background image
background image

 
 

Carrie Vaughn

 
 

KITTY I NOCNA GODZINA

 
 
 
 
 
 
 
 
 

Kitty Norville

1

 
 
 
 
 

background image

Rozdział 1

 

Cisnęłam plecak w kąt studia i przybiłam piątkę wychodzącemu Rodneyowi.
-  Cześć  Kitty,  jeszcze  raz  wielkie  dzięki,  że  wzięłaś  nockę  -  powiedział.  Puścił  jakąś

trzeciorzędną  kapelę  grunge'ową,  która  doprowadzała  mnie  do  szału,  ale  i  tak  się
uśmiechnęłam.

- Żaden problem.
- Zauważyłem. Kiedyś nie lubiłaś nocnej zmiany. Miał rację. W ciągu ostatnich miesięcy

zdecydowanie przeszłam na nocny tryb życia.

- Ludzie się zmieniają.
- No to baw się dobrze.
W końcu miałam całe studio dla siebie. Przytłumiłam światła, konsola rozjarzyła się, a

przyciski  i  pokrętła  nabrały  futurystycznego  i  złowieszczego  wyglądu.  Związałam  swoje
jasne  włosy  w  kucyk.  Miałam  na  sobie  dżinsy  i  przydużą  bluzę,  mocno  spraną.  Jedna  z
zalet pracy na nocną zmianę w radiu - nie musiałam się dla nikogo stroić.

Nałożyłam  słuchawki  i  usiadłam  na  krześle,  którego  kółka  skrzypiały,  a  obicie  było

podarte. Jak najszybciej puściłam swoją muzykę. Bauhaus zaraz po Pogues.

To  ich  obudzi.  Didżej  jest  jak  Bóg.  Byłam  władcą  eteru.  A  didżej  w  alternatywnej

rozgłośni publicznej? To Bóg z misją. To myśl, że jesteś pierwszą osobą, która odkryła The
Clash, i musisz obwieścić to światu.

Moje  złudzenia  co  do  potęgi  didżeja  radiowego  zdążyły  się  już  w  znacznej  mierze

rozwiać.  Zaczynałam  w  rozgłośni  uniwersyteckiej,  kilka  lat  temu  skończyłam  studia  i  po
stażu w Pokrętle dostałam swój pro-gram. Mogłam mieć głowę pełną filozoficznych myśli,
wielkich  ideałów  i  opinii,  które  chciałam  wyrazić.  Ale  poza  kampusem  każdy  miał  to
gdzieś.  Świat  był  trochę  większy,  a  ja  czułam  się  zagubiona.  Uniwerek  miał  to  zmienić,
prawda?

Włączyłam mikrofon.
-  Dobry  wieczór,  Denver.  Wita  was  Kitty  i  Pokrętło.  Jest  godzina  zero  zero,  a  ja  się

nudzę, co oznacza, że będę was zabawiać niedorzecznościami do czasu, aż ktoś zadzwoni
z prośbą o piosenkę nagraną przed rokiem dziewięćdziesiątym.

-  Mam  przed  sobą  najnowsze  wydanie  „Wiadomości  ze  Świata".  Kupiłam  razem  z

mrożonym burrito na obiad. Nagłówek brzmi: „Chłopiec nietoperz atakuje zakonnice". W
tym  roku  to  już  chyba  dziesiąta  historyjka  o  chłopcu  nietoperzu.  Ten  dzieciak  jest
naprawdę wszędzie - chociaż piszą o nim od tak dawna, że musi mieć koło pięćdziesiątki,
nie?  W  każdym  razie,  skoro  jest  go  wszędzie  pełno,  a  przynajmniej  według  dzielnych
reporterów „Wiadomości ze Świata", domyślam się, że ktoś musiał go widzieć. Czy ktoś z
was widział chłopca nietoperza? Chętnie posłucham. Możecie dzwonić.

To  niesamowite,  ale  w  tej  samej  chwili  dostałam  pierwszy  telefon.  Nie  musiałam  się

prosić.

- Witam!
- Eee, no, siema. Cześć. Hm, możesz puścić Pearl Jam?
- Słuchałeś, co w ogóle mówiłam? Nic po osiemdziesiątym dziewiątym. Cześć.

background image

Kolejny rozmówca już czekał. Super.
- Cześć.
- Wierzysz w wampiry?
Zamilkłam. Każdy inny didżej bez zastanowienia użyłby jakiejś gładkiej riposty - to tylko

kolejny nocny dziwak szukający zainteresowania. Ale ja wiedziałam swoje.

- Jeśli powiem tak, opowiesz mi jakąś fajną historię?
- Więc wierzysz? - To był mężczyzna. Mówił wyraźnym, mocnym głosem.
W moim słychać było, że się uśmiecham.
- Tak.
- Te historyjki o chłopcu nietoperzu to moim zdaniem przykrywka. Wszystkie te bajki z

tabloidów i z programów telewizyjnych typu Niezbadany świat...

- Tak?
-  Wszyscy  myślą,  że  to  ścierna.  Przesadzone,  dziwaczne.  Kupa  bzdur.  A  więc  skoro

wszyscy uważają, że to ścierna, jeśli coś z tego naprawdę istnieje, nikt w to nie uwierzy.

-  Coś  jak  chować  się  na  widoku,  o  to  ci  chodzi?  Gadać  o  dziwnych,  nadnaturalnych

sprawach tak dużo, żeby je ośmieszyć i odwrócić uwagę od prawdy?

- Dokładnie.
- A więc kto to tak właściwie tuszuje?
- Oni. Wampiry. Tuszują wszystko. Wampiry, wilkołaki, magię, kręgi zbożowe...
- Przyhamuj, Van Helsing.
- Nie nazywaj mnie tak! - Chyba naprawdę się wściekł.
- Czemu nie?
- Bo... nie mam z nim nic wspólnego. To był morderca.
Włosy na rękach stanęły mi dęba. Nachyliłam się do mikrofonu.
- A ty kim jesteś?
Wypuścił powietrze, a jego oddech zadudnił w głośnikach.
- Nieważne. Dzwoniłem w sprawie tabloidów.
- No tak, chłopiec nietoperz. Myślisz, że chłopiec nietoperz to wampir?
- Nie do końca. Ale zanim to wyśmiejesz, pomyśl, co naprawdę może tam być.
Właściwie nie musiałam myśleć. Już to wiedziałam.
- Dzięki za radę. Rozłączył się.
- Cóż za intrygujący telefon - powiedziałam na wpół do siebie, niemal zapominając, że

jestem na antenie.

Świat,  o  którym  mówił  -  wampiry,  wilkołaki,  zjawiska  nadnaturalne  -  jest  tajemnicą

nawet  dla  tych,  którzy  przez  nieuwagę  się  w  nim  znaleźli.  Ludzie  lądują  w  nim  przez
przypadek i od razu są rzucani na głęboką wodę. Zwykle toną. Będąc tam, nie rozmawia
się o tym z ludźmi z zewnątrz, no bo kto by uwierzył?

Ale  my  tak  naprawdę  wcale  nie  rozmawialiśmy,  prawda?  To  był  nocny  program

radiowy. Dowcip.

Wyprostowałam ramiona i zebrałam myśli.
-  No  dobrze.  To  nasuwa  sporo  pytań.  Powiedzcie  mi,  czy  właśnie  zadzwonił  tu  jakiś

świr?  A  może  takie  rzeczy  naprawdę  istnieją?  Możecie  mi  opowiedzieć  o  czymś,  co
właściwie nie powinno w ogóle istnieć? Dzwońcie. - Puściłam Concrete Blonde i czekałam.

background image

Lampka  sygnalizująca  przychodzące  połączenie  zaświeciła  się  w  telefonie,  zanim

zabrzmiały  pierwsze  basy  w  piosence.  Nie  byłam  pewna,  czy  chcę  z  kimkolwiek
rozmawiać.  Jeśli  zachowam  żartobliwy  ton,  będę  mogła  udawać,  że  wszystko  jest  w
normie.

Odebrałam telefon.
-  Proszę  zaczekać  -  powiedziałam  i  zaczekałam  na  koniec  piosenki.  Odetchnęłam  kilka

razy głęboko, licząc, że może rozmówca chce tylko, żebym puściła Pearł Jam.

- Witam. Z tej strony Kitty.
- Cześć, chyba wiem, o czym mówił ten facet. Wiesz, że w tej okolicy podobno nie ma

wilków  od  jakichś  pięćdziesięciu  lat?  No  więc  moi  starzy  mają  domek  w  Nederland  i
mogłabym  przysiąc,  że  słyszałam  tam  wycie  wilków.  Słyszę  je  co  lato.  Dzwoniłam  nawet
raz w tej sprawie do leśniczych, ale powiedzieli mi to samo. Że wilki wyginęły. Tylko że ja
w to nie wierzę.

-  Jesteś  pewna,  że  to  wilki?  Może  kojoty.  -  Próbowałam  reagować  normalnie.  Udawać

sceptyka.  Ale  by-łam  w  tych  lasach  i  wiedziałam,  że  kobieta  ma  rację.  Przynajmniej
częściowo.

-  Umiem  rozpoznać  kojota,  a  to  wycie  było  całkiem  inne.  Może...  może  to  coś  innego.

Wilkołaki albo coś w tym stylu, no wiesz.

- Widziałaś je kiedyś?
- Nie. Trochę się boję chodzić tam w nocy.
- I chyba dobrze. Dzięki za telefon. Rozłączyłam się, ale już czekał następny rozmówca.
- Halo?
- Cześć, myślisz, że tamten facet był wampirem?
- Nie wiem. A ty jak myślisz?
-  Może.  Często  bywam  w  klubach  i  czasem  pojawiają  się  tam  tacy  ludzie...  zupełnie  z

innej  bajki.  Są  odjazdowi,  zdecydowanie  za  bardzo  jak  na  takie  miejsce.  Przerażająco
odjazdowi,  tak  że  powinni  być  raczej  w  Hollywood,  a  więc  co,  do  cholery,  właściwie  tu
robią...

- Zakupy spożywcze?
- Dokładnie!
- Wyobraźnia to coś wspaniałego. Mamy następnego rozmówcę. Halo?
-  Witam.  Chciałem  powiedzieć,  że  jeśli  wampiry  naprawdę  by  istniały,  to  chyba  ktoś

zdążyłby to już zauważyć? Ciała ze śladami po kłach w ciemnych zaułkach...

- Chyba że koroner poda inną przyczynę śmierci...
Telefon nie przestawał dzwonić.
- To, że ktoś jest uczulony na czosnek, nie oznacza wcale...
- O co chodzi z tą krwią...
-  Jeśli  dziewczyna,  która  jest  wilkołakiem,  zajdzie  w  ciążę,  co  się  stanie  z  dzieckiem,

kiedy zamieni się w wilka? Czy dziecko zamieni się w szczenię wilka?

- Obroże przeciwpchelne. I szczepienie na wściekliznę. Czy wilkołaki trzeba szczepić na

wściekliznę?

A  potem  zadzwonił  Rozmówca.  Wszystko  się  zmieniło.  Do  tej  pory  miałam  wszystko

pod  kontrolą,  mówiłam  lekkim  tonem,  miałam  dystans  do  tych  spraw.  Starałam  się

background image

zachowywać  normalnie,  naprawdę.  Wkładałam  dużo  wysiłku  w  to,  żeby  oddzielić  swoje
prawdziwe  życie  -  swoją  zwykłą  pracę,  że  tak  powiem  -  od  całej  reszty.  Nie  chciałam
pozwolić na to, żeby zmieszało się z tym drugim światem, w którym jeszcze nie do końca
nauczyłam się żyć.

Ostatnio miałam jednak wrażenie, że mi się to nie udaje.
-  Cześć,  Kitty.  -  Miał  zmęczony,  beznamiętny  głos.  -  Jestem  wampirem.  Wiem,  że  mi

wierzysz.  -  Przez  cały  wieczór  w  moim  głosie  musiało  być  słychać,  że  wierzę.  Pewnie
właśnie dlatego zadzwonił.

- W porządku - powiedziałam.
- Czy... czy mogę ci o czymś powiedzieć?
- Pewnie.
-  Jestem  wampirem.  Jakieś  pięć  lat  temu  zostałem  zaatakowany  i  zamieniony  w

wampira  wbrew  własnej  woli.  Jestem  też,  a  przynajmniej  byłem,  pobożnym  katolikiem.
Jest  mi  naprawdę...  trudno.  Nie  wnikam  w  te  wszystkie  dowcipy  o  krwi  i  eucharystii,  ale
nie mogę już chodzić do kościoła. Nie mogę uczestniczyć we mszy. I nie mogę też się zabić,
bo  to  grzech.  Doktryna  katolicka  mówi,  że  straciłem  duszę,  że  jestem  skazą  na  boskim
stworzeniu. Ale, Kitty, wcale się tak nie czuję. To, że moje serce przestało bić, nie znaczy
jeszcze, że straciłem duszę, prawda?

Nie  byłam  duchownym,  nie  byłam  psychologiem.  Skończyłam  anglistykę,  na  litość

boską.  Nie  miałam  kwalifikacji,  żeby  komukolwiek  doradzać  w  sprawach  duchowych.  Ale
miał taki smutny głos, że aż serce mi pękało. Mogłam chociaż spróbować.

- Raczej nie możesz iść do swojego księdza, żeby wyjaśnić tę kwestię, co?
- Nie bardzo - odpowiedział i zachichotał cicho.
- No tak. Czytałeś Raj utracony?
- Ee, nie.
- No pewnie, że nie. Ludzie już nie czytają. Raf utracony to epopeja Miltona na temat

wojny w niebie, buntu aniołów, upadku Lucyfera i wygnaniu Adama i Ewy z Edenu. Tak na
marginesie,  niektórzy  sądzą,  że  to  wtedy  pojawiły  się  wampiry  i  likantropy,  że  to  szatan
zakpił  z  najwspanialszego  boskiego  stworzenia.  Mniejsza  z  tym.  W  każdym  razie  w
pierwszych  kilku  rozdziałach  szatan  jest  bohaterem.  W  długich  monologach  przedstawia
swoje myśli i rozważania. Rozważa, czy powinien zemścić się na Bogu za to, że wygnał go z
nieba,  czy  nie.  Kiedy  się  trochę  poczyta,  człowiek  uświadamia  sobie,  że  największym
grzechem  szatana,  jego  największym  błędem,  nie  była  duma  ani  bunt  przeciwko  Bogu.
Jego największym błędem było przekonanie, że Bóg mu nie wybaczy, jeśli Go o to poprosi.
Jego  grzech  to  nie  duma  -  tylko  rozczulanie  się  nad  sobą.  Myślę,  że  w  pewnym  sensie
każdy - człowiek, wampir czy cokolwiek innego - ma taki wybór: wściekać się na to, co ci
się  przydarzyło,  albo  pogodzić  się  z  tym,  mimo  wszystko  starać  się  żyć  z  honorem.
Wierzysz w Boga, który rozumie i wybacza, czy w takiego, który nie rozumie? Chodzi mi o
to, że to sprawa między tobą i Bogiem i sam musisz znaleźć jakieś rozwiązanie.

- To... brzmi nieźle. Dzięki. Dzięki za rozmowę.
- Nie ma za co.
O czwartej nad ranem zaczynała się nowa zmiana. Nie poszłam prosto do domu spać,

mimo  że  cała  się  trzęsłam.  Te  rozmowy  strasznie  mnie  wyczerpały.  Po  nocnej  zmianie

background image

zawsze spotykałam się z T.J.-em na kawę i na kolację. Miał na mnie czekać.

Nie czekał, ale zamówiłam kawę, a kiedy mi ją podano, zjawił się i on. Garbił się ubrany

w  wojskową  kurtkę,  rozejrzał  wśród  gości  i  popatrzył  na  mnie  dopiero  wtedy,  kiedy
wsunął się do boksu.

- Cześć, Kitty. - Kiwnął na kelnerkę, żeby podała mu kawę. Niebo na dworze zrobiło się

szare, jaśniało od wschodzącego słońca. - Jak tam w pracy?

- Nie słuchałeś? - Nie chciałam okazywać rozczarowania, ale miałam nadzieję, że będę z

nim mogła o tym porozmawiać.

-  Nie,  przepraszam.  Nie  było  mnie.  Zamknęłam  oczy  i  odetchnęłam  głęboko.  Tłuszcz,

dym  z  papierosów,  nieświeży  oddech  i  zmęczenie.  Wyczuwałam  wszystko,  każdy
najsłabszy zapach. Ale najsilniejszy był zapach w boksie, ziemisty zapach lasu, wilgotnego
nocnego powietrza i futra. Słaba woń krwi zjeżyła mi włosy.

-  Biegałeś.  Zamieniłeś  się  w  wilka  -  powiedziałam  i  zmarszczyłam  brwi.  Odwrócił  się,

unikając  mojego  wzroku.  -  Jezu,  jeśli  dalej  będziesz  tak  robić,  zupełnie  stracisz  nad  sobą
panowanie...

- Wiem, wiem. Właściwie w dużej mierze już straciłem. Ale... to takie cudowne uczucie.

-  Wzrok  mu  się  zamglił,  stał  się  pusty.  Jakby  myślami  był  ciągle  w  lesie,  biegał  w  ciele
wilka.

Musieliśmy  się  zmieniać  tylko  podczas  pełni.  Ale  mogliśmy,  kiedy  tylko  chcieliśmy.

Niektórzy robili to jak najczęściej, cały czas. A im częściej się zmieniali, tym mniej mieli w
sobie  z  człowieka.  Nawet  jako  ludzie  formowali  się  w  watahy,  razem  żyli,  razem  się
zmieniali i polowali, zrywając wszelkie więzy z światem ludzi. Im częściej się zmieniali, tym
ciężej było im przestać.

- Chodź ze mną następnym razem. Jutro.
-  Do  pełni  jeszcze  tydzień  -  zauważyłam.  -  Cholernie  się  staram  nad  sobą  panować.

Lubię być człowiekiem.

Odwrócił głowę i postukał widelcem w stół.
- Nie jesteś stworzona do takiego życia, wiesz?
- Radzę sobie.
W  ten  sposób  poklepywałam  się  sama  po  plecach  za  to,  że  nie  wpadłam  w  zupełny

obłęd przez ostatnich kilka lat od ataku, który mnie zmienił. I że nie dałam się rozszarpać
innym  wilkołakom,  które  uznały  mnie  -  śliczne,  młode  stworzonko  -  za  łatwą  zdobycz.
Poza tym udało mi się zachować pozory normalnego życia.

Nie  bardzo  wystawnego,  jak  się  nad  tym  zastanowić.  Miałam  szybko  tracący  na

wartości  licencjat  z  Uniwersytetu  Kolorado,  podniszczoną  kawalerkę,  skromną  pensyjkę
radiowego  didżeja,  z  której  ledwie  starczało  mi  na  czynsz,  i  żadnych  widoków  na
przyszłość. Czasem myśl, żeby uciec w las i nigdy nie wrócić, wydawała się całkiem niezła.

Trzy  miesiące  temu  nie  poszłam  na  urodziny  mamy,  bo  przypadały  podczas  pełni

księżyca.  Nie  mogłam  tam  siedzieć,  uśmiechać  się  i  zabawiać  innych  rozmową  w
podmiejskim  domu  rodziców  w  Aurorze,  podczas  gdy  moja  wilczyca  wyrywałaby  się  na
zewnątrz,  przegryzając  ostatnie  więzy  samokontroli.  Znalazłam  jakąś  wymówkę,  a  mama
nie robiła problemu. Dowodziło to jednak bardzo wyraźnie, że kłótnię dwóch osobowości
wygrywa  zwykle  wilczyca.  Od  tego  czasu  było  mi  trudno  z  entuzjazmem  podchodzić  do

background image

życia  pod  postacią  człowieka.  Wydawało  się  to  wręcz  bez  sensu.  Spałam  w  dzień,
pracowałam  w  nocy  i  coraz  częściej  biegałam  po  lesie  jako  wilczyca  z  resztą  watahy.
Niewiele mi brakowało, żeby zamienić jedną rodzinę na drugą.

Poszłam do domu, przespałam się i pod wieczór wróciłam do Pokrętła. Ozzie, dyrektor

rozgłośni,  pod-starzały  hipis,  który  wiązał  swoje  rzadkie  włosy  w  kucyk,  podał  mi  stos
papierów. Same wiadomości zostawione przez telefon.

- Co to jest?
-  Chciałem  cię  spytać  o  to  samo.  Co  się  do  cholery  działo  podczas  twojej  ostatniej

nocki?  Od  rana  do  nas  dzwonią.  Linia  była  zajęta  całą  noc.  I  te  wiadomości:  sześć  osób
twierdzi,  że  są  wampirami,  dwie  mówią,  że  są  wilkołakami,  a  jedna  pyta,  czy  możesz
polecić jakiegoś dobrego egzorcystę.

- Naprawdę? - spytałam, przeglądając wiadomości.
-  Tak.  Naprawdę.  Ale  mnie  tak  naprawdę  interesuje...  -  urwał,  a  ja  zaczęłam  się

zastanawiać,  czy  wpadłam  w  tarapaty.  Miałam  prowadzić  wieczorną  audycję  muzyczną,
program w rodzaju tych, w których Velvet Underground przeplata się z Ellą Fitzgerald. Jak
się nad tym zastanowić, przegadałam cały czas na antenie, prawda? Zamieniłam audycję
w talk-show. Stracę pracę, a nie sądziłam, żebym była wystarczająco zmotywowana, żeby
szukać nowej. Równie dobrze mogę pobiec w las i pozwolić, żeby wilczyca przejęła nade
mną kontrolę.

Ale Ozzie powiedział:
- Bez względu na to, co zrobiłaś wczoraj w nocy, możesz to powtórzyć?
 

background image

Rozdział 2

 

Drugi odcinek audycji, która została nazwana Nocną godziną (zawsze będę uważać, że

tej  pierwszej,  zaskakującej  nocy  to  był  pierwszy  odcinek),  został  nadany  tydzień  później.
Dzięki temu miałam trochę czasu na zebranie informacji. Przekopałam się przez pół tuzina
artykułów  opublikowanych  w  drugorzędnych  czasopismach  medycznych  i  jeden  rządowy
projekt badawczy na zaskakująco wysokim poziomie, coś w rodzaju medycznego projektu
„Błękitna  Księga".  Było  to  badanie  dotyczące  „biologii  paranaturalnej",  zlecone  przez
Państwowy Instytut Zdrowia oraz Centrum Zapobiegania i Zwalczania Chorób. Naukowcy
próbowali  znaleźć  empiryczne  dowody  na  istnienie  takich  stworzeń  jak  wampiry,
likantropy  i  tym  podobne.  Nie  tylko  próbowali  -  znaleźli  je:  zdjęcia,  tabele,  studia
przypadków,  statystyki.  Doszli  jednak  do  wniosku,  że  zjawiska  te  nie  są  na  tyle
rozpowszechnione, żeby wymagały za-interesowania rządu.

Dokumentacja nie zaskoczyła mnie - nie znalazłam w niej nic, o czym bym wcześniej nie

wiedziała,  w  takiej  czy  innej  formie.  Zaskoczyło  mnie  natomiast,  że  ktokolwiek  ze  świata
nadnaturalnych  chciał  uczestniczyć  w  takich  badaniach.  Skąd  wzięli  ludzi?  Badanie  nie
mówiło  wiele  na  ich  temat,  najwyraźniej  traktując  ich  jak  jednorazowe  króliki
doświadczalne. Łączyło się z tym wiele innych kwestii, miałam więc mnóstwo tematów do
rozmowy.

A  zatem  przynajmniej  niektórzy  lekarze  przyznawali,  że  istnieli  tacy  ludzie  jak  ja.

Zaczęłam audycję od przedstawienia wszystkich tych informacji. Potem uruchomiłam linię
telefoniczną.

- To spisek rządowy...
- ...bo w Senacie zasiadają sami krwiopijcy!
- Co wcale nie oznacza, że są wampirami, ale mimo to...
- Kiedy Państwowy Instytut Zdrowia ma zamiar opublikować...
- ...na akademiach medycznych są tajemne programy...
- Czy opinia publiczna naprawdę jest gotowa na...
-  ..  .w  bardziej  oświeconych  czasach  na  pewno  nie  polowano  by  na  nas  jak  na

zwierzęta...

- Czy ofiarom likantropii będą przysługiwały te same prawa co niepełnosprawnym?
Czas się skończył. W następnym tygodniu spekulowałam razem ze swoimi słuchaczami

o tym, które z postaci historycznych były tak naprawdę wampirami lub wilkołakami. Mój
ulubiony  typ,  podsunięty  przez  jakiegoś  odważnego  rozmówcę  -  generał  William  T.
Sherman był wilkołakiem. Znalazłam jego zdjęcie i byłam skłonna w to uwierzyć. Wszyscy
pozostali  generałowie  z  czasów  wojny  secesyjnej  byli  dość  purytańscy,  ze  starannie
zapiętymi  kołnierzami  i  przyciętymi  bródkami,  ale  Sherman  miał  rozpięty  kołnierzyk,
potargane  włosy,  dwudniowy  zarost  i  spojrzenie  mówiące:  Odwalcie  się.  O,  tak.  W
kolejnym  tygodniu  odebrałam  sześć  telefonów  z  pytaniem,  jak  powiedzieć  rodzinie,  że
jest  się  wampirem  albo  wilkołakiem.  Nie  miałam  dobrej  odpowiedzi  -  moja  rodzina  nic
nie wiedziała. Już to, że pracowałam jako didżej w radiu, było dla nich trochę dziwaczne.

I tak dalej. Prowadziłam audycję już dwa miesiące, kiedy pewnego dnia Ozzie zadzwonił

background image

do mnie do domu.

- Kitty, przyjeżdżaj natychmiast.
- Po co?
- Po prostu przyjedź.
Wymyśliłam  pół  tuzina  najczarniejszych  scenariuszy.  Pozwali  mnie  za  coś,  co

powiedziałam na antenie. Baptyści ogłosili bojkot. Hm, to by było nawet niezłe. Darmowy
rozgłos  i  te  sprawy.  Albo  po  audycji  ktoś  się  ujawnił  i  dał  się  zabić  lub  doprowadził  do
czyjejś śmierci.

Potrzebowałam  pół  godziny,  żeby  dojechać  do  studia  autobusem.  Nie  wzięłam

prysznica  i  czułam  się  podle.  Bez  względu  na  to,  co  zamierzał  mi  powiedzieć  Ozzie,
chciałam to już mieć za sobą.

Drzwi do jego gabinetu były otwarte. Wsunęłam ręce do kieszeni kurtki i się zgarbiłam.
- Ozzie?
Nie  podniósł  głowy  znad  stosu  papierzysk,  książek  i  gazet  porozrzucanych  po  całym

biurku. Radio w kącie było nastawione na Pokrętło. Ktoś cicho mamrotał wiadomości.

- Wejdź i zamknij drzwi. Zrobiłam, jak kazał.
- Coś nie tak? Podniósł głowę.
- Nie tak? Wszystko w porządku. Masz, zerknij na to. - Podał mi jakieś papiery.
Kartki  były  zadrukowane  prawniczym  żargonem.  To  były  kontrakty.  W  oczy  wpadło  mi

tylko jedno słowo i wzrok mi się zamglił.

Syndykalizacja.
Kiedy znów spojrzałam na Ozziego, opierał się o biurko i uśmiechał szeroko. Trafił mu

się tłusty kąsek.

- Co o tym sądzisz? Dzwonili do mnie z kilku stacji, które chcą nadawać twoją audycję.

Ja  byłbym  producentem.  Ty  byś  dostawała  podwyżkę  za  każdą  nową  rozgłośnię.
Wchodzisz w to?

To było coś. Audycja ogólnokrajowa, a przynajmniej w pewnym zakresie. Spróbowałam

zapoznać  się  z  ofertą.  Los  Angeles.  Chcieli  mnie  w  Los  Angeles?  To...  niewiarygodne.
Usiadłam  przy  biurku  i  zaczęłam  się  śmiać.  O  kurczę.  O  rany.  Nie  dam  rady.  To  by
oznaczało  odpowiedzialność,  zaangażowanie  -  wszystko,  czego  unikałam  jak  ognia,  od
kiedy... od kiedy zaczęłam włóczyć się z ludźmi pokroju T.J.-a.

Ale jeśli ja tego nie zrobię, zrobi to ktoś inny, skoro rozgłośnie już podłapały pomysł. A,

do cholery, to było moje dziecko.

- Potrzebna mi będzie strona internetowa - powiedziałam.
Tego  wieczoru  poszłam  do  T.J.-a,  do  nory,  którą  wynajmował  za  warsztatem

samochodowym  za  miastem  w  kierunku  Arvady.  T.J.  nie  miał  stałej  pracy.  Naprawiał
motocykle i raczej trzymał się z dala od ludzi. Wpadałam do niego na kolację kilka razy w
tygodniu.  Nieźle  gotował.  Jednak  od  gotowania  jeszcze  lepsze  było  to,  że  potrafił
zaspokoić apetyt na krwisty, niemal surowy stek.

Miałam wrażenie, że znam T.J.-a od zawsze. Pomógł mi, kiedy byłam nowa, bardziej niż

ktokolwiek  inny  ze  stada.  Stał  się  przyjacielem.  Nie  znęcał  się  nade  mną  -  wielu  innych
uznawało, że skoro są wilkołakami, usprawiedliwia to złe postępowanie. Czułam się przy
nim o wiele lepiej niż przy kimkolwiek innym. Nie musiałam przy nim udawać człowieka.

background image

Znalazłam go w szopie na dworze. Dłubał w swoim motorze, piętnastoletniej yamasze,

która  była  jego  oczkiem  w  głowie  i  wymagała  ciągłej  opieki.  Wrzucił  klucz  francuski  do
skrzynki z narzędziami i wyciągnął ręce, żeby mnie uściskać, cały w smarze.

- Jesteś podniecona - zauważył. - Cała promieniejesz.
- Odsprzedajemy prawa do audycji. Będzie nadawana w Los Angeles. Uwierzysz? Kupili

mnie!

Uśmiechnął się.
- Cieszę się.
-  Chcę  to  uczcić  -  oznajmiłam.  -  Mam  ochotę  gdzieś  wyjść.  Znalazłam  taką  jedną

spelunkę. Wampiry tam nie chodzą. Pójdziesz ze mną?

- Myślałem, że nie lubisz wychodzić. Nie lubisz, kiedy wychodzimy z Carlem i z watahą.
Carl  był  samcem  alfa  w  naszym  stadzie,  był  naszym  panem  i  władcą.  Spoiwem,  które

łączyło wszystkie okoliczne wilkołaki. Chronił nas, a my byliśmy wobec niego lojalni.

Kiedy  Carl  wychodził  z  grupą,  to  po  to,  żeby  oznaczyć  teren,  mówiąc  metaforycznie.

Pokazać tutejszemu rodowi wampirów siłę watahy. Zawody w sikaniu i gra dominacji.

- Bo wtedy nie jest fajnie. A ja chcę się zabawić.
- Wiesz, że jeśli chcesz gdzieś wyjść, powinnaś powiedzieć Carlowi.
Zmarszczyłam brwi.
- Nie pozwoli mi iść. - Wataha wilków była silna. Jeden lub dwa wilki były bardzo słabe.

Ale chciałam to uczcić, po ludzku, a nie ze stadem.

Ale  jako  członek  stada,  musiałam  mieć  przy  sobie  przyjaciela.  Sama  nie  czułabym  się

dobrze. Potrzebowałam T.J.-a. A może nawet Carla.

Spróbowałam jeszcze raz, błagając bezwstydnie, nie miałam żadnej godności.
- No chodź, co się może stać? To tylko kilka godzin. Proszę.
T.J.  wziął  z  kierownicy  szmatkę  i  wytarł  sobie  ręce.  Uśmiechnął  się  do  mnie  jak

pobłażliwy  starszy  brat,  którym  się  dla  mnie  stał.  Gdybym  była  wilczycą,  machałabym  z
wyczekiwaniem ogonem.

- No dobra. Pójdę z tobą. Ale tylko na kilka godzin. Westchnęłam z ulgą.
Klub,  Livewire,  wynajął  zaplecze  zaadaptowanego  magazynu  na  obrzeżach  Lodo,  kilka

przecznic od Coors Field, gdzie śródmieście właśnie zaczynano „rewitalizować". Nie mieli
krzykliwej markizy. Wejście znajdowało się za rogiem, nie przy głównej ulicy - opuszczana
garażowa  brama  tam,  gdzie  wcześniej  była  rampa  załadunkowa.  W  środku  widać  było
dźwigary i kanały wentylacyjne. Techno i industrial wylewające się przez głośniki niosły się
po ścianach, a na zewnątrz dało się odczuć wibracje. To był jedyny znak, że w środku coś
się  dzieje.  Wampiry  lubiły  chodzić  w  miejsca  przy  głównych  ulicach  -  do  modnych,
szpanerskich  klubów,  które  przyciągały  modnych,  szpanerskich  ludzi,  którym  wampiry
mogły zaimponować i których mogły uwieść swoim wymuskanym stylem.

Nie  musiałam  się  stroić.  Miałam  na  sobie  brudne,  wypłowiałe  dżinsy  i  czarny

podkoszulek, a włosy splecione w dwa warkoczyki. Zamierzałam tańczyć do upadłego.

Niestety  T.J.  zachowywał  się  jak  goryl.  Wyglądał  na  zrelaksowanego,  miał  ręce  w

kieszeniach dżinsów, jakby nigdy nic, ale cały czas się rozglądał, a nozdrza mu pracowały,
wciągając wszystkie zapachy.

- To tu. - Poprowadziłam go do drzwi klubu. Minął mnie, żeby wejść pierwszy.

background image

Zawsze  było  -  i  zawsze  będzie  -  coś  we  mnie,  co  po  wejściu  do  zatłoczonego

pomieszczenia  natychmiast  każe  mi  myśleć:  baranki.  Ofiara.  Setka  ściśniętych  ciał,  bicie
młodych serc wypełnionych gorącą krwią. Zacisnęłam pięści. Mogłabym rozszarpać każdą
z tych osób. Mogłabym. Wzięłam głęboki wdech i pozwoliłam, żeby ta myśl odpłynęła.

Wyczułam  pot,  perfumy,  alkohol,  papierosy.  Coś  mocniejszego:  ktoś  w  pobliżu

niedawno wstrzyknął sobie heroinę. Czułam drżenie jego serca, wyczuwałam truciznę na
jego  skórze.  Jeślibym  się  skoncentrowała,  mogłabym  usłyszeć  rozmowy  przy  barze,
dziesięć kroków stąd. Czułam pod butami drganie muzyki. Leciały Sisters of Mercy.

- Idę potańczyć - rzuciłem do T.J.-a, który ciągle lustrował salę.
-  A  ja  obczaić  tych  słodziaków  w  rogu.  -  Kiwnął  w  kierunku  dwóch  chłopaków  w

obcisłych skórzanych spodniach, którzy ze sobą rozmawiali.

Naprawdę  wielka  szkoda.  Ale  najfajniejsi,  najprzystojniejsi  faceci  chyba  zawsze  muszą

okazać się gejami, prawda?

Byłam  didżejem  w  radiu,  zanim  zamieniłam  się  w  wilkołaka.  Zawsze  lubiłam  tańczyć,

pocić  się  w  rytm  muzyki.  Dołączyłam  do  morza  ciał  pulsującego  na  parkiecie  nie  jako
żądny krwi potwór, ale jako ja. Tak naprawdę nie byłam w klubie potańczyć od ataku, od
kiedy  stałam  się  tym,  czym  teraz  byłam.  Wieki  temu.  Czasem  ciężko  znosiłam  tłum.  Ale
kiedy grała głośna muzyka, kiedy byłam anonimowa w grupie, przestawałam się martwić,
przestawałam się przejmować, żyłam chwilą.

Poddałam  się  muzyce,  zamknęłam  oczy.  Czułam  każde  ciało  obok  siebie,  każde  bijące

serce. Chłonęłam to wszystko i wypełniała mnie radość.

Wśród  potu  i  gorąca  wyczułam  coś  zimnego.  W  tłum  wcisnął  się  ciemny  punkt,  jak

statek sunący przez wodę, a ludzie - ciepłe, żywe ciała - rozstępowali się na bok jak fale.

Wilkołaki,  nawet  pod  postacią  człowieka,  zachowują  pewne  zdolności  swojego  alter

ego. Węch, słuch, siłę, zręczność. Mamy wystarczająco wyostrzony węch, żeby rozpoznać
konkretną osobę w sali, w tłumie.

Zanim  zdążyłam  się  odwrócić  i  uciec,  pojawił  się  przede  mną  wampir,  blokując  mi

drogę. Kiedy chciałam się wymknąć, stał znów przede mną, poruszając się szybko i lekko,
bez najmniejszego wysiłku.

Mój oddech przyspieszył, bo wampir doprowadził mnie niemal do paniki.
Doszłam  do  wniosku,  że  należał  do  miejscowego  rodu  wampirów.  Był  młody,  pewny

siebie, czerwoną jedwabną koszulę miał rozpiętą przy kołnierzyku, a z twarzy nie schodził
mu uśmieszek. Rozchylił usta tylko na tyle, żeby pokazać koniuszki kłów.

-  Nie  chcemy  tu  takich  jak  ty.  -  Szorstki  i  dziki,  miał  w  sobie  coś  z  maniaka,  jak  z

Mechanicznej pomarańczy.

Rozejrzałam się po sali w poszukiwaniu T.J.-a. Dwa inne wampiry, ubrane nienagannie

w jedwabne koszule i szyte na miarę spodnie, emanujące chłodem, przyparły go w rogu.
TJ.  zaciskał  pięści.  Nasze  spojrzenia  spotkały  się,  a  on  wykrzywił  usta  na  znak  ponurego
pocieszenia.  Musiałam  wierzyć,  że  mnie  z  tego  wyciągnie,  ale  był  za  daleko,  żeby  mi
pomóc.

- Myślałam, że nie lubicie tu chodzić - zdziwiłam się.
- Zmieniliśmy zdanie. A ty naruszyłaś nasz teren.
-  Nie  -  pisnęłam  cicho  pod  nosem.  Chciałam  to  wszystko  odłożyć  na  bok  na  kilka

background image

godzin.

Spojrzałam  na  nich  i  zadrżałam.  Dopadł  mnie  drapieżnik,  a  ja  chciałam  uciekać,  to  był

pierwotny  instynkt.  Nie  miałam  odwagi  odwrócić  wzroku  od  wampira,  ale  moją  uwagę
przykuł  inny  zapach.  Coś  zwierzęcego,  woń  futra  i  piżma  pod  warstwą  zwykłych  ludzkich
zapachów. Wilkołak.

Carl nie czekał. Zajął po prostu miejsce, w którym stał wampir, odsuwając go zgrabnie,

zanim ten zorientował się, co się dzieje.

Poruszenie między nami kazało odwrócić się wampirom zatrzymującym T.J.-a. T.J., który

w bezpośredniej walce spokojnie by je pokonał, przecisnął się między nimi i podszedł do
nas.

Carl złapał mnie za ramię.
- Idziemy.
Miał około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i adekwatną posturę. Ja byłam szczupła i

mierzyłam  jakiś  metr  sześćdziesiąt  siedem,  więc  całkowicie  nade  mną  górował.  Miał
szorstkie  brązowe  włosy  i  brodę  i  cały  czas  patrzył  ze  złością.  Nawet  gdybym  nie
wiedziała, kim jest, wytypowałabym go z tłumu jako wilkołaka. Miał w sobie to coś.

Pisnęłam,  kiedy  szarpnął  mnie  w  kierunku  drzwi.  Podbiegłam,  żeby  nie  upaść,  ale

trudno mi było za nim nadążyć. Wlókł mnie za sobą, jednak ledwie to zauważałam, bo tak
mi ulżyło, że nie było już przy mnie wampira i że mogliśmy stamtąd wyjść.

Drogę  między  parkietem  a  głównym  wyjściem  zagrodził  nam  bramkarz.  Nie  był  tak

wysoki  jak  Carl,  ale  równie  szeroki  w  barach.  I  nie  miał  pojęcia,  że  Carl  mógłby  go
rozszarpać na kawałki, gdyby tylko zechciał.

- Ten facet cię napastuje? - spytał mnie bramkarz. Carl zacisnął mocniej rękę na moim

ramieniu.

- Nie twoja sprawa.
Ochroniarz zmarszczył brwi i spojrzał na mnie, szukając potwierdzenia. Oceniał sytuację

w  zwykły,  ludzki  sposób.  Zobaczył,  że  ktoś  wywleka  dziewczynę  z  parkietu,  a  to
prawdopodobnie oznaczało kłopoty.

Wyprostowałam ramiona i uspokoiłam oddech.
- Wszystko w porządku. Dziękuję. Ochroniarz się odsunął.
T.J. dołączył do nas na korytarzu i oddaliliśmy się razem.
Na  dworze  skręciliśmy  w  boczną  uliczkę,  minęliśmy  róg  i  trafiliśmy  na  jakąś  alejkę,

uciekając przed wzrokiem ludzi, którzy wyszli przed klub zaczerpnąć powietrza.

Carl  przycisnął  mnie  do  ceglanej  ściany,  opierając  ręce  po  obydwu  stronach  mojej

głowy.

- Co ty, do cholery, robisz w miejscu, gdzie mogą cię dopaść?
Założyłam,  że  ma  na  myśli  wampiry.  Serce  mi  waliło,  gardło  miałam  ściśnięte,  a  kiedy

Carl  stał  tak  nade  mną,  nie  mogłam  się  uspokoić.  Z  trudem  łapałam  oddech.  Był  tak
blisko,  czułam  ciepło  jego  przyciśniętego  do  mnie  ciała  i  byłam  na  skraju  wytrzymałości.
Chciałam się do niego przytulić, przylgnąć na tak długo, aż przestanie się na mnie złościć.

- To miało być tylko na chwilę. Chciałam po prostu gdzieś wyjść. Nie miało ich tu być. -

Odwróciłam głowę i otarłam łzę z policzka. - Byłam z T.J.-em. I nie miało ich tu być.

- Nie kłóć się ze mną.

background image

-  Przepraszam,  Carl.  Przepraszam.  -  Ciężko  było  się  płaszczyć  na  stojąco,  bez  ogona

wciśniętego między nogi.

T.J.  stał  kilka  kroków  dalej  i  opierał  się  o  ścianę  z  założonymi  rękami  i  skulonymi

ramionami.

- To moja wina - przyznał. - Powiedziałem jej, że nie ma sprawy.
- Od kiedy to ty udzielasz pozwolenia?
T.J. odwrócił głowę. Carl był jedyną osobą, która potrafiła go zawstydzić.
- Przepraszam.
- Powinnaś była do mnie zadzwonić.
Cały czas próbowałam złapać oddech.
-  Skąd...  skąd  wiedziałeś,  gdzie  nas  znaleźć?  Spojrzał  na  T.J.-a,  który  szurał  butem  po

asfalcie.

T.J. wyznał:
- Zostawiłem mu wiadomość. Zamknęłam oczy pokonana.
- Czy nie możemy zrobić nic bez wiedzy Carla?
Carl  warknął.  Struny  głosowe  człowieka  umożliwiały  warczenie.  Zawodowi  zapaśnicy

robili to nieustannie. Ale wyrażali przez to coś innego niż Carl. Kiedy on warczał, to tak,
jakby jego wilk chciał wyskoczyć mu przez gardło i odgryźć mi twarz.

- Nie - stwierdził T.J.
-  T.J.,  wracaj  do  domu.  Muszę  sobie  uciąć  małą  pogawędkę  z  Kitty.  Później  się  tobą

zajmę.

- Tak jest.
T.J. spojrzał mi szybko w oczy, jakby mówił: „Głowa do góry", skinął Carlowi i odszedł.

Carl położył mi rękę na karku i poprowadził w przeciwnym kierunku.

To miał być mój wieczór.
Zwykle przy Carlu cała się rozpływałam. Miał taką osobowość, że wszyscy wokół stawali

się  ulegli,  a  przynajmniej  wszyscy  w  stadzie.  Zawsze  zależało  mi  tylko  na  tym,  żeby  go
zadowolić, żeby mnie kochał. Ale teraz byłam zła.

Nie  pamiętam,  kiedy  ostatnim  razem  byłam  bardziej  wściekła  niż  przestraszona.  To

było dawne uczucie, konflikt emocji i zwierzęcego instynktu, który wyrażał się w działaniu:
walcz  lub  uciekaj.  Zawsze  uciekałam,  chowałam  się,  płaszczyłam.  Zjeżyły  mi  się  włosy  na
rękach i karku, odżyło głęboko ukryte wspomnienie gęstego futra.

Samochód  Carla  był  zaparkowany  za  rogiem.  Zapakował  mnie  na  siedzenie  po  stronie

pasażera. Ru-szyliśmy.

- Był u mnie Arturo.
Arturo był Mistrzem tutejszego rodu wampirów. Trzymał wampiry w ryzach, podobnie

jak Carl wilkołaki, i dopóki obydwie grupy trzymały się swoich terytoriów i nie wchodziły
sobie  w  drogę,  żyły  ze  sobą  w  zgodzie  -  zazwyczaj.  Skoro  Arturo  zjawił  się  u  Carla,
oznaczało to, że był z czegoś niezadowolony.

- Co się stało?
- Chce, żebyś zrezygnowała z audycji. - Patrzył prosto przed siebie.
Zaczerwieniłam  się.  Powinnam  była  się  domyślić,  że  dojdzie  do  czegoś  takiego.

Wszystko za dobrze się układało.

background image

- Nie mogę zrezygnować z audycji. Zwiększamy zasięg. Odsprzedajemy prawa. To wielka

szansa. Nie mogę jej przepuścić...

- Możesz, jeśli ci tak każę.
Potarłam  ze  znużeniem  twarz,  bo  nie  przychodziło  mi  do  głowy  żadne  rozwiązanie,

które zadowoliłoby nas obydwoje. Przetarłam oczy i upewniłam się, że nie drży mi głos.

- A więc ty też uważasz, że powinnam zrezygnować?
-  Mówi,  że  niektórzy  z  jego  ludzi  dzwonią  do  ciebie  po  radę,  zamiast  zwrócić  się  do

niego. To kwestionuje jego autorytet. Ma rację.

No proszę, Carl i Arturo zgadzają się w jakiejś sprawie. To wielka chwila w dyplomacji

nadnaturalnych.

- A więc powinien zwrócić uwagę swoim ludziom, a nie obwiniać mnie...
- Kitty...
Przygarbiłam się na fotelu i wydęłam wargi jak małe dziecko.
-  Martwi  go  też  rozgłos.  Uważa,  że  zwracasz  na  nas  za  dużą  uwagę.  Wystarczy  jeden

telewizyjny kaznodzieja lub prawicowy senator, wzywający do polowania na czarownice,
a ludzie zaczną się za nami rozglądać.

- Daj spokój, dziewięćdziesiąt procent ludzi jest przekonanych, że ta audycja to żart.
Rzucił mi krótkie spojrzenie.
-  Od  dawna  trzymaliśmy  się  własnego  grona  i  utrzymywaliśmy  wszystko  w  tajemnicy.

Arturo dłużej niż większość z nas. Nie możesz oczekiwać, że uzna, iż ten program to dobry
pomysł.

- Dlaczego rozmawiał z tobą, a nie ze mną?
- Bo to ja mam cię trzymać na smyczy.
- Na smyczy czy w kolczatce? Przepraszam. -Przeprosiłam, zanim nawet zdążył na mnie

spojrzeć.

- Masz zrezygnować z audycji - powtórzył. Zacisnął ręce na kierownicy.
- Zawsze robisz to, co ci każe Arturo?
Smutne, że to był najlepszy argument, jaki przyszedł mi do głowy. Carlowi nie spodoba

się myśl, że stara się zadowolić Arturo.

- To zbyt niebezpieczne.
- Dla kogo? Dla Arturo? Dla ciebie? Dla watahy?
-  Czy  naprawdę  tak  trudno  uwierzyć,  że  chodzi  mi  o  twoje  dobro?  Arturo  może  i

przesadza,  ale  ty  cholernie  się  wystawiasz.  Jeśli  jakiś  fanatyk  uzna,  że  jesteś  szatańskim
pomiotem, zjawi się u ciebie w studiu z bronią...

- Musiałby mieć srebrne kule.
- Jeśli potraktuje audycję serio, może je mieć.
- Nic takiego się nie stanie, Carl. Nie powiem nikomu, kim jestem.
- A jak długo dasz radę?
Carlowi  nie  podobała  się  ta  audycja,  bo  nie  miał  nad  nią  żadnej  kontroli.  Była  tylko

moja. A ja miałam być tylko jego. Nigdy wcześniej się z nim tak nie kłóciłam.

Wyjrzałam przez okno.
-  Dostanę  podwyżkę  za  każdą  nową  stację,  która  wykupi  prawa  do  audycji.  Teraz  to

niedużo, ale jeśli program się przyjmie, to może być bardzo dużo. Połowa dla ciebie.

background image

Silnik  mruczał;  noc  przesuwała  się  za  oknami,  w  ciemności  gubiąc  szczegóły.  Nie

musiałam  się  nawet  zastanawiać  nad  tym,  jak  dużo  byłam  gotowa  oddać  za  to,  żeby
zatrzymać  audycję.  To  było  jak  objawienie.  Byłam  gotowa  oddać  Carlowi  cały  dochód  z
syndykalizacji, byle tylko zostać. Gdyby tego zażądał, codziennie padałabym mu do stóp.

Musiałam  zostać  w  programie.  Był  mój.  Byłam  z  niego  dumna.  Był  ważny.  Nigdy

wcześniej nie robiłam nic ważnego.

Długo się zastanawiał nad odpowiedzią. Z każdą chwilą nadzieja coraz mocniej ściskała

mi  gardło.  No  bo  gdyby  chciał  odmówić,  na  pewno  nie  musiałby  aż  tak  nad  tym
rozmyślać.

- Dobra - powiedział w końcu. - Ale zawsze mogę zmienić zdanie.
- To uczciwe. - Czułam się tak, jakbym przebiegła maraton, byłam wycieńczona.
Pojechaliśmy  za  miasto,  jakieś  dwadzieścia  minut  drogi,  na  otwartą  przestrzeń  i

prywatne tereny, które otaczały pogórze, ciągnące się na zachód wzdłuż drogi numer 93.
Znaleźliśmy się w samym środku terytorium watahy. Niektóre z naszych wilków miały tu
domy. Obszar był odizolowany i mogliśmy tu bezpiecznie biegać. Nie było żadnych latarni.
Niebo  było  pochmurne.  Carl  zaparkował  przy  ślepej  piaszczystej  drodze.  Poszliśmy  na
pierwsze wzgórze, z dala od drogi i zabudowań.

Jeśli  wydawało  mi  się,  że  to  koniec  dyskusji,  myliłam  się.  Omówiliśmy  tylko  połowę

spraw. Tę ludzką połowę.

- Zmień się - polecił.
Pełnia miała być za dwa tygodnie. Nie lubiłam się zmieniać w innym czasie. Nie lubiłam

ulegać  swoim  potrzebom.  Zawahałam  się,  ale  Carl  się  rozbierał  i  jednocześnie  już  się
zmieniał - plecy mu się wygięły, ręce wydłużyły, zafalowało futro.

Dlaczego  nie  mógł  sobie  po  prostu  odpuścić?  Narastała  we  mnie  wściekłość,  chociaż

powinna w zasadzie ustąpić miejsca przerażeniu. Carl zaznaczy swoją dominację, a mnie
będzie to pewnie bolało.

Ale po raz pierwszy byłam na tyle wściekła, że mało mnie to obchodziło.
Nie  mogłam  z  nim  walczyć.  Był  dwa  razy  większy  ode  mnie.  Nawet  gdybym  wiedziała,

jak to zrobić, przegrałabym. Więc zaczęłam biec. Po drodze ściągnęłam koszulkę i stanik,
przystanęłam, żeby zsunąć dżinsy i majtki, wyskoczyłam z nich i zmieniłam się, pochylając
się tak, żeby być już w biegu, zanim zdążę pokryć się sierścią.

Jeśli za bardzo o tym nie rozmyślałam, nie bolało aż tak bardzo.
Ręce  grubieją,  wyrastają  pazury,  myśl  o  płynącej  wodzie,  żeby  nie  czuć,  jak  kości

wsuwają  się  pod  skórę,  a  stawy  i  mięśnie  nabierają  innego  kształtu.  Przy-kuca,  oddycha
głęboko, obnażając zęby. Zęby i twarz wydłużają się - i włosy, i oczy. Noc widziana oczami
wilczycy nabiera wyrazistości.

Nagle skacze. Wilczyca jest już przekształcona i biegnie, cztery łapy są takie naturalne,

są wspaniałe, poduszeczki ledwie dotykają miękkiej ziemi, a potem znów podrywają się w
powietrze. Wiatr mierzwi jej jutro jakby palcami, jej nozdrza wypełniają zapachy: drzewa,
ziemia,  zgnilizna,  życie,  woda,  ślady  z  wczoraj,  ślady  sprzed  godziny,  łuski  po  nabojach  z
zeszłego sezonu, krew, ból, wataha. Terytorium watahy. I on. Przywódca. Goni ją, jest tuż
za nią.

Źle, że mu ucieka. Ale ucieczka jest lepsza niż walka, a chęć walki jest silna. Zabij ją, jeśli

background image

nie przeprosi. Ale ona przeprasza; zrobi dla niego wszystko.

Biegnij,  ale  on  jest  większy,  szybszy.  Łapie  ją.  Ona  przewraca  się  i  szamocze,  strach

dodaje  jej  sił,  ale  on  szybko  przytrzymuje  ją  zębami.  Wbija  kły  w  jej  ramię,  a  ona
skowycze. Wykorzystuje swój chwyt jako oparcie, szuka jej gardła, a ona leży na grzbiecie,
odsłaniając brzuch. Jego dominacja oznacza pewność, że jej nie skaleczy.

Ona  nieruchomieje,  skomląc  przy  każdym  oddechu.  Odchyla  głowę  i  odsłania  gardło.

On może ją teraz zabić. Zaciska szczęki na jej szyi i tak zostaje.

Ona  zastyga  na  całą  wieczność,  a  on  dopiero  po  chwili  powoli  ją  puszcza.  Ona

pozostaje w bezruchu, liże go tylko po brodzie. Jakby mówiła: Jesteś Bogiem. Czołga się za
nim na brzuchu, bo go kocha.

Polują, a ona pokazuje mu, że jest dla niej Bogiem, czekając, aż pozwoli jej zjeść królika.

Zostawia jej samą skórę i kości do wylizania, ale ona jest zadowolona.

Obudziłam  się  w  ludzkiej  postaci  w  szarym  świetle  poranka.  Wilczyca  była  jeszcze  we

mnie, wsączała się do mojej świadomości, a ja pozwoliłam, żeby wypełniła mi głowę, bo
jej instynkt był lepszy niż mój, zwłaszcza gdy chodziło o niego.

Leży  naga  w  legowisku,  ukrytym  na  pagórku,  które  służy  mu  za  dom,  kiedy  odsypia

wilka.  On  też  tam  jest,  nagi,  podniecony.  Skubie  jej  ucho,  liże  pysk,  ssie  gardło,  po  czym
wsuwa się na nią, ciężarem swojego ciała rozchylając jej nogi. Ona jęczy i wpuszcza go w
siebie;  on  przyciska  się  do  niej  powoli,  delikatnie.  Ona  żyje  właśnie  po  to  -  dla  jego
zainteresowania, dla jego uwielbienia.

Szepcze jej do ucha:
- Zajmę się tobą, a ty nie musisz nigdy dorastać. Zrozumiałaś?
- Tak. Och, tak.
Przyciska ją do ziemi, ona lgnie do niego i odchodzi, i znów jestem sobą.
Przywilej samca alfa w watasze: pieprzyć kogo chce i kiedy chce. Jedna z zalet pełnionej

roli.  A  także  jeden  z  powodów,  dla  których  zupełnie  miękłam  w  jego  obecności.
Wystarczyło, że wszedł do pokoju, a ja byłam już cała rozpalona i przejęta, gotowa zrobić
dla  niego  wszystko,  gdyby  tylko  mnie  dotknął.  Jego  zapach  i  zapach  innych  wilków
doprowadzał mnie do szaleństwa.

Zwinęłam się przy nim w kłębek, a on przyciągnął mnie do siebie, mój opiekun.
Potrzebowałam  watahy,  bo  sama  nie  potrafiłam  się  bronić.  W  naturze  młode  wilczki

muszą  nauczyć  się  polować,  walczyć.  Mnie  nikt  tego  nie  nauczył.  Carl  chciał,  żebym  była
zależna. Nie wolno mi było samej polować ani pomagać bronić stada. Dopóki okazywałam
uległość  Carlowi,  dopóty  nie  miałam  żadnych  obowiązków.  Dopóki  byłam  szczeniakiem,
on miał się o mnie troszczyć.

Następnego  popołudnia  w  studiu  podrywałam  się  na  widok  każdego  cienia.

Wzdrygałam  się  na  każdy  trzask  i  rozglądałam  wokół.  Był  środek  dnia,  a  ja  i  tak  ciągle
czekałam, aż przez okna zaczną wpełzać ścigające mnie wampiry.

Naprawdę  nie  wydaje  mi  się,  żeby  ktokolwiek  aż  tak  poważnie  traktował  audycję.  Na

ogół nawet ja nie traktowałam jej aż tak poważnie.

Jeśli  Arturo  rzeczywiście  chciał,  żebym  zrezygnowała  z  audycji,  a  ja  tego  nie  zrobiłam,

będą  kłopoty.  Nie  wiedziałam  jakie,  ale  w  taki  czy  inny  sposób  się  tego  dowiem.
Następnym  razem  Arturo  i  jego  banda  mogą  ominąć  Carla.  Przyjdą  prosto  do  mnie.

background image

Przeszłam  się,  żałując,  że  nie  mam  oczu  z  tyłu  głowy.  I  po  bokach.  Zaczęłam  się
zastanawiać nad cienką granicą między ostrożnością a paranoją.

Carl nie zawsze będzie przy mnie, żeby mnie chronić. Nie mógł przychodzić ze mną do

pracy.

Znalazłam  Matta,  dźwiękowca,  który  pracował  przy  mojej  audycji,  wrócił  właśnie  z

kolacji.  Jedna  z  zalet  mojego  sukcesu:  ktoś  inny  pilnował,  żeby  w  odpowiednim  czasie
puścić odpowiednie ogłoszenie. Był zrelaksowany - jeszcze jeden stażysta zatrudniony na
pełen  etat  -  i  najwyraźniej  zawsze  miał  jakiegoś  kumpla,  który  zajmował  się  akurat  tym,
czego właśnie potrzebujesz.

- Cześć, Matt. Znasz kogoś, kto prowadzi dobre zajęcia z samoobrony?
 

background image

Rozdział 3

 

Nazywam  się  Kitty  Norville,  a  wy  słuchacie  Nocnej  godziny,  audycji,  która  nie  boi  się

ciemności  ani  zamieszkujących  ją  stworzeń.  Nasza  pierwsza  rozmówczyni  dzisiejszego
wieczoru dzwoni z Oakland. Witaj, Marie.

- Cześć, Kitty. Dzięki za rozmowę.
- Nie ma za co. Masz jakieś pytanie?
- Właściwie to problem.
- W porządku. Dawaj.
-  Chodzi  o  mojego  Mistrza.  To  znaczy  zazwyczaj  nie  mam  żadnych  zastrzeżeń.  Jest

naprawdę  seksowny  i  bogaty.  Mam  dużo  bonusów,  takich  jak  fajne  ciuchy,  biżuteria  i
takie tam. Ale kilka rzeczy mnie niepokoi.

Skrzywiłam się.
- Marie, tak dla jasności: jesteś człowiekiem?
- Tak.
- I dobrowolnie oddałaś się wampirowi jako jego służąca?
- No tak.
Na pewno nie była pierwsza.
- A teraz jesteś nieszczęśliwa, bo...
- Bo myślałam, że będzie inaczej. - Na pewno nie ona pierwsza to odkryła.
- Niech zgadnę: nie sądziłaś, że będzie aż tyle krwi. Każe ci sprzątać po swoich orgiach,

tak?

- Nie, nie, krew mi w ogóle nie przeszkadza. Chodzi o to, że - że nie pije z szyi. Woli pić

z uda.

- A tobie przeszkadza taki drobiazg? Pewnie masz śliczne uda.
- Ale to powinna być szyja. We wszystkich opowieściach to szyja.
-  Są  też  legendy  o  wampirach,  które  wyrywają  ludziom  serca  i  chłepczą  z  nich  krew.

Ciesz się, że nie spotykasz się z jednym z nich.

- Poza tym nie nosi jedwabiu.
Co miałam jej powiedzieć? Biedna dziewczyna straciła złudzenia.
- A każe ci jeść muchy?
- Nie...
-  Marie,  jeśli  przedstawisz  swoje  pragnienia  w  formie  prośby,  a  nie  żądania  -  jeśli  w

twoich ustach będą brzmieć równie atrakcyjnie jak dla ciebie samej - twój Mistrz może cię
zaskoczyć. Kup mu jedwabną koszulę na urodziny. Co myślisz?

- Dobrze. Spróbuję. Dzięki, Kitty.
- Powodzenia. Następny telefon, Pete, jesteś na antenie.
- Jestem wilkołakiem uwięzionym w ludzkim ciele.
- Cóż, o to mniej więcej w tym chodzi.
- Nie, naprawdę. Jestem uwięziony.
- Tak? Kiedy ostatni raz się zmieniałeś?
- No właśnie, nigdy się nie zmieniałem.

background image

- A więc nie jesteś wilkołakiem.
-  Jeszcze  nie.  Ale  miałem  nim  być,  wiem  to.  Co  mam  zrobić,  żeby  jakiś  wilkołak  mnie

zaatakował?

-  Stanąć  podczas  pełni  księżyca  w  środku  lasu  z  surowym  stekiem  przywiązanym  do

twarzy i tabliczką: „Zjedz mnie; jestem durniem"?

- Mówię poważnie.
-  Ja  też!  Słuchaj,  nie  chcesz,  żeby  zaatakował  cię  wilkołak.  Nie  chcesz  być  wilkołakiem.

Być może ci się wydaje, że chcesz, ale pozwól, że wyjaśnię ci to jeszcze raz: likantropia to
choroba.  To  przewlekła  choroba,  która  zmienia  całe  życie  i  na  którą  nie  ma  lekarstwa.
Chorzy  uczą  się  z  nią  żyć  -  niektórzy  lepiej,  inni  gorzej  -  ale  uniemożliwia  im  normalne
życie. Znacznie zwiększa ryzyko, że umrzesz przedwczesną i straszną śmiercią.

-  Ale  ja  chcę  mieć  kły  i  pazury.  Chcę  polować  gołymi  rękami  na  jelenie.  To  by  było

ekstra!

Potarłam czoło i westchnęłam. Za każdym razem mam przynajmniej jeden taki telefon.

Gdyby udało mi się przekonać chociaż jednego z tych dowcipnisiów, ze bycie wilkołakiem
wcale nie jest takie ekstra, uznałabym, że program odniósł sukces.

-  Zupełnie  inaczej  jest  polować  na  jelenie  nie  dlatego,  że  masz  na  to  ochotę,  ale

dlatego,  że  musisz,  bo  zmusza  cię  do  tego  żądza  krwi.  Bo  jeśli  nie  zapolujesz  na  jelenia,
zaczniesz  polować  na  ludzi,  a  to  będzie  oznaczać  kłopoty.  Co  myślisz  o  polowaniu  na
ludzi, Pete? Co myślisz o jedzeniu ludzi?

- Hm, przyzwyczaiłbym się?
- To miałbyś na karku kolesi z bronią naładowaną srebrnymi kulami. Powtarzam po raz

ostatni,  nie  polecam  likantropii  jako  dobrowolnie  wybranego  stylu  życia.  Następny
rozmówca.

- Eee, tak. Cześć,
- Witam.
-  Mam  do  ciebie  pytanie.  Wilkołaki  i  wampiry  -  jesteśmy  silniejsi  niż  ludzie.  Co  nas

powstrzymuje  przed  tym,  żeby,  no  nie  wiem...  rabować  banki?  Policja  nie  może  nas
zatrzymać. Zwykłe kule nie działają. Dla-czego więc więcej naszych nie robi problemów?

- Ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości - odpowiedziałam bez zastanowienia.
- Ale my nie jesteśmy...
- .. .ludźmi? Naprawdę wierzysz w to, że nie jesteś człowiekiem?
- No nie. Jak mógłbym nim być? Skrzyżowałam ręce i westchnęłam.
-  Wszyscy  ludzie,  z  którymi  rozmawiam,  bez  względu  na  to,  kim  są  i  co  robią,

powtarzają jedną rzecz: że mimo wszystko chcą być częścią społeczeństwa. Społeczeństwo
oznacza  korzyści,  nawet  dla  nich.  Podpisują  więc  społeczny  kontrakt.  Godzą  się  żyć
zgodnie  z  zasadami  ludzi.  Co  oznacza,  że  nie  „robią  problemów".  I  właśnie  dlatego
uważam, że możemy znaleźć sposób, żeby żyć wszyscy razem.

O,  kurczę.  Czasem  sama  siebie  zadziwiałam  tym,  jak  wiarygodnie  to  wszystko

przedstawiałam. Może nawet w to wierzyłam. Nie, musiałam w to wierzyć, bo inaczej nie
prowadziłabym audycji.

Rozmówca zawahał się, po czym spytał:
-  A  więc  ja  mówię,  że  jestem  wilkołakiem,  a  ty  mówisz,  że  twoim  zdaniem  jestem

background image

człowiekiem?

Nie wiedział, że prosi w ten sposób, abym sama określiła, kim jestem.
- Właśnie. A skoro żyjesz w świecie ludzi, musisz dostosować się do ludzkich praw.
Cała  sztuczka  polegała  na  pewności  siebie.  Musiałam  tylko  brzmieć  tak,  jakbym

wiedziała, o czym mówię.

- No tak, dzięki.
- Dzięki za telefon. Witaj, James, jesteś na antenie.
-  Mam  pytanie,  Kitty.  -  Mówił  niskim,  przytłumionym  głosem,  jakby  zbyt  mocno

przyciskał usta do słuchawki.

- Słucham.
-  Czy  wilkołak  musi  należeć  do  watahy?  Nie  może  żyć  sam?  -  W  jego  pytaniu

pobrzmiewała jakaś tęsknota.

- Przypuszczam, że teoretycznie wilkołak nie musi mieć watahy. A dlaczego pytasz?
-  Z  ciekawości.  Z  czystej  ciekawości.  Mam  wrażenie,  że  nikt  w  twoim  programie  nie

mówi nigdy o tym, że jest wilkołakiem, ale nie ma watahy. Prawda?

-  Masz  rację.  Nieczęsto  zdarza  mi  się  rozmawiać  z  wilkołakiem,  który  nie  wspomina  o

watasze.  Wydaje  mi  się...  -  Na  tym  właśnie  polegał  kłopot  z  audycją:  jak  dużo  mogłam
powiedzieć,  nie  odwołując  się  do  własnych  doświadczeń,  nie  zdradzając  się?  -  Myślę,  że
watahy  są  ważne  dla  wilkołaków.  Zapewniają  bezpieczeństwo,  opiekę,  grupę.  A  także
kontrolę.  Nie  będą  tolerować  samotnika,  który  robi  bałagan  i  przyciąga  uwagę  do  całej
reszty. Stado to sposób, żeby mieć oko na wszystkie likantropy w okolicy. To samo odnosi
się do rodów wampirów.

-  Ale  samo  to,  że  wilkołak  żyje  w  pojedynkę,  nie  oznacza  wcale  od  razu,  że  zacznie

zabijać ludzi. Praw-da? - Facet był spięty. Nawet przez telefon wyczuwałam w jego głosie
zdenerwowanie.

- A ty jak sądzisz, James?
- Nie wiem. Dlatego właśnie zadzwoniłem. Ciągle powtarzasz, że każdy, nawet potwór,

może decydować o tym, co robi, może decydować, czy pozwoli, żeby jego natura przejęła
nad nim kontrolę, czy też wzniesie się ponad to wszystko. Ale czy to naprawdę możliwe?
Może... może, jeśli nie mam watahy... jeśli nie chcę mieć nic wspólnego z żadną watahą...
może  to  mój  własny  sposób  na  kontrolę.  Nie  poddaję  się.  Nie  muszę  taki  być.  Mogę
przetrwać w pojedynkę. Mogę? Mogę?

