background image

 

 

2

 
 

Wskazówka 

Królowie piksów zostawiają po sobie podobny do brokatu pył. Ponoć to część ich duszy. Nie jestem pewna, czy oni 
w ogóle mają duszę, ale staram się myśleć pozytywnie. 

 
 
 
Wyobraźcie  sobie,  że  naprawdę  istnieją  uczniowie,  którzy  lubią  zajęcia  wychowania  fizycznego. Ogólnie uważa się, że raczej 

chrząkają,  niż  mówią,  i  są  mistrzami  w  sztuce  pocenia.  Najczęściej  noszą  wypasione  sportowe  ciuchy  i  rzucają  teksty  w  stylu: 
„Koleś, rozniesiemy to boisko w drobny mak". Ale chociaż wcale nie pasuję do tego opisu, przyznaję się, że jestem jedną z tych 
dziwnych osób, które uwielbiają wf. 

A to dlatego, że na te lekcje chodzę z Nickiem. Jednak teraz niezbyt fascynuje mnie siedzenie w lodowatej sali gimnastycznej i 

słuchanie o zasadach gry w ping-ponga, ponieważ jestem zbyt zajęta zamartwianiem się na śmierć. 

Trener  Walsh  zebrał  nas  w  półkręgu;  przed  chwilą  zakończył  przemowę  na  temat  koordynacji  ręki  ze  wzrokiem,  a  także 

wprowadził nas w zawiłe zasady serwowania. By się ogrzać, przytulam się do mojej najlepszej przyjaciółki Issie. Wciąż szczękam 
zębami. Choć trener zaraz skończy część teoretyczną zajęć, Nicka wciąż nie ma. Nie chcę się o niego martwić. Chcę tylko, żeby 
był bezpieczny. Przyciskam się jeszcze mocniej do drobnej Issie, jakby to miało mi jakoś pomóc. A może Nick leży gdzieś w lesie 
poraniony i połamany? Może krwawi i umiera? Może... 

Łapię szczupłą rękę Issie i pytam szeptem: 

-  Gdzie on jest? 
-  Po prostu trochę się spóźnia. - Issie podskakuje na palcach, próbując mnie uspokoić. Nie odsuwa się. Issie jest fajna, jeśli o 

to chodzi. Lubi bliski kontakt z ludźmi. -Nic mu nie jest. Za każdym razem, kiedy któreś z nas się spóźnia, ty wyobrażasz sobie 
najgorsze. Nie wolno ci tak myśleć. 

-  Nie  wyobrażam  sobie,  że  nie  żyje  -  zaprzeczam,  ale  właśnie  to  mam  przed  oczami:  obraz  Nicka,  który  wykrwawia  się  na 

śmierć,  leżąc  w  lesie,  na  śniegu.  A  nad  nim  krążą  kruki.  Z  jego  pięknej  piersi  wystaje  strzała  piksów.  Dokładnie  to  samo 
podejrzewałam, gdy w zeszłym tygodniu spóźniał się Devyn. 

-  Jesteś  absolutną  i  totalną  paranoiczką.  -  Is  całuje  mnie  w  policzek  w  ten  swój  uroczy  przyjacielski  sposób.  -Ale  i  tak  cię 

kocham. 

-  Po prostu martwię się o innych - szepczę. - Czuję się taka bezradna, jeśli to nie ja jestem tam, w lesie. 
Trener Walsh zauważa, że rozmawiamy. 
-  Dziewczyny, słuchajcie uważniej. I żadnego całowania. 
Pozostali  uczniowie  zaczynają  chichotać.  Puszczam  pokrytą  gęsią  skórką  rękę  Issie.  Robi  mi  się  gorąco,  co  oznacza,  że 

weszłam  w  tryb  rumieńców.  Nick  twierdzi,  że  mój  tryb  rumieńców  jest  uroczy.  Schylam  się  i  upewniam,  że  na  kostce  wisi 
bransoletka, którą mi podarował. To cienki złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie delfina. Przypomina mi o Charlestonie, bo 
tam mogłam oglądać delfiny na żywo. Obok delfina znajduje się serduszko, które przypomina mi o miłości - może to banalne, ale 
prawdziwe. Strasznie się boję, że zgubię bransoletkę, ale tak ją uwielbiam, że nie jestem w stanie jej zdjąć. 

-  Zapłacę za więcej! - drze się jakiś palant. Powinnam wiedzieć, jak się nazywa, ale wciąż nie wszystkich tu znam. Mieszkam 

w Maine od niedawna i mam problem z zapamiętywaniem imion. 

Siedzący na wózku Devyn wskazuje wrzeszczącego kolesia, który jest od niego chyba jakieś trzy razy cięższy. W oczach trenera 

dostrzegam ironiczny błysk, ale nie odzywa się, ignoruje nas i zaczyna dzielić na grupy. Issie, Devyn i ja kulimy się obok siebie na 
środku lśniącej podłogi. Przejeżdżając po niej czubkiem tenisówki, poprawiam spodenki. 

-  Gdzie on jest? - pytam już głośno, bo trener zdążył się oddalić. 

Oczy Devyna wyrażają spokój. Jest najbardziej opanowany z nas, ma analityczny umysł i ostatni wpada w panikę - dlatego też 

między innymi Issie (nieoficjalnie) się w nim kocha. 

-  Patroluje teren, Zaro, nic więcej. Na pewno lada moment tu będzie. Pewnie coś go zatrzymało. 

-  Nie powinien wychodzić sam — mruczę pod nosem. 

-  Tylko  mu  tego  nie  mów.  -  Devyn  wyciąga ręce wysoko nad głowę, jakby rozpościerał skrzydła. Nawet siedząc na wózku, 

zajmuje dużo przestrzeni i cały czas się porusza, jakby miał zamiar odlecieć. - W jego naturze leży samotne wędrowanie. 

-Wiem  -  mamroczę.  Ostatnio  Devyn  sporo  mi  opowiedział  o  naturze  Nicka.  Nick  zmienia  się  w  wilka.  A  wilki...  Cóż,  są 

drapieżnikami, ale także chronią innych. Śpią zbite w gromady. Same się o siebie troszczą. Są inne niż ludzie. 

Devyn przestaje się rozciągać. 

-  Ich DNA jest po prostu inne. 

-I  nie  mają  męskiego  kompleksu  bohatera  -  dodaje  Issie.  Podskakuje,  dotykając  palców  u  nóg.  Koszulka  z  króliczkiem 

podjeżdża nieco do góry, odsłaniając jaskrawopo-marańczową bieliznę. - Czyż to nie przydatna wskazówka 
do poradnika? „Jeśli zadajesz się z piksami, nie możesz mieć kompleksu bohatera". 

Devyn  i  ja  zaczęliśmy  bowiem  pisać  poradnik.  Zatytułowaliśmy  go  ]a\  przetrwać  ata\  piksów,  co  jest  oczywiście  kopią  tytułu 

książki  o  zombie,  ale  pomyśleliśmy,  że  trzeba  dać  ludziom  jakieś  pożyteczne  wskazówki  na  wypadek,  gdybyśmy  kiedyś 
zdecydowali  się  ujawnić.  A  tak  naprawdę  to  pewnie  anonimowo  wrzucimy  poradnik  do  Internetu.  Kilka  miesięcy  temu  nie 
wiedzieliśmy nawet, że piksy istnieją. A teraz jedyne, co robimy, to próbujemy je powstrzymać. 

—Dodam  to  zdanie  —  rzuca  Devyn  i  zwraca  uwagę  na  jakieś  poruszenie  w  drzwiach.  Do  sali  wpada  lodowate  powietrze. 

Zima w Maine to nie przelewki. 

Do  sali  wchodzi  Nick  i  moje  serce  prawie  przestaje  bić.  W  spodenkach  i  ciemnozielonej  koszulce  jest  wręcz  absurdalnie 

przystojny. Wydaje się, że tacy piękni ludzie są delikatni, wręcz nierealni. 

Ale Nick jest prawdziwy - prawdziwe są jego ciemna cera, ciemne włosy i oczy. No dobrze - brwi, tak jak nos Devyna, są dość 

spore, a gdy przyjrzeć się z bliska, usta wydają się nieco krzywe. Całowałam je. Czułam oddech Nicka na uchu i wiem na pewno, 
że był prawdziwy, nawet jeśli mój ukochany jest wilkołakiem. 

Gdy podchodzi bliżej, dostrzegam potężne mięśnie jego nóg. Machając usprawiedliwieniem w stronę trenera, woła: 
—Przepraszam za spóźnienie! Mam tu papier. 

background image

 

 

3

—Nie ma sprawy, kolego! - odkrzykuje trener. On i Nick są prawie kumplami. 
Nick  wkłada  zwolnienie  -  zapewne  fałszywe  -  do  kieszeni.  Choć  stoimy  daleko  od  siebie,  czuję  jego  zapach.  To  chyba 

feromony,  które  wydzielają  faceci,  by  przyciągnąć  dziewczyny.  Widocznie  feromony  Nicka  mają  zaprogramowane  moje  imię  i 
atakują całą masą. 

-  Zaczynasz  się  rozklejać  -  zauważa  Issie  śpiewnym  głosem  i  delikatnie  mnie  szturcha.  Odwraca  się  do  Devy-na,  który 

uśmiecha się jak wariat i siedząc spokojnie, przygląda się sytuacji. - Dev, spójrz tylko na Zarę. Znów ma maślane oczy. 

Gdy zaś sama Is obdarza przyjaciela zakochanym spojrzeniem, on rzuca w odpowiedzi: 
-  Tak. Szczenięca miłość. To oczywiste. Same hormony. 
-  To nie hormony - prostuję z udawanym oburzeniem. 
Ale Dev tylko się śmieje. Widzimy, jak macha do niego Cassidy — dziewczyna, z którą podobno kiedyś chodził, w czwartej 

klasie.  Uśmiechając  się,  odwzajemnia  pozdrowienie.  Issie  cała  sztywnieje,  ale  kiedy  chcę  jej  powiedzieć,  że  Cassidy  nie  jest 
przecież  żadną  konkurencją,  podchodzi  do  nas  Nick.  Obejmuje  mnie  i  przyciąga  do  siebie. Instynktownie przywieram do jego 
piersi.  Nie  mogę  nic  na  to  poradzić.  Wdycham  te  nieszczęsne  feromony,  aż  zaczyna  kręcić  mi  się  w  głowie.  Czuję  las,  czyste 
powietrze i ciepło. I pocałunek w czubek głowy. 

-  Hej, wy tam! Żadnego obściskiwania! — Trener Walsh podchodzi bliżej, dzierżąc rakietki do ping-ponga i zestaw piłeczek. 

Palce Nicka na sekundę zaciskają się wokół moich, ale od razu puszczają. 

-  Wasza czwórka - rzuca trener. - Tenis stołowy, zapraszam. Ostatni stół. Dasz radę, Devynie? 
Devyn kiwa głową i sięga po kule. Jeszcze miesiąc temu nie mógł nawet stać, a teraz zaczyna powoli chodzić. Lekarze mówią, 

że to cud. Ale my znamy prawdę. Devyn, tak jak Nick, jest tylko w połowie człowiekiem. Należy do zmiennokształtnych - może 
zmieniać się w zwierzę, orła, i dzięki temu szybciej zdrowieje, a rany lepiej się goją. To, co zwykłego człowieka by sparaliżowało, 
jego nie pokona. 
A jednak nie potrafi ukryć frustracji, że proces zdrowienia postępuje tak wolno. Czasem aż zaciska zęby ze zniecierpliwienia. 

Is podaje mi rakietkę i szepcze: 

—On kiedyś byl mistrzem ping-ponga. 
—Jak można być mistrzem czegoś takiego? - Uśmiecham się. 
—Tylko popatrz — odpowiada z przekonaniem i podaje drugą rakietkę Nickowi. 
—To dzięki ptasiej naturze - wyjaśnia Nick. - Dobra koordynacja ruchowa. 
—Nabijacie się ze mnie? — prycha Dev. Trzyma już rakietkę w odpowiedniej pozycji, tak jak uczył nas trener. 
—Pewnie. — Is zaczyna uwodzicielsko trzepotać rzęsami. - Nabijamy się. 
—Nie  chodzi  o  koordynację  ręka—oko,  ale  o  to,  by  przewidzieć,  dokąd  poleci  piłeczka  i  posłać  ją  tam,  gdzie się  chce  — 

tłumaczy  Devyn.  —  Podobnie  jest  w  życiu.  Chodzi  o  cel  i  kierunek.  Nie  można  się  o  to  martwić,  trzeba  tylko  planować, 
przewidywać i reagować. 

Issie prawie puchnie z dumy. 

—Czytałem  ostatnio  o  związkach  piksów  z  mitologią  skandynawską  -  Devyn  zmienia  temat.  -  Ciekawe  rzeczy.  Ale  dość 

niejasne. 

—  Powiesz nam? — Nick serwuje pierwszy. Dev odbija piłeczkę. 

—Jeszcze nie teraz. Zaro, chciałbym do poradnika dopisać rozdział o mitologii. Zgadzasz się? 
—Jasne. - Obracam rakietkę i skubię prasowankę na starej koszulce z U2. 

Nick znów odbija piłeczkę, Devyn odpowiada z woleja. Mała jaskrawopomarańczowa kulka przelatuje z jednej strony na drugą 

tak szybko, że ledwo ją dostrzegam. Słyszę tylko charakterystyczny dźwięk, gdy odbija się od twardego stołu. Odsuwam się, Issie 
także, ale chłopcy nawet tego nie zauważają. 

—Dlaczego się spóźniłeś? — pytam Nicka. 
—Patrol. - Ruchem nadgarstka posyła piłkę w stronę Devyna, który natychmiast ją odbija. 
—To wiemy, bohaterze. — Issie podbiega do stołu, jakby uważała, że uda jej się dosięgnąć piłeczkę. — Ale się spóźniłeś. 
Wpatrujemy się w niego wszyscy, lecz Nick odwraca wzrok. 
—Miałem przygodę — odpowiada po chwili, marszcząc czoło. 
Devyn  nie  trafia  w  piłeczkę,  która  odbija  się od stołu i spada na bok. Issie rzuca się, by ją złapać, ale piłeczka toczy się po 

lśniącej podłodze pod inny stół. 

Odgarniam włosy z twarzy, by lepiej przyjrzeć się Nickowi. Jest tu — cały i zdrowy. 

—Wszystko w porządku? — pytam. 

Napotykając mój wzrok, rozkłada szeroko ręce, jakbym chciała go przeszukać. 

—Oczywiście. 

Issie przynosi piłeczkę i podaje ją Devynowi, by zaserwował, choć to nie jego kolej, bo przegrał ostatni punkt. 

—Cassidy przesyła ci liścik — oznajmia smutnym głosem. 
—Dzięki. - Dev wkłada kartkę do kieszeni, poprawia kule i pochyla się nieco do przodu, ale serwuje idealnie w poprzek stołu. 

Piłeczka  odbija  się  przede  mną,  lecz  dostrzegam  ją  dopiero  wtedy,  gdy  Nick  odbija  ją  za  mnie.  Po  drugiej  stronie  stołu  Issie 
krzyżuje ręce na piersi i wbija wzrok w podłogę. Przeraża ją myśl, że Dev może lubić Cassidy. Dziewczyna jest nawet miła, lecz 
daleko jej do fantastycznej Issie. 

—O czym gadacie? - pyta. 

-  O tym, dlaczego się spóźniłem. Spotkałem piksa -odpowiada Nick. - Ale dałem sobie radę. 

Nick uderza piłeczkę trochę za mocno, a ona odbija się od stołu i uderza w ścianę po drugiej stronie sali, niedaleko Cassidy. 
-  Tę chyba odpuszczę - oznajmia Issie. 

-  Spotkałeś się z piksem i nie wezwałeś... - zaczynam prawie piszczeć z irytacji - ...nie wezwałeś pomocy? 

Nick z typowym dla siebie spokojem odpowiada: 

-  Wszystko działo się za szybko, skarbie. 

-  Nie mów tak do mnie - proszę poważnie. - Znasz zasady. Wzywasz pomoc, jeśli wiesz, że się spóźnisz. Ta zasada obowiązuje 

nas wszystkich, bo wszyscy jesteśmy w niebezpieczeństwie. 

-  Hm, cóż - mamrocze Issie - może jednak pójdę po tę piłeczkę, bo jeszcze zacznę wykład o tym, że faceci używają określenia 

„skarbie", gdy nie potrafią poradzić sobie z silniejszą kobiecą naturą i robią się zazdrośni. Ups! Już zaczęłam. Zaraz wracam. 

-  Issie ma problem, zawsze unika konfrontacji - ocenia Devyn, jakbyśmy tego nie wiedzieli. 

background image

 

 

4

-Nie potrzebowałem pomocy. - Nick ignoruje nasze komentarze i zwraca się do mnie. W jego oczach widzę dobroć, ale głos 

wydaje się całkiem poważny. - Nie było na to czasu. 

-  Zawsze jest czas - upieram się. - By wysłać SMS, wystarczą dwie sekundy. 

Is wraca z piłeczką. 

-  Już po kłótni? 
Przytakuję, choć to nie do końca prawda. Nick musi przestać podejmować niepotrzebne ryzyko i ja powinnam sprawić, że to 

zrozumie. Ale teraz nie czas na to. Jesteśmy na wuefie. Bez żartów. Trącam biodrem Nicka i znów ustawiamy się we właściwych 
pozycjach. 

-  To ja mam rację — upieram się. 
-  Taak, już po kłótni - zapewnia Devyn. Is uśmiecha się do niego. 
-  Serwuję. - I nie trafia w piłkę. - Hm. Może ty serwuj. Devyn robi, co trzeba, i rzucam się do piłeczki, ale to 

Nick odbiera ją pierwszy. 

-  Wybacz - mruczy. 

Z  irytacją  wznoszę  oczy  do  nieba,  bo  chłopcy  znów  zaczynają  grać  sami.  Próbuję  śledzić  tor  lotu  piłeczki,  ale  nie  potrafię 

przewidzieć jej kierunku, a tym bardziej zmusić, by leciała tam, gdzie chcę. I nie mogę powstrzymać się od cichego komentarza: 

-  Ciągle zgrywasz bohatera, aż w końcu coś ci się stanie. Nick przestaje grać i patrzy na mnie uważnie. 
-  Ty miałaś lekcje, a ja wolną godzinę - przypomina łagodnie. 

-Ale zasady są takie, że gdy widzisz piksa, wzywasz wsparcie - przypomina Issie. - Nie chcę się kłócić, lecz taki jest protokół 

postępowania. Kurczę, ale to fajne określenie. 

To Devyn je nam podsunął. Ale słowa nie mają znaczenia. Liczy się to, że mamy wyłapywać wszelkie zabłąkane piksy w naszej 

okolicy.  Łapiemy  je  i  wsadzamy  do  wielkiego  domu,  który  otoczyliśmy  żelazem.  Dom  stoi  w  lesie  i  kryje  go  czar,  coś  jakby 
zaklęcie, przez które ludzie nie widzą, co naprawdę się tam znajduje. Nie bardzo podoba mi się pomysł więzienia kogokolwiek, ale 
nie znalazłam lepszego rozwiązania. Piksy były niebezpieczne. Zabijały chłopców, ale je powstrzymaliśmy. Trawiło je pragnienie i 
dlatego wymknęły się spod kontroli króla. W społeczeństwie piksów obowiązuje hierarchia. Król i większość okolicznych piksów 
wciąż są uwięzieni, ale od czasu do czasu z innych miejsc przybywają pojedyncze osobniki. 

Nie wiemy dlaczego. 
Wiemy jednak, że je także musimy powstrzymać. 

 
 
 

Wskazówka 
Piksy nie wyglądają wcale tak, jak psotna wróżka z 

Piotrusia Pana. Nawet jeśli czasami wkładają podobne ubrania. 

Przecież coś muszą nosić. 

 
 
 

Zamiast  pójść  na  lunch  do  szkolnej  stołówki,  Devyn  i  ja  bierzemy  kanapki  i  ruszamy  do  biblioteki,  by  poszukać  nowych 

informacji. Macham na przywitanie bibliotekarce, której imię wciąż zapominam, a to wstrętne, bo jest dla mnie bardzo uprzejma, 
po  czym  kładziemy  nasze  laptopy  na  jednym  z  wypolerowanych  drewnianych  stołów.  Drewno  jest  tak  jasne,  że  prawie  żółte. 
Devyn uderza głową o kant blatu, gdy próbuje podłączyć zasilacz do prądu. 

-  Au! - Upuszcza kabel na ziemię. 
-  Daj, ja to zrobię. - Podnoszę wtyczkę. 

-  Dzięki. - W powietrzu przeskakują impulsy elektryczne. 

-  Nie ma sprawy. 

Biblioteka  jest  w  połowie  zapełniona  uczniami. Zamiast szeptać, wszyscy wbrew przepisom wrzeszczą na cały głos. Wokół 

jakiejś  dziewczyny  i  jej  komputera  rozsiadła  się  grupa  chichoczących  koleżanek.  Słyszę  kliknięcia -  chyba  się  fotografują.  Jakiś 
chłopak w ciemnym ubraniu pochyla się nad monitorem. Dwóch innych, kawałek dalej, pisze coś bardzo szybko, ale nie wiem, 
czy pracują, czy grają. Dev i ja przyszliśmy, by poszukać informacji do naszej książki o piksach - a to niełatwe. Większość rzeczy, 
które  znajdujemy  w  sieci,  dotyczy  pixies  -  psotnych  wróżek  podobnych  do  Dzwoneczka  -  albo  założonego  w  1986  roku  w 
Bostonie zespołu rockowego. 

-  Dlaczego wciąż trafiam tylko na Piotrusia Pana albo strony z muzyką? - niecierpliwię się. 
-  Spokojnie. 

Otwieram kolejną stronę i rzucam okiem. 

-  Dobra, mój spokój doprowadził mnie do strony, której autorka próbuje zrobić doktorat, chce spędzić emeryturę w Szkocji i 

ma wyraźną słabość do obrazków kobiet pracujących w bardzo krótkich spódniczkach. 

-  Daj popatrzeć. - Zaciekawiony Devyn podnosi wzrok. — Może sama też takie nosi? 
-  Wątpię. 
-  Nigdy nic nie wiadomo. - Odsuwa się od komputera i odrywa kawałek kanapki. 

Przez ostatni miesiąc sprawdziliśmy jakieś dwadzieścia blogów, które miały opowiadać o piksach, jednak żaden tak naprawdę o 

nich nie mówił. Większość autorów po prostu lubi powieści fantasy - super, tyle że my szukamy czegoś innego. 

-  Mam już dość. Chciałabym w końcu coś zrobić, wykazać jakąś aktywność. 

Dev milczy, gryząc kolejny kęs kanapki, i po chwili odpowiada: 

-  Zbieranie informacji to właśnie aktywność. Nie mogę powstrzymać parsknięcia. 
-  Tak samo patrolowanie. 

Uśmiecham się bezwiednie, słysząc wibracje mojej komórki. 

-  Nick? - pyta Devyn. - Kiedy widzieliście się ostatnio? Pięć minut temu? 
-  Pięć minut - wciskam klawisz telefonu, by odebrać wiadomość - to bardzo długo. 

background image

 

 

5

Słyszę westchnienie irytacji. 

-  Co pisze? Kocham Cię, skarbie 

-  Cicho bądź. Pisze: Spotkajmy się przy poezji. - Podskakuję na krześle, rozglądając się. - Jest tutaj. 

-  Chcesz się wykręcić, co? - Devyn zaczyna się śmiać. 

-  Pewnie  -  rzucam,  próbując  sobie  przypomnieć,  gdzie  znajduje  się  dział  poezji.  -  I  tak  lepiej  niż  ja  radzisz  sobie  z 

wyszukiwaniem informacji. 

-  Nieprawda. 

Ruszam w stronę ostatnich rzędów półek, ale zatrzymuję się jeszcze na chwilę i pochylając nad Devynem, mówię szeptem: 

-  Poszukaj „inwazja piksów". Jest ich tu nagle zdecydowanie za dużo, to nienormalna sytuacja. 

-  Dobry pomysł. 

Szybkim  krokiem  mijam  biurka  bibliotekarek,  gdzie  jedna  z  nich  opowiada  bodajże  o  sporządzaniu  bibliografii,  i  wchodzę 

między  rzędy  „Proza  Ca-Cz".  Skręcam  w  prawo,  gdzie  półki  sięgają  do  samego  sufitu  -  czasem  trzeba  wchodzić  po  małej 
drabince. Jak na szkolną bibliotekę, zbiory są tu naprawdę ogromne. Wydaje mi się - choć nie jestem pewna - że poezja znajduje 
się na samym końcu, w lewym rogu. 

Moja komórka znowu się odzywa. Idziesz} - odczytuję wiadomość. 

Takj cierpliwości — odpowiadam. 

W bibliotece unosi się zapach książek - starych i nowych - kawy oraz bajgli. Jasne światło wpada przez rzędy wysokich okien, 

zalewając całą bibliotekę pięknym złotym blaskiem. Skręcam za róg. 

Nick uśmiecha się, opierając o wielki szary kaloryfer. Jego gruby czarny sweter przytula się do ściany. Przez chwilę chciałabym 

być tą ścianą. No dobra, dłużej niż przez chwilę. 

-  Cześć — rzuca. 

-  Cześć. - Odwzajemniam uśmiech. - Myślałam, że zrezygnowałeś z lunchu, żeby razem z Issie patrolować teren. 
-  Skłamałem. - Nick przykuca i podnosi mały czarny plecak, który widzę po raz pierwszy. Wyciąga z niego plażowy ręcznik i 

zaczyna rozkładać go na podłodze. 

-  Daj, pomogę ci. — Łapię za brzeg jasnoniebieskiego materiału z wyszytą falą. Palce moje i Nicka dotykają się i choć czujemy 

przepływający ładunek elektryczny, nie odsuwamy dłoni. 

-  Elektrostatyka  -  mruczy  Nick.  Patrzę,  jak  jego  usta  poruszają  się  powoli,  gdy  wypowiada  to  słowo,  jakby  mnie  całowały. 

Sama słodycz. Pochylam się do przodu, ale on podnosi palec, zatrzymując mnie. — Momencik. Usiądź na ręczniku, skarbie. 

-  Rządzisz. — Siadam pokornie. 
-  Ty też lubisz rządzić. 
-  Zgadza się — potwierdzam. 

Śmiejąc się, Nick wyjmuje plastikowy woreczek z czymś okrągłym i ciemnym w środku. Ciastka! Rzucam się do przodu. 

-  Czy to... 

-  Czekolada i masło orzechowe - kończy zdanie. Wciąż wpatruję się w jego usta, ale otwieram woreczek. 
-  Uwielbiam je! Mama często takie piekła. 
-  Wiem o tym. 
-  Skąd? 
-  Powiedziałaś mi kiedyś. 

Nick siada obok mnie i zanim totalnie się wzruszę, wyjmuje jedno ciastko i podnosi je do moich ust, drocząc się. 

-  Masz ochotę? 

Rozchylam wargi, a on wsuwa mi smakołyk do buzi. Odgryzam kęs, czując, jak słodycz rozpływa się na języku. 

-  Mmm, pycha. 

Z uśmiechem odsuwa się odrobinę i szepcze: 

-  Wiesz, że tu nie wolno jeść. 

-  Ależ jesteśmy niegrzeczni. — Przełykam szybko herbatnik. 
-  Bardzo. — Nick odgryza kolejny kawałek. — A wiesz, że za kilka tygodni będą tańce? 

-  Bal Zimowy. Wszędzie w szkole wiszą plakaty. 
-  Chcesz iść? 
Zastanawiam się całe pół sekundy. 

-  Ubierzesz się ładnie? Nick kiwa głową. 

Przysuwam  się  odrobinę,  opierając  dłonie  na  ręczniku  i  zbliżając  twarz  do  twarzy  Nicka.  W  moim  sercu  pojawia  się  nagle 

dziwne ciepło, coś jak przyjemny pożar, gdy pytam: 

-  Zatańczymy wolny kawałek? 

Kolejne skinienie. Nick delikatnie i tylko na moment rozchyla usta. Prawie natychmiast je zamyka - nic się nie stało. 

Nachylam się, jakbym chciała musnąć wargami jego wargi, i dodaję: 
-  Przytulisz się do mnie ? Będziemy tańczyli bardzo blisko siebie, a ty położysz rękę na moim karku i powoli zanurzysz ją w 

moich włosach i... 

background image

 

 

6

Nick  już  nie  przytakuje,  tylko  schyla  głowę,  wplata  palce  w  moje  włosy  i  po  chwili  zatapiamy  się  w  niekończącym  się 

pocałunku.  Jego  wargi  są  jednocześnie  delikatne  i  twarde.  Nasze  oddechy  się  mieszają.  Wszystko  inne  nagle  znika  w  mgnieniu 
oka. Zostajemy tylko ja, Nick, książki i ciastka. 

-  Tego właśnie chcesz? - pyta, gdy w końcu odrywamy się od siebie. 

Oddycham głęboko i przysuwam usta do jego ucha. 

-  Tego właśnie chcę. 
-  A jeśli obiecam, że tak będzie, pójdziesz ze mną na bal? 
Siadam na piętach i odpowiadam: 

—Tak, jeśli obiecasz też, że nie będziesz sam chodził na zwiady. 
Nick przez moment milczy, a potem uśmiecha się i krzyżuje ręce na piersi. 

-Jesteś nieznośna, absolutnie i totalnie nie... 
—Za to mnie przecież kochasz, prawda? Rzuca we mnie herbatnikiem. 
—Za to i ponieważ mogę piec dla ciebie ciasteczka. Łapię ciastko lewą ręką. 

—Bardzo dobre powody. A chcesz wiedzieć, dlaczego ja cię kocham? 
—Bo piekę doskonałe ciasteczka? — Nick łamie jedno na pół i wkłada kawałek do ust. 
—Po części też — przyznaję, gryząc. — Ale nie tylko dlatego. 

Zabłąkany okruszek spada na dżinsy Nicka. Strącam go, gdy pyta: 
—Lubisz mnie tak torturować, co? 

—Dobrze, już nie będę. - Siadam po turecku i uśmiecham się. — Kocham cię za to, że tak się o wszystkich troszczysz, za to, 

że jesteś taki uparty, i za to, jak bardzo kochasz Issie i Devyna. 

Nick znowu się pochyla, całuje mnie w czoło, a potem po kolei w obie powieki. To najbardziej czułe pocałunki. Delikatne i 

szczere. 

—Ciebie też kocham, Zaro. 

—Bardzo, bardzo się z tego cieszę — wzdycham. I rzeczywiście tak jest. 

 
Pozostała część dnia mija raczej spokojnie. Po szkole Nick pracuje w szpitalu, a Issie i Devyn chodzą na francuski, więc idę 

pobiegać. Znów możemy spokojnie trenować, bo chłopcy przestali ginąć. Na pewien czas szkoła wstrzymała treningi biegaczy, 
ponieważ Jay Dahlberg i młody Beardsley zostali porwani przez piksy. Oczywiście nikt nie wiedział, że to były piksy, wiadomo 
było tylko, że chłopcy znikają w lesie. Nawet teraz jedynie kilka osób ma świadomość, co naprawdę się wydarzyło — pozostali 
myślą, że grasował tu seryjny zabójca. 

Za każdym razem, gdy moja stopa uderza o ziemię, słyszę śmiech ojczyma. Ale bieganie po śniegu, nawet twardym i ubitym 

przez ratraki, jak w Maine, nie jest tak fajne, jak jogging na ulicach Charlestonu, gdzie się wychowałam, gdzie jest ciepło i wokół 
unosi się zapach kwiatów - również w zimie. 

Bedford w niczym nie przypomina Charlestonu. Mama przysłała mnie tu, bo nie potrafiłam pogodzić się ze śmiercią ojczyma. 

Trudno  mi  było  przyzwyczaić  się  do  Maine.  W  okolicy  jest  tylko  nieco  ponad  sześć  tysięcy  stałych  mieszkańców,  a  ocean  to 
zimny i niebezpieczny wróg czający się za półwyspem. Wszystko jest zalesione, brudne i zimne. Nigdy nie byłam tu wiosną. Nagie 
gałęzie drzew wyglądają jak ramiona tonących błagających o pomoc. Wpatruję się w kolejne pnie, widząc w nich upiorne kształty. 
Ciemne węzły w miejscach, z których odpadły gałęzie, przypominają usta otwarte do krzyku. 

Mijam  drzewa  otaczające tor, skręcam ostro, wbiegając pod górę przy składzie budowlanym, i ruszam dalej. Myślę sobie, że 

byłoby lepiej, gdyby Devyn naprawdę nie lubił Cassidy, bo on i Issie tak idealnie do siebie pasują. Wiedzą o tym chyba wszyscy 
oprócz samego Deva. Nagle dochodzi do mnie jakiś dźwięk. Nieco zduszony, ale z pewnością ludzki. 

Mprhhh... 

Natychmiast dostaję gęsiej skórki. - Bzdura. 

Zatrzymuję się i nasłuchuję. Wyciągam telefon, wciskam jeden-jeden-dwa, ale nie łączę się. Bo co niby miałabym powiedzieć? 

„Halo,  tu  Zara.  Jestem  na  trasie  przy  torach  kolejowych,  minęłam  skład  budowlany  i  wydaje  mi  się,  że  coś  usłyszałam. 

Dostałam gęsiej skórki, a to oznacza, że... Hm, no cóż, to oznacza, że gdzieś w pobliżu jest król piksów". 

Jednak to nie może być prawda, ponieważ król piksów jest uwięziony w domu po drugiej stronie lasu, chyba że... 

- Wymyślasz, Zaro - mówię do siebie. 

Mprh... Mruf.... 

Dźwięk  dochodzi  gdzieś  z  lewej strony. Podnoszę szybko głowę i rozglądam się, szukając śladów. Żadnych nie dostrzegam. 

Przynajmniej nie tych ludzkich. Jednak coś przyciąga mój wzrok. Schylam się i dotykam śniegu. Leży na nim jakiś pył, zaledwie 
odrobina, ale widzę, że lśni. 

Jednak nie mam halucynacji. 

Tylko królowie piksów zostawiają po sobie złoty pyłek. Zwykłe piksy? Prawie nigdy. 
Wiatr huczy wśród bezlistnych drzew. Jedna z gałęzi trzeszczy, jakby nie miała już siły i wolała złamać się i runąć na ziemię. 

Znam to uczucie. 

Mrmfl 

background image

 

 

7

Dźwięk  wydaje  się  głośniejszy  i  już  wiem,  co  to  —  ludzki  głos.  Stłumiony,  co  oznacza,  że  ktoś  najpewniej  ma  kłopoty. 

Wciskam w komórce klawisz przypisany Nickowi. Jest w pracy, dlatego nie odbiera. W szpitalu nie wolno korzystać z komórek. 
No jasne. Głupia. Włącza się poczta głosowa. 

—  Cześć,  to  ja  —  mówię  szeptem,  powoli  obracając  się  w  poszukiwaniu  napastnika. —  Jestem  koło  składu  budowlanego, 

niedaleko  torów.  Biegałam  i  wydawało  mi  się,  że...  Coś  słyszałam.  No  dobra.  Idę  sprawdzić.  Jeśli  nie  zadzwonię  za  chwilę,  to 
znaczy, że jestem martwa. Czy coś. To pa. 

Mrpf. 

Powoli  i  ostrożnie  przedzieram  się  przez  skrzypiącą  biel,  podnosząc  głowę  i  sprawdzając,  czy  na  gałęziach  czai  się  coś,  co 

może mnie zaatakować. Wiem, jestem paranoiczką, ale brak instynktu samozachowawczego może być niebezpieczny dla zdrowia. 
Zaczynam myśleć o fobiach, to mnie uspokaja. Recytuję je sobie i robię się mniej nerwowa. 

Albuminurofobia — lęk przed chorobami nerek. 

Filematofobia albo filemafobia - lęk przed całowaniem. 
Genufobia — lęk przed kolanami. 

Jednak i to nie pomaga. Jestem już w środku lasu, gdy zauważam, skąd dochodzi głos. To mężczyzna przywiązany do wielkiego 

świerka. Ma jasne włosy, usta zaklejone taśmą i ciało owinięte drutem kolczastym. Jedyne, co trzyma go w pionie, to ten drut i 
resztka silnej woli. Piksy prawie go zabiły. 

Chyba  że  to  on  jest  piksem.  Może  to  właśnie  z  nim  walczył  Nick?  Ale  przecież  Nick  nie  związałby  go  tak  sobie  i  tu  nie 

zostawił, prawda? 

Odpowiedź brzmi: być może. 

Przeszywa  mnie  dreszcz.  Chłopak  patrzy  na  mnie  błagalnym  wzrokiem.  Wygląda,  jakby  miał  zaraz  umrzeć.  Piks  nie  piks, 

podbiegam bliżej. Zrywam z rąk rękawiczki, które lądują na ziemi obok stóp tamtego. Wyglądają jak czarna kałuża. Zaczyna padać 
śnieg,  wielkie,  ciężkie,  wilgotne  płatki  wielkości  mojego  kciuka.  Próbuję  rozplatać  drut,  ale  jest  tak  zimny  i  kłujący,  że  rani  mi 
skórę. Odskakuję i zaciskam pięści, by chronić palce. 

—Mrf... Mmmm... — Zdesperowany głos pasuje do spojrzenia zielonych oczu. Podświadomie wiem, co chce, bym zrobiła. 

Rozkładam palce i wyciągam rękę. 

—Będzie bolało. 

Paskudnie  się  czuję,  odrywając  taśmę,  ale  robię  to.  Podważam  krawędź  paznokciem  i  pociągam.  Taśma  odrywa  się  z 

mlaśnięciem. 

—Załóż rękawiczki i mnie uwolnij — mówi niskim głosem z lekkim obcym akcentem, którego nie rozpoznaję. 

Jakby... irlandzkim. Ale to niemożliwe. - Proszę. Ona przyjdzie po... 

—Czy  to  piksy?  One  ci  to  zrobiły?  Widziałam  pył.  Czy może ty jesteś piksem? Muszę wiedzieć. — Ogarnia mnie poczucie 

winy.  Wiem,  że  piksy  są  złe,  ale  gdy  widzę  kogoś  tak  cierpiącego,  nawet  jeśli  jest  jednym  z  nich... Cóż,  pewnie jest, ale to bez 
znaczenia. — Muszę wiedzieć, czy wciąż coś ci grozi. 

Wydaje się, że mówienie dużo go kosztuje. Powoli porusza ustami. 

—Co? Ona jest... Nie przygotowałem się na śmierć. 

—Nie umrzesz. - Podnoszę z ziemi rękawiczki i je wkładam. Ten chłopak jest piksem, wiem to, ale nie mogę tak po prostu 

pozwolić  mu  umrzeć.  Czuję,  jak  mięknie  mi  serce.  To  byłoby okrutne, zostawić go tu przywiązanego do drzewa, by czekał na 
śmierć. — Jeśli obiecasz, że mnie nie skrzywdzisz, ja nie pozwolę ci umrzeć. 

—Bardzo się staram, ale jeśli ona się pojawi, to... - Urywa, a po chwili krzyczy: — Uważaj! 

Odwracam  się  szybko.  Rękawiczka  upada  na  ziemię.  Drugą  ledwo  zdążyłam  założyć  do  połowy.  Przede  mną  stoi  kobieta. 

Drobnej  postury,  ale  bardzo  piękna.  Ma  długie,  opadające  na  ramiona  czarne  włosy  i  ciemną  skórę.  Nie  mogę  powstrzymać 
westchnienia. 

—Proszę, nie pozwól jej mnie zabrać - szepcze chłopak, gdy zaczynam się cofać. 
—Nie pozwolę. — Jeszcze nie wiem, jak dotrzymam tej obietnicy. W nieznajomej kobiecie jest coś złowieszczego. Być może 

to  uczucie  wzmaga  rycerski  napierśnik,  który  przykrywa  ciemnozieloną  aksamitną  suknię.  A  może  coś  innego  —  na  przykład 
przerażająco intensywne spojrzenie. 

—Wiesz, że muszę cię zabrać, wojowniku. — Kobieta ma mocny głos, a jej oczy lśnią złowieszczo. Robi krok do 

przodu. Dostrzegam szczupłe i delikatne dłonie, lecz wyczuwam, że to złudna słabość. Podnoszę chuderlawe ramiona. 

—Momencik. Daj nam chwilę, dobrze? 
—Próbujesz mnie powstrzymać, mała? - rzuca ironicznie. 
—Słucham? Nazwałaś mnie „mała"? Sama do olbrzymów bynajmniej nie należysz - mówię. 

Chłopak za mną odzywa się z wysiłkiem: 

—Nie rób tego. 

Nieznajoma uśmiecha się i robi kolejny krok do przodu. 

—Moim świętym obowiązkiem jest zabieranie stąd upadłych wojowników. 
—Zabieranie  dokąd?  —  Podnoszę  rękawiczkę  i  cofam  się,  by  znów  zacząć  rozplątywać  drut.  Podoba  mi  się,  że  potrafię 

zachowywać się tak swobodnie, jakby moje serce nie biło jak oszalałe, jakby ta kobieta nie miała wcale małych wystających kłów. 

background image

 

 

8

—Do Walhalli. 
Zaczynam gorączkowo myśleć. Devyn opowiadał mi co nieco o skandynawskiej mitologii i chyba padło także i to słowo. Ale 

nie pamiętam, w jakim kontekście. 

—Walhalla? — upewniam się. — Jak w skandynawskiej mitologii? Bo chyba mam rację, prawda? Bóg Odyn? O to chodzi? 

Kobieta rzuca się do przodu. Zamiast palców nagle wyrastają jej pazury. Jeden wbija się w mój policzek i rozcina skórę. Zimne 

okrutne oczy wpatrują się we mnie, a na jej rzęsach lądują płatki śniegu. 

—Jak  śmiesz  wymawiać  na  głos  jego  imię,  ludzka  istoto!  -  rzuca  głosem  przepełnionym  złością. - Jesteś niczym, drobinką 

kurzu wobec jego istnienia. 

Draśnięcie jej pazura przeszywa całe moje ciało, nie tylko policzek. Mam wrażenie, że coś się we mnie zmieniło. 

Nagle  czuję  zawroty  głowy  i  mdłości,  ale  jakoś  udaje mi się oprzytomnieć, odwrócić wzrok i wbić go w związanego chłopaka. 
Wracam do rozplątywania drutu, który jest zawiązany na supeł. Ale ja dobrze radzę sobie z supłami. Nie odsuwam się, nie okazuję 
strachu. 

-  Czyje imię? Odyna? - mamroczę. 

Kolczasty węzeł wreszcie puszcza. Szarpię i nieznajomy piks pochyla się do przodu. Doskakuję i łapię go, gdy próbuje stanąć 

prosto,  i  opiera  się  o  mój  bok.  Obejmuję  go  i  słyszę  trzaskający  pod  naszymi  stopami  śnieg.  Drzewa  dokoła  kołyszą  się  na 
wietrze. 

Kobieta syczy i zaczyna węszyć. Świat wokół jest zimny, szarawy, pozbawiony kolorów. Widzę jej oskarżyciel-skie spojrzenie. 

-  Nie jesteś człowiekiem. 

-  Oczywiście, że jestem. — Próbuję utrzymać piksa w pionie. 

Ona mruży oczy. 

-  Nie... Nie w całości. - Wyraz jej twarzy się zmienia — teraz maluje się na niej obrzydzenie. — Jesteś kundlem, mieszańcem. 

Chłopak nagle sztywnieje, a potem zaczyna drżeć. Oboje szuramy nogami po śniegu, z trudem trzymając się prosto. Opieram 

go o twardy pomarszczony pień drzewa. 

-  Jak sobie chcesz. - Oddycham głęboko, próbując nie zwracać uwagi na pazury i kły, które widzę przed sobą, a zamiast tego 

myślę  o  schowanym  w  skarpetce  nożu.  By  go  wyjąć,  musiałabym  puścić  chłopaka.  Mój umysł pracuje na pełnych obrotach, a 
jednocześnie staram się zachowywać swobodnie. Nie przestaję mówić: - Chciałam ci tylko oznajmić, że nie możesz go zabrać. 

Kobieta krzyżuje ręce na piersi. 

-  A to dlaczego? 

Na  śnieg  spada  sosnowa  szyszka.  Wygląda  dziwnie  -ostre  brązowe  krawędzie  na  idealnej  gładkości  i  bieli. Próbuję wymyślić 

jakąś sensowną odpowiedź. 

Ale to chłopak odzywa się pierwszy: 

—Nie możesz mnie zabrać, bo nie umarłem. Wciąż żyję. 
—Już niedługo. - Na twarzy kobiety pojawia się złowieszczy uśmiech. Widzę wysuwający się z ust język, na który spada płatek 

śniegu. Między drzewami szaleje wiatr. 

—Ależ oczywiście, że długo. — Wbijam w nią wzrok. — Zapewnię mu odpowiednią opiekę medyczną i szybko wyzdrowieje. 
—„Odpowiednią opiekę medyczną"? — Słyszę ironiczne parsknięcie. — Czy ty wiesz, kundlu, kim on jest? Spójrz na niego. 

—  Nie nazywaj mnie tak. 

—Przecież  nie  masz  siły.  —  Jej  mina  zdaje  się  mówić,  że  właśnie  pokonała  najsławniejsze  supermodelki  świata  w  walce  o 

lukratywny kontrakt reklamowy. - Ledwo możesz go podtrzymać. 

Ma  rację.  Świat  wokół  czeka  w  milczeniu.  Nieznośna  biel  okrywa  nas  całych,  a  śnieg  nie  przestaje  sypać  z  zachmurzonego 

nieba. Pociągam nosem. Mam katar. Młody piks jęczy cicho. Słyszę w jego głosie smutek, cierpienie i rezygnację. Jest taki kruchy. 
Piks czy nie - potrzebuje mojej pomocy. 

—  Nie poddam się — rzucam odważnie. Nieznajoma unosi brew, jakby zastanawiała się, co się, 

do diabła, tutaj wyrabia. Ja właściwie zastanawiam się nad tym samym, ale muszę raczej zebrać wszystkie siły, by utrzymać siebie i 
jego w pionie. Czuję, jak zimno przenika moje stopy, a potem ciało — do szpiku kości. 

—Skoro się wtrąciłaś — słyszę — być może naprawdę będzie żył. 
Milczę w oczekiwaniu. 
-Ale my chcemy go nagrodzić, nie karać - mówi łagodniej. - Przysięgam. Po śmierci będzie walczył u boku Odyna w bitwie 

wszech czasów. 

Słyszę, jak piks przez zęby wypowiada ostre, zdecydowane zdania: 

—Nie jestem gotowy umierać. Mam tu coś do zrobienia. Nie. Mogę. Umrzeć. 

Z sosnowej gałęzi niczym z nieba spada kolejna szyszka. Uderza mnie w ramię i ląduje na ziemi. Odłamane kawałki przyklejają 

się do śniegu na jej drodze. Wiatr wieje coraz mocniej i jakby ze złością. Nieznajoma kobieta ani drgnie. 

—Rozumiem. — Nagle z jej pleców wyrastają pióra, a wściekłość zabarwia oczy na czerwono. Włosy zaczynają skręcać się w 

spirale i falują na wietrze. Jednak nie jest to piękne, a przerażające. 

Chwieję się odrobinę. Ręka młodego piksa obejmuje mnie w talii i choć wiem, że sam ledwo może ustać, widzę też, że próbuje 

chronić mnie przed atakiem. Jego blond włosy targa wiatr. 

background image

 

 

9

—Nie mam zamiaru krzywdzić tego kundla - słyszymy. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że pióra wyrastające z jej pleców 

to skrzydła - zgrabne i lśniące jak u łabędzia, tyle że kruczoczarne. 

Zupełnie nie wiem, co myśleć o tej kobiecie. Nie mam pojęcia, co robić i mówić. Stoję więc tylko, drżąc z zimna albo strachu 

— albo z obu powodów. 

—Masz  otwarte  usta  —  rzuca  ona,  lekko  się  uśmiechając.  —  Pozwolę  ci  go  zatrzymać,  bo  skoro  i  tak  tu  jesteś,  pewnie 

przeżyje. Ale sama będziesz musiała zdecydować, czy to dobrze, kundlu. 

Próbuję protestować, ale kobieta podnosi rękę. 

—A zresztą wkrótce spotkam innych wojowników. Śmierć nadciąga, niesie ją wiatr. Czujecie? 

Słysząc te słowa, zaczynam myśleć, że ma rację - czuję jakieś czające się niebezpieczeństwo, nadciągającą burzę. Śnieg wokół 

nas zaczyna wirować. Nieznajoma kiwa głową w moją stronę, rozkłada łabędzie skrzydła i unosi się w powietrze, prosto w białe 
niebo. 

Zataczam się lekko i upadam. Piks ląduje na mnie. Zaczyna się śmiać cichym, ale szalonym, zmęczonym śmiechem. 

-Przepraszam, wybacz. Ależ... ależ było blisko. Myślałem, że... — Urywa i znów się śmieje. Nagle krzywi się z bólu i jęczy. 
Wygrzebuję się spod niego, przestraszona, że do reszty oszalał. 

-  Poradzisz sobie? - pytam. 
Kręci  głową,  a  potem  przytakuje.  Drżącą  podrapaną  ręką  sięga  do  linii  włosów  nad  czołem.  Patrząc  mi  w  oczy,  porusza 

ustami: 

-  Dziękuję.  
-  I mdleje.  
-  Cudownie. 
 
 
 

Wskazówka 
Piksy nie są dobre. Są złe. I
 nie tak po prostu złe jak niesmaczny obiad, ale przerażające jak najstraszniejszy na 
świecie horror, który śni się po nocach. A tak naprawdę? Są jeszcze gorsze. 

 
 
 
Wiatr wieje jak opętany. Sekundy zmieniają się w dwie albo trzy minuty. Muszę zrobić coś mądrego - coś innego niż gapienie 

się na zemdlonego faceta leżącego na śniegu. Jest dość młody, może kilka lat starszy ode mnie — o ile piksy starzeją się tak jak 
ludzie. Nie mam o tym pojęcia. Nie ma na sobie kurtki, tylko ciemny wełniany sweter i dżinsy. Na pewno przemarzł do szpiku 
kości. 

Podnoszę  głowę,  spoglądam  w  białe  niebo  i  szukam  nieznajomej  kobiety.  Do  oczu  od  razu  wpadają  mi  płatki  śniegu  i 

natychmiast się topią. Nieznajoma zniknęła. Mrugając energicznie, by pozbyć się wody, sprawdzam, czy piks ma jakieś poważne 
rany — takie krwawiące. I szybko znajduję niespodziankę: potężne ugryzienie na brzuchu. Skóra wokół jest poszarpana. Z rany 
leci krew w dziwnym niebieskoczerwonym kolorze — może to dlatego, że zaplątały się tam ciemne włókna swetra, a może tak 
właśnie krwawią piksy. Nie mam pojęcia. 

Mija kolejna sekunda i chłopak powoli otwiera oczy. 
Nie  mam  czym  opatrzyć  rany,  ściągam  więc  kurtkę  i  obwiązuję  mu  nią  brzuch.  Z  tylu  zawiązuję  rękawy  i  próbuję  ucisnąć. 

Czuję zapach krwi — miedziany, metaliczny. 

Otwieram  komórkę  i  wybieram  numer  babci.  Ona  lepiej  radzi  sobie  z  poważnymi  ranami.  I  jest  nie  tylko  ratownikiem 

medycznym, ale także tygrołakiem. Dziwaczne - wiem. Po jednym sygnale czuję, jak ręka piksa zaciska się na mojej. 

-  O co chodzi? - pytam, czując ogarniającą mnie złość. 

    - Muszę zadzwonić po pomoc. 

-  Nie. Pomoc nie. - Ma spierzchnięte usta. - Muszę się ukryć. Wyzdrowieć. 
-  Mówisz urywanymi zdaniami - zauważam - a to znaczy, że nie w twojej gestii leży podjęcie decyzji. 

Kręci głową. 

-  Proszę. Nikt nie może wiedzieć, że tu jestem. Zabij mnie, póki nie mam siły walczyć. 

Moja komórka zaczyna dzwonić - to babcia. Chcę przeczesać ręką włosy, ale przypominam sobie, że cała jestem we krwi. 

-  To chyba nie jest dobry pomysł. 
-  Proszę! 

-  Nie pozwolę ci umrzeć - zapewniam. Śmieje się z wysiłkiem. 
-  Gdybym miał umrzeć, Thrud by mnie zabrała. -Thrud? 
-  Walkiria. 

Sygnał w telefonie milknie. 

-  Aha. No tak. - Przełykam ślinę. - Nie mam pojęcia, czym jest walkiria. 

Piks unosi brew i pociąga nosem. 

background image

 

 

10

-  Jesteś piksem, prawda? 

-Nie... - Uciskam jego ranę. Jęczy, ale udaje mu się na mnie spojrzeć. - No dobrze, powiem ci: jestem w połowie piksem. Boli? 

-  Trochę. - Krzywi się, jakby bolało o wiele bardziej. -Jesteś w połowie piksem. A więc to prawda, że... 

Urywa, by wydać kolejny jęk, i nagle robi mi się go żal. 

-  Przepraszam. Przepraszam, że na ciebie warczę. Nie c liciałam być wredna. Z natury nie jestem. Ale muszę cię stąd zabrać. 

Jesteś ranny i powinnam ci pomóc. Zabrać do szpitala albo coś w tym stylu. 

-  Nie do szpitala - jęczy. - Do mojego pokoju. 
-  Powinieneś jechać do szpitala — nalegam. 
-  I  tak  mnie  nie  wyleczą.  -  Z  trudem  wstaje.  Jego  ciemne  dżinsy  pokrywa  śnieg.  —  Musisz  mi  pomóc  złapać  równowagę. 

Mogę? 

-  Jasne  -  odpowiadam,  gdy  on  obejmuje  mnie  ramieniem,  a  ja  trzymam  go  w  pasie.  Jest  dużo  lżejszy  niż  Nick  i  dobrze. 

Zaczynamy powoli iść przez las. Piks kaszle jak foka i się potyka. Strasznie mi go szkoda. - Nie martw się, mój samochód nie jest 
bardzo daleko - pocieszam go. 

Kiwa głową i mamrocze coś pod nosem. Z czoła ściekają mu kropelki potu. Wiatr znów wieje mocniej, a śnieg utrudnia nam 

poruszanie  się,  zasypując  nas,  przyklejając  się  do  włosów,  zacierając  ślady.  To  długa  droga,  jednak udaje  nam  się  dobrnąć  do 
parkingu, który 
-  na szczęście - jest prawie pusty. Wydaje mi się, że piks odzyskał nieco sił. 

-  Muszę zabrać cię do szpitala — powtarzam. 

-  To mnie zabije. Zataczam się lekko do tyłu. 

-Wiem, że nie jesteś człowiekiem. Tyle że... Należysz do zwykłych piksów czy jesteś królem? Kręci głową. 

-  Dość już pytań, proszę. 
-  Jesteś królem? - ponawiam pytanie. 
-  Powiedziałem, żebyś... 

-  Wiem, co powiedziałeś, ale to nie znaczy, że mam cię słuchać. - Wzdycham. - Tutaj umieszczamy piksy w pewnym miejscu. 

Podnosi nagle wzrok, by spojrzeć mi w oczy. 

-  A więc to prawda? -Co? 
-  Ze ktoś nas więzi. 

Nie  odpowiadam.  Mróz  zmienia  mój  nos  w  mały  sopel.  Naciskam  przycisk  alarmu  i  otwieram subaru. Rozlega się znajome 

piknięcie. 

-  To barbarzyństwo — słyszę. 

Po  części  się  z  nim  zgadzam.  Niepewnie  podchodzimy  do  auta  -  Yoko  stoi  koło  wielkiej  czarnej  furgonetki,  najbardziej 

popularnego samochodu wśród męskiej części uczniów liceum w Bedford. Próbuję wyjaśnić: 

-  Oni zabijali ludzi. Torturowali chłopców. 

-  Dlatego,  że  ich  król  był  słaby.  -  Piks  kręci  głową  i  kaszle.  -  Gdybym  nie  był  ranny,  zmusiłbym  cię,  żebyś  mnie  do  nich 

zaprowadziła. 

-  Cóż, jesteś ranny - stwierdzam. 
Mruży oczy i przez chwilę skupia na mnie wzrok. Przygląda się mojej twarzy. 
-  Twoja skóra robi się niebieska - mówi. 
-  Bo jest zimno. 

Uśmiecha się ironicznie, a ja mam ochotę wrzasnąć. Zupełnie nie wiem, co teraz z nim zrobić. Co prawda jest ranny, ale w 

końcu to piks. Ranny piks, w dodatku najpewniej król. Niedobrze, bardzo niedobrze. A nawet bardzo źle. Rzucam więc szybko: 

-  Zabiorę cię tam, do domu. 
-  Nie  wolno  ci  tego  zrobić  —  odpowiada  spanikowanym,  podniesionym  głosem.  Krzywiąc  się  z  bólu,  powoli  się  jednak 

uspokaja. Łapie mnie mocno za nadgarstek. -W takim stanie nie mogę tam pójść. 

Wyrywam się i otwieram drzwi auta od strony pasażera. 
-  A ja nie mogę pozwolić, byś zabijał ludzi. 

Piks znów łapie mnie za rękę, tym razem nieco wyżej. 

-  Nie  zabijam  ludzi,  tylko  wrogów.  Kontroluję  się,  przysięgam.  Nie  wszystkie  piksy  są...  nie  wszyscy  jesteśmy  tacy  jak  ci, 

których znasz. I nie powinnaś osądzać całej rasy na podstawie kilku osobników, to niesprawiedliwe. 

Trafia w samo sedno. Coś znów we mnie pęka, robi mi się słabo, jakbym gdzieś odpływała. Może to początki grypy? Zmuszam 

się, by się skupić. 

-  Kto cię ugryzł? 
-  Co? — Patrzy pytająco. 
-  Kto. Cię. Ugryzł? 
-  Wilk. — Zaciska zęby. 
Miałam  rację,  ale  stwierdzenie  tego  faktu  wcale  nie  poprawia  mojej  sytuacji  i  nie  sprawia,  że  czuję  się  lepiej.  Piks  patrzy  na 

mnie, czekając na jakąś reakcję, próbuję więc przybrać spokojny wyraz twarzy. 

-Wilk, naprawdę? 

background image

 

 

11

-  Znasz go. — To stwierdzenie, nie pytanie. Uścisk na moim przedramieniu nie słabnie. Mimo że piks jest ranny, wciąż ma 

siłę. 

-  No tak, jasne. Znam wilka. Chodzimy na spacery, na pizzę i pielęgnuję jego futro. Oczywiście, że nie znam żadnego wilka — 

prycham. — Wsiadaj do auta. 

Gdy piks siada na fotelu pasażera, jego twarz wykrzywia dziwny grymas. Nie wiem, czy to z bólu, czy może dlatego, że auto 

zrobione jest z żelaza i stali. A piksy tych dwóch materiałów bardzo nie lubią. Przez chwilę zastanawiam się, czy zapiąć mu pas, 
ale przechodziłby przez środek rany, więc odrzucam ten pomysł i zatrzaskuję drzwi. 

-  Uważaj na nogi - mówię. Odsuwa się. 

Obchodzę Yoko i zerkam na zegarek. Powinnam zdążyć zawieźć go do domu w lesie i wrócić, zanim Issie skończy francuski, 

ale  nagle  coś  przychodzi  mi  do  głowy.  Nie  wiem, czy ten piks zasługuje na to, by znaleźć się w więzieniu z innymi. Nie wiem 
nawet,  czy  w  ogóle  zrobił  coś  złego.  Czy  popełnił  jakąś  zbrodnię?  Wiem  tylko,  że  urodził  się piksem. Czyżbym skreślała cały 
gatunek z powodu tego, co się tu niedawno wydarzyło? Może w rzeczywistości nie wszystkie piksy są przerażające i okrutne? 

Otwieram drzwi od strony kierowcy. 

Nick oczywiście nie miałby żadnych wątpliwości. Gdyby myślał inaczej, nie byłoby tego ugryzienia na brzuchu nieznajomego 

piksa. Jeśli bowiem chodzi o kwestie dobra i zła, Nick widzi wyłącznie białe i czarne barwy. A ja? Ja zauważam szarości. Nic w 
tym złego, po prostu jesteśmy inni. 

Wsiadam, zapinam pas i zerkam na piksa. Siedzi z lekko otwartymi ustami i zamkniętymi oczami. Chyba bardzo cierpi. 
- Przykro mi, że jesteś ranny... - zaczynam. Chyba się odwodniłam, bo kręci mi się w głowie. Przekręcam kluczyk w stacyjce. 

Odwracam się, spoglądam przez prawe ramię, by wyjechać z parkingu, i dodaję: - To okropne, że tak cierpisz, szczególnie, że jeśli 
naprawdę jesteś... 

Kątem oka dostrzegam nagle jakiś błysk i czuję rękę na swoim ramieniu. Robi mi się ciemno przed oczami. 

 
 
 
 

Wskazówka 

Mimo tego, co mówią ludowe podania, piksy wcale nie lubią być nagie. Na szczęście wolą nosić ubrania. To 
zapobiega oskarżeniom o ekshibicjonizm oraz odmrożeniom. 

 
 
 
Gdy się budzę, jestem w aucie sama, a w okno Yoko wali Issie, której włosy wysunęły się spod czapki w tęczowe paski i teraz 

fruwają swobodnie na wietrze. 

-  Zaro! — wrzeszczy Is. Mała pięść uderza raz po raz w szybę. — Zaro! Odblokuj drzwi! 

Robię, co każe. 

-  Devynie!  Pospiesz  się!  —  Is  otwiera  szeroko  drzwi  i  nachyla  się,  prawie  mnie  przygniatając.  —  O  rany,  wszystko  w 

porządku? Dobrze się czujesz? Myślałam, że umarłaś! 

-  Nie umarłam - odpowiadam z wysiłkiem i przecieram oczy. — Ale czuję się jak martwa. I skacowana. 
-  Ależ wybrałaś sobie miejsce na spanie! O rany Julek! Nie chcę cię karcić ani krytykować, ale to niebezpieczne. Wyjechałaś z 

miejsca do połowy, lecz silnik jest wyłączony — tłumaczy pospiesznie. Ma szeroko otwarte oczy, rozbiegane jak u królika. 

-  Pewnie on wyłączył. - Próbuję pojąć, co się właściwie wydarzyło. 
-  Twoja  skóra  wygląda  jakoś  dziwnie.  Jakby  była  niebieskawa.  Moment...  „On"?  Jaki  on?  Nick?  -  Is  zbliża  swoją  twarz  do 

mojej. Przez otwarte drzwi do auta wpada lodowate powietrze, ale ona wbija we mnie wzrok. 

Najwyraźniej  oparłam  głowę  o  siedzenie  i  nagłe  zauważam  na  ciemnoszarej  tapicerce  zawstydzającą  mokrą  plamę  śliny. 

Prostuję się więc i odpowiadam: 

—Ten cholerny piks. 
—Co ty mówisz? — Issie jest przerażona. Widocznie to przez niego straciłam przytomność, choć 

nie mam pojęcia, jak to zrobił. Dotykam ramienia, lecz nic nie znajduje - ani kropli krwi, nie czuję też bólu. Na klamce od strony 
pasażera dostrzegam czerwoną smugę, ale to jedyny dowód, że ktoś tu był. 

Obok auta pojawia się Devyn, a za nim stoi Cassidy. Jej odziane w rękawiczki dłonie spoczywają na uchwytach wózka, jakby 

był jej własnością. Z zatroskaną miną Dev pyta: 

—Zaro, co się stało? 

Rozkładam bezradnie ręce i zerkam na zmartwioną minę Cassidy oraz jej unoszone wiatrem warkocze. 

—Chyba nic. Ja tylko... zasnęłam, no i... 

—Ale wcisnęła hamulec i samochód przejechał tylko trochę — zmyśla na poczekaniu Issie. 

Cassidy  mruży  podejrzliwie  oczy.  Ładna  jest,  taka  ciemna.  I  sporo  wyższa  od  Issie,  lepiej  ubrana  i  —  jak  widać  —  mniej 

naiwna. 

—To mało prawdopodobne — mówi. 

background image

 

 

12

—Och, wiesz, te samochody — paple Issie. — Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, prawda? 

Żartobliwie szturcha Devyna, ale robi to tak mocno, że wózek zaczyna odjeżdżać na bok. Cassidy łapie za uchwyty. 
—Dzięki. — Devyn patrzy jej w oczy. 

Wydaje  mi  się,  że  wszystko  rozgrywa  się  w  zwolnionym  tempie.  Nie  wiem,  czy  to  dlatego,  że  jest  mi  słabo,  czy  może  z 

powodu Issie, która spogląda na Devyna. A Devyn wciąż wpatruje się w Cassidy. Ona zaś patrzy na niego z czułością. Cholera. 

—Na  pewno  nic  ci  nie  jest,  Zaro?  —  pyta  Devyn  po  dłuższej  chwili, odrywając w końcu wzrok od koleżanki. Oczywiście 

wiem, że to pytanie ma podwójne znaczenie, i nie mogę powiedzieć mu całej prawdy, skoro tuż obok stoi Cassidy. 

Używam więc kodu, który wspólnie wymyśliliśmy. 

—Zapiksowało mnie. 
—Co to znaczy? — pyta oczywiście Cassidy, skubiąc rękaw płaszcza. 

Milczymy  przez  chwilę.  Dla  nas  znaczenie  tego  słowa  oczywiście  jest  jasne:  „niespodziewane  spotkanie  z  piksem",  ale 

nieuświadomionym powinno kojarzyć się jedynie z „zafiksowaniem". 

Devyn, jak zwykle opanowanym i przekonującym głosem, oznajmia w końcu: 
—To oznacza stan totalnego zmęczenia, wyczerpania, kiedy ktoś po prostu nagle odlatuje. 

Cassidy uśmiecha się czarująco. 

—Och, w takim razie ja zawsze jestem zapiksowana po testach pana Burnsa. Ty też, Zaro? Ten facet jest po prostu okrutny. A 

mnie się wydawało, że biologia powinna być fajna. 

Kiwam głową trochę zbyt zdecydowanie, lecz świat wokół znów zaczyna tracić ostrość. Issie pochyla się nade mną. 
—Jesteś prawie niebieska, Zaro. I zdecydowanie bledsza niż zazwyczaj. 

—Taaak — bąkam. - Ten sprawdzian mnie dobił. 

Na kolejną sekundę znów zapada niezręczne milczenie. Przerywa je Cassidy, poprawiając rękawiczki i mówiąc: 

—Dobra, Devynie, jedziemy? 

—Ja... Hm... — Dev bawi się teczką trzymaną na kolanach - to książka, nad którą pracujemy. - Tak. Cassidy zawiezie mnie do 

domu. 

—Rany, człowieku, nie musisz za to przepraszać. — Cassidy poprawia fioletowy szalik i obrzuca Issie dziwnym, 

badawczym spojrzeniem. Drapie się w szyję podrażnioną przez szalik, i żartuje: - Czy przejażdżka ze mną to aż taka tragedia? 

—Nie - mamrocze Dev. - Nie chciałem... Nie to miałem na myśli. 

Bynajmniej nie patrzy przy tym na Issie. A jej mina wyraża w tej chwili wyłącznie zdruzgotanie. Na chwilę zapominam o piksie. 

Smutek Issie spycha wszystko na dalszy plan. 

—Zadzwoń do mnie później, Zaro! — woła Devyn, ruszając z Cassidy do jej auta. 

Issie wsiada do mojego i gwałtownie zamyka drzwi od strony pasażera. 

—Możesz prowadzić? — pyta. 
—Jasne. 

—To jedź — rzuca. — Tak szybko, jak to legalnie możliwe, żebyśmy stąd zniknęły. 

Odpalam Yoko, wyjeżdżam na wolny pas i nagle słyszę, jak spod kół wydobywa się jakiś ostry dźwięk zgniatanego przedmiotu. 

Otwieram drzwi i wychylam się odrobinę. Na ziemi leży porzucona puszka po coli, teraz zupełnie spłaszczona. Zatrzaskuję drzwi 
i gdy tylko udaje mi się wyprostować kierownicę, odgarniam włosy z twarzy Issie. 

—Is, chcesz po... — zaczynam. 

—Nie. Nie będziemy o tym rozmawiały. Brak miłości w moim życiu... czy jak to tam nazwiesz... Nieważne. Najważniejsze jest 

teraz, że zemdlałaś w swoim samochodzie. Więc gadaj. Natychmiast. — Krzyżuje ręce na piersi. 

-Ale... 

—  Mówię poważnie, Zaro. Mów, co się wydarzyło. Więc mówię. 

 
Gdy tylko wysadzam Issie pod domem, dzwoni Devyn i żąda raportu z ostatnich wypadków. 

