   chociażby   był   najbardziej   atrakcyjny   pod   względem 
fizycznym – i nie wolno jej zapominać o opanowaniu i manierach.

– Przynajmniej jedno z nas rozbawione jest pana dowcipem – powiedziała chłodno. – 

A nie jestem to ja, milor...

– Lilith – syknęła Penelopa, chwytając przyjaciółkę za rękę – on tu znowu idzie.
I rzeczywiście, Wenford zostawił swoich towarzyszy i powoli zmierzał w ich kierunku. 

Lilith poczuła, że nie ścierpi tego, by z nim jeszcze raz dziś rozmawiać. Musi mieć czas, 
żeby omówić zaistniałą sytuację z ojcem i, zanim będzie za późno, dać mu wyraźnie do 
zrozumienia, jaką odrazę czuje do Wenforda.

– O, Boże – wyszeptała.
Markiz powiódł spojrzeniem za jej wzrokiem.
– Przypuszczam, że powinienem złożyć mu gratulacje. – Wyszedł zza jej pleców.
– Niech się pan nawet nie odważy – zduszonym głosem krzyknęła Lilith i pobladła. 

Wenford pomyśli sobie, że straszna z niej pleciuga, a ojciec będzie wściekły.

Dansbury zatrzymał się i uśmiechnął do niej przez ramię.
– Gdybyśmy Ze sobą rozmawiali, może dałbym się pani przekonać. – Powoli ruszył w 

kierunku księcia.

– Williamie – rozkazała z szaleństwem w oczach Lilith, dźgając palcem w kierunku 

markiza. – Zatrzymaj go!

– Ach, Lil, on chce się tylko trochę zabawić kosztem tego starego topora. Wprawi go 

background image

to w dobry humor, a ja chcę, żeby mnie zabrał dziś wieczorem do klubu Society...

– Williamie, on nie może...
– Wenford – rozległ się donośny głos Dansbury'ego. – Słyszę, że należą się panu 

gratulacje.

Zimne, szare oczy zwróciły się na moment w jej kierunku, a potem skierowały się na 

markiza.

– Obawiam się, że nie wiem, o czym pan mówi, Dansbury. Jak zwykle robi pan z 

siebie kompletnego błazna.

Cierpkość tonu księcia zaskoczyła Lilith. Niewiele ją jednak pocieszało to, że jego 

książęca mość równie mało lubi markiza, jak ona. A nawet poczuła przez to odrobinę 
sympatii dla Dansbury'ego. Stojąca obok niej Penelopa przyglądała się wymianie zdań 
między panami ze zdumieniem, podczas gdy William szeroko się uśmiechał, przepełniony 
podziwem dla swego mentora.

– Są tacy, którzy robią z siebie większych błaznów – odparł Dansbury, zerknął w dół i 

strzepnął nieistniejący pyłek z klapy surduta. Tym ruchem zwrócił uwagę księcia i reszty 
widzów na wpięty w krawat przepiękny diament.

Książę Wenford poczerwieniał z wściekłości.
– Jesteś złodziejem, chłopcze! – warknął i ruszył do przodu. Dansbury zręcznie usunął 

mu się z drogi.

– Teraz ja z kolei czuję się skonfundowany – odparł ze skruchą. – Mnie się wydawało, 

że złodziejaszkiem jest raczej pan, książę.

– Ta szpilka należy do rodziny Remdale'ów i wiesz o tym dobrze, ty szubrawcze! – 

krzyknął Wenford.

Orkiestra   urwała   w   pół   taktu,   a   tancerze   na   parkiecie   odwracali   się   parami,   żeby 

przyjrzeć się poczynaniom markiza i księcia. Hrabina Felton stała przy stole z zakąskami i 
wyglądała na zachwyconą. Dzięki Wenfordowi i Dansbury'emu jej bal stał się właśnie 
wydarzeniem sezonu.

Markiz   spojrzał   na   błyskotkę,   jakby   nie   rozumiał   tego   całego   zamieszania,   które 

wywołała.

–   Wszedłem   w   posiadanie   tego   diamentu   dziś   wieczorem   dzięki   niesłychanemu 

zbiegowi okoliczności przy grze w kości – powiedział przeciągając słowa. – Należy on 
teraz do rodziny Faradayów.

– A niech ją wszyscy diabli! – W kącikach ust księcia pojawiły się plamki piany.
– Jak myślisz, będzie pojedynek? – szepnęła z podnieceniem Pen.
Lilith z żalem potrząsnęła głową.
– Z tego, co słyszałam o Dansburym, nikt się go nie ośmiela wyzwać... chociaż nie 

narzekałabym, gdyby się nawzajem pozabijali.

background image

Pen zakryła usta dłońmi, żeby zdusić chichot.
– Ta szpilka jest w mojej rodzinie od wielu pokoleń – warczał Wenford, podchodząc 

jeszcze o krok bliżej do markiza.

– Najwyraźniej pana bratanek, książę, niżej sobie ceni jej posiadanie niż pan. Gdyby 

nie to, uznałby za właściwe, by brać ze sobą do Boodle'a więcej forsy albo zrezygnowałby 
z gry, kiedy stała się dla niego zbyt ostra. Nigdy nie ryzykuj, jeżeli nie jesteś pewien 
wygranej. To pan, książę, wpoił mojej rodzinie tę zasadę.

Pięści księcia zacisnęły się, jego twarz przybrała przerażająco purpurowy odcień. – 

Ty...

– Poza tym – ciągnął dalej Dansbury, zerkając na Lilith – zdaje mi się, że niedługo ma 

się w pana posiadaniu znaleźć jakiś nowy nabytek, prawda?

– Och, nie – szepnęła Lilith i pożałowała, że nie potrafi zapaść się pod ziemię, kiedy 

połowa przyglądających się gości spojrzała w jej kierunku, a mamrotanie przybrało na 
sile. – Co za niegodziwiec!

– To w żadnym wypadku nie jest twoja sprawa. Oddaj mi tę cholerną szpilkę.
Dansbury   uśmiechnął   się   do   Lilith,   a   potem   z   pozorną   niechęcią   odwrócił   się   do 

Wenforda.

– Proszę o wybaczenie, wasza książęca mość, ale jestem już spóźniony na umówione 

spotkanie.   –   Ruszył   wolno   przez   parkiet.   Już   miał   zniknąć   za   drzwiami,   kiedy   się 
zatrzymał. – Jednakowoż widząc, jak bardzo jest wasza książęca mość przywiązany do tej 
błahostki, z przyjemnością zwrócę ją waszej rodzinie za jej nominalną cenęjeżeli pan czy 
pana bratanek zechcą mnie jutro odwiedzić.

– To znaczy? – wybełkotał Wenford.
– Tysiąc dwieście siedemdziesiąt siedem funtów – odparł Dansbury i wyszedł.
Przez moment książę spoglądał za nim wściekłym wzrokiem, a potem dołączyli do 

niego jego siwowłosi przyjaciele; komentowali sytuację, porykując gniewnie i miotając 
najgorsze przekleństwa w kierunku markiza.

William drgnął, jak gdyby się budził z transu.
– O rany – wymamrotał, potrząsając głową. – Czy on nie jest fantastyczny? – Podał 

swoją szklaneczkę z ponczem Lilith i ruszył w kierunku drzwi za markizem.

– Nie do wiary – powiedziała z podziwem Penelopa. – Ten markiz chyba niczego się 

nie boi, prawda? – Powachlowała sobie ponownie twarz. – I miałaś rację, Lil. On za tobą 
goni. – Znowu się zarumieniła. – Chce być twoim szóstym konkurentem.

W Lilith zatrzepotało serce.
–   Nonsens.   Po   prostu   jest   zły,   że   mu   zrobiłam  afront   i   w  ten   diaboliczny   sposób 

próbuje się na mnie zemścić.

Penelopa zastanawiała się nad tym przez chwilę.

background image

– Być może masz rację – przyznała – chociaż mnie się wydaje, że to cię po prostu 

przerasta. Mnie przerasta na pewno, a nie byłam nawet w centrum wydarzeń.

– Żałuję, że ja byłam. Nie mam najmniejszej chęci rozgniewać jego wysokości.
– Lilith. – Ojciec podszedł do nich majestatycznym krokiem. – Twój brat to kompletny 

idiota.

– Tak, papo, wiem.
– Proszę o wybaczenie, panno Sanford – wicehrabia sztywno pochylił głowę przed 

Penelopa – ale muszę zabrać Lilith. – Wziął córkę pod rękę. – Lepiej oddalmy się stąd, 
jeżeli Wenford jest w takim podłym humorze. W końcu okazali się jednomyślni co do 
księcia.

– Papo, czy jego książęca mość rozmawiał z tobą o...
– Omówimy to później, córko.
– Lil – odezwała się Pen, biorąc ją za rękę. – Mama i ja zaprosiłyśmy lady Georginę 

Longstreet na jutrzejszy wieczorek w Ogrodach Vauxhall. Pójdź, proszę, z nami.

Lilith   nie   była   zachwycona   zgiełkliwym   tłumem   gromadzącym   się   w   Ogrodach   i 

właśnie miała odmówić, kiedy wtrącił się lord Hamble:

– Czy matka lady Georginy zaszczyci wieczorek swoją obecnością?
– Nie wiem,  czy markiza  będzie nam towarzyszyła, czy nie – odparła Pen. – Ale 

oczywiście została zaproszona.

– Lilith będzie zachwycona, mogąc wziąć udział w wieczorku – odpowiedział za córkę 

wicehrabia.

Bez wątpienia pragnął, by cały wytworny świat zobaczył ją w towarzystwie markizy i 

jej córki, zwłaszcza po dzisiejszym niemiłym incydencie. I prawdę powiedziawszy, będzie 
to przyjemniejsze, niż siedzenie w domu i wysłuchiwanie następnego z niekończących się 
kazań   ciotki   Eugenii   na   temat   przyzwoitości   i   etykiety,   których   nie   przestawała   ona 
wygłaszać, chociaż Lilith doskonałe umiała już to wszystko na pamięć.

– Z radością się do was przyłączę – uśmiechnęła się. Ciotka Eugenia czekała na nich 

przy wyjściu z wyrazem oburzenia na szczupłej, alabastrowo bladej twarzy.

–   Cóż   za   tupet   ma   ten   młody   człowiek   –   powiedziała   ostro.   Przecież   praktycznie 

obraził jego książęcą mość. Markiz to bardzo złe towarzystwo i nie sądzę, by dane mu 
było   jeszcze   długo   grasować   na   swobodzie   po   tym   wszystkim,   czego   dokonał.   – 
Spiorunowała brata wzrokiem. – A twój własny syn uczepił się go jak pies czekający na 
kość. Wstydź się, Stephenie. Pani Pindlewide wypowiedziała się już na ten temat, a lord 
Liverpool pozostaje pod silnym wpływem jej męża.

– Stosunki Williama z tym nędznikiem skończą się, jak tylko mój głupi syn wróci do 

domu – odparł sztywno wicehrabia Hamble.

Lilith   pozostawało   wyłącznie   mieć   nadzieję,   że   ojciec   się   nie   myli.   Im   większa 

background image

odległość będzie dzieliła ją od Jacka Faradaya, tym bezpieczniej będzie się czuła.

background image

4

Dziewiąta rano była dużo za wczesną porą na składanie wizyt, ale markiz Dansbury 

bez trudu domyślał się, kto się dobija do jego drzwi frontowych. Usiadł i z jękiem potarł 
sobie skronie. William Benton marudził i napraszał się, żeby go zabrać do klubu Society, 
aż  Jack   wolał  się   poddać,  niż  bez  końca   wysłuchiwać   bzdur,  chociaż  wcale   nie   lubił 
tamtejszych snobizmów. Bardzo bolała go głowa, co dowodziło, że utarczka z księciem 
Wenfordem   zdenerwowała   go   silniej,   niż   sobie   wyobrażał.   Klan   Remdale'ów   zawsze 
wyzwalał w nim najgorsze instynkty.

Do drzwi niepewnie zaskrobał kamerdyner.
– Wielmożny panie?
– Wejdź, Martinie. Już się obudziłem i jestem w stosunkowo cywilizowanym nastroju.
Martin wszedł do pokoju i podał markizowi filiżankę gorącej, mocnej, amerykańskiej 

kawy; pomagała ona zwykle złagodzić humory chlebodawcy, kiedy ten był w nie całkiem 
cywilizowanym nastroju. Jack z wdzięcznością pociągną! łyk, a kamerdyner skierował się 
do mahoniowej szafy. Służących markiza charakteryzowała na ogół pewna zuchwałość, 
ale to właśnie w nich lubił; w swoim czasie Martin powiadomi go, kto walił w drzwi.

– Jaką postawę życzy sobie wielmożny pan prezentować dziś rano?
A może go jednak nie powiadomi.
– Kto walił w te cholerne drzwi, Martinie? – zawarczał Jack.
–   Peese   mówi,   że   to   Randolph   Remdale.   Czeka   teraz,   jak   mi   się   zdaje,   z   wielką 

niecierpliwością, w saloniku. Zwykłem był myśleć, że dżentelmen ten ma dobre maniery, 
ale żeby przychodzić z wizytą o tej godzinie... muszę powiedzieć, że...

– Bratanek, co? – przerwał mu Jack nie zainteresowany tyradą Martina. Była ona tylko 

na  pokaz   i   obydwaj  o   tym  wiedzieli.   –  Tak   sądziłem.   Daj   mi   coś  konserwatywnego. 
Powinno go to ogromnie zirytować.

Kamerdyner ściągnął brwi.
– Dlaczego miałoby...
– Życzę sobie przypomnieć mu, że moja pozycja jest wyższa niż jego. Przynajmniej 

chwilowo. – Zrzucił z siebie koszulę nocną i cisnął ją na łóżko. Nie znosił zakładać tego 
paskudztwa i gdyby tylko cholerna pogoda się poprawiła, nie zawracałby sobie koszulami 
głowy.

Włożywszy   skromny,   brązowy   surdut,   bardziej   odpowiedni   dla   bankiera   niż   dla 

szlachcica, wsunął diamentową szpilkę do kieszeni kamizelki i poprosił Martina, żeby 
pozostał w jego pokojach.

– Niebawem będę wychodził i włożę coś mniej... oficjalnego.
–   Większość   ludzi   wygląda   w   najlepszych   strojach   gorzej   niż   pan   w   najgorszym, 

background image

pozwoli pan powiedzieć.

– Za tego rodzaju komplementy możesz się spodziewać dodatkowych pięciu gwinei w 

kopercie z wypłatą, Martinie – uśmiechnął się Jack szeroko.

– Zawsze tak się dzieje, wasza wielmożność. – Kamerdyner pochylił swoje długie 

ciało w ukłonie.

Schodząc   ze   schodów   Jack   pomyślał,   że  jego   zwierzyna   zbacza   chyba   odrobinę   z 

utartej ścieżki. Wczorajszego wieczoru Lilith była zabawna i, na Boga, pięć razy bardziej 
bystra   niż   wszystkie   inne   debiutantki,   na   które   kiedykolwiek   miał   się   pecha   natknąć. 
Uwielbiał stawać w obliczu wyzwania, a Lilith, chcący czy niechcący, właśnie podbiła 
stawkę. Jej nieuchronny upadek wyda mu się jeszcze bardziej zabawny, skoro świadom 
był, iż ma ona dość rozumu, by przystąpić do walki.

Ale William to całkiem inna historia. Nigdy jeszcze nie spotkał młodzieńca, który 

byłby   tak   zdeterminowany,   by   zaszargać   sobie   opinię   –   no,   przynajmniej   od   swoich 
czasów.   Właściwie   całkiem   to   pouczające,   przyglądać   się   temu   procesowi   z   drugiego 
końca piekła, które z własnej woli przemierzył, zaczynając od chwili, kiedy w wieku lat 
siedemnastu odziedziczył tytuł. Oczywiście był wtedy całkiem sam. William miał dużo 
więcej   szczęścia.   Kiedy   chodziło   o   samozniszczenie,   trudno   byłoby   znaleźć   bardziej 
chętnego czy bardziej biegłego nauczyciela niż markiz Dansbury.

Peese stał u podnóża schodów i czekał na niego.
–   Wielmożny   panie   –   powiedział,   podając   mu   wizytówkę   Dolpha   Remdale'a   – 

poinformowałem pana Remdale'a, że jeszcze pan nie wstał, a jego odpowiedź nie nadaje 
się do powtórzenia.

– Więc ją powtórz.
– Powiedział, że mam pana i tę kamelijkę, którą pan właśnie chędoży, wyrzucić z 

łóżka i sprowadzić natychmiast na dół. – Lokaj uśmiechnął się szeroko.

– Hm. Czy chciał zobaczyć się ze mną, czy z kamelijką?
– Tego nie powiedział, wielmożny panie, ale zakładałem, że z panem.
Z przelotnym uśmiechem Jack przyjrzał się wizytówce. Pismo w ramce z delikatnych 

zawijasków było piękne, ale wytworny efekt psuły nieco poplamione i pozaginane brzegi. 
Najwyraźniej Dolph Remdale nie był w dobrym humorze.

– Dziękuję ci, Peese. Śniadanie proszę podać za pięć minut.
– Czy do saloniku, wasza wielmożność? – zapytał lokaj nieco zakłopotany.
– Jeżeli się przy tym upierasz. – Jack rzucił mu przelotne spojrzenie.
Peese przymrużył oczy, potem zrezygnował z prób zrozumienia, co mogła znaczyć ta 

uwaga.

– Tak, wasza wielmożność. – Ruszył korytarzem i otworzył drzwi do saloniku.
Potencjalny dziedzic księcia Wenforda stał przy oknie i spode łba patrzył na ulicę. Za 

background image

to jedno Jack powinien być Lilith wdzięczny: jeżeli można było dokuczyć Wenfordowi, 
robił to z przyjemnością. Lilith była idiotką, że szukała towarzystwa księcia, pomimo jego 
wysokiego tytułu. Ale przecież w idiotyczny sposób obraziła też markiza Dansbury'ego. 
Jak na bystrą dzierlatkę wydawała się dosyć regularnie podejmować kiepskie decyzje.

Jack przystanął w drzwiach, żeby się przyjrzeć gościowi. Przy kilku okazjach Antonia 

St.   Gerard   określiła   Randolpha   Remdale'a   mianem   londyńskiego   blond   Adonisa. 
Powszechnie snuto domysły, że był tylko jeden powód, dla którego Randolph jeszcze się 
nie ożenił: mianowicie nie spotkał na tyle wspaniałej kobiety, żeby mogła ona zostać 
księżną   Wenford,   kiedy   on   już   odziedziczy   ten   tytuł.   Jack   podejrzewał   jednak,   że   z 
trwaniem   Remdale'a   w   stanie   kawalerskim   więcej   ma   wspólnego   jego   porywczy 
temperament i niechęć do dzielenia z kimkolwiek luster w domu przy ulicy St. George.

–  Dzień   dobry,  Remdale   –  powiedział,  przeciągając   sylaby  i  powoli  wchodząc  do 

pokoju. – Czy powinienem udawać, że nie wiem, dlaczego pan tu jest, czy też może po 
prostu...

– To przekracza wszelkie wyobrażenie – warknął Dolph, odwracając się, by spojrzeć 

na Jacka niebieskimi, tak bardzo podziwianymi oczami. – Mówiłem panu, że wykupię tę 
spinkę. Naprawdę nie musiał pan publicznie z nią paradować.

Jack nieporuszony kiwnął głową. W końcu właśnie dlatego zadał sobie tyle trudu, żeby 

wygrać od Dolpha wszystko, co ten miał w kieszeniach, a potem zaproponował szpilkę 
jako dodatkową stawkę, żeby móc z nią publicznie paradować.

– Jak mi się zdaje, powiedział pan: „Weź pan to cholerstwo i skończmy z tym." – 

Wyciągnął rękę, żeby poprawić portret ojca, pędzla Joshui Reynoldsa. Staremu markizowi 
nie całkiem udało się uśmiechnąć, nawet kiedy go unieśmiertelniano. Dzięki Bogu jego 
żona miała dość poczucia humoru za dwoje. – Czy może się mylę?

–   Sukinsyn   –   stęknął   Remdale,   a   potem   wyciągnął   pękatą,   skórzaną   sakiewkę   z 

kieszeni. – Masz pan. – Cisnął ją na stół.

Przez moment markiz czuł się zaskoczony.
– A skąd to pan zdobył grosz? – Nie minęły dwadzieścia cztery godziny, od kiedy 

Dolph był kompletnie spłukany.

– To absolutnie nie twoja sprawa, Dansbury. Gdzie jest szpilka?
Jack wyciągnął niedbałym ruchem diament z kieszeni i przyjrzał mu się.
– Hm – dumał – czyżby to wujcio Geoffrey płacił twoje długi?
– Daj mi szpilkę. – Szczęki Dolpha zacisnęły się. Jack rzucił mu błyskotkę.
–   Na   przyszłość   sugerowałbym,   żebyś   nie   ryzykował   rodzinną   schedą.   Wujcio 

Geoffrey wydawał się zdecydowanie niezadowolony, że wymknęła mu się z łap.

Dolph  zaczerwienił  się,  twarz pokryły  mu   purpurowe  plamy  charakterystyczne  dla 

Remdale'owskich ataków wściekłości.

background image

– Ty psie – syknął. – Mógłbym cię za to wyzwać.
To brzmiało obiecująco, jednak doświadczenie nauczyło markiza, że Remdale'owie nie 

zaczynali żadnej walki, której nie mogli wygrać. Chyba że ich się mocno naciskało. A 
Jackowi wielką przyjemność sprawiłoby naciskanie na Dolpha, a jeszcze większą na jego 
wuja, przypieranie ich nie tyle do muru, co do piekielnych bram.

Za jego plecami Peese podrapał w drzwi i wszedł ze śniadaniem na tacy.
Oczy Jacka padły na miseczkę z marmoladą; bez zastanowienia chwycił ją i rzucił 

Dolphowi Remdale'owi jej zawartość w twarz.

– Może to cię przekona, żeby mi rzucić wyzwanie? Dolph coś zabełkotał, chwiejnie się 

cofnął   i   machnął   ręką,   żeby   otrzeć   lepki   dżem   pomarańczowy,   który   spływał   mu   po 
wspaniałym surducie.

– Ty przeklęty szubrawcu!
– No więc? – odparł Jack, przyglądając się swoim paznokciom. – Pytałem cię, czy 

masz zamiar rzucić mi wyzwanie.

Dolph utkwił w nim pełne nienawiści spojrzenie. Na jego twarzy niepewność nagle 

zaczęła iść o lepsze z furią. Z rzymskiego nosa skapywała marmolada; otarł ją ze złością.

– Zrobię coś gorszego. – Przepchnął się obok Jacka i milczącego Peese'a. – Zrujnuję 

cię. Pożałujesz tego. – Tupiąc nogami przeszedł przez hol i wyszedł za drzwi.

–   Śmierdzący   tchórz   –   powiedział   spokojnie   Jack,   spoglądając   w   ślad   za   nim   i 

oblizując palec z marmolady.

– Wielmożny panie?
– Tak, Peese? – Jack odwrócił się do lokaja.
– Czy to dlatego kazał pan podać śniadanie? Markiz parsknął i odstawił miseczkę na 

tacę.

– Żałuję, że nie posiadam takich zdolności przewidywania. – Skierował się do drzwi 

już ciesząc się na następne spotkanie z Lilith Benton. Jej brat będzie znał plany siostry na 
wieczór. – Każ przenieść tacę do mojego pokoju, proszę. I niech mi osiodłają Benedicka. – 
Obiecał, że pomoże Williamowi Bentonowi przy zakupie nowego wierzchowca, a tego 
dnia na aukcji miało być wystawionych kilka bardzo kosztownych koni. Antonia miała 
słabość  do czarnych arabów, wspomni  o tym temu  młodemu  szczeniakowi.  – Jak już 
zostałem wyciągnięty z łóżka o tej bezbożnej godzinie, mogę równie dobrze spróbować 
czegoś dokonać.

Lokaj spojrzał na pomarańczowe grudki, które rozprysnęły się po drogim i eleganckim 

perskim dywanie i westchnął.

– Dokonać czegoś? – wymamrotał. – A jak by on to nazwał?
W Ogrodach Vauxhall aż kipiało od rywalizujących ze sobą hałasów. Przez dzień w 

parku   było   stosunkowo   pusto   i   cicho   i   Lilith   bardzo   go   wtedy   lubiła.   Natomiast 

background image

organizowane tam o zmierzchu w czasie sezonu szalone wieczorki i pokazy fajerwerków 
były już legendarne. Gdyby nie obecność lady Georginy, ojciec nigdy nie pozwoliłby jej 
brać w czymś takim udziału. A i tak prawie żałowała, że tego nie zabronił.

– Lilith, przestań się marszczyć. Zrujnujesz sobie cerę. Lilith odwróciła wzrok od lorda 

Greeleya   i   pana   Aamesa,   którzy   brodzili   w   centralnej   fontannie   Ogrodów   i   śpiewali 
balladę   o   jakiejś   szkockiej   dzieweczce,   z   którą   najwyraźniej   zaznajomili   się   całkiem 
blisko.

– Wcale się nie marszczę, Georgino. Po prostu nie jestem w stanie zrozumieć, jak 

ludzie mogą się tak niemądrze zachowywać.

Jej towarzyszka wychyliła się za skraj wynajętej loży, żeby lepiej widzieć panów.
– Mój papa twierdzi, że wszyscy są niemądrzy. – Zachichotała, kiedy panowie do niej 

pomachali. – Niektórzy tylko mniej zręcznie potrafią to ukrywać.

Za plecami Georginy Pen zmarszczyła nosek. Lilith zdusiła śmiech. Georgina miała 

nieco pstro w głowie i do tego była krótkowzroczna, ale ponieważ, jak powiadano, jej 
posag sięgal dziesięciu tysięcy funtów, inteligencja i wzrok były pewnie bez znaczenia. 
Lilith westchnęła  i popatrzyła w kierunku estrady, na której orkiestra grała wspaniale 
interpretowany utwór Haydna. Zdawała sobie sprawę, że uznawana jest za piękność, a to 
oznaczało, że oceniano ją równie powierzchownie jak Georginę. Nikogo nie obchodziło 
to, czy potrafi się posłużyć ciętą metaforą.

Zza żywopłotu wynurzył się wózek cukiernika i Lilith wyprostowała się.
–   Wezmę   sobie   lody   truskawkowe   –   oznajmiła;   czuła,   że   potrzebuje   na   chwilkę 

odpocząć od rozchichotanych bzdur. – Czy jeszcze któraś z pań ma na nie ochotę?

– Nie, dziękuję. – Penelopę przeszedł dreszcz. – Już i tak jest za zimno.
Kiedy Georgina, markiza i lady Sanford również odmówiły, Lilith wyszła z loży i 

poszła   po   loda.   Kosztował   szylinga;   płacąc   za   niego   usłyszała   szorstki   głos   księcia 
Wenforda,   który   rozlegal   się   gdzieś   za   jej   plecami.   Lilith   wzdrygnęła   się   i   zdusiła 
przekleństwo. Nie zastanawiając się, czy postępuje mądrze, ruszyła pospiesznie, by ukryć 
się za estradą. Nie była w stanie stawiać mu czoła, jeżeli nie miała przy sobie ani Pen, ani 
Williama, którzy pomogliby jej wyplątać się z każdych trudności. Znowu doszedł do niej 
głos księcia, tym razem dużo bliższy; dając nura za budowlę obejrzała się i natychmiast na 
kogoś wpadła.

– Przepraszam bardzo – powiedziała, wyciągając rękę, by odzyskać równowagę. Ktoś 

chwycił ją za łokieć. – Jakżeż to niezdarnie z mojej...

–   Ależ   wcale   nie,  panno   Benton   –  odparł   markiz   Dansbury,   spoglądając   na   nią  z 

rozbawieniem. – Jakże nieuprzejmie z mojej strony, że tak sobie stałem z boku ścieżki.

– Co pan tu robi? – zapytała Lilith. Kiedy się szarpnęła, wypuścił jej łokieć.
– Żeby prawdę powiedzieć, to właśnie słuchałem orkiestry.

background image

– Na froncie poustawiano w tym celu ławki. – Poniewczasie cofnęła się, żeby nie stać 

tak blisko.

Za   zakrętem   żywopłotu   odezwał   się   jakiś   męski   głos,   odpowiedział   mu   książę 

Wenford.   Lilith   znowu   drgnęła.   Chciała   tylko   uciec   przed   jego   wysokością,   a   teraz 
zostanie rzucona na pastwę następnej utarczki pomiędzy nim a Dansburym!

– Nie chciałem wystawiać na szwank mojej opinii siedząc na ławce bez towarzystwa. – 

Dansbury przechylił głowę na bok i przyglądał jej się ciemnymi oczami myśliwego. – 
Może zechciałaby się pani do mnie przyłączyć.

– Raczy pan żartować. – Lilith obejrzała się przez ramię. Markiz uniósł jedną brew, 

pobiegł oczami za jej wzrokiem, a następnie skupił się znowu na niej.

– Czy ma pani jakieś kłopoty? – Nie.
– Nie próbuje pani nikogo unikać, prawda?
Niech go diabli, William wcale nie przechwalił jego bystrości.
– Gdyby tak było, unikałabym pana – odparowała. Markiz zgodnie skinął głową, a 

jego wzrok skupił się na czymś za jej ramieniem.

– Jednakowoż, wyłącznie do pani wiadomości, pani piąty konkurent wychodzi właśnie 

zza...

Lilith   gwałtownie   się   odwróciła   i   z   obłędem   w   oczach   zastanawiała   się,   jakby   tu 

uniknąć spotkania z Wenfordem. Zanim zdążyła zareagować, Dansbury pociągnął ją do 
tyłu za kępę krzewów.

– Żeby się pan nie ośmielił...
– Cśśś – zbeształ ją, kładąc palec na jej wargach.
Lilith popatrzyła na niego zaskoczona dotknięciem, potem dała mu klapsa w rękę. 

Odwróciła się, żeby sztywno wyjść z krzaków i w tym momencie usłyszała glos Wenforda 
po drugiej stronie estrady – musiałby ją zobaczyć, gdyby teraz wyszła. Kiedy znowu się 
odwróciła, Dansbury wciąż się jej przyglądał, wyraz twarzy miał pełen namysłu.

– Naprawdę chce pani unikać zalotów tego starego topora – powiedział.
– To nie pana sprawa – ucięła tak głośno, jak tylko się odważyła.
Markiz wzruszył ramionami.
– A więc oddalę się – powiedział jej i odwrócił się, żeby odejść.
– Niech się pan nie odważy zostawiać mnie, żebym za panem musiała stąd wychodzić, 

jakbyśmy się tu zeszli – syknęła.

Markiz zatrzymał się i obejrzał na nią przez ramię.
– A więc prosi pani, bym jej towarzyszył?
– Nie prosiłam,  żeby  mnie  pan wciągał w te zarośla i nie dam się panu przez to 

skompromitować.   –   Oczy   jej   się   zwęziły.   –   A   że   takie   są   pana   zamiary,   nie   mam 
wątpliwości.

background image

Markiz zawrócił, stanął przed nią i wydął wargi.
– Gdybym próbował panią skompromitować, mielibyśmy na sobie oboje dużo mniej 

ubrań.

– Ha – szydziła Lilith dokładając starań, by się nie rumienić. – Czy to jeden z tych 

subtelnych sposobów uwodzenia, których uczy pan mojego brata? W takim razie obawiam 
się, że skazany będzie na celibat. Niespodziewanie Dansbury się roześmiał.

–   Jeżeli   nie   wierzy   pani   w   moje   czyste,   życzliwe   intencje,   panno   Benton,   proszę 

odejść.

– Odejdę. Jak tylko pan popatrzy i powie mi, czy jego wysokość już sobie poszedł.
Markiz skłonił się lekko, odwrócił i rozchylił gałęzie.
– Wciąż jeszcze tam stoi i prawi kazanie Greeleyowi. Wygląda na to, że ten idiota 

znowu brodził w fontannie.

– Znowu? – powtórzyła Lilith. Wyciągnęła szyję, żeby wyjrzeć zza jego ramienia i 

przyłapała się na tym, że zamiast na Wenforda patrzy na szczupłą, mocno zarysowaną 
linię szczęki markiza. Kiedy ten obejrzał się na nią, w jego oczach malowało się czyste 
rozbawienie, ale przynajmniej tym razem zniknął z nich cynizm.

– Greeley kończy w jakiejś sadzawce czy innej fontannie przynajmniej dwa razy w 

sezonie. Ale jest taki ropuchowaty, że pewnie nic w tym dziwnego.

Istotnie Greeley miał oczy wyłupiaste, trochę jak żaba; kącik ust Lilith drgnął.
– To wcale nie jest zabawne.
Dansbury wykrzywił się, przybierając minę potwornie zawstydzoną i skonsternowaną.
– Nie do wiary, czyżby Greeley był pani siódmym konkurentem? Nie miałem pojęcia. 

Proszę, niech pani pozwoli, że złożę jej najszczersze wyrazy skruchy...

–   Nie   jest   moim   konkurentem   –   powiedziała   Lilith,   której   zniecierpliwienie 

przekroczyło już wszelkie granice. – A pan również nim nie jest, milordzie.

–   Ale   nie   jestem   w   stanie   myśleć   o   niczym   poza   pani   niebiańskim   uśmiechem   – 

zaprotestował z miną wcielonego niewiniątka, a na jego ustach pojawił się ten diabelsko 
atrakcyjny   uśmiech   –   i   tym,   by   poznać   smak   pani   warg.   Jakże   może   mnie   pani   tak 
brutalnie wyrzucać ze swego serca?

– Zdumiona jestem, że znajduje pan w ogóle czas na to, by o mnie myśleć, skoro tak 

wiele spędza go pan przy hazardzie, faraonie, portwajnie i brandy – odparła niepewnie. 
Nawet   Lionel   nigdy   nie   ośmielił   się   dać   jej   do   zrozumienia,   że   myśli   o   tym,   by   ją 
pocałować. Gdzieś w pobliżu zaczęły się wieczorne pokazy fajerwerków i Lilith drgnęła 
na nagły hałas.

Dansbury roześmiał się ponownie i wyciągnął rękę, chcąc poprawić niebieski szal, 

który   miała   zarzucony   na   ramiona.   Musnął   palcami   jej   szyję,   a   ona   nawet   przez 
rękawiczki poczuła ich ciepło; serce zabiło jej gwałtownie.

background image

– Przesadza pani. Niemal nigdy nie pijam brandy.
– I to ma pana usprawiedliwiać, hulako? – odparła z największą wrogością.
– Pozostaje tylko mieć nadzieję. – Zbliżył się do niej o krok, tak że odległość między 

nimi zmniejszyła się do skąpych kilku cali. Biała kaskada migotliwego światła rozjaśniła 
noc nad jego głową i odbiła się iskrami w oczach. – Czy chce pani powiedzieć, że w 
swoim sercu nie znajdzie pani miłosierdzia dla nieszczęsnej, wykolejonej duszy, takiej jak 
moja?

– Pan sam siebie wykoleił – poinformowała go Lilith cofając się – i mojego biednego 

brata   też.  –  Miała   wrażenie,   że  jej  myśli  i  cała   inteligencja  się   rozpraszają   i  musiała 
walczyć, by zachować pełną urazy minę.

– A więc jest bezpieczny – zamruczał markiz – bo moja ścieżka zawraca wprost do 

pani.

Właśnie tego się obawiała. Powinna po prostu odwrócić się i odejść, obojętne czy 

spotka Wenforda, czy nie, ale ten opryszek nie będzie miał ostatniego słowa.

– Przekona się pan, że furtka jest zamknięta, milordzie.
– Przeskoczę przez żywopłot.
Lilith   spodziewała   się   różnych   rzeczy   po   markizie   Dansburym,   ale   nigdy   takiej 

niemądrej rozmowy.

– Kupię sobie dużego psa – powiedziała niepewnie. Dlaczego ten szubrawiec był taki 

uroczy? Przecież wiedział, że nim pogardza.

– No to narażę się na ugryzienie, podczas gdy teraz narażam się na porażenia.
– Z przyjemnością poraziłabym pana – odparła, a głos ją nieco zawiódł pod koniec 

zdania.

– Niechże pani da spokój – zbeształ ją. – Chciałaby pani, żebym zginął tylko dlatego, 

że zwróciłem się do niej z prośbą o walca? – Znowu wyciągnął rękę i łagodnie odsunął jej 
za ucho luźne pasemko włosów.

Lilith rozdygotana zaczerpnęła powietrza i usiłowała opanować zmysły.
– Sam pan wie, co mam na myśli – powiedziała odzyskawszy kontrolę nad głosem. 

Gdyby   tylko   przestał   dotykać   jej   i   patrzyć   na   nią   tak   intensywnie,   że   serce   w   niej 
zamierało, potrafiłaby dać mu odprawę, na jaką zasługiwał.

– Proszę, niech mi pani wyjaśni. Pragnę poznać pani myśli.
– Bardzo dobrze. Chcę, żeby zostawił pan Williama w spokoju.
– Tego zrobić nie mogę – odpowiedział bez namysłu. – Bardzo chłopca polubiłem.
– Pan go rujnuje. A to zniszczy mojego ojca, a to z kolei... – Głos ją zawiódł, nie 

chciała ujawniać niczego, o czym by już nie wiedział. Wydawało się jednak, Że niewiele 
jest takich rzeczy, o których markiz nie wie. – A to z kolei... zrani mnie. – Spojrzała mu w 
oczy. – Jeżeli nie takie są pana zamiary, błagam, by pan przestał.

background image

Markiz spojrzał badawczo w jej oczy. Chłodny, wieczorny wiatr zdmuchnął mu  na. 

czoło  pasemko włosów, przez co wyglądał niemal chłopięco i niewinnie, chociaż – jak 
dobrze  wiedziała  –  taki nie  był. W  końcu  uśmiechnął   się,  mniej  niewinnie  i bardziej 
zmysłowo niż przedtem.

– Czy nie zechce pani poświęcić czegoś, by uratować brata przed tą niegodziwością, 

jaką rzekomo reprezentuję?

Oczy Lilith zwęziły się, wdzięczna była, że może odzyskać gniewny nastrój.
–   Rzeczywiście   nie   ma   pan   wcale   serca   –   oznajmiła   porywczo.   –   Dżentelmen 

obdarzony choć odrobiną życzliwości nie zrobiłby tego, co pan robi.

Dansbury uśmiechnął się krzywo.
– Ależ pani już poinformowała mnie, że nie mam absolutnie żadnych zalet. Tak więc 

jak mógłbym je wykorzystywać? A może w pani znalazłem ostatnią szansę na zbawienie? 
Jesteś piękna jak aniołowie z nieba, Lilith. Czy mogłabyś, czy zechcesz mnie uratować?

Pochylił się w stronę Lilith, wzrok skupił na jej wargach, a serce dziewczyny zaczęło 

walić jak szalone z trwogi i jeszcze jakiegoś innego uczucia.

– Ja...
– Panno Benton – zawołał ostro jakiś męski głos i Lilith znowu podskoczyła.
Hrabia Nance przecisnął się przez zarośla i stanął twarzą w twarz z markizem. Dzięki 

Bogu   nie   był   to   Wenford   ani   żaden   inny   z   jej   konkurentów.   Lionel   Hendrick   miał 
przynajmniej trochę oleju w głowie.

–   Czy   Dansbury   panią   obraził?   –   zapytał   stanowczo   Nance,   piorunując   markiza 

wzrokiem.

Jack leniwie się uśmiechnął.
– Tak, panno Benton, czy obraziłem panią?
Miała ochotę spoliczkować go za to, że niemal udało mu się ją pocałować i za to, że 

nie potrafiła opanować zaciekawienia, jakie by to było uczucie. Ale Lionel wyglądał na 
tak rozjątrzonego, że mógłby upierać się przy walce. Absolutnie nie miała ochoty dać się 
wciągnąć w  jeden z typowych dla Dansbury'ego skandali,  które wydawały  się tak go 
bawić.

Potrząsnęła głową.
– Po prostu nie życzę sobie już dłużej z nim rozmawiać.
–   Proszę   więc   pozwolić,   że   odprowadzę   panią   do   jej   przyjaciół,   którzy   jak   się 

przekonałem przed chwilą, szukają pani. – Nance wsunął sobie jej dłoń pod ramię.

–   Tak,   oczywiście   –   zgodził   się   swobodnie   markiz.   –   Ale   niech   się   pani   ma   na 

baczności, panno Benton. Lód topnieje.

Lilith popatrzyła na niego ostro, ale markiz  gestem wskazywał truskawkowe lody, 

które wciąż ściskała w dłoni. Zapomniała o nich. Teatralnie spiorunowała go wzrokiem, 

background image

potem odwróciła się do Nance'a.

– Dziękuję panu, milordzie – uśmiechnęła się słodko – za pana pomoc.
Kiedy wychynęli zza krzaków, rozejrzała się dookoła z rezerwą. Księcia nigdzie nie 

było widać; zaczęła się zastanawiać, czy ciągła obecność Wenforda nie była wymysłem 
markiza,   który   chciał   zatrzymać   ją   ze   sobą   w   ukryciu.   Obejrzała   się,   by   rzucić 
Dansbury'emu   zimne   spojrzenie   na   pożegnanie,   ale   już   go   nie   zobaczyła,   zniknął   w 
ciemnościach, jakby się rozpłynął w powietrzu.

Kiedy wracali z Nancem do loży Sanfordów, napłynęła od strony fajerwerków fala 

słabego zapachu siarki. Może Jack Faraday naprawdę był diabłem? Już opętał Williama, a 
teraz polował na nią. Przekona się jednak, że ona nie jest tak bojaźliwa i nie tak łatwo ją 
zastraszyć, jak uważał. Jakby nie był we własnym przekonaniu czarujący, tej gry markiz 
Dansbury nie wygra.

– Jacku, czy zechciałbyś mi wyjaśnić jeszcze raz, co my tu na miłość boską robimy? – 

wymamrotał   Ogden   Price.   Bez   entuzjazmu   skłonił   głowę   w   kierunku   grupki 
zaszokowanych kobiet, które stały w niewielkiej odległości od nich.

– Bierzemy udział w kosztowaniu herbaty – odpowiedział Jack, spokojnie nakładając 

sobie na trzymany w ręku talerzyk następne ciasteczko. – A ty spróbuj się uśmiechnąć, 
zanim   przerazisz   te   biedactwa   na   śmierć.   Zaczynasz   wyglądać,   jakby   ci   ktoś   twarz 
klamrami pospinał.

– A ty coraz bardziej zaczynasz przypominać wariata – syknął Price w odpowiedzi. – 

Czemu nie namówiłeś na tę wizytę swojej siostry albo Antonii, zamiast wlec do tego 
piekła mnie?

Na moment uparcie miły uśmiech Jacka zrobił się nieco wymuszony.
– Antonia jest stworzeniem nocnym, a rodzina mojej siostry nie rozmawia ze mną, 

pamiętasz? Poza tym odrobina cywilizacji dobrze robi na duszę.

– Ty w ogóle nie masz duszy. – Price westchnął. – Gdybyś miał, nigdy byś mi czegoś 

takiego nie zrobił. Podaj mi tamto cholerne ciasteczko.

Po   drugiej   stronie   pokoju   rozchichotane   i   rozgdakane   panie   przypominały   stadko 

spłoszonych kur, umykających przed lisem. A ukoronowaniem cierpień Jacka był fakt, że 
Lilith Benton jeszcze  się nie pojawiła. William Benton będzie miał  poważne kłopoty, 
jeżeli pomylił się co do jej dzisiejszych planów.

– Z miodem czy jagodami?
– Z miodem, niech cię diabli.
– Bądź tak łaskaw, Price i uważaj na to, jak się wyrażasz.
– Jack ugryzł ciasteczko, uśmiechnął się wytwornie i zwrócił się do jednej z pań w 

rogu. – Wie pani, pani Falshond, że one są wspaniałe. Moja kucharka musi koniecznie 
dostać od pani przepis. Ten korzenny smak to chyba nie może być cynamon, prawda?

background image

Pani Falshond nastawiła uszu i ośmieliła się postąpić kilka kroków w przód.
– To jest cynamon, milordzie. Trzymany w tajemnicy składnik bardzo starego przepisu 

rodzinnego.

Jack skinął głową i dał Price'owie sójkę w bok, by ten również skosztował.
– Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciw udostępnieniu go.
–   Ależ   oczywiście,   że   nie,   milordzie.   –   Wdzięcząc   się   niczym   paw   pani   domu 

swawolnie dała mu klapsa w rękaw.

Najwyraźniej doszła do wniosku, że jest dzisiaj nieszkodliwy, a chociaż o to właśnie 

Jackowi chodziło, jej łatwowierność go zdumiała.

– Cudownie.
Pani Falshond klasnęła władczo w dłonie.
– Czy będziemy zaczynać, drogie panie? – Potem odwróciła się, a jej uśmiech stał się 

jeszcze bardziej promienny.

– Pani Farlane, panna Benton. Jakże mi miło, że mogły panie przyjść. Na pewno znają 

panie wszystkich obecnych.

Markiz odwrócił się i zobaczył, jak Lilith Benton usiłuje opanować zaskoczony wyraz 

twarzy, pospiesznie odwracając się od niego i ujmując dłoń pani domu.

–   Tak,   pani   Falshond.   Dziękujemy   pani   za   zaproszenie.   Jack   nadal   przyglądał   się 

Lilith,  która   zerknęła  jeszcze  raz  w  jego  kierunku,  a  potem  szybko  odwróciła  wzrok. 
Znowu poczuł to samo – jakieś dziwne podniesienie na duchu, które zdawało się zbiegać z 
jej obecnością. Poczuł się tak po raz pierwszy wczoraj – lekko, beztrosko i całkowicie 
absurdalnie   –   kiedy   wpadła   na   niego   w   Ogrodach.   Odwołał   cotygodniowe   zajęcia   z 
szermierki, by wyśledzić ją i przekonać się, czy zjawisko się powtórzy. Był zaintrygowany 
i skonsternowany, że tak się stało.

Następną   godzinę   spędził   kosztując   różnych   rodzajów   herbat   z   całego   świata   i 

oczarowując pełny pokój wrogo nastawionych dam. Panna Benton w nietypowy dla siebie 
sposób  była  milcząca,   ale  po szeregu  spotkaniach   z nią  zauważył, że  wyrażała  swoją 
opinię tylko wtedy, kiedy nikt ważny nie mógł jej podsłuchać. Najwyraźniej uznała go za 
nieważnego – mógł się z tym pogodzić, jeżeli da mu to szansę na dalsze rozmowy z nią.

Coś w tej całej sytuacji wydawało się nienaturalne, ale ta świadomość była równie 

intrygująca jak sama dzierlatka. W końcu udało mu się ją dopaść pomiędzy  stołem a 
kominkiem, podczas gdy Price bez cienia entuzjazmu zajmował rozmową panią Falshond 
oraz denerwującą ciotkę Lilith.

– Dzień dobry pani, panno Benton – powiedział, sięgając przez jej ramię po herbatnik.
Lilith wzdrygnęła się, potem szybko rzuciła spojrzenie w kierunku ciotki.
– Lordzie Dansbury.
Uśmiechnął się, kiedy wybierała ciasteczko, starannie odwrócona do niego plecami. 

background image

Może uważała, że ignorując go spełnia swój obowiązek, ale w żaden inny sposób nie 
usiłowała od niego uciec.

– Czy próbowała już pani mieszanki madagaskarskiej? –
zapytał, muskając dłonią jej rękaw i pokazując na najbliższy czajniczek.
– Nie. – Nie ruszała się z miejsca, jakby wrosła w ziemię.
–   Polecam  ją   –   ciągnął  dalej,   sięgając   po  następny   herbatnik,   przez   co   uwięził  ją 

pomiędzy sobą a stołem. – Dosyć delikatna, o lekko pikantnym posmaku.

– Doprawdy.
Lilith odstawiając talerzyk pochyliła głowę; niewiele brakowało, a Jack pocałowałby 

smukłą krzywiznę jej karku. Głęboko zaczerpnął powietrza i przelotnie zastanowił się, kto 
tu kogo uwodzi.

– Trochę jak pani, tak mi się wydaje.
– Proszę, niech pan odejdzie – szepnęła.
–   Proszę,   niech   się   pani   odwróci   do   mnie   twarzą,   kiedy   pani   do   mnie   mówi   – 

odpowiedział.

Lilith z napięciem potrząsnęła głową.
– Wcale z panem nie rozmawiam.
–   Pozwolę   sobie   być   innego   zdania.   –   Pachniała   lawendą   i   herbatą,   a   kiedy   jego 

oddech musnął jej włosy, zadrżała leciutko. – Bardzo wiele mi pani mówi.

Ramiona Lilith uniosły się, kiedy wciągała powietrze, potem odwróciła się i popatrzyła 

mu wprost w oczy.

– Czy teraz pan odejdzie?
Price chrząknął, co wskazywało, że obie kwoki wymknęły się spod jego wpływów.
– Przyjdzie dzień – szepnął Jack do Lilith, unosząc do ust jej dłoń i delikatnie całując 

ją u nasady palców – że będzie mnie pani prosić, bym został.

– Lilith – rozległ się surowy głos ciotki.
– Tego nie zrobię, milordzie.
,Jack uśmiechnął się i podał jej znowu talerzyk.
– Zobaczymy.
Bezpośrednio po kosztowaniu herbaty Lilith i ciotka Eugenia pojechały przyłączyć się 

do Penelopy i lady Sanford u ich krawcowej. Eugenia natychmiast  opadła na ławę w 
witrynie sklepowej obok lady Sanford.

– Wyobraź sobie tylko moje przerażenie, Daphne – mówiła bez tchu – kiedy weszłam 

do   pokoju   i   zobaczyłam   przed   sobą   tego   wcielonego   diabla.   Żeby   markiz   Dansbury 
udawał, iż interesuje go kosztowanie herbaty!

Pen spojrzała spod oka na Lilith.
– Dansbury tam był? – zapytała bezgłośnie.

background image

Lilith, która starała się podsłuchać resztę uwag ciotki, kiwnęła głową. Kiedy rozmowa 

zmieniła   się   w   recytację   przeszłych   pojedynków   Dansbury'ego   oraz   jego   szalonych, 
zawieranych   po   pijanemu   zakładów,   zniecierpliwiona   poszła   przyjrzeć   się   niemal 
ukończonej sukni, która wisiała na manekinie.

– Czy jest pani pewna, że to nie za śmiałe? – zapytała krawcowej.
– Mais non, mademoiselle – zaprotestowała Madame Belieu. – Sama pani zobaczy, jak 

pani przymierzy. Będzie parfake.

Lilith   nie   była   pewna.   Szmaragdowozielona,   jedwabna   suknia   była   dość   głęboko 

wycięta – markiz Dansbury uznałby na pewno, że wspaniale się nadaje, ale jego kryteria 
były tak niskie, że niemal niedostrzegalne.

Ciotka Eugenia zmarszczyła brwi.
– To jest absolutnie...
– Śliczne. – Lady Sanford uśmiechnęła się z aprobatą. – Będzie ci w niej cudownie. A 

przy tej chłodnej pogodzie ciemne kolory są w tym sezonie bardzo modne. Wspaniały 
wybór, Eugenio.

– Hm. Dziękuję ci, Daphne – powiedziała Eugenia, rzucając na suknię jeszcze jedno 

pełne niesmaku spojrzenie.

Lilith z wdzięcznością się uśmiechnęła. Suknia naprawdę była śliczna, a nigdy dotąd 

nie pozwolono jej założyć czegoś podobnego.

– Każę pani dostarczyć jutro tę suknię i tę złotą, mademoiselle.
Lilith miała nadzieję, że będzie mogła założyć coś nowego na bal u Rochmontów.
– Dziękuję pani, madame.
Ciotka   Eugenia   poszła   zapytać   Madame   Belieu,   czy   przyszły   już   nowe   francuskie 

jedwabie, a Pen w tym czasie dopadła Lilith.

– Opowiedzże mi, Lilith, co on zrobił? – wyszeptała.
– Nic. – Lilith bez sukcesu próbowała przestać myśleć o prowokacyjnym, przystojnym 

markizie i tym jego zatraconym, atrakcyjnym uśmiechu. – Kosztował herbaty.

– Naprawdę?
– Cśś. Tak, naprawdę. A teraz przestań o nim mówić. Proszę cię.
– Ale, Lil – upierała się Pen, ciągnąc przyjaciółkę w drugi koniec sklepu. – Kiedy 

powiedziałam Mary Fitzroy, że markiz Dansbury chciał zostać jednym z konkurentów do 
twojej ręki, ona...

–   Pen,   chyba   tego   nie   zrobiłaś!   –   Nie   mogła   dopuścić,   żeby   zaczęły   krążyć   tego 

rodzaju pogłoski! Chociaż taka plotka, zwłaszcza po rzekomo przypadkowym spotkaniu 
na   recitalu   i   w   operze,   mogłaby   zniechęcić   Wenforda;   byłaby   to   jedyna   jasna   strona 
prześladowania przez Dansbury'ego. Ale mogła ona także zniechęcić hrabiego Nance'a i 
wszystkich innych konkurentów i odwieść ich od kontynuowania starań o nią.

background image

–   Mary   nikomu   nie   powie   –   upierała   się   Pen   zdecydowanie.   –   Mówiła,   że   on 

dotychczas o nikogo się nie starał. Naprawdę musiał się w tobie zadurzyć.

– Nonsens – odparła Lilith, a serce jej zabiło na te słowa. Konkurenci przecież nigdy 

nie zachowywali się tak jak markiz. Poza tym tyle już razy go obraziła, że powinno to 
zniechęcić nawet najbardziej zagorzałego konkurenta, a po nim było widać wyłącznie 
rozbawienie. – Poważnie wątpię, czy jest zadurzony w kimkolwiek oprócz siebie samego 
– stwierdziła. – A już z pewnością nie pociąga mnie.

– Ale on jest taki przystojny. – Pen zatrzepotała rzęsami i westchnęła.
W tym cały problem. Każdy powinien wyglądać na to, czym naprawdę jest, do takiego 

wniosku Lilith doszła ostatniej nocy, kiedy nie mogła spać. Byłoby o tyle prościej, gdyby 
łajdak wyglądał na łajdaka.  Gdyby  tak było, to zanim pozna się  jego godny  pogardy 
charakter, nie kusiłby człowieka wygląd i prezencja, którym nie sposób się oprzeć.

–   To   ty   powiedziałaś   mi,   że   zastrzelił   jakąś   kobietę.   A   wszyscy   wiedzą,   jaką   ma 

zaszarganą opinię. I rujnuje Williama. I jest tylko dlatego zły, że go obraziłam, więc stara 
się odegrać. I...

– Jesteś pewna?
– Oczywiście, że jestem pewna – odparła porywczo. – Jaki mógłby być inny powód, że 

markiz Dansbury się mną zajmuje? – Wbrew temu, co jej mówił, na pewno wcale nie 
szukał   zbawienia.   Jeszcze   nie   do   końca   to   rozgryzła,   ale   chyba   starał   się   sprytnie 
doprowadzić do jej kompromitacji.

– Och, sama nie wiem, Lil – przyznała Pen, wzruszając ramionami. – Ale trudno mi w 

to   uwierzyć,   że   ktoś   mógłby   ciebie   nie   lubić,   a   tym   bardziej,   że   chciałby   ci   zrobić 
krzywdę.

–   Jego   łajdactwo   nie   zna   granic   –   zwróciła   jej   uwagę   Lilith.   –   Może   to   brzmi 

melodramatycznie, Pen, ale wiesz, że to prawda.

– Tak, przypuszczam, że tak. – Przyjaciółka westchnęła. – Tylko że to się wydaje takie 

romantyczne, żeby taki hulaka upatrzył sobie akurat ciebie i nastawał na twoją cnotę.

– Mojej cnocie żadne nastawanie nie jest potrzebne – odpowiedziała Lilith sucho.
Dzwonek   przy   drzwiach   frontowych   zadzwonił   i   do   zakładu   weszła   wysoka, 

ciemnowłosa   dama   w   towarzystwie   służącej.   Chociaż   miała   na   sobie   pelisę   i   grubą 
pelerynę, zaokrąglony brzuch świadczył o tym, że jest w zaawansowanej ciąży.

Madame Belieu przeprosiła i poszła przywitać nowo przybyłą.
– Lady Hutton – uśmiechnęła się, ujmując młodą damę za rękę i pokazując na fotel – 

wygląda pani dziś enchanteresse.

–   Dzięki   za   te   życzliwe   kłamstwa,  madame   –  odparła   lady   Hutton   ze   smętnym 

uśmiechem, od którego zmarszczyły jej się kąciki oczu.

– Z przyjemnością  byłabym pani odesłała suknię, milady. – Krawcowa skinęła na 

background image

jedną ze szwaczek, żeby przyniosła toaletę.

– O Boże, nie – zaprotestowała dama. – Richard zdecydowany jest więzić mnie do 

końca lata. To jedno z niewielu miejsc, do którego wolno mi uciec.

Lady Sanford również z uśmiechem na twarzy podeszła, by podać rękę damie.
– Alison – powiedziała serdecznie – chyba jeszcze nie poznałaś mojej córki, Penelopy, 

ani Eugenii Farlane. – Odwróciła się, pokazując na Lilith. – A to bratanica pani Farlane, 
panna Benton. Eugenio, Pen, Lilith, to jest lady Hutton.

Pen przykucnęła w ukłonie.
– Miło mi panią poznać.
– Lady Hutton – poparła ją Lilith.
Alison Hutton była śliczną kobietą o jasnobrązowych oczach i oliwkowej cerze, która 

świadczyła o francuskim czy może hiszpańskim pochodzeniu. Uśmiech przychodził jej z 
łatwością i pojawił się znowu, kiedy napotkała spojrzenie Lilith.

– Panie, wybaczcie mi proszę, że nie wstaję, ale obecnie najłatwiej mi jest znaleźć 

sobie jakieś miejsce i już się z niego nie ruszać.

– Ależ oczywiście. – Lilith rozbawiona odpowiedziała jej uśmiechem.
Ciotka Eugenia kiwała głową.
– Pani mężem jest baron... Richard, lord Hutton, prawda?
–   Tak,   to   on   –   odpowiedziała   natychmiast   lady   Hutton;   nie   wydawała   się   wcale 

urażona tak bezpośrednim pytaniem. – Czy pani go zna?

– A więc to państwo jesteście właścicielami majątku Linfield w Shropshire, czy tak?
– Tak. Skąd pani zna Richarda?
–   Lord   Dupont,   który   zamieszkiwał   niedaleko   od   państwa   w   Hawben   Hall,   był 

przyjacielem mojego świętej pamięci męża.

– Och, tak. Richard często wspominał lorda Duponta.
Na krótko przed śmiercią podarował on Richardowi i jego matce większość róż, które 

należały do jego świętej pamięci żony. Są zdumiewające.

Lilith nastawiła uszu na wzmiankę o różach. Ciotka Eugenia, zupełnie jakby wyczuła 

jej zainteresowanie, pokazała na nią ręką.

– Moja bratanica utrzymuje ogród i tutaj, i w Hamden Hall, chociaż wcale nam się to 

nie podoba, że grzebie w ziemi. Ta dziewczyna kocha róże.

– Ciotko – upomniała ją Lilith, uśmiechając się z przymusem. Dłubanie w ziemi przy 

pielęgnowaniu   róż   było   jednym   z   niewielu   występków,   których   nie   dała   sobie 
wyperswadować.

Lady Hutton popatrzyła na nią i roześmiała się.
– Mój mąż również się nimi pasjonuje. Mam przyjaciół, którzy są zdania, że to pewna 

przesada z jego strony, ale przynajmniej mój brat twierdzi, że dowodzi to charakteru.

background image

– No właśnie – zgodziła się Lilith, podchodząc, by pomóc się podnieść lady Hutton, 

kiedy pojawiła się krawcowa ze śliczną, zielono-fioletową suknią wieczorową.

– Wie pani, mój mąż z radością by się wymienił, jeżeli ma pani jakieś niezwykłe 

odmiany.  Musi  nas pani odwiedzić.  – Jej twarz przybrała ponownie smętny  wyraz.  – 
Obawiam się, że będzie to dosyć zuchwałe, jeżeli powiem, że dobrze zrobiłby mi jakiś 
gość. Bycie uwięzioną nie jest ani w przybliżeniu tak romantyczne i podniecające, jak 
można by pomyśleć.

Lilith roześmiała się.
– Z radością złożę pani wizytę, lady Hutton. Nawet gdyby miało nie być róż.
– Williamie, jeżeli masz zamiar kogoś spoić, aż spadnie pod stół, sam powinieneś się 

upijać nieco wolniej niż ta osoba – zwrócił młodzieńcowi uwagę Dansbury.

Chociaż była już druga nad ranem, tłum u White'a ledwie zaczynał się przerzedzać. 

Tego dnia miał się odbyć wieczorek u lady Helfer, ale i tak nie zapraszała ona nigdy gości 
w wieku poniżej siedemdziesięciu lat, a żadnych innych ciekawych wieczorków ani balów 
na ten wieczór nie planowano. Mimo to można było odnieść wrażenie, że spora ilość 
lordów woli palić i grać w karty, niż spędzać czas w domu ze swoimi żonami. Dansbury 
uśmiechnął się przebiegle zauważywszy wicehrabiego Davenglena. Miał pewność, że lady 
Davenglen wcale nie jest samotna tego wieczoru, ponieważ Ernest Landon wymknął się 
przed kilkoma godzinami, żeby jej złożyć swoje uszanowanie.

– Przecież to ty wciąż napełniasz ten cholerny kieliszek – odparł William.
– Ale to ty nie przestajesz go opróżniać. – Kiedy Jack podejmował się obowiązku 

doprowadzenia   chłopca   do   ruiny,   spodziewał   się,   że   okaże   się   on   niemrawym, 
prowincjonalnym tępakiem. Tymczasem okazało się, że chociaż młodzieńcowi brak było 
nieco   miejskiej   ogłady,   brak   mu   było   także   cynizmu   i   powszechnej   skłonności   do 
osądzania   innych.   Wystarczyło   to,   by   wynieść   go   o   kilka   szczebli   nad   większość 
londyńskiego wytwornego światka. Naiwność Williama była w rzeczywistości ożywcza, 
chociaż przez nią sprawy mogły się jeszcze bardziej skomplikować – podobnie jak przez 
prośbę Lilith, by oszczędził jej bólu, jaki przyniosłaby rujnacja Williama; czort by wziął tę 
dziewczynę.   Jej   prośba   do   tego   stopnia   nie   dawała   mu   spokoju,   że   zabrał   swoich 
przyjaciół do White'a zamiast do Antonii, chociaż William w najmniejszym stopniu nie 
wydawał się wdzięczny za odwleczenie swojej rujnacji o jedną noc.

– Pijesz tyle samo co ja, Dansbury – protestował William.
Rozdający karty zdusił śmiech. Siedzący naprzeciw niego Ogden Price zachichotał; ale 

Thomasowi   Hanlonowi   ostrzeżenie   przydałoby   się   chyba   w   tym   samym   stopniu   co 
Williamowi, ponieważ zasnął w swoim fotelu. Jack wycelował palec w Williama.

– Wydaje się, że piję tyle samo, co ty.
Uśmiech Price'a zmienił się w pełen urazy grymas.

background image

– Wylewałeś portwajn?
Jack leniwie się uśmiechnął.
– I nie tylko.
Jego przyjaciel potrząsnął głową.
– Niech mnie diabli. Od kiedy?
– Za każdym razem, jak mi na to przyszła ochota. – A tego wieczoru przychodziła, bo 

musiał zachować resztki trzeźwości umysłu, jeżeli miał wydobyć od Williama plany Lilith 
na   następny   dzień.   Biorąc   pod   uwagę,   jak   reagowała   na   niego   podczas   kosztowania 
herbaty, zaczynała chyba odrobinę łagodnieć w swoich poglądach na jego temat. Niczego 
więcej   nie   było   mu   trzeba   i   nie   miał   zamiaru   psuć   okazji,   dobijając   Williama   dziś 
wieczorem.

– Ale ja wcale nie widziałem, jak wylewasz wino – oznajmił Benton i pochylił się do 

przodu, żeby przyjrzeć się rękawowi Jacka.

– Prawdę mówiąc korzystałem z tej rośliny w doniczce za twoimi plecami. Obawiam 

się,   że   jutro   rano   będzie   miała   porządnego   kaca.   –   Jack   teatralnie   się   przeciągnął.   – 
Podobnie zresztą jak ja. Niemal już padam.

–   Ale   ja   przegrałem   dwieście   funtów   –   zaprotestował   William,   przeklinając   i 

popychając karty w kierunku rozdającego.

Jack patrzył na niego przez chwilę, czekając na to lekkie łaskotanie sumienia, które da 

mu   do   zrozumienia,   że   życie   zaczyna   poważnie   odchylać   się   od   stanu   równowagi. 
Westchnął.

– Ile byłeś skłonny przegrać dziś wieczorem, chłopcze?
– Mniej więcej połowę tego – odparł William zawahawszy się. Rąbnął pięścią w stół. – 

Nie sądziłem, że twoje cholerne szczęście utrzyma się przez całą noc.

– Utrzymuje się już od lat, Williamie – poinformował go Price. Złożył Jackowi ukłon 

kieliszkiem i wychylił jego zawartość. – Nie mam przekonania do wylewania portwajnu, 
nawet jeżeli jest cienki.

Po  drugiej  stronie pokoju  zaczął  się  jakiś ruch i  Jack  podniósł  oczy.  W drzwiach 

pojawił   się   książę   Wenford   i   pospiesznie   został   wprowadzony   do   drugiej   sali. 
Najwyraźniej   właściciele   White'a   nie   mieli   ochoty   powtarzać   na   własnym   terenie 
incydentu z balu u Feltonów.

Dansbury roześmiał się z przymusem i uniósł własny kieliszek.
– Sam nie znoszę tego marnować. – Wysączył wino do dna. Price miał rację; nie było 

wątpliwości, że rozcieńczali je tu wodą. Zawołał jednego z lokajów i kazał sobie podać 
świeżą butelkę. – Tym razem jedną z moich, bądź tak dobry, Freeling.

Główny lokaj ukłonił się i skierował w stronę kuchni.
– Wciąż jeszcze nie mogę uwierzyć, że trzymasz własny zapas portwajnu w każdym 

background image

cholernym klubie w mieście – nie mógł się nadziwić William.

– Ale zauważyłem, że nie sprawia ci trudności korzystanie z niego – odparł sucho 

Jack.

– Mnie również nie – wtrącił Price. – Williamie, pójdź ze mną do Admiralty, kiedy już 

wypijemy Jackowi całe wino – namawiał.

Markiz potrząsnął głową, nie przestawały kłuć go szpileczki poczucia winy wobec 

Lilith Benton.

– Chłopiec jest już o dwieście funtów lżejszy, Price. Zostaw nam jakieś zabawki na 

jutro.

William miał taką minę, jakby mu ulżyło, a markiz pomyślał, że z pomocą Antonii i 

innych przyjaciół z jego kręgu młody  pan Benton musi  tracić około pięciuset funtów 
tygodniowo. A przecież jeszcze kilka dni temu sam zaproponowałby wypad do Admiralty.

– Williamie, doceniłbym to, gdybyś wziął sobie do serca tę oto mądrą radę: nigdy, 

powtarzam,   nigdy   nie   stawiaj   więcej,   niż   możesz   stracić.   Jeszcze   się   zadłużysz   u 
przeróżnych typów mających zaszarganą opinię. Jak ja.

– Zdaniem mojej siostry już chyba nic gorszego niż ty nie mogło mi się przytrafić – 

zauważył radośnie William, dopijając do końca wino z otwartej butelki. – Powiada, że 
jesteś   diabłem   wcielonym,   a   wczoraj   wieczorem   nazwała   cię   „jadowity   fircyk   Jack". 
Sprytne z jej strony, nie uważasz?

Jack popatrzył na niego, jego rozbawienie się ulotniło.
– Jak mnie nazwała?
– Jadowity fircyk Jack.
– Coś mi się zdaje, że wiatry nadal wieją z północy. – Price przyglądał się trzymanym 

w rękach kartom, wzbraniając się popatrzeć w gniewne oczy Jacka.

I tyle zyskał, starając się grzecznie zachowywać. Najwyraźniej ta metoda nie działała.
–   Wiesz   co,   skoro   już   mówimy   o   drogiej   pannie   Benton,   to   kiedy   widziałem   ją 

ostatnim razem, wyglądała na dosyć zmęczoną. Miała wiele obowiązków podczas tego 
sezonu, czyż nie?

William przytaknął.
– Ojciec też tak uważa. Powiedział Lil, że jutro rano nie musi iść na recital podczas 

śniadania u Billingtonów. Mnie jednak nie chciał zwolnić, szlag by to trafił. – Chwycił 
Jacka palcami za surdut. – A ty się wybierasz, Jacku?

Markiz zmarszczył się i wyciągnął rękaw z uchwytu Williama.
– Śniadania i recitale nigdy nie miały dla mnie wielkiego uroku, zwłaszcza jeżeli jedno 

łączy się z drugim.

Price znowu zachichotał.
–   Odniosłem   wrażenie,   że   tylko   tacy   podejrzani   osobnicy   jak   Jack   trzymają   się   z 

background image

daleka od sławnych śniadań u Billingtona.

– I tylko po to zaszargałem sobie opinię, prawdę rzekłszy.
Lilith Benton miała być jutro rano sama w domu. Najwyższy już czas, żeby przestał 

tańczyć koło niej jak uczniak i wykonał następny ruch.

– Dansbury – odezwał się za jego plecami jakiś szorstki głos i Jack zesztywniał.
– Wasza książęca mość – powiedział, przeciągając sylaby i odwracając się. Wolałby 

przynajmniej   tym  razem  opuścić   lokal   nie   wplątując   się   w   żadną   zawikłaną   sytuację. 
Zauważył, że diamentowa szpilka wróciła na miejsce do krawata Wenforda, niewątpliwie 
po   to,   by   cały   wytworny   świat   mógł   zobaczyć,   że   książę   załatwił   sprawę.   Przelotnie 
zastanowił się, jak poczuł się Dolph, kiedy po raz drugi uwolniono go od tego rodowego 
dziedzictwa.

– Chciałem tylko powiedzieć, że co było, to się skończyło – powiedział książę sztywno 

i wyciągnął kościstą dłoń.

Kiepskie  to  były   przeprosiny;  ani  w  przybliżeniu   nie  wystarczające,   by   wyrównać 

długotrwałe porachunki i niechęć panującą pomiędzy rodzinami Faradayów i Remdale'ów. 
Jack   popatrzył   staremu   człowiekowi   przeciągle   w   oczy,   potem   sięgnął   po   butelkę 
portwajnu, którą właśnie na stole postawił lokaj i wepchnął ją do wyciągniętej ręki księcia.

– Z wyrazami szacunku – powiedział i odwrócił się z powrotem do gry.
Jego wysokość stał przez chwilę przy stole, najwyraźniej zastanawiając się, czy warto 

o ten afront rozpoczynać następną awanturę.

– Ach – powiedział w końcu, a następnie odchrząknął. – Bardzo dobrze.
–   Masz   czelność,   Dansbury   –   wymamrotał   Price,   kiedy   książę   odwrócił   się   już   i 

odszedł.

– To był cholernie dobry rocznik – odparł Jack ponuro i dał znak rozdającemu, że gra 

toczy się dalej.

background image

5

– Naprawdę nie mam nic przeciw temu, żeby pójść na to śniadanie, papo.
Lilith opierała się o drzwi sypialni ojca, a on kończył poranną toaletę. Już się ubrała w 

nadziei, że ojciec jednak ustąpi i pozwoli jej pójść  do Billingtonów. Było to jedno z 
niewielu wydarzeń, na które z radością czekała. Śniadania u księcia cieszyły się wielką 
sławą, a wydawał je tylko raz w sezonie. Jeżeli było się kimś, należało się tam pojawić.

Zastanawiała się, czy markizowi Dansbury'emu uda się uzyskać zaproszenie na tak 

prestiżowe wydarzenie, a potem zdecydowanie odsunęła od siebie tę myśl. Pewnie nie 
wrócił jeszcze do domu z nocnej hulanki, a na temat śniadań u Billingtona jedno było 
wiadome  ponad wszelką  wątpliwość: nie zapraszano  tam żadnych podejrzanych ludzi. 
Nigdy. Gdyby William nawiązał stosunki z Dansburym o kilka tygodni wcześniej,  na 
pewno okazałoby się, że jego również wykluczono.

–   Nonsens,   Lilith   –   powiedział   wicehrabia   przez   ramię,   podczas   gdy   kamerdyner 

wygładzał mu krawat. – Nie ma żadnej konieczności, żebyś się zamęczała. Zwłaszcza że 
wieczorem czeka nas bal u Rochmontów. Twoja ciotka i ja, i William, o ile uda mu się nie 
zasnąć w trakcie posiłku, przekażemy w twoim imieniu przeprosiny.

Lilith westchnęła i nerwowo dotknęła palcami kolczyka z pereł, który uciskał jej prawe 

ucho.

– W porządku. – Znowu się zawahała. – I, papo, mam nadzieję, że rozumiesz moje 

uczucia w stosunku do jego wysokości. Po prostu nie mogę wyjść za mąż za takiego... 
okropnego człowieka. Tak jak mówiłam wczoraj wieczorem, z radością poślubię każdego 
innego, którego uznasz za stosowne wybrać. Proszę o wyba...

Wicehrabia uciszył ją machnięciem jednej ręki, drugą brał właśnie rękawiczki.
– Słyszałem, co mówiłaś wczoraj wieczorem. Wenford jest powszechnie szanowanym 

człowiekiem, a połączenie naszych rodzin postawiłoby nas ponad wszelkimi zarzutami. 
Ale ty, płocha dziewczyno, uważasz, że ma zbyt wiele siwych włosów na głowie i nie 
chcesz go.

– To nie o to chodzi, papo. Naprawdę.
– Phi. Tyle słodkich słówek naszeptał ci do uszka każdy ze starających się o ciebie 

lordów, że nie wątpię, iż wybrałaś sobie jakiegoś przystojnego głupka. Kim on jest, Lilith, 
czy to jakiś trzeci syn któregoś barona?

Oskarżenie zaskoczyło Lilith, bo wprost w oczy się rzucało, że nikomu nie oddała 

serca. Przecież nie szukała miłości.

– Nikogo takiego nie ma, papo. – Ojciec nie przestawał spoglądać na nią podejrzliwie; 

położyła mu dłoń na ramieniu. – Nie przyniosę ci wstydu.

Odwrócił się do niej plecami.

background image

– To samo zwykła była powtarzać twoja matka – zamruczał. – A w tych jej zielonych 

oczach nie było nic oprócz kłamstw.

– Nie jestem moją matką.
– Nie przestaję się modlić, by moja krew okazała się w tobie silniejsza niż jej. William 

już zaczyna wybryki w jej stylu.

Chociaż   Lilith   smucił   ból   nieodmiennie   widoczny   w   oczach   ojca,   kiedy   mówił   o 

Elizabeth   Benton,   żałowała   niekiedy,   że   nie   pamięta   on,   iż   nie   tylko   jego   jednego 
skrzywdziła ucieczka lady Hamble.

– Zobaczysz, papo – powiedziała pocieszająco. – Doprowadzę do tego, że będziesz ze 

mnie dumny. Z naszej rodziny.

Ojciec pochylił się, by dotknąć wargami jej czoła.
– Wiem, że tak uczynisz. I nie martw się o Wenforda. Jestem pewien, że sprawy się 

jakoś ułożą.

Lilith uśmiechnęła się z ulgą. Zwykle trwało to i trwało, zanim przeszedł mu podły 

humor, w który wprawiała go każda rozmowa o matce.

– Dziękuję.
William   był   jeszcze   na   wpół   zamroczony   po   wczorajszych   nocnych   eskapadach   z 

markizem Dansburym i z radością zamieniłby się z nią miejscami, ale było jasne, że ojciec 
nie ma zamiaru pozwolić mu się wykręcić od obowiązków. Ciotka Eugenia również nie 
wydawała się zbytnio zadowolona, że Lilith zostaje w domu, ale ojciec obstawał przy tym, 
że dziewczynie potrzebny jest odpoczynek, sprzeczka w końcu dobiegła końca i Bevins 
zamknął za nimi drzwi frontowe.

Kiedy już wyszli, Lilith przez kilka minut wędrowała po domu, rozkoszując się ciszą; 

środa   była   dniem,   kiedy   większość   służących   miała   wychodne,   by   mogli   pozałatwiać 
swoje sprawy. Skierowała się do ogrodu, by ściąć bukiet róż Lord of Penzance. Układała 
je właśnie w holu, kiedy ktoś zaczął stukać do drzwi.

Było   jeszcze   za   wcześnie   na   gości   i   Lilith   zmarszczyła   brwi,   kiedy   Bevins   szedł 

otwierać drzwi. Książę Wenford przepchnął się obok lokaja nie powiedziawszy nawet „za 
pozwoleniem".   Lilith   zdusiła   pełne   konsternacji   przekleństwo   i   odwróciła   się,   chcąc 
umknąć, ale Wenford natychmiast ją wypatrzył.

– Lilith – powiedział ochryple i podszedł, by ująć jej dłoń i ucałować ją.
Nigdy jeszcze nie okazywał tak wyraźnie swoich uczuć, a implikacje, jakie niosło to ze 

sobą, były przerażające.

– Wasza książęca mość – wykrzyknęła, zmuszając się do uśmiechu i szybko odbierając 

mu dłoń.

Miał na sobie wciąż jeszcze strój wieczorowy, w zwisający na trupiej szyi zwiędły 

krawat wpięta była diamentowa szpilka. Albo on, albo Dolph Remdale musieli zapłacić 

background image

Dansbury'emu sumę, której ten tak nieuprzejmie się domagał.

– Muszę z tobą zamienić słówko – powiedział książę i zatoczył się, sięgając znowu po 

jej dłoń. Jego zwykle blada twarz była zaczerwieniona i robiła wrażenie wilgotnej; Lilith 
uświadomiła sobie, że książę jest pijany. Bardzo pijany. A to, co wypił, najwyraźniej 
musiało   mu   zaszkodzić,   chociaż   pewnie   było   również   przyczyną   jego   przyjaznego 
nastawienia.

– Oczywiście, wasza książęca mość. Tyle że ja dziś rano nie przyjmuję. – Było dużo za 

wcześnie na składanie wizyt; jeżeli miały to być oświadczyny, czego się obawiała, pora, 
jaką wybrał sobie Wenford, była niewybaczalna – dla wszystkich, oprócz Wenforda.

– Nie chodzi o wizytę – odparł, sięgając znowu w jej kierunku. – Chodzi o interes.
Lilith odsunęła się o krok.
– Proszę więc pozwolić, że ściągnę tu moją pokojówkę. – Gestem wskazała księciu 

salonik, ale kiedy się obejrzała przez ramię, Wenford następował jej na pięty. – Gdyby 
jego książęca mość zechciał zaczekać? – zaproponowała podenerwowana i zirytowana.

– Twój ojciec jest u Billingtona – oznajmił na to. Lilith wychyliła się na schody i 

zawołała Emily, ale nikt nie odpowiedział.

–  Jestem  pewna,  że  powróci niebawem –  stwierdziła  sztywno.  Zapomniała:  Emily 

miała na cały dzień wybrać się z wizytą do swojej kuzynki.

– Och, wątpię, żeby miał wrócić – stęknął Wenford. – Śniadanie u Billingtona jest 

zawsze wspaniałe.

– Może więc wasza wysokość życzyłby sobie go skosztować? – podsunęła Lilith z 

nadzieją.

– Żołądek mam dziś rano nieco rozstrojony. – Znowu chwycił ją za rękę. – Poza tym 

życzę   sobie   skosztować   ciebie.   –   Szarpnął   ją   ku   sobie.   –   Odrobina   przedmałżeńskiej 
rozkoszy.   –   Zanim   zdążyła   zareagować,   złożył   na   jej   wargach   nieświeży,   cuchnący 
pocałunek.

Oddech śmierdział mu alkoholem i laudanum.
– Wasza wysokość! – Lilith jak szalona wyrwała się i skoczyła do biblioteki.
"W całym domu nie było ani pani Winpole, gospodyni, ani żadnej innej kobiety. Była 

zdana   sama   na   siebie.   Niemal   biegiem   przemierzyła   bibliotekę   i   wpadła   do   saloniku. 
Wenford   ciągnął   za   nią,   mamrocząc   nie   powiązane   ze   sobą   urywki   wierszy,  co 
niewątpliwie według niego miało stanowić namiastkę zalotów.

– Wiesz, że moje  świętej pamięci żony umarły, nie dając mi  potomstwa,  ale taka 

piękna kobieta, z tak dobrego rasowo inwentarza, powinna dać mi paru mocnych synów. 
Lilith zaczynało się robić niedobrze. Być poślubioną temu człowiekowi, który będzie miał 
prawo całować ją i dzielić z nią łoże, kiedy tylko zechce...

– Wasza wysokość, sądzę, że najpierw powinien pan porozmawiać ponownie z moim 

background image

ojcem – powiedziała ostrożnie, nie chcąc go rozgniewać, jeżeli tylko uda jej się tego 
uniknąć.

–   Nie   mów   mi,   co   powinienem   robić,   dziewczyno   –   książę   z   miejsca   znowu   się 

zirytował.   –   Wiem,   że   zostało   jeszcze   kilka   spraw   do   ustalenia.   I   porozmawiam   z 
Canterbury, żeby dali nam specjalne pozwolenie. Nie ma co odkładać ślubu bez żadnych 
sensownych powodów. Robiło się coraz gorzej.

– To wspaniale, ale...
– Muszę brać pod uwagę dobro królestwa. Gdybym miał odejść do niebieskiej chwały, 

nie zostawiając dziedzica, nie masz pojęcia, jaki chaos zapanowałby w Anglii! Żeby nie 
było następcy księstwa Wenford? Dreszcz mnie przechodzi, jak o tym pomyślę.

Lilith  wstrząsnęła   się  z innego  powodu.  Książę  znowu  starał  się  ją złapać,  ale  na 

szczęście koordynację ruchów miał kiepską, więc udało jej się umknąć. Jeżeli to w taki 
sposób usiłował ją uwieść, szło mu fatalnie. Nawet markiz Dansbury bardziej był biegły w 
sztuce uwodzenia. Dużo bardziej biegły.

– A co z pana bratankiem?
–   Z   Randolphem?   –   warknął   książę.   –   Z   tym   tępogłowym,   hazardującym   się 

nędznikiem? Nigdy! – Wciągnął nierówno powietrze i potknął się o kanapę. – Przynieś no 
mi filiżankę herbaty, dziewczyno – rozkazał, opadając na miękkie poduszki. – Okaż do 
cholery trochę dobrych manier.

– Już, wasza książęca mość. – Wreszcie będzie miała okazję uciec! A jeżeli Wenford 

sądzi, że do niego wróci, to znaczy że jest kompletnym idiotą.

Kiedy pospiesznie go mijała, chwycił ją za rękę.
– Ale najpierw się zapoznamy ze sobą.
– Wasza wysokość!
Szarpnął ją; Lilith straciła równowagę i poleciała na jego ramię. Wenford chwycił ją 

pod brodę i złożył następny ohydny pocałunek na jej wargach, a wolną ręką rozerwał z 
przodu stanik sukni.

– Niech mnie pan natychmiast puści! – Dziewczyna zerwała się teraz już na serio 

przerażona. Książę wyprostował się w ślad za nią, wplątał palce w jej włosy i przyciągnął 
ją znowu do siebie.

– Okażże trochę gotowości do współpracy, niech cię diabli – stęknął, obmacując przez 

cienką koszulę jej piersi.

– Niech mnie pan natychmiast puści, bo będę krzyczeć! – Pchnęła go w ramię. Nikt 

jeszcze nigdy nie dotykał jej w taki sposób i nie miała pojęcia, co robić. Jeżeli zawoła 
Bevinsa,   wybuchnie   straszliwy   skandal,   ale   jeżeli   nie   zrobi   tego...   czyny   Wenforda 
pozostawiały niewiele wątpliwości co do jego zamiarów. Zaczerpnęła powietrza.

– Wrzeszcz sobie, mała sekutnico – mówił książę monotonnym głosem. – A potem 

background image

przekonamy się, czy...

Nagle się zakrztusił i zgięło go w pól. Kiedy się wyprostował, twarz miał upiornie 

poszarzałą. Chwycił ją za ramię i runął z ochrypłym charczeniem. Pod jego ciężarem 
Lilith poleciała do tylu na kanapę, a książę zwalił się na nią jak długi.

Lilith rozpaczliwie bila go i kopała.
– Niech pan się podniesie!
Trwało to chwilę, zanim się zorientowała, że książę się nie porusza.
– Schodź! – Nic. – Wasza wysokość? – Żadnej odpowiedzi. – Wasza wysokość, niech 

mnie pan puści. Proszę!

Na to również nie było żadnej reakcji. Z dreszczem obrzydzenia Lilith chwyciła w 

garść siwe włosy księcia i uniosła jego głowę ze swojego ramienia i szyi. Oczy i usta miał 
na wpół otwarte, wokół warg pieniła się cieniutka warstewka śliny. Zebrała wszystkie siły 
i pchnęła, ale udało jej się tylko jeszcze dokładniej wplątać jego palce w swoje włosy.

Sięgnęła   do   tyłu,   żeby   chwycić   za   oparcie   kanapy   i   usiłowała   wysunąć   się   spod 

Wenforda, ale ważył niemal dwa razy tyle, co ona i ani o cal nie mogła się poruszyć – tak 
więc   zostawały   jej   trzy   możliwości.   Mogła   zawołać   Bevinsa   i   narazić   się   na   jeszcze 
większy skandal, mogła mieć nadzieję, że Wenford ocknie się z tego jakiegoś odrętwienia, 
w jakie popadł, i sam z niej zejdzie, zanim ją udusi. Albo mogła leżeć pod księciem, 
dopóki do domu nie powróci rodzina i mieć nadzieję, że nikt wcześniej nie zajrzy do 
saloniku.

Zagrzechotała klamka i drzwi się otworzyły.
– Nie martw się, Bevins, zatrzymam się tylko na moment – doszedł do niej głęboki 

głos markiza Dansbury'ego.

– William zabrał mi jedną z rękawiczek. Jestem pewien, że zostawił ją tutaj.
Lilith zamknęła oczy, wezbrała w niej fala histerii. Modliła się gorąco, żeby markiz 

niczego nie zauważył.

– Panno Benton? Wasza wysokość? – zawołał markiz. – Mam nadzieję, że nie... – Jego 

głos   zamarł.   –   Czy   ktoś   tu   jest?   –   zapytał.   –   Dzieci,   służba,   małe   zwierzątka?   – 
Zachichotał. _ Biedronki? Jaskółki?

– Proszę odejść – odpowiedziała zwięźle.
Kroki słychać było coraz bliżej kanapy. Nagle się zatrzymały.
– Proszę o wybaczenie, Wenfordzie, panno Benton – powiedział markiz po chwili, a w 

jego głosie pojawił się jakiś dziwny ton. Kroki zaczęły się oddalać.

–   Proszę   się   zatrzymać!   –   rozkazała   gorączkowo   Lilith.   Przecież   chyba   nie   miał 

zamiaru jej tak zostawić!

Markiz zatrzymał się.
– Tak, pani?

background image

– Proszę tu wrócić i pomóc mi, natychmiast! Wahanie.
– Pomóc pani?
– Bezzwłocznie! – Wstrzymała oddech, modląc się, żeby jej nie porzucił, skoro i tak 

już tu wtargnął.

– Nie miałem pojęcia, że taki z pani niebieski ptaszek, panno Benton – powiedział 

chłodno, ale ponownie usłyszała odgłos jego kroków i cynizm w jego głosie. – Myślę 
jednak, że powinienem pani powiedzieć, iż na ogół nie lubię spółek. – Zza oparcia kanapy 
wyjrzała twarz Jacka Faradaya. Popatrzył jej prosto w oczy z nieodgadnionym wyrazem 
twarzy. – Jednakowoż w tych okolicznościach... – Nagle zmarszczył brwi i wyciągnął 
rękę, by dotknąć szyi księcia. – Miłosierny Lucyferze – wymamrotał.

Lilith zaczerpnęła tchu.
– Czy on... – Nie mogła dokończyć zdania. Zbyt okropne byłoby ubranie podejrzeń w 

słowa.

– Martwy jak ćwiek – oznajmił spokojnie Dansbury. –
Zawinął się. Puścił ostatnią parę. Wyciągnął kopyta. Kostusia go...
– Dosyć! – zażądała gorączkowo Lilith. – Niech mi pan pomoże!
Markiz obszedł kanapę dookoła, pochylił się, żeby objąć Wenforda w pasie i odciągnął 

go do tyłu.

–   A   więc   to   dlatego   zdecydowała   się   pani   obyć   bez   śniadania   u   Billingtonów   – 

mruknął. Książę ześlizgnął się z niej i spadł z głuchym odgłosem na podłogę. – Mogła mi 
pani   powiedzieć,   że   jestem   po   prostu   za   młody   na   pani   gusta.   Gdybym   wiedział,   że 
preferuje pani starszych panów, może przypudrowałbym sobie włosy.

– Wydałby mi się pan stary i obrzydliwy, nic więcej – ucięła Lilith i podniosła się 

roztrzęsiona na nogi. Serce waliło jej dziko, zachwiała się niepewnie.

Nagle markiz znalazł się tuż przy niej i podtrzymał ją pod łokieć.
– Może powinna pani usiąść – zaproponował spokojnie.
Nogi się pod nią uginały i nie oponowała, kiedy mocne, ciepłe ręce Dansbury'ego 

podprowadziły ją do fotela pod oknem i pomogły jej tam zasiąść. Zamknęła oczy, nie 
czuła   już   dotyku   jego   rąk.   Ten   łajdak   na   pewno   popędził   na   ulicę,   żeby   wykrzyczeć 
nowinę każdemu, kto tylko go zechce wysłuchać.

– Proszę, Lilith – rozległ się tuż przy niej jego głos. Lilith gwałtownie otwarła oczy. 

Dansbury przykucnął przy fotelu, w ręce trzymał kieliszek brandy, oczu nie spuszczał z jej 
twarzy.   Rzuciła   jedno   rozdygotane   spojrzenie   na   rozciągnięte   na   dywanie   ciało   i 
pociągnęła z wdzięcznością spory łyk trunku.

– Lepiej? – zapytał po chwili.
Krztusząc się mocnym alkoholem skinęła głową.
– Nic się pani nie stało?

background image

–   Nie.   Czy   jest   pan   pewien,   że   on...   wyzionął   ducha?   Dansbury   kiwnął   głową   i 

podniósł się.

– Bardzo mi przykro – odezwał się, rozsuwając zasłony, żeby wyjrzeć na zewnątrz – 

ale naprawdę powinna pani wykazywać więcej rozsądku.

– Więcej? – odparła posępniejąc na sarkazm w jego głosie.
– Więcej. Nie powinna pani zadzierać nóg przed człowiekiem o tak kiepskiej kondycji 

fizycznej, zanim nie złapie go pani w księżą pułapkę.

– Złapię go w... – powtórzyła. Wstrząs szybko zmieniał się w gniew.
Markiz skinął głową.
– Czy mama nigdy pani nie mówiła, że najpierw powinno się iść do ołtarza, a później 

do łóżka.