Ja tego nie potrafiłam. Od tamtej nocy, kiedy zostałam zaatakowana, do dzisiaj, ktoś -

T.J. lub ktokolwiek inny - był przy mnie, żeby dać mi pewność, że wszystko będzie dobrze,
że  mam  przyjaciół.  Pomagali  mi  zachować  kontrolę.  Zapewniali  mi  miejsce,  do  którego
mogłam  uciec,  kiedy  czułam,  że  ją  tracę.  Nie  musiałam  się  martwić  o  to,  że  zrobię  im
krzywdę.  Gdybym  ich  nie  miała,  co  bym  zrobiła?  Byłabym  sama.  Ilu  było  takich  ludzi  -
ludzi takich jak James, którzy nie mieli watah ani rodów, ani niczego - ilu z nich słuchało
mojej  audycji  i  sądziło,  że  mam  odpowiedź  na  wszystko?  Nie  planowałam  tego,  kiedy
zaczynałam prowadzić program.

Czy miałam w ogóle jakiś plan, kiedy zaczynałam?
Kim  byłam,  że  wydawało  mi  się,  że  naprawdę  mogę  komuś  z  nich  pomóc?  Sama  nie

dałabym sobie rady bez stada. Może James był inny.

background image

-  Nie  wiem,  James.  Nie  wiem  nic  o  twoim  życiu.  Jeśli  chcesz,  żebym  ci  przytaknęła,

żebym  ci  powie-działa,  że  tak,  że  masz  rację,  że  nie  potrzebujesz  watahy  i  że  wszystko
będzie dobrze, to nie zrobię tego.

Nie znam odpowiedzi na wszystko. Mogę się kierować tylko tym, co usłyszę i co sama

myślę.  Spójrz  na  swoje  życie  i  zastanów  się,  czy  jesteś  szczęśliwy.  Jeśli  możesz  tak  żyć  i
jeśli  ludzie  wokół  ciebie  mogą  z  tym  żyć,  to  świetnie,  nie  potrzebujesz  watahy.  Ale  jeśli
nie  jesteś  szczęśliwy,  zastanów  się  dlaczego  i  zrób  coś  z  tym.  Może  wataha  pomoże,  a
może  nie.  Rozmawiamy  o  bardzo  dziwnym  świecie.  Niemądrze  byłoby  sądzić,  że  do
każdego  stosuje  się  tę  samą  zasadę.  -  Odczekałam  kilka  uderzeń  serca.  Słyszałam  jego
oddech  po  drugiej  stronie  linii.  -  James,  wszystko  w  porządku?  Jeszcze  jedno  uderzenie
serca w ciszy.

- Tak.
-  Odbiorę  teraz  następny  telefon.  Głowa  do  góry  i  nie  wybiegaj  myślami  za  daleko

wprzód.

- Dobrze, Kitty. Dziękuję.
Proszę, proszę, proszę, niech następna rozmowa będzie łatwa. Połączyłam.
- Jesteś na antenie.
-  Cześć,  Kitty.  Jestem  likantropem  od  jakichś  sześciu  lat  i  wydaje  mi  się,  że  całkiem

nieźle się przystosowałem. Dobrze się dogaduję z moją watahą i w ogóle.

- To świetnie.
- Ale nie wiem, czy mogę im o tym powiedzieć. Bo widzisz, mam jakąś wysypkę...
Miałam  swój  gabinet.  Nieduży.  Raczej  wnękę  z  biurkiem.  Ale  miałam  własny  telefon.

Wizytówki.  „Kitty  Norville,  Nocna  godzina,  Pokrętło".  Kilka  miesięcy  temu  nigdy  bym  nie
przypuszczała, że dostanę prawdziwą pracę. Ale dostałam. Wizytówki. Kto by pomyślał?

Audycja  była  nadawana  raz  w  tygodniu,  ale  pracowałam  prawie  codziennie.  Głównie

popołudniami  i  wieczorami,  trzymając  się  nocnej  zmiany,  do  której  przywykłam.
Musiałam  poświęcać  niewiarygodną  ilość  czasu  na  różne  organizacyjne  bzdety:  gościnne
wywiady, obronę przeciwawaryjną, zbieranie informacji. Nie przeszkadzało mi to. Czułam
się  dzięki  temu  jak  prawdziwa  dziennikarka,  jak  moi  bohaterowie  z  radia  publicznego.
Dzwonili do mnie nawet z mediów. Audycja była nietypowa, zwariowana i zaczęła budzić
zainteresowanie ludzi, którzy śledzili dziwactwa popkultury. Wiele osób sądziło, że to lep
na gotów. Udało mi się wymyślić gotowe odpowiedzi na prawie wszystkie pytania.

Często  mnie  pytano,  czy  byłam  wampirzycą,  likantropem,  czarownicą,  czymkolwiek;

sceptycy  pytali,  czy  uważam,  że  jestem  wampirzycą,  likantropem,  czarownicą,
czymkolwiek.  Zawsze  odpowiadałam,  że  jestem  człowiekiem.  Właściwie  to  nie  kłamstwo.
A co miałam mówić?

Lubiłam  zbierać  informacje.  Miałam  pracowników  od  wycinków  prasowych,  którzy

dostarczali  mi  artykuły  ze  wszystkich  mediów  na  temat  wampirów,  likantropów,  magii,
czarodziejów,  duchów,  badań  nad  zjawiskami  paranormalnymi,  kręgów  zbożowych,
telepatii,  duchowości,  zaginionych  miast  -  na  temat  wszystkiego.  Wszystko  mogło  się
przydać.

Producent  Niezbadanego  świata  zadzwonił,  żeby  spytać,  czy  chciałabym  wystąpić  u

niego w programie. Odmówiłam. Nie byłam gotowa na telewizję. Nigdy nie będę gotowa

background image

na telewizję. Lepiej nie ujawniać się bardziej niż to konieczne.

Dostawałam  listy  od  fanów.  No,  część  z  nich  była  od  fanów.  Część  natomiast  była

bardziej  w  duchu:  „Zgiń,  ty  szatańska  dziwko  z  piekła  rodem".  Miałam  teczkę,  w  której
przechowywałam  takie  listy  i  co  tydzień  przekazywałam  je  policji.  Jeśli  kiedyś  mnie
zamordują, policja będzie miała pikantną listę podejrzanych. Wspaniale.

Wilkołaki naprawdę są odporne na zwykłe kule. Sama widziałam.
Sześć  miesięcy.  Prowadziłam  audycję  raz  w  tygodniu  od  sześciu  miesięcy.  Dwadzieścia

cztery odcinki. Nadawali mnie w sześćdziesięciu dwóch stacjach w całym kraju. Małe piwo
w  świecie  radiowych  pro-gramów.  Ale  dla  mnie  to  było  coś  wielkiego.  Myślałam,  że  do
tego czasu będę miała już dość. Ale wydawało mi się, że zawsze jest o czym rozmawiać.

Pewnego  wieczoru,  o  siódmej  czy  ósmej,  byłam  w  swoim  gabinecie  -  w  swoim

gabinecie!  -  i  czytałam  lokalną  prasę.  Nius  o  rozszarpanym  ciele  prostytutki  ze
śródmieścia  znalazł  się  na  trzeciej  stronie.  Nie  przeczytałam  nawet  pierwszego  akapitu,
kiedy zadzwonił telefon - mój telefon!

- Słucham?
- Czy rozmawiam z Kitty Norville?
- Tak.
- Chciałbym z panią pomówić.
- Z kim rozmawiam?
Zawahał się, a dopiero potem znów się odezwał:
-  Ludzie,  którzy  do  pani  dzwonią,  którzy  twierdzą,  że  mają  zdolności

parapsychologiczne,  że  są  wampirami  albo  wilkołakami,  wierzy  im  pani?  Wierzy  pani,  że
to prawda?

Nagle  poczułam  się  tak,  jakbym  prowadziła  audycję,  przy  telefonie,  stając  twarzą  w

twarz  z  dziwactwem,  jakim  było  moje  życie.  Ale  byłam  sam  na  sam  z  facetem  przy
telefonie. Brzmiał... zupełnie normalnie.

Kiedy prowadziłam audycję, musiałam ciągnąć ludzi za język. Musiałam im odpowiadać

tak, żeby czuli się na tyle swobodnie, żeby mówić dalej. Chciałam pociągnąć za język tego
faceta.

- Tak, wierzę.
- Czy oni panią przerażają?
Zmarszczyłam brwi. Nie miałam pojęcia, do czego on zmierza.
- Nie. To ludzie. Wampiryzm i cała ta reszta - to choroby, a nie piętno szatana. Wielka

szkoda,  że  nie-którzy  z  nich  wykorzystują  to  jako  przyzwolenie,  by  czynić  zło.  Ale  nie
można z tego powodu potępiać wszystkich.

-  To  zdumiewająco  racjonalne  podejście,  pani  Norville.  -  Głos  nabrał  pewnej  ostrości.

Stał się autorytatywny. Zdecydowany, jakby facet już wiedział, z czym ma do czynienia.

- Kim pan jest?
- Jestem związany z pewną agencją rządową...
- Z którą?
- Nieważne. Nie powinienem nawet z panią rozmawiać w taki sposób.
- Niech pan nie żartuje!
- Od jakiegoś czasu zastanawia mnie, dlaczego prowadzi pani tę audycję?

background image

- Proszę mi chociaż pozwolić zgadywać. Jest pan z Państwowego Instytutu Zdrowia?
-  Nie  wydaje  mi  się,  żeby  taki  pomysł  przyszedł  do  głowy  komuś,  kto  nie  jest  tym...

osobiście... zainteresowany.

Przeszył mnie dreszcz, od którego włosy stanęły mi dęba. Ta rozmowa szła za daleko.
- Jest pan więc z Centrum Zapobiegania i Zwalczania Chorób?
Chwila ciszy, a potem:
- Proszę mnie źle nie zrozumieć, podziwiam pani pracę. Ale zaciekawiła mnie pani, kim

pani jest?

No dobra, to było dziwne. Musiałam coś szybko powiedzieć, żeby odegnać panikę.
- Co ma pan na myśli, pytając, kim jestem?
- Myślę, że możemy sobie nawzajem pomóc. Wymienić się informacjami.
Czując się trochę jak córka młynarza w Titelitury, zaczęłam strzelać na oślep.
- Jest pan z CIA?
-  Proszę  zobaczyć,  co  pani  znajdzie  w  Centrum  Biologii  Nadnaturalnej.  -  Po  czym  się

rozłączył.

Świetnie, miałam własne, prywatne Głębokie Gardło.
Trudno  się  skupić  na  pracy  po  czymś  takim.  Obracałam  w  myślach  tę  rozmowę,

zastanawiając się, co mi umknęło i co ktoś taki mógł osiągnąć, dzwoniąc do mnie.

Nie  minęło  więcej  niż  pięć  minut,  kiedy  telefon  znów  zadzwonił.  Wzdrygnęłam  się,

poderwałam  i  spróbowałam  uspokoić  oszalałe  bicie  serca,  zanim  odebrałam.  Byłam
pewna, że rozmówca usłyszy to walenie przez telefon. Odebrałam niepewnie.

- Halo?
-  Kitty?  Tu  mama.  -  Mówiła  radośnie  i  normalnie,  jak  zwykle.  Zamknęłam  oczy  i

westchnęłam.

- Cześć, mamo. Co tam?
- W końcu mi nie powiedziałaś, czy będziesz na ślubie swojej kuzynki, Amandy. Muszę

jej odpowiedzieć.

Zupełnie o tym zapomniałam. Głównie dlatego, że pod żadnym pozorem nie chciałam

tam jechać. Śluby oznaczały tłumy. Nie lubiłam tłumów. I pytań. W stylu: „To kiedy kolej
na ciebie?". Albo: „Masz kogoś szczególnego?"

No bo co to znaczy: szczególny?
Próbowałam odpowiedzieć trochę grzeczniej. Mama nie zasługiwała na to, żeby się na

niej wyżywać. Wyciągnęłam notes.

-  Nie  wiem,  przypomnij  mi,  kiedy  to?  -  Podała  mi  termin,  przekartkowałam  kalendarz

do następnego miesiąca i sprawdziłam. Dzień po pełni. Nie ma mowy, żebym była w dość
dobrej formie, żeby spotykać się z rodziną dzień po pełni księżyca. Nie dam rady być miła
dla tylu osób.

Gdybym tylko mogła znaleźć jakąś wymówkę.
- Przykro mi, mam już coś innego. Nie dam rady.
- Myślę, że Amandzie naprawdę zależy, żebyś była.
-  Wiem,  wiem.  Naprawdę  mi  przykro.  Wyślę  jej  kartkę.  -  Zapisałam  sobie  nawet,  żeby

wysłać jej kartkę. Prawdę mówiąc, nie sądzę, żeby Amanda aż tak bardzo za mną tęskniła.
Ale  chodziło  o  coś  innego.  Mama  nie  chciała  wyjaśniać  wszystkim  przyczyn  mojej

background image

nieobecności, tak samo jak ja nie chciałam wyjaśniać jej, dlaczego mnie nie będzie.

-  Wiesz,  Kitty,  nie  było  cię  już  na  ostatnim  zjeździe  rodzinnym.  Rozumiem,  że  jesteś

zajęta, ale byłoby miło, gdybyś wpadła do nas raz na jakiś czas.

Ciągle  chodziło  o  jej  urodziny.  Subtelne,  niewyraźne  poczucie  winy,  które  tylko  matki

potrafią wzbudzić. Przecież nie unikałam swojej rodziny dla zasady.

- Postaram się być następnym razem - powiedziałam jak zawsze.
Mama nie odpuszczała.
- Wiem, że nie chcesz, żebym się o ciebie martwiła. Ale byłaś kiedyś taka towarzyska, a

teraz...  -  Byłam  pewna,  że  wzruszyła  ramionami,  nie  kończąc  myśli.  -Wszystko  w
porządku?

Czasem żałowałam, że nie mogę jej powiedzieć, że jestem lesbijką albo coś w tym stylu.
- Wszystko okej, mamo. Po prostu jestem zajęta. Nie martw się.
-  Na  pewno,  bo  jeśli  potrzebujesz  porozmawiać...  Nie  mogłam  jej  powiedzieć.  Nie

potrafiłam sobie wyobrazić, jakie koszmarne wizje snuła o tym, co robię, kiedy mówiłam
jej, że jestem zajęta. Ale nie mogłam powiedzieć jej prawdy. Była dobra. Normalna. Nosiła
spodnium  i  była  agentką  nieruchomości.  Grała  z  tatą  w  tenisa.  Jak  wyjaśnić  komuś
takiemu, że jesteś wilkołakiem?

-  Mamo,  naprawdę  muszę  wracać  do  pracy.  Wiem,  że  się  martwisz,  jestem  ci

wdzięczna,  ale  wszystko  jest  w  porządku,  przyrzekam.  -  Kłamałam  w  żywe  oczy,  ale  co
innego miałam jej powiedzieć?

-  No  dobrze.  -  Nie  wydawała  się  przekonana.  -Zadzwoń  do  mnie,  jeśli  zmienisz  zdanie

co do ślubu.

- Dobrze. Pogadamy później.
Na  dźwięk  przerwanego  połączenia  poczułam  się  tak,  jakby  ktoś  zdjął  mi  ciężar  z

barków.  Telefon.  Wizytówki.  W  następnej  kolejności  potrzebowałam  sekretarki,  która
będzie filtrować dzwoniących interesantów.

Kiedy kilka minut później rozległo się pukanie do drzwi, byłam już naprawdę wściekła.

Rzuciłam czytaną gazetę, podniosłam głowę i zobaczyłam w drzwiach mężczyznę. W moim
gabinecie były drzwi, ale rzadko je zamykałam. Nie zauważyłam, kiedy się zjawił.

Był  przeciętnego  wzrostu  i  budowy,  miał  ciemne  włosy  opadające  na  ramiona  i

delikatne  rysy  twarzy.  Wyglądał  niepozornie,  tyle  że  czuć  było  od  niego  trupem.  Dobrze
zakonserwowanym  trupem,  rzecz  jasna.  Nie  pachniał  zgnilizną.  Ale  czuć  w  nim  jednak
było zimną, a nie ciepłą krew, a poza tym nie biło mu serce.

Wampiry  zakradały  się  właśnie  w  ten  sposób,  tak  żeby  nikt  ich  nie  zauważył.  Pewnie

przeszedł tuż obok ochroniarza w lobby.

Znałam tego wampira - to był Rick.
Widziałam go kilka razy, kiedy Carl i Artura spotykali się, żeby rozwiązać, jakiś spór. Był

dziwny.  Na-leżał  do  rodu  Arturo,  ale  nie  wydawał  się  specjalnie  zainteresowany  jego
sprawami;  zawsze  trzymał  się  na  uboczu,  nigdy  nie  zbliżał  się  do  samego  Arturo.  Nie
roztaczał  wokół  siebie  tej  aury  znudzenia,  która  była  tak  powszechna  wśród  wampirów.
Potrafił się śmiać z cudzych żartów. Kiedy ładnie go poprosiłam, opowiedział mi trochę o
Dzikim Zachodzie. Prawdziwym Dzikim Zachodzie - był tam.

Westchnęłam, włosy mi się zjeżyły i krew zaczęła szybciej krążyć ze strachu, ale oparłam

background image

się  w  krześle.  Próbowałam  zachowywać  się  normalnie,  jakby  jego  obecność  wcale  mnie
nie niepokoiła.

- Cześć, Rick.
Uśmiechnął się półgębkiem. Kiedy się odezwał, odsłonił kły, smukłe, ostre jak igły zęby

w miejscu ludzkich kłów.

- Przykro mi, jeśli cię przestraszyłem.
- Nie jest ci przykro. Lubisz to.
- Nie chciałbym wyjść z wprawy.
- Myślałam, że nie możesz wejść, jeśli cię nie zaproszę.
- To nie dotyczy miejsc publicznych.
-  A  więc  co  cię  tu  sprowadza?  -  W  pytaniu  słychać  było  napięcie.  Mógł  przyjść  tylko

dlatego,  że  nie  zrezygnowałam  z  prowadzenia  audycji,  a  Arturo  nie  był  z  tego
zadowolony. - Miał kamienny wyraz twarzy.

- A jak myślisz, dlaczego tu jestem?
Wbiłam w niego wzrok, bo nie miałam już ochoty na żadne gierki.
- Arturo powiedział Carlowi, żebym zrezygnowała z prowadzenia audycji. Nie zrobiłam

tego. Zakładam, że Jego Nieumarłość chce mi bezpośrednio dopiec i doprowadzić do tego,
żebym zniknęła z anteny. Przysłał cię, żebyś mi przekazał jakąś groźbę.

- To lekka paranoja, nie sądzisz? Wycelowałam w niego palec.
- Nie, jeśli naprawdę chcą mnie zdjąć.
- To nie Arturo mnie przysłał. Zmrużyłam podejrzliwie oczy.
- Nie?
- Nie wie, że tu jestem.
To zmieniało postać rzeczy. Zakładając, że Rick mówił prawdę, a nie było powodu, żeby

kłamał. Jeśli spotykał się ze mną za plecami Arturo, musiał mieć ku temu ważny powód.

- No to czemu tu jesteś?
-  Usiłuję  znaleźć  pewne  informacje.  Pomyślałem,  że  może  mi  pomożesz.  -  Wyciągnął  z

kieszeni  złożoną  kartkę,  rozprostował  ją  i  podał  mi.  -  Co  o  tym  sądzisz?  -  Była  to  ulotka
wydrukowana na słoneczno-żółtym papierze. Koszty produkcji musiały być bardzo niskie.
Może  nawet  tekst  został  napisany  na  maszynie,  a  potem  skserowany  w  supermarkecie.
Napisano na niej:

Potrzebujesz  pomocy?  Jesteś  przeklęty?  Wampiry,  likantropy,  jest  dla  was  nadzieja!

Jest lekarstwo! Wielebny Elijah Smith i jego Kościół Czystej Wiary chce was ocalić. Czysta
Wiara was wyzwoli.

Na dole ulotki znajdowała się data sprzed kilku tygodni. Miejscem spotkania było stare

ranczo pięćdziesiąt kilometrów na północ od miasta, niedaleko Brighton.

Przeczytałam  wszystko  jeszcze  raz  i  zmarszczyłam  czoło.  Tekst  brzmiał  śmiesznie.

Przywodził  na  myśl  obraz  stereotypowego  kaznodziei  z  południa,  który  zagina  parol  na
kogoś  takiego  jak  Carl.  Wygnać  demony,  alleluja  i  do  przodu.  Carl  odgryzłby  mu  głowę  -
dosłownie.

- Lekarstwo? Uzdrowienie przez wiarę? To jakiś żart?
-  Nie,  niestety  nie.  Jedna  z  wampirzyc  Arturo  odeszła  do  nich.  Słuch  po  niej  zaginął.

Mam pewne podejrzenia i zaczynam się martwić.

background image

- Nie ma żartów. Arturo musi być wściekły.
-  Tak.  Ale  właściwie  nie  można  nic  się  dowiedzieć  na  temat  tego  całego  Smitha  i  jego

Kościoła. Arturo jest zbyt dumny, żeby zwrócić się o pomoc. Ja nie. Masz różne kontakty.
Zastanawiałem się, czy może o czymś słyszałaś.

-  Nie.  -  Odwróciłam  kartkę,  jakbym  w  ten  sposób  miała  odkryć  kolejne  sekrety,  ale  z

tyłu nic nie było. -Lekarstwo? Działa?

Każde lekarstwo, na jakie kiedykolwiek udało mi się natrafić, okazywało się bujdą. Dym

i folklor. Można mi było wybaczyć sceptycyzm.

- Nie wiem - powiedział tylko.
- Nigdy nie słyszałam o lekarstwie, które byłoby naprawdę skuteczne.
- Ja też nie.
- Wampirzyca od Arturo uznała, że to nie żadna ścierna. I nie wróciła. Więc zadziałało?
-  Niektórych  może  kusić  taka  możliwość.  Znakomita  przynęta,  jeśli  chcą  zwabić  takich

jak my. '

- Zwabić, ale po co? Wzruszył ramionami.
- Żeby złapać ich w pułapkę i zabić. Zniewolić. Takie rzeczy już się zdarzały.
Jego  sugestia  brzmiała  bardzo  złowrogo.  Wywoływała  niejasny  lęk  przed  czymś,  czego

nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić. Polowania na czarownice, pogromy. Reality show.
Próbował  mnie  tylko  przestraszyć,  wzburzyć  na  tyle,  żebym  zechciała  coś  z  tym  zrobić.
Poskutkowało.

- Postaram się czegoś dowiedzieć. - Woda na młyn. Zaczęłam się zastanawiać, czy Smith

dałby się zaprosić na wywiad w radiu.

- Dziękuję.
- Dzięki za wskazówkę. - Zacisnęłam usta, powstrzymując się od uśmiechu. - Dobrze, że

pokorni podwładni robią tyle za plecami swoich przywódców, bo inaczej nigdy do niczego
byśmy nie doszli.

Rick spojrzał z miną niewiniątka na sufit.
- Hm, nie mówiłbym czegoś takiego Arturo. Ani Carlowi.
I tak wszystko w końcu do nich dociera, prawda? Do Mistrza, do samca alfa. Zostaliśmy

zaprogramowani jako podwładni. Pewnie to dzięki temu nasze społeczności nie popadały
w chaos. Odezwałam się bardziej ponuro:

- Myślisz, że Arturo będzie chciał coś zrobić z moją audycją?
- To zależy od tego, co zrobi Carl.
Czyli jeśli Carl nic nie zrobi, może to zrobić Arturo. Skrzywiłam się.
- No tak.
- Muszę iść.
- Tak. Uważaj na siebie.
Skinął głową, niemal się lekko kłaniając, co przypomniało mi, że Rick był stary. Urodził

się  w  czasach,  kiedy  dżentelmeni  kłaniali  się  damom.  A  potem  zniknął,  równie  cicho  jak
się zjawił.

Telefon.  Wizytówki.  Sekretarka.  Może  przydałaby  mi  się  też  recepcjonistka.  I

ochroniarz.

background image

Rozdział 4

 

Ubrana  w  spodnie  od  dresu,  sportowy  stanik  i  koszulkę,  stałam  na  macie  i  na  znak

instruktora  kopnęłam  drobinki  kurzu.  Craig,  niewiarygodnie  wysportowany  i
rozentuzjazmowany student, który wyglądał, jakby wyszedł prosto z reality show w MTV,
wrzasnął:  „Wykop!"  i  dwunastoosobowa  grupa  -  same  kobiety  w  wieku  dwudziestu  do
trzydziestu lat - zrobiła wykop.

Zamiast  uczyć  jednej  konkretnej  sztuki  walki,  trenowaliśmy  elementy  różnych

dyscyplin,  łącząc  je  w  technikę,  która  pozwalała  obezwładnić  napastnika  na  tyle  długo,
żebyśmy  zdążyły  rzucić  się  do  ucieczki.  Nie  dostawałyśmy  punktów  za  styl;  nie
poświęcałyśmy czasu na mistyczną medytację. Zamiast tego ćwiczyłyśmy w kółko te same
ruchy,  żeby  w  chwili  paniki,  w  ferworze  walki  zareagować  instynktownie  i  umieć  się
obronić.

Poza tym to był całkiem niezły trening. Przyspieszony oddech, pot. Mogłam zapomnieć

o świecie poza siłownią i na godzinkę wyłączyć myślenie.

Zmieniliśmy  stronę  i  zrobiliśmy  jakiś  tuzin  wykopów  na  drugą  stronę.  Craig  oparł  ręce

na biodrach.

- No dobra. Stańcie w szeregu, to zrobimy sobie mały sparing.
Nienawidziłam  sparingu.  Na  pierwszych  kilku  zajęciach  zaczęliśmy  od  worka

treningowego.  Większość  kobiet  uderzała  w  worek  tak,  że  ledwie  drgał,  ja  natomiast
posłałam  go  w  powietrze.  Spotkałam  się  z  zachwytem  i  mnóstwem  komplementów  na
temat  moich  silnych  ramion.  Ale  to  nie  miało  nic  wspólnego  z  silnymi  ramionami.
Wilkołaki  były  po  prostu  silniejsze  niż  zwykli  ludzie.  Bez  żadnego  treningu,  będąc  po
prostu  sobą,  mogłam  pokonać  wszystkie  dziewczyny  z  grupy,  a  pewnie  nawet  i  samego
Craiga.

Na wampiry to i tak mi nie pomoże.
Epizod  z  workiem  treningowym  nauczył  mnie,  że  musiałam  bardzo  uważać  podczas

walki  z  ludźmi.  Nie  wiedziałam,  jaka  jestem  silna  ani  do  czego  jestem  zdolna.  Musiałam
hamować każdy cios. Nie chciałam przez przypadek nikomu zrobić krzywdy.

W  ogóle  nie  chciałam  nikomu  zrobić  krzywdy.  Moja  wilczyca  zaczynała  się  czołgać  i

popiskiwać  na  samą  myśl  o  walce,  bo  wiedziała,  że  Carlowi  by  się  to  nie  spodobało.
Wilczyca,  ha.  Miałam  być  potworem.  Morderczym,  krwiożerczym.  Ale  potwór  na  samym
dole hierarchii watahy jest równie krwiożerczy jak nowo narodzony szczeniak.

Ustawiłam się posłusznie w rzędzie razem z innymi i zacisnęłam zęby.
Przećwiczyłyśmy  przewroty.  Podcięcie,  blok,  upadek,  przewrót,  podnieść  się,  a  potem

wszystko  jeszcze  raz  od  początku.  Ciągle  się  przewracałam,  waląc  w  matę  tak,  że  aż
dzwoniły  mi  zęby,  ale  nie  przejmowałam  się  tym.  Byłam  w  parze  z  Patricią,  samotną
mamą, raczej pulchną, która nigdy wcześniej nie myślała o sporcie, zanim nie okazało się,
że jej ośmioletni syn, mistrz taekwondo, będzie niedługo w stanie pokonać Jackie Chana
(tak twierdziła), a ona nie chciała być gorsza. Wyglądało na to, że Patricię cieszyła myśl, że
za  pomocą  kilku  szybkich  ruchów  zdoła  przewrócić  dorosłego  człowieka.  Wiele  z  tych
kobiet musiało przezwyciężyć uwarunkowania kulturowe zakazujące robić innym krzywdę

background image

czy  nawet  stawać  do  fizycznej  konfrontacji.  Cieszyłam  się,  że  mogę  się  przyczynić  do
edukacji Patricii w tym względzie.

- Hamujesz się, Kitty.
Znów  leżałam  na  plecach.  Otworzyłam  oczy  i  zobaczyłam  Craiga,  metr  osiemdziesiąt

blond  entuzjazmu,  który  patrzył  na  mnie,  dziwnie  zniekształcony  z  tej  perspektywy.  Był
samymi nogami.

- Tak - powiedziałam z westchnieniem.
- No dalej, wstawaj. - Podał mi rękę i pomógł podnieść się na nogi. - A teraz chcę, żebyś

walnęła mnie tak, żebym przeleciał przez całą salę.

Miał tupet puścić przy tym oko.
Reszta grupy zebrała się wokół nas - nie chciałam takiej publiczności, cała się zjeżyłam.

Kiedy  mnie  zaatakuje,  miałam  przykucnąć,  pozwolić,  żeby  się  o  mnie  potknął,  a  potem
pchnąć  tak,  żeby  stracił  grunt  pod  nogami.  Rzeczywiście  zaczaj  na  mnie  biec.  Padłam  na
ziemię.  On  jednak  zamiast  się  o  mnie  potknąć,  ominął  mnie.  Gdybym  go  popchnęła,  tak
jak  powinnam,  straciłby  równowagę.  Ale  ja  siedziałam  tylko  i  pozwoliłam,  żeby
przyskoczył do mnie z tyłu i zacisnął mi rękę wokół szyi.

- Wiem, że stać cię na więcej. No dalej, jeszcze raz.
Mogłam  walczyć,  byłam  wystarczająco  silna.  Ale  nie  miałam  woli  walki.  Za  bardzo  się

przyzwyczaiłam, że to mnie prześladują, że to ja jestem ofiarą. Zamknęłam oczy, czując się
jak dzieciak, który zawalił kolejny sprawdzian. Podniosłam się powoli na nogi.

Craig znów stanął przede mną.
-  No  dobra,  przeprowadźmy  małą  próbę.  Tym  razem  wyobraź  sobie,  że  jestem  twoim

najgorszym byłym, a ty masz szansę wyrównać rachunki.

Och,  to  było  proste.  To  by  był  Bill.  Wystarczyło,  że  Craig  wypowiedział  te  słowa,  a  ja

zobaczyłam Billa i wróciła cała moja wściekłość. Zacisnęłam pięści.

Wściekłość  oznaczała  oczywiście,  że  się  nie  hamowałam.  Nie  byłam  pewna,  czy  teraz,

kiedy miałam przed oczami Billa, uda mi się powściągnąć cios, nawet jeśli będę chciała.

Craig na mnie natarł. Uchyliłam się. A potem popchnęłam go, ustawiając się do niego

bokiem. Poczułam przy sobie jego bok. Craig wydał z siebie jakiś odgłos, stęknął i poleciał.
Oderwał  obydwie  stopy  od  maty.  Kobiety  zaczęły  piszczeć  i  uciekać  na  boki,  kiedy  runął
na podłogę, dwa razy się odbijając. Leżał na plecach bez ruchu.

Stanęłam  jak  wryta  i  omal  nie  zemdlałam.  Zabiłam  go.  Zabiłam  swojego  instruktora

samoobrony. Cholera!

Podbiegłam do niego, przykucnęłam i dotknęłam jego ramienia.
- Craig?
Zamrugał powiekami. Kilka przerażonych uderzeń serca później otworzył oczy. A potem

się uśmiechnął.

-  Tak,  o  to  mi  właśnie  chodziło!  Musisz  się  nauczyć  bić  ludzi.  -  Oddychał  z  trudem.

Dyszał,  kiedy  mówił.  Od  ciosu  pewnie  aż  mu  zaparło  dech.  -  Ale  nigdy  więcej  nie  rób  mi
czegoś takiego.

Podałam  mu  rękę.  Roztarł  sobie  głowę.  Mogłam  się  założyć,  że  następnego  dnia  rano

wszystko go będzie bolało. Co za wstyd.

-  O  rany!  -  powiedziała  Patricia,  podchodząc  i  stając  przy  mnie.  -  Twój  eks  musiał  ci

background image

naprawdę dowalić.

- Nawet nie wiesz jak bardzo.
Poza  tajemniczym  telefonem  i  wizytą  Ricka  musiałam  zdobyć  trochę  informacji  do

audycji na następny tydzień. Najpierw zajęłam się tajemniczym telefonem.

Centrum  Biologii  Nadnaturalnej  było  agencją  rządową,  która  przeprowadzała  badania

na  temat  likantropii  i  wampiryzmu,  nadzorowaną  przez  Centrum  Zapobiegania  i
Zwalczania Chorób oraz Państwowy Instytut Zdrowia. Zostało zepchnięte do przypisów na
ostatnich  stronach  niejasnego  raportu,  który  zniknął  w  czeluściach  archiwów  Centrum
Chorób.  Nie  doszukałam  się  żadnych  nazwisk  ludzi,  z  którymi  mogłabym  się
skontaktować. Nikt nie chciał być z nim kojarzony. Ludzie z Centrum Chorób, do których
dzwoniłam,  nawet  o  nim  nie  słyszeli.  Państwowy  Instytut  Zdrowia  odesłał  mnie  do
Centrum.  To  pewnie  nie  była  żadna  agencja,  ale  raczej  rodzaj  zespołu  badawczego  lub
zasłony dymnej.

Zwykle nie przekonywały mnie teorie spiskowe. A przynajmniej nie te dotyczące rządu.

W  końcu  skoro  Kongres  miał  problem  z  tym,  żeby  przyznać  sobie  środki  umożliwiające
dalsze  funkcjonowanie,  jak  miałam  uwierzyć,  że  ten  sam  rząd  stoi  za  świetnie
zorganizowaną  tajną  organizacją,  która  miała  na  celu  maskować  prawdę  i  manipulować
wydarzeniami na świecie zgodnie z jakimś tajemnym planem, zmierzającym do tego, żeby
podporządkować sobie umysły i dusze wszystkich wolnych ludzi?

Chyba że w grę wchodziły wampiry. Gdy w grę wchodziły wampiry, to zmieniało postać

rzeczy.

Potem zajęłam się ulotką Ricka.
Choć  ciężko  mi  się  do  tego  przyznać,  zaczęłam  od  strony  internetowej  Niezbadanego

świata.  W  sieci  działała  aktywna  społeczność  zajmująca  się  doniesieniami  ze  świata
nadnaturalnego.  Problem  tylko  w  tym,  żeby  oddzielić  żarty  i  fantazje  od  faktów.
Większość informacji publikowanych przez Niezbadany świat była sensacyjna i niezgodna
z  prawdą.  Ale  mieli  wyszukiwarkę,  która  filtrowała  wiadomości  pod  kątem  tych
„dziwacznych",  a  przy  wystarczającej  cierpliwości  i  po  otworzeniu  wystarczającej  liczby
linków mogłam dotrzeć do dobrych źródeł informacji i je zweryfikować.

Natrafiłam  na  żyłę  złota,  kiedy  znalazłam  kilka  anonsów  z  tablicy  ogłoszeniowej  oraz

zgłoszenia  o  zaginięciach  wniesione  w  różnych  wydziałach  policji.  Wyglądało  na  to,  że
jakieś cztery miesiące temu na obrzeżach Omahy w Nebrasce wyrósł w środku nocy stary
namiot  w  stylu  grup  odnowy  religijnej.  We  wszystkich  podejrzanych  częściach  miasta,
przypuszczalnych miejscach zamieszkania likantropów

i  wampirów,  pojawiły  się  plakaty  reklamujące  lekarstwo,  które  opierało  się  wyłącznie

na wierze i wstawiennictwu samozwańczego świętego, Elijaha Smitha. Nie doszukałam się
jednak  żadnych  informacji  o  tym,  co  się  wydarzyło  na  spotkaniu.  Następnego  ranka
namiotu już nie było, a tydzień później pojawił się w Wichita w Kansas. Potem w Pueblo
w  Kolorado.  Zaczęły  krążyć  opowieści:  lekarstwo  było  skuteczne,  facet  nie  oszukiwał,  a
ludzie,  których  uzdrowił,  byli  mu  tak  wdzięczni,  że  nie  chcieli  go  opuszczać.  Wokół
namiotu rozstawiała się karawana wiernych.

Wierni  Smitha  zwali  się  Kościołem  Czystej  Wiary,  a  ich  motto  brzmiało:  „Czysta  wiara

was wyzwoli". Nie znalazłam żadnych zdjęć, żadnych relacji dotyczących tego, co się działo

background image

w  karawanie,  i  jak  wyglądały  spotkania.  Nie  znalazłam  żadnych  konkretów  na  temat
samego  leczenia.  Nikt,  kto  na  poważnie  nie  szukał  lekarstwa,  nie  był  dopuszczany  w
pobliże  Smitha  ani  jego  wyznawców.  Kiedy  zjawiali  się  ludzie  szukający  przyjaciół,
członków watahy lub rodu, którzy zniknęli w namiocie, spotykali się z groźbami. Wszelkie
interwencje odpierano siłą.

Natknęłam się na dwie strony, które ostrzegały przed Smithem. Niektórzy oskarżali go

o sekciarstwo. Po przeczytaniu tego, co udało mi się znaleźć, też się ku temu skłaniałam.

Wampiryzm  i  likantropia  nie  były  przypadłościami  natury  medycznej,  by  tak  rzec.

Badano  nas,  skanowano,  przeprowadzano  sekcje  i  chociaż  odnaleziono  cechy
odróżniające nas od Homo sapiens, nie doszukano się ich źródła. Nie miały one podłoża
genetycznego,  wirusowego,  bakteryjnego  ani  nawet  biologicznego.  Właśnie  dlatego
budziliśmy takie przerażenie. Nauka przez setki lat starała się podważyć prawdę o naszym
pochodzeniu:  że  było  nadnaturalne.  Jeśli  dałoby  się  wyleczyć  wampiryzm  i  likantropię,
prawdopodobnie byłoby to możliwe dzięki siłom nadnaturalnym mimo istnienia Centrum
Zapobiegania i Zwalczania Chorób oraz Centrum Biologii Nadnaturalnej. No bo jak inaczej
przywrócić pozbawionego krwi wampira do ciepłokrwistego życia? Być może odpowiedzią
jest  uzdrawianie  wiarą.  To  właśnie  stanowiło  problem,  jeśli  chciałoby  się  dowieść,  że
Smith to oszust, a jego Kościół to sekta.

Nie wierzyłam, że istnieje lekarstwo. Ktoś by już je wynalazł.
-  Witajcie  w  Nocnej  godzinie.  Nazywam  się  Kitty  Norville.  Dziś  jest  ze  mną  wyjątkowy

gość.  Veronica  Sevilla  jest  autorką  Kronik  Bledsoe,  Księgi  rytuałów  i  kilku  innych
bestsellerowych  powieści,  opisujących  perypetie  pewnego  klanu  wampirów  w  ciągu
kilkuset  lat.  Właśnie  została  wydana  jej  najnowsza  powieść,  Słońce  nigdy  nie  wschodzi.
Pani Sevilla, dziękuję za przybycie.

- Moja droga, mów mi proszę Veronica. Veronica Sevilla, która tak naprawdę nazywała

się

Martha  Perkins,  miała  na  sobie  prostą,  czarną  dzianinową  sukienkę,  czarne  rajstopy,

czarne lakierowane szpilki i czarną futrzaną etolę. Jej czarne włosy - na bank farbowane -
okalały jej bladą twarz drobnymi loczkami. W uszach lśniły diamentowe kolczyki. Siedziała
na  krześle  dla  gości,  obejmowała  się  rękami,  opierając  dłonie  na  ramionach.  Nie  robiła
tego  dlatego,  że  było  jej  zimno,  ani  dlatego,  że  była  zdenerwowana  -  to  poza.  W  jej
oficjalnej  biografii  nie  podano  wieku  ani  daty  urodzenia.  Patrząc  na  nią,  nie  potrafiłam
stwierdzić,  ile  ma  lat.  Jej  twarz  była  pomarszczona,  ale  nie  stara.  Mogła  być  w  każdym
wieku między czterdziestką a sześćdziesiątką. W grę mogła wchodzić operacja plastyczna.

Nie była wampirem. Pachniała ciepłem i słyszałam bicie jej serca. Ale na pewno starała

się grać wampirzycę. Gapiłam się na nią, jakbym ciągle nie mogła uwierzyć, że nie żartuje.

-  No  dobrze,  Veronico.  Piszesz  o  wampirach  w  wyjątkowo  wiarygodny  sposób.

Niektórzy  krytycy  mówią,  że  potrafisz  wyjąć  je  ze  sztampowego  horroru  i  zamienić  w
złożone postaci. To bohaterowie twoich opowieści.

- Oczywiście, że tak, czemu nie mieliby nimi być? To wszystko kwestia punktu widzenia.
-  Masz  grono  wielbicieli,  którzy  najwyraźniej  silnie  identyfikują  się  z  twoimi

wampirzymi  bohaterami.  Sporo  z  nich  twierdzi,  że  twoje  powieści  to  nie  fikcja  literacka,
ale relacje prawdziwych wampirów. Co na to powiesz?

background image

Machnęła lekceważąco ręką, ale w radiu oczywiście ten gest zniknął.
-  Nie  mam  pojęcia,  gdzie  znaleźć  prawdziwego  wampira.  Wampiry  to  produkt  ludzkiej

wyobraźni. Moje książki to produkt mojej własnej wyobraźni.

Nie byłam tego taka pewna. Pomijając zagorzałych wielbicieli Sevilli i jej kwiecisty styl,

zbyt  wiele  szczegółów  się  zgadzało.  Struktura  rodów,  to,  co  mówiły  do  siebie  wampiry,
dominacja  i  pozerstwo,  które  wspólnie  uprawiały  tak  samo  jak  wilkołaki  -  szczegóły,
których  nikt  z  zewnątrz  nie  mógł  wymyślić.  Więc  albo  udało  jej  się  zebrać  znakomity
materiał,  a  w  takim  przypadku  chciałam  poznać  źródło  jej  informacji  o  społeczności
wampirów,  albo  miała  wtyki.  Zanim  ją  poznałam,  spodziewałam  się  poniekąd,  że  jest
wampirem albo ludzkim sługą wampira, albo kimś takim.

-  Jak  sądzisz,  dlaczego  twoich  wielbicieli  tak  interesują  twoi  bohaterowie  i  opowieści?

Dlaczego ludzie chcą wierzyć w wampiry?

- Świat moich książek jest pociągający. Mój świat, ród Bledsoe'ów, wampiry w ogólności

- to wszystko metafory władzy, którą te biedne dzieciaki chciałyby zdobyć w życiu, ale nie
mogą, bo są takie... takie...

- Niepewne siebie?
- Nieprzystosowane. Są odmieńcami. Wyrzutkami.
- Chcesz powiedzieć, że twoi fani to wyrzutki społeczeństwa?
Przyłożyła obgryziony paznokieć do ust.
- Hm, to nieprecyzyjne określenie.
-  Masz  wielbicieli,  którzy  zwracają  się  do  ciebie,  bo  chcą  się  dowiedzieć  czegoś  o

wampirach,  bo  sami  chcą  się  zamienić  w  wampiry.  Uważają  cię  za  autorytet  w  tej
dziedzinie. Co im mówisz?

-  Mówię,  że  to  fikcja.  Wszystko,  co  mam  do  powiedzenia,  jest  w  książkach.  A  co  ty

mówisz, kiedy ludzie zadają ci takie pytanie?

- Mówię, że może wcale nie tak fajnie być wampirem.
- Poznałaś kiedyś jakiegoś wampira, Kitty? Zamilkłam z uśmiechem na ustach.
- Tak, poznałam. I szczerze mówiąc, uważam, że twoje powieści są dość trafne.
- No cóż. Co mam na to powiedzieć? Może mogłabyś mnie poznać z jednym z nich.
Zastanowiłam  się  nad  tym  i  uznałam,  że  Arturo  z  przyjemnością  pożarłby  ją  na  lunch,

ale miał lepszy gust.

-  Czemu  wampiry?  Piszesz  wielopokoleniowe  sagi  -  czemu  nie  napiszesz  epopei

historycznej bez udziału nadnaturalnych?

- Bo byłaby nudna, prawda?
-  Prawda,  Bóg  raczy  wiedzieć,  co  ten  Tołstoj  sobie  myślał.  A  tak  poważnie,  skąd

czerpiesz inspiracje? Skąd bierzesz pomysły?

- Pisarze nienawidzą tego pytania.
- Myślę, że tylko tak mówią, żeby nie musieć na nie odpowiadać.
-  Czy  to  tak  rozmawiasz  ze  swoimi  gośćmi?  Westchnęłam.  Przywykła  do  tego,  że

obchodzą  się  z  nią  jak  z  jajkiem.  Garderoba  i  miseczka  M&M-sów,  z  której  powybierano
wszystkie zielone - coś w ten deseń.

- Przepraszam, Veronico. Jestem po prostu szczera. Zmierzyła mnie wzrokiem i kiwnęła

lekko głową, przytakując.

background image

To nie był mój najlepszy wywiad. Źle zaczęłyśmy, a ona była zdecydowanie zbyt skryta,

żeby coś z tego mogło wyjść. Pewnie miała już za sobą kilkanaście spotkań.

Odebrałam  parę  telefonów  i  przebrnęłam  przez  spodziewaną  rundę  rozmów  z  jej

egzaltowanymi, żywiołowymi wielbicielami. Veronica radziła sobie z nimi lepiej niż ja, ale
miała większe doświadczenie.

Wreszcie,  niczym  otwierające  się  z  hukiem  drzwi  więzienia,  program  dobiegł  końca.

Ściągnęłam słuchawki i spojrzałam na Veronicę Sevillę.

-  Jeszcze  raz  dziękuję  za  udział  w  programie.  Wiem,  że  sprawiłaś  moim  słuchaczom

frajdę.

Spodziewałam  się,  że  się  zdziwi,  machnie  lekceważąco  ręką  i  wyjdzie,  zostawiając  za

sobą  ślad  wyniosłości.  Ona  jednak  oblizała  tylko  usta.  Powinna  poprawić  sobie  makijaż.
Spuściła głowę, wyprostowała się i wzięła głęboki wdech, zanim się odezwała.

-  Jestem  ci  winna  przeprosiny.  -  Tak?  -  Nie  byłam  z  tobą  całkowicie  szczera.  Znam

wampira. Mój syn nim jest.

Nie  wiedziałam,  jak  na  to  zareagować.  Spróbowałam  zrobić  współczującą  minę  i

czekałam na ciąg dalszy.

- Nie chcę, żeby ludzie o tym wiedzieli. Przy odrobinie wyobraźni myślę, że zrozumiesz

czemu. Moi wielbiciele i tak są już wystarczająco natarczywi. Ale chciałam, żebyś ty znała
prawdę. Mam nadzieję, że dotrzymasz tajemnicy.

Kiwnęłam potakująco.
- Jestem dobra w dotrzymywaniu tajemnic. Mam kilka własnych. Jak - to znaczy, jeśli to

nie jest zbyt osobiste pytanie - jak się o tym dowiedziałaś?

-  Od  dwudziestu  lat  wygląda  na  pełnego  życia  osiemnastolatka.  To  wzbudziło  moje

podejrzenia.  Za-pytałam,  w  czym  tkwi  tajemnica,  i  mi  powiedział.  Moje  opowieści  są  o
nim.  Mojego  syna  nie  czeka  los,  jaki  sobie  dla  niego  wymarzyłam,  a  moje  powieści  to
jedyny sposób, w jaki mogę pogodzić się z życiem, które prowadzi. Jeśli można to nazwać
życiem.

Odprowadziłam  ją  do  drzwi,  przy  których  poprawiła  na  ramionach  etolę  z  norek,  po

czym wyszła z wysoko uniesioną głową, wcielenie godności.

Pełnia. Czas pohasać.
T.J.  odebrał  mnie  na  motorze,  który  sprawował  się  bez  zarzutu,  mrucząc  gładko  i

jednostajnie jak niedźwiedź grizzly. Jechał szybko i ostro wchodził w zakręty. Nie miałam
kasku, więc czułam smak świstającego powietrza. Odchyliłam głowę i zaczęłam wciągać je
w siebie, kiedy miejskie zapachy asfaltu i spalin ustąpiły miejsca wsi, suchej trawie, ziemi i
dalekim  sosnom.  Słońce  zachodziło,  księżyc  jeszcze  nie  wzeszedł,  ale  już  go  czułam,  jego
srebrny  oddech,  który  poruszał  pływami  i  moim  sercem.  W  gardle  narastało  mi  wycie  -
wataha była blisko. Przylgnęłam uśmiechnięta do T.J.-a.

Wataha  zebrała  się  u  Carla  i  Meg,  na  obrzeżach  lasów  państwowych.  Wszystko

wyglądało jak zwykłe przyjęcie, na ulicy stało kilkanaście samochodów, w salonie zebrała
się  grupka  ludzi.  Ale  w  pokoju  wisiało  napięcie,  wyczekiwanie  i  zdenerwowanie.  Zasłona
do  drugiego  świata,  w  którym  żyliśmy,  była  na  wpół  odsunięta.  Mogliśmy  przez  nią
zajrzeć, ale musieliśmy wstrzymać się z wejściem. Nie było jeszcze Carla.

Do  naszej  watahy  należały  dwadzieścia  dwa  wilki.  Pochodziły  z  obszaru  o  promieniu

background image

dwustu  kilometrów,  ciągnącego  się  od  terenów  zabudowanych  wzdłuż  pasma  Front
Rangę,  od  Colorado  Springs  po  Fort  Collins.  Większość  z  nich  widywałam  tylko  podczas
pełni.  Każdy  znał  swoje  miejsce.  Trzymałam  się  na  uboczu,  starając  się  wyglądać
niewinnie.

Swędziała  mnie  skóra.  Objęłam  się,  próbując  zachować  spokój.  Tak  blisko.  Ona,

wilczyca, czekała, patrzyła moimi oczami. Jej pazury drapały moją skórę od środka, chcąc
się przebić przez opuszki palców.

Chciała futra zamiast gołej skóry. Buzowała w niej gorąca krew.
Wzdrygnęłam  się,  kiedy  uświadomiłam  sobie  obecność  kogoś  innego,  jakby  jakaś  siła

naciskała  na  otaczającą  mnie  membranę.  Poczułam  Zana,  zanim  zobaczyłam,  że  blokuje
mi drogę.

Był  młody,  w  moim  wieku,  ale  został  wilkiem  jako  nastolatek.  Miał  bladą  skórę,

potargane włosy, a z jego oczu wyglądało zwierzę.

Nienawidziłam  go.  Jego  zapach  budził  moje  koszmary.  To  on  mnie  zaatakował  i

zamienił w to, kim by-łam.

Chodził  czasem  za  mną,  jakby  czekał  na  okazję,  żeby  skończyć,  co  zaczął.  Jakby  ciągle

wyczuwał na mnie krew. Albo jakby sądził, że jestem mu coś winna. Zwykle trzymałam się
od  niego  z  daleka.  W  innych  wypadkach  odstraszali  go  T.J.,  Carl  i  Meg.  Nie  był  aż  takim
twardzielem.

T.J. był w kuchni. Musiałabym przejść przez cały pokój, żeby do niego dojść. Zan mnie

osaczył.

- Czego chcesz?
-  Ciebie.  -  Nachylił  się  bliżej.  Byłam  przyparta  do  ściany  i  nie  mogłam  się  ruszyć,  a  on

przysunął usta do mojego ucha. - Pobiegnij dziś ze mną.

Wśród  wilkołaków  to  był  eufemizm.  Zan  gadał  tak  za  każdym  razem,  kiedy  w  pobliżu

nie  było  Carla.  Zwykle  kuliłam  się  ze  strachu  i  chowałam  za  T.J.-em.  Zan  mógł  dopaść
mnie, ale nie mógł dopaść T.J.-a. O to właśnie chodziło w hierarchii.

Nie miałam nastroju na te bzdury.
- Nie - powiedziałam, nie zdając sobie sprawy, co mówię, dopóki nie wyszło to z moich

ust.

-  Nie?  Co  masz  na  myśli,  mówiąc  „nie"?  Odsunęłam  się  od  ściany,  wyprostowałam

ramiona i spojrzałam na niego. Wzrok mi się zamazał. Wilczyca chciała go dorwać.

- Mam na myśli „nie". Mam na myśli: odwal się. Napiął ramiona. Z jego gardła wydobył

się wściekły pomruk.

Cholera. Właśnie rzuciłam mu wyzwanie. Zakwestionowałam jego dominację, a on nie

puści mi tego płazem, będzie musiał mnie sprać. Carl i T.J. nic mi tu nie pomogą, bo sama
się w to wpakowałam.

W sali zaległa cisza. Inni patrzyli na nas z odrobinę za dużym zainteresowaniem. To nie

była  zwykła  sprzeczka  -  ludzie  zawsze  się  boksowali,  walczyli  o  pozycję  w  stadzie.  Ale  to
byłam  ja.  Ja  nie  walczyłam.  W  najlepszym  razie,  ponieważ  byłam  młodym  w  watasze,
drażniono  się  ze  mną  dobrotliwie.  W  najgorszym  dostawałam  burę.  Zawsze  się  jednak
kuliłam i okazywałam uległość w zamian za bezpieczeństwo. Ale nie tym razem.

Nie  mogłam  przerwać  kontaktu  wzrokowego  z  Zanem.  Sama  się  w  to  wpakowałam.

background image

Zobaczmy, co będę musiała zrobić, żeby się z tego wykaraskać.

Wszystkie  triki,  których  uczyłam  się  na  zajęciach  z  samoobrony,  wymagały,  żeby  to

przeciwnik  wykonał  pierwszy  ruch.  To  miała  być  samoobrona,  a  nie  mordo-bicie.  A  ja
myślałam,  że  kilka  niezłych  ciosów  zamieni  mnie  w  twardziela.  To  ja  rzuciłam  wyzwanie;
Zan czekał, aż zacznę.

Zamarkowałam  cios,  jakbym  ,chciała  rzucić  się  prosto  na  niego.  Wyciągnął  rękę,  żeby

się  na  mnie  zamachnąć,  a  ja  odskoczyłam  na  bok  i  pchnęłam  go  w  plecy,  żeby  go
przewrócić.  Przekoziołkował  i  walnął  w  tył  kanapy.  Znów  na  niego  natarłam,  nie  bardzo
wiedząc,  co  właściwie  wyczyniam.  Ale  wilczyca  wiedziała.  Zanim  Zan  się  pozbierał,
skoczyłam mu na plecy, zacisnęłam ręce wokół gardła i wpiłam w niego paznokcie.

Ryknął,  złapał  mnie  za  ręce  i  zaczął  szarpać,  żeby  mnie  z  siebie  strząsnąć.  Walnęłam

plecami w róg kanapy i poczułam przeszywający ból w kręgosłupie. Ale trzymałam się go
rękami  i  nogami.  Chciałam  też  wykorzystać  zęby.  Przy  następnym  szarpnięciu  zachwiała
się lampa podłogowa.

Nagle  pojawiła  się  przy  nas  Meg.  Meg  była  kobietą  Carla,  samicą  alfa  w  watasze.  Była

wysoka i szczupła, a jej proste czarne włosy nadawały jej jakiś nieokreślony etniczny styl.
Miała na sobie podkoszulek i spodnie od dresu i pasowałaby do rowerku stacjonarnego
na  siłowni,  gdyby  nie  wibrowała.  Tylko  tak  to  można  opisać.  Wibrowała  mocą,  siłą  i
dominacją.  Zwykle  wyczuwałam  to  z  drugiego  końca  pokoju.  Ale  byłam  tak  wściekła  na
Zana, że jej nie zauważyłam, dopóki nie złapała mnie za włosy i nie szarpnęła. W drugiej
ręce trzymała garść włosów Zana.

Spojrzała na mnie, marszcząc ze zdumienia brwi.
-  Jesteś  pewna,  że  tego  chcesz?  -  Dawała  mi  wyjście;  chroniła  przed  moją  własną

głupotą.

Krew we mnie buzowała. Tak strasznie chciałam rozszarpać Zana, że aż mnie wszystko

bolało. Szybko pokiwałam głową.

-  To  idźcie  z  tym  na  dwór  -  powiedziała  i  nas  odepchnęła.  Ktoś  otworzył  drzwi

kuchenne, które wychodziły na podwórko.

Zaczęłam się cofać do drzwi, nie spuszczając wzroku z Zana. Szedł, nacierając na mnie.

Słyszałam,  jak  wali  mu  serce.  Jego  pot  pachniał  ogniem.  Zacisnął  pięści.  Kiedy  napiął
mięśnie, wiedziałam, że rzuci się na mnie, gdy będziemy kilka kroków od drzwi.

Uchyliłam  się,  pozwalając,  żeby  przeleciał  nade  mną.  Wyleciał  niezgrabnie  głową

naprzód przez drzwi, na betonowy placyk na zewnątrz. Nie czekałam; skoczyłam na niego,
przygniatając  go  jak  najmocniej  potrafiłam.  Uderzył  głową  o  beton.  Bez  trudu  mnie
okręcił,  odwracając  sytuację,  i  przyszpilił  do  ziemi.  Spoliczkował  mnie  -  zobaczyłam
gwiazdy i zadzwoniło mi w uszach. Uderzył mnie jeszcze dwa razy, tłukąc mnie w głowę, a
drugą ręką ściskając za gardło. Nie mogłam oddychać.

Zabije mnie.
Chciałam  nauczyć  się  samoobrony,  żeby  się  bronić  przed  wrogami,  a  nie  wdawać  w

przepychanki siłowe w watasze. Co ja wyrabiałam?

Wściekłość i strach. Właśnie o to chodziło w tym życiu, o konflikt między wściekłością i

strachem, a w zależności od tego, co zwyciężało, albo byłeś przywódcą, albo poddanym.
Przez prawie trzy lata ciągle się bałam i miałam już tego dość.

background image

Kopnęłam go w krocze.
Wydał  głuchy  okrzyk  i  chociaż  mnie  nie  puścił,  poluzował  uchwyt.  Złapałam  go  za

nadgarstek  i  wykręci-łam  się  spod  niego.  Trzymałam  go  za  rękę  i  wsiadłam  mu  na  plecy,
wykręcając  mu  ramię.  Coś  trzasnęło,  a  on  zawył.  Wykręciłam  mocniej.  Drugą  ręką
złapałam go za włosy i pociągnęłam jak najmocniej, odchylając mu głowę do tyłu, ile się
dało. Musiałam przyciskać go całym ciężarem ciała, żeby przytrzymać go w takiej pozycji,
żeby z bólu nie mógł się poruszyć. Nie mogłam go puścić i mu przywalić, więc go ugryzłam.
Z  boku  brody,  zaciskając  zęby  na  policzku.  Gryzłam,  dopóki  nie  poczułam  krwi,  a  on  nie
zaskowyczał.

W  końcu  oklapł.  Puściłam  jego  twarz,  oblizałam  wargi  i  wyssałam  krew  spomiędzy

zębów. Odgryzłam mu spory kawałek ciała - fragment wielkości mojego zgryzu zwisał teraz
luźno z boku.

Nachyliłam się mu do ucha.
-  Nie  lubię  cię.  Ciągle  mam  do  ciebie  uraz  i  zawsze  tak  będzie,  więc  trzymaj  się  ode

mnie z daleka, bo inaczej rozerwę cię na strzępy.

Mówiłam  poważnie.  Wiedział  to,  bo  jak  tylko  z  niego  zeszłam,  odczołgał  się  na

czworaka, pokazując uległość.

Przykucnęłam  i  wbiłam  w  niego  wzrok.  Krew  uderzyła  mi  do  głowy.  Widziałam  go,

czułam jego przerażenie i chciałam znów się na niego rzucić. Ale nie mogłam, bo należał
do watahy i przeprosił. Podeszłam do miejsca, w którym przycupnął, zwijając się w kłębek,
jakby  mógł  dzięki  temu  zniknąć.  Ta  walka  mogła  skończyć  się  zupełnie  inaczej  -  w  jego
oczach  widziałam  nie  tyle  strach,  ile  zdumienie.  Wygrałam  nie  dlatego,  że  byłam
silniejsza,  ale  dlatego,  że  nie  spodziewał  się,  że  stanę  do  walki.  Już  nigdy  nie  pójdzie  mi
tak łatwo.

Przewrócił  się  na  plecy.  Oddychał,  pojękując  cicho.  Stanęłam  nad  nim.  A  potem

odwróciłam się do niego plecami i odeszłam.

Trochę mnie mdliło, ale wilczyca za żadne skarby nie pozwoliłaby, żebym porzygała się

gdzieś w kącie. Była głodna.

Zachwiałam  się  trochę.  Strasznie  bolała  mnie  głowa.  Otarłam  sobie  twarz,  a  kiedy

odsunęłam  ręce,  były  zakrwawione.  Leciała  mi  krew  z  nosa.  Chciałam  ją  zatamować
rękawem, ale się poddałam. W końcu szybko się regenerowałam, nie?

Problem  w  tym,  że  Zan  nie  znajdował  się  na  samym  dole  hierarchii  w  watasze.  Teraz

inni zaczną rzucać mi ^ wyzwania, żeby zachować swoje miejsce w stadzie.

W drzwiach kuchennych stał Carl ze skrzyżowanymi ramionami.
- Wkurzył mnie - powiedziałam, odpowiadając na jego milczące pytanie.
- Ty się nie wkurzasz.
W  pierwszej  chwili  pomyślałam,  a  skąd,  do  cholery,  może  to  wiedzieć?  Ale  ostatnie,

czego mi dziś było trzeba, to rzucać wyzwanie Carlowi. On bez zastanowienia wybiłby mi
głupoty z głowy.

Spuściłam nisko głowę i stanęłam przed nim potulnie.
- Może i prowadzisz znaną audycję w radiu, ale tutaj to nie ma żadnego znaczenia.
To  mi  o  czymś  przypomniało.  Pogrzebałam  w  kieszeniach  dżinsów  i  wyjęłam  kopertę,

którą  wsunęłam  tam  przed  wyjściem  z  domu.  Była  w  niej  wypłata  z  tego  miesiąca,  w

background image

gotówce. Podałam mu ją. Krew, którą niechcący rozmazałam, zalśniła wyraźnie.

Carl otworzył kopertę i przerzucił plik pięćdziesiątek. Spojrzał na mnie ze złością. Może

to niczego nie zmieniało, ale na chwilę odwróciło jego uwagę. Wręczył kopertę Meg.

Jeśli  Carl  był  złym  gliną,  to  Meg  była  dobrym.  Pierwszego  roku  przychodziłam

wypłakiwać  się  jej  na  ramieniu,  kiedy  dotarto  do  mnie,  że  moje  życie  się  zmieniło.
Nauczyła mnie zasad: okazuj posłuszeństwo alfom, trzymaj się swojego miejsca w stadzie.

Nie  chciałam,  żeby  była  na  mnie  zła.  Moja  wilczyca  wewnątrz  się  płaszczyła.  Nie

mogłam nic zrobić, mogłam tylko stać.

Popatrzyła na mnie i skrzyżowała ramiona.
- Robisz się coraz silniejsza - stwierdziła. - Pewnie dojrzewasz.
- Jestem po prostu wściekła na Zana. Nie daje mi spokoju. To wszystko.
- Może następnym razem poproś o pomoc. - Odeszła, żeby schować pieniądze.
Za  nią  stał  T.J.,  samiec  beta,  pułkownik  Carla.  Czasem  zapominałam,  że  zgodnie  z

zasadami watahy miał takie samo prawo jak Carl, żeby mnie stłuc. Wolałam mieć w nim
przyjaciela.

Przytuliłam  się  do  T.J.-a  i  objęłam  go.  W  watasze  dotyk  oznaczał  bezpieczeństwo,  a  ja

chciałam  się  po-czuć  bezpiecznie.  Ja  -  ta  część  mnie,  którą  uważałam  za  człowieka  -
zaczęła się wymykać.

- O co w tym wszystkim chodziło? - spytał podejrzliwym głosem T.J.
- Nie wiem - odpowiedziałam, ale tak naprawdę ja, ona, wiedziałam. Czułam się silna.

Nie bałam się. -Chyba mam dość znęcania się nade mną.

-  Lepiej  uważaj,  możesz  zechcieć  zostać  samicą  alfa.  -  Uśmiechnął  się,  ale  nie

wiedziałam, czy żartuje.

Ponieważ wataha dziś razem poluje, je jelenia. Zranionego kozła, pełnego mięsa i krwi.

Ponieważ  nie  jest  już  najniżej  w  hierarchii,  może  spróbować  mięsa,  a  nie  samych  kości  i
wnętrzności.

Inni strzygą uszami i warczą na nią, ale przywódcy ich rozdzielają. Dosyć walk na dziś.
Biega  jak  szalona  i  cieszy  się  swoją  siłą,  ściga  się  z  resztą,  śpiewając  wraz  z  nimi  z

radości. Wyczerpana, kładzie się spać, ciepła i bezpieczna, śniąc o następnej pełni, kiedy
znów stanie się wolna i będzie mogła spróbować krwi.

Obudziłam się o świcie w kłębowisku wilków, wśród gromady innych. Zwykle tak to się

właśnie  odbywało.  Biegaliśmy,  polowaliśmy,  jedliśmy,  znajdowaliśmy  legowisko  i
kładliśmy  się  spać,  zwijając  się  jeden  przy  drugim,  chowając  pyski  w  futrze,  podwijając
ogony.  Byliśmy  więksi  od  zwykłych  wilków  -zachowywaliśmy  masę,  stukilogramowy
mężczyzna  zamieniał  się  w  stukilogramowego  wilka,  podczas  gdy  dorosły  osobnik  Canis
lupus mógł ważyć najwyżej pięćdziesiąt kilogramów. Inne zwierzęta się nas bały.

Zawsze traciliśmy przytomność, kiedy zmienialiśmy się znów w ludzi.
Budziliśmy się nadzy, wtuleni bezpiecznie w resztę stada. Becky, szczupła kobieta ścięta

na  jeża,  kilka  lat  starsza  ode  mnie,  leżała  zwinięta  w  zagięciu  moich  nóg.  Dav  leżał
przyciśnięty  do  mnie  plecami.  Ja  obejmowałam  T.J.-a  od  tyłu,  wciskając  twarz  w  jego
ramię. Leżałam nieruchomo, chłonąc ciepło, zapach, zadowolenie. To była jedna z zalet.

T.J.  musiał  poczuć,  że  się  obudziłam.  Usłyszeć,  że  zmienił  mi  się  oddech  albo  coś

takiego.  Przewrócił  się  na  drugi  bok,  żebyśmy  leżeli  do  siebie  przodem.  Objął  mnie

background image

ramieniem.

- Martwię się o ciebie - powiedział cicho. - Dlaczego rzuciłaś wyzwanie Zanowi?
Skrzywiłam się. Nie chciałam o tym teraz rozmawiać, nie przy innych. Ale wszyscy wokół

oddychali spokojnie, ciągle jeszcze spali.

-  Nie  rzuciłam  mu  wyzwania.  Musiałam  się  bronić.  -  Po  chwili  dodałam:  -  Byłam

wściekła.

- To niebezpieczne.
- Wiem. Ale nie mogłam uciekać. Nie mogłam już tego dłużej znosić.
- Uczyłaś się walczyć.
- Tak.
- Carlowi się to nie spodoba.
-  Więcej  tego  nie  zrobię.  -  Skuliłam  się,  słysząc  jęk  narastający  w  moim  głosie.

Nienawidziłam być taka żałosna.

- Jasne. Myślę, że to wina audycji. Robisz się zadziorna. Myślisz, że masz odpowiedź na

wszystko.

Nie  wiedziałam,  co  na  to  powiedzieć.  Ta  uwaga  zbiła  mnie  z  tropu.  Może  miał  rację.

Audycja  była  moja;  dawała  mi  jakiś  cel,  coś,  czym  mogłam  się  zająć.  Coś,  6  co  mogłam
walczyć.