—Trudno mi mówić przez telefon. Może do ciebie wpadnę? — proponuję. 
I  nagle nachodzi mnie myśl, że nigdy dotąd nie byłam 11  Devyna. Nawet nie wiem, gdzie mieszka. Zapada cisza i po chwili 

słyszę odpowiedź: 

—Lepiej nie. 
Wprowadzam Yoko na podjazd, spoglądając na uroczy, drewniany, tak typowy dla Maine dom, w którym mieszkam z babcią 

Betty. Wygląda tak niewinnie i normalnie - w ogóle nie widać, że zdemolował go niedawno król piksów. Devyn był tu sto razy, 
pracowaliśmy nad naszą książką, szukaliśmy materiałów albo po prostu siedzieliśmy. Coś zaczyna ściskać mnie za gardło. Co się z 
nim dzieje? Spotyka się z Cassidy, olewa Issie i nie chce, żebym go odwiedziła. Trudno mi ukryć irytację, gdy pytam: 

—A niby dlaczego? Cassidy jest z tobą? -Nie. 

Tym razem to ja milczę. Zatrzymuję się, ale nie wyłączam silnika. Tak przynajmniej jest ciepło. Jakaś część mnie najchętniej 

spytałaby Devyna, o co chodzi z nim i Cassidy. Nagle zaczęła spędzać z nim cały czas, jakby stała się najważniejszą postacią w 
naszym wspólnym życiu. Z chęcią wyłożyłabym Devynowi, że przecież ma być z Issie, i że za każdym razem, gdy ona widzi go z 
Cassidy, pęka jej serce. Ale pytam tylko jeszcze raz: 

background image

 

 

13

—Dlaczego więc? 

—To po prostu zły moment — odpowiada Dev. — Przepraszam, Zaro. 

Czuję się odrzucona. Opowiadam więc przez telefon o wszystkim, co się wydarzyło, tak szybko, jak potrafię. Kończę i opieram 

głowę o kierownicę. Nie wiadomo dlaczego, pachnie jak keczup. 

—Niesamowite — ocenia Devyn. — To znaczy, że zmiennokształtni wywodzą się z mitologii, rozumiesz? 

A więc miałem rację, że zacząłem zgłębiać skandynawskie mity. 

-  Tak.  A  czy  mógłbyś  wykorzystać  te  swoje  genialne  umiejętności  wyszukiwania  informacji  i  skupić  się  na  Walhalli  oraz 

walkiriach? Nie mogę uwierzyć, że w ogóle istnieje taka rasa stworzeń, nie mieliśmy o nich pojęcia, Devynie. To mnie przeraża. - 
Podnoszę  głowę  z  kierownicy.  Na  dworze  wszystko  jest  białe,  zimne  i  nagie.  Wiatr  porusza  czubkami  drzew,  wyglądają,  jakby 
drapały niebo. - Powiesz Nickowi? O tym, co się stało? 

-  Tak, Zaro. Powiem mu, że uwolniłaś piksa. - Dev wzdycha tak głośno, że słyszę to przez telefon. 

-  Dzięki. 

-  Zaro, on wie, że jesteś wrażliwa. Nie martw się. Nie będzie się złościł zbyt długo. 
-  Tak myślisz? - Otwieram drzwi i rozglądam się, szukając oznak obecności piksów. 
-  Ja to wiem. Zajmę się wszystkim. Ale... Kurczę! Wal-kirie, Walhalla. Nie potrafię sobie wyobrazić, co to oznacza... - Rozłącza 

się, mrucząc coś pod nosem, nawet się nie pożegnawszy. 

Zatrzaskuję drzwi auta i szybkim krokiem wchodzę na ganek. Przeskakuję po dwa schodki naraz i wsuwam klucz do zamka. 

Nie oglądam się za siebie. Jak zawsze. Za bardzo boję się tego, co mogę zobaczyć, niebezpieczeństw, jakie czyhają na mnie, ukryte 
za drzewami. 

Przez godzinę odrabiam lekcje, a potem wpisuję w wyszukiwarkę słowo „walkiria". Pierwsze, co wyskakuje, to tytuł filmu o 

Hitlerze, w którym gra Tom Cruise. Cała pierwsza strona wyników to linki do niego, plus kilka reklam odżywki dla kulturystek. 
Dopiero dalej znajduję coś o skandynawskiej mitologii. Wiem, że Devyn w tej chwili robi to samo, ale trudno... Przecież ja też 
muszę  się  czegoś  dowiedzieć.  Zresztą  i  tak  znajduję  tylko  informacje  o  tym,  że  walkirie  przenosiły  poległych  wojowników  do 
Walhalli,  pałacu  Odyna,  który  był  najważniejszym  bogiem.  A  ja  jestem  taką  komputerową  łamagą,  że  nie  wiem  nawet,  czy  to 
jakieś rzeczywiste miejsce na ziemi, jak na przykład Norwegia, czy bardziej coś w rodzaju nieba. 

Słyszę, jak otwierają się drzwi wejściowe, ale nie odrywam wzroku od monitora. 
-  Cześć, Betty! - wołam. 
-  To nie Betty - odzywa się Nick. Zatrzaskuje za sobą drzwi i wchodzi do salonu. Zrzuca kurtkę i wiesza ją na balustradzie przy 

schodach. 

Stawiam laptop na stoliku, tuż obok starych książek Stephena Kinga, które czytywał mój tata, i podbiegam do Nicka, mówiąc 

jednocześnie: 

-  Nie możesz być na mnie zły, zrozum, bo nie byłam w stu procentach pewna, że on jest piksem. Umierał i nie mogłam na to 

patrzeć, a kiedy pojawiła się ta walkiria, to wtedy... Sama nie wiem. Nie mogłam pozwolić jej go zabrać. 

Nick kładzie mi rękę na karku. Cały pachnie lasem. Wpatruje się we mnie, ale ja spuszczam wzrok, gdy mówi: 

-  Nie jestem na ciebie zły, Zaro. 
-  To dobrze! 

-  Jestem tylko zmartwiony. Nie powinienem był go w ogóle tam zostawiać, lecz kończył mi się czas. A teraz on znowu jest na 

wolności - fatalnie. Ale ty... znam cię. Nie pozwoliłabyś nikomu umrzeć. - Zbliża usta do mojego ucha i szepcze: - Nie jestem zły. 
Między innymi za to tak bardzo cię przecież lubię. 

Uśmiecha się lekko i wyraźnie łagodnieje. Prostuję się, by nasze usta mogły się spotkać. Nick jest delikatny i czuły. Przeczesuje 

dłonią moje włosy. 

Ale jesteś taka skomplikowana - dodaje. Siedzimy na kanapie, nie przestając się całować. Wzdycham z radością i przytulam się 

mocniej do Nicka. 

—Teraz będziemy musieli go szukać. Niestety. 

—Wiem.  —  Nick  kładzie  głowę  na  moich  kolanach.  Jego  długie  nogi  lądują  na  bocznym  oparciu  kanapy.  Z  uśmiechem 

zamyka oczy. Głaszczę delikatnie jego czoło i skórę na powiekach. Łapie moją rękę, całuje i po chwili puszcza. 

—Jesteś dla mnie taka dobra — mruczy i nagle — tak po prostu — zasypia. Ech, faceci. 
Jakoś udaje mi się ściągnąć ze stolika laptop i położyć go obok siebie na kanapie. Przeglądam kolejne strony 

0walkiriach, aż nagle słyszę stukanie w szybę. To rudzik, który trzyma w dziobie kartkę. Kolejny raz uderza w okno 
1 upuszcza liścik, a potem odlatuje. 

Wyślizguję się z ramion Nicka najdelikatniej, jak potrafię, i na palcach przechodzę przez pokój, by otworzyć drzwi. Kartka leży 

na ławce na ganku. To malutki liścik zwinięty w rulonik. Rozglądam się, ale ptaka ani śladu. Właściwie to nigdzie nie dostrzegam 
najdrobniejszego ruchu. Rozwijam kartkę, na której pięknymi drobnymi literami napisano: 

 
Twój  wil\jest  w  niebezpieczeństwie.  Jeśli  chcesz  wiedzieć  dlaczego,  będziesz  musiała  mnie  uwolnić.  Masz  dwa  dni.  Nie  bierz  ze  sobą 

zmiennokształtnych. 

 

background image

 

 

14

Wsuwam  list  do  kieszeni  i  wracam  do  domu.  Nick  jęczy  przez  sen.  Dotykam  jego  powiek.  Jeśli  naprawdę  jest  w 

niebezpieczeństwie, nie mam wyjścia. Oczywiście, że nie mam — żadnego. Zostałam wezwana przez piksa. Za pośrednictwem 
ptaka. Ptak? Nagle ogarnia mnie strach. Skoro może wykorzystać do swoich celów ptaka, pewnie umie wykorzystywać też inne 
stworzenia. A być może - uwolnić się. 

- Fatalnie - mruczę pod nosem. — Bardzo, bardzo fatalnie. 

 
 
 

Wskazówka 
Piksami rządzą królowie - oraz ich pragnienia. Zachowajcie szczególną ostrożność. Okazuje się, że mogą 
wykorzystywać do swoich celów ptaki. 

 
 
 
Dwa dni później Is i ja pędzimy samochodem jak szalone leśnymi drogami. 
-  Nie jestem pewna, czy dobrze robimy - odzywa się Issie. 
—A  skąd  w  ogóle  wiadomo,  co  jest  dobre?  —  pytam  filozoficznie.  -  Musimy  być  pewne  siebie,  Is.  Musimy  wierzyć,  że 

postępujemy słusznie. 

—Uhm. — Nie wydaje się przekonana. 

Ptasi liścik potwornie mnie przeraził. Nie powiedziałam o nim Nickowi, choć zamierzałam. Zamiast tego wymyśliłam plan i 

poprosiłam Issie o pomoc w jego realizacji. 

Z tyłu Yoko dobiega znużony męski głos: 

—Choć  niesamowicie bawi mnie rozmowa o moralności amerykańskich nastolatek, liczyłem na jakąś ulgę. Czy mogłybyście 

mnie już rozwiązać? Czy może będziemy ciągnęli to udawane porwanie jeszcze dłużej? Bo to był twój pomysł, by mnie uwolnić. 

-  Nie! Nie rozwiązuj! - wrzeszczę i natychmiast zasłaniam ręką usta. - To było okrutne, prawda? 

Issie kiwa głową. 

-  Nie martw się. Nigdy nie byłaś zbyt twarda. Po to mamy Nicka. 

-Ale muszę się nauczyć podejmowania decyzji. Nie możemy zawsze polegać tylko na Nicku — dodaję. Głos odzywa się znowu: 

-  Nie jest mi także specjalnie miło, gdyż związany metalowym drutem znajduję się w pojeździe zrobionym ze stali. 
-  Wielkie rzeczy! - prycha Issie. - W ogóle nie robi to na nas wrażenia, panie piksie. 

Ściskam kierownicę prawą ręką i włączam kierunkowskaz, wyjeżdżając na główną drogę, choć przecież dookoła i tak nie ma 

śladu innych pojazdów - tylko drzewa, drzewa i jeszcze więcej drzew. W głębi lasu stoi ukryty dom piksów. Zwracam się do Is: 

-  Niefajnie jest porywać ludzi, wiesz? 
-  Oni nie są ludźmi. To piksy. I technicznie rzecz biorąc, nie porywamy go, bo już przedtem był przez nas uwięziony. A tym 

razem  zgodził  się,  byśmy  go  związały  i  wrzuciły  do  bagażnika,  prawda?  -  rozumuje  Issie.  -  Mnie  się  wydaje,  że  to  obustronne 
porozumienie, a nie porwanie. 

-  Jasne.  No  tak...  —  Wciąż  myślę o tym, co powiedział tamten drugi piks. Cały czas się zastanawiam, czy mogę tak bardzo 

uogólniać swoje opinie, oparte tylko na pośrednich dowodach. Tyle że tamten piks był inny, a ten, którego wywlekłyśmy z domu i 
wsadziłyśmy do Yoko, postępował źle, wyrabiał okropne rzeczy. Nie mam więc zamiaru czuć się winna. 

Pochylam się i szeptem mówię do Is: 

-  Czuję się winna. 

Udaje, że szturcha mnie łokciem. 

-  Nie wolno! 
-  Powiedz mi, jak udało ci się opanować ptaka! - wołam do piksa. 
-  Rozmawiam z nim. Niektórzy z nas to potrafią - odpowiada. 

-  To  dlaczego  nie  każesz  mu  sprowadzić  kogoś,  kto  by  wam  pomógł  i  usunął  żelastwo,  które  jest  wokół  domu? — pytam 

znów. 

-  Zaro! — Issie karci mnie scenicznym szeptem. — Nie musisz mu podpowiadać! 

Przeklinam się w myślach, ale piks wyjaśnia, że większość ludzi w ogóle nie zdałaby sobie sprawy, że ptak trzyma cokolwiek w 

dziobie.  Liścik  był  bardzo  mały  i  prawie  każdy  by  go  zignorował.  Okazało  się  też,  że  wysyłał  do  mnie  ptaka  jakieś  pięć  razy, 
zanim w końcu dostrzegłam kartkę. A oprócz tego jesteśmy w Maine i jest zima. Nie latają tu miliony ptaków. 

Wyjeżdżam  na  drogę,  układając  sobie  w  głowie  kolejne  sprawy.  Kwestia  ptaka  akurat  najmniej  mnie  teraz  martwi.  Przez 

większość życia uważałam, że świat jest normalny, okrągły, bezpieczny, zaludniony przez ludzi (dobrych i złych) oraz zwierzęta 
(oswojone  i  dzikie),  ale okazało się, że to niekoniecznie prawda. Zupełnie jakby rzeczywistość nie była okrągła, tylko płaska, a 
świat miał krawędzie, z których można spaść. W październiku, gdy przeprowadziłam się do Maine, to właśnie się stało. Wtedy 
dowiedziałam  się  o  piksach  i  zmiennokształtnych.  Dowiedziałam  się  też,  co  znaczy  pragnienie  i  ból  oraz  jak  niebezpieczny  i 
„nieokrągły" może być naprawdę świat. 

-  Uwięziliśmy je. Po to, by ludzie byli bezpieczni. Postąpiliśmy słusznie - mówię, jakbym chciała przekonać samą siebie. 

background image

 

 

15

-  Nie mieliśmy wyboru. - Issie obgryza paznokcie. -Żadnego. 
-  A to, że teraz z nim gadamy? Tylko dlatego, że do mnie napisał? 
-  Też nie miałyśmy wyboru. 

Niby znaleźliśmy jakieś rozwiązanie, ale ostatnio zaczynam się zastanawiać, czy było dobre. 
 
Parkuję  Yoko  za  Hannaford,  popularnym  w  Maine  i  tu  założonym  sklepem  spożywczym.  Z  tyłu  budynku  widać  głównie 

potężne, wysokie, betonowe wjazdy dla ciężarówek z towarem, a na śniegu ślady opon. Na lekkim wietrze grzechoczą pokrywy 
brzydkich zielonych śmietników. Za nami jest już tylko las. 

Gdy wyłączam silnik, Issie pyta ze strachem: 

-  Może powinniśmy pojechać do ciebie do domu? 
-  Nie. Nick albo babcia wyczuliby tam jego obecność. Wiesz, jacy są wrażliwi. 
-  A w samochodzie go nie wywąchają? 
-  Słuszna uwaga. Kurczę. Słuszna. — Przecieram twarz. — Ale oni nigdy nie wsiadają do mojego samochodu, prawda? 
-  A to dlatego, że nikt dobrowolnie nie wsiadłby z tobą do auta, ponieważ nie umiesz prowadzić w zimowych warunkach. Bez 

urazy. 

-  Ty wsiadłaś - zauważam. Uśmiecha się lekko. 

-  Bo jestem trochę szalona. Plus — uwielbiam cię. Plus — jestem jeszcze gorszym kierowcą niż ty. 

Opatulam się swetrem, który mama zamówiła mi przez Internet. Tu w okolicy nie ma outletów. Ani centrów handlowych. To 

szaleństwo, ale w Maine można spotkać się jedynie w sklepie spożywczym. 

-  Zróbmy to - rzucam. 
-  Tak. 
Jednak żadna z nas się nie rusza. 
-  Dziewczyny... - dobiega głos z bagażnika. 
-  Nie gadaj! - krzyczę. - Jeśli będziesz gadał, zawieziemy cię z powrotem do domu, i tyle, rozumiesz? 
-  I tak to zrobicie, bez względu na wszystko — zauważa. Issie łapie za klamkę. 
-  On ma rację. 

Wiatr rozwiewa sypki śnieg. Biały pył podnosi się i opada. Podnosi i opada... 
—Dobra. Idę. — Otwieram drzwi i szybko podchodzę do bagażnika. Issie po chwili robi to samo. Stoimy, wpatrując się w 

klapę. Jest brudna. Piasek i błoto zakrywają tablicę rejestracyjną. 

—Nie musimy tego robić - szepcze Issie, łapiąc mnie za rękaw. 

Oddycham głęboko. 

—Powiedział, że Nick jest w niebezpieczeństwie. 
—Może kłamał? 
—A może nie? 
—Racja. Ale jakoś nie jestem nastrojona zbyt optymistycznie oraz ufnie, bo to jest Bardzo Zły Piks. 
—Pozwolił, żebyśmy go związały - przypominam. 
—To prawda. — Issie puszcza moją rękę. — Ale może uznał, że nie zrobimy tego porządnie. 
Naciskam  klamkopodobną  dźwignię,  która  kryje  się  pod  załamaniem  drzwi.  Nie  wiem,  jak  to  się  nazywa,  ale  na  szczęście 

słowo nie ma znaczenia, tylko ruch. Bagażnik subaru powoli się otwiera. 

W środku leży pled - stary, czerwony, kraciasty pled. Issie i ja wczoraj wieczorem wszyłyśmy w niego kawałki metalu. Nogi i 

ręce piksa związałyśmy drutem. 

—Myślisz, że to wystarczy, by nie uciekł? - pyta Issie. 
—W czasie jazdy nie uciekł. 
—Prawda. A wciąż mi się wydawało, że wyskoczy i nas udusi. 
—Mnie też! 
—Poważnie?  A  wydawałaś  się  taka  odważna.  -  Issie  obejmuje  się  ramionami,  próbując  ocalić  ciepło  ulatujące  w  niskiej 

temperaturze. Wiatr znów się wzmaga. Śmietniki wtórują mu grzechotem, śnieg zaczyna wirować. 

Czując ucisk w gardle, mówię dzielnie: 

-  Wyciągnę rękę i zdejmę pled. 
-  Dobra. - Is przestaje podskakiwać. 

Ciągnę  za  brzeg  koca  i  odsłaniam  spiętą  bladą  twarz.  Wydaje  się,  jakby  pod  białą  skórą  pełzały  małe  niebieskie  żyłki,  co 

sprawia,  że  wygląd  piksa  jest  jeszcze  mniej  ludzki  niż zazwyczaj. Kiedyś wydawał się przystojny - gęste czarne włosy, wyraziste 
męskie  rysy,  bardzo  skupione  spojrzenie...  Jednak  teraz  twarz  jest  biała  jak  świeży  śnieg,  a  oczy  zapadnięte.  Błękitne  linie  pod 
skórą zdradzają obcość gatunku. Wygląda, jakby miał za chwilę umrzeć, i to przede wszystkim z mojej winy. 

Spierzchnięte  usta  wykrzywiają  się  w  lekkim  uśmiechu.  Mam  ochotę  go  dotknąć,  uspokoić,  ale  tego  nie  robię.  Nie  mogę. 

Wiem, czym jest. 

-  Księżniczko - szepcze. Kiwam głową. 
-  Tato. 

background image

 

 

16

 

 
 
Wskazówka 

Jeśli jesteście zmuszeni walczyć z piksami, pamiętajcie, by używać broni zawierającej jakiś rodzaj żelaza. Materiału, 
nie pierwiastka, oczywiście. 

 
 
 
Wiele osób cierpi na witrikofobię — czyli lęk przed ojczymem — ale ani Devynowi (którego rodzice są zmiennokształt-nymi 

psychiatrami), ani mnie nie udało się znaleźć określenia na lęk przed biologicznym ojcem. A w moim przypadku ten strach nie 
jest bynajmniej irracjonalny, jako że mój biologiczny ojciec jest piksem. A piksów należy się bać. 

—Tatofobia — rzucam. 
W oczach ojca dostrzegam błysk. 
—Co? — szepcze Issie, chowając się za moimi plecami. 
—Tatofobia. Właśnie wymyśliłam to słowo. 
—Zaro, kochana, to chyba nie najlepszy moment, żeby... 

Ojciec przerywa jej w pół zdania: 
—Nie musisz się mnie bać, Zaro. Milczę. 
—Nie jestem twoim wrogiem. Issie zdecydowanie mu nie wierzy. 

—Rany,  przecież  próbowałeś  porwać  własną  córkę,  żeby  zmusić  jej  matkę  do  przyjazdu tutaj. Potem usiłowałeś zmienić tę 

mamę w piksa... Daj spokój. Bez urazy, ale nikt nie przyzna ci tytułu Ojca Roku. - Issie robi mały krok do przodu. — Na dodatek 
zniknąłeś z pola widzenia na jakies... szesnaście lat? Kiepściutko. Mówię poważnie. Słabo wywiązujesz się z obowiązków ojca. 

Nagle ojciec wysuwa spod koca rękę i łapie Issie za nadgarstek. 

-  To nie była moja wina. Is piszczy z bólu. 

Rzucam się do przodu, chcąc uwolnić przyjaciółkę. Zauważam od razu drut luźno zwisający z nadgarstka ojca. Ryczę ze złości: 

-  Puść ją natychmiast, bo przysięgam, że...! 
-  Dobrze - mówi ojciec spokojnie. - Puszczam. Powoli otwiera rękę ściskającą nadgarstek Is, ona zaś 

wyszarpuje się i próbuje rozmasować bolące miejsce. 

-  Jest naprawdę silny - potwierdza. 

Jakaś ciężarówka wydaje nagle dziwny zgrzyt i obie z Issie podskakujemy przestraszone. Ojciec nie porusza rękami ani nogami, 

ale krzywi się, jakby cierpiał. 

-  Przeszkadza ci metal w karoserii? - pytam, nie starając się nawet ukryć nadziei w głosie. 

Ignoruje moje pytanie. Na czubkach jego palców zauważam ślady oparzeń. Lecz w końcu tymi samymi palcami złapał Issie za 

rękę - więc jest silny. Może nieco osłabł, ale wciąż ma siłę. 

-To nie moja wina, że nie zostałem przy tobie... gdy byłaś dzieckiem... - mówi z wyraźnym trudem. - Twoja matka odeszła ode 

mnie i cię ukrywała. 

Wymierzam w niego oskarżycielski palec. 

-A to dlatego, że jesteś oszalałym królem piksów, który wysysa z ludzi krew i torturuje młodych chłopców. 
-  Tylko gdy nie mam królowej - przypomina. - Tylko gdy przez wiele lat muszę żyć bez niej. I tylko dlatego, że mój lud zaczął 

się niepokoić. Dobrze o tym wiesz. Jedynie w ten sposób mogłem zachować władzę. A teraz... panuje chaos. Nie masz pojęcia, 
jakie straszne rzeczy się dzieją. 

Wiem, że ma na myśli dom, w którym uwięziliśmy wszystkie piksy kilka miesięcy temu. Ale przypominam sobie, jak porwali 

Jaya Dahlberga i przywiązali go do łóżka. Oszalał ze strachu. Na całym ciele miał ślady ugryzień -w miejscach, z których wysysali 
mu krew. Piksy stały dokoła niego, dokoła mnie, jakbyśmy leżeli na ołtarzu ofiarnym. 

-Wiem, Zaro, że uważasz mnie za potwora. Twoja matka też, zdaję sobie z tego sprawę, ale nie powinienem był nigdy pozwolić 

jej odejść. Nie powinienem był pozwolić, byście żyły beze mnie. - Przełyka ślinę. - Jednak gdy pragnienie stało się zbyt potężne... 
Zacząłem tracić kontrolę. A teraz... 

-  Co teraz? 

-  Nie wszystkie piksy są takie jak ja. I nie wszyscy królowie są do mnie podobni. 
-  O czym ty mówisz? - W moim sercu budzi się nadzieja. Może tamten piks miał rację? 
-  O tym, że większość z nas nie ma litości, wyrzutów sumienia, nie przeszkadzają im tortury czy śmierć człowieka. Zabijanie 

dla nich to nie ostateczne wyjście, ale codzienność. 

Przecież  ten  piks,  którego  uwolniłam...  Mówił  coś  zupełnie  innego.  Patrzę  w  oczy  ojca.  Moje  i  jego  mają  ten  sam  kształt, 

delikatnie unoszą się w kącikach. 

-  Co chcesz mi powiedzieć? 
-  Oni nadchodzą. 
-  Gdzie? 

background image

 

 

17

-  Idą tutaj. 

Issie spogląda na mnie przerażona. Wydaje mi się, że nawet wiatr na chwilę ucichł. Dopiero po kilku sekundach zrywa się na 

nowo, uderzając w nas ze zdwojoną siłą. 

-  Już tu są - zwracam się do ojca. - Kilka piksów już się pojawiło w okolicy i wsadziliśmy ich do waszego domu. 

Wzdycha i odpowiada: 

—Ale żaden z nich nie był królem. To tylko zwiadowcy. Wiesz, jaka to różnica, Zaro. Twoja skóra reaguje tylko na królów 

albo na tych, którzy mogą nimi zostać. 

—Gęsia skórka - orientuje się Issie. 
—Co? Co ja mam z tym wspólnego? 

—To dlatego, że szukasz partnera. Odpowiadasz na wezwanie siły - tłumaczy ojciec. 
—Ale ja mam partnera! — Krzywię się na sam dźwięk tego słowa i natychmiast się poprawiam: - Mam chłopaka. I jeszcze... 

nie byliśmy razem. 

—On jest zwierzęciem — stwierdza ojciec. 

—On jest człowiekiem. I w dodatku bohaterem. Nie jest zwierzęciem — odcinam się. 
—Oczywiście nie mamy nic przeciwko zwierzętom — wtrąca Issie nieco nerwowo. - Zupełnie nie rozumiem, dlaczego zawsze 

umieszcza się je na samym dole hierarchii. Jeśli zabije się psa, trafia się do więzienia na mniej niż rok, ale jeśli człowieka — na 
zawsze. No i ptaki... Każdy może sobie zabijać ptaki, chyba że są na liście gatunków chronionych. 

Ignoruję Is, która zawsze tak paple, gdy jest zdenerwowana, i próbuję dowiedzieć się więcej. Pytam więc: 

—Dlaczego się tu pojawiają? 

—Bo wiedzą, że nie mam pełnej władzy i jestem osłabiony. Każdy chce więcej poddanych, większego terytorium. 

Wkładam ręce do kieszeni. 
—Po prostu ich powstrzymamy. To proste. Ojciec kręci głową. 
—Jeden z nich znajdzie nasz dom. Zatrudnią ludzi, by zdjęli metalowe osłony, które założyliście. Uwolnią nas, a moi... moi 

poddani są głodni. Podążą za nowym królem i zapanuje chaos. A bez królowej nie będę w stanie ich kontrolować. Wiesz o tym 
dobrze, Zaro. Z tego powodu stało się to, co się stało. 

Rozumiem, co mówi, ale nie sprowadziłam go tutaj, by słuchać jego wyjaśnień. 
—W takim razie co to „wszystko" ma wspólnego z Nickiem? 
—Twój zwierzak... — ironizuje — twój piękniś... 
—Piękniś? — dziwi się Issie. 
—Chłopak. To takie staroświeckie słowo na określenie chłopaka - wyjaśniam niecierpliwie. 

W spojrzeniu ojca dostrzegam złość. 

—Twój piękniś samowolnie obwołał się także strażnikiem całego miasta oraz twoim. 
—No i co z tego? - Ciągłe gadanie o tym, że Nick ma nas chronić, strasznie mnie wkurza. Sama potrafię o siebie zadbać. 
Ojciec porusza bezgłośnie ustami, jakby ćwiczył następną kwestię, aż w końcu mówi: 
—Gdy nadejdą kolejne piksy... ich król nie będzie troszczył się o Nicka i jego dobre samopoczucie. A jako że Nick jest dość 

sporych  rozmiarów  i  stanie  na  linii  ognia  tuż  obok  ciebie...  Inny  król  nie  będzie  przejmował  się  śmiercią  jakiegoś 
zmiennokształtnego. Zrobi wszystko, by zdobyć nagrody. 

—Nagrody? W liczbie mnogiej? - Issie nie może się powstrzymać. Ale mówi jakoś dziwnie rozwlekle, jakby słowa wychodziły 

z jej ust sto razy wolniej niż zazwyczaj i unosiły się w zimnym powietrzu. 

—Tak. W mnogiej. Nagrody. - Ojciec kręci się niespokojnie. Ma niewidzące, przepełnione cierpieniem spojrzenie. 

-Czyli? 

—Moje piksy, moje terytorium i ciebie. 

Wiatr znów się wzmaga, popychając mnie i Issie bliżej samochodu. Nasze włosy latają jak szalone wokół twarzy. Gdy po chwili 

udaje nam się wyprostować, próbuję wcisnąć kolejne pasma za kołnierz kurtki. 

—Jesteś zła — zauważa ojciec. 

-Naprawdę? Co ty powiesz? - rzucam sarkastycznie. Nie przejmuję się. 

-  Pewnie błyskawice, które ciskasz oczami, to dobra podpowiedz - odzywa się Is. 

Obruszam się: 

-  Po prostu nie lubię, gdy mówi się o mnie jak o nagrodzie. To seksistowski tekst. 
-  Seksistowski i obraźliwy - dodaje Issie. - A także typowy dla męskiego stereotypu, według którego wszystkie kobiety mają 

być uległe. 

-  No właśnie. 

Ojciec spuszcza wzrok. 

-  To moja wina, Zaro. Połowa twoich genów pochodzi ode mnie. 
-  Jestem człowiekiem - prostuję zdecydowanie. Nawet smak miętowego tic-taca w ustach przyprawia mnie o mdłości. 
-  Nie  wszystkie  piksy  lubią  torturować.  Tylko  te  złe,  zaniedbane,  które  nie  mają  przywódcy...  Albo  takie,  które  mają 

przywódcę okrutnego lub słabego, albo pozbawionego królowej. Niektóre z nas stoją po dobrej stronie, inne po złej. A niektóre - 

background image

 

 

18

jak ja - utknęły gdzieś pomiędzy okolicznościami i przeznaczeniem — ciągnie ojciec bez zająknięcia. - Zara jest człowiekiem, ale 
pachnie inaczej niż zwykli ludzie. Zmiennokształtni to wyczuwają, piksy też. Ale gdyby się przemieniła... 

-  Nigdy się nie przemienię! - krzyczę. 
-  .. .byłaby potężną, bardzo potężną królową. 

Wpatruję się w piksa, który jest moim biologicznym ojcem. Leży skulony na szarej wykładzinie bagażnika mojego samochodu. 

Wygląda prawie po ludzku i prawie niewinnie. Ale to złudzenie. 

Do mojej kostki przykleja się stary papierek po hamburgerze i tam zostaje. Schylam się, by go podnieść, choć jest obrzydliwy i 

brudny. Nie mogę pozwolić, by tak latał po świecie bez końca i go zaśmiecał. 

—Mogę usiąść? — pyta ojciec. 
—Nie - rzuca Issie dokładnie w chwili, gdy ja odpowiadam: 
-Tak. 

Is patrzy na mnie i choć rozwiewane wiatrem włosy smagają jej twarz, nie odgarnia ich. Próbuję wyjaśnić: 

—Issie... On nas poprosił o zgodę. Mógłby wstać milion lat temu, gdyby tylko chciał. Przypomnij sobie, jak złapał cię za rękę. 
—Dokładnie o tym myślę. — Zaciska usta, ale po chwili otwiera je, by dodać: - Uważam, że to podstęp. 
—To żaden podstęp - wtrąca ojciec bardzo zmęczonym głosem. - Moje intrygi są bardziej wyrafinowane. 
—Możesz  usiąść  -  rzucam.  Ojciec  bardzo  powoli  się  podnosi.  Oddycha  niespokojnie,  obłoczki  pary  rozpływają  się  w 

powietrzu. Owijam mu nogi kocem. — To na wszelki wypadek. 

Uśmiecha się ledwo zauważalnie. W lewym policzku ukazuje się dołeczek. 
—Przez chwilę wydawało mi się, że to matczyna troska. 
—Chyba raczej córczyna - prostuję. 
Przez moment mierzymy się wzrokiem. Jego oczy są naprawdę hipnotyzujące, jakby przyciągały. Przerażające. 
—Przeżyłaś, bo ci pozwoliłem - słyszę. 
Podnoszę głowę tak gwałtownie, że coś strzela mi w szyi. 
—Co proszę? 

Mówi spokojnie, oparty o tylne siedzenie. 

—Pozwoliłem  ci  przetrwać.  I  nie  zabiłem  twojego  chłopaka.  Szalałem  z  pragnienia,  pożądałem  twojej  matki,  a  jednak 

pozwoliłem tobie, mojej córce, przeżyć. Wiedziałem, że zamierzasz nas tam uwięzić, ale pozwoliłem twojej matce uciec, udając, 
że odwróciłaś moją uwagę. To dowodzi, iż nie jestem twoim wrogiem. 

-W  takim  razie,  dlaczego  teraz  jesteś  taki  spokojny?  -Issie  bierze  się  pod  boki.  -  No?  Dlaczego  się  na  nas  nie  rzucasz,  nie 

próbujesz mnie zmienić w piksa albo coś podobnego? 

-  Nie ty masz być moją królową - oznajmia. 
-  Rany. Super. - Issie głośno wypuszcza powietrze. 
-  Nie obrażaj się - mówię. - To zaleta. Ojciec nie spuszcza wzroku z Is. 

-  Nie jesteś też młodym chłopcem. Nie mógłbym upuścić ci krwi. 
W  powietrzu  zawisa  złowroga  cisza,  aż  przechodzi  mnie  dreszcz.  W  kieszeni  kurtki  coś  zaczyna  mi  wibrować,  a  po  chwili 

rozlega się dźwięk mojej ulubionej piosenki: to Nick. 

-  Cholera. 

Issie szeroko otwiera oczy. 

-  Czy to on? 

Wyjmuję komórkę z kieszeni. 

-  Tylko SMS. 

Ojciec ignoruje nas i ciągnie: 

-  Wiem, że uważasz mnie za potwora, Zaro. I być może nim jestem. Wiem też jednak, że jeśli nie zaspokoję swoich potrzeb, 

moi poddani staną się dużo bardziej niebezpieczni. 

-  Co więc mam zrobić? — pytam. 
-  Uwolnij mnie. 
-  Nie mogę. — Patrzę mu w oczy. Jest w nich moc, ale są też smutne i zmęczone. 
-  Muszę  zaspokoić  pragnienie  -  tłumaczy  ojciec.  -  Tylko  wtedy  będę  miał  dość  siły,  by  walczyć.  Muszę  to  zrobić  -wtedy 

ochronię ciebie, twojego wilka oraz utrzymam władzę. 

—Nie mogę pozwolić, żebyś torturował jakiegoś biednego chłopca, nawet jeśli to miałoby nas chronić. 
—W takim razie potrzebuję królowej. — Sztywnieje, jakby miał zamiar zaatakować. 

Zaciskam pięści. 

-  Nie, nie i jeszcze raz nie. To znaczy — jeśli znajdziesz jakąś biedną oszalałą kobietę, która zechce zostać królową piksów, 

proszę bardzo. Ale mamy nie weźmiesz. Zresztą nawet jej tu nie ma. 

-Zaro... Nie mam zbyt wielu możliwości. - Skóra w kąciku jego oka zaczyna drżeć. 
—To nie są żadne możliwości. Torturowanie chłopców i przemienienie mamy w piksa — to nie są możliwości. 
—Tylko ja jestem wystarczająco potężny, by powstrzymać innego króla. Jestem... 
Issie zamierza zatrzasnąć bagażnik i nie pozwolić mu dokończyć. 

background image

 

 

19

—Trzeba go odwieźć, nie sądzisz? Zostawmy sprawy ich własnemu biegowi, przemyślmy wszystko. 
Zmuszam się do kiwnięcia głową, ale wciąż wpatruję się w twarz ojca. Powoli zamyka oczy, jakby się poddawał. 
-  Drżysz. - Is uważnie mi się przygląda. 
-  Jest zimno. 
-  Nie dlatego się trzęsiesz. - Przyjaciółka obejmuje mnie i przytula. - Nie mogę uwierzyć, że to ja mam być tą odważną. 
Podmuch wiatru znów uderza o samochód, a nasze dżinsy i kurtki oblepia kurz. 
-  Fuj - prycha Is. - Brud. 
—  Jesteś bardzo dzielna, Issie. 

Śmieje się i otwiera drzwi od strony pasażera. 

-  Dzięki. 
Jednak ja jeszcze nie skończyłam z ojcem. Zapalam silnik i wołam do tyłu: 
—Co wiesz o Walhalli? 
—To mitologiczny pałac Odyna — pada odpowiedź. 
—Odyna? — Issie podkręca ogrzewanie. 
—To jeden z bogów ze skandynawskiej mitologii. — Wyprowadzam auto z parkingu. - A więc nie istnieje naprawdę? 
—Oczywiście,  że  nie  -  obrusza  się  ojciec.  -  Chciałbym,  żebyś  przemyślała  to,  jak  mnie  oceniasz,  Zaro,  i  mnie  uwolniła. 

Zapewniam cię, że... 

—A walkirie? — przerywam mu, zatrzymując się na jednym z dwóch skrzyżowań ze światłami w naszym mieście. Obok mnie 

staje  pan  Burns,  nasz  nauczyciel,  machając  na  przywitanie.  Issie  i  ja  przyklejamy  na  twarze  uśmiechy  i  odwzajemniamy 
pozdrowienie. 

-Walkirie? - Tym razem ojciec jest rozbawiony. - To bajki. 
Issie chce coś powiedzieć, ale kładę palec na ustach, by milczała. Światło zmienia się na zielone. 
—Nie wiem, po co w ogóle go zabrałyśmy — gderam. 
—Ja też nie. — Issie podkręca głośność w radiu. 
 
Gdy  uwalniamy  ojca  z  więzów,  próbuje  uciec.  Jestem  zmuszona  go  obezwładnić  i  zaciągnąć  z  powrotem  w  metalowe 

otoczenie  domu.  Zyskuję  tym  ogromne  uznanie  Issie,  która  oznajmia,  że  powinnam  dostać  nagrodę  dla  su-permenki.  Pędem 
wracamy do samochodu i szybko odjeżdżamy. Obie trzęsiemy się ze zdenerwowania, ale milczymy. Pod domem Issie zatrzymuję 
się i wrzucam wsteczny, trzymam jednak stopę na pedale gazu, gotowa odjechać. Chyba nie wiem, dokąd powinnam... 

—To nie jest tak, że wierzę ojcu w stu procentach, ale bardzo martwię się o Nicka - zaczynam. - Martwię się, że sama nie będę 

potrafiła go ochronić. 

Is przechyla głowę. 

- Zaro, kochanie, przecież nie możesz chronić go sama. Wszyscy jesteśmy częścią planu, pamiętasz? Nie działasz sama. 
—  Jasne. — Ściskam mocniej kierownicę. Drogi o tej porze roku są śliskie. - Wiem o tym, ale to, że mogę na was liczyć, nie 

zmienia faktu, iż czuję się odpowiedzialna. Jakby wszystko było moją winą albo zasługą. 

-  Jesteś tak samo stracona jak Nick. — Is uśmiecha się, dając znak, że żartuje. — Los świata bynajmniej nie zależy od ciebie, 

Zaro White. 

-  Przysięgasz? - pytam, gdy otwiera drzwi i do auta wpada lodowate powietrze. 

Issie wysiada i przez chwilę przytrzymuje klamkę. 

—  Przysięgam — odpowiada. 

Cofam auto i zastanawiam się, czy takie przysięgi mają jakieś znaczenie. 

 
Po wyjeździe od Is sprawdzam, czy mam sygnał w komórce, i dzwonię do mamy. Jest jeszcze w Charlestonie, ale przenosi się 

tutaj. Zrezygnowała już z pracy i załatwiła inne sprawy, jednak kiedy zajmuje się tak wysokie stanowisko, jak ona, w umowie o 
pracę  jest  klauzula  o  długim  wypowiedzeniu.  A  jeśli  się  ją  naruszy,  firma  może  nałożyć  na  pracownika  karę  finansową  albo 
pozwać  go  do  sądu.  Teraz  jednak,  gdy  myślę  o  słowach  ojca,  cieszę  się,  że  mama  wciąż  jest  daleko.  Brak  mi  tylko  jej  uścisku, 
ubrań i zapachu. 

Telefon  dzwoni,  lecz  od  razu  włącza  się  poczta  głosowa.  Mama  pewnie  jest  na  jakimś  spotkaniu  w  sprawie  rekrutowania 

fizyków czy czymś równie pasjonującym. Nagrywam krótką wiadomość i rozłączam się, powtarzając sobie, że nic takiego się nie 
stało. Trudno prowadzi się w taką pogodę, lepiej więc nie bawić się telefonem. Biedna Yoko ledwo trzyma się oblodzonej drogi. 
Próbuję opanować auto i nie wjechać w zaspę, która ogranicza drogę z obu stron, jakby na mnie czekała. Przecież chodzi o to, by 
próbować, prawda? Tylko to możemy w życiu zrobić. Próbować postępować właściwie, próbować przetrwać liceum, próbować 
jechać zdradliwie śliską drogą... 

Devyn często cytuje mistrza Yodę z Gwiezdnych wojen. Yoda mówi totalnie upalonym głosem i podobno jest wielkim mędrcem 

stojącym  po jasnej strony mocy. Mnie wydaje się kimś w rodzaju tybetańskiego mnicha skrzyżowanego z doktorem House'em. 
Aha, i z E.T. W każdym razie Yoda mawia: „Rób albo nie rób. Prób nie ma". Nie znoszę tych słów. Czasem nie da się po prostu 
„zrobić". Czasami można tylko próbować. 

background image

 

 

20

Nastawiam  głośniej  radio  i  słucham,  jak  Bono  śpiewa  o  utracie,  pragnieniu  i  nadziei.  To  starsza  płyta  U2,  nie  żaden  nowy 

kawałek. 

Na poboczu drogi widzę cienie wychodzące z lasu. Wyglądają jak ludzie. Ale przecież to tylko moja wyobraźnia, prawda? 

Prawda. 

Zimowa  mgła  owija  się  wokół  pni  drzew,  skrywając  je,  a  także  wszystko  inne,  co  może  czaić  się  wśród gałęzi.  Jest  szaro  i 

niebezpiecznie. 

-  Nie będę zwracała na ciebie uwagi, mgło — oznajmiam i nastawiam głośno radio, co prawdopodobnie sprawi, iż ogłuchnę 

już przed trzydziestką. 

Nagle  czuję  gęsią  skórkę,  jakby  po  moich  rękach  przebiegały  tysiące  małych  pajączków.  Może  to  pozostałość  po  byciu  z 

ojcem, a może niezbyt dokładnie uwięziłyśmy go w domu... Może się uwolnił? 

-  Cholera. 

Otwieram komórkę i przytrzymuję klawisz z dwójką. Dzwoni i dzwoni. 

-  Issie? 

-  Zara? - Issie ma dziewnie zduszony głos. Wydaje mi się, że płakała. - Wszystko w porządku? 

-  U mnie tak. A u ciebie? 
-  Tak, gra i buczy... 

Przytrzymuję telefon ramieniem i kładę obie ręce na kierownicy. 

-  Znów mam te dreszcze — wyznaję. 
-  Piksowe? -Tak. 
Nie zatrzymuj się. Jedź. Byle do przodu. 

-  Czujesz, że król piksów jest gdzieś w pobliżu i jakby chodziły ci po rękach pająki? 

-Uhm. 

-  O rany. - Słyszę, jak mówi coś niewyraźnie z dala od słuchawki, a po chwili rozróżniam słowa: - Znów ma gęsią skórkę. 
-  Będziesz zła, jeśli poproszę cię, żebyś przyjechała? 
-  Zaraz tam będziemy. Jest ze mną Devyn. Natychmiast dzwoń do Nicka! 

Rozłączam  się  i  przez  ułamek  sekundy  myślę.  Nie  chcę,  by  coś  stało  się  Nickowi.  Odkładam  komórkę  i  nastawiam  radio 

jeszcze głośniej. Lekko skręcam i już prawie prostuję koła, gdy muszę nacisnąć na hamulec. 

Na środku drogi stoi jasnowłosy mężczyzna. Na coś czeka. O mój Boże, byle tylko nie na mnie. 

 
 
 

Definicja 

Spiksowany: zagubiony, zdezorientowany, sprowadzony na złą drogę. 

 
 
 
Yoko wymyka się spod kontroli. Zarzuca mnie w lewo, potem w prawo, prosto na drzewo. Jego pień jest gruby, szerszy od 

auta. A jeśli uderzę? Niedobrze. Połamię sobie kości. Uderzę. 

-  Nie! — krzyczę, ale wcale nie słyszę swojego głosu. Wciskam mocniej hamulec. Głośno piszczy. 
-  Nick! — wrzeszczę bez zastanowienia. Samochód uderza w coś wielkiego i twardego. Drzewo? Głowa odskakuje mi do tyłu, 

potem leci do przodu i znów do tyłu. Sama nie wiem. Poduszka powietrzna wali mnie w twarz i w pierś. Nic nie widzę. Nie mogę 
oddychać. Wszędzie pełno plastiku. Boli. Coś się pali. Kwaśny zapach uderza mnie w nos. Napieram do przodu. Klatkę piersiową 
coś rozrywa. 

-  Wysiadaj! Wysiadaj! - słyszę męski głos. 

Drzwi się otwierają i do auta wpada mroźne powietrze. Śmierdzi coraz bardziej. Spalenizna. Jakieś ręce sięgają po mnie, a ja 

tylko wołam zrozpaczona: 

-Nick?! 

-  Próbuję ci pomóc - mówi głos. To nie Nick. Pewnie, że nie. Niby dlaczego to ma być on? Skup się, powtarzam sobie. Skup 

się. 

Próbuję głęboko odetchnąć. 

-  Nie mogę się ruszyć. 
-  Pas. 

Pas? Co to jest pas? Mój mózg przestał pracować. 

—Rozepnij się. 

Rozpiąć? Pas? No tak. Sięga przeze mnie i ciągnie za pas bezpieczeństwa. Jego ręce. Faceta stojącego na drodze. To nie Nick, 

tylko piks. Ten młody, którego uratowałam. 

—Nie dam rady tego zrobić — mówi. — Cholera, nie znoszę metali. Powinienem był wziąć antidotum. 

background image

 

 

21

Próbuję  wyciągnąć  rękę  i  uwolnić  się  samodzielnie,  ale  ręka  z  jakiegoś  powodu  nie  działa.  To  ta  sama,  którą  inny piks, łan, 

złamał, gdy mnie porwał i próbował przemienić. Chyba znów ją złamałam albo zwichnęłam, sądząc po bólu przeszywającym mi 
ramię. 

Głos piksa staje się dziwnie naglący i wyższy. 

—Pożar! 
—Yoko? Yoko się pali? 
—Samochód się pali. Proszę, nie ruszaj się, żebym mógł ci pomóc. 
Nie ruszam się, mimo że wszystko we mnie woła: „Uciekaj, natychmiast, wiej!". Słyszę dźwięk rozdzieranego materiału. Czy to 

mój pas? Jak można podrzeć pas bezpieczeństwa? Jego ręce wyciągają mnie z samochodu prosto na zimno. Tyle że na plecach 
czuję...  ciepło.  Ból  przemieszcza  się  z  ręki  do  klatki  piersiowej.  Kręci  mnie  w  nosie  od  smrodu  gorącej  stali,  gumy  i  jakichś 
chemicznych substancji. 

Piks  z  jękiem  upada  na  śnieg,  a  ja  na  niego.  Od  strony  samochodu  dobiegają  dziwne  dźwięki.  Z  trudem  odwracam  lekko 

głowę, by spojrzeć, ale wciąż jestem cała zesztywniała i dziwnie powolna. Z Yoko została kupa pogiętej stali. Drzwi są szeroko 
otwarte, a spod maski strzelają płomienie. Dym jest ciężki, ciemny, trujący i jakiś nierzeczywisty. Szkło pęka i spada na ziemię. 

—Może  wybuchnąć  —  odzywam  się,  jakbym  dopiero  co  się  obudziła  albo  nagle  straciła  połowę  IQ.  —  Samochody 

wybuchają. 

Piks kiwa głową i wstaje. 

—Dasz radę iść? 
—Nie... Nie wiem. Ja... Dobre pytanie. 

Schyla się i bierze mnie na ręce, a potem zarzuca sobie na ramię i szybkim krokiem rusza po śniegu. Jego stopy ledwo dotykają 

ziemi. 

-Jesteś ranny - sapię. - Twój brzuch... Rana się powiększy. 

Znów dźwięk pękającego szkła. 

—Nagle zaczęłaś martwić się o piksa? — śmieje się. To ostry, okropny śmiech cierpiącego stworzenia. Nie wiem, czy to ból 

psychiczny,  czy  fizyczny,  ale  chciałabym  go  jakoś  zmniejszyć,  ulżyć  mu.  Ale znów słyszę w jego głosie ironię: — Co by na to 
powiedział twój chłopak? 

Pochyla się. Ześlizguję się z jego ramienia i zaczynam kaszleć. Biodrem uderzam w zmarznięty śnieg. Jesteśmy spory kawałek 

od  Yoko,  która  zderzyła  się  z  potężnym  drzewem.  Maska  jest  zgnieciona,  a  karoseria  prawie  owinięta  wokół  pnia.  Z  trudem 
podnoszę się do pozycji siedzącej. Mam wrażenie, że moja szyja nie chce podtrzymywać głowy. 

—Musimy ugasić pożar... Moje auto... 
Yoko  wybucha.  Od  huku  prawie  pękają  mi  bębenki.  Zanim  zdążam  się  zorientować,  piks  łapie  mnie  i  przyciąga  do  siebie. 

Obejmuje rękami moją głowę i przekręca się tak, że zasłania mi widok, jakby chciał nas oboje ochronić przed falą uderzeniową. 
To miło z jego strony, ale zupełnie nie wiem, dlaczego się mną zajmuje, troszczy, dlaczego... 

—O  rany...  Oooo.  —  Nie  mogę  nawet  odetchnąć.  W  ustach  czuję  materiał  jego  kurtki.  Smakuje  jak  wełna,  gorzko, 

obrzydliwie. Z wysiłkiem udaje mi się coś dostrzec. Z Yoko buchają pomarańczowe i czarne płomienie. Pierwsze, co przychodzi 
mi do głowy, to mój telefon. Zostawiłam w aucie komórkę. I iPoda. I podręczniki. I laptop. W mojej głowie pulsuje krew. Czy to 
normalne? Czy to normalne, że myślę? 

—Dlatego nie znoszę technologii! - piks na wpół mamrocze, na wpół krzyczy. — Jest absurdalnie niebezpieczna. 

Nagle mój umysł się rozjaśnia i czuję narastającą złość. 

—Słucham? To nie jest wina technologii, tylko twoja! — wrzeszczę. — To ty stałeś na drodze. Przez ciebie musiałam 

gwałtownie skręcić. Przez ciebie się rozbiłam. 

Piks patrzy na mnie zdziwiony, naprawdę marszcząc nos! 
—Dlaczego stałeś na tej drodze? — pytam, próbując ustabilizować rękę. — Chciałeś mnie zabić? 
Nie odpowiada. Na szarej koszulce, którą widzę pod rozpiętą kurtką, dostrzegam ślad krwi. 

Odsuwam się i natychmiast krzywię z bólu. Przestaję więc się ruszać i próbuję opanować gniew. 

-A wtedy, w samochodzie... ogłuszyłeś mnie i uciekłeś. 

Strąca z nogi kawałek podartego pasa. Nie mam pojęcia, jak się tam znalazł. 

—Straciłaś przytomność, a ja wykorzystałem okazję, by i               odejść. — Uśmiecha się. Ale to chytry uśmiech. Miły, ale i niemiły. 
Piękny, ale niebezpieczny. Prawie śmiertelny. Rozumiem już, dlaczego Nick niemal go zabił. Nick... Po głowie tłuką mi się 
ostrzeżenia ojca. Ale przecież muszę do kogoś zadzwonić, wezwać przynajmniej straż pożarną. 

—Masz komórkę? — pytam. 
Delikatnie dotyka mojego policzka. Delikatnie? 
—Mam, ale nie pozwolę ci jej użyć. Zidentyfikują mój numer. 
Próbuję go zmiękczyć: 
—Proszę... Boli mnie. 
Zastanawia się przez chwilę i w końcu kiwa głową. Wciska coś na telefonie. 

—Zablokuję identyfikację numeru. Już wybrałem sto dwanaście. — Mówi do słuchawki: — Wypadek samochodu na drodze 

numer trzy mniej więcej milę od marketu w Bedford. Auto się pali. Jedna osoba jest ranna, ale nie ma zagrożenia życia. 

background image

 

 

22

—No, już. — Rozłącza się i patrzy na mnie uważnie. — Wciąż jesteś blada. Dasz radę wstać? 
—Dzięki.  —  Upadam  na  śnieg,  a  on  próbuje  objąć  mnie  w  pasie,  żebym  jakoś  stanęła.  Dotyka  mnie  niezręcznie.  -

Przepraszam. 

—Wybacz - mówi dokładnie w tym samym momencie. Nie wiedziałam, że piksy w ogóle znają takie słowo. Powoli zabiera 

rękę z mojej talii, by nie sprawiać mi bólu. 

Wydaje mi się, że nasłuchuje czegoś w lesie. 

—Będę musiał zaraz zniknąć, mała. Poradzisz sobie? 
—„Mała"? — Znów wzbiera we mnie złość. 
—Nie wiem, jak masz na imię. - Piks zerka na mnie, a jego oczy mają kolor pięknej głębokiej zieleni, jak czubki sosen. Wiem 

jednak,  że  to  urok  -  naprawdę  wygląda  zupełnie  inaczej,  a  jego  oczy  są  srebrne,  jak  u  wszystkich  piksów.  To  czar  sprawia,  że 
wydaje się człowiekiem, to ich magia. — Skoro nawzajem się uratowaliśmy, powinienem je poznać. 

Nic nie mówię. Nie chcę, by przy następnej okazji ten piks zachował się jak ojciec i zaczął szeptać moje imię, gdy będę w lesie, 

byle tylko mnie zmylić. Zamiast tego powtarzam pytanie: 

—Dlaczego stałeś na drodze? 
—Czekałem na ciebie. 
Kiwam głową, jakby jego odpowiedź miała jakiś sens. A nie ma. 
—Kiepsko się czuję - wyznaję. 
—Doznałaś szoku. — Delikatnie przyciska palce do mojej ręki. - I jesteś ranna. A w dodatku robisz się lekko niebieska. 
—To z zimna. 
Unosi pytająco brew i zmienia pozycję, krzywiąc się z bólu przy każdym ruchu. 
—Nie wydaje mi się, by to był powód. 
—Boli cię? — pytam. — Twój brzuch... 

—Już się goi. Jeszcze nie czuję się całkiem dobrze, ale dziękuję, że spytałaś. I dziękuję, że uratowałaś mnie tamtego dnia. 
Wydaje mi się, że zimny śnieg, którego dotykam, pali jak ogień. Przyglądam się piksowi. Z pozoru jest taki normalny. Próbuję 

skoncentrować się na jego twarzy, potarganych jasnych włosach, oczach... zobaczyć piksa pod tą zwodniczą urodą. 

—Dlaczego czekałeś na mnie na drodze? 
—Chciałem, żebyś mnie do nich zaprowadziła. 
—  Do kogo? Do pozostałych piksów? -Tak. 
—To niemożliwe. - Oddycham głęboko, lecz w piersi od razu czuję piekący ból. 

Piks kładzie mi rękę na karku. 

—Nie oddychaj zbyt głęboko. Wydaje mi się, że masz poobijane żebra. 

Znajdujemy się tak blisko siebie, że nasze twarze dzieli tylko kilka centymetrów. Przełykam głośno ślinę. 

—Obiecaj mi, że nie skrzywdzisz moich przyjaciół. Jeśli musisz, skrzywdź mnie, ale ich zostaw w spokoju. 
—Nigdy cię nie skrzywdzę. — Wpatruje się w moje oczy. — I niechętnie cię zostawiam, ale sobie poradzisz. 
Robi wrażenie naprawdę szczerego, jakby chciał tylko mi pomóc. 
—Opowiedz mi o walkirii - proszę, czując pieczenie w piersi. 

—Kiedy indziej. 
—Nie, teraz. 

Zabiera rękę z mojego karku, wstaje i klepie mnie po ramieniu jak dobry kolega. Powtarza ten gest kilkakrotnie, mówiąc: 

—Twój wilk zaraz tu będzie. 

 

Odchrząkuję i pytam: 

 

—Mój wilk? A skąd ty niby to wiesz? 

 

—Całla nim pachniesz. - Krzywi się na moment, jakby to był nieprzyjemny zapach, na przykład gotowanych brokułów. Przez 

chwilę  wydaje  mi  się  uroczy,  młody,  jakbym  widziała  przed  sobą  małego  chłopca.  To  sprawia,  że  prawie  mam  ochotę  go 
pocieszyć. Prawie. 

 

Z trudem przysuwam się bliżej niego, jedną rękę znów wkładając w lodowaty śnieg. 

 

—Co  masz  na  myśli,  mówiąc „mój wilk"? - Ojciec mnie ostrzegał. - On nie jest mój. Nie mam go na własność. Ludzie nie 

mogą się „posiadać". 

 

Ale tego drania już nie ma, zniknął we mgle, a ja zostałam sama na śniegu. Yoko powoli dogasa. W oddali słyszę syreny.  
Pewnie już ma dokładny plan, mogę się założyć. Piksy są właśnie takie: inteligentne i przebiegłe. Nie są złe do szpiku kości, ale 
wystarczająco złe. Pasuje. 
 
-Zaro!  —  Głos  Nicka  przywraca  mnie  do  rzeczywistości.  Z  ogromnym  wysiłkiem  otwieram  oczy.  Nick  stoi  nademną  i 
wszystko mi zasłania. — O rany, kochanie. 

—Nic  mi  nie  jest  —  mówię  z  trudem.  Wyciągam  zdrową  rękę,  by  dotknąć  Nicka.  Jest  taki  ciepły,  a  teraz  bardzo  tego  

ciepła pragnę. — Zabiłam Yoko. 

—Zimno ci? Zrobiłaś się dziwnie niebieska. — Schyla się i przytula mnie do swojej bluzy. Krzyczę z bólu. Nick natychmiast 

rozluźnia uścisk.  

—- Skarbie? 

 

—Moja ręka - jęczę. - I klatka piersiowa. 
—  Przepraszam. Strasznie przepraszam. — Na jego twarzy widzę przerażenie i niepokój. I drobinkę złotego pyłu. 

-  Chciałem cię tylko przytulić. 

-  To nie twoja wina. 
Delikatnie kładzie mnie na ziemi. Zdejmuje kurtkę, podkłada mi ją pod nogi i siada na śniegu, żebym mogła się 

0 niego oprzeć. Syreny są coraz bliżej. Drzewa kołyszą się na wietrze. Nick pachnie bezpieczeństwem, Old Spice'em 
1 odrobinę szpitalem. 

-  Tak mi przykro, kochanie. - Kołysze się uspokajająco. — Co się stało? Wpadłaś w poślizg? 

-  Był tu piks. Ten sam... Ten, którego uwolniłam. Nick sztywnieje. 

-  Co się stało? Co on ci zrobił? — Zaczyna mówić lodowatym głosem. — Pocałował cię? 
—  Nie, nic. On stał... Stał na środku drogi. Zahamowałam nagle i zniosło mnie na pobocze. I walnęłam w drzewo. - Próbuję 

wstać. - Dam radę się podnieść, tylko trochę mnie boli. 

background image

 

 

23

—  Nie ruszaj się. — Nick ogląda mnie, szukając obrażeń. 

-  Mogę rozpiąć ci kurtkę? 

-  Jasne. 

Przekręca  mnie  tak,  że  leżę  właściwie  na  jego  kolanach.  Rozpina  zamek  i  podciąga  odrobinę  bluzę  oraz  przeciw-potny 

podkoszulek. 

—Masz sporo siniaków — stwierdza. — Wezwałaś straż? Słyszę syreny. 
—On wezwał. Mój telefon został tam. — Wskazuję Yoko. - Tak samo jak laptop, iPod i... 
-  On zadzwonił? Ten piks? - Nick przerywa mi w pół zdania. 
—  Uratował mnie. Wyciągnął z samochodu, zanim wybuchł pożar. 
Nick warczy. Jego plecy sztywnieją, a głowa podnosi się gwałtownie. 

-  On cię nie ocalił, tylko poranił. A zostawił cię w spokoju chyba tylko dlatego, że byłaś zbyt ranna, by mógł cię pocałować i 

przemienić. 

-  To nieprawda. Chciał wiedzieć, gdzie są piksy. Myślę, że chce je uwolnić. 

Kolejne warknięcie. 

-  To wszystko moja wina — mówię. 
Przytulam się mocniej i obejmuję zdrową ręką szyję Nicka, mimo że cały aż trzęsie się ze złości. Aż nią emanuje. Nie chcę się 

kłócić, jestem na to zbyt zmęczona. 

-  To nie twoja wina. I już wszystko dobrze. 
Nick  wypuszcza  powietrze  z  płuc  i  widzę,  że  jest  odrobinę  mniej  spięty.  Jego  duże  dłonie  łapią  mnie za szyję, gdy zaczyna 

obsypywać  moją  twarz  delikatnymi  pocałunkami.  Jednocześnie  palcami  gładzi  mój  policzek.  Ależ  to  cudowne  uczucie.  Nagle 
zrobiło się tak bezpiecznie. Ale nie na długo, prawda? Oczywiście, że nie. 

Do Yoko podjeżdża wóz strażacki. Zauważam, że w ogóle się nie ślizga. To tylko ja nie potrafię się opanować, rzuca mną na 

wszystkie strony, to ja postępuję bezmyślnie i potem muszę cierpieć. Strażacy wyskakują z wozu, ciągnąc za sobą węże. Jeden z 
mężczyzn idzie drogą w naszą stronę. 

-  Nick, mimo że go uwolniłam, a teraz stało się to wszystko... — zaczynam wyjaśniać - to i tak niczego nie żałuję. Inaczej on 

by umarł. 

-  I co byłoby w tym złego? - rzuca ostro Nick. Na moment odchyla głowę i zamyka oczy. — Szkodzisz sobie tą łagodnością, 

Zaro  -  mówi  już  spokojniej. - Musisz nauczyć się, jak być bardziej surową. - Całuje mnie w czoło, by złagodzić ostre słowa. - 
Szczególnie jeśli chodzi o piksy. Rozumiemy się? 

Kiwam głową, ale niczego nie obiecuję. Nie mogę potwierdzić głośno. Zamiast tego odpowiadam: 
—  Przestanę być miła, jeśli ty przestaniesz ryzykować. Nick kręci głową, ale oboje wiemy, że mówię poważnie 

-  żadne z nas nie zmieni swojego postępowania, przynajmniej nie w najbliższym czasie. 

 
Babcia Betty trzaska drzwiami karetki i energicznym krokiem rusza przez śnieg, mówiąc coś do krótkofalówki i niosąc torbę ze 

sprzętem medycznym. Jej emocje zdradza wyłącznie błysk w oczach. Zachowuje się bardzo formalnie 
— 

żadnych uścisków. Pochyla się nade mną, ogląda twarz i zagląda w oczy. 

—Źrenice w normie. 
Otwieram  usta,  by  coś  powiedzieć,  ale  ucisza  mnie  podniesieniem  palca.  Zmarszczki  w  kącikach  jej  oczu  robią  się  coraz 

głębsze. 

—Jak masz na imię? 
—Zara. 
—W jakim jesteś stanie? 
—W Maine. A może chodzi o stan świadomości? 
—Bardzo  zabawne.  Co  za  sarkazm,  panienko.  Ale  przecież  uczyłaś  się  od  najlepszych.  -  Betty  uśmiecha  się,  lecz  tylko  na 

moment. - Wyrzuciło cię? 

Nie rozumiem pytania. 
—Z samochodu — wyjaśnia babcia. — Wyrzuciło cię? -Nie. 

Mruży oczy, jak zawsze wtedy, gdy się nad czymś zastanawia. Wiatr rozwiewa jej siwe włosy. 

—W takim razie, dlaczego jesteś tak daleko od auta? 

—Ja... Hm... 

Chyba zbyt długo zwlekam z odpowiedzią, bo Betty znowu pyta: 

—Przeniosłeś ją, Nick? 

On w odpowiedzi powoli kręci głową. Chyba nie chce znów sprawić mi bólu. 

-  Nie było mnie tu, gdy się to stało. Zapiksowało ją. Betty kiwa ze zrozumieniem głową i zmienia temat: 
-  Co cię boli? 

-  Ręka. Ta sama co poprzednio. Piecze w klatce piersiowej. Głowa i szyja. Ale nie jest tak źle - wyjaśniam, podczas gdy Betty 

wydaje polecenia drugiemu ratownikowi. To ten wysoki facet, Keith, który ma przepiękne włosy i bardzo niekształtny podbródek. 
Razem wyciągają składane nosze. 

-  Musimy ją ruszyć - babcia zwraca się do Nicka. 

-  Przepraszam bardzo, ale nie jestem bezosobowa. Siedzę tutaj obok. I dam radę iść sama - gderam, próbując wstać. 
-  Nie. - Betty zakłada mi na szyję wielki wstrętny kołnierz ortopedyczny. 

-  Nie skręciłam karku - protestuję, gdy mnie podnoszą. 

-  Nie będę ryzykowała. - Betty mówi głosem niezno-szącym sprzeciwu, a jej wielkie buty zdecydowanie zanurzają się w śnieg. 
Nick rzuca mi współczujące spojrzenie. Wygląda tak, jakby zaraz miał się roześmiać. Marszczę nos, a on uśmiecha się jeszcze 

szerzej. 

-  Mogę pojechać z nią karetką? - pyta. Betty się zastanawia. 
-  Pójdę sama - powtarzam. - Ludzie się na mnie gapią. 

-  Strażacy  to  nie ludzie. Strażacy to zawodowcy i gapienie się to ich praca. Tak, możesz z nią jechać, Nick -dodaje Betty w 

chwili, gdy pojawiają się Issie i Devyn. Is wyskakuje z samochodu i biegnie w naszą stronę. 

-  O rany, Zaro! To przez piksy?! - wykrzykuje. Keith gwałtownie podnosi głowę i szeroko otwiera usta, 

wpatrując się w Issie. 

background image

 

 

24

-  Piksy? 

-  Pixies - tłumaczy za nas Betty. - Zara zbyt głośno słucha muzyki. To taka stara grupa rockowa z lat osiemdziesiątych. 
-  Bardzo retro. - Teraz Is zaczyna się wymigiwać. -Taki oldskul. Ale trendy. Żarze to bardzo na rękę, prawda? 

O rany, Zaro, złamałaś rękę? - paple bez sensu. Ręka Nicka ląduje na ramieniu Issie. 

-  Hej, odetchnij głęboko. 
-  Odetchnąć? 

-  Wdech i wydech - przypomina spokojnie Nick. Strażacy zaczynają krzyczeć. Koło szczątków Yoko coś 

stuka,  a  potem  słyszę  dźwięk  metalu  uderzającego  o  metal  połączony  z  szumem  wody  lejącej  się  z  węży.  Nick  przesuwa  się 
odrobinę i wciąż rozmawia z Issie, jakby zupełnie nic się nie działo: 

-  I zrób krok do tylu, żeby ratownicy mogli zabrać Zarę do karetki. 
-  Zara jedzie karetką! - wykrzykuje Is, sięgając po moją rękę. - Pojedziemy za tobą. Będziemy tuż za wami. O nic się nie martw, 

dobrze? O nic się nie martw. 
-  Oddychaj,  Issie.  Nic  mi  nie  jest.  -  Uśmiecham  się  przelotnie  ściskam  jej  rękę.  - To nic poważnego, nie mam nawet wstrząsu 
mózgu. 

-  Dzięki Bogu za choć taki cud - mruczy Betty, gdy podnoszą mnie i wsadzają do karetki. Siada obok. W środku jest ciasno i 

wszędzie  widzę  jakieś  przyrządy,  szuflady  pełne  lekarstw  i  igieł,  potrzebnych,  by  utrzymać  ludzi  przy  życiu  i  ustabilizować  ich, 
zanim dotrą do szpitala. Nick także ładuje się do środka. Zeby się zmieścić, musi schylić głowę. 