Lilith wyprostowała się jak struna, jej twarz zrobiła się purpurowa z wściekłości.
– Ja nie... ja wcale... nie miałam nic wspólnego z...
–   A   mnie   się   zaczynało   wydawać,   że   naprawdę   nie   lubi   pani   Wenforda.   Dobre 

przedstawienie, Lil 

_

 przerwał jej krzyżując ramiona na piersi; twarz miał obojętną. – Nie 

zdawałem sobie sprawy, że nada się każdy ramol, byle zdobyć koronę książęcą.

Chociaż Lilith kusiło, żeby chlusnąć na niego brandy, ostrożnie odstawiła kieliszek, a 

dopiero potem sztywno do niego podeszła.

– Książę Wenford wdarł się do tego domu, ścigał mnie, kiedy szukałam przyzwoitki, a 

potem mnie zaatakował. Jeżeli jest pan tak ograniczony, że wyobraża sobie, iż mogłam to 
pochwalać... te jego obłąkane miłosne intencje, to jest z pana jeszcze gorszy potwór niż 
sądziłam! I wcale nie udzieliłam panu zgody na mówienie do mnie po imieniu!

Dansbury patrzył na nią, jakby ją oceniał.
– Dosyć to śmiałe z pani strony złorzeczyć komuś, kto trzyma pani reputację w swoich 

dłoniach panno Benton.

Lilith ugryzła się w język, przyjrzała bacznie rosłemu łajdakowi.
– Czy pan mi czymś grozi? Potrząsnął głową i zerknął na Wenforda.
–   Taka   tylko   luźna   uwaga.   –   westchnął,   przedstawiając   sobą   wcielenie   pozorów 

prawości. – Ponieważ, jeżeli mam być szczery, sam nie mam ochoty, by mnie z tym 
łączono.

– Nikt pana nie prosił – odpaliła Lilith. Markiz uśmiechnął się powoli i chłodno.
– Wydaje mi się, że przypominam sobie coś w rodzaju prośby o pomoc.
– A więc proszę po prostu wyjść – powiedziała rozdrażniona; znowu robiło jej się 

słabo. – Z pewnością nie chcę deranżować pana dalszymi prośbami o pomoc.

Uśmiech markiza stał się szczerze rozbawiony.
– Ach, gra pani na moim poczuciu honoru, czyż nie? Nie jest to zbyt mądra strategia, 

skoro kilkakrotnie informowała mnie już pani, że nie mam go ani śladu. – Lilith zaczęła 

background image

się z nim spierać, ale markiz uniósł w górę dłoń. – Gdyby jakimś przypadkiem okazało się, 
że jestem w stanie zdobyć się na coś w rodzaju przyzwoitości – ciągnął dalej, badawczo 
patrząc na nią – o co by mnie pani poprosiła?

Lilith starannie skrywając ulgę znowu usiadła. W udzielanych jej przez ciotkę lekcjach 

etykiety nigdy na podłodze saloniku nie pojawiali się martwi mężczyźni. Miała wrażenie, 
że wchodzi to raczej w zakres doświadczeń Dansbury'ego.

– Tak naprawdę to nie mam pojęcia – wyznała. – Nie widzę, co innego moglibyśmy 

zrobić,   niż   zawezwać   straże.   Nie   można   ukrywać   śmierci   księcia   Wenforda.   –   Papa 
poczuje się zdruzgotany, wybuchnie okropny skandal, ale przynajmniej nikt nie zobaczy 
jej przygniecionej ciałem jego wysokości. Za samo to była dłużniczką Jacka Faradaya.

– Hmm – powiedział z namysłem markiz. – Zastanawiam się.
Lilith zmarszczyła brwi.
– Nad czym?
– Nad tym, czy ma to znaczenie, gdzie dokładnie ten stary topór wyzionął ducha.
Ogłupiały   umysł   Lilith   nie   dawał   się   nakłonić   do   wyjścia   poza   problem   ciała   na 

podłodze i tego, jak zareaguje ojciec. Powie, że córka zachowuje się dokładnie jak matka, 
że jest dziewką i że z rozmysłem ośmielała księcia Wenforda w jego miłosnych atencjach.

– Proszę mi to wyjaśnić – poprosiła i przyłożyła dłoń do pulsujących skroni.
– Chodzi mi o to, że może dałoby się umieścić Wenforda w jakimś innym miejscu i 

zostawić go tam, by znalazł go... ktoś inny.

Popatrzyła na niego podejrzliwie. Dobrze, że wie, iż Jackowi Faradayowi nie można 

ufać.

– To bardzo szarmancko z pana strony, milordzie. Zaskoczona jestem, że skłonny jest 

pan tak daleko się posunąć, by chronić mój honor. – Złożyła elegancko dłonie na podołku. 
– Jeżeli to o mój honor panu chodzi.

Markiz zerknął na nią spod oka.
– Niewiele uchodzi pani uwagi, prawda? – zapytał z ironią. – I na nieszczęście ma pani 

rację. Nie mam żadnych wątpliwości, że Dolph Remdale wykorzystałby moją obecność 
przy boku zwłok drogiego wuja po to, by spróbować wtrącić mnie do Old Bailey.

Jego   niedbały   komplement   zaskoczył   ją   i   sprawił   jej   przyjemność,   ale   tylko   na 

moment.

– A więc zdecydowanie powinniśmy skontaktować się z władzami.
Tu markiz się roześmiał.
– „Un coup tres palpable" – powiedział w doskonałej francuszczyźnie. – „Dotknięcie 

było jawne". Zraniła mnie pani swym dowcipem.

–   Wydaje   mi   się,   że   Szekspira   powinno   się   cytować   w   jego   własnym   języku   – 

zauważyła sztywno. Zdenerwowało ją to, że sądził, iż potrzebne jej będzie tłumaczenie.

background image

Dansbury wydął wargi, w oczach roztańczyły mu się ogniki.
– Ale Hamlet był Duńczykiem.
 „Hamlet"
Sam nie wiedział, którą sztukę okrada z cytatów. Interesujące, chociaż wcale nie czuła 

się przez to bardziej pewnie.

– Skąd więc francuski?
– Nie mówię po duńsku. Natomiast znam trochę włoski, jeżeli woli pani, bym cytował 

„Romea i Julię".

– Czemu miałabym to woleć? Nie jestem Julią, a pan, milordzie, z pewnością nie 

przypomina Romea.

Markiz przybrał znowu niewinny, uwodzicielski wyraz twarzy, ale z trupem Wenforda 

w tle łatwiej było się temu opierać niż podczas ich poprzedniego spotkania.

– Przypuszczam, że zależałoby to od tego, kogo pani zapyta.
– Wcale o panu nie rozmawiam – skłamała.
Markiz uśmiechnął się szeroko, w oczach błysnęło mu szczere rozbawienie; zerknął 

znowu w kierunku okna.

–   Panno   Benton,   jest   wciąż   jeszcze   wcześnie.   Może   byśmy   po   prostu   posadzili 

Wenforda w pani powozie, odwieźli go do domu i umieścili na frontowych schodach?

– Co? A jeżeli ktoś nas zobaczy? – Pomysł był zbyt skandaliczny, żeby go w ogóle 

brać pod uwagę. Ale z drugiej strony lepszej propozycji nie słyszała przez całe rano.

– Nikt niczego nie zobaczy. Wszyscy są u Billingtonów, zapomniała pani? To będzie 

nasza tajemnica.

Lilith nagle zrozumiała, skąd ta jego troskliwość.
– A ja będę pana dłużniczką, czy tak? – powiedziała, powoli podnosząc na niego 

wzrok.

Wcale nie pokazał po sobie skruchy.
– Tak, będzie pani. I niech pani nie popełni błędu, milady... mam zamiar dług odebrać. 

– Popatrzył na zegarek kieszonkowy, potem znowu zerknął na nią spod długich, ciemnych 
rzęs. – Jednak wybór należy do pani.

Miała   wrażenie,   że   nie   bardzo   jest   w   czym   wybierać.   Albo   Wenford   zostanie   na 

podłodze i wyniknie stąd skandal, albo Wenford zniknie, ale pozostanie dług względem 
tego łajdaka. A musi brać pod uwagę i własne dobre imię, i dobre imię rodziny.

– Nie wydaje mi się, żebym miała dobrą pozycję przetargową.
Na jego twarzy znowu pojawił się ten sprytny, uwodzicielski uśmiech.
– Nie, nie ma pani. – Podszedł do drzwi i uchylił je. – Bevins, panna Benton każe, by 

powóz   zajechał   przed   dom.   –   Obejrzał   się   na   mą.   –   Ma   pani   zaufanie   do   głównego 
stajennego?

background image

Zniknął   dopiero   co   widziany   szelma,   zastąpił   go   kompetentny,   inteligentny 

mężczyzna, któremu przez jedną szaloną chwilę miała ochotę zaufać.

– Tak.
– Jak się nazywa?
– Milgrew.
Markiz odwrócił się znowu.
– Niech go podprowadzi sam Milgrew.
Dansbury   nie   kwestionował   jej   decyzji,   nie   próbował   niczego   narzucić;   po   prostu 

założył, że Lilith zna odpowiedz i zastosował  się do niej. Nagłe poczuła się przez to 
bardzo zaniepokojona.

– A więc w taki sam sposób złapał pan Williama w pułapkę. – Zapytała, żeby coś 

powiedzieć. – Szantażując go?

Markiz roześmiał się i oparł o kanapę.
– Nie. William wpadł w moje demoniczne szpony z własnej woli.
Uprzedził uwagę na temat jego demonicznej natury, którą miała właśnie wygłosić, 

zacisnęła więc pięści i odchrząknęła.

– Zwrócił pan szpilkę Wenfordowi. Jack przytaknął.
–   Tak,   Dolphowi.   Ale   najwyraźniej   jego   książęca   mość   nie   uznał   za   stosowne 

pozostawić jej pod opieką bratanka.

– Pewnie doszedł do wniosku, że w ten sposób lepiej będzie zabezpieczona przed 

panem – odparowała.

– Gdybym miał na nią ochotę, to bym jej nie oddawał. To ją powstrzymało.
– No to dlaczego zadał pan sobie w ogóle trud, żeby mu ją zabrać?
– Wygrać, panno Benton – poprawił ją, a na jego wargach pojawił się cień wesołego 

uśmiechu.   –   A   wygrałem,   bo   dało   się   to   zrobić.   –   Wzruszył   ramionami.   –   I   jeszcze 
dlatego, że Remdale'owie to stado parszywców i miałem ochotę przysporzyć im nieco 
kłopotów.

– Wciągnął pan w sprawę również i mnie. Nie wiem, dlaczego postanowił pan mnie 

prześladować, ale wcale mi się to nie podoba.

– Niechże pani da spokój – powiedział markiz. – Tego, co jest między nami, nie można 

określić mianem nienawiści od pierwszego wejrzenia, prawda?

– Przy tym pierwszym wejrzeniu nie miałam pojęcia, co za łotrzyk z pana – przyznała 

Lilith, rumieniąc się.

– Łotrzyk? – powtórzył z szerokim uśmiechem. – Jeszcze wczoraj, jak mi się zdaje, 

nazwała mnie pani jadowitym fircykiem. Chyba zaczyna mieć pani dla mnie cieplejsze 
uczucia.

– William panu powiedział. – Lilith niemal dech zaparło, była na brata wściekła.

background image

–   Och,   on   mi   opowiada   przeróżne   rzeczy   –   odparł   markiz.   Lilith   znowu   się 

zarumieniła.

–   Będę   musiała   wypytać   go   o   pana   sekrety   –   odparowała,   chociaż   była   to   chyba 

słabiutka replika.

Najwyraźniej markiz zgadzał się z tą oceną, ponieważ się zaśmiał.
– Nie mam sekretów. Moją mroczną stronę wystawiam światu na pokaz, żeby go na jej 

widok przechodziły dreszcze.

Pomimo tych zuchwałych słów nie wierzyła mu ani przez chwilę.
– Jeżeli nie ma pan sekretów, proszę mi powiedzieć, dlaczego obawia się pan gniewu 

Dolpha Remdale'a.

Oczy markiza zwęziły się.
–   Nie   obawiam   się   ani   gniewu,   ani   żadnego   innego   cholerstwa   ze   strony   Dolpha 

Remdale'a. Starliśmy się onegdaj. I to wszystko.

– A on chce pana widzieć w więzieniu z powodu sprzeczki? – napierała; zaciekawiło ją 

to, że z markiza opada chłodna warstewka cynizmu.

– Chce, by mnie wtrącono do więzienia, ponieważ na zakończenie dyskusji rzuciłem 

mu miskę marmolady w twarz.

– Mnie by to również rozgniewało. – Zaskoczona była, że Dolph Remdale nie zażądał 

z miejsca od markiza satysfakcji. Chociaż książę tak źle się o nim wyrażał, pan Remdale 
nigdy   nie   wydawał   jej   się   szczególnie   tępy.   Był   o   pięć   czy   sześć   lat   starszy   od 
Dansbury'ego, miał całkiem sympatyczne rysy twarzy i bez wątpienia wielkie nadzieje na 
przyszłość. Zerknęła na księcia. Zwłaszcza w tej chwili.

– Zastanawia się pani, czy mimo wszystko nie wżenić się w tę rodzinę? – zapytał 

Dansbury. Podniosła gwałtownie wzrok i zobaczyła, że cyniczna maska wróciła szczelnie 
na miejsce. – Jakże to bardzo wyrachowane z pani strony. Moje gratulacje.

– Ty pajacu – warknęła i sztywno podeszła do okna, wypatrując Milgrewa.
– Hm. To chyba nie bardzo sprawiedliwe, jeżeli wziąć pod uwagę radę, której właśnie 

miałem pani udzielić. – Podszedł i stanął obok niej.

Kusił ją; zdawała sobie z tego sprawę, ale mimo to nie była w stanie się oprzeć.
– A jaka to rada?
Markiz wzruszył ramionami.
– Tylko tyle, że może chciałaby pani się przebrać, zanim posuniemy się choć o krok 

dalej w naszych planach.

– Przebrać... – Głos Lilith zamarł, gwałtownie się zarumieniła, a kiedy spuściła oczy, 

zobaczyła, że spod rozerwanego stanika wygląda koszula. Na wpół naga kłóciła się z 
Dansburym o dobre maniery, a on słowa nie powiedział! I nie spieszył się ze swoją radą. – 
Przeproszę pana na moment.

background image

Markiz lekko się skłonił.
– Oczywiście. Jego wysokość i ja chętnie zaczekamy. Z bardzo niezadowoloną miną 

Lilith wymknęła się przez drzwi i popędziła na górę. Szybko ściągnęła suknię i narzuciła 
na siebie wzorzysty, brzoskwiniowy muślin.

Włosy   też   miała   rozburzone,   więc   szybko   je   poprawiła.   W   kilka   krótkich   chwil 

przyłączyła się znowu do markiza. Stał nadal przy oknie, dotykające kołnierzyka włosy 
lekko mu się kręciły. Po chwili odwrócił się i spojrzał na nią.

– Bardzo ładnie – pochwalił z uśmiechem. – A teraz... czy Bevins jest zawsze taki 

sztywny i opanowany, czy tylko robi takie wrażenie?

Chwilę to trwało, zanim Lilith udało się oderwać myśli od drugiego już tego ranka 

komplementu markiza. Bevinsowi sytuacja na pewno się nie spodoba, ale nie sądziła, żeby 
miał   coś   komuś   powiedzieć,   jeżeli   poprosi   go,   by   tego   nie   robił.   Ojciec   nie   będzie 
spoglądał przychylnym okiem na tego, kto mu przyniesie wiadomość o śmierci księcia.

– Tak, ale sądzę, że się nada.
Gdyby sytuacja nie była taka okropna, Lilith parsknęłaby śmiechem na widok miny, 

jaką zrobił Bevins, kiedy Dansbury przywołał go skinieniem ręki do pokoju.

– Słowo daję – powiedział cichutko główny lokaj. Markiz skierował go w stronę nóg 

Wenforda.

– Bądź tak dobry, Bevins.
Lokaj patrzył na niego niepewnie.
–   Wcale   mi   się   nie   wydaje,   żeby   tak   było   trzeba   –   zaprotestował   z   oburzeniem, 

zwracając się do Lilith.

– Musimy go stąd wynieść – wyjaśniła z największym na jaki ją było stać spokojem. – 

Naprawdę nie mamy wyboru.

– Nie chcemy kompromitacji panny Benton – przyszedł jej z pomocą Dansbury.
Bevins ponownie spuścił wzrok na księcia.
– Dobrze już, dobrze – narzekał.
Dansbury przykucnął, by wziąć Wenforda pod pachy.
– Wybacz, stary – stęknął, podnosząc go.
Obeszli kanapę i wynieśli ciało do holu, a Lilith biegła przed nimi i otwierała drzwi. 

Powóz  stał   i   czekał   przed   domem,   na  koźle   siedział   Milgrew.   Zeskoczył  na   ziemię   i 
pospieszył z pomocą mężczyznom, którzy borykali się z ciałem, znosząc je po niskich 
stopniach.

–   Święta   Maryjo   Dziewico   –   wykrzyknął   z   typowym   dla   siebie,   niewyraźnym 

szkockim   akcentem   i   chwycił   księcia   za   surdut,   pomagając   dźwignąć   go   na   podłogę 
powozu.

Niemal cały podjazd zasłaniały krzewy rododendronów i klony, wątpliwe więc było, 

background image

czy ktokolwiek mógł ich zobaczyć. Uwaga Lilith skupiona była na Dansburym, który z 
wdziękiem wsiadł do powozu i wciągał księcia do środka, podczas gdy Milgrew pomagał 
mu stojąc na ziemi. Bevins otarł sobie z niesmakiem ręce i odwrócił się z powrotem w 
kierunku domu. Nagle zamarł, twarz mu pobladła.

– Panno Benton?
– Co się stało? – zapytała przerażona.
– Pani ojciec. – Pospiesznie poprawił sobie kurtkę i chustkę na szyi.
Lilith odwróciła się; na końcu podjazdu pojawił się drugi powóz Hamble'ów. Z trudem 

zdusiła w sobie chęć rzucenia się do ucieczki. Popadanie w omdlenie jest sztuką wielce 
niedocenianą, pomyślała, żałując, że jej nie opanowała.

– No cóż, na to nie możemy pozwolić – zauważył markiz głosem tak spokojnym, jakby 

rozmawiali o pogodzie. Usiadł w powozie, szarpnął drzwiczki i zamknął je.

Ojciec wysiadł i podszedł do nich wielkimi krokami, z trudem powściągany gniew 

emanował z całej jego postaci.

– Co się tu u diabła dzieje? – zapytał, ponuro piorunując wzrokiem siedzącego w 

powozie markiza. Lilith nawet myśleć nie chciała, jaką zrobiłby minę, gdyby odkrył, że w 
środku jest dwóch pasażerów.

– Jacku, a ja myślałem, że się dziś rano wybierasz konno do Bristolu – uśmiechnął się 

William szeroko i pomógłszy ciotce Eugenii wysiąść z powozu, podszedł bliżej.

Markiz   wyciągnął   dłoń   i   podał   mu   ją,   ale   na   moment   nawet   nie   puścił   klamki 

drzwiczek, które przytrzymywał drugą ręką. Uśmiechnął się leniwie.

– Zasiedziałem się nieco dłużej, niż myślałem, a teraz sam nie wiem jak, chyba gdzieś 

zapodziałem mojego wierzchowca – powiedział, bełkotliwie przeciągając słowa. – Biedny 
Benedick, mam nadzieję, że trafi do domu.

– Pijany jak bela i to o dziesiątej rano, ot co – powiedział zjadliwie ojciec Lilith.
Na krótką chwilę wyraz twarzy Dansbury'ego zmienił się, potem markiz obdarzył ich 

krzywym uśmiechem.

– Mam nadzieję, że cały ten wysiłek nie poszedł na marne – zgodził się. – Ale tak czy 

owak   dotarłem   tutaj,   a   panna   Benton   zaproponowała,   że   odwiozą   mnie   do   domu.   – 
Zerknął na nią. – W istocie chyba po prostu chciała się mnie pozbyć.

Wicehrabia machnął zniecierpliwiony ręką na Milgrewa.
– Zabierz go stąd.
– Tak jest, wielmożny panie – zareagował stajenny i z powrotem wdrapał się na kozioł.
Lilith stała jak wryta i mogła się tylko przypatrywać, jak markiz opada na siedzenie i 

woła bełkotliwie na Milgrewa, żeby ruszał. Dał wspaniałe przedstawienie w roli pijaka i 
sama nie wiedziała, jak ma przyjąć wymyśloną przez niego opowieść. Mówił przecież 
Bevinsowi,   że   przybył   do   Benton   House,   szukając   rękawiczki.   Już   prawie   znikali   za 

background image

zakrętem, kiedy jeszcze kiwnął jej głową i Lilith wzdrygnąwszy się wróciła do siebie.

– Jak było u Billingtonów? – zapytała, uśmiechając się słodko i biorąc ciotkę pod rękę.
– Wszyscy tam byli – odparła Eugenia – ale Stephen uparł się, że jest zbyt tłoczno i że 

powinniśmy już wracać.

Ojciec rzucił jeszcze jedno spojrzenie na podjazd, potem wzruszył ramionami, a pełen 

urazy gniew zaczął znikać z jego twarzy.

– Stanowczo zbyt wielu osobom pozwolono w tym roku brać udział w śniadaniu. Nie 

miałem   okazji   zamienić   więcej   niż   dwa   słowa   z   Billingtonem.   –   Odwrócił   się   do 
Williama, twarz jego zmroczniala. – A teraz ten szubrawiec przychodzi tu nawet wtedy, 
kiedy ciebie nie ma w domu. Powiedziałem ci, że nie życzę sobie, byś się z nirn zadawał.

–   Ale  to   porządny   człowiek,   ojcze,   naprawdę   –  protestował   William.   –   Po  prostu 

pierwszorzędny. Tyle się uczę od niego i jego przyjaciół.

– Tego się właśnie obawiam.
Patrząc za powozem, który zniknął im już z oczu, Lilith pomyślała, że ona sama też się 

trochę martwi. Właśnie powierzyła swój honor graczowi i hulace. A Dansbury odbierze 
sobie   to,   co   mu   była   winna.   Ostrzegał   ją.   Głęboko   zaczerpnęła   powietrza,   serce   jej 
nerwowo trzepotało się w piersi.

A przynajmniej będzie próbował odebrać.

background image

6

Książę Wenford miał cholerny tupet.
– Niech to szlag, masz szczęście, że nie żyjesz – warczał Jack do szczątków Geoffreya 

Remdale'a – bo inaczej sam bym cię wyprawił do Abrahama na piwo. – Trącił milczącego 
kompana   czubkiem   buta,   odwracając   jego   wypraną   z   koloru   twarz   z   martwymi, 
wytrzeszczonymi   oczami   od   siebie.   Potem  westchnął,   oparł   się   i  patrzył,   jak   Mayfair 
przesuwa się za oknami powozu.

Nie spodziewał się, by ktoś miał go ubiec w wizycie u Lilith, skoro już wiedział, że 

dziewczyna jest w domu sama, a potem przekonał jej nadętego lokaja, że naprawdę ma 
niekłamany powód, by ją odwiedzić. A już z pewnością nie spodziewał się, że ubiegnie go 
Wenford.

Wciąż jeszcze czuł się zaskoczony tym, jak rozgniewał go widok starego topora, który 

rozciągnął się jak długi na Lilith niczym pomarszczony, stary, lubieżny wół. Chociaż 
dziewczyna miała opinię bardzo chłodnej, nie spodziewał się, by dla tytułu książęcego 
miała zadzierać pięty do góry. Bardzo się na niej zawiódł. A potem poprosiła go o pomoc, 
a on ni z tego, ni z owego zmienił się w jakiegoś Galahada w lśniącej zbroi.

Oczywiście   jego   własne   plany   co   do   Lilith   były   bardzo   odmienne   od   planów 

Wenforda. Miał zamiar zwabić ją do łóżka, ale mogła przecież odmówić, gdyby udało jej 
się stawić mu opór. Jeżeli nie... no cóż, byłaby to jej własna kiepska decyzja, czyż nie? A 
tak czy owak grę prowadził on i on ustalał zasady, więc naturalnie jemu dawały one fory.

Ale nie tłumaczyło to, czemu obecnie naraża się na ryzyko, że nakryją go podczas 

wożenia   po   Londynie   trupa   londyńskiego   arystokraty.   A   –   co   jeszcze   ważniejsze   – 
arystokraty, z którym, jak powszechnie było wiadomo, łączy go zadawniona waśń. Miał 
tak zaszarganą opinię, że mimo iż był markizem, wystarczyłoby to pewnie, by wtrącić go 
do więzienia.

Aż trudno było mu uwierzyć, ale wszelkie rycerskie odruchy, jakie budziła w nim 

panna Benton, były prawdziwe. Niewykluczone jednak, że po prostu trafiła mu się okazja, 
by postawić Lilith w sytuacji, w której będzie miała wobec niego zobowiązania, co było 
dla niego korzystne. Ale obojętne z jakiej przyczyny obudziła się w nim przyzwoitość, 
musi teraz bezpiecznie podrzucić gdzieś Wenforda, żeby go znalazł ktoś inny.

Nie mógł powiedzieć, że jest mu choć odrobinę przykro, iż stary oddał ducha. Pod 

względem politycznym Wenford był beznadziejnie zacofany, a jego nieobecność w Izbie 
Lordów   przyniesie   wszystkim   ulgę.   Szkoda   jednak,   że   jego   śmierć   wyniesie   Dolpha 
Remdale'a   na   stolec   książęcy.   Już   teraz   trudno   było   wytrzymać   z   tym   zarozumiałym 
głupkiem. Jack z namysłem przyjrzał się Wenfordowi z profilu. Drogiemu Randolphowi 
przyda się drobna nauczka.

background image

Milgrew zastukał rączką bata w drzwi.
– Jesteśmy na miejscu, wielmożny panie – zawołał z kozła.
Jack poprzyglądał się dworowi Remdale'ów przez drzewa, które zasłaniały podjazd, a 

potem wychylił głowę przez okno.

–   Milgrew,   przejedź   na   ulicę   po   zachodniej   stronie   domu.   –   Jego   twarz   rozjaśnił 

powolny uśmiech. – Mam lepszy pomysł.

– Tak? – zapytał Szkot, pochylając się, żeby popatrzyć na niego i unosząc jedną brew 

w górę.

– Tak.
Kiedy pojawiła się Lilith z rodziną, sala balowa Rochmontów aż huczała od pełnych 

podniecenia rozmów; dziewczyna uzbroiła się w odwagę przed tym, co musi nastąpić. 
Wieść o śmierci księcia na pewno się już rozeszła po całym wytwornym światku i grozą 
przejmowała ją perspektywa wysłuchiwania z udawaną niewiedzą domysłów wszystkich 
gości. Ćwiczyła przez całe popołudnie minę porozumiewawczosmutną, z domieszką żalu: 
w końcu książę Wenford był dosyć stary i miał skłonność do niemal apoplektycznych 
ataków...

– Lil, czy słyszałaś?
Penelopa Stanford pociągnęła ją za rękę i poprowadziła na drugą stronę sali w stronę 

czekającego na nie kółka przyjaciółek. Lilith cieszyła się, że może się rozstać z ojcem; 
przez całe popołudnie był ponury, poirytowany i nie była w stanie zrobić niczego, by choć 
odrobinę poprawić mu humor.

– Czy słyszałam co? – zapytała, mając nadzieję, że ciekawość w jej głosie nie robi 

wrażenia wymuszonej.

–   Coś   najbardziej   szokującego...   ale   widzisz?   Mówiłam   ci,   że   będziesz   wspaniale 

wyglądała w złocie. A ty mówiłaś, że się nie nada.

Pen popatrzyła z zachwytem na złocistą jedwabną suknię z bufiastymi rękawami z 

koronki, którą warsztat Madame Belieu dostarczył wcześniej tego dnia. Lilith uważała, że 
jest   trochę   przeładowana,   ale   w   ostatniej   chwili   zabrakło   jej   odwagi,   by   założyć   tę 
szmaragdową. Ojciec nigdy by jej nie zaaprobował.

– Co takiego szokującego się stało?
– Och, tak. – Pen pochyliła się bliżej niej i ukryła rozchichotaną twarz za dłonią. – 

Wdowa po panu Devereaux uciekła wczoraj wieczorem do Gretna Green z Raymondem 
Beecherem.

– Och, to strasz... Co? – Lilith zagapiła się na przyjaciółkę. – Ale pani Devereaux jest o 

dziesięć lat starsza od pana Beechera.

–   A   kiedy   hrabia,   jego   ojciec,   dowiedział   się   o   tym,   z   miejsca   Raymonda 

wydziedziczył – dokończył Jeremy Giggins i szeroko się uśmiechnął, gdy obie młode 

background image

damy przyłączyły się do grupy. – Beecher nigdy nie miał ani funta rozumu.

– A teraz nie ma w ogóle żadnych funtów – ciągnął dalej Lionel Hendrick. Ujął dłoń 

Lilith i uniósł ją do ust. – Dobry wieczór, panno Benton. Wygląda pani oszałamiająco.

Lilith dygnęła.
– Dziękuję, milordzie.
Jej   konkurenci   ustalili   między   sobą   coś   w   rodzaju   hierarchii,   tak   więc   nikt   nie 

kwestionował   tego,   że   to   hrabia   poprowadził   ją   na   parkiet   w   pierwszym   walcu   tego 
wieczora. Lilith zastanawiała się, czy to na niego zdecyduje się jej ojciec teraz, kiedy 
zabrakło   Wenforda.   Hendrick   był   mniej   więcej   o   cal   wyższy   od   Dansbury'ego   i   w 
przeciwieństwie   do   ciemnowłosego   markiza   włosy   miał   jasnobrązowe   i   ostrzyżone 
zgodnie   z   najnowszą   modą.   Na   Nance'a   zdecydowanie   miło   było   patrzeć,   ale   kiedy 
nadepnął jej na nogę i wymamrotał słowa przeprosin, przyszło jej na myśl, że właściwie 
wie bardzo niewiele i o nim, i o innych swoich konkurentach. Więcej chyba wiedziała o 
markizie  Dansburym – chociaż tak bardzo jej się te informacje  nie podobały – niż o 
każdym innym mężczyźnie, którego poznała w Londynie.

Lilith nagle ściągnęła brwi i rozejrzała się po sali. Dansbury jeszcze się nie pojawił. 

Oczywiście   taki   bardzo   przyzwoity   wieczorek   nie   przypominał   miejsc,   które   zwykłe 
nawiedzał   i   normalnie   jego   nieobecność   nieskończenie   by   ją   cieszyła.   Ale   nieobecne 
wydawały   się   również   wszelkie   informacje   na   temat   śmierci   księcia   Wenforda   i   nie 
potrafiła nie łączyć tych dwóch spraw ze sobą.

– Przeraźliwie zimną mamy pogodę w tym sezonie, czyż nie? – odezwał się Nance, 

uśmiechając się do niej.

Lilith pospiesznie odpowiedziała mu uśmiechem i zbeształa się za brak uwagi. Ten 

czortowski Dansbury przeszkadzał jej nawet wtedy, kiedy nie było go w okolicy.

– Tak, jest całkiem chłodno, milordzie. Mam szczerą nadzieję, że zrobi się cieplej, 

zanim znowu przyjdzie pora na zimę.

Nance zachichotał.
– Zgadzam się. Już musiałem posłać po połowę zimowej garderoby do Nance Hall.
– Chyba wszyscy musieliśmy tak zrobić. Hrabia odchrząknął i pochylił się ku niej.
– Może to panią zainteresuje – zwierzył jej się konspiracyjnym szeptem – że moja 

ciotka ze strony ojca ukończyła właśnie rekonstrukcję naszego drzewa genealogicznego. 
Wydaje się, że jestem bezpośrednio spokrewniony z Edwardem IV.

–   Naprawdę   –   wykrzyknęła   Lilith,   zerkając   pospiesznie   przez   ramię   rozmówcy   w 

kierunku wazy z ponczem. Na górze nie zaczęto jeszcze w nic grać, więc jeżeli Dansbury 
się pojawił, powinien znajdować się na sali balowej.

Nance wydął wargi; ten pełen namysłu wyraz był u niego dużo mniej zmysłowy, niż 

kiedy robił to samo Dansbury.

background image

–   Zastanawiam   się,   czy   nie   powinienem   teraz   odpowiednio   zmodyfikować   herbu 

rodzinnego, by ukazać ten związek – ciągnął dalej. – Jednakowoż moja siostra stanowczo 
jest przekonana, że mogłoby się to okazać nadmiernie gorszące, jako że linia Yorku nie 
cieszy się powszechną sympatią. A jakie jest pani zdanie?

Do Lilith z trudem dochodziły jego słowa. Gdzie się ten szubrawiec podziewa?
–   Jestem   pewna,   że   uczyni   pan   to,   co   najlepsze,   panie   hrabio   –   odezwała   się   z 

roztargnieniem.

– Jak na osobę płci pięknej wykazuje pani wiele rozeznania w sprawach polityki. Wie 

pani, że zawsze tak twierdziłem.

Chociaż nie do końca przekonana była, czy jest to komplement, uśmiechnęła się i 

mimo wszystko przytaknęła. Do tego stopnia nie zwracała uwagi na jego słowa, że mógł 
równie dobrze proponować jej wspólny wyjazd na całe lato do Belgii.

– Dziękuję, milordzie.
– Jest pani dziś wieczorem nieswoja – oznajmił marszcząc brew.
– Och, nie – odparła pospiesznie, próbując pozbyć się tego czortowskiego markiza z 

myśli. – Martwię się tylko troszkę o... o mojego brata. – Nie lubiła rozmawiać o szalonych 
wyskokach Williama, ale wydawało się to bardziej rozsądne niż przyznanie się, że wie o 
śmierci Geoffreya Remdale'a i nie ma pojęcia, dlaczego jest jedyną chyba osobą na sali, 
która o tym wie.

Hrabia kiwnął głową.
– Zakładam, że ma pani na myśli Dansbury'ego i jego tłumek? Markiz krew ma, jak 

sądzę, błękitną, ale nikt z ludzi szanujących swoją pozycję nie chce mieć z nim nic do 
czynienia. Ten libertyn oszukał mnie w zeszłym tygodniu na sto pięćdziesiąt funtów i nie 
zdołałem dojść, jak mu się to udało osiągnąć. – Westchnął. – Błagam, niech pani nie 
pozwoli, by przez kogoś takiego chmurzyło się pani doskonałe czoło, mademoiseile.

– Dziękuję, milordzie.
– Czy chciałaby pani, bym porozmawiał z jej bratem? – Zniżył głos jeszcze bardziej. – 

Wie pani, słyszałem, że spędził kilka ostatnich wieczorów u Antonii St. Gerard na grze w 
karty i że wydaje się ona obdarzać go swą przychylnością. Nie chciałbym pani straszyć, 
ale to towarzystwo może wyrządzić mu więcej szkody niż sam Dansbury. Może jako jego 
rówieśnikowi uda mi się zawrócić go z powrotem na prostą drogę.

Propozycja była nieoczekiwana, a chociaż William wydawał się obecnie nie słuchać 

nikogo   poza   markizem,   nie   mogła   mu   zaszkodzić.   Słyszała   na   własne   uszy,   jak   brat 
wspominał o tej kobiecie, Antonii, i słowa Nance'a niewątpliwie przestraszyły ją.

– Byłaby to wielka uprzejmość z pana strony, milordzie. Uśmiech Nance'a zrobił się 

jeszcze radośniejszy i udało mu się, choć z trudem, nie kopnąć jej w łydkę.

– Cała przyjemność po mojej stronie. I proszę raz jeszcze, by zwracała,  się pani do 

background image

mnie Lionel. Przecież prosiłem pani ojca o jej rękę.

– Wiem – przyznała nieco znękana.
–   Słyszałem,   że   jego   wysokość   książę   Wenford   również   otrzymał   pozwolenie   na 

staranie się o pani rękę – ciągnął dalej beztrosko hrabia. – Mam naprawdę nadzieję, że nie 
umniejszy to moich szans.

Lilith roześmiała się odrobinę histerycznie.
– Och, nie, Lionelu. Nie sądzę, żebym mogła poważnie rozpatrywać kandydaturę jego 

wysokości – zachichotała. – Jest starszym panem... i pewnie zdrowie mu nie dopisuje i wie 
pan...

Nance roześmiał się na zakończenie walca.
– Ależ, panno Benton, ja jestem już o tym przekonany. – Musnął jej brodę okrytą 

rękawiczką dłonią. – Cieszę się tylko, że pani również.

Minęła kolacja i cała seria tańców, a wciąż jeszcze nikt ani nie zająknął się o zmarłym 

księciu. Kiedy w połowie wieczoru na salę wszedł uśmiechnięty Randolph Remdale, Lilith 
zorientowała się, że coś musi być straszliwie nie w porządku. A ponieważ markiz nadal się 
nie pojawiał, koniecznie była jej potrzebna jakaś pomoc – nawet gdyby miała jej szukać 
na chybił trafił.

Odwróciła   się   szukając   Williama   i   wypatrzyła,   że   tańczy   akurat   z   kobietą,   którą 

Dansbury przyprowadził kiedyś, ze sobą do opery. Dama ta była może o trzy lub cztery 
lata starsza od Lilith, jej czarne włosy wymykały się w pierścionkach z uwięzi dwóch 
delikatnych,   francuskich   spinek.   Lekko   ukośne,   orzechowe   oczy   nadawały   jej   wygląd 
egzotyczny, równocześnie mądry i niewinny. Brzoskwiniowozielona suknia była dosyć 
skromna,   ale   kobieta   sunęła   po   sali   balowej   zmysłowym,   płynnym   ruchem,   który 
przyciągał wzrok niejednego dżentelmena. Antonia St. Gerard we własnej osobie, bez 
wątpienia.

Lilith czekała niecierpliwie, aż skończy się seria tańców. W końcu stanęła bratu na 

drodze,   gdy   szedł   po  szklaneczkę   ponczu.   Jeżeli   jakąś  wskazówką   mógł   być  dla   niej 
oszołomiony,   szczenięcy   wyraz   twarzy   Williama,   miała   następny   problem,   z   którym 
będzie się musiała uporać i to szybko.

Z obowiązku uśmiechnęła się wytwornie do towarzyszki brata, podeszła do niego i 

dotknęła jego rękawa.

– Muszę z tobą przez chwilkę porozmawiać.
– Lil, jestem zajęty – zaprotestował.
– Proszę cię, Williamie – nalegała. – To ważne. Musiał coś wyczytać w jej twarzy, bo 

zaniósł poncz, przeprosił na chwilę i poszedł za nią do najbliższej niszy.

– Nie masz chyba zamiaru ostrzegać mnie przed Antonią, prawda?
Siostra popatrzyła na niego ponuro.

background image

– Przynajmniej nie w tej chwili. Williamie, dziś rano wydarzyło się coś okropnego i 

muszę ci o tym opowiedzieć.

W końcu skupił na niej uwagę, jego twarz spoważniała.
– Co okropnego się stało?
– Kiedy wszyscy byli u Billingtonów, przyszedł książę Wenford, żeby się ze mną 

zobaczyć, żeby mi się oświadczyć. I... i rzucił się na mnie, a potem...

– Wenford rzucił się na ciebie? – William zbladł, oczy mu się rozszerzyły. – Gdzie jest 

ten sukinsyn? Wyzwę go bezzwłocznie...

– Spóźniłeś się.
Williamowi słowa zamarły na ustach, wzrokiem gwałtownie wrócił do jej twarzy.
– Co takiego?
– On... zaczął mnie właśnie ściskać, kiedy nagle padł trupem. – Nie było powodu, żeby 

opowiadać mu, na kogo padł, bo to tylko skomplikowałoby sprawy.

– Książę Wenford nie żyje?
–   Williamie,   błagam,   ciszej   –   syknęła   rozpaczliwie   Lilith.   Markiz   potraktował   tę 

katastrofę dużo spokojniej. – Lord Dansbury zabrał jego wysokość z saloniku. Ale teraz...

– Jack ci pomógł? Ha! Stary topór musiał być wtedy razem z nim w powozie, prawda? 

Na Boga, mówiłem ci, że on jest wspaniały.

– Ale dlaczego nikt o tym nic nie wie? – dopytywała się Lilith. – Markiz miał zostawić 

księcia na schodach frontowych Remdale House.

– No cóż – powiedział jej brat marszcząc brwi i najwyraźniej .starając się przyswoić 

sobie wszystkie informacje, które mu przekazała. – Wenford prowadzi dom otwarty. Z 
pewnością któryś ze służących natrafiłby...

– Ale najwyraźniej tak się nie stało. I gdzie jest Dansbury? – nalegała.
–   Nie   wiem.   –   William   wzruszył   ramionami.   –   Zwykle   nie   pojawia   się   w   takim 

nudnym towarzystwie... Słuchaj no, nie sądzisz chyba, że Jack ma coś wspólnego z tym, 
że nikt nie wie o Wenfordzie?

–   Oczywiście,   że   ma   –   odparła   doprowadzona   do   ostateczności.   –   On   wszystko 

zepsuje. Pewnie przez cały czas miał właśnie takie plany.

– Oszalałaś, Lil – szepnął jej brat.
Może   miał   rację,   ale   wyjaśnienie   nieświadomości   całego   towarzystwa   musiało 

znajdować się gdzieś pomiędzy progiem jej domu a przypuszczalnym miejscem pobytu 
Jacka Faradaya.

–   To   on   przebywał   ostatni   w   towarzystwie   ciała.   Najwyraźniej   William   nie   miał 

zamiaru się zgodzić z opinią, że jego idol mógł być takim niegodziwcem.

–   Na   pewno   wszystko   jest   w   porządku,   Lil.   Może   są   jakieś   sprawy,   które   trzeba 

uporządkować, zanim ogłosi się śmierć Wenforda. W końcu był księciem.

background image

Przez chwilę miała wrażenie, że brat mówi z sensem.
– Tak więc trzeba trzymać to w sekrecie.
– Oczywiście – uspokajał ją William. Lilith otrząsnęła się i przymrużyła oczy.
–   Nawet   przed   jego   własną   rodziną?   –   odparowała   z   oburzeniem.   –   Przed   jego 

dziedzicem? Popatrz tam!

– O czym ty mówisz?
Dolph Remdale stał i śmiał się z jakiejś dykteryjki, którą opowiadał mu jego bliski 

przyjaciel, Donald Marley.

W tym akurat momencie popatrzył w jej stronę. Lilith zamarła, palcami wciąż jeszcze 

wskazywała na niego. Dolph powiedział coś do przyjaciela i ruszył w ich kierunku. Lilith 
chwyciła Williama  za rękę; miała  dogłębne przekonanie, że sprawy właśnie przybrały 
obrót na gorsze.

–   Dobry   wieczór,   panno   Benton,   panie   Benton   –   pozdrowił   ich   Dolph   Remdale, 

ukazując w uśmiechu idealne, białe zęby.

–   Dobry   wieczór   panu   –   odparła   Lilith,   usiłując   nadać   swemu   głosowi   odcień 

zaskoczenia. W końcu chyba po raz pierwszy raczył ją dostrzec. Miała nadzieję, że jej brat 
będzie miał dość rozumu, by nie otwierać buzi.

– Zauważyłem, że spoglądała pani w moim kierunku, milady. Czy może mógłbym coś 

dla pani zrobić? – zapytał uprzejmie.

– Och, nie – odpowiedziała wylewnie Lilith, przeklinając po raz kolejny Dansbury'ego. 

To wszystko jego wina. – Mówiłam tylko bratu, że mógłby lepiej wykorzystać swój czas, 
spędzając go w bardziej wyrafinowanym towarzystwie.

William poruszył się na to i już otwierał usta, ale Lilith wbiła mu paznokcie w rękę. 

Zakaszlał więc tylko głucho i poddał się.

Remdale przytaknął.
– To mądra rada – powiedział nie spuszczając jej z oczu. – Może chciałby pan się do 

mnie przyłączyć dziś wieczorem u White'a, panie Benton.

– Nie chciałbym – odpowiedział William sztywno.
–   Williamie   –   zaprotestowała   rumieniąc   się   Lilith  i   zerknęła   na   brata.   –   Proszę   o 

wybaczenie, panie Remdale. Mój brat ma skłonność mówić, zanim się zastanowi. Nam się 
to wydaje zabawne, ale niekiedy...

– Lil, przestań przepra...
– Ależ panie Benton, panno Benton. Nie ma powodu się tłumaczyć. – Blade oczy 

Dolpha wpatrywały się w Lilith. – Najwyraźniej brat pani znajduje się pod wpływem 
raczej... jakby to powiedzieć... raczej źle widzianego osobnika. Mam nadzieję, że uda mu 
się spod tego wpływu wyrwać, zanim dozna jakiejś trwalej szkody.

William otworzył usta, ale Lilith ścisnęła go mocniej za rękę.

background image

– Wdzięczna jestem za pana troskę. Dolph uśmiechnął się.
– Oczywiście. – I skinąwszy głową odwrócił się, by przyłączyć do swoich przyjaciół.
– A niech to, Lil, to bolało – protestował William wyrywając reke i pocierając ją.
– Nie możesz tak po prostu obrażać ludzi, Williamie! Na litość boską.
– Jack nie lubi Remdale'ów. – Jej brat zmarszczył brwi. – Nie widzę powodu, żebym ja 

miał ich lubić.

– No tak, ale ten Remdale najwyraźniej nie ma pojęcia o śmierci swojego wuja – 

odparła  Lilith, zerkając w ślad  za Dolphem.  – Czy  teraz  już się przekonałeś,  że lord 
Dansbury coś narozrabiał?

Brat popatrzył na nią ponuro.
– Sądząc po tym, co mi mówiłaś, wydaje mi się, że uratował twoją reputację po to, byś 

mogła   wrócić   do  swoich   wspaniałych   znajomych   i  poza   jego  plecami   wygadywać  na 
niego.

– Niczego takiego nie robię. – Nie była to do końca prawda, ale w końcu nigdy nie 

powiedziała nic, na co Dansbury by sobie nie zasłużył. – Musisz pójść i go odszukać. 
Jeżeli zrobił jakieś głupstwo, może  nas wszystkich wpakować w tarapaty. Przecież to 
dzięki niemu wszyscy wiedzą, że jego wysokość starał się o mnie.

William westchnął.
– Złapię go rano. Założę się o tysiąc funtów, że mylisz się co do niego, ale coś mi tu 

wyraźnie śmierdzi.

– Dzięki Bogu, wreszcie zacząłeś mnie słuchać.
Popełnili   błąd,   obdarzając   markiza   chociażby   odrobiną   zaufania.   Moda   być   jego 

dłużniczką,   ale   jeżeli   Jonathan   Faraday   miał,   jak   podejrzewała,   coś   wspólnego   ze 
zniknięciem ciała Wenforda, sama chętnie zobaczy go w więzieniu Old Bailey.

– "Williamie – zagruchał za jej plecami aksamitny głosik o nieco francuskim akcencie 

i Lilith się odwróciła.

– Antonia. – William się rozpromienił. – Chciałbym ci przedstawić moją siostrę, Lil. 

Lilith, panna St. Gerard.

– Jestem oczarowana. – Panna St. Gerard skłoniła głowę kę, uśmiechnęła się chłodno i 

wyciągnęła rękę.

Lilith ujęła ją.
– Panno St. Gerard.
–   Jeżeli   ma   pani   równie   dobrą   głowę   do   kart,   jak   pani   brat,   panno   Benton,   z 

przyjemnością zobaczę panią na którymś z moich wieczorków karcianych. Można tam 
spotkać wszelkiego rodzaju interesujących ludzi.

– Nie wątpię – powiedziała sztywno Lilith. Antonia z uśmiechem wzięła Williama pod 

rękę i poprowadziła go do stołu z przekąskami. Najwyraźniej za pannę St. Gerard też 

background image

powinna   dziękować   Jackowi   Faradayówi.   Co   za   pech,   że   damie   nie   wypada   składać 
podziękowań za pomocą pistoletu.

background image

7

Musiało się dziać coś cholernie dziwnego, skoro Peese i Martin szeptali ze sobą przez 

całe   rano.   Jack,   zirytowany   tym,   że   go   wykluczają,   przypomniał   im   w   końcu,   jakim 
obrzydliwym zwyczajem jest plotkowanie. Kamerdyner bezzwłocznie wyznał, iż doszły 
do   niego   pogłoski,   jakoby   Harriet   Devereaux   i   Raymond   Beecher   uciekli   razem 
poprzedniego dnia.

– Coś jeszcze? – podsuwał im markiz, prostując ręcę żeby Martin mógł posłużyć mu 

płaszczem.   Ta   ucieczka   musiała   stanowić  hors   d'oeuvre  do   wiadomości   o   śmierci 
Wenforda; przygotował się, by wygłosić jakąś chłodna cyniczną uwagę związaną z jego 
odejściem. W końcu jego wysokość był niemal w wieku Matuzalema, był osobnikiem 
pompatycznym, no i na dodatek... Remdalem.

– Nie, wielmożny panie – odparł Martin, czyszcząc mu szczotką płaszcz na plecach. – 

Nic więcej do mnie nie doszło.

– Hm. – Jack wziął bobrowy kapelusz i giemzowe rękawiczki i odwrócił się do drzwi, 

by ukryć poruszenie. – No, jeżeli tak się rzeczy mają, to jestem umówiony z Hobym.

Ustalił termin tego spotkania niemal natychmiast, jak tylko przyjechał na sezon do 

Londynu.   Zniszczył   sobie   w   zimie   buty   z   cholewami,   wyciągając   w   Dansbury   ze 
strumienia krowę, która w nim ugrzęzła, a była to jego ukochana para i miał już po dziurki 
w nosie  pijącego  w  palce  obuwia. Ale  umówienie   się  z  Hobym trudniejsze   było, niż 
uzyskanie audiencji u księcia George'a.

Prawdę rzekłszy informacja Martina bardzo go zaniepokoiła. Po pierwsze, drażniło go, 

jeżeli jego służący wywęszyli jakąś soczystą ploteczkę wcześniej od niego. Po drugie i 
ważniejsze,   każda   wieść,   żeby   nie   wiem   jak   skandaliczna,   powinna   zblednąć   przy 
informacji   o   śmierci   Wenforda.   A   służący   wydawali   się   o   tej   śmierci   w   ogóle   nie 
wiedzieć.

I   chyba   nie   wiedział   o   niej   również   nikt   inny.   Jadąc   na   Benedicku   do   warsztatu 

Hoby'ego Jack z autentyczną ulgą zobaczył skwaszoną twarz Williama Bentona, kiedy ten 
zajechał   mu   drogę   na   swoim   znakomitym   i   bardzo   kosztownym   nowym   ogierze. 
Przynajmniej ktoś jeszcze oprócz niego czuł się tego ranka nie w sosie.

– Dzień dobry, chłopcze. Jak tam wczorajsza nuda u Rochmontów?
– Jacku, dzięki Bogu, że się pojawiłeś. Właśnie się do ciebie wybierałem.
– Na to mi wygląda. – Jack westchnął i skrzyżował ręce na łęku siodła. – Nie trzymaj 

mnie w niepewności – powiedział sucho. – Wyglądasz, jakby cię coś ugryzło.

–   Chyba   nie   miałeś   zamiaru   przede   mną   ukrywać,   jak   uratowałeś   Lil?   –   odparł 

młodzieniec. – Boże, co za historia, Jacku.

Markiz usiłował ukryć zaskoczenie.

background image

– Opowiedziała ci o tym, co? – Nie wydawało się to szczególnie mądre; czegoś takiego 

nie spodziewał się po przebiegłej Lilith Benton.

– Nie miała wyboru. Wydaje mi się, że coś się musiało nie udać.
Jackowi przemknął przez myśl całkiem nieproszony obraz Lilith Benton, która blada i 

wstrząśnięta czepiała się jego ręki, żeby nie upaść i aż musiał głęboko odetchnąć, taki się 
nagle poczuł opiekuńczy.

– Czy twoja siostra dobrze się czuje? – zapytał niedbale. W żadnym wypadku nie 

wystarczy   skompromitowanie   jej   przez   przypadek.   Jego  denouement  musi   był   równie 
starannie zaplanowane, jak cała reszta kroków w tej grze.

– Och, świetnie. Nie całkiem jednak wie, co ma teraz o tobie myśleć.
– Naprawdę? Znajduje mnie więc bohaterskim?
– Wcale. Nie podoba jej się to, że jest twoją dłużniczką, jak sądzę. Kiedy tylko o tobie 

wspomni, posępnieje jak jakiś maszkaron.

– A jednak wspomina o mnie? Co za zaskoczenie. – Jack ścisnął kolanami Benedicka, 

by koń ruszył. – Jadę właśnie do Hoby'ego, jeżeli więc masz jeszcze ochotę poplotkować, 
będziesz mi musiał towarzyszyć.

William zawahał się, potem zawrócił karego Thora.
– Gdzie byłeś wczoraj wieczorem? – zapytał, dogoniwszy Jacka.
A więc chłopiec ma zamiar czuć się zaniedbany za każdym razem, kiedy Jack się 

wybierze gdzieś sam. Najwyraźniej Antonii nie udało się go zająć w takim stopniu, jak to 
planowała razem z markizem.

–   Poszedłem   się   zobaczyć   z   pewnym  człowiekiem   w   sprawie   psa   –   odpowiedział 

chłodno.   –   A   dlaczego?   Czyżby   ci   potrzebna   była   niańka?   Albo   wskazówki,   jak   się 
poruszać po damskim buduarze?

William zaczerwienił się.
– Nie jest mi potrzebna niańka. I nie wiem, dlaczego zawsze tak wrogo reagujesz, 

jeżeli   tylko   zadam   ci   jakieś   osobiste   pytanie.   Przecież   nie   pracuję   dla   hiszpańskiej 
inkwizycji, na Boga.

Przynajmniej  od kiedy  go wziął pod swoje  skrzydła, William nauczył się bardziej 

ciętych odpowiedzi.

–   Williamie,   nie   mam   zamiaru   relacjonować   ci   intymnych   szczegółów   mojej 

egzystencji – uciął. Bywały chwile, że sam miał ochotę nic o nich nie wiedzieć.

– A czy widzisz jakieś przeszkody, żeby powiedzieć mi, dlaczego nikt chyba nie wie, 

że Wenford nie żyje?

– Mówże do cholery ciszej – ostrzegł go Jack, który nagle poczuł żywą niechęć na 

myśl, że będzie musiał uwierzyć w coś, co podejrzewał przez cały ranek.

William rozejrzał się ze skruchą.

background image

– Lilith przysłała mnie, żebym zapytał, co tym razem narozrabiałeś.
Markiz szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w swego towarzysza.
– Lilith cię wysłała? Do mnie? William wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Zdumiewające, czyż nie? Jest przekonana, że zrobiłeś z tym starym toporem coś 

skandalicznego.

– Zakładam, że sam nie jesteś pewien, czy aby nie zrobiłem?
Prawdę mówiąc, z równowagi wytrąciły go nie tyle przypuszczenia Williama, ile fakt, 

że panna Benton miała rację. Mógł się tylko domyślać, jaka będzie jej reakcja, kiedy się 
dowie,   co   zrobił   z   doczesnymi   szczątkami   Wenforda.   Zbyt   długo   już   się   trudził,   by 
pozwolić na to, żeby zwykłe nieporozumienie cofnęło go na linię startu.

Zbliżali się do warsztatu Hoby'ego. Jeżeli nie dotrzyma terminu, minie jeszcze miesiąc 

– przy dobrych układach – nim szewc mu wyznaczy następny.

– A niech to wszyscy diabli – wymamrotał, a potem Zawrócił Benedicka. – Jedźmy 

zobaczyć się z twoją siostrą.

– Czy ojciec jest w domu?
Lilith aż podskoczyła, kiedy William wsunął głową do saloniku. Jej brat stanowczo 

nabrał już zbyt wielkiej wprawy w ukradkowym kręceniu się po domu, a teraz znowu miał 
na twarzy minę konspiratora. Popatrzyła na niego ze zmarszczonymi brwiami.

– Nie, pól godziny temu zabrał ciotkę Eugenię na wizytę do pani Higginson po tym, 

jak spędziłam dwadzieścia minut przekonując go, że pan Higginson zna osobiście księcia 
Gloucester. Gdzie ty się podziewałeś?

– Oczywiście szukałem Jacka.
– A znalazłeś go?
Markiz Dansbury sięgnął jej bratu przez ramię, pchnął uchylone drzwi i wszedł do 

środka tak, jakby salonik należał do niego. Ubrany był w niebieski surdut i jasnobrązowe 
bryczesy i nadal bardziej przypominał pirata niż członka arystokracji.

– Bez wątpienia znalazł, panno Benton.
Przyglądała mu się i nie była w stanie oderwać od niego oczu, kiedy nisko się jej 

kłaniał i opadał na kanapę obok niej, nie czekając, aż mu wskaże miejsce.

–   I  dziękuję   pani  za   zaproszenie.   Przyznaję,   że   to  zaszczyt,   jakiego   nigdy   się   nie 

spodziewa...

–   Jak   to  się   stało   –   przerwała   mu   Lilith  –   że   największym  skandalem  chwili   jest 

niefortunna ucieczka Raymonda Beechera z łowczynią majątków, Harriet Devereaux?

Zanim Dansbury odpowiedział, przez moment rozglądał się po pokoju.
– Wie pani, dużo tu sympatyczniej, jak nie ma na podłodze żadnych zwłok. – Pokiwał 

głową z aprobatą. – Uznano to za skandal, ponieważ nikt nie jest w stanie uwierzyć, że ta 
para   mogła   się   w   sobie   naprawdę   zakochać.   Ona   ma   więcej   grosza,   niż   Beecher   w 

background image

najśmielszych nadziejach mógł się spodziewać w spadku.

–   Ale   ja   słyszałam,   że   jej   mąż   w   testamencie...   –   Lilith   salina   sobie   przerwała   i 

zmarszczyła brwi; markiz patrzył na nią z rozbawieniem widocznym w każdym rysie 
szczupłej twarzy. – Wie pan, o co mi chodzi – ciągnęła dalej, zadzierając brodę do góry. – 
Dlaczego nikt nic nie wie o niefortunnej śmierci księcia Wenforda?

– Oczywiście poza Williamem.
A więc nie pochwalał jej wyboru powiernika.
– Nie jest mi potrzebna pańska aprobata.
Markiz zerknął na Williama, który popatrzył na niego posępnie.
– Zwracam tylko uwagę na fakt – powiedział.
– To prawda, nie chce pan przecież chyba zdenerwować swojego nowego ucznia? – 

odparowała słodko, ciesząc się, że tym razem to ona atakuje.

Markiz spojrzał na nią spod oka i pochylił się w jej kierunku.
–   A   pani   nie   chce   przecież   chyba   zdenerwować   swojego   wybawcy?   –   szepnął 

półgłosem.

Lilith z niechęcią przestała się z nim droczyć. Ostatecznie on mógł wyrządzić jej dużo 

więcej szkody niż ona jemu.

– Wystarczy powiedzieć, że wciągnięcie w sprawę mojego brata stało się konieczne. A 

teraz, panie markizie, proszę się wytłumaczyć.

Markiz zawahał się.
–   Sam   się   czuję   trochę   zakłopotany   –   westchnął   w   końcu,   podniósł   się   i   oparł   o 

obramowanie kominka.

– Pan... gdzie jest ciało księcia Wenforda? – zapytała ostro Lilith.
– Czy nie umieściłeś go na schodach od frontu, tak jak mówiłeś Lil? – zapytał William, 

który przycupnął obok okna.

– Niezupełnie.
– Gdzie więc on jest? – zapytała z opanowaniem Lilith. Markiz popatrzył jej w oczy.
– Wpadł mi do głowy dosyć wspaniały pomysł i okazało się, że nie jestem mu się w 

stanie oprzeć; tak więc przekonałem waszego stajennego, by pomógł mi zawlec starego 
topora na dół do jego własnej piwniczki na wino.

Lilith patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, resztki krwi odpłynęły jej z twarzy.
– Nie zrobił pan tego. Markiz wzruszył ramionami.
– Nie mogłem sobie pozwolić na stracenie ostatniej okazji, by mu dopiec.
Wszystko to działo się za szybko, ale kiedy w sprawy angażował się markiz Dansbury, 

tak się zwykle rzeczy miały.

– Tak więc ukrył go pan w jego własnej piwniczce. I co w tym dobrego? W końcu ktoś 

go znajdzie.

background image

– Źle mnie pani zrozumiała. Wcale go nie ukryłem. Zostawiłem go na samym środku 

podłogi.

– I? – podpowiedziała.
Markiz tylko się przelotnie uśmiechnął.
–   I   otworzyłem   mu   jedną   z   jego   własnych   butelek   wina.   Nie   najlepszy   rocznik, 

obawiam   się...   ale   zważywszy   na   to,   w   jakim   był   stanie,   bez   wątpienia   wszyscy 
zrozumieją ten jego kiepski wybór.

Lilith zamknęła na moment oczy.
– Jakim stanie? – zapytała słabiutko.
– Leżał kompletnie  nagi i pewnie do głębi zażenowany  na samym środku słynnej 

remdale'owskiej piwniczki na wino.

– Nagi?
William parsknął śmiechem.
– Na Boga, Jacku, żałuję, że mnie tam nie było! Lilith kilka razy głęboko zaczerpnęła 

powietrza.

–   Williamie,   proszę   cię,   idź   pilnować,   czy   nie   nadchodzi   papa   –   podsunęła   z 

napięciem. Brat w najmniejszym stopniu jej nie pomagał. A już z pewnością nie miała 
ochoty   na   to,   by   reagowali   we   dwóch   na   wszystko,   co   powie.   Wystarczy,   że   będzie 
próbowała uporać się z samym markizem.

– Nie wyłączysz mnie z tej całej sprawy – odparował William, z uporem krzyżując 

ręce na piersiach i marszcząc brwi.

– Williamie, bądź grzecznym chłopcem i rób co ci każą – poparł ją niespodziewanie 

markiz. – Twoja siostra życzy sobie pokrzyczeć na mnie na osobności. Później uzupełnię 
twoje braki wiedzy.

William wstał posępniejąc coraz bardziej i ciężkim krokiem ruszył do drzwi.
– A niech to, Jacku, lepiej żebyś tak zrobił.
– A teraz, moja słodka, o czym to chciałaś ze mną porozmawiać na osobności?  – 

zapytał Jack cicho. – Obdarzam cię moją całkowitą, kompletną, krańcową, niepodzielną 
uwagą. Możesz mi rozkazywać, jestem twoim chętnym niewolnikiem we wszystkim co, 
rzeczywiste i... wymarzone.

Lilith   naskoczyła   na   niego;   przyspieszone   łomotanie   serca   usiłowała   przypisać 

wyłącznie zdenerwowaniu.

– Dlaczego pan coś takiego zrobił? Dlaczego?
– Czy to najbardziej interesujący temat, jaki masz do zaproponowania? Na pewno stać 

cię na coś lepszego – odparł. – Może powinniśmy zdecydować, w jaki sposób uregulować 
twój dług. Mam kilka sugestii.

Lilith zarumieniła się i próbowała udawać, że nic takiego nie miało miejsca.

background image

– Dlaczego miałby pan zostawiać jego wysokość w takim stanie? Ten skandal...
Nagle twarz Jacka zmroczniała.
– Właśnie chodziło mi o wywołanie skandalu – powiedział krótko. Po raz pierwszy 

szczery, wyraźny gniew zabarwił jego głos. – Nie mam pojęcia, do jakiego stopnia jest 
pani naiwna, panno Benton, i nie jest moim zamiarem urażanie pani delikatnych uczuć, ale 
cholernie dobrze wiem, co Wenford próbował pani zrobić, kiedy go szlag trafił. Sukinsyn 
odebrał mi szansę zrobienia mu czegoś niemiłego za życia, ale nie było za późno, żeby 
pokazać   mu,   gdzie   jest   jego   miejsce.   Teraz   wszyscy   zobaczą   go   takim,   jakim   był 
naprawdę: wielki, cholernie nadęty błazen.

Lilith   ogarnęło   niepokojące   uczucie,   że   właśnie   zobaczyła   prawdziwego   Jacka 

Faradaya. Wstrząsnęło nią to, ponieważ przez krótką chwilę ten człowiek jej się podobał.

– Jest już za późno, by stawiać go w żenującej sytuacji. Ucierpi natomiast jego rodzina 

i moja też.

– Nonsens. Dolph, może, mam taką nadzieję. Ale pani nie miała nic wspólnego ani z 

tym, ani z nim. Nikt o niczym nie wie, poza tym że się do pani zalecał.

Przed momentem ją obrażał, a teraz najwyraźniej pocieszał.
– Czy broni pan mojego honoru?
Jack przelotnie się uśmiechnął i odwrócił wzrok.
– Nie wiem. Może i tak.
Lilith przez długą chwilę przyglądała się jego szczupłej przystojnej twarzy widocznej z 

profilu.

– Dlaczego?
Tym razem markiz się roześmiał.
– Taka się pani wydaje zagubiona – odparł. – Nie potrafi pani nawet przyznać, że 

aprobuje pani mój wybór miejsca spoczynku Wenforda.

– Jakże bym mogła coś takiego aprobować? Przyjrzał się jej.
– Czy nie dało to pani chociażby drobnej, maleńkiej satysfakcji, panno Benton? W 

końcu to panią zaatakował.

–   W   zaistniałych   okolicznościach   to   bez   znaczenia,   co   uważam   –   powiedziała 

stanowczo. – Ja....

– Wyłącznie wtedy, kiedy zgodzi się pani, by jej zdanie nie miało znaczenia.
Źle ją zrozumiał, ale i tak poczuła się zaskoczona jego repliką.
– Mój Boże, ależ pan jest postępowy – odezwała się z największym, na jaki ją było 

stać, sarkazmem.

– Robię, co mogę – przyznał, pochylając głowę. – A pani uchyla się od odpowiedzi.
– Nie mam zamiaru odpowiadać.
– Samo to wystarczy za odpowiedź, czyż nie? – napierał z wilczym uśmiechem. – Jak 

background image

mi się zdaje, milczenie na ogól uznaje się za potwierdzenie.

– Jest pan, panie markizie, niesłychanie irytującym człowiekiem. – Lilith zamknęła 

oczy i pomasowała sobie palcami skronie.

Spodziewała się odpowiedzi w podobnym stylu i minęła chwila, zanim uświadomiła 

sobie,   że   Dansbury   zachowuje   się   niepokojąco   cicho.   Otworzyła   ponownie   oczy   i 
zobaczyła,   że   markiz   przygląda   się   badawczo   jej   twarzy,   a   minę   ma   pełną   namysłu. 
Wolała   już,   kiedy   się   zachowywał   nonszalancko.   Przynajmniej   łatwiej   było   się 
zorientować, o czym myśli.

– O co znowu chodzi? – żachnęła się. Dzięki Bogu ojciec nigdy nie weźmie go pod 

uwagę jako potencjalnego kandydata na męża; absolutnie nie była w stanie przy nim ani 
się opanować, ani ugryźć w język.

– To ciężka próba dla pani, prawda? – Skrzyżował ręce i oparł się o kominek.
– Oczywiście, że tak – odparła wyniośle, zirytowana, że uznaje ją za jakieś bezradne 

stworzenie.   –   Nie   jestem   przyzwyczajona   do   tego,   by   mieć   do   czynienia   z   martwym 
księciem czy przebiegłym łajdakiem.

Gdyby   nie   to,   że   tak   nim   pogardzała,   mogłaby   uznać   uśmiech,   którym   jej 

odpowiedział, za atrakcyjny.

– A już myślałem, że Lilith Benton nic nie zdoła wytrącić z równowagi.
Prawdę mówiąc, akurat w tej chwili czuła się całkowicie wytrącona z równowagi i to 

nie tylko przez śmierć Wenforda.

– A z jakiego to powodu odniósł pan takie wrażenie?
– Pani sama wywiera takie wrażenie. – Popatrzył na nią spod ciemnych rzęs. – Zawsze 

taka chłodna i opanowana...

– Nie jestem Lodową Damą! – wyrwało się Lilith. To byłoby nie do zniesienia, gdyby 

powiedział tak do niej tym swoim rozbawionym głosem.

Dansbury wyprostował się.
– A jak nazwałaby pani kobietę, która zachęca sześciu konkurentów...
– Pięciu – warknęła Lilith.
– ...sześciu konkurentów i żadnemu nie udziela odpowiedzi? Czy czeka pani na równy 

tuzin?

– Co za kompletna bzdura! – Lilith wstała i już sama nie wiedziała, co z sobą począć. 

Zdecydowała się na tupnięcie nogą i spiorunowanie go wzrokiem.

– No, no, panno  Benton – zbeształ  ją, podchodząc  bliżej markiz.  – Czy  jest  pani 

ostrożna, czy wyrachowana?

– To pana nie powinno obchodzić – odparła. – To sprawa wyłącznie mojej rodziny.
– A jakie znaczenie ma rodzina? – zapytał cynicznie. – To nie pani rodzina musiałaby 

się parzyć z Wenfordem.

background image

Na te słowa dziewczyną wstrząsnął nieopanowany dreszcz.
– Tylko rodzina ma znaczenie.
Markiz   zawahał   się,   patrząc   na   nią   z   głębokim   zainteresowaniem,   które   jeszcze 

bardziej ją zaniepokoiło.

– Nawet gdyby tak było – ciągnął dalej po chwili, jakby ustępował jej w tej sprawie – 

czy nie mogłaby pani odmówić dwóm czy trzem najmniej prawdopodobnym kandydatom? 
W   końcu   mężów   w   tym   sezonie   szukają   też   inne   kobiety.   To   niesprawiedliwe 
monopolizować wszystkich skłonnych do żeniaczki panów w odpowiednim wieku.

Ta decyzja również nie do niej należała.
– Panu odmówiłam – przypomniała mu Lilith tak rozgniewana, że aż głos jej drżał. A 

przynajmniej wmawiała sobie, że trzęsie nią sprawiedliwy gniew.

–   Ale   co   z   resztą?   –   Podszedł   o   krok   bliżej   z   lekkim   uśmiechem   na   twarzy.   – 

Oczywiście poza Wenfordem, który sam się wycofał z zawodów.

Lilith cofnęła się przed nim. Od tego głosu ciarki chodziły jej po plecach, a oddech 

starał się dotrzymać tempa gwałtownemu łomotaniu serca. Markiz posuwał się nadal do 
przodu, aż wreszcie Lilith plecami oparła się o bibliotekę.

– Papa sprzyja hrabiemu...
– Nance'owi? – przerwa], marszcząc brew. – To idiota i dobrze o tym wiesz. I wcale 

nie prosiłem, żebyś mi powiedziała, komu sprzyja twój ojciec. Czy sama do nikogo nie 
poczułaś sympatii? – Dansbury zatrzymał się przed nią i wbił w nią swoje ciemne oczy. – 
Do tego jednego, jedynego, przy którym musisz szybciej oddychać? – Oparł dłonie po obu 
stronach jej ramion i pochylił się jeszcze bliżej. – Którego twarzy nie przestajesz widzieć 
w myślach – wyszeptał – który zajmuje twój umysł, aż nie ma w nim miejsca na nikogo 
innego?

–   To   nie   ma   znaczenia,   kim...   kim   on   będzie   –   powiedziała   Lilith,   bezskutecznie 

próbując umknąć oczami – dopóki tylko będzie powszechnie poważany.

Błysk w jego oczach zadawał kłam leniwemu uśmiechowi.
– A więc każdy, byle nie ja? – wyszeptał.
Lilith rozdygotana zaczerpnęła powietrza; zapragnęła, żeby markiz się odsunął, żeby 

odwrócił wzrok, by mogła wykrzesać z siebie to uczucie, które pozwalało jej odważnie 
stawiać mu czoło.

– Tak.
– I o niczym pani nie zapomniała w swoim równaniu, mającym dać w ostatecznym 

wyniku poważanie? – Nalegał, czuła jego ciepły, delikatny oddech na ustach. – A może o 
szczęściu?

– Poważanie przyniesie mi szczęście, milordzie.
– Czy jest pani tego pewna, panno Benton?

background image

– Całkowi...
Markiz pochylił głowę i złożył na jej ustach mocny, zdecydowany pocałunek. W Lilith 

wszystko zamarło – serce, oddech, wszystkie odczucia, pozostał tylko gorący, zmysłowy 
dotyk   jego   ust.   Zamknęła   oczy,   palce   wplątała   w   ciemne   włosy   markiza.   Czuła   się 
rozdarta pomiędzy pragnienie, by nie przestawał, i przerażenie, że coś takiego czuje, więc 
jak szalona chwyciła w garść kilka kosmyków i szarpnęła mu głowę w tył. Popatrzył na 
nią z zaskoczeniem, a ona kopnęła go w kolano. A jednak pocałunek księcia nie był ani 
odrobinę   podobny,   nie   czuła   się   wtedy   tak,   jakby   przeleciała   jej   po   kręgosłupie 
błyskawica.

– Ty... ty łajdaku – krzyknęła cicho.
Dansbury   cofnął   się   o   krok   i   pochylił,   by   potrzeć   kolano;   najwyraźniej   nie   był 

poruszony ich bliskością.

– Kij czy kamień...
– Ty szelmo! Ty bestio! – Była zła... na pewno właśnie zła. Była wściekła.
Markiz wyprostował się z niezwruszonym uśmiechem.
– ...kość mi może złamie, lecz słowa mnie... Lilith złapała wazon.
– To spróbujmy tego! Cisnęła w niego porcelaną.
Dansbury zręcznie się uchylił i wazon roztrzaskał się o kanapę.
– No, no, no, Lodowa Damo. – Oczy zabłysły mu rozbawieniem i ruszył znowu w jej 

kierunku.

Lilith chwyciła ceramiczną paterę na słodycze i cisnęła nią w markiza.
– Nie jestem żadną cholerną Lodową Damą! – wrzasnęła. Tym razem rzut był celny – 

patera   uderzyła   go   w   bok   głowy.   Ze   stęknięciem   Dansbury   zachwiał   się   i   upadł   na 
podłogę.

Przez chwilę oszołomiona Lilith wpatrywała się w niego, potem podbiegła i uklękła 

obok. Markiz nie poruszył się.

– Milordzie? Dansbury?
Jack leżał nadal bez ruchu, twarz miał zasłoniętą jedną ręką.
– Jacku? – Przeszył ją lęk, że mogła naprawdę zrobić mu krzywdę.
Powoli opuścił rękę i otworzył oczy.
– A niech to! Naprawdę zabolało. – Dotknął skroni palcami; kiedy je podniósł, były 

umazane krwią. Usiadł, w jego ciemnych oczach pojawiły się płomyki.

– Naprawdę trafiłaś mi do przekonania.
– Jak to? – Ten człowiek wydawał się budzić w niej najgorsze instynkty i w żaden 

sposób nie potrafiła przy nim opanować swoich reakcji.

– Że nie jesteś w najmniejszym nawet stopniu Lodową Damą, Lil.
–   Panno   Benton   –   poprawiła   go,   nie   mogąc   wyjść   z   podziwu,   że   ma   to   dla   niej 

background image

znaczenie, iż go przekonała. – A zasługiwał pan na coś gorszego, gburze.

– Już mnie spotkało coś gorszego. – Roześmiał się. – Chociaż rozbijanie mi głowy 

było chyba trochę zbyt surową karą, w końcu to tylko pocałunek.

Tylko pocałunek. No cóż, może całował już tyle kobiet, że nic nie poczuł, ale Lilith 

nawet nie umiała ubrać w słowa tego, co się działo w jej wnętrzu.

– Niech pan nigdy więcej tego nie robi. Markiz uniósł do góry brew.
– Mam zamiar całować panią tak często, jak tylko będę miał szansę, że ujdzie mi to na 

sucho.

Na   moment   Lilith   wrosła   po   prostu   w   podłogę,   wpatrując   się   w   niego   szeroko 

otwartymi oczami.

– Co ja panu takiego zrobiłam – udało jej się wykrztusić – że nie przestaje pan mnie 

prześladować?

Markiz, najwyraźniej niewzruszony jej błaganiem, uśmiechnął się niedbale.
– Już powiedziałem pani, że się zadurzyłem. – Spojrzał na nią spod oka. – A poza tym 

popatrzyła pani na mnie.

– Popatrzyłam na pana? Nie wątpię, że znajdzie się co najmniej z tuzin ludzi na tym 

świecie, którym zdarzyło się „popatrzeć na pana" – odparowała, zastanawiając się, co to 
za nowa gra z jego strony. – Dlaczego nie podręczy ich pan trochę zamiast mnie?

Na ustach markiza pojawił się powolny, zmysłowy uśmiech.
– Nie, panno Benton, źle mnie pani zrozumiała. Pani popatrzyła na mnie. A potem pani 

udawała, że to spojrzenie nie miało miejsca. – Przysunął się bliżej do niej, tak że dzieliło 
ich tylko kilka cali odległości. – Pociągałem panią. I nadal pociągam.

– Wcale nie. – Lilith przełknęła. – Może przez moment pana oblicze wydawało mi się 

miłe – przyznała z niechęcią – ale to było, zanim się dowiedziałam, jaki ma pan niedobry 
charakter.

– Hm – mruknął, nie spuszczając z niej oczu – a dlaczego to uważa pani mój charakter 

za taki niedobry?

– Sam pan dobrze wie.
Jack wyciągnął rękę i dotknął jej policzka wierzchem dłoni.
– Oskarżyła mnie pani. Teraz chciałbym usłyszeć, jakie ma pani dowody.
Lilith zadrżała na jego lekkie dotknięcie.
– Proszę przestać.
– Wydaje mi się, że zmysłowe z pani stworzenie – zamruczał i przesunął palcami w 

dół po jej szyi aż do naszyjnika z pereł. – Proszę mi powiedzieć.

Dobry Boże, w towarzystwie księcia Wenforda nie groziłyby jej takie opały, bo nie 

czuła w stosunku do niego nic poza czystym obrzydzeniem. Dansbury był dużo bardziej 
skomplikowanym przypadkiem. Obracał w palcach pojedynczą perłę; srebrny łańcuszek 

background image

delikatnie się przy tym napinał na karku, a to powodowało, że oddech Lilith stawał się 
przyspieszony i płytki. Dansbury stanowił również dużo większe zagrożenie.

– Ja... nie jestem....
Zanim zdążyła skończyć, drzwi gwałtownie się otworzyły i do pokoju wpadł William.
– Powóz ojca właśnie wyjechał zza rogu... – Urwał spojrzawszy na markiza. – A tobie 

co się u diabła stało?

Dansbury podźwignął się na nogi.
– Spotkał mnie wypadek – odparł, skrzywił się przelotnie i podał rękę Lilith.
Lilith pozwoliła, by ją podniósł z podłogi. –– Trafiłam go paterą – wyjaśniła.
Dansbury   zdusił   odgłos   przypominający   wybuch   śmiechu,   przykucnął   i   szybko, 

sprawnie   pozbierał   porozbijaną   porcelanę.   Bez   wątpienia   przyzwyczajony   był   do 
regularnego zacierania śladów swoich skandalicznych postępków.

William stał i gapił się na Lilith szeroko otwartymi oczami.
– To jeden z najbardziej zabójczych strzelców w całej Anglii, Lil. Zwariowałaś?
–   Kompletnie   –   poddał   markiz,   zanim   zdążyła   odpowiedzieć.   –   Zaczynam   się 

zastanawiać,   czy   pani   własnoręcznie   nie   załatwiła   Wenforda,   panno   Benton!   Lilith 
zbladła.

– Żeby mi się pan nie ośmielił mówić czegoś takiego!
–   Lil,   nie   powinnaś   w   ten   sposób   się   odzywać   do   markiza   Dansbury'ego   – 

argumentował William.

– To on nie powinien się do mnie w ten sposób odzywać! – Znowu tupnęła nogą, 

żałując, że nie ma pod ręką czegoś, czym mogłaby w niego rzucić. – A teraz niech się pan 
wynosi, zanim pana zobaczy papa.

– Lilith! – protestował William.
– Och, bądźże cicho, Williamie – przerwał mu nagle markiz z poirytowanym wyrazem 

twarzy. – Sam sobie jestem w stanie poradzić. Dotknął guza na skroni. – Będę jednak 
musiał znaleźć dla tego jakieś wytłumaczenie.

– Jestem pewna, że nikt nie będzie miał najmniejszych trudności, by uwierzyć, że jakaś 

kobieta   musiała   bronić   swego   honoru   przed   pana   awansami   –   stwierdziła   Lilith 
rozbawiona.

– Trudno powiedzieć, żeby mnie one posunęły do przodu – odparł Dansbury.
– Nie – sucho się z nim zgodziła – rzekłabym raczej, że pan padł.
Markiz roześmiał się.
– Wyłącznie przed twą wielką urodą, moja droga. Zanim Lilith była w stanie wymyślić 

następną ripostę, złożył jej elegancki ukłon i skinął na Williama, żeby wyszedł przed nim.

–   Wyprowadzisz   mnie,   czyż   nie?   –   Zatrzymał   się,   by   popatrzeć   na   Lilith.   –   Do 

zobaczenia następnym razem, ma chere.

background image

Kiedy wychodzili z pokoju, William zachichotał.
– Nie mam pojęcia, skąd ci przyszło do głowy, że to Lil mogła wyprawić starego 

topora na tamten świat, Jacku. Ja sądziłem, że to byłeś ty. Ta butelka portwajnu, którą mu 
wręczyłeś, nie była przez przypadek pełna strychniny?

– Co? – odezwała się ostro Lilith za ich plecami. Jack zatrzymał się gwałtownie.
– To nie było zabawne, Williamie – powiedział półgłosem.
– A mnie się wydawało, że było – bronił się William niepewnie.
– Dał pan Wenfordowi butelkę portwajnu, a on przyszedł tutaj i wyzionął ducha na... 

na mojej kanapie? – zapytała Lilith, przyglądając się podejrzliwie Jackowi.

– Och, na litość boską – uciął markiz. W końcu zaczął robić postępy, dzierlatka już o 

nim myślała, a na dodatek pocałował ją. Nie wolno mu dać jej pretekstu do powrotu do 
dawniej odczuwanej w stosunku do niego pogardy.

– Nie chciałem ściskać tej jego cholernej łapy. Jestem pewien, że otrzymywał już 

podarki od szlachetnie urodzonych dużo więcej wartych niż ja.

– Mniej wartego trudno byłoby znaleźć – odparła wyniośle.
– Niech się pani rozejrzy po swoich innych konkurentach, panno Benton – odrzekł. – 

Adieu.

Wiedział, że dziewczyna pragnie mieć ostatnie słowo, więc szybko zamknął za sobą 

drzwi, zanim zdążyła zareagować. Chciał, by miała uczucie, że sprawy między nimi nie 
zostały doprowadzone do końca, ponieważ tak było naprawdę. Wyszedł za Williamem 
tylnymi   drzwiami,   przy   których   ukrył   Benedicka.   Guz   na   skroni   pulsował,   ale   jak 
powiedział Lilith, zdarzało mu się już bardziej oberwać i to z bardziej błahego powodu. W 
tym przypadku warto było.

Pragnienie, żeby dotknąć Lilith Benton, żeby ją pocałować, doprowadzało go niemal 

do obłędu, nie pozwalając skupić się na prawdziwym celu tej gry. Mówił rzeczy, które 
były kompletnie niezgodne z jego charakterem, żeby tylko poczuć jej wargi przy swoich. 
A pocałunek w najmniejszym stopniu nie uśmierzył pragnienia, by znowu ją całować i 
dotykać jej.

– No to gdzie się wybieramy? – zapytał William, dosiadając Thora.
–  Możesz   mi  wierzyć  albo nie  – powiedział  Jack,   który  wciąż  jeszcze  zły  był na 

chłopaka – ale ja się wybieram do parlamentu.

– Naprawdę masz zamiar pójść do Izby Lordów?
– Jeżeli uda mi się ją znaleźć. – Ściągnął wodze Benedicka, kiedy ten dał krok w bok. 

– I byłem już do tego wcześniej umówiony na wieczór.

William, zsiadając znowu z konia, pokazał zęby w uśmiechu.
– Kim ona jest?
–   To   młoda   dama   o   pięknym   obliczu   i   jasnych   oczach   oraz   uśmiechu,   którego 

background image

pozazdrościliby jej aniołowie. – Chyba równie dobrze może teraz kontynuować realizację 
swojego zapasowego planu. Nawiasem mówiąc wydaje mi się, że panna St. Gerard miała 
nadzieję, iż pewien młody dżentelmen będzie jej dziś wieczorem towarzyszył do opery.

William rozpromienił się.
–   Antonia?   Och,   Jacku,   to   jest...   –   Czoło   mu   się   znowu   zachmurzyło.   –   To   jest 

okropne. Nie mam loży, a przecież nie mogę dopuścić, żeby siedziała na tyłach razem z 
motłochem.

Jack wyjął z kieszeni kawałek papieru.
– To prawda, ale jak może pamiętasz, ja mam lożę. – Podał mu kartkę. – Życzę miłej 

zabawy.

William wyciągnął rękę, ale Jack nadal ściskał kartkę w palcach.
– Williamie, kiedy rozejdą się pogłoski o śmierci Wenforda, sugerowałbym, żebyś już 

nie wspominał o tamtej butelce portwajnu. Czy to jasne?

– Na dzwony piekieł, Jacku, to był żart.
– Williamie...
– No dobrze już, dobrze, przyrzekam. Nie wspomnę więcej o tamtej butelce portwajnu.
Jack wypuścił kartę i skinął głową.
– Dobry chłopak. Wpadnij do mnie jutro rano. Zabiorę cię do Gentleman Jackon's.
Tymczasem   Jacka   czekało   dalsze   układanie   planów.   Gniew,   który   pierwotnie 

odczuwał w stosunku do Lilith Benton, zmienił się w coś dużo bardziej skomplikowanego; 
powinien porządnie się zorientować, na czym stoi, zanim posunie się o krok dalej. Jeżeli 
tego nie zrobię, pomyślał ze śmiechem, może się zdarzyć, że znowu rozciągnę się jak 
długi.

Ciotka Eugenia odwołała popołudniową wyprawę po zakupy z powodu przeraźliwego 

chłodu, ignorując protesty Lilith, która z radością powitałaby okazję pozwalającą wyrwać 
się z domu. Nawet zakupy z Eugenią mogłyby pomóc jej zebrać myśli i pozbyć się z nich 
tego zakazanego markiza Dansbury.

Zapełniała   sobie   czas   przeróżnymi   zajęciami   i   rozrywkami   na   terenie   domu,   ale 

chociażby   nie   wiedzieć   jak   była   zajęta,   nic   nie   pomagało.   Nie   miała   najmniejszych 
wątpliwości, że Dansbury planuje jakąś szkodliwą psotę, chociaż nie była już do końca 
pewna, o jaką intrygę mu chodzi. Podniosła rękę i przesunęła palcami po wardze, a potem 
z   pełnym   irytacji   westchnieniem   wróciła   do   szycia.   Przede   wszystkim   chciałaby 
zrozumieć, dlaczego nie przestawał przypominać jej, że ma wobec niego zobowiązania, a 
nie odbierał długu.

– Lit? – zawołał jej brat.
– O co chodzi? – zapytała rozdrażniona, przyglądając się całkiem już sporej dziurze w 

hafcie, którą zrobiła właśnie igłą.

background image

William wszedł swobodnym krokiem do pokoju.
– Pomyślałem sobie, że może pojadę na aukcje koni. Chciałabyś pojechać ze mną?
Lilith westchnęła i odłożyła szycie.
– Byłabym zachwycona, ale papa nigdy tego nie zaaprobuje. Brat przechylił się przez 

oparcie kanapy obok niej.

– Nigdy nie wyraża  aprobaty dla niczego,  chyba że  chodzi o znalezienie  jakiegoś 

skwaszonego, starego wdowca, za którego mogłabyś wyjść.

– Williamie, cicho.
–   Wiem,   wiem.   Nic   dobrego   z   tego   nie   wyniknie,   ojciec   tylko   zacznie   na   mnie 

wrzeszczeć. Ale to się nie wydaje wcale sprawiedliwe. – Wziął do ręki jej tamborek. – 
Ciekawe – odezwał się, przyglądając mu się bacznie i na próbę unosząc igłę.

– Williamie, natychmiast to zostaw. Oddaj mi.
W milczeniu podał jej tamborek.
– Cały ten sezon masz zepsuty, prawda? – powiedział cicho. – I tak nigdy nie miałaś 

okazji, żeby się dobrze bawić. A teraz z tym Wenfordem i Jackiem, i mną, i...

–   Przynajmniej   nie   będę   musiała   poślubić   jego   wysokości   –   przerwała   mu   z 

uśmiechem.   –   A   sezon   się   jeszcze   nie   skończył.   –   Podniosła   oczy,   nie   była 
przyzwyczajona do widoku przygnębienia na jego twarzy. – Ale naprawdę bardzo bym 
chciała, żebyś uważał w towarzystwie markiza Dansbury'ego.

William przelotnie się uśmiechnął.
– Jack jest w porządku. I wcale nie martwiłbym się jego oświadczynami. Ernest i cała 

reszta mówili, że w tym sezonie uwziął się na jakąś dzierlatkę, którą nazywają Lodową 
Damą.

Lilith zamrugała oczami.
– Och? – Serce jej zaczęło walić szybciej. – A dlaczego się na nią uwziął?
– Oczywiście po to, żeby lód nadtopić. – Zachichotał. – Nie daję tej biedaczce wielkich 

szans. Gdyby Jack się uwziął, to samemu diabłu nadtopiłby kopyta.

– Bez... bez wątpienia.
W   kilka   chwil   później   William   wyszedł.   Lilith   siedziała   bez   ruchu,   usiłując   się 

połapać, dlaczego Dansbury mógłby sądzić, że jeżeli nieustannie będzie ją prześladował, 
to ona na skutek tego spojrzy na niego łaskawiej. Jeszcze bardziej irytowało ją to, że nie 
potrafi   pozbyć   się   tego   szelmy   z   myśli,   chociaż   wiedziała   o   jego   pełnym   arogancji, 
zarozumiałym planie. Kiedy do drzwi zaskrobal Bevins, wzdrygnęła się.

Alison, lady Hutton, przysłała liścik, serdecznie zapraszając  na wieczór ją i ciotkę 

Eugenię na przyjęcie z okazji czwartych urodzin córeczki; przepraszała za krótki termin 
zostawiający im tak niewiele czasu. Lilith czytając liścik uśmiechnęła się. Ta wizyta dużo 
lepiej ukoi jej rozbiegane myśli niż recital u lady Wickes. Natychmiast podeszła do biurka 

background image

i odpisała, że z wdzięcznością przyjmują zaproszenie. Trzeba jej było dokładnie czegoś 
takiego, jak ta rozrywka.

– Panienko?
Chyba nikt jej dziś nie zostawi w spokoju.
– Tak, Emily? – powiedziała, podnosząc oczy na pokojówkę.
– Panienko, ja... nie mogę znaleźć jednego z pani kolczyków.
– Którego to? – Emily służyła jej od lat i Lilith nawet przez myśl nie przeszło, żeby w 

grę mogło wchodzić cokolwiek poza zarzuceniem klejnotu.