- Carl ma chyba rację. Chyba powinnaś zrezygnować - dodał.
Tylko nie to, tylko nie T.J.
- Carl ci kazał to powiedzieć.
-  Nie.  Po  prostu  nie  chcę,  żeby  coś  ci  się  stało.  Masz  swoich  słuchaczy.  Widzę,  że  Carl

myśli, że depczesz mu po piętach. Widzę, że to szkodzi watasze.

- Nigdy bym nie skrzywdziła watahy...
- Nie celowo.
Wtuliłam się w niego mocniej. Nie chciałam być zadziorna. Chciałam być bezpieczna.
 

background image

Rozdział 5

 

Następny rozmówca, witam. Jesteś na antenie.
- Chodzi... chodzi o moją dziewczynę. Nie chce mnie ugryźć.
Bobby z Saint Louis mógł mieć jakieś dwadzieścia lat, brzmiał dziecinnie i nerwowo, jak

nieporadny  młodzieniec,  który  nie  umiał  sobie  poradzić  z  własnymi  wybujałymi
fantazjami.  Pewnie  nosił  czarną  skórzaną  kurtkę  i  miał  przynajmniej  jeden  tatuaż  w
miejscu, które mógł zasłonić koszulą.

- Okej, Bobby, ustalmy kilka faktów. Twoja dziewczyna.
- Tak?
- Twoja dziewczyna jest wilkołakiem?
- Tak - powiedział lekko rozmarzonym głosem.
- A ty chcesz, żeby cię ugryzła i zaraziła likantropią.
- No tak. Mówi, że nie wiem, w co się ładuję.
- A nie sądzisz, że może mieć rację?
- Ale to moja decyzja...
- A zmusiłbyś ją do seksu, Bobby?
- Nie! To byłby gwałt.
- Więc nie zmuszaj jej do tego. Pomyśl tylko, jak się będzie czuła, jeśli cię ugryzie, a ty

później  zmienisz  zdanie.  To  nie  tatuaż,  który  można  usunąć  laserem.  Mówimy  o
całkowitej  zmianie  stylu  życia.  Co  miesiąc  zamieniasz  się  w  krwiożerczą  bestię,  musisz
ukrywać  ten  fakt  przed  wszystkimi,  usiłujesz  prowadzić  normalne  życie,  mimo  że  nie
jesteś w pełni człowiekiem. Poznałeś jej watahę?

- Eee, nie.
-  A  więc  naprawdę  nie  masz  pojęcia,  o  czym  mówisz,  kiedy  twierdzisz,  że  chcesz  być

wilkołakiem.

- No nie.
- Bobby, wolę zwykle sugerować, niż mówić komuś prosto z mostu, co ma robić, ale dla

ciebie  zrobię  wyjątek.  Posłuchaj  swojej  dziewczyny.  Wie  na  ten  temat  zdecydowanie
więcej niż ty, prawda?

- Okej. Dzięki, Kitty.
-  Powodzenia,  Bobby  -  powiedziałam  i  rozłączyłam  się.  -  Życzę  też  powodzenia

dziewczynie  Bobby'ego.  Radzę,  żeby  go  rzuciła;  niepotrzebny  jej  taki  stres  w  życiu.
Słuchacie  Nocnej  godziny,  a  jest  z  wami  Kitty  Norville.  Przez  ostatnią  godzinę
rozmawialiśmy na temat związków z likantropami, problemów i konfliktów. Teraz krótka
przerwa na nasz dżingiel, a po niej dalsze telefony.

Pomachałam  do  Matta  przez  szybę  kabiny.  Nacisnął  przycisk.  Zgasła  lampka

sygnalizująca,  że  jestem  na  antenie,  i  rozległa  się  piosenka  przewodnia  audycji,  Bad
Moon Rising grupy CCR. Nic w rodzaju elektronicznej gotyckiej przyśpiewki, jakiej można
by się spodziewać po takiej audycji. Wybrałam tę piosenkę ze względu na jej naturalizm i
radość, z którą zdawałam się czekać na nadchodzące nieszczęście.

Ściągnęłam słuchawki i odsunęłam mikrofon. Gdybym miała dość, a w ciągu pierwszych

background image

sześciu miesięcy spodziewałam się, że tak właśnie będzie, łatwo by mi było zrezygnować.
Ale lubiłam to. Ciągle to lubiłam. Nie chciałam jednak doprowadzać T.J.-a do wściekłości.
Nie chciałam tego w inny sposób niż w przypadku Carla. Ale jednak. Co zrobię, jeśli obaj
się  na  mnie  wkurzą?  Nie  chciałam  rezygnować  z  czegoś,  z  czego  byłam  dumna,  a  byłam
dumna ze swojej audycji. Wkurzało mnie, że tak mnie naciskali.

Wataha wilkołaków była grupą stworzeń najbardziej od siebie zależnych.
-  Wszystko  okej?  -  spytał  Matt.  Miał  wystarczająco  długie  włosy,  żeby  związać  je  w

kitkę,  poza  tym  od  kilku  dni  się  nie  golił.  W  każdym  innym  miejscu  wyglądałby
niechlujnie, ale za konsolą wyglądał jak trzeba.

Oparłam  łokcie  na  biurku  i  pomasowałam  sobie  skronie.  Potrzebowałam  snu.  Bolała

mnie głowa. Jęknęłam.

-  Tak  -  potwierdziłam,  prostując  się  i  biorąc  duży  łyk  kawy.  Będę  jeszcze  miała

wystarczająco dużo czasu, żeby ze stresu dorobić się wrzodów żołądka.

Czy wilkołaki mogą mieć wrzody?
Skończyła  się  dwuminutowa  przerwa.  Matt  zaczął  odliczać  zza  szyby  na  palcach.

Zaświeciła  się  lampka  sygnalizująca,  że  jestem  na  antenie,  i  światełka  oczekujących
połączeń. Słuchawki na głowę, telefon w ruch.

- Witam ponownie w Nocnej godzinie. Połączyliśmy się z Sarah z Sioux City.
Kobieta była zapłakana. Starała się powstrzymać łzy, ale bez skutku.
- Kitty?
-  Witaj,  Sarah  -  zaczęłam  kojąco,  szykując  się  na  najgorsze.  -  O  czym  chcesz

porozmawiać?

-  O  moim  mężu.  -  Westchnęła  ciężko.  -  Przyłapałam  go  w  zeszłym  tygodniu.  Właściwie

to  go  szpiegowałam.  -  Zamilkła,  a  ja  dałam  jej  chwilę,  żeby  się  pozbierała,  a  potem
zachęciłam, żeby mówiła dalej.

- Co się stało, Sarah?
- On... on zamienił się... w... w wilka. W lesie... za naszym domem. Myślał, że poszłam

już spać.

- A ty nie wiedziałaś, że jest likantropem.
- Nie! To znaczy coś podejrzewałam. Wyjazdy służbowe raz w miesiącu akurat w czasie

pełni,  surowe  steki  na  obiad.  Jak  mógł  to  przede  mną  ukrywać?  Jestem  jego  żoną!  Jak
mógł mi to zrobić? - Drżał jej głos, przechodząc niemal w pisk.

- Doprowadziłaś do konfrontacji? Porozmawiałaś z nim o tym?
- Tak, tak. To znaczy spytałam go o to. Powiedział tylko, że mu przykro. Od tego czasu

ani razu nie spojrzał mi w oczy!

- Sarah, oddychaj. Bardzo dobrze. Wiem, że to dla ciebie ogromny cios, ale przyjrzyjmy

się temu wspólnie. Od jak dawna jesteście małżeństwem?

- Od sześciu, sześciu lat.
- A czy mąż powiedział ci, od jak dawna jest wilkołakiem?
- Od dwóch lat.
- Chciałabym, Sarah, żebyś popatrzyła na tę sprawę z jego punktu widzenia. Zamiana w

likantropa była pewnie dla niego wielką traumą, zgodzisz się?

-  Tak.  Kiedy  to  się  wydarzyło,  był  sam  na  nocnej  zmianie,  zamykał  właśnie  sklep.

background image

Powiedział, że miał szczęście, że udało mu się przeżyć. Czemu mi nic nie powiedział?

-  Nie  sądzisz,  że  może  starał  się  ciebie  chronić?  Byliście  dobrym  małżeństwem  i  nie

chciał  niczego  psuć,  prawda?  Nie  twierdzę,  że  dobrze  postąpił.  Gdybyście  byli  świetnym
małżeństwem,  od  razu  by  się  przyznał.  Ale  musi  się  z  tym  kryć  przed  wieloma  ludźmi.
Może nie wiedział, jak ci o tym powiedzieć. Może się bał, że go zostawisz, jeśli ci powie.

- Nie zostawiłabym go! Kocham go!
- Ale kiedy coś takiego się dzieje, ludzie odchodzą od swoich partnerów. Pewnie się bał,

Sarah. Słuchaj, czy on cię wciąż kocha?

- Mówi, że tak.
- Wiesz, co bym zrobiła na twoim miejscu? Pogadałabym z nim. Powiedziałabym, że jest

mi  przykro,  ale  chcę  go  wspierać,  jeśli  odtąd  będzie  ze  mną  szczery.  Zanim  to  jednak
zrobisz,  musisz  się  zastanowić,  czy  jesteś  w  stanie  być  żoną  wilkołaka.  Oczekujesz  od
niego szczerości, ale sama ze sobą musisz być równie szczera.

Sarah już się uspokoiła. Miała lekką czkawkę od płaczu, ale mówiła spokojnym głosem.
- Dobrze, Kitty. Rozumiem. Dziękuję.
-  Powodzenia,  Sarah.  Daj  znać,  jak  poszło.  No  dobrze,  wiele  osób  próbuje  się  do  nas

dodzwonić, więc idźmy dalej. Cormac z Longmont, dobry wieczór.

- Wiem, kim jesteś.
- Słucham?
- Wiem, kim jesteś, i przyszedłem cię zabić.
Według  informacji  Matta  facet  mówił,  że  ma  pytanie  na  temat  likantropii  i  chorób

przenoszonych drogą płciową.

Powinnam się od razu rozłączyć. Ale zawsze ciekawili mnie dziwacy.
- Cormac? Nie chciałbyś mi powiedzieć, o czym ty
właściwie mówisz?
-  Jestem  płatnym  mordercą.  Specjalizuję  się  w  likantropach.  -  Jego  głos  zasyczał  i

przycichł na chwilę.

- Rozmawiasz przez komórkę?
- Tak. Jestem w holu i idę cię zabić.
Kochany Matt już dzwonił do ochrony. Patrzyłam, jak stoi z telefonem. Nic nie mówił. O

co chodzi? Matt odłożył z trzaskiem słuchawkę.

- Nikt nie odbiera - powiedział tak głośno, żebym usłyszała przez szybę.
- Przygotowałem na dworze małą niespodziankę -oznajmił Cormac. - Ochrona budynku

wyszła na zewnątrz. - Słysząc to, Matt podniósł słuchawkę i wykręcił numer, trzycyfrowy,
po uprzednim przełączeniu na linię zewnętrzną. Dzwonił na policję.

Potem wykręcił jeszcze raz. I jeszcze raz. Zbladł.
- Linia zajęta - szepnął bezgłośnie.
- Udało ci się zablokować 911? - spytałam faceta przy telefonie.
-  Jestem  profesjonalistą  -  odpowiedział  Cormac.  Cholera,  to  nie  były  żarty.  Już

widziałam  Carla,  jak  mówi:  „A  nie  mówiłem?"  Miałam  nadzieję,  że  nie  słucha.  Ale  z
drugiej strony, gdyby słuchał, może by mi pomógł.

Po  drugiej  stronie  linii  usłyszałam  głośny  brzęk  windy  na  parterze  i  rozsuwające  się

powoli  drzwi.  Facet  mnie  zastraszał:  dzwonił,  żeby  towarzyszyć  mi  w  zamachu  na  mnie

background image

samą. Naprawdę ewidentnie mnie zastraszał.

- No dobra, idziesz mnie zabić, a jednocześnie ostrzegasz mnie przez telefon.
-  To  część  umowy  -  powiedział  z  takim  napięciem,  że  stwierdziłam,  że  pewnie  się

skrzywił, gdy to mówił.

- Ale co?
- Muszę to zrobić na antenie.
Matt  przejechał  ręką  wzdłuż  szyi  tnącym  gestem,  jego  mina  była  pytająca.  Skończyć

audycję? Pokręciłam głową. Może jakoś uda mi się z tego wybrnąć.

-  Dlaczego  myślisz,  że  jestem  likantropem,  płatny  morderco  specjalizujący  się  w

likantropach?

- Mój klient ma na to dowody.
- Jakie?
- Zdjęcia. Film.
-  No  tak,  nie  wątpię,  nakręcony  po  ciemku  film,  na  którym  widać  dużo  zamazanych

postaci. Widziałam takie nagrania. Obroni się w sądzie?

- Mnie przekonał.
-  Ale  ty  jesteś  najwyraźniej  niepoczytalny  -  rzuciłam  wytrącona  z  równowagi.  -  Nie

przyszło  ci,  Cormac,  do  głowy,  że  jesteś  kozłem  ofiarnym  w  grze,  która  ma  doprowadzić
do  tego,  żeby  zdjęli  mnie  z  anteny?  Pewne  ugrupowania  od  kilku  miesięcy  starają  się
mnie pozbyć.

O  tej  porze  Matt  i  ja  mieliśmy  całe  studio  tylko  dla  siebie.  Nawet  jeśli  jakiś  bystry

słuchacz  wezwie  policję,  Cormac  zjawi  się  w  kabinie,  zanim  zdążą  przyjechać.  Jestem
pewna, że na to właśnie liczył.

Matt wszedł do kabiny i syknął do mnie teatralnym szeptem.
- Możemy zejść schodami przeciwpożarowymi, zanim przyjdzie.
Zakryłam mikrofon rękami.
- Nie mogę przerwać audycji.
- Kitty, on chce cię zabić!
- To ścierna. Pewnie jakiś fanatyk próbuje mnie przepłoszyć z radia.
- Kitty...
- Nigdzie nie idę. Jak chcesz, sam idź. Zmarszczył brwi, ale wrócił do konsoli.
- I podaj mi, proszę, z szafki słuchawki bezprzewodowe.
Matt przyniósł mi słuchawki i przełączył mnie na nie. Wyszłam z kabiny, usuwając się z

widoku.  W  następnym  pomieszczeniu,  w  reżyserce  Matta,  znajdowało  się  okno
wychodzące na korytarz. Siadłam na podłodze pod oknem obok drzwi. Jeśli ktoś wejdzie,
ja pierwsza go zobaczę.

Cormac potrzebował jakichś pięciu minut, żeby tu wjechać i dojść do nas od windy. Tak

więc musiałam mówić szybko.

- No dobra, Cormac, pozwól, że o coś spytam. Kto cię wynajął?
- Nie mogę powiedzieć.
- Masz tak zapisane w umowie?
Zawahał  się.  Przyszło  mi  na  myśl,  że  może  nie  był  przyzwyczajony  do  gadania  i  nie

podobała  mu  się  akurat  ta  część  zadania.  Nie  wątpiłam,  że  naprawdę  był  tym,  kim

background image

twierdził, że był. Wydawał się zbyt opanowany, zbyt spokojny.

- Zasady zawodowe - odpowiedział w końcu.
-  Czy  to  jeden  z  takich  kontraktów,  przy  których  mogę  zaoferować  więcej  pieniędzy  w

zamian za to, że mnie nie wykończysz?

- Nie. Popsułoby mi to reputację. Nie żebym miała takie pieniądze.
- A na ile zostało wycenione moje życie? Chwila ciszy.
- To poufna informacja.
-  Naprawdę,  jestem  ciekawa.  Chyba  mam  prawo  wiedzieć.  No  bo  jeśli  jest  to  jakaś

astronomiczna  kwota,  mogę  chyba  uznać,  że  odniosłam  w  życiu  sukces,  skoro  aż  tak
bardzo  kogoś  wkurzyłam.  To  by  oznaczało,  że  odcisnęłam  swój  ślad,  a  przecież  tylko  na
tym nam wszystkim tak naprawdę zależy...

- Jezu, za dużo gadasz.
Nic  nie  mogłam  na  to  poradzić;  uśmiechnęłam  się  szeroko.  Matt  usiadł  pod  ścianą  i

pokręcił  głową  z  milczącą  dezaprobatą.  Znaleźć  się  w  pułapce  płatnego  mordercy  z
pewnością nie należało do jego obowiązków. Cieszyłam się, że mnie nie zostawił.

Nie  było  sensu  się  zastanawiać,  komu  się  mogłam  narazić  -  za  dużo  możliwości:  Liga

Łowców  Czarownic,  Wielebny  Dekę  Torquemada  z  Nowej  Inkwizycji,  Koalicja
Chrześcijańska...

Zabrzęczała winda, jeden, dwa... jeszcze dwa.
-  Ustalmy  kilka  faktów,  Cormac.  Ta  robota  nie  jest  typowa,  co?  Zwykle  polujesz  na

samotne  wilki.  Na  takie,  które  atakują  ludzi,  lub  na  takie,  których  nie  potrafi  upilnować
wataha.  Przestrzegające  prawa  wilkołaki  dość  trudno  rozpoznać  i  szkoda  sobie  nimi
zawracać głowę. Mam rację?

- Tak.
- Wiesz, ile wilków tak naprawdę sprawia kłopoty?
- Nie za wiele.
Po  tym,  jak  Cormac  ujawnił  na  antenie  moją  tożsamość,  musiałam  jakoś  zareagować.

Zaprzeczyć. Zapewnić go o własnej niewinności, o tym, że oskarżenia były niesłuszne - aż
w  końcu  tu  przyjdzie  i  mnie  zastrzeli.  Albo  będzie  próbował  mnie  zastrzelić,  a  ja  zacznę
się bronić. Miałam nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Pewnie  się  spodziewał,  że  będę  wszystkiemu  zaprzeczać  -  nie  możesz  mnie  zabić,  nie

jestem wilkołakiem. Ale było już na to trochę za późno. Gdybym zaczęła teraz zaprzeczać,
słabo  by  to  wypadło.  A  jeśli  naprawdę  miał  jakieś  zdjęcia  -  skąd  je  miał?  Jedyne,  co  mi
zostało,  to  zachowywać  się  jakby  nigdy  nic.  A  więc  proszę.  Nadeszła  chwila  prawdy.
Lepiej, żeby wskaźnik słuchalności mi to wynagrodził.

- No więc masz mnie, wilkołaka, który zawsze przestrzega prawa - to musi być dla ciebie

dziwne, ścigać potwora, który nie zamierza rzucić się na ciebie z pazurami.

- Daj spokój, Norville. Nie krępuj się i wystaw pazury. Lubię wyzwania.
No i proszę. Powiedziałam to w audycji o ogólnokrajowym zasięgu. Jestem wilkołakiem.

Nie  miało  to  żadnego  znaczenia  -  Cormac  i  tak  jechał  windą  na  moje  piętro.  Ale  moja
mama  o  niczym  nie  wiedziała.  Usłyszałam  w  słuchawkach  szczęknięcie  metalu.
Odbezpieczał i szykował broń, dużego kalibru.

- To mało szlachetne z twojej strony, Cormac. Wiesz, że jestem nieuzbrojona. Siedzę tu

background image

w kabinie i mam pół miliona świadków.

- Myślisz, że nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z niczym takim?
No dobra, zła taktyka. Spróbowałam jeszcze raz.
- Czy przerywając audycję, złamię zapis umowy mówiący, że wszystko ma się odbyć na

antenie?

- Mój zleceniodawca jest przekonany, że pozostaniesz na antenie tak długo, jak się da.

Że będzie ci za-leżało na wzroście słuchalności, który dzięki temu zyskasz.

Cholera, kto mu to zlecił? Bez względu na to, kto to był, za dobrze mnie znał. Może to

nie był wcale żaden fanatyk. Może to ktoś stąd, ktoś, kto miał mi coś za złe.

Arturo.
Carl  nie  przekonał  mnie,  żebym  zrezygnowała  z  audycji.  Może  Arturo  postanowił,  że

sam  się  mną  zajmie.  Nie  mógł  tego  zrobić  osobiście.  Wampir  ot  tak  atakujący  wilkołaka
wywołałby  wojnę  między  dwoma  ugrupowaniami.  Carl  i  wataha  uznaliby  to  co  najmniej
za naruszenie terytorium. Arturo musiałby wtedy zmierzyć się i z nimi.

Ale  Arturo  mógł  kogoś  wynająć.  Nie  musiał  nawet  robić  tego  sam.  Mógł  działać  z

pomocą  pośrednika,  a  Cormac  nawet  by  nie  wiedział,  że  pracuje  dla  wampira.  Arturo
mógł mi zrobić zdjęcia podczas pełni. Wiedział, gdzie biega wataha.

Usłyszałam, jak otwierają się drzwi do windy. Ciężkie kroki na linoleum.
- Widzę okno do twojej kabiny, Norville.
- Ej, Cormac, znasz Arturo?
- Tak. Przewodzi miejscowym wampirom.
- To on cię wynajął?
- No jasne. A jak myślisz, na co poluję, kiedy nie ścigam akurat wilkołaków?
A  więc  polował  na  likantropy  i  wampiry.  Naprawdę  wolałabym  mieć  tego  faceta  po

swojej stronie, chociaż chwilowo wydawało się to zupełnie niemożliwe.

Musiałam  się  zastanowić,  jak  mu  udowodnić,  że  to  Arturo  go  wynajął  poprzez

pośrednika. Może to sprawi, że się wycofa?

Nagle  usłyszałam  wycie  syren.  Okno  studia  wychodziło  na  ulicę.  Nie  musiałam  się

ruszać,  żeby  zobaczyć  błysk  czerwonych  i  niebieskich  świateł.  Policja.  Ostatnie  minuty
ciągnęły  się  w  nieskończoność,  ale  nawet  gdyby  jakiś  dzielny  słuchacz  wezwał  gliny  w
momencie, kiedy Cormac poinformował o swoich zamiarach, policja nie zdążyłaby zjawić
się tutaj aż szybko.

- Słyszysz to, Cormac?
- Cholera - mruknął. - Za szybko.
No proszę, w jakiejś sprawie się zgadzaliśmy.
-  Wygląda  na  to,  że  ktoś  wcześniej  po  nich  zadzwonił,  wiedział,  że  tu  będziesz.  Jesteś

pewny, że nie chcesz jeszcze raz przemyśleć mojej teorii o koźle ofiarnym?

Arturo  mógł  mnie  sprzątnąć  z  pomocą  Cormaca,  a  Cormaca  z  pomocą  policji,  gdyby

chciał, żeby i łowcy głów stała się krzywda. Gliny nie uwierzyłyby w historyjkę o wilkołaku.
Zastrzeliliby go za morderstwo.

- Chyba nie mówisz poważnie.
-  Arturo,  miejscowy  Mistrz  wampirów,  chce  mnie  zdjąć  z  anteny.  Czy  mam  powody

przypuszczać, że w ostatnim czasie go wkurzyłeś?

background image

- No, można by tak powiedzieć.
Coś się za tym kryło. Później spróbuję to z niego wyciągnąć.
-  Załóżmy,  że  wynajmuje  cię  przez  pośrednika.  Kiedy  ty  robisz  swoje,  wzywa  policję,

żeby  mieć  pewność,  że  nie  będziesz  miał  czasu  na  ucieczkę.  Może  masz  coś  do
wilkołaków,  ale  to  żadne  wytłumaczenie,  gdybyś  mnie  zabił.  W  chwili,  kiedy  pociągniesz
za spust, policja cię zastrzeli. I jak ci się podoba taka teoria?

Cisza, wystarczająco długa, żeby moje oszalałe serce zdążyło uderzyć z sześć razy.
- Jesteś nienormalna.
Nie  słyszałam  kroków,  nie  słyszałam  broni.  Stanął.  Denerwowałam  się?  Jeszcze  nie

widziałam jego spluwy. Nie musiałam; czułam zapach ciała Cormaca, spięte nerwy z ostrą
nutą  płynu  po  goleniu.  Czułam  zapach  smaru.  Czułam...  srebro.  Miał  srebrne  kule.
Zniknęły  wszelkie  wątpliwości  co  do  jego  zamiarów.  Polował  na  likantropy  i  wampiry,  a
jeśli żył wystarczająco długo, żeby mówić o nich w liczbie mnogiej, znał się na rzeczy.

Ciągle  byłam  na  antenie.  Prowadziłam  audycję  wszech  czasów,  przeprowadzałam  na

żywo wywiad ze swoim potencjalnym mordercą w programie o ogólnokrajowym zasięgu.
A  więc  czy  się  denerwowałam?  Mówiłam  coraz  szybciej.  Moją  bronią  były  słowa,  bronią
Cormaca - pistolety. Mogłam jedynie liczyć na to, że byłam równie celna jak on.

-  Słuchaj,  Cormac.  Miałeś  kiedyś  do  czynienia  z  wilkołakiem  z  zespołem  napięcia

przedmiesiączkowego?

- Nie.
- To dopiero cholerstwo.
Stał  tuż  za  drzwiami.  Wystarczyło,  żeby  się  nachylił  i  strzelił.  Swędziały  mnie  palce;

swędziały mnie kości.

Chciałam  się  zmienić;  chciałam  uciekać.  Czułam,  że  wilczyca  chce  rozszarpać  moją  z

trudem utrzymywaną samokontrolę, że chce się bronić, chce przetrwać. Mogłam walczyć,
ale  nie  zrobiłabym  tego.  Zacisnę-łam  drżące  ręce  w  pięści  i  wstrzymałam  oddech.  Matt
przykucnął  w  rogu  z  szeroko  rozwartymi  oczami.  Gapił  się  na  mnie.  Nie  na  drzwi  ani  nie
na Cormaca, ale na mnie. Na wilkołaka.

Cormac  zachichotał.  Zrobił  to  cichutko,  niemal  niedosłyszalnie,  nawet  jak  na  mój

wyostrzony  słuch.  Następny  dźwięk,  jaki  usłyszałam,  to  kliknięcie  -  bezpiecznik  w
pistolecie wrócił na swoje miejsce.

- Mogę ci zadać pytanie? Będę żyć? Zginę? Jak będzie?
- Jasne.
- Co to w ogóle za imię, Kitty, dla wilkołaka? Wypuściłam z sykiem powietrze.
- Odwal się; imię było najpierw.
- Zawrzyjmy układ, Norville. Ja zerwę swój kontrakt, a ty nie wniesiesz oskarżeń.
-  Dobra  -  zgodziłam  się  szybko.  Bardziej  obchodziło  mnie  ocalenie  swojej  skóry  niż

oskarżenia.

Cormac mówił dalej:
- Sprawdzę, co mówiłaś. Jeśli się mylisz, wrócę po ciebie.
Przełknęłam ślinę.
- Jak dla mnie okej.
-  Jeśli  będziesz  miała  rację,  możemy  razem  zrobić  porządek  z  Arturo.  A  teraz

background image

proponuję, żebyśmy zaczekali, aż gliny nas znajdą, i wyjaśnili im wszystko jak cywilizowani
ludzie.

- Eee, a mogę zakończyć audycję?
- Chyba tak.
Matt podczołgał się do konsoli.
- Zostało czterdzieści sekund - powiedział bez tchu.
Idealne wyczucie czasu.
-  Moi  drodzy  słuchacze,  nie  zapomniałam  o  was.  Wygląda  na  to,  że  to  było  jedno

wielkie  nieporozumienie.  Chyba  udało  nam  się  osiągnąć  kompromis  z  Cormakiem-
zabójcą.  Na  górę  wchodzi  właśnie  policja.  Gdyby  to  był  film,  zaczęłyby  już  lecieć  napisy
końcowe. Tak więc kończymy Nocną godzinę. W przyszłym tygodniu moim gościem będzie
senator Joseph Duke, twórca projektu ustawy, zgodnie z którą licencjonowani egzorcyści
dostawaliby tytuł federalnych przedstawicieli służb porządkowych. Czy to świr, czy może
naszemu państwu naprawdę zagraża najazd hord komunistycznych demonów? Nie mogę
obiecać, że będzie równie emocjonująco, jak dzisiaj, ale nigdy nic nie wiadomo. Będę się
starać. A tymczasem żegna się z wami Kitty Norville, głos nocy.

Matt  puścił  na  zakończenie  dżingiel:  przeciągłe,  przenikliwe  wycie  wilka  podczas  pełni

księżyca. To było moje wycie, nagrane zaraz na początku na potrzeby audycji.

Ściągnęłam słuchawki i potarłam oczy. Może Carl miał rację i powinnam zrezygnować z

audycji.  Tyle  problemów.  Warto  było  dla  tego  ryzykować  życie?  Powinnam  zrezygnować.
Nie...  Włosy  na  karku  stanęły  mi  dęba;  odwróciłam  się  i  zobaczyłam  w  drzwiach
mężczyznę opierającego się o framugę. Byłby przerażający nawet bez pistoletu w kaburze
przypiętej do uda, na gangsterską modłę: był wysoki, miał około metra osiemdziesięciu, i
szczupły,  ubrany  w  czarną  skórzaną  kurtkę,  czarny  podkoszulek,  wytarte  dżinsy  i  grube,
wzmocnione  stalą  buty  motocyklowe.  Uśmiechał  się  lekko  pod  przyciętym  wąsem.  Pod
ramieniem trzymał strzelbę.

-  To  ty?  -  Chodziło  mu  o  ostatnie  dźwięki  wycia.  Wyglądał  na  trzydzieści  kilka  lat.  W

oczach miał błysk wyrażający to samo rozbawienie co jego powstrzymywany uśmiech.

Przytaknęłam, podniosłam się i oparłam o ścianę. Wielki, niebezpieczny wilkołak - tak,

to właśnie ja. Marzyłam o gorącym prysznicu i drzemce.

Korytarzem biegli już policjanci, wykrzykując coś o tym, żeby rzucić broń i podnieść ręce

do  góry.  Cormac  posłuchał  rozkazu,  rzucając  strzelbę  i  podnosząc  ręce,  jakby  nieraz  już
tak robił.

Miałam  do  niego  milion  pytań.  Jak  się  wchodzi  do  branży  łowców  wilkołaków  i

wampirów? Jakie miał wcześniej przygody? Czy wystąpi u mnie w audycji? Co mam teraz
zrobić? Przedstawić się? Podać mu rękę?

-  Norville,  nie  dawaj  mi  nigdy  powodu,  żebym  znów  musiał  cię  ścigać  -  powiedział,

zanim zjawił się tabun policji.

Uśmiech  zamarł  mi  na  ustach,  a  kolana  zmiękły,  kiedy  nadbiegli  umundurowani

mężczyźni, otoczyli go i wyprowadzili.

Ich  dowódca,  oficer  Jessi  Hardin,  poprowadziła  mnie  do  schodów  przeciwpożarowych.

Wyjaśniła, że muszę pojechać z nią na posterunek, złożyć zeznanie, podpisać raport i tak
dalej. Długa noc miała być jeszcze dłuższa.

background image

Chciałam  coś  powiedzieć.  Na  przykład:  jestem  wilkołakiem.  Zastanawiałam  się,  czy  to

coś  zmieni.  Nie,  nie  „czy".  W  jaki  sposób  to  wszystko  zmieni.  Powiedziałam  światu.
Czułam,  że  muszę  to  ciągle  powtarzać,  żeby  uwierzyć,  że  to  wszystko  naprawdę  się
wydarzyło. Jednak tym razem się przymknęłam.

-  Przy  okazji,  na  dole  czeka  na  ciebie  jakiś  facet.  Chyba  Carl.  Powiedziałam,  że  będzie

mógł z tobą po-rozmawiać, jak wrócisz z policji. To może jednak zająć chwilkę.

Carl.  Carl,  drań  jeden.  Trochę  mu  zajęło,  żeby  się  domyślić,  że  mam  kłopoty.  I  on

uważał się za samca alfa.

- Nie szkodzi. Proszę się nie spieszyć. Carl może zaczekać.
 

background image

Rozdział 6

 

Policja  trzymała  mnie  dwie  godziny.  Byli  mili.  Bardzo  mili.  Hardin  usadziła  mnie  w

nijakiej  poczekalni  z  białawym  dywanem  i  ścianami  oraz  plastikowymi  krzesłami.
Przyniosła mi kawę i poklepała dobrotliwie po ramieniu. Inni raczej trzymali się ode mnie
z  daleka  i  gapili  się  na  mnie,  kiedy  ich  mijałam.  Plotki  szybko  się  roznosiły.  Kiedy  tylko
znaleźliśmy się na komendzie, zaczęło się gadanie. „To ona. To wilkołak. No jasne".

Hardin najwyraźniej nie zwracała na to uwagi.
Opowiedziałam  jej  swoją  wersję  wydarzeń.  Zwykła  formalność  -  cała  audycja  była

nagrana. Wszystko było na taśmie. Ale Hardin wzięła mnie w obroty, próbując przemówić
mi do rozsądku.

-  Jest  pani  pewna,  że  nie  chce  pani  wnieść  oskarżenia?  Możemy  go  zapuszkować  za

prześladowanie. Za szkody moralne, usiłowanie zabójstwa...

Zawarłam  z  Cormakiem  umowę.  Zamierzałam  jej  dotrzymać  i  mimo  wszystko  miałam

nadzieję, że on zrobi tak samo. Przyzwyczaiłam się działać na granicy prawa - tworzyliśmy
własne reguły, my i ludzie pokroju Cormaca. Ale gdybym powiedziała Hardin, że sami się
tym zajmiemy, pewnie by jej się to nie spodobało.

Auć. Co ja sobie wyobrażałam? Cormac pewnie zasłużył sobie na więzienie.
- Proszę mi nie mówić, że to był tylko chwyt reklamowy - powiedziała w końcu. O ile to

możliwe, wyglądała na jeszcze bardziej wzburzoną.

- Nie. - Ale może się tak okazać. Być może będę musiała podziękować Cormacowi. - Jeśli

to  nie  problem,  to  chyba  chciałabym  po  prostu  iść  do  domu.  -  Spróbowałam  się
uśmiechnąć jak mała, bezbronna ofiara.

-  O  wiele  łatwiej  by  było  wnieść  przeciwko  niemu  oskarżenie,  gdyby  zechciała  pani

współpracować. Mogę go zatrzymać na noc w areszcie, ale dłużej nie dam rady, jeśli nie
będzie żadnych zarzutów.

- Nikomu nic się nie stało. Wszystko w porządku, naprawdę.
Położyła rękę na stole obok mojej i nachyliła się do mnie.
-  Przez  taką  postawę  takie  dziewczyny  jak  pani  giną.  Zamrugałam  i  wzdrygnęłam  się.

Wyprostowała się i wyszła z pokoju. Ja wyszłam jakieś dziesięć minut później.

Przed komendą czekali na mnie Carl i T.J. T.J. objął mnie, a Carl złapał mnie mocno za

łokieć.

Myślałam,  że  się  z  nim  pokłócę.  Myślałam,  że  będę  rozdrażniona  i  się  obruszę,  żeby

zaznaczyć swoją niezależność. Zamiast tego omal nie zasłabłam.

Oparłam  się  o  T.J.-a,  mocno  się  w  niego  wtulając,  i  odezwałam  się  słabym  głosem

prosto w jego ramię:

- Chcę do domu.
Carl  trzymał  się  w  pobliżu,  osłaniając  mi  plecy  jak  tarczą  i  pilnując  mnie.  Zaprowadził

nas do swojego samochodu i zawiózł mnie do domu.

Przytulili  mnie  i  to  wystarczyło.  Nie  chciałam  być  sama.  Nie  chciałam  być  niezależna.

Mogłam  powiedzieć  Carlowi,  żeby  się  mną  zaopiekował,  a  on  by  to  zrobił.  Jakaś  część
mnie  chciała  tylko  zwinąć  się  w  kłębek  u  jego  stóp  i  czuć  się  bezpiecznie.  To  był  głos

background image

wilczycy.

Miałam kawalerkę, małą, ale porządną, z kuchnią po jednej stronie, łazienką po drugiej

i pokojem po-środku. Zwykle nie zawracałam sobie głowy składaniem kanapy.

T.J. siadł na futonie plecami do ściany, a ja zwinęłam się na jego kolanach jak szczeniak.

Carl  chodził  w  tę  i  z  powrotem  między  oknem  a  drzwiami.  Był  przekonany,  że  ktoś  po
mnie  przyjdzie  -  Cormac,  żeby  dokończyć  robotę,  albo  jakiś  inny  palant,  który  będzie
chciał  mnie  skrzywdzić  dla  zasady.  Nie  zwracałam  na  to  uwagi  -  kiedy  był  przy  mnie  T.J.,
nie musiałam się o nic martwić.

-  Co  mam  zrobić?  -  westchnęłam.  -  Wywalą  mnie  z  roboty.  Rozdmuchają  całą  sprawę.

Boże, zaraz mnie obsmarują w „Enąuirerze".

- Z czymś takim trafisz do „Newsweeka", maleńka - powiedział T.J. i pogłaskał mnie po

ramieniu.

Jęknęłam.
Zadzwonił telefon. Carl podskoczył, po czym rzucił się do aparatu przy łóżku. Ja byłam

pierwsza.

- Halo?
- Kitty. Tu mama. Wszy-wszystko okej?
Na śmierć zapomniałam. Jak mogłam zapomnieć? To był dopiero początek całej afery.
Powinnam była do niej pierwsza zadzwonić.
- Cześć, mamo.
-  Dzwoniła  Cheryl;  słuchała  twojej  audycji  i  powiedziała...  powiedziała,  że  omal  nie

zostałaś zabita i że powiedziałaś... że powiedziałaś...

Cheryl to moja starsza siostra. Ledwie odnotowałam resztę rozmowy. Mama nie była w

stanie wydusić z siebie słowa „wilkołak". Ja cały czas powtarzałam tylko: „Tak, mamo. To
prawda,  mamo.  Przykro  mi...  nie,  nie  oszalałam.  A  w  każdym  razie  nie  sądzę.  Nie,  nie
mogłam  ci  powiedzieć...  ciężko  to  wyjaśnić.  Nie,  nie  umrę,  a  przynajmniej  jeszcze  nie
teraz. Od jakichś trzech lat. Tak, aż tak długo". Mama zaczęła płakać.

- Tak, porozmawiam z tatą. No... cześć tato.
- Cześć, Kitty. Jak się masz? - Brzmiał spokojnie, jak zawsze, jakbym po prostu dzwoniła

ze szkoły, żeby mu powiedzieć, że rozbiłam samochód, a on zapewniał mnie, że wszystko
będzie dobrze.

Otarłam łzy.
- Jestem w szoku. Ale mi przejdzie.
-  Wiem,  że  przejdzie.  Dobre  z  ciebie  dziecko.  Ja  to  wiem  i  mama  też.  Jest  teraz  po

prostu trochę roztrzęsiona.

- Dzięki, to dla mnie bardzo ważne. Nic jej nie będzie?
- Nie, nie sądzę. Jak zadzwonisz wieczorem, będzie już pewnie czuła się lepiej.
- Dobrze.
- Jesteś sama? Możesz u kogoś zostać? Chcesz, żebym do ciebie przyjechał?
Tylko tego mi było trzeba, żeby tata przyjechał i znalazł mnie w łóżku z watahą.
-  Są  ze  mną  przyjaciele.  Zaopiekują  się  mną.  Upewnił  się  trzy  razy,  że  zadzwonię

wieczorem, a potem się rozłączył.

T.J. się uśmiechnął.

background image

- Słyszałem go przez telefon. Świetny facet. Masz dużo szczęścia.
Był przy mnie cały ranek. Bez względu na to, co się stanie, będzie przy mnie. Należał do

watahy i zależało mu na mnie.

- No - przyznałam. - Mam. Carl skrzyżował ręce.
- Dość tego - powiedział. - Odchodzisz z audycji.
Przycisnęłam  twarz  do  nogi  T.J.  Nie  odpowiedziałam,  nie  dyskutowałam.  W  obliczu

wszystkich  tych  wydarzeń  miał  rację.  Powinnam  zrezygnować.  Nie  wiedziałam,  jak  mu
wyjaśnić, że nie mogę tego zrobić. Więc nie wyjaśniałam. T.J. cały się spiął, jakby wiedział,
o czym myślę.

- On ma rację, Kitty - szepnął.
Zakryłam uszy. Nie chciałam tego słuchać. Usiadłam, odsunęłam się od T.J.-a na środek

łóżka i objęłam rękami kolana.

- Nie jesteś ani odrobinę wściekły na Arturo, że najął tego faceta? - O ile to w ogóle był

Arturo. Będę się musiała dowiedzieć. Może Rick coś wiedział.

Carl się zjeżył, jego ramiona zadrżały, a usta się wykrzywiły.
- Nie chodzi o Arturo. Chodzi o to, że sama narażasz się na niebezpieczeństwo.
- Muszę się dowiedzieć, czy stał za tym Arturo. Mógłbyś z nim porozmawiać. Pomożesz

mi?

Carl nie odpowiedział. Rzucił mi tylko gniewne spojrzenie. T.J. patrzył to na mnie, to na

niego, czekając na jakiś sygnał.

W końcu wbił wzrok we mnie i powiedział:
- Jeśli zrezygnujesz z audycji, rozprawię się z Ar-turo w twoim imieniu.
Carl  wskoczy!  na  łóżko.  Zaskomlałam;  T.J.  odczołgał  się,  zsunął  z  łóżka  i  spadł  na

podłogę. Natychmiast stanął na czworakach, ale trzymał się na dystans. Carl unieruchomił
mnie,  kładąc  ręce  na  łóżku  po  obydwu  stronach  mojej  głowy  i  przygniatając  mnie  całym
ciężarem ciała. Trzęsłam się i próbowałam wyrwać.

Nie byłam gotowa na walkę z Carlem.
-  Ja  się  nie  targuję  -  powiedział  przytłumionym  głosem.  Zerknął  kątem  oka  na  T.J.-a,

który odwrócił głowę pełen uległości. - Zrobisz, jak mówię. Sam się zajmę Arturo.

Nie wierzyłam mu.
Zamknęłam  oczy,  żeby  się  nie  rozpłakać,  i  odwróciłam  głowę,  kiedy  poczułam  jego

oddech na policzku. Był tak blisko, że mógł mnie ugryźć. Pokiwałam głową, żeby tylko dał
mi  spokój,  żeby  to  wszystko  wreszcie  się  skończyło.  Gdybyśmy  byli  ludźmi,  a  to  był
związek między ludźmi, najlepiej by było, gdybym go zostawiła. To była patologia.

Po  chwili  objął  mnie  i  przytulił.  Chciał  się  mną  tylko  zaopiekować.  Wilczyca  tak

strasznie go kochała.

Dopiero koło południa udało mi się ich przekonać, że nic mi nie jest. Powiedziałam, że

muszę  odpocząć.  Musiałam  wrócić  do  Pokrętła,  choćby  tylko  po  to,  żeby  powiedzieć,  że
odchodzę. Kiedy im to mówiłam, sama w to wierzyłam.

Ale wieczorem czułam już tylko wściekłość.
Kiedy  tego  popołudnia  szłam  przez  recepcję,  gapili  się  na  mnie  wszyscy  -

recepcjonistka,  asystenci,  technicy.  Nikt  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Czułam  się,  jakbym
była  naga.  Wilczyca  to  uwielbiała.  Tyle  świeżutkiego  mięsa,  trzęsącego  się  ze  strachu  jak

background image

ofiary. Ale trzymałam się w ryzach. Miałam w tym dużą wprawę.

Nie wiedziałam, co właściwie sobie myślą, ile osób sądzi, że to wszystko prawda, a ile,

że jestem nienormalna. W powietrzu czuć było strach. A także ciekawość.

Poprzedniego wieczoru nie miałam okazji pogadać z Mattem. Na czas składania zeznań

policja umieściła nas w osobnych pokojach. Nie wiedziałam, co sobie teraz o mnie myśli.
Wystarczająco długo pracował ze mną przy audycji, byłam pewna, że mi uwierzył.

Natknęłam się na niego w korytarzu. Z szerokim uśmiechem wręczył mi pudełko pełne

wiadomości.  Wzięłam  je  i  przyjrzałam  się  mu.  Na  brzegach  żuchwy  zastygła  odrobina
strachu.  Miał  spięte  ramiona,  a  serce  waliło  mu  trochę  za  głośno.  Ale  był  opanowany  i
stał przede mną tak, jakby nic się nie stało. Uwielbiałam go za to.

- Wszystko w porządku? - spytałam.
- Tak. A u ciebie? Wzruszyłam ramionami.
- Jest dziwnie. Wszystko się zmieniło. Jakby mi wyrosła druga głowa.
- Albo ogon i pazury, przepraszam. Ale... to prawda, tak? - Przytaknęłam, a on pokręcił

głową. -Masz rację. Jest dziwnie. Ten facet miał rację. Kitty to śmieszne imię dla wilkołaka.

- Widzę, że nie zostanie mi to wybaczone.
-  Ozzie  jest  u  siebie.  Chce  z  tobą  pogadać.  Świetnie.  Uśmiechnęłam  się  ponuro  w

ramach podziękowania i ruszyłam dalej korytarzem.

Ozzie  wstał,  kiedy  otworzyłam  drzwi.  Widać  było,  że  jest  zdenerwowany.  Szczerze

mówiąc, ja też byłam. Wsadziłam sobie pudełko pod pachę i przylgnęłam do framugi. Co,
do cholery, miałam mu powiedzieć?

Potem zdałam sobie sprawę, że przybrałam uległą postawę, ale on nie potrafił odczytać

tych  sygnałów.  Był  moim  szefem;  to  by  miało  sens,  ale  jednak...  zebrałam  się  w  sobie  i
wyprostowałam.

- Cześć, Ozzie.
- Kitty. To...
Czekałam, aż zacznie mówić, nie bardzo wiedząc, dlaczego czułam się, jakbym musiała

go za coś przepraszać. Po chwili się rozluźnił i wykonał proszący gest ręką.

- Kitty, czemu nic mi nie powiedziałaś? Nie musiałaś utrzymywać tego w tajemnicy.
- Trochę musiałam, Ozzie. Są ludzie, którzy nie bardzo lubią takich jak ja. Może być nam

ciężko się dogadać po tym wszystkim.

- Potrzebujesz lepszej ochrony? Zapewnimy ci ochroniarzy...
Ciekawe,  co  by  na  to  powiedział  Carl  i  T.J.?  Miałam  zrezygnować.  Zerknęłam  na

wiadomości.  Niektórych  się  spodziewałam  -  reporterzy  z  „National  Enąuirer",
„Wiadomości  ze  Świata",  Niezbadanego  świata.  Innych  nie  -  CNN?  „Newsweek"?  Rany,
czemu T.J. zawsze musiał mieć rację?

Pokręciłam głową.
- Nie, mam przyjaciół. Wszystko w porządku. Wiadomo już, jakie są skutki?
Podał  mi  kartkę  z  napisem:  „Wstępne  wskaźniki  słuchalności".  Liczby  były...  duże.  To

nie mogła być prawda.

- Zostaliśmy zarzuceni prośbami o wyemitowanie powtórki. Krótka ankieta wskazuje, że

wczorajszego  wieczoru  wiarygodność  audycji  nieprawdopodobnie  wzrosła.  Przynajmniej
wśród ludzi, którzy w to wszystko wierzyli. Wcześniej po prostu przyjemnie im się z tobą

background image

gadało.  Teraz  wiesz,  o  czym  mówisz.  Ludzie,  którzy  nie  wierzyli,  uznali,  że  to  zagranie
marketingowe,  i  są  strasznie  ciekawi,  jak  to  dalej  rozegrasz.  To  żyła  złota,  Kitty.  Możesz
dalej prowadzić audycję?

Carl  będzie  się  z  tym  musiał  jakoś  pogodzić.  Pokażę  mu  jego  część  pieniędzy,  kiedy

sfinalizujemy następne umowy. Wtedy na pewno się z tym jakoś pogodzi.

- Oczywiście.
-  Świetnie...  Zerknij  na  wiadomość  od  Howarda  Sterna.  Chce,  żebyście  wspólnie

poprowadzili  audycję,  coś  w  rodzaju  podwójnego  wywiadu,  podczas  którego  oboje
będziecie  odbierać  telefony.  Przemieszanie  publiczności,  brzmi  świetnie.  Rozmawiałem  z
Barbarą Walters...

-  Nie  wystąpię  w  telewizji.  Chyba  wiesz  dlaczego.  -  Na  mojej  stronie  internetowej  nie

było nawet mojego zdjęcia.

- No tak, wiem. Mimo to i tak będziesz pierwszym znanym wilkołakiem w tym kraju.
Miałam co do tego wątpliwości.
- Chyba tylko pierwszym, który się do tego przyznał. Dzięki, Ozzie. Dzięki, że jesteś dla

mnie taki wy-rozumiały.

-  Przecież  dalej  jesteś  Kitty,  prawda?  Wyglądasz,  jakbyś  w  ogóle  wczoraj  nie  spała.

Może weź sobie dziś wolne? Ale najpierw oddzwoń do Sterna.

Zaraz  po  powrocie  do  domu  zadzwoniłam  do  T.J.-a.  Telefon  dzwonił  pięć  razy.  Już

myślałam, że wyszedł. Ale odebrał.

- To ja. Idę do Arturo. Pójdziesz ze mną?
Głupio zrobiłam, że do niego zadzwoniłam. Powie Carlowi. Nie ma szans, żeby to przed

nim  ukrył.  A  wtedy  naprawdę  będę  miała  kłopoty.  Ale  musiałam  do  niego  zadzwonić.  Z
kim innym miałabym pogadać?

Może liczyłam na to, że mi pomoże bez żadnych pytań.
-  Odeszłaś  z  audycji?  -  Nie  odpowiedziałam.  Chyba  nawet  jęknęłam.  On  westchnął.  -

Wiesz, że nie wy-starczy, że oddasz Carlowi część pieniędzy. Tu nie chodzi o pieniądze.

- Nie chodzi. Chyba nie myślisz, że to dlatego chcę zostać, co?
- Nie. Wiem, jak wiele to dla ciebie znaczy.
- To jak możesz mi mówić, żebym zrezygnowała?
-  Bo  ta  audycja  cię  zmienia.  Pół  roku  temu  w  życiu  byś  się  ze  mną  tak  nie  kłóciła.

Wdajesz się w bójki, na litość boską.

Zamknęłam oczy. Odezwałam się ciszej:
- Czy wszystkie zmiany są złe?
- Dasz się zabić. I to nie ludziom takim jak ten płatny morderca.
- Jestem dorosła. Sama potrafię o siebie zadbać.
- Nie potrafisz.
I o to w tym wszystkim właśnie chodziło. Które z nas miało rację?
- Chyba będziemy się musieli przekonać. Rozłączyłam się.
Doszłam do uliczki za Obsydianem.
Obsydian  był  stylową  galerią  sztuki,  która  specjalizowała  się  w  antykach  i  imporcie.

Galeria była tylko przykrywką. Na niższych poziomach, pod piwnicą mieszkał Arturo. Pod
ekskluzywną fasadą kryła się krypta, w której miejscowe wampiry przesypiały dzień. 

background image

Pół  roku  temu  na  myśl  o  tym,  żeby  iść  w  pojedynkę  do  legowiska  Arturo,  byłabym
sparaliżowana  ze  strachu.  Teraz  przynajmniej  cały  ten  pomysł  mnie  bawił.  Ale  nie
mogłam  zrobić  ostatnich  kilku  kroków,  które  dzieliły  mnie  od  schodów  wiodących  do
piwnicy. Stałam na uliczce z rękami w kieszeniach kurtki. Była północ, całkiem ciemno. W
każdej  chwili  na  schodach  mógł  się  pojawić  rój  wampirów.  Uznają  moją  obecność  za
naruszenie  ich  terytorium  i  będą  się  bronić.  Już  widziałam  nagłówek:  „Prezenterka
radiowa zamordowana w porachunkach gangów".

Jeśli  mi  się  poszczęści,  jeśli  będę  tu  stać  wystarczająco  długo,  może  zjawi  się  Rick  i

spytam  go  o  radę.  Al-bo  poproszę,  żeby  pogadał  z  Arturo.  Ostatecznie  był  mi  winien
przysługę za to, że pracowałam nad sprawą Elijaha Smitha.

W  końcu  strach  okazał  się  silniejszy  niż  złość.  Stałam  tam  tylko  minutę,  a  potem

odwróciłam się i ode-szłam. Nadal byłam tylko szczeniakiem.

Kiedy  doszłam  do  rogu,  złapały  mnie  jakieś  ręce.  Nie,  pazury.  Ręce  zamieniające  się  w

pazury.  Zobaczyłam  gwiazdy,  kiedy  zostałam  przyciśnięta  do  muru  i  rąbnęłam  głową  w
cegły.  Ktoś  przytrzymał  mi  ramiona  w  żelaznym  uścisku,  przygniótł  mnie  do  ściany  i  wpił
kciuki w gardło. To był T.J.

Palce  mu  się  skracały,  a  ręce  robiły  się  grubsze  w  miarę,  jak  do  głosu  dochodził  jego

wilk.  Dusił  mnie.  Jego  twarz  była  kilka  centymetrów  od  mojej,  a  w  oczach  pojawiły  się
złociste  plamki.  Miał  obnażone  zęby  i  wydobywał  się  zza  nich  pomruk  tak  niski,  że  aż
wibrował w jego rękach.

Wytrzeszczałam  na  niego  oczy  i  z  trudem  łapałam  oddech.  Nie  żebym  mogła  zrobić

dużo więcej.

T.J. wycedził przez zaciśnięte zęby:
- Byłaś nieposłuszna. Instynkt każe mi pogruchotać ci wszystkie cholerne kości. Czemu

tego nie robię?

Przełknęłam ślinę. Mógł mnie rozerwać na strzępy, ale nawet mnie jeszcze nie drasnął.

Mogłam  z  nim  walczyć.  Wiem,  że  mogłam  -  wilczycę  aż  skręcało  z  chęci,  żeby  uciec  lub
stanąć do walki. Nie pokonałabym go. Ale to niezbyt się teraz liczyło. Nie skomlałam. Nie
położyłam się na plecach, żeby okazać uległość.

To mnie przerażało. Nie chciałam walczyć z T.J.-em. Musiałam się skoncentrować, żeby

nie  rzucić  się  na  niego  z  łapami.  Udało  mi  się  wziąć  wystarczająco  głęboki  oddech,  żeby
się odezwać:

- Bo czasem trzeba posłuchać swojej ludzkiej strony.
T.J.  cały  się  trząsł.  Ręce  mu  drżały  na  moich  ramionach.  Ja  stałam  w  bezruchu.

Patrzyłam  mu  w  oczy,  widziałam  zmarszczki  na  czole  i  w  kącikach  oczu,  jakby  był  zbyt
wściekły, żeby stłumić emocje, ale się starał. Proszę, proszę. Miałam nadzieję, że zobaczy
w  moich  oczach  błaganie,  że  miał  w  sobie  jeszcze  wystarczająco  dużo  z  człowieka,  żeby
odczytać ludzkie uczucia.

Nagle  mnie  puścił.  Oparłam  się  bezwładnie  o  ścianę.  Patrzył  na  mnie,  wykrzywiając  ze

złości  usta.  Mokre  od  potu  włosy  przykleiły  mu  się  do  skroni.  Chciałam  się  odezwać,  ale
nie miałam pojęcia, co mogłabym powiedzieć, poza tym miałam ściśnięte gardło.

Odwrócił się i odbiegł. Ściągnął koszulę i wyrzucił ją, po czym skręcił ża róg. Na plecach

wyrosło mu lśniące, niebieskoszare futro. Zniknął.

background image

Usiadłam  gwałtownie  i  przycisnęłam  twarz  do  kolan.  Cholera,  cholera,  cholera.  Jak  ja

się w to wszystko wplątałam?

No więc. Nie porozmawiałam z wampirami i nie odeszłam z audycji.
-  ...twierdzę  tylko,  że  jeśli  w  ten  sposób  chcesz  zwrócić  na  siebie  uwagę,  może

powinnaś  z  kimś  po-rozmawiać  -  z  jakimś  psychoterapeutą  albo  kimś  w  tym  rodzaju  -  o
tym, że musisz znaleźć ujście dla swojej agresji...

Nachyliłam się do mikrofonu.
-  Ej,  kto  tu  się  bawi  w  pseudopsychologa?  Szczerze  mówiąc,  prowadzę  popularną

audycję radiową. Myślisz, że potrzebuję większego rozgłosu? Następny, proszę.

Przez  cały  wieczór  wszystko  przewracało  mi  się  w  brzuchu.  Przed  rozpoczęciem

programu byłam śmiertelnie przerażona. Nie bałam się Carla ani T.J.-a, chociaż z żadnym
z nich nie widziałam się od tygodnia. Zbliżała się pełnia. Nie wiedziałam, co mam zrobić.
Spotkać się z watahą, żeby skopała mi tyłek, czy spędzić pełnię w samotności.

Nie,  bałam  się,  bo  nie  miałam  zielonego  pojęcia,  co  się  wydarzy  podczas  audycji.

Poprosiłam  Ozziego,  żeby  przesunął  na  inny  termin  gościa,  z  którym  byłam  wcześniej
umówiona.  Chciałam  mieć  pełne  dwie  godziny  na  gruntowne  porządki.  Zamierzałam
odbierać wszystkie telefony, od każdego i w każdej sprawie. Chciałam wszystko wyjaśniać
- w kółko, aż do znudzenia.

Nie  było  tak  źle.  Nigdy  nie  jest.  Chyba.  Zawsze  najgorsze  jest  oczekiwanie.  Jak  dotąd

połowa telefonów to były słowa wsparcia od wiernych fanów:

-  Jesteśmy  cały  czas  z  tobą.  -  Dużo  czasu  poświęciłam  na  podziękowania.  Było  trochę

niedowierzania, trochę gróźb i trochę zwykłych próśb o radę. Mnóstwo pytań.

- Zabiłaś kiedyś kogoś? Pytanie to zadało trzech słuchaczy.
- Nie. Preferuję raczej sarninę.
- Jak zostałaś wilkołakiem?
- Zostałam zaatakowana. Poza tym wolę o tym nie mówić.
- A więc to było dość traumatyczne?
- Owszem.
Jedna dziewczyna zadzwoniła z płaczem.
- Nie rozumiem, jak możesz to robić. Jak możesz mówić o tym wszystkim tak spokojnie?

Bywają dni, że mam ochotę obedrzeć samą siebie ze skóry!

Postarałam się, żeby mój głos zabrzmiał jak najbardziej kojąco.
- Spokojnie, Claire. Wiem, jak się czujesz. Też mam takie dni. Liczę wtedy do dziesięciu.

Pomaga też rozmowa. Jak o tym rozmawiam, nie przeraża mnie to aż tak bardzo. Powiedz
mi jedno: co cię najbardziej wkurza w byciu wilkołakiem?

Jej oddech uspokoił się trochę; głos był bardziej opanowany.
- Zaniki pamięci. Czasem, kiedy się budzę, nie pamiętam, co robiłam. Boję się wtedy, że

zrobiłam coś strasznego.

- A czemu?
-  Pamiętam,  jak  się  czułam.  Pamiętam  smak  krwi.  I  -  i  pamiętam,  że  go  lubię.  Kiedy

jestem człowiekiem, chce mi się od tego rzygać.

Nie  musiałam  już  uważać  na  słowa.  Mogłam  odpowiadać,  czerpiąc  z  własnego

doświadczenia,  na  co  przed  tygodniem  sobie  nie  pozwalałam.  Ona  pewnie  nie

background image

zadzwoniłaby do mnie przed ostatnimi wydarzeniami.

- Myślę, że kiedy się zmieniamy, zostaje w nas dużo z człowieka. Mamy świadomość, że

chcemy  być  częścią  cywilizowanego  świata.  Powstrzymuje  to  nas  przed  tym,  do  czego
jesteśmy zdolni. To chyba jeden z powodów, dla których tu jestem, prowadzę tę audycję i
staram się wieść dość normalne życie. Staram się ucywilizować moją wilczycę.

- I udaje ci się? Dobre pytanie.
- Jak dotąd nawet tak.
- Dzięki, Kitty.
- Nie wybiegaj myślami za daleko naprzód, Claire. Następny rozmówca, witam.
-  Wiedziałem.  Wiedziałem,  że  nim  jesteś.  -  Poznałam  ten  głos,  ten  facet  już  dzwonił.

Zerknęłam na monitor i wiedziałam, że mam rację.

- Jak się masz, James?
- Ciągle jestem samotny. - Powiedział to otwarcie i poważnie.
- Trochę boję się spytać, ale skąd wiedziałeś?
- Nie wiem. - Wyobraziłam sobie, że wzrusza przy tym ramionami. - Wiesz, co mówisz.

A  możesz  to  wiedzieć  tylko  z  jednego  powodu.  -  Mówił  z  zapałem  szczeniaka:  -  A  jak  ty
sobie z tym radzisz? Masz watahę?

Rany,  czy  mam?  Nie  byłam  już  tego  taka  pewna.  Dostałam  łomot  od  T.J.-a,  okazałam

nieposłuszeństwo  Carlowi  -  kiedy  pojawię  się  podczas  następnej  pełni,  nie  wiem,  czy
mnie przyjmą. Zaryzykowałam.

- Mam.
- I jak to jest? Jacy oni są?
Czasem  bywa  tak,  że  wilkołak  kogoś  zaatakuje,  a  w  pobliżu  nie  ma  watahy,  która

zajęłaby się ofiarą, wytłumaczyła jej, co się stało, i nauczyła ją, jak z tym żyć. James musiał
być właśnie kimś takim. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak by to było, gdyby T.J. nie był
przy mnie podczas mojej pierwszej pełni, za pierwszym razem, jak się zmieniałam. Z nim
było mi łatwiej, przynajmniej trochę.

Spróbowałam być szczera. Albo szczera na ten moment.
- Cóż. Z nimi źle, bez nich jeszcze gorzej.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
To by było na tyle, jeśli chodzi o dowcipy.
- Ogromnie cenię swoją watahę. Jest ze mną, gdy jej potrzebuję. Ale to bywa irytujące.

Nie bardzo jest miejsce na jakąkolwiek dyskusję. - Ciekawiło mnie, czy Carl albo T.J. mnie
słuchają.

- Ale uważasz, że wilkołaki powinny należeć do watahy.
-  Uważam,  że  wataha  pełni  dobrą  funkcję.  Ma  pewną  kontrolę  nad  wilkołakami,

pilnuje, żeby nie polowały na owce. Ani na małe dzieci - oczywiście żartowałam.

- A więc nie wierzysz, że wilkołak może żyć w pojedynkę?
- Tego nie powiedziałam. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że to trudne.
- Aha.
- Mówisz, że jesteś sam, James. Jak sobie z tym radzisz?
-  Nie-nie  radzę  sobie.  -  Rzucił  słuchawką  i  połączenie  zostało  przerwane.  Świetnie.  Ta

rozmowa mnie zaniepokoiła.

background image

- Aha. Dzięki za telefon, James.
Matt machał do mnie przez szybę i pokazywał na drzwi do kabiny. Stał w nich Rick. Nie

zauważyłam,  kiedy  przyszedł.  Opierał  się  o  framugę,  jakby  czekał  tam  od  kilku  godzin.
Pomachał do mnie na powitanie.

Odwróciłam się do mikrofonu.
-  Dobra,  krótka  przerwa  na  nasz  dżingiel.  Po  powrocie  kolejne  telefony.  Słuchacie

Nocnej godziny.

Matt  wykonał  tnący  gest,  który  oznaczał,  że  nie  byłam  już  na  antenie.  Lokalne

radiostacje  miały  teraz  kilka  minut  na  reklamy  i  ogłoszenia.  Ściągnęłam  słuchawki  i
podeszłam do drzwi.

-  Cześć,  Rick.  -  Próbowałam  mówić  normalnie.  Albo  chciał  mi  przekazać  jakąś  kąśliwą

wiadomość od Arturo, albo spytać, czy dowiedziałam się czegoś na temat Kościoła Czystej
Wiary. Nadal nie udało mi się znaleźć zbyt wiele.

- Cześć. A więc to jest to słynne studio.
-  Tak.  Nie  chcę  być  niegrzeczna,  ale  za  chwilę  będę  musiała  tam  wrócić.  Czym  mogę

służyć?

-  Pomyślałem,  że  może  wymienimy  się  informacjami.  Znalazłaś  coś  na  temat  Elijaha

Smitha?

No i proszę. Wzruszyłam ramionami.
-  Nie  za  wiele.  Nikt,  kto  go  zna,  nie  chce  mówić.  Dwóch  reporterów  próbowało  raz

zakraść się do jego namiotu, ale ich wyrzucono. Jeszcze poszperam. Mam kilka tropów do
sprawdzenia. Przykro mi, że nie mogę ci powiedzieć nic więcej.

Wydął wargi, maskując rozczarowanie.
- Cóż, może twój upór się opłaci. A tymczasem... Podał mi szarą kopertę.
-  Słuchałem  twojej  audycji  w  zeszłym  tygodniu.  Pomyślałem,  że  może  cię  to

zainteresuje.

- Co to jest?
- Dowody - odpowiedział. - Nie musisz już sama węszyć w okolicach Obsydianu.
Podniosłam głowę. Poczułam gulę w gardle.
- To ty wiesz? Przytaknął.
- Arturo też wie. Jest zawiedziony, że nie dałaś mu szansy, żeby osobiście się tobą zajął.
- Nie wątpię. - Jak mogłam być taka głupia. Oczywiście, że Arturo wystawił strażników.

Oczywiście, że mnie zauważyli. Punkt za tchórzliwy instynkt samozachowawczy.

Wzięłam  kopertę  i  zajrzałam  do  środka.  Było  w  niej  kilka  zdjęć,  dziwnie  oświetlonych,

czarno-białych,  jakby  zrobiono  je  aparatem  noktowizyjnym.  Widać  było  na  nich  jakiś
zadrzewiony  teren.  Rozpoznałam  zbocze  wzgórza  za  domem  Carla  i  Meg.  Dwie  osoby
biegły  z  dwoma  wilkami.  Jedna  z  twarzy  była  zakreślona.  Oczywiście  moja.  Na  innym
zdjęciu  zdzierałam  z  siebie  ubrania,  a  moje  ciało  zmieniało  kształt.  To  były  odbitki
fotografii, z powodu których Cormac chciał mnie zabić. Włożyłam je do środka.

Poza tym w kopercie znajdowało się kilka kartek z informacjami. Transkrypcje rozmów

telefonicznych, krótka, odręcznie spisana umowa - to że ktoś zleca, żeby cię zamordować,
nie  znaczy,  że  spisuje  prawdziwy  kontrakt.  Nie  sądzę,  żeby  płatni  zabójcy  wystawiali
rachunki.

background image

Rick wyjaśnił:
-  Tu  masz  zapis  rozmów  między  Arturo  i  jego  pośrednikiem  oraz  pośrednikiem  i

Cormakiem. Pośrednik to kobieta, która ma powiązania z miejscową milicją obywatelską.
To  stamtąd  wywodzi  się  Cormac.  Kobieta  omawiała  z  Arturo  możliwość,  by  tak  rzec,
zaciągnięcia się. Zrobiłaby dla niego wszystko.

- Co jeszcze wiesz o Cormacu?
-  Nie  jest  tani.  Masz  tam  kilka  danych  liczbowych.  -  Pokazał  mi  stosowny  papier.

Zamrugałam zdziwiona.

- Dużo zer.
- W rzeczy samej.
- Arturo naprawdę tak bardzo życzy mi śmierci?
- Nie wiem. Ma poparcie. Cały konglomerat ludzi, którzy są z ciebie niezadowoleni.
- Kto jeszcze?
- Tego niestety nie wiem. Przykro mi.
-  Nie,  nie  przepraszaj.  To  świetnie.  -  Tak  naprawdę  zatkało  mnie.  W  ostatnim  czasie

czułam się trochę samotna, a tu nadeszła pomoc z tak nieoczekiwanej strony. - Czemu mi
pomagasz? Jeśli Arturo się dowie, że to zrobiłeś...

Machnął lekceważąco ręką, jakby właśnie pożyczył mi pięć dolców, a nie uratował tyłek.
- Tym się nie martw. Nie musi wiedzieć. Może trudno w to uwierzyć, ale są wśród nas

tacy, którzy sądzą, że odwalasz kawał dobrej roboty.

Zawsze istniała możliwość, że Arturo go do tego namówił, że to była jakaś podła intryga

zmierzająca do... do czegoś.