Gdy tylko Keith zajmuje fotel kierowcy, Betty mówi szeptem do mojego ucha: 
-  Rozumiem, że opowiesz mi ze szczegółami, co naprawdę się wydarzyło? 

Próbuję kiwnąć głową, ale w kołnierzu ortopedycznym to trudne. 
-  Przykro mi z powodu auta, babciu. 
-  Kochana, samochód to najmniejsze z moich zmartwień — mówi. A potem robi coś zupełnie nie w jej stylu: pochyla się i 

całuje mnie w policzek miękkimi suchymi ustami. — Wpędzisz mnie do grobu, dziewczyno. 

Chichocze. Leżę na plecach, patrząc na twarze ich obojga. Światło jest tak fluorescencyjnie jasne, że widzę nawet pojedyncze 

pory w skórze i włoski w brwiach Nicka. Tyle ludzi umierało w tej karetce. Niektórych ocaliła Betty. Jest bohaterką. Nick zresztą 
też, załatwił tyle piksów, zupełnie sam, i nigdy nie narzeka, choć musi chronić tak wiele osób. Różni są bohaterowie, ale ja mam 
dwoje swoich, a oni mnie kochają. Do oczu napływają mi łzy. 

Nick pochyla się i całuje moje powieki. 

-  Kochać cię, Zaro, to praca na cały etat. Cudowna, nie zrozum mnie źle. Najlepsza, jaką mógłbym mieć. Ale nie jest mi łatwo, 

bo ty wciąż... 

-  ...robisz sobie krzywdę? — podpowiada Betty. — Szukasz kłopotów? Mdlejesz? Łamiesz ręce? 
-  Wszystko powyższe — śmieje się Nick. 
Moja ręka znajduje gruby nadgarstek Nicka i łapie go mocno. 
-  Pamiętaj, że to ja jestem pacjentką! Gdzie współczucie? Gdzie twoja troska? 
-  Zaro,  współczucie  to  tylko  dobra  wymówka,  by  wysyłać  kartki  z  pozdrowieniami,  rzucać  nieszczęśliwe  spojrzenia,  a  tak 

naprawdę cieszyć się w duszy, że to nie ty jesteś osobą, której parszywe nieszczęście musi oglądać cały świat - tłumaczy mi Betty. 

 
Szpitalne badanie ujawnia: 

-  zwichnięty nadgarstek 
-  kilka poobijanych, ale nie pękniętych żeber oraz 
-  skręcenie szyi (lekkie), które nie wymaga kołnierza ortopedycznego. 

 
W szpitalu babcia przebiera się w zwykłe ciuchy - czyli bojówki i flanelową koszulę — a potem swoją furgonetką odwozi nas 

do domu. Siedzę na środkowym fotelu, opierając się o Nicka. 

Dotykam nogą jego uda. 

-  No i dzięki Bogu - wzdycham. 
-  Niby za co? - pyta. Delikatnie głaszcze moje ramię, przyprawiając mnie tym o dreszcze. 
-  Ze nie muszę nosić tego kołnierza. Trudno byłoby mi w nim zaszpanować, skoro mamy iść na bal. 

Nick schyla się i całuje mnie w nos. 

-  Jeśli ktoś miałby szpanować w taki sposób, to tylko ty. Przechylam głowę i nasze usta się spotykają. 
-  Hej, hormony, ja wciąż tu jestem. Ja. Stara baba, inaczej zwana twoją babcią - wtrąca się Betty. 
-  Przepraszam. Trudno mu się oprzeć. — Znów przytulam się do Nicka. 
-  W takim razie czasem spróbuj się oprzeć — sugeruje Betty, podczas gdy ciężarówka podskakuje na wybojach. -Wybacz! Nie 

chciałam tobą potrząsać. 

-  Moment - odzywa się Nick. - O czym wy mówicie? 
-  Betty kazała mi spróbować się oprzeć — powtarzam. 

-  Mnie? To niemożliwe. Betty znów zaczyna się śmiać. 

-  Panie Colt, czy przypadkiem nie ma pan zbyt wysokiego mniemania o sobie? 

-Ale... Zara powiedziała... I... - jąka się Nick. 

-  Nie chodziło mi tylko o ciebie, Nick - wyjaśnia babcia, łagodniejąc, ale tylko na chwilę. Wiem zresztą, o czym zacznie teraz 

mówić.  Powiedzieliśmy  jej  w  końcu  o  uwolnionym  przeze  mnie  piksie.  A  głos,  który  nagle  poważnieje,  oznacza  tylko  jedno: 
oficjalną burę. - Zara nie tylko tobie nie może się oprzeć. Jej chodzi o sprawiedliwość, o bycie szlachetną, o zostanie męczennicą. 
Myśli o tym, jak ulżyć cierpieniu innych i zapomina o sobie, nie widząc szerszego kontekstu. 

-  Jesteś zbyt ostra, Betty. - Nick chce mnie bronić. 

-  Ostra?  Zaraz  powiem  ci  coś  ostrego.  Zara  przez  swoją  wspaniałomyślność  postanowiła  uwolnić  piksa,  prawdopodobnie 

króla - sądząc z tego, jak szybko wyzdrowiał -i o mało przez niego nie zginęła. - Babcia skręca, ale choć jest na mnie zła, prowadzi 
powoli, żeby za bardzo mną nie rzucało. - Rozumiesz to, Zaro, prawda? Mogłaś dzisiaj umrzeć. 

Moje poobijane żebra przyznają Betty rację. Wjeżdżamy w naszą ulicę. Wszystkie okna w domu są ciemne. Niebo także. Świat 

jest ciemny. Drzewa to tylko kawałki cienia. Nie wiadomo, co się wśród nich czai. Nie wiadomo, kto cię stamtąd obserwowuje. 

 
 
 

background image

 

 

25

 
Wskazówka 

Piksy w rzeczywistości mają niebieską skórę. Smerfy, Ciasteczkowy Potwór i Grover z 

Ulicy Sezamkowej też są 

niebiescy. Ale niech was to nie zwiedzie. Bohaterowie z bajek was nie zabiją. Raczej. 

-  Obudź się, Zaro! Skarbie! Obudź się, do diabła! -Betty potrząsa mną zdecydowanie. 

Zrywam się i trafiam na babciną flanelową piżamę. Jej miękkość tak różni się od stanowczości Betty. W moim pokoju pali się 

światło. Co? Mrugam szybko i siadam na łóżku. Mówię jakimś dziwnym nerwowym głosem. 

-  Co? Co jest? Piksy? 
Babcia podtrzymuje mnie za ramiona, ale uścisk już zelżał. 
-  Miałaś kolejny koszmar. 

Opadam na poduszki. Od gwałtownych ruchów boli mnie w piersi. 

-  Znowu? 
Od wypadku co noc mam złe sny. Cały tydzień koszmarów. 
-  Pamiętasz, co ci się śniło? - Babcia dotyka mojego czoła i odgarnia z niego włosy. 

-Tak. 

-  Chcesz mi opowiedzieć? 
-  Babciu,  nikt  nie  lubi  słuchać  o  snach  innych  ludzi.  To  jak  oglądać  zdjęcia  z  cudzych  wakacji  na  Karaibach.  Słuchasz 

opowieści o plaży, ale i tak na niej nie jesteś, więc lepiej sobie darować. 

Mruży oczy i przygląda mi się uważnie. Wygładza bluzę od piżamy, na której widnieją lizaki i bawiące się lwy. Potem zamiera 

bez ruchu. To najfajniejsza, najbardziej godna zaufania i silna babcia, jaką można sobie wyobrazić. 

-  Przepraszam, że cię obudziłam - dodaję. 

-  Nic się nie stało, skarbie. I tak nie śpię. — Pochyla się i całuje mnie w czoło, wyprostowuje się i zdecydowanie przechodzi 

po drewnianej podłodze. Otwiera drzwi mojej sypialni i zatrzymuje się przy włączniku. - Chcesz, żebym zgasiła światło? 

Moje tętno nagle przyspiesza. Krew uderza do głowy, jakby chciała wyskoczyć z żył. 

-  Nie, światło się przyda. 

Drzwi zamykają się, a ja wpatruję się w wiszący nad moim łóżkiem plakat Amnesty International. Jest na nim paląca się świeca 

owinięta drutem kolczastym. 

W moim śnie też były płomienie. Skakały koło moich stóp, a ja kluczyłam pomiędzy nimi, wbiegałam po schodach jakiegoś 

domu. Każda komórka mojego ciała chciała wbiec po tych schodach, coraz głębiej w ogień. Korytarz był podobny do tego w 
domu piksów, gdzie uwięziliśmy mojego ojca i pozostałych. Przez chwilę wydawało mi się, że to jego szukam, ale nagle zdałam 
sobie sprawę, że się mylę. Z dołu wołał mnie Nick, lecz go zignorowałam, wbiegając coraz dalej i dalej w płomienie, gdzie czekał 
na mnie jasnowłosy piks. 

A potem Nick krzyknął. Odwróciłam się i zobaczyłam, że otaczają go wygłodniałe piksy, które rozrywają jego ubranie i ciało. 

Zawahałam  się...  I  to  była  najgorsza  część  snu.  Płomienie  były  tak  kuszące,  zachęcały,  bym  weszła  jeszcze  głębiej.  Ale 
zignorowałam to pragnienie i zaczęłam wracać. Gdy to zrobiłam... Bum! Coś złapało mnie za ramiona. Wrzasnęłam. I Betty mnie 
obudziła. 

I tyle. Koniec snu. 

Rany, ależ ja nienawidzę snów. Jak to możliwe, że wywołują poczucie winy, skoro nie są prawdziwe? 
 
Ze zmartwienia nie mogę spać. Wstaję z łóżka, by skorzystać z laptopa Betty, którego pożyczyła mi do czasu, gdy pojedziemy 

do  Bangor  kupić  nowy.  Otwieram  e-mail  od  Amnesty  International  w  sprawie  nowych  akcji.  Fidelis  Chiramba,  Gandhi 
Mudzingwa i Kisimusi Dhlamini siedzą w więzieniu w Zimbabwe tylko za to, że są działaczami politycznymi, mimo że wszyscy 
cierpią  na  poważne  schorzenia.  Nie  pozwolono  im  nawet  pojawić  się  na  własnym  procesie.  Nienawidzę  takich  przypadków. 
Wysyłam e-mail do rządu Zimbabwe i zastanawiam się, czy jest sens zbierać się do szkoły. 

Zamiast tego postanawiam popracować trochę nad podręcznikiem o piksach. Zajmuję się rozdziałem pod tytułem Jak^ bronić 

się przed piksami. Ale jakoś nie mam weny. Podchodzę więc do okna i otwieram okiennice. Niebo jest jasnoniebieskie, wstał nowy 
dzień. Myślę o tym, jak czują się ci zakapturzeni mnisi, o których czytałam, czy wiedzą, jak wygląda ich niebo, czy je widzą? Czy 
płomień nadziei tli się w nich mimo całego zła? 

Drzewa po drugiej stronie ulicy kołyszą się na wietrze i przez moment wydaje mi się, że coś poruszyło się za ich pniami. Jakiś 

człowiek. Przechodzi mnie dreszcz. Przypomina mi się ojciec, który wciąż znikał, zanim w końcu powiedział mi, kim jest i czego 
chce. 

—  On  jest  uwięziony  —  rzucam  w  przestrzeń.  Na  szybie  osiada  chmurka  pary.  Ścieram  ją  czubkami  palców.  —  I  nie 

pozwalam, by ten drugi piks tutaj był. - I dodaję zdecydowanym głosem: - Absolutnie nie pozwalam. 

Drzewa znów zaczynają się kołysać i przez moment ja kołyszę się razem z nimi, zdezorientowana, półprzytomna. 

Potrząsam głową, wyobrażając sobie piękną twarz Nicka, linię jego podbródka, psotne, lśniące oczy. Odwracam się od okna i idę 
wziąć prysznic. 

Kiedy się ubieram, coś nagle przychodzi mi do głowy. Dawno temu mój ojczym ostrzegł nas przed piksami, robiąc notatki na 

marginesie starej powieści Stephena Kinga. Może to nie był jedyny raz? Nawet jeśli Betty i mama nie wiedzą nic o walkiriach czy 
Walhalli,  nie  znaczy,  że  mój  ojczym  też  nic  nie  wiedział.  Biegnę  do  jego  dawnego  pokoju  i  przyglądam  się  podniszczonym 
książkom  stojącym  w  biblioteczce.  Prawie  wszystkie  są  autorstwa  Stephena  Kinga.  Na  górnej  półce  stoi  Carrie  —  pierwsza 
powieść autora — a potem kolejne, chronologicznie, aż do Marzeń i koszmarów, zbioru opowiadań wydanego w 1993 roku. Potem 
King  napisał  jeszcze  dużo  książek,  ale  ich  tu  nie  ma -  być  może  są  w  naszym  domu w Charlestonie. Przeglądam wszystkie po 
kolei, szukając pisma taty na marginesach, jakichś notatek, znaków, że naprawdę istniał. Nawet gdy trafiam na tylko lekko zagięty 
róg, od razu chce mi się płakać. Utrata osób, które się kocha, wpływa na nasze życie. Chowa się gdzieś głęboko, a potem zmienia 
w wielką, głęboką przepaść pełną bólu. Ona zaś nie znika, nawet jeśli oficjalnie żałoba się kończy. Nie chcę, by ta przepaść się 
pogłębiła. Nie chcę stracić nikogo więcej. 

Szybko  kartkuję  kolejne  tomy,  lecz  niczego  nie  znajduję.  Wsuwam  ostatni  na  miejsce.  W  pokoju  są  też  inne  książki,  które 

powinnam  przejrzeć,  ale  nie  mogę  spóźnić  się  do  szkoły.  Wyjmuję  zbiór  opowiadań  H.P.  Lovecrafta.  Na  okładce  jest  iście 
piekielny potwór, ukrywający się w głębi jakiejś przerażającej pieczary, która znajduje się pod grobowcem. 

background image

 

 

26

— Brr — mamroczę. 
Na marginesie znajduję jakieś zapiski. Pierwszy brzmi: Krwi i lat nie sieją. 

Drugi jest nieco dłuższy: W harfie zdradź szot, splot mili lob. Jakieś bzdury. Wkładam książkę pod pachę, by zabrać ją na dół, i 
rzucam w przestrzeń: 

—Super. Dzięki, tato. 
Na lodówce Betty zostawiła mi liścik. 
 
Mam ranną zmianę. Weź środek^ przeciwbólowy. Nie handluj nim w szkole. Żartowałam! Prawie  

 
Upuszczam łyżkę na podłogę. 

—Kurczę. 
Upada z brzękiem. Podnoszę ją, a gdy wstaję, kręci mi się w głowie. Muszę przytrzymać się lodówki. Wrzucam łyżkę do zlewu. 

Metal  uderza  o  metal.  Wszystkie  moje  organy  zdają  się  protestować.  Robi  mi  się  zimno.  Wyglądam  przez  okno.  Nie  ma  tam 
niczego oprócz cieni. Próbuję odpędzić od siebie strach i zjadam trochę płatków z mlekiem. Czekoladowe kulki nie mają smaku. 
Dziwne. Sprawdzam, czy bransoletka na kostce jest mocno zapięta. Jest. 
—  Nie ma się czym przejmować — mówię na głos. Lodówka szumi w radosnej akceptacji. Tylko taką odpowiedź mogę dostać. 

 

background image

 

 

27

 
 
 
 
Wskazówka 

Oczy piksów w kącikach są nieco skośne. 

 
 
 

Nick przez cały tydzień wozi mnie do szkoły - to miłe, bo spędzamy razem więcej czasu i przynajmniej jestem pewna, że nie 

zamorduje  go  jeden  z  wściekłych  królów.  Jednak  żadne  z  nas  nie  jest  rannym  ptaszkiem,  więc  zwykle  całą  drogę  marudzimy, 
przeciągamy się i ziewamy. 

Nick parkuje mini coopera i bierze mój plecak. Czasem fajnie jest mieć zwichnięty nadgarstek. Ale wszystko się goi. Nie mam 

już szyny, tylko bandaż. 

-  Czy  ty  musisz  codziennie  zabierać  do  domu  wszystkie  podręczniki?  -  pyta,  z  trudem  przerzucając  sobie  przez  ramię  mój 

nowy plecak (poprzedni umarł śmiercią ognistą). 

-  Muszę. - Uśmiecham się. Pochyła się i szepcze mi do ucha: 
-  Masz szczęście, że jesteś taka ładna, kotku. Macham do Paula i Callie, pary, która chodzi z nami na 

plastykę. Na głowach mają ufarbowane na zielono, takie same irokezy - co jest nawet urocze w pewien staroświecki sposób. Jill i 
Stephanie trzymają się za ręce i w przeciwieństwie do nas chyba lubią poranki. Wszyscy są tacy zakochani. Wszędzie dokoła są 
zakochani, ale oni nie muszą się martwić, że ich druga połowa zostanie zamordowana przez piksy z powodu tego, kim jest... albo 
nie jest. 

Podchodzę do Nicka i zdrową ręką obejmuję go w pasie. Docieramy do drzwi naszego liceum i oczywiście to on je dla mnie 

otwiera. Uderza nas fala ciepłego powietrza i hałas. Nick przytrzymuje drzwi, by Paul, Callie, Jill i Stephanie też mogli wejść. 

-  Rany, ale jesteśmy spóźnieni - mówi Jill, podnosząc kciuki. - Fajne dżinsy. Naprawdę super. 
-  Dzięki  -  odpowiadam.  Widzę  Issie  biegnącą  w  stronę  Devyna  po  prowadzącej  na  drugie  piętro  rampie.  Jej  cienka  bluzka 

faluje przy każdym ruchu. 

-  Issie! Devyn! — wołam. 
Devyn odwraca się i macha do nas z uśmiechem. Nie siedzi na wózku, tylko opiera się na kulach! Obok niego stoi Cassidy. 

Nagle Nick zaciska dłoń na mojej. 

-  On nie ma wózka! Zaro, on już nie siedzi na wózku! 
Puszcza  mnie  równie  nagle  i  przeskakuje  przez  barierkę.  Obejmuje  Devyna  i  kręci  się  z  nim,  trzymając  w mocnym uścisku. 

Ludzie uciekają im z drogi. Dev upuszcza jedną z kul, która uderza o rampę. Issie, biegnąc w ich stronę, musi podskoczyć, i od 
razu wpada prosto w zbiorowy uścisk. Aż krzyczy z radości. 

Wiedzieliśmy, że ten dzień w końcu nadejdzie, ale teraz... Widzieć go bez wózka? To cudowne, wzruszające uczucie. Podnoszę 

kulę i ruszam za nimi. 

-  Nic  dziwnego,  że  nie  chciałeś  dzisiaj  podwózki  -mówi  Issie,  nie  przestając  klepać  Deva  po  plecach.  -  Nic  dziwnego! 

Przyjechałeś sam? 

-  Nie. Cassidy mnie przywiozła. 

-  Właśnie - wtrąca rzeczona, bawiąc się jaskraworóżo-wą spinką do włosów. 

-  Ona... Ona cię przywiozła? - jąka się Is. 

-  Tak, Is. Chciałem wam zrobić niespodziankę. - De-vyn uśmiecha się do mnie. - Co myślisz, Zaro? 

Podaję mu kulę i odpowiadam: 

-  Myślę, że to jedna z najlepszych rzeczy, jakie widziałam w życiu. 

I tak jest. 

-Wreszcie mogę znów robić to, co chcę - oznajmia Devyn. 

-  Na przykład? - pytam podejrzliwie. 

Ale on wciąż tylko się uśmiecha. Cassidy odchrząkuje i przelotnie go przytula. 

-  Kosmicznie się cieszę, Dev. 

Issie cofnęła się i oparła o ścianę. Z dłonią na gardle patrzy gdzieś w dal. 

-  Dzięki — pada odpowiedź. 

Odsuwają się od siebie i Cassidy, dziwnie zadumana, zaczyna drapać się po karku. 

-  Wiedziałam, że to się zdarzy - rzuca nagle. Sposób, w jaki wypowiada to zdanie, zatrzymuje mnie 

w pół kroku. Jej ton jest prawie... upiorny, ale już po chwili zmienia temat, zanim zdążę się odezwać. 

-Wszyscy  jesteśmy  spóźnieni.  -  Patrzy  przez  ramię,  wciąż  drapiąc  się  po  szyi.  -  Gratulacje,  Devynie. Daj znać, jeśli będziesz 

potrzebował podwózki do domu. 

Ruszamy  na  pierwszą  lekcję.  Choć  przez  chwilę  Nick  nie  mówi  o  obronie  miasta,  piksach  i  cierpieniu.  Jego  ramiona  są 

rozluźnione, uśmiecha się, a ja zdaję sobie sprawę, jak trudna jest dla niego cała ta sytuacja. 

background image

 

 

28

Do oczu — nie wiadomo dlaczego — napływają mi łzy. Chyba po prostu nie chcę, by Devynowi znów coś się stało. Zeby 

któremukolwiek z nas coś się stało. 

 
Hiszpański był kiedyś moją najmniej ulubioną lekcją dnia. I to nie z powodu tego, że w klasie śmierdziało liliowymi perfumami 

naszej  nauczycielki  i  nos  natychmiast  mi  się  zatykał.  Powodem  była  pewna  dziewczyna  -  Megan.  Siedziała  przede  mną,  po 
przekątnej, i co jakiś czas odwracała się i wbijała we mnie wzrok. Potem szeptała coś do swojej przyjaciółki Brittney, po czym 
obie chichotały złośliwie. Chociaż Megan już tu nie ma, wciąż czuję jej obecność. 

Wzdycham głęboko i obgryzając końcówkę długopisu, sporządzam listę: 
 
NASZE NIELEGALNE DZIAŁANIA ORAZ ICH PRZYCZYNY 

1. Betty zabiła lana, ponieważ próbował mnie pocałować i przemienić w piksa. 
2. Megan zniknęła, więc pani Nix sfałszowała jej podanie o przeniesienie. I dobrze, bo Megan nie była tylko wredną krową, ale i pikiem. 
3. Uwięziliśmy wszystkie pik/y w domu, bo nie przestałyby zabijać. 

 
W porządku, to nie jest bardzo długa lista, więc czuję się nieco lepiej, nawet jeśli znalazły się na niej morderstwo, oszustwo i 

porwanie.  Składam  kartkę  i  wsuwam  ją  za  okładkę Domu  dusz.  Wracam  do  tłumaczenia,  ale  i  tak  myślę  tylko  o  tym,  że  babcia 
kogoś zabiła, ja uwięziłam, i jak rozwija się historia przemocy, w której uczestniczę i z którą nie mogę sobie poradzić. Należę do 
Amnesty International. Zajmuję się obroną praw człowieka. Ale co z prawami piksów? One też są po części ludźmi. I co zrobić, 
skoro świat nie ma pojęcia o ich istnieniu? 

Z tłumaczeniem daleko nie zajadę, wyciągam więc nową kartkę i zaczynam pracować nad podręcznikiem o piksach, dopisując 

notatki, które potem wklepię do komputera Devyna albo Betty. 

DZIESIĘĆ RZECZY, O KTÓRYCH TRZEBA PAMIĘTAĆ, GDY MA SIĘ DO CZYNIENIA Z PIKSAMI 

 
10. Wydaje wam się, że piksy przypominają Dzwoneczek z Piotrusia Pana? Mylicie się. 
 9. Piksy nie przyjaźnią się z Piotrusiem Panem. 
 8. Piksy nie sypiają w szklanych słojach i nie mają magicznych różdżek^.  
7. Piksy nienawidzą żelaza i stali. 

6. Piksy nawołują ludzi po imieniu i próbują zgubić ich w lesie. 

5. Piksy są doskonałymi wojownikami; do walki używają 

pazurów i zębów.  

4.Piksy mogą wyglądaćjak^ ludzie, ale nimi nie są.  
3.Piksy mogą chodzić z wami do szkoły albo do pracy. Nie mamy pojęcia, gdzie są.  

2. Piksy mają pragnienia. 
1. Nie pozwólcie, b y  jakiś'piks was pocałował. Nigdy. 

iZara? ĆAtiende usted? — Nauczycielka hiszpańskiego mierzy mnie wzrokiem. Stoi przy moim krześle i uśmiecha się uroczo. 

Ciemnobrązowe włosy ma związane w wysoki kucyk. Unosi pytająco brew. 

—Tak..  .Tak.  To  znaczy  si  —  próbuję  się  poprawić.  Uderzam  się  ręką  w  głowę  i  książka  z  hałasem  się  zamyka.  Brittney 

chichocze. 

Usted no traduce el libro. — Nauczycielka dobitnie stuka palcem w moją prawie pustą kartkę. — Usted estd mirando por la ventana. 

Nie tłumaczyłam. Patrzyłam przez okno. Winna. Próbuję wymyślić coś mądrego, ale mogę tylko przeprosić. 
Lo siento. ho siento. 
Przykro  mi,  ale  nie  dlatego,  że  nie  uważałam  na  lekcji.  Przykro  mi,  że  piksy  istnieją,  a  przeze  mnie  moi  przyjaciele  są  w 

niebezpieczeństwie. Przykro mi tak w ogóle. 

Gdy tylko lekcja się kończy, wszyscy jednocześnie zrywają się z miejsc i wybiegają na korytarz niczym stado bydła zaganianego 

do  wodopoju  na  Dzikim  Zachodzie.  Przepychamy  się,  szturchamy,  aż  w  końcu  każdy  znajduje  sobie  miejsce  w  drodze  na 
następne zajęcia. Nagle ktoś łapie mnie za zdrowy łokieć, ale wyrywam się z wrzaskiem. 

—Skarbie? Co się stało? - Twarz Nicka jest jednym wielkim zaniepokojeniem. 
—Nic, nic. Przepraszam, jestem nerwowa - odpowiadam, próbując się uspokoić. 
—Martwisz się o tego... — Nie kończy zdania, bo wokół nas jest zbyt wielu ludzi. Wkłada ręce do kieszeni bojówek i dodaje: 

— Jeszcze go nie znaleźliśmy, ale zrobię to. Przysięgam. 

Rozlega się dzwonek. 

—Spóźnimy się — mówię, próbując odwrócić wzrok, ale nie mogę. Oczy Nicka są takie brązowe i piękne. Strzepuję kłaczek 

sierści z jego koszuli w kolorze głębokiego błękitu. Nick wygląda dzisiaj trochę jak sportowiec, trochę jak skej-ter. Podoba mi się. 

Wzrusza ramionami. 

—  Pani Nix napisze nam usprawiedliwienie. 

background image

 

 

29

Łapie mnie za rękę i ciągnie na klatkę schodową. Siadamy na najwyższym schodku, a koło nas przebiega Callie, uśmiechając się 

szeroko. 

—  Zakochana para! — rzuca. 

Odwzajemniamy uśmiech, a ona zbiega na dół. Zielony irokez drży od nastawionego na maksymalną temperaturę ogrzewania. 

Na podłodze, po mojej lewej stronie, powstała wielka kałuża ze stopionego śniegu. 
—Martwisz się o tego piksa? — pyta znowu Nick. 

Wzruszam ramionami, nie chcę odpowiadać. 

—Zaro? Martwisz się? 
—Trochę - odpowiadam cicho 

Nick wydaje dziwny jęk, na wpoi warknięcie, na wpół westchnienie. 

—Czego mi nie mówisz? 
—Niczego. 
—Zaro? Działamy lepiej, gdy jesteśmy drużyną. 
—Jesteśmy dobrą drużyną. 
—Tak, jesteśmy. 

Przez  moment  milczymy.  Zamykam  oczy,  bolące  od  migoczących  fluorescencyjnych  żarówek  skontrastowa-nych  z  brzydką 

szarą klatką schodową. Chciałabym zabrać Nicka na spacer po Charlestonie, pokazać mu Batte-ry, oglądać z nim delfiny bawiące 
się w oceanie, śmiać się z turystów schodzących ze statków wycieczkowych, wystrojonych w śmieszne ciuchy z saszetkami przy 
paskach, kupujących tyle typowych dla Charlestonu koszy, ile uda im się unieść... 

Tym  razem  przebiega  koło  nas  Cassidy,  długimi  nogami  zaliczając  po  dwa  schody  naraz.  Gdy  nas  widzi,  zatrzymuje  się 

gwałtownie. Nie patrzy na mnie, tylko na Nicka, otwierając szeroko usta. Wstrzymuje oddech i chwieje się na stopniu, łapiąc za 
poręcz, by utrzymać równowagę. 

Zrywam się z miejsca, by ją złapać. Nick robi to samo, tuż za mną. 
-  W porządku? 
Cassidy na długą chwilę zamyka oczy. Gdy je otwiera, wydają mi się pełne smutku. 
-  Tak, wszystko w porządku. To tylko zaskoczenie. Tak. 

Odbiega pospiesznie, mrucząc coś pod nosem. Siadam, poklepując schodek koło mnie, żeby Nick także usiadł. 

—Dziwna sytuacja. Mam nadzieję, że nic jej nie jest. Gapiła się na ciebie. 
—Tak działam na kobiety - mruczy Nick namiętnie, przeciągając słowa. — Sprawiam, że tracą równowagę i uciekają. 
—Co  ty  powiesz?  —  Odwracam  się  i  próbuję  unieść  z  dezaprobatą  brwi.  Palce  Nicka  przesuwają  się  od  mojego  ucha  do 

podbródka.  Coś  pęka we mnie z pragnienia, tęsknię za ludzkimi, hormonalno-nastoletnimi zachowaniami. Nick uśmiecha się i 
pochyla, by mnie pocałować. Oddaję pocałunek — długo, przyjemnie, z pasją. Gdy w końcu się ode mnie odrywa, ma łagodne, 
ale pełne emocji oczy, ciemniejsze niż zazwyczaj. 

—To za dużo. 
Kładę dłoń na jego piersi. Czuję bijące w niej serce. Raz. I kolejny. Równy rytm życia, spokojny. 
—Nigdy nie chcę cię stracić — udaje mi się powiedzieć. Pochylam głowę. 

Unosi ją delikatnie, by spojrzeć mi w oczy. 

—Nie stracisz. — Ma lekko chrapliwy głos. 
—Przysięgasz? - szepczę. Nawet w tym jednym wyszeptanym słowie jest strach przed ciemną przepaścią utraty, rozpaczy i... 

Nick dotyka mojej skóry. 
—  Przysięgam. 

 
Szkolna  stołówka  jest  ośmiokątnym  pomieszczeniem  z  ladą  do  wydawania  posiłków  i  kuchnią  (trzy  boki)  oraz  drzwiami 

wyjściowymi  i  wejściowymi  (czwarty  bok).  Reszta  to  ściany  z  oknami  i  wyjście  przeciwpożarowe.  Biel  śniegu  na  dworze  w 
połączeniu z jaskrawym oświetleniem sprawiają, że jest tu absurdalnie jasno — i okropnie. 

Is i ja zamawiamy bajgle, które tu podają na papierowych talerzach z plastikowymi nożami. 

—Niezbyt przyjazne środowisku. — Is cmoka z niezadowoleniem i przesuwa swój identyfikator przez czytnik. 

Stojąca za mną Giselle Brown też się odzywa: 

— Od wieków próbuję coś z tym zrobić. 

Potrząsa głową, aż jej dredy fruwają na wszystkie strony. Ma na sobie starą pofarbowaną koszulkę z zespołem Gra-teful Dead. 

To  jedna  z  niewielu  osób,  które  zawsze  przychodzą  na  organizowane  przeze  mnie  środowe  spotkania  Amnesty  International, 
dlatego  ją  uwielbiam  —  mimo  że  czasami  przeklina  w  listach  do  przywódców  państw.  Nieważne.  Nikt  nie  jest  doskonały.  A 
zresztą, jeśli ma kogoś przeklinać, lepiej, żeby byli to właśnie dyktatorzy. 

Giselle nachyla się do Issie i pyta: 

—O co chodzi z Devynem i Cassidy? Issie zamiera w pół kroku. 
—O czym ty mówisz? 

—Osaczyła go. A ja myślałam, że to wy jesteście parą — wyjaśnia Giselle. 
Papierowy talerz, który Is trzyma w rękach, zaczyna się trząść. 

background image

 

 

30

—Nnnnie. Nie. Nie jesteśmy... Tylko przyjaciółmi. 
—Chyba że tak. W takim razie nie będę jej dogryzała w twoim imieniu. — Giselle uśmiecha się do mnie i marszczy nos. — 

Rany, tu śmierdzi kupą. 

Szefowa stołówki odrywa się od swoich obowiązków i trzepocząc rzęsami, prostuje: 
—To nie kupa, to kapusta. 
Giselle wyrywa się do przodu i upuszcza banana. Na szczęście udaje mi się go złapać, zanim zdąży spaść na podłogę. 

—O rany, nie zrobiłam tego specjalnie, przepraszam. Naprawdę bardzo przepraszam. 
Kobieta mierzy w Giselle czubkiem białego długopisu, a siatka na jej włosach przesuwa się nieco w lewo. 
—Cicho już. Ja też uważam, że gotowana kapusta śmierdzi jak kupa. 
Przesuwam swoją kartę i razem z Issie idę do stolika -czteroosobowego, wściekle różowego. Nick i Dev już przeżuwają przy 

nim pizzę. Przysiadam na krześle obok Nicka. 

—Cześć, mała — mówi, całując mnie. Pachnie peppero-ni. — Co tam? 
—Nic. — Jedną ręką otwieram bajgla. 
—Giselle właśnie powiedziała pani za ladą, że pachnie jak kupa - oznajmia Issie, gdy Giselle przechodzi tuż za nią. 
—Nie  o  to mi chodziło! - prostuje, wciąż potrząsając głową. Siada kawałek dalej przy stoliku z Callie i innymi uczniami ze 

sztuki i teatru. 

Nick smaruje mojego bajgla serem, bo jedną ręką nie mogę tego zrobić. Trzeba przytrzymać bułkę i w ogóle. 

—Jesteś najmilszym chłopakiem na świecie - mówię i całuję go w policzek. 

—Fu! — prycha Devyn. 

—Zazdrośnik  —  drażni  się  z  nim  Nick,  grożąc  plastikowym  nożem.  —  Zresztą  zupełnie  bez  sensu,  bo  aktualnie  to  ty,  od 

kiedy pozbyłeś się wózka, jesteś gwiazdą szkoły. Wszyscy o tobie gadają. 

—Gwiazdą szkoły? - Devyn popija napój energetyzujący. 

—Wszystkie dziewczyny... — Nick wskazuje chichoczące obok nas uczennice — ...lubią cuda. Cuda są seksowne. Pamiętasz, 

jaką popularność zdobył Jay Dahlberg, gdy wrócił po porwaniu? — Nie dodaje „przez piksy", bo w naszej obecności nie musi. 

—Serio? — Devyn robi minę bardzo kiepskiego amanta, patrząc na nas zmrużonymi oczami. 
Issie  z  wrażenia  wydaje  dziwny  pisk  i  upuszcza  butelkę  z  wodą.  Jako  że  nie  była  zakręcona,  zawartość  rozlewa  się  na  stół i 

nasze talerze. 

—Ups! Rany. Przepraszam. 

Próbuje zetrzeć wodę rękawem. Nick podaje jej serwetki, a ja biegnę po więcej. Woda ze stołu kapie na podłogę. 
—Jestem okropną niezdarą. — Is nerwowo macha serwetkami. - Strasznie was przepraszam... 
Devyn łapie ją za rękę. 
—Issie, skarbie, wszystko w porządku. 
Is zamiera na chwilę. Spoglądają sobie w oczy, wciąż trzymając się za ręce. 
—„Skarbie" — szepcze ona. 
Jakby  nagle  wszystkie  hałasy  dokoła  ucichły  i  stołówka  opustoszała.  Tylko  Nick  i  ja  w  milczeniu  oglądamy  film,  w którym 

występują Devyn i Issie. 

Nick uśmiecha się szeroko, a ja chyba robię dokładnie to samo. Za to Is otwiera usta w zdziwione O. Devyn puszcza jej rękę i 

zamyka jej buzię, delikatnie dotykając czubka brody. 

—  Pocałuj ją! - wrzeszczy Callie. - Całuj! Dołącza się do niej kilkunastu uczniów: 
—Ca-łuj! Ca-łuj! Ca-luj! 

Twarz Issie robi się purpurowa. Biedaczka znowu piszczy i wstaje. Wybiega ze stołówki tak szybko, że przez sekundę wydaje 

mi się, że także ma w sobie krew piksów. 

W  przeciwieństwie  do  Issie  z  twarzy  Deva  odpływa  cała  krew.  Blednie,  a  ludzie  zaczynają  szeptać  i  wzdychać,  wyraźnie 

rozczarowani takim zakończeniem. Nick podnosi ze stołu obrzydliwy wilgotny kłąb serwetek i mówi: 

—Musisz to zrobić, człowieku. Ona jest w tobie po uszy zakochana. 

Devyn kręci głową i patrząc zdecydowanie, odpowiada: 

—Nie mogę. 

Dopiero po chwili udaje mi się wykrztusić: 

—Lepiej, żeby nie podobała ci się Cassidy, Devynie, bo przysięgam, że jeśli tak jest, to cię zabiję. 
—Cassidy? - patrzy zdziwiony. 
—Koleś, przecież wszyscy o tym gadają — rzuca Nick. 
—Cassidy mi się nie podoba. 
—To przestań z nią flirtować. - Wstaję od stołu. 
—Flirtować? — Dev błagalnym wzrokiem patrzy na przyjaciela. 
—Tak. Flirtować. Spędzasz z nią mnóstwo czasu. Przywozi cię do szkoły. Gadasz o niej i piszesz do niej SMS-y — tłumaczę 

oburzona. 

—Nie mam zielonego pojęcia, jak się flirtuje. Jestem kujonem. U takich jak ja nie wykształciły się umiejętności socjalizacyjne. 
I tak mu nie wierzę. 

background image

 

 

31

—Cóż, ale flirtowałeś z nią jak specjalista, Dev, bez opamiętania. 
—Zaro, odpuść mu trochę — karci mnie Nick — bo sama wychodzisz na zazdrosną. 
—Nie każ mi nikomu odpuszczać — mówię, spoglądając na niego. — Czasem strasznie się wymądrzasz. 
On pierwszy odwraca wzrok. 
—Próbuję tylko rozgryźć Cassidy. - Devyn przeczesuje włosy, ignorując naszą dyskusję. 
—Po co? Dlaczego tak cię fascynuje? Wciąż się drapie — zauważam. — A ty masz Issie. Jest obok i bardzo cię kocha. Dobrze 

o  tym  wiesz.  Idę  zobaczyć,  co  z  nią  —  oświadczam  i  celuję  w  Devyna  palcem.  -  Lepiej  przestań  się  zachowywać  jak  kretyn  i 
szybko ją pocałuj, albo przynajmniej powiedz, że ją kochasz, bo przysięgam, że tym razem to ja przetrącę ci kark i wbiję strzałę w 
plecy. 

—  Cassidy mnie potrzebuje... - zaczyna Devyn. Wybiegam ze stołówki, słysząc jeszcze Devyna, który 

mówi zdziwiony: 

—Myślałem, że ona jest pacyfistką. 

—Nie, jeśli chodzi o przyjaciół. Ale powiedz, podoba ci się Cassidy czy nie? - Reszty nie słyszę, bo z trzaskiem zamykam za 

sobą drzwi stołówki. 

 
Znajduję  Issie  w  toalecie.  Zza  drzwi  z  wyrytym  i  pociągniętym  czarnym  markerem  napisem  2KOOL4SKOOL  dochodzi 

pociąganie nosem i szloch. To chyba najnędzniejsze graffiti na świecie. 

Oddycham głęboko i pukam do drzwi kabiny. 

-Is? 
Pociągnięcie nosem. 

-  Issie? 

Po chwili słyszę jej cichy, zmęczony głos: 

-  Nie ma mnie tu. 
-  Hm. - Cofam się o krok, by zerknąć pod drzwi. Nie widzę jej stóp. - W takim razie powinnam chyba zacząć wrzeszczeć, bo 

rozmawiam z muszlą klozetową. Co? Może biedna Zara wzięła dzisiaj za dużo prochów... 

-  Nie...  -  Głos  Is  dociera  gdzieś  spomiędzy  drzwi  i  metalowej  framugi.  Słyszę,  jak  z  tąpnięciem  stawia  stopy  na  podłodze. 

Lśniące czerwone buty wyginają się, stykając podeszwami. 

-  Stałaś na toalecie? — pytam. 

Otwiera powoli drzwi i dostrzegam bardzo smutną, bardzo spuchniętą buzię płaczącej Issie. 
Niezgrabnie przytulam biedaczkę jedną ręką. 

-  Kochanie. 
-  Nie chciał mnie pocałować — szlocha. 
-  Issie! 

— Wciąż trzymam rękę na jej ramieniu, ale cofam się, by spojrzeć w jej załzawione oczy. — Naprawdę chcesz, żeby 

twój  pierwszy  pocałunek  miał  miejsce  w  licealnej  stołówce  w  obecności  stu  rozochoconych,  przeżuwających  nastolatków, 
wrzeszczących i wyjących? 

-  Przeżuwających? 
-  Jedzących. 

Pociera nos wierzchem dłoni. 

-  Ja chcę... Chciałabym w ogóle to przeżyć, rozumiesz? 

Kiwam  energicznie  głową,  przypominając  sobie,  jak  to  było  w  czasach  przed  pierwszym  pocałunkiem.  Nick  nie  był  moim 

pierwszym... Biedna Is. 

—  Rozumiem. 
-I chyba wcale mnie nie interesuje, czy miałabym publiczność, bo to przynajmniej oznaczałoby, że Dev naprawdę mnie lubi i 

ma ochotę mnie pocałować. — Zerka na mnie nieśmiało. Kapie jej z nosa, a oczy wciąż są czerwone. - Nie jestem całuśna, co? 
Nie jestem. Czy Cassidy jest fajniejsza ode mnie? 

-  Issie, co za bzdura. Jesteś cudowna. Gdybym była facetem albo lesbijką, albo bi, to bardzo chciałabym cię pocałować. 

—Naprawdę? — Pociąga nosem. 

—Przysięgam. — Wyjmuję z pojemnika brązowy papierowy ręcznik, składam go w kwadrat i wkładam pod strumień zimnej 

wody. Ocieram spuchniętą twarz Issie. 

Przez chwilę jest spokojna, ale zaraz znów zaczyna: 

—To dlaczego j e m u  się nie podobam? 

 

-  Issie! - Mam ochotę nią potrząsnąć. - Przecież tego nie wiesz. 
-  Nie podobam mu się. - Chwiejnie podchodzi do lustra. - O matko, tylko na mnie spójrz. Jak ja wyglądam? Popatrz na moje 

usta! — Dotyka swojej twarzy. — Są zbyt wąskie. W ogóle nie liczą się jako usta. Cassidy ma ładniejsze, a Dev wcale mnie nie 
lubi, Zaro. Pamiętasz, jak zadzwoniłaś do mnie tuż przed wypadkiem? 

Pamiętam. Wydawało mi się wtedy, że Is płakała, ale nigdy jej o to nie spytałam. O rany, ale koszmarnie się zachowałam. Co 

ze mnie za przyjaciółka? 

background image

 

 

32

-  Płakałam - mówi Is, pociągając nosem - bo w końcu powiedziałam Devynowi, że mi się podoba... w ten sposób, a wiesz, co 

on mi odpowiedział? — Nie pozwala mi nawet spróbować zgadnąć i kontynuuje: — Powiedział, że 
„w obecnej chwili nie wie, jak ma wykorzystać tę informację". Ja w końcu zdobyłam się, żeby mu wszystko wyznać, a on posłał 
mnie na drzewo. 

Próbuję coś z tego zrozumieć, ale kiepsko mi idzie. 

-  A powiedział ci, dlaczego? 
-  Nie, bo zadzwoniłaś, a ja... Ja... Już potem o tym nie rozmawialiśmy. 

-To nie ma sensu. Może próbował zachować się jak macho albo bohater, albo kujon... To w jego stylu. - Wyciągam kolejny 

papierowy  ręcznik  i  ocieram  policzki  Is,  próbując  osuszyć  łzy.  -  Powiedział  do  ciebie  „skarbie".  Żaden  facet  nie  mówi  tak  do 
dziewczyny, jeśli mu się nie podoba. 

 
Po  długim  przekonywaniu  w  końcu  udaje  mi  się  zmusić  Is,  by  wróciła  ze  mną  do  stołówki.  Przez  całą  drogę  nie  podnosi 

wzroku i cicho wślizguje się na swoje miejsce. 

-  Hej. - Trudno rozpoznać jej głos, taki jest cichy. 
-  Hej. - Dev także odpowiada szeptem. 
-No więc... — Nick bardzo chce coś powiedzieć. — Myślicie, że we wszystkich szkolnych stołówkach można kupić bajgle? 
-  Cóż, pewnie tak... - odpowiadam, siląc się na wesołość. - Przecież bajgle są dobrym źródłem węglowodanów, więc liczą się 

jako  porządne  jedzenie,  a  jako  że  sprzedaje  się  je  w  plastikowych  torebkach  do  mrożonek,  mogą  w  tej  formie  służyć  za 
śmiercionośną broń. 

-  Zapamiętam to sobie - obiecuje Nick. - Następnym razem zamiast przywiązywać piksa do drzewa, gdy nie będę miał czasu 

odprowadzić go do domu, walnę go mrożonym bajglem i przez kilka godzin będzie nieprzytomny. 

-  Tak właśnie zrób - gadam bez sensu. - Zamiast uczyć się strzelania z kuszy, władania mieczami oraz nożami, powinniśmy 

przerzucić się na walkę bajglami i sztućcami. 

Patrzymy na siebie zdesperowani. Issie i Devyn wyglądają na zmarnowanych. A mnie nagle przypomina się jasnowłosy piks, 

to, jak trzymał mnie, gdy Yoko wybuchła. Ze złością odsuwam od siebie ten obraz. 

Po kilku minutach koszmarnej wymuszonej rozmowy Nick i Dev przestawiają się na tryb, który nazywam „jesteśmy samcami, 

chronimy nasze samice". Oczywiście to staroświeckie i szowinistyczne, ale dostrzegam także coś uroczego w tym, jak nachylają się 
nad  stołem,  garbiąc  się,  zaciskając  dłonie  w  pięści,  a  potem  rozwierając je, by na palcach wyliczyć swoje zmartwienia i podjęte 
akcje. 

Devyn zaczyna: 

-  Zajrzałem dzisiaj rano do domu. Niczego nie znalazłem. Ani śladu złotego pyłu. 
-  Nie zauważyłem też śladu nowych piksów - dodaje Nick. 

-  Może przestały się tu pojawiać? - podsuwam. 

-  Albo zmądrzały. - Nick splata palce, aż strzelają stawy. Wydłubując rodzynek z bajgla, mówię: 
-  Cóż, to akurat nie byłoby złe. 

-  Musisz przestać się okłamywać, że jesteś bezpieczna - ostrzega Nick. - W zeszłym tygodniu o mało nie umarłaś. 
-  Wcale nie. Po prostu byłam ranna, ale nie śmiertelnie - prostuję. - Jesteś lepszy? Zawsze sam chodzisz na polowanie, a to też 

niebezpieczne. 

Issie kopie mnie pod stołem. Zrywam się z miejsca. 

-  W porządku, Zaro. - Is próbuje mnie uspokoić. Kładzie dłonie na obrzydliwym stołówkowym stole i rozsuwa białe delikatne 

palce. Patrzę na nie przez chwilę, jak odcinają się od różowofioletowego blatu, obok papierowych talerzy z na wpół zjedzonymi 
bajglami, plastikowych noży, butelki z wodą, pustego pudełeczka po serze śmietankowym... Patrzę, patrzę i patrzę, i nagle ogarnia 
mnie  to  dziwne  uczucie,  prawie  jak  gęsia  skórka  wywołana  przez  piksy,  ale  połączone  z  czymś  jeszcze...  czymś  więcej,  czymś 
innym. Uginają się pode mną nogi. 
—  Czuję się jakoś... - Nie potrafię sklecić zdania. Ktoś łapie mnie w pasie i pomaga usiąść. Duże ręce, silne. Ręce Nicka. 

—  Zaro? Co jest? Co się stało, skarbie? 

—Coś... dziwnego... — odpowiadam z wysiłkiem. — Pajączki. Jakby chodziły po mnie pajączki. 
Podnoszę głowę, patrząc przez wielkie okno na pole i skraj lasu. W tym samym oknie widziałam raz mojego ojca piksa — stał i 

wskazywał mnie palcem, jeszcze zanim dowiedziałam się, kim jest. Cały świat się kołysze, ale teraz nikogo tam nie ma. 

Siedzę bokiem na krześle, a Nick klęczy na podłodze tuż przede mną. Trzyma ręce na moich kolanach i patrzy mi w oczy. Ma 

zmartwioną, czułą i zatroskaną twarz. Ale szybko przestawia się na tryb obronny. 

—Devyn - rzuca - czujesz coś? Dev wciąga powietrza. 
—Nie, za dużo tu różnych zapachów. Nie wyizoluję ich. Z gardła Nicka wydobywa się ciche warknięcie. 
—Ja też nie. 

Wstaje i rozgląda się po stołówce. Z napięcia cały drży. Łapie mnie za rękę. 

—Nie widzę go. -Nick? 
Znów wstrząsa nim dreszcz. Ludzie dokoła coś zauważyli i się na nas gapią. 

—O cholera - odzywa się nagle Devyn. - On się przemienia. 

background image

 

 

33

Wstaję i ciągnę Nicka w kierunku toalety, szybkim krokiem maszerując przez stołówkę. 

—  Nie wolno ci się przemienić — mówię zdecydowanie. - Nie tutaj. Nikomu nie grozi niebezpieczeństwo. Nie przemieniaj 

się. 

Issie zrywa się od stołu, a Devyn rusza za nami, ale idę tak szybko, że nie może nadążyć. 
Gdy  wychodzimy  ze  stołówki,  Nick  zatrzymuje  się,  opiera  o  ścianę  i  wciąż  drży.  Mówi  błagalnym  tonem,  tę  samą  prośbę 

wyrażają jego oczy: 

-  Zaro... 

Biorę w dłonie jego twarz. 

-  Nie przemienisz się. Już dobrze. Wszyscy są bezpieczni. Nie ma tu piksów. Spójrz na mnie. Kiwnij głową. Posłuchaj: NIC 

MI NIE JEST. 

Issie i Devyn w końcu nas doganiają. Nick ciągle się trzęsie, jakby miał zamarznąć, ale próbuje się opanować. Nie puszczając 

jego głowy, mówię: 

—Wydaje mi się, że już się opanował. 

Obok przechodzi jakaś pierwszoklasistka z wielką różową torbą na ramieniu i się nam przygląda. 

—Co z nim? — pyta. — Jest chory? Mam wezwać pielęgniarkę? 

Issie zapewnia dziewczynę, że wszystko jest w porządku, i delikatnie popycha ją dalej, a ja i Devyn próbujemy uspokoić Nicka. 
-  To się nie zdarza ot, tak sobie - mówi Devyn. - Musiał być jakiś powód. 
—  Nick zmienia się, gdy ludzie są w niebezpieczeństwie — przypominam. — Komuś coś groziło, to jedyne wytłumaczenie. 

-  Jasne, tylko co się stało? 

Nick przełyka ślinę i porusza ustami. Trudno mu mówić. Sprawia wrażenie, jakby umierał z pragnienia, ale w końcu wyjaśnia: 

-  Ten piks z jasnymi włosami. Był tu. Był w stołówce Wiem to. 

-  Ale go nie widziałeś - zauważa Issie. 

Nick bierze mnie za ręce. Spogląda mi w oczy i odpowiada mnie, nie Issie: 

-  Nie musze widzieć. Po prostu wiem. 

 
 
 
 
Wskazówka 
Piksy są jak koty. Co prawda nie Mruczek ani Puszek, ale lubią torturować swoją ofiarę, zanim ją zabiją. Wydaje im 
się, że to zabawne. 

 
 
 

Decydujemy, że powinniśmy wyjść ze szkoły, przegrupować się i zaplanować następny krok. Dzieje się coś złego, wszyscy o 

tym wiemy. Nagle, po paru tygodniach nieustannego napływu nowych piksów do naszej okolicy, przestały się pojawiać. Ale jeśli 
ten jasnowłosy piks naprawdę przyszedł do szkolnej stołówki, to mamy poważny problem. 

Przez moment wpatruję się we wnętrze mojej szafki i oznajmiam: 
-Patrolowanie  okolicy  już  nie  wystarczy.  Musimy  dowiedzieć  się,  o  co  chodzi  z  walkiriami,  i  chyba  namierzyć  króla  piksów, 

zanim on namierzy nas. 
—Nic tu nie ma sensu. — Devyn wyjmuje z szafki kurtkę. 

—Hej,  dokąd  idziecie?  —  Cassidy  pojawia  się,  jakby  wyrosła  spod  ziemi,  przysięgłabym,  że  przed  sekundą  jej  tu  nie  było. 

Uśmiecha się lekko i mierzy mnie wzrokiem. Jej źrenice nieco się rozszerzają, a rąbek spódnicy dotyka moich dżinsów, tak blisko 
siebie stoimy. - Zaro? Wszystko w porządku? 

Kiwam energicznie głową — jak zawsze, gdy kłamię. 
-Tak. A co? 
Szarpię zamek kurtki. Trzęsą mi się ręce. Słychać dzwonek, ale Cassidy nie rusza się z miejsca. 

-  Bo wydaje mi się, że zrobiłaś się niebieska. 

-  Co? - Moje pytanie odbija się echem w korytarzu. Nick, Is i Dev wpatrują się we mnie, a ich twarze są bledsze niż zwykle. 

Nick zaciska usta, odciąga mnie od Cassidy i prowadzi do wyjścia bardzo, bardzo szybkim krokiem. 

-  Co? No co? - powtarzam, ale nikt nie odpowiada. Po chwili odzywa się Devyn: 

-Złe się czuje, Nick zabierze ją do pielęgniarki. To nic takiego, Cassidy, nic takiego. Pa. Zadzwonię do ciebie. Nick nie przestaje 
mnie ciągnąć, nawet gdy mówię: 

-  Poczekaj. Powiedz mi, o co chodzi. 

Przygryza wargę, podciąga rękaw mojej kurtki i bluzki, którą mam pod nią, odsłaniając nagie przedramię. 

-  Nie daj jej zemdleć! - krzyczy Issie. 

-  Nie  mam  zamiaru  mdleć  -  mówię  beznamiętnie,  patrząc  na  swoje  ciało.  Pod  powierzchnią  skóry  widać  każdą  żyłkę.  A 

wszystkie one przewodzą krew, która jest jasnoniebieska, farbując całe ciało na kolor nieba. 

background image

 

 

34

-  Piękne - szepcze Issie, która już nas dogoniła. 
-  Dziwaczne. - Opuszczam szybko rękaw. - Czy to samo dzieje się z moją twarzą? 
Nick przytakuje. Ma zamglone spojrzenie, z którego nic nie mogę wyczytać. 
-O rany, kurczę. Wyglądam... Wyglądam... - Nie mogę znaleźć właściwych słów. Osuwam się na ziemię i opieram plecami o 

wielki, bardzo gorący grzejnik. 

-  Wyglądasz dobrze - uspokaja mnie Issie. Kuca koło mnie i głaszcze ramię, które nie dotyka kaloryfera. - Wciąż jesteś śliczna, 

naprawdę. 

-  Nie  o  bycie  śliczną  się  martwię.  Gorsze  jest  to,  że  nie  wyglądam  jak  człowiek.  -  Kręcę  głową,  czując,  jak  Is  gładzi  mnie 

matczynym gestem. - Wyglądam jak piks. 

Przez dłuższą chwilę siedzimy w milczeniu. 

-  Jest gorzej? - pytam wreszcie. 
Issie kręci głową, ale Devyn oczywiście woli szczerość od przyjaźni, więc przyznaje: 
-  Było fatalnie, ale chyba proces się zatrzymał. No i zmienia się tylko skóra, zęby i oczy nie. 
-  „Proces"? - Chowam twarz w dłoniach. Ktoś delikatnie mnie podnosi, ale nie patrzę kto. 
-  No chodź - słyszę burczenie Nicka. - Idziemy do sekretariatu po usprawiedliwienie i zabieramy się stąd. 

 
Szkolna  sekretarka,  pani  Nix,  jest  przyjaciółką  mojej  babci.  To  pulchna  kobietka  z  przerzedzonymi  włosami  i  szerokim 

radosnym uśmiechem. Należy do ginącego gatunku staromodnych sekretarek, które pieką ciasteczka, przynoszą je do szkoły na 
wielkim  talerzu  i  stawiają  na  ladzie,  by  uczniowie  mogli  się  częstować.  Pani  Nix  ma  grube  kostki  i  nosi  bluzy  z  tłoczonymi 
obrazkami  białych  pucha-tych  kociaków.  Na  nogi  zwykle  wkłada  proste  płaskie  buty,  a  kiedy  idzie  przez  parking  do  swojego 
chevroleta, ochrania je foliowymi woreczkami. 

Oprócz tego jest zmiennokształtna - a konkretnie, zmienia się w niedźwiedzia. Tyle że nie ma w niej nic niedźwiedziego. Gdy 

widzi teraz moją twarz, wydaje okrzyk zaskoczenia i robi krok do tyłu. Nick obronnym gestem obejmuje mnie i podchodzi bliżej. 
Jeden krok, potem drugi. Pani Nix wychyla się zza wysokiej lady i wyciąga rękę. Czubkami palców delikatnie dotyka mojej dłoni. 

-  Zaro, kochanie - szepcze. - Co ci się stało? Kręcę głową. 
-  Nie wiem. 

Niezgrabnie ruszam do przodu, a Nick puszcza mnie, by pani Nix mogła mnie uściskać. Pachnie różami. 
-  Chodź, usiądź tutaj. - Sadza mnie na żółtym plastikowym krześle. - Nick, przynieś ciasteczka. 

Nick z lekkim uśmiechem podaje nam talerz. 

Jem je powoli. 

—Naprawdę pycha. A... hm... czy ciągle jestem niebieska? 

—Już nie tak bardzo — odpowiada pani Nix. — Nick, bądź tak miły i przynieś, proszę, jeszcze moją torbę. 
Nick idzie na zaplecze i wychodzi stamtąd z torbą pani Nix. Gdy dzwoni telefon, sekretarka każe Devynowi odebrać i włączyć 

sygnał oczekiwania, a sama przeszukuje zawartość wielkiej płóciennej torby. 

—Mam! - Wyciąga puderniczkę. - To podkład. Issie, pomóż mi nałożyć go na twarz Zary. 

—Jest za ciemny — zauważa Nick. 

—Cóż,  będzie  musiał  wystarczyć,  dopóki  nie  znajdziecie  jakiejś  drogerii,  prawda?  Chyba  że  pan,  panie  Colt,  chowa  jakieś 

kosmetyki w kieszeniach swojej skórzanej kurtki. 

—Trafiony zatopiony — komentuje szeptem Dev. Wielkie brązowe oczy pani Nix wpatrują się w moje — 

delikatnie, ale z wyraźną troską. 

—Żaden z nich cię nie pocałował, prawda? 
—Piks? - Sama myśl o takiej możliwości mnie przytłacza. Pani Nix kiwa głową. 

—Nie.  -  Patrzę  na  Issie,  szukając  potwierdzenia.  -  Żaden.  —  Ale  w  samochodzie  na  chwilę  straciłam  przytomność...  - 

Zauważyłabym, gdyby to się stało, prawda? 

—Na pewno. Przede wszystkim przez dłuższy czas byłabyś nieprzytomna. O ile w ogóle byś przeżyła... - Pani Nix urywa i 

nagle w sekretariacie robi się dziwnie cicho. Dopiero po chwili dodaje: — Cóż, to prawdziwa ulga. 

Issie rozsmarowuje na mojej brodzie kolejną warstwę pudru. Jej palce poruszają się szybko i delikatnie. 

—Już jest lepiej — ocenia. 
—Teraz zrobiła się pomarańczowa - krytykuje Devyn, pochylając się, biorąc kolejne ciastko i przyglądając mi się uważnie. 
—Devyn! - Is rzuca mu karcące spojrzenie. 

 

—To i tak lepiej niż niebieska. 
—Prawda — zgadza się Is. — Teraz wygląda jak moja mama na zdjęciu z lat osiemdziesiątych. Nakładała sobie taki makijaż i 

nie wcierała go. Na brodzie robiła się jej biała linia. 

Wymieniamy spojrzenia, bo Issie najczęściej robi dokładnie to samo. 

Pani Nix pochyla się, by obejrzeć moją twarz. Z zadowoleniem stwierdza: 

—Dużo lepiej. 

background image

 

 

35

Zmuszam się, by spojrzeć na Nicka, który kiwa głową. 

—Ślicznie — szepcze. Ależ z niego kłamca. 

Pani Nix odwraca się do nas z pałającym spojrzeniem. 

—Mam was zwolnić z lekcji? — Nie czeka na odpowiedź, tylko wypisuje nam wszystkim zwolnienia i błyskawicznie wkłada je 

do akt. Po chwili spogląda na mnie i mówi: 

—Nie martw się. -Ale... 

—Mówię poważnie, Zaro. Niczym się nie martw. To na pewno tylko chwilowe załamanie i nie oznacza wcale tego, co myślisz. 

Przełykam głośno ślinę i opieram się o ladę. 

—Uważa pani, że jestem... 

Sekretarka podnosi rękę, nie pozwalając mi dokończyć. 

—Nie. Nie uważam, że zmieniasz się w piksa. 

—Na pewno? Bo jestem przekonana, że nie potrafiłabym tego zaakceptować. To nie byłabym ja. Zła, z zębami jak u rekina, no 

i... te pragnienia? 

Pani Nix podnosi rękę, jakby składała przysięgę. Nick przybliża się do mnie, a ja od razu się do niego przytulam. Słyszę kolejne 

zapewnienie: 

—Przysięgam, że jesteś w stu procentach człowiekiem, Zaro. Nie mam najmniejszych wątpliwości. 

 
Jedziemy  wszyscy  razem  samochodem  Issie,  ale  prowadzi  Nick.  Jego  mini  cooper  jest  za  mały  na  naszą  czwórkę  i  sprzęt 

Devyna. 

Is i ja kulimy się na tylnym siedzeniu. Nick siadł za kierownicą i z frustracją, wręcz złością, zamknął drzwi. 
—To szaleństwo, Zaro. Jestem prawie pewny, że przegapiliśmy jakiś kawałek układanki. 

—Powiedz mu - bezgłośnie nakazuje mi Issie. Nie chcę, ale nie mam wyjścia. 

-Hm... Nick? 

Wyprowadza samochód z parkingu, a Is mocniej ściska moją dłoń. 

—Nick? — próbuję raz jeszcze. 

—Nic ci nie będzie, skarbie, przysięgam. Zabierzemy cię do Betty i tam się zastanowimy. 

—Nie o to chodzi. — Wstrzymuję oddech. Dev odwraca się, by na nas spojrzeć. 
—W takim razie o co? 
—Cóż... 
—Zaro? - Głos Nicka brzmi prawie jak ostrzeżenie. Kulę się jeszcze bardziej. 

—Któregoś dnia Issie i ja... My... No... Tak jakby zabrałyśmy mojego ojca z domu piksów... 

-Ale szybko zamknęłyśmy go tam z powrotem - zaznacza Is. 

—Właśnie. No i bardzo dokładnie zawinęłyśmy go w koc z wszytymi metalowymi przedmiotami — dodaję. 

Is znowu mi przerywa: 

—No i samochód. Źle się w nim czuł z powodu żelaza i stali. Moment. Zaro, nie boli cię głowa ani nic takiego, prawda? 

Z trudem odrywam spojrzenie od karku Nicka, by spojrzeć na przyjaciółkę. 

—Nie. Dlaczego pytasz? No tak. Siedzę w samochodzie i jestem niebieska, prawda? 
—Zaro! - ryczy Nick, a Devyn musi złapać kierownicę. Robi się strasznie nerwowo. — Dam radę, Dev. 
Nick  gwałtownie  zjeżdża  na  pobocze,  zupełnie  bez  szacunku  traktując  samochód  Issie.  To  bardzo  wrażliwe  auto,  którego 

opony, amortyzatory czy coś tam innego piszczą nagle w proteście. Nick wdeptuje hamulec i odwraca się, by na mnie spojrzeć. 
Jego oczy są ciemniejsze niż kiedykolwiek. 

—Ochłoń trochę, kolego - radzi mu Devyn. Nick go ignoruje. 
—Co wam strzeliło do głowy? Issie mocniej ściska moją rękę. 
—Myślałyśmy, że... 

Tym razem to ja przerywam jej w pół zdania: 

—Wiesz co, panie Wiem Wszystko Najlepiej? — Dev parska rozbawiony, ale nie zwracam na niego uwagi i mówię dalej: — 

Zemsta jest do bani. A Issie i ja od czasu do czasu też możemy połobuzować. 

Puszczam rękę Is, by oskarżycielsko wysunąć palec. Nick wciąż na nas patrzy, a obok przejeżdżają samochody. Łapie mój palec 

w  swoją  wielką  dłoń.  Widzę,  jak  nerwowo  drga  mięsień  na  jego  twarzy.  Przełykam  ślinę,  lecz  nie  odwracam  wzroku.  Coś  w 
spojrzeniu Nicka się zmienia i uścisk słabnie. 

—Masz rację — mówi w końcu. 

Issie głośno wypuszcza powietrze z płuc i gwałtownie opada na siedzenie. Mamrocze pod nosem coś, co brzmi jak: 

—  Nienawidzę kłótni. 

Nick zerka na nią przelotnie, ale szybko skupia wzrok na mnie. Mówi ostrym tonem, opuścił ramiona, jakby był nami... mną... 

rozczarowany. 

-  Przecież twój ojciec jest śmiertelnie niebezpieczny. 
-  Wiem, ale wszyscy robimy niebezpieczne rzeczy. Nasze życie pełne jest zagrożeń. 

background image

 

 

36

-  No i musiałyśmy go spytać o różne sprawy - wyjaśnia Issie. 
Teraz to Devyn odzywa się, mówiąc cichym, zmęczonym głosem: 
-  O co spytać, Is? 
-  Co naprawdę nam grozi. 
-  I spytałyście? - chce wiedzieć Nick. 
-  Tak - mówię spokojnie. - Spytałyśmy. 
Nick wyjeżdża na ulicę, a Is i ja wyjaśniamy wszystko w drodze do pogotowia. Opowiadamy o tym, co powiedział mój ojciec - 

że  nadejdą  inne  piksy,  ponieważ  on  stał  się  słaby,  i  zawłaszczą  jego  terytorium,  które  -  jak  się  dowiedziałyśmy  -  rozciąga  się 
jeszcze  na  Nową  Anglię  i  wschodnią  Kanadę.  Jakiś  inny  król  zaatakuje  główną  kwaterę  piksów  w  naszym  mieście  i  nie  będzie 
troszczył się o ludzi. Prawdopodobnie weźmie też mnie jako trofeum, bo jestem w połowie piksem i córką króla. 

-  Co oznacza, że również ty jesteś w niebezpieczeństwie - podsumowuję, gdy wjeżdżamy na parking dla karetek Dostrzegam 

furgonetkę Betty zaparkowaną w najdalszym kącie parkingu. Babcia lubi chodzić. 

- A  niby dlaczego ja jestem w niebezpieczeństwie? -pyta Nick. To właściwe pierwsze pytanie, jakie zadał w tej rozmowie. Za 

to Devyn nie przestał tego robić ani na sekundę. 

-  Ponieważ... - Nie bardzo wiem, jak mam to wyrazić słowami. - Bo między nami coś jest, więc jesteś zagrożeniem. 
-  I  lepiej  uwierz,  że  tak  jest  -  warczy  Nick.  Wydaje  się,  że  całe  auto  trzęsie  się  od  jego  energii.  Włoski  na  moich 

przedramionach stają na baczność. 

-  Znów zmienia się w macho - nonszalancko rzuca Devyn, otwierając drzwi. 
-  On zawsze jest macho - przypomina Is. - To chyba typowe dla wilków. 
-  Nie  zmieniam  się  w  macho.  Zawsze  jestem  macho  -prostuje  Nick  i na chwilę napięcie opada, ale już po sekundzie znów 

widzimy, że jest zdenerwowany. - Nie mogę uwierzyć, że dałaś mu się tak zmanipulować. Wykorzystał cię, przestraszył tylko po 
to, żeby się przejechać i zabawić. Myślałem, że moi rodzice są do niczego, ale twój ojciec to dopiero świr. 

Nick otwiera drzwi samochodu i wyjmuje kule Devyna. Gdy wysiadam, szepczę jeszcze do Is: 
-  O co chodzi z jego rodzicami? 