–   Tego...   tego   z   pereł,   po   pani   matce,   panienko.   –   Emily   robiła   wrażenie   bardzo 

wytrąconej z równowagi, a kiedy przerwała, żeby zaczerpnąć tchu, Lilith poklepała ją po 
ręce.   –   Jenny,   pokojówka   z   parteru,   znalazła   przedwczoraj   jeden   z   tych   kolczykóww 
saloniku; naszyjnik już schowałam do etui, ale szukałam wszędzie, a drugiego nie mogę 
znaleźć.

– Przedwczoraj? – zadumała się Lilith, usiłując sobie przypomnieć, co robiła. Zeszły 

tydzień pełen był burzliwych wydarzeń, a w większości  z nich miał swój udział albo 
Dansbury, albo jego wysokość. Nagle przypomniała sobie i krew odpłynęła jej z twarzy. 
Szarpała się z księciem Wenfordem, który chwycił ją za włosy.

– Och, nie – jęknęła.
– Co się stało, panienko?
– Nic, Emily. – Lilith głęboko zaczerpnęła powietrza. Te kolczyki i naszyjnik były 

jedynymi   pamiątkami,   jakie   pozwoliła   sobie   zatrzymać   po   matce.   Chociaż   szalone 
postępowanie Elizabeth Benton traktowała z dezaprobatą i jej nagłe odejście bardzo ją 
zabolało, nie była w stanie zmusić się do rozstania z błyskotkami. Może Milgrew albo 
Dansbury zauważyli, czy książę zaciskał coś w garści, kiedy układali go w piwnicy? Jack 
na pewno by to zauważył, on zwracał uwagę na wszystko.

Emily  zaproponowała, że przejrzy jeszcze raz garderobę Lilith i ta zgodziła się w 

nadziei,   że   się   myli   w   swoich   przypuszczeniach.   Dokończyła   liścik   do   lady   Hutton   i 
właśnie wstawała, żeby oddać go Bevinsowi, kiedy na drodze stanął jej ojciec. Miał na 
twarzy ten sam posępny wyraz, jaki królował tam od śniadania u Billingtonów i Lilith 
westchnęła. Jak usłyszy o śmierci Wenforda, nie poprawi mu to humoru.

– Jak się ma pani Higginson?
– Bez przerwy jojczy. Przez te sześć lat nie zmieniła się ani na jotę. – Pokazał na jej 

liścik. – Co tam masz?

– Odpowiedź na zaproszenie od lady Hutton. Wydaje dziś wieczorem przyjęcie, na 

które chciałabym pójść.

– Hutton?
– Jej mężem jest lord Hutton, z Shropshire.

background image

– Jakie majątki posiada?
– Baronię w Linfield. Ale jakie to ma znaczę...
– Tylko baron? – Wicehrabia zmarszczył się. – Wydawało mi się, że mamy wziąć 

udział dziś wieczorem w programie lady Wickes. Słyszałem, że lady Georgina pytała, czy 
będziesz siedziała tam razem z nią.

–   Ale,   papo,   Georgina   ma...   tak   pstro   w   głowie   –   zaprotestowała   Lilith.   –   A   ja 

naprawdę chciałabym zobaczyć się znowu z lady Hutton. Dziadkiem lady Hutton był 
hrabia Clanden – dodała z nadzieją. A przynajmniej tak mówiła matka Penelopy.

Harnble popatrzył na nią, nie zmieniając ponurego wyrazu twarzy.
– Płocha dziewczyna. Bardzo dobrze. Kiedy już wyjdziesz za mąż, i tak nie będziesz 

miała czasu na takie bzdury.

–   Dziękuję,   papo.   –   Lilith   zebrała   się   na   odwagę.   –   Papo,   jeśli   chodzi   o   jego 

wysokość... – zaczęła w nadziei, że raz na zawsze przekona go, by wybrał kogoś innego, 
zanim   ludzie   znajdą   nagiego   trupa   księcia,   a   ojciec   do   swego   już   i   tak   wielkiego 
rozczarowania będzie musiał dołożyć jeszcze zażenowanie całą sprawą.

– Tak – odparł z roztargnionym grymasem  – mam  zamiar  z nim porozmawiać.  – 

Skierował się ponownie do drzwi. – Prześlę mu bilet – powiedział sam do siebie i wyszedł 
z pokoju.

– Ale ja naprawdę nie mam ochoty na ślub z tym starym toporem – wymamrotała 

Lilith, wychodząc poszukać Bevinsa, żeby przekazał jej liścik. – Nie mówiąc już o tym, że 
on nie żyje.

background image

8

–   W   Paryżu   mają   piękne   ogrody   –   przyznał   Richard   Hutton   –   ale   nikt   nie   umie 

hodować takich róż jak Anglicy.

Lady Hutton, która siedziała na kanapie obok męża, ujęła jego dłoń i poklepała ją.
–   Niekiedy   wydaje   mi   się,   że   Richard   uważa,   iż   Bóg   stworzył   angielską   pogodę 

wyłącznie po to, by można tu było uprawiać róże.

Około dwudziestu osób zebranych w bawialni Huttonów roześmiało się. Tak jak Lilith 

przypuszczała, zapoznawszy się z Alison, krąg znajomych Huttonów był dosyć niesforny. 
Byli   oni   również   serdeczni   i   otwarci   i   dzięki   Bogu   nie   pojawił   się   żaden   z   jej 
konkurentów. Ciotka Eugenia siedziała ponura, dopóki do gości nie dołączyła hrabina 
Ashton;   wtedy   dopiero,   ku   ogromnej   uldze   bratanicy,   humor   jej   się   zdecydowanie 
poprawił. Całe wydarzenie było mile widzianym wytchnieniem od stresów związanych z 
sezonem i Lilith wcale się nie spieszyła, żeby od Huttonów wyjść.

–   No,   ja   tylko   mogę   powiedzieć,   że   diabli   nadali   ten   chłód   –   skomentował   Peter 

Wilten, wręczając malutkiej następną, kolorowo zapakowaną paczuszkę.

– Panie Wilten – zbeształa go Gabriella Wilten, ale reszta gości znowu się roześmiała.
Beatrice Hutton siedziała na podłodze, a naokoło niej piętrzyły się stosy otwartych 

podarunków. Już w wieku czterech lat dziewczynka była śliczna; miała ciemne, kręcone 
włosy matki i szare oczy ojca. Lilith uśmiechnęła się do niej uradowana, że wypchany 
zwierzaczek, którego kupiła, przypadł chyba do gustu malutkiej.

Ciotka   Eugenia   roześmiała   się   z   czegoś;   Lilith   obejrzała   się   i   zobaczyła,   że   z 

ożywieniem rozmawia ona z hrabiną i matką lorda Huttona, która również znała lorda i 
lady Dupontów ze Shropshire. Bratankowie i siostrzenice Richarda siedzieli i pomagali 
kuzyneczce posortować górę podarunków.

– Panno Benton,  ile różnych gatunków pani hoduje?  – zapytał  lord Hutton, kiedy 

Beatrice wdrapała mu się na kolana i poprosiła o pomoc przy jakimś szczególnie trudnym 
opakowaniu.

Lilith podniosła wzrok i przekonała się, że znajduje się w centrum uwagi wszystkich.
– Mam tutaj piętnaście krzewów, a w Hamble dodatkowo jeszcze ze trzydzieści. Wiele 

się powtarza, więc razem będzie może z trzydzieści pięć gatunków.

– To cudownie!
Lilith uśmiechnęła się, słysząc jego entuzjazm.
– Dziękuję, milordzie.
– Wie pani, szukałem wszędzie Madame Hardy. Moja poległa podczas eksperymentów 

z przycinaniem. – Popatrzył wesoło na swoją córeczkę.

– W Benton House mam Madame Hardy – odpowiedziała Lilith ciesząc się, że może 

background image

mu służyć pomocą. – Z radością dam panu zraz.

– Byłbym wdzięcz...
– A gdzież to podziewa się moja mała pszczółka? – zawołał jakiś glos.
Beatrice   aż   zapiszczała   i   zeskoczyła   z   kolan   ojca.   Spod   jej   nóżek   wzbijały   się   w 

powietrze   papiery   i   wstążki,   kiedy   pędziła   do   drzwi.   Lilith   oszołomiona   mogła   tylko 
patrzeć, jak do pokoju wchodzi markiz Dansbury, bierze Beatrice na ręce i okręca ją w 
powietrzu. Śmiejąc się ucałował mocno dziewczynkę, potem posadził ją z powrotem na 
podłodze. Beatrice natychmiast zaczęła ciągnąć go za kieszenie.

– O cóż to chodzi? – zapytał niewinnie Jack. – Czego to szukasz, mała dziewczynko?
Beatrice zachichotała.
– Mojego urodzinowego prezentu.
– Mówiłaś mi, co chcesz dostać, pamiętasz?
– Tak, wujku Jacku.
– Czy uważasz, że da się to znaleźć w kieszeni? Dziewczynka rozłożyła rączki.
–   No   to   gdzie   to   jest?   Markiz   pokazał   za   siebie.   Do   pokoju   wszedł   służący   z 

wiercącym się szczeniaczkiem irlandzkiego setera w ramionach. Beatrice roześmiała się 
ze szczęścia, kiedy markiz odebrał szczeniaczka i przykucnął obok niej.

– Ona jest mniejsza od ciebie, Bea, więc musisz być delikatna. Rozumiesz?
Trzymał dalej pieska na rękach, a Beatrice wyciągnęła rączkę i ostrożnie pogładziła 

szczeniaczka po grzbiecie.

– Tak – kiwnęła głową.
–   No   to   w   porządku,   moja   pszczółko,   tu   masz   swojego   rudego   szczeniaczka. 

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.

Zerknąwszy na Huttonów markiz posadził szczeniaczka na podłodze. Ten natychmiast 

skoczył na Beatrice i zaczął ją lizać po buzi. Kuzyni stłoczyli się naokoło w podnieceniu, 
chcąc również powitać czworonożnego gościa. Po chwili Dansbury podniósł się i podszedł 
do kanapy. W pół drogi jego leniwe, inteligentne spojrzenie napotkało Lilith. Na ułamek 
sekundy zamarł, najwyraźniej zdumiony jej obecnością w tym miejscu. Lilith uniosła w 
jego kierunku jedną brew; przez chwilkę cieszyła się, że jest górą, potem markiz przeszedł 
dalej.

– Przepraszam, że się spóźniłem. – Uśmiechnął się i pochylił, żeby pocałować Alison 

w policzek. Zerknął ponownie na Richarda. – Czy mam zostać? – zapytał.

– Oczywiście – powiedziała Alison serdecznie i pociągnęła go na kanapę obok siebie. 

– Bea mówiła ci, że chce szczeniaczka?

– Bardzo była dokładna. Dokładnie chciała rudego szczeniaczka.
Teraz, kiedy Lilith widziała ich obok siebie, zdumiona była, że nie uświadomiła sobie 

wcześniej, iż Jack Faraday i Alison Hutton są rodzeństwem. Mieli takie same ciemne, 

background image

faliste   włosy   i   brązowe   oczy,   chociaż   rysy   Alison   były   delikatniejsze   i   bardziej 
zaokrąglone niż w szczupłej twarzy markiza. Alison wspomniała nawet, że ma brata i 
Lilith z niesmakiem pomyślała, że powinna była szybciej domyślić się, kto może nim być.

Dansbury   pochylił   się   przed   siostrą   i   podał   rękę   Richardowi.   Jeżeli   Lilith   się   nie 

myliła, ten zawahał się, zanim ją ujął.

– Wciąż jeszcze jesteś taki zajęty, Richardzie? – zapytał swobodnie Jack, przyjmując 

kieliszek portwajnu od służącej.

Richard przytaknął.
– Premier nie jest do końca przekonany, czy udało się nam ostatecznie oczyścić Anglię 

ze szpiegów Boneya.

– Wciąż nie mogę pojąć, jakie to ma jeszcze teraz znaczenie. Bonaparte nie żyje. Nie 

mają komu składać raportów.

Oczy lorda Huttona zwęziły się.
– Spróbuj to wytłumaczyć komuś w Liverpoolu. Markiz wyprostował się.
– O ile sobie przypominam, ja...
– Jacku, czy znasz już pannę Benton? – przerwała pospiesznie Alison i pokazała na 

Lilith. – Lilith, to mój brat, markiz Dansbury.

Jack wstał, ujął dłoń Lilith w swoje długie palce i podniósł ją do ust.
– Spotkaliśmy się już – powiedział półgłosem z uśmiechem na twarzy i błyskiem w 

oku. – Ale jestem zachwycony, mogąc panią znowu widzieć, panno Benton.

– Milordzie – odpowiedziała Lilith, odbierając dłoń z jego ciepłego, mocnego uścisku 

najszybciej, jak mogła.

Dansbury przyjaźnie skinął jej głową i odwrócił się, żeby zamienić parę słów z resztą 

gości – a przynajmniej z tymi, którzy nie wydawali się spłoszeni jego obecnością. Lilith 
przyglądała mu się bacznie. Chociaż taki uroczy i przystojny, wciąż jeszcze przypominał 
panterę   wśród   domowych   kotów.   Dopiero   kiedy   usiadł,   żeby   spędzić   kilka   minut   na 
rozmowie z siostrą, cyniczny wyraz jego twarzy zmienił się; pojawił się delikatny uśmiech 
i Lilith pomyślała, że przez moment widzi znowu prawdziwego Jacka Faradaya.

Spojrzał na nią przelotnie, a ona onieśmielona spuściła oczy na filiżankę herbaty, którą 

tuliła w dłoniach. W chwilę później markiz usiadł obok niej. Lilith napiła się łyczek i 
dopiero potem odpowiedziała na jego pytające spojrzenie.

– Wydawało mi się, że ma pan jakieś inne plany na dzisiejszy wieczór.
– Postanowiłem dziś wieczorem zostawić pani bratu wolną rękę. Powinna pani być 

zadowolona.

Podniosła na niego oczy i zobaczyła, że z rozbawieniem przypatruje się siostrzenicy i 

szczeniaczkowi.

– Wciąż jeszcze usiłuje pan nadtopić Lodową Damę? – zapytała półgłosem.

background image

Odwrócił się do niej z uśmiechem.
– Dała mi już pani całkiem jasno do zrozumienia, że jej temperatura dużo bliższa jest 

wulkanicznej.

– I wystarczyło jedno uderzenie w głowę, żeby pana o tym przekonać?
– Wystarczył jeden pocałunek – poprawił ją cicho.
– Diabeł  z pana, milordzie  – syknęła Lilith, czerwieniąc się.  Markiz na tę obelgę 

niespodziewanie się roześmiał.

– Znowu pani oczy miotają błyskawice, panno Benton – zauważył. – Nigdy dotąd nie 

widziałem takiego odcienia zieleni, nawet w królewskich szmaragdach.

Na jego pochlebstwo zarumieniła się, a to rozzłościło ją jeszcze bardziej. Rozrzucał 

komplementy   niczym   stokrotki,   ale   ona   miała   dość   rozumu,   by   nie   traktować   ich 
poważnie.

– Czy szmaragdy, o których pan mówi, nie były przypadkiem kradzione?
I znowu markiz zachichotał.
– A więc zostałem teraz mianowany diabłem, mordercą książąt i złodziejem klejnotów 

– szepnął, pochylając się ku niej. – Czy chce pani oskarżyć mnie dziś wieczorem o jeszcze 
jakieś łajdackie uczynki?

– Nie w kulturalnym towarzystwie – prychnęła. Powoli przesunął palcem po skraju jej 

sukni.

– Miałem nadzieję coś takiego od pani usłyszeć. Może poszlibyśmy gdzieś, żeby te 

sprawy omówić na osobności, Lilith.

–   Panno   Benton   –   poprawiła   go   znowu;   pobiegła   wzrokiem   w   jego   kierunku   i 

natychmiast odwróciła oczy. Zastanawiała się, ile już innych kobiet obdarzał tym samym 
kuszącym uśmiechem i próbowała nie zwracać uwagi na trzepotanie własnego serca.

– I proszę nie myśleć, że jakiekolwiek pana komplementy będą miały najmniejszy 

nawet wpływ na mnie. Nigdy nie czułam sympatii do osób panu podobnych i nigdy nie 
będę czuła. I właściwie zdecydowałam się już poślubić hrabiego Nance'a.

Jack sposępniał.
–   Myślałem,   że   rozmowę   o   tym   mamy   już   za   sobą.   Nance   jest   kompletnie 

nieodpowiedni dla pani.

– Och, doprawdy? – odparła zdumiona jego ostrym tonem. – A co upoważnia pana do 

tego wniosku?

– Jest idiotą – zaczął wyliczać na palcach markiz. – Nie ma poczucia humoru, sztywny 

jest jak słup. Przedwczesny rigor monis. – Uśmiechnął się cynicznie. – Można by to samo 
powiedzieć o Jeremym Gigginsie. I Henningu. Oraz Varricku. – Zmarszczył brwi. – No i 
starym   toporze.   Właściwie,   panno   Benton,   trudno   byłoby   powiedzieć,   ilu   z   pani 
konkurentów jest już martwych, a ilu po prostu jeszcze tego nie zauważyło. – Znowu 

background image

pojawił się na jego twarzy uśmiech. – Oczywiście poza mną.

Jego ocena wydawała się dosyć niesprawiedliwa.
– Wszystko to są ludzie godni szacunku. Poza panem. Markiz patrzył na nią przez 

chwilę.

– I wszyscy są nieodpowiedni dla kogoś, kto nie jest Lodową Damą. Poza mną.
Takie   oświadczenie   było   jak   na   Jacka   Faradaya   czymś   bezpośrednim   i   szczerym; 

sprawiedliwość wymagała, by odpowiedziała mu w podobny sposób.

– Gdyby nie zmarnował pan swojego życia tak, jak to pan zrobił, mogłabym się z 

panem zgodzić.

Zerknęła   spod   oka   na   ciotkę   Eugenię,   żeby   zobaczyć,   czy   gotowa   jest   już   wyjść. 

Niestety, pani Farlane robiła takie wrażenie, jakby miała ochotę przesiedzieć i przegadać 
całą noc. Najwyraźniej doszła do wniosku, że skoro oświadczyny księcia Wenford są już 
praktycznie   pewne,   nawet   Jack   nie   zdoła   nic   popsuć.   Lilith   wróciła   wzrokiem   do 
Dansbury'ego; markiz miał poważny wyraz twarzy.

– Panno Benton, sądziłem, że kto jak kto, ale pani powinna być skłonna przyznać, iż 

to, jak pani mnie postrzega, opiera się właściwie wyłącznie na plotkach i insynuacjach na 
mój temat... i że może nie jestem tego rodzaju człowiekiem, jak sobie to pani wyobraża.

Zdumiała ją jego powaga, jako że nie spodziewała się po nim ani uczciwości, ani 

szczerości.

–   A   więc   jakim   jest   pan   człowiekiem?   –   zapytała   powoli,   zastanawiając   się,   czy 

odpowie.

Przerwał im inny gość Huttonów i Lilith miała  szczerą  chęć powiedzieć Gabrielle 

Wilton, żeby sobie poszła; udało jej się tę chętkę opanować. Po nieskończenie długiej 
chwili Jack zwrócił się znowu do niej.

–   Co   ze   mnie   za   ptaszek?   –   zapytał   cicho,   głos   miał   niski   i   serdeczny.   –   „Jak 

doskonałym tworem jest człowiek! Jak  wielkim przez rozum! Jak  niewyczerpanym w 
swych zdolnościach! Jak szlachetnym postawą i w poruszeniach!" – tu przesunął dłonią po 
klapie wspaniałego, błękitnego surduta. – „Czynami podobnym do anioła, pojętnością..."

– „...zbliżony do bóstwa"* – dokończyła Lilith. Uśmiechnęła się, potrząsając głową. 

Jak na takiego hulakę był wyjątkowo oczytany. – A do tego jakże skromny.

.Hamlet".
W oczach markiza zatańczyły płomyki.
– Dobry Boże, ma pani taki piękny uśmiech – wyszeptał. Trwało to chwilę, zanim 

Lilith udało się pozbierać myśli i znowu odezwać.

–   Czy   mogę   zadać   panu   pytanie?   –   odważyła   się   powiedzieć,   nie   mając   ochoty 

przerywać miłego nastroju.

– Jestem do pani usług.

background image

– Czy... czy nie zauważył pan, żeby jego wysokość trzymał coś w którejś ręce?
– Jestem w stanie wyobrazić sobie cały szereg niestosownych komentarzy, ograniczę 

się   jednak   do   prośby,   by   opisała   pani   to,   co   jak   pani   sądzi,   mógł   trzymać.   Mogę 
zaświadczyć, że w kieszeniach nie było niczego. – Powoli się uśmiechnął. – Kiedy go 
zostawiałem, nie miał ich przy sobie.

Na moment udało się jej zapomnieć, jaki z niego łajdak. Dzięki Bogu sam jej o tym 

przypomniał.

– Wszystko jedno. – Nie powinna popadać w jeszcze większe uzależnienie od niego.
– Czego pani szuka? – powtórzył.
Lilith popatrzyła w jego wzburzone oczy, a potem spuściła wzrok i pociągnęła jeszcze 

łyczek herbaty.

– Kolczyka – powiedziała niechętnie półgłosem. Markiz wyprostował się.
– Kolczyka. Dała pani temu gamoniowatemu kozłowi swój kolczyk?
Panna Gloria Ashton popatrzyła w ich kierunku i szepnęła coś do lady Mavern. Lilith 

poniewczasie uświadomiła sobie, że jak na przypadkowych znajomych siedzą z markizem 
nieco zbyt blisko siebie. Nieśmiało odsunęła się od niego.

– Niechże pan mówi ciszej – syknęła. – Brzmi to tak, jakby pan był zazdrosny.
Markiz otworzył usta, potem znowu je zamknął, w oczach mu coś błysnęło.
–   Jestem   po   prostu   zdumiony,   że   zechciała   pani   ofiarować   coś   takiemu   staremu, 

obrzydliwemu behemotowi na pamiątkę swoich uczuć. Nie przyszło pani na myśl, żeby 
mu to odebrać, kiedy jeszcze był w pani saloniku?

Mówił   nadal   przyciszonym   głosem,   ale   Lilith   nie   mogła   oprzeć   się   pokusie,   by 

rozejrzeć się po pełnym zgiełku pokoju, zanim odpowiedziała.

–   Niczego   mu   nigdy   nie   dawałam.   I   nie   zauważyłam   wtedy,   że   go   nie   mam.   On 

chwycił   mnie   za   włosy,   kiedy   się   przewracał   i   dopiero   przed   kilkoma   godzinami 
dowiedziałam się, że kolczyka nie ma. Szukałam go wszędzie... a potem pomyślałam, że 
może wciąż jeszcze jest przy nim.

Jack patrzył na nią przez kilka chwil.
– Zaczynam żałować, że nie odwiedziłem pani o kilka chwil wcześniej – powiedział w 

końcu.

– Ponieważ mi pan nie wierzy? – zapytała obrażona.
– Ponieważ oszczędziłbym Wenfordowi trudu umierania własnym przemysłem.
Lilith przełknęła, słysząc tę mroczną, niebezpieczną nutę w jego cichym głosie. To nie 

mogła być zazdrość, przecież nie mógł rościć sobie do niej absolutnie żadnych praw.

– Niewiele brakuje, bym uwierzyła, że i tak miał pan coś wspólnego z jego śmiercią.
Ku jej uldze Jack westchnął tylko i potrząsnął głową.
– Właśnie w takich chwilach żałuję, że nie prowadziłem się bardziej przykładnie.

background image

Po raz pierwszy w jego głosie słyszała coś w rodzaju żalu.
– No to dlaczego pan tego nie robił? Spuścił wzrok i wzruszył ramionami.
– To żadna zabawa. I niech się pani nie obawia, moja droga. Udam się dziś wieczorem 

na poszukiwanie tego zatraconego kolczyka.

Jeszcze jeden strzęp honorowego postępowania. Dansbury okazywał się człowiekiem 

pełnym zaskakujących sprzeczności.

–   Chciałabym   wierzyć   w   to,   co   mi   pan   mówi   –   szepnęła,   zastanawiając   się,   czy 

domyśli się, że chodzi jej o coś więcej niż tylko o poszukiwanie kolczyka.

Podbiegła   do   nich   Beatrice   i   pociągnęła   wujka   za   rękaw,   próbując   go   zmusić   do 

wstania.

– Pokaż mi jakąś sztuczkę – zażądała.
– Ja również bym tego chciał, Lilith – odpowiedział, a potem pozwolił się siostrzenicy 

pociągnąć tam, gdzie dzieci usiłowały z mebli wybudować zagrodę dla pieska.

– Panno Benton – mruknęła po chwili Lilith pod nosem i pobiegła za nim wzrokiem.
– „Wujcio Jack" to nie jest odpowiednie imię dla suczki – tłumaczył cierpliwie Jack, a 

za jego plecami Alison nawet nie starała się powstrzymać od śmiechu.

–   Ale  ona   ma   tak  na   imię   –   upierała  się   Beatrice,   usiłując   utrzymać   na   kolanach 

wiercącego się zwierzaka, składającego się chyba z samych łap, uszu i ogona.

Ostatni   goście   Huttonów   oddalili   się   dopiero   przed   chwilą,   a   Jack   z   ogromną 

przyjemnością stwierdził, że pomimo nalegań ciotki, Lilith wyszła jako jedna z ostatnich.

– Ale czy nie zdajesz sobie sprawy, jak się wszystko będzie mylić? – ciągnął dalej. – 

Skąd twój piesek ma wiedzieć, czy będziesz mówiła do mnie, czy do niej?

– Ja wiem, do kogo ja mówię – wyjaśniła mu siostrzenica, patrząc na niego, jakby był 

kompletnie głupi.

– A może by tak „lord Hutton"? – zaproponował Jack, usiłując ocalić przynajmniej 

strzęp własnej godności.

– Och, najuprzejmiej ci dziękuję – wymamrotał Richard od drzwi. Była to od ponad 

godziny najdłuższa jego wypowiedź skierowana do szwagra.

– Ona jest „wujcio Jack" – dowodziła Beatrice, a usta zaczynały jej się wyginać w 

podkówkę.

Jack przykucnął i lekko potargał psa za uszy.
–  w  porządku,  pszczółko.  Niech   ma   na  imię   „wujcio  Jack".   –  Richard  nie  będzie 

zachwycony słysząc ciągle w domu jego imię, ale niech go diabli, nie doprowadzi Beatrice 
do płaczu przy wybieraniu imienia dla psa.

Od strony schodów nadeszła Fanny, guwernantka Beatrice i Jack podniósł się, kiedy ta 

groźna osoba przygotowywała się do przejęcia obowiązków.

– Czas do łóżka, panienko – poinformowała Fanny dziewczynkę.

background image

– Nie chcę iść do łóżka – zaprotestowała Beatrice, ale wyszła za guwernantką.
– Jacku, chodź, usiądź tu przy mnie – zawołała Alison z drugiej strony pokoju.
Brat podszedł do siostry i opadł na kanapę obok niej.
– Dziękuję ci za zaproszenie. Nie byłem pewien, czy je otrzymam.
– A ja nie byłam pewna, czy przyjdziesz, jeśli je otrzymasz.
–   No   cóż   –   powiedział   powoli   Jack,   wpatrując   się   we   własne   paznokcie,   bardzo 

świadom,   że   Richard   krąży   po   drugiej   stronie   pokoju   –   przyznaję,   że   w   przeszłości 
zdarzało  mi   się   nierzadko  zaniedbywać   obowiązki  rodzinne,   jednak   nigdy   jeszcze   nie 
opuściłem urodzin Bea.

– Chociaż niewiele brakowało – skomentował Richard i wyszedł z pokoju.
– Wiesz co – powiedział Jack,  patrząc w ślad za szwagrem.  – Zaczynam odnosić 

wrażenie,   że   Richard   znowu   poczuł   do   mnie   sympatię.   Rok   temu   niełatwo   było   mu 
przebywać dłużej niż pięć minut w tym samym pokoju co ja.

– Tak, dziś wieczorem zachowywałeś się w bardzo cywilizowany sposób. Właściwie 

nawet mi się to podobało.

Nie   bardzo   mógł   jej   powiedzieć,   że   chodziło   tylko   o   kuszenie   płochliwej,   młodej 

damy, więc ograniczył się do tego, że się oparł, skrzyżował nogi w kostkach i powiedział:

– Hm.
Alison uśmiechnęła się i potarła swój zaokrąglony brzuch.
– Powiedz mi, wielki bracie, od jak dawna znasz pannę Benton?
– Pannę Benton? – powtórzył niewinnie Jack, lekko się z rozmysłem marszcząc, jakby 

usiłował   sobie   przypomnieć,   kiedy   to   mógł   nawiązać   tę   znajomość.   –   Można   by 
powiedzieć, że przyjaźnię się z jej bratem.

Alison   przyglądała   mu   się   przez   dłuższą   chwilę,   a   on   odpowiadał   jej   chłodnym 

spojrzeniem. Lepiej potrafiła się na nim poznać niż ktokolwiek inny, ale postanowił sobie, 
że nic nie wypatrzy.

– Ona ci się spodobała, Jonathanie Auguście Faradayu! – wykrzyknęła jego siostra.
Brwi Jacka podjechały w górę.
– Naprawdę, ja...
Jego siostra zaczęła klaskać.
– Nigdy nie sądziłam, że do tego dojdzie... już się bałam, że zgorzkniałeś przez te 

wszystkie latawice, które niby cię bawią. Już traciłam nadzieję.

– Alison, ty chyba...
– Och, jakże nisko upadli wielcy tego świata! – Alison aż piała.
Sytuacja robiła się nieco denerwująca.
– Dajże spokój, Alison. Ona wcale nie chce mieć do czynienia ze mną.
Uśmiech jego siostry przybladł.

background image

– Dlaczego nie?
– Szuka kogoś poważanego i utytułowanego. A do tego uważa, że zmarnowałem sobie 

życie i że zbliżyłem się do jej brata po to, by go zrujnować i zagarnąć jego majątek.

– Och, Jacku – westchnęła Alison, wyciągnęła rękę i potargała mu włosy. – Dlaczego 

ludzie mówią o tobie takie okropne rzeczy?

Jack wzruszył ramionami i łyknął portwajnu.
– Bo najczęściej jest to prawda.
– Jacku...
Jej brat odstawił kieliszek i wstał.
–   Tak   więc   nie   rób   sobie   wielkich   nadziei.   Obsesja   panny   Benton   na   punkcie 

szacowności powoduje, że jest ona zabawna. Nic więcej. Dobranoc, Alison. – Wyszedł 
prosto do holu, żeby wziąć kapelusz i palto. – Dobranoc, Richardzie! – zawołał głośniej, 
chociaż nie spodziewał się odpowiedzi.

I nie otrzymał jej.
Planował spędzić ten wieczór w klubie Boodle'a, ale zbyt wielka część jego myśli 

krążyła wokół uśmiechu Lilith Benton – zwłaszcza gdy miał zamiar zagrać w karty. Tak 
czy owak wyznaczyła mu inne zadanie na ten wieczór, chociaż trudno powiedzieć, żeby 
czul do niego wielki pociąg.

Kiedy wrócił do Faraday House, by przebrać się w jakiś strój bardziej odpowiedni do 

myszkowania   po   piwniczce   Wenforda,   na   własnych   frontowych   schodach   zobaczył 
Williama   Bentona,   który   siedział   z   łokciami   opartymi   na   kolanach   i   brodą   ukrytą   w 
dłoniach.

– Zgubiłeś coś? – zapytał, obchodząc chłopca dookoła, kiedy Peese otwierał mu drzwi.
William podniósł się i poszedł za nim do domu. – Nie. Właściwie to nie. Przyszedłem 

zadać ci pewne pytanie, ale twój... twój kamerdyner nie chciał mnie wpuścić.

Jack zerknął na Peese'a, który zdusił uśmiech zamykając za nimi drzwi.
– Rozumiem,  zwykle tak postępuje. – Ruszył w kierunku schodów i zauważył, że 

William niepewnie zatrzymał się w holu. – Nie mam czasu rozsiadać się i gadać.

– A czy mógłbym może towarzyszyć ci tam, dokąd się wybierasz?
– Nie wydaje mi się... – Jack zawahał się i popatrzył w dół na chłopaka. W końcu i tak 

winę za tę wyprawę ponosiła jego siostra. Wzruszył ramionami. – Czemu by nie? Zejdę za 
chwilę na dół.

W sypialni ściągnął z siebie surdut i rzucił go na łóżko. Martin pojawił się niemal 

natychmiast i aż cmoknął poirytowany, kiedy zobaczył, jak Jack przekopuje co rzadziej 
używane części mahoniowej szafy na ubrania.

– Czy nie trzeba wielmożnemu panu pomóc? Jack obejrzał się przez ramię.
– Gdzie są moje stare rzeczy?

background image

– Stare rzeczy, wielmożny panie?
– Te z Francji. Stare i ciemne. Wyczuł za plecami wahanie Martina.
– Wielmożny panie, ma pan jakieś kłopoty? Jack westchnął.
– Jeszcze nie. Po prostu jest mi potrzebne coś, w czym mógłbym się czołgać i nadal 

robić wrażenie dżentelmena.

Kamerdyner   skierował   się   do   garderoby   i   wyszedł   po   kilku   chwilach   z 

ciemnobrązowym surdutem w rękach.

– Czy ten się nada? Markiz zmarszczył nos.
– Nosiłem go kiedyś?
– Jak mi się zdaje, założył go wielmożny pan raz. W Paryżu. – Martin zawahał się 

znowu  i  popatrzył  na  ubranie.   Jack   przyglądał  mu  się   z  zaciekawieniem;   kamerdyner 
zmarszczył brwi i podniósł surdut do nosa. I natychmiast przybladł i opuścił go znowu.

– Nie, to się absolutnie nie nadaje. Przyniosę coś innego.
– O co chodzi? – zapytał Jack i stanął mu na drodze.
– O nic, wielmożny panie. Ja tylko...
Jack   wziął   surdut   z   rąk   Martina   i   podniósł   go   do   twarzy.   Wciągnął   powietrze, 

spodziewając się zapachu pleśni albo piwa, czując jednak lekką woń francuskich perfum, 
zbladł. Równocześnie wydało mu się, że czuje słodkawy zapach starej krwi, chociaż było 
całkiem prawdopodobne, że tylko sobie to wyobrażał.

– Masz całkowitą rację – wymamrotał, oddając surdut Martinowi i ocierając dłonie o 

spodnie. – Ten się do niczego nie nadaje.

– Wielmożny panie...
– Przynieś mi jakiś inny, do cholery, Martinie. Spieszę się. A ten spal.
Kamerdyner   przemilczał   to,   co   miał   właśnie   powiedzieć.   Wrócił   do   garderoby   i 

pojawił się niemal natychmiast z następnym surdutem o francuskim kroju. Ten był z kolei 
czarny; Jack wyrwał go Martinowi i nałożył. Strój wyraźnie wyszedł z mody już przed 
pięciu   laty,   był   mocniej   wcięty   w   pasie,   co   podobało   się   wtedy   w   Paryżu.   Ale 
przynajmniej pachniał tylko stęchlizną.

– No więc dokąd się udajemy? – usiłował dowiedzieć się William, kiedy Jack wrócił 

na dół. Przyglądał się niezbyt modnemu ubiorów markiza z zaciekawieniem.

– Pobawimy się troszkę w nekroskopię – odparł markiz, wciągając rękawiczki na ręce.
– Nek... masz na myśli Wenforda? – zapytał William, a jego zielone oczy błysnęły 

diabelskim płomykiem oczekiwania.

– Cicho – zbeształ go Jack, kiedy podchodzili do frontowych drzwi, a Peese otwierał je 

przed nimi. – Jeżeli nie potrafisz trzymać tej swojej cholernej paszczy na kłódkę, nie biorę 
cię ze sobą.

William wziął sobie ostrzeżenie do serca i milczał przez całą drogę do odległego mniej 

background image

więcej   o   milę   Remdale   House.   Jack   widział,   że   chłopcu   nie   podoba   się   narzucone 
ograniczenie i że niemal rozsadza go pragnienie porozmawiania na jakiś temat, ale miał 
zbyt   rozproszoną   uwagę,   by   słuchać   czegokolwiek,   nawet   zabawnych   pogaduszek 
Williama.   Powrót   do   Wenford   House   był   czystej   wody   idiotyzmem.   Kiedy   płatał 
Wenfordowi figla, udało mu się i szczęśliwym trafem nikt go nie zauważył; tym niemniej 
wcale nie miał teraz większej ochoty, by go łączono z tym incydentem, niż wtedy. Ale 
Lilith Benton uśmiechnęła się i poprosiła, a on się zgodził, jak jakiś zaśliniony idiota. 
Dziewczyna zapłaci za to później. To była jedyna pociecha, jedyny powód, jaki potrafił 
podać, że się naraża na takie ryzyko.

Stanowczo łatwiej było podjechać do tego domostwa zachmurzoną nocą niż tak jak 

przedtem w biały dzień, ale kiedy dotarli już do zewnętrznych drzwi prowadzących do 
piwniczki   na   wino,   sprawa   zrobiła   się   zdecydowanie   bardziej   skomplikowana. 
Rozejrzawszy się pospiesznie, czy żaden stajenny nie wybrał się na przechadzkę przy 
księżycu, Jack wyciągnął nóż zza cholewy i przykucnął przy drzwiach.

– Czy jesteś pewien, że wiesz, co robisz?
Jack obejrzał się przez ramię na Williama, który kulił się w cieniu wiązów i marszczył 

brwi.

– Powiedziałem ci, że masz być cicho i trzymać oczy otwarte.
– Tak, wiem – odszepnął William. – Ale sądziłem, że już to raz robiłeś.
– To było w dzień i żaden przeklęty szczeniak nie skamlał mi co sekundę.
Doliczył aż do siedmiu, zanim William znowu się odezwał.
– Czy myślałeś kiedyś o tym, żeby się ożenić?
Na   moment   palce   markiza   zamarły   na   zardzewiałym   zamku.   Najwyraźniej   uroki 

Antonii zaczynały działać, mimo wszystko.

– Kazałem ci być cicho – powtórzył nieco mniej ostro.
– Słyszałem – odszepnął William. – Ale Nance dopadł mnie dziś wieczorem w teatrze i 

ostrzegał przed libertynami twojego pokroju. A potem Antonia...

–   Ostrzegał   cię,   czy   tak?   –   przerwał   mu   Jack.   Lionel   Hendrick   był   nadętym, 

egocentrycznym prostakiem; żałował, że nie słyszał tej rozmowy na własne uszy.

Chłopiec przytaknął, w ciemnościach zabłysły w uśmiechu jego zęby.
– A więc? Chodzi mi o to, czy myślałeś kiedyś, żeby się ożenić.
– Mam dla ciebie następującą radę, Williamie. – Jack przechylił się w bok, żeby nie 

zasłaniać   sobie   słabego,   księżycowego   światła   i   wziął   się   znowu   do   dłubania   przy 
masywnej kłódce. – Nigdy nie oddawaj swojego serca kobiecie. Kiedy taka skończy się 
nim zajmować i ci je zwróci, nie poznasz jego żałosnych szczątków.

Milczenie   chłopca   i   jego   dezaprobata   były   niemal   namacalne,   ale   w   tych 

okolicznościach Jackowi było wszystko jedno, czy uraził jego czułą wrażliwość, czy nie. 

background image

Przynajmniej później nikt nie będzie mógł powiedzieć, że go nie ostrzegał.

– Ale ty się oświadczyłeś Lil – w końcu zwrócił mu uwagę William.
Jack zadrapał sobie kostki u ręki.
– Diabli nadali. To był żart, chłopcze. – Przynajmniej w założeniu. Ostatnio trudno mu 

było rozeznać się we własnych motywach postępowania, taki miał zamęt w umyśle. – Jak 
mi się zdaje, dowiodła swoich uczuć wobec mnie niedwuznacznie. – Przekręcił jeszcze raz 
ostrze w kłódce i zamek ustąpił. – No. Mówiłem ci, że sobie poradzę.

– Cholernie długo to trwało. Prawie tu zamarzłem.
– Bądź wdzięczny, że jest zimno – mruknął Jack otwierając drzwi. – Gdyby nie to, 

poczułbyś zapach Wenforda, jeszcze zanim byś go zobaczył.

– Okropne jest to, co mówisz.
Jack   zawahał   się,   zanim   zaczął   schodził   po   schodach   do   piwniczki.   Chłopiec   bez 

wątpienia nigdy jeszcze czegoś takiego nie przeżywał.

– Może lepiej będzie, jak tu zaczekasz.
– Nonsens. Po tym, co ten stary topór zrobił Lil, na pewno widok jego trupa nie urazi 

moich uczuć.

– Mam taką nadzieję. – Jack zdjął jedną latarnię ze ściany i zapalił ją. Piwniczka była 

spora, we wszystkich kierunkach ciągnęły się oświetlone żółtym, migotliwym płomieniem 
stojaki   i   półki   z   butelkami   wina.   Stąpając   cicho,   poprowadził   ostrożnie   Williama 
przejściem wzdłuż ściany. – Sprytnie to sobie twoja siostra wymyśliła, że wysłała mnie tu 
w tej drobnej sprawie, podczas gdy ona porządnie się wyśpi, nie? – wymamrotał.

– Nie bardzo wypadałoby, żeby to ona w środku nocy skradała się po domu księcia 

Wenforda.

– Może to i lepiej – mruknął markiz, odwracając głowę na lekki szelest po lewej. – 

Zabrakło mi już dziś amunicji, a nie sądzę, żeby miała ochotę brać jeńców. – Za półkami 
rozległo się ciche miauczenie. Dzięki Bogu Wenford trzymał w piwniczce koty, żeby mu 
szczury nie gryzły korków; gdyby nie to, mogli trafić na dużo mniej przyjemny widok, niż 
się William spodziewał.

– Wiesz co, Lil nie jest taka zła. No i przecież naprawdę nie jest to jej wina.
Wyszli   zza   rzędu   półek.   Za   plecami   Jacka   Williamowi   coś   zabulgotało   w   gardle; 

odgłos się urwał. Wenford był tam, gdzie zostawili go Jack i Milgrew; leżał jak długi na 
plecach,   ściskając   w   jednej   dłoni   butelkę   podłego   wina.   Ubrania   były   poskładane   w 
porządny stosik między jego nogami. Jack z westchnieniem podał latarnię Williamowi i 
przykucnął przy nagim trupie.

– Dobry Boże – szepnął William, a latarnia zachwiała mu się w dłoni.
– Trzymaj to cholerne światło równo – syknął Jack. Kolczyka nie było w żadnej dłoni 

księcia, ani w jego ubraniu. Spędził kilka chwil szukając go na pokrytej ziemią i słomą 

background image

podłodze. Znalazł dwa pensy, które musiały wypaść z kieszeni Wenforda, ale żadnych 
pereł.

– No więc wytłumacz mi – rzucił przez ramię, zaczynając przeszukiwać u podstawy 

najbliższy stojak – czemu to troska panny Benton o poważanie nie jest jej własną winą?

– Pewnie słyszałeś opowieść o naszej matce i hrabim Greyton, prawda?
– Wydaje mi się, że coś sobie przypominam.
No cóż, pewnie to wszystko prawda. Matka była do tego stopnia nieokiełznana, że 

ojciec nie czuł się z tym dobrze. Ich małżeństwo zostało zaaranżowane, wiesz. Uczciwie 
mówiąc, nie sądzę, żeby ojciec miał blade nawet pojęcie, jak sobie z nią radzić. Kiedy 
porzuciła nas dla Greytona... ojciec przysiągł, że jej nigdy nie wybaczy. I nie wybaczył.

– I przez to odwołał was wszystkich z Londynu. William przytaknął.
– Lil miała dwanaście lat. I od tej chwili ojciec robił wszystko, żeby nie zapomniała, iż 

krew naszej matki była skażona i że to do niej należy obowiązek przywrócenia Bentonom 
dobrego imienia. Lil potraktowała to wszystko bardzo poważnie. Zadręczała się na śmierć, 
żeby wszystko było tak, jak powinno. A ojciec i ta starucha Eugenia nie marnowali żadnej 
okazji, by jej zwrócić uwagę, jeżeli cokolwiek się nie udało.

Jack obracał jedną z monet w palcach, potem schował ją do kieszeni.
– To chyba olbrzymia odpowiedzialność dla takiej małej dziewczynki.
– Zbyt wielka – odpowiedział bez wahania William. – Ale nigdy nie przestała się 

starać.   A   do   tego   ma   mnie   za   brata   i   czasami   wydaje   mi   się,   że   odzyskanie   kolonii 
mogłoby być łatwiejszym zadaniem.

Nad ich głowami  zaskrzypiały deski podłogowe. Jack podniósł głowę; wokół nich 

posypało się nieco kurzu. W porównaniu z nim William był święty. Westchnął w niemal 
kompletnych ciemnościach.

– A to stawiałoby mnie na pozycji gdzieś między Falstaffem a samym diabłem.
William zachichotał.
– Bliżej tego ostatniego, jak sądzę.
Tłumaczyło to bardzo wiele z tego, co zaobserwował u Lilith Benton. Nie dziw, że 

niemal   histerii   dostawała   za   każdym   razem,   kiedy   się   do   niej   zbliżał.   Jego   obecność 
groziła zawaleniem tego starannie budowanego poważania, nad którym pracowała przez 
ostatnie   sześć   lat.   Z   drugiej   strony   nie   potrafił   zapomnieć,   jak   zareagowała   na   jego 
pocałunek ani jak dygotała pod jego delikatną pieszczotą. Lubiła, żeby ją dotykać. Może 
anioł skrycie się zastanawiał, jakby to było, paść w objęcia diabła. Diabeł bez wątpienia 
był ciekaw.

– A co teraz?
Jack zerknął w górę.
– Zaczekaj tu chwilkę. Jeżeli ktoś przyjdzie, to się schowaj.

background image

– Gdzie idziesz?
– Na górę. Jest coś, co muszę sprawdzić.
–   Jacku...   –   zaczął   protestować   chłopak,   ale   markiz   już   skierował   się   na   schody 

wiodące do kuchni.

– Zaraz wracam – rzucił przez ramię.
Księcia nie było już od dwóch dni i markiz właściwie oczekiwał, że w domu wszystko 

się   będzie   kotłowało.   Jednak   kiedy   skradał   się   przez   hol   do   prywatnego   gabinetu 
Wenforda, naokoło panowały spokój i cisza.  Wyglądało na to, że nikt tu niczego nie 
ruszał, tak więc nikt nie szukał wskazówek, gdzie książę mógł się podziać. W drugiej 
szufladzie starego, dębowego biurka znalazł księgę rachunkową, której szukał.

Ponad tuzin pozycji na ostatnich dwóch stronach wydatkowano na pokrycie długów, 

które – jak wiedział – zaciągnął Dolph Remdale; znalazł się tam też ostatni wpis na tysiąc 
dwieście   siedemdziesiąt   siedem   funtów.   A   więc   to   wujek   wyłożył   grosz   za   diament. 
Wyglądało   na   to,   że   Dolph   przegrywał   regularnie   i   potężnie   w   karty;   nie   było   też 
wątpliwości, że Wenford kazał mu  błagać o każdego pensa koniecznego do spłacenia 
wierzycieli.

Jack rozsiadł się w fotelu. Stary topór niewątpliwie wybrał sobie dogodny moment, 

żeby umrzeć. Jeszcze tydzień czy dwa i byłby poślubił Lilith Benton, i może nawet jego 
potomek byłby teraz już w drodze – a Dolph niczego by nie odziedziczył. Natomiast w tej 
sytuacji, jak tylko odkryją śmierć starego, Dolph Remdale stanie się człowiekiem bardzo 
bogatym i bardzo potężnym.

Musiał przyznać, że to tylko pobożne życzenia, ale gdyby tak się okazało, iż to jeden z 

Remdale'ów wykończył drugiego... Wenford był stary, miał skłonności do ataków furii i 
nic w tym dziwnego, że mógł podczas takiego ataku zejść. Z drugiej strony Jack należał 
do ludzi, którzy zawsze doceniają, kiedy los się do nich uśmiechnie. I dlatego wziął księgę 
rachunkową i wepchnął na półkę głęboko za tom Arystotelesa. Nikomu nie przyjdzie do 
głowy, żeby jej tu szukać... przynajmniej przez pewien czas.

Wyślizgnął się do holu, minął kuchnię, przeszedł po omacku do zimnej piwnicy.
– Williamie? – szepnął, rozglądając się w ciemnościach.
– Dzięki Bogu – doszła do niego cicha odpowiedź niemal tuż zza jego pleców.
Okręcił się jak fryga, zobaczył, że William opuszcza w dół butelkę wina i wyrwał mu 

ją z ręki.

– Ta butelka ma sześćdziesiąt pięć lat – syknął. – Jeżeli masz zamiar kogoś czymś 

walnąć, wybieraj gorsze roczniki.

– Przepraszam – mruknął William. – Znalazłeś to, czego szukałeś?
– Pozostaje tylko mieć nadzieję. Chodźmy.

background image

9

Lilith obudziła się ze straszliwym bólem głowy, we śnie  dręczyły ją koszmary ze 

zmarłymi   książętami   i   ciemnookimi   demonami   o   uroczym   uśmiechu   i   niskim, 
uwodzicielskim   głosie.   A   ból   głowy   wcale   nie   zelżał,   kiedy   w   pokoju   śniadaniowym 
pojawił się William, żeby poinformować ją, gdzie spędził część nocy.

– Poszedłeś tam? – Dech jej zaparło i odłożyła nóż, bo mogłaby ulec pokusie, by za 

jego pomocą zrobić krzywdę bratu albo sobie.

– Ktoś musiał Jackowi potrzymać latarnię. – Brat wzruszył ramionami i sięgnął po 

półmisek z szynką.

–   Nie   mogę   uwierzyć,   że   chciał   cię   w   to   wciągać.   –   Lilith   aż   kipiała;   po   chwili 

zastanowiła się nad tym, co mówi. – A właściwie to nie, bez trudu mogę w to uwierzyć – 
poprawiła się. – Niech go diabli.

– Zgłosiłem się na ochotnika – odparował William, lojalny aż do końca.
Niewątpliwie to również zaaranżował Jack Faraday.
– Zauważyłeś w domu Remdale'a jakieś oznaki zamieszania? – zapytała niepewna, czy 

Jack   wspominał   bratu   o   jej   kolczyku;   nie   miała   chęci   tłumaczyć   mu,   w   jaki   sposób 
Wenford mógł wejść w jego posiadanie, jeżeli sam tego nie wiedział.

William uśmiechnął się szeroko.
– Tylko w momencie, kiedy Jack mało mi głowy nie urwał, że chciałem walnąć go 

butelką kosztownego wina.

– A za cóż ty Dansbury'ego chciałeś walnąć? – wykrzyknęła.
– Było ciemno. Skąd do cholery miałem wiedzieć, kto się zakrada po schodach do 

piwnicy?

Lilith popatrzyła na niego. Czegoś jej w tym opowiadaniu brakowało i nie sądziła, 

żeby jej się to coś miało spodobać.

– A skąd właściwie wracał ukradkiem markiz?
– Jack poszedł na górę poszukać czegoś. Jak zwykłe nie mam pojęcia, o co w tym 

wszystkim chodziło, a on nie był łaskaw mnie poinformować.

– Może więc należało go walnąć tą butelką. – Do wściekłości doprowadzało ją, że nie 

wie, jakie ten łotr ma zamiary, zwłaszcza że stawką w grze była jej pomyślność i spokój.

William parsknął i potrząsnął głową.
– Mówił, że to był dobry rocznik i żebym następnym razem walił go gorszym. Nie uda 

ci się przyłapać Jacka w pobliżu niedobrego rocznika. Trzyma własny zapas portwajnu w 
połowie klubów w mieście. Nawet butelka, którą obdarował wtedy wieczorem Wenforda, 
była pierwszej klasy, a przecież nie lubi... nie lubił tego starego topora.

Lilith dech zaparło i serce najpierw zamarło jej w piersi, a potem załomotało znów 

background image

boleśnie.

– Ta butelka pochodziła z jego własnych zapasów? – szepnęła.
Kiedy wcześniej sugerowała, że Jack mógł mieć coś więcej wspólnego ze śmiercią 

Wenforda, niż mówił, tylko się z nim droczyła. Ale nagle żart przestał być taki zabawny. 
Problem w tym, że poprzedniego wieczoru było tak miło, iż sama już nie była pewna, czy 
ma ochotę wierzyć w najgorsze plotki na temat markiza Dansbury'ego. Był taki uroczy, 
dowcipny, nawet wielkoduszny, a Bóg jeden wie, że do tego przystojny jak sam diabeł. 
Czy takie dżentelmeńskie zachowanie to tylko jeszcze jedna poza, którą zachciało mu się 
przybrać na ten wieczór, czy może – a rzadko to się zdarzało – pokazał się prawdziwy 
Jack Faraday, nie miała pojęcia. Wzdrygnęła się, kiedy Bevins zaskrobal do drzwi.

–   Panno   Benton   –   powiedział   uroczyście,   podając   jej   tackę,   na   której   leżał   bilet 

wizytowy. – Lord Hutton pyta, czy znalazłaby pani dla niego chwilę wolnego czasu.

– O, lord Hutton. To przecież jest Jacka....
–   Przepraszam   cię,   Williamie   –   przerwała   mu.   Dużo   już   zawdzięczała   dyskrecji 

Bevinsa i nie życzyła sobie powierzać mu więcej sekretów, niż było absolutnie konieczne. 
Uśmiechnęła   się,   kiedy   William   popatrzył   na   nią   podejrzliwie.   –   Obiecałam   lordowi 
Hutton zraz  róży  Madame  Hardy. Nie zdawałam sobie  sprawy, że aż  tak mu  na niej 
zależy. – Wstała i figlarnie poklepała brata po głowie. – Zaraz wrócę. I proszę, choć przez 
chwilę powstrzymaj się od wpadania w tarapaty.

Richard   stał   w   holu   podziwiając   bukiet   herbacianych   róż,   które   ustawiła   tam   w 

wazonie.

– Lord Penzance – powiedział.
– Wyjątkowo lubię ten gatunek.
– Ja również. – Ujął jej dłoń. – Proszę o wybaczenie mego natręctwa, ale przypadkiem 

tędy przechodziłem i pomyślałem...

– Zachwycona jestem, że pan wpadł – powiedziała Lilith ciepło, wdzięczna za chwilę 

rozrywki. Pod nieobecność markiza Dansbury'ego lorda Huttona charakteryzowała taka 
sama serdeczność, jaką ceniła sobie u jego żony. – Czy miałby pan ochotę na filiżankę 
herbaty?

Hutton potrząsnął głową. – Naprawdę brak mi  czasu, ale dziękuję pani. – A więc 

proszę pozwolić, że pokażę panu moje skarby. Podziw, jaki lord Hutton okazywał dla 
różanego ogrodu, sprawił jej ogromną  przyjemność.  Na dodatek mogła  jego obecność 
wykorzystać w innym, bardziej praktycznym celu.

– Nie zdawałam sobie sprawy, że markiz Dansbury jest pana krewnym – powiedziała, 

zacierając ręce z zimna i usiłując stłumić głos wewnętrzny, który informował ją, że jest 
podstępną manipulatorką. Ostatecznie ogień należy zwalczać ogniem.

–   Jest   –   odpowiedział   hrabia   krótko   i   zerknął   na   nią,   a   dopiero   potem   wrócił   do 

background image

wybierania   zrazów.   –   To   właśnie   Jack   przedstawił   mnie   Alison.   Czy   mógłbym   może 
otrzymać od pani zraz Annę of Gierstein?

– Ależ oczywiście. – Lilith podała mu sekator. – Wydaje się takim... niezależnym 

człowiekiem – ośmieliła się powiedzieć.

– To muszę przyznać. – Richard wbił sobie w palec cierń i skrzywił się. – Jack więcej 

ludzi poobrażał i więcej narobił zamieszania niż lis w kurniku.

Najwyraźniej uczucia lorda Huttona również uraził.
– Mam wrażenie, że on i Remdale'owie nie zgadzają się ze sobą.
Znowu na nią zerknął.
– Nie, nie zgadzają się. Historia ma swoje korzenie w zamierzchłej przeszłości; coś 

tam było z jakimś kawałkiem ziemi, o którą dziadek Jacka założył się i przegrał, a teraz 
Remdale'owie nie chcą jej odsprzedać. I mało prawdopodobne, żeby okazali się chętni, 
skoro Jack nie przestaje sobie robić z Wenforda wroga.

Lilith nagle pożałowała, że Richard jest tak rozmowny. Może Jack miał jednak jakiś 

powód, żeby się pozbyć Wenforda. Było to nie do pomyślenia, ale nie mogła przecież 
ignorować tego, czego się dowiedziała, zwłaszcza że wiedziała też o butelce portwajnu.

Ta ostatnia informacja nie dawała jej spokoju przez całe rano, a chociaż w południe 

ociepliło   się   i   znalazły   sobie   z   Pen   i   lady   Sanford   uroczą   kawiarenkę   na   świeżym 
powietrzu,   przez   cały   czas   trwania   lunchu   czuła   się   rozstrojona   tym,   co   usłyszała   od 
Richarda.

–   Och,   to   Darlene   McFadden.   –   Lady   Sanford   popatrzyła   na   drugą   stronę   alei   i 

uśmiechnęła się. – Nie zdawałam sobie sprawy, że jest w Londynie tego lata – ciągnęła 
dalej, przyglądając się, jak wysoka, rudowłosa dama wchodzi do sklepu. – Zaraz wracam. 
– Podniosła torebkę i pospieszyła na drugą stronę ulicy.

– Nie będzie jej pewnie przez godzinę – rozchichotała się Penelopa patrząc w ślad za 

matką. Nagle wyprostowała się. – Czy to nie William?

– Gdzie?
Pen   pokazała   na   ulicę.   Minął   je   otwarty   powozik   ozdobiony   herbem   Hamble'ów; 

powoził William. Na widok towarzyszki brata Lilith jęknęła.

– Mówił, że wybiera się na piknik, ale nie wiedziałam, że w towarzystwie Antonii St. 

Gerard.

– Więc to jest Antonia St. Gerard? – zapytała Pen, patrząc za nimi z przygnębieniem. – 

Słyszałam, że ona nigdy za dnia nie wychodzi z domu.

Lilith westchnęła i podniosła serwetkę.
– Najwyraźniej udało mu się ją przekonać. Mój brat doprowadza mnie niekiedy do 

wściekłości;   wpada   mu   do   tej   tępej   głowy   jakiś   pomysł   i   z   miejsca   bierze   się   bez 
zastanowienia do jego realizacji.

background image

– A ja uważam, że on jest całkiem miły – odparowała Penelopa, sypiąc sobie cukier do 

herbaty. – Zawsze mnie potrafi rozśmieszyć.

Lilith popatrzyła na przyjaciółkę.
– Czy tobie się mój brat podoba, Pen? – zapytała zaskoczona.
Penelopa zaczerwieniła się.
– Może. – Zakryła sobie usta serwetką. – Troszeczkę.
–   No   to   mam   nadzieję,   że   odzyska   zdrowy   rozsądek   –   powiedziała   Lilith   z 

przekonaniem, przyglądając się, jak powozik znika im z oczu. – Bo zachowuje się, jak... 
jak jakiś hulaka, od kiedy uzależnił się od Dansbury'ego.

Pen lekko zmarszczyła brwi, a Lilith kiwnęła głową.
– Niewiele widzę nadziei dla jego reputacji czy portfela, dopóki nie uwolnię go ze 

szponów Jacka Faradaya.

– Czy ma to znaczyć, że jestem ptakiem drapieżnym czy smokiem? – Głęboki głos 

markiza   dochodził   zza   jej   pleców;   Lilith   zdała   sobie   sprawę,   czemu   Penelopa   się 
marszczyła.

Zarumieniła się, kiedy przysunął sobie krzesło i usiadł. Najwyraźniej rozbawiły go jej 

obelgi i Lilith poczuła, że ogarnia ją gniew.

– Zdecydowanie ziejący ogniem smok – odpowiedziała ostro.
– Hm – zamruczał markiz, patrząc na nią zagadkowo. – Smoki zdają się przepadać za... 

młodziutkimi dziewicami, czyż nie?

– Och, jej – szepnęła Pen, a na jej twarzy pojawiły się jaskrawe rumieńce; zaczęła się 

wachlować.

Lilith nie dała się zaszokować.
– Dosyć to łękliwa ofiara dla tak groźnej bestii, czy nie sądzi pan?
– Tylko w przypadku, jeśli uzna się, że dziewiczość równa się bojaźliwość. – Oparł się 

łokciami na stole, brodę złożył w dłoniach. – A nie wątpię, że pani potrafiłaby zgładzić 
smoka, gdyby sobie pani życzyła.

– Prawdę mówiąc, zastanawiałam się nad czymś takim, lordzie Dansbury – odparła; 

oczy jej się zwęziły. Z całego serca pragnęła, żeby przestał wreszcie uprawiać te swoje 
idiotyczne gry i pozwolił jej dowiedzieć się, co naprawdę myśli.

– Lilith! – wykrzyknęła Pen.
– Och, nic się nie stało, panno Sanford. Jestem już do tego przyzwyczajony. Pannę 

Benton i mnie łączą szczególne więzy.

– Naprawdę? – zapytała z wahaniem Pen i zerknęła szeroko otwartymi oczami na 

przyjaciółkę,   która   siedziała   wyprostowana,   jakby   kij   połknęła,   kiedy   Dansbury   kazał 
podać sobie filiżankę kawy.

– O, tak. A jednym z ich bardziej osobliwych aspektów jest to, że nigdy mnie ona o nic 

background image

nie pyta wprost – ciągnął dalej markiz, odwracając się, by spojrzeć Lilith w oczy – ale 
woli udać się do moich krewnych, by wścibiać nos w nie swoje sprawy.

A więc dowiedział się, że rozmawiała z lordem Huttonem.
– Pan markiz o jednym zdaje się nie pamiętać – powiedziała Lilith do Pen, chociaż nie 

spuszczała oczu z Dansbury'ego. – Gdyby był tak rozmowny, jak to sugeruje, nie trzeba 
byłoby gdzie indziej szukać potencjalnych... dowodów. – Z rozmysłem użyła tego właśnie 
słowa i z przyjemnością patrzyła, jak przez jego policzek przechodzi skurcz.

Dansbury pociągnął lyk kawy i przez moment wpatrywał się w swoją filiżankę.
– Wczoraj wieczorem była pani dużo bardziej przyjaźnie nastawiona.
–   Wczoraj   wieczorem   nie   zdawałam   sobie   sprawy,   że   pewna   butelka   portwajnu 

pochodziła   z   prywatnych   zapasów.   Zostałam   również   oświecona   w   sprawie   pewnej 
nierozstrzygniętej kwestii dotyczącej nieruchomości.

– Z tego Richarda jest diabelny plotkarz. – Jack sposępniał.
– To pana zdanie. A jakie ma pan wytłumaczenie w sprawie tej butelki?
Pen patrzyła to na jedno z nich, to na drugie, najwyraźniej nie potrafiąc się domyślić, o 

co chodzi. I dobrze. Lilith wcale nie chciała wciągać przyjaciółki w coś, co wciąż jeszcze 
mogło się skończyć wielkim skandalem.

Jack potrząsnął głową i pochylił się do przodu; musnął palcem grzbiet jej dłoni, a 

Lilith zadygotała i odsunęła rękę.

– Myślę, Lilith – powiedział cicho – że prędzej czy później skończą ci się dotyczące 

mnie wymówki. I co wtedy zrobisz?

Na policzkach Lilith pojawił się lekki rumieniec.
– Może się pan do woli bawić słowami, milordzie. To niczego nie zmieni.
– Wolałbym się bawić w co innego – zareagował dwuznacznie.
– Zakładam, że grać w karty? – Lilith sama była zdumiona, że głos jej się nie łamie, 

kiedy ma przed sobą te oczy, które widziały o tyle więcej, niż chciała ujawnić.

Markiz sięgnął po jeden z jej herbatników i odgryzł kawałeczek.
– Nie to miałem dokładnie na myśli, ale sądzę, że wystarczy. Chwilowo.
– Wynoś się, ty łajdaku! – Lilith wściekła i zmieszana zacisnęła palce na kieliszku z 

ratafią.

Dansbury, który najwyraźniej przypomniał sobie paterę na słodycze, wstał.
– Może dalszy ciąg rozmowy odłożymy na później, panno Benton. – Pogrzebał w 

kieszeni i wyciągnął banknot pięciofuntowy, rzucił go na ich stolik. – Pozwolę sobie 
podziękować za ciasteczko i rozmowę – stwierdził, uśmiechając się do niej z wysoka. 
Ruszył, ale po kilku krokach zawahał się  i obejrzał. – Nawiasem mówiąc,  w okolicy 
wieprza   nie   było   żadnych   pereł.   –   Pochylił   głowę   przed   Pen,   odwrócił   się   i   odszedł 
pogwizdując wesoło.

background image

– Czy wciąż jeszcze  sądzisz,  że on cię próbuje skompromitować?  – zapytała Pen, 

patrząc za Dansburym. – Bo mnie to wyglądało na coś całkiem innego.

– Ponieważ tak sobie życzył. – Lilith ostrożnie odstawiła kieliszek z powrotem na stół, 

żeby Pen nie zobaczyła, jak zaczęły jej się trząść ręce. A więc zadał sobie ten trud i 
poszedł szukać jej kolczyka, a potem znalazł ją, by jej donieść, iż nie odniósł sukcesu. 
Nikt nie potrafił tak wytrącić jej z równowagi jak ten zatracony markiz!

– Wiem, że nie podoba ci się to, że zaprzyjaźnił się z twoim bratem, ale czy nie wydaje 

ci   się   atrakcyjny?   –   podjęła   temat   Pen.   –   Jest   całkiem   przystojny   i   taki   bardzo... 
skandaliczny. – Przeszedł ją leciutki dreszcz.

– A tobie się to wydaje atrakcyjne? – zadała pytanie Lilith, wzbraniając się obejrzeć za 

markizem.

–   A   tobie   nie?   Tak   ze   sobą   rozmawialiście,   jakbyście   się   w   każdej   chwili   mieli 

nawzajem pożreć! Nie zdawałam sobie sprawy, że potrafisz być taka okrutna.

–   Czy   to   ma   być   komplement?   –   odpaliła   Lilith   zła,   że   Pen   mogła   uznać   jej 

zachowanie za niewłaściwe.

– To właśnie miałam na myśli – odpowiedziała Penelopa, najwyraźniej urażona. – 

Chciałabym, żeby kiedyś na mnie ktoś popatrzył tak, jak on patrzył na ciebie.

Lilith zawahała się bardzo zaciekawiona, co też jej przyjaciółka dostrzegła w markizie 

Dansburym.

– Jak on na mnie patrzył?
– Jakby wchłaniał w siebie wszystko, co się ciebie tyczy, z zewnątrz i z wewnątrz.
Lilith ciarki zaczęły chodzić całymi stadami po rękach. Odwróciła się w kierunku, w 

którym odszedł Dansbury, ale markiz już zniknął. Tym razem poczuła się rozczarowana. 
Lepiej   niech   Wenforda   ktoś   szybko   znajdzie,   bo   nie   wytrzyma   już   długo   tego 
emocjonalnego zamętu, który obudził się w niej podczas ostatnich tygodni.

Jack   wstał   i   przeciągnął   się,   potem   podszedł   powoli   do   najbliższego   okna,   żeby 

wyjrzeć na deszcz, który padał równo i uporczywie w ciemnościach. Za jego plecami 
goście podjęli hałaśliwą grę w faraona bez jego udziału, a on westchnął oparłszy się o 
ścianę i małymi łyczkami pociągał portwajn. Przez cały wieczór przegrywał powoli, ale 
stale z grupą raczej kiepskich przeciwników. I bardzo dobrze orientował się, dlaczego tak 
było. – Milczący jesteś dzisiaj – zauważyła Antonia, stając za nim i wsuwając mu dłoń 
pod ramię.

– Jestem w refleksyjnym nastroju – poprawił, nie patrząc na nią.
– Niebezpieczne zajęcie dla kogoś takiego jak ty. Chyba że planujesz czyjeś zejście?
– Nic tak przebiegłego, obawiam się. Po prostu myślę. – I bez końca kontempluję 

twarz,   rysy   i   głos   drobnej,   kruczowłosej   piękności,   której   z   każdą   mijającą   chwilą 
pożądam coraz silniej.

background image

– A czy te refleksje dotyczą kogoś w szczególności? – zagruchała Antonia.
Albo Antonia posiadła umiejętności czytania w myślach, albo on zachowuje się w 

sposób   przerażająco   szczery.   Ani   w   jednym,   ani   w   drugim   przypadku   nie   chciał,   by 
wiedziała, jak bliska jest prawdy.

– To tylko takie ogólne rozmyślania nad żałosnym stanem ludzkości.
– Hm. Pozwól więc, żebym ci podsunęła nowy temat.
– To niekonieczne.
– Ale nie słyszałam ostatnio nic o twojej ślicznej gierce z panną Benton – nalegała 

Antonia – poza tym, że spędzasz znaczną ilość czasu w przyzwoitym towarzystwie. – 
Przerwała. – A mnie się zdawało, że nie znosisz przyzwoitego towarzystwa.

Wyraźnie usiłowała się czegoś dowiedzieć.
– W takim właśnie towarzystwie obraca się panna Benton, jest więc rzeczą rozsądną, 

bym i ja się tam znalazł, nie uważasz? – odparował, usiłując nie dopuścić, by w jego 
głosie słychać było rozdrażnienie. – Na przykład raczej nie spodziewałbym się spotkać jej 
tutaj.

– Och, wstydź się, Jacku. – Antonia wydęła wargi. – Nie musisz mnie od razu obrażać.
Jack zerknął na nią, potem wrócił wzrokiem do ciemnej ulicy za oknem.
– Nie, nie muszę.
– No cóż, nie chciałabym przerywać twojego podłego nastroju, kochany, ale mam 

wiadomości, które cię mogą zainteresować. – Antonia znowu mruczała prawie jak kotka, 
oparła policzek o jego ramię i potarła palcami rękaw.

– Czekam z zapartym tchem.
– To takie rozkoszne. William Benton, wyobraź sobie, wypowiedział dziś na naszym 

uroczym pikniku słowo „małżeństwo" – powiedziała półgłosem.

Markiz obejrzał się przez ramię,  ale William zajęty był przegrywaniem zawartości 

sporych rozmiarów sakiewki do lorda Hunta i markiza Telgore.

– Nie liczy się, jeżeli byłaś rozebrana, kiedy to mówił – zwrócił jej cicho uwagę. – 

Przekonany jestem, że wiesz, iż mężczyzna skłonny jest powiedzieć niemal wszystko w... 
w gorączce namiętności, tak to nazwijmy.

Antonia zachichotała.
– Tak, wiem. A nawet przekonałam się, że to bardzo użyteczne. Ale nie, to było już 

dużo   później.   „Antonio,   czy   byłaś   kiedyś   zakochana?"   zapytał   mnie.   A   potem   chciał 
wiedzieć,   czy   uważam   małżeństwo   za   zasługujący   na   szacunek   zwyczaj.   –   Antonia 
westchnęła. – Wiesz, on ma rocznie pięć tysięcy.

– Tak to jest. – Jack wyprostował się, słysząc drapieżny ton w jej głosie. – Chyba nie 

traktujesz tego całkiem serio, Toni, prawda? Taki niewinny, wsiowy szczeniak?

– Nie taki niewinny, jak kiedyś był. – Antonia uśmiechnęła się jedwabiście. – No i 

background image

oczywiście jeszcze się nie zdeklarował. Ale pomyślałam sobie, że może miło byłoby mieć 
do zabawy pięć tysięcy rocznie na drobne wydatki.

To by zabiło Lilith. Jack poczuł się równie zaskoczony tą myślą, jak i znaczeniem, 

które niosła ze sobą. Weźmie ją do łóżka; jej późniejszy los nie powinien go obchodzić. A 
już na pewno nie powinien przejmować się tym, co będzie czuła – zważywszy jakie miał 
względem niej zamiary. Zaczerpnął głęboko powietrza. To ona zaczęła, wszystko, co się 
potem wydarzyło, to jej wina.

– No to do ataku – wymamrotał szorstko i odwrócił się znowu do okna.
Antonia zaczęła odpowiadać, ale przerwała, kiedy w pokoju pojawili się Price i Ernest 

Landon. Wydawali się czymś bardzo poruszeni i kiedy natychmiast pospieszyli w jego 
kierunku, Jack z miejsca się domyślił, o co może chodzić.

–   Dansbury,   słyszałeś?   –   krztusił   się   śmiechem   Landon,   najwyraźniej   ogromnie 

rozbawiony nowiną.

– Bardzo wiele rzeczy słyszałem. Czy chodzi ci o coś szczególnego?
– Wyglądasz tak, jakbyś miał zaraz pęknąć – skomentował szeroko się uśmiechając 

lord Hunt. – Gadajże.

Landon zachichotał.
– Nigdy byście nie zgadli. No dobrze. Hmm. – Odchrząknął. – Wygląda na to...
– Price? – przerwał mu Jack, unosząc jedną brew do góry.
– Książę Wenford nie żyje – powiedział treściwie Price.
–   A   niech   to   diabli,   Price!   –   zaprotestował   Ernest.   –   Nie   masz   cienia   wyczucia 

dramatyzmu.

Hunt wstał, a za nim szybko podniósł się markiz Telgore.
– Co takiego? – zapytali niemal jednogłośnie. Jack popijał portwajn małymi łyczkami.
– No, słuchamy – powiedział półgłosem.
William zrobił się czerwony jak piwonia i Jack miał tylko nadzieję, że temu głupkowi 

starczy rozumu, by się nie odzywać.

– Historia robi się jeszcze lepsza – zaczął Price.
– O, nie, nie pozwolę – odparował Landon. – Resztę opowiem ja... daj mi się trochę 

zabawić.

–   Jeżeli   nie   masz   zamiaru   odegrać   nam   tu   pantomimy,   proponowałbym,   żebyś 

opowiadał dalej – zażądał Hunt.

– No dobrze, już dobrze. Ale niech no mi ktoś poda kieliszek portwajnu, proszę.
Antonia niecierpliwie skinęła na jednego ze służących.
– Nie możemy się doczekać na to, co nam powiesz – zamruczała do Ernesta niczym 

kotka.

– Wygląda na to, że jeden z lokajów Wenforda zakradł się do jego piwniczki z winem, 

background image

żeby podwędzić księciu jakąś lepszą butelkę. I jak myślicie, co zastał na dole?

– Wenforda? – zapytał gładko Jack.
– Tak, ale w jakim stanie?
– Nieżywego. – Wniósł swój udział do rozmowy Price.
– Tak, ale...
– Landon, opowiadajże dalej – powtórzył mrocznie Hunt. Ernest westchnął na taki 

brak uznania w otaczającym go tłumie.

– Leżał tam, z butelką najtańszego sikacza, jaki sobie możecie wyobrazić, w ręku; z 

sikacza już zdążył się zrobić ocet, a książę był kompletnie i całkowicie...

– Kompletnie i całkowicie co? – zapytał William, a opinia Jacka o nim podskoczyła o 

jeden szczebelek.

–   Był   goły   –   wyjaśnił   Landon,   niecierpliwie   potrząsając   głową.   –   A   ubrania 

poskładane miał w schludny stosik u stóp.

– Na Boga – wymamrotał Hunt. – Jesteś pewien? Price kiwnął głową.
– Do White'a przysłali powóz po Dolpha Remdale'a. Kiedy czekali na niego, stangret 

opowiedział mi o wszystkim.

– Ależ to rozkoszne – szepnęła Antonia Jackowi do ucha.
– Założę się, że do rana opowieść o tym rozejdzie się po całym Londynie. – Price się 

uśmiechnął. – A przynajmniej można mieć taką nadzieję.

– Panie Benton – odezwał się Peter Arlen od stolika na drugim końcu pokoju. – Czy 

pana siostra nie była niemalże zaręczona z jego wysokością?

William pobladł, jego spojrzenie pomknęło w kierunku Jacka.
Markiz odwrócił się do Arlena i roześmiał się.
– Można by równie dobrze powiedzieć, że jest niemalże zaręczona z każdym wolnym 

panem w Londynie.

Arlen i większość obecnych w pokoju roześmieli się, ale William popatrzył na markiza 

posępnie.   Głupek,   nie   zdawał   sobie   sprawy,   że   jeżeli   zacząłby   zapewniać   o   jej 
niewinności, posunąłby się na pewno za daleko i bardzo prawdopodobne, że narobiłby im 
wszystkim sporo kłopotów. Przynajmniej Lilith starczy rozumu, żeby zdystansować się od 
Wenforda, nie budząc niczyich podejrzeń.

Przyniesione   wieści   zakończyły   rozgrywki   na   ten   wieczór,   ale   Price   złapał   Jacka, 

zanim ten zdążył się z wdziękiem oddalić.

– Dansbury.
– A więc zacząłeś się przyłączać do Dolpha Remdale'a u White'a, co? – zauważył Jack, 

przypuszczając   na   przyjaciela   atak,   by   uchylić   się   od   rozmowy   na   mniej   przyjemne 
tematy.

– Po prostu starałem się unikać ciebie – odparował Price. – Nie mam ochoty, żebyś 

background image

mnie wywlókł na następne kosztowanie herbatki. – Rozejrzał się po pokoju. – Kiedy już 
jednak miałem takie wiadomości, pomyślałem sobie, że byłoby niesprawiedliwe, gdybyś 
nie znalazł się wśród pierwszych, którzy się o tym dowiedzą.

Jack kiwnął głową.
– Doceniam twój gest. Chociaż pewnie była to tylko kwestia czasu; Wenford starszy 

był od Northumberland.

– To i prawda – zgodził się z nim chichocząc Price. – Czy nie sądzisz, że Dolph będzie 

obnosił tytuł z większą... powiedzmy sobie, pewnością siebie? Jack wzruszył ramionami.

– Naprawdę niewiele mnie to obchodzi. Moim zdaniem każdy Remdale to czysta strata 

powietrza.

– Nie mam zamiaru się o to z tobą pokłócić. Ale powiedz mi, jak tam twoja gra? Masz 

już jakieś wyniki?

–   Posuwam   się   we   właściwym   kierunku   –   przyznał   Jack,   który   nie   miał   ochoty 

rozmawiać o Lilith Benton z Pricem. W jakiś sposób umniejszało to wartość prowadzonej 
przez niego gry – chociaż śmiechu warta była myśl, że robi coś w najmniejszym choćby 
stopniu szlachetnego. Tyle że coraz trudniejsze stawało się uzasadnianie celu gry, nawet 
przed samym sobą. A wzbraniał się nawet pomyśleć, że nie przestawał gonić za Lilith z 
zupełnie innego powodu.

– Mój Boże – jęczał wicehrabia Hamble, trzymając się za głowę. – Mój Boże. Tyle 

czasu minęło, a on już nie żył.

Lilith ze spuszczonymi oczami stała przy biurku ojca, który lamentował nad odejściem 

księcia Wenforda z tego świata. Mogła mu o jego śmierci powiedzieć kilka dni temu. 
Prawdopodobnie powinna mu była powiedzieć. A przecież przez te ostatnie dni czuła się 
niemal wolna.

Ponieważ nikt inny nie orientował się, że jej najbardziej faworyzowany konkurent 

całkowicie wycofał się z zawodów, reszta zostawiała ją właściwie w spokoju. Oczywiście 
poza   Lionelem,   który   właśnie   walkowerem   przesunął   się   na   pierwszą   pozycję   –   no   i 
Jackiem  Faradayem,   który  chyba zdecydował,  że wkradnie  się  w  jej życie  bez  cienia 
poszanowania dla jakiejkolwiek przyzwoitości.

– Wcześniej czy później musiało do tego dojść, papo – łagodziła. – W końcu jego 

wysokość był już starszym panem i, jak mi się zdaje, miał skłonność do apoplektycznych 
ata...

–   Mógł   zaczekać   z   przenoszeniem   się   na   tamten   świat,   dopóki   nie   zostaniesz   mu 

zaślubiona – warknął wicehrabia, przerywając jej. – I dopóki nie da ci dziedzica, który by 
zapewnil ci pozycję w domu Wenfordów. Lilith zmarszczyła brwi.

– Ale, papo, sam mówiłeś, że nie będę musiała za niego wychodzić.
Ojciec podniósł głowę, by na nią popatrzeć, potem odwrócił wzrok.

background image

– Miałem nadzieję, że zmienisz zdanie.
No tak. Nigdy by nie ustąpił na jej prośbę i nie odmówił Wenfordowi, gdyby nie miał 

nadziei, że ją przekona.

–   Powiedziałam   ci,   że   wyjdę   za   każdego   innego,   którego   mi   wybierzesz   – 

przypomniała mu, chociaż twarz, która przyszła jej na myśl, nie należała do nikogo z 
zaaprobowanej listy konkurentów.

Ojciec popatrzył na nią i powoli kiwnął głową.
– Tak, właściwie nie ma powodu, żeby odkładać nasze własne plany na później. – 

Wyprostował się.  – Powinnaś natychmiast  zacząć  bywać. Nie chcemy,  by  ktokolwiek 
odniósł wrażenie, iż w jakikolwiek sposób opłakujesz jego wysokość. Gdyby był umarł w 
jakiś bardziej godzien szacunku sposób, byłoby rzeczą właściwą okazać smutek, ale w tym 
przypadku im szybciej zdystansujemy się od Geoffreya Remdale'a, tym lepiej.

A więc Jack Faraday oddał jej podwójną przysługę, kiedy dopilnował miejsca, gdzie 

spoczął Wenford, jak i sposobu, w jaki tam spoczywał.

– Planowałam wziąć dziś wieczorem udział w balu u Doveshane'ów – zaproponowała.
–   Tak,   wspaniale.   –   Ojciec   przyglądał   się   jej   krytycznie   przez   chwilę,   potem 

gwałtownie się podniósł. – Wiesz, właśnie wpadłem na wspaniały pomysł.

Lilith poruszyła się niezbyt zachwycona tą informacją. Zaczynało do niej dochodzić, 

że ojcowskie pomysły oznaczały wyłącznie więcej pracy i stresu dla niej.

– Na jakiż to?
– Powinien on przypaść do gustu nawet twoim wzniosłym ideom na temat dobrego 

małżeństwa – ciągnął dalej ojciec. – Tylko jak się do tego zabrać...?

– Do czego, papo?
– Oczywiście do tego, żebyś wyszła za mąż za nowego księcia Wenforda.
Lilith zamarła. Coś takiego nigdy nie przyszło jej nawet do głowy, mógł to najwyżej 

być żart Jacka Faradaya.

– Za... Randolpha Remdale'a? – wyjąkała.
– Bez wątpienia za Randolpha Remdale'a – zgodził się. – Nie możesz mieć żadnych 

zastrzeżeń co do niego. To przystojny mężczyzna, o nienagannych manierach, a teraz, 
dzięki śmierci wuja, będzie bardzo potężny. – Usiadł znowu, najwyraźniej zastanawiając 
się, jaką przyjąć strategię.

– Ale... ale czy Dolph... jego wysokość... nie będzie w żałobie?
– Czy ty niczego nie wiesz, dziewczyno? Wenford zabronił tego testamentem. Nie 

chciał, by tracono czas na takie głupoty.

Wydawało się to mało podobne do Wenforda, zwłaszcza po ich ostatniej rozmowie. 

Książę chyba sądził, że świat kręci się wokół niego i że po jego śmierci nastąpi kompletny 
chaos.   Powstrzymała   pełen   zaskoczenia   uśmiech.   To   ostatnie   stało   się   prawdą,   dzięki 

background image

markizowi Dansbury'emu.

Ojciec pogrążył się w swoich planach, a Lilith korzystając z tego wymknęła się na górę 

do salonu. Ledwo zdążyła usiąść, a już Bevins otworzył drzwi i poinformował ją, że Jack 
Faraday chciałby pomówić z nią w cztery oczy. Miarą tego, jak bardzo wszystko w jej 
domu podupadło, mógł być fakt, że Bevins nawet brwi nie uniósł w górę, dowiadując się, 
że Lilith przyjmie Dansbury'ego bez przyzwoitki. Bez wątpienia uznał, że wiąże się to z 
całą   skandaliczną   sprawą   pozbywania   się   trupa   Wenforda,   ale   Lilith   sama   czuła   się 
zaskoczona. Jeszcze całkiem niedawno byłoby nie do pomyślenia, żeby przyjmowała na 
osobności   jakiegoś   mężczyznę,   nie   mówiąc   już   o   markizie.   A   teraz   z   wdzięcznością 
skorzystała z okazji.

– Czy ma pani przy sobie broń? – zapytał Dansbury wchodząc do pokoju; Bevins 

zamknął za nim drzwi.

– Chwilowo nie – odparła, zerkając na najbliższą półkę z książkami. – Tym niemniej 

mam pod ręką amunicję w wielkich ilościach.

Markiz uśmiechnął się.
– Będę o tym pamiętał. – Rozejrzał się po regałach, potem podszedł, żeby z bliska 

przyjrzeć się ich zawartości. – Należą do pani – zapytał, oglądając się przez ramię – czy 
też są częścią rodzinnego dziedzictwa?

–   Większość   z   nich   należy   do   mnie   –   powiedziała.   –   Dziedzictwo   rodowe   ojciec 

trzyma w bibliotece. – Przyglądała się jego profilowi. – Zwrócę Bevinsowi uwagę, by 
pana tu nie wpuszczał.

Markiz roześmiał się, podniósł książkę i otworzył ją.
– Mitologia grecka. – Przejrzał trzymany w ręku tom. – Dziwny to wybór jak na młodą 

kobietę, która postanowiła dobrze wyjść za mąż.

–   Dlaczego   pan   tak   twierdzi?   –   zapytała,   podnosząc   się.   Dansbury   wzruszył 

ramionami.

–   Mam   wrażenie,   że   robi   pani   z   siebie   pustą   ślicznotkę,   taki   bibelocik,   którym 

dżentelmen   mógłby   się   pochwalić.   Mam   dla   pani   małą   radę,   moja   droga:   szlachetnie 
urodzeni ogólnie rzecz biorąc są raczej głupi i nie lubią, żeby żony wiedziały więcej od 
nich. Ale przypuszczam, że skoro już pani o tym wie, będzie pani swą wiedzę potrafiła 
ukryć.

Następna   obelga   pod   płaszczykiem   komplementu;   Lilith   nie   miała   pojęcia,   jak 

powinna zareagować.

– Co pan tu robi? – zapytała więc. – Jest tak wcześnie, że sądziłam, iż dopiero będzie 

pan wracał do domu po kartach, pijaństwie czy... tym, czym się pan zajmuje wieczorami.

–   Zakładam,   że   chodzi   pani   o   czyny   nierządne   –   stwierdził   niedbale   markiz, 

odstawiając książkę na miejsce i wybierając następną.

background image

Lilith zaczerwieniła się.
– Jakkolwiek pan by tego nie nazwał – odpowiedziała nonszalancko.
– Ach. No cóż, jeżeli chce pani wiedzieć, nie zajmowałem się ostatnio żadnym „jakby 

pan tego nie nazwał". Wczorajszy wieczór spędziłem u przyjaciół, a kiedy doszły do mnie 
wieści o zgonie Wenforda, z trudem doczekałem jakiejś przyzwoitej godziny, żeby przyjść 
i na własne oczy zobaczyć, jak pani i jej rodzina zareagują na tę nowinę.

– Jest wciąż za wcześnie, żeby godzina była przyzwoita – poinformowała go Lilith. – 

William jeszcze nie wstał, podobnie jak moja ciotka.

– A przecież pani już wstała. Jane Austen? – Przeczytał, patrząc na grzbiet książki, 

którą trzymał w ręku. – I do tego jest pani romantyczką?

– Tak – przyznała.
–   Następna   osobliwość   u   dziewczyny,   która   chce   poślubić   tytuł.   Jest   pani   pełna 

sprzeczności, moja słodka.

Lilith   uświadomiła   sobie,   że   popełniła   błąd   przyznając,   iż   książki   należą   do   niej. 

Najwyraźniej   Dansbury   uznał,   że   otworzyło   się   przed   nim   coś   w   rodzaju   kufra   ze 
skarbami pozwalającymi zajrzeć do jej umysłu i duszy i wdzierał się tam zaciekawiony; 
podobnie zresztą postępował w każdej sprawie, która miała cokolwiek wspólnego z nią.

– Niech pan przestanie, dobrze?
Natychmiast odłożył następną książkę na miejsce i odwrócił się, by popatrzeć na nią.
Wytrącona z równowagi Lilith zastanawiała się, jak to możliwe, że Alison ma tak 

wesołe i łagodne oczy, skoro ten sam kształt i kolor był tak pełen cynizmu i tak mrocznie 
zmysłowy u jej brata.

– Bardzo dobrze – odparł. – Ale niechże mi pani powie, jak jej ojciec zareagował na tę 

wiadomość.

Lilith podeszła do okna.
– Źle. – Nie miała zamiaru informować go o decyzji wicehrabiego odnoszącej się do 

Dolpha   Remdale'a.   Wkrótce   i   tak   na   pewno   się   o   tym  dowie,   a   chwilowo   nie   miała 
najmniejszej ochoty, żeby jej dokuczał i droczył z nią na ten temat. Nie on.

Markiz poszedł za nią.
– I? – Ponaglił ją, najwyraźniej wyczuwając niedopowiedzenie.
– I nic. Niech pan już idzie.
– Ale byłem przecież grzeczny dziś rano, prawda? Rzeczywiście.
– To bez znaczenia – odparła. – Poprzedza pana pańska reputacja.
– Hm – mruknął markiz za jej plecami. – Ale przecież to ci się we mnie podoba, czyż 

nie, Lilith?

–   Nie   dałam   panu   pozwolenia,   by   mówił   pan   do   mnie   po   imieniu!   –   Do   szału 

doprowadzała ją jego wrogość, a cierpliwość wyczerpała się do reszty; odwróciła się, by 

background image

go uderzyć.

Jack   chwycił   jej   rękę   i   przyciągnął   ją   do   siebie.   Zanim   zdążyła   zaczerpnąć   tchu, 

pochylił głowę i pocałował ją.

Lilith położyła mu dłonie na piersi, by go odepchnąć od siebie, ale zamiast to zrobić, 

niespodziewanie wczepiła się palcami w klapy surduta. Przywarła do niego i dygocząc 
oddała mu pocałunek z namiętnością, która oszołomiła ją i przeraziła. Jęknęła cichutko, 
kiedy wyciągnął rękę i dotknięciem lekkim jak piórko musnął wrażliwe włoski na jej 
karku.  W  końcu  przestał  ją  całować  i  cofnął   się  z   wyrazem  zaskoczenia  i  triumfu   w 
oczach.

–   Ty...   ty...   –   jąkała   się   Lilith,   która   przekonała   się,   że   jej   oczy   wykazują   nadal 

tendencję do wpatrywania się w jego wargi. – Trzymaj się ode mnie z daleka.

Markiz stał i patrzył na nią przez długą chwilę.
– Niczym pani tym razem we mnie nie rzuci, panno Benton? – zamruczał. – Przecież 

to było niewybaczalne.

– Wszystko, co się z panem wiąże, jest niewybaczalne – zgodziła się z nim ostro; udało 

jej się spojrzeć mu w oczy i przez jedną szaloną chwilę miała nadzieję, że pocałuje ją 
jeszcze   raz.   Była   równie   niegodziwa   jak   matka,   ktoś   namiętnie   otworzył   przed   nią 
ramiona, a ona natychmiast w nie padła.