Rick nie zasłużył na takie podejrzenia. Westchnęłam pokornie.
- Dzięki. Możesz wysłać jeden taki zestaw Cormacowi?
- Już to zrobiłem.
-  Dzięki,  Rick.  Jestem  twoją  dłużniczką.  Odchylił  głowę  i  przez  chwilę  wpatrywał  się  w

sufit.

- Wiesz co, pomagam ci też dlatego, że to by rozwścieczyło Arturo.
Puścił do mnie oko, uśmiechnął się i wyszedł równie cicho, jak się zjawił. Wtopił się w

ciemność po drugiej stronie korytarza. Jak jakiś wampir.

Matt gapił się na mnie.
- Czy to... czy to... - Przyłożył dwa palce do ust, jakby miał kły.
- Tak. I co, Matt, jak ci się teraz podoba twoja praca?
Pokręcił głową i zagwizdał przez zęby.
- Nie można narzekać na nudę.
Następnego dnia w pracy czekała na mnie lista numerów telefonicznych na samej górze

sterty  pa-pierzysk  zawalających  mi  biurko  -  przewidywanych  wskaźników  słuchalności,
skryptów, poczty, na którą trzeba odpowiedzieć, wiadomości zostawionych przez telefon,
gazet  i  czasopism,  którymi  się  inspirowałam.  Nagłówek  z  najnowszego  wydania
„Wiadomości ze Świata" mówił: „Wampiry i wilkołaki świata celebrytów biorą przykład z
Kitty  Norville  i  wyznają  prawdę!"  Zamieścili  zdjęcia  Quentina  Tarantino,  Davida  Bowie,
Britney Spears (hę?) i... Billa Clintona? No jasne.

Trafiłam  na  okładkę  „Wiadomości  ze  Świata".  Chyba  naprawdę  miałam  swoje  pięć

background image

minut. Albo jakoś tak.

Dzwoniłam i wykreślałam kolejne numery. Dziennikarze, wydziały policji, ludzie, którzy

znali  ludzi,  którzy  zniknęli  w  namiocie  Elijaha  Smitha.  Rozmawiałam  już  z  reporterami  z
Niezbadanego świata, którzy usiłowali dostać się do namiotu. Jeden z nich miał teorię, że
Smith  był  tak  naprawdę  przykrywką  dla  naukowców  z  jakiejś  agencji  rządowej,  którzy
chcieli  przeprowadzić  badania  na  wampirach  i  wilkołakach.  Drugi  brzmiał  trochę
rozsądniej  i  twierdził,  że  Elijah  Smith  został  otoczony  jakiegoś  rodzaju  kultem.  Żaden  z
nich nie wierzył, że Smith rzeczywiście kogoś leczył. Ale nie wiedzieliśmy tego na pewno,
bo nie mogliśmy porozmawiać z nikim z jego otoczenia.

Nikt  od  niego  nie  odszedł.  Karawana  ciągle  się  powiększała.  A  co,  jeśli  lekarstwo  było

skuteczne?

Ostatni ślad prowadził do Modesto w Kalifornii, gdzie karawana rozstawiła się dwa dni

temu.  Miejscowa  policja  usiłowała  ukarać  Smitha  za  naruszenie  własności  prywatnej  i
zakłócanie  spokoju.  Dwaj  policjanci,  którzy  zostali  wysłani,  żeby  wręczyć  mu  mandat,
obudzili się następnego ranka w radiowozie, w ogóle nie pamiętając, co się stało w ciągu
ostatnich ośmiu godzin. Karawana zniknęła. Próbowałam dotrzeć do tych policjantów, ale
najwyraźniej  byli  jesz-cze  w  szpitalu  na  obserwacji.  Spędziłam  dwie  godziny  przy
telefonie,  ale  nikt  mi  nie  powiedział,  co  się  stało  ani  gdzie  ich  zdaniem  pojawi  się  znów
karawana.

Kiedy odłożyłam słuchawkę, jedna ze stażystek z Pokrętła przyniosła mi list. Wpadła do

pokoju,  wręczyła  mi  kopertę  i  wypadła.  Nie  było  na  niej  znaczka  ani  adresu  nadawcy  -
została  doręczona  osobiście.  Powinnam  zachować  czujność.  Ale  miałam  przeczucie.  List
pachniał  okej.  Otworzyłam  go  i  wyciągnęłam  czystą  wizytówkę  z  odręcznie  napisanymi
słowami „Miałaś rację. Jestem twoim dłużnikiem" i numerem telefonu.

 

background image

Rozdział 7

 

Witam na antenie Nocnej godziny.
- Chciałbym się dowiedzieć czegoś o orgiach.
- Orgiach?
-  Tak,  orgiach  wampirów.  Jak  się  dowiedzieć,  gdzie  się  odbywają?  Jak  się  do  nich

dostać?

- Hm... zobaczmy. Jesteś wampirem?
- Tak.
- To powinieneś zostać zaproszony. Należysz do rodu czy jesteś samotnikiem?
- Należę do rodu. - Był oburzony, jakby miał mi za złe, że śmiałam zasugerować, że nie

może się poszczycić odpowiednim rodowodem.

- Nie wszystkie rody urządzają orgie. A właściwie o jakie orgie ci chodzi?
- No wiesz... o orgie. Orgiastyczne orgie. - Niemal widziałam nieokreślony ruch ręką, jaki

towarzyszył  jego  słowom.  Włączył  mi  się  alarm;  lekkie  świdrowanie  w  głowie,  kiedy
podejrzewałam, że ktoś mnie wkręca.

Powiedziałam:
- Orgiastyczne orgie. Jasne. Od jak dawna jesteś wampirem?
- Eee... niedługo.
-  Pytam  poważnie.  Jak  długo?  Bo  chyba  rozumiesz,  że  dla  niektórych  wampirów

„niedługo"  może  znaczyć  zupełnie  co  innego.  Jeśli  istniejesz  od  czasów  Cesarstwa
Rzymskiego, „niedługo" może oznaczać kilkaset lat. Jak długie jest twoje „niedługo"?

-  Eee...  rok?  -  Próbował  wstrzelić  się  we  właściwą  odpowiedź,  taką,  która  mnie

przekona.

- No dobra, jak ci na imię... Dave. Okej. Nie jesteś wampirem.
- Ale...
-  Wiesz  skąd  wiem,  że  nim  nie  jesteś?  Bo  wampiry  nie  urządzają  orgiastycznych  orgii.

Zachciało  ci  się  gorącego  seksu  z  ponętnymi  wampirzycami  i  myślisz,  że  zapewnią  ci  go
orgie wampirów, bo nasłuchałeś się tych wszystkich historii. Mam rację?

- Ale... ale... ja...
- Ale wiesz co? U wampirów seks wygląda inaczej. Kiedy wampir mówi o seksie i kiedy

zwykły  człowiek  mówi  o  seksie,  rozmawiają  o  dwóch  zupełnie  różnych  sprawach.  Bo
wampiry  nie  uprawiają  seksu  bez  ssania  krwi.  Seks  jest  dla  nich  niemal  równoznaczny  z
jedzeniem.  Kapujesz,  Dave?  Jeśli  masz  ochotę  zostać  daniem  głównym,  poszukaj  sobie
jakiejś  orgii  wampirów,  bo  mogę  ci  dokładnie  opisać,  co  z  tobą  zrobią  twoje  ponętne
wampirzyce.

- Ale... no bo... w historiach... które słyszałem... Nie dość, że naiwny, to jeszcze nie umie

się wysłowić. Cudownie.

- Następny telefon, jesteś na antenie. Bruce?
-  Eee,  tak,  cześć.  Chciałem  się  dowiedzieć,  czy  mogłabyś  mi  dać  telefon  do  płatnego

zabójcy,  który  był  u  ciebie  w  programie  w  zeszłym  miesiącu.  poradzić  na  to,  że  w  moim
głosie słychać było poirytowanie. - Tego samego Cormaca, który próbował mnie zabić?

background image

- Tak.
- A mogę spytać, po co ci jego numer?
- No wiesz. Chciałem spytać, czy nie przyda mu się asystent albo praktykant.
- A więc, Bruce, chcesz zostać łowcą wilkołaków?
- Tak.
- To niebezpieczny zawód. Widziałeś kiedyś wilkołaka w akcji?
- Eee... w telewizji. No wiesz, w Niezbadanym świecie i takich tam...
- Mój Boże, ale filmy w tym programie są sfabrykowane. Pozwól, że ci wyjaśnię, jak to

naprawdę  wygląda.  Przeciętny  wilkołak  ma  cztery  zestawy  pazurów  o  długości  twoich
palców.  Pięciocentymetrowe  kły.  Szczękę  pięciokrotnie  mocniejszą  od  ludzkiej.  Poza  tym
wilkołaki są szybkie. Półtora kilometra w dwie minuty. Potrafisz tak szybko biegać, Bruce?

- Eee...
- Potrafisz celnie strzelać?
- Eee...
- Wiesz, ile czasu potrzebuje przeciętny wilkołak, żeby rozszarpać dorosłego jelenia?
- Nie... - Uśmiechnęłam się słodko. Nie było tego widać w radiu, ale na pewno dało się

wyczuć w moim głosie.

- Mnie zajęło to ostatnio pięć minut. A ja jestem dość przeciętnym wilkołakiem.
Mogłabym przysiąc, że Bruce przełknął głośno ślinę.
- Orany.
-  Przykro  mi,  Bruce,  darmowa  reklama  łowców  wilkołaków  kłóci  się  z  moim  własnym

interesem.  Rozumiesz,  w  czym  rzecz?  Dzięki  za  telefon.  -  Wzdrygnęłam  się.  Ludzie  ciągle
gadali o Cormacu i zaczynało mi to działać na nerwy.

- Następny telefon. Betty, jesteś na antenie. O co chcesz spytać?
- Cześć, Kitty. Chciałam tylko wiedzieć, czy chodzisz z tym facetem z zeszłego miesiąca, z

tym  Cormakiem?  –  Opadła  mi  szczęka.  Potrzebowałam  pięciu  sekund,  żeby  dojść  do
siebie i powiedzieć:

- Co takiego?
- Czy chodzisz z Cormakiem?
-  Rozmawiamy  o  tym  samym  Cormacu,  który  próbował  mnie  zabić  podczas  audycji,

tak? O tym, który zawodowo poluje na wilkołaki?

- Uhm.
- A ty chcesz wiedzieć, czy się z nim umawiam na randki? Jakim cudem wpadłaś na taki

pomysł?

- No cóż, kiedy rozmawialiście podczas audycji, wyczułam coś między wami.
- Wyczułaś coś. Masz zdolności parapsychologiczne?
- Nie wydaje mi się.
- Empatyczne?
- Nie.
- Jasnowidzące?
- Nie.
- To dlaczego, do cholery, sądzisz, że mielibyśmy chcieć się umawiać? No pewnie, że coś

wyczułaś! On poluje na wilkołaki. Ja jestem wilkołakiem. Zachodzi tu zależność myśliwy -

background image

zwierzyna łowna. Chciał mnie zabić. Byłam gotowa się bronić, mało brakowało, a poszłyby
w ruch pazury i kule - sytuacja była dość napięta. To właśnie wyczułaś.

- Ale cię nie zabił. Dogadaliście się. Wydawał się miły. Miał naprawdę uroczy głos. Sam

też był uroczy?

- W pewnym sensie. Jeśli podobają ci się faceci noszący kaburę z bronią na biodrach.
- No bo denerwujesz się za każdym razem, kiedy ktoś zaczyna mówić o Cormacu, więc

pomyślałam sobie, że może w grę wchodzi jakieś nierozładowane napięcie.

-  On  chciał  mnie  zabić!  Jak  inaczej  mam  ci  to  wyjaśnić?  Przełączam  się  na  następną

rozmowę. Halo?

-  Eee,  cześć,  Kitty.  Chyba  zapomniałem,  o  co  chciałem  spytać.  Ale  pomysł  mojej

przedmówczyni,  że  miałabyś  chodzić  z  Cormakiem  i  w  ogóle.  To  by  było  nawet  ciekawe,
nie wydaje ci się?

- Nie. Nie wydaje mi się, żeby to było w najmniejszym stopniu ciekawe.
-  No  bo  ciągle  mówisz  o  zrozumieniu  między-rasowym,  a  to,  no  wiesz,  byłby  rodzaj

pomostu.  Rodzaj  dyplomacji.  -  Dyplomacji.  Jasne.  Zanim  mu  odpowiedziałam,  naprawdę
mocno wzięłam sobie dyplomację do serca.

- Chciałam tylko przypomnieć, że to moja audycja. I to ja mam udzielać bzdurnych rad.

-  Spojrzałam  na  monitor  w  poszukiwaniu  rozmówcy,  który  nie  miałby  nic  wspólnego  z
łowcą wilkołaków.

- Witaj, Ingrid z Minneapolis.
-  Cześć,  Kitty.  Chciałam  ci  tylko  powiedzieć,  że  jestem  wilkołakiem  już  od  jakichś

dziesięciu  lat.  I  wy-szłam  za  najcudowniejszego  faceta  na  świecie.  On  jest  leśniczym.
Świetnie się dogadujemy; pilnujemy tylko, żeby o wszystkim ze sobą rozmawiać.

W studiu zrobiło się duszno. Zaczęłam się wachlować moją rozpiską tematyczną.
- Wow, Ingrid. To bardzo ciekawe. Mogę wiedzieć, jak się poznaliście?
- Była pełnia...
Umiałam  czytać  między  wierszami  i  mogłam  się  założyć,  że  dla  pana  Ingrid  futro  było

fetyszem.  Takie  rzeczy  się  zdarzały.  Ale  wydawało  się,  że  byli  szczęśliwi,  i  tylko  to  się
liczyło, prawda?

-  ...więc  na  twoim  miejscu  nie  pozwoliłabym,  żeby  uprzedzenia  do  łowców  głów

przeszkodziły ci w czymś, co może się okazać naprawdę cudowne.

Starałam się odpowiedzieć jak najspokojniej:
- Nie mam uprzedzeń do łowców. Mam uprzedzenia do ludzi, którzy usiłują mnie zabić.

- Matt zaczął do mnie machać gorączkowo przez szybę oddzielającą kabinę.

- Kitty, musisz odebrać dwójkę.
- Co? Czemu? - Spojrzałam na monitor. - Nie ma imienia. Nie sprawdziłeś, kto to?
- Po prostu odbierz. Wcisnęłam przycisk.
- Tak? Słucham?
-  Norville.  Tu  Cormac.  Jeśli  natychmiast  nie  zmienisz  tematu,  będę  musiał  się  tam

zjawić i zamienić z tobą słówko.

Cormac. Jezu. Dziwnie mi pochlebiło, że w ogóle słuchał mojej audycji.
-  Starałam  się  zmienić  temat.  -  Choć  nie  dało  się  tego  stwierdzić  na  podstawie

ostatnich  piętnastu  minut.  Zastanawiałam  się,  co  by  się  stało,  gdybym  zmusiła  go,  żeby

background image

wyłożył karty na stół. - Ale dzięki, że dzwonisz. A więc wypuścili cię z więzienia.

-  Prokurator  okręgowy  nie  chciał  wnosić  oskarżenia  bez  twoich  zeznań.  Udało  mi  się

wymigać od kary.

- A umówiłeś się kiedyś z wilkołakiem? Zapadła chwila ciszy.
- Nie twoja sprawa.
Nie zaprzeczył. Bardzo ciekawe.
- A co by było, gdyby dziewczyna, z którą się spotykałeś, została zaatakowana, zarażona

likantropią i zamieniona w wilkołaka? Czy twój nieodrodny instynkt kazałby ci ją zabić?

- Zmień temat. Poważnie.
- Cormac, kiedy ostatnim razem umówiłeś się na randkę?
Jedna  z  trudności  pracy  w  radiu  polega  na  tym,  że  trzeba  wszystko  oceniać  wyłącznie

na  podstawie  głosu.  Nie  widziałam  twarzy  i  min  swoich  rozmówców.  Musiałam  czytać  z
ich głosu i na jego podstawie zgadywać ich nastrój i sposób reakcji.

Więc chociaż nie widziałam twarzy Cormaca, wyczuwałam po jego lekkim tonie, że się

uśmiechał.

- A kiedy ty ostatnim razem byłaś na randce, Norville?
Połączenie zostało przerwane. Drań.
-  To,  mój  drogi,  nie  twoja  sprawa  -  powiedziałam  do  mikrofonu.  Wyprostowałam  się,

uśmiechnęłam  i  pomyślałam  o  czymś  przyjemnym.  O  tym,  jak  moje  pazury  zaciskają  się
wokół szyi Cormaca. Swędziały mnie ręce.

Kilka  dni  później  dalej  usiłowałam  uporać  się  ze  stertą  papierzysk  na  biurku,  kiedy

zadzwonił telefon.

- Dzień dobry, pani Norville. Jak się pani ma?
To  był  facet  z  Centrum  Zapobiegania  i  Zwalczania  Chorób,  ten  od  Biologii

Paranaturalnej  czy  innego  rządowego  wywiadu.  Mogłam  się  spodziewać,  że  znów
zadzwoni.

- Dzień dobry, panie Gardło.
- Słucham?
- Nieważne. W czym mogę pomóc?
- W niczym szczególnym. Chciałem tylko porozmawiać.
- Ostatnim razem, kiedy pan zadzwonił, rzucił pan słuchawką.
- Muszę uważać. Nie sądzę, żeby rozumiała pani moje położenie...
Prychnęłam z rozdrażnieniem. . - No pewnie, że nie; nie powiedział mi pan nawet, czym

się  pan  zajmuje!  -  Byłam  już  prawie  pewna,  że  to  jakiś  świrus  z  manią  wielkości,  który
chce  mnie  wpisać  w  świat  swoich  urojeń  i  paranoi.  Ale  z  drugiej  strony,  to  mógł  być
świrus i szpieg rządowy zarazem. Westchnął z poirytowaniem.

- Chciałem porozmawiać o pani wyznaniu. Oczywiście, zastanawiałem się już wcześniej.

Nad pani toż-samością. To było bardzo odważne z pani strony.

- Dlaczego?
-  Ujawniła  się  pani.  Ale  jednocześnie  otworzyła  pani  pewne  możliwości.  Być  może

ułatwiła mi pani pracę.

- Ciągle jeszcze mi pan nie powiedział, czym się pan zajmuje.
- Myślę, że wie pani więcej, niż pani mówi.

background image

Wspominał  coś  o  Centrum  Biologii  Paranaturalnej.  Musiał  brać  udział  w  tamtym

projekcie, raportować rządowi ich odkrycia.

-  No  to  zobaczmy  -  powiedziałam.  -  Rozgłos,  który  zapewnia  moja  audycja,  przydaje

znaczenia  waszym  badaniom.  Pan  próbuje  wzbudzić  zainteresowanie  tymi  badaniami,  a
moja  audycja  daje  taką  możliwość.  Odwalam  za  pana  czarną  robotę.  Niedługo  ludzie
zaczną się domagać, żeby upublicznić wyniki.

- To całkiem realne. - W jego głosie było słychać, że się uśmiecha, że jest zadowolony.
- Mogę zadać panu kilka pytań?
- Ale zastrzegam, że mogę nie odpowiedzieć.
-  Oczywiście.  Przede  wszystkim  dlaczego  badania  nie  zostały  bardziej  nagłośnione?

Minął już prawie rok. Nie są tajne, ale zostały po prostu... zignorowane.

-  Jak  na  ironię,  gdyby  były  tajne,  wzbudzałyby  większe  zainteresowanie,  a  nie  wszyscy

tego chcą. A co do ich upublicznienia - w niektórych społecznościach dyskrecja to potężne
narzędzie.

Jak u wampirów. Miałam na tym punkcie własną paranoję.
-  Następne  pytanie.  Skąd  bierzecie  osoby  do  badań?  Biorąc  pod  uwagę  dyskrecję,  o

której pan mówił, dlaczego ktoś miałby się zgodzić na udział?

- A czy ja mogę zadać pani pytanie?
- Jasne.
-  Gdyby  istniało  lekarstwo,  czy  zażyłaby  je  pani?  Kilka  miesięcy  po  ataku,  kiedy

otrząsnęłam  się  już  z  szoku  i  zaczęłam  znów  stawać  na  nogi,  przeprowadziłam  dokładny
wywiad. Czytałam o wilkach. Czytałam o wszystkich tradycjach ludowych, które udało mi
się  wyszukać.  Istniało  mnóstwo  legend  o  lekarstwach.  Zabić  wilka,  który  zamienił  cię  w
wilkołaka.  Tego  nie  mogłam  wypróbować.  Wypić  herbatkę  z  tojadu  podczas  nowiu.  Od
tego się rozchorowałam.

Potem się poddałam. Bo tak naprawdę nie było aż tak źle.
- Nie wiem - powiedziałam w końcu. - Czy nazwisko Elijah Smith coś panu mówi?
- Nie. A powinno?
- Być może to pana zainteresuje. Czy tym właśnie się zajmujecie? Szukacie lekarstwa?
- Proszę mi powiedzieć, do kogo się pani zwraca, kiedy potrzebuje pani rady?
Co to miało być: zabawa w sto pytań?
- Chce pan zostać moim powiernikiem?
- Nie. Ja tylko... szanuję panią. Do widzenia, pani Norville.
-  Zaraz...  -  Ale  on  już  się  rozłączył.  Musiałam  się  napić.  Musiałam  znaleźć  sobie

ochroniarza.

Telefon  znów  zadzwonił,  a  ja  prawie  zleciałam  z  krzesła.  Przysięgam  na  Boga,  gdybym

nie prowadziła audycji z telefonami od słuchaczy, zastrzegłabym swój numer.

- Halo?
- Pani Norville?
- Dzień dobry, pani Hardin.
- Pamięta mnie pani. Świetnie.
- Raczej nie zapomnę tamtej nocy. - Była to najprawdopodobniej druga pod względem

intensywności doznań noc w moim życiu.

background image

-  Nie.  Raczej  nie.  Zastanawiałam  się,  czy  nie  mogłabym  się  z  panią  skonsultować  w

związku z pewną sprawą.

- Czego dotyczy?
Zamilkła; słyszałam przez telefon, jak bierze głęboki wdech, jakby zbierała siły.
- Chodzi o miejsce zbrodni. O morderstwo. Zamknęłam oczy.
- A pani sądzi, że to robota nadnaturalnego?
-  Jestem  niemal  pewna.  Ale  chciałabym  zasięgnąć  niezależnej  opinii,  zanim  narobię

rabanu. Może się zrobić nieprzyjemnie.

I ona mi to mówiła? Wystarczyłoby, żeby jeden wampir-samotnik osuszył jakąś śliczną

dziewuszkę.

-  Wie  pani,  że  nie  mam  żadnego  przeszkolenia  w  tej  dziedzinie,  nie  znam  się  na

medycynie sądowej ani nawet na pierwszej pomocy.

-  Wiem.  Ale  jest  pani  jedyną  znaną  mi  osobą,  która  ma  jakąkolwiek  wiedzę  na  ten

temat.

- Poza Cormakiem, co?
- Nie ufam mu.
To  jednak  było  coś,  sprawić,  żeby  policjantka  zaufała  raczej  potworowi  niż  pogromcy

potworów.  Może  jednak  audycja  czyniła  coś  dobrego.  Może  to,  że  się  ujawniłam,  uczyni
coś dobrego.

- Ktoś musi po mnie przyjechać.
- Już jadę.
Hardin  przyjechała  po  mnie  nieoznaczonym  sedanem  policyjnym.  Kiedy  tylko  ruszyła,

zaczęła  nużący  monolog.  Mówiła  normalnie,  ale  miała  pobielałe  kłykcie  i  zmarszczone
brwi.  Poza  tym  paliła,  zaciągając  się  tak  mocno,  jakby  od  rana  nie  miała  w  ustach
papierosa, strzepując popiół przez uchylone okno.

-  Zaczęłam  słuchać  pani  audycji.  Noc,  kiedy  dostaliśmy  wezwanie  do  pani  studia,  była

strasznie dziwna - byłam ciekawa. Nadal jestem. Cały czas dowiaduję się czegoś nowego.
Przejrzałam  wszystkie  nasze  sprawy  o  bestialskie  zabójstwa  z  ostatnich  lat.  Większość  z
nich jest już za stara, żeby można było zebrać jakieś dowody albo złapać zwierzę, które to
zrobiło.  Ale  tym  razem  nie  sądzę,  żebym  znów  mogła  zrzucić  to  na  zdziczałe  psy.
Przekonała mnie pani. Jesteście znani z tego, że rozszarpujecie ludziom gardła.

Spojrzała  na  mnie  z  ukosa  i  uśmiechnęła  się  ponuro.  Miała  ciemne  włosy  związane  w

kucyk.  Orzechowe  oczy.  Nie  malowała  się.  Ubierała  się  wygodnie  -  koszula,  spodnie  i
marynarka. W jej wyglądzie nie było nic efektownego. Była przeraźliwie bezpośrednia.

Oparłam się o okno.
- Nie każdy z nas rozszarpuje ludziom gardła.
-  Niech  będzie.  W  każdym  razie  jeszcze  rok  temu  w  takiej  sytuacji  szukałabym  stada

psów dingo, które uciekły z jakiegoś zoo. Ale teraz...

- Zjeżdża pani na bok. Jest bardzo źle? Złapała kierownicę.
-  Nie  wiem.  Ma  pani  wytrzymały  żołądek?  Zawahałam  się.  Jadałam  regularnie  surowe

mięso, ale nie żebym to lubiła.

- Zależy od tego, co robię - powiedziałam, migając się od odpowiedzi.
- Co chce pani przez to powiedzieć?

background image

Jak  miałam  jej  wyjaśnić,  że  to  zależy  od  tego,  na  ilu  nogach  akurat  się  poruszam?  Nie

miałam  pojęcia,  czy  to  ją  wystraszy.  Może  będzie  chciała  mnie  aresztować.  Lepiej  sobie
odpuścić.

- Nieważne.
-  To  była  prostytutka,  osiemnaście  lat.  Ciało  jest  w  trzech  kawałkach.  Nie  licząc

mniejszych  fragmentów.  Rany  szarpane  odpowiadające  ugryzieniu  plus  ślady  pazurów
dużego drapieżnika. Na... pierwszy rzut oka masa szczątków nie jest taka sama jak masa
wyjściowa ofiary.

- Cholera - mruknęłam i pomasowałam sobie czoło. Została zjedzona. Może jednak nie

byłam na to gotowa.

- Wczoraj nie było pełni - zauważyła. - Czy mimo to mógł to być wilkołak?
- Wilkołaki mogą zmieniać postać, kiedy chcą. Pełnia to jedyny moment, kiedy muszą to

zrobić.

- Jak rozpoznać, czy to likantrop, czy po prostu duży, rozdrażniony pies?
- Po zapachu - odparłam bez zastanowienia.
- Co?
- Po zapachu. Likantropy pachną inaczej. Przynajmniej dla innego likantropa.
- Okej. A jeśli nie będę miała pani w pobliżu w roli psa myśliwskiego?
Westchnęłam.
-  Jeśli  uda  się  zebrać  próbki  DNA  napastnika,  istnieją  określone  markery.  Jest  pewien

niejasny  raport  Centrum  Zapobiegania  i  Zwalczania  Chorób  na  temat  markerów  DNA
likantropów. Podam pani źródło. Jest pani pewna, że to nie był po prostu duży pies?

Jeśli napastnik był wilkołakiem, musiał należeć do watahy Carla. Ale nie sądziłam, żeby

ktokolwiek z nas polował w mieście i aż tak się rozbestwił. Musiałby wtedy odpowiedzieć
przed  Carlem.  A  gdyby  w  mieście  był  obcy  wilkołak,  Carl  dopadłby  go  za  naruszenie
terytorium.

Bałam się tego, co zastanę. Jeśli wyczuję tam watahę, jeśli będę wiedziała, kto to zrobił,

powiem  Hardin  czy  znajdę  jakąś  wymówkę  i  najpierw  pomówię  z  Carlem?  Zaczęłam
machać nerwowo stopą. Hardin zerknęła na mnie, więc przestałam.

Pojechaliśmy  do  Capitol  Hill,  dzielnicy,  w  której  było  niebezpiecznie  nawet  dla  kogoś

takiego jak ja. Mnóstwo staromodnych, jednopiętrowych domów popadających w ruinę,
zarośniętych ogrodów, gangsterskich samochodów przejeżdżających przez skrzyżowania w
środku  dnia.  Cała  ulica  była  odgrodzona  przez  radiowozy  i  żółtą  taśmę.  Umundurowany
policjant przepuścił Hardin. Zaparkowała przy krawężniku niedaleko jakiegoś zaułka. Stała
już tam karetka i wszędzie było pełno ludzi w mundurach i gumowych rękawiczkach.

Poza tym na końcu uliczki stały furgonetki trzech różnych lokalnych stacji telewizyjnych.

Operatorzy dźwigali kamery; w pobliżu czaiło się kilka elegancko ubranych osób, zapewne
dziennikarzy.  Policja  nie  pozwalała  im  podejść  bliżej,  ale  operatorzy  trzymali  sprzęt  tak,
jakby nagrywali.

Idąc  na  miejsce  zbrodni,  ustawiłam  się  w  taki  sposób,  żeby  Hardin  osłaniała  mnie  od

kamer. Hardin odezwała się do jakiegoś faceta w garniturze, po czym odwróciła się, żeby
nas sobie przedstawić.

- Kitty Norville, agent Salazar.

background image

Agent zrobił wielkie oczy i się uśmiechnął.
- Słynna pani wilkołak?
-  Tak  -  powiedziałam,  hamując  złość.  Podałam  mu  rękę.  Przez  chwilę  myślałam,  że  jej

nie  uściska,  ale  zrobił  to.  Był  piętnaście  centymetrów  wyższy  ode  mnie,  a  ja  nie
wyglądałam aż tak przerażająco. I miałam zniewalający uśmiech.

- Jesteś pewna, że to dobry pomysł? Jeśli tamci się dowiedzą, że ona tu jest, rozpęta się

piekło. - Pokazał kciukiem na furgonetki dziennikarzy.

Tylko tego mi brakowało, mojej twarzy w wieczornym wydaniu wiadomości: „Wilkołaki

grasują w śródmieściu".

-  Będę  mieć  na  nich  oko.  To  konsultantka  i  tyle.  Za  późno.  Już  zaczęliśmy  budzić

zainteresowanie.

Jedna  z  kamer  została  w  nas  wymierzona.  Reporterka  w  szytej  na  miarę  garsonce

spojrzała  na  kamerę,  a  potem  na  nas.  Kiedy  tylko  się  nami  zainteresowali,  pozostałe
ekipy też zaczęły zerkać, na co natrafili. W dżinsach i swetrze wyglądałam bez wątpienia
na  cywila,  a  byliśmy  w  miejscu,  do  którego  policja  zwykle  nie  dopuszczała  cywilów.
Dziennikarze zaczną zadawać pytania. Odwróciłam się do nich plecami.

-  Nie  lubię  kamer  -  powiedziałam.  -  Wolałabym,  żeby  ludzie  nie  wiedzieli,  jak

wyglądam.

- Dobrze. - Hardin przesunęła się, zasłaniając kamerom widok. - Salazar, wyślij kogoś do

tych budynków, żeby nie zaczęli filmować z okien.

- Już to zrobiłem.
- Świetnie. To nie powinno nam zająć zbyt dużo czasu.
-  Chciałabym  mieć  już  to  za  sobą  -  powiedziałam.  Salazar  zaprowadził  nas  do  końca

zaułka.

Widziałam  już  wcześniej,  co  potrafią  wilkołaki  i  wampiry,  kiedy  naprawdę  dadzą  się

ponieść,  gdy  myślą  tylko  o  krwi  i  rzezi.  Rozszarpane  sarny.  Rozwleczone  wnętrzności
jelenia i pół tuzina wilków tarzających się w padlinie. Myślałam, że wiem, czego mogę się
spodziewać. Ale to w niczym nie przypominało tego, co znałam.

Miała  otwarte  oczy.  Krew  pokrywała  skorupą  jej  ciemne  włosy,  była  rozbryzgana  na

zwiotczałej  twarzy,  ale  najpierw  zobaczyłam  jej  oczy,  zastygłe  i  błyszczące.  Głowa  leżała
jakieś  półtora  metra  od  reszty  szczątków.  Wzrok  na  chwilę  odmówił  mi  posłuszeństwa,
zamazał  się.  Wszędzie  leżały  kawałki  ciała.  Nogi  wykręcone  w  jedną  stronę,  nagie  ręce  i
tułów  w  drugą,  ubrania  rozdarte  tak  samo  jak  ciało.  Między  nimi  leżały  wnętrzności  -
lśniące, ciemne ochłapy. Jak odpadki z mięsnego, nie coś, co powinno znaleźć się na ulicy,
na oczach wszystkich.

Najgorsze,  że  potrafiłam  się  domyślić,  w  jaki  sposób  napastnik  tego  dokonał.  Pazury

rozszarpywały brzuch w przeciwnych kierunkach, zęby na gardle...

Byłam  człowiekiem.  Nie  byłabym  w  stanie  tego  zrobić.  Nie  byłabym  w  stanie  nawet  o

tym pomyśleć. Ale wilczyca owszem. Pomyślała. Przez chwilę nie wiedziałam, kim jestem,
bo  utknęłam  między  człowiekiem  a  wilczycą.  Musiałam  sobie  przypomnieć,  kim  jestem.
Zakryłam usta i się odwróciłam. Jakiś żartowniś w mundurze się roześmiał.

- I ty twierdzisz, że jesteś potworem.
Popatrzyłam  na  niego  ze  złością  -  inny  wilk  potraktowałby  to  jako  wyzwanie.  Ale  ten

background image

pajac nawet by tego nie zauważył.

-  Nigdy  nie  rzuciłam  się  nikomu  do  gardła  -  powiedziałam.  Chociaż  w  przypadku  Zana

byłam blisko...

Hardin stanęła przy mnie.
-  To  trzecia  ofiara  zabita  w  ten  sposób  w  ciągu  ostatnich  dwóch  miesięcy.  Uznano,  że

dwie  pierwsze  zostały  rozszarpane  przez  dzikie  zwierzęta.  Może  przez  kojoty.  Ale  to
wszystko  zaczęło  mnie  zastana-wiać.  Okazało  się,  że  w  ranach  jest  ludzka  ślina.
Przynajmniej raczej ludzka.

Poszłam  za  winkiel  i  oparłam  się  o  mur.  Czy  wilkołaki  naprawdę  były  w  stanie

przezwyciężyć  swoją  naturę  i  zamienić  się  w  porządnych  obywateli,  czy  tylko  mydliłam
sobie oczy? Chciałam wierzyć, że to nie likantrop to zrobił. Hardin nie miała racji; to było
jakieś zwierzę...

Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech.
Przeważał  zapach  krwi  i  rozkładu.  Ofiara  leżała  tu  od  wczorajszego  wieczoru.  Ścierwo,

pomyślało  moje  drugie  ja  i  zaczęło  się  ślinić.  Przestań.  Zagłębiłam  się  bardziej  w
poszczególne  zapachy,  które  docierały  do  moich  zmysłów,  jak  promienie  słońca  na
pomarszczonej wodzie.

Smoła  i  asfalt.  Spaliny.  Hardin  niedawno  myła  zęby.  Mięta  i  tytoń.  Szczury.  I...  proszę

bardzo.  Zapach  dzikości,  niepasujący  do  typowych  miejskich  zapachów.  Piżmowy  i
wściekły. A pod tym wszystkim ludzki. Samiec. Pachniał skórą i futrem.

Nie rozpoznałam zapachu nikogo konkretnego. Nie pachniało też watahą - grupą Carla.

Niemal mi ulżyło. Jednak oznaczało to, że po naszym terenie grasował wilk samotnik.

- To wilkołak - wyznałam, otwierając oczy. Hardin przypatrywała się mi ze zmrużonymi

oczami.

- Znajomy? Spojrzałam na nią.
-  Nie.  Niech  pani  posłucha,  poprosiła  mnie  pani  o  pomoc,  ale  jeśli  skieruje  teraz  pani

na mnie swoje podejrzenia, odmówię współpracy.

- Przepraszam. - Uniosła dłonie w obronnym geście. - Ale jeśli dobrze zrozumiałam, jeśli

wystarczająco  uważnie  słuchałam  pani  audycji,  tworzycie  watahy,  tak?  Czy  słusznie
zakładam, że zna pani pozostałe wilkołaki z naszego miasta?

Z niechętnym podziwem przyznałam, że odrobiła zadanie domowe. Stała blisko mnie z

jedną  ręką  opar-tą  o  ścianę,  ale  nie  na  tyle  blisko,  żeby  w  jednej  chwili  nie  móc  się
odsunąć.  Na  jej  twarzy  nie  widać  już  było  dociekliwości.  Nie  szukała  już  u  mnie
odpowiedzi. Zniknęła jej podejrzliwość.

-  Nie  przywiozła  mnie  tu  pani,  żeby  się  ze  mną  skonsultować.  Sądzi  pani,  że  mogę

powiedzieć, kto to zrobił. Chce mnie pani przesłuchać.

Spuściła na chwilę głowę, a kiedy znów spojrzała mi w oczy, determinacja na jej twarzy

potwierdziła moje słowa.

-  Powiedziała  pani,  że  można  to  stwierdzić  po  zapachu.  Jeśli  wie  pani,  kto  to  zrobił,

naprawdę musi mi pani powiedzieć.

- Nie wiem, kto to zrobił. Musi mi pani uwierzyć.
- Mogłabym wziąć panią na głównego świadka.
- Na świadka? Niczego nie widziałam!

background image

- Posiada pani dowody, których nie mają nasi ludzie z dochodzeniówki. To czyni z pani

świadka.

Kręciło  mi  się  w  głowie.  Wciągnęła  mnie  w  tę  sprawę,  ale  nie  mogła  mnie  do  niczego

zmusić.  Precedensy,  precedensy  sądowe  -  niedługo  będzie  mi  potrzebny  asystent  do
badań. Czy ja oszalałam? Nie będzie żadnych precedensów.

- Czy rozpoznałaby pani wilka, który to zrobił, gdyby się pani na niego natknęła?
- Tak. Myślę, że tak.
-  Będziemy  zatem  w  kontakcie.  Proszę  mnie  powiadomić,  gdyby  się  pani  czegoś

dowiedziała. Niczego więcej nie oczekuję.

Chciała, żebym została jakimś pieprzonym świadkiem w sprawie, z którą nie miałam nic

wspólnego. Manipulująca zdzira.

-  Nie  ma  takiej  możliwości,  żeby  sąd  dopuścił  zeznania  świadka,  który  nie  widział

zbrodni, a tylko ją wywąchał. Sądy nie będą miały pojęcia, co zrobić z takimi zeznaniami.

- Na razie nie - powiedziała z cierpkim uśmiechem. - Niech mi pani da jeszcze minutkę i

zaraz panią odwiozę.

Jedna z reporterek, kobieta w garsonce, czekała na nas przy samochodzie Hardin. Jakiś

mężczyzna celo-wał w nas kamerą znad jej ramienia.

- Cholera - mruknęłam. Hardin zmarszczyła czoło.
- Proszę ich zignorować. Niech ich pani minie, jakby w ogóle ich nie było.
- Nie mogą mnie pokazać w telewizji bez mojej zgody, prawda?
- Mogą. Przykro mi.
Zgarbiłam się i schyliłam głowę, ale nie chciałam tracić godności do tego stopnia, żeby

zakrywać sobie twarz. Poza tym i tak było już za późno.

Reporterka minęła Hardin i podeszła prosto do mnie z mikrofonem w ręce.
- Angela Bryant, KTNC. Pani jest Kitty Norville, gospodyni audycji radiowej, mam rację?

Jaki  ma  pani  związek  z  tą  sprawą,  pani  Norville?  Czy  jest  pani  świadkiem?  Czy  te
morderstwa mają jakiś związek z siłami nadprzyrodzonymi?

Tym  razem  trzymałam  gębę  na  kłódkę.  Hardin  otworzyła  mi  drzwi  do  samochodu  i

zamknęła  je  za  mną,  kiedy  weszłam  do  środka.  Podeszła  spokojnie  do  wozu  od  strony
kierowcy. Oparłam łokieć o wewnętrzną stronę drzwi i zasłoniłam ręką twarz.

Odjechałyśmy.
- Jak na gwiazdę jest pani bardzo nieśmiała.
- Zawsze ceniłam radio za anonimowość. Zatrzymałyśmy się przed siedzibą Pokrętła. Już

miałam wysiąść z samochodu - wymknąć się niewinnie - kiedy Hardin mnie zatrzymała.

-  Jeszcze  jedno  pytanie.  -  Znieruchomiałam.  Sięgnęła  do  kieszeni  kurtki.  -  Głupio  się

czułam,  kiedy  po  nie  szłam.  Ale  okazało  się,  że  łatwiej  je  znaleźć,  niż  myślałam.  Chyba
naprawdę istnieje zapotrzebowanie. Muszę jednak wiedzieć, czy to zadziała?

Otworzyła  dłoń  i  pokazała  mi  trzy  dziewięciomilimetrowe  kule,  lśniące,  ze  srebra.

Gapiłam się na nie, jakby pokazała mi jadowitego węża.

- Tak - przyznałam. - Zadziała.
-  Dzięki.  -  Schowała  kule  do  kieszeni.  -  Może  powinnam  też  zainwestować  w  kilka

krzyżyków.

- I niech pani nie zapomni o drewnianych kołkach.

background image

Pomachałam  jej  jak  idiotka  na  pożegnanie  i  uciekłam,  nie  wdając  się  w  dalszą

rozmowę.

 

background image

Rozdział 8

 

Telefon  zadzwonił  osiem  razy.  Czy  ten  facet  nie  miał  poczty  głosowej?  Miałam  już  się

rozłączyć, kiedy w końcu odebrał.

- No?
- Cormac? Czy to Cormac? Długa chwila ciszy. A potem:
- Norville?
- Tak, to ja.
-  Aha.  -  Kolejna  długa  przerwa.  Lakoniczny,  to  odpowiednie  słowo.  -  Po  co  do  mnie

dzwonisz?

-  Właśnie  rozmawiałam  z  policją.  Ta  seria  bestialskich  morderstw  w  śródmieściu.  To

robota wilkołaka. Nie poznałam go po zapachu. To jakiś samotnik.

- I czego ode mnie w związku z tym oczekujesz?
Widziałam  jego  stawki.  Mimo  sukcesu,  jaki  odnosiła  audycja,  nie  mogłam  go  wynająć,

żeby złapał samotnika. Czy naprawdę wyobrażałam sobie, że zrobi to z dobroci serca?

- Nie wiem. Po prostu miej oczy otwarte. Może nie chciałam, żebyś sobie pomyślał, że

to ja.

- Skąd mam wiedzieć, że mnie teraz nie okłamujesz?
Skrzywiłam się.
- Znikąd.
- Nie przejmuj się. Sama przyznałaś. Jesteś niegroźna, tak?
- Tak - powiedziałam słabo. - Cała ja.
- Dzięki za info. - Rozłączył się.
Czemu, do cholery, wszyscy uważali, że mogą tak po prostu rzucać słuchawką? Ja nigdy

nie rzucałam słuchawką. A przynajmniej nie poza audycją. Nie za często w każdym razie.

I  nagle  coś  sobie  uświadomiłam  -  rozmawiałam  o  całej  sprawie  z  łowcą  wilkołaków,

zanim poszłam z nią do Carla.

I tak będę musiała niedługo pogadać z Carlem. Jak dotąd go unikałam, ale jutro pełnia,

a  ja  nie  chciałam  być  wtedy  sama.  Carl  nie  przemilczy  faktu,  że  nie  odeszłam  z  audycji.
Liczyłam trochę na to, że po prostu przyjadę i wślizgnę się do watahy niezauważenie. To
było  równie  prawdopodobne  jak  to,  że  nie  będę  się  krzywić  na  widok  ledwie
wysmażonych  steków  T.J.-a.  Tak  naprawdę  musiałam  zdecydować,  w  jakiej  sytuacji
istnieje  mniejsze  prawdopodobieństwo,  że  Carl  porachuje  mi  kości  -  gdy  pojawię  się  ot
tak  czy  gdy  spotkam  się  z  nim  wcześniej.  A  raczej  w  której  sytuacji  istnieje  większe
prawdopodobieństwo, że porachuje mi mniejszą liczbę kości.

Może byłoby łatwiej, gdyby Cormac po prostu mnie zastrzelił.
Najpierw zadzwoniłam do T.J.-a. W środku aż mnie skręcało. Myślałam, że zwymiotuję,

kiedy czekałam, aż odbierze telefon. Nie rozmawiałam z nim od tamtego wieczoru przed
Obsydianem.

Odebrał. Żołądek mi się ścisnął. Ale i tak dobrze było usłyszeć jego głos.
- To ja. Muszę z tobą porozmawiać. I z Carlem, i z Meg.
Przez dłuższą chwilę w ogóle nie odpowiadał. Zaczęłam nasłuchiwać - czy walił głową w

background image

ścianę? Warczał? Po chwili się odezwał:

- Przyjadę po ciebie.
Jechałam  z  nim  na  motocyklu,  trzymając  się  na  tyle  mocno,  żeby  nie  spaść.  Jeszcze  ze

sobą  nie  rozmawialiśmy.  Czekałam  na  niego  na  ulicy  ze  skulonymi  i  zwieszonymi
ramionami. Podjechał, a ja nie spojrzałam mu w oczy. Wsiadłam na motor i skuliłam się
za  nim.  Odwrócił  się  i  zmierzwił  mi  włosy  szybkim  muśnięciem.  Nie  byłam  pewna,  co  to
miało  oznaczać.  Było  mi  przykro,  że  jest  na  mnie  zły,  ale  nie  żałowałam  niczego,  co
powiedziałam czy zrobiłam. Nie chciałam z nim walczyć, ale nie chciałam też być uległa. W
ten  sposób  bym  przyznała,  że  ma  rację.  Dopadły  mnie  wątpliwości.  Dotknął  mnie,  co
oznaczało, że może nie było aż tak źle.

Zajechaliśmy przed dom Meg i Carla. T.J. zsiadł. Ja zostałam na motorze. Nie chciałam

tego robić. T.J. skrzyżował ręce.

- To był twój pomysł, pamiętasz?
- On mnie zabije.
-  No  chodź.  -  Złapał  mnie  za  kark  i  pociągnął.  Zeszłam  z  motoru  i  pozwoliłam,  żeby

poprowadził mnie przez podjazd jak jakiegoś wagarowicza.

Otworzył drzwi wejściowe i wprowadził mnie do środka.
Carl  i  Meg  byli  w  kuchni,  siedzieli  przy  barze  śniadaniowym,  jakby  na  nas  czekali.  T.J.

pewnie  uprzedził  ich  telefonicznie.  Meg  opierała  się  łokciami  o  blat;  Carl  opierał  się
plecami  o  bar.  Oboje  się  wyprostowali.  Mając  ich  przed  sobą,  a  T.J.-a  za  plecami,
poczułam  się  nagle  tak,  jakbym  stawała  przed  jakimś  trybunałem.  Wyszarpnęłam  się  z
uścisku T.J.-a. Mogłam przynajmniej stać o własnych siłach.

Carl  zatrzymał  się  przede  mną  ze  skrzyżowanymi  ramionami  i  spojrzał  na  mnie  z

wściekłością.

- Nie odeszłaś z audycji. Co masz na swoje usprawiedliwienie?
Myślałam,  że  zamknęłam  za  sobą  ten  rozdział,  kiedy  wyprowadziłam  się  od  rodziców.

Wzruszyłam ramionami.

- Dostałam podwyżkę.
Zamachnął  się,  jakby  chciał  mnie  uderzyć,  a  ja  się  uchyliłam.  Oboje  zamarliśmy  w  pół

ruchu. Carl stał z pięścią w górze, a ja zgarbiłam plecy, gotowa ugiąć kolana, skulić się. On
nagle  się  rozluźnił,  a  ja  wtedy  też  powoli  się  wyprostowałam,  czekając,  aż  się  rozmyśli  i
jednak mnie uderzy.

To  było  naprawdę  pokręcone.  Ale  wilczyca  chciała  tylko  podkulić  pod  siebie  ogon  i

skomleć, aż Carl po-wie, że nadal nas kocha.

Trzymał ręce z boku i to zaciskał je w pięści, to rozluźniał.
- Czy nie potrafisz powiedzieć nic tak, żeby nie wymusić na ludziach podwyżki?
- Nie.
Carl  zaczął  się  przechadzać  szybko  po  kuchni.  Meg  siedziała  z  założonymi  rękami  i

patrzyła  na  mnie  z  wściekłością.  Skuliłam  się,  żeby  wyglądać  na  skruszoną,  ale  ona  nie
dała się nabrać.

Skoro  już  tu  byłam,  nie  miałam  wyjścia,  musiałam  brnąć  dalej.  Co  takiego  powiedział

mi  kiedyś  pewien  zdziwaczały  profesor  filozofii?  „Co  najgorszego  może  się  zdarzyć?
Umrzesz. A wcale nie wiemy, czy śmierć jest aż taka zła..."

background image

Aha, to dlatego zmieniłam jednak przedmiot kierunkowy na angielski.
Nie przyszłam tu po to, żeby rozmawiać o sobie.
- Była u mnie policja...
- Co? - powiedział T.J. i złapał mnie za ramię. Carl i Meg ruszyli w moją stronę.
Uchyliłam  się  i  odwróciłam;  wyślizgnęłam  się  z  uścisku  T.J.-a  i  uciekłam  do  salonu,

odgradzając się od nich kanapą.

-  Posłuchajcie.  Musicie  mnie  posłuchać,  do  cholery!  -  Kanapa  nie  stanowiła  dla  nich

przeszkody. T.J. obchodził ją z jednej strony, Meg z drugiej. Carl wyglądał tak, jakby miał
zamiar sforsować ją frontem. Cofnęłam się pod ścianę, zastanawiając się, czy uda mi się
go przeskoczyć.

Musiałam mówić szybko.
-  Zadzwoniła  do  mnie  policjantka.  Mają  seryjnego  mordercę  -  rozszarpane  ciała.  Na

początku myśleli, że to jakieś zwierzę, zdziczały pies albo coś takiego. Ale teraz uważają,
że  to  jeden  z  nas.  Poprosili  mnie  o  pomoc.  Za-zabrali  mnie  dziś  na  miejsce  zbrodni.  -
Zaczęłam szybciej oddychać. Kiedy o tym mówiłam, przypomniałam sobie to miejsce, jak
wyglądało, jak pachniało. To wspomnienie dziwnie na mnie działało, budziło moje drugie
ja. Zaczęła mnie palić skóra; przetarłam sobie twarz. - Widziałam ciało. Obwącha-łam je...
Wiem...  że  mają  rację.  To  wilkołak,  ale  go  nie  rozpoznałam.  Mamy...  to  samotnik  na
naszym... na twoim terytorium.

Przyciśnięta  do  ściany,  osunęłam  się  na  podłogę  i  schowałam  twarz  w  dłoniach.  Nie

mogłam  dłużej  mówić.  Przypomniał  mi  się  tamten  zapach  i  zrobiło  mi  się  niedobrze.
Wilczyca  go  zapamiętała  i  to  ją  pobudziło.  Sprawiło,  że  zgłodniała.  Skoncentrowałam  się
na swoich rękach i nogach, na swoich ludzkich kończynach i na kształcie swojego ciała.

Nagle T.J. klęczał już przy mnie i obejmował mnie, dodawał otuchy.
- Trzymaj się - szepnął mi we włosy. - Grzeczna dziewczynka.
Przytuliłam się do niego najmocniej jak umiałam. Doszłam jakoś do siebie i uspokoiłam

się na tyle, żeby normalnie oddychać i nie czuć się tak, jakby coś miało mnie rozsadzić od
środka.

T.J.  dał  mi  się  odsunąć.  Skuliłam  się  żałośnie  na  podłodze.  Carl  wyglądał  tak,  jakby

chciał mnie stratować. Meg przytrzymała go, dotykając jego ramienia. Popatrzyła na mnie
tak, jakby widziała mnie po raz pierwszy w życiu.

- Czemu się zgodziłaś z nimi rozmawiać? - spytała.
- Nie sądzisz, że to by wyglądało trochę podejrzanie, gdybym kazała im się odwalić?
- A nawet jeśli, co by ci mogli zrobić?
- Nie mogłam tego zrobić. Mam reputację...
- To twój problem.
Przeczesałam sobie ręką włosy, które zaczęły mi wychodzić z rozplecionego warkocza, a

poza  tym  wymagały  mycia.  W  ten  sposób  do  niczego  nie  dojdziemy.  Jak  miałam  im  to
powiedzieć, żeby nie uznali, że kwestionuję ich autorytet albo się rządzę?

- Wataha chyba powinna się tym zająć, prawda? Carl spiorunował mnie wzrokiem.
- Nie sądzisz, że gdyby w mieście był jakiś samotnik, to bym o tym wiedział?
-  Nie  wiem.  Może  ma  dobrą  kryjówkę.  Bo  gdybyś  o  nim  wiedział,  nie  byłby

samotnikiem.

background image

Meg zablokowała mi drogę z jednej strony kanapy.
- Powiedziałaś im, że to robota wilkołaka? Powiedziałaś im, że właśnie to wyczułaś?
- Tak.
Spięła ramiona, jakby się zjeżyła. Nie była już dobrym gliną.
- Powinnaś była skłamać. Powinnaś była powiedzieć, że nie wiesz, co to było.
Łatwo jej mówić. Nie umiałam kłamać. Zwłaszcza policji.
-  Potrafią  zbadać  takie  rzeczy.  W  końcu  i  tak  by  się  dowiedzieli.  Mam  szczęście,  że  to

nie mnie podejrzewają.

-  Stanowisz  łatwy  cel  -  powiedział  Carl,  odwracając  się  do  mnie.  -  Ile  razy  mam  ci

mówić, żebyś zrezygnowała z audycji?

- Dwieście radiostacji - zauważyłam i uniosłam brew. Widziałam niemal, jak przelicza, o

jakich pieniądzach mówię.

T.J. odezwał się do Carla:
- Jeśli w mieście jest jakiś samotnik zabójca, policja sobie z tym nie poradzi. My musimy

to zrobić. Jeśli nie chcemy, żeby zaczęli się nami bardziej interesować, musimy rozwiązać
ten problem.

Dokładnie to samo usiłowałam im powiedzieć. Byłam mu dłużna stek.
- Agentka wie wystarczająco dużo, żeby zidentyfikować problem, ale niewystarczająco,

żeby coś z tym zrobić. T.J. ma rację - dodałam.

Carl chodził w tę i we w tę, w tę i we w tę, jakby był zamknięty w klatce. Zaciskał zęby.
- Wiesz coś jeszcze o tym samotniku, oprócz tego jak pachnie?
- Nie - powiedziałam.
- Możemy go poszukać. Dowiedzieć się, gdzie zabijał. Jeśli znakuje teren, dorwiemy go.

Jeśli chcesz, sam mogę się tym zająć... - wtrącił T.J.

- Mylisz się. Nie ma żadnego samotnika - zaprzeczyła Meg.
No  jasne,  że  będzie  trzymać  stronę  Carla.  Nie  spuszczała  ze  mnie  wzroku,  a  mnie  nie

podobał się jej wzrok: zimny, drapieżny.

- Musimy coś zrobić - powiedziałam, na własne ryzyko ignorując Meg.
- Nikt nic nie będzie robić, póki nie rozkażę -wściekł się Carl.
- A kiedy rozkażesz? - T.J. przykucnął, jakby szykował się do skoku.
Carl spiorunował go wzrokiem.
- Kiedy uznam za stosowne.
- A on tymczasem znów kogoś zabije.
Carl podszedł do T.J.-a, wpatrując się w niego. Zacisnął pięści.
- Rzucasz mi wyzwanie?
Przez  chwilę  myślałam,  że  do  tego  dojdzie,  tu  i  teraz.  Nie  trzeba  wiele,  żeby  kłótnia

między  samcem  alfa  i  samcem  beta  przerodziła  się  w  otwartą  walkę.  To  dlatego  w
większości  przypadków  T.J.  trzymał  stronę  Carla.  Najdrobniejsze  tarcie  mogło  zostać  źle
zrozumiane.

Kiedy  T.J.  się  nie  wycofał,  ale  spojrzał  z  kamienną  twarzą  na  Carla,  myślałam,  że  będą

walczyć. Nagle jednak T.J. przygarbił się, wygiął plecy w łuk i spuścił głowę.

- Nie - powiedział.
Carl uniósł wysoko brodę w geście zwycięstwa.

background image

-  W  takim  razie  postanowione.  Zaczekamy.  To  moja  wataha,  mój  teren.  Ja  się  tym

zajmuję. - Złapał mnie za koszulę i pociągnął, aż wstałam. - A ty masz już więcej nie gadać
z policją.

-  Dobra,  zaczekam,  aż  przyjdą  do  ciebie.  -  Zagryzłam  wargi.  Powiedziałam  to  bardziej

sarkastycznie, niż zamierzałam.

Carl wydął wargi.
-  Chyba  musimy  uciąć  sobie  pogawędkę.  Wspaniale.  To  oznacza,  że  pokaże  mi,  gdzie

moje miejsce. Podniósł rękę, złapał mnie za kark i popchnął naprzód, w stronę korytarza
prowadzącego do sypialni. Meg stanęła przed nim i zatrzymała go.

- Pozwól, że ja z nią porozmawiam.
Carl  popatrzył  na  nią  jak  na  wariatkę.  Meg  nigdy  nie  ucinała  sobie  ze  mną

„pogawędek".  Zawsze  zostawiała  to  Carlowi.  Zostawiała  to  jemu,  chociaż  wiedziała,  że
nasze  „pogawędki"  często  kończyły  się  bzykaniem.  To  był  element  przynależności  do
watahy, bycia wilkiem. Może w końcu miała tego dość.

Popatrzyła  na  mnie  tak,  jakby  chciała  mnie  rozszarpać.  Pilnowałam  się,  żeby  się  kulić.

Nie  chciałam  być  samicą  alfa;  nie  chciałam  rzucać  nikomu  wyzwania.  Czułam,  że  moja
wilczyca  cała  się  kurczy,  że  zaraz  zacznie  skomleć.  Nigdy  nie  sądziłam,  że  będę  wolała,
żeby  Carl  mnie  rozebrał.  Przysunęłam  się  do  niego  tak,  żeby  czuć  dotyk  jego  ciała,  żeby
mnie osłaniał.

Teraz  to  Carl  i  Meg  wymieniali  wściekłe  spojrzenia.  Dobry,  staromodny  pojedynek  na

spojrzenia.  Co  by  się  stało,  gdyby  nagle  zaczęli  ze  sobą  zaciekle  walczyć?  Nie  mogło  do
tego dojść.

-  Nie  dziś  -  powiedział  Carl  i  minął  ją,  ciągnąc  mnie  za  sobą.  Podbiegłam,  żeby

dotrzymać mu kroku, nieprzytomna z przerażenia i oszołomiona ironią, że w tej chwili to
przy nim czułam się bezpieczniej.

Kiedy  doszliśmy  do  sypialni  na  końcu  korytarza,  wciągnął  mnie  do  środka  i  zamknął

drzwi.  Zablokował  mnie,  rozkładając  mi  ręce  nad  głową,  przybierając  swoją  tradycyjną
pozę.  Miałam  wrażenie,  że  strasznie  długo  na  mnie  patrzy.  Serce  mi  waliło;  stałam  ze
spuszczoną głową i czekałam. Nagle nachylił się do mojej szyi. Mogłabym sobie pomyśleć,
że  zamienił  się  w  wampira,  gdybym  nie  wiedziała,  co  to  oznacza.  Trącił  nosem  moje
włosy, a jego usta rozchyliły się nad moją skórą w pocałunku. Odchyliłam głowę, żeby mu
to ułatwić. Zaczął mnie lizać, zagryzł zęby na moim uchu, chuchnął mi w policzek gorącym
oddechem.  Przylgnął  do  mnie  całym  ciałem  i  przycisnął  mnie  do  ściany.  Czułam,  że  jest
podniecony, jakby właśnie wypuścili go z klasztoru prosto na trening cheerleaderek.

Mimo mętliku w głowie rozpłynęłam się w jego ramionach. Przylgnęłam do niego, żeby

nie tracić kontaktu choćby z centymetrem jego ciała. Istniał nie tylko jeden sposób na to,
żeby wymusić na podwładnych uległość.

- Nie jesteś zły? - mruknęłam.
- Przypominam ci, gdzie twoje miejsce.
Zabawka  Carla.  Prawie  bym  zapomniała.  Jęknęłam  cicho,  jednocześnie  podniecona  i

zła, że bagatelizuje całą sprawę.

Jego  dłonie  przesuwały  się  po  moich  plecach,  mocując  się  z  koszulą,  a  po  chwili

wsunęły się pod nią i wpiły w gołą skórę. Wygięłam plecy i przylgnęłam do niego.

background image

-  Nie  mogę  być  taka  jak  kiedyś.  -  Złapałam  go  za  włosy  i  przycisnęłam  do  siebie  jego

głowę, podczas gdy on przesuwał językiem po moim gardle.

- Wiem - powiedział stłumionym głosem. - Zrobiłaś się silna. Mogłabyś awansować.
Zamarłam.  Carl  nie  zwrócił  na  to  uwagi.  Przesunął  ręce  na  przód,  do  moich  piersi.

Złapałam z trudem oddech i postarałam się jasno myśleć.

- Awansować?
- Mogłabyś rzucić wyzwanie Meg. Mogłabyś zająć jej miejsce.
Czułam  się  tak,  jakby  to  nie  mnie  całował  i  dotykał.  Ciągle  się  do  niego  przyciskałam,

ale  patrzyłam  pustym  wzrokiem  ponad  jego  ramieniem,  a  myślami  byłam  daleko.  Nagle
spoważniałam.

- Nie za dobrze się wam układa z Meg, co?
Znieruchomiał.  Zamiast  mnie  obmacywać,  po  prostu  mnie  trzymał  i  przyciskał  swoją

twarz do mojego ramienia. Nic nie powiedział. Po prostu mnie trzymał.

Uśmiechnęłam  się  lekko.  To  była  nowość  -  myśl,  że  Carl  miał  problemy  w  związku.

Głaskałam go bezmyślnie po głowie, aż wreszcie mnie puścił.

Podszedł  do  stolika  nocnego,  otworzył  szufladę  i  wyjął  kopertę.  Podał  mi  ją  i  dopiero

wtedy spojrzał mi w oczy.

W  środku  były  zdjęcia.  Niewyraźne  zdjęcia  zrobione  podczas  pełni  księżyca

przedstawiające gromadę ludzi i wilków. Byłam wśród nich. To były kopie fotografii, które
dostałam od Ricka. Tych, które wykorzystał Arturo, żeby wynająć Cormaca.

-  Ty?  -  Gardło  mi  się  ścisnęło  z  żalu.  Osoba,  która  dała  te  zdjęcia  Arturo,

prawdopodobnie  wyłożyła  też  pieniądze  na  honorarium  dla  Cormaca.  Osoba,  która  to
zrobiła, chciała, żebym zginęła, ale nie chciała brudzić sobie rąk, a może pazurów i zębów.
Jeśli to był Carl, to pewnie na honorarium dla Cormaca po-szły pieniądze, które sama mu
dawałam. Nie mogłam o tym myśleć, to było zbyt straszne.

-  Meg  -  powiedział.  Stał  blisko  mnie,  mówił  przytłumionym  głosem,  ale  nie  było  już  w

tym erotyzmu. - Powiedziała, że dała je Arturo, bo była o ciebie zazdrosna.

- Zazdrosna o mnie? - Przecież to Meg. Piękna i silna.
-  O  popularność  audycji.  O  zainteresowanie.  O  moje  zainteresowanie.  -  Mówiąc  to,

odwrócił  głowę,  co  było  chyba  najbardziej  ludzkim  gestem,  jaki  kiedykolwiek  u  niego
widziałam. Jakby przyznawał, że wykorzystuje układ sił w watasze jako wymówkę, żeby ze
wszystkimi  sypiać.  Jakby  wreszcie  sobie  uświadomił,  że  ten  między  świat,  który
zamieszkiwaliśmy, był bardzo dziwny.

-  Wiesz,  co  to  oznacza?  -  spytałam.  -  Sprzedała  mnie.  Można  powiedzieć,  że  podała

mnie Arturo na tacy...

Ale  nagle  uświadomiłam  sobie,  że  może  Carl  powiedział,  że  to  Meg,  żebym  się  na  nią

wściekła i rzuciła jej wyzwanie. Że manipulował i mną, i nią, żeby móc się jej pozbyć, nie
brudząc  sobie  przy  tym  rąk.  A  to  by  znaczyło,  że  zakładał,  że  ją  pokonam.  Nie  chciałam
nawet o tym myśleć.

Ale w brązowych oczach Carla widać było taki ból, takie zagubienie, że chyba nie mógł

aż  tak  grać.  Nigdy  nie  umiał  ukrywać  swojej  wściekłości  ani  pożądania.  Nie  umiał
maskować swoich emocji ani ich udawać. Był dość prymitywnym typem.

- Co zrobiłeś, kiedy się o tym dowiedziałeś?

background image

- Odbyliśmy rozmowę. - To był eufemizm. Ciekawe więc, czy odbyli normalną rozmowę

z  mordobiciem  włącznie,  czy  może  rozmowę  w  stylu  tej,  którą  mieliśmy  jakąś  minutę
temu?

- I co powiedziała?
- Że przeprasza. Że się wycofa.
-  I  tyle?  Tak  po  prostu  się  wycofa?  -  Nie  wiedziałam,  na  kogo  mam  się  wściekać.  Czy

Meg naprawdę przeprosiła, czy to tylko Carl szukał dla niej wymówek? Dlaczego nic jej nie
zrobił? - Może sama powinnam z nią porozmawiać?

-  Może  powinnaś  -  przyznał  Carl.  Nachylił  się  powoli  i  musnął  wargami  mój  policzek,

przesuwając się w stronę ust.

Odwróciłam głowę. Schowałam zdjęcia do koperty i oddałam mu ją, po czym wyszłam z

pokoju, zanim zdążył się wściec.

Przez chwilę myślałam, że uda mi się dojść do drzwi i uciec tak, żeby nikt nie zauważył.

Złapałam za klamkę.

Meg oparła się ręką o drzwi, tuż przed moją twarzą.
Nie musiałam na nią patrzeć. Czułam na sobie jej wściekłe spojrzenie, żar buchający z

jej ciała. Jej oddech łaskotał mnie w policzek. Wiedziała, że wiem. Między nami już nigdy
nie będzie tak samo.

Gdybym  nie  zareagowała,  mogłaby  tak  stać  całą  wieczność.  Oczekiwała,  że  jakoś

zareaguję. Chciała mnie zastraszyć. Gdzie był T.J.? Nie miałam odwagi się odwrócić, żeby
zobaczyć, czy nadal jest w salonie.

Przez ułamek sekundy pomyślałam, że może T.J. też był w to wszystko zamieszany, choć

nie  miałam  pojęcia  w  jakim  charakterze.  Nie  stanie  w  mojej  obronie.  Nagle  miałam
przeciwko sobie cały świat.

Meg odezwała się przytłumionym głosem:
- Jeśli kiedykolwiek będzie miał wybierać między tobą a mną, niech ci się nie marzy, że

wybierze  ciebie.  -  Mówiła  o  Carlu.  Mogła  go  sobie  wziąć.  -  Nie  będzie  o  ciebie  walczył  -
ciągnęła. Skrzywiła się z obrzydzeniem. - To tchórz.

Może miała rację. Carl ciągle siedział w sypialni i nie byłam pewna, czy przyszedłby mi z

pomocą, gdy-bym zaczęła krzyczeć.

Odezwałam się szeptem:
- Nie chcę z tobą walczyć, Meg. Niczego nie chcę.
- Niczego? Zupełnie niczego?
To nie była prawda. Zacisnęłam zęby, gotowa na cios.
- Zależy mi tylko na audycji.
Poruszyła  ręką.  Wzdrygnęłam  się  z  lekkim  okrzykiem.  Ale  ona  dotknęła  tylko  mojej

brody, po czym przesunęła palcem wzdłuż mojej szczęki, zacisnęła rękę w pięść i odsunęła
ją.

Otworzyła  mi  drzwi  i  wypuściła  mnie.  T.J.  czekał  na  mnie  przy  motorze,  zajmując  się

jakimiś tajemniczymi sprawami mechaniki.