Issie otwiera szeroko oczy i także szeptem odpowiada: 

-  Nie powiedział ci? 
-  O czym? - prawie syczę. Pod naszymi stopami chrzęszczą kamyki. Jeden wpada do lodowo-błotnej kałuży. 
-  Później  ci  powiem.  -  Wskazuje  chłopców.  Dev  stoi,  czekając  na  swoje  kule.  Drogą  przejeżdża  wielka  ciężarówka  z 

transportem  wody.  Jakiś  rok  temu  troje  mieszkańców  Birmy  napoiło  wodą  mnichów,  którzy  protestowali  na  ulicy  przeciwko 
utracie swobód obywatelskich. Rząd uznał, że podanie im wody było aktem wspierającym terroryzm. Przez moment marzę, bym 
mogła w jakiś magiczny sposób przenieść te wszystkie butelki tam, gdzie ich potrzebują. Przez moment marzę, by udało mi się w 
cudowny sposób opowiedzieć rządzącym Birmą o piksach i wytłumaczyć, czym jest prawdziwy terroryzm. 

-  Zaro? Żyjesz? - Is szturcha mnie lekko. 

-  Tak. Wybacz. Czy wciąż jestem niebieska? Mierzy mnie wzrokiem. 

-  Troszeczkę, ale trudno odróżnić kolor od podkładu. Chyba powoli robisz się normalna. 

Dotykam karoserii brudnego auta Is, rysując delikatne, ledwo widoczne linie. Podnoszę palce do oczu. 
-  Kłamiesz, bo jesteś moją najlepszą przyjaciółką i nie chcesz mnie przestraszyć? 

Is robi z kresek na samochodzie uśmiechniętą buzię. -Tak. 

Wchodzimy  do  budynku,  a  w  środku,  w  kwadratowym  biurze,  dyspozytorka  Josie  od  razu  wstaje  zza  starego,  wielkiego, 

metalowego  biurka  i  się  uśmiecha.  Na  końcach  ciasno  zaplecionych  przy  głowie  warkoczyków  kołyszą  się  niebieskie  i  żółte 
koraliki. 

-  Proszę, kogo my tu mamy. Wyszliście ze szkoły legalnie czy powinnam zadzwonić do dyrekcji, że wagarujecie? 
-  Legalnie. Mamy usprawiedliwienia - odpowiada Nick, przestępując z nogi na nogę. Buzująca w nim energia szuka ujścia. 
-  Powinnam się domyślić. Wiecie, jak wykorzystać system, co? - Josie skinięciem głowy pokazuje ekspres do kawy. - Chcecie 

może coś do picia? Czy tylko wezwać Betty? 

-  Napiłbym się wody - odpowiada Devyn, posuwając się w stronę butli po paskudnym linoleum, które wygląda, jakby było z 

lat siedemdziesiątych. Wyjmuje plastikowy kubek i podsuwa go pod kranik. 

Josie naciska jakiś przycisk i mówi do niego: 

-  Betty, masz gości, całą ekipę. 
W interkomie odzywa się głos babci: 
-  Kto to? 

-  Zara, jej słodki misiaczek - Josie unosi brwi, stojący obok mnie Nick się czerwieni, a Is chichocze. - ...i ich przyjaciele. 
-  Powiedz, żeby przyszli tu do mnie - słyszymy. -Dzięki, Josie. - Nachylam się i całuję dyspozytorkę 

w policzek. - Pachniesz kokosem. 

-  Balsam do ciała - wyjaśnia. - Może jeszcze całus od twojego misiaczka? 
Nick robi, co mu polecono. 
-  „Misiaczek!" - nabija się Dev, gdy idziemy wąskim korytarzem do biura na tyłach. 
-  Jesteś zazdrosny — mruczy Nick. 

background image

 

 

37

Devyn parska śmiechem przez nos, w sposób typowy tylko dla nieco przemądrzałych kujonów i nadal ironizuje: 

-Jasne, misiaczku. Może wolałbyś, żeby nazwała cię pajacykiem albo żołnierzykiem, albo... Już wiem! Transformersem! 
-  Przymknij się. - Nick spogląda na mnie i się uśmiecha. Odrywam się od Issie, żeby mogła być bliżej Devy-na, ale też po to, 

by  otworzyć  drzwi  do  pokoju  socjalnego,  gdzie  przesiadują  ratownicy,  czekając  na  wezwanie.  Nick  mnie  jednak  uprzedza  i 
przytrzymuje drzwi nam wszystkim. 

-  Dzięki - mówię, mijając go i wdychając jego zapach. 
-  Nie ma za co. - Wolną ręką dotyka lekko mojego karku, od razu przyprawiając mnie o dreszcz. Bardzo miły dreszcz. 

Widzi to i od razu pyta: 

-  W porządku? 
-  Jasne. - Podnoszę głowę, by na niego zerknąć. 

Is i Dev już są w pokoju. Nick bierze mnie za rękę i delikatnie wyciąga z powrotem na korytarz, gdzie jesteśmy sami. Szepcze: 

-  Musisz  mi  zaufać,  Zaro.  Tylko  wtedy  związek  ma  sens,  rozumiesz?  Trzeba  mówić  sobie  wszystko.  Pozwolić,  by  ta  druga 

osoba wiedziała rzeczy, o których nie wie nikt inny na świecie. 

Wstrzymuję oddech. 

-Ja po prostu nie chcę... Nie chcę, żebyś się martwił. Przepraszam za tę historię z ojcem. 

Nick kładzie mi dłoń na policzku, a jego kciuk gładzi moją skórę powoli, delikatnie, ale i zdecydowanie. 

-  Wiem. A ja przepraszam, że czasami jestem taki surowy. 

Zaciskam mocno usta, on zaś kiwa energicznie głową, jakby chciał stłumić wielkie emocje. 

-  Dobra, wejdźmy i poprośmy Betty, żeby cię zbadała. Okropne żółte żarówki w pokoju ratowników sprawiają, 

że  zarówno  Betty,  jak  i  drugi  ratownik,  Mike,  wyglądają,  jakby  mieli  żółtaczkę  albo  inną  chorobę  wątroby.  Mike  siedzi  na 
rozpadającej  się  brązowej  kanapie,  oglądając  CNN,  i  bezwiednie  skubie  skraj  taśmy  klejącej,  która  przytrzymuje  bok  starego 
mebla. W telewizji gadają o seksaferach i politykach. Na środku stolika po lewej stronie stoi pudełko z pączkami. A Betty robi to, 
co potrafi najlepiej: maszeruje po stacjonarnej bieżni, czytając rozłożonego przed nią „Economista". Kiedyś babcia była prezesem 
firmy ubezpieczeniowej. Odeszła na emeryturę, zanim przedsiębiorstwo zaczęło osiągać zysk ośmiuset milionów dolarów rocznie. 
Co za pech! Gdyby wciąż tam pracowała, pewnie już miałabym nowy samochód i laptop. 

-  Proszę,  Devynie!  Ty  znowu  chodzisz.  Co  za  radość  dla  moich  starych  oczu.  - Siwe włosy Betty podskakują przy każdym 

energicznym kroku, gdy się do nas uśmiecha. - Zostało mi jeszcze trzydzieści sekund do spalenia pięciuset kalorii. Szkoda, że nie 
widzicie mojego tętna. 

-  Równiutkie? - pyta Nick. 
-  Jak z podręcznika. - Babcia uśmiecha się i przyciska jakiś guzik. Bieżnia zwalnia. Betty poprawia służbową koszulę, wciskając 

dokładnie białe rogi w obrzydliwe niebieskie spodnie z jakiegoś sztucznego materiału, które musi nosić. - Wagarujecie? 

Próbuję się uśmiechnąć, ale kiepsko mi idzie. Nick staje obok i obejmuje mnie w talii. 

-  Zara jest trochę smutna 

1

. Zdecydowanie akcentuje słowo „smutna". Betty upija łyk wody i patrzy na nas uważnie. 

-  Właściwie to bardzo smutna - mówi z naciskiem Issie i spłoszona spogląda na Mike'a. 

Babcia zeskakuje z bieżni, kładzie wielkie dłonie na moich ramionach i pochyla się nieco, by spojrzeć mi w oczy. 

-  Smutna, naprawdę? W depresji? 

Pociągam nosem i czuję intensywny zapach babcinego dezodorantu. Może być, ale wydaje mi się trochę zbyt dziecięcy. 

-  Mike! - Betty podnosi nieco głos. 
-  No? - Ratownik odwraca lekko głowę, by na nas zerknąć, i macha niedbale. 

Dev i Is odwzajemniają pozdrowienie. 

-  Czy  mógłbyś  dotrzymać  towarzystwa  Josie,  a  ja  porozmawiam  z  wnuczką?  -  prosi  Betty,  ale  gdy  ona  „prosi",  to  zawsze 

brzmi prawie jak rozkaz. Wiem coś o tym. Dokładnie w ten sam sposób „prosi", bym na przykład poskładała pranie. Nie znosi 
wtedy sprzeciwu, tylko wydaje polecenie. 

-  Jasne.  I  tak  potrzebuję  kolejnej  kawy.  -  Mike  wstaje  i  się  przeciąga.  Jest  dość  wysoki,  jak  Nick,  tyle  że  bardzo  chudy, 

przypomina stracha na wróble. Wycelowuje w moją stronę palec, udając, że strzela, i wychodzi, zamykając za sobą drzwi. 

Gdy tylko znika, Betty wkracza do akcji. 

-  Devynie, przynieś mi skrzynkę, stoi koło wieszaka -rozkazuje. 
Dev  podnosi  ratownicze  czerwone  pudełko,  które  wygląda  jak  skrzynka  rybacka  z  przynętą,  tylko  z  jakimiś  medycznymi 

znakami. Fajnie, że Devyn może nam pomóc. 

-  Zdejmuj kurtkę, Zaro. - Betty odblokowuje skrzynkę i otwiera ją gwałtownie. 

Nick pomaga mi się rozebrać. 

-  Podwiń rękawy — poleca babcia. Robię, co każe. 

-  Jesteś niebieska — zauważa i zamiera na moment, patrząc mi w oczy. 

-  Wiem. 
-  Przedtem było gorzej - odzywa się Nick. 

                                                        

1

 

Gra stów: słowo blue w języku angielskim oznacza zarówno „niebieski", jak i „smutny".

 

 

background image

 

 

38

Betty wyciąga igłę i probówkę, do której pobiera się krew. Zdziwiona mówi: 

-  Nigdy nie widziałam czegoś podobnego. Issie łapie mnie za rękę. 
-  Chcesz się mnie przytrzymać? 

-  Jasne — mówię, ujmując jej dłoń. — Dlaczego pobierasz mi krew? - pytam babcię. 

Betty wbija igłę w zgięcie przedramienia. 

-  Zeby sprawdzić, czy się przemieniłaś. Wzdrygam się. 

-  Nie ruszaj się — karci mnie babcia, podczas gdy probówka się wypełnia. 
-  Możesz się tego dowiedzieć z mojej krwi? Czy powinnam czuć się jakoś inaczej? Być zła? 
-  Powiedzcie mi, gdy skończycie. — Teraz to Issie zmienia kolor — robi się blada i wygląda, jakby miała zemdleć. 

-  Nie znoszę tego. Nienawidzę krwi i igieł. Nawet samego słowa „ig-ła". Brr. 

Puszczam jej rękę. 

-  W porządku — zapewniam. — Nie boli. Za bardzo. 
-  Zawsze chcesz być superdzielna, Zaro. A nie musisz. 

-  Betty wyjmuje igłę. — Nick, połóż gazik na ranę i delikatnie uciśnij. 

Zamyka fiolkę i zwraca się do nas: 

-  Wyślę ją do przebadania. 
-  Dokąd? - pytam. 
-  Do moich rodziców — słyszę odpowiedź Devyna. — Są ekspertami. 

Nic nie rozumiem. 

-  Myślałam, że twoi rodzice to psychiatrzy. 
-  Bo tak jest. Tyle że mają także... inne zainteresowania medyczne. 
-  Na przykład? 
-  Kryptozoologia. Badają różnice w składzie krwi zmien-nokształtnych, piksów, obcych. 

-  Obcych? - Przełykam głośno ślinę. Dev przytakuje. 

-  Odkąd mnie zaatakowano, rodzice zrobili się nieco... przewrażliwieni. 

-  Są cudowni - wtrąca Issie. 

-  Tak, ale trochę im odbiło na tym punkcie. Całą naszą piwnicę zamienili w laboratorium. Dwadzieścia cztery godziny na dobę 

siedzą w Internecie, a do tej jesieni nawet nie wiedzieli o istnieniu piksów. 

Opuszczam rękawy. 

-  Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział? 

Wszyscy  spoglądają  na  Devyna,  który  siedzi  na  składanym  metalowym  krześle,  a  na  jego  twarzy  maluje  się  zaskakująca 

pewność. 

-  Bo chcą mnie chronić. 

Mam ochotę zapytać dlaczego, ale czekam, aż sam mi wszystko opowie. 

Dev siada prosto i wyjaśnia: 

-  Moi rodzice nie są normalnymi ludźmi, a mój dom to chlew. 
-  Gorzej niż chlew, poważnie - mówi Issie. - Wiesz, jakie jest absolutne przeciwieństwo sterylności? Jeden wielki burdel. Bez 

urazy, Dev. 

On w odpowiedzi wyciąga nogi i kontynuuje: 

—Nikogo nie zapraszam do domu z wyjątkiem Is i Nicka. Zawsze tak było. 
—A nawet mnie długie lata trzymał z daleka — dodaje Nick. 
—Najpierw  mnie  zlał,  zanim  to  zrobiłem.  —  Uśmiecha  się  Devyn.  —  W  siódmej  klasie.  A  przyjaciółmi  jesteśmy  od 

przedszkola. 

Czuję  ucisk  w  piersi.  Oczywiście  rozumiem,  lecz  i  tak  mam  wrażenie,  że  zostałam  wyrzucona  poza  nawias.  Jak  nowa 

uczennica, której nikt nie ufa, bo nie należy do paczki. Jakaś część mnie ma ochotę się obrazić, ale gryzę się w język i pytam: 

—Co z moją skórą, babciu? 

Betty pochyla się i zagląda mi w oczy, znów opierając dłonie na moich ramionach. 

—Nie ma sensu panikować. Jakoś cię wytłumaczymy. Mówiliście, że kolor blaknie? 

—Już bardzo zbladł - potwierdza Nick. 

—A kiedy to się zaczęło? — Betty puszcza moje ramiona. Opieram się o pierś Nicka, to mnie uspokaja. 
—Możesz jej powiedzieć? — proszę go. 

Obejmuje mnie i opowiada babci o dziwnym uczuciu, które mnie dopadło. O tym, jak Issie i ja porwałyśmy ojca z domu w 

lesie (i odstawiłyśmy go z powrotem), oraz o tym, że wspomniał o innych piksach. 

Betty słucha uważnie i kręci głową. 

—Niedobrze. - Zwraca się do mnie i Issie: — Nie mogę uwierzyć, że tak narozrabiałyście. Nie wolno ufać piksom. 
—A więc mnie też nie? - ryzykuję. 
—Ty nie jesteś piksem, tylko człowiekiem. — Babcia zamyka skrzynkę za narzędziami. 

background image

 

 

39

—No jasne. I dlatego moja skóra jest niebieska. — Z nerwów żołądek skręca mi się w supeł. 
—Zaro... — zaczyna Nick ostrzegawczo. 

-  Jest smutna — wyjaśnia za mnie Issie. — Dlatego tak się irytuje. A może to przez te tabletki przeciwbólowe? 
-  One zmieniają nastrój - przytakuje Devyn. 
-  Nie irytuję się. Jestem zła, bo nikt mnie nie słucha. — Zaciskam dłonie w pięści. — No co? Fakt, że nie chcesz mi wierzyć, 

Nick,  nie  znaczy,  iż  to  wszystko  nieprawda.  Pamiętam,  jak  się  zachowałeś,  gdy  wyszło  na  jaw,  kim  jest  mój  ojciec.  Dobrze 
pamiętam: uciekłeś. Wiem, że nienawidzisz piksów, a to, że ja nim jestem, musi oznaczać, że... 

Wyciąga do mnie ręce, ale i on ma zaciśnięte pięści. 

-  Zaro... 
-  Nic nie mów. - Patrzę na wszystkich, cofając się o krok. — W ogóle już nic nie mówcie. To nie wasz problem, tylko mój. 

Mój. To ja jestem dziwadłem. Ja. 

Betty zaczyna się śmiać. 
-  Zaro, pomyśl, do kogo to mówisz. 

-  Wy jesteście zmiennokształtni, z wyjątkiem Is. A zmienni to nie piksy. I nie wszystkie są złe, prawda?! — krzyczę. Chwytam 

za klamkę i naciskam, ale drzwi są zamknięte. Muszę je odblokować i choć palce mi się trzęsą, w końcu się udaje. 

-  Dokąd idziesz, Zaro? - pyta Issie, przesuwając się nieco w moją stronę. 
-  Zostań. - Otwieram drzwi na oścież i do środka wpada zimne powietrze. — Po prostu sobie idę, rozumiecie? Idę sobie. 

Wypadam  na  dwór  i  biegnę  przez  parking  aż  na  jego  błotnisty  kraniec,  gdzie  zaczyna  się  las.  Za  sobą słyszę  jeszcze  słowa 

babci: „Pozwólcie jej iść. Musi być sama. Zachowuje się tak, odkąd...". 

Biegnę, ślizgając się w błocie, brudząc nogawki dżinsów, i kieruję się do lasu. Uciekam, ale prawda jest taka, że nie mam dokąd 

pójść. 

 

 
 
 

Wskazówka 

Piksy będą szeptać wasze imię i zwodzić was, aż zabłądzicie - najczęściej w lesie. Nie słuchajcie ich, bo nie 
wrócicie. Zresztą w ogóle najlepiej jest unikać kontaktu z głosami pozbawionymi ciał. 

 
 
 
Mam  dojrzałość  emocjonalną  dwulatki.  Wiem  o  tym!  Wiem,  ale  i  tak  nie  mogę  się  powstrzymać:  muszę  uciec  od  babci, 

przyjaciół, litości, którą widziałam w ich oczach i w oczach Nicka... Od ich spojrzeń, które nagle przestałam rozumieć. 

Biegnę przez roztopiony śnieg i błoto najszybciej, jak potrafię. Docieram tak głęboko w las, że przestaję słyszeć przejeżdżające 

samochody.  W  ogóle  nic  już  nie  słyszę.  W  wysokich  gałęziach  świerków  i  sosen  nie  wieje  nawet  lekki  wiaterek.  Cienkie 
bladobrązowe  pnie  nie  trzeszczą  pod  ciężarem  śniegu  i  lodu.  Nie  śpiewają  ptaki.  Nie  słychać  pisku  wiewiórek,  czy  jak  tam 
nazywają się wydawane przez nie odgłosy. 

Nic. " 

Żadnego dźwięku. Zupełnie nic. 

To nie jest normalne. Pociągam nosem, ale czuję tylko zapach mokrego drewna i zgliwiałych sosnowych igieł. Olfaktofobia 

to  lęk  przed  zapachami.  Choć  i  ta  fobia  ma  swoje  wariacje.  Bromidrosifobia  to  lęk  przed  wonią  ciała  —  ludzkiego.  Jej  na 
szczęście  nie  mam.  Z  tego,  co  wiem,  nie  istnieje  określenie  lęku  przed  brakiem  zapachu.  Nie  znam  też  słowa  oznaczającego 
strach przed brakiem dźwięku. Bo lęk przed samym dźwiękiem - to akustikofobia. 

Dlaczego nikt nie wymyślił nazw lęków przed brakiem różnych rzeczy? Przed zanikaniem człowieczeństwa na przykład? W tej 

chwili mam objawy właśnie tej fobii: boję się, że przestaję być człowiekiem. 

Widziałam już, co dzieje się potem. Jay Dahlberg był torturowany i gryziony przez piksy pijące z niego krew, co zobaczyłam, 

gdy znalazłam go w jednej z sypialni na górze wielkiej posiadłości mojego ojca. Jay nic z tego nie pamięta, ale ja tak. Pamiętam, jak 
się trząsł, gdy próbowałam sprowadzić go długimi marmurowymi schodami na dół. Zapach jego strachu tłumił wszystkie inne. 

Piksy mu to zrobiły. 
Nie mogę być jednym z nich. 
Nie mogę. 
Z  wysiłkiem  wyrzucam  z  głowy  tamte  obrazy  i  przez  jakieś  pół  godziny  stoję, opierając się o drzewo, i próbuję zrozumieć, 

dlaczego uciekłam. Tyle że tu nie ma nic do rozumienia. Nie chcę stawić czoła temu, że robię się niebieska. 

Moje  własne  ślady  na  śniegu  wskazują  mi  drogę  powrotną  na  parking,  do  stacji  pogotowia,  do  rzeczywistości.  Idę  w  tamtą 

stronę,  patrząc  na  ciemne  ślady  na  śniegu.  A  potem  znowu  to  czuję:  pająki  biegające  po  całym  moim  ciele,  gęsią  skórkę  i  coś 
jeszcze. Ból. Zginam się wpół, przyciskając rękę do brzucha. 

background image

 

 

40

- Nawet twoje jęki są urocze - mówi jakiś głos. Męski, głęboki, ale melodyjny jak w piosence country. Rozpoznaję go. - Nie 

powinno mnie to dziwić. 

Koszmarne uczucie przybiera na sile. Śnieg wokół się rozmywa. Próbuję się wyprostować, przytrzymując pobliskiego drzewa. 

Coś ściska mnie w gardle, z którego z trudem wydobywam głos: 

-  Rany, tylko nie ty. 
-  Po co ta panika? 

Otaczają nas drzewa i na wpół stopiony śnieg. Wszystko jest szare, białe i buroszarobrązowe albo szarozielone. Jest tylko głos. 

Mówię więc tak zdecydowanie, jak tylko potrafię: 

-  Nie panikowałabym, gdybyś się pokazał. 
-  Którą wolisz formę? 

Którą formę? Myślę przez chwilę. Piks czy człowiek — 

0 to mnie pyta. Zataczam się w stronę drzewa, dotykając chropowatego pnia. 

-  Człowieka - odpowiadam. 

-  A więc człowiek. — Jego ręce łapią mnie i pomagają ustać. Odsuwam się, ale są też zaskakująco łagodne. Piks nie uśmiecha 

się, gdy próbuję zobaczyć jego twarz. Po prostu stoi i pozwala mi patrzeć. Jest wysoki, ma takież czoło 
1 ciemnoblond, krótko ostrzyżone włosy oraz zielone, głęboko osadzone oczy. Szerokie usta są wyraźnie zarysowane, mocne, jak 
cała postać. Kostki dłoni wystają wyraźnie, jakby ich właściciel był bokserem, reumatykiem albo walił nimi w ściany. Piks wygląda 
jak wtedy, gdy wyciągnął mnie z samochodu, lecz teraz wydaje się silniejszy, dziwnie wysoki. Widać już całkiem wyzdrowiał. Na 
oko ma tyle lat, co ja, no i jest przystojny. Typowy uczeń liceum, w którym zakochują się wszyscy, nawet nauczyciele. 

Odpycham go, robię krok do tyłu i przyciskam się do drzewa. 
—Jesteś tym drugim królem, prawda? 
—Jestem jedynym królem, jako że w obecnej chwili twój ojciec nie radzi sobie najlepiej. 
—Domyśliłeś  się?  -  pytam,  szukając  jakiejś  broni.  Gałąź?  Czy  uda  mi  się  odłamać  gałąź?  I  czy  w  ogóle  potrzebuję  ja-

kiejkolwiek broni? Przecież ten piks już raz mnie uratował. Gram na zwłokę, zadając następne pytanie: — Domyśliłeś się, kim 
jestem? 

Wzdycha, przeczesując ręką włosy, i zmienia temat: 
—Tutaj, w Maine, jest strasznie zimno. Twój biedny ojciec ugrzązł na tym terytorium. Musiał chyba kogoś nieźle wkurzyć. 

Robi taką minę, jakby ten stan wywoływał w nim obrzydzenie. 

—Zawsze możesz wyjechać — sugeruję. Rozglądam się. Zeby dobiec do parkingu, potrzebuję 

jakichś trzech minut, ale co potem? Przecież mnie złapie. 

—Złapię cię — odzywa się. 
—Czytasz w myślach? 
—Zgaduję. 

Z zimna zaczynam dzwonić zębami. 

—No  widzisz?  Ty  też  nie  znosisz  Maine.  Poszukałem  trochę  i  wiem,  że  jesteś  dziewczyną  z  Południa, prawda? Charleston. 

Znany z tańca i leniwych gorących dni spędzanych na werandzie. A ty utknęłaś w tym wieśniackim lodowatym stanie. 

—Sama o tym zdecydowałam. 

Podnosi brew — powoli, z namysłem. Podobnie też do mnie mówi: 

—Nie wierzę ci. Jesteś tu, bo musisz. Tak samo jak ja. 

Spoglądam  mu  w  oczy  —  głębokie,  prawie  hipnotyzujące.  Mówiłam  już  „głębokie"?  No  jasne.  Ale  to niedokładnie tak. Te 

oczy przyciągają jak morski wir albo rzep, one... zniewalają. Kuszą, jakby widziało się na drodze przewrócony samochód i czarne 
worki na ciała — chociaż człowiek nie chce patrzeć, patrzy, bo nie może nie patrzeć, bo coś go kusi i... 

Przestań, dziewczyno. Przestań. 

—Pozwolisz mi wrócić? — pytam, wskazując głową stację pogotowia i parking. 
—Oczywiście. Nie należę do piksów, które zwodzą ludzi w ciemnym lesie, by zgubili drogę, albo chcą ich uwięzić. 
—  Uhm. Jasne. I nie masz w zwyczaju wołać z ukrycia czyjegoś imienia? 
—To było dobre sto lat temu. Naprawdę to robili? — Jego glos traci hipnotyzującą barwę i piks wydaje się zaciekawiony. W 

porównaniu z moim ojcem jest taki młody, zbyt młody, żeby być królem. 

Zaczynam iść. Czuję, jak śnieg wpada mi do butów. Już i tak mam mokre i zmarznięte stopy. Piks idzie tuż za mną. Jest tak 

blisko, że czuję we włosach jego oddech. Gdybym nagle się zatrzymała, wpadłby na mnie. 

-1 nie porwiesz mnie, prawda? - pytam. - Bo nie bardzo by mi się to spodobało. 
—Nie porwę. - Podnosi rękę w geście przysięgi. Wciąż wygląda na rozbawionego. — Na honor piksa. 

Parskam z ironią. 

—Honor  piksów,  no  jasne.  Już  raz  mnie  porwano,  jakbyś  nie  wiedział.  Doskonale  zdaję  sobie  sprawę,  co  znaczy  „honor 

piksów". 

Łapie mnie za ramię i gwałtownie obraca. Szarpię się. Zaczyna mówić szybko i zdecydowanie: 

background image

 

 

41

—Wiem,  że  do  tej  pory  nie  miałaś  z  nami  najlepszych  doświadczeń,  księżniczko,  ale  twój  ojciec  był  słaby.  Z  trudem 

kontrolował swoich poddanych. Nie tak powinniśmy rządzić. 

—Poważnie? — Wyrywam się z uścisku. — Wybacz. Przekonałam się, że nie bardzo można wam ufać. 

Mierzy mnie wzrokiem i spokojnym, prawie współczującym głosem mówi: 

—Robisz  się  niebieska.  Gdy  pierwszy  raz  cię  zobaczyłem,  ledwo  było  to  widać,  więc  nie  miałem  pewności,  ale  teraz  jest 

gorzej. 

Nagle zrywa się wiatr. Chwieję się, prawie upadam. 

—  Kręci mi się w głowie. Piks obejmuje mnie, mówiąc: 
—Zaniosę cię z powrotem. 
—Nie — protestuję, ale on nie słucha i bierze mnie w ramiona. - Powiedziałam „nie". 
—Nie dojdziesz tam sama. — Niesie mnie, jakbym nic nie ważyła. 

Nagle cały świat zaczyna się kołysać. 

—Co się... 
—...z  tobą  dzieje?  —  kończy  zdanie.  —  Nie  jestem  do  końca  pewny.  Ale  wydaje  mi  się,  że  tak  reagujesz  na  mnie.  Moja 

obecność wzbudza w tobie krew piksów, przywołuje ją. Niewiele jest takich półstworzeń, Zaro. Nie wolno ich tworzyć, a już na 
pewno nie istnieje nikt, kto pochodzi z królewskiego rodu. Nigdy nic podobnego się nie zdarzyło. 

—Nie robiłam się niebieska w obecności ojca. — Przechodzi mnie dreszcz. 
—Ponieważ  jest  twoim  ojcem.  Byłoby...  hm,  dziwne,  gdybyś  czuła  do  niego  ten  rodzaj  pożądania. —  Nagle  jego pewność 

siebie zniknęła. — Wydaje mi się, że moja krew przywołuje twoją. Przyciągamy się. 

Kręcę głową. 

—Wcale mi się nie podobasz. Kocham Nicka. 

—Nick — mruczy pod nosem. — A więc wilk ma na imię Nick. 
—Nie rób mu krzywdy — jęczę, bo znów robi mi się słabo. — Zabiję cię, jeśli coś mu zrobisz. 

Piks zatrzymuje się na chwilę. 

—Zrobię tylko to, co będę musiał, Zaro. - Urywa, jakby się zastanawiał, i po chwili dodaje: — Teraz ważne jest to, co dzieje 

się z tobą. Masz rozbiegane oczy. 

—Czy ja się przeobrażam? — pytam szeptem. — Czy staję się jedną z was? 

Niesie mnie przez las. Jest silny i pełen wdzięku. 

—Nie, wydaje mi się, że nie. Musiałabyś zostać pocałowana. Zresztą wciąż pachniesz ładnie i ludzko. Ale nie jestem pewny. 

Spróbuję się dowiedzieć. 

Wracam pamięcią do chwili, gdy łan próbował mnie pocałować. Porwał mnie i zamierzał przemienić, by pokonać mojego ojca 

i przejąć władzę. 

-  Nie pocałujesz mnie - mówię stanowczo, uderzając go w pierś. - Obiecaj. Obiecaj, że mnie nie pocałujesz. 

Uśmiecha  się  znów  w  znany  mi  sposób  -  jakby  chytry,  nieodsłaniający  zębów,  zmieniający  wyraz  jego  twarzy  w  prawie 

szczęśliwy, a przynajmniej mniej smutny. 

-  Nie mogę ci tego obiecać, ale daję słowo, że nie pocałuję cię, jeśli nie będziesz tego chciała. 
-  W takim razie nigdy się nie doczekasz - oznajmiam. - I nie rób krzywdy Nickowi. 
-  Jasne.  -  Śmieje  się,  a  ja  odwracam  głowę,  by  spojrzeć  na  swoje  dłonie.  Są  prawie  całkiem  niebieskie.  Leżą  na  ciemnej, 

wełnianej tkaninie jego kurtki. Zaciskam je w pięści, ale drżą. 

To ostatnie, co widzę - swoje drżące niebieskie dłonie. 

 
Budzę  się  w  samochodzie  Issie.  Piks  otworzył  tylne  drzwi  i  położył  mnie  na  siedzeniu.  Dotykam  ręką  jakiegoś  starego 

sprawdzianu z francuskiego Is, złożonego, ubłoconego, jakby ktoś na niego nadepnął i porzucił. 

Piks stoi tuż za drzwiami i drży. Delikatnie kładzie dłoń na mojej ręce. 
-  Nie  próbuj  jeszcze  wstawać.  Zemdlałaś,  bo  chyba  gdy  jesteś  w  ludzkiej  postaci,  moja  obecność  to  dla  ciebie  za  dużo.  - 

Mruga  do  mnie  jak  jakiś  totalny  palant,  pikso-wy  uwodziciel.  -  I  tak  nie  miałem  zamiaru  zanosić  cię  do  środka,  bo  nie  mam 
ochoty na krwawą jatkę. Wejdź tam za minutę, gdy nie będziesz już taka niebieściutka. 

Dotyka mojej twarzy, delikatnie, czubkami palców muska policzek. Przechodzi mnie dreszcz. 
-  Ja też nie znoszę samochodów, jak my wszyscy -mówi. 
Nie dlatego zadrżałam. Siadam, wystawiam nogi na zewnątrz i próbuję się uspokoić. 

-  Chyba powinnam ci podziękować za to, że mnie tutaj przyniosłeś, że nie próbowałeś przemienić, zjeść ani nic takiego. 

Jego twarz znów tężeje. Chyba zacisnął zęby. 

-  Nie pogrywam w ten sposób. 

-Nie pogrywasz? - Przeciągam ręką po tapicerce na tylnym siedzeniu, natrafiam na sprawdzian i znów go trochę rozdzieram. 
-  Ja w ogóle nie pogrywam, nie lubię tego. Mówiłem, że nie wszyscy jesteśmy tacy. 

-  Jacy? 
-  Jak twój ojciec. 

background image

 

 

42

-  Wciąż to powtarzasz. 
-  Bo ty wciąż mi nie wierzysz. 
Jego twarz znów się zmienia i dostrzegam pod skórą niebieski odcień. Biorę wymiętą kartkę, rozkładam ją i próbuję wygładzić, 

a potem składam w kwadraty, dopasowując krawędzie, byle tylko zająć czymś ręce. W końcu się odzywam: 

-  Nie wiem, co masz na myśli. 
Jego ręce drgają tuż obok moich kolan. Ten piks przypomina mi dawnych bokserów, uosobienie siły i samokontroli. 

-  Gdybym chciał cię zabić, już byś nie żyła. Podnoszę gwałtownie głowę i łapię jego nadgarstki. 

Sprawdzian Issie wpada w błoto. 

-Nikogo nie zabijesz ani nie skrzywdzisz, rozumiesz? Nawet mojego ojca. Jego też nie tkniesz. 

-  Nie mną powinnaś się martwić. Kręcę głową. 

-  Słucham? O czym ty mówisz? Oczywiście, że powinnam się martwić tobą. 

Odsuwa  się  odrobinę  i  zabiera  ręce.  Wstaje  i  tak  po  prostu  odchodzi,  wyprostowany,  ale  jakby  inny.  W  jego  postawie 

dostrzegam coś prawie... pokornego. Sama nie wiem. Nic już nie rozumiem. 

-  Hej! Czy ty masz jakieś imię?! - wołam słabym, ale słyszalnym głosem. 

Odwraca się i uśmiecha, tym razem szeroko, odsłaniając idealnie białe zęby. Teraz jego twarz jest piękna, tak dzieje się też z 

Nickiem. 

-  Astley - odpowiada. 

Stawiam stopy na ziemi i powtarzam: 

-  Astley? 

Wzrusza ramionami, wciąż się uśmiechając. 

-  Niestety, nie wybieramy sobie imion. 
-  Co ono znaczy? 

-  Gwiazda. - Odwraca się i znika w lesie, jakby nigdy go tu nie było. 

-  Czekaj! Opowiedz mi o walkiriach! - wrzeszczę. Żadnej odpowiedzi. Opadam na siedzenie samochodu 

i patrzę, jak moja skóra powoli blednie, zupełnie jakby nic się nie wydarzyło. Prawie. 

-  Nigdy cię nie pocałuję - mówię szeptem. - Nie pocałuję nikogo prócz Nicka. 
Oczywiście nikt mnie nie słyszy. 

 
 
 

Wskazówka 

Piksy nie żywią się pyłkiem kwiatowym, jak w bajkach. Zdecydowanie nie. 

 
 
 
W Charlestonie miałam przyjaciółki, będące słowni-kowm przykładem anuptafobii. Boją się, są wręcz totalnie przerażone, gdy 

z nikim nie chodzą — anuptafobia to bowiem lęk przed samotnością. Oznacza, że były gotowe umówić się z kimkolwiek albo 
czymkolwiek, byle tylko mieć pewność, że nie zostaną singielkami. Nie rozumiem tego. Czasem miałam ochotę walnąć je w plecy 
i  powiedzieć,  że  randka  z  wąchającym  klej  futbolistą,  który  spał  z  całą  drużyną  cheerleaderek,  choć  gluty  kapią  mu  z  nosa  i 
śmierdzi mu z ust, z pewnością jest gorsza od bycia samotną, szczególnie jeśli smrodek przypomina ser pleśniowy. 

Ja  zawsze  byłam  inna.  Ale  teraz,  gdy  poznałam  Nicka,  trochę  zaczynam  rozumieć  tę  fobię.  Myśl  o  tym, że może już nigdy 

nikogo nie pocałujesz, że nikt nigdy nie weźmie cię w ramiona, nie będziesz mogła wdychać zapachu męskiego mydła, siły i lasu, 
nigdy nie usłyszysz „kocham cię" i będziesz sama... naprawdę jest straszna. 

Gramolę się z samochodu Issie. Szukam stabilnego gruntu, ale wciąż lekko się chwieję. Staję prosto, przytrzymując się auta, i 

znów mam brudne palce. Ten pojazd potrzebuje kąpieli. Ja zresztą też. Zbieram się do kupy i ruszam do budynku. Kiedy mam 
złapać za klamkę, drzwi gwałtownie się otwierają. 

Nick patrzy na mnie tak dziwnie, że zupełnie nie mogę odczytać wyrazu jego twarzy — nie znoszę tego. Jego źrenice nieco się 

wtedy zmieniają, robią się bardziej owalne, jak u wilka. Pyta burkliwym głosem: 

-  W porządku? 

-  Tak, dzięki. — Przełykam ślinę. — Przepraszam, że odstawiłam taką histerię. 
-  Nic się nie stało. Masz... Masz po prostu za dużo na głowie. 
Wyciąga do mnie rękę, ale nagle pojawia się Issie, biegiem mija Nicka i niemal śpiewa tym swoim ciepłym głosem: 
-  Ona  się  wstydzi.  Możesz  się  wstydzić,  Zaro,  lecz  twoje  emocje  są  absolutnie,  całkowicie  normalne.  Masz  prawo  się 

denerwować,  ale  pamiętaj,  żeby  nie  myśleć  o  swojej  pik-sowej  naturze,  tylko  szukać  w  sobie  pozytywnych  aspektów  i  je 
afirmować. 

Wpatruję się w nią zahipnotyzowana. 

-  Zajęcia z psychologii — wyjaśnia. — Powinnaś się na nie zapisać, łatwizna. 

background image

 

 

43

Trąca mnie żartobliwie łokciem, a wtedy pojawia się Devyn i wyjaśnia: 

-  Betty pojechała do wypadku. 

Dopiero teraz zauważam, że karetka zniknęła. 

-  Och - mamroczę. - Jasne. 

Issie prowadzi mnie do samochodu. 

-  Jedziemy do ciebie. Bez awantur. Wciąż cię kochamy, prawda, Nick? 

Nick wyciąga rękę, żeby mnie objąć, ale zamiera w pół gestu. 

-  Zaro... - mówi głosem przepełnionym cierpieniem. Wstrzymuję oddech. 

Nick porusza nosem. Dev zbliża się i robi to samo. 

-  Cholera - klnie. 

—Co? O co chodzi? - dopytuje Is. 
—Ona pachnie. - Nick jakby zastygł, nie wiedząc, czy się odsunąć, czy podejść bliżej. 

Issie wciąż nie rozumie. 

-No  i  co?  Wszyscy  jakoś  pachniemy.  To  się  nazywa  feromony  albo  perfumy.  —  Wącha  moje  włosy.  —  Zara  na  przykład 

pachnie migdałowo-miodową odżywką do włosów z Body Shopu oraz masłem do ciała z mango. Mam rację? 

Z trudem kiwam głową. 

—Issie, ona śmierdzi piksem. 
—Oj! — Issie jest w szoku, ale przytula mnie jeszcze mocniej. Za to właśnie ją kocham. - Czy to oznacza, że się przemienia? 

Nick nawet nie patrzy w jej stronę. Jego brązowe oczy wpatrują się we mnie. 

—Ona śmierdzi tym piksem z lasu. 
—Zaro? Co się z tobą dzieje? - Dev jest oburzony. -Zadajesz się z piksami? 

Jego  pytanie  uderza  we  mnie  jak  pocisk,  jak  pięść  kata,  ale  przecież  to  żaden  kat.  To  tylko  Devyn,  a  ja  ukrywam  przed 

przyjaciółmi różne rzeczy. Ja, nie on. 

—Nie — odpowiadam. — I dlaczego nigdy nie wyczuliście lana ani Megan? Oni też byli piksami. 

Nick rzuca mi spojrzenie. 

—  No co? Po prostu jestem ciekawa. 

—Wtedy nie wiedziałem jeszcze, jakiego zapachu szukać — wyjaśnia w końcu, głośno wciągając powietrze. Wyraźnie próbuje 

się uspokoić. — A teraz wiem. To coś jak mydło Dove. 

—Problem  w  tym  —  wtrąca  Devyn  —  że  wielu  zwykłych  ludzi  także  używa  podobnego  mydła.  Więc  strzał  nigdy  nie  jest 

pewny. Właściwie to bez sensu. Mydło... 

Delikatnie uwalniam się z objęć Issie i otwieram drzwi auta od strony pasażera. 

—  Możemy uciec z tego zimna? Opowiem wam, co się wydarzyło, dobrze? 

Dev i Nick wymieniają spojrzenia. Chciałabym wiedzieć, o czym myślą, ale w końcu Nick kiwa głową i zdobywa się na tyle, by 

odgarnąć włosy z mojej twarzy. 

-  Dobrze. 

 

Nick jedzie tak szybko, że mijane drzewa są nieostre, a ja próbuję opowiedzieć, co się wydarzyło między mną i Astleyem. 

-  Astley, czyli „gwiazda" — oznajmia Devyn z przedniego siedzenia. 
-  Skąd ty to wiesz? — Issie pochyla się do przodu, ale szybko wraca na swoje miejsce. 
-  On jest geniuszem. Devyn, bracie, jesteś geniuszem. 

— 

Nick targa przyjacielowi włosy. Pierwszy znak, że może jednak nie wybuchnie. 

-  Nie jestem geniuszem. Po prostu dużo zapamiętuję, ale najczęściej to zupełnie nieprzydatne informacje - wyjaśnia Dev, ale 

uśmiecha się i nie przygładza włosów. 

-  Jak myślisz, co to wszystko znaczy? — pyta Nick, skręcając tak ostro, że Issie i ja lecimy na boki. 
-  Ja? Nie mam pojęcia - odpowiada Devyn. 
-  Cóż, to ten król, o którym wspomniał ojciec Zary... 

— 

Issie próbuje nie wlecieć na mnie, przytrzymuje się więc siedzenia. - Złoty pył, pajączki na skórze... 

-  Zastanawiam się, dlaczego on wciąż powtarza, że nie jest taki, jak ojciec Zary? - pyta Dev, powoli wymawiając każde słowo. 

—  Rozumiecie  mnie?  Dlaczego  jest  taki...  Czy  nie  wydawało  ci  się,  że  chce  ci  coś  powiedzieć,  ale  tego  nie  robi?  Zaro? 
Opowiedziałaś nam wszystko? 

Odwraca się i nasze spojrzenia się spotykają. 

-  Oczywiście, że tak — prycham zirytowana. 
—Dobrze, dobrze! Ale ty i Is niespecjalnie się spieszyłyście, by powiedzieć nam o tej familijnej wycieczce z twoim ojcem. - 

Komentarz jest lekko złośliwy. Issie wyraźnie gaśnie. 

—„Familijnej"? - parska Nick. 
—Zamknij się. — Dev szturcha kumpla w bok. — Wzbogacam swoje słownictwo przed egzaminem. Nie mam zamiaru się 

tego wstydzić. 

background image

 

 

44

—Możesz być z siebie dumny, nasz mistrzu słowa - żartuje Iss, lecz jej słowa nie wywołują oczekiwanego efektu. 
—„Mistrzu słowa"? — powtarzam, by złagodzić ironię. 
—Och, Is... — Devyn odwraca się i zerka na nią. 
—To może być określenie superbohatera - zauważam, ale kiepsko mi idzie ratowanie sytuacji. 
Jedziemy w napiętej atmosferze. Issie jest wyraźnie zdenerwowana. Wiem, że trudno jej przebywać z Devynem, bo chciałaby, 

żeby  zaprosił  ją  na  bal,  a  z  powodu  tej  dziwnej  sytuacji  z  Cassidy  nic  teraz  nie  wiadomo.  Mijamy  kolejne  drzewa  i  wielkie 
ciężarówki z drewnem. Wjeżdżamy pod górę, zakręcamy, aż Nick nagle wciska hamulec. Uderzam głową w zagłówek. 

—Co jest?! - krzyczy Issie. 
—Jasna cho... - Nick wyskakuje z auta i patrzy w niebo. My także wysiadamy. Zadzieram głowę. W powietrzu 

widzę coś dziwnego. Jakby dwie złączone istoty z wielkimi skrzydłami. 

—To walkiria — szepczę. - Porwała kogoś. Przez moment stoimy w milczeniu. 
—Devynie? Możesz się zmienić? — pytam wreszcie. 
—Chyba tak. - Kiwa głową. 

—To spróbuj. Leć za nią, sprawdź, dokąd podąża — nakazuję. 

Devyn schyla się, a Issie przechodzi na moją stronę auta. Dev zaczyna przerzucać nad maską ubrania. Już po chwili 

jest  ptakiem i unosi się, a jego wielkie orle skrzydła uderzają mocno w zimne białe niebo. Chmury wiszą wysoko i są burzowo 
ciemne. 

—  Uważaj na siebie! — woła Is. — Nie daj się zranić, panie mistrzu słowa! 
A Dev wzlatuje coraz wyżej. Zabieram przytuloną do mnie Is do auta. Nick podnosi ubrania Devyna i także wsiada. Włączamy 

ogrzewanie i czekamy. Żadne z nas nie mówi słowa - ani o piksach, ani o balu, miłości, sprawdzianie z fizyki, ani o niebieskiej 
skórze. 

Na szczęście nie mija zbyt dużo czasu i Devyn się pojawia. Przemienia się, schowany za samochodem, i ubiera, drżąc z zimna. 

Wyciągając  ręce  do  kratki,  z  której  wydobywa  się  ciepłe  powietrze,  opowiada,  że  widział  kobietę  z  łabędzimi  skrzydłami, 
trzymającą w ramionach kobietę piksa. 

-  Zgubiłem ją. Wzleciała w chmury i nagle zniknęła. -Drżącą ręką przeczesuje włosy. - Nie mogę uwierzyć, że ją zgubiłem. 

Devyn  i  Nick  mają  teorię:  dobrze,  że  pojawiła  się  walkiria,  bo  skoro  porywa  piksy,  zostanie ich mniej dla nas. Uważają, że 

może dlatego w ostatnich dniach nie widzieliśmy ich tu zbyt wiele. Ale ja? Ja widziałam walkirie z bliska i nie jestem pewna, czy 
mają rację. 

 
 
 

Wskazówka 

Piksy są silniejsze nocą. Nie wychodźcie z domów. Noc to zły czas na polowanie na piksy. 

—To z pewnością najdziwniejsza rzecz, jaką widziałam 

— 

mówi Issie. 

Jesteśmy w domu Betty, gdzie pokazuję przyjaciołom książkę, którą znalazłam na górze, tę z zapiskami taty. 

Krwi i lat nie sieją? W harfie zdradź szot, splot mili lob} Niezbyt zrozumiałe wskazówki - żartuje Nick. - Wybacz, skarbie. 

Szturcham go lekko w bok i podaję książkę Devynowi. 

—Myślę, że to anagramy. 
—Zapewne masz rację. — Devyn bierze ode mnie tomik. 

-  Pozwólcie mi pomyśleć. Jedyne, co od razu wpadło mi do głowy, to „Ranią wilki te siej", co raczej nie ma sensu i na dodatek 
jest niepoprawne. 

—W Internecie jest strona z anagramami — przypomina sobie Issie i otwiera laptop Betty. — Zobaczmy, co nam wyskoczy. 
Wchodzi  na  stronę  i  wpisuje  kolejne  litery:  „Krwiilat-niesieją".  Otrzymujemy  kilkaset  przedziwnych  rezultatów.  Wszyscy 

tłoczymy się przed komputerem, a Is zaczyna odczytywać kolejne: 

—„Wieki ją trasie nil", „Siwi nie leją i trakt", „Nie siwi trą alej kit", „Skrewili tanią i tej", „Ja relikwię tnie sit", „Wieki staną i je 

lir"... 

—To  nic  nie  da  —  mruczy  Nick.  Zaczyna  się  wycofywać,  ale  dotykam  jego  ręki  i  widzę,  że  powoli  wypuszcza  powietrze. 

Jakbym musiała uspokajać narowistego konia. 

Devyn przyznaje mu rację. 

—W  ten  sposób  wychodzi  za  dużo  wyników.  Zresztą  i  tak  wyświetla  się  tylko  pierwszych  sto,  a  reszta  jest  płatna.  Nie  ma 

sensu się wykosztowywać. 

—Ale nie wolno nam się poddać — mówię. — Może to zdanie nie ma nic wspólnego z obecną sytuacją, a może jest ważne. 

Krwi i lat nie sieją. Czy w tym zdaniu nie ma słowa „walkirie"? Issie, otwórz nowy dokument. 

background image

 

 

45

Robi, o co proszę, i pisze: 

Krwi i lat nie sieją. 

Potem wykreślamy „walkirie". 
Zostaje: 

t nie siją. 

—Wychodzi z tego... „istnieją" — sprawdza Dev. Wykrzywia usta w dziwnym grymasie. - „Walkirie istnieją". No i co z tego? 

Przecież wiemy. 

—  Cholercia. - Moja nadzieja zaczyna ulatywać. Nick ściska mi dłoń. 

—Nie martw się. Jest jeszcze to drugie zdanie. Nie poddawaj się. 
Nie poddajemy się, ale i tak nie wpadamy na żaden pomysł. W końcu Devyn wraca do domu, by poszukać nowych informacji 

i przekazać rodzicom krew do badania. Nick rusza na patrol z Issie jako wsparciem. Ja, zamiast zwinąć się w kłębek z lusterkiem 
w  ręku  i  się  sobie  przyglądać,  zaczynam  pisać  listy,  tym  razem  do  gruzińskiego  rządu,  przekazuję  informację  do  znajomych  i 
żałuję, że nie mogę zrobić więcej dla obrony praw człowieka. W mojej głowie cały czas tłuką się te same pytania, ani na chwilę 
nie  znikają:  co  wykażą  badania  krwi,  dlaczego  piks  w  lesie  był  dla  mnie  dobry,  co  zrobi  Nick,  gdy  okaże  się,  że  jestem  teraz 
piksem,  bo  w końcu — spójrzmy prawdzie w oczy — zmiennokształtni są do nich nieco uprzedzeni, a wiedząc to, co wiem, 
właściwie im się nie dziwię. 

—Nie myśl za dużo — nakazuję samej sobie. — Już przemyślałaś to na sto różnych sposobów. Nie rozczulaj się nad sobą, 

tylko szukaj informacji. 

To więc próbuję robić, przykuta do laptopa babci. Wyszukuję „jak nie zmienić się w piksa", kiedy Betty we własnej osobie - w 

służbowym uniformie, wysoka i dzielna jak zawsze - pojawia się w drzwiach. Moje przeciwieństwo. 

—Cześć — rzuca, zamykając kopniakiem drzwi. — Wciąż masz zły humorek i odstawiasz... jak to się mówi? Emo? 
—Emo jest nacechowane negatywnie. — Zamykam komputer, przesuwając dłonią po zimnej klapie. 
—Dlaczego?  —  śmieje  się  Betty.  —  Dlatego  że  to  skrót  od  słowa  „emocjonalny"?  Nie  ma  nic  złego  w  wyrażaniu  emocji. 

Zresztą istnieją też różne dobre emocje, wiesz? 

Rozlega się dzwonek telefonu. Odbiera babcia. 
—  Halo? 

Czekam  w  milczeniu.  W  głowie  pojawia  się  obraz  Astleya.  Zmuszam  się,  by  o  nim  zapomnieć,  myśląc  o  Charlestonie, 

delfinach, oceanie, ciepłym powietrzu i kwiatach. 

—Nie, właśnie weszłam do domu, Josie. O co chodzi? — mówi Betty do słuchawki. 

Włączam zasilacz, by podładować laptop, i widzę, że babcia wciąż rozmawia, tyle że przeszła do kuchni. 

—Idę  wziąć  prysznic  —  szepczę.  —  Mam  randkę  z  pewnym  wilkołakiem,  który  nie  znosi  piksów.  Muszę  więc  pachnieć 

człowiekiem. 

Babcia z aktorską przesadą pociąga nosem i udaje, że wyczuła coś obrzydliwego. 

—Dzięki. — Odbijam piłeczkę. — Jesteś naprawdę uroczą babcią. 

Macha na mnie, żebym szła na górę. Odmeldowuję się. 

 
Moja komórka dzwoni, gdy stoję pod prysznicem, ale jako że jestem więźniem nowych technologii, oczywiście odbieram. 

—Zar? 
—Cześć, Nick. 
—Co robisz? 

Z mojej zdrowej ręki na mały różowy chodniczek leżący koło wanny kapie woda, pogłębiając jego odcień. -Co? 

—Bierzesz prysznic? -No. 
Nie odzywa się. Ja także nie. Mimo szumu płynącej wody słyszę jego oddech. Jestem naga. Nick wie, że jestem naga. To mnie 

lekko przeraża. Rzucam okiem na ręczniki i w końcu się odzywam: 

—Już nie jestem niebieska. 
—Pewnie dlatego, że jesteś czerwona? 
—Co? Skąd wiesz, że jestem? 
—Bo się rumienisz. — Słyszę jego śmiech. 

Gorąca woda obmywa mi kostkę, bo wciąż nie wyszłam spod prysznica. Nick znów milczy. Ja także. Marnuję wodę, ale mam 

to w nosie. Niegrzeczna Zara. Niegrzeczna hipokrytka,'i na dodatek półpiks. 

—Mam nadzieję, że nie stoisz pod prysznicem z telefonem w ręku, bo to niebezpieczne. - Nick krztusi się ze śmiechu. 

Zaciskam usta i od razu psuję wesoły nastrój. 

—Ani trochę mi nie ufasz, prawda? 
—Ufam - odpowiada jakoś zbyt szybko. 
—Jasne. Uhm. Na pewno. 

Mimo że wciąż słyszę głośno szumiący prysznic, i tak dociera do mnie szybki, nerwowy oddech Nicka. 
Woda spływa z głośnym szumem. 

background image

 

 

46

-Wiesz... - mówi Nick - ja naprawdę, okrutnie, bardzo cię kocham. 
-  Mówisz jak słownikowo idealny chłopak. - Wychodzę z wanny i biorę ręcznik. 

Znów się śmieje. 

-  Mówię słownikowo idealne rzeczy, a co robię? Wciąż narzekasz, że zachowuję się jak macho, samiec alfa i wilk bohater. 
-  No tak, zapominam o twojej sekretnej miłości do psiej karmy. 
-  Obiecałaś nigdy o tym nie wspominać! - prycha z udawaną złością. 
-  Nieprawda, obiecałam nie wspominać, co robisz przy hydrancie. 

-  Zaro! 
-  I o tym, że warczysz na odkurzacz. 

-  Nawet nie próbuj - ostrzega, ale nie przestaje się śmiać. 
-  Mimo twojego paskudnego charakteru i tak jesteśmy dziś umówieni. No i będziesz musiał pójść ze mną na bal. 

W myślach widzę, jak Nick trzyma się za brzuch, śmiejąc do rozpuku. Zamykam oczy. 

-  Myślisz, że uda ci się namówić Devyna, żeby zaprosił Issie? 

-  Spróbuję. 
-  Fajnie. 

 
Nick przyjeżdża po mnie wieczorem. Nawet nie puka do drzwi, tylko wchodzi, jakby z nami mieszkał. Zresztą prawie tak jest. 
-  Porywam  twoją  wnuczkę!  -  woła  do  Betty,  która  w  kuchni  zmywa  naczynia  po  kolacji.  Ponieważ  mam  obolałą  rękę,  nie 

muszę tego robić. Hurra! 

-  I dobrze — odzywa się babcia. — Zabierz ją na trochę, bo siedzi przy moim komputerze tak długo, że palce zaczynają się jej 

zawijać do środka. — Betty z uśmiechem wchodzi do salonu, wycierając ręce w jasnożółtą ścierkę. — Bawcie się dobrze. I nie 
wróćcie zbyt późno. 

Biegnę przez pokój, by pocałować ją w policzek. W odpowiedzi gładzi mnie po twarzy i mówi: 

-  Jesteś kochana. 

Nick robi dokładnie to samo, co ja przed chwilą, z głośnym cmoknięciem całując policzek babci. A potem łapie ją w te swoje 

wielkie wilcze ramiona i obraca. 

-  A ty jesteś tylko miły - śmieje się, uderzając go ścierką. - No już, znikajcie. 
Wskakujemy do mini coopera, w którym wciąż trochę pachnie psem. Próbuję zapiąć pas, lecz mam tak zmarznięte dłonie, że 

nie mogę tego zrobić. Na dodatek obolały nadgarstek wszystko utrudnia. Nick wyciąga rękę, by mi pomóc. Dotyka palcami mojej 
dłoni  i  całe  moje  ciało  natychmiast  zaczyna  drżeć  i  się  rozpływać.  Nick  ma  takie  piękne  usta...  Patrzę...  patrzę  na  jego  usta. 
Powinnam go pocałować. Pochylam się więc bliżej, a on rozchyla wargi. I nagle cały świat znika. Jesteśmy tylko my dwoje. Ręka 
Nicka na mojej szyi. Przyciąga mnie do siebie, a ja się nie opieram. 

-  Gdzie masz rękawiczki? — mruczy, muskając oddechem moje usta. 
-  Zapomniałam. 
-  Mam po nie pójść? 

Kręcę głową, ale Nick i tak wyskakuje z samochodu. 

-  Moment. 
-  Nick! 
—Moja dziewczyna nie może marznąć. 

Uśmiecha  się  i  biegnie  do  domu,  przeskakuje  schody  i  znika  w  środku.  Opieram  się  plecami  o  zimne  siedzenie  coopera  i 

zamykam  na  moment  oczy.  Ostatnie  tygodnie  nie  były  łatwe.  Porwałam  własnego  ojca,  niechcący  ocaliłam  życie  piksa,  mój 
samochód wybuchł, moja skóra zmieniła kolor, nie wspominając o tym, że miałam test z hiszpańskiego, projekt plastyczny do 
oddania,  no  i  nie  mam  co  włożyć  na  zbliżający  się  bal — koszulka i dżinsy tym razem nie wystarczą. Chucham w zmarznięte 
dłonie i czuję, jak przechodzi mnie dreszcz... To uczucie - małe pajączki i gęsia skórka... znów się pojawia. Jakby po całym moim 
ciele pełzały jakieś małe stworzonka. 

Nagle  rozlega  się  wrzask.  Na  wpół  ludzki,  ale  nie  do  końca  zwierzęcy.  Na  pewno  jednak  nie  ma  w  nim  niczego  dobrego. 

Wyczuwam cierpienie, ból. Wydaje się dość odległy. Łapię za klamkę, czując w ręku zimny metal, i nasłuchuję... Nic. 

—Astley? — szepczę w ciemność. 

Żadnej odpowiedzi. Drzwi domu otwierają się i Nick biegiem wraca do mini. Boję się, że coś nagle wyskoczy z ciemności i go 

zaatakuje. Podświadomie czekam na walkę, krew, strach. 

Jednak nic się nie dzieje. 

Nick zamyka za sobą drzwi, uśmiecha się i podaje mi błękitne puchate rękawiczki, moje ulubione. 

—Masz. Już lepiej. 

Pochyla się i całuje mnie w nos, a potem wciska guzik stacyjki i podkręca ogrzewanie. Silnik jeszcze się nie rozgrzał, więc na 

razie owiewa nas zimne powietrze, krążące między nami a silnikiem, w tę i z powrotem, wędrujące... 

—Zaro? Wszystko w porządku? 

Wciskam dłonie w rękawiczki, czując już ciepło, i próbuję zmienić się w normalne, a nie „mieszane" stworzenie. 

background image

 

 

47

-Tak. 

Nick przechyla na bok głowę i przygląda mi się. 

-  Na pewno? 
-  Na pewno. 
-  Żadnych pajączków? 

-Właściwie to... - Ściskam jego rękę. - Wydawało mi się, że słyszałam krzyk. 

Nick znów wyskakuje z samochodu, ale tym razem ja również. Nasłuchuje, przechylając głowę. 

-  Niczego nie słyszę — mówi po chwili. 

Las jest tak ciemny, wszystko spowija mgła. Czepiam się ręki Nicka. 

-  Pewnie mi się wydawało. Wracajmy do samochodu. Wsiadamy i oboje oddychamy głęboko. Nick pochyla 

się do mnie i szepcze mi do ucha: 

-  Kocham cię. 

Odpowiadam najbardziej szczerze, jak to możliwe: 

-  Ja ciebie też. 
-  Naprawdę? - Uśmiecha się szeroko. 
-  Naprawdę. 

 
 
 
 
 
Wskazówka
 

Piksy nie potrzebują zaproszenia, by pojawić się w publicznym miejscu, takim jak kręgielnia czy kawiarnia. Gdy 
jesteście w miejscu publicznym, nie czyni to was bezpiecznymi. 

 
 
 
Przez  całą  drogę  trzymamy  się  za  ręce  i  w  końcu  nie  rozmyślam  o  swojej  niebieskiej  skórze,  piksach  oraz  kobietach 

porywających je i wzlatujących w niebo. Myślę tylko o tym, że dłoń Nicka dotyka mojej dłoni. O tym, jak to jest, gdy ktoś mówi, 
że cię kocha, i robi ci się wtedy słodko, ciepło, jakby czekoladowo-karmelowo. Nick wiezie mnie na wzgórze, do Eastward Lanes. 

—Kręgielnia? — pytam. Przytakuje. 
—Zabierasz mnie na k r ę g 1 e? 

Znów kiwa głową i uśmiecha się łobuzersko. 

—Czasem zachowujesz się jak najprawdziwsza diwa. 
—Nie jestem diwą. Mam zwichnięty nadgarstek i wielkiego siniaka na klatce piersiowej. — Urażona puszczam rękę Nicka. 
—No tak. Wydaje ci się po prostu, że jesteś za dobra, żeby pójść na randkę do zapadłej kręgielni w Maine. 
—Nie  jestem  za  dobra  na  randkę  w  kręgielni,  wszystko  jedno,  czy  w  Maine,  czy  gdzie  indziej,  i  bardzo  ci  dziękuję  za  taką 

ocenę. — Otwieram gwałtownie drzwi. Do środka wpada podmuch lodowatego powietrza. Wyskakuję z auta, zatrzaskuję drzwi i 
spotykam się z Nickiem przy masce minicoopera. - Wydaje mi się tylko, że randka w kręgielni jest malo... Hm... 

Nick wciska przycisk alarmu i zapewnia: 

-  Sprawię, że będzie romantyczna. 

Prycham  i  znów  biorę  go  za  rękę.  Nasze  palce  splatają  się  i  od  razu  mam  wrażenie,  że  jestem  zakotwiczona,  połączona, 

spokojniejsza. Oczywiście tylko pozornie. Wszystko wokół i tak wydaje mi się niebezpieczne - jakby w każdej chwili ktoś miał nas 
zaatakować, jakaś kobieta wojowniczka zlatująca z czarnego nieba, by nas porwać. 

Idziemy wolno przez parking. Próbuję nie poślizgnąć się na zamarzniętych kałużach, omijam je zygzakiem, mimo że wiem, iż 

zanim upadnę, Nick mnie złapie. Nad wejściem do kręgielni miga neon. Trochę kiczowaty, ale w dobrym, staromodnym stylu. 
Podchodzimy do szklanych drzwi i Nick naciska klamkę. Dotykam jego ręki. 

-  Nick? 
-  Słucham? 
-  Ja nigdy... nigdy nie grałam w kręgle. 

-No i? 

-No więc pewnie będę kiepściutka. Na dodatek mój nadgarstek... - Podnoszę rękę. 

Pochyla się i całuje mnie w czubek głowy. 

-  Pomogę ci. Będzie fajnie. 
-  Nie lubię być kiepściutka. 
-  Trudno. Czasem trzeba spokornieć. 
-  Łatwo ci mówić, ty we wszystkim jesteś doskonały. Otwiera szeroko wielkie metalowe drzwi i rzuca: 
-  Nieprawda. Wchodzę do środka. 

background image

 

 

48

-Absolutna prawda - upieram się. - Wymień jedną rzecz, w której jesteś kiepski. 
-Nie potrafię się opanować i mam problem, by nie traktować innych protekcjonalnie. 
-  Cóż,  przynajmniej  jesteś  tego  świadomy,  prawda?  -Śmiejąc  się,  wchodzę  do  kręgielni.  Są  tam  już  Issie,  Devyn i mnóstwo 

innych  ludzi  z  naszej  szkoły.  Is  właśnie  wypożycza  buty  przy  ladzie,  Cassidy  już  gra.  Z  sufitu  zwisa  wielka  dyskotekowa  kula, 
rzucając jaskrawe światła na całe pomieszczenie, w którym zresztą słychać muzykę z lat osiemdziesiątych. 

-  Jak ci się podoba? - szepcze Nick. 
-  Bardzo 
 
Moja miłość do tego miejsca nie trwa zbyt długo, bo -spójrzmy prawdzie w oczy - kręgle to zło wcielone. 
-  Zaczynam chyba mieć kręglofobię - szepczę do Issie przed następną kolejką. Skoro wymyślono nazwę nawet na lęk przed 

pięknymi kobietami - kaligynefobię - to kręgle z pewnością zasługują na własną. 

W zdrowej ręce trzymam kulę. Na szczęście to jakiś specjalny, dziwny rodzaj miniaturowej kuli, której używają w Nowej Anglii 

-  jest  lżejsza  i  mniejsza.  Próbuję  przypomnieć  sobie  wszystko,  co  w  trakcie  mojego  przyspieszonego  kursu  mówił  Devyn  o 
wyważeniu i kształcie kuli, ale nic nie pomaga. Wredna, okrągła, brązowa bestia od razu skręca na lewo i za każdym razem wpada 
do rynny z boku toru. 

-  Dlaczego  ona  nie  leci  tak,  jak  powinna?!  -  wrzeszczę,  odwracając  się  do  przyjaciół.  Nick  od  razu  zaczyna  skręcać  się  ze 

śmiechu, Dev zakrywa ręką usta i widzę, jak drżą mu ramiona, gdy bardzo stara się nie wpaść w histerię. 

Issie grozi im palcem. 

-  Ani mi się ważcie śmiać. 

-  Nie trzyma się na torze - marudzę. Upewniam się też, że bransoletka na mojej kostce jest mocno zapięta. Boję się ją zgubić. 
-  Musisz rzucać prosto - tłumaczy Nick. Wstaje i wyjmuje kulę z tej wielkiej maszyny, która stoi między torami. 

Na innych torach kule zbijają kręgle z głośnym hałasem. Słyszę piszczącą Cassidy: 

—Jestem boska! 
—Dobra robota, Cassidy! — woła Devyn. 

Issie udaje, że poprawia sznurowadła. Robi to przesadnie długo. 
—Dobrze. Po pierwsze, kiedy rzucasz kulę prawą ręką, musisz wystawić do przodu lewą stopę. Inaczej wszystko wyjdzie na 

odwrót.  -  Nick  nie  odpuszcza.  Wkłada  mi  kulę  do  ręki  i  nasze  palce  się  spotykają.  Od  razu  przechodzi  między  nimi  prąd. 
Pociągam nosem. Nick ładnie pachnie: drewnem, miętą i ciastem. 

-Uhm. 

Kolejne  kręgle  wokół  upadają,  kolejne  kule  z  łoskotem  toczą  się  po  drewnianych  torach.  Nick  ujmuje  moją  zdrową  rękę  i 

powoli pokazuje kolejne ruchy. 

—Musisz trzymać nadgarstek i dłoń sztywno, nie zginaj ich. 

—Ale kula jest ciężka, jak mogę nie zginać ręki? Palce Nicka gładzą moją skórę, wysyłając ciepłą energię 

do ścięgien i mięśni. Próbuję się nie kołysać. 

—To  są  kręgle,  Zaro  -  przypomina  mi  Devyn.  Sam  trzyma  na  kolanach  kulę,  cierpliwie  czekając  na  swoją  kolej,  ale 

najwyraźniej myśli, że jestem straszną sierotą. — To nawet nie są duże kulki. 

—  „Duże kulki" - chichocze Issie. Ja też zaczynam się śmiać. 
—Ależ jesteście niepoważne — jęczy Dev. 
—No dobra, spróbujmy w końcu. Pomogę ci. — Nick wciąż stoi tuż za mną i trzyma moją rękę, by wykonać nią zamach. 

