background image

3 marca 2004

Ostatki Millerowe

Do dnia, kiedy zaczynam pisać ten felieton, Leszek Miller nie ogłosił jeszcze rezygnacji z 

funkcji   premiera   RP,   bodaj   nawet   składał   ostatnio   jakieś   deklaracje   w   duchu   dokładnie 
przeciwnym, ale wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to już niedługo. Nie czekając zatem, 
aż ktoś mnie  poprosi o podsumowanie  dokonań ustępującego premiera, poświęcę tu parę słów 
temu, co w jego rządach można uznać za posunięcia najzręczniejsze i najbardziej nieudolne.

Największy sukces to bez wątpienia wmówienie niemal wszystkim, włącznie z opozycją, 

jakoby rząd Millera odziedziczył po Buzku jakaś dziurę budżetową i zdołał ją bohatersko załatać. 
Prawda była inna. U schyłku rządów AWS formacja ta praktycznie się już rozpadła, za sprawą 
grupy - nie bójmy się tego określenia - nieodpowiedzialnych idiotów, których Krzaklewski nie miał 
serca wyrzucić, póki był na to czas (kto ma miękkie serce, musi mieć twardą.... - powiada ludowa 
mądrość).   W   obliczu   wyborów   wykombinowali   oni   sobie,   że   jak   będą   usilnie   demonstrować 
„wrażliwość  społeczną”,  to  do  następnego   sejmu   wejdą  w  większej  liczbie.   Zaczęli  więc  pod-
kopywać   rząd,   nie   tylko   atakując   go   w   słowach,   ale   zgłaszając   rozmaite   projekty   ustaw, 
nakazujących mu wypłacanie a to miliarda, a to czterech, coraz to innej, wskazanej przez panów 
posłów, grupie społecznej. Ponieważ ówczesna opozycja, SLD i PSL, ani myślała dać się w tym 
demonstrowaniu przelicytować, szybko powstała sejmowa większość rozdająca radośnie coraz to 
nowe   gruszki   na   wierzbie,   przy   całkowitym   lekceważeniu   faktu,   że   na   realizację 
przegłosowywanych przez nią ustaw nie ma i nie będzie pieniędzy. W którymś momencie minister 
finansów podliczył twórczość parlamentu i wyszło mu, że jeśli wszystkie te ustawy wejdą w życie, 
to zabraknie 60 mld. Nie było więc żadnej „dziury” - była prognoza ostrzegawcza, z której Miller, 
umiejętnie   wykorzystując   umysłową   inercję   dziennikarzy   i   niewiedzę   prostego   Polaka,   zrobił 
grożący argentyńskim kryzysem spadek po poprzednikach. Oczywiście, durniom z AWS-owskiego 
„oczka”   populizm   i   tak   nie   pomógł,   SLD   z   PSL,   gdy   z   opozycji   stały   się   władzą,   z   punktu 
pouchylały ustawy, które wcześniej forsowały, pod pretekstem „sprzątania po Buzku”, Miller zaś 
przez ponad rok puszył się, że uratował nas przed losem Argentyny. To był prawdziwy, polityczno-
propagandowy majstersztyk.

Co ciekawe, z finansami publicznymi wiąże się także największy błąd, co tam zresztą błąd - 

największa głupota, jaką palnął prawie już były premier. Było nią to, że uwierzył w szamańskie 
umiejętności Grzegorza Kołodki i mianował go głównym architektem polityki finansowej swojego 
gabinetu   w   chwili,   gdy   zegar   wydzwaniał   już   ostatnie   pięć   minut   na   rozpoczęcie   gruntownej 
reformy finansów publicznych. O tym, że to ostatnia chwila, wiedzieli niemal wszyscy fachowcy. 
Alarmowali. Przedkładali niezbite wyliczenia, że jeśli nic się nie zmieni, dług publiczny zacznie 
wkrótce rosnąć w sposób nieopanowany,  grożąc bankructwem państwa. Jeden tylko znalazł się 
profesor ekonomii, który oznajmił, że nieprawda, nic się nie stanie, żadnych głębokich cięć nie 
trzeba robić - właśnie Kołodko. I Miller mu uwierzył. Trudno pojąć, z jakiego powodu. Rozumiem, 
że w POP PZPR Bistona Żyrardów nie uczono ekonomii, a za Kołodką stał i tytuł, i praca na 
zachodnich uniwersytetach (ekscentryczny twórca śmiałych teorii z wrodzonym talentem show-
mana to dla nich jako wykładowca prawdziwy skarb, ale nie ma to nic wspólnego z kwalifikacjami 
na ministra), i przywoływany - w kółko 6-procentowy wzrost PKB w czasach, gdy Kołodko był 
ministrem po raz pierwszy (choć w istocie nie był jego zasługą). Ale z drugiej strony, obietnice 
Kołodki były do tego stopnia niczym  nie poparte, że ostatni naiwniak nabrałby podejrzliwości. 
Kołodko powtarzał tylko: będzie dobrze. Na pytanie „ale jakim sposobem?” najpierw odpowiadał 
jedynie - zaufajcie mi, potem przestał to pytanie słyszeć, na koniec reagował agresją i wywodami, 
że już jest dobrze, tylko dziennikarze szerzą kłamliwą propagandę klęski. W końcu bez widocznego 
powodu złożył dymisję. Niczym dyżurny Ptyś z dziecięcego wierszyka, przez cały czas tylko gadał 
i   nie   zrobił   niczego.   Pomachał   bochenkiem   chleba,   sztuczną   szczęką,   zrobił   parę   księgowych 
sztuczek, spróbował bez powodzenia znaleźć doraźny zastrzyk gotówki dzięki abolicji i opłatom 
restrukturyzacyjnym, a w końcu, kiedy na reformę już zaczęło być za późno, zostawił Millera i 
Hausnera z ręką głęboko w... hm, użyjmy tu ulubionego powiedzonka Busha-seniora: „deep in doo-
doo”. Niestety, zostawił w tej substancji także i nas.

background image

3 marca 2004


Document Outline