- Możemy już jechać? - spytałam, obejmując się rękami.
- Wszystko okej? Cała się trzęsiesz. - Otarł ręce o dżinsy i wsiadł na motor. Wsunęłam

się za niego.

background image

- Wiedziałeś, że Carl i Meg się ze sobą kłócą?
- Ciągle się kłócą.
Ale nie tak. Tego już nie powiedziałam. Zamknęłam oczy i objęłam go mocno.
Nigdy  nie  oglądałam  lokalnych  wiadomości,  więc  nie  musiałam  specjalnie  się  wysilać,

żeby nie oglądać ich i dziś i przekonywać się, czy Angela Bryant zrobiła mi ładne ujęcie.

Ale równo kwadrans po szóstej zadzwonił Ozzie.
- Kitty. Wiesz, że jesteś w wiadomościach?
To  okropne,  ale  liczyłam  trochę  na  to,  że  dojdzie  do  jakiejś  katastrofy  lotniczej  albo

czegoś w tym stylu, co na dobre wyprze morderstwo prostytutki z wiadomości.

- Miałam takie przeczucie - odparłam znużona.
- Co jest grane?
- W telewizji nic nie powiedzieli?
- Powiedzieli tylko, cytuję: „W śledztwo zaangażowana jest znana prezenterka radiowa,

Kitty  Norville".  To  nie  brzmi  za  dobrze.  Ty  nie...  to  znaczy,  nie  jesteś  naprawdę  w  to
zaangażowana, co?

- Jezu, Ozzie, naprawdę myślisz, że byłabym zdolna do czegoś takiego?
- Wiem, że ty nie. Ale jesteś też wilkołakiem...
Westchnęłam. Nie przekonam go.
- Jestem nieoficjalną konsultantką. To wszystko.
- A więc jakieś wilkołaki są w to zamieszane.
- Nie chcę o tym rozmawiać.
Mruknął, jakby chciał dalej się kłócić. Potem powiedział:
- Nie mogłaś napomknąć coś o audycji, trochę darmowej reklamy?
- Do widzenia, Ozzie. - Rozłączyłam się. Telefon zamrugał, sygnalizując, że mam nagraną
wiadomość. Ktoś dzwonił, kiedy rozmawiałam z Oz-ziem. Odsłuchałam wiadomość.
To  była  mama.  „Cześć,  Kitty,  tu  mama.  Właśnie  widzieliśmy  cię  w  wiadomościach  i

chciałam  się  tylko  upewnić,  czy  wszystko  w  porządku.  Potrzebujesz  prawnika?  Nasz
znajomy jest prawnikiem, więc za-dzwoń..."

Znów się rozłączyłam.
I  znowu  pełnia.  Moja  trzydziesta  siódma.  Ile  jeszcze  ich  będzie?  Wszystkie  pełnie

księżyca  w  moim  życiu  były  z  góry  zaplanowane.  Jak  długo  jeszcze  dam  radę  tak  żyć?
Niektóre  noce,  ich  światło,  wiatr  w  drze-wach,  krew  buzująca  w  żyłach,  sprawiały,  że
chciało mi się krzyczeć z radości, a w gardle narastało mi wycie.

Niektóre  noce  były  takie,  że  nabierałam  pewności,  że  tym  razem  coś  rozsadzi  moje

ciało od środka, moja skóra rozerwie się i nie będzie już mogła się posklejać.

Czekałam  przed  domem,  aż  wataha  wyjdzie  tylnymi  drzwiami  na  zarośnięte  krzakami

podwórze  z  widokiem  na  drzewa  i  wzgórza.  Jak  członkowie  klubu  turystycznego
wybierający się na spacer o północy. Niektórzy zaczynali się zmieniać z chwilą, kiedy do-
tknęli  nogami  ziemi.  Ruszali  najpierw  truchtem,  a  potem  biegiem  w  stronę  drzew  i
zamieniali  się  w  swoje  drugie  ja.  Ludzie  znikali,  a  powracały  wilki,  wymuszając  pośpiech
na reszcie watahy.

Stałam  na  rogu,  obejmowałam  się  rękami  i  nasłuchiwałam  ich  nawoływań.  T.J.,  nagi,

srebrzysty  w  świetle  księżyca,  odwrócił  się,  zobaczył  mnie  i  się  uśmiechnął.  Nie

background image

odwzajemniłam  jego  uśmiechu,  ale  odsunęłam  się  od  ściany  i  podeszłam  bliżej.  Jakby
moja wilczyca ciągnęła mnie za smycz.

Ktoś  mnie  złapał  od  tyłu.  Meg  wykręciła  mi  rękę  i  podeszła  bliżej,  mówiąc  mi  coś  do

ucha:

- Zrobiłaś się za duża jak na swoją skórę. Zrobiłaś się arogancka. I możesz doprowadzić

do rozpadu watahy. Nie pozwolę na to. Wydaje ci się teraz, że jesteś taka super, ale ja ci
przypomnę,  gdzie  twoje  miejsce.  -Uszczypnęła  mnie  w  ramię.  W  mojej  piersi  narastało
warczenie. Stłumiłam je.

Meg  nie  chciała  pierwsza  wszczynać  bójki.  Była  samicą  alfa  i  nie  miała  zamiaru  się  do

tego  zniżać.  Mogła  ganić,  dominować,  grozić,  ale  nie  mogła  zaczynać  walki  na  śmierć  i
życia.  Sama  musiałam  być  na  tyle  głupia,  żeby  do  tego  dopuścić.  Mówiła  tak,  jakby
sądziła, że jestem na tyle głupia, żeby rzucić jej wyzwanie. Jakby chciała, żebym to zrobiła,
bo miałaby okazję mnie usunąć.

Odwróciłam się, zastanawiając, jak mogę jej się wyrwać. Wilczyca była gotowa walczyć,

żeby się wy-rwać. Kiedyś palce Meg wpijające się w moje ciało sprawiłyby, że zaczęłabym
się wycofywać.

- Wcale nie próbuję rozbić watahy. Ja tylko... ja tylko potrzebuję przestrzeni. - Jakbym

była jakąś zbuntowaną nastolatką.

-  Wiem,  czego  chcesz.  Wiem,  jak  to  działa,  kiedy  taka  młódka  pnie  się  w  hierarchii.  A

jeśli  wydaje  ci  się,  że  możesz  dostać  Carla,  jeśli  wydaje  ci  się,  że  możesz  dostać  watahę,
musisz ze mną o tym porozmawiać. Wciąż jestem silniejsza od ciebie.

Pokręciłam głową.
- Nie chcę z tobą walczyć. Nie będę.
Cała  się  spięłam.  Nie  poruszyłam  się.  Zachowałam  spokój.  „Pozwól  mi  tylko  odejść".

Dam jej spokój, jeśli ona też da mi spokój. Niemal nieświadomie odchyliłam się w stronę
watahy,  w  stronę  wilków,  mojej  rodziny,  wśród  której  mogłam  się  zmienić  i  zachować
anonimowość.

Jej  ręce  przekształcały  się,  rosły  jej  pazury.  Nie  poluzowała  uchwytu,  więc  pazury

rozerwały  mi  skórę,  po  ręce  popłynęła  mi  krew.  Popatrzyłam  na  nią,  ale  nadal  się  nie
poruszałam. Znów skrzyżowałyśmy spojrzenia. Wstrzymałam oddech, żeby nie warknąć.

Kilka innych osób, już w postaci wilków, patrzyło na nas, strzygąc uszami, czując, że coś

się  święci.  Pod-biegły,  swobodne,  puszczone  luzem  ze  swoich  klatek  na  tę  jedną  noc.
Miałyśmy widownię.

Poczułam  zapach  własnej  krwi.  Wilczyca  szamotała  się  i  kopała;  ten  zapach

doprowadzał ją do szału. Ale jeśli nie zareaguję, Meg zostawi mnie w spokoju.

Puściła  moją  rękę.  Przerywając  moje  nie  do  końca  stłumione  westchnienie,  trzasnęła

mnie w twarz -z otwartej ręki, z wystawionymi pazurami. Policzek zapłonął mi z bólu tak
przeszywającego,  że  nie  czułam  cięć.  Pewnie  były  trzy,  sądząc  po  tym,  jak  trzymała  rękę.
Szybkie  machnięcie.  Chyba  bolało  bardziej,  niż  było  tego  warte.  Krew  zebrała  się  w
strumyczek i ściekała mi po brodzie.

Nie walczyłam. Ale też się nie skuliłam.
W końcu się odwróciła.
Płonęło mi całe ciało. Skóra mnie paliła, oddech zamienił się w cichy szloch.

background image

Otaczały nas wilki. Podeszła do nas cała wataha. Trącały nas, szturchały nas ramionami

w  biodra.  Blade,  kremowe,  szaroniebieskie,  srebrne  i  czarne  futra  tworzyły  wokół  nas
falujące morze. Wzrok mi się za-mazał, byłam bezradna.

Pozwoliłam, żeby wilczyca wyskoczyła ze mnie ze skowytem.
Jakby strząsała z siebie martwe futro, zrzucała zeszłoroczną sierść, otrząsa się i biegnie.
Podąża  za  zapachem.  Jego,  przywódcy.  Biegnąc,  udaje  jej  się  dogonić  go  na  czele

watahy.  Jest  jasny,  z  miedzianym  połyskiem,  cudowny  w  świetle  księżyca.  Podbiega  do
niego, szturcha go. Skłania się przed nim rozbrykana; szczeka, chce, żeby ją gonił. Liże mu
pysk  i  kuli  się  przed  nim,  kładąc  po  sobie  ogon,  żeby  pokazać  mu,  że  jest  silniejszy,  że
może z nią robić, co chce. W swoim drugim życiu nie może mu tego powiedzieć, ale tutaj
może, tutaj wie, jak to zrobić.

Jej drugie ja jest zbyt dumne. Ale wilczyca jest mądrzejsza.
Samica  przywódcy  kłapie  na  nią  zębami  -  nie  w  zabawie,  ale  ze  złością.  Odgania  ją  od

niego - a on jej nie broni. Warczy, szczerzy kły i rzuca się na nią.

Ona  odbiega,  skomląc,  z  podkulonym  ogonem.  Wtedy  on  ją  zostawia.  Odbiega,  jakby

była  niczym.  Ona  zostaje  sama.  Inni  kłapią  na  nią  zębami  i  dokuczają  za  to,  że  on  ją
odtrącił, ale ona nie ma już ochoty na zabawę:

Jej drugie ja wie, co to złamane serce.
Kiedy  następnego  ranka  zamieniłam  się  znów  w  człowieka,  rany  już  się  zagoiły.  A

przynajmniej te, które zadała mi Meg.

Mijały noce.
Nie  wiedziałam,  gdzie  znaleźć  Ricka.  Zawsze  to  on  do  mnie  przychodził.  Wiedziałam,

gdzie szukać, a gdyby go tam nie było, pewnie mogłam znaleźć kogoś, kto wiedział, gdzie
jest. Zakładając, że wcześniej nikt by mnie nie pobił.

Nocny  klub  Psalm  23  był  ulubionym  miejscem  polowań  wampirów.  Wbrew  licznym

legendom  wampiry  nie  musiały  zabijać  swojej  ofiary,  żeby  się  pożywić.  Zwykle  tego  nie
robiły,  bo  zaśmiecanie  okolicy  ciałami  zwracało  zbyt  dużą  uwagę.  Uwodziły  kogoś
młodego  ze  smaczną,  świeżą  krwią,  piły  tyle,  żeby  się  najeść,  ale  nie  tyle,  żeby  zabić
ofiarę,  po  czym  wypuszczały  ją,  a  biedny  dzieciak  nie  miał  pojęcia,  co  się  wydarzyło.
Nadnaturalny rohypnol. Ofiara nie zamieniała się potem w wampira.

W  niektórych  subkulturach  wampir  mógł  znaleźć  ochotników,  którzy  sami  chcieli

zamienić  się  w  danie  dnia.  W  Psalmie  23  było  ciemno,  elegancko  i  puszczano  irytującą
muzykę, a Arturo był w klubie cichym wspólnikiem.

Musiałam  się  wystroić;  nie  wpuściliby  mnie,  gdybym  przyszła  w  dżinsach.  Włożyłam

czarne  spodnie,  czarną  koszulkę  i  opaskę  na  szyję.  Całkowita  prostota.  Nie  chciałam
zwracać na siebie uwagi.

Na  dworze  słychać  było  muzykę,  coś  retro,  w  co  łatwo  było  się  zanurzyć.  Bramkarz

wpuścił mnie bez problemu, ale nie zrobiłam nawet trzech kroków, kiedy pojawiła się za
mną  smukła  kobieta  o  tak  bladej  skórze,  że  jej  diamentowy  naszyjnik  wydawał  się  przy
tym kolorowy.

Zatrzymałam  się.  Ona  też,  na  tyle  blisko,  że  kiedy  się  odezwała,  poczułam  na  szyi  jej

oddech.

- Znam cię - powiedziała. - Nie jesteś tu mile widziana.

background image

-  W  takim  razie  powinnaś  mnie  była  zatrzymać  zaraz  przy  drzwiach  -  odparłam,  nie

odwracając się. -Już zapłaciłam za wejście.

-  Nikt  cię  tu  nie  zapraszał.  Naruszyłaś  teren.  Ugryzłam  się  w  język,  zanim

odpowiedziałam jej coś głupiego. Na przykład: walić teren. Znaczeniem terenu zajmował
się  Carl,  a  ja  miałam  z  nim  obecnie  na  pieńku.  Nie  chciałam  posuwać  się  za  daleko.
Odwróciłam się.

- Słuchaj, nie chcę się z nikim kłócić. Muszę znaleźć Ricka; jest tu gdzieś?
Zmrużyła oczy; rozchyliła usta, odsłaniając końcówki kłów.
- Chyba poproszę cię o dodatkową opłatę. - Oblizała językiem zęby między kłami.
-  Nic  nie  dostaniesz.  -  Krew  wilkołaka  była  najwyraźniej  jakimś  specjałem  wśród

wampirów. Jak trzydziestoletnia szkocka albo coś w tym stylu.

-  Jesteś  teraz  na  naszym  terenie.  Jeśli  chcesz  tu  zostać,  musisz  przestrzegać  naszych

reguł.

Cofnęłam  się,  szykując  się  do  ucieczki.  Nie  chciałam  walczyć.  Może  przychodząc  tu,

zrobiłam błąd. Może myśląc, że sama mogę się tym zająć, nie miałam racji. W końcu ciągle
testowałam, jak daleko mogę się posunąć, i ciągle dostawałam po tyłku.

Nie chciałam narobić kłopotów.
Ktoś stanął obok mnie, oddzielając mnie od kobiety. To był Rick.
- Stello, pani Norville jest dziś moim gościem i ja się nią opiekuję.
Stella odsunęła się od niego, poruszając ustami jak ryba.
- Jeśli Arturo się dowie, że ona tu była...
-  Sam  mu  o  tym  powiem  i  poniosę  wszelkie  konsekwencje.  Dopilnuję  też,  żeby  nie

sprawiała żadnych kłopotów. Takich jak bójka z agresywną gospodynią. -Dotknął mojego
ramienia  i  zaprowadził  mnie  w  bardziej  ustronną  część  baru.  Kobieta,  Stella,  odeszła
naburmuszona. Wypuściłam z siebie powietrze, które cały czas wstrzymywałam.

- Dzięki za ratunek - powiedziałam, kiedy usiedliśmy.
- Nie ma za co. Napijesz się czegoś? - spytał, kiedy obok przeszedł barman. - Tequila na

dobry początek?

- Wody sodowej. Dzięki.
- Pozostaje pytanie, co ty tu robisz? Nie jesteś tu zbyt bezpieczna.
-  Chciałam  ci  powiedzieć,  że  dostałam  cynk,  że  Elijah  Smith  wraca  za  tydzień  w  te

okolice, prawdo-podobnie będzie koło Limon. Znalazłam to w Internecie, więc informacja
nie jest pewna. Ale na razie więcej nie mam.

- To i tak więcej niż sam znalazłem. Dzięki.
-  Dam  ci  znać,  jak  dowiem  się  czegoś  więcej.  Może  na  następny  raz  dałbyś  mi  swój

numer telefonu?

Roześmiał się bezczelnie.
- Rozumiem, że nie lubisz telefonów - powiedziałam.
- Może lepiej zjawię się u ciebie w biurze za tydzień?
- To cholernie niewygodne - mruknęłam. Miło by było, gdyby ktoś wreszcie przystał na

moją propozycję.

Spojrzał na mnie uważnie.
- Nikt się aż tak nie wkurza, jeśli nie dostaje czyjegoś numeru telefonu.

background image

Kipiący z wściekłości kocioł - cała ja. Skrzywiłam się.
- Może mi coś poradzisz? Zamrugał z zaskoczeniem.
- Cóż. Myślałem, że to ty masz odpowiedź na wszystko.
Pominęłam  to  milczeniem  i  odwróciłam  głowę  w  kierunku,  w  którym  poszła

monochromatyczna Stella, żeby dopiec komuś innemu.

- Musisz mieć dobre układy z Arturo, skoro tak szastasz jego imieniem.
-  Nie  mów  nikomu,  ale  mam  prawie  tyle  samo  lat  co  on.  Jestem  prawie  tak  samo

potężny.  Jedyna  różnica  polega  na  tym,  że  nie  chcę  być  Mistrzem  rodu.  Nie  chcę  tego
rodzaju... odpowiedzialności. On to wie, wie, że nie jestem jego rywalem. W pozostałych
kwestiach potrafimy dojść do porozumienia.

- Aha. To po co w ogóle tu jesteś? Po co z nim trzymasz? - Zaczynałam poruszać temat, 

na jaki chciałam z nim porozmawiać. Był na świecie od bardzo dawna sam to przed chwilą 
przyznał. Wiedział o rzeczach, o których ja nie wiedziałam. 

Oparł się i uśmiechnął, jakby wiedział, o co tak naprawdę pytam i dlaczego.
- Przynależność do rodu ma swoje zalety. Łatwiej znaleźć pożywienie. Ma się ochronę.

Bezpieczne  miejsce,  w  którym  można  spać  w  ciągu  dnia.  Samemu  trudniej  to  wszystko
sobie zapewnić.

Oparłam się przygnębiona o bar. Potrzebowałam Carla z tego samego powodu. Ale co

miałam zrobić, skoro nie mogłam go już dłużej znieść?

Rick ciągnął dalej:
-  Pod  koniec  XIX  wieku  spędziłem  jakieś  pięćdziesiąt  lat  sam.  Wkurzyłem  kilka

niebezpiecznych  osobistości,  więc  znalazłem  sobie  miejsce  w  jednym  z  szybko
rozwijających  się  miasteczek  w  Nevadzie  podczas  gorączki  srebra.  Nie  uwierzysz,  jak
skutecznie kopalnie w takim miejscu jak Wirginia odstraszały pewien rodzaj hołoty.

Uśmiechnęłam się i mimowolnie dałam się wciągnąć w opowieść.
- Wkurzyłeś watahę wilkołaków.
-  Nie  przyszłaś  tu,  żeby  wysłuchiwać  moich  opowieści.  Mówiłaś,  że  potrzebujesz  rady.

Choć wydaje mi się dziwne, że szukasz jej akurat tu.

- Mam coraz mniej przyjaciół.
- Bzdura. Masz pół miliona słuchaczy, którzy cię uwielbiają.
Spiorunowałam go wzrokiem.
-  Ktoś  mnie  niedawno  spytał,  do  kogo  się  zwracam,  kiedy  potrzebuję  rady.  A  ja  nie

umiałam odpowiedzieć. Nie wiedziałam.

- Ciągle mi jeszcze nie powiedziałaś, jakiego rodzaju rady potrzebujesz.
Przyszłam do niego, bo był stary i zapewne doświadczony. I jak na ironię, nigdy nie dał

mi powodu, żebym się go bała.

- Nie rozumiem, co się dzieje. Nie wiem, dlaczego Carl i Meg zachowują się tak, jak się

zachowują. Nie wiem, dlaczego nie potrafię im wytłumaczyć, dlaczego czuję się tak, jak się
czuję.  Chciałabym...  chciała-bym,  żeby  dali  mi  spokój,  ale  z  drugiej  strony  nie  jestem
pewna, czy tego chcę. Zwłaszcza w przypadku Carla. - No, wyrzuciłam to z siebie.

- Nie szukasz rady. Szukasz akceptacji.
I nie dostawałam jej od ludzi, od których najbardziej jej potrzebowałam. Boże, w jego

ustach  to  było  takie  oczywiste.  Gdyby  ktoś  do  mnie  zadzwonił  z  takim  problemem,  z

background image

marszu wyrecytowałabym mu podobną odpowiedź.

Przetarłam  sobie  twarz.  Czułam  się  tak,  jakbym  znów  miała  pięć  lat.  „Zobacz,  tatusiu,

jaki  ładny  rysunek  zrobiłam"  -  ale  co  ma  zrobić  dziecko,  jeśli  tatuś  podrze  rysunek  na
strzępy?  Nie  chciałam  uważać  Carla  za  kogoś  w  rodzaju  ojca.  Raczej  za...  tyrana  w
haremie. Albo kogoś w tym stylu.

Rick w odpowiedzi uśmiechnął się cierpko.
-  To  okres  dojrzewania.  Widywałem  to  już  wcześniej.  Zawsze  się  tak  dzieje,  kiedy

dotychczas  uległy  wilkołak  zaczyna  stawiać  na  swoim.  Robisz  się  niezależna,  a  Carl  nie
wie, jak ma cię traktować.

- Co zrobić, żeby wszystko znów było w porządku? Odchylił się na krześle.
- Gdyby życie było takie proste, nie miałabyś pracy.
Jasne. Czas zmienić temat. Chciałam posłuchać o gorączce srebra i pionierskiej Wirginii.

Nie umiałam wyobrazić sobie Ricka w kowbojskim kapeluszu.

- Nie chciałbyś może wystąpić gościnnie w mojej audycji i opowiedzieć trochę o Dzikim

Zachodzie?

Uśmiechnął się.
- Arturo by mnie zabił.
Problem z takimi jak on polegał na tym, że człowiek nigdy nie wiedział, kiedy żartowali,

a kiedy nie.

Jakiś tydzień później wróciłam z pracy i natknęłam się na Cormaca, który opierał się o

ścianę przed moim blokiem. Było już dobrze po zmroku. Stał ze skrzyżowanymi rękami na
granicy  światła  rzucanego  przez  lampę  nad  wejściem.  Gapiłam  się  na  niego  przez  dobrą
minutę, zanim zdołałam się odezwać.

- Wiesz, gdzie mieszkam.
- Nietrudno było się dowiedzieć.
- Mam się w takim razie wyprowadzić? Wzruszył ramionami.
- To miejsce to jakaś nora. Myślałem, że trochę lepiej zarabiasz.
Nie musiał wiedzieć o haraczu dla Carla.
- Może mi się tu podoba. Czego chcesz?
Poczułam  mrowienie  w  szyi.  Musiałam  stąd  spadać.  Ale  on  nie  był  dziś  uzbrojony.  A

przynajmniej nie widziałam broni. Bez wszystkich tych swoich pistoletów nie wyglądał jak
płatny zabójca, ale raczej jak niegroźny członek gangu motocyklowego.

- Pamiętasz tę policjantkę? Hardin? Skontaktowała się ze mną w sprawie morderstw.
W  jednej  chwili  cały  niepokój  zniknął.  Miałam  poważniejsze  sprawy  na  głowie.  Byłam

wkurzona, że ktoś robi coś za moimi plecami.

- Naprawdę? Mówiła, że nie ufa ci na tyle, żeby z tobą o tym pogadać.
- Chyba myśli, że jesteś zbyt lojalna wobec „swoich", żeby naprawdę jej pomóc.
- Tylko dlatego, że nie podałam nazwisk?
- A znasz je?
-  Nie.  Jezu,  to  tak  jakby  myśleć,  że  tylko  dlatego,  że  ktoś  jest,  no  nie  wiem,

mechanikiem 

samochodowym, 

będzie 

znał 

wszystkich 

innych 

mechaników

samochodowych w mieście.

- Wilkołaki są trochę rzadsze niż mechanicy. Zmieniłam temat.

background image

-  A  czemu  ty  jej  pomagasz?  Ostatnim  razem,  kiedy  z  nią  rozmawiałam,  chciała  cię

oskarżyć o napaść i usiłowanie morderstwa.

- Zaproponowała, że da mi spokój, jeśli pomogę jej złapać tego gościa.
Hardin wiedziała, jak zdobywać sobie przyjaciół.
- Sprytnie.
-  Też  tak  sobie  pomyślałem.  -  Podszedł  do  mnie  kilka  kroków.  -  Słuchaj.  Wiesz  o  tym

zabójcy  coś,  czego  ja  nie  wiem  -  znasz  jego  zapach.  Czy  jest  coś,  co  ukrywasz  przed
glinami?

Obruszyłam się.
- Nie rozpoznałam tego zapachu. To nikt z naszych. A przynajmniej tak sądzę.
-  No  dobra.  Nie  jestem  gliną.  Nie  podchodzę  zaborczo  do  informacji.  Łatwiej  nam

będzie złapać tego faceta, jeśli wymienimy się tym, co wiemy.

- A co wiesz?
- Jak zabijać wilkołaki.
- I to ma mi poprawić samopoczucie?
- Nie.
Westchnęłam zrezygnowana.
- Czego ode mnie oczekujesz?
- Jeśli go zobaczysz, zadzwoń. Bywasz w miejscach, w których ja nie bywam, spotykasz

ludzi, których ja nie spotykam. Masz swoje dojścia.

-  Nie  zgadzasz  się  z  Hardin?  Nie  myślisz,  że  będę  go  chronić  tylko  dlatego,  że  jest

wilkołakiem?

- Myślę, że postąpisz, jak trzeba. Masz mój numer. - Odwrócił się, żeby odejść.
- Kto jest teraz czyim dłużnikiem? Obejrzał się przez ramię.
- Nie martw się, pilnuję punktacji.
Matt oparł się o framugę między kabiną dźwiękową a studiem.
-  Kitty?  Telefon  na  trójce.  Może  to  jakaś  maniaczka,  ale  chyba  naprawdę  ma  kłopoty.

Chcesz odebrać?

Mogłam  powiedzieć:  nie.  Ostatecznie  to  była  moja  audycja.  Byłoby  zdecydowanie

łatwiej i lepiej dla wszystkich, gdybym przełączyła ją na jakiś telefon zaufania. Szkoda, że
nie istniało nic takiego dla wampirów i wilkołaków z problemami.

Pokiwałam  głową,  słuchając  jednocześnie  kwiecistej  wypowiedzi  jednego  ze  słuchaczy

na  temat  krzyżowania  ras  i  czystości  rasowej.  Standardowa,  stereotypowa,  reakcyjna
gadka.

-  Uhm,  dziękuję  -  powiedziałam.  -  Nie  zastanawiałeś  się  nad  tym,  żeby  pisać

przemówienia dla Ku-Klux-Klanu? Następny rozmówca, słucham.

162
-  Och,  dziękuję!  Dziękuję!  -  Kobieta  szlochała  i  była  tak  rozhisteryzowana,  że  mówiła

bardzo niewyraźnie.

-  Prr,  zwolnij.  Oddychaj.  Oddychaj  powoli.  Bardzo  dobrze.  Estelle?  Masz  na  imię

Estelle?

Przestała tak bardzo zanosić się płaczem i zrównała oddech z moim kojącym głosem.
- T-tak.

background image

- Dobrze. Estelle, możesz mi powiedzieć, co się dzieje?
-  Gonią  mnie.  Jestem  ranna.  Już  po  mnie  idą.  Potrzebuję  pomocy.  -  Mówiła  coraz

szybciej.  Gdy  to  usłyszałam,  moje  serce  też  przyspieszyło.  Sepleniła,  jakby  za  mocno
przyciskała usta do słuchawki.

-  Chwileczkę.  Wyjaśnij  sytuację.  Kto  cię  ściga?  Przełknęła  ślinę  tak  głośno,  że  było  to

wyraźnie słychać na antenie.

- Słyszałaś o Elijahu Smisie? O Kościele Czystej Wiary?
Wstałam  i  zaczęłam  chodzić  po  pokoju.  Nie  tylko  słyszałam,  ale  byłam  wręcz  gotowa

pojawić  się  u  niego  i  oddać  się  w  jego  ręce,  żeby  tylko  dowiedzieć  się  czegoś  nowego.
Strasznie  mi  zależało,  żeby  udowodnić,  że  jest  szarlatanem.  Karawana  jego  Kościoła
zatrzymała się właśnie jakieś sto kilometrów od mojego studia.

- Tak, słyszałam o nich.
- Odeszłam. To znaczy, chcę odejść. Próbuję odejść.
-  Aha.  Ale...  aha.  -  Zaniemówiłam.  Ja,  która  zarabiałam  na  życie  gadaniem.  Nikt  nigdy

nie odszedł z Kościoła Czystej Wiary. Żaden z wiernych Smitha nie chciał o nim mówić.

Miałam mnóstwo pytań: kim była? Czy szukała u niego lekarstwa? Czy było skuteczne?

Jaki był Smith? To była rozmowa, na którą od dawna czekałam.

- Okej, Estelle. Pozwól, że spytam. Kim jesteś, wampirem? Likantropem?
- Wampirem.
- Dobrze. I udałaś się do Kościoła Czystej Wiary, żeby znaleźć lekarstwo na wampiryzm.

Poznałaś  Elijaha  Smitha.  Zostałaś...  zostałaś  wyleczona?  Czy  naprawdę  udało  ci  się
wyleczyć? - Co zrobię, jeśli powie tak?

- Tak, tak myślałam. To znaczy, myślałam, że mi się udało. Ale już tak nie myślę.
- Nie rozumiem.
- No tak - powiedziała i zaśmiała się słabo. - Ja też nie.
Estelle  była  najwyraźniej  wyczerpana.  Jak  długo  uciekała?  Noc  była  już  w  połowie  za

nami. Czy miała gdzie bezpiecznie spędzić dzień? I dlaczego zadzwoniła akurat do mnie?

Świadkowie.  Byłyśmy  na  antenie.  Tysiące  świadków  wysłucha  jej  opowieści.  Sprytnie.

Żebym tylko umiała stanąć na wysokości zadania.

- Jesteś teraz bezpieczna? Jesteś w jakimś bezpiecznym miejscu czy musisz się stamtąd

wydostać? Gdzie jesteś?

-  Chyba  ich  chwilowo  zgubiłam.  Jestem  na  stacji  benzynowej;  jest  zamknięta  na  noc.

Mogę tu przeczekać do świtu.

- Ale gdzie, Estelle? Jeśli trzeba, chciałabym ci wysłać kogoś na pomoc.
- Chyba nie chcę mówić gdzie. Mogą mnie słuchać. Mogą cię śledzić.
Będzie  ciężko.  Trzeba  się  posuwać  małymi  kroczkami.  Zakryłam  mikrofon  ręką  i

zawołałam Matta.

- Sprawdź numer, dowiedz się, skąd dzwoni. -Pokiwał mi głową przez szybę. Wróciłam

do  Estelle.  -  Gdy  mówisz,  że  cię  gonią,  masz  na  myśli  Smitha?  Masz  na  myśli  jego  ludzi?
Czy chcą ci zrobić krzywdę?

- Tak. Tak!
- Aha. Ładny mi Kościół. Dlaczego nikt od niego nie odchodzi?
- Nie-nie może, Kitty. To skomplikowane. Nie wolno nam o tym rozmawiać.

background image

Matt przycisnął do szyby kartkę. Było na niej napisane: „Automat - numer nieznany".
-  Estelle?  Powiedz  mi  coś  o  lekarstwie.  Zobaczyłaś  plakat  reklamujący  spotkanie  w

Kościele. Zjawiłaś się w namiocie. Kiedy to było?

Oddychała  już  spokojniej,  ale  ciągle  mówiła  ściśniętym,  przyciszonym  głosem,  jakby

bała się, że ktoś ją usłyszy.

- Cztery miesiące temu.
- Co się stało, kiedy się tam zjawiłaś?
-  Przyjechałam  zaraz  po.  zmroku.  Stało  tam  kilka  namiotów,  trochę  samochodów

turystycznych,  przy-czep  kempingowych  i  takich  tam.  Wszystko  było  ogrodzone.  Na
miejscu  było  kilku  strażników.  Przy  wejściu  zebrało  się  nas  chyba  ośmioro.  Przeszukali
nas.  Sprawdzili,  czy  nie  mamy  broni,  upewnili  się,  że  nikt  nie  jest  dziennikarzem.  Do
Smitha  dopuszczani  są  tylko  prawdziwie  wierzący.  A  ja  chciałam  uwierzyć.  Naprawdę
chciałam  uwierzyć.  Przy  jednej  z  przeszukiwanych  osób,  chyba  wilkołaku,  znaleźli
mikrofon, więc go wyrzucili.

Wyrzucili wilkołaka. To nie lada wyczyn.
- Ludzie, którzy próbowali kiedyś włamać się do Kościoła, napotkali na stanowczy opór.

Kto pracuje w ochronie?

- Wierni. Wszyscy mieszkańcy i pracownicy karawany to wyznawcy Smitha.
- Ale muszą być silni. Ścigała go cała wataha wilkołaków...
-  Owszem,  a  oni  potrafią  walczyć  z  wilkołakami.  I  z  tygrołakami,  i  z  wampirami  -  ze

wszystkimi. Walczą z nimi ich własną bronią, Kitty.

- A więc nie zostali tak naprawdę wyleczeni.
- Ależ zostali. Nie widziałam, żeby którykolwiek z nich zmieniał postać, nawet podczas

pełni. A wampiry wychodzą na dwór w biały dzień!

-  Ale  zachowują  swoją  siłę?  Ciągle  mogą  stawać  do  równej  walki  z  wilkołakiem?  -

Pozbyć się wad swojej przypadłości, nie tracąc jej zalet? Można by powiedzieć, że to coś
więcej niż lekarstwo.

- Na to wygląda. A to ciekawe.
- Mów dalej.
-  Zaprowadzono  mnie  do  głównego  namiotu.  W  środku  odbywało  się  jakby

nabożeństwo,  staromodna  odnowa  duchowa  z  wiernymi  zgromadzonymi  przed  sceną.
Jakiś mężczyzna zawołał mnie ze sceny.

- Smith? Jak wygląda?
-  Wygląda...  wygląda  bardzo  zwyczajnie.  -  No  jasne.  Pewnie  nie  byłaby  go  nawet  w

stanie  rozpoznać  podczas  policyjnego  okazania.  -  Myślałam,  że  palnie  mi  jakieś  kazanie,
zacznie  pouczać,  żonglując  wszystkimi  tymi  cytatami  z  Biblii  na  temat  czarownic  i
złoczyńców.  Nie  przejmowałam  się  tym;  byłam  gotowa  na  wszystko,  byle  tylko  się
wyleczyć. Ale on nic takiego nie zrobił. Mówił tylko o chęci do zmiany. Spytał, czy chcę się
zmienić,  czy  jestem  gotowa  pomóc  mu  dotrzeć  do  mojego  wnętrza  i  odzyskać
śmiertelność, duszę. O tak, powiedziałam. Mówił bardzo przekonująco. Potem położył mi
ręce  na  głowie.  To  się  działo  naprawdę,  Kitty.  Naprawdę!  Dotknął  mojej  twarzy,  a  mnie
wypełniło światło. Wypełniły mnie wszystkie utracone wschody słońca. A głód zniknął. Nie
pragnęłam  już  więcej  krwi.  Moje  ciało  stało  się  pełne,  jakby  znów  popłynęła  we  mnie

background image

krew. Skóra mi się zaczerwieniła. Znów byłam śmiertelna, żyłam, oddychałam, jak Łazarz.
Naprawdę!  Pokazał  mi  krzyż,  a  ja  go  dotknęłam  -  nic  się  nie  stało.  Nie  poparzyłam  się.
Przekonał mnie, że mogę wyjść na słońce.

Na początku rozmowy z Estelle myślałam, że znalazłam kogoś, kto stracił złudzenia, kto

jest  gotów  obnażyć  tajemnice  Smitha  i  wyjaśnić  dokładnie,  na  czym  polegało  jego
oszustwo.  Ale  Estelle  nie  mówiła  jak  pozbawiony  złudzeń  apostata.  Ciągle  mu  wierzyła.
Mówiła jak wyznawca, który stracił wiarę albo przekonanie, że ma prawo do zbawienia.

Musiałam ją o to spytać:
- Naprawdę, Estelle? Naprawdę mogłaś wyjść na słońce?
- Tak - powiedziała szeptem.
Cholera  jasna.  Lekarstwo.  Poczułam  łaskotanie  w  brzuchu,  promyk  nadziei,  który  palił

jak zgaga. Wybór, ucieczka. Mogłabym odzyskać swoje dawne życie. Gdybym tylko chciała.

W tym musiał być jakiś haczyk. Mówiłam spokojnie, starając się zachować dziennikarski

obiektywizm.

- Zostałaś z nim cztery miesiące. Co przez ten czas robiłaś?
-  Jeździłam  razem  z  karawaną.  Wychodziłam  na  scenę  i  dawałam  świadectwo.

Oglądałam wschody słońca. Smith się mną zaopiekował. Opiekuje się nami wszystkimi.

-  A  więc  jesteś  wyleczona.  To  wspaniale.  Dlaczego  nie  możesz  odejść?  Dlaczego  ci,

którzy zostali uzdrowieni, nie odchodzą i nie zaczynają nowego życia?

- Smith jest naszym przywódcą. Jesteśmy mu oddani. Ocalił nas, a my jesteśmy gotowi

oddać za niego życie.

Mówiła  tak  żarliwie,  że  zaczęłam  się  zastanawiać,  czy  mnie  nie  nabiera.  Ale

dochodziłam do sedna sprawy. Pytania, więcej pytań.

- Ale teraz chcesz od niego odejść. Czemu?
- Bo... bo się duszę. Mogłam oglądać wschody słońca. Ale nie mogłam odejść.
- Nie mogłaś?
- Nie, nie mogłam. To, kim byłam, moje nowe ja, miałam dzięki niemu. Było tak, jakby...

to on mnie stworzył.

O Matko Święta.
- Trochę to przypomina ród wampirów. Wierni podwładni służący swojemu Mistrzowi,

który  ich  stworzył.  -  Przypominało  to  też  trochę  watahę  wilkołaków,  skoro  już  o  tym
mowa, ale nie chciałam się w to zagłębiać.

- Co?
-  Estelle,  mam  do  ciebie  kilka  pytań.  Czy  zostałaś  wampirem  wbrew  własnej  woli,  czy

może zamieniłaś się dobrowolnie?

-  To...  to  nie  odbyło  się  wbrew  mojej  woli.  Chciałam  tego.  To  się  stało  w  1936  roku,

Kitty.  Miałam  siedemnaście  lat.  Zachorowałam  na  polio.  Właściwie  już  byłam  martwa,  a
przynajmniej  straszliwie  okaleczona,  rozumiesz?  Mój  Mistrz  zaproponował  mi  pomoc.
Lekarstwo. Powiedział, że nie można marnować tak uroczej dziewczyny.

Wyobraziłam  ją  sobie.  Wyglądała  młodo  i  wręcz  niewinnie,  emanowała  czystością  i

powabem typowym dla większości wampirów.

- Kiedy stwierdziłaś, że nie chcesz już być wampirem? Dlaczego zwróciłaś się do Elijaha

Smitha?

background image

- Brakowało mi wolności. Wszystko kręciło się wokół Mistrza. Nie mogłam zrobić nic bez

jego przyzwolenia. Co to za życie?

- Nieżycie? - Och, pamiętałam ten wewnętrzny głos.
- Musiałam uciec.
Gdybym  miała  się  zabawić  w  pseudopsychologa,  powiedziałabym  Estelle,  że  ma

problem  z  zaangażowaniem  i  akceptacją  konsekwencji  własnych  decyzji.  Ciągle  uciekała,
szukając ratunku, a teraz uciekła do mnie.

- Opowiedz mi, co się potem stało.
-  Byłam  znów  śmiertelna,  mogłam  robić,  co  chcę.  Mogłam  wychodzić  na  słońce.  Dwa

dni temu zostałam oddelegowana do kontroli przy bramie wejściowej. Wmieszałam się w
tłum  i  już  nie  wróciłam.  Znalazłam  sobie  kryjówkę,  chyba  jakąś  starą  stodołę.  Rano  wy-
szłam  przez  otwarte  drzwi  na  słońce  i  zostałam  poparzona.  Wrócił  głód  krwi.  On  cofnął
swoje lekarstwo, swoje błogosławieństwo. Swoją łaskę.

- Lekarstwo nie zadziałało.
- Zadziałało! Ale straciłam wiarę.
- Zostałaś poparzona. Jesteś w bardzo złym stanie, Estelle?
- Straciłam... straciłam pół twarzy.
Zamknęłam  oczy.  Rozpadł  się  śliczny  obrazek  Estelle  z  mojej  wyobraźni,  alabastrowa

skóra  pokryła  się  bąblami,  poczerniała,  spopieliła  się,  a  pod  spodem  ukazały  się  kości.
Estelle  wycofała  się  do  cienia,  a  ponieważ  nadal  była  wampirem,  była  nieśmiertelna  i
przeżyła.

-  Estelle,  jedna  z  teorii  na  temat  Smitha  mówi,  że  ma  jakiegoś  rodzaju  moc

parapsychologiczną.  To  nie  lekarstwo,  ale  jakaś  siła,  która  chroni  ludzi  przed  efektami
ubocznymi  ich  przypadłości,  przed  światłowstrętem  i  żądzą  krwi  u  wampirów  oraz
koniecznością zmiany postaci u likantropów. Jego wyznawcy muszą pozostawać przy nim,
żeby mógł ich chronić. To rodzaj symbiozy... Smith panuje nad ich agresją, a sam karmi się
ich siłą i zainteresowaniem. Co o tym sądzisz?

- Nie wiem. Nic już nie wiem. - Pociągnęła nosem. Głos miała ściśnięty, a ja wiedziałam

już, skąd się brało to jej ciche seplenienie.

Do studia wszedł Matt.
- Kitty, masz telefon na czwórce.
Czwórka  była  linią  alarmową.  Tylko  kilka  osób  miało  ten  numer.  Na  przykład  Carl.

Mogłam się założyć, że to on, jak zawsze opiekuńczy.

- Czy to nie może zaczekać?
-  Nie.  Facet  groził  mi  w  dość  niewybredny  sposób.  -  Matt  wzruszył  beznamiętnie

ramionami.  Groźby  ze  świata  nadnaturalnego  zostawiał  mnie.  Pewnie  niedługo
zrezygnuje  z  pracy  przy  tym  programie,  a  ja  nie  będę  mogła  go  za  to  winić.  Muszę
poprosić Ozzie-go, żeby dał mu podwyżkę.

- Estelle, zaczekaj sekundkę. Cały czas jestem z tobą, ale muszę zrobić małą przerwę. -

Zawiesiłam  połączenie,  uruchomiłam  drugą  linię  i  upewniłam  się,  że  rozmowa  nie  jest
nadawana na żywo. Ostatnie, czego mi trzeba, to żeby Carl pouczał mnie na antenie. -Co?

- Witaj, Katherine - odezwał się arystokratyczny męski głos.
To nie był Carl. O nie. Tylko jeden człowiek poza moją babcią zwracał się do mnie per

background image

Katherine.  Widziałam  się  z  nim  osobiście  tylko  kilka  razy,  podczas  starć  terytorialnych  z
Carlem i watahą. Ale znałam ten głos. Ten głos przerażał mnie nie na żarty.

- Arturo. Skąd, do cholery, masz ten numer?
- Mam swoje dojścia.
Litości.  Rozmawiając  przez  telefon,  miałam  przewagę.  Przełączyłam  rozmowę  na

antenę.

- Dobry wieczór, Arturo. Jesteś na antenie.
-  Katherine  -  odezwał  się  przez  zaciśnięte  zęby.  -Chciałbym  porozmawiać  z  tobą  na

osobności.

- Skoro dzwonisz do mnie w trakcie audycji, musisz rozmawiać też z moimi słuchaczami.

Taki  jest  układ.  -  Może  jeśli  będę  wystarczająco  bezczelna,  zapomnę,  że  usiłował  mnie
zabić.

- Nie podoba mi się, że traktujesz mnie na równi z tym swoim motłochem...
- Czego chcesz, Arturo? Wziął głęboki wdech.
- Chcę porozmawiać z Estelle.
- Czemu?
- Bo to jedna z moich.
Cudownie. Sprawa się komplikowała. Zakryłam mikrofon dłonią.
- Matt, możesz zrobić telekonferencję na trzy linie?
Kilka sekund później miałam znów Estelle na linii.
- Estelle? Jesteś tam?
- Tak. - Drżał jej głos. Przełknęła ślinę.
- To dobrze, mam Arturo na drugiej linii... Jęknęła, jakbym właśnie przebiła ją kołkiem.
- Zabije mnie. Zabije mnie za to, że od niego odeszłam...
- Wręcz przeciwnie, moja droga. Chcę cię zabrać do domu. Jesteś ranna i potrzebujesz

pomocy. Powiedz mi, gdzie jesteś.

Estelle dostała czkawki. Płakała.
- Przepraszam, tak strasznie cię przepraszam...
- Za późno na przeprosiny - odezwał się zmęczonym głosem.
Nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie chciałam powiedzieć.
-  Estelle,  chyba  powinnaś  go  posłuchać.  Nie  wiem,  co  mogę  dla  ciebie  zrobić.  Arturo

zabierze cię w bezpieczne miejsce.

- Nie wierzę mu. Nie mogę wrócić. Już nigdy nie będę mogła wrócić!
- Estelle, powiedz mi proszę, gdzie jesteś - nalegał Arturo.
- Kitty? - odezwała się Estelle słabo.
- Arturo, obiecujesz, że nie zrobisz jej krzywdy?
- Katherine, nie denerwuj mnie.
- Obiecaj.
- Katherine. Estelle jest moja. Jest częścią mnie. Jeśli ona umrze, umrze też jakaś część

mnie. Mam interes w tym, żeby ją chronić. Obiecuję.

Dramat,  napięcie,  emocje!  Wspaniałe  tło  audycji!  Ale  w  tym  momencie  dałabym

wszystko, żeby znów rozmawiać z rozhisteryzowanymi Gotkami.

-  Chwila  przerwy  na  reklamę.  Mam  nadzieję,  że  po  powrocie  będę  mogła  przedstawić

background image

wam  podsumowanie  z  naszej  niespodziewanej  relacji  pod  tytułem  „Elijah  Smith
zdemaskowany".  -  Przełączyłam  rozmowy  na  tryb  pozaantenowy  i  powiedziałam:  -  No
dobrze, Estelle. Wybór należy do ciebie.

-  No  dobrze.  No  dobrze.  Arturo,  przyjedź  po  mnie.  Jestem  na  Speedy  Marcie,  na

siedemdziesiątcepiątce.

Arturo się rozłączył.
- W porządku, Estelle? - spytałam.
- Tak. W porządku. - Przestała płakać i wydawała się niemal spokojna. Decyzja została

podjęta. Mogła przestać uciekać, przynajmniej na jakiś czas.

Musiałam  wykonać  jeszcze  jeden  telefon.  Wezwać  pomoc,  tak  na  wszelki  wypadek.

Powinnam  była  za-dzwonić  na  policję.  Do  Hardin  -  pomogłaby  Estelle.  Tak,  zabrałaby  ją
do  szpitala.  A  tam  nie  wiedzieliby,  co  z  nią  zrobić.  Nic  by  nie  rozumieli,  a  wyjaśnienia
zabrałyby za dużo czasu.

Normalny  człowiek  zadzwoniłby  na  policję.  Ale  ja  wyciągnęłam  karteluszek  z  mojego

notesu  z  adresami,  przełączyłam  się  na  linię  wychodzącą  i  wybrałam  numer.  Po  sześciu
sygnałach już chciałam się rozłączyć. Potem usłyszałam:

- No. - Słychać było zakłócenia z komórki.
- Cormac? Słuchałeś dziś mojej audycji?
- Norville? A czemu miałbym jej słuchać?
No jasne, mógł udawać, ale ja wiedziałam swoje. Skoro słuchał raz, mogło się to zdarzyć

ponownie.

-  Jedna  z  moich  rozmówczyń  ma  kłopoty.  Arturo  mówi,  że  jej  pomoże,  ale  ja  mu  nie

ufam.  Chcę  się  upewnić,  że  nie  dostanie  się  w  krzyżowy  ogień.  Możesz  tam  pojechać?
Dopilnować, żeby nikt nie zginął?

-  Arturo?  Arturo  komuś  pomaga?  To  wampirzyca,  tak.  -  To  mogło  być  pytanie,  ale  w

jego ustach w ogóle tak nie zabrzmiało.

- Tak.
- Zwariowałaś.
-  No.  Słuchaj,  jest  możliwość,  że  Arturo  dotrze  do  niej  pierwszy,  a  ludzie  z  Kościoła

nawet  jej  nie  znajdą.  Ale  jeśli  kościelni  się  zjawią,  będą  mieli  ze  sobą  dość  potężną
obstawę nadnaturalnych. Być może będzie trzeba kogoś zastrzelić.

- Czekaj, zwolnij. Z jakiego Kościoła?
- Kościoła Czystej Wiary.
- Hm. Jeden mój znajomy dostał zlecenie, żeby się do nich dostać, ale mu się nie udało.

Sam chciałem rzucić na nich okiem.

- No to masz okazję - powiedziałam pogodnie.
- Jasne. Pojadę tam, ale nic nie obiecuję.
- Dobre i to. Dzięki, Cormac. - Podałam mu adres. Wymruczał coś na kształt pożegnania.
Matt dawał mi znaki przez szybę. Koniec przerwy. Wracamy na antenę. Okej.
- Witam znów w Nocnej godzinie. Estelle?
-  Kitty!  Właśnie  przyjechał  jakiś  samochód.  To  nie  Arturo;  to  chyba  ludzie  z  Kościoła.

Zabiją  mnie,  Kitty.  Nie  wolno  nam  odchodzić;  zabiorą  mnie  z  powrotem,  a  potem.  ..
wszystko ci powiedziałam i teraz każdy już wie...

background image

- Spokojnie, Estelle. Ukryj się. Pomoc jest już w drodze.
Matt  wychylił  się  i  tym  razem  nawet  nie  ściszył  głosu.  Na  jego  twarzy  pojawił  się

niepokój i napięcie. Wyglądał na przestraszonego.

- Znów czwórka.
Może  to  Arturo  chciał  się  zameldować.  Może  będę  mogła  go  ostrzec.  Tylko  on  mógł

wydostać stamtąd Estelle.

- Tak?
- Kitty, potrzebujesz pomocy? - spytał szorstki, oskarżycielski głos.
To  nie  Arturo.  To  Carl.  Ciekawe,  że  akurat  teraz  zaczął  się  martwić,  czy  potrzebna  mi

pomoc.

- Nie mogę teraz rozmawiać, Carl. - Rozłączyłam się. Później mi się za to oberwie.
W najbliższym czasie chyba się z Carlem pozabijamy.
Znów przełączyłam linie, upewniając się, że przełączam na właściwą.
- Estelle? Co się dzieje? Estelle? - W słuchawce rozległ się jakiś szelest, a potem łoskot,

jakby coś spadło. Serce we mnie zamarło. - Estelle?

-  Jestem.  Schowałam  się,  ale  kabel  od  telefonu  jest  za  krótki.  Nie  chcę  się  rozłączać,

Kitty.

Ja  też  nie  chciałam,  żeby  się  rozłączyła.  Paskudny  głosik  w  mojej  głowie  szeptał  mi:

słuchalność.  Ale  będę  wiedziała,  co  się  dzieje,  tylko  pod  warunkiem  że  Estelle  zostanie
przy telefonie.

- Estelle, jeśli będziesz się musiała rozłączyć, zrób to, okej? Najważniejsze, żebyś wyszła

z tego w jednym kawałku.

-  Dziękuję,  Kitty  -  powiedziała  z  płaczem.  -  Dziękuję,  że  mnie  wysłuchałaś.  Nikt  nigdy

wcześniej tak naprawdę mnie nie słuchał.

Nic nie zrobiłam. Nic nie mogłam zrobić. Siedziałam uwięziona przed mikrofonem.
Potem będę musiała połączyć fakty na podstawie tego, co usłyszałam. Czułam się tak,

jakbym  słuchała  kiepsko  wyreżyserowanej  sztuki  radiowej.  Rozległ  się  pisk  opon  na
asfalcie.  Trzasnęły  drzwi  od  samo-chodu.  W  oddali  ktoś  krzyknął.  Telefon  znów  w  coś
uderzył - Estelle upuściła słuchawkę. Usłyszałam pospieszne kroki.

Zaczęłam  chodzić  po  studiu,  swędziały  mnie  dłonie  chcące  zamienić  się  w  pazury,  a

nogi  rwały  się  do  biegu.  Miałam  tak  w  chwilach  stresu.  Chciałam  się  zmienić  i  uciekać.
Uciekać daleko, uciekać szybko, jak Estelle.

Zadzwoniłam znów do Cormaca.
- No?
- To ja. Jesteś już tam? Co się dzieje?
- Wrzuć na luz, minęła dopiero minuta. Daj mi jeszcze z pięć. - Rozłączył się.
Na drugiej linii usłyszałam brzęk otwieranych i zamykanych drzwi. Rozległy się powolne

kroki. Usłyszałam krzyk. Potem szloch.

Co takiego było w Elijahu Smisie, że bała się go wampirzyca?
-  Estelle.  Nie  chcesz  do  mnie  wrócić?  Możesz  odzyskać  to,  co  straciłaś.  Wybaczę  ci

nawet twoją zdradę. -Spokojny, rzeczowy głos brzmiał tak, jakby dochodził z telewizora z
sąsiedniego  pokoju.  Brzmiał  tak,  jakby  jakiś  nauczyciel  wiedzy  o  społeczeństwie  z  liceum
opowiadał  o  krwawym  rytuale  przejścia  takim  tonem,  jakby  podawał  przepis  na  puree

background image

ziemniaczane.  Spokojny,  kojący,  mrożący  krew  w  żyłach  głos.  Głos  prawdy.  Nawet  przez
telefon brzmiał przekonująco.

Elijah Smith w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu.
-  Kim  jesteś?  -  spytała  Estelle  donośnym  jak  na  nią  głosem,  ale  jej  słowa  nadal  były

przytłumione, nabrzmiałe od łez. - Kim tak naprawdę jesteś?

- Ależ Estelle. Czy tak trudno ci uwierzyć? Twoja wewnętrzna walka jest najtrudniejsza.

Ci,  którzy  nienawidzą  samych  siebie,  swoich  potworów  -  im  wiara  przychodzi  łatwo.  Ale
ty,  tacy  jak  ty  -  kochacie  potwory,  w  które  się  zmieniliście,  a  jednocześnie  boicie  się  tej
miłości  i  nienawidzicie  jej.  Wiara  przychodzi  ci  z  wielkim  trudem,  bo  tak  naprawdę  nie
chcesz uwierzyć.

Usiadłam  tak  ciężko,  że  moje  krzesło  odjechało  jakieś  pół  metra.  Jego  słowa  wywołały

mrowienie na mojej skórze. Równie dobrze mógł mówić do mnie i pewnie miał rację: nie
wierzyłam w lekarstwo. Nie wierzyłam dlatego, że nie chciałam?

- Miałam być wyleczona na zawsze! Dlaczego nie mogę odejść?
-  Bo  nie  mogę  znieść  myśli,  że  cię  stracę.  Kocham  was  wszystkich.  Potrzebuję  cię,

Estelle.

Jak  to  powiedział  Arturo?  „Jest  częścią  mnie.  Jeśli  ona  umrze,  umrze  też  jakaś  część

mnie". Czy Elijah Smith mógł być jakiegoś rodzaju wampirem, żerującym na zależności, na
sile swoich wyznawców?

Gdybym tylko mogła go przekonać, żeby podszedł do telefonu.
Znów zadzwoniłam do Cormaca.
- No?
- Minęło już pięć minut? Chociaż się nie rozłączaj, żebym wiedziała, co się dzieje.
-  Jezu,  Norville.  Zaczekaj.  Jest  tu  jakiś  SUV.  Przed  budynkiem  stoi  na  straży  trzech

facetów. Nie widzę, żeby mieli broń. Może to likantropy. Mają ten typowy zwierzęcy krok,
wiesz, co mam na myśli. Za rogiem zatrzymała się limuzyna Arturo. Ma wyłączone światła.
Czekaj,  właśnie  idzie.  Próbuje  wejść  do  środka.  Muszę  iść.  -  Usłyszałam,  jak  odbezpiecza
pistolet, a potem rozległy się szybkie kroki.

To było straszne. Wszystko działo się poza mną. Nic nie widziałam i nic nie wiedziałam.

Po raz pierwszy wkurzało mnie bezpieczeństwo i anonimowość mojego studia.

Cormac odezwał się nagle:
- Stać. Mam tu srebrne kule.
- To ty! - To był Arturo. - Co ty do cholery...
-  To  pomysł  Norville.  Bierz  dziewczynę  i  wynoś  się  stąd,  zanim  się  rozmyślę.  A  ty  się

odsuń. Przepuść go-

Miałam  dwie  linie  przełączone  na  tryb  telekonferencyjny.  Dwa  źródła  informacji

płynących  przez  szelesty  i  szumy,  wszystko  emitowaliśmy  na  żywo  w  radiu.  Na  zewnątrz
cisza. Cormac musiał mierzyć do goryli Smitha z solidnej broni, bo żaden z nich ani pisnął.

Potem, w środku...
- Estelle? Czas wracać do domu. Chodź ze mną. -Głos był kuszący, uwodzący. Arturo.
- Estelle... - odezwał się Smith.
- Nie. Nie, nie, nie! - Sprzeciw Estelle zamienił się w przenikliwy pisk.
- Estelle. - Dwa głosy, lód i ogień, obydwa równie pociągające.

background image

-  Estelle,  podnieś  słuchawkę!  Podnieś  słuchawkę  i  odezwij  się  do  mnie,  do  cholery!  -

wrzasnęłam na darmo.

Chciałam  z  nią  porozmawiać.  Co  mógł  wnieść  mój  głos  do  całej  tej  mieszanki?  Co

mogłam jej powiedzieć poza: nie słuchaj ich! Nie słuchaj nikogo z nas! Kieruj się tym, co
podpowiada ci ta resztka serca, którą być może zachowałaś, i zostaw ich wszystkich.

Estelle jeszcze raz krzyknęła, ale nie był to już ten przenikliwy krzyk przerażenia. Słychać

w  nim  było  wyzwanie.  Ostateczność.  Rozległ  się  huk.  Coś  się  złamało,  na  podłogę
przewrócił się chyba jakiś regał.

Cisza dźwięczała coraz mocniej - boleśnie i definitywnie jak czysta kartka.
- To twoja wina - warknął Arturo z wściekłością w głosie. - Zapłacisz za to.
-  Jesteś  tak  samo  winny  -  odparował  Elijah  Smith.  -  Zabiła  się.  Każdy  to  przyzna.  Na

kołku zaciśnięte są jej dłonie.

Przez  chwilę  czułam  pulsowanie  krwi  w  uszach,  ustach  i  policzkach.  Zrobiło  mi  się  tak

gorąco, jakbym miała zaraz eksplodować.

Mogłam  poskładać  pojedyncze  odgłosy,  które  usłyszałam,  i  domyślić  się,  co  się  stało.

Kawałek  drewnianej  półki,  a  może  odłamana  rączka  od  miotły.  Potem  trzeba  było  tylko
dobrze wycelować, upaść na drewno.

Cholera jasna. Moja audycja jak dotąd nie doprowadziła do niczyjej śmierci. Arturo się

odezwał:

- Kim jesteś?
- Jeśli zostaniesz moim wiernym, odpowiem ci na wszystkie pytania.
- Jak śmiesz...
- Wynoście się stąd, zanim zacznę strzelać. - To był Cormac, wykazujący godne podziwu

opanowanie.

W  pomieszczeniu  rozległ  się  odgłos  wściekłych  kroków,  które  szybko  się  oddaliły.  Za

nimi dało się słyszeć powolne kroki. Potem zapadła cisza.

Przeszył ją głos Cormaca, dochodzący stereofonicznie z obydwu linii.
- Norville? Jesteś tam? Odezwij się, Norville.
Wpijałam ręce w brzeg stołu. Plastikowa, laminowana powierzchnia zaczęła pękać; ten

dźwięk  mnie  otrzeźwił.  Zobaczyłam,  że  palce  zaczęły  mi  grubieć,  pazury  się  wydłużać.
Nawet  tego  nie  poczułam.  Tak  bardzo  spinałam  ramiona,  tak  mocno  ściskałam  stół,  że
nawet nie poczułam, że zaczęłam się zmieniać.

Wstałam  z  krzesła  i  potrząsnęłam  rękami,  potem  skrzyżowałam  ramiona  i  wcisnęłam

pięści pod łokcie. Znów byłam człowiekiem. Jeszcze chwilkę musiałam zostać człowiekiem.

- Norville!
- Tak, jestem.
- Słyszałaś to wszystko?
- Tak. Słyszałam.
Nawet  jej  nie  podziękowałam.  Nie  podziękowałam  za  rozmowę.  Lepiej  niż  ktokolwiek

inny  zdawałam  sobie  sprawę  z  tego,  ile  odwagi  wymaga  czasem  to,  żeby  po  prostu
otworzyć usta i mówić.

- Mamy tu ciało. Dziewczynę. Zaczyna się już rozpadać w proch. Jak to u nich.
- Powinnam była lepiej jej pomóc.

background image

- Zrobiłaś, co mogłaś.
Nowy  dźwięk  w  oddali:  syreny  policyjne.  Cormac  rozłączył  się  bez  pożegnania,  a  mnie

uderzyła  cisza.  Cisza  w  środku,  cisza  na  zewnątrz.  Cisza  w  radiu  oznaczała  śmierć.  Matt
powiedział:

-  Kitty?  Czas  kończyć.  Mogę  ci  dać  jeszcze  trzydzieści  sekund,  jeśli  utnę  reklamy

społeczne.

Roześmiałam się cichym, zbolałym śmiechem. Reklamy społeczne, do dupy. Siedziałam

tu co tydzień i udawałam, że pomagam ludziom, ale kiedy trzeba było naprawdę komuś
pomóc...

Odetchnęłam głęboko. Nigdy nie zostawiałam audycji bez zakończenia. Musiałam tylko

otworzyć usta i zacząć mówić.

-  Z  tej  strony  Kitty,  spróbuję  to  jakoś  podsumować.  Estelle  znalazła  swoje  ostateczne

lekarstwo.  Aczkolwiek  go  nie  polecam.  Wampiry  nie  mówią  o  swoich  słabościach  jako  o
słabościach. Mówią o cenie. Światłowstręt, drewniane kołki i krzyże - to cena, jaką płacą
za urodę, za nieśmiertelność. Rzecz w tym, że niektórzy zawsze są gotowi za coś zapłacić,
bez względu na to, jak wysoka to cena. A niektórzy zawsze starają się wymigać od zapłaty.
Dzięki Estelle wiecie już, co ma do zaoferowania Elijah Smith i jego Kościół, wiecie też, za
jaką  cenę.  Przynajmniej  tyle  mogłam  dla  niej  zrobić.  Choć  to  naprawdę  niewiele.  Do
usłyszenia za tydzień, żegna się z wami Kitty Norville, głos nocy.

 

background image

Rozdział 9

 

Policja nie mogła oskarżyć o nic Smitha. Nie było żadnego ciała. Mieli jedynie dowody

na  to,  że  włamano  się  do  sklepu  spożywczego,  a  główna  podejrzana,  Estelle,  zniknęła.
Karawana Kościoła zwinęła się i wyjechała z miasta następnego ranka. Gdybym nie miała
nagrania  z  całej  audycji,  nie  uwierzyłabym,  że  to  wszystko  się  wydarzyło.  Nic  się  nie
zmieniło.

Następnego  dnia  na  pierwszych  stronach  gazet  pojawiła  się  informacja  o  kolejnym

rozszarpanym  ciele  w  śródmieściu,  czwartym  w  tym  roku.  W  artykule  opisującym
szczegóły  śledztwa  zamieszczono  wywiad  z  kolegą  Hardin,  oficerem  Salazarem,  który
wspominał o tym, że jeden z policjantów pracujących nad sprawą skonsultował się z Kitty
Norville,  ekscentryczną  gospodynią  audycji  radiowej.  Czy  to  oznaczało,  że  policja
poważnie  traktowała  możliwość,  że  w  zabójstwa  byli  zamieszani  nadnaturalni?  Czy
zabójstwa  stanowiły  element  jakichś  rytualnych  seryjnych  mordów?  A  może  policja
sądziła,  że  w  mieście  grasuje  wilkołak?  Tym  razem  powstrzymali  się  od  oficjalnych
komentarzy. To nie przeszkodziło jednak gazecie w spekulacjach. Najdziwniejszych. Prasa
nazwała napastnika Kubą Juniorem, na cześć Kuby Rozpruwacza.

Następny dzień przetrwałam wyłącznie dzięki czystej determinacji. Wlokłam się noga za

nogą,  dzieliłam  każde  zadanie  na  etapy  i  starałam  się  nie  zastanawiać  nad
poważniejszymi  sprawami.  Nad  pytaniami  na  temat  życia  i  śmierci.  Nie  odbierałam
żadnych  telefonów,  tylko  uruchomiłam  pocztę  głosową.  Przynajmniej  szpicel  z  Centrum
Zapobiegania  i  Zwalczania  Chorób/Centralnej  Agencji  Wywiadowczej/Agencji  do  spraw
Żywności i Leków nie zostawił żadnej wiadomości.

Jessi Hardin nagrała mi się trzy razy w ciągu godziny. Potem zjawiła się osobiście u mnie

w  biurze.  Skrzyżowała  ręce  i  zmarszczyła  brwi.  Wyglądała,  jakby  miała  ochotę  na
papierosa.

- Chciałabym, żeby rzuciła pani okiem na ostatnie miejsce zbrodni.
Oparłam się w krześle.
- Czemu nie weźmie pani tego płatnego zabójcy, jak mu było... a tak, Cormaca? Zna się

na rzeczy.

-  Mamy  odciski  łap  z  trzech  różnych  miejsc  zbrodni.  Zawiozłam  je  na  uniwersytet.

Tamtejszy  specjalista  od  wilków  powiedział,  że  nigdy  nie  widział  tak  ogromnych  tropów.
Wilk  musiałby  ważyć  ponad  sto  kilogramów.  Mówi,  że  tak  duże  wilki  nie  istnieją.
Komendant w końcu zaczyna mnie słuchać.

- No tak. Mówiła pani, że nie ufa pani Cormacowi.
-  Gdyby  pojechała  pani  ze  mną  na  miejsce  zbrodni  i  obwąchała  je  czy  cokolwiek  tam

pani robi, wie-działabym przynajmniej, czy mam do czynienia z tym samym napastnikiem.

- Czemu nie wynajmie pani po prostu zawodowca?
Opuściła luźno ręce i zaczęła chodzić po pokoju.
- No dobrze. Świetnie. Skąd pani wie, że rozmawiałam z łowcą?
- Powiedział mi.
- Cudownie - mruknęła.

background image

- Chce się wymienić informacjami. Ma rację.
- Niech pani posłucha, na tym etapie rozmawiam z każdym, kto przyjdzie mi do głowy.

Konsultuję się nawet z kimś z jednostki analizy behawioralnej przy FBI.

Przechyliłam głowę.
- Uważa pani, że to seryjny zabójca? A nie rozzuchwalony potwór?
- Seryjni zabójcy to potwory. Ten facet może sobie być wilkołakiem, ale zachowuje się

jak  człowiek,  a  nie  jak  wilk.  Jego  ofiary  nie  są  przypadkowe.  Starannie  je  dobiera:  to
młode, słabe kobiety. Założę się, że wybiera je, zastrasza i zabija, bo to łatwa zdobycz. -
No proszę, cóż za dobór słów. - Działa jak seryjny zabójca, a nie jak wilk. Ani nawet nie jak
wilkołak.  Tak,  poczytałam  sobie  trochę  z  tego,  co  mi  pani  dała.  Wilki  są  zwykle  na  tyle
mądre, żeby trzymać się z dala od ludzi.