Jestem tak skupiona na jego bliskości, że najchętniej odwróciłabym się i go przytuliła. Ale przypominam sobie o kuli i puszczam 
ją. Zdecydowanie za późno. Tak późno, że właściwie wyrzucam ją w powietrze i z hukiem uderza w środek toru. Ludzie się na 
mnie gapią. 

—Nie wolno rzucać! Uszkodzisz tor! — wrzeszczy na mnie ktoś z obsługi. 

Chowam twarz w dłoniach i biegnę do Issie. 

—Czy przynajmniej zbiłam choć jeden? 
—Nie, kochana. Przykro mi. 
—Chyba chodzi o wymach - Nick zwraca się do Deva. 

— 

Ona ma zero wymachu. 

—Kręgle to nie jej bajka — zgadza się Devyn. — Trajektoria zupełnie zaburzona. 

Siadam załamana i krzyżuję ręce na piersi. 

—Cudownie. Bardzo miło, że tak o mnie mówicie, gdy wciąż jestem chora. Ranna. Pamiętacie? 

—Przepraszam, Zaro. — Devyn oblewa się rumieńcem. Daję mu kuksańca. 
—Żartowałam! 
—Wiecie, co podoba mi się w mitologii skandynawskiej ? 

-  słyszymy  ni  z  tego,  ni  z  owego.  -  Fakt,  że  Odyn  został  szefem  wszystkich,  ale  nie  dlatego,  że  był  najprzystojniejszy  albo 
najsilniejszy, tylko dlatego, że był najmądrzejszy i umiał wykorzystywać magię. 

—A co to ma wspólnego z kręglami? - pytam, patrząc, jak kula Issie wędruje do rynienki. 

background image

 

 

49

—A to, że w szerszej perspektywie nie zawsze rządzą najsilniejsi i najsprawniejsi — wyjaśnia Dev. — Zrozumiałem to, jeżdżąc 

na wózku. Choć wtedy myślałem, że z chęcią oddałbym umysł za sprawne nogi. A teraz oczywiście bardzo się cieszę, że je mam. 

Dev ma rację. Co z tego, że fatalnie gram w kręgle? Zresztą nie mam co płakać, że dziesięć razy trafiłam do rowu, bo Issie 

idzie jeszcze gorzej. 
—Jedenaście! — krzyczy. — Jedenaste zero z rzędu. 

—Dla niej to takie normalne - mówię cicho do Nicka. -Takie fantastycznie normalne. 

Mniej więcej w polowie wieczoru idę do toalety, co — jak się okazuje — nie jest najlepszym pomysłem. 
Natykam się na Cassidy, która myje ręce nad umywalką wiszącą naprzeciwko dwóch niebieskich kabin. 

—O, Zara, cześć! 

—  Cześć, Cassidy. - Próbuję być miła, bo przecież nie mam powodu nie lubić tej dziewczyny. Tyle tylko, że zagraża miłości i 

związkowi Issie i Devyna. 

Zerka na mnie kilka razy, zakręca wodę i pyta: 

— U Nicka wszystko w porządku? 

-Tak. Dlaczego pytasz? - Patrzę, jak macha rękami, by je wysuszyć. 

Cassidy wyraźnie szuka właściwych słów. 

—No bo... On... Dzisiaj w szkole wyglądał trochę niewyraźnie. Czy coś wydarzyło się podczas przerwy na lunch? 

—Nic mu nie jest. 
—Jesteście taką fajną parą. Naprawdę. 

Przechylam pytająco głowę. Chce mi się siku, ale decyduję się poczekać, aż powie więcej. 
—Naprawdę!  —  Cassidy  znów  drapie  się  po  szyi.  —  Macie  takie  szczęście!  I  nie  patrz  na  mnie  w  ten  sposób.  Wiem,  że 

musiałaś przeprowadzić się tu z Charlestonu i w ogóle, ale... zresztą sama nie wiem. Ty i Issie również pasujecie do siebie, o tak! 
— Łączy dwa palce wskazujące. 

Przytakuję i dość zdecydowanie oznajmiam: 

—Is jest moją najlepszą przyjaciółką. 

—No i z Devem tworzycie taką fajną bandę czworga. Zazdroszczę wam, wiesz? Ty masz Nicka, który cię uwielbia. Wciąż na 

ciebie patrzy i się uśmiecha. Jak najlepszy ochroniarz. 

Łapię  za  klamkę  drzwi  kabiny  i  wpatruję  się  w  małe  czarne  okienko  umieszczone  wysoko  na  ścianie,  po  drugiej  stronie 

łazienki. Taki sobie prostokąt ciemności... Ochroniarz? Czy to dlatego Nick tak mnie kocha? Bo może mnie chronić? 

-  W dodatku jesteś taka mądra, ale nie przemądrzała. I tak doskonale biegasz. — Cassidy pociąga usta błyszczy-kiem, oblizuje 

je i wrzuca tubkę do torebki — podróbki bardzo drogiej torebki, nawiasem mówiąc. — Sama nie wiem. Pewnie gadam bzdury, ale 
wydaje mi się, że twoje życie już się zaczęło, a reszta z nas czeka... Rozumiesz? Czeka, aż się stąd wydostaniemy czy coś w tym 
rodzaju. Czeka, żeby kogoś znaleźć. Albo coś. Albo stać się kimś. 

Nie  mam  pojęcia,  czy  Cassidy  gada  o  tym,  że  podoba  się  jej  Devyn,  czy  raczej  ogólnie.  Chyba  zbyt  długo  zwlekam  z 

odpowiedzią, bo w końcu uśmiecha się i kręci głową. 

-  Jestem kompletną idiotką. Muszę coś zrobić ze swoim życiem. 

Dotykam jej ręki. 
-  Z twoim życiem wszystko jest w porządku, Cassidy. 

-  Tak, jasne — prycha. — Zmarnowałam już połowę na ukrywanie tego, kim naprawdę jestem. 

-  Coś o tym wiem. 

-  Naprawdę?  -  Wyciąga  długie  ręce  nad  głowę  i  przypomina  budzącego  się  kota.  -  Devyn  jest  jedną  z  niewielu  osób,  które 

naprawdę mnie rozumieją. Ale jest się bardzo samotnym... 

-  Kiedy? 
-  Gdy nie ma nikogo, kto naprawdę nas rozumie. 

-  Zawsze przecież możesz komuś powiedzieć, prawda? Otworzyć się. - Przez moment zastanawiam się, czy może Cassidy jest 

piksem,  ale  Devyn  i  Nick  od  razu  by  to  wyczuli.  W  takim  razie  może  lubi  dziewczyny?  Sama  już  nie  wiem.  Szkoda,  że  nie 
prowadzę śniadaniowego talk-show, wtedy wiedziałabym, o co zapytać. - To coś poważnego? Potrzebujesz pomocy? 

- Och, Zaro, jesteś taka miła. Ale nie, nie potrzebuję pomocy. Wszystko ze mną dobrze. - Zerka na moją rękę na klamce. — 

O rany. Ciągle nie poszłaś siusiu. Strasznie przepraszam. Opiekuj się Nickiem, dobrze? 

Wybiega z toalety, nie czekając na moją odpowiedź. Wchodzę więc do kabiny, a potem idę umyć ręce. Odkręcam wodę i 

uderzam w pojemnik na mydło, raz i drugi, aż w końcu mała strużka jaskraworóżowego płynu ścieka na moje ręce. Cudownie. 

Mydło  śmierdzi  jak  wymiociny.  Obrzydliwe  uczucie  na  skórze,  prawie  jak  pajączki  piksów.  Tak  czy  owak,  myję  ręce  i 

przeglądam się w lustrze. Jestem niebieska. Znowu jestem niebieska. Prawie tak niebieska jak drzwi kabiny. 

W  które  właśnie  uderzam,  bo  widocznie  podświadomie  zrobiłam  krok  do  tyłu.  Podbiegam  do  lustra,  wyszarpuję  garść 

brązowych papierowych ręczników, wkładam je pod kran i moczę, a potem szoruję twarz. 

-  To nie pomoże — odzywa się jakiś głos nade mną. 

Z  wrzaskiem  zahaczam  biodrem  o  umywalkę  i  odwracam  się, zaciskając pięści. Na parapecie w otwartym oknie wisi Astley, 

trzymając się rękami framugi. 

background image

 

 

50

-  Odejdź! - krzyczę, ale on podciąga się i zeskakuje na podłogę. Jego stopy nie wydają przy tym prawie żadnego dźwięku, 

choć Astley wygląda na ciężkiego; jest prawie tak potężny jak Nick i ma większe mięśnie. Czyżby ciągle rósł? — Nie wolno tak 
się pojawiać z zaskoczenia. To przerażające. 

-  Znów jesteś niebieska. - Mierzy mnie wzrokiem. 
-  Co ty powiesz? 

Głośno przełyka ślinę. Widzę, jak rusza mu się jabłko Adama. Robi krok w moją stronę. 

Dopiero przyszedłem, a ty już jesteś niebieska. Odwracam się i patrzę na odbijającego się w lustrze potwora. 

-  Wolałabym nie być. 

-  Gdybyś była piksem, nie miałabyś problemu. Potrafiłabyś ukryć kolor. 
-  Nie  jestem  piksem  -  syczę  i  pochylam  się,  dotykając  czołem  obleśnego  lustra.  Jest  zimne,  ale  mam  to  w  nosie.  Wbijam 

wzrok w umywalkę, białą, porcelanową, miejscami popękaną i brzydką. 

Podskakuję nerwowo, gdy Astley dotyka mojego ramienia. 

-  Zaro? -Co? 
-  Zawsze jesteś taka nerwowa? 
-  Nie. Tak. Nie wiem. — Histerycznie pocieram twarz. Łapie mnie za nadgarstek. 
-  Musisz się uspokoić. 

-  Jak niby mam się uspokoić? Jestem niebieska. A mój chłopak nienawidzi piksów. 

-  Wszystkich? 
-  A dziwisz mu się? 

-Właściwie tak. Nie wszyscy jesteśmy źli. - Oczy Astleya są ciemne, przenikliwe. 

-  No jasne - ironizuję, ale chyba nawet chcę mu wierzyć. 

-  Jasne. Tak właśnie jest, Zaro. I wydaje mi się, że w głębi duszy o tym wiesz. 

Puszcza moją rękę. 
Próbuję uwolnić się od gniewu, który ogarnął mnie całą. Oddycham głęboko i pytam: 

-  Po co tu przyszedłeś? 
-  Już o tym rozmawialiśmy — wzdycha. 

-  Chodzi mi o teraz. Dlaczego jesteś ze mną w damskiej toalecie? 

Astley wydyma lekko usta i odpowiada: 

-  Chciałem cię ostrzec. 

-  Ostrzec? 
-  Dzieją się złe rzeczy. Musisz być ostrożna. I trzymaj się w grupie, najlepiej wewnątrz budynku. Ostrzeż też swoich przyjaciół. 

I babcię. 

-Ale przed czym? 

-  Przybył kolejny król. 

 
 
 
 
 
Wskazówka 

Zęby piksów przypominają zęby rekinów. Niestety, w przeciwieństwie do nich piksy potrafią oddychać i bez wody. 

-  Jak to „kolejny król"? - Obracam się na pięcie, by spojrzeć na Astleya. Niestety, w głowie kręci mi się nawet chwilę później. 

Przerażonym i rozhisteryzowanym głosem, którego nie mogę opanować, krzyczę: 

-  Ile was w ogóle jest!? Ludzie! To jakaś międzynarodowa konferencja czy co? 

Astley łapie mnie za ręce. 
-  Nie dotykaj mnie! - Wyrywam się. 

Krzywi się, a jego ręce zawisają w powietrzu, nie mając czego chwycić. 

-  Wydawało mi się, że upadniesz, chciałem ci pomóc. 

—Chcesz mi pomóc? W takim razie wyjaśnij, o co chodzi z tym innym królem i niebezpieczeństwem, a potem odejdź, żeby 

moja twarz w końcu odzyskała normalny kolor, dobrze? — Tracę równowagę i muszę oprzeć się o umywalkę. — Opowiedz mi 
też o walkirii. 
Astley podchodzi krok bliżej. 
—Chyba wywołuję też u ciebie zawroty głowy. 
—Nie wiem. Może. — Mój wirujący umysł nie protestuje. Jego twarz łagodnieje. Unosi rękę, jakby chciał dotknąć 

background image

 

 

51

mojego policzka. 

—Nie rób tego - proszę. Wydaje mi się, że zdradzam Nicka, rozmawiając z tym piksem, co zresztą nie ma sensu, 

bo przecież codziennie rozmawiam z innymi chłopakami. - Powiedz mi tylko o tym królu. Astley opuszcza rękę. 

—Jest tu. To okrutny, zły władca, niepopierany przez naszą federację. 

—Federację? 

—Federację Piksów. — Macha lekceważąco dłonią. — To skomplikowana kwestia. Każde królestwo jest zrzeszone w jakiejś 

federacji, którą z kolei rządzi parlament królów. Staramy się utrzymać porządek, trzymać piksy w bezpiecznej odległości od ludzi, 
a ludzi - od nas, ale czasem coś się psuje i nie wszyscy królowie pozostają w dobrych stosunkach z federacją. Niektórzy chcą też 
większej władzy... 

—Jak ten zły król? 

—Będzie walczył ze mną o terytorium twojego ojca. Mam nadzieję, że to nie potrwa długo, bo już się zaczęło. Już straciłem 

jednego z poddanych. Był lekarzem. - Asdey zasępia się. 

—Nie bardzo wiem, co mam o tym myśleć. — Czuję na biodrze lodowaty porcelit umywalki. Zimno jest tak przenikliwe, że 

przechodzi przez spodnie i wgryza się w skórę. 

—Zaro,  nie  ma  wyboru.  Twój  ojciec  był  słaby,  ty  go  uwięziłaś,  a  z  nim  część  moich  zwiadowców.  Muszę  uwolnić  swoich 

poddanych, ale także przejąć kontrolę nad terytorium. Aby to zrobić, muszę obalić króla. Ta decyzja została już usankcjonowana. 

Nagle łazienka zaczyna się trząść, bo ktoś spuścił wodę w męskiej toalecie - pewnie rury są połączone. Pytanie zadaję powoli: 
—  Mówiąc „obalić", masz na myśli „zabić"? Astley kiwa głową. 
—Nie pozwolę ci go zabić. — W moim głosie nie ma emocji, jest tylko pewność. 
—Nie  powstrzymasz  tego,  Zaro.  Jeśli  ja  go  nie  obalę,  zrobi  to  ten  drugi  król.  Jedyna  kwestia,  kto  uczyni  to  pierwszy.  A 

zresztą nie wydaje ci się, że śmierć to lepsze rozwiązanie od tego, co w tej chwili dzieje się w tamtym domu? 

Nie odpowiadam. 

—Tamten król także wysłał zwiadowców. — Dostrzegam w jego oczach napięcie. — A on, Zaro... On nie jest taki jak ja. Ani 

nawet taki jak twój ojciec. Jest o wiele, wiele gorszy. 

—W takim razie, dlaczego to jego nie zabijesz i nie obejmiesz jego terytorium? 
—Bo jeszcze nie jestem wystarczająco silny, by to zrobić. Potrzebuję poddanych twojego ojca, dużo poddanych. 
—Dużo... — mamroczę, próbując zrozumieć. 
—On  jest  potężny  i  stoi  po  złej  stronie  mocy.  A  ta  strona  -  mówi  Astley  z  gorzką  ironią  -  zawsze  z  łatwością  gromadzi 

zwolenników, oddziały, nazwij to, jak chcesz. 

-A  ty  stoisz  po  dobrej  stronie?  -  Przełykam  ślinę,  odwracam  się  i  odkręcam  wodę,  która  leci  na  moje  dłonie  —  niebieskie 

dłonie. — Nie wydaje ci się, że każdy uważa, iż to właśnie jego strona jest dobra? Na przykład walkiria? 

—Z pewnością tak myślała. - Astley dotyka mojego ramienia, ale znów odskakuję. Obraca mnie, by spojrzeć mi w oczy. Woda 

wciąż leci z kranu, ucieka z niego, ucieka w dal... 

—Ja stoję po stronie dobra, tak samo jak ty. Nawet twój wilk. Wszyscy mamy do odegrania konkretne role - tłumaczy. — A na 

twojej twarzy odzwierciedla się to samo przeznaczenie. 

Mrugam nerwowo kilka razy. Jego twarz mnie rozprasza. 

—  Nie wierzę w przeznaczenie. 

Stoimy przez chwilę w milczeniu, aż w końcu zabiera rękę. Znów oddycham. 
—Co więc powinnam zrobić? — pytam, sięgając za siebie i zakręcając kran. 

background image

 

 

52

Astley  wygląda  tak,  jakby  miał  ochotę  się  roześmiać.  Podchodzi  do  drzwi  kabiny  i  opiera  się  o  nie,  jakby  chciał  wyglądać 

seksownie. Halo? Opieranie się o drzwi publicznej toalety seksowne? Nie ma takiej opcji. 

—Cóż, jeśli to zależałoby ode mnie, kazałbym ci pokazać, gdzie trzymacie piksy, pozwolić się pocałować, a wtedy byłabyś pod 

ochroną federacji i moją. Wyjechalibyśmy stąd i pojechali do mojego domu. 

—Oszalałeś. Nigdzie z tobą nie pojadę, nawet za milion lat. Piksom nie wolno ufać. 
—Ciągle to powtarzasz, ale chyba już ci nie wierzę. — Uśmiecha się. -1 coś ci wyjaśnię. Każda z pięciu ras Lśniących ma dobre 

i złe strony. Niektórzy stają po ciemnej stronie, inni po jasnej. Dlatego wciąż mówię, że nie wszystkie piksy są takie same. 

—Uważasz, że mój ojciec stanął po złej stronie? — Słowa Astleya mają sens. Piksy nie są „po prostu" złe albo „po prostu" 

dobre, i podobnie jest z ludźmi. Nie powinnam mieć problemu, by to pojąć. 

—Mówię  tylko,  że  twój  ojciec  skłania  się  ku  złu,  ale  nie  jest  przekonany.  Tak  jak  wielu  innych  Lśniących,  na  przykład 

zmiennokształtni.  Oni  zwykle  w ogóle nie są zorganizowani. Wątpię na przykład, czy twój wilk wie, do jakiej federacji należy - 
kończy z ironią. 

Uderza w złą strunę. Zabieram rękę, kładę ją na piersi i przyciskam drugą. 

—A ja wątpię, czy ktokolwiek raczył go o tym poinformować. 
—Posłuchaj, Zaro, nie mogę tu z tobą zostawać zbyt długo... — Astley się prostuje. — To byłoby niebezpieczne. Od razu by 

cię namierzył. 

Odwraca się, by wyjść przez okno, ale łapię go za rękaw. 

—Czy ja i moi przyjaciele powinniśmy... wyjechać? 

—On w końcu cię znajdzie. — Astley odwraca głowę tak, że widzę jego profil: ostry, zdecydowany, zdecydowanie nie ludzki. 

— Mogłabyś pójść ze mną, ochroniłbym cię. 

Coś ściska mnie w piersi. Wiem dobrze, że to propozycja tylko dla mnie. 

—Nie mogę. 
—Takiej odpowiedzi się spodziewałem. Muszę lecieć. — Astley wyraźnie smutnieje. W dżokejskim stylu podskakuje do okna, 

opierając stopę w połowie ściany, wyskakuje na zewnątrz i znika. 

Stoję w milczeniu. Wreszcie wraca mi oddech. Odwracam się do lustra. Wciąż jestem niebieska. 

Gdybym  potrafda  rzucać  urok,  mogłabym  schować  swój  kolor.  Zresztą  ten  błękit  to nie moja sprawka, tylko czar króla — 

któregoś z królów w każdym razie. Przyciskam czoło do zimnego brudnego lustra, próbując się uspokoić. 

—  Głębokie oddechy — mamroczę. — Oddychaj głęboko. Nie działa. Mam wrażenie, że ściany łazienki się do 

mnie zbliżają. Okno wciąż straszy jak wielki, czarny prostokąt niebezpieczeństwa. Astley przez nie wszedł, a to oznacza, że każdy 
może  się  tu  dostać.  Czuję,  jak  przechodzi  mnie  dreszcz,  szukam  jakiegoś  narzędzia.  Czym  miałabym  się  bronić?  Papierowymi 
ręcznikami?  A  może  papierem  toaletowym?  Co  prawda,  jest  sztywny,  ale  bez  przesady.  Do  kręgielni  też  nie  mogę  wrócić,  bo 
jestem niebieska! 

Z  moich  ust  wydobywa  się  jęk.  Piszę  do  Issie:  Przyjdź  do  łazienki  szybko.  Wysyłam.  Trochę  to  niegrzeczne,  więc  wystukuję 

kolejnego SMS-a: Proszę. 

Wpada  do  łazienki  pięć  sekund  później.  Drzwi  otwierają  się  gwałtownie,  uderzając  w  betonową  ścianę.  Usta  Is  są  szeroko 

otwarte ze zdumienia. 

—Co się dzieje? Potrzebujesz pomocy? Dostałaś... 
Urywa w połowie zdania i widzę, jak ślizga się na mokrej podłodze, machając rękami, by złapać równowagę. Rzucam się do 

przodu, żeby nie uderzyła w umywalkę. Łapię ją zdrową ręką. 

—Rany! - sapie Is. - Znowu jesteś niebieska. 
—Uhm. - Mam głos niczym mała dziewczynka, ale sfrustrowana jestem jak bardzo duża. 
—Nie możesz stąd wyjść w takim stanie. 
—Wiem. 

W oczach Issie dostrzegam psotne chochliki 

—A ja mam doskonały plan — mówi, gdy tylko udaje jej się oswobodzić z moich ramion.. 
—Naprawdę? 
—Tak jest. — Uśmiecha się szeroko. - Wiem, że jestem wyrzutkiem i nigdy nie wpadam na genialne pomysły ani plany, bo nie 

taka jest moja rola, ale... 

—Nie jesteś wyrzutkiem — przerywam jej. 
—Zaro?  Halo?  -  Pokazuje  siebie  palcem.  -  Jestem  jedynym  człowiekiem  w  naszej  czwórce.  To  właśnie  znaczy  „wyrzutek", 

jasne? 

-Ale... 

—Żadnych „ale". Nie przeszkadza mi to. - Is wyjmuje ze swojej wielkiej torby (różowej, w kropki, prześlicznej) jakiś pakunek. 

— Wyrzutkom zwykle udaje się przetrwać, no i nie mają tych wielkich moralnych dylematów, które dręczą wszystkich bohaterów. 
Więc naprawdę jestem zadowolona. Voila 

Wyciąga paczuszkę z naklejką Wal-Martu. 
—Kredki? - dziwię się. 
—Coś ty, głuptasie. Za grube na kredki. To farbki do twarzy. 

background image

 

 

53

Czeka, co powiem, a ja tylko się gapię. 

-  Rozumiesz? - Wymachuje paczuszką, wskazując swoje policzki. - Pomalujemy się, jakby specjalnie. Ozdobię swoją twarz, a 

potem załatwimy tak wszystkich pozostałych. To będzie coś w rodzaju wieczoru tematycznego. Zaplanowałam to na wypadek, 
gdybyś znowu zmieniła kolor. 

Podskakuję z radości i przytulam Issie. Jest taka drobna - nie tak jak Nick czy Astley. 

-  Piszczysz - zauważa, gdy ją puszczam. - Rozumiem, że to oznacza zgodę? 

—Cudowny pomysł! 

Uśmiecha się jeszcze szerzej i rozrywa opakowanie. -Widzisz? Wyrzutki są boskie. - Ogląda tubki. - Ja chyba chcę być zielona. 
Wybieram kolor. 

—Załatwione. 

 
 
 
 
 

Piksy potrafią być irytująco tajemnicze. Nie rozmawiajcie z nimi. Będą was zwodzić, a potem z was kpić, jak 
czarne charaktery w starych filmach albo nauczyciele fizyki. 

 
 
 
Po  kręglach  cała  nasza  czwórka  plus  Betty  rozmawia  (cale  wieki zresztą) o tym, czy ostrzeżenie Astleya to przypadkiem nie 

jedna wielka manipulacja. Betty, Dev i Nick głosują, że tak. Is i ja nie możemy się zdecydować. Devyn szuka w Internecie czegoś 
o  wałkiriach,  jednocześnie  czatując  z  Cassidy.  Is  stara  się  udawać  zadowoloną.  W  końcu  idą do domu, a potem Betty pozwala 
przenocować Nickowi u nas, bo okazało się, że jest trzecia w nocy. 

— Twoja babcia... - mruczy mi do ucha Nick, gdy przytulamy się na kanapie — ...jest najlepsza. 

Zasypiamy,  przytuleni  do  siebie,  oczywiście  ubrani,  bo  w  końcu  jeszcze  ze  sobą  nie  spaliśmy,  no  i  babcia  cały  czas  jest  w 

domu. Za to rano, zanim zdążyliśmy się choćby poruszyć czy ziewnąć, Betty wyszła na śniadanie do swojej ulubionej knajpki. A 
może od razu pojechała do pogotowia. 

Budzi  mnie  ból  ramienia.  Spalam  w  jakiejś  dziwnej  pozycji,  na  złym  boku, i teraz w prawej dłoni i palcach czuję mrówki, a 

reszta ręki zesztywniała i nie chce się ruszać. Z jękiem odsuwam się odrobinę od Nicka i próbuję się rozprostować. Jego ciało jest 
takie ciepłe, wilkołaczo ciepłe. 

Budzi się, gdy tylko ruszam ręką. Obejmuje mnie i przytula. 

—Na pewno jest za wcześnie, by wstawać. 
—Mhm. — Podkulam nogi. 

Nick dotyka mojej bransoletki na kostce. Wtulam się w jego szarą koszulkę i przez moment czuję się bezpieczna - całkowicie 

bezpieczna, jak wtedy, gdy byłam małą dziewczynką i ojczym układał mnie do snu. Dokoła mnie ustawiał barierę z poduszek, bo 
zawsze bałam się wyimaginowanych nocnych potworów. Wierzyłam, że dopóki tata jest ze mną, żaden się nie pojawi. Tak samo 
czuję się przy Nicku. Tyle że to złudne bezpieczeństwo. Bo tak naprawdę tylko my sami możemy je sobie zapewnić. A fakt, że 
Nick  próbuje  mnie  chronić,  czyni  go  tylko  bardziej  kruchym.  Zycie  to  nie powieść historyczna o ratowaniu dam z opresji — 
moje to raczej horror o ratowaniu wszystkich innych. 

—  Hej, Amnesty, o czym myślisz? — mruczy Nick w moje włosy. Wciąż bawi się zawieszonym na bransoletce delfinem. 

—O niczym. 
—Kłamczucha. 

—Myślałam o tym, jaki jesteś uroczy o poranku, choć trochę niechlujny. 

—Uroczy nawet z psim oddechem? — Uśmiecha się. -Hau. 

Zakrywa mi ręką usta i siada prosto. 

—A o czym naprawdę myślałaś? 
—O tym, jak mój ojciec... 
—Który? 

—Piks. Wtedy, gdy się tu włamał, pamiętasz? Poprzewracał meble ze złości, że nie chciałam go wpuścić do swojego pokoju. 

Koszmar. — Wzdrygam się. 

—To było złe — potwierdza Nick, przeciągając się. — Ale ty i tak wciąż czujesz się winna, że zamknęłaś jego i resztę tych 

potworów, prawda? 

Nie odpowiadam. 

-  Nie mieliśmy wyboru, Zaro. Mogliśmy ewentualnie wszystkich ich zabić. 

-  Nie wierzę w zabijanie. 
-  Nawet jeśli robisz to, by kogoś ocalić? 

background image

 

 

54

-  Nie.  Nigdy.  I  nie  mam  zamiaru  zmieniać  przekonań,  Nick.  Uważam  też,  że  to  straszne,  iż  o  mało  nie  zabiłeś  Astleya. 

Naprawdę. 

-  Inaczej on zabiłby mnie. 

-  Tego nie wiesz. Założyłeś, że tak się stanie, bo jest piksem. Zaatakowałeś go pierwszy? 

Nick nie odpowiada i widzę, że tego nie zrobi — co oznacza, że mam rację. Usatysfakcjonowana wstaję i cicho przechodzę do 

kuchni. 

-  Chcesz śniadanie? - pytam. 
-  Frytki? 

W worku na blacie leżą dobre do frytek ziemniaki, odpowiadam więc: -Są. 

-  Jajka w koszulkach? 

Otwieram lodówkę i zaglądam do środka. Stoi tam pudełko jajek czekających radośnie na rozbicie. -Są. 

-  Sok pomarańczowy? Wyjmuję plastikową butelkę. 
-  Jabłkowo-żurawinowy. 
Nick udaje, że się zastanawia, z trudem zwleka się z kanapy i podchodzi do mnie. 
-  No nie wiem... Jabłkowo-żurawinowy jest taki... 
-  Jaki? 
-  Mało męski. 
-  Słucham? Istnieje coś takiego jak „męski" sok? Ze niby pomarańczowy jest bardziej męski niż jabłkowo-żurawinowy? 
Nick łapie się krawędzi blatu i odchyla do tyłu, rozciągając mięśnie łydek. Stawiam butelkę z sokiem obok niego i widzę, że 

jest naprawdę zdziwiony. 

—Nick, daj spokój. To niemądre. I tak dostaniesz jajka w koszulkach. 

-No i? 
—  Czy jajka w koszulkach są męskie? Przechyla w zamyśleniu głowę. 

—A nie są? Quiche nie jest męski, to na pewno. Tyle że to jajko w cieście. W koszulkach powinny być w porządku. Chociaż 

najbardziej macho jest chyba jajecznica. Może powinniśmy usmażyć jajecznicę! 

Nalewam wodę do specjalnego rondelka, udając, że nie słyszę pytającego tonu Nicka. Zakręcam kran i wbijam pierwsze jajko 

do kieszonki z ciemnego plastiku, która uniemożliwia rozlanie się białka i żółtka. Po chwili wbijam drugie. 

—Zastanawiam się, czy powinniśmy uciec. 
—Poważnie? - pyta Nick dziwnym tonem. 
—Po prostu mam złe przeczucia. 

—Zaro, ty zawsze masz jakieś przeczucia. To się nazywa zamartwianie się. - Nick przesuwa się za mnie i kładzie mi ręce na 

ramionach, szepcząc do ucha: — Ja nie mogę uciec, ale ty byś mogła. To byłby dobry... 

—Bez ciebie nie. — W żołądku robi mi się wielki supeł. Odwracam się, przyciągam Nicka do siebie, przytulam z całych sił i 

dodaję: - Będziemy walczyli. Pokonaliśmy mojego ojca i tyle piksów po nim. Z tymi nowymi także sobie poradzimy. 

—Nigdy nie pozwolę, by ktoś cię skrzywdził - mruczy Nick w moje włosy. - Prędzej umrę, niż znowu coś ci się stanie. Tak mi 

dopomóż Bóg, Zaro. Umrę. 

— Ja też. -Co? 

-  Prędzej umrę, zanim pozwolę komukolwiek skrzywdzić ciebie, Issie, Devyna, Betty albo... - Urywam i odsuwam się od Nicka, 

by spojrzeć mu w twarz. - Robi się trochę melodramatycznie, co? 

Śmieje się, dotykając moich pleców, i schyla się, by mnie pocałować. 

— Tak. Trochę. 

 

Po  śniadaniu  jedziemy  nakarmić  piksy,  upewniając  się,  że nikt nas nie śledzi. Nienawidzę karmienia, bo doskonale wiem, co 

zobaczę  -  to  samo,  co  widziałam  już  miliony  razy  —  obnażone  zęby  w  oknach,  oczy  bardziej  dzikie  niż  u  jakiegokolwiek 
zmiennokształtnego, przebiegłe dziwne ruchy, źrenice, w których odbija się nie dobroć, lecz pragnienie — czyste pragnienie, tylko 
ono. 

Nie tym chcę się stać. 

Przez całą drogę do posiadłości mam zapięty pas, ale siedzę tak, by położyć głowę na ramieniu Nicka. On obejmuje mnie i 

prowadzi jedną ręką. 

-  Ten  Astley  strasznie  namieszał  mi  w  głowie  —  odzywam  się,  dotykając  palcem  wskazującym  dużego  okrągłego 

prędkościomierza na środku deski rozdzielczej. Podoba mi się, że wie się dokładnie, jak szybko się jedzie, wystarczy zerknąć. 

-  Dlaczego? - pyta Nick. 
-  Bo... bezustannie krytykuje wszystko, co robimy, i na dodatek... Jestem prawie pewna, że to przez niego robię się niebieska. 
-  Tak ci powiedział? 
-  No tak. 

-  A ty wierzysz we wszystko, co on mówi? Zabieram palec z licznika. 
-  No, wiem... 
-  Jesteś zbyt ufna, Zaro. 

background image

 

 

55

-  A ty zbyt często mnie pouczasz, mądralo. Napięcie wyraźnie opada. 
-  Racja. Ale pracuję nad tym. 

Mijamy kolejne drzewa, a potem obłażący z farby biały dom, przed którym leżą klatki na homary. Wjeżdżamy coraz głębiej w 

las, pałce Nicka muskają moją rękę. Materiał jego kurtki cicho szeleści. 

Odzywa się moja komórka — to Devyn. 

-  Mam dla ciebie informacje - mówi. 

Sygnał sieci zanika i w słuchawce strasznie trzeszczy. Krzyżuję palce na szczęście. 

-  Tak? 
-  W twojej krwi nie ma materiału genetycznego piksów. -Ani trochę? - Ściskam kolano Nicka. Czuję sztywny, 

zimny materiał jego dżinsów. Devyn odpowiada natychmiast: 

-  Nie, ani odrobiny. 

Piszczę z radości. Devyn jęczy ze śmiechem, że zaraz pękną mu bębenki. Rozłączam się i mówię wszystko Nickowi. 
Uśmiecha się tak szeroko, jak nigdy, wyrzucając pięść w powietrze. I całuje mnie, mimo że prowadzi samochód. 

-  To fantastycznie! 

-Wiem! - Z chęcią bym podskoczyła. - Nie mogę uwierzyć. 
-  A  ja  mogę.  -  Nick  patrzy  na  mnie  z  dumą.  Dotyka  mojej  twarzy  i  muska  palcem  policzek.  —  Tak  strasznie  się  cieszę, 

kochanie. 

Szczęście w końcu rozluźnia mi mięśnie. Nie miałam zresztą pojęcia, jak bardzo byłam spięta. A teraz wydaje mi się, że ktoś 

zafundował mi profesjonalny masaż. Łapię rękę Nicka i ściskam jego grube palce. 

-  Ja też się cieszę. 

Wjeżdżamy w boczną drogę i parkujemy. Za drzewami stoi ukryty skuter śnieżny. Nick i ja wsiadamy na niego, 

najpierw zakładając kaski. Silnik budzi się do życia i ruszamy przez las. 

Obejmuję Nicka w pasie. 

-  Trzymasz się? - pyta. Nie odpowiadam. 

Zygzakiem  jedziemy  między  drzewami,  trzymając  się  szlaku.  Las  jest  cichy,  spokojny,  nieruchomy,  wypełniony  białym 

światłem.  Gdy  wyjeżdżamy  na  polanę,  Nick  zwalnia  i  gwałtownie  zatrzymuje  skuter.  Cała  moja  radość  z  tego,  że  jestem 
człowiekiem, ulatuje. 

Nagle ciszę przerywa głos Nicka: 

-  Jasna cho... Zeskakuję ze skutera. 
-  Rozwalona! 

Metalowa  barykada,  którą  zbudowaliśmy  wokół  posiadłości,  wygląda,  jakby  przeszło  przez  nią  tornado.  W  śniegu  błyszczą 

kawałki lśniących przedmiotów. Połamane podkłady kolejowe i szyny leżą na ziemi. Kawałki pokręconego drutu kolczastego wiją 
się jak węże, poruszając się na wietrze niczym do taktu piosenki, której nie słyszymy. 

Posiadłość  stoi  tam,  gdzie  stała,  wysoka  i  smutna.  Bariery  z  metalowych  przedmiotów  i  drutu,  które  zamontowaliśmy  na 

oknach, zostały oderwane i rzucone na ziemię. Wszystkie są powyginane jak szkielety — dowód, że przez jakiś czas udało nam się 
utrzymać piksy w środku. Ale już koniec. Przechodzi mnie dreszcz. Wiatr szepcze mi do ucha groźby. Czy mój ojciec wciąż tam 
jest? Czy żyje? Czy w środku zostały jeszcze jakieś piksy? 

Nie myśląc, co robię, ruszam przez śnieg w stronę zwalonej barykady. Nick dogania mnie w dwie sekundy i łapie za ramię. 

-  Zaro, nie idź tam. 
-  Przecież widać, że już po bitwie. Pewnie rozegrała się tej nocy. 

-  To pułapka. 
-  Nick, tam może być mój ojciec. 
-  Sama powtarzasz, że to nie on nim jest. 
-  Nie możemy tak po prostu pozwolić mu umrzeć. 
-  Oczywiście, że możemy. - Nick zatrzymuje się i węszy. 

Wydaje mi się, że w posiadłości ktoś szepcze, ale nie jesteśmy w stanie usłyszeć konkretnych dźwięków. Okiennica z hukiem 

spada na ziemię, aż podskakuję. Nick ani drgnie. 

-  Co? - pytam. Nie odpowiada. 
-  Co się dzieje? 

-  Czuję krew. - Wymawia to słowo powoli, cicho, jakby mełł w ustach przekleństwo. 

-  Czyją krew? 
-  Piksów. 

Nie  wiem,  jak  udaje  mi  się  to  zrobić,  ale  wyrywam  się  z  uścisku  Nicka,  odwracam  i  ruszam  do  frontowych  drzwi wielkiego 

białego domu. Są otwarte, wiszą na zawiasach. Zaglądam do środka i zatrzymuję się. Nick jest tuż za mną. 

-  O nie... — szepczę. 

Nick przytula mnie do piersi, ale zobaczyłam już wystarczająco dużo. Ten porażający, koszmarny obraz utkwi w mojej pamięci 

jak  kadr  z  kiepskiego  horroru:  powykręcane  ciała  leżące  na  marmurowej  podłodze,  krew  rozbryzgana  na  ścianach  w  takich 
ilościach,  jakby  wypływała  z  przeciętych  arterii,  kończyny porozrzucane na podłodze, szeroko otwarte oczy, usta rozchylone z 

background image

 

 

56

przerażenia.  Odsuwam  się  gwałtownie  od  Nicka  i  patrzę.  Po  chwili  zaczynam  się  poruszać.  Wstrzymuję  oddech,  chodząc  od 
jednego ciała do drugiego. 

— Zaro, co robisz? 
-  Szukam ojca. 

Nie zatrzymuję się. Mijam jakąś kobietę w rozdartej różowej sukni. Podchodzę do ciemnowłosego mężczyzny, 

ale to nie ojciec. Z jego ust cieknie strużka krwi. Zamykam na chwilę oczy, po czym ruszam schodami na górę. Nick łapie mnie 
za rękę. 

—Zaro... 

W jego oczach widzę zarazem ból i życie, pustkę i poruszenie. Ciekawe, czy moje wyglądają podobnie, czy może są jak oczy 

martwych piksów skłębionych na podłodze. 

—Muszę sprawdzić, czy on tu jest, Nick. Zaciska usta i po chwili mówi: 
—Poszukam z tobą. 

—  Nie  musisz.  -  Wchodzę  po  długich  kręconych  schodach.  Mijam  młodego,  jasnowłosego  piksa  —  to  nie  Astley.  Ktoś 

poderżnął mu gardło. W ustach czuję nagle gorzki smak. Podchodzę do poręczy, by się opanować, ale tam też jest pełno krwi. 
Krew jest wszędzie. Przyciskam dłoń do ust. 

Nick mija mnie, mówiąc: 

—Pójdę pierwszy. Wyjmij nóż. 

Ręką trzymającą nóż łapię się jednocześnie kurtki Nicka i idę za nim na górę. Gdy tam docieramy, widzimy ciemny korytarz, 

nie pali się ani jedna żarówka. 

—Czujesz coś? - pytam szeptem. 
—Śmierć. Czuję śmierć. - Bierze mnie za rękę. 
—Czy ktoś przeżył? Bo mam gęsią skórkę. 

Nick nabiera powietrza. Mimo że ogrzewanie działa, wciąż drżę. 

—Nick? - 

Powoli kiwa głową, wskazując, bym jeszcze kawałek szła za nim, lecz tego nie robię. Wciąż trzymam się jego kurtki, ale idę 

obok niego. Staję na czymś mokrym i spodziewam się, że to krew, jednak to tylko woda — wylana z plastikowej butelki, którą 
ktoś  upuścił  przy  drzwiach  pokoju.  Przypomina  mi  się  dzień,  w  którym  umarł  mój  ojczym,  zaraz  po  powrocie  z  naszego 
wspólnego  treningu.  W  podobny  sposób  upuścił  butelkę  na  podłogę  w  kuchni.  Nick  gestem  nakazuje,  bym  była  cicho,  i 
wchodzi do pokoju. 

Unoszę  brwi.  Tutaj  światło  jest  zapalone,  ale  w  środku  nie  widzę  nikogo.  Nie  ma  też  żadnych  ciał.  A  łóżko  -  z  satynową 

pościelą - jest starannie zasłane. Za to korytarz wciąż jest ciemny, przerażający, przesiąknięty zapachem krwi i rzezi. Nick krzywi 
się z niezadowoleniem i gestem każe mi zostać na miejscu. Kręcę głową i chcę 
ruszyć za nim. 

Patrzy mi prosto w oczy, błagalnie. Moje spojrzenie jest chyba podobne, bo w końcu kiwa głową i bierze mnie za rękę 

zaciskającą się na rękojeści noża. Robimy kolejny krok i wchodzimy do pokoju. Jest tu dwoje dużych drewnianych drzwi, a tuż za 
łóżkiem toaletka i krzesło. Na podłodze leżą kajdany. Wskazuję głową dalsze drzwi i czuję, jak całe ciało Nicka przeszywa 
dreszcz. Jego ręka w mojej drży, lecz po chwili uspokaja się i łapie mnie mocniej. Wiem, że za chwilę się przemieni. Gdy 
nadchodzą kolejne drgawki, puszcza mnie, ale jeszcze zdążam poczuć, jak jego palce skracają się i zmieniają w coś dziwnego, 
obcego, futrzaste-go. Boję się choćby szepnąć słowo. Opieram się o ścianę. Szwy w spodniach Nicka pękają, ale nie patrzę. Nie 
chcę patrzeć. Gdy się przemienia, jest taki bezbronny. Ja także. Rozglądam się po pokoju, szukając jakiegoś zagrożenia, gotowa 
bronić nas obojga. 

Słyszę  warknięcie  gdzieś  z  poziomu podłogi. Oczywiście wiem, że Nick mnie nie zrani, lecz i tak czuję, jak mój żołądek się 

wywraca. Już nie ma sensu się kryć. Strzelam palcami, by przywołać go do siebie - choć wiem, że później dostanę za to manto. 
Nick nie znosi, gdy traktuję go jak psa. Wstaje jednak i przywiera do mojego boku. 

- Co się dzieje? - pytam szeptem. 

Odpowiada niskim warknięciem, kładąc uszy po sobie. Obnaża zęby i wpatruje się najbliższe drzwi. 

Kładę rękę na pokrytym gęstym futrem karku. Czuję napinające się mięśnie gotowe do ataku. Nick chce skoczyć na coś, na 

kogoś. Szukam obroży, czegoś, czego mogłabym się złapać i go powstrzymać, ochronić. 

Drzwi otwierają się szeroko. 

-  Ach,  Zaro!  Czy  może  powinienem  powiedzieć  „księżniczko"?  Wciąż  jesteś  człowiekiem?  -  pyta  stojący  w  progu  piks.  Jest 

wysoki, blady, ciemnowłosy jak ja i starszy od nas. Oblizuje usta zakrwawionym językiem. To nie Astley. To nie mój ojciec. To 
nieznany mi piks, który emanuje siłą. -Ale już niedługo, jak sądzę. Tylko spójrz na ten błękitny odcień twojej skóry. Widzę, że się 
zbliżamy. 

Nie patrzę na swoje ręce, tylko wbijam wzrok w jego oczy. 

-  Pewnie chcesz sprawdzić, co u tatusia. - Uśmiecha się. 

Mięśnie karku Nicka napinają się, serce zamiera mi w piersi, futro wymyka się z moich palców. 

-  Nie, Nick! Zostań! 

background image

 

 

57

Nick przeskakuje przez łóżko i rzuca się na piksa, który skoczył w tym samym momencie. Spotykają się w powietrzu. Futro 
miesza się z ciałem. Widzę, jak Nick zaciska szczękę, a piks otwiera usta, pokazując zęby. Obaj poruszają się tak szybko, że ich 
kontury się zacierają. Nagle uderzają w okno i wypadają na zewnątrz. 

-  Nick! - wołam. 

Potykając  się-,  podbiegam  do  okna.  Leżą  na  ziemi  i  walczą.  Nie  mogę  skoczyć,  jest  za  wysoko.  Odwracam  się.  Słyszę 

dobiegający z łazienki jęk. 

-  Zaro... 

Mój  ojciec  z  trudem  podchodzi  do  drzwi.  Ma  poranioną,  krwawiącą  szyję.  Krew  pokrywa  też  ciemne  włosy.  Z 

westchnieniem wyciągam rękę. 

-  Idź, nic mi nie będzie, Zaro... - Urywa. 
-  Tak? — Pomagam mu się położyć, choć chcę tylko zbiec na dół, pomóc Nickowi, zrobić milion rzeczy naraz. 

-  Bądź ostrożna. Ostrzeż swoją matkę, jeśli... Kiwam głową. 
-  Zostań tu. Zaraz wracam. 

Spogląda mi w oczy, ale natychmiast odwraca wzrok. 

Zbiegam  na  dół  tak  szybko,  jakbym  miała  skrzydła.  Wypadam  na  dziedziniec,  gdzie  walczą  wilk  i  piks.  Obaj  krwawią,  są 

wyczerpani.  W  ich  oczach  widzę  szał,  dzikość.  Ciemnowłosy  król  się  uśmiecha.  Tam,  gdzie  człowiek  ma  paznokcie,  jemu 
wyrastają pazury. Wilk gotuje się do skoku. 

-  Nick! - wyrywa się z moich ust, a on odwraca się do mnie na ułamek sekundy... I królowi to wystarcza. 

Ostre  zęby  zatapiają  się  w  futrze  Nicka,  rozdzierając  mu  szyję.  Choć  wilcza  szczęka  zaciska  się  na  ramieniu  piksa,  to  nie 

wystarcza. Król wbija pazury w pierś Nicka, obalając go na ziemię. Wilczym ciałem wstrząsa spazm, a z szyi tryska krew. Jestem 
przerażona. 

-  Nie! — Biegnę po śniegu w jego kierunku. Podnoszę kawałek szyny, by oddzielić siebie i Nicka od piksa. 

Ten zaś uśmiecha się kpiąco i spokojnie. 

Zabawne. W jednej łapce żelazo, w drugiej nóż. Ogon Nicka bezwładnie leży na śniegu obok mnie. Słyszę cichy zwierzęcy 

pisk, a potem głębokie westchnienie. 

-  Nie skrzywdzisz go! — Podnoszę wyżej szynę. — Rozumiesz? Nie skrzywdzisz go! 
-  Ojej,  straszna  ludzka  dziewczynko,  cały  się  trzęsę.  —  Piks  ze  śmiechem  rzuca  się  w  naszą  stronę,  mimo  krwawiącego 

ramienia. 

Robię zamach i trafiam go żelazem w głowę. Wycofuje się. Widzę wielki ślad oparzenia na nieskazitelnej bladej skórze. Dotyka 

rany. 

-  Zapamiętam to sobie - mówi i uśmiecha się kpiąco. Przez moment przypomina mi ojca. — Księżniczko. 

Mam  gdzieś  twoją  „księżniczkę"!  -  Znów  podnoszę żelastwo, przesuwając się przed nieruchomo leżącego Nicka. Szyna 

dobrze  leży  w  ręku  i  choć  boli  mnie  nadgarstek,  adrenalina  pozwala  o  tym  zapomnieć.  Głos  także  mam  spokojny,  lecz  przez 
moment wydaje mi się, że nie należy do mnie, choć wydobywa się z moich ust. — Zaraz zafunduję ci nowe wspomnienia. 

Patrzy pytająco i uśmiecha się coraz szerzej. Robi krok do tyłu i rozkłada ręce jak skrzydła. 

-  Wrócę po to, co należy do mnie. 

Ale ja nie chcę, by odlatywał. Chcę go zranić. Nagle znów słyszę swój hardy, prowokujący głos: 

No i dlaczego teraz uciekasz, co? Dlaczego od razu mnie nie zabierzesz? 

Przechyla lekko głowę w moją stronę. Widzę, że dość mocno krwawi z ucha i szyi. 
-  Większą przyjemność sprawi mi obserwowanie, jak patrzysz na śmierć swojego wilka. Lubię melodramaty. Wrócę po ciebie, 

możesz być pewna. 

Wznosi  się  gwałtownie  w  niebo  i  znika.  Nick  wydaje  jęk,  który  łamie  mi  serce.  Odrzucam  żelastwo,  padam  na  kolana  i 

podnoszę ciężkie wilcze ciało Nicka, by wziąć je w ramiona. 

-  Przepraszam, że nie potrafiłam cię ochronić - szepczę. — Tak mi przykro. 
Jego pierś z trudem się podnosi, oddech urywa. Dotykam wilczych żeber, przynajmniej jedno jest złamane. Oczy Nicka powoli 

się  otwierają  —  wielkie,  brązowe,  patrzące  z  wyrzutem.  Na  jego  nos spada łza — moja. Wilk wyciąga język i delikatnie dotyka 
mojego policzka. Zrywam z siebie kurtkę i przyciskam ją do rany na szyi. 

-  Nie chciałam cię skrzywdzić - mówię. - Nigdy nie chciałam, by coś ci się stało. 

Próbuje  podnieść  głowę,  ale  nie  ma  siły  tego  zrobić.  Zamyka  oczy,  pozwalając,  by  zabrała  go  nieświadomość —  nikomu 

innemu nie pozwoliłby tak sobą zawładnąć. Kładę go na śniegu, wyjmuję nowy telefon i wciskam klawisz z numerem Issie, ale 
oczywiście nie ma zasięgu. Wredne granitowe góry i kiepskie nadajniki. 

Przesuwam się, próbując położyć sobie Nicka na kolanach i ucisnąć jego ranę. 

— Zabiorę cię stąd — szepczę. — Obiecuję. 

 
Gdy  piksy  umierają,  tracą  swoją  zasłonę  -  czar.  To  właśnie  dzięki  niemu  wyglądają,  jakby  miały  ludzką  skórę.  A  po  śmierci 

okazuje  się,  że  ich  skóra  jest  jasnoniebieska,  przetykana  siecią  cienkich  żyłek  przeplatających  się  jak  bluszcz.  Na  rękach  i  na 
twarzach są ciemniejsze. W pewien obcy, dziki sposób jest to piękne. 

Zeby zabrać Nicka z posiadłości, muszę przejść obok kilkunastu ciał. 

background image

 

 

58

Zeby zabrać Nicka, muszę najpierw wrócić do budynku i znaleźć coś, na czym mogłabym go pociągnąć, bo nie mam siły, by 

zanieść go do skutera - skuter zaś nie przejedzie przez drut kolczasty i żelazne sztaby. 

Wchodzę do domu i nasłuchuję. Żadnego ruchu. Żadnych jęków. Tylko śmierć. 

-  Tato?! — wołam, patrząc w górę, tam, gdzie na schodach leży czerwony dywan i są martwe piksy. 

Cisza. 
Nigdy nie nazwałam go tatą. 
-  Królu! - wołam znowu. Wciąż cisza. 

Wbiegam po schodach, próbując omijać niebieskawe kończyny i kałuże krwi. Wpadam do sypialni, ale... nie ma go. 

-  Świetnie - mruczę. - Bardzo ładnie mnie tak zostawiać. Mamy kolejną nominację do tytułu Tatusia Roku. 
Ściągam kapę z łóżka i przerzucam ją sobie przez ramię, a potem wycofuję się korytarzem, w dół schodami i na 

dwór. Nick wciąż leży na śniegu w wilczym ciele i wciąż krwawi. 

Kładę kapę na ziemi i próbuję wciągnąć na nią Nicka tak delikatnie, jak tylko potrafię, ale to trudne. Spogląda na mnie pełnymi 

cierpienia brązowymi oczami. Wzdryga się z bólu. Kłapnąwszy zębami, kieruje na mnie zażenowane — chyba — spojrzenie, gdy 
przesuwam na koc jego tylne nogi. 

— Przepraszam. Naprawdę próbuję być delikatna. 
Warczy cicho, ale przyjaźnie. 

Owijam kapę wokół wilczego futra i zaczynam ciągnąć. 

 
Arystoteles powiedział, że „prowadzimy wojny, aby zażywać pokoju". 

Nie  wiem,  co  o  tym  myśleć.  Nie  mam  pojęcia.  Wszystkie  wojny  na  świecie,  wszelkie  niebezpieczeństwa — zawsze były tak 

odległe. Ale teraz, gdy pojawiły się obok mnie, nie panikuję. Działam metodycznie, choć moja twarz jest pewnie blada ze strachu. 
Serce wali mi jak młotem, niesamowicie głośno. Co chwila podnoszę głowę, obserwując niebo w poszukiwaniu drapieżników - 
piksów z ostrymi zębami, kobiet z czarnymi łabędzimi skrzydłami. 

-  Trzymaj się - nakazuję Nickowi. - Masz się trzymać. Zabiorę cię stąd. 

Jakoś udaje mi się zrobić z narzuty i podkładów kolejowych prowizoryczne sanie, które przywiązuję łańcuchami do skutera. 

Palce mam zmarznięte i zdrętwiałe, co sprawia, że jestem bardziej niezdarna niż zazwyczaj, ale w końcu osiągam cel. 

-  Wszystko w porządku? - pytam, ale Nick tylko cicho skamle. - W porządku — odpowiadam za niego. — Mamy tylko jedno 

życie, więc wszystko musi być w porządku. 

Nick  oddycha  ciężko.  Zamyka  i  otwiera  oczy.  Zatapiam  dłoń  w  jego  futrze  i  patrzę,  jak  nikną  w  nim  moje palce. Jesteśmy 

połączeni. Wiem to. Wiem. 

- Nie stracę go - szepczę. I nie jest to życzenie, tylko oświadczenie, które składam samej sobie. 
Zanim wsiadam na skuter i odjeżdżam, raz jeszcze zerkam na posiadłość piksów. Znów jest niewidzialna, chroniona dawnym 

urokiem  przed  ludzkim  spojrzeniem.  Ale  ja  wiem,  że  to  wcale  nie  jest  idylliczny  krajobraz  Nowej  Anglii,  przykryty  świeżym 
śniegiem i otoczony sosnami, i ple, ple, ple... Nie, ja wiem, że na środku tego pola odbyła się rzeź. Tylko ciała zostały ze stworzeń, 
które tu uwięziłam. 

To  moja  wina.  Przynajmniej  częściowo.  Ta  świadomość  uciska  mnie  jak  wielki  ciężar,  wysysając  jednocześnie  całą  nadzieję. 

Stało się. Stało. One nie żyją, a Nick jest ranny. Nie mogę zrobić nic, by to zmienić. 

Odpalam więc skuter, sprawdzam, czy Nick leży wygodnie, i próbuję dostać się gdzieś, gdzie mój głupi telefon w końcu złapie 

zasięg,  żebym  mogła  zadzwonić  do  Issie,  Betty,  sprowadzić  pomoc  dla  Nicka,  odnaleźć  jakoś  ojca  i  dowiedzieć  się,  jak 
powstrzymać nowego króla. Bo jest oczywiste - aż za bardzo - że on wróci. Jego wojna dopiero się rozpoczęła. 

 
 
 
 
Wskazówka 
Nie wahajcie się zabić piksa. Po prostu to zróbcie. 

 
 
 

Dopiero po mniej więcej pół mili wreszcie pojawia się zasięg. Zatrzymuję skuter, wciskam klawisz i biegnę do Nicka. 
—Babciu, to ty? - rzucam, gdy tylko odzywa się kliknięcie. 

—Nie. Mówi oficer Clark. Czy to Zara? 

—Tak. Tak. - Wpatruję się w szare niebo nad drzewami, jakby moje spojrzenie mogło coś naprawić. — Jest tam Betty? 
—Hm. - Słyszę chrząknięcie. — Sytuacja tutaj jest dość kiepska... Mamy... Zaro, był wypadek. 
—Co? — Odwracam się, o mało nie upuszczając telefonu. — Z babcią wszystko w porządku? 
—Tak, udziela pomocy. Po prostu... Jest źle. Muszę iść. Powiem, żeby oddzwoniła. 

—Moment. Niech jej pan... 

Rozłączył się. Zauważam wiewiórkę, która spaceruje po gałęzi niczym jakiś cholerny cesarz i ćwierka na mnie jak ptak. 

—Wiem, wiem. Dobrze — mruczę pod nosem. 

background image

 

 

59

Sprawdzam, co z Nickiem. Ledwo oddycha. Kurtka, którą go okryłam, cała jest we krwi. Powtarzam mu, by się nie poddawał, i 

dzwonię do Issie. Słyszę sygnał za sygnałem. 

—  Cześć, Zaro. - Głos jest lekko zduszony, ale znajomy. Przełykam z ulgą ślinę. Kucam przy Nicku, dotykam 

wierzchem dłoni jego grzbietu i znów podnoszę głowę, wypatrując na niebie niebezpieczeństwa. 

-  Zaro? — Głos Is wyrywa mnie z zamyślenia. 
-  Issie, mamy problem. Wielki problem. 
-  Co się stało? 

Moja ręka dotykająca wilczego futra zaczyna drżeć, a ja nie mogę jej uspokoić. 

-  Chodzi o Nicka. Jest ranny, poważnie ranny. A piksy. .. część nie żyje, a reszta zniknęła. 
-  O czym ty mówisz? Chyba nie byłaś w tym autobusie? 
-  Jakim autobusie? Issie, posłuchaj! Były jakieś inne piksy. Zaatakowały Nicka i... 

Urywam, bo wydaje mi się, że Issie upuściła telefon. 

-  Issie? Is? 

Nick lekko zamrugał. Piękny wilczy pysk odrobinę się porusza. Mimo przerażenia i troski widzę, jak bardzo stara się utrzymać 

przy życiu. 

-  Zaro, tu Dev. Issie zemdlała. Zadzwonię później, dobrze? — Devyn mówi szybko i nerwowo. 
-  Nie! - wrzeszczę do słuchawki. - Nie możesz zadzwonić później. Nick... 

Ale połączenie zostało przerwane. Dzwonię znowu, lecz żadne nie odbiera. 

-  Cholera! — Rzucone z frustracją słowo odbija się echem w lesie. 

Od  razu  żałuję,  że  krzyknęłam.  Gdzieś  tu  mogą  się  ukrywać  inne  piksy.  Być  może  obserwowały,  jak  powoli  jechałam  na 

skuterze przez las, patrzyły na Nicka, którego ciągnęłam za sobą, i czekały na odpowiedni moment, by zaatakować. 

Do  skutera  przyczepiony  jest  z  boku  żelazny  pogrzebacz.  To  nie  najlepsza  broń,  ale  zawsze  jakaś.  Odrywam  taśmę  klejącą, 

która go przytrzymywała, i biorę w zdrową rękę. Biegiem wracam do Nicka, który tymczasem zmienił się w człowieka. 

-  Nick? - mówię cicho. Upuszczam pogrzebacz w śnieg i padam na kolana, dotykając twarzy Nicka. Jego 

skóra zrobiła się biała. Odsuwam koce, by obejrzeć rany. Każda z nich obficie krwawi. Na ciele widzę mnóstwo siniaków. 
Przykrywam go. — Kochanie? Jęczy. 

-  Nick? - Z moich oczu kapią łzy i lądują na jego policzku. — Sprowadzę pomoc, dobrze? 

Otwiera oczy. Coś jest z nimi nie tak — są zamglone od bólu. Porusza ustami, więc pochylam się jeszcze bardziej. 

-  Nie słyszę cię. 
-  Umieram — szepcze. 

-  Nie, wcale nie. - Całuję go w czoło. Jest piekielnie gorące. — Nie umrzesz. 

Zamyka oczy, traci resztki sił. Przyciskam dłoń do jego ramienia, znów czuję żar. 

-  Musisz leżeć spokojnie, skarbie. Leż spokojnie, bo ci się pogorszy. 

Próbuje  poruszyć  powiekami  i  po  chwili  się  uspokaja.  Jakby  toczył  niesamowitą  walkę  z  samym  sobą.  Z wysiłkiem  otwiera 

oczy. Schylam się i przyciskam usta do jego ust. 

-  Nic ci nie będzie, przysięgam. Ochronię cię. Czuję jego poruszające się wargi. 

-  Kocham cię. - Przez moment oczy Nicka są silne, takie jak dawniej. - Zawsze będę cię kochał, bez względu na wszystko. 
-  Zawsze będziemy się kochali - powtarzam. - W porządku? Muszę teraz zabrać cię do miasta. Dotrzemy do drogi i wezwę 

karetkę. Nic ci nie będzie. 

Nick zamyka oczy. 

-Nie... martw... się... zawsze... 
Ujmuję jego głowę i unoszę ją. 

-  Nie zasypiaj! Nick, skarbie, zostań ze mną. Zza moich pleców dobiega kobiecy głos: 
-  Nie może z tobą zostać. 

Moje ciało przebiega dreszcz. Nie odwrócę się. Nie spojrzę na nią. Wiem, kim jest. Jedną z walkirii: Thrud. Mam wrażenie, że 

płonę. 

-  Wynoś się stąd. 

Czuję powiew powietrza. Walkiria unosi się i ląduje po drugiej stronie leżącego Nicka. Ma ogromne skrzydła i cała promienieje. 

Ale jej twarz nie przypomina szczęśliwego anioła, bardziej ostrze noża. Którym rozcina mi serce na pół. 

-  Nie  ocalisz  tego  wojownika  -  mówi.  Każde  słowo  wbija  się  we  mnie  niczym  sztylet.  Każde  słowo  jest  wyrokiem  śmierci, 

którego nie chcę słyszeć. 

Łapię  pogrzebacz  i  ostrożnie  przechodzę  nad  Nickiem,  by  stanąć  oko  w  oko  z  Thrud.  By  go  dostać,  będzie  musiała  mnie 

pokonać. Zaciskam palce na zimnym żelazie. 

-  Nie pozwolę ci go zabrać. 
-  Nie masz wyboru. 

-  Zawsze jest jakiś wybór. - Nie czuję ciała Nicka, a chciałabym jakoś się upewnić, że wciąż tam jest. Robię więc krok do tyłu, 

by piętą lekko dotykać jego ręki. Nie porusza się. 

Skrzydła walkirii przypominają czarne, wywrócone na lewą stronę walentynkowe serce. 

background image

 

 

60

-  Nie, mylisz się - mówi. - Nie zawsze jest wybór. Wiatr się wzmaga. Do oczu wpada mi śnieg, miękki 

i zimny. Zastanawiam się, czy to jej sprawka. 

-  Wolisz,  by  umarł  tutaj,  i  nie  pozwolisz,  by  żył  dalej  jako  wojownik  po  stronie  dobra  w  komnatach  Walhalli?  —  Thrud 

uśmiecha się kpiąco. — Jesteś nie tylko chciwa, ale i samolubna, jak wszyscy ludzie. 

-  On nie umrze — powtarzam. 

Walkiria kiwa głową i przez moment wydaje mi się, że dostrzegam na jej twarzy przebłysk człowieczeństwa. 

-  Ależ tak. I to wkrótce. 

Coś  we  mnie  pęka.  W  mojej  głowie  i  w  sercu  jest  tylko  rozpacz.  Drżą  mi  ręce,  a  palce  rozluźniają  uchwyt.  Nick  umiera. 

Umiera, a ja nie mogę go ocalić. Jest bardzo blady i ledwo oddycha. Jego ciało to już tylko skorupa, prawie pusta, pozbawiona 
życia. Zginam się wpół, ale tylko na chwilę. Prostuję plecy i próbuję podać walkirii trzymaną w ręku broń. 

—W takim razie zabij i mnie. I zabierz ze sobą. Ja nie... Nie mogę go stracić. 

Kręci głową. Długie włosy powiewają na wietrze. Jej spojrzenie znów robi się stalowe. 

—Nie jesteś wojowniczką, tylko dziewczyną. Człowiekiem. 

Słyszę czyjś szloch — mój własny. Błagam więc: 

— Proszę... 

Thrud  ani  drgnie.  Wiatr  się  uspokaja.  Wszystko  wokół  rozjaśnia  się,  płatki  śniegu  przestają  wirować.  Widzę  każdy  szczegół 

walkirii - każdy włos, każde pióro. Nie chcę jednak zaakceptować jej istnienia. 

—Proszę...  Jestem  w  połowie  piksem,  nie  całkiem  człowiekiem.  —  Prawie  wpycham  jej  pogrzebacz  do  rąk.  -  Robię  się 

niebieska, zupełnie jak piks. Weź mnie. Jeśli musisz zabrać jego, weź także mnie. 

—Nie,  twój  ojciec  jest  piksem.  Ty  sama  pozostałaś  człowiekiem  podatnym  na  magię  piksów.  Być  może  kiedyś  staniesz  się 

jedną z nich, ale teraz wciąż jesteś dziewczyną... tylko człowiekiem. — Lekko wzrusza ramionami i robi krok do przodu. — Nie 
byłaś nigdy wojownikiem, nikogo nie zabiłaś. 

Jakaś część mnie nabiera siły. 

—Nie. Zbliżaj. Się. — Wymachuję pogrzebaczem. -Albo cię zabiję. 

Jej usta drgają, jakby chciała się uśmiechnąć. Nie uważa mnie za zagrożenie, ani trochę. Porusza nosem. 

-  Zbliżają się piksy, mała. Wskazuje gdzieś za mnie. 

Nie odwracam się jednak — nie dam się nabrać. 

-  Nie odwrócisz mojej uwagi — mówię. Wzdycha i odpowiada: 

-  Czas twojego wojownika już minął. Muszę się pospieszyć, zanim obie go stracimy. 

Jej  postawa  nagle  się  zmienia.  Zbieram  siły  i  próbuję  dźgnąć  ją  pogrzebaczem,  ale  walkiria  tylko  mnie  mija,  jakbym  była 

szczeniakiem, i ręką uderza mnie w bok. 

-  Nie!  -  wykrzykuję  to  słowo  jak  przekleństwo  i  modlitwę.  Odwracam  się,  rzucam  do  przodu  i  łapię  Thrud  za  kostkę 

dokładnie  w  chwili,  gdy  ona  bierze  Nicka  na  ręce.  Wbijam  paznokcie  w  jej  skórę  i  widzę,  że krwawi na czerwono. Pomagam 
sobie chorą ręką, by wzmocnić uścisk. -Nie możesz go zabrać! 

Skrzydła walkirii rozkładają się i napinają nad nami. Łapią wiatr i Thrud zaczyna się unosić, ciągnąc mnie za 

sobą. 

-  Puść - syczy. 

-  Nie! - Czuję, jak moje stopy odrywają się od ziemi. - Nie! 

Wciąż się wznosimy. Coraz wyżej. 

-  Puść, dziewczyno! — powtarza Thrud głosem przepełnionym gniewem. — Ludzie nie mają prawa wejść do Walhalli. 
-  Nie możesz go zabrać. — Rozluźniam uchwyt. Chora ręka zwisa bezużytecznie. Cholera. Cholera. - Potrzebuję go. 

Wznosimy  się  jeszcze  trochę,  jakieś  sześć  stóp  nad  ziemię.  Nie  obchodzi mnie to, nie boję się wysokości. Boję się tylko, że 

stracę Nicka. 

-  Proszę, zostaw go — powtarzam. — Zaopiekuję się 

nim. Błagam... 

Walkiria potrząsa nogą. 
-  Żebrzesz jak pies. Gdzie twój honor? 

-  On jest mój! - krzyczę. Palce drżą od ciężaru. - Kocham go! Proszę! 
-  Przykro mi - odpowiada szeptem, znów próbując strząsnąć mnie ze swojej nogi. — Potrzebujemy wilka, by walczył. Martwy 

nie przyda się nikomu, będzie gnił w ziemi. A teraz puszczaj. 

Wolną nogą kopie mnie, wbijając obcas w moje palce. Kurczą się — tylko na sekundę, lecz to wystarczy, bym rozluźniła uścisk 

i spadła. Najpierw o ziemię uderzają moje stopy. Wstrząs czuję w całym ciele aż po czubek głowy. Uginam kolana i trzymam się, 
lecz sekundę później upadam prosto na leżący na śniegu pogrzebacz. Czuję zimny metal po prawej stronie kręgosłupa. Podnoszę 
wzrok. 