Markiz skinął głową, jego zmysłowe usta rozchyliły się na moment w uśmiechu.
– Tak, to prawda.
Lilith patrzyła na niego podejrzliwie. To było kompletnie niepodobne do Jacka, żeby 

się poddać bez walki.

– Czy nie chce mi pan powiedzieć czegoś obelżywego? Jack wydął wargi.
– Obawiam się, że tak.
Lilith skrzyżowała ramiona w nadziei, że markiz nie zauważy, jak wciąż dygocze.
– No to proszę, chcę to mieć już za sobą.
– Czy zatańczy pani ze mną walca na balu Doveshane'ów?
Jego prośba zabrzmiała niemalże szczerze, ale Lilith wzbraniała się w to uwierzyć. On 

nigdy nie mówił szczerze.

– Absolutnie nie! Prędzej bym zatańczyła z... – Głos jej zamarł, kiedy markiz uniósł 

dłoń; z palców zwisało coś srebrzystego i falistego. – Proszę mi natychmiast oddać mój 
naszyjnik, ty złodzieju! – Wyciągnęła rękę, ale Jack wymknął się jej, cofając się o krok. 
Chcąc się upewnić, czy jej nie zwodzi, dotknęła palcami szyi. Naszyjnika zdecydowanie 
nie było. – Oddaj mi go!

– Zatańcz ze mną – namawiał ją cicho.
– Mogłabym kazać pana aresztować za nieczystą grę z Wenfordem. Powinnam to była 

zrobić już kilka dni temu.

background image

– Nie zrobi pani tego.
– A w jaki sposób chciałby mnie pan powstrzymać?
– Jeżeli każe mnie pani zaaresztować, ja każę zaaresztować panią za to samo.
– Ja nie...
– No, panno Benton, dała pani przecież staremu toporowi swój kolczyk. Niechże więc 

nie żałuje mi pani wal...

– Niczego takiego nie zrobiłam.
Markiz obracał naszyjnik w długich palcach.
– Jeden walc za jedną błyskotkę, Lil. – Jego oczy wpatrywały się w nią badawczo. – 

Nie proszę o więcej.

Lilith była wściekła, ale równocześnie ogarniało ją dziwne, radosne uniesienie. Nikt 

jeszcze nigdy nie posunął się tak daleko, by otrzymać od niej zgodę na jednego walca.

–   Prosi   pan   o   niemało,   lordzie   Dansbury.   Markiz   uśmiechnął   się   lekko,   oczy   mu 

rozbłysły.

– Nawet pani pojęcia nie ma – szepnął. – Proszę mi obiecać. A teraz prosił o obietnicę.
– Ma pan moje słowo – odpowiedziała. – Biorę je.
–   A   teraz   niech   mi   pan   odda   ten   zatracony   naszyjnik.   Markiz   wyciągnął   rękę   i 

delikatnie włożył jej naszyjnik dłoń.

– Nie było chyba aż tak źle? – zapytał, przesuwając palcami w górę aż do nadgarstka.
–   To   niczego   nie   zmienia   –   odparła,   chociaż   dech   jej   nieco   zaparło   na   to   lekkie 

dotknięcie. – Ma pan jednego walca. Nic więcej.

Markiz uniósł rękę i pogładził ją po policzku.
– Nic więcej na razie, chce pani powiedzieć – zamruczał, potem odwrócił się i już go 

nie było.

Dansbury miał czelność przypuszczać, że dzięki jego skandalicznemu zachowaniu ona 

zaczyna się w nim zakochiwać. Ale gdyby nawet tak było, gdyby nawet zaczynał się jej 
podobać, ojciec i tak nigdy by go nie przyjął jako kandydata do jej ręki. Czysty absurd!

Lilith powoli podniosła dłoń i przesunęła palcami po wargach. Wciąż jeszcze miała 

wrażenie, że są ciepłe od jego dotknięcia. Może dziś wieczorem założy tę szmaragdową 
suknię. Taki głęboki dekolt powinien zrobić wrażenie na... Dolphie Remdale'u i Lionelu 
Hendricku. Będą obecni na balu, a ona dla dobra ojca postara się wyglądać jak najlepiej. 
Zapinając ponownie naszyjnik, pospiesznie weszła na górę po schodach i wezwała Emily.

background image

10

Kiedy Lilith przybyła na bal Doveshane'ów, czterech z jej pozostających jeszcze przy 

życiu konkurentów było już tam obecnych; z ustami pełnymi komplementów rywalizowali 
między sobą niczym stado wilków i ubiegali się o jeden z trzech walców, które miały być 
grane tego wieczoru.

Lilith  bardziej  interesowało   to,  gdzie  się   podziewa  jej  tak  zwany   piąty   konkurent, 

którego   nigdzie   nie   dawało   się   dostrzec.   Zmuszała   się   do   uśmiechów   i   niechętnie 
przydzieliła   jednego   walca   hrabiemu   Nance'owi,   tak   jak   nakazał   ojciec,   a   drugiego 
zatrzymała   na   przypadek,   gdyby   udało   mu   się   porozmawiać   z   Dolphem   Remdalem   i 
przekonać   nowego   księcia   Wenford,   żeby   z   nią   zatańczył.   Trzeci   walc   należał   się 
Jeremyemu Gigginsowi, ale Lilith, obejrzawszy się z poczuciem winy przez ramię na ojca, 
odmówiła jego prośbie.

– No, Lilith, wiemy, że został pani co najmniej jeden walc – przypochlebiał jej się 

Francis   Henning.   –   Proszę   nie   odmawiać   mi   przyjemności   pani   błyskotliwego 
towarzystwa.

– Mogę mieć dla pana kontredansa albo kadryla – odparła Lilith nieporuszona jego 

protestami. Chociaż Jack Faraday krytykował wszystkich jej konkurentów, musiała się z 
nim zgodzić, że Francis Henning zamiast umysłu ma coś w rodzaju błotnistej kałuży. – 
Walce są już przyrzeczone.

– Ale komu? – zapytał, popatrując na nią z lekkim uśmiechem Nance. Czuł się jednak 

nieco   poirytowany.   Widać   to   było   po   jego   jasnoniebieskich   oczach.   –   Musi   mi   pani 
powiedzieć, kto przywłaszczył sobie pierwszego walca tego wieczoru.

Lilith   zmarszczyła   brwi.   Wypowiedź   Nance'a   brzmiała   zaborczo,   a   przecież   nie 

przyjęła jeszcze jego oświadczyn.

Wybrała pierwszego  walca dla Dansbury'ego, żeby  mieć  to już za sobą  i móc  się 

cieszyć resztą wieczoru. Jeżeli markiz postąpi zgodnie ze swoim zwyczajem, to spóźni się, 
nie zdąży i będzie mógł mieć pretensje tylko do siebie.

– Tak, komu obiecała pani tego walca? – dopytywał się Peter Varrick.
– Obiecała go mnie – powiedział Dansbury i zmaterializował się przy jej boku. – Czy 

ma pan z tym jakieś kłopoty?

Lilith   zaczerwieniła   się,   kiedy   naokoło   podniósł   się   szmer   komentarzy,   w   których 

splatały się nazwiska „Dansbury" i „Benton". Doszedł do niej charakterystyczny głos pani 
Falshond opowiadającej pani Pindlewide, jak to markiz ścigał pannę Benton aż na jej 
własne   herbaciane   przyjęcie.   Zaraz   potem,   jak   Lilith   dobrze   wiedziała,   zaczną   się 
spekulacje, czy to, że często widywana jest w towarzystwie Dansbury'ego, nie zrujnuje jej 
szans na zawarcie dobrego małżeństwa i czy jej ojciec będzie bardzo załamany.

background image

Starała się stłumić nagłe, przyspieszone bicie serca, kiedy podnosiła oczy na markiza, 

ale mrowiące się w niej podniecenie więcej miało wspólnego ze wspomnieniem pocałunku 
i uścisku niż z problemami, których nie przestawał jej przysparzać.

– Lilith, muszę zaprotestować – natychmiast wtrącił się Nance, robiąc krok do przodu. 

– Nie zamierza pani chyba...

– Ależ niechże pan protestuje, ile dusza pragnie – przerwał zimno Dansbury. – A my 

pójdziemy tańczyć.

Orkiestra zagrała pierwsze nuty walca i markiz podał Lilith dłoń. Zawahała się tylko 

na moment, zanim ją ujęła, a on z wdziękiem poprowadził ją na parkiet. Ubrany był cały 
na szaro, wysoki, szczupły  i przystojny. Błysk  w jego ciemnych  oczach  wydawał się 
bardziej rozbawiony niż cyniczny, a ona znowu pożałowała, że nie wie o nim nic poza 
tym, co sam jej powiedział. Prawdziwy Jack Faraday, kiedy już się pojawiał, wydawał się 
bardzo atrakcyjny.

– Dlaczego wszyscy inni pani konkurenci mogą do pani mówić Lilith, a mnie odmawia 

pani na to zgody? – zapytał.

– Lubię ich – odparła.
W najmniejszym stopniu nie czuła się zaskoczona, że okazał się zręcznym tancerzem. 

Dansbury po mistrzowsku opanował chyba wszystko, co można było uznać za niemoralny 
występek albo czym się można było w niemoralnym celu posłużyć. A chociaż wiedziała o 
tym, walc w jego ramionach był jak marzenie.

– A pana nie lubię – dodała, żeby nie było wątpliwości.
– A jeżeli powiedziałbym pani, że widok pani zapiera dech w piersiach? – zapytał 

cicho. – I że jedyny odcień szmaragdu piękniejszy niż na pani sukni można znaleźć w pani 
pięknych oczach?

Lilith zarumieniła się.
– Żadnego by to na mnie nie wywarło wrażenia. – Skłamała zadowolona, że zauważył 

jej   nową   suknię   i   że   mu   się   spodobała.   Poprawiło   jej   to   nieco   humor   po   zjadliwych 
uwagach ojca, który toalety zdecydowanie nie aprobował.

– Albo że  pani oczy... a niech to, już mówiłem  i o pani oczach,  i o królewskich 

szmaragdach. Nie znoszę się powtarzać. A może powiedziałbym, że usta pani mają kolor 
rubinów, a...

– Wcale nie mają – szydziła Lilith, chichocząc na tę nietypową dla niego, niemądrą 

rozmowę.

– ...a włosy pani są czarne jak najczarniejsza noc? Czy mam ciągnąć dalej? Ostrzegam 

panią, że chociaż nie brak mi wcale komplementów, to zaczynają mi się kończyć te pani 
rysy,   które   w   sposób   powszechnie   przyjęty   wolno   mi   podziwiać.   Za   mój   następny 
komplement, chociaż będzie on bardzo serio, mógłbym dostać klapsa.

background image

Lilith roześmiała się do niego, a serce jej osobliwie drgnęło, kiedy odpowiedział jej 

uśmiechem. Podobała jej się ta wersja Faradaya i zastanawiała się, jak bliska jest ona 
prawdy.

– Już wystarczy, lordzie Dansbury. – Zaczerpnęła powietrza, wiedząc, że nie powinna 

mówić tego, co teraz powie. – I może pan do mnie mówić Lilith.

– Dziękuję pani, Lilith.
Lilith obejrzała się i zobaczyła, że ojciec stoi ze skrzyżowanymi rękami i piorunuje ją 

wzrokiem.

– Nigdy mi się z tego nie uda wytłumaczyć – jęknęła.
– Z czego? – Jack pobiegł wzrokiem za jej spojrzeniem, potem westchnął. – Ach. A 

może powiedziałaby pani: „Ojcze, miałam ochotę zatańczyć z Jackiem Faradayem."

– Ja wcale nie miałam ochoty z panem tańczyć – poprawiła go Lilith. – Udało się to 

panu osiągnąć podstępem.

– Wszystko jedno – odpowiedział z roztargnieniem, przyglądając się jej twarzy. – Czy 

z wyglądu jest  pani podobna do matki?  – zapytał. – Pani ojciec  nie  ma  takich kości 
policzkowych, jak również pani promiennych oczu, no i poczucia humoru, jak sądzę.

Lilith przymrużyła swoje ponoć promienne oczy, nie podobał jej się kierunek, w jakim 

zmierzały   pytania.   Była   tu   w   Londynie   po   to,   by   podkreślić   swoją   odmienność   od 
Elizabeth Benton, a nie podobieństwo do niej.

– Odpowiem panu na to, jeżeli powie mi pan, dlaczego Richard Hutton pana nie lubi.
Szczęki markiza zacisnęły się, natychmiast  powrócił na posterunek stary, cyniczny 

Jack Faraday.

– Z tego samego cholernego powodu, co wszyscy inni, moja droga. Ale z zasady nie 

plotkuję na swój własny temat, więc będzie pani musiała wypytać o moje brudne sekrety 
jakąś okropną, starą plotkarę.

– A więc – powiedziała chłodno Lilith nieco wstrząśnięta goryczą w jego głosie – pan 

zadaje trudne pytania, ale na nie nie odpowiada. To nie bardzo sprawiedliwie, milordzie.

Dansbury przyciągnął ją bliżej do siebie, tak że spódnica jej okręciła mu się wokół nóg 

i mocno objął ją w pasie.

–   Nigdy   nie   staram   się   być   sprawiedliwy   –   zamruczał.   –   Wystarczy,   żeby   pani 

pamiętała, Lilith, że ja nie przegrywam.

Lilith zwiększyła dzielącą ich odległość.
–   Dosyć   to   zuchwałe   oświadczenie,   milordzie,   nawet   w   ustach   tak   słynnego 

hazardzisty,  jak pan.  Dlaczego  informuje   mnie  pan  o  tym  niewiarygodnym szczęściu, 
które pan rzekomo posiada?

Uśmiechnął się, w jego oczach na moment pojawiło się zaskoczenie i radość. Ale jej 

przecież nie obchodziło, co on o niej myśli.

background image

– Bez powodu – zaśmiał się. – Po prostu niech pani o tym pamięta.
Markiz bardzo rzadko mówił cokolwiek bez powodu, ale Lilith nie naciskała.
– Nie widziałam wcześniej powodu, by panu ufać, a pana wyznania z pewnością nie 

natchnęły mnie do zmiany zdania.

– Och, tego nie byłbym pewien – uśmiechnął się, obracając ją lekko w ramionach. – 

Mizerne kilka tygodni temu nie chciała pani nawet ze mną rozmawiać.

Lilith   kochała   tańczyć   i   nigdy   jeszcze   nie   miała   równie   zręcznego   partnera.   Jak 

również partnera o równie zaszarganej opinii.

– Nie powinien mi pan o tym przypominać.
Przez krótką chwilę Dansbury ściskał mocniej jej palce i Lilith pomyślała, że może się 

na nią rozgniewał. Wzrok jego skierowany był jednak na salę. Lilith zerknęła w tym 
samym kierunku i zobaczył, że Dolph Remdale rozmawia z jej ojcem.

– Nie jest  na czarno. – Jack  zmarszczył  brwi. – Nie  ma  nawet czarnej opaski  na 

rękawie.

–   Stary   książę   zabronił   mu   nosić   żałobę   –   powiedziała   Lilith,   wracając   do   niego 

wzrokiem. – Nie wiedział pan o tym?

– Nie wiedziałem – odparł. – Wygodne, nie uważa pani?
–   Nie   mnie   podawać   w   wątpliwość   stan   umysłu   Wenforda,   kiedy   spisywał   swoją 

ostatnią wolę – odpowiedziała Lilith.

– A dlaczego? Cholernie to wygodne i wysoce nieprawdopodobne. Wenford nakazałby 

całej Anglii przywdziać czarną krepę, gdyby tylko udało mu się tego dokonać.

Lilith z wielką niechęcią zgodziła się z markizem, chociaż sama myślała wcześniej tak 

samo.

– Pewnie więc Dolph nie miał ochoty spędzać sześciu miesięcy poza towarzystwem. 

Nie po raz pierwszy robi się coś takiego.

Jack z oporami przytaknął.
– Prawda – przyznał. – Ale dlaczego...
– I po co żądał pan, żebym zatańczyła z panem walca, skoro chodziło panu tylko o to, 

by umniejszać Dolpha Remdale'a w moich oczach. Wystarczyłoby panu wedrzeć się siłą 
do mojego salonu, żeby mi tym podokuczać – przerwała mu.

– Dokuczać pani? – powtórzył mrocznie.
– Dokuczać mi. A ja mogłabym zachować tego walca dla kogoś bardziej poważanego.
Dansbury otworzył usta ze zdumienia.
– Ach – powiedział w końcu – proszę tylko, by była pani świadoma, że nie pozostaje 

mi nic poza mówieniem, jak jest pani dla mnie pociągająca.

Serce Lilith zamarło na moment.
– Czy nie ma pan na myśli swojej wrogości wobec mnie, milordzie?

background image

– Czy takie to właśnie robi na pani wrażenie, Lilith? Dzięki Bogu walc się skończył i 

Lilith gwałtownie się zatrzymała.  Jack obejmował  ją w talii o kilka uderzeń serca za 
długo. Potem przełożywszy jej dłoń przez swoje ramię, chciał odprowadzić ją z powrotem 
pod opiekę ciotki.

– Trafię sama, dziękuję panu. – Lilith uwolniła rękę i szła dalej bez niego.
– A ja chcę cię pocałować jeszcze raz – zamruczał Jack za jej plecami.
Lilith spłoszona obejrzała się na niego przez ramię, ale markiz już szedł przyłączyć się 

do Williama i pana Price'a. Przemogła się i nie przystanęła. Oczywiście chciał ją tylko 
zaszokować   i   wzburzyć,   ale   nie   wyjaśniało   to,   dlaczego   ona   również   pragnęła,   by   ją 
jeszcze raz pocałował, dlaczego z trudem powstrzymywała się od uśmiechu na samą myśl 
o tym. Na pewno tylko dlatego, że nigdy żaden inny mężczyzna jej nie całował, uznała 
pospiesznie; nie dopuszczała do siebie myśli, że to, co zrobił jej Wenford, można nazwać 
przyzwoitym pocałunkiem. Co prawda pocałunki Jacka Faradaya w najmniejszym stopniu 
nie były przyzwoite, ale były mocno... podniecające, podobnie jak i on sam. A z drugiej 
strony...

– Lilith! – syknęła ciotka Eugenia, chwyciła ją za łokieć i pociągnęła na krzesło. – Co 

ty sobie na litość boską wyobrażasz?

Lilith zamrugała powiekami i usiłowała nie dać się wytrącić z równowagi. – Hm?
–   Żeby   tańczyć   z   tym...   z   tym   mężczyzną   –   ciągnęła   dalej   jej   ciotka,   wściekle 

uderzając się wachlarzem po nodze. – Teraz, kiedy przepadła szansa na starego księcia, 
musisz się jeszcze staranniej pilnować. I ostrzegano cię przed markizem Dansburym... 
kilkakrotnie.

– Prosiłam go, żeby zaprzestał kontaktów z Williamem – improwizowała Lilith.
– To raczej nie jest twoja sprawa, dziecko – odparła ostro ciotka Eugenia. – Reputacja 

kobiety jest dużo bardziej krucha niż mężczyzny. O znajomości Williama pozwól martwić 
się ojcu.

– Tak, ciotko.
– A teraz zachowuj się przyzwoicie i bądź miła, zwłaszcza dla pana Gigginsa, jako że 

ten walc należał się jemu.

Lilith skinęła głową; podchodził do nich właśnie Jeremy Giggins przed obiecanym mu 

kontredansem.

– Tak, ciotko.
Naprawdę dokładała starań, żeby być miłą nie tylko dla pana Gigginsa, ale nawet dla 

Francisa   Henninga   podczas   kadryla.   Niemal   cała   jej   uwaga   skupiała   się   jednak   na 
problemie,   dlaczego   Dansbury   nie   opuścił  soiree.  Nie   podszedł   do   stołów   z   grami 
hazardowymi,   kiedy   się   zaczęły,   ani   nie   zmonopolizował   trunków   przy   stole   z 
przekąskami. Nie prosił też do tańca nikogo innego. Zamiast tego oparł się o ścianę i 

background image

przyglądał   się   jej.   William   i   pozostali   jego   przyjaciele   rozmawiali   z   nim,   kiedy   nie 
zajmowały ich tańce czy gry, ale Jack Faraday ani drgnął. Czuła na sobie jego spojrzenie i 
zdumiona była, że ani w przybliżeniu nie wprawia jej to w takie zakłopotanie jak kiedyś.

– Panno Benton, dobry wieczór pani.
Lilith, która właśnie dziękowała Francisowi Henningowi za taniec, odwróciła się. Za 

jej plecami stał Randolph Remdale w najmodniejszym paryskim, niebieskim surducie, do 
tego miał kremową kamizelką i czarne spodnie, na jego przystojnej twarzy malował się 
lekki uśmiech. Lilith, której w pamięci wyraźnie stała rola, jaką odegrała w żenującej 
śmierci jego wuja, nie bardzo wiedziała, jak ma się do niego odezwać.

– Dobry... wieczór, wasza wysokość. – Dygnęła uprzejmie.
– Proszę wybaczyć mi śmiałość, ale chciałem pogratulować pani dzisiejszego wyglądu. 

Ta suknia przepięknie na pani wygląda.

– Dziękuję, wasza wysokość – odparła Lilith. – Jest pan bardzo uprzejmy.
– Ależ nie. Pani ojciec sugerował, że może zechce pani wspólnie ze mną zatańczyć 

walca. Ja  jednak będę  prosił, żeby  zachowała  pani dla mnie  walca u Cremwarrenów, 
pojutrze wieczorem. Byłoby rzeczą niestosowną, jak mi się zdaje, tańczyć dzisiaj, biorąc 
pod uwagę śmierć mojego wuja.

Lilith uśmiechnęła się z uczuciem ulgi.
– Ale oczywiście, wasza wysokość. Z przyjemnością. Remdale skinął głową i zerknął 

w kierunku Dansbury'ego, a potem znowu spojrzał na nią.

– Słówko porady, panno Benton, jeżeli pani pozwoli. Doszły mnie słuchy, że Jack 

Faraday za panią chodzi. Nie wróży to niczego dobrego na przyszłość dla reputacji młodej 
damy.

Lilith poczuła się z niezrozumiałych powodów rozdrażniona tą nieproszoną radą.
– Dziękuję, wasza wysokość. Będę o tym pamiętała. Dolph przyglądał jej się przez 

chwilę, jego niebieskie oczy na moment pociemniały, a potem pochylił się nad jej dłonią.

– A więc do zobaczenia u Cremwarrenów.
Lilith odetchnęła, kiedy nowy książę Wenford ruszył w kierunku swoich przyjaciół. 

Pewnie był nawet dosyć sympatyczny, chociaż nieco pompatyczny i nudny. Wcale nie 
taki, jak jej rzekomy piąty konkurent. Z lekkim uśmiechem odwróciła się szukając znowu 
Jacka, ale ten już zniknął.

Z   niewyjaśnionych   przyczyn   Lilith   poczuła   rozczarowanie;   podeszła   do   Penelopy. 

Stała z nią razem Mary Fitzroy, która z szeroko otwartymi oczami szeptała coś Penelopie 
do ucha. Kiedy Lilith się zbliżyła, Penelopa krzyknęła cichutko:

– Nie do wiary!
– Co się stało? Mary zachichotała.
–   Słyszałam,   jak   Ben   Collins   mówił   lady   Francine   Walkins,   że   lady   Pender 

background image

podsłuchała rozmowę Donalda Marleya i księcia Wenforda... nowego księcia Wenforda... 
i że oni nie sądzą, by śmierć starego księcia była skutkiem przypadku.

Lilith cała krew odpłynęła z twarzy.
– Tak mówią? – Przemogła się. – A dlaczegóż mieliby tak sądzić?
– Tego nie wiem – przyznała Mary cicho, rozglądając się dookoła. – Ale uważają, że 

może   mieć   z   tym   coś   wspólnego   pewien   hulaka,   który   jak   wiadomo   nienawidzi 
Remdale'ów. A wszyscy wiemy, kim on jest.

Tak, wszyscy to wiedzieli.
– Czy mają jakieś dowody? – zapytała, próbując nadać głosowi brzmienie sceptyczne i 

pełne niedowierzania. Nagle poczuła się tym oskarżeniem bardzo rozgniewana. Nie mogła 
to być prawda. Niezbyt wiele wiedziała o markizie Dansburym, ale nawet nie potrafiła 
dopuścić myśli, żeby mógł on być zimnokrwistym mordercą.

– Och, nie wiem. Ale wyobrażasz to sobie? Gdyby to była prawda? Czy myślisz, że 

Dansbury'ego powieszą?

Lilith sposępniała na ten niemiły obraz.
– Moim zdaniem chodzi o to, iż Dolph Remdale czuje się zażenowany, że jego wuja 

znaleziono w takim stanie i że próbuje zwalić to na kogoś innego.

Mary popatrzyła na nią przebiegle.
– A ja sądzę, że usiłujesz bronić pewnego kogoś, w kim się zakochałaś.
Lilith gwałtownie zamknęła usta.
– Bardzo cię przepraszam?
–   Wszyscy   to   wiedzą.   Dansbury   chodzi   wszędzie   za   tobą   niczym   jakaś   wielka, 

oswojona pantera.

– Bądźże poważna, Mary – wtrąciła z chichotem Pen. – Brat Lilith przyjaźni się z 

Dansburym. Sama dokładnie wiesz, co ona czuje do markiza. Wystarczająco często się na 
niego uskarżała.

–   No   tak   –   przyznała   niechętnie   Mary,   a   potem   szeroko   się   uśmiechnęła.   –   Ale 

powinnaś była widzieć, jaką minę zrobiłaś, Lilith.

– Proszę cię, Mary, nawet nie wspominaj już nigdy o czymś podobnym.
Ale mimo to po słowach Mary zakręciło jej się w głosie od myśli, których nie potrafiła 

powstrzymać.   Oczywiście,   że   nie   zakochała   się   w   Dansburym,   co   za   absurd!   Ale 
niewątpliwie nie patrzyła już na niego tak pogardliwie i lekceważąco, jak kilka tygodni 
temu. Próbowała widzieć w nim tego samego łajdaka, którym był przy ich pierwszym 
spotkaniu, ale wszystko w jej umyśle tak się pokręciło i splątało, że sama nie wiedziała co 
myśleć. Nie wiedziała nawet, czy nie po to goni on za nią, udając tylko zainteresowanie, 
by ukoić własną zranioną dumę. Jedno było pewne: musi znaleźć Jacka i poinformować 
go, jakie Dolph rozsiewa pogłoski. Byłoby to straszne, gdyby Dansbury wpadł w tarapaty 

background image

przez dobry uczynek, jaki popełnił dla niej.

Kiedy jednak wyśledziła Williama, ten nie wiedział, gdzie podziewa się markiz.
– Gdzieś sobie poszedł – stwierdził rozdrażniony. – Coś go przepłoszyło. Pewnie ty. 

Niedługo pewnie całkiem go odpędzisz, a wtedy zostanę bez przyjaciół.

–   Nie   odpowiadam   za   zle   maniery   Dansbury'ego   ani   za   jego   ponure   nastroje   – 

powiedziała Lilith zdecydowanie. –

A jeżeli potrzeba ci przyjaciół, co byś powiedział na Nance'a czy Wenforda?
– Nudni jak flaki z olejem, Lil – odpalił jej brat i sztywno odszedł.
Zanim ciotka Eugenia przyszła w końcu, żeby ją zabrać do domu, Lilith czuła się 

wyczerpana fizycznie i umysłowo. Przez cały wieczór plotki nie przestawały krążyć i z 
minuty na minutę robiły się coraz gorsze. A Jack Faraday nie miał o tym pojęcia.

Książę Wenford przyglądał się, jak Lilith wychodzi ze swoim towarzystwem z sali 

balowej. Była śliczna – co do tego wuj się nie pomylił. Sięgnął do kieszeni, podobnie jak 
to   robił   kilka   razy   w   ciągu   wieczoru   i   pomacał   perłowy   kolczyk,   który   tam   włożył. 
Znaleziono go pod ciałem wuja, a Dolph obdarzony był na tyle dobrą pamięcią, że nie 
zapomniał,   kto   był   właścicielem   tej   błyskotki.   Panna   Benton   musiała   przebywać   w 
towarzystwie jego wuja, kiedy ten oddawał ducha. A do tego ta ślicznotka miała oprócz 
urody jeszcze jedną wspaniałą zaletę: Dansbury wydawał się nią zafascynowany.

Dolph   uśmiechnął   się   pod   nosem.   Wystarczyłoby   samo   to,   by   zdecydował   się 

wprowadzić   w   życie   swój   plan,   ale   złożyło   się   tak,   że   wiedział   dużo   więcej   o 
okolicznościach śmierci wuja, niż mógłby wywnioskować z samej obecności kolczyka. A 
nawet wiedział z najlepszego źródła, że tajemnicza choroba, która powaliła Wenforda, nie 
dałaby mu czasu, by się rozebrał, porządnie poskładał ubrania, wyciągnął korek z butelki 
bardzo niedobrego wina, położył się plackiem na plecach i dopiero wyzionął ducha. Nie, 
w   połączeniu   z   obecnością   kolczyka   nosiło   to   wszelkie   znamiona   jednego   z   figli 
Dansbury'ego. A Dansbury zapłaci za to. Zapłaci za wszystko i to słono.

background image

11

– Czy nie sądzisz, ojcze, że napuszczanie Dolpha Remdale'a na Lilith trąci trochę... 

makabrą?

– Przestań kwestionować moje decyzje – zbeształ wicehrabia Williama; piorunował go 

wzrokiem od momentu, kiedy syn zszedł za nim po schodach na śniadanie. – Jeżeli jego 
wysokość nie odczuwa potrzeby noszenia żałoby, nie musimy tego robić i my. I w końcu 
jest on człowiekiem, który spełnia wszystkie moje wymagania, jak również wymagania 
Lilith.

Litlih stała na podeście schodów z całego serca pragnąc, żeby przestali się kłócić o 

Dolpha i żeby mogła wysłać brata do Dansbury'ego z ostrzeżeniem przed straszliwymi 
plotkami.

– A jakie to wymagania może stawiać Lil, żeby Dolph je mógł spełnić? – zapytał 

William sceptycznie.

– Och, sam wiesz, chodzi jej o kogoś przystojnego, kto dobrze tańczy. – Wicehrabia 

przewrócił oczami i zamachał w powietrzu palcami w przesadnej imitacji kontredansa.

Lilith   zaczynała   czuć   się   sfrustrowana,   bo   ojciec   wszystko,   co   mu   mówiła,   nawet 

żartem, obracał przeciw niej.

– Proszę, nie mów o mnie w ten sposób, ojcze. Wiesz, że to nieprawda.
Ojciec przerwał i odwrócił się do niej.
– Próbuję po prostu znaleźć jakieś wyjaśnienie dla faktu – powiedział opanowanym 

głosem – że poświęciłaś wczoraj jeden z walców Dansbury'emu. A jedynym nasuwającym 
mi   się   wyjaśnieniem   twego   zuchwałego   nieposłuszeństwa   może   być   twoje   gorące 
pragnienie, by partnerzy w tańcu byli przystojni i sympatyczni.

– On jest przyjacielem Williama – broniła się Lilith. –
Gdybym była dla niego nieuprzejma, mogłoby się to odbić...
–   Reakcje   Dansbury'ego   nie   interesują   mnie   w   najmniejszym   stopniu.   Połowa 

przyzwoitych ludzi w Londynie nawet z nim nie rozmawia. Powinno to być dla ciebie 
wystarczającym powodem, żeby już nigdy z nim nie tańczyć ani nie rozmawiać.

Lilith zacisnęła szczęki.
– Tak, papo.
– Mówiłam ci, co ojciec powie – poparła go wrogo ciotka Eugenia od schodów. – 

Ostrzegałam ją i ostrzegałam, Stephenie. Ale jest taka uparta i...

– Wcale nie jestem uparta – zaprotestowała Lilith. – Powiedziałam, że mi przykro i że 

nie będę już więcej nieposłuszna. A teraz, proszę was, czy możemy siąść do śniadania?

– Tak. Wspaniały pomysł.
Ojciec i ciotka ruszyli przodem, ale Lilith ujęła Williama pod rękę i zatrzymała go.

background image

– Muszę z tobą porozmawiać.
– Wiesz, przed chwilą niemal się ujęłaś za Jackiem – powiedział z tym swoim pełnym 

uroku uśmiechem. – Uważaj lepiej na siebie, siostrzyczko.

– To właśnie o Dansburym chcę z tobą mówić. Czy możesz mu przekazać wiadomość?
– Oczywiście. – Twarz Williama przybrała pełen namysłu wyraz. – Dlaczego?
Lilith sposępniała.
–   Williamie,   żebym   tego   nie   musiała   powtarzać.   Nie   jestem   zakochana   w   Jacku 

Faradayu.

Jej brat zaczerwienił się.
– Nie mówiłem...
–   Z   trudem   toleruję   jego   towarzystwo   –   żachnęła   się   Lilith,   wiedząc,   że   grubo 

przesadza, ale nie mogła powstrzymać się od protestu. – Tym niemniej mam wobec niego 
zobowiązania. Proszę, przekaż mu...

–   Williamie!   –   ryknął   ojciec   z   saloniku.   –   Zanim   będziesz   się   próbował   gdzieś 

wymknąć, bądź łaskaw pamiętać, że towarzyszysz mi dziś do Densona! William wzniósł 
oczy w górę.

– Tak, ojcze! – Uścisnął Lilith za rękę. – Czy ta twoja wiadomość może zaczekać do 

wieczora?

–   Nie,   nie   sądzę,   żeby   mogła.   –   Czuła   się   do   tego   stopnia   odpowiedzialna   za 

zaangażowanie Jacka w kompromitację Wenforda, że po prostu musiała dopilnować, by 
ktoś zawiadomił go o rzucanych na niego pomówieniach. I im szybciej, tym lepiej. – No 
nic, zajmę się tym sama.

Weszła razem z Williamem do pokoju śniadaniowego, krzyknęła teatralnie i okręciła 

się, żeby popatrzeć ną stojący na kredensie zegar.

– Och, nie! – zawołała, zakrywając dłonią usta.
– Co znowu? – zrzędził wicehrabia.
– Ciotko Eugenio, miałyśmy dzisiaj zjeść drugie śniadanie u Sanfordów. Pen mówiła 

mi w zeszłym tygodniu, jak bardzo jej matka się na nie cieszy! – A rezydencja Sanfordoty 
oddalona była tylko o trzy domy od rezydencji Dansbury`ego.

– Nie przypominam sobie takiego zaproszenia. Mamy z nimi zjeść jutro lunch...
– Nie, nie, zmieniłyśmy to całe wieki temu – odparła Lilith odsuwając krzesło ciotki 

od   stołu   i   usiłując   nie   zwracać   uwagi   na   rozbawienie,   które   najwyraźniej   ogarniało 
Williama   na   jej   błazeństwa.   –   Proszę?   Jeżeli   się   pospieszymy,   uda   nam   się   jeszcze 
dojechać na czas.

– Och, Lilith – westchnęła ciotka, spoglądając na stojący przed nią półmisek z szynką i 

biszkoptami.

– Proszę, ciotko Eugenio? – błagała Lilith.

background image

– Dobrze już, dobrze – wymamrotała Eugenia i odsunęła się od stołu. – Daj mi tylko 

chwilkę, żebym się mogła odświeżyć.

– Oczywiście.
Lilith wykorzystała tę chwilę, żeby popędzić do swojej sypialni, nabazgrać liścik, w 

którym dokładnie opisała to, 

C

o usłyszała poprzedniego wieczora, zwinąć go i wepchnąć 

do torebki. Dom Pen stał tak blisko domu Dansbury'ego, że nie będzie miała żadnych 
trudności, by kazać Milgrewowi zatrzymać się tam i podać służącym markiza liścik, kiedy 
ona   i   ciotka   Eugenia   będą   spożywały   posiłek   z   Sanfordami.   Plan   był   na   wagę   złota, 
chociaż brzydko tak samej się chwalić.

A właściwie byłby na wagę złota gdyby nie to, że ojciec zabrał Milgrewa na swoją 

własną wyprawę, a ona i ciotka musiały pojechać powozikiem z młodym Walterem na 
koźle. Absolutnie nie mogła mieć pełnego zaufania, że ten młodzik doręczy wiadomość i 
nie opowie całej służbie w domu o tym, co zrobił. Tak więc liścik pozostał w torebce, a ją 
nadal czekał obowiązek powiadomienia Dansbury'ego.

Lady Sanford podeszła do drzwi w chwili, kiedy lokaj je otwierał.
– Dzień dobry – powiedziała; uśmiechała  się, ale była wyraźnie zdziwiona na ich 

widok.

– Dzień dobry. Bardzo się już cieszymy na to drugie śniadanie – powiedziała Eugenia.
Za jej plecami Lilith skrzywiła się ze współczuciem i wzruszyła ramionami. Ciotka 

byłaby wściekła, gdyby kiedykolwiek uświadomiła sobie, że robią z niej idiotkę, ale Lilith 
nie miała najmniejszego poczucia winy. O ile pamiętała, ciotce Eugenii nie zdarzyło się 
jednego dobrego słowa powiedzieć o niej czy o Williamie. Lilith tolerowała z trudem 
nieugiętą   surowość   ciotki,   ale   ostatnio   nawet   tej   odrobiny   tolerancji   zaczynało   jej 
brakować.

– Ależ oczywiście – powiedziała natychmiast lady Sanford. Puściła do Lilith oko i 

wprowadziła je do środka. – My też się cieszymy.

Starsze panie zatrzymały się gawędząc na dole, a ze schodów zaczęła schodzić Pen 

również z zakłopotanym wyrazem twarzy.

– Dzień dobry.
–   Lilith   i   Eugenia   przyszły   na   drugie   śniadanie   –   powiedziała   jej   matka,   lekko 

pochylając głowę. – James, proszę poinformować kucharkę.

Lokaj skinął głową i oddalił się w kierunku kuchni. Uśmiech Pen stal się promienny.
– Ale oczywiście.
Dwie starsze panie przeszły do saloniku, ale Lilith chwyciła Pen za rękę.
– Pen, muszę ci coś opowiedzieć – wykrzyknęła, zmuszając się do śmiechu.
Lady Sanford uśmiechnęła się do nich pobłażliwie.
– No to biegnijcie razem.

background image

Lilith wciągnęła Pen do biblioteki i zamknęła drzwi.
– Co się stało? – zapytała przyjaciółka, rumieniąc się. – Czy chodzi o Williama?
– Pen, musisz dotrzymać mojej wielkiej tajemnicy – szepnęła Lilith, bojąc się odezwać 

głośniej, chociaż drzwi były zamknięte.

– Oczywiście – odpowiedziała przyjaciółka z miejsca. – O co chodzi?
–   Muszę   przekazać   wiadomość   markizowi   Dansbury'emu.   Przez   długą   chwilę   Pen 

tylko na nią patrzyła.

– Dansbury'emu? – powtórzyła słabo. – Chcesz powiedzieć, że Mary miała rację? Ze 

naprawdę się w nim zakochałaś?

– Ja... – Lilith nie potrafiła kłamać przyjaciółce i przełknęła nonszalancką odpowiedź, 

której właśnie miała udzielić. – Sama nie wiem. Ale to jest ważne. Czy mi pomożesz?

– Oczywiście – wykrzyknęła Pen, klaszcząc w dłonie. – Co chcesz, żebym zrobiła?
Lilith uśmiechnęła się z ulgą.
– Muszę się wymknąć przez okno z waszej biblioteki. Nie będzie mnie tylko przez 

kilka chwil, a ty musisz obiecać, że zostaniesz tu, aż wrócę, tak jakbyśmy przez ten cały 
czas razem gadały.

– Och, jakie to romantyczne – westchnęła Pen. – Dobrze, idź.
Serce   Lilith   roztańczyło   się   w   zadziwiającym   połączeniu   radosnego   oczekiwania   i 

grozy.   Objęła   pospiesznie   przyjaciółkę,   a   potem   podniosła   haczyk   na   jednym   z 
bibliotecznych okien.

– Zaraz wrócę – szepnęła jeszcze raz i podwinęła spódnicę, żeby przejść przez parapet 

do ogrodu.

Rezydencje Sanfordów i Faradayów oddzielały od siebie tylko dwa niskie murki i 

pomimo   długich   spódnic   Lilith  udało   się   wdrapać   na  pierwszy   z   nich  bez   większych 
trudności. Gramoląc się na drugi zahaczyła bucikiem o jakieś pnącze i z przekleństwem, 
którego nauczyła się od Williama, spadla na plecy do niewielkiego ogródka Faradaya. Na 
szczęście   ogródka   od   ulicy   nie   było   widać,   więc   żaden   przechodzień   nie   mógł   być 
świadkiem jej niezręczności. Nigdy wcześniej na myśl by jej nie przyszło, żeby składać 
wizytę mężczyźnie i przy drzwiach dla służby na tyłach domu zawahała się. Skoro jednak 
już tutaj dotarła, wyprostowała się w ramionach i zapukała stanowczo.

Drzwi otworzyły się natychmiast, ale mężczyzna, który się za nimi ukazał, raczej nie 

dodał dziewczynie pewności siebie, która teraz gwałtownie w niej zanikała. Ubrany był 
niczym lokaj w jakiejś wspaniałej rezydencji, ale policzek przecinała mu straszliwa blizna, 
a u lewej dłoni brakowało palca i przez to bardziej przypominał rozbójnika niż służącego 
w dobrym domu. No, ale sam Jack Faraday kryteria bycia dżentelmenem również spełniał 
z pewną trudnością. A przynajmniej tak jej wszyscy powtarzali.

– Tak, panienko? – zapytał ochryple.

background image

– Czy  pracujecie  dla markiza  Dansbury'ego? – zapytała niepewnym,  łamiącym się 

głosem.

– Tak jest.
– Ja... ja muszę zostawić dla niego wiadomość – powiedziała, sięgając do torebki po 

liścik. – Czy możecie dopilnować, żeby doręczono mu go natychmiast?

– Tak, panienko – odpowiedział lokaj i gestem zaprosił ją do domu.
– Och, nie – odparła, cofając się, jeszcze bardziej zgorszona na myśl, że mogłaby 

wejść   do   domu   Dansbury'ego.   Gdyby   ktokolwiek   ją   zobaczył,   reputację   miałaby 
doszczętnie zrujnowaną. – Muszę tylko zostawić tę wiadomość.

Mężczyzna błyskawicznie dał krok do przodu, chwycił ją za rękę i wciągnął do środka. 

Zanim   zdążyła   krzyknąć,   zasłonił   jej   usta   jedną   dłonią,   a   drugą   zatrzasnął   drzwi   i 
unieruchomił jej ręce przy bokach.

– Wielmożny panie! – wrzasnął, szarpiąc się z nią, by przeprowadzić ją przez pełną 

krzątaniny   kuchnię   do   holu,   gdzie   Lilith   kopała   i   miotała   się,   na   wpół   obłąkana   z 
przerażenia.

– Co się dzieje, Peese? – doszedł do niej swobodny głos Jacka. Markiz wyszedł z 

bocznych drzwi do holu z książką w ręce. – Skąd te ryki... – Zamarł zobaczywszy Lilith. – 
Natychmiast ją puść! – Zażądał zbliżając się wielkimi krokami.

– Jacku – rozszlochała się Lilith i rzuciła się ku niemu z bezgraniczną ulgą.
Markiz upuścił książkę, objął ją ramionami i mocno przytulił.
– Co ty sobie u Boga Ojca wyobrażasz, Peese? – warknął, kołysząc ją powoli, kiedy 

wracała do siebie.

Pachniał herbatą i mydłem do golenia, i Lilith ukryła twarz na jego piersi.
– Zachowywała się podejrzanie i nie chciałem, żeby się wymknęła – zrzędził lokaj.
–  Wcale  nie zachowywałam  się  podejrzanie –  odparła Lilith  zduszonym głosem z 

azylu, którego jakoś dziwnie nie miała ochoty opuszczać.

–   Dostarczyła   jakiś   liścik   do   drzwi   kuchennych   –   tłumaczył   Peese.   –   Nie   chciała 

powiedzieć, kim jest, wielmożny panie, więc...

– Jaki liścik? – przerwał Jack, unosząc jej brodę do góry i zaglądając w oczy.
Lilith wyprostowała się.
– Mam panu coś do powiedzenia, a William nie mógł przyjść i... – obejrzała się na 

lokaja.

Jack kiwnął głową, wziął ją za rękę, pociągnął za najbliższe drzwi i zamknął je za 

nimi. – Dlaczego William nie mógł przyjść? – zapytał.

– Papa go gdzieś ze sobą wyciągnął. Musi pan wiedzieć...
– A jak pani się tu dostała?
Lilith westchnęła; przyszło jej na myśl, że jako dziecko Dansbury musiał być straszny, 

background image

skoro nigdy nie zadowalał się łatwą odpowiedzią na żadne pytanie. Nauczyciele na pewno 
go   nie   znosili,   ale   Lilith   to   zdecydowane   dążenie   do   celu   wydawało   się   raczej... 
intrygujące, zwłaszcza ostatnio.

– Miałam pojechać do Sanfordów na lunch jutro, ale udało mi się wmówić ciotce 

Eugenii, że miało to być drugie śniadanie dzisiaj, a potem przekonałam lady Sanford i 
Pen, że to ciotka Eugenia pomyliła terminy. – Lilith bacznie przyglądała się jego szczupłej 
twarzy, ciekawa co pomyśli o jej pospiesznie ułożonym planie.

Markiz się roześmiał, oczy mu zatańczyły.
– Ależ przebiegle z pani strony – pogratulował jej.
– Wcale nie lubię być przebiegła – odparła Lilith, chociaż ucieszył ją komplement.
– Szkoda. Wydaje mi się, że może to być cecha wrodzona. – Ja...
– Dlaczego jednak nie pomyślała pani, żeby przysłać tu Milgrewa? – zapytał.
– Taki miałam pierwotnie plan, ale papa zabrał go razem ze sobą.
Markizowi drgnęły usta.
– A pani ciotka?
– Gawędzi z lady Sanford, mam nadzieję.
– Ach. – Przyglądał się uważnie jej twarzy jeszcze przez moment. – A więc, moja 

słodka, niech mi pani przekaże swoje wieści.

– Wczoraj wieczorem, już po tym jak pan wyszedł, rozeszły się pogłoski. Wygląda na 

to...

– Wyglądało na to, że jesteście z Dolphem w całkiem zażyłych stosunkach – uciął 

Jack, jego nastrój sposępniał. Spiorunował ją wzrokiem, potem podszedł do okna. – Aż się 
ciepło na sercu robiło.

Już miała na końcu języka ciętą odpowiedź w tym samym stylu, ale zamknęła buzię. 

Jeżeli mu powie, jakie plany ma względem niej i księcia jej ojciec, nigdy go nie zmusi, 
żeby czegokolwiek wysłuchał.

– Nie bardzo mogłam mu zrobić afront – powiedziała zamiast tego.
– Mnie pani zrobiła – przypomniał jej Jack. Ale jego twarz przestała być taka napięta i 

Lilith wydało się, że to wspomnienie go rozbawiło. – A nawiasem mówiąc – ciągnął dalej 
– dlaczego ma pani brudne, hmm, siedzenie?

– Co? – Lilith obejrzała się i zaczerwieniła, otrzepując spódnicę. – Och, musiałam 

wdrapać się na dwa murki, żeby się tu dostać tak, by mnie nikt nie zauważył. A na pana 
murku   rosną   przeróżne   zatracone   pnącza.   W   żaden   inny   sposób   nie   mogłabym   panu 
złożyć wizyty, więc proszę przestać narzekać...

Markiz ryknął śmiechem.
– Tak więc najpierw porzuciła pani ciotkę, każąc jej wypełniać obowiązek przez panią 

wymyślony?

background image

– Na to wyszło. Co...
–   Potem   gramoliła   się   pani   na   murki   i   przedzierała   przez   ogrody?   Żeby   mnie 

odwiedzić?

– No tak – przyznała Lilith urażona. – Sam pan wie, że nie potrafię latać.
– Na mury Jerycha, zaskakuje mnie pani nieustannie – śmiał się, oczy mu poweselały.
– Czy chce pan usłyszeć, co mam do powiedzenia, Dansbury, czy nie? – zapytała. 

Zaczynała być do głębi poirytowana.

Złożył jej niski ukłon.
– Bardzo przepraszam. Już słucham, milady.
– Kilka osób rozmawiało o tym, jak to Dolph zaczął podejrzewać, że może jego wuj 

mimo wszystko nie zmarł śmiercią naturalną.

Jack kiwnął głową.
– Tego się należało spodziewać. Okoliczności śmierci starego muszą go żenować jak 

wszyscy diabli.

– Krąży także pogłoska, że może mieć z tym coś wspólnego pewien hulaka, który 

zawsze nienawidził Wenforda.

Dansbury   milczał   przez   chwilę;   ciemne,   fascynujące   oczy   przyglądały   się   jej   tak 

badawczo,   że   zaczęła   się   zastanawiać,   czy   przypadkiem   markiz   nie   potrafi   czytać   w 
myślach. A przez ostatnie kilka dni te myśli były tak splątane, że pozostało jej tylko mieć 
nadzieję, iż nie potrafi.

– A pani zrealizowała te wszystkie fortele po to tylko, żeby mi o tym powiedzieć, 

Lilith?

Lilith zawahała się.
– Nie chciałam, żeby pan myślał, że pomagając mi popełnił pan błąd. Zrobił pan dobry 

uczynek i ja to doceniam. Teraz nawet jeszcze bardziej, niż na początku.

Markiz na moment zamknął oczy.
– Czy tak? – zapytał znowu na nią patrząc. – Tak.
– A czy myśli pani, że miałem cokolwiek wspólnego z zejściem starego topora z tego 

świata? – Podszedł o krok bliżej. – Wdzięczny byłbym za uczciwą odpowiedź. Podczas 
kilku rozmów ze mną spędzała pani czas na rzucaniu na mnie oskarżeń, a ja, raczej ku 
własnemu zaskoczeniu... – zawahał się i po raz pierwszy zobaczyła, że brak mu słów – ja 
przekonałem się, że cenię sobie pani opinię – dokończył ostatecznie, a potem ponuro się 
uśmiechnął. – Ma pani znacznie lepsze pojęcie o uczciwości niż ja.

Chciał usłyszeć jej zdanie. Starannie rozważała odpowiedź, a on czekał.
– Myślę – zaczęła powoli – że za mało o panu wiem, by odpowiedzieć tak czy inaczej.
Jack zaczął coś mówić, ale przerwał i zamiast tego wyjrzał za okno.
– Nie wiem, dlaczego spodziewałem się po pani czegoś innego – powiedział na wpół 

background image

do siebie. Nagle odwrócił się znowu twarzą do niej. – Zawrę z panią umowę.

Lilith podejrzliwie zmarszczyła brwi.
– Jakiego rodzaju umowę?
– Może mi pani zadać trzy, ale tylko trzy pytania, a ja odpowiem na nie uczciwie i 

zwięźle. To jest, o ile obieca mi pani, że moje odpowiedzi nigdy nie wyjdą poza te ściany.

Była to intrygująca propozycja i dużo trudniej było ją odrzucić, niż się spodziewała.
– A gdzie w tym jest haczyk? Markiz przelotnie się uśmiechnął.
– Za każde pytanie, które pani zada, musi pani pozwolić, żebym ją pocałował.
Lilith uniosła w górę obydwie brwi, usiłując zignorować ciarki, które przebiegły jej po 

kręgosłupie na jego słowa.

– Pocałować mnie? Jack przytaknął.
– Jedno pytanie równa się jeden pocałunek. W sumie trzy. Czy umowa stoi?
Uświadomiła sobie, że markiz spodziewa się odmowy. Ale nie wiedział, że od ich 

ostatnich   uścisków   z   trudem   przychodziło   jej   myśleć   o   czymkolwiek   poza   jego 
pocałunkami.

– Zgoda – powiedziała wyraźnie, serce jej łomotało. Z przyjemnością zobaczyła, że 

Jack jest zaskoczony.

– Proszę. Niech pani pyta.
– W porządku. – Lilith postukała się po brodzie w poszukiwaniu pierwszego pytania. – 

Dlaczego nie lubi pan rodziny Remdale'ów?

Zanim markiz odpowiedział, zbliżył się najpierw do niej, pochylił i dotknął ustami jej 

warg.   Tym   razem   nie   był   to   pocałunek   kradziony,   z   zaskoczenia   i   różnił   się   od 
poprzednich. Lilith miała czas poczuć, iż jego wargi są miękkie i jędrne równocześnie; 
pieściły jej usta łagodnie, zaborczo, a ich dotyk wydawał się właściwy wyłącznie Jackowi 
Faradayowi. I niezwykle... poruszający.

Powoli uniósł głowę.
– Jeden – zamruczał.
– A... a pana odpowiedź? – zapytała, już zastanawiając się nad następnym pytaniem, 

nie dlatego, żeby usłyszeć odpowiedź, ale żeby znowu ją pocałował.

Pieścił palcami bok jej twarzy.
–   Do   majątku   Wenfordów   należy   między   innymi   Hanfeld   Hall,   niewielki,   rzadko 

używany   zwierzyniec,   który   graniczy   z   Fencross   Glen,   jednym   z   moich   mniejszych 
majątków,   z   których   nieczęsto   korzystam.   Dokładnie   między   nimi   leży   łąka,   takie 
malownicze   miejsce   z   niewielkim  belwederem  pośrodku,  który   aż   po   podłogę  zalewa 
każdy wiosenny deszcz. Stoi na ziemiach Fencross, ale plotki chodzą, że jest to miejsce, 
gdzie Wenford... zdobył zgodę swojej pierwszej żony na małżeństwo.

– Zrobił jej to samo, co próbował zrobić mnie, chce pan powiedzieć – powiedziała 

background image

Lilith, spokojnie przypatrując się poważnym, brązowym oczom przed sobą.

Jack zacisnął szczęki.
– Takie chodzą plotki. Tak czy owak ten błazen zdecydował, że chce kupić łąkę, 

prawdopodobnie sądził, że cale to cholerstwo jest bardzo romantyczne. Ale mój dziadek 
nie zgodził się jej sprzedać. Tak więc Wenford zaproponował, że postawi swój wspaniały 
domek myśliwski w Surrey przeciw temu przeklętemu belwederowi. Dziadkowi stawka 
się spodobała i zgodził się. Zagrali o nią i Wenford wygrał.

– Ale co takiego strasznego jest w...
– Jak się później okazało, domek myśliwski był pod majoratem. Wenford nie miał 

prawa go oddać, tak więc zakładając się nic nie tracił. A poza tym – Jack na moment 
opuścił głowę – wypowiedział się w sposób uwłaczający o krwi Faradayów, kiedy na siłę 
parł do zawarcia zakładu. Mój dziadek był bardzo dumnym człowiekiem.

– Podobnie jak i pan, jak sądzę – szepnęła Lilith. Jack popatrzył na nią.
–   Ja   moją   dumę   straciłem   już   jakiś   czas   temu,   moja   słodka.   Pozostały   pani   dwa 

pytania.

– W porządku. – Lekko drżąc Lilith głęboko wciągnęła powietrze. – Jak to się dzieje, 

że tak biegle umie się pan skradać i że wydaje się, jakby pan zawsze wszystko wiedział, 
jakie ludzie mają plany i dlaczego?

– To właściwie są trzy pytania, ale ponieważ jest pani tak nieodparcie atrakcyjna, 

przyjmę je jako jedno – powiedział z lekkim uśmiechem.

– Dziękuję panu – odparła, a na jej ustach pokazał się pełen zadowolenia uśmiech. Nie 

przypominała   sobie,   żeby   ktokolwiek   kiedykolwiek   nazwał   ją   nieodpartą,   a   już   z 
pewnością nie mężczyzna o doświadczeniu Dansbury'ego.

Musnął wargami jej usta leciutko, jak piórkiem, a potem pochylił się jeszcze bardziej i 

wargi   ich   zwarły   się   mocniej.   Rozchylił   je   delikatnie,   przesunął   językiem  po   zębach. 
Dotknięcie   to   wydało   się   szokująco   intymne;   Lilith   poczuła,   jak   ciarki   spływają   jej 
dreszczem po plecach aż do ciepłego, sekretnego miejsca między nogami. To właśnie 
takie powinny być pocałunki.

Powoli znowu uniósł głowę.
– Dwa – wyszeptał.
Tymczasem Lilith zapomniała już, jakie miała pytanie, ale delikatny dźwięk bijącego 

w holu zegara przypomniał jej nagle o czymś całkiem innym.

– Muszę iść – powiedziała z pośpiechem, wysuwając się Z jego objęć. – Pen czeka na 

mnie w bibliotece. Nie mogę...

– Byłem kiedyś szpiegiem – stwierdził markiz zwięźle, co zatrzymało ją w pół kroku.
– Co? Pan...
– Kiedy Bonaparte powtórnie podbił Paryż, Wellington zwerbował Richarda i mnie 

background image

jako   swoich   wysłanników.   Spędziliśmy   niemal   całą   wojnę   babrząc   się   w   Paryżu   i 
otaczającej   go   okolicy,   usiłując   oddzielić   pogłoski   od   prawdy.   Peese,   mój   bardzo 
grubiański lokaj, oraz mój kamerdyner Martin stanowili część naszej drużyny. Richard 
wciąż jeszcze ma powiązania z ministerstwem wojny. Ja odszedłem.

– Dlaczego?
Markiz przerwał patrząc na nią.
– Czy to pani trzecie pytanie?
Wyczuwając wahanie, spojrzała mu w oczy. Wyraz jego twarzy niczego nie zdradzał, 

ale drobne drganie powiek i przyspieszony oddech wystarczyły.

– Nie chce pan na to odpowiadać, prawda? Jack wydął wargi.
–   A   może   to   jest   pani   trzecie   pytanie?   Nie   odpowiem,   dopóki   nie   podejmie   pani 

decyzji.

Było wiele rzeczy, których chciała się o nim dowiedzieć, dotyczyły one raczej jego 

uczuć niż przeszłości, ale po śmierci Wenforda i plotkach, które się na ten temat rozeszły, 
wydawało się ważniejsze, by raz na zawsze zdecydować, jaki charakter ma Jack Faraday. 
Będzie musiała poczekać, żeby dowiedzieć się, czy naprawdę mu się podoba.

– Chcę wiedzieć, dlaczego odszedł pan z ministerstwa wojny.
Jack odwrócił się.
– Z pewnością doszły do pani plotki, Lil. Niech je pani przyjmie za odpowiedź i zapyta 

mnie o coś innego.

– Powiedział pan, że mogę pytać o wszystko, Jacku – przypomniała mu delikatnie. – 

Chcę się dowiedzieć czegoś o tej kobiecie, którą, jak powiadają, pan zabił.

Jack obejrzał się na nią przez ramię, potem przeszedł do kominka i oparł się o jego 

obramowanie, stojąc w pozie, która wydawała się pełna swobody i odprężenia, dopóki nie 
popatrzyła mu w oczy i nie zobaczyła, ile tam napięcia i niechęci.

– Miała na imię Genevieve – powiedział chłodnym, obojętnym głosem. – Genevieve 

Bruseille. Tak, byliśmy kochankami. Tak, zabiłem ją. Ale nożem. Nie z pistoletu. Nie, nie 
byłem wtedy pijany i nie był to wypadek. – Potrząsnął głową. – Zdecydowanie nie był to 
wypadek. Czy żałuję tego? – Jack obejrzał się i kiedy patrzył na nią, z jego twarzy zaczął 
znikać mroczny wyraz. – Tak. Teraz, w tym momencie, bardziej niż kiedykolwiek.

Lilith   bacznie   obserwowała   jego   twarz,   miliady   uczuć,   które   przebiegały   po   jego 

szczupłych   rysach.   To,   co   tam   widziała   –   żal,   chwilowa   bezbronność,   pożądanie   – 
wydawało się ujmować znaczenia słowom, a przydawać go emocjom, które kazały mu 
uczynić to wyznanie.

– Wiedząc to, co w tej chwili wiem, milordzie – powiedziała powoli, nie ośmielając się 

odwrócić wzroku – nie wierzę, by miał pan cokolwiek wspólnego ze śmiercią Wenforda.

– Dziękuję. – Podszedł znowu do okna i wyglądał na zewnątrz przez dłuższą chwilę. – 

background image

Wie pani – powiedział cicho, niemal do siebie – chociaż Dolph czuje się tak zażenowany, 
mógłby  umniejszyć znaczenie  całego tego wydarzenia. Nie minęłyby dwa tygodnie, a 
wydarzyłby   się   jakiś   następny   skandal   i   wszyscy   by   o   tamtym   zapomnieli.   Nie   było 
potrzeby   występować   z   sugestią   morderstwa.   Oskarżenie   arystokraty,   nawet   z   tak 
zaszarganą opinią jak moja, może mieć katastrofalne skutki dla oskarżającego, jeżeli nie 
będzie opierało się na solidnych podstawach.

– To same plotki – przypomniała mu. Odwrócił się znowu twarzą do niej.
– „Same  plotki" mogą  wyrządzić wiele szkód. Jak sądzę,  pani rodzina wie o tym 

bardzo dobrze.

Lilith pochyliła głowę.
– Tak, wiem.
Natychmiast Jack podszedł i uniósł jej brodę do góry.
– Nigdy nie sądziłem, że usłyszę takie słowa z własnych ust – zamruczał – ale może 

powinna pani już iść. Będę musiał powalczyć o jedną sprawę z Williamem, ale gdyby 
plotki zmieniły się w coś gorszego, co prawdopodobnie nastąpi, uwolnię panią od siebie i 
moich przykrych koneksji.

– A więc teraz okazuje się, że jest pan rycerski? – zapytała cicho.
–   Najwyraźniej.   Ostatnio   odkryłem   kilka   niespodziewanych   aspektów   własnej 

osobowości. Właściwie jest to trochę niepokojące. – Jack położył jej ręce na ramionach i 
zajrzał w oczy. – Nie zapominaj o jednym, Lil. Jeżeli moja teoria jest słuszna, a Dolph 
zaczął   rozpowszechniać   te   plotki,   żeby   skierować   podejrzenia   na   mnie,   to   znaczy,   że 
próbuje je odwrócić od siebie.

Lilith zamrugała.
–   Czy   pan   uważa,   że   Dolph   Remdale   zabił   swojego   wuja?   –   zapytała   z 

niedowierzaniem. – I to pan mnie ostrzega przed pogłoskami?

– Przyznaję, że może to być kompletnie pomylone z mojej strony – odparł cicho. – Ale 

bądź ostrożna w jego towarzystwie. Nie chcę, żeby ci się coś stało.

Cieszący się najgorszą opinią w Londynie arystokrata okazywał się zupełnie inny, niż 

się spodziewała. Wyciągnęła rękę i dotknęła jego twarzy.

– Teraz chce pan tylko, żebym była bezpieczna.
– Tak, jestem dziś pełen sprzeczności. Tylko że mogłem się spodziewać każdego na 

swoim progu oprócz ciebie, Lil. I pewnie przez to czuję się nieco zamroczony.

– Wątpię, czy jest pan zamroczony. A właściwie to wątpię nawet, czy da się pana 

kiedykolwiek zaskoczyć.

– Dzisiaj poczułem się zaskoczony – odparował, uśmiechając się beztrosko. – I tak się 

dzieje za każdym razem, kiedy natykam się na ciebie.

– Cśśś – szepnęła Lilith. Przyciągnęła twarz markiza do swojej. Nieśmiało, bardzo 

background image

delikatnie dotknęła wargami jego ust, a on zamknął oczy. Powoli otoczył rękami jej talię i 
przycisnął usta mocniej. Ręce Lilith same prześlizgnęły się na jego kark; wtuliła się w 
niego cala i nie dzieliła ich już najmniejsza nawet odległość. Markiz rozchylił wargami jej 
usta i stało się tak, jakby oddychali tym samym powietrzem.

Tym   razem   to   ona   nieśmiało   dotykała   wnętrza   jego   ust   językiem;   po   każdym 

fragmencie jej istoty wydawały się krążyć intymne, podniecające uczucia, od których aż 
pojękiwała. Jack  łagodnie ujął zębami  jej dolną  wargę  i przygryzł lekko. Lilith cicho 
krzyknęła i cofnęła się nieco, chociaż nadal obejmowała go za szyję. Stali tak przez długą 
chwilę.

– Co ja takiego zrobiłem, żeby na to zasłużyć? – zamruczał Jack.
– Zapomniałeś o trzecim pocałunku.
– Naprawdę? To głupio z mojej strony. Jak.. Nakryła palcami jego wargi.
– A poza tym podoba mi się ten Jack Faraday – szepnęła i przyciągnęła do siebie 

znowu jego twarz, żeby go pocałować. Jack oddał jej gwałtownie pocałunek, przesunął 
dłońmi od jej bioder w górę i z powrotem w dół. Wiedziała, że posuwa się trochę za 
daleko, ale nie miała ochoty, by przestał ją całować, by przestał jej dotykać. Pod jego 
dotknięciem czuła się taka żywa.

Jack poprowadził ją delikatnie do tyłu, aż oparła się o kanapę; ustami sunął w dół od 

warg aż do szyi. Dłonie zmieniły pozycję, przyciągnął jej biodra bliżej swoich, a ustami 
znowu   poszukał   jej   warg   –   te   pocałunki   były   gorące,   oszałamiające   i   bardzo,   bardzo 
niebezpieczne.   Lilith   zmusiła   się,   żeby   otworzyć   oczy   i   zaczerpnęła   rozdygotana 
powietrza, na wpół pojękując z rozkoszy, a na wpół protestując. O, Boże, jak bardzo 
chciała, żeby nie przestawał...

– Jacku, przestań!
Uniósł półprzytomny głowę i popatrzył na nią. – Dlaczego, na Boga? – Proszę cię, 

proszę – błagała. – Nie mogę... nie teraz... ja...

Przyjrzał się jej. – Nie teraz, czy nie ze mną? – zapytał cicho.
– Ja... nie wiem. – Potrząsnęła głową, palcami trzymała go wciąż za klapy, tak że się 

nie mógł odsunąć. – Muszę już iść. – Usiłowała złapać oddech i uspokoić łomot serca, 
zanim wyskoczy jej ono z piersi.

Jack przesunął powoli kciukiem po jej policzku.
– Wiesz, zazdrosny jestem o Wenforda.
– Ale... dlaczego? – udało jej się wykrztusić z ulgą, że się na nią nie gniewa.
– Jeżeli już miałbym oddać ducha, to nie znalazłbym lepszego miejsca niż on.
–   Och,   przestań   –   zaprotestowała.   Żaden   mężczyzna   nie   potrafił   wywołać   w   niej 

takiego uniesienia, tak jej podniecać, ani tak denerwować jak Jack Faraday. – Ty się tylko 
w ten sposób na mnie mścisz, prawda? – zapytała puszczając go. – Czy chociaż czasem 

background image

czujesz do mnie sympatię, czy tylko cię bawię?

Przypatrywał jej się z takim wyrazem twarzy, że miała ochotę równocześnie uderzyć 

go i pocałować.

– To jest czwarte, piąte i szóste pytanie – odpowiedział. – Tak więc co zrobimy, Lil?
– Zrobimy? Z czym? – Oderwała jego ręce od swojej talii i cofnęła się o krok.
– Z możliwością, że to Dolph Remdale zabił swego wuja.
– Jak możesz... – Lilith gwałtownie zamknęła usta. Jeżeli markiz jest jeszcze w stanie 

myśleć logicznie, to znaczy że mu  na niej ani trochę nie zależy. Ona sama z trudem 
powstrzymywała się, żeby się na niego nie rzucić.

– Jak mogę co? – zapytał. Jego dłonie zaczęły znowu gładzić delikatnie jej ręce.
Lilith rozdygotana zaczerpnęła tchu.
– Nic. Nie mamy żadnego dowodu, że gra była nieczysta, i sam o tym wiesz.
– Jeszcze nie mamy. – Uśmiechnął się i objął dłonią jej policzek, jakby nie mógł się 

powstrzymać od dotykania dziewczyny. – Nie martw się. Coś wymyślę.

– Nie. Proszę, nie wymyślaj niczego. Nie próbuj mnie wciągać w jedną ze swoich 

rozgrywek, Jacku. Moja rodzina nie zniosłaby tego... i ja też nie.

Jack westchnął.
– Dołożę więc starań, żeby jeszcze przez jakiś czas zachowywać się porządnie. Jeżeli 

zachowasz   dla   mnie   jednego   walca   na...   –   Zmarszczył   się.   –   Jakie   to   zatracone 
towarzyskie wydarzenie wisi teraz nad nami?

– Bal u Cremwarrenów, dziś wieczorem – podsunęła rozbawiona. Naprawdę niewiele 

miał do czynienia z przyzwoitym towarzystwem i obojętne co nim kierowało, to ona go do 
tego towarzystwa wabiła.  Jak zwróciła jej uwagę  Penelopa, korciło ją by  być słabym 
punktem takiego hulaki.

– Chyba mnie zaprosili – dumał Jack. – Czy zatańczysz ze mną walca?
Ojciec będzie wściekły.
– Dobrze – szepnęła. – Jeżeli obiecasz, że nie będzie żadnych rozmów o Dolphie ani 

morderstwach.

– Jeżeli nie będzie dowodów, nie wspomnę o tym – przyrzekł uroczyście, a potem 

znowu wyciągnął do niej ręce.

– Och, nie, nie – zaprotestowała, ale cofając się nie mogła powstrzymać uśmiechu. – 

Naprawdę muszę iść, zanim narobimy sobie obie z Pen kłopotów.

– Tak, milady – zgodził się Jack niechętnie. Podszedł do drzwi, otworzył je przed nią, 

a   potem   poprowadził   tą   samą   drogą,   którą   przyszła.   Razem   przeszli   przez   ogród   do 
pokrytego pnączami muru.

Jack   zawahał  się  na  moment,   potem pochylił  się  i dotknął  wargami  jej  ust.  Lilith 

gorący dreszcz przebiegł po plecach i oddała mu pocałunek, a dopiero potem odsunęła się, 

background image

by mieć pewność, że nie zobaczy ich nikt z sąsiadów.

Jack roześmiał się.
– Nikogo tu nie ma oprócz nas, przestępców.
– Nie jesteśmy przestępcami – odparła. – A przynajmniej ja nie jestem.
– Jesteś istnym wcieleniem uczciwości i czystości – zgodził się z nią, a potem na jego 

twarzy pojawił się wilczy uśmiech. – Mam nadzieję, że przynajmniej jedno z dwojga uda 
mi się zmienić.

Lilith, tym razem naprawdę zaszokowana, zaczerwieniła się.
– Jacku!
– To twoja własna wyobraźnia wyciąga takie wnioski, Lil – ciągnął dalej miękko. – 

Mówiłem ci, że zmysłowa z ciebie istota.

Lilith wciągnęła powietrze, żeby się opanować.
– Wcale nie.
Zdumiewające, ale markiz znowu spoważniał.
– Nigdy sobie czegoś takiego nie wmawiaj, moja słodka. Nigdy. – Objął ją w pasie i 

pomógł jej wejść na murek, a potem trzymał za ręce, dopóki nie zeskoczyła po drugiej 
stronie.

Zaczynała już się odwracać, ale nie puścił jej dłoni.
– Muszę iść – powiedziała, oglądając się przez ramię.
– Tak – odpowiedział. – Naprawdę czuję do ciebie sympatię. – Puścił ją i gestem 

pokazał na rezydencję Sanfordów. – Uważaj na Dolpha.

– Będę uważała – zawołała czując nagłą radość i uniosła spódnice, żeby spiesznie 

powrócić do biblioteki Pen i czekającej na nią ciotki. – Ty też uważaj na siebie, Jacku 
Faradayu.

– Będę uważał.

background image

12

Lilith   Ben   ton   zniknęła   już   za   pięknie   wypielęgnowanym   murem   domostwa   lorda 

Tomlina, a Jack tkwił jeszcze przez jakiś czas w ogrodzie.

Przyszła żeby go ostrzec. Naraziła się na skandal tylko dlatego, by powiedzieć mu, że 

jego reputacja znalazła się w niebezpieczeństwie – co było perspektywą tak błahą, że 
niemal śmiechu wartą. Tyle że on się nie śmiał. Pragnął, żeby została z nim. Pragnął nie 
mieć   tak   zaszarganej   opinii,   że   nie   wolno   mu   było   nawet   myśleć   o   składaniu   jej 
normalnych wizyt i pragnął, żeby każde zetknięcie się z nim w publicznym miejscu nie 
wytrącało jej tak z równowagi i nie żenowało.

–   Ależ   wszystko   cholernie   pogmatwałeś,   Czarny   Jacku   –   wymamrotał,   z 

roztargnieniem skubiąc na strzępy w palcach gałązkę. – Sam nie masz zielonego pojęcia, 
co do cholery powinieneś z nią teraz zrobić. – Popatrzył spode łba na zachmurzone niebo i 
poczuł lekki, chłodny wiaterek, który dmuchał przez klony i wiązy rosnące na północnym 
skraju ogrodu. – A nawet jakbyś wiedział, nic byś w tej sprawie nie mógł zrobić, ponieważ 
nikt, z tobą na czele, nie uwierzyłby w to. Idiota z ciebie. I tyle.

Odrzucił resztki obłupanej z kory gałązki i poszedł wolnym krokiem po podjeździe w 

kierunku   drzwi   frontowych.   Lilith   zarzuciła   mu,   że   kołaczą   się   w   nim   jeszcze   jakieś 
okruchy   honoru,   a   chociaż   trudno   mu   było   ten   zarzut   uznać   za   obelgę,   z   pewnością 
wytrącał on go z równowagi. I to nie tylko w odniesieniu do niej.

W śmierci Wenforda były pewne aspekty, które zaczynały go niepokoić bardziej, niż 

powinny. Lilith powiedziała, że „podoba jej się ten prawdziwy Jack Faraday", kim by on 
nie   był   i   markiz   nagłe   poczuł   wątpliwości,   czy   wolno   mu   nadal   ignorować   strzępy 
informacji,   które   nie   przestawały   do   niego   dochodzić.   To,   że   Wenford   spłacił   długi 
Dolpha, że członkowie klanu Remdale'ów w najmniejszym stopniu nie czuli do siebie 
sympatii i że stary książę umarł w samą porę, by nie ożenić się i nie począć potomka, 
który by zajął miejsce Dolpha, było prawdopodobnie zbiegiem okoliczności. Ale teraz 
Dolph zdawał się napomykać, że ta śmierć była morderstwem. Przyjęcie takiego sposobu 
postępowania   było   niebezpiecznym,   ale   raczej   logicznym   krokiem   w   przypadku 
człowieka, który rozpaczliwie starał się udawać, że jest niewinny.

Cała sprawa zarówno intrygowała go, jak i krańcowo drażniła, zwłaszcza że sam nie 

zaplanował jeszcze tak starannie własnego postępowania. Gdyby nie to, że zachowuje się, 
jakby   zadurzył   się   w   jakiejś   dzierlatce,   mógłby   w   dużo   bardziej   bezpośredni   i   mniej 
konwencjonalny sposób próbować zapobiec przeklętym plotkom Dolpha.

Zatrzymał się u stóp własnych frontowych schodów. Sprawa była poważniejsza niż 

udawanie, że się w niej zadurzył. Inaczej nigdy by go tak nie wyprowadziło z równowagi 
to, że dała swój kolczyk staremu. Pocałowała go dziś rano i jej pocałunek był kompletnie 

background image

inny niż tysiące, jakimi go już obdarzono. Te delikatne, ciepłe wargi tak go podnieciły, że 
niewiele brakowało, a zdarłby z niej ubranie.

– Daj mi zgadnąć – dobiegł zza jego pleców uszczypliwy głos. – Jesteś tak pijany, że 

nie możesz sam wejść po schodach.

–  Richard  – powitał  go wzdrygnąwszy  się  Jack.   – Jakże   miło   z  twojej strony,  że 

przyszedłeś z tak daleka do mego skromnego domu, by dowiedzieć się o moje zdrowie.

–   Ni   cholery   mnie   ono   nie   obchodzi   –   odparł   lord   Hutton   szorstko.   –   Wolno   ci 

przychodzić  na   urodziny   Bea,   na  Boże   Narodzenie   i   na  świętego   Michała.   Ale   przez 
ostatnie dwa dni odwiedzałeś mój dom dwa razy. Nadużywasz swoich przywilejów.

– Będę  się  widywał z siostrą,  kiedy  tylko zechcę  – odpowiedział  Jack i w końcu 

odwrócił się twarzą do szwagra. Przepływały przez niego fale gniewu i bólu, od czego 
szczęki   mu   się   zaciskały,   a   mięśnie   pleców   sztywniały.   Może   Richard   miał   więcej 
powodów, żeby go nie lubić, niż ktokolwiek inny w Londynie, ale ostatnio ta nieustępliwa 
nienawiść zaczynała mu dokuczać. Alison najwyraźniej znała Lilith, a on chciał, musiał 
się o tej dzierlatce dowiedzieć tyle, ile tylko się da. To ona skusiła go, żeby wrócił do 
Huttonów, kiedy przez ostatnie pięć lat nic nie było w stanie tego dokonać.

– Nie chcę cię widzieć w pobliżu Beatrice – powiedział szwagier stanowczo. – Dość 

będzie miała problemów, żeby nienagannym trybem życia zmazać winę, iż ma ciebie za 
wuja, nie musisz na dodatek uczyć jej niecnych postępków.

– Ona ma cztery lata, Richardzie. Mało prawdopodobne, żebym ją nauczył pić czy grać 

w karty.

– Ona cię uwielbia.
– Jesteś zazdrosny? – zakpił Jack.
Richard   już   zaczynał   odpowiadać,   ale   odwrócił   się   do  markiza   plecami   i  sztywno 

ruszył   w   kierunku   gniadego   wałacha,   którego   demonstracyjnie   zostawił   tuż   za   bramą 
prowadzącą na krótki podjazd.

–   Może   nigdy   się   bardziej   nie   zbliżę   –   zawołał   do   swojego   byłego   partnera   i 

przyjaciela Jack, chociaż nie wiedział, po co zadaje sobie ten trud. Richarda nie będzie to 
obchodziło.

Hrabia zatrzymał się.
– Nie zbliżysz się bardziej do czego? – zapytaj wciąż jeszcze odwrócony do szwagra 

plecami; w jego głosie pojawiło się jednak niechętnie zaciekawienie.

– Do tego, co ty masz.
Jack odwrócił się i zaczął wchodzić po płytkich stopniach; kiedy znalazł się na górze, 

Peese otworzył przed nim drzwi. Markiz nie spodziewał się odpowiedzi i zdziwił się, 
kiedy Peese spojrzeniem pobiegł gdzieś za jego plecy w kierunku podjazdu.

– To nie ja odebrałem ci szansę na to, Jacku – doszedł do niego bardziej spokojny głos 

background image

Richarda.

Markiz zatrzymał się.
– Nie. To byłem ja sam. – I wszystko co mu zostało, to możliwość mszczenia się na 

dzierlatce   młodszej   od   niego   o   lat   dziesięć,   a   o   wiek   mniej   skompromitowanej.   Gra 
wprawdzie rozwijała się wspaniale, ale on tracił już chęć, by ją kontynuować.

Wszedł do domu, pochylił się, żeby podnieść książkę i kawałek papieru, który leżał na 

podłodze   w   holu.   Liścik   napisany   wdzięcznym   pismem   Lilith   ostrzegał   go   przed 
straszliwymi plotkami, za które po części czuła się odpowiedzialna. Na twarzy markiza 
pojawił się niespodziewanie lekki uśmiech, podniósł list i powąchał go. Pachniał lawendą. 
Pachniał   nią.   Jack   wsunął   list   do   kieszeni   i   wrócił   do   saloniku   i   swojej   książki   z 
wierszami. Różnie się mogły sprawy ułożyć, ale przynajmniej dzięki tej grze będzie mógł 
z nią zatańczyć jeszcze raz walca dziś wieczorem na balu.

Lilith spędziła całe popołudnie przykładając się do tego, by się okazać sumienną córką 

i usiłując wyrzucić z głowy wszelkie myśli o markizie Dansburym. Jego objęcia były 
upajające, oszałamiające, napełniały ją szaloną radością. Był ucieleśnieniem wszystkiego, 
czym ją uczono pogardzać i z przerażeniem uświadomiła sobie, jak bardzo pragnie go 
znowu zobaczyć, porozmawiać z nim, dotknąć go. Kiedy byli tylko we dwoje i nikt nie 
mógł jej besztać czy przypominać, że ma pamiętać o manierach i o tym jak się wyraża, 
czuła się taka wolna, jakby mogła mówić i robić wszystko, co tylko zechce. A na myśl 
przychodziły jej sprawy bardzo dalekie od tego, nad czym się powinna zastanawiać.

Z rozmysłem ubrała się w najbardziej konserwatywną i skromną suknię i usiłowała 

zastanawiać   się   nad   możliwie   dużą   ilością   możliwie   poważnych   spraw.   Niestety 
większość z nich wydawała się skupiać na prowadzeniu uprzejmej pogawędki z nowym 
księciem   Wenfordem.   Jack   wielokrotnie   ostrzegał   ją,   żeby   się   przed   nim   miała   na 
baczności, ale ona bardziej się bała, że zanudzi ją tępota Dolpha, niż że wpadnie w jego 
nikczemne szpony.

Schodząc po schodach, by przyłączyć się do rodziny, z trudem powstrzymywała się od 

śmiechu.   Doszło   do   tego,   że   dżentelmen   o   zrujnowanej   reputacji   ostrzegał   ją   przed 
dżentelmenem przyzwoitym. Już wiedziała, z którym z nich będzie z większą radością 
tańczyła, ale będzie to musiał być ich ostatni taniec i ostatnie spotkanie. Ani jej serce, ani 
reputacja nie wytrzymają, jeżeli choć trochę przeciągnie tę znajomość.

Doroczne przyjęcie u Cremwarrenów było sławne i kiedy Lilith weszła na zatłoczoną 

salę balową, miała kłopoty, żeby nie stracić z oczu ciotki, nie mówiąc już o szukaniu 
mniej czy bardziej szacownych konkurentów. Z westchnieniem pomachała ręką do Mary 
Fitzroy. Nie ma co się wypierać, że bardziej pałała chęcią zobaczenia Dansbury'ego, niż 
któregoś   ze   swoich   idealnie   przyzwoitych   konkurentów   –   czy   kogokolwiek   innego. 
Zaabsorbowana myślami podskoczyła, kiedy ktoś chwycił ją za łokieć.

background image

– Mam nadzieję, że następny walc należy do mnie – powiedział z uśmiechem Dolph 

Remdale.

–   Oczywiście,   wasza   wysokość.   –   Stali   przez   chwilę   patrząc   na   siebie   i   usiłując 

uniknąć   potrącania   przez   pozostałych   gości.   Lilith   czuła   się   niesłychanie   niezręcznie; 
poruszyła się niepewnie. W końcu wiedziała o śmierci starego księcia o tydzień wcześniej, 
niż poinformowano o niej jego bratanka. – Z przykrością usłyszałam o stracie, jaką wasza 
wysokość poniósł – odezwała się w końcu. – Wuja waszej wysokości będzie... brakowało.

Nie   bardzo   to   wyszło   gładko,   ale   Dolph   skłoniwszy   blond   głowę,   chyba   przyjął 

kondolencje.

– Dziękuję pani za słowa współczucia. Wuj Geoffrey należał do ekscentryków, ale jak 

mi się zdaje, miał dla pani wiele sympatii.

Zaczęła   grać   orkiestra   i   Dolph   podał   jej   ramię,   by   poprowadzić   ją   na   parkiet, 

wypolerowany do doskonałości. Tańczył z niemal takim samym wdziękiem jak Dansbury, 
chociaż wydawał się traktować taniec z większą rezerwą, a przynajmniej poprawnością. 
Przy markizie miała szalone wrażenie, że może on porwać ją na ręce albo spróbować 
pocałować, albo unieść na balkon, jeżeli przyjdzie mu do głowy taki kaprys. Nie mogła się 
powstrzymać, żeby go nie poszukać wzrokiem. Po chwili dostrzegła go, stał obok jej brata 
i rozmawiając z nim przypatrywał się jej.

Ciemne   oczy   zabłysły,   kiedy   napotkał   jej   spojrzenie   i   przez   króciutką,   dreszczem 

przejmującą chwilę Lilith zastanawiała się, czy nie jest zazdrosny. Lepiej żeby William 
nie mówił Dansbury'emu o planach ojca dotyczących jej i Wenforda, chociaż, jak znała 
swojego brata, prawdopodobnie paplał na ten temat od chwili, kiedy markiz pojawił się na 
sali. Nie miało to jednak znaczenia, co Jack sobie pomyśli. Nie mogła pozwolić, by miało 
to znaczenie. Zdecydowanie odwróciła wzrok.

– Widzę, że przygląda się pani Dansbury'emu – powiedział niespodziewanie Dolph, 

kiedy pospiesznie skierowała uwagę z powrotem na swego partnera.

–  Wpatrywał się  we  mnie   dosyć  niegrzecznie,   więc  odpłaciłam mu   tym  samym  – 

improwizowała Lilith.

– Byłoby mądrzej po prostu go zignorować – doradził jej łagodnie książę. – Tych, 

którzy nie cieszą się jego sympatią, spotyka niekiedy niemiły los.

Lilith dech zaparło w piersi. Przecież nie będzie chyba akurat przy niej rzucał na 

Dansbury'ego podejrzeń. Nie zrobi tego, skoro wiedział, że markiza i jej brata łączą więzy 
przyjaźni.

– Czy mówi pan o czymś szczególnym? Książę przytaknął.
– Nie lubię plotek, ale być może dla pani własnego bezpieczeństwa lepiej będzie, żeby 

się pani dowiedziała. Była taka kobieta w Paryżu, która go upokorzyła, a on do niej strzelił 
i ją zabił. Chodzą plotki, że po powrocie do Londynu zabił co najmniej dwóch mężczyzn 

background image

w   pojedynkach.   Miewa   czarne   nastroje.   –   Dolph   przerwał,   ponownie   spoglądając   w 
kierunku Dansbury'ego. – Faktem jest – ciągnął dalej, jakby się nad czymś namyślał – że 
niemal zastanawiam się, czy nie miał czegoś wspólnego ze śmiercią mojego wuja. Jego 
nienawiść   do   wuja   Geoffreya   dobrze   jest   znana.   A   okoliczności   śmierci   wuja   były 
zarówno niefortunne, jak bardzo nietypowe.

Kiedy Jack mówił o tamtej kobiecie, o Genevieve, która zginęła we Francji, słyszała 

żal w jego głosie. Usiłował go ukryć, ale zaczynała już poznawać się na jego nastrojach i 
wyrazach   twarzy   i   poczuła   naglą   chęć,   by   bronić   zaszarganej   opinii   markiza 
Dansbury'ego.

– Jestem pewna, że pogłosek nie zabraknie – odparła sztywno – ale ja zawsze wolałam 

wyrobić sobie własne zdanie.

– To bezużyteczne zajęcie. – Książę uśmiechnął się do niej. Lilith zmarszczyła brwi.
– Co wasza wysokość ma na myśli? Książę zachichotał.
– Jest pani piękną kobietą. Wszystko inne jest bezużyteczne. Kobieta zna się tylko na 

sprawach serca, jak zawsze powiadam.

Lilith osłupiała i patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Zaraz potem poczuła 

urazę i gniew. Wenford niczego o niej nie wiedział – jak śmie obrażać jej inteligencję!

– Jeżeli taka jest opinia waszej wysokości – powiedziała sztywno, czerwieniąc się – to 

może powinniśmy...

– Proszę nie zadawać sobie trudu, by się obrażać – odparł protekcjonalnie, a jego 

dobry humor zniknął. – Proszę się tylko uśmiechać i ślicznie wyglądać. Niczego więcej się 
od pani nie wymaga. – Zanim Lilith zdążyła wymyślić jakąś jadowitą odpowiedź, książę 
znowu rzucił okiem na Dansbury'ego. – Odzywanie się w chwilach, kiedy mowa nie jest 
konieczna, może tylko wplątać panią w przeróżnego typu idiotyczne komplikacje.

– A więc nie będę więcej z panem rozmawiała – powiedziała Lilith przez zaciśnięte 

zęby.

Dolph wzruszył ramionami i skierował znowu te tak powszechnie podziwiane, błękitne 

oczy na nią.

– Będzie pani mówiła w ten pochlebny sposób, w którym, jak powiadają, celuje pani. 

Wszyscy dżentelmeni z dobrego towarzystwa opowiadają o szacunku, z jakim ich pani 
traktuje. A im wyższy tytuł, tym milsza pani bywa, jak się zdaje. Podobnie ma się sprawa 
z   pani   ojcem.   Starszy   pan   czuje   się   bez   reszty   zafascynowany   moim   tytułem,   takie 
odnoszę wrażenie. – Zacisnął mocniej palce na jej dłoni. – Prawdę rzekłszy, ja również 
czuję   się   panią   zafascynowany,   panno   Benton.   Nic   na   to   nie   poradzę,   pomimo   pani 
skandalicznych związków z Dansburym.

– Nie łączą mnie żadne związki z Dansburym. Ale mimo to znajduję go dużo bardziej 

pociągającym   niż   pana,   wasza   wysokość   –   warknęła   Lilith,   której   cierpliwość   się 

background image

wyczerpała. Ten człowiek był jeszcze gorszy niż jego wuj.

– Pilnuj swoich manier, dziewczyno – mruknął książę, a jego oczy na moment zrobiły 

się niegodziwe – albo ktoś ich przypilnuje za ciebie.

Spojrzała w jasnoniebieskie oczy Dolpha Remdale'a i po raz pierwszy się go przelękła. 

Przelękła się i zmartwiła. Obiecała ojcu, że poślubi tego, kogo on wybierze. A on wybrał 
nowego księcia Wenforda.

Dolph uśmiechnął się szerzej.
– Jak się wydaje, jest pani pojętną uczennicą. Szkoda. – Zerknął znowu w kierunku 

Jacka, a po obrocie w tańcu odszukał wzrokiem jej ojca. – Pani drogi papa ma minę tak 
pełną nadziei. Może go uszczęśliwimy, Lilith? Co powiesz?

–   Pan...   pan   chyba   nie   mówi   serio   –   wyjąkała   z   pobladłą   twarzą.   Miała   ochotę 

rozkrzyczeć się, zemdleć, wyrwać się z jego uścisku i uciec z sali.

Dolph wzruszył ponownie ramionami.
– A czemu nie? Prędzej czy później powinienem się ożenić, a wolę mieć w łóżku 

ciebie niż którąś z tych zezowatych dzierlatek podpierających ściany. – Szarpnął ją bliżej 
siebie tak, że jego oddech owiał jej twarz. – Nie mogę się doczekać, aż cię będę miał, 
Lilith – zamruczał.

– Nigdy – syknęła.
– Założymy się? – odparł ze swadą, a jego nastrój błyskawicznie znowu się zmienił.
Walc dobiegł końca i Lilith usiłowała się wyrwać. Książę trzymał ją jednak mocno, 

położył jej dłoń na swojej ręce i ścisnął tak, że mógł ją posiniaczyć.