-  Tak.  Zwykle  tak.  Niech  pani  posłucha.  -  Zaczęłam  się  wiercić  i  dopiero  w  ostatniej

chwili zmusiłam się, żeby na nią spojrzeć. - Nie wiem, czy jestem w stanie jeszcze raz przez
to przejść. Ostatni raz był dla mnie naprawdę trudny.

- Ale czemu? Zrobiła się pani głodna?
- A nie mogłam być po prostu zszokowana i przerażona jak każda normalna osoba?
- Przepraszam - powiedziała z wyraźnym sarkazmem i uniosła sceptycznie brew.
Odwróciłam głowę i zacisnęłam zęby.
- Chyba powinnam uznać się za szczęściarę, że nie jestem na liście podejrzanych.
- Nie jestem miła. To kwestia statystyk, kobiety rzadko bywają seryjnymi mordercami.
Ocalona przez statystyki.
- Może i znam zapach tego faceta, ale nie wiem, jak go znaleźć.
Zamknęła  oczy  i  wzięła  głęboki  wdech,  jakby  liczyła  do  dziesięciu  albo  próbowała

znaleźć jakiś argument. Po krótkiej chwili spojrzała na mnie i powiedziała:

- Nie musi pani oglądać ciała. Proszę tylko pojechać ze mną na miejsce i powiedzieć mi

wszystko, co pani wyczuje. Musi mi pani pomóc, bo zginie więcej kobiet.

Gdyby do tej rozmowy doszło w jakimkolwiek innym momencie, a nie dzień po audycji

z udziałem Es-telle, odmówiłabym. Gdyby nie wypowiedziała tych konkretnych słów w ten
konkretny sposób, być może byłabym w stanie powiedzieć „nie".

Wstałam i wzięłam kurtkę z oparcia krzesła.
Nowe  miejsce  zbrodni  nie  leżało  daleko  od  starego,  ale  tym  razem  była  to  ulica

handlowa,  a  nie  mieszkalna.  Ofiarą  była  sprzedawczyni  ze  sklepu  całodobowego,
wracająca do domu po swojej zmianie.

Znów było pełno furgonetek z telewizji, nawet więcej niż wcześniej. W mieście grasował

seryjny morderca i tylko to było ważne.

-  Skąd  wiedzą,  gdzie  się  zjawić?  -  spytałam.  -Przecież  musieli  tu  przyjechać  w  tym

samym czasie co pani ludzie.

Hardin  się  skrzywiła.  Tym  razem  nie  z  mojego  powodu,  ale  z  powodu  reporterów,

którzy ruszyli w naszą stronę, kiedy tylko się zatrzymała.

-  Ustawiają  radio  na  częstotliwość  policji.  Zanim  zdążyłam  otworzyć  drzwi,  już  zaczęły

się krzyki.

-  Pani  Norville!  Kitty  Norville!  Kto  pani  zdaniem  stoi  za  tymi  morderstwami?  O  czym

rozmawia pani z policją? Czy może nam pani coś powiedzieć o tej sprawie?

background image

Zgodnie z zaleceniami Hardin zignorowałam ich. Hardin odgrodziła mnie swoim ciałem

od kamer i zaprowadziła na róg ulicy.

Pokazała  mi  pierwsze  plamy  krwi  na  końcu  alejki  między  rzędami  sklepów.  W  świetle

słonecznym  krew  wyglądała  strasznie.  Była  zbyt  jasna,  zbyt  nienaturalna.  Na  asfalcie
niedaleko  nas  widać  było  pół  krwawego  odcisku  łapy.  Cała  łapa  musiała  być  wielkości
mojej głowy.

Krew  ciągnęła  się  do  alejki,  w  której  pracowało  w  skupieniu  kilku  oficerów  śledczych.

Zasłaniali mi widok na resztę. Żołądek mi się ścisnął i odwróciłam głowę.

Hardin skrzyżowała ramiona.
- No i?
Wyczułam  tego  samego  wilka,  razem  z  krwią  i  zapachem  rozkładu.  Te  zapachy  były  z

nim związane. Jakby w ogóle się nie mył, jakby pławił się w śmierci.

Zmarszczyłam nos.
- Pachnie... wilgocią. Chorobą. Nie wiem.
- To ten sam facet?
-  Tak.  -  Ciągle  nie  chciałam  patrzeć  na  ciało.  Nie  mogłam.  -  Tym  razem  jest  gorzej  niż

poprzednio, prawda? Robi się coraz brutalniejszy.

-  Tak.  Chodźmy.  Odwiozę  panią.  Zaparkowała  za  rogiem.  Stanęłam  na  chwilę  przy

drzwiach i zanim wsiadłam, odetchnęłam czystym powietrzem.

Zobaczyłam, że Hardin mi się przygląda.
- Dziękuję - powiedziałam. - Dziękuję, że nie kazała mi pani na to patrzeć.
- To panią naprawdę rusza, co?
W końcu wsiadłyśmy do auta, a ona odpaliła samochód.
Powiedziałam:
- Ostatnim razem, kiedy zobaczyłam ciało, domyśliłam się, w jaki sposób to zrobił. Nie

zamienił  się  całkiem  w  wilka.  Mógł  jednocześnie  ją  obezwładnić  i  zacząć  rozszarpywać.
Wolę nie myśleć o tym, że sama też mogłabym coś takiego zrobić.

- Mieć fizyczną możliwość, by to zrobić, a być gotowym to zrobić to dwie różne rzeczy.

Pani mi na taką nie wygląda.

- Mówi tak pani tylko dlatego, że nie poznała pani jeszcze pani Hyde.
Spojrzała  na  mnie  z  ciekawością,  zmarszczyła  brwi  i  uśmiechnęła  się  niepewnie.

Wypuściła mnie z tym samym pożegnaniem co zawsze: niech pani zadzwoni, jeśli na coś
pani natrafi. Obiecałam, że tak zrobię.

Pracowałam  do  późna.  W  budynku  było  ciemno  i  cicho,  kiedy  wychodziłam.  Znów

byłam  tylko  ja,  nocny  didżej  i  ochroniarz.  Zeszłej  nocy  nie  spałam  za  dobrze  i  nie
zapowiadało się, żeby dziś było inaczej. Na-prawdę nie miałam ochoty wracać do domu,
w którym zaczęłabym się zamartwiać do tego stopnia, że nabawiłabym się bezsenności.

Chciałam  wrócić  na  piechotę.  Zmęczę  się  i  może  dzięki  temu  będę  wystarczająco

otępiała,  żeby  zasnąć.  Kiedy  wyszłam  z  windy  do  holu,  wyczułam,  że  coś  jest  nie  tak.
Wyczułam coś obcego. Podniosłam głowę - w holu czekało sześć osób, niektóre stały, inne
siedziały na kanapach pod ścianą.

Pachniały  chłodem.  Pachniały  jak  czyste,  dobrze  zakonserwowane  trupy,  którymi  były.

Drzwi windy zamknęły się za mną i odcięły mi drogę ucieczki.

background image

Pete,  nocny  stróż,  siedział  przy  swoim  biurku  na  tyłach  holu.  Po  prostu  siedział  z

rękami  ułożonymi  spokojnie  na  blacie,  patrzył  przed  siebie,  nie  mrugając,  niczego
nieświadomy. Wampiry coś z nim zrobiły, wprowadziły go w trans.

- Katherine.
Przestraszyłam się na dźwięk jego głosu i wzdrygnęłam. Arturo wyszedł na środek holu,

w miejsce oświetlane przez lampy ewakuacyjne. Wydawało się, jakby sam zaaranżował tę
scenę i starannie wybrał moment, w którym się pojawi.

Wyglądał, jakby nie miał jeszcze trzydziestki, był przystojny i pewny siebie, miał lśniące

jasne włosy, zaczesane do tyłu, kwadratową twarz. Był ubrany w czarny wyjściowy płaszcz,
rozchylony  tak,  że  widać  było  marynarkę  i  elegancką  koszulę  ze  stójką.  Wyglądał  jak
żywcem  wyjęty  ze  sztuki  Oscara  Wilde'a,  tyle  że  zbyt  pewnie  czuł  się  we  współczesnym
świecie, zbyt swobodnie poruszał w scenerii biurowego holu.

Jego  świta,  trzech  mężczyzn  i  dwie  kobiety,  podniosła  się  z  kanapy,  wyszła  z  cienia  i

ustawiła się wokół niego, wzmacniając swoją obecnością jego autorytet.

Gdyby wampiry rzadziej odgrywały całą tę szopkę i nie starały się tak bardzo sprostać

stereotypom na swój temat, mogłyby kiedyś przejąć władzę nad światem.

Jedną  z  kobiet  była  Stella  z  klubu  nocnego.  Stała  tuż  za  Arturo  i  marszczyła  władczo

brwi, jak jakiś posąg. Druga trzymała Arturo za rękę i opierała się o jego ramię. Była gibka
i  bardzo  ładna,  ubrana  w  gorset  i  długą  szyfonową  spódnicę,  jak  z  innego  stulecia.
Trzymała się go tak, jakby nie potrafiła znieść ani chwili rozstania.

Mężczyźni stali z obu stron jak goryle. Był wśród nich Rick. Uchwyciłam jego spojrzenie,

a on uśmiechnął się, najwyraźniej bardzo rozbawiony całą sytuacją.

Wszyscy trwali nieruchomo i patrzyli na mnie ze znudzeniem. Co nie oznaczało, że nie

zachowywali czujności.

-  Czego  chcesz?  -  Usiłowałam  zamaskować  strach,  ale  serce  waliło  mi  jak  oszalałe,  a

wzrok uciekał ku ulicy widocznej za szklanymi drzwiami. Naprężyłam nogi, zastanawiając
się, czy uda mi się dobiec do wyjścia.

- Podziękować ci. Zamrugałam.
- Za co?
-  Za  to,  że  pomogłaś  Estelle.  I  mnie.  A  przynajmniej  próbowałaś.  -  Uśmiechnął  się

niewyraźnie i skinął głową w lekkim ukłonie.

Jego  słowa  przypomniały  mi  o  tym,  co  się  stało,  i  znów  poczułam  pustkę  w  środku.

Przetarłam oczy i odwróciłam głowę.

-  Przykro  mi.  Ne  wiem,  co  jeszcze  mogłam  zrobić.  Nie  chciałam,  żeby  tak  to  się

skończyło.

- Wiem - powiedział łagodnie. Kiedy się tak nie napuszał, był niemal miły. Wyprostował

się, odrzucając swoje drugie ja, które ujawniło się na chwilę, i wygładził klapy płaszcza. -
Zapewne  zechcesz  też  wiedzieć,  że  wszelką  urazę,  jaką  mogłem  do  ciebie  żywić  w
przeszłości, uznaję za niebyłą.

Musiałam przez chwilę się nad tym zastanowić.
- Nie będziesz już próbował mnie zabić? Koniec z pogróżkami?
-  W  tej  chwili,  owszem.  Zastrzegam  sobie  jednak  prawo  do  zmiany  zdania,  jeśli  twoje

postępowanie będzie to uzasadniać. Dobranoc, Katherine.

background image

Zaczął się odwracać. Zrobiłam nieśmiały krok w jego stronę. Zatrzymał się i spojrzał na

mnie, z zaciekawieniem odchylając głowę.

Nie zaszkodziło zapytać. Zwłaszcza że okazał się taki miły. Podeszłam bliżej.
- Czy Meg pomagała ci, kiedy wynajmowałeś Cormaca, żeby mnie zabił?
Zmrużył  oczy  i  mi  się  przyjrzał.  Odwróciłam  głowę,  żeby  nie  uwięził  mnie  swoim

spojrzeniem.

- Tak - odpowiedział w końcu.
Nie  spodziewałam  się  bezpośredniej  odpowiedzi.  Poczułam  ucisk  w  żołądku.  Chyba

ciągle  chciałam  myśleć,  że  zaszło  jakieś  nieporozumienie.  Ze  obudzę  się  jutro  i  znów
będziemy przyjaciółmi.

-  Czy...  czy  mógłbyś  powiedzieć  o  tym  Carlowi?  Arturo  roześmiał  się  bezgłośnie,

obnażając koniuszki kłów.

- Ależ moja droga, on przecież o tym wie. Jeśli nic z tą wiedzą nie zrobił, to ja nie mam

na to żadnego wpływu.

Wyszedł  głównymi  drzwiami,  a  jego  świta  podążyła  za  nim.  Rick  był  ostatni.  Zanim

minął  drzwi,  obejrzał  się  na  mnie  przez  ramię  i  zacisnął  usta  w  pełnym  współczucia
uśmiechu. Pomachałam mu słabo na pożegnanie.

-  O  co,  do  cholery,  w  tym  wszystkim  chodziło?  -mruknęłam.  Chciałam  tylko  wypełnić

jakoś pustkę, przerwać przytłaczającą ciszę. Arturo cholernie mi pochlebił tym, że opuścił
swoją kryjówkę i zadał sobie tyle trudu, by zjawić się u mnie z wizytą, ryzykując przy tym
naruszenie terytorium. Nie spodziewałam się tego, oględnie mówiąc.

Ciągle gapiłam się na drzwi, kiedy usłyszałam głos:
- Wszystko w porządku, Kitty?
Pete  stał  za  biurkiem  i  wyglądał,  jakby  chciał  do  mnie  podejść  i  zmierzyć  mi

temperaturę.  Wydawał  się  normalny,  był  tylko  lekko  zaniepokojony  i  najwyraźniej  w
ogóle nie pamiętał, że przed chwilą w holu znajdowała się szóstka wampirów.

-  Nic  mi  nie  jest  -  powiedziałam  i  odetchnęłam,  żeby  wrócić  jakoś  do  rzeczywistości.  -

Jak się masz, Pete?

Wzruszył ramionami.
- Okej.
- To dobrze. - Uśmiechnęłam się z przymusem. -To dobrze. Do zobaczenia.
Wyszłam z budynku. Na rękach miałam gęsią skórkę.
Wielokrotnie  wracałam  do  domu  o  północy  albo  później.  Nigdy  się  nad  tym  nie

zastanawiałam. Większość przyziemnych niebezpieczeństw, na jakie mogłam się natknąć,
nie stanowiła dla mnie zagrożenia.

Nie  byłam  więc  aż  tak  ostrożna,  jak  pewnie  powinnam.  Wiatr  wiał  w  stronę  mojego

bloku. Szłam z wiatrem. W przeciwnym razie poczułabym wilka.

Wybiegł  zza  rogu  budynku,  mocno  pracując  nogami,  sprawnie  poruszając  ciałem.

Zobaczyłam  błysk  futra  i  rudawych  oczu,  a  ułamek  sekundy  później  znalazłam  się  już  na
ziemi. Leżałam na plecach, osłaniając rękami twarz.

Myślałam, że znalazłam samotnika. Uświadomiłam sobie niejasno, że jak tylko będę w

stanie,  muszę  zadzwonić  do  Hardin  i  powiedzieć  jej  o  tym.  Myślałam,  że  samotny  wilk
pozna,  kim  jestem,  i  nie  będzie  na  tyle  głupi,  żeby  mnie  atakować.  Ale  kiedy  tylko  na

background image

mnie chuchnął, poznałam go. Pachniał watahą. Nie samotnikiem.

- Zan, puszczaj mnie, do cholery, ty gnoju! - wrzasnęłam.
Zan  siadł  na  mnie  okrakiem  i  zacisnął  szczęki  na  moim  ramieniu.  Potrząsnął  głową,

rozdzierając mi ciało. Kiedy wrzasnęłam, zawahał się chwilę, ale mnie nie puścił. Gdybym
próbowała się uwolnić, rozszarpałby mi rękę.

Przynajmniej nie mógł mnie już zarazić likantropią.
Złapałam go wolną ręką za. pysk i ścisnęłam, próbując odciągnąć od siebie jego łeb. Nie

byłam na to wystarczająco silna. Ale ścisnęłam go mocno. Pod moim uściskiem trzasnęły
mu  chrząstki.  Wykręciłam  rękę,  odciągając  mu  wargi  od  zębów.  Zakaszlał,  krztusząc  się,
nie mógł oddychać przez nos. Puścił mnie.

Odsunęłam  się.  Kiedy  się  odwracałam,  upadłam  na  zranioną  rękę  i  przygniotłam  ją.

Udało  mi  się  jakoś  podnieść.  Zan  był  już  jednak  przy  mnie,  z  wystawionymi  pazurami  i
obnażonymi zębami. Tym razem, kiedy się na mnie rzucił, potoczyłam się razem z nim.

Przycisnęłam  go  do  ziemi  i  wylądowałam  na  nim.  Był  masą  napiętych  mięśni.  Jego

czarno-szare futro było śliskie. Kopnęłam go między żebra. Zaskowyczał i oderwał się ode
mnie, odrzucając mnie z taką siłą, jakbym była piórkiem.

Gdzieś  ze  środka,  z  miejsca  pod  żebrami,  z  głębi  serca  odpowiedziała  moja  wilczyca,

zbierając  siły,  żeby  się  ze  mnie  wydostać.  Była  w  niebezpieczeństwie  i  nie  zamierzała
bezczynnie czekać.

Zacisnęłam  zęby  i  odepchnęłam  ją.  Nienawidziłam  tracić  nad  sobą  kontroli.  Ale  moje

kości  już  się  rozpływały,  moja  skóra  się  rozstępowała.  W  tym  momencie  lepiej  bym
spożytkowała  swoją  energię,  gdybym  zaczęła  biec  na  złamanie  karku,  a  nie  zmieniała
postać. Ale wilczyca nie chciała się na to zgodzić.

Wrzasnęłam, kuląc się z bólu, wściekła na Zana, że mnie do tego zmusza. Rany od kłów

na  mojej  ręce  rozciągnęły  się  i  wyschły.  Kiedy  stałam  tak  skulona,  unieruchomiona
przemianą, Zan znów mnie zaatakował.

Wylądował  łapami  na  moich  ramionach;  zacisnął  szczęki  wokół  szyi.  Walnęłam  go

łokciami, wykręcając się z jego uścisku. Wpił we mnie pazury, ale nie zdążył chwycić mnie
zębami.  Do  tego  czasu  ja  też  miałam  już  pazury.  Uklękłam  i  wyciągnęłam  przednie  łapy,
grube  i  zakończone  ostrymi  jak  brzytwa  pazurami,  i  przejechałam  nimi  po  jego
odsłoniętym brzuchu.

Wpiły się w jego ciało i rozerwały je z przyjemnym trzaskiem. Stęknęłam, wkładając w 

ten ruch więcej siły. Po jego futrze zaczęło spływać sześć strużek krwi. Przepełniały mnie 
euforia, radość i zadowolenie przepełniały wilczycę. To była ona. Ta moc, ta radość, ta 
krew. Zaczęłam się ślinić. Ona zaczęła się ślinić. Miałam grube kły. Wilcze. Wilczyca chciała 
kawałek jego mięsa. 

Mogła  go  mieć.  Zan  cofał  się,  patrząc  mi  w  oczy.  Wzrok  mi  się  rozmazał.  Światła  były

zbyt  jasne,  a  cienie  zbyt  wyraźne,  ale  widziałam  go.  Warczeliśmy,  obnażając  wściekle
zęby. Oficjalna walka. Byłam już w połowie nią, moją wilczycą. Musiałam ją tylko puścić...

Na  Zana  niczym  pocisk  wpadł  inny  wilk.  Przewrócili  się,  splątane  kłębowisko  futra,

pazurów  i  wściekłego  warczenia.  Odsunęłam  się,  zaczęłam  krztusić  i  objęłam  się  rękami,
starając się pozostać sobą.

Zimna woda. Lód. Ubranie. Brokuły. Powściągnąć się. Nigdy wcześniej nie musiałam jej

background image

cofać  po  tym,  jak  dałam  się  tak  bardzo  ponieść.  Miałam  listę  słów,  rzeczy,  o  których
myślałam, żeby ją odpędzić, a przynajmniej trochę. Brukselka. Zielony. Światło słoneczne.
Spokój. Muzyka. Bach.

- Owce mogą się paść w spokoju.
Wilczyca  odeszła,  ale  było  to  bolesne,  jakby  ktoś  drapał  żyletkami  moje  wnętrzności,

jakby  jakieś  zęby  szarpały  mnie  od  środka.  Do  gardła  napłynęła  mi  żółć,  cofnęła  się,  a
żołądek podszedł mi do góry.

Już było po walce między Zanem a drugim wilkiem.
Podczas gdy ja musiałam walczyć o życie, o najmniejszą nawet przewagę i ledwo dałam

radę, wystarczyło, że nowy raz pacnął Zana i było po wszystkim. Zan zaskowyczał, podkulił
pod siebie ogon i zaczął się czołgać na brzuchu, ciągnąc za sobą po chodniku smugę krwi.
Napastnik warknął na niego i ugryzł go w pysk. Zan przewrócił się na plecy i został w takiej
pozycji. Dominujący wilk stał nad nim i warczał cicho. Napastnikiem był T.J.

Jako wilk był szaroniebieski, ze srebrną, przypominającą szron sierścią na pysku, piersi i

brzuchu. Miał lekko bursztynowe oczy. Był wielki i cholernie przerażający.

Zawsze ratował mi tyłek.
Kiedy jeden wilk okazywał uległość drugiemu, oznaczało to zwykle, że załatwili między

sobą  porachunki.  Dominujący  wilk  przyjmował  okazane  mu  poważanie,  hierarchia  w
stadzie była przywrócona i każdy szedł w swoją stronę.

Ale T.J. cały czas warczał.
Rzucił  się  na  Zana  z  rozchylonym  pyskiem.  Wzdrygnęłam  się,  widząc  jego  zaciekłość.

Przypadł do gardła Zana i wgryzł się w nie bez litości. Ten zaczął się wić i skomleć, niemal
krzyczeć,  jakby  jego  ludzka  na-tura  próbowała  się  z  niego  wydostać.  Młócił  nogami  w
powietrzu, szukając sposobności, żeby wbić pazury w T.J.-a, ale jej nie znajdując. T.J. był
szybki i bezwzględny. Polała się krew tętnicza i uformowała kałużę na ziemi.

Zaciskając  szczękę  mocno  na  szyi  drugiego  wilka,  T.J.  potrząsał  łbem,  aż  Zan  zrobił  się

bezwładny jak szmata. Uderzył kilkakrotnie swoją ofiarą. W końcu puścił i się odsunął.

Leżałam na plecach z obolałym kręgosłupem.
Moja  koszula  była  tak  podarta,  że  niemal  ze  mnie  spadała.  Całą  lewą  stronę  miałam

zakrwawioną  -  tam,  gdzie  Zan  wpił  mi  się  pazurami  w  ramię,  pogryzł  szyję  i  rozszarpał
rękę. Przycisnęłam rękę do piersi. Nie miałam w niej czucia.

Pysk  i  pierś  T.J.-a  były  zakrwawione.  Ciało  Zana  zaczęło  przybierać  ludzki  kształt,

wracając  po  śmierci  do  pierwotnej  postaci.  Leżał  skąpany  we  własnej  krwi.  Miejsca,  w
których  go  podrapałam,  tworzyły  czerwone  pręgi  na  całej  długości  nagiego  torsu.  Głowa
była prawie całkowicie oderwana od ciała.

Przypominał trochę jedno z rozszarpanych ciał Hardin.
T.J. spojrzał na mnie jakby nigdy nic.
Spróbowałam odgadnąć, co sobie myślał. Poza myśleniem o smaku krwi w ustach. Miał

dość Zana, który aż za często sprawiał kłopoty. Chciał z nim skończyć raz na zawsze. Tak
przynajmniej sądziłam. Zan głupio zrobił, napadając na mnie. Zawstydziłam go na oczach
watahy i chciał się zemścić. Dlaczego więc nie rzucił mi wyzwania w obecności stada?

Gapiłam  się  na  wilka,  który  siedział  kilka  kroków  ode  mnie.  Zadowolony  z  siebie.

Wyglądał na zadowolonego z siebie.

background image

-  Ty  idioto,  mogłam  go  pokonać!  Dobrze  mi  szło!  Ciągle  nie  wierzysz,  że  potrafię  się

sama o siebie za-troszczyć!

Pewnie mnie rozumiał. Pewnie mało go to obchodziło.
-  Jak  myślisz,  jak  to  będzie  wyglądać,  kiedy  gliny  znajdą  przed  moim  domem  na  wpół

zjedzone ciało? Co? Pomyślałeś o tym? Jak im to wyjaśnię? „Przepraszam, panie władzo,
trzeba go było zabić".

Spojrzał  na  mnie,  ani  drgnął,  ani  warknął.  Patrzył  tylko  z  najwyższym  spokojem  i

cierpliwością.  Jakby  mówił:  „Skończyłaś  już?  Możesz  wrócić  do  domu  jak  grzeczny
szczeniak?"

- Tak, ty też się wal!
To było nawet zabawne, kiedy tak wydzierałam się na potężnego wilka.
Stłumiłam  szloch  i  podniosłam  się  na  nogi.  Zachwiałam  się,  bo  zakręciło  mi  się  w

głowie.  Ile  krwi  straciłam?  Dużo.  Miałam  całkiem  mokrą  rękę.  Podeszłam  chwiejnie  do
bramy. Chciałam wziąć prysznic.

- Przestań się na mnie gapić. Nie mam ochoty z tobą gadać. - Odwróciłam się od niego.
Odbiegł. Sunąc jak pocisk na tle betonu, zniknął w ciemności.
Zbyt  późno  się  zorientowałam,  że  zwymyślałam  swojego  najlepszego  przyjaciela.

Potrzebowałam  go.  Jak  przetrwam  sama  tę  noc?  Nie  byłam  aż  tak  poważnie  ranna  od
nocy, kiedy Zan zaatakował mnie po raz pierwszy i wprowadził tym samym do watahy.

Zan  nie  był  ode  mnie  starszy.  Włosy  rozsypały  mu  się  wokół  głowy  jak  korona,

nasiąknęły  krwią,  która  tworzyła  kałużę  na  ulicy.  Usta  miał  otwarte.  Oczy  zamknięte.
Ciągle pachniał watahą, czymś ciepłym i znanym, co mieszało się z obezwładniającą wonią
krwi. Niedobrze, niedobrze. Zakrztusiłam się, ale nie zwymiotowałam.

Udało mi się dojść do mieszkania. Usiadłam na krześle w kuchni i spróbowałam zebrać

myśli.  Było  mi  zimno,  trzęsłam  się.  Wilkołaki  szybko  się  regenerowały.  Musiałam  tylko
zaczekać na rozpoczęcie całego procesu, a tymczasem przetrwać wstrząs.

Byłam poważniej ranna, niż chciałam to przyznać. Potrzebowałam pomocy.
Zastanawiałam  się,  do  kogo  mogłabym  zadzwonić.  Do  nikogo  z  watahy.  Jeden  z  jej

członków zrobił mi to, co zrobił, a poza tym właśnie przepędziłam T.J.-a. Nie za wiele osób
wiedziałoby,  jak  mi  pomóc.  Pomyślałam  o  Ricku,  a  potem  o  tym,  co  może  zrobić,  kiedy
zobaczy wszędzie tyle krwi. Moje zdrowie może nie być pierwszą rzeczą, o której pomyśli.

Zadzwoniłam  do  Cormaca.  Znów  dzwoniłam  do  Cormaca  w  sytuacji,  w  której  każda

normalna,  zdrowa  na  umyśle  osoba  zadzwoniłaby  na  policję.  Powód  był  cały  czas  ten
sam:  jak  miałabym  to  wszystko  wyjaśnić  policji.  Albo  pracownikom  szpitala,  gdy
pielęgniarki  zobaczą,  że  moje  rany  same  się  goją?  Cormacowi  nie  musiałam  niczego
wyjaśniać.

Wykręciłam  numer  i  jak  zwykle  musiałam  odczekać  jakieś  sześć  sygnałów,  zanim

odebrał.

- No.
- Tu Kitty. Potrzebuję pomocy.
- Gdzie jesteś?
- W domu. - Odłożyłam słuchawkę na widełki. Podeszłam do zlewu i zaczęłam polewać

sobie  rękę  wodą.  Patrzyłam  na  ślady,  jak  krew  zabarwia  wodę  na  różowo,  na  dziury  w

background image

skórze,  które  odsłoniły  się,  kiedy  zmyłam  krew.  Gdybym  stała  spokojnie,  zobaczyłabym,
jak się goją, jak na ekspozycji poklatkowej; zobaczyłabym, jak tworzą się strupy, a brzegi
ran zasklepiają się niczym grób zasypywany ziemią. Fascynujące.

A  potem  zobaczyłam,  że  tu  stoi.  Cormac.  Popatrzyłam  na  niego  spod  przymrużonych

powiek. Mógł tu stać i przyglądać mi się całą wieczność.

- Jak wszedłeś? - spytałam.
- Zostawiłaś otwarte drzwi.
- Cholera.
- Co ci się stało?
- Rywalizacja między rodzeństwem. Nieważne.
Był  zimny  jak  lód.  Ani  na  chwilę  nie  zrzucił  maski  twardziela.  Przeszukał  kuchenne

szafki, aż znalazł szklankę. Nachylił się nad zlewem, przesunął kran znad mojej ręki, nalał
wody do szklanki i podał mi ją. Wypiłam i poczułam się lepiej. Łyk wody. Powinnam o tym
pomyśleć.

- Wyglądasz strasznie - powiedział.
- Czuję się jeszcze gorzej.
- Nie jesteś aż tak bardzo ranna. Chyba szybko się regenerujesz.
- To nie tak. - Wilczyca ciągle szarpała się w środku za to, że nie puściłam jej luzem.
- Czy ma to coś wspólnego z rozszarpanym ciałem na podjeździe?
Cholera. Wezwał policję?
- Tak.
- To twoja robota?
- Nie - rzuciłam.
- To robota kogoś, kogo znasz? Samotnika?
- On, ten facet przed blokiem, też był wilkołakiem. Konflikt w watasze. - Przyglądał mi

się  nieodgadnionym  wzrokiem,  marszcząc  brwi.  Jak  policjant  na  przesłuchaniu,  który
czeka, aż podejrzany w końcu się złamie. Zaschło mi w gardle. - Wierzysz mi?

Odpowiedział:
- Czemu zadzwoniłaś do mnie po pomoc?
- Nikomu nie ufam, a sam mówiłeś, że jesteś moim dłużnikiem. Prawda?
- Nie ruszaj się. - Podszedł do komody po drugiej stronie pokoju i zaczął czegoś szukać

w szufladach. Stałam w miejscu, opierając się o szafki, aż znów się do mnie zbliżył. Przez
ramię miał przerzucony ręcznik, podał mi koszulkę.

Odwrócił  się  i  zaczął  patrzeć  w  ścianę,  kiedy  zdejmowałam  podarte  ubranie  i

wkładałam koszulkę na ramiączkach.

- Już - powiedziałam, kiedy skończyłam się przebierać.
Podszedł  znów  do  zlewu,  zmoczył  ręcznik  i  zakręcił  kran.  Kiedy  woda  przestała  lecieć,

zrobiło się dziw-nie cicho. Podał mi ręcznik.

Usiadłam na krześle i pod spojrzeniem Cormaca zaczęłam ścierać krew.
- Czy Cormac to twoje prawdziwe imię?
- Mnie pasuje.
Krew nie chciała się zmyć. Tylko ją rozmazywałam. Cormac westchnął i wziął ode mnie

ręcznik.

background image

-  Daj.  Ja  to  zrobię.  -  Złapał  mnie  za  nadgarstek,  wyprostował  mi  rękę  i  zaczął  wycierać

krew znacznie bardziej energicznie i sprawnie niż ja.

Wcześniej miałam zdrętwiałą rękę. Teraz zaczęła piec. Słabo spróbowałam się wyrwać.
- Nie boisz się zarazić? Tyle krwi...
-  Likantropia  nie  jest  aż  tak  zaraźliwa.  Zwykle  trzeba  otwartych  ran,  a  nawet  wtedy

musiałabyś być pod postacią wilka. Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek słyszał o tym,
że ktoś się zaraził od wilkołaka pod postacią człowieka.

- Skąd tyle wiesz o wilkołakach? Jak to się stało, że się tym zająłeś?
Wzruszył ramionami.
- Rodzinny biznes. - Sprawnie, jakby miał dużą wprawę w usuwaniu krwi, umył mi rękę,

ramię i szyję.

Wyczyścił mi nawet krew pod paznokciami. Na obydwu rękach. Tym razem była to krew

Zana.

- Nie masz watahy? Czy nie powinien się tym zająć ktoś z twoich?
-  Akurat  mam  z  nimi  na  pieńku.  -  Wracało  mi  czucie  w  ręce,  co  nie  było  dobre,  bo

bardzo mnie bolała, pulsując od szyi po palce. Zaczęłam się trząść.

- Jezu, myślałem, że wilkołaki nie dostają wstrząsu. -Wrzucił ręcznik do zlewu, podszedł

do łóżka i wziął z niego koc. Nakrył mi ramiona i stanął przede mną, żeby owinąć mnie w
ciepły kokon. Wtuliłam się w koc, westchnęłam głęboko i w końcu trochę się rozluźniłam.

Kiedy  ostatnim  razem  było  mi  ciepło  i  bezpiecznie?  Co  za  ironia,  że  czułam  się  tak

akurat teraz, przy nim. Przy łowcy wilkołaków. Miał rację; chyba byłam w szoku.

Zanim odsunął rękę od koca, złapałam go za nią. Zrobiłam to szybko i delikatnie; nawet

się  nie  wzdrygnął,  kiedy  przycisnęłam  ją  sobie  do  ramienia.  Złapałam  go,  zanim  zdążył
odnotować mój ruch.

Członkowie watahy czują się w grupie bezpieczniej. Dotyk ich zbliża. Rzadko się zdarza,

żeby  w  po-mieszczeniu  przebywało  dwóch  członków  watahy  i  nie  dotykało  się  od  czasu
do  czasu,  choćby  to  miało  być  tylko  muśnięcie  grzbietów  dłoni  albo  poszturchiwanie
pokrytych  futrem  ramion.  Dotyk  oznaczał,  że  wszystko  będzie  dobrze.  Przez  ułamek
sekundy chciałam, żeby Cormac należał do watahy.

Nagle  na  pierwszy  plan  wysunął  się  mój  ludzki  głos  i  zrozumiałam,  jak  cholernie

dziwacznie  to  wszystko  musiało  dla  niego  wyglądać.  Odsunęłam  dłoń,  spuściłam  głowę  i
pokręciłam nią.

- Przepraszam, ja tylko...
Złapał mnie znów za rękę. Zrobiłam wielkie oczy. Zamknął moje palce w swojej dłoni i

ścisnął. Miał ciepłą skórę, ciągle trochę mokrą od ręcznika. Dotyk mnie uspokoił, pozwolił
zapomnieć o bólu. Wszystko będzie dobrze.

Cały  czas  klęczał  przy  moim  krześle,  więc  jego  głowa  była  trochę  niżej  od  mojej.

Patrzyłam na niego z góry. Idealna pozycja do pocałunku.

Wolną  ręką  dotknęłam  jego  policzka  i  musnęłam  wargami  jego  usta,  lekko,  żeby  się

przekonać, co zrobi. Zawahał się, ale nie odsunął.

Oddał  mi  pocałunek,  był  wygłodniały.  Miał  ciepłe  usta,  jego  wargi  były  ruchliwe,

łapczywe. Spróbowałam odpowiedzieć na jego zapał tym samym, poruszać ustami w tym
samym  rytmie,  dać  się  ponieść  pożądaniu,  które  rozpaliło  moje  ciało,  moje  mięśnie.

background image

Objęłam  go  zdrową  ręką  za  szyję  i  zsunęłam  się  z  krzesła,  przyciskając  się  do  niego.
Przytulił  mnie,  kładąc  mi  ręce  na  plecach.  Zaczął  całować  moją  brodę,  szczękę,  ucho.
Trzymałam go mocno i stłumiłam westchnienie.

Odkąd  zamieniłam  się  w  wilkołaka,  nie  byłam  ze  zwykłym,  nielikantropicznym

mężczyzną.  Bałam  się  być  z  człowiekiem.  Bałam  się  tego,  co  bym  mogła  zrobić  w  chwili
uniesienia. Ale Cormac umiał się o siebie zatroszczyć. Czułam się przy nim inaczej niż przy
likantropie.  Byłam  od  niego  silniejsza.  Czułam  siłę  swoich  mięśni,  kiedy  się  do  niego
przyciskałam.  Mogłam  go  odepchnąć  albo  ścisnąć  tak,  że  zacząłby  krzyczeć.  Dzięki  temu
czułam  się  silna,  nigdy  wcześniej  nie  odczuwałam  takiej  władzy.  Chciałam  go  mieć  przy
sobie,  całego.  Słyszałam  buzującą  w  jego  żyłach  krew,  wyczuwałam  napięte  z  pożądania
ciało.  Pachniał  inaczej  niż  likantropy.  Bardziej...  cywilizowanie,  jak  mydło,  samochody  i
domy. Nie pachniał watahą i dzięki temu był czymś nowym. Podniecającym. Stwierdziłam,
że podoba mi się jego zapach.

Zanurzyłam twarz w jego włosach i wzięłam głęboki wdech. Wyswobodziłam się z jego

uścisku,  żebym  mogła  przesunąć  się  wzdłuż  jego  ciała  i  obwąchać  go  całego,  szyję,
kołnierzyk przy koszuli, tors i widoczne pod tkaniną włosy na piersi, pachy, z których jego
zapach  aż  buchał.  Zatrzymałam  się  przy  nich  na  chwilę,  a  potem  przysunęłam  nos  do
paska  spodni  i,  och,  nie  mogłam  się  doczekać,  kiedy  przekonam  się,  jak  pachnie  tam  na
dole...

Cormac złapał mnie za ramiona, odepchnął od siebie i przytrzymał na odległość ręki.
- Co ty wyczyniasz?
-  Pachniesz  świeżością.  -  Napierałam  na  niego  z  półprzymkniętymi  powiekami,  chcąc

znów zanurzyć się w jego zapachu.

Wstał i odsunął się ode mnie.
- Nie jesteś człowiekiem. - Odszedł kawałek.
Klęczałam na podłodze, kolana opierały się o twarde kafelki, serce waliło, pragnąc ciała,

którego już przy mnie nie było.

Po  chwili  przeszłam  na  drugi  koniec  mieszkania.  Cormac  oparł  się  o  przeciwną  ścianę,

skrzyżował ręce w geście obronnym, gapiąc się na drzwi, jakby nie rozumiał, dlaczego po
prostu nie wyszedł.

- Przepraszam - powiedziałam. Nie byłam pewna, za co właściwie przepraszam. Może za

to, kim byłam. Jednak nic nie mogłam na to poradzić, więc nie chciałam za to przepraszać.
A więc przepraszałam za coś innego. Za to, że do niego zadzwoniłam. Że go pocałowałam.
Że nie domyśliłam się, jak zareaguje.

Chciał coś powiedzieć, ale pokręcił tylko głową. Spojrzał na podłogę, a potem na mnie.
- Jak zostałaś wilkołakiem? Nie wyglądasz na taką, co sama się o to prosi.
Usiadłam  na  brzegu  łóżka  i  objęłam  się  za  kolana.  Z  każdą  minutą  ręka  coraz  mniej

mnie  bolała.  Rany  za-sklepiły  się,  pokryły  czerwonymi  strupami,  które  powoli  różowiały.
Zamiast bólu zaczęłam czuć swędzenie.

O co mnie pytał ten szpicel z agencji rządowej? Do kogo się zwracam, kiedy potrzebuję

rady?  Co  bym  powiedziała,  gdyby  ktoś  zadzwonił  do  audycji  i  opowiedział  mi  moją
historię? A to pech, mała. Musisz sobie jakoś z tym poradzić. Ale to nie koiło wściekłości,
którą wciąż czułam. Wściekłości, z którą do tej pory sobie nie poradziłam. Nigdy nikomu

background image

nie opowiedziałam całej historii, nawet T.J.-owi ani nikomu z watahy.

Nie  byłam  pewna,  czy  Cormac  był  odpowiednią  osobą  do  takich  zwierzeń,  ale  nie

wiedziałam, kiedy znów pojawi się okazja, żeby o tym opowiedzieć.

-  Znalazłam  się  w  niewłaściwym  miejscu  o  niewłaściwej  porze  -  zaczęłam  i

opowiedziałam mu wszystko.

Bill był przystojny. To mu trzeba przyznać. Jasno-brązowe włosy, kwadratowa szczęka,

ujmujący uśmiech. Ale chciał ode mnie tylko jednego. Reprezentował typ prostaka, a ja...
cóż, miałam mętlik w głowie. Imponował mi, bo był przystojny i arogancki.

Pojechaliśmy  w  góry  do  Estes  Park  na  imprezę  z  okazji  Dnia  Niepodległości;  w  dolinie

był  pokaz  sztucznych  ogni,  a  hałas  niósł  się  echem  między  wzgórzami.  Bill  cały  czas
przerzucał się niewybrednymi tekstami z kumplami, obejmując mnie w pasie, jakbym była
jakimś dodatkiem do niego. Wszystko dlatego, że byłam blondynką i dobrze wyglądałam
w  mini.  Od  wymuszonego  uśmiechu  aż  bolała  mnie  twarz.  Źle  się  bawiłam  i  chciałam,
żeby wieczór wreszcie się skończył.

W drodze powrotnej do miasta wędrował cały czas dłonią po moim udzie, żeby dostać

się pod spódnicę.

- Chcę jechać do domu - powiedziałam po raz piąty, odsuwając jego rękę.
- Ale jest jeszcze wcześnie.
- Proszę.
- Jak chcesz.
Jechał  więc,  a  ja  gapiłam  się  przez  okno.  Kiedy  skręcił  w  boczną  drogę,  byliśmy  na

jakimś pustkowiu i nic nie mogłam zrobić.

-  Dokąd  jedziemy?  -  Wzdłuż  wąskiej  drogi  rosły  karłowate  dęby  i  sosny.  Droga

prowadziła do miejsca, w którym zaczynał się szlak, nad rzeką. - Zawróć.

Za  dnia  bywało  tu  mnóstwo  amatorów  pieszych  wędrówek  i  jazdy  na  rowerach

górskich. Ale była pół-noc. Bill wyłączył światła i zatrzymał się w rogu parkingu, w miejscu
osłoniętym przez zwisające gałęzie.

Złapałam za klamkę, ale on zablokował drzwi i zgasił silnik.
Zrobił to tak szybko, że musiał mieć już wprawę.
Złapał  mnie  za  ręce,  unieruchomił  i  przeszedł  na  moją  stronę,  wciskając  mnie  w  fotel.

Przygniótł  mnie  swoim  stukilogramowym  ciałem  i  bez  względu  na  to,  jak  bardzo  się
szarpałam, nie mogłam się wyrwać. Zaczęłam się dusić.

- Spokojnie, maleńka. Tylko spokojnie.
Cały  czas  powtarzałam:  „Nie,  przestań,  nie,  proszę".  Nigdy  wcześniej  nie  byłam  tak

przerażona  i  wściekła.  Kiedy  się  nachylił,  ugryzłam  go  w  twarz.  Spoliczkował  mnie  i
przygniótł jeszcze mocniej.

Poczułam smak krwi. Ugryzłam się w policzek, z nosa leciała mi krew.
Westchnął i w końcu się ze mnie zsunął. Ciągle mnie bolało.
Szarpałam za zamek, aż w końcu odskoczył, a ja otworzyłam drzwi i wytoczyłam się na

dwór. Bill krzyknął do mnie:

- Nie chcesz, żeby cię odwieźć? Jezu! - Odpalił samochód i odjechał.
Zaczęłam biec. Nogi miałam jak z waty, oddychałam z trudem. Uciekłam. Chciałam tylko

stamtąd uciec.

background image

Tej  nocy  księżyc  był  w  pełni.  Trawa  i  krzaki  rzucały  dziwne  cienie.  To  było  głupie;  nie

miałam pojęcia, gdzie jestem, nie miałam pojęcia, jak wrócić do domu. Schowałam się w
trawie i zaczęłam płakać. Głupia Kitty. Ten cały wieczór to głupota i oto jak się skończył.

Niedaleko  parkingu  były  tereny  piknikowe.  Niektóre  stoły  znajdowały  się  pod  wiatą.

Usiadłam na jednym z nich, podciągnęłam kolana pod brodę i objęłam się rękami. Majtki
zostały  w  samochodzie  Billa.  Wymyśliłam,  że  zaczekam  do  rana,  aż  znajdzie  mnie  jakiś
biegacz i wezwie policję. Wytrzymam. Będę się obejmować, żeby się tak nie trząść, może
uda mi się zasnąć.

W oddali zawył wilk. Daleko. Nie miałam się czym przejmować.
Może  przysnęłam.  Może  na  początku  myślałam,  że  to  tylko  zły  sen,  kiedy  coś

zaszeleściło  w  pobliskich  krzakach.  Poruszył  się  jakiś  cień.  Jego  futro  wyglądało  jak  cień,
było srebrzyste i cętkowane. Zwrócił na mnie spojrzenie swoich rudawych oczu. Zadrżały
mu nozdrza.

Podszedł  bliżej,  pochylając  głowę,  obwąchując,  nie  spuszczając  mnie  z  oczu.  Wilk  był

wielki jak dog niemiecki, miał potężne barki i gęste futro. Nawet gdy siedziałam na stole,
bez problemu mógł mnie dosięgnąć.

Później  dowiedziałam  się,  że  wilk  wyczuł  zapach  krwi  z  moich  ran  i  instynkt

podpowiadał mu, że w pobliżu jest ranne zwierzę. Łatwa zdobycz.

Zadrżałam  jak  królik  i  tak  jak  w  przypadku  królika  rzucił  się  na  mnie  w  chwili,  kiedy

pomyślałam o ucieczce.

Wrzasnęłam, kiedy przejechał mi pazurami po nodze, i odskoczyłam, spadając ze stołu.

Wrzeszczałam,  kiedy  zacisnął  zęby  na  moim  biodrze.  Zaparłam  się  o  niego  i
podciągnęłam,  szorując  plecami  po  ziemi.  Moje  ciało  było  jak  masło,  z  każdym  ruchem
raniłam kolejne fragmenty.

Panika, panika, panika. Kopnęłam go w pysk. Cofnął się na chwilę ze zdziwieniem. Pod

wpływem  adrenaliny  podskoczyłam  i  złapałam  się  brzegu  wiaty.  Dysząc,  trzymając  się  z
całych sił, zaciskając zęby, podciągnęłam jedną nogę do góry. Wilk skoczył i podrapał mnie
w  drugą  nogę.  Wrzasnęłam,  bo  zaczęłam  spadać,  ale  nie,  trzymałam  się  krawędzi,  wilk
stracił chwyt, a ja przerzuciłam na dach jedną nogę, a potem drugą. Leżałam wyczerpana,
a po chwili odważyłam się spojrzeć w dół.

Wilk też na mnie patrzył, ale nie mógł już mnie dosięgnąć. Odwrócił się i odbiegł.
Nie  miałam  siły  się  ruszać,  straciłam  przytomność,  jedna  ręka  opadła  mi  bezwładnie  i

zwisała z boku wiaty.

Coś ścisnęło mnie za dłoń. Niebo było jasne, blade od wschodzącego słońca.
Krzyknęłam, wyrwałam się i zaczęłam się trząść. Na nogach, spódnicy i koszulce miałam

skorupę  z  krwi.  Na  dachu  zebrała  się  kałuża  krwi,  ale  zdążyła  już  wyschnąć.  Przestałam
krwawić.

Ostrożnie podsunęłam się do krawędzi dachu.
Pojawiły  się  ręce,  na  których  podciągnęła  się  jakaś  kobieta.  Wycofałam  się  rakiem  na

drugi  koniec  dachu.  Popatrzyłam  na  dół,  stało  tam  kilku  mężczyzn  i  przyglądało  się  mi
zimnym wzrokiem.

Kobieta uklękła na brzegu wiaty. Miała długie, czarne włosy, brązowe oczy i poruszała

się z gracją tancerki, przysiadając, a przy tym nie spuszczając mnie z oczu.

background image

- Jak się nazywasz? - spytała.
Rozejrzałam  się.  Wokół  szałasu  stało  sześć  osób,  mężczyzn  w  różnym  stadium

zaniedbania,  nieogolonych  i  nieuczesanych,  ubranych  w  skórzane  lub  dżinsowe  kurtki,
koszulki i dżinsy. Wszyscy byli bosi. Kobieta też miała na sobie dżinsy i koszulkę, niezbyt
przejmowała  się  elegancją.  Mimo  to  wszyscy  wyglądali  groźnie,  nawet  kiedy  stali,
emanowała z nich siła.

Nie odpowiedziałam.
- Te ugryzienia i podrapania - bolą? Musiałam się nad tym zastanowić, co oznaczało,
że nie bolały. Dotknęłam biodra. Było wrażliwe, ale nie bolało.
- Spójrz na swoje rany - powiedziała. - Co widzisz?
Podciągnęłam  koszulę  i  odsłoniłam  miejsce,  gdzie  ugryzł  mnie  wilk.  Skóra  była

pomarszczona  od  blizny,  czerwonej  i  gojącej  się,  jakby  sprzed  tygodnia.  Wyżłobienia  na
moich nogach wyglądały teraz jak różowe linie, one też się goiły.

Znów miałam trudności z oddychaniem. Udało mi się wydyszeć:
- Skąd wiesz, co się stało? Odpowiedziała:
- Zaatakował cię jeden z naszych ludzi. Jesteśmy odpowiedzialni za jego zachowanie.
- Ale wy...
Podczołgała się do mnie, wbijając we mnie wzrok, drżały jej nozdrza. Wzdrygnęłam się,

ale gdybym się cofnęła, spadłabym.

- Nic ci nie zrobię. Nikt z nas nic ci nie zrobi. Powiedz mi, proszę, jak masz na imię.
W tamtej chwili chciałam tylko paść jej w ramiona, bo rzeczywiście wierzyłam, że nic mi

nie zrobi.

- Kitty - odparłam cicho.
Przez chwilę patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Potem się uśmiechnęła.
- A to dobre. Jesteś zdecydowanie za ładna na to życie, mała.
- Nie rozumiem.
- Zrozumiesz. Będziesz musiała. Pomogę ci. T.J.?
Za moimi plecami przy dachu pojawiły się jakieś ręce. Jeden z mężczyzn podciągnął się

na  górę  tak  łatwo,  jakby  wskakiwał  na  stół,  a  nie  wspinał  na  dwumetrową  wiatę.
Przykucnął  na  brzegu,  z  jedną  ręką  opartą  na  dachu  dla  równowagi.  Był,  mój  Boże,  był
boski.  Opalony,  dobrze  zbudowany,  z  bicepsami,  które  opinały  rękawy  białego
podkoszulka, z ciemnymi włosami opadającymi na napiętą twarz.

Emanował siłą i przerażał mnie nie na żarty. Cofnęłam się, trąc kolanami o kryty papą

dach.  Ale  ona  też  tam  była,  równie  spięta,  zagrodziła  mi  drogę.  Skuliłam  się,  chciałam
krzyczeć. Coś zaczęło się wyrywać z mojego wnętrza.

- Kim jesteście? Mężczyzna, T.J., powiedział:
- Watahą.
Skręciłam się konwulsyjnie i zemdlałam.
Przez  następne  trzy  dni  na  przemian  to  traciłam,  to  odzyskiwałam  przytomność.

Niewiele  pamiętałam:  zapach  lasu,  sosen  i  rosy.  Ktoś  mnie  niósł.  Ktoś  inny  -ona,  ta
kobieta - trzymał mi rękę na ramieniu. Głosy, których nie potrafiłam rozróżnić.

- Pachnie seksem.
- Seksem i strachem.

background image

- Jest zakrwawiona. Nie od ugryzień i zadrapań. Meg, zobacz.
Pokręciłam głową i zaczęłam się szarpać, ale byłam jak niemowlę, machałam bezładnie

rękami, byłam zbyt słaba, żeby się wyrwać.

- Nie, przestań, nie dotykaj, nie dotykaj... - dyszałam.
- Została zgwałcona - powiedziała kobieta.
- Nie podejrzewasz chyba, że Zan...
- To nie zapach Zana.
- A więc ktoś inny. To by wyjaśniało, skąd się tu wzięła.
- Szkoda, że nic nie chce mówić.
- Później zechce. Ma jeszcze przed sobą kilka dni. - Jęknęłam. Miałam zadanie domowe,

nie mogłam...

Otworzyłam oczy.
Leżałam na łóżku. Byłam zawinięta w prześcieradło, jakbym rzucała się we śnie. Miałam

na  sobie  podkoszulkę  -  i  nic  poza  tym  -  i  byłam  czysta.  Było  mi  zimno,  włosy  miałam
mokre od potu. Wzięłam głęboki wdech -nie wiedziałam, jak długo spałam, ale czułam się
wyczerpana, jakbym biegła. Nie chciało mi się ruszać.

Na  krześle  przy  łóżku  siedział  opalony  młody  bóg  z  lasu  i  mi  się  przyglądał.  Kobieta

przesiadła się z drugiego krzesła na brzeg łóżka. Popatrzyłam na nich, czekając, aż poczuję
przypływ paniki. Zostałam porwana. Przez jakąś sektę. Czy to robota Billa? Nic mi się nie
zgadzało i w ogóle się nie bałam. Dziwne, ale czułam się bezpiecznie. Jakbym wiedziała, że
są tu, żeby się mną zaopiekować, żeby się mną zająć. Byłam chora. Bardzo chora.

- Jak się czujesz? - spytał.
- Niedobrze. Jestem zmęczona. Wyczerpana. Pokiwał głową, jakby mnie rozumiał.
- Całkiem rozregulowała ci się przemiana materii. Za kilka dni wszystko wróci do normy.

Jesteś głodna?

Wydawało  mi  się,  że  nie,  ale  kiedy  tylko  to  powiedział,  poczułam,  że  mam  pusto  w

brzuchu i umieram z głodu.

-  Tak,  chyba  tak.  -  Podniosłam  się  i  usiadłam.  Wyszedł  z  pomieszczenia,  które  okazało

się  jasną  sypialnią.  Meg  mi  się  przyglądała.  Odwróciłam  głowę,  bo  nagle  poczułam  się
onieśmielona.  T.J.  wrócił  z  talerzem,  na  którym  był  stek,  jakby  cały  czas  na  mnie  czekał.
Spojrzałam na niego sceptycznie. Nie byłam amatorką steków.

Postawił go na tacy i podał mi nóż. Niechętnie ukroiłam kawałek. Popłynęła krew. Dużo

krwi.

Wypuściłam z ręki nóż.
- Nie lubię surowych.
- Już lubisz.
Myślałam,  że  się  rozpłaczę.  Rzuciłam  mu  wściekłe  spojrzenie  i  powiedziałam  ledwie

dosłyszalnym szeptem:

- Co mi się stało? Czemu się was nie boję? Uklęknął przy łóżku. Spojrzałam na niego z

góry,  co  sprawiło,  że  poczułam  się  bezpieczniej.  Meg  podeszła  z  drugiej  strony  i  usiadła
przy mnie tak blisko, że czułam ciepło jej ciała. Byłam w pułapce i zaczęło mi walić serce.

Wzięła mnie za rękę i przystawiła nasze złączone dłonie do mojej twarzy.
- Co czujesz?

background image

Zwariowała?  Ale  mając  obie  nasze  ręce  pod  nosem,  czułam  różne  zapachy.

Spodziewałam  się,  że  poczuję  zapach  skóry.  Może  mydła.  Zwykłe  ludzkie  zapachy.  Ale...
było w tym coś więcej. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Poczułam coś gęstego i
energetycznego,  jak  ziemia  i  górskie  powietrze.  To  nie  było  mydło  ani  żaden  odlotowy
dezodorant, ani nic z tych rzeczy. To była ona. Uspokoiłam się.

Zanim  się  zorientowałam,  T.J.  siedział  obok  mnie,  obejmował  mnie  ramieniem  i

przyciskał  się  do  mnie  całym  ciałem  z  nosem  wciśniętym  w  moje  włosy.  Nie  chodziło  o
seks;  nie  było  w  tym  żadnego  podtekstu  seksualnego  -  trudno  to  wytłumaczyć  ludziom,
którzy tego nie znają.

-  To  nasza  wataha  -  powiedziała  Meg  i  przytuliła  mnie  z  drugiej  strony.  -  Jesteś  tu

bezpieczna.

Wierzyłam jej.
Cormac  siedział  na  podłodze.  Wydawał  się  spokojniejszy.  Nie  miał  już  takiej  miny  jak

wtedy, gdy się ode mnie odsuwał, jakby zjadł coś kwaśnego.

-  Gówniane  szczęście  -  odezwał  się  w  końcu.  Pokręciłam  głową  i  uśmiechnęłam  się

cierpko.

Już się z tym pogodziłam. Opowiadając całą tę historię, zdałam sobie sprawę, na kogo

byłam najbardziej wściekła przez cały ten czas.

-  A  teraz  spytaj,  którego  z  nich  uważam  za  prawdziwego  potwora.  Zana,  który  słuchał

swojego instynktu i nie mógł nad nim zapanować? Czy Billa, który dokładnie wiedział, co
robi? I nie było mu nawet przykro. - Po chwili dodałam: - Tam na ulicy to Zan.

Kiedy  się  odchyliłam,  mogłam  wyjrzeć  przez  okno.  Z  drugiego  piętra  było  widać  ulicę,

ale nie miejsce, w którym leżał Zan.

- Myślisz, że ktoś już zadzwonił po policję?
- Zależy - odparł. - Bardzo hałasowaliście?
Nie  pamiętałam.  Przeciętny  człowiek  mógł  uznać,  że  to  odgłosy  walki  bezdomnych

psów. Będę musiała zadzwonić do Carla, żeby się dowiedzieć, co mam zrobić z Zanem. Nie
mogłam go tak po prostu zostawić.

- Powinnaś odpocząć. Może i szybko się regenerujesz, ale mimo wszystko straciłaś dużo

krwi. Dasz sobie radę sama?

Zastanowiłam się przez chwilę i stwierdziłam, że nic mi nie będzie. Może pójdę do T.J.-a

i zobaczę, czy dotarł już do domu.

-  Tak,  myślę,  że  tak.  -  Uśmiechnęłam  się  krzywo.  -  Cieszę  się,  że  nie  strzelasz  do

wszystkich wilkołaków jak leci.

Słysząc to, uśmiechnął się słabo i przelotnie.
- Daj mi tylko powód, Noralle. - Zasalutował nieskładnie i wyszedł z mieszkania.
Boże, ależ ten facet mnie przerażał. Jednocześnie na jego widok uginały mi się kolana,

ale nie byłam pewna, czy miało to ze sobą jakiś związek.

Miał  rację,  byłam  zmęczona,  ale  zanim  położyłam  się  spać,  musiałam  zadzwonić  do

Carla.  Sięgałam  właśnie  po  telefon,  kiedy  otworzyły  się  drzwi  i  znów  stanął  w  nich
Cormac.

A za nim weszli oficer Hardin i trzech umundurowanych policjantów.
 

background image

Rozdział 10

 

Cormac  zajął  swoje  miejsce  pod  ścianą;  miał  nieprzeniknioną  minę  i  założył  ręce  na

piersi. Został przy nim jeden z policjantów. Nie wyjął pistoletu z kabury, ale trzymał rękę
na pasie. Pozostała dwójka zaczęła przeszukiwać mieszkanie, zaglądając do szafek, szuflad
i za drzwi.

Hardin podeszła do mnie.
Spodziewałam  się  kogutów,  syren,  zamieszania.  Pokrzykiwania,  żeby  się  cofnąć.  Ale

Hardin pewnie nie chciała się afiszować, kiedy szukała zabójcy.

Powinnam  była  poprosić  Carla,  żeby  zabrał  ciało,  zanim  zjawi  się  policja.  Ale  z  drugiej

strony  tylko  tego  nam  było  trzeba:  ktoś  zobaczyłby,  jak  ładujemy  ciało  do  samochodu
Carla, spisałby numery rejestracyjne i wtedy wezwał policję. Do bójek między wilkołakami
dochodziło zwykle w lesie, gdzie ciała mogły łatwo zniknąć.

Przynajmniej dzięki temu złapali tylko mnie.
Boże, co ja sobie właściwie myślałam. To jakieś bagno. Zan nie żył.
- Chce mi pani coś jeszcze powiedzieć na temat rozszarpanego ciała, które znaleźliśmy

na dole? - spytała Hardin.

Zerknęłam na Cormaca, który ani drgnął, drań jeden.
- Nie - powiedziałam, chociaż pewnie mądrzej by było w ogóle się nie odzywać.
- To pani robota?
Już raz dziś przez to przechodziłam.
- Nie.
- Pani Norville, chyba muszę zabrać panią na komisariat i zadać pani kilka pytań.
Nie powinnam być zaskoczona, ale i tak wszystko przewróciło mi się w żołądku. Może i

byłam  wilkołakiem,  ale  nigdy  nie  dostałam  nawet  mandatu  za  złe  parkowanie,  a  co
dopiero mówić o areszcie. Ale z drugiej strony nie miałam samochodu.

Ale nie byłam aresztowana. To było tylko przesłuchanie.
- Muszę włożyć kurtkę - powiedziałam szeptem. Kiedy wstałam, odwróciłam się do niej

zranionym  bokiem.  Hardin  przekrzywiła  głowę  i  spojrzała  na  czerwone  szramy  i
pomarszczoną skórę na ręce.

- Kiedy to się stało?
- Dziś w nocy.
- To niemożliwe. Te rany musiały się goić od tygodni.
- Musi pani więcej poczytać. Dostała pani te artykuły, które pani przesłałam?
-  Tak.  -  Wpatrywała  się  we  mnie,  jakby  czytała  mi  w  myślach.  -  Kto  to  pani  zrobił?  -

powiedziała to ze szczerą troską w głosie.

Spojrzałam na nią.
- Pokiereszowane ciało na dole. Odczekała chwilę, po czym spytała:
- Chce mi pani powiedzieć, że ten facet był wilkołakiem?
Narzuciłam na siebie kurtkę i wzięłam klucze od mieszkania.
- Czy mam dzwonić po prawnika?
Na  dworze  stało  z  pół  tuzina  radiowozów  plus  furgonetka  koronera.  Zablokowali  całą

background image

ulicę.  Wszędzie  powiewała  żółta  taśma.  Przy  Zanie  zgromadziła  się  grupka  ludzi  w
gumowych  rękawiczkach,  którzy  zbierali  dowody  i  wsadzali  je  do  foliowych  torebeczek.
Całe mnóstwo dowodów.

Za duży rozgłos. Carl cały czas mnie ostrzegał, że coś takiego może się stać. Tym razem

naprawdę mnie zabije.

Cormac  i  ja  odbyliśmy  przyjemną  przejażdżkę  radiowozem.  Cormac  zadzwonił  już  do

swojego prawnika, który mógł reprezentować też i mnie, jeśli zechcę.

Wzdrygnęłam się na myśl o tym, co musiał czuć prawnik pracujący dla Cormaca. Ale z

drugiej strony łowca nie wylądował w więzieniu.

Umieścili nas w oddzielnych pomieszczeniach. Moje przypominało salę przesłuchań, w

której byłam wcześniej: wielkości małej sypialni, oficjalne i bez charakteru. Tym razem nie
dostałam kawy.

Musiało  być  koło  czwartej  nad  ranem.  Nie  spałam  i  czułam,  że  kręci  mi  się  w  głowie.

Chciałam  poprosić  kogoś  o  szklankę  wody.  Drzwi  nie  były  zamknięte.  Otworzyłam  je,
wyjrzałam  na  korytarz,  na  którym  było  pusto.  Miałam  przeczucie,  że  jeśli  spróbuję  się
wymknąć, nagle zaroi się od policji. Wróciłam do środka.

Położyłam  głowę  na  stole  i  pomyślałam  sobie,  że  miałam  straszny  tydzień,  a  potem

przysnęłam.  Kiedy  otworzyły  się  drzwi,  rozbudziłam  się  przestraszona  i  zadrżałam  pod
kurtką. Po krótkiej drzemce czułam się jeszcze gorzej.

Mężczyzna,  który  wszedł,  był  koło  trzydziestki.  Był  rozczochrany,  bure,  wymagające

strzyżenia  włosy  miał  zaczesane  do  tyłu,  do  tego  kilkudniowy  zarost,  dopasowany  szary
garnitur,  który  i  tak  jakimś  cudem  wydawał  się  za  duży,  i  nieciekawy  brązowy  krawat.
Garbił się, a pod pachą miał aktówkę.

Podszedł do biurka, wyciągnął aktówkę spod pachy, żeby podać mi rękę.
- Witam, Kitty Nondlle? Nazywam się Ben O’Farrell. Cormac mówi, że potrzebuje pani

prawnika. -Głos miał zwyczajny, ale mówił z pewnością siebie i patrzył mi w oczy.

-  Witam.  -  Podałam  mu  z  wahaniem  rękę.  Próbowałam  go  jakoś  wybadać.  Pachniał

normalnie. Zwyczajnie. No, może kurtka wymagała prania. - Nie wiem, czy potrzebuję, czy
nie.

Wzruszył ramionami.
-  To  nigdy  nie  zaszkodzi  w  kontaktach  z  policją.  Proszę,  to  moja  wizytówka  i  stawki.  -

Wyciągnął  wizytówkę  z  jednej  kieszeni,  pióro  z  drugiej,  próbował  dokonać  jakichś
ewolucji z aktówką, ale w końcu odłożył ją na stół, żeby napisać coś na wizytówce, którą
po chwili mi wręczył.

Stawka była wysoka. Godzinowa.
- Dobry pan jest? - spytałam.
- Cormac nie siedzi w więzieniu. Uśmiechnęłam się mimo woli.
- A powinien?
O'Farrell  odwzajemnił  uśmiech,  ale  wyglądał  przy  tym  jak  jastrząb.  Od  razu  poczułam

się  lepiej;  przynajmniej  dopóki  miałam  go  po  swojej  stronie.  Cieszyłam  się,  że  nie
wniosłam oskarżenia przeciwko Cormacowi tamtej nocy, kiedy wdarł się do studia.

-  Może  pan  dziś  ze  mną  zostać?  Mam  nadzieję,  że  później  nie  będę  już  pana

potrzebować.

background image

Pokiwał potakująco głową i podszedł do drzwi.
-  Chwileczkę.  -  Skrzywiłam  się,  bo  nagle  zaczęła  do  mnie  docierać  powaga  sytuacji.

O'Farrell  wpuści  policję.  Chciałam  uciekać.  Moja  wilczyca  zaczęła  się  wyrywać,  a  nie  było
mi to teraz potrzebne. - Nie chcę im mówić, co się stało.

-  W  porządku  -  stwierdził  po  chwili  zastanowienia.  Wyjrzał  przez  otwarte  drzwi  i

zaprosił kogoś gestem do środka. Oficer Hardin.

O'Farrell  usiadł  przy  stole  i  zajął  się  aktówką.  Hardin  zamknęła  drzwi  i  została  pod

ścianą, z założonymi rękami i kwaśną miną.

- Co w pani mieszkaniu robił płatny zabójca? -spytała.
To nie był dobry początek rozmowy. Czy w ogóle dało się dobrze zacząć?
Zerknęłam  na  O’Farrella.  Wzruszył  wymijająco  ramionami  i  dalej  przekładał  swoje

papiery. Czy to znaczyło, że mam mówić, czy nie? Mogłam odmówić odpowiedzi. Głównie
dlatego, że nie wiedziałam, co powiedzieć, a nie dlatego, że miałam cokolwiek do ukrycia.

-  Zadzwoniłam  do  niego.  Byłam  mocno  poturbowana  i  potrzebowałam  pomocy.

Utrzymywaliśmy ze sobą kontakt. Konsultowaliśmy się w sprawach zawodowych.

- Nie żywi pani do niego urazy za to, co się stało w zeszłym miesiącu?
- Chyba nie.
- Co robił trup przed pani blokiem? Przełknęłam ślinę, bo zaschło mi w gardle. O’Farrell

powiedział:

- Możemy prosić o wodę? Dziękuję.
Wyraz  twarzy  Hardin  zrobił  się  jeszcze  bardziej  nieprzyjemny,  wychyliła  się  za  drzwi  i

zawołała kogoś. Chwilę później zjawiły się dwie szklanki z wodą.