Zniknęli. 

Nie mogłam go ocalić. Nie potrafiłam zatrzymać. 

-  Nie.  -  Już  nie  krzyczę,  tylko  szepczę.  Wypowiadam  to  słowo  raz,  potem  drugi  i  kolejny,  jak  mantrę.  —  Nie,  nie. 

Nienienienienienie... 

background image

 

 

61

Czuję, jak ogarnia mnie od środka pustka - tak samo pusto jest na niebie. Jakby pochłaniała mnie wielka czarna dziura, każdy 

mój kawałek, wymazując istnienie. Nick. Nick odszedł. 

 
 
 
 
Wskazówka 
Piksów nie interesuje wasza żałoba. Nie przyślą wam kwiatów i nie będą trzymać za rękę. Zapomnijcie o liściku z 
kondolencjami. Prędzej któryś was ugryzie. 

 
 
 
Odszedł.  Jego  krwawiące,  poranione,  piękne  ciało  jest  w  miejscu,  do  którego  nie  mam  dostępu.  Nie  usłyszę  już  jego 

głębokiego warkliwego głosu. Nie poczuję jego warg na moich ustach. Nigdy nie wplecie palców w moje włosy. Nie będę już 
mogła żartować z psiego jedzenia i hydrantów. 

Leżę przez chwilę na ziemi, wpatrując się w białe niebo. Patrzę, patrzę, ale niczego nie widzę. 
Kątem  oka  widzę,  że  ktoś  wychodzi  z  lasu.  Sięgam  ręką  pod  plecy,  znajdując  żelazny  uchwyt  pogrzebacza.  Jest  zimny. 

Zaciskam na nim palce, wiedziona instynktem, który nie ma nic wspólnego z sercem. 

— Jest ranna — mówi głos. 

Odwracam głowę w lewo, lecz się nie podnoszę. To piks — kobieta. Nie kryje jej urok: ma srebrne oczy, niebieską skórę i te 

ich ostre zęby. Piękna suknia jest podarta. Nie widzę płaszcza ani butów. Ma zranioną nogę i rękę. 

Z prawej nadchodzi jeszcze ktoś. Odwracam więc głowę w drugą stronę. To mężczyzna - wyższy i wciąż pod osłoną uroku. 

Ma na sobie robocze ubranie: ortalionowe spodnie, zielono-białą bluzę z kapturem. I bardzo podkrążone oczy. Oboje wyglądają 
na głodnych. 

-  Ranna, znaczy łatwiejsza do zabicia - stwierdza mężczyzna — a to się nam teraz przyda. 
Rozważam  swoją  sytuację.  Myślą,  że  jestem  ranna,  a  tak  nie  jest.  Jeśli  wstanę,  zobaczą  pogrzebacz.  Stracę  swoją  jedyną 

przewagę, którą jest zaskoczenie. Podkradają się do mnie. Wiem, jak szybkie mogą być piksy, ale tych dwoje idzie powoli. Jak koty 
torturujące ofiarę. 

-  Straciła  swojego  wilczka  -  odzywa  się  kobieta  z  udawanym  współczuciem.  Jej  słowa  są  lodem.  -  Biedne,  bezbronne 

stworzenie. 

Czarna  dziura  w  moim  wnętrzu  jeszcze  się  powiększa,  ale  czuję  też  w  sobie  coś  ciemnego  i  mrocznego.  To  nienawiść. 

Wywołana przez nich. Straciłam Nicka przez piksy. Narastająca we mnie nienawiść jest zimna, jednak odrobinę odsuwa na bok 
smutek. Daje mi poczucie celu. 

-  Pewnie to smutne stracić coś tak pachnącego, futrza-stego i ciepłego — mówi piks. Robi skok i ląduje tuż przy mojej głowie. 

Jego  ręka  ociera  się  o  moje  policzki.  To  wstrętny,  nieprzyjemny  dotyk. - O, biedactwo płacze. Słodkie. Nie martw się. Już nie 
będziesz długo cierpieć. Zresztą zaraz doświadczysz innego bólu, który zajmie twoją uwagę. 

Gdzieś  między  drzewami  odzywa  się  kruk.  Piks  otwiera  usta  i  nagle  jego  urok  znika.  Widzę  zęby  podobne  do  paznokci  - 

śmiertelnie zaostrzone na końcach. 

—  Ojej, ona drży, maleństwo - kpi. Tylko Nick mógł tak do mnie mówić. 

Myślę intensywnie. Kobieta jest już blisko — idzie, ale dostrzegam, że kuleje. Będę musiała najpierw zająć się nim. 
—Wylądowała na ręku? Może coś złamała? Ale fajnie -chichocze kobieta. — Możemy ją torturować. 
—Myślisz, że spaść z nieba po stracie wilka to nie była dla niej wystarczająca tortura? — odzywa się mężczyzna. 
—Uwięziła nas. Za to nie ma odpowiednio srogiej kary - syczy ona. 

Piks odwraca się w moją stronę. Widzę jego błyszczące oczy. 
—To prawda. 

Otwiera  usta  i  pochyla  się.  Tasiemka  przy  jego  bluzie  zwisa,  uderzając  mnie  w  policzek.  Piks  odchyla  gwałtownie  moją 

głowę, by odsłonić szyję. 

—Po wampirzemu? — rzuca. 

Przez moment w ogóle nie reaguję. Przez moment myślę, że może tak będzie lepiej. Może łatwiej będzie się poddać. Ale nie 

chcę umrzeć w ten sposób. Zaciskam palce na pogrzebaczu. 

Piks  pochyla  się  jeszcze  niżej,  a  kobieta  natychmiast  się  przysuwa.  Jest  tuż  przy  mnie  i  jęczy  —  widocznie  szybkie  ruchy 

wywołują ból. I dobrze. 

—  Weź ją — nakazuje. — I pospiesz się, jeśli chcesz być 

pierwszy. 

—Zamknij się — ucisza ją towarzysz, zaciskając ręce na mojej twarzy. Coraz wyraźniej widzę jego zęby. 

Dość tego. Unoszę biodra, wyrzucam nogę w górę i szybko wysuwam rękę zza pleców. Pogrzebacz wbija się w głowę piksa. 

Stwór  wybałusza  oczy,  a  potem  je  zamyka.  Odsuwam  się  i  zrywam  na  nogi.  Kobieta  zaczyna  się  śmiać,  a  ja  czuję  narastający 
gniew. 

—Niezła niespodzianka, mała księżniczko - syczy. -Miło będzie cię spróbować. 

background image

 

 

62

—Jasne. - Kiepska riposta. Ale mam w nosie riposty. Zresztą już nic mnie nie obchodzi. Teraz słyszę tylko imię Nick, tylko je 

w sobie czuję. Działam na autopilocie. 

Upewniam się, rzucając przelotne spojrzenie, że mężczyzna się nie rusza. Kobieta podąża za moim wzrokiem. 

—Jeszcze nie umarł, widzisz? Wciąż oddycha. Jesteś słaba, jak twój ojciec. Nie masz w sobie dość siły, by nas zabić, prawda? 

Potrafisz  tylko  nas  uwięzić  i  pozwalasz,  byśmy  powoli  tracili  zmysły  z  pragnienia,  bo  nie  jesteś  w  stanie  dokończyć  tego,  co 
zaczęłaś. Wiesz, jak wiele razy miałam ochotę zabić twojego ojca z tymi jego niekończącymi się zmartwieniami? Ale nie mogłam - 
oczywiście - przecież był naszym królem. 

Gdyby nie była piksem, uznałabym ją za piękną. Długie czarne włosy powiewają na wietrze. 

-  Uwięziłam was, bo jesteście potworami. - Z trudem wydobywam głos. — Mój ojciec także. 
-  Potworami?  Niby  dlaczego?  Tylko  dlatego,  że  przyznajemy  się,  że  lubimy  zadawać  ból?  Ze  go  lubimy?  Przynajmniej  nie 

udajemy, że jesteśmy jakimiś wojow-nikami-bohaterami jak twój wilk - ironizuje. Widzę, jak sztywnieje - wiem, że zaraz zaatakuje. 

—  On jest bohaterem. Chroni ludzi przed takimi jak ty. 

—  I ty. — Pociąga nosem i uśmiecha się. — Wyczuwam w tobie piksa. 

-  Nie jestem taka jak wy - warczę. 

—  To prawda, nie jesteś. Ukrywasz zło i skłonność do przemocy pod maską dobra. A ja jestem po prostu zła. — Rzuca się 

na mnie. 
Przekręcam  pogrzebacz  tak,  by  zaatakować  zakrzywioną  końcówką,  i  uderzam  nim  najmocniej,  jak  umiem. Trafiam  kobietę  w 
pierś. Słyszę dźwięk spalonej skóry, gdy żelazo dotyka ciała. Widzę, jak kobieta otwiera w zdziwieniu usta, uśmiecha się, a potem 
krzywi ze złością. Wyciąga rękę, by złapać mnie za szyję i zranić długimi pazurami. Kolejny raz biorę zamach i cofam się o krok. 
Kobieta upada. To dzień pełen upadków. 

Nie  oddycha.  Zabiłam  żywą  istotę.  Zabiłam.  Jakbym  poruszała  się  w  zwolnionym  tempie,  sprawdzam,  co  z  mężczyzną. 

Przewraca się na bok. Jest nieprzytomny, ale jeśli go tu zostawię i odejdę, wydobrzeje. Podnoszę pogrzebacz raz jeszcze. 

— To za Nicka. — Wbijam narzędzie w jego ciało raz po raz. — A to za mnie. 

 
 
 
 
 
Wskażówka
 
Piksy są chore - boją sią metalu. To metalofobia. 

 
 
 
Mam krew na rękach, na bandażu, na dżinsach. Pewnie także na twarzy. Nic mnie to nie obchodzi. Zostawiam te czerwone 

smugi,  żeby  zaschły.  Wdrapuję  się  na  skuter,  wyjeżdżam  na  drogę  i  docieram  do  auta  Nicka.  Kluczyki.  Nick  ma  je  zawsze  w 
kieszeni. 

- Boże! - szlocham w złożone dłonie, ale to nie bluź-nierstwo. To błaganie, prawdziwe błaganie. Nie mam już siły. Po prostu 

nie mam. Wyłączam silnik skutera i zaczynam płakać. Nie wiem, ile mija czasu. Niczego nie wiem. Wiem tylko, że Nick odszedł, 
jak mój tata. 

Zostałam sama. 

Świat wokół jest spokojny. Żadnego dźwięku - samochodów, wiatru czy zwierząt. Nawet drzewa wydają się ciche i samotne. 

Mruczę coś pod nosem — do siebie, ale tak naprawdę to już nie ja. Bez Nicka - to już nie ja. 

Bez Nicka. 
Bez. 

Nicka. 

Mamroczę coś do siebie, do Boga, do Nicka, ale wydaje mi się, że nikt mnie nie słyszy. 

-  Nie mogę tego zrobić — szlocham. Ocieram zdrową ręką twarz, próbując pozbyć się łez. — Nie mogę, nie potrafię. 

— Oczywiście, że potrafisz. 

Podnoszę głowę i odwracam się lekko, by go zobaczyć. Stoi otoczony przez wirujące płatki śniegu. Skórzana kurtka nie ma 

śladów  rozdarcia.  Dżinsy  są  czyste.  Żadnych  ran.  Przecież  nie  był  w  domu.  Kolejne  płatki  lądują  w  jego  włosach,  zmieniając 
blond w prawie biały. Patrzymy na siebie, aż w końcu on przechyla głowę i wyciąga rękę. 

—Zaro. 
—Nie przyjdę do ciebie. Nie opuszcza ręki. 

—  To  nie  moja  wina,  Zaro,  tylko  twoja.  Ty  sama  uwięziłaś  tę  moc  w  jednym  miejscu  i  tylko  kwestią  czasu  było,  kiedy 

wybuchnie. 

Ma rację. Oczywiście, że ma rację, ale nie mogę się zmusić, by odwrócić się w jego stronę. Bo i po co? Nawet milczenie jest bez 

znaczenia. Nie chce mi się szukać znaczeń, nie chcę już się martwić, co się ze mną stanie, bo nic gorszego wydarzyć się nie może. 
Moi bliscy umierają. Najpierw ojczym, a teraz... 

background image

 

 

63

Powietrze gęstnieje. Gdzieś w oddali słyszę krzyk. Oddycham głęboko, zimne powietrze wciska mi się do płuc. Jeszcze jeden 

wdech. Podnoszę dłoń do twarzy, by ją otrzeć. Łzy na policzkach są jak sopelki lodu. Wydech. 

Astley mi się przygląda. W jego oczach odbija się śnieg. Porusza nosem. 

-  Czuję innego króla, i nie jest to twój ojciec. — Głos drży mu z emocji. A może to troska? Tak, chyba tak. 
-  Był tam. — Chwieję się. — Zranił mojego ojca. Z-z-za-bił Nicka. A potem zabrała go ta durna walkiria. 

Zaczynam  tracić  równowagę.  Świat  powoli  wiruje.  Astley  doskakuje  do  mnie  tak  szybko,  że  nie  zdążam  mrugnąć,  i  łapie 

mnie w objęcia. Czuję na policzku gładką skórę jego kurtki. Jest pozbawiona faktury, tylko lśni i śmierdzi zdechłą krową. 

-  Źle z tobą - ocenia Astley. 

-A jak ma być dobrze? - Próbuję powstrzymać czkawkę. Opieram się na nim i dodaję: - Ale stanąć mogę sama. Ignoruje mnie i 
przytula mocniej 

-  Powinnaś przestać się okłamywać. 
Przez moment próbuję, jednak szybko się poddaję. Płatki śniegu krętym torem spadają na ziemię, jakby na coś czekały - na 

wyjaśnienie, znaczenie. Lądują jeden po drugim, tworząc małe zaspy, pokrywając wszystko dokoła. Nie dają mi odpowiedzi. Nikt 
mi ich nie da za darmo. Zawsze muszę o nie walczyć. 

-  Co masz na myśli, mówiąc, że okłamuję sama siebie? 

Astley znów porusza nosem. Przechyla głowę, nasłuchując wiatru i lasu tak samo, jak robił to Nick. Patrzy niespokojnie. 

-  O co chodzi? - pytam. - Wyczuwasz coś? 

Nie odpowiada, tylko jeszcze mocniej mnie przytula. 

—  Powiedz. Co się dzieje? 

-  Śmierć - mówi cicho. Głos ma przepełniony smutkiem. - Och, Zaro, czuję jego śmierć. Przeżyłaś szok, tragedię. Chodźmy. 

Zabiorę cię w bezpieczne miejsce. 

Nie odpowiadam. Nie potrafię. To, że ktoś już wie o Nicku, sprawia, iż jego zniknięcie staje się bardziej realne, a ja nie chcę, by 

takie  było.  Coś  ściska  mnie  w gardle. Astley puszcza moje kolana i przyciska mnie do siebie, obejmując w talii. Unosimy się w 
powietrze. Szepcze mi do ucha: 

—Nie bój się. 

Świat  pod  nami  traci  ostrość.  Drzewa  zlewają  się  w  jedną  białą  masę.  Przemieszczamy  się  nad  lasem  niesamowicie  szybko. 

Wiatr uderza mnie w policzki. Oczy zaczynają łzawić z zimna. 

Wreszcie odzyskuję głos. 

—Nie lecę pierwszy raz. 

— Ojciec? 

—Tak. Wtedy gdy mnie porwał. Pachniał grzybami, tak samo jak ty teraz. Z czego to się bierze? 
—Ziemia nas wzywa. Ale już niedługo. Jeśli chcesz, zamknij oczy. 

Nie robię tego. Chcę widzieć. W oddali, chyba na drodze numer trzy, dostrzegam błyskające światła ambulansów. Babcia tam 

jest. Pewnie to tam doszło do wypadku. Zauważam leżący na boku autobus, ale nic więcej, bo szybko go mijamy. 

Przez moją głowę przepływają obrazy Nicka walczącego z piksem. Krew. Błyskające zęby. Rozdzierana skóra. Zły, niski głos 

króla i jego kpiący uśmiech. Drżąc na całym ciele, pytam Astleya: 

—  Jesteś silniejszy od tamtego? Spina się i odpowiada: 

—Mam  nadzieję.  Wkrótce  będę  musiał  być  silniejszy.  Fatalnie,  że  znalazł  dom  przede  mną.  Nigdy  sobie  tego  nie  wybaczę. 

Pozwoliłem się... zdekoncentrować. 

Przełykam ślinę, tłumiąc szloch. Pokonuję wielką gulę w gardle i dodaję: 

—  To także moja wina. 

Przez dłuższą chwilę Astley nie odpowiada, aż w końcu mówi: 

—Wiesz, pomyślałem tak samo, kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy i gdy dowiedziałem się o całej... sytuacji. Ale teraz... Nie 

miałaś wyboru, prawda? Kiepsko załatwiliśmy tę sprawę. Z twoim ojcem powinna sobie poradzić jego własna rasa, i to dawno 
temu. 

Nie wiem, co odpowiedzieć. Mimo piekącego zimna podnoszę głowę i zerkam na niebo, szukając tam Nicka, i w tej samej 

chwili zaczynamy się zniżać. Jesteśmy przy moim domu. Domu, w którym Nick i ja spaliśmy, całowaliśmy się i jedliśmy razem 
śniadanie. To było tak niedawno, a wydaje się, że wieki temu. 

Ręka Astleya nieco się przesuwa. 
-  Trzymaj się, lądujemy. Nie jestem w tym najlepszy. Ląduje z tąpnięciem i upada na siedzenie, a ja sekundę 

później spadam na niego. Rumieni się, a potem uśmiecha. 

-  Rany. — Zsuwam się na ziemię. — Naprawdę nie jesteś najlepszy. 
-  Wszyscy mamy jakieś słabości - usprawiedliwia się, wstając. Wpatruję się w dom — wygląda tak spokojnie, normalnie, jakby 

nic się nie wydarzyło. Bezpiecznie, stabilnie i miło, choć wcale nie jest bezpiecznie, stabilnie i miło. 

Powoli podchodzę do ganku. Astley idzie za mną. Asekuruje mnie, lecz nie dotyka, choć jest gotowy, by mnie podtrzymać, jeśli 

się zachwieję. Szamoczę się z klamką. 

-  Daj, ja to zrobię. - Wkłada klucz do zamka i go przekręca. Wchodzę do środka. Astley pytająco przechyla głowę. 

-  Nie mogę cię wpuścić — mówię powoli. Na ułamek sekundy przymyka oczy. 

background image

 

 

64

-  Nie ufasz mi. 

Nie odpowiadam. Jestem zbyt zmęczona i smutna, by odpowiedzieć. Zza chmury wygląda słońce. Światło odbija się od białego 

śniegu. Osłaniam ręką oczy, jest zbyt jasno. Nic nie powinno być tak jasne. Przekraczam próg do domu. 

Astley łapie mnie za rękę. 

-  Nie mogę cię tak zostawić - mówi. - Przecież ledwo mówisz. 

-  Musisz. 

Przez sekundę stoimy bez słowa, cały świat się zatrzymuje. Czuję rękę Astleya na ramieniu. Nie mam siły jej strącić. 
-  Nie wpuszczaj nikogo do domu. Jest niebezpiecznie - ostrzega. 
Mam ochotę się zaśmiać — to dopiero oględnie powiedziane. Za plecami Astleya śnieg przykrył już ślady opon mini coopera. 

Puszcza  mnie  i  wyjmuje  z  kieszeni  kawałek  papieru.  Zapisuje  na  nim  jakieś cyfry i podaje mi, zamykając wokół karteczki moje 
palce. 

—  To numer mojej komórki. Zadzwoń, jeśli będziesz mnie potrzebowała. 
-  Nie będę. - Zerkam na papierek - to rachunek z Ho-liday Inn - i wchodzę do domu. - Ale dzięki. 
-Zaro... - Jego głos zatrzymuje mnie w pół kroku. Odwracam się. — Być może będziesz. 

 
Zamykam  drzwi,  ale  nie  na  zamek,  bo  i  tak  nie  ma  to  sensu.  Jedynym  piksem,  który  może  tu  wejść,  jest  ten,  którego  już 

wcześniej zaproszono — czyli mój ojciec. To jedna z wielu dziwacznych zasad piksów. Pozostałe — teraz, gdy są na wolności - 
pewnie szaleją po okolicy, szukając pożywienia i zemsty. W ich osłabionych ciałach z pewnością pulsuje pragnienie. Wiem, jakie 
to  uczucie.  Jest  także  we  mnie.  Pragnienie  zemsty  —  oddzielone  od  reszty  świata,  osobne,  rosnące  z  dala  od  matek  tulących 
niemowlęta, od dzieci na huśtawkach, z dala od ludzkości. 

Padam na kanapę, przyciskając twarz do czerwonej tkaniny, i oddycham głęboko, szukając zapachu Nicka, który może został z 

poprzedniej nocy, ale niczego nie czuję. Wtulam się mocniej w poduszkę, ale tu także nic. Nie ma Nicka - ani na kanapie, ani w 
mini Cooperze wciąż zaparkowanym przy drodze, ani w szpitalu na stażu, ani na polowaniu w lesie, nigdzie. Nie ma go tu, choć 
tak bardzo chciałabym zanurzyć palce w jego ciemnych włosach, wdychać jego zapach... Choć tak bardzo chcę, by był ze mną 
teraz i przez cały czas... Nie ma go. 
Wstaję i piszę do Issie: Zadzwoń. Piksy uciekły. Nie mogę jej powiedzieć o Nicku, nie w taki sposób. Po prostu nie potrafię. Taką 
samą wiadomość wysyłam do Betty. Telefon wypada mi z rąk i ląduje na kanapie. Zostawiam go tam. 

I czekam. Nic się nie dzieje. 

Nie  mam  pojęcia,  ile  czasu  mija.  Nie  mam  zresztą  na  czekać.  Piksy  zabiły  Nicka.  Nie  dla  nas  kwiatowe  rabatki  i  mały  biały 

domek. Już nigdy go nie pocałuję. Nigdy nie przytulę. Nigdy nie powącham. To wina piksów. Ale i moja. 

Jakimś cudem podnoszę się z kanapy, na której razem spaliśmy. Jakimś cudem stopy niosą mnie do kuchni, a potem do drzwi 

do  piwnicy.  Naciskam  klamkę,  otwieram  drzwi  i  schodzę  na  dół.  Jest  tu  szafka  z  bronią  pełna  metalowych  i  żelaznych 
przedmiotów.  Nigdy  nie  byłam  dobrym  wojownikiem.  Nick  mówił,  że  to  dlatego,  iż  nie  ma  we  mnie  pragnienia  zabijania. 
Otwieram  klapę  metalowej  skrzyni  i  wyjmuję  miecz.  Wkładam  go  do  pochwy  i  mocuję  do  paska  za  pomocą  wielkiej  klamry-
pacyfki. Obija się o nogę. 

Chodzę po domu milcząca jak trup. W moim wyborze jest siła. Moja historia straciła męskiego bohatera i romantyczny wątek. 

Została ze mnie jedynie skorupka. Dlatego moja śmierć nie będzie dużą stratą, a ja zamierzam zabić tyle tych potworów, ile tylko 
zdołam, by zostało jak najmniej tych, które mogłyby skrzywdzić babcię, Issie, mamę i Devyna. Taki mam plan. Pomszczę Nicka, 
choćbym miała przy tym zginąć. 

Wychodzę z domu i ruszam do lasu. 

 
 
 
 
Wskazówka 
Udawanie, że piksy nie istnieją, nie jest rozwiązaniem. 

 
 
 
 

Burzowe  chmury  już  się  rozwiały.  Gdy  idę  przez  nasz  trawnik,  śmieje  się  do  mnie  jasnoniebieskie  niebo.  Wciąż  mam  na 

nogach zimowe buty - nawet tego nie zauważyłam. Na jednym z nich widzę zaschniętą krew. Jej też nie zauważyłam. Nieważne. 
Człapię przez zaspy i ignoruję tę krew, niebo, wchodząc między drzewa. Tu śnieg jest nieco płytszy, bo wisi nad nim baldachim z 
sosnowych gałęzi. One przejmują część białego ciężaru, teraz są przygniecione do ziemi. Jak my wszyscy. Idę przez las, słuchając 
zimowych  dźwięków  -  kruki  wrzeszczą  do  siebie  najnowsze  wiadomości,  wiewiórki  piszczą  nerwowo,  gdy  je  mijam.  Widzę  na 
śniegu ich tropy. Żadnych śladów stóp oprócz moich własnych. Piksy nie zawsze zostawiają ślady — nie wiem dlaczego. I mam to 
w nosie. „Jak" i „dlaczego" nie ma już znaczenia. 

Idę jakieś dziesięć minut, gdy ktoś zaczyna wołać moje imię: 

— Zaro... 

co 

background image

 

 

65

To  kobiecy  głos,  zachrypnięty  i  niski,  taki,  jaki  mają  piosenkarki  jazzowe,  których  Betty  słucha  nocami  na  iPo-dzie. 

Zatrzymuję się, ale nie wyjmuję miecza. Czuję na karku gęsią skórkę. Przecież tego chciałam... Tego chcę. Chcę walczyć. 

-  Zaro, chodź do mnie... - Tym razem odzywa się męski głos, wysoki i czysty. Chyba dochodzi z lewej strony. Chcą, żebym 

się zgubiła, idioci. 

-Zaro... 

Kręcę głową. Czy nie zauważyli miecza przypasanego do mojego boku? Czy są aż tak zarozumiali, że ich to nie obchodzi? Nie 

spodziewają się, że jestem zagrożeniem? Idę za głosami, które dochodzą już teraz zewsząd — z tyłu, przodu, z góry i dołu. 

-  Zaro... 
-  Księżniczko... 
-  Zaro... 
Kruki, wiewiórki i drzewa umilkły. Oddycham, patrząc, jak w powietrzu tworzy się obłoczek pary. Ochłodziło się, ale ja tego 

nie czuję. Nie czuję niczego. Robię jeszcze krok i widzę kobietę piksa. Rozpoznaję ją - to jedna z poddanych mojego ojca. Ma 
potargane rude włosy. Usta wykrzywia w drwiącym grymasie. Ma na sobie piżamę w koty i szlafrok - zabawne, ale prawdziwe. 

-  Księżniczko. — Uśmiecha się. 

Z mojej prawej pojawiają się jeszcze dwaj mężczyźni — wysocy, wychudzeni z pragnienia. Z lewej trzaska gałąź i wyłania się 

kolejna  trójka  -  kobieta  i  dwóch  mężczyzn.  Z  tyłu  znów  dolatuje  jakiś  dźwięk.  Następny  piks  jest  ukryty  w  gałęziach  sosny, 
gotowy do skoku. Nie odzywam się, tylko wyciągam miecz. 

Rudowłosa zaczyna się głośno śmiać. Ktoś z tyłu pyta: 

-  Zabijemy ją teraz, czy poczekamy, aż zobaczy, jak zabijamy jej przyjaciół? 

Przez  chwilę  się  zastanawiają.  Czuję  ciężar  miecza  w  dłoni.  Przez  moment  nikt  się  nie  rusza,  aż  w  końcu  któryś  z  prawej 

proponuje: 
-Głosuję, żebyśmy prawie ją zabili, a potem kazali patrzeć. 

—Rozsądna decyzja — ocenia rudowłosa. Kręcę głową. 

—Wy, piksy, potraficie tylko gadać. Ple, ple, ple. To takie nudne. 

Zanim zdążą zareagować, rzucam się w lewą stronę, przecinając mieczem powietrze. Wygląda to dziwacznie, ale działa. Żelazo 

wchodzi w brzuch jednego z piksów jak w masło. Mężczyzna się przewraca. Obracam się, gotowa znowu uderzyć, ale pozostali 
rzucają się na mnie. Podnoszę miecz, lecz nie jestem tak szybka, więc rudowłosa kobieta wytrąca mi go z ręki. Od razu wydaje 
okrzyk bólu, bo oparzyła sobie ręce o żelazne ostrze. W powietrzu unosi się ohydny, kwaśny zapach spalenizny. Z ust kobiety 
wydobywa się przekleństwo. Jeden z mężczyzn łapie mnie z tyłu za włosy. 

— Zwiążcie ją — słyszę rozkaz. — Zrobimy to powoli. Mają ze sobą niebieską nylonową linę. Coś przeskakuje 

nagle po gałęziach sosen i ląduje tuż przede mną — kłąb skóry, dżinsu i jasnych włosów. 

-  Cholera  -  mamrocze  Astley,  jednak  zrywa  się  na  nogi,  zanim  orientuję  się,  co  się  dzieje.  Obraca  się  i  wyrywa  mnie  z  rąk 

dwóch piksów, którzy mnie unieruchomili, wrzeszcząc: - Trzymaj się! 

Trzymam się. Astley wyskakuje w powietrze. Sosnowe igły unoszą się, oblepiając nasze ubrania. Chowam twarz na jego piersi. 

Pod  nami  słyszę  przeklinające  piksy.  Trzymam  się  go  kurczowo,  próbując  zacieśnić  bezpieczny  uchwyt.  Astley  jedną  ręką 
obejmuje mnie w pasie, a drugą próbuje chronić nasze głowy przed zwisającymi gałęziami. Widzę strzałę, która mija nas o włos, 
ale chwilę później jesteśmy bezpieczni, ponad koronami drzew, i wzlatujemy w niebo. 
— Co ty sobie, do diabła, wyobrażasz? — mówi Astley, jak tylko nieco się oddalamy. Obejmuje mnie już w pasie obiema rękami. 
- Co z tobą? Chcesz się zabić? Uderzam pięściami w jego pierś. 

-  Nie chcę, żebyś mnie ratował! Daj mi jakąś broń i opuść na ziemię, albo walcz razem ze mną. I puść mnie. 

-  Zaro. Każdy kogoś ratuje i jest ratowany przez innych. 

Świat pod nami jest odległy i zimny. Unosimy się w pustce ponad drzewami, pod prawdziwym niebem. 

-  Nie potrafię żyć bez Nicka — jęczę. 
-  Oczywiście, że potrafisz. Wszyscy jesteśmy w stanie poradzić sobie ze stratą. Nie chcemy, ale potrafimy. 

Nie mam ochoty słuchać tego moralizowania, zmuszam się więc, by przypomnieć sobie wydarzenia tego dnia: dom piksów, 

walka,  kobieta  unosząca  Nicka  w  powietrze. Muszę w jakiś sposób dostać się do Walhalli — tylko tak mogę sprowadzić go na 
ziemię. 

-  Opowiedz mi o walkiriach — proszę. 

Astley  nie  chce  rozmawiać  podczas  lotu,  a  dopiero  po  jakimś  czasie  niezgrabnie  lądujemy  w  uliczce  tuż  za  Mar-tha's  Cafe  i 

studiem tańca irlandzkiego. Asfalt pokrywa cienka warstwa śniegu. Cegły z tylnej ściany budynku osypują się, ale i tak opieram się 
o nią, by stanąć prosto. 

-  Dlaczego tu przylecieliśmy? — pytam. 

Astley kilkoma zręcznymi ruchami wkłada koszulę do 

spodni i wyjaśnia: 

-  Jestem głodny. W restauracji powinno być bezpiecznie. — I rusza dokoła budynku. 

-  To  zbyt  zatłoczone  miejsce.  Ale  jeśli  są  naprawdę  spragnieni,  mogą  zaryzykować.  Nie  wiem.  Głód  -  pragnienie  -  może 

zagłuszyć zdrowy rozsądek. 

Biegnę za nim i łapię za rękaw kurtki. 

background image

 

 

66

-  A ty nie masz pragnień? 
-  Mam. 
-  Jak je kontrolujesz? 

-  Jestem królem, ale wciąż dość młodym, Zaro. Mój ojciec niedawno umarł, ja dopiero się uczę, dlatego pragnienia, które mogą 

zawładnąć  królem,  nie  ujawnią  się  jeszcze  przez  kilka  najbliższych  lat.  —  Zerka  na  mnie,  mrużąc  oczy.  -  Chodź,  poprawię  ci 
włosy. Masz w nich patyki. I krew na twarzy. 

-  Mój tata... ojczym... także niedawno umarł. 

-  Wiem. Bardzo mi przykro. - Delikatnie dotyka mojej twarzy. 

Przełykam ślinę. 

-  Mnie także. 

Energicznie porusza rękami, umiejętnie zbierając moje włosy w kucyk. Zdejmuje kawałki gałązek i liści z włosów oraz ubrania 

i rzuca je na ziemię. Odrobiną śniegu ściera z mojego policzka krew i zdrapuje tę, która przywarła do dłoni. Okrywa mnie kurtką, 
by zakryć brud i czerwone plamy na bluzce. Ruszamy, ale nagle sobie przypominam: 

-  Jestem niebieska. 
-  No to co? - Asdey nie rozumie. 

Wycieram dłonie w dżinsy i poprawiam pacyfkę przy pasku. Zaczynam jasno myśleć. 

-  Nie mogę wejść do restauracji w takim stanie. Astley bierze mnie za łokieć. 
-  Oczywiście, że możesz. 

-  Nie, przecież ludzie... Ludzie pomyślą... Jestem mokra od śniegu i podrapana, i... 
-  Wszystko będzie dobrze. Wymyślę jakąś historyjkę. — Wpycha mnie do restauracji, zanim zdążyłam się sprzeciwić. 

Duża tablica przy wejściu informuje, że mamy sami zająć miejsca. Idziemy po czarno-białych kafelkach, którymi wyłożona jest 

podłoga, mijamy czerwone kanapy i zdjęcia dawnych gwiazd filmowych, sławnych jakieś pół wieku temu. Astley siada w loży na 
końcu restauracji, pod zdjęciem Johna Wayne'a w kowbojskich ciuchach. 

-  Podoba mi się tu - mówi. 
Opieram łokieć na stole i schylam głowę, próbując ukryć kolor swojej skóry przed resztą świata. 

—Uwielbiam  naleśniki.  —  Astley  podaje  mi  papierową  serwetkę.  -  Spróbuj  zacząć  mówić,  Zaro.  Masz  problem  z 

komunikacją, to niepokojące. 

Biorę serwetkę, kładę ją na kolanach i wpatruję się w nią zdecydowanie zbyt długo. W końcu zaczynam: 

—Trudno mi wyobrazić sobie, że piksy po prostu przychodzą tu i jedzą, jak normalni ludzie. 

Uśmiecha się i wręcza mi menu. 

—Ale tak jest. 
Nagle wpada mi do głowy coś głupiego, decyduję się jednak o tym powiedzieć: 
—Nie mam pieniędzy. 
—W takim razie ja stawiam. Przynajmniej tyle mogę zrobić w taki dzień jak dzisiaj. 

Wpatruję się w Astleya i w końcu pytam: 

—Dlaczego w tej chwili nie ścigasz złych piksów? Nick by tak zrobił. 

—Nie jestem Nickiem - odpowiada zaskakująco ostro. 

—No jasne. Unosi brew. 

—Byłem zajęty szukaniem ciebie, Zaro. Ty jesteś dla mnie najważniejsza. 

Milczę. W drugim końcu sali mała dziewczynka kończy jeść naleśnik i wspina się na kolana swojego taty, by szepnąć mu coś do 

ucha.  On  obejmuje  ją  w  pasie  i  przytula.  W  innej  loży  para  dwudziestolatków  siedzi  z  nogami  splecionymi  pod  stolikiem  i 
złączonymi  dłońmi.  Wszystko  jest takie ulotne. Mam ochotę krzyknąć, by się tym cieszyli, by zostali blisko siebie i kochali się, 
dopóki mogą. Poprawiam serwetkę na kolanach. 

—  Dlaczego jestem dla ciebie najważniejsza? 

—Bo  znalazłaś  się  w  niebezpieczeństwie.  -  Astley  bierze  solniczkę  i  bawi  się  nią.  -  I  dlatego,  że  wydaje  mi  się,  iż  jesteś 

przeznaczoną mi królową. 

Piksy i ta ich absurdalna obsesja na punkcie królowych. Mam jej serdecznie dość. 

Biorę w dłoń saszetkę z cukrem, próbując zignorować spojrzenia innych gości, i pytam szeptem: 

-  Nigdy nie jestem bezpieczna. Co się ostatnio zmieniło? Astley przestaje bawić się solniczką. 

-  Co się zmieniło? Twój ojciec i jego piksy są na wolności. Frank jest tutaj. To właśnie się zmieniło. Wiesz, co to dla ciebie 

oznacza? 

— Potworności i przerażenie? 

Wzdycha, ale zanim zdąża odpowiedzieć, a ja zapytać, kim jest Frank, podchodzi do nas kelnerka z wodą. To akurat Martha, 

właścicielka, która ma uroczą diastemę między przednimi zębami. Widzę to, bo właśnie otworzyła usta ze zdziwienia. 

-  Zaro, skarbie, jesteś niebieska - zauważa z przejęciem. Przytakuję. 

—Farbka do malowania twarzy — wyjaśnia Astley. - Nie schodzi. Próbowaliśmy wszystkiego. 
—O rany! - Martha ze śmiechem wyciąga ołówek i notes. - Będziesz teraz wyglądała jak Ciasteczkowy Potwór? 
—Nie jest tak źle. Ma jaśniejszy odcień — odpowiada Astley. 

background image

 

 

67

—Moje biedactwo — chichocze Martha. - Przyniosę ci papierowe ręczniki i może rozpuszczalnik? 

Mruga  do  Astleya,  a  on  się  uśmiecha.  Ja  w  ogóle  się  nie  odzywam.  Wszystko  we  mnie  jest  po  prostu  puste.  O  rany...  Ależ 

tęsknię za Nickiem. 

Gdy Martha odchodzi, Astley odchrząkuje i zaczyna: 

-  Najpierw opowiem ci o wojnie, dobrze? Większej niż ta, o której się pisze w gazetach. 

-  Chcę dowiedzieć się czegoś o walkirii. 
-Wojna to także po części powód, dla którego walkiria jest tutaj. Wojnę tę określa się nazwą Ragnarók^ albo Gótterddmmerung, 

czyli zmierzch bogów. Jest legendarna, lecz rozgrywa się naprawdę. Rozumiesz? W czasie tej walki brat staje przeciwko bratu, a 
syn zabija ojca. Ludzie działają bez żadnych zasad. — Znów zaczyna bawić się solniczką, która przypomina mi śnieżną kulę. Po 
chwili Astley odstawia ją i mówi: — Przepraszam. Wciąż jesteś w szoku. Dasz 
radę się skupić? 

Przy pozostałych stolikach słychać szmer rozmów, ludzie szepczą, gawędzą. Upijam trochę wody. 

-  Staram się. 

-  Wiem. W porządku. Przykro mi, że nie mamy na to więcej czasu, ale wydaje mi się, że powinnaś poznać te informacje. 

-  Dobrze. Wolę wiedzieć. Nie znoszę czegoś nie wiedzieć. 

-  Ja też. W tym jesteśmy podobni. - Astley zanurza czubek palca w wodzie z lodem. — Legenda głosi, że do Ragnarol, wielkiej 

walki,  w  której  wyniku  zginą  bogowie,  dojdzie  po  niezwykle  surowej  zimie, Fimbuluinter.  Przez  trzy  lata  z  rzędu  po wiośnie nie 
nadejdzie lato. A sama wojna będzie ostateczną, wielką walką. 

Astley mówi coraz ciszej, lecz po chwili nabiera powietrza i kontynuuje: 

-  To  wszystko  oznacza,  że  właśnie  Bedford  w  stanie  Maine  stało  się  jakby  radiolatarnią  dla  wszystkich  Lśniących  -  a 

przynajmniej dla piksów i zmiennokształtnych. Pomyśl, jak wielu ich tutaj przybyło. Są tu, bo właśnie w tym miejscu rozegra się 
ostateczna bitwa. 

-  O nie - protestuję. — Nie dopuszczę do tego. 

-  Nie jestem pewny, czy możemy jej zapobiec. Szklanka z wodą jest zimna, gładka i śliska. Ściskam ją 

mocniej i oznajmiam: 

-  Zrobimy to. 

Astley muska koniuszkami palców moją dłoń, wciąż trzymającą szklankę. 

Czuję jakby ciepły prąd między nami i natychmiast się odsuwam. 

-  Dlaczego to zrobiłeś? Rumieni się i odwraca wzrok. 

-  Nie mogłem się powstrzymać, przepraszam. 

Milczymy.  Wszyscy  pozostali  goście  rozmawiają  o  wypadku  autobusu.  Wciąż  słyszę  słowa  „przerażający",  „orkiestra"  i 

„Sumner" - to ostatnie to nazwa liceum na wybrzeżu, jakieś czterdzieści pięć minut od Bedford. 

Astley wzdycha i mówi dalej: 

-  Ludzie nie przetrwają. Nie są wystarczająco silni, by stanąć po którejkolwiek stronie. Także wszyscy Lśniący, choć nie zawsze 

o tym wiedzą, muszą opowiedzieć się po jednej z nich. Synowie Odyna, czyli siły dobra - chyba można nas nazwać... herosami... 

-  To bardzo skromne określenie. 

Ale prawdziwe. Nie uważasz swojego wilka za herosa? Zamykam oczy, czując, jak ogarnia mnie smutek, ściskający za gardło i 

serce. 

-  Proszę, nie mówmy o nim. 

-  Przepraszam cię raz jeszcze, Zaro, ale muszę. Między innymi z jego powodu tu jesteś. 

Otwieram oczy i wiedząc, że Astley dostrzeże złość w moich oczach, prostuję: 

-  Jestem tutaj wyłącznie z jego powodu. 

Astley przetrawia moje słowa. Opiera się wygodniej, wyciąga ręce-przed siebie, składa dłonie i rozprostowuje palce, aż strzelają 

stawy. Milion razy widziałam, jak Nick robi to samo. 

-  Herosi  zostaną  wezwani  do  bitwy.  Zejdą  się  z  całego  świata  w  miejsce  zwane  Vigrid.  Proroctwo  mówi,  że  właśnie  tu 

rozegra się ostateczna bitwa. Dokładnie w tym miejscu. 

W Bedford. 

Rozglądam  się:  rozmawiający  ludzie,  zapach  smażonego  bekonu,  cicho  mruczące  światła  rzucające miękki żółty blask. To 

miejsce wydaje się takie bezpieczne, normalne... nie wygląda na pole bitwy. Trudno mi uwierzyć. Zmieniam więc temat: 

—Walkiria powiedziała, że zabiera Nicka, bo jest wojownikiem. 
—Będzie walczył u boku Odyna i Thora, tak. Muszą zgromadzić armię liczącą ośmiuset wojowników. 

—  I Nick ma być jednym z nich? 

—Uzdrowią go, a później... tak, zostanie w Walhalli, aż nastanie czas bitwy — wyjaśnia Astley. 

Wstaję i zapominam na chwilę, że powinnam szeptać. 

—W takim razie musimy się tam dostać! Musimy tam iść i go wyciągnąć. Pomoże nam zapobiec bitwie, zanim się rozpocznie. 

—Ludzie na nas patrzą. — Astley łapie mnie za rękę. — Usiądź. 

Nie chcę tego, ale robię, co każe. 

—To niełatwe - ostrzega. 

background image

 

 

68

—Powiedziała, że ludzie nie mogą wejść do Walhalli. -Astley milczy. Chce, żebym sama to rzekła. Robię to więc. Po prostu 

wyrzucam z siebie słowa: — Pocałujesz mnie, prawda? Przemienisz? 

—Wolałbym nie robić tego z akurat takiego powodu. 

—Dlatego że chcę to zrobić dla Nicka? Przytakuje. 
—Chciałbym to uczynić, gdy zechcesz zostać moją królową. 

—Zrobiłabym to wyłącznie z jednego powodu — dla niego — mówię, czując, jak stopa Astleya dotyka mojej pod stołem. I 

znowu ten dreszcz — ciepły, przenikliwy. Wsuwam nogi głębiej pod krzesło. On zaś znowu mnie ocenia: 

—Nie znam cię zbyt długo, Zaro, ale z tego, co wiem, wnioskuję, że nie mówisz prawdy. 

-  Nazywasz mnie kłamczucha? 

Nie,  mówię  tylko,  że  twoje  ostatnie  zdanie  to  kłamstwo.  Zrobiłabyś  to  dla  każdego  ze  swoich  przyjaciół,  tak  mi  się 

wydaje. Przemieniłabyś się, by uratować swoją matkę, babcię, może nawet obcą osobę, prawda? — Gdy nie odpowiadam, ciągnie: 
— Przemieniłabyś się, gdyż takie jest twoje przeznaczenie — mówi cicho. — Twoim przeznaczeniem jest zostać moją królową. 

-Przeznaczenie nie ma znaczenia. — Rozrywam papierową torebkę ze słodzikiem i wsypuję go do wody. Małe ziarenka wirują, 

porwane nurtem. Wpadają na kostki lodu, aż w końcu lądują na dnie. - Pozwól mi porozmawiać z Issie i Devynem, powiedzieć 
im, co się stało, i z babcią. Potem to zrobimy. 

-Nie mamy zbyt dużo czasu. — Astley lekko się uśmiecha, a ja tylko mieszam wodę, próbując rozpuścić w niej słodzik. 

 

-  Będę się spieszyła. - Mam gonitwę myśli. - Muszę zadzwonić do mamy, powiedzieć jej, że ojciec jest na wolności. Grozi jej 

niebezpieczeństwo. 

-  Nie tylko jej. 
-  To znaczy? 
-  Nawet jeśli zaspokoją pragnienie, to i tak uwięzione przez ciebie piksy będą żądne zemsty. 
-  Nikt nie skrzywdzi moich przyjaciół. — Rozdzieram kolejną torebkę, tym razem z prawdziwym cukrem, i wsypuję go do 

szklanki. Dzwonię łyżeczką o szkło, patrząc, jak się rozpuszcza, znika. 

Przez chwilę siedzę w milczeniu, po czym mówię: 

-  Dobra, rozumiem. Ale jeśli chodzi o całowanie... — Patrzę Astleyowi w oczy. — Powiedz, co muszę zrobić. 

 
 
 

Wskazówka 

To legenda, że piksy zawsze lśnią. Tylko królowie zostawiają po sobie złoty pył. Pozostali nie błyszczą ani nic 
podobnego. Być może cierpią z tego powodu na ataki zazdrości. 

 
 
 
Astley kończy jeść, ale nie zgadza się, bym poszła do domu sama. Wracamy na boczną ulicę, gdzie chodnik jest popękany i w 

opłakanym stanie. Gdzieniegdzie brzydotę zakrywają zamarznięte kałuże. 

-  Mogę biec - mówię, choć wiem, że to niebezpieczne i potrwa całe wieki. Jednak w moim sercu błysnął blady promień nadziei 

i  mam  tyle  energii,  że  mogłabym  zrobić  wszystko.  Może  uda  mi  się  odzyskać  Nicka.  Znajdę  go.  Oczywiście  jeśli  Astley  mówi 
prawdę i to nie jest jeden 
wielki przekręt. 

-  Nie masz pojęcia, jak bardzo są wściekłe i głodne — odzywa się pogardliwie, słysząc moje słowa. - Znajdą cię. 

Lecimy  więc  do  domu.  Przez  całą  drogę  mam  zamknięte  oczy  i  rozmyślam  o  Nicku —  co  by  na  to  wszystko  powiedział? 

Jeszcze gdy tu był, nie podejmował za mnie decyzji, i teraz też mi nie pomoże. Ale i tak się zastanawiam. Czy będzie mnie nadal 
kochał, jeśli się przemienię? Mój nastrój zmienia się z każdym podmuchem wiatru — od nadziei do rozpaczy. 

-  Trzymaj się, lądujemy - ostrzega Astley. Wpada w śnieg, próbując osłonić moją rękę przed zbyt gwałtownym upadkiem. 

Zrywam się i biegnę do domu. Astley wciąż leży na śniegu — bezładny i zupełnie pozbawiony godności. 

—  Dzięki! — Wbiegam po schodach. 

—Zobaczymy się o zmroku — odpowiada, wstając i otrzepując ubranie. 

Łapię za klamkę i słyszę jeszcze: 

—Bądź ostrożna. Dzień ich nie powstrzyma, gdy są w takim stanie. 

Wchodzę do domu i zatrzaskuję za sobą drzwi. Opieram się o nie plecami i próbuję głęboko odetchnąć. Wciąż drżą mi ręce — 

nadal brudne. Cała czuję się brudna, zbru-kana. 

—Nick  -  szepczę,  ale  nie  słyszę  odpowiedzi.  Zamykam  oczy  i  próbuję  go  wyczuć.  Przysięgłabym,  że  prawie  mi  się  udaje. 

Odpycham się od drzwi i ruszam do łazienki. Wezmę prysznic. Wezmę prysznic i pomyślę. Wezmę prysznic, pomyślę i przestanę 
sie trząść. Wezmę prysznic, pomyślę i nie trzęsąc się, będę sobie wyobrażała, że znów spotykam Nicka. Jak to będzie, gdy znów 
mnie przytuli i pozwoli obsypać się pocałunkami. 

To z pewnością jest możliwe. Na pewno. 

background image

 

 

69

 
Pod prysznicem zaczynam w końcu poważnie myśleć o tym, co się stanie, gdy przemienię się w piksa. Już nie będę sobą. Nie 

będę  człowiekiem.  Moje  zęby,  skóra,  sposób  działania  prawdopodobnie  staną  się  zupełnie  inne.  Muszę  tylko  wierzyć'  że 
zachowam tę samą dawną duszę, prawda? Muszę wierzyć. 

Woda  robi  się  diabelnie  gorąca.  Łazienka  pachnie  słodko  i  czysto.  Biorę  żel  pod  prysznic  i  wyciskam  go  na  gąbkę,  by  się 

porządnie wyszorować. Jest tyle różnych możliwych rozwiązań. Być może Astley kłamie. Być może, jeśli mnie pocałuje, umrę. 
Być może nie znajdę drogi do Walhalli. Być może Nick nie wróci. 

Czuję na ciele silny strumień gorącej wody. Zakręcam kurek i stoję nieruchomo. Coś ściska mnie w żołądku. Muszę to zrobić, 

naprawdę. Nie mam wyboru. W końcu wycieram się, wkładam spodnie od dresu i ulubioną różową bluzę z kapturem, zapinaną 
na zamek, z wyszytym wielkimi białymi literami napisem CHARLESTON. 

Wchodząc do salonu, ze zdziwieniem zauważam, że na kanapie siedzą Issie i Devyn. Is drży, Dev ją obejmuje. Oboje patrzą na 

mnie. W oczach Issie widzę przerażenie. Za to Dev wygląda jak naćpany. Pewnie jakoś dowiedzieli 
się o Nicku. 

—  Jesteś niebieska - odzywają się jednocześnie. 

—Wiem. — Nie wdaję się w wyjaśnienia, tylko siadam na kanapie obok Is. — A wy już wiecie? 

W tym samym momencie Issie pyta: 

—Co się stało z Nickiem? O matko! Chyba nie jechał tym autobusem? Nie, oczywiście, że nie. Tam była orkiestra z liceum w 

Sumner. Przecież Nick nie jest członkiem orkiestry w Sumner. 

Zdenerwowana klękam przed nią i próbuję pozbierać do kupy informacje, które usłyszałam teraz, przedtem w restauracji, oraz 

wiadomość o tym, że Betty była na miejscu wypadku. 

—To był... Był... — Issie pochyla się do przodu i ukrywa twarz w dłoniach. 

Devyn głaszcze ją po plecach i kończy zdanie: 

—To był atak. Is wszystko widziała. Piksy zaatakowały autobus. 
Muszę  połączyć  w  całość  to, co wiem od Devyna, z Betty, z kogutami służb ratunkowych, które widziałam na drodze, gdy 

lecieliśmy z Astleyem do miasta. Wciąż nic nie rozumiem. 

—  Zaatakowały cały autobus? 

—To była zasadzka. Jeden z nich stanął na środku drogi. Kobieta w podartym, brudnym ubraniu — wyjaśnia Dev. 

-  Wyglądała, jakby miała wypadek — szepcze Issie. -Machała, wzywając pomocy. Kierowca autobusu zjechał na pobocze. 

Cały czas to widzę. Jechałam z przeciwnego kierunku tym długim prostym odcinkiem drogi numer trzy. 

Jej głos wciąż drży. 

Chcesz wody? Przyniosę ci. - Devyn wstaje i bez kul idzie do kuchni. 

—Autobus  się  zatrzymał.  Kierowca  otworzył  drzwi.  Kilku  pasażerów  wysiadło,  żeby  pomóc  tej  kobiecie,  która  upadła  na 

chodnik.  I  wtedy...  To  wszystko...  Było  koszmarnie.  Piksy  wyszły  z  lasu.  Były  wszędzie.  I  te  krzyki...  Słyszałam  je,  mimo  że 
siedziałam w samochodzie. — Is zaczyna szlochać. 

— Zatrzymałaś się? 

—Oczywiście, że się nie zatrzymała! — krzyczy Devyn. Po chwili uspokaja się i dodaje: - Mam dla ciebie wodę, Is. 

Is podnosi głowę i bierze od niego szklankę. 

—  Zadzwoniłam  pod  sto  dwanaście  i  powiedziałam,  że  zdarzył  się  wypadek,  potem  zadzwoniłam  do  Betty,  ale  jechałam 

dalej. I jechałam... 

Devyn wyjmuje szklankę z dłoni Is i stawia ją na podłodze. 

-  Było tak strasznie... - jęczy moja przyjaciółka. 

—  Cśśś — uspokaja ją Dev. — Wiem, już dobrze. Płacze jeszcze przez chwilę, a potem powoli się uspokaja. Z trudem łapiąc 
oddech, mówi: 

-  Przepraszam. 

-  Nie masz za co przepraszać. - Dev wpatruje się we mnie i odciąga mnie na bok. — Daj nam sekundę, Issie. 

Stajemy przy kuchennym zlewie. Na lśniącym metalu widać smugi. 

-  Co z tobą? - syczy. - Dlaczego jej nie pocieszasz? Przełykam ślinę. 
—  Przepraszam, ale ja... 

Teraz mnie puszczają nerwy. Nie wiem, co powiedzieć. Poruszam ustami, ale nie wydobywa się z nich ani jedno słowo. 

Issie wchodzi do kuchni i odkręca kran, by napełnić 

szklankę. 

-  Moment. Gdzie jest Nick? - pyta. 

—  I dlaczego znowu jesteś niebieska? — dorzuca Devyn oskarżycielskim tonem. 

Na  moment  zamykam  oczy,  oddycham  głęboko  i  mówię  im  o  wszystkim. Opowiadam, jak walkiria porwała Nicka, i że nie 

mogłam go ocalić. 

Dev nagle blednie i chwieje się, jakby miał zemdleć. Raz po raz zaczyna przeczesywać ręką włosy, jak szalony, jakby chciał je 

sobie  wyrwać.  Z  jego  komórki  dobiega  dźwięk  przychodzącej  wiadomości.  Nie  odczytuje  jej,  tylko  wciąż  nerwowo  bawi  się 
włosami. 

background image

 

 

70

-  To znaczy, że on umarł? 

-Już prawie tak. Ona... Ona go zabrała. Powiedziała, że nie ma sposobu, by go ocalić - próbuję im wyjaśnić. Każde słowo parzy 

mnie w język. 

Issie kręci głową. 

-Ale Nick nie mógł umrzeć. Jest naszym bohaterem. Samcem alfa. Naszym... 

-  Issie! — przerywa jej Devyn. 

-No  co?  -  Obrzuca  go  wymownym  spojrzeniem.  -Przecież  tak  jest!  Nie  wolno  mi  się  denerwować?  —  Zgina  się  wpół, 

obejmując ramionami. — Nie mogę uwierzyć, że on nie żyje. Zaro, tak mi przykro. 

Próbuje mnie przytulić, ale w tej chwili nie potrzebuję uścisków. Potrzebuję działania, planu. 
- Jest sposób, żeby sprowadzić go z powrotem, ale tylko jeśli przemienię się w piksa. 
-Co? — Issie otwiera usta ze zdziwienia, zaczynam więc wyjaśniać. Mówię, patrząc, jak z oczu moich przyjaciół płyną łzy. Ja w 

tej chwili nie mogę sobie na nie pozwolić. 

Gdy kończę, Devyn stwierdza: 

-  Nickowi by się to nie spodobało. 

-  Trudno. Nawet jeśli mnie za to znienawidzi, i tak zrobię, co muszę. A muszę sprowadzić go tutaj z powrotem. 

Issie odgarnia włosy z twarzy i ociera oczy. 

-  Niech to, Zaro, będziesz piksem. A tego najbardziej się obawiałaś. 

Kiwam głową tak energicznie, że cała podskakuję. 

-  Wiem. 

Oboje patrzą na mnie, wymieniając kolejne „przeciw", o których sama dobrze wiem. Jestem przygnębiona. Wiem, że jeśli coś 

pójdzie nie tak z pocałunkiem, umrę. A jeśli pójdzie dobrze, zmienię się na zawsze. 

-  Nawet nie wiemy, co to oznacza — powtarza Devyn. — Czytałem, że będziesz potem przywiązana do króla. 

-  Jak niewolnica? - wtrąca Is. - To przerażające. 

-  Astley tego nie zrobi — tłumaczę im. — Nie jest taki. Devyn znów siada na kanapie i mówi zniecierpliwiony: 
-  Nie znasz go. Przecież może cię oszukiwać. 

-  Może  - zgadzam się. Tyle że już podjęłam decyzję. Moi przyjaciele o tym wiedzą. — Muszę spróbować. Wiecie, że muszę 

spróbować. 

-  Ale... - zaczyna Dev. 
-  Chodzi o Nicka. - Głos zaczyna mi się łamać. Issie łapie "mnie za rękę. 

-  Wiem, ale... Zaro? Jesteś pewna, że nie próbujesz sama siebie oszukać, sądząc, że to w ogóle możliwe? 
-  Oczywiście, że nie. — Spoglądam w jej oczy pełne troski i wielkiego smutku. — Musimy zadzwonić do jego rodziców. 

Dev i Is wymieniają znaczące spojrzenia. 

-  No co? - pytam. 

Is wzdycha, pochyla się w moją stronę i mówi: 
-  Zaro, rodzice Nicka nie żyją. 
-  Wcale nie. Są fotografami i wyjechali do Afryki na jakiś duży plener dla Animal Planet czy coś takiego. — Zasuwam zamek 

bluzy pod samą szyję. Nick powiedziałby, że weszłam w tryb kujona. 

-  Nie, kochana. To kłamstwo. - Is gładzi mnie po nodze. — Tak naprawdę oni nie żyją. 
-Ale... Ale... - Nie jestem w stanie przyswoić tego, co słyszę. — Rozmawialiśmy przecież o nich. O tym, kiedy wrócą i jak Nick 

się czuje, gdy ich nie ma. - Wskazuję palcem Devyna. - Ty też o tym mówiłeś. 

Dev się krzywi. 

—Chciał, żebyśmy udawali, że o niczym nie wiemy. Więc tak zrobiliśmy. 
—Ale dlaczego? Przecież to nie ma sensu. — Spoglądam to na jedno, to na drugie. 
-Tyle że właśnie to wszystkim powtarzał... - zaczyna wyjaśniać Issie. 
-Ale ja nie jestem „wszyscy"! - Zrywam się z kanapy. - Jestem miłością jego życia. To znaczy... — tracę siły — miałam nią być. 

—Zaro, kochana... — Issie też wstaje i mocno mnie obejmuje. -Ależ oczywiście, że jesteś. Jesteś miłością jego życia. 
—W takim razie dlaczego mnie okłamał? — Moje słowa ulatują w powietrze pełne złości, irytacji i frustracji. 

Is szuka pomocy u Devyna. 

—Ponieważ nie zawsze byłaś miłością jego życia i na początku ci nie ufał. Dlatego zaserwował ci ten sam tekst, co wszystkim 

innym. 

-  A potem nigdy nie zaufał mi na tyle, by to sprostować? 
-  Ludzie szybko grzęzną w kłamstwach - tłumaczy Dev. — Nick też się w nie zaplątał. Jestem pewny, że chciał ci powiedzieć. 

background image

 

 

71

 

Przez chwilę analizuję jego słowa, ale to nie sprawia, że czuję się choć trochę lepiej. 

-  A więc co stało się z jego rodzicami? — pytam. Issie kręci się jak niespokojny ptak. 

-  Umarli w domu. Chyba. No dobrze. Prawda jest taka, że ojciec Nicka oszalał. Przemienił się i zaatakował jego mamę. I wtedy 

Nick go zabił. 

Zastygam. 

-  Nick zabił swojego ojca? 

-  Zastrzelił  go  —  dodaje  Devyn.  —  Nie  miał  innego  wyjścia.  Ojciec  wpadł  w  prawdziwy  amok.  To  się...  —  zerka  na  Issie  - 

...zdarza od czasu do czasu nie tylko wilkom, ale nam wszystkim. To coś jakby wirus, na przykład grypy, tylko że atakuje wyłącznie 
zmiennokształtnych. 

-A więc on... go zamordował? Zamordował własnego ojca? A jego ojciec matkę? — Zakrywam dłonią usta, zataczając się do tyłu. 

Uderzam ramieniem w kominek. 

-  On go nie zamordował — cedzi Devyn, a jego twarz robi się czerwona. - Nick musiał to zrobić. 
-  Co to znaczy „musiał"? — Robię krok do przodu. — To jedyne rozwiązanie, tak? Zabić albo dać się zabić, zgadza się? Do diabła 

z nauką, medycyną czy choćby staromodną policją i więzieniem. Mam rację? 

-  Nick nie miał wyboru - powtarza Dev. — Jego ojciec był wilkiem, który nagle zdziczał. Nie ma na to lekarstwa. Chwilę później 

zabiłby też Nicka. Nasze zasady są inne, Zaro. 

-  Zasady zmiennych? — ironizuję, kreśląc w powietrzu cudzysłów. 

- Mówię poważnie, Zaro. Nie bądź idiotką. Issie nie wytrzymuje: 
- Devynie! Nie nazywaj jej idiotką! 
- Ale tak się zachowuje. 

-  Jesteś wredny. - Usta Issie zaczynają drżeć. -1 okrutny. Podobno jesteśmy przyjaciółmi i powinniśmy się wspierać. 

—  Masz rację. — Dev wyraźnie próbuje się opanować. Przepraszam, Zaro. Po prostu szaleję z niepokoju. Naprawdę mi przykro. 

Macham lekceważąco ręką. 

—To nie ma znaczenia. 

Issie na moment zaciska powieki — jak zawsze, gdy próbuje się nie denerwować — i mówi: 

—Nie jesteśmy pewni, dlaczego Nick nigdy nie złapał tego wirusa, ale przecież to naprawdę dobrze. Devyn i jego rodzice też nie 

— a teraz próbują znaleźć jakieś lekarstwo w swoim wielkim laboratorium. 

—Oni badają wiele różnych rzeczy, Is. — Devyn drapie się po zaczerwienionym karku w miejscu, gdzie kołnierzyk koszuli dotyka 

skóry. 

Issie podchodzi bliżej i kładzie mi rękę na ramieniu. 
—Tak mi przykro, że on odszedł, Zaro. Odsuwam się. 

—Nie odszedł. Sprowadzę go z powrotem, nawet jeśli mnie okłamał i zachował się jak totalny palant. 

Is opuszcza rękę i kręci głową. 

—Zaro... 

—Jestem naprawdę wściekła, rozumiesz, Issie? Wciąż opowiadamy o tym, że piksy to kłamcy, ale spójrz na nas. Nick kłamał jak 

diabli; Devyn nigdy nie powiedział mi nic o swoich rodzicach ani nie zaprosił do domu. Ty i ja kłamałyśmy, gdy „zapomniałyśmy" 
powiedzieć chłopakom, że rozmawiałyśmy z moim ojcem. 

— Ale w końcu to zrobiłyśmy — protestuje Is. 

—Jednak nie od razu. Nie powiedzieć nic to także kłamstwo, a Nick nieźle się tu zasłużył. — Mrugam nerwowo 

1 oddycham głęboko. - Jednak potrzebujemy go, by walczyć, i wiecie, że potrafię to zrobić. Pójdę tam i go odzyskam. 

—Ten piks może cię oszukiwać — ostrzega Devyn. Wstaje i podnosi z podłogi kule. — To najbardziej prawdopodobny scenariusz 

i dobrze o tym wiesz. Nie można ufać piksom. Przypomnij sobie, jak kombinował twój ojciec, by zwabić do siebie twoją matkę. 

-  Astley nie przypomina mojego ojca. 
-  Rany boskie, Zaro, naprawdę mu ufasz? - zżyma się Is. - Chyba nie, powiedz? Proszę, proszę, powiedz, że mu nie ufasz. 
-  Zaro, pomyśl. - Devyn obrzuca mnie poważnym spojrzeniem. 
-  Nie każ mi myśleć. Cały czas myślę! Nie ty jeden jesteś do tego zdolny, Dev. Nie jestem idiotką. Chociaż moje wybory mogą być 

inne od twoich. Być może kierujemy się różnymi zasadami, ale nie jestem głupia. - Jestem zirytowana, próbuję się uspokoić - przecież 
to moi przyjaciele. - Mam szansę, by wydostać Nicka. 

-  W najlepszym wypadku, jeśli to nie jest jeden wielki przekręt, zmienisz się w piksa! - przypomina Devyn. - Nie będziesz już sobą, 

a Nick nienawidzi piksów. 

-  Muszę zaryzykować - odpowiadam szeptem. - Muszę zaryzykować, by go ocalić. 

Dev kręci głową. 

-  Potrzebujemy cię tu, by walczyć. 

-Wiem,  ale...  -  Szukam  jakiejś wymówki. - Betty będzie z wami. I pani Nix. No i sprowadzę Nicka z powrotem, więc będziemy 

mocniejsi. A ja jako piks będę lepiej walczyła. 

-  Albo  wpadniesz  w  szał  jak  te  potwory,  które  zaatakowały autobus. - Issie aż się wzdryga. - Przyszło ci to do głowy? Zrobisz 

krzywdę nam albo komuś innemu. 

-  Przyszło mi to do głowy. Dev unosi pytająco brew. -No i... 

-  I jeśli tak się zdarzy, jeśli zobaczycie choć znak, że to możliwe, wtedy mnie zabijecie. 

 
 
 
 
Wskazówka 
Piksy nie mieszkają tylko w Anglii, jak Dzwoneczek. To wielkie kłamstwo. Są wszędzie. 
 
 

background image

 

 

72

 
 

Dzwonię do mamy, by ją ostrzec. Bo - spójrzmy prawdzie w oczy - mój ojciec jest głodny, owładnięty pragnieniem, a kiedy to się 

zdarza, zwykle pragnie mojej bardzo ludzkiej, bardzo kruchej mamy, kobiety, która - jak zdecydował - ma być jego królową. 

Cudem udaje mi się połączyć, bo mama jest w odległej części miasta, gdzie zasięg bezustannie zanika. Tak jak w Bedford, nie ma 

tam wystarczającej liczby masztów telefonii komórkowej. Koszmar. 

Opowiadam,  co  się stało, ale nie wspominam o Nicku i swoim planie. Już i tak muszę męczyć się z faktem, że Devyn i Issie są 

przeciwko. Zamiast tego próbuję wydobyć z niej jakieś informacje o wypadku autobusowym i o tym, dlaczego do niego doszło. 

Mama chrząka znacząco (zawsze to robi) i mówi: 

-  Kiedy król czuje pragnienie, wybiera sobie młodego mężczyznę i wysysa z niego krew. Tak się stało z Jayem Dahlbergiem, sama 

widziałaś. 

-  W porządku. Ale wytłumacz mi, o co chodzi z tym wypadkiem. 
-  Wydaje mi się, że takie rzeczy zdarzają się, gdy król jest słaby lub obojętny, wtedy piksy zaczynają dziczeć. 

Mów o swoim ojcu, co chcesz, ale do tej pory naprawdę się kontrolował i kontrolował też piksy, którymi rządził. 

-  Mówisz tak, jakbyś go lubiła. Mama wzdycha przeciągle. 

-  Nie jest tak, tylko... On bardzo się stara zachowywać porządnie, być dobrym, mimo że jego natura szalenie to utrudnia. Muszę 

docenić fakt, że próbuje. 

-  Jasne. To jakby doceniać seryjnego zabójcę za to, że morduje tylko raz w miesiącu. 
-  Zaro, to nie to samo. 
-  Czyżby? 
Znam mamę tak dobrze, że mogę się domyślić, co robi. W tej chwili krzyżuje nogi w kostkach i małą dłonią przeczesuje włosy. 
-  Jesteś taka podobna do taty - mówi. 

Wiem, że chodzi jej o mojego ojczyma, który mnie wychował i niedawno umarł. 

-  Mam nadzieję, że to prawda. 
-  Dlaczego? 
-  Bo tata był bohaterem - podkreślam i na chwilę milknę. Dotykam bolącego z nerwów brzucha. Chciałabym powiedzieć mamie, 

co zamierzam zrobić, ale nie mogę. 