– Niech mnie pan puści – wyszeptała, szarpiąc się w jego uścisku.
– Uśmiechaj się, kochanie – odparł tym samym tonem. – Nie chcesz chyba zrobić 

sceny, prawda?

Miał   rację.   Chociaż   tak   się   go  bała   i  brzydziła,   niewiele   mogła   zrobić   w  miejscu 

publicznym. Prywatnie porozmawia z ojcem, poinformuje go, jakim potworem jest Dolph 
Remdale  i będą mogli  mu spokojnie podziękować za jego starania. Lilith zerknęła na 
księcia, kiedy zatrzymał się przed lordem Hamble. Prawie jej nie znał. To był ich pierwszy 
taniec i pierwsza tak naprawdę rozmowa, jaką kiedykolwiek prowadzili. Nie mógł mówić 
poważnie. Nie mógł.

– Hamble – powiedział książę, uśmiechając się serdecznie do Lilith – pana córka jest 

wyjątkowa.

– Dziękuję, wasza wysokość. – Ojciec promieniał. – Robiłem co w mojej mocy, by jak 

najlepiej ją wychować.

–   Będę   musiał   porozmawiać   oczywiście   z   moim   zarządcą   i   z   tymi   dziesiątkami 

prawników, których mój wuj uznał za konieczne zatrudniać – ciągnął dalej książę, jakby 
omawiał   kupno   nowego   powozu   albo   zaprzęgowego   muła   –   ale   nie   widzę   żadnych 

background image

przeszkód. Czy zechce pan odwiedzić mnie jutro, żebyśmy mogli omówić sfinalizowanie 
przygotowań?

Przez   moment   nawet   wicehrabia   wydawał   się   zaskoczony   szybkością   poczynań 

księcia. Zamrugał kilkakrotnie oczami, potem szeroko się uśmiechnął i podał mu rękę.

–   Z  ogromną   przyjemnością,   wasza   książęca   mość.   Dolph   ujął  dłoń   ojca   Lilith,  a 

potem przemocą objął jej własne palce i uniósł je w górę. Lekko przesunął wargami po 
kostkach dłoni i wreszcie ją puścił. Lilith natychmiast cofnęła się o krok. Najbardziej na 
świecie   pragnęła   rzucić   się   do   ucieczki,   ale   nie   pozwoliły   jej   na   to   pełne   radosnego 
uniesienia uściski ciotki Eugenii.

– Och, moja droga – rozpływała się, promieniejąc ciotka. – Cóż za cudowna nowina!
– Tak – zgodziła się z nią Lilith wyrywając się. – Dziękuję. Proszę mi wybaczyć.
Niemal nie zdając sobie sprawy z tego co robi, odwróciła się i zaczęła przepychać 

przez   potrącający   ją,   duszący   tłum.   Niczego   nie   było   jej   tak   trzeba,   jak   powietrza, 
chwileczki spokoju. Wszystko to było jednym wielkim koszmarem. To nie mogła być 
prawda!   To   się   nie   mogło   naprawdę   zdarzyć.   Ojciec   był   taki   rozanielony,   taki 
zadowolony, że nie potrafiła sobie wyobrazić, co powie, kiedy usłyszy, że ona nie może... 
że nie chce... poślubić Dolpha Remdale'a. W końcu dotarła do balkonu i chwyciła za 
poręcz, żeby pooddychać głęboko rześkim, nocnym powietrzem.

– Gratulacje.
Lilith okręciła się gwałtownie i zobaczyła, że w cieniu, o kilka stóp od drzwi, stoi Jack. 

Na moment dech jej zaparło, potem rozdygotana zaczęła oddychać znowu. Jack będzie 
wiedział, co zrobić. Postąpiła krok w jego stronę, ale on podniósł dłoń, żeby ją zatrzymać.

– Dobra robota – ciągnął dalej tym samym cichym tonem.
Lilith zatrzymała się.
– Jacku...
– I to do tego książę – ciągnął dalej. – Winien jestem pani przeprosiny.
– Za co? – To był ten Dansbury, którego nie lubiła, zimny, cyniczny, arogancki.
– Myliłem się. Jest pani Lodową Damą.
– Jak może pan tak mówić? – szepnęła oszołomiona i zszokowana po raz drugi tego 

wieczoru.

Wzruszył niedbale ramionami, ale oczy połyskiwały mu w świetle księżyca, kiedy na 

nią patrzył.

– A jak mógłbym tego nie powiedzieć? – zamruczał głosem lodowatym od cynizmu, w 

którym  pobrzmiewał  jednak  mroczny,  gorący   gniew. –  Udało się   pani zrobić świetną 
partię z tym potworem. Czy nie pamięta pani, jak rozmawialiśmy o tym, że mógł on zabić 
swojego wuja, byle uzyskać tytuł? Och, ale on jest człowiekiem poważanym, czyż nie? 
Musi być pani taka zadowolona.

background image

Lilith zacisnęła pięści.
– Przypuszczam, że to prawda – powiedziała z udawanym spokojem, chociaż chciała 

krzyczeć, bić go i powiedzieć, że liczyła na to, iż ją pocieszy i pomoże. – Może on jest 
zabójcą. – Tu pokazała palcem na pierś markiza, siłą woli powstrzymując drżenie dłoni. – 
Ale pan wedle własnego wyznania jest mordercą.

Pospieszny, gniewny oddech Jacka powiedział jej, że trafiła w dziesiątkę.
– Prawda – odezwał się kąśliwie. – Chociaż w pani przypadku odniosłem wrażenie, że 

nie ma mi pani tego bardzo za złe. To tylko samo wyznanie panią uraża, czyż nie, Lilith?

– To pan mnie uraża – odpaliła wściekła i zraniona.
– To uczucie odwzajemn...
– Jak pan śmie! – przerwała mu, podeszła o krok bliżej, po jej twarzy spływały łzy. – 

Jest pan tak piekielnie samolubny, że uważa pan, że wszyscy inni również dbają tylko o 
własną przyjemność. Nie każdy jest takim egocentrycznym gburem jak pan, Dansbury. 
Moje postępki mają wpływ na moją rodzinę, pomagają jej lub szkodzą. Moja rodzina chce, 
żebym   wyszła   za   Wenforda.   A   ja   chcę   zadowolić   moją   rodzinę.   –   Lilith   sama   nie 
wiedziała, kogo próbuje przekonać, siebie czy Jacka, ale on nie zostawił jej czasu na 
zastanowienie.

–   A   kiedy   pani   rodzina   będzie   bezpieczna   i   szczęśliwa   w   Hamble   Hall,   a   Dolph 

zalewając się potem będzie orał w małżeńskim łożu, czy wtedy będzie pani zadowolona? 

Chwycił ją za ramiona. – Nie jesteś głupia, Lilith – syknął potrząsając nią – i nie jesteś 

ślepa. Na litość boską, otwórz oczy, zanim on cię zabije. Albo jeszcze gorzej.

Nagle puścił ją i nie obejrzawszy się ani razu wrócił na oświetloną, hałaśliwą salę. 

Lilith zachwiała się i szlochając  chwyciła znowu z całych sił za kamienną  balustradę 
balkonu.   Nienawidziła   go.   Nienawidziła   Dansbury'ego   i   jego   głupiej,   egocentrycznej 
arogancji. Ale to nie wyjaśniało, dlaczego czuła się tak, jakby jej ostatnia, najlepsza i 
jedyna nadzieja na ucieczkę przed koszmarem Wenforda właśnie ją opuściła.

Jack Faraday siedział w bibliotece przed buzującym na złoconym kominku ogniem, 

nogi wyciągnął przed siebie i skrzyżował je w kostkach. Powoli podniósł kartę. Trójka 
karo. Starannie spojrzał wzdłuż jej skraju, potem pstryknął nią w kominek. Karta z sykiem 
buchnęła   płomieniem   i   zniknęła.   Metodycznie   podniósł   następną   kartę   i   powtórzył 
czynności, z tym samym wynikiem.

Był już w połowie drugiej talii, a czarny, krążący mu po żyłach gniew, nie zelżał ani na 

jotę.

– Głupiec – mamrotał, strzelając piątką pik w płomienie. – Idiota. – Jako następna 

poleciała dziewiątka kier. – Półgłówek. – Dziesiątka pik zmieniła się w garstkę popiołu.

Ktoś zastukał w drzwi.
– Nie ma mnie w domu – zawołał i wrócił do niszczenia kart.

background image

– Wiem, wielmożny panie – odparł Peese, jego głos tłumiły mocne, dębowe drzwi – 

ale gdyby pan był w domu, czy zechciałby pan przyjąć pana Price'a, który czeka w holu na 
pana odpowiedź?

– Jesteś zwolniony, Peese – powiedział Jack.
– Tak, wielmożny panie – odpowiedział lokaj cierpliwie. – Ale co z panem Pricem?
– Nie.
– Bardzo dobrze, wielmożny panie.
Ogień   pochłonął   jeszcze   dwie   karty,   z   potem   drzwi   do   biblioteki   otworzyły   się   i 

wszedł Price.

– Tak, wiem, że cię nie ma w domu, a gdybyś był, fatalnie pogorszyłoby to twój 

humor, gdyby ci się ktoś tu wpakował.

– Zamknął za sobą drzwi, potem zawahał się, kiedy następna karta pożeglowała w 

kierunku ognistej śmierci. – No, no – ciągnął dalej spokojniejszym tonem i zajął miejsce 
po prawicy Jacka. – Tego to już od dłuższego czasu nie widziałem.

Nie zwracając na niego uwagi, Jack wziął kartę z drugiej talii. Oczywiście, królowa 

kier.   Patrzył   na   nią,   próbując   wydusić   z   niej   jakieś   znaczenie,   ale   czerwona,   plaska 
monarchini   miała   niewiele   wspólnego   z   czarnowłosą   czarodziejką,   która   właśnie 
wymknęła mu się z rąk, by wpaść prosto w ramiona węża. Z posępną twarzą wypuścił 
kartę, ale ona zamiast wylądować w ogniu, skręciła w ostatniej chwili i upadła obrazkiem 
do góry na skraj kominka.

Siedzący obok niego Price pochylił się, popatrzył na kartę i znowu się oparł.
– Kłopoty z kobietami, jak przypuszczam? – Skomentował, podsuwając Jackowi pod 

wyciągniętą rękę trzecią talię kart ze stosu na stole.

– Nie.
– Aha. – Ogden odchrząknął. – A więc nie może to mieć nic wspólnego z zaręczynami 

panny Benton.

–  Zaręczyła  się?   –  Wydusił  z   siebie  Jack,  rzuciwszy   okiem  na  towarzysza.   –  Nie 

słyszałem.

– Kłamca. – Price wziął drugą talię i zaczął ją z roztargnieniem tasować w zręcznych 

dłoniach. – Mnie to naprawdę jest obojętne, tak czy owak, tyle że jak się zdaje wygrałem 
te sto funtów, o które założyłem się z Landonem. Mówiłem mu, że nie uda ci się jej 
posiąść.

A Dolph Remdale będzie mógł ją brać, kiedy tylko mu przyjdzie ochota.
– Sezon się jeszcze nie skończył – warknął Jack przez zaciśnięte zęby.
Price uniósł w górę brew.
– Może przydałby ci się... jak by to powiedzieć... wieczór w towarzystwie jakiejś 

uległej towarzyszki.

background image

–   Prawdopodobnie.   –   Takie   nic   nie   znaczące   tłamszonko   z   jedną   z   tych   nowych, 

włoskich śpiewaczek, które zaszczycały scenę operową, pewnie tego mu trzeba. Minął już 
tydzień od zerwania z Camillą i od tego czasu nie miał nikogo. Wszystkie swoje wysiłki i 
całą energię skupiał na Lil Benton, tylko dlatego, że to, co zaczęło się jako małostkowa 
zemsta, przerodziło się w coś, czego nie umiał ubrać w słowa. Chyba żeby przyznał, iż był 
wielkim głupcem, sądząc, że jakakolwiek kobieta kiedykolwiek pójdzie za głosem serca, a 
nie rocznego dochodu i że – co frustrowało go nawet bardziej – pragnął jej teraz silniej niż 
na samym starcie tej swojej idiotycznej gierki.

– Ale ty nie masz zamiaru znaleźć sobie żadnej z modnych nieczystych – zauważył 

Price po chwili. – Prawda?

– Prawda.
Price znowu odchrząknął.
– No to może lepiej sobie pójdę. – Na wpół oczekiwał prośby, żeby się zatrzymał, ale 

zaproszenia nie było, więc w końcu się podniósł. A nawet wtedy nie przestał przestępować 
z nogi na nogę, podczas gdy Jack nadal go ignorował. – Prawdziwym powodem,  dla 
którego tu przyszedłem – powiedział w końcu – było to, że chciałem nadmienić, iż kiedy 
dosyć   niespodziewanie   opuściłeś   wieczorek   u   Cremwarrenów,   zaczęły   się   rozchodzić 
jakieś plotki, że podobno starego Wenforda otruto.

Jack przerwał w połowie następny rzut i podniósł na niego oczy.
– A więc to w taki sposób to zrobiłem. Ciekaw byłem. – Dziewiątka pik wleciała w 

ogień.

Price założył ręce za plecy.
– Tak, najwyraźniej za pomocą tej butelki portwajnu, którą mu dałeś. Pustą butelkę 

znaleziono na górze w jego gabinecie.

Nie   było   jej   tam,   kiedy   składał   wizytę   w   gabinecie   Wenforda,   w   noc   przed 

znalezieniem   ciała.   Jeżeli   tam   się   znalazła,   to   stało   się   tak   dopiero   po   odkryciu 
niefortunnego zejścia księcia.

– Aha – powiedział niezobowiązująco.
Price przez jakiś czas przyglądał się jego twarzy, potem kiwnął jeszcze raz głową i 

odwrócił się do drzwi.

– No to dobranoc, Dansbury.
– Dobranoc, Price.
Przez długi czas po wyjściu Price'a Jack siedział i gapił się w ogień. Zauważył namysł 

w   oczach   Price'a,   ciekawość,   czy   Czarny   Jack   Faraday   mógł   naprawdę   mieć   coś 
wspólnego z tym, że stary topór wykorkował. A przecież Price znał go lepiej niż inni.

Markiz zsunął się z fotela i przykucnął przy ogniu. Leniwie zaczął zbierać tych kilka 

kart, które uniknęły całopalenia i wrzucać je jedna za drugą w płomienie. Popełnił błąd w 

background image

dwóch sprawach. Fatalnie pomylił się w ocenie Lilith Benton, zwłaszcza kiedy sądził, że 
może być dla niej czymś więcej niż tylko skandaliczną nowostką. Po drugie, spędził tak 
wiele czasu goniąc za Lilith, że zapomniał o Dolphie. Wenford okazał się chytrzejszy.

A ponieważ pomylił się w ocenie, czekał go znowu nawrót plotek i pomówień, afronty 

i ignorowanie przez dobre towarzystwo. Jack podniósł królową kier. Bolało go to, że się 
co do niej pomylił – chociaż nawet gdyby miał rację, dawno temu stracił już wszelkie 
szanse, żeby zdobyć jej szacunek i względy. Z ponurą miną zmiął królową i wrzucił ją do 
ognia.

– Diabli nadali – zaklął i zmienił pozycję, siadając po turecku na dywaniku przed 

ogniem. Niespokojnie przesunął dłonią po falistych włosach. – Diabli nadali.

background image

13

– Moja siostra, księżna Wenford. – William uśmiechając się szeroko złożył głęboki 

ukłon przed Lilith, która właśnie schodziła po schodach. – Kto by to pomyślał? Na Boga, 
złapałaś   najwyżej   utytułowanego   człowieka   w   Londynie.   I   bez   wątpienia   najbardziej 
nudnego.

Lilith przełknęła ślinę z silnym postanowieniem, że się nie rozpłacze. Tyle płakała 

przez ostatnie dwa dni, że powinno jej to wystarczyć na całe życie.

– Wolałabym o tym chwilowo nie mówić, jeżeli pozwolisz – powiedziała wyniośle. – 

Wybieram się po zakupy. Mam przed sobą przygotowania do balu zaręczynowego.

Za dwa dni, kiedy oficjalnie zostaną ogłoszone jej zaręczyny, będzie już za późno na 

wszystko. Chociaż dla niej pewnie było za późno od chwili, kiedy przed sześciu laty 
zniknęła bez słowa jej matka. William patrzył na nią przez chwilę, najwyraźniej próbując 
się zorientować w jej nastroju, potem wzruszył ramionami.

– W porządku.
–   Dziękuję   ci.   –   Skinęła   mu   głową   i   przeszła   obok,   żeby   odebrać   rękawiczki   od 

Bevinsa. Usłyszała, że William po chwilowym wahaniu odwrócił się i poszedł za nią; 
zebrała siły w oczekiwaniu na to, co brat może teraz powiedzieć.

– Lil, czy słyszałaś kiedyś o Haremie Jezabeli?
Lilith obejrzała się przez ramię. Jej brat miał błazeński wyraz twarzy, który zwykle 

przybierał, kiedy usiłował ją rozweselić. Ale przynajmniej tym razem nie miała ochoty 
słuchać bzdur.

– Czy nazwa przypomina miejsce, o którym mogłam słyszeć? – burknęła.
Na wargach Williama pokazał się heroiczny uśmiech, a zaraz potem zniknął.
–   Przypuszczam   że   nie   –   ciągnął   dalej   dzielnie.   –   Ale   żałuję,   że   nie   jesteś 

dżentelmenem, bo mógłbym zabrać cię ze sobą, kiedy następnym razem będę tam szedł z 
Jackiem. Poszliśmy do Haremu wczoraj wieczorem; są tam takie panie, które nie mają na 
sobie  nic poza  paroma   welonami.  Niewiele  jednak  te  welony  kryją. Jedna   z nich  nie 
przestawała   siadać   Jackowi   na   kolanach,   ale   jego   bardziej   interesowało   opróżnianie 
butelki   brandy.   –   William   wykrzywił   się   z   udanym   zdumieniem.   –   Jack   odmówił 
dzierlatce ubranej w kilka chusteczek do nosa. Dziwaczne, nie uważasz?

Lilith drgnęła na wzmiankę o Dansburym.
– Wiliamie, nie chcę o tym słyszeć – poinformowała go chłodno. Popatrzyła w lustro, 

włożyła czepek, zawiązała wstążki pod brodą. Zza jej ramienia wyjrzała w lustrze twarz 
brata.

–   Co   cię   ugryzło?   Jak   ci   opowiadałem   o   figlach   Jacka,   to   zawsze   po   ścianach 

chodziłaś.

background image

– Nie słyszałeś? – odparła, naciągając rękawiczki. – Jestem Lodową Damą.
– Nie, wcale nie jesteś, Lil – zaprotestował. – Przestań. Odwróciła się twarzą do niego.
– Dlaczego?
–   Bo   nie   jesteś   i   już.   Jeżeli   nie   chcesz   poślubić   Wenforda,   wystarczy,   żebyś 

powiedziała ojcu...

– To dobra partia – przerwała, klepiąc go po policzku i uśmiechając się najpogodniej, 

jak potrafiła, chociaż pewnie nie wyglądał ten uśmiech zbyt autentycznie. – No i będę 
księżną, jak sam mówiłeś. Któż mógłby chcieć czegoś więcej?

Zanim zdążył odpowiedzieć, Lilith odwróciła się, by Bevins mógł pomóc jej zarzucić 

na   ramiona   ciężki   szal.   Już   była   w   drzwiach   i   kierowała   się   w   stronę   Milgrewa   i 
czekającego powozu, kiedy jej brat w końcu się odezwał.

– Jack też nie chce już o tobie rozmawiać – rzekł cicho.
Lilith zmyliła krok i próbowała ukryć to poprawiając szal.
– Nic mnie to nie obchodzi – powiedziała nie odwracając się; Milgrew pomógł jej 

wsiąść do powozu.

Dzięki Bogu lady Sanford domyśliła się chyba, że Lilith i Penelopa czekają tylko, żeby 

porozmawiać na osobności. Kiedy Milgrew przystanął, by zabrać pozostałe dwie damy, a 
potem   zawiózł   je   na   Bond   Street,   matkę   Pen   tak   bardzo   zainteresował   pewien   sklep 
modniarski,   że   nie   zgodziła   się   z   niego   wyjść,   zanim   nie   znajdzie   czegoś,   w   czym 
mogłaby chodzić. Lilith i Pen zostały na zewnątrz w bladym słońcu i czekały na nią.

– Wiem, że nie jesteś szczęśliwa – powiedziała Penelopa cicho, rzuciwszy okiem na 

pełną krzątaniny ulicę – ale jego wysokość jest przystojny i bogaty, Lil. Może to się 
jednak liczy?

Dla jej ojca się liczyło.
–   To   nie   ma   znaczenia,   Pen   –   odparła,   przyglądając   się   bez   zainteresowania   lady 

Phoebe   Dewhurst;   ta   groźna   dama   podjechała   właśnie   powozem   razem   z   orszakiem 
lokajów   obładowanych   paczkami.   –   Decyzja   została   podjęta.   On   i   mój   ojciec 
przypieczętowali postanowienie uściskiem dłoni, a prawnicy zredagowali coś w rodzaju 
ugody dotyczącej mojego posagu. Jeszcze dwa wieczory i ciotka Eugenia będzie witała 
wszystkich w Benton House na moim balu zaręczynowym.

– Dlaczego tak szybko?
– Tak sobie życzył jego wysokość – odparła Lilith, która nie miała ochoty powtarzać, 

jak naprawdę brzmiała ta rozmowa. – Żadnego marnowania czasu – powiedział ojciec 
wróciwszy z Remdale House. – Tego książę sobie życzy. Ma się odbyć ślub i koniec z 
tymi bzdurami. I tak się stanie. – Popatrzył na nią tak, że wszelkie protesty uwięzły jej w 
gardle. Pragnął tego małżeństwa przez ostatnie sześć lat, o ile nie przez całe życie.

– Jego wysokość naprawdę musi być w tobie zakochany – odezwała się Pen, chociaż 

background image

ani w jej głosie, ani na twarzy nie widać było entuzjazmu.

– Musi być – zgodziła się z nią bezdźwięcznie Lilith. – Porozmawiajmy  o czymś 

innym. – Usiłowała przekonać samą siebie, że źle zrozumiała Dolpha na balu albo że 
może  był  tak  zdenerwowany  oświadczynami,  iż   się  niezręcznie   wyraził.  Ani  razu  nie 
widziała się z nim od tamtego wieczoru, ale przecież nie dała mu absolutnie żadnych 
powodów, by był dla niej okrutny. Prawie się nie znali.

– W porządku – zgodziła  się Pen i z namysłem  zmarszczyła  nosek.  W końcu się 

rozjaśniła. – Czy markiz Dansbury bardzo był zdruzgotany tą wiadomością?

– Wątpię, czy jest zdolny odczuwać coś takiego – odpowiedziała Lilith nonszalancko, 

zerknęła na przyjaciółkę i odwróciła wzrok. Poznała się też na Jacku Faradayu. Kiedy 
doszło   do   niego,   że   przegrał   prowadzoną   przez   siebie   grę,   zaczął   wrzeszczeć   i   tupać 
nogami, i dąsać się, i już nigdy go nie zobaczy. I chwała Bogu! To na pewno nie przez 
niego zasypiała płacząc przez ostatnie trzy noce.

– Naprawdę ci się podobał, prawda? – zapytała Penelopa.
– Ani trochę. To łajdak i hulaka, i hazardzista, i jeżeli już nigdy go nie zobaczę, będę 

całkiem szczęśliwa, zapewniam cię.

– Zapomniałaś, że jeszcze na dodatek morderca. Lilith zbladła.
– Co?
– Nie słyszałaś? Wszyscy mówią, że to on musiał zabić starego Wenforda. Że dał 

księciu butelkę wina, a ono było zatrute. – Przysunęła się bliżej. – Nawet znaleźli tę 
butelkę, tak słyszałam.

– To... to jakieś bzdury – zaprotestowała Lilith. – Dansbury jest okropny, to prawda, 

ale nigdy by nikogo nie zamordował. To absurd.

– A co z tą kobietą w Paryżu?
– Jeżeli uważasz, że jest zabójcą, to dlaczego taka byłaś podniecona, kiedy za mną 

gonił?

Pen wzruszyła ramionami.
– Ponieważ ty nie wierzysz, że jest zabójcą.
– Ja...
– I ponieważ wydawało mi się, że ci się podoba.
Jak bardzo jej się podobał, stało się jasne, kiedy ją porzucił. Jack Faraday wniósł w jej 

życie coś, czego nigdy wcześniej nie miała – poczucie, że nie musi się pilnować, że może 
postępować   tak,   jak   chce.   Z   rozedrganym   westchnieniem   pochwyciła   rozpierzchłe 
marzenia i ściągnęła je na ziemię. Prawda była taka, że mogła robić, co chciała, dopóki jej 
wysoce nietypowe zachowanie go bawiło. No cóż, dał jej jasno do zrozumienia, jakie są 
jego uczucia i cieszyła się, że skończyły się te głupie, udawane przez niego konkury.

Popatrzyła na Pen.

background image

– Myliłam się.
Oczy Jacka zwęziły się, kiedy Price rozglądał się po zatłoczonym klubie Boodle'a; już 

od pięciu minut unikał patrzenia markizowi w oczy.

– Idź już, idź – zamruczał ten ostatni, podniósł kieliszek i wysączył z niego brandy. – I 

tak nie spodziewałem się, że cię zobaczę po tamtym wieczorze.

Price rozsiadł się wygodniej.
– Jestem umówiony – powiedział z naciskiem i to po raz trzeci, jakby od powtarzania i 

nacisku   jego   wymówka   mogła   stać   się   bardziej   wiarygodna.   Rozejrzał   się   znowu   i 
pochylił w kierunku Jacka. – Nie mam pojęcia, co ty u diabła chcesz osiągnąć, siedząc 
tutaj – ciągnął dalej już cichszym tonem. – Czy to, że ci robią afront, też należy do jakieś 
twojej gry?

– To nie oni mi robią afront – oznajmił Jack i napełnił sobie znowu banieczkowaty 

kieliszek po brzegi. – To ja im robię afront. Ja. I tobie też. Idź sobie.

Stoliki sąsiadujące po obu stronach z jego stolikiem były puste pomimo wieczornych 

tłumów i Jack nie musiał się rozglądać, by wiedzieć, że inni goście zawzięcie dyskutują na 
temat jego osoby. William był u Antonii. Jack sam niemalże tam poszedł, ale nie czuł się 
na siłach znosić gładkiego wścibstwa mademoiselle St. Gerard. Nie miał również ochoty 
na White'a ani Society, bo wiedział, że tam dadzą mu dużo gorzej po nosie. Boodle był 
stosunkowo bezpieczny, ale nawet tutaj wyczuwał w powietrzu podejrzliwość i napięcie. 
Nie obchodziło go to. Chciał się tylko upić tak, by móc zasnąć i nie widzieć w snach 
twarzy i oczu tej przeklętej, naigrawającej się z niego dzierlatki.

– Jacku, idź do domu – poprosił go jeszcze raz Price, potem wstał i wyszedł.
Jack   nawet   za   nim  nie   spojrzał.   Dolph   Remdale   zrobił   dobrą   robotę   tymi   swoimi 

plotkami. Ernest Landon nie pokazał się dziś wieczorem wcale, a Thomasa Hanlona ponoć 
odwołano na wieś, gdzie miał odwiedzić niedomagającego krewnego. Jego przyjaciele 
umykali   niczym   szczury   z   tonącego   okrętu.   William   Benton   był   jedynym,   który 
zaproponował, że spędzi z nim wieczór, ale William był bratem Lilith, a tym samym zbyt 
mocno przypominał mu o własnym zidioceniu.

Kiedy w kilka minut później Price znowu usiadł z wahaniem naprzeciw Jacka, ten 

nawet nie zadał sobie trudu, by podnieść na niego oczy.

– Jedyną rzeczą gorszą niż tchórz jest tchórz niezdecydowany – powiedział. – Zjeżdżaj 

Price, zanim ciebie również zabiję.

– Mówią, że spowiedź dobrze robi na duszę. – Z miejsca, gdzie powinien był siedzieć 

Price, dobiegał jakiś bardzo odmienny głos – Ale biorąc pod uwagę okoliczności, pewnie 
nie jest to najlepsza metoda obrony twojej reputacji.

Zaskoczony Jack podniósł oczy i czekał, aż mu się wzrok wyostrzy.
– Richard.

background image

–   No   cóż,   pięknie   –   powiedział   jego   szwagier   tym   samym   cichym   głosem.   – 

Przynajmniej nie jesteś pijany do nieprzytomności.

Spotkanie z promiennym bohaterem własnej siostry – nie tego sobie na pewno dziś 

wieczorem nie życzył.

– Nie zbliżałem się do twojej cennej rodziny – syknął, rozkładając się jeszcze szerzej 

na stole i niemalże wylewając przy tym zawartość kieliszka. – Nie rozmawiałem z moją 
siostrą ani z siostrzenicą, ani z twoim cholernym psem, ani praczką. Więc zostaw mnie w 
spokoju.

Richard przyjrzał się swoim paznokciom, potem znowu podniósł oczy.
–   Zrobiłbym   to,   tylko   że   Alison   kazała   mi   cię   znaleźć   i   upewnić   się,   czy   z   tobą 

wszystko w porządku.

– Wprost cudownie. Dobranoc.
– Słuchaj, Jacku, nie większą mam ochotę być tutaj niż... Markiz dźgnął palcem w 

kierunku twarzy szwagra.

–   To   ty   posłuchaj,   Richardzie.   Ja   nie   chcę,   żebyś   tu   był.   Całkiem   nieźle   sobie 

poradziłem, kiedy ostatni raz odwróciłeś się do mnie plecami. Więc nie sądź, że pragnę 
jałmużny, której mógłbyś mi w swoim miłosierdziu udzielić.

Richard przez chwilę siedział bardzo cicho.
–   Ja   odwróciłem   się   do   ciebie   plecami?   –   powtórzył   powoli.   –   Czy   to   właśnie 

powiedziałeś?

Jack nie powinien był się odzywać. Wiedział, że kiedy się do tego stopnia upije, nie 

powinien gadać o niczym,  co go gniewa. Ale taki był już tym wszystkim zmęczony. 
Zmęczony sobą, Czarnym Jackiem Faradayem.

–   Słyszałeś,   co   mówiłem.   –   Podszedł   znowu   lokaj   z   następną   butelką,   ale   Jack 

odprawił go machnięciem ręki. – Rodzina to wszystko. Wiedziałeś o tym? – Wychylił 
kieliszek i z miejsca nalał sobie następną porcję. – Nie wprawiaj rodziny w zażenowanie, 
nie zawiedź rodziny, nie stawiaj siebie przed rodziną. – Jack rozejrzał się po sali, ale reszta 
gości wciąż obchodziła go dużym łukiem, niech ich wszystkich cholera.

–   Ale   ona   najwyraźniej   pojęcia   nie   ma,   co   rodzina   powinna   zrobić   dla   ciebie.   – 

Odchylił się do tyłu i napił się znowu; zaczynał mieć wątpliwości, czy uda mu się dotrzeć 
bez   czyjejś   pomocy   do   powozu.   I   dobrze   mu   tak,   jeżeli   padnie   na   twarz   gdzieś   w 
rynsztoku. – Wykorzystują ją. To wszystko. – Znowu usiadł prosto i uderzył pięścią w 
stół. – A wiesz, może ona i ma pojęcie o rodzinie. Boi się, że jeżeli ich zawiedzie, to 
odwrócą się od niej. O tym to ty wszystko wiesz, co, Richardzie?

Sądząc po minie Richarda, przemowa Jacka musiała być co najmniej tak zagmatwana, 

jak mu się zdawało.

– Kim jest ta ona? – zapytał w końcu. Jack wzruszył ramionami.

background image

– Taka jedna dzierlatka, którą usiłowałem skompromitować.
Richard zacisnął wargi z namacalną niemal dezaprobatą.
– Lilith Benton, jak się domyślam? Jack rzucił na niego okiem.
– Nie martw się. Skupiłem z powrotem uwagę na piciu, kartach i dziwkach, tak jak 

powinienem.

Mina Richarda nadal wskazywała, że podchodzi do sprawy sceptycznie, ale Jackowi 

było właściwie wszystko jedno. Jeżeli już nigdy nie ujrzy Lilith Benton, będzie idealnie 
szczęśliwy. A przynajmniej równie szczęśliwy, jak dziś wieczorem.

– Z politycznego punktu widzenia zrobiła całkiem dobrą partię – odezwał się Richard 

spokojnie.

– Kto? A, panna Benton. Tak, Dolph Remdale  to wspaniały, uczciwy dżentelmen. 

Jestem pewien, że będzie bezgranicznie szczęśliwa. – Nie potrafił powstrzymać gorzkiego 
tonu, wypowiadane słowa piekły go w język. Niech ją diabli wezmą, że narobiła takiego 
spustoszenia w jego umyśle.

– Zaprosiła mnie i Alison na swój bal zaręczynowy.
A teraz Richard zarzucał przynętę, żeby zobaczyć czy Jack się złapie.
– Cudownie. Moje zaproszenie musiała gdzieś zagubić nasza londyńska poczta. Co za 

skandal, bez dwóch zdań!

– Pozwolę sobie wyrazić nadzieję, że chyba cię to nie zaskoczyło. Może przez jakiś 

czas   pomartwiłbyś   się   trochę   o   własną   reputację,   zamiast   rujnować   reputację   kogoś 
innego.

– Mówiłem ci, nie potrzebuję twoich rad. – Lokaj podszedł znowu i Jack spiorunował 

go wzrokiem. – Wychodzę. Niech mi podprowadzą powóz.

– Tak, wielmożny panie. Richard chwycił go za rękę.
–   Czy   ty   sobie   nie   zdajesz   sprawy,   Jacku   –   powiedział   natarczywie   –   że   krążą 

pogłoski, jakobyś zamordował... zamordował!... Wenforda? Jak możesz tak siedzieć tutaj i 
robić z siebie przedstawienie?

Jack wyszarpnął rękę i chwiejnie podniósł się na nogi.
– Racz wybaczyć, jeżeli cię krępuję, Richardzie. Po prostu odwróć się do mnie jeszcze 

raz plecami i nic ci to nie zaszkodzi. Wszyscy i tak wiedzą, że ze sobą nie rozmawiamy.

– Już drugi raz dziś wieczorem oskarżyłeś mnie, że odwróciłem się do ciebie plecami – 

warknął Richard, stając szwagrowi na drodze. – O ile dobrze pamiętam, to ty wziąłeś na 
siebie trud zabicia Genevieve. Mnie przy tym nie było.

–   Któregoś   dnia,   Richardzie   –   powiedział   markiz,   obchodząc   szwagra   dookoła   i 

wymierzając  w niego oskarżycielsko palec – któregoś dnia opowiem ci, co się wtedy 
naprawdę stało.

– Opowiedz mi teraz.

background image

– Idź do diabła.
Ku zaskoczeniu Jacka Richard poszedł za nim do drzwi.
–   Jacku,   wiem,   że   nie   masz   ochoty   mnie   słuchać,   ale   książę   Wenford   naciska   na 

oficjalne dochodzenie w sprawie śmierci swojego wuja. Może gdyby udało ci się gdzieś 
zapaść na parę dni, cała sprawa rozwiałaby się.

Jack   obejrzał   się   przez   ramię   na   szwagra,   usiłując   przywołać   na   twarz   beztroski 

uśmiech.

– A jak miałbym się przy tym dobrze bawić?
– Panno Lilith, czy nie powinnam pani nałożyć jeszcze trochę różu na policzki? – 

zapytała Emily, przyglądając się krytycznie twarzy swojej pani.

Lilith popatrzyła na odbicie w lustrze. Emily, już nałożyła jej więcej różu na policzki, 

niż sobie zwykle życzyła, ale mimo to twarz, która na nią spoglądała, była mizerna i blada.

– Nie, Emily. Jeszcze trochę, a będę wyglądała jak jakaś aktorka.
– Tak, panienko.
Poza tym żaden róż nie zdoła ukryć zimnej grozy, od której dygotały jej dłonie, ani 

lęku, który widziała w swoich wiasnych oczach. Błagała ciotkę Eugenię, żeby zaczekać z 
zaręczynowym   balem,   ale   ciotka   się   upierała,   że   powinni   wykorzystać   impet 
zainteresowania Wenforda. Oznaczało to, że pewnie rodzina się martwi, iż Dolph może 
zmienić zdanie i chciała kuć żelazo, póki gorące. Ale ona z całego serca marzyła o tym, 
żeby   zmienił   zdanie,   chociaż   przy   tych   dwóch   okazjach,   kiedy   spotkali   się   od   jego 
„oświadczyn",   zachowywał   się   grzecznie   i   uprzejmie   i   nic   nie   wskazywało,   by   miał 
żałować swojej pochopnie podjętej decyzji. Oczywiście niemal ze sobą nie rozmawiali, 
ponieważ Lilith dokładała wszelkich starań, by ani na moment nie zostawać z nim sam na 
sam.

Może to wszystko jej wina, może martwi się bardziej, niż powinna. W końcu Dolph 

był przystojny i bogaty. A chociaż nie był aż tak powszechnie szanowany jak jego wuj, 
lubiano   go,   maniery   miał   przyjemne,   a   z   czasem   mógł   nawet   prześcignąć   starego 
Wenforda w potędze i wpływach. Tylko że aż się trzęsła po tym, co powiedział tamtego 
wieczoru,  kiedy   tańczyli,  i  jaki  wtedy  miał  wyraz  oczu.   Przerażało  ją  i  to,  i  fakt,   że 
ostrzegał ją przed nim Jack Faraday, a ona nauczyła się obdarzać wielkim zaufaniem 
wszystko, co miał do powiedzenia markiz Dansbury. Nawet jeżeli mówił o jej własnym 
narzeczonym.

Lilith westchnęła rozpaczliwie i przyznała się w końcu, że tęskni za Jackiem. Tęskniła 

za tym, żeby go zobaczyć, żeby się z nim podroczyć, a co najlepsze i najgorsze, tęskniła za 
tym, jak planował ich spotkania i kradł jej pocałunki, jakby każdy był wielką nagrodą, o 
którą  należy   się  starać  i którą  należy  zdobywać.  Już  nigdy  więcej  jej  nie  pocałuje,  a 
ponieważ   rodzina   wybrała   dla   niej   Dolpha   Remdale'a,   pewnie   nigdy   więcej   go   nie 

background image

zobaczy.

Drzwi   otworzyły   się   i   ciotka   Eugenia,   oszałamiająco   wspaniała   w   fałdzistej, 

zielonokremowej sukni, wkroczyła po królewsku do pokoju.

– Już czas, Lilith. – Uśmiechała się. Sądząc po błysku w oczach i zarumienionych 

policzkach, nie posiadała się z radości, mogąc odgrywać tego wieczoru rolę pani domu.

Lilith siedziała na krześle, jakby do niego przyrosła, nagłe nie była w stanie poruszyć 

nogami.

–   Ciotko   Eugenio   –   powiedziała   rozdygotanym   głosem   –   nie   mam   całkowitej 

pewności. To takie nagłe ja nie bardzo wiem...

– To tylko nerwy, moja droga – kojącym głosem powiedziała ciotka. – Ja prawie nie 

znałam   Waltera,   kiedy   za   niego   wychodziłam,   a   wiesz,  jak   wspaniale   dobraną   parą 
byliśmy.

Biedny wuj Farlane utopił się we własnym stawie rybnym w rok po waszym ślubie, 

pomyślała Lilith.

– Tak, ale...
– Lilith, chodź już. Nie wolno się spóźniać na własny bal zaręczynowy.
– Ale ja nie chcę za niego wychodzić! – krzyknęła w końcu Lilith. Rozpłakała się i 

opuściła głowę na skrzyżowane ręce, żeby ukryć twarz.

Ciotka Eugenia poczuła się tak wstrząśnięta, że dech jej zaparło.
– Jesteś niegodziwą dziewczyną, Lilith! – parsknęła. – Niegodziwą! Już ja się tym 

zajmę. – I szeleszcząc spódnicami pospiesznie opuściła pokój.

– Panno Lilith... panienko? – doszedł do niej po chwili niepewny głos Emily.
– Możesz odejść, Emily – wydusiła stłumionym głosem Lilith.
– Tak, panienko. – Niemal jeszcze szybciej niż ciotka służąca wypadła za drzwi.
Przez kilka minut Lilith tylko płakała. Powiedziała już ojcu, że poślubi każdego, kogo 

on   wybierze,   jeżeli   tylko   nie   będzie   to   Geoffrey   Remdale,   a   teraz   nie   była   w   stanie 
zaakceptować również jego drugiego wyboru. Będzie taki zły i rozczarowany. Ale nie 
mogła! Pociągnęła nosem. Powie mu jeszcze raz, że poślubi każdego, kogo on wybierze, 
ale teraz wątpiła już, czy ojciec jej uwierzy.

– Twoja ciotka mówi, że nie chcesz wychodzić za mąż. Lilith wzdrygnęła się i usiadła 

prosto.

– Wasza wysokość.
Spodziewała się ojca i teraz przeszedł jej po plecach dreszcz grozy. Chociaż tak bardzo 

nie miała ochoty stawiać czoła ojcowskiemu niezadowoleniu, wiedziała, jak sobie z nim 
radzić. Ale książę Wenford to było zupełnie co innego.

– Wyjaśniłem tej drogiej damie, że cierpisz na atak nerwowy i że wystarczy, bym 

utwierdził cię w przekonaniu, iż podjęłaś słuszną decyzję.

background image

Lilith otarła oczy i wstała.
– Wasza wysokość, to wszystko stało się po prostu za szybko. Z pewnością żadne z nas 

nie chciałoby, by pozostały jakiekolwiek wątpliwości co do...

Dolph podszedł o krok bliżej.
– Ja nie mam żadnych wątpliwości.
Nowy książę Wenford sięgnął do kieszeni swego popielatego, wieczorowego surduta.
– Sądzę, że znam cię całkiem dobrze – powiedział i uniósł dłoń do góry.
Z jego palców zwisał jeden perłowy kolczyk oprawny w srebro. Jej perłowy kolczyk. 

Lilith wpatrywała się w niego przez chwilę, blednąc.

– Ja... ja obawiam się, że nie rozumiem – wyjąkała.
– Och, sądzę że rozumiesz – odparł książę. – Jak tylko zobaczyłem mojego wuja, 

domyśliłem się, że to Jack Faraday odpowiedzialny jest za to, gdzie i w jakim stanie się 
znalazł. Nikt inny by się nie ośmielił. Wyobraź więc sobie moje zdumienie, kiedy pod 
ciałem wuja Geoffreya odkryłem twój kolczyk.

– Wasza wysokość, ja...
– Pozwól, że skończę! – warknął. – Wyjdziesz za mnie za mąż. Jeżeli tego nie zrobisz, 

dopilnuję,   by   wszyscy   dowiedzieli   się,   że   jesteście   z   Dansburym   kochankami   i   że 
spiskowaliście oboje, by zamordować mojego wuja.

I znowu Lilith mogła tylko patrzeć. Takie plotki mogłyby zabić jej ojca.
– Dlaczego? – szepnęła, a z przerażenia dłonie jej zrobiły się zimne.
Książę uśmiechnął się.
– Dlatego, że chce cię mieć Dansbury.
Lilith   podeszła   o   krok,   zdumiona   podnieceniem   i   grozą,   jakie   te   słowa   w   niej 

wywołały.

– A więc już pan wygrał, ponieważ moja rodzina nigdy się nie zgodzi na to, żebym 

poślubiła Dansbury'ego, nawet gdybym tego chciała.

– Ale oczywiście nie chcesz – podpowiedział jej.
– Ale oczywiście nie chcę – powtórzyła sztywno.
– Ale oczywiście nie ma to najmniejszego znaczenia – ciągnął dalej Dolph tym samym 

tonem. – Jesteś piękną kobietą i masz dobre pochodzenie, pomimo niefortunnego braku 
opanowania,   jakim   wykazała   się   twoja   matka.   –   Przyglądał   się   przez   chwilę   jej 
kolczykowi, potem znowu popatrzył na nią. – I bez wątpienia będziesz się w dwójnasób 
starała być grzeczną i posłuszną żoną. – Uśmiechnął się, ale nie widać tego było w jego 
oczach. – A za każdym razem, kiedy Dansbury będzie na ciebie patrzył, będzie wiedział, 
że przegrał. I to ze mną.

– To szaleństwo – zaprotestowała Lilith przerażona teraz już nie na żarty. Przesunęła 

się w kierunku drzwi. Słyszała, że ludzie pobierają się dla tytułu, wygody, pieniędzy albo, 

background image

jak w jej przypadku, żeby zyskać poważanie. Ale żeby żenić się tylko po to, by wziąć nad 
kimś górę, to było niewiarygodne.

– Jeżeli będę chciał usłyszeć twoje zdanie, to cię o to poproszę – odparł Dolph, a w 

jego oczach pojawiło się znowu podłe światełko. – Szkoda jedynie, że Dansbury zostanie 
pewnie aresztowany przed naszym ślubem. Będziemy musieli odwiedzić go w więzieniu.

Nic   tego   nie   usprawiedliwiało.   I   nie   chodziło   tylko   o   chory   powód,   dla   którego 

Wenford   się   z   nią   żenił,   ale   również   o   to,   jak   wykorzystywał   śmierć   swojego   wuja. 
Niemalże słyszała, jak Jack zwraca jej uwagę, że Dolph nigdy nie zawracał sobie głowy 
tym, żeby okazywać ból, nawet w imię przyzwoitości. A jeżeli naprawdę obchodziłaby go 
przyczyna śmierci wuja, to nie trzymałby jej kolczyka w ukryciu, dopóki nie mógł go 
wykorzystać, by zmusić ją do uległości.

– Tak więc, moja droga, czy zechcesz przyłączyć się do mnie w sali balowej? A może 

wolisz, żebym poszedł tam sam i wyraził moje poglądy na temat tego kolczyka i markiza 
Dansbury'ego?

– Jest pan potworem! – syknęła Lilith, piorunując go wzrokiem.
– Myślę, że nauczysz się to lubić – odparł, uśmiechając się znowu. Podszedł do niej o 

krok, ujął jej twarz z obu stron w swoje wielkie, miękkie dłonie, pochylił się i pocałował 
ją.

Pocałunek był obrzydliwie mokry, lepki i zimny i Lilith wzdrygnęła się ze wstrętu. 

Pocałunki Jacka były takie inne, napełniały ją taką radością, że z trudem przychodziło jej 
uwierzyć, że pod względem fizycznym były tym samym.  Znaczyło to jedną z dwóch 
rzeczy: albo Jack był zdumiewająco biegły w całowaniu, albo była w nim zakochana.

– Nie staraj się za dużo myśleć, dziewczyno – powiedział Dolph, który najwyraźniej 

nie umiał czytać w myślach. – Odpowiedź powinna być oczywista nawet dla kobiety.

Potrzebny był jej czas, żeby zastanowić się nad tą katastrofą, żeby zdecydować, czy i 

jak uda się jej uniknąć. Musi porozmawiać z ojcem, wymyślić, jak ostrzec Jacka przed 
Dolphem i kolczykiem, jak rozwikłać swoje własne podejrzenia co do śmierci starego 
księcia. Powoli, starając się ukryć wstręt, wyciągnęła rękę.

– Pójdę z panem – oznajmiła.
– Grzeczna dziewczynka.
Cały wieczór zmienił się w jeden koszmar  pełen znajomych twarzy, twarzy ludzi, 

którzy gratulowali jej i składali życzenia; przyjaciele, znajomi, nikt nie miał pojęcia, jak 
bardzo   nie   chciała   tam   być,   ani   jak   bardzo   nie   cierpiała   swojego   narzeczonego. 
Przyjechała do Londynu zdecydowana na zimno i bez serca znaleźć najlepszą partię w 
postaci   najbardziej   szanowanego   mężczyzny,   więc   nie   mieli   powodu   wątpić   w   jej 
zadowolenie. A teraz, kiedy uświadomiła sobie, czego nie chce u swojego męża, było już 
za późno.

background image

A może jednak nie było. Wieczór powoli dobiegał końca; wypatrzyła ojca, który stał 

pod oknem do ogrodu, pławiąc się w triumfie. Jak tylko jej narzeczony zajął się swoimi 
przyjaciółmi i tłum przerzedził się na tyle, że mogła podejść do ojca niezaczepiana po 
drodze,   zbliżyła   się,   usiłując   podjąć   decyzję,   ile   może   powiedzieć   mu   o   Dolphie   i   o 
śmierci starego księcia.

– Papo.
– Jestem dzięki tobie bardzo szczęśliwy, córko. – Uśmiechnął się i ujął jej dłoń. – 

Wenford mówi, że załatwi specjalne pozwolenie, byście mogli się pobrać przed końcem 
sezonu. Może z końcem tego miesiąca.

– O tym właśnie chcę z tobą pomówić – ciągnęła dalej.
– Twoja ciotka powiedziała mi, że miałaś wcześniej jakiś atak. – Na moment oblicze 

wicehrabiego pociemniało. – Mogłaś wszystko zepsuć. Bądź wdzięczna, że jego wysokość 
wykazał tyle zrozumienia.

– Papo, on mnie... przeraża. Ojciec uniósł jedną brew do góry.
– Przeraża cię? Nie bądź śmieszna. To prawdziwy dżentelmen. I świata poza tobą nie 

widzi.

Lilith zaczerpnęła powietrza.
– Czy moglibyśmy przez moment porozmawiać na osobności?
– Lilith... – To było ostrzeżenie.
– Tylko przez moment, papo – upierała się. – Proszę. Wicehrabia sposępniał.
– W porządku. W porządku. – Z wyraźną niechęcią zaprosił ją gestem do swojego 

osobistego gabinetu. Jak tylko zamknął drzwi, zaatakował. – No więc o co chodzi tym 
razem? Nie podoba ci się jego wysokość, ale poślubisz każdego innego, którego wybiorę?

Wiedziała, że niełatwo będzie z nim rozmawiać. Ale wiedziała też, że absolutnie nie 

chce wychodzić za Dolpha Remdale'a. I że człowiek, który podbił jej serce, jest ostatnią 
osobą na całym świecie, za którą może mieć nadzieję wyjść za mąż.

– Wiem, że ja...
– Już tego próbowałaś! – Wziął książkę i uderzył nią w biurko. – Czy masz zamiar 

składać mi tę samą obietnicę, dopóki nie wypróbujesz wszystkich nieżonatych lordów w 
całym  Londynie?   Co   to   za   nonsensy!  jesteś   zaręczona  z   jego   wysokością   księciem 
Wenfordem i poślubisz go!

– Ale on mi się wcale nie podoba! – odkrzyknęła Lilith.
– Jesteś niegodziwą, płochą dziewczyną, taką samą jak twoja matka! Gdyby starego 

Wenforda   nie   zamordował   wcześniej   Dansbury,   on   byłby   wszystkiego   dopilnował. 
Wiedział, że z tobą dyskutować nie można.

Lilith otworzyła usta... a potem ogarnięta nagłym podejrzeniem znowu je zamknęła.
– Obiecałeś mi, że nie będę musiała poślubić starego Wenforda – powiedziała powoli.

background image

Ojciec przez chwilę piorunował ją wzrokiem, potem odwrócił oczy.
– Byłabyś zmieniła zdanie – wymamrotał.
I   nagle   Lilith   przypomniała   sobie,   jak   ojciec   zakłopotanym   i   rozczarowanym 

spojrzeniem przeszukiwał podjazd tamtego ranka, kiedy Wenford wyzionął ducha, a Jack 
zabrał jego ciało.

– Spodziewałeś się, że on złoży mi wizytę tamtego ranka, kiedy wyciągnąłeś Williama 

i ciotkę Eugenię do Billingtonów na śniadanie i dałeś służbie dzień wolnego – oskarżyła 
go, nie mogąc niemal uwierzyć ani w to, że się do niego w taki sposób odezwała, ani w to, 
co naprawdę jej wypowiedź znaczy.

– Byłabyś księżną – warknął ojciec. – I zgodnie z planem zostaniesz księżną. To moje 

ostatnie  słowo.   A  teraz  powiedz  dobranoc  i  idź  do  łóżka,  nim coś  jeszcze  zepsujesz. 
Przysięgam, że gorsza jesteś od Williama.

Lilith niczego bardziej nie pragnęła, niż wyrwać się z przyjęcia. Wieczór zaczął się od 

koszmaru i robił się coraz gorszy. Ojciec wiedział, jaki był stary książę. Zostawia jąc ich 
sam na sam wiedział również, co się wydarzy. Zostałaby skompromitowana i ze wstydu 
musiałaby poślubić starego topora! W zasadzie tym samym groził jej Dolph, ma za niego 
wyjść albo pozwoli, by wszyscy sądzili, że jest kochanką Dansbury'ego.

Zamknęła drzwi i przysiadła na skraju łóżka. Każdy z szacownych panów, których 

poznała w Londynie, okazywał się potworem; jedynie Jack Faraday wydawał się dbać o 
jej   szczęście,   jedynie   on   słuchał,   co   ma   do   powiedzenia.   Lilith   westchnęła,   serce   jej 
pękało. Nawet gdyby ich nic nie łączyło, to przecież Jack nie ma pojęcia, że kolczyk jest u 
Wenforda. Nie zdaje sobie również sprawy, że jego podejrzenia mogą być słuszne i Dolph 
ma na temat śmierci wuja dużo więcej wiadomości, niż się przyznawał.

Chodziła niespokojnie po pokoju. Jeżeli powie o tym Williamowi, brat sam będzie 

próbował się o wszystko zatroszczyć i prawdopodobnie zaprzepaści wszelkie szanse, jakie 
miała, żeby wymknąć się z tej obłędnej sytuacji.

Zawahała się, objęła rękami i wyjrzała przez okno na ciemne ulice Mayfair. Może to 

nie jest taki zły pomysł, żeby się wymknąć.

background image

14

– Wielmożny panie – mówił cierpliwie Peese, ważąc w rękach dwa abażury i jedno 

krzesło – jak mi się zdaje, wiosenne porządki powinno się robić na wiosnę.

–   Zamknij   się,   Peese,   zanim   ci   znowu   oddam   twoje   papiery   –   powiedział   z 

roztargnieniem   Jack   i   otworzył   następny   z   pół   setki   kufrów   przechowywanych   na 
przestronnym strychu. – Zabierz te rzeczy na dół i dodaj do całej reszty. Jestem pewien, że 
bardziej przydadzą się one ojcu Donaldsonowi wśród jego biedaków niż mnie tutaj na 
strychu.

– Ale niektóre z tych rzeczy to pamiątki rodzinne, wielmożny panie.
– Wystarczająco długo już musiałem o nich pamiętać. Na dół z tym, Peese. I powiedz 

Frederickowi i Peterowi, że zauważyłem ich nieobecność i spodziewam się, iż galopem tu 
wrócą na górę.

– Tak jest, wielmożny panie.
Przez ostatnie trzy noce Jack bardzo wiele czasu i energii poświęcił pijaństwu. I mimo 

to wciąż nie był w stanie zapomnieć o Lilith. Dzisiaj, biorąc pod uwagę, jakie wydarzenia 
miały miejsce w Benton House, zalewanie się brandy go nie pociągało. Dzisiaj odbywał 
się jej zaręczynowy bal i całe dobre towarzystwo będzie u Bentonów. Chyba musiało mu 
zostać jeszcze trochę dumy, skoro nie miał po prostu ochoty pokazywać się w niedobrym 
towarzystwie, obojętne czy sam już do niego należał, czy nie.

Tak więc ostatnie trzy godziny spędził na przekopywaniu strychu i opróżnianiu go z 

zebranych   tam   rodzinnych   pamiątek,   które,   w   chwili   kiedy   rodzina   wchodziła   w   ich 
posiadanie, miały niewielkie zastosowanie, a teraz już absolutnie żadnego. Zdawało mu 
się,  że  oddanie ich  na  cele  dobroczynne będzie  rzeczą  właściwą,   chociaż  musiał   sam 
przyznać, że dla człowieka, który obiema nogami mocno stał w Jerychu, był to niewielki 
krok w kierunku zbawienia. Ale przynajmniej sąsiedzi się zastanawiali, czy przypadkiem 
nie pakuje się, żeby opuścić kraj, a to trochę go bawiło. Podniósł się, żeby rozprostować 
plecy, otrzepał grubo pokryte kurzem spodnie ze skóry kozłowej. Musi być już po drugiej 
nad ranem, ale nie miał się przecież gdzie podziać. Ani dokąd pójść.

– Wielmożny panie?
– Peese, jeżeli nie zobaczę Fredericka i Petera na górze za dwie minuty, to...
– Wielmożny panie, ma pan gościa.
– Nie ma mnie w domu.
– Tak, wielmożny panie, ale to jest kobieta.
Jack zawahał się i odwrócił.
– Antonia? – zapytał z nadzieją, że nie.
Peese potrząsnął głową i jeżeli Jack się nie mylił, sam się na moment zawahał.

background image

– Ta druga dama, wielmożny panie.
– Niech to diabli, Peese, nie możesz się trochę ściślej wyrażać?
– Ta, która złożyła wizytę w zeszłym tygodniu, wielmożny panie. Ta, którą zabrał pan 

do saloniku.

Jack skamieniał, serce zaczęło mu walić.
– Lilith?
Lokaj kiwnął głową.
– Wydaje mi się, że tak pan do niej mówił, wielmożny panie.
Markiz   przełknął   ślinę;   myśli,   które   przemknęły   mu   przez   głowę,   nie   miały   nic 

wspólnego z tym, jak bardzo jest zły i rozczarowany i nią, i sobą, że tak się dał złapać 
jakiejś zimnej dzierlatce. Pewnie dlatego, że wcale zimna nie była i że nie chciał patrzeć, 
jak   będzie   wychodziła   za   Dolpha   Remdale'a.   Opuścił   strych   i   zszedł   dwa   piętra   po 
schodach. Coś bardzo złego musiało jej się przytrafić, skoro się tu w ogóle znalazła, a już 
całkiem nie potrafił sobie wyobrazić, co mogło się stać, żeby pojawiła się o drugiej nad 
ranem. Ale jeżeli Dolph zrobił jej krzywdę, zabije go.

Drzwi do salonu otworzyły się gwałtownie i Lilith odwróciła się przestraszona. Jack 

wpatrywał się w nią z udręczonym wyrazem twarzy. Zasapał się, cały był zakurzony, 
włosy   miał   rozczochrane,   ubranie   w   nieładzie.   Był   bez   krawata,   bez   surduta,   rękawy 
koszuli podwinął do łokci. I był tak przystojny, że dech w piersi zapierało; oczu nie mogła 
oderwać od niego, nawet gdyby to chciała zrobić.

– Jacku – szepnęła z ulgą. Tak się martwiła, że będzie w którymś ze swoich klubów 

albo jeszcze gorzej, że nie zgodzi się z nią zobaczyć. Oczy jej napełniły się łzami, które 
potoczyły się po policzkach. – On... ma mój... kolczyk –

udało   się   jej   wykrztusić.   –   Powiedział,   że...   wykorzysta   go...   żeby   wszystkim 

powiedzieć...

– Wenford ma twój kolczyk? – przerwał jej ostro Jack i zamknął za sobą drzwi.
Lilith kiwnęła głową.
– Ja nie chcę za niego wychodzić! – Rozszlochała się. – Ale on mnie zrujnuje, a ciebie 

każe powiesić. Powiedział, że tak zrobi.

Wyraz twarzy Jacka przelotnie się zmienił, ale markiz nie zbliżył się do niej ani o krok.
– Pozwól mi się domyślić. Powiedziałem ci, że zabiłem Genevieve i przyszłaś teraz w 

nadziei, że wyświadczę ci tę przysługę i pozbędę się Randolpha.

Lilith potrząsnęła głową przejęta grozą, że przez moment kusił ją ten pomysł.
– Nie! Przyszłam tu, żeby...
– Czemu by nie? Połowa ludzi z towarzystwa i tak uważa, że zabiłem starego topora. 

Jak już się tym zajmuję, mogę równie dobrze wyprawić i drugiego Remdale'a na tamten 
świat.

background image

– Och, przestań – ucięła Lilith. – Czy naprawdę myślisz, że ja nie czuję się jeszcze 

wystarczająco okropnie, że to ciebie obarczają winą za starego Wenforda? Czy myślisz, że 
nie chciałabym powiedzieć wszystkim, że mi tylko pomagałeś?

Wzięła się pod boki.
– Ale to nie ja poddałam ci pomysł, żebyś rozebrał Wenforda do naga i żeby w oczach 

znajomych wyszedł na pijanego głupca. Musiał to zrobić albo sam Wenford, albo ktoś, kto 
się niczego nie boi, a ponieważ Dolph wydaje się całkiem pewien, że jego wuj nie rozebrał 
się sam, kogo mógłby podejrzewać poza tobą? – Jej gniew przygasł. – A teraz jeszcze 
mnie, przez ten zatracony kolczyk. Zaczynam uważać, że Dolph naprawdę musiał mieć 
coś wspólnego ze śmiercią swego wuja, Jacku. To dlatego tu przyszłam.

Markiz milczał przez długą chwilę.
– Żeby mnie ostrzec? – zapytał w końcu spokojniejszym tonem.
Lilith przytaknęła.
– I dlatego, że nie przychodził mi na myśl nikt inny, kto mógłby mi pomóc.
– Pomóc ci? – powtórzył. – Pomóc ci? Ja? – Skrzyżował ręce na piersi i oparł się o 

ścianę niczym uosobienie pełnej cynizmu pogardy, ale ona dostrzegła nadzieję w jego 
oczach. – Moja droga, czy nikt ci jeszcze nie powiedział, że ja nikomu nie pomagam? 
Gram ludźmi, bawię się nimi, a jeżeli mi to odpowiada, rujnuję ich.

– Jeżeli wziąć pod uwagę, że mógł pan uciąć wszelkie domysły na temat swojego 

udziału w śmierci Wenforda, rozgłaszając po prostu wszem i wobec, że kiedy na niego pan 
trafił,   książę   leżał   nieżywy   na   mnie   w   moim   saloniku,   muszę   powiedzieć,   lordzie 
Dansbury, że myli się pan trochę w ocenach siebie samego.

– Mówiłem ci, że mnie to zdarzenie rozbawiło – odparł Dansbury. Przechylił głowę na 

bok i patrzył na nią przez długą chwilę. – A może dobijemy targu, Lilith?

– Jakiego targu?
– Ja zgodzę się pomóc ci pozbyć się Dolpha Remdale'a, jeżeli ty zgodzisz się dzielić 

moje łoże przez jedną noc.

Lilith oddech uwiązł w gardle. Dolph groził jej tym samym i poczuła wtedy wstręt i 

nudności.   Jeżeli   ktokolwiek   widział   ją   dzisiejszej   nocy   przed   drzwiami   Jacka,   jest 
nieodwołalnie skompromitowana. Ale książę wypowiedział już swoje zdanie, że byli z 
Jackiem kochankami. Lilith popatrzyła na markiza, w całym ciele czuła radosne uniesienie 
i oczekiwanie. I na tym właśnie polegał przez cały czas problem z Jackiem Faradayem. Od 
chwili kiedy go pierwszy raz zobaczyła, łaknęła dźwięku jego głosu, jego dotyku, jego 
uwagi. Był wszystkim, czym ona nigdy nie będzie mogła się stać – był wolny, nie obawiał 
się, co ktoś sobie pomyśli czy powie o jego czynach czy opiniach.

– Nie masz dla mnie odpowiedzi, Lil? – Nalegał, w jego głosie znowu pobrzmiewał 

cyniczny ton. – A więc powinnaś chyba wrócić do domu, zanim...

background image

– Zgadzam się – szepnęła drżącym głosem. Jack znowu zamknął usta.
– Co powiedziałaś?
– Zgadzam się dobić targu – wyjaśniła mocniejszym głosem.
Twarz Jacka otworzyła się na moment w radosnym uniesieniu, potem markiz odwrócił 

się do okna i powoli potrząsnął głową.

–   Biedna   dziewczyna   –   wymamrotał   –   musisz   być   zrozpaczona.   Idź   do   domu. 

Poszukam rano Williama i zobaczymy, co da się zrobić.

– Ale ja się zgodziłam.
– Chciałem tylko zobaczyć, co pani odpowie, panno Benton – powiedział Jack nieco 

zbyt szybko. – Jeszcze takim potworem nie jestem. – Powoli odwrócił się i znowu na nią 
popatrzył. – Prawda jest taka, że zaczynam zazdrościć mężczyznom, których świat nazywa 
godnymi szacunku. Oni przynajmniej mogą z panią tańczyć.

– Mój ojciec rozgniewał się na mnie dziś wieczorem i wymknęło mu się, że wiedział, 

iż Wenford miał zamiar odwiedzić mnie tamtego ranka. Wiedział, że książę miał zamiar w 
taki sposób... przekonać mnie, bym przyjęła jego zaloty, że nie będę w stanie odmówić.

Nawet Jack poczuł się zaszokowany.
– Wiedział, że zostawia cię sam na sam z tym zboczonym bezmóżdżem?
Lilith   rozpaczliwie   usiłowała   wierzyć,   że   w   jego   głosie   słyszy   gniew   i   zazdrość. 

Decyzja, by przyjść i odszukać go w środku nocy, wyczerpała jej odwagę do ostatniej 
uncji. Jeżeli markiz jej odmówi, nie miała pojęcia, co zrobić.

– Dla dobra rodziny potrzebny był mu budzący szacunek mariaż, nawet gdyby trzeba 

było mnie zgwałcić, żeby do niego doprowadzić. Tak więc widzisz, Jacku, mam już dość 
budzących szacunek ludzi. Na własnej skórze przekonałam się, że potworami są oni. A nie 
ty.

– Lilith...
Do oczu Lilith znowu napłynęły łzy, ale tym razem Jack podszedł, żeby otrzeć je z jej 

policzków. Dziewczyna zamknęła oczy, czując to łagodne dotknięcie, a on pocałował jej 
powieki. Odchyliła głowę do tyłu, wargi Jacka dotknęły jej ust, najpierw delikatnie, a 
potem, kiedy oddała mu pocałunek, bardziej gwałtownie.

Rozchylił jej wargi, a ona aż cicho krzyknęła na otwartą zmysłowość, z jaką przesunął 

językiem po zębach. Na jej reakcję markiz natychmiast zaczął się cofać; zatrzymały go jej 
zaciśnięte dłonie.

– Na litość boską, Lilith, uciekaj stąd – szepnął. – Idź do domu, gdzie jest bezpiecznie.
– Czuję się bardziej bezpiecznie tutaj – odparła, podnosząc rękę, by dotknąć jego warg. 

– Pocałuj mnie jeszcze raz.

– Chciałbym zrobić coś więcej, niż tylko cię całować, Lil – zamruczał i przyciągnął ją 

do siebie. – Chyba że powiesz mi „nie".

background image

Obojętne jak się potoczą wydarzenia, chciała, żeby to Jack był tym pierwszym, który 

dotknie jej, który ją utuli – czy powodowała nim tylko chuć, czy też coś bliższego do tego, 
co sama czuła do niego.

– Tak.
Jack głęboko zaczerpnął powietrza.
– Najmniejszej ochoty nie mam, by cię przestrzegać, że robisz głupstwo – szepnął, 

potem pochylił się i porwał ją bez wysiłku na ręce. – Sądzę, że kanapy będziemy unikać – 
dodał i ruszył do drzwi.

Lilith nacisnęła klamkę i otworzyła je. I cicho krzyknęła. Lokaj Jacka stal w holu, 

trzymając w rękach dwa świeczniki. Kiedy Jack wyszedł za drzwi, podniósł jedną brew do 
góry.

–   A   te,   wielmożny   panie?   –   zapytał   swoim   szorstkim   głosem,   podnosząc   ciężkie, 

mosiężne świeczniki do góry.

– Dołóż je do całej reszty – powiedział niedbale markiz.
– Jacku – szepnęła Lilith, kryjąc twarz na jego ramieniu, do głębi zażenowana.
– I słuchaj, Peese – dodał Jack – każ no wszystkim się położyć, dobrze?
– Z przyjemnością, wielmożny panie. – Lokaj rzucił na nią jeszcze jedno zuchwałe, 

pełne namysłu spojrzenie, kiwnął głową i zniknął gdzieś w głębinach domu.

– Jacku, czy on nie...
– Zasługuje na zaufanie – odparł Jack, opuścił głowę i namiętnie ją pocałował, ruszając 

znowu w kierunku schodów z Lilith na rękach.

Weszli do wielkiej sypialni; łóżko było pościelone, ogień palił się jasno na kominku. 

Pokój wcale nie przypominał jaskini rozpusty, jak to sobie kiedyś wyobrażała, ale w Jacku 
niemal wszystko było inne, niż się spodziewała.

Postawił   ją   przed   kominkiem   i   pocałował   znowu.   Powoli   przesunął   wargami   od 

policzka do ucha, a Lilith na wpół przymknęła oczy i chwiejnie pochyliła się ku niemu. 
Kiedy wziął w zęby płatek jej ucha i delikatnie go przygryzł, znowu cicho krzyknęła. Jack 
przesunął się za jej plecy, musnął lekko kark palcami, a zaraz potem ustami. Porozpinał 
spinki   w   jej   włosach,   które   rozpuszczone   opadły   czarną   falą   na   plecy.   Długie   palce 
wplątały się w ich pasma pieszcząc i lekko pociągając, a usta skubały drugie ucho. Piersi 
Lilith naprężyły się i poczuła niespodziewane, nagłe ciepło między nogami. Nie zdołała 
powstrzymać jęku.

– Jesteś zmysłowym stworzeniem – mruknął jej prosto w ucho. – Wiedziałem,  że 

jesteś, Lilith.

– Jacku – szepnęła rozdygotana. Oddychała bardzo szybko, niemal tak szybko, jak 

łomotało jej serce.

– Dzisiaj jesteś wolna i możesz robić wszystko, co zechcesz, Lilith. Na co tylko się 

background image

zdecydujesz.

Przesunął wargami po jej karku, poczuła ciepły oddech we włosach i dłonie powoli 

obejmujące ją w talii. Przycisnął się do niej, poczuła, jak bardzo jej pożąda i z ust wyrwał 
jej się następny jęk.

Palce Jacka przeniosły się na tył sukni, a rytmiczny odgłos kolejno rozpinanych haftek 

uwodził ją jeszcze mocniej. Kiedy skończył, stanął przed nią. Powoli zsunął jej suknię z 
ramion i ustami zaczął pieścić nagą, odsłoniętą skórę.

W końcu Lilith stała przed kominkiem w samej koszuli, suknia rozlała się kałużą barw 

po podłodze u jej stóp. Podniosła wzrok na jego ciemne, przymglone oczy. Pomimo ognia 
i   płomieni   palących   jej   ciało   zadrżała.   Kiedy   wsunął   palce   pod   ramiączka   koszuli, 
przeszedł ją znowu dreszcz.

– Zimno ci? – szepnął.
– Nie – powiedziała bez tchu. – Właściwie jest mi całkiem ciepło.
Na jego śmiech ciarki przeszły jej po plecach.
– Właściwie mnie też, prawdę mówiąc.
Koszula   spłynęła  jedwabiście  na  podłogę,  tak samo  jak  suknia  i Lilith  rozedrgana 

zaczerpnęła   powietrza.   Nikt   poza   pokojówką   nie   widział   jej   nagiej.   Zawstydzona 
podniosła ręce, żeby zakryć się, na ile zdoła. Jack pochłaniał oczami ją całą, od stóp do 
czubka   głowy,   a   ciepłe   mrowienie   opuściło   jej   kręgosłup   i   umiejscowiło   się   między 
nogami.

– Przepiękna – zamruczał Jack, oczy błyszczały mu triumfem i pożądaniem. – Jesteś 

przepiękna.

Po   raz   pierwszy   w   życiu   pod   spojrzeniem   Jacka   Lilith   poczuła   się   przepiękna. 

Rozdygotana, rozdarta między pożądaniem i przerażeniem, ale przepiękna. Nie przestając 
patrzeć jej w oczy, dotknął ramion, potem przesunął dłonie powoli w dół, muskając od 
zewnątrz   piersi.   Lilith   znowu   z   trudem   zaczerpnęła   powietrza,   zastanawiając   się,   ile 
wytrzyma, zanim ugną się pod nią kolana.

Każde   miejsce,   którego   Jack   dotknął,   zdawało   się   ożywać,   czuła   nawet   najlżejszy 

powiew ocierającego się  o jej ciało powietrza. Śladem dłoni poszły jego usta i Lilith 
znowu jęknęła.

– Jacku, proszę – zamruczała bezradnie.
– Proszę, co? – zapytał, ujął jej ręce i odciągnął od ciała. Wszedł w utworzony tak krąg 

i pocałował ją znowu, tym razem mocniej, a Lilith uświadomiła sobie, że nie jest aż taki 
całkiem spokojny, jak myślała.

– Proszę – powtórzyła, nie całkiem pewna o co prosi, a przynajmniej jak ma o to 

poprosić. – Chcę być z tobą.

– Jesteś – powiedział – i będziesz.

background image

Opuścił   dłonie   na   jej   piersi.   Przyglądała   mu   się   rozdygotana,   rozpalona   jego 

mistrzowskim dotknięciem. Przesunął kciukami po sutkach, a one się naprężyły. Z trudem 
łapiąc powietrze Lilith wygięła się ku niemu. Jack pochylił głowę, ujął jeden sutek w usta 
i zaczął go lekko ssać.

– Och – krzyknęła cichutko pod wpływem nieznanego do tej pory, szalejącego w niej 

uczucia.

Wargi   Jacka   przesunęły   się   na   jej   drugą   pierś;   czubkiem   języka   zatoczył   koło   po 

brodawce, potem znowu zaczął ssać. Lilith wplątała mu palce we włosy przyciągając go 
do siebie.

Wyprostował się i pocałował ją.
– A teraz ty mnie rozbierz – zamruczał cichym szeptem.
Uniosła dłonie, objęła jego twarz po bokach i pocałowała go tak, jak on całował ją. 

Drżącymi, chętnymi palcami niezręcznie rozpinała guziki przy jego kamizelce. Jack wcale 
jej tego zadania nie ułatwiał, jako że znowu pieścił jej piersi i całował ją po karku.

– Jacku, przestań proszę – rozkazała niepewnym głosem, kiedy przypadkiem oderwała 

mu guzik. – Myśli mi się plączą.

– Wcale nie powinnaś myśleć – odpowiedział ochryple, nie spuszczając oczu z jej 

dłoni, które przesuwały się z przodu po jego koszuli. – Powinnaś czuć.

– Czuję. – Lilith uśmiechnęła się bez tchu.
Jack   zlitował   się   nad   nią   i   pomógł   przy   rozpinaniu   kamizelki.   Lilith   niezgrabnie 

wyciągnęła mu koszulę ze spodni, a on pomocnie uniósł ręce w górę, by mogła mu ją 
zdjąć przez głowę. Wyciągnęła rozdygotane dłonie i przesunęła nimi po jego twardym, 
gładkim torsie. Pod jej dotykiem skóra Jacka drgnęła.

– Ty też nie tak najgorzej jesteś zbudowany – odezwała się z wahaniem, opuszczając 

dłoń po jego płaskim, dobrze umięśnionym brzuchu.

– Może lepiej sam zajmę się resztą – wymamrotał Jack. Szybko ściągnął wysokie buty, 

a potem pozbył się spodni.

Spojrzenie Lilith błądziło niespiesznie w dół po jego szczupłym, jędrnym ciele. W 

końcu dotarło do rozbudzonej męskości.

– Och – powiedziała omdlałym głosem, a serce aż jej skoczyło z pożądania i lęku.
– To dobrze czy źle? – zapytał z krzywym uśmiechem. Chociaż Lilith wiedziała, jak 

bardzo jest naiwna, nie miała również wątpliwości, że Jack jest wspaniały.

– Jesteś piękniejszy niż posąg Dawida – szepnęła.
Jack znalazł się tuż przy niej. Tym razem kiedy ją brał w ramiona i kładł na łóżku, 

czuła na skórze pospieszne bicie jego serca i drżenie mięśni. Opadł obok niej.

Lilith miała wrażenie, że od napięcia aż coś w niej nuci, że potrzebuje czegoś, co tylko 

Jack może jej dać. Odszukał znowu ustami jej wargi, a ona niecierpliwie przysunęła się 

background image

bliżej. Całując ją przesunął leniwie dłoń na piersi, w dół po brzuchu, a potem jeszcze 
niżej. Kiedy powoli wsuwał palce między jej nogi, Lilith cicho krzyknęła i zesztywniała.

Jack uśmiechnął się, chociaż jego dłoń ani na moment nie przestała się poruszać.
– „Jeśli dłoń moja, co tę świętość trzyma bluźni dotknięciem: zuchwalstwo takowe 

odpokutować me usta gotowe pocałowaniem pobożnym pielgrzyma".*

Lilith   odchyliła   do   tyłu   głowę   i   zajęczała,   wszystkie   odczucia   zdawały   się 

ześrodkowywać tam, gdzie dłoń Jacka pieściła najbardziej intymne części jej ciała.

– Romantyk z ciebie – oznajmiła urywanym głosem i przeciągnęła dłońmi po twardych 

muskułach jego pleców, kiedy przysunął się bliżej.

Ucałował ją znowu mocno i powrócił ustami na jej piersi.
– Dajesz mi natchnienie – zamruczał i zmienił pozycję, by nakryć jej całe ciało swoim.
Delikatnie rozchylił szerzej dłonią jej nogi i ułożył się między nimi. Lilith wpatrywała 

się w te ciemne oczy, które potrafiły chyba głębiej zajrzeć w jej wnętrze niż wszystkie 
inne.

Pocałował ją jeszcze raz i równocześnie zanurzył się w niej powoli i ostrożnie. Lilith 

dech zaparło, gdy poczuła równocześnie ból i rozkoszne zdumienie.

– Jacku – szepnęła i wbiła mu palce w plecy.
– Ostatni raz sprawiam ci ból. Przysięgam.
– To nie boli – zaprotestowała urywanym głosem i znowu cicho krzyknęła, kiedy się 

poruszył. Przyglądała się jego twarzy i poznała po jej wyrazie, jak ostrożnie się porusza i 
ile go to musi kosztować. – Naprawdę.

– A teraz? – zapytał i powoli pogłębił wzajemny uścisk ich ciał.
Miał rację; ból już niemal ustal, jego miejsce zajęło uczucie, które zalewało ją całą i 

napinało niczym strunę, uczucie jakiego nigdy wcześniej nie zaznała.

– Lepiej – jęknęła i wtuliła się w niego.
– Tak myślałem.
Wchodził w nią raz za razem, najpierw powoli i łagodnie, potem coraz szybciej. Lilith 

czuła, jak narasta w niej napięcie i chcąc go mieć jeszcze bliżej, oplotła nogami jego uda. 
Unosiła za każdym razem biodra w odpowiedzi na jego uderzenia, palcami wpijała mu się 
w plecy, aż jęknął i na wpół przymknął oczy. Zwolnił ruchy, ale zanurzał się w nią coraz 
głębiej i przyglądał się jej twarzy z natężeniem, niemal zachłannie. Lilith poczuła, że w jej 
wnętrzu zaczyna dziać się coś jeszcze nowego, wykrzyknęła jego imię i odchyliła do tyłu 
głowę;   napięcie   rozładowało   się   w   nagłej   eksplozji.   W   odpowiedzi   Jack   przyspieszył 
swoje własne ruchy, potem zadygotał i przycisnął ją do siebie ze wszystkich sił. Po chwili 
opuścił głowę na jej ramię i pocałował ją w ucho. Powoli i ostrożnie, oddychając równie 
ciężko jak ona, opuścił się na nią.

– Słodki Jezu – zamruczał urywanym głosem.

background image

Lilith nie miała ochoty nic mówić, chciała tylko, żeby ją tulił, chciała czuć, jak bije tuż 

przy niej jego serce. Leżacy na niej ciężar dawał jej poczucie intymności i spokoju, nie 
chciała, żeby się odsuwał. Nigdy. Jack chyba to wyczuł, bo przez długą chwilę leżał tam, 
gdzie był, łagodnie bawiąc się jej włosami.

Właśnie zaczynał jej ciążyć, kiedy sam zsunął się na łóżko. Popatrzył na nią z lekkim 

uśmiechem na przystojnej twarzy, a oczy roztańczyły mu się w świetle płomieni. – Lil – 
szepnął,   opadł   obok   niej   na   pościel,   objął   ją   w   pasie   i   przyciągnął   do   siebie.   – 
Zdecydowanie nie jesteś Lodową Damą.

Absolutnie nie miała ochoty się odsuwać, więc zwinęła się przy nim w kłębuszek, 

splotła   palce   z   jego   palcami   i   wtuliła   mu   się   plecami   w   pierś.   W   ten   sposób   mogła 
wyczuwać powolne, miarowe bicie jego serca. Zegar gdzieś w holu wybił cicho wpół do 
czwartej i Lilith wiedziała, że powinna pozbierać ubrania i myśli i wracać do domu. Ale 
miała   jeszcze  trochę  czasu,   zanim  znowu  zacznie  się   koszmar,  zanim przyjdzie  jutro. 
Kocham cię, Jacku, pomyślała. I szczęśliwa w jego objęciach westchnęła i zamknęła oczy.

Coś się tu nie zgadzało. Jack zastanawiał się nad tym od chwili, kiedy Lilith zasnęła w 

jego ramionach. Podparł się na łokciu, głowę złożył na dłoni i patrzył na nią. Długie, 
czarne   włosy   rozsypały   się   niczym   ciemna   aureola   na   poduszce   wokół   głowy,   wciąż 
jeszcze pofalowane od spinek, które je wcześniej przytrzymywały. Nie chciał jej jeszcze 
budzić, pochylił się i pocałował ją w policzek.

Był taki okres, przed kilku laty, kiedy nawet jeszcze mniej był skłonny zważać na 

uczucia innych. Z przeróżnych powodów, łącznie z zakładami i krańcowym opilstwem, 
przespał się z kilkoma dziewicami. Zachowywały się niezręcznie i nerwowo; właściwie 
nie były warte wszystkich łez i histerii, które na ogół były następstwem zbliżenia; czuł 
przede   wszystkim   dla   tych   głuptasów   pogardę,   że   uległy   mężczyźnie,   który   nie   miał 
wobec nich dobrych zamiarów.

Westchnął, kiedy Lilith poruszyła się i mocniej ścisnęła jego palce. Przez cały sezon, 

od kiedy pierwszy raz zobaczył Lilith Benton, miał zamiar wziąć ją do łóżka. Wmawiał 
sobie, że to przez afront, który mu zrobiła i że należy jej się nauczka. No cóż, dał jej 
nauczkę,   ale   namiętna   reakcja   obojga   spowodowała,   że   sam   poczuł   się   jak   uczniak. 
Pragnęła go równie mocno, jak on jej pragnął. Jak nadal jej pragnął. A nawet było jeszcze 
gorzej.   Pragnął   ją   chronić,   pragnął   naprawić   to,   co   złe   w   jej   życiu,   widzieć   jak   się 
uśmiecha, słyszeć jej śmiech.

Zegar na korytarzu wydzwonił kwadrans i Jack sposępniał. Jeżeli ma naprawić to, co 

złe w jej życiu, Londyn nie może się dowiedzieć, że spędziła noc w Faraday House.

– Lilith? – zamruczał, odgarniając pasmo włosów z jej twarzy.
Lilith westchnęła i uśmiechnęła się, wtulając mu plecy w pierś. A potem wzdrygnęła 

się, krzyknęła i usiadła prosto jakby kij połknęła.

background image

– O, mój Boże! – wykrzyknęła, wpatrując się w niego. Jack usiadł i zaczął zastanawiać 

się, czy dziewczyna jednak nie wpadnie w histerię.

– Nie, to tylko ja. A mógłbym dodać, że nieczęsto nas mylą. – Było to kiepskie silenie 

się na humor i Lilith nie zareagowała uśmiechem.

– Która godzina? – ciągnęła dalej gorączkowo i zeskoczyła z łóżka w poszukiwaniu 

stosu ubrań leżących przed niemal wygasłym ogniem.

Jack pozwolił sobie przez moment podziwiać od tyłu jej nagość, a potem oparł się o 

zagłówek.   Gdyby   nie   to,   że   tak   wyraźnie   była   strapiona,   niemalże   zabawnie   byłoby 
przypatrywać   się,   jak   ta   przyzwoita   dzierlatka   miota   się   po   pokoju   niczym 
rozgorączkowana panienka z francuskiej burleski.

– Za piętnaście minut szósta – odpowiedział.
– Och, nie, och, nie – krzyknęła, usiłując założyć koszulę. – Wszystko zepsułam!
Markiz nie przestawał przyglądać jej się z ciekawością.
– Martwisz się, że Dolph się obrazi? – zapytał niedbale i wbił pięści w prześcieradło, 

by ukryć uczucia nienawiści i zazdrości, które go nagle przeszyły. To szaleństwo robiło 
się coraz bardziej poważne i kłopotliwe. Na samą myśl, że jakikolwiek mężczyzna – a 
zwłaszcza Dolph – mógłby jej dotknąć, ogarniała go ślepa furia.

Miała kłopoty z balową suknią, a kiedy szarpała się z krótkim, bufiastym rękawem, 

usiłując wepchnąć rękę, łza spłynęła jej po policzku.

– Och, jestem dokładnie taka sama jak ona – łkała. – Jak ja mogłam?
Jack nagle uświadomił sobie, skąd ta tyrada.
–   Masz   na  myśli   swoją   matkę?   –   zapytał  cicho.   Podniósł   się   w  milczeniu   i   zdjął 

szlafrok z oparcia krzesła. Włożył go i stanął za nią. – Nie krzywdź siebie w taki sposób. – 
Wyciągnął rękę i podał jej drugi rękaw, którego po omacku nie mogła znaleźć.

– Zrobiłam to samo głupstwo co ona – powiedziała z goryczą Lilith – a teraz wszyscy 

za to zapłacą, tak samo jak płaciliśmy za nią.

– Nonsens. – Lilith stała bez ruchu, kiedy markiz wyjmował jej włosy spod sukni i 

przerzucał je przez ramię. – Przychodzi mi na myśl szereg określeń, którymi można opisać 
to, co zrobiliśmy, a „głupstwo" do nich nie należy. – Szybko pozapinał jej suknię na 
plecach. – Twój ojciec nie miał prawa cię na coś takiego narażać. A Dolph Remdale to 
nadęty osioł.

– To bez znaczenia – upierała się Lilith. – Zawarłam porozumienie.
– Czy tak? Wydaje mi się, że tak naprawdę nic w tej sprawie do powiedzenia nie 

miałaś.

Lilith odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, a jej rozgorączkowana twarz zmiękła i 

kiedy patrzyli sobie w oczy, przybrała wyraz niewysłowionej tęsknoty.

– Jacku – wyszeptała.

background image

Może uda mu się naprawić to, co złe w jej życiu. Miał oczywiście zaszarganą opinię, 

ale to można zmienić, no i w końcu był utytułowany. Jack przełknął ślinę na ogrom tego, 
co właśnie bez wysiłku w siebie wmówił.

– Lil, ja...
– Proszę, obiecaj mi, że nikomu nie powiesz – przerwała mu i wyciągnęła rękę, by 

dotknąć szlafroka tam, gdzie zakrywał serce. Jack pospiesznie zaczerpnął tchu, by ukryć 
dreszcz, który go przebiegł na jej pieszczotę. – Jest wciąż jeszcze wcześnie. Jeżeli uda mi 
się wrócić...

–   Najbardziej   przyzwoita   młoda   dama   w   Londynie   w   ramionach   najbardziej 

osławionego hulaki? – powiedział cicho, żeby się nie domyśliła, jak bardzo go właśnie 
zraniła. Wstydziła się go, to było jasne. – A kto by mi uwierzył?

Uniósł   jej   brodę   do   góry,   chciał   tylko   otrzeć   z   twarzy   łzy,   ale   nie   potrafił   się 

powstrzymać, pochylił się i dotknął jej warg swoimi. Nie opierała się, a nawet kiedy się 
zaczął prostować, uniosła twarz wyżej, oplotła mu szyję ramionami i przytuliła się. Jack 
objął ją i przyciągnął bliżej. Przynajmniej chyba nadal go pożądała. Było tak, jakby coś 
pchało ich oboje do tego, by byli razem, wbrew wszelkiemu zdrowemu rozsądkowi. I 
jeżeli taka miała być kara za jego wcześniejsze występki, zapłaci z ochotą.

–   Ja   bym   w   to   uwierzyła   –   powiedziała   bardziej   stanowczo   i   nawet   udało   jej   się 

uśmiechnąć. – Chyba nie jesteś taki straszny, czego by o tobie wszyscy nie mówili.

– W takim razie odpowiedz mi na dwa pytania, dobrze? – poprosił, podał jej spinkę i 

skierował się do garderoby.

– Zależy jakie to pytania.
Najwyraźniej uspokoiła się już na tyle, że była w stanie stawiać opór. Lilith Benton 

mogła się bać skandalu, ale w najmniejszym stopniu nie była tchórzem.

– Czy naprawdę sądzisz, że Dolph zabił starego topora? – Jack grzebał w szafie w 

poszukiwaniu koszuli i spodni, a potem, kiedy nie usłyszał odpowiedzi, oparł się o drzwi, 
żeby na nią popatrzeć.

Lilith zawahała się, utkwiwszy wzrok w żarzącym się ogniu.
– Tak, myślę, że to możliwe – odpowiedziała w końcu, podnosząc na niego oczy. – A 

jakie jest twoje drugie pytanie?

– Co chcesz w tej sprawie zrobić?
– O co ci chodzi?
Jack nałożył spodnie, odrzucił szlafrok i wciągnął koszulę.
–   Chodzi   mi   o   to,   czy   masz   zamiar   zignorować   to,   co   wiesz   i   wyjść   za   tego 

mordującego sukinsyna, czy może chcesz coś z tym zrobić? – Nie całkiem udało mu się 
ukryć zazdrość; Lilith patrzyła na niego z rosnącym namysłem na twarzy. – Oczywiście 
nie musisz decyzji podejmować w tej chwili – zmusił się, żeby mówić jeszcze spokojniej 

background image

niż przedtem – ale byłoby miło, gdybyś to zrobiła, zanim mnie za to powieszą.

I   natychmiast   pożałował   tego,   co   powiedział;   po   co   przypominać   Lilith,   że   jest 

zabójcą.  Szczęki  zwarły  mu   się,  kiedy  tamta   ona  wdarła  się  do  jego pamięci.   Piękna 
Genevieve, rudowłosa i taka chętna, by sprzedać go Napoleonowi za sakiewkę złota. To 
prawda, był zabójcą. Zegar zaczął znowu bić i Jack chwycił kamizelkę. – Trzeba cię 
odwieźć do domu.

Chociaż było tak wcześnie, Peese wstał już i czekał na nich w holu.
– Pozwoliłem sobie zamówić dorożkę – oznajmił, podając Jackowi pelerynę, w której 

przyszła Lilith.

Jack rzucił spojrzenie na swojego lokaja. Prawie nie wspominał o Lilith przy Peese'ie i 

Martinie, a oni obydwaj zdawali się wyczuwać, że nie należy ona do szeregu jego nocnych 
bajaderek.