To była tylko gra na zwłokę.
-  Odpowie  mi  pani?  -  spytała  Hardin.  Włosy  sterczały  jej  we  wszystkich  kierunkach,

miała podkrążone oczy. Ona też nie spała tej nocy.

- On... on czekał - zaczęłam się jąkać. - Na mnie. Chciał mi zrobić krzywdę. - Napiłam się

znów wody i spuściłam wzrok. Trudno mi było mówić.

- Czemu?
Nie mogłam na to odpowiedzieć. Nie mogłam tego powiedzieć. Wyjaśnienia zabrałyby

za dużo czasu.

- Może mi pani w takim razie powiedzieć, kto jeszcze tam był?
Na  to  też  nie  mogłam  odpowiedzieć.  Znów  spojrzałam  na  O’Farrella,  szukając  u  niego

pomocy. Hardin też na niego spojrzała.

Odezwał się do niej:
- Z tego, co wiem, nie została oficjalnie zatrzymana. Nie musi odpowiadać na pytania,

jeśli nie chce. Jest tu dobrowolnie. - Dobrowolnie? Tylko teoretycznie.

- Na tym etapie tak - powiedziała Hardin. Odwróciła się do mnie. - To nie zdziczały pies

odgryzł temu facetowi głowę i jestem też pewna, że nie była to pani. Pod paznokciami i w
ustach ofiary znaleziono krew. Jestem skłonna uwierzyć, że to pani krew i w tym miejscu
pani  opowieść  by  się  zgadzała.  Skoro  tak,  to  znaczy,  że  była  pani  na  miejscu  i  zapewne
wie,  kto  to  zrobił.  Czy  to  ten  samotny  wilkołak,  o  którym  mi  pani  mówiła?  Ten,  którego
szukamy w związku z rozszarpanymi ciałami?

-  Nie  -  powiedziałam,  zapominając  się.  -  To  nie  miało  nic  wspólnego  z  samotnikiem.  -

background image

To były wewnętrzne porachunki watahy i nie powinna się w nie wtrącać.

Hardin zaczęła chodzić po pokoju.
- Pani Norville. Kitty. W tej chwili jest pani świadkiem, a nie oskarżoną o współudział w

morderstwie. Niech mi pani nie każe tego zmieniać.

- Słucham?
- Jeśli wie pani, kto to zrobił, i mi pani nie powie, mogę panią oskarżyć o współudział w

morderstwie.

- To blef - powiedział O’Farrell. - Bez dodatkowych dowodów może pani tylko oskarżyć

ją o utrudnianie śledztwa.

O czym oni, do cholery, mówili? Hardin zignorowała go i brnęła dalej.
- Jeśli usiłuje pani chronić osobę, która to zrobiła, popełnia pani przestępstwo.
-  To...  nie  tak.  Zan  rzucił  mi  wyzwanie;  sam  się  o  to  prosił.  To  nie...  to  nie...

przestępstwo.

- Pani Norville. – O’Farrell uspokoił mnie skinieniem ręki. Oparłam się w krześle.
Hardin powiedziała:
- Zamordowano człowieka, a pani twierdzi, że nie ma w tym nic złego?
- Nie, chodzi o to... - Chodzi o to, że owszem, zgodnie z prawem watahy nie było w tym

nic złego.

T.J.  stał  wyżej  w  hierarchii,  a  Zan  przekroczył  pewne  granice.  Może  to  i  podwójna

moralność,  ale  akurat  teraz  mi  służyła.  -  Zrobił  to,  żeby  mnie  bronić.  Zan  zaatakował
pierwszy, a...

- Pani Norville. - Głos O’Farrella zabrzmiał ostrzegawczo.
Robiłam,  co  mogłam,  żeby  nie  podać  nazwiska.  Tak  naprawdę  nie  chodziło  wcale  o

obronę. Zan się wycofał. A T.J. i tak go zabił. W świetle ludzkiego prawa T.J. był mordercą.

Skuliłam się na krześle i przycisnęłam twarz do kolan.
O’Farrell się podniósł.
-  Pani  Hardin,  mogę  z  panią  zamienić  słowo?  Prawnik  i  policjantka  przeszli  na  drugi

koniec sali

i zaczęli rozmawiać przyciszonymi głosami. Nie wiedzieli, że i tak ich słyszę.
-  Pani  Norville  na  razie  dała  z  siebie  wszystko.  Jest  ranna,  nie  spała  i  nie  jest  teraz  w

stanie odpowiadać na pani pytania. Proszę ją puścić do domu i pozwolić odpocząć. Może
z nią pani porozmawiać później. Będzie wtedy pewnie bardziej pomocna.

-  Mam  ją  puścić,  żeby  skontaktowała  się  z  tym  gościem  i  ustaliła  wspólną  wersję

wydarzeń?

- Niech pani zajrzy w jej akta, nie ma nawet cienia ryzyka, że ucieknie. Czysta jak łza.
- Tyle że jest wilkołakiem. Wzruszył ramionami.
- To nie jej wina.
Hardin  odwróciła  ze  złością  głowę.  Wyciągnęła  z  kieszeni  papierosa,  poklepała  się  po

drugiej kieszeni w poszukiwaniu zapalniczki, ale jej nie znalazła. Wycelowała w O’Farrella
niezapalonym papierosem.

- Jeśli ją puszczę, musi mi pan obiecać, że przemówi jej pan do rozsądku. Nie chcę być

zmuszona ją aresztować.

-  Zrobię,  co  w  mojej  mocy,  pani  oficer.  Musiałam  pogadać  z  T.J.-em.  Tylko  na  tym  mi

background image

teraz zależało.

O’Farrell stanął przy moim krześle.
- Pani Norville? Chodźmy.
Hardin zatrzymała mnie, zanim zdążyłam otworzyć drzwi.
- Niech pani nie wyjeżdża z miasta.
Ciągle  czułam  suchość  w  ustach.  Pokój  miał  zimny  i  suchy  posmak.  Mogłam  tylko

zacisnąć wargi i pokiwać głową, wbijając wzrok w podłogę.

Na dworze był szary świt. Było aż za jasno. Miałam bardzo zmęczone oczy i bolały mnie

od bladego światła. Zimne powietrze przenikało mnie do szpiku kości.

Przystanęłam z prawnikiem na chwilę na chodniku przed komisariatem.
-  Jestem  wilkołakiem.  Przeszkadza  to  panu?  Prowadzi  pan  krucjatę  przeciwko

potworom, tak jak Cormac?

Uśmiechnął  się,  jakbym  powiedziała  coś  zabawnego,  a  jego  mina  przypomniała  mi

jeden z uśmieszków Cormaca.

-  Gdyby  Cormac  prowadził  jakąś  krucjatę,  zastrzeliłby  panią  przy  waszym  pierwszym

spotkaniu, bez względu na okoliczności.

- A więc kim on jest?
-  Lubi  tylko  stawać  na  krawędzi  i  sprawdzać,  jak  daleko  może  się  posunąć,  żeby  nie

spaść.

Z  jakiegoś  powodu  Cormac  najemca  pragnący  śmierci  był  bardziej  przerażający  niż

Cormac najemca z przekonaniami.

- A pan kim jest? Wzruszył ramionami.
- Adwokatem równych szans.
- Chyba rzeczywiście. Dziękuję, że mnie pan stąd wydostał.
- To nie było trudne. Hardin panią lubi. Mogę gdzieś panią podrzucić?
- Nie, dziękuję.
- Mała rada, pani Norville. Powinna pani podać policji to nazwisko. W ten sposób tylko

jedno z was pójdzie siedzieć. Jeśli to pani przyjaciel, zrozumie. -Jako prawnik pasował do
Cormaca. Mogłam go sobie wyobrazić w filmie gangsterskim, jak wynajduje luki prawne i,
używając mocnych słów, rozmawia z sędzią.

- Zastanowię się.
- A przynajmniej niech pani z nim nie rozmawia. Jeśli pani do niego pójdzie, będzie mi

naprawdę bardzo trudno udowodnić, że nie próbuje pani niczego ukryć.

-  Ja...  my  nie  przywykliśmy  do  ludzkich  praw.  Zwykle  nie  mamy  problemu  ze

sprzątaniem po sobie.

Nic  nie  powiedział.  Nie  chciało  mi  się  czekać,  aż  się  odezwie,  więc  schowałam  ręce  do

kieszeni kurtki i odeszłam. Czułam na sobie jego spojrzenie.

Poszłam do T.J.-a.
Jeśli Hardin kazała mnie śledzić, nic mi nie było o tym wiadomo. Nie zdziwiłoby mnie,

gdyby to zrobiła.

To,  że  poszłam,  było  głupotą,  bo  w  ten  sposób  wskazałam  jej  do  niego  prostą  drogę.

Ale nie myślałam racjonalnie.

Resztki zdrowego rozsądku kazały mi wybierać boczne uliczki i ścieżki, którymi nie dało

background image

się  przejechać  samochodem.  Biegłam,  a  umiałam  biec  naprawdę  szybko,  nawet  kiedy
byłam ranna, jak każdy praw-dziwy wilkołak.

Drzwi  wejściowe  do  domu  T.J.-a  nie  były  zamknięte.  Weszłam  do  środka,  cicho  je  za

sobą zamknęłam i przekręciłam zamek. T.J. miał dwa pokoje: salon ze składanym łóżkiem i
kuchnię połączoną z pomieszczeniem gospodarczym. Łazienka była z tyłu.

Spał  na  podłodze  w  salonie,  nagi,  zawinięty  w  koc.  Musiało  go  nie  być  całą  noc.  Miał

wspaniałe  ciało,  muskularne  ręce,  ładnie  zarysowane  ramiona  i  plecy.  Był  zwinięty  w
kłębek,  spięty,  jakby  śnił  się  mu  koszmar.  Włosy  miał  wilgotne  od  potu.  Przyciskał  do
piersi poduszkę.

Zdjęłam kurtkę i buty i uklęknęłam przy nim. Dotknęłam jego policzka i przytrzymałam

dłoń  pod  jego  nosem,  żeby  poczuł  mój  zapach.  Poruszył  się  i  jęknął  cicho.  Położyłam  się
obok niego i przytuliłam, wsuwając się między jego ramiona.

Nie otworzył oczu, ale wiedziałam, że się obudził, bo objął mnie mocniej.
- Przepraszam, że na ciebie nawrzeszczałam -szepnęłam.
Uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło.
- Hm. Wszystko okej?
- Tak. - Teraz już tak. Przynajmniej na jakiś czas. -Czemu to zrobił, T.J.? Nie sądziłam, że

jest taki głupi.

Jeśli  chciał  mi  rzucić  wyzwanie,  czemu  nie  zrobił  tego  na  oczach  watahy?  Coś  takiego

nie poprawiłoby jego notowań w stadzie.

T.J. tak długo zwlekał z odpowiedzią, że już myślałam, że znów zasnął. Pytanie i tak było

na wpół retoryczne. Nigdy nie rozumiałam zachowania Zana.

Nagle T.J. się odezwał:
- Ktoś go do tego namówił. Ktoś chciał, żeby cię zabił tak, żeby wataha nie widziała.
A więc to nie był pomysł Zana. To by miało jakiś sens.
- Skąd wiesz?
- Bo powiedziałem mu, że jeśli kiedykolwiek jeszcze będzie cię nachodzić, zabiję go.
Poczułam  pieczenie  w  oczach,  a  po  policzkach  zaczęły  mi  płynąć  łzy,  bo  musiałam  mu

powiedzieć  o  policji.  Musiałam  go  poprosić,  żeby  mi  powiedział,  co  mam  zrobić.  T.J.  nie
mógł iść do więzienia. Co by z nim zrobili podczas pełni?

Wtuliłam się w niego mocniej i oparłam głowę o jego piersi.
- Kto go do tego namówił?
- Ktoś wyższy rangą ode mnie. Posłuchałby tylko kogoś, kogo bał się bardziej niż mnie.

Zostaje tylko Carl albo Meg.

Mijały minuty, słońce zaczęło przebijać przez rolety.
- Myślę, że to Meg - stwierdziłam.
- Myślę, że to Carl. - A potem dodał bardzo cicho: - Byłem w nim kiedyś zakochany.
Pod  wieloma  względami  samiec  alfa  w  stadzie  był  dla  nas  bogiem.  Pamiętałam

pierwszych  kilka  pełni  księżyca  z  nimi.  Drżałam  za  każdym  razem,  kiedy  Carl  się  do  mnie
zbliżał. Kuliłam się u jego stóp, wielbiąc go i adorując. Kiedy to się skończyło?

- Ja też - powiedziałam.
Usnęliśmy  na  jakiś  czas.  Byłam  tylko  na  wpół  rozbudzona,  kiedy  T.J.  przeciągnął  się  i

usiadł.  Znieruchomiał,  odetchnął  kilka  razy  głęboko,  po  czym  przysunął  do  mnie  twarz,

background image

obwąchał mi włosy, a potem szyję i koszulkę.

Odezwał się podejrzliwie:
- Pachniesz komendą policji.
Opowiedziałam  mu  wszystko,  kiedy  szykował  bekon  i  jajka  na  śniadanie.  Nie

zgłodniałam nawet wtedy, gdy poczułam zapach smażonego mięsa wypełniający kuchnię.
Usiedliśmy przy plastikowym stole z talerzami przed sobą, ale żadne z nas nie jadło.

T.J. grzebał przez chwilę w talerzu, przekłuwając żółtka jajek sadzonych i mieszając je z

bekonem. Spojrzał na mnie, a ja wbiłam wzrok w talerz.

- Tak to się właśnie kończy, kiedy najpierw idzie się na policję - skwitował.
-  Ale  właśnie  dlatego,  że  poszłam  na  policję  i  przekonałam  ich  do  siebie,  nie  jestem

teraz w więzieniu. - No i proszę, znów się kłóciłam.

- Nie mogę iść do więzienia - powiedział. - Ty też nie. Powiesz im, że to ja. Dzięki temu

unikniesz kłopotów A ja ucieknę. Pobiegnę na wzgórza, może na jakiś czas zamienię się w
wilka. Dzięki temu będę mógł się ukryć.

Nie podobało mi się to. T.J. nie uniknie w ten sposób kłopotów. Nie mieliśmy pojęcia,

jak  długo  będzie  musiał  się  ukrywać.  Chciałam  znaleźć  takie  rozwiązanie,  dzięki  któremu
wszyscy uwierzą, że T.J. byt niewinny. Ale nie był. I w tym tkwił problem.

Tak czy inaczej istniało ryzyko, że go stracę.
Głos mi się łamał, kiedy powiedziałam:
-  Słyszałeś  kiedykolwiek  o  kimś,  kto  się  zmienił  i  nie  mógł  wrócić  do  wcześniejszej

postaci?

- Słyszałem kilka takich historii. Ale nie zdarzyło się to nikomu znajomemu.
- Nie chcę, żebyś zamieniał się w wilka. Nie jesteś wilkiem.
-  To  może  być  plus,  Kitty.  Jeśli  to  ma  pomóc,  byłbym  głupi,  gdybym  z  tego  nie

skorzystał.  To  coś,  czego  nigdy  się  nie  nauczyłaś:  jak  wykorzystywać  wilka  na  swoją
korzyść.

- Będzie mi ciebie brakowało. Kto się mną zajmie, kiedy odejdziesz?
Uśmiechnął się.
- Myślałem, że mówiłaś, że sama potrafisz się o siebie zatroszczyć.
Chciałam coś odpysknąć, ale zaczęłam płakać.
- Zawsze możesz mnie odwiedzać - powiedział.
Wróciłam do domu. Radiowozy, furgonetka koro-nera, stado ludzi i ciało Zana zniknęły.

W  krzakach  przed  blokiem  powiewało  tylko  kilka  kawałków  zaplątanej  żółtej  taśmy
policyjnej.  Jakiś  facet  siedział  w  samochodzie  zaparkowanym  po  drugiej  stronie  ulicy  i
popijał kawę. Obserwował mnie. Zignorowałam go.

Wyrzuciłam  zakrwawiony  ręcznik  i  koszulkę,  które  ciągle  leżały  w  zlewie  w  kuchni.

Otworzyłam  okno  i  wpuściłam  trochę  powietrza,  bo  czułam  się  tak,  jakby  w  mieszkaniu
ciągle  tłoczyli  się  Cormac,  Hardin  i  policja,  a  w  pokoju  było  od  tego  aż  duszno.
Wyciągnęłam  wizytówkę  O’Farrella  z  kieszeni  i  położyłam  na  blacie  w  kuchni.  Umyłam
twarz,  wyczyściłam  zęby  i  spojrzałam  na  siebie  w  lustrze.  Czerwone,  zapuchnięte  oczy.
Tłuste oklapnięte włosy. Byłam blada.

Zaczęłam  sobie  powtarzać,  że  muszę  tylko  zaczekać,  aż  moje  życie  znów  wróci  do

normy. Krok po kroku wszystko się jakoś ułoży, a ja poczuję się lepiej. Ale nagle zaczęłam

background image

się zastanawiać, co to właściwie zna-czy „normalnie", i nie mogłam sobie przypomnieć.

Zamiana  w  wilka  raz  w  miesiącu,  pobudka  w  plątaninie  sześciu  nagich  ciał,

obwąchiwanie  pach  zamiast  gry  wstępnej.  Czy  to  było  normalne?  Czy  mam  pozwalać,
żeby  Carl  bił  mnie,  pieprzył  i  rozkazywał  mi  tylko  dlatego,  że  wilcza  część  mojej  natury
czuła, że tak trzeba? Czy to było normalne? Czy chciałam do tego wracać?

Normalność  bez  wilczycy  skończyła  się  tak  dawno  temu,  że  nie  pamiętałam  już,  jak  to

było.

Miałam  dwie  możliwości,  jeśli  chodziło  o  Carla.  Mogłam  odejść  albo  rzucić  mu

wyzwanie. Gdybym od niego odeszła, musiałabym też odejść z watahy. To by było trudne.
Tak trudne, że nie chciałam nawet o tym myśleć.

Czy dam sobie radę sama?
Czy zdołam stanąć z nim do walki i wygrać?
Pół  roku  temu  na  obydwa  pytania  odpowiedziałabym  przecząco.  Ale  teraz  nie  byłam

już  taka  pewna.  Musiałam  odpowiedzieć  twierdząco  na  jedno  z  nich,  jeśli  nie  chciałam
wracać do tego, kim byłam pół roku temu.

Musiałam tylko stwierdzić, na które z nich odpowiem „tak".
-  ..  .byłoby  nieźle  przejrzeć  raporty  z  sekcji  zwłok  i  dowiedzieć  się,  ilu  ludzi  zginęło  od

srebrnej kuli.

-  Dodam  to  do  swojej  listy  -  powiedziałam  do  mikrofonu.  -  Czy  policja  sprawdza  kule

pod kątem za-wartości srebra?

- Powinna - stwierdził urażonym tonem słuchacz. - To chyba oczywiste, nie?
-  Faktycznie.  Dzięki  za  telefon.  Jeśli  dopiero  teraz  włączyliście  radio,  słuchacie  Kitty.

Tworzę  listę  pytań,  które  policja  powinna  w  niektórych  przypadkach  uwzględnić.
Rozmawiamy  dziś  o  policji  i  nadnaturalnych.  Mam  przy  sobie  ogólnokrajowe  statystyki
dotyczące  przestępczości;  analizę  morderstw,  do  których  doszło  w  zeszłym  roku  w
Stanach Zjednoczonych, narzędzia zbrodni, przyczyny śmierci i tego typu sprawy. Według
policyjnych raportów w zeszłym roku od ciosu kołkiem w serce zginęło czternaście osób. Z
tego  ośmiu  osobom  obcięto  dodatkowo  głowy,  a  trzem  zawieszono  na  szyi  krzyż.
Wszystkie  morderstwa  zostały  uznane,  cytuję,  za  mord  rytualny,  koniec  cytatu.  Kto  by
pomyślał.  Moje  pytanie  brzmi:  czy  ktoś  sprawdził,  czy  ofiary  tych  morderstw  naprawdę
były  wampirami?  Czy  dało  się  to  sprawdzić?  Pewnie  nie.  Niektóre  typy  wampirów
dezintegrują  się  po  śmierci.  Mimo  to  Centrum  Zapobiegania  i  Zwalczania  Chorób
sporządziło  raport  opisujący  badania  pod  kątem  rozpoznania  likantropii  i  wampiryzmu.
Mamy telefon. Witaj, Ray, jesteś na antenie.

- Cześć, Kitty. Chciałbym poruszyć pewną kwestię, o której chyba zapominasz: jeśli tych

czternaście ofiar morderstw, jak o nich mówisz, naprawdę było wampirami, czy mamy w
ogóle do czynienia z morderstwem?

Ooo, kontrowersyjnie.
- A ty jak sądzisz?
- Ja bym to nazwał samoobroną. Wampiry to drapieżniki, które polują tylko na ludzi. W

interesie  ludzi  leży,  żeby  pozbywać  się  wampirów  w  każdy  możliwy  sposób.  -  Gadał  jak
jakiś ranczer mówiący o wilkach.

-  Jezu,  Ray.  Kilku  moich  dobrych  przyjaciół  to  wampiry.  A  co  jeśli  ten  wampir  nigdy

background image

nikogo  nie  zabił?  Powiedzmy,  że  przyjmuje  krew  tylko  od  dobrowolnych  dawców,
zachowuje  samokontrolę  i  nigdy  nie  sprawia  żadnych  problemów.  Aż  tu  nagle  pewnego
dnia zjawia się jakiś wojowniczo nastawiony łowca wampirów i przebija go kołkiem tylko
dlatego, że jest wampirem.

- Tak jest od setek lat. Chyba pierwsza nazywasz to morderstwem.
-  Chyba  nie.  Naziści,  nie  chcę  nikogo  urazić,  też  nie  nazywali  tego  morderstwem.  -

Rozłączyłam  go,  za-nim  zdążył  się  oburzyć.  -  Pozwólcie  na  jeszcze  jeden  eksperyment
myślowy.  Załóżmy,  że  żyje  sobie  wilkołak,  wampir  czy  cokolwiek  innego.  Zabił  kogoś  bez
specjalnego  powodu.  Co  należy  teraz  zrobić?  Gdyby  to  był  normalny  człowiek,  zostałby
aresztowany,  postawiony  przed  sąd  i  pewnie  wylądowałby  w  więzieniu  na  długi  czas.
Może  zostałby  skazany  na  śmierć,  gdyby  sytuacja  tego  wymagała.  A  teraz  weźmy
wilkołaka.  Czy  można  wsadzić  wilkołaka  do  więzienia  na  długi  czas?  Co  z  nim  zrobią  w
czasie  pełni?  Albo  wampira,  czy  zdajecie  sobie  sprawę,  jak  niepraktyczne  jest  karanie
wampira dożywociem? Jest ze mną Timothy. Witaj.

Facet odezwał się niskim, spokojnym głosem:
-  Oczywiście,  że  karanie  wampira  dożywociem  jest  niepraktyczne.  Myślę,  że  nie  ma

wyboru: problemem muszą się zająć łowcy wampirów. Po to są.

-  A  więc  twierdzisz,  że  policja  w  ogóle  powinna  się  trzymać  od  tego  z  daleka.  Trzeba

tylko dać łowcom wampirów wolną rękę.

- Oczywiście, że nie. Chyba że wampiry też będą miały wolną rękę, jak to określasz.
Domyślałam  się,  że  był  wampirem.  Mówił  tym  aroganckim  tonem  i  zjadał  sylaby  w

sposób  typowy  dla  tych,  którzy  uczyli  się  mówić  w  czasach,  kiedy  ceniono  wytworną
wymowę, a więc dość dawno temu.

-  A  to  w  dalszym  ciągu  wyklucza  udział  policji.  Podziemie  nadnaturalnych  samo

powinno się sobą zająć, to chcesz powiedzieć?

-  Chyba  tak.  Gdyby  wilkołak  zabił  innego  wilkołaka  w  wyniku  konfliktu  w  stadzie,

naprawdę chciała-byś, żeby mieszała się w to policja?

Auć. Podwójne auć. Ale sama się o to prosiłam. To mnie oduczy robienia programu na

tematy osobiste, którymi aktualnie się zamartwiam. Niestety nie byłam z tych, którzy się
wycofują. Natknęłam się kiedyś na pewną wypowiedź Churchilla: „Jeśli przechodzisz przez
piekło, idź dalej".

-  Pozwól,  że  odpowiem  pytaniem  na  pytanie:  co  byś  radził  policjantowi,  który  został

wmieszany w tego typu wewnętrzne porachunki? Powiedzmy, że pojawia się rozszarpane
ciało. Policjant ogląda je i w niezwykłym przebłysku bystrości umysłu i otwartości uznaje,
że  napastnikiem  nie  mogło  być  zwierzę,  więc  uznaje,  że  to  wilkołak.  Co  więcej,
przeprowadza  parę  badań  i  dowiaduje  się,  że  -  niespodzianka  -ofiara  też  była
wilkołakiem.  -  Może  Hardin  słuchała  audycji.  Może  obie  czegoś  się  nauczymy.  -  Co
powinien zrobić?

- Kupić dużo srebrnych kul? - odpowiedział Timothy bez wahania.
- To mało konstruktywna rada. - Oj, wyrwało mi się. Rozłączyłam się. - Dobra, idziemy

dalej. Jesteś likantropem lub wampirem na bakier z prawem? Co zrobiłeś? Jaka jest twoja
rada? I jak zawsze, czekam na wszystkie komentarze na tematy, o których rozmawialiśmy
w ciągu ostatniej godziny. Następny telefon, jesteś na antenie.

background image

-  Cześć,  Kitty.  Jedyna,  a  zarazem  najlepsza  rada,  kiedy  szukają  cię  gliny,  to  wiać  gdzie

pieprz rośnie. Gliny nie są w stanie cię dogonić. To urok...

-  ...jeśli  wampiry  i  wilkołaki  miałyby  podlegać  pod  zwykłą  policję,  wtedy  bezwzględnie

należałoby umożliwić wampirom i likantropom wstąpienie do policji...

Wampir  policjantem?  Mówił  poważnie?  Ale  z  drugiej  strony  zawsze  mieliby  chętnych

na nocną zmianę. Telefon nie przestawał dzwonić.

-  ...te  same  prawa  nie  mają  zastosowania.  Nigdy  nie  będą  mogły,  nigdy  nie  się  to  nie

uda.  Śmierć  i  morderstwo  nie  jest  tym  samym  dla  osób,  które  są  nieśmiertelne  i  niemal
niezniszczalne...

Bolała mnie głowa. Moi rozmówcy namieszali mi w głowie. Przekonali mnie do tego, że

T.J.  miał  rację  i  nie  powinnam  już  rozmawiać  z  policją.  Nadnaturalna  głasnost  nie  była
możliwa.  To  ja  byłam  bohaterką  koszmarów  i  powinnam  nauczyć  się  z  tym  żyć.  Albo
wpakować sobie srebrną kulkę w łeb.

Zastanawiałam się, co mówią statystyki na temat samobójstw wśród likantropów.
Hardin  kazała  mnie  obserwować.  Przez  ostatnich  kilka  dni  kursowałam  więc  tylko

między pracą a domem. Do nikogo nie dzwoniłam. Nic nie powiedziałam Hardin.

Odezwałam się:
- Nadeszła chwila prawdy. Wiecie, że czasem tak robię, że kończę z abstrakcją i mówię,

jaki to wszystko ma związek z moim własnym życiem. A teraz myślę sobie tylko tyle: po co
to  zamieszanie?  Skoro  nasze  dwa  światy,  nadnaturalny  i  ludzki,  i  tak  mają  sobie  skakać
do  gardeł;  skoro  i  tak  nie  można  osiągnąć  porozumienia  w  sprawach  typu  kto  ma  komu
rozkazywać,  to  co  ja  tu  w  ogóle  robię?  Po  co  zawracam  sobie  głowę  i  prowadzę  ten
program? Kusi mnie, żeby pobiec na wzgórza i zapomnieć, że w ogóle byłam człowiekiem.
Ale  wiecie  co?  Brakowałoby  mi  czekolady.  I  filmów.  I  kolejnego  albumu  mojej  ulubionej
kapeli. I zastanawiam się, czy nie w tym właśnie tkwi problem: likantropy i wampiry może
i  nie  są  stuprocentowymi  ludźmi,  ale  były  nimi  i  nie  potrafią  o  tym  zapomnieć.  A  może
raczej nie powinny o tym zapominać. Bo kiedy zapominają, zaczynają się problemy.

Na  monitorze  wyświetlało  się  mnóstwo  połączeń.  Spojrzałam  przez  szybę  na  Matta,

żeby  mi  coś  podpo-iedział,  nie  chciałam  wybierać  na  oślep.  Nie  chciałam  wysłuchiwać  o
cudzych problemach. Nie chciałam żadnych jedynie słusznych poglądów którejkolwiek ze
stron.  Chciałam  tylko...  sama  nie  wiem.  Puścić  muzykę,  jak  za  starych  dobrych  czasów.
Może  mogłabym  to  zrobić  podczas  następnej  audycji,  zaprosić  jakiś  zespół  i  przez  dwie
godziny rozmawiać o muzyce. Tak, to dobry pomysł.

Matt  siedział  rozparty  w  krześle  i  uśmiechał  się  do  mnie.  Był  ze  mną  od  początku

istnienia  programu.  Ten  uśmiech  mówił  mi,  że  cieszy  się,  że  tu  jest.  Dlatego  ja  też  się
uśmiechnęłam.

Był moim przyjacielem, chociaż był człowiekiem. To o czymś świadczyło.
Wyprostowałam  się  i  odetchnęłam,  spróbowałam  nadać  mojemu  głosowi  lżejszy  ton,

żeby dzisiejsza audycja przestała być taka przygnębiająca.

- No dobrze, wygląda na to, że dzwoni do nas stały słuchacz. Zawsze mnie cieszy, kiedy

ludzie czują niedosyt. Witaj, James.

-  Kitty,  chciałem  ci  tylko  powiedzieć,  że  twoja  audycja  bardzo  wiele  dla  mnie  znaczy.

Jesteś  głosem  rozsądku,  wiesz?  To,  o  czym  mówisz,  jest  naprawdę  przemyślane.  To

background image

pomaga,  naprawdę  pomaga.  Mam  nadzieję,  że  nigdy  nie  przestaniesz  tego  robić.  -  Miał
jeszcze  bardziej  spięty  głos  niż  ostatnim  razem.  Jeśli  program  mu  pomagał,  bałam  się
pomyśleć, jak bardzo spięty był wcześniej.

- Dzięki. Bardzo się cieszę. Jak się masz?
- Myślałem nad tym. Chyba czuję się dobrze. Chyba robię to, co mi było przeznaczone.

No bo po co to wszystko miałoby mi się przydarzyć, jeśli nie po to, żeby stać się właśnie
takim i móc to robić?

Zrobiło mi się ciężko na żołądku.
- Co robić, James?
- Muszę ci coś wyznać, Kitty. Kiedy jeszcze byłem człowiekiem, nie lubiłem nim być. Tak

więc  życie  wilkołaka  aż  tak  bardzo  się  od  tego  nie  różni,  tyle  że  teraz  jestem  silniejszy.
Jestem... wiem, co robić. A kiedy nie wiem, co robić, wilk mi podpowiada.

James był stuknięty. Pewnie miał już problemy, zanim został likantropem. Co się dzieje,

kiedy chory psychicznie, nienawidzący samego siebie mizantrop zamienia się w wilkołaka?

Krew zapulsowała mi w uszach, kiedy zerknęłam jeszcze raz na monitor. Zapisywaliśmy

imiona  naszych  rozmówców  i  miasta,  z  których  pochodzili.  Nie  pamiętałam,  skąd  był
James. Zmrużyłam oczy, żeby odczytać dane z monitora.

O Boże. Denver. Przez cały czas miałam go pod nosem.
Zakryłam mikrofon i syknęłam do Matta:
- Sprawdź, skąd dzwoni. Znajdź jego numer. Szybko!
Nachyliłam się do mikrofonu i postarałam się mówić spokojnym głosem.
- A co ci każe robić twój wilk, James?
- Sama wiesz, Kitty. Sama wiesz. A co każe ci robić twoja wilczyca? Rozumiesz mnie.
Użyj pazurów. Kłów. Zdobądź krew. Biegnij. Tak, rozumiałam. Ale ja doskonale umiałam

zwyciężyć w tej bitwie.

- Czy nie przychodzi ci czasem na myśl, że twój wilk może się mylić?
- Ale wilk jest dużo silniejszy niż ja - powiedział z podziwem.
-  Siła  nie  oznacza,  że  ma  rację.  Na  tym  właśnie  polega  cywilizacja.  Powiedziałeś,  że

jestem głosem rozsądku, James. A gdzie tu miejsce na rozsądek?

- Powiedziałem ci już. Jeśli to, co się stało, miało jakiś sens, to właśnie taki. Żebym był

silny.

Sprawdziłam,  która  godzina.  Zostało  mi  jeszcze  piętnaście  minut.  Nigdy  nie

zostawiałam  audycji  bez  zakończenia.  Nigdy  nie  miałam  ku  temu  lepszego  powodu.  Ale
tego  nie  zrobiłam.  Dokończyłam  ją.  Spróbowałam  mówić  normalnie,  bo  nie  chciałam,
żeby James domyślił się, że coś było nie tak.

- Dobrze, czas na reklamę. Zaraz wracamy do Nocnej godziny.
Wyłączyłam mikrofon i zawołałam do kabiny:
- Masz ten numer?
- Tak - powiedział Matt i wszedł do środka z kartką w ręce. - I adres. Kitty, jesteś blada

jak śmierć. Co się dzieje?

Miałam sucho w ustach, a serce waliło mi tak mocno, że cała się trzęsłam.
-  Jeszcze  nie  wiem.  Musimy  tylko  skończyć.  Zanim  wrócimy  na  antenę,  muszę

zadzwonić.

background image

Zadzwonić  na  policję!  Tak  należało  zrobić.  A  jednak  właśnie  nie,  bo  całe  to  gówno,

nadnaturalność,  pazury,  kły,  które  odróżniały  nas  od  ludzi,  sprawiały,  że  to,  co  należało
zrobić, też było inne. Może któregoś dnia to się zmieni.

James  jako  wilk  nie  był  wilkiem.  Nie  był  nawet  chorym  psychicznie  człowiekiem  pod

postacią wilka. Był trochę tym, a trochę tym, i podczas gdy ja lubiłam sobie wyobrażać, że
łączę  najlepsze  cechy  obydwu  światów,  James  najwyraźniej  łączył  najgorsze.  Wilk  by
uciekł, gdyby Hardin stanęła przed nim z pistoletem. A James by zaatakował. Nie mogłam
do niej zadzwonić. Zabiłby ją. Albo zaraził. Nie chciałam jej na to narażać.

Zamiast na policję znów zadzwoniłam do Cormaca. Prawo ciemności.
- No.
- Tu Kitty. Masz ochotę zapolować? Zawahał się chwilę.
- Nie wiem. A co masz?
- Chyba tego samotnika, który rozszarpuje ciała.
- Dzwoniłaś z tym do Hardin?
-  Nie.  Ten  facet...  zadzwonił  do  audycji.  Jest  stąd.  Gadał  jak  pokręcony.  Hardin  nie

wiedziałaby,  co  z  nim  zrobić.  Próbowałaby  go  zaaresztować,  a  on  rozszarpałby  ją  na
kawałki.

- A więc nie masz nic przeciwko, żeby to mnie rozszarpał na kawałki?
- Wiem, że ty sobie poradzisz.
- Chyba powinienem podziękować.
- Chcę jechać z tobą.
- Jesteś pewna?
- Wiem, jak pachnie, bo byłam na miejscach zbrodni. Tylko w ten sposób będę w stanie

stwierdzić, czy to on.

- Dobra. Jesteś w pracy?
- Tak.
- Przyjadę po ciebie. - Połączenie zostało przerwane.
Matt stał w drzwiach między kabiną a studiem.
- Kitty. Mówisz poważnie?
- Tak. Słyszałeś tego faceta. Nie mówił tak, jakby zamierzał coś zrobić. Już to zrobił. Ile

czasu nam jeszcze zostało do końca audycji?

- Nie wiem. - Musiał zerknąć na swoją konsolę. -Dziesięć minut?
Odebrałam jeszcze kilka telefonów i z całych sił starałam się brzmieć normalnie.
-  Mówiła  Kitty  Norville,  głos  nocy  -  zakończyłam  z  westchnieniem  i  wsłuchałam  się  w

nagranie z moim własnym wyciem.

- Uważaj na siebie! - zawołał Matt, kiedy zaczęłam się zbierać z kabiny. Skrzywiłam się i

obdarzyłam go najbardziej uspokajającym uśmiechem, na jaki umiałam się zdobyć. Matt
nie  wyglądał  na  uspokojonego.  Złapał  się  framugi,  aż  pobielały  mu  kłykcie.  Nic  nie
mogłam na to poradzić.

Cormac  przyjechał  pod  budynek  w  tym  samym  momencie,  w  którym  wyszłam  z

radiostacji.  Jeździł  terenówką.  Nie  jakimś  SUV-em,  ale  prawdziwą  terenówką  z  kołami
oblepionymi błotem. Wsiadłam po stronie pasażera i podałam mu adres. Dzięki Ci, Panie
Boże, za internetową książkę telefoniczną.

background image

Po przejechaniu pięciu przecznic Cormac się odezwał:
- Zdajesz sobie sprawę, że musimy go zabić. Skoro nie wzywamy policji i działamy poza

prawem, to jedyne, co możemy zrobić. Nie aresztować, nie przemawiać do rozsądku, ale
zabić.

-  Słuchałeś  programu.  -  Przypuszczalnie  miałam  dwa  razy  więcej  słuchaczy,  niż

pokazywały wskaźniki, bo najwyraźniej nie wszyscy chcieli się przyznać, że mnie słuchają.

- Zabiłaś kiedyś?
- Nie.
- Nie wchodź mi zatem w drogę, żebym mógł dobrze wycelować.
Oparłam się o drzwi i przytrzymałam sobie ręką głowę. Lincz, to właściwe określenie na

to,  co  chcieliśmy  zrobić.  Ale  niuanse  prawne  przestały  się  liczyć.  Zamordowano  cztery
kobiety. Zrobił to wilkołak. Ktoś musiał go powstrzymać.

Zapiszczał  telefon  komórkowy  Cormaca.  Był  wciśnięty  do  popielniczki  obok  skrzyni

biegów.  Cormac  wziął  zwisające  przy  telefonie  słuchawki  i  wetknął  sobie  jedną  do  ucha.
Trwało to jakieś sześć sygnałów. A więc dlatego zawsze tak długo odbierał.

-  No.  -  Odczekał  chwilę,  po  czym  powiedział:  -Chwileczkę.  -  Zakrył  mikrofon  ręką.  -  To

Hardin.  Pyta,  czy  wiem,  jak  się  z  tobą  skontaktować.  Chce  z  tobą  porozmawiać  o
dzisiejszej audycji. Chyba słuchała.

- Mam jej powiedzieć?
- Jak to się mówi? Łatwiej prosić o przebaczenie niż pytać o pozwolenie.
Miał rację. Tylko by przeszkadzała.
- Zadzwonię do niej, jak będzie po wszystkim. Cormac odsłonił mikrofon.
- Pani oficer? Będę musiał później do pani oddzwonić... Co robię? Jadę samochodem...

Tak,  będziemy  w  kontakcie.  -  Wyciągnął  słuchawkę  z  ucha.  -  To  optymistka  -  powiedział.
-1 to jej problem.

Adres  wskazywał  na  północny  wschód,  na  dzielnicę  z  rozpadającymi  się  domami  na

obrzeżach  terenów  przemysłowych  pełnych  magazynów,  rafinerii  i  bocznic  kolejowych.
Kiedyś,  może  jakieś  pięćdziesiąt  lat  temu,  to  mogło  być  przyjemne  miejsce.  Na
podwórkach  rosły  wielkie  stare  drzewa.  Ale  były  obumarłe,  miały  połamane  gałęzie,  a
ogródki  były  zarośnięte  chwastami.  Żadna  latarnia  uliczna  się  nie  świeciła,  ale  docierała
tu poświata z reflektorów sodowych przy magazynach, chorobliwie pomarańczowa.

Kiedy wjechaliśmy na właściwą ulicę, Cormac wyłączył światła i wóz powoli potoczył się

dalej.

- To tam. - Pokazał na niski dom, oddalony trochę od ulicy. Budynek miał z pięćdziesiąt

lat,  trzy  lub  cztery  pokoje.  Kiedyś  był  biały,  ale  farba  się  łuszczyła;  drewniane  panele
odpadały i były popękane. Brakowało połowy dachówek.

Spuściłam szybę. Powietrze pachniało smołą, benzyną, betonem. Nawet tu było trochę

dziko: szczury, szopy, zdziczałe koty. Wymarłe, nieprzyjemne miejsce. Wataha nigdy się tu
nie zapuszczała. Po co, skoro tak blisko mieliśmy wzgórza i lasy, prawdziwą przyrodę? To
jedna  z  rzeczy,  które  lubiłam  w  Denver:  miało  wszystkie  zalety  dużego  miasta,  ale  w
odległości  krótkiej  jazdy  samochodem  były  tu  też  lasy  i  góry.  Po  co  wilk  -  czy  nawet
wilkołak - miałby żyć na takim pustkowiu? No chyba że nie miał dokąd iść.

Ale  w  takim  razie,  skąd  się  tu  w  ogóle  wziął?  Nikt  nie  był  wilkołakiem  z  urodzenia,

background image

trzeba się było w niego zamienić. Ktoś musiał go zamienić, a potem zostawić samego, on
zaś przyszedł tutaj.

A może ktoś go tu umieścił, żeby trzymać go na uboczu, tam, gdzie nikt go nie znajdzie,

bo wataha nigdy tu nie przychodziła. To by znaczyło... czy Carl o nim wiedział? A jeśli nie
Carl, to kto?

- Wszystko w porządku? - spytał Cormac. - Wyglądasz, jakbyś zjadła cytrynę.
-  Nie  podoba  mi  się  zapach  tego  miejsca.  Uśmiechnął  się,  ale  miał  niespokojny,

nieprzyjazny wyraz twarzy.

- Mnie też nie.
Wysiedliśmy z samochodu. Cormac sięgnął do tyłu i wyjął kaburę z pistoletem. Przypiął

ją  sobie  do  pasa,  a  potem  wyciągnął  strzelbę.  Przewiesił  przez  ramię  jeszcze  jeden  pas,
tym  razem  z  przytroczoną  ciężką  sakiewką.  Nie  chciałam  wiedzieć,  co  w  niej  jest.
Zamknęliśmy cicho drzwi i podeszliśmy do domu.

- Pójdę pierwsza. Obwącham, upewnię się, że to ten sam facet. Może się spłoszyć, jeśli

ciebie zobaczy najpierw - szepnęłam.

- W porządku - zgodził się, ale zabrzmiało to sceptycznie. - Daj mi tylko sygnał, a zacznę

strzelać.

Czemu nie poprawiło mi to samopoczucia?
Ruszyłam  trochę  szybciej,  wysuwając  się  naprzód.  Przez  żaluzje  we  frontowym  oknie

przeświecały poziome smugi światła. W środku słychać było jakiś głos, niski i trzeszczący -
radio  nastawione  na  Pokrętło.  Audycja  skończyła  się  dopiero  niecałe  pół  godziny  temu.
Doszłam  do  ścieżki  i  podeszłam  do  drzwi.  Cormac  był  kilka  kroków  za  mną.  Chciałam
zajrzeć przez okno, ale żaluzje były zaciągnięte.

Złapałam  za  klamkę  i  przekręciłam  ją.  Drzwi  nie  były  zamknięte  na  zamek.  Cofnęłam

rękę. Nie chciałam nikogo zaskakiwać. Zapukałam.

Cormac  zszedł  ze  ścieżki  i  stanął  pod  ścianą  tak,  żeby  nie  było  go  widać  od  drzwi.

Zupełnie przypadkowo stanął też z wiatrem. A może nieprzypadkowo.

Czekałam  całą  wieczność.  A  przynajmniej  bardzo  długo.  Nie  chciałam  wchodzić  do

domu, ale nikt mi nie otworzył. Może wyszedł. Może poszedł kogoś zabić. Jeśli wejdę do
środka, przynajmniej poczuję jego zapach. Będę wiedziała, czy to ten sam facet, którego
wyczułam na miejscu zbrodni.

Otworzyłam drzwi i weszłam.
Podłoga w pokoju od frontu była odrapana i podziurawiona, jakby przesuwano po niej

sześć  pokoleń  mebli  i  jakby  wychowało  się  tu  kilka  gromadek  dzieci.  Ale  działo  się  to
dawno  temu,  w  życiu  kogoś  innego.  Na  podłodze  w  kącie  stał  telewizor.  Na  nim
postawiono  radio.  To  chyba  Rodney,  nocny  didżej,  puszczał  ostatni  kawałek.  Na  środku
stała  kanapa,  która  dobrze  by  wyglądała  na  ganku  jakiegoś  bractwa  studenckiego.  Poza
tym  nie  za  wiele.  W  drugim  kącie  stało  pudło,  z  którego  wysypywały  się  śmieci.  Na
ścianach  nie  było  żadnych  ozdób,  tylko  brązowe  i  żółte  plamy.  Zastanawiałam  się,  gdzie
ten facet pracuje. O ile w ogóle pracuje. Brakowało tu oznak życia. Wszystko było smutne,
podupadłe, tymczasowe.

Wciągnęłam  mocno  powietrze  przez  nos.  Nie  tyle  rozpoznałam  zapach,  ile  raczej

wyświetliło  mi  się  miejsce  zbrodni.  Krew.  Ciało  ofiary  porzucone  w  alejce.  Mówi  się,  że

background image

zapach  jest  powiązany  z  pamięcią.  Co  to  oznacza  w  przypadku  wilkołaka,  który  ma
wyostrzony  zmysł  powonienia?  Ożyło  wspomnienie,  wszystkie  obrazy,  dźwięki  i  inne
zapachy,  które  powiązałam  z  wonią  tego  wilkołaka,  z  wonią  mordercy.  Znów  zebrało  mi
się na mdłości.

Korytarz  na  wprost  prowadził  do  innych  pomieszczeń,  pewnie  do  kuchni,  sypialni,

łazienki.  W  rurach  rozległ  się  nagły  szum  wody.  Ktoś  spuszczał  wodę.  Otworzyły  się  i
zamknęły jakieś drzwi. W korytarzu pojawił się mężczyzna i szedł w moją stronę.

Miał  na  sobie  prosty  biały  podkoszulek  i  sprane  dżinsy.  Był  wysoki,  o  budowie

robotnika:  mocne  ręce,  szeroka  pierś.  Był  ostrzyżony  na  jeża,  trochę  już  przydługiego,
miał dwudniowy zarost. Był boso. Pachniał tak samo jak pokój, wyraźnie i nieprzyjemnie.

Na  mój  widok  się  zatrzymał.  Rozszerzyły  mu  się  płatki  nosa  i  zaczął  węszyć  jak  wilk.

Zacisnął  pięści.  Spojrzał  na  mnie  z  wściekłością  i  ruszył  w  moją  stronę  krokiem
drapieżnika.

Stałam  prosto  i  pilnowałam  się,  żeby  ani  drgnąć,  nie  okazać  słabości,  którą  jego  wilk

mógłby uznać za zachętę do ataku.

- To ty jesteś James?
Znów  się  zatrzymał,  jakby  natrafił  na  mur.  Zmarszczył  brwi,  a  na  jego  twarzy  pojawiła

się konsternacja.

- Co powiedziałaś?
To był on. Ten niski, pełen napięcia głos, bliski załamania.
- James. To ty jesteś James?
Zmrużył  mocniej  powieki,  jakby  chciał  mnie  wyraźniej  zobaczyć.  Nagle  zrobił  wielkie

oczy.

-  Ty  jesteś  Kitty.  -  Podszedł  bliżej  i  już  myślałam,  że  rzuci  się  na  mnie,  żeby  mnie

uściskać,  ale  zatrzymał  się  w  odległości  kroku,  a  ja  ani  drgnęłam.  Zamachał  rękami  jak
opętany. - Jestem twoim wielkim fanem!

-  Dziękuję  -  odparłam  słabo.  Powinnam  wrzasnąć.  Wrzasnąć  i  uchylić  się,  a  wtedy  do

środka wpadłby Cormac, wymachując bronią. Ale James mnie oszołomił.

James nie zadał żadnego z pytań, jakie sama zadałabym celebrytce zjawiającej się nagle

u mnie w domu, na przykład: jak mnie znalazłaś i co tu robisz. Zachowywał się tak, jakby
nie było w tym nic dziwnego, jakby takie rzeczy codziennie mu się zdarzały w życiu, które
sobie  stworzył.  W  życiu,  w  którym  nieustannie  wydzwaniał  do  audycji  radiowej
nadawanej późnym wieczorem.

Przygarbił  się  i  skinął,  jakby  składał  mi  ukłon.  Musiał  się  nachylić,  żeby  być  ode  mnie

niższy.  O  to  właśnie  chodziło:  podporządkowywał  się  jak  wilk  wilkowi.  Nie  patrzył  mi  w
oczy. Instynkt brał w nim górę.

Przyglądałam się mu. Nie w sposób dominujący, nie żeby pokazać, kto jest górą. Raczej

ze zdumieniem, z niepokojem. Co miałam z nim zrobić? Nie chciałam, żeby mnie dotykał,
ale  on  był  coraz  bliżej,  jakby  chciał  mnie  trącić  łapą  i  otrzeć  się  o  mnie  tak,  jak  czyni  to
niższy w hierarchii wilk wobec wilka, którego uznaje za alfę. Cofnęłam się.

Skulił się, przycisnął ręce do ciała, w oczach miał smutek i ból.
- Nie rozumiesz - powiedział. - To... to coś wspaniałego. To coś, czego zawsze chciałem.

Możesz  mi  po-móc.  Jesteś  jedyną  taką  osobą,  to  znaczy  jedną  z  nas,  taką  jak  my,  którą

background image

poznałem poza... - urwał i przełknął ślinę. Zaczął szybciej oddychać.

- Poza kim, James? - Głos mi się załamał.
- Poza tą, która mnie stworzyła. Pomagała mi. Powiedziała, że mogę mieć watahę, jeśli

zabiję tamtego wilkołaka i zajmę jego miejsce. Powiedziała, że mi pokaże. Mo... mogę to
zrobić.  Wiem,  że  mogę.  Ćwiczyłem.  Ale  nie  powiedziała  mi,  dokąd  mam  iść.  Nie...  nie
przychodzi  do  mnie  już  od  jakiegoś  czasu.  Ale  ty  mi  pomożesz,  prawda?  Pomagasz  tylu
różnym osobom.

Zrobiło  mi  się  niedobrze.  James  potrzebował  pomocy,  ale  ja  nie  mogłam  mu  jej

zapewnić.  A  kto  mógł?  Który  szpital  by  go  przyjął?  Czy  dało  się  cokolwiek  zrobić?
Oczywiście przemawiała przeze mnie ludzka natura. Przypomniały mi się słowa Cormaca:
„Zdajesz sobie sprawę, że musimy go zabić". Jako wilkołak przekroczył pewne granice. Jak
Zan. Ale co, jeśli nikt nie nauczył go żadnych zasad?

James spojrzał ponad moim ramieniem. W drzwiach stał Cormac.
- Noralle, to on? Kiwnęłam tylko głową. Cormac podniósł rękę i strzelił.
Uskoczyłam.  James  rzucił  się  do  ucieczki.  Myślałam,  że  zawróci  i  będzie  chciał  uciekać

tylnymi  drzwiami.  Ja  bym  tak  zrobiła.  Ale  on  rzucił  się  pod  obstrzałem  naprzód,  minął
Cormaca, odepchnął go na bok i wypadł przez drzwi.

Cormac wpadł na framugę, ale w jednej chwili się pozbierał, wybiegł na dwór i strzelił

jeszcze  dwa  razy.  Ręka  mu  nawet  nie  zadrżała,  wzrok  miał  utkwiony  w  celu  i  podążał  za
nim spokojnie, jakby strzelał ze statywu.

- Cholera! - Wycelował, ale James zniknął już za rogiem domu.
Pobiegłam  za  nim,  chociaż  wiedziałam,  że  może  czekać  za  domem  i  zasadzać  się  na

osobę, która zacznie go gonić. Nie chciałam go stracić z oczu. Cormac biegł tuż za mną.

Na ziemi między dwoma domami leżały ubrania: dżinsy, slipy i podarta na strzępy biała

koszulka.  Unosił  się  gęsty  zapach  dzikości:  piżma,  futra  i  potu  likan-tropa,  który  przed
chwilą zmienił postać.

Rozpięłam dżinsy i zrzuciłam je z siebie na ziemię.
- Co ty robisz? - spytał Cormac, stając w miejscu. Zatrzymałam się. Nie wiedziałam, czy

dam radę.

Nie miałam wyboru.
- Kiedy się zmienię, poruszam się szybciej. Tylko w ten sposób go dogonię. - T.J. mówił,

że to może być zaleta. Zobaczymy.

Cormac  otworzył  usta,  chciał  dyskutować.  Ale  nic  nie  powiedział.  Przygarbił  się  i

odwrócił  głowę.  Zdjęłam  koszulkę  i  stanik.  Powietrze  było  zimne,  na  moich  ramionach
pojawiła  się  gęsia  skórka.  Ale  mnie  było  ciepło.  Miałam  napięte  mięśnie,  już
przygotowane  do  biegu,  bo  wiedziałam,  co  się  szykuje:  wilczyca  wiedziała.  Zamierzałam
polować  i  potrzebowałam  jej.  Byłam  gotowa.  Skuliła  się  w  środku,  a  ja  zaczęłam  się
niecierpliwić.

Cormac chciał się oddalić.
- Czekaj - powiedziałam. - Chcę, żebyś patrzył.
- Po co? - spytał ostro.
- Chcę, żebyś wiedział, jak wyglądam, żebyś przez przypadek mnie nie zastrzelił.
- Jeśli cię zastrzelę, to na pewno nie przez przypadek.

background image

Podeszłam  do  niego,  naga,  nieskrępowana.  Byłam  już  jedną  nogą  w  swoim  drugim

życiu, ludzkie obyczaje przestały mieć dla mnie znaczenie. Nie umiałam postąpić inaczej,
kierowała mną wilczyca.

Cofnęłam się o krok, patrząc mu w oczy.
-  Masz  więc  okazję.  Jeśli  to  właśnie  planujesz,  zrób  to  teraz,  żebym  nie  musiała  ciągle

się za siebie oglądać.

Nie  wiedziałam,  jak  długo  zamierzałam  czekać,  aż  uniesie  broń  i  strzeli  mi  w  głowę.

Stałam  z  rozłożonymi  rękami,  zdana  na  jego  łaskę.  Wściekłość  w  moim  wzroku
kontrastowała  z  całkowitą  bezbronnością.  Ale  musiałam  wreszcie  się  dowiedzieć,  czego
chciał.

- Uważaj na siebie - odezwał się Cormac w końcu.
- Dobrze. Ty też. - Odwróciłam się i podeszłam na koniec uliczki.
- Nie walcz z nim, Kitty. Jest od ciebie większy. Znajdź go, a ja zajmę się resztą.
Kiwnęłam głową.
Wstrzymując  ją  w  ten  sposób,  czułam  się  trochę  tak,  jakbym  wstrzymywała  oddech.

Kiedy  tylko  pomyślałam  o  wilczycy,  zaczęłam  się  zmieniać,  wraz  z  krwią  popłynęły
przeróżne  odczucia,  zaczęły  się  budzić  impulsy  i  instynkty,  które  zazwyczaj  były  we  mnie
uśpione.  Poza  pełnią  księżyca  umiałam  ją  powściągnąć.  Ale  jeśli  chciałam  się  zmienić,
wystarczyło zrobić wydech, wypuścić powietrze, a następny oddech należał już do niej.

Plecy  mi  się  wygięły,  wstrząsnęły  mną  pierwsze  konwulsje.  Myśleć  o  wodzie,  pozwolić

jej  spływać  -  na  moich  plecach  i  rękach  zafalowało  futro,  przebiło  się  przez  skórę  jak
igiełki. Mruknęłam, odpychając ból. Potem pazury, potem zęby i kości, i mięśnie...

Otrzepuje się, mierzwiąc futro i moszcząc się w swoim ciele.
Strzyże uszami i podnosi głowę, żeby popatrzyć na niedaleką postać mężczyzny. Stoi na

dwóch  nogach  i  pachnie  niebezpieczeństwem,  fizycznym  bólem.  Jej  drugie  ja  rozpoznaje
broń, która może ją zabić.

Jej drugie ja rozpoznaje też mężczyznę i powstrzymuje ją od jeżenia sierści i warczenia.
- Norville?
Napięcie,  niepokój,  strach.  Może  się  na  niego  rzucić,  zabić  go,  jeśli  będzie  trzeba.  Jest

słaby. Ale jego broń jest silniejsza. Pachnie ogniem.

- Jesteś tam? Wiesz, kim jestem?
W  jego  głosie  słychać  niepewność,  potrzebę  potwierdzenia.  Odczuwa  niepokój  nie  ze

względu na nią, ale ze względu na inne zagrożenie. Tego drugiego, samotnika, wyrzutka.
Wilczyca przypomina sobie.

Rozpoznaje w nim przyjaciela i macha ogonem.
- Jezu, nie wierzę, że to robię.
Mówi za jej plecami, bo ona już biegnie.
Szuka  tego,  który  naruszył  terytorium,  wprowadził  zamęt,  złamał  zasady.  Odbiegł  już

daleko,  ale  noc  jest  spokojna,  ziemia  czysta,  więc  może  go  wytropić,  ścigać  jak  królika.  Z
nosem  przy  ziemi,  pędząc,  pracując  mięśniami,  niemal  lecąc,  znajdzie  go.  Ma  lekko
rozwarty pysk; smakuje językiem powietrze.

Bliżej, jest coraz bliżej. On pojawia się z przodu. Czuje dreszcz podniecenia, bo próbuje

ją  zmylić,  zgubić,  ale  ona  nie  daje  się  zwieść.  Rozciąga  się  w  biegu,  pędzi  i  skręca

background image

gwałtownie.

On już na nią czeka.
Rzuca  się  na  nią,  uderzając  z  boku.  Ona  nie  ma  czasu,  żeby  się  zatrzymać  ani  go

wyminąć.  On  kładzie  na  niej  łapy,  zaciska  zęby  wokół  jej  gardła  i  przewraca  się  razem  z
nią, ich nogi się splątują. Z głębi brzucha i gardła wydobywa się warkot.

Siła  rozpędu  odrzuca  ją  od  niego,  wyrywa  z  jego  uścisku  i  z  jego  zębów,  ale  ona  jest

oszołomiona.  Potrząsa  głową.  On  nie  czeka,  podrywa  się  i  znów  na  nią  skacze.  Ona  się
zapiera, odsłania zęby. Kiedy on jest już prawie przy niej, ona staje dęba, zakleszcza się z
nim przednimi łapami, kłapie zębami, żeby znaleźć dla nich cel.

Jednak  on  jest  od  niej  zdecydowanie  większy.  Odpycha  ją  bez  wysiłku;  ona  spada  na

plecy, on ląduje na niej, jej gardło i brzuch są odsłonięte. Ona szarpie się i kopie, broniąc
się  rozpaczliwie.  On  gryzie  ją  mocno,  chwytając  za  przednią  łapę,  ona  skowyczy.  Odgłos
bólu doprowadza ją do szału.

Wygina  ciało,  zaciska  zęby  na  jego  szczęce  i  mocno  gryzie.  Smak  krwi.  On  odsuwa  się

skulony, a ona przewraca się na brzuch i rzuca do ucieczki.

Instynkt  i  strach  każą  jej  uciekać.  Biegnie,  ale  on  jest  szybszy.  Skacze,  łapie  ją  za  tylne

nogi,  przewraca.  Wpija  pazury  w  jej  futro,  szuka  jej  ciała,  próbuje  się  w  nią  wbić,
przygwoździć  ją  do  ziemi.  Powraca  wspomnienie  nienawiści  i  myśl,  że  to  nie  tak.  On  nie
ma  prawda  tego  robić.  To  wyrzutek.  Ale  jest  silniejszy.  Jeśli  mu  się  podporządkuje,  jeśli
zacznie skomleć i odsłoni brzuch, posłucha jej? Przestanie?

Raczej nie. Zabije ją.
Nie może mu na to pozwolić. Myśli też: może i jest silniejszy, ale ja jestem lepsza.
Ten drugi głos, jej dzienne ja, człowiek, mówi: jego oczy. Drap po pysku.
On wspina się na nią, szarpie za jej futro i skórę na ramieniu, szukając miękkich miejsc,

w które mógłby wbić zęby. Przygniata ją całym ciężarem ciała, unieruchamia, chociaż ona
się  szamoce.  Ona  czeka,  aż  się  zbliży,  aż  jego  twarz  znajdzie  się  przy  jej  szyi.  Potem
atakuje.

Rzuca  się  na  niego,  rozwierając  szczęki.  Jego  pysk  jest  nisko,  zanurzony  w  jej  futrze.

Zaciska  zęby,  jak  najsilniej  się  da.  On  odsuwa  się  z  zaskoczeniem.  Uwolniona  od  jego
ciężaru,  wykręca  swoje  muskularne  ciało.  Rzuca  się  na  niego  z  zębami,  szukając
odpowiedniego  miejsca,  gryząc,  wkładając  w  to  jeszcze  więcej  sity,  aż  napotyka  na
miękkie ciało i czuje, że jego skóra ustępuje, rozrywa się.

On  piszczy,  cofa  się.  Ona  nie  puszcza;  on  ciągnie  ją  za  sobą,  uczepioną  jego  pyska,  z

kłami wbitymi w jego oczodoły. Jej warczenie przypomina ryk.

On schyla się, zniża głowę do samej ziemi i okłada ją przednimi łapami, jakby próbował

zeskrobać  ze  swojego  pyska  błoto.  Uderza  pazurami,  ale  ból  ledwie  do  niej  dociera.  On
poniżył się przed nią, zdemaskował się. Okazał strach.

Ona  otwiera  pysk  i  rzuca  się  mu  do  gardła  tak  szybko,  że  on  nie  ma  nawet  czasu

drgnąć.

Zaciska zęby, przebija skórę. Krew tryska jej do paszczy, spływa ciepłem po pysku. Kiedy

czuje, że trzyma go mocno, trzęsie nim, szarpie, rozrywa, wkładając w to całą swoją siłę.
Jest  dla  niej  za  duży,  nie  może  nim  miotać.  Ale  ma  kawałek  jego  ciała,  należy  do  niej,
gorąca krew szybko z niego wycieka. Jej smak sprawia, że kręci jej się w głowie, wpada w

background image

ekstazę.

On przestaje się szamotać, czasem tylko kopnie, potem nic.
Jego  szyja  i  pierś  oraz  jej  własny  pysk,  szyja  i  pierś  są  pokryte  krwią.  Ona  się  oblizuje,

potem liże jego i zanurza nos w ranie, którą mu zadała. Wgryza się w nią z warczeniem.
Gryzie, szarpie, miażdży, połyka.

Ciało, które pod nią leży i na którym żeruje, przekształca się. Futro zamienia się w gołą

skórę, mięśnie miękną, kości zmieniają kształt, i nagle wgryza się już w szyję człowieka.

- Norville!
Trzask  przypominający  uderzenie  pioruna,  zapach  ognia.  Cofa  się,  odskakuje  o  krok,

ocenia niebezpieczeństwo. Drżą jej nozdrza.

Mężczyzna,  niebezpieczeństwo,  przyjaciel  -  stoi  i  celuje  do  niej  z  pistoletu,  jego  ręka

pachnie spalenizną. Bronią.

-  Kitty!  -  wrzeszczy  i  idzie  w  jej  kierunku,  rzucając  jej  wściekłe  wyzwanie.  Ona  odbiega

kilka kroków i nawraca, nie spuszczając go z oczu. Czy on nie żartuje?

Coraz  bliżej  rozlegają  się  dudniące  kroki.  Nadchodzi  więcej  ludzi,  od  których  czuć

bronią, strachem, niebezpieczeństwem. Wszyscy do niej mierzą.

Mężczyzna krzyczy :
- Hardin, wstrzymajcie ogień! To Kitty! Jest ich zbyt wielu.
Ucieka.
Ucieka  daleko,  tam  gdzie  świat  jest  cichy,  a  zapachy  spokojne.  Szuka  drzew,

schronienia,  bezpiecznych  zapachów,  ale  nie  znajduje  ich.  Jest  daleko  od  domu,  to
miejsce jest obce.

Skrawek  suchej  ziemi  w  rogu  pomiędzy  dwoma  ścianami  jest  niewygodny,  ale  do

przyjęcia.  Jest  ranna  -  czuje  ból  w  pysku,  w  nodze,  w  ramionach,  ostry  ból  w  plecach.
Musi  odpocząć.  Tęskni  za  resztą.  Powinni  tu  być.  Powinna  być  przy  niej  wataha,  żeby
czuła się bezpiecznie.

Zwija się w kłębek i wciska jak najgłębiej w legowisko.
 

background image

Rozdział 11

 

Obudziły mnie syreny.
Spróbowałam się przeciągnąć i poruszyć, ale sparaliżował mnie ból. Jęknęłam. Czułam

się jak na totalnym kacu. Na dworze było ciągle ciemno, był środek nocy, co oznaczało, że
nie spałam zbyt długo. Potrzebowałam więcej czasu na sen i regenerację po przemianie z
wilczycy - dopiero wtedy mogłam poczuć się lepiej.

Zgięłam  łokieć  na  tyle,  żeby  podłożyć  go  sobie  pod  głowę.  Leżałam  zwinięta  w  kącie

między  murowaną  ścianą  a  drewnianym  płotem.  Nie  miałam  pojęcia,  gdzie  jestem.  Ale
słyszałam syreny. Policję, karetki.

Pamiętałam wystarczająco dużo z tego, co się wydarzyło w ciągu ostatniej godziny, żeby

tak zupełnie nie stracić orientacji. Oblizałam zęby i poczułam krew. Na ustach też miałam
jeszcze warstwę krwi. Zwinę-łam się ciaśniej i zacisnęłam mocno oczy.

Na żwirowanej ścieżce zachrzęściły kroki.
- Norville. Śpisz?
Chociaż  wcześniej  w  ogóle  się  nie  wstydziłam,  teraz  poczułam  się  całkiem  naga.

Podciągnęłam kolana do piersi i objęłam się, zasłaniając, ile się dało.

Kroki  się  zatrzymały.  Spojrzałam.  Cormac  uklęknął  nieopodal.  Podał  mi  koc.  Kiedy

wyciągnęłam  po  niego  rękę,  poczułam,  jak  pęka  rana  na  plecach.  Skrzywiłam  się  i
syknęłam.

Zarzucił  mi  koc  na  ramiona,  wsunął  ręce  pod  pachy  i  pomógł  mi  usiąść.  Owinęłam  się

szczelnie.

- Znalazłeś mnie - powiedziałam.
- Broczyłaś krwią.
Pokiwałam  głową.  Czułam  krew  oblepiającą  mi  twarz  i  szyję.  Nie  oceniłam  jeszcze

swoich  obrażeń.  Ran,  które  zostały  po  przemianie  z  wilczycy.  Nie  upłynęło  dość  czasu,
żeby zdążyły się zagoić. Swędziały mnie.

Czułam smak krwi. W ustach, na gardle. Czułam ją, kiedy oddychałam, aż w żołądku.
Zakrztusiłam  się,  nie  mogąc  powstrzymać  szlochu,  i  wszystko  przewróciło  mi  się  w

żołądku. Odsunęłam się od Cormaca i zwymiotowałam. Na purpurowo. Kawałkami mięsa.
Po  kilku  falach  wymiotów  i  kilku  atakach  suchych  torsji  mogłam  odetchnąć  i  zastanowić
się nad tym, co się stało. Oparłam głowę o mur, który był zimny i szorstki.

- Wielki zły wilkołak, co? - spytał Cormac i uśmiechnął się półgębkiem.
- Cała ja - powiedziałam słabo.
- Mówiłem, żebyś z nim nie walczyła.
- To było w obronie własnej, panie władzo.
- Możesz wstać?
Zastanowiłam  się  nad  tym,  wzięłam  jeszcze  kilka  głębokich  wdechów  i  zebrałam  siły.