-  Będziesz tam bezpieczna? - słyszę jej pytanie. -Wiem, że się o mnie martwisz, ale ja martwię się o ciebie, kochanie. 
-  Nic mi nie będzie. - Kłamstwo godne Pinokia, jak powiedziałaby Issie. Patrzę na nią, stojącą teraz w kuchni i nalewającą wodę 

do czajnika. Od płaczu ma czerwoną i spuchniętą twarz. Za to Devyn położył na kuchennym stole pogrzebacze i żelazne miecze. 
Wygląda,  jakby  działał  na  autopilocie.  Ta  broń  nie  pomoże  mu  w  walce,  jeśli  będzie  zmieniony,  ale  może  pomóc  Issie  i  mnie. 
Chociaż... szczerze mówiąc, jakiś czas temu nie byłam taka skora do walki, prawda? Devyn podnosi jeden z mieczy i waży go w ręku. 
Ma zupełne inne spojrzenie niż to, które znam -jest przeszywające, pełne złości, a jednocześnie puste. Zwraca się do Issie: 

-  Zemścimy się na nich. Is nie odpowiada. 
-  Zemszczę się na nich, Issie, za to, co musiałaś oglądać... I za Nicka. 

Tym razem Is odpowiada cytatem: 

-  Nocą ludzie śpią spokojnie w swoich łóżkach tylko dlatego, że na straży stoją mężczyźni o surowych obliczach, gotowi stosować przemoc w ich imieniu. 

Chyba powiedział to ten facet od Folwarku zwierzęcego, Orwell. 

-  Zaro? - Głos mamy w słuchawce wyrywa mnie z zamyślenia. 
-  Przepraszam, wybacz. Coś mi przeszkodziło. Mamo, musimy wymyślić jakiś sposób, żebyś była bezpieczna. Dobrze? 

Mama stara się mówić silnym i spokojnym głosem. 

-  Zajmij się sobą, a ja zadbam o siebie. Jak Nick? -Nick... w porządku - wyrzucam z siebie kolejne 

kłamstwo, patrząc, jak Issie stawia imbryk na gazie. Słyszę urwany szloch. Wychodzę z kuchni do salonu, by mama jej nie usłyszała. 
Myślę o Astleyu i o tym, że muszę mu zaufać. - Mamo, myślisz, że wszystkie piksy są złe? 

-  Tak, Zaro. Tak myślę. A właściwie nie myślę, ja to wiem. 

-  Nigdy byś żadnemu nie zaufała? 

-  Nie, skarbie, nigdy. Zaufałam twojemu ojcu i zobacz, co zrobił. Przyszedł po mnie, gdy tylko umarł twój ojczym, i zachował się 

okropnie. Porwał cię... - mówi już zdecydowanym głosem, bez wahania. - Nigdy nie ufaj piksowi. 

Ale ja muszę zaufać jednemu z nich. Nie mam wyboru. Jeśli tego nie zrobię, będzie to oznaczać, że Nick już mnie nie obchodzi, a 

to niemożliwe. 

Odkładam  słuchawkę  i  od  razu  dzwonimy  do  pani  Nix,  by powiedzieć jej, co się stało. W trakcie rozmowy starsza pani wydaje 

okrzyki i piski, aż w końcu woła: 

-  Musimy zewrzeć szyki! — Jej głos przypomina teraz ryk niedźwiedzia. - Zaraz będę. 

Rozłączam się i ogłaszam: 

-  Pani Nix już tu jedzie. 
-  Super! - Głos Issie wydaje się prawie entuzjastyczny, ale mało przekonujący. Is wrzuca torebki z herbatą do kubków. — To super 

— powtarza. 

-  Dzwoniła też Betty. Powinna niedługo wyjść ze szpitala i ruszyć do domu. A mama będzie się ukrywała. 

Devyn opiera się o kuchenny blat. Jego twarz wydaje mi się dużo bledsza niż zazwyczaj. Na pewno jest mu ciężko poruszać się bez 

kul. Za nim stoi laptop babci, w którym przed chwilą szukał informacji. 

-  Powiedziałaś im o Nicku? I o tym, co zamierzasz? -pyta Dev. 
-  Nie. — Głos mi się łamie. — Nie mogę im o tym powiedzieć, bo... 

Wpatruje  się  we  mnie  tym  swoim  przenikliwym  orlim  spojrzeniem.  Odwzajemniam  je  i  próbuję  znów znaleźć w sobie siłę. Nie 

wiem, gdzie zniknęła. Zaciskam usta i staram się wyprostować. 

Dev mówi do mnie nauczycielsko-rodzicielskim tonem: 

-  Jesteś tego pewna? 
-  Nie. 

background image

 

 

73

-  Och, Zaro. — Issie przestaje maczać torebki z herbatą we wrzątku i podchodzi, by złapać mnie za ręce. — Nie musisz zmieniać 

się w piksa. Na pewno jest jakiś sposób. 

-  Ja mógłbym pójść do Walhalli — odzywa się Devyn. 
-  Nie — protestuję. - Chcieliby cię tam zatrzymać. 
-  Dlaczego mieliby zatrzymać mnie, a ciebie nie? 
-  Bo jesteś wojownikiem. 

-  Lekko uszkodzonym — przypomina z ironią. 
—  Nie bądź śmieszny. — Issie przechodzi teraz na stronę Deva. — Oczywiście, że chcieliby cię zatrzymać. — Sama myśl 

0 tym powoduje, że Is blednie. — Nigdzie nie pójdziesz! 

-  To ja mam pójść - mówię tak spokojnie, jak potrafię. — Zresztą jestem najsłabsza ze wszystkich, dużo tu nie pomogę. 

-  Właściwie to chyba ja jestem najsłabsza - zauważa Is. Nie mówię jej, że niedawno po raz pierwszy zabiłam. 

Rzucam tylko: 

-  Zgoda. W walce o tytuł najgorszego wojownika jest remis, ale ja mam w sobie piksa. Łatwiej zniosę przemianę, a zresztą Nick 

jest... m o i m  chłopakiem. 

Devyn kiwa głową, jakby powoli zaczął akceptować mój plan. 
Podnoszę  kubek  ozdobiony  obrazkiem  konia,  wyjmuję  z  niego  torebkę  herbaty  i  odkładam  ją  na  papierowy  ręcznik.  Plama 

brązowego płynu rozprzestrzenia się na białym papierze jak dżuma. 

—No dobrze. Powiedzmy, że Nick naprawdę jest w Walhalli. A jeśli tam spodoba mu się bardziej? - pytam. - A jeśli będzie na mnie 

zły, że sprowadziłam go na ziemię? 

—Och, tak jak w Buffy} Kiedy Willow sprowadziła Buffy z innego wymiaru po jej śmierci i Buffy była bardzo smutna 

1 pusta w środku, bo okazało się, że wcale nie trafiła do piekła, tylko do nieba? O tym mówisz? - Is urywa na chwilę. -Naprawdę było 
mi wtedy szkoda Willow... Naprawdę bardzo. Oczywiście zadarła z mocami wszechświata i w ogóle, no i wyciągnęła swoją najlepszą 
przyjaciółkę ze szczęśliwego niebiańskiego wymiaru, a musiała przeżyć tego wielkiego węża, który wyszedł jej z ust i wszystko inne. Ja 
bym to dla was zrobiła. Absolutnie. Nie myślcie, że tylko tak mówię. 

Bawię się papierowym ręcznikiem. 
—  Is, nie mam zielonego pojęcia, o c z y m ty mówisz. 

-  Buffy to taki serial telewizyjny - wyjaśnia Devyn. -Kultowy, z lat dziewięćdziesiątych 

-Aha. 

-  Ale rozumiesz, o co mi chodzi? Że boisz się go zabrać jakby z nieba? - pyta Is. 

Wycieram dłonie w spodnie. 

-  Tak. 

Devyn podchwytuje moje spojrzenie. 

-  Zaro, szukałem nowych informacji i wszystko, co powiedział ten... piks - ostatnie słowo brzmi jak przekleństwo 

 
-  chyba jest prawdą. Jeśli Walhalla istnieje, to dlatego, że Odyn i Thor zbierają wojowników na najważniejszą bitwę w dziejach. Nie 
wierzę, że tak po prostu wypuszczą Nicka. I nie jestem pewny, czy znajdziesz drogę do tego miejsca. 

-  Dlaczego? 
-  Jedyne, co znalazłem, to informacja, że to walkirie zabierają tam wojowników. 
-  Musi być jakiś inny sposób - powtarzam. 
-  Zawsze jest. - W kuchni pojawia się pani Nix. - Nie pukałam. A teraz powiedz mi, po co w ogóle wybierasz się do Walhalli? - 

Rozgląda się po kuchni, oceniając sytuację. 
-  Gdzie jest Nick? 

Wszyscy milczymy. 
Pani Nix poprawia okulary i powtarza: 

-  Gdzie jest Nick? 

Tym razem słyszymy w jej glosie jakby ryknięcie. 

-  Wie pani o Walhalli? - zmieniam temat. - A więc naprawdę istnieje? Dlaczego nigdy nam pani o niej nie mówiła? 
-  Wiem tylko to, co opowiedziała mi kiedyś mama, ale nawet gdy to mówiła... - Pani Nix urywa. Wyrzuca ręce w powietrze, jakby 

szukała tam właściwych słów. - ...to była raczej bajka. Nie wspomniałam wam o niej, bo nie było takiej potrzeby. A ty, Zaro White, 
nie próbuj zmieniać tematu. Gdzie jest Nick? 

Na  dworze  rozlega  się  wrzask.  Przeraźliwy  i  głośny.  Issie  rzuca  się  w  objęcia  pani  Nix.  Devyn  natychmiast  do  nich  podbiega. 

Doskakuję do okna, odsuwam zasłonę i wyglądam na podwórko. 

-  Co to? - W głosie pani Nix słyszę panikę. 

-  Piksy - odpowiadam. - Bardzo dużo piksów. Urwała im się pani w ostatniej chwili. 

Piksy  wirują  dokoła  jak  w  jakimś  dziwacznym  tańcu.  Wykręcają  stopy  na  śniegu  w  wymyślny,  acz  niekontrolowany  sposób. 

Wyciągają ręce do nieba. W zapadającym zmierzchu wyglądają, jakby wokół czegoś tańczyły. 

-  A jeśli spróbują wejść do środka? - pyta Issie. Próbuję rozeznać się w sytuacji. 
-  Tutaj może wejść tylko mój ojciec. 
-  A jeśli to zrobi? - odzywa się Devyn. 

-  To go zabiję - odpowiadam bez wahania. Gdy szukam ojca wśród tańczących postaci, coś zauważam. Jak mogłam od razu tego 

nie spostrzec? Odskakuję od okna. - Dajcie mi broń. 

-Co? 

-  Daj mi broń - powtarzam, wyciągając zdrową rękę. -Pogrzebacz. Nie, lepiej miecz. 

Pani Nix wkłada rękojeść w moją rękę. Biegnę do drzwi. 

-  Zostańcie tu. Oprócz pani Nix. Chyba powinna się pani przemienić. 
-  O  rany.  Weszła  w tryb dowodzenia. Zaro? Dlaczego weszłaś w tryb dowodzenia? - Zdenerwowana Issie wykręca ręce, ale nie 

mam czasu, by z nią rozmawiać. 

background image

 

 

74

Devyn podchodzi do okna. 

-  Jasna cho... 

-  O co chodzi?! - woła Issie, ale ja już stoję przy drzwiach, otwieram je i wybiegam na dwór. 
-  Betty! - odpowiada Devyn. - Złapali ją w zasadzkę. Otoczyli ją. 

 
 
 

Definicja 

Bohater: możecie zapragnąć zostać bohaterami, jeśli - i kiedy - wy lub wasi przyjaciele zostaniecie zaatakowani przez 
piksy. Pamiętajcie jednak, że bohaterowie często giną. 

 
 
 

Najpierw uderza we mnie podmuch wiatru, niosąc śnieg, który przesiania mi widok jasną bielą. Ale to trwa tylko sekundę. Płatki 

dotykają  mojej  skóry  i  natychmiast  się  topią.  Mrugam,  by  strącić  krople  z  oczu,  i  ruszam, biegnę wprost na piksy. Miecz toruje mi 
drogę. 

Wyją. Jeden z nich się odwraca - to mężczyzna. Betty korzysta z okazji i atakuje, wskakując mu na plecy. Piks robi krok do przodu, 

by utrzymać równowagę. Tygrysie zęby zanurzają się w jego szyi. Nawet mimo pisków słyszę, jak kły rozrywają ciało, jak pękają skóra 
i kości, gdy Betty potrząsa ciałem ofiary. Piks spada na ziemię, nieruchomy, powyginany - w dżinsach z supermarketu. 

- Betty! - krzyczę ostrzegawczo. 
Zbliżają się do niej kolejne trzy. Odskakuje od zabitego i ryczy. Wielkie łapy odrywają się od śniegu, a szczęki znów się rozwierają. 

Nie mogę uwierzyć, że to moja babcia. Nie przemienia się często, ale gdy to robi, jest niesamowita. 

Coś  uderza  mnie  od  tyłu.  Upadam.  Wyciągam  rękę  z  mieczem  i  młócę  nim  powietrze,  zanim  jeszcze  dostrzegam,  co  mnie 

dopadło. To piks, kobieta. 

Uśmiecha się. Śnieg topi się w jej rudych włosach, rozpryskuje na kociej piżamie i szlafroku. 
-  Księżniczko... Mamy ci podziękować. 
Po raz kolejny siekę mieczem. Ona jednak uchyla się i jedną ręką łapie mnie za kark, a drugą za ramię. Cholera, jest silna. 

-  Jak to jest być w pułapce? - szepcze. - Jak to jest być po stronie przegranych? Czuć, że zaraz się umrze? 
-  Nie  wiem  -  mamroczę.  Kobieta  zaciska  rękę  na  mojej  szyi,  duszę  się.  Świat  wokół  wiruje.  Z  trudem  charczę  jeszcze:  -  Ty  mi 

powiedz. 

Rzucam się z kopniakiem do przodu niczym wojownik ninja, tak jak uczył nas Nick. Siła tego ruchu pozwala mi uwolnić klatkę 

piersiową i wyrwać się z uścisku. To niewiele, ale wystarcza, bym przetoczyła się na bok. 

Kobieta upada na ziemię. Wokół nas wrzeszczą piksy. Betty ryczy złowieszczo, a one zaczynają mnie otaczać. Bez zastanowienia 

wywijam mieczem. Od jego ciężaru boli mnie ramię. Ostrze przeszywa bawełniany szlafrok rudowłosej i rozcina jej brzuch. Wypływa 
z niego czerwo-noniebieska krew. Kolor zalewa kotki na piżamie. Kobieta tylko się śmieje. Krew rozlewa się coraz szerzej. 

Ktoś krzyczy. Ktoś podnosi miecz i wbija go w szyję ofiary. Ten ktoś to ja. Wyrywam ostrze z jej ciała. 

Staję prosto. 

Kolejne  życie  uleciało  z  mojej  winy.  Trzecie.  Zabiłam  już  trzykrotnie.  Odwracam  się,  podnoszę  miecz i  nie  przestaję  krzyczeć. 

Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. 

Nadlatuje  Devyn  i  od  razu  zniża  się,  atakując  jakiegoś  mężczyznę  z  potarganymi  niebieskimi  włosami  i dziwną ozdobą w nosie. 

Orle pazury celują prosto w oczy. 

Mój  miecz  zatapia  się  w  brzuchu  kolejnego  piksa.  Ten  jest  większy,  zbudowany  jak  drwal.  Chwieje  się,  ale  nie  przewraca.  Jego 

spojrzenie robi się jeszcze bardziej dzikie i srebrne. Uśmiecha się i znowu się na mnie zamierza. 

Podnoszę miecz, lecz nie zdążam go opuścić. Na mojego przeciwnika rzuca się wielki niedźwiedź - pani Nix. Upadają spleceni na 

śnieg. Pani Nix nie wydaje żadnego dźwięku, tylko zaciska szczękę na głowie ofiary. 

Odwracam się. 

Piksów jest tak dużo. Atakują całą grupą. Betty próbuje walczyć z czterema naraz. Jej długi tułów aż drży z wściekłości. Ale widzę, 

że  jest  ranna  w  ramię.  Próbuję  się  do  niej  zbliżyć,  zdając  sobie  sprawę,  że  na  nogach  wciąż  mam  kapcie.  Moje  stopy  gorzko  tego 
potem pożałują. W tej chwili jednak nie czuję nic oprócz złości i dzikiego, szalonego pragnienia, by chronić i pomścić. 

Nagle powietrze przeszywa strzała, wbijając się w bok Betty, która zatacza się pod wpływem uderzenia i bólu. Rozlega się jej ryk. 
-  Zaro... - szepcze jakiś piks gdzieś za moimi plecami, w lesie. - Chodź do mnie. 
Ignoruję go - stary numer, na który nie dam się już nabrać. Dostrzegam kolejną nadlatującą strzałę. Devyn nurkuje, łapie ją w dziób 

i upuszcza na ziemię. Biegnę w stronę Betty. Piksy zacieśniają krąg. Zamierzam się na tego stojącego najbliżej, ale chybiam. Odsuwa 
się. Klapy jego czarnej skórzanej kurtki łopocą na wietrze. 

-  Stylowe faux pas, kolego - szydzę. Rzucam się do przodu i wyrywam strzałę z ciała Betty. Wydaje kolejny ryk i odwraca się do 

mnie. Nasze spojrzenia się spotykają. W moim oddechu czuć strach. Robię krok do tyłu. Coś uderza w bandaż na moim nadgarstku. 
Betty napręża mięśnie i przeskakuje nad moją głową. Widzę tylko białe futro na jej brzuchu, wielkie pazury - i już jej nie ma. 

Odwracam się i patrzę, jak z wyciągniętymi łapami ląduje na kolejnej ofierze. W tym czasie pani Nix wycofuje się w stronę domu, 

usuwając piksy z naszej drogi. Zostawia je za sobą, powykręcane, krwawiące. Issie stoi przy drzwiach z kuszą. Nic nie mówi, tylko 
rozgląda się skupiona. Naciąga cięciwę, ale nie mam okazji zobaczyć, czy trafiła. Jakiś piks po mojej prawej stronie ciągnie mnie za 
rękę,  drugi  gryzie  w  nadgarstek.  Czuję  przeszywający  ból  w  ręce.  Upuszczam  miecz.  Kopię  i  w  coś  trafiam,  ale  uścisk  się  nie 
rozluźnia. 

-  Wycofajcie się! - wrzeszczy Issie. - Odwrót! Jest ich więcej! Do środka! 
Pani  Nix  wbiega  po  schodach  na  ganek.  Devyn  zamierza  się  na  atakującego  mnie  piksa.  Jego  pazury  rozdzierają  mu  skórę.  W 

powietrzu  rozlega  się  trzepot  skrzydeł.  Ten,  który  ciągnie  mnie  za  rękę,  odsuwa  się,  by  odgonić  Devyna.  Ale  drugi  wciąż  ssie  mój 
nadgarstek. To kobieta. Nie mam czym jej uderzyć. Kolana. Kopię ją w pierś. Nic. Wrzeszczę, próbując sięgnąć po leżący w śniegu 
miecz. 

background image

 

 

75

-  Ona ma Zarę! - drze się Issie. - Żeby cię szlag, ty durny piksie! 

Znów ktoś krzyczy. Nie wiem, czy to ja, czy Is. 

-  Betty! 

Jedna ze strzał Issie przeszywa powietrze, ale nie trafia w cel. Wciąż kopię, jednak kobieta piks nie puszcza. Jej palce zmieniają się 

w pazury. Łapie mnie w pasie, by rzucić na ziemię. Ból jest niewiarygodny. Próbuję jakoś ją zranić, lecz kiepsko mi to idzie. 

-  Zaro! - słyszę męski głos. 

Nick? Nie, to nie on. Głos jest nieco niższy i bardziej ochrypły. Coś dzikiego i niebieskiego odciąga ode mnie kobietę. Mężczyzna. 

Piks. Potężny i dziki. Uderza kobietę w twarz; słyszę trzask łamanych kości. On zaś uśmiecha się, zadowolony, i odwraca do mnie. Na 
ustach ma krew, która plami mu zęby. Doskakuje do mnie. 

-  Nie! — wrzeszczę. 

Porywa mnie na ręce, a ja mogę tylko uderzać ręką w jego pierś. Moje ciało przeszywa ból. Trudno. Szarpię się raz jeszcze. 
-  Zaro, nie. - Ma głęboki znajomy głos. Srebrne oczy patrzą w moje. - Miałaś przecież zadzwonić. 

Poznaję go, choć nie ukrywa się już pod czarem. 

-  Astley? 

-  Trzymaj się - nakazuje. Ściskam go tak mocno, jak potrafię, ale rana na nadgarstku bardzo to utrudnia. Astley przytula mnie do 

piersi, a ja znów czuję koszmarny ból. Boli każda komórka mojego ciała, jakbym odczuwała ją podwójnie, lecz cały harmider walki 
powoli się wycisza. Jesteśmy tylko my dwoje. 

-  Zaro, trzymaj się! - powtarza. 

Przyciskam twarz do jego piersi. Jest mniej masywna niż Nicka. Astley nie pachnie jak Nick. Bo przecież nim nie jest. Moje kapcie 

już nie dotykają ziemi. Czy Astley zabiera mnie w jakieś bezpieczne miejsce? Ale nie wystarczy, że uratuje tylko mnie. 

Zaczynam się szarpać, próbując go odsunąć. 

-  A co z Issie i babcią? Muszę im pomóc. 

-  Wchodzą do domu. Spójrz. - Przechyla się, bym mogła spojrzeć w dół. - Nic im nie będzie. 

Nie widzę już Betty ani pani Nix. Tylko Devyn znów jest na dworze, krążąc nad piksami. 

-  Szuka mnie. 

-  Nie  dostrzeże  cię,  bo  nas  zasłoniłem.  Bez  uroku  nie  mógłbym  latać.  -  Uśmiecha  się.  -  Chcesz,  żeby  cię  zobaczył?  Mogę  to 

załatwić. 

Przez moment się zastanawiam, ale kręcę głową. 
-  Nie. Poleciałby za nami. 

Już  widzę,  jak  Devyn  się  ze  mną  kłóci,  jego  ciemne oczy rzucają potępiające spojrzenia, a długie ręce znacząco gestykulują. To 

tylko opóźniłoby akcję. 

Astley oddycha głęboko, aż czuję poruszające się żebra, i zaczyna lecieć szybciej, tuż nad czubkami drzew. Ukrywam twarz na jego 

piersi,  by  nie  odczuwać  zimna,  ale  palce  u  nóg  aż  mnie  bolą,  tak  są  zmarznięte.  Gdzieś  zgubiłam  jeden  kapeć.  Nadgarstek  wciąż 
krwawi, lecz ostry, przeszywający ból zelżał, zmieniając się w głuche pulsowanie. A gdy Astley oznajmia, że zabiera mnie do swojego 
pokoju hotelowego, pulsowanie nie znika. 

Przyciska mnie jeszcze mocniej, mówiąc: 
-  Coś wibruje w twojej kieszeni. 
-  Komórka. Nie bardzo mam jak odebrać. 
-  Nie próbuj, bo mogę cię upuścić. 

Zerkam przelotnie na ziemię pod nami. Jesteśmy spory kawałek nad ostro zakończonymi czubkami drzew. 

-  Wolałabym nie. 

-  Nie pozwolę ci spaść, księżniczko, obiecuję. - Astley napina mięśnie. - Trzymaj się, zaraz lądujemy. 
-  Mógłbyś coś dla mnie zrobić? - pytam. Mój telefon znów się odzywa. 

-  Uratowanie cię nie wystarczy? 

-  Nie żartuj sobie. Nie znamy się wystarczająco dobrze, żebyś mógł ze mnie żartować. 

-  Jestem królem. Wolno mi to robić. 

-  Nie jesteś jedynym królem, tylko jednym z kilku. Czyż nie? 
-  No tak. - Milknie na moment. - Czy ta przysługa to powstrzymanie się od żartów? 
-  Nie. Przysługa to: czy mógłbyś nie nazywać mnie „księżniczką"? 

-  Ale przecież nią jesteś. 

Kolejny dreszcz. Astley łapie mnie mocniej, gdy odpowiadam: 

-  Wiem, ale tak nazywa mnie mój ojciec, a wiesz, że... Kończy zdanie za mnie: 

-  ...nie chcesz, żebym ci o nim przypominał? 
-  Właśnie. Kiwa głową. 
-  Dobry pomysł. Uważaj, lądujemy. Trzymaj się. Robię, co każe. 

 
 
 
 
 
Wskazówka 
Piksy potrafią przebić największe okropieństwo, nawet w dobry dzień. 

 
 
 
Asdey  pochyla  się,  by  dotknąć  mojej  twarzy.  Może  chce  przeprosić  za  koszmarne  lądowanie?  Nie  jestem  pewna.  Odsuwam  się 

odrobinę i jego ręka znika. Poruszamy się powoli, jakbyśmy oboje przeżyli właśnie jakiś wypadek. Oszołomieni, spoglądamy na siebie, 
szukając  wsparcia,  ale  boimy  się  poruszyć,  przyznać,  że  istniejemy.  Przez  moment  milczymy.  I  wtedy  mój  telefon  odzywa  się 
ponownie. Nie mogę wyjąć go z kieszeni, bo mam zakrwawioną rękę. Astley robi to za mnie. 

background image

 

 

76

—Rumienisz się - zauważa. 
—Właśnie włożyłeś rękę do mojej kieszeni. To dość intymne. 

Uśmiecha się łobuzersko i podaje mi telefon. 

—Są tam też cukierki. 
—Skittles — wyjaśniam. — Lubię je. 
Wciąż leżymy na ziemi. Patrzę na ekran - mam pięć wiadomości, wszystkie wysłane przez Issie i wszystkie tej samej treści: Jesteś 

cała? Gdzie jesteś? Proszę Astleya, by odpisał, że wszystko ze mną dobrze. Jego palce wydają się takie wielkie na malutkiej klawiaturze. 
Po sekundzie znów słychać brzęczyk. Tu małe obrażenia. Gdzie jesteś? 

Na to pytanie nie mogę odpowiedzieć, bo z pewnością wysłaliby zaraz grupę ratowniczą. Rozglądam się jednak: śmietniki, wielki, 

gładki, wysoki na dwa piętra mur, śnieg, klimatyzator. Astley przysiada na piętach i czeka. 

Ja także czekam. Nie bardzo wiem, co robić. Jeszcze raz przyglądam się temu miejscu. Wylądowaliśmy koło Holi-day Inn, gdzie 

mieszka Astley, co wydaje mi się trochę zabawne. Raczej trudno się spodziewać, że piksy zachowują się normalnie, ale widać tak jest... 
Przynajmniej niektóre z nich. W końcu Megan i łan chodzili do normalnego liceum. Z pewnością jakieś piksy pracują - inaczej skąd 
mieliby choćby ubrania? Nie wiem. Tak wielu rzeczy jeszcze o nich nie wiem. 

-Tu mieszkasz? - pytam, gdy powoli wstajemy, schowani za śmietnikiem. 

—Przyznaję, że nie jest to najelegantszy hotel świata, ale w twoim mieście nie ma zbyt dużego wyboru — odpowiada, zamykając 

moją komórkę. — Możemy polecieć w jakieś lepsze miejsce, jeśli chcesz. 

—Nie. — Kręcę głową, strzepując śnieg z rąk, ale to tylko sprawia, że nadgarstek bardziej krwawi. — Wszystko dobrze. 
—Raczej nie bardzo. - Astley obejmuje ręką mój nadgarstek i uciska ranę, próbując zatamować krew. — Drżysz. Straciłaś sporo 

krwi. Niebezpiecznie byłoby cię teraz pocałować. 

Serce zamiera mi w piersi. 

—Ale musisz. Trzeba się spieszyć. 
—Zaro, niczego nie możemy być pewni w tej kwestii — mówi, prowadząc mnie w stronę wejścia do hotelu między pokrytymi 

śniegiem samochodami stojącymi na parkingu. Idę wolno, bo jedną stopę mam bosą. Astley zauważa to i pyta: - Ponieść cię? 

—Nie! - Byliśmy zbyt blisko już w czasie lotu. 
—Odmrozisz sobie palce. 
—Wcale nie. 

Zatrzymuje się i zaczyna zdejmować buty. 

—Weź rnoje. 

Otwieram szeroko usta ze zdziwienia. Astley kuca i wkłada moją gołą stopę do swojego skórzanego półbuta. 
-  Przemarzłaś do kości - karci mnie. 

-  Nic mi nie jest. Zresztą twoje buty i tak są na mnie za duże. 

Zdejmuje kapeć z mojej drugiej stopy i na nią także wkłada swój but, jakbym była dzieckiem. 

-  W takim razie szuraj - proponuje. 
Protestuję, bo naprawdę bardzo mi głupio, choć wiem, że piksy dobrze potrafią znosić zimno. Idę, szurając. Astley, dziwnie kruchy 

z gołymi nogami, razem ze mną mija wielkiego starego chevroleta i inne samochody. Ktoś otwiera pilotem auto i ciche piknięcie niesie 
się echem po parkingu. Astley otwiera mi drzwi. 

Gdy wchodzimy do holu, kobieta w recepcji spogląda na nas i automatycznie robi krok w tył. Drżącą dłonią zakrywa usta. Widzę 

przerażone jak u jelenia na drodze oczy, które dziwnie pasują do wysoko upiętych włosów. Wskazuje nas palcem. Słychać grzechot 
bransoletek na trzęsącym się nadgarstku. 

—Wy... W-wy... — jąka się, przesuwa odrobinę i zrzuca biodrem na podłogę jakiś ciężki przedmiot. 

Astley pochyla się i szepcze mi do ucha: 

—Zapomniałem zasłonić nas czarem i ona widzi, że jesteś niebieska. 
-  Na  dodatek  krwawię,  a  ty jesteś boso. Wyglądamy dziwacznie - potwierdzam, gdy szurając nogami, mijamy wyszywane w róże 

hotelowe kanapy. — Biedna kobieta. 

Ręka recepcjonistki — ta, którą nas pokazywała — opada wzdłuż ciała. Słyszymy cichy jęk przerażenia. 
-  Hej! - Zerkam na identyfikator z imieniem i szurając, podchodzę do kontuaru recepcji. - Deidre? Wszystko w porządku. Wracamy 

z najlepszej imprezy w życiu. To talnie wariackiej. Tylko spójrz na moją skórę. Odjazdowa, co? Mam nadzieję, że to cholerstwo się 
zmyje. 

—  Och... — bąka, próbując się otrząsnąć. — O rany... Kurczę... Te zęby... 

—Wiem,  wiem.  Jego  kostium  jest  sto  razy  lepszy  od  mojego.  Diabelnie  niesprawiedliwe.  —  Kiwam  głową  i  ręką  pokazuję 

Astleyowi, by przeszedł obok. Odchodząc, rzucam jeszcze przez ramię: — Ale jeszcze za to beknie, przysięgam. 

—Jasne, kochana! - odkrzykuje recepcjonistka. - Daj mu popalić! 

Szybko idziemy wyłożonym wykładziną korytarzem i po schodkach do miejsca, gdzie po obu stronach zaczynają się pokoje. Astley 

patrzy na mnie rozbawiony. 
—  Po co gadałaś takie głupoty? — pyta. Wypuszczam powietrze z płuc - nieświadomie wstrzymywałam oddech. 

—Dorośli oczekują, że nastolatki tak właśnie się wyrażają. Niezbyt elokwentnie - odpowiadam. 

Uśmiecha się. Ależ ma dużo tych zębów. 

—Twoje zęby są przerażające — rzucam. — Nie chcę takich mieć. 
—To  znaczy...  Ze  jednak  nie  chcesz  tego  robić?  —  Astley zatrzymuje się i nieco mocniej ściska mój nadgarstek. Stoimy między 

pokojami sto dwadzieścia pięć i sto dwadzieścia siedem według numerów wypisanych na mosiężnych tabliczkach. — Wybór należy do 
ciebie, Zaro. 

Teraz zaczynają drżeć mi kolana. W myślach recytuję fobie, próbując jakoś poradzić sobie z tą sytuacją, ze strachem, ale nic z tego 

nie wynika. Opieram się o ścianę i proszę: 

—  Daj mi chwilę. 

Astley mruga i obraca się tak, bym lepiej widziała jego twarz, ale po chwili chyba zmienia zdanie. Mówi spokojnie, choć spojrzenie 

ma bardzo skupione i zdecydowane: 

background image

 

 

77

-  To bardzo poważna decyzja. 

Oddycham głęboko, wyjmuję komórkę i dzwonię do 

Betty. Odbiera natychmiast i odzywa się głosem ostrym jak brzytwa: 
-  Zaro! Gdzie ty, do diabła, jesteś? Wszystko w porządku? 
-  Tak, u mnie tak. A u was? 
-  Dobrze, dobrze. Radzę sobie z większym cholerstwem niż to, co przysłali. Ale gdzie ty jesteś? 
- Z Astleyem. 
— Jest z Astleyem — powtarza Betty zduszonym głosem. 
Chyba odwróciła się od telefonu. - To on jest królem? Jesteś z k r ó l e m ?  Czy on cię porwał? 
-Ocalił mnie — odpowiadam szeptem. 
-Zaro White, jesteś zdecydowanie zbyt inteligentna, by uwierzyć, że król piksów może cię ocalić. Nie pozwól, powtarzam, nie 

pozwól, by cię pocałował — nakazuje. — Ja pójdę do Walhalli po Nicka. Wiem, co chcesz zrobić, ale to wszystko manipulacje. Nie 
jesteś dość silna, by to zrobić. 
Pomyśl, jakie to może mieć następstwa, 

Przerywam jej: 
— Kocham cię, babciu. Wiesz o tym, prawda? 
-  Zaro! 
-  Kocham Issie, Deva i panią Nix, i mamę. - W moim gardle rośnie wielka gula. Cała sztywnieję, jakby ktoś uwięził mnie w śniegu. 

Czysty, zimny ból. — Kocham was! 

Rozłączam się, zanim udaje mi się zrozumieć, co krzyczy Betty do słuchawki. 

-  W porządku? — Głos Astleya dobiega zza moich pleców. 

W porządku? Krew z pogryzionego nadgarstka przesącza się przez palce Astleya i kapie na podłogę. Nie mam wyjścia - muszę to 

zrobić. Ja i tylko ja, ponieważ to ja ponoszę całą odpowiedzialność. Weszłam do domu piksów, a Nick podążył za mną. I o mało nie 
umarł. Jeśli nie sprowadzę go z powrotem, całe moje istnienie pochłonie wielka czarna dziura i nikt mnie z niej nie wydobędzie. Tak, 
wszystko w porządku. Zarąbiście. Odsuwam na bok wszystkie myśli i wbijam wzrok w podłogę, gdy idziemy korytarzem. W końcu się 
odzywam: 

— Głupio mi, że krew kapie na dywan. Zostaną plamy. Astley tylko się śmieje. 

—Żartujesz,  prawda?  Zaraz  zostaniesz  przemieniona,  a  martwisz  się  o  taki  drobiazg?  —  Przechyla  głowę  i  przygląda  mi  się 

uważnie, co mnie krępuje, i pyta jeszcze: -Nie martwisz się, że będziesz moją królową? 

Oddycham głęboko i odpowiadam: 

—Posłuchaj. Piekielnie się tego wszystkiego boję. Boję się być piksem, być twoją królową i długofalowych konsekwencji tego, co 

zrobię. Boję się Walhalli, tego, że nie uda mi się sprowadzić Nicka i tego, że kiedy zostanę piksem, przestanie mnie kochać. Boję się 
tych wszystkich piksów, które są na wolności. Boję się, że mnie okłamujesz. Naprawdę piekielnie się boję. Ale po prostu muszę to 
zrobić. Najlepiej krok po kroku. A jeśli będę za dużo myślała, to nic nie zdziałam. Bo ten strach mnie sparaliżuje, rozumiesz? 

Astley z chichotem otwiera drzwi na klatkę schodową. 

—Dwa razy powiedziałaś „piekielnie". 
—Bo się denerwuję. 
—Większość ludzi przeklina, gdy się denerwuje. 
—Nie należę do większości. 
—Wiem. — Bierze mnie za łokieć. 

Przechyla głowę i przygląda mi się uważnie. Odwzajemniam spojrzenie - patrzę w srebrne oczy, na niebieską skórę, gęste włosy, 

przerażająco ostre zęby. Astley przytrzymuje mój nadgarstek i stopą popycha drzwi. 

—Jesteś tego pewna? 
—Myślisz, że przeżyję? - pytam szeptem. 
—Pocałunek? — On także szepcze. 
Nie odrywam spojrzenia od jego oczu. 
-  Tak. Pocałunek. I całą resztę. 
-  Dopilnuję tego, byś przeżyła, Zaro. Obiecuję. - Nawet nie mrugnie okiem. Nie widzę znaków, które wskazywałyby, że kłamie. 

— Musisz być zdrowa. Jeśli masz zostać moją królową, chcę, byś przetrwała i była silna, by pomóc mi walczyć. 

-  Po właściwej stronie, tak? — pytam głośno z lekką kpiną. 

-Tak. 

Nagle za nami słychać kobiecy głos: 

-  Tam są! 
Odwracamy  się  na  pięcie.  Deidre,  recepcjonistka,  stoi  z  wysokim,  chudym  hotelowym  ochroniarzem  w  szarym  mundurze,  i 

wskazuje nas palcem, co zresztą wygląda zabawnie, bo jesteśmy jedynymi ludźmi w całym korytarzu. 

-  Brzydko tak pokazywać palcem - szepczę do Astleya. - Uciekajmy. 

Kręci głową. 

-  Stój spokojnie. Może dam radę. 

Ochroniarz biegnie w naszą stronę, a jego policzki unoszą się jak obwisłe psie wargi. Na wpół jęczę, na wpół warczę: 

-  „Może" ? Co to niby znaczy „może" ? 

Asdey łapie mnie za rękę i wychodzi przede mnie. 

-  Proszę pana? W czym możemy panu pomóc? Ochroniarz patrzy na nas wzburzony. 
-  Ani kroku dalej. 

-  Kroku gdzie? — pyta Astley i wydaje mi się, jakby mówił poważnie. 

-  To takie wyrażenie - syczę. - Oznacza „nie ruszaj się". 

background image

 

 

78

-  Nie  żartuj  sobie  ze  mnie,  gnojku.  -  Strażnik  staje  wyprostowany  i  przygląda  nam  się.  —  Co  z  ciebie  za  świr,  po  coś  się  tak 

przebrał? — Gestem każe mi podejść. — Wszystko w porządku, panienko? Czy on zrobił panience krzywdę? 

Nagle  wydaje  mi  się,  że  korytarz  się  kurczy  i  wypełnia  zapachem  wody  kolońskiej  tego  mężczyzny.  Klaustrofo-bicznie. 

Klaustrofobia to strach przed... 

-Halo? - Znów słyszę warknięcie ochroniarza. - Podejdź utaj. 

-  Ona  jest  w  szoku  -  odzywa  się  Deidre.  Zastanawiam  się,  czy  wszyscy  tu  są  przy zdrowych zmysłach. Rozglądam się, a Astley 

znów zaczyna gadać: 

-  Naprawdę, proszę pana. Nic nam nie jest. Byliśmy na imprezie przebierańców. Moją dziewczynę trochę poniosło i... 
-  Słuchaj! Kazałem ci puścić dziewczynę. - Ochroniarz zwraca się do Deidre: - Wezwij policję. Ja go tu zatrzymam. 

Mocniej ściskam dłoń Astleya. Odwzajemnia gest. 

-  Mogę pana zapewnić, że... 

-  No  idź!  -  Mężczyzna  szeroko  otwiera  usta,  krzycząc  na  Deidre.  Recepcjonistka  wybiega,  on  zaś  podchodzi  bliżej  i  wyjmuje  z 

kieszeni krótkofalówkę. 

-  Zaczaruj go, zaraz wezwie posiłki - syczę do Astleya. 
-  Próbuję. Ale nie jestem w tym najlepszy. 

Strażnik zatrzymuje się, podnosi krótkofalówkę do ust i wpatruje się w nas intensywnie. A właściwie w Astleya. 

-  Pasujesz do opisu tych świrów, którzy napadli na autobus z Sumner. Jesteś jednym z nich? Nie odpowiadaj. Stań pod ścianą. 

Astley rusza do przodu, ale ciągnę go z powrotem. 

-  Uciekaj! - krzyczę i rzucam w twarz ochroniarza cukierki, które miałam w kieszeni. 
A  Astley  słucha  mojego  polecenia.  Odwraca  się,  pozwalając,  bym  pociągnęła  go  w  stronę  wyjścia,  a  strażnik  nerwowo  wciska 

guziki w krótkofalówce, by wezwać wsparcie, po czym rozpoczyna pościg. 

 
 
 

Definicja 

Pocałunek piksa: decydujący moment przemiany człowieka w piksa. Często jest śmiertelny, rzadko seksowny. 
 
 
 
Biegniemy schodami na górę, wpadając do kolejnego korytarza wyłożonego typowo hotelową wykładziną i beżową tapetą. Mijamy 

kolejne  drzwi,  aż  zatrzymujemy  się  pod  pokojem  numer  dwieście  pięćdziesiąt  dziewięć,  gdzie  Astley  przesuwa kartę magnetyczną i 
wpuszcza mnie do środka, zatrzaskując szybko drzwi. Opieramy się plecami o wytapetowaną ścianę, stoimy bez ruchu. Wstrzymuję 
oddech. Trzydzieści sekund później w korytarzu rozlega się tupot wielu stóp. 

-  Nie widzieli, do którego wbiegliśmy pokoju - zauważa Astley. - Powinniśmy być bezpieczni. 

Przełykam głośno ślinę i przyglądam się pokojowi: dwa podwójne łóżka z podobnymi brązowymi narzutami, identyczne poduszki, 

beżowa wykładzina. Mosiężna lampka, zasłony, klimatyzator... Wszystko jest normalne - zwyczajny pokój hotelowy. W takim właśnie 
zwyczajnym hotelowym pokoju stracę swoje człowieczeństwo i stanę się... stanę się czymś innym. 

-  A jeśli jestem taka? - rzucam nagle. 

Astley przynosi z łazienki biały ręcznik i owija nim mój nadgarstek. 

-  Jeśli jesteś jaka? 
-  Taka jak mój ojciec. 

—On nie jest najgorszym z nas, daleko mu do tego. — Zawiązuje końce ręcznika. 
—Wiem. — Przypominam sobie króla, który o mało nie zabił dzisiaj Nicka. Nie było w nim nic ludzkiego. - A jeśli też stanę się 

zła? 

Dotyka mojej brody. 

-  Nie staniesz się, Zaro. 
—  Jesteś pewny? 
-  Nie pozwolę na to. Nie pozwoli na to. 
Eremofobia — lęk przed tym, kim się jest. 

Ereutrofobia — lęk przed zaczerwienieniem się. 
Ergofobia - lęk przed pracą. 
Eremofobia - lęk przed tym, kim się jest... 

-Co tam mruczysz? - pyta Astley, sadzając mnie na podłodze. Wyciąga nogi tak, że dotykają kołdry wystającej spomiędzy materaca i 

ramy łóżka. 

-  Fobie. Robię to, gdy się czegoś boję. - Krzyżuję nogi i odsuwam się nerwowo, bo kolanem dotykam nogi Astleya. Nickowi by się 

to nie spodobało. W gardle rośnie mi wielka gula. 

—  Przykro mi, że się boisz. 
-  Cóż, gdybym się nie bała, to by było dziwne, prawda? -Tak. 
Felinofobia — lęk przed kotami. 
Frankofobia - lęk przed wszystkim, co francuskie. 

Frigofobia — lęk przed zimnem lub zimnymi rzeczami. 
Eremofobia — lęk przed tym, kim się jest. 

Jak nazywa się lęk przed przeobrażeniem się w potwora? Przed tym, że na zawsze straci się siebie? Ze ciało zmieni się tak bardzo, 

że  nie  będzie  się  już  przypominało  dawnego  siebie?  Bo  taka  właśnie  fobia  całkowicie  mną  owładnęła  i  teraz  odpędza  wszystkie 
rozsądne myśli, odbiera całą nadzieję. Kim się stanę, jeśli to zrobię? Czy będę okrutna? Silniejsza? Czy będę sobą? Jeśli moje ciało się 
zmieni, czy pozostanę Zarą White? 

—Piszę książkę pod tytułem Ja\ przetrwać ataf( piksów - odzywam się po chwili, opierając głowę o ścianę. - Zabawne, prawda? 

background image

 

 

79

—Dlaczego zabawne? — Astley mówi pogodnie, mimo tego, że jesteśmy tak blisko siebie i pomimo goryczy, jaką słychać w moim 

głosie. 

—Bo okazuje się, że muszę tłumaczyć ludziom, jak przeżyć atak... mnie samej. 
Gdy nie reaguje, podnoszę głowę, by spojrzeć mu w twarz. Rumieni się. 
—O co chodzi? — pytam. 
—Boisz się tak bardzo, że cała drżysz. 
—Chyba powinniśmy po prostu to zrobić — mówię. — Pocałuj mnie, zanim będzie za późno, by cokolwiek naprawić. 
—Jesteś pewna? 
Myślę o tym, co się ze mną stanie. Przestanę być człowiekiem. Będę miała inne zęby, inną skórę, inną krew. 

Genufobia — lęk przed kolanami. 

Gefyrofobia, gefydrofobia albo gefynofobia - lęk przed przekraczaniem mostów. 

Eremofobia - lęk przed tym, kim się jest. 

—Pomożesz mi? — pytam nerwowo. — Kiedy już wrócę? Pomożesz mi, żebym nie stała się takim potworem jak... jak ci, którzy... 

Ja kocham Nicka — mówię stanowczo. Serce bezradnie łopocze mi w piersi, a do oczu napływają łzy. 

—Oczywiście, że go kochasz — mówi Astley wcale nie szeptem. 

Powtarzam więc: 

—Robię to, bo kocham Nicka. 

—Wiem. Odsłaniam szyję. 
—Dobrze, zrób to. 

Astley śmieje się głośno. 

—To tak nie działa. Nie jesteśmy wampirami. 

—No to gdzie musisz mnie pocałować? Jeden świrnięty piks już kiedyś próbował, ale nie pamiętam zbyt dobrze, co się wydarzyło. 

—W usta, nie w szyję. 

I nagle sobie przypominam — twarz lana coraz bliżej mojej. Zło, które w nim tkwiło, było jak trujący gaz rozpylony w powietrzu. 

Złamał mi wtedy rękę, a próbował złamać serce. Odsuwam od siebie to wspomnienie i pytam: 

—Będzie bolało? 

—Prawdopodobnie tak. Musisz... Ktoś zaczyna walić do drzwi. 
—Ochrona! 

Astley zrywa się na nogi, mrucząc pod nosem przekleństwa. 

—Musimy się ukryć — mówi, choć to oczywiste. Wskazuje gestem, bym wczołgała się pod łóżko. Sam 

robi to samo. Ma szeroko otwarte, przestraszone oczy. Nad nami w metalowych sprężynach fruwają kłębki kurzu. Pukanie jest coraz 
głośniejsze. 

—Ochrona! 

Astley kładzie palec na ustach i łapie mnie za rękę. Nie dość, że leżymy pod łóżkiem bardzo blisko siebie, to ja jestem uczulona na 

kurz. Ruszam nosem, a on jeszcze szerzej otwiera oczy. Słyszymy dźwięk karty przesuwanej przez magnetyczny zamek. 

—Osłoń nas — szepczę w panice. — Tak jak wtedy, gdy lecimy. Nie może nas zobaczyć. 

Astley krzywi się, jakby sam nie wierzył, że potrafi to zrobić, a potem zaciska na moment powieki. Trzymam kciuki, żeby się udało. 

Ciężkie buty wchodzą do pokoju. Słyszymy trzaski krótkofalówki. Otwierają się drzwi szafy, a łomot kroków staje się głośniejszy, 

gdy strażnik wchodzi na pokrytą linoleum podłogę w łazience. Mój nos eksploduje i nie mogę nic na to poradzić. Już mam kichnąć, 
gdy Astley łapie mnie mocno za nos. Coś strzela mi w uszach, a za oczami pulsuje ból, ale przynajmniej nie wydaję żadnego dźwięku. 

W końcu jednak na krawędzi łóżka pojawiają się jakieś palce i unoszą ozdobną kapę. Widzimy brązowe oczy i cienki nos. Gdyby 

strażnik włożył pod spód rękę, dotknąłby naszych stóp. Wysyłam mu więc telepatyczną wiadomość: „Nie schylaj się. Nie schylaj". 

Kapa  opada,  a  stopy  wycofują  się  na  korytarz.  Gdy  słyszymy  trzask  zamykanych  drzwi,  wyrywam  głowę  z  uścisku  Astleya,  by 

uwolnić nos. 

—Ależ było blisko — szepczę. Astley bierze moją twarz w dłonie. 
—Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? Kiwam głową. 
—Jestem pewna. 

-  Nie ma odwrotu, Zaro. - Głaszcze mnie po twarzy, a potem wplata palce w moje włosy. 

-  Wiem. 

Jego srebrne oczy są tak blisko moich, że czuję jego oddech tuż przy ustach. 
-Czy twój wilk jest tego wart, Zaro? Wart, by zrezygnować z bycia człowiekiem? 

-  Tak,  jest.  -  Zamykam  oczy,  wyobrażając  sobie  Nicka,  a  potem  Is,  Betty  i  Devyna.  Wyobrażam  sobie  nawet  Cassidy,  Callie  i 

Giselle. — Wszyscy są tego warci. 

Moje słowa zawisają na moment w powietrzu. Wyczoł-gujemy się spod łóżka i siadamy. Kładę ręce na kolanach - nadgarstek wciąż 

krwawi.  Najważniejsze,  żebym  zebrała  się  na  odwagę  i  żebym  przeżyła  —  po  to,  by  odzyskać  Nicka,  przetrwać  i  ocalić  swoje 
człowieczeństwo. 

Tu nie ma miejsca na błąd. 

A moje lęki? Po prostu nie mogę o nich myśleć. Astley znów pachnie grzybami. I człowiekiem. Pachnie jak ziemia i zimny wiatr. 

Na moment otwieram oczy, ale jego twarz jest tak blisko, że zupełnie traci ostrość. 

—Teraz to zrobię. - Usta Astleya są tuż przy moich, czuję je na wargach, gdy wymawia ostatnie słowo. 

Zaciskam dłoń w pięść. Wydaje mi się, że ze zranionego nadgarstka kapie więcej krwi. 

—Uspokój się, Zaro. Będzie zdecydowanie mniej niebezpiecznie, jeśli się zrelaksujesz, obiecuję. — Wycofuje się odrobinę, czuję 

to. Nawet powietrze zmienia kierunek. Mogłabym przysiąc, że czuję tęsknotę Astleya, czuję, jak próbuje się powstrzymać, odczekać, 
być silny. 

—Mam wrażenie, że zdradzam Nicka — rzucam nagle. 

—Całując mnie? Otwieram oczy. -Tak. 

background image

 

 

80

Astley  znów  nałożył  swój  czar  i  na  powrót  stał  się  przystojnym  mężczyzną.  Marszczy  odrobinę  nos,  gdy  tak  na  mnie  patrzy  i 

próbuje zrozumieć. 

—Myślisz, że po tym wszystkim będzie cię w ogóle kochał? Twój wilk nie jest zbyt tolerancyjny. 

—Ja też taka byłam. 

—Ale to się zmieniło. Wzruszam ramionami. 

—  Sama  nie  wiem.  To  nie  takie  proste.  Nietolerancja  nie  może  nagle  zniknąć.  Jest  raczej  jak  paskudny  wirus,  który  czai  się  i 

atakuje dokładnie wtedy, gdy myślisz, że antybiotyk już go zwalczył. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że... O rany, czy możemy po 
prostu to zrobić? 

Nie zastanawiając się dłużej, biorę jego twarz w dłonie. Nie jest to zbyt zdecydowany ruch, bo — spójrzmy prawdzie w oczy — 

jedną rękę mam zwichniętą, a druga krwawi — ale udaje mi się przysunąć twarz Astleya do mojej. Nasze usta się spotykają i... Nic się 
nie  dzieje.  Wargi  dotykają  warg,  a  moje  oczy  wpatrują  się  w  jego,  koloru  wiosennej  trawy.  Widzę  go  teraz  dokładnie,  nie  wiem 
dlaczego. Zaczynam się odsuwać - muszę spytać, dlaczego nic się nie dzieje. 

Nie  mam  jednak  okazji,  bo  silne  i  sprawne  dłonie  Astleya  splatają  się  na  moim  karku  i  przyciągają  nasze  twarze  do siebie. Usta 

znów  się  stykają  i  cały  świat  nagle  odpływa.  Są  tylko  one  -  przyciśnięte  do  siebie  wargi.  Dym,  pył,  światło,  ziemia  i  wiatr  -  tyle 
żywiołów w jednym pocałunku. Wszystko wokół kręci się, zatraca, warstwa po warstwie. Wiem to. Wiem, ale nie mogę powstrzymać 
tego procesu, nic nie mogę zrobić. Istnieje tylko ten pocałunek. 

Pragnienie. 

Jest  tylko  pragnienie.  Gdybym  mogła  się  ruszyć,  przycisnęłabym  usta  jeszcze  mocniej  do  ust  Astleya.  Gdybym  mogła  coś 

powiedzieć, błagałabym, żeby nigdy nie przestawał. 

Słowa. 

Astley wciąż mnie całuje, ale jednocześnie zaczyna mówić coś w języku skrzydeł i bogów — w języku piksów. Tak mi się wydaje. 

Porusza ustami, wplatając palce w moje włosy. Głowa pęka mi od słów, których nie rozumiem. 

Ból. 

I nagle wszystko się zmienia. Słowa stają się gorejącymi w mojej głowie płomieniami. Skórę pali żar, który zdaje się wychodzić z 

każdej pojedynczej komórki. Usta Astleya porzucają moje i zostaję sama. Pochłonięta. Jestem bólem. Stracona, stracona na zawsze. 

—Astley! - wołam. 

Czuję, że Astley bierze mnie na ręce i kładzie na łóżku. Cała się trzęsę. Wiem, że tak jest. Odgarnia mi włosy z czoła. 

—  Już się zaczęło. Będzie dobrze, Zaro. Będę z tobą przez cały czas. 

—Przerwij to — jęczę. 

-  Nie potrafię. Mogę tylko dać ci moją siłę, sprawić, że będzie ci łatwiej. 

-  To jest „łatwiej"? 
Słyszę jego śmiech - jest smutny. Próbuję otworzyć oczy, by na niego spojrzeć, ale jakoś nie mogę. Czuję się tak, jakby ktoś wlewał 

smołę w milion maleńkich rozcięć na moim ciele. Z trudem wypowiadam słowa. Pożar wżera się w moją skórę, dociera aż do żył, 
mięśni, kości. 

-  Proces przebiega szybko - pociesza mnie Astley, trzymając rękę na moim czole. — Obiecuję ci, że przeżyjesz. Poczuj mój dotyk, 

poczuj moją siłę. Teraz jest także twoja. Przysięgam. Ja jestem twój. 

W głowie mam mętlik. Przed oczami przepływają kolejne obrazy. Podskakująca na szkolnym korytarzu Issie, której udało się na 

trójkę zaliczyć test z fizyki. Mój ojczym szeroko rozkładający ręce, by mnie przytulić, bo właśnie po raz pierwszy przebiegłam milę w 
mniej niż pięć minut. Mama czesząca mi włosy różową szczotką księżniczki Barbie. Mama pływająca ze mną w basenie, śmiejąca się i 
szukająca mnie z zamkniętymi oczami. Betty przypalająca spaghetti, które przykleiło się do dna garnka. I Nick. Jego cudowne brązowe 
oczy.  Nick  piszący  listy  do  Amnesty  International  tą  swoją  wielką ręką, w której znikał długopis. Usta Nicka — ciepłe, namiętne i 
prawdziwe. Nick unoszony w niebo... 

Krzyczę. 

Astley zasłania mi usta. 
-  Sprawię teraz, że zemdlejesz, Zaro. Nie możesz krzyczeć. Jesteśmy w hotelu, ktoś cię usłyszy. Tak będzie lepiej. 
Ostatnie, co dociera do moich uszu, to jego obietnica, że wszystko będzie dobrze. Ostatnie, o czym myślę, to imię Nicka - jedna 

sylaba, która znaczy dla mnie więcej niż wszystko inne. Nick. Łapię się tego imienia jak liny ratunkowej, a moje ciało opada w dół, 
odpływa. A potem i o nim już nie myślę - w głowie mam tylko siebie, Zarę. Jaka będę, gdy się obudzę? Nie wiem nawet, czy przeżyję 
ten proces, a jeśli tak - być może stanę się okrutna, okropna, i Devyn będzie musiał mnie zabić. Albo sama będę musiała to zrobić 
Moją duszą wstrząsa wielki szloch. Być może właśnie popełniłam największy błąd w życiu. Być może właśnie oddałam siebie. 

 
 
 
Wskazówka 
Wiele piksów ukrywa swój prawdziwy wygląd dzięki magii, tak zwanemu czarowi lub urokowi. To akurat dobrze. 

 
 
 
Nie mam najmniejszego pojęcia, ile czasu minęło, ale gdy się budzę, pokój wygląda dokładnie tak samo, tyle że pościel na łóżku 

jest podarta na strzępy, na białym telefonie stojącym na nocnej szafce widzę krew, a moją rękę ściska bardzo zmęczony jasnowłosy 
chłopak. No tak, to dość istotne zmiany. 

Słyszę jęk. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że wydobył się z moich ust, a jęczę dlatego, że mam wrażenie, iż moja skóra jest 

wyprana, podwójnie odwirowana i wyprasowana. Bolą mnie usta i wszystko ma dziwny smak miedzi - jak krew. Mój żołądek skręca się 
i zaciska. To znajome uczucie - głód. 

Astley opiera się na łokciu, nie puszcza jednak mojej ręki. 

—Cześć, piękna. 
—Nie nazywaj mnie tak — proszę szeptem. Głos mam strasznie ochrypły. Odchrząkuję, ale niewiele to pomaga. — Wiem, że nie 

jestem piękna. 

background image

 

 

81

—Wierz w to, w co musisz - rzuca ironicznie. 
—Udało się? 

Przytakuje, ale patrzy na mnie jakoś inaczej. 

—Osiągnęliśmy sukces. 
—Wydajesz się smutny. 

Wciąż ledwo zauważalnie kiwa głową. 

—Bo chyba jestem. 
Pokój  hotelowy  wydaje  mi  się  zatęchły  i  brudny.  Zasłony  są  zasunięte,  grzejnik  buczy,  wypuszczając  umiarkowanie  ciepłe 

powietrze. Astley przybrał ludzką formę; ma na sobie szarą koszulkę i dżinsy — jak każdy zwykły niepiks. Widzę jednak, że jest spięty. 
Powiedziałabym, że jest nie tylko smutny, ale i przestraszony. Budzi współczucie. 

—Myślałam, że tego pragniesz. Myślałam, że uczynię cię bardziej... stabilnym, silniejszym i w ogóle... - Odchrząkuję raz jeszcze. — 

Rany, mówię jak nałogowa palaczka. 

—Jestem królem piksów. Muszę tego chcieć. — Wstaje i idzie do łazienki. 

Chyba odkręcił kran, bo słyszę szum płynącej wody. Język wysuwa się z moich ust i ociera o zęby — bardzo ostre zęby. Zaczynam 

panikować. Muszę się zobaczyć. Wstaję, ale wszystkie mięśnie protestują. Coś strzela mi w ramionach i plecach, jakbym cierpiała na 
reumatyzm.  Schylam  się,  by  dotknąć  nogi.  Bransoletka  na  kostce,  którą  dał  mi  Nick, wciąż tam jest. Delikatny łańcuszek nie pękł. 
Delfin i serduszko ciągle się trzymają. Zaczynam wstawać z łóżka. 

—Co  ty  robisz!?  Połóż  się!  Nie  ruszaj!  —  Astley  wybiega  z  łazienki  ze  szklanką  wody  w  ręku.  Ma  potargane  włosy  i  szeroko 

otwarte oczy. Popycha mnie lekko na łóżko i podnosi z podłogi poduszki. - Schowałem kilka. Nie mogłem pozwolić, żebyś wszystkie 
zniszczyła. 

Gdy układa poduszki pod moimi plecami, pytam: 

—To ja zniszczyłam pościel? 

—Nie da się ukryć. I na dodatek mnie podrapałaś. — Pokazuje mi długie ślady na przedramionach. Rany już zaczynają się goić, ale 

widać, że były głębokie i bolesne. 

Mój żołądek chyba zaraz eksploduje. 

—O rany... Tak mi przykro... 

—To normalne. - Astley przytyka mi szklankę do ust. - Ale nienormalny jest fakt, że już jesteś w stanie usiąść. 

Niesamowicie szybkie tempo — mniej niż trzydzieści godzin. Większość ludzi traci przytomność przynajmniej na pięćdziesiąt. Ale 
nie moja królowa. Jego królowa? 

Co  ja  zrobiłam?  Pijąc  wodę,  patrzę  na  Astleya.  Wygląda  na  to,  że  jest  ze  mnie  dumny.  Zerkam  na  swoją  niebieską  skórę  i 

zauważam, że rana na nadgarstku zniknęła. Wszystkie rany zniknęły! Odstawiam szklankę na stolik i zaczynam wymachiwać ręką. 

-  Już nie jest zwichnięta. 

Dodatkowa korzyść z tego, że przemienił cię król. Uzdrawiam cię. O ile — dodaje trochę bojaźliwie — cię nie zabiję. 

Przesuwam się i spuszczam nogi z łóżka. Ochrypłym głosem oznajmiam: 

— Muszę uratować Nicka. 

—  Jeszcze  nie.  —  Astley powstrzymuje mnie, kładąc ręce na moich ramionach. Wiem, że nie pozwoli mi wstać. — Nie jesteś 

jeszcze wystarczająco silna. Nie wiemy nawet, jak dostać się do Walhalli. Odpocznij choć przez chwilę. 

Świat nagle się zatrzymuje. Czuję pulsujący w moim ciele gniew — zimny, lodowaty, niebieski. Słyszę go też w swoim głosie. 

-  Co? 

Astley nie zabiera rąk. 

—Proszę cię, żebyś choć trochę odpoczęła. Właśnie przeszłaś ogromną przemianę i... 
—Nie! Pytam o to, co masz na myśli, mówiąc: „Nie wiemy nawet, jak dostać się do Walhalli". — Wyszarpuję się i odsuwam, byle 

dalej od jego rąk. — Pozwoliłeś mi się przemienić, a nie wiesz nawet, jak, do diabła, tam dotrzeć?! 

Astley chichocze. Chichocze! 
-  Znów powiedziałaś „do diabła", to prawie jak „diabelnie". 

—Nie drocz się ze mną — rzucam nerwowo. Jestem wściekła. Przesuwam się na drugą stronę łóżka. - Nie mogę uwierzyć, że 

mnie nabrałeś! Jesteś taki sam jak wszystkie piksy. Nigdy nie powinnam ci była zaufać. 

—Nie jestem taki jak twój ojciec. — Zaciska usta. 
—Kłamca!  -  Zaczynam  wstawać,  ale  Astley  jest  przy  mnie,  zanim  moje  stopy  zdążają  dotknąć  podłogi.  Stawiam  je  jednak  na 

ziemi i wpatruję się w niego. Wciąż jest pod urokiem 
— 

cały złoty i przystojny — ale to nieprawdziwa postać. Nie jest człowiekiem, tylko piksem. I właśnie mnie nabrał. 

—Nie nabrałem cię, Zaro. Po prostu nie powiedziałem ci całej prawdy. - Wyciąga rękę, jakby chciał dotknąć moich włosów, ale 

szybko ją zabiera. Jego twarz jest bez wyrazu. — Znajdziemy sposób, by dotrzeć do Walhalli. 

—  Nie mogę uwierzyć, że przeobraziłam się na darmo. 

-  Podnoszę ręce. Mam inne paznokcie - dłuższe, mocniejsze, bardziej jak pazury. Obrzydliwe. 

—Wcale nie na darmo. Znajdziemy twojego wilka. — Słucham jego zapewnień i próbuję w nie uwierzyć. Odnaleźć wiarę w to, co 

zrobiłam. 

—A  nawet  jeśli  nam  się  nie  uda  -  słyszę  -  twoim  przeznaczeniem  było  się  przemienić,  Zaro.  Teraz  jesteś  silniejsza.  Będziesz 

bezpieczniejsza. — Wskazuje moje paznokcie. — Wydłużają się w trakcie wałki. Wyostrzy ci się węch. Nie będziesz chciała już jeść 
mięsa. Moi poddani nie pragną krwi, bo ja jej nie pragnę. 

—  Czyżby? - prycham. 

—Nieważne. - Mierzy mnie wzrokiem. - Wiesz, tak naprawdę nie musisz w ogóle oglądać się w swojej prawdziwej postaci. Od razu 

możesz zasłonić się urokiem, a on jakiś czas będzie trwał. Potem nałożysz go ponownie. 

Nieco się ożywiam, ale wciąż nie mogę pogodzić się z tym, że okłamał mnie w sprawie wejścia do Walhalli. A może wcale nie będę 

potrzebowała Astleya, by tam dotrzeć? Może Devyn i Issie pomogą mi znaleźć drogę, ale teraz muszę odzyskać spokój - roztopić lód 
w żyłach, dziwnych piksowych żyłach, i wydobyć z Astleya informacje. 

-  Nie muszę oglądać siebie jako piksa? 

background image

 

 

82

-  I  tak  nim  pozostaniesz,  tyle  że  nie  będziesz  tego  widziała.  Reszta  świata  też  zresztą  nie,  co  akurat  jest  dobre.  Bo  świat 

zdecydowanie  nie  jest  jeszcze  na  nas  gotowy.  —  Astley  nagle  zrywa  się  i  szybkim  krokiem  podchodzi  do  szafy  z  przesuwanymi 
lustrzanymi drzwiami. Grzebie tam przez chwilę i wraca z gałęzią jakiegoś drzewa. Nagle wydaje mi się trochę wyższy. — Trzymaj. 

Biorę gałąź. Czuję życiową energię, która kiedyś w niej płynęła. Jakby odbijała się we mnie echem. Jest też niesamowicie piękna. 

-  Każde z nas ma drzewo, które symbolizuje jego ród. Twoim od teraz jest brzoza. Symbolizuje oczyszczenie albo odrodzenie, co 

idealnie pasuje, biorąc pod uwagę to, kim jesteś. 

Wiem, o co mu chodzi, ale nie odzywam się. Niech sam to powie. Czuję, jak burczy mi w brzuchu. 

Astley odchrząkuje, przeczesuje ręką włosy i kontynuuje: 

-  Jesteś  córką  piksa,  który  zboczył  z  drogi  prawdy.  Teraz  zostałaś  królową  piksa,  który  wierzy  w  honor.  To  znak  nadziei, 

odnowienia dla całej naszej rasy. I właśnie to reprezentuje brzoza. 

-  Brzoza jest również twoim drzewem, prawda? Kiwa głową. 

-  To spuścizna mojego rodu. Zawsze byliśmy nadzieją całej rasy. 
-  Cóż za skromność - żartuję. Moment. Żartuję? Dlaczego żartuję? Przecież jestem zła. Jestem wściekła, a jednocześnie jest mi 

dobrze, jakbym nareszcie do czegoś przynależała. 

Astley się rumieni. 
- No tak. Dobra, po prostu potrzymaj tę gałąź, Zaro. Muszę przeprowadzić pewną ceremonię. 

Ceremonię? Nie wiem, co o tym myśleć. Znów wstrzymuję oddech. Mama kiedyś powiedziała mi, że urodziłam się, wstrzymując 

oddech.  I  podobno  w  szpitalu  musieli  mnie  zachęcać,  żebym  nabrała  powietrza.  Trochę  tak,  jakbym  jeszcze  będąc  niemowlęciem, 
próbowała  się zabić, ale gdy w końcu nabrałam powietrza, wciągałam je głęboko w płuca, jakbym nagle zapragnęła żyć, oddychać, 
istnieć.  Tak  właśnie  czuję  się  teraz.  Część  mnie  chciałaby  wstrzymać  oddech  i  nie  akceptować  istnienia  Zary  piksa.  Ta  część  czuje 
obrzydzenie,  kurczowo  trzyma  się  człowieczeństwa.  Ale  druga  część  oddycha  pełną  piersią,  napełniając  powietrzem  płuca, gotowa 
ocalić Nicka i stawić czoło wszelkim niebezpieczeństwom. 