– Dziękuję – powiedział i pomógł Lilith założyć pelerynę.
– Dorożkę? – zapytała Lilith, nadal podejrzliwie popatrując na lokaja.
Peese podał Jackowi palto.
– Na drzwiach nie będzie herbu Dansburych – wyjaśnił. – Czy możemy jechać?
Lilith milczała, kiedy jechali po Grosvenor Street w kierunku Savile Road. I chwilowo 

Jack  również  nie  miał   nastroju na  pogaduszki.  Wydarzyło  się  tak wiele  rzeczy,  które 
musiał sobie przemyśleć, a ona była taka śliczna, kiedy siedziała obok niego i starała się 
na niego nie patrzeć.

Polecił woźnicy zatrzymać się na rogu przed domem Bentonów; Lilith wzdrygnęła się, 

kiedy dorożka podskoczyła i stanęła.

– Nie musisz wysiadać – powiedziała pospiesznie, gdy podniósł się i pchnął drzwiczki.
– Mam dużo więcej wprawy w skradaniu się niż ty – odpowiedział, wiedząc dobrze, że 

chce tylko przedłużyć ich spotkanie. Wychylił się z dorożki i popatrzył na spowitą mgłą 
uliczkę. Nie było nikogo widać; wyciągnął rękę, żeby pomóc jej wysiąść. Szybko przeszli 
ulicą,   potem   przecisnęli   się   przez   przerzedzony   fragment   żywopłotu   do   ogrodu.   W 
stajniach za ich plecami panowała cisza, a jedyne światło w domu padało z pojedynczego, 
kuchennego okna u podstawy ściany.

– Czy tędy wyszłaś? – zapytał, pokazując na okratowanie pokryte różami pnącymi się 

aż po dach w pobliżu okna, które jak wiedział, należało do jej sypialni.

– Zwariowałeś? – szepnęła. – Wyszłam przez drzwi dla służby. I chyba uda mi się 

wrócić tą samą drogą.

– Kratownica byłaby bardziej bezpieczna, jeżeli nikogo nie masz ochoty spotkać.
– Nie mam się ochoty pokłuć – odparła, a potem rozpaczliwie się uśmiechnęła.  – 

Dziękuję ci, Jacku, że mnie odwiozłeś do domu.

Jack podszedł o krok.

background image

– Czy to wszystko?
– Ja... – Podniosła wzrok, w jej szmaragdowych oczach błysnęła taka namiętność i 

pragnienie jak ostatniej nocy. – Chyba tak musi być – powiedziała cicho.

Jack odsunął jej kaptur z twarzy, objął dłońmi policzki, pochylił się i lekko dotknął 

wargami delikatnych ust.

– Może chwilowo tak – zamruczał. – Chyba nie jestem jeszcze gotów, by z ciebie 

zrezygnować, Lil.

– Jacku...
Zakrył jej wargi palcami, nie chciał słyszeć, jak protestuje, że nigdy do siebie nie będą 

pasowali, ponieważ z niego jest taki niepoprawny łajdak.

– Do zobaczenia niedługo – powiedział. Pocałował ją jeszcze raz, a to, jak mu oddała 

pocałunek, pozwoliło mieć nadzieję, że tak naprawdę ona też nie chce się z nim rozstać.

– Państwo mi wybaczą.
Jack podskoczył i instynktownie stanął pomiędzy głosem a Lilith. Na skraju grządki z 

pelargoniami stał z dziwnym wyrazem twarzy stajenny Bentonów.

– Milgrew – powitał go sztywno Jack, ściskając Lilith za rękę. – Wspaniały poranek na 

przechadzkę.

– No tak – zgodził się powoli stajenny, popatrując to na jedno, to na drugie z nich. – 

Odrobinę jednak chłodno. Pomyślałem, że zejdę do kuchni i zrobię sobie kubek herbaty – 
ciągnął dalej typową dla siebie gwarą. – I tak mi wpadło do głowy, że panna Lilith może 
by chciała mi towarzyszyć, żeby mieć gwarancję, że pewne... wścibskie osoby jeszcze się 
nie zbudziły.

Jack odprężył się i uśmiechnął.
– Wspaniały pomysł. Dziękuję ci.
– Dziękuję ci, Milgrew – powtórzyła jak echo Lilith znowu podniosła oczy na Jacka. – 

Muszę iść.

– Uważaj na siebie – powiedział cicho, niechętnie puszczając jej palce. – I trzymaj się 

z daleka od Dolpha, jeżeli ci się uda. Dopóki nie będziemy mieli pewności. Albo dopóki 
nie podejmiesz decyzji.

Skinęła głową.
– Spróbuję.
Jack patrzył, jak Lilith i stajenny wślizgują się do środka przez wejście dla służby na 

tyłach domu. Powoli odwrócił się, wyszedł z ogrodu i wrócił do dorożki.

– Wracaj tam, skąd przyjechałeś – polecił woźnicy. Dorożka ruszyła z szarpnięciem, 

ale Jack niemal tego nie zauważył. Lilith już pewnie robiła co tylko w jej mocy, żeby 
zapomnieć o nocy, którą spędzili razem i żałowała, że w ogóle wyszła z zaręczynowego 
balu. On ze swej strony wątpił, czy kiedykolwiek uda mu się zapomnieć. I nie chciał 

background image

zapominać.

Dłuższe wypieranie się własnych uczuć było prowadzącą donikąd głupotą. Zakochał 

się w Lilith Benton, niewykluczone, że kochał ją od chwili, kiedy ją zobaczył. Była jedyną 
kobietą,   która   potrafiła   go   skłonić,   by   pamiętał   o   tym,   że   posiada   takie   zalety   jak 
przyzwoitość i dobroć serca, chociaż tak ciężko nad tym pracował, żeby o nich zapomnieć 
i wyprzeć się ich. A on jej nie mógł mieć.

A mimo to coś dla niego zrobiła. Chociaż próbowała to przed nim ukryć tego ranka, 

nie udało jej się; a ostatniej nocy niewątpliwie była pełna entuzjazmu. Niech go diabli, 
jeżeli pozwoli na to, by miał ją Dolph czy któryś inny z tych cholernych świntuchów. 
Chciał ją mieć dla siebie i chciał ją mieć na zawsze. A to oznaczało, że musi osiągnąć dwa 
cele: odkryć, co dokładnie zabiło starego Wenforda, i dowieść, że zrobił to Dolph, a nie 
on. I to zanim Korona uzna za słuszne skonfiskować jego majątek i zesłać go do Australii.

Jack   wystarczająco   był   świadom,   jak   nierówna   jest   ta   walka,   by   się   martwić,   i 

wystarczająco był cyniczny, by się śmiać z siebie samego. Cholernie to dobrze, że lubi 
trudne zadania – a przenicowanie własnego życia dla najbardziej w Londynie przyzwoitej 
młodej damy robiło wrażenie najtrudniejszego, jakiego kiedykolwiek się podjął.

I właśnie tę walkę musi i chce wygrać.

background image

15

Jak na kogoś nie przyzwyczajonego do kłamstw i podstępów Lilith niespodziewanie 

uzyskała w tych sprawach wielką biegłość. A nawet zaczęło ją to odrobinę bawić.

Przez cały czas zapewniała wszystkich, że dla Jacka Faradaya nie czuje nic prócz 

pogardy. Jedyne kłamstwo, którego żałowała, wypowiedziała tego ranka do Jacka, że woli 
nie mieć z nim więcej do czynienia. Oczywiście, że postąpiła najmądrzej, jak można, ale 
nie chciało tego zaakceptować  jej serce.  A bardzo dużą cząstką  siebie  pragnęła, żeby 
porwał ją z powrotem do dorożki i zabrał ze sobą.

Później kłamstwa stawały się stopniowo coraz łatwiejsze. Skłamała służącej, kiedy 

Emily pojawiła się, by pomóc jej się ubrać do śniadania i wyjaśniła, że nie dało jej się 
znaleźć,   kiedy   się   miała   położyć,   ponieważ   boczyła   się   w   bibliotece.   A   potem   w 
odpowiedzi na zrzędliwe ponaglanie ciotki przyznała, że odzyskała rozum i z radością 
czeka na mariaż z księciem Wenfordem. Udawała nawet, że nie boli jej zdrada ojca i że 
wcale się tak bardzo na niego nie gniewa, a nawet zgodziła się z nim, kiedy powiedział, że 
markiz Dansbury to przeklęty łajdak i że ten kto go powiesi, wyrządzi dużą przysługę 
ludzkości. A przez cały ten czas, kiedy zachowywała się tak miło i grzecznie, i kłamała w 
oburzający sposób, myślała o Jacku.

Ta poprzednia noc była błędem, bez dwóch zdań, niewątpliwie najbardziej niemądrą 

rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiła. I najbardziej cudowną. Kiedy ciotka Eugenia nalegała, 
żeby nie zwlekając udały się przymierzyć najwspanialszą suknię ślubną w historii, Lilith 
całą miarę u Madame Belieu przetrwała, niemal niczego nie zauważając i odzywając się 
tylko wtedy, kiedy ktoś coś do niej powiedział. Myślami i sercem była z Jackiem, czuła 
jego   dotyk,   słyszała   jego   głos;   pragnęła   tego,   co   nigdy   nie   mogło   się   ziścić   i   miała 
nadzieję,   że   uda   jej   się   wymyślić   jakiś   sposób,   żeby   się   z   obecnej   niemiłej   sytuacji 
wyplątać.

Może spędziłaby cały ten dzień na marzeniach, gdyby Penelopa Sanford i jej matka nie 

przyłączyły się do niej i ciotki Eugenii, kiedy wybrały się na spacer po Hyde Parku.

–   Wyglądasz   na   bardziej   szczęśliwą   niż   wczoraj   –   uśmiechnęła   się   Pen,   biorąc 

przyjaciółkę pod rękę.

– Czuję się szczęśliwsza – przyznała Lilith, żałując, że nie może powiedzieć Penelopie 

dlaczego.

– Cieszę się. Martwiłam się o ciebie, wiesz. Taka się wydawałaś przygnębiona.
– Pewnie musiałam wpaść w panikę. – Kiedy zdała sobie sprawę, jak niewiele znaczy 

dla   ojca   i   Dolpha,   uciekła   do   jedynego   mężczyzny,   który   wydawał   się   nią   szczerze 
zainteresowany. Ryzykowny to był wybór, oczywiście, ale nie była w stanie trzymać się 
od niego z daleka. A on jej nie zawiódł.

background image

Pen patrzyła na nią przez chwilę, potem obejrzała się przez ramię, by się upewnić, czy 

ciotka Eugenia i lady Sanford nie usłyszą.

– Miałaś jakieś wieści od lorda Dansbury'ego? Lilith aż podskoczyła.
– Czemu miałabym mieć?
– Lilith, wymknęłaś się od nas z biblioteki, żeby się z nim zobaczyć, a kiedy wróciłaś, 

nie mogłaś się przestać uśmiechać. Dlaczego udajesz przede mną, że on ci się nie podoba? 
Nigdy bym cię nie zdradziła. – Uścisnęła przyjaciółkę za rękę. – Podoba ci się, prawda?

Lilith westchnęła i oparła skroń o głowę Penelopy.
– Obawiam się, że jest jeszcze gorzej.
– Gorzej? Jak to?
– Ja go kocham, Pen.
Penelopa uśmiechnęła się radośnie.
– Och, Lil, to cudów... – Przerwała nagle i zachmurzyła się. – To okropne. Jesteś 

zaręczona z jego wysokością.

Lilith ciarki przeszły po plecach, kiedy Pen jej to przypomniała.
– Wiem. A nawet gdybym nie była, papa nigdy nie pozwoliłby mi poślubić Jacka. 

Nawet gdyby on chciał się ze mną ożenić.

– A chce? Czy on cię kocha?
– Och, sama nie wiem. Niekiedy wydaje mi się, że tak. – Policzki jej pokryły się 

rumieńcem na wspomnienie jego zmysłowego dotyku. – A kiedy indziej nie mam pojęcia, 
co on w ogóle może czuć czy myśleć. Ale to naprawdę nie ma znaczenia, bo nic z tego nie 
może być.

Pen spuściła oczy i czubkiem buta odrzuciła ze ścieżki kamyk.
– Tak więc po prostu wyjdziesz za Dolpha Remdale'a.
–   Pen,   nie   chcę   za   niego   wychodzić,   ale   nie   mam   żadnego   wyboru!   Przecież   już 

ogłoszono zaręczyny, na litość boską!

– Mogłabyś uciec z lordem Dansburym – upierała się Penelopa.
–   I   pewnie   do   końca   życia   mieszkać   w   pohańbieniu   w   Szkocji   albo   Ameryce?   – 

odparła sceptycznie Lilith, usiłując nie zwracać uwagi, jak nerwowo trzepoce jej serce na 
sugestię przyjaciółki.

– Przynajmniej byłabyś szczęśliwa.
Lilith zaczęła odpowiadać, a potem znowu zamknęła usta. Przed oczami nieproszony 

stanął jej wizerunek, ślicznej, nieokiełznanej matki, która siedziała samotnie w saloniku i 
wyglądała   przez   okno.   Taka   była   smutna,   przypomniała   sobie   Lilith,   chociaż   kiedy 
weszła, matka odwróciła się od okna, uśmiechnęła i powiedziała, że tylko myślała o czymś 
tam niemądrym. Było to na miesiąc przed ucieczką z hrabią Greytonem.

Po   raz   pierwszy   Lilith   przyszło   na   myśl,   że   mogłaby   zastanowić   się,   co   skłoniło 

background image

Elizabeth Benton do opuszczenia rodziny. „Zła krew", tak zawsze powiadał ojciec, a ją tak 
bolało to, że matka ich porzuciła, że nigdy jego zdania nie kwestionowała. Ale jeżeli ktoś 
był   szczęśliwy,   to   nie   uciekał   w   ramiona   kogoś   innego,   obojętne   czy   miał   naturę 
nieokiełznaną czy nie. Niewątpliwie gdyby kochała Dolpha a nie Jacka, nigdy by nie 
poszła do markiza Dansbury'ego i w żadnym wypadku nie trafiłaby do jego łóżka. Nawet 
by jej na myśl coś takiego nie przyszło.

– Lilith – zapytała cicho Pen, patrząc na nią. – O czym myślisz?
Lilith westchnęła i leciutko się ze smutkiem uśmiechnęła.
– O tym, jak daleko skłonni są posunąć się ludzie, jeżeli chcą być szczęśliwi. Choćby 

przez kilka chwil.

Jack rzucił okiem na kieszonkowy zegarek, potem na zachmurzone niebo, a potem na 

postać klęczącą w ogrodzie za niskim, kamiennym murem i osłaniającymi go krzewami. 
Czuł się podenerwowany, a to było i irytujące, i niepokojące. Im bardziej spokojnie i 
chłodno będzie się zachowywał w najbliższym czasie, tym bardziej prawdopodobne, że 
osiągnie sukces.

W końcu, rzuciwszy ostatnie spojrzenie na zegarek, markiz zatrzasnął kopertę, wsunął 

zegarek do kieszonki w kamizelce i podszedł do niskiej furtki w płocie.

– Plewisz? – zapytał, opierając się o drewniany słupek. Richard Hutton obejrzał się 

przez ramię, a potem wstał i otrzepał z ziemi luźne, ogrodowe spodnie.

–   Sadzę   róże   –   odparł   po   chwili,   wyjmując   następną   gałązkę   z   wiadra   z   wodą   i 

przechodząc o kilka stóp dalej, żeby wykopać następną dziurę.

– Róże Lilith Benton?
– Tak. Czy przyszedłeś tu z jakiegoś powodu?
Jack trzymał się mocno w karbach. Nic mu to nie pomoże, jeżeli znowu zaczną się 

kłócić.

– Właściwie tak, ale nie polubisz mnie przez to więcej.
– No to idź sobie.
Markiz potrząsnął głową, zabolał go gniew, jaki wciąż słychać było w głosie Richarda 

– gniew, którego pięć lat prawie wcale nie zdołało uśmierzyć.

– Richardzie, dla mnie to też nie jest łatwe, wiesz o tym. Chociaż jest tak cholernie 

zimno, krylem się tu po kątach, dopóki Bea nie wróciła do domu, tylko dlatego, żeby mnie 
nie zobaczyła.

– Czuję się wzruszony. – Hutton zaczął mówić coś jeszcze, potem przerwał i zerknął w 

stronę domu. – W porządku – powiedział z niechęcią i wyprostował się. Podszedł do muru 
i oparł się o niego w pewnej odległości od Jacka. – Co jest?

Jack wahał się przez moment, potem otworzył furtkę i podszedł do szwagra.
– Chyba mam trochę kłopotów.

background image

– Wiem.
–   Chciałbym   o   tym   z   tobą   porozmawiać,   jeżeli   zdołasz   się   zmusić,   żeby   mnie 

wysłuchać.

– Alison założyła się ze mną, że pewnie przyjdziesz – zauważył Richard, ściągając 

rękawice   i  odkładając   je   na  stos   cegieł  –   chociaż   mnie   wydawało  się   to   z   jej  strony 
krańcowo naiwne i optymistyczne. Słucham.

Markiz   przez   moment   patrzył   na   ogród;   nie   znalazł   żadnego   sposobu,   żeby 

sformułować   to,   co   ma   do   powiedzenia,   w   sposób   łatwiejszy   do   przełknięcia,   więc 
oznajmił:

– To ja zaniosłem Wenforda do jego piwniczki na wino, żeby go tam znaleziono.
– Ty co? – Richardowi tchu brakło, jego jasna cera jeszcze pobladła.
Jack kiwnął głową.
– I rozebrałem go do gola. I wetknąłem mu butelkę wina do ręki.
– Dobry Boże. – Richard obejrzał się przez ramię, jakby chciał się upewnić, że nikt ich 

nie podsłuchuje. – A czy go na dodatek zabiłeś?

Jack przyjrzał się swemu towarzyszowi i odwrócił wzrok.
– Nie... ale pewnie na to zasłużyłem. Pozwól, że zacznę od początku.
– Tak – zgodził się słabo lord Hutton. – Zrób tak, proszę.– Dolph Remdale przegrał do 

mnie w karty i nie mógł zapłacić, zaproponował diamentową szpilkę, żeby pokryć stawkę. 
Zabrałem tę błyskotkę, chociaż podejrzewałem, że nie miał prawa nią dysponować. No i 
dopilnowałem, żeby mnie z nią zobaczył Wenford. Zgodził się ją wykupić, żeby ją tylko 
odzyskać.

– Przypominam sobie, że słyszałem, jak wrzeszczeliście na siebie tydzień czy dwa 

temu – powiedział Richard. – Przynajmniej raz mógłbyś spróbować sprawy załatwiać w 
bardziej konwencjonalny sposób.

Jack wzruszył ramionami.
– Tak czy owak Dolph wpadł do mnie następnego ranka, wymieniliśmy się obelgami i 

szpilką, a on przysiągł, że mnie zrujnuje. Trochę miałem nadzieję, że mnie wyzwie, ale ten 
tchórz nie chwycił przynęty.

– Mądrze z jego strony – skomentował lord – jeżeli wziąć pod uwagę historię twoich 

pojedynków i jego przyszłość jako księcia Wenford.

– Tak, właśnie do tego dochodzę. W kilka wieczorów później byłem u White'a, kiedy 

Wenford   przyszedł   naprawić   szkodę.   Czułem   się   wciąż   pokrzywdzony   przez   jego 
wysokość   i   wolałem   mu   podać   butelkę   portwajnu   z   własnych   zapasów   niż   rękę. 
Wczesnym   rankiem   następnego   dnia   poszedłem   do   Bentonów.   Zostawiłem   u   nich... 
rękawiczki. Na chwilę przede mną przyszedł tam Wenford złożyć wizytę Lilith i padł 
trupem na podłogę w samym środku oświadczyn.

background image

Miał nadzieję, że Richard przełknie tę lekko naciąganą historyjkę. W przeszłości Jack 

cały ten plugawy incydent opowiadałby z rozbawieniem, ale nie teraz, kiedy chodziło o 
Lilith.

– I z jakiegoś niepodważalnie istotnego powodu, który za chwilę mi wyjaśnisz, nie 

zwróciłeś   się   do   przedstawicieli   prawa   ani   nie   poinformowałeś   mnie   –   mruknął   jego 
towarzysz.

– Lil była w domu  sama.  Nie miałem zielonego pojęcia, co robić i postanowiłem 

uchronić ją przez skandalem, na jaki naraziłaby ją śmierć Wenforda. – Spojrzał spod oka 
na lorda Huttona. – A ty i ja nie rozmawiamy ze sobą, więc trudno mi było zwrócić się do 
ciebie.

– Aha.
– Tak więc wziąłem na siebie sprawę szczątków i pozbyłem się ich w taki sposób, w 

jaki   według   mnie   należało   się   ich   pozbyć,   a   który   tymczasem   już   wszyscy   w   całym 
Londynie przedyskutowali w szczegółach.

– Czy pozwolisz, że cię o coś zapytam? Jack skinął głową.
– Jeżeli ty i ja nadal ze sobą nie rozmawiamy, po co tu dziś przyszedłeś?
Jack z przyzwyczajenia zachowywał swoje sprawy dla siebie i albo własne problemy 

rozwiązywał, albo ignorował. Było mu niesłychanie trudno otworzyć się, tłumaczyć swoje 
postępowanie i wyjaśniać je szczegółowo. Zaczerpnął powietrza. To była jego pierwsza, 
ostatnia, najlepsza i jedyna szansa, żeby zdobyć dla siebie Lilith.

– Przyszedłem prosić o twoją pomoc, Richardzie.
– A cóż się stało, czy zabiłeś może następnego arystokratę i potrzebna ci jest dogodna 

piwnica, żeby go tam zwalić?

Z pewną trudnością Jack zignorował sarkazm Huttona.
–  Kiedy  podnosiliśmy   Wenforda  z podłogi  u Bentonów,  Lil spadł  kolczyk. Dolph 

znalazł go razem ze szczątkami starego topora w jego piwnicy.

Na czole Richarda pojawiły się zmarszczki.
– O niczym takim nie słyszałem. Jack kiwnął głową.
– To dlatego, że jedyną osobą, której Wenford go pokazał, jest Lilith; a pokazał jej go 

po to, by zmusić ją do małżeństwa ze sobą. – Lord chciał mu przerwać, ale Jack uniósł 
dłoń. – Wydaje mi się dość dziwne, że człowiek, który zapiera się jak wszyscy diabli, że 
jego   wuja   zamordowano,   najpierw   podstawia   butelkę   po   portwajnie,   a   potem   ukrywa 
jedyną rzecz, która może dowodzić nieczystej gry.

Twarz Richarda nabrała ostrzejszego wyrazu.
– Co masz na myśli mówiąc, że „podstawia" butelkę portwajnu? Sam powiedziałeś, że 

dałeś ją Wenfordowi.

– Dałem staremu toporowi butelkę portwajnu. Nie tę, którą znaleziono w gabinecie.

background image

– A wiesz, że była to całkiem inna butelka, ponieważ...
– Ponieważ kiedy włamałem się do gabinetu jego wysokości w noc przed odkryciem 

zwłok, żadnej butelki tam nie było. Nie sądzę, żeby Wenford wrócił do domu pomiędzy 
wizytą   u   White'a   i   u   Lilith.   Bardziej   to   możliwe,   że   potuptał   do   swego   bratanka   i 
poinformował go, że ma zamiar ożenić się z Lil i spłodzić syna, i już dłużej nie będzie 
płacił długów karcianych Dolpha.

– Włamałeś się do... – Głos Richarda zamarł, lord potrząsnął głową. – Nawet nie chcę 

o tym słyszeć. – Pochylił głowę i z roztargnieniem obracał motykę w rękach. – Sądzisz, że 
to Dolph zabił Wenforda, prawda?

– Tak, tak sądzę.
Richard powoli wypuścił powietrze.
–   Będziesz   miał   cholerne   trudności   z   udowodnieniem   czegokolwiek.   Twoje   słowo 

przeciw słowu Wenforda. A masz zdecydowanie nadszarpniętą reputację.

– Dzięki – odparł Jack zjadliwie. – Zdaję już sobie z tego sprawę. Czy masz jeszcze 

jakieś sugestie, które się mogą okazać pomocne?

– Biorąc pod uwagę wszystko, co usłyszałem dziś rano, nie jestem pewien, czy da się 

cokolwiek zrobić.

Wyraz twarzy Richarda uprzedził Jacka, że nie będzie mu się podobało to, czego się 

dowie.

– A co usłyszałeś, jeśliś łaskaw?
–   Wypróbowano   resztkę   wina   z   butelki,   o   której   mowa,   na   szczurach.   Wszystkie 

zdechły.

– No to Dolph wsypał arszenik do tej przeklętej butelki po portwajnie i postawił ją w 

gabinecie wuja – wybuchnął Jack, a potem zaklął. – To takie cholernie oczywiste, że aż 
patetyczne.

– Oczywiste dla ciebie. W oczach wszystkich innych jesteś człowiekiem, który już 

kiedyś   zabił   kobietę.   Niewiele   się   zmieni,   jeżeli   dodać   do   tego   rozliczenia   jednego 
powszechnie nielubianego księcia. Zwłaszcza takiego, który ukradł ci kawał ziemi.

Jack zaciął zęby i wbił wzrok w długi szpaler róż.
– Niewiele.
Richard spojrzał na niego i westchnął.
– Panna Benton mogłaby wystąpić i zeznać, że Wenford umarł w jej obecności i to 

przed południem. Wtedy dałoby się przedyskutować sprawę butelki.

Markiz potrząsnął głową. – Nie.
– Dlaczego nie?
–   Ona   nienawidzi   skandali.   –   A   on   sam   wcale   nie   poprawi!   sytuacji   rozbierając 

Wenforda do naga, chociaż wciąż jeszcze miał trudności, by ubolewać nad tym, co zrobił.

background image

– Jacku, nie jestem pewien, czy zdajesz sobie sprawę, jak poważna się robi ta sprawa. 

W   butelce   najwyraźniej   znajdowała   się   trucizna,   a   liczni   świadkowie   widzieli,   jak 
wręczałeś staremu księciu tę butelkę albo jakąś podobną do niej jak dwie krople wody. Za 
to można by cię postawić przed sądem, a wtedy prawdziwe okoliczności i tak wyjdą na 
jaw.

Markiz potrząsnął głową.
– Nie, nie wyjdą. Nie pozwolę, by coś takiego musiała znosić.
– Będziesz więc wolał, żeby Prinny położył łapę na Dansbury i pomachał ci, kiedy 

będziesz odpływał w łańcuchach do Australii? Nasz ukochany monarcha od lat już pożąda 
twojego majątku, sam wiesz. Leży bliżej Londynu niż Brighton i znacznie mniejszym 
kosztem da się go przerobić na ten jego idiotyczny „pałac letni".

– Zdaję sobie z tego sprawę. I wolałbym, żeby Dansbury przepadło, niż żebym miał 

złamać   dane   pannie   Benton   słowo.   –   Chociaż   jemu   samemu   wydawało   się   to 
zdumiewające, taka była prawda. Wolałby umrzeć, niż skrzywdzić Lilith.

Po raz pierwszy na twarzy Richarda pojawił się lekki uśmiech.
– Rozumiem. Jak mocno cię wzięło?
Jack nieswojo wzruszył ramionami. Zakochanie było dla niego czymś na tyle nowym i 

cennym, że nie miał ochoty z nikim na ten temat rozmawiać. A już zwłaszcza z kimś, kto 
go nienawidził.

– Chyba dosyć mocno.
– No to jestem winien Alison jeszcze dziesięć funtów. Powiedziała, że zadurzyłeś się 

w pannie Benton.

– Wcale się nie zadurzyłem – oznajmił Jack poirytowany. – A teraz pozwól może, że 

wrócimy do tego, jak mam oczyścić swoje nazwisko, nie wciągając w to Lil?

Richard odchrząknął.
– Czy ona wie o twojej... przeszłości?
– Wie, że zabiłem kobietę, tak.
– Niech to wszyscy diabli, Dansbury – wybuchnął Richard. – Rzucam ci przynętę za 

przynętą, a ty je po prostu ignorujesz. Po raz ostatni pytam, czy powiesz mi wreszcie, co 
stało się tamtej nocy?

Markiz  patrzył na  niego  przez  długą chwilę. Miał  na to ochotę i po raz pierwszy 

odnosił wrażenie, że Richard może go wysłuchać.

– Jak już wymyślimy jakiś plan – uchylił się. Richard wyrzucił obie ręce w górę.
–  To  proste.  Zmuś  Dolpha,  by  wyznał,  że  zabił swojego   wuja, żeby  móc   po nim 

dziedziczyć. Wyjąwszy to, nie masz cienia szansy.

Jack wyprostował się.
– Tak sądziłem. Dziękuję ci. Do widzenia. – Miał chęć podać szwagrowi dłoń, ale nie 

background image

był pewien, czy ten ją przyjmie, więc skierował się do furtki.

– Jacku?
Markiz odwrócił się twarzą do niego.
– Dlaczego zdecydowałeś się ze mną dziś porozmawiać, Richardzie?
Lord Hutton wzruszył ramionami.
–   Tamtego   dnia,   kiedy   było   przyjęcie   dla   Bea,   widziałem   cię   z   panną   Benton. 

Pokazałeś się z dobrej strony. Od pięciu lat tej strony nie widziałem i zapomniałem, że ją 
w ogóle posiadasz.

Jack   kiwnął   głową   i   ruszył   znowu,   ale   zawahał   się   i   zatrzymał.   Lilith   tak   się 

przejmowała swoją rodziną; to chyba niemądre, że jemu z jego własną niemal nie wolno 
rozmawiać. Chociaż nie miał najmniejszej ochoty się do tego przyznać, brakowało mu od 
czasu do czasu tego swobodnego towarzystwa. I niekiedy nawet nie podobało mu się, że 
jest sam.

– Tamtego dnia, we Francji... kiedy wyłamałem drzwi do pokoju hotelowego, żeby 

wziąć do niewoli Genevieve, ona oszalała. Zaczęła wrzeszczeć, chwyciła za nóż i rzuciła 
się na mnie. Próbowałem ją od siebie odepchnąć, wyrwać jej nóż, ale za nic nie chciała 
przestać wrzeszczeć. Narobiła od cholery hałasu, drąc się, że mordują, a ja się balem, że 
tych jej dwóch żołnierzy lada chwila wpadnie do środka...

– Więc ją zakłułeś.
Niech to diabli, Richardzie.
–   Wystarczająco   niewiele   brakowało,   żeby   mnie   powiesili,   kiedy   zdradziła   nas 

pierwszy raz. Nie wiedziałem, gdzie jesteś, a nie mogłem ryzykować, że się wyrwie na 
wolność... – Dlaczego nie powiedziałeś mi, że nie chodziło tylko o zemstę?

– Nie dałeś mi szansy. Richard zawahał się.
– Chyba ci nie dałem. Pokój cały we krwi, ty cały we krwi, wyraz twojej twarzy, 

żołnierze wbiegający z łomotem po kuchennych schodach...

–   Ale   starczyło   ci   czasu,   żeby   nazwać   mnie   przeklętym   mordercą,   jak   sobie 

przypominam.   –   Jack   popatrzył   na   szwagra   i   wzruszył   ramionami.   –   Byłeś   moim 
przyjacielem, Richardzie. I po tym wszystkim, co razem przeszliśmy... za bardzo mnie to 
bolało, że mogłeś sądzić, iż zrobiłbym coś takiego... dla zemsty. A później, pewnie mi 
duma nie pozwalała nic powiedzieć.

– Jacku...
Jack szarpnął furtkę i otworzył ją.
–   Ale   miałeś   rację.   Jestem   mordercą.   Nie   musiałem   jej   zabijać,   powinienem   był 

znaleźć jakiś inny sposób.

Richard milczał i przypatrywał się tylko, jak Jack wsiada na Benedicka i odjeżdża.
Następne   zadanie   miało   być   co   najmniej   równie   trudne,   ale   i   równie   konieczne. 

background image

Poszukiwania zajęły Jackowi trochę czasu, ale w końcu znalazł zwierzynę w jednym z 
ekskluzywnych sklepów z rzadkimi klejnotami na Bond Street.

–   Williamie   –   powiedział   z   szerokim   uśmiechem   i   klepnął   swojego   młodego 

towarzysza po plecach.

Przynajmniej tym razem William nie wydawał się zachwycony, że go widzi.
– Jacku, skąd się tu wziąłeś? – zapytał sztywno, odkładając pospiesznie wysadzany 

diamentami naszyjnik z powrotem do aksamitnego woreczka. – Nie powinienem dać się 
zobaczyć w twoim towarzystwie. Dziś rano ojciec spędził dwadzieścia minut na prawieniu 
mi   kazania;   głosił   doktrynę   o   unikaniu   markiza   Dansbury'ego   przez   Lilith   i   mnie.   A 
biedna Lilith i tak ma dość zmartwień, skoro wychodzi za tego nudziarza Wenforda.

Jack zerknął na naszyjnik. Kamienie warte były co najmniej tysiąc funtów.
–   To   ty   mnie   tu   sprowadzasz,  mon   ami.  Zaniedbywałem   cię.   Mam   zamiar   ci   to 

wynagrodzić. Pomyślałem o wspólnym wieczorze w Society.

– Jestem zajęty dziś wieczorem, Jacku – odparł wciąż z wyraźnym roztargnieniem 

William.

Jack   objął   chłopca   za   ramiona   i   powiódł   go   w   stronę   drzwi,   by   oddalić   się   od 

wścibskich uszu.

– Williamie, czy mogę zadać ci pytanie?
– Jestem teraz dosyć zajęty. Może moglibyśmy...
– Czy angażowałeś się w stosunki seksualne z kimkolwiek poza Antonią? – przerwał 

mu niedbale markiz i wzmocnił uchwyt, kiedy poczuł, że William próbuje się uwolnić.

–   Ależ   oczywiście   –   odpowiedział   z   oburzeniem   ten   ostatni   rumieniąc   się.   –   Nie 

dokonałem tylu podbojów, co ty, jestem tego pewien, ale... a właściwie dlaczego cię to do 
cholery obchodzi?

–   Zażyłość   wywiera   wielki   wpływ   na   serce   człowieka,   jeżeli   nie   jest   on   do   niej 

przyzwyczajony – powiedział Jack swobodnie. – Znałem różnych młodych głupców, dużo 
mniej   inteligentnych   od   ciebie,   którzy   chuć   wzięli   za   miłość   i   tę   ostatnią   ofiarowali 
dzierlatce, którą wzięli do łóżka. Chciałem się tylko upewnić, że wiesz, co robisz.

William oswobodził się z gniewnym wyrazem twarzy i poprawił na sobie surdut.
– Wiem,  o co ci chodzi, Dansbury. Nie jestem idiotą, chociaż nie jestem również 

członkiem połowy klubów w mieście. Ale przynajmniej mnie do nich wpuszczają.

Jack zachował neutralny wyraz twarzy.
– Pominę to, Williamie, ponieważ twoją siostrę wydaje się bawić twój repertuar. Ale 

jeżeli chcesz, byśmy nadal byli przyjaciółmi, radziłbym ci zmienić ton.

William przełknął, potem zaczerpnął powietrza. – Kocham Antonię, Jacku, i chcę ją 

prosić, by za mnie wyszła. Czy ci się to podoba, czy nie. Jack skinął głową.

– Nie mówię, że nie powinieneś tego robić. Mówię tylko, że powinieneś się upewnić, 

background image

że kobieta, którą widzisz, to prawdziwa Antonia, a nie tylko ładna buzia, którą dla ciebie 
spreparowała. Odpowiedz mi na takie pytanie. Czy kiedykolwiek się pokłóciliście? Na 
jakikolwiek temat?

– Nie – przechwalał się William, twarz miał wciąż zaczerwienioną. – Zgadzamy się na 

każdy temat. I dlatego tak idealnie do siebie pasujemy.

– Czy spotkałeś kiedyś dwoje ludzi, którzy znają się dobrze i zawsze ze sobą zgadzają? 

– Natychmiast przyszły mu na myśl jego własne sprzeczki z Lilith i zdusił śmiech.

– No cóż, oczywiście...
– Założę się z tobą o tysiąc funtów, Williamie, że nie uda ci się doprowadzić do tego, 

by się z tobą nie zgodziła. Że nie wygłosi żadnej opinii, która nie będzie twoją.

– A czego to miałoby dowieść? Jack wzruszył ramionami.
– Niczego szczególnego. Może zyskasz piękny prezent ślubny, jeżeli wygrasz.
– Mógłbym ci skłamać i powiedzieć, że się pokłóciliśmy. Markiz lekko się uśmiechnął.
– Nie zrobisz tego. Masz w żyłach tę samą krew, co twoja siostra. Nie będziesz kłamał.
William skrzywił się, potem ponownie zerknął na błyskotkę na ladzie. Kiedy wrócił 

spojrzeniem do Jacka, miał znowu sprytną, pewną siebie minę.

– Kiedy... zaznaczam: kiedy wygram zakład, kupisz mi ten naszyjnik, żebym go mógł 

dać Antonii. Zgoda?

Jack przytaknął.
–   Zgoda.   Ale   jeżeli   ja   wygram,   będziesz   się   musiał   zastanowić   nad   tym,   co 

powiedziałem. A potem postąpisz, jak uznasz za stosowne.

Podali sobie ręce i markiz wyszedł powoli na ulicę, tak zadowolony z biegu spraw, że 

niemal   nie   zauważył,   iż   zrobiła   mu   afront   hrabina   Devale.   Jeżeli   Antonia   St.   Gerard 
zareaguje   zgodnie   z   jego   przewidywaniami,   wygra   dwie   kolejki.   Zostanie   mu   jeszcze 
zaledwie ze sto.

Jack   zawrócił   Benedicka   w   kierunku   domu.   Lilith   miała   dziś   wieczorem   być   u 

Mistnerów;   na   szczęście   otrzymał   od   nich   zaproszenie,   zanim   rozeszły   się   najnowsze 
pogłoski   i   strumień   kart   wizytowych,   które   płynęły   do   jego   drzwi,   wysechł   do   paru 
żałosnych kropelek. Zanim podejmie jakieś działania przeciw Dolphowi, musi uzyskać jej 
zgodę. Jeżeli naprawdę zdecydowała się tego błazna poślubić, to... pewnie ucieknie do 
Hiszpanii albo Ameryki, a potem da się zabić w jakimś pojedynku, chyba że uda mu się 
przekonać samego siebie, żeby ją porwać i udać się z nią do Gretna Green. Jack lekko się 
uśmiechnął. Dobry Boże, zaczyna chyba cierpieć na rozmiękczenie mózgu.

Zabroniono   jej   się   z   nim   spotkać,   więc   będzie   musiał   tego   wieczoru   zachować 

ostrożność; stawki w tej grze poszły zdecydowanie w górę. To już przestała być zabawa. 
To miało być raz na zawsze.

Chociaż ciotka Eugenia była pewna, że jego wysokość dotrzyma im towarzystwa u 

background image

Mistnerów, najwyraźniej modlitwy Lilith zostały wysłuchane. Książę Wenford przesłał 
wyrazy   ubolewania,   ale   miał   ze   swymi   prawnikami   spotkanie,   którego   nie   dało   się 
uniknąć. Wydawało się to niemal zbyt fortunne i jadąc powozem na bal Lilith przez cały 
czas się martwiła, że Dolph zamierza Jackowi narobić jakichś kłopotów. Po ostatniej nocy 
problemami Jacka przejmowała się co najmniej w tym samym stopniu, co swoimi.

Tańcząc z Lionelem Hendrickiem niemal potknęła się o jego stopę, kiedy w połowie 

walca   wypatrzyła   Dansbury'ego.   Stał   przy   drzwiach   i   rozmawiał   z   Ogdenem   Pricem. 
Najbliżsi sąsiedzi niedwuznacznie się od niego odsuwali, ale markiz wydawał się tego nie 
zauważać. Lilith jednak wiedziała, że na pewno tak nie jest. Akurat na niego patrzyła, 
kiedy zerknął w jej kierunku, lekko się do niej uśmiechnął i wrócił do rozmowy.

Nie powinien był przychodzić. Z przerażeniem dowiedziała się, że butelka w gabinecie 

Wenforda zawierała truciznę; Jack musi o tym też wiedzieć i musi wiedzieć, że nikt z nim 
nie będzie chciał rozmawiać, żadna kobieta nie zechce stanąć z nim do tańca. Oczywiście 
oprócz niej, a ona się nie ośmieli. A mimo to przyszedł.

– Lilith? – Lionel popatrzył na nią i Lilith zamrugała oczami. Uśmiech miała nieco 

wymuszony,   tak   było   od   chwili   jej   zaręczyn,   ale   przynajmniej   w   całej   tej   sprawie 
zachowywał   się   po   dżentelmeńsku.   –   Mam   nadzieję,   że   kiedy   zostaną   rozesłane 
zaproszenia na pani ślub, nie zechce mnie pani z uroczystości wykluczyć. Sądzę, że nadal 
jesteśmy przyjaciółmi.

To oczywiste, że nie miał ochoty, by wykluczono go z najważniejszego wydarzenia 

tego sezonu.

– Przez myśl  by mi nie przeszło, by pana wykluczać – rzekła, uśmiechając się w 

odpowiedzi.

Twarz hrabiego rozpromieniła się.
– Bardzo mnie to cieszy.
Pod   koniec   walca   Pen   już   czekała;   impulsywnie   chwyciła   Lilith   za   rękę,   kiedy 

przyjaciółka się do niej zbliżyła.

– Naprawdę wydaje mi się, że mu na tobie zależy – szepnęła – bo gdyby nie, to w 

życiu by tu nie przyszedł.

– A może jest po prostu bardzo uparty – poddała Lilith, wszelkimi siłami starając się 

nie dopuścić do dalszego splątania marzeń i rzeczywistości.

–   To   takie   romantyczne   –   ciągnęła   dalej   Penelopa.   –   Zupełnie   jak   Romeo,   który 

odważył się wejść do domu Capuletów, żeby zobaczyć Julię.

– Romeo poszedł na przyjęcie do Capuletów dla psoty – poprawiła ją Lilith z lekkim 

uśmiechem, a jej spojrzenie automatycznie padło na Jacka. Popatrzył na nią znowu i brodą 
pokazał na tyły domu. A przynajmniej wydawało jej się, że pokazał – ruch był tak lekki, 
że   nie   mogła   mieć   pewności.   –   Nigdy   wcześniej   przed   tamtym   wieczorem   Julii   nie 

background image

widział.

–  Psujesz  zabawę   – odparła Pen.  Zerknęła  na  markiza.  –  Wydaje mi   się,  że  chce 

zwrócić twoją uwagę – ciągnęła dalej przyciszonym głosem.

– Tobie też się tak wydaje? – zapytała Lilith. – Ale nie wiem, o co mu chodzi. Nie 

bardzo mogę z nim tańczyć.

Pen uścisnęła jej dłonie, potem je wypuściła.
– Dowiem się tego dla ciebie.
– Pen! – wykrzyknęła Lilith.
Ale jej przyjaciółka już  uśmiechnęła  się  wprost do Dansbury'ego, a potem powoli 

podeszła do stołu i przyjęła szklaneczkę ponczu od lokaja.

Jack przeniósł wzrok z Penelopy na Lilith, która leciutko skinęła głową. Przeprosił 

Price'a i zaczął się przeciskać przez tłum w kierunku stołu z przekąskami. Lilith, która po 
niewczasie uświadomiła sobie, że się w niego wpatruje, odwróciła się i zaczęła z powagą 
przyglądać   się   jakiejś  roślinie   w   doniczce.   Wieki   to   chyba   trwało,   zanim   Pen   znowu 
znalazła się przy niej. Twarz miała zarumienioną, a jej ładne, orzechowe oczy błyszczały 
podnieceniem.

–   Lord   Dansbury   –   powiedziała   półgłosem   i   przyłączyła   się   do   Lilith   w   bacznej 

obserwacji   roślinki   –   sądzi,   że   mógłby   ci   się   spodobać   portret   lorda   Mistnera   pędzla 
Thomasa   Lawrance'a,   który   wisi   nad   kominkiem   w   salonie.   –   Zdusiła   chichot.   – 
Najbardziej będzie ci się podobał pół godziny po północy.

Lilith   popatrzyła   na   najbliższy   zegar.   Dochodziło   już   prawie   wpół   do   pierwszej. 

Przeszedł ją dreszcz na myśl, że będzie mogła porozmawiać z Jackiem. Nie powinna, 
wiedziała o tym. Powinna zapomnieć o nim, nie zwracać na niego uwagi, robić dobrą 
minę do złej gry i mieć tylko nadzieję, że w jej małżeństwie mąż i żona będą mieli ze sobą 
jak najmniej   do czynienia. Zaaranżowane  małżeństwa   nie  były  w arystokracji  niczym 
nowym. Małżeństwo jej własnych rodziców też do takich należało. Lilith skrzywiła się, 
potem zerknęła na Pen.

– Dzięki ci – szepnęła.
Dokładnie   dwadzieścia   osiem   minut   po   północy   podeszła   do   lady   Mistner,   która 

wyglądała na udręczoną.

–   Milady   –   uśmiechnęła   się   z   nadzieją,   że   nikt   nie   wyczuje   zalewającej   ją   fali 

podniecenia – słyszałam, że portret pani męża malował Thomas Lawrance. Jestem jego 
szczególną   wielbicielką   i   zastanawiałam   się,   czy   zechciałaby   pani   pozwolić,   bym   go 
zobaczyła?

Lady Mistner rozejrzała się po rojącej się od gości sali skinęła na służącego, by podał 

świeży półmisek słodyczy. – Moja droga... panno Benton, z rozkoszą pokażę pani nasz 
najnowszy skarb. – Uśmiechnęła się i rozkazała innemu lokajowi przynieść więcej wina.

background image

Lilith udało się nie skrzywić. To miało być proste.
– Och, nie chciałabym przysparzać pani kłopotów – zaprotestowała. – Przecież mogę 

sama pójść popatrzeć.

Pani domu westchnęła najwyraźniej zmieszana.
– Och, nawet słyszeć o tym nie chcę. Tędy, moja droga.
– Dziękuję, milady, ale naprawdę...
Lady Mistner pospiesznie ruszyła przez hol, a Lilith zmełła w zębach przekleństwo i 

pospieszyła za nią.

–   Zapewniam   panią   –   ciągnęła   dalej   głośno,   kiedy   dochodziły   do   drzwi   –   że   nie 

chciałabym odrywać jej od pozostałych gości.

Pani domu popatrzyła na nią jak na dziwadło, potem kąciki jej oczu zmarszczyły się w 

wymuszonym uśmiechu.

–   Nonsens,   moja   droga.   –   Pchnęła   jakieś   drzwi.   –   Chociaż   jako   właścicielka   nie 

powinnam się chwalić, ale jest to jedno z najwspanialszych dzieł pana Lawrence'a.

Lilith gorączkowo rozglądała się po pokoju, gotowa krzyknąć ze zdumienia, że markiz 

Dansbury   znalazł   się   tam   przed   nimi.   Ale   nie   dawało   się   go   nigdzie   zauważyć. 
Zmarszczyła brwi, a potem, widząc, że lady Mistner odwraca się w jej kierunku, szybko 
przeniosła wzrok na portret, który wisiał nad kominkiem.

– To nie do wiary – rozpływała się w pochwałach, składając ręce w podziwie... i żeby 

ukryć ich drżenie. – Jest wspaniały. – Pochyliła się, żeby zajrzeć za kanapę, ale tam Jacka 
również nie było. – Fantastyczny. To mistrzowskie wykorzystanie światła... naprawdę, ma 
pani chyba rację. To może być jego najwspanialsze dzieło.

Na tyle pochlebstw uśmiech lady Mistner zrobił się nieco bardziej serdeczny.
– Mówiłam Malcolmowi, że warto było poświęcić czas na pozowanie.
– O, tak – zgodziła się z nią Lilith. – Przekonana jestem, że udało mu się uchwycić 

istotę charakteru lorda Mistnera.

–   Lady   Mistner?   –   Do  pokoju   zajrzała  Penelopa.   –   Proszę   o   wybaczenie,   ale   czy 

życzyła pani sobie, by muzykanci robili teraz przerwę?

Pani domu zbladła.
– Nie! Dopiero po drugim walcu! – Odwróciła się do Lilith, która wyciągnęła rękę.
– Proszę, niech pani idzie. Ja za moment też przyjdę.
– Och, dziękuję ci, moja droga. – Zakręciwszy spódnicą lady Mistner pospieszyła do 

holu. Pen puściła do Lilith oko i wyszedłszy zamknęła drzwi.

– Dobry Boże – powiedziała półgłosem Lilith, powachlowała sobie twarz i opadła na 

kanapę.

– „Istotę charakteru"? – zapytał jakiś głęboki głos i Lilith zerwała się na równe nogi. 

Jack wszedł do środka przez uchylone okno i zeskoczywszy na podłogę zatrzasnął je za 

background image

sobą. – Jak mi się zdaje, w tym przypadku „istota charakteru" ma dużo większy brzuch i 
drugą brodę.

– Byłeś na zewnątrz? – zapytała Lilith z niedowierzaniem.
– I mógłbym podkreślić, że do tego na drugim piętrze –
roześmiał się, podchodząc do niej. – Dzięki Bogu nie padało. – Zmysłowe spojrzenie 

jego ciemnych oczu wpływało na nią niemal równie silnie, jak wspomnienie obejmujących 
ją nocą ramion. – Co ona tu u diabła z tobą robiła?

– Poprosiłam ją, żeby mi pozwoliła zobaczyć ten portret. Nie spodziewałam się, że 

zechce mi towarzyszyć. – Policzki jej zaróżowiły się z oburzenia, a Jack uśmiechnął się 
jeszcze szerzej.

– Nie chodziło mi o to, żebyś pytała, czy możesz tu przyjść – zamruczał. – Co za 

przyzwoita   dzierlatka.   Gdybyś   nie   wpadła   na   pomysł,   żeby   wrzasnąć   pod   drzwiami, 
sytuacja mogła się zrobić niezręczna.

– Nie zdarza mi się wrzeszczeć. – Dobry Boże, była taka szczęśliwa, że znowu go 

widzi, że z nim rozmawia. Miała wrażenie, że minął wiek, a nie zaledwie jeden dzień, od 
kiedy byli razem.

– No to udało ci się bardzo dobrze wrzask naśladować. – Zbliżył się do niej i przesunął 

powoli dłonią po jej policzku; Lilith zadrżała. Chciała go, pragnęła go, ale kiedy pochylił 
nad nią twarz, odwróciła się. – Przestań – szepnęła.

Przez moment Jack stał bez ruchu, obejmując ją w pasie. Potem puścił ją i cofnął się o 

krok.

– Przyszłaś tutaj – powiedział niemal oskarżycielskim tonem.
– Ja... ja czuję się odpowiedzialna za to, że wpadłeś w takie tarapaty – odparła, nie 

ośmielając się na niego popatrzeć.

–   Sam  odpowiadam  za   wszelkie   cholerne   tarapaty,   w   jakie   wpadam   –   warknął.   – 

Zawsze   tak  było.   Ale...   martwię   się...   że   przez   moją   głupotę  musiałaś   się   zaręczyć   z 
Wenfordem.

– To nie przez ciebie. Mój ojciec sprzedałby mnie za koronę książęcą – powiedziała z 

goryczą. – Pamiętasz? – Powoli odwróciła się twarzą do niego i przekonała się, że patrzy 
na nią z mieszaniną frustracji i troski w inteligentnych oczach.

– Wpadliśmy oboje jak śliwka w kompot – szepnął. Lilith zastanawiała się, czy po jej 

oczach widać, jak bardzo go kocha. – Lil, odpowiedz mi na jedno pytanie.

– Spróbuję. Ale proszę, pospiesz się. Gdyby nas zobaczyli...
– Nie pozwolę na to. – Uśmiechnął się miękko. – Obiecałem, że nigdy więcej nie 

sprawię ci bólu. – Zarumieniła się znowu na wspomnienie, które przywołały te słowa, a on 
delikatnie dotknął jej policzka. – Przypuśćmy, że mogłabyś uniknąć poślubienia Dolpha, 
czy wyszłabyś wtedy za niego?

background image

Jeżeli powie, że ma zamiar poślubić Dolpha, Jack odejdzie, wyczuwała to. Ale stał 

przed   nią   prawdziwy   Jack   Faraday,   ten   który   obejmował   ją   poprzedniej   nocy,   który 
dopuścił do tego, by na jego szczupłej, przystojnej twarzy pojawił się wyraz niepewności i 
niemal bezbronności.

– Nie da się tego uniknąć – zaczęła.
– Lil...
– Ale gdyby istniała taka możliwość, nie wyszłabym za niego.
Jack nieco się odprężył.
– Gdyby udało się dowieść, że jest mordercą, a więc nie jest odpowiednią partią dla 

panny Benton, czy chciałabyś, żeby tak się stało?

– Jacku, jeżeli możesz oczyścić swoje imię, to na Boga, zrób tak. Nie pozwolę, żeby 

cię powiesili, skoro masz dowód, że to Dolph zabił...

Markiz potrząsnął głową.
–   Nie   przerywaj   mi,   Lil.   Dokładam   wszelkich   starań,   żeby   zachowywać   się   po 

rycersku i przyzwoicie. Mam kilka podejrzeń i kilka domysłów, ale nie mam dowodu. 
Najpewniej uda mi się cały szum przetrwać, nawet gdybym musiał spędzić rok czy dwa w 
Szkocji albo we Włoszech, zanim sprawa się rozejdzie po kościach. Przynajmniej raz się 
martw o siebie. Czego chcesz ty, Lil?

–   „Przynajmniej   raz"   –   powtórzyła   łamiącym   się   głosem.   –   Czy   będę   szczęśliwa 

zapewniwszy mojej rodzinie to, czego potrzebuje? Czy...

–   Lilith   –   powiedział,   a   jego   głos   i   twarz   zrobiły   się   nagle   tak   gniewne,   że   się 

przestraszyła.   –  Powiedziałbym,   że  w  przeciągu  ostatnich   sześciu  lat  popełniłaś  jeden 
jedyny egoistyczny czyn, kiedy przyszłaś ze mną dzielić łoże. To nie zbrodnia, że chcesz 
być szczęśliwa, na litość pana Boga! – Spiorunował ją wzrokiem. – A teraz odpowiedz mi 
na   to   cholerne   pytanie.   Czy   chcesz,   żebym   kontynuował   działania   przeciw   Dolphowi 
Remdale'owi, niech go diabli?

Lilith zamknęła oczy, usiłując go od siebie odseparować. Łatwiej byłoby jej przestać 

oddychać.

– Tak – powiedziała cicho. – Bardzo chcę, żebyś je kontynuował.
Powoli   otworzyła   znowu   oczy.   Patrzył   na   nią   teraz   z   jakimś   zupełnie   nowym 

uczuciem.

– Jeszcze tylko jedno pytanie – zamruczał, obejmując ją w pasie i przyciągając blisko 

do siebie. – Gdybym był, powiedzmy, sir Galahadem, czy wzięłabyś mnie pod uwagę jako 
konkurenta?

Lilith uwierzyć nie mogła, że mógł w ogóle zadać takie pytanie. Ale kiedy popatrzyła 

mu w oczy, nie potrafiła też przekonać samej siebie, że ten wytrawny, cyniczny hulaka 
tylko się z nią droczy.

background image

– Gdybym ja nie była zaręczona z księciem Wenfordem i gdybyś ty był Galahadem, to 

zgodziłabym się, żebyś się o mnie starał – odpowiedziała, usiłując mówić nonszalancko i 
wiedząc, że w głosie jej na pewno słychać smutek. Gdyby tylko tak było. Wczesnym 
rankiem udało jej się przez kilka chwil wyobrażać sobie szczęście, które mogłoby trwać 
do   końca   życia.   Szczęście,   które   nie   miało   nic   wspólnego   z   tym,   kim   była   czy   kim 
powinna być, a tylko z tym, czego i kogo chciała. – Ale nie jesteś.

– Postaraj się wyobrazić sobie, że jestem.
Tym razem, kiedy się nad nią pochylił, uniosła się na palcach, żeby przybliżyć usta do 

jego warg. Przez króciutką, szaloną chwilę żałowała, że brak jej odwagi, by zamknąć 
drzwi na klucz i pozwolić mu posunąć się dalej.

Chociaż dotykał tylko jej ust, każda chyba cząstka jej ciała ożywała świadoma jego 

bliskości. Objęła go rękami za szyję i przyciągnęła bliżej.

– Jacku – wyszeptała – kocham cię.
Jack zamarł, w jego oczach mignęło tysiące uczuć.
– Co powiedziałaś?
Nie miała jak się teraz wycofać z tego, co powiedziała, i chyba Jack nie był całkiem 

niezadowolony usłyszawszy to, co usłyszał.

– Ja...
–   Pani   Farlane   –   odezwał   się   głos   Penelopy,   zgrzytliwie   głośny   i   do   tego   tuż   za 

drzwiami – jestem niemal pewna, że widziałam Lil i Mary na zewnątrz, na balkonie.

Lilith cala krew odpłynęła z twarzy. Jeżeli ciotka Eugenia ich przyłapie, zrujnowane 

zostanie wszystko. A zwłaszcza ona sama.

– Dobry Boże – wymamrotał Jack i odsunął się. Podszedł do okna, otworzył je jednym 

szarpnięciem. W ostatniej chwili obejrzał się na nią przez ramię i szeroko się uśmiechnął, 
oczy mu zatańczyły. – Będę się trzymał blisko ciebie, gdybyś mnie potrzebowała. I nie 
przywiązuj się za mocno, Lil, do swego narzeczonego. Z tych czy innych powodów nie 
będzie cię już niedługo potrzebował.

Drzwi otworzyły się w momencie, kiedy znikał za parapetem; Lilith błyskawicznie 

okręciła się twarzą do obrazu. Udała, że się  w niego zafascynowana wpatruje, potem 
odwróciła się, by zobaczyć, kto wszedł do pokoju.

– Ciotko Eugenio. – Uśmiechnęła się, pokazując na obraz. – Czy widziała ciotka ten 

portret? Jest wspaniały, nie sądzi ciotka?

Ciotka spiorunowała ją wzrokiem.
– Sądzę, że przyszła księżna Wenford nie powinna chować się po salonikach, kiedy 

lady Fenbroke organizuje grę w karty dla kilku wybranych gości.

– Och, cudownie – wydusiła z siebie Lilith i zaprosiła ciotkę gestem, by wyszła przed 

nią z pokoju. Wychodząc, obejrzała się przelotnie na uchylone okno i ciemność panującą 

background image

za nim. Chociaż Jack wydawał się taki pewny siebie, przypuszczalnie przydałaby mu się 
jakaś pomoc. A kto lepiej będzie jej potrafił udzielić niż własna narzeczona Wenforda? 
Uśmiechnęła się lekko pod nosem. No, kto?

background image

16

William  przesunął   się   po  głębokiej,   miękkiej   kanapie   i   zaczął   nerwowo  bawić   się 

fularem, który Weens musiał mu chyba dziś wieczorem zbyt ciasno zawiązać. Zaczynanie 
z rozmysłem kłótni z Antonią to idiotyzm. I niech diabli wezmą Jacka Faradaya za to, że 
taki idiotyzm zaproponował. Łajdak wiedział aż nazbyt dobrze, że nikt nie oparłby się 
takiemu wyzwaniu. Bóg mu świadkiem, że on sam nie był w stanie przestać o nim myśleć, 
chociaż już zdecydował, że Dansbury pojęcia nie ma, o czym mówi i że Antonia niczego 
nie   ukrywa.   Za   jego   plecami   zabrzęczało   szkło,   dziwnie   głośno   w   nietypowej   ciszy 
panującej w salonie Antonii. Podskoczył na ten brzęk, szarpnął fular jeszcze raz i dał mu 
spokój.

Antonia St. Gerard płynnym ruchem wsunęła się w jego pole widzenia, w obu rękach 

trzymała po beczułkowatym kieliszku z brandy. Zwinęła się obok niego i podała mu jeden, 
popijając   ze   swojego   i   popatrując   znad   jego   brzeżku.   William   miał   nadzieję,   że 
zaproponuje   coś,   o   czym   mogliby   rozmawiać,   a   co   pozwoliłoby   mu   zapomnieć   o 
przeklętym zakładzie z Dansburym, ale Antonia przez cały wieczór była milcząca.

Szukał jakiegoś tematu do dyskusji, ale był w stanie wymyślić tylko taką rozmowę, 

podczas której mówiłby jej, jaka jest śliczna. To tak na ogól zaczynały się ich pogaduszki i 
jakoś zawsze kończyły się w jej sypialni. Nie żeby miał temu coś do zarzucenia. Niech 
diabli   wezmą   Jacka   i   jego   wtrącanie   się,   i   jego   przeklęte   gierki.   William   westchnął 
poirytowany.   Może   powinien   rozpocząć   jakąś   niewielką   sprzeczkę   po   to   tylko,   by 
zaspokoić ciekawość; potem będzie mógł przeprosić i pójdą razem na górę. Jack będzie 
musiał kupić naszyjnik, a William będzie się z niego śmiał.

– Williamie – mruczała Antonia jak kotka, przesuwając dłonią powoli w górę po jego 

udzie   i   tym   samym   w   sposób   przekonujący   przypominając   mu,   że   mógłby   robić   coś 
lepszego, niż szukać tematu do kłótni. Mogłam wydać dziś wieczorem karciane przyjęcie, 
mon amour. Nie sądziłam, że będziemy spędzać ten wieczór w moim salonie. Powiedzże 
mi, dlaczego naprawdę chciałeś być ze mną sam na sam.

William głęboko wciągnął powietrze i powoli je wypuścił.
– Nie chcę, żebyś więcej wydawała te przyjęcia, Antonio – powiedział pospiesznie. To 

powinno wystarczyć.

Przez długą chwilę Antonia przypatrywała mu się.
– Czy masz jakieś inne plany? – zapytała miękko.
– Nie... nie podobają mi się, tylu mężczyzn się na ciebie gapi i... no, sama wiesz – 

zająknął się.

Antonia przesunęła się i oparła o jego ramię.
– I wyobrażają sobie, że do nich należę? – Poddała i powiodła czubkiem palca po jego 

background image

uchu.

– Tak. Koniec z karcianymi przyjęciami. – Jack mówił mu, że Antonia wydawała je od 

chwili, kiedy zawitała do Londynu, i że nie zna nikogo, komu by tak głęboko w krew 
weszła miłość do hazardu i kart. Oczywiście, że musi zaprotestować.

Antonia westchnęła.
– Jak sobie życzysz, kochany. Ale czymś muszę spłacać rachunki.
– A... tym się nie martw – odparł zawiedziony. Szukał czegoś, o co walczyłaby z 

większym zacięciem, chociaż gdyby miał krztynę rozumu, dałby spokój i jutro Jackowi 
skłamał. – I wydaje mi się to nieprzyzwoite, żebyś była właścicielką faetonu z wysokim 
kozłem  –   oznajmił.   –   Za  diabła   to  nie   przystoi,  sama   wiesz,   żeby   samotna   niewiasta 
rozjeżdżała się po Londynie faetonem.

Antonia wydęła wargi, przyjrzała mu się szarymi oczami i pociągnęła jeszcze łyczek 

brandy.

– Och, Williamie, miałam sama zamiar z niego zrezygnować. Jest tak okropnie zimno, 

kto miałby ochotę jeździć gdziekolwiek otwartym powozem, n'est ce pas?

William odchrząknął.
– Zupełnie słusznie. – Sytuacja robiła się cholernie trudna. Pokazał na jej kieliszek. 

Uwielbiała   wieczorami   pić   brandy.   –   No   i   kobiety   pijają   maderę   albo   ratafię.   A   nie 
brandy.

Antonia opuściła wzrok na kieliszek i odstawiła go. – Jestem abstynentką – westchnęła 

i zdjęła mu palec z ucha tylko po to, żeby go zastąpić językiem. William przełknął.

–   I   żądam   też,   żebyś   już   nie   mówiła   więcej   w   tej   cholernej   francuszczyźnie   – 

powiedział w desperacji, odsuwając się od niej.

Antonia oparła się o niego całym ciałem i uniosła idealnie wymodelowaną brew.
– Jestem Angielką – zamruczała. – Czy teraz jesteś zadowolony?
–   Byłbym   bardziej   zadowolony,   gdybyś   przestała   udawać,   że   się   zgadzasz   ze 

wszystkim,   co   mówię   –   narzekał   doprowadzony   do   rozpaczy   William.   –   Rozumiesz 
chyba, że mówię poważnie.

– Jestem tym, czym chcesz, żebym była – ciągnęła dalej Antonia, przesuwając dłonią 

po jego piersi, a potem niżej.

Rozgorączkowany William z pewnymi kłopotami podniósł się z kanapy.
– Do wszystkich diabłów, Antonio – warknął i zaczął się cofać, a ona rozprostowała 

się  i  ruszyła   za  nim  z  takim  uśmiechem   na  ustach,   jaki  ma   kot  tuż   przed   pożarciem 
kanarka. – Przestań traktować mnie jak głupca.

– Williamie – zbeształa go i zatrzymała się. – Proszę cię, nie bądź zły. Zgodziłam się 

na wszystko, czego chciałeś.

background image

– Ale dlaczego? – zapytał.
– A dlaczego mnie o to prosiłeś, kochany? William popatrzył spode łba.
– Och, ten stary cholernik Jack mówił, że nie będę w stanie wciągnąć cię w żadną 

kłótnię. Powiedział, że tworzysz dla mnie śliczną buzię, czy jakieś inne takie bzdury, a ja 
stwierdziłem,   że   chyba   zwariował.   Tylko   że   zgodziłaś   się   dziś   z   każdą   bzdurą,   jaką 
zaproponowałem. – Zatoczył ręką krąg. – Na litość boską, Antonio, poprosiłem cię, żebyś 
już nie mówiła po francusku, a ty okiem nie mrugnęłaś.

Na moment twarz Antonii zrobiła się mroczna, niemal dzika, ale wyraz ten zniknął tak 

szybko,   że   w   świetle   lampy   mogło   mu   się   tylko   przywidzieć.   Rozpromieniła   się   jak 
poranek o brzasku.

– Och, Williamie, sądziłam tylko, że boisz się, iż nie będziemy do siebie pasowali i 

usiłowałam   ci   dodać   ducha.   –   Przysunęła   się   bliżej,   chwyciła   dłońmi   jego   klapy   i 
pociągnęła go w kierunku drzwi. – Wiedziałam, że naprawdę nigdy nie zakazałbyś mi 
mówić po francusku, mon amour.

William uśmiechnął się.
– Dzięki Bogu – westchnął z ulgą. Jack niczego nie rozumiał. Jak na człowieka, który 

twierdził, że zna kobiety, nie miał o nich zielonego pojęcia.

–   A  teraz   chodź   ze   mną,   żebyśmy   się   mogli   przeprosić   nawzajem  –   wyszeptała   i 

odwróciła się, by poprowadzić go w kierunku schodów i na górę.

Kiedy już Antonia odwróciła się do Williama plecami, wyraz jej twarzy zmienił się w 

jadowity grymas, którego nigdy nie pozwoliłaby zobaczyć kochankowi. Wyglądało na to, 
że Jack Faraday zwrócił się przeciw niej. Bez dwóch zdań chciał zrobić wrażenie na 
Lodowej Damie, ostrzegając jej brata przed niegodziwą Antonią. No cóż, to nie markiz 
Dansbury potrzebował Williamowych pięciu tysięcy rocznie, tylko ona. Nie stanie jej na 
przeszkodzie. Wiedziała różne rzeczy i mogła narobić pewnemu aroganckiemu markizowi 
poważnych kłopotów. Antonia uśmiechnęła się. Pięć tysięcy rocznie.

Zmarszczywszy   brwi   Peese   przyglądał   się,   jak   jego   chlebodawca   chodzi   tam   i   z 

powrotem po saloniku.

– Gdyby zechciał wielmożny pan wyrazić się bardziej dokładnie – powiedział.
Jack zatrzymał się, żeby go spiorunować wzrokiem, a potem znowu zaczął chodzić. 

Spędził bezsennie całą niemal noc; usiłował wymyślić jakiś sposób, żeby ocalić swoją 
głowę i dać po karku Dolphowi, i marzył o tym, żeby znowu złożyła mu wizytę Lilith. 
Chociaż wyznała, że go kocha – a te słowa nadal grzmotem przewalały się po jego sercu, z 
każdym uderzeniem rozbijając w pył mroczne tegoż serca fragmenty – daleko mu było 
jeszcze do tego, żeby ją zdobyć.

–   Już   sam   nie   wiem,   jak   miałbym   mówić   wyraźniej,   Peese.   Co   wiesz   na   temat 

domostwa Dolpha Remdale'a?

background image

Drzwi do saloniku załomotały i otworzyły się; Jack odwrócił się ze złością, żeby kazać 

wyjść   natrętnemu   służącemu.   Ale   kiedy   do   środka   wetknął   głowę   Martin,   markiz 
gwałtownie zamknął usta i gestem kazał mu wejść.

– Najwyższy już czas, żebyś dołączył do tej cholernej zabawy – warknął.
Peese zerknął na Martina i wzruszył ramionami.
–   Wielmożny   panie   –   zaczął   mówić   cierpliwie,   najwyraźniej   pragnąc   ugłaskać 

wzburzonego chlebodawcę – domy są podobne do swoich panów. Pan nie kontaktuje się z 
jego   wysokością,   a   my   nie   utrzymujemy   kontaktów   z   jego   służbą.   Tak   więc   jeżeli 
zechciałby mi wielmożny pan wyjaśnić dokładnie, co chce pan wiedzieć, może...

– Gdybym wiedział, co chcę wiedzieć, już bym to sam wiedział! – wybuchnął Jack, 

którego gryzło znużenie i frustracja. – Nie mogę uwierzyć, że zbierając tyle plotek, ile wy 
zbieracie, niczego nie słyszeliście!

– Nikt również nie słyszał niczego o tym domu – zwrócił mu uwagę Martin bardziej 

spokojnym   tonem.   Jack   odwrócił   się,   by   zmierzyć   go   posępnym   spojrzeniem,   a 
kamerdyner się lekko skłonił. – Wielmożny panie.

Peese postąpił krok do przodu.
– I nie usłyszy – poparł kolegę dumnie.
–   Jak   właśnie   miałem   powiedzieć   –   ciągnął   dalej   Martin   –   doszły   do   mnie   kilka 

miesięcy temu pogłoski, że jedna ze służących pana Remdale'a... to stało się oczywiście, 
zanim został księciem... złamała ręką spadłszy ze schodów.

Jack zmarszczył brwi.
– To naturalnie niefortunne, ale nie takie znowu nadzwy...
– Remdale kazał wysłać dziewczynę do jednego z majątków wuja. A raczej kazał ją 

tam wysłać stary Wenford.

Czegoś tu najwyraźniej brakowało i Jack miał dość jasne podejrzenia, co by to mogło 

być.

– A jak ma na imię niemowlę? Martin przelotnie się uśmiechnął.
– Tego fragmentu nie znam.
– Wiesz co – wtrącił się Peese – teraz, kiedy już o tym wspomniałeś, najęła się tam do 

pracy siostra męża mojej kuzynki, ale po dwóch tygodniach im wymówiła.

Nareszcie.
– Dlaczego?
Lokaj wzruszył ramionami.
– Mówiła, że przeraża ją pan Remdale. Mówiła, że niektóre tamtejsze dziewczyny 

chodzą posiniaczone.

Jack poczuł, jak podnosi się w nim fala wściekłości i lęku.
– Chcesz powiedzieć, że on bije i źle traktuje swoje służące? – I ten sukinsyn miał 

background image

dostać w swoje łapy jego Lilith.

Martin kiwnął głową.
– Na to by wyglądało, wielmożny panie.
– Mogłeś sobie o tym przypomnieć na początku, jak cię pytałem.
Lokaj zrobił urażoną minę.
– Prosiłem, by wielmożny pan zechciał się wyrażać dokładniej.
– Jakbyś zwracał uwagę na to, co się dzieje w twoim własnym domu, wiedziałbyś, o co 

on pyta – wtrącił się wyniośle Martin.

Jack wbił w niego posępne spojrzenie.
– A to co ma znaczyć?
Martin byl na tyle zuchwały, że się uśmiechnął.
– Na to pytanie nie odpowiem nawet pod karą śmierci, wielmożny panie.
Markiz doszedł do wniosku, że najlepiej będzie zrezygnować z tematu. Sądząc po tym, 

jak Martin i Peese zachowywali się w ten wieczór, kiedy go Lilith odwiedziła i następnego 
poranka, obydwaj orientowali się, że było w niej coś niezwykłego, a nie dlatego przeżyli 
w Europie podczas przeklętej wojny Bonapartego, że byli głupi.

– Mam nadzieję, że nie ucierpi na tym żaden z nas. Natychmiast obydwaj służący 

spoważnieli.

– Ten szubrawiec chce, żeby wielmożnego pana powielono, bez dwóch zdań – warknął 

Peese.

– Tak, całkowicie bez dwóch zdań. – Jack pokazał na moment zęby w uśmiechu. – 

Dopilnujmy, żeby się to nie stało, co wy na to? Lokaj sam również ponuro się uśmiechnij.

– Możemy się u celu znaleźć pierwsi, wielmożny panie. Markiz potrząsnął głową.
– Myślałem już o tym. Ale żebyśmy nie wiem jak byli sprytni, nadal będą za to winili 

mnie. – Westchnął. – Nie, tym razem będziemy musieli działać zgodnie z prawem.

– Cholerny wstyd i tyle – narzekał Peese.
– Tak, ale jeżeli wszystko się ułoży po... po mojej myśli, to może i tak trzeba będzie 

zaprowadzić   bardziej   przyzwoite   zwyczaje   w   tym  domu.   –   Jack   popatrzył   na   swoich 
dwóch ludzi, jakby wyzywał ich, by o coś zapytali, a potem skierował się do drzwi. – 
Peese,   idziesz   ze   mną.   Martinie,   wydaje   się,   że   jesteś   lepiej   poinformowany   o   domu 
Remdale'a. Dowiedz się, ile tylko zdołasz.

Martin stanął na baczność i przyłożył palce do czoła.
– Rozkaz, panie majorze.
Kiedy Jack dotarł ze swoim lokajem do White'a, był trochę zdziwiony, że prawo nie 

pojawiło się tam wcześniej. Jego prywatne zapasy portwajnu stały pod kluczem w piwnicy 
i zgodnie z tym, co powiedział mu główny lokaj, nikt ich nie dotykał. Najwyraźniej nie 
dość było pogłosek, żeby Bow Street wystąpiła przeciw członkowi arystokracji. Zostawił 

background image

Peese'a, żeby pilnował porządku i pojechał po Richarda.

–   Zdajesz   sobie   sprawę,   na   co   się   narażasz   –   zwrócił   mu   uwagę   szwagier,   kiedy 

wyjmowali   inkryminowaną   skrzynkę   z   piwnicy   klubu   i   ustawiali   ją   na   największym 
kuchennym stole. Wieczór był jeszcze wczesny, więc główny salon zaczynał się dopiero 
zapełniać   tłumem   ludzi,   jak   to   w   dzień   powszedni.   Ale   wszyscy   lokaje   tłumnie 
zgromadzili się w dużej kuchni.

– Nie mam wielkiego wyboru – odpowiedział sucho Jack i skinął na Peese'a. – Zanieś 

to do salonu.

–   Jacku   –   ostrzegł   go   Richard,   cofając   się,   kiedy   armia   lokajów   stłoczyła   się   za 

Peesem.

–   Proszę   ze   mną   –   zaprosił   go   Jack   z   zawadiackim   ukłonem,   słysząc,   jak   w 

szykownym, zatłoczonym wnętrzu podnosi się fala pełnych złości protestów. – Może ci 
się to spodoba.

Peese   ustawił   skrzynkę   na   środku   stołu,   przy   którym   siedział   lord   Dupont   i   jego 

znajomi, miażdżąc jej ciężarem właśnie rozgrywanego faraona.

– A cóż to ma znaczyć, Dansbury? – warknął Dupont i podniósł się z krzesła, kiedy 

Jack sięgnął mu przez ramię po butelkę.

– Dobry wieczór, panowie. – Jack skinął głową zebranym, a potem skierował uwagę 

na butelkę, którą trzymał w ręku. Wosk uszczelniający korek był na swoim miejscu i 
wyglądał   na   nienaruszony.   Chociaż   w   przypadku   korka   trudno   było   się   zorientować, 
wyglądało na to, że go nikt niczym nie przebił. Jack odwrócił się, szukając głównego 
lokaja. – Freeling, czy jesteś pewien, że nikt nie zbliżał się do moich zapasów od czasu, 
kiedy ostatni raz kazałem sobie podać butelkę?

Wysoki, chudy lokaj skłonił głowę.
– Jestem pewien, wielmożny panie. Nikt go nie dotykał. Jack przez moment przyglądał 

się obliczu mówiącego a naokoło nich szemrał tłum gości. Za pieniądze można kupić 
kłamstwo,   ale   niekoniecznie   w   dobrym   gatunku.   A   Freeling   zawsze   wydawał   mu   się 
prawym człowiekiem.

– No to już – westchnął i skinął na Peese'a, który podszedł i odkorkował butelkę.
– Nie przypuszczam, żebyś przyniósł ze sobą jakiegoś szczura – mruknął Richard. 

Przyjrzał się zapasom równie uważnie jak Jack; gdyby nie to, że rozsądek markizowi na 
takie myśli nie pozwalał, powiedziałby on, że szwagier ma zaniepokojony wyraz twarzy.

– Bardzo bym nie chciał marnować dobrego portwajnu na szczury – roześmiał się 

Jack, uniósł butelkę, przyłożył ją do warg i pociągnął potężny haust wina.

– Jacku! – ryknął Richard po niewczasie, usiłując wyrwać mu butelkę. – Zwariowałeś?
–  Jeżeli  jakiś  nieszczęsny  szczur   dokonałby  żywota,  też   bym  za  to  wisiał.  –  Jack 

przyglądał się ponownie twarzy Freelinga. Lokaj wyglądał na równie zaskoczonego, jak 

background image

reszta gapiów, w jego twarzy nie pojawiła się żadna zmiana, która mogłaby świadczyć, że 
wie więcej, niż twierdził, że wie. Jack popatrzył znowu na Richarda. – Jak długo to trwa, 
zanim człowiek umrze po zatruciu arszenikiem? – zapytał kącikiem ust.

–   W   zaistniałych   okolicznościach   już   byś  chyba   o   tym  wiedział   –   stwierdził   jego 

szwagier rozdygotanym głosem. Twarz miał poszarzałą. – Dobry Boże, Jacku.

Jack wzruszył ramionami, usiłując zbagatelizować swój czyn. Gdyby pokazał po sobie 

choć odrobinę niepewności, wszyscy obecni przyjęliby to za poczucie winy. Jeżeli Lilith 
się dowie, co zrobił, pewnie go zamorduje własnymi rękami, ale wolał umrzeć od trucizny 
niż   pozwolić,   by   Dolph   Remdale   śmiał   się,   kiedy   on   sam   będzie   dyndał   na   sznurze. 
Powoli pociągnął jeszcze jeden łyk, a potem odstawił butelkę.

– Słuchaj, Freeling.
– Tak, wielmożny panie?
– Czy tamtego wieczoru prosiłem o którąś szczególną butelkę?
– Nie przypominam sobie niczego takiego, wielmożny panie.
– A w jakim celu miałeś mi przynieść butelkę? Freeling odchrząknął.
– Mówił wielmożny pan, że nie ma już ochoty pić firmowych pomyjów i że napije się 

pan własnego wina.

Jack odwrócił się do Richarda i uniósł do góry brew.
– Czy mam się napić po łyku z każdej z nich?
– Pięćdziesiąt funtów za każdą butelkę, którą przeżyje! – zawołał lord Hunt, a inni 

szybko podjęli wyzwanie.

Zakład wydawał się sensowny; Jack nie miał nic przeciw temu, żeby samemu postawić 

na siebie parę funtów.

– Czemu nie?
Richard pospiesznie potrząsnął głową i skinął na Peese'a, żeby zabrał skrzynkę.
– Nie. Pozwól, że resztę butelek zaniosę do chimisty. Zbiorę jeszcze kilku świadków i 

sprawdzimy pozostałe w bardziej naukowy, chociaż może mniej widowiskowy sposób.

Zanim Peese wziął skrzynkę, Jack położył na niej rękę.
–   I   nie   spuścisz   jej   z   oczu?   –   zapytał   cicho,   spoglądając   w   twarz   Richardowi   i 

upewniając   się,   że   ten   ostatni   zdaje   sobie   sprawę,   jak   wiele   zaufania   pokłada   w   nim 
szwagier.

Richard też patrzył mu prosto w twarz.
– Nie spuszczę jej z oczu – potwierdził. Markiz odstąpił od stołu.
– A więc w porządku. Dobranoc, panowie.
Następny punkt na jego korzyść; a teraz, zanim będzie kontynuował batalię, chce się 

zobaczyć z Lilith, nie wypierał się tego. Szczeniackie niemal było to pragnienie, żeby 
przebywać tam, gdzie ona, podobne do tego, z jakim pszczoła tęskni do kwiatów. Bóg mu 

background image

świadkiem,   że   niejedno   głupstwo   zdarzyło   mu   się   już   wcześniej   popełnić,   ale   po   raz 
pierwszy   odnosił   wrażenie,   że   popełnia   je   w   słusznej   sprawie.   Musi   przynajmniej 
uprzedzić ją, jak Dolph Remdale traktuje kobiety. Niech ten sukinsyn palcem tknie Lilith, 
a będzie miał szczęście, jeżeli uda mu się przeżyć na tyle długo, by tego pożałować.

Lilith, która od czasu nawiązania znajomości z markizem Dansburym stała się czymś 

w   rodzaju   wielbicielki   ironii,   podniosła   oczy   na   bezchmurne   niebo   nad   Hyde   Park   i 
uśmiechnęła się. Miała wrażenie, że im bardziej chmurne i zawikłane robi się jej własne 
życie, tym lepsza pogoda panuje w Londynie. Pochyliła się do przodu i poklepała po 
kłębie swoją klacz, Polly, potem westchnęła i na moment starała się zapomnieć o tym, ile 
problemów mają oboje z Jackiem.

– Co powiedziałaś ciotce dzisiaj rano? – zapytała Penelopa, która wybrała się z nią na 

przejażdżkę   wzdłuż   Lady's   Mile.   Milgrew   czekał   w   cieniu,   zachowując   podyktowany 
szacunkiem dystans. – Przecież ona aż promieniała.

Lilith wzruszyła ramionami.
– Powiedziałam, że z radością przyjmuję zaproszenie jego wysokości na piknik na 

jutro. – Zastanawiała się, czy to nie z tej głównie przyczyny czuła się tak podniesiona na 
duchu dziś rano. W końcu sama coś robiła, a nie tylko poddawała się temu, czego się po 
niej   spodziewali   inni.   Prawda,   że   wszyscy   sądzili,   iż   nadal   wypełnia   swe   obowiązki 
sumiennie i przyzwoicie, ponieważ nikt nie orientował się, z jakiego to dokładnie powodu 
chce spędzać więcej czasu w towarzystwie Dolpha Remdale'a. Miejmy nadzieję, że on też 
się nie zorientuje, przynajmniej dopóki nie uda jej się odkryć, w jaki sposób i dlaczego 
zabił swego wuja.

–   Co   mówisz?   –   zapytała   Penelopa,   unosząc   delikatne   brwi   do   góry.   –   Wczoraj 

wieczorem na samą myśl o nim robiło ci się niedobrze. A co z lordem Dans...

– Cicho, Pen – zwróciła jej uwagę Lilith. – Wiem, co robię. – A przynajmniej taką 

miała nadzieję.

Pen potrząsała głową.
– Nie mam pojęcia, co cię napadło, ale... – Głos jej zamarł, wzrokiem pobiegła gdzieś 

za plecy Lilith. Zarumieniła się, a jej twarz i oczy rozjaśniły się w uśmiechu. – Dzień 
dobry, panie Benton.

– Panno Sanford – odpowiedział William.
Lilith odwróciła się i zobaczyła, że brat ściągnął wodze i jedzie obok nich. Siedział na 

tym   potwornie   drogim,   czarnym   ogierze,   na   którego   kupno   namówił   go   Jack.   Lilith 
patrzyła teraz na Thora łaskawszym okiem i musiała przyznać, że zwierzę jest wspaniałe.

–   Miałeś   chyba   być   zajęty   ze   swymi   przyjaciółmi   –   powiedziała,   patrząc   z 

zaciekawieniem na brata. Wydawał się błądzić gdzieś myślami, chociaż nie miała pojęcia, 
o   co   mogło   chodzić.   Zdawała   sobie   jednak   sprawę,   że   jedyną   osobą,   która   ostatnio 

background image

powodowała u niego gonitwę myśli, była Antonia St. Gerard.

– Moi przyjaciele rozpierzchli się na cztery wiatry. Jedynym, którego udaje mi się w 

tych dniach odszukać, jest Jack, a ojciec dobrze mi przetrzepie skórę, jeżeli się do niego 
znowu odezwę.

Nie ma nawet co porównywać tego z ewentualną reakcją ojca na wieść o niej i o Jacku.
– A co z panną St. Gerard? W zeszłym tygodniu codziennie były jakieś pikniki i 

wyścigi konne.

– Antonia jest stworzeniem przeważnie nocnym – odpowiedział, a wyraz roztargnienia 

na jego twarzy pogłębił się.

– Czy stało się coś złego? – zapytała Pen, zanim zdążyła to zrobić Lilith.
William popatrzył na Penelopę.
– Hm? Och, nic takiego. Tyle że jestem czymś zaabsorbowany, to wszystko.
– Czy mogłybyśmy w czymś pomóc?
– A niech to, nie – odparł William i zaczerwienił się. I nagle rąbnął pięścią w kulę 

siodła. – Niektóre kobiety są po prostu nadmiernie zgodne – wyrwało mu się.

Lilith i Pen popatrzyły na siebie; Penelopa zachichotała.
– Każda kobieta... każdy człowiek, który jest nadmiernie zgodny, ma w tym jakiś swój 

cel – powiedziała.

William przechylił na bok głowę i popatrzył na nią uważniej, a wyraz jego twarzy 

nieco się zmienił.

– Pani nigdy się nie złości, panno Sanford – zauważył.
– Ależ często się złoszczę – odparła Penelopa swobódnie. – Tylko że złoszczę się w 

odpowiednich momentach.

– Ale skąd ktoś mógłby wiedzieć, że...
Po  drugiej  stronie  polany   zaczęło   się  jakieś  zamieszanie  i  Lilith  znowu  odwróciła 

głowę.   W   ich   stronę   pędził   gniady   wałach   bez   jeźdźca   na   grzbiecie.   Polly   zaczęło 
nerwowo drobić nogami, a Lilith ostro ściągnęła jej wodze.

– Co się tam...
– To gniadosz Jacka, Benedick – powiedział William i zawrócił Thora, wbijając mu 

pięty w boki.

Ogier parsknął i rzucił się w kierunku wałacha. Gniadosz zatrzymał  się, jak tylko 

William się schylił, by chwycić luzem zwisające wodze; robił nawet takie wrażenie, jakby 
zatrzymał się z ulgą. Lilith, tchu nie mogąc złapać, rozglądała się w popłochu, gdzie mógł 
się podziać jeździec Benedicka. W końcu wypatrzyła go; szedł spokojnie ku nim przez 
park, nie zwracając uwagi na innych spacerujących, którzy schodzili mu z drogi, by się z 
nim nie spotkać.

– Dzięki, Williamie – odezwał się donośnym głosem, kiedy był jeszcze spory kawałek 

background image

od nich. – Rozmawiałem sobie właśnie z lady Henry, a mój staruszek się spłoszył.

– Nic się panu nie stało? – zapytała Lilith, starając się mówić chłodno.
Dansbury zerknął w jej kierunku.
– Absolutnie nic, panno Benton. – Odebrał wodze od Williama i dosiadł Benedicka. 

Zawracając koniem przejechał blisko Lilith. – Nie zamykaj dziś na noc okna, moja droga – 
szepnął,  uśmiechnął  się,  zawadiacko  pomachał  kapeluszem Penelopie i odjechał  przez 
park.

– Benedick się spłoszył, też coś – mruknął William z pewną fascynacją spoglądając za 

swoim   dawnym   idolem.   –   Ten   koń   bliższy   jest   rodzajowi   ludzkiemu   niż   niektórzy 
panowie, z którymi grywałem. – Potrząsnął głową. – Ciekawe, co on znowu u diabła 
planuje.

– Może po prostu tęskni za panem – poddała Penelopa; Lilith rzuciła na nią okiem, ale 

przyjaciółka nie patrzyła na Williama. – Wydaje się, że wszyscy go porzucili.

– Niekoniecznie z własnego wyboru – zrzędliwie odparł brat Lilith, a potem westchnął 

i wyprostował się. – Czy kupić wam, panie, lody?

– Bardzo by było miło – uśmiechnęła się Pen i William ustawił Thora obok jej klaczy; 

Lilith ruszyła za nimi.

Serce   jej   łomotało,   a   w   myślach   panował   szalony   zamęt.   Gdyby   została   jej   choć 

szczypta rozumu, zamknęłaby i zabarykadowała dziś na noc i okno, i drzwi. Uśmiechnęła 
się lekko, wiedząc, że niczego takiego nie zrobi. Miał ją odwiedzić Jack.

– To mi coś przypomina – zauważył ponuro Martin i odstąpił o krok, by obejrzeć 

swego chlebodawcę.

Jack uniósł ręce i okręcił się, przyglądając się sobie w lustrze. Ciemne spodnie, surdut i 

szorstka, czarna koszula jemu również coś przypominały, a większość tych wspomnień nie 
była miła. Kiedy mówił Lilith, że „plątali się" obydwaj z Richardem po Francji i Belgii, 
ani w przybliżeniu nie oddawał sprawiedliwości temu, co udało im się dokonać dla Boga i 
ojczyzny. Chociaż praca ta była konieczna, w dużej części niestety całkiem paskudna. A 
nawet gorzej.

– Tak, mnie też – powiedział, wziął ciężkie, ciemne rękawice i zerknął w kierunku 

okna.   Z   nadejściem   nocy   zaczęła   opadać   mgła.   Będzie   mu   łatwiej   skradać   się   w 
ciemnościach,  nie  miał  przecież  najmniejszej  ochoty, by  go ktoś  zobaczył przy  oknie 
Lilith. – Były jakieś wiadomości od Peese'a?

Martin potrząsnął głową sprzątając na toaletce.
– Wydaje mi się, wielmożny panie, że uraził pan jego dumę, mówiąc, iż powinien 

więcej   wiedzieć   o   domu   jego   wysokości.   Jak   tylko   wrócił   ze   spotkania   z   lordem 
Huttonem, wyszedł znowu i zapowiedział, że wróci wieczorem.

– Wspaniałą sobie porę wybrał na to, żeby się włóczyć – zrzędził Jack. – Jeszcze mi 

background image

tylko tego trzeba, by ktoś przyłapał mojego lokaja, jak zagląda Remdale'owi do okien albo 
jego służącym pod spódnice. – Poszedł do gabinetu, wyjął z pokrowca jeden z pistoletów i 
naładował go. Na razie Dolph zadowalał się pomówieniami i tanimi sztuczkami, ale Jack 
nie miał najmniejszego zamiaru poruszać się w ciemnościach bez jakiejś ochrony. Stary 
książę był obłąkany, a on sam nie widział żadnych powodów, by sądzić, że w przypadku 
Dolpha jest inaczej.