Stwierdziłam,  że  mogę  wstać.  Spróbowałam.  Podkuliłam  pod  siebie  nogi,  ale  kiedy
przeniosłam na nie ciężar ciała, zaczęły się trząść. Zachwiałam się, ale Cormac mnie złapał.

Rozpłakałam  się.  Skuliłam  i  płakałam,  zagryzając  zęby,  żeby  przestać,  zawstydzona,  że

nie potrafię po-wstrzymać wstrząsających mną spazmów. Objęłam rękami głowę, bo tylko

background image

tak mogłam się ukryć.

Cormac  mnie  przytulił.  Nie  głaskał  ani  nie  wydawał  żadnych  idiotycznych

pocieszających pomruków. Po prostu mnie przytulił, przytrzymał na kolanach i objął.

W  końcu  płacz  ucichł.  Przestałam  się  trząść.  Zmrużyłam  zapuchnięte  oczy.  Dostałam

czkawki,  kiedy  próbowałam  zaczerpnąć  powietrza  w  umęczone  płuca.  Płacz  wcale  mi  nie
pomógł. Ale mogłam już położyć się spać bez obaw, że będę miała koszmary.

Czasem  śniło  mi  się,  że  jestem  cała  we  krwi,  biegnę  przez  las,  zabijam  i  jestem

zadowolona. Czasem nie pamiętałam, czy to był tylko sen.

- Okej?
- Nie wiem - powiedziałam słabo. Potarłam się po twarzy pokrytej brudem i pyłem.
-  Chodź.  Zawiozę  cię  do  domu.  -  Podniósł  się  i  tym  razem,  kiedy  stanęłam  na  nogach,

utrzymały mnie. Cormac na wszelki wypadek chwycił mnie pod ramię.

Koc  opadł  mi  do  kolan.  Szłam  ostrożnie;  byłam  boso,  a  ścieżkę  pokrywały  potłuczone

szkło  i  kawałek  metalu.  Patrzyłam  na  swoje  stopy  i  nie  zwracałam  uwagi  na  nic  innego.
Kiedy Cormac się zatrzymał, podniosłam głowę.

Przed  nami  stała  oficer  Hardin.  Odwróciła  się  i  powiedziała  coś  do  sześciu

umundurowanych policjantów, którzy szli za nią. Cofnęli się niechętnie. Wszyscy trzymali
w rękach broń.

Hardin  schowała  pistolet  do  kabury.  Skrzyżowała  ręce  i  popatrzyła  na  nas  jak

nauczycielka,  która  przyłapała  dwójkę  nastolatków  całujących  się  za  trybunami.  A  może
to tylko ja czułam się jak nastolatka.

-  Znaleźliśmy  ciało  z  rozszarpaną  twarzą.  Czemu  mam  dziwne  przeczucie,  że  jeśli

sprawdzę  DNA  tego  faceta,  to  będzie  pasować  do  DNA  podejrzanego  o  zamordowanie
tamtych kobiet?

Przełknęłam ślinę. Gardło ciągle mnie bolało od powstrzymywanego płaczu.
- Bo tak będzie.
- A co z facetem sprzed pani bloku?
- To coś innego. Ale mogę już o nim porozmawiać. Tak mi się wydaje.
Zrobiła zbolałą poirytowaną minę.
-  Czy  to  się  często  zdarza?  Czy  wilkołaki  często  zarzynają  się  nawzajem  bez  żadnego

powodu?

-  Zawsze  jest  jakiś  powód  -  skwitowałam.  Dotarło  do  mnie,  jak  to  zabrzmiało,  więc

odwróciłam  głowę.  -  Nie,  to  nie  zdarza  się  często.  -  Tylko  podczas  walki  o  pozycję  w
stadzie. Kiedy młody wilk, taki jak ja, zaczyna mieć o sobie wygórowane mniemanie.

- Aha. A ja myślałam, że to wewnętrzne porachunki w policji bywają nieprzyjemne.
Spojrzałam na Cormaca. Miał nieprzeniknioną minę. Byłam pewna, że to nie on wezwał

policję.

- Skąd pani wiedziała, gdzie się zjawić?
- Zadzwonił do mnie pani dźwiękowiec.
-  Matt.  A  to  drań  -  mruknęłam.  Myślałam,  że  będzie  miał  dość  rozumu,  żeby  się  nie

mieszać w porachunki nadnaturalnych.

- Dlaczego pani do mnie nie zadzwoniła?
- Nie chciałam, żeby stała się pani krzywda.

background image

-  Jestem  wzruszona.  Naprawdę.  A  ma  pani  jakiś  pomysł,  jak  mam  to  teraz

zaraportować? Co mam z panią zrobić?

Wzruszyłam ramionami, krzywiąc się, kiedy rana na moich plecach znów się otworzyła.

Jeśli chciałam wydobrzeć, powinnam leżeć plackiem przez kilka godzin.

- Mam zadzwonić po prawnika?
Popatrzyła  na  mnie  ostro,  jakby  chciała  obedrzeć  mnie  ze  skóry.  Spięłam  ramiona.

Gdyby  była  wilkiem,  uznałabym,  że  patrząc  na  mnie  w  ten  sposób,  rzuca  mi  wyzwanie.
Wbiłam  wzrok  w  swoje  stopy  i  spróbowałam  wyglądać  na  niegroźną,  drobną  i  mało
ważną, z metaforycznym ogonem podkulonym głęboko pod siebie.

Uniosła brodę, jakby właśnie podjęła decyzję.
-  Widziałam  dwa  walczące  ze  sobą  psy.  Nic  poza  tym.  Ale  na  Boga,  następnym  razem

niech pani do mnie zadzwoni.

Odeszła.
Cormac  miał  moje  ubrania  na  siedzeniu  w  samochodzie.  Włożyłam  je,  ale  i  tak

opatuliłam się kocem. Było mi zimno.

Zatrzymał  się  przed  moim  blokiem  i  wyłączył  silnik.  Musiałam  się  jakoś  ruszyć  i

wstrzymałam oddech, bo wiedziałam, jak bardzo będzie boleć.

Kiedy złapałam za klamkę, Cormac powiedział:
- Mam iść z tobą?
Pytanie  było  znaczące  i  miało  oczywisty  podtekst.  Nie  byliśmy  parą  na  pierwszej

randce, starającą się wybadać teren i sprawdzić, czy wieczór się trochę przedłuży: on nie
zastanawiał się, czy go zaproszę, a ja nie zastanawiałam się, czy powinnam. Ale coś było
na  rzeczy.  Może  Cormac  chciał  dostać  drugą  szansę.  Może  ja  chciałam  mu  ją  dać.
Musiałam  się  zastanowić,  jak  bardzo  byłam  ranna  -  ale  jeśli  byłam  na  tyle  ranna,  żeby
potrzebować  pomocy,  zapewne  byłam  za  bardzo  ranna,  żeby  dawać  mu  drugą  szansę.
Może tylko chciał być miły. Ale po co miałby być miły, gdyby nie chciał drugiej szansy?

Lub  też,  co  najbardziej  prawdopodobne,  nadinterpretowałam  całą  sytuację.  Bolała

mnie głowa i chciałam wziąć prysznic. I przespać się. Co oznaczało, że nie będzie drugiej
szansy.

Ale on wyłączył silnik, jakby naprawdę chciał wejść na górę.
-  Poradzę  sobie.  -  Otworzyłam  drzwi  i  wyszłam  na  chodnik.  Zostawiłam  koc  na

siedzeniu.  -  Dzięki.  Dzięki  za  wszystko.  Pewnie  jestem  już  teraz  twoją  podwójną
dłużniczką.

Wzruszył ramionami.
- Dzięki tobie zaoszczędziłem kulkę. Spuściłam głowę, kryjąc uśmieszek.
- Nie jesteś na mnie zły, że wyręczyłam cię w robocie?
-  Tylko  wilk  może  tak  pomyśleć,  skoro  wkoło  jest  pełno  roboty.  -  Odpalił  samochód.

Silnik zaryczał, po czym wyrównał rytm. - Pilnuj się.

- Dobra. Ty też. - Zamknęłam drzwi. Odjechał.
Idąc  do  bramy,  zastanawiałam  się,  czy  nie  powinnam  była  jednak  poprosić  Cormaca,

żeby poszedł ze mną. Miał broń i nie był ranny. Tutaj T.J. zabił Zana.

Co jeszcze czyhało na mnie w ciemnościach? Na pewno nie samotnik. Już nie.
Zabiłam samotnika. Zabiłam go sama. Powinnam się przez to poczuć na tyle silna, żeby

background image

nie bać się żadnych ciemnych uliczek, żeby już nigdy niczego się nie bać. Wilczyca mogła
odważnie unieść głowę, wyprostować ogon.

Ale  ja  byłam  zmęczona.  Zmęczona,  smutna  i  chora.  Nawet  wilczyca  siedziała  cicho.

Nawet ona miała dość.

Za każdym krzakiem i za każdym rogiem czaił się potwór, który chciał mnie zaatakować.

Czułam mrowienie w rękach i na szyi. Ciągle oglądałam się za siebie.

James  powiedział,  że  chciała  dać  mu  watahę.  Stworzyła  go  i  chciała,  żeby  zabił  samca

alfa.

Meg. To na pewno ona. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Co ona sobie myślała, biorąc

tego faceta pod swoje skrzydła? Naprawdę chciała, żeby został przywódcą stada? Musiała
stwierdzić, że jest silny, na tyle silny, żeby pokonać Carla. Ale James by się nie utrzymał.
Nie  miał  zdolności  przywódczych  -  ostatecznie  płaszczył  się  nawet  przede  mną.  Wataha
rozniosłaby  go  na  strzępy.  Meg  musiała  to  sobie  uświadomić,  zmienić  zdanie  i  go
porzucić.

Tego  było  za  wiele.  Mogłam  się  tego  spodziewać.  Ciągle  bolało.  A  jednocześnie

wyraźniej zobaczyłam, co powinnam zrobić.

Nadal tam była. Kogo następnym razem na mnie naśle? A może sama się zjawi? Nawet

jeśli zabiłam Ja-mesa, to na pewno nie byłam już dziś w stanie walczyć.

Może  czekała  u  mnie  w  mieszkaniu.  Poczłapałam  na  górę  po  schodach,  trzymając  się

blisko  ściany.  Głowa  mi  pękała  od  usilnego  nasłuchiwania.  W  budynku  było  cicho.
Oddychałam  szybko,  węszyłam,  szukałam  zapachu  sygnalizującego  zagrożenie.  Gdyby
niedawno przechodził tędy jakiś wilkołak, powinnam go wyczuć. Gdyby ktoś szedł tędy z
bronią, powinnam wyłapać zapach smaru i stali.

Ale nie było nic poza wonią starych mieszkań: potu i starych ścian z gipsowej płyty.
Doszłam  do  swojego  mieszkania.  Drzwi  były  zamknięte.  Jakimś  cudem  w  kieszeniach

dżinsów ciągle miałam klucze. Chciałam wsunąć klucz do zamka i przekręcić bezszelestnie.
Nie  udało  się.  Zgrzyt  metalu  zabrzęczał  mi  w  głowie.  Zaczęłam  nasłuchiwać  odgłosów  z
mieszkania, zastanawiając się, czy ktoś wszedł do środka i na mnie czekał. Dalej nic.

Kiedy otwierałam drzwi, serce podeszło mi do gardła.
W domu było pusto.
Przeszukałam  każdy  zakamarek,  nawet  szafki  tak  małe,  że  nie  zmieściłby  się  w  nich

szczur.  Sprawdzi-łam  wszystko.  Zamknęłam  za  sobą  drzwi  i  opuściłam  rolety.  Potem
siadłam na podłodze i zakryłam twarz, powstrzymując się jednocześnie od histerycznego
śmiechu  i  płaczu  z  bezsilności.  Ostrożność  zamieniła  się  w  paranoję,,  a  ja  byłam  tym
wykończona.

Skuliłam  się  na  podłodze  i  przez  dziesięć  minut  się  zastanawiałam,  czy  najpierw  uciąć

sobie drzemkę, czy wziąć prysznic. Drzemka, prysznic, drzemka, prysznic. Swędziało mnie
całe ciało, więc stwierdziłam, że najpierw potrzebny mi prysznic. Cuchnęło ode mnie jak z
rynsztoka.

Kiedy  doszłam  do  łazienki,  zmieniłam  zdanie  i  uznałam,  że  w  pierwszej  kolejności

muszę umyć zęby. Umyłam je pięć razy. Dwa razy oczyściłam je nitką. Nie przyglądałam się
zbyt dokładnie wypluwanym kawałkom.

Obudziłam się. Późne słońce zaglądało przez szpary między roletami. Przeciągnęłam się,

background image

rozciągnęłam plecy, napięłam ręce i nogi i uśmiechnęłam się, bo choć byłam cała sztywna,
nic mnie nie bolało. Na plecach nie otwierały się żadne rany.

Przez chwilę nie chciałam się więcej ruszać, bo wtedy musiałabym postanowić, co dalej.
Meg przekroczyła wszelkie granice.
T.J. nie odbierał telefonu. Nie odbierał od ładnych paru dni. Był daleko, uciekał przed

policją i nie mogłam go wezwać na pomoc.

Jazda autobusem do Meg była znacznie mniej przyjemna niż przejażdżka motorem T.J.-

a.

Poza tym dłużej trwała, co oznaczało, że miałam sporo czasu do namysłu.
Nie  posiadałam  żadnych  dowodów.  Mogłam  opowiedzieć  Carlowi  o  tym,  co  się  stało

wczoraj w nocy, ale nie miałam pewności, że cokolwiek z tym zrobi. W końcu w ogóle nie
zareagował,  kiedy  Meg  spiskowała  z  Arturo,  żeby  mnie  zabić,  chociaż  miał  na  to
niepodważalne  dowody.  Ale  z  drugiej  strony  sam  podsunął  mi  pomysł,  żebym  stanęła  z
nią do walki. A tak właściwie, żebym ją zabiła. Zajęła jej miejsce. Ale ja nie chciałam być
samicą alfa.

Układ  sił  w  watasze  opierał  się  na  dwustronnej  relacji.  Osobniki  alfa,  Carl  i  Meg,

wymagały ode mnie bezwzględnej lojalności i oddania, natomiast ja wymagałam od nich
poczucia  bezpieczeństwa.  Od  dłuższego  czasu  nie  czułam  się  bezpiecznie.  Dla  Carla
najwyraźniej  ważniejsze  było  wspieranie  Meg  niż  moje  bezpieczeństwo.  Zniknęło  całe
moje zaufanie. Zawaliły się fundamenty.

Chociaż czułam się na tyle pewna siebie, że mogłam zmierzyć się z Meg, nie sądziłam,

że dam radę zmierzyć się z obydwojgiem. Nie w pojedynkę.

Musiałam  im  powiedzieć  o  wydarzeniach  z  zeszłej  nocy,  a  to  najprawdopodobniej

doprowadzi  do  walki.  Ich  cierpliwość  do  mnie  pewnie  już  się  wyczerpała  i  nie  byłaby  to
zwykła walka mająca pokazać mi moje miejsce. Może Meg będzie sama w domu.

Tak strasznie, strasznie brakowało mi T.J.-a.
Dotarłam do ich domu. Drzwi frontowe były zamknięte. Nikogo nie zastałam.
Meg  miała  pracę.  Całkiem  nieźle  pozorowała  normalne  życie,  pracując  jako

zaopatrzeniowiec  w  magazynie.  Opłacała  z  tego  dom,  samochód  i  inne  wydatki.  Carl  nie
pracował. Najwyraźniej Meg jeszcze nie wróciła, a Carla nie było.

Tylne  drzwi  też  były  zamknięte.  Usiadłam  pod  ścianą  na  patio  i  zapatrzyłam  się  na

wzgórza, na pojedyncze drzewa, które stopniowo gęstniały, aż zamieniły się w lasy. Słońce
świeciło  prosto  na  mnie.  Ciepłe,  leniwe  popołudnie,  zapach  sosen  na  lekkim  wietrze.
Zamknęłam oczy, bo chciałam się zdrzemnąć. Jeśli nie będę za dużo myśleć, może uda mi
się nawet czerpać przyjemność z tej chwili.

Wyczułam jakiś zapach, słaby ślad na wietrze, znajomy smak wilka, watahy. Osłoniłam

oczy i się rozejrzałam. Ktoś tu był. Nie za blisko. Rozejrzałam się po wzgórzach, ale nic nie
dostrzegłam, nawet najmniejszego ruchu. Po chwili zapach zniknął. Pewnie to tylko echo,
cień. Wszędzie tu czuć było watahę.

Zza  domu  wyszedł  Carl.  Zatrzymał  się,  kiedy  mnie  zobaczył,  zacisnął  pięści  i  przygarbił

ramiona,  nastroszył  się.  Spojrzałam  na  niego  i  znów  zwróciłam  twarz  do  słońca,  by  się
wygrzewać.

- Cześć, Carl.

background image

- Na co patrzysz? - spytał podejrzliwie, jakby sądził, że coś ukrywam.
- Nie wiem. Myślałam, że coś widziałam. Może T.J.-a.
Carl odprężył się trochę i podszedł bliżej. Oparł się o ścianę, stając nade mną.
- Nie widziałem go od paru dni. Lubi się włóczyć. Myślałem, że może ty wiesz, gdzie jest

tym razem.

- Ukrywa się. Policja go szuka za zabójstwo Zana.
- Zan nie żyje? - spytał po chwili Carl. Spojrzałam na niego. Myślałam, że T.J. wszystko

mu powiedział.

- Nie wiedziałeś?
- Meg powiedziała mi, że odszedł. Pobiegł. Myślałem, że może Zan i T.J. pobiegli razem.

-  Chrząknął  sugestywnie,  podkreślając  słowo  „razem".  Jezu,  nawet  gdyby  Zan  zdradzał
takie skłonności, T.J. miał lepszy gust.

- Meg kłamie.
- Po co T.J. miałby go zabijać?
- Zan mnie zaatakował. T.J. mnie bronił.
- Po co Zan miałby cię atakować? - spytał.
- Mówisz serio? Naprawdę nie masz zielonego pojęcia, co się dzieje w twojej watasze?
Carl  spiął  ramiona,  zjeżył  się.  Po  chwili  wypuścił  z  westchnieniem  powietrze  i  się

przygarbił.

- Co ja mam z tobą zrobić?
Objęłam się za kolana i zapatrzyłam na skąpane w złotym słońcu wzgórza. Cienie drzew

wydłużyły się i zaczęły pełznąć w moją stronę.

- Muszę porozmawiać z Meg. Nie wiem, co masz zrobić. Albo nie będziesz się wtrącać,

albo staniesz po stronie Meg. Nie wiem.

- Możesz pokonać Meg?
- Mogę spróbować.
- A potem zajmiesz jej miejsce.
- Nie. Nie chcę zajmować jej miejsca. - Chciałam mieć własne miejsce; jak miałam mu to

wytłumaczyć?

- Nie mogę sam przewodzić watasze. - W jego głosie słychać było jakby panikę.
- Może się nauczysz.
- Dlaczego nie chcesz nawet rozważyć takiej możliwości? - spytał ze ściśniętym gardłem.
- Bo nie potrzebuję watahy. Mam własne życie. -Samotna wilczyca. Dam radę. - To jak,

staniesz po jej stronie czy nie będziesz się wtrącać?

. Wsunął ręce do kieszeni dżinsów i odwrócił głowę. Uświadomiłam sobie, że Carl wcale

nie  był  taki  stary.  Miał  może  trzydzieści  cztery,  trzydzieści  pięć  lat.  Nie  wiedziałam,  jak
długo  był  wilkołakiem.  Brakowało  mu  dojrzałej  pewności  siebie.  Ile  wysiłku  musiał
wkładać w granie twardziela, zachowanie pozorów dominacji niezbędnych, żeby mógł nad
wszystkim  panować?  Nigdy  wcześniej  nie  zwróciłam  uwagi  na  to,  że  pewność  siebie  nie
przychodziła mu naturalnie. Nie tak jak Cormacowi.

- Chcesz na nią zaczekać w środku?
- Wolę chyba na dworze.
Poszedł znów na drugą stronę domu.

background image

Niedługo  później  wyszedł  tylnymi  drzwiami.  Była  z  nim  Meg.  Stanęli  obok  siebie  i

spojrzeli na mnie z góry. Powinien mnie boleć tyłek od tak długiego siedzenia na betonie.
Ale to naprawdę było ładne popołudnie. W powietrzu wyczułam wieczorny chłód. Było mi
dobrze.

- Cześć, Meg. Powiedz mi coś o Jamesie - powiedziałam, nie odwracając się.
Chwila ciszy, która zapadła, zanim odpowiedziała, była trochę za długa.
- O kim?
- O Jamesie. O samotniku.
- Kitty, o czym ty mówisz? - odezwał się Carl.
-  Meg  najwyraźniej  sporo  przed  tobą  ukrywała.  Chyba  znalazła  sobie  kogoś,  kto

wyglądał  na  silnego  i  twardego,  zamieniła  go  w  jednego  z  nas  i  zaczęła  go  sobie
przysposabiać,  żeby  cię  zastąpił.  Nie  chciała  sama  z  tobą  walczyć.  Tamten  zostałby  alfą,
ale  to  jej  wszystko  by  zawdzięczał.  Tylko  że  ten  koleś  miał  świra.  Był  niestabilny.  Nie
mogła  nad  nim  zapanować.  Porzuciła  go,  a  on  zaczął  zabijać.  Nie  podobało  jej  się,  że
rozmawiam  o  tym  z  policją;  może  się  bała,  że  się  wszystkiego  domyślę,  że  wyczuję  jej
zapach  i  powiążę  ją  z  samotnikiem.  Więc  kazała  Zanowi  się  mnie  pozbyć.  Szkoda,  że  nie
wypaliła  cała  ta  intryga  z  Arturo  i  że  Cormac  mnie  nie  zabił.  Wszystkim  ułatwiłoby  to
życie.  Myślę,  że  chciała  się  mnie  pozbyć  już  od  jakiegoś  czasu,  od  kiedy  przyszło  jej  na
myśl, że mogę jakoś zagrażać jej pozycji.

- Gdzie teraz jest ten cały James? - Carl patrzył na mnie, nie na Meg.
Ale ja spojrzałam jej prosto w oczy.
- Zabiłam go.
- Nie wierzę ci - rzuciła Meg. Bingo. Miałam ją.
- Ale w co dokładnie? W to, że ten facet istnieje, czy w to, że dawna malutka Kitty była

w stanie go zabić? - Wstałam, nie podpierając się rękami. - Rozszarpałam mu gardło, Meg.
Mam ci powiedzieć, jak smakował? Mam ci pokazać?

Mówiłam zdecydowanie zbyt śmiało. Zaczęłam gadać jak Carl. Było już zdecydowanie za

późno, żeby się wycofać.

Meg stanęła za Carlem.
Rozgrzały  mnie  emocje,  wzdłuż  kręgosłupa  przeszedł  mi  dreszcz.  Nawet  jej  jeszcze  nie

dotknęłam, a ona już się bała. Mnie. Wystarczyłoby teraz, żebym na nią chuchnęła, a ona
zaczęłaby wrzeszczeć. Zmrużyłam oczy i się uśmiechnęłam.

To dlatego Carl lubił być agresywny. To tak jest być silnym.
-  Jeśli  pragniesz  mojej  śmierci,  Meg,  dlaczego  sama  nie  rzucisz  mi  wyzwania  i  nie

staniesz do walki? Nie masz odwagi? - Okrążyłam Carla i zaczęłam się do niej zbliżać. Ona
też się przesunęła, pilnując, żeby Carl był cały czas między nami.

- Dość tego, Kitty - uciął Carl.
- Nie. Wyzywam ją. Chcę jej rzucić wyzwanie. Co ty na to, Meg?
Patrzyła na mnie.
- Chyba oszalałaś.
- Jestem wkurzona i tyle! Co ty do cholery sobie myślałaś, zadając się z tym facetem?
Meg nadal ani nie zaprzeczyła, ani nie potwierdziła. Nie odezwała się ani słowem.
Dojdzie do tego. Czułam to napięcie w powietrzu, nasze skrzyżowane spojrzenia. Krew

background image

buzowała  mi  w  żyłach;  czułam,  jak  puls  dudni  mi  w  głowie.  Miałam  ściśnięte  gardło,
powstrzymywałam się od warczenia. Meg zacisnęła pięści, szykowała się.

Nagle Carl stanął między nami.
- Nie pozwolę ci na to. Uspokój się, Kitty. Natychmiast.
-  A  czemu  niby  miałabym  cię  słuchać?  Gdzie  byłeś  za  każdym  razem,  kiedy  ktoś

próbował mnie zabić? Jesteś do niczego, Carl! Nic ci nie jestem winna!

Carl  zrobił  kilka  kroków  w  moją  stronę.  Był  cały  sztywny,  miał  lekko  zgięte  ręce,

przygotowane do ciosu.

Chociaż  bardzo  chciałam  się  wycofać,  nie  zrobiłam  tego.  Nawet  moja  wilczyca  nie

skuliła się, kiedy się zbliżył. Nawet ona była za bardzo wściekła.

- Nie chcę z tobą walczyć - powiedziałam ze ściśniętym gardłem. - Pozwól mi rzucić jej

wyzwanie, Carl. Myślałam, że chcesz, żebym to zrobiła.

Zatrzymał się i zerknął za siebie.
Meg odwróciła się ode mnie z wyrachowaniem w oczach i lekkim uśmiechem. Podeszła

do Carla, po-łożyła mu rękę na plecach i przytuliła twarz do ramienia. Spojrzała na mnie,
bezpieczna przy jego ciele, po czym zamknęła oczy i otarła policzek o jego bark, wzięła go
za rękę, przylgnęła do niego.

Okazała mu uległość. Oddała się w jego ręce; więc on musiał ją chronić. Prosiła go w ten

sposób, żeby stanął za nią do walki.

Z niedowierzania otworzyłam usta.
- Zawsze byłaś taką suką? To było głupie pytanie.
- Znam swoje miejsce - powiedziała. Nachyliła się powoli i uklękła u stóp Carla. Złapała

go za nogę i przycisnęła twarz do jego uda.

A  Carl,  niepewny  przywódca,  dał  się  na  to  nabrać.  Zrobił  się  wielki,  urósł  o  kilka

centymetrów w każdą stronę, wypiął pierś i uniósł ręce, szykując się do walki.

Litości.
- Daj spokój, Carl - wycedziłam. - Ona się zgrywa. Boi się, że naprawdę ją pokonam.
- Skoro wyzwałaś moją samicę, musisz walczyć ze mną.
-  A  co  z  tym  wszystkim,  co  zrobiła?  Z  tym,  że  dała  Arturo  zdjęcia,  że  nasłała  na  mnie

Zana,  a  to  i  tak  małe  piwo  w  porównaniu  z  tym,  jak  wykorzystała  Jamesa.  Chciała  cię
zabić! Jak możesz ją po tym wszystkim chronić?

- Nie powiedziała, że to ona stała za Jamesem.
- Ale też nie zaprzeczyła.
Oboje spojrzeliśmy na Meg. Może jeszcze uda mi się z tego wywinąć.
Meg,  skruszona  jak  dziewczynka  ze  szkółki  niedzielnej,  pochyliła  głowę  tak,  że  włosy

opadły jej na twarz, i powiedziała:

- James to był błąd. To się już nigdy więcej nie powtórzy. Przepraszam.
To  był  zasadniczy  powód,  dla  którego  nigdy  nie  mogłabym  zająć  miejsca  Meg.  Nie

umiałam się tak płaszczyć. Już nie. Carl potrzebował kogoś, kto będzie się płaszczył u jego
stóp.

Słońce  w  końcu  schowało  się  za  wzgórza.  Wszystko  zasnuł  cień.  Niebo  przybrało

intensywny  granatowy  odcień,  kolor  aksamitu,  kolor  snów.  To  był  ten  baśniowy  błękit  z
krainy elfów, o którym pisał Dunsany. Miałam wrażenie, że wystarczy krok, a znajdę się w

background image

innym  świecie,  w  magicznym  miejscu,  w  którym  nie  ma  bólu.  W  którym  nikt  nikogo  nie
krzywdzi.  W  świecie,  w  którym  przeżywane  przygody  mają  wymiar  symboliczny  i
pozwalają zdobyć mądrość, dojrzałość lub przynajmniej jakiś skarb. Na przykład gadającą
gęś.

W moim świecie było mnóstwo magii. Nie robiła na mnie żadnego wrażenia.
Wzruszyłam ramionami.
-  No  cóż,  Carl.  Możesz  oczywiście  przy  niej  zostać.  Ważne,  żebyś  wiedział,  jaka  jest

naprawdę. Byłam gotowa, kiedy się na mnie rzucił.

 

background image

Rozdział 12

 

Carl skoczył na mnie z wyciągniętymi rękami i rozcapierzonymi palcami, chcąc zacisnąć

mi  je  na  szyi.  Schyliłam  się  i  odturlałam.  Poznałam  wszystkie  te  wymyślne  ruchy,  dzięki
którym  można  wywrócić  szarżującego  przeciwnika  czy  wykorzystać  pęd  większego
napastnika i sprawić, że poleci głową naprzód na ziemię. Ruchy te sprawdzały się jednak
znacznie  lepiej  w  sali  gimnastycznej  wyłożonej  matami,  gdzie  miałam  dość  czasu  na
ćwiczenia.

Teraz  udało  mi  się  tylko  wywinąć  poza  zasięg  jego  rąk.  Złapałam  go  i  szarpnęłam  za

nogawki  dżinsów.  Zachwiał  się,  ale  nie  przewrócił.  Odczołgałam  się  na  czworakach,  po
czym odwróciłam się w jego stronę i czekałam przyczajona.

Carl  nie  bardzo  się  spieszył.  Zdjął  koszulę,  odsłaniając  umięśnioną,  potężną  klatkę,  i

zaczął mnie okrążać, wydając z gardła głuche pomruki.

Znacznie  lepiej  poradziłabym  sobie  pod  postacią  wilczycy,  z  pazurami,  zębami  i

brakiem zahamowań. Ale gdybym zaczęła się zmieniać, zaatakowałby mnie.

Może nie musiałam się całkiem zmieniać. Mogłam wypuścić z siebie odrobinę wilczycy,

zyskać  wystarczająco  dużą  przewagę,  żeby  się  bronić.  Zaczęłam  warczeć.  Najpierw
zaatakuję Carla, potem Meg.

Spięłam  się  i  wykonałam  taki  ruch,  jakbym  miała  skoczyć.  Szarpnęłam  się  do  przodu  i

spowodowałam jego reakcję. Rzucił się na mnie, jakby sądził, że się ze sobą zderzymy. W
zderzeniu  czołowym  byłby  górą.  Ale  ja  uchyliłam  się,  kolejny  raz  unikając  jego  ataku.
Przeleciał tuż obok mnie. Poczułam żar jego krwi, pot zraszający mu ciało.

Kiedy  wyciągałam  do  niego  ręce,  rosły  mi  już  pazury.  Zgięłam  palce  i  chlasnęłam  go

mocnym ruchem ręki. Natrafiłam na ciało i zobaczyłam tryskającą krew.

Warknął,  wydając  z  siebie  dźwięk  przypominający  rozłupywane  drewno,  zwinął  się  z

niespodziewanego  bólu.  Okręcił  się,  odsunął  trochę  i  złapał  za  bok.  Rozcięłam  mu  skórę
na lewym boku, pod żebrami. Nie mam pojęcia, jak głęboko. Był chyba bardziej wściekły
niż ranny, twarz wykrzywiła mu się, a oczy zapłonęły.

Nagle ktoś złapał mnie za szyję i pociągnął w tył. Meg.
Założyła  mi  nelsona,  lewą  ręką  ciągnąc  swoją  prawą,  którą  owinęła  mi  wokół  szyi.

Zakrztusiłam  się,  nie  mogąc  złapać  powietrza,  kiedy  miażdżyła  mi  gardło.  Ciągnęła  mnie,
dopóki  nie  przewróciłam  się  na  plecy  i  prawie  się  na  niej  nie  położyłam.  Zaczęła  mnie
dusić.

Uderzyłam  ją  po  rękach,  po  czym  sięgnęłam  do  tyłu,  żeby  podrapać  ją  po  twarzy.

Panika  sprawiała,  że  trudno  mi  było  zachować  postać  człowieka.  Ze  strachu  miałam
ochotę się złamać, bo wilczyca potrafiła uciekać szybciej niż ja. Walczyłam zarówno z nią,
jak i z samą sobą - chciałam się jej wyrwać, a jednocześnie pozostać we własnym ciele.

- To by było chyba na tyle. Sam chcesz ją wykończyć, czy ja mam to zrobić? - odezwała

się przy moim uchu sztucznie słodkim głosem. Spojrzała na Carla.

Ręce  Carla  zaczęły  grubieć,  a  pazury  rosnąć.  Podszedł  do  mnie.  Miałam  wystarczająco

dużo czasu, żeby pomyśleć, jaką głupotą z mojej strony było to, że nie pilnowałam tyłów.
Sądziłam,  że  mogę  się  zmierzyć  z  obydwojgiem  naraz.  Takie  były  skutki  jednej  wygranej

background image

walki. Zaczęłam się uważać za jakiegoś cholerne-go Cezara.

Ciągle wpijałam pazury w ręce Meg. Moje dłonie były całe we krwi; rozszarpywałam ją

na strzępy. Ale nie puściła mnie. Miała zamiar mnie tak trzymać, dopóki Carl ze mną nie
skończy. Jęknęłam, choć naprawdę bardzo chciałam się powstrzymać.

Miałam nadal wolne nogi. Kopnę go. Będę walczyć do końca.
Nagle  Carl  zamarł  z  głową  odwróconą  do  tyłu.  Pojawił  się  jakiś  cień,  wysunął  się  z

gęstniejącej ciemności i stanął przy jego boku.

T.J.  trzymał  Carla  za  szyję.  Jego  paznokcie  -  za  grube  jak  na  ludzkie,  prawie  pazury  -

wpiły się w szyję większego mężczyzny. Wystarczyło, żeby T.J. ścisnął mocniej i pociągnął,
a rozszarpałby Carlowi gardło. Był nagi, jakby dopiero co przemienił się z wilka. Mówił, że
ucieknie na wzgórza. Najwyraźniej nie odbiegł za daleko. Wrócił.

-  Puść  ją,  Meg.  Bo  oboje  przegramy  -  rozkazał.  Meg  rozluźniła  trochę  uścisk  na  mojej

szyi.  Nie  na  tyle  jednak,  żebym  mogła  się  wyrwać.  Ale  przynajmniej  mogłam  złapać
oddech.

-  Chociaż  z  drugiej  strony  -  powiedziała  -  to  może  być  szansa  dla  nas  obojga.  Każde  z

nas wykończy swojego rywala, a wataha będzie nasza.

Czy ona naprawdę aż tak nienawidziła Carla? Co on takiego w niej widział, że ciągle jej

bronił? Znałam odpowiedź na to pytanie. Przypomniało mi się: kiedy zobaczyłam ją po raz
pierwszy, była dziką boginią, która roztaczała wokół siebie aurę siły. Była piękna.

T.J. zachichotał i uśmiechnął się półgębkiem.
- Nie jesteś w moim typie. - Potem spojrzał na Carla, a uśmiech zniknął z jego twarzy. -

Nie  jesteś  zbyt  dobrym  przywódcą  watahy,  Carl.  Agresja  nie  na  wiele  ci  się  zdała.  Może
mógłbym coś na to zaradzić.

- To nie jest uczciwa walka - wycedził Carl przy-duszonym głosem.
- To też nie. - T.J. kiwnął głową na mnie i na Meg.
- Gdybyś naprawdę chciał mnie zabić, już byś to zrobił.
Przez chwilę myślałam, że T.J. rozszarpie mu gardło. Odczekał kilka strasznych sekund,

po czym po-wiedział:

- Masz rację. Chcę się dogadać. Pozwól mnie i Kitty odejść. Znikniemy stąd. Odejdziemy

z  tego  terenu  na  zawsze  i  nie  będziesz  już  więcej  musiał  się  nami  przejmować.  Możesz
dalej odstawiać swoją szopkę tak długo, jak zechcesz.

Z  jednej  strony  to  był  wspaniały  plan.  Ocalę  skórę,  nie  będę  musiała  już  walczyć.  Nie

obchodziło  mnie  nic  poza  tym,  żeby  wreszcie  poczuć  się  bezpiecznie.  Ale  ciągle  miałam
niezałatwione porachunki z Meg, z tą fałszywą zdzirą. Miałam tu też swoje życie. Pokrętło,
audycję, a nawet przyjaciół. Watahę. Watahę, która w tym czasie przestała się liczyć. Ale
nie chciałam wyjeżdżać. Nie powinnam być do tego zmuszona.

Zdałam  się  na  T.J.-a.  Zyskał  teraz  status  samca  alfa.  Nie  było  na  świecie  nikogo,  komu

bardziej bym ufała i przy kim czułabym się bezpieczniej.

Carl dyszał ciężko, ale T.J. nie rozluźnił uścisku.
- Dobra. Puść ją, Meg - odezwał się w końcu Carl.
Meg spojrzała z wściekłością na T.J.-a i zwolniła uchwyt. Kiedy odsunęła rękę od mojej

szyi,  wyrwałam  się  z  jej  uścisku  i  odsunęłam  na  bok.  Wstałam  i  cofnęłam  się  gotowa  do
ucieczki. Ręce i pazury zmieniły się w ludzkie, wilczyca odchodziła. Kiedy tylko T.J. znajdzie

background image

się przy mnie, uciekniemy i nie będziemy się za siebie oglądać.

T.J. puścił Carla. Obaj zrobili krok w tył, odsuwając się od siebie.
Nagle  Carl  zaatakował.  Ostatecznie  był  ulepiony  z  tej  samej  gliny  co  Meg.  Idealnie  się

dobrali.

Carl  okręcił  się  na  jednej  nodze  i  zamachnął,  zadając  potężny,  podcinający  cios

rozcapierzonymi  pazurami.  T.J.  cofnął  się,  ale  niewystarczająco  szybko.  Carl  nie  rozpruł
mu brzucha, jak zamierzał, ale trafił T.J.-a w brodę, sprawiając, że głowa mu odskoczyła i
poleciał do tyłu. Z rozcięć na twarzy trysnęła krew.

Wrzasnęłam, co zabrzmiało prawie jak skowyt.
Kiedy  się  rzuciłam,  żeby  pomóc  T.J.-owi,  Meg  podbiegła  do  mnie.  Najwyraźniej  będę

jednak miała okazję załatwić nasze babskie sprawy.

Schyliłam  się  i  zaatakowałam,  chwytając  ją  w  pasie,  zanim  zdążyła  mnie  złapać.

Natarłam na nią z brutalną siłą, z której sama nie zdawałam sobie sprawy, podniosłam ją
na  ułamek  sekundy,  wytrącając  w  ten  sposób  z  równowagi,  po  czym  uderzyłam  nią  o
ziemię. Spadłam na nią i przygniotłam do ziemi.

Dość  drażnienia  się,  dość  zabawy,  dość  litości.  Przycisnęłam  przedramię  do  jej  szyi  i

oparłam  się  na  nim  całym  ciężarem  ciała.  Meg  zaczęła  się  krztusić,  oddychać  chrapliwie,
świszczeć.  Moja  twarz  znalazła  się  o  kilka  centymetrów  od  jej  twarzy.  Meg  kłapnęła
zębami i warknęła, jej wilczyca wyrywała się z jej ciała.

Spoliczkowałam ją. Moje pazury rozharatały jej twarz, rozdarły policzek. Znów miałam

pazury;  nawet  ich  nie  poczułam.  Z  mojej  piersi  wydobywał  się  dziwny  dźwięk,  nie  do
końca  warkot,  raczej  odgłos  bólu,  wściekłości  i  beznadziei.  Nienawidziłam  jej.
Nienawidziłam tego wszystkiego.

Moją  uwagę  odwrócił  żałosny  pisk,  trochę  ludzki  krzyk,  a  trochę  wilczy  skowyt  bólu.

Spojrzałam  na  porośnięty  krzakami  ogród  za  patio.  Cienie,  na  tle  ciemniejącego  nieba
widziałam tylko ciemne kształty. Poczułam wiatr poruszający drzewami. Wyczułam zapach
drzew, deszczu, watahy, terytorium, wilków i krwi. Do gardła spłynął mi cierpki smak krwi.
Mnóstwo krwi i towarzyszący jej smród odchodów.

Na  ziemi  leżały  skulone  dwie  postacie.  Jedna  z  nich  wstała,  odwróciła  w  naszą  stronę

swoje  szerokie  barki  i  brodatą  twarz.  Carl.  Druga  postać  leżała  twarzą  do  ziemi,
nieruchomo. Zagryzłam wargi i jęknęłam.

Nigdy  nie  poruszałam  się  aż  tak  szybko.  Zapomniałam  o  Meg  i  podbiegłam  do  T.J.-a.

Carl,  z  prawą  ręką  zakrwawioną  aż  po  łokieć,  chciał  mnie  złapać,  ale  uchyliłam  się,
wyminęłam  go  i  przypadłam  do  ziemi  obok  leżącego  na  brzuchu  T.J.-a.  Leżał  na  wpół
zwinięty,  jedną  rękę  miał  wciśniętą  pod  siebie,  jakby  próbował  się  podnieść,  a  drugą
obejmował się za rozpruty brzuch. Przytrzymywał lśniące wnętrzności, dziwne fragmenty
tkanki  -  swoje  organy  -  które  napierały  na  rozcięcia  sięgające  aż  do  klatki  piersiowej.  Z
rany wypływała tętnicza krew.

Regenerowaliśmy  się  szybko  wyłącznie  wtedy,  gdy  udało  nam  się  przeżyć  mimo

zadanych ran.

Położyłam  się  na  ziemi  obok  niego,  zagryzając  zęby,  żeby  nie  było  słychać,  że  płaczę.

Dotknęłam jego twarzy.

- T.J., T.J. - powtarzałam. - Zbliżyłam swoją twarz do jego i zetknęłam się z nim czołem.

background image

Chciałam, żeby wiedział, że jestem przy nim. - T.J.

Wydobył  z  siebie  jakiś  dźwięk,  pomruk,  który  zamienił  się  w  westchnienie.  Miał

zamknięte oczy. Poru-szał ustami, a ja nachyliłam się jeszcze bliżej. Nawet jeśli próbował
coś  powiedzieć,  nic  nie  usłyszałam.  Nasłuchiwałam  następnego  westchnienia,  oddechu,
ale  już  się  nie  pojawił.  Zawołałam  go  po  imieniu,  mając  nadzieję,  że  mnie  słyszy.  Mając
nadzieję,  że  dzięki  temu  będzie  mu  choć  trochę  lepiej.  Wplotłam  palce  w  jego  włosy  i
przytrzymałam go.

Cały czas miałam... nadzieję.
Carl  stanął  nagle  nad  nami.  Nie  bałam  się;  nie  byłam  nawet  zła.  Straciłam  nadzieję.

Zalałam się łzami rozpaczy.

Popatrzyłam na niego i wyrzuciłam z siebie:
- Był twoim przyjacielem!
Carl cały się trząsł; drżały mu ręce.
- Nie powinien był rzucać mi wyzwania.
-  Nie  rzucił  ci  wyzwania!  Chciał  odejść!  -  Obnażyłam  pogardliwie  zęby.  -  Jest  wart  sto

razy więcej niż ty. To, że go zabiłeś, tego nie zmieni.

Meg stanęła przy Carlu i popatrzyła na nas z góry. Była w strasznym stanie, jej twarz i

ręce  ociekały  krwią.  Nie  wygrałaby  ze  mną.  Ale  stając  przy  Carlu,  zachowywała  pozory,
jakby miała zwyciężyć.

- Wykończ ją. Zostaw ją z nim - odezwała się, cedząc słowa.
Spojrzałam  Carlowi  w  oczy.  Nie  spuszczałam  z  niego  wzroku  dłuższy  czas.  On  też

wyglądał  na  zrozpaczonego.  Jakbyśmy  oboje  myśleli,  że  wszystko  mogło  potoczyć  się
inaczej. Że wszystko powinno potoczyć się inaczej. Zaczynając od tego, że tamtej nocy w
ogóle nie powinnam stać się jedną z nich.

Pokręcił powoli głową.
- Nie. Ona już nie będzie walczyć. - Kiedy Meg chciała zaprotestować, złapał ją za kark, a

ona znieruchomiała. Carl odezwał się do mnie: - Masz jeden dzień na to, żeby wyjechać z
miasta. Masz się wynieść z mojego terytorium.

Mógł sobie zatrzymać swój teren.
Zanim  wstałam,  wsunęłam  nos  we  włosy  T.J.-a  i  wzięłam  głęboki  wdech,  żeby

zapamiętać jego zapach. Smar i benzynę z jego motoru, żar z jego kuchni. Mydło, kurtkę,
delikatny zapach papierosów, mocniejszy zapach sosen. Jego wilka, spoconego i dzikiego.
Pachniał jak wiatr na obrzeżach miasta.

Wyprostowałam się i odwróciłam głowę. Nie oglądać się za siebie.
Carl odezwał się nienawistnym i zjadliwym głosem:
- T.J. zapłacił za twoje życie. Pamiętaj o tym. Stłumiłam szloch i rzuciłam się do biegu.
 

background image

Epilog

 

Witam ponownie w Nocnej godzinie. Mamy czas na jeszcze kilka telefonów z pytaniami

do  mojego  dzisiejszego  gościa,  senatora  Josepha  Duke'a  z  Partii  Republikańskiej  z
Missouri. Evanie z San Diego, jesteś na antenie.

-  Cześć  -  zaczął  Evan.  -  Panie  senatorze,  po  pierwsze  chciałbym  podziękować  za  to,  że

jest  pan  jednym  z  niewielu  przedstawicieli  naszego  rządu,  którzy  są  gotowi  walczyć  o
swoje przekonania...

Jęknęłam  w  głębi  duszy.  Rozmowy,  które  zaczynały  się  w  ten  sposób,  zawsze  kończyły

się wymachiwaniem Biblią.

-  Dziękuję,  Evanie.  Oczywiście  to  mój  nałożony  przez  Boga  obowiązek,  by  walczyć  o

czystość moralną w Kongresie Stanów Zjednoczonych - powiedział Duke.

-  No  tak.  A  co  do  mojego  pytania,  chciałbym  wiedzieć  jedno:  jest  pan  światłym

człowiekiem,  jaki  jest  więc  pańskim  zdaniem  najlepszy  sposób  na  to,  żeby  ukarać  sługi
szatana - lepiej spalić ich na stosie czy utopić w wodzie święconej? Gdyby rząd federalny
miał wprowadzić stosowny kodeks karny, za czym pan by się opowiedział?

Po  co  tacy  ludzie  w  ogóle  słuchali  mojej  audycji?  Pewnie  po  to,  żeby  wykorzystywać

potem różne wypowiedzi wyprane z kontekstu. Odpowiedzi, których udzielałam na temat
orgii wampirów, zawsze później do mnie wracały.

Senator  miał  na  tyle  przyzwoitości,  że  wyglądał  na  skonsternowanego.  Zaczął  się

wiercić i wydął wargi.

-  Cóż,  Evanie,  obawiam  się,  że  nie  jestem  takim  ekspertem  w  kwestii  karania

grzeszników,  za  jakiego  mnie  uważasz.  Jestem  przekonany,  że  istniejący  system  karny
uwzględnia  wszelkie  przestępstwa,  o  jakie  można  oskarżyć  sługi  szatana,  jak  również
przewiduje sprawiedliwą karę. A jeśli sługi szatana zaczną popełniać nowe przestępstwa,
zajmiemy się tym, kiedy przyjdzie na to pora, nieprawdaż?

To właśnie dlatego ludzie pokroju Duke'a byli tak przerażający. Niezwykle elokwentnie

wyrażali najdziwniejsze opinie.

Senator  Joseph  Duke,  pięćdziesięciokilkuletnie,  nijakie  wcielenie  amerykańskiej  klasy

średniej, jak facet z obrazu American Gothic, tyle że dziesięć kilogramów cięższy, siedział
po  drugiej  stronie  stołu,  jak  najdalej  ode  mnie,  tylko  na  tyle  blisko,  żeby  mógł  jakoś
sięgnąć  do  mikrofonu.  Było  z  nim  dwóch  ochroniarzy  w  garniturach.  Jeden  z  nich  miał
pistolet  wciśnięty  między  założone  na  piersi  ręce.  Senator  nie  zgodził  się  przebywać  ze
mną  w  jednym  pomieszczeniu  bez  ochrony.  Spytałam  o  jego  broń  -  srebrne  kule?  Oczy-
wiście.

Po  wszystkich  tych  ludziach,  którzy  twierdzili,  że  moja  audycja  i  tożsamość  to

mistyfikacja  uknuta  po  to,  żeby  zwiększyć  popularność  audycji  lub  też  niesmaczny  żart
spłatany  łatwowiernym  wielbicielom,  niezachwiana  wiara  Duke'a  w  to,  kim  jestem,
działała niemal odświeżająco. Duke omal nie odmówił udziału w programie - początkowo
miał  się  zjawić  tydzień  po  napaści  Cormaca.  Musieliśmy  to  przełożyć.  Musiałam  zgodzić
się na ochronę.

- Następny telefon, proszę. Witaj, Lucy.

background image

- Cześć, Kitty. Panie senatorze, chciałabym spytać, jak to możliwe, że po wszystkich tych

wypowiedziach o karaniu pogan i oczyszczaniu kraju z nikczemnego wpływu grzeszników,
do  których,  jak  pan  otwarcie  przyznał,  zaliczają  się  też  wilkołaki,  może  pan  siedzieć  w
jednym pomieszczeniu z Kitty, jakby nigdy nic? - Nie umiałam wyczuć Lucy. Mogła osiągać
wyżyny sarkazmu, próbując wytrącić Duke'a z równo-wagi, ale mogła też mówić poważnie.

-  Lucy,  Jezus  nauczał,  żeby  nie  odrzucać  grzeszników.  Nauczał,  że  nawet  największy

grzesznik  może  zostać  zbawiony,  jeśli  tylko  wpuści  do  serca  Chrystusa.  Traktuję  swój
udział w programie jako okazję, by dotrzeć do grzeszników.

Z  mojego  doświadczenia  wynikało,  że  zamiana  w  wilkołaka  miała  więcej  wspólnego  z

pechem  niż  z  grzechem.  Nie  mogłam  jednak  pozwolić  sobie  na  kpinę  z  jego  wiary  czy
uczuć. W przeciwieństwie do niektórych nie opowiadał się za masową rzezią wilkołaków.
W ciągu ostatnich miesięcy moja teczka z pogróżkami mocno spęczniała.

- I jak, Kitty, udało mu się do ciebie dotrzeć? -spytała Lucy.
Przyszło mi na myśl kilka niegrzecznych odpowiedzi, ale tym razem zachowałam je dla

siebie.

-  Cóż,  jak  już  mówiłam  wcześniej,  choć  pewnie  nie  jestem  największą  świętoszką  na

antenie,  to  z  pewnością  nie  czuję  się  też  szczególną  grzesznicą.  Ale  zapewne  inaczej
pojmuję te słowa niż pan senator. Wystarczy chyba, że jak zawsze uważnie słucham.

Dźwiękowiec pomachał do mnie przez szybę, pokazując, ile mam jeszcze czasu. Nie był

to Matt. W tym tygodniu byłam w Albuquerque, w publicznej radiostacji nadającej moją
audycję. To nie była moja kabina ani mój mikrofon, a fotel był zdecydowanie zbyt nowy,
nie  tak  rozklekotany  jak  ten  w  Pokrętle.  Brakowało  mi  mojego  fotela.  Brakowało  mi
Matta.

- No dobrze, moi wierni słuchacze, ale pamiętajcie, że prawdopodobnie używam słowa

„wierni" w innym znaczeniu niż pan senator. Zostało nam kilka minut na podsumowanie.
Panie senatorze, mam do pana jeszcze jedno pytanie, jeśli nie ma pan nic przeciwko.

- Proszę bardzo.
-  Na  początku  programu  rozmawialiśmy  na  temat  niezbyt  nagłaśnianego  raportu

opublikowanego  przez  jeden  z  oddziałów  Państwowego  Instytutu  Zdrowia,
sfinansowanego przez rząd badania, w którego ramach przeprowadzono testy na istotach
nadnaturalnych  takich  jak  wilkołaki  i  wampiry.  Jeśli  wolno,  chciałabym  spytać  o  rzecz
następującą:  rząd  Stanów  Zjednoczonych  jest  bliski  uznania  likantropii  i  wampiryzmu  za
choroby  -  a  przez  chorobę  rozumiem  określony  stan  fizjologiczny  -  jak  się  to  ma  do
stanowiska wielu różnych wyznań religijnych, uznających te stany fizjologiczne za przejaw
grzechu?

- Cóż, pani Norville, podobnie jak pani, zapoznałem się z tym raportem. I sądzę, że nie

tylko  nie  przeczy  on  mojemu  stanowisku  w  kwestii  owych  stanów  fizjologicznych,  jak  je
pani nazywa, ale wręcz je potwierdza.

- W jaki sposób?
-  Już  mówiłem,  że  chciałbym  wyciągnąć  rękę  do  ludzi  cierpiących  na  te  straszliwe

przypadłości - podobnie jak my jako społeczeństwo musimy wyciągać rękę do wszystkich
ludzi  cierpiących  z  powodu  chorób.  Musimy  pomóc  im  odnaleźć  źródło  prawdziwego
światła.

background image

Ciekawe, co wampiry sądziły na temat odnajdywania źródła prawdziwego światła?
-  W  jaki  sposób  chce  pan  to  zrobić,  panie  senatorze?  -  spytałam  nieco  bardziej

dyplomatycznie.

Wyprostował  się  i  zaczął  mówić  tak,  jakby  cały  czas  czekał  na  tę  chwilę,  na  to  właśnie

pytanie.

-  Wiele  chorób,  a  likantropia  i  wampiryzm  w  szczególności,  jest  bardzo  zaraźliwych.

Mądrość ludowa głosi to od setek lat, a współczesna nauka tylko to potwierdza.

- Dyskutowałabym z tym „bardzo", ale proszę mówić dalej.
-  Podobnie  jak  w  przypadku  każdej  zaraźliwej  choroby,  pierwszy  krok  polega  na  tym,

żeby odizolować chorego. Zapobiec dalszemu szerzeniu się choroby. Jestem przekonany,
że  podejmując  stanowcze  kroki,  w  ciągu  kilku  lat  moglibyśmy  na  zawsze  pozbyć  się  tych
przypadłości.

Poczułam dziwny niepokój w brzuchu.
-  A  więc  chciałby  pan...  proszę  mnie  poprawić,  jeśli  źle  pana  zrozumiałam...  chciałby

pan  zebrać  wszystkie  wilkołaki  razem  i  je  zamknąć,  ale  gdzie?  W  szpitalach,  w
odizolowanych budynkach... - Powiedzieć to? Czemu nie. - .. .w gettach?

Duke w ogóle nie zauważył przytyku.
- Uważam, że w tym przypadku szpitale byłyby najodpowiedniejszym miejscem. Jestem

przekonany,  że  dysponując  odpowiednim  czasem  i  zasobami,  nauka  znalazłaby  sposób,
żeby wymazać piętno szatana z tych udręczonych dusz.

Roześmiałabym  się,  gdyby  to,  co  mówił,  nie  było  takie  smutne.  Problem  w  tym,  że

rozmawiałam  z  ludźmi  tego  pokroju  wystarczająco  często,  żeby  wiedzieć,  że  nie
przekonam ich, iż nie mają racji.

-  Rozumiem.  Myślę,  że  ja  i  moja  udręczona  dusza  potrzebujemy  się  napić.  To  chyba

oznacza,  że  nasz  czas  dobiega  końca.  Jeszcze  raz  serdecznie  panu  dziękuję  za  udział  w
programie.

-  A  ja  dziękuję  za  zaproszenie.  I  chcę,  żeby  pani  wiedziała,  że  się  za  panią  modlę.

Jeszcze może pani zostać zbawiona.

- Dziękuję. Doceniam to. - Inny problem z takimi ludźmi polegał na tym, że zupełnie nie

potrafili  wyczuć  sarkazmu.  -  Chyba  wszyscy  mamy  o  czym  myśleć  po  dzisiejszym
programie.  I  tak  dla  jasności,  żebyście  znali  moje  stanowisko  w  tej  sprawie,  a  także
dlatego,  że  nigdy  nie  wahałam  się  wyrażać  własnego  zdania:  że  zastanawiając  się  nad
tym,  jak  rząd  ma  rozwiązać  tę  sprawę,  powinniśmy  pamiętać  o  lekcjach  z  przeszłości.
Osobiście  nie  chciałabym,  żeby  ludzie  z  czarnymi  opaskami  zjawili  się  po  mnie  w  środku
nocy. - To była moja audycja. Do mnie należało ostatnie słowo.

-  Dziękuję,  że  byliście  z  nami.  Mówiła  Kitty  Norville,  głos  nocy.  -  Czas  na  wycie  wilka.

Kolejna audycja zakończona.

Oparłam się i westchnęłam.
Senator Duke patrzył na mnie.
- Nie dojdzie do tego. Wzruszyłam ramionami.
- To samo mówili w Berlinie w latach trzydziestych.
- Wydawałoby się, że ludzie tacy jak pani powinni pragnąć pomocy.
-  Kłopot  w  tym,  że  pomoc  można  rozumieć  na  wiele  różnych  sposobów.  Każdy  jest

background image

przekonany,  że  ma  właściwą  odpowiedź.  Ale  mówiłam  poważnie,  cieszę  się,  że  wystąpił
pan  w  programie,  panie  senatorze.  -  Wstałam  i  podałam  mu  rękę.  Spojrzał  na  nią,
marszcząc brwi. -Nic się panu nie stanie od uścisku ręki. Naprawdę.

Skinął krótko na swoich ochroniarzy, odwrócił się i wyszedł.
Wypuściłam  z  siebie  powietrze,  które  cały  czas  wstrzymywałam.  To  było  ciężkie

przejście. Ale nikt mi przynajmniej nie zarzuci, że moja audycja jest stronnicza.

Podeszłam do reżyserki, a dźwiękowiec podał mi telefon.
- Cześć, Matt.
-  Cześć,  Kitty.  Dobrze  wyszło.  -  Matt  ciągle  pracował  przy  audycji,  tyle  że  zdalnie,

podpowiadał  miejscowym  dźwiękowcom,  jak  nią  zarządzać,  pilnował,  żeby  odpowiednio
przekierowywać rozmowy i tym podobne.

- Super. Dzięki. Ale wyszło dobrze tylko dlatego, że ty jesteś najlepszy.
-  Jasne,  uwierzę  w  to,  kiedy  Ozzie  da  mi  podwyżkę.  Oho,  o  wilku  mowa.  Pogadamy

później, Kitty. -Rozległ się szelest przekazywanej słuchawki.

Po drugiej stronie pojawił się Ozzie.
-  Świetny  program,  Kitty.  Po  prostu  świetny.  Słychać  było,  że  ten  palant  aż  cały  się

spocił.

- Za każdym razem mówisz, że było świetnie, Ozzie.
-  Bo  to  prawda.  Jestem  twoim  największym  fanem.  W  przyszłym  tygodniu  jesteś  w

Albuquerque czy gdzie indziej?

- Chyba gdzie indziej. Jeszcze nie wiem. Dam ci znać.
- Chciałbym, żebyś mi wyjaśniła, po co ta cała ucieczka.
- Nie chcesz wiedzieć. Uwierz mi.
- Pamiętaj tylko, że jeślibyś czegoś potrzebowała, czegokolwiek, po prostu zadzwoń.
- Dzięki, Ozzie. Daj Mattowi podwyżkę. Zamruczał coś, a ja się roześmiałam.
Kto powiedział, że wataha musi się składać z wilków?
Kupiłam  sobie  samochód,  małego  hatchbacka,  który  palił  jak  smok.  Kiedy  przestałam

płacić  Carlowi  haracz,  moja  wypłata  wzrosła  dwukrotnie.  Może  nawet  kupię  sobie  nowe
ciuchy.  Dzięki  autu  mogłam  być  wszędzie.  Jeździć  swoim  własnym  tempem.  Jeździć  i
jeździć.

Zameldowałam  się  rodzicom  przed  wyjazdem  z  Albuquerque;  meldowałam  się  im  co

tydzień.  Kupili  mi  telefon  komórkowy,  żebym  zawsze  mogła  do  nich  zadzwonić,  bez
względu  na  to,  gdzie  byłam  -  i  żeby  oni  zawsze  mogli  mnie  znaleźć.  Nie  byli  zachwyceni
moją sytuacją. Ciągle proponowali, żebym zamieszkała u nich na tak długo, jak chciałam.
Doceniałam to. Ale nie mogłam im tego zrobić.

Miałam  oko  na  Elijaha  Smitha  i  Kościół  Czystej  Wiary.  Ciągle  tkwiła  w  tym  jakaś

tajemnica.  Postawiłam  sobie  za  cel  sprowadzenie  Smitha  do  studia.  Mało
prawdopodobne,  ale  zawsze  można  pomarzyć.  Co  jakiś  czas  znajdowałam  ulotkę
reklamującą  jego  karawanę  albo  ktoś  mi  ją  przysyłał.  Zawsze  spóźniałam  się  o  jakiś
tydzień.

Oficer  Hardin  skontaktowała  się  ze  mną  przez  Bena  O'Farrella.  Wynajęłam  prawnika,

niech Bóg ma mnie w swojej opiece. Przychodziła do niego moja poczta, wiedział też, jak
się  ze  mną  skontaktować.  Tamtej  nocy,  kiedy  zginął  Zan,  był  spokojny  i  bezpośredni.  Za

background image

dnia, poza stresującym otoczeniem komendy policji, okazał się równie bezpośredni. Nigdy
nie odmawiał porad w tak przyziemnych sprawach jak ubezpieczenie samochodu.

Co  najważniejsze  jednak,  Hardin  musiała  najpierw  porozmawiać  z  nim,  zanim  mogła

skontaktować  się  ze  mną.  Ale  nawet  O'Farrell  nie  mógł  jej  wiecznie  zbywać.
Rozmawiałyśmy przez telefon, kiedy byłam w Albuquerque.

- Znaleźliśmy pani DNA na ciele pierwszego wilkołaka, w jego ustach i pod paznokciami.

To dowodzi, że była pani ofiarą napaści. Potem znaleźliśmy pani DNA w ślinie na ranach
drugiej  ofiary,  co  mogłoby  oznaczać  dla  pani  kłopoty.  Ale  jesteśmy  gotowi  uznać,  że
działała pani w obronie własnej, bo on też miał pani krew pod paznokciami. - Mówiła o
tym strasznie rzeczowo. A mówiłyśmy przecież o mojej krwi.

Gdyby nie chodziło o moją krew, chciałoby mi się śmiać, bo wszystko to przypominało

sytuację  patową  z  westernów,  tyle  że  zamiast  rewolwerowców  mieliśmy  wilkołaki.
Podziwiałam Hardin, że próbowała dojść do tego, kto pierwszy zaatakował.

- Znaleźliśmy DNA czwartego wilkołaka w ślinie na ranach ofiary przed pani blokiem. To

jedyne brakujące ogniwo. Potrzebne mi tylko nazwisko.

Wynikało  z  tego,  że  nadal  mogłam  zostać  oskarżona  o  morderstwo.  O’Farrell  chciał,

żebym się przyznała.

Nie miałam już kogo chronić.
-  T.J.  Theodore  Joseph  Gurney.  Mieszka  w  domku  za  garażem  na  Dziewięćdziesiątej

Piątej.  Ale  nie  sądzę,  żeby  jeszcze  tam  był.  -  Czas  teraźniejszy.  Gdybym  powiedziała
Hardin, że T.J. nie żyje, rozpoczęłaby kolejne śledztwo w sprawie morderstwa. Mogłam jej
powiedzieć o Carlu. Ale nie zrobiłam tego. W którymś momencie trzeba to było uciąć.

- To gdzie jest?
-  Nie  wiem.  -  To  przynajmniej  była  prawda.  Nie  wiedziałam,  gdzie  teraz  był.  -  Nie

powiedział mi.

- Mogę pani wierzyć?
- Tak.
- Czemu wyjechała pani z miasta?
- Musiałam. Po tym, co zrobiłam, nie byłam już tam bezpieczna.
- Bała się pani skończyć jak to ciało przed pani blokiem.
- Tak. Westchnęła.
- Być może zainteresuje panią fakt, że kierownictwo wreszcie mnie słucha.
- Czyli mówi pani „wilkołak", a oni pani wierzą?
-  Tak.  Alternatywą  była  teoria,  którą  wysunął  jakiś  spec  od  mordów  rytualnych,

mówiąca  o  sekcie  kanibali,  co  miało  wyjaśniać  obecność  rozszarpanych  ciał,  w  których
brakowało  niektórych  fragmentów.  Sekta  miała  się  rozpaść  po  tym,  jak  jej  członkowie
zwrócili się przeciwko sobie i zaczęli się nawzajem zjadać. W porównaniu z tym wilkołaki
brzmią całkiem rozsądnie.

Tyle że teoria o kanibalizmie miała w sobie ziarno prawdy.
Hardin powiedziała:
- Jeśli coś mi jeszcze przyjdzie do głowy, zadzwonię.
- Pewnie.
Pożegnałyśmy się uprzejmie.

background image

Hardin  była  dobrym  człowiekiem.  Byłam  wdzięczna,  że  w  tym  wszystkim  wykazała  się

takim  brakiem  uprzedzeń  i  profesjonalizmem.  Chciałabym  tylko  w  końcu  nie  znajdować
się już na jej celowniku.

Nie miałam nawet żadnego zdjęcia T.J.-a.
Objeżdżałam  właśnie  Austin,  kiedy  radio  publiczne  nadało  raport.  Pogłośniłam,  kiedy

usłyszałam, o co chodzi.

Reporter mówił:
-  ...Biologii  Paranaturalnej,  przekazując  wyniki  badań  Kongresowi  w  odpowiedzi  na

zapytania  dotyczące  dość  nietypowych  wniosków  o  dofinansowanie.  Doktor  Paul
Flemming,  zastępca  dyrektora  w  Państwowym  Instytucie  Zdrowia,  kierownik  Centrum
Biologii  Paranaturalnej,  na  dzisiejszej  konferencji  prasowej  wydał  następujące
oświadczenie.

Odezwał się doktor Flemming:
-  Zostałem  upoważniony  do  poinformowania  opinii  publicznej  o  powstaniu  Centrum

Biologii Paranaturalnej w ramach Państwowego Instytutu Zdrowia. Wspólnie z Brytyjskim
Laboratorium  Biologii  Alternatywnej  jesteśmy  gotowi  do  publikacji  wyników  badań
potwierdzających  istnienie  odmian  rasy  Homo  sapiens,  odmian,  które  do  tej  pory  były
uznawane  za  legendę...  -Krew  uderzyła  mi  do  głowy.  To  był  rząd,  przedstawiciel  rządu.
Otwierali dostęp do mojego świata.

Co  więcej,  poznałam  ten  głos.  Głębokie  Gardło.  Mój  tajemniczy  szpicel.  Stłumiłam

parsknięcie, kiedy posługując się naukową terminologią, zaczął omawiać raport.

-  Wspomniane  stany  fizjologiczne  to  mutacje  wywołane  przez  dotychczas

niezidentyfikowany czynnik zakaźny. Rozpoznano następujące stany fizjologiczne... Homo
sapiens  sanguinis...  powszechnie  zwany  wampirem.  Homo  sapiens  lupus...  powszechnie
zwany wilkołakiem. Homo sapiens pinnipedia...

Miałam jego nazwisko. Kiedy tylko się zatrzymam, znajdę jego numer i tym razem to ja

do niego zadzwonię.

Weszłam do sklepu na stacji benzynowej gdzieś w zachodnim Teksasie, żeby uzupełnić

zapas  przekąsek.  W  drodze  do  kasy  mijałam  stojak  z  gazetami  i  stanęłam  jak  wryta.
Spojrzałam.  Uśmiechnęłam  się.  Kupi-łam  gazetę,  najnowszy  numer  „Wiadomości  ze
Świata".

Oprawię  to  sobie  w  ramki,  a  kiedy  tylko  będę  miała  własny  kawałek  ściany,  powieszę.

Nagłówek głosił:

„Chłopiec nietoperz gościem w Nocnej godzinie".

 

***