Wzdycham, próbując uspokoić myśli, i pytam: 
—  Czy ta twoja ceremonia będzie bolała? 

-  Nie.  Z  bólem  już  koniec,  przysięgam.  Ale  to  ważne.  —  Astley  strzepuje  z  rękawa  koszuli  długi,  ciemny  włos.  —  Nie  jestem 

jeszcze pewny, jak dotrzeć do Walhalli, jednak w pełni akceptuję to, że musisz to zrobić, i obiecuję, że pomogę ci tam trafić. Pomóż 
mi, Zaro, a cię nie zawiodę. 

Wierzę mu. Chyba dzięki temu, jak jego oczy zaglądają w moje, a usta poruszają się tak pewnie, wymawiając kolejne słowa... Wierzę 

mu. Tyle że nie ufam w stu procentach. Tak ufam tylko Nickowi, Issie, Devynowi i Betty. Wiem jednak, że Astley chce mi pomóc. 

—  No dobrze. — Łapię gałąź brzozy tak mocno, że zaczyna trzeszczeć. I całe moje ciało nagle skręca się z bólu. Z sapnięciem 

mówię: — Obiecałeś, że już nie będzie bolało. 

-  Bo tak jest! - Astley delikatnie uwalnia gałąź z mojego uścisku. — Tyle że ta brzoza od teraz jest tobą. Musisz o nią dbać. Jeśli 

spłonie, ty spłoniesz. Jeśli się złamie - i ty pękniesz. 

Gałąź nagle wydaje się bardzo delikatna i cenna. Nie mogę uwierzyć, że Astley mówi poważnie. 

—A więc wszyscy mamy swoje gałęzie? Wszystkie piksy? - pytam, choć to niełatwe. Gdy Astley kiwa głową, kontynuuję: — A więc 

gdybym chciała zabić króla, który zranił Nicka, musiałabym tylko... 

—..  .znaleźć  jego  gałąź  i  zniszczyć  ją  —  kończy  za  mnie  zdanie.  -  Ale  to  nie  takie  proste.  Większość  z  nas  ma  bardzo  dobrze 

zamaskowane kryjówki. 

Podnoszę gwałtownie głowę i nasze oczy się spotykają. 

—Ja nie mam. 

—Wiem. Tradycja jest taka, że król i królowa trzymają swoje w jednym miejscu. — Nie spuszcza ze mnie wzroku. 
—Prosisz, bym podarowała ci moje życie? - Przełykam ślinę. Kręgi w moim kręgosłupie strzelają i napinają się, jakby próbowały 

przyzwyczaić się do tego ruchu. 

Astley rozkłada ręce. 
—Już to zrobiłaś, Zaro. 
—To prawda. 

Opadam  na  łóżko  i  zamykam  oczy.  Cały  świat  wiruje.  Wszystkie  zapachy  hotelowego  pokoju  stają  się  bardziej  intensywne. 

Odświeżacz  powietrza  o  sztucznym  zapachu  cytryny,  wybielacz,  środek  do  czyszczenia  toalet,  dym  papierosowy,  sam  Astley  — 
mieszanka grzybów i wiatru. Musi być jakiś wyłącznik tych zapachów, za dużo ich jest. Moje ręce drżą, gdy dotykają gładkiego drewna. 
Powinnam  zdecydować,  co  zrobić  z  moją  gałęzią,  czy  po  raz  kolejny  powierzyć  Astleyowi  swoje  życie.  Wydaje  mi  się,  że  każda 
decyzja, którą podejmuję, coraz bardziej oddala mnie od Nicka. Z moich ust wydobywa się jęk. 

—  Boli cię? — Mimo zamkniętych oczu wiem, że Astley stoi nade mną. Czuję jego intensywny zapach. 

Nie mogę się teraz rozsypać. Nie mogę stać się legendą, mitem, muszę pozostać Zarą. Muszę nią pozostać. Inaczej moje nowe 

zęby rozszarpią świat na strzępy. A niebieska skóra zacznie lśnić od pragnienia i okrucieństwa. 

—Czy piksy mają dusze? — pytam szeptem. Mogłabym przysiąc, że czuję zapach moich słów wydostających się na świat. Pachną 

jak smutek zataczający się po pustej ulicy. 

Materac ugina się, gdy Astley siada koło mnie. 

—Wydaje mi się, że tak. 

—A więc nie muszę być zła. Śmieje się, ale niezbyt szczerze. 
—Nikt nie musi być zły - ani piksy, ani zmiennokształtni. 

—Ale wszyscy zmienni są dobrzy - protestuję. Te słowa? Pachną żółto, jak dawny smutek. 
—Nie wszyscy. Tak samo jak nie wszyscy ludzie są dobrzy. Wiesz o tym, Zaro. 
Myślę  o  listach  pisanych  do  Amnesty.  Piszę  je,  bo  próbuję  ocalić  kolejnych  ludzi,  przekonać  przywódców  i  dyktatorów,  by 

postępowali  właściwie.  A  potem  myślę  o  tym,  że  zabiłam.  Zabiłam  przynajmniej  trzy  piksy.  Jestem  jednocześnie  mordercą  i 
zbawicielem. 

—Co to znaczy być dobrym? — pytam. 

background image

 

 

83

—Zachowywać się honorowo. Dbać o to, by innym nie stała się krzywda. Próbować chronić swoją rodzinę i przyjaciół, by byli 

bezpieczni. 

—Nawet jeśli to oznacza krzywdę kogoś innego? 
—Czasami tak jest. 

Znów jęczę, przyciskając gałąź do serca, ale nie otwieram oczu. Słowa mnie bolą. Wbijają się w głowę i mają zapach. Słowa pachną 

jak rzeczy. 

Astley odgarnia włosy, które opadły mi na twarz. Nie odsuwam się, nie mam na to siły. 

—  Wciąż chcesz się obejrzeć? — pyta. 

Kręcę zdecydowanie głową jak uparta trzylatka. 

—No dobrze. A chcesz przynajmniej nauczyć się, jak nakładać urok? 

—  Tak. — Tu wybór jest łatwy. — Wolałabym nigdy nie oglądać siebie w tym stanie. 
Błękit mojej skóry krzyczy. Teraz wydaje mi się strasznie brzydki i wiem, że to dlatego, iż Nick pomyśli tak samo. Wpatruję się w 

swoje palce i paznokcie, gotowe, by zamienić się w pazury, i nagle wszystko we mnie zaczyna drżeć na myśl o tym, czym się stałam. 

Ręka Astleya delikatnie dotyka mojego ramienia. 

Zaro, będziesz musiała przyzwyczaić się do tego, kim jesteś. 

-Ale krok po kroku. Najpierw pokaż mi, jak chronić się urokiem. Potem wymyślimy, jak dostać się do Walhalli. Mów, co robić. 

—  To dość proste. — Uśmiecha się spokojnie, uroczo, jego twarz pięknieje. Dotyka palcem linii mojej brody. — Czy gdy byłaś 

człowiekiem, próbowałaś kiedyś zmniejszyć ciśnienie w uszach, poruszając odrobinę szczęką, jakbyś delikatnie zaciskała mięśnie? 

-  Hm... Niech pomyślę. Tak? Chyba tak. Słychać było wtedy takie kliknięcie, prawda? 
—  Właśnie! — Astley cieszy się jak nauczyciel zadowolony z odpowiedzi uczennicy. Delikatnie naciska moją skórę. — Musisz 

więc... 

Już to zrobiłam. 

-  Niesamowite - ocenia, składając ręce jak do oklasków. — Jesteś strasznie niecierpliwa, ale szybko się uczysz. 
Otwieram oczy i spoglądam na swoje dłonie - znów są ludzkie. 
-  Mam też normalne zęby? 
—  Tak powinno być. Urok wpływa również na twoje postrzeganie siebie. Możesz jednak, jeśli chcesz, pokonać jego działanie i 

zobaczyć nie tylko samą siebie, ale także inne piksy w normalnej postaci. 

Wstaje i przeciąga się, rozglądając po pokoju, który przedstawia widok, jakby przeszedł przez niego huragan. Wtedy podejmuję 

decyzję. 

-  Weź moją gałąź. 
-  Jesteś pewna? — Otwiera szerzej oczy ze zdziwienia. 

 

-  Jestem.  —  Podaję  mu  brzozę.  Bierze  ją  z  nabożeństwem  i  niesie  jak  nowo  narodzone  dziecko,  po  czym  układa  w  szafie. 

Przesuwa lustrzane drzwi i mruczy jakieś słowa w języku, którego nie rozumiem. Wydaje mi się, że jego ręce lśnią, a w całym pokoju 
robi się cieplej. Gęstnieje też zapach miodu i grzybów. Nagle blask znika. 

-  I już? — szepczę, nie chcąc mu przeszkadzać. 

-  To pierwsza część. Zjednoczyłem nasze gałęzie, a tym samym złączyłem nasze losy — mówi poważnie. 

-Złączyłeś... - Wstaję z łóżka, lecz całe moje ciało protestuje. Astley podbiega do mnie, wyciągając ręce. Chyba chce mnie złapać, 

jeśli upadnę. 

-  Jak się czujesz? Kręci ci się w głowie? - dopytuje się. 

-  Trochę. - Przyzwyczajam się do pozycji stojącej. -Ale w porządku. Ruszajmy więc. 

-  Dokąd? 

-  Muszę uratować Nicka. - Przechodzę przez pokój, biorę z telewizora moją komórkę i sprawdzam nieodebrane połączenia oraz 

wiadomości.  Jest  ich  jakiś  tysiąc.  Świat  wali  mi  się  na  głowę.  Zaczynam  przewijać  kolejne  SMS-y.  Wszystkie  o  tym  samym:  gdzie 
jestem, kiedy wrócę, żebym nie zrobiła czegoś głupiego, dopóki nie porozmawiam z Betty, i tak dalej, i tak dalej. Znów zaczyna mi się 
kręcić w głowie i tym razem bynajmniej nie od przemiany w piksa, tylko ze zdenerwowania. — Chodźmy. 

Nagle zdaję sobie sprawę, że znalazłam się w dość kiepskiej sytuacji odzieżowej — i natychmiast się czerwienię. Astley zauważa to i 

pokazuje mi torbę ze sklepu sportowego, a po chwili wyjmuje z niej zielone skarpetki z wyszytymi uśmiechniętymi buziami i adidasy. 
Podobno „jego człowiek" przyniósł je podczas mojej przemiany. Dziękuję, biorę torbę od Astleya i zaczynam wkładać skarpetki. 

- Możesz dać mi chwilę? - pytam i od razu orientuję się, że proszę go o zgodę, jakby Astley mnie kontrolował. Tak właśnie jest. On 

może  mnie  kontrolować,  już  to  udowodnił.  Chcę  uniknąć  takiej  sytuacji.  Dlatego  zanim  zdąży  odpowiedzieć  na  moje  tchórzliwe 
pytanie, idę do łazienki tak swobodnie, jakby nie miało znaczenia, że Astley jest królem, a moje potrzeby i emocje są połączone z jego. 

A w dodatku, skoro mam zacząć panikować, to, do cholery, zrobię to w samotności. 

Zamykam  drzwi,  złocona  klamka  jest  zimna  i  drży. Nie, to moja dłoń na niej cała się trzęsie. Robię kilka głębokich oddechów, 

opieram się plecami o drzwi i przytrzymuję wieszaka na ręczniki. Piecze. Odsuwam gwałtownie rękę - pewnie jest tam jakiś metalowy 
element. Kurczę, czy od dzisiaj już nie będę mogła niczego dotknąć? Wieszak jest srebrnometalowy, kran także. 

Cały ten diabelny świat jest zrobiony z metalu, a większość metali zawiera żelazo lub stal. 

Jeszcze raz nabieram powietrza i głośno je wypuszczam.. 

I znów. 
Nie mogę się uspokoić. 

Łazienka  wygląda  jak  milion  podobnych  hotelowych  łazienek.  Całą  ścianę  zajmuje  lustro  nad  umywalką. Toaleta  i  prysznic  są 

beżowe i nudne. Ale nie wszystko jest takie mdłe. Białe ręczniki leżące na podłodze są zakrwiawio-ne. Chusteczki w koszu na śmieci 
zgniecione i purpurowe. Nawet na lustrzę widzę smugę krwi, zaschniętą, lecz wciąż obrzydliwą. Cała ta krew jest chyba moja. Astley 
ma zadrapania, ale... Czując przechodzący moje ciało dreszcz, podnoszę wstrętny poplamiony ręcznik i za jego pomocą odkręcam 
kran. Wkładam ręce pod ciepłą wodę i zaczynam je szorować. Tylko czy to w ogóle jest moja skóra? Woda tylko odrobinę poprawia 
sytuację, bo pod spodem i tak kryje się skóra piksa. Może i wyglądam jak człowiek, ale już nim nie jestem. Stałam się czymś zupełnie 
innym. 

background image

 

 

84

-  Co ja zrobiłam? - szepczę do siebie, a każde słowo waży tonę, budząc coraz większy gniew. Powtarzam: - Co ja narobiłam? 
I  wtedy  gniew  bierze  górę.  Uderzam  pięścią  w  marmurowy  blat  przy  umywalce.  Od  uderzenia  wzbija  się  kurz. Odsuwam rękę i 

widzę wgniecenie. Wgniotłam marmur. Jak to możliwe? No tak, jestem piksem, wszystko jasne. Kurczę... Po prostu... O rany! 

Oglądam rękę - ani śladu stłuczenia. Gdybym była człowiekiem, poważnie bym się zraniła. 

-  Nie jestem człowiekiem - mówię do siebie. Nie patrzę jednak w lustro. Nie mam już ochoty gapić się, rozmyślać i wątpić. 
No  dobrze,  jakaś  część  mnie  bardzo  chce  się  gapić,  rozmyślać  i  wątpić,  ale  druga  pragnie  świętować.  Jestem  silna.  Nie,  jestem 

nieziemsko silna. Gdybym wcześniej miała taką moc, pomogłabym Nickowi walczyć z piksem, mogłabym chronić Issie, Betty, Deva i 
pozostałych. 

Ostrożnie dotykam pozłacanej klamki. Nie boli. Otwieram więc drzwi. Astley stoi po drugiej stronie pokoju i wygląda przez okno, 

ale gdy chrząkam, od razu się odwraca. 

-  Jestem naprawdę silna - mówię. 
-  Zgadza się. 

-  Ale tak naprawdę naprawdę. Wgniotłam marmurowy blat. 

-  Nie martw się, Zaro - mówi spokojnym, opanowanym głosem. - To żaden problem. 

Żaden problem? No dobrze... Zamykam drzwi łazienki. - Wezmę prysznic. 

I już, powiedziałam to. Nie pytałam o zgodę. Zamykam drzwi na zamek, ale wiem, że gdyby chciał, i tak wyrwałby je z zawiasów. 

Ja  też  mogłabym  to  zrobić.  Oglądam  swoje  ręce  —  lewą  dotykam  prawego  bicepsa  i  tricepsa.  Są  twarde  jak  kamień.  Fajnie,  ale 
jednocześnie niebezpiecznie. Jednak mój entuzjazm szybko gaśnie, bo wiem, że mogę skrzywdzić teraz nie tylko złych, ale i dobrych. 
Uderzyłam w umywalkę zupełnie bezmyślnie. A jeśli zezłoszczę się na Devyna i coś mu zrobię? Albo na kogoś innego? A jeśli nie 
będę potrafiła się kontrolować jak Hulk z komiksu albo coś podobnego? 

Wydaje  mi  się,  że  kontroluję  moje  działania,  lecz  pozostałe  piksy,  mój  ojciec...  Wzdrygam  się  po  raz  kolejny,  zdejmuję  ubranie, 

biorę obrzydliwy zakrwawiony ręcznik i z jego pomocą odkręcam wodę. Wchodzę pod prysznic i zaczynam się modlić, by ciepła woda 
zmyła wszystkie moje wątpliwości i lęki. To miłe uczucie, ale jakoś nie działa. Opieram czoło o zimną ścianę łazienki. 

-Wciąż pozostanę sobą — mówię do siebie, do wody, powietrza. Boga. - I pozostanę dobra. 

Trzymam kciuki. Będę musiała... 

 
 
 

Wskazówka 

Fakt: piksy potrafią kontrolować swoje pragnienia. Trzymam kciuki, by tak było naprawdę. 

 
 
 
Po  kąpieli  ubieram  się  i  wracam  do  pokoju.  Nie  mogę  uwierzyć,  że  tak  długo  jestem  tu z Astleyem sama. Mój żołądek wywija 

fikołki. Astley przesuwa grzebieniem po swoich jasnych włosach. To taki wdzięczny, uspokajający ruch. Widzę jednak, jak nerwowo 
drga mu kącik lewego oka. 

-  Czy moje nastroje są połączone z twoimi? — pytam, zbierając włosy w koński ogon z udawaną swobodą, choć moje serce bije 

jakiś milion razy na minutę, tak jestem zdenerwowana i przestraszona. A może po prostu tak bije serce piksa. 

-  Raczej nie - odpowiada. - Gdybyśmy się połączyli, wtedy by tak było. 
Unoszę brew, oznajmiając tym samym, że to na pewno się nie wydarzy, i zadaję kolejne, ważniejsze pytanie: 
-  Czy ja mogę krzywdzić? To znaczy, czy będę potrafiła się kontrolować? 

-  Nie wszystkie piksy to żądne krwi potwory. 

-  „Nie wszystkie" mi nie wystarczy. — Zbieram z podłogi podarte prześcieradła i próbuję wepchnąć je do małych plastikowych 

koszy na śmieci, jakie zwykle stoją w hotelowych pokojach. — Chcę wiedzieć, czy od teraz będę zła. 

Astley idzie w moją stronę. Dostrzegam troskę na jego twarzy — tak mi się przynajmniej wydaje. 

—Zaro... 
—Tylko spójrz. — Podsuwam mu pod nos podarte prześcieradło. — To moja sprawka, prawda? Wgniotłam marmurowy blat. 

Jestem absurdalnie silna i widziałam, co potrafią piksy, Astleyu. Zabili Nicka. Porywają chłopców. Oni... Ja nie chcę taka być. 

Astley łapie mnie mocno za ramiona. 

-I nie będziesz. 

—Skąd możesz to wiedzieć? 
—Nie  pozwolę  ci  na  to.  —  Jego palce poruszają się delikatnie, ale nie puszcza mnie. Patrzy z czułością. — A co ważniejsze, 

sama sobie na to nie pozwolisz. Jesteś inna, Zaro. 

Przez chwilę stoimy w milczeniu. 

—Tak myślisz? 

Astley  zdejmuje  jedną  rękę  z  mojego  ramienia  i  zakłada  mi  pasmo  mokrych  włosów  za  ucho.  To  intymny  gest,  ale  się  nie 

odsuwam. 

—  Obiecuję ci, Zaro, że tak nie będzie. Poczujesz pragnienia, ale będziesz potrafiła je kontrolować. 

—I moi przyjaciele będą przy mnie bezpieczni? 
—Oczywiście. 

To  nawet  ma  sens.  Gdy  łan  i  Megan  chodzili  z  nami  do  liceum,  nie  biegali  jak  wariaci,  zabijając  kolejne  osoby.  Mówię  o  tym 

Astleyowi, który siada na łóżku, zakładając nogę na nogę. 

- To dlatego, że ich władca potrafił po części kontrolować swoje potrzeby. Są też pojedyncze zepsute piksy, z nikim niezwiązane, i 

one często stają się... nie potrafią opanować pragnień, ale zwykle dość szybko je wyłapujemy. Tak dzieje się, gdy król, taki jak twój 
ojciec, traci kontrolę i rodzi się śmiertelne niebezpieczeństwo. - Astley starannie dobiera słowa. — Mnie to się nie przydarzy. 
Przyglądam mu się uważnie. — Obiecujesz? 

—Daję ci słowo. — Kiwa głową. 

Prześcieradła w moich rękach wydają się takie ciężkie. Próbuję je złożyć, ale nie mogę, bo są mokre od krwi. 

background image

 

 

85

—Jeśli stanę się zła, będziesz musiał mnie zabić. To samo powiedziałam Devynowi i Issie. Wolę umrzeć, niż krzywdzić ludzi. 
—Nie  wiem,  czy  będę  w stanie cię zabić, Zaro - szepcze w odpowiedzi Astley. Wstaje i bierze ode mnie zniszczoną pościel. — 

Wiem jednak na pewno, że nie będziesz krzywdziła ludzi. Możesz używać swojej siły i zmysłów, by spełniać dobre uczynki. 

Nieszczęsne  prześcieradła  są  dowodem  mojej  zmiany.  Cały  mój  mózg  aż  buzuje  od  siły,  a  przeciążone  zmysły  to  kolejne  jej 

potwierdzenie.  Co  wiem?  Wiem,  że  jeszcze  kilka  dni  temu  nie pomyślałabym, że mogę kogoś zabić. A potem to zrobiłam - będąc 
człowiekiem.  Teraz,  gdy  stałam  się  piksem,  jest  łatwiej.  Wiem  rzeczy,  o  których zwykli ludzie nawet nie mają odwagi pomyśleć: że 
istnieją piksy, zmiennokształtni, a na dodatek walkirie, które pojawiają się w naszym świecie. Wiem, że istnieje zło tak potężne, iż na 
samą  myśl  o  nim  włosy  stają  dęba.  Wiem  też,  że  pragnienia  można  latami  kontrolować,  bo  kryją  się  w  sercu  każdej  żyjącej  istoty. 
Mieszkają  tam,  gdy  chodzimy  do  szkoły  lub  pracy,  wygrzewają  się  w  naszych  ciepłych  łóżkach,  biegają  z  ojcami  po  słonecznych 
ulicach południowych miast. Czekają na odpowiednią chwilę i wtedy uderzają. Mam nadzieję, że nadejdzie czas, gdy te pragnienia uda 
się kontrolować i ludzie będą bezpieczni, ale ten czas jeszcze nie nadszedł, jeszcze nie teraz. 

—Będziemy z nimi walczyli, prawda ? Gdy sprowadzę Nicka z powrotem, zdobędziemy kontrolę nad tymi piksami? - pytam. 
—Kiedy tylko dowiemy się, jak ściągnąć tu twojego wilka, tak. — Astley bawi się ściągaczem swetra, ale choć zwykle patrzy mi w 

oczy, gdy się do mnie zwraca, tym razem jest inaczej. 

—  Wciąż jestem na ciebie za to zła. — Spoglądam na niego. 

Przeciera oczy. Chyba jest zmęczony, bo nawet jego glos wydaje się słabszy, gdy mówi: 

—Wiem. 

Ktoś gwałtownie puka do drzwi. Astley podnosi wzrok i przechodzi obok mnie. 

—Chwila. 

Kocimi  krokami  podchodzi  do  drzwi  i  otwiera.  Za  nimi  stoi  wysoka,  piękna  kobieta  koło  czterdziestki,  z  długimi  czarnymi 

dredami. Czuję jej zapach — leśno-grzybowy, podobny do zapachu Astleya. Kobieta odzywa się cicho: 

—Przeżyła? 
—Tak - pada odpowiedź. 

—Niewiarygodne. Mam informacje, o które prosiłeś. Astley wychodzi na korytarz i zamyka za sobą drzwi. 

Pospiesznie  wkładam  buty.  Oszukiwałam,  mówiąc,  że  dobrze  się  czuję. Tak naprawdę wydaje mi się, że ktoś pociął moją skórę na 
małe kawałki i ułożył ją na nowo — bez ładu i składu. Ale to nieważne. Liczy się fakt, że jestem o krok bliżej od uratowania Nicka. 
Wstaję i znów rozglądam się po pokoju, szukając jakiejś wskazówki — czegoś, co pomoże mi obmyślić następny ruch. Podchodzę do 
drzwi i je otwieram. Astley wciąż rozmawia z tajemniczą kobietą. 

Ona zaś przyklęka na jedno kolano, zginając długie piękne nogi. 

—Królowo... - zaczyna. 

—  Och, nie rób tego! — Łapię ją za ramiona i pomagam wstać. 
W jej oczach dostrzegam łzy, które nie zdążyły popłynąć po policzkach, ale robi, o co proszę. Jest dużo wyższa ode mnie, więc 

muszę od razu ją puścić. Wyciągam rękę. 

-  Jestem Zara. Miło cię poznać. 
-  Amelie.  -  Dotyka  mojej  dłoni  i  natychmiast  przechodzi  między  nami  prąd  -  jakby  wysokie  napięcie.  Amelie  wygląda,  jakby 

chciała  pocałować  moją  rękę,  zamiast  ją  uścisnąć,  ale  Astley  chrząka  znacząco.  —  To  zaszczyt  móc  cię  poznać  —  mówi.  — 
Wyglądasz  zadziwiająco  dobrze.  Zwykle  przemiana  nie  jest  taka...  —  przez  moment  szuka  odpowiedniego  słowa  -  ...nie  jest  po 
prostu taka łatwa. 

Puszczam  jej  dłoń.  Wymieniają  z  Astleyem  spojrzenia.  Tych  dwoje  coś  ukrywa.  Wiem  to,  bo  tajemnica praktycznie wisi między 

nimi w powietrzu. 

A więc o czym rozmawiacie? - pytam wprost. Astley przygląda mi się przez moment, a w końcu nabiera powietrza i odpowiada: 

-  Amelie informowała mnie o aktualnej sytuacji. 
-  Z piksami? — Natychmiast się poprawiam: — Ze złymi piksami? 

Kiwa głową. -No i? 

-  Po incydencie z autobusem chyba trochę się uspokoiły. — Astley patrzy twardo. — Jednak twój ojciec zaginął. Za to drugiego 

króla widziano ostatnio w supermarkecie. 

-  W supermarkecie? - Prawie krztuszę się tymi słowami. 

-  Właśnie. — W oczach Astleya na moment pojawia się łobuzerski błysk, ale szybko znika. — On jest niesamowitym zagrożeniem, 

Zaro. Jeśli tak jak do tej pory będzie przejmował poddanych twojego ojca, stanie się jeszcze silniejszy. 

-  Dlatego mamy ciebie - wtrąca Amelie, patrząc na mnie. 
-  Bo dzięki mnie Astley jest silniejszy. - Zakładam włosy za uszy i nagle zdaję sobie sprawę, że to znajomy gest. Bardzo często tak 

robiłam. Próbuję zapewnić samą siebie, że wciąż jestem tym, kim byłam. Ale nie jestem, prawda? 
Astley odchrząkuje i dodaje: 

- Tak będzie. Po części już jest, ale pomożesz mi bardziej, gdy wrócisz z Walhalli, dlatego musimy się upewnić, że tak się stanie. 
Na końcu korytarza sprzątaczka podjeżdża wózkiem pod drzwi pokoju. Wózek pełen jest papierowych ręczników, papieru 

toaletowego, zwykłych ręczników oraz czystych szklanek. Stosy wydają się dość chybotliwe, jakby miały runąć. Chciałabym pomóc tej 
kobiecie. Spogląda na nas i unosi brew. Ciekawe, czy ktoś jej pomoże. Jeśli rzeczywiście dojdzie do dramatycznych wydarzeń, jeśli 
rzeczywiście wybuchnie ta ogromna wojna, kto pomoże ludziom? Kto pomoże tym złapanym w dwa ognie? Kto pomoże Issie, mojej 
mamie, kolegom z hiszpańskiego i tej sprzątaczce, kto sprawi, że będą bezpieczni? 

 
 
 
 
 
Wskazówka 
Jeśli podejrzewacie, że ktoś jest złym piksem, nie zapraszajcie go do domu, by pogadać. Fajne piksy? To zupełnie co 
innego. Pamiętajcie: piks nie może wejść do twojego domu, jeśli go nie zaprosisz. 

 

background image

 

 

86

 
 
Nie  ma  mowy,  żebym  zrobiła  cokolwiek  bez  Devyna  i  Issie.  Potrzebuję  ich.  Dzięki  genialnym  umiejętnościom  wyszukiwania 

informacji Dev może już wie, jak dostać się do Walhalli. A Is? Ona upewni mnie, że nie zrobiłam tego wszystkiego na darmo, że Nick 
żyje,  a  Astley  nie  zrobił  ze  mnie  idiotki.  Proszę  więc  króla  -  mojego  króla  -  by  zabrał  mnie  do  Issie.  Znów  lecimy.  Już  prawie 
przyzwyczaiłam się do latania. Zaletą bycia piksem jest to, że zimno już tak bardzo nie dokucza. Super. 

W wyglądzie domu Issie jest coś pocieszającego — to dwupiętrowy, typowo amerykański dom z uroczymi zielonymi okiennicami i 

garażem  obok  budynku.  Nigdy  nie  widziałam  go  na  wiosnę,  ale  z  pewnością  wzdłuż  kamiennego  murka  rośnie  masa  kwiatów.  Na 
pewno  są  tam  żonkile,  tulipany  i  stokrotki.  Sama  myśl o tym mnie rozgrzewa, choć tak bardzo boję się Issie i tego, co powie, gdy 
dowie się, że zrobiłam, co planowałam. Ale jest przecież moją najlepszą przyjaciółką. Nie mogę stracić i jej, i Nicka. To by było zbyt 
wiele. 

Boję się także samej siebie. Choć wydaje mi się, że mam nad wszystkim kontrolę, boję się, że przejmie ją jakieś szaleńcze pragnienie 

i... 

 

—Nic ci nie będzie, Zaro - odzywa się Asdey. 
—Znów  czytasz  w  moich  myślach?  —  pytam,  gdy  on  naciąga  mi  czapkę  na  uszy.  Dotykając  mnie  moment  dłużej,  niż  to 

konieczne.  Ten  chłopak  mnie  pocałował.  Wiem,  co  to  znaczy  w  kwestii  transformacji,  ale  w  kwestii  zwyczajnej  relacji  chłopak-
dziewczyna... Nie miałam jeszcze czasu, by się nad tym zastanowić. 

Strzepuje jakieś nitki z ciemnozielonej skórzanej kurtki i odpowiada: 

- Nie, tylko w twoich emocjach. 

Proszę go, by został na dworze. Staje na podjeździe, obejmując się rękami, aż kołnierzyk kurtki zaczyna śmiesznie odstawać przy 

karku. 

-To zajmie przynajmniej kilka minut - uprzedzam, wpatrując się w okna sypialni Issie, które lśnią od żółtego światła. Czuję, że są 

tam Devyn i Is. Ona pachnie motylami, wanilią i żółtymi żonkilami. A on — piórami, wiatrem i piżmem. Devyn. Mężczyzna. Będę 
chciała go ugryźć? Nie. Nie pozwalam sobie nawet o tym myśleć, to obrzydliwe. Zmuszam się, by skupić uwagę na czymś innym. Jest 
tu jeszcze jeden zapach, którego nie rozpoznaję — to chyba lawenda, lecz nie wiem, od kogo nadpływa. Frontowe drzwi czekają na 
mnie, ale nie chcę pukać - wolę nie budzić rodziców Issie. 

-  Mogę latać? - pytam Astleya, który chyba czeka, aż wejdę, zanim zniknie, co jest zresztą bardzo grzeczne. 
-  Raczej nie. Choć... może. Ale jeszcze nie próbuj. — Mówi urywanymi zdaniami. — Zwykle tylko królowie to potrafią. Między 

innymi to nas wyróżnia. Ale możesz skakać. 

-  Skakać? 
-  Skakać. Wielkimi susami. Bardzo daleko albo bardzo wysoko, w zależności od potrzeb. Spróbuj. - Pokazuje mi, unosząc ręce, 

jak mam się poruszać. 

Zginam kolana i czekam na odpowiedni moment. Wyskakuję w powietrze i z łomotem ląduję na parapecie. Wykręcam stopy na 

boki, by złapać równowagę, i łapię się gzymsu. Jestem zbyt przerażona, by cieszyć się faktem, że właśnie przeskoczyłam dziesięć 
stóp, ale szczerze mówiąc... O rany. 

—Doskonale! — wykrzykuje Astley. — Odlecę teraz na trochę. W lasach ukrywa się sporo piksów. Spróbuję przekonać ich, by się 

do mnie przyłączyli. 

—Dobrze. Super. Świetnie. — Sama nie wiem, co powiedzieć, dodaję więc: - Bądź ostrożny. 

Palce bieleją mi od trzymania się gzymsu. Na parapecie widzę odłażącą farbę. Ciekawe, czy zawiera ołów. Czy ołów szkodzi piksom? 

Zaglądam do pokoju Issie. Jest pomalowany na zielono, a na łóżku i podłodze leży mnóstwo pluszowych królików. Zwykle 
westchnęłabym z zadowoleniem na ten widok, ale tym razem robię to z innego powodu: Issie jest w pokoju z Devynem. Oboje są 
wystrojeni, co chyba oznacza, że to wieczór zimowego balu, i trzymają się za ręce. Trzymają się za ręce! Mam ochotę odtańczyć na 
parapecie taniec radości, lecz zamiast tego znów zaglądam do środka. Jest tam także Cassidy. Wygląda na głęboko zamyśloną i 
przygląda się jakimś kryształom, jakby widziała w nich pytania końcowego egzaminu czy coś podobnego. To nie ma sensu. Co ona tu 
robi? Dlaczego Is i Devyn trzymają się za ręce? Muszę się tego dowiedzieć, ale najpierw wsłuchuję się w siebie: czy czuję jakieś prag-
nienie? Czy czuję, że tracę nad sobą kontrolę? Dziczeję? Pożądam czegoś? Nie, nie, nie i nie. Pukam więc w okno kolanem, bo boję się 
puścić gzymsu. 

Issie odwraca się i widząc mnie, otwiera szeroko usta. Podbiega do okna i widzę z bliska jej uroczą buzię. - Zaro! 

Otwiera natychmiast, odsuwając siatkę na owady. Devyn łapie ją za ramię. 

-  Czekaj. Nie wpuszczaj jej. -Co? 
-  Devyn marszczy nos w bardzo niemiły sposób. Jego spojrzenie pochmurnieje. 

-  Przemieniła się, czuję to. Na dodatek spójrz - na parapecie leży złoty pył. 
Rozglądam się. Ciekawe, czy to ja go zostawiłam, czy przyniosłam od Astleya. Czy królowe zostawiają za sobą złoty pył? 
-  No i? - Is ściąga brwi. 
-  No i jest piksem. Może cię skrzywdzić - powtarza Dev, patrząc na mnie z rezerwą. 
Wyciąga  rękę,  by  pociągnąć  Issie  za  rękę  -  tę,  którą  chciała  otworzyć okno. Cassidy cofa się pod ścianę. W dłoni mocno ściska 

czarny kryształ. 

Twarz Issie wyraża niezadowolenie. 

-  Rany, czasem jesteś osłem, Devynie. To znaczy kocham cię, ale jesteś osłem, jeśli chodzi o zaufanie. 
-  A ty jesteś zbyt ufna - prycha Dev. 
-  Przecież to Zara! - Issie nie daje za wygraną. 
-  Może nas zaatakować - odzywa się Cassidy, mrużąc oczy i przyglądając mi się. - Jest piksem. Nie wiemy... 
-  Powiedzieliście jej o piksach! - Chwieję się na parapecie i próbuję patrzeć błagalnie. - Hej, pomóżcie mi, bo spadnę. 
Devyn  sięga  pod  łóżko,  by  wyjąć  stamtąd  dwa  noże  i  miecz.  Podaje  noże  dziewczynom,  sam  bierze  miecz.  Razem  z  Cassidy 

wycelowują we mnie ostrza. Is kieruje swoje w podłogę. 

background image

 

 

87

-  Dobra. Wchodź. - Issie gestem nakazuje mi wskoczyć do pokoju. Devyn znów zaczyna protestować, ale Is ociera wolną rękę o 

lśniący materiał czarnej wieczorowej sukienki i mówi: - To mój dom i ja decyduję. Tylko mnie nie zjedz, Zaro. Obiecaj! 

-  Nigdy. - Wślizguję się przez okno. Mam ochotę uściskać Issie, ale widzę, że jest zdenerwowana, bo cały czas podskakuje, mówię 

więc tylko: - Dzięki. 

Devyn staje między nami — chyba chce w ten sposób chronić Issie. Zasłania się mieczem i pyta: 
-  Jak się czujesz? 
-  Silniejsza. Obolała. W porządku. 
-  Czujesz, że masz ochotę nas skrzywdzić? - Jego ręka trzymająca broń ani drgnie. Mówi spokojnie. 
-  Nie. - Chciałabym mu powiedzieć, żeby się uspokoił, ale Cassidy wciąż tkwi przy ścianie, wpatrując się we mnie, jakby potrafiła 

dostrzec we mnie piksa. Issie znów zaczyna gadać: 

-  Kurczę. Tylko tyle potrzeba? Miałam nadzieję, że będę musiała wypowiedzieć jakiś starożytny cytat po łacinie albo wyrecytować 

coś po celtycku albo, no wiesz, wykonać jakiś specjalny taniec, żeby wpuścić do domu piksa. To takie dziwnie zwyczajne. O czym ja w 
ogóle gadam? - Kręci głową, rzuca nóż na łóżko i robi kilka kroków, by mnie uściskać. 

-  Issie, nie! — wrzeszczy Devyn. 
-  Dev, zamknij się, proszę. - Is jest taka drobna i krucha, ale cudownie jest móc ją przytulić. Jakbym wróciła do domu. Uśmiecha 

się szeroko i puszcza mnie. - Tak się cieszę, że wróciłaś! 

-  Ja też się cieszę, że wróciłam — mówię i po chwili pytam: - A więc nadal mi ufacie? 
-  Oczywiście! — zapewnia Is. 
-  Nie - mówi beznamiętnie Dev. 

Cassidy nieco się zbliżyła, wyraźnie gotowa do ataku. 

-  Issie, powinnaś podnieść swój nóż. 
-  Po co? Ona nic mi nie zrobi. To Zara. 
-  Zara piks - prostuje Devyn. - A nie nasza Zara. 
Nie nasza Zara... Zamykam na moment oczy, próbując odepchnąć od siebie gniew. Emocje są teraz silniejsze, 

prawie namacalne. Otwieram oczy i silę się na spokój, odpowiadając: 

—Nie wiem, co mam zrobić, by przekonać was, że nikogo nie skrzywdzę. 

Cassidy przechodzi między Devynem i Issie, by stanąć przede mną. Ma na sobie długą, wyszywaną koralikami spódnicę i kilka 

cienkich koszulek na ramiączkach, czarnych i fioletowych. Gdy podnosi rękę, by dotknąć mojej twarzy, na jej nadgarstku dzwonią 
bransoletki. 

Devyn chce złapać ją za rękę. 

—Bądź ostrożna... 

Zbywa go machnięciem ręki. 

—Będę wiedziała. 

Nie mam pojęcia, co zamierza zrobić Cassidy, ani dlaczego to robi, ale postanawiam stać spokojnie i pozwolić jej na wszystko. Ma 

brązowe głębokie spojrzenie. Te oczy przypominają mi Nicka i to w jakiś sposób mnie uspokaja. Cassidy wyciąga rękę i podaje Issie 
swój nóż. Czubkami palców dotyka mojego czoła. Przez moment nic się nie dzieje, a potem nagle wydaje mi się, że ktoś przeniósł 
mnie do spa. Świat staje się wilgotny, ciepły, a ciśnienie krwi spada mi chyba o połowę. Uśmiecha się i mówi: 

Żadnych złych intencji. Jej dusza jest czysta. Opuszcza ręce i uśmiecha się zadowolona, gdy ja próbuję wydusić: 

-  C-co? Skąd ty to wiesz? Issie unosi brwi. 

-  Okazało się, że Cassidy jest po części elfem. Jej pra-pradziadek należał do Lśniących. To sprawia, że ma pewne umiejętności. 
-  Elfem? Poważnie? — Kręcę głową i zaczynam się śmiać, bo to z jednej strony wariackie, a z drugiej fajne. No i w ogóle się 

tego nie spodziewałam. 

—W niezbyt dużej części - wyjaśnia Cassidy - ale wystarczającej, bym mogła odczytać, czy ludzie są dobrzy, czy źli. Czasem trochę 

czaruję, by sprawdzić, co robią, i przewidywać przyszłość. 

—Dlatego  Cassidy  wciąż  się  drapie.  Elfy  reagują  alergicznie  na  włókna  syntetyczne  w  ubraniach.  No  i  spędzała  dużo  czasu  z 

Devynem - wyjaśnia Issie, opadając na łóżko. Wskazuje gestem, bym do niej dołączyła, co od razu robię. — Bo wyczuwała, że on i 
Nick także są inni. 

—Chciałam  się  tego  dowiedzieć  —  dodaje  Cassidy.  Wraca  pod  ścianę  i  siada  na  podłodze,  otoczona  pluszowymi  królikami  i 

kryształami. 

—A ja myślałam, że... — Nie kończę zdania, bo to zbyt żenujące. 

Issie robi to za mnie: 

—Ze podoba jej się Devyn. No tak. Ja też tak myślałam, no i że Devyn lubi ją, ale w ogóle nie o to w tym chodziło. 
—Aha. — Nie wiem, co innego miałabym powiedzieć. Bardzo chciałabym spytać, dlaczego Dev i Issie trzymali się za ręce. Bardzo, 

ale nie wiem jak. 

—Devyn i ja jesteśmy parą - rzuca nagle Is. 
Devyn przytakuje. Wciąż ściska miecz, ale przynajmniej nie kieruje go teraz w moją stronę. 
—Naprawdę? To super! — wykrzykuję i rzucam się na Is. Ściskamy się mocno, a ona głośno się śmieje. Zwracam się do Deva: — 

Najwyższy czas. 

—Wiem  —  mruczy  Devyn  i  opada  na  wielki  zielony  puf.  —  Po  prostu  bałem  się  zepsuć  naszą  przyjaźń,  no  i  martwiły  mnie 

stosunki zmiennokształtnych z ludźmi, ale gdy straciliśmy Nicka... 

Smutek uderza mnie prosto w serce, nagle i gwałtownie. Jakby coś pękło. 
—Zdał sobie sprawę, że życie jest zbyt krótkie i cenne, żeby je marnować i takie tam — kończy za Deva Cassidy. 

- Zresztą nieważne. Teraz musimy zrobić następny krok i przekazać sobie informacje. Zgadza się? Prawie się uśmiecham. Lubię ją. 

—Wszystko się totalnie pokręciło — mówi Devyn, poprawiając starannie ułożone włosy. Nieźle się odstawił dla Issie. 
—Fajnie, że nie jesteś już podobną do zombie i niekomunikatywną Zarą. Trochę to dziwne, że coś się poprawiło, choć zostałaś 

piksem, ale pewnie to z powodu nadziei na odzyskanie Nicka i... Wybacz! — Issie nabiera powietrza. — Od czasu twojego zniknięcia 
wszyscy jesteśmy trochę zestresowani. 

—  Ja też. 

background image

 

 

88

A potem wszystko mi opowiadają. Piksy wpadły w dziki szał. Zaginęło dwóch chłopców z ósmej klasy. Piksy praktycznie cały czas 

otaczają dom Betty. Zeby z niego wyjść i wrócić, musi zmyślać i prosić o podwiezienie jakiegoś policjanta. 

—Martwię się, że to wszystko była pułapka, Zaro. - De-vyn układa się na siedzisku. - To znaczy być może istnieją dobre piksy, ale 

nie wiemy tego na pewno. Nie wiemy, czy możemy im ufać. Właściwie nie wiemy nic. Szczerze mówiąc, wciąż mam problem, by ci 
zaufać  po  przemianie,  pomimo  zapewnień  Cassidy.  Nasz  brak  wiedzy  jest  wręcz  absurdalny.  Wydawałoby  się,  że  jako 
zmiennokształtni będziemy wiedzieli więcej, ale tak nie jest. Bezustannie dowiadujemy się czegoś nowego. 

—  Na przykład? - pytam. 

—Na przykład... - Dev zastanawia się przez moment. — Na przykład tego, że Cassidy jest po części elfem. 

Biorę  poduszkę  Issie  i  przytulam  ją  do  piersi.  Tak  bardzo  pachnie  człowiekiem,  tak  bardzo  Issie. Przez moment mam ochotę 

zostać tu i poczekać, co się wydarzy. Ale to nie sprowadzi Nicka na ziemię. Wtedy cały mój ból poszedłby na marne, a przecież miał 
być pożyteczny. 

Issie i Devyn cały czas telepatycznie i mentalnie się ze sobą komunikują, wymieniając spojrzenia, aż w końcu Dev uspokaja się i 

wraca do zwykłej, „baraniej" postawy. 

—No więc szukałem informacji... — zaczyna. Issie wtrąca z dumą: 
—Znalazł  profesora  specjalizującego  się  w  mitologii  skandynawskiej,  czyli  po  prostu  super.  Znalazł  jego  numer  i  zadzwonił  do 

niego do Szwecji przez Skype'a i w ogóle. 

—Fajnie - rzucam tylko, bo chcę usłyszeć więcej. Devyn kontynuuje: 

—Zadałem mu różne dziwne pytania, aż on w końcu wypalił: „Czy widujecie piksy? Albo zmiennokształtnych?". Wahałem się, ale 

jednak powiedziałem mu prawdę. 

—I on wcale nie pomyślał, że Devyn oszalał! — Issie zakrywa usta ręką. — Ups, znów przeszkadzam. Wybacz. 
—W każdym razie z tego, co zrozumiałem, profesor nie należy do Lśniących, ale w nich wierzy, co jest rzadkie — mówi Dev. 

Is chrząka znacząco. 

—Oczywiście wyjątkiem jest nasza urocza Issie — dodaje Devyn, głaszcząc ją po głowie i wyraźnie sprawiając jej tym przyjemność. 

-  W  każdym  razie  profesor  wspomniał  o  pewnej  starożytnej  księdze  pod  tytułem  Homilie  Vercellego,  w  której  można  przeczytać, że 
szatan jest ustami ogromnego smoka, pragnącego połknąć cały świat. Pierwszy raz mówiono o tym osiemset lat przed naszą erą jako o 
Dniu  Sądu.  Fenrir  zaś  to  starożytny  potwór  —  wilk,  którego  zabije  Widar,  syn  Odyna.  To  taki  wczesny  mit.  Dopiero  potem 
chrześcijanie stworzyli pojęcie Sądu Ostatecznego. 

—W ogóle nie wiem, o czym mówisz - oznajmiam. 

—Mówię o mitologii, która stoi za tym, co się teraz dzieje. Chodzi o Walhallę i całą resztę. Legenda głosi, że odbędzie się wielka 

bitwa, w której Fenrir będzie próbował połknąć cały świat. — Dev spogląda na Is, jakby prosił o pomoc. 

-  To  samo  było  w  Buffyl  -  wyskakuje  ona.  -  Jej  liceum  znajdowało  się  tuż  u  wejścia  do  piekieł,  więc  w  każdym  sezonie  Buffy 

musiała powstrzymać apokalipsę, żeby Sunny-dale nie zniknęło w otchłani, a z nim cała ziemia. 

-  Słucham? - Wciąż nic nie rozumiem. -Dlaczego nie chciałaś obejrzeć 

Buffy

- Is wydyma usta. — Mam wszystkie sezony w 

komputerze. Prosiłam cię o to sto razy. Wszystko byś zrozumiała, ale nie miałaś czasu. 

- Nie miałam, bo... Bo wciąż przesiadywałam z Nickiem ? 

Is się uśmiecha. 

-  Prawidłowa odpowiedź. 

Cassidy przytakuje, ale Devyn się niecierpliwi. 

-  Ale tutaj dzieje się coś trochę innego. 

-  Żadnych wielkich wilków czających się w piwnicy naszego liceum, by nas połknąć? — ironizuję. 

Issie szturcha Devyna łokciem. 

-  Słuchaj! Nawet fakt, że jest piksem, nie sprawił, że uwierzyła. Poziom sceptycyzmu pozostał ten sam. Hurra! 

Wyciągam oskarżycielsko palec. 

-  Żadnych kpin. Przecież to absurdalne, co mówi. 

-  Wszystko  jest  absurdalne.  Na  przykład  fakt,  że  staję  się  orłem.  Ale  tak  jest.  -  Dev  nerwowo  przeczesuje  włosy  palcami.  — 

Nieważne,  wszystko,  o  czym  mówię,  znajdziesz  w  Eddzie  Poetyckiej.  Możesz  sprawdzić.  Być  może  jest  to  po  prostu  jedna  wielka 
metafora tego, że zło przejmie kontrolę nad światem, a niekoniecznie zje nas wielki wilk. Rozumiem, że teraz jest ci ciężko. Wszystkim 
nam jest ciężko bez Nicka. Na dodatek obawialiśmy się, że i ciebie straciliśmy. 

Głos mu się łamie. Obie z Issie zrywamy się, by go przytulić, a Cassidy głaszcze go po plecach. Stoimy tak przez moment. 

Oczywiście Dev pierwszy się otrząsa i podejmuje: 
—Wszystko  to  ma  związek  z  nami,  ponieważ  Nicka  zabrano  do  Walhalli,  by  stał  się  jednym  z  wojowników,  których  dotknie 

zmierzch bogów, czyli Ragnaró\. 

—To wielki koniec świata, gdy wszystko zostanie zniszczone, łącznie z niebem i piekłem — dodaje Cassidy, otulając się swetrem. 
—Astley mi o tym mówił, rozumiem. — Odsuwam się od Issie, podchodzę do okna i wyglądam na dwór. Świat jest zimny i cichy. 

Nigdzie nie dostrzegam Astleya. Nie widzę też innych piksów, które ukrywają się w lesie, gotowe uderzyć w ciemnościach, ale czuję 
ich zapach. — Ta wielka bitwa... Myślicie, że dojdzie do niej wkrótce? 

Devyn zdmuchuje włosy z czoła. 
—  Mam nadzieję, że nie. 

—Zawsze trzeba być gotowym na apokalipsę — oznajmia Issie. — Wiesz? 
—Wiem. — Wzdycham. — Teraz musimy tylko sprowadzić tu Nicka, a potem... no... wiecie, ocalić świat. 

Choć  jest  z  nami  Cassidy,  nie  mogę  dłużej  się  powstrzymywać  i  mówię  im  wszystko  o  Astleyu  —  jak  jestem  zła,  bo  nawet nie 

wiem, czy Nick żyje; jak koszmarnie było zmieniać się w piksa; jak bardzo się bałam, że zrobię im krzywdę, ale fajnie jest być taką 
silną  i  nie  odczuwać  zimna.  Nie  mówię  im  tylko o mieszanych uczuciach, jakie mam po pocałunku Astleya, i o tym, jak tęsknię za 
Nickiem. 

—Chyba możemy się dowiedzieć, czy żyje — oznajmia Cassidy, gdy kończę opowiadać. 

—Cassidy już raz to zrobiła, gdy chodziło o ciebie — wyjaśnia Devyn, patrząc na koleżankę jak dumny ojciec. -Pokazała nam, że 

jesteś w pokoju hotelowym... 

background image

 

 

89

—Krzyczałaś — dodaje Issie — i cała się trzęsłaś. To było trochę przerażające, bo wyglądałaś zupełnie jak piks, wiesz? Bez urazy. 
—Jasne — rzucam, ale tak naprawdę jej nie słucham. Skupiam całą uwagę na Cassidy. - Naprawdę możesz to zrobić? 
Kiwa głową i zaczyna bawić się swoimi kryształami, przesuwając je w palcach jak różaniec. 
—Mogę spróbować. Rozmawiajcie, potrzebuję chwili, by się przygotować. 
—Właściwie to nie znoszę, gdy ona to robi — wyznaje Issie i blednie, jakby miała zemdleć. Zaczyna mocno tulić się do jednego ze 

swoich pluszowych królików w niebieskim kubraczku. - Piksy nas namierzają. Na pewno jakieś siedzą teraz w lesie. Za każdym razem, 
gdy wychodzimy, musimy być ostrożni. Jeden złapał nawet panią Nix. 

—Ale uciekła — dopowiada Devyn. 

—Było okropnie — ciągnie Issie — przez te ostatnie dni i tak bardzo się o ciebie martwiliśmy. Ze mogłaś umrzeć albo... 

—Stać się zła? — sugeruję. 
—Właśnie. — Is kiwa głową. 

Wzdycham  głęboko.  Cisza  panująca  w  pokoju  jest  nie  do  zniesienia.  Myślę  o  ceremonii,  przez  którą  dzisiaj  przeszłam.  Próbuję 

wymyślić plan — co robić dalej. Odchrząku-ję, czując, jak każdy oddech pali mnie w piersi. Przyciskam rękę do brzucha i zaczynam 
akceptować to, co zrobiłam. Bo zrobiłam to z konkretnego powodu. Zrezygnowałam z dawnego „ja", żeby ocalić Nicka — a więc 
było warto. Warto. Nie żałuję. Widzę, że Issie lekko się zapowietrza, jak wtedy, gdy stara się nie płakać. 

—  A więc... — chcę, by wszyscy zaczęli myśleć o przyszłości i rozgonili tę pogrzebową atmosferę — wymyśliliście, co oznacza 

ten drugi anagram? 

-Nie. 
—  To pięta achillesowa naszego geniusza — ironizuje Is. Devyn podchodzi do mnie i bierze za rękę. 

—Myślisz, że on nie żyje, prawda? Uważasz, że cię oszukali? 
Jedyne, co mogę zrobić, to podnieść odrobinę głowę i ją opuścić. 
—Tak — mówię znów cichym, zdesperowanym szeptem. — Ale nadzieja... Nie, wiara w to, że jednak żyje, to jedyne, co mnie 

podtrzymuje na duchu. Bo po prostu nie chcę... Nie potrafię sobie wyobrazić życia bez Nicka. Wiem, że pewnie bym mogła żyć, ale 
stałoby się to niewyobrażalnie ciężkie. 

Opieram się o Issie, która obejmuje mnie i głaszcze po głowie. 

—Jestem gotowa — oznajmia Cassidy. 
—Może nie powinniśmy... - zaczyna Devyn. 
—Musimy - przerywam mu, siadając prosto, ale nie puszczając jego ręki. 

Cassidy  uprzątnęła  z kawałka podłogi w rogu pokoju wszystkie ubrania i maskotki. Wokół siebie, w kręgu, rozłożyła kryształy i 

chyba nalała wody do stojącej przed nią miseczki. Rozpryskuje wodę wokół kręgu, wyciąga długie ręce i zamyka oczy, mamrocząc coś 
cicho. Powietrze nagle robi się jakieś inne, pełne napięcia, jak przed burzą. Jej włosy zaczynają poruszać się wokół głowy, jakby zerwał 
się wiatr, który koncentruje się właśnie na Cassidy. 

Devyn mocniej ściska moją rękę. Z ust Issie dobywa się cichy jęk, a potem nagle wiatr, który skupiał się wokół Cassidy, przesuwa 

się i uderza w nas, tyle że to nie jest zwykły wiatr. To bardziej prąd elektryczny naładowany energią, szukający ujścia dla swojej mocy. 
Wszystkie komórki mojego ciała zdają się wibrować, drżeć, jakby ktoś wysysał ze mnie siłę. 

—To nas wykańcza. — Z trudem łapię powietrze. 
—Będzie dobrze - zapewnia mnie Devyn. 

Wydaje  się,  że  Cassidy  nie  ma  już  kontaktu  z  tym,  co  się  dzieje  wokół  niej.  Jej  ciało  trzęsie  się,  jakby  było  naładowane 

elektrycznością. Światła w pokoju gasną, choć nikt ich nie wyłączał, a tylko w miejscu, gdzie siedzi Cassidy, pojawia się dziwny blask. 
Zrywam się z łóżka. 

—Nie widzę jej — mówię. 

Dev znów mnie powstrzymuje. 

—To część procesu — wyjaśnia. 

A  potem  nagle  blask  się  zmienia.  Szare  linie  zaczynają  się  przesuwać,  tworząc  kształty.  Widzę  łóżko,  coś  na  nim  leży.  Przez 

moment wydaje mi się, że to ja w pokoju hotelowym, ale łóżko jest zupełnie inne. Wygląda, jakby zrobiono je z drewnianych bali. 
Kołdra też nie jest hotelowa, tylko uszyta ze skóry. Wpatruję się w ten obraz. Moje serce przestaje bić. Na łóżku leży znajoma postać - 
nieco  zbyt  krzaczaste  brwi  nie  pasują  do  idealnej twarzy. Ma zapadnięte policzki, jakby bardzo schudł, ale porusza ustami. Porusza 
ustami! 

—On  żyje!  —  Szlocham,  czując,  jak  każda  część  mojego  ciała  zaczyna  tańczyć  szalony  taniec  radości.  Czarna  dziura  strachu 

zaczyna wypełniać się nadzieją. 

—Issie, spójrz! On żyje! 

Is także płacze. Dev puszcza moją rękę i widzę, jak wzdycha przejmująco, z ogromną ulgą. Usta Nicka wciąż się poruszają. 

—Co on mówi? — pytam i pochylam się niżej. Obraz nie jest doskonały - raczej niewyraźny i bez kolorów, ale to nieważne, bo 

Nick — mój Nick — żyje. Wpatruję się w jego usta. Usta, które całowałam i w których zatracałam się miliony razy. Poruszają się i już 
wiem: „Zara". 

—Idę do ciebie, kochany. Znajdę cię, przysięgam. — Robię krok w jego stronę. 
Ale Nick mnie nie słyszy. Jęczy z bólu i obraz zaczyna drżeć. Wyciągam rękę, jednak czar Cassidy odrzuca mnie, poraża energią, 

a  po  chwili  obraz  znika.  Od  razu  zapalają  się  światła,  nawet  komputer  wraca  do  życia.  Nasze  telefony  także  pikają  na  znak,  że 
odzyskały moc. Cassidy pochyla się do przodu, jakby miała upaść, ale podbiegam i łapię ją, zanim zdąży uderzyć o podłogę. Biorę ją 
w ramiona, wstaję i zanoszę na łóżko, próbując położyć tak delikatnie, jak to możliwe. 

—  Ależ ty jesteś silna — wzdycha Issie z przejęciem. 

-  Wiem! To zaleta bycia piksem. Mogę też wszystko wyczuć i daleko skakać. — Kładę poduszkę pod głową Cassidy i przygładzam 

jej włosy. Wygląda, jakby nagle schudła z dziesięć funtów. Nick też tak wyglądał. Odwracam się i ocieram łzy, które wciąż płyną po 
moich policzkach. — On żyje, kochani. Nick żyje. Wiecie, co to oznacza? 

Oczy Devyna także szklą się od łez. Chce odpowiedzieć, ale jest zbyt wzruszony, by to zrobić, więc Issie pokazuje mi gestem, bym 

to ja mówiła — pewnie wie, jak bardzo mam ochotę wypowiedzieć te słowa. Chcę wykrzyczeć je ze szczytu najwyższych gór jak w 
najbardziej kiczowatym hollywoodzkim filmie. 

background image

 

 

90

—To oznacza, że nie na darmo stałam się piksem. To oznacza, że odnajdę Nicka i sprowadzę go do domu — mówię. 

Devyn i Issie biorą się za ręce i splatają palce. Dostrzegam to i Cassidy chyba też, bo wciąż leżąc na łóżku, mruczy: 

—Urocze. 
—Zapomniałaś o czymś — odzywa się Issie. 

Nie wiem, o czym mówi. Moje palce także szukają palców Nicka, ale pytam: 

—O czym ? 
—Ze ci pomożemy — Devyn kończy zdanie Is. 
—Wszyscy — zaznacza Cassidy. 

—Wszyscy. — Powtarzam to słowo i po raz pierwszy od wielu dni pozwalam sobie na uśmiech. Dotykam bransoletki, którą dał mi 

Nick. Wciąż jest na swoim miejscu. Łańcuszek się nie zerwał. Nasza więź także nie. — Jak dobrze. 

Issie zerka na zegarek. 

—Jesteśmy totalnie spóźnieni na bal. 
—Zgadza się — wzdycha Cassidy. Devyn wznosi oczy do nieba. 

—Lepiej  już  sobie  pójdę  —  mówię,  ale  Issie  łapie  mnie  za  rękę.  Nagle  budzi  się  we  mnie  gniew  -  irracjonalny,  ale  potężny. 

Mogłabym  z  łatwością  jej  się  wyrwać.  Mogłabym  ją  udusić.  Zabić.  Czuję  dreszcz.  To  właśnie  mogę  zrobić  jako  nowa  ja.  Mogę  z 
łatwością zabijać. Ale tego nie zrobię. Oddycham powoli i gniew się ulatnia. 

— Idziesz z nami — oznajmia Is. 

—Raczej nie. - Patrzę w panice na Devyna, ale on tylko podnosi ręce do góry. — Hej, może byś mi pomógł? 

—  Nick chciałby, żebyś poszła. — Cassidy także wstaje. — Musisz mieć sukienkę. Masz jakąś czy nosisz tylko podarte koszulki? 
—To było wredne. - Is ociera oczy. - Ale prawdziwe. Zresztą nie ma czasu, by Zara jechała do domu po sukienkę, byłaby wielka 

awantura  z  Betty.  Nie  jesteś  chyba  na  nią  gotowa,  prawda?  —  Zanim  mogę  odpowiedzieć,  sama  to  robi:  -  Właśnie,  tak  mi  się 
wydawało. 

Opadam na łóżko. 

—Nie sądzę, żeby Nick chciał, by Zara szła tam bez niego — odzywa się wreszcie Dev. 

—Dziękuję. - Uśmiecham się do niego. 
—Nie ma sprawy. 

—No, ale Nick nie jest jej szefem, zresztą go tu nie ma, a ja chcę, by poszła. — Issie już stoi przy szafie. — Możesz o mnie tego 

nie wiedzieć, Zaro, ale gdy byłam w pierwszej klasie, miałam słabość do sukienek. 

—Nosiła tylko sukienki - potwierdza Cassidy, dołączając do Is. Zaczynają mamrotać coś o kolorach i rozmiarach. 

—Nie damy chyba rady, co? - pytam Devyna. 
Siada koło mnie na łóżku, opiera się i podkłada ręce pod głowę. 

—Nie. Byłoby trudniej, niż zabić piksa. Bez urazy. 
—Nie  ma  sprawy.  —  Szturcham  go  w  bok.  I  nagle  uchodzi  ze  mnie  całe  powietrze.  Jestem  piksem.  Co  prawda  przyjaciele 

zachowują się, jakby nie było sprawy, ale fakty są takie, że wszystko się zmieniło. Jestem inna. 

Cassidy  odwraca  się  do  nas,  trzymając  w  rękach  ciemnozieloną  sukienkę  z  dekoltem  w  serduszko,  odcinaną  pod  biustem,  z 

ozdobnymi paskami. 

—Podoba ci się? 
—Może być. - Próbuję się uśmiechnąć. 

Chyba kiepsko mi to wyszło, bo Issie od razu pyta: 
—Co się stało? Nie podoba ci się sukienka? Jest piękna. 

—Nie  chodzi  o  nią...  Jest  bardzo  piękna,  Is...  —  Z  trudem  znajduję  właściwe  słowa.  Siadam  na  łóżku,  Devyn  także.  —  Ja  po 

prostu nie wiem, czy to ma sens. Jestem teraz inna... 

Cassidy wiesza sukienkę na krześle przy biurku Issie. Podchodzi i kuca przede mną, biorąc mnie za ręce. 

—Już to powiedziałaś: nie stałaś się piksem na darmo. 

—Skąd wiesz? Przechyla głową. 
—Jestem elfem. 

—Ciągle posługuje się tym argumentem — wyjaśnia Issie — ale prawie zawsze ma rację. 
—Na pewno czujesz się inaczej, Zaro. — Cassidy ignoruje komentarz. — Wiem, że uważasz, iż chodzi tylko o Nicka, ale nie do 

końca tak jest. Chodzi także o ciebie. Zmieniłaś się dla niego, ale to t y się zmieniłaś. Byłaś odważna, szalona i chciałaś działać, a choć 
Betty oraz Devyn byli na ciebie z tego powodu źli, jednak to zrobiłaś, Zaro. 
0 tak miało być. 

Jej słowa tłuką się po mojej głowie. Zawsze myślałam, że to Nick jest odważny, ale okazuje się, że ja także jestem. 

— Chciałabym, żeby to była prawda - mówię w końcu. 

—To dobrze. — Cassidy puszcza moje dłonie. — Bo tak jest. Devynie, proszę, zabierz swoje samcze ciało z pokoju, bo musimy 

ubrać Zarę. 

—Już. — Wychodzi, kuśtykając, i zamyka za sobą drzwi. Issie klaszcze. 
—Super. Zrobimy cię na bóstwo, księżniczko piksów. Na chwilę tracę oddech, gdy słyszę, jak wypowiada 

przedostatnie  słowo,  ale  tym samym ostatecznie muszę je zaakceptować: jakby cała prawda wszechświata się rozpadła, jakby płatki 
śniegu wyruszały w ostatnią podróż z nieba na ziemię, gdzie muszą przyjąć do wiadomości, czym naprawdę są. 

Szeptem pytam więc, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze: 

—Myślisz, że ci się uda? 

—Wszystko jest możliwe, prawda? — Issie urywa i biorąc szczotkę do włosów, sama odpowiada na to pytanie: - Prawda. 
I wiecie co? Ma rację. Wszystko jest możliwe. Nie stałam się piksem na darmo. Wciąż jestem Zarą — inną, ale wciąż Zarą. To, co 

stanie się z nami wszystkimi, po części zależy ode mnie. Moim zadaniem, moim obowiązkiem jest chronić przyjaciół. To więc zrobię. 
Do tego jest zdolny piks, którym się stałam. 

—Zróbcie mnie na bóstwo, dziewczyny — mówię, wstając. — Chcę wyglądać jak królowa. 

 

background image

 

 

91

 
 
 
Podziękowania 
 
 
 
Raz na jakiś czas każda kobieta ma szczęście spotkać swojego własnego Johna Wayne'a — kowboja, który wie, jak kochać i jak 

być kochanym, jak ją traktować i jak traktować siebie, jak być bohaterem, który od czasu do czasu porywa swoją pisarkę, odjeżdżając 
w  zachodzące  słońce,  najpierw  przebrnąwszy  przez  bagna,  przekroczywszy  rzeki, pokonawszy grzechotniki i niedźwiedzie. Jestem 
szczęściarą, że cię mam. Kocham cię. Dziękuję. Ta książka jest dla ciebie. 

Dziękuję  Emily  Ciciotte,  że  jest  tak  cudownie  cudowna,  choć  to  wyrażenie  od  razu  by  skreśliła.  Każdego  dnia  uczysz  mnie,  co 

znaczy odwaga, Em. 

Dziękuję Betty Morse, Bruce'owi Barnardowi, Lwu Barnardowi, Debbie Gelinas i Renie Morse za to, że są tak cudowną rodziną. 

Bruce'owi dziękuję szczególnie, bo to on nauczył mnie, jak stawiać czoło swoim własnym piksom. 

Dziękuję  departamentom  policji  w  Bar  Harbor  i  Mount  Desert  (szczególnie  sierżantowi  Shaunowi  Farrarowi,  Marie  Overlock  i 

naczelnikowi Jimowi Willisowi), że pomogli mi zrozumieć ich świat i za to, że byli TAK BARDZO cierpliwi — szczególnie ty, Marie. 
Jesteście bohaterami dnia codziennego. 

Dziękuję  Michelle  Nagler,  Caroline  Abbey,  Deb  Shapi-ro  i  całej  załodze  Bloomsbury.  Macie  tyle  cierpliwości  i  tak  ciężko 

pracujecie. Bez was nie byłoby opowieści - szczególnie bez ciebie, Michelle. Naprawdę, przy tobie wciąż się zastanawiam, jak człowiek 
może być tak mądry, utalentowany, niesamowity i mieć taki dar tworzenia opowieści (i... hm... dar cierpliwości także). 

Dziękuję Edwardowi Necarsulmerowi IV. Jesteś kimś więcej niż tylko fantastycznym agentem — jesteś najlepszym człowiekiem, 

filozofem i przyjacielem. Nie wiem, jak przetrwałabym bez ciebie. Mówisz, że daję ci wiarę? Ty dajesz mi siłę, mądrość i dobroć — 
każdego dnia. Te same słowa kieruję do pięknej i mądrej Eriki. Dziękuję, że trzymaliście mnie przy zdrowych zmysłach, dawaliście siłę 
i pokazaliście Em to, co najlepsze w Nowym Jorku, i najfajniejszych ludzi tam mieszkających. 

Dziękuję Jennifer Osborn, Williamowi Rice'owi, Steve'owi Wedelowi, Devynowi Burtonowi, Chrisowi Masellemu, Laurze Hamor, 

Tamrze Wright, Renee Sweet, Emily Wing Smith, Evelyn Foster, Melodye Shore, Jacobowi Dayowi, Dorothy Vachon, Kelly Fineman 
i przyjaciołom z Facebo-oka, LJ, MySpace, którzy pisali do mnie e-maile. Sprawiacie, że świat i moje życie są po prostu lepsze! Dzięki 
za pomoc w tym trudnym roku. Stawiam wszystkim szarlotkę!