– A gdzie to się wielmożny pan wybiera?
Jack ściskając pistolet w dłoni okręcił się jak fryga; do pokoju zaglądał Peese.
– Wybieram się zebrać informacje. A ty gdzie się u diabła podziewałeś? – Przeszedł 

obok lokaja, położył broń na stoliku w holu i zaczekał, aż Peese pomoże mu założyć stary, 
łatany płaszcz.

– Ja też zbierałem informacje – odparł ten, oddając pistolet Jackowi, który wrzucił go 

do kieszeni. – Lokaja nie ma. Jack zatrzymał się i obejrzał przez ramię.

– Co? Czyjego lokaja?
– Wenforda. Od około czterech dni. Nikt na dole nie wie, jak to się stało. Ale też nikt 

nie jest na tyle pomylony, by pytać jego wysokość, gdzie Frawley się podział.

– Jakim typem dżentelmena był ten Frawley? – zapytał Jack powoli.
Lokaj z namysłem wydął wargi.
– Kucharka mówi, że pan Remdale zaangażował Frawleya, ponieważ był z niego stary 

sztywniak, a gębę sznurował ciaśniej niż dawny Wenford sakiewkę.

– Ktoś taki mógł być niezbyt zadowolony ze służby u człowieka, który po kryjomu 

robiłby jakieś machlojki, co? – naciskał Jack.

Peese pokazał w uśmiechu zęby.
– W przeciwieństwie do nas, oczywiście.
To miało sens. Dolph chętnie z przyczyn prestiżowych nająłby najbardziej nadętego 

lokaja w Londynie. Fakt, że taki osobnik zniknął bez śladu, mógł oznaczać, że Frawley 
trafił   na   informację,   której   posiadanie   wzbudziło   niepokój   albo   Dolpha,   albo   samego 
nieszczęsnego lokaja. Wszystko to były domysły, ale na razie poza domysłami nic innego 
nie mieli.

– Czy masz jakieś pojęcie, gdzie ten Frawley może teraz być?
– Jeszcze nie. Ale będę miał.
– Wspaniale. – Jack odwrócił się do drzwi wejściowych.
– Wielmożny panie, czy jest pan całkiem pewien, że nie życzy pan sobie towarzystwa? 

– zapytał Martin.

– Nie. I nie czekajcie na mnie. Wrócę późno.
– Jego wysokość pragnie pana śmierci, wielmożny panie – upierał się z powagą Peese. 

– Nie powinien pan nigdzie chodzić sam.

background image

– Powiedział, że chce mnie doprowadzić do ruiny – zwrócił im uwagę Jack.
– Jak pana powieszą, uda mu się to. Jack się przelotnie uśmiechnął.
– Już raz ocaliliście mi we dwóch życie. Nic mi się nie stanie.
Peese zmarszczył się.
–   Nie   mógł   pan   wiedzieć,   że   Genevieve   Bruseille   miała   zamiar   tak   podle   pana 

zdradzić. Ja i Martin, i lord Hutton też jej ufaliśmy.

Markiz nie był w odpowiednim nastroju, by dyskutować o popełnionych w przeszłości 

błędach,  zwłaszcza   że  znowu z  dużym  prawdopodobieństwem  pakował się  właśnie   w 
podobną do tamtej sytuację.

– To było pięć lat temu. Było i się skończyło. A teraz, człowieku, otwórz mi drzwi. – 

Ruszył   znowu   do   przodu,   potem   się   zawahał.   –   A   gdybym   nie   wrócił,   powiedzcie 
Richardowi, że wybierałem się zobaczyć z Williamem Bentonem. Nic więcej.

– Wielmożny panie?
Jack wzruszył ramionami i przekroczył próg.
– Jak stracę życie, to i tak będzie za późno, żebym się bawił wywołanym skandalem. – 

Skinął służącym głową i wyszedł w mrok.

Istniała niewielka szansa, że Dolph kazał obserwować Faraday House, opuścił więc 

posiadłość, przechodząc przez mur, podobnie jak to zrobiła kilka dni temu Lilith. Ciężki 
pistolet   uderzał   go   po   udzie,   kiedy   szedł   spowitą   cieniem   nocy   ulicą,   co   dodatkowo 
przypominało mu późne wieczory w zamglonym Paryżu.

Mało powiedzieć, że ufał Genevieve, był na tyle głupi, że sądził, iż ją kocha. A ona 

zdradziła go Bonapartemu, chociaż czy dla pieniędzy, czy z patriotyzmu, tego się nigdy 
nie dowiedział. Ale wiedział, że to, co zrobił tamtej nocy – i to co robił przez następne 
pięć lat, żeby o tamtym czynie zapomnieć – pozostawiło go z reputacją tak zaszarganą, iż 
z trudem przychodziło mu uwierzyć, że Lilith Benton ośmieliła się w ogóle do niego 
odezwać, a jeszcze trudniej, że z własnej chęci została jego kochanką. Nadal zastanawiał 
się, jak daleko pozwoli mu się posunąć, zanim go odrzuci i podda się woli ojca.

W   Benton   House   paliło   się   jeszcze   kilka   świateł.   Jack   wślizgnął   się   na   teren 

posiadłości przez żywopłot i przemierzył ogród aż do kraty z różami przymocowanej do 
południowej ściany domu. Ostrożnie zaczął się wspinać; zmełł w zębach przekleństwo, 
kiedy te cholerne ciernie zaczęły przebijać mu rękawiczki i szarpać go za płaszcz. Czemu 
Lilith nie mogła sobie wybrać jako ukochanych kwiatków jakichś fiołków czy innych 
pelargonii?

Ze szczytu kratownicy przeszedł na dach i bezgłośnie opuścił się pod okap. Okno 

Lilith   było   uchylone.   Zajrzał   do   środka;   zawahał   się   przez   ostrożność   i   nękające   go 
przekonanie,   że   go   tu   absolutnie   nie   powinno   być.   Łóżko   było   pościelone,   w   pokoju 
panowała ciemność. Delikatnie rozchylił skrzydła okna i przekroczył parapet.

background image

– Lilith? – zapytał cicho, ściągając rękawice.
– Jestem tutaj – odpowiedziała i pojawiła się w plamie księżycowego światła przy 

oknie.

Miała  na  sobie  nocną  koszulę,  na  plecy   spływały  jej długie,  rozpuszczone,  czarne 

włosy.   W   ciemnościach   ich   delikatnie   lawendowy   zapach   słodszy   był   od   wszelkich 
perfum i niemal odruchowo Jack wysunął rękę, by przyciągnąć ją za koszulę do siebie. 
Pochylił się i przywarł ustami do delikatnych, ciepłych warg. Z westchnieniem wplątał 
drugą dłoń w jedwabiste pasma włosów. Poczuł natychmiastową reakcję Lilith na swój 
uścisk; jego własna reakcja też bardzo silnie dawała mu się we znaki. A połowa tego 
cholernego wytwornego światka uważała ją za Lodową Damę.

– Jacku – westchnęła Lilith, odsuwając się odrobinę – proszę, powiedz mi, że nie 

badałeś tych butelek z portwajnem, wypróbowując je na sobie samym?

Jack ucieszył się, słysząc gniew w jej głosie.
– Napiłem się tylko z jednej – poprawił ją.
Lilith zwinęła dłoń w pięść i uderzyła go w pierś. Mocno.
– To było głupie, Jacku! – syknęła. – Gdyby Dolphowi wpadło do głowy pozamieniać 

butelki, ty...

– Musiałem pokazać, że jestem całkiem pewien, Lil. Gdybym się wahał czy wzdragał, 

albo próbował zabrać skrzynkę, tylko pogorszyłbym całą sprawę, niezależnie od tego, 
jakie byłyby wyniki.

Lilith podniosła na niego oczy.
– Nic nie byłoby gorsze od twojej śmierci – powiedziała cicho.
Jack patrzył w jej szmaragdowe oczy i zastanawiał się, co takiego dobrego mógł zrobić 

w życiu, że zasłużył sobie na spędzenie choćby kilku chwil w jej towarzystwie.

– Dzięki ci, moja droga – zamruczał zamiast powiedzieć jej, że z radością oddałby 

życie, by ją uratować. Pocałował ją znowu.

Kiedy jęknęła i zaczęła obsypywać leciutkimi pocałunkami dół jego policzka i szyję, 

tak łatwo byłoby zapomnieć, po co przyszedł i po prostu osunąć się na podłogę z nią w 
ramionach, to postępowanie jednak żadnemu z nich nie przyniosłoby korzyści. Portwajn 
nie   był   skażony   trucizną,   ale   on   sam   bliski   był   tego,   by   niczym   trucizna   skazić   jej 
reputację.

– No więc na razie wiemy tyle – mówił z trudem, przez jej pocałunki niemal nie był w 

stanie się skoncentrować – że Dolph sugeruje otrucie jako przyczynę śmierci i że musiało 
to się wydarzyć gdzieś między Whitem a twoim progiem.

– Prawie niemożliwością będzie tego dowieść – zauważyła Lilith, jej samej głos też się 

łamał. – Dolph był już dziedzicem. Nie miał powodów zabijać wuja.

– Lil...

background image

Położyła mu palce na ustach i przylgnęła do niego.
– Tak będą mówić. A twój adwokat, chcąc cię obronić, będzie musiał powiedzieć, że 

jego wysokość brał pod uwagę ożenek w celu spłodzenia syna.

Jack oparł się policzkiem o jej włosy.
– Musimy po prostu dopilnować, żeby nie doszło do procesu. Zostało mi jeszcze kilka 

pomysłów.

– Mnie również – powiedziała, jego ramię stłumiło słowa.
– Wspaniale. No to słucham. – Miał nadzieję, że będą one bardziej ważkie niż to, co 

sam wymyślił.

Lilith zawahała się, potem uniosła głowę i spojrzała na Jacka.
– Mam zamiar spędzać więcej czasu w towarzystwie mojego narzeczonego.
– Nie zgadzam się – warknął Jack, którego przeszył pełen niepokoju gniew. Odstąpił 

od niej, przeszedł na drugą stronę pokoju i zaatakował. – Absolutnie nie.

– On jest bardzo arogancki i dumny, Jacku – upierała się Lilith. – I bardzo nisko ceni 

sobie kobiety. Wydaje mi się, że potrafię go skłonić do tego, by mówił.

Jack potrząsnął głową. – Nie.
– Wiesz sam, że nie możesz mnie powstrzymać.
–   On   bije   swoje   służące,   Lil.   I   jeszcze   gorzej.   Nie   chcę,   żebyś   się   znalazła 

gdziekolwiek w jego pobliżu.

– Jeżeli nie uda nam się dowieść, że jest mordercą, będę go musiała poślubić, Jacku. – 

Westchnęła – Ale się wpakowaliśmy w tarapaty. A nie wiem, jak mogłabym uciec, nie 
doprowadzając do końca rujnacji rodziny, którą rozpoczęła moja matka.

Jack zaczerpnął powietrza.
– Lokaj Dolpha gdzieś zniknął. Kazałem mojemu człowiekowi go wyśledzić; Richard 

też się czai i próbuje coś wyniuchać. – Powoli wyciągnął rękę i zaczął palcami pieścić jej 
policzek. – Ale proszę, nie myśl nigdy, że jesteś sama. Ja... – Markiz zawahał się, nigdy 
się jeszcze nikomu z uczciwą intencją nie oświadczał. Zresztą nie był pewien, czy w tych 
okolicznościach jest to najmądrzejsze.  Jego własna przyszłość szybko robiła się coraz 
bardziej wątpliwa. – Ja absolutnie nie mam zamiaru cię porzucić – poprawił się. – A 
właściwie nie uda ci się mnie pewnie pozbyć, nawet gdybyś chciała.

– No cóż – odparła, a jej delikatne wargi rozchyliły się w lekkim uśmiechu. – Na 

pewno   nie   jest   to   propozycja   budząca   szacunek,   ale   bardziej   honorowej   nigdy   nie 
słyszałam.

Jack mógłby to stwierdzenie podważyć, ale kiedy Lilith pochyliła się w jego stronę i 

lekko dotknęła ustami jego warg, doszedł do wniosku, że chyba wie, o co mu chodziło.

– Powinienem już iść – powiedział cicho.
– Czy chcesz odejść? – zapytała miękko.

background image

Jack nigdy w życiu nigdzie nie chciał tak bardzo zostać, nigdy i z nikim.
– Nie.
Lilith przesunęła rękami po jego ramionach i wsunęła je pod płaszcz, wślizgując się 

palcami w rękawy.

– To zostań jeszcze trochę.
Markiz objął ją w pasie. Nie powinien zostawać, nie powinien nawet przebywać w jej 

domu, ale był aż do bólu świadom, jak bardzo jej znowu pragnie. I byl również świadom, 
że   jeżeli   Dolph   rozgrywkę   wygra,   to   może   tej   nocy   po   raz   ostatni   trzyma   Lilith   w 
ramionach.

Tym razem rozpinała mu kamizelkę i spodnie dużo bardziej pewnymi palcami, a on 

gładził i pieścił jej piersi przez cienką, bawełnianą koszulę. Powoli ujął materiał w dłonie i 
zdjął jej koszulę przez głowę. Całował ją, gładził ciepłą, nagą skórę, rozkoszował się 
myślą, że jest jego, że pragnie go równie mocno, jak on jej. Mógł sobie na krótką chwilę 
pozwolić, by tylko to miało znaczenie. Na krótką chwilę byli razem.

– Jacku – jęknęła Lilith, kiedy pochylił się i zaczął ssać jej pierś – i tak pojadę jutro na 

ten piknik z Dolphem.

Jack uniósł głowę sposępniały.
– Nie, nie pojedziesz. Mówiłem ci, że on jest niebezpieczny. Lilith uśmiechnęła się, 

przejechała mu dłońmi po piersi, zsunęła je niżej i objęła palcami jego męskość.

– Nie pozwolę, żebyś wszystko robił sam – powiedziała rozdygotana, a Jack od jej 

nieśmiałych pieszczot cały zapłonął. – A poza tym nie pozwolę, żebyś tylko ty się dobrze 
bawił.

Jack jęknął, kiedy przesunęła językiem po jego brodawce. Nie ma co, szybko się ta 

dzierlatka uczy.

– Zabawa? Wydawało mi się, że nie znosisz krętactwa. Lilith roześmiała się cichutko 

rozradowana, że robi na nim takie wrażenie.

– Ostatnio zmieniłam zdanie. I mam zamiar ci pomagać.
– Nie podoba mi się to – odparł, uwolnił dłonie i wziął ją na ręce, by zanieść do łóżka.
– Jacku...
Ułożył się na niej, mocno ją pocałował. Równocześnie zagłębił się w niej, a ona znowu 

zajęczała.

– Ale podziwiam twoją odwagę.
– I przydałaby ci się jakaś pomoc – wydyszała, unosząc biodra na jego spotkanie.
Wydawało   mu   się,   że   ją   zna,   a   przecież   przy   każdym   spotkaniu   od   nowa   go 

zaskakiwała. Życia chyba nie starczy, żeby ją poznać, a on będzie miał szczęście, jeżeli 
kiedykolwiek spędzą razem jeszcze jedną noc. Chciałby zostać w jej wnętrzu, być cząstką 
niej,   na   zawsze.   Uderzał   teraz   wolniej   i   głębiej,   czuł,   jak   Lilith   pręży   się   pod   nim. 

background image

Ucałował ją w chwili szczytowej rozkoszy, ustami tłumiąc jej krzyk. Pulsowała pod nim, 
zdawała się tym pulsowaniem wciągać go coraz głębiej; dreszcz go przeszedł i napełnił ją 
swoim nasieniem.

Powoli wysunął się z niej, ułożył obok na wznak, a Lilith skuliła się przy jego boku i 

złożyła mu głowę na piersi. Chciał jej powiedzieć, że ją kocha. Chciał jej powiedzieć, że 
robi absolutnie wszystko co w ludzkiej mocy, by znaleźć jakiś sposób, który pozwoliłby 
im być razem, że chciał w jej życie wnieść coś więcej niż same tylko kłopoty.

– Jacku – odezwała się Lilith cichutko; czuł na piersi jej ciepły oddech. – Opowiedz mi 

o Genevieve.

Markiz powoli zaczerpnął powietrza.
– Lil, czy nie dość masz jeszcze zmartwień? Chcesz sobie jeszcze moich dołożyć?
Uśmiechnęła się.
– Zaczynają mi się podobać zmartwienia. Proszę, opowiedz mi.
Jack westchnął z rezygnacją.
– Uparta dzierlatka. Genevieve była naszym kontaktem w Paryżu.
– Twoim i Richarda?
–   Tak.   Ale   nie   miałem   pojęcia,   że   naprawdę   lojalna   była   wobec   Bonapartego; 

zorientowałem się dopiero wtedy, kiedy pewnego ranka obudziłem się i przekonałem, że 
otworzyła drzwi i wpuściła z tuzin francuskich żołnierzy, którzy wszyscy celowali mi w 
głowę ze swoich muszkietów. Richard, Peese i Martin wykradli mnie z garnizonowego 
więzienia na jedną noc przed tym, jak mieli mnie powiesić, i spędziliśmy tydzień, kryjąc 
się w katakumbach pod Paryżem.

Przytulona do niego Lilith zadygotała.
– W tych katakumbach, do których przenieśli kości chrześcijan, kiedy skończyły im się 

miejsca na cmentarzach?

Przesunął zachłannie dłonią po jej ramieniu i okręcił sobie wokół palców pasemko 

włosów.

–   Dokładnie   tych;   nie   było   to   doświadczenie,   które   miałbym   chęć   powtórzyć. 

Bonaparte   skierował   się   już   na   północ,   a   Wellington   czekał   na   okazję,   żeby   nas 
przeszmuglować z powrotem do Anglii, kiedy doszły do nas pogłoski, że Genevieve udała 
się do Boneya z planami bitwy Wellingtona i listą jego szpiegów. Ruszyliśmy za nią.

Poczuł ulgę, że może nareszcie opowiedzieć to komuś, kto na tyle o niego dba, że go 

wysłucha i zaczeka aż do samego końca, zanim go osądzi.

– Ja pierwszy ją znalazłem. Podróżowała z dwoma żołnierzami, a kiedy dopadłem ją 

samą, zaczęła robić tyle hałasu, że nie wątpiłem, iż obudzi ich i do tego cały garnizon na 
ulicy. Ostrzegałem ją kilkakrotnie, żeby się zamknęła, ale bardziej zależało jej na tym, by 
pozbawić mnie życia. – Przymknął na moment oczy. – No i ubiegłem ją. Ciągle tak mi się 

background image

zdaje, że mogłem... coś zrobić. Coś innego, tak żeby nie musiała umierać.

– Postąpiłeś tak, jak uważałeś, że musisz postąpić – powiedziała, unosząc głowę i z 

bliska patrząc mu w twarz. – Torturujesz się tym przez całe życie... Jacku, nie wolno ci 
siebie tak krzywdzić.

Jack parsknął.
–   Zdecydowałem   się   ją   zabić.   Nie   był   to   najbardziej   bohaterski   czyn,   jakiego 

dokonałem w życiu. I nie jest to coś, o czym chciałbym zapomnieć.

– A lord Hutton sądził, że zabiłeś ją przez zemstę? – zapytała cicho, zataczając palcami 

leniwie kółka po jego piersi.

– I trudno go o to winić. Wiem, jak sytuacja musiała wyglądać. – Jack nakrył ręką jej 

dłoń i przytrzymał palce na swym sercu. – Kiedy wróciłem do Londynu, popełniałem 
różne dosyć skandaliczne czyny. Wydawało się, że nie ma już cienia sensu starać się o 
przyzwoitość, a tak czy owak nigdy w tym akurat nie byłem zbyt biegły. Ale nigdy tego 
nie żałowałem, dopóki nie zobaczyłem ciebie.

– Chciałeś się na mnie zemścić, bo ci zrobiłam afront. – Roześmiała się.
Znała go lepiej, niż przypuszczał.
– No cóż, może. Na samym początku. A jeżeli o tym wiedziałaś, dlaczego w ogóle się 

do mnie odzywałaś?

Lilith przez długą chwilę patrzyła mu w oczy, potem powoli pochyliła się i pocałowała 

go.

– Jesteś najbardziej żywym ze wszystkich znanych mi ludzi – powiedziała w końcu. – 

Gdybym chciała ignorować ciebie, mogłabym równie dobrze zignorować bicie własnego 
serca. A więc naprawdę go kochała. Naprawdę.

– Lil – zapytał wyciągając rękę i wsuwając jej pasemko ciemnych włosów za ucho – 

czy   gdyby   jakimś   mało   prawdopodobnym   przypadkiem   nasze   plany   zakończyły   się 
fiaskiem... czy pomyślałabyś o tym, żeby uciec, zamiast wyjść za Dolpha?

– Uciec? – zapytała; w nagłym zdenerwowaniu cała się napięła. – Jakże bym mogła... 

mój ojciec... to by go zabiło...

Jack położył jej palce na wargach.
– Nie ma o czym mówić – wyszeptał. – To tylko taka sugestia. Dolph nie ma przy nas 

żadnej szansy, kochana. Nie martw się.

Mogła   go   kochać,   ale   tę   swoją   cholerną   rodzinę   stawiała   na   pierwszym   miejscu. 

Będzie   wolała   poślubić   tego   potwora   Dolpha   Remdale'a,   niż   narazić   się   na   skandal 
uciekając. Jack chciał się na nią rozgniewać, ale przecież od samego początku pociągało 
go w niej to lojalne, pełne współczucia serce. Nie powinien jej teraz mieć tego za złe. Tak 
więc przyciągnął ją bliżej do siebie i kochał ją znowu, przeciągając zespolenie ich ciał, by 
trwało jak najdłużej, tuląc ją d siebie, dopóki jeszcze mógł. W końcu wstał, żeby pozbierać 

background image

ubrania, a Lilith leżała na łóżku i przyglądała się mu.

– Jacku – szepnęła, kiedy wkładał buty. – Tak?
– Wygramy, prawda? Obejrzał się na nią przez ramię.
– Mam taką nadzieję, Lil. Całym sercem tego pragnę.

background image

17

Lilith dosyć głęboko musiała przekopać różne rupiecie ale w końcu znalazła to, czego 

szukała.

Strych w Benton House pełen był nie używanych już mebli, rozmaitych drobiazgów, 

które wyszły z mody, i nie pasujących do siebie bibelotów. Panował tam chłód, wilgoć i 
mrok,   wąskie   pomieszczenie   ze   stromym   dachem   było   również   bardzo   ciemne.   Lilith 
ostrożnie uniosła świecę, którą zabrała ze sobą i przecisnęła się przez zagracony strych w 
kierunku wysokiego, osłoniętego płótnem przedmiotu opartego w głębi o ścianę. Spod 
zleżałego prześcieradła wyzierał róg malowanej, drewnianej ramy; Lilith odepchnęła na 
bok skrzynię z ozdobami na choinkę i zatrzymała się przed płótnem.

Postawiwszy   świecę   na   starej,   poplamionej   wodą   skrzyni   ostrożnie   zaczęła   osłonę 

zdejmować. Sztywny i stęchły materiał ustępował pod jej dłonią niechętnie, ale w końcu 
go ściągnęła.

–   Tu   jesteś   –   szepnęła,   patrząc   na   obraz,   który   odsłoniła.   Wciąż   jeszcze   nie 

prezentował się, jak należy, ponieważ postawiono go do góry nogami. Lilith skrzywiła się 
na myśl, jaka się robi brudna. Przechylała malowidło do przodu, aż udało jej się mocno je 
schwycić. Było duże i ciężkie; z trudem zdołała je trochę przesunąć, odwrócić i wreszcie 
oprzeć   o   ścianę   we   właściwej   pozycji.   Przysunęła   świecę   bliżej,   potem   cofnęła   się   i 
przysiadła na skraju stolika-pomocnika o trzech nogach.

– Tak jest lepiej – odetchnęła z lekkim uśmiechem. – Witaj, mamo.
Elizabeth Benton siedziała pod wysokim wiązem w wiklinowym fotelu, włosy miała 

zwinięte w długie, perfekcyjne loki i upięte artystycznie nad jednym ramieniem; wokół jej 
stóp   to   tu,   to   tam   wyrastały   wiosenne   kwiaty.   W   dłoniach   trzymała   bukiet   z   tychże 
kwiatów. Lilith pamiętała ten portret, pamiętała lekki, swobodny uśmiech matki, wesołą 
ukośność zielonych oczu – chociaż kiedy patrzyła na ten obraz ostatnim razem, zanim 
został zesłany na strych, uważała, że matka oblicze ma zimne i niegodziwe, pasujące do 
zła, które wyrządziła własnej rodzinie. A teraz siedziała przed portretem przez długi czas 
bez ruchu i wpatrywała się w twarz, która tak bardzo przypominała jej własną.

Obraz namalowano na krótko przed ślubem rodziców i Lilith zastanowiła się, dlaczego 

nigdy   nie   widywała   u   matki   takiego   uśmiechu.   Potrafiła   sobie   teraz   wyobrazić,   jak 
odpychające musi być małżeństwo z kimś, kto nie dba o serce ani charakter żony; może 
Elizabeth Benton przekonała się, że tak właśnie było w jej przypadku. Może lady Hamble 
nie miała nikogo, kto mógłby jej pokazać, jaki popełnia błąd, aż było za późno.

Poprzedniej nocy, kiedy Jack zaproponował, żeby raczej uciekła z nim, niż wyszła za 

Dolpha, Lilith uświadomiła sobie, że matka musiała stanąć przed tym samym problemem, 
chociaż zbyt późno, by ocalić swe dobre imię. Lord Greyton prosił, by uciekła z nim i już 

background image

ani   jednego   dnia   więcej   nie   spędzała   w   małżeństwie,   które   –   biorąc   pod   uwagę   jej 
nieokiełznaną, namiętną naturę – musiało wbrew jej woli napełniać ją wstrętem. Greyton 
oszukał matkę co do swoich uczuć, ale Lilith przekonana była, że Jack nie kłamie. I kusiło 
ją, żeby z nim uciec – więcej niż tylko kusiło. – Mamo, co ja mam zrobić? – szepnęła 
głosem   zduszonym.   Wiedziała,   czego   chce   –   to   było   proste.   Chciała   Jacka   Faradaya. 
Natomiast nie wiedziała, czy jeżeli sprawy przyjmą zły obrót, znajdzie tyle odwagi w 
sercu, by podjąć taką samą decyzję, jaką podjęła jej matka, nawet gdyby ludzie z dobrego 
towarzystwa twierdzili, że jest za późno. A zdała sobie sprawę, że chodzi tu o odwagę, 
ponieważ na samą  myśl  o sprzeciwieniu się ojcu i rodzinie napełniało ją przerażenie. 
Chociaż na końcu drogi czekał Jack.

Lilith westchnęła. Usiłowała przekonać samą siebie, że łatwiej by jej było, gdyby go 

nigdy nie spotkała, ale Dolph nadal byłby dla niej równie wstrętny jak: teraz. Jedyna 
różnica polegałaby na tym, że prawdopodobnie uświadomiłaby to sobie dopiero po ślubie. 
Dokładnie tak jak jej matka, która jako szczęśliwa dziewczyna uśmiechała się, pozując do 
portretu, a potem wyszła za lorda Hamble.

No cóż, ona wie, jakim potworem jest Dolph i nie kłamała markizowi, mówiąc, że 

powstrzymanie   tego   brutala   sprawi   jej   przyjemność.   Przebiegłość   wydawała   się   dużo 
bardziej   zabawna   i   ciekawa   niż   kiedyś.   Przecież   tych   bardziej   wysublimowanych   jej 
odcieni uczył ją najlepszy mistrz w Londynie. Rzuciła ostatnie, przeciągłe spojrzenie na 
matkę, wstała, przykryła ponownie portret, potem wzięła świecę i przeszła do wąskiego 
korytarzyka prowadzącego na strych. W końcu zrozumiała, dlaczego matka postąpiła tak, 
jak postąpiła – i miała zamiar dołożyć wszelkich starań, żeby nie wpaść w pułapkę tej 
samej, żałosnej egzystencji. Czy oznaczało to, że zgodzi się uciec z Jackiem, tego nie 
wiedziała. Jeszcze nie.  Wróciwszy do sypialni wezwała Emily i szybko przebrała się we 
wzorzysty, brzoskwiniowożółty muślin. Wiedziała, że to, co planuje zrobić, robi dla dobra 
Jacka   i   siebie   samej,   ale   nerwy   napięte   miała   do   ostatnich   granic.   A   chociaż   takie 
postępowanie wydawało jej się podniecające i konieczne, niewiele miała doświadczenia w 
podstępnym   nakłanianiu   książąt,   by   przyznali   się   do   morderstwa.   I   kiedy   do   pokoju 
tanecznym krokiem weszła ciotka Eugenia, Lilith zdusiła pełne irytacji westchnienie.

– Dzień dobry.
– Co ty tu jeszcze robisz praktycznie w nocnym stroju? – Z przesadnym grymasem 

niezadowolenia Eugenia podeszła do okna. – Nie powinnaś jego wysokości kazać czekać.

Lilith skinęła na Emily, by upięła jej włosy.
– Jeszcze go przecież nie ma, ciotko Eugenio.
– Będzie tu lada chwila. Pamiętaj, Lilith, że masz się uśmiechać, wygłaszać uwagi na 

temat pięknej pogody i wspomnieć, że brakowało ci jego obecności u Mistnerów.

– Tak, ciotko – zgodziła się Lilith. Miała zamiar zachowywać się bez reszty miło, 

background image

pochlebnie i niemądrze, by Dolph nabrał przekonania, że nie musi się przed nią mieć na 
baczności, kiedy zacznie mu zadawać pytania i by zdradził więcej, niż sobie uświadomi.

– I na litość boską, uważaj, żebyś nie zaczęła znowu histeryzować. Już wystawiłaś jego 

cierpliwość na ciężką, przekraczającą wszelką wyrozumiałość próbę.

– Tak, ciotko.
Faktem było, że to  on wystawiał jej cierpliwość na ciężką próbę, ale najmniejszego 

sensu nie miało rozpoczynanie dyskusji z ciotką Eugenią na ten temat. Im mniej wszyscy 
w rodzinie będą wiedzieli o jej prawdziwych uczuciach względem księcia Wenforda i 
markiza   Dansbury'ego,   tym   lepiej   dla   niej.   Kiedyś   miała   nadzieję,   że   okażą   jej 
zrozumienie, ale teraz mogła tylko się modlić, by się nie wtrącali, dopóki ona i Jack nie 
zdołają powstrzymać Dolpha. A potem przyjdzie czas na wyjaśnienia i na powiadomienie 
ich, że kocha kogoś innego, nie takiego, jak oni sobie dla niej wymarzyli, ale będącego 
wszystkim, o czym kiedykolwiek sama marzyła.

Lilith   jedno   tylko   pragnęła   wiedzieć:   czy   Jack   znalazł   w   niej   to,   czego   naprawdę 

chciał. Stała z leciutko zmarszczonym czołem, ale wygładziło się ono natychmiast, jak 
tylko ciotka zerknęła w jej kierunku. Kiedy proponował ostatniej nocy ucieczkę, było 
jasne, że chodzi mu o to, by uciekli razem. Nie wiedziała, czy pomysł ślubu w ogóle 
zaświtał mu w tym jego niekonwencjonalnym umyśle, ale na podejmowanie decyzji co do 
przyszłości przyjdzie czas, kiedy uzyska pewność, że Jacka nie powieszą.

Usłyszawszy turkot powozu na podjeździe, drgnęła i podniosła się, by Emily mogła 

otulić jej ramiona ciepłym szalem. Ciotka Eugenia zeszła za nią po schodach, a jej rady, 
sprowadzające się wyłącznie do tego, że powinna się miło zachowywać, coraz bardziej 
działały   Lilith   na   nerwy.   Gdyby   ciotka   okazała   choć   odrobinę   współczucia   dla   jej 
wzburzenia   albo   gdyby   chociaż   zadała   sobie   trud,   by   zauważyć,   że   bratanica   jest 
niespokojna, Lilith łatwiej byłoby znieść te nie kończące się kazania. Ale ciotka Eugenia, 
podobnie jak ojciec, miała obsesję wyłącznie na punkcie reputacji rodziny Bentonów.

Lord Hamble wyszedł przywitać Dolpha, który siedział w otwartym powoziku i Lilith 

głęboko, z ulgą odetchnęła, że książę nie przyjechał po nią w zamkniętej karecie. Jego 
wysokość nie zadał sobie nawet trudu, żeby się podnieść, dopóki nie znalazła się tuż przy 
powozie i nie zatrzymała przy ojcu, ale Lilith nie pozwoliła sobie na urazę czy irytację. Im 
bardziej lekceważąco będzie ją traktował, tym większe szanse powodzenia ma jej plan.

Dygnęła, kiedy podał jej dłoń, by pomóc wsiąść do powoziku.
– Dzień dobry, wasza wysokość. – Ujmując jego palce uśmiechnęła się.
– Panno Benton. – Pochylił głowę i pokazał, że ma siąść naprzeciw niego.
I znowu poczuła ulgę. Przez całą drogę będą musieli na siebie patrzyć, ale im dalej 

będzie od niego siedziała, tym lepiej.

Dolph założył na siebie najmodniejsze ubranie, chociaż nie uważała, żeby to jej się 

background image

chciał przypodobać. Zawsze ubierał się nieskazitelnie i zawsze zachowywał się z ogromną 
godnością, dopóki świadkiem był ktoś, kto miał znaczenie. Widziała już, chociaż tylko 
przelotnie, jaki potrafił być, kiedy nie groziły mu żadne konsekwencje, będzie się więc 
mieć na baczności.

– Pomyślałem, że moglibyśmy zapuścić się na północną stronę miasta, jeżeli wyrazi 

pani chęć – powiedział uprzejmie i znowu usiadł.

Lilith poczuła ukłucie niepokoju. Miała nadzieję, że piknik odbędzie się w jednym z 

londyńskich parków, gdzie nie będą całkowicie sami. Niebieskie oczy Dolpha napotkały 
jej spojrzenie, wyraz twarzy zmienił się na nieco mniej miły i taki, który lepiej pamiętała; 
skinęła głową.

– To uroczy pomysł.
Ojciec   machał   ręką   i   życzył   im   natrętnie,   by   spędzili   razem   miły   dzień;   powozik 

poturkotał po podjeździe i skierował się na północ. Lilith siedziała tyłem do kierunku 
jazdy, co zawsze wywoływało u niej lekkie mdłości. Kilka chwil spędziła przyglądając się 
swojskim ulicom, a potem poczuła się tak zdenerwowana, że postanowiła nadać sprawom 
bieg.

–   Wybrał   wasza   wysokość   piękny   dzień   na   piknik   –   odezwała   się   z   uśmiechem, 

pokazując na niebieskie niebo i pędzone wiatrem, rozproszone białe obłoczki.

– Tak – zgodził się, popatrzył na kieszonkowy zegarek i rzucił jej jedno spojrzenie, a 

potem wrócił do uważnej obserwacji okolicy.

Lilith uśmiechała się nadal promiennie.
– Brakowało pana tamtego wieczoru na przyjęciu Mistnerów.
–   Bez   wątpienia   –   odparł   i  popatrzył   na   nią   z   rezerwą.   –   Chociaż   nie   pani   mnie 

brakowało.

–   Oczywiście,   że   mnie,   wasza   wysokość   –   zaprotestowała.   –   Przecież   jesteśmy 

zaręczeni.

Dolph roześmiał się na to, a jej dreszcz niepokoju przeszedł po plecach.
–   Jesteśmy   zaręczeni,   ponieważ   wiesz,   że   cię   zrujnuję,   jeżeli   nie   zechcesz   mnie 

poślubić – powiedział. – Nie udawaj, że zadowolona jesteś z tego układu.

– Wasza wysokość, źle pan ocenił moje powiązania z markizem Dansburym, ale w 

rezultacie   mamy   się   pobrać.   –   Wygięła   wargi   w   wymuszonym   uśmiechu.   –   Umowa 
została zawarta i mam zostać księżną Wenford. – Uważał, że jest tępa, niech sobie myśli, 
że jest też chciwa, jeżeli dzięki temu nabierze przekonania, że w sprawach moralności jest 
równie niedoskonała jak on.

– Hm.
W końcu przejechali przez miasto, przez Highbury i Lilith zaczęła się martwić, że 

książę chce ich zawieźć aż do Cambridge. Jednak gdy dojechali do Wood Green, woźnica 

background image

skręcił do parku Alexandra. Lilith cichutko odetchnęła z ulgą. Chociaż w okolicy nie było 
żadnych znajomych, przynajmniej nie była to jakaś samotna polana w lesie.

Zerknęła na Dolpha, który wstał i wysiadł z powoziku. Zastanawiała się, dlaczego nie 

wybrał takiego miejsca, gdzie byliby tylko we dwoje. I czy może nie był jednak aż tak 
pewny siebie, jak przed nią udawał. Najwyraźniej wolal mieć świadków ich spotkania, 
dopóki byli to świadkowie, którzy nie ośmielą się do niego odezwać.

Przez   moment   bała   się,   że   będzie   musiała   sama   wysiąść   z   powozu,   ale   kiedy   się 

podniosła, Dolph wrócił, podał jej rękę i pomógł zejść po schodkach.

– Dziękuję, wasza wysokość.
Puścił jej dłoń i przestał zwracać na nią uwagę.
– Pod tamtym drzewem, Finter.
Woźnica zeskoczył na ziemię i z siedzenia obok kozła wyjął piknikowy kosz i koc. 

Rozłożył koc i położył go na trawie, ustawił kosz na jego rogu, a potem wrócił do powozu.

– Czekaj na nas przy drodze.
– Tak, wasza książęca mość. – Finter wspiął się z powrotem na kozioł i skierował 

zaprzęg na skraj parku.

Lilith żałowała, że woźnica nie został z nimi, ale nie czuła się zdziwiona, że Dolph go 

odprawił.   W   parku   byli   jeszcze   inni   ludzie,   którzy   wybrali   się   na   piknik   lub   konną 
przejażdżkę, nikt jednak nie zajął miejsca na tyle blisko, by podsłuchać ich rozmowę, czy 
nawet zwrócić większą uwagę na siedzącą na trawie parę. Mimo to Lilith rozejrzała się, 
gdzie mogłaby znaleźć najbliższą szansę na ratunek, gdyby musiała uciekać.

– Siadaj – rozkazał Dolph i pokazał na koc.
Lilith przełknęła irytację, posłusznie podeszła do koca i usiadła. Obojętne jakie były 

jego   uczucia   względem   niej,   przynajmniej   musiał   jej   pożądać.   To   przecież   on 
zaproponował  małżeństwo.   Na  samą   myśl,   że  mógłby   jej  dotykać   i  tulić   ją  jak   Jack, 
ogarnęły ją mdłości. Ale robiła to dla Jacka, a głęboko w sercu miała nadzieję, że robi to 
dla nich obojga.

– Wasza wysokość – zaczęła, kiedy usiadł obok niej i otworzył koszyk. – Wiem, że się 

pan na mnie gniewał, ale błagam, by dał mi pan szansę, żebym udowodniła panu, jaka 
jestem   naprawdę.   Nie   wierzę,   żeby   którekolwiek   z   nas   chciało   wrogich   stosunków, 
chociaż wszystko zaczęło się tak źle.

–   Bardzo   gładko   –   skomentował,   podając   jej   brzoskwinię.   –   Dokładnie   takiej 

wypowiedzi się po tobie spodziewałem.

– Dlaczego nie miałby się pan spodziewać? – nalegała Lilith. – To logiczna prośba, 

czyż nie?

Oczy Dolpha zwęziły się, ale nie przestał wypakowywać zawartości koszyka.
– Tak przypuszczam.

background image

Spodziewała   się   raczej   czegoś   więcej,   ale   z   ulgą   przyjęła   nawet   tak   niewielkie 

ustępstwo. Musi podbudować jego pewność siebie tak, by się odprężył, a jego arogancja i 
buta kazały mu się przechwalać.

– Ojciec mówił mi, że zwrócił się pan do Canterbury o specjalne pozwolenie i że 

mamy   się   pobrać   przed   końcem   miesiąca   –   powiedziała,   podtrzymując   towarzyską 
rozmowę.

– Chciałabyś, żebym zapomniał o twojej histerii? – przerwał jej brutalnie. – Nie rób ze 

mnie idioty, dziewczyno. Wiem, że mnie nie chcesz poślubić, ale nie obchodzi mnie to. 
Dansbury'emu wydaje się, że jest cholernie sprytny, ale straci i ciebie, i głowę.

–   Nie   należę   do   niego,   żeby   miał   mnie   tracić   –   odpowiedziała   sztywno   Lilith.   – 

Prześladował mnie i bardzo mnie irytuje. A ostatnio w ogóle się z nim nie stykałam, dzięki 
Bogu.   –   Z   zadowoleniem   słyszała   własny   głos,   który   wypowiadał   kłamstwa   z   takim 
spokojem i pewnością, że niemal sama w nie uwierzyła.

– Czy tak? A ten kolczyk?
–   Jego   wysokość,   wuj   pana,   zawsze   żądał   ode   mnie   jakichś   drobiazgów   – 

odpowiedziała   spokojnie,   wzruszając   ramionami.   –   Mogę   tylko   zakładać,   że   kolczyk 
zabrał bez mojej wiedzy.

– A ja mogę tylko zakładać, że kłamie pani, panno Benton. I od tej chwili lepiej 

będzie,   żeby   pani   się   pilnowała.   Każda   pani   wypowiedź   na   temat   tego   przeklętego 
kolczyka może panią zrujnować.

–   Nie   wiem,   dlaczego   uważa   pan,   że   musi   się   przede   mną   mieć   na   baczności   – 

zauważyła. – Niczym panu nie grożę.

– I mam zamiar dopilnować, żeby się to nie zmieniło. –
Popatrzył na nią, potem niespodziewanie ujął jej dłoń. – Będziesz dobrą i sumienną 

żoną, nieprawdaż?

– Oczywiście, wasza wysokość. – Uśmiechnęła się miło, a skóra aż jej się marszczyła 

pod jego dotknięciem.

– Jesteś piękna – powiedział niemal niechętnie i przesunął palcami po jej palcach. – 

Mój wuj miał w każdym razie co do tego rację.

–   Rozmawiał   pan   z   wujem   o   mnie?   –   zapytała   Lilith   zachęcająco,   chcąc   by 

kontynuował temat.

– Mój wuj miał obsesję, żeby panią posiąść i spłodzić synów. – Dolph uśmiechnął się. 

– Ja sam również z przyjemnością czekam na ten obowiązek, muszę to przyznać.

–   A   więc   mogą   między   nami   panować   przyjazne   stosunki   –   oznajmiła   Lilith   z 

przylepionym do twarzy naiwnym uśmiechem,  chociaż wewnątrz aż wzdrygnęła się z 
grozy.

– Przyjazne, dopóki będzie pani udowadniać, że godna jest być księżną Wenford – 

background image

skomentował.   Jego   palce   pełzły   powoli   po   jej   ręce   niczym   pająk   zbliżający   się   do 
schwytanego w sieć owada. – Żadnych wybuchów złości, żadnej histerii, żadnych buntów.

– Czy to dlatego zaprosił mnie pan tutaj? Żeby ustalić reguły, zgodnie z którymi mogę 

zostać pana żoną? – Lilith usiłowała odebrać mu rękę, ale musiałaby się z nim szarpać. – 
Zapewniam pana, że chce tego moja rodzina. Nie postąpię wbrew ich życzeniom.

– A co z życzeniami Dansbury'ego?
– Niczego na ich temat nie wiem. – Lilith zaczerpnęła powietrza i lekko się ku niemu 

pochyliła, sama zadziwiona swoim zuchwalstwem. – Naprawdę sądzę, że było to sprytne z 
pana strony, że go pan tak przechytrzył. Mój brat mówi, że nikt już nawet z nim nie 
rozmawia.

Dolph skierował spojrzenie na najbliższych sąsiadów. I nagle wymierzył Lilith palący 

policzek. Dziewczyna zamrugała oczami oszołomiona, a on zacisnął palce na jej ręce i 
przyciągnął ją bliżej.

– Nie ze mną takie zabawy, dziewczyno – syknął, a spójrzenie miał twarde i złe. – Nie 

wiem, jakie masz złudzenia na temat własnej wiedzy i nie obchodzi mnie to. Ale możesz 
być całkiem pewna, że jestem w stanie cię zrujnować i zrujnuję, jak również, że mam dość 
dowodów na to, by powiesili Jacka Faradaya. – Uśmiechnął się posępnie. – A jeżeli ten 
plan zawiódłby, znalezienie wroga, który sprawę zakończy, nie będzie trudne.

– Proszę mnie puścić! – zawołała Lilith, usiłując wyrwać mu rękę. Jack mówił jej, że 

Dolph źle traktuje swoje służące, ale na myśl jej nie przyszło, że ośmieliłby się uderzyć ją. 
Nikt jej nigdy  wcześniej  nie bił! A jeszcze  bardziej przerażająca  była myśl,  że  jeżeli 
uważał, że może ją bić teraz, nic go nie powstrzyma przed zrobieniem czegoś gorszego, 
kiedy   już   będą   małżeństwem.   Ale   nie   będą.   Jeżeli   miała   w   tej   sprawie   jakiekolwiek 
wątpliwości, Dolph właśnie je rozwiał.

–   Rozumiesz?   –  zamruczał   książę   i   przyciągnął  ją   jeszcze   bliżej,  tak   że   twarz   jej 

znalazła się o kilka cali od jego twarzy.

– Nie wyjdę za pana! Popatrzył na nią twardo.
– Bądź wdzięczna, że zdecydowałem się z tobą ożenić. – Chwycił ją pod brodę i 

odepchnął do tyłu. – Są jeszcze inne możliwości. Rozumiesz, moja droga?

– Tak – powiedziała ochryple. Mógłby ją zabić, ją albo Jacka, byłby to drobiazg dla 

kogoś, kto już zamordował krewnego.

– No to siedź cicho i kończ lunch – rozkazał i nagle ją puścił.
– Niech mnie pan już nigdy nie dotyka! – Odsunęła się dalej od niego.
– Będę cię dotykał, jak tylko mi przyjdzie na to ochota, a ty będziesz mi dziękowała, 

że uratowałem twoją reputację – odparł.

– Będę panu dziękowała, jeżeli zabierze mnie pan do domu.
– A mnie się wydawało, że zależy ci na tym, żeby zostać księżną Wenford – zwrócił 

background image

jej łagodnie uwagę, jakby wcale jej dopiero co nie groził i nie bił. – Chyba że znowu 
kłamałaś. – Podał jej maderę.

Nieco drżącymi palcami przyjęła kieliszek i powstrzymała się, żeby nie chlusnąć mu 

jego zawartością w twarz.

– Nie kłamałam – skłamała. Tutaj Dolph się roześmiał.
– Znam cię, Lilith – powiedział. – Wiem, jakie to ważne, żebyś zawarła małżeństwo 

zgodne z życzeniami  ojca. – Jego uśmiech zrobił się jeszcze szerszy. – Masz wygląd 
księżnej, a ja nie mogę się doczekać, żeby położyć ci się między nogami i nauczyć cię, co 
to znaczy być kobietą. Tak więc bądź grzeczna, a każde z nas dostanie to, czego chce.

Jeszcze   kilka   tygodni   temu   Lilith   poczułaby   się   wstrząśnięta   i   zażenowana   jego 

słowami, ale teraz tylko ją jeszcze bardziej rozgniewały. Miał rację mówiąc o niej – a 
przynajmniej miałby rację, gdyby nie poznała Jacka.

Dolph nie zwracał na nią uwagi, spokojnie jadł lunch i nucił walca. Zerknęła na niego 

spod   oka.   Naprawdę   ośmielił   się  ją   uderzyć.   W   oczach   całej   reszty   wytwornego 
towarzystwa nowy książę Wenford był ucieleśnieniem dobrych manier i wdzięku. A to był 
Dolph, którego reszta arystokracji nigdy nie widziała. To był ten Dolph Remdale, który 
zabił   swego   wuja,   by   nie   stracić   schedy.   I   to   był   ten   Dolph   Remdale,   którego   musi 
powstrzymać, zanim uda mu się zabić i ją, i Jacka Faradaya. Albo zrobić im coś jeszcze 
gorszego.

Podskoczyła, kiedy książę się poruszył, ale on wydawał się usatysfakcjonowany, że 

wystarczająco ją zastraszył. Humor mu się nieco poprawił i Lilith zaczęła się zastanawiać, 
czy naprawdę jest potworem, czy też jest tylko obłąkany, podobnie jak jego wuj. Ani 
jedno, ani drugie przypuszczenie nie podniosło jej na duchu.

Z trudem udało jej się wmusić w siebie kilka kęsów i zrobiło jej się lżej, kiedy Dolph 

skinął na woźnicę, by podprowadził powóz. Sługa w milczeniu pozbierał resztki po lunchu 
i tylko to, jak unikał jej wzroku, wskazywało, że był świadkiem złego zachowania swego 
pana.

Lilith milczała po drodze do Londynu, a Dolphowi, dzięki Bogu, wystarczało to, że 

rozsiadł się i cały czas ją obserwował. Przebieg poranku był krańcowo różny od tego, co 
sobie   w   swoim   głupim   zadufaniu   wyobrażała.   Ogarnęło   ją   tak   szalone   pragnienie 
zobaczenia się z Jackiem, że się przeraziła. Nigdy nie myślała, że będzie miała okazję się 
zakochać i z rezygnacją zdecydowała się na przyjaźń z małżonkiem, którego jej ojciec 
wybierze. Teraz zaczynała myśleć, że życie bez markiza Dansbury'ego może być czymś 
gorszym niż śmierć.

Kiedy wjechali na Mayfair, Wenford wyprostował się na siedzeniu.
– Przyłącz się do mnie, moja droga. – Uśmiechnął się i pokazał na siedzenie obok 

siebie.

background image

– A jeżeli nie?
Remdale zerknął na zegarek.
– To się rozgniewam.
Lilith poczuła na piecach dreszcz grozy i nienawiści, ale podniosła się niepewnie i 

odwróciła,   by   usiąść   obok   niego.   Przesunęła   się   w   sam   kąt   powozu,   jak   najdalej   od 
Dolpha. Kiedy skręcili na podjazd do domu Bentonów, ojciec wychynął z wnętrza i zszedł 
po schodach by ich powitać. Lilith miała ochotę zeskoczyć z powozu i uciekać do domu, 
ale zmusiła się do pozostania na miejscu, kiedy Dolph wysiadł, by powitać ojca. Po chwili 
odwrócił   się   z   uśmiechem,   żeby   podać   jej   rękę.   Z   gniewnym,   pełnym   frustracji 
westchnieniem pozwoliła mu pomóc sobie zejść na ziemię.

–   Dziękuję,   wasza   wysokość   –   powiedziała;   nie   udało   jej   się   przywołać   na   twarz 

uśmiechu w odpowiedzi na jego promienny uśmiech. Wiedziała, jaką rozgrywkę prowadzi 
Dolph,   ale   miała   wątpliwości,   czy   ojciec   by   się   tym   przejął.   Gdyby   kiedykolwiek 
dowiedział   się   o   tym,   co   zaszło,   pewnie   miałby   jej   za   złe,   że   się   nieodpowiednio 
zachowała.

– Z wielką przyjemnością, panno Benton. Czy może powinienem powiedzieć: Lilith?
– Oczywiście, wasza wysokość.
– Cudownie. – Lord Hamble rozpromienił się, ujął jej dłoń w swoje ręce i poklepał.
– Proszę mi wybaczyć. – Lilith uwolniła palce i wycofała się w kierunku drzwi.
– Do zobaczenia wkrótce, Lilith – zawołał za nią Dolph. Lilith uciekła do domu, gdzie 

Bevins odebrał od niej szal.

– Czy William jest gdzieś w pobliżu? – zapytała; zaczynała się trząść.
– Wydaje mi się, że jest w stajni, jaśnie panienko.
– Dziękuję.
Walcząc z nagłą pokusą zalania się łzami, Lilith pospieszyła do stajni. William stał i 

przyglądał się, jak Milgrew czyści Thora; zatrzymała się tuż przy nim.

– Williamie?
– Lil – powiedział, odwrócił się i szeroko uśmiechnął. – Jak ci się udał piknik? Jego 

nowa wysokość nie zanudził cię chyba na śmierć, mam nadzieję.

Lilith z napięciem potrząsnęła głową i zerknęła na Milgrewa. Stajenny odpowiedział 

jej spojrzeniem, potem odchrząknął i zabrał się z powrotem do szczotkowania wielkiego 
ogiera.

– Williamie, musisz coś dla mnie zrobić.
– Mam się spotkać z Ernestem Landonem na partyjkę bilarda u Boodle'a – powiedział 

brat i kiedy Milgrew się zawahał, dał mu znak, żeby nie przerywał roboty.

– Muszę się zobaczyć z Jackiem – wyrwało się Lilith nagle. Zarumieniła się.
– Z Jackiem? – odparł brat i uniósł w górę brew. – Słuchaj no, Lil. Wiem, że jego 

background image

wysokość   nie   lubi   Dansbury'ego,   ale   chyba   nie   wierzysz,   że   to   Jack   zabił   starego 
Wenforda? Przestań sobie tym zawracać głowę.

– Nie rozumiesz, Williamie. Muszę się zobaczyć z Jackiem. – Glos jej drżał i nie 

mogła powstrzymać łez, które zaczęły spływać po policzkach.

William podszedł do niej, teraz miał już zatroskaną minę.
– Co się stało?
– Proszę, Williamie. Po prostu idź powiedzieć mu, że muszę się natychmiast z nim 

zobaczyć i powiadom mnie, co odpowiedział.

– Ojciec mnie zabije, jeżeli się zbliżę do Dansbury'ego. I ciebie też.
– To ważne – nalegała. Glos jej się załamał, a łzy płynęły już swobodnie po twarzy. 

Chwyciła   brata   mocno   za   rękę,   silą   woli   zmuszając   go,   by   przynajmniej   tym   razem 
zachował się rozsądnie.

– Paniczu Williamie – powiedział Milgrew prostując się. – Ja pójdę po wielmożnego 

pana Dansbury'ego, jeżeli by pan chciał.

William rzucił okiem na stajennego, potem znowu wrócił wzrokiem do siostry.
– To nie jest konieczne – odparł powoli, patrząc jej badawczo w oczy. – Ale mogę 

mieć problemy ze znalezieniem go.

Lilith skinęła głową, zalało ją uczucie ulgi.
– Dziękuję ci.
Milgrew niezwłocznie zdjął rząd Thora i zaczął go siodłać. William nie przestawał 

przyglądać   się   siostrze  z  wyrazem  ciekawości   i  namysłu  na  twarzy,  a  ona  próbowała 
opanować się na tyle, żeby móc wrócić do domu. Nie powinni jej zobaczyć w tym stanie 
ani ojciec, ani ciotka Eugenia. Nigdy by jej nie zrozumieli, nie okazaliby współczucia, a 
już z pewnością w żadnym wypadku nie pomogli by jej.

W końcu Milgrew odsunął się i pomógł Williamowi wsiąść. Brat Lilith obrócił konia i 

zawahał się.

– Lil?
– Wyjaśnię ci wszystko później, Williamie – powiedziała. – Obiecuję.
William kiwnął głową.
– W porządku. Wrócę niedługo.
Obejmując się rękami i usiłując powstrzymać dreszcze, przyglądała się od drzwi, jak 

William odjeżdża. Milgrew zebrał szczotki do pudełka, potem stanął obok niej.

– Nic ci nie jest, malutka? – zapytał cicho.
– Nic mi nie będzie – odpowiedziała tym samym tonem.
– Panicz William znajdzie markiza. Nie martw się już. Lilith uśmiechnęła się i otarła 

sobie twarz.

– Dziękuję ci, Milgrew. Mam taką nadzieję.

background image

Jack zaczynał być potężnie wyprowadzony z równowagi. Jego lokaj zniknął niemal na 

cały   dzień,   a   potem   przesłał   wiadomość,   że   jedzie   do   Gloucester   i   prześle   następną 
wiadomość,   jak   ją   będzie   miał.   Tak   więc   Jack   grasował   po   mieście   w   poszukiwaniu 
jakiegoś przyjaciela Wenforda, któremu ten mógł się zwierzyć. Na nieszczęście bardziej 
było prawdopodobne, że nie wpuszczą go do któregoś z klubów, gdzie wcześniej  był 
ulubieńcem   wszystkich,   niż   że   znajdzie   kogoś,   czy   to   przyjaciela   czy   wroga,   kto 
zechciałby z nim rozmawiać.

Było już tak kiedyś, zaraz po powrocie z Francji, kiedy po złoconych salach Mayfair 

rozchodziły się plotki, jak to zabił kobietę. Ale wtedy pogrążył się w swej czarnej, złej 
sławie, pilnując, by wszyscy wiedzieli, że sobie na nią zapracował i że się z niej cieszy. 
Niemalże udało mu się przekonać samego siebie, że i jemu się ona podoba. Dopóki nie 
spotkał   Lil.   A   teraz   nie   potrafił   przestać   myśleć   o   tym,   że   jeżeli   nie   uda   mu   się 
wszystkiego naprawić, nigdy jej nie będzie miał.

W   końcu   wytropił   Donalda   Marleya   w   Klubie   Marynarki   i   ze   zduszonym 

westchnieniem ulgi zajął miejsce obok niego w jednym z foteli, które poustawiano blisko 
siebie   przy   dużym,   poczerniałym   od   sadzy   kominku.   Najbliższy   przyjaciel   Dolpha 
Remdale'a zajęty był czytaniem London Times i paleniem cygara i minęła chwila, zanim 
Jack, który z rozmysłem się wiercił, zwrócił na siebie jego uwagę.

– Dansbury – powiedział Donald, opuszczając gazetę, a przez twarz przemknął mu 

wyraz konsternacji i zaskoczenia.

– Marley – powitał go Jack.
Marley   wpatrywał   się   w   niego   przez   chwilę,   potem   złożył   tę   część   gazety,   którą 

właśnie czytał.

– Przepraszam cię – wymamrotał i wstał.
–   Jesteś   pewien,   że   to  właśnie   ze   mną   nie   chcesz   być   widziany?   –   zapytał   Jack 

nonszalancko, opierając się i krzyżując nogi w kostkach.

– Tak, tak mi się zdaje – odparł Donald Marley i obejrzał się na niego.
– Druga kiepska decyzja.
– A jakaż była pierwsza, bądź łaskaw powiedzieć? Przynajmniej Marley przestał się 

wycofywać.

– Zadawanie się z Dolphem Remdalem.
– Muszę się z tobą nie zgodzić, Dansbury. A jeśli wziąć pod uwagę, jaką przysługę 

oddała ci Antonia St. Gerard, może to ty powinieneś zwracać większą uwagę, z kim się 
zadajesz.

Jackowi w głowie rozdzwoniły się dzwonki alarmowe; zmarszczył brwi.
– Antonia? – powtórzył. Wyglądało na to, że jeszcze nie koniec piętrzących się przed 

nim problemów.

background image

Marley kiwnął głową.
– To wciąż jeszcze tylko plotki, oczywiście, ale doszło do mnie, Że udała się złożyć 

zaprzysiężone, obciążające ciebie oświadczenie. Podobno twierdziła, że powiedziałeś jej, 
iż szukasz informacji o Lilith Benton i że z rozmysłem wygrałeś od Dolpha szpilkę, by 
ułatwić mu poróżnienie się z wujem.

Jack siedział przez chwilę w milczeniu, wzrok utkwił w dłoniach. Nie docenił Antonii. 

Kiedy   zniechęcał   Williama   do   spotykania   się   z   nią,   wiedział,   że   będzie   zła.   Nie 
spodziewał się natomiast, że posunie się do tego, by doprowadzić do jego aresztowania. 
Nie miało to  sensu, bo przecież dzięki temu na pewno Williama nie odzyska. Chyba że 
chciała się zemścić.

– No cóż, więc lepiej uciekaj – powiedział i machnął ręką na Marleya. Musiał się 

zastanowić.   Plotki   i   oskarżenia   ze   strony   długoletniego   wroga   to   jedno,   ale   Antonię 
uważano za jego przyjaciółkę, wszystko co powie, będzie traktowane poważnie.

Donald Marley był już w drzwiach, kiedy musiał odstąpić na bok, żeby nie zderzyć się 

z innym mężczyzną, który wpadał właśnie do salonu. Jack wyprostował się, kiedy William 
Benton rozejrzał się, zobaczył go i ruszył w jego kierunku z okrzykiem ulgi.

– Jack, dzięki Bogu – wymamrotał i opadł na fotel, który opuścił właśnie Donald 

Marley.

Markiz popatrzył na niego.
–   Powiedz   mi,   Williamie,   czy   wygrałeś,   czy   też   przegrałeś   nasz   malutki   zakład 

dotyczący Antonii? – Nie potrafił opanować goryczy i gniewu, które słychać było w jego 
głosie, ale William chyba tego nie zauważył.

– Och, przegrałem. Ale tym będziemy się martwili później. – Rozejrzał się dookoła, a 

potem pochylił bliżej markiza. – Przysłała mnie Lilith.

Jackowi serce skoczyło w piersi. Nie miał pojęcia, ile William może wiedzieć i na 

pewno nie miał zamiaru zdradzać się z czymś, czego mu jeszcze nie odkryto.

– Czy tak? – zapytał najłagodniej, jak potrafił.
– Nie udawaj takiego zdziwionego – mruknął William. – Cała zalana łzami błagała 

mnie,   żebym  cię   odszukał   i  powiedział,   że   chce   się   z   tobą  zobaczyć.   Pozwól,  że   się 
poprawię: musi się z tobą zobaczyć.

Jack   wstał.   Jeżeli   Dolph   zrobił   jej   jakąś   krzywdę,   to   będzie   dwóch   nieżywych 

Remdale'ów.

– Gdzie ona jest?
– Nie tak szybko, Dansbury – odparł jej brat, nie poruszając się.
Nie wróżyło to niczego dobrego. Jack powoli znowu usiadł. – Tak?
– Dlaczego zacząłeś się ze mną zadawać?
– A cóż to za pytanie? – zdziwił się Jack, unosząc w górę brew. – Nie bardzo na nie w 

background image

tej chwili odpowiednia pora, nie uważasz?

– Wiesz, słyszałem wcześniej o tobie – mówił William nieustraszenie – i wcale się nie 

spodziewałem, żebyś chciał mieć do czynienia z takim prostaczkiem jak ja. Kiedy jednak 
zobaczyłem wcześniej Lilith, zacząłem mieć podejrzenia, dlaczego pozwoliłeś, bym się do 
ciebie przyczepił. Chciałbym po prostu usłyszeć to od ciebie. Jack popatrzy! na swojego 
rozmówcę.

– Przyznam – powiedział po chwili – że początkowo uznałem,  iż zawarcie z tobą 

przyjaźni zwróci na mnie uwagę twojej siostry.

Usta Williama drgnęły.
– Rozumiem.
Jack z irytacją zauważył, że martwi go to, iż zrobił chłopcu przykrość. Zaczynał być 

tak sentymentalny, że sam siebie nie poznawał.

–   Ale   niewiele   trzeba   było   czasu,   bym   zdał   sobie   sprawę,   że   popełniłem   błąd   w 

początkowej ocenie twojej siostry i że na dodatek dosyć mnie ona nie cierpi.

–   Łagodnie   mówiąc.   –   William   znowu   rozejrzał   się   po   sali,   zwracając   uwagę   na 

odległość   między   nimi   a   resztą   klubowych   gości.   –   No   więc   dlaczego   nie   dałeś   mi 
odprawy, kiedy już uświadomiłeś sobie, że nici z twojego planu?

–   Ponieważ...   a   było   to   dla   mnie   wtedy   sporym   zaskoczeniem...   lubię   cię   – 

odpowiedział Jack stanowczo.

– Słyszałem, jak któregoś dnia Price nazwał mnie twoim chłopcem do bicia.
– Nie jesteś głupcem, Williamie. Początkowo mogłem tak uważać, ale się pomyliłem.
– Ale...
–   Williamie,   jest   bardzo   prawdopodobne,   że   zostanę   aresztowany   za   morderstwo 

popełnione na księciu Wenfordzie, a twoja siostra zalewa się łzami i prosi, bym się z nią 
zobaczył. Nie mamy teraz na to czasu.

– Właśnie że mamy. Wiesz, jaki ważny jest ten sezon dla Lil. A więc teraz, kiedy jak 

się zdaje, udało ci się na siebie zwrócić jej „uwagę", jakie masz względem niej zamiary? 
Na litość boską, Jacku, ona ma wyjść za mąż. I nie jest przyzwyczajona do ludzi twojego 
pokroju ani do gier, jakie zwykłeś prowadzić. Możesz jej wyrządzić wielką krzywdę.

– Za nic nie skrzywdziłbym Lilith – odparł Jack z oburzeniem. – A jak już mówimy o 

jej   narzeczeństwie,   to   mogłeś   stanąć   po   jej   stronie   i   powiedzieć   ojcu,   jak   bardzo 
nienawidzi Dolpha Remdale'a, zanim doprowadziliście do tego idiotyzmu.

Brat Lilith zamrugał oczami.
– Wiem, że uważa Wenforda za starego nudziarza, ale go nie nienawidzi.
– Ona go nienawidzi – powtórzył Jack. – A ja mam zamiar ją z tego wyplątać. Za 

wszelką cenę.

William patrzył na niego przez chwilę.

background image

– A potem co?
Jack zaciął z irytacją zęby.
–   Nie   mam   pojęcia.   Ale   jeżeli   masz   zamiar   mnie   tu   dłużej   zatrzymywać,   to   nie 

będziesz żył na tyle długo, by się dowiedzieć. Pójdziemy już?

W końcu William wstał i kiwnął głową.
– Nie możesz składać jej wizyt w domu. Gdzie chcesz się z nią zobaczyć?
Jack  wyciągnął zegarek z kieszeni. Było już dobrze po południu, trochę późno na 

zakupy, ale jeszcze się zmieszczą w przyjętych zwyczajach.

– Spotkam się z nią na Bond Street, przy Brook, za czterdzieści minut.
William, podobnie jak Jack, popatrzył na zegarek.
– W porządku. – Jack zaczął kierować się ku wyjściu, ale William zatrzymał go. – 

Jack, ufam ci, że nie narobisz jej więcej kłopotów.

– Obiecuję – powiedział Jack, chociaż wcale nie był pewien, czy próbuje przekonać 

Williama, czy siebie samego. – Sam próbuję uwolnić się od kłopotów.

William lekko się uśmiechnął, opuszczając dłoń.
– Jeżeli ma to dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, to od samego początku wydawało mi 

się, że to ty jesteś dla niej najodpowiedniejszym mężczyzną. Bo wyłącznie przy tobie 
moja siostra jest w stanie zapomnieć, czego oczekuje po niej cała reszta ludzkości.

– Przyjmę to za komplement – powiedział sucho Jack. Udał się na odpowiedni róg 

Bond   Street   i   ukrył   Benedicka,   żeby   go   nie   dostrzegła   ciotka   Lilith.   Trudno   będzie 
uwolnić Lil spod jej opieki, zwłaszcza że nie może się dziewczynie wcześniej pokazać, a 
przychodziły mu do głowy prawie wyłącznie pomysły w rodzaju podpalenia czegoś czy 
spłoszenia koni. Popatrzył na wylot ulicy i uśmiechnął się. Rozmowa z Penelopą Sanford, 
niemal równie ryzykowna, jak wizyta u Lilith, pozbawiona była przynajmniej wszelkiego 
rodzaju komeraży. A panna Sanford już wcześniej im pomogła.

Nie było trudno zaaranżować zderzenie na tak zatłoczonej ulicy. Kiedy Jack wpadł na 

Penelopę,   upuściła   ona   jeden   ze   swoich   pakunków,   a   on   przepraszając   schylił   się   i 
podniósł go.

– Proszę mi wybaczyć. – Uśmiechnął się oddając jej paczuszkę.
Penelopą zaczerwieniła się.
– Nic nie szkodzi, milordzie – odpowiedziała, zerkając na matkę.
– Muszę zwracać większą uwagę na to, gdzie idę – ciągnął dalej Jack, potem pochylił 

się bliżej niej pod pozorem, że pomaga jej wygodniej ułożyć zakupy w rękach. – Lil 
będzie   tu   za   kilka   minut   –   szepnął.   –   Muszę   się   z   nią   zobaczyć,   czekam   w   zaułku 
odchodzącym od Brook Street. Czy może ją pani tam doprowadzić?

Penelopą patrzyła na niego przez moment, potem kiwnęła głową.
– Nie wpadnie w tarapaty? – zapytała szeptem. Jack lekko potrząsnął głową.

background image

– Chciała się ze mną zobaczyć.
– W porządku.
I Jack, skłoniwszy uprzejmie głowę przed łady Sanford, poszedł dalej ulicą. Penelopą 

razem z matką zniknęły w sklepie na rogu, a on natychmiast skręcił i zajął stanowisko u 
wlotu do zaułka. Marszcząc lekko brwi sprawdził czas na zegarku. Jeszcze dziesięć minut. 
Zauważył, że chodzi tam i z powrotem i surowo nakazał sobie stać spokojnie pod ścianą. 
Zdenerwowany   i   zmartwiony   zastanawiał   się,   co   takiego   mogło   się   wydarzyć,   że 
koniecznie chciała się z nim zobaczyć, jak tylko wróciła z pikniku. Może ma dla niego 
wiadomości   dotyczące   winy   Dolpha,   ale   sądził,   że   w   tym   przypadku   przekazałaby   tę 
informację w jakiś bardziej zakamuflowany sposób.

Czekał, jak mu się zdawało, bez końca, gryząc się i denerwując jak jakaś stara baba, 

zastanawiając się, czy mimo wszystko nie będzie musiał wziąć szturmem Benton House, 
żeby się z nią zobaczyć; wreszcie pojawił się powóz Hamble'ów. Jack dał nura w wąski 
zaułek, by tam czekać na Lil. Usiłował zwalczyć przekonanie, że przypomina kryjącego 
się po kątach złoczyńcę, ale sprawiał dokładnie takie właśnie wrażenie.

Lilith   pojawiła   się   szybciej,   niż   się   spodziewał;   rozchichotana   panna   Sanford 

podprowadziła opierającą się przyjaciółkę aż do wylotu zaułka.

–   Pen,   przestań   –   szeptała   Lilith.   –   Muszę   się   spotkać   z...   –   Zobaczyła   Jacka   i 

przerwała. – Jacku – wymamrotała, jej twarz odprężyła się w poczuciu ulgi i dziewczyna 
rzuciła się w jego kierunku.

Jack otworzył ramiona i zamknął ją w mocnym uścisku.
– Nic ci nie jest? – wyszeptał w jej włosy.
– Już teraz nic – odpowiedziała łamiącym się głosem; ramiona jej zadrgały i zaczęła 

szlochać.

–   Będę   tuż   za   rogiem   –   powiedziała   Penelopa   i   rzuciwszy   na   nich   ostatnie, 

współczujące spojrzenie, zniknęła.

– Podoba mi się twoja przyjaciółka – odezwał się Jack, oglądając się za nią.
Lilith uniosła zalaną łzami twarz.
– Wiedziała?
– Przypadkiem wpadłem na nią i poprosiłem, żeby cię tu przyprowadziła. – Patrzył jej 

prosto w oczy. – Co się stało?

– Och, to chyba niemądre  z mojej  strony, ale ja... po prostu musiałam się z tobą 

zobaczyć – powiedziała, obejmując go nadal mocno w pasie.

– To wcale nie jest niemądre – oznajmił Jack. – Nieczęsto wpadasz w panikę. Co się 

stało?

– On to zrobił – oznajmiła Lilith. – Wiem, że to zrobił i groził mi, ale niczego nie 

potrafię udowodnić.

background image

Usiłowała ukryć znowu głowę na jego ramieniu, ale Jack objął ją inaczej i odsunął od 

siebie.

– Co masz na myśli mówiąc, że ci groził? Lilith popatrzyła na niego i potrząsnęła 

głową.

– Nie chcę ci tego mówić.
Jack zafrasował się. To było coś poważnego, a Lilith dotychczas nie miała przed nim 

tajemnic.

– Lil, chciałaś się ze mną zobaczyć. Proszę, powiedz mi, dlaczego.
Lilith rozdygotana westchnęła.
– To tylko... wiesz, ostrzegałeś mnie, że on źle traktuje swoje służące, ale nigdy nie 

spodziewałam się, żeby... – Przerwała, twarz jej się zaczerwieniła, szorstko odsunęła jego 
dłoń   i   przylgnęła   mu   policzkiem   do   ramienia.   –   Nigdy   się   tego   nie   spodziewałam   – 
powtórzyła.

– On cię uderzył? – Jack poczuł, że zalewa go nagły przypływ czarnej wściekłości.
– Uderzył mnie w twarz – przyznała.
– Zabiję go za to.
– Nie, nie zrobisz tego, Dansbury, ponieważ wtedy nikt już nie uwierzy, że nie zabiłeś 

również jego wuja.

Powiedziała to obojętnym tonem, a na twarzy Jacka pojawił się lekki uśmiech. Wciąż 

jeszcze więcej troszczy się o niego niż o siebie.

– Pewnie masz rację. Ale i tak mi nikt nie wierzy.
– Ja ci wierzę.
Słysząc to, pocałował ją.
– Wiem.
– Tak naprawdę to nie bolało, tyle że bardzo mnie zaskoczył. Ale przez to jestem 

pewna, że zabił swojego wuja. Miał przerażający wyraz twarzy. – Podniosła na niego 
oczy, w których znowu wzbierały łzy. – Ale jak mamy tego dowieść, Jacku?

Przez moment markiz stał z policzkiem opartym o włosy Lilith i pozwolił sobie na 

myśl, jak niewielkie ma szanse na wymknięcie się z pułapki Wenforda.

– Nie wiem. – Powoli zaczerpnął powietrza i usiłował opanować gniew. – Absolutnie 

nie powinienem był ci pozwalać z nim jechać.

– Chciałam ci pomóc – zaprotestowała. – Wciąż jeszcze chcę ci pomóc. A to ja mam 

go poślubić, pamiętasz?

Jack roześmiał się z goryczą.
– Jakże mógłbym zapomnieć? – Objął ją mocniej za ramiona. – Moglibyśmy po prostu 

uciec razem, wiesz, ty i ja. Do Hiszpanii. Albo do Włoch. Podobałaby ci się Wenecja, ma 
chere.

background image

Lilith milczała przez dłuższą chwilę, czuł jej ciepły oddech na swoim ramieniu. W 

końcu cofnęła się o krok, uniosła dłonie i objęła z obu stron jego twarz.

– Czy tylko uciekając z Anglii można cię uratować? – Zapytała.
Jack nie odwrócił oczu. Lilith będzie mu towarzyszyć – powtarzała jakaś jego cząstka 

w uniesieniu. A równocześnie wiedział, że nie wolno mu  jej tego robić, że nie może 
wyrządzić jej krzywdy, zmuszając do opuszczenia rodziny w taki sposób, jak to zrobiła jej 
matka.

– Nie – powiedział, powoli kołysząc ją w ramionach. – Tak nie jest. Lil, chciałbym, 

żebyś jutro wybrała się z wizytą do Alison. Zostań z nią, dopóki Richard albo ja nie 
powiemy ci, że możesz odejść.

– A co ty będziesz robił? Jack uśmiechnął się ponuro.
– Wybiorę się na polowanie.

background image

18

– Ciotko Eugenio, proszę?
Lilith   przyglądała   się   ciotce   spod   oka;   zauważyła,   jak   ta   ostatnia   pochmurnieje   i 

usiłowała   zachować   przymilny   wyraz   twarzy.   Spodziewała   się,   że   zadanie   nie   będzie 
łatwe, ale chociaż nie dawała ciotce spokoju od śniadania, po starszej pani nie widać; było 
żadnych oznak ustępliwości.

–   Przyjęłam   zaproszenie   na   herbatkę   z   lady   Neuland.   Nie   odmawia   się,   kiedy   na 

pogawędkę zaprasza lady Neuland – mówiła Eugenia.

– Ale ja przyjęłam zaproszenie na herbatkę do lady Hutton. – No i obiecałam Jackowi, 

że spędzę ten dzień z jego siostrą, pomyślała.

– To tylko żona hrabiego – prychnęła Eugenia. – A lady Neuland jest markizą. Nie 

bądź śmieszna.

Rozmowa przybrała niepomyślny obrót.
– Papo? – Lilith zwróciła się w desperacji do ojca.
Lord   Hamble   podniósł   wzrok   znad   przeglądanej   właśnie   porannej   gazety.   Jego 

poirytowana mina raczej nie dodała Lilith ducha.

– Twoja ciotka ma rację, Lilith. Masz zostać księżną. Nie trać czasu na niższej rangi 

krewnych osób nie przyjmowanych w towarzystwie.

– To niesprawiedliwe! – wybuchnęła Lilith; jej frustracja i gniew na szyderstwo z 

Jacka przekroczyły już granice wytrzymałości.

Ojciec ponownie podniósł oczy znad gazety, potem poskładał ją i odłożył.
– Co takiego mówiłaś?
Lilith dobrze znała ten ton. Słyszała go przez ostatnie sześć lat za każdym razem, kiedy 

niezadowolony był z jej zachowania.

– Proszę tylko o drobnostkę, papo – powiedziała najbardziej spokojnym i rozsądnym 

głosem, na jaki było ją stać. – Chcę spędzić poranek z przyjaciółką. Czy to takie straszne?

– Gdyby cię miał kto odprowadzić, to może. A nie ma – wtrąciła ciotka Eugenia.
Drzwi do saloniku otworzyły się nagle i William przekroczył próg. Ze zmieszaną miną 

odchrząknął, podszedł do kanapy i usiadł obok siostry.

– Pomyślałem sobie, że mógłbym wpaść dziś rano do Richarda Huttona – odezwał się 

wesoło. – Znasz lady Hutton, prawda, Lil?

Było oczywiste, że podsłuchiwał pod drzwiami. Lilith miała ochotę go ucałować.
– Tak, znam. Nawiasem mówiąc, sama ją miałam ochotę dziś rano odwiedzić. Czy 

zechciałbyś mnie odprowadzić?

William pokazał zęby w uśmiechu.
– Ależ bardzo chętnie.

background image

– Co tu się dzieje? – zapytał wicehrabia, piorunując oboje dzieci wzrokiem.
William wzruszył ramionami.
–   No   dobrze,   słyszałem   przed   chwilą,   o   czym   rozmawiacie.   Lil   należy   się   trochę 

rozrywki, zanim przykujecie ją do tego ociężałego niezdary Wenforda, a mnie to wcale nie 
przeszkadza, żeby jej towarzyszyć, jeżeli ciotka była już wcześniej umówiona.

– Och. Nie przeszkadza ci – skomentował zjadliwie lord Hamble.
– Jakie masz zastrzeżenia, papo? – zapytała Lilith ostrożnie, usiłując trzymać w ryzach 

frustrację i gniew. Bolesna była dla niej świadomość, jak niewiele w gruncie rzeczy o nią 
dbał, chociaż ostatnie sześć lat spędziła na usiłowaniach, by go zadowolić. – Nie mam 
żadnych innych planów na ten ranek, no i obiecałam.

– Nie powinnaś była tego robić, nie pytając wcześniej, czy zaaprobujemy twoje plany 

– zwróciła jej mało pomocnie uwagę ciotka Eugenia.

Niespodziewanie ojciec machnął ręką na siostrę.
– Pozwól jej iść, Eugenio – powiedział. – Nie chcę, żeby zaczęła histeryzować w 

następnym przypływie egoizmu. – Uniósł znowu gazetę i wrócił do czytania.

Lilith szybko się podniosła; nie miała ochoty dać im czasu, by mogli zmienić zdanie.
– Dziękuję, papo – powiedziała i szybko wyszła z Williamem.
Brat złapał ją za rękę, jak tylko zamknęła za sobą drzwi.
– Gdzie się dziś podziewa Jack? – Twarz i głos miał poważne i Lilith znowu drgnęła z 

niepokoju.

– Miał zamiar poszukać Wenforda. Wydaje mi się, że zdaje sobie sprawę, że dowieść 

swojej niewinności zdoła tylko wtedy, jeżeli Wenford wyzna swoją winę.

Brat patrzył na nią przez dłuższą chwilę, potem skinął głową.
– Czy ty go kochasz? – zapytał cicho.
– Całym moim sercem – odpowiedziała.
– No to bierz pelerynę i zawiozę cię do Huttonów. Ale nie zatrzymam się tam.
– Gdzie się wybierasz?
– Poszukać Jacka. Lilith zawahała się.
– Dlaczego, jeżeli pozwolisz zapytać?
– Winien mu jestem jakąś pomoc. Nie pytaj, mam swoje powody.
– W porządku. I dziękuję ci.
– Nie dziękuj mi jeszcze. Coś mi się wydaje, iż wszystkich nas czeka klęska.
Jack Faraday dał nura za wózek z lodem i zaklął. Śledzenie kogoś w Paryżu, gdzie nikt 

go nie znał, było wystarczająco trudne. Ale żeby osławiony markiz Dansbury szedł tropem 
księcia   Wenforda   po   Mayfair,   nie   wzbudzając   niczyich   podejrzeń,   to   było   niemal 
niemożliwe.

A i tak nie miał pewności, czy konfrontacja z Dolphem coś da. Jak powiedział Richard, 

background image

wystarczy, że ten przeklęty książę będzie milczał, a wygra. A Jack nie tylko musiał go 
skłonić   do   przyznania   się,   ale   należało   to   zrobić   w   obecności   świadków.   Bo   takie 
wyznanie   sam   na   sam   będzie   równie   bezużyteczne,   jak   to,   co   słyszała   Lilith.   Dolph 
wiedział o tym, wiedział, że Lilith nie będzie mogła przekazać dalej żadnych odkrytych 
przez siebie informacji, ale Jack czuł się podniesiony na duchu faktem, że książę nie zadał 
sobie trudu, by kryć swą wrogość i motywy postępowania. Miejmy nadzieję, że przez tę 
pewność siebie i arogancję stanie się nieostrożny.

Zastanawiając się nad wartością swojego planu doszedł do wniosku, że konfrontacja z 

Dolphem to plan kiepski, ponieważ nie pozwala ani na wyrafinowanie, ani na żadne błędy. 
A   skoro   stawką   była   reputacja   Lilith   i   jej   pomyślność,   musi   postępować   bardziej 
dyplomatycznie, niż to miał w zwyczaju. Policzył do dziesięciu, potem wyszedł zza wózka 
na ulicę. Dolph skierował się do Stantona i bez wątpienia wypróbowywał swą świeżo 
nabitą kabzę, kupując najdroższe cygara w całym Londynie. Jack nasunął sobie głębiej 
kapelusz na oczy i czekając oparł się o mur pod piekarnią. Tego dnia zrobiło się znowu 
zimno i markiz doceniał ciężki, ciemny płaszcz, który miał na sobie. Nie tylko grzał, ale 
dodatkowo pozwalał wygodnie ukryć parę pistoletów spoczywających w jego głębokich 
kieszeniach.

– Dansbury.
Jack odwrócił się szybko.
– Price – przywitał nowo przybyłego nieco się odprężając. – Wydawało mi się, że 

pojechałeś w odwiedziny do brata w Sussex. A może do siostry w Devonshire?

– Nie spodziewaj się ode mnie przeprosin – odparował ten, zatrzymując się przed nim. 

– Twój statek idzie na dno, przyjacielu. A ze mnie jest po prostu przewidujący szczur.

– To mi przynajmniej oszczędza kłopotu obrzucania cię wyzwiskami – skomentował 

Jack i zerknął w kierunku trafiki. – A więc co cię tu teraz sprowadza? – Price miał na 
sobie strój wieczorowy i najwyraźniej od wczorajszego wieczoru nie był jeszcze w domu. 
Nic w tym nadzwyczajnego, tyle że o tej porze powinien byl raczej rozglądać się  za 
łóżkiem niż dreptać po handlowej dzielnicy Mayfair.

– Prawdę mówiąc, szukałem właśnie ciebie. Tak się złożyło, że jadłem dziś u Boodle'a 

śniadanie z Landonem. Pojawiło się tam dwóch policjantów z Bow Street i wyobraź sobie, 
że mieli czelność zatrzymać się przy moim stoliku i zapytać, czy przypadkiem nie wiem, 
gdzie się obracasz.

Jack przez moment milczał.
– I co powiedziałeś?
– Powiedziałem im, że we wtorek odpłynąłeś do Chin. Nie wydaje mi się jednak, żeby 

ich to przekonało.

– Dziękuję ci. – Jeżeli w pościg za nim wyruszyła policja z Bow Street, to albo chcieli 

background image

go przesłuchać, albo mieli nakaz aresztowania. Tak czy owak będzie się musiał ukrywać 
przed większą ilością osobników niż sam Dolph Remdale, a jeżeli nie uda mu się sprawy 
dziś sfinalizować, to skończy w więzieniu Old Bailey.

– Gdybyś miał choć trochę rozumu, to popłynąłbyś na Wschód, Jacku, i to bez zwłoki. 

Zdajże sobie sprawę, człowieku, że tę rozgrywkę przegrałeś. A skoro grałeś o takie stawki, 
jak masz zwyczaj grać, to przegrałeś wszystko.

Jack poczuł się rozbawiony, chociaż prawdopodobnie Price miał rację; uśmiechnął się 

szeroko i klepnął przyjaciela po ramieniu.

– Zdumiewa mnie to, do jakiego stopnia we mnie wierzysz, mój drogi. Ale nie próbuj 

jeszcze odbierać wygranej. Ja jeszcze nie skończyłem.

Price popatrzył na niego.
–   Przede   mną   nie   musisz   udawać,   Jacku.   Wynoś   się   tylko   z   Londynu,   zanim   cię 

zamkną.

– Tego nie mogę zrobić. – Jack zawahał się; zastanawiał się, ile może powiedzieć 

Price'owi.   Jak   dotąd   przyjaciel   okazał   się   lojalny   –   bardziej   lojalny,   niż   się   Jack 
spodziewał – ale stawką nie była tu tylko jego własna wolność czy jego własna reputacja.

– Może powinieneś się ulotnić na dzień czy dwa. Nie mówię, że aż do Chin, ale Sussex 

mógłby być wskazany. Co ty masz zamiar osiągnąć? – nalegał Price, patrząc na niego 
badawczo.

Jack widział po twarzy przyjaciela, że ten się zastanawia, czy markiz rzeczywiście 

zabił Wenforda,  czy nie. Przynajmniej  nie miał  jeszcze  pewności, czym różnił się od 
reszty ich znajomych. Wzruszył ramionami, usiłując zbagatelizować sprawę.

– Sprawiedliwość chyba. Albo przynajmniej zemstę.
–   Jacku,   masz   źle   w   głowie,   no   ale   ja   zawsze   powtarzałem,   że   tak   jest.   –   Price 

zasalutował mu zawadiacko. – Życzę szczęścia, będę się czaił w pobliżu. Nie chciałbym, 
żeby   mi   coś   umknęło.   –   Zawrócił   i   swobodnym   krokiem   odszedł   ulicą   w   kierunku 
swojego domu.

Jack poruszył się niecierpliwie. Zwykle wyzwanie go cieszyło, ale tym razem sytuacja 

robiła   się   groteskowa.   Popatrzył   na   ulicę   i   poczuł   nagłe,   szarpiące   podejrzenie.   Jego 
wysokość zatrzymał się w tym sklepie na bardzo długo. Ostrożnie się rozejrzał, oderwał 
się od ściany i powędrował w kierunku Stantona. Zatrzymał się w drzwiach, zajrzał do 
stosunkowo   ciemnego   wnętrza,   a   potem   z   poirytowanym   westchnieniem   wszedł   do 
środka. To był mały sklepik... a Dolpha w nim nie było.

– Gdzie Wenford? – warknął do wzburzonego ekspedienta.
– Prze... przepraszam, wielmożny panie?
–   Gdzie   do   jasnej   cholery   podział   się   Wenford?   –   powtórzył   Jack,   obszedł   ladę 

dookoła i ruszył do sprzedawcy.

background image

– Nie widziałem go, wielmożny panie.
Jack odepchnął sprzedawcę i przeszedł na tyły sklepiku. Rozmawiając z Pricem nie 

spuszczał  z oka drzwi frontowych; tamtędy  Dolph nie wyszedł. W pokoiku na tyłach 
zatrzymał się i wbił wzrok w drzwi wychodzące na zaułek. Albo Dolphowi udało się 
zmienić w szczura i wymknąć, albo wiedział, że jest śledzony i opuścił sklepik tylnymi 
drzwiami. Z przekleństwem na ustach Dansbury przepchnął się przez drzwi na wąski, 
brudny  zaułek.   Z każdą   mijającą  chwilą  perspektywa  Chin  zaczynała  mu  się   bardziej 
podobać. Zastanawiał się, czy Lil będzie się tam dobrze czuła.

– Nie sądzę, żeby o to właśnie chodziło Jackowi, kiedy prosił, byś pobyła ze mną – 

szepnęła Alison Hutton.

– Powiedziałaś sama, że masz ochotę się przejść – przypomniała jej Lilith. Wzięła 

Beatrice za rączkę i we trzy przeszły przez ulicę, kierując się do ulubionego sklepu z 
sukniami. – No i poszłyśmy.

– On chciał, żebyś była gdzieś, gdzie jest bezpiecznie, Lilith. A tu nie jest.
– Ależ oczywiście, że jest, Alison. Poza tym Londyn jest taki duży. Jemu samemu 

może   nie   udać   się   znaleźć   Dolpha.   A   w   ten   sposób   szukają   go   trzy   pary   oczu.   – 
Westchnęła poirytowana bezproduktywną rolą, która została jej narzucona. – Nie jestem w 
stanie tak bezczynnie siedzieć. Oszalałabym ze zmartwienia.

– O mojego brata?
– Oczywiście, że o twojego brata. Alison uśmiechnęła się.
– To dobrze.
– Mam taką nadzieję.
– Wiesz, coś mi się zdaje, że w okolicy da się znaleźć cztery pary oczu – powiedziała 

Alison z namysłem. – Dziś rano ktoś przyszedł, zaczął walić w drzwi i Richard zniknął tuż 
po śniadaniu. – Oczy jej się zwęziły. – I wcale nie wyglądał na zadowolonego tym, co się 
stało.

Lilith popatrzyła na nią dużo bardziej przerażona, niż uspokojona.
– William mówił, że to właśnie Richard aresztuje Jacka, jeżeli zostanie podpisany 

nakaz.

Alison potrząsnęła głową, twarz miała zatroskaną.
– Tego by nie zrobił. Mogą się ze sobą nie zgadzać, ale nigdy by tego nie zrobił.
– Jesteś pewna?
Alison przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią.
– Nie wiem – powiedziała w końcu. – Przez ostatnie kilka dni Richard i Jack naprawdę 

ze sobą rozmawiali. A nie robili tego od pięciu lat. Ale nie wiem. Nie wiem.

– Muszę go ostrzec. – Lilith zawróciła, a Beatrice podniosła na nią oczy.
– Czy pomagamy wujkowi Jackowi? – zapytała. Lilith potrząsnęła głową.

background image

– Nie. To ja pomagam wujkowi Jackowi.
– Lilith...
Lil spojrzała Alison w oczy.
– A ty wracasz do domu. Alison westchnęła.
– Jack mi głowę ukręci. Proszę cię, uważaj na siebie.
– Będę uważała. Nie martw się. – Powiedziała to głosem odważnym i stanowczym. 

Ale kiedy się odwróciła i ruszyła ulicą, uświadomiła sobie, jaki wielki jest Londyn i jakie 
nikłe ma szanse na znalezienie Jacka, zanim go znajdzie lord Hutton.

Wyszła zza rogu i zamarła. O kilka stóp od niej stał książę Wenford i patrzył na 

wystawę.   Lil   zdusiła   przekleństwo   i   dała   nura   za   róg,   niemal   zderzając   się   z   hrabią 
Manderleyem.

– Przepraszam bardzo – wykrztusiła, gwałtownie cofając się pod ścianę.
– Panno Benton – odpowiedział, uniósł w górę brwi i kapelusz i poszedł dalej.
Lilith pospiesznie zaczerpnęła powietrza, serce biło jej prędko i mocno. Zmarszczyła 

brwi, usiłowała się opanować i myśleć jasno. Jeżeli zostawi księcia, żeby szukać Jacka, 
może się to okazać katastrofalne dla nich obojga. Ale jeżeli ruszy za Dolphem, Jack nadal 
nie będzie wiedział, że lord Hutton może na niego polować.

– A niech to diabli – szepnęła. Potem porządnie potrząsnęła sobą w myśli. Rzadko się 

zdarzało, żeby Jack nie wiedział, co się dzieje. Zachowa ostrożność... przynajmniej na 
tyle, na ile zwykł ją zachowywać.

A   jeżeli   okaże   się   już   za   późno,   jeżeli   nie   uda   im   się   powstrzymać   Dolpha   czy 

Richarda Huttona, to odejdzie razem z nim. Zamknęła na moment oczy, tęskniła za nim aż 
do   bólu,   tęskniła   za   jego   głosem,   za   jego   dotknięciem,   za   jego   serdecznością   i 
namiętnością. Rodzina ją znienawidzi, ale nie potrafiła sobie wyobrazić życia bez Jacka. A 
chociaż nie wiedziała, czy on czuje to samo, czy nie, wydawało jej się, że chyba tak. Dwa 
razy prosił ją, żeby z nim razem uciekła i widziała przecież, jaki wyraz miały jego ciemne 
oczy, kiedy ją obejmował. Odejdzie z nim.

Postanowiwszy,   że   dołoży   wszelkich   starań,   Lilith   wychyliła   się   znowu   zza   rogu. 

Dolpha wciąż jeszcze  było widać, oddalił się tylko o kilka sklepów. Zatrzymał  się w 
tłumie, popatrzył na następną wystawę, a potem powoli skręcił. Lilith rozejrzała się po 
ulicy.   Kiedy   książę   skręcił   w   następną   przecznicę   i   zniknął,   wyszła   na   chodnik   i 
pospieszyła za nim.

Przez niemal całą godzinę trzymała się o pół przecznicy za Wenfordem, dając nura w 

bramy, kiedy wydawało jej się, że się obejrzy i usiłując nie rzucać się za bardzo w oczy. 
Kilku przechodniów, dziwnie się na nią patrzyło, kiedy ich mijała, ale udawała, że tego nie 
dostrzega i skupiała uwagę na celu pogoni. Niewątpliwie Jack skradałby się dużo lepiej 
niż ona, ale wydawało jej się, że radzi sobie całkiem nieźle. Dwa razy przyłapała się na 

background image

szerokim uśmiechu, kiedy w szczególnie sprytny sposób udało jej się ujść uwagi księcia. 
Nic   dziwnego,   że   Jack   zgodził   się   być   szpiegiem   Wellingtona:   ta   gra   naprawdę   była 
upajająca.

Zawędrowali   dość   daleko   na   południe   Mayfair,   wyraźnie   kierowali   się   w   stronę 

Tamizy i Lilith zaczęła się zastanawiać, co u licha mogło księcia Wenforda sprowadzać w 
tę część Londynu. Rozejrzała się z niepokojem. Teraz naokoło nie było już żadnych ludzi 
z jej sfery, którzy mogliby się dziwić, co robi tam młoda dama, ale z drugiej strony nie 
było też nikogo, kto mógłby jej pomóc, gdyby coś się stało. I śladu nie było po Jacku.

Dolph   zatrzymał   się   ponownie   i   Lilith   dała   nura   w   bramę   zakładu   szewskiego. 

Pogimnastykowała palce w cieniutkich pantofelkach, policzyła do dziesięciu i wychyliła 
się na ulicę. Książę zniknął.

–   A   niech   to.   –   Lilith   sposępniała,   opuściła   ukrycie   i   pospieszyła   przed   siebie. 

Zaglądała przez wystawy do mijanych po drodze sklepów, żeby się upewnić, czy Wenford 
nie zatrzymał się w którymś z nich, by dokonać jakiegoś zakupu.

Mijała właśnie wąskie przejście między dwoma sklepami i natychmiast wyczuła czyjąś 

tam obecność. Zanim choćby głowę zdążyła odwrócić, książę jedną ręką objął ją w pasie, 
a drugą zasłonił jej usta.

– Dzień dobry, moja droga. A cóż to robisz tutaj sama, tak daleko od domu? – szepnął 

jej do ucha i wciągnął w wąskie przejście.

Lilith chciała krzyczeć, ale z zasłoniętych ust wydobyło się tylko ciche pojękiwanie. 

Zamachnęła się z całych sił nogą i z satysfakcją usłyszała stęknięcie Dolpha. Chwycił ją 
mocniej i szarpnął; musiała wyrwać mu rękę i machnęła nią, by odzyskać równowagę, 
potem jak szalona sięgnęła do tyłu i zaczęła targać go za włosy.

Ręka zasłaniająca jej usta zniknęła, ale zanim Lilith zdążyła krzyknąć, książę uderzył 

ją silnie w twarz.

– Przestań się szarpać albo ci kark skręcę – warknął; dłoń wróciła na miejsce.
Lilith zamrugała oszołomiona ciosem. Nagłe wszystko się ułożyło. Dolph wcale nie 

wędrował bez celu, kiedy go śledziła. Wiedział o jej obecności i prowadził ją tam, gdzie 
nikt jej nie pomoże. A to znaczyło, że musiał wiedzieć, że również i Jack na niego poluje.

W jego ciasnym uścisku zaczynało jej brakować powietrza i przestała się szarpać, żeby 

nie tracić resztek tchu. Na drugim końcu przejścia Wenford otworzył szarpnięciem tylne 
drzwi prowadzące do czegoś, co przypominało jakieś dwupiętrowe biura. Pchnął ją w 
kierunku schodów, potem odwrócił się i zamknął za sobą drzwi na klucz. Lilith pozbierała 
się i pobiegła ku frontowi budynku. Natychmiast książę ruszył za nią i chwycił ją za 
ramię, zanim się zdążyła uchylić. Pchnął ją na ścianę tak, że potknęła się i upadła.

– Zostaw mnie w spokoju! – krzyknęła, kopiąc go znowu. Dolph dźwignął ją na nogi i 

szarpnął ku schodom.

background image

– Śledziłaś mnie – powiedział spokojnie i powlókł ją za sobą na górę. – Cóż by ze 

mnie był za dżentelmen, gdybym pozwolił ci wędrować po tych niebezpiecznych ulicach 
samej?

– Nie jesteś żadnym dżentelmenem – zduszonym głosem zawołała Lilith, chwytając 

się poręczy. – Jesteś potworem!

Dotarli na szczyt schodów; było tam dwoje drzwi i Dolph wepchnął Lilith za jedne z 

nich.   Potykając   się   wpadła   na   duży   strych,   na   wpół   zapełniony   starymi   biurkami, 
krzesłami i szafkami, wyblakłymi od słońca i pokrytymi kurzem. W brudnych, narożnych 
okienkach połyskiwało blade światło. Lilith z dreszczem grozy przyglądała się, jak Dolph 
zamyka za nimi drzwi na klucz i chowa go do kieszeni.

Książę skrzyżował ręce na piersiach i oparł się o drzwi.
– To ja mam być tym potworem? Zauważyłem, że śledzi mnie Dansbury; czy chcesz 

mi może dać do zrozumienia, że czystym zbiegiem okoliczności w dziesięć minut po tym, 
jak udało mi się mu wymknąć, w pogoń za mną ruszyłaś ty? Niezbyt to było subtelne, 
moja droga. I nie bardzo mądre. Nie chcesz mnie chyba rozdrażnić. Jestem dość groźny w 
gniewie.

Lilith   patrzyła   na   niego,   ponownie   przeszedł   ją   dreszcz.   Tego   ranka   w   sposób 

krańcowo niemądry naraziła się na niebezpieczeństwo, ale może po raz pierwszy w życiu 
nie myślała  o konsekwencjach swoich czynów. Jackowi potrzebna była pomoc, a ona 
zrobiła wszystko co w jej mocy, by mu jej udzielić.

– Gdzie jesteśmy? – zapytała, ukrywając targającą nią rozpacz i gniew. W tej akurat 

chwili potrzebna jej będzie cała przytomność umysłu.

Dolph wydął wargi, potem odsunął się od drzwi i postąpił kilka kroków w jej stronę.
– W biurach prawnika mojego świętej pamięci wuja. Nie podobał mi się, więc go 

wyrzuciłem.   Szczęśliwym   zbiegiem   okoliczności   budynek   ten   jest   własnością   księcia 
Wenford. A to ja jestem księciem Wenford.

Lilith nie podobał się drapieżny wyraz jego oczu. Wcisnęła się głębiej w kąt pomiędzy 

oknami.

– Czy ten adwokat cię oszukiwał? – zapytała, żeby nie dać mu się skupić. Zerknęła w 

bok. Obydwa okna były mocno zaryglowane.

Dolph wzruszył ramionami i podszedł znowu o krok bliżej.
– Nie podobał mi się – powtórzył. – Możesz sobie być głupia, ale jesteś śliczna. – 

Wyciągnął rękę i dotknął jej policzka palcami.

Lilith wzdrygnęła się na tę pieszczotę i przesunęła się odrobinę w stronę drzwi.
– Niech pan przestanie.
Książę odwrócił się, by nie tracić jej z oczu. Na twarzy miał lekki uśmiech, przez co 

przypominał Lilith kota czającego się na mysz.

background image

– A czemuż to? Przecież mamy się pobrać.
– Nie może pan chyba mówić serio – zaprotestowała. – Wciąż jeszcze myśli pan o tym, 

żeby mnie poślubić?

Wzruszył ramionami i znowu podszedł bliżej.
– Czemu nie? Dansbury jest w takim położeniu, że na pewno nie będzie mógł się z 

tobą ożenić. A jeżeli przez twoje powiązania z tym człowiekiem wybuchnie skandal, a 
wybuchnie na pewno, jeżeli mi odmówisz, nikt inny cię nie zechce.

Zrobił   jeden   wielki   krok   i   chwycił   ją   za   ramiona.   Zanim   Lilith   zdążyła   choćby 

krzyknąć, opuścił głowę i siłą złożył na jej wargach brutalny, mokry pocałunek. Trzymał 
ją blisko; kiedy zaczęła się szarpać, przycisnął jej ręce do boków i męczył ją przez długą, 
okropną chwilę. W końcu oderwał usta, wysunął język i polizał ją obślizgle po policzku.

Lilith z obrzydzeniem odskoczyła od niego. Chwyciła za klamkę u drzwi, ale te ani 

drgnęły, chociaż waliła w nie jak szalona. Rozejrzała się z rozpaczą dookoła i na moment 
serce jej w piersi zamarło. Przez brudne okienko spojrzał na nią Jack, a potem znowu 
pochylił się i zniknął. Lilith przemknęło przez myśl, że chyba musiała zwariować, ale w 
tym   momencie   znowu   wychynął   spod   parapetu.   Z   pistoletem   w   ręku,   z   wargami 
zaciśniętymi w wąską, gniewną kreskę, gestem kazał jej się odsunąć od Dolpha.

Jeżeli się odsunie, Jack zabije Wenforda, a wtedy na pewno będzie za to wisiał. Musi 

się znaleźć jakiś inny sposób.

– Upiera się pan, żebyśmy się pobrali – powiedziała do Dolpha, zatrzymując się tak 

nagle, że niemal na nią wpadł – a więc dlaczego dokłada pan wszelkich starań, żebym nie 
mogła poczuć dla niego sympatii?

–  Droga  Lilith,  jesteś  obiektem  uczuć  markiza   Dansbury'ego.   A  sądząc   po  twoich 

niemądrych poczynaniach tego ranka, również i ty czujesz do niego wielką skłonność. 
Jakaż narzeczona sprzymierza się z najgorszym wrogiem swego męża?

Pragnienie popatrzenia w okno było przemożne.
– Markiz rujnuje mego brata – powiedziała. – Robię to, co konieczne, żeby zapobiec 

jego ruinie.

Dolph przechylił na bok głowę, wyraz twarzy miał sceptyczny.
– Chcesz powiedzieć, że twoja lojalność w stosunku do Dansbury'ego jest naprawdę 

tylko lojalnością dla brata i rodziny?

Przynajmniej przestał ją miętosić.
– Tak, wasza wysokość. Rujnacji Williama mój ojciec by nie zniósł. Kiedy markiz zdał 

sobie sprawę, w jak poważnych opalach znalazł się przez waszą wysokość, nalegał, bym 
wykorzystała moje powiązania z panem i pomogła mu albo zniszczy mojego brata.

Niedowierzanie na twarzy księcia w najmniejszym stopniu nie osłabło.
– A czy nie brałaś pod uwagę, że to ja staram się o to, by go aresztowano, a wtedy nie 

background image

będzie już w stanie zagrażać twojemu bratu?

Lilith opuściła głowę udając wstyd i zażenowanie.
– Nie, nie pomyślałam o tym. – Podniosła znowu na niego oczy wdzięczna, że uważa 

ją za idiotkę. – Bałam się. Nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak bardzo go pan przerasta.

– Pochlebstwa, słodka Lilith? – Dolph znowu się zbliżył; tym razem Lilith zamknęła 

oczy i nie protestowała, kiedy ją pocałował. Usiłował rozchylić jej wargi, ale udawała, że 
nie rozumie o co mu chodzi i zaciskała usta.

– Nie może podobać mi się to, jak mnie pan traktował – powiedziała; miała ochotę 

otrzeć sobie jakoś z ust obrzydliwy smak – ale sądzę, że jego czyny są jeszcze gorsze. Pan 
przynajmniej przyrzeka mi tytuł. A on mi tylko groził. – Lilith zastanawiała się, jak daleko 
ośmieli się posunąć w swojej zuchwałości. Dolph był aroganckim egocentrykiem, ale nie 
był głupi. – Tak więc przypuszczam, że chociaż zachowuje się pan nie po dżentelmeńsku, 
winna jestem panu podziękowanie.

Dolph z uśmiechem przesunął rękami po jej okrytych – zielonym muślinem piersiach.
– Jeżeli naprawdę chcesz podziękować mi za uwolnienie od Dansbury'ego, pokażę ci, 

jak to zrobić. – Pochylił się i polizał ją po szyi i szczęce od spodu.

Tak mógł jej dotykać Jack, ale nikt więcej. Powinna być czystą dziewicą, wzdrygnęła 

się więc gwałtownie i cofnęła w stronę drzwi.

– Wasza wysokość, nie jesteśmy jeszcze po ślubie! – protestowała.
– Ale co z tym, co mi jesteś winna? – nalegał, chwytając ją za przeguby i brutalnie 

przyciągając do siebie.

– Przecież to chyba nie powód, żeby uprzedzać nasze śluby, wasza wysokość!
Czuła przez spódnicę jego narastające podniecenie i walczyła, żeby nie pokazać po 

sobie  obrzydzenia.  Zerknęła  znowu w  kierunku okna,  ale po  Jacku  nie  było śladu.  Z 
całego serca miała nadzieję, że Jack słucha i że uda jej się zmusić Dolpha do wyznania 
winy.

Udając, że słabnie w jego brutalnym objęciu, powiedziała bez tchu:
– Ale z pewnością wolę pana od pana wuja... nie mogłam tego znieść, kiedy mnie 

dotykał.

Dolph wciskał wilgotne wargi w szyję Lilith, jego dłonie zsuwały się po plecach na jej 

pośladki.

– A więc jesteś mi jeszcze więcej winna, moja droga... to dzięki mnie już cię nie 

będzie tłamsił. – Uniósł głowę i spojrzał jej w oczy. – Ale nie sądzę, żebyś cokolwiek 
mogła z tą informacją zrobić – warknął, a jego twarz na moment zrobiła się niegodziwa. – 
Właśnie   mam   cię   zamiar   skompromitować.   A   jeżeli   słowo   piśniesz   przed   naszym 
małżeństwem, to dopilnuję, żeby całe wytworne towarzystwo dowiedziało się, co z ciebie 
za dziwka.

background image

Pchnął ją do tyłu i podłożył jej nogę tak, że się potknęła. Lilith straciła równowagę i 

wymachując   rękami   upadła   na   podłogę.   Książę   ukląkł   jej   między   nogami   i   mokrym 
językiem oblizał sobie wargi.

Na  strych  posypało  się  szkło;  Dolph niemal   głowy  nie  zdążył  odwrócić, a  już  do 

pomieszczenia wpadł Jack i rzucił się na niego. Lilith wrzasnęła i przetoczyła się w bok, 
kiedy obydwaj mężczyźni padli na ziemię.

Jack uderzył mocno Dolpha w twarz zaciśniętą pięścią.
– Boli? – warknął.
Książę odepchnął go i pozbierał się na nogi. Z kącika ust wypływała mu krew, otarł ją 

sobie dłonią.

– Dansbury! Co na Boga... – Przerwał i odwrócił się, żeby popatrzeć na Lilith. – Ty 

dziwko! Ty ladacznico! I ty myślisz, że ci się uda...

Jack uderzył go jeszcze raz.
– Chciałem cię zastrzelić – powiedział czarnym, gniewnym głosem,  którego Lilith 

nigdy jeszcze u niego nie słyszała – ale zdecydowałem, że więcej będę miał satysfakcji, 
jeżeli zatłukę cię na śmierć.

Dolph warknął i zamachnął się, ale Jack uskoczył i wymierzył księciu następny cios. 

Książę cofnął się chwiejnie i twardo wylądował na podłodze. Jack znowu się do niego 
przybliżył; Dolph grzebał w kieszeni płaszcza. Wyciągnął z niej pistolet i wycelował w 
markiza.

Lilith wrzasnęła.
Jack wyhamował z poślizgiem, oczy wbijał nie w pistolet, tylko w twarz mężczyzny, 

który go trzymał.

–   To   bardzo   po   dżentelmeńsku   z   twojej   strony,   Wenford.   Dolph   uśmiechnął   się 

paskudnie, krew zabarwiała mu zęby na czerwono.

– Mówiłem, że cię nie zabiję – odparł. – Ale niewykluczone, że się tu myliłem. – 

Zerknął na Lilith i skierował broń na nią. – Ale najpierw wezmę ciebie. Wiem, że jesteś 
uzbrojony, Dansbury – mówił dalej, nie spuszczając wzroku z Lilith, która kuliła się pod 
ścianą. – Rzuć broń na podłogę.

– Nie, Jacku – rozszlochała się Lilith przerażona, co będzie z markizem. – On się 

przyznał. Nic nie może zrobić.

– A kto by uwierzył dziwce i zabójcy? – Dolph otarł sobie znowu usta i popatrzył na 

krew na palcach. – Zwłaszcza  takiemu,  który dopiero co chciał mnie  zabić. Będziesz 
wisiał, Dansbury! Rzuć broń!

Lilith spojrzała na Jacka i zobaczyła, że on patrzy na nią. Powoli sięgnął do kieszeni i 

wyjął pistolet, pochylił się i położył go na podłodze. Potem to samo  zrobił z drugim 
pistoletem.

background image

– Jacku, nie – szepnęła.
–   Tym   razem   nie   dokonam   złego   wyboru   –   odpowiedział   Jack   spokojnie.   –   W 

porządku Wenford, daj jej spokój.

– Odsuń się – polecił mu książę i Jack powoli odsunął się od pistoletów.
– Jestem twoim więźniem, Wenfordzie – powiedział z nieco większym naciskiem. – A 

teraz daj jej spokój.

– Moim więźniem – powtórzył Dolph, w końcu kierując całą swoją uwagę i pistolet na 

Jacka. – Mój więzień. Wiesz, mam nadzieję, że zaczekają z tym wieszaniem, aż się ożenię.

– Raczej się zabiję, niż wyjdę za ciebie – warknęła Lilith. Przysuwała się ukradkiem 

do Dolpha z oczami utkwionymi w pistolet. Gdyby udało jej się wyrwać mu broń, Jack 
miałby szansę.

– W twoim stanie nikogo innego poślubić nie będziesz mogła – odparł, rzuciwszy na 

nią okiem. – Będę cię miał i chcę, żeby on o tym wiedział. Miałem zamiar zająć się tą 
sprawą tutaj, ale chyba będę musiał zaczekać, aż go dostarczę do Old Bailey. Może dziś 
wieczorem, moja droga.

Lilith przysunęła się jeszcze o krok i głęboko zaczerpnęła powietrza. Potem wrzasnęła 

ile sił w płucach i w tym samym momencie najmocniej, jak mogła, cisnęła trójnożny 
stołek Dolphowi w pierś. Dolph podskoczył na nagły hałas, a potem zachwiał się, kiedy 
stołek uderzył go z głuchym łomotem w pierś. Jack skoczył, chwycił go za rękę i wyrwał 
pistolet.

–   Nie   sądzę,   żebyś   dziś   wieczorem   miał   cokolwiek   robić   –   warknął   i   szmyrgnął 

pistolet w kąt.

Dolph skoczył na Jacka. Obydwaj wpadli na jakieś biurko i przewrócili je; z biurka 

odłamała się noga. Lilith pospiesznie uskoczyła im z drogi i wymierzyła księciu mocnego 
kopniaka, kiedy  ją mijał.  Dolph stęknął i odwrócił się do niej. Jack rzucił mu  się na 
ramiona i znowu powalił na podłogę. Złapał w garść idealne blond włosy księcia i uderzył 
jego głową o drewniane deski. Potem jeszcze raz. I znowu.

Nie wyglądało na to, żeby miał przestać.
– Jacku, dość już. – Lilith podniosła się przerażona czarną furią, którą płonęły oczy 

markiza.

– Jeżeli on jeszcze oddycha, to nie. – I znowu głowa Dolpha grzmotnęła o podłogę; 

książę zajęczał.

Za ich plecami zagrzechotała klamka; Lilith wzdrygnęła się. Coś ciężkiego uderzyło w 

drzwi. Zaskrzypiały głośno, ale się nie otwarły.

– Och, nie – syknęła. Albo Dolph nie był sam, albo lord Hutton znalazł Jacka. – Jacku, 

przestań! Przestań! – Podbiegła chwiejnie i chwyciła go za rękę, usiłując odciągnąć od 
księcia. – Nie zabijaj go! Proszę! – Jeżeli przeciw Dolphowi będzie zeznawała tylko ona i 

background image

Jack, to przekonanie przedstawicieli prawa stanie się niemal niemożliwe. Jeżeli Dolph 
umrze, Jack będzie skończony.

Drzwi   zadygotały   pod   następnym   ciosem.   Jeszcze   raz   coś   w   nie   uderzyło, 

zatrzeszczały   i   otwarły   się   gwałtownie.   Lilith,   która   nerwy   miała   już   kompletnie 
zszarpane,   krzyknęła,   kiedy   na   strych   wpadł   Richard   Hutton,   a   za   nim   z   pól   tuzina 
policjantów z Bow Street. To właśnie był koszmar, który męczył ją od kilku nocy: Jack 
schwytany w pułapkę, aresztowany, a ona nie może nic zrobić.

– Dansbury, dość tego! – ryknął Richard. Złapał Jacka za szyję, żeby go odciągnąć z 

osłabłego ciała Dolpha.

Księcia   przeszedł   dreszcz,   zakaszlał,   a   potem   zaczął   powoli   pełznąć   po   podłodze. 

Krew kapała z paskudnego rozcięcia na czole i plamiła drewniane deski.

– Jeszcze tylko minutę, Richardzie – krzyknął Jack i rzucił się znowu na Dolpha.
– Jacku, proszę, już nie – rozszlochała się Lilith. – Proszę, nie.
– I tak pozwoliłem temu trwać za długo – powiedział Richard z naciskiem.
Markiz   zwolnił,   potem   się   zatrzymał.   Nie   zwracając   uwagi   na   szwagra   powoli 

odwrócił się do Lilith.

– W porządku – zamruczał. – Już po wszystkim. Dla ciebie.
–   Dzięki   Bogu   –   wymamrotał   Richard   i   głęboko   wciągnął   powietrze.   –   Będziesz 

musiał ze mną pójść.

– Nie, nie będzie musiał. – Lilith pochyliła się i podniosła odrzucony pistolet Dolpha. 

Drżącymi rękami wycelowała go w Richarda. – Odchodzimy razem.

– Lil, Lil, odłóż tę broń – powiedział spokojnym głosem Jack i przysunął się do niej.
Lilith   potrząsnęła   głową,   nie   spuszczając   oczu   z   lorda   Huttona   i   osłupiałych 

policjantów.

– Mam ze sobą trochę pieniędzy. Przed wieczorem możemy być już w Hiszpanii.
Uśmiech na twarzy Jacka robił się coraz szerszy.
– Panno Benton – powiedział Richard, popatrując z niepokojem na pistolet – może 

pani nie jest o tym przekonana, ale jestem po waszej stronie.

– Przyszedł pan aresztować Jacka.
– Lil – powiedział Jack i stanął koło niej – wszystko jest w porządku. Oni tu przyszli 

ze mną.

Lilith zerknęła na niego.
– Co takiego?
– Zgubiłem Wenforda gdzieś z godzinę temu. Wpadłem na Richarda i wszyscy razem 

dogoniliśmy cię w ostatniej chwili; widziałem, jak cię wlókł ze sobą. Oni byli w pokoju 
obok i wszystko  słyszeli.  Ja  wyszedłem przez  okno, żeby  widzieć, co  się dzieje. Nie 
chciałem, żeby ci jeszcze raz zrobił krzywdę.

background image

– Słyszeli go? – powtórzyła powoli opuszczając pistolet. – Słyszeli, jak mówił, że to on 

zabił swojego wuja?

– Tak, słyszeliśmy – przytaknął Richard i odetchnął z ulgą, kiedy Jack delikatnie wyjął 

jej broń z palców.

– Ale Alison mówiła, że pan był bardzo niezadowolony wychodząc z domu dziś rano.
– Pani też nie byłaby zadowolona, gdyby jakiś gburowaty lokaj nie dał pani skończyć 

smacznego, ciepłego śniadania, tylko powlókł panią ze sobą do stajni Dansbury'ego, żeby 
„przesłuchać" drugiego przeklętego lokaja, którego tam związali.

Lilith   popatrzyła   znowu   na   Jacka.   Uśmiechał   się,   chociaż   wargę   miał   rozciętą,   a 

ubranie w nieładzie.

– Znalazłeś go? – zapytała. Potrząsnął głową.
– Peese go znalazł. Nie było mnie w domu, więc udał się do Richarda. Frawley z 

niechęcią potwierdził, że stary Wenford wpadł z wizytą do bratanka i wypił z nim brandy, 
a dopiero potem udał się, by złożyć ci propozycję małżeństwa. – Zerknął na Richarda. – I 
to dlatego nie zawlekli mnie od razu do więzienia. Sam bym go najął na służbę, jakby nie 
był taki nadęty.

Lilith na moment zamknęła oczy.
– Dzięki Bogu. – Potem gwałtownie je otwarła i popatrzyła podejrzliwie na ludzi, 

którzy stawiali Dolpha na nogi. – Ale co z nimi?

Jeden z policjantów podszedł i uchylił czapki.
– Zostało jeszcze parę pytań, na które powinniśmy dostać odpowiedzi, ale jeżeli lord 

Dansbuiy zechce udać się z nami, to nie przewiduję żadnych trudności.

Jack skinął głową.
– Pójdę, jeżeli będzie mógł mi towarzyszyć lord Hutton.
– Tylko spróbuj mnie trzymać od tego z daleka – mruknął pod nosem Richard.
Dwóch policjantów sprowadziło Dolpha po schodach na dół. Jack oddał pistolet, który 

odebrał Lilith, potem odwrócił się twarzą do niej.

– Dziękuję ci – powiedział cicho.
Tyle mu miała do powiedzenia, ale kiedy Richard i pozostali mężczyźni stali wokół 

nich, ogarnęła ją nagle nieśmiałość.

– Proszę cię bardzo, Jacku – odparła.
Patrzył na nią jeszcze przez chwilę, w jego oczach pojawiło się coś, co bała się ubrać 

w słowa, a potem wyraźnie się otrząsnął.

–   Musimy   odprowadzić   pannę   Benton   do   domu   –   powiedział   Richardowi,   który 

przytaknął.

– To po drodze. I lepiej już ruszajmy, zanim królewicz George wyśle po ciebie swoich 

Królewskich Grenadierów.

background image

– Jacku? – wyszeptała Lilith. Odwrócił się z lekkim uśmiechem.
–   Porozmawiamy   później   –   odpowiedział   tak   samo   cichym   głosem.   –   Kiedy   już 

wszystkie nieporozumienia zostaną wyjaśnione.

Te słowa brzmiały pocieszająco, ale Lilith nie uspokoiły. Zauważyła, jaki Jack ma 

wyraz twarzy – ogarnęła go skłonność do szlachetności. I nagle zaczęła się martwić. Jack 
nigdy nie powiedział, że ją kocha, a Jack w nastroju szlachetnym może odmówić jej tego 
jednego, jedynego, czego naprawdę pragnęła w życiu. Siebie samego.

background image

19

Tak   nakazuje   postąpić   poczucie   moralności,   zdecydował   William.   W   końcu   Lilith 

poświęcała się przez całe swoje życie i przez to była nieszczęśliwa, a wszystko w imię 
rodziny. Teraz on może się trochę dla niej poświęcić.

Przeciągnął palcami  po jasnych włosach, żeby je wzburzyć i stanowczym krokiem 

podszedł do schodów frontowych miejskiego domu Antonii St. Gerard. Tego, co zrobiła 
Jackowi, usprawiedliwić się nie da. Jeżeli Dansbury'ego powieszą przez jej kłamstwa, 
winę za to będzie również ponosił William.

Załomotał do drzwi, potem wpadł do środka, kiedy Linden mu otworzył.
– Gdzie Antonia? – warknął, ruszając w kierunku schodów.
– W swojej sypialni, proszę pana – odpowiedział spokojnie lokaj, zamykając za nim 

drzwi. – Dostałem polecenie, żeby nie wpuszczać nikogo poza panem.

– Dziękuję, Linden.
William popędził po schodach i nie pukając wpadł do sypialni Antonii. Jak zwykle na 

moment przystanął w drzwiach, ponieważ choć tak bardzo się starał, nie udało mu się 
przyzwyczaić do czarnego wystroju wnętrza, który darzyła takimi względami. Wcześniej 
wydawał się on egzotyczny, ale teraz po raz pierwszy zrobił na nim nieco absurdalne 
wrażenie. Antonia siedziała przy biureczku i podniosła na niego oczy znad listu, który 
właśnie układała.

– William, mon amour. Cóż to się mogło stać?
– Muszę ci pomóc jak najprędzej wyjechać – mówił pospiesznie William, podchodząc 

wielkimi krokami do szafy i wyciągając kilka odpowiednich do podróży sukien.

Antonia podeszła do niego.
–   Czyżbyśmy   mieli   uciekać   razem?   –   Uśmiechnęła   się,   przesunęła   ręką   po   jego 

ramionach, a potem sięgnęła do szafy po niebieski muślin.

– Nic jeszcze nie słyszałaś? – Potrząsnął głową, nie przestając wyrzucać ubrań na 

łóżko. – Nie, oczywiście, że nie, przecież dopiero co wstałaś, prawda?

–   To   prawda,   że   chodzę   dosyć   późno   spać   –   ciągnęła   Antonia,   nadal   bacznie 

przyglądając się Williamowi ostrym spojrzeniem. – Ale cóż to się stało?

– Znaleźli list. Stary topór sam się zabił.
Antonia przez chwilę gapiła się na niego, jej zmysłowe wargi to rozchylały się, to 

zamykały.

– Książę Wenford? Co za absurd, Will... William potrząsnął głową.
– Charakter pisma potwierdził Dolph Remdale. Dansbury został oczyszczony i jak się 

zdaje,   wpadł   w   czarną   wściekłość   na   to,   co   powiedziałaś   przedstawicielom   prawa.   – 
Przycisnął jej dłoń do serca. – Martwię się, że może cię zaatakować, Antonio. Sama wiesz, 

background image

jaki się robi, kiedy mu ktoś pokrzyżuje plany.

–   Tak,   wiem.   –   Antonia   uwolniła   dłoń   i   powoli   podeszła   do   okna.   Przez   chwilę 

wyglądała na zewnątrz, potem w końcu odwróciła się twarzą do niego. – Czy jesteś tego 
pewien, Williamie?

William przytaknął.
– Słyszałem od Price'a.
– Jack nie ośmieliłby się niczego złego mi zrobić – powiedziała właściwie sama do 

siebie.

–  Niewiele  brakowało,  a  przez  ciebie  aresztowaliby  go  i powiesili,  Antonio! A  tę 

kobietę w Paryżu zabił, choć miał dużo mniej powodów. A teraz, proszę cię, przygotuj 
rzeczy! Kiedy cię już nie będzie, spróbuję z nim podyskutować, wytłumaczyć mu, że to 
moja wina, czy coś takiego.

– Powinieneś pojechać ze mną. Williamie, moglibyśmy zamieszkać razem w Paryżu. – 

Wyciągnęła dłoń i uśmiechnęła się. – Byłoby merveilleux.

Ta część rozmowy mogła się okazać trudna. William kiwnął z roztargnieniem głową, 

potem zerwał się, jakby doszedł do niego jakiś odgłos i zerknął w kierunku drzwi.

– Mógłbym do ciebie tam dołączyć, kiedy już rozmówię się z Dansburym i przekonam 

ojca, żeby mnie nie wydziedziczał.

Antonia uniosła w górę brew.
– A czemuż to miałby cię wydziedziczyć?
William wzruszył ramionami i znowu obejrzał się na drzwi.
– Och, wypowiedziałem się raz czy dwa przeciw Dolphowi Remdale'owi, mówiłem, że 

książę to stary nudziarz i że Lil stać na coś lepszego. Jeżeli dodamy do tego moje karciane 
długi i ucieczkę z tobą na kontynent, będę kompletnie bez szans. – William westchnął, a 
potem się uśmiechnął. – Chociaż moglibyśmy otworzyć w Paryżu salon gry w faraona. 
Wtedy nie byłyby mi potrzebne dochody stąd.

Antonia przez minutę może przyglądała mu się, potem podeszła do drzwi sypialni i 

zawołała:

– Linden! Moje podróżne kufry, immediatement. – Zamknęła znowu drzwi i oparła się 

o nie. – Masz rację,  mon amour.  Ja pojadę przodem i prześlę ci wiadomość, kiedy już 
znajdę jakiś apartament. Jacka da się przekonać, ale ty teraz masz na to większe szanse niż 
ja.

Williamowi   z   trudem   udało   się   opanować   triumfalny   uśmiech.   Kiwnął   uroczyście 

głową.

– Postaram się go przekonać – zgodził się, potem sposępniał. – Ale niech to diabli, 

Antonio, będę za tobą tęsknił.

Antonia uśmiechnęła się i przysunęła, by go pocałować.

background image

– Będę dni liczyła.
– Ja również. I William uniósł jej dłoń i ucałował palce, potem wycofał
się z pokoju, kiedy Linden i jeszcze jeden lokaj zeszli z trzeciego piętra, niosąc między 

sobą kufer na ubrania. Kiwnął głową Lindenowi, skierował się na dół i wyszedł na ulicę. 
Tam wsiadł na Thora i ruszył do domu. Nie było to aż takie trudne, jak się obawiał. 
Chociaż czuł się zawiedziony, że Antonia okazała się co do joty taka właśnie, jak dawał 
do zrozumienia Jack, ucieszył się, że udało mu się wyrwać z jej szponów bez szkody dla 
siebie. A teraz, gdyby doszło do procesu i trzeba byłoby zeznawać przeciw Dansbury'emu, 
będzie o jednego świadka mniej. Uśmiechnął się. Może mimo wszystko uczeń czegoś się 
od mistrza nauczył.

Bevins otworzył drzwi frontowe i Lilith weszła do środka.
– Czy papa jest w domu? – zapytała, przysłuchując się, jak powóz, w którym jechali 

Jack, lord Hutton i Wenford, opuszcza podjazd.

– Poszedł z pani ciotką na drugie śniadanie do lorda i lady Neuland, panno Benton. 

Spodziewam się ich za godzinę.

Lilith skinęła głową.  – A William?  – Jeszcze nie wrócił, panno Benton.
– Dziękuję, Bevinsie. Będę w bibliotece.
– Tak jest, jaśnie panienko.
Lilith z ulgą przyjęła wiadomość, że w domu nikogo nie ma. Zyskała w ten sposób 

czas, żeby się zastanowić, jak przekaże im to, co ma do powiedzenia. Ojciec na pewno 
będzie   się   czuł   zły   i   rozczarowany,   że   –   jak   się   okazało   –   zmusił   ją   do   zaręczyn   Z 
mordercą;   trudno   byłoby   takie   narzeczeństwo   nazwać   poważanym   powszechnie 
związkiem, o który tak zabiegał. A ona w końcu powie mu, że ktoś inny podbił jej serce. 
Ktoś, kto narażał się na wielkie niebezpieczeństwo, by chronić jej reputację i jej życie.

Westchnęła   i   usiadła   na   jednym   z   wygodnych   foteli   przy   kominku.   Jack   po 

zatrzymaniu Wenforda był w takim dziwnym nastroju. Prawie się do niej nie odzywał i 
chyba   zależało   mu,   by   odjechać   z   Richardem   i   złożyć   zaprzysiężonę   oświadczenie 
obciążające Dolpha. Kiedy proponowała, że ona też to zrobi, odmawiał nieustępliwie i 
mówił, że nie musi się już w sprawę angażować.

Gra się skończyła i Jack wygrał. A ona musiała zastanawiać się, czy nie doszedł aby do 

wniosku, że do niczego nie jest mu potrzebna. To bolało, taki głęboki, głuchy ból w głębi 
piersi, przez który trudno jej było oddychać. Ale mogła jeszcze mieć nadzieję, że usiłuje 
zachowywać się szlachetnie i poprawnie, że jednak zależy mu na niej tak bardzo, jak jej na 
nim. Musiała mieć taką nadzieję, bo zbyt bolesne było dopuszczenie każdej innej myśli. 
Zrobił dla niej tak wiele, i dla jej serca też. Pokazał jej, jak być wolną.

Drzwi   frontowe   otworzyły   się;   Lilith   zesztywniała.   W   najmniejszym   stopniu   nie 

uśmiechała   jej   się   rozmowa,   która   czekała   ją   w   ciągu   najbliższych   kilku   minut. 

background image

Pospiesznie chwyciła ze stołu jakąś książkę i otworzyła ją udając, że czyta.

– Lil?
Lilith westchnęła z ulgą i opuściła książkę.
– William. Gdzie byłeś?
Brat wzruszył ramionami i opadł na fotel obok niej.
– Załatwiałem różne sprawy. Czemu jesteś w domu? Wydawało mi się, że masz być u 

Huttonów.

Lilith nie zwróciła uwagi na jego pytanie, tylko skupiła się na odpowiedzi.
– Jakie sprawy, braciszku? Nie zrobiłeś chyba niczego głupiego, prawda?
William położył sobie dłoń na piersi i uniósł do góry obie brwi.
– Ja? Głupiego? – A widząc podejrzliwy wyraz jej twarzy uśmiechnął się szeroko i 

potrząsnął głową. – Nie. Ja... uświadomiłem sobie, jak pobłądziłem w sprawie Antonii. 
Ona wybiera się w podróż do Francji. Jak mi się zdaje, nie będzie jej przez jakiś czas. 
Masz wiadomości od Dansbury'ego?

Lilith popatrzyła na niego.
– Słyszałam, że złożyła zeznanie przeciw Jackowi – powiedziała powoli. – Wiedziałeś 

o tym, prawda?

– No cóż, chyba wiedziałem. – Pochylił się do przodu i wyjął siostrze książkę z rąk. – 

„Słownik języka angielskiego"? – rzucił jej pytające spojrzenie. – Jack kazał ci zostać u 
lady Hutton, dopóki nie przyśle wiadomości, że wszystko jest w porządku. Co się stało?

Odniosła   wrażenie,   że   William   jest   mniej   lekkomyślny,   niż   myślała.   Wyrządził 

Jackowi wielką przysługę.

– Wenford się przyznał. William zerwał się na równe nogi.
– Co takiego?
Drzwi frontowe otworzyły się ponownie, tym razem bardziej gwałtownie.
– Lilith!
–  Tutaj,  papo  –  zawołała   i spochmurniała   na  jego  ostre  ryknięcie.  Czegoś  już  się 

musiał dowiedzieć.

Stephen  Benton  pchnął  drzwi  do biblioteki  i wielkimi  krokami  wszedł   do pokoju. 

Ciotka Eugenia z pobielałą twarzą i zaciśniętymi wargami deptała mu po piętach.

–   Ten   przeklęty   Dansbury!   –   warknął   ojciec,   potem   zauważył   Williama.   –   To   ty 

ośmielałeś go do podtrzymywania przyjaźni. Nie mogę w to uwierzyć!

Lilith głęboko wciągnęła powietrze.
– Papo...
– Taka katastrofa! – Szalał wicehrabia. – Nie da się w żaden sposób uniknąć skandalu! 

Wszyscy wiedzą, że byłaś zaręczona. Niech diabli wezmą Dansbury'ego!

– Ależ papo – przerwała mu Lilith; nie miała już dłużej ochoty słuchać, jak uwłacza 

background image

Jackowi. – Dolph Remdale to morderca.

Ojciec przestał się miotać po pokoju i odwrócił się, by na nią popatrzeć.
– A więc słyszałaś. Skąd o tym wiesz?
Lilith siedziała nadal, ręce złożyła na podołku, żeby się nie trzęsły.
– Pomogłam lordowi Dansbury'emu i policji z Bow Street zatrzymać jego wysokość – 

powiedziała spokojnie.

Pozostałe trzy obecne w pokoju osoby zamarły w bezruchu patrząc na nią szeroko 

otwartymi oczami.

– Ty... co ty zrobiłaś? – wykrztusił ochryple ojciec.
– W oparciu o to, jak książę zachowywał się w stosunku do mnie i co do mnie mówił, 

nabrałam przekonania, że lord Dansbury ma rację i że to jego wysokość, a nie markiz, 
zabił starego Wenforda.

– Nabrałaś przekonania – powtórzył wicehrabia. – Zabroniłem ci nawet rozmawiać z 

Dansburym!

Lilith zmarszczyła brwi. Odniosła wrażenie, że nie obchodzi go to, iż Dolph Remdale 

zabił wuja, by odziedziczyć po nim tytuł.

–   Mimo   to   rozmawiałam   z   nim   –   odpowiedziała   mu.   –   I   nie   chciałam   poślubić 

człowieka, który skłonny był zabić, by zyskać tytuł, ani człowieka, który skłonny był 
uderzyć kobietę.

– On cię uderzył? – zapytał William, a oczy zabłysły mu oburzeniem i gniewem.
– Williamie, milcz! – Lord Hamble z twarzą zaczerwienioną i rozwścieczoną podszedł 

i stanął tuż nad Lilith. – Rozmawiam w tej chwili z twoją siostrą. Na Boga, dziewczyno, 
czy uważasz mnie za głupca? Nie chciałaś wychodzić za Wenforda, więc spiskowałaś, 
żeby go zniszczyć. – Uderzył się pięścią po dłoni. – Tyle, że teraz zniszczyłaś swoją 
najlepszą... swoją jedyną szansę na zawarcie cieszącego się szacunkiem związku. Nikt cię 
już nawet nie dotknie!

Lilith zerwała się na równe nogi.
– Papo, on mnie uderzył! Groził, że mnie zabije! Zabił własnego wuja! Jak możesz się 

gniewać, że go nie poślubię?

Ojciec dźgnął palcem w jej kierunku.
– Jesteś samolubna, dziewczyno! Samolubna! Wiedziałaś, jak bardzo nasza rodzina 

potrzebuje tego związku, a mimo to zniszczyłaś go, ponieważ nie byłaś zadowolona z 
męża,  którego dla ciebie wybrałem.  A teraz zrujnowałaś wszystko! Będziemy  musieli 
wrócić do Northamptonshire i już nigdy nie będziemy mogli się pokazać w Londynie.

Lilith   zaczerpnęła   głęboko   powietrza,   usiłując   powstrzymać   oburzenie   na   te   nie 

kończące się złorzeczenia. Nie zrobiła niczego złego.

– Papo...

background image

–   Na   Boga,   powinienem   cię   za   to   wydziedziczyć.   Jesteś   taka   sama   jak   ta   twoja 

zatracona matka, myślisz wyłącznie o sobie.

Ciotka Eugenia prychnęła, przytakując, podczas gdy William wyglądał tak, jakby miał 

nieprzepartą ochotę czymś rzucić.

– Przez całe sześć lat myślałam wyłącznie o was i o tej rodzinie – powiedziała Lilith 

spokojnie, ale głos jej drżał z wściekłości.  Nie obchodziła go. Nie obchodziła go ani 
trochę.   –   W   zamian   za   to   nie   otrzymałam   od   was   niczego   poza   pogardą.   Tak   więc 
zgadzam się. Powinieneś mnie wydziedziczyć, ponieważ nie mam chęci już dłużej być 
twoją córką. – Odwróciła się do brata. – Williamie, czy pomożesz mi przenieść rzeczy do 
domu Penelopy? Nie spędzę ani jednej więcej nocy pod tym dachem.

William przez chwilę wpatrywał się w nią oszołomiony, potem otrząsnął się i skinął 

głową.

– Tak, oczywiście, że ci pomogę.
Ojciec niemal się zapluł z wściekłości, twarz mu przerażająco poczerwieniała.
– Jeżeli opuścisz ten dom, nigdy ci nie pozwolę wrócić! Pozostaniesz bez pieniędzy, 

bez przyjaciół, bez domu. Bez niczego!

Lilith odwróciła się do niego plecami, żeby nie zauważył, iż wciąż jeszcze jest w stanie 

ją zranić.

–   Zostanę   guwernantką,   jeżeli   zajdzie   taka   konieczność   –   odpowiedziała   chłodno, 

chociaż   nie   była   w   stanie   powstrzymać   lekkiego   drżenia   głosu.   Podeszła   do   drzwi, 
William szedł  za  nią  krok  w  krok.  Nagle zatrzymała  się  i  odwróciła  jeszcze   raz.  –  I 
chciałabym zabrać portret mamy, który schowałeś na strychu. Gdybyś okazał jej więcej 
życzliwości, myślę, że nie opuściłaby cię. A teraz straciłeś nas obie.

Ciotka Eugenia aż krzyknęła.
– Co za zuchwalstwo!
Wicehrabia Hamble odwrócił się tyłem do córki.
– Baba z wozu, koniom lżej – warknął w kierunku kominka. – Bevins! Zbierz służbę. 

Powiedz im, że zamykamy dom i wracamy jutro do Northamptonshire!

Lilith wyszła z biblioteki i skierowała się do swojego pokoju, wezwawszy po drodze 

Emiły,  by  pomogła   jej pozbierać  najpotrzebniejsze   rzeczy.  Znękany  Bevins  i  William 
pojawili się z jednym z jej podróżnych kufrów, a druga para lokajów z drugim.

–   Nie   musisz   odchodzić,   Lil   –   powiedział   brat,   siadając   na   skraju   łóżka.   –   Jeżeli 

przyczaisz się gdzieś cicho na dzień czy dwa, ojciec będzie gotów udawać, że nic się nie 
stało.   –   Zmusił   się   do   uśmiechu.   –   W   końcu   nadal   jesteś   jego   najlepszą   szansą   na 
odzyskanie ogólnego szacunku.

Lilith potrząsnęła głową. Sama była zdziwiona, że cała ta sprawa nie wytrąciła jej 

bardziej   z   równowagi.   Dominującym   uczuciem   była   teraz   ulga.   Już   nigdy   nie   będzie 

background image

musiała słuchać, jak ojciec i ciotka wygłaszają tyrady na temat jej złych manier czy tego, 
jakim jest dla nich rozczarowaniem, albo jak bardzo liczą, że im nie przyniesie wstydu.

– Nie jestem tego w stanie dłużej robić, Wiliamie. Po prostu nie mogę.
Brat westchnął i pokiwał głową.
– Prawdę powiedziawszy zdumiony jestem, że wytrzymywałaś to tak długo.
– Byłabym ci wdzięczna, gdybyś gdzieś przechował moje książki, żeby ich papa nie 

spalił. No i moje rzeczy w tamtym domu.

William przytaknął.
– Coś jeszcze?
Lilith   rozejrzała   się.   Miała   w   Northamptonshire   przyjaciół,   ale   biorąc   pod   uwagę 

skandal,   jaki   wywoła   jej   odejście,   pewnie   i   tak   nie   będą   z   nią   chcieli   mieć   nic   do 
czynienia.

– Nie. Kiedy znajdę sobie pracę, napiszę do ciebie i dam ci znać, gdzie jestem.
– A co z Jackiem? – zapyta! spokojnie brat, przypatrując się badawczo jej twarzy.
Oczy Lilith w końcu napełniły się łzami.
– Nie wiem, Williamie. Brat podniósł się.
– No cóż, za to ja wiem. Może powinienem z tym człowiekiem porozmawiać.
–   Żebyś   mi   się   nie   ośmielił   –   zaprotestowała   skonsternowana.   Przeżyła   już   tyle 

swatania, że miała go dość do końca życia. – Nie pozwolę, żeby go do czegokolwiek 
nakłaniać.

William parsknął.
– I tak wątpię, by mi się udało nim pokierować w jakiejkolwiek sprawie. – Ruszył do 

drzwi. – Każę Milgrewowi podprowadzić powóz.

Byli w mieście tak krótko, że Lilith zgromadziła w sypialni bardzo niewiele rzeczy, 

które chciałaby zabrać. Przed wieczorem siedzieli już z Williamem w powozie i jechali do 
rezydencji Sanfordów. Ani ojciec, ani ciotka Eugenia nie pokazali się, kiedy opuszczała 
dom, a to tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że postępuje właściwie. Gdyby im na niej 
zależało, to wyszliby i poprosili, by została.

Dopiero kiedy wysiadali z powozu, Lilith ogarnęła trwoga. A jeżeli lord i łady Sanford 

jej odmówią? Czy odważy się udać do Huttonów? Oprócz nich nie przychodziła jej na 
myśl żadna rodzina, która mogłaby ją przyjąć. Ojciec dopilnował, by nie wiedziała, gdzie 
mieszkali rodzice matki, a nawet czy jeszcze żyli. William wyczuł chyba jej wahanie, bo 
podał jej ramię i podprowadził do drzwi.

– Nie martw się, Lil. Gdzieś nam się ciebie na pewno uda bezpiecznie umieścić.
Te   słowa   niosły   niewiele   otuchy,   ale   zanim   zdążyła   mu   to   powiedzieć,   lokaj 

Sanfordów otworzył drzwi.

– Czy panna Sanford albo lady Sanford są w domu? – zapytała uprzejmie Lilith.

background image

Lokaj ukłonił się.
– Obydwie są w domu, panno Benton. Tędy, proszę. Damy siedziały w saloniku, a 

kiedy wprowadzono tam Lilith i Williama, Pen zerwała się z kanapy.

– Lil! Doszły do nas wieści o jego wysokości. Czy przyszło ci kiedyś na myśl, że to on 

zabił swojego wuja?

Lilith skinęła głową.
– Tak. – Odchrząknęła, kiedy Pen ciągnęła ją za sobą na kanapę, a potem gestem 

zapraszała Williama, by również usiadł. – Prawdę mówiąc, to właśnie z tego powodu się 
tu znalazłam.

Lady Sanford zadzwoniła po herbatę.
– Co się stało, Lilith? – zapytała z poważnym wyrazem twarzy.
– Chyba powinnam pani opowiedzieć całą tę historię.
– Sam chciałbym ją usłyszeć – wtrącił się William. Kiedy spiorunowała go wzrokiem, 

wzruszył ramionami i uśmiechnął się zmieszany. – Nie bardzo miałem okazję usłyszeć ją 
wcześniej – zwrócił jej uwagę.

Lilith patrzyła na lady Sanford, ponieważ to ją musiała przekonać.
–   Z   powodu...   pewnych   okoliczności,   w   które   nie   mogę   się   zagłębiać,   i   markiz 

Dansbury, i ja mieliśmy  powody, by podejrzewać, że stary książę został zabity przez 
Dolpha Remdale'a. Prosiłam ojca, by nie zmuszał mnie do małżeństwa z Dolphem, ale on i 
tak to zrobił.

– Odniosłam wrażenie, że nie jesteś zadowolona – mruknęła lady Sanford.
– Nie, nie byłam zadowolona. Tak czy owak dowody przeciw Dolphowi robiły się 

coraz bardziej jednoznaczne i musiałam wybrać, czy pomogę Jackowi... Dansbury'emu w 
czymś, co uważałam za słuszne, czy też zaryzykuję poślubienie mordercy. Przypadkiem 
dziś rano zauważyłam w mieście Dolpha, a ponieważ wiedziałam, że Dansbury go szuka, 
zaczęłam go sama śledzić.

– Niemożliwe – krzyknęła cichutko Pen, oczy jej się rozszerzyły, zakryła sobie usta 

dłonią.

Lilith pokiwała głową.
– Zrobiłam tak, tylko że Dolph mnie przyłapał; uświadomiłam sobie, że prowadzi mnie 

w   takie   miejsce,   gdzie   nikt   mi   nie   pomoże.   Nie   muszę   paniom   podawać   wszystkich 
wstrętnych   szczegółów,   ale   Jack,   lord   Hutton   i   kilku   policjantów   z   Bow   Street 
zorientowało się, gdzie jesteśmy. Kiedy zdałam sobie sprawę, że Jack tam jest i słucha, 
ja... podstępem skłoniłam Dolpha, żeby się przyznał.

– Niech to licho, Lil, niezła jesteś – powiedział z podziwem jej brat.
Penelopa roześmiała się.
– Papa tak nie uważał – odparła Lilith, potem znowu popatrzyła na panią domu. – 

background image

Mojego ojca bardzo wytrąciło z równowagi to, że zepsułam sobie szanse na taki dobry 
mariaż i że sprowadziłam następny skandal na jego dom. Nie chciał dać się przekonać i 
groził, że mnie wydziedziczy, więc powiedziałam mu, żeby się nie wstrzymywał i że nie 
spędzę już ani jednej nocy pod dachem kogoś, kto najwyraźniej wcale o mnie nie dba. – 
Powoli zaczerpnęła powietrza. – Tak więc przyjechałam tutaj. Jeżeli pozwoli pani, to...

– Och, Lil, musisz zostać tutaj! – wybuchnęła Penelopa, chwytając przyjaciółkę za 

rękę.

William popatrzył na pannę Sanford i uśmiechnął się. Pen się zarumieniła.
– Najwyższy już czas – przerwała córce pani Sanford i pochyliła się, by poklepać 

Lilith po nodze. – Jesteś wspaniałą, pełną współczucia dziewczyną, Lilith, i masz bardzo 
dobry wpływ na moją córkę. – Zerknęła na Penelopę. – Mam nadzieję, że zatrzymasz się u 
nas tak długo, jak tylko będziesz chciała.

– Grozi mi skandal – ostrzegła ją Lilith, powstrzymując z trudem łzy wdzięczności. – 

Jestem tego pewna.

– Phi. – Lady Sanford uśmiechnęła się i strzepnęła palcami. – W tym domu przyda się 

trochę podniecenia.

– Czy jest pani pewna?
–   Lil   –   wykrzyknęła   Pen   –   będziemy   jak   siostry!   Będzie   cudownie,   jak   z   nami 

zamieszkasz.

– Tylko do czasu, kiedy znajdę sobie posadę guwernantki – zapewniła je Lilith i w 

końcu po jej policzku spłynęła łza.

– Guwernantki? Ale, Lil, a co z... – Pen obejrzała się na matkę. – Co z... sama wiesz z 

kim?

– Cierpi na chwilowy przypływ szlachetności – powiedział William, uśmiechając się 

szeroko do Penelopy. – Jestem pewien, że mu przejdzie. To nie jest dla niego normalny 
stan.

– A pan, panie Benton? – zapytała lady Sanford. – Czy pan również rozstał się z 

ojcem?

– Och, nie, milady. Ja mogę się spodziewać schedy. No i ktoś musi dopilnować, żeby 

Lilith dostała swoje rzeczy.

– To miło z pana strony – powiedziała Penelopa.
– Wcale nie. Lil znosiła moje wyskoki od dnia, kiedy się urodziła. Próbuję chociaż 

odrobinę jej to wynagrodzić. – William pochylił się do przodu, twarz mu spoważniała. – 
To pani jest dla nas mila, panno Sanford.

Penelopa pochyliła skromnie główkę, a jej matka z ciekawością popatrywała to na 

jedno, to na drugie.

– No – powiedziała po chwili – czy zabrałaś ze sobą rzeczy?

background image

– Tak, milady.
– To chodźmy, zaprowadzę cię do sypialni. Przecież jutro musimy wziąć udział w balu 

u Delmore'ów.

– Och, nie, ja nie mogę – zaprotestowała Lilith. Wszyscy będą wiedzieli! Wszyscy 

będą się jej przypatrywać i plotkować o niej pod nosem, a co najgorsze, może tam przyjść 
Jack. Przeszedł ją nagły dreszcz podniecenia. Poczciwy, szlachetny Jack. Niech się dzieje, 
co chce, musi usłyszeć, jak wytłumaczy swoje wcześniejsze, dziwne zachowanie. Jeżeli 
William się nie myli, to dzięki kilku jej pomysłom uda się może wyleczyć Jacka Faradaya 
z tego nietypowo przyzwoitego zachowania.

– Wydaje mi się, że to wspaniały pomysł – odparował William, ale wzrokiem pobiegł 

znowu ku Penelopie.

Lilith zdusiła śmiech. Może jednak brat nie jest tak pomylony, jak to czasami jej się 

wydawało.

– Jeżeli jest pani pewna – ustąpiła – to czemu nie?

background image

20

Jack   Faraday   zeskoczył   z   Benedicka   i   skierował   się   do   frontowych   drzwi   Benton 

House, nad którymi zapalono już światło, jako że zapadał zmrok. Nie powinien był tak 
zostawiać Lilith dziś rano. Jej ojciec na pewno wpadł we wściekłość, a ktoś powinien 
lorda Hamble'a nauczyć moresu. Trzeba było skorzystać z okazji, wkroczyć razem z Lil do 
domu   i  powiedzieć  wicehrabiemu,  iż  popełnił  błąd,  wybierając   Dolpha  Remdale'a   dla 
swojej córki i że on, markiz Dansbury, ma zamiar ten bjtąd naprawić. I nie obchodziło go, 
czy   ojciec   Lilith   zaaprobuje   ich   związek   czy   nie   –   jeżeli   Lilith   go   zechce,   był 
zdecydowany ją poślubić.

Zamiast tego odjechał z Richardem złożyć zaprzysiężone zeznanie i wmawiał w siebie, 

że musi podjąć kroki mające na celu zminimalizowanie szkód i pomniejszenie roli Lilith w 
całej sprawie, by ocalić, co się da, z jej reputacji. Po pięciu godzinach przesłuchań i kłótni 
przyznał się sam przed sobą, że nie tylko rycerskość kazała mu odejść od jej boku.

Stało się tak, ponieważ przygniotła go świadomość, że jakby na to nie spojrzeć, Lilith 

stała się znowu osiągalna. Pragnął Lilith, pragnął mieć ją w swoim życiu i do końca życia. 
Ale musi  wiedzieć,  jakiego  kiepskiego  wyboru dokona  biorąc go  za  męża   i że  kiedy 
ucichnie początkowy zgiełk, będzie mogła wybierać spośród wszystkich kawalerów w 
Londynie. A jeśli chodzi o tę cholerną reputację, każdy z nich był lepszy od niego.

Zastukał ozdobną mosiężną kołatką w drzwi, mimo wszystko. Gdyby z natury nie był 

hazardzistą, dawno by już nie żył. O kilka chwil za długo nic się nie działo, a potem 
Bevins uchylił drzwi i wyjrzał. I szczęka mu opadła.

– Tak, wielmożny panie? – zapytał, oglądając się przez ramię.
– Czy panna Benton przyjmuje? – zapytał markiz, dokładając wszelkich starań, by 

zachować   się   uprzejmie,   chociaż   z   dużo   większą   ochotą   otworzyłby   sobie   drzwi 
kopniakiem i wpadł do środka, żeby jej poszukać.

Bevins odchrząknął.
– Nie, wielmożny panie. Jack przyjrzał mu się uważnie.
– Czy zechciałbyś ją poinformować, że jestem tutaj? – poprosił, przy czym jego głos 

zrobił się nieco mniej przyjazny.

I znowu lokaj się zawahał. Jack właśnie rozważał, czy by go nie udusić, kiedy Bevins 

ponownie obejrzał się za siebie.

– Nie mogę tego zrobić, wielmożny panie – powiedział zduszonym głosem.
– A czemu do cholery nie? – Jack zbliżył się o krok. – Nie zapominaj, że widziałem, 

jak   nosiłeś   po   okolicy   ciało   księcia   Wenforda.   Nie   chciałbyś,   żeby   się   ktoś   o   tym 
dowiedział, prawda?

Lokaj zesztywniał.

background image

– Nie, nie chciałbym. Ale jej tu nie ma, wielmożny panie. Ta wypowiedź w połączeniu 

z dziwnym zachowaniem lokaja powstrzymały Jacka. Może po prostu wyszła gdzieś na 
kolację.

– A więc może powiesz mi, kiedy wróci? I znowu lokaj zerknął do wnętrza domu.
– Ona już nie wróci, wielmożny panie.
–   Bevins,   jeżeli   nie   chcesz,   żebym  ci   za   pomocą   pięści   usunął   zęby,   powiedz   mi 

dokładnie, gdzie jest Lilith. I to natychmiast.

– Nie wiem, gdzie ona jest, wielmożny panie. I proszę, niech pan nie mówi tak głośno. 

Nie chcę stracić miejsca przez to, że z panem rozmawiam.

Jack postarał się opanować.
– Co się stało?
– Nie jestem pewien, wielmożny panie. Wydaje mi się, że nastąpiła scysja pomiędzy 

panienką a wicehrabią. Panienka oddaliła się razem ze swoimi kuframi.

– Nie pojechała chyba z powrotem do Northamtonshire, prawda? – To mu nie wpadło 

do głowy; ojciec mógł przecież kazać jej się spakować i wysłać ją do domu, żeby tam 
przeczekała skandal, podobnie jak to zrobił sześć lat temu. Jeżeli tak, Jacka czekała długa 
jazda.

– Nie wydaje mi się. Ojciec panienki i jej ciotka będą wracali jutro do Hamble. – Ku 

zdziwieniu Jacka lokaj wychylił się nieco dalej za drzwi. – Chcę powiedzieć, że panienka 
opuściła dom, wielmożny panie – szepnął. – I ojca również.

– Co takiego? – Było to tak sprzeczne z charakterem Lilith, że Jack prawie uszom nie 

wierzył. A przecież wiedział, jaka jest mocna i do podjęcia jakich kroków zmusiły ją 
wydarzenia   z   zeszłego   tygodnia.   –   Niech   mnie   cholera   –   wymamrotał   i   lekko   się 
uśmiechnął. – Niech mnie cholera. – Popatrzył znowu na lokaja. – A William jest gdzieś 
tutaj?

–   Pojechał   razem   z   panienką   tam,   gdzie   się   wybierała.   A   teraz   proszę,   niech 

wielmożny pan już idzie. – I kiedy Jack nie zaprotestował, Bevins cicho zamknął drzwi.

Jack stal jeszcze przez kilka chwil na stopniach. Wieczorem miał się odbyć ostatni bal 

tego   sezonu   i   miał   nadzieję,   że   jeżeli   Bóg   pozwoli,   to   Lilith   tam   będzie.   Nie   został 
zaproszony, chociaż nie było wątpliwości, że po całym wytwornym towarzystwie rozeszła 
się już wieść o aresztowaniu Wenforda i że nie będzie miał żadnych trudności, by dostać 
się na bal. Jego obecność powinna rozproszyć uwagę ludzi i zagwarantować, że ci, którzy 
chcieliby  palcami  wytykać Lilith, zaczną nimi  celować  w niego. A jeżeli Lil tam nie 
będzie, to poszuka jej gdzie indziej.

Wrócił do domu, zastał Peese'a i Martina w trakcie oblewania zwycięstwa butelką jego 

własnej najlepszej brandy i przyłączy! się do nich. W końcu kazał Martinowi przyjść do 
siebie na górę i przygotować swój najbardziej poważny strój. Kamerdyner usłużnie ubrał 

background image

go w czarne spodnie i surdut, a do popielatej kamizelki zawiązał śnieżnobiały fular. Jack 
zrezygnował z wszelkich klejnotów, chociaż czuł się przez to trochę jak przedsiębiorca 
pogrzebowy.

– Szkoda, że nie mam powozu z czwórką czarnych koni – zauważył, biorąc rękawiczki 

od Martina.

– To dopiero byłby widok, wielmożny panie. – Kamerdyner roześmiał się.
– Będę musiał tego dopilnować – zgodził się z nim Jack, wziął kapelusz i skierował się 

do drzwi.

Kiedy pojawił się na soiree u Delmore'ów, pani domu wahała się tylko przez moment, 

zanim   go   łaskawie   powitała   u   siebie.   Jack   podziękował   jej   z   równą   uprzejmością   i 
przeprosił   za   to,  że   zarzucił   gdzieś  zaproszenie.   Wszedł   swobodnym  krokiem  na   salę 
balową i stanął jak wryty.

Lilith była nadal w Londynie – i nie wyglądała na to, by jakoś szczególnie martwiło ją 

rozstanie z ojcem. A nawet wręcz przeciwnie. Promieniała. Wystroiła się w swoją śmiałą, 
szmaragdową suknię, stała w samym centrum grupki przyjaciół, z których każdy starał się 
usilnie zwrócić na siebie jej uwagę, by móc pogratulować odwagi. Jack uśmiechnął się do 
siebie. Wyglądało na to, że po całym wytwornym światku krążyła ta wersja wydarzeń, 
którą „zredagowali" wspólnie z Richardem.

Lilith   autentycznie   rozkwitła.   Kilka   ostatnich   tygodni,   a   co   ważniejsze, 

niebezpieczeństwa tego poranka, miała już za sobą i zmieniła się teraz w pełną werwy, 
roześmianą   istotę;  w jej  zielonych  oczach  płonęły  radość  i  podniecenie.  Niewątpliwie 
warto było w tym celu przejść przez wszystko to, przez co przeszedł, ale równocześnie na 
ten  widok   Jacka   ogarnęło   przygnębienie.   Trudno   się   spodziewać,   by   taka   jasna   istota 
chciała dać się przykuć do niego. Jeżeli będzie musiał żyć bez niej, zabije go to, ale nie 
miał   chęci   zmuszać   jej,   by   zrobiła   to,   czego   on   chciał,   a   tak   postępowali   wszyscy 
mężczyźni, których znała. Spadł jej z ramion ciężar obowiązku bycia doskonałą i mogła 
teraz błysnąć wrodzonym dowcipem i urokiem; wyczuwał od samego początku, że ma je 
w sobie. Musiałaby być głupia, gdyby przez myśli jej przeszło, żeby pokazując się z nim 
narazić swoją nową popularność na ryzyko. A ona głupia nie była.

Jak się okazało, Jack Faraday wspaniale znał się nie tylko na kartach i podstępach, ale 

również znakomicie umiał opowiadać. Kiedy Lilith weszła na salę balową, spodziewała 
się,   że   będą   jej   unikały   wszystkie   obecne,   cieszące   się   poszanowaniem   damy.   A 
tymczasem powitały ją pełne entuzjazmu oklaski i z miejsca otoczył je z Pen krąg tych 
przyjaciół co zawsze, do których dołączyło kilkoro innych, dotychczas nie silących się na 
zacieśnianie więzów. Przez chwilę czuła się zmieszana ich atencjami i aprobatą – dopóki 
nie usłyszała najnowszej wersji porannych wydarzeń.

–   Lil,   naprawdę   powinnaś   była   coś   powiedzieć   –   beształa   ją   rozchichotana   Mary 

background image

Fitzroy.

– Wiesz, naprawdę nie mogłam – odpowiedziała Lilith, usiłując się połapać, co się 

właściwie dzieje.

–   Ale   pomyśleć   tylko,   iż   przez   cały   czas   wiedziałaś,   że   jego   wysokość   to 

niebezpieczny szaleniec i że sam premier prosił cię, byś mu pomogła go powstrzymać!

Lilith zamrugała, po czym natychmiast zrozumiała, co się musiało stać. Jack znowu 

miał przypływ szlachetności i najwyraźniej wciągnął do zabawy również lorda Huttona i 
hrabiego Liverpoolu. Unikała odpowiadania na większość pytań, dopóki dokładnie nie 
poznała   całej   historii.   A   nawet   kiedy   już   ją   usłyszała,   z   trudem   przyszło   jej   w   nią 
uwierzyć.   Wyszło   na   to,   że   władze   w   tajemnicy   prowadziły   dochodzenie   w   sprawie 
Dolpha, że kiedy zauważyły, iż książę się nią interesuje, zwróciły się do niej z prośbą o 
pomoc. I tak to trwało aż do dzisiejszego poranka, kiedy władze ogarnęła obawa, że książę 
może zdecydować się na ucieczkę, więc poproszono ją, by zaprowadziła przedstawicieli 
prawa tam, gdzie będzie można go bezpiecznie zaaresztować, tak by nikomu innemu nie 
stała się krzywda.

–  Nie zdawałam  sobie  sprawy, jaka  jestem heroiczna  – powiedziała  przyciszonym 

głosem do Pen, kiedy wokół nich zgiełk na moment przycichł.

– To nie taką historię opowiedziałaś mamie i mnie – zauważyła Penelopa, marszcząc 

brwi.

– Ale ta jest nieskończenie mniej szkodliwa dla mojej reputacji niż ta prawdziwa, nie 

uważasz? – Lilith uśmiechnęła się. Jack był cudowny.

– Lilith?
Przez ułamek sekundy sądziła, że musi to być Jack; odwróciła się gwałtownie. Ale 

twarz stojącego przed nią mężczyzny należała do Lionela Hendricka, hrabiego Nance.

– Milordzie. – Dygnęła, a z serca odpłynęła fala radosnego uniesienia.
– Czy mogę z panią przez chwilę porozmawiać? – Pokazał dłonią na parkiet. – Może 

podczas kadryla?

– Proszę. – Lilith pozwoliła się wyprowadzić na wyfroterowaną posadzkę. Muzyka 

zaczęła grać; ukłonili się sobie nawzajem.

– Lilith, żałuję... żałuję, że nie powiedziała mi pani, iż jej zaręczyny z Wenfordem to 

były tylko pozory – odezwał się poważnie hrabia.

A więc o to mu chodziło. Czasu to on nie tracił.
– Nie wolno mi było tego mówić – odpowiedziała. Taniec kazał im się rozdzielić i 

Lilith pomyślała, że nie ma teraz właściwie żadnego posagu. Zastanowiła się, czy kiedy 
się   to   rozejdzie,   konkurenci   zmienią   swój   pogląd   na   nią.   I   zastanowiła   się   jeszcze, 
dlaczego nic jej to nie obchodzi.

– Mimo wszystko – ciągnął dalej, kiedy znów znalazł się przy niej i ujął jej dłoń, by 

background image

okrążyć z nią salę – istotny jest fakt, że znowu jest pani... jakby to ująć, osiągalna.

Lilith skinęła głową, kiedy krążyli wokół siebie.
– Tak, przypuszczam, że jestem – przyznała.
I   w   tej   samej   chwili   dostrzegła   Jacka.   Już   miał   wyjść   za   drzwi,   kiedy,   jakby 

wyczuwając jej spojrzenie, zatrzymał się i odwrócił. Dech jej zaparło, kiedy ich oczy się 
spotkały i nie mogła powstrzymać uśmiechu, który rozchylił jej wargi. Odpowiedział jej 
uśmiechem, przechylił głowę na bok, wrócił na salę, oparł się o ścianę i patrzył na nią. 
Przyszedł i nie zostawił jej. A więc jest jeszcze nadzieja.

– Widzę, że jest pani zadowolona – zauważył Lionel całkowicie błędnie interpretując 

jej zachwyconą minę. – A więc mam nadzieję, że zgodzi się pani zostać moją żoną.

Lilith   badawczo   spojrzała   na   swego   partnera.   Lionel   był   przystojny   i   troskliwy,   a 

chociaż nie należał do najbardziej błyskotliwych, przynajmniej nie robił wrażenia kogoś, 
kto będzie bił małżonkę. Tym niemniej jej serce było zajęte i jeżeli nie będzie mogła mieć 
Jacka, to nie chce nikogo.

– Dziękuję panu za pana uprzejmą propozycję, Lionelu – powiedziała, kiedy znowu się 

zbliżył – ale moja sytuacja ostatnio nieco się zmieniła i postanowiłam, że jeżeli coś ma 
mnie skłonić do zamążpójścia, to tylko miłość. Tak więc proszę mi wybaczyć, nie mogę 
przyjąć pana oświadczyn.

Lionel gapił się na nią przez chwilę, dopóki nie wpadł na niego od tyłu pan Nanders.
– Uch, przepraszam cię, Nanders – wyjąkał i pospieszył zająć swoje miejsce w tańcu. – 

Ale byłbym dla pani dobrym mężem – zaprotestował półgłosem, kiedy się mijali.

–   Ale   ja   nie   byłabym   dla   pana   dobrą   żoną.   Nie   jestem   ani   w   przybliżeniu   tak 

przyzwoita i łagodna, jak może pan sądzić.

– Niemożliwe.
– Nie chcę pana poślubić, Lionelu. Proszę, niech pan już dłużej nie nalega w tej materii 

albo będę zmuszona powiedzieć to jeszcze bardziej dosadnie.

I znowu Lionel zawahał się na moment, twarz pociemniała mu z gniewu, czy może 

zażenowania.

– W porządku. Może pani mieć rację, panno Benton. Proszę o wybaczenie.
Chlubę Nance'owi przynosi to, że dokończył kadryla, a potem odprowadził ją do lady 

Sanford. Jak tylko spełnił swój obowiązek, pospiesznie się oddalił.

– Jakiś kłopot, moja droga? – zapytała matka Penelopy, spoglądając to na nią, to na 

oddalającego się hrabiego.

– Tylko nieporozumienie – odpowiedziała Lilith. Wyczuwała Jacka gdzieś za plecami 

niczym ukłucie podniecenia na skórze. Usiłując pozbierać myśli, rozejrzała się. – Gdzie 
jest Pen?

Matka Pen uśmiechnęła się.

background image

– Tam.
Lilith wypatrzyła przyjaciółkę przy stole z przekąskami, William właśnie podawał jej 

szklaneczkę ponczu. Obydwoje się śmiali; Lilith westchnęła. Przynajmniej komuś coś się 
dobrze układało. Orkiestra zaczęła grać walca i kilku znajomych ruszyło w jej stronę. 
Musi się dowiedzieć wóz, czy przewóz.

– Czy mogę panią na chwilę przeprosić?
Lady Sanford pobiegła wzrokiem za jej spojrzeniem i Lilith wydawało się, że może 

nawet leciutko się uśmiechnęła.

– Oczywiście.
Lilith ruszyła z determinacją w kierunku Jacka. Wokół niej podniosły się półgłosem 

wypowiadane uwagi, ale zignorowała je. Tak jak się spodziewała, markiz wyglądał na 
zaskoczonego, ale bezzwłocznie oderwał się od ściany i ruszył jej na spotkanie.

– Lilith – powiedział, ujął jej dłoń i podniósł do ust. – Czy dobrze się czujesz?
– Nie – odpowiedziała dochodząc do wniosku, że życia jej nie starczy by odszyfrować, 

co kryje się za jego ciemnymi oczami. – Porzuciłeś mnie dziś rano.

Jack zawahał się.
– Musiałem złożyć oświadczenie.
– Musiało to być niezwykłe oświadczenie, Dansbury. Wygląda na to, że stałam się 

bohaterką dnia.

Markiz roześmiał się.
– I dobrze. Należy ci się to.
– To miłe uczucie, tak na odmianę – przyznała, dostrzegła jego uśmiech i trochę się 

odprężyła. – A jaka była twoja rola?

– Moja? Ja tylko usiłowałem ratować własną skórę. To całkiem do mnie podobne.
–   Rozumiem.   –   Lilith   zmierzyła   go   wzrokiem   i   przyglądała   się,   jak   on   się   jej 

przygląda. – Wiesz, co myślę?

– Nigdy nie wiem – odpowiedział bezzwłocznie.
– Myślę, że przejmując się moją reputacją doprowadzasz swoją szlachetność aż do 

absurdu. Tak właśnie myślę.

Jack uniósł brew do góry.
– Jak sobie przypominam, kiedyś o tę reputację troszczyłaś się i to bardzo, moja droga.
Lilith uśmiechnęła się.
–   Nauczyłam   się,   że   ważniejsze,   bym   była   szczęśliwa.   –   Westchnęła,   potem 

wyciągnęła rękę. – Zatańczysz ze mną?

– Oczywiście.
Poprowadził   ją   na   parkiet,   wziął   w   ramiona.   Uwielbia   być   w   jego   ramionach, 

uwielbiała   jego  siłę   i   zręczność,   a   nawet  to,   jak  w   tej   chwili  usiłował   trzymać   ją   na 

background image

przyzwoitą odległość od siebie, co mu się fatalnie nie udawało.

– Jakie masz teraz plany? – zapytała.
– To zależy – odpowiedział. – Jaki to temat omawialiście z Nancem tak intensywnie 

przed chwilą?

Lilith szeroko się uśmiechnęła. Jack był zazdrosny.
– Prosił mnie znowu, bym go poślubiła. Ciemne oczy Jacka pomknęły w kierunku, w 

którym zniknął Nance.

– Aha. A ty postanowiłaś...
– Ja postanowiłam, że nikt się nigdy nie troszczył o moją opinię i moje szczęście, poza 

tobą, Jacku – wyszeptała.

– Lil – zaczął Jack; przełknął ślinę. Jak na takiego hulakę miał całkiem zażenowaną 

minę. – Słyszałem, że opuściłaś ojca. Mam nadzieję, że to nie przeze mnie.

– To stało się przeze mnie, Jacku. I pewnie tez przez ciebie. Ale muszę się czegoś od 

ciebie dowiedzieć.

Jack sposępniał, spojrzenie miał niepewne.
– Jestem fatalną partią dla ciebie. Gram w karty, piję, nie miewam skrupułów...
– I to pewnie dlatego ryzykowałeś życiem, żeby mnie ocalić? – Nie, to nic nie da. Nie 

miała   szans,   dopóki   Jack   będzie   w   stanie   przekonać   samego   siebie,   że   najbardziej 
szlachetnie z jego strony będzie zrezygnować z niej, by mogła  zawrzeć jakiś żałosny 
związek z kimkolwiek, byle nie z nim, chociaż miało to unieszczęśliwić ich oboje. Musi 
dopaść go gdzieś, gdzie będzie bardziej... przekonująca.

– Nie możemy tu rozmawiać.
– Lilith... Przerwała mu znowu.
– Spotkaj się ze mną za kilka minut w bibliotece, dobrze?
– Nie powinienem – powiedział, nie spuszczając z niej oczu.
– Owszem, powinieneś, chyba że chcesz, żebym wyszła za mąż za Nance'a.
I znowu jego twarz lekko sposępniała.
– To byłaby dobra partia.
– W porządku, wszystko jedno. Czy mam cię zaprosić na wesele?
Markiz spiorunował ją wzrokiem, po jego twarzy widać było, że opory idą w nim z 

tęsknotą o lepsze.

– Łobuzica – warknął w końcu. – Spotkam się z tobą w tej cholernej bibliotece.
A   więc   chciał   jej!   No,   to   rozstrzygało   sprawę.   Pozostawało   tylko,   jak   to   mawiał 

William, doprowadzić go z powrotem do wrodzonego mu stanu łajdactwa. Zanim walc się 
skończył, Lilith wiedziała już, jak może tego dokonać, jeżeli jej starczy odwagi.

Jack odprowadził ją do lady Sanford, a potem je przeprosił. Ten wieczór nie mógł być 

dla niego zbyt łatwy wobec tego, jak traktowali go znajomi przez ostatnie kilka dni, ale 

background image

wydawał się bawić ich chwilową konsternacją i najwyraźniej kładł nacisk na przywitanie 
się ze wszystkimi. Kiedy powoli ruszył w kierunku schodów, a potem zniknął na górze, 
Lilith starała mu się nie przyglądać, co jej się w najmniejszym stopniu nie udało.

– Myślę, że chyba powinnam posłużyć za przyzwoitkę Penelopie i twojemu bratu, 

inaczej będziemy mieli na głowie następny skandal – odezwała się po chwili lady Sanford 
i z uśmiechem pobiegła wzrokiem za Jackiem, a potem spojrzała na Lilith. – Żadne z nich 
nie może się chwalić, że wyrafinowanie jest jego mocną stroną.

– Obawiam się, że nie – zgodziła się z nią Lilith z szerokim uśmiechem i patrzyła, jak 

lady Sanford kieruje się tam, gdzie pod ścianą siedzieli Pen z Williamem, gawędząc i 
zaśmiewając się, absolutnie niepomni na to, co działo się wokół nich.

Jak tylko rozpoczął się następny taniec i uwaga gości się rozproszyła, Lilith wymknęła 

się z sali balowej i ruszyła na górę po szerokich schodach. Minął ją jakiś lokaj i popatrzył 
na nią ze zdziwieniem, a Lilith uniosła dłoń do włosów, jakby próbowała poprawić sobie 
loki. Musiał pomyśleć, że kieruje się do którejś sypialni, by ułożyć fryzurę, ponieważ 
spokojnie poszedł dalej.

Drzwi do biblioteki były na wpół przymknięte; Lilith wślizgnęła się do środka. Jack 

stał i wyglądał przez wysokie okno w ciemność. Odwrócił się, kiedy weszła, a kiedy 
zamknęła za sobą drzwi na klucz, uniósł do góry brew.

– Trochę to podejrzane, nie uważasz?
Lilith wzruszyła ramionami, podeszła do drzwi po drugiej stronie kominka i te również 

zamknęła na klucz. – Chcę z tobą być, Jacku. Tym razem miał naprawdę zaskoczoną 
minę. – Tutaj?

– Tak. – Podeszła do niego, ale on uniósł dłoń, jakby chciał ją powstrzymać. Oddech 

miał urywany.

– Daję  ci jedną minutę  na odwołanie tego, co  powiedziałaś,  Lil – rzekł ochryple, 

tkwiąc przy oknie chyba czystą siłą woli. – Nie powinnaś sądzić, że okażę szlachetność i 
nie skorzystam z twojej propozycji. Daleko mi do takiej dżentelmenerii.

Lilith   uśmiechnęła   się   leciutko,   przechyliła   głowę   w   bok   i   usłyszała,   jak   Jack   w 

odpowiedzi gwałtownie wciąga powietrze. Rozkoszowała się władzą, jaką miała nad tym 
cynicznym, szaleńczo inteligentnym człowiekiem, bo nigdy wcześniej czegoś takiego nie 
zaznała. A przecież Jackowi Faradayowi wystarczała niekiedy najlżejsza zmiana wyrazu 
jej twarzy, by oderwać jego myśli od wszystkiego innego, dopóki nie zrozumie jej i nie 
zareaguje.

– Liczyłam raczej na twój brak powściągliwości, milordzie – szepnęła.
Powoli postąpiła do przodu i zatrzymała się dopiero wtedy, kiedy mogła  objąć go 

rękami w pasie. Uniosła twarz i musnęła wargami dół jego twarzy, całując wzdłuż brody 
aż do ucha. Jack zamarł w absolutnym bezruchu, oczy miał zamknięte, oddech urywany. 

background image

Wiedząc, że go dręczy, Lilith przesunęła mu czubkiem języka po uchu.

Markiz gwałtownie zaczerpnął powietrza.
– Lil, jeżeli ktoś nas przyłapie, będziesz skompromitowana.
– Cśś – szepnęła i wsunęła mu dłonie pod surdut, który po chwili opadł na podłogę. 

Uniosła   się   na   palcach   i   bardzo   łagodnie   dotknęła   wargami   jego   ust.   Zanim   zdążył 
zareagować, cofnęła się odrobinę i zauważyła, że Jack idzie za nią. Pocałowała go jeszcze 
raz; tym razem zachłannie oddał jej pocałunek.

Lilith powoli opuściła dłonie i zaczęła rozpinać mu guziki przy kamizelce; ta część 

ubrania również spadła na podłogę. Niemal wbrew własnej woli Jack uniósł ręce, objął ją 
w pasie i przyciągnął bliżej.

– To... to... absolutnie nie wypada – zauważył i na nowo zaczerpnął powietrza, kiedy 

Lilith rozluźniła mu fular i rzuciła go na podłogę. Potem uśmiechnęła się i wyciągnęła mu 
koszulę ze spodni.

– Wiem.
– Czy nie moglibyśmy przynajmniej odsunąć się od okna? No, to miało przynajmniej 

sens. Ucałowała u nasady jego odsłoniętą szyję.

– Jeżeli nalegasz.
Na dole rozległy się dźwięki kontredansa, stłumione przez zamknięte  drzwi. Lilith 

ujęła Jacka za ręce i poprowadziła w kierunku głębokiej, poduchowatej aż do przesady 
kanapy. Tym razem nie musiała go zachęcać, by przytuliwszy ją zaczął całować. Wsunęła 
mu palce pod koszulę, muskała dłońmi jego wspaniale umięśniony brzuch i pierś. Czuła 
na plecach i na rękach delikatne dreszcze podniecenia. Kiedy jej dłonie opadły na zapięcie 
spodni, uniósł twarz znad jej twarzy.

– Lil, czy jesteś pewna, że wiesz, co robisz? – zapytał cicho, pieszcząc dłonią jej 

policzek.

Lilith skończyła działalność i spodnie opadły na podłogę. Nie było wątpliwości, że 

markiz jest podniecony; gwałtownie wciągnęła powietrze.

– Przestań już nudzić, Dansbury – zamruczała i pchnęła go do tyłu na kanapę.
Zdjęła buciki i pończochy, pospiesznie, zanim zdąży zmienić zdanie. Zebrała w dłonie 

szmaragdową suknię i koszulę, stanęła okrakiem nad biodrami Jacka i powoli opuściła się 
na jego sztywny członek. Jęknęła, kiedy ją wypełnił i opuściła głowę na jego ramię.

Markizowi również wyrwał się cichy, rozdygotany jęk; roześmiał się bez tchu.
– Na litość boską, nie zostawiaj mnie tak – wymamrotał z twarzą wtuloną w jej włosy.
Lilith uniosła głowę, popatrzyła na niego i odpowiedziała mu uśmiechem. Pocałowała 

go mocno, potem na próbę uniosła biodra i opuściła się znowu.

– I jak? – zapytała.
– Cudownie – jęknął.

background image

Chwycił ją mocno za biodra, dopóki nie nabrała więcej pewności, czego wzajemnie od 

siebie oczekują. Kierował jej ruchami i w reakcji na nie sam zaczął unosić lędźwie. Lilith 
położyła mu dłonie na ramiona i odrzuciła głowę do tyłu. Kiedy jej wewnętrzne napięcie 
rozładowało się w eksplozji błogości, Jack przyciągnął ją mocniej do siebie, wessał przez 
zęby powietrze i razem z nią oddał się rozkoszy.

Lilith oparła się o niego zadyszana, a on łagodnie objął ją ramionami.
– Lil? – zapytał cicho po kilku chwilach. – Hm?
– Kocham cię – zamruczał.
Lilith przeszedł dreszcz, zamknęła mocno oczy. Powiedział to. Powiedział to, kiedy 

już zaczynała tracić nadzieję, że kiedyś te słowa usłyszy.

Jak tylko odzyskała oddech, uniosła głowę.
–   A   więc   sprawa   załatwiona   –   powiedziała   trzeźwo,   a   przynajmniej   taką   miała 

nadzieję.

Jack zmarszczy! brwi.
– Jaka sprawa?
– Będziesz musiał mnie poślubić.
Spojrzenie Jacka wbiło się w nią z zaskakującą intensywnością.
– Co... co powiedziałaś?
–   Ostatecznie   w   tej   chwili   cię   skompromitowałam   –   ciągnęła   dalej   Lilith.   –   Bez 

wątpienia ktoś widział, jak oboje wchodziliśmy do tego pokoju. Jeżeli nie zgodzisz się 
mnie poślubić, obawiam się, że nikt inny cię nie zechce.

Powoli   podejrzliwy   wyraz   twarzy   Jacka   przerodził   się   w   uśmiech.   W   oczach 

zatańczyły mu ogniki i wyciągnął dłoń, by odgarnąć pasemko włosów, które jej opadło na 
oczy.

– Doprawdy? I nie przejmujesz się, że będziesz przykuta do takiej kiepskiej namiastki 

dżentelmena jak ja?

– Ani trochę – odpowiedziała bez namysłu. – Jeżeli ty nie przejmujesz się, że będziesz 

miał za żonę szacowną dzierlatkę, która nadmiernie przejmuje się tym, co wypada.

Markiz wybuchnął śmiechem.
– Coś mi się zdaje, że się z tego wyleczyłaś, moja droga. – Przyciągnął bliżej jej twarz 

i   pocałował   ją   łagodnie.   –   Przypuszczam,   że   jeżeli   zgodzisz   się   zachowywać   nieco 
bardziej skandalicznie dla mnie, to ja zgodzę się prowadzić nieco bardziej przyzwoicie dla 
ciebie. – Pocałował ją jeszcze raz. – Lilith, czy zostaniesz moją żoną?

Po policzku Lilith spłynęła łza. To właśnie musi być uczucie absolutnego szczęścia.
– Tak, Jacku, zostanę twoją żoną.
Jack na moment zamknął oczy. Kiedy je znowu otworzył, zobaczyła w nich wesołe 

błyski.

background image

– A im szybciej, tym lepiej, chciałbym dodać – ciągnął dalej; pogładził jej ręce i splótł 

palce   z   palcami.   –   Oświadczało   ci   się   w   tym   sezonie   już   siedmiu   panów.   Nie   chcę 
ryzykować, że znajdziesz kogoś, kto się będzie lepiej nadawał.

Lilith roześmiała się przez łzy.
– Bądźże już cicho, Jacku – powiedziała, mocno ściskając jego dłonie. – I pocałuj 

mnie.

Markiz Dansbury z radością spełnił jej prośbę.


Document